background image

Vicki Lewis Thompson

Ulubieniec kobiet

background image

Rozdział 1

Żyrandol  rzucał  dyskretny  cień  na  elegancki  salon,  w  którym  czekała  Sheila. 

Oczy jej błyszczały, serce biło przyspieszonym rytmem. Luke zatrzymał wzrok na jej 
piersiach, których kształt rysował się wyraźnie pod czarną jedwabną suknią.

Szybko przemierzył pokój i znalazł  się obok niej. Wziął ją w ramiona. Jedwab 

zaszeleścił w zetknięciu Z szorstkim materiałem dżinsów.

– No to do rzeczy – rzucił. Nie kochał jej, ale nie miało to żadnego znaczenia. –

Wiesz, czego chcę – dodał z lekkim zniecierpliwieniem.

– Nie mogę ci już tego dać!
– A więc będę musiał wziąć sobie sam. – Nie zważając na jej opór, przycisnął 

wargi do jej ust.

– Cięcie!
–  Meg  wzięła  głęboki  oddech  i  sięgnęła  po  słuchawkę.  Ręka  jej  drżała,  gdy

wykręcała  numer  Didi.  Czekając,  aż  usłyszy  głos  przyjaciółki,  wpatrywała  się  w 
stos plakatów ułożonych na podłodze. Zapowiadały festiwal, który miał odbyć się 
w  Chandler  już  za  dwa  tygodnie.  W  kącie  pokoju  leżała  sterta  podkoszulków  z 
nadrukami wykonanymi  specjalnie na tę okazję,  a  na  biurku piętrzyły się  foldery 
wymieniające Meg O’Brian z rady Izby Handlowej jako główną organizatorkę.

Wreszcie  Didi  podniosła  słuchawkę.  Przyjaźniły  się  od  trzeciej  klasy  szkoły 

podstawowej.

–  Właśnie dzwonili z  telewizji.  –  Meg od  razu przeszła do  rzeczy. –  Wybrali 

mistrza ceremonii.

– Tak? Kogo?
– Luke’a Bannistera.
– Niech to diabli! Powrót syna marnotrawnego.
– Zgadza się. Król wyścigów samochodowych z Arizona Avenue. Facet, który 

ledwo się trzymał na nogach, kiedy występował w szkolnym musicalu, a na maturę 
przyszedł ubrany jak na piknik.

– Wątpię, by wspominano o tym w jego życiorysach. Ale nie wpadaj w panikę. 

Wszystko będzie dobrze. Uwierzyłabyś, że on ma swój lokalny fanklub?

– Co?
– Nie wiem, jak ci to powiedzieć, ale należę do niego.
– Ty? Niemożliwe! – zdziwiła się Meg.

background image

–  Wiem,  że  nie  oglądasz  oper  mydlanych,  ale  powinnaś  choć  raz  zerknąć  na 

„Labirynt uczuć”. Wierz mi, jeden odcinek z Lukiem w roli Dirka Kennedy’ego i 
też połkniesz haczyk.

– Nie zamierzam połykać haczyka. Ja...
– Na litość boską, Meg. Przecież ja żartuję – żachnęła się Didi.
Może, pomyślała Meg, ale to nie tobie Luke złamał serce.
– Kiedy przyjeżdża? – spytała Didi. – Powinien mieć apartament w hotelu San 

Marcos, a na lotnisko wyślę po niego samochód.

– Daj sobie spokój z tym apartamentem. Będzie mieszkał u brata.
– No to pewno zakopali topór wojenny. Na kiedy zamówić samochód?
–  Cóż...  –  Meg  była  wyraźnie  zdenerwowana.  –  Z  jakichś  sobie  tylko 

wiadomych powodów zażyczył sobie, żebym to ja po niego wyjechała.

– Żartujesz!
– Prawdopodobnie chce się pochwalić swoimi sukcesami.
–  To  podobne  do  Luke’a,  jakiego  wszyscy  znaliśmy  i  lubili.  Uważaj,  złotko. 

Jeśli spróbuje wzniecić w tobie żar namiętności, jesteś zgubiona.

– Nie jestem taka głupia. A zresztą nie wierzę, żeby był mną zainteresowany po 

latach przygód z tymi wszystkimi gwiazdkami.

– Może i nie, ale uważaj.
–  Bądź  spokojna.  Skoro  już  rozmawiamy,  chcę  cię  jeszcze  zapytać  o  parę 

szczegółów naszej imprezy.

Meg  starała  się  nie  myśleć  o  Luke’u,  ale  nie  bardzo  jej  się  to  udawało.  Nie 

widzieli  się  dziesięć  lat,  a  ostatnie  słowa,  jakie  zamienili,  były  raczej  mało 
przyjemne. Jazda z lotniska na farmę Bannisterów może okazać się zbyt długa, jeśli 
Luke zacznie się chwalić swymi sukcesami.

–  Posłuchaj,  Meg  –  powiedziała  Didi.  –  Właśnie  zaczyna  się  serial.  Może 

powinnaś obejrzeć, na wypadek gdyby prasa zadała ci jakieś pytanie na ten temat.

– Hm... dobrze. – Meg poczuła ucisk w żołądku. Celowo unikała tego serialu, 

uważając, że nie ma sensu przywoływać duchów dawnych namiętności.

–  Jesteś  przypuszczalnie  jedyną  osobą  w  Chandler,  która  nie  widziała  ani 

jednego odcinka. Lepiej obejrzyj, choćby po to, żeby rozpoznać Luke’a na lotnisku.

–  Masz  rację.  To  na  razie,  Didi.  –  Nie  ma  mowy,  żeby  go  nie  rozpoznała. 

Nieraz, w marzeniach, widziała jego oczy. Weszła do salonu i włączyła telewizor.

Trafiła akurat na scenę między dwiema kobietami, Sheilą i Daphne. Być może 

Luke w ogóle nie pojawi się w tym odcinku, pomyślała.

Nagle poczuła, że krew napływa jej do twarzy, a serce bije mocniej niż zwykle. 

background image

To był on.

Włosy miał nieco krótsze niż kiedyś, ale opadały mu na czoło tak jak dawniej. 

Ubrany był w dżinsy i dżinsową koszulę. Wpatrywał się w Sheilę. Meg zadrżała. 
Pamiętała  to  uwodzicielskie  spojrzenie  jego  błękitnych  oczu.  Aż  nadto  dobrze 
pamiętała.

Podszedł do  Sheili i  wziął  ją  w ramiona.  Kiedy  się  całowali,  Meg  cofnęła się 

myślą do przeszłości. Napisała kiedyś odę do pocałunków Luke’a, a potem spaliła 
kartkę w filiżance do herbaty. Łzami gasiła ogień. Nie czuła już bólu, ale rana po 
złamanym niegdyś sercu pozostała nie zagojona.

W dwa tygodnie później Meg stała w poczekalni dworca lotniczego w Phoenix, 

starając się zachować zimną krew. Samolot Luke’a właśnie wylądował. Za chwilę 
będzie musiała stanąć twarzą w twarz z mężczyzną, który zakłócał jej spokój przez 
ostatnie dni. Przyjechała po niego, tak jak sobie tego życzył, chociaż w Chandler 
trwały przygotowania do uroczystości powitalnej.

Od  rana  była  w  podłym  nastroju.  Odrzuciła  kostium,  który  chciała  włożyć,  i 

zdecydowała się na znoszone dżinsy i zielony sweter. Luke prawdopodobnie będzie 
ubrany  według  najnowszej  hollywoodzkiej  mody,  ale  ona  nie  zamierza  się  dla 
niego  stroić.  Kiedy  jej  buntowniczy  nastrój  jeszcze  się  wzmógł,  postanowiła,  że 
pojedzie  na  lotnisko  swoją  dwudziestoletnią  furgonetką,  a  nie  srebrnym  BMW, 
które  kupili  z  Danem  przed  dwoma  laty.  Pozwoli,  żeby  Luke  pochwalił  się 
pierwszy swymi sukcesami, a dopiero później go zawstydzi.

Drzwi  rękawa  otworzyły  się  i  pasażerowie  zaczęli  wychodzić. Meg  pilnie  ich 

obserwowała, porównując każdego mężczyznę z tym, którego oglądała na ekranie 
telewizora przez ostatnie dwa tygodnie. W sekundzie obejrzała wszystkie odcinki 
serialu,  szukając  czegoś,  co  mogłaby  w  Luke’u  znienawidzić.  Rezultaty 
poszukiwań  były  mierne.  Dirk  Kennedy  był  wprawdzie  mało  ciekawym 
osobnikiem,  za  to  bardzo  seksownym.  Oczywiście  była  w  tym  niewątpliwie 
zasługa charakteryzatorek i projektantów kostiumów. W rzeczywistości na pewno 
nie wyglądał tak fascynująco. A już z całą pewnością nie mógł wyglądać lepiej.

Kiedy  ujrzała  go  z  daleka  w  dopasowanych  dżinsach  i  obcisłym  niebieskim 

podkoszulku, chwyciła się najbliższego krzesła. Bała się, że upadnie. Jeśli w szkole 
był przystojny, to teraz wręcz olśniewający. Do diabła, zaklęła w duchu.

Przez ramię przerzucił torbę podróżną, w ręce trzymał pokrowiec z garniturami. 

W  jasnym  świetle  poczekalni  wyraźnie  widziała  mocny  zarys  szczęki,  usta  jak 
wyrzeźbione, wysoko sklepione kości policzkowe. Z całej postaci emanował seks. 

background image

Meg  zauważyła  towarzyszące  mu  spojrzenia  podekscytowanych  kobiet. 
Zdecydowała,  że  wyprowadzi  go  z  dworca,  zanim  ktokolwiek  go  rozpozna. 
Możliwe, że i on tego chce.

Pomachała  ręką  w  jego  kierunku.  Zauważył  ją  i  odpowiedział  uśmiechem. 

Zanim  się  zorientowali,  błysnął  flesz.  Luke’a  natychmiast  otoczyła  grupka 
ciekawskich.

Kiedy  Meg  zastanawiała  się,  co  zrobić,  tłumek  zbliżył  się  w  jej  kierunku. 

Cofnęła się o krok, uświadamiając sobie, że stoi przy niej Luke.

–  Musisz  mi  wybaczyć,  ale  jestem  coś  winien  temu  miastu  i  nie  chciałbym 

rozczarować ludzi, którzy na mnie czekają – powiedział.

Ależ  on  się  musi  upajać  swoją  popularnością,  pomyślała.  Jego  głos  stał  się 

niższy i bardziej głęboki w ciągu minionych dziesięciu lat, ale był to wciąż ten sam 
głos, który szeptał jej słowa miłości w tyle furgonetki. Ten sam głos, który później 
powiedział jej, że z nią zrywa.

Postawił  torbę  na  ziemi  i  zaczął  rozdawać  autografy.  Zbliżyła  się  jakaś 

dziewczyna z aparatem i zaczęła pstrykać jedno zdjęcie za drugim.

– Dirk, nie boisz się, że mąż Sheili wszystkiego się dowie? – krzyknęła jakaś

kobieta z tłumu.

Meg przestraszyła się w pierwszej chwili, zanim sobie uświadomiła, że kobieta 

utożsamia  Luke’a  z  bohaterem  serialu,  który  ma  romans  z  Sheilą  za  plecami  jej 
męża.

Luke nie wydawał się zbity z tropu. Uśmiechnął się.
– Sheila i  ja  jesteśmy ostrożni. A poza tym jej  mąż i  tak  nie odrywa  nosa od 

„Wall  Street  Journal”.  Myśli  tylko  o  pieniądzach  i  nie  ma  za  grosz  wyobraźni. 
Nigdy się nie domyśli. – Tłum roześmiał się, ale Meg nie podobała się ta arogancja 
na pokaz. – Wystarczy, muszę iść.

–  Twarz  Luke’a  rozjaśnił  ten  sam  uśmiech,  który  demonstrował  przy  każdej 

takiej okazji. – Czeka na mnie inna piękna kobieta – dorzucił.

Meg  aż  podskoczyła.  Jak  może  ją  w  to  wciągać?!  Jak  śmie!  Zebrani  i 

dziewczyna z aparatem natychmiast skierowali na nią swoją uwagę.

– Sheila będzie zazdrosna – zawołał ktoś. Błysnął flesz. Raz i drugi.
–  Sheila  o  niczym  się  nie  dowie,  prawda?  –  Luke  zarzucił  torbę  na  ramię, 

chwycił pokrowiec z ubraniami, a drugą ręką objął Meg.

– Idziemy. Pospiesz się – przynaglił niecierpliwie.
– Mam biec? – Meg widziała błyskający flesz, przyspieszyła kroku. Jego dotyk 

był ten sam co kiedyś. Na– wet zapach był ten sam. Niczego nie uroniła z pamięci 

background image

przez te dziesięć lat.

–  Tak,  biec.  Wyobraźmy  sobie,  że  właśnie  ukradliśmy  kilka  pomarańczy 

staremu Petersonowi.

– Zgoda.
Błyskawicznie  wydostali  się  z  otaczającego  ich  tłumu  i  wpadli  do  windy. 

Zjechali w dół, na parking.

– Nie masz więcej bagażu? – zdziwiła się Meg.
– Nie, to wystarczy.
Meg zadyszała się trochę. Luke był w świetnej formie.
– Chyba się starzeję – zażartowała.
– Nie powiedziałbym. Wyglądasz znakomicie.
Zaczerwieniła  się.  Była  wściekła.  Jest  doktorem  nauk  politycznych,  piastuje 

odpowiedzialne stanowisko w mieście, a czerwieni się jak nastolatka.

– Dzięki – bąknęła i nagle uświadomiła sobie, że nie pamięta, gdzie dokładnie 

zaparkowała.

– Czym przyjechałaś?
– Furgonetką.
– Wspaniale. Wciąż jest zielona?
– Świeżo pomalowana, ale wciąż zielona. – Popatrzyła w jedną stronę, potem w 

drugą.

– Nic się nie zmieniłaś – roześmiał się Luke. – Pamiętam, że zawsze szukałaś 

samochodu na parkingu. Czy jesteśmy na właściwym poziomie?

– Tak.
– A więc chodźmy się rozejrzeć.
–  Pewnie  się  dziwisz,  jak  mogę  organizować  festiwal,  skoro  nie  pamiętam, 

gdzie zaparkowałam.

– Wcale się nie dziwię. Zawsze byłaś dobrą organizatorką. Na ogół miałaś tyle 

rzeczy  na  głowie,  że  nie  mogłaś  myśleć  o  takich  głupstwach  jak  miejsce  na 
parkingu. Czy on przypadkiem nie stoi tam?

Meg podążyła wzrokiem za ręką Luke’a.
– Oczywiście – ucieszyła się.
– Ileż mi to  przypomina.  – Luke objął ją w talii.  – Pamiętasz tę  romantyczną 

uwagę, że kolor twego samochodu harmonizuje z kolorem twoich oczu?

–  Nie  za  bardzo.  –  Meg  umknęła  wzrokiem  w  bok.  Czyżby  myślał,  że  się 

roześmieje?  To  było  na  ich  pierwszej  randce.  Musiała  prowadzić,  bo  jemu 
zatrzymano prawo jazdy. Powiedział, że kolor furgonetki harmonizuje z jej oczami, 

background image

a potem ją pocałował. Ten pocałunek obudził w niej pragnienia, których dotąd nie 
znała.

–  To  było  na  naszej  pierwszej  randce –  dodał,  jakby  starając się  pobudzić  jej 

pamięć.

–  Wielkie  nieba,  wieki  temu.  –  Meg  zmusiła  się  do  uśmiechu.  –  Lepiej  się 

pospieszmy. Komitet powitalny już czeka.

–  Ten  strusi  festiwal  to  dla  mnie  coś  całkiem  nowego  –  zauważył  Luke,  gdy 

odjeżdżali z lotniska. – Rzeczywiście ściągnięcie aż dwieście tysięcy ludzi?

–  W  zeszłym  roku  tak  było.  Nieźle  zasilili  kasę  miejską.  Wpadliśmy  na  ten 

pomysł, bo kiedyś był tutaj rynek strusich piór.

– Cóż, czytałem o tym w materiałach informacyjnych, które od was dostałem. 

Ale nie bardzo mogę sobie wyobrazić wyścigi strusi.

– Są tresowane. Towarzystwo, które to robi, organizuje również wyścigi lam i 

wielbłądów. A my przygotowujemy bufet, rozrywki, loterię, jak w czasie zabawy 
karnawałowej.

–  Coś  podobnego!  Osobiście  wszystkiego  doglądasz?  Zawsze  byłaś  taka 

dokładna.

Meg potrząsnęła głową. Była zła. Nie sądziła, że będzie wracał do przeszłości. 

To może mieć niemiłe następstwa.

– Zdziwiłem się, co za zespół wynajęłaś na sobotni wieczór. Same tuzy. Kiedyś 

dałbym wszystko, żeby z nimi zagrać.

– A teraz tego nie zrobisz?
– Właściwie nadal dużo bym dał, ale już dawno nie trzymałem w ręku gitary. 

Mam tak napięty harmonogram....

– Z pewnością – ucięła, nie chcąc znać bliższych szczegółów.
Luke popatrzył w bok. Opuścił szybę i wychylił się z samochodu.
–  Hej!  Spójrz  na  niebo.  I  powietrze  już  tu  nie  cuchnie  jak  stare  skarpetki. 

Czyste, zdrowe powietrze.

– Z wyjątkiem tych dni, kiedy oczyszczają bawełnę.
–  Ach,  racja.  Wiesz,  niekiedy  mi  się  wydaje,  że  minęło  sto  lat  od  czasu,  jak 

mieszkałem w Chandler. Ale z drugiej strony, kiedy tak jadę z tobą tym gruchotem, 
wydaje mi się, że nigdy stąd nie wyjeżdżałem.

– Scena na lotnisku powinna cię przekonać, że wszystko się zmieniło.
– To ta fotoreporterka. Musiała być w samolocie. Myślę, że dopiero zaczyna i 

że ja miałem być jej pierwszym sławnym człowiekiem. Dzięki Bogu, że za nami –
nie  jedzie.  Prawdopodobnie  musi  dopiero  wynająć  samochód.  Na  pewno  nie  zna 

background image

jeszcze wszystkich reporterskich sztuczek. – Rzucił okiem na deskę rozdzielczą. –
Radio wciąż działa?

– Tak.
– Nastaw country.
–  Dobrze. –  Aż  tak  się  nie  zmienił.  Wciąż  lubi  tę  muzykę.  Przekręciła gałkę. 

Usłyszała  piosenkarza,  który  śpiewał,  że  jest  szczęśliwy,  bo  nie  wie,  jak  to 
wszystko się skończy. Uznała, że to odpowiednie motto na najbliższe pięć dni. Też 
nie chciała wiedzieć, jak się to wszystko skończy.

– Jesteś teraz panią Meg O’Brian – usłyszała głos Luke’a.
– Zgadza się. – Znów zaczną się pytania, pomyślała.
–  Domyślam  się,  że  znalazłaś  sobie  Irlandczyka.  Musi  to  cieszyć  twoich 

ziomków.

– Owszem.
– Ale nie nosisz obrączki. Czyżby to była jakaś feministyczna demonstracja?
–  Nie  noszę  obrączki,  ponieważ  Dan  zginął  dwa  lata  temu  w  wypadku 

samochodowym – wyjaśniła.

– O Boże! Meg, tak mi przykro.
– Mnie również.
– Czuję się jak idiota. W faksie napisano mi tylko, że Meg Hennessy O’Brian 

organizuje  festiwal.  Myślałem,  że  masz  męża,  może  nawet  dzieci...  Przepraszam 
cię za moją niewyparzoną gębę. Naprawdę mi przykro.

– To się stało dwa lata temu. Ból nie jest już taki – dojmujący. – Przerwała na 

chwilę. – Clint nie jest widocznie najlepszym źródłem informacji.

– Nie. Ale to nie wyłącznie jego wina. Miał mi za złe, że nie przyjechałem na 

pogrzeb ojca zeszłego lata.

– Wiele osób tego nie rozumiało.
– A ty?
Meg  zawahała  się.  Nie  chciała  być  jego  przyjacielem.  W  końcu  i  on  nim  nie 

został,  zrywając  ich  znajomość.  Pamiętała  jednak,  jak  obrywał  od  Orville’a 
Bannistera. Być może jest jedyną osobą, która o tym wie.

– Ja rozumiałam – powiedziała.
– To  dobrze – westchnął i  wcisnął się  w siedzenie. – Chciałem przyjechać ze 

względu na Clinta, ale wydawało mi się, że nie wytrzymam pogrzebu, na którym 
każdy będzie wygłaszał jakieś puste słowa o ojcu. Clint i ja nigdy nie zgadzaliśmy 
się co do naszego starego.

– Ale teraz zamieszkasz u Clinta. Musicie się pogodzić.

background image

– Postaram się. Zawiadomiono go o moim przyjeździe.
– Nie zadzwoniłeś do niego?
–  Próbowałem,  ale  nie  udało  mi  się  go  zastać.  Pewno  spotyka  się  z  jakąś 

kobietą.

– Z Debbie Fry.
–  Widzę,  że  Chandler  jest  nadal  małą  mieściną,  nawet  jeśli  liczba  ludności 

świadczy o czymś innym – zaśmiał się Luke.

– To dobre miasto, Luke.
– A więc jesteś tutaj szczęśliwa.
– Żebyś wiedział.
– Rozumiem. Zawsze do niego należałaś. Ja natomiast nie pasowałem do tego 

miasta. Teraz widzę to jeszcze lepiej niż kiedyś. Doceniam jego dobre strony, ale 
nie mógłbym już tutaj mieszkać. Nigdy.

Meg  nie  odpowiedziała.  Jego  stosunek  do  miasta,  które  kochała,  w  którym 

zamierzała  zostać  na  zawsze,  odczuła  niemal jak  policzek.  Ale  czegóż  mogła  się 
spodziewać  po  wielkiej  gwieździe  w  rodzaju  Luke’a  Bannistera?  Że  uczyni 
Chandler  celem  swoich  weekendów?  Najwidoczniej  naoglądała  się  za  dużo  oper 
mydlanych.

background image

Rozdział 2

Wdowa. Nieraz wyobrażał sobie, że Meg jest rozwiedziona albo nieszczęśliwa 

w  małżeństwie,  a  on  spieszy  jej  z  pomocą.  Nigdy  naprawdę  jej  tego  nie  życzył. 
Biedna Meg. Było mu przykro, ale gdzieś w głębi duszy czuł zadowolenie, że... jest 
wolna. Niewątpliwie Meg wciąż żywi do niego urazę, co jednak nie jest takie złe. 
Lepsza złość niż obojętność.

Jechali główną ulicą miasta.  Meg opuściła szybę. Długie włosy powiewały na 

wietrze. Pamiętał, że dawniej były prawie białe, ale teraz ściemniały, przybierając 
barwę prażonej kukurydzy, którą kiedyś tak się zajadali.

Przed przyjazdem zastanawiał się, czy nie jest gruba, czy nie jest w ciąży, czy 

czasami go nie zapomniała. Nic z tych rzeczy. Nie zapomniała go. Wydawało mu 
się, że jest taka sama jak przed dziesięcioma laty, kiedy zastanawiał się, czym jest 
miłość. I wtedy, i teraz tą miłością pozostała Meg.

Uważnie  przypatrywał  się  jej  twarzy.  Wciąż  była  taka  jak  dawniej,  otwarta, 

czysta,  przypominała  modelki  z  katalogów,  ale  małżeństwo  i  wdowieństwo 
przydało jej tajemniczości. Przed dziesięcioma laty myślał, że wie o niej wszystko. 
Teraz wydawało mu się, że nie wie prawie nic, i czuł się idiotycznie oszukany.

– Wszystko pewnie się tu zmieniło – zaczął, przerywając milczenie.
– Liczba mieszkańców miasta wzrosła pięciokrotnie, od czasu jak wyjechałeś –

poinformowała.

Luke  nie  miał  co  prawda  na  myśli  Chandler,  ale  nie  sprostował 

nieporozumienia. Przejeżdżali teraz obok drogi, którą kiedyś często razem jeździli, 
by  schronić  się  w  cieniu  wysmukłej  topoli.  Topola  zniknęła,  ale  wspomnienie 
tamtych  spotkań  sprawiało  mu  ból  tak  samo  dojmujący  jak  wtedy,  gdy  miał  lat 
osiemnaście.

Ależ  on  cierpiał  w  tamte  letnie  noce,  gdy  rozkładali  koc  w  tyle  furgonetki, 

pozwalając sobie na wszelkie możliwe pieszczoty, ale nie posuwając się do końca. 
Kiedyś  nawet  wziął  prezerwatywy,  ale  nie  użył  ich.  W  ostatniej  chwili  uznał,  że 
muszą z tym zaczekać do ślubu. Była to jedna z niewielu decyzji w jego młodości, 
z których mógł być dumny.

– Powinnam cię chyba przed czymś ostrzec – odezwała się Meg.
– Słucham?
– Zamiast wręczyć ci klucze do miasta, burmistrz chce ci podarować strusia.
– Nie rozumiem?

background image

– Młodego strusia. Bardzo ładnego. Jest maskotką tegorocznego festiwalu.
– Coś podobnego, właśnie o tym zawsze marzyłem.
– Nazywa się Dirk Kennedy, tak jak ty w serialu.
– Teraz rozumiem. To pewnie dlatego, że tak dumnie stąpa.
–  Owszem,  a  także dlatego,  że struś samiec  ma aż  trzy  samice równocześnie. 

Nasz nie jest jeszcze dorosły, a więc nie musisz się martwić, że zacznie uganiać się 
za panienkami, by tak rzec.

– Struś – uśmiechnął się Luke. – A co ja niby mam z nim robić?
– Pozować do zdjęcia, a także uważać na jego dziób. Strusie uwielbiają dziobać 

wszystko, co błyszczące.

– Cóż, nie mam na sobie nic błysz.... – spojrzał w dół na metalowy guzik przy 

spodniach. – Hm...

– Może uroczystość powitalna będzie krótka – pocieszyła go Meg.
– Gwarantuję, że tak. – Kiedy zbliżali się do centrum, otworzył szeroko oczy ze 

zdziwienia. – Boże, spójrz na to wszystko.

–  To  Centrum  Bankowe  Rocky  Mountain.  Wiele  sklepów  przebudowano,  by 

dostosować je do architektury centrum i hotelu San Marcos.

Główną ulicę, Arizona Avenue, poszerzono, zmieniając w promenadę. Były tu 

piękne  trawniki  i  fontanny.  Wzrok  Luke’a  przyciągał  jednak  tłum  zebrany  przed 
pomalowanym na różowo nowym budynkiem banku.

– Przyszli tu z mojego powodu?
– Tak.
I wtedy zobaczył strusia. Dirk Kennedy liczył około półtora metra wzrostu. Gdy 

podjechali bliżej, dostrzegł czarne upierzenie i białe krótkie pióra. Musiał ważyć ze 
sto  kilo.  Trzymał  go  na  smyczy  jakiś  mężczyzna,  ale  Luke  ani  przez  chwilę  nie 
wątpił, że struś bez trudu mógłby mu się wyrwać.

– Dobry Boże – jęknął.
– Jest oswojony – wyjaśniła Meg.
– Być może. Ale, ale, Meg, kim są ci ludzie?
– Uczniowie, szczęśliwi, że mogli wyrwać się ze szkoły na twoje powitanie, a 

także  członkowie  fanklubu  Luke’a  Bannistera,  burmistrz  z  żoną,  przewodniczący 
Izby z żoną i członkowie komitetu organizacyjnego festiwalu, z których niejeden, 
jak ostatnio stwierdziłam, należy do twego fanklubu.

– Oczekiwałem, że będzie parę osób, ale taki tłum to dla mnie zaskoczenie.
– Nikt nie chciał przeoczyć twego przyjazdu. Nawiasem mówiąc, przez ostatnie 

pięć kilometrów jedzie za nami wynajęty samochód. Domyślam się, że jest w nim 

background image

twoja  gorliwa  fotoreporterka.  –  Meg  zahamowała.  Zespół  szkolny  zaintonował 
hymn szkoły w Chandler.

Luke  odetchnął  głęboko.  Kto  to  kiedyś  powiedział,  że  nie  należy  wracać  do 

domu?  Możesz  jechać  dokąd  chcesz,  ale  musisz  być  przygotowany  na  wszystko. 
Bo może się zdarzyć, że będą na ciebie czekać z potężnym strusiem.

– W porządku, Meg. Zaczynamy.

Meg  obserwowała,  jak  Luke  wkracza  do  akcji.  Wyskoczył  z  furgonetki  z 

promiennym uśmiechem, machając ręką do zebranych, jak na gwiazdora przystało. 
Dawny  Luke,  ten,  w  którym  się  kochała,  byłby  ją  błagał,  żeby  go  stąd  zabrała. 
Nowy  Luke  potrafił  się  znaleźć,  a  nawet  wysłuchać  muzyki,  która  była  jazzową 
przeróbką głównego motywu z serialu.

Nawet zespół muzyczny nie był w stanie zagłuszyć pisków członkiń fanklubu. 

Meg  potoczyła  wzrokiem  po  tłumie  kobiet  powiewających  transparentami  z 
napisami „Kochamy cię, Luke” i „Dirk Kennedy na prezydenta”. Niektórzy ludzie 
nie mają wstydu, pomyślała.

Obserwowała,  jak  Didi  i  jej  mąż  Chuck  zbliżają  się  do  Luke’a  niczym  do 

dawno  nie  widzianego  przyjaciela.  W  okresie,  gdy  spotykała  się  z  Lukiem,  jej 
paczka, a w niej Didi i Chuck, zaakceptowała go. Kiedy ją rzucił, odwrócili się od 
niego, ale trudno było oczekiwać, że po dziesięciu latach też nie zechcą mieć z nim 
do czynienia. Nie spodziewała się tego, ale wolałaby, żeby Didi okazywała nieco 
mniej entuzjazmu.

Luke wmieszał się w tłum. Podawał rękę mężczyznom, przyjmował czerwone 

róże od kobiet. Wreszcie podszedł do Joe Randolpha, który trzymał strusia. Obok 
stał burmistrz, Keith Garvey. Dał znak, by zespół przestał grać. Muzyka ucichła.

–  Luke,  twoje  miasto  jest  z  ciebie  dumne  –  zaczął.  –  Doceniamy  twoją 

obecność  na  festiwalu  bardziej,  niż  jesteśmy  w  stanie  wyrazić.  –  Kamerzysta  z 
telewizji  podszedł  bliżej.  Burmistrz  uśmiechnął  się.  –  Może  to  będzie  skromnym 
dowodem  naszej  wdzięczności.  Nazwaliśmy  maskotkę  tegorocznej  imprezy 
imieniem  bohatera  serialu.  Trzymamy  go  na  smyczy,  bo  jeśli  będzie  żyć  tak  jak 
jego imiennik, pobiegnie za każdą strusicą w promieniu pięćdziesięciu kilometrów.

Zebrani wybuchnęli głośnym śmiechem.
–  Niech  mi  będzie  wolno  przedstawić  –  kontynuował  burmistrz,  wręczając 

smycz Luke’owi – Dirk Kennedy.

–  Nie  pamiętam,  kiedy  byłem  tak  wzruszony  –  powiedział  Luke,  ostrożnie 

ujmując smycz. – Chandler zajmuje w moim sercu szczególne miejsce – ciągnął. –

background image

Mam nadzieję...

Struś  pochylił  głowę  i  zanim  Luke  zdążył  się  cofnąć,  chwycił  kilka  róż,  po 

czym  zaczął  je  spokojnie  przeżuwać.  Luke  w  pierwszej  chwili  stracił  głowę,  ale 
szybko się opanował.

– Zawsze myślałem, że struś chowa głowę w piasek, nie w róże – skwitował.
Meg skrzywiła się na ten banalny żart, ale ludzie byli zachwyceni. Luke oddał 

smycz Randolphowi i spojrzał na Meg wzrokiem, w którym zawarte było błaganie, 
by  już  stąd  pójść.  Skinęła  głową.  Luke,  machając  ręką  do  zebranych,  powoli
wycofywał się do samochodu.

– Jak wypadłem? – spytał, gdy skierowali się ku farmie Bannisterów.
– Nieźle – stwierdziła krótko.
Podążał za nimi sznureczek samochodów i wóz telewizyjny. Luke rzucił okiem 

w lusterko wsteczne.

– To niewiarygodne – powiedział.
– Jesteś tu wielką atrakcją.
–  Prawdę  mówiąc,  Meg,  jestem  trochę  zażenowany  tym  wszystkim.  Kiedy  to 

minie, na pewno uznam, że to zabawne jak cholera. Wiesz, bałem się trochę tego 
przyjazdu. Najwyraźniej jednak martwiłem się bez powodu.

– Czego się bałeś? – zaciekawiła się.
–  Kiedy  stąd  wyjeżdżałem,  uważano  mnie  za  faceta,  który  niewiele  jest  wart. 

Bałem się, że tutejsi ludzie dadzą mi to odczuć i teraz.

Nie mówił jak arogancki egocentryk, za jakiego go uważała.
– Sądząc po tym powitaniu, nie masz powodów do obaw – zauważyła.
– Twoich rodziców nie było, prawda? – spytał.
– Nie.
– Nie spodziewałem się, że przyjdą. Wciąż mieszkają obok Clinta?
– Tak, ale chyba nie widują go zbyt często.
– Spodziewam się.
Minęli dom, w którym Meg dorastała.
– Bardzo tu ładnie – zauważył.
– Znasz tatę. Co pięć lat malowanie, niezależnie od tego, czy trzeba, czy nie. A 

mama toczy swoją prywatną wojnę z chwastami.

– Pamiętam.
Meg przypomniała sobie rozmowę z rodzicami na temat przyjazdu Luke’a.
– Nie spędzaj z nim za dużo czasu – ostrzegała ją matka. – Wiesz, jakie są te 

typy z Hollywood.

background image

–  Jeśli  chcesz  być  przewodniczącą  Izby  w  następnej  kadencji  –  mówił  ojciec 

bez  ogródek  –  dbaj  o  swoją  reputację.  I  tak  jako  kobieta,  i  to  młoda,  masz 
dostatecznie wielu przeciwników. Jeśli ludzie zobaczą, że zadajesz się z kimś takim 
jak Luke Bannister, stracisz wszelkie szanse.

Meg zapewniła go, że nie ma najmniejszego zamiaru „zadawać się” z Lukiem i 

dodatkowo wbijać go w dumę.

Dojechali  do  farmy  Bannisterów,  która  stanowiła  zaprzeczenie  domostwa 

Hennessych.  Matka  Luke’a  zmarła,  gdy  on  miał  lat  jedenaście,  a  jego  brat 
dziewięć. Meg pamiętała, że po śmierci matki Luke próbował pielęgnować grządki 
z kwiatami, ale pewnej nocy ojciec w pijackim szale, spotęgowanym rozpaczą po 
stracie żony, wszystkie zniszczył. Luke dał więc sobie spokój.

Clint czekał na ganku z puszką piwa w ręku. Luke był podobny do ojca, za to 

młodszy  brat  przypominał  matkę.  Miał  jasne  włosy  i  szare  oczy.  Meg  zawsze 
myślała,  że  Clintowi  oszczędzano  lania,  jakie  obrywał  Luke,  ponieważ 
przypominał Orville’owi zmarłą żonę.

Clint pociągnął piwa i zsunął z czoła kowbojski kapelusz.
– Najwyraźniej przyjechała mnie odwiedzić jakaś sławna osoba – mruknął.
– Zgadłeś. – Luke wyciągnął do niego rękę. – Jak leci, Clint?
– W porządku. – Clint nie podał mu ręki.
Meg była niemile zaskoczona. Niezależnie od tego, co myślała na temat Luke’a, 

nie  aprobowała  takiego  zachowania.  Kątem  oka  dostrzegła  zbliżającą  się  fotore-
xxxporterkę.

– Mam nadzieję, że nie będziesz miał nic przeciwko memu pobytowi tutaj przez 

parę dni – powiedział Luke.

– Prawdę mówiąc, będę.
Meg  ściągnęła  brwi.  Czyżby  Clint  chciał  zabronić  Luke’owi  wstępu  do 

własnego domu?

– Ach, tak. – Luke cofnął się o krok.
– Mam robotę – burknął Clint. – W polu. – Błysnął flesz. – Widzisz to? – Clint 

wyciągnął  rękę  w  kierunku  fotoreporterki.  –  Ludzie  robią  zdjęcia,  całe  miasto  za 
tobą  łazi.  Nie  będę  mógł  nic  zrobić,  jak  tutaj  zamieszkasz.  Radzę,  żebyś  sobie 
poszukał czego innego.

– Dobrze. Idziemy. – Luke zwrócił się do Meg.
– Dokąd? – spytała, całkowicie zbita z tropu.
– W Chandler są przecież hotele i motele. Znajdę jakiś pokój.
– Skoro tak chcesz. – W głosie Meg słychać było powątpiewanie. Miasto było 

background image

pełne  gości.  Wszystkie  miejsca  w  hotelach  zarezerwowano  na  długo  przed 
festiwalem.

– Pozwól, że zamienię parę słów z ludźmi z telewizji. Wiem, że chcieli nakręcić 

parę ujęć tutaj, w twoim domu.

Idąc  w  kierunku  wozu  telewizyjnego,  martwiła  się,  że nie  wszystko ułoży  się 

tak,  jak  to  sobie  zaplanowała.  Widziała  wyraz  oczu  Clinta  –  typowe  spojrzenie 
Bannisterów. Jakakolwiek dyskusja nie miała sensu. Wynikłaby z tego tylko scysja, 
a nie chciała, aby informacje o rodzinnych konfliktach znalazły się w prasie.

Wyjaśniła  ekipie  telewizyjnej,  że  filmowanie  braci  w  domu  trzeba  będzie 

przesunąć  na  później.  Wóz  telewizyjny  odjechał.  Odjechali  również  mieszkańcy 
Chandler,  którzy  podążyli  tutaj  za  nimi.  Została  tylko  dziewczyna  z  aparatem 
fotograficznym.

