LASS SMALL
Lemon
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Lemon Covington w ogóle nie zdawał sobie sprawy, Ŝe jest istotą śmiertelną. Ci, którzy
urodzili się i wychowali w Teksasie, zawsze tak czują. Udało im się jakoś przeŜyć, myślą
więc, Ŝe są niepokonani.
Lemon miał prawie metr osiemdziesiąt osiem centymetrów wzrostu. Jego jasne włosy
wybieliło ostre teksańskie słońce. Włoski, które pokrywały jego ciało, były złociste i na ich
widok kobiety stawały się niespokojne.
Zachodnia część Teksasu, gdzie wychowywał się Lemon, jest bardzo słabo zaludniona i
pozbawiona bogactw naturalnych. Kiedy Lemon był mały, nikt nie domyślał się nawet, jak
bardzo jest upośledzony, potrafił bowiem znakomicie udawać.
Kiedy w końcu poddano go odpowiednim testom, rodzice ze zdziwieniem dowiedzieli
się, Ŝe ich jedyne dziecko nie jest wcale zbuntowanym urwisem, lecz dyslektykiem.
W szkole nie był w stanie nadąŜyć za innymi dziećmi. Widział litery zupełnie inaczej niŜ
one. Nie mógł zrozumieć, skąd inne dzieci wiedzą to, czego on nie wie.
Nie potrafił czytać, wobec tego po prostu się buntował. Był do wszystkich wrogo
nastawiony, nauczyciele uwaŜali więc go za upartego i złośliwego. Za rozpieszczonego
jedynaka.
Dopiero kiedy prawidłowo zdiagnozowano jego przypadek, zaczęto go inaczej traktować.
Jako człowiek dorosły Lemon był uprzejmy, lecz przebiegły. Nigdy nikomu nie
rozkazywał, tylko bardzo grzecznie prosił. Był bardzo delikatny, ale praktycznie potrafił
zawsze postawić na swoim. Fakt, Ŝe nie wykorzystywał tej umiejętności przeciwko
porządnym ludziom, bardzo dobrze o nim świadczył. Był naprawdę niezwykle kulturalnym
człowiekiem.
Mieszkał na odludziu w wielkim, starym domu otoczonym krzewami i kaktusami.
Ten ogromny dom był podarunkiem od mamy.
Majątek zawdzięczał tacie.
W zaawansowanym wieku trzydziestu pięciu lat był o pięć centymetrów wyŜszy od Johna
Browna, swego doradcy finansowego. OŜywiony i rozmowny, był takŜe przeciwieństwem
tego cichego obserwatora.
Liczna grupa pochodzących z Ohio Brownów łatwo przyjęła Lemona do swego grona.
Oprócz Johna Browna, w San Antonio mieszkała Susanne z Crayem, na ranczu Sama Fullera
Tweed i Connie, Tom i Susan Lee u Petersonów, zaś Mike i Sara w bazie wojskowej w
ś
rodkowym Teksasie.
Właśnie minęło pięć lat od dnia, w którym John Brown został doradcą finansowym
Lemona. Obojętny przez długi czas na urok pewnej Margot, John zwrócił w końcu na nią
uwagę, kiedy w minionego sylwestra zamknęła się z nim w bibliotece Lemona. Dopiero
wtedy naprawdę ją zauwaŜył.
Posiadłość Lemona leŜała daleko od wszelkich ludzkich siedzib, Johnowi było więc
wygodniej po prostu tam zamieszkać. Lemon był tym zachwycony. John bowiem,
wychowany w pełnym dzieciaków domu w Tempie w stanie Ohio, umiał znakomicie
współŜyć z innymi.
PoniewaŜ tyłu Brownów mieszkało w tej części Teksasu, nikt się nie zdziwił, kiedy
pewnego dnia w posiadłości Lemona zjawił się Tom i Susan Lee. Zdziwienie wywołał tylko
towarzyszący im ogromny, Ŝółty pies.
– Tom, skąd wytrzasnąłeś to paskudztwo?! – wykrzyknął Lemon. – Nie wiedziałem, Ŝe
masz takiego psa.
W drzwiach stanęła przebywająca akurat w odwiedzinach u Johna Margot. Popatrzyła na
psa i uśmiechnęła się. Tom w powitalnym geście uniósł kapelusz.
– Ja teŜ nie wiedziałem, Ŝe mam psa – wyjaśnił Lemonowi. – Od pewnego czasu błąkał
się sam po okolicy. Trwało to tak długo, Ŝe stał się wyjątkowo czujny i ostroŜny. Zostawiałem
mu wodę i jedzenie. Pewnego razu, kiedy razem z Susan Lee przywieźliśmy mu jedzenie, z
krzaków wyskoczył dzik i pognał za mną do auta. Ten pies ocalił mi Ŝycie. Wskoczyłem na
samochód, a Susan Lee przez cały czas strzelała do tego cholernego dzika, ale on nic sobie z
tego nie robił.
Lemon z powagą kiwał głową, słuchając tej mroŜącej krew w Ŝyłach opowieści.
– Nie wiem, co by się stało, gdyby nie nadjechał pan Tiller, listonosz – mówił dalej Tom.
– Potrącił biegnącego za psem dzika. Ale pies juŜ wcześniej właściwie ocalił mi Ŝycie, bo
dzik na nim skupił swoją uwagę.
– To bardzo piękne zwierzę – rzekł Lemon, patrząc na psa.
Hunter podszedł do niego i przez chwilę mu się przyglądał. Był tak duŜy, Ŝe prawie nie
musiał unosić głowy. Traktował ludzi jak równych sobie.
Lemon powiedział coś do niego, ale nawet nie próbował go dotknąć. Pies przez chwilę
nad czymś się zastanawiał, potem po prostu usiadł obok Lemona.
– Nie wierzę własnym oczom – szepnął z niedowierzaniem Tom.
– Ja teŜ – zgodził się z bratem John.
– Lemon, wygląda na to, Ŝe Hunter chce z tobą zostać – rzekł z lekkim Ŝalem Tom.
– Co mu przyszło do głowy?
– Nie mam pojęcia, ale przecieŜ sam widzisz. Jestem rozczarowany. Zacząłem się juŜ do
niego przyzwyczajać, ale on cały czas szukał tego, komu się zgubił. Teraz postanowił zostać
tutaj. Nie zechce ze mną wrócić.
Lemon z lekcewaŜeniem machnął ręką.
Kiedy jednak Tom i Susan Lee zakończyli swą wizytę u Lemona i szykowali się do
odjazdu, Hunter stanął przy Lemonie i wolniutko machał ogonem. Patrzył, jak Tom
podchodzi do auta, ale nie ruszył się z miejsca.
Dla Toma był to bardzo trudny moment. Podszedł do psa, przykucnął, głaskał go po
głowie i coś do niego mówił. Hunter polizał twarz Toma, ale nie odszedł od Lemona.
Była to bardzo dziwna i wzruszająca scena.
– Widzisz? – Tom wstał i spojrzał na Lemona. – Tak oto zyskałeś wspaniałe zwierzę.
Hunter miewał juŜ do czynienia z bydłem. Geo twierdzi, Ŝe znakomicie dawał sobie radę.
Opiekuj się nim.
– MoŜesz być spokojny – rzekł z powagą Lemon.
Tom usiadł za kierownicą i pomachał trójce Ŝegnających go ludzi. Potem z ogromnym
Ŝ
alem spojrzał na psa. Włączył silnik i ruszył bardzo, bardzo wolniutko, jakby z nadzieją, Ŝe
pies zaszczeka i pobiegnie za nim. Hunter jednak nie opuścił Lemona.
– Nigdy bym nie uwierzyła, Ŝe Hunter jednak cię zostawi – powiedziała Susan Lee.
– Myślałem, Ŝe juŜ jest mój. – Tom smutno pokiwał głową.
– Cieszę się, Ŝe nie nalegałeś.
Tom z uśmiechem spojrzał na swoją ukochaną.
– Jest tak samo uparty jak ty. Czy nadal szukasz właściwego męŜczyzny?
Susan Lee przysunęła się do niego i połoŜyła mu głowę na ramieniu.
– JuŜ go znalazłam.
– No, cóŜ, kiedy męŜczyzna ma kobietę i psa, moŜe pozwolić psu odejść, jeśli wie, Ŝe
zostanie przy nim kobieta.
Susan Lee roześmiała się i lekko uderzyła go w ramię. Tom teŜ się roześmiał.
– Chcesz dobrego psa? – zwrócił się Lemon do Johna, kiedy zostali tylko we trójkę z
Margot.
– To nie jest pies, którego moŜna ot, tak sobie oddać – zauwaŜył nie bez racji John. – To
on ciebie wybrał.
– Ciekawe, kim był człowiek, który go wyszkolił. Musieli być w dobrej komitywie –
rzekł w zadumie Lemon.
– Taak.
– Ciekawe, dlaczego błąkał się na pustkowiu? – wtrąciła się Margot.
– Czasami lepiej, Ŝe zwierzęta nie mówią.
Przez chwilę wszyscy stali zadumani. Pies nie spuszczał z nich wzroku.
– PomoŜesz mi przepędzić to stado do innej zagrody?
– zwrócił się po chwili do Johna Lemon.
– Nie, to nie naleŜy do moich obowiązków i...
– Ja chętnie pomogę! – zgłosiła się Margot.
– Nie ma mowy – jęknął Lemon. – To nie jest zajęcie dla kobiety.
– JeŜdŜę na koniu równie dobrze, jak...
– Kiedy wracają pracownicy? – spytał John.
– To ty nalegałeś, by dać im urlop – zauwaŜył Lemon.
– Ja miałbym zajmować się krowami! Czy ty wiesz, ile zapłacił Salty, by mnie
wykształcić, Ŝebym mógł teraz pilnować twoich finansów?
– śółtodzioby chętnie płacą kupę forsy za coś takiego – poinformował go Lemon. –
Popatrz na Margot, jaką ma ochotę. Zgódź się. Potraktuj to jako zabawę.
Margot parsknęła śmiechem.
– Ona pierwsza przesunęła listek figowy Adama – przypomniał John. – To świadczy o jej
zdolnościach do oceny sytuacji.
– No, tak, mogłem się tego spodziewać. Jeśli będziesz miał szczęście, to moŜe...
– UwaŜaj. – W głosie Johna zabrzmiała groźba.
– To moŜe co? – dopytywała się Margot.
– Jesteś za młoda – rzekł John.
– Na co?
– Na prawie wszystko. Pokieruję tobą, aŜ zrozumiesz, co znaczy Ŝycie, miłość i
odpowiedzialność.
– No, nie! Znowu to samo.
– Co znowu? – zainteresował się Lemon.
– Nie twoja sprawa – poinformował szefa John. – Jesteś za młody.
– Jestem o rok starszy od ciebie!
– Ale nie w sprawach uczuć.
– Naprawdę próbowałem. Ale nawet Margot mnie odtrąciła.
– Próbowałeś z Margot?
– Kiedy ty byłeś zajęty Lu...
– Na imię miała Priscilla – nie mogła powstrzymać się od sprostowania Margot.
– Straszna z ciebie pedantka – zauwaŜył z rozbawieniem Lemon. – John, zgadzasz się ze
mną?
– Wyrośnie z tego, Margot wydała z siebie odgłos, jaki absolutnie nie przystoi damom.
Tak więc tego dnia Hunter postanowił zamieszkać w domu Lemona. W zaganianiu bydła
okazał się duŜo lepszy od Johna, który przecieŜ był w tym całkiem niezły. Margot, mimo
najlepszych chęci, tylko im przeszkadzała.
– To było całkiem nowe doświadczenie – zauwaŜyła po zakończeniu pracy.
MęŜczyźni wymienili pełne rozbawienia spojrzenia.
Rodzina nie pozwalała Margot na razie zamieszkać z Johnem i choć do ślubu pozostały
tylko dwa miesiące, musiała wrócić do siebie.
– To są zasady z zupełnie innej epoki – rzekł John. – Dzisiaj wszyscy mieszkają ze sobą
przed ślubem.
– Ale nie dzieci moich rodziców. Nawet chłopcy nie mogą o tym marzyć!
PoniewaŜ Salty i Felicja byli dokładnie tacy sami, John nie powinien właściwie
dyskutować, nie mógł się jednak powstrzymać.
– Jesteś dorosła. MoŜesz robić, co chcesz – spróbował po raz nie wiadomo który.
– Chcesz pojechać do mojego domu i połoŜyć się ze mną do łóŜka? – spytała Margot. –
Tata jest od ciebie silniejszy, a Sam i Phil wciąŜ jeszcze są w domu.
– Jesteś paskudna, wiesz o tym?
Margot zupełnie się tym nie przejęła, poklepał więc ją po pupie i stwierdził, Ŝe
przydałaby się jej twarda, męska ręka.
– Naprawdę? – zainteresowała się Margot. – Gdzie? John spojrzał w niebo i jęknął.
Choć była dopiero trzecia po południu, kiedy Margot odjechała, John miał wraŜenie, Ŝe
słońce zaszło.
– BoŜe, chroń mnie od kobiet – skomentował z rozbawieniem Lemon.
John tylko westchnął.
Hunter, oczywiście, musiał zapoznać się z mieszkającymi w posiadłości psami. Ich
przywódcą był Dutch. A poniewaŜ Hunterowi wcale nie zaleŜało na rządzeniu, wszystko
zostało po staremu.
Był lipiec i w posiadłości Lemona odbywał się doroczny letni turniej brydŜowy. Komitet
organizacyjny wybrał jego dom, bo w okolicy niewiele było miejsc, w których zmieścić się
mogło tyle osób. Na dodatek Lemon zatrudniał u siebie liczną słuŜbę.
Posiadłość leŜała na odludziu, goście więc musieli nocować na miejscu. Był to weekend
brydŜa sportowego, ale i rozrywek, zabawy i wystawnych posiłków.
Jako gorliwi brydŜyści, Lemon i John znali prawie wszystkich gości. Zdziwiła ich tylko
obecność jednego z nich. Nie, nie Priscilli, znanej jako Lucilla. Jej akurat się spodziewali.
Wszyscy juŜ wiedzieli, Ŝe interesuje się Lemonem i Ŝe nie ma to nic wspólnego z brydŜem.
Lemon po prostu jej unikał.
Kiedy zjawiła się Beatrice, Lemon akurat schodził po schodach do głównego holu. Od
razu pomyślał, Ŝe to ona powinna schodzić, kiedy w drzwiach pojawiłby się on. Kim jest?
Lemon natychmiast stworzył sobie tarczę obronną. Stała się ona jeszcze grubsza, kiedy z
biblioteki wyszła Lucilla i wesoło przywitała się z nowo przybyłą.
A więc to ktoś podobny do Lucilli? Jakaś kolejna czarownica – sprytna, cudowna i
niebezpieczna? Lemon postanowił być ostroŜny. Przybrał uprzejmy, ale nie nazbyt serdeczny
wyraz twarzy.
– Jestem tu gospodarzem – zwrócił się do Beatrice. – Nazywam się...
Jej głos był cudownie miękki i delikatny. Dokończyła za niego.
– Lemon Covington. Miło mi cię poznać.
– Na górze na ścianie wisi mapka, na której zobaczysz, gdzie będziesz...
– Ja jej wszystko pokaŜę, kochanie – przerwała mu Lucilla.
Zrobiła to celowo, by zaznaczyć, Ŝe czuje się tu gospodynią.
– Nie będzie miała z tym trudności, tak samo jak ty – rzekł, obrzucając ją chłodnym
spojrzeniem.
Chciał przez to powiedzieć, Ŝe Lucilla teŜ powinna odszukać na mapce swój pokój.
– Tymi schodami na górę i w lewo – zwrócił się do nowo przybyłej. – Wszystkie pokoje
dla gości są zaznaczone. Czy mogę ci Ŝyczyć samych asów i króli?
– Dziękuję – powiedziała z uśmiechem Beatrice.
– Pod mapką są wyjaśnienia dotyczące znaczenia gongów – dodał. – Nie reaguj na Ŝadne
inne dźwięki. Przeznaczone są dla słuŜby w przypadku jakichś kłopotów. W razie poŜaru
włączy się alarm. Wszystko jest wyjaśnione na tablicy. śyczę ci przyjemnego pobytu –
zakończył i zostawił je same.
Jaka szkoda, Ŝe Lucilla jest taką wspaniałą brydŜystką, pomyślał. Beatrice... A czemuŜ to
o niej myśli? Postanowił nie brać udziału w grze. Nie miał ochoty na taki maraton. W
dogrywce na pewno miałby za partnerkę Lucillę, a jej przede wszystkim powinien unikać.
Był gospodarzem całej imprezy, bo miał duŜy dom. To jedyny powód. Plus posiadanie
licznej słuŜby. Choć wiedział, Ŝe jest wykorzystywany, wcale mu to nie przeszkadzało. Lubił
towarzystwo. Szkoda tylko, Ŝe nie miał Ŝadnego wpływu na działalność komitetu
organizacyjnego.
Ruszył ku bibliotece, ale kiedy usłyszał głos wołającej go Lucilli, skręcił w bok i zniknął.
Dom Lemona był wymarzonym miejscem do zabawy. Było w nim mnóstwo schowków,
zakamarków i pomieszczeń o dwóch wyjściach. Ci, którzy dawno temu go budowali, mieli
najwyraźniej duŜe poczucie humoru.
Albo teŜ duŜo niesfornych dzieci, które w brzydką pogodę nie wiedziały, co ze sobą
zrobić, więc rodzice musieli jakoś się od nich izolować.
Lemon postanowił unikać towarzystwa. W końcu to tylko trzy dni. Jakoś sobie poradzi.
Ostatecznie moŜe nawet spać w stajni.
CzyŜby nie lubił przesadnie hałaśliwych gości? Ma przecieŜ prawie trzydzieści sześć lat.
Zbyt długo pozostaje w stanie kawalerskim. No, nie jest z nim tak źle. Nie narzeka na brak
formy.
Szybkim, zdecydowanym krokiem szedł przez pokoje, naśladując pewne siebie ruchy
swego nowego psa. Jaki uprzejmy i tolerancyjny był Hunter wobec domowej sfory! Uznał
przywództwo Dutcha, ale i zaznaczył swoją pozycję.
Lemon wyszedł na dwór i ruszył ku stajni. Wkrótce u jego boku pojawił się Hunter. Jak
go znalazł? CzyŜby tak szybko zadomowił się w nowym miejscu? Ciekawe.
A dlaczego on sam opuszcza swój własny dom? Dzięki Bogu, zostali tam John i Margot,
którzy znakomicie zajmą się gośćmi.
Po dłuŜszym spacerze w towarzystwie psa Lemon uznał, Ŝe moŜe juŜ wracać do domu.
Wszedł na górę i otworzył drzwi do swego pokoju. Kiedy w domu było tyle ludzi, Lemon
zamykał drzwi na klucz. Doradził mu to wiele lat temu ojciec, a Lemon uznał, Ŝe jest to
bardzo rozsądne. Kobiety nie są jedynymi słabymi istotami na świecie. Jak twierdził ojciec,
Ŝ
aden męŜczyzna nie lubi, gdy kobieta go zaskakuje. Lemon wszedł do środka, wpuścił psa i
zamknął za sobą drzwi na klucz.
Pies stanął na środku pokoju i rozejrzał się dokoła.
Co zobaczył? DuŜo cennych, starych mebli. Jeden z nich przetrwał nawet najazd
Komanczów.
Kilka sztuk przybyło wraz z przodkami Lemona z Europy. Wśród nich solidna, niemiecka
komoda i mniejsza, bogato rzeźbiona, holenderska.
Patrząc na te meble, Lemon uświadomił sobie ze smutkiem, Ŝe jest ostatni z rodu. Z całej,
bardzo kiedyś licznej, rodziny pozostał tylko on i jego kuzyn Pots, mieszkający w San
Antonio.
Pots był wysoki, dobrze zbudowany, inteligentny. Często udawał głupiego, ale była to
tylko gra. W ten sposób testował ludzi. Był przystojny i, o dziwo, nieŜonaty. To dlatego, Ŝe
jego ukochana, Becky, zginęła podczas swego pierwszego samotnego lotu.
Był o cztery lata starszy od Lemona i równie obojętny na wdzięki kobiet.
PoniewaŜ w domu Lemona znajdowały się akurat dwie szukające zdobyczy kobiety,
Lemon uznał, Ŝe Pots powinien dzielić z nim niebezpieczeństwo. Wystukał numer telefonu
kuzyna.
– No? – Pots zawsze w ten sposób zaczynał rozmowę.
– Mówi Lemon... – zaczął. – Dzwonię, Ŝeby zaprosić cię na weekend. Komitet postanowił
zorganizować u mnie turniej brydŜowy. Nie wszyscy są maniakami brydŜa, będą więc szukać
innych rozrywek. Mam na myśli kobiety. Mógłbyś wpaść i rozejrzeć się. Lucilla i kilka
innych ślicznotek juŜ jest na miejscu. Co ty na to?
– Znowu na ciebie poluje – zauwaŜył Pots.
– Kto? – spytał z udawanym zaciekawieniem Lemon.
– Lucilla – odparł Pots. – Rzuciła Johna, Ŝeby zająć się tobą.
– Bzdura. Jesteś wobec niej bardzo niesprawiedliwy.
– I kogo ty chcesz nabrać? Mnie, skromnego, biednego Teksańczyka?
– Wcale nie. Przyjedź. Mama mówi, Ŝe jeśli chcę mieć spokój, powinienem cię oŜenić.
Jesteś ostatni z rodu.
– Ty teŜ. Planujesz ś-ś-ś-ślub?
Pots zawsze w ten sposób wymawiał to słowo, bo był na nie uczulony.
– Nie ma mowy, stary. śyję sobie sam, wolny i swobodny, przynajmniej przez większość
czasu.
– To czemu chcesz mnie wrobić? Co ja ci takiego zrobiłem?
– Nasi rodzice są kuzynami, tak? Ty jesteś starszy. OŜeń się i postaraj się o dzieci.
– Jak moŜesz tak mówić do młodego, niedoświadczonego męŜczyzny? Nawet nie wiem,
jak się to robi.
– OŜeń się.
– Z Lucillą? JuŜ tak długo poluje na męŜa, Ŝe pewnie nawet nie nadaje się do małŜeństwa.
– Nie bądź tchórzem. Spełnij swój obowiązek.
– Niech ci będzie, przyjadę. Ale niczego nie obiecuję, nie ma mowy.
– Twoja mama będzie zachwycona, Ŝe chociaŜ spróbowałeś – zapewnił go Lemon. –
PrzyjeŜdŜaj natychmiast. Czeka na ciebie znakomita, stara whisky.
– Jadę! – krzyknął Pots i odłoŜył słuchawkę.
W towarzystwie Potsa Lemon będzie miał więcej swobody. Pots lubi flirtować. Nic
powaŜnego, tylko odrobinę. Lemon spojrzał na zegarek. Da Potsowi... dokładnie... godzinę i
trzydzieści pięć minut. Kuzyn wyląduje na polnej drodze na skraju posiadłości, potem
podjedzie przed dom. Zawsze tak robi. Nie znosi dŜipów i ma wstręt do koni.
Lemon postanowił więc sprzedać Potsowi swego ogiera, z którym tylko Lucilla umie
sobie poradzić. Albo... jeśli Pots przekona się do Lucilli, dostanie go w prezencie ślubnym.
Lemon udał się na poszukiwanie Lucilli. Znalazł ją rozmawiającą z Beatrice. Lucilla
zauwaŜyła go pierwsza i obrzuciła dziwnym spojrzeniem. Beatrice zorientowała się, Ŝe ktoś
nadchodzi, i teŜ odwróciła głowę. Spojrzenie, jakim go obdarzyła, było dokładnie takie samo,
jak Lucilli.
Co mu to przypomina? Gdzieś, kiedyś juŜ widział takie spojrzenie.
– Mój kuzyn, Pots, przyjeŜdŜa – poinformował Lucillę.
Czy ucieszyła się? Nie. Przechyliła głowę i znacząco opuściła powieki. Wiedziała, Ŝe
Lemon stchórzył i wezwał Potsa na pomoc. Wiedziała. Beatrice pewnie... teŜ. Było w jej
twarzy coś dziwnego.
Obie kobiety przypominały mu wilki obserwujące jagnięta.
Lemon przeprosił panie i wmieszał się w tłum przyszłych graczy. Witał wesoło
przyjaciół, kiwał głową znajomym. Wśród gości byli zarówno brydŜyści, jak i tacy, którzy
szukali innych rozrywek.
Lemon znał prawie wszystkich, bo towarzystwo spotykało się co najmniej trzy razy w
roku. Miał nadzieję, Ŝe zjawi się ktoś nowy, oczywiście płci Ŝeńskiej.
Znowu był rozczarowany. Spośród obecnych podobała mu się właściwie tylko Margot,
która unikała go nawet wtedy, kiedy John przez dwa lata uganiał się za Lucillą.
Minęła juŜ godzina i trzydzieści pięć minut, czas, który dał Potsowi, Lemon wyszedł więc
na dwór. W samą porę. WzdłuŜ płotu szedł Pots... ale nie sam.
Obok niego szedł ktoś niŜszy i jeszcze szczuplejszy. Pots dostosowywał swe kroki do
tempa towarzyszącej mu osoby. Nigdy nie był taki uprzejmy. Kto to jest? śeby tylko umiała
grać w brydŜa.
Jeśli nie umie, zajmie się Potsem, a wtedy Lemon znajdzie się w szponach Lucilli...
ROZDZIAŁ DRUGI
– Cześć, kuzynku – zawołał Pots, zbliŜając się do Lemona.
– No, jesteś nareszcie. Wygląda na to, Ŝe niezbyt się spieszyłeś – skarcił go Lemon.
Mówił, co prawda, do Potsa, ale nie spuszczał wzroku z towarzyszącej mu kobiety. Skąd
kuzyn wytrzasnął coś tak cudownego?
Ze zdziwieniem spojrzał na dwóch swych pracowników, dźwigających walizki Potsa.
– BagaŜ? Myślałem, Ŝe zwykle podróŜujesz tylko ze zmianą bielizny i brzytwą.
– PrzecieŜ pamiętasz, Ŝe nasi ojcowie uczyli nas, byśmy na wszelki wypadek zawsze
mieli spakowaną walizkę. Zadzwoniłeś i kazałeś mi natychmiast przyjeŜdŜać. Więc ja,
najlepszy kuzyn, jakiego masz, chwyciłem mą awaryjną walizkę i oto jestem.
– Jak długo u mnie zostaniesz?
– Zrozumiałem, Ŝe potrzebujesz przyzwoitki. Jesteś taki delikatny. Musisz mieć jakieś
wsparcie. To cudo obok mnie to Renata Gunther. Jest pełnoletnia, ale równie skomplikowana,
jak jej nazwisko. Nie mogę jej rozgryźć, szczególnie...
– Daj sobie spokój – przerwała mu dziewczyna i wyciągnęła rękę do Lemona. – Miło mi
cię poznać. DuŜo o tobie słyszałam.
Lemon spojrzał w jej przejrzyste, przepastne oczy i trochę się speszył. Uświadomił sobie
jednak, jak bardzo jest fascynująca.
– Dobrze czy źle?
Renata wzruszyła ramionami.
– I tak, i tak – odparła.
Lemon kiwnął głową. Czuł, Ŝe ogarnia go coś dziwnego. Zmarszczył brwi i spojrzał na
kuzyna.
Na twarzy Potsa malowało się wyraźne zadowolenie.
Lemon znowu spojrzał na stojącą przed nim nimfę. Choć Pots powiedział, Ŝe jest
pełnoletnia, nie mogła mieć jeszcze dwudziestu lat. Jej ciało było szczupłe i bardzo kobiece.
Taki „ chłopak ze wsi”, jak on, mógł się jej przestraszyć.
– Jak to się stało, Ŝe przyjechałeś? – zwrócił się Lemon do kuzyna.
– Zaprosiłeś mnie. Lemon zmarszczył brwi.
– Nie pamiętam, Ŝebym wysyłał ci zaproszenie – rzekł z wahaniem. – To w gruncie
rzeczy wcale nie jest moja impreza.
– Improwizowałem – odparł rozbawiony Pots. – Mój pokój jest wciąŜ wolny, czy juŜ go
wynająłeś?
– Jest wolny – odparł, potem, wbrew własnej woli, spojrzał znów na dziewczynę.
– Masz łóŜko dla mojej przyjaciółki? Bo chyba nie zgodzisz się, by spała razem ze mną?
Lemon i Renata równocześnie wydali pełne oburzenia okrzyki.
– Pots zachowuje się, jakby miał dziewięćdziesiąt lat, mógł powiedzieć wszystko i
jeszcze wydawać się oryginalny – zwróciła się do Lemona Renata.
– ZauwaŜyłem – odparł Lemon. Pots wybuchnął śmiechem.
– Dziękuję wam, chłopcy – rzekł Lemon, biorąc od pomocników walizki. – Do domu juŜ
sam je wniosę.
Renata ostroŜnie wzięła swoją zaprojektowaną przez Verę Bradley miękką i delikatną
walizkę. Pots pozwolił Lemonowi zająć się swoim bagaŜem.
– Skąd masz tę skórzaną? – spytał Lemon. – Coś mi przypomina.
– NaleŜy do mego ojca. Chyba pamiętasz, Ŝe to rodzinny skarb?
– Oddaj ją do muzeum.
– Nie ma za grosz sentymentu – poskarŜył się Renacie Pots. – Za grosz.
Renata najwyraźniej podzielała jego uczucia.
– WciąŜ jeździsz pierwszym autem swego ojca? – spytała. – Słyszałam, Ŝe Ford nadal
produkuje części do tych drogocennych antyków.
Pots zdecydowanym gestem wsunął ręce do kieszeni i rozejrzał się dokoła.
– No, cóŜ, są sentymenty i sentymenty. Ojciec trzyma ten model u siebie w garaŜu, razem
z róŜnymi innymi automobilami. Zainstalował tam specjalny system alarmowy i postawił
straŜ. Ta walizka zaś wciąŜ pełni swoją rolę, a w dodatku nikt nie będzie taki głupi, by kraść
coś tak nieporęcznego.
– Pomyśl o ramionach powyciąganych przez ten cholerny antyk.
– UwaŜaj, co mówisz. Jesteśmy w towarzystwie damy.
– Taak – dodała Renata. – UwaŜaj na swój cholerny język, stary.
Lemon wybuchnął śmiechem.
– Skąd wytrzasnąłeś tego podejrzanie wyglądającego psa? – zainteresował się Pots.
– To bardzo ciekawa historia.
Idąc w kierunku domu, Lemon opowiedział im o tym, jak brat Johna Browna, Tom,
znalazł psa i przez pewien czas go dokarmiał, a potem pies ocalił mu Ŝycie.
– To bardzo mądre zwierzę. Pytali wszędzie w okolicy, ale nikt nie wie, do kogo naleŜał.
– Ja teŜ popytam – rzekł Pots.
– Zrób to, zanim się do niego przywiąŜę. To on postanowił tu zostać.
– MęŜczyzna nie moŜe pozostać obojętny, kiedy przywiązuje się do niego jakieś
stworzenie – skomentował Pots.
– To zaleŜy od tego, kto dokonuje takiego wyboru – rzekł z przekonaniem Lemon.
Pots po raz kolejny pozwolił sobie na wybuch śmiechu. KaŜdy, kto go usłyszał, teŜ
musiał się roześmiać.
Weszli do domu i przedzierając, się przez tłum, witali z gośćmi. Przedstawiali im Renatę,
którą szczególnie zainteresowali się męŜczyźni. Znalazło się wielu chętnych do dźwigania jej
walizki.
Renata znowu wyjaśniła, Ŝe to wyrób Very Bradley i Ŝe nikt nie moŜe jej dotykać. Nie
wspomniała, Ŝe Lemon niesie juŜ tę większą. Był gospodarzem i dlatego nie podlegał krytyce.
Na górze, na ścianie po lewej, Lemon, Pots i Renata przyjrzeli się mapce i odszukali
pokoje przeznaczone dla dwójki nowo przybyłych. Gości było ponad pięćdziesięciu i tylko
niewielu miało samodzielne pokoje. Mały, pojedynczy pokój Renaty znajdował się
naprzeciwko pokoju Lemona. Gospodarz nie wspomniał o tym, ale Pots wiedział swoje.
– Masz być grzeczny. Słyszysz? – rzekł groźnie.
Lemon spojrzał na niego bez niepokoju. Nie miał zamiaru flirtować z Ŝadną kobietą.
Chodziło mu tylko o to, by przeŜyć jakoś ten weekend i nie poddać się zachłannym
damulkom.
Zastanawiał się, czy byłby tak samo interesujący dla kobiet, gdyby nie miał tych
wszystkich rzeczy, które odziedziczył lub dostał od swych bezdzietnych krewnych. Czy
tropiłyby go tak samo, gdyby był sam na świecie, bez Ŝadnych środków do Ŝycia? Nie. Bez
tych nabytych bogactw i nieruchomości byłby tylko zwyczajnym człowiekiem. KaŜda
kobieta, pragnąca usidlić Lemona, interesowała się w gruncie rzeczy jego majątkiem i
pozycją.
Przy Potsie Lemon nie czuł tego całego napięcia. Kuzyn był taki towarzyski i
bezpretensjonalny, Ŝe ludzie nie zdawali sobie sprawy, Ŝe to on wszystkim rządzi. Miał do
tego prawdziwy talent.
Lemon zaś miał talent organizacyjny. Umiał przewidzieć, załagodzić i rozwiązać kaŜdy
ewentualny problem. ZauwaŜał potrzeby ludzi i starał sieje zaspokoić.
