background image

SANDRA FIELD 

 

Kraina dobrej nadziei 

(The land of maybe) 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Nie znosił tego typu kobiet.  
Przyglądał  się  jej  przez  chwilę,  stojąc  w  szerokim,  wyłożonym  miękką  wykładziną 

przejściu. Nie wyglądała na zadowoloną. Ubrana w elegancki pastelowy kostium, siedziała ze 
skrzyżowanymi  nogami,  nerwowo  kołysząc  stopą.  Dłonie  oparła  na  kolanach.  Miała 
polakierowane paznokcie i żadnych pierścionków. Zmarszczyła brwi.  

To wcale nie odbiera jej uroku,  pomyślał  Craig z nagłą i  nieoczekiwaną  wrogością.  Nie 

tylko nogi miała piękne. Gęste włosy w ciepłym kasztanowym odcieniu były upięte w węzeł z 
tyłu w sposób, na który mogły sobie pozwolić jedynie kobiety o doskonałych rysach. Kształt 
kości  policzkowych,  zarys  czoła,  łagodne  zaokrąglenie  ust  i  chłodne  spojrzenie  mogłyby 
znaleźć się na okładce najbardziej wymagającego magazynu.  

Wiotka,  krucha  i  wyrafinowana.  Nie  zachwycał  go  ten  rodzaj  kobiet.  Dlaczego  więc 

zatrzymał się i nie spuszczał z niej oczu, jakby nigdy wcześniej nie widział pięknej kobiety? 

Ruszył naprzód i zaczął przedzierać się przez rzędy plastikowych foteli. Zatrzymał się tuż 

przed nią.  

–  Przepraszam,  czy  byłaby  pani  uprzejma  spojrzeć  na  mój  bagaż,  chciałbym  wejść  do 

księgarni? 

Marya była tak zatopiona w myślach, że nie widziała niczego wokół siebie. Zaskoczona 

popatrzyła  na  stojącego  przed  nią  mężczyznę.  Nie  mogła  ukryć  zmieszania.  Wykrztusiła  z 
trudem: 

– Przepraszam, o co chodzi? 
– Pytałem, czy mogłaby pani spojrzeć na moją torbę, gdy wejdę do księgarni? 
Pod  uprzejmym  uśmiechem  ciemnoszarych  oczu  krył  się  chłód.  Miała  wrażenie,  że 

przeszywa ją na wskroś i nie ma przyjaznych zamiarów. Nie powinien w ten sposób na mnie 
patrzeć  –  stwierdziła.  Przecież  to  on  prosi  mnie  o  przysługę.  Poczuła  nagłą  niechęć,  że  tak 
naruszył jej prywatność. Nie siliła się na grzeczność.  

– Oczywiście, może pan ją tu zostawić.  
Nie wiedziała, jak nazwać to, co odmalowało się w jego oczach.  
– Dziękuję.  
Zwykłe słowo, ale wypowiedziane takim tonem, że zacisnęła zęby. Nachylił się i położył 

torbę obok jej krzesła. Dostrzegła jego brązowe włosy, gęste i błyszczące, nieco wyblakłe od 
słońca,  szerokie  ramiona  pod  grubym  wełnianym  swetrem  w  szare  i  niebieskie  wzory. 
Wyprostował  się  i  na  krótką  chwilę  ich  spojrzenia  się  spotkały.  W  jego  oczach  dostrzegła 
wyraźną wrogość. Przeszedł wzdłuż rzędów krzeseł i skierował się w stronę przechodzących 
pasażerów.  

Nagły dreszcz przebiegł jej po plecach. Wbrew własnej woli odprowadziła go wzrokiem, 

dopóki  nie  zniknął.  Z  niechęcią  popatrzyła  na  jego  torbę  podróżną  –  zwykła 
bezpretensjonalna  płócienna  torba,  wyraźnie  często  używana.  Plakietka  z  adresem  była 
odwrócona, więc nie mogła zobaczyć, jak się nazywa.  

background image

Zresztą nie było jej to potrzebne. Musi unikać wszelkich kontaktów, dopóki nie znajdzie 

się w domu i nie doprowadzi do końca swojej misji.  

Zmusiła  się,  by  przestać  o  nim  myśleć.  Znów  wypełniła  ją  obawa,  nadzieja  i  tęsknota, 

uczucia,  które  przez  ostatnie  dwa  dni  nie  opuszczały  jej  ani  na  chwilę.  Zmarszczyła  czoło  i 
czubkiem buta rytmicznie uderzała w płócienną torbę. Wszystko sprawił ten list od siostry.  

Kathrin Hansen skończyła dziewiętnaście lat i choć była od niej tylko trzy lata młodsza, 

Marya zawsze uważała, że pod względem doświadczenia siostra jest zupełnym dzieckiem. Z 
natury  ufna  i  pogodna,  z  radością  przyjmowała  każdy  kolejny  dzień.  Poza  tym  była 
wyjątkowo piękna. Nic więc dziwnego, że ten Robb, o którym pisała, tak się nią zachwycił. 
„Jestem  zaręczona!!  Czy  to  nie  cudowne???”  –  pisała  w  liście,  jak  zwykle  z  nadmiarem 
stosując  interpunkcję.  „Na  imię  ma  Robb,  jest przystojnym  Kanadyjczykiem  o  wspaniałych 
czarnych  włosach  i  bawią  go  wszystkie  moje  żarty  –  więc  chyba  jest  zakochany?  Jest  też 
bardzo  bogaty,  ale  nie  przejmuj  się  tym  zbiegiem  okoliczności,  on  jest»  zupełnie  inny  niż 

Tony. Jeszcze nie mamy żadnych planów, ale to tak wspaniale być zaręczoną. Poza tym tata 
musi  się  do  tego  przyzwyczaić.  Przyjedziesz  na  moje  wesele,  prawda???  Obiecaj.  Nie 
wyobrażam sobie, że mogłoby Ciebie zabraknąć... Całuję Cię i odpisz szybko!!!” 

List kończył się wymyślnym zawijasem, który Kathrin uważała za romantyczny podpis. 

Tym razem otoczyła go wianuszkiem delikatnych serduszek i kwiatków.  

Marya westchnęła. Dlaczego historia znów się powtarza z taką koszmarną dokładnością? 

Przystojny,  Kanadyjczyk,  brunet,  bogaty  –  doskonała  charakterystyka  Tony’ego  Mortimera, 
w którym tak nieprzytomnie zakochała się trzy lata temu.  

Zamknęła oczy i  natychmiast  pojawił się jego obraz – białe zęby i promiennie błękitne 

oczy. Była młoda i naiwna, zupełnie jak Kathrin, i uwierzyła w jego zapewnienia o dozgonnej 
miłości i wierności, o sile uczucia, które nigdy się nie zmieni.  

To nigdy oznaczało  około  dziewięciu  tygodni. Dopóki nie wziął jej do łóżka. Wtedy ją 

zostawił. Nie dopuści, by  to  samo  przydarzyło  się Kathrin. Ona jakoś przeżyła, ale  Kathrin 
może być słabsza.  

Zachmurzyła się na myśl o tym, co powie bogatemu uwodzicielowi, który oczarował jej 

siostrę. Nagle usłyszała zjadliwy męski głos.  

– Obiecuję, że już nigdy więcej nie poproszę o żadną przysługę.  
Poderwała się. Stał przed nią mężczyzna o brązowych włosach. Odrzekła chłodno: 
– To nie z pana powodu.  
Nie wyglądał na przekonanego. Podniósł torbę.  
– Dziękuję za popilnowanie bagażu.  
Oboje  wiedzieli,  że  zupełnie  zapomniała  o  jego  torbie.  Ze  złością  skinęła  głową  i 

ostentacyjnie odwróciła wzrok.  

Krzesła  obok  niej  już  się  zapełniły.  Kątem  oka  zauważyła,  że  mężczyzna  usiadł 

naprzeciwko  niej.  Torbę  postawił  na  podłodze.  Stopniowo  złość  jej  mijała  –  chyba  była 
bardziej spięta, niż chciała się do tego przyznać. By odwrócić myśli, zaczęła ukradkiem mu 
się przyglądać.  

Miał na nogach skórzane turystyczne buty i podniszczone szare sztruksy. Ciekawe, dokąd 

background image

się  wybiera.  Może  na  wędrówkę  do  Walii  albo  na  wspinaczkę  do  Nepalu?  Miała  niezbitą 
pewność,  że  cokolwiek  zamierzał,  musiał  być  w  tym  dobry.  Poruszał  się  niespiesznie  i  ze 
zdradzającą doświadczenie pewnością siebie. Bardzo możliwe, że wybierał się samotnie, nie 
wyglądał na kogoś, kto lubi zorganizowane wycieczki.  

Zauważył,  że  mu  się  przygląda  i  uśmiechnął  się  do  niej.  Spłoszona,  szybko  odwróciła 

wzrok.  Poczuła  się  tak,  jak  rok  temu,  gdy  po  raz  pierwszy  rozpoczęła  pracę  w  La  Roulade, 
jednej z najdroższych restauracji w Toronto.  

Sala zapełniała się coraz bardziej. Mały chłopiec bawił się samolocikiem, a różowy bobas 

zanosił  się  płaczem  na  kolanach  matki.  Wskazówki  zegara  przesuwały  się  z  nieznośną 
powolnością. Marya wyjęła swoją kartę pokładową, ścisnęła ją w wilgotnej dłoni, modląc się 
w duchu, by lot się nie opóźnił. Na podróż zdecydowała się nagle i przez ostatnie dni była tak 
zajęta,  że  nawet  nie  miała  czasu  na  myślenie.  Teraz  wszystkie  wspomnienia  ożyły  i 
przypomniała sobie gniew ojca, niepokój ciotki i łzy Kathrin. Od trzydziestu ośmiu miesięcy 
nie widziała swoich najbliższych i rodzinnego domu na spowitej w mgły małej wulkanicznej 
wyspie na Morzu Północnym, nazywanej krainą dobrej nadziei...  

– Pasażerowie z biletami pierwszej klasy i osoby wymagające pomocy, oczekujące na lot 

numer  376  do  Londynu,  proszeni  są  o  przygotowanie  się  do  wejścia  na  pokład.  Startujemy 
mniej więcej za dwadzieścia minut.  

Mężczyzna w szarym swetrze wyprostował się z leniwym wdziękiem. Zarzucił torbę na 

ramię i skierował się do wejścia. Za nim podążyła kobieta z dzieckiem.  

Marya popatrzyła za nim z nagłą złością. Mężczyźni, których spotykała w restauracji, też 

podróżowali pierwszą klasą. Właściwie nie powinna być zdziwiona – choć jego strój o tym 
nie  świadczył,  zdradzało  go  coś  w  sposobie  bycia.  Na  pewno  Nepal  –  pomyślała.  Z  całą 
pewnością nie Walia, to byłoby zbyt prozaiczne, zbyt łatwe.  

Weszła na pokład. Gdy przechodziła przez rzędy pierwszej klasy, za rozpostartą płachtą 

„Financial Post” dostrzegła szare sztruksy i brązową czuprynę.  

Kolejny punkt przeciwko niemu. Zbyt wielu tamtych facetów czytało podobne gazety.  
Idący  przed  nią  gęsiego  pasażerowie  zatrzymali  się  na  moment  akurat  w  chwili,  gdy 

mężczyzna opuścił gazetę. Dostrzegł jej pełne dezaprobaty spojrzenie. Ze zdziwieniem uniósł 
brwi.  

– A teraz co zrobiłem? 
–  Według  mnie  te  wszystkie  interesy  giełdowe  są  czymś  wymyślonym  i  często 

niemoralnym.  

– I pewnie uważa pani, że prawdziwi mężczyźni nie piją  mleka i nie czytają „Financial 

Post”? 

Chłopak przed nią przesunął się dwa kroki naprzód.  
– Ja nie mam takich kłopotów.  
Uśmiechnęła się ze słodyczą i przeszła za zasłonę oddzielającą drugą klasę. Cieszyła się, 

że przynajmniej raz mogła sobie pozwolić na odpowiedź. Ileż to razy w La Roulade pragnęła 
wyrazić  swoje  zdanie  na  ten  temat.  Może  nie  powinna  wyładowywać  na  nim  swoich 
tłumionych przez rok frustracji. Chociaż z drugiej strony to mu nie zaszkodzi.  

background image

Czas  wlókł  się  powoli.  Monotonię  przerywały  posiłki,  obejrzała  film  o  Supermanie. 

Męczyły  ją  sny  o  Tonym,  budził  płacz  dziecka.  Z  samolotu  wyszła  jako  jedna  z  ostatnich. 
Lotnisko Heathrow było jak wieża Babel – wielojęzyczne kolejki tłoczyły się do okienek, w 
żadnej z nich nie dostrzegła wysokiego nieznajomego.  

Rzuciła  okiem  na  zegarek  i  szybko  zaczęła  przedzierać  się  przez  tłum.  Miała  tylko 

dziesięć minut do następnego samolotu. Pobiegła długim korytarzem. Grupa rozprawiających 
po  norwesku  biznesmenów  właśnie  wchodziła  na  pokład.  Marya  już  przechodziła  przez 
kabinę pierwszej klasy, gdy pojawiła się stewardesa. Obejrzała jej bilet.  

– Niestety, proszę pani, wszystkie miejsca są zarezerwowane.  
Marya na moment zamknęła oczy. Głos jej się łamał i bała się, że za chwilę wybuchnie 

płaczem.  

– Czy to znaczy, że nie mogę lecieć? 
–  Poszukamy  dla  pani  miejsca.  –  Zaczęła  przeglądać  listy.  –  Mam  jedno  wolne  w 

pierwszej klasie.  

Marya  poczuła,  jak  ciężar  spada  jej  z  serca.  Mogłaby  siedzieć  nawet  na  podłodze.  Im 

bliżej była miejsca przeznaczenia, z tym większą trudnością przychodziło jej panowanie nad 
sobą. Uśmiechnęła się słabo.  

– To świetnie.  
Stewardesa gestem wskazała jej miejsce.  
– Proszę usiąść obok tego pana.  
Marya  odwróciła  się.  Zobaczyła  utkwione  w  nią  ciemnoszare  oczy  mężczyzny  o 

brązowych włosach. Zaskoczona powiedziała tylko: 

– Och, to pan.  
– Tak, to ja. – Szybko zdjął „Financial Post” z fotela przy oknie. – Proszę mi wybaczyć, 

gdybym wiedział, że się spotkamy, wyrzuciłbym to przy pierwszej okazji.  

Poczuła, że się rumieni. Usiadła i zapięła pasy. Drzwi samolotu zatrzasnęły się z hałasem. 

Stewardesa zaproponowała jej coś do picia.  

– Poproszę sok pomarańczowy. Z boku dobiegło ją mruknięcie.  
–  Myślałem,  że  zamówi  pani  szampana.  Popatrzyła  mu  prosto  w  oczy,  z  niesmakiem 

zauważając  szyderstwo  w  jego  spojrzeniu  i  z  jeszcze  większą  niechęcią  czując  obok  siebie 
jego bliską obecność.  

– Nienawidzę szampana.  
Z lekkim drżeniem samolot ruszył z miejsca.  
–  Zdążyła  pani  w  ostatniej  chwili  –  stwierdził.  –  Przy  okazji  –  nazywam  się  Craig 

Huntingdon. Czy pani mieszka w Oslo, pani... ? 

Był  bardzo  pewny  siebie.  Wyglądał  świetnie:  miał  gęste,  nieco  potargane  włosy, 

zniewalające spojrzenie szarych oczu i rozbrajający dołek na policzku. Kobiety z pewnością 
łatwo traciły dla niego głowę. Opanowała się.  