Clint odwrócił się i wszedł do domu, a Luke wsiadł do furgonetki.
– Znajdziemy jakiś automat telefoniczny i spróbujemy dowiedzieć się o wolne 

pokoje – zaproponowała Meg.

– Dobrze.
Po czterdziestu minutach przypuszczenia Meg potwierdziły się. Miejskie hotele 

były  pełne.  O  tym,  żeby  Luke  zatrzymał  się  u  jej  rodziców,  nie  było  mowy. 
Przyjaciele  Meg  mieli  własnych  gości.  Wszystko  wskazywało  na  to,  że  istnieje 
tylko jedna możliwość. Niezbyt odpowiednia.

– Chodź, jedziemy do mnie – zdecydowała.
– Mówisz to takim tonem, jakbyś szła na ścięcie.
–  Ktoś  może  zechcieć  to  wykorzystać.  Zamierzam  ubiegać  się  o  stanowisko 

przewodniczącej  Izby  Handlowej  w  następnej  kadencji  i  wolałabym  nie  dawać 
powodów do plotek.

– Izby Handlowej? Czy nie masz własnej firmy?
–  Dan  i  Chuck  byli  wspólnikami  w  komputerowej  firmie  konsultingowej. 

Wciąż  mam  w  niej  udziały,  pomagam  też  w  księgowości.  To  dla  mnie  świetny 
układ, skoro zamierzam zająć się polityką.

– A więc twoja matka miała rację.
– Co masz na myśli?
– Nie powiedziała ci o moim telefonie? – popatrzył na nią badawczo.
– Jakim telefonie? Kiedy?
– To nieważne. – Wzruszył ramionami, odwracając głowę.
– Ej, zaczekaj! O jakim telefonie mówisz?
–  Kiedy  dostałem  rolę  w  serialu,  chciałem...  powiedzieć  ci  o  tym.  Nie 

background image

oczekiwałem, że będziesz w domu, ale.... – Znowu wzruszył ramionami.

Serce  Meg  zabiło  mocniej.  A  więc  próbował  się  z  nią  skontaktować.  Zaczęła 

gorączkowo myśleć.

– Musiałam być wtedy na uniwersytecie.
–  Tak.  Na  politologii,  jak  powiedziała  twoja  matka.  Miałaś  ze  swoim 

narzeczonym wrócić po dyplomie do Chandler i zająć się polityką lokalną.

Serce  waliło  jej  jak  młotem.  To  oczywiste,  że  matka  wspomniała  o  Danie.  I 

oczywiście bez trudu zapomniała powiedzieć Meg o telefonie Luke’a. Zastanowiła 
się, czy jej życie wyglądałoby dziś inaczej, gdyby Luke zastał ją wtedy w domu.

– Nie zostawiłeś swego telefonu?
– Zostawiłem, ale skoro nie zadzwoniłaś, pomyślałem... cóż, zrozumiałem to.
– Nigdy nie przekazano mi tej wiadomości.
– A gdyby ci przekazano?
– Sama nie wiem...
–  Wiesz,  znajdźmy  dla  mnie  pokój  gdzie  indziej  –  zaproponował.  –  Nie 

chciałbym być odpowiedzialny za kres twojej tak obiecującej kariery politycznej.

– To szlachetne z twojej strony, ale nigdzie nie ma nic wolnego. Jesteś naszym 

honorowym gościem,  Luke. Nie  mogę  pozwolić,  żebyś  spał na  ławce  w parku,  a 
tak się składa, że mam pokój gościnny.

–  A  więc  jeśli  chcesz  uniknąć  plotek,  lepiej  zgub  ją  po  drodze  –  powiedział, 

wskazując na błękitną hondę, która stała za nimi, czekając, aż ruszą.

Meg zaklęła cicho.
– Wciąż masz pod klapą silnik dużej mocy? – spytał.
– Oczywiście, ale jeśli przegrzejesz mi silnik...
– Bez obawy. Zamieńmy się miejscami. Poradzę sobie z tą hondą.

background image

Rozdział 3

Meg,  przesiadając  się  na  miejsce  obok  kierowcy,  rozważała,  jak  powinna 

postąpić. Nie mogła już nie traktować wizyty Luke’a osobiście. Była wstrząśnięta 
faktem, że próbował się z nią skontaktować, zanim wyszła za Dana. Zadzwonił, by 
powiadomić  ją  o  swoim  sukcesie.  Nie  zrobiłby  tego,  gdyby  nie  miał  zamiaru 
ponownie nawiązać z nią kontaktu. Co by zrobiła, gdyby chciał się z nią spotkać, 
gdyby zaprosił ją do Los Angeles?

–  Uważaj  na  gliny  –  powiedział.  –  I  oczywiście  patrz,  co  z  hondą.  Gdzie 

mieszkasz?

Podała mu adres.
– W porządku. Czeka nas długa droga.
Te słowa znowu obudziły w niej wspomnienia. To był ich kod, którego używali 

wtedy, gdy zamierzali zatrzymać się gdzieś w drodze do domu. Mówił: „Czeka nas 
dziś długa droga do domu”, i już jej serce zaczynało bić przyspieszonym rytmem, 
bo  wiedziała,  że  za  chwilę  weźmie  ją  w  ramiona.  Zastanawiała  się,  czy 
wypowiadając  teraz  te  słowa,  pamiętał,  jak  to  było  kiedyś.  Prawdopodobnie  nie. 
Teraz jest gwiazdorem z Hollywood i ma dziesiątki gorących randek. Luke wcisnął 
gaz.

– Wciąż za nami – oznajmiła Meg, oglądając się za siebie.
– Zgubię ją. – Luke dodał gazu. – Ten wóz jeszcze pokaże, co potrafi.
– Nie przypominam sobie, żebyś kiedykolwiek tak jeździł. – Meg obserwowała 

Luke’a. Nie czuła strachu. Przy nim zawsze była gotowa na wszelkie ryzyko. Gdy 
miała  szesnaście  lat,  jej  tęsknoty  były  nieokreślone,  ale  silne.  Teraz  nadal  były 
silne, ale już nie były nieokreślone.

– Widzisz hondę?
– Nie.
–  Obserwuj  szosę.  Pojadę  okrężną  drogą.  To  dobrze,  że  ona  nie  zna  miasta. 

Zdumiewające, że choć tyle się tu zmieniło, pamiętam każdą uliczkę.

– Jutro prawdopodobnie wszyscy będą mówić o tej  wariackiej  jeździe. Każdy 

zna tę furgonetkę.

– Powiesz, że ćwiczyłem przed kolejnym odcinkiem serialu.
– Zawsze wykorzystujesz swoją sławę, żeby wybrnąć z sytuacji?
– Tylko czasami.

background image

Clint  pozostał  w  domu,  dopóki  nie  odjechał  ostatni  samochód.  Potem  wziął 

następną puszkę piwa i wrócił na ganek. A więc jego sławny braciszek myślał, że 
wprowadzi się do tego domu po dziesięciu latach. Być może wyobrażał sobie jakąś 
wzruszającą scenkę rodzinną. Ha! Nic z tego!

Pociągnął  długi  łyk  piwa  i  sięgnął  pamięcią  wstecz.  Stanął  mu  przed  oczami 

dzień,  w  którym  Luke  spakował  manatki  i  opuścił  dom,  pozostawiając  go  z 
wiecznie  pijanym  ojcem  i  zaniedbaną  plantacją  bawełny.  Luke  prawdopodobnie 
sądził,  że  wynagrodzi  mu  to,  zrzekając  się  po  śmierci  starego  swojej  części 
plantacji  na  rzecz  brata.  Clint  tak  nie  myślał.  Oddałby  wszystko  za  tak  intratne 
zajęcie, jakie miał Luke.

Następne kilka dni upłynie pod znakiem gwiazdora telewizyjnego. Kiedyś Clint 

też uważał, że Luke jest kimś wyjątkowym. A potem brat wyrwał się do słonecznej 
Kalifornii  i  ktoś  zaproponował  mu  udział  w  reklamach  telewizyjnych.  Staruszek 
był z tego taki cholernie dumny, że Clint nie mógł już tego znieść. Nigdy nie cenił 
jego pracy na plantacji.

A  kiedy  ojciec  zmarł,  Luke  nawet  nie  zadał  sobie  trudu,  by  przyjechać  na 

pogrzeb. I tak Clint stał się właścicielem farmy. Ogarnął spojrzeniem rozciągające 
się przed nim pole. Prawdę mówiąc, miał teraz trochę czasu. Dopiero w przyszłym 
tygodniu zamierzał zacząć prace na plantacji. Nie miał jednak najmniejszej ochoty 
spędzać tych dni ze swoim starszym bratem.

Zauważył  zbliżający  się  ku  domowi  samochód,  błękitną  hondę.  W  pierwszej 

chwili  chciał  ukryć  się  w  domu  i  nie  reagować  na  pukanie,  ale  nie  mógł  znieść 
myśli, że ktoś by go wypłoszył z własnego ganku.

Osoba, która wysiadła z auta, wydała mu się znajoma. Kiedy to widział kogoś 

w czapeczce baseballowej noszonej daszkiem do tyłu? Ach, tak. To ta zwariowana 
fanka,  która  robiła  zdjęcia.  Była  teraz  bez  aparatu.  Miała  zgrabną  sylwetkę,  ale 
najwyraźniej nie przywiązywała do tego wagi. Nosiła szorty i bluzę o trzy numery 
za duże. Ciemne włosy ukryła pod czapeczką, żuła gumę.

–  Nie  ma  go  tu  –  powiedział  Clint,  gdy  podeszła  do  ganku.  –  Jeśli  szukasz 

sensacji, musisz udać się gdzie indziej.

– Zgubiłam go – oświadczyła. – Miałam nadzieję, że może zainscenizowaliście 

to całe nieporozumienie i on tu wrócił.

– Jak widać, nie.
Dziewczyna najwyraźniej się wahała.
– Do diabła, jak mi nie wierzysz, to sama sprawdź – zniecierpliwił się Clint. –

Nie  mam  najmniejszej  ochoty,  żebyś  kręciła  się  tu  przez  całą  noc.  Mógłbym cię 

background image

jeszcze  przypadkowo  zastrzelić.  –  Dziewczyna  zesztywniała.  –  Ile  masz  lat?  –
spytał.

– To nie ma znaczenia.
– Chcesz powiedzieć, że wystarczająco dużo. Napijesz się piwa? – dodał, gdy 

odwróciła się, zamierzając odejść. – Myślę, że jesteś dość dorosła, żeby wypić. –
Dziewczyna skinęła głową. – A więc siadaj.

Clint podał jej puszkę piwa. Nie miał pojęcia, dlaczego to robi. Wiedział tylko, 

że  był  szczególnie  wyczulony  na  osoby,  którym  wydawało  się,  że  wiatr  zawsze 
wieje im w oczy. A takie właśnie wrażenie sprawiała dziewczyna.

Uśmiechnęła się do niego, gdy podał jej piwo.
– Dzięki. Byłam taka podniecona, że w samolocie niczego nie zjadłam ani nie 

wypiłam. A później nie było już czasu.

– Jak się nazywasz? – spytał Clint.
– Ansel Wiggins. Nadano mi imię po Anselu Adamsie, fotografiku.
– Idziesz w jego ślady?
– To nie takie proste. On był artystą. Ja tylko poluję na sławne osoby.
– Lubisz to?
–  Tak.  To  jest  jak  gra.  Próbujesz  ich  zaskoczyć,  gdy  najmniej  się  tego 

spodziewają.  W  Los  Angeles  jestem  w  tym  całkiem  niezła,  ale  tutaj  nie  znam 
okolicy.

– Od kiedy to robisz?
Schyliła głowę i mruknęła coś pod nosem.
– Co?
–  W  porządku,  pół  roku.  Jestem  nowa.  Nie  sprzedałam  jeszcze  ani  jednego 

zdjęcia,  ale  dostałam  cynk,  że  Luke  Bannister  może  podpisać  kontrakt  na  film 
fabularny. Stałby się supergwiazdą. Jeśli uda mi się zrobić mu parę zdjęć, zdobędę 
majątek.

– Nie rozumiem, dlaczego chciał cię zgubić. Myślałem, że chodziło o to, żeby 

jego cholerne zdjęcia znalazły się w gazetach.

–  Ale nie  moje.  Jego agent decyduje o  tym,  które  zdjęcia  można  publikować. 

Moje nie są wystarczająco dobre.

– Ach, tak.
– Dlaczego nie chciałeś, żeby Luke tu się zatrzymał?
Clint popatrzył na dziewczynę. Miała ładną cerę.
I  wcale  nie  była  tak  naiwna,  jak  początkowo  myślał.  Nie  było  to  pytanie 

bezpodstawne.

background image

– Nieważne.
– Często cię odwiedza?
–  Słuchaj,  Ansel,  może  jestem  prostym  farmerem,  ale  nie  jestem  głupi. 

Przestań!

–  Wcale nie  uważam,  że jesteś głupi.  – Wstała i  przeciągnęła się.  Oddała  mu 

puszkę po piwie. – Może ci się przydać.

Powinien był  pomalować  dom.  Kiedy Luke  przyjechał, Clint spojrzał  na  dom 

jego oczami. Nie był to budujący widok. Do diabła z Lukiem.

– Dzięki za piwo – rzuciła Ansel. – Muszę kupić mapę i zapoznać się z okolicą, 

zanim znów wyruszę na polowanie.

Przez sekundę pomyślał, czyby jej nie pomóc. Byłoby to zabawne, a na dodatek 

Luke by się wściekł. Ale nie, były rzeczy, na które nawet on by się nie zdobył.

–  Udanego  polowania  –  zawołał,  gdy  dziewczyna  odwróciła  się  i  poszła  w 

kierunku samochodu.

– Spokojna głowa, poradzę sobie.
Zastanawiał się, czy uda jej się to, co sobie zaplanowała. Dobrze by było.

Luke podjechał pod dom Meg i zaparkował za srebrnym BMW. Domyślił się, 

że należy do niej. A jednak na lotnisko przyjechała furgonetką.

– Czy tutaj nie mieszkali czasem Whitleyowie? – spytał.
–  Przenieśli  się  do  Oregonu.  Kupiliśmy  dom  od  pośrednika,  ale  nie  było  nas 

stać na nabycie całej ziemi. Została podzielona na parcele.

– Ładny – przyznał.
– Miło mi.
I  nie  różni  się  zbytnio  od  domu  Clinta,  pomyślał.  Tyle  że  ten  jest  dobrze 

utrzymany. Mógł się domyślić, że Clint zechce się jak najszybciej pozbyć sławnego 
brata,  ale  nie  przewidział,  że będzie  aż tak  zawzięty, by  odmówić  mu dachu nad 
głową. Jutro pojedzie do niego jeszcze raz, żeby wyjaśnić sytuację.

A tymczasem będzie miał dwuznaczną przyjemność nocowania w domu Meg, 

w tym, który dzieliła kiedyś z mężem. Ileż to razy w ciągu minionych dziesięciu lat 
wyobrażał sobie jej dom? Zbyt wiele, by móc zliczyć.

Usłyszał  stuknięcie  drzwiczek  i  zobaczył  Meg  wynoszącą  jego  rzeczy  z 

furgonetki.

– Zaczekaj, ja to zrobię – zawołał.
– Pomyślałam, żebyśmy lepiej weszli do środka, zanim dziewczyna z hondy się 

tu  zjawi.  Rzeczywiście,  nie  wiem,  po  co  wnoszę  to  do  domu,  skoro  postawiłeś 

background image

samochód z tyłu. Wpuszczę cię kuchennymi drzwiami.

–  Potajemna  schadzka?  –  zaśmiał  się.  Meg  skrzywiła  się  z  niesmakiem.  –

Wybacz. Przestawię wóz.

Nie był to żart w najlepszym stylu, musiał to przyznać. Zaparkował furgonetkę 

u  wejścia  do  garażu,  który  wyglądał,  jakby  nie  używano  go  od  wyprowadzki 
Whitleyów.  Podbiegł  do  niego  brązowy  wyżeł.  Luke  podrapał  go  za  uszami. 
Oczywiście,  że  ona  ma  psa.  Podniósł  wzrok.  Meg  stała  w  otwartych  drzwiach 
kuchni, uśmiechając się. Złociste włosy opadały jej na ramiona, tak jak lubił. Serce 
zabiło  mu  mocno.  Potajemna  schadzka,  a  jakże.  Pragnął  tego  samego,  o  czym 
marzył od czasu, gdy skończył sześć lat – poślubienia Meg Hennessy.

W chwili gdy przestępowała próg domu, Meg wiedziała już, że naiwnością było 

sądzić,  iż  wszystko  się  uda.  Być  może  jutro  znajdzie  mu  jakiś  pokój.  Musi  to 
zrobić.

– Przepraszam za to, co powiedziałem – odezwał się Luke.
– Daj spokój. Przecież to był żart. – Meg otworzyła spiżarnię i wyjęła jedzenie 

dla Apacza. Wsypała trochę do miski. Ręce jej drżały.

– Kiepski żart – przyznał. – Pozwól, pomogę ci.
– Nie trzeba, już kończę – machnęła ręką. Serce waliło jej tak, jakby miała za 

sobą długi bieg. – Pokażę ci twój pokój. Weź rzeczy. Zostawiłam je w salonie.

– Dobrze.
Poprowadziła go  przez dom,  starając  się  opanować  zdenerwowanie.  W  końcu 

znają się od dziecka. Nie powinna aż tak tego przeżywać. Otworzyła drzwi pokoju 
gościnnego, w którym stało szerokie podwójne łóżko.

– To tutaj. Łazienka jest po drugiej stronie korytarza. Zaraz przyniosę pościel.
– Czy to nie to samo łóżko, które stało w twoim pokoju, gdy byliśmy dziećmi? 

– spytał.

– Owszem, tylko zmieniono materace. Masz niezłą pamięć.
– Zależy do czego. Sam sobie poradzę. Nie chcę ci sprawiać kłopotu.
– Żaden kłopot – rzuciła, ale pomyślała sobie, że ścielenie łóżka dla niego może 

już być ponad jej siły.

– Pozwól, Meg. Razem obleczemy pościel.
Robili  to  tak,  jak  gdyby  powtarzali tę  czynność przez  całe  lata.  Meg  drżała  z 

emocji i zdenerwowania.

– Pięknie pachnie – zachwycił się Luke. – Jestem pewien, że suszysz bieliznę 

na słońcu.

background image

–  Żebyś  wiedział.  –  Przypomniała  sobie,  jak  bardzo  Luke  jest  wyczulony  na 

zapachy.  Kiedy  się  spotykali,  kazał  jej  wypróbowywać  dziesiątki  perfum,  by  w 
końcu  zdecydować,  że  najbardziej  lubi  jej  naturalny  zapach.  Od  tego  czasu  już 
nigdy nie używała perfum. To głupie, pomyślała. Stanowczo za bardzo byłam pod 
jego wpływem.

–  Od  wyjazdu  stąd  nie  spałem  w  pościeli  suszonej  na  słońcu  –  zauważył. 

Popatrzyli sobie w oczy. – To wspaniałomyślne z twojej strony, że pozwoliłaś mi 
zatrzymać się u siebie. Nie nadużyję twojej gościnności – dodał.

– Oczywiście, że nie! – odparła szybko.
Luke położył na łóżku poduszkę, obok drugą. Zdawały się wręcz zapraszać. I 

nagle  Meg  oblała  fala  gorąca.  Tego  uczucia  nie  doznała  od  długiego  czasu. 
Opanowała się. Nie może się zdradzić z tym, że Luke ją pociąga, właśnie dlatego, 
że on na to liczy, zarozumiały egoista.

– Wydaje się, że w faksie pisano coś o kolacji dziś wieczór – zauważył.
–  Masz  rację.  –  Rzuciła  okiem  na  zegarek.  –  Mamy  jeszcze  godzinę. 

Zapowiedziałam,  że  będziemy  w  San  Marcos  na  koktajlu  o  wpół  do  szóstej,  a 
muszę jeszcze odsłuchać sekretarkę.

– Nie krępuj się mną. Nie chcę ci w niczym przeszkadzać przez najbliższe kilka 

dni.

Popatrzyła na niego i  doszła do  wniosku, że zdawał sobie sprawę z  wrażenia, 

jakie na niej wywiera. Najwyraźniej był przyzwyczajony do zachwytów kobiet. Do 
diabła, z nią na pewno mu się nie uda.

–  Nie  pozwolę  sobie  przeszkadzać  –  roześmiała  się,  odwróciła  i  omal  nie 

wpadła na ścianę. – Zobaczymy się za godzinę – rzuciła, wybiegając z pokoju.

Zeszła  na  dół  do  gabinetu.  Włączyła  automatyczną  sekretarkę.  Ostatnia 

wiadomość pochodziła od Didi. Wyrażała nadzieję, że Meg znalazła jakieś lokum 
dla Luke’a.

– Oczywiście, że znalazłam – wymamrotała do siebie. – Mam nadzieję, że nie 

na swoją zgubę. – Weszła do sypialni i zatrzasnęła drzwi.

Przygotowując  się  do  wyjścia,  rozpamiętywała  każdą  chwilę  spędzoną  z 

Lukiem od momentu jego przyjazdu. Nie ulegało wątpliwości, że rozpalił jej krew 
jak nikt ostatnimi laty. Nawet tak zwyczajna czynność jak ścielenie łóżka stawała 
się w jego obecności czymś niezwykłym.

Ostatni raz była z nim w sypialni, gdy miała dziewięć, a on jedenaście lat. Clint 

zachorował na grypę i musiał zostać w domu. Ona z Lukiem grała w swoim pokoju 
w domino, ale w końcu im się to znudziło. Nie bardzo wiedzieli, co ze sobą zrobić, 

background image

aż w końcu Luke zaproponował, żeby się pocałowali z języczkiem. Przedtem już ją 
całował,  ale  tylko  wargami,  a  to  co  innego.  Nie  spodobało  jej  się  to  nowe 
całowanie,  kiedy  miała  dziewięć  lat.  Gdy  skończyła  szesnaście,  polubiła  je  aż  za 
bardzo.

Jako  dziewięciolatka, która nie  ma żadnych  tajemnic przed rodzicami,  zrobiła 

błąd i opowiedziała o wszystkim matce, a ta zabroniła im przebywać ze sobą sam 
na sam. Uznała Luke’a za „przedwcześnie rozbudzonego seksualnie”.

Wtedy  Meg  nie  zwróciła  na  to  specjalnej  uwagi,  ale  gdy  weszła  w  okres 

dojrzewania,  przypomniała  sobie  to  stwierdzenie  i  Luke  stał  się  bohaterem  jej 
fantazji erotycznych. Kiedy wreszcie poprosił ją, żeby się z nim spotykała, myślała, 
że już jest w raju. Jej rodzice zareagowali na to nieco inaczej.

Pozwalali jej jednak widywać się z Lukiem, dopóki wychodzili gdzieś w dwie 

pary,  a  spotkanie  kończyło  się  o  przyzwoitej  porze.  Tyle  że  choć  wychodzili  we 
czwórkę, Luke tak to zawsze aranżował, że w pewnym momencie zostawali sami. 
Teraz dopiero to sobie uświadomiła.

W  czasie  tych  sam  na  sam  dowiedziała  się,  że  „seksualnie  rozbudzony” 

oznacza, że całował ją tak jak żaden inny chłopiec. Jego pocałunki rozpalały ją do 
granic  wytrzymałości.  To  ona  pierwsza  rozpięła  bluzkę,  ponieważ  jej  piersi 
pragnęły jego dotyku, i to  ona poprowadziła jego dłoń pod  rajstopy. Pozwoliłaby 
mu, żeby się z nią kochał, i wiedziała, że on tego pragnie. Ale każdego wieczoru 
Luke drżącymi palcami delikatnie zapinał jej bluzkę, całował ją w usta i odwoził 
do domu – wciąż jako dziewicę. Była beznadziejnie zakochana.

Wreszcie  nadszedł  ten  dzień,  kiedy  oznajmił  jej  bez  ogródek,  że  nie  będą  się 

więcej spotykać. Jest dla niego za młoda, powiedział, za bardzo niedoświadczona. 
Potrzebuje dziewczyny w swoim wieku.

Meg  wciąż  jeszcze  pamiętała  ból,  jaki  jej  sprawił  i  jaki  czuła  przez  całe 

tygodnie. Straciła siedem kilogramów i o mało nie zawaliła geometrii. Za każdym 
razem, gdy widziała Luke’a z którąś ze starszych dziewczyn, chciało jej się wyć. W 
końcu ból zmienił się w złość i kiedy Luke opuszczał miasto, poprzysięgła sobie, 
że nic jej nie będzie obchodził, nawet gdyby w Kalifornii pochłonęło go trzęsienie 
ziemi.

A teraz miał spać w jej domu, ten „rozbudzony seksualnie” mężczyzna w wieku 

dwudziestu ośmiu lat, który nie jest już obiektem jej marzeń, lecz marzeń tysięcy 
kobiet. A jeśli tak doskonale całował, gdy miał lat osiemnaście, to jak musi to robić 
teraz? Meg odsunęła od siebie tę myśl. Nie będzie tego sprawdzać.

background image

Rozdział 4

Luke  włożył  na  biały  jedwabny  golf  kamizelkę  i  szarą  marynarkę.  Wolałby 

zostać w dżinsach i podkoszulku, ale jego agent do ostatniej chwili napominał go, 
żeby  dbał  o  swój  wizerunek.  Spodziewano  się  przecież,  że  będzie  roztaczał 
hollywoodzki blask, więc nie mógł zawieść tych oczekiwań.

Wszedł do salonu. Apacz siedział przy kominku. Luke od razu polubił tego psa. 

Kiedyś miał własnego, ale ojciec traktował go tak okropnie, że oddał go w końcu w 
inne ręce. Apacz zaczął się łasić i Luke pochylił się, żeby go pogłaskać.

–  Lubisz  to,  prawda?  –  Zastanawiał  się,  kiedy  ostatnio  jego  samego 

potraktowano z prawdziwym uczuciem. Na ogół w związkach z kobietami chodziło 
głównie o seks. Od kiedy wcielił się w postać Dirka Kennedyego, podejrzewał, że 
jego dwie ostatnie partnerki wyobrażały sobie, że idą do łóżka z bohaterem serialu, 
a nie z nim. Być może tak i było. Tylko jednej kobiecie ufał na tyle, by przy niej 
być sobą. Znajdowała się właśnie na dole i przygotowywała do wyjścia wraz z nim.

Ktoś jednak niewłaściwie napisał ten scenariusz. Ambicje polityczne Meg  nie 

pozwalały wykorzystać tego weekendu tak, jakby pragnął. Mogłoby to zaszkodzić 
jej karierze. Jeśli będzie się kierował uczuciami, jej przyszłość stanie pod znakiem 
zapytania. A cóż poza tym może jej zaoferować? Jest związany z Los Angeles i nie 
może prosić, by rzuciła wszystko, co dla niej ważne, i zmieniła styl życia na taki, 
który przypuszczalnie wcale by jej nie odpowiadał. Czy po to ją odnalazł, by znów 
ją zostawić, jak przed dziesięciu laty?

Meg  weszła  do  salonu  i  Luke  oniemiał.  Nie  jest  już  prostym  chłopakiem  z 

farmy.  Towarzyszył  kobietom,  które  robiły  zakupy  w  najdroższych  sklepach, 
pięknym  kobietom,  których  życie  sprowadzało  się  do  dbania  o  swój  wygląd.  Na 
widok Meg aż wstał z podziwu.

– No i jak? – spytała niepewnie.
– Znakomicie – zapewnił.
Miała  na  sobie  jasnozieloną  suknię  przypominającą  krojem  tuniki  greckich 

bogiń.  Szeroki  pasek  w  nieco  ciemniejszym  odcieniu  znakomicie  podkreślał  jej 
talię i linię bioder. Upięła włosy w tyle głowy, przez co uwydatniał się delikatny 
owal twarzy. W uszach miała kolczyki z perełką, sznur pereł na szyi.

–  Naprawdę?  Nie  musisz  prawić  mi  komplementów.  –  Meg  wciąż  nie  była 

pewna swego wyglądu.

– Nie uwierzyłabyś, gdybym powiedział prawdę.

background image

–  Owszem,  uwierzyłabym.  Bywasz  w  wielkim  świecie  częściej  niż  ja,  więc 

polegam na twoim zdaniu. Jeśli coś jest nie tak, mogę jeszcze zmienić.

Rzeczywiście nie zdawała sobie sprawy z wrażenia, jakie na nim wywarła.
– Będę szczery – jesteś najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widziałem.
– Bez przesady. Nie jestem głupia. Biorę płaszcz i wychodzimy.
– Powiedziałem, że mi nie uwierzysz.
–  Masz  rację.  Nie  wierzę  –  powtórzyła  ze  złością,  jak  gdyby  podejrzewała, 

dlaczego  prawi  jej  komplementy.  –  Oglądam  transmisje  z  wręczenia  Oscarów. 
Wiem, jak wyglądają gwiazdy filmowe.

– Ja też. – Luke podał jej płaszcz. – Bijesz je na głowę.
– Luke, nie schlebiaj mi, proszę.
I tak by nie wygrał, więc już nie odpowiedział. Odetchnął głęboko, rozkoszując

się jej zapachem, i na moment ujął ją za ramiona.

Nie  pamiętał,  by  kiedykolwiek  tak  się  hamował  jak  w  tej  chwili.  Nie  musiał. 

Nieraz w życiu było mu ciężko, nieraz oberwał, ale jeśli chodzi o kobiety, nie miał 
powodów do  narzekań. Zawsze czekał na niego zachęcający uśmiech, spragnione 
ramiona. Teraz jednak po raz pierwszy bał się, że spotka się z odmową.

Meg  odetchnęła  głęboko,  gdy  Luke  odsunął  się  od  niej.  Kiedy  podawał  jej 

płaszcz, przez moment chciała mu go wyrwać z rąk. Zdała sobie jednak sprawę, że 
wyglądałoby to głupio, jakby nie potrafiła zachować się jak dama. Rzecz w tym, że 
gdy  zbliżył się do  niej, owiał ją zapach wody kolońskiej i  poczuła na karku jego 
oddech. Gdy dotknął jej ramion, nogi się pod nią ugięły.

Bała się, że odwróci ją ku sobie i pocałuje. Wiedziała dlaczego. Był to kiedyś 

niemal rytuał. Kiedy wychodzili z kina albo z dyskoteki, Luke pomagał jej włożyć 
płaszcz,  odwracał  ją  do  siebie  i  całował,  jak  gdyby  jego  usta  mogły  ochronić  ją 
przed chłodem podobnie jak płaszcz. I chyba rzeczywiście chroniły.

– Pojedziemy BMW – oznajmiła, wyjmując z torebki kluczyki. – W ten sposób 

twoja przyjaciółka z hondy może cię tak szybko nie znajdzie.

– Myślę, że mamy ją z głowy aż do jutra. Później pewnie nie spuści mnie z oka.
Luke  wyglądał  jak  gwiazdor  filmowy.  Dystans  między  nimi  zdawał  się 

powiększać,  ilekroć  uświadomiła  sobie,  że  on  nie  należy  już  do  jej  świata. 
Włączyła silnik.

– Sądzę jednak, że poradzę sobie z tą fotoreporterką. Jestem przyzwyczajony, 

że mnie obserwują.

– Naprawdę?

background image

– Tak. Ty chyba też.
– Nie, ja nie i nie chciałabym...
–  To  dlaczego  mamy  się  martwić,  że  mieszkam  u  ciebie?  Myślę  jednak,  że 

lepiej uważać, skoro zamierzasz robić karierę polityczną. :

–  Nie  odpowiedziała.  Utrafił  w  sedno.  Za  nią  co  prawda  nie  jeżdżą 

fotoreporterzy, ale mogą zacząć. Ludzie w Chandler wszystkim się interesują.

– Nie jesteś bardziej wolna niż ja, Meg.
– Masz rację.
–  Wyobraźmy  sobie,  że  możemy  robić,  co  się  nam  podoba.  Na  co  miałabyś 

ochotę?

– Nie wiem – zająknęła się. Nie chciała sobie tego nawet wyobrażać.
– A ja wiem. Wziąłbym furgonetkę, pojechał w jakieś ustronne miejsce, rozpalił 

ognisko, piekł kiełbaski i popijał piwo.

– Hm.
– A później znalazłbym w radiu jakąś muzykę i potańczył.
– Sam ze sobą? – zdumiała się.
– Nie, gdybyś zgodziła się pojechać ze mną.
Meg  przypomniała  sobie  ostrzeżenie  Didi.  Musi  przyjąć  strategię  obronną. 

Wzięła głęboki oddech.

– Posłuchaj, powinniśmy sobie coś wyjaśnić. Nie jesteśmy już nastolatkami. –

Serce  waliło  jej  jak  młotem.  –  Ty  jesteś  wschodzącą  gwiazdą  Hollywood,  a  ja 
zamierzam zrobić  karierę polityczną w Arizonie. Jeśli zostanę w Chandler  i będę 
się  starać,  mam  szanse  znaleźć  się  pewnego dnia  w  administracji  stanowej.  I  nie 
zamierzam na tym poprzestać. Może uda mi się wejść do Kongresu.

– A co z Białym Domem? – roześmiał się Luke.
– Śmiej się, śmiej, ale nigdy nic nie wiadomo.
– Nie śmieję się. Uważam, że byłabyś wspaniała. Zawsze potrafiłaś inspirować 

innych.

– A ty  potrafisz być  naturalny na  ekranie. Myślę, że oboje znaleźliśmy swoje 

powołanie i możemy zajść tak wysoko, jak zechcemy. Nie należy pozwolić, żeby 
przeszkodziły nam w tym miłe wspomnienia.

– Znakomite przemówienie. Będziesz dobrym politykiem.
– Luke, ja tylko staram się....
– Wiem. – Spoważniał nagle. – I rozumiem, co chcesz powiedzieć. ;
– Mam nadzieję.
–  Możesz  mi  wierzyć  albo  nie,  ale  niedawno  doszedłem  do  tego  samego 

background image

wniosku.

– To dobrze. – Jej westchnienie wyrażało ulgę i rozczarowanie zarazem.
– Czy powiemy komuś, gdzie się zatrzymałem?
– Nienawidzę kłamstwa... – zawahała się – ale im mniej osób będzie wiedziało, 

tym lepiej.

– A więc zostaw to mnie. Nie zapominaj, że jestem aktorem.
Nie  zapomnę,  pomyślała.  Nie  musi  jej  tego  przypominać.  Luke  Bannister 

urodził się, by uwodzić kobiety, i czynił to mimo woli, bez zastanowienia. To, co 
ona  uznała  za  zainteresowanie  swoją  osobą,  może  być  jego  zwyczajnym 
zachowaniem  w  stosunku  do  każdej  kobiety,  która  znajdzie  się  w  jego 
towarzystwie.

Poczuła  się  nieswojo.  Może  nie  powinna  była  wygłaszać  tego  przemówienia. 

Luke prawdopodobnie chciał po prostu, żeby była pod jego urokiem przez te kilka 
dni. Zapomni o niej, gdy tylko spotka następną ofiarę.

Podczas przyjęcia w restauracji hotelu San Marcos Meg obserwowała Luke’a w 

akcji. Jako chłopiec przedostał się kiedyś ukradkiem, razem z nią, do hotelowego 
ogrodu. Teraz prezentował się doskonale w starym stylowym wnętrzu, wśród gości 
zasiadających w rattanowych fotelach przy wytwornej porcelanowej zastawie.

Bawił towarzystwo opowieściami ze stolicy  przemysłu  rozrywkowego. Dawał 

perfekcyjne przedstawienie i Meg była pewna, że było to właśnie przedstawienie.

Kiedyś, gdy ze sobą chodzili, Luke zabrał ją na kolację do Serranos, restauracji 

meksykańskiej. Ile razy tamtędy przechodziła, wracała pamięcią do  tych dni. Był 
wtedy  znacznie  mniej  elokwentny  niż  teraz,  nie  tak  pewny  siebie.  Wciąż  jednak 
pamiętała,  jak  patrzył  na  nią  tamtego  dnia.  Gdy  dziś  wygłaszała  swoją  mowę, 
wpatrywał się w nią tak samo. Ręka jej drżała, gdy sięgnęła po szklankę z wodą.

Przy deserze Didi zagadnęła o Clinta i Luke zachichotał, opisując zachowanie 

brata.  Meg  mogła  się  założyć,  że  poczuł  się  dotknięty,  ale  za  nic  w  świecie  nie 
dałby tego po sobie poznać. Wyjaśnił, że znaleźli dla niego lokum, ale nie ujawnią 
adresu,  ponieważ  Luke  nie  chciałby  mieć  prasy  pod  oknami.  Tę  historię  trudno 
byłoby  nawet  uznać  za  kłamstwo,  pomyślała  z  podziwem  Meg.  Luke  mógłby 
zostać niezłym dyplomatą.

Rozmowa  toczyła  się  teraz  wokół  ostatnich  przygotowań  do  festiwalu.  Meg 

czuła  na  sobie  spojrzenie  Luke’a,  gdy  objaśniała  szczegóły  i  odpowiadała  na 
pytania. Nie ulegało wątpliwości, że lubi wydawać polecenia. Lubi być w świetle 
reflektorów.

background image

Około dziewiątej goście zaczęli pomału wstawać od stołu. Wymieniano uściski 

dłoni i ostatnie uprzejmości. Didi podeszła do Meg.

– Widzisz? Czy to nie wspaniałe, że przyjechał? – szepnęła.
– Wydaje się, że to był dobry wybór – zgodziła się Meg.
– Ludzie na długo to zapamiętają. Będzie to dla ciebie świetna reklama.
Meg skinęła głową.
– A tak na marginesie, doskonale wyglądasz. – Didi miała lekkie skłonności do 

tycia,  ale  tak  umiejętnie  dobierała  fasony  i  kolory  sukien,  by  tuszowały  zbędne 
kilogramy, a podkreślały kolor włosów i oczu.

–  Dzięki  –  uśmiechnęła  się.  –  Ty  też.  Ale  o  co  chodziło  z  tym  mieszkaniem 

Luke’a? Któż to zdecydował się przyjąć go na noc?