Pots zaś umiejętnie manipulował ludźmi. Przyjrzawszy się tłumowi brydŜystów,
zadzwonił do pewnego człowieka i kazał mu natychmiast przyjechać. Potem radośnie
domagał się umieszczenia na planszy trzech dodatkowych nazwisk... wiedząc doskonale, Ŝe
opóźni to rozpoczęcie gry na tyle, by jego przyjaciel zdąŜył przyjechać.
Opóźnienie zostało, przyjęte prawie bez sprzeciwu, co znakomicie świadczyło o talencie
Potsa. Nikt właściwie nie protestował.
Lemon obserwował kuzyna, Ŝałując, Ŝe nie ma odrobiny jego genów.
TuŜ przed obiadem w duŜej sali na dole zjawiła się Renata. Miała na sobie powiewną
popołudniową suknię w róŜnych odcieniach brązu, znakomicie podkreślających karnację jej
skóry.
Lemon podszedł do niej, przedzierając się przez czekający na obiad tłum gości.
– Będzie to weekend całkowicie poświęcony intensywnej grze w brydŜa – powiedział. –
MoŜe więc powinnaś wrócić do domu?
– Mam zamiar grać – odparła spokojnie.
– Potrafisz? – zdziwił się Lemon.
– Oczywiście.
Odwróciła się od niego i patrzyła na twarze rozmawiających ludzi.
CzyŜby kogoś szukała? CzyŜby szukała... Potsa? Stał tuŜ obok. Był duszą całego
zgromadzenia. A więc Renata nie szuka Potsa. Kogo zatem?
W pokoju zjawił się Hunter i snuł się wśród gości, strasząc niektóre kobiety. Nie był na
pewno pieszczoszkiem. Podjął najwyraźniej decyzję, bo podszedł do Renaty. Co za głupiec z
niego. Nie zachwycała się nim i nie przywoływała do siebie jak inni. Bezwiednym gestem
połoŜyła mu tylko rękę na łbie.
Lemon przyglądał się tej ręce i marzył, by spoczęła na jego głowie. Dlaczego? Dlaczego
coś takiego przyszło mu na myśl? Poszukał wzrokiem Lucilli i zobaczył, Ŝe rozmawia z
jakimś męŜczyzną. Widok tej damskiej pułapki na męŜczyzn wzmocnił jeszcze jego
postanowienie.
ś
yczył Renacie powodzenia, ale nie potrafił odejść. Nie miał teŜ najmniejszej ochoty
przedstawiać jej komukolwiek. Dlaczego?
Chciał, by była z nim sam na sam i znała tylko jego.
AŜ nie mógł w to uwierzyć. PrzecieŜ to głupie. Spojrzał na nią wrogo i zobaczył uroczą,
piękną i bardzo młodą dziewczynę.
– Ile masz lat? – spytał.
– Wydawało mi się, Ŝe męŜczyźni nie powinni zadawać takich pytań damom.
– To mój dom. Muszę wiedzieć, czy jesteś pełnoletnia.
– Jestem.
Wzrokiem dała mu wyraźnie do zrozumienia, Ŝe chce, by odszedł. Odsunęła się nawet, by
podkreślić to polecenie. Nie była to, co prawda, niegrzeczna, ale za to bardzo wyraźna
odprawa. Chciała, Ŝeby zostawił ją samą.
Lemon stał w milczeniu i zastanawiał się, jak ma to zrobić. Czuł, Ŝe musi jej strzec.
Strzec? Tutaj? Coś z nim jest chyba nie tak.
Spojrzał na Huntera, jakby wyczuwał w nim konkurenta. CzyŜby chciał, jak on, opaść na
cztery łapy, by Renata połoŜyła rękę na jego głowie? Oczywiście, Ŝe nie.
Czuł, jak natrętne myśli kłębią się w jego mózgu. Skąd się tam wzięły i co z nich
wyniknie?
Rozejrzał się po pokoju i napotkał rozbawione spojrzenie kuzyna. Spuścił wzrok i
przybrał obojętny wyraz twarzy.
Mijający go ludzie mówili coś do niego, ale on kiwał tylko lekko głową, nie zachęcając
nikogo do rozmowy. Goście jednak przystawali i rozmawiali z Renatą. PoniewaŜ gospodarz
nawet o tym nie pomyślał, musiała przedstawiać się sama. Wśród zatrzymujących się
przewaŜali męŜczyźni.
Lemon wyciągnął rękę i chwycił ją za ramię. Nie poddała mu się, lecz stawiła wyraźny
opór. Choć było mu głupio, nie puścił jej, lecz mamrocząc „wybaczcie nam”, pociągnął ją za
sobą, jakby byli parą i dokądś się razem wybierali.
Uprzejmie, lecz zdecydowanie wyprowadził ją do korytarza, ciągnącego się przez cały
dom, od sali balowej, gdzie rozstawiono stoliki do brydŜa, po bibliotekę.
Renata milczała. Lemon takŜe. Za nimi dreptał Hunter. Lemon zwolnił nieco, by Renata
nie musiała biec.
– Wcale nie chciałam wychodzić – powiedziała.
– Wiem – odparł.
– Skoro wiesz, to czemu mnie wyciągnąłeś?
– Sam nie wiem – odparł szczerze.
Obrzucił ją łagodnym spojrzeniem i nie zwalniając uścisku, pociągnął za sobą.
– Chciałam porozmawiać z moim pierwszym partnerem – powiedziała, próbując
rozewrzeć zaciśnięte na swym ramieniu palce Lemona. – Ledwo zdąŜył mi się przedstawić.
– Przebija asy.
– Słyszałam o jego grze i wiem, Ŝe niczego takiego nie robi!
– A jak ja gram? – spytał.
– Całkiem nieźle, ale do mistrzostwa ci daleko. Lemon nie wiedział, czy to dobrze, czy
ź
le.
– Dokąd idziemy? – spytała. Przynajmniej nie wołała o pomoc.
– Do biblioteki. Chcę, Ŝebyś zobaczyła obraz przedstawiający Adama i Ewę.
– Widziałam juŜ niejeden taki obraz. Nadzy ludzie rzadko mnie interesują.
– A jacy ci się podobają?
– Na przykład moja kuzynka. Uwielbiam ją rysować.
– Rysujesz akty?
– Oczywiście.
– Czyje? – spytał z rozdraŜnieniem.
– Modeli. Moja kuzynka...
– A mnie byś narysowała?
– Nie.
– Dlaczego? – Lemon poczuł się uraŜony. – Mam niezłe ciało.
– Nie rysuję nagich męŜczyzn nie wynajętych przez szkołę sztuk plastycznych.
– Jesteś jeszcze w szkole?
– Zrobiłam magisterium z zarządzania, a kurs rysowania zaczęłam dla własnej
przyjemności. Artyści nie mają łatwego Ŝycia. Biznes to zajęcie lukratywne. Sztuka rzadko.
Pieniądze przychodzą zazwyczaj dopiero po śmierci artysty, kiedy nie moŜe juŜ z nich
korzystać. Ale czy to w ogóle twoja sprawa? – spytała tak, jak czasem dorośli pytają dzieci.
Lemon nadal musiał ciągnąć ją za sobą, a ona nadal stawiała opór.
– Dlaczego stamtąd wyszliśmy? – spytała.
– Nie wiem.
Myślał jednak o tym, Ŝe podczas minionego sylwestra Margot zamknęła Johna w
bibliotece i Ŝe jej plan się udał. Dlaczego więc nie zamknąć się tam razem z Renatą?
Dlaczego w ogóle się nad tym zastanawia? PrzecieŜ to szaleństwo. Margot znała Johna od
dwóch lat. On zaś tę dziewczynę poznał dopiero przed chwilą. Przystanął, spojrzał na nią i
uznał, Ŝe szaleństwo to nie taka zła rzecz.
– Pots nigdy nie wspominał, Ŝe jest coś z tobą nie tak. UwaŜa cię za zrównowaŜonego,
normalnego człowieka, a nie kogoś, kto bez Ŝadnego powodu ciągnie kobietę przez cały
korytarz, z dala od pozostałych gości.
Lemon kiwał głową, słuchał i patrzył na Renatę. Cały czas towarzyszył im Hunter.
Przysiadł teraz i wpatrywał się w nich jakby uśmiechnięty – z otwartym pyskiem i
zwisającym językiem. Jego zdaniem Lemon był niezrównowaŜony. Nie niebezpieczny, lecz
raczej zabawny.
Lemon rozluźnił uścisk i puścił ramię Renaty.
Dziewczyna dotknęła uwolnionego ramienia. Masowała i je, by przywrócić krąŜenie.
Uznała Lemona za niezrównowaŜonego. Za kogoś, kogo naleŜy unikać.
– Chyba wrócę do Potsa – powiedziała.
– Nie zrobię ci krzywdy – zapewnił ją Lemon.
– Wiem – odparła.
– Nie obejrzałaś jeszcze Adama i Ewy.
– Obejrzę innym razem. Chcę odnaleźć mego pierwszego partnera. Musimy porozmawiać
i uzgodnić sygnały.
– Sygnały?
– Do brydŜa. Jeśli zmienię pozycję i skrzyŜuję nogi, ma jzagrać w kiery.
– To bardzo podstępne i niegodziwe – zauwaŜył Lemon i zmarszczył brwi.
– Takie sygnały?
– KrzyŜowanie nóg dla innego męŜczyzny – odparł z powagą.
Renata przez chwilę rozwaŜała jego słowa.
Lemon w myślach prowadził rozmowę z samym sobą. Była to dziwaczna rozmowa. Na
miłość boską, mówił jego mózg, przecieŜ ta dziewczyna ma prawo krzyŜować nogi – pod
stołem – jako sygnał brydŜowy! To lubieŜne! odpowiadał sobie natychmiast.
– Pots mówił, Ŝe jesteś najbardziej zrównowaŜonym człowiekiem, jakiego zna –
powiedziała Renata. – Ciekawe wobec tego, jacy są ci pozostali jego znajomi, prawda? –
dodała i odwróciła się, by odejść.
– Nie odchodź.
– Jeśli o mnie chodzi, nie ma mowy o Ŝadnym romansie ani o małŜeństwie – powiedziała
stanowczo. – Zostaw mnie w spokoju.
– Wcale o tym nie... – zaczął, ale nie dokończył.
– To dobrze. Dzięki za wycieczkę – dodała znacząco, odwróciła się i odeszła.
Lemon spojrzał na Huntera. Nawet pies wiedział, Ŝe zachował się jak idiota.
Czy powinien wstąpić do Legii Cudzoziemskiej? Nie. Jakoś przeŜyje ten weekend i swoją
klęskę. Dlaczego tak się zachował? To zupełnie do niego niepodobne! Musi być
ostroŜniejszy. Musi jeszcze raz przyjrzeć się Beatrice.
Dlaczego Beatrice, którą dopiero niedawno poznał, a nie Lucilli, tak bardzo chętnej?
Lucilla go przeraŜa. Naprawdę. To przez nią tak się zachował wobec nieznajomej. Nie. Te
nieudane zaloty do Renaty to wyłącznie jego własna wina. śeby trzydziestopięcioletni
męŜczyzna zachowywał się jak trzynastoletni Ŝółtodziób...
Kręcąc głową, Lemon przechadzał się po holu. Hunter teŜ kręcił głową, bo nie spuszczał
z niego wzroku.
– śałujesz, Ŝe nie wróciłeś z Tomem? – spytał go Lemon. Pies szczeknął. Raz, ale za to z
rozbawieniem.
Najwyraźniej bardzo dobrze zrozumiał pytanie Lemona.
Jak to dobrze, Ŝe Hunter nie mówi i nie rozpowie wszystkim dokoła o jego poraŜce. AleŜ
by to była sensacyjna plotka! Spokojny, stary Lemon Covington zachował się wobec kobiety
jak sztubak.
– Daj mi jeszcze jedną szansę – zwrócił się do psa. Zwierzę podrapało się za uchem.
Powstrzymało się od komentarza, bo i co by tu moŜna powiedzieć?
– Naprawdę jestem dorosły – przekonywał go dalej Lemon.
Pies machnął ogonem i wyciągnął się na cennym perskim dywanie. UwaŜał to
najwyraźniej za swój przywilej.
– Nie ma sposobu, byś rozpuścił tę plotkę. Nie moŜesz mnie szantaŜować. Zachowuj się
kulturalnie. Złaź z tego dywanu.
Pies przetoczył się na bok i ziewnął. Potem wstał, przeciągnął się i zszedł z dywanu.
– Rozmawiasz z psami?
Z bocznego korytarza wyłoniła się Lucilla. Co ona tam robiła?
– Zwiedzałaś moją siedzibę? – spytał Lemon.
– To naprawdę wspaniały dom.
Lemon spojrzał na nią chłodno. Nigdy jej nie wybaczy, Ŝe wykorzystała i skrzywdziła
Johna.
– Powinieneś zorganizować zabawę w chowanego. Tyle tu wspaniałych zakamarków.
Doprowadzała go do wściekłości. Patrzył na nią gniewnie, nie odpowiadał i nie zachęcał
do rozmowy.
Prawdę mówiąc, Lucilla nie zrobiła niczego złego. Zaciekawił ją jego dom i po prostu go
sobie oglądała. Było to trochę wścibskie, ale takie juŜ są kobiety.
A poza tym Lucilla, jak nikt inny, potrafiła jeździć na jego ogierze. Była ponętna dla
męŜczyzn. Nie dla Lemona, ale dla większości pozostałych: tak. Wyzwolenie się spod jej
uroku zabrało Johnowi Brownowi dwa lata. Porzuciła Johna, a teraz próbuje zastawić sidła na
Lemona.
Podeszła do niego i połoŜyła mu rękę na piersi. Lemon zesztywniał, a pies szczeknął
ostrzegawczo!
– Widzisz, męŜczyzna, a nie dał się omotać. Niesamowite – skomentował jej poczynania
Lemon i trochę się odsunął.
– Ale tylko jeden – nie dała się zbić z tropu Lucilla.
– No, tak, nie moŜna zdobyć kaŜdego.
– A co trzeba zrobić, Ŝeby zdobyć ciebie?
– Nie jestem nagrodą, którą moŜna zdobyć – odparł z powagą Lemon.
Lucilla uśmiechnęła się. Wcale nie zdziwiła jej jego odpowiedź.
– Nie zwlekaj zbyt długo z dokonaniem wyboru.
– CzyŜby był jakiś limit czasowy?
– Rynek się kurczy. – Lucilla w wystudiowany sposób wzruszyła ramionami. KaŜdy
musiał zauwaŜyć ruch jej piersi pod delikatną materią sukni. – Wybór jest istotnie coraz
mniejszy. Straciłam prawie dwa lata na Johna.
– Nigdy ci na Johnie nie zaleŜało.
– Bardzo go lubiłam.
– Nieprawda. Wykorzystałaś go.
– MoŜe masz rację – odparła po chwili. – To był wielki . błąd, Ŝe pozwoliłam mu na... tę
bliskość.
– Dałaś w gruncie rzeczy dobrą nauczkę Johnowi i wielu innym męŜczyznom, którzy
kiedykolwiek do ciebie wzdychali.
– A tobie?
– Nie.
– Zawsze marzyłam, by z tobą spróbować.
– To brzmi bardzo zachęcająco, ale zimna z ciebie kobieta.
– Skąd wiesz?
– MęŜczyźni mówią sobie róŜne rzeczy.
– John?
– Nie. Nie John. Jeśli go podejrzewasz, to najlepszy dowód, jak bardzo jesteś samolubna.
Był wobec ciebie bardzo lojalny, Priscillo.
– Mam na imię Lucilla – przypomniała mu delikatnie.
– To bardzo wytworne imię. Imię dla kobiety eleganckiej. Nie pasuje do ciebie. Dlaczego
nie potrafisz być elegancka?
– Czemu jesteś wobec mnie taki krytyczny?
– Chyba dlatego, Ŝe interesuje mnie, co się z tobą stanie.
– Lubisz mnie? – Uśmiechnęła się leciutko.
– Podziwiam twoją odwagę. Nikt tak jak ty nie potrafi radzić sobie z moim ogierem.
Gdybyś była klaczą, na pewno by cię pokrył.
– Wy, męŜczyźni, tylko o tym myślicie.
– MoŜe i tak. Skoro jesteś taka zimna, to czemu nie zwrócisz się gdzieś po pomoc, Ŝebyś
mogła naprawdę cieszyć się seksem?
– Czemu ty mi nie pomoŜesz?
– Nie poŜądam ciebie.
– Podobno męŜczyźni twierdzą, Ŝe w nocy wszystkie koty są czarne.
– Niektórym męŜczyznom rzeczywiście jest wszystko jedno, ale są i tacy, którzy, by to
robić, muszą kobietę kochać, i to z wzajemnością.
– Mogłabym cię pokochać, Lemon.
– Straciłem cały majątek przez nie przemyślaną transakcję – skłamał. – Spytaj Johna. Idź
i spytaj go. On ci powie prawdę. Jestem spłukany. Ten dom i wszystko, co mam, pójdzie pod
młotek.
Jej zdziwienie było aŜ nadto wyraźne. Zdobyła się jednak na odrobinę współczucia.
– Tak mi przykro.
Komu tak naprawdę współczuje? Jemu czy sobie?
– Nie mam Ŝadnych zobowiązań – uspokoił ją. – Jakoś dam sobie radę. Szkoda mi będzie
tego domu. Od prawie trzystu lat naleŜy do mojej rodziny. MoŜe uda mi się ocalić kilka
akrów ziemi na skraju posiadłości. Jest tam mały, drewniany domek. Chcesz tam ze mną
zamieszkać?
Lucilla była zaskoczona. Kilka razy potrząsnęła głową.
– I beze mnie będziesz miał dość kłopotów. Czy mogę ci jakoś pomóc? Mam naszyjnik,
za który moŜna sporo dostać.
– Dam ci w zamian ogiera.
– Dziękuję, ale go nie chcę. Jeździłam na nim tylko dlatego, Ŝe uwielbiałam nad nim
panować.
– Jak nad męŜczyznami?
– MoŜe – uśmiechnęła się. – Z męŜczyznami jednak nie poradzę sobie za pomocą cugli.
Bardzo przyzwoity z ciebie człowiek, Lemon. Na pewno wszystko odzyskasz. Czy jest jakaś
szansa?
– Nic mi o tym nie wiadomo. Jeśli moŜna będzie ocalić choć część mojego majątku, to
tylko John znajdzie na to sposób. Nie znam nikogo równie zdolnego jak on.
W uśmiechu Lucilli pojawiła się szczypta goryczy.
– John – powtórzyła miękko.
Lemon nie miał najmniejszych wyrzutów sumienia, Ŝe kłamie tak obcesowo. Po raz
pierwszy czuł się przy tej kobiecie bezpieczny.
– Wrócimy do towarzystwa? – spytał.
– Chyba tak. Bardzo mnie zaskoczyło to twoje wyznanie. Jesteś niezwykle dzielny, Ŝe
mimo wszystko zaprosiłeś gości na weekend.
– Moi rodzice na pewno by tego chcieli.
– Czy... ich majątek teŜ jest zagroŜony?
– Mam nadzieję, Ŝe nie.
Po chwili Lucilla zostawiła go samego. Lemon usiadł na starym, bogato rzeźbionym
krześle i czekał. Wiedział, co nastąpi.
Wkrótce pojawił się przed nim John.
– Słyszałem, Ŝe masz kłopoty.
– Lucilla oświadczyła mi się.
– PodwaŜyłeś moje kwalifikacje jako doradcy finansowego.
– AleŜ nie, w ostatniej chwili mnie uratujesz.
– Zaproponowała swój naszyjnik. Powiedziałem, Ŝe to kropla w morzu potrzeb i Ŝe
powinna go zatrzymać. – John spojrzał na Lemona ze smutkiem. – Zapomniała, Ŝe dostała ten
naszyjnik ode mnie.
' – Nie miałem o tym pojęcia – jęknął Lemon. – Tak mi przykro.
– Zawsze wiedziałem, Ŝe niezbyt jej na mnie zaleŜy. Ale tak naprawdę dopiero niedawno
przejrzałem na oczy.
– To dobrze.
– Następnym razem, kiedy jakaś kobieta zastawi na ciebie pułapkę, wymyśl coś innego.
Będę miał mnóstwo roboty, pocieszając twoich przyjaciół i zapewniając wspólników, Ŝe
wszystko jest w porządku.
– Prosiłem ją, Ŝeby nikomu nie powtarzała naszej rozmowy. Przepraszam cię, John, za te
kłopoty. Naprawdę przeraziłem się, kiedy powiedziała, Ŝe chce za mnie wyjść. Nie mogłem
wymyślić nic innego.
ROZDZIAŁ TRZECI
Późnym popołudniem przybył przyjaciel Potsa, Silas Miner. Jego samolot wylądował na
polnej drodze. Silas był zwalistym męŜczyzną po czterdziestce. Miał ciemne włosy,
krzaczaste brwi i ogromne dłonie.
– Widziałem juŜ lepsze lądowiska – mruknął, wysiadając z samolotu.
WłoŜył na głowę kapelusz, palce wsunął w szlufki spodni od garnituru i rozejrzał się
dokoła.
– Ja teŜ się cieszę, Ŝe cię widzę – odparł Pots. – Przyprowadziłem dŜipa, Ŝebyś nie
zabrudził sobie swych pięknych botków. Wiesz, jak nie znoszę dŜipów. Doceń moje
poświęcenie.
SłuŜący Silasa wziął bagaŜe i włoŜył je do auta.
– Jest tu jakiś koń? – zainteresował się Silas.
– O tym dowiesz się później – wyjaśnił Pots i wskazał na czekającego dŜipa.
Silas wsiadł do auta, z tyłu usadowił się jego słuŜący, Pots zasiadł za kierownicą.
Silas rozglądał się dokoła, słuchał wyjaśnień Potsa, podziwiał stan budynków i ziemi.
Kiedy minęli płot, jego oczom ukazał się dom. Piękny, ze znakomitego drewna. Skąd wzięli
tyle drewna w takim gatunku? Mieli pieniądze.
Silas i Pots wysiedli z dŜipa i weszli do domu. SłuŜący Silasa miał zająć się bagaŜem,
znaleźć pokój swego chlebodawcy i zaznajomić się z personelem.
Wewnątrz Silas nadal się rozglądał. Podziwiał meble, obrazy, niewymuszoną elegancję
wystroju.
Kiedy w holu natknęli się na grupę gości, Silas zdjął kapelusz i skinął głową na
powitanie.
– No i o co tu chodzi? – zwrócił się do Potsa. – Która to ta zalotnica?
– Jest oziębła – wyjaśnił Pots. – Będzie zadowolona, Ŝe masz juŜ dzieci. Czasami
łaskawie zgadza się na seks, ale tak naprawdę go nienawidzi. Ma jednak wiele zalet, poradzi
sobie z tobą i twoim gospodarstwem.
– Rozumiem – uśmiechnął się Silas.
– Nie tylko będzie tolerować Margaritę, ale i zgodzi się, by miała pokój w twoim domu i
miejsce przy stole.
– śartujesz. – Uśmiech Silasa stał się jeszcze szerszy. Oczy mu błyszczały.
– Ani trochę. – Pots pokręcił głową. – Jest taka moŜliwość. Muszę ci powiedzieć, Ŝe
Lucilla na pewno namówi Margaritę, by poszła do szkoły, i moŜe czasem weźmie ją na
zakupy.
– No, no.
– Decyzja naleŜy do ciebie. Ja tylko przedstawiam ci sytuację. – Pots wsunął palce pod
pasek spodni i przybrał obojętny wyraz twarzy.
– Wiesz chyba, jak się nazywają ludzie, którzy robią takie rzeczy.
– Ja jestem subtelniejszy i w dodatku nie pobieram Ŝadnych opłat.
Silas uznał, Ŝe pora zmienić temat.
– Zdaje się, Ŝe zaplanowaliście turniej brydŜowy. Ja teŜ gram?
– To brydŜ sportowy. śadnych zakładów.
– O, kurczę. Widzę, Ŝe nie zanosi się na zabawę.
– Hazard szkodzi zdrowiu.
Silas zdusił w ustach przekleństwo, za które jeszcze w wieku lat piętnastu naraziłby się na
umycie twarzy szarym mydłem. ZmruŜył oczy i spojrzał na zalotnicę.
– Muszę się jej bliŜej przyjrzeć – uznał.
– Koniecznie. Poznaj naszego gospodarza – powiedział Pots, kiedy zbliŜył się do nich
Lemon. – Lemon Covington.
– Zdaje się, Ŝe znasz moich rodziców – rzekł, wyciągając rękę, Lemon.
– Próbowałem zaprzyjaźnić się z twoją matką, ale pan Covington jest bardzo samolubny.
– Jest rzeczywiście trochę zaborczy – zgodził się Lemon. – A co mama na to?
– Widzisz tę bliznę?
– To dzieło mego ojca? – uśmiechnął się Lemon.
– Jak najbardziej. Mam nadzieję, Ŝe twój ojciec przejrzy na oczy i pozbędzie się
zazdrości.
– Nie ma mowy. – Lemon poklepał Silasa po ramieniu.
– Zarejestrowałeś się?
– Pots juŜ to załatwił. Kto jest moim pierwszym partnerem?
– Sprawdź na tablicy.
– O, cześć! – zawołał Silas, kiedy zbliŜyła się do nich Renata.
– Nie – ostrzegł go ledwie słyszalnym szeptem Lemon.
– Masz jakiś problem? – zwrócił się do Renaty.
– ZauwaŜyłam pewne zmiany w przydziale partnerów.
– Naprawdę? – zainteresował się Lemon.
– Gram z tobą.
– Zabawne, prawda?
– Wydawało mi się, Ŝe gospodarz nie gra – zauwaŜyła sucho Renata.
– Zjawiło się kilku dodatkowych gości i potrzebny był jeszcze jeden gracz.
– Mhm – skomentowała, przyglądając mu się uwaŜnie. Lemon wziął ją za łokieć i, nie
przedstawiając nawet Silasowi, odprowadził na bok.
– Jakie sygnały będziesz mi dawać? – spytał.
– Nigdy nie daję partnerowi Ŝadnych sygnałów. Gram uczciwie.
– Ale...
– Próbowałam trzymać się od ciebie Ŝ daleka.
– O! – ucieszył się Lemon. W jego oczach malowało się niedowierzanie.
Miała ochotę go kopnąć.
– Przykro mi z powodu twoich kłopotów finansowych – powiedziała zamiast tego. –
Niektórzy z gości gotowi są nawet zapłacić za pobyt. Widzę jednak, Ŝe ta katastrofa wcale cię
nie załamała. To moŜe być dobra okazja, by kontynuować naukę. By...
– Jestem dyslektykiem. Szkoła była dla mnie męczarnią.
– Chodziło o kolory? – spytała autentycznie zainteresowana.
– Skąd wiesz?
– Niektóre oczy wymagają szkieł w specjalnym kolorze, Ŝeby mogły czytać. Jaki był twój
kolor?
– Czerwony.
– Czemu ich nie nosisz, skoro masz zamiar grać w brydŜa?
– Karty jakoś rozpoznaję. Okulary noszę tylko do gry w kości. – UŜywał ich tylko wtedy,
gdy uprawiał hazard.
– śeby ukryć oczy.
Uspokajającym gestem połoŜyła mu swoją małą dłoń na ramieniu.
– Jeśli ktoś moŜe cię uratować, to na pewno John – powiedziała z przekonaniem.
– On teŜ gra?
– Jest twoim doradcą finansowym, a mój adwokat twierdzi, Ŝe jest znakomity. Jestem
pewna, Ŝe go nie posłuchałeś i dlatego wpakowałeś się w te tarapaty.
– Lucilla ci to powiedziała?
– Nie, Mary June. Tak mi przykro. Zwłaszcza Ŝe dowiedziałeś się o tym w czasie
turniejowego weekendu. Czy jesteś w nastroju, Ŝeby... grać w brydŜa?
– Wszystko będzie dobrze – odparł z uśmiechem Lemon. – John Brown to geniusz.
– Chyba rzeczywiście, skoro radzi sobie z takim postrzeleńcem jak ty. Przepraszam, nie
powinnam tak mówić. Masz i bez tego dość kłopotów.
– Lubię mieć z tobą kłopoty.
– Kłopoty? Nie ma we mnie nic takiego, co mogłoby sprawić ci kłopot.
– Jeśli skrzyŜujesz nogi, to mam wyjść w kiery?
– Wielkie nieba. Jak moŜesz pytać! Nie będzie Ŝadnych sygnałów. śadnych. Czy to
jasne?
Lemon kilka razy pokiwał głową, jakby szukał w swym mózgu śladu jakichkolwiek
wątpliwości.
– Nie ma nic bardziej irytującego niŜ męŜczyzna, który udaje, Ŝe jest szczery –
powiedziała.
– AleŜ ja jestem szczery!
– Akurat. – Renata z trudem ukrywała oburzenie. Lemon był zachwycony.
Pojawienie się trojga nowych gości i włączenie się Lemona do gry wymagało dostawienia
dodatkowego stolika, ale opóźnienie było niewielkie. Rozpoczął się turniej i Lemon
zmuszony był grać jak najlepiej, bo chciał, by Renata wygrała. Chwilami zdawała sobie z
tego sprawę i spoglądała na niego z zadowoleniem, a jemu serce topniało. Czy kiedykolwiek
w Ŝyciu zaleŜało mu na czyjejś aprobacie? Całe Ŝycie starał się tylko osiągnąć to, na czym
jemu samemu zaleŜało. Przez długi czas taką sprawą było czytanie. Po prostu czytanie.
Matka bardzo wcześnie przestała się nim zajmować. Dobrych manier nauczył go ojciec,
który był nie tylko silny, ale i potrafił rozumować logicznie.
Logika jest – logiczna. Takie prawdy takŜe. Lemon potrafił zrozumieć, co daje
posłuszeństwo i umiejętność logicznego myślenia.
Ale kiedy juŜ sam przejął kontrolę nad swoim Ŝyciem, skoncentrował się tylko na
własnych przyjemnościach.
Zatrudnienie Johna Browna było kolejną bardzo logiczną decyzją. To, Ŝe oprócz tego
lubił Johna, nie miało nic wspólnego z zaangaŜowaniem go. Gdyby John był skończonym
draniem, Lemon i tak by go zatrudnił, a to dowodziło, jak bardzo John jest kompetentny.
Lemon od tak dawna wiódł Ŝycie w sposób, jaki odpowiadał tylko jemu, Ŝe sam był
zdziwiony, Ŝe stara się sprawić przyjemność jakiejś drugiej osobie. Renacie. Kobiecie.
Dlaczego akurat jej?
Dlaczego jej, zamiast tak bardzo zalotnej Lucilli? Ile czasu musiałby spędzać z Lucillą?
Nawet przyjmując gości, siedzieliby po przeciwnych stronach stołu. Nigdy nie musiałby
wymieniać z nią Ŝadnych mniej lub bardziej znaczących komentarzy. Mieliby oddzielne
sypialnie, inne pory posiłków, rzadkie kontakty. Lucilla posiadałaby własne konto bankowe i
własne auta. W ogóle byliby dla siebie obcy.
I Lemon w końcu zrozumiał dokładnie, czemu silni męŜczyźni Ŝenią się z
nieodpowiednimi partnerkami, zamiast z kimś, kogo kochają i kto odrywałby ich uwagę od
interesów. Zrozumiał teŜ, dlaczego Pots zaprosił Silasa, by poznał Lucillę. Dla Silasa byłaby
idealną Ŝoną. Znakomita gospodyni. Zna wszystkich, wie, co wypada, a co nie.
Lemon był akurat dziadkiem i połoŜył karty na stół, by Renata mogła je dobierać. Nie
odszedł jednak od stołu, by się przejść, ani nie usiadł obok niej, by patrzeć, jak gra. Nie.
Usiadł wygodnie na swoim krześle, splótł ręce na piersiach i po prostu obserwował jej twarz.
Była całkowicie pochłonięta grą. Przygryzała wargę, odrzucała włosy, poprawiała się na
krześle i doprowadzała Lemona do szaleństwa.
Zrozumiał, jak bardzo to zauroczenie moŜe być dla niego niebezpieczne. Wręcz fatalne
dla jego interesów, bo ona zawsze będzie najwaŜniejsza. Zapragnie być tylko z nią,
rozmawiać, Ŝartować i kochać się. Tak. Ona będzie na pierwszym miejscu, a interesy
podupadną.
ChociaŜ moŜe nie. John mu pomoŜe.
Ale John kocha Margot. To go będzie rozpraszać. MoŜliwe. Lemon nadal przyglądał się
grającej Renacie. Czy zechce, by rozpraszała ją miłość do męŜczyzny? Cała była
skoncentrowana na grze. Na brydŜu. BrydŜ, jak wszystko inne, ma swoich gorących
zwolenników.
Prawdziwi brydŜyści nie sięgają po przekąski ani nie dyskutują, lecz po prostu grają. I
pamiętają karty z kaŜdego rozdania kaŜdej gry. BrydŜ bywa nałogiem.
Polo takŜe. Stolarka. Biznes. Jeśli Renata pozwoli Lemonowi się do siebie zbliŜyć, to czy
stanie się jego... nałogiem? Dobrze byłoby się o tym przekonać.
A gdyby nigdy nie wstawał z łóŜka? Gdyby nigdy nie wypuścił jej ze swoich objęć?
Posiłki dostarczano by im do pokoju. Telefon stałby przy łóŜku. Miałby Renatę przez cały
czas na wyciągnięcie ręki.
Co w niej takiego jest, Ŝe cały dzień myśli tylko o niej? Nigdy jeszcze tak nie reagował na
Ŝ
adną kobietę. Musi się strzec.
Słyszał opowieści o męŜczyznach, którzy stali się niewolnikami kobiet. Na przykład John
i Lucilla. Biedny John. Pozwoliła mu łaskawie być ze sobą, ale na jej warunkach.