– Nie.  
– Ja tylko staram się być uprzejmy.  
Przez  ostatnie  miesiące  musiała  być  wzorem  taktu  i  dyskrecji.  Ale  ten  rozdział  był 

background image

zamknięty.  Już  nie  musiała  i  nie  chciała  być  uprzejma  –  zresztą  coś  w  jego  zachowaniu  ją 
drażniło i budziło agresję.  

Stewardesa  rozłożyła  stolik  i  postawiła  przed  nią  wysoką  szklankę  soku 

pomarańczowego,  udekorowaną  plasterkiem  pomarańczy  i  listkiem  mięty.  Marya 
podziękowała z uśmiechem i uniosła ją do ust.  

Bardziej  poczuła  niż  zobaczyła,  że  jej  sąsiad  odwrócił  wzrok.  Z  lekkim  rozbawieniem 

pomyślała, że chyba nie przywykł do takiego traktowania.  

Odstawiła szklankę i wyjrzała przez okienko. Samolot poruszał się po pasie startowym. 

Promienie  słońca  wpadały  do  środka  i  wzniecały  płomienie  w  jej  gęstych  kasztanowych 
włosach. Usłyszała szelest otwieranej gazety – to jej sąsiad zatopił się w lekturze.  

Samolot  wzbił  się  w  powietrze  i  Anglia  została  za  nimi.  Lecieli  na  północ.  Marya 

przyglądała  się  chmurom  i  nieprawdopodobnym  podniebnym  krajobrazom.  Z  rosnącym 
podnieceniem oczekiwała chwili, gdy wieczorem wysiądzie ze znajomego biało-niebieskiego 
autobusu  kilkaset  metrów  od  rodzinnego  domu. Oczami  wyobraźni  widziała  każdy  szczegół 
wąskiej,  biegnącej  między  domami  drogi,  prowadzącej  do  siedziby  Magnusa  Hansena.  Nie 
wiedziała i nawet nie próbowała zgadywać, jak będzie wyglądać jej powitanie z ojcem. Trzy 
lata temu nie mógł jej darować, że gnana gwałtowną i dziką miłością podążyła za ukochanym 
na koniec świata. Ani razu do niej nie napisał. Może nie wybaczył jej tamtej decyzji.  

– Proszę pani.  
Zamrugała,  wyrwana  z  rozmyślań.  Nie  miała  pojęcia,  jak  długo  stewardesa  próbowała 

przywołać ją do rzeczywistości i czy zdołała coś wyczytać z jej twarzy.  

– Słucham? 
Stewardesa znów popatrzyła na listę.  
– Pani Marya Hansen i leci pani do Bergen? 
– Marya kiwnęła głową. – Bardzo proszę pozostać na tym miejscu do końca podróży.  
– Więc nazywa się pani Marya Hansen. – Mężczyzna nie krył satysfakcji. – Mieszka pani 

w Bergen? 

Wypowiedział jej imię tak, jak w jej rodzinnych stronach, akcentując pierwszą sylabę. To 

się jej spodobało. Poza tym nie chciała znów wracać myślą do spotkania z ojcem – obawiała 
się, że może skończy się zatrzaśnięciem jej drzwi przed nosem.  

– Nie, nie mieszkam w Bergen. A pan? 
– Jestem z Vancouver – uśmiechnął się do niej.  
–  I  chociaż  tych  kilka  słów,  które  od  pani  usłyszałem,  nie  było  dla  mnie  szczególnie 

pochlebnych,  to  uważam,  że  ma  pani  czarujący  akcent.  Chyba  nie  urodziła  się  pani  w 

Toronto.  

Drobne zmarszczki w kącikach oczu, które powstawały, gdy się uśmiechał, dodawały mu 

uroku. Z pewnością wiedział o tym. Zamrugała oczami i podniosła głowę.  

– Wybiera się pan na wspinaczkę, panie Huntingdon? 
– Proszę mi mówić Craig. Zdarzało mi się wspinać, to prawda. A dlaczego pani pyta? 
– Jedzie pan do Nepalu? Twarz mu się ściągnęła.  
–  Chciałbym.  Ale  tym  razem  nie.  Proszę  mi  powiedzieć,  panno  Hansen...  czy  panno? 

background image

Może mąż oczekuje pani na lotnisku w Bergen? 

Nikt na nią nie czeka, nawet na przystanku autobusu w Tjørnuvík. Nikt nawet nie wie o 

jej przyjeździe, zaskoczy wszystkich. Może w ten sposób wywrze wrażenie na Kathrin i jej 
ciemnowłosym Robbie. Wygładziła spódniczkę.  

– Nie dostąpiłam szczęścia posiadania męża ani w Bergen, ani gdziekolwiek indziej.  
Popatrzył z niedowierzaniem.  
– Kobieta tak piękna jak pani, niezamężna? Starała się ukryć zadowolenie, jakie sprawiły 

jej te słowa.  

– Nie każdy uważa małżeństwo za jakieś wyjątkowe osiągnięcie...  
Urwała,  bo  zjawiła  się  stewardesa  z  tacami  pełnymi  jedzenia.  Marya  spojrzała  na 

wykrochmaloną  serwetkę,  błyszczące  sztućce,  ozdobionego  czerwoną  wisienką  grejpfruta  i 
miniaturową  białą  różę  w  srebrnym  wazoniku.  Nagłe  przerażenie  odmalowało  się  w  jej 

oczach. Zaniemówiła i nawet nie podziękowała stewardesie.  

Pierwszej  wspólnej  nocy  w  Toronto  Tony  obsypał  ją  różami,  takimi  jak  ta.  Kwiaty 

wypełniały każdy skrawek hotelowego pokoju. Tony lubił takie gesty, bez względu na cenę, 
zresztą  nigdy  nie  narzekał  na  brak  pieniędzy.  Później,  w  ogromnym  łóżku,  w  powietrzu 
przesyconym duszącym zapachem kwiatów, po raz pierwszy poznała mężczyznę...  

– Co się stało? 
Aż się wzdrygnęła na szorstki dźwięk jego głosu. Zagryzła wargi.  
– Nic. Po prostu nie jestem głodna.  
Popatrzył jej prosto w oczy. Po chwili odezwał się z nieoczekiwaną łagodnością.  
–  Maryo,  czy  zmarł  ci  ktoś  bliski?  Czy  to  jest  powód  twojej  podróży?  Jeśli  tak,  to 

wybacz, jeżeli w jakiś sposób sprawiłem ci przykrość.  

Wiedziała, jak sobie radzić z niegrzecznością, insynuacjami czy złośliwością, miała z tym 

wystarczająco  często  do  czynienia,  ale  jego  delikatność  ją  rozbroiła.  Odwróciła  wzrok  i 
wyszeptała tylko: 

– Nie, nikt mi nie umarł.  
Tylko ja – pomyślała. Trzy lata temu coś w niej umarło.  
– Naprawdę nie mam ochoty na jedzenie. – Nacisnęła guzik, by przywołać stewardesę. – 

To wszystko.  

– Lepiej powiedz, żebym się nie wtrącał do nie swoich spraw – powiedział Craig. – Wolę 

to niż takie wymówki.  

– Więc dobrze. Zajmij się swoimi sprawami. Zbliżająca się stewardesa dosłyszała ostatnie 

słowa.  

Marya poczerwieniała, odezwała się głośniej niż potrzeba.  
– Czy mogłaby pani zabrać tacę? Nie jestem głodna. I czy mogę dostać koc i poduszkę? 
– Oczywiście, proszę pani.  
Wyniosła  tacę  i  przyniosła  miękki  niebieski  pled  i  białą  poduszeczkę.  Marya  opuściła 

oparcie fotela i ułożyła się do snu. Podciągnęła wysoko koc i zamknęła oczy.  

Przez warkot silnika słyszała dźwięk łyżeczki uderzającej o talerz – to Craig zabrał się do 

swojego  grejpfruta.  Jeśli  jego  troska  była  prawdziwa  –  a  chyba  tak  było  –  to  zachowała  się 

background image

grubiańsko.  Po  raz  kolejny.  Ale  czy  to  miało  jakieś  znaczenie?  W  Bergen  ich  drogi  się 
rozdzielą, a ona nie miała zamiaru opowiadać każdemu nieznajomemu historii swego życia.  

Poprzedniej nocy prawie nie spała, a fotel okazał się wyjątkowo wygodny. Pierwsza klasa 

ma jednak swoje zalety – pomyślała. Zaczęła oddychać wolniej i coraz głębiej.  

Siedzący obok niej mężczyzna dokończył  grejpfruta, zjadł jajka i deser. Popijając kawę 

przyjrzał  się  kobiecie  na  sąsiednim  fotelu.  Koc  zsunął  jej  się  z  ramion  i  w  wycięciu 
kremowego  żakietu  widniał  ciemnozielony  jedwab  jej  bluzki,  doskonale  dobrany  do  koloru 
cieni  na  powiekach.  Skrzyżowane  ręce  podkreślały  kształt  jej  rysujących  się  pod  cienką 
tkaniną piersi. Wyglądała nieskończenie ponętnie. Ale nawet we śnie zaciskała dłonie.  

Starając się jej nie obudzić, delikatnie podciągnął koc na jej ramiona. Znów zagłębił się w 

lekturze.  

Nadal  spała,  gdy  pod  skrzydłami  zazieleniły  się  lasy  Norwegii  i  samolot  zniżył  się  do 

lądowania. Craig zawahał się, po chwili lekko dotknął jej ramienia.  

– Jesteśmy w Oslo.  
Otworzyła  szeroko  oczy.  Śniło  się  jej,  że  samolot  płynie  przez  chmury  białych  róż,  ich 

płatki oblepiają okna, przytłumiają światło słońca. Na to wspomnienie poczuła nagły dreszcz, 
powiedziała bez sensu: 

– Przecież wcale nie jest ciemno.  
–  Lepiej  podnieść  oparcie  –  powiedział  Craig,  wsuwając  torbę  pod  fotel.  –  To  tylko 

międzylądowanie, do Bergen już niedaleko.  

Zachował się miło, a przynajmniej taktownie, nie zauważając jej zmieszania. Spróbowała 

wziąć się w garść. Nacisnęła przycisk, by podnieść oparcie fotela. Musi być w formie, inaczej 
cała ta wyprawa będzie daremna. Na szczęście jej sąsiad był zajęty książką. Odwróciła się i 
wyjrzała przez okno. Przyglądała się czerwonym dachom budynków i wzgórzom wokół Oslo, 
potem  ich  miejsce  zajęły  jeziora,  góry  i  fiordy.  Następne  lądowanie  będzie  w  Vagar,  skąd 
tylko dwie godziny jazdy autobusem dzielą ją od domu. Poczuła zdenerwowanie, bezwiednie 
zacisnęła dłonie na kolanach.  

– Czy ktoś na ciebie czeka? 
Wyrwana z zamyślenia popatrzyła na niego, z trudem go rozpoznając.  
– To jeszcze nie koniec mojej podróży.  
– I nie powiesz mi, dokąd jedziesz? 
Uśmiechnęła się blado.  
– To nie twój interes – mruknęła.  
– Ale chyba dasz mi swój adres w Toronto? Wiedziała, że zadał to pytanie wbrew sobie. 

Poczuła  nagłe  zdenerwowanie.  Wściekła  na  siebie,  że  nie  potrafi  się  oprzeć  jego  urokowi, 
odrzekła zimno: 

– Zupełnie nie mam pojęcia, kiedy wrócę do Toronto.  
Rzuciła  obie  prace,  bo  żaden  z  jej  szefów  nie  chciał  dać  jej  dwóch  tygodni  urlopu  z 

dwudniowym wyprzedzeniem, więc wolała sama zrezygnować, niż zostać wyrzucona.  

–  W  takim  razie  ja  dam  ci  mój  adres  w  Vancouver.  Nie  przypuszczam,  że  długo  będę 

poza domem.  

background image

– Być może wcale nie wrócę do Kanady. – Tę myśl wypowiedziała po raz pierwszy – i 

nagle zdała sobie sprawę, że wcale jej nie zależy na powrocie.  

–  Nie  musisz  być  z  tego  taka  zadowolona.  Złość  w  jego  głosie  podziałała  na  nią 

prowokująco.  

– Nie ma powodu, żeby to dla ciebie miało jakieś znaczenie.  
– Chyba nie. – Wyglądał, jakby miał jej dość.  
–  Możesz  mnie  złapać  przez  kompanię  leśną  Northwest  Forestry  w  Vancouver  – 

zapamiętasz? Zawsze wiedzą, gdzie jestem. Northwest Forestry.  

– Dziękuję.  
Nawet nie udała, że chce to zapisać.  
Samolot  wylądował  i  z  hałasem  mknął  po  pasie,  nie  dało  się  rozmawiać.  Marya  z 

zachmurzoną twarzą wyglądała przez okno. Znała powód tego nastroju – nazwa firmy Craiga 
na  zawsze  wryła  się  w  jej  pamięć.  Chociaż  wygląda  na  kogoś,  kto  pracuje  na  świeżym 
powietrzu  –  pomyślała  z  nagłym  ożywieniem.  Wyobraziła  go  sobie  samotnie 
przemierzającego szlaki wśród sosen i jodeł, zadomowionego w otoczeniu całkowicie różnym 
od hałaśliwych ulic Toronto i dyskretnej elegancji La Roulade.  

Przez chwilę zastanawiała się, jak wyglądałoby ich spotkanie w innych okolicznościach, 

na przyjęciu albo przez znajomych. Czy wpadłaby mu w oko tak jak teraz? Czy też to całe 
jego zainteresowanie wynikło z nudy, z chęci nawiązania niezobowiązującej znajomości, by 
podróż minęła szybciej? 

A  ona?  Czy  gdyby  była  mniej  zaaferowana  swoją  misją,  czy  powiedziałaby  mu,  dokąd 

jedzie i dałaby adres ciotki? Dlatego, że wyglądał na innego niż większość bogatych facetów, 
których na co dzień oglądała przez ostatni rok? Na innego niż Tony? 

Samolot  zatrzymał  się  i  pasażerowie  zaczęli  zbierać  bagaże  i  płaszcze.  Marya  odpięła 

pasy, Craig wstał i gestem przepuścił ją przed siebie.  

Dopiero  teraz  zdała  sobie  sprawę  z  jego  wzrostu.  Kiwnęła  głową  stewardesie  i  ruszyła 

korytarzem  do  wyjścia.  Spódnica  zawirowała  wokół  jej  nóg.  Nie  zdziwiła  się  zbytnio,  gdy 
Craig dołączył do niej. Zapytała od niechcenia: 

– Czy żona na ciebie czeka? 
–  Nigdy  nie  dostąpiłem  szczęścia  posiadania  żony,  ani  w  Bergen,  ani  gdziekolwiek 

indziej.  

–  Bardzo  zabawne  –  parsknęła,  tłumiąc  niespodziewane  uczucie,  którego  nie  chciała 

nazwać ulgą.  

– Z tymi rudymi włosami nie możesz być Norweżką.  
– Pochodzę w prostej linii od Eryka Czerwonego.  
– Wcale bym się nie zdziwił, gdybyś miała w sobie krew wikingów.  
Podeszli  do  celników.  Craiga  poproszono  do  okienka  z  prawej,  ją  z  lewej  strony. 

Stemplowano  jej  paszport,  gdy  celnik  przeglądał  torbę  Craiga.  Musiała  jeszcze  poczekać  na 
swoje bagaże. Zobaczyła, że Craig zarzuca torbę na ramię i odchodzi. Ucieszyła się – nawet 
dobrze, że nie będą się żegnać, im szybciej straci go z oczu, tym lepiej, tym łatwiej zapomni o 

nim. Zresztą, czy było coś do pamiętania? 

background image

Uniósł dłoń w geście pożegnania i zawołał w jej stronę: 
– Northwest Forestry – nie zapomnij! 
Taśma  poruszyła  się  ze  zgrzytem.  Marya  czekała  na  bagaże,  z  trudem  starając  się  nie 

wybuchnąć  płaczem.  Sama  nie  wiedziała,  dlaczego  tak  się  czuła.  Na  szczęście  jej  walizka 
była jedną z pierwszych. Celnik ledwie rzucił na nią okiem. Przeszła przez szklane drzwi i nic 
nie  mogło  jej  powstrzymać  przed  uważnym  rozejrzeniem  się  wokół  w  poszukiwaniu 
mężczyzny o brązowych włosach.  