Meg popatrzyła na nią znacząco, ale nie odpowiedziała.
– No, no... – Didi uśmiechnęła się.
– Może ławka w parku – zażartowała Meg.
– Bądź ostrożna, kochanie. To uwodziciel.
Meg  spojrzała  w  głąb  sali.  Luke  rozmawiał  z  burmistrzem.  Po  chwili 

uśmiechnął się do jego żony. Rzeczywiście umie czarować, pomyślała.

Gdy  wreszcie  znaleźli  się  w  samochodzie,  oparł  się  wygodnie  i  odetchnął 

głęboko.

– No to z głowy.
– Wydajesz się zadowolony.
– Bo jestem.
– Wydawało mi się, że się dobrze bawiłeś.
– Staram się nie okazywać zdenerwowania.
– Zdenerwowałeś się? Daj spokój.
– Niektórzy nie kochali mnie, kiedy byłem w szkole. Tylko czekałem, aż ktoś 

przypomni mi dawne czasy.

–  A  więc  zabawiałeś  ich  historiami  z  Hollywood,  żeby nie  przyszło im  to  do 

głowy.

– Coś w tym rodzaju.
– Mogę teraz stwierdzić, że jesteś świetnym aktorem.
– A ty urodzoną organizatorką. Zaimponowałaś mi, Meg.
– Niezłe z nas towarzystwo wzajemnej adoracji – roześmiała się. Żałowała, że 

brakuje jej  zawodowej  swobody Luke’a. Chciała udawać, że jest rozluźniona,  ale 
nerwy miała napięte do ostatnich granic.

– Nie wracajmy jeszcze do domu – zaproponował. Tym lepiej, pomyślała.

background image

– A dokąd chciałbyś pójść?
– Przede wszystkim do naszej dawnej szkoły. Jutro nie uda mi się spokojnie jej 

odwiedzić.

–  Dobrze.  To  tam.  –  Odwróciła  się  w  kierunku  miasta  i  wskazała  Arizona 

Avenue.  –  Główny  budynek  pozostał  ten  sam,  ale  jest  wiele  nowych.  Tuż  obok 
szkoły wzniesiono miejski ośrodek kultury. To fantastyczne miejsce, Luke.

– Widzę, że mam dobrego przewodnika.
–  Może  to  nie  jest  Hollywood,  ale  myślę,  że  nawet  tobie  się  spodoba.  Nasze

miasto  ma  przed  sobą wspaniałą przyszłość,  zapewniam cię.  W ciągu następnych 
dziesięciu lat planujemy rozbudowę....

–  Nic  się  nie  zmieniłaś  –  przerwał  jej.  –  Jakbym  cię  słyszał,  kiedy  byłaś 

przewodniczącą  samorządu  i  wygłaszałaś  przemówienie  na  cześć  szkoły.  Byłaś 
taka...

– Pełna wdzięku? Nie waż się mówić o mnie w ten sposób.
– No cóż, jeśli wolisz, to powiem, że nie jesteś już pełna wdzięku.
– W porządku.
– A naprawdę jesteś cholernie piękna.
Meg o mało nie przeoczyła uliczki, w której zamierzała zaparkować.
–  Może  wysiądziemy  i  przespacerujemy  się  kawałek  –  zaproponowała, 

wyłączając  silnik.  Głęboko  zaczerpnęła  powietrza.  Już  dwa  razy  w  ciągu  tego 
wieczoru  powiedział  jej,  że  jest  piękna.  Wystarczyło,  by  zawrócić  w  głowie 
nastolatce.  Na  szczęście  nie  jest  już  nastolatką  i  nie  złapie  się  na  lep  czczych 
komplementów.

Kiedy szli w dół  ulicy, włożyła ręce do  kieszeni. Obcasy  stukały miarowo na 

płytach chodnika. Towarzyszył im jednostajny szum wody dochodzący z fontanny 
przed ośrodkiem kultury.

– Pierwsza klasa, Meg – stwierdził z podziwem Luke, patrząc na budynek.
– Powinieneś zobaczyć salę widowiskową. Fotele obite czerwonym aksamitem, 

trzy sceny. Mogą się tu odbywać trzy przedstawienia równocześnie.

– Pamiętam, jak występowaliśmy na naszej szkolnej scenie.
– A ja pamiętam, jak niepewnie trzymałeś na nogach.
– Musiałem się napić dla dodania sobie odwagi. Nie zdajesz sobie sprawy, jaką 

miałem tremę.

Meg  spojrzała  na  niego  ze  zdumieniem.  Kiedy  Luke  z  nią  zerwał,  wygrał 

konkurs  na  główną  rolę  w  szkolnym  musicalu.  Miał  potem  przygodę  ze  swoją 
partnerką i od tego czasu Meg czuła do niej niechęć.

background image

– Nigdy bym nie pomyślała, że możesz mieć tremę.
– Na szczęście alkohol przestał działać, zanim przedstawienie się skończyło, i 

przekonałem  się,  że  kiedy  jestem  na  scenie,  potrafię  ukryć  się  za  postacią,  którą 
gram.  Gdybym  nie  zrobił  tego  odkrycia,  prawdopodobnie  nadal  nocami 
pomagałbym w knajpach, a za dnia pływał na desce.

– Kiedy jechałeś do Los Angeles, myślałeś już o tym, żeby zostać aktorem?
– Gdzieś tam kiełkowała we mnie ta myśl, ale nie bardzo wiedziałem, jak się do 

tego  zabrać.  A  potem  zdarzyła  się  druga  najszczęśliwsza  rzecz  w  moim  życiu. 
Jeden  z  kompanów  od  surfingu  dowiedział  się,  że  szukają  ludzi  do  filmów 
reklamowych. Miał jakieś kontakty, załatwił nam przesłuchanie i dostałem rolę.

– Co reklamowałeś?
– Maść na świerzb.
– A co było potem? – Meg roześmiała się mimo woli.
– A później zdarzyła się trzecia najszczęśliwsza rzecz w moim życiu. Jeden ze 

scenarzystów  serialu  zobaczył  tę  reklamę  i  uznał,  że  nadaję  się  do  roli  jego 
bohatera.

– Dirka Kennedy’ego.
– Tak.
– Wymieniłeś drugą i trzecią najszczęśliwszą rzecz w twoim życiu. A jaka była 

pierwsza?

– Że mieszkałem na farmie obok ciebie – odparł po chwili wahania.
Musiała o to spytać. Była pewna, że odpowiedział szczerze. Ich wspomnienia z 

dzieciństwa  okazały  się  dla  niego  równie  cenne  jak  dla  niej.  Coraz  trudniej 
przychodziło  jej  wytrwać  w  postanowieniu,  by  zachowywać  się  wobec  Luke’a  z 
rezerwą.

Spojrzał w kierunku starego budynku szkoły.
–  Przejdźmy  się  jeszcze.  –  Nic  się  nie  zmieniło  –  stwierdził,  stając  przed 

dwupiętrowym  budynkiem  z  potężnymi  kolumnami  i  szerokimi  frontowymi 
schodami.

– Wydaje mi się, że nie byłeś tutaj szczęśliwy.
– Nie, ale często sam sobie byłem winien. Gdybym kiedykolwiek miał dziecko, 

posłałbym je do takiej szkoły jak ta.

– To daleko od Los Angeles.
– Nie da się ukryć.
Czuła, że zmaga się ze sobą, że dobre wspomnienia toczą bój ze złymi. Gdyby 

nawet  zwyciężyły  dobre,  i  tak  ułożył  już  sobie  życie  gdzie  indziej.  Może  kiedyś 

background image

była dla niego kimś ważnym, ale wyprowadził się daleko od niej.

– Chcesz zobaczyć resztę? – spytała.
– Oczywiście. Czy ten stary dąb wciąż jeszcze stoi?
– Pewno.
– No to chodźmy tam.
Meg  poprowadziła  go  na  tylny  dziedziniec,  gdzie  wznosił  się  wspaniały  dąb. 

Mimo że cały teren był oświetlony, pod rozłożystą koroną drzewa panował mrok.

– Niemało czasu spędziłem, czekając przy tym drzewie – rzucił Luke.
–  Ja  też  –  odrzekła  Meg,  podchodząc  do  niego.  Ten  dąb  był  miejscem  ich 

spotkań  między  lekcjami  a  lunchem.  Każdego  dnia  tu  biegła,  ale  jemu  zawsze 
udawało  się  być  pierwszym.  Wciąż  miała  go  przed  oczami,  jak  stoi  w  cieniu 
drzewa,  w  dżinsach,  białym  podkoszulku,  ciemnych  okularach,  otoczony 
kumplami. Gdy tylko się zbliżała, natychmiast zwracał się ku niej.

Władze szkolne mogły uważać go za buntownika, ale wszystkie dziewczyny z 

ogólniaka  szalały  za  nim.  A  że  wybrał  Meg,  czuła  się  jak  królowa.  Dziesięć  lat 
później znów dawał jej odczuć to samo, zachowując się tak, jak gdyby nie rzucił jej 
bezceremonialnie przed laty. Wręcz przeciwnie, sprawiał wrażenie, że to ona się go 
pozbyła.

Podniosła głowę. Na niebie lśnił rożek księżyca. Przypomniała sobie piosenkę, 

której  razem  z  Lukiem  słuchali  najczęściej:  „You  Werre  Always  On  My  Mind” 
Willie Nelsona o nie wykorzystanej szansie na miłość.

Poczuła łzy pod powiekami. Może nie powinna o to pytać, ale musi wiedzieć –

Co się stało, Luke? Wtedy, przed laty?

–  Proszono  mnie,  bym  o  tym  nie  mówił,  i  przyrzekłem,  że  nie  będę.  Teraz 

patrzę  na  to,  co  się  wydarzyło,  innymi  oczami.  Postanowiłem  przed  przyjazdem 
tutaj, że złamię obietnicę, jeśli mnie o to poprosisz.

– O co? – Serce podeszło jej do gardła. – Komu złożyłeś obietnicę?
– Twemu ojcu.
Miała  niejasne przeczucie, że nie będzie zachwycona tym,  co usłyszy, ale  nie 

mogła się już wycofać, skoro sama zaczęła ten temat.

– Powiedz, o co chodzi.
– Wydaje mi się, że ktoś mu doniósł o naszych randkach w samochodzie.
Oblała ją fala gorąca. Kiedyś ta wiadomość wprawiłaby ją w zakłopotanie, teraz 

wywołała jedynie żywe wspomnienie tamtych namiętnych nocy.

– Przyszedł do mnie  pewnego popołudnia, kiedy ciebie nie było. Wyjaśnił, że 

bardzo  się  różnimy,  że  ty  masz  wysokie  aspiracje  i  chcesz  kiedyś  być  kimś 

background image

ważnym, a ja nie. Dał mi wyraźnie do zrozumienia, że powinienem trzymać się od 
ciebie z daleka.

–  Zerwałeś  ze  mną,  bo  mój  ojciec  ci  kazał?  –  Meg  nie  wierzyła  własnym 

uszom. To nie było podobne do Luke’a, którego znała.

– Niezupełnie. Wiedziałem, że twoi rodzice mnie nie lubią. Słowa twego ojca 

nie  zaskoczyły  mnie.  Miał  w  zanadrzu  też  inne  argumenty.  Widział  Clinta  –
wychodzącego  z  zaplecza  sklepu  starego  Bakera  późną  nocą  z  rękami  pełnymi 
towaru.  Było  to,  zanim  Baker  zainstalował  system  alarmowy.  Wiesz,  w  jakich 
opałach  był  Clint.  Jeszcze  jedno  zatrzymanie  i  wylądowałby  w  więzieniu. 
Obiecałem,  że  zrobię  z  Clintem porządek...  i  zerwę  z  tobą...  jeśli  twój  ojciec  nie 
powie, co widział.

– Mój ojciec cię szantażował? – wykrztusiła z trudem Meg.
– Myślę, że można by to tak określić, ale dzisiaj nie winiłbym go za bardzo. Nie 

byłem  odpowiedni  dla  ciebie,  ale  w  swoim  młodzieńczym  zadufaniu  nie 
dostrzegałem tego.

– Ależ on wtrącił się w moje życie, w nasze życie!
– Rodzicom się wydaje, że niekiedy mają prawo to robić, zwłaszcza gdy myślą, 

że ich dzieci znajdują się w niebezpieczeństwie.

–  Nie  mogę  uwierzyć,  że  mi  to  zrobił.  Przecież  to  nie  miało  najmniejszego 

sensu. Nic mi nie groziło. Ja...

– Groziło – zaoponował łagodnie.
Meg nagle opuściła wszelka złość na Luke’a. Wiedziała, że gdyby wziął ją teraz 

w ramiona, pozwoliłaby mu na wszystko.

– Wydaje mi się, że nie straciłbym głowy, będąc z tobą, ale kto to wie? I nawet 

gdybyśmy się zabezpieczali, nie wiadomo, co by się stało. Twój ojciec bał się, że 
jego piękna, inteligentna, szesnastoletnia córka przyjdzie do niego pewnego dnia i 
wyzna mu, że jest w ciąży.

Patrzyła  mu  w  oczy,  serce  biło  jej  niespokojnie.  Jego  wyznanie  zmieniło 

wszystko. Gdyby teraz jej dotknął, wyzwoliłby wszystkie tłumione tęsknoty.

Luke westchnął i przejechał palcami przez włosy. Wyglądał teraz jak chłopiec, 

którego znała przed laty.

– Czuję się tak, jakbyśmy znaleźli się w punkcie wyjścia.
Przełknęła ślinę, niezdolna wykrztusić z siebie choćby słowa.
–  Ty  zamierzasz  robić  karierę  polityczną  –  kontynuował  –  a  ja,  potencjalny 

skandalista,  mogę  zniweczyć  twoje  szanse.  Będę  tu  tylko  przez  weekend.  Oboje 
wiemy, że nie jestem odpowiednim mężczyzną dla ciebie, tak samo jak nie byłem 

background image

przed dziesięciu laty. Popatrzył jej w oczy i zniżył głos. – Tyle że wciąż cię pragnę.

Oblała ją fala gorąca.
–  Rzecz  w  tym  –  ciągnął  –  że  nie  jestem  już  takim  egoistą,  jakim  byłem  w 

wieku osiemnastu lat. Nie zamierzam narażać na szwank twojej opinii tylko po to, 
by dostać to, czego chcę. Gdyby pojawił się tu twój ojciec i powiedział mi, że nie 
pozwoli,  by  jakiś  typ  z  Hollywood  pogmatwał  ci  życie  dla  dwóch  dni  rozrywki, 
przyznałbym mu rację.

–  To  tym właśnie  jesteś?  Typem  z  Hollywood?  –  Meg  podeszła  bliżej,  jakby 

poddana jakiejś sile przyciągania.

– Tak. Lubię nastrój podniecenia, blask reflektorów, spojrzenia kobiet. Nie będę 

cię  oszukiwał,  że  jest  inaczej.  Połknąłem  haczyk,  a  to  znaczy,  że  za  nic  nie 
wróciłbym  do  Chandler.  Ty  potrzebujesz  właściciela  farmy  –  lub  szanowanego 
handlowca, kogoś, kto będzie się o ciebie troszczył.

Meg  ogarnęła  nieodparta  potrzeba  dotknięcia  Luke’a.  Przejechała  dłonią  po 

kamizelce i poczuła gwałtowne uderzenia jego serca.

– Oglądałam serial – powiedziała. – Jesteś taki naturalny na ekranie. – Poczuła 

nagle, jak obejmuje ją w pasie i delikatnie przyciąga do siebie. Zadrżała.

– Nie przypuszczałem, że jesteś wielbicielką tego serialu – uśmiechnął się.
–  Zdecydowałam  się  go  obejrzeć  ostatnio,  na  wypadek  gdyby  dziennikarze 

mnie o to zagadnęli...

–  Zachowaj  swoje  słowa  dla  wyborców,  panno  Hennessy.  –  Luke  potarł 

delikatnie jej policzek.

Tak  mało  potrzebował,  by  ją  pobudzić.  Była  niemal  zła  na  niego,  że  tak 

niewiele trudu sobie zadał.

– Co ty chcesz powiedzieć? – obruszyła się. – Że ja nie opuszczam ani odcinka? 

Że muszę oglądać cię dzień po dniu?

– A musisz?
W jakiś niewyjaśniony sposób jej ramiona nagle oplotły jego szyję. Wspięła się 

na palce, zbliżyła usta do jego ust.

– Teraz muszę. Zadowolony?
– Jeśli o ciebie chodzi, nigdy nie dość zadowolenia – odrzekł.
Czuła na twarzy jego oddech, czuła jego lekko napierające ciało.
–  Może  w  tym  właśnie  tkwi  problem  –  wyszeptała.  –  Tak  długo  byłam  dla 

ciebie  owocem  zakażanym,  że  wydaje  ci  się,  że  jestem kimś  nadzwyczajnym,  co 
wcale nie musi okazać się prawdą.

– Być może. – Musnął wargami jej usta.

background image

Westchnęła.
–  Niewykluczone,  że  ty  masz  ten  sam  problem  ze  mną.  Może  byłabyś 

rozczarowana.

– To prawdopodobne. Dotknął językiem jej warg.
– Nie powinniśmy tego robić – szepnął.
– Nie.
Przyciągnął ją do siebie. Miał gorący oddech.
– Odepchnij mnie.
– Za chwilę.
– Za późno – powiedział i przycisnął wargi do jej ust.
To był właśnie taki pocałunek, jaki zapamiętała sprzed lat. Nauczył ją, jak się 

całować,  a  teraz  robił  to  jeszcze  lepiej.  Rozchyliła  wargi,  by  poczuć  ciepło  jego 
języka.  Odwzajemniając  mu  pocałunek,  wyrażała  wszystkie  swe  długo  tłumione 
tęsknoty i pragnienia. Ściągnął jej płaszcz z ramion.

– Potrzebuję cię – wyszeptał między jednym a drugim pocałunkiem.
– Ja ciebie też.
– Och, Meg. – Dotknął jej piersi, delikatnie pieścił sutki przez cienki materiał 

sukni.

– Tak bardzo za tobą tęskniłam, Luke – wyznała, tuląc się do niego.
Całował jej  twarz i  szyję,  wsunął rękę pod  jedwab sukni.  Jęknęła z  rozkoszy. 

Jego czuły szept łączył się z delikatnym szumem fontanny. Luke pieścił ją, a ona 
poddawała  się  tym  pieszczotom  tak  jak  przed  laty.  Świat  wokół  niej  wirował. 
Tuliła się do niego, gładziła jego włosy, kark, przylgnęła do niego całym ciałem. 
Tak bardzo tego potrzebowała, tak bardzo...

Nagle  rozległ  się  pisk  hamulców.  Meg  zmartwiała.  Znaleźli  się  w  świetle 

reflektorów. Policja.

background image

Rozdział 5

Luke zasłonił Meg, żeby nie padało na nią światło.
–  Włóż  płaszcz  –  rzucił,  po  czym  odwrócił  się  w  kierunku  policyjnego 

samochodu, przysłaniając oczy ręką.

– Nie do wiary, czyżby to był Bobby Joe?! – zawołał.
– Luke? Do diabła, myślałem, że to jakieś dzieciaki się zabawiają. Powiadomię 

centralę, że wszystko w porządku.

–  Wysoki  policjant  wrócił  do  wozu  i  powiedział  coś  przez  walkie-talkie.  

Wybacz  –  zwrócił  się  z  uśmiechem  do  Luke’a  –  ale  patrolujemy  tę  okolicę,  aby 
mieć pewność, że nikt tu nie rozrabia, tak jak myśmy to kiedyś robili.

Meg  zapięła  płaszcz  i  poprawiła  włosy.  Miała  nadzieję,  że  nie  widać  po  niej 

tego, co się wydarzyło.

–  Cześć,  Bobby  Joe  –  powiedziała.  –  Właśnie  odwiedzaliśmy  stare  kąty.  Nie 

chcieliśmy cię przestraszyć.

– Ja też nie. – Bobby Joe przywitał się z Lukiem.
– Kopę lat.
– Nie da się ukryć – uśmiechnął się. – Wracam do domu po dziesięciu latach i 

zastaję Bobby Joe Harrisa wystrojonego w mundur gliny.

– I kto to mówi! – Boby Joe roześmiał się i dotknął palcem kamizelki Luke’a. –

Tobie też nic nie brakuje.

– Cóż, wiele się zmieniło od czasu, kiedy włóczyliśmy się po mieście.
– Fakt. Mam dwoje dzieci.
– I dają ci w kość tak samo jak ty dawałeś swoim starym, co?
– Zaczynają. – Usłyszał trzask radia w samochodzie i odwrócił się. – Muszę iść. 

Fajnie, że cię spotkałem. Będę pracował w czasie festiwalu, więc na pewno jeszcze 
się zobaczymy.

– Na pewno. To  na razie. – Kiedy Bob odszedł, Luke pochylił się do  Meg. –

Przepraszam cię. Co za dureń ze mnie.

– To nie tylko twoja wina. Moja też. Boże, mam nadzieję, że nic nie widział. –

Meg  westchnęła.  –  A  nawet  jeśli  nie  widział,  na  pewno  poznał  po  nas,  co  się  tu 
działo.

– Może. Ale zawsze umiał trzymać język za zębami.
– Obyś miał rację.

background image

–  Posłuchaj,  jeśli  cokolwiek  na  ten  temat  usłyszysz,  powiesz,  że  to  ja  cię  tu 

podstępnie zwabiłem, że właśnie usiłowałaś się wyrwać, gdy nadjechał Bobby Joe.

– Luke! Z całą pewnością nic takiego nie powiem. Nikt by mi nie uwierzył. Nie 

potrafię kłamać.

–  W  takim  razie  –  Luke  popatrzył  jej  w  oczy  –  właśnie  ustaliłaś,  co  się 

wydarzy, a raczej, co się nie wydarzy, gdy wrócimy do domu.

– Co przez to rozumiesz?
– Widziałem, jak rozmawiałaś z Didi. Ona wie, że mieszkam u ciebie, prawda?
– Domyśla się.
– Jeśli dobrze znam Didi, jutro zada parę istotnych pytań.
– Chyba tak.
– A więc nie mogę kochać się całą noc z kimś, kto nie umie kłamać, prawda?

Logice Luke’a nie sposób było cokolwiek zarzucić. Meg musiała przyznać mu 

rację  –  wszystko,  co  się  zdarzy  między  nimi,  będzie  wypisane  na  jej  twarzy. 
Zastanawiała  się  nad  tym,  gdy  znaleźli  się  już  w  domu.  Luke  spał  w  pokoju 
gościnnym,  a  ona  stała  za  zamkniętymi  drzwiami  swojej  sypialni.  Biła  się  z 
myślami.

Mogła zejść na dół i spędzić resztę nocy w jego ramionach. Byłyby to godziny 

pełne  uniesień  i  obudziłaby  się  inną  kobietą.  Mogłaby  stać  się  kobietą,  która 
wyzbyła  się  wszelkiego  poczucia  odpowiedzialności.  Luke  wywierał  na  niej 
ogromne  wrażenie.  Kto  wie,  czy  nie  zaniedbałaby  swoich  obowiązków,  nie 
zniweczyła  miesięcy  przygotowań,  a  wraz  z  nimi  nadziei  na  stanowisko 
przewodniczącej Izby.

No to co? Może zrezygnować z ambicji politycznych i pojechać z Lukiem do 

Los  Angeles.  I  być  szczęśliwa  przez  parę  tygodni,  może  miesięcy,  zanim  znów 
odezwie się w niej potrzeba naprawiania świata.

Jedyną szansę zaspokojenia swoich ambicji ma tutaj, w Chandler, wśród ludzi, 

którzy ją znają. Oni mają bilet wstępu do jej przyszłości i oni trzymają dzisiejszej 
nocy  klucze  do  jej  więzienia.  Opamiętaj  się,  szepnęła  w  ciemności.  Musisz 
wypocząć. Sen jednak nie nadchodził, a tęsknota za Lukiem jej nie opuszczała.

Zaczynało świtać. Gdy tylko niebo rozjaśniło się, Luke szybko wciągnął dżinsy, 

podkoszulek i sztruksową kurtkę. W kuchni czekał już Apacz.

– Wybacz, piesku. Nie mogę cię ze sobą zabrać. Naprawdę bym chciał.
Zostawił Meg kartkę i ruszył w kierunku farmy Bannisterów. Musiał wyjaśnić z 

background image

Clintem  pewne  sprawy  i  przekonać  go,  żeby  pozwolił  mu  zatrzymać  się  w 
rodzinnym domu. Nie spędzi następnej nocy pod jednym dachem z Meg, trzymając 
się  od  niej  z  dala.  Nie  po  tym,  jak  reagowała  na  jego  pieszczoty  na  szkolnym 
dziedzińcu. Pewne sytuacje były  dla mężczyzny nie do  zniesienia, a jedną  z nich 
było trzymanie się na dystans od upragnionej kobiety.

Rozległo  się  pianie  koguta.  Nie  pamiętał  już,  kiedy  ostatni  raz  je  słyszał.  Na 

przewodach  telefonicznych  przysiadły  wróble,  obserwując  jego  samotny  bieg. 
Luke  zwolnił,  by  choć  przez  chwilę  porozkoszować  się  rześkim  powietrzem 
poranka. Życie na wsi miało swoje dobre strony.

Nie  bardzo  poznawał  okolicę.  Parę  starych  domostw  pozostało,  ale  wokół 

wyrastały nowe budynki, sklepy, zabudowania, wtapiając się w pejzaż i zmieniając 
linię horyzontu.

Jego rodzinna farma pozostała taka sama, tyle że szary kolor budynków nieco 

wyblakł.  Za  to  przed  domem  jaśniała  jaskrawoczerwona  ciężarówka.  Luke 
wyobrażał  sobie,  ile  mogła  kosztować,  ale  rozumiał,  dlaczego  Clint  ją  kupił.  W 
dzieciństwie jego ulubioną zabawką była czerwona ciężarówka.

Luke  poczuł  nagle  tęsknotę  za  dawnymi  dobrymi  czasami,  gdy  żyła  jeszcze 

matka. Wczesnym rankiem wybierał jajka z kurnika, a matka smażyła już bekon na 
dużej  patelni.  W  tamtych  czasach ojciec pomagał przy  śniadaniu  i  podśpiewywał 
piosenki, które nadawano w radiu, podczas gdy Clint nakrywał do stołu. Ojciec był 
muzykalny.  Luke  niemal  już  o  tym  zapomniał.  Na  dziesiąte  urodziny  podarował 
synowi gitarę i nauczył go pierwszych akordów.

Luke’owi nie wydawało się to wszystko niczym szczególnym aż do dnia, kiedy 

matka wyznała mu, że ma raka. Starali się zachowywać normalnie, ale okazało się 
to  niemożliwe  i  wreszcie,  gdy  matka  była  zbyt  słaba,  aby  móc  ustać  na  nogach, 
przestali  cokolwiek  udawać.  Luke  chciałby,  aby  ojciec  był  silniejszy,  ale  Orville 
Bannister  potrzebował  żony,  by  zachować  równowagę  ducha.  Po  jej  śmierci 
załamał się.

– Nie mamy szczęścia, synu – powtarzał, wypijając w dniu jej pogrzebu kolejne 

piwo.

Kiedy Luke’a zmuszono do zerwania z Meg, nie był właściwie zdziwiony, że 

do tego doszło. Jego ojciec stracił jedyną kobietę, jaką kiedykolwiek kochał, a teraz 
podobny los spotkał Luke’a. Bannisterowie nie mieli szczęścia w tych sprawach.

Oczywiście Clintowi wcale nie wiodło się lepiej. Debbie Fry może i była ładną, 

i  na swój sposób miłą dziewczyną,  ale  zbyt zabawową, nie nadawała się na żonę 
dla  farmera.  Była  młodsza  o  siedem  lat  od  Luke’a  i  o  pięć  od  Clinta,  niedawno 

background image

skończyła dwadzieścia jeden lat. Clint potrzebował kogoś bardziej dojrzałego, jeśli 
sam zamierzał kiedykolwiek dorosnąć.

Luke  potrząsnął  głową.  Osądza  swego  młodszego  brata,  jakby  miał  do  tego 

jakiekolwiek  prawo.  Taka  postawa  na  pewno  nie  ułatwi  mu  porozumienia  z 
Clintem.

Przeszedł przez podwórze. Drewniane schody prowadzące do bocznego wejścia 

skrzypiały. Nacisnął klamkę. Drzwi były otwarte.

–  Clint?!  –  zawołał,  zaglądając  do  środka.  Odpowiedziało  mu  milczenie.  W 

kuchni piętrzyła się w zlewie sterta brudnych naczyń.

– To ja, Luke! – zawołał ponownie.
–  Dobra!  Dobra! Czego chcesz? –  Clint wszedł  do  kuchni,  bosy,  bez  koszuli, 

zapinając dżinsy.

– Porozmawiać.
– Ciągniesz za sobą całe miasto? – spytał Clint, wyglądając przez okno.
– Nie, i przepraszam cię za wczoraj. Powinienem wiedzieć, że...
– Och, zaskoczyli cię, tak? Co za skromność!
–  Clint,  czy  nie  moglibyśmy  przestać  się  kłócić  i  po  prostu  pogadać?  Co  byś 

powiedział na kawę? Zaparzę – zaproponował.

– Nie w porę przyszedłeś. Nie jestem sam.
– Debbie?
– Sprawdzasz mnie czy co?
– Nie wiedziałem, że to tajemnica.
– Clint? – W drzwiach stanęła Debbie. Przecierała – oczy. Miała na sobie jedną 

ze  starych  koszul  Clinta  i  skąpe  figi.  –  Usłyszałam,  że  ktoś  tu  jest.  Co  u  ciebie, 
Luke?

– Cześć, Debbie. – Luke musiał przyznać, że jego brat ma dobry gust. Długie, 

zgrabne  nogi  i  burza  rudych  włosów  niejednego  mężczyznę  wprawiłyby  w 
podniecenie.  Chciał  zapytać,  czy  jej  matka  wie,  że  tu  jest,  ale  powstrzymał  się. 
Dwudziestojednoletnia dziewczyna sama może decydować o tym, czy chce spędzić 
noc z mężczyzną.

– Może byś się ubrała – odezwał się Clint.
– Jestem ubrana – odparowała. – Zaproponowałeś Luke’owi kawę?
– Nie może zostać. Myślę, że ma dzisiaj od cholery zajęć, prawda, Luke?
–  Muszę  być  na  uroczystości  otwarcia  festiwalu  –  westchnął  Luke.  –  Ale  to 

później. Liczyłem, że będziemy mogli teraz...

– Clincie Bannisterze, mógłbyś przynajmniej poczęstować swego brata kawą. –

background image

Debbie stała pośrodku kuchni, z rękami na biodrach, w koszuli rozchylonej tak, że 
widać jej było piersi. – Jaką pijesz, Luke? Czarną czy ze śmietanką i cukrem?

Luke  popatrzył  na  nią  i  dostrzegł  w  jej  oczach  błysk  zainteresowania.  Do 

diabła. Stara się go kokietować na oczach Clinta.

–  Właściwie  to  nie  bardzo  mam  ochotę  na  kawę.  Dokucza  mi  dziś  żołądek. 

Chciałem tylko omówić z Clintem pewne sprawy rodzinne, więc jeśli pozwolisz...

–  No  cóż,  dobrze.  – Debbie  była wyraźnie rozczarowana. – Wezmę  prysznic. 

Muszę zaraz iść do pracy. Jestem kasjerką w banku przy Valley National, więc jeśli 
byś potrzebował gotówki, wstąp, na pewno...

– Debbie! – Clint spiorunował ją wzrokiem.
– Po prostu staram się być uprzejma – ucięła i wyszła z kuchni.
– Chyba jesteś zmęczony kobietami, które rzucają się na ciebie przy lada okazji 

– powiedział Clint, gdy zostali sami.

– To nie ma żadnego znaczenia. Po prostu utożsamiają mnie z facetem, którego 

gram, i wyobrażają sobie, że jestem inny niż w rzeczywistości.

–  Nie  gadaj.  Rozmawiasz  ze  swoim  bratem,  któremu  zostawały  odpady  po 

tobie, pamiętasz? Myślę, że dziewczyny spotykały się ze mną, bo po cichu liczyły, 
że w ten sposób uda im się poderwać ciebie.

– Clint, nie chcę się z tobą kłócić. Na litość boską, Debbie nic a nic mnie nie 

obchodzi.

–  Za  to  tyją  obchodzisz.  Powinienem  się  tego  domyślić,  kiedy  spytała  mnie, 

gdzie  się  zatrzymałeś.  –  Clint  podszedł  do  zlewu,  wyciągnął  kubek  i  nalał  sobie 
wody. – Nic się nie zmieniło.

– Dużo się zmieniło. Dawniej nie pałałeś do mnie nienawiścią.
– A ty nigdy nie byłeś pozerem.
– Posłuchaj, wiem, że cały ten szum wokół mnie działa ci na nerwy. Ja też za 

tym nie przepadam, ale...

– Kpisz sobie czy co? Jesteś dumny jak paw.
–  Popularność  jest  częścią  mego  zawodu  –  wycedził  Luke  –  ale  potrafię  się 

kontrolować.  Śmieszna  jest  ta  –  rozmowa.  Pozostaliśmy  tylko  dwaj  z  rodziny  i 
zamiast walczyć ze sobą, powinniśmy trzymać się razem.

– Trzymać się razem? – Clint parsknął śmiechem. – To nie ja wyniosłem się do 

Kalifornii,  żeby  się  wylegiwać  na  plaży,  zostawiając  brata  z  wiecznie  pijanym 
starym. To nie ja żyję jak bogacz i upajam się sławą, podczas gdy mój brat haruje 
przy  bawełnie.  To  nie  ty  musisz  targować  się  z  kupcami  i  modlić,  żeby  cena 
bawełny nie poszła w dół.

background image

– Oddałem ci moją część farmy. To mało?
–  O,  tak,  mój  wielki  bracie,  to  o  wiele  za  mało,  ale  daje  mi  prawo,  żeby  cię 

wyrzucić z kuchni.

Luke wiedział, że dalsza dyskusja nie ma sensu. Jego brat widział tylko jedną 

stronę  medalu,  a  teraz,  gdy  jego  dziewczyna  śpiewa  pod  prysznicem,  myśląc 
przypuszczalnie o Luke’u, nie będzie miał ochoty spojrzeć na drugą. Luke odwrócił 
się w milczeniu i wyszedł.

Meg obudziła się, gdy trzasnęły drzwi. Luke poszedł, nie mogła mu tego mieć 

za złe. Sytuacja była nie do wytrzymania.

Kiedy Apacz zaskrobał do drzwi, narzuciła szlafrok i poszła do kuchni dać mu 

jeść. Na stole zobaczyła kartkę od Luke’a, w której informował ją, że wybrał się do 
brata i wróci, żeby się przygotować do uroczystości.

A więc poszedł dogadać się z Clintem. Nie wziął samochodu. Miała nadzieję, 

że się pogodzą. Wtedy Luke mógłby u niego zamieszkać, co byłoby najlepsze, i dla 
niego, i dla niej.

Wzięła  prysznic,  włożyła  czarne  dżinsy  i  podkoszulek  z  festiwalowym 

nadrukiem. Wywiad dla telewizji miała o jedenastej, ale chciała być ubrana, zanim 
przyjdzie  Luke,  choć  wątpiła,  czy  ubranie  ochroni  ją  przez  dojmującym 
pożądaniem, jakie w niej budził.

Nie była głodna, ale zmusiła się do wypicia soku i zjedzenia grzanki. O ósmej 

zaczęły  się  telefony.  Ustaliła  ostatnie  szczegóły.  A  o  dziesiątej  wyruszyła  do 
telewizji.

Wywiad  zaczął  się  bardzo  dobrze.  Meg  podała  harmonogram  imprez 

towarzyszących i godziny wyścigów strusi.

– A co z naszym tegorocznym mistrzem ceremonii?

–  spytał  dziennikarz.  –  Słyszałem,  że  mieszkanki  Chandler  są  niezwykle 

przejęte wizytą Luke’a Bannistera.

Meg poczuła, że robi się czerwona. Do diabła!
–  To  zaszczyt  mieć  wśród  nas  kogoś  tak  sławnego,  kto  pochodzi  z  naszego 

miasta – odparła z pozornym spokojem.

–  Pani  też  pochodzi  z  Chandler.  –  Dziennikarz  uniósł  brwi.  –  Proszę  mi 

powiedzieć, czy Luke już dawniej miał opinię podrywacza?

– Luke to prawdziwy mężczyzna – odparła po chwili zastanowienia.
– Czekamy więc z niecierpliwością na jego udział w niedzielnej imprezie.
Meg wypadła z telewizji, jakby ją ktoś ścigał. Musiała zaczerpnąć powietrza i 

background image

uspokoić nerwy. Czy aby ludzie nie zauważą, że zmieszała się na samą wzmiankę o 
Luke’u?  Na  pewno  wielu  mieszkańców  Chandler  pamięta,  że  kiedyś  się  z  nim 
spotykała. Musi być ostrożna, gdy pokażą się razem publicznie.

Wracając  z  telewizji,  zatrzymała  się  obok  domu,  w  którym  spędziła  pierwsze 

osiemnaście lat swego życia. Miała zostawić rodzicom dwa podkoszulki. Obiecali, 
że pomogą przy organizacji festiwalu. Była wściekła, że wtrącili się w jej sprawy z 
Lukiem,  ale  nie  zamierzała  teraz  poruszać  tego  tematu.  Była  zbyt  zajęta  swoimi 
obowiązkami.

Weszła do domu tylnymi drzwiami, tak jak to zawsze robiła.
– Mamo? – zawołała.
Nora Hennessy siedziała przy stole nad talerzem zupy i oglądała telewizję. Była 

niewysoką,  zadbaną kobietą,  z  krótkimi  włosami w kolorze  miodu,  które właśnie 
zaczynały lekko siwieć na skroniach.

–  Wielkie  nieba!  Nie  spodziewałam  się  ciebie  w  takim  dniu!  –  zawołała 

zdumiona na widok córki.