Kiedy Lemon w końcu powiedział jej, Ŝeby zostawiła Johna w spokoju, Ŝe Margot go
kocha i będzie dla niego dobrą Ŝoną, nie była wcale zadowolona.
Musiał zaoferować jej parę groszy jako rekompensatę. Musiał teŜ słuchać, gdy mówiła, Ŝe
John to dobry człowiek. Wśród wymienianych przez nią zalet Johna nie znalazło się miejsce
dla słowa: „miłość”. Powiedziała, Ŝe John nie jest szczególnie absorbujący. Umie grać w
brydŜa, znakomicie tańczy, dobrze jeździ konno i jest inteligentny. Idealny towarzysz dla
mądrej kobiety.
Lemon zastanawiał się, czy Renata umie prowadzić inteligentną rozmowę i czy byłaby
dobrą towarzyszką Ŝycia dla mądrego męŜczyzny. Nie musiałaby jeździć na ogierze.
Gra się skończyła. Renata triumfowała. Wielki szlem!
– Widziałeś? – dzieliła się radością z Lemonem. – Myślałam, Ŝe nie wyjdzie!
Lemon w milczeniu przyglądał się oznakom jej radości. Gra w ogóle go nie obchodziła.
Tyle tylko, Ŝe dzięki niej mógł patrzeć na Renatę.
– Jak moŜesz być taki opanowany? – dziwiła się roześmiana Renata. – Wygraliśmy!
– Ty wygrałaś – przyznał uczciwie Lemon. – Byłaś znakomita.
Uznałby ją za znakomitą, nawet gdyby nie odróŜniała kar od kierów.
– Zaufałeś mi. Siedziałeś taki spokojny i pewny, Ŝe wszystko się uda, Ŝe po prostu
musiało się udać. Byłeś cudowny!
Lemon mrugał powiekami. Uprzejmie kiwał głową. Gratulował jej. Robił i mówił to, co
w takiej sytuacji powinien. Zrozumiał, Ŝe uznała, iŜ jego wyraz twarzy, skrywający myśli
dozwolone tylko od lat osiemnastu, świadczy o zaufaniu do jej karcianych umiejętności.
Ciekawe, jakby zareagowała, gdyby wiedziała, o czym myślał.
– Nie dawałeś mi Ŝadnych rad, nie podchodziłeś i nie zaglądałeś mi przez ramię –
powiedziała, kiedy wstali, by zmienić partnerów. – Dziękuję ci za zaufanie.
– Nie byłem ci potrzebny.
– Nie pogardziłabym twoją radą. To bardzo miłe z twojej strony, Ŝe mi zaufałeś.
Myślała, Ŝe jej ufał, a jemu było dokładnie wszystko jedno. Chciał być szczery i
przyznać, jak mało obchodziła go ta gra. Nie mógł. Zepsułoby to jej radość.
– Sukces jest wyłącznie twój – zapewnił ją jeszcze raz. Z kolejnymi dwoma partnerami
Lemon teŜ wygrywał, ale była to zasługa znakomitych kart.
– Widzisz? – powiedziała Renata. – Potrzebne mi było twoje szczęście.
– Nie potrzebujesz niczyjego szczęścia – zapewnił ją z przekonaniem. – Ze wszystkim
znakomicie dajesz sobie radę.
– Ze... wszystkim? – Rozbawiona Renata z niedowierzaniem pokręciła głową.
Lucilla oczywiście zauwaŜyła zainteresowanie Lemona Renatą Gunther. Próbowała
zwrócić na siebie jej uwagę, ale Renata była wobec niej zaledwie uprzejma, a nawet chłodna.
Lemon starał się zaobserwować, do jakich ludzi Renata odnosi się z sympatią. Okazało
się, Ŝe ci, którzy zwrócili jej uwagę, byli raczej^ konserwatywni. Czy to moŜliwe, Ŝe Lemon
Covington dał się oczarować kobiecie konserwatywnej i trzymającej się zasad?
Nie, przecieŜ nie dał się oczarować.
Kiedy jego partnerką w grze była Beatrice Martin, był dla niej bardzo miły. To przecieŜ
urocza istota. Ma wszystko, czego potrzeba kobiecie, jeśli chodzi o ciało lub umysł, i z obu
tych rzeczy umie korzystać. Flirtowała i uśmiechała się.
Była dla niego bardzo miła. MoŜe nie aŜ tak, jak wcześniej, kiedy uwaŜała go za bogacza.
Znaczyło to, Ŝe rozgłoszona przez Lucillę plotka o jego bankructwie przyćmiła nieco jej
entuzjazm. Nadal jednak przyglądała mu się zaintrygowana.
Jako biedak, Lemon nie mógł być brany pod uwagę jako kandydat na męŜa. Beatrice
jednak, kobieta dojrzała i doświadczona, na pewno chętnie by go pocieszyła.
Była wobec niego niezwykle serdeczna, bo najwidoczniej uznała, Ŝe człowiek, który
nagle stracił wszystko, musi bardzo cierpieć. Rozpadł się jego domek z kart. A ona moŜe
sobie pozwolić na serdeczność. To przecieŜ takie ludzkie.
Lemonowi wcale to nie przeszkadzało.
Pots jednak dał mu do zrozumienia, Ŝęto on interesuje się Beatrice i Ŝe Lemon powinien
trzymać się od niej z daleka. By to podkreślić, kiedy był dziadkiem, podszedł do ich stolika i
doradzał Beatrice, jak grać przeciw Lemonowi. Jego rady okazały się skuteczne.
Pots włoŜył do ust cygaro.
– Nie! – wykrzyknęli prawie równocześnie Beatrice i Lemon.
– Tu są damy – dodał ostrzegawczo Lemon.
– Nie znoszę cygar – powiedziała Beatrice i dopiero to podziałało.
Pots przez chwilę przyglądał się cygaru, potem pochylił się i wsunął je pomiędzy piękne,
okrągłe piersi Beatrice.
– To znakomite przeciwko molom – powiedział.
Beatrice nie wyjęła cygara. Zachowanie Potsa było rozmyślne i zrobiło na Lemonie duŜe
wraŜenie. A więc w tę stronę wieje wiatr? Pots startuje do Beatrice?
Czemu nie? Silas zastanawia się nad Lucillą, John ma Margot, a Lemon Covington w
ogóle jest dziwny.
Ale ten dziwak ma szczęście w kartach. Chcąc nie chcąc, wygrał w swoim własnym
domu grę, którą tylko dlatego tolerował, Ŝe inni się nią pasjonowali.
Dla męŜczyzn zazwyczaj największy urok mają gry sportowe, polowanie i poker. Kiedy
w towarzystwie są kobiety, liczy się jeszcze brydŜ.
ś
eby zabawić kobiety, gra się w brydŜa lub organizuje tańce. U Lemona teŜ będą –
następnego wieczora. SłuŜba usunie krzesła i stoły, a orkiestra będzie grać do północy.
Kobiety wystroją się i będą wyglądać pięknie, błyszczeć klejnotami i flirtować.
Według Lemona to bezsensowna strata czasu. śycie, zarabianie na Ŝycie, zabawa.
Czemu siedzi przy stole z ludźmi, którzy nie mają nic innego do roboty, tylko spotykać
się, by jakoś spędzić czas?
Tak. No cóŜ. Czego tak naprawdę chce Lemon Covington? Czemu w wieku trzydziestu
pięciu lat jest taki niespokojny i niezadowolony? Czemu jest taki krytyczny i zgorzkniały?
Lemon nie miał zielonego pojęcia. Jego goście to przecieŜ w większości porządni
obywatele, pracujący cięŜko nad tworzeniem nowych organizacji i firm, by zatrudnić więcej
ludzi za większe pieniądze.
Siedział przy stoliku i grał w brydŜa. JakieŜ to nudne.
Odchylił się do tyłu i załoŜył ręce na piersiach. Gracze podziwiali go i gratulowali
wygranej. Wygranej, z której wcale nie był dumny. To tylko wygrana. Coś łatwego. Rzecz
błaha dla kogoś, kto umie ją zdobyć.
Nie było to nic wyjątkowego. Wielu ludzi lekcewaŜy swe naturalne talenty.
Lemon wygrał pierwszą rundę. Grzecznie dziękował za gratulacje.
Renata miała zarumienioną twarz i błyszczące oczy. Lemon uznał, Ŝe była pewnie zbyt
surowo wychowana, by zgodzić się na romans. Jest teŜ prawdopodobnie samolubna.
Goście wyszli przed dom, przechadzali się, sączyli wino i odpoczywali po pierwszej
randzie turnieju. Niektórzy rozebrali się i pływali w basenie.
Lemon teŜ wyszedł na dwór, ale nie przyłączył się do Ŝadnej grapy. Rozglądał się za
Renatą. Stała przy płocie i mówiła coś do ogiera. WciąŜ miała na sobie tę beŜowo-brązową
popołudniową suknię. Wyglądała jak leśna nimfa.
Lemon ruszył w jej kierunku. Nie biegł. Szedł wolnym krokiem.
– UwaŜaj, moŜe cię ugryźć – rzekł.
– Bzdura – odrzekła, uśmiechając się do konia. Lemon zauwaŜył, Ŝe ma zaróŜowione
policzki. Z powodu konia? A moŜe dlatego, Ŝe on, Lemon, jest obok niej?
Na samą myśl poczuł, jak twardnieje jego męskość. Niedobrze z nim, skoro reaguje tak
na rumieniec na twarzy kobiety. Wsunął ręce w kieszenie i uśmiechnął się do swoich myśli.
– Jest słodki.
Kobiety często uŜywają tego określenia. Ogier parsknął i potrząsnął głową. Błysnęły
białka jego oczu.
– To nie zabawka – rzekł Lemon, ujmując zwierzę pod brodę. – Jest naprawdę
niebezpieczny. Potrafi ugryźć, zaatakować, stratować i zrobić jeszcze wiele innych złych
rzeczy. Tylko Lucilla umie na nim jeździć i zmusić go do posłuszeństwa.
– O.
– Zapłaciłem za tego konia kupę forsy i trzymam go tylko dlatego, by przypominał mi, Ŝe
wygląd to nie wszystko.
– O – powiedziała znowu Renata.
– Zabiłbym go, gdyby zrobił ci krzywdę – rzekł z powagą Lemon.
Policzki Renaty znowu się zaróŜowiły. Uśmiechnęła się i oczy jej rozbłysły.
Miała szczęście, Ŝe Lemon był na tyle cywilizowany, Ŝe nie puścił konia, nie rzucił jej na
ziemię i nie posiadł. Na jego twarzy malowała się powaga. Puścił konia, odsunął dziewczynę
poza zasięg jego zębów i z powrotem włoŜył ręce do kieszeni.
– Naprawdę jest uroczy – powtórzyła Renata i poprawiła potargane wiatrem włosy.
– W obecności pięknej kobiety wszystkie istoty płci męskiej są takie.
– Ty teŜ?
– Tak – odparł absolutnie powaŜnie.
Renata nie odpowiedziała ani nie próbowała flirtować. Z zaróŜowionymi policzkami po
prostu mu się przyglądała.
Lemon jeszcze nigdy nie doświadczył czegoś tak podniecającego. AŜ nie mógł w to
uwierzyć. Nieraz kobiety robiły róŜne dziwne rzeczy, by zwrócić jego uwagę. Jak mógł
rumieniec na twarzy spokojnej, milczącej dziewczyny doprowadzić go do takiego stanu? A
jednak.
– Chciałabyś zobaczyć stajnię? – spytał.
Dlaczego to zaproponował? Stajnia jak stajnia. Kiedy pracownicy zobaczą, Ŝe pokazuje
kobiecie stajnię, pomyślą, Ŝe stracił głowę.
– Jasne – odparła.
– Byłaś kiedyś w stajni w deszczowy dzień? Renata spojrzała na bezchmurne niebo.
– Eee – odparła.
Typowa odpowiedź bardzo młodych dziewcząt. Lemon do tej pory miewał do czynienia
tylko z dojrzałymi kobietami. On teŜ nie jest najmłodszy. Młode dziewczyny to zupełnie nie
znany Lemonowi gatunek człowieka.
– Którędy? – spytała Renata, rozglądając się dokoła. Którędy... co? Aha. Stajnia.
– Tędy.
W tej właśnie chwili postanowił, Ŝe ją pocałuje. Wkrótce ją pocałuje. Na pewno.
Oddychał coraz głośniej. Rozchylił usta, by wyrównać oddech. Nie chciał jej
przestraszyć. Ciało, co prawda, odmawiało mu posłuszeństwa, ale postanowił się opanować.
Renata była bardzo oŜywiona, poruszała się szybko i Ŝywo gestykulowała. Lemon uznał,
Ŝ
e znaczy to, iŜ nie jest jej obojętny.
Zaprowadził ją do stajni, gdzie, oczywiście, nie byli sami. Zajęci naprawą dachu
pracownicy nie zdawali sobie sprawy, Ŝe mogą im przeszkadzać.
– W czym problem? – spytał Lemon. Przyzwyczajeni wyłącznie do męskiego
towarzystwa, robotnicy nie byli pewni, czy ich język nadaje się dla uszu damy, ograniczyli się
więc do gestów.
Lemon odprowadził Renatę w bezpieczny kąt i wraz z dwoma pracownikami wszedł po
drabinie na górę. Naprawa zajęła im trochę czasu, ale Lemon ani na moment nie zapomniał o
obecności dziewczyny.
Kiedy kolejne deski zaczęły wjeŜdŜać na górę, Lemon zszedł do Renaty. Wiedział
dokładnie, gdzie stoi.
– Skąd wiedziałeś, jak to naprawić? – spytała.
– Miałem wymagającego ojca.
– A co to ma do rzeczy?
Wreszcie na nią spojrzał. Wyglądała uroczo. Wiedział, Ŝe wkrótce ją pocałuj e.
– Uczył mnie wszystkiego, co sam umiał. Zapoznawał z kaŜdym narzędziem.
– Musieliście być bardzo zaprzyjaźnieni.
– Nie od razu. Zazwyczaj wszystko psułem. Renata roześmiała się.
Co za skarb, pomyślał Lemon. Co za skarb! Myśl ta przeraziła go.
ROZDZIAŁ CZWARTY
Kiedy Lemon uświadomił sobie, Ŝe Renata jest prawdziwym skarbem, stał się
ostroŜniejszy. Rozpatrzył na nowo pomysł pocałowania jej. Nie zrezygnował jednak z niego
całkowicie, tylko odłoŜył na później.
Przez całe Ŝycie ojciec uczył go, by zwracał uwagę na pary małŜeńskie. Miał obserwować
tych ludzi i słuchać ich. Zdaniem ojca, oŜenić się wcale nie jest trudno. Tylko wówczas, kiedy
znajdzie się odpowiednią kobietę, moŜna Ŝyć pełnią Ŝycia.
Kobieta, której zaleŜy tylko na tym, by męŜczyzna był bogaty, nie jest tą, której moŜna
pragnąć.
Zdarzają się męŜczyźni, którzy celowo wybierają kobiety tylko po to, by rodziły im
dzieci. Osiągnięcie tego celu nie zabiera im wiele czasu.
Taki mąŜ będzie potem ulegał swojej Ŝonie, byle tylko mógł robić to, na co ma ochotę.
Taka Ŝona nie będzie odciągała go od pracy, męskich spotkań, polityki czy innych kobiet.
MęŜczyzna, obojętny wobec kobiety, będzie ją wykorzystywał jako zasłonę lub wymówkę.
Niestety, niektóre kobiety kochają takich męŜczyzn i dopiero po pewnym czasie zdają
sobie sprawę, Ŝe w ich związku nigdy nie było miłości. Obojętny mąŜ widzi w takiej kobiecie
tylko wspaniałą matkę, działaczkę charytatywną czy idealną gospodynię.
Najbardziej godna poŜałowania jest Ŝona, która takiego męŜa usprawiedliwia – przed
samą sobą czy wobec innych. Jest zajęty, ma mnóstwo obowiązków, za duŜo bierze na swoje
barki – tłumaczy.
Ufna kobieta dopiero po długim czasie zdaje sobie sprawę, Ŝe jest wykorzystywana. Zbyt
długo czeka z nadzieją, Ŝe mąŜ się zmieni. Potem pozostaje tylko smutek i cierpienie w
milczeniu. Taka kobieta zazwyczaj wyszła za mąŜ wcześnie i nie zdobyła odpowiedniego
wykształcenia. W dzisiejszym, tak szybko zmieniającym się świecie nie potrafiłaby się sama
utrzymać. Trwa więc w małŜeństwie, nie zdając sobie sprawy, Ŝe ma jednak pewną
alternatywę.
Lemon znał takie kobiety.
Przypomniał sobie małŜeństwo swoich rodziców i uznał, Ŝe byli nie tylko kochankami,
ale i dobrymi przyjaciółmi. Mieli wspólne cele.
– Skąd wiedziałaś, Ŝe kochasz tatę? – zapytał kiedyś matkę.
– Zadawałam sobie to samo pytanie, kiedy poznawałam jakiegoś nowego chłopaka –
odparła. – Babcia mówiła mi, Ŝe po prostu... będę wiedziała, Ŝe nie będę musiała pytać. Takie
pytanie zadaje się tylko wtedy – mówiła – kiedy ktoś ci się podoba, ale go nie kochasz. Kiedy
poznałam twego ojca, nie musiałam pytać.
– Naprawdę w to wierzysz?
– Potem pozostaje juŜ tylko jeden problem – odparła matka. – Musisz spróbować
zrozumieć, dlaczego ona cię kocha i czy w ogóle darzy cię uczuciem. MoŜesz być pewien
tylko swego własnego serca. Nie pozwól, by cię zaślepiło na tyle, byś nie dostrzegł, Ŝe twoja
wybranka jest chciwa, nudna lub oziębła.
To właśnie powiedziała mu wiele lat temu matka. Nagle przypomniał sobie czasy, kiedy
John Brown kochał Lucillę.
Przynajmniej Lucilla nie wyszła za Johna za mąŜ.
A Renata? Dopiero ją poznał. Ile słów ze sobą zamienili? I On zachowywał się jak
czternastoletni smarkacz, a ona I reagowała jak dojrzała kobieta. Pewnie stracił u niej
wszelkie szanse.
Ucieszyła się jednak, Ŝe mogła być jego partnerką « w brydŜu i Ŝe jej zaufał i pozwolił
grać samej. Tyle tylko, Ŝe jemu chodziło o to, by mógł po prostu swobodnie na nią patrzeć i
oddawać się swym dozwolonym od osiemnastu lat marzeniom.
Lemon nie potrafił zdobyć takiego skarbu jak Renata. Nie miał dość czasu, by miłować ją
tak, jak na to zasługuje. No, tak... ma to swoje magisterium. Jest niezaleŜna. Pełna Ŝycia.
Mógłby mieć z nią romans.
Taak.
Czy naprawdę Renata tak go pociąga? Jeśli dobrze pamięta, to rano, schodząc po
schodach, zwrócił uwagę na... Beatrice.
Fakt, Ŝe dwie kobiety oczarowały go tak szybko, jedna po drugiej, powinien go trochę
otrzeźwić.
Gdyby były kartami w grze, mógłby wybrać tę wyŜszą. W Ŝyciu o wszystkim decyduje
przypadek. Trzeba tylko uświadomić sobie, co jest naprawdę waŜne, i pozbyć się tego, co
nieistotne. Na tym wszystko polega.
Zaczyna się juŜ pewnie trochę niepokoić, bo ma trzydzieści pięć lat i wciąŜ jest
kawalerem. Pots i on są ostatnimi z rodu. MoŜe rodzina Covingtonów powinna przestać
istnieć. Pewnych genów nie warto przekazywać.
Czy Renata go zechce? Na pewno nie zechce. Stoi w tej stajni, głaszcząc łeb jego psa, i
przygląda się, jak dwaj męŜczyźni popisują się siłą swych mięśni i brakiem lęku wysokości.
Tak, niewiele trzeba, by ją zabawić.
Gdyby związał się z tym skarbem, spędziłby resztę Ŝycia, wynajdując rzeczy, o których
powinna pomyśleć, obejrzeć czy spróbować. To bardzo wyczerpująca praca. Byłoby bardzo
ciekawe obserwować jej reakcje i... poznawać.
– Lubisz surowe ostrygi? – spytał.
– E-e-e – mruknęła, rozchylając wargi.
Nie lubi surowych ostryg. Jak by się czuł, gdyby wśród szarozielonych, wzburzonych
morskich fal szukał dla niej ostryg, potem wrócił z nimi do domu, a ona nawet by na nie nie
spojrzała, tylko mruknęła „e-e-e”. Pewnie by mu się odechciało sprawiać jej przyjemność.
– Wsuń mi swoje ramię pod głowę. Boli mnie szyja – powiedziała.
No cóŜ, moŜe męŜczyzna nie musi wybierać się na wzburzone morze. MoŜe wystarczy
objąć wybrankę. Lemon właśnie to zrobił. Głowa Renaty idealnie mieściła się w zagłębieniu
jego ramienia. Jej włosy cudownie pachniały. Na prawym policzku miała plamkę. Lemon
oczywiście dotknął znamienia.
Renata przesunęła nieco głowę i nie odrywała wzroku od unoszącej się ku górze belce.
– Masz tu maleńką plamkę – szepnął cicho Lemon, – Bzdura.
A co to za odpowiedź? Ani krzty romantyzmu.
– Podobają mi się te loczki – mówił dalej, wodząc palcem wzdłuŜ linii jej włosów przy
uchu.
– Boję się, Ŝe ta belka zaraz spadnie. UwaŜaj, Ŝeby pies się do niej nie zbliŜał.
Gdyby byli razem w domu, a on rozpaliłby ogień na kominku i zgasił światła, to ona
pewnie, wchodząc do pokoju, zawołałaby, Ŝe jest ciemno, i zapaliła światło. Taki to juŜ typ
kobiety. Powiedziałaby, Ŝe jest zbyt zimno, by siedzieć z nim na podłodze przed kominkiem.
– Dobrze mi z tobą – powiedziała. Poruszyła lekko głową, pocierając policzkiem o jego
ramię.
Jego serce napełniło się radością, mięśnie stęŜały, a na twarzy pojawił się uśmiech.
– Patrz, udało się – powiedziała i przesunęła głowę, by na niego spojrzeć. – Strasznie się
bałam. Byłam pewna, Ŝe się nie uda. Gdyby ta belka spadła, rozpadłaby się na kawałki.
Mając ją tak blisko siebie, patrzącą mu w oczy, Lemon nie był w stanie wymówić ani
słowa. Miał ochotę ją pocałować. Zacisnął wargi i uśmiechnął się.
Jego męskość tęŜała. Lemon drŜał i oddychał urywanie. Ostatni raz tak się czuł, kiedy
miał dziesięć lat i Sally Lou Phillips zdjęła majtki.
Ukrywał się przed Potsem na wydmach na Padre Island. Sally Lou rozbierała się, by po
raz pierwszy popływać nago, a on stał w ukryciu jak zahipnotyzowany i obserwował ją. Sally
Lou była od niego cztery lata starsza i taka... inna.
Spojrzał w dół, na pokrytą cienkim, brązowym materiałem krągłą pierś Renaty. PołoŜył
dłoń na jej talii i nie zrobił niczego więcej.
Spojrzał na robotników, którzy znowu zmagali się z dźwigiem.
– Chyba im pomogę – szepnął do Renaty.
– Nie – zaprotestowała, kiedy próbował wypuścić ją z objęć. – Muszą sami dać sobie
radę.
– A moŜe to nasza obecność sprawia, Ŝe się tak guzdrzą? Pewnie cieszą się, Ŝe tu jesteś,
bo mają się przed kim popisywać.
Ta myśl najwyraźniej nie wpadła jej do głowy.
– Oczywiście, Ŝe nie. MoŜe po prostu powinieneś im częściej pozwalać na wyprawy do
miasta?
Lemon oblizał wargi, by ukryć uśmiech.
– A czemu mieliby jeździć do miasta? – spytał i czekał na jej odpowiedź.
– MoŜe czują się tu samotni?
– Samotni?
– Brak im ludzi. Nowych znajomych. PrzecieŜ teraz, kiedy pozostali wyjechali na urlop,
zostali tu tylko we czterech.
– Jest jeszcze słuŜba domowa.
– Ci zatrudnieni w domu nigdy nie przyjaźnią się z tymi, którzy zajmują się stajnią czy
bydłem. I vice versa! Nawet nie masz pojęcia, jacy z nich snobi.
– Mnie się wydają bardzo uprzejmi.
– Bo im płacisz.
– Są wobec siebie bardzo solidarni. Kiedyś w którejś z odległych stajni wybuchł poŜar.
Natychmiast przybiegli robotnicy z całej okolicy i pracowali ramię w ramię. Stajnia naprawdę
była w niebezpieczeństwie, a oni ją ocalili! To było wielkie osiągnięcie! A potem ci brudni,
spoceni ludzie cieszyli się, śmiali, padali sobie w objęcia i klepali po ramionach. To był
naprawdę wspaniały widok.
Dwóm robotnikom udało się wciągnąć na górę kolejną belkę. Wybrali jeszcze grubszą niŜ
poprzednia i to zupełnie bez powodu. Chcieli się popisać. Lemon od razu to zauwaŜył, ale nie
interweniował. Chciał, by jak najdłuŜej Renata była z nim w tej stajni, z głową opartą na jego
ramieniu.
– Chciałabyś zobaczyć nasze oczko wodne? – spytał. – To tam głównie pływamy. Jest
duŜo ciekawsze niŜ basen.
– Czemu... ciekawsze? – zadała logiczne pytanie.
– Nie trzeba go czyścić ani dolewać Ŝadnych chemikaliów, liście nie zatykają filtra... i
moŜna kąpać się nago.
– Ja nigdy...
– Nigdy: co? – uśmiechnął się domyślnie.
– Zawsze – poprawiła się – kąpię się w kostiumie.
– Musisz spróbować popływać nago – rzekł z przekonaniem. – Poczujesz się taka wolna,
Ŝ
e na całe Ŝycie zapamiętasz, gdzie byłaś i kiedy zrobiłaś to po raz pierwszy. Pójdziemy tam
wieczorem, kiedy nikogo nie będzie w pobliŜu. Noc zapowiada się bezksięŜycowa. Będziesz
mogła się chlapać do woli. A ja stanę na straŜy – dodał wspaniałomyślnie.
Renata uśmiechnęła się i przygryzła dolną wargę.
– Dziś wieczorem?
– Tak – odparł głosem jakby zduszonym.
Gdzieś w oddali rozległ się gong wzywający na kolację.
– Nie zdąŜyłam się przebrać! – krzyknęła.
– Biegnijmy.
Lemon pociągnął Renatę za sobą. Pies bez trudu dotrzymywał im kroku.
Weszli tylnymi drzwiami, a potem pobiegli schodami prosto na górę.
– Muszę wziąć prysznic – powiedziała Renata. Lemon przystanął z udawanym
zdziwieniem.
– Dlaczego?
– Cała pachnę stajnią.
Lemon połoŜył rękę na jej plecach i powąchał włosy dziewczyny.
– Pachniesz cudownie – zapewnił ją. Renata nie była przekonana.
– śyjesz w otoczeniu bydła, koni i psów. Twój nos nie jest wiarygodny.
Weszła do swego pokoju i zamknęła za sobą drzwi. CóŜ za samolubna istota. Nawet nie
miał okazji, by zaproponować, Ŝe umyje jej plecy... lub coś innego.
Wszedł do siebie, rozebrał się, wziął szybki prysznic, by wrócić na korytarz w porę, by...
czekać.
W końcu zastukał delikatnie do jej drzwi. Cisza. Nacisnął klamkę. Drzwi nie były
zamknięte.
– Renato? – zawołał przez lekko uchylone drzwi. Cisza. Lemon zmarszczył brwi. MoŜe
upadła pod prysznicem, uderzyła się w głowę i leŜy nieprzytomna.
Otworzył szerzej drzwi i zawołał głośniej:
– Renato? Cisza.
Nie Ŝyje. A on spędzi resztę Ŝycia, Ŝałując, Ŝe jej nie ma, bez najmniejszej nadziei, Ŝe
kiedykolwiek jeszcze ją zobaczy. AŜ sam się zdziwił, Ŝe coś takiego tkwi w jego
podświadomości. To straszne.
Rozejrzał się szybko po pokoju i wszedł do łazienki. Pusto. Pokój był pusty. Łazienka
równieŜ. Wszystko we wzorowym porządku. Renata zniknęła!
Zszedł na dół i zastał ją stojącą przy stole. Szukała kartki ze swoim nazwiskiem.
– Siedzisz obok mnie – rzekł, podchodząc bliŜej.
– Skąd wiesz?
Wyglądała, jakby nigdy w Ŝyciu nie była w stajni. Góra jej sukni opinała ramiona. KaŜdy
męŜczyzna mógł zobaczyć pełne piersi Renaty pod delikatną materią. Dekolt teŜ był zbyt
wycięty. W miejscu, gdzie piersi się stykały, widział głęboki rowek.
– Powinnaś włoŜyć Ŝakiet – powiedział Lemon. – O tej porze roku jest zimno.
– Jest lipiec. Dzień był upalny. Twój dom ma znakomitą klimatyzację. Nie będzie mi
zimno.
Skinął głową i wskazał jej miejsce na prawo od siebie.
– Czy wymyśliłaś juŜ tematy do rozmowy, Ŝebym się zbytnio nie nudził? – spytał,
podsuwając jej krzesło.
– ZauwaŜyłam, Ŝe po drugiej stronie będziesz miał Beatrice. Ona na pewno coś wymyśli.
Odkąd ją znam, nigdy jeszcze nie zabrakło jej tematu do rozmowy, a poznałyśmy się, kiedy ja
byłam dzieckiem, a ona kończyła college.
Przygryzł wargę, by stłumić śmiech.
Wziął kartkę z nazwiskiem Beatrice i zamienił ją na inną. Kobieta, która potem siedziała
obok niego, była osobą powaŜną, zainteresowaną polityką. Znalazła idealnych rozmówców w
męŜczyźnie siedzącym po swojej lewej stronie, męŜczyźnie naprzeciwko, który siedział obok
Renaty, i w kilku kobietach z sąsiedztwa. Było juŜ bardzo późno, kiedy milczący Lemon i
Renata mogli odejść od stołu.
Kiedy im się to w końcu udało, Lemon podprowadził ją do schodów.
– Idź na górę po ręcznik, oczywiście dyskretnie. Poczekam tu na ciebie. Dobrze?
– Po co mam brać ręcznik?
– śeby popływać!
– Zimno mi.
– To przez klimatyzację. Jakiś idiota... za bardzo obniŜył temperaturę. Na zewnątrz jest
parna lipcowa noc.
– Nie wiem, czy mam dość odwagi na taki eksperyment. Chyba najpierw powinnam
obejrzeć ten staw, zanim zdecyduję się na nocne pływanie.
– Nie bój się. Pójdziemy tam i wszystko dokładnie zobaczysz. A ja będę stał na straŜy.
Skończyłem kurs dla ratowników. Będziesz bezpieczna.
Renata nadal się wahała. Lemon przesłał jej uśmiech zazwyczaj przeznaczony dla
rozjuszonych byków, wściekłych psów lub niezdecydowanych kobiet.
– Dobrze. Zobaczymy – powiedziała.
Odwróciła się i ruszyła na górę. Nie widziała więc, w co zmienił się jego uśmiech. Gdyby
zobaczyła, nie zeszłaby na dół.
Ale zeszła.
Lemon czekał niecierpliwie pełen obaw i niepokoju.
– O, więc jednak będziesz pływać – rzekł z udawaną swobodą, kiedy Renata zeszła na
dół.
– Zobaczę – odparła, przyglądając mu się uwaŜnie. Kiedy cicho wymknęli się na dwór,
natychmiast odnalazł ich Hunter.
– Cześć, stary – powitał go Lemon.
Hunter obdarzył go pełnym zrozumienia spojrzeniem, a potem „uśmiechnął się” do
Renaty.
Dziewczyna na moment połoŜyła rękę na łbie psa, a potem przestała zwracać na niego
uwagę.
Zwierzę dreptało przed, za lub obok nich.
Lemon trzymał się blisko Renaty. Patrzył na nią i uśmiechał się.
Renata zastanawiała się nad Lemonem. Był jakiś inny. MoŜe podobny do swego ogiera.
Lucilla twierdzi, Ŝe koń nauczył się pokonywać płoty, kiedy dowiedział się, po co istnieją
klacze. Kiedy zdarzyło się to po raz pierwszy, dosiadał go akurat John i to jego uznano za
winnego.
Był to prawdziwy, wysoki płot. John mówił, Ŝe próbował konia powstrzymać, ale nie
zdołał. Tak więc ogier przesadził płot, a John był dumny, Ŝe udało mu się utrzymać w siodle.
Lucilla potrafiła zmusić konia, by pokonywał przeszkody tak, jak chciała. Tylko ona.
KaŜdy samiec poddawał się jej woli.
Renata kątem oka spojrzała na Lemona. Lucilla chciała go zdobyć. No, przynajmniej do
czasu, kiedy okazało się, Ŝe prawdopodobnie jest bez grosza. Jego domek z kart się rozpada.
Jakie to dziwne, Ŝe zupełnie go nie martwi, Ŝe moŜe stracić ten dom, ziemię i całą resztę.
MoŜe ten fakt tak na dobre jeszcze do niego nie dotarł albo teŜ jest niezwykle odporny
psychicznie.
Czy skoro stracił wszystko, będzie się przyzwoicie zachowywał? MęŜczyzna w takiej
sytuacji moŜe zrobić coś, czego normalnie by nie zrobił. Co jeszcze ma do stracenia? MoŜe
mu być wszystko jedno. MoŜe być bardziej agresywny i nie zwaŜać na jej protesty.