Nie było go nigdzie.  

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Na  chwilę  przystanęła  z  wahaniem.  Craiga  nigdzie  nie  było.  Wszystko  skończyło  się, 

zanim  jeszcze  naprawdę  się  zaczęło.  Przestań  zawracać  sobie  nim  głowę  –  skarciła  się  w 
duchu.  

Ścisnęła mocniej walizkę. Minęła rząd automatów telefonicznych i toalet i skierowała się 

w stronę duńskich linii lotniczych. Dostrzegła ich stanowisko bez trudu. Przed pulpitem stał 
Craig Huntingdon.  

Zamarła.  Z  trudem  próbowała  opanować  histeryczny  śmiech.  Tego  naprawdę  było  za 

wiele.  

Był  tak  zajęty  rozmową  z  przedstawicielem  linii,  że  nawet  jej  nie  zauważył.  Stąpając 

delikatnie, aby nie stukać obcasami, podeszła i stanęła tuż za nim.  

– To było Southeast Mining, tak? 
Ściągnął ramiona i z twarzą pozbawioną wszelkiego wyrazu powoli odwrócił się do niej.  
– Northwest Forestry, przecież świetnie pamiętasz. Co ty tu robisz? 
– Lecę na Wyspy Owcze. Jak ty.  
– Tymi liniami tam nie dolecisz. Jej uśmiech zgasł.  
– Co chcesz przez to powiedzieć? 
– Z powodu mgły loty są zawieszone.  
Miała nadzieję, że to żarty, niestety informacje Craiga potwierdziły się.  
–  Właśnie  miałam  zaproponować  temu  panu,  żeby  popłynął  promem  –  dodała  miła 

agentka.  –  Prom  odpływa  o  trzeciej.  Wydaje  mi  się,  że  to  lepsze  wyjście  niż  czekanie  na 

samolot.  

– Czy są jeszcze wolne miejsca? 
– Zaraz sprawdzę.  
–  Craig,  ten  prom  jest  najlepszym  rozwiązaniem,  oczywiście,  jeśli  dostaniemy  miejsca. 

Wtedy na pewno jutro znajdziemy się na miejscu.  

Bez zastanowienia przyjęła, że popłyną razem. Głos Craiga zabrzmiał obojętnie.  
– Więc płyniesz promem? 
–  Mogę  zarezerwować  dwa  bilety  do  Torshavn  –  wtrąciła  z  ożywieniem  agentka.  – 

Wszystkie kabiny są już zajęte, ale ktoś zrezygnował i mają jeszcze dwie wolne kuszetki.  

Marya szybko przekazała tę informację Craigowi i dodała: 
– Ja się decyduję.  
W głębi serca  cieszyła się, że w ten sposób  o całą dobę odsunie spotkanie z ojcem. Jej 

postanowienie nie ma więc nic wspólnego z Craigiem – upewniała sama siebie. Absolutnie 
nic.  

– Ja również.  
Agentka zarezerwowała miejsca.  
– Nie mamy dużo czasu – stwierdził Craig. – Weźmy taksówkę.  
Bez  trudu  złapali  taksówkę.  Kierowca  załadował  bagaże.  Craig  usiadł  obok  Maryi  na 

background image

tylnym siedzeniu. Samochód ruszył.  

– Mam nadzieję, że dobrze robimy. Nie przypuszczałem, że wszystko może się opóźnić o 

cały dzień.  

Przez chwilę wydawał się szczerze zmartwiony. Marya nie okazała współczucia.  
–  Jeśli  się  śpieszysz,  to  wybrałeś  złe  miejsce.  Na  tych  wyspach  stale  są  mgły,  wiatry, 

przypływy i odpływy. W takich warunkach nie można się śpieszyć.  

Przyjrzał się jej uważnie.  
– To twoje rodzinne strony, prawda? 
– Tak. – Z trudem przełknęła ślinę, próbując panować nad swoim głosem.  
– Co to jest kuszetka? 
Odwróciła głowę, smutek nie zniknął z jej oczu. Zamrugała powiekami.  
– Coś jakby koja – wymamrotała. – Dlaczego pytasz? 
– Coś takiego jak w pociągu? Starała się odegnać nostalgię.  
– Na promie są kabiny, ale wszystkie zostały już zarezerwowane, a poza tym są bardzo 

drogie.  Są  również  kuszetki,  po  dwanaście  w  pokoju,  z  materacami,  ale  bez  poduszek  i 
pościeli. W każdym razie to lepsze niż przesiedzenie całej nocy.  

– I oboje mamy miejsce w tej samej sali? 
– Tak, z dziesięcioma innymi osobami. W jego oczach dostrzegła jakby drwinę.  
– Panno Hansen, mam propozycję.  
Nie  domyślała  się,  co  może  mieć  na  myśli,  ale  praca  w  restauracji  nauczyła  ją 

zachowywać zimną krew.  

– Nie przypuszczam, by jakakolwiek propozycja mogła mnie zainteresować.  
– Jeszcze nie wiesz, o co chodzi.  
Musiała przyznać, że jego uśmiech był ujmujący.  
– Jesteś zbyt pewny siebie. Uśmiechnął się szerzej, jakby nigdy nic.  
–  Przez  najbliższe  dwadzieścia  cztery  godziny  będziemy  skazani  na  siebie,  więc  może 

spróbujemy spędzić miło ten czas? 

– Nie ma potrzeby. Na promie będzie mnóstwo innych osób.  
– Ale dlaczego nie, Maryo? Przecież to nic wielkiego. Z jakiegoś powodu ta propozycja i 

jego podejście nie przypadły jej do gustu.  

– Jest wiele powodów.  
– Więc wymień je.  
Gdzieś w jego uśmiechu czaiło się ostrzeżenie.  
– To nie twoja sprawa – odrzekła stanowczo.  
– Jak często mam ci to powtarzać? 
– Ty chyba nienawidzisz mężczyzn? Odsunęła się od niego, najdalej jak na to pozwalała 

wąska kanapa. Już coś takiego słyszała – Tony kiedyś też tak powiedział.  

– Czy zwykle tak robisz – zalecasz się do kobiety, a gdy ona odmawia, oskarżasz ją w ten 

sposób? 

Wziął głęboki oddech.  
–  Wybacz,  jeśli  to  tak  wyglądało.  Chciałem  tylko  powiedzieć,  że  chociaż  jesteś 

background image

najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widziałem, nie potrafię pokonać muru, którym się 
otoczyłaś – więc trudno o inne wnioski. – Uśmiechnął się. – Popatrz na swoją fryzurę.  

Poczuła się urażona.  
– A co w niej złego? 
– Pasuje do wiktoriańskiej guwernantki. Włosy takie jak twoje powinny być swobodne.  
Przez chwilę na jej twarzy walczyły różne uczucia. W końcu, zapatrzona w dal, odezwała 

się spokojnym tonem.  

–  Rybacy  na  naszych  wyspach  mają  takie  powiedzenie:  strzeż  się,  by  rudowłosa  nie 

przeszła ci drogi.  

Przez chwilę panowała pełna napięcia cisza.  
– Czy to ostrzeżenie? 
Zadrżała. Powinna udać, że w miejskim hałasie Toronto zapomniała już, co te słowa mają 

znaczyć.  

– Właściwie sama nie wiem, co miałam na myśli.  
– Maryo, dlaczego wracasz do domu? 
– Z powodów osobistych. – Opuściła wzrok na kolana i starała się, by jej głos zabrzmiał 

normalnie.  

– Ale coś ci powiem. Nie szukam okazji do znajomości. W moim życiu nie ma miejsca 

dla mężczyzny. Jeśli to znaczy, że nienawidzę mężczyzn, to w tym sensie można to tak ująć.  

– A czy nie sądzisz, że to przeznaczenie skrzyżowało nasze drogi? – zapytał ze spokojem. 

–  Ze  wszystkich  osób,  które  rozpoczęły  podróż  w  Toronto,  tylko  my  dwoje  jedziemy  na 
Wyspy Owcze.  

Jej oczy zmieniały kolor jak kameleon. Popatrzyła na niego, jakiś cień przytłumił nagle 

zielone tęczówki. Odwróciła wzrok. Jego spokój niepokoił ją bardziej niż jego gniew.  

– To tylko zbieg okoliczności.  
– Nie jestem  taki pewny. – Taksówka zatrzymała się na światłach, dojeżdżali do portu. 

Craig  dodał  z  naciskiem:  –  Ta  podróż  promem  to  naprawdę  zrządzenie  losu.  Daj  mi 
przynajmniej szansę, bym mógł cię lepiej poznać. Te wyspy są dostatecznie duże, by stracić 
się z oczu zaraz po wylądowaniu. Jeśli nadal będziemy tego chcieć.  

Z lewej strony już widać było port i ogromną białą bryłę promu. Ostatni raz była tu razem 

z  Tonym,  gdy  rozpoczynali  podróż  do  Kanady.  Kanada.  Małżeństwo.  Obietnica 
niezmąconego szczęścia. Ależ była głupia! 

– Nie. Nie ma powodu, żebyśmy się mieli lepiej poznać – odrzekła szorstko. – Nie chcę.  
Otworzyła  torebkę  i  zaczęła  szukać  portmonetki.  Nie  dostrzegła,  jak  Craig  mocniej 

zacisnął usta, a jego oczy przybrały twardy wyraz. Wyjęła kilka banknotów.  

Craig wykrzyknął: 
– A to co? 
Odpowiedziała z lekkim zdziwieniem: 
– To moja część za taksówkę.  
Wyraźnie było to dla niej czymś oczywistym. Nie mogła przecież wiedzieć, że przywykł 

do kobiet, które oczekiwały, że to on za wszystko płaci. Sięgnął po portfel, a Marya otworzyła 

background image

drzwiczki i wysiadła.  

Świeciło  słońce,  a  lekki  wiatr  od  morza  przeganiał  spaliny  i  przynosił  słony  zapach. 

Marya stała z uniesioną głową i zupełnie zapomniawszy o Craigu, rozkoszowała się tą chwilą.  

– Twoja torba.  
Popatrzyła na niego. Oczy jej błyszczały, a uśmiech czaił się w kącikach ust.  
– Zawsze powinnaś tak wyglądać. To przywołało ją do rzeczywistości.  
– Co mam zrobić, żeby się ciebie wreszcie pozbyć? 
–  Jesteś  dla  mnie  wyzwaniem  –  powiedział  leniwie,  kierując  się  w  stronę  portu.  – 

Przywykłem, że to kobiety tracą dla mnie głowę.  

– Więc jeśli się zakocham, to natychmiast się stąd zabierzesz? 
– Może tak, a może nie.  
Przepływający  kuter  rybacki  zagłuszył  jej  westchnienie  i  pozostawił  po  sobie 

charakterystyczny ostry zapach. Marya znieruchomiała, zmarszczyła nos i nagle wybuchnęła 
głośnym śmiechem.  

–  Wracam  do  domu!  –  wykrzyknęła  zapominając,  że  jeszcze  przed  chwilą  nie  chciała 

mieć nic wspólnego ze stojącym obok niej mężczyzną. – Och, Craig, wracam do domu! 

Przybrał melodramatyczną pozę i jęknął: 
– Porzucony dla rybackiego kutra! 
–  Może  czas,  żebyś  zmienił  swoją  wodę  kolońską?  –  zapytała  z  zuchwałą  miną.  – 

Proponuję ci Esencję z Dorsza, wariuję od tego.  

Odpowiedział miękko: 
– Jesteś piękna, gdy się śmiejesz.  
–  Pewnie  powtarzasz  to  każdej.  Lepiej  chodźmy  stanąć  w  kolejce.  Uprzedzałam  cię  o 

tym, prawda? 

– Już się nauczyłem, żeby nie wierzyć tym twoim szeroko otwartym oczom. O niczym nie 

mówiłaś.  

Marya otworzyła drzwi. Nic się nie zmieniło – duża poczekalnia była zapełniona ludźmi i 

bagażami,  gwar  rozmów  odbijał  się  od  sklepienia.  Na  pierwszy  rzut  oka  panował  tu 
kompletny  chaos,  ale  atmosfera  była  radosna.  Marya  skierowała  się  ku  ludziom  po  lewej 
stronie i postawiła walizkę na ziemi.  

– Tu musimy poczekać. Craig stanął obok niej.  
– Prom odchodzi za pięćdziesiąt pięć minut, nie zdążymy.  
– Na pewno się uda. I nie opowiadaj tylko, że potrzeba tu amerykańskiej organizacji.  
– Zgoda. Muszę tylko zadzwonić w kilka miejsc. – Uśmiechnął się ironicznie. – Wybacz, 

ale czy mogłabyś spojrzeć na mój bagaż? 

– Już raz to mówiłeś, naprawdę mógłbyś wykazać się większą pomysłowością.  
–  Ani  miejsce,  ani  czas  po  temu  –  odparł  z  jeszcze  wyraźniejszą  ironią.  –  Gdy  się 

rumienisz, też jesteś piękna, Maryo Hansen. Wracam za parę minut.  

Patrzyła, jak przedziera się przez tłum. Jej uwagi nie uszły spojrzenia, jakimi po drodze 

obrzucały go kobiety. Pomyślała, że nie jest od nich lepsza.  

Kolejka  przesunęła  się  jakieś  trzy  metry.  Przed  nią  stało  mniej  więcej  trzydzieści  osób. 

background image

Craig w końcu dotarł do niej.  

–  Musiałem  użyć  całej  swojej  przemyślności,  żeby  pojąć,  jak  tu  działają  telefony:  Dwa 

razy mnie rozłączono.  

Marya  szukała  repliki,  gdy  nagle  dwóch  chłopców  z  impetem  wpadło  w  tłum.  Ludzie 

cofnęli się, popchnięty Craig poleciał na Maryę. Zachwiała się i straciła równowagę. Craig w 
ostatniej  chwili  złapał  ją  w  ramiona.  Mocno  przyciśnięta  do  niego  poczuła  na  policzku 
szorstki dotyk wełny. Usłyszała bicie jego serca, silne ramiona obejmowały jej kruchą postać, 
jego  dłonie  na  plecach...  W  jednej  chwili  gwałtowna  i  niespodziewana  fala 
obezwładniającego  pożądania  zagłuszyła  wszystko  inne.  Było  to  tak  nieoczekiwane,  że 
zupełnie straciła panowanie nad sobą.  

Trzymał  ją  w  ramionach  i  pragnęła  go,  musiała  go  mieć,  nie  była  w  stanie  się  temu 

przeciwstawić. Zrozumiała, że wpadła w zasadzkę – Craig obudził ją z trzyletniego snu.  

W  tej  krótkiej  chwili,  zanim  zmalał  nacisk  tłumu,  poczuła,  że  z  nim  dzieje  się  to  samo. 

Ziemia zachwiała się jej pod nogami i jakby patrząc na siebie z oddali pomyślała, że chyba 
zaraz zemdleje. Ona, która nigdy w życiu nie zemdlała.  

Craig rozluźnił uścisk, oczy mu płonęły. Poczuła na czole jego przyśpieszony oddech.  
– Czujesz to samo, co ja? 
Cała  drżała.  Podświadomie  wiedziała,  że  to,  co  zaszło,  w  jakiś  sposób  nieodwołalnie 

zmieniło  jej  życie.  Nie  mogła  skłamać.  Z  pobladłą  twarzą  bezgłośnie  skinęła  głową.  Złote 
plamki na jej tęczówkach zalśniły jak iskierki.  