–  Ja  tylko...  –  przerwała,  gdy  zorientowała  się,  co  matka  ogląda.  –  „Labirynt 

uczuć”? – zdziwiła się.

– To niezły serial – stwierdziła Nora.
– Myślałam, że nie lubisz oper mydlanych.
– Cóż, oglądam tylko tę jedną.
–  Nie  zamierzam  się  wtrącać,  ale  wygląda  na  to,  że  i  ty  jesteś  wielbicielką 

Luke’a.

–  Tego  bym  nie  powiedziała  –  oburzyła  się  Nora,  a  jej  policzki  stały  się 

purpurowe.

– Ale jesteś, prawda? Słyszałam, co ludzie mówią o tym serialu. To Luke ich 

przyciąga. Ludzie,  a raczej  kobiety, nie  oglądałyby go, gdyby nie  miały  bzika na 
punkcie  Dirka  Kennedy’ego.  –  Meg  słyszała  głos  Luke’a.  Nic  dziwnego.  Był  na 
ekranie prawie bez przerwy.

– A jej matka patrzyła na niego, podobnie jak miliony innych kobiet.
Nora podniosła się i wyłączyła telewizor.
– Nie ma nic złego w oglądaniu zmyślonych historii. Gorzej, jeśli mieszasz je z 

prawdziwym życiem.

– Myślisz, że ja to robię? To dlatego mi nie powiedziałaś, że Luke zadzwonił, 

jak tylko dostał rolę w serialu?

– Usiądź. Naleję ci zupy. – Nora odzyskała zimną krew.
Meg rzuciła podkoszulki na stół.

background image

– Nie mam teraz czasu, ale chciałabym, żebyś odpowiedziała na moje pytanie, 

zanim wyjdę.

– Dobrze. – Nora spojrzała córce prosto w twarz. – Tak, bałam się, że zostawisz 

Dana i pogonisz do Hollywood. Zawsze byłaś pod wpływem Luke’a Bannistera, a 
my z ojcem staraliśmy się wybić ci to z głowy.

–  Toczyliście  z  nim  swoją  prywatną  wojnę  –  wycedziła  Meg  przez  zęby.  –

Właśnie się dowiedziałam, że tata zmusił go szantażem, żeby ze mną zerwał.

– Oczywiście Luke ci powiedział coś niecoś – zauważyła Nora cierpko. – Mam 

nadzieję, że nie zamierza ponownie wkroczyć w twoje życie?

– Czy nigdy nie przyszło ci do głowy, że może byłabym z nim szczęśliwa?
–  Nie.  Jeśli  spokojnie  się  nad  tym  zastanowisz,  przyznasz  mi  rację.  Luke 

wylądował lepiej, niż się z ojcem spodziewaliśmy, ale jego styl życia nie jest dla 
ciebie. Nie nadajesz się do wielkiego świata, tego całego blichtru, blasku, świateł 
reflektorów.  Poza  tym,  jak  sięgnę  –  pamięcią,  zawsze  chciałaś  zająć  się 
działalnością  polityczną.  A  powinnaś  zacząć  właśnie  tu,  gdzie  się  wychowałaś  i 
gdzie  masz  ustabilizowaną pozycję.  On nie  zrezygnuje z  Kalifornii,  a jeśli  z  nim 
pojedziesz, będziesz zaczynać od początku.

Meg westchnęła głęboko. Trudno było nie przyznać matce racji.
– Chcę tylko móc sama podejmować decyzje.
–  Z  tonu,  jakim  mówisz,  można  wywnioskować,  że  wciąż  jeszcze  możesz 

podjąć tę decyzję.

– Lepiej już pójdę – stwierdziła Meg.
– Nie  rób  głupstw,  dziecko.  On  jest  atrakcyjnym  mężczyzną,  ale  jeśli  stanie 

między  tobą  a  twoimi  dążeniami,  jego  atrakcyjność  zblednie.  –  Meg  spojrzała 
matce  w  oczy.  –  Kochamy  cię,  Meg.  Bóg  dał  nam  tylko  jedno  dziecko,  a  więc 
jesteś  dla  nas  wszystkim.  Od  chwili  twego  urodzenia  mieliśmy  na  uwadze 
wyłącznie twoje dobro.

–  Do  zobaczenia,  mamo.  –  Meg  wybiegła  i  wskoczyła  do  samochodu.  Nie 

chciała przedłużać tej przykrej rozmowy. Luke na pewno jest już w domu, myślała. 
Uroczystość zaczyna się za dwie godziny. Musi się przygotować.

Gdy  wjechała  na  podwórze,  Apacza  nie  było  przed  domem.  Luke  na  pewno 

wrócił. Otworzyła frontowe drzwi. Usłyszała szum wody w łazience i głos Luke’a 
nucącego jakąś melodię. Apacz leżał w salonie, wyraźnie zadowolony.

– Dobrze ci, prawda? – powiedziała, drapiąc go za uchem. Problem w tym, że i 

jej  było dobrze.  Już  w drodze  do domu  cieszyła  się na  myśl o tym,  że Luke być 
może na nią czeka. Po raz pierwszy od blisko dwóch lat czuła się jak prawdziwa 

background image

kobieta,  pożądana,  adorowana.  Przyzwyczaiła  się  ostatnio  myśleć  o  sobie  w 
całkiem  innych  kategoriach,  jako  o  wdowie,  kandydatce  do  kariery  politycznej, 
kobiecie interesu. Luke wszystko to zmienił jednym pocałunkiem.

Nie usłyszał, jak weszła. Nucił stary przebój Rolling Stonesów “I Can’t Get No 

Satisfaction”. Westchnęła. Jej też nie satysfakcjonowała cała ta sytuacja. Weszła do 
kuchni  i  nalała  sobie  wody.  Na  stole  zobaczyła  torbę  ze  świeżo  zerwanymi 
pomarańczami.

Chyba  ich  nie  ukradł?  –  zaniepokoiła  się,  wracając  myślą  do  przeszłości. 

Pachniały tak zachęcająco, a ona była taka głodna, że nie zastanawiając się długo, 
sięgnęła po owoc i zaczęła ściągać skórkę.

–  Wydawało  mi  się,  że  ktoś  tu  jest  –  usłyszała  nagle.  Luke  stał  w  drzwiach, 

wycierał  włosy.  Miał  na  sobie  najbardziej  obcisłe  dżinsy,  jakie  kiedykolwiek 
zdarzyło jej się widzieć, i nic ponadto.

background image

Rozdział 6

– Masz na nie pozwolenie? – spytała.
Luke zarzucił ręcznik na szyję i spojrzał na dżinsy.
– Mój agent poradził, żebym je włożył – odparł.
– Zapewnił ci też ochroniarza?
– Daj spokój. To dobre dla nastolatek. Nikt nawet nie zwróci uwagi.
–  Nie  byłabym  taka  pewna.  –  Przypomniała  sobie  słowa  matki.  On  jest 

fascynującym  mężczyzną.  Matka  nawet  w  części  nie  wiedziała,  jak  bardzo 
fascynującym.  Luke  jednak  nie  przejmował  się  swoim  seksownym  wyglądem, 
który być może stanowił tajemnicę jego sukcesu. Zachowywał się, jakby w ogóle 
nie zdawał sobie z tego sprawy.

– Widzę, że znalazłaś pomarańcze.
– Znalazłam. – Popatrzyła na niego badawczo. – Skąd je masz?
– Z drzewa starego Petersona.
– Luke!
– Cóż, przechodziłem obok, zapukałem do drzwi – i pogadałem z Petersonową. 

Jej mąż zmarł parę lat temu. Przecież wiesz.

Meg  skinęła  głową.  Jak  mogła  stać  tutaj  obok  tego  seksownego  faceta  i  nie 

rzucić mu się w ramiona?

– Pani Petersonci je dała?
–  Zapracowałem  na  nie.  Chciała,  żeby  jej  okopać  drzewko,  i  zrobiłem  to  za 

torbę  pomarańczy.  –  Podszedł  do  stołu, wyjął  jeden  owoc  i  zaczął  go  obierać  ze 
skórki.  –  Wstąpiłem  do  niej,  żeby  przeprosić  za  to,  że  jako  chłopiec  kradłem  im 
pomarańcze.

– Przeprosiłeś i za mnie?
– Niezupełnie. Powiedziałem, że nie miałaś o niczym pojęcia.
–  Ach,  tak.  –  Meg  patrzyła,  jak  myje  pomarańcze.  Te  same  dłonie  pieściły 

wczoraj jej piersi. Pragnęła, by znów jej dotknął.

–  Zachowywała  się  tak,  jakby  nawet  nie  wiedziała,  że  już  tu  nie  mieszkam  –

dodał. – Dobrze mi to zrobi, na wypadek gdyby mi woda sodowa miała uderzyć do 
głowy, jak mówią niektórzy.

– Przecież nie jesteś zarozumiały.
– Powiedz to memu bratu. – Włożył do ust kawałek pomarańczy. – Wyborna. 

Zapamiętałem ten smak.

background image

– A jak poszło z Clintem?
– No cóż... – Luke zawahał się. – Clint wyobraża sobie, że prowadzę wspaniałe 

życie  w  Kalifornii,  podczas  kiedy  on  haruje  jak  wół  na  farmie.  Myślę,  że 
zapomniał, iż musiałem nauczyć się sam sobie radzić, gdy tymczasem on pozostał 
w  rodzinnym  domu.  Widzi  jedynie,  że  jemu  jest  ciężko,  a  ja  robię  wspaniałą 
karierę.

– To niedobrze – powiedziała ze smutkiem Meg, pochylając się gwałtownie nad 

zlewem, by cząstka pomarańczy nie wpadła jej za podkoszulek. Nie udało się. Luke 
natychmiast pospieszył z pomocą. Poczuła na piersi jego dłoń.

– Przestań. – Chwyciła go za rękę. – Na litość boską, przestań.
Luke nie poruszył się. Niebieskie oczy zaszły mu mgłą.
– Myślałem dziś o tobie bez przerwy – wyszeptał.

–  Gdy  szedłem drogą,  którą  chodziliśmy  razem,  przyglądałem  się  wszystkim 

tym miejscom, w których się spotykaliśmy. Byłaś ze mną przez cały czas.

Meg nie drgnęła. Nie była w stanie wydobyć z siebie głosu.
Luke rozwarł dłoń i cząstka pomarańczy upadła na podłogę. Pogładził Meg po 

włosach i szyi.

– Tak bardzo za tobą tęskniłem – westchnął. – Potrzebuję cię, Meg. – Zbliżył 

wargi do jej ust.

Oparła  dłonie  o  jego  nagą  pierś.  Wdychała  znajomy  zapach  pomieszany  ze 

świeżą  wonią  pomarańczy.  Ich  usta  się  spotkały.  Objęła  go  za  szyję.  Luke, 
powtarzała  w  duchu  jego  imię.  Przyciągnął  ją  do  siebie.  Poczuła  każdy  szczegół 
jego  ciała.  Był  podniecony.  Jego  pocałunki  stały  się  gorętsze,  coraz  bardziej 
namiętne.

– Nie miałem zamiaru tego robić – powiedział, z trudem odrywając się od niej.
Otworzyła  oczy i  oparła  się o  stół. Wysiłkiem  woli  utrzymywała  równowagę. 

Nie mogła wydobyć z siebie głosu. Wreszcie powiedziała:

– To również moja wina. I ja cię pragnę.
–  Nie,  nie  pragniesz.  Może  teraz,  w  tym  momencie,  ale  później  byś  tego 

żałowała.  Nie  chcę  ci  przysporzyć  kłopotów,  Meg.  Naprawdę  nie  chcę. 
Próbowałem przekonać Clinta, żeby pozwolił mi u siebie zamieszkać, ale nawet nie 
raczył  mnie  wysłuchać.  A  jeśli  zostanę  tu  jeszcze  przez  jedną  noc,  będziemy  się 
kochać. Jestem tego pewny.

–  Nie  zostaniesz  tutaj  –  odparła.  –  Dzwoniłam  dziś  rano  do  hotelu.  Jest  dla 

ciebie pokój. Przewieziemy twoje rzeczy, jak tylko będziesz gotów.

– To dobrze. To naprawdę dobrze.

background image

– Wolałabym tego nie robić, Luke. – Meg umknęła wzrokiem w bok.
W jego oczach na moment rozbłysło pożądanie.
– To słuszna decyzja – przyznał po chwili. – Zaraz się spakuję i zniknę z twego 

życia, póki jeszcze choć trochę nad sobą panuję.

Pojechali do miasta BMW. Luke pogodził się już z myślą o tym, że znów stanie 

się obiektem fotoreporterów.

–  W  hotelu  obiecano  mi,  że  nie  ujawnią  numeru  twojego  pokoju –

poinformowała  go  Meg,  wybierając  okrężną  drogę,  by  ominąć  skwer  w  środku 
miasta.  –  Dopóki  uda  ci  się  powstrzymać  fotoreporterów,  a  jestem  pewna,  że 
obsługa hotelowa ci w tym pomoże, będziesz miał trochę spokoju.

– To naprawdę nie ma znaczenia – odparł. – Od tej chwili aż do niedzieli i tak 

należę do publiczności.

–  Zapewne.  –  W  jej  głosie  zabrzmiała  ironia.  Była  –  poirytowana.  Luke  do 

dżinsów  włożył  błękitną  koszulę  i  buty  z  cholewką.  Wyglądał  znakomicie. 
Ogarnęła ją żądza posiadania. Podjechali pod hotel.

– Pomyśl, że i ty jesteś teraz osobą publiczną – zauważył.
Ale to nie mnie będzie otaczał tłum, dodała w duchu.
– Luke, chciałabym... – zaczęła.
– Ejże. – Dotknął jej ramienia. – Masz swoje zajęcia. Rozumiem to.
– Naprawdę?
–  Dopóki  trzymamy  się  na  bezpieczną  odległość  –  powiedział,  patrząc  jej  w 

oczy. – Kiedy biorę cię w ramiona, zmieniam się w samolubnego faceta, który chce 
tylko...

–  Mogę  wziąć  pański  bagaż?  –  przerwał  mu  portier,  otwierając  drzwiczki 

samochodu.

– Oczywiście. Przedstawienie się zaczyna.
Meg obserwowała Luke’a, gdy wchodził do holu, ściągając na siebie spojrzenia 

kobiet.  Gdyby  tak  mogła  cofnąć  czas  o  dwadzieścia  cztery  godziny.  Inaczej 
wykorzystałaby chwile spędzone razem.

Przez  następną  godzinę  działała  jak  automat,  myślami  błądząc  gdzie  indziej. 

Odebrała  walkie-talkie,  które miało  jej  nieodłącznie towarzyszyć przez  najbliższe 
parę dni, i zieloną bryczkę, którą mogła swobodnie poruszać się po festiwalowym 
terenie.  Sprawdziła  jeszcze,  czy  wszystko  zostało  przygotowane  jak  należy,  po 
czym udała się do hotelu po Luke’a.

background image

Zastała go  w holu otoczonego liczną grupą łowców autografów. Przepychając 

się  ku  niemu,  żałowała,  że  jego  agent  nie  zapewnił  mu  ochrony.  Z  trudem 
wyciągnęła go z tłumu i wyprowadziła przed hotel. Skinęła dłonią i wskazała mu 
miejsce obok siebie.

– Tu Meg. Wszystko w porządku – poinformowała przez walkie-talkie.
– Przypomina mi to bryczkę, którą jeździł Bobby Joe – roześmiał  się Luke. –

Nie będę twierdził, że jazda nie jest zabawna.

– Masz rację, jest zabawna.
Wszystko  już  było  zapięte  na  ostatni  guzik.  Sprzedawcy  rozstawili  budki  z 

prażoną  kukurydzą  i  elektryczne  grille,  między  nimi  umieścili  się  lodziarze.  Na 
straganach  z  pamiątkami  pobrzękiwały  na  wietrze  dzwoneczki,  błyszczały 
przeróżne ozdoby, piętrzyły się wyroby rzemieślnicze. Przygotowano serpentyny i 
fajerwerki,  by  uświetnić  uroczystość  otwarcia  wyścigów  strusi  o  piątej,  a  rzędy 
pluszowych zwierzaków czekały na zwycięzców rozmaitych konkursów.

Meg podjechała pod żółto-biały namiot dla ważnych osobistości rozstawiony na

końcu trasy biegu strusi, lam i wielbłądów. Trybuna po przeciwnej stronie była już 
pełna,  a  ci,  którzy  nie  znaleźli  miejsca  na  ławkach,  obsiedli  okoliczne  trawniki. 
Członkowie  obsługi  roznosili  piwo  i  inne  napoje,  z  megafonów  rozległy  się 
dźwięki muzyki country.

–  To  nie  lada  przedsięwzięcie  –  stwierdził  z  podziwem  Luke,  wysiadając  z 

bryczki. Weszli z Meg do namiotu, w którym miejscowi notable i członkowie Izby 
Handlowej raczyli się przy suto zastawionym bufecie.

– Musi tak być.  Jeśli festyn się nie  uda, będziemy przez  cały rok  się szarpać, 

żeby zdobyć pieniądze na naszą działalność w mieście.

– Obciążyli cię niezłą odpowiedzialnością.
–  Jeśli  ich  zawiodę,  niewykluczone  że  będę  musiała  opuścić  miasto.  Chodź, 

zjemy coś, zanim będzie za późno.

Wkrótce straciła Luke’a  z oczu.  Otoczyli  go  ludzie, którzy chcieli choć przez 

chwilę  z  nim  porozmawiać.  Namiot  nie  był  wprawdzie  miejscem  ogólnie 
dostępnym, ale na zewnątrz Meg dostrzegła wścibską fotoreporterkę. Dziewczyna 
wciąż  miała  na  głowie  czapkę  odwróconą  daszkiem  do  tyłu,  a  podkoszulek 
zamieniła na bluzkę z długimi rękawami.

Meg  obawiała  się,  że  dziewczyna  może  chyłkiem  wkraść  się  do  namiotu. 

Podeszła do  Bobby’ego Joe, który właśnie nadjechał. Był bez munduru.  Pomagał 
roznosić  piwo  i  napoje,  ale  Meg  wiedziała,  że  nigdy  nie  zapomina  o  swoich 
obowiązkach służbowych. Wskazała mu fotoreporterkę.

background image

– Chciałabym mieć pewność, że ta kobieta z aparatem nie wejdzie do środka –

powiedziała.

– Zrobi się – zapewnił Bobby Joe. – Jak leci?
– Wydaje się, że wszystko w porządku. Co do tej wczorajszej nocy, ja...
– To twoja sprawa, Meg.
– Nie napisałeś żadnej notatki? – spytała z niepokojem połączonym z ulgą.
– A po co? Ty i Luke jesteście moimi przyjaciółmi. Nie ma o czym mówić.
– Dzięki, Bobby Joe. – Meg odetchnęła.
– Nie ma sprawy.
Wróciła do gości. Nastrój był coraz bardziej odświętny. Popełniła błąd, ale na 

szczęście  błąd  ten  odkrył  ktoś  rozsądny  i  lojalny.  Nie  musi  się  więc  obawiać  o 
swoje dobre imię.

W  pewnym  momencie  właściciel strusi  wyścigowych zajął  miejsce  na  środku 

areny i poprosił zebranych o uwagę. Meg czekała w napięciu, wiedząc, co powie. 
Zaczął  od  tego,  że  jest  szczęśliwy,  że  może  być  wśród  tak  sympatycznych 
mieszkańców Chandler. Po krótkiej pauzie mówił dalej.

–  W  tym  roku  mamy  nowy  punkt  w  naszym  programie.  Izba  Handlowa 

zorganizowała  loterię,  w  której  główną  wygraną  jest  randka  z  naszym  mistrzem 
ceremonii. A jest nim nie kto inny jak znany wszystkim gwiazdor serialu „Labirynt 
uczuć”, Luke Bannister!

Rozległy  się  burzliwe  oklaski,  Luke  wyszedł  przed  namiot  i  pomachał  do 

zgromadzonych.

– Zwyciężczyni otrzyma tuzin róż i zostanie zawieziona elegancką limuzyną do 

hotelu San Marcos, gdzie zje kolację z Lukiem w restauracji Nineteen-Twelve.

A  teraz  poproszę  moją  asystentkę,  by  wylosowała  jedno  z  nazwisk  spośród 

zgłoszeń  znajdujących  się  w  tej  oto  czasze.  Zaraz  się  dowiemy,  której  z  pań 
dopisze szczęście.

Meg wstrzymała oddech. Nie chciała, żeby ktokolwiek spotykał się z Lukiem. 

Nieważne,  że  loteria  przysporzyła  pieniędzy  Izbie,  nieważne,  że  będzie  to  dobra 
reklama dla Luke’a.

– Wygrała... – prowadzący zawiesił głos, by zwiększyć efekt – Debbie Fry!
– Hura! – wykrzyknęła Debbie, wznosząc do góry ręce.
– Myślę, że jest szczęśliwa – kontynuował konferansjer. – A teraz, panno Fry, 

proszę przejść do namiotu dla VIP-ów i przedstawić się. Luke Bannister powinien 
się  dowiedzieć,  w  czyim  towarzystwie  spędzi  piątkowy  wieczór.  Mogę  tylko 
powiedzieć, że szczęściarz z niego.

background image

Meg zmusiła się, by podejść do Debbie i złożyć jej gratulacje. Luke zbliżył się z 

uśmiechem  i  oświadczył,  że  z  rozkoszą  będzie  jej  towarzyszył  wieczorem.  Meg 
podejrzewała, że znowu gra, ale w głębi serca poczuła ukłucie zazdrości. Nic nie 
mogła na to poradzić.

Błysk flesza! Ostre światło oślepiło ją na moment. Zauważyła fotoreporterów. 

Miała  nadzieję,  że  na  jej  twarzy  nie  odzwierciedlają  się  wszystkie  targające  nią 
uczucia.  Już  sobie  wyobrażała  nagłówki  w  gazetach:  „Dawna  dziewczyna 
Bannistera  obserwuje  z  zazdrością,  jak  uwodzi  on  następną  kobietę”.  Nie,  chyba 
zwariowała. Fotoreporterzy nie na nią polowali. Po prostu znalazła się w polu ich 
widzenia.

Zaczął się pierwszy bieg. Trzy strusie ciągnęły małe rydwany. Powożący mieli 

na sobie hełmy, jakie niegdyś nosili Rzymianie, i luźne płaszcze. Tłum wiwatował. 
Meg obserwowała wyścig z zainteresowaniem, ale kątem oka zerkała w kierunku 
Debbie i Luke’a.

Na  szczęście  wezwano  ją  przez  walkie-talkie.  Podeszła  do  Luke’a  i 

poinformowała go, że musi na chwilę odjechać.

Clint przyjechał po Debbie około wpół do siódmej wieczorem. Umówili się na 

terenie  festiwalu,  chociaż  po  porannej  scenie  nie  było  mu  w  smak  znaleźć  się  z 
Debbie  tam,  gdzie  mogli  spotkać  brata.  Wszyscy  kumple  Clinta  zabierali  tego 
wieczoru  swoje  żony  i  dziewczyny  na  festyn,  a  więc  i  Clint  musiał  to  zrobić. 
Lepiej, żeby Luke trzymał się z dala od Debbie, i odwrotnie.

Debbie zajmowała mały domek gościnny za domem rodziców. Czekała już na 

niego  na  ganku.  Podobało  mu  się,  że  zawsze  była  punktualna.  Popatrzył  z 
uznaniem na jej obcisłe zielone dżinsy i jaskraworóżową bluzkę związaną w pasie. 
Wyglądała piekielnie seksownie. Chłopaki będą mu dziś zazdrościć.

Otworzył drzwiczki. Kiedy wsiadła, poczuł silny zapach perfum.
– Pięknie pachniesz – powiedział.
– Dzięki. – Debbie nie patrzyła na niego.
– Nie pocałujesz mnie?
– Ależ oczywiście. – Szybko musnęła wargami jego policzek.
– Ejże. – Clint przyciągnął ją do siebie i pocałował w usta.  – To co innego –

stwierdził, zapuszczając silnik.

Na ogół była w samochodzie bardzo rozmowna, ale tym razem milczała.
– Coś się stało, kochanie? – zaniepokoił się.
Rzuciła mu nerwowe spojrzenie.

background image

– Będzie lepiej, jak ci powiem – zdecydowała. – I tak się dowiesz.
Zmartwiał. Był niemal pewien, że ma to coś wspólnego z Lukiem.
– No więc mów.
– Wygrałam główną nagrodę na loterii.
– Jakiej loterii? – Nie miał pojęcia, o czym ona mówi.
– Losowano randkę z twoim bratem.
– Co? – Clint zjechał na pobocze i gwałtownie zahamował. – Kupiłaś los?
– Dwadzieścia.
Spuścił głowę. Oczywiście, kupiła dwadzieścia losów. Kogo on chce oszukać? 

Przecież  chodzi  z  nim  tylko  dlatego,  że  jest  bratem  Luke’a  Bannistera.  A  teraz 
Luke jest tutaj, więc on nie jest już potrzebny.

– To tylko jeden wieczór – dodała miękko, łagodniejszym tonem. – W piątek.
Clint  wyprostował  się  i  popatrzył przed  siebie.  Zamyślił się. Prawdę  mówiąc, 

nie był zakochany w Debbie, ale podobała mu się i wszyscy w mieście uważali, że 
jest  jego  dziewczyną.  Nie  złamie  mu  serca,  idąc  na  tę  randkę,  ale  ugodzi  jego 
męską ambicję. Przeklęty Luke. Nie mógł zostać tam, gdzie jego miejsce?

– Pójdziemy dzisiaj razem? – spytała niemal szeptem.
– Pójdziemy, jasne. – Clint zapuścił motor.
– Wściekły jesteś, co?
– O, nie, to niepodobne do starego Clinta.
– Meg poczuła się senna, ale nie mogła jeszcze pójść do domu. Była potrzebna 

tutaj. Od chwili otwarcia festiwalu prawie nie widziała Luke’a, w każdym razie nie 
na żywo. Mogła go natomiast podziwiać na ogromnym ekranie zawieszonym przed 
trybuną, na którym wyświetlano fragmenty serialu.

Dojeżdżała  właśnie  do  namiotu,  gdy  Luke  wyrósł  przed  nią  jak  spod  ziemi. 

Gwałtownie skręciła, by na niego nie najechać.

– Zostaw tę bryczkę i chodź ze mną – powiedział.
– Co się stało?
– Muszę z tobą pomówić. Chodź.
– Znowu ta reporterka? A może coś ze strusiem?
– Powiem ci na diabelskim kole. To jedyne miejsce, gdzie możemy być sami.
– Nie lubię diabelskiego koła, Luke.
– Ze mną nie musisz się bać.
– Będzie mi niedobrze.
– Na pewno nie. Zaufaj mi – nalegał.
Podeszli do kasy.

background image

– Patrzcie, to Dirk Kennedy – usłyszeli nagle czyjś głos.
–  W  rzeczy  samej.  –  Luke  posłał  jeden  ze  swych  dyżurnych  uśmiechów. 

Natychmiast zaczęto go prosić o autograf. – Jak wrócę – obiecał. Wsiedli z Meg do 
wagonika.

– To kiepski pomysł. – Meg poczuła ucisk w żołądku.
– Świetny!
Wagonik wzniósł się w górę. Zemdliło ją.
– Och, Luke – jęknęła.
– Wszystko będzie dobrze. – Ujął jej dłonie. – Popatrz na mnie.
Od  razu  poczuła  się  lepiej.  Któż  mógłby  myśleć  o  czymś  nieprzyjemnym, 

patrząc w te oczy koloru nieba nad Arizoną?

– Widzisz – uśmiechnął się. – Wiedziałem, że nie będzie tak źle.
I wtedy popełniła błąd. Spojrzała w dół. Świat zawirował jej przed oczami.
– Boże – jęknęła.
– Spójrz na mnie.
Popatrzyła mu w oczy. To był jej talizman.
– Cały czas patrz na mnie, a nie w dół – napominał.
– Chyba mnie hipnotyzujesz.
– Coś podobnego. Jeszcze nigdy tego nie robiłem.
– To niesamowite, Luke – zaśmiała się.
– Och, Meg, co ja bym dał... – westchnął. – Czas zmienić temat. Wziąłem cię 

tutaj, żeby się zastanowić, czy można coś zrobić z tą randką z Debbie.

– Zrobić? Dlaczego? Nie rozumiem.
– Jest dziewczyną Clinta.
–  Wiem,  ale  wygrała.  Widziałeś,  jaka  była  podekscytowana.  Nie  wyobrażam 

sobie, żeby zrezygnowała.

–  Jesteś  pewna?  Bo  ja  sobie  pomyślałem,  że  gdybyś  jej  dała  te  róże  i 

zaproponowała  przejażdżkę  limuzyną  i  kolację  z  Clintem  zamiast  ze  mną, 
wybralibyśmy kogoś na jej miejsce. Pokryłbym dodatkowe koszty.

–  Spróbuję,  ale  widziałeś,  jak  się ucieszyła. Może  jest  dziewczyną Clinta,  ale 

chce iść na kolację z tobą.

–  Do  diabła.  Wyobrażałem  sobie  nawet,  że  jakoś  tak  to  załatwisz,  że  to  ty 

pójdziesz ze mną na kolację.

– Nic z tego. Wywieziono by mnie stąd na taczkach.
– O, nie, bo wtedy ja bym przybył i ocalił cię, tak jak Lancelot ocalił Ginewrę, 

kiedy chcieli ją spalić na stosie.

background image

– Zawsze byłeś romantykiem.
– Tak. Czy zdajesz sobie sprawę, że mamy już za sobą trzy okrążenia, a tobie 

nie jest niedobrze?

– To dopiero jest romantyczne.
– A teraz zatrzymaliśmy się na samej górze. Moje ulubione miejsce.
–  Nawet  mi  nie  mów,  gdzie  jesteśmy.  Nie  chcę  wiedzieć.  –  Meg  nadal 

wpatrywała się w jego oczy.

– Jest pewna tradycja związana z zatrzymywaniem się na górze. Oczywiście ty 

jej nie znasz, bo nigdy nie jeździłaś na kole.

–  Jeśli  ma  to  coś  wspólnego  z  pędzeniem  jak  wariat  samochodem,  to  nie 

interesuje mnie taka tradycja.

– To jedna. Ale jest i druga. – Ujął jej twarz w dłonie i pocałował w usta. Był to 

cudowny, delikatny pocałunek pełen słodyczy. – I jak ci się podoba? – spytał.

– Jesteś szalony.
– Całujmy się, dopóki nie ruszymy. Nikt nas tu nie zobaczy.
– To niebezpieczne.
–  Owszem,  jeśli  rzucisz  się  na  mnie  i  zaczniesz  szarpać  ubranie.  Ale  jeśli 

potrafisz się opanować, będzie cudownie.

Roześmiała się. Lekko rozchyliła usta, gdy ją całował. Czuła jego język. Co ja 

najlepszego robię, pomyślała, ale nie była w stanie się powstrzymać. To wszystko 
było zbyt piękne.

– Może byś lepiej spróbowała popatrzeć na mnie z oburzeniem – zaproponował.
– Dlaczego?
– Bo teraz wyglądasz jak kobieta, która chce się kochać.
– Mylisz się.
– Spójrz na mnie z niesmakiem.
Meg  zmarszczyła  brwi,  po  czym  wybuchnęła  śmiechem.  Śmiała  się  jeszcze, 

gdy wysiadali z wagonika i błysnął przed nimi flesz aparatu.

background image

Rozdział 7

– Muszę iść – oświadczyła Meg, wyrywając się Luke’owi.
Gdy  po  chwili  obejrzała  się  za  siebie,  zobaczyła  otaczający  go  tłumek 

wielbicieli  i  fotoreporterów. Wsiadła do  swojej bryczki  i  skierowała się  w stronę 
namiotu organizatorów. Po drodze rozglądała się za Debbie. Koniecznie chciała z 
nią porozmawiać,  ale okazało się, że Debbie już poszła do domu.  Musi ją złapać 
rano w banku. Wątpiła jednak, by była skłonna zrezygnować z randki z gwiazdą.

Przez  chwilę  zastanawiała  się,  czy  nie  zorganizować  spotkania  w  czwórkę. 

Clint  przyszedłby  z  Debbie,  a  Luke  z  nią.  Zupełnie  jak  za  dawnych  czasów, 
pomyślała, tyle że wtedy Debbie nie była dziewczyną Clinta. Była na to za młoda. 
Chodziła jeszcze do szkoły podstawowej. Teraz też jest za młoda. Meg nie mogła 
znieść myśli, że Luke będzie ją trzymał za rękę, obejmował.

A może pocałuje na dobranoc? Albo posunie się dalej? Nie, to niemożliwe, nie 

powinna posądzać Luke’a o podobne zamiary. A jednak jest mężczyzną o gorącym 
temperamencie i nie ma żadnych zahamowań.

Następnego  ranka  zastała  Luke’a  w  zwierzyńcu,  gdzie  młody  struś,  Dirk 

Kennedy,  stanowił  główną  atrakcję.  Wszyscy  chcieli  mieć  zdjęcie  Luke’a  z  jego 
filmowym  imiennikiem.  Luke  miał  na  sobie  równie  obcisłe  dżinsy  jak 
poprzedniego  dnia,  białą  koszulę  bez  kołnierzyka  rozpiętą  prawie  do  pasa  i 
wysokie  do  kolan  skórzane  buty  opinające  łydki.  Tajemniczości  dodawały  mu 
ciemne okulary. Ktoś dobrze wiedział, jaki strój mu wybrać.

Meg  zatrzymała  się  w  pewnej  odległości  i  zawołała  go.  Natychmiast  do  niej 

podbiegł. Zdjął okulary i uśmiechnął się.

– Świetnie wyglądasz. I pachniesz nieco ładniej niż te zwierzaki.
– A ty wyglądasz jak prawdziwy chłopak z farmy. Właściwie należałoby dać ci 

coś do roboty.

–  Nie  narzekam.  Dobrze  mi  tu.  Twój  widok  czyni  ten  dzień  jeszcze 

piękniejszym.

– Dzięki. – Spojrzała w jego przepastne, błękitne oczy i omal nie zapomniała, 

co chciała powiedzieć.

– Potrzebujesz czegoś ode mnie? – spytał. Tak, pomyślała.
– Byłam właśnie w banku – odparła. – Rozmawiałam z Debbie. Nie zrezygnuje 

z randki.

background image

– To niedobrze – zasępił się Luke.
–  Namawiałam  ją,  żeby  poszła  z  Clintem.  Od–  powiedziała,  że  zastąpienie 

ciebie Clintem byłoby głupotą.

–  Nie  wiem,  czego  ona  się  spodziewa.  Zamierzam  traktować  ją  jak  młodszą 

siostrę.

– Wątpię, czy tego od ciebie oczekuje.
– Powinnaś wiedzieć, że jeśli nie mogę mieć ciebie, nie chcę żadnej innej.
Serce  Meg  zabiło  mocniej.  Jakże  lubiła  słuchać  takich  słów,  nawet  jeśli  nie 

bardzo  w  nie  wierzyła.  W  niedzielę  Luke  wróci  do  Los  Angeles  i  na  pewno  nie 
pozostanie długo samotny.

– No cóż, miejmy nadzieję, że Debbie miło spędzi czas z kimś, kto będzie się 

zachowywał jak jej starszy brat.

– Wygrała kolację w moim towarzystwie, nic więcej.
– Wydajesz się zirytowany – zauważyła Meg.
– Widzisz, co czynią z mężczyzny zawiedzione nadzieje? – zaśmiał się cicho. –

Myślę jednak, że jakoś sobie z tym poradzimy, Debbie, ja i mój braciszek. Wiem, 
jakie  to  dla  ciebie  ważne.  Nie  chcę  niczego  zepsuć.  –  Luke  popatrzył  na  dzieci 
przechodzące obok z watą cukrową na patyku.

– Co byś powiedziała, gdybyśmy sobie przypomnieli dawne czasy i też skoczyli 

na watę?

–  Dobry  pomysł,  ale  mam  jeszcze  masę  spraw  do  załatwienia.  Nawiasem 

mówiąc, czy wiesz, że telewizja będzie was filmować?

– W porządku. I dziękuję, że próbowałaś coś zmienić z tą randką.
–  Głupstwo.  –  Meg  obserwowała  go,  gdy  odchodził,  –  ściągając  na  siebie 

spojrzenia zebranych. Rozumiała to. Na nią też działał z jakąś magnetyczną siłą, ile 
razy znalazła się w jego pobliżu.

Tego  wieczoru  Meg,  załatwiwszy  najpilniejsze  sprawy,  postanowiła  pomóc 

trochę  przy  stoisku  z  piwem  –  było  to  najruchliwsze,  najbardziej  uczęszczane 
miejsce przez gości festiwalu. Miała nadzieję, że dzięki temu zapomni o Luke’u i 
jego randce z Debbie.

Było  tak  do  chwili,  gdy  ich  zobaczyła.  Luke  miał  na  sobie  ciemny  garnitur 

podkreślający  jego  szerokie  ramiona,  Debbie  suknię  ze  srebrnych  łusek 
połyskującą przy  każdym  ruchu.  W jednej  ręce niosła  bukiet  róż,  drugą  trzymała 
Luke’a. Pochylała się ku niemu, opierając policzek o jego ramię.

Wokół  kręcili  się  fotoreporterzy  i  kamerzyści.  Debbie  pozowała  im  do  zdjęć 

background image

niczym  początkująca  gwiazdka  filmowa.  Meg  niejasno  sobie  przypominała,  że 
Debbie marzyła o karierze aktorskiej. Teraz była więc w swoim żywiole. Luke na 
lewo  i prawo rozdawał uśmiechy, ale w pewnej  chwili dostrzegła na  jego twarzy 
wyraz znudzenia.

Zmierzali  w  kierunku  pawilonu,  w  którym  występował  znany  na  Południu 

zespół rockowy. Prawie znikli już z oczu Meg, gdy nagle wyrósł przed nimi Clint. 
Meg porzuciła stoisko z piwem i pobiegła. Obawiała się najgorszego. Lada moment 
będzie tu telewizja. Nie może dopuścić do awantury.