Przystanęła i rozejrzała się dokoła.
Lemon poszedł o krok dalej, odwrócił się i spojrzał na Renatę.
– W nocy wszystko wydaje się inne – rzekł z uśmiechem. – Posłuchaj.
Słychać było jakieś dźwięki. Gdzieś w oddali szczekał pies.
– To stary ogar – wyjaśnił cicho Lemon. – Po prostu coś zwyczajnie mówi do swych
kolegów. Kiedy jest zły, szczeka inaczej. Mówiłem ci, jak było, kiedy poznali się z
Hunterem? śaden nie chciał się poddać. Bardzo to było ciekawe.
– Co... by ten ogar zrobił, gdyby stracił pozycję przywódcy?
Lemon nawet się nie domyślił, Ŝe Renata porównuje go z psem.
– Przypuszczam, Ŝe pogodziłby się z faktem, Ŝe zajmuje teraz drugą pozycję – odparł
szczerze. – To mądry pies, ale nie chorobliwie ambitny. Zgodziłby się być drugim, gdyby
jakiś inny pies udowodnił, Ŝe jest lepszy. To zwierzę łatwe we współŜyciu.
– A ty? Czy pogodzisz się z tym, Ŝe jesteś biedny?. śe twój majątek zniknął? Czy ty i
John wymyślicie jakiś sposób, Ŝeby zatrzymać tę posiadłość?
Przez moment Lemon nie bardzo wiedział, o co jej chodzi. Ciągle zapominał, Ŝe rzekomo
stracił majątek.
– Damy sobie radę – odparł. – Nie będzie problemu.
– Taka postawa nic nie pomoŜe.
Lemon potarł twarz, by ukryć uśmiech. Zrozumiał, Ŝe to przez tę rzekomą katastrofę
Renata tak swobodnie się z nim czuje. Współczuje mu. Jak ma ją uspokoić, jednocześnie nie
kłamiąc?
– Nie martw się o mnie. Wszystko będzie dobrze.
– Mam nadzieję. Masz do swoich kłopotów wspaniałe podejście. Większość męŜczyzn by
szalała. Czy dlatego jesteś taki spokojny, Ŝe zdarza ci się to po raz pierwszy?
– John jest znakomity. Znajdzie jakiś sposób. Twierdzi, Ŝe nie jest tak źle, jak myślałem.
– Cieszę się. – Współczująco połoŜyła mu rękę na ramieniu.
Po raz kolejny dotknęła go z własnej woli. Ledwo się powstrzymał, by nie chwycić jej w
ramiona i nie pocałować.
– Słodka jesteś – rzekł ochrypłym głosem.
– Widzę cię bardzo dokładnie – zauwaŜyła.
– Ja ciebie teŜ – odparł z uśmiechem.
– Mówiłeś, Ŝe tej nocy nikt nie zobaczy, kiedy będę się kąpać nago. – Odwróciła się i
rozejrzała dokoła. – A ja widzę dokładnie dom, stajnię i nawet kawałek stawu. Jego
powierzchnia jest gładka. KaŜdy, kto by się w nim kąpał, będzie widoczny. PrzecieŜ świecą
gwiazdy. Nie mogę się dziś kąpać nago.
– Szkoda...
Renata odwróciła się i ruszyła w kierunku domu. Pies posłusznie poszedł za nią.
– To dobrze, Ŝe świecą gwiazdy – powstrzymał ją Lemon. – Dzięki temu zobaczysz, jeśli
ktoś będzie nadchodził, i zdąŜysz zanurzyć się w wodzie. W ogóle i tak głównie będziesz pod
wodą, ale wszystko będziesz widziała. Nikt cię nie zaskoczy.
_ Renata przystanęła i rozwaŜała jego słowa.
– Cała radość z kąpieli nago polega na pływaniu – przekonywał ją dalej Lemon. –
Będziesz cała pod wodą. Nie po kolana, ale calutka, aŜ po czubek nosa. Dotyk wody na nagiej
skórze jest... – Musiał przerwać i przełknąć ślinę. – Taki przyjemny.
– Nie jestem...
– Chodź i zobacz. Widać wszystko dokoła. Zawróciła więc i szła obok niego.
Obserwował ją kątem oka. Chciał zobaczyć, na ile jest zdecydowana. Pies oczywiście teŜ
zawrócił i biegał wokół nich.
– Czy Hunter zna komendę „pilnuj!”? – spytała.
– Nie wiem. Jest u mnie za krótko. Zaakceptował po prostu fakt, Ŝe Hunter z nim
zostanie... na jakiś czas.
– Ciekawe, czemu postanowił tu z tobą zostać?
– CzyŜbyś nie zauwaŜyła, jaki jestem wyjątkowy? – zdziwił się Lemon. – Skoro pies nie
miał co do tego najmniejszych wątpliwości, ty teŜ ich mieć nie powinnaś.
– Ty chwalipięto.
– Kiedy Hunter postanowił ze mną zostać, poczułem się malutki, ale równocześnie i
bardzo wielki, ale wiesz, Renato, on ze mną nie zostanie. Cały czas kogoś szuka. Widziałaś,
jak podchodzi do ludzi i patrzy? Najwyraźniej kogoś zgubił.
Renata wydała jakiś dziwny odgłos. Był to odgłos pełen współczucia. Dźwięk, który miał
ukoić męską duszę. Jak Lemon miał ją przekonać, Ŝe on teŜ potrzebuje ukojenia? Nie. Nie
ukojenia... Jak to się mogło stać tak szybko?
Renata stanęła nad wodą i rozejrzała się dokoła. Staw osłonięty był krzakami i kępami
kaktusów. WyŜsze drzewa przesłaniały księŜyc.
Pies chłeptał wodę ze stawu.
– Jeszcze nigdy nie pływałam w psiej misce – powiedziała Renata.
– To najlepszy dowód, Ŝe woda jest czysta.
– To prawda.
Lemon uświadomił sobie, jak w gruncie rzeczy silna jest ta delikatna istota. Gdyby nie
chciała spróbować czegoś nowego, nie przy szłaby tu z nim.
Jest moŜe ostroŜna, ale lubi przygody. I jest ciekawa.
Jest zupełnie niepodobna do Ŝadnej ze znanych mu kobiet.
ROZDZIAŁ PIĄTY
Renata przyglądała się tworzącemu jakby zatoczkę stawowi. Odbijało się w nim światło
gwiazd. Miał jakieś trzydzieści metrów średnicy i nieregularny kształt. Rosnące wokół niego
drzewa były wysokie, jak to zwykle bywa nad wodą.
Wśród drzew zauwaŜyła kilka przecinek, przez które przygodny przechodzień mógł
zauwaŜyć kąpiących się. Wystarczyło, Ŝe spostrzegłby wzburzoną powierzchnię wody.
– To, Ŝe pies pije z tego stawu, jeszcze nie dowodzi, Ŝe woda jest czysta – powiedziała,
spoglądając na Lemona.
– Widziałam nieraz, jak psy tarzają się w najprzeróŜniejszych świństwach.
– To były zapewne psy myśliwskie – odparł. – Robią to celowo, by zgubić własny
zapach. Tarzają się w wymiocinach lub odchodach tego, którego ścigają.
– O.
Lemon uznał jej słownictwo za mało urozmaicone. Chętnie nauczyłby ją nowych słów.
Tych czułych.
– MęŜczyźni teŜ tak robią, kiedy polują – powiedział.
– Starają się zamaskować lub zmienić swój zapach. Podoba ci się moja woda po goleniu?
– Jest tak mocna, Ŝe jej zapach wręcz zwala mnie z nóg – odparła natychmiast.
Lemon uśmiechnął się przebiegle. Po chwili uświadomił sobie jednak, Ŝe gdzieś w
podświadomości ma wątpliwości, czy jest w stosunku do Renaty uczciwy. MoŜe ona wcale
nie chce, by ją posiadł. Cholera. Będzie musiał spędzić z nią trochę czasu, by upewnić się, Ŝe
ma na to ochotę. Renata nie jest szybka, nie działa pod wpływem impulsu.
ChociaŜ... moŜe!
Poznała go przecieŜ dopiero w południe – zaledwie przed jedenastoma godzinami – i oto
teraz jest z nim tu w zaroślach, w środku nocy, z daleka od ludzi. MoŜe ma do niego...
zaufanie? Cholera. Kobiety nie powinny obciąŜać męŜczyzn takim cięŜarem. Jest nie tylko
naiwna, ale i głupia. Skąd wie, Ŝe moŜe mu ufać?
– Czemu zgodziłaś się na nocny spacer z męŜczyzną, którego prawie nie znasz? – spytał.
– Wiem o tobie wszystko. Poza tym obiecałeś, Ŝe dopilnujesz, by nikt nie podglądał, gdy
będę kąpać się nago. Powiedziałeś, Ŝe kaŜdy powinien doświadczyć tej przyjemności.
Przez cały czas, kiedy mówiła, Lemon potakująco kiwał głową.
– Nie wspomniałeś nic o gwiazdach – dodała. Lemon spojrzał na niezliczone miliony
teksańskich gwiazd. Gwiazdy w Teksasie zawsze wydawały się bliŜsze i większe. Wyglądały
jak miliony płonących świec. Idealna noc do pływania nago. Rozejrzał się dokoła.
– Sama widzisz, Ŝe nie ma tu nikogo. Absolutnie nikogo. MoŜesz zrzucić wszystkie
ciuchy i wskoczyć do wody.
– Masz coś przeciwko mojemu ubraniu?
– Jeśli moŜna to nazwać ubraniem. Renata przyjrzała się swojej sukni.
– To bardzo przyzwoity strój.
– W którym miejscu?
– Cały.
– PrzecieŜ ty praktycznie nie masz nic na górze!
– Nikt się na mnie nie gapił.
– Skąd wiesz?
Wzruszyła tak cudownie ramionami, Ŝe Lemona przeniknął dreszcz.
– Skąd wiem? – powtórzyła. – Rozglądałam się.
– Eee, tam. Byłaś skupiona na rozmowie o polityce i innych powaŜnych sprawach.
– To prawda. Moi rozmówcy pytali mnie o konkrety – dodała, oblizując wargi. –
Musiałam śledzić rozmowę.
– I prawie w ogóle nie patrzyłaś na mnie – poskarŜył się.
– Oczywiście, Ŝe na ciebie patrzyłam.
– Za rzadko.
– Iiii tam.
– Masz bardzo ograniczony zestaw odpowiedzi. Powinnaś go nieco wzbogacić.
– Na przykład... – Uniosła brwi.
Jej reakcja była tak urocza, Ŝe prawie pozbawiła go tchu.
– „Kochanie, oczywiście, tak, natychmiast”. Takie na przykład słowa.
– Bzdura.
– Sama widzisz!
– Co? Gdzie? – Przestraszona rozejrzała się dokoła.
– Nie, nic. To tylko znowu ty i te twoje odpowiedzi, „liii tam”, „eee tam”, „bzdura” i tym
podobne. Doprowadzają mnie do szału. Powinnaś być wobec mnie miła i uprzejma. Powinnaś
otwierać szeroko oczy i zachwycać się wszystkim, co powiem.
– Bo straciłeś majątek?
– Bo jesteś kobietą! – oznajmił z irytacją.
– Masz dość staroświeckie poglądy.
– Wcale nie.
– Mówisz tak, jakbyśmy Ŝyli w piętnastym wieku – powiedziała z uśmiechem, stosując
się do jego instrukcji. – Wiele się zmieniło od czasów, kiedy kobiety demonstrowały przed
parlamentem, domagając się dla siebie równych praw.
– Jesteś za młoda, byś mogła w tym uczestniczyć – zauwaŜył w zamyśleniu.
– Antonia Fraser napisała o tym ksiąŜkę, wykorzystując listy z tamtych czasów –
wyjaśniła.
– Najwyraźniej lubi wtykać nos w męskie sprawy – skrytykował pisarkę Lemon.
– Taak. Mogłam się tego spodziewać.
– Czego? – spytał ostroŜnie.
W blasku gwiazd Renata wyglądała przepięknie. Cudownie. Idealnie. Jak to moŜliwe, Ŝe
od razu to zauwaŜył? No, tak, przecieŜ zna ją juŜ jedenaście godzin.
– Jesteś męskim szowinistą – kontynuowała temat Renata.
Lemon pokręcił głową.
– To niemodne określenie. Nikt go juŜ nie uŜywa, nawet kobiety.
– Wielkie nieba.
– Nie przejmuj się – uspokoił ją Lemon. – I ja uŜywam czasem nietrafnych określeń. Ale
nie jestem męskim szowinistą. Jestem męŜczyzną współczesnym. Lubię się dzielić. Na
przykład przyjemnością pływania nago w stawie. Zdejmij ubranie i...
Renata czekała.
– Odwrócę się i schowam w tamtych krzakach – namawiał Lemon. – Będę czuwał, a ty
doznasz jednej z największych przyjemności.
– A... jakie są te pozostałe? – spytała odwaŜnie Renata.
– Powiem ci innym razem. Nie w tej chwili. Jest jednak... kilka innych rzeczy... których
powinnaś doświadczyć.. . razem ze mną.
Jak często zdarzało jej się słyszeć podobne słowa? Właściwie ciągle – odkąd skończyła
czternaście lat. Nie. Był przecieŜ Joe D., kiedy miała dziesięć lat.
MęŜczyźni zazwyczaj uwaŜają za swój obowiązek edukowanie kaŜdej poznanej kobiety.
Czasami tylko sprawdzają, co juŜ potrafi.
Renata rozejrzała się dokoła. MoŜe rozsądniej byłoby wrócić do domu i zapomnieć
chwilowo o kąpieli? Jutro wieczorem namówi całą grupę kobiet i przyjdzie tu z nimi
popływać.
MoŜe nie. O ileŜ bardziej ekscytujące byłoby zrobić to samotnie i dyskretnie, wiedząc, Ŝe
jest ktoś, kto słyszy, jak pluska się w tym stawie... zupełnie naga.
– Zawołaj, kiedy skończysz się kąpać – rzekł, odchodząc kawałek, Lemon. – Wolałbym
nie zostać tutaj sam, pilnując pustego stawu. – Tak właśnie powiedział. A ludzie uwaŜają, Ŝe
to lisy są szczwane. – Nie chciałbym wszczynać alarmu, budzić ludzi i przeszukiwać stawu,
podczas gdy ty będziesz juŜ dawno w łóŜku.
Renata nie roześmiała się.
– Dziękuję ci za opiekę. Jesteś naprawdę bardzo uprzejmy.
– Cała przyjemność po mojej stronie – odparł skromnie. – Bądź ostroŜna, bo nie znasz
tego stawu. Wchodź do wody powoli – dorzucił przez ramię.
Rozglądając się wcześniej po okolicy, Renata zauwaŜyła idealne zejście. Na brzegu rosły
tylko jagody. śadnych kolców czy korzeni.
– Weszłaś juŜ do wody? – zawołał cicho Lemon.
– Prawie.
Renata zsunęła pantofle. Wysokie obcasy są dobre do spacerów po płaskim terenie, na
nocne wyprawy zupełnie się nie nadają.
Suknia była bardzo obcisła, więc Renata nie miała pod nią majtek. Zsunęła ją z ramion i
powiesiła na krzaku. Bardzo przejęta ruszyła w kierunku wody. Za chwilę się w niej zanurzy.
Zaskoczył ją błotnisty muł.
OstroŜnie postawiła bosą stopę. Noga zanurzyła się tylko po kostkę. A jeśli woda w
stawie sięga tylko... do kostek? Cofnęła się na brzeg.
– Lemon, którędy mogę wejść do wody?
– A gdzie jesteś? – spytał, mimo Ŝe przed chwilą widział suknię zsuwającą się z
oświetlonego blaskiem gwiazd cudownego ciała.
– Wśród jagód.
– W którym miejscu? Machnij ręką, bo cię nie widzę – skłamał.
– Nie musisz mnie widzieć całej. Wysunę ramię. – Machnęła ręką. – Lemon?
– Nigdy nie nurkujemy z boku stawu. Zapomniałem ci o tym powiedzieć. MoŜna pływać
swobodnie dopiero daleko od brzegu.
Jego głos dochodził z bliska, ale moŜe było to złudzenie. Woda tak dziwnie przenosi
dźwięki.
– Którędy najlepiej wejść? – spytała.
– Tutaj.
Spojrzała przez ramię. Stał tuŜ obok niej, zupełnie nagi! Piękny.
Renata pisnęła i rzuciła się do wody, wiedząc od razu, Ŝe nie powinna tego robić.
Wynurzyła się na środku stawu i spojrzała za siebie. Lemona nigdzie nie było.
Roześmiany wynurzył się tuŜ przy niej.
– Lemon, ty wstręciuchu! – krzyknęła i ochlapała go wodą.
– To nie Lemon. Jestem Potworem z Czarnej Laguny. Ten idiota, Lemon, zawdzięcza mi
Ŝ
ycie i za to co roku musi dostarczać swemu wybawcy kobietę, Ŝeby mógł zaspokoić swe
dzikie Ŝądze.
– Co roku? W lipcu?
– Tak. Tylko o tej porze roku ogarnia mnie chuć. To dlatego zgodził się na turniej
brydŜowy w swoim domu. Musiał jakoś zwabić tu te nic nie podejrzewające kobiety.
– Chyba nie najlepiej się spisał. Powinien ściągnąć niejaką Lucillę. Byłaby dla ciebie
idealna.
– W jakim sensie? – spytał Potwór.
– Jest tak samo dziwna, jak ty. Znakomicie byście się rozumieli. Oddałaby ci się z ochotą
dla skarbu, który od wieków spoczywa w głębinie tego stawu.
– A więc i ty słyszałaś o skarbie.
Z mokrymi, zwiniętymi w pierścionki włosami opadającymi na ramiona, z kropelkami
wody połyskującymi na rzęsach Renata wyglądała przecudnie. I w ogóle nie była
skrępowana.
– PrzecieŜ moŜna się było tego domyślić – wyjaśniła Potworowi. – Musisz mieć coś na
przynętę. Jak mogę się wykupić?
– A więc i o tym słyszałaś.
– Wszyscy o tobie wiedzą. Kobiety plotkują.
– Przeklęte gaduły. Renata roześmiała się.
– Idź sobie i pozwól mi pływać, bo inaczej gospodarz zrobi ci krzywdę.
– Ja jestem tu gospodarzem.
– Nie, jest nim Hunter. Czuwa tuŜ obok i wszystko obserwuje. Wystarczy, Ŝe go zawołam
i zje cię Ŝywcem. Ja umknę z twoim skarbem, a z ciebie zostaną tylko kosteczki. Pomyśl o
tym i lepiej zostaw mnie w spokoju. Jak tylko wrócę do domu, przyślę ci Lucillę. •
– Czy widziałaś kiedyś film o mnie?
– Tak. I dlatego wiem, Ŝe potrafisz być takŜe bardzo miły i nie zrobisz mi nic złego.
– Cholera, chyba masz rację.
– Masz bujną wyobraźnię – powiedziała z uśmiechem Renata.
– Moja matka w młodości czytała wszystkie wychodzące komiksy i w dodatku je
zbierała. Najwidoczniej nawet nie zauwaŜyła, Ŝe niektóre rysunki były pornograficzne.
– Ukrywała je gdzieś?
– Babcia pozwalała jej je zatrzymać. Nikt nigdy nie cenzurował lektur mojej matki.
Potem przekazała je mnie. Uwielbiała te rysunki. To pewnie dlatego w szkolnych
przedstawieniach często grałem smoki i potwory.
– Słyszałam, Ŝe komiksy hamują rozwój wyobraźni.
– Wprost przeciwnie. Kiedy pojawiły się pierwsze komputery, absolutnie na ich punkcie
zwariowałem. Włączyłem się nawet do sieci. Do dziś mam kolegów z tamtych czasów. Są
nieco dziwni i kiedy z nimi zbyt długo przebywam, czuję się niewyraźnie. Ale są to
niezwykle inteligentni ludzie.
Renata zaśmiała się cicho. Leniwie poruszała rękami, unosząc się na wodzie.
Lemon pływał obok niej, obserwując jednak przez cały czas okolicę.
– Kazałem Hunterowi cię pilnować. Widzisz, Ŝe nie spuszcza z ciebie oka.
– Rzeczywiście.
Renata uniosła ramiona i przechyliła głowę do tyłu, by przygładzić włosy.
Na ułamek sekundy wynurzył się sam czubek jej piersi. Lemon znieruchomiał.
Trzydziestopięciolatek zahipnotyzowany widokiem kobiecego ciała? Właściwie nawet
nie ciała, lecz zaledwie jego fragmentu. Co się z nim dzieje? To przecieŜ tylko ciało.
Nie zawsze.
Renata jest inna.
Jest rącza i śmiała, ale nie wobec niego. Nie flirtuje. Po prostu z nim... jest. Traktuje to,
jakby... jakby...
Jakby wiedziała, jak sobie z nim poradzić.
Dla doświadczonego męŜczyzny w jego wieku było to bardzo irytujące.
– Nie boisz się być tu tylko ze mną? – spytał.
– Nie. Doświadczam jednej z nie znanych dotąd przyjemności. Ty mnie do tego
namówiłeś. Obiecałeś mnie pilnować. Trzymam cię za słowo.
– Dlaczego przez cały czas trzymasz się ode mnie z daleka?
– Zawsze unikałam zdecydowanych męŜczyzn. Ja teŜ jestem ostatnia z rodu. Ty
przynajmniej masz Potsa. Ja nikogo. śadnych kuzynów, nikogo.
Lemon westchnął Ŝ przesadnym Ŝalem. Najwyraźniej się poddał.
– Wolałabyś zatem, Ŝebyśmy zalegalizowali nasz związek i mieli tuzin dzieci, dzięki
którym przetrwają dwa ginące rody?
– Nie. Nie stać cię przecieŜ na utrzymanie rodziny.
– A jeśli John mi pomoŜe i znowu będę bogaty? – spytał cichutko.
– Mogłabym to... rozwaŜyć – odparła z uśmiechem. Wodna nimfa. Nieziemska istota
zesłana przez bogów, by go uwiodła i wykorzystała jego ciało i Ŝeby potem, kiedy wróci na
Olimp, mogła im wszystko opowiedzieć. Oczywiście.
Naprawdę jest boginią.
Płynąc Ŝabką, z lekko rozchylonymi kolanami, unosiła się na powierzchni wody i
spoglądała na swego towarzysza. Jego bujna wyobraźnia była dla niej niespodzianką. śe
potrafi się z nią draŜnić, ale jej nie dotykać i Ŝe mimo iŜ nagi, wydaje się taki rycerski. Choć z
drugiej strony jest pewnie sprytny i niebezpieczny.
– Kiedy juŜ wszystko wyprzedasz, to czy zostanie ci dość pieniędzy, by wykształcić
dwanaścioro dzieci, o których wspomniałeś? – zainteresowała się.
– John znajdzie jakiś sposób.
– Dwanaścioro to za duŜo.
– Dziesięcioro?
Renata wybuchnęła cichutkim śmiechem. Ciekawe, czy zawsze się tak śmieje, czy tylko
teraz, w ciemnościach, Ŝeby nie zwracać niczyjej uwagi?
Gdyby ktoś usłyszał jej śmiech, od razu bardzo by się nim zainteresował.
Lemon spojrzał na Huntera. Pies rozglądał się i nasłuchiwał. Wyjątkowe zwierzę.
Przeniósł wzrok na swoją boginię. Ona teŜ rozglądała się i nasłuchiwała.
– Jest dokładnie tak, jak mówiłeś – powiedziała z rozmarzeniem. – Cudownie. Choć
prawdę mówiąc, wolałabym być tu sama.
– To bardzo waŜne, jeśli moŜna się z kimś dzielić swoją radością – odparł Lemon. –
Dostrzegasz wtedy więcej rzeczy. Chcesz udowodnić, Ŝe zauwaŜyłaś więcej. A ty lubisz
przecieŜ współzawodnictwo.
– Skąd wiesz?
– Przyglądałem ci się, kiedy zrobiłaś wielkiego szlema.
– Chciałam tylko udowodnić, Ŝe umiem grać w brydŜa.
– I tak o tym wiedziałem.
– Skąd?
– Nie tylko kobiety lubią wymieniać opinie. MęŜczyźni teŜ.
– O... mnie? – wyjąkała z trudem Renata.
– Tak.
– I czego się dowiedziałeś?
– śe potajemnie nosisz pas do pończoch i to szkarłatny! Renata omal się nie utopiła.
– Kto ci o tym powiedział? – wykrztusiła.
Lemon wyciągnął rękę i pomógł jej utrzymać się na powierzchni. A ona zauwaŜyła, Ŝe
bez trudu znalazł jej dłoń, nie dotykając przedtem ciała.
– Umiem dochować tajemnicy – zapewnił ją. Renata znowu parsknęła śmiechem,
połykając przy tym potęŜną porcję wody. Zaprotestowała jednak, kiedy chciał klepnąć ją w
plecy.
– Widzisz, jak to dobrze, Ŝe jestem tu z tobą – rzekł, kiedy juŜ się uspokoiła. – Na pewno
byś utonęła.
– Nie bądź głupi. Nie zachłysnęłabym się, gdybyś nie wspomniał o moim szkarłatnym
pasie do pończoch.
– Dlaczego jest akurat... szkarłatny? Ja wolałbym czerwony.
– To naprawdę wszystko jedno – zapewniła go wyniośle.
– Domyślam się, Ŝe pas w kaŜdym kolorze przytrzyma twoje pończochy, ale ja wolałbym
czerwony.
– Zapewniam cię, Ŝe dla ciebie to zupełnie wszystko jedno. I tak go nie zobaczysz.
– Zbytnia pewność siebie moŜe być zgubna – ostrzegł ją Lemon.
Renata wybuchnęła gardłowym śmiechem.
Ten śmiech sprawił, Ŝe skurczyły mu się palce u nóg i rak, a wyprostowały inne części
ciała. Kiedy męŜczyzna usłyszy taki śmiech, musi w ten sposób reagować – Zaczynam stawać
się suszoną śliwką w tym... – zaczął.
– Suszoną śliwką? W wodzie?
– Zapominasz, Ŝe to wysuszająca, teksańska woda! Od razu zaczynasz się w mej
marszczyć. ZałoŜę się, Ŝe po tej kąpieli będziesz wyglądała o dziesięć lat starzej.
– Wielkie nieba! – krzyknęła.
Kiedy Lemon roześmiał się, poczuła jakieś dziwne drętwienie w dole brzucha.
Przestraszyła się. CzyŜby sygnalizowało to niebezpieczeństwo? Nie. To było coś innego. To
było poŜądanie.
– Zgadzam się z tobą, Ŝe za długo tu pływamy – powiedziała. – Wyjdź pierwszy, a ja
jeszcze chwilę zostanę.
– Czujesz się w wodzie jak kijanka.
– Mhm.
Renata uśmiechnęła się jak Lorelei.
– Jeśli chcesz poczuć się częścią wszechświata, powinnaś połoŜyć się na plecach i unosić
na wodzie, patrząc na gwiazdy. Zrozumiesz wtedy, co czują astronauci.
Prawie go posłuchała. W ostatniej chwili uświadomiła sobie, Ŝe woda jest jej jedynym
okryciem.
– Zrobię to, ale dopiero jak wyjdziesz na brzeg.
– Obserwuj Huntera – rzekł po chwili Lemon. – Zawołam go, jak będę odchodził. Kiedy
zobaczysz, Ŝe go juŜ nie ma, połóŜ się na plecach i ciesz się chwilą. To naprawdę będzie coś
wyjątkowego.
Szybko ruszył ku brzegowi. Nagle zatrzymał się.
– Hej, kobieto, coś mi się wydaje, Ŝe na mnie patrzysz! – zawołał.
Był tak wspaniale zbudowany. Mięśnie i całe ciało opromienione blaskiem gwiazd. Jego
oczy, włosy, usta. Cudowne. .
Renata bez komentarza odwróciła się do niego plecami.
– Cholera – mruknął pod nosem Lemon. Bezskutecznie próbowała powstrzymać śmiech.
Wsłuchiwała się w plusk wody towarzyszący oddalającemu się męŜczyźnie. Potem zapadła
cisza.
Renata wypłynęła na środek stawu i rozejrzała się dokoła.
Kępy krzewów, kaktusy, ścieŜki. Tylko przyroda i ona. I Hunter.
Gdzieś za drzewami na moment mignął jej Lemon. Hunter odwrócił głowę, potem znowu
spojrzał na Renatę i rozejrzał się dookoła. Najwidoczniej uznał, Ŝe jest bezpieczna, bo ruszył
za Lemonem.
Renata została sama.
Przewróciła się na plecy i znieruchomiała. Słyszała tylko cichy szum wody. Spojrzała w
niebo. Cud. Była w kosmosie. Tyle słońc. Muszą tam być jakieś rozumne istoty. Czy wiedzą,
Ŝ
e na nich patrzy?
Na nią teŜ ktoś patrzył. TuŜ obok, za którymś z drzew stał ten przebiegły Lemon i patrzył.
Jest wśród gwiazd. Jest jedną z nich. Skąd się tu wzięła? Jak mógłby ją zatrzymać?
Zatrzymać... przy sobie?
ROZDZIAŁ SZÓSTY
O dziwo, Lemon nie pocałował Renaty na dobranoc. Przez całą drogę do domu i potem
na schodach bardzo skrupulatnie rozwaŜał tę sprawę. Nawet go rozbawiło, Ŝe cieszy się na tę
moŜliwość. JuŜ nie pamiętał, kiedy tak się czuł.
Właściwie to nigdy nie musiał o nic zabiegać. Kobiety całowały go z własnej i
nieprzymuszonej woli. Musiał się bardzo pilnować. Niektóre były bardzo agresywne. Biorąc
pod uwagę majątek Covingtonów, nie było to dziwne. Pocałunek stawał się automatyczną
reakcją.
Czy ona teŜ myśli o pocałunku? Lemon pomagał Renacie wchodzić po schodach,
delikatnie podtrzymując ją za łokieć. Był bardzo szczęśliwy, mogąc jej dotykać. To teŜ było
co najmniej dziwne. Co tak ekscytującego jest w jej łokciu, Ŝe dotykając go, Lemon czuje się
szczęśliwy?
– Ten staw był dokładnie taki, jak mówiłeś – powiedziała z uśmiechem Renata, juŜ na
korytarzu. – Dziękuję ci za wspaniałą wyprawę.
A więc jej zdaniem pływanie w stawie to wspaniała rzecz. Co by powiedziała o...
Podeszli do drzwi. Czy będzie miała wątpliwości, do którego pokoju powinni wejść? Czy
uzna, Ŝe jego sypialnia będzie lepsza, bo większa?
– Śniadanie jest o ósmej – rzekł, by dać jej pretekst do opóźnienia rozsiania.
Z uśmiechem skinęła głową.
– Dobranoc.
Bez cienia wahania, zupełnie naturalnie, otworzyła drzwi do swego pokoju. Uśmiechnęła
się do Lemona, jakby był po prostu zwyczajnym męŜczyzną. Weszła do pokoju... i zamknęła
drzwi... delikatnie... zwyczajnie.
Lemon, stał pośrodku korytarza jak wmurowany.
Mimo Ŝe przed chwilą byli ze sobą tak blisko, pływali razem nago, Renata nie – miała
ochoty go pocałować. Nie zatrzymała się w drzwiach, nie odwróciła i nie podała mu ust.
PrzecieŜ byłaby to zupełnie naturalna rzecz.
Potraktowała go jak znajomego. Uśmiechnęła się przez ramię i była po prostu... uprzejma.
Mimo Ŝe wspólnie odbyli tak intymną kąpiel, Lemon nawet jej nie dotknął. Mógł to
zrobić bez problemu, a przecieŜ się. powstrzymał.
Powinna wiedzieć, Ŝe mu się podoba. W domu jest tyle chętnych kobiet, a on wyszedł
akurat z nią.
Czy spodziewała się, Ŝe gospodarz poświęci jej tyle uwagi. Praktycznie całą uwagę?
Przez cały wieczór? Widziała, jak zamienił kartkę z nazwiskiem Beatrice, by ją, Renatę,
umieścić obok siebie, na głównym miejscu.
MoŜe uznała to za nagrodę za wielkiego szlema i cudowną grę.
Cudowną grę? Nawet nie zauwaŜył, czy Renata dobrze gra. Obserwował jej twarz, a w
głowie kłębiły mu się myśli dozwolone co najmniej od osiemnastu lat.
Mogła przecieŜ zapytać: „Twój pokój czy mój?” Nie, ona po prostu weszła do siebie i
zostawiła go samego na korytarzu, wśród tłumu ludzi.
Dopiero wtedy Lemon uświadomił sobie, Ŝe przez cały czas korytarz pełen był ludzi.
Niektórym nawet się ukłonił.
Nic dziwnego, Ŝe Renata go nie pocałowała. Jest bardzo zasadnicza.
Ale i tak kaŜdy, kto ich widział, wiedział, Ŝe się kąpali. Jej włosy były rozpuszczone i
mokre. Po makijaŜu nie został nawet ślad. W ręku trzymała pantofle. Nie, włoŜyła je na dole.
Ale jej włosy bez wątpienia były mokre. Po pływaniu. Z nim. Wszyscy to wiedzą.
Wiadomość o tym rozejdzie się pewnie tak szybko jak ta o jego bankructwie. No, moŜe
nie tak szybko.
A więc pływała. I przez cały ten czas była z nim. Swobodna, naturalna, fascynująca.
Oczywiście przy domu jest teŜ prawdziwy basen. Goście moŜe pomyślą, Ŝe to w nim
pływali. Oboje jednak byli wciąŜ w strojach wieczorowych. Gdyby kąpali się w basenie,
włoŜyliby kostiumy kąpielowe i szlafroki.