Odepchnął  ją  lekko  i  dopiero  wtedy  zdała  sobie  sprawę,  że  zaczęli  wzbudzać 

zainteresowanie. Uniosła dłoń, by poprawić włosy, ręce jej drżały. Kolejka znów się ruszyła. 
Popchnęła torbę nogą. Chłopcy już roztopili się w tłumie. Usłyszała cichy głos Craiga.  

– Maryo, jeszcze nigdy czegoś takiego nie doświadczyłem.  
Każdą cząstką swego ciała aż do bólu czuła jego bliskość. Nie było przed tym ucieczki. 

Nie  wiedziała,  co  robić.  Ani  z  Tonym,  ani  w  czasie  młodzieńczych  pocałunków  i 
późniejszych randek w Toronto nie przeżyła czegoś podobnego.  

Craig odezwał się jeszcze ciszej.  
– Mówiłem ci już, że to przeznaczenie. Zasłoniła uszy rękoma i wyszeptała gwałtownie: 
– To nie przeznaczenie, to seks.  
– Nie, to coś więcej.  
– Może dla ciebie! 
– Ty czułaś to samo – widziałem twoją twarz. Wymamrotała: 
– Nie chcę już dłużej z tobą rozmawiać. Spróbowała przesunąć się do przodu. Craig nie 

odezwał się ani słowem, ale czuła za sobą jego obecność. W milczeniu posuwali się naprzód. 
Gdy  Marya  doszła  do  okienka,  po  duńsku  przedstawiła  historię  ich  rezerwacji.  Na  koniec 
zapytała: 

– Czy przypadkiem nie ma wolnej kuszetki w innej kabinie? 
– Niestety, wszystkie są zajęte.  
Nie  mogła  ukryć  rozczarowania.  Podpisała  czeki,  odebrała  bilet  i  nie  oglądając  się  za 

siebie  skierowała  się  do  drugiego  okienka  po  kartę  pokładową.  Chciała  znaleźć  się  jak 

background image

najdalej od Craiga i zapomnieć o tym nieoczekiwanym przeżyciu w jego ramionach.  

Po chwili Craig dołączył do niej. Odezwał się półgłosem, nie kryjąc irytacji: 
– O co tam pytałaś? 
Zuchwale popatrzyła mu prosto w oczy.  
– Pytałam, czy nie mają oddzielnej kuszetki.  
– Świetnie. Maryo, czy ty zawsze musisz uciekać? – dodał ostrzejszym tonem. – Czy ty 

przypadkiem nie uciekłaś z domu? 

Poproszono ją o bilet. Dostała niebieską kartę pokładową i zaczęła wchodzić po trapie.  
– To duży statek, ale nie aż tak, by udało ci się mnie unikać przez następne dwadzieścia 

cztery  godziny.  Maryo,  przestań  wreszcie  uciekać  i  spróbujmy  pomówić  o  tym,  co  przed 
chwilą przeżyliśmy.  

– Nie ma o czym mówić.  
Skierowała  się  w  stronę  schodów  prowadzących  do  kabin.  Jak  mogła  rozmawiać  z 

Craigiem o tym, co zaszło, skoro sama nie mogła tego pojąć i zupełnie straciła głowę.  

Przedzierała  się  przez  zatłoczony  korytarz,  szukając  swojej  kabiny,  wreszcie  weszła  do 

środka. W najdalszym kącie sali zostały dwa wolne miejsca. Pokój był zupełnie pusty, leżały 
tylko bagaże i śpiwory. Położyła swoją torbę na dolnej kuszetce.  

Torba  Craiga  wylądowała  na  górnym  łóżku,  a  on  sam  oparł  się  o  drabinkę,  blokując 

przejście między nią i drzwiami.  

– A więc jesteśmy sami. To może być sprzyjający moment na coś, jak sama powiedziałaś, 

bardziej pomysłowego.  

Jego powolne ruchy i spokojny głos nie zwiodły jej.  
–  Nie  mam  ochoty  ani  na  rozmowy,  ani  na  nic  innego  –  odrzekła  chłodno.  –  To  się 

wydarzyło tylko przypadkiem i nigdy więcej się nie powtórzy.  

– Skąd możemy o tym wiedzieć, jeśli nie spróbujemy? 
Wyprostował się i zrobił krok w jej stronę. Poczuła za sobą zimną metalową ścianę.  
– Craig, przestań! – powiedziała ostro. – Zacznę krzyczeć, jeśli tylko spróbujesz dotknąć 

mnie palcem! 

– Mówisz jak w amerykańskich serialach. Oczy jej błysnęły.  
– Więc przestań się zachowywać jak łajdak dobierający się do bezbronnej dziewczyny.  
– Rzeczywiście, jesteś taka bezbronna jak żbik! 
Widziała, że jest wściekły, jednak nie tracił panowania nad sobą. Wzruszył ramionami i 

odsunął się od niej.  

– Nie możesz zaprzeczyć, że to się wydarzyło.  
– Możesz być pewny, że to się więcej nie powtórzy.  
– Więc jesteś tchórzem! 
– Tchórzem, bo mówię „nie” komuś, kto do tego nie przywykł? Komuś takiemu jak ty? 

Pomysłowemu? 

Rozbawiony uśmiechnął się mimowolnie.  
– Jesteś naprawdę inna, Maryo, już ci to mówiłem.  
– Uniósł dłoń w geście pożegnania. – To do zobaczenia.  

background image

– Wyszedł z kabiny.  
Przebierała się jeszcze, gdy silniki zaczęły pracować i poczuła, że odpływają. Wybiegła 

na pokład. Serce zabiło jej mocniej na widok powiększającego się dystansu między promem i 
keją. W oddali w promieniach słońca jaśniało siedem zielonych wzgórz Bergen.  

Morski wiatr targał  jej  włosy. Przepełniona szczęściem, jakiego nie czuła od trzech lat, 

zapomniała o Craigu i podeszła do rufy, wiotka w obcisłych dżinsach i obszernym zielonym 
swetrze,  z  grubym  warkoczem  przewiązanym  kolorową  apaszką.  Na  wietrze  łopotała 

norweska flaga, a mewy nad jej głową zataczały coraz szersze koła. Płynęła do domu...  

– Zamówiłem w restauracji stolik na dwie osoby. Odwróciła się do niego, wiatr odrzucił 

jej na twarz koniec apaszki.  

– Już zdążyłeś kogoś poznać? Naprawdę jesteś szybki! 
Roześmiał się w odpowiedzi.  
– Nie doceniasz siebie. Wcale nie mam zamiaru kogoś poznawać.  
W  promieniach  słońca  jego  włosy  pobłyskiwały  złoto,  a  siła  i  charakter,  które  mogła 

wyczytać z jego twarzy, nie brały się tylko z dobrego wyglądu – pomyślała.  

– Miałam zamiar pójść do baru.  
Wyciągnął rękę, jednym ruchem zdjął jej ciemne okulary i cofnął dłoń, by nie mogła ich 

dosięgnąć.  

– Tak jest dużo lepiej – stwierdził. – Lubię widzieć oczy osoby, z którą rozmawiam. Więc 

dobrze, zjedzmy śniadanie w barze.  

Walczyły  w  niej  sprzeczne  uczucia,  poczuła,  że  krew  zaczyna  szybciej  krążyć  w  jej 

żyłach i znów po tych trzech latach chciało się jej żyć.  

– Wydaje mi się, że kobiety, z którymi miałeś do czynienia, były zupełnie bezwolne. A 

może jesteś arogancki z natury? 

–  Z  pewnością  żadna  z  nich  nie  była  podobna  do  ciebie.  –  Uśmiechnął  się  do  niej.  – 

Mamy stolik tuż przy oknie, będziesz mogła patrzeć na wodę.  

Uniosła brwi.  
– Czyżbyś starał się mnie przekupić? 
– Kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa. Marya zacięła twarz, nie kryła wrogości.  
– A co spodziewasz się wygrać? Jego słowa zabrzmiały szczerze.  
– Nie mogę ci powiedzieć, bo sam nie wiem. Ta odpowiedź nią poruszyła.  
– Przynajmniej jesteś uczciwy.  
–  Obiecuję,  że  zawsze  możesz  liczyć  na  moją  uczciwość.  Wtedy,  w  tej  kolejce, 

zachwiałaś moim światem. Nadal nie wiem, jak i dlaczego to się stało. Ale nie łudź się, że się 
poddam i pozwolę ci zniknąć z mojego życia.  

– „Zawsze” to słowo, które dla nas nic nie znaczy.  
– Więc nadamy mu nasze znaczenie. Czy jeszcze o tym nie wiesz? 
–  Dopiero  zdecydujemy,  czy  zechcemy  to  zrobić  –  odpaliła.  –  Jedna  osoba  nie  może 

dokonać wyboru za dwie, czy jeszcze o tym nie wiesz? 

– Więc zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby cię przekonać.  
– Jesteś niemożliwy! 

background image

– Maryo, czy ty uciekłaś z domu? Bezbłędnie odnalazł jej słaby punkt. Uśmiechnęła się 

zjadliwie.  

– Chyba znasz moją odpowiedź – nie twój interes.  
– Mężczyzna – stwierdził spokojnie. – To był mężczyzna, prawda? 
Nagle poczuła, że ma tego dość.  
– Maryo, wybacz. – Craig mówił bardzo wolno.  
– Nie chciałem, żebyś płakała.  
– Nie płaczę! 
W jego głosie zabrzmiał nowy ton.  
– Naprawdę bardzo bym chciał, żebyś poszła ze mną na kolację.  
– Tylko wtedy, jeśli będę płacić za siebie.  
Sama nie wiedziała, dlaczego tak łatwo się zgodziła.  
– Możesz zapłacić nawet za całą salę – odrzekł z taką ulgą, że aż się zdziwiła. – Poczekaj, 

nie ruszaj się, tusz ci się rozmazał.  

Wyjął z kieszeni chusteczkę i delikatnie dotknął nią kącika oka. Drugą dłonią przytrzymał 

jej  policzek.  Znienacka  poczuła,  że  tak  samo  jak  poprzednio,  przez  jej  ciało  przebiegł 
gwałtowny  wibrujący  prąd.  Stała  nieruchomo,  całą  siłą  woli  walcząc  z  tym  szaleństwem, 
wiedząc z góry, że przegrała, zanim jeszcze zaczęła się opierać.  

Craig szybko cofnął rękę.  
– Ach, więc to się powtarza! – powiedział ochryple. – Powinienem o tym wiedzieć.  
– Przy twoim doświadczeniu.  
Spojrzał na nią tak, jakby jej nienawidził.  
– Przecież już ci mówiłem, że to, co się nam zdarzyło, to coś zupełnie wyjątkowego! 
Z każdym słowem jej niepokój się pogłębiał. Zadrwiła.  
– Coś wyjątkowego, dopóki inna się nie pojawi.  
– Ty naprawdę nienawidzisz mężczyzn.  
– Nie. Sam przyznałeś, że jestem inna, bo powiedziałam nie. Gdybym od razu rzuciła ci 

się na szyję, nie powiedziałbyś tego.  

– Mylisz się. To nie o to chodzi, czy mówisz tak, czy nie.  
Ta odpowiedź ją ostudziła.  
– Zaczynają się nam przyglądać. Przyszłam na pokład, żeby oglądać widoki.  
– Spotkajmy się przed restauracją o siódmej.  
Starając się jej nie dotknąć zwrócił okulary, obrócił się na pięcie i odszedł.  
Marya  oparła  się  o  barierkę.  Wcześniej  sądziła,  że  siła  Craiga  bierze  się  z  pracy  na 

świeżym powietrzu. Teraz nie była już tego taka pewna. W jego słowach czaiło się coś, co ją 
przerażało, bardziej nawet niż namiętność, która wybuchła między nimi. Obawiała się go. Był 
niebezpieczny. Przez samo swoje istnienie stanowił dla niej zagrożenie.  

Prom  przepłynął  pod  mostem.  Miejsce  domów  zajęły  wiejskie  chaty,  krzewy  zastąpiły 

drzewa, a zamiast trawy wszędzie rozpościerały się nagie skały cypla i wysepek.  

Wiatr się wzmógł  i  większość pasażerów zeszła do środka. Brzegi  Norwegii znikały za 

rufą.  Marya  nie  ruszała  się  z  miejsca.  Przyzwyczaiła  się  do  kołysania,  a  szum  fal  i  niskie 

background image

mruczenie silników podziałały na nią uspokajająco. Stopniowo napięcie ostatnich dni zaczęło 
ustępować. Gdy już znajdzie się w domu, Kathrin na pewno zrozumie jej obawy. Jej bogaty 
Kanadyjczyk niech wraca do siebie. Ojciec ucieszy się na widok powracającej z tułaczki córki 
i  przeszłość  zostanie  jej  zapomniana.  A  ciotka  Grethe  jak  zawsze  powita  ją  z  otwartymi 
ramionami.  

Ten mężczyzna nic dla niej nie znaczy. Przeszła na rufę i zapatrzyła się w linię horyzontu. 

Za bardzo podporządkowała się Craigowi. Kolację zje sama w barze.  

Zadowolona z decyzji oparła łokcie na barierce i poddała się rytmicznemu kołysaniu fal.  

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Pozostała  na  pokładzie  jeszcze  przez  godzinę.  Ogarnęło  ją  uczucie  całkowitego,  dawno 

zapomnianego  spokoju.  W  świetnym  nastroju  skierowała  się  do  bufetu.  To  był  dobry 
początek jej pierwszych od trzech lat wakacji.  

– Chyba dobrze zrobiłem rezerwując stolik w restauracji? 
Marya zauważyła go dopiero teraz. Zachowała spokój.  
– Nie miałam zamiaru tam iść.  
– Tak przypuszczałem. Dlatego czekałem tu na ciebie.  
Stwierdziła uszczypliwie: 
– Myślisz o wszystkim.  
Stał na wyciągnięcie ręki. Nie uczynił najmniejszego gestu, aby ją dotknąć. Wyglądał na 

rozluźnionego.  Z  bolesną  dokładnością  przypomniała  sobie  dotyk  obejmujących  ją  ramion, 
donośne bicie serca tuż przy jej policzku, dotykającym jego piersi, i nagle gdzieś rozwiał się 
jej spokój.  

– Craig, dlaczego musiałeś wyjechać z Toronto akurat tego samego dnia co ja? Dlaczego 

nie dzień wcześniej lub później? Wtedy byśmy się nie spotkali.  

– To było nam przeznaczone.  
Nie mogła znaleźć słów. Odezwała się z irytacją: 
– Chodźmy już coś zjeść.  
Restauracja  zajmowała  całą  szerokość  promu.  Po  obu  stronach  były  okna,  białe  obrusy 

nakrywały  stoliki,  wystawione  w  bufecie  potrawy  wyglądały  zachęcająco,  a  w  powietrzu 
unosił  się  przytłumiony  gwar  rozmów.  Wskazano  im  stolik.  Craig  zaczął  przeglądać  kartę 
win, a Marya krytycznym okiem rozejrzała się po sali. Craig złożył zamówienie i popatrzył na 
nią ze szczerym rozbawieniem.  

–  Wyglądasz  zupełnie  tak  samo  jak  moja  nauczycielka,  kiedy  zapominałem  o  pracy 

domowej.  

– Podłoga jest źle odkurzona, kelner miał plamę na mankiecie i co najmniej trzy półmiski 

w bufecie powinni uzupełnić.  

– Zakładam się, że w Toronto pracujesz w restauracji.  
–  Jestem  hostessą  w  La  Roulade.  –  Po  chwili  dodała:  –  Właściwie  byłam.  –  Nic  nie 

ryzykowała mówiąc mu o tym. I tak nie zamierzała wracać.  