– Widzę, że przygruchałeś sobie słodką ślicznotkę, braciszku – zaczął Clint.
– Daj spokój. Debbie i ja uczestniczymy właśnie w programie dobroczynnym.
– Tak. Ta mała potrafi być dobroczynna.
– Jak śmiesz? – oburzyła się Debbie. Podniosła rękę.
– Pozwól mi z nim pogadać. – Luke odsunął ją na bok. – Uważaj, braciszku –

powiedział.  –  Debbie  to  fantastyczna  dziewczyna,  ale  jest  tylko  moją  dobrą 
znajomą, niczym więcej. Nie psuj wszystkim zabawy.

–  Nie  próbuj  mnie  pouczać.  –  Clint  szturchnął  go  w  ramię.  –  Jestem  twoim 

bratem. Byłem tu, kiedy tata cię tłukł, bo za dużo sobie pozwalałeś z dziewczynami 
z sąsiedztwa. Żadnej nie przepuściłeś. Znam cię. Ale Debbie jest moja. Trzymaj się 
od niej z daleka.

– Nie jestem niczyja – zaprotestowała Debbie.
Meg zauważyła zbliżającą się ekipę telewizyjną.
Na chwilę znieruchomiała, nie mając pojęcia, jak postąpić. 
– Idź do domu i prześpij się, Clint – wycedził Luke przez zęby.
– Pocałuj mnie gdzieś, chłoptasiu.
Luke zacisnął pięści. Meg błyskawicznie znalazła się przy nim i chwyciła go za 

ramię.

– Daj spokój, proszę – wyszeptała.
Popatrzył na nią. Oczy pałały mu gniewem.
–  Nie  możesz  zepsuć  festiwalu.  Nie  bij  się  z  nim  –  prosiła.  Poczuła,  że  jego 

mięśnie rozluźniają się. – Dziękuję, Luke – rzuciła cicho.

– Czyżby nasz kochaś miał pietra? – szydził Clint.
– Nie chcę się bić – powiedział Luke. – Chodźmy, Debbie. – Podał jej rękę.
– Ty sukinsynu! – wrzasnął Clint. – Wiem, czemu nie chcesz się bić. Boisz się, 

że załatwię ci tę śliczną buźkę!

Meg  wstrzymała  oddech.  Luke  z  trudem  się  opanowywał.  Uśmiechnął  się 

jednak jak gdyby nigdy nic i poprowadził Debbie w kierunku namiotu, w którym 

background image

grał zespół muzyczny.

Clint chciał iść za nimi, ale paru przyjaciół powstrzymało go. Meg odetchnęła. 

Tego  by  jeszcze  brakowało  –  mistrz  ceremonii  z  podbitym  okiem  i  złamanym 
nosem.

–  Czy  pani  Meg  O’Brian?  –  usłyszała  nagle  obok  siebie  głos  reportera 

telewizyjnego.

Skinęła głową.
– Czy to przypadkiem nie Luke Bannister przed chwilą z kimś się kłócił?
– Luke jest w drodze na zabawę. Jeśli się pan pospieszy, jeszcze go pan złapie.
– Dobrze, dobrze, ale o co im poszło?
– O nic.
–  Cóż,  jeśli  tak  pani  mówi.  –  Reporter  wzruszył  ramionami.  –  Chodźcie, 

chłopaki, kręcimy.

Luke  stał  z  Debbie  obok  estrady,  słuchając  zmysłowej  piosenki,  która  przed 

paru miesiącami znajdowała się na pierwszym miejscu listy przebojów. Kilka par 
tańczyło. Debbie zaproponowała, żeby zrobili to samo, ale odmówił, tłumacząc się, 
że  nie  jest  dobrym  tancerzem.  Z  trudem  wytrzymywał  tę  sytuację.  Jeszcze  pół 
godziny i będzie po wszystkim, pocieszył się w myślach.

Kiedy  przystał  na  pomysł  „randki  z  Dirkiem”,  sądził,  że  to  nie  będzie  nic 

trudnego.  Dziesiątkom  kobiet  towarzyszył  przy  podobnych  okazjach.  Tyle  że 
wczoraj trzymał w ramionach Meg i teraz dotyk każdej innej kobiety nieprzyjemnie 
drażnił  mu  skórę.  Perfumy  Debbie  wydawały  mu  się  zbyt  intensywne,  a  jej  głos 
zbyt piskliwy. Pragnął Meg.

Zaczynał  rozumieć,  jak  to  wszystko  się  dzieje.  Przez  całe  lata  Meg  była 

postacią z wyobraźni, wciąż pożądaną, ale nie przeszkadzała mu w nawiązywaniu 
znajomości  z  innymi  kobietami.  Teraz  znów  stała  się  kimś  realnym  i  już  żadna 
kobieta nie będzie w stanie jej zastąpić. Od kiedy musiał zrezygnować z Meg, jego 
życie  uczuciowe pozostawiało wiele do życzenia.  Być  może  za następne dziesięć 
lat zdołałby zapomnieć ją na tyle, by naprawdę cieszyć się innymi kobietami. Może 
tak, a może nie.

– Jesteś cudowny, Luke. – Debbie przytuliła się do niego.
– Jestem zwyczajnym facetem.
– Zastanawiam się, czy tak jest. – Debbie wydawała się urażona. – Na ogół nie 

mam  problemów  z  zachęceniem  mężczyzny,  by  zrobił  pierwszy  krok,  a  ty  jesteś 
przecież słynny ze swoich podbojów. O co więc chodzi? Nie podobam ci się?

background image

– Podobasz mi się, nawet bardzo. – Zastanawiał się, co ma powiedzieć. Nawet 

najmniejsza  wzmianka,  że  jest  ktoś  inny,  może  skierować  podejrzenia  na  Meg. 
Widziano  ich  razem  nieraz,  a  kto  wie,  czy  Bobby  Joe  będzie  trzymał  język  za 
zębami.

– Nawet mnie nie pocałowałeś – powiedziała z wyrzutem.
– Nie wiedziałem, że i to wchodzi w skład wygranej.
– Może wchodzić. Jeśli chcesz...
Jeszcze  tydzień  temu  przyjąłby  zaproszenie  tych  kuszących  rozchylonych  ust, 

ale  minionej  nocy  całował  Meg  i  wciąż  jeszcze  miał  w  pamięci  smak  tego 
pocałunku. Nie zamierzał mieszać go z innym.

– Przykro mi, Debbie, ale nie. Może powinnaś umówić się dzisiaj z Clintem.
– Clint jest w porządku, ale nie zamierza nic zrobić ze swoim życiem. Znalazł 

się w ślepej uliczce. Jeśli z nim zostanę, też tutaj ugrzęznę.

–  O  to  ci  chodzi.  –  Powinien  wcześniej  zorientować  się,  w  czym  rzecz. 

Zaoszczędziłoby  to  im  obojgu  dużo  czasu.  –  Chcesz  wiedzieć,  czy  pomogę  ci 
nawiązać kontakty w Hollywood.

–  Ale  skąd!  –  obruszyła  się.  –  Po  prostu  chcę  cię  lepiej  poznać,  ale  mi  nie 

dajesz.

– Debbie, nie musisz udawać. Chętnie ci pomogę, jeśli tylko będę mógł. Jesteś 

fotogeniczna.  Nie  mogę  ci  niczego  obiecać,  ale  spróbuję  porozmawiać  z  paroma 
osobami, może uda mi się załatwić ci próbne zdjęcia do „Labiryntu uczuć. „

– Naprawdę? To by było cudownie.
– Za to proszę cię, abyś powiedziała Clintowi, że między nami nic nie było, że 

prawdziwy ze mnie dżentelmen.

– Czy ja wiem? – Debbie zesztywniała i odwróciła – głowę. – Niezbyt dobrze 

to o mnie świadczy, że nawet nie próbowałeś.

– To powiedz, że miałem katar i bałaś się zarazić – westchnął. – Nie chcę, żeby 

Clint miał do mnie pretensje.

– A więc pomożesz mi i nie będę musiała się z tobą przespać?
– Wyobraź sobie.
– Nie byłoby to takie straszne, gdybym musiała. Wszystkie przyjaciółki by mi 

zazdrościły.

– Pamiętaj, że co innego w życiu, a co innego na ekranie. Jestem zwyczajnym 

facetem, już ci mówiłem.

– A więc te wszystkie opowieści, które o tobie słyszałam, to nieprawda?
– Przesadzone. Chodź, poszukajmy tego dzieciaka, który miał potrzymać twoje 

background image

kwiaty.

W  ciągu  pół  godziny  Luke  odprowadził  Debbie  do  samochodu  i  wrócił  do 

hotelu. Dzięki Bogu było po wszystkim. Debbie jest szczęśliwa, tylko Clint wciąż 
ma mu za złe.  Luke miał nadzieję,  że to się zmieni. Nie chciał pogarszać swoich 
stosunków z bratem. Przeciwnie, zamierzał coś zrobić, żeby się poprawiły.

W  hotelu  zastał  wiadomość  od  agenta.  „Zdjęcia  próbne  w  poniedziałek”  –

informował Henry Davis.

Zdjęcia próbne. Wreszcie będzie miał szansę zagrać w filmie fabularnym. Może 

to oznaczać przełom w jego życiu zawodowym.

Chciał o tym komuś powiedzieć, podzielić się swoją radością, ale z kim? Mógł 

zadzwonić  do  paru  przyjaciół  w  Los  Angeles,  ale  większość  sama  czekała  na 
podobny zwrot w karierze. Trudno byłoby oczekiwać, że będą cieszyć się razem z 
nim.  Clint  nie  wchodził  w  rachubę.  Ale  Meg  tak.  Ona  zrozumie,  mimo  że  to 
właśnie jego kariera była jedną z przyczyn ich rozstania.

Luke przypomniał sobie, jak kiedyś wygrał rower w jakimś konkursie. Clint był 

zazdrosny, ale Meg szalała z radości. Później zdołała jakoś udobruchać Clinta, bo 
przekonała go, że też coś zyskał. Odziedziczył po Luke’u jego stary rower, a Meg 
pomogła mu go odnowić. Potrafiła być niezłą dyplomatką, pomyślał z uśmiechem.

Kto wie, czy to nie ona będzie remedium na jego kłopoty z Clintem. Może jej 

uda  się  ich  pogodzić.  Podniósł  słuchawkę  i  wykręcił  jej  numer.  Nie  zgłosiła  się. 
Zostawił wiadomość na sekretarce, żeby oddzwoniła.

Kiedy  Meg  wróciła  do  domu,  od  razu  włączyła  sekretarkę.  Usłyszała  głos 

Luke’a.  Podał  numer  pokoju  i  poprosił,  żeby  zatelefonowała.  Czyżby  to  było 
zaproszenie?

Zastanawiała się, co zrobić. W końcu wykręciła numer.
– To ja – powiedziała.
– A to ja.
– O co chodzi?
– Wiesz, dzwonił mój agent. Mam w poniedziałek zdjęcia próbne do filmu.
– Luke, to cudownie! – zawołała, choć z mieszanymi uczuciami. Luke był już 

dla niej stracony. Z drugiej strony wiedziała, jak bardzo pragnął tej roli. – A przy 
okazji  –  dziękuję,  że  nie  wdałeś  się  w  awanturę  z  Clintem.  Pewno  nie  chciałeś 
ryzykować przed zdjęciami próbnymi.

– Oczywiście. Posłuchaj, zadzwoniłem do ciebie z powodu Clinta. Muszę z nim 

pomówić, a dotychczas nie bardzo miałem okazję. Najpierw towarzyszył nam tłum, 
później  była  u  niego  Debbie.  Myślę,  że  gdybyśmy  mogli  usiąść  w  jakimś 

background image

spokojnym miejscu, wszystko potoczyłoby się inaczej.

–  Być  może.  –  Meg  nie  była  wcale  taka  pewna.  Miała  jeszcze  przed  oczami 

wyraz twarzy Clinta.

– Zawsze byłaś naszym dobrym duchem. Czy nie mogłabyś {lać mu jutro znać, 

że będę sam w pokoju po festynie? Może wpadnie na piwo. Co o tym myślisz?

– Może wpadnie. – Meg nie chciała pozbawiać Luke’a złudzeń, ale nie bardzo 

w to wierzyła. Clint może by i chciał pogodzić się z bratem, ale był tak uparty, że 
nigdy by się do tego nie przyznał.

–  Debbie  obiecała,  że  powie  Clintowi,  że  nic  między  nami  nie  było.  Może 

wtedy da się przekonać.

– Może. – Meg poczuła osobistą satysfakcję po tym stwierdzeniu. – A jak było?
– Z trudem wytrzymałem.
–  Przykro  mi.  Nie,  wcale  nie  jest  mi  przykro.  Byłam  wściekła,  że  masz  tę 

randkę.

– Nie wiem, czy tak wściekła jak ja.
Meg przymknęła oczy. Pragnęła Luke’a tak bardzo.
– Meg?
– Jestem...
– Głupio się zachowuję, wiem. Nie możemy być razem i to dlatego.
– A więc kończmy rozmowę i idź spać.
– Brak mi cię, Meg.
– Mnie ciebie też. – Meg powoli odłożyła słuchawkę i wbiła wzrok w telefon. A 

nuż Luke jeszcze raz zadzwoni, pomyślała z nadzieją.

background image

Rozdział 8

W  sobotę  o  wpół  do  dziesiątej  rano  Meg  wybrała  się  na  teren  festiwalu,  by 

sprawdzić,  czy  Didi  nie  ma  żadnych  problemów  z  organizacją  zawodów.  Minęła 
szkolny  zespól  muzyczny,  który  z  zapałem  ćwiczył  przed  występem,  stragany  z 
przekąskami,  doszła  wreszcie  do  przystrojonego  wozu  drabiniastego  rodziców. 
Zawsze przyjeżdżali nim na paradę kończącą festiwal strusi. Matka dla większego 
efektu wkładała pasiastą spódnicę i czepek.

Meg popatrzyła na swoje białe spodnie i blezer. Z okazji parady ubrała się nieco 

bardziej elegancko.

– Jakieś kłopoty? – zawołała na widok ojca mocującego się z uprzężą.
–  Och, wiesz, jakie to  wszystko  stare –  odparła matka. –  Ojciec nie  może się 

zdecydować, czy sprzedać ten wóz, czy nie, dlatego nie kupuje nowej.

– Tato, parada zaczyna się za dwadzieścia minut – zwróciła mu uwagę Meg.
– Zdążę. Nora, przytrzymaj te konie – poprosił żonę.
– Zabrudzę sobie suknię i nic... – Nagle jej oczy rozszerzyły się. Patrzyła ponad 

głową Meg. – Witaj, Luke.

Meg natychmiast się odwróciła. Wiedziała, że Luke gdzieś tutaj jest, ale jeszcze 

go  nie  widziała.  A  teraz  stał  przed  nią  w  czarnej  jedwabnej  koszuli  i  obcisłych 
czarnych  dżinsach. Nisko  na  czoło  nasunął  czarny  stetson. Wyglądał  jak  szatan i 
chyba  jakiś  szatański  impuls  przywiódł  go  tutaj,  by  zdenerwować  jej  rodziców 
swoją obecnością.

– Witam, pani Hennessy. Przytrzymam konie.
– Dzięki, Luke, ale masz chyba ważniejsze zajęcia – powiedział ojciec Meg. –

Poza tym możesz sobie zniszczyć ten piękny strój. , – Proszę się nie martwić. Mam 
wolną chwilę. Zresztą, przecież to ja mam zacząć paradę, czyż nie? – uśmiechnął 
się.  Meg  spojrzała  na  matkę.  Pani  Hennessy  zaróżowiła  się.  Nie  wiadomo,  z 
podniecenia czy z zakłopotania.

Luke trzymał konie i mruczał coś do nich, głaszcząc je po grzywach.
– Piękne – pochwalił.
– Dziękuję. Powinienem sprawić im przyzwoitą uprząż albo pozbyć się ich, ale 

jakoś nie mogę podjąć decyzji – odrzekł Jack Hennessy.

– Niekiedy trudno zrozumieć, o co panu naprawdę chodzi – zauważył Luke.
Ojciec  Meg  nie  odpowiedział.  Pilnie  majstrował  przy  uprzęży.  Obecność 

Luke’a najwyraźniej wprawiała go w zakłopotanie.

background image

–  No,  nareszcie  –  powiedział  z  ulgą.  –  Wszystko  w  porządku.  Dziękuję  za 

pomoc. – Wyciągnął rękę do Luke’a.

Luke  uśmiechnął  się  i  puścił  cugle.  W  tym  momencie  błysnął  flesz.  Młoda 

reporterka znów tu była.

–  Cóż,  powinienem  się  domyślić,  że  to  było  na  pokaz  –  stwierdził  Jack 

Hennessy,  opuszczając  rękę.  –  U  nas,  w  Chandler,  ludzie  pomagają  sobie  ze 
zwykłej życzliwości.

– Ależ, tato! Luke nie przytrzymał tych koni dlatego, żeby go sfotografowano. 

Od kiedy przyjechał, unika tej kobiety jak ognia.

– Daj spokój, Meg – odezwał się łagodnie Luke. – Lepiej już pójdę. – Wyjął z 

kieszeni czarne rękawice z frędzlami. – Parada zaraz się zacznie.

– Tato, zachowałeś się nie fair – powiedziała Meg, gdy odszedł.
–  Jestem  realistą.  Mówisz,  że  on  unika  fotoreporterów?  Człowiek,  któremu 

płacą  za  to,  że  staje  przed  kamerą?  Zaproponował,  że  przytrzyma  konie,  bo 
wiedział, że jego wielbicielom będzie się podobało zdjęcie w czarnym stroju przy 
czarnych koniach. Nawet ja uważam, że to bardzo efektowne.

– Źle go oceniasz, tato. Zresztą zawsze tak było.
– Meg, nie czas na odgrzebywanie przeszłości – wtrąciła pani Hennessy.
– To nie ja zaczęłam, tylko ojciec. Był niemiły dla Luke’a. Dowiedziałam się, 

jak to naprawdę było, tato. Dlaczego Luke ze mną zerwał.

–  Nie  zamierzam  się  tłumaczyć  ani  tym  bardziej  przepraszać  –  oburzył  się 

ojciec. – Spójrz, co osiągnęłaś.

– Gdybym w odpowiednim czasie nie interweniował, lepiej nie myśleć, co by z 

tobą było. To on ci o wszystkim powiedział, prawda?

– Tak. I byłam wstrząśnięta, że posunąłeś się do szantażu.
– A więc bądź wstrząśnięta. Gdy będziesz miała własne dzieci, zrozumiesz to. 

A co on ci teraz opowiada? Znowu chce wkraść się w twoje życie?

– Jeśli chcesz wiedzieć, mówił, że rozumie, dlaczego tak postąpiłeś. Nie ma do 

ciebie żalu, tato, ale ty się nie zmieniłeś, prawda?

– Nie, jeśli chodzi o ciebie. A on ma u mnie złe notowania. I nie obchodzi mnie, 

czy  kiedyś  otrzyma  Oscara.  Nie  jest  odpowiednim  mężczyzną  dla  ciebie. 
Doskonale o tym wiesz.

– Ojciec ma rację, kochanie – dodała matka.
–  Akurat  ty  nie  powinnaś  tego  mówić,  zważywszy,  że...  –  zamilkła,  widząc 

niepokój  na  twarzy  matki.  Jack  Hennessy  najwyraźniej  nie  miał  pojęcia,  że  jego 
żona ogląda „Labirynt uczuć”. Meg postanowiła nie ciągnąć dłużej tego tematu. –

background image

Mamo, rozumiem cię, ale dajmy już temu spokój – powiedziała i zobaczyła wyraz 
ulgi w oczach matki.

Nigdy nie zastanawiała się nad wzajemnymi stosunkami rodziców, ale zdziwiło 

ją, że mieli przed sobą sekrety, dotyczące zresztą zupełnie błahych spraw. A więc i 
oni nie byli bez skazy.

– Muszę już iść. Mam jeszcze z Didi parę spraw do omówienia. – Oddaliła się 

szybkim krokiem.

–  Wszystko  wygląda  wspaniale  –  pochwaliła  przyjaciółkę,  która  uwijała  się 

przy stole organizatorów.

– Zwłaszcza nasz mistrz ceremonii. Widziałaś, jakiego mu wynaleźli konia?
– Konia? Myślałam, że będzie jechał wspaniałym kabrioletem.
– Luke chciał konia. Ktoś przywiózł araba z farmy w Scottsdale. Patrz, właśnie 

go dosiadł.

Meg spojrzała i zaparło jej dech. Koń był czarny jak noc, miał lśniącą grzywę i 

ogon  sięgający  ziemi.  Srebrzyste  siodło  połyskiwało  w  słońcu.  Krój  koszuli 
podkreślał  szerokie  ramiona  Luke’a,  pod  czarnym  jedwabiem  rysowały  się 
muskularne plecy. Prowadził konia pewnie i ostrożnie zarazem. Kapelusz rzucał na 
jego twarz tajemniczy cień.

– Widziałaś kiedyś kogoś bardziej seksownego? szepnęła Didi.
Meg  powoli  potrząsnęła  głową.  Przed  laty  uważała,  że  jest  głupia,  iż  uległa 

czarowi Luke’a Bannistera. Może teraz jest głupia, że z tym walczy.

Reszta dnia minęła szybko. Sobota zawsze przyciągała na festiwal największą 

publiczność. Meg nieustannie przemierzała bryczką cały teren, by kontrolować, czy 
wszystko przebiega według planu. Była zajęta aż do zachodu słońca.

Szukała  Clinta,  ale  nie  widziała  go  przez  cały  dzień.  Nic  dziwnego.  Był 

typowym  nocnym  markiem  i  zdecydowanie  lepiej  czuł  się  wieczorem.  Miała 
jednak nadzieję, że znajdzie go, zanim zacznie pić.

Piętnaście  po  siódmej  weszła  do  pawilonu  tanecznego,  by  upewnić  się,  czy 

zespół  country  jest  gotów  do  występu  o  wpół  do  ósmej.  Zdziwiła  się  na  widok 
Luke’a rozmawiającego z członkami zespołu. Podszedł do niej.

– Uwierzysz? Pozwolą, żebym zagrał z nimi parę kawałków. To moja życiowa 

szansa, Meg.

– Świetnie – uśmiechnęła się. – Publiczność będzie zachwycona.
– Przyjdź, wesprzesz mnie psychicznie, dobrze? Około ósmej.
– Postaram się. Jeszcze nie znalazłam Clinta.

background image

– Założę się, że przyjdzie na koncert. To jeden z jego ulubionych zespołów.
Meg  przytaknęła.  Clint przypuszczalnie pojawi się  i  zobaczy swego starszego 

brata na estradzie w świetle reflektorów. Nie może jednak namawiać Luke’a, żeby 
zrezygnował z występu. Tak się cieszy, że zagra z tym zespołem.

– Powodzenia – uśmiechnęła się. – Co chcesz zagrać?
– Parę prostych kawałków. Powiedziałem im, że dawno tego nie robiłem, więc 

wybrali coś łatwego.

– Na pewno świetnie ci pójdzie. – Meg wiedziała, że wystarczy, żeby stanął na 

scenie z gitarą, a damska część publiczności oszaleje. – Postaram się być o ósmej.

Kiedy przyszła i usiadła na wprost sceny, tłum był już rozgrzany trwającym od 

pół  godziny  koncertem  ulubionego  zespołu.  Lider  zapowiedział  występ  Luke’a. 
Gdy wyszedł na scenę w czarnej koszuli z gitarą przerzuconą przez ramię, zebrani 
zawyli  z  radości.  Kiedy  się  uśmiechnął, rozległ  się  pisk  kobiet. Tego  właśnie  się 
spodziewała.

Luke stał wprawdzie w tyle sceny, ale Meg widziała tylko jego. Zapomniała o 

swojej roli organizatora festiwalu, zapomniała, że nie jest tutaj sama. Przez osiem 
minut, kiedy zespół grał dwa utwory, a w przerwach żartował z Lukiem, Meg była 
kobietą absolutnie zakochaną.

Po  drugiej  melodii,  nagrodzonej  gromkimi  oklaskami  i  okrzykami,  Jeszcze, 

Luke,  jeszcze!”,  Luke  oparł  gitarę  o  ścianę  w  rogu  sceny,  po  czym  zniknął  za 
kulisami. Meg miała nadzieję, że wróci, ale tak się nie stało. Lider zespołu zaczął 
opowiadać  o  nowym  albumie  i  jasne  było,  że  Luke  skończył  swój  występ. 
Westchnęła.  Żałowała,  że  nie  wzięła  ze  sobą  kamery  wideo.  Miałaby  go 
przynajmniej utrwalonego na taśmie.

– Podobało ci się? – usłyszała niespodziewanie tuż obok głos Luke’a.
– Bardzo.
– To dobrze. Pozwól na sekundę.
– O co chodzi? – Podniosła się z krzesła.
– Widziałem coś, co też powinnaś zobaczyć. – Wziął ją za rękę i poprowadził 

ku  sprzedawcy  wymachującemu  obręczami  emitującymi  fosforyzujące  światło. 
Kupił jedną z nich.

–  Nie  ruszaj  się.  –  Wetknął  jej  ją  we  włosy.  Wyglądała  jak  w  aureoli.  –

Wspaniale – zachwycił się.

Spojrzała na niego rozbawiona. Dotknął delikatnie jej policzka.
– Jesteś taka piękna. Zatańcz ze mną.
– Zatańczyć? Ależ...

background image

– Posłuchaj.
–  Meg oniemiała.  Przysłoniła dłonią usta. Rozległy  się dźwięki  melodii  „You 

Were Always On My Mind”.

–  Tylko  raz  –  poprosił.  Objął  ją  w  pasie.  Nie  zaprotestowała.  Dziesięć 

minionych  lat  rozpłynęło  się  w  niebycie,  a  oni  tańczyli  tak  samo  jak  jeszcze  w 
szkole, przytuleni do siebie, kołysząc się w takt muzyki.

– Pamiętasz? – szepnął Luke.
– Tak. – Meg przymknęła oczy. – Nie powinniśmy tego robić.
– To nasza ostatnia szansa.
– Wiem – powiedziała, ale były to tylko słowa, nic więcej. Nie może nastawiać 

się na nic więcej, nie powinna niczego więcej oczekiwać.

Luke musnął wargami koniuszek jej ucha.
–  Zawsze  uwielbiałem  z  tobą  tańczyć.  Czuję  się  tak,  jakbym  znowu  miał 

osiemnaście lat.

– Przykro mi, że ojciec tak cię potraktował – westchnęła.
– Nie przejmuj się. To nie twoja wina.
– Gdyby ta przeklęta reporterka się nie zjawiła...
– Rozmawiałem z nią dzisiaj. To jeszcze smarkula, nie ma doświadczenia. Tak 

dziwnie się nazywa. Ansel Wiggins.

– Co jej powiedziałeś?
–  Chciała  się  czegoś  o  tobie  dowiedzieć.  Powiedziałem,  że  jesteśmy  starymi 

przyjaciółmi, że wychowywaliśmy się jak brat z siostrą.

– Uwierzyła?
– Jeśli nie, to niech się nie nazywam aktorem.
Meg wiedziała, że powinna odsunąć się od Luke’a, ale nie była do tego zdolna.
– Nie tańczysz ze mną jak z siostrą – zauważyła.
– Teraz jej tutaj nie ma. Powiedziała, że lubi jazdę konną, więc załatwiłem jej 

na dziś wieczór bilety. Nawet nie wie, że grałem z zespołem.

– To ty ich poprosiłeś o tę piosenkę?
– A jak myślisz?
– Myślę, że diabeł w tobie siedzi.
– Ale tańczę z aniołem. – Przycisnął ją mocniej. – Nie bój się. To tylko taniec. 

Wiem, co robię.

Na  całe  szczęście,  pomyślała,  boja  nie.  Oparła  głowę  na  jego  ramieniu  i 

marzyła o tym, by ta melodia nigdy się nie skończyła.

Czuła oddech Luke’a, jego zapach. A co jeśli ona wciąż jest w jego pamięci, a 

background image

on w jej, jak mówią słowa piosenki?

– Dziękuję – szepnął Luke, gdy melodia dobiegła końca. Wypuścił ją z objęć.
Podniosła ku niemu oczy pełne łez.
– Nienawidzę tego wszystkiego.
– Może pewnego dnia – powiedział z uśmiechem – kiedy będę już za stary na 

dobre  role,  a  ty  skończysz  ze  swoją  działalnością  w  Białym  Domu,  machniemy 
ręką na cały świat i uciekniemy razem gdzieś daleko.

– To takie cholernie racjonalne!
– Czyżbyś chciała zmienić zdanie co do spraw zasadniczych?
Chciałaby, ale wiedziała, że to byłby błąd.
–  Nie  –  oświadczyła  zdecydowanie.  Pobiegła  do  bryczki,  by  odjechać  stąd, 

zanim  się  rozpłacze.  Chciała,  żeby  Luke  podążył  za  nią,  ale  oczywiście  tego  nie 
zrobił. Podjęła decyzję, a on ją uszanował. Jest tylko jedna rzecz, którą może mu 
się odwdzięczyć, i zrobi to. Odnajdzie Clinta.

Zauważyła go na strzelnicy otoczonego grupką przyjaciół. Debbie nie było. Nie 

trafił ani razu, mimo że miał opinię dobrego strzelca. Najwyraźniej wypił już parę 
kolejek.

Zawołała go. Odwrócił się do niej.
– O, Meg, to ty. O co chodzi? – spytał. Czuć było od niego piwo.
– Chcę cię prosić o przysługę.
– Jasne – uśmiechnął się. Przez chwilę przypominał pełnego humoru chłopaka, 

jakim był przed laty.

– Nie widujemy się często, Clint.
– No nie.
– Pamiętasz dawne dobre czasy, kiedy trzymaliśmy się razem – ty, ja i Luke?
Uśmiech znikł z jego twarzy.
– Nie chcę o nim mówić. Nie mogę nawet przyjść na koncert mego ulubionego 

zespołu, żeby nie zobaczyć na scenie Luke’a.

A  więc  był  na  koncercie.  Meg  zastanawiała  się,  czy  widział,  jak  tańczyła  z 

Lukiem.

– Luke martwi się o ciebie, Clint. I tęskni za tobą.
– Daj spokój. Wszystko robi na pokaz. – Clint zbierał się do odejścia.
– Zaczekaj, proszę. – Zastąpiła mu drogę.
– Zostaw mnie, okay?
– Porozmawiaj z nim. Jego życie też nie było usłane różami, sam pojechał do 

Kalifornii, sam musiał zaczynać wszystko od początku.

background image

– Przestań, bo się rozpłaczę. Skończyłaś?
– Nie. Obiecałam, że ci przekażę wiadomość. – Podeszła bliżej i wcisnęła mu w 

rękę kawałek papieru. – Masz tutaj numer pokoju Luke’a. Prosi, żebyś wstąpił do 
niego dziś wieczór po festynie. Będziecie mogli spokojnie porozmawiać.

– I popozować do zdjęć rodzinnych? Nie, dziękuję.
–  Nikogo  tam  nie  będzie.  Tylko  wy dwaj.  Nikt  nie  będzie  wiedział, gdzie  on 

jest.  To dla  was  szansa  po  tylu latach. Zgódź  się. Clint. Nie  masz nikogo oprócz 
Lukea. Być może nigdy się całkiem nie pogodzicie, ale przynajmniej spróbujcie.

– A niby po co?
– Bo jesteście sobie potrzebni. Ty Luke’owi, a on tobie.
– On niczego ode mnie nie potrzebuje. I ja nic od niego nie chcę.
– Mimo to idź. Proszę cię.
– Wybacz, ale nie mogę. – Odwrócił się gwałtownie i odszedł.
Meg bezradnie opuściła ręce. Nie sądziła, by Clint zmienił zdanie. Ale a nuż? 

Na razie nie powie Luke’owi, że brat odrzucił jego propozycję.

Im dłużej  Clint myślał o tym, co  mu powiedziała Meg, tym większa złość go 

ogarniała. Wyobrażał sobie Luke’a odpoczywającego w apartamencie hotelowym, 
prawdopodobnie  w  jedwabnym  szlafroku  przy  podanej  do  pokoju  wytwornej 
kolacji.

Spodziewał  się,  że  Clint  przyjdzie  i  przeprosi  go  za  swoje  zachowanie.  A 

wtedy,  kiedy  będzie  prosił  jego  wysokość  o  wybaczenie,  Luke  wezwie 
fotoreporterów,  by  utrwalili  na  zdjęciach  braci  trzymających  siew  serdecznym 
uścisku.

Przez cały wieczór Clint nie myślał o niczym innym. Popsuło mu to zabawę na 

festynie.  Nagle  mignęła  mu  w  tłumie  młoda  fotoreporterka.  Jakże  ona  miała  na 
imię? Aha, Ansel.

– Hej, Ansel! – zawołał.
– Cześć, Clint! – uśmiechnęła się do niego.
– Jak idzie?
–  Zrobiłam  masę  fotografii,  ale  pewno  nikt  za  nie  nie  zapłaci, jeśli  wiesz,  co 

mam na myśli.

–  A  więc  nie  zrobiłaś  zdjęcia  nagiego  Bannistera  w  rowie  irygacyjnym  albo 

dymającego kogoś na tylnym siedzeniu samochodu?

– Niestety! Intuicja mi mówi, że coś go łączy zjedna z organizatorek festiwalu, 

ale nie udało mi się ich przyłapać.

background image

– Myślisz o Meg?
–  Nawet  jeśli  jeszcze  nic  się  nie  wydarzyło,  to  na  pewno  oboje  mają  na  to 

ochotę.  To  jest  jego  ostatnia  noc  w  Chandler  –  westchnęła  –  a  zarazem  moja 
ostatnia  szansa  na  jakieś  bombowe  ujęcie.  Wydałam  masę  forsy  na  tę  podróż. 
Wątpię, by zdjęcia, które zrobiłam, choć w części zdołały pokryć moje wydatki.

Clint  zaczął  gorączkowo  myśleć.  Widział,  w  jaki  sposób  Meg  przekonywała 

Luke’a,  żeby  nie  wdawał  się  w  bójkę.  Obserwował,  jak  tańczyli  po  występie 
Luke’a. Później przekazała mu wiadomość, że Luke chce się z nim zobaczyć. Coś 
musi między nimi być. Jeśli jednak ta mała ich przyłapie, może to się dla Meg źle 
skończyć. A Clint zawsze lubił Meg. Z wyjątkiem tych momentów, kiedy stawała 
po stronie Luke’a, a najczęściej tak było. gdy byli jeszcze dziećmi. A więc jeśli jest 
na  tyle  głupia,  żeby  zadawać  się  z  jego  bratem,  to  być  może  zasługuje  na  to,  co 
może nastąpić.

Wyjął z kieszeni karteczkę i wręczył Ansel.
– Nie wiem, czy masz rację co do Meg i Luke’a, ale jeśli masz, to być może to 

ci się przyda.

– Co to jest?
– Dała mi Meg. Numer pokoju Luke’a w hotelu San Marcos.

background image

Rozdział 9

Meg została na festynie do końca, aby wszystkiego dopilnować. Kiedy wracała 

na parking, gdzie rano zostawiła samochód, myślała o Luke’u i Clincie. Liczyła na 
to,  że  są  razem.  Musiała  zmienić  zdanie,  gdy  zauważyła  czerwoną  ciężarówkę 
opuszczającą parking. Wybiegła na ulicę, żeby zobaczyć, dokąd się skieruje. Tak 
jak się obawiała, Clint skręcił na szosę prowadzącą za miasto. Jeśli był u Luke’a, to 
rozmowa najwidoczniej się nie kleiła.

A jeśli w ogóle nie poszedł do hotelu? Meg wyobraziła sobie Luke’a cierpliwie 

czekającego  w  nadziei,  że  wreszcie  zdoła  porozumieć  się  ze  swoim  upartym 
bratem. Liczył, że Meg to jakoś załatwi, a ona go zawiodła.

Rozejrzała się po opustoszałej ulicy. Nikt nie zauważy, dokąd pójdzie. Ruszyła 

w  kierunku  hotelu.  Jeśli  spotka  kogoś  po  drodze,  może  powiedzieć,  że  po  coś 
wraca albo czegoś szuka.

Poszła  przez  Arizona  Avenue  i  spojrzała  w  prawo,  tam,  gdzie  jeszcze  parę 

godzin temu na estradzie występował Luke. Nikogo nie było. Skręciła w prawo do 
San  Marcos.  Wejdzie  bocznymi  drzwiami,  a  gdyby  ktoś  zapytał  ją,  co  tutaj  robi, 
powie, że chce się czegoś napić i trochę odpocząć. Nikt jednak o nic nie pytał. Nie 
zauważyła  też  żadnej  znajomej  twarzy.  Przeszła  przez  pełne  kwiatów  hotelowe 
patio i skręciła w kierunku pokoi.

Wejdzie  tylko  na  moment,  żeby  opowiedzieć  mu  o  rozmowie  z  Clintem. 

Później  natychmiast  wróci  do  domu.  To  takie  proste.  W  przeciwnym  razie  Luke 
byłby skazany na wielogodzinne wyczekiwanie na brata, który być może nigdy się 
nie pojawi.

Serce  biło  jej  mocno,  gdy  wchodziła  na  zewnętrzne  schody.  Kogo  ona  chce 

oszukać? Przecież robi wszystko, żeby znaleźć się sam na sam z Lukiem. Może to 
tłumaczyć nie wiadomo jak szlachetnymi pobudkami, ale tak naprawdę chodzi jej 
tylko o to, żeby być z nim, kiedy nikt o tym nie wie.

Weszła na czwarte piętro, przystając co chwilę, by sprawdzić, czy nikt jej nie 

obserwuje.  Była sama. Skrzywiła się  z  niesmakiem.  Co  ona  tutaj  robi?  Ryzykuje 
niepotrzebnie.  Nie,  nie  ma  się  czego  bać.  Wszyscy  są  już  pogrążeni  we  śnie. 
Oczywiście zna parę osób z obsługi hotelowej, ale i oni poszli już do domów, a nie 
czają się po kątach, by ją przyłapać na jakichś sekretnych działaniach.