Stał w rozpiętej koszuli i półprzytomnym wzrokiem wpatrywał się w kąt swego pokoju.
Co jest w Renacie takiego fascynującego? Rozpamiętywał na nowo kaŜdą spędzoną z nią
sekundę.
Miał podzielną uwagę, mógł więc równocześnie rozbierać się, kąpać i myć zęby.
PołoŜył się do łóŜka i dozwolone od osiemnastu lat myśli powróciły.
Kiedy rano zadzwonił budzik, Lemon wciąŜ jeszcze był oszołomiony. Uśmiechnął się bez
powodu i wstał z łóŜka. Przeciągnął się, dumny ze swego ciała, i spojrzał na zmiętą pościel.
Zdjął poszewki i prześcieradła. Wrzucił je do kosza na brudną bieliznę. W domu było tylu
gości, Ŝe sam musiał słać swoje łóŜko. Mimo zatrudnienia kilku dodatkowych osób słuŜba
miała aŜ nadto roboty.
Potem wziął prysznic, ogolił się i ubrał. Przyjrzał się sobie w lustrze. Jego blond włosy
były bardzo gęste i tak jasne, Ŝe nie będzie miał problemu z siwizną. Kiedy przyjdzie czas.
Jeszcze nieprędko.
Ciemnoniebieskie oczy ocieniały spłowiałe od słońca rzęsy. W sumie nic specjalnego.
Mogło być lepiej. Dla Renaty wolałby być podobny do któregoś z bogów olimpijskich, a
nie do Potwora z Czarnej Laguny.
Jest człowiekiem doświadczonym. Zna się na Ŝyciu, ludziach, interesach. Umie rozpoznać
fałsz. Wie, co to rozczarowanie. Jeszcze raz w myślach podziękował Johnowi Brownowi.
Ktoś lekko zapukał do drzwi.
– Proszę! – zawołał Lemon. CzyŜby to była Renata? Nie. To John.
– Co cię sprowadza tak wcześnie? – spytał Lemon, zawiązując krawat.
– Kiedy następnym razem będziesz chciał zniechęcić jakąś kobietę, skonsultuj się
najpierw ze mną, dobrze?
– Jakieś kłopoty? – Lemon ciepło spojrzał na przyjaciela.
– MoŜe trzeba będzie wykorzystać wszystkie rezerwy, Ŝeby ocalić twoją firmę. Ludzie
wycofują udziały!
– Pots?
– Nie. Znasz Potsa. Głównie drobni inwestorzy. Chcą ocalić swoje pieniądze, dopóki
jeszcze dysponujesz gotówką.
– Co im powiedziałeś?
– śeby poczekali na półroczne sprawozdanie.
– To dobrze – Lemon skinął głową. – O ile pamiętam, w umowie jest klauzula, Ŝe w
pierwszym roku nie wypłacamy dywidendy?
– Zgadza się. Mamy specjalną rezerwę, Ŝeby spłacać tych, którzy chcieliby się wycofać w
pierwszym roku.
– Bardzo mi przykro, John, Ŝe sprawiłem ci tyle kłopotu. Ja tylko...
– Nie ma mowy o kłopotach. Fundusz rezerwowy powinien pokryć Ŝądania tych
nerwowych. Mamy teŜ jeszcze trochę gotówki z tego szybu naftowego, który jakimś cudem
uruchomiłeś. Do dziś nie rozumiem, skąd wiedziałeś, Ŝe w tym starym, zardzewiałym szybie
jeszcze cokolwiek jest.
– Przeczucie – wzruszył ramionami Lemon.
– Tych wszystkich drobnych inwestorów pewnie uda się spłacić z funduszu rezerwowego.
Jeśli ktoś z powaŜniejszych udziałowców zacznie się denerwować, będziemy musieli się
trochę pogimnastykować, ale chyba nie trzeba będzie prosić o pomoc banku.
– Jeśli jest coś, co mogę zrobić, Ŝeby pomóc w tych kłopotach, to powiedz.
– Jakie tam kłopoty – uśmiechnął się John. – To wyzwanie. Drobna niewygoda. Firma
jest bezpieczna. Nie zapominaj, Ŝe dałeś mi sto udziałów.
– Zapracowałeś na nie. Bardzo mi przykro, Ŝe ta plotka moŜe ci trochę zepsuć opinię.
Dałem kilku przyjaciołom okazję zarobienia paru groszy. Szkoda, Ŝe to akurat oni się
wycofują. Powinni najpierw skonsultować się z tobą.
John pokręcił głową.
– Jeśli juŜ musiałeś kłamać, wolałbym, Ŝebyś powiedział tej dziewczynie, Ŝe jesteś
ś
miertelnie chory.
– Nie! Natychmiast chciałaby trzymać mnie za rękę i pielęgnować, by potem zostać
bogatą wdową.
– Masz rację – roześmiał się John.
– PoniewaŜ jestem spłukany, Lucilla straciła zainteresowanie moją osobą. Muszę ci
jednak powiedzieć, John, Ŝe Renata Gunther nie chciała mieć ze mną nic wspólnego, dopóki
nie dowiedziała się o moim bankructwie.
– Mmmm.
– Tylko tyle masz do powiedzenia? śadnego komentarza?
– Jest bardzo poczciwa. Lemon się roześmiał.
– No tak. MoŜe chciałbyś zwołać naradę i uspokoić zdenerwowanych udziałowców? –
spytał John.
– Nie – oznajmił Lemon.
– I będziesz czekał, aŜ ja wszystko naprawię?
– Zawsze mówiłem, Ŝe jesteś bardzo domyślny. ■ – To moŜe nieco zaszargać twoją
reputację.
– Ale poprawić twoją.
– Nie masz nic przeciwko temu? – zdziwił się John.
– Czasem udawanie głupiego popłaca.
John przypomniał sobie parę cwaniaków w San Antonio, którzy mieli ochotę na pieniądze
Lemona. Ten ani przez chwilę nie dał się nabrać, ale fascynowała go ich misterna intryga.
Udawał naiwnego.
Lemon jest lepszym człowiekiem niŜ John Brown.
– Nie bój się – zapewnił przyjaciela. – Nikomu nie powiem, Ŝe w gruncie rzeczy chodziło
ci o to, by zbliŜyć się do Renaty.
– Zrobiłem to takŜe po to, Ŝeby uniknąć szponów tej wiedźmy, która bawiła się tobą przez
całe dwa lata!
– EjŜe, ejŜe! – John machnął rękami, jakby oganiał się od roju os. Uśmiechnął się do
Lemona. – Tak się składa, Ŝe przeglądałem papiery i natknąłem się na ślad umowy, którą
zawarłeś z Lucillą. Przekupiłeś ją, Ŝeby się ode mnie odczepiła.
– Dokładniej mówiąc, uwolniłem ją od pewnej obsesji – poprawił go Lemon.
– Przekupstwem?
– Namawiając ją, by dała ci spokój – odparł Lemon.
– Jestem twoim dłuŜnikiem.
Była to bardzo interesująca wymiana zdań.
– Będziemy kwita, jeśli wybawisz mnie z tego kłopotu.
– I tak bym to zrobił.
– Ale jako zawodowiec uwaŜałbyś to za swój obowiązek. Ale wiesz co, John?
John z uwagą spojrzał na przyjaciela.
– Zrobiłbym to jeszcze raz tylko po to, Ŝeby Renata dobrze się ze mną czuła. Dla
niektórych kobiet pieniądze nie mają znaczenia.
– Nie dla wielu.
– I dlatego chcę zrozumieć tę konkretną. Renatę Gunther. Jest wyjątkowa.
– Pływała z tobą w stawie.
– Nie dotykaliśmy się. To nie był jej pomysł, Ŝebym i ja się kąpał. Traktuje mnie jak
kumpla.
– A ty czujesz do niej poŜądanie – stwierdził bez wahania John.
– Od lat tak bardzo nie czekałem na... pocałunek. Jeszcze w tej chwili Lemon nie mógł w
to uwierzyć.
– Pocałowałeś ją – domyślił się John.
– Jeszcze nie.
– Margot mówi, Ŝe to cudowna kobieta. Inteligentna i z poczuciem humoru.
– Jest bardzo tolerancyjna. Nie rozczula się nad Hunterem, a on i tak jej pilnuje.
– Przed tobą?
– Niczego jeszcze nie próbowałem – rzekł bardzo cicho Lemon. – Mówiłem ci, Ŝe nawet
jej nie pocałowałem.
– Jeszcze.
– Jeszcze.
– Powodzenia.
– Zobaczymy. MoŜesz dać mi listę udziałowców, którzy chcą się wycofać? MoŜe uda mi
się niektórych namówić, by zmienili zdanie.
Przy śniadaniu Renata znowu siedziała obok Lemona. Uśmiechała się do niego sennie.
Uczesała się niezbyt starannie i jeden długi lok wił się po jej szyi. Lemon uznał to za bardzo
podniecające.
Oprócz tego podniecający wydał się mu jej senny uśmiech i usta otwierające się na
przyjęcie widelca. Oddychała teŜ w sposób niezwykły. Odwróciła głowę i to było
podniecające. Lemon był w tarapatach.
Zaprosił do jadalni słuŜbę, by goście mogli podziękować za wspaniałe jedzenie.
BrydŜyści obawiali się nawet, Ŝe zbyt rozleniwieni trawieniem tych wszystkich smakołyków
nie będą w stanie odróŜnić asa od dwójki.
Gratulując w kuchni słuŜbie, Lemon juŜ nieco podjadł, przy stole więc zadowolił się tylko
kawałkiem grzanki z miodem.
Kiedy goście rozchodzili się do stolików, gdzie czekały na nich świeŜe talie kart, Lemon
znalazł czas, by niektórych z nich namówić, aby nie wycofywali pieniędzy i zaczekali na
półroczny raport.
Lucilla teŜ poprosiła go o chwilę rozmowy.
– Widzę, Ŝe optymistycznie patrzysz w przyszłość – powiedziała z podziwem.
– Pracujemy nad tym. Jego spojrzenie było chłodne; twarz powaŜna.
– Cieszę się. Lemon nie odpowiedział. Wszyscy zasiedli do kart. Zapanowała pełna
napięcia cisza. Przy stolikach siedzieli przecieŜ prawdziwi brydŜyści.
– Chętnie pomogę ci ocalić twoją firmę – zwrócił się do Lemona w czasie południowej
przerwy przyjaciel Potsa, Silas. – To dobra inwestycja. Chętnie się do niej włączę i wykupię
wszystkich tych panikarzy, którzy się wycofują.
– To rzeczywiście dobra inwestycja – odparł z uśmiechem Lemon. – Dziękuję ci za
zaufanie. Jestem pewien, Ŝe wszystko będzie dobrze.
– W razie czego chętnie pomogę – zapewnił go jeszcze raz Silas.
– Jestem ci zobowiązany. Zagadnął go takŜe Pots.
– Gdybyś był w kłopotach, to pamiętaj, Ŝe mam trochę gotówki.
– Wiesz co, Pots? Ile razy myślę, Ŝe do niczego się nie nadajesz, ty występujesz z czymś
takim.
– Jesteś moim jedynym kuzynem, zaleŜy mi więc na reputacji i wypłacalności naszej
rodziny – rzekł z uśmiechem Pots. – Ale mówię serio. MoŜesz na mnie liczyć – zakończył.
– Dwie osoby zaoferowały mi pomoc – poinformował później Johna Lemon.
– Silas i Pots – rzekł bez wahania John.
– Tak.
– Dali mi czeki in blanco.
– Nie!
– Tak. Nie wykorzystam ich, nie bój się. Masz dobrych przyjaciół. Renata teŜ
zaoferowała pomoc. Nie chce, Ŝebyś o tym wiedział. Kazała mi przysiąc, Ŝe ci nie powiem.
Dałem jej słowo honoru.
– Lubię ludzi o długim języku, którzy zwierzają się tylko mnie. Dzięki, Ŝe mi o tym
powiedziałeś.
– Pewne rzeczy męŜczyzna po prostu powinien wiedzieć.
– Lucilla wycofała się?
– Ona pierwsza.
– Spłaciłeś ją. – Było to bardziej stwierdzenie niŜ pytanie.
– Oczywiście.
Lemon z zadowoleniem skinął głową. Były to słowa wypowiedziane przez męŜczyznę,
którego ta kobieta wykorzystała. John dopiero teraz miał okazję do zemsty.
Do zemsty.
KaŜdy z nas ma swoją piętę Achillesa.
Kiedy palacze wyszli na dwór, by oddać się swemu zgubnemu nałogowi, Lemon
zauwaŜył, Ŝe Hunter znowu jest wśród nich. Takie zwierzę to skarb. Jaka szkoda, Ŝe zaledwie
toleruje swego nowego pana.
Pies najwyraźniej kogoś szukał. Czy człowiek, który wychował Huntera, zginął w jakimś
wypadku, jak podejrzewał Tom? W ciągu ostatnich dwóch lat nie odnotowano jednak w
okolicy śmierci Ŝadnego obcego. Nikt nie szukał teŜ psa. Gdyby jego pan zmarł śmiercią
naturalną – w szpitalu lub w domu – pies by się nie błąkał.
Kiedy pies u niego zamieszkał, Lemon zarządził dodatkowe poszukiwania. Nie
znaleziono Ŝadnych ogłoszeń ludzi poszukujących takiego psa. Nikt teŜ nie odpowiedział na
ogłoszenia Toma i Lemona.
Lemonowi było przykro, Ŝe nowym panem Huntera najwyraźniej nie jest Lemon
Covington. Czego mu brak?
Nagle w drzwiach pojawiła się Renata. Wyszła na taras i rozglądała się dokoła.
Odpowiadała z uśmiechem, kiedy ktoś ją zagadnął, ale cały czas dyskretnie obserwowała
tłum. Było jasne, Ŝe kogoś szuka. MęŜczyzny. Lemon od razu wrogo spojrzał na swoich
gości.
Wraz z pojawieniem się Renaty męŜczyźni wyraźnie się oŜywili. Głośniej się śmiali i
Ŝ
ywiej gestykulowali. Lemon był zdegustowany. Ale i on chciał zwrócić na siebie jej uwagę.
Kiedy Renata go zauwaŜyła, zarumieniła się i... juŜ się więcej nie rozglądała.
A więc to jego szukała!
Myśl ta uradowała jego serce, które mocniej zabiło. Renata chce z nim być.
Albo...
Chce ocalić go od bankructwa? Cholera. Czy to dlatego go szuka?
Pierwszy podszedł do niej Hunter. Poklepała go po łbie i z uśmiechem patrzyła na
zbliŜającego się Lemona. Pies nosem trącił jej udo.
O kurczę, Lemon teŜ chętnie by to zrobił.
– Wyszłaś na papieroska? – zaŜartował.
Renata jeszcze bardziej się zarumieniła i pokręciła głową.
– Ludzie mówią, Ŝe podobno w nocy staw zapadł się pod ziemię. Muszę to sprawdzić.
Chcesz pójść ze mną jako świadek?
– Oczywiście. Czy mam wziąć aparat albo notatnik?
– Nie – odparł z powagą Lemon. – Dokładna obserwacja powinna wystarczyć.
Obeszli więc dom i zniknęli w wysadzanej leszczyną alei.
Szli obok siebie. Są... przyjaciółmi. Renata czuła się bezpieczna.
– Staw wcale nie zniknął! – krzyknęła nagle.
– To najlepszy dowód, Ŝe nie naleŜy wierzyć plotkom – odparł, patrząc jej głęboko w
oczy.
Zaczerwieniła się jeszcze bardziej.
– Wiesz, dziś uŜyłem wody kolońskiej o łagodniejszym zapachu – powiedział. –
Powąchaj i powiedz mi, co o niej sądzisz.
Nie uŜył Ŝadnej wody.
Nachylił się ku niej, a ona połoŜyła mu rękę na ramieniu. Zaczęła wąchać.
Zrobił więc jedyną rzecz, jaka mu wpadła do głowy. Pocałował ją. Było to coś
cudownego. Niesamowicie podniecającego.
Wypuścił ją z objęć, wsunął palce we włosy, odchylił głowę do tyłu i zamknął oczy. –
Oddychał tak dziwnie, Ŝe aŜ się zaniepokoiła.
– Dobrze się czujesz? – spytała, kładąc mu rękę na ramieniu.
– Dlaczego nie nosisz znaku ostrzegawczego? – spytał ze złością.
Wzruszyła ramionami przyobleczonymi w jakiś szkarłatny, cienki materiał.
– Nigdy jeszcze na nikogo tak nie działałam – przyznała szczerze.
– A więc i ty to zauwaŜyłaś.
– Wczoraj wieczorem zachowywałeś się inaczej.
– Wczoraj wieczorem mnie nie całowałaś – przypomniał.
– Ale byliśmy razem w wodzie. Całkiem... nadzy i wcale ci to nie przeszkadzało.
– A skąd ty moŜesz wiedzieć?
Oczy Renaty zrobiły się ogromne jak spodki.
– Czy pod tą szkarłatną suknią masz swój szkarłatny pas do pończoch? – spytał.
– To nie jest temat do rozmowy – odparła zarumieniona.
Lemon wybuchnął śmiechem. A potem po prostu przyciągnął ją do siebie.
– To moŜe być coś bardzo powaŜnego – rzekł. – Jeśli nie jesteś mną naprawdę
zainteresowana, pozwól mi odejść.
– Jeszcze nie – odparła z powagą.
– Co to znaczy? śe jeszcze nie jesteś pewna, iŜ potrzebujesz więcej czasu, Ŝeby
przekonać się, czy do siebie pasujemy? Czy teŜ moŜe na razie nie chcesz pozwolić mi odejść,
ale później tak?
– Potrzebuję więcej czasu.
– Nie wiem, czy wytrzymam.
– Czy kobiety to twój nałóg? Jesteś bardzo podatny...
– A ty nie?
– Na... kobiety? – spytała zaskoczona.
– Na męŜczyzn. Na mnie. Nawet Hunter cały czas kogoś szuka, mimo Ŝe zdecydował się
zostać ze mną. Czy ty teŜ tak zrobisz? Trzy kosze w ciągu jednego weekendu to dla mnie za
duŜo.
– Trzy?
– Pewna kobieta, która zaproponowała mi małŜeństwo, rozgląda się za innym, pies szuka
swego dawnego pana i teraz ty. Coś mnie bez wątpienia do ciebie ciągnie. Czy to poŜądanie?
Chyba nie. Myślę, Ŝe to coś wyjątkowego.
– To wszystko dzieje się za szybko. Lemon odchrząknął.
– Nie powiedziałaś, czy podoba ci się zapach mojej nowej wody po goleniu – zauwaŜył.
– Jest doskonała.
Nawet mydło, którym się umył, nie miało zapachu. Pachniał tylko sobą. Podobał się jej
jego zapach?
– MoŜe chcesz mnie jeszcze trochę... powąchać? MoŜesz wybrać kaŜde miejsce. Mam
nadzieję, Ŝe to wytrzymam.
– Masz jakiś problem?
Mówiła szczerze. Najwyraźniej się nie rozumieli.
– Będę się poprawnie zachowywał. Chyba potrafię.
– Ten problem to ja.
– MęŜczyzna nie tak łatwo zniesie bliskość wąchającej go kobiety.
– Nie martwiłam się o ciebie. Ty znakomicie nad sobą panujesz. Myślałam o sobie. Przy
tobie kręci mi się w głowie.
Lemon z trudem panował nad swoim oddechem.
– Taak. To coś powaŜnego.
– Zgadzam się. Nigdy jeszcze nie musiałam radzić sobie z taką reakcją i to mnie trochę
przeraŜa.
– Dlaczego cięto... przeraŜa?
Mówił wolno i ostroŜnie. Nie chciał jej przestraszyć.
– Pocałuj mnie, ale bardzo delikatnie – powiedziała nagle.
Doprowadzał ją do szaleństwa. Wziął ją w ramiona, przycisnął do swego silnego ciała,
pocałował, a ona osunęła się na ziemię.
Poczuła zawrót głowy.
Wziął ją w ramiona i zaczął spacerować. Tak po prostu spacerować bez celu. Podobało
mu się, Ŝe moŜe ją tak nosić.
– Jeśli kiedykolwiek będziesz musiała gdzieś iść, powiedz mi, to cię zaniosę jak teraz.
Spoczywała w jego ramionach i z trudem formułowała słowa.
– Ludzie będą mówić.
– O czym? śe jesteśmy razem?
– śe mnie nosisz na rękach.
– Zasłabłaś.
– Widzę, Ŝe na wszystko znajdziesz argument. Lemon roześmiał się.
– Kocham cię – rzekł.
– Nie jest na to za wcześnie?
– No, wiesz. Znam cię juŜ prawie od dwudziestu czterech godzin. To prawie miesiąc,
gdybyśmy widywali się codziennie przez godzinę.
– Trochę teŜ spaliśmy.
– Racja.
– Nie przez cały ten czas byliśmy razem.
– UwaŜasz, Ŝe powinniśmy spać w tym samym łóŜku? – zapytał z niedowierzaniem
Lemon.
– Jesteś niemoŜliwy.
– Kąpałaś się ze mną nago – przypomniał.
– Będziesz mi to wypominał do końca Ŝycia.
– Chcesz przez to powiedzieć, Ŝe do końca Ŝycia będziemy razem?
Renata przechyliła głowę i spojrzała na niego uwaŜnie.
– Tak myślisz?
– To bardziej niŜ prawdopodobne.
Upłynęło trochę czasu, zanim byli w stanie pokazać się gościom. BrydŜyści prawie juŜ
kończyli swą poranną sesję. ZauwaŜyli zarumienione policzki Renaty Gunther i zmierzwione
włosy Lemona Covingtona, kiedy jakby nigdy nic zjawili się w sali.
– Gdzieście się podziewali? – spytał ktoś. – Tak długo was nie było, Ŝe zaprosiliśmy do
gry kucharkę i stajennego.
ROZDZIAŁ SIÓDMY
Renata i Lemon podeszli do stołu, przy którym grała kucharka. Była tak pochłonięta grą,
Ŝ
e nawet nie próbowali jej przerywać.
ZauwaŜyli teŜ pełen ciepłej ironii stosunek do gry Dana, chłopaka ze stajni. Lemon
kiwnął mu głową, dziękując za zastępstwo. Dan uśmiechnął się i podziękował dyskretnym
ukłonem.
Był dokładnie wymyty i najwyraźniej dobrze się czuł w eleganckim towarzystwie.
BrydŜysta to zawsze brydŜysta. Jak artysta czy pisarz.
Dan był znakomitym hodowcą bydła. Tylko raz miał kłopoty ze stadem, ale doskonale
sobie poradził.
Jako gracz teŜ był dobry. Clint go nauczył. Clint, praktycznie kierujący całym ranczem,
dostał kilka dni wolnego i jak zwykle pospieszył komuś z pomocą. Nie potrafił ani chwili
usiedzieć na miejscu. Mówił, Ŝe to dlatego, poniewaŜ Ŝycie na ranczu jest takie monotonne.
Renata i Lemon wywiązali się ze swych towarzyskich zobowiązań, wyrazili uznanie
zastępcom i trzymając się za ręce, wyszli przez taras do parku.
Przy obiedzie na ich miejscach siedzieli kucharka i Dan. Nikt nie wspominał o
nieobecnych, przynajmniej nie mówiono o tym głośno. Czasem tylko ktoś szeptem wymieniał
jakieś uwagi.
Zakochanym wydawało się, Ŝe są bardzo dyskretni. śyli w jakimś innym, własnym
ś
wiecie. Fakt, Ŝe poprzedniego wieczora Lemon nie zauwaŜył tłumu ludzi na korytarzu, był
najlepszym dowodem, jak bardzo byli skoncentrowani na sobie.
Renata ubrana była w powiewną, cieniutką suknię w kolorze lawendy. Z ciemnymi,
wysoko upiętymi włosami, spiętymi szylkretową spinką, wyglądała jak postać z jakiejś
dziewiętnastowiecznej powieści.
Uwagę Lemona przyciągał szczególnie jeden luźny pukiel, wijący się na jej szyi.
– Czy chciałabyś mnie o coś zapytać? – spytał w pewnej chwili Lemon. Wiedział, Ŝe
zgłosiła się do Johna i zaoferowała pomoc w tej „trudnej” sytuacji.
– Czy w dzieciństwie brakowało ci rodzeństwa? Było to ostatnie pytanie, jakiego mógł się
spodziewać.
– Tak.
Renata westchnęła, a on patrzył na nią z zachwytem.
– To pytanie miało cię skłonić do zastanowienia się, jak bardzo posiadanie rodzeństwa
pomaga w doskonaleniu własnego charakteru – wyjaśniła.
– Miałem Potsa. Był starszy, miał szalone pomysły i twardy charakter. Bałem się go.
Nigdy nie byłem taki jak on.
– Ja nie miałam nikogo. Nawet kuzyna. Rodzice zginęli w katastrofie samolotowej, kiedy
nie skończyłam jeszcze ośmiu lat. Miałam tylko starą, zasuszoną ciotkę, która pozwoliła mi
zamieszkać w swym ponurym, zakurzonym, cichym domu.
– Nienawidziłaś go – domyślił się.
– Uwielbiałam. Spędzałam mnóstwo czasu w bezruchu, czekając na duchy. Byłam
rozczarowana, kiedy Ŝaden się nie pojawiał. Nikt mi nie przeszkadzał. Przeczytałam
wszystkie ksiąŜki z biblioteki ciotki. No, moŜe nie wszystkie. Zadziwiał mnie jej literacki
gust. Pozwalała mi brać to, co chciałam, niczego nie cenzurowała. Przeczytałam kilka
ksiąŜek, które mnie poruszyły.
– Nieprzyzwoitych? – spytał z uśmiechem.
– Być moŜe. Wielu z nich nie rozumiałam. Uśmiech zniknął z twarzy Lemona.
– Do kiedy?
– Pewnych rzeczy nie rozumiem do dziś. Lemon uniósł ich złączone dłonie i uśmiechnął
się.
– Trafiłaś pod dobry adres. Wszystko ci wytłumaczę. Renata zamilkła..
Lemon był bardzo szczęśliwy. No, moŜe trochę niepewny, ale obecność Renaty i dotyk
jej dłoni bardzo mu pomagały. Nie, była to raczej tortura. Słodka tortura. Na pewien czas
gotów był się nawet na nią zgodzić. Jego ciało płonęło. Długo tak nie wytrzyma.
Patrzył na Renatę i dziwił się, jak bardzo jest niewinna. Gdyby miała choć trochę litości...
– Oglądałam kilka filmów dla dorosłych. Lemon uśmiechnął się od ucha do ucha.
– I co?
– WciąŜ nie rozumiem, jak to się robi.
– Chodzi ci o seks? Renata kiwnęła głową.
– Umiesz nad sobą panować. Chyba mógłbyś mi to wyjaśnić, nie czując skrępowania.
Skrępowania!
– A pytałaś juŜ kiedyś kogoś?
– Matkę, która po prostu się roześmiała. To było tuŜ przed tym, jak rodzice zginęli. Przez
pewien czas nie miałam nikogo. Później zagadnęłam ciotkę, ale ona uwaŜała, Ŝe na takie
tematy się nie rozmawia. Pytałam teŜ w dzieciństwie pewnego kolegę, który równieŜ o
niczym nie wiedział i martwił się, Ŝe będzie musiał to robić.
– śadnego dorosłego męŜczyzny?
– Właściwie nikogo nie znałam. Chodziłam do Ŝeńskiego college’u. Dziewczyny
tworzyły grupy, ale mnie nie zapraszały. Byłam niezauwaŜalna. Wychowana w klasztorze. I
jako metodystka uwaŜałam, Ŝe skończę w piekle.
– Bałaś się?
– Pogodziłam się z tym faktem. Uznałam, Ŝe taki mój los.
– Powiedziałaś o tym komuś?
– Ciotce, która uznała to za bzdurę. Była jednak wolnomyślicielką, według mnie i tak
potępioną, a więc jej opinia się dla mnie nie liczyła.
Lemon parsknął śmiechem.
Renata przyglądała mu się badawczo.
– Skoro straciłeś cały majątek i nawet ten dom, to moŜe chciałbyś zamieszkać ze mną? –
spytała. – W zamian za mieszkanie uczyłbyś mnie tych wszystkich rzeczy, których nie znam.
– Zgodziłabyś się na to?
– Gdybym to ja straciła wszystko – co oczywiście jest niemoŜliwe, bo mam depozyt – to
bym... No tak, ty przecieŜ masz rodziców. Zamieszkasz z nimi. Zapominam, Ŝe ludzie mają
rodziny.
Lemon był wzruszony. Jaka ona jest samotna. Jak to moŜliwe?
– Masz jakąś pracę?
– Redaguję wiersze dla pewnego wydawnictwa. Wydają je w eleganckich okładkach,
ręcznie zszywane, z pięknymi ilustracjami. Oczywiście, takie ksiąŜki nie przynoszą zysku.
Lemon był zupełnie wytrącony z równowagi. Z kim on ma do czynienia? Z biednym,
samotnym kurczaczkiem, pukającym od środka w skorupkę? Czy to on ma poprowadzić ją
ś
cieŜką wiodącą ku zmysłowej rzeczywistości?
– Oglądałam teŜ popołudniowe seriale – wróciła do poprzedniego tematu Renata. –
Aktorom najwyraźniej sprawia to przyjemność. Mam na myśli seks. Ale... mam takie
wraŜenie, Ŝe oni robią to na pokaz.
Spojrzała na niego, by sprawdzić, czy ją rozumie.
Lemon zrozumiał w końcu zachowanie Renaty w czasie ich nocnej kąpieli. Nie była
obojętna czy powściągliwa. Po prostu zachowywała się naturalnie. Nikt nigdy się do niej nie
zalecał, nie uwodził.
– W pocałunkach jesteś bardzo doświadczona – zauwaŜył, obrzucając ją szybkim
spojrzeniem.
Renata oblała się szkarłatnym rumieńcem. Poczuła się dumna!
– Tak sądzisz?
Spojrzał na nią zaskoczony.
– Z kim ćwiczyłaś? Nie musisz podawać nazwisk. Wystarczy przybliŜona liczba
nauczycieli.
– Jesteś czwarty. Pierwszy to ten nieśmiały chłopiec, który bał się, Ŝe będzie musiał t o
zrobić. Potem chłopak w szkole tańca panny Genevidve. Przyłapał mnie w korytarzu. To było
straszne. Obślinił mi brodę i policzki. Fu! I wreszcie pewien wydawca w Nowym Jorku.
Zdaje się, Ŝe chciał się ze mną zaprzyjaźnić. Ale ćwiczyłam, uŜywając własnej ręki. I było
to...
– Własnej ręki?
– Tak. Układałam kciuk wzdłuŜ dłoni i wyobraŜałam sobie, Ŝe to męskie usta.
– To... wszystko? Z własną ręką?
– Nie znałam nikogo, kogo mogłabym poprosić o pomoc, więc jakoś sobie poradziłam! –
odparła zniecierpliwiona juŜ trochę Renata.
– Nigdy bym nie przypuścił, Ŝe ktoś bez Ŝadnego doświadczenia moŜe tak całować. AŜ
mi dech zaparło.
Spodobał jej się ten komplement.
– Naprawdę? – spytała i głos jej się załamał. Musiała się uśmiechnąć.
– Nie powinnaś juŜ więcej całować Ŝadnych męŜczyzn. Jesteś zbyt niebezpieczna. Jeśli
będziesz miała ochotę kogoś pocałować, przyjdź do mnie. J a jakoś to zniosę. Inny męŜczyzna
moŜe nie być w stanie ci się oprzeć i ani się obejrzysz, a znajdziesz się na plecach.
– Znokautowana?
– Uwiedziona.
– A dlaczego ty nie moŜesz tego zrobić?
– Chcesz, Ŝebym cię uwiódł?
– Oczywiście. O ile wiem, wszyscy to robią, tylko ja nie. Mam juŜ dwadzieścia pięć lat i
nigdy jeszcze tego nie robiłam.
– Ja mam trzydzieści pięć – rzekł Lemon.
– I juŜ nie moŜesz? – spytała z przeraŜeniem.
– AleŜ mogę! – zapewnił ją gorąco. – Teraz? Renata rozejrzała się dokoła.
– Gdzie moŜemy to zrobić?
Choć powiedziała to zupełnie normalnym tonem, jej słowa zabrzmiały w jego mózgu jak
huk wystrzału.
Poczuł, Ŝe drŜą mu kolana. I choć jego libido szalało, mózg zrozumiał, Ŝe Renata chce od
niego tylko seksu. Nie jest nim tak oczarowana, jak on nią. Wykorzystuje go. Jego! Lemon
Covington, taka znakomita partia, wykorzystywany przez kobietę, która jest... tylko ciekawa.
Był załamany. Jest dla Renaty wyłącznie kimś, kto jej umoŜliwi zaspokojenie ciekawości.
Jak moŜe mu to robić?
Spojrzał na nią, a ona nie spuściła wzroku. Uśmiechnęła się.
– Mam nadzieję, Ŝe jakoś dam sobie radę. Powiesz mi, co mam robić?
Oczy jej błyszczały. Była podekscytowana.
Nie. Jest tylko ciekawa. Lemon był tak rozczarowany, Ŝe stracił pewność, Ŝe będzie w
stanie cokolwiek... zrobić.
Ujęła go za łokieć i przytuliła do swego miękkiego, delikatnego ciała. Flirtuje czy
namawia? Pewnie nawet nie zdaje sobie sprawy, Ŝe poczuł jej pierś.
– Pomyślałam sobie, Ŝe... mógłbyś mnie... pocałować, skoro juŜ wiesz, Ŝe mi to nie...
przeszkadza.