– Słyszałem o tym miejscu. Musisz być naprawdę dobra, skoro tam pracowałaś.  
– Nienawidziłam tego.  
– Czy dlatego zrezygnowałaś? 
– Nie. – Zachmurzyła się.  
– Jak długo byłaś w Toronto? 
– Trzy lata.  
– Czy mieszkałaś jeszcze gdzieś indziej w Kanadzie? 
– Nie wyjeżdżałam poza Toronto.  

background image

– Nigdy nie widziałaś wschodniego wybrzeża ani  Gór Skalistych? Maryo, dlaczego nie 

podróżowałaś? 

– Nie miałam za co.  
– Przecież chyba nieźle ci płacili.  
– Oszczędzałam na uniwersytet.  
Z żalem pomyślała, jak niewiele jej pozostanie po tej wyprawie do domu.  
– Czy jesteś zaręczona? Albo coś takiego? 
– Nie.  
– Aha... Więc pojechałaś do Kanady za mężczyzną, potem on znika, a ty, żeby zarobić na 

studia,  podejmujesz  pracę,  której  nienawidzisz...  Założę  się,  że  to  twój  pierwszy  wyjazd  do 

domu.  

Poruszyła ją ścisłość tego podsumowania, pominął tylko jej wcześniejszą pracę kelnerki, 

o  której  wolała  zapomnieć,  i  dodatkowe  zajęcie  w  klubie  sportowym.  No,  i  jej  uczucia. 
Podniosła się gwałtownie.  

– Chodźmy do bufetu.  
– To przez niego nienawidzisz mężczyzn. Odrzekła zgodnie z prawdą.  
– Rzeczywiście, z jego powodu nie cierpię wygadanych Kanadyjczyków! 
– Muszę coś zrobić, żeby to zmienić.  
Morskie  powietrze  pobudziło  jej  apetyt.  Nałożyła  sobie  dwa  kawałki  śledzia  z  sosem 

musztardowym i dołożyła porcję wędzonego węgorza. Przy stoliku Craig zaczął opowiadać o 
swoich  wyprawach  do  Arktyki  i  na  Wyspy  Królowej  Charlotty.  Opowieści  o  roślinach  i 
zwierzętach rozbudziły jej ciekawość. Wypytywała go o wiele rzeczy i sama zaczęła mówić o 
ptakach  na  Wyspach  Owczych.  Zupełnie  zapomniała,  że  nienawidzi  rozmownych 

Kanadyjczyków. Gdy w końcu podnieśli się do wyjścia, nie kryła zaskoczenia.  

– Wiesz, naprawdę było przyjemnie. Skrzywił się.  
– Pochlebiasz mi.  
Poczuła się zakłopotana. Zatrzymała się i popatrzyła na niego – choć trudno jej było w to 

uwierzyć, była prawie pewna, że zrobiła mu  przykrość. Czyżby pod pewnością siebie kryła 
się wrażliwość? Raczej nieprawdopodobne. Popatrzyła na niego spod oka.  

– Czy rozjaśniasz włosy? 
– Nie, spłowiały na słońcu. A to twój naturalny kolor? 
– Tak. Craig, dlaczego jedziesz na Wyspy Owcze? Przestał się uśmiechać.  
– Wolałbym o tym nie mówić.  
– To nie moja sprawa, tak? 
– Tak. Masz ochotę napić się czegoś? 
– Nie, dziękuję. Idę na pokład.  
Uśmiechnęła się i szybko odeszła w stronę kabin. Bała się, że w ostatniej chwili zmieni 

zdanie. Nie poszedł za nią.  

Oparła  się  o  barierkę.  Plamy  ropy  na  Morzu  Północnym  zniknęły  za  horyzontem,  a  na 

miejscu  przybrzeżnych  mew  pojawiły  się  ptaki  otwartego  morza.  Craig  Huntingdon  nic  dla 
niej  nie  znaczył.  Dlaczego  więc  tak  ją  ciągnęło,  by  usiąść  w  zadymionym  barze,  patrzeć  w 

background image

jego  ciemnoszare  oczy,  obserwować  bruzdy  przecinające  przy  uśmiechu  jego  policzki?  Czy 

dlatego, że łączyły ich podobne zainteresowania? Ale przecież to nie był powód, by uganiać 

się za nim i zająć kolejne miejsce w długim szeregu kobiet, które straciły dla niego głowę...  

Zamyślona stała nieruchomo na rufie i wpatrywała się w dal. Powoli ogarnął ją spokój – 

to  morze  znów  wywarło  na  nią  swój  dobroczynny  wpływ.  Myśli  o  Craigu  odepchnęła  na 
dalszy  plan.  Każdy  obrót  śruby  przybliżał  ją  do  domu,  do  rodziny,  którą  trzy  lata  temu  tak 
pochopnie porzuciła, do wzgórz i urwistych brzegów rodzinnej wyspy.  

Dochodziła  jedenasta,  a  Marya  ciągle  jeszcze  stała  na  pokładzie.  Na  tle  migoczącego 

morza  rysowały  się  czarne  sylwetki  mew,  a  na  niebie  złoto  pobłyskiwały  gwiazdy.  Grupa 
młodych  ludzi  z  jej  stron  śpiewała  stare  ballady.  Ktoś  ją  poznał  i  zawołano,  by  się 
przyłączyła. Nie zauważyła Craiga, który przyglądał się jej z ukrycia. Do kabiny wróciła po 
północy. Tylko ich miejsca były puste.  

Poczuła  nagłe  ukłucie  zazdrości.  Sama  przed  sobą  nie  chciała  się  do  tego  przyznać. 

Czyżby znalazł kobietę bardziej uległą niż ona? Zmarszczyła brwi i zaczęła się szykować do 
snu. Podłożyła pod głowę swetry, ściągnęła buty i przykryła się kurtką. Odwrócona do ściany 
zamknęła oczy.  

Musiała zasnąć natychmiast, bo gdy się obudziła, nie od razu doszła do siebie. Mężczyzna 

naprzeciwko niej chrapał donośnie. Poczuła, że ma zimne dłonie i stopy.  

Spróbowała  szczelniej  okryć  się  kurtką  i  usnąć.  Myślami  wróciła  do  wąskich  uliczek 

Tjørnuyík,  usiłowała  policzyć  jego  mieszkańców.  Mężczyzna  głośno  oddychał,  chrapał  i 
wzdychał. Marya zaczęła drżeć z zimna.  

Wyślizgnęła  się  z  kuszetki,  założyła  buty  i  poszła  do  łazienki.  Podstawiła  dłonie  pod 

strumień ciepłej wody, próbując je rozgrzać. Popatrzyła na swoją twarz w lustrze. Ciekawe, 
czy Kathrin powie, że się zmieniła? A ojciec? 

Wytarła  dłonie  i  wróciła  do  kabiny.  Odsuwała  zasłonę  oddzielającą  wejście,  gdy 

zobaczyła stojącego z boku mężczyznę. Craig.  

W półmroku dostrzegła jego uśmiech. Odezwał się szeptem.  
– Chyba go uciszyłem. Rzeczywiście, chrapanie ustało.  
–  To  świetnie  –  uśmiechnęła  się.  Starała  się  nie  patrzeć  na  niego,  ubranego  tylko  w 

sztruksy i cienki podkoszulek.  

Odsunął się, żeby ją przepuścić.  
– Dobrze się czujesz? Zaskoczona wymamrotała: 
– Zmarzłam.  
– Zamieńmy się miejscami, na górze jest cieplej. Dam ci moją kurtkę.  
– Przecież tobie jest potrzebna.  
– Nigdy mi nie jest zimno.  
Wszystko było lepsze niż świadomość, że stoi tuż obok niej. Musiała się powstrzymywać, 

żeby go nie dotknąć. Ogrzać się w jego ramionach...  

– Dziękuję – wymruczała i zaczęła się wspinać po drabince.  
– Połóż się.  
Delikatnie otulił jej ramiona ciepłą puchową kurtką, na nogach rozłożył jej własną kurtkę.  

background image

– Teraz powinno ci być cieplej. Rozbroił ją swą łagodnością.  
– Dziękuję – wyszeptała.  
Craig podłożył sobie sweter pod głowę.  
– Śpij dobrze.  
Usłyszała, jak układa się do snu. Nawet nie próbował jej dotknąć, czy w jakiś inny sposób 

wykorzystać tę sytuację.  

Leżała nieruchomo. Otulona ciepłą kurtką wdychała zapach jego wody – było to nieomal 

tak,  jakby  trzymał  ją  w  ramionach.  Craig  leżał  na  jej  miejscu,  z  głową  przytuloną  do  jej 

swetrów.  

Jej ciało obudziło się do życia. Zatęskniła za dotykiem rąk Craiga, za jego ciałem. Ukryła 

twarz w kurtce, bała się, że w jakiś sposób domyśli się, co ona odczuwa. Przypomniała sobie 
to nieoczekiwane przeżycie w kolejce do promu i swoją reakcję, której nie potrafiła zapobiec. 
Poczuła, że się boi.  

Zamknęła  oczy.  Starała  się  odegnać  natrętne  myśli  i  obrazy,  które  cisnęły  się  jej  pod 

powiekami. Jej włosy rozsypane na jego piersi, płomienne spojrzenie szarych oczu Craiga na 

widok jej nagiej postaci... Nie może o tym myśleć, nie może wyobrażać sobie, że są razem w 
łóżku.  W  ramiona  Tony’ego  popchnęła  ją  pełna  uniesienia,  paląca  ogniem  i  ciało,  i  duszę 
miłość, ale ani miłość, ani pożądanie nie wystarczyły, by go utrzymać.  

Nie może po raz drugi popełnić tego błędu.  
Nie  przyzwyczaiła  się  jeszcze  do  innego  czasu  i  obudziła  się  późno.  Craiga  nie  było. 

Uczesała się, umyła i poszła do baru.  

Większość  osób  już  wyszła.  Craig  siedział  przy  oknie  i  zajęty  lekturą  popijał  kawę. 

Zobaczył ją od razu i pomachał ręką. Postawiła tacę i usiadła z ostrożnym uśmiechem.  

– Dzień dobry.  
– Jak się spało? Udało ci się rozgrzać? Przyglądał się jej tak, jak to sobie wyobrażała w 

nocy. Poczuła, że się rumieni i opuściła wzrok na talerz.  

– Tak, dziękuję.  
– Maryo, na litość boską, nie patrz na mnie w taki sposób w miejscu publicznym.  
Odrzuciła głowę i zacisnęła usta.  
– To znaczy jak? 
– Jakbyś spędziła ze mną noc. Poczuła uderzenie gorąca.  
–  Nie  mogę  tego  pojąć  –  wykrztusiła.  –  Wczoraj  w  nocy,  gdy  wszyscy  spali  i  było 

ciemno,  nawet  najmniejszym  gestem  nie  dałeś  mi  do  zrozumienia,  że  możesz  myśleć  o 
czymkolwiek innym niż zapewnienie mi wygody. A teraz mówisz o czymś takim.  

– Czy ty naprawdę nie rozumiesz, że całą siłą woli musiałem się powstrzymywać, żeby 

cię  nie  dotknąć?  Myślisz,  że  nie  przyszło  mi  do  głowy,  że  mógłbym  cię  ogrzać  w  inny 
sposób? Szczególnie wtedy, gdy leżałem na twoim miejscu i wszystko wokół było przesycone 

zapachem twoich perfum? 

To nie był odpowiedni moment, by wyznać mu, co sama czuła, otulona jego kurtką.  
– Tak czy inaczej – dodał z wrogim uśmiechem – wcześniej chyba kochałaś się w środku 

dnia.  

background image

Mylił się. Tony był nocnym markiem, sypiał do późna, a wieczorami ciągnął ją ze sobą 

od klubu od klubu, z baru do baru i tak aż do świtu. Zawsze miał ochotę na miłość o trzeciej 

nad ranem.  

Craig z westchnieniem wciągnął powietrze.  
– Masz bardzo wyrazistą twarz – stwierdził. – Wolałbym, żeby tak nie było.  
– Wcale tak nie jest. A zresztą skończmy tę rozmowę.  
– Czy ten facet, który zwabił cię do Toronto, był ślepy, niespełna rozumu czy impotent? 
– Craig! – wybuchła. – Idź i przynieś sobie jeszcze jedną kawę. I nie spiesz się.  
Rumieniec zniknął z jej policzków, ale oczy nadal błyszczały. Craig nie ustępował.  
– Maryo, co by się stało, gdybyśmy tej nocy byli sami w kabinie? 
– Nic! 
– Nie wierzysz w to tak samo jak ja. Nie zaprzeczysz, że w nocy myślałaś o tym.  
Wysyczała przez zaciśnięte zęby: 
– Idź po kawę! – Znów się zarumieniła.  
– Kiepski z ciebie kłamca. I jeszcze gorsza aktorka. – Podniósł filiżankę. – Mam nadzieję, 

że nie zamierzałaś iść na uniwersytet, żeby studiować grę aktorską? 

– Nie, biologię. – Poprosiła słodkim tonem: – Czy wracając mógłbyś mi przynieść trochę 

dżemu? 

Wstał.  
– I nóż kuchenny? Żebyś mogła się bronić? Patrzyła za nim przez ramię, jak przechodzi 

między  stolikami.  Potrafił  czytać  w  jej  myślach.  W  jaki  sposób  domyślił  się,  że  w  nocy 
umierała z tęsknoty za uściskiem jego ramion? 

Zajęła  się  jedzeniem.  Im  szybciej  ta  podróż  się  skończy,  tym  lepiej.  Craig  wrócił  do 

stolika i odezwał się, jakby wiedział, o czym myślała.  

– W porcie będzie na mnie czekać wynajęty samochód. Odwiozę cię dokąd zechcesz.  
– Mam autobus.  
– Czyli nie mieszkasz w Torshavn.  
Prom przybijał do portu w Torshavn, stolicy Wysp Owczych. Marya odłożyła łyżeczkę.  
– Słuchaj, Craig, wyjaśnijmy coś sobie. To prawda, że tracę panowanie nad tym, co czuję, 

gdy tylko znajdziesz się obok mnie. Jeśli chcesz, to niech ci to pochlebia. Ale przeżyłam już 
coś takiego trzy lata temu i wiem, że nie można na tym niczego opierać. Nie chcę żadnego 
romansu,  a  nic  innego  nie  wchodzi  w  grę.  Ty  mieszkasz  w  Vancouver,  a  ja  na  Wyspach 

Owczych, i nawet w dwudziestym wieku pięć tysięcy mil to trochę za duża odległość, by coś 
z tego mogło wyniknąć. – Dodała śmietankę do kawy. – Czy to jest dla ciebie jasne? 

– Aż nadto – wycedził. – Nie chcesz,  żebym  cię odwiózł, bo dowiedziałbym  się,  gdzie 

mieszkasz.  Ale  przecież  prowadzą  tu  jakąś  ewidencję  i  pewnie  nie  ma  wielu  kobiet,  które 
nazywają się jak ty i urodziły się jakieś dwadzieścia lat temu? 

–  Dwadzieścia  dwa.  –  Nabrała  powietrza.  –  Widzę,  że  znalezienie  mnie  nie  sprawi  ci 

kłopotu. Zresztą, mógłbyś zabawić się w detektywa i jechać za autobusem.  

Nie tracił spokoju.  
– Też mi to przyszło do głowy.  

background image

–  Niczego  nie  rozumiesz!  Nawet  jeśli  mnie  odnajdziesz,  to  niczego  nie  zmieni.  – 

Raptownie  zerwała  plastikową  folię  z  pojemnika  z  dżemem  i  wbiła  nóż  w  czerwoną 
truskawkową masę. – Nie jestem skromnisią ani  nie chcę udawać niezdobytej. W ogóle nie 
chcę niczego udawać. Po prostu nie chcę cię więcej widzieć.  