Zostanie  tylko  pięć  minut,  nie  więcej.  To  mogłoby  być  niebezpieczne.  Nie 

pozwoli się pocałować, bo będzie zgubiona. Ach, jakżeby tego pragnęła...

background image

Gdy podeszła pod drzwi, zabrakło jej tchu, a serce waliło jak młotem. Zapukała 

delikatnie.  Cisza.  Zapukała  trochę  mocniej  i  rozejrzała  się  po  korytarzu 
przekonana, że zaraz ktoś się zjawi i zapyta, co tutaj robi. Nic takiego nie nastąpiło. 
I nagle drzwi się otworzyły. Luke przyglądał się jej przez dłuższą chwilę, po czym 
otworzył  szerzej  drzwi.  Weszła  bez  słowa.  Szybko  zamknął  i  przekręcił  klucz  w 
zamku.

Obrzuciła  pokój  lękliwym  wzrokiem.  Przez  uchylone  drzwi  do  sypialni 

zobaczyła  rozścielone  łóżko.  Zadrżała.  Luke  wciąż  jeszcze  miał  na  sobie  czarną 
koszulę i dżinsy, ale ściągnął buty, a koszulę rozpiął niemal do pasa.

Dotknęła językiem suchych warg.
– Clint nie ... – zaczęła.
– Do diabła z nim! – Luke ujął  w dłonie jej  twarz. – Czy ktoś cię  widział? –

spytał.

– Nie.
– A więc nikt nie wie, że tu jesteś? – dodał z wyraźną ulgą.
– Nikt.
– Och, Meg – westchnął i potarł kciukiem jej policzek.
– Ja tylko chciałam się dowiedzieć, czy był Clint.
– Dziękuję za zainteresowanie.
– Muszę już iść.
– Nie sądzę. – Pochylił się nad nią, rozchylając usta.
Jeśli  pozwolę,  żeby  mnie  pocałował,  przepadnę,  pomyślała.  Luke  trzymał  ją 

delikatnie,  lecz  zdecydowanie.  Jeden  pocałunek  i  wychodzi.  To  będzie  ostatni 
pocałunek z Lukiem Bannisterem. Może sobie na to pozwolić... I nagle poczuła na 
ustach gorące wargi Luke’a.

– Nie odchodź – wyszeptał między pocałunkami.
Od początku nie miała najmniejszego zamiaru odchodzić. Uświadomiła to sobie 

teraz,  gdy  odwzajemniała  mu  pocałunek,  wtulała  się  w  niego,  obejmowała  jego 
ramiona.

– Nikt nie musi wiedzieć – szeptał. – To się nam należy.
– Wiem tylko, że bardzo cię potrzebuję.
–  Jestem  twój,  Meg,  zawsze  byłem.  –  Popatrzył jej  głęboko  w  oczy.  –  Boże, 

jaka ty jesteś piękna. – Chwycił ją na ręce i zaniósł do sypialni.

– Zaczekaj chwilę. – Pocałował ją jeszcze raz i poszedł do łazienki. Przyniósł 

prezerwatywy i położył je przy łóżku.

– Tyś to zaplanował? – Meg zamarła.

background image

–  Nie,  ale  przeczuwałem,  że  możesz  tak  myśleć.  Mój  agent  nalega,  żebym 

zabierał je w każdą podróż.

– Używasz ich? – Poczuła silne ukłucie zazdrości.
–  Czasami.  Gdy  czuję  się  szczególnie  samotny,  a  jakaś  dziewczyna  jest 

wyjątkowo  napalona  na  Dirka  Kennedyego.  Skłamałbym  mówiąc,  że  nigdy  nie 
miałem przygody na jedną noc, ale to tylko gra. One idą do łóżka z Dirkiem, a ja z 
...

– Z kim, Luke?
–  To  nie  zawsze  jest  takie  proste.  Żadna  z  nich  nie  ma  identycznego  koloru 

włosów i tak samo niepokojących zielonych oczu.

– A jednak robisz to.
–  Jestem  tylko  człowiekiem.  –  Luke  ściągnął  jej  żakiet  z  ramion.  –  Czy 

uwierzysz, że dokładnie pamiętam wgłębienie twego obojczyka? A gdybym dostał 
kawałek gliny, mógłbym nadać jej kształt twoich piersi.

– Nie powinieneś mnie zostawiać?
– Musiałem. – Powolnym ruchem ściągnął z niej podkoszulek. – Czy wiesz, że 

nigdy nie widziałem cię w pełnym świetle? Ale wyobrażałem to sobie. – Rozpiął 
jej biustonosz i rzucił na podłogę.

– Widziałeś dziesiątki podobnych kobiet.
– Ale to nie byłaś ty. – Spojrzał jej głęboko w oczy.
– Nienawidzę ich.
– Nie myśl o tym. – Zamknął ją w ramionach. – Chcę się z tobą kochać przez 

całą noc. Nie zaśniemy ani na minutę. Wykorzystam każdą chwilę, by cię pieścić, 
całować, kochać. Nie myślmy o tym, co potem nastąpi. – Musnął wargami jej usta. 
– Pozwól mi, Meg. Od tak dawna cię pragnę.

– I ja ciebie, Luke. – Meg szarpnęła na nim koszulę. – Marzyłam o tym, żeby 

się z tobą kochać od dnia, kiedy dowiedziałam się, co kobieta i mężczyzna robią za 
zamkniętymi drzwiami sypialni. Jesteś jedynym mężczyzną, którego kiedykolwiek 
pragnęłam.

–  To  nieprawda.  –  Luke  rozpiął  jej  spodnie  i  zsunął  przez  biodra.  –  Miałaś 

męża.

– Na Boga, ile razy się z nim kochałam, myślałam o tobie.
– Nie mogę znieść myśli, że robiłaś to z innym.
–  Jak  możesz  tak  mówić?  –  Meg  nerwowo  manipulowała  przy  jego  pasku.  –

Spałeś  z całą  masą  kobiet. Jak  myślisz,  jak ja  się  czuję, widząc  cię na  ekranie w 
łóżku z którąś z nich? To dlatego nie oglądałam twojego serialu!

background image

Luke delikatnie pchnął Meg na łóżko.
– Chcę, żebyś raz na zawsze zapomniała o wszystkich innych mężczyznach. –

Jednym ruchem ściągnął z niej figi. – Będę cię kochał tak długo i tak gorąco, że ile 
razy pójdziesz do łóżka z innym, będziesz myślała o mnie.

– A ja będę żądać od ciebie więcej niż jakakolwiek kobieta dotychczas. Dasz mi 

więcej, niż dałeś wszystkim innym.

– Żaden mężczyzna nie da ci tego co ja.
– Przestań. Nie mogę znieść myśli, że masz takie doświadczenie, że miałeś tyle 

kobiet.

– Nie było innych kobiet. One były tylko namiastką ciebie. – Pochylił się nad 

nią. – O Boże, Meg – jęknął, zagłębiając się w nią delikatnie.

Popatrzyła na niego, szepcząc jego imię.
– Kocham cię. Zawsze cię kochałem – wyszeptał schrypniętym głosem.
– Ja też zawsze cię kochałam.
– Tak! Tak! Powiedz to jeszcze! Krzycz! Mamy tylko tę noc.
– Nie. – Meg wbiła paznokcie w jego plecy. – Mamy całe życie. Och... och! –

krzyknęła, unosząc w górę biodra i przyciskając je z całej siły do bioder Luke’a.

Nikt  nigdy  tak  jej  nie  kochał.  Luke  znał  wszystkie  tajniki  ciała  kobiety, 

wiedział, co zrobić, by przeżyła prawdziwe uniesienie.

– Jeszcze nie – szepnął, gdy była już blisko  szczytu rozkoszy, pokrywając jej 

piersi gorącymi pocałunkami.

Wreszcie zwolnił nieco rytm. Bliska spełnienia, wykrzyknęła jego imię.
–  Spokojnie.  Nie  spiesz  się,  kochana.  Spokojnie.  –  Pochylił  głowę  i  pieścił 

językiem czubki jej piersi. – Cudowny smak – zachwycił się.

– Luke, nie wiem, co się ze mną dzieje. Co ty robisz?
– O to chodzi, maleńka. Im dłużej to trwa, tym gwałtowniejszy będzie wybuch.
– To nie fair. Potrafisz tak dużo, a ja...
– Tęskniłem za tobą przez te wszystkie lata. Pragnąłem dać ci kiedyś wszystko, 

co mogę. – Kontrolował swoje ruchy z wytrawnością mistrza.

– Teraz, Luke, proszę! – krzyknęła. – Teraz.
Ruchy Luke’a stały się szybsze.
Meg wyprężyła się. Oblała ją fala gorąca, poczuła rozkoszną niemoc, jakiej nie 

doznała nigdy przedtem. Ogarnął ją następny przypływ podniecenia.

– Luke, co ty robisz!
–  Kocham  cię  –  odrzekł,  wnikając  w  nią  głębiej  z  niecierpliwością,  która 

mówiła  jej,  że  teraz  chce  osiągnąć  szczyt  razem  z  nią.  Uniosła  biodra.  A  kiedy 

background image

nastąpił  moment,  na  który  oboje  czekali, miała  wrażenie,  że  świat  się  zapada,  że 
traci świadomość i nigdy już nie wróci do rzeczywistości...

Luke trzymał ją w ramionach, a ona delikatnie głaskała jego szyję, piersi.
– Nie przestawaj, proszę.
– Uwielbiam cię dotykać. Zawsze uwielbiałam.
– Marzyłem o dotyku twoich rąk... zawsze... wszędzie... marzyłem, że dotykasz 

mnie tam, gdzie nie miałaś odwagi mnie dotknąć, kiedy się spotykaliśmy.

– A ja marzyłam, że się kochamy.
– Tak się bałem, żeby cię nie rozczarować.
– Nigdy w życiu nie byłam tak zachwycona – zaśmiała się krótko. – Nie chcę 

nawet myśleć, jak się tego wszystkiego nauczyłeś.

–  A  więc  nie  myśl  o  tym.  Po  prostu  wiedz,  że  nie  kochałem  żadnej  z  tych 

kobiet. Kocham ciebie.

– To wszystko jest takie skomplikowane – westchnęła.
– Ale nie tej nocy. Nie zastanawiaj się, co będzie. Wiesz, co mam tu w pokoju?
– Całą masę prezerwatyw.
– Nie tylko. Mam wannę z biczami wodnymi i wodotryskiem.
– To brzmi interesująco.
– Owszem. Co byś powiedziała na szampana?
– Czemu nie? Jeśli ma to być noc upadku, zacznijmy od razu.
– Zaczekaj chwilę, znajdę szlafrok.
– Dla mnie? – zawołała, gdy zniknął w łazience.
–  Nie,  tobie  nie  jest  potrzebny.  Przez  następne  parę  godzin  masz  zakaz 

wkładania na siebie czegokolwiek, ale ktoś musi zamówić szampana.

– Poproś o jeden kieliszek, żeby nie wzbudzać podejrzeń.
–  Dobrze,  choć  na  pewno  nikt  by  się  nie  zdziwił.  W  końcu  jestem  sławnym 

aktorem z Hollywood. Czyżbyś nie wiedziała, że w San Marcos gościli tacy ludzie 
jak Clark Gable?

– I Errol Flynn, i Gloria Swanson. A teraz ty.
– Nie mogę się z nimi równać, ale mam opinię niezłe– go playboya. Mógłbym 

tu urządzić orgietkę i nikogo by to nie zdziwiło.

– Jesteś playboyem?
– Nie. – Luke podszedł do telefonu i wykręcił numer recepcji. Meg stanęła przy 

nim  i  rozwiązała  szlafrok.  Dotknęła  go.  Przymknął  oczy.  Zamówił  szampana 
ochrypłym głosem i pociągnął ją na łóżko.

–  Ty  czarownico,  ty  cudowna,  rozpustna  czarownico  –  powiedział.  –  Nie 

background image

zdajesz sobie sprawy, że za chwilę będę musiał otworzyć drzwi?

– Nie mogłam wytrzymać.
– Ja też nie. – Delikatnie chwycił zębami jej sutkę. Jego ręka wędrowała w dół 

brzucha. Meg jęknęła z podniecenia.

– Wanna się przeleje.
– Nie obchodzi mnie to. Rozległo się pukanie do drzwi.
– Cholerny szampan. Pocałuj mnie, Meg. Pocałowała go, a on wziął ją na ręce i 

zaniósł do łazienki. Zanurzył w ciepłej, falującej wodzie.

– Zamoczyłeś rękawy – zauważyła.
–  Mówiłem  ci,  że  po  takich  facetach  jak  ja  nie  ma  się  czego  spodziewać. 

Zachowują się jak dzikusy.

– Zaczynam się do nich przyzwyczajać. W każdym razie do jednego z nich.
– Zaraz wracam.
Meg  rozkoszowała  się  kąpielą.  Miała  wrażenie,  że  mogłaby  kochać  się  z 

Lukiem  bez  końca  i  nigdy  nie  miałaby  dość.  Był  jedynym  mężczyzną,  który 
potrafił  rozbudzić  w  niej  takie  pożądanie.  Nic  dziwnego,  że  kobiety  tak  za  nim 
szaleją. Nic dziwnego, że tak się skończyło ich spotkanie – w jego ramionach,  w 
jego łóżku, w jego wannie.

Luke wrócił z butelką szampana i jednym kieliszkiem.  Nalał do pełna i podał 

Meg.  Piła  drobnymi  łyczkami  perlący  się  płyn.  Luke  odstawił  butelkę  i  zrzucił 
szlafrok. Stał przed nią nagi, rozbudzony, gotowy, by znów ją kochać. Wyciągnęła 
ku niemu ramiona.

– Chodź do mnie – powiedziała.

background image

Rozdział 10

Wzrok  Luke’a  wędrował  od  zaróżowionej  twarzy  Meg  do  piersi  lekko 

wynurzających  się  z  wody.  Zielone  oczy  błyszczały  oczekiwaniem,  a  czerwone, 
obrzmiałe od pocałunków usta uśmiechały się zachęcająco.

Nie  mógł  kochać  się  z  nią  w  wannie.  Musiał  być  ostrożny,  chociaż  pragnął 

czegoś  więcej, niż mógł otrzymać.  Z  chęcią  wyrzuciłby wszystkie prezerwatywy, 
chciał  mieć  świadomość, że Meg  może  zajść w ciążę.  Była jedyną kobietą, która 
budziła w nim tęsknotę za dziećmi i stabilizacją.

Głupie myśli. Przecież ona nie chce  mieć teraz dzieci, a może nie chce ich w 

ogóle.  Zresztą  cóż  byłby  z  niego  za  ojciec.  Tej  nocy  nie  będzie  ryzykował,  ale 
sprawi,  że Meg  będzie  krzyczeć i  wić się  z  rozkoszy,  a to  i  jemu  da  satysfakcję. 
Wszedł do wanny i usiadł naprzeciw niej. Podała mu kieliszek szampana. Wypił, 
napawając  się  tą  chwilą,  która  zdawała  się  urzeczywistnieniem  wszystkich  jego 
marzeń.

– Jeszcze? – spytała Meg.
–  Później.  –  Postawił  kieliszek  na  brzegu  wanny.  Przyciągnął  ją  do  siebie, 

rozchylając jej uda. Woda pieściła je delikatnie.

– Przyjemnie? – uśmiechnął się. Skinęła głową. Pochylił siei dotknął jej ustami.
– A teraz?
–  O,  tak  –  westchnęła.  Przymknęła  oczy.  Pieścił  ją  coraz  goręcej.  Zadrżała, 

oparła głowę o brzeg wanny, zagryzła wargi.

Patrzył  na  nią.  Mógł  tak  patrzeć  bez  końca.  Myślał  tylko  o  niej,  o  tym,  by 

uczynić ją szczęśliwą. Meg była bliska szczytu rozkoszy.

– Teraz – szepnął – Teraz.
– Luke! – krzyknęła. – Luke! Jesteś... diabłem! Uśmiechnął się.
– Nie wiem, co ty ze mną robisz – powiedziała.
– Opowiedz, co czujesz.
– Czuję się... czuję się jak rozpustnica.
– O to mi właśnie chodziło.
– Myślałam, że będę zażenowana, ale tak nie jest.
– No i całe szczęście.
– A co z tobą? – spytała.
– Jak to co ze mną?
– Co ty czujesz?

background image

– Że mógłbym się z tobą kochać przez całe życie.
– Tutaj, w wodzie?
– Nie.
– Dlaczego?
– Bo tutaj nie mogę się zabezpieczyć.
– Na pewno wiesz, że są inne sposoby.
– Zaczęła go pieścić. Powoli tracił nad sobą kontrolę. Nie był pewien, co miała 

na myśli, ale nie wyglądała na naiwną. Nie było czasu na udawanie.

– Myślę, że są – zgodził się.
– Usiądź tutaj – wskazała brzeg wanny.
– Ale... – zawahał się.
–  Zrób  to,  Luke.  Chcę,  żeby  tobie  też  było  dobrze.  Uczynił  to,  o  co  prosiła. 

Dolała  szampana.  Nie  wypiła  go  jednak.  Zanurzyła  palec  w  perlistym  trunku  i 
przeciągnęła nim po czułym miejscu Luke’a. Był podniecony.

– Przyjemnie? – spytała.
Skinął głową. Chciał, żeby zrobiła to jeszcze raz. I jeszcze. Zadrżał.
– Meg, ja już nie mogę... – jęknął.
Nie słuchała. Wiedziała, co robi, podczas gdy on coraz bardziej tracił kontrolę. 

Ogarnęła go fala niewypowiedzianej rozkoszy. Zadrżał, znieruchomiał, wykrzyknął 
w uniesieniu jej imię.

Potem ześliznął się do wanny i wziął ją w ramiona.
– To... to było fantastyczne – szepnął.
– Miałam nadzieję, że tak będzie – ucieszyła się.
–  Jak  na  kogoś,  kto  narzekał  na  brak  doświadczenia,  wykazałaś  niezwykłą

pomysłowość. Czy kiedykolwiek. ..

– Z szampanem? Nigdy. Ale to chyba niezły pomysł.
– O, tak. – Luke pocałował jej usta. – A teraz wracajmy do łóżka.
– Idziemy spać?
– Niekoniecznie.
– Zaniósł ją do sypialni.
– Jesteś piękna – powiedział, pochylając się nad nią.
Całował  jej  usta,  ramiona,  piersi.  Gdy  spojrzał  w  jej  oczy,  stwierdził,  że  go 

obserwuje.  Wzbudziło  to  w  nim  nową  falę  pożądania.  Założył  prezerwatywę. 
Zaczęli poruszać się znanym sobie rytmem. Meg szeptała słowa, które rozpalały go 
jeszcze bardziej.

Uniósł  się  nieco  i  nie  wypuszczając  jej  z  objęć,  ostrożnie  przewrócił  się  na 

background image

plecy.  Z  jej  gestów  odczytał  przyzwolenie.  Chwycił  ją  za  pośladki,  zaczęła 
delikatnie podnosić się i opadać.

Poruszała się powoli, a on nie spuszczał z niej oczu. Mówił jej, jak bardzo lubi 

na nią patrzeć, i szeptał podobne słowa, co ona jemu, opisując każdy szczegół jego 
ciała.

Później,  kiedy  leżeli  już  obok  siebie,  pieszcząc  się  delikatnie,  wciąż  jeszcze 

niesyci, spytał, co stało się z „aureolą”, którą dał jej na festynie.

– Mam ją w kieszeni. Zdjęłam, kiedy zdecydowałam się tutaj przyjść.
–  Daj  –  poprosił.  Zgasił  światło  i  umocował  obręcz  przy  łóżku.  –  Nigdy  nie 

zapomnę tego tańca – powiedział. – Tak bardzo cię wtedy pragnąłem.

– A teraz?
– Nawet bardziej.
– Jesteś nienasycony.
– Masz coś przeciwko temu?
– Nie. – Meg chętnie poddawała się jego pieszczotom. – Jak widzisz, mnie też 

ciągle za mało.

Przywarli do siebie. I znów zaczęli się kochać, jak gdyby nigdy już nie miała 

się powtórzyć taka noc.

‘„ Zegar był jej wrogiem. Ile razy zerknęła na tarczę połyskującą znad stolika, 

ogarniała ją złość. Wskazówki zdawały się pędzić z zatrważającą szybkością.

Nigdy w życiu z nikim tak się nie kochała, ale to, co przeżyła z Lukiem, było 

czymś  więcej  niż  tylko  zaspokojeniem  fizycznego  pożądania.  Spędzili  cudowne 
chwile, wspominając przeszłość, śmiali się, żartowali, pili szampana. Dziwiło ją, że 
nie  była  ani  trochę  zmęczona  i  uświadomiła  sobie,  że  miłość  jest  znacznie 
silniejszym środkiem pobudzającym niż kofeina. Miłość i rozpacz. Nie usnęła ani 
na sekundę, gdyż wiedziała, że te chwile mogą się już nigdy nie powtórzyć. Musi 
nacieszyć się nimi na zapas, kto wie, czy nie na zawsze.

Postanowiła  wyjść  z  hotelu  o  czwartej,  ale  gdy  zegar  uderzył  cztery  razy, 

zawahała  się.  Wreszcie  zaczęła  się  pomału  ubierać,  przerywając  co  chwilę  na 
jeszcze  jeden  pocałunek,  jeszcze  jedną  pieszczotę,  jeszcze  jedno  muśnięcie  jego 
ust. W końcu musiała pogodzić się z faktem, że kiedyś będzie ten ostatni raz. Luke 
ubrał się, jak gdyby to mogło jej pomóc.

Chciała, żeby poprosił, by z nim wyjechała, ale wiedziała, że tego nie zrobi. W 

głębi duszy czuła zresztą, że i tak nic by to nie dało. Jej miejsce jest tutaj, a jego 
tam.

–  Nie  wiem,  czy  potrafię  to  zrobić  –  odezwała  się  wreszcie,  podchodząc  do 

background image

drzwi.

– Na pewno. – Objął ją i pocałował w czoło.
– Nie wiem, jak zdołam dziś spojrzeć na ciebie. Boję się, że wszystko będzie 

można  wyczytać  z  mojej  twarzy.  •  –  Będę  ci  schodził  z  drogi.  –  Przytulił  ją  do 
siebie.

–  A  co  dopiero  na  lotnisku.  –  Meg  wpadła  w  panik.  –  Mam  cię  przecież

odwieźć.

– Może to zrobić kto inny. Choćby Chuck albo Didi. Ktokolwiek.
– Masz rację. To by było ponad moje siły.
– Wiem. A ja prawdopodobnie nie byłbym w stanie wejść do samolotu.
– Och, Luke. Dlaczego nasze życie tak się głupio ułożyło?
–  Nie  myśl  w  ten  sposób.  –  Potarł  kciukiem  jej  policzek.  –  Spędziliśmy 

cudowną noc. Niektórzy przez całe życie nie doświadczają czegoś podobnego.

– Słaba pociecha. – Meg pociągnęła nosem i otarła oczy.
– Meg. – Ujął jej twarz w dłonie. – Bądź uczciwa. Może chcesz mnie, ale nie 

chcesz mego stylu życia. Jestem aktorem, a nie plantatorem bawełny.

– Może... może zrezygnowałabym z polityki. Może...
– Nie mów tak.
– Aleja cię kocham!
–  Masz  w  życiu  dużo  więcej  do  zrobienia  niż  mnie  kochać  –  powiedział  z 

czułością.  –  A  więc  idź  i  rób  to,  co  powinnaś.  Pewnego  dnia  zostaniesz 
prezydentem. Będę na ciebie głosował.

– To dopiero początek – uśmiechnęła się blado.
– Już późno. Meg – przerwał jej. – Pospiesz się. Na razie jeszcze nikogo tu nie 

ma, ale za chwilę zacznie się ruch.

– Okay. – Pogłaskała go po policzku. – Kocham cię, Luke’u Bannisterze.
–  I  ja  ciebie  kocham,  Meg  Hennessy.  A  teraz  otwieram  drzwi.  –  Sięgnął  do 

klamki.

Meg zaczerpnęła powietrza.
–  Gotowa  –  oświadczyła.  Ścisnęła  jego  dłoń  i  szybko  się  wymknęła.  Tuż  za 

progiem  jednak  zatrzymała  się  jak  wryta.  Stanęła  twarzą  w  twarz  z  młodą 
fotoreporterką. Trzasnął flesz. Raz, drugi, trzeci.

– Meg? – usłyszała za sobą głos Luke’a.
Dziewczyna  przykucnęła,  cofnęła  się  o  krok  i  skierowała  aparat  na  Luke’a. 

Miał na sobie tylko dżinsy. Zaklął i rzucił się, by wyrwać jej aparat.

Dziewczyna zasłoniła się ramieniem.

background image

– Tylko mnie dotknij, a pożałujesz!
– Do diabła! Oddaj ten aparat!
Meg chwyciła go za ramię.
– Nie, zostaw ją! Jeszcze ktoś usłyszy, a wtedy będzie jeszcze gorzej.
– Zaskarżę hotel. Mieli nikomu nie podawać numeru pokoju.
–  Mylisz  się  –  roześmiała  się  fotoreporterką.  –  Twój  brat  mi  powiedział. 

Najwidoczniej nie obchodzi go, co się z tobą stanie.

–  Mój  brat?  –  Luke  gwałtownie  odwrócił  się  do  Meg.  –  Co  ja  najlepszego 

zrobiłem? Poprosiłem cię, żebyś mu dała numer pokoju, a on mnie zdradził.

– Przyszłam tu z własnej woli, Luke – powiedziała Meg. – I sama sobie jestem 

winna Jeśli teraz spokojnie stąd wyjdę, może ta kobieta mnie nie zdradzi. Ma, co 
chciała. Jeśli uda nam sieją przekonać, żeby trzymała język za zębami tylko dzisiaj, 
festiwal szczęśliwie dobiegnie końca.

–  Z  nikim  nie  zamierzam  rozmawiać  –  oświadcz)  u  dziewczyna.  –  Mówiąc 

szczerze,  natychmiast  wracam  do  Los  Angeles,  żeby  opchnąć  te  zdjęcia.  Jeśli 
dostaniesz rolę, będą warte o wiele więcej.

– Ty dziwko. Odwołam zdjęcia próbne.
–  Nie  zrobisz  tego.  –  Meg  popatrzyła  mu  prosto  w  twarz.  –  Może  wszystko 

jakoś się rozejdzie po kościach. Może nikt nie zechce tych zdjęć. Chyba nie są aż 
tak  atrakcyjne.  Ale  jeśli  odwołasz  zdjęcia  próbne,  nigdy  ci  tego  nie  wybaczę. 
Nigdy.

–  Lepiej  już  idź,  Meg  –  powiedział  Luke.  –  A  ty  spływaj  !  –  zwrócił  się  do 

fotoreporterki. – Już cię tu nie ma!

Meg popatrzyła na niego po raz ostatni i ruszyła w kierunku schodów. Serce jej 

waliło, czuła ucisk w gardle. Może to wszystko dobrze się skończy, pocieszała się. 
Może  zdjęcia  nigdy  sienie  ukażą,  a  jeśli  nawet,  może  nikt  ich  nie  zobaczy,  w 
każdym  razie  do  czasu  wyborów  do  Izby.  Może  ta  dziewczyna  w  pośpiechu 
sfuszerowała robotę.

Gdy tylko opuściła hotel, zaczęła biec. Błyskawicznie znalazła się na parkingu. 

Dopadła  do  samochodu  i  wyjęła  kluczyki.  Ręce  jej  drżały.  Z  trudem  trafiła  w 
stacyjkę. Dopiero w domu rozpłakała się głośno.

Luke obserwował ją przez okno, dopóki nie upewnił się, że dziewczyna za nią 

nie  idzie.  Zacisnął  pięści  z  wściekłości.  Zrujnował  przyszłość  Meg.  Nigdy  sobie 
tego  nie  wybaczy.  Gdyby  rezygnacja  ze  zdjęć  próbnych  mogła  w  czymkolwiek 
pomóc,  nie  wahałby  się  ani  chwili.  Wiedział  jednak,  że  byłby  to  tylko  nic  nie 

background image

znaczący gest. Ansel Wiggins sprzeda swoje zdjęcia i tak, niezależnie od tego, czy 
on  zagra  w  filmie  fabularnym,  czy  pozostanie  gwiazdą  serialu.  Różnica  będzie 
tylko w cenie.

Zastanowił się  nad  tym, co  się  stało.  Nigdy  by  nie  przypuszczał,  że  jego  brat 

zechce zranić go aż tak bardzo. Pomylił się co do niego. Nie ocenił właściwie jego 
gniewu,  zazdrości  i  –  niedojrzałości.  Podając  Wiggins  numer  pokoju  Luke’a, 
zachował się podle, małodusznie, ale przede wszystkim dziecinnie.

I  w  tym  właśnie  tkwi  problem.  Clint  nigdy  tak  naprawdę  nie  wydoroślał.  Co 

gorsza,  nikt  tego  od  niego  nie  żądał.  W  szkole  zawsze  krył  go  Luke,  a  potem 
opiekę  nad  nim  roztaczał  ojciec.  Teraz,  gdy  zabrakło  ich  obu,  Clint  zaniedbuje 
plantację, spędzając czas z kumplami i rozbijając się czerwoną ciężarówką.

Luke  wszedł  do  sypialni.  Wyciągnął  podkoszulek  i  buty.  Tym  razem  Clint 

posunął się za daleko. Żarty się skończyły.

background image

Rozdział 11

Luke  zabrał  się  do  Clinta  ciężarówką,  którą  dostarczano  towar  na  pobliską 

farmę.  Potem  musiał  jeszcze  przejść  około  kilometra.  Był  w  podłym  nastroju. 
Widok  zaniedbanego  domostwa  jeszcze  bardziej  go  rozdrażnił.  Było  mu  wstyd. 
Clint nie zasługuje na farmę, jeśli nie potrafi o nią zadbać.

Wszedł jak zawsze kuchennymi drzwiami. Nie przypominał sobie, kiedy ostatni 

raz wchodził frontowymi. Nie były zamknięte na klucz. Nigdy tego nie robili.

– Clint! – zawołał.
Nie czekał na odpowiedź. Może Clint jest w łóżku z Debbie. Nie obchodziło go 

to. Wpadł jak burza do sypialni, która kiedyś należała do rodziców.

Clint  leżał  w  małżeńskim  łożu.  Wciąż  miał  na  sobie  dżinsy  i  podkoszulek. 

Usiadł i przetarł oczy.

– Boże, moja głowa – jęknął.
– Wyskakuj z łóżka, braciszku – polecił Luke.
– Co, u diabła... – Clint wpatrywał się w brata, jakby nie pojmował, co do niego 

mówi. Nagle twarz mu się rozjaśniła. – Przyłapała was, co? Myślę, że to...

– Wyskakuj albo cię wyciągnę.
–  Chcesz  się  bić,  braciszku?  –  Clint  przybrał  słodki  ton.  –  A  może  wciąż  się 

boisz o swoją śliczną buźkę?

– Chcę, żebyś mi  odpowiedział na parę pytań. – Luke dyszał ciężko. – Jakim 

cholernym prawem naraziłeś na szwank karierę Meg?

–  Nikt  jej  nie  kazał  iść  do  ciebie.  –  Clint  usunął  się  w  bok,  zajął  pozycję 

wyjściową. Luke zrobił to samo. Przećwiczyli to przez lata w dziesiątkach bójek.

– Nikt by o tym nie wiedział.
–  Właśnie.  Dlatego postanowiłem wykorzystać  okazję.  Maleńki rewanż  za to, 

jak mnie załatwiłeś.

–  Załatwiłem  cię?  –  Luke  obserwował  bacznie  ręce  Clinta,  czekając  na  jego 

pierwszy  ruch.  –  Kto  stawał  w  twojej  obronie  przy  każdej  okazji?  Kto  cię  krył, 
kiedy okradłeś sklep? Kto wyjechał, zostawiając ci całą farmę?

– A może ja wcale nie chcę być farmerem?
– Wygląd domu na to wskazuje. Chętnie odkupię plantację.
– Akurat.
–  A  niby  dlaczego  nie?  Czyż  nie  o  to  ci  chodzi?  O  górę  pieniędzy  i  zero 

odpowiedzialności? Czyż nie to właśnie mam twoim zdaniem?

background image

–  Pewno.  Prężysz  się  przez  cały  dzień  przed  kamerami,  podczas  gdy  ja  tu 

haruję.

– A więc daj sobie spokój. Lepiej zajmę się tym wszystkim, mieszkając w Los 

Angeles, niż ty, siedząc tutaj.

– Wolne żarty. Jesteś teraz miastowym facetem. Nie odróżniasz już bawełny od 

zwykłej waty.

Luke  miał  się  na  baczności.  Za  chwilę  się  zacznie.  Nie  uśmiechała  mu  się 

bójka, ale Clint najwyraźniej tego właśnie potrzebował.

– Odróżniam, ty idioto, odróżniam, niech cię o to głowa nie boli.
–  Chcesz  walczyć  czy  znowu  dasz  nogę,  tak  jak  wczoraj? Co  będzie  z  twoją 

śliczną buźką?

– Zaraz się przekonamy. – Krążyli wokół siebie, szykując się do walki.
– Czyżby? To dobra wiadomość. Nie mogę się wprost doczekać, żeby wytłuc z 

ciebie całe to gówno.

Zaatakował.  Luke  cofnął  się  lekko  i  wymierzył  mu  cios  w  szczękę,  ale  Clint 

zręcznie się uchylił. Jego lewa pięść wylądowała na brodzie brata. Luke przygryzł 
sobie język i poczuł, że krwawi.

–  Lepiej  się  poddaj.  –  Clint  tańczył  przed  nim  na  ugiętych  nogach  niczym 

bokser na ringu. – Następnym razem złamię ci nos.

Luke  rzucił  się  na  brata. Upadli  na  podłogę,  tarzając się  od  ściany  do  ściany. 

Luke  uderzył  głową  o  nogę  stołu,  ale  udało  mu  się  jeszcze  rozbić  Clintowi  nos. 
Triumfował  przez  chwilę,  widząc  krew  na  twarzy  brata,  ale  już  w  następnej 
sekundzie poczuł, że krwawi mu warga. Clint nie pozostał dłużny.

Mocowali  się  tak,  sapiąc  i  dysząc  ciężko.  Wreszcie  oderwali  się  od  siebie. 

Wstali. I znów zajęli pozycje wyjściowe.

– Ledwo stoisz. Poddaj się – zaproponował Luke.
–  Ani  myślę.  –  Clint  zamierzył  się  do  ciosu,  ale  brat  uskoczył  w  bok. 

Straciwszy  równowagę,  Clint  wyrżnął  w  ścianę  z  taką  siłą,  że  na  podłogę  spadł 
obraz. Przez moment był zupełnie zamroczony.

– Uważaj, co robisz – ostrzegł go Luke.
–  Ty  uważaj.  Ja  jestem  zbyt  zajęty.  –  Chwycił  Luke’a  wpół  i  przewrócił  na 

ziemię, przykrywając go sobą.

Luke usiłował się wyswobodzić, ale był unieruchomiony.
– Złaź ze mnie – warknął.
– Teraz nie. Mam przewagę.
Ostatkiem sił Luke zdołał przetoczyć się na bok, potem na brzuch. Teraz Clint 

background image

znalazł się pod spodem.

– Do cholery – zaklął, usiłując się wydostać. – To ciężka praca.
Luke mimo woli zachichotał.
– Śmiejesz się czy krztusisz krwią? – spytał Clint.
– Jedno i drugie.
– Masz dość?
– A ty?
– Może.
Luke  przewrócił  się  na  plecy  i  spojrzał  w  sufit.  Po  chwili  odwrócił  głowę  i 

popatrzył na Clinta.

– Koszmarnie wyglądasz – zauważył.
–  Tobie  też  nic  nie  brakuje  –  odwzajemnił  się  Clint.  –  Po  cholerę to  robiłeś? 

Będziesz posiniaczony jak diabli.

– To był jedyny sposób, żebyś zwrócił na mnie uwagę.
– Nie będziesz mógł grać w tej twojej mydlanej operze przez Bóg wie ile dni...
– Gorzej. Jutro mam zdjęcia próbne do filmu.
–  – Dureń z ciebie. Nie jestem tego wart – odparł Clint z błyskiem w oku.
– A ja myślę, że jesteś.
Clint zamknął oczy.
–  A  niech  to  szlag  –  wyszeptał.  –  Było  bardzo  kiepsko,  gdy  ta  Ansel  was 

nakryła?

– Cóż, mogło być gorzej. Szczęśliwie mieliśmy już coś niecoś na sobie.
– Pogadam z nią. Może uda mi się kupić te zdjęcia.
– Za późno. Jest już w drodze do Los Angeles. Razem z filmem.
– Cholera. Co mógłbym zrobić?
– Mam wrażenie, że już ci przeszło. Skąd ta nagła zmiana? – zdziwił się Luke.
Clint  chciał  się  uśmiechnąć,  ale  zrobił  tylko  jakiś  niewyraźny  grymas.  Za 

bardzo bolał go policzek – To dlatego, że bardziej zależało ci na wbiciu mi trochę 
rozumu do głowy niż na własnej twarzy. Oto stary Luke, pomyślałem sobie. Taki, 
jakiego pamiętam.

– Nigdy się nie zmieniłem.
– Ja widziałem to inaczej. Dziesięć lat temu zabrałeś się stąd i przestałem cię 

obchodzić.

–  Nie  uciekłem  od  ciebie,  tylko  od  naszego  starego.  Nie  mogłem  znieść,  że 

wszystkie swoje żale wyładowywał na mnie, a z tobą się pieścił.

– Pieścił? Harowałem jak wół!

background image

–  Zgoda.  Może  to  niewłaściwe  słowo.  Ale  ciebie  nie  bił.  Mnie  mogło  się  to 

wtedy  wydawać  pieszczotą.  Nienawidziłem  go,  a  tobie  zazdrościłem.  Wciąż 
jeszcze słabo mi się robi na samą myśl o nim.