Nie przeszkadza! AŜ jęknął w duchu.
Przyciągnął ją delikatnie do siebie i bardzo czule pocałował. Jego ciało nie było tak
zniechęcone jak jego umysł. Lemon był wręcz na nie zły.
Renata jęknęła. Oddychała urywanie.
Jego ciało było rozpalone. DrŜało z poŜądania i nie mógł nad nim zapanować.
Lemon był pewien, Ŝe potrafi siebie kontrolować. I Ŝe nad nią teŜ zapanuje. śe wszystko
między nimi będzie piękne. A potem przypomniał sobie ich pocałunki. Nieopanowane, dzikie,
gorączkowe.
– Musimy trochę zwolnić tempo, Ŝebyś wszystko dokładnie zrozumiała.
– Tak. – Oblizała zaczerwienione od pocałunków wargi. W jej oczach migotały wesołe
iskierki. – Gdzie? – spytała z uśmiechem.
Lemon przypomniał sobie, Ŝe w portfelu ma prezerwatywy, nie chciał jednak zrazić
Renaty.
– Muszę iść do pokoju po prezerwatywę. – Spojrzał na nią, by wypowiedziane słowa
dobrze zapadły w jej świadomość.
Renata jeszcze bardziej poczerwieniała i znowu oblizała wargi.
– Ja mam – powiedziała.
– Skąd?
– Kupiłam przed przyjazdem tutaj.
– Dlaczego? – wyszeptał z trudem, bo tak był wstrząśnięty.
– Znam twoją reputację. Chciałam spróbować.
– Masz ją przy sobie?
Obrzucił Renatę uwaŜnym spojrzeniem.
– Gdzie?
– W moim pasie do pończoch jest taka dyskretna kieszonka... – odparła, rumieniąc się
jeszcze bardziej.
– Masz na sobie ten pas?
– Tak.
Lemonowi zakręciło się w głowie. Nie był w stanie wydusić z siebie ani słowa.
– MoŜe w tych krzakach? – zaproponowała. – Są tak gęste, Ŝe nikt nas nie zobaczy.
Nikt nie zobaczy? Taak. Oczywiście.
– Weźmiemy auto – rzekł, kiedy odzyskał nad sobą panowanie.
– Zrobimy to w samochodzie? – ucieszyła się. śartuje z niego? Czy to jakaś zemsta
feministek? Czy to dzieje się naprawdę? Czy Renata jest prawdziwa?
Musi to wiedzieć.
Odkaszlnął kilka razy, by przywrócić swemu głosowi normalne brzmienie.
– Chodź ze mną.
– Z przyjemnością! Ale nie będziesz zbyt gwałtowny, prawda? Słyszałam, Ŝe męŜczyźni
bywają czasem zbyt... szybcy. To chyba odpowiednie słowo. MoŜe będę potrzebowała więcej
czasu.
– Ilu męŜczyznom juŜ to mówiłaś? Spojrzała na niego zdziwiona.
– śadnemu... No, nie, przecieŜ ty Ŝartujesz! Wybuchnęła głośnym, gardłowym śmiechem.
Lemon był przeraŜony. Chciała kochać się z nim po tak krótkiej znajomości. Poczuł się...
wykorzystany. Przypomniał sobie kilka sytuacji, w których to on przejawiał taki stosunek, i
reakcje kobiet.
No cóŜ, posiadane przez niego pieniądze na pewno były nie bez znaczenia.
Otworzył drzwi do garaŜu i wprowadził ją do środka.
W milczeniu rozglądała się dokoła.
Pod lawendową sukienką, w sekretnej kieszonce szkarłatnego pasa do pończoch była
prezerwatywa.
Nie wygląda na kobietę posiadającą takie rzeczy.
Pomógł jej wsiąść do auta. Był to elegancki, sportowy wóz. Lemon właściwie juŜ dawno
wyrósł z takich samochodów. Renata jest taka młoda. Czy Lemon czuje się stary?
Niedokładnie. Jest po prostu... rozczarowany. Spodziewał się prawdziwego romansu, z
czułością i długotrwałym namawianiem. Zdziwił się, Ŝe od początku była przygotowana. W
kieszonce pasa do pończoch miała prezerwatywę.
Prawdę mówiąc, on teŜ prawie zawsze miał przy sobie prezerwatywy. MęŜczyzna nigdy
nie wie, kiedy będzie musiał bronić swego honoru i swego wraŜliwego ciała przed jakąś
wygłodniałą kobietą. Zawsze miał na to nadzieję.
A teraz jest właśnie z taką kobietą. Tyle Ŝe ją interesuje wyłącznie jego ciało.
Czy wykorzystywane przez męŜczyzn kobiety teŜ czują się rozczarowane? MęŜczyzna
często musi sobie po prostu ulŜyć i wtedy kaŜda kobieta jest dobra.
Lemon chciał jednak, by Renata naprawdę go chciała. Nie tylko po to, Ŝeby zdobyć
doświadczenie. Chciał, by jej na nim zaleŜało. By mogli się kochać.
A ona prosiła tylko, by się zanadto nie spieszył.
Zawiózł ją w swe ulubione miejsce wśród pagórków. Do starego gospodarstwa na
zupełnym odludziu.
Renata z zainteresowaniem rozglądała się dokoła. Nawet wiatr nie mógł się od niej
oderwać. Burzył jej włosy, ze szczególnym upodobaniem ten jeden luźny lok przylegający do
szyi; podwiewał sukienkę.
Była niewypowiedzianie urocza. JuŜ na sam jej widok Lemon miał wraŜenie, Ŝe serce mu
pęknie. Znał ją juŜ od dwudziestu czterech godzin.
Kiedy w końcu na niego spojrzała, zrozumiał, Ŝe nie wie, co zrobić ani jak zacząć. Czeka
na jakiś znak.
Podszedł do niej i pocałował ją. Znowu ten sam chaos. By opanować jakoś sytuację,
starał się, by ich wargi ledwo się zetknęły. PróŜny wysiłek. Ten pocałunek był taki sam jak
poprzednie. Dokładnie taki sam. Totalna katastrofa. Chciał przycisnąć ją do boku auta i
posiąść.
Choć spodziewała się tego, a nawet chciała, prosiła go wyraźnie, by się nie spieszył, Ŝeby
mogła przeŜyć to w pełni i z przyjemnością.
Będzie musiał zwolnić tempo. Samodyscyplina. Cały ten kłopot tylko po to, Ŝeby sprawić
jej przyjemność. Dobrze.
Przynajmniej nie wybrała Dana. Ten na pewno by nie czekał. Raz, dwa i po wszystkim.
Wybrała męŜczyznę, który jest cierpliwy i delikatny.
– Wejdźmy do środka – zaprosił z uśmiechem swą podnieconą uczennicę.
Baraczek składał się tylko z jednego pomieszczenia, prawie całkowicie wypełnionego
przez duŜe, podwójne łoŜe. LeŜał na nim tylko goły materac, bynajmniej nie nowy.
W brudnych oknach, umieszczonych na wysokości łóŜka, nie było zasłon. Podłoga teŜ nie
była czysta.
Ś
ciany gołe, bez obrazów, na stoliku telefon. Oczywiście komórkowy.
Czy to po to, Ŝeby mógł odbyć parę słuŜbowych rozmów, czekając, aŜ ona... Renata była
trochę rozczarowana. Zastanawiała się nawet, czy w aucie nie byłoby lepiej. Nie, teŜ zbyt
brudne i jeszcze te wędki na tylnym siedzeniu.
W baraczku z kolei nie było nawet gdzie się... rozebrać. Kątem oka spojrzała na Lemona.
Chodził od okna do okna i obserwował horyzont.
Jak często tu bywał? Jak często przywoził tu kobiety, by kochać się z nimi na tym gołym
materacu? Zazdrość?
Poruszyła się, kiedy przechodził do kolejnego okna. Spojrzał na nią i juŜ nie miał ochoty
przez nie wyglądać.
– Mój praprapradziadek zbudował tę chatę – powiedział. – Była dla nas azylem, kiedy
mieliśmy dość cywilizacji. Dostał tę ziemię od Komanczów. Wygnali go kiedyś na to
odludzie i zdziwili się, Ŝe przeŜył. Nie wiedzieli o źródełku. Sprzedali mu tę ziemię jako
bezuŜyteczną.
Natychmiast zbudował ten domek. Miał po temu powód. Źródełko jest pod nim. Widzisz?
Tujest klapa. Gdyby chata płonęła, ludzie mogą zejść na dół i ocaleją. Ziemia jest
nieurodzajna. Nie hodujemy tu bydła. Dla Covingtonów to bardzo waŜne miejsce.
Renata innym okiem spojrzała na chatę, zauwaŜyła jej stare belki. Wiek i susza nadały im
twardość kamienia. Spojrzała na stosunkowo nowy materac i zastanawiała się, czy w ogóle
ma spręŜyny.
Myśl o tych wszystkich ludziach, którzy tu kiedyś byli, onieśmieliła ją. To wnętrze było
zupełnie niepodobne do pokoju hotelowego, gdzie wszystko wydaje się nowe i nie myśli się o
tych tysiącach ludzi, którzy tam kiedyś spali.
Chatka miała w sobie coś ludzkiego, historię rodziny. MoŜe są w niej duchy , które nie
pochwalą Lemona za to, Ŝe przyprowadził tu kobietę dla zmysłowych rozkoszy.
Lemon stał juŜ przy ostatnim oknie.
Potem podszedł do skrzyni i wyjął czyste prześcieradła i poduszki.
Renata pochyliła się i przesunęła ręką po materacu. Nie było na nim kurzu. Przy tak
brudnych oknach było to dziwne.
– Czasami pozwalamy naszym ludziom spędzić tu w samotności trzy dni, pojedynczo.
Nie myjemy okien, bo nie chcemy, by ktokolwiek wiedział, Ŝe chata jest uŜywana.
Renata zamyśliła się, ale pomogła mu posłać łóŜko. Wydało jej się to takie dziwne, Ŝe
pomaga przygotować miejsce, w którym straci dziewictwo.
– O ile wiem, od lat nie spała tu Ŝadna para – rzekł cicho Lemon.
– Nigdy nie przywiozłeś tu Ŝadnej...
– Nie. I męŜczyźni, którzy tu bywają, teŜ nikogo nie przywoŜą. Nie pozwalamy im. To
szczególne miejsce. Nie chcemy, by ktokolwiek wiedział, Ŝe jest tu woda. Widzisz tę beczkę?
Jest zawsze pełna, na wypadek gdyby ktoś zabłądził i znalazł to miejsce. Ale klapa jest
zawsze zasłonięta i ma specjalnie nieregularny kształt.
– Mnie ją pokazałeś.
– Mam do ciebie zaufanie.
Spojrzała na niego i dojrzała malującą się na jego twarzy powagę.
To wtedy dostrzegła w nim człowieka, który czuje, myśli i ma honor. Zrozumiała, Ŝe
łatwo go zranić. Podoba mu się. A ona go wykorzystuje.
– Chciałabym wyjść na dwór i obejrzeć okolicę – powiedziała, kiedy łóŜko było juŜ
posłane. – Uwielbiam otwartą przestrzeń.
Lemon od razu poznał, Ŝe Renata się boi.
– Zniszczysz sobie buty – rzekł z uśmiechem. – O ile się znam, to drogie pantofle.
– Kupię sobie nowe.
– Gdzie? We Włoszech?
– Tak – odparła i uśmiechnęła się.
– Musisz uwaŜać. MoŜesz teŜ pójść boso.
Nie była taka odwaŜna, jaką udawała. Z ochotą skorzystała z pierwszego pretekstu, jaki
jej przyszedł do głowy, by opóźnić tę przygodę w jego łóŜku.
Okazało się, Ŝe Lemon ma jakiś płot do naprawienia.
Pokazał jej sławojkę i wyjaśnił, jak działa. Zaprowadził do szopy pełnej siana. Było
ś
wieŜe. Pilnował, by nie obtarła sobie stóp. śartował, a ona się śmiała.
– Czy nie moglibyśmy kochać się na sianie? – spytała, kiedy wracali do chatki. –
Wygląda bardziej zachęcająco niŜ tamto łóŜko. Mam wraŜenie, Ŝe wszyscy twoi przodkowie
patrzą na nas z niesmakiem.
– Moich przodków nic nie było w stanie zadziwić. Kiedy będziesz starsza, opowiem ci o
nich takie historie, Ŝe oniemiejesz ze zgrozy.
– O ile starsza? O godzinę?
– Pani Renato Gunther, pani jest niesamowita.
– Zgadza się.
– Zawsze lubiłem siano. Jako mały chłopiec ukrywałem się w nim, kiedy pokłóciłem się z
ojcem. Ma taki cudowny zapach. Jest miękkie. I zawsze moŜna się w nim schować.
Chciałbym leŜeć z tobą na sianie.
– Jeszcze nigdy nie chowałam się w stogu siana.
– Zrobię go dla ciebie. O, tutaj. Taki malutki. Abyś zawsze, kiedy poczujesz zapach siana,
myślała o mnie.
ROZDZIAŁ ÓSMY
Renata stała i patrzyła, jak Lemon widłami zgarnia siano. Była zdecydowaną^ ale brakło
jej odwagi. DrŜącymi rękami zaczęła rozpinać bluzkę.
– Pozwól, ja to zrobię – powiedział czule Lemon. Opuściła ręce i znieruchomiała.
Spuściła głowę, oczy przykryła rzęsami.
Jego ręce teŜ trochę drŜały. Ciało Renaty było niepodobne do ciała jakiejkolwiek kobiety.
Jak to moŜliwe? Ogólnie rzecz biorąc, kobiece ciała są przecieŜ takie same. Nie. Jej jest inne.
Piękne. Kruche.
– MoŜe... nie powinniśmy... jeszcze – szepnęła, kiedy walczył z marynarskim węzłem jej
paska.
Serce mu zamarło. Znieruchomiał i otworzył usta, by zaprotestować.
– Zaczynać tak od razu... MoŜe powinno... być coś przedtem?
Podniosła wzrok i ich oczy się spotkały.
Jej źrenice były ogromne. Policzki płonęły rumieńcem. Oddychała urywanie. Bała się. To
normalne, Ŝe chce jakiegoś wstępu. Większość kobiet tego chce. MęŜczyźni nie.
Lemon westchnął. Zwłoka była czymś, czego nigdy nie doświadczył. Słyszał tylko o
takim problemie, kiedy rozpalony męŜczyzna ma do czynienia z chłodną kobietą.
Faceci twierdzą, Ŝe najlepszą rzeczą w takiej sytuacji jest recytowanie tabliczki mnoŜenia.
Dobrze. W tym jest nawet niezły, bo w czasach szkolnych, mając kłopoty z czytaniem,
właśnie na lekcjach matematyki udowadniał, Ŝe jego mózgowi niczego nie brakuje.
Bardzo delikatnie przytulił Renatę do siebie i westchnął głęboko.
– Jesteś nadzwyczajna – powiedział.
Takie sobie stwierdzenie. Zdarzyło mu się juŜ kilka razy mówić to róŜnym kobietom i
zawsze brzmiało to prawdziwie. Tym razem było inaczej. Renata naprawdę jest
nadzwyczajna. Inna.
Pocałował ją za uchem i w szyję. Jego gorący oddech palił jej szyję. Przytulił ją i
znieruchomiał.
Pozwoliło mu to skoncentrować się na jej ciele. Jak bardzo ciało kobiety róŜni się od
kościstego, prawie płaskiego ciała męŜczyzny.
Oddychał chrapliwie, ale pieścił ją delikatnie. Kiedy się nieco rozluźniła, połoŜyła mu
ręce na ramionach. Wiedział jednak, Ŝe jeszcze nie jest gotowa.
Pocałował ją znowu i powiedział to, co musiał powiedzieć. Powiedział jej, jaka jest
wspaniała, piękna i rozkoszna. Jak cudownie zbudowana. I jak podnieca go jej ciało.
Słowa te nie bardzo do niej docierały. Wyczuwała poŜądanie w jego głosie i nie mogła
skupić się na treści zdań, bo jego dłonie badały najintymniejsze części jej ciała.
Czuła jego twardą męskość, napierającą na jej biodro, i wydało jej się to zbyt... śmiałe...
trochę za mało subtelne.
Wiedziała, Ŝe pocałunki są rodzajem wstępu. Czuła na sobie jego drŜące ręce. Był taki
spocony i rozpalony! Skoncentrował na niej całą uwagę, ale juŜ nic nie mówił. Przyciskał ją
tak mocno do siebie, Ŝe brakło jej tchu.
Rozchylił jej ubranie i jego dłonie poznawały ją coraz dokładniej. Były gorące i twarde.
Podobało jej się to, co robiły z jej piersiami i... niŜej. Szczególnie, kiedy dotykały... niŜej.
Kiedy gorące usta Lemona zamknęły się na jej sutce, a ręka zsunęła na wilgotną
kobiecość, zadrŜała i przywarła do niego całą sobą. Usłyszała bolesny jęk. Zdziwiła się
stwierdziwszy, Ŝe wyrwał się z jej własnych ust.
PołoŜył ją na sianie i nie musiał juŜ koncentrować się na utrzymywaniu ich w pozycji
stojącej. Mógł swobodniej badać i smakować ten kąsek, który miał w ustach i pod ręką.
– Ostre to siano – mruknęła.
– W ogóle nie powinnaś tego czuć – odparł, na moment przerywając ssanie. – Powinnaś
juŜ tak bardzo mnie pragnąć, by nie myśleć o czymkolwiek poza tym.
– No tak, ale ty jesteś na górze – zauwaŜyła.
– Lubię być na górze. – Nie zwaŜając na jej niemy protest, wypuścił ją na chwilę z objęć.
Zdjął koszulę i połoŜył ją na sianie. – Spróbuj teraz.
Renata połoŜyła się na delikatnym materiale.
– WciąŜ kłuje.
– Zaraz połoŜę spodnie – rzekł, unosząc do góry swe piękne, spłowiałe od słońca brwi.
Oczywiście podglądała, kiedy wstał i rozbierał się. PodłoŜył spodnie pod koszulę.
– Spróbuj teraz.
Posadził ją i pomógł jej zdjąć sukienkę. Zgubiła w sianie kilka szpilek i od razu zaczęła
ich szukać.
– Są bardzo stare. Mam je po prababce. Prawdziwy szylkret.
– I nie wstyd ci je nosić? – spytał, kładąc na swych spodniach jej sukienkę.
– Ten Ŝółw zmarł bardzo dawno temu.
– DołoŜymy jeszcze twoją halkę i powinno być w sam raz – rzekł z uśmiechem.
– Właściwie to nie chciałam jej zdejmować. W ogóle. śeby nie odsłaniać pępka. To
głupio tak się całkiem rozebrać.
– Nie wstydź się – powiedział. – PokaŜę ci swój pępek i zobaczysz, Ŝe jest zupełnie taki
sam jak twój.
Podciągnął podkoszulek i zsunął nieco gumkę swych slipów. W gęstwinie kręconych
blond włosów tkwił pępek.
– Jesteś cudowny – powiedziała z uśmiechem Renata. – Pozwól, Ŝe cię obejrzę.
Lemon znieruchomiał z podniecenia, a ona wsunęła głowę pod jego podkoszulek. Pomógł
jej go zdjąć.
– Jesteś piękny – powiedziała z zachwytem i pogładziła go po piersi.
– Ja teŜ lubię to robić, ale ty jesteś odwaŜniejsza – rzekł i skopiował dokładnie ruch jej
wędrującej dłoni. Jej pierś była jednak całkiem inna – wypukła i delikatna.
Renata nachyliła się i polizała jego sutkę.
– Jesteś włochaty.
– Ogolę się, jeśli ci to przeszkadza.
– Nie! – zaprotestowała gwałtownie. – To mi się podoba. Lemon wybuchnął śmiechem.
Jego podniecona męskość wypychała cienki materiał slipów.
– Mam ci jeszcze coś do pokazania – powiedział.
– Wygląda na coś bardzo niebezpiecznego. Popatrz, jak drga. Skąd mogę wiedzieć, Ŝe
mnie nie zaatakuje.
– Nie zaatakuje. Ogromnie delikatnie da ci wielką przyjemność. Zdejmij halkę, Ŝebym
mógł zobaczyć ten niesamowity szkarłatny pas do pończoch... i kieszonkę na prezerwatywę.
– Moim zdaniem zrobiono ją po to, Ŝeby kobieta mogła schować tam pieniądze na
taksówkę, gdyby jej towarzysz okazał się nieposłuszny.
– Aha. Myślisz, Ŝe znajdziesz tu taksówkę, gdy okaŜę się „nieposłuszny”? PróŜna
nadzieja, moja piękna. Jesteś całkowicie w moich rękach.
– Ty wstręciuchu – powiedziała, bezwiednym ruchem masując miejsce między swymi
piersiami.
– Więcej uczucia włóŜ w to ostatnie słowo! Spróbuj jeszcze raz. Światło! Kamera! Start!
Ujął rąbek jej halki, a ona uklękła, uniosła ramiona i pozwoliła mu zsunąć ją sobie przez
głowę.
Opadła na posłanie i mocno zacisnęła kolana. Miała na sobie juŜ tylko szkarłatny pas do
pończoch, pończochy i włoskie pantofle.
Zgubiła szpilki, więc włosy opadały jej teraz na ramiona. Wyglądała jak syrena. I
najwidoczniej była gotowa.
– Gdzie jest ta kieszonka? – spytał Lemon. Pokazała mu. Palcem wskazała frontową
część pasa, ale jej wzrok przez cały czas spoczywał na jego twarzy.
Obserwowała, jak opuszcza spłowiałe od słońca rzęsy i patrzy tam, gdzie wskazuje jej
palec.
TuŜ poniŜej kryła się jej kobieca tajemnica. Odwracało to jego uwagę od pasa. PołoŜył
rękę na jedwabistych włosach skrywających ową tajemnicę.
– Jesteś taka piękna – wyszeptał.
– Ty teŜ – odparła cichutko. Wyciągnęła nieśmiało rękę i pogładziła delikatnie niewielką
bliznę na jego piersi. – Jak to się stało?
Wiedział, Ŝe Renata pragnie zwłoki. Rozumiał to. Gotów był mówić długo, czule i
spokojnie.
– Drut kolczasty.
– Drut kolczasty? – z ulgą kontynuowała rozmowę Renata.
– Sprawdzałem, czy płoty są całe. Jakiś pies spłoszył mego konia.
– Bolało cię, prawda?
– Nie bardzo. Mogę ci pokazać jeszcze kilka innych blizn. Na pewno ci się spodobają.
Cieszy mnie twoje współczucie. Tutaj na przykład dostałem batem...
– Batem?
– Tak. Znalazłem się zbyt blisko faceta, która ćwiczył strzelanie z bata.
– A to?
– To nóŜ.
– Czyj? Dlaczego? – przeraziła się.
– Byłem młody. Wybrałem się w pewne miejsce, bo wydawało mi się, Ŝe dzieją się tam
róŜne ciekawe rzeczy, i nadziałem się na nóŜ. Nieco mnie to zaskoczyło – dodał w
zamyśleniu.
– Nie wątpię!
– Zemdlałem i bójka się skończyła.
Zamilkł na chwilę, by dotarły do niej jego słowa. Potem pokazał kolejną bliznę – na
czole, tuŜ przy nasadzie włosów.
– Tę zarobiłem, mając lat dwanaście. Spadłem z roweru. Zagapiłem się i wpadłem na
parkujące auto. Zdziwiła mnie wściekłość kierowcy. Dopiero kiedy byłem starszy,
zrozumiałem, o co mu chodziło. Nauczyłem się odpowiedzialności za innych ludzi.
– I zrozumiałeś, Ŝe nie jesteś nieśmiertelny?
– To akurat stało się niedawno. Odkąd cię poznałem, chciałbym Ŝyć wiecznie.
Przysunął się bliŜej i wziął ją w swe drŜące ramiona. Obsypał jej twarz pocałunkami.
– Nago jesteś jeszcze piękniejsza niŜ w ubraniu. Prawdziwe dzieło sztuki.
– To nie będę juŜ nigdy nic nosiła – obiecała.
– Tylko wówczas, kiedy jesteśmy sam na sam. Poza tym musisz być zawsze ubrana.
Rozumiesz? Ale kiedy jesteś ze mną, masz być tylko w tym pasie.
– Co takiego szczególnego jest w tym pasie? – nie mogła zrozumieć Renata.
– Sam nie wiem. Jesteś w nim prawie naga, ale niezupełnie – co sprawia, Ŝe za chwilę
zwariuję. Czy ty nigdy nie poprosisz, Ŝebym zdjął te slipy?
Przechyliła głowę i uniosła wzrok, wiedząc, Ŝe na nią patrzy. Zastanawiała się nad czymś.
Potem nachyliła się ku niemu, jakby chciała się zwierzyć z czegoś bardzo waŜnego.
– Nie wiem, co tam się chowa, ale widzę, Ŝe bardzo chce wyjść. Boję się. Lepiej nie
zdejmuj slipek.
Lemon wybuchnął śmiechem.
– Nie bądź takim tchórzem. To coś jest bardzo sympatyczne. Wczoraj, podczas kąpieli,
było blisko ciebie i nic się nie stało. Myślę, Ŝe powinniście się poznać bliŜej.
Renata przygryzła obrzmiałą od pocałunków wargę.
– AŜ się boję zapytać, w jaki sposób mam mu podać rękę – powiedziała po chwili.
– NajdroŜsza moja, jestem taki podniecony, Ŝe muszę natychmiast włoŜyć prezerwatywę.
Chcesz, Ŝebym zrobił to tutaj, czy mam odejść?
– Ja to zrobię.
Zesztywniał na samą myśl, Ŝe mogłaby go dotknąć.
– Nie tym razem – odparł z powagą.
– PrzecieŜ powinnam się tego nauczyć – zauwaŜyła Renata. – To znakomita pora, Ŝeby
zacząć.
– Jeszcze nie. – Lemon nie miał najmniejszych wątpliwości. – Mógłbym nie wytrzymać i
potem musiałabyś siedzieć, wzdychać, palić stare pety i czekać, aŜ napełnię się na nowo.
Wspomniał o czymś, co bardzo ją zainteresowało. O czymś, o czym przedtem nawet nie
myślała.
– Nie moŜesz robić tego... bez przerwy?
– A ty?
– Nie wiem – wzruszyła ramionami.
– Naprawdę muszę włoŜyć tę prezerwatywę.
– Będę patrzyła.
Lemon przez chwilę wahał się i zastanawiał.
– Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek ktoś patrzył, jak... to robię.
– Ty teŜ jesteś zdenerwowany? – spytała zdziwiona.
– Trochę tak.
– Oj, Lemon, nie martw się. Wszystko będzie dobrze. Dobrze, niech wierzy, Ŝe to nerwy.
On jednak wiedział, Ŝe to dlatego, iŜ tak bardzo jej pragnie.
Patrzyła więc. Usiadła i złoŜyła ręce na swym nagim łonie, a on zsunął szorty do kolan.
Otworzył opakowanie i zaczął nakładać prezerwatywę na swój sztywny członek. Było to coś
fascynującego. Renata co chwila wyciągała rękę, by mu pomóc, a on omal nie wyskoczył ze
skóry.
– Naprawdę bardzo dobrze to robisz – powiedziała. – Masz duŜą praktykę?
Wytarł dłonie o na wpół zsunięte slipy i spojrzał w jej szeroko otwarte oczy.
– To mój pierwszy raz z tobą.
– Tak, to wiem, ale chodzi mi o to, czy miałeś przedtem całe mnóstwo kobiet?
– O ile pamiętam, to nie.
– Podniecenie rzuciło ci się na pamięć – domyśliła się.
– To prawdopodobne.
Zsunął do końca slipy i odłoŜył je na bok. Wziął Renatę w ramiona i pocałował. Tym
razem było to coś innego. JuŜ nie Ŝartował.
– Kochaj mnie – szepnął.
Była to szczera prośba. Przywarł do niej całym ciałem. Jego owłosiony tors pieścił jej
delikatne piersi.
Dla niej była to najbardziej niezwykła rzecz, jakiej w Ŝyciu doświadczyła. Jej wraŜliwe
sutki pulsowały, dziwiły się tym pierwszym kontaktem z męskim ciałem. Przełykała głośno
ś
linę i oddychała przez usta.
Wtedy zrozumiał, Ŝe juŜ ją zdobył. Był na skraju wyczerpania, tyle kosztowały go te
wszystkie wstępy. Wiedział jednak, Ŝe nie moŜe się spieszyć. Musiał zaczekać, aŜ i ona
będzie gotowa. Wstydził się, Ŝe jego męskość tak otwarcie zdradza poŜądanie, więc przywarł
do niej jeszcze mocniej.
Wolniutko opuścił ją na posłanie. Wyciągnął się obok niej i był taki zajęty, Ŝe nic nie
mówił. Pojękiwał tylko z rozkoszy.
Jego ręce juŜ ją znały i z przyjemnością odkrywały nowe terytorium.
– Czemu jesteś taka wilgotna? – spytał. Zaskoczyło ją, Ŝe Lemon pyta o coś tak
intymnego.
– Jesteś taka piękna – mówił dalej. – Lubisz, jak to robię?
Poruszyła się zachęcająco, zapraszając do jeszcze intymniej szych pieszczot. Zamknęła
oczy.
– A to? ZadrŜała.
– I to? Jęknęła.
Całował ją, a ona wpijała mu paznokcie w plecy, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
Nie przerywając pocałunku, opuścił się wolno w jej wilgotną, zapraszającą kobiecość. Była
tak zdecydowaną Ŝe prawie go w siebie wciągnęła.
– Ty zwierzaku – szepnął.
A ona zaśmiała się i rozluźniła. Bez trudu pokonał więc cieniutką barierę i dostał się do
ś
rodka. Otworzyła szeroko oczy i znieruchomiała.
Lemon wsparł się na łokciach i czekał, aŜ Renata pogodzi się z jego obecnością w sobie.
Cały spocony i rozedrgany całował jej ucho.
Wiedział, Ŝe kobiety nie zdają sobie sprawy, co czuje męŜczyzna, kiedy musi nad sobą
panować, bo po raz pierwszy ma do czynienia z nieśmiałą i niedoświadczoną kobietą. UwaŜa
się, Ŝe męŜczyzna zawsze robi to tylko dla własnej przyjemności. Nikt nie wie, ile go to
kosztuje.
Kiedy się lepiej poznają, będzie jej musiał to wytłumaczyć.
DrŜał, z jego ciała spadały krople gorącego potu. Był u kresu wytrzymałości. Poruszył się
lekko, a oczy Renaty stały się jeszcze większe. Czekał tylko przez chwilę. Potem juŜ nie mógł
wytrzymać. Poruszał się rytmicznie i cięŜko oddychał. Rozczarował go własny brak
samokontroli.
Ruszył naprzód. Wiedział, Ŝe Renata nie jest jeszcze całkiem gotowa, ale on przekroczył
juŜ granicę. Orgazm, który przeŜył, zmącił jego umysł, osłabił ciało, ale zaspokoił poŜądanie.
Opadł na Renatę ostroŜnie, by nie przygnieść jej cudownego, kruchego ciała. Tych kilka
zdolnych jeszcze do pracy komórek jego mózgu przypomniało mu o ostroŜności.
Był przeraŜony. PrzecieŜ męŜczyzna musi umieć nad sobą panować. Czy jest moŜliwe, Ŝe
to wszystko przez nią? śe stała się jego nałogiem? A on jej niewolnikiem? Słyszał o takich
przypadkach. Wystarczy popatrzeć na Johna Browna i Lucillę.
WciąŜ ociekając potem, Lemon półprzytomnie uniósł się na łokciach i spojrzał na piękną
czarodziejkę.
LeŜała spięta i z jakimś dziwnym grymasem na twarzy oblizywała opuchnięte,
zaczerwienione wargi. Jej oczy były ogromne.
Jęknął i zsunął się na bok. Zrozumiał, co mają na myśli ludzie mówiąc, Ŝe dla męŜczyzny
robota nigdy się nie kończy. Potarł ręką czoło i westchnął.
Renata nachyliła się nad nim jak wampir, szykujący się, by wyssać resztę jego krwi.
– Dobrze się czujesz? – spytała z niepokojem.
– Jestem wykończony. – To było wszystko, co mógł z siebie wydobyć, oprócz kolejnego
jęku.
Upłynęło sporo czasu, zanim nabrał trochę sił, mógł zdjąć prezerwatywę i schować ją do
kieszeni leŜących obok spodni.
Wsparta na łokciu Renata obserwowała to z zainteresowaniem. Zaskakujący obraz
kobiecej piękności. Piersi lekko zaczerwienione po kontakcie z jego owłosioną piersią. Usta
obrzmiałe i czerwone.
– Popatrz, jaki stał się mały i miękki. On teŜ jest wykończony – powiedziała.
– Nie mów tak. Nawet nie mam siły się śmiać – jęknął. Zamilkli.
Lemon zastanawiał się, co za chwilę zrobi i powie Renata. Ciągle pamiętał, Ŝe był jej
pierwszym męŜczyzną i Ŝe powinien być bardzo delikatny. Ale moŜe ona jest kolejną Lucillą
i zaleŜy jej tylko na zlikwidowaniu jego konta w banku? W głowie mu zawirowało.
Renata była nadal zaniepokojona jego stanem.
– Widzę, Ŝe cię to całkiem wykończyło.
– Taak.
Lemon zamknął oczy i leŜał nieruchomo.
– Jesteś zupełnie bez sił.
Drgnął, kiedy spoczęła na nim jej delikatna dłoń.
– To dla faceta naprawdę cięŜka robota. Renata roześmiała się.