– Nie chcesz, czy się boisz? 
Zaczęła rozsmarowywać dżem na grzance.  
– To moja sprawa.  
Wyciągnął rękę i wyjął nóż z jej dłoni.  
– Nauczono mnie, że należy patrzeć na osobę, z którą się rozmawia.  
Poczuła ciepło jego palców. Popatrzyła mu prosto w oczy.  
– Boję się – powiedziała krótko. Wyprostował się na krześle, nie spuszczał z niej wzroku.  
–  No,  wreszcie  do  czegoś  doszliśmy.  Podoba  mi  się  twoje  podejście,  Maryo.  Ze  złości 

mogłabyś mi wydrapać oczy, ale jesteś szczera.  

Tony  nie  potrzebował  jej  szczerości,  uciekał  przed  nią.  Uświadomiła  sobie,  że  Craiga 

podejrzewała o to samo. Ale on docenił jej wahania. Wyznała: 

– Boję się ciebie. Tego, że tak się zachowuję, gdy tylko się zbliżysz. Ale decyduję o sobie 

i nie poddam się. Wiesz, jak to jest w naturze – ucieczka albo walka. Ja wybieram ucieczkę.  

– Walka jest ciekawsza. I na dłuższą metę może dać efekty.  
– Może dla ciebie. Pochylił się ku niej.  
– Na litość boską, co on ci zrobił, ten, który zaciągnął cię do Kanady, a potem zniknął? 
Zostawił ją samą i bez pieniędzy, w obcym mieście, gdzie mówiono w nieznanym języku, 

w kraju, w którym nie mogła liczyć na bratnią duszę. Miała wtedy dziewiętnaście lat...  

–  Mógłbym  go  zabić  –  powiedział  z  dziką  wściekłością  Craig.  –  Wystarczy  mi  wyraz 

twojej twarzy.  

Marya leciutko potrząsnęła ramionami. Przez moment zapragnęła oprzeć policzek na jego 

piersi i wypłakać się w jego ramionach.  

– Przez niego coś we mnie umarło – wyszeptała. – Craig, proszę cię, odejdź i znajdź sobie 

kogoś innego.  

Poczuła, że kręci się jej w głowie i przestraszyła się, że zrobi jej się słabo. Mamrocząc 

słowa przeprosin zerwała się i wybiegła z baru. Wpadła do pierwszej po drodze toalety. Zlana 
potem  popatrzyła  na  swoje  odbicie.  Zastanowiła  się,  przed  kim  ucieka  –  Tonym  czy 
Craigiem.  

Chyba  przed  jednym  i  drugim  –  pomyślała  przygnębiona.  Wspomnienia  związane  z 

Tonym nadal ją dręczyły. A Craig fascynował ją i budził tak różne uczucia...  

Nie  chcę  żadnego  z  nich.  Chcę  tylko  powstrzymać  Kathrin  przed  popełnieniem  tego 

samego błędu co ja i chcę pogodzić się z ojcem.  

Z  trudem  łapiąc  powietrze  opłukała  twarz  zimną  wodą  i  popchnęła  ciężkie,  drewniane 

drzwi.  Korytarz  był  pusty.  Craig,  jeśli  próbował  ją  znaleźć,  na  pewno  zaczął  od  kabiny. 
Skręciła  w  drugą  stronę  i  zeszła  na  niższy  pokład.  Usłyszała  dobiegający  skądś  śpiew.  To 
grupa, którą poznała wczoraj. Prom przypływa do Torshavn po południu. Jeszcze przez cztery 
godziny musi trzymać się od Craiga z daleka.  

background image

Po chwili dołączyła do chóru. Poczuła się jak w domu. Te melodie podśpiewywała ciotka 

Grethe,  a  ojciec  pogwizdywał  je  przy  pracy.  Kwadrans  później  pojawił  się  Craig.  Od  razu 
przejrzał jej grę. Zaczęła śpiewać głośniej. Nie patrzyła na niego, ale wiedziała, że odszedł.  

Koło  południa  cała  grupa  poszła  razem  do  baru.  Marya  siedziała  nad  kanapkami, 

zatopiona  w  rozmowie  z  dawnymi  znajomymi.  Z  przyjemnością  wróciła  do  ojczystego 
języka. W końcu musiała zwolnić miejsce dla innych pasażerów. Pożegnała się i wyszła na 
pokład.  Chciała  zobaczyć,  jak  z  morza  wynurzy  się  ląd.  Stanęła  na  rufie  i  oparła  się  o 
barierkę.  

Tuż  nad  linią  horyzontu  rozpościerała  się  mgła,  szara  na  tle  błękitnego  nieba.  Tam  jest 

mój dom – pomyślała i poczuła, że serce zaczyna jej bić szybciej.  

– Wiedziałem, że prędzej czy później tu przyjdziesz.  
Craig był wyraźnie zły. Odwróciła się do niego, kątem oka zauważając, że na pokładzie 

jest tylko pięć osób i wszyscy patrzą w inną stronę. Odezwała się zimnym tonem.  

– Myślałam, że wyraziłam się jasno.  
–  Tak  –  skrzywił  się.  –  Przyszedłem  się  pożegnać.  Poczuła  się  osaczona.  Stała  w  rogu 

barierki,  a  Craig  przybliżał  się  do  niej.  Chciała  zaprotestować,  ale  chwycił  ją  mocno  w 
ramiona  i  pochylił  głowę.  Przestraszona  wydała  ciche  westchnienie  i  nagle  poczuła  na 
wargach  jego  usta.  Delikatność  pocałunku  złagodziła  siłę  stalowego  uścisku.  Nie  wiedziała, 
co się dzieje.  

Całował ją łagodnie, jakby wiedząc, czego od niego oczekuje. Jeszcze raz bezskutecznie 

próbowała  się  wyzwolić,  napięła  mięśnie,  odpychała  pięściami  jego  ciało.  Przez  sweter 
poczuła  bijące  od  niego  ciepło,  rozluźniła  zaciśnięte  dłonie,  a  jej  palce,  jakby  chcąc  się 
ogrzać,  zaczęły  mimowolnie  przemykać  po  jego  piersi,  dotykały  ramion...  Przycisnął  ją 
jeszcze mocniej.  

Przepełniona  uniesieniem  oddała  mu  pocałunek.  Craig  jakby  tylko  na  to  czekał. 

Przytrzymując  ją  w  talii  całował  coraz  mocniej,  coraz  namiętniej.  Drżała  na  całym  ciele, 
wiedziała  już,  że  jej  pragnie,  jeszcze  raz  bezskutecznie  spróbowała  stawiać  opór  i  nagle 
wszystko stało się nieważne, istnieli tylko oni dwoje i tylko to się liczyło...  

Craig rozluźnił uścisk, obsypał jej policzki i zaciśnięte usta drobnymi pocałunkami.  
–  Wybrałem  złe  miejsce  –  wyszeptał  jej  do  ucha.  –  Wyrzucą  nas  stąd,  jeśli  nie 

przestaniemy.  

Głos mu drżał, a pod dłonią czuła szalone bicie jego serca. Wydawało się jej, że przebyła 

ogromną odległość i znów znalazła się w tym samym miejscu. Otworzyła oczy.  

Prom kołysał się na falach, niebo i morze lśniły błękitem, a na horyzoncie nadal ścieliła 

się mgła. Zrobiła krok do tyłu, Craig się nie poruszył. Nie zrobił niczego wbrew mojej woli – 
pomyślała bezradnie. Wiedział, czego się może spodziewać. Wie, że nie mogę mu się oprzeć. 
W jej głosie zabrzmiała rozpacz.  

– Craig, dlaczego to zrobiłeś? 
–  Chciałem  cię  tylko  pocałować  i  odejść.  Chciałem,  żebyś  pożałowała,  że  mnie 

odrzucasz,  żebyś  zmieniła  zdanie.  –  Zaśmiał  się  znienacka.  –  I  tylko  jeszcze  bardziej 
zaplątałem się w sieci, które tu zastawiasz, niebezpieczna rudowłosa kobieto.  

background image

– Wcale nie myślałam... nie chciałam...  
– Może nie. Ale w jakiś sposób chcesz mnie. – Popatrzył na nią z mocą. – Słuchaj, moje 

interesy  nie  zajmą  mi  dużo  czasu,  potem  będę  wolny.  Przyjadę  do  ciebie.  Obiecuję,  że  nie 
będę cię do niczego zmuszać, nawet cię nie pocałuję... Ale przynajmniej dajmy sobie szansę.  

Czuła, jak krew krąży w jej żyłach, nie wiedziała, co się z nią dzieje. Mgła na horyzoncie 

była  coraz bliżej. Nagle, bez uprzedzenia,  poczuła łzy w oczach.  Zawisły na rzęsach, jedna 
spadła na policzek. Uniosła głowę, zbyt dumna, by otrzeć łzę.  

– Nie. Nie.  
– Maryo, jesteś tchórzem. Tchórzem  i  głupcem. Czy miał  rację? Czy może bała się, że 

znów  zostanie  odrzucona?  Popatrzyła  w  dal.  Białoszara  mgła  na  horyzoncie  układała  się  w 
dziwne kształty, tak jakby ukryty za nią ląd wcale nie istniał.  

– Chyba tak nie jest – odrzekła stanowczo. – Żegnaj Craig.  
Gwałtownie zmienił się na twarzy. Była niemal pewna, że w jego oczach dostrzegła błysk 

bólu. Trwało to tylko kilka sekund. Odezwał się oficjalnym tonem, jakby chciał nim pokryć 
wściekłość.  

– Popełniasz błąd i wiesz o tym równie dobrze jak ja. Żyć to znaczy podejmować ryzyko. 

A ty wolisz stchórzyć, wybrać spokój i uznać mnie za takiego samego jak tamten.  

Przestraszyła się. A co, jeśli to on ma rację? A jeśli to, co z taką intensywnością czuła w 

jego ramionach było zapowiedzią szczęścia większego, niż mogła to sobie wyobrazić? Jeżeli 
tak było, to rzeczywiście zachowała się jak głupiec.  

Trzy lata temu tak jak teraz płynęła promem i objęta ramieniem Tony’ego wpatrywała się 

w  spowite  mgłą  wyspy  znikające  za  horyzontem.  Wydawało  się  jej  wtedy,  że  jest 
najszczęśliwszą osobą na świecie. Ryzyko, jakie wtedy podjęła, było najgłupszą rzeczą, jaką 
mogła  zrobić.  Spróbowała  się  opanować,  nie  chciała,  by  z  jej  twarzy  wyczytał  nurtujące  ją 
wątpliwości. Odezwała się zimno.  

– Trudno wymagać, żebyś ocenił to inaczej.  
– Rozumiem. – Skinął głową. – Nigdy nie znosiłem pożegnań. Uważaj na siebie, Maryo. 

– Obrócił się, pchnął drzwi do baru i zniknął w środku.  

Opadła na barierkę, mocno zacisnęła dłonie na metalowej poręczy, jakby chcąc obronić 

się przed pokusą, by pobiec za nim i rzucić się w jego ramiona. Jak to się stało, że mężczyzna, 
którego znała zaledwie  od wczoraj, doprowadził ją do takiego stanu? Przecież to  śmieszne! 
Ale dlaczego te dręczące wątpliwości i obawy sprawiają tyle bólu? 

Zapatrzyła się na morze. Biała piana obmywała burty promu, mewy dotykały powierzchni 

fal, słońce odbijało się w wodzie, jego promienie lśniły w mokrych piórach ptaków... Mewy 
kołysały się na falach, czasami z pluskiem nurkowały i znikały pod wodą. Popatrzyła wyżej i 
zobaczyła ląd, wynurzający się z mgły.  

To kraina dobrej nadziei – pomyślała. Ale ona powiedziała Craigowi „nie”, rozwiewając 

tym  samym  wszelkie  nadzieje.  Usłyszał  to  i  już  nie  wróci.  „Żegnaj”  znaczy  dla  niego 
„żegnaj”.  

Poczuła ucisk w gardle. Wiedziała, że gdyby teraz Craig podszedł do niej, rzuciłaby mu 

się na szyję, nie bacząc na konsekwencje. Jednak nie nadszedł i chociaż na pokładzie wciąż 

background image

przybywało pasażerów, Craiga nie było między nimi.  

Wciągnięto  biało-czerwono-niebieską  flagę  Wysp  Owczych.  Coraz  więcej  mew  krążyło 

nad  statkiem.  Wpłynęli  w  mgłę,  powietrze  stało  się  chłodne,  wilgotne,  o  słonym  posmaku. 
Pod jego wpływem odżyły wspomnienia dzieciństwa, Marya przypomniała sobie piaszczystą 
plażę i nieustający huk fal rozbijających się o skały. Nagle mgła się rozsunęła i przed oczami 
wyrósł stromy urwisty brzeg, zwieńczony błyszczącą zielenią trawy. To wyspa Nolsoy, leżąca 
przed wejściem do portu.  

Otoczone porośniętymi trawą wzgórzami leżało w dole miasteczko Torshavn. Nic się tu 

nie zmieniło. Stąd już tylko podróż autobusem dzieliła ją od domu. Przynajmniej w autobusie 
skryje  się  przed  Craigiem.  W  duchu  modliła  się,  by  nie  wpaść  na  niego  w  kabinie  czy  w 
porcie – nie ręczyła za to, co mogłaby zrobić czy powiedzieć.  

Syrena promu odbiła się od wzgórz, echo ją powtórzyło, a krzyk mew zagłuszył wszystko 

inne. Rzucono cumy, ludzie oczekujący w porcie machali na powitanie. Marya zebrała się na 
odwagę i zeszła po torbę.  

Kabina była pusta, bagaż Craiga zniknął. Poprawiła makijaż. Zagryzła usta, oparła czoło 

o kuszetkę. W wyobraźni zobaczyła szare stanowcze oczy i silne ramiona Craiga.  

– Dobrze się pani czuje? 
Podniosła głowę. Stał przed nią młody mężczyzna z ciemną brodą.  
– Dziękuję, już dobrze.  
Chwyciła  walizkę  i  wybiegła  na  korytarz.  Pasażerowie  zgromadzili  się  przy  trapie,  ale 

wśród nich nie było mężczyzny o brązowych spłowiałych włosach i w swetrze, którego wzory 
znała na pamięć.  

Nie mogła znieść myśli, że już więcej go nie zobaczy. Zeszła po trapie. Nagle serce zabiło 

jej  mocniej.  Spostrzegła  Craiga,  jak  ładuje  swoją  torbę  do  małego  białego  samochodu.  Nie 
oglądając  się  za  siebie  usiadł  obok  kierowcy.  Samochód  ruszył  i  włączył  się  w  strumień 
pojazdów wyjeżdżających z portu.  

Poczuła  gorzkie  rozczarowanie.  „Żegnaj”  znaczyło  dla  Craiga  „żegnaj”.  Więc  skąd  to 

ukłucie żalu, że nawet się nie obejrzał i po raz ostatni nie spojrzał na kobietę o płomiennych 
włosach? 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Trzy godziny później autobus wziął ostatni zakręt. W autobusie nie pozostał nikt oprócz 

niej. U stóp zamglonych gór rozciągała się zatoka, na jej brzegu wyrastały malutkie domy. Po 
chwili  dostrzegła  rzekę  i  usypany  z  kamieni  murek  otaczający  cmentarz,  na  którym 
siedemnaście lat temu pochowano jej matkę.  

Serce  jej  biło.  Jazda  autobusem  znów  obudziła  w  niej  tęsknotę  za  domem.  Poznawała 

każdy, nawet najdrobniejszy szczegół.  

Trawa po prawej stronie zniknęła i jej miejsce zajęło stalowoszare morze. Wioska rosła w 

oczach,  mogła  już  dostrzec  kucyka  pasącego  się  na  brzegu  rzeki  i  owce  na  wzgórzach.  Po 
chwili autobus zatrzymał się na końcu trasy.  

– Maryo, jesteś w domu! – zawołał kierowca. – I jak ci się podoba? 
– Wydaje mi się, że nigdy stąd nie wyjeżdżałam. Czuła, że w jakiś sposób to była prawda. 