– Właściwie wiedziałem o tym. Nie byłem nawet specjalnie zaskoczony, że nie 

przyjechałeś na pogrzeb. Choć oczywiście chciałem, żebyś przyjechał.

– Ja też chciałem. – Luke odgarnął włosy z czoła. – Dziwne, ale mam wrażenie, 

że gdyby to było teraz, to przyjechałbym.

– Jak to?
Luke  nie  odpowiedział.  Dotknął  językiem  rozciętej  wargi.  Przydałby  się 

kawałek lodu, ale czy to wystarczy?  Jak się pokaże na zdjęciach próbnych z taką 
twarzą?

– Po prostu bym przyjechał – powiedział po chwili. Clint przypatrywał mu się 

bacznie.

– To Meg, prawda? Zeszliście się z powrotem. Luke powoli skinął głową.
– I co teraz? Wrócisz?
– Nie. Lubię swoją pracę, a jej nie chcę przeszkadzać w karierze politycznej.
–  Jeśli  to  ma  być  szlachetna  mowa  o  samopoświęceniu,  nie  obejdzie  się  bez 

kawy.

Luke’a rozbawiła ta uwaga. Poszedł za bratem do kuchni. Tył głowy bolał go 

jak diabli.

– Masz trochę lodu? – spytał.
– Być może. – Clint wskazał na starą lodówkę. – Ta cholera wciąż się psuje.
Luke  znalazł  w  zamrażalniku  pojemnik  do  połowy  wypełniony  lodem  i  parę 

starych hamburgerów. Wyjął lód.

– Fatalnie to wszystko wygląda – zauważył.
– Wiem.
–  Naprawdę  tak  krucho  z  pieniędzmi?  –  Przyłożył  –  lód  do  rozbitej  wargi, 

resztę podał Clintowi. Też mu się przyda. Policzek puchł w oczach.

– Cóż, czasy są ciężkie.
– Możesz sprzedać farmę.
– Tobie?
– Nie. Nie mówiłem tego poważnie.
– Szkoda. Mówiąc szczerze, chciałbym, żebyś wziął swoją połowę z powrotem.
– Czemu?
–  Miałbym  kogoś,  kto  dbałby  o  to  miejsce,  z  kim  mógłbym  pogadać,  kto 

pomógłby mi podjąć decyzję.

background image

Luke słuchał brata ze zdziwieniem. Myślał, że Clint będzie zadowolony, że jest 

jedynym właścicielem farmy. Tymczasem uznał prezent od brata za widomy znak, 
że ten nie chce mieć nic wspólnego ani z farmą, ani z nim.

–  Zgoda,  to  kiepski  pomysł  –  stwierdził  Clint  po  chwili.  –  Ty  nie  chcesz 

zajmować się farmą, a ja...

– Nie, to dobry pomysł. Wezmę z powrotem swoją część.
– Naprawdę? Mówisz poważnie? – Popatrzył na brata z radością.
–  Oczywiście.  Tyle  że  większość  spraw  będziemy  musieli  załatwiać 

telefonicznie.  Wiem, jak  bardzo nienawidzisz  tych wszystkich ludzi,  którzy tu  za 
mną ściągnęli.

– Żaden problem. – Clint wzruszył ramionami.
– Zgoda, chociaż nigdy niczego razem nie zrobimy.
–  Mam  pomysł.  Możesz  przyjeżdżać  w  przebraniu.  W  końcu  jesteś  aktorem, 

prawda? Przykleisz wąsy, włożysz poduszkę pod koszulę, na nos okulary.

– Kto wie, może to i niezły pomysł. – Luke wybiegł już myślami w przyszłość. 

Jeśli będzie mógł odwiedzać Clinta, to być może i Meg. Ale nie, nie ma sensu robić
jej  nadziei.  Nie  powinien  nawet  o  tym  myśleć.  A  jednak...  Zobaczymy.  Na  razie 
musi się zastanowić, jak wybrnąć z zaistniałej sytuacji.

–  A  więc  załatwione.  –  Clint  wyciągnął  rękę  do  brata.  –  Jesteś  teraz 

współwłaścicielem farmy Bannisterów.

Uścisnęli sobie dłonie. Na moment ich spojrzenia się spotkały. Wreszcie Luke 

opuścił rękę, zanim którykolwiek z nich poczuł się zakłopotany. Rozejrzał się po 
kuchni.  Zlew był  wypełniony brudnymi naczyniami.  Wokół walały  się puszki  po 
piwie.

– Pierwszą rzeczą, jaką razem zrobimy, będzie uporządkowanie tego miejsca –

zaproponował. – Naprawdę wypiłeś całe to piwo?

– Chyba tak.
– Chcesz skończyć jak nasz stary?
– Myślałem o tym. – Clint westchnął i umknął wzrokiem w bok. – Zwłaszcza 

po  tym,  co  powiedziałem  Debbie  w  piątek  wieczorem.  Nigdy  bym  jej  tak  nie 
potraktował, gdybym nie był wlany.

– Też tak myślę.
– Wczoraj ją przeprosiłem. Nie wiem, czy to cokolwiek zmieni.
– Bądź dobrej myśli.
– Ale później znów się zalałem i załatwiłem ciebie i Meg.
– Racja.

background image

– Chyba muszę na jakiś czas przystopować.
– Zgadza się.
–  I  tak  nie  sprawia  mi  to  już  przyjemności.  –  Clint  zamyślił  się.  –  A  co  byś 

powiedział na śniadanie? Jestem cholernie dobrym kucharzem.

–  Chwała  Bogu,  że  choć  jeden  z  nas  potrafi  gotować.  –  Luke  poczuł  ulgę. 

Wiedział, że Clint ma silną wolę. Jeśli postanowił, że przestanie pić, zrobi to.

– Zaparzę kawy – zaproponował Luke. – W czasie śniadania zastanowimy się, 

jak pomóc Meg.

– Zgoda.
– Będzie jak za dawnych lat.
– Jak za dawnych lat – uśmiechnął się Clint.

Meg wypiła dwie kawy, odświeżyła się, wypuściła psa i o dziewiątej wyruszyła 

z  domu.  Impreza  zaczynała  się  o  dziesiątej,  ale  organizatorzy  musieli  być  na 
miejscu wcześniej. Nie miała ochoty iść, wolałaby czyścić schody szczoteczką do 
zębów, ale nie miała wyjścia. Może uda jej się trzymać z dala od wścibskiej Didi.

Oczywiście  głos  Didi  był  pierwszym,  który  usłyszała  w  swoim  walkie-talkie. 

Zniknęło  gdzieś  pudło  z  programami  festynu.  Meg  nie  pozostało  nic  innego  jak 
udać się do stoiska informacyjnego. Postanowiła, że tak czy inaczej przez cały czas 
nie zdejmie ciemnych okularów.

W informacji czekała zdenerwowana Didi.
– Dzień dobry – zawołała do niej, wyskakując z bryczki.
– Witaj. Co się stało?
– Nic, dlaczego? – Meg uśmiechnęła się z najwyższym wysiłkiem. – Szukałaś 

w tym zielonym pudle? – spytała. – Chyba tam je widziałam.

–  Jak  ty  wyglądasz?!  –  wykrzyknęła  Didi.  Meg  spojrzała  na  swoje  dżinsy  i 

podkoszulek.

– Jestem ubrana tak samo jak ty.
– Nie chodzi mi o ubiór. Twoja twarz! Wyglądasz jak nieboszczyk.
– Miałam nadzieję, że nikt się nie zorientuje – wyjąkała.
–  W  czym?  –  Didi  zmartwiała.  –  O  Boże.  –  Didi  wskoczyła  do  bryczki.  –

Wsiadaj – zawołała do Meg. Odjechała kilkadziesiąt metrów za pawilon. – A teraz 
mów. Co się stało?

–  Coś najgorszego. –  Meg  zdjęła okulary i  przetarła oczy.  Opowiedziała  Didi 

pokrótce  przebieg  wydarzeń,  nie  wdając  się  w  szczegóły.  Gdy  skończyła, 
przyjaciółka objęła ją za szyję.

background image

–  Nie  rób  sobie  wyrzutów  –  tłumaczyła.  –  Wątpię,  by  jakakolwiek  kobieta 

zachowała się inaczej w podobnych okolicznościach. I nikt nic nie będzie wiedział, 
z wyjątkiem tego padalca Clinta Bannistera. Chętnie skręciłabym mu kark.

– Jeśli sprawa się wyda, mogę się pożegnać ze stanowiskiem przewodniczącej 

Izby – chlipnęła Meg. – I z moimi planami kandydowania do Kongresu.

– Może nie będzie tak źle – pocieszyła ją Didi.
– Wiesz, jak to jest. – Meg potrząsnęła głową. – Takie rzeczy zawsze wychodzą 

na  jaw,  i  to  na  ogół  w  najmniej  odpowiednim  momencie.  Jestem  pewna,  że  ta 
dziewczyna sprzeda zdjęcia. Jeśli Luke dostanie rolę, – będą warte jeszcze więcej. 
Mam tylko nadzieję, że mieszkańcy Chandler ich nie zobaczą, w każdym razie do 
czasu  wyborów.  –  Pociągnęła  nosem.  –  Oczywiście  mogą  mnie  wyrzucić potem. 
To byłoby jeszcze gorsze. Może powinnam w ogóle zrezygnować.

–  W  żadnym  wypadku.  Potrzebujemy  cię  na  tym  stanowisku  i  nie  możemy 

dopuścić, by jedna błaha sprawa...

– Jedna poważna sprawa, Didi.
–  W  porządku,  by  jedna  poważna  sprawa  powstrzymała  cię  przed 

kandydowaniem.  A  teraz  musisz  ogłosić,  że  męczy  cię  alergia,  i  dlatego  tak 
okropnie wyglądasz.

– Nigdy nie miałam alergii.
– A teraz masz. To się zdarza. I druga sprawa. Porozmawiaj z Lukiem, zanim 

wyjedzie, i spytaj, czy może wstrzymać publikację tych zdjęć. Na pewno ma jakieś 
znajomości  w  Los  Angeles,  a  nawet  w  Nowym  Jorku.  Może,  jeśli  zgodzi  się  na 
jakiś specjalny wywiad albo będzie pozował komuś na rozkładówkę...

– Didi! Nie mogę go o to prosić!
– To ja to zrobię!
–  Nie!  Porozmawiam  z  nim.  Obiecuję.  –  Meg  była  przerażona  samą  myślą  o 

ponownej rozmowie z Lukiem, ale wiedziała, że Didi ma rację. Może Luke zdoła 
coś zrobić, oczywiście coś, co nie uwłaczałoby jego honorowi.

– A więc załatwione. I trzecia sprawa. Z wyjątkiem tej jednej rozmowy trzymaj 

się z dala od Luke’a Bannistera. Chyba że chcesz zmienić wszystkie swoje plany 
życiowe. – Didi bacznie przyjrzała się Meg.

– Nie.
– Zrozumiałabym.
–  Myślałam  o  tym  bez  przerwy  od  chwili,  kiedy  rozstaliśmy  się,  i  zawsze 

dochodziłam  do  tego  samego  wniosku.  Polityka  fascynowała  mnie  od  szkolnych 
czasów. To moje powołanie, Didi, nigdy bym sobie nie wybaczyła, gdybym z niej 

background image

zrezygnowała.

– Zatem nie możesz zrezygnować.
–  Poza  tym,  Luke  straciłby  dla  mnie  szacunek,  gdybym  wszystko  rzuciła  i 

wyjechała  z  nim  do  Los  Angeles.  Jedną  z  cech,  którą  we  mnie  podziwia,  jest 
wierność sprawom, w które wierzę. Szanuje mnie za to, że chcę się zająć polityką. 
Nie byłabym tą osobą, którą kocha, gdybym ze wszystkiego zrezygnowała.

– A co z nim? Wróci tutaj?
Meg potrząsnęła głową.
–  Nawet  bym  tego  nie  chciała.  Jest  tak  zafascynowany  tym,  co  robi.  Byłoby 

zbrodnią zrobić z niego z powrotem chłopaka z farmy.

– Masz rację – westchnęła Didi. – Gotowa?
– Tak.
–  A  więc  poszukajmy  tych  folderów.  Myślę,  że  Luke  nie  zjawi  się  przed 

dziesiątą.

background image

Rozdział 12

Parę  minut  po  dziesiątej  Meg  podjechała  do  zwierzyńca,  gdzie  Luke  miał 

pozować do zdjęć ze strusiem. Usiłowała zachować spokój, ale nie bardzo jej się to 
udawało. Jak mogła być opanowana, skoro za chwilę miała stanąć twarzą w twarz z 
mężczyzną,  z  którym  kochała  się  przez  całą  noc  i  którego  prawdopodobnie  już 
nigdy nie zobaczy?

Luke  rozdawał  autografy.  Stał  tyłem  do  niej.  Miał  na  sobie  obcisłe  błękitne 

dżinsy, białą koszulę i kapelusz kowbojski. Oczy zaszły jej łzami, gdy z czułością 
pochyli! się ku małej dziewczynce. Zawsze lubił dzieci. Zapomniała o tym. Dawno 
temu marzyła, żeby mieć z nim dziecko.

Kiedy odwrócił się do niej, zmartwiała, Dolna warga opuchnięta, prawe oko na 

wpół zamknięte i obrzmiałe, wzdłuż policzka głębokie zadrapanie.

– Luke, na Boga! Co się stało?
– Szkoda, że nie widzisz tego drugiego – usiłował się uśmiechnąć.
– Biłeś się z Clintem, co?
–  Tak  naprawdę,  to  ja  go  biłem.  I  zwyciężyłem  –  powiedział  Clint,  który 

właśnie nadszedł z dwoma kubkami coli. – Chcesz? – spytał.

– Nie, dziękuję. – Meg patrzyła ze zdumieniem na braci. Zachowywali się jak 

najlepsi przyjaciele.

– To ja wypiję. Albo potrzymam chwilę przy policzku. Dobrze mi to zrobi.
– Sama nie wiem, który z was gorzej wygląda.
– On – odpowiedzieli równocześnie, wskazując jeden na drugiego. I roześmiali 

się jak na komendę.

Meg była kompletnie zbita z tropu. Nigdy nie zrozumie mężczyzn.
–  Cóż,  pewno  jesteście  z  siebie  bardzo  dumni  –  zauważyła.  –  Zwłaszcza  ty, 

Luke. A co ze zdjęciami próbnymi?

– Może odegram scenę walki albo tuż po walce.
– Nie wydajesz się specjalnie przejęty.
– Bo nie jestem.
– Bo nie jest – potwierdził Clint. – Nawiasem mówiąc, powinnaś być dla niego 

trochę milsza, Meg. To dla ciebie narażał swoją buźkę – zachichotał.

– Mam nadzieję, że to nieprawda – zawahała się Meg.
– Nie – mrugnął do niej Luke. – Potrzebowałem tego. Czuje się teraz o wiele 

lepiej.

background image

– Świetnie. Po prostu świetnie. A ja myślałam, że wreszcie wydorośleliście. Co 

to wszystko ma znaczyć?

Luke zerknął na Clinta.
– Skąd my to znamy? – roześmiał się.
– Coś mi się zdaje, że już to parę razy słyszałem. I zawsze robi przy tym taką 

ważną minę, prawda?

– Przestańcie wreszcie – zirytowała się Meg.
–  Już  dobrze, nie  martw  się  – uspokoił  ją Luke.  –  Mogą zmienić termin  tych 

zdjęć,  jeśli  naprawdę  im  na  mnie  zależy.  A  poza  tym,  charakteryzatorka  potrafi 
zdziałać cuda.

– Mam nadzieję – westchnęła Meg.
– Wszystko będzie dobrze.
– Słuchaj, rozmawiałam z Didi – powiedziała, przypominając sobie nagle, po co 

przyszła.  –  Pytała,  czy  możesz  jakoś  nakłonić  tę  fotoreporterkę,  żeby  nie 
publikowała zdjęć.

– Spróbuję.
–  A  jeśli  to  się  nie  uda  –  włączył  się  Clint  – i  zdjęcia  się  ukażą,  załatwię  ze 

znajomym kolporterem, żeby zatrzymał te czasopisma aż do czasu wyborów. Nikt 
ich tutaj nie zobaczy.

– A potem i tak mnie wyrzucą.
– Nie sądzę, Meg. – Luke potrząsnął głową. – Cieszysz się w mieście dużym 

poparciem.

– Nie martw się. – Clint objął ją i potrząsnął delikatnie. – Jakoś to załatwimy. 

Pamiętasz byka? Czyż nie uratowaliśmy się przed nacierającym bykiem?

– A pamiętacie, jak znaleźliśmy tę na wpół martwą kurę i ... – Luke przerwał, 

bo dwie nastolatki poprosiły go o autograf.

– Lepiej już pójdę – powiedziała Meg.
– Zaczekaj. – Podpisał i ustawił się z dziewczętami do zdjęcia na tle strusia.
– Co się stało z twoją twarzą? – spytała jedna z nastolatek.
– To te drzwi wahadłowe – wyjaśnił Luke. – On wchodził, ja wychodziłem.
–  Tak,  uważajcie  na  te  drzwi.  I  wam  może  się  coś  takiego  przytrafić  –  dodał 

Clint.

Meg  uśmiechnęła  się.  Niezależnie  od  tego,  co  będzie,  Luke  i  Clint  znów  są 

braćmi. I to ona się do tego przyczyniła, choć w dość pokrętny sposób. Kątem oka 
dostrzegła następną grupkę  łowców autografów. Zresztą i  tak nie  może stać tu  w 
nieskończoność. Jeszcze ludzie zaczną gadać.

background image

– Naprawdę już muszę iść – oznajmiła.
– Zadzwonię do ciebie – powiedział Luke.
–  Nie  wiem,  czy  to  dobry  pomysł.  Myślę,  że  rozmowa  telefoniczna...  to

znaczy...

– Masz rację. To kiepski pomysł – przyznał.
– Chciałabym wiedzieć, czy dostałeś tę rolę.
– Clint ci powie. Dam mu znać.
– Okay.
– Pożegnaj ode mnie Apacza.
– Na pewno.
– Uważaj na siebie.
– Ty też. – Patrzyła na niego, dopóki łzy nie napłynęły jej do oczu. Odwróciła 

się i odeszła pospiesznie, nie oglądając się za siebie.

Czas do godziny czwartej po południu, kiedy to odlatywał samolot Luke’a, był 

dla  Meg  istną  męczarnią.  Bez  przerwy  o  nim  myślała  i  kilka  razy  musiała  sobie 
przypominać,  dlaczego  nie  powinna  odprowadzać  go  na  lotnisko.  Ilekroć  łzy 
napływały jej do oczu, uciekała się do podsuniętego jej przez Didi wyjaśnienia. Po 
prostu miała katar alergiczny.

Wreszcie Luke wyjechał. Festiwal trwał, odbywały się wyścigi strusi, muzyka 

grała, sprzedawcy starali się za wszelką cenę pozbyć reszty towarów, ale Meg cała 
ta  impreza  wydała  się  teraz  pusta  i  bez  życia.  Nagle  ogarnęło  ją  zmęczenie.  Na 
szczęście  wszyscy  to  rozumieli.  Zewsząd  zbierała  gratulacje  za  znakomitą 
organizację.  Niektórzy  twierdzili  nawet,  że  ten  festiwal  należał  do  najbardziej 
udanych.  Nawet  bójka  i  pogodzenie  się  braci  Bannisterów  uznano  za  dodatkową 
atrakcję.  Meg  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  noc  spędzona  z  Lukiem  to  aby  nie 
wytwór jej wyobraźni.

I nagle, jakby dla zaprzeczenia temu, podeszła Didi, zajrzała jej głęboko w oczy 

i poklepała po ramieniu.

– Jakoś to przeżyjesz – szepnęła.
Meg wcale nie była tego taka pewna.

Z  pomocą  Didi  przetrwała  jakoś  następne  dwa  tygodnie.  Didi  miała 

organizować  festiwal  w  następnym  roku,  a  więc  poświęciła  dużo  czasu,  by 
wprowadzić ją w przyszłe obowiązki. Była zadowolona, że ma zajęcie i ze pracuje 
właśnie z przyjaciółką, która doskonale rozumiała jej stan psychiczny. Wiele czasu 

background image

spędzała również w swojej firmie konsultingowej.

Najgorsze  były  wieczory.  Chodziła  z  Apaczem  na  długie  spacery,  żeby  móc 

zasnąć.  Wdychała  świeże  powietrze  wieczoru  i  zapach  drzewek  cytrynowych, 
podziwiała wschodzący księżyc. A jednak wciąż czuła się nieszczęśliwa.

W każdy weekend zasiadała przed telewizorem, by obejrzeć „Labirynt uczuć”. 

Widok Luke’a na ekranie wzmagał tylko jej tęsknotę. Nie była jednak w stanie z 
tego  zrezygnować.  Luke  najwidoczniej  nie  dostał  roli  w  filmie,  bo  Clint  nie 
zadzwonił. W każdym razie jeszcze nie zadzwonił. Powinna go poprosić, żeby dał 
jej znać, ale jakoś nie przyszło jej to do głowy.

Od  czasu  festiwalu  nie  widziała  się  z  rodzicami.  Kiedy  matka  zaprosiła ją  na 

obiad, Meg przyjęła zaproszenie, a potem przez cały czas męczyła się, prowadząc 
nic nie znaczące rozmowy o sąsiadach i najnowszych wydarzeniach w mieście, gdy 
tymczasem  jej  myśli  krążyły  nieustannie  wokół  tych  nieszczęsnych  zdjęć  z 
Lukiem. Niestety w rodzicach nie znajdzie oparcia. Przestrzegali ją przecież, żeby 
trzymała się od niego z daleka.

Przed  deserem  ojciec  odchrząknął,  co  było  widomym  znakiem,  że  zamierza 

powiedzieć coś ważnego. Meg zmartwiała.

– Widziałem się dzisiaj z Clintem – zaczął. – Luke podobno wziął z powrotem 

swoją część farmy.

–  Czy  to  znaczy,  że  chce  tu  zamieszkać?  –  spytała  Meg  z  najwyższym 

zdumieniem.

Jack Hennessy spojrzał na córkę ze zdziwieniem.
– Nie sądzę. Chodzi o to, że teraz Clint będzie miał z kim omawiać swoje plany 

i problemy. Luke będzie kimś w rodzaju cichego wspólnika. Myślę, że Clint tego 
potrzebuje.  Jest  jeszcze  za  młody,  żeby  samemu  ponosić  odpowiedzialność  za 
farmę.

–  Zapewne  –  Meg  starała  się  ukryć  rozczarowanie.  Oczywiście,  że  Luke  nie 

osiedli się w Chandler. Wyraźnie jej to powiedział.

– Teraz, kiedy się o tym dowiedziałem – kontynuował pan Hennessy – myślę, 

że  źle  oceniłem  Luke’a.  I  chcę,  żebyś  o  tym  wiedziała.  Zachowywał  się  bez 
zarzutu.  Nawet  ta  bójka  z  bratem  obróciła  się  w  końcu  na  dobre.  Clint  zaczął 
odnawiać dom. To chyba wpływ Luke’a.

–  Szkoda,  że  nie  możesz  jemu  tego  powiedzieć  –  zauważyła  Meg.  Gdybyż 

ojciec wiedział, jakie to było „zachowanie bez zarzutu”, pomyślała.

–  Powiem  mu,  gdy  tylko  nadarzy  się  okazja,  w  co  wątpię.  Bo  niby  z  jakiego 

powodu  miałbym  się  znaleźć  w  otoczeniu  gwiazdora  filmowego?  –  Przerwał  na 

background image

chwilę i spojrzał na córkę. – To wszystko nie zmienia jednak mego zdania na wasz 
temat. Nadal uważam, że on nie jest dla ciebie odpowiednim mężczyzną. Nigdy nie 
był i nie będzie.

– Przestań, Jack – wtrąciła się pani Hennessy. – Miałeś tylko powiedzieć Meg, 

że Luke przejął swoją część farmy.

– Chciałem porozmawiać z Meg nie tylko o Luke’u. – Pan Hennessy poczuł się 

urażony. – Chciałem pogratulować jej organizacji festiwalu.

– Tak, tak – przyznała pani Hennessy. – Wszyscy cię podziwiali.
– Sprawdziłaś się. Jeśli tak dalej pójdzie, na pewno zostaniesz przewodniczącą 

Izby. Osiągniesz to, czego pragniesz – podsumował ojciec.

– Meg przez moment wahała się, czy nie powiedzieć rodzicom o zdjęciach. Nie 

chciała ich jednak niepokoić. A nuż Luke’owi uda się przekonać dziewczynę, żeby 
ich nie publikowała. Może nawet już to zrobił.

Agent Luke’a, Henry Davis, przesunął termin zdjęć próbnych. Autorzy serialu 

wymyślili na poczekaniu historię tłumaczącą jego wygląd. Wreszcie Luke poprosił 
Henry’ego,  żeby  pomógł  mu  załatwić  sprawę  z  Ansel  Wiggins.  Ten  natychmiast 
wyszukał  jej  numer  telefonu.  Gdy  Luke  wykręcił  numer,  odezwała  się 
automatyczna sekretarka. W tle słychać było głosy zwierząt. „Ansel Wiggins bawi 
na safari z księciem Karolem. Asystentka przekaże jej wiadomość. Proszę zostawić 
swoje nazwisko i numer telefonu”.

Luke  nie  miał  najmniejszego  zamiaru  tego  robić.  Gotowa  sprzedać  jego 

prywatny numer, tak jak zdjęcia. W końcu jednak podał go.

Kiedy  w  ciągu  dwóch dni  nie  otrzymał  żadnej  wiadomości,  zadzwonił po  raz 

drugi.  Informacja  na  sekretarce  była  już  inna.  Na  tle  starej  muzyki  ludowej  głos 
informował:  „Ansel  Wiggins  bawi  z  Shirley  MacLaine  na  uroczystości 
poświęconej  pierwszym  osadnikom.  Proszę  zostawić  swoje  nazwisko,  numer 
telefonu i znak zodiaku”.

Luke  podał  numer  domowy  i  służbowy,  zaznaczając,  że  sprawa  jest  pilna. 

Zadzwoniła o północy.

–  Przepraszam,  że  o  tej  porze  –  powiedziała  –  ale  jestem  nocnym  markiem  i 

tracę poczucie czasu.

– Możemy się spotkać?
– Oczywiście. Teraz?
– Dobrze – odparł, choć wcale nie było mu to w smak.
W  pół  godziny  potem  zjawił  się  w  całodobowej  kawiarni.  Ansel  żuła  gumę  i 

background image

studiowała  menu.  Miała  na  sobie  szerokie  szorty,  rozciągnięty  podkoszulek  i 
czapeczkę besabellową daszkiem do tyłu.

– Wybrałam melbę. Co dla ciebie? – spytała.
– Kawa – odparł. – Przepraszam, że tak cię potraktowałem wtedy w hotelu, ale 

ta kobieta jest moją bliską przyjaciółką.

– Domyślam się.
– Powiem krótko: chcę mieć te zdjęcia i negatywy. Zapłacę za nie, ile zechcesz.
– Jestem pewna, że zapłacisz. Co się stało z twoją twarzą?
– Nieważne. Ile chcesz?
– Nic.
– Jak to?
– Ponieważ już je sprzedałam. Dostałam zaliczkę, a kiedy otrzymasz tę rolę w 

filmie, wezmę resztę.

–  Do  diabła!  Czy  ty  sobie  nie  zdajesz  sprawy,  że  możesz  zniszczyć  czyjąś 

karierę?  Wyglądasz  na  feministkę.  Nie  chcesz,  żeby  kobiety  zajmowały  wysokie 
stanowiska?

– Owszem. Chcę. Dlatego sprzedałam te zdjęcia. Muszę myśleć o sobie.
– Ale robisz to czyimś kosztem.
–  Wolnego,  panie  Bannister.  A  jeśli  otrzymasz  tę  rolę,  nie  będzie  to  czyimś 

kosztem? Chyba nie jesteś jedynym aktorem w mieście, który się o nią ubiega.

– Strata jednej roli nie oznacza jeszcze końca kariery.
– Skąd ta pewność? A może dla kogoś to ostatnia szansa? Skąd wiesz, czy jeśli 

jakiś  facet  nie  dostanie  roli  w  tym  filmie,  nie  będzie  musiał  zostać  sprzedawcą 
używanych samochodów w Dallas? Znasz dobrze życie.

Twoja przyjaciółka też to zapewne wie.
Luke zdał sobie sprawę z beznadziejności swoich wysiłków. Nie zdoła zapobiec 

publikacji  zdjęć.  Co  ma  zrobić,  żeby  Meg  nie  zetknęła  się  z  tym,  z  czym  on  się 
styka na co dzień? On jest już przyzwyczajony, ona nie.

– Komu je sprzedałaś?
Zbyt była z siebie dumna, żeby mu nie powiedzieć. Wymieniła tytuł jednego z 

najbardziej znanych pism nowojorskich o szerokim zasięgu. Luke rzucił pieniądze 
na stół i wyszedł. Musi zacząć działać. Natychmiast. Oni na pewno wykorzystają te 
zdjęcia, nawet jeśli nie dostanie roli w filmie. Meg będzie mieć kłopoty.

background image

Rozdział 13

Pierwszego  kwietnia  wieczorem  ktoś  zapukał  do  drzwi  Meg.  Spojrzała  przez 

wizjer.  Zobaczyła  tęgiego  mężczyznę  z  brodą,  w  okularach  o  grubych  szkłach. 
Miał na sobie flanelową koszulę i wytarte dżinsy, pod ręką trzymał opasły katalog.

Pewno jakiś domokrążca. Chwyciła Apacza za obrożę i uchyliła drzwi.
– Słucham? – spytała.
–  Przysłał  mnie  pani  sąsiad,  Clint  Bannister  –  powie  dział  mężczyzna.  Miał 

niezbyt  sympatyczny  głos.  –  Mówił,  że  mogą  panią  zainteresować  katalogi 
sadzonek.

– Przykro mi, ale w tym roku nie będę niczego sadzić. Nie mam czasu. Zresztą i 

tak już na to za późno – odparła.

, – Mam też katalog roślin doniczkowych. – Mężczyzna nie dawał za wygraną.
–  Spokój,  Apacz!  –  upomniała  psa,  który  merdał  ogonem  i  popiskiwał.  Meg 

zawsze uważała go za dobrego stróża, ale teraz ogarnęły ją wątpliwości.

– To może mógłbym poprosić panią o szklankę wody.
– Chwileczkę. – Meg zostawiła Apacza przy drzwiach, a sama poszła do kuchni 

zadzwonić do Clinta. Potwierdził, że przysłał tego mężczyznę i zasugerował, żeby 
jednak coś u niego zamówiła.

Meg wróciła do przedpokoju, zastanawiając się, co zrobić. Znała już te chwyty 

ze szklanką wody. Gdy tylko facet znajdzie się w domu, zaraz zacznie jej wciskać 
do ręki katalogi. A może jednak powinna zamówić parę sadzonek? Clint to zrobił. 
Najwyraźniej zaczyna dbać o gospodarstwo.

–  Dobrze.  Proszę  wejść  –  powiedziała.  –  Zaraz  przyniosę  wodę.  –  Zamknęła 

drzwi  i  ruszyła do  kuchni. Odwróciwszy na  moment  głowę,  zobaczyła, że  Apacz 
liże mężczyznę po ręce. Co się stało temu psu?

Kiedy  wróciła  do  salonu,  mężczyzna  zachowywał  się  jak  u  siebie.  Nie  zdjął 

wprawdzie czapki, ale rozsiadł się wygodnie na kanapie. Meg od razu pożałowała, 
że  go  wpuściła.  Trudno  będzie  się  go  pozbyć,  pomyślała.  Apacz  najwyraźniej 
postradał zmysły, bo oparł łeb na kolanie przybysza.

– Pańska woda – oznajmiła chłodno.
Mężczyzna postawił szklankę na stoliczku i popatrzył na Meg.
– Naprawdę nie potrzebuję sadzonek – powtórzyła Meg. – I nie mam czasu na 

rozmowy.

– To może zainteresuje panią nowa maść na świerzb.

background image

–  Meg  cofnęła  się  o  krok.  Serce  zabiło  jej  mocniej.  Bacznie  przyjrzała  się 

mężczyźnie. Jego twarzy, dłoniom. Zmartwiała.

Mężczyzna  zdjął  okulary,  potem  czapkę.  Wyjął  brązowe  szkła  kontaktowe, 

wreszcie odkleił brodę.

– O Boże! – jęknęła.
–  Prima  aprilis!  –  roześmiał  się  Luke.  –  Pomyślałem  sobie,  że  sprawdzę,  czy 

mnie poznasz. Jeśli nie, to nie pozna mnie nikt.

– Luke! – wykrzyknęła Meg i rzuciła mu się na szyję.
– Poczekaj, wyjmę jeszcze brzuch – roześmiał się.
– Co z filmem? Jak zdjęcia próbne? – dopytywała się niecierpliwie.
–  Dirk  Kennedy  nie  żyje.  W  przyszłym  tygodniu  zaczynam  kręcić 

„Niepokonanego”. Jest tylko jeden problem...

– To znaczy, że dostałeś tę rolę?
– Tak, ale obawiam się, że...
–  Luke,  to  cudownie!  –  Meg  ucałowała  go  serdecznie.  –  Opowiedz  mi 

wszystko.

–  To  romans  historyczny  osadzony  w  realiach  osiemnastego  wieku,  według 

powieści Helen Goodwin. Pewna dziewczyna zachodzi ze mną w ciążę, ale zanim 
zdążę się z nią ożenić, porywają mnie Indianie. Uciekam z niewoli akurat na czas, 
by uratować ją i dziecko przed napadem.

– Brzmi nieźle. – Meg zaczęła rozpinać mu koszulę.
–  Och,  Meg,  mam  nadzieję, że  wiesz,  co  robisz.  – W  głosie  Luke’a  brzmiało 

pożądanie.

– Zapraszam domokrążcę do własnej sypialni. I nie mów mi, że nie chcesz się 

tam znaleźć.

– O niczym innym nie marzę.
– To chodź ze mną. – Meg zaprowadziła go do pokoju i zamknęła drzwi.
Obserwowała,  jak  się  rozbiera.  Przypominała  sobie,  kiedy  ostatni  raz  byli  ze 

sobą sam na sam. I wszystko to, co potem nastąpiło. Oblała ją fala gorąca.

Może  później  będzie  jej  jeszcze  trudniej.  Ale  teraz  on  jest  tutaj,  w  sypialni, 

gdzie  przez  ostatnie  dwa  tygodnie  marzyła  o  nim  każdej  nocy.  Nie  może  go 
odprawić. Nie teraz.

Luke  ściągnął koszulę,  luźne  dżinsy opadły  mu  z  bioder.  Podeszła  do  niego  i 

zarzuciła mu ręce na szyję.

– Och, Meg, tak mi cię brakowało – szepnął.
– Mnie też. Nie myślałam, że będę mogła znów cię dotykać.

background image

Luke ściągnął z niej bluzkę.
– Tak bardzo cię pragnę – szepnął.
– Pocałuj mnie, Luke. – Meg wspięła się na palce. – Pocałuj mnie mocno.
Luke  zerwał  z  niej  szorty  i  majteczki.  Chwycił  ją  na  ręce  i  zaniósł  do  łóżka. 

Całował jej szyję, ramiona, piersi.

– Tęskniłem za tobą, bardzo, bardzo, bardzo – szeptał między jednym a drugim 

pocałunkiem.

– Kochaj mnie, Luke. Kochaj – prosiła.
Kochał  ją  tak,  jak  tego  pragnęła.  Był  delikatny  i  męski  zarazem,  czuły  i 

namiętny.  Sprawiał,  że  pożądanie  wzrastało  w  niej  z  każdym  jego  ruchem,  aż 
wreszcie osiągnęła szczyt miłosnej ekstazy.

Leżeli teraz przytuleni, słuchając bicia swoich serc.
Luke oparł się na łokciu i obserwował jej twarz. Uśmiechał się, ale oczy miał 

poważne.

– O co chodzi? – spytała. – Chciałeś mi coś powiedzieć.
– Wolałbym nie psuć tak cudownego nastroju.
W tym momencie domyśliła się.
– Nie udało ci się wstrzymać publikacji zdjęć, prawda?
– Rozmawiałem z paroma osobami w Nowym Jorku. Kiepsko to wygląda. Jeśli 

dowiedzą się, że dostałem tę rolę, zdjęcia będą warte jeszcze więcej.

– Taki jest show-biznes.
– Kiedy są wybory do Izby?
– W trzecią środę kwietnia.
– Spróbuję jakoś opóźnić ich publikację.
– Pamiętasz, co mówił Clint. Zna kogoś w kolportażu.
– Już z nim rozmawiał. Zrobi, co będzie mógł.  Wściekły jestem,  że tak się to 

wszystko skończyło.

– Daj spokój. To nie twoja wina. Ja nie żałuję ani minuty spędzonej z tobą.
– Ja też nie. Zaryzykowałem i przyszedłem tu dzisiaj. Musiałem cię zobaczyć.
– Jak długo zostaniesz?
– Jutro wyjeżdżam. Spędzę popołudnie z Clintem.
– Ale noc należy do mnie.
– Ja należę do ciebie.
– A więc Dirka już nie ma? – Meg wróciła do poprzedniego tematu.
– Tak, zaginął gdzieś w Trójkącie Bermudzkim.
– Sheila będzie niepocieszona.

background image

– Trudno.
– W scenach łóżkowych byliście bardzo przekonujący – zauważyła z przekąsem 

Meg. – Byłeś taki namiętny.

– Tak jak teraz? – Luke lekko ugryzł ją w szyję.
– Owszem.
– To było zupełnie co innego.
– Skąd mogę wiedzieć...
– Zaczekaj, pokażę ci, jak to się robi. – Poszedł do łazienki i wrócił w skąpych, 

obcisłych slipkach. – Przede wszystkim mam na sobie coś takiego.

– A co ma na sobie Sheila?
– Przezroczyste body. Wygląda jakby była naga, ale tak nie jest. Wszystko jest 

sprawą kamery.