On teŜ musiał się uśmiechnąć i jakoś mu się to udało.
– Kiedy będziesz mógł to zrobić znowu? – spytała. – Widzę, Ŝe jeszcze nie teraz, ale
chciałabym zobaczyć, jak wygląda Ŝeński odpowiednik tego, co stało się z tobą.
– Mogę ci to pokazać w kaŜdej chwili. Spojrzała na niego z niedowierzaniem.
– Wejdzie z powrotem?
Lemon z trudem powstrzymał się, by nie parsknąć śmiechem. Ograniczył się do lekkiego
uśmiechu.
– Mogę cię tak specjalnie popieścić i będziesz zachwycona.
– Chy... chyba nie. Zaczekam..
' Otworzył jedno oko, by obserwować jej reakcję. Wyjrzała przez okno, na ziemię, która
nigdy nie miała rodzić. Lemon roześmiał się i przytulił ją do siebie.
– Ty syreno.
– Chodzi ci o mój głos?
– Nie, o zdolność uwodzenia. Renata rozpromieniła się.
– JuŜ jesteś gotowy?
– Jeszcze nie.
– Jak długo jeszcze? – spytała.
– Chcesz mnie chyba wykończyć – westchnął. – Ty nienasycona kobieto. Natrętna
mucho.
– Naprawdę jestem tym wszystkim? – zachwyciła się.
– Moja biedna męskość jest przeraŜona.
– Czy mogę ją jakoś uspokoić?
– Spróbuj – zgodził się.
Delikatnie ułoŜyła go z powrotem ną plecach. Nachyliła się i przytuliła do niego swój
zaróŜowiony policzek.
– Nie bój się. Nie zrobię ci krzywdy – szepnęła. Lemon znieruchomiał. Wstrzymał
oddech i wpatrywał się w nią z zachwytem.
Renata podniosła wzrok, spojrzała mu w oczy i pocałowała go.
Lemon głośno wciągnął powietrze.
– Chyba dzieje się jakiś cud rzekł.
Renata roześmiała się. Pieściła jego owłosioną pierś! Szczególnie fascynowała ją okolica
jego pępka. Lemon był zachwycony jej pieszczotami.
– Lepiej juŜ chyba nie będzie – zauwaŜył.
– Jesteś leniwy i lubisz, kiedy ktoś się tobą zajmuje.
– Oczywiście. Mógłbym zostać twoim niewolnikiem. – Mówił to z powagą i nie odrywał
od niej wzroku.
– Chyba dostałabym szału, gdyby jakiś facet cały czas wisiał mi u spódnicy.
– A u czego by mógł wisieć, gdybyś miała na sobie szorty albo dŜinsy?
Uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami. A to z kolei zwróciło uwagę Lemona na jej
ciało. Eee, nieprawda. Przez cały czas zwracał uwagę na nie.
A teraz ona skoncentrowała się na badaniu jego ciała. Było to co najmniej podniecające.
Jej ciekawość nie miała granic. Jakie to szczęście, Ŝe za pierwszym razem zbytnio się
pospieszył. Teraz będzie mógł panować nad sobą duŜo dłuŜej. MoŜe.
– Aj! – jęknął. – Jak ty chcesz, Ŝebym przetrwał ten dzień?
– Mam przestać? – spytała zupełnie serio. – Naprawdę byłam ciekawa...
– Nie, nie przestawaj. I moŜesz być tak ciekawa, jak chcesz. Nie krępuj się. Dotknij mnie
tam znowu. Taak. Jak dobrze. Lubię teŜ, jak mnie całujesz. Jeszcze mnie nie pocałowałaś.
– Pocałowałam.
– To było za pierwszym razem. Teraz zaczęliśmy przecieŜ wszystko od nowa.
– Tak.
Powolutku złoŜyła na nim nagie, delikatne ciało, a on, zaskoczony, nawet jej w tym nie
pomógł. Kiedy dotknęła jego ust, okazało się, Ŝe jest tak samo spragniony, jak wcześniej. I
juŜ wcale nie wyczerpany. Znalazł w kieszeni prezerwatywę i Renata poznała, co znaczy
igranie z ogniem. PrzeŜyła coś, czego zupełnie sienie spodziewała, Nie domyślała. O czym
nawet nie mogła marzyć.
Była szczęśliwa, Ŝe czekała na Lemona.
LeŜeli potem zmęczeni i zadowoleni. Serce Lemona po raz pierwszy drŜało na widok
ś
piącej kobiety. Renaty. Jego syreny.
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Renata i Lemon nie wrócili do domu na obiad. Napili się wody z ukrytej studni. Zjedli
kilka ciasteczek ze stojącej na półce puszki.
LeŜeli potem na sianie i rozmawiali. W najbardziej intymny sposób poznali juŜ swoje
ciała. Teraz przyszła pora na dusze i umysły.
Wysłuchiwali wzajemnie swych opinii i czasem się nawet zgadzali. Wspominali róŜne
zabawne zdarzenia. Tu akurat Renata nie miała wiele do opowiedzenia.
– Jak nauczyłaś się grać w brydŜa? – spytał.
– Kiedy ciotka jeszcze Ŝyła, często musiałam zastępować którąś z jej przyjaciółek. Odkąd
skończyłam dziesięć lat, uznały, Ŝe się do tego nadaję. Były wobec mnie bardzo wymagające.
Nie ma nic gorszego niŜ surowe, oceniające spojrzenie pomarszczonej staruszki. KaŜda z nich
była oczywiście „damą”.
To akurat mógł zrozumieć, bo jako jedynak teŜ wychował się wśród dorosłych.
– Ja najpierw nauczyłem się grać w pokera. Stosunek pokerzystów do młodszych jest
podobny.
– Bezlitosny – uściśliła.
– Moimi nauczycielami byli głównie starzy robotnicy z farmy. W czasie gry zawsze duŜo
rozmawiali. Z zachwytem słuchałem o dawnych sprawach i problemach. Mnóstwo się od nich
nauczyłem.
Kiedy z jakiegoś powodu byłem potrzebny na miejscu i nie mogłem uganiać się po
ranczu, co najbardziej lubiłem, pozwalano mi wówczas grać w karty albo układać pasjansa.
– Ja z kolei bardzo rzadko bywałam sama, chyba Ŝe w bibliotece. Marzyłam, siedząc nad
otwartą ksiąŜką.
– O czym? – spytał.
– O tobie – odparła, spoglądając na niego tymi swoimi ogromnymi oczami.
To słowo podziałało na niego jak afrodyzjak.
PoniewaŜ zuŜyli juŜ obie jego prezerwatywy, musieli skorzystać z tej ukrytej w pasie do
pończoch Renaty. Wyjmowanie jej z ukrytej kieszonki Lemon uznał za niesamowicie
podniecające.
Kiedy wszedł w nią po raz trzeci, skrzywiła się lekko, ale przyciągnęła go tak mocno do
siebie, Ŝe nawet tego nie zauwaŜył. Spędzili długi czas eksperymentując, śmiejąc się i
Ŝ
artując. Była to miłość zupełnie innego rodzaju.
Było juŜ po piątej, kiedy wrócili do domu. Udało im się wśliznąć niepostrzeŜenie tylnymi
drzwiami i wejść bocznymi schodami do swoich pokoi, by wziąć prysznic i przebrać się.
Renata pokryła kremem i pudrem policzki podraŜnione przez jego zarost.
Spotkali się na korytarzu i przez chwilę po prostu się do siebie uśmiechali. Wiedzieli, Ŝe
upłynie sporo czasu, zanim uświadomią sobie, Ŝe są częścią realnego świata.
Kolację podano na trawniku przed domem, Ŝeby słuŜba mogła przygotować salę balową
do wieczornych tańców.
Nikt nawet nie zauwaŜył pełnego rozmarzenia spokoju zakochanych. Goście wciąŜ
jeszcze pochłonięci byli popołudniowymi grami. Omawiali poszczególne rozdania i kłócili
się, co ich partnerzy powinni zrobić.
Chyba jedynymi, którzy w ogóle zwrócili uwagę na wagarowiczów byli, oczywiście,
John, Lucilla i Dan.
Spędziwszy dla przyzwoitości trochę czasu z gośćmi, zakochani znowu się ulotnili. Tym
razem po to, by się trochę przespać.
Kiedy Renata juŜ wygodnie leŜała w łóŜku, usłyszała zgrzyt klucza w zamku. Usiadła
natychmiast i sięgnęła po telefon.
Do pokoju wszedł Lemon, zamknął z powrotem drzwi na klucz i podszedł do łóŜka. W
zupełnie naturalny sposób podniósł koc, by wśliznąć się pod niego. Zrobił to, przyciągnął ją
do siebie i ułoŜył wygodnie. Potem leŜał nieruchomy i milczący.
– Co ty tutaj robisz? – spytała.
– Szszsz.
Renata uśmiechnęła się i stwierdziła, Ŝe jest jej bardzo wygodnie. MoŜe by jeszcze
odrobinę pobaraszkować?
Zasnęła, słuchając cichej muzyki, dobiegającej z sali balowej.
Gdzieś w środku nocy zakochani obudzili się, przytulili do siebie i byli tym zachwyceni.
Na szczęście Lemon miał w kieszeni piŜamy kilka prezerwatyw. Jedna z nich bardzo im
się przydała.
ŁóŜko okazało się lepsze niŜ tamto legowisko na sianie.
Następnego dnia kucharka i Dan znowu musieli zastąpić wciąŜ niezbyt przytomną parę.
Zakochani chodzili po domu, , trzymali się za ręce, rozmawiali o byle czym i cały czas się
uśmiechali.
W pewnej chwili do Lemona podszedł John.
– Musimy porozmawiać – stwierdził, pocierając brodę. – Wiadomość o twojej finansowej
klęsce rozchodzi się juŜ po całym Teksasie... i wkrótce obiegnie inne stany i zagranicę.
– To juŜ twoja sprawa – odparł z uprzejmym uśmiechem Lemon.
– Musimy obmyślić jakąś strategię – rzekł spokojnie i stanowczo John.
– JuŜ ty coś wymyślisz.
John był rozgoryczony. Lemon nigdy nie był niezdecydowany. To znakomity organizator,
trzymający zawsze wszystkie sznurki w Ŝelaznym uścisku. John spojrzał uwaŜnie na
przyjaciela i chyba zrozumiał. On naprawdę oszalał na punkcie tej Renaty Gunther. Po raz
pierwszy w Ŝyciu Lemona coś jest waŜniejsze niŜ interesy!
Lemon zawsze miał wzgląd na innych ludzi. Pilnował, by jego pracownicy byli doceniani
i zadowoleni, ale równocześnie nie nazbyt pewni siebie. Nie chciał, by stali się zbyt
skoncentrowani na jednej rzeczy i ograniczeni. Starał się, by zdobywali jak największe
Ŝ
yciowe doświadczenie.
Fakt, Ŝe kucharka mogła uczestniczyć w turnieju, był tego najlepszym dowodem. I to, Ŝe
namówił Margot, by przyjechała na sylwestra i wciągnęła Johna w pułapkę. Lemon troszczył
się o innych ludzi.
Obecne zachowanie Lemona było zupełnie nietypowe.
Czy wypytuje Johna, co dzieje się na świecie? Nie. Czy pyta, kto dzwonił? Nie. Czy
przegląda papiery na jego biurku? Nie.
Lemon stał przy oknie w gabinecie Johna, całkiem zrelaksowany, obojętny, z rękami w
kieszeniach. Obok niego leŜał Hunter.
– Lemon – zaczął swój wykład John.
Lemon uśmiechnął się do swego doradcy finansowego i poklepał go po ramieniu.
– Zajmij się tym, proszę – powiedział i poszedł szukać Renaty.
Hunter spojrzał na Johna i szczeknął. John otworzył drzwi na taras i wypuścił go. John
uznał, Ŝe musi skonsultować się z Margot.
– Czy ta Renata Gunther jest odpowiednia dla Lemona? – spytał.
– Tak – odparła bez najmniejszego wahania Margot.
– Słyszałaś plotki o sytuacji finansowej Lemona? Margot nie okazała szczególnego
zainteresowania.
– Jasne. Chwilę po tym, jak uŜył tej wymówki, by nie stać się kolejną ofiarą Lucilli.
– No wiesz, Margot, Lucilla wcale nie jest mściwa. Margot obrzuciła go ironicznym,
niedowierzającym spojrzeniem.
– Zazdrość nie przystoi takiej kobiecie, jak ty – skarcił ją czule.
– Phi! – parsknęła z niedowierzaniem Margot. John powstrzymał się od śmiechu.
– Kiedy Lucilla poprosiła, by wycofać jej udziały z firmy Lemona, powiedziała, Ŝe taki
porządny człowiek jak on moŜe potrzebować pomocy przyjaciela.
Margot przymknęła oczy i zacisnęła usta. John wziął ją w ramiona, choć stawiała opór.
– Nie ma w tobie Ŝadnej tajemniczości, Margot. Jesteś nieskomplikowana, szczera i
uczciwa – rzekł z przekonaniem. – Nie umiesz grać ani udawać.
– Jestem uwodzicielska i wspaniała – zaprotestowała.
– Taak – odparł po chwili zastanowienia John. – Chyba masz rację.
– Jestem takŜe genialna, czuła i kochająca – kontynuowała Margot.
Po chwili spowaŜniała. Przytuliła się do Johna i pogłaskała go po szorstkim policzku.
– John, Lemon złamie Renacie serce. ZauwaŜyłeś, Ŝe przez cały weekend zajmuje się
tylko nią? Na nic innego nie zwraca uwagi. Czy on kiedykolwiek miał czas dla kobiety?
John przypomniał sobie, jak bardzo długo pewnej soboty przed sylwestrem Lemon stał na
ganku domu Margot i namawiał ją, by przyjechała do niego na przyjęcie... i to w tej
prowokującej, czerwonej sukni.
I jak przez cały weekend pilnował, by Margot dobrze się bawiła. Kiedy Lemon chciał,
znajdował czas na wiele spraw i dla wielu ludzi.
– Czy uwierzyłbyś, Ŝe Lemon zrezygnuje z turnieju brydŜowego dla kobiety? – mówiła
dalej Margot.
– Lemon tak naprawdę nie przepada za brydŜem – zauwaŜył John.
– Bzdura – Ŝachnęła się Margot. Była naprawdę zaniepokojona. – Jego zachowanie w
stosunku do Renaty jest zwodnicze. Zachowuje się jak normalny człowiek.
– Bo on przecieŜ jest normalny – odparł po chwili namysłu John.
– To typowe zaloty. Spędził z nią cały wieczór w piątek, cały dzień wczoraj i dzisiaj
znowu. A ona jest jak zahipnotyzowana.
– Tak – uśmiechnął się z rozmarzeniem John. – Tak jak ty będąc ze mną.
– Ja nie muszę cię mieć przez cały dzień u swego boku. Renata potrzebuje męŜczyzny,
który będzie się nią opiekował. Lemon tylko sprawia wraŜenie opiekuńczego kochanka, a w
gruncie rzeczy nim nie jest.
– Jest nią wyraźnie zainteresowany. Troszczy się o nią.
– To tylko zaloty. Chce zaciągnąć ją do łóŜka i by to osiągnąć, jest opiekuńczy. Później
natychmiast przestanie się nią interesować. MęŜczyźni juŜ tacy są.
– No tak, męŜczyźnie trudno by było plątać się cały dzień u boku kobiety czy klęczeć u
jej stóp.
– To by było nie do zniesienia i dobrze o tym wiesz. John przyciągnął Margot mocno do
siebie.
– Gdybym tylko zauwaŜył z twojej strony choćby ślad niechęci, natychmiast
przykleiłbym się do twego boku i klęknął na kolana.
– Nie ma mowy – powiedziała i połoŜyła mu głowę na ramieniu. – Gdybyś lepił się do
mnie cały czas, dostałabym szału.
– Choć jesteś mądra i piękna i...
– Nieskomplikowana, szczera i uczciwa – poprawiła go– Uwodzicielska, piękna i
genialna – dodał.
– Serdeczna i kochająca – dorzuciła.
– Serdeczna i kochająca? Naprawdę?
– Ty wstręciuchu!
John wybuchnął śmiechem.
– Lemon jest typowym męŜczyzną – wróciła do poprzedniego tematu Margot. – Ugania
się za kobietą, uwodzi ją i zdobywa, poświęcając tej biedaczce całą uwagę. A potem, kiedy ją
juŜ usidli, porzuca i wraca do swoich spraw.
– Ostatnio trochę cię zaniedbywałem – rzekł John. Najwyraźniej słuchał tego, co mówiła.
– Nie mówię o nas. Mówię o kobiecie, która tak długo Ŝyła w swoim własnym świecie, Ŝe
będzie się od Lemona spodziewała zbyt wiele. Jest spragniona miłości. Widziałeś ją? Jej oczy
błyszczą. Uśmiecha się bez Ŝadnego powodu.
– On teŜ nie wygląda normalnie. Moim zdaniem jest w niej zakochany.
Margot była bardzo przejęta.
– Nie będzie miał dla niej czasu. Wiesz o tym. Renata bardzo to przeŜyje. Będzie myślała,
Ŝ
e została oszukana. Miną całe lata, zanim zrozumie, Ŝe on przez cały czas miał zamiar Ŝyć
wyłącznie po swojemu. Dla niego będzie to zupełnie normalne, ale jej złamie serce.
– No tak, muszę przyznać, Ŝe to wszystko między nimi stało się zbyt szybko. On...
– Musisz powiedzieć Lemonowi, Ŝeby się tak nie spieszył. Niech Renata zrozumie, jakie
Ŝ
ycie ją z nim czeka.
– AleŜ Margot, przecieŜ oni się dopiero w piątek poznali. Zbyt czarno to wszystko
widzisz.
– Ale od tamtej chwili przez cały czas są razem. Dla Lemona to moŜe zabawa, ale nie dla
kobiety takiej jak Renata.
– Porozmawiam z Lemonem. – John powiedział to, co Margot chciała usłyszeć. – Ale
Renata jest inna, nie potrzebuje bez przerwy obecności drugiej osoby, Ŝeby czuć się
szczęśliwą i kochaną. Ona naprawdę jest zupełnie do ciebie niepodobna. Ale skoro chcesz,
porozmawiam z Lemonem.
– Dziękuję ci. To naprawdę konieczne. Nie robisz tego dli mnie, lecz dla Renaty. Lepiej,
Ŝ
eby wiedziała prawdę o Lemonie teraz, niŜ Ŝeby potem miała tęsknić i cierpieć przez cała
lata.
– Moi rodzice wciąŜ się kochają, a są ze sobą cały czas. Co prawda ojciec jest juŜ na
emeryturze.
– Wiesz, jak jest z moimi rodzicami, ale nie kaŜdemu małŜeństwu udaje się pozostać
przyjaciółmi i kochankami. Jeśli ktoś w to wierzy, popełnia powaŜny błąd.
– Czy proponujesz, Ŝebyśmy zamieszkali razem i przekonali się, jak nam się ułoŜy?
Margot westchnęła i uniosła brwi.
– A ty znowu to samo.
– Jeszcze nie przywykłem do ciebie na tyle, by móc prowadzić takie powaŜne rozmowy.
– Przyzwyczaisz się. Jak tylko się pobierzemy, cały czas będziesz siedział w biurze, a ja
w domu z dziećmi.
– Ze swoją rodziną, przyjaciółmi, członkiniami rozmaitych stowarzyszeń, nowym
samochodem – zaczął wyliczać John.
– Jakim nowym samochodem? – zainteresowała się Margot.
– Tym, który ci kupię. Będąc zmotoryzowana i niezaleŜna, pozwolisz mi pracować i
zarabiać na dom.
– Jesteś bardzo wyrachowany.
– Mam magisterium z prawa finansowego.
BrydŜyści grali całą niedzielę. Kucharka, którą w zastępstwie posadzono przy stoliku,
krytycznie oceniła podane przez słuŜbę jedzenie, ale powstrzymała się od komentarzy.
Wszyscy inni byli zachwyceni, choć na wyraŜanie podziwu mieli niewiele czasu. Rozmawiali
bowiem głównie o brydŜu, ostatnim rozdaniu, o jakiejś grze z poprzedniego dnia czy nawet
sprzed piętnastu lat.
Po obiedzie goście wyszli na dwór rozprostować nogi, a słuŜba wietrzyła salę, ustawiała
stoliki i krzesła, rozkładała świeŜe talie kart, notatniki i ołówki.
Lemon zauwaŜył, Ŝe Lucilla wdzięczy się do przyjaciela Potsa. Uznał jednak, Ŝe taki
męŜczyzna jak Silas da sobie z nią radę.
A Pots? Roześmiany Pots snuł się cały czas za nie mającą nic przeciwko temu Beatrice.
To na nią Lemon zwrócił uwagę pierwszego dnia. Czy to było zaledwie przed dwoma
dniami? Tyle się od tamtej pory wydarzyło, Ŝe wydawało mu się, iŜ upłynęły całe tygodnie.
Co takiego się wydarzyło? Renata. Musi obserwować jej zachowanie teraz, zanim
dziewczyna dowie się, Ŝe plotki o jego kłopotach finansowych są nieprawdziwe. Przypomniał
sobie ich wspólną noc w jej łóŜku i uśmiechnął się.
– Chodź, pokaŜę ci mojego ogiera – powiedział.
– Dobrze, ale przecieŜ juŜ go widziałam. Wygląda na narowistego.
– Bo taki jest.
– CzyŜbyś postanowił pozwolić mi się na nim przejechać?
– Nie.
– Mogę patrzeć, ale nie dotykać? Oczy jej błyszczały, policzki pałały.
– Patrz tak na mnie dalej, a wszyscy zauwaŜą, Ŝe się we mnie zabujałaś.
– Nie. – Przybrała niewinny wyraz twarzy i obojętnym wzrokiem rozejrzała się dokoła. –
Jestem po prostu uprzejma – miała czelność dodać.
– Czy tak nazywasz to, co robimy? – spytał oburzony Lemon.
Renata roześmiała się, ale i oblała rumieńcem. Lemon był zachwycony. To było dla niego
coś nowego. On teŜ czuł się jakis odmieniony. Z trudem powstrzymywał się, by nie dotknąć
jej ciała, policzka czy choćby ręki. Był nią absolutnie oczarowany.
A ona? Spojrzał na nią i uznał, Ŝe to najpiękniejsza kobieta na świecie.
– Dziś w nocy wejdziemy na dach i pokaŜesz mi swoją gwiazdę – szepnął.
– To ta, która właśnie świeci nad nami – odparła krótko.
– Jesteś zwykłą śmiertelnicą?
– Nie zauwaŜyłeś? – spytała z udawanym oburzeniem.
– No, co prawda dziś rano miałaś czkawkę, ale...
– Wcale nie miałam czkawki! – krzyknęła, ale roześmiała się i skarciła go delikatnym
klapsem.
Lemon chwycił jej dłoń i pocałował. Wszyscy to widzieli. No, prawie wszyscy. I jak
plotka o jego problemach finansowych, wśród gości rozeszła się wieść, Ŝe Lemon Covington
interesuje się tą Gunther, sierotą, praprawnuczką Minervy Gunther. Określenie zaleŜało od
wieku mówiącego. Dodawano jednak od razu, Ŝe Renata teŜ ma pewien majątek.
Byli takŜe tacy, którzy dopytywali się, o kogo chodzi, bo panna Gunther nie była osobą
zbyt znaną w towarzystwie.
Majątek? Słysząc to, jeden z męŜczyzn nastawił uszu. Spojrzał na tę, o której mówiono, i
zdziwił się. Opuścił plotkującą grupę i, udając obojętność, przechadzał się wśród gości.
Wyraźnie chciał zwrócić na siebie uwagę Renaty.
Widział japo raz pierwszy i uznał za bardzo atrakcyjną. Zdziwił się. Większość kobiet,
które posiadały jakiś majątek, była zamęŜna, za stara, za młoda albo brzydka.
– Nazywam się Theo Waggoner, jestem wnukiem Charlotte Waggoner – przedstawił się
w końcu z uśmiechem Renacie. – Zdaje się, Ŝe grywałaś z nią w brydŜa. Pamiętam, Ŝe o tobie
wspominała. Nie grasz dzisiaj?
– Ona woli kąpać się nago – odparł grzecznie Lemon. Theo był trochę zgorszony, ale jego
wyobraźnia od razu podsunęła mu obraz nagiej, kąpiącej się Renaty. MoŜe wcale nie będzie
trudno ją usidlić?
Renata jednak aŜ pobladła z oburzenia.
– W stawie – kontynuował nie zraŜony Lemon. – Hunter, mój wstrętny, Ŝółty pies i ja
pilnowaliśmy, by nikomu nie wpadło do głowy podglądać czy wykąpać się razem z nią.
Theo uznał, Ŝe Lemon jest równie wstrętny jak jego pies. I ma kłopoty finansowe, a Theo
nie. I w dodatku w porę wycofał udziały z jego firmy. Postanowił zignorować Lemona. To
przecieŜ Ŝadna konkurencja dla takiego wspaniałego męŜczyzny jak on.
– Grasz dzisiaj? – zwrócił się do Renaty.
– Ze mną – odparł Lemon.
Nie był wrogi ani napastliwy. Starał się traktować intruza jak najuprzejmiej.
Renata była zachwycona. Całe Ŝycie była szarą myszką. A teraz oto stoi ubrana w
cudowną, szmaragdową jedwabną suknię, włosy ma upięte wysoko i ozdobione
szylkretowymi spinkami, w uszach zaś lśnią kolczyki z pereł.
Obok niej stoją dwaj męŜczyźni, nastroszeni jak walczące koguty, z oczami nabiegłymi
krwią. A z jakiego powodu? Z powodu Renaty Gunther. Takie rzeczy zdarzają się tylko w
ksiąŜkach!
To naprawdę robi wraŜenie!
– O, pora wracać – zauwaŜył Lemon, spoglądając na zegarek. W tej chwili zabrzmiał
gong.
– Zrobiłaś wielkiego szlema w pierwszym rozdaniu – Theo zwrócił się do Renaty. –
MoŜe będziesz moją partnerką? Przydałby mi się twój talent.
– Przepraszam – rzekł do niego Lemon. Ujął dłoń Renaty i połoŜył ją sobie na ramieniu.
Nie odrywając wzroku od intruza, skinął głową i stanął między nim a Renatą.
Theo nie dał się tak łatwo zbić z tropu. Obszedł stojących i znalazł się z drugiej strony
Renaty.
– Zagraj ze mną – poprosił i śmiało chwycił ją za drugie ramię.
– Przepraszamy – odparła z uśmiechem Renata i odeszła od stolika wraz z Lemonem.
Lemon był zachwycony i na tyle nierozwaŜny, by odwrócić się i z wyŜszością spojrzeć na
Theo. Zobaczył, Ŝe konkurent z zachwytem wpatruje się w pośladki Renaty.
Lemonowi pociemniało w oczach. Zazdrość. Główny motyw pobudzający męŜczyzn do
działania.
Spojrzał przed siebie, by sprawdzić, czy droga jest wolna, a potem jeszcze raz odwrócił
się do Theo. MęŜczyzna nadal przyglądał się Renacie. Tego juŜ było za wiele.
– Powiedz Theo Waggonerowi, Ŝe matka go potrzebuje – rzekł do napotkanego Johna.
– Obawiam się, Ŝe jego matka nie Ŝyje – zauwaŜył przytomnie John.
– Namów Theo, by ją odwiedził – rzucił przez ramię Lemon.
Tylko przez kilka kroków Renata była w stanie powstrzymywać śmiech. Spojrzała na
Lemona z zachwytem.
– To było niezbyt grzeczne – zauwaŜyła.
– Wcale nie.
– AleŜ tak. PrzecieŜ jesteś gospodarzem.
– Gdybym naprawdę był dobrym gospodarzem, grałbym z gośćmi w brydŜa.
– PrzecieŜ grałeś.
– Grałem, ale... z tobą.
– Chodziło mi o brydŜa – uściśliła Renata.
– Mnie teŜ, z początku. Kiedy nie graliśmy w brydŜa, graliśmy ze sobą.
– Pływałam sama.
– Z początku – poprawił tym razem Lemon.
– Czy chcesz mi zepsuć reputację?
– MoŜe.
– To oburzające.
Powiedziała to przez celowo zaciśnięte usta, ale jej policzki płonęły, a oczy błyszczały.
Lemon nie mógł się nie roześmiać.
– Masz ze sobą jakiś strój do konnej jazdy? ChociaŜ dŜinsy?
– Tak. Czy mogę przejechać się na ogierze?
– Nie. Bardzo mi przykro. Tylko ja mogę go dosiąść. Nikt nie jest w stanie go opanować.
Jest złośliwy i wydaje mu się, Ŝe jest panem samego siebie. Nawet ja nie zawsze daję sobie z
nim radę.
– Ale Lucilla tak.
– Znakomicie – przyznał.
– Czemu go jej nie podarujesz? – spytała logicznie.
– Dać jej mojego ogiera? – Głos Lemona był pełen oburzenia. – Chyba zwariowałaś!
– To przecieŜ logiczne. Ona dobrze sobie z nim radzi, a on jej słucha. Daj Lucilli tego
konia.
– Pomyśli, Ŝe próbuję ją zdobyć – mruknął Lemon.
– Wyprowadzę ją z błędu – zapewniła z cudowną pewnością siebie Renata.
– Więc uwaŜasz, Ŝe próbuję zdobyć ciebie?
– Nie. JuŜ nie.
– AleŜ tak – przekonywał ją Lemon. Renata wzruszyła ramionami.
– JuŜ mnie masz.
– Rennie...
– Rennie?
– Tak cię nazywam w myślach.
– Podoba mi się.
– I ty mi się podobasz – rzekł Lemon z powagą.
– To bardzo dobrze – powiedziała i przyjrzała mu się uwaŜnie. – Bo mam zamiar cię
zdobyć – wyjaśniła.
– JuŜ zbyt wiele razy mnie miałaś – poskarŜył się szeptem. – Dziś rano pod prysznicem
zauwaŜyłem, Ŝe mi odpadł...
Renata roześmiała się. Potrząsała głową i po prostu się śmiała. Była cudowna.
– To nic śmiesznego – zapewnił ją Lemon, z trudem zachowując powagę.
– MoŜe uda nam się go przykleić.
– Chodźmy spróbować – zaproponował ochoczo. – Tym razem w moim pokoju.
– PrzecieŜ mieliśmy obejrzeć konia. Spojrzał na nią z niesmakiem.
– Jesteś niemoŜliwa. Nie chcesz wiedzieć, co mi się stało? Chodź na górę, to ci pokaŜę.
– Muszę włoŜyć dŜinsy, jeśli mamy pojeździć.
– MoŜemy pojeździć bez dŜinsów – zauwaŜył z uśmiechem.
– Tylko dziewczyny z „Playboya” robią to nago.
– Skąd wiesz? – zaniepokoił się Lemon.
– Oglądam filmy.
– Panno Gunther, pani naprawdę jest zadziwiająca!
Przebrali się i poszli do stajni. Lemon wziął ze sobą pistolet.
– Musisz go mieć? – zaniepokoiła się Renata.
– Lepiej go mieć i nie potrzebować, niŜ potrzebować i nie mieć. W tej okolicy zawsze
mamy przy sobie broń. Nigdy nic nie wiadomo.
– Mówisz, jakbyśmy Ŝyli w średniowieczu. PrzecieŜ teraz powinno juŜ być inaczej. Skąd
się bierze tyle przemocy? Co się dzieje z tym krajem?
– Wszędzie moŜna spotkać ludzi chciwych i bezwzględnych. Łamią wszelkie zasady. Nie
chcą się uczyć i zdobywać majątku własną pracą. Interesuje ich tylko łatwe Ŝycie, bez
najmniejszego wysiłku.
– Tak, wiem, Ŝe tak jest w miastach. Wielu ludzi trzyma pistolety w domu i aucie. Są
napady. Myślałam, Ŝe tutaj, na wsi, wszystko jest inne.
– śycie, obowiązki, walka o przetrwanie i współzawodnictwo są wszędzie. Chodźmy do
koni. Opieka nad nimi to teŜ obowiązek.
Renata milczała. Prawdziwy świat jest taki przeraŜający. Kto by pomyślał, Ŝe taka
cudowna okolica moŜe być niebezpieczna. ZauwaŜyła, Ŝe Lemon przez cały czas się rozgląda.
Jakie będzie to ich wspólne Ŝycie?
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
Lemon i Renata szli w kierunku stajni. Z radością wdychali świeŜe letnie powietrze
Teksasu. Wiał leciutki, suchy wietrzyk.
Klacz dla Renaty była juŜ osiodłana, bo Lemon telefonicznie uprzedził stajennych o
swoich planach.
– Niech pani wsiada i rusza przed siebie. Ogier zaczyna się juŜ niecierpliwić – zwrócił się
do Renaty Peanuts, ulubiony stajenny Lemona.
Renata była dobrym jeźdźcem. W dzieciństwie jazda konna była dla niej formą ucieczki
od gry w brydŜa z ciotką i jej zasuszonymi przyjaciółkami.
Wsiadła na konia pod czujnym okiem wszystkich stajennych, obserwowanych z kolei
przez bardzo przejętego i zdenerwowanego Lemona.
Wyprowadziła konia z obejścia i ruszyła przed siebie.
Dwaj pracownicy przyprowadzili wtedy ogiera. Stojący z Hunterem u boku Lemon
zwrócił się do stajennych z nie skrywaną złością:
– Dlaczego wy, do cholery, nigdy nie ujeŜdŜacie tego konia? – warknął.
– śeby połamać sobie kości? – oburzył się Peanuts. – To byłoby samobójstwo. Nie
jesteśmy na tyle głupi, by wsiadać na to zwariowane zwierzę.