Ściągnęła walizkę z półki, uśmiechnęła się na pożegnanie i wysiadła.  

Kościół jaśniał bielą świeżej farby. W ogródku Johana Olsena kwitły ziemniaki. Weszła 

między  domy.  W  oknie  pani  Rasmussen  poruszyła  się  koronkowa  firanka  –  pewnie  zaraz 
wszyscy  dowiedzą  się  o  jej  powrocie.  Stanęła  przed  domem  ojca.  Jakże  znajome  były  te 
ściany,  białe  okna,  pokryty  darnią  dach!  Za  domem  stała  mała  owczarnia,  a  jeszcze  dalej 
warsztat,  w  którym  Magnus  budował  łódki,  z  czego  się  utrzymywał.  Z  kamiennego  komina 
unosiła się mała smużka dymu.  

Obok był dom ciotki Grethe. Najprościej byłoby wejść najpierw do niej, ale zamiast tego 

poszła  do  warsztatu.  Pchnęła  drzwi  i  od  razu  owionął  ją  zapach  dzieciństwa  –  przedziwna 
mieszanina  woni  torfu,  wiórów  drzewnych  i  dymu  tytoniowego.  Magnus  Hansen 
dopasowywał wręgę do dna łodzi.  

– Tato? 
Jej głos zabrzmiał słabo jak głos dziecka. Dopiero wtedy Magnus spojrzał na nią.  
– Ach, więc przyjechałaś do domu.  
– Nie wyglądasz na zaskoczonego...  
– Zobaczyłem cię przez okno.  
Ale nawet się nie ruszył, żeby ją powitać. Odezwała się ostrożnie: 
– Nie cieszysz się, że mnie widzisz? Odłożył nóż, wyjął fajkę i zaczął ją nabijać.  
– Czy przywiozłaś ze sobą tego wspaniałego męża, po którego pojechałaś do Kanady? 
– Przecież ci pisałam, że nie będzie ślubu.  
Oczy jak dawniej miał niebieskie i wojownicze. Odwrócił wzrok.  
– Nie czytałem twoich listów.  
– Ciotka na pewno ci powiedziała. Albo Kathrin. Z kieszeni starej marynarki wyciągnął 

pudełko zapałek, zapalił fajkę i na moment zniknął za chmurą dymu. Wzruszył ramionami.  

– Możliwe. Kobiety lubią gadać.  
Marya powoli policzyła do dziesięciu. Tak łatwo byłoby wrócić do dawnych zwyczajów, 

kiedy każdego dnia toczyli nieustające boje o najmniejszy drobiazg i żadne z nich nie chciało 

background image

uznać  racji  drugiej  strony.  Ale  teraz  była  starsza  i  nauczyła  się  inaczej  patrzeć  na  życie. 
Przysiadła na stołku.  

– Trzy lata temu miałeś rację, gdy ostrzegałeś mnie przed Tonym. Miałeś całkowitą rację, 

tylko że ja byłam zbyt zakochana, żeby kogokolwiek słuchać.  

– Magnus chrząknął. – A kiedy mnie porzucił, byłam zbyt dumna, by wrócić do domu. – 

Nie chciała dodawać, że była też zbyt biedna, by mogła sobie na to pozwolić.  

– Więc po co przyjechałaś? 
– Nie chcę, żeby Kathrin popełniła ten sam błąd! 
– Ona nie jest taka głupia i uparta jak ty. Obudził w niej dawne urazy.  
– Przyznaj się, zawsze ją wolałeś ode mnie.  
– Miałem powody. Mówiłem ci, żebyś nie wierzyła Tony’emu, ale czy mnie posłuchałaś? 

Nie,  poleciałaś  za  nim  do  Kanady,  a  teraz  wracasz  bez  męża  i  bez  obrączki,  i  wystawiasz 
mnie na pośmiewisko ludzkie.  

– Zawsze umiałeś wysoko nosić głowę.  
–  Kathrin  wyjdzie  za  niego,  to  dobry  człowiek,  ona  umiała  wybrać.  To  różnica  między 

tobą i nią.  

–  Twarz  mu  pociemniała.  –  Chociaż  dla  jednej  i  drugiej  ktoś  z  naszych  stron  byłby 

wystarczająco dobry.  

Już to kiedyś słyszała. Starała się zachować spokój.  
– Tato, powiedz, że cieszysz się, że mnie widzisz. Nawet nie mrugnął.  
– Mam robotę. Idź do ciotki, jeśli zależy ci na zachwytach.  
Straciła cierpliwość.  
– Jestem twoją córką, a ty nie widziałeś mnie od trzech lat! 
– Aha, widzę, że wcale się nie zmieniłaś.  
– Przynajmniej mógłbyś spróbować przywitać się ze mną.  
Podniósł nóż i pochylił się nad łódką.  
– Nie prosiłem, żebyś dała sobie tak zamącić w głowie, by lecieć za tym cudzoziemcem 

na koniec świata. A potem zostać tam, jakbyś zapomniała, gdzie się urodziłaś i że masz ojca, 
który cię wychował.  

Ich  wychowanie  wzięła  na  siebie  ciotka,  ale  Magnus  zawsze  mówił  tylko  to,  co  chciał. 

Zawrzało w niej.  

– Jesteś starym, kłótliwym człowiekiem i naprawdę nie wiem, dlaczego cię kocham! 
Z siłą wbił nóż w wypolerowane drewno.  
– Idź stąd – warknął. – Idź, zanim popsuję to, co zrobiłem.  
– Więc łódki nadal są dla ciebie ważniejsze od ludzi. Ty się też nie zmieniłeś! 
– Idź już! 
Chwyciła  walizkę  i  wyszła  z  warsztatu.  Delikatnie  zamknęła  za  sobą  drzwi.  Sama  nie 

wiedziała,  czy  ma  się  śmiać,  czy  płakać.  Magnus  zawsze  faworyzował  Kathrin,  a  Marya 
zawsze  z  nim  walczyła,  zawsze  przeciwstawiała  się  jego  surowym  zasadom  i  nie  mogła 
pogodzić  się  z  jego  oschłością.  Przyszło  jej  do  głowy,  że  zapewne  dlatego,  iż  nigdy  nie 
okazywał jej uczucia, tak łatwo wpadła w ramiona Tony’ego.  

background image

Okrągła ciotka Grethe bez tchu biegła po schodach. Właściwie to nie była ciotka, tylko 

sąsiadka, która po śmierci  matki  wzięła je pod swoje skrzydła i  opiekowała się nimi, kiedy 
Magnus  pracował  w  warsztacie.  Ciotka  nie  wpajała  im  zasad,  zamiast  tego  otoczyła  je 
miłością. Teraz Marya patrzyła na wszystko innymi oczami. W przebłysku intuicji pomyślała, 
że może kiedyś Grethe miała nadzieję, iż Magnus się z nią ożeni.  

Wpadła w jej ciepłe ramiona, poczuła znajomy zapach fiołków.  
– Schudłaś – stwierdziła z wyrzutem ciotka. – A co zrobiłaś z włosami? 
– Jak dobrze znów cię widzieć! – wykrzyknęła Marya. – Dostawałam takie cudowne listy 

od ciebie i Kathrin... tylko one wiązały mnie z domem.  

Grethe popatrzyła w stronę warsztatu.  
– Nawet nie chciał tknąć pióra, mimo że Kathrin go błagała. Ale tęsknił za tobą, wiem o 

tym.  

–  Jesteś  niepoprawną  optymistką,  ciociu.  Zawsze  widzisz  ludzi  lepszymi,  niż  są 

naprawdę.  

– Dzięki temu stają się lepsi – odrzekła pogodnie.  
– Chodź, zrobię herbatę i upiekę ciasto na kolację.  
– A gdzie jest Kathrin? 
Grethe kiwnęła głową w stronę rzeki.  
–  Poszła  na  spacer  ze  swoim  przyjacielem.  Myślę,  że  będzie  niedługo.  No  chodź  już, 

chodź. Nie mogę uwierzyć, że naprawdę wróciłaś, tyle razy wyobrażałam sobie tę chwilę.  

Nowoczesna  kuchnia  Grethe  lśniła  czystością.  Zdobiła  ją  kolekcja  porcelanowych 

zwierzątek i bujnie kwitnące rośliny.  

– Jaki on jest? – zapytała wprost Marya. – Ten przyjaciel Kathrin.  
– Bardzo przystojny. – Grethe przewróciła oczami.  
– Powiedział, że nigdy nie jadł tak pysznej ryby jak u mnie! 
Nie warto było jej o nic więcej pytać. W Tonym też widziała tylko pięknego mężczyznę.  
– W ostatnim liście Kathrin pisała, że się zaręczyła.  
– Chce się z nią ożenić. – Grethe wyglądała na zakłopotaną. – Ale wtedy Kathrin będzie 

mieszkać w Kanadzie, tak jak ty.  

Nie ożeni się z nią, ciociu – pomyślała Marya i zdjęła z półki swój ulubiony kubeczek.  
– Napiję się herbaty i pójdę nad rzekę ich poszukać.  
–  Kathrin  tak  się  ucieszy!  Jak  ona  się  o  ciebie  martwiła!  –  Grethe  postawiła  na  blacie 

dzbanek z herbatą. Zachmurzyła się. – Do tej pory nie mogę pojąć, dlaczego Tony się z tobą 
nie ożenił. Przecież cię kochał, to było widać. I tak do siebie pasowaliście.  

– On nie był z tych, którzy się żenią. – Machnęła ręką. – Przystojny, czarujący, bogaty, 

ale nie można mu ufać. – W duchu dodała: to idealnie pasuje do Robba.  

– Może to przez twój charakter. – Ciotka zamyśliła się. – Zawsze mówisz to, co myślisz.  
– Nawet gdybym była tak łagodna jak ty, to i tak by to nie pomogło.  
Grethe nie była przekonana, ale zajęła się herbatą i zaczęła snuć opowieści o sąsiadach i 

wszystkich  drobnych  wydarzeniach,  które  zaszły  przez  ostatnie  trzy  lata.  Marya  słuchała  jej 

jednym  uchem.  Musi  wziąć  się  w  garść,  wciąż  nie  wie,  jak  skłonić  siostrę,  by  zerwała 

background image

zaręczyny.  

– Pójdę zobaczyć, czy Kathrin nie idzie. – Uścisnęła ciotkę. – Zaraz wracam.  
Minęła  domy  i  wyszła  na  drogę.  Od  strony  plaży  dobiegł  ją  miarowy  plusk  fal  i  ostre 

krzyki  czarnych  i  białych  mew.  Mgła  się  podniosła  i  promienie  słońca  oświetlały  trawę  na 
wzgórzach. To dobry znak – pomyślała. Przeszła przez mostek i skręciła na ścieżkę biegnącą 
wzdłuż rzeki. Płytka woda z hukiem rozbijała się o skały, zagłuszała szum morza. Zostawiła 
za sobą porośnięty mchem murek otaczający cmentarz i odszukała grób matki. Podniosła oczy 
i popatrzyła na wzgórza. Nagle zdała sobie sprawę z przejmującej ciszy, jaka tu panowała i 
nieoczekiwanie  cała  jej  misja  wydała  się  zupełnie  nieważna.  Zrozumiała,  że  właśnie  za  tą 
ciszą tęskniła w zgiełku ulic Toronto, o wiele bardziej niż za zielonymi lasami Kanady. Tu, na 
wyspach,  nie  było  lasów,  lato  było  zbyt  krótkie  i  zbyt  chłodne,  by  mogły  rosnąć  drzewa,  a 
spod zielonej trawy wystawały nagie skały.  

Ptaszek przemknął z drugiej strony muru i przysiadł na jego szczycie. Marya podeszła do 

uwiązanego nie opodal kucyka i pogłaskała go po nosie.  

Nagle  kucyk  gwałtownie  odrzucił  głowę  i  odbiegł.  Zaskoczona  spojrzała  przez  ramię  i 

nagle aż zesztywniała. Dziesięć metrów od niej stał Craig.  

– Jesteś ostatnią osobą, której mógłbym się tu spodziewać.  
Miał na sobie ten sam sweter, wiatr targał mu włosy. Zjawił się w jej rodzinnej wiosce. 

Nie wiedziała, co ma powiedzieć, co ma o tym myśleć.  

Wykrztusiła: 
– Skąd się dowiedziałeś, że tu jestem? 
– Nie wiedziałem. Choć to zabrzmi dziwnie, nie szukałem cię.  
Nadal  nie  rozumiała.  Spojrzała  w  dal  i  dostrzegła  zaparkowany  przy  drodze  biały 

samochód.  

–  Zobaczyłeś  mnie  z  szosy  –  stwierdziła  oskarżycielskim  tonem.  –  Kto  ci  powiedział, 

gdzie mieszkam? 

– Nikt. – Spoważniał. – To znów przeznaczenie. Od Toronto do Tjørnuvík... Nie mogę w 

to uwierzyć. A więc tu mieszkasz? 

Oniemiała kiwnęła głową. Nadal nie mogła pojąć, jak to się stało, że ją odnalazł.  
– Maryo, dlaczego wróciłaś do domu? Czy przypadkiem nie dostałaś listu od siostry? Czy 

ona ma na imię Kathrin? 

– Tak. Skąd wiesz? 
– Robb jest moim bratem.  
Nagle wszystko zaczęło się układać w całość.  
– Napisała do mnie, że  się zaręczyła,  dlatego przyjechałam.  – Marya ciągle jeszcze nie 

mogła dojść do siebie. – Wiedziałam tylko, że na imię ma Robb... czyli nasza wspólna podróż 
od Toronto do Tjørnuvík to nie zbieg okoliczności...  

–  Chociaż  to  dalej  może  być  przeznaczenie.  –  Podszedł  do  niej  bliżej  i  utkwił  w  niej 

wzrok. – Więc przyjechałaś na jej wesele, tak? 

Była zbyt zła, by zachować się taktownie.  
– Nie, oczywiście że nie! – wykrzyknęła. – Przyjechałam, żeby temu zapobiec.  

background image

–  Maryo,  przestań  –  uciął.  –  Robb  może  jest  młody  i  głupi,  ale  z  niego  jest  cholernie 

dobra  partia.  Twoja  siostrzyczka  mogłaby  gorzej  trafić.  Poczuła  skurcz  żołądka,  coś  do  niej 
dotarło.  

– Robb jest bogaty – wyszeptała i instynktownie cofnęła się przed nim. – Czy to znaczy, 

że ty też? 

– Mój ojciec jest właścicielem Northwest Forestry. To dla ciebie niespodzianka? 
Nagle  zniknął  obraz  Craiga  przemierzającego  w  ciężkich  butach  i  kurtce  drwala  leśne 

ostępy, zamiast  tego zobaczyła  go w eleganckim garniturze, urzędującego za biurkiem.  Syn 
właściciela. Bogacz.  

W pierwszych tygodniach pracy w La Roulade Marya często przyciągała uwagę klientów. 

Była  piękna  i  czuła  się  niepewnie.  Gdy  poskarżyła  się  kierownictwu,  usłyszała,  że  pod 
żadnym pozorem nie może być nieuprzejma dla bogatych gości, z których żyła restauracja.  

Pieniądze to władza, zrozumiała to bardzo szybko. Krążąc między stolikami słyszała, jak 

budowano i niszczono fortuny i ludzi. Wiedziała, którzy z tych mężczyzn oszukują żony, a w 
eleganckich  kobietach  potrafiła  rozpoznać  luksusowe  prostytutki.  W  końcu,  po  czternastu 
miesiącach  pracy,  cały  żal  i  złość  na  Tony’ego  przeniosła  na  tych  bogatych,  którzy 
przychodzili  do  restauracji.  Przestała  zauważać,  że  nie  wszyscy  z  nich  są  tacy,  według  niej 

wszyscy  byli  tacy  sami  –  nie  liczyli  się  z  niczym,  a  kobiety  zmieniali  równie  łatwo  jak 

kosztowne buty od Gucciego.  