– Skoro tak mówisz. – W głosie Meg słychać było powątpiewanie.
– W porządku, wyobraźmy sobie,  że masz  na sobie body. Ja ułożę się tak,  że 

będę cię częściowo zakrywał. Kamera ukaże tylko fragmenty ciała.

– A jak się czujesz, leżąc tak przy Sheili?
– Myślę o swojej roli.
– Powiedzmy.
–  No  dobrze,  większość  facetów  byłaby  zachwycona,  trzymając  w  objęciach 

zgrabną  dziewczynę,  ale  są  i  ciemne  strony  tej  sytuacji.  Gdybyś  była  Sheila, 
miałabyś na sobie tonę makijażu.

– Mam się wymalować?
– Nie. My tylko udajemy. Ty masz włosy spryskane lakierem, na twarzy puder i 

szminkę, wokół stoi cała ekipa filmowa, świecą reflektory. Słychać szum kamer.

– Trudno o mniej intymne warunki. Co chwila ktoś spryskuje nas wodą.
– Wodą?
– Żebyśmy wyglądali na spoconych i zmęczonych. Na szczęście nam niczego 

takiego nie trzeba.

– A co się dzieje potem?
– Patrzę w twoje oczy i mówię słowa swojej roli.
– Powiedz. Bądź Dirkiem Kennedym.
– Dobrze.
Luke  skupił  się  przez  moment.  Rysy  mu  stężały.  Meg  zobaczyła  przed  sobą 

zupełnie innego mężczyznę. Ten Dirk Kennedy nie wyglądał sympatycznie.

–  Ściągnęłaś  mnie  do  swego  łóżka,  Sheilo.  Nie  myśl,  że  teraz  możesz  mnie 

powstrzymać.

background image

– Nie chcę cię powstrzymać.
– Wydaje mi się, że chcesz, żeby twój mąż się o nas dowiedział.
– Nie chcę! Przysięgam!
– Słyszałem, że kpisz sobie z niego.
– Nie – szepnęła, pragnąc, by ją pocałował.
–  Owszem,  i  zapłacisz  za  to,  moja  droga.  –  Pocałował  ją  brutalnie,  niemal  z 

nienawiścią.

Meg  odwzajemniła  pocałunek.  Przywarła  do  niego  całym  ciałem.  Był 

podniecony. Poczuła jednak dzielący ich kawałeczek materiału.

– Chcesz mnie? – spytał.
– Tak!
– To proś, ty diablico!
– Proszę, Dirk... proszę.
– A co dla mnie zrobisz, jeśli sprawię ci rozkosz?
– Wszystko, co zechcesz – wykrzyknęła.
Pieścił  ją,  całował,  była  coraz bardziej  rozgorączkowana.  Pragnęła go  czuć  w 

sobie.

– Załatwisz mi tę działkę? – spytał.
– O to chodzi? O ten kawałek ziemi?
– Między innymi.
– Bierz, co chcesz. Weź całą.
–  Z  przyjemnością.  –  Jego  wargi  wędrowały  po  ciele  Meg,  ale  slipki  nie 

pozwalały mu na nic więcej. Jęknęła.

– Jeszcze ci mało? – spytał.
– Dobrze wiesz, że tak.
– Tego nie ma w scenariuszu.
– No to improwizujmy – zaproponowała.
– Jesteś wymagającą kochanką, Sheilo. Muszę mieć tę działkę. Jest moja?
– Spróbuję... załatwić.
– To nie wystarczy. Jest moja?
– Tak!
– To dobrze, Sheilo. Bardzo dobrze. A teraz myśl o sobie. – Luke pieścił ją tak 

namiętnie, że przeżyła chwile uniesienia, jakich nie doświadczyła nigdy przedtem. 
Krzyknęła, przez jej ciało przeszedł dreszcz.

– Powiedz, że z Sheilą tak nie jest – odezwała się po chwili, gdy opadło z niej 

całe napięcie.

background image

– Oczywiście, że nie.
– Ale czasem... założę się, że jesteś podniecony.
– Niekiedy.
–  Och,  Luke,  nie  powinnam  cię  prosić,  żebyś  mi  pokazał  taką  scenę.  Teraz 

będzie mi jeszcze trudniej.

–  Cicho,  nic  nie  mów.  –  Szybko  ściągnął  slipki.  – –  Tam  tylko  udaję,  tu 

wszystko dzieje się naprawdę. Kocham cię, kocham tylko ciebie.

Gdy  zaczęło  świtać,  Luke  zaczął  się  ubierać.  Meg  też  chciała  wstać,  ale  ją 

zatrzymał.

– Zostań. Będę sobie myślał, że leżysz tutaj i śnisz o mnie.
– Zawsze to robię. Luke, co z nami będzie?
– Nie wiem. – Wciągnął spodnie i sięgnął po koszulę. – Myślałem, że mogę być 

z dala od ciebie, ale po dwóch tygodniach już tu jestem, w przebraniu, po to, żeby 
być z tobą.

– Tata mówił, że wziąłeś z powrotem swoją część farmy.
–  Tak.  Właściwie  to  Clint  wpadł  na  pomysł,  że  mogę  tu  przyjeżdżać  w 

przebraniu,  żeby  obgadać  z  nim  różne  sprawy,  a  nie  ściągać  przy  okazji  tłumu. 
Oczywiście, kiedy już tutaj jestem, nie mogę trzymać się z dala od ciebie.

– Cóż, jeśli ten pomysł zda egzamin...
– Tym razem się udało. A gdyby ktoś zauważył samochód przed twoim domem, 

możesz spokojnie powiedzieć, że odwiedziła cię jakaś dawna koleżanka z uczelni. 
Ale na dłuższą metę nie uda się tego ciągnąć, Meg. Ileż można mieć przyjaciółek...

– No to ja zacznę jeździć do Los Angeles.
– To też będzie podejrzane.
– Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. Nie mogłam sobie znaleźć miejsca po 

twoim wyjeździe.

– I ja.
–  Jesteśmy  dwojgiem  dorosłych,  inteligentnych  ludzi.  Nie  możemy  znaleźć 

jakiegoś wyjścia z tej sytuacji?

– My prawdopodobnie tak, ale co by powiedziano w Chandler?
– Do diabła z Chandler!
– Nie mów tak. Wiem, że tak nie myślisz.
– Kiedy zobaczą tutaj te zdjęcia, być może decyzja zapadnie bez mego udziału 

– stwierdziła Meg. – Przyjmiesz mnie, jeśli wyrzucą mnie z Chandler?

– Jak poprosisz... – uśmiechnął się.

background image

– Nie chcę, żebyś jechał. Przygotuję ci śniadanie. Nigdy tego nie robiłam.
Luke ujął jej dłonie i całował każdy palec po kolei.
– A śniadanie zmieni się w obiad, obiad w kolację, a w przerwach będziemy się 

kochać i nie wyjadę stąd nigdy.

Meg westchnęła.
– Idź już – powiedziała. – Szybko. Dłużej tego nie zniosę.

background image

Rozdział 14

Przez  następne  parę  dni  Meg  bacznie  przypatrywała  się  każdemu  obcemu 

mężczyźnie.  A  nuż  okaże  się,  że  któryś  z  nich  to  Luke.  Jeśli  raz  przyjechał  w 
przebraniu, może to zrobić ponownie. Wiedziała jednak, że jest w Los Angeles, że 
przygotowuje się do pierwszych zdjęć do „Niepokonanego”. Musiał uczyć się roli, 
przymierzać  kostiumy.  I  spotykać  z partnerką.  Meg  starała się  o tym nie  myśleć. 
Przekonał ją, że w scenach erotycznych w serialach aktorzy nie występowali nago. 
A w filmach fabularnych?

Nie miała prawa być zazdrosna. Nie miała prawa do niczego, co łączyło się z 

Lukiem Bannisterem. Wierzyła, że znów go zobaczy. Może nawet znów się będą 
kochać,  ale  ich  przyszłość  będzie  się  składała  tylko  z  kradzionych  chwil  między 
długimi okresami rozłąki. Meg nie odpowiadała taka wizja. Kiedyś by się z tym nie 
pogodziła.  Teraz  była  gotowa  zadowolić  się  nawet  taką  namiastką.  Nie  była  w 
stanie wyrzec się Luke’a.

Dzień wyborów przewodniczącego Izby był coraz bliższy. Wszyscy byli niemal 

pewni  jej  zwycięstwa.  Meg  wiedziała  jednak,  że  gdyby  wybuchł  skandal, 
natychmiast  znajdzie  się  kontrkandydat,  a  jej  klęska  będzie  ostateczna.  Na  dzień 
przed zebraniem rady zadzwonił Clint.

– Zdjęcia się ukazały – oznajmił. Meg zmartwiała.
– Jesteś pewien?
– Dzwonił mój kumpel z kolportażu.
– Nie do wiary. Co za nieszczęsny zbieg okoliczności. Jutro mamy zebranie.
– Wiem, ale mogło być gorzej. Mój kumpel załatwił, że przetrzymają tę gazetę 

jeszcze  dwa  dni.  Dłużej  nie  dałby  rady,  a  więc  i  tak  dobrze,  że  nie  ukazały  się 
wcześniej.

– Może masz rację. Twój kolega czytał artykuł?
– Powiedział tylko, że wydrukowano go na pierwszej stronie. Nie mógł długo 

rozmawiać.

– Clint, dzięki za pomoc.
– Przynajmniej tyle mogłem zrobić. Przecież to w końcu głównie moja wina.
– I moja.
– Cóż, kobiety zawsze lgnęły do Luke’a.
– I z tym muszę się jakoś pogodzić.
– Coś ci powiem, Meg. On nigdy nie traktował nikogo poważnie. Nigdy. Nawet 

background image

nie pamięta kobiet, z którymi spotykał się w Los Angeles. To chyba twoja zasługa, 
że o wszystkim zapomniał.

– Oby tak się stało.
– Kiedy był tutaj ostatnio, cały czas mówił o tobie.
– Z trudem zdołałem go nakłonić, żeby zainteresował się farmą.
– Dzięki, Clint. – Meg uśmiechnęła się.
– Chciałbym, żebyście byli ze sobą.
Nie odpowiedziała. Cóż mogła rzec w tej sytuacji?
– To na razie. Wracam do roboty. Zadzwoń, gdybyś czegoś potrzebowała.
– Na pewno.
Meg odłożyła słuchawkę. Wszystko przebiegało tak, jak się tego spodziewała. 

Clint załatwił, żeby gazeta ukazała się po wyborach. Im dłużej o tym myślała, tym 
bardziej  wydawało  jej  się  to  niedorzeczne.  Wpatrywała  się  w  telefon.  Nerwy 
zaczęły  odmawiać  jej  posłuszeństwa.  Sięgnęła  po  słuchawkę  i  wykręciła  numer 
Clinta.

– To ty, Meg? Właśnie wychodziłem. O co chodzi?
– Wiem, że to brzmi dziwnie, ale zadzwoń do tego kolegi i powiedz mu, żeby 

rozwiózł gazetę.

– Co?
–  Wiem,  że  zadałeś  sobie  wiele  trudu,  ale  uważam,  że  nie  powinnam  nikogo 

oszukiwać.

–  Nie  wygaduj  głupstw,  Meg!  To  jakbyś  przechodziła  goła  pod  drutem 

kolczastym. Czy ty nic nie rozumiesz, dziewczyno?

–  Najwidoczniej  –  westchnęła  –  ale  tak  musi  być.  Jeśli  nie  chcesz  sam  tego 

zrobić, podaj mi numer tego faceta.

–  Nie,  nie.  Zadzwonię  do  niego.  Tyle  że  jestem  temu  przeciwny.  Luke 

powiedziałby to samo.

– Doceniam wasze wysiłki, ale muszę wiedzieć, na czym stoję. Sekrety nie są w 

moim stylu. Powinnam uświadomić to sobie wcześniej.

–  Chryste,  Luke  uprzedzał,  że  jesteś  idealistką.  Byłem  gotów  wykupić 

wszystkie tutejsze egzemplarze i dać je na przemiał, ale Luke powiedział, że nigdy 
byś na to nie pozwoliła.

– I miał rację.
– Słuchaj, pewno będziesz jutro potrzebowała wsparcia i czegoś mocniejszego. 

Chętnie ci służę.

– Dzięki, Clint. A więc do zobaczenia.

background image

Meg  odłożyła  słuchawkę  i  oparła  się  o  biurko.  Klęska  i  kompromitacja. 

Pojutrze nikt w Chandler nie będzie patrzył na nią tak jak dotychczas.

Zadzwoniła do Didi. Przyjaciółka próbowała przemówić jej do rozsądku, ale na 

próżno.

– Chcesz może wpaść wieczorem? – spytała. – Zrobię spaghetti, napijemy się 

wina. Nie powinnaś być sama.

–  Nie  będę  sama.  Postanowiłam  pójść  do  rodziców  i  powiedzieć  im  o 

wszystkim.

– O Boże – jęknęła Didi.
– Tak będzie uczciwie.
–  Uczciwie!  To  słowo  trzeba  ci  będzie  chyba  wyryć  na  nagrobku.  Nie  wiem, 

czy jest druga osoba, która nadawałaby się na przewodniczącego Izby lepiej niż ty.

– Myślę, że pojutrze nie będę już miała takiej dobrej opinii.

Meg  wybrała  się  do  rodziców  po  kolacji.  Nie  chciała  psuć  im  nastroju  przy 

posiłku. Zapukała do drzwi. Były otwarte.

– Mamo, tato! – zawołała.
–  Tu  jestem!  –  usłyszała  głos  pani  Hennessy  z  salonu.  Rodzice  oglądali 

telewizję.

– Powinnaś to obejrzeć, bardzo zabawne, Meggie – powiedział ojciec.
Od dawna tak się do niej nie zwracał. Zastanawiała się, czy chce w ten sposób 

przywrócić ich serdeczne stosunki. Jack Hennessy siedział wygodnie w skórzanym 
fotelu,  odprężony,  pogodny.  Matka  miała  przed  ,  sobą  stos  koszul,  w  których 
brakowało guzików.

– Co za miła niespodzianka, Meg – powiedziała. Siadaj tutaj. Obejrzymy razem 

program.

Meg  usiadła,  czując  się  jak  intruz,  który  ma  zakłócić  spokojny,  rodzinny 

wieczór.

–  Przepraszam,  że  przeszkadzam  –  zaczęła  –  ale  muszę  wam  powiedzieć  coś 

ważnego.

– Tak? – Ojciec zwrócił na nią wzrok. Uśmiechał się, ale na widok wyrazu jej 

twarzy spoważniał. – Co się stało?

– Możemy wyłączyć telewizor? – spytała.
– Oczywiście.
Meg  popatrzyła  na  matkę.  Pani  Hennessy  zdjęła  okulary  i  utkwiła  wzrok  w 

córce.  Atmosfera  nagle  stała  się  napięta.  Byłoby  jej  łatwiej,  gdyby  miała  siostrę 

background image

albo  brata.  Może  nie  czułaby  aż  takiego  ciężaru  odpowiedzialności  wobec 
rodziców.

Głęboko zaczerpnęła powietrza.
–  Muszę  was  uprzedzić  o  czymś,  co  może  się  zdarzyć  jutro  –  powiedziała.  –

Jutro pojawi się w kioskach to pismo nowojorskie. Wiem, że go nie czytacie, ale 
ktoś może wam powiedzieć. Tam będą moje zdjęcia.

– Czy to ma coś wspólnego z festiwalem? – Matka była przerażona.
– Nie. Z Lukiem.
– Widziałem wszędzie tę przeklętą fotografkę – zirytował się Jack Hennessy. –

Co  ona  takiego  wykombinowała?  Umieściła  twoją  głowę  na  czyimś  tułowiu? 
Zaskarżę ją. Oto co zrobię. Nie martw się, Meg. Nikt nie uwierzy...

–  To  prawdziwe  zdjęcia,  tato.  Przyłapała  mnie,  kiedy  o  czwartej  rano 

wychodziłam z pokoju Luke’a.

Rodzice  milczeli.  Nie  byli  w  stanie  wydobyć  z  siebie  głosu  –  Czekała  na 

korytarzu.  Sfotografowała  mnie,  a  potem  Luke’a  w  samych  dżinsach.  Luke 
podpisał kontrakt na film fabularny. Będzie teraz jeszcze bardziej znany. Myślę, że 
w artykule opisano jego przygodę z organizatorką festiwalu w Chandler. I to będzie 
prawda.

–  Czy...  czy  Luke  nie  mógł  tego  wstrzymać?  –  wydusił  ojciec  z  najwyższym 

trudem.

– Próbował, ale ona nie chciała zmienić zdania. Po raz pierwszy udało jej  się 

zrobić takie zdjęcia. Nie miała zamiaru rezygnować z tej szansy.

–  To  znaczy,  że  wszyscy,  nie  tylko  w  Chandler,  zobaczą  te  zdjęcia?  –  Pani 

Hennessy była przerażona.

–  Obawiam  się,  że  tak,  mamo.  Przykro  mi.  Naprawdę.  Tak  bardzo  zależało 

wam  na  mojej  przyszłości,  miałam  wam  przynieść  zaszczyt,  ostrzegaliście  mnie 
przed Lukiem. A teraz czeka was takie upokorzenie. Nie zasługujecie na to.

–  A  co  z  twoim  stanowiskiem?  –  Jack  Hennessy  był  roztrzęsiony,  drżały  mu 

ręce.

– Myślę, że mnie nie wybiorą. Do południa prawdopodobnie wszyscy już będą 

wiedzieli o tych zdjęciach.

– Czy ta cholerna gazeta musi ukazać się właśnie teraz? Żeby ciebie zniszczyć?
– Nie. Luke starał się wstrzymać publikację, ale na dłuższą metę nie byłoby to 

możliwe.  Clint  załatwił  z  ludźmi  z  kolportażu,  żeby  nie  puszczali  jej  jeszcze  do 
sprzedaży, ale nie zgodziłam się.

–  To  zadzwoń  do  niego  jeszcze  raz  –  zirytował  się  ojciec.  –  Tak  będzie 

background image

najlepiej. To rozsądny plan.

–  Nie,  Jack  –  zaoponowała  pani  Hennessy.  –  Meg  nie  chce  niczego  zatajać. 

Lepiej, żeby sprawa była jasna przed wyborami.

– Gdybym ja dorwał tego Bannistera! – pieklił się Jack Hennessy. – Zwabił cię 

do hotelu. A ja myślałem, że on się zmienił. Nie zmienił się! Nic a nic!

– Tato, nie tak było. Luke wcale nie prosił, żebym do niego przyszła. Nawet się 

mnie nie spodziewał. To moja wina, nie jego.

– Zawsze go broniłaś!
–  A  ty  nigdy  go  nie  rozumiałeś  –  uniosła  się  Meg.  –  Wiesz,  że  ojciec  bił  go 

przez te wszystkie lata po śmierci matki? Nie, na pewno nie masz o tym pojęcia, bo 
on się nigdy nie skarżył. Chyba jestem jedyną osobą, która o tym wiedziała. Luke 
mógł ci się wydać niewiele wart, ale w głębi duszy był bardziej wrażliwy, niż się 
nam wydaje. To, jak zdołał pokierować swoim życiem, zakrawa na cud. I ja... i ja 
go bardzo kocham.

– Co ty powiedziałaś? – Ojciec popatrzył na nią z najwyższym zdumieniem.
– Powiedziałam, że go kocham. Miałam szczerą ochotę wyjechać z nim do Los 

Angeles, ale przekonał mnie, żebym tego nie robiła. Wierzy, że moją przyszłością 
jest polityka i nie chce mi przeszkadzać.

– A więc zamiast tego rujnuje twoją przyszłość?
– Nie on! To moja wina! Dlaczego nie złościsz się na mnie?
– Nie mógłbym się na ciebie złościć. Nie rozumiesz?
– Ale to ja sprawiłam ci ból. Tobie i mamie.
– Nie przejmuj się nami.
– Ojciec ma rację – Pani Hennessy objęła córkę. – Cokolwiek się jutro stanie, 

jesteśmy z tobą. Świat się przecież nie zawali. A jeśli przy okazji pozbędziemy się 
paru fałszywych przyjaciół, tym lepiej.

– Myślałam, że będziecie zdruzgotani – powiedziała niepewnie Meg.
– Więc nie znasz nas tak dobrze, jak ci się wydawało.
–  Tylko  o  ciebie się  martwimy,  Meggie  –  dodał  ojciec.  –  Wiemy,  jak  bardzo 

zależało ci na tym stanowisku. A jeśli ta historia stanie się znana, wszystko może 
przepaść.

– Trudno. Wezmę się w garść i spróbuję innym razem.
–  Do  diabła,  Meg  Hennessy  tak  łatwo  się  nie  poddaje  –  skwitował  z  dumą 

ojciec.

– I wy też nie.

background image

Meg uznała, że zdoła przetrwać zebranie rady, tylko jeśli nie przeczyta artykułu 

i  z  nikim  nie  będzie  na  ten  temat  rozmawiać.  Przed  snem  wyłączyła  telefon. 
Następnego  dnia,  o  wpół  do  dwunastej,  ubrana  w  elegancki  kostium  wsiadła  do 
swego  BMW  i  pojechała  do  Chops  Restaurant,  gdzie  w  sali  konferencyjnej 
odbywały się comiesięczne zebrania rady.

Szła  przez  restaurację  z  wysoko  podniesioną  głową,  udając,  że  nie  widzi 

spojrzeń, jakimi ją obrzucano, i nie słyszy komentarzy na swój temat. Wygląda na 
zdezorientowaną... seksowna... zdumiewające... kto by powiedział. .. – dobiegały ją 
urywki zdań.

Wszyscy już wiedzą. Członkowie rady zapewne też. Ale czyż nie tego właśnie 

chciała?  Z  trudem  się  powstrzymała,  żeby  nie  uciec.  Przecież  nie  musi  tego 
wszystkiego znosić. Może wsiąść w samochód i pojechać gdzieś daleko, daleko od 
Chandler.  Luke  powiedział,  że  ją  przyjmie.  Nie,  nie  wolno  jej  tego  zrobić.  Musi 
udowodnić samej sobie, że potrafi stawić czoło sytuacji.

Weszła  do  sali  konferencyjnej.  Zastała  tam  już  wszystkich  osiemnastu 

członków rady, a także przedstawicieli prasy, władz miejskich i władz okręgowych. 
Prawdopodobnie zebrali się wcześniej, żeby wybrać innego kandydata. Procedura 
była  prosta.  Najpierw  zostanie  zgłoszona  jej  kandydatura,  a  później  padnie 
nazwisko z sali. Jeszcze nigdy nie wybrano nikogo zgłoszonego przez salę, ale rym 
razem na pewno tak się stanie.

Na jej  widok zapadło milczenie. Zmusiła się do  uśmiechu. Patrzyła na jedyną 

przyjazną  sobie  osobę,  Didi.  Przyjaciółka  uśmiechnęła  się,  by  dodać  jej  odwagi. 
Stoły  ustawiono  w  podkowę.  Na  szczycie  siedział  aktualny  przewodniczący  i 
dyrektor administracyjny. Meg zajęła swoje miejsce.

Ralph Handley otworzył zebranie i podał porządek dzienny. Meg usiłowała się 

skoncentrować na  omawianych  problemach,  ale  nie  była  w  stanie.  Rozejrzała się 
wokół i zauważyła ukryte pod teczkami i wystające z aktówek gazety. To zapewne 
to, pomyślała z rozpaczą.

Najchętniej  wyszłaby  na  dwór,  do  ogrodu  rozpościerającego  się  za  oknami 

restauracji,  gdzie  ogrodnik  właśnie  strzygł  trawnik.  Przypomniała  sobie  słowa 
matki. W końcu świat się nie zawali, jeśli przepadnie w głosowaniu. Myślała o tych 
wszystkich ludziach, których nic a nic nie obchodzi, co dzieje się w tej sali. I nie 
ma to na nich żadnego wpływu. Robią interesy, rodzą dzieci, cieszą się urlopami. 
Choćby  taki  Luke.  Niezależnie  od  tego,  co  się  stanie,  będzie  gwiazdą  znaną  na 
całym świecie. Cieszyła ją ta myśl, mimo że właśnie jego sława była tym, co ich 
dzieliło.

background image

Wyrwał  ją  z  zamyślenia  głos  Ralpha,  który  zapowiedział  następny  punkt 

porządku  dziennego.  Usłyszała,  jak  zgłasza  jej  kandydaturę  i  prosi,  by  podano 
nazwisko kontrkandydata. Zaraz będzie po wszystkim, pomyślała z ulgą. Wybiorą 
kogoś innego, ktoś inny zostanie przewodniczącym. Nie padło żadne nazwisko.

Rozejrzała się po zebranych. Koledzy z rady patrzyli na nią z zaciekawieniem, 

ale nie potępiająco.

–  Skoro  nie  ma  innych  kandydatów  –  powiedział  Ralph  –  rozpoczynamy 

głosowanie nad kandydaturą Meg Hennessy O’Brian. Kto jest za?

Wszystkie ręce podniosły się w górę.
– Kto przeciw? Nie widzę.
– Kto się wstrzymał? •
– Ja się wstrzymuję – powiedziała Meg.
– Gratuluję – uśmiechnął się do niej Ralph. – Jesteś nowym przewodniczącym 

elektem.

To niemożliwe, pomyślała. Ja chyba śnię.
– Nie rozumiem – zdumiała się.. – A ten reportaż?
– Reportaż? – roześmiał  się Ralph. – Myślę, że większość z nas  uważa go  za 

kapitalny. To w sumie niezła reklama dla naszego festiwalu.

background image

Rozdział 15

Kapitalny? Reklama dla festiwalu?
Meg  wciąż  nie  mogła  ochłonąć  ze  zdumienia.  Czyżby  członkowie  Izby 

Handlowej  w  Chandler  uznali  jej  nocne  wyczyny  w  San  Marcos  za”kapitalne”? 
Popatrzyła pytająco na Didi.

– Czytałaś? – spytała szeptem przyjaciółka. Meg potrząsnęła głową.
–  Możemy  zrobić  krótką  przerwę? –  spytała  Didi.  Ralph  wyglądał  na 

zaskoczonego, ale skinął głową.

Anna Cruz, która siedziała obok Meg, nachyliła się do niej.
– Mówiąc szczerze, uważam, że przepuściłaś wspaniałą okazję – powiedziała, 

puszczając do niej oko.

– Nie bardzo rozumiem, co chcesz...
– Chodź ze mną, kochanie. – Didi wzięła Meg za rękę.
Wyszły na korytarz. Didi podsunęła Meg egzemplarz pisma.
Na  jednym  zdjęciu  Meg  z  włosami  w  nieładzie  i  zakłopotanym  wyrazem 

twarzy,  na  drugim  Luke  wypadający  z  pokoju  w  samych  dżinsach.  Meg  rzuciła
okiem na nagłówek. „Klęska pierwszego amanta!” Zerknęła ku Didi.

– Czytaj dalej – powiedziała przyjaciółka.

Luke  Bannister,  zdobywca  serc  niewieścich  w  serialu  „Labirynt  uczuć”  i 

gwiazda  filmu  „Niepokonany”,  przyznaje,  że  nie  udało  mu  się  nic  wskórać  ze 
swoją  miłością  z  czasów  szkolnych  Meg  O’Brian,  którą  spotkał  w  swoim 
rodzinnym  mieście  Chandler  w  Arizonie  na  dorocznym  festynie  strusi. 
„Próbowałem uwieść  swoją  dawną dziewczynę, ale  najwyraźniej nie  zrobiłem  na 
niej wrażenia” – powiedział. „Chyba nie jestem aż tak atrakcyjnym amantem, jakby 
się wydawało”.

Meg  O’Brian była  organizatorką festynu. Bannister  poprosił ją,  by  traktowała 

go ze specjalnymi względami przynależnymi gwiazdorowi, ale ona odprawiła go z 
kwitkiem.  „Przyszła  do  mego  pokoju,  żeby  przedyskutować  pewne  sprawy 
organizacyjne i nie miała zamiaru zmieniać spotkania służbowego w prywatne” –
powiedział  Bannister.  ,  Jeśli  tak  dalej  pójdzie,  moja  sława  kochanka  legnie  w 
gruzach”.

–  Ależ,  Didi,  to  wszystko  nieprawda.  –  Meg  trzęsły  się  ręce,  gdy  składała 

background image

gazetę.

– Wiedziałam, że tak zareagujesz. Luke dla  ciebie zrobił  z siebie błazna, a ty 

chcesz  zniweczyć  jego  wysiłki,  nazywając  go  kłamcą?  Co  za  szczególna 
wdzięczność!

– Bo to jest kłamstwo!
– Tylko to mógł zrobić, by ci pomóc. Zrozum.
– Ludzie naprawdę uwierzyli, że nic między nami nie było?
– Jedni tak, inni nie, ale nawet ci, którzy nie uwierzyli, są pod wrażeniem tego, 

co zrobił Luke. Chętnie zapomną o całej sprawie.

– Didi, nie wiem, co powiedzieć.
– Nic. Po prostu przemilcz to. Myśl o przyszłości. Naprawdę uważasz, że twoja 

potajemna wizyta w San Marcos mogłaby ci przeszkodzić w karierze politycznej?

– Chyba nie.
– A więc daj już spokój. Czas wracać na zebranie, pani przewodnicząca.
Meg  poszła  na  salę.  Prawdę  mówiąc,  Luke  ją  uratował.  Zbyt  dobrze  ją  znał, 

żeby zdradzić swój plan. Wiedział, że by się nie zgodziła.

Do  końca  zebrania  rozmyślała  nad  tym,  jak  postąpił  Luke.  Zdecydował  się 

poświęcić  swoją  dumę,  narazić  na  kpiny  środowiska.  Uczynił  to  dla  niej. 
Wyobrażała już sobie komentarze pod jego adresem.

Nawet gdyby teraz zaprzeczyła wersji Luke’a, prawdopodobnie nikt by jej nie 

uwierzył.  Mężczyźni  zwykli  chełpić  się  swymi  podbojami,  a  nie  porażkami. 
Większość mężczyzn, ale nie Luke. Nie mężczyzna, którego kocha.

Po zebraniu pojechała do kiosku i kupiła nowojorskie pismo. Rodzice na pewno 

go  jeszcze  nie  widzieli.  Powiedzieli,  że  nie  zamierzają  brudzić  sobie  rąk  takim 
brukowcem  ani  rozmawiać  z  kimkolwiek  na  ten  temat.  Prawdopodobnie  byli  tak 
samo nieświadomi jak ona.

Podjeżdżając  pod  dom  rodziców,  zobaczyła  matkę  w  ogrodzie.  Przycinała 

krzewy. Meg podała jej gazetę. Nora Hennessy popatrzyła na nagłówek, ale nic nie 
powiedziała. Dopiero po chwili zwróciła się do córki.

– Co to ma znaczyć? – spytała.
– Luke kłamał, żeby mnie ochronić.
Matka pobiegła do kuchni po okulary. Uważnie przeczytała artykuł.
– A więc co wydarzyło się na zebraniu? – zagadnęła córkę.
– Wybrano mnie na przewodniczącą.
– Powiedziałaś im, że to wszystko nieprawda?
– Nie.

background image

–  Dzięki  Bogu.  –  Nora  Hennessy  odetchnęła  z  ulgą.  –  Jesteś  niekiedy 

przerażająco uczciwa. Bałam się, że powiesz prawdę.

– Chciałam, ale Didi mnie powstrzymała.
– Zadzwonię do ojca.
Meg czekała cierpliwie.
–  Powiedział, że  to  wspaniale i  że  zachowałaś się  rozsądnie  –  oznajmiła  pani 

Hennessy.

– Jadę do Clinta – powiedziała Meg. – Zaprosił mnie na piwo po zebraniu, żeby 

mnie pocieszyć. Myślę, że też o niczym nie wiedział.

– Zaczekaj chwilę, muszę  ci coś  powiedzieć – zatrzymała ją matka. – Kiedyś 

cię  ostrzegałam,  żebyś  odróżniała  świat  fantazji  od  rzeczywistości.  Prawdę 
mówiąc,  nie  mam  zbyt  dużego  doświadczenia  z  mężczyznami.  Nie  –  zdawałam 
sobie sprawy, że są mężczyźni, którzy potrafią fantazję zmienić w rzeczywistość.

– Tak, mamo, są.

Przed  farmą  Bannisterów  Meg  zauważyła  limuzynę  stojącą  obok  ciężarówki 

Clinta.  Może  to  któryś  z  jego  przyjaciół,  wmawiała  sobie,  starając  się  zachować 
spokój. Luke nie miałby czasu zjawić się dziś w Chandler.

Zatrzymała  samochód,  wzięła  gazetę  i  skierowała  się  do  kuchennych  drzwi. 

Była  zdenerwowana.  Już  na  ganku  usłyszała  głosy.  On  tam  był.  Mężczyzna,  z 
którym  chciałaby  spędzić  życie.  Mężczyzna,  którego  mieć  nie  może.  Musi  być 
twarda,  musi  odesłać  go  do  Los  Angeles,  okazać  mu  wdzięczność,  ale  odesłać. 
Może  kiedyś  znów  się  spotkają, a  może  nie.  Musi się  z tym pogodzić.  Musi być 
silna.

Zapukała do drzwi. Na progu stanął Clint.
– Długo jechałaś – zauważył. – Kiedy skończyło się zebranie? Godzinę temu? –

zawołał w stronę kuchni.

– Mniej więcej – odparł Luke. – Zdążyłem już spłukać z siebie całą tę trawę.
Meg pchnęła drzwi. Luke siedział przy stole. Miał na sobie stary podkoszulek i 

wyblakłe dżinsy. Trzymał szklankę coli.

– To ty byłeś tym ogrodnikiem? – zdziwiła się.
– Niezły pomysł, prawda? Obserwowałem cię w czasie zebrania, strzygąc trawę 

w ogrodzie.

– Nie do wiary.
– Owszem. Zastanawiałem się, jak by tu podsłuchać, co się dzieje na zebraniu, i 

wtedy zobaczyłem tych – dwóch chłopaków w ogrodzie. Dałem im parę groszy i 

background image

pożyczyli  mi  na  godzinę  swój  sprzęt.  Wystarczyło,  żeby  się  dowiedzieć,  że  cię 
wybrali. Gratuluję.

– Przecież miałeś dzisiaj zdjęcia?
– Poprosiłem o wolny dzień. Jutro wracam do swoich zajęć.
– A więc już wiesz o tym? – Meg pokazała Clintowi artykuł.
–  Teraz  tak.  Jeszcze  dziś  rano  nie  miałem  o  niczym  pojęcia.  Dzwoniłem  do 

ciebie, ale nikt się nie zgłaszał.

–  Wyłączyłam  telefon.  Wiesz,  mało  brakowało,  a  powiedziałabym,  że  to 

wszystko nieprawda.

– To do ciebie podobne – stwierdził Luke. – Ale zaryzykowałem.
– Luke, ludzie pomyślą, że jesteś do niczego.
– Cóż, nikt nie jest doskonały.
– Nie powinieneś tego robić, ty szalony, niepoczytalny, kochany...
– Może to i było szaleństwo, ale opłaciło się.
– Nie wiem, jak ci się odwdzięczę.
–  Myślę,  że  znajdziesz  jakiś  sposób.  –  Luke  podszedł  do  niej.  –  Kobiety  z 

wdzięczności są gotowe na wiele.

– Zrobię wszystko, co zechcesz.
– To brzmi zupełnie jak kwestia z serialu. Mówisz poważnie?
– Tak. – Meg nie sądziła, by ją o to poprosił, ale była gotowa zrezygnować z 

kariery i pójść z nim na koniec świata.

– Wyjdź za mnie.
– Co? – Chyba się przesłyszała, nie oczekiwała takiej propozycji.
– Czemu się dziwisz? Przecież powiedziałaś, że zrobisz wszystko.
Meg z trudem przełknęła ślinę. Oczywiście, że chce za niego wyjść. Niech się 

dzieje, co chce.

– Jutro im powiem, że nie mogę przyjąć stanowiska przewodniczącej.
– Chwileczkę. O czym ty mówisz? – przerwał jej Luke.
– Nie mogę być przewodniczącą Izby, mieszkając w Los Angeles.
– Nie musisz mieszkać w Los Angeles.
– Jak to?
– Posłuchaj. Powiedziałaś, że dwoje inteligentnych ludzi zawsze znajdzie jakiś 

sposób.  Kręcenie  filmów  fabularnych  to  coś  zupełnie  innego  niż  praca  przy 
serialach  telewizyjnych.  Debrze  mi  zapłacą.  Mogę  mieć  dużo  wolnego  czasu 
między  jednym  a  drugim  filmem.  Niewykluczone,  że  będę  kręcił  film  gdzieś  w 
pobliżu.

background image

Meg patrzyła na niego, z trudem nadążając za tokiem jego myśli.
– I jeszcze jedno – powiedział Luke. – Nie chcieliśmy, żeby ludzie wiedzieli, że 

coś nas łączyło w czasie festiwalu, ale jeśli się pobierzemy, nie wyobrażam sobie, 
żeby to mogło ci zaszkodzić. Zwłaszcza teraz, kiedy wszyscy myślą, że jestem do 
niczego w łóżku.

– Nie zamierzam zmieniać tego przekonania – roześmiała się Meg.
–  Czyżby?  A  ja  sądziłem,  że  jesteś  ostatnią  osobą,  –  która  potrafi  dochować 

tajemnicy. – Luke przyciągnął ją do siebie.

– Przekonałam się, że drobne sekrety nieraz bardzo w życiu pomagają. Tylko ja 

będę wiedzieć, jaki z ciebie seksowny facet.

– Wciąż jeszcze nie powiedziałaś „tak”.
– Tak.
Luke odetchnął z ulgą. Popatrzył jej głęboko w oczy.
– To będzie szalone życie – stwierdził.
– Mam nadzieję. – Wspięła się na palce i ujęła w dłonie jego twarz. – Pocałuj 

mnie, pierwszy amancie.

Luke pochylił się nad nią, a ich usta spotkały się w namiętnym pocałunku. Tak 

jak to bywa w filmach.