Wszyscy stajenni trzymali się z daleka, kiedy Lemon wsiadał na ogiera.
W towarzystwie Huntera Lemon ruszył przed siebie. Wybrał kierunek przeciwny do tego,
w którym pojechała Renata. Ogier musiał się porządnie wybiegać, by stracić nadmiar
rozsadzającej go energii. Koń i jeździec byli w znakomitej komitywie. Lemon podziwiał
swego rumaka. Był to naprawdę znakomity wierzchowiec.
Ogier i jego jeździec spotkali się z Renatą i jej klaczą. Niestety, klacz była akurat w swym
szczególnym okresie. Ogier chciał ją pokryć i Lemon musiał z nim ostro walczyć. Renata i
klacz przyglądały się temu przeraŜone. W pewnej chwili Lemon krzyknął do Renaty, by
zsiadła z konia.
Ogier był zdeterminowany.
Hunter, mądre zwierzę, stanął między ogierem i klaczą i zaczął szczekać. Wyglądał
groźnie. Ogier spojrzał na niego zdziwiony, a Renata tymczasem zdąŜyła zsiąść ze swego
konia.
Potem pies zbliŜył się do ogiera i odwrócił jego uwagę na tyle, by i Lemon mógł zsiąść.
Nie było czasu, by zdjąć choć jedno siodło. Lemon zresztą nawet tego nie próbował. Szybko
podszedł do przeraŜonej Renaty.
– Przepraszam... – zaczął.
– Ale numer!
Lemon roześmiał się i przytulił dziewczynę.
Stajenni usłyszeli wrzawę i pędzili juŜ na pomoc. Ogier chwilowo się uspokoił, a Lemon
wciąŜ obejmował Renatę.
Jeden ze stajennych poprawił siodło ogierowi, a inny rozsiodłał rozbrykaną klacz.
Przyprowadzili ze sobą wałacha i pomogli Renacie go dosiąść.
– Trzeba mi było powiedzieć, Ŝe z tą klaczą jest coś nie tak – rzekł, z trudem nad sobą
panując, Lemon.
– Jak Boga kocham, Lemon, nie miałem pojęcia, Ŝe wybieracie się na wspólną
przejaŜdŜkę. Myślałem, Ŝe pani pojechała sama. Tej klaczy musiało się to dopiero zacząć.
RóŜne rzeczy moŜna o mnie powiedzieć, ale na pewno nie skrzywdziłbym Ŝadnej damy.
Co do tego Lemon nie miał najmniejszych wątpliwości.
– Jakie to typowe, Ŝe ukaraliście klacz, podczas gdy winien był tylko ogier – zauwaŜyła
Renata, kiedy jej konia odprowadzono do stajni.
– Ale przynajmniej źrebię będzie rasowe – uśmiechnął się Lemon.
Jechali obok siebie. Lemon na zaspokojonym ogierze, Renata na spokojnym i łatwym do
prowadzenia wałachu.
– Jestem naprawdę wściekły, Ŝe naraŜono cię na niebezpieczeństwo, ale rozumiem mego
ogiera – rzekł w pewnej chwili Lemon do Renaty. – Kiedy patrzę na ciebie, rozumiem, co
czuł na widok tej klaczy.
– Ty jednak lepiej nad sobą panujesz.
Lemon odrzucił głowę do tyłu i wybuchnął śmiechem.
– Mam nadzieję, Ŝe nigdy się nie dowiesz, jak trudno mi się czasem opanować –
powiedział, kiedy juŜ przestał się śmiać.
Renata uniosła jedną brew i przyjrzała mu się uwaŜnie.
– Mnie teŜ.
Odbyli bardzo długą przejaŜdŜkę. Rozmawiali i śmiali się. Ich konie z zainteresowaniem
rozglądały się dokoła i teŜ rozmawiały ze sobą – podrzucając głowy, prychając i parskając.
– Dobry z ciebie jeździec – rzekł Lemon do Renaty.
– Dziękuję. – Renata uśmiechnęła się i spojrzała na niego. – W dzieciństwie duŜo
jeździłam, Ŝeby uniknąć choć kilku spotkań brydŜowych mojej ciotki.
– W brydŜa teŜ grasz znakomicie. Jedyny problem w tym, Ŝe kręcisz się na krześle,
oblizujesz usta, przygryzasz wargę, poprawiasz włosy i doprowadzasz mnie do szaleństwa.
– Gra w brydŜa cię podnieca?
– Twoje zachowanie mnie podnieca.
– To było dla mnie bardzo waŜne, Ŝe zaufałeś mi, kiedy robiłam wielkiego szlema i wcale
się nie wtrącałeś – powiedziała całkiem powaŜnie. – Czułam się naprawdę doceniona.
Jak mógł jej powiedzieć, Ŝe było mu wszystko jedno, czy wygra, czy nie?
– JuŜ ci mówiłem, Ŝe jesteś znakomitą brydŜystką. Świetnie teŜ jeździsz konno.
Uśmiechnęła się do niego, uniosła twarz i odetchnęła głęboko.
– Jak to wspaniale móc tak obcować z koniem. Gdzieś na polach, z dala od wszystkiego.
W parku ciotki niewiele było miejsca. Galop nie wchodził w grę. Czasem mogliśmy
pokłusować. Konie ciotki teŜ na pewno bardzo się nudziły. One teŜ lubiły przygody.
– Tak – mruknął ze zrozumieniem Lemon.
– Widzę, Ŝe nie jest to zwykła przejaŜdŜka. Dokąd jedziemy?
Nawet sienie zdziwił, Ŝe to zauwaŜyła.
– Muszę sprawdzić, czy obora, w której niedługo będziemy kryli nasze bydło, jest juŜ
gotowa, i czy dość tam wody. Wkrótce chcemy przenieść do niej całe stado. Od pewnego
czasu ziemia leŜy tam odłogiem. To nasz specjalny eksperyment, pod ścisłym nadzorem
zarządcy. Parę lat temu zwieźliśmy tam kilka wagonów specjalnego szlamu ściekowego.
Zmieszaliśmy go z tą jałową ziemią i nasionami bardzo dobrej gatunkowo trawy. Nawozu
zwierzęcego uŜywa się wszędzie i od dawna, na Dalekim Wschodzie zaś stosują nawóz
ludzki. Nie przetwarza się go i co chwila wybuchają jakieś epidemie.
Jak wszyscy wiedzą, odpady to powaŜny problem wszystkich miast. Zanieczyszczone są
rzeki i nawet oceany, ale jeśli uda nam się te odpady przetworzyć, mogą się stać znakomitym
nawozem.
Szlamowanie to najnowszy eksperyment. Metodę tę stosuje się juŜ w kilku
gospodarstwach. Na początku tylko w miejscach wypasu bydła. Niektórzy farmerzy tylko
pokryli glebę szlamem, bez mieszania jej z gruntem. My zmieszaliśmy, choć było to droŜsze
rozwiązanie. Jeśli plan się powiedzie i nie będzie Ŝadnych skutków ubocznych, rolnicy i
hodowcy bydła rozwiąŜą wszystkie problemy miast. Na razie nie uprawiamy na tym szlamie
niczego przeznaczonego na sprzedaŜ, wypasamy tylko bydło.
Byli juŜ prawie na szczycie wzgórza. Hunter dotarł tam pierwszy i rozejrzał się dokoła. W
dole rozciągało się ogromne morze trawy. Lemon i Renata zatrzymali konie i patrzyli na nie z
zachwytem.
– Czy jest tu jakiś system irygacyjny? – spytała Renata.
– Nie. To teŜ część eksperymentu. Gatunki traw, które tu zasialiśmy, dobrze rosną na
tutejszej jałowej ziemi.
– Popatrz, jaka róŜnica! – Renata była pod ogromnym wraŜeniem.
– Tak bujna trawa porastała tę okolicę trzysta lat temu, kiedy przybyli tu moi przodkowie.
Człowiek z chciwości wszystko niszczy, nie robiąc Ŝadnych planów, nie myśląc o przyszłości.
Przypomnij sobie te straszne zniszczenia, jakich dokonali poszukiwacze złota w zachodnich
stanach. Tamtejsza ziemia juŜ pewnie nigdy nie będzie rodzić.
Zawsze nam się wydawało, Ŝe ziemia jest niezniszczalna. Na świecie Ŝyje jednak zbyt
wielu ludzi. Jesteśmy o krok od zniszczenia naszej planety. To byłby cud, gdyby udało nam
się uŜyźnić glebę dzięki pozostawianym przez nas odpadom. Gdyby wszystko dało się
wykorzystywać ponownie.
– Czaszki rozkładają się najdłuŜej – powiedziała w zamyśleniu Renata.
Spojrzał na nią jak na urocze zjawisko, które takŜe zniszczy upływ czasu. Ból, jaki poczuł
w sercu, zaskoczył go. Czy naprawdę ją kocha? Tak szybko? Tak bardzo?
Dwie ludzkie istoty, które w całym czasie trwania tego świata pojawiły się tylko na
ułamek sekundy, zeszły z koni i prowadząc je za uzdy, wolno spacerowały po bujnej,
szmaragdowej trawie. Konie, choć przecieŜ nie głodne, poskubywały z przyjemnością
soczyste źdźbła i z zachwytem rozglądały się dokoła.
Lemon przykucnął, wyrwał garść trawy i uwaŜnie przyglądał się korzeniom.
– AŜ trudno uwierzyć! To cud! Mieliśmy jednak sprzyjającą pogodę. Boję się, co będzie,
kiedy przyjdzie prawdziwa susza.
– Jeśli w ziemi zgromadzi się dość wilgoci, wszystko będzie dobrze – pocieszyła go
Renata. – Trawa jest silna, przetrwa i suszę.
Uśmiechnął się, słysząc to zapewnienie.
– Taak – przyznał jej rację.
– Kiedyś moja ciotka skorzystała z oferty pewnej przetwórni, która za darmo pozwoliła
zabrać swoje odpady. Miałam wtedy jakieś dziewięć, dziesięć lat. Powiedzieli, Ŝeby
wykorzystać je tylko pod trawę lub kwiaty, broń BoŜe pod warzywa. Wzięłyśmy kilka
pełnych koszy. Ku zdziwieniu ciotki wyhodowałyśmy marihuanę! Jej nasiona były juŜ w tej
ziemi. Moja ciotka myślała, Ŝe to jakieś chwasty, ale kiedy zajrzałyśmy do atlasu roślin,
okazało się, Ŝe to marihuana!
– Zjawili się w waszym ogrodzie jacyś dziwni goście?
– Nie zdąŜyli. Ciotka wszystko zniszczyła. Spaliła w kominku.
– A ptaki? Czy zachowywały się dziwnie? Renata spojrzała na chmury i uśmiechnęła się.
– Nie przypominam sobie – odparła. – Nie znam się przecieŜ na zachowaniu ptaków –
dodała.
Wtedy roześmiał się Lemon.
Ziemia była porowata i sucha, nie zostawiła więc śladów na ich butach. Wsiedli z
powrotem na konie i przejechali jeszcze kawałek. Na szczycie wzgórza znowu przystanęli i
podziwiali rozciągający się przed nimi cudowny widok.
– Mam nadzieję, Ŝe eksperyment się uda – powiedziała Renata. – Lubię, jak coś się udaje.
– Taak. Musimy jeszcze zajrzeć do nowej stajni i obejrzeć studnię – przypomniał.
Nie protestowała, więc wskazał jej drogę i wolno ruszyli w tym kierunku.
Konie były bardzo zainteresowane tym, co się dzieje. Pies biegł przed nimi. Co chwila
oglądał się i sprawdzał, czy Renata i Lemon za nim jadą. Biegał, poszczekiwał, wyraźnie
cieszył się zabawą na świeŜym powietrzu, z dala od ludzkich siedzib.
Jechali teraz wzdłuŜ jakiegoś płotu. Zgromadzone za nim konie przyglądały się jeźdźcom
z zainteresowaniem, choć trzymały się z daleka. Wołały coś do nadjeŜdŜających kolegów, ale
ci milczeli, strzygąc tylko uszami.
Nagle ogier Lemona powiedział coś niegrzecznego do stojącego za ogrodzeniem rumaka.
Ten przechylił głowę, chyba z rozbawieniem, i coś mu odpowiedział. Lemon miał znowu
okazję pokazać Renacie, jak dobrze panuje nad swoim wierzchowcem.
– Lepiej się nie zbliŜaj – rzekł jednak.
Walka między ogierem i Lemonem trwała dość długo. Koń tańczył i próbował pozbyć się
jeźdźca. PoniewaŜ w pobliŜu była Renata, Lemon w swojej z nim rozmowie bardzo liczył się
ze słowami.
Biegający wolno za ogrodzeniem koń cały czas towarzyszył im po drugiej stronie płotu i
zaczepiał ogiera. Ten był oczywiście wściekły, więc kiedy dotarli do końca ogrodzenia,
Lemon był spocony i wykończony.
Ogier próbował nawet zawrócić, ale Lemon zdecydowanie prowadził go w kierunku
baraku.
Dopiero kiedy wjechali za wzgórze i konie zza ogrodzenia zniknęły im z oczu, ogier
trochę się uspokoił. Lemon miał ochotę udusić go gołymi rękami.
Oczywiście to, Ŝe martwy koń nie byłby do niczego przydatny i Lemon musiałby pokonać
taki szmat drogi piechotą, takŜe nie było bez znaczenia. Kilkukilometrowy spacer w
kowbojskich butach zniechęciłby kaŜdego do myśli o zemście nawet na najdzikszym koniu.
Za barakiem był wiatrak i staw. TuŜ obok bocznica kolejowa z pochylnią i obory,
rozstawione jednak tak przemyślnie, Ŝe nikt nie mógł dostać się tam niepostrzeŜenie.
Za barakiem była stajnia i, w odpowiedniej odległości od stawu, sławojka.
– Popływajmy – zaproponował Lemon, zdejmując siodło z ogiera. – Ten staw jest równie
dobry jak ten przy domu.
Renata spojrzała na mulisty brzeg i nie okazała szczególnego entuzjazmu. Powoli jednak
rozsiodłała swego wałacha.
– Musimy wymoczyć w zimnej wodzie nasze ciała po szaleństwach minionej nocy – rzekł
Lemon, wieszając siodło na płocie.
Renata rozwiesiła obok końskie derki, by wyschły i wywietrzyły się.
– Moje ciało nie potrzebuje ochłody – powiedziała.
– Typowa egoistka.
Lemon aŜ pokręcił głową z niedowierzaniem. Wziął siodło Renaty i teŜ powiesił je na
płocie.
Chwycili konie za uzdy i zaprowadzili do niewielkiej, ocienionej drzewami zagrody.
Lemon przyniósł zwierzętom porcję świeŜego siana i napełnił wodą koryto.
Kiedy skończył, wsunął ręce do kieszeni dŜinsów i spojrzał na Renatę.
– Zdejmij ubranie i pozwól mi ocenić, czy potrzebuje ochłody – powiedział.
– Mam... się... rozebrać w biały dzień?
– Tak.
– To trochę nierozwaŜne robić coś takiego, kiedy w pobliŜu nie ma nikogo.
Lemon był co najmniej zdziwiony.
– Potrzebna ci publiczność?
– Rozbieranie wydaje mi się dość ryzykowne. ZauwaŜyłam, Ŝe nagie kobiety bardzo na
ciebie działają. Ubrane zresztą teŜ.
Lemon, jak zwykle, był bardzo przekonujący.
– Mam tu pewne zabezpieczenie – rzekł. – Tym razem nie jest zwyczajne. Zielone.
– Zielone – powtórzyła Renata, z trudem powstrzymując śmiech. – Słyszałam, Ŝe
produkują takŜe gumy w kropki.
Lemon skinął głową.
– I w paski, Ŝeby wielcy faceci wydawali się mniejsi.
– Fiuuu – gwizdnęła z podziwem.
– MęŜczyźni teŜ bywają subtelni.
– Tak? Kiedy?
– Kiedy jest to konieczne – odparł z przekonaniem.
– Zielone prezerwatywy nie są szczególnie subtelne – zauwaŜyła.
– Wiesz, innych akurat nie było. Wypróbujemy je i wyślemy firmie naszą opinię.
Napiszemy, czy taki kolor bardziej podnieca, czy nie. Zrobimy to anonimowo. Nie musimy
podawać naszych nazwisk.
– No, moŜe jeśli zamknę oczy – powiedziała po chwili namysłu Renata.
– Ja będę miał otwarte. Poprzednio za kaŜdym razem atakowałaś mnie tak szybko, Ŝe nie
miałem okazji sprawdzić, czy jesteś odpowiednio zbudowana. I czy naprawdę jesteś z tej
planety. Wiesz, Ŝe mam pewne podejrzenia?
– Nie.
Renata wzruszyła ramionami i czekała na wyjaśnienie.
– Pamiętasz, Ŝe po naszej nocnej kąpieli w stawie zapytałem, z jakiej pochodzisz planety?
– Powiedziałam ci, Ŝe z Ziemi. Lemon przecząco pokręcił głową.
– Ale moŜe chciałaś mnie nabrać, przekonać, Ŝe jesteś zwyczajnym człowiekiem, a nie
istotą z innej planety.
– Pewnie. To była pierwsza lekcja.
– No, właśnie! Wiedziałem! PokaŜ mi, jak wy się tam, skąd pochodzisz, całujecie.
Wyciągnęła ku niemu ręce.
Oboje byli spoceni i przesiąknięci końskim zapachem. Nawet tego nie zauwaŜyli. Weszli
do stajni, rozbierając się po drodze. LeŜące na ziemi części ich garderoby znaczyły drogę,
jaką przebyli.
Renata nawet nie zwróciła uwagi, Ŝe na sianie nie ma Ŝadnego przykrycia. W ostatniej
chwili Lemon wsunął pod nią swą koszulę.
– AleŜ z ciebie zwierzątko – rzekł z uśmiechem.
– Znowu jestem pod spodem – zauwaŜyła.
– Tak. Byłaś szybsza i oczywiście zajęłaś najlepsze miejsce.
Renata szeroko otworzyła oczy.
– Wolisz być pod spodem?
– A jak myślisz? Cały czas o to walczę, Ŝebyś pozwoliła mi leŜeć pod sobą.
Renata zaczęła wić się i kręcić.
– O co chodzi? – spytał Lemon. Był zaniepokojony. Wypuścił ją nawet z objęć. – Nic ci
nie jest?
– Zgadzam się. Mogę leŜeć na tobie – uśmiechnęła się przebiegle.
– Ratujcie mnie – szepnął. – Ratujcie mnie przed tą nienasyconą, dziką kobietą.
– Nikogo tu nie ma. Jesteś w moich rękach. Nikt ci nie pomoŜe. PołóŜ się płasko.
Nareszcie cię mam. Przyszedłeś tu, niczego się nie spodziewając. Nie wiedziałeś, Ŝe
będziemy tu tylko we dwoje i nikt cię nie uratuje. Jesteś tu sam, tylko ze mną.
– Ratunku. Pomocy – jęczał Lemon i zasłonił sobie... pierś.
Renata wybuchnęła śmiechem. AŜ musiała usiąść, Ŝeby się opanować.
– Kiepski z ciebie aktor – zauwaŜyła.
– KaŜde twoje Ŝyczenie jest dla mnie rozkazem. Nie krępuj się. Zaspokój swoje Ŝądze.
Nie. Nie tutaj. NiŜej. Jeszcze... trochę... niŜej. Taak. Tutaj...
Całe powietrze opuściło jego płuca. Wciągał je potem z powrotem, wolniutko, wydając
gamę najrozmaitszych dźwięków.
DrŜał, wił się, kręcił, pojękiwał i śmiał się. Jego oczy wpatrywały się w Renatę z
uwielbieniem, a ręce dotykały, ściskały to i owo, muskały i pocierały.
Próbowała włoŜyć mu prezerwatywę, więc niemal natychmiast musieli wziąć drugą.
– Gdybyś pozwoliła mnie samemu to zrobić, mielibyśmy jeszcze jedną w zapasie –
powiedział.
Renata spuściła oczy.
– Mam jeszcze dwie – powiedziała odwaŜnie. Lemon udał, Ŝe mdleje.
– Zemdlałeś? Ale przecieŜ wcale nie zbladłeś. To przez tę prezerwatywę tak się wydaje.
Pod nią jesteś zupełnie taki sam, róŜowiutki.
– Bogu dzięki. Pamiętasz, Ŝe wczoraj pod prysznicem odpadł mi członek?
– Pamiętam – odparła uspokajająco. – Ale widzę, Ŝe udało się go przymocować.
Wszystko będzie w porządku. Mogę ci to udowodnić.
– Ale ostroŜnie, dobrze?
– Chętnie, tylko się tak nie spiesz. Pozwól mi to zrobić samej!
– Ociągasz się – poskarŜył się.
– Wcale nie! Dam sobie radę!
– Powinniśmy wrócić do domu przed zmierzchem.
– Dlaczego?
– Muszę poŜegnać gości. Renata znalazła wyjście.
– Jest tam John i Margot – przypomniała.
Lemon znieruchomiał. Na jego twarzy pojawił się pełen zadowolenia uśmiech.
– Taak.
Poprawił się na tym niby posłaniu i uniósł lekko biodra, unosząc tym samym i Renatę.
– Czyń swoją powinność. Renata z ochotą wykonała rozkaz.
Zielona prezerwatywa wcale jej w tym nie przeszkodziła.
Kochankowie wyszli na dwór i kąpali się w stawie. Wbrew temu, co mówił Lemon, nie
było w nim Ŝadnych aligatorów. Renata dokładnie to sprawdziła. Pływała, ale zachowywała
ostroŜność. Hunter teŜ na wszelki wypadek cały czas obserwował brzeg.
Kiedy zobaczyła, Ŝe Lemon nawet nurkuje, prawie zupełnie się uspokoiła.
– MęŜczyźni są dziwni – powiedziała, kiedy spotkali się pośrodku stawu.
– Bo noszą zielone prezerwatywy?
– Nie, to, jak się okazało, nie jest problemem. Czy inni męŜczyźni są do ciebie podobni?
– Znam lepiej zbudowanych facetów – odparł skromnie, choć wcale tak nie było.
Renata oczywiście nie dała się nabrać.
– Jeśli mogę sądzić po tobie, męŜczyźni są naprawdę dziwni. Zupełnie inaczej myślą.
Współzawodnictwo jest dla nich najwaŜniejsze. Ciągle coś kombinują, spiskują, planują. I są
cudownymi zabawkami.
– To prawda, Ŝe lubimy kolekcjonować róŜne mechanizmy. Rzeczy. Kobiety.
– Nie mówiłam, Ŝe zbieracie zabawki. Powiedziałam, Ŝe to wy jesteście zabawkami.
KaŜdy męŜczyzna to zabawka.
Lemon był oburzony.
– PrzecieŜ to my rządzimy całym tym kramem! Co masz na myśli, nazywając nas
zabawkami?
– śe my, kobiety, się wami bawimy.
– To ciekawe. Wydaje mi się, Ŝe większość męŜczyzn chętnie pozwala kobietom się sobą
bawić.
– Pozwala? Czy ściągnąłeś mnie tutaj, Ŝeby mi na to pozwolić?
Lemon poczuł się uraŜony takimi niedorzecznymi podejrzeniami.
– Nie. Myślałem, Ŝe moŜe... zainteresuje cię wyhodowana przez nas trawa i sposób
wykorzystania odpadów. Miałem nadzieję, Ŝe będziesz się dobrze bawiła.
– Odpady nigdy nie wydawały mi się szczególnie interesujące.
– Nigdy nie byłaś na plaŜy, którą trzeba było zamknąć, bo prądy morskie przynoszą na
nią jakieś świństwa – rzekł zagniewany.
– To prawda. Widziałam kilka programów telewizyjnych poświęconych ekologii.
Pokazywali róŜne przepiękne, czasem nawet dzikie zakątki świata i nagle – śmietnisko. To
niesamowite, ile śmieci ludzie potrafią po sobie zostawić.
– Masz rację. Dlatego sądzę, Ŝe powinniśmy produkować rzeczy, które łatwo się
rozkładają. Telewizory, auta, miksery, gazety. Wszystko. Chciałem teŜ pokazać ci naszą
bocznicę kolejową.
– A więc nie chodziło ci o to, Ŝeby wymknąć się z domu i uprawiać ze mną seks?
– O to teŜ! – przyznał. – Popatrz, jak mnie wykończyłaś. W środku jestem zupełnie pusty.
Unoszę się jak balon.
PołoŜył się na wodzie i leŜał nieruchomo.
Renata roześmiała się i próbowała go utopić. Lemon bronił się, ale ostroŜnie. Nie chciał
zrobić jej krzywdy. Bawił się z nią, przytulał, pieścił najintymniejsze miejsca jej ciała – pod
wodą. Był odwaŜny, bezceremonialny i zmysłowy, ale bardzo ostroŜny.
Renata była tego świadoma.
Kiedy w końcu wykończeni wyszli z wody i nadzy jak Adam i Ewa poszli po ubrania,
okazało się, Ŝe Lemon ma w przytroczonej do siodła torbie jedzenie.
– A więc od początku wiedziałeś, Ŝe spędzimy tu cały dzień – powiedziała.
Lemon uśmiechnął się.
– ZauwaŜyłem te rzeczy dopiero wówczas, kiedy zdejmowałem siodło z konia. Chłopcy
po prostu, siodłając konie, automatycznie wkładają do toreb jedzenie. Jedzenie i pojemnik z
wodą. Facet nigdy nie wie, kiedy na jego drodze pojawi się jakaś syrena i zwabi go na
pustkowie. Musi się ubezpieczyć.
Renata leŜała na sianie w samej tylko koszuli. Włosy jej schły i skręcały się w
pierścionki. Była naprawdę wyjątkowa.
– Te ogromne kanapki są zupełnie niepodobne do tych cudeniek, które w piątek podano
brydŜystom – zauwaŜyła, przełykając kęs chleba.
– Miałem nadzieję, Ŝe w piątek oprócz mnie niczego nie widziałaś.
– Widziałam. Jestem praktyczna, prozaiczna, odporna na pokusy i...
– Tego ostatniego nie byłbym taki pewien. Cały weekend cięŜko nad tobą pracowałem i
chyba mi się udało.
– Nikt ci nie uwierzy, nawet wówczas, jeśli zobaczy nas razem. Wyglądam na zupełnie
czystą i niewinną. Czego o tobie powiedzieć nie moŜna.
– Obiecuję, Ŝe opowiem o tym naszym dzieciom, choć pewnie będę miał na to wielką
ochotę.
– Myślałam, Ŝe za kaŜdym razem miałeś prezerwatywę.
– Owszem. Ale chcę, Ŝebyś została tu jeszcze przez jakiś czas, abyśmy mogli się
przekonać, czy to, co jest między nami, jest naprawdę tak powaŜne, jak mi się wydaje.
Patrzył na nią, uśmiechał się lekko, ale mówił z przekonaniem.
– Chyba nie pozwolę ci odejść – dodał.
– Rozumiem cię, bo ja czuję to samo. Zostanę z tobą. Powinniśmy jednak spać osobno,
zobaczyć, czy to, co nas łączy, to tylko seks, czy teŜ prawdziwe uczucie.
– My nie uprawiamy seksu, tylko miłość – poprawił ją Lemon.
– Specjalnie uŜyłam słów, które pomogą nam spojrzeć na całą rzecz z dystansu.
Ubrali się w końcu i wrócili po konie. Lemon osiodłał je i wyprowadził z zagrody.
Jeźdźcy dosiedli swoich rumaków i jeszcze raz rozejrzeli się wokoło. Zawołali Huntera i
z pewnym Ŝalem ruszyli ku domowi.
Zmierzchało. Większość gości juŜ wyjechała, ale nie Theo. Wyszedł przed dom wraz z
Johnem i Margot. Nie był jednak ślepy i od razu zauwaŜył, co jest między Lemonem i tą
cudowną Renatą. Było to aŜ nadto jasne.
PoŜegnał się więc, choć nie bez pewnego Ŝalu.
– Dziękuję wam za zastępstwo – zwrócił się Lemon do kucharki i Dana po odjeździe
ostatniego gościa. – Graliście znakomicie. Jestem z was dumny.
– Dzwonili z CNN – rzekł nagle John, patrząc na odchodzącą parę. – Chcieli wiedzieć,
czy naprawdę jesteś spłukany.
– Ted dzwonił?
– Tak – odparła Margot. – Pytał, czy chcesz osobiście przedstawić swoją sytuację.
– To bardzo ładnie z jego strony. AŜ trudno mi w to uwierzyć.
– W swoich programach gospodarczych zawsze stosują tę zasadę.
– No to zrób to, John. Wystąp przed kamerami i wszystko wyjaśnij.
– To znaczy?
– No, wiesz – Ŝe jesteśmy wypłacalni. Ci, którzy w to wątpią, powinni poczekać do
półrocznego sprawozdania. śe wszystko jest w najlepszym porządku. I choć są tacy, którzy
wyprzedają swoje akcje, inni powinni je kupować, bo to dobra inwestycja, która na pewno
przyniesie zyski.
– Nie musisz mi tego mówić. Ale moim zdaniem to ty, Lemon Covington, powinieneś
wystąpić przed kamerami.
– PrzecieŜ to znakomita okazja, Ŝeby zdobyć popularność – przekonywał Lemon. –
Dostaniesz mnóstwo propozycji i będziesz mógł Ŝądać ode mnie podwyŜki.
John słuchał cierpliwie.
– Naprawdę jesteś w tym dobry – mówił dalej Lemon. – Jesteś moim doradcą
finansowym. Zrób to. WłóŜ granatowy...
– Garnitur, białą koszulę i czerwony krawat – przerwał mu John. – Wiem, wiem. Jesteś
pewien, Ŝe nie chcesz tego zrobić osobiście?
Lemon uśmiechnął się.
– Jestem skromnym, nieśmiałym człowiekiem. Nie potrzebuję reklamy. Wystąp w moim
imieniu. Weź ze sobą Margot. Usiądzie obok i będzie patrzeć z zachwytem, jak się
popisujesz.
– Pamiętaj, kiedy następnym razem będziesz chciał się pozbyć jakiejś natrętnej kobiety,
wybierz inny sposób – poradził mu jeszcze raz John.
– Przypuszczam, Ŝe juŜ nigdy w Ŝyciu nie będę miał tego problemu – odparł z uśmiechem
Lemon.
– CóŜ za głupota – zwróciła się do Johna Margot. – Taki męŜczyzna jak on nigdy nie
uwolni się od kobiet.
– Zobaczymy – odparł Lemon i uśmiechnął się do Renaty.
– JuŜ? – Margot znowu zwróciła się do Johna.
– Nam wystarczył jeden wieczór w bibliotece.
– W tym domu musi być jakaś szczególna atmosfera.
– Moglibyśmy zaprosić kilka zupełnie nie pasujących do siebie par i sprawdzić jego
magiczne właściwości.
– Czy jesteś pewien, Ŝe chcesz, by reprezentował cię taki ktoś? – zwróciła się do Lemona
Margot.
– Ty nie masz magisterium. To musi być on.
John pojechał do miasta, spotkał się z ekipą CNN i nagrał program. Miał na sobie
granatowy garnitur, białą koszulę i czerwony krawat.
Powiedział wszystko, co naleŜało. Wszystko, co sugerował Lemon. Wspomniał teŜ, Ŝe
posiadacze akcji firmy Lemona nie powinni wpadać w panikę.
– Zbadaliśmy wyniki finansowe firmy w ostatnich trzech miesiącach i wszystko jest w
najlepszym porządku. Jedne akcje przynoszą większe zyski, inne mniejsze. Na dłuŜszą metę
wszystko się wyrówna. Nasze akcje naprawdę warto kupować.
Następne dni były równie cudowne. Renacie nie udało się przekonać Lemona, Ŝe powinni
sypiać w oddzielnych łóŜkach. Nikt i nic nie zakłócało idylli.
Wakacje pracowników się skończyły i robotnicy jeden po drugim zaczęli wracać. I to z
ochotą do pracy, co najlepiej świadczyło, jakim idealnym szefem był Lemon.
Wrócił teŜ Clint Terrell.
– A więc jesteś cały i zdrowy – powitał go z radością Lemon. – Jak było? Usiądź i
opowiedz mi o wszystkim. To jest Renata Gunthef, moja dziewczyna.
– O, kurczę, więc ón był szybszy. Nigdy sobie tego nie daruję – uśmiechnął się do
Renaty-Clint.
– Nie zwracaj na niego, uwagi. Od takich jak on lepiej się trzymać z daleka – ostrzegł ją
Lemon.
Nagle w drzwiach pokoju stanął Hunter. Spojrzał na Clinta i szczeknął – tylko jeden raz,
ale głośno i nagląco.
– Ej, stary, w domu się tak nie szczeka – rzekł Clint. – Milczeć.
Pies podszedł do niego i zawył. Brzmiało to prawie jak płacz.
– Zgubiłeś się?
Pies wsunął pysk pomiędzy dłonie męŜczyzny i spojrzał mu w twarz.
– Brat Johna znalazł go gdzieś na bezludziu. Zwierzę włóczyło się tam od dłuŜszego
czasu. Przez cały czas wyraźnie kogoś szuka.
– Jest bardzo podobny do szczeniaka, którego miał mój kuzyn. Charlie zginął trzy lata
temu w wypadku samochodowym. Psa nigdy nie odnaleźliśmy. Myślicie, Ŝe to moŜe być
Leo?
Na dźwięk swego imienia pies szczeknął radośnie i machnął ogonem.
W oczach Clinta pojawiły się łzy.
– Leo – szepnął. – Mój BoŜe. Leo. Znów jesteś z nami. Szkoda tylko, Ŝe Charlie nigdy nie
wróci.
Pies znowu zaszczekał.
– To naprawdę Leo!