Teraz Craig okazał się jednym z nich.  
–  Masz  rację,  to  dla  mnie  nowość.  Czy  sądzisz,  że  spędziłabym  z  tobą  choć  chwilę, 

gdybym o tym wiedziała? 

Spojrzał na nią spod oka.  
– Tak. Prawdę mówiąc, tak.  
–  Więc  się  mylisz!  Tony  był  bogaty.  Przystojny  bogaty  brunet  –  ten  opis  pasuje  do 

twojego brata.  

tak? Czy uważasz, że będę się przyglądać i pozwolę na to, by moja siostra wpadła...  
Przerwało  jej  przenikliwe  rżenie  kucyka.  Odwróciła  się  i  zobaczyła  pędzącą  w  jej 

kierunku  Kathrin.  Biegła  przez  trawę  wymachując  rękami,  a  jej  złote  loki  tańczyły  wokół 
głowy.  

– Maryo, czy to naprawdę ty? Och, wróciłaś do domu! 
Kathrin rzuciła się na siostrę, łzy pociekły jej po policzkach.  
– Dlaczego nas nie zawiadomiłaś, że przyjeżdżasz? Tak się cieszę, że cię widzę, tak mi 

ciebie brakowało...  

Śmiała  się  i  płakała  jednocześnie.  Z  całej  siły  uścisnęła  Maryę  i  szybko  otarła  łzy 

wierzchem dłoni.  

– Nie podoba mi się to, co zrobiłaś z włosami.  
–  Jeśli  jeszcze  raz  ktoś  coś  powie  na  temat  moich  włosów,  zetnę  je  –  ostrzegła  Marya. 

Nagle oczy wypełniły się jej łzami, a głos zaczął łamać. – Kathrin, ja też za tobą tęskniłam, 
nawet nie wiesz, jak bardzo.  

– Nie powinnaś zostawać tam tak długo. Musiałam dorastać sama, bez ciebie. – Nagle jej 

background image

twarz rozjaśnił uśmiech jak słońce przeświecające przez mgiełkę.  

– A teraz zgadnij, co się stało! Zakochałam się! Marya zesztywniała. Uśmiech zgasł na jej 

twarzy.  

– Wiem, dostałam twój list.  
Wiele razy wyobrażała sobie tę scenę,  ale nie przypuszczała, że Craig będzie przy tym. 

Kathrin  z  promiennym  uśmiechem  odwróciła  się  w  stronę  nadchodzącego  mężczyzny, 
błękitna spódniczka zawirowała wokół jej nóg, zafalowały złote loki.  

– Robb! Moja siostra przyjechała! – wykrzyknęła.  
– Jak to cudownie! Nie musimy czekać aż do Kanady, żebyś ją poznał! 
Złapała go za rękaw ciemnoniebieskiej marynarki. Robb objął wzrokiem sylwetkę brata. 

Jego  oczy  o  niemal  takim  samym  kolorze  jak  marynarka  były  pełne  skupienia.  Ma  się  na 
baczności – pomyślała Marya.  

Robb  Huntingdon  rzeczywiście  był  przystojny.  Czarnowłosy,  o  rysach  bardziej 

regularnych  niż  brata,  poruszał  się  sprężyście,  bez  charakterystycznego  dla  Craiga  nieco 
nonszalanckiego luzu. Kathrin roześmiała się, oparła głowę na jego ramieniu. Błękitne oczy i 
bijąca z niej radość i ożywienie tworzyły ujmujący kontrast z jego stanowczością i rezerwą. 
Marya  uświadomiła  sobie,  że  Robb  jest  dużo  bardziej  niebezpieczny  niż  Tony.  Tony  był 
otwarty, wystarczyło na niego spojrzeć, by wiedzieć, co myśli. Grzecznie uśmiechający się do 
niej Robb stanowił zagadkę.  

– Robb, to Marya. – Zaszczebiotała uszczęśliwiona Kathrin. – Maryo, to jest Robb.  
Marya nie wyciągnęła ręki. Przywitała go chłodno.  
– Cześć, Robb. Uprzejmie skinął głową.  
– Kathrin dużo mi o tobie opowiadała. – Przeniósł wzrok na stojącego obok niej Craiga. – 

Wygląda na to, że to rodzinne spotkanie – dodał sucho. – Kathrin, to mój brat Craig. Craig – 
jego miły głos nabrał twardych tonów – to moja narzeczona, Kathrin Hansen.  

Kathrin zaśmiała się.  
– Jeszcze nie zdążyłam się z tym oswoić. Jak się masz, Craig. Miło mi cię poznać.  
Robb zwrócił się do brata.  
– Mam nadzieję, że już zdążyliście się poznać z Maryą? 
– Tak.  
–  To  naprawdę  niesamowite.  –  Kathrin  z  niedowierzaniem  pokręciła  głową.  –  Oboje 

przyjechaliście tu w tym samym czasie.  

– Pisałem do Craiga o zaręczynach.  
–  A  ja  napisałam  do  Maryi!  –  Kathrin  przyglądała  się  im  promiennymi  oczami.  – 

Przyjechaliście złożyć nam gratulacje – to cudowne! 

– Nie, ja nie. Craig dodał: 
– Niezupełnie.  
Marya  utkwiła  wzrok  w  Craigu.  Teraz  był  dla  niej  tylko  jeszcze  jednym  z  bogatych 

mężczyzn, których spotykała w restauracji i w klubie. Nie siliła się na delikatność. Odwróciła 
się do siostry.  

– Kathrin, czy ty tego nie widzisz? Robisz dokładnie to co ja trzy lata temu, popełniasz 

background image

ten  sam  błąd.  Robb  nie  ożeni  się  z  tobą!  Zabierze  cię  do  Kanady  i  gdy  już  weźmie  cię  do 
łóżka...  

Urwała,  widząc  rumieniec  na  policzkach  siostry.  Rzuciła  ostre  spojrzenie  na  Robba  i 

parsknęła: 

– Porzuci cię. Po co miałby się żenić, jeśli dostanie to, co chce, bez ślubu. Tacy jak on nie 

myślą o małżeństwie. Biorą, co chcą i znikają.  

Kathrin pobladła. Osłupiała wpatrywała się w siostrę.  
– Maryo, co ty mówisz? – wyszeptała. – Czy ty zwariowałaś? 
– To ty zwariowałaś. On nawet wygląda jak Tony! 
–  On  jest  zupełnie  inny,  pisałam  ci  w  liście.  Robb  jest  solidny  i  można  mu  ufać  –  i 

pobierzemy się. Przecież się kochamy. Dlaczego mielibyśmy nie wziąć ślubu? 

Craig odezwał się spokojnie: 
– Podam ci dobry powód... Robb zacisnął pięści.  
– Nie wtrącaj się, Craig.  
–  Robb,  dobrze  wiesz,  że  nie  przyjechałem  tu,  żeby  ci  gratulować.  Nie  dostaniesz 

pieniędzy  po  matce,  dopóki  nie  skończysz  dwudziestu  pięciu  lat,  a  i  potem  potrafię  je 
zablokować. A za biednego Kathrin nie wyjdzie tak chętnie.  

Marya aż zaniemówiła. Zapadła śmiertelna cisza. Przerwała ją Kathrin. Wyprostowała się 

z godnością, zaskakującą przy jej porywczości.  

– Oboje się mylicie. Robb chce się ze mną ożenić, a mnie nie obchodzą jego pieniądze. – 

Z zamarłą twarzą przeniosła spojrzenie z Maryi na Craiga, znów spojrzała na siostrę. – Chyba 
potrafię zrozumieć, skąd się bierze twoja gorycz, Maryo, choć nie jest mi łatwo ci wybaczyć... 
a co do ciebie, Craig, to dziwię się, że brat Robba może być taki małostkowy.  

Marya  była  jak  ogłuszona.  W  oczach  siostry  dostrzegła  skrywaną  pogardę,  poczuła  się 

okropnie. Craig pozostał niewzruszony. W jego głosie usłyszała szyderstwo.  

– Milion dolarów to nie jest mało. Robb wycedził: 
– Nie mówiłem jej, o jakie pieniądze chodzi. Odpowiedział z ironią: 
– Oczywiście.  
Robb postąpił krok do przodu. Kathrin chwyciła go za rękaw. Łzy zalśniły w jej oczach.  
– Robb, proszę cię, chodźmy stąd – błagała. – Oni chcą zniszczyć to, co nas łączy, chcą, 

żebyśmy stali się jak oni podejrzliwi i nieufni. Robb, proszę cię.  

Przez chwilę Marya sądziła, że Robb jej nie usłucha, ale widząc łzy Kathrin powiedział 

tylko: 

– Masz rację, chodźmy.  
Objął ją ramieniem i poprowadził ostrożnie, omijając Maryę i Craiga.  
– Robb, jeszcze nie skończyłem – stwierdził spokojnie Craig. – Zobaczymy się później w 

hotelu.  

– Nieźle narozrabiałeś jak na jeden dzień – odpalił Robb. – Jeśli o mnie chodzi, to przez 

najbliższy tydzień mogę cię nie oglądać.  

Kathrin pociągnęła go za ramię, odwrócił się i odeszli.  
Marya patrzyła za nimi. Czuła ucisk w żołądku. Myślała tylko o tym, co zrobiła. Zmąciła 

background image

szczęście  siostry,  zamiast  promiennego  uśmiechu  w  jej  oczach  pojawiła  się  pogarda  i 
przerażenie.  Musiała  tak  postąpić.  Lepiej,  żeby  Kathrin  była  nieszczęśliwa  teraz,  w 
rodzinnym domu, niż w odległym kraju, sama i bezbronna.  

Jej umysł starał się znaleźć racje, ale w głębi duszy czuła, że nigdy nie będzie mogła o 

tym zapomnieć. I siostra też jej tego na pewno nie wybaczy. Pod wpływem nagłego impulsu 
zrobiła  krok  naprzód,  jakby  chcąc  dogonić  Kathrin.  Po  chwili  zatrzymała  się 
niezdecydowana.  

– O czym myślisz? 
Stał, trzymając ręce w kieszeniach i przyglądał się bardziej jej niż oddalającej się parze. 

Nawet jeśli coś odczuwał, to nie dawał tego po sobie poznać.  

– Moje myśli nie są wiele warte – odpowiedziała cicho. – Nienawidzę sama siebie za to, 

co właśnie zrobiłam.  

– Musiałaś tak postąpić. Poczuła wzbierającą złość.  
– Może tak. Ale oni są istotami ludzkimi, a nie kamieniami na plaży. Czy ty naprawdę nie 

potrafisz okazać nawet odrobiny jakiegoś uczucia? 

Nie spuszczał oczu z jej twarzy.  
– Nie lubię kobiet, które uganiają się za mężczyzną dla pieniędzy.  
– Kathrin ani trochę nie obchodzą jego pieniądze! 
– Więc jest głupia. Pieniądze wszystko zmieniają.  
– Sądzisz, że o tym nie wiem? 
– Ty pewnie masz pieniądze od Tony’ego.  
– Oczywiście. – Zawrzała w niej wściekłość. – Zapłacił za mój bilet do Kanady, bilet w 

jedną  stronę,  pokój  w  hotelu  zastawił  kwiatami,  a  dwa  tygodnie  później  zniknął  nie  płacąc 
rachunku.  

– Jakimi kwiatami? Czy to były białe róże? 
– Nic nie ujdzie twojej uwagi, co? 
Twarz mu złagodniała, jakby ze współczucia.  
– Białe róże, bo byłaś dziewicą. Ścisnęło ją w gardle.  
–  Przestań  się  nade  mną  użalać  –  ucięła.  –  Czy  teraz  rozumiesz,  dlaczego  nie  pozwolę 

Kathrin popełnić tego samego błędu? 

– Robb jest młody i naiwny, ale jest odpowiedzialny i płaci swoje rachunki.  
– Wszyscy bogaci są tacy sami. Życie jest dla nich tylko grą, a ludzie pionkami, którymi 

kierują według swoich zachcianek.  

– Maryo, nie wszyscy są tacy.  
– Mam dość powodów, by tak sądzić.  
– Nie możesz twierdzić, że Robb jest nic niewart tylko dlatego, że jest bogaty! 
–  A  ty  nie  możesz  twierdzić,  że  Kathrin  leci  na  jego  pieniądze  tylko  dlatego,  że  jest 

kobietą! Wracam do domu. – Głos jej drżał. – Muszę porozmawiać z Kathrin.  

– Chyba dać jej swoje błogosławieństwo.  
– Nie! 
Chwycił ją za ramiona, jego twarz znalazła się tuż przy jej twarzy.  

background image

– Zdajesz sobie sprawę, że jeśli dojdzie do tego ślubu, to zostanę twoim szwagrem? 
Poczuła nagły strach. Będą związani na zawsze, nie pozbędzie się go.  
– Nie dojdzie do ślubu.  
Przyciągnął ją mocniej. Wiedziała, co zamierza.  
– Craig, jeśli mnie pocałujesz, przysięgam, że zacznę płakać – powiedziała szczerze. Głos 

się jej rwał. – Nieczęsto płaczę, ale gdy to się już zdarzy, to strzeż się! 

– Stawiam milion dolarów, że pocałunek byłby dobrym zagraniem.  
Wściekłość zamigotała w jej oczach.  
–  Z  tym  już  koniec!  Zabieraj  swojego  brata  do  Vancouver,  tam  na  dźwięk  nazwy 

Northwest  Forestry  wszyscy  będą  przed  wami  padać  na  kolana,  a  kobiety  będą  uległe.  Im 
szybciej stąd znikniecie, tym lepiej! 

Zaczęła  przedzierać  się  przez  trawę  w  stronę  mostu.  Tuż  za  sobą  usłyszała  mruczenie 

Craiga.  

– Masz ostry języczek, Maryo. Przyśpieszyła.  
– Odejdź ode mnie! 
–  Nie  domyśliłem  się,  że  jesteś  siostrą  Kathrin.  Robb  nie  podał  mi  jej  nazwiska  ani 

miejsca zamieszkania. Jej sytuację finansową sam sobie wyobraziłem.  

Zwolniła. Ogarnęła wzrokiem ogrodzone pastwiska, niewielkie ogródki i małe, otoczone 

wzgórzami domki. Patrzyła tak, jak mógłby patrzeć przybysz z daleka.  

–  Powiem  ci  coś,  Craig.  Musiałam  drogo  zapłacić  w  tym  twoim  Toronto,  żeby  to 

zrozumieć.  To  tutaj  ludzie  są  bogaci!  Bogaci  w  sposób,  którego  nigdy  nie  pojmiesz!  Mają 
swoje  miejsce  na  ziemi,  swoją  pracę  i  swoje  tradycje,  w  których  wyrośli,  ł  przestań 
wymachiwać mi przed nosem tymi swoimi dolarami, ani ja ich nie potrzebuję, ani Kathrin! 

Odburknął: 
– Nie wierzę ci.  
Nie  oczekiwała  innej  odpowiedzi.  Z  oddali  dobiegł  ją  szum  rzeki.  Powiedziała  cicho, 

bardziej do siebie niż do niego.  

– Jakie to dziwne... musiałam tu wrócić, żeby to zrozumieć. I pomyśleć, że gdy miałam 

kilkanaście lat, marzyłam tylko o tym, żeby się stąd wyrwać.  

–  A  teraz  zostaniesz  tu?  –  zapytał  cierpko.  –  Do  końca  życia?  To  bezpieczne  miejsce, 

Maryo.  

Craig, Kathrin, Robb, Magnus, Grethe – ich twarze zawirowały jej przed oczami. Każde z 

nich oczekiwało od niej czegoś innego. A ona sama nie wiedziała, czego chce.  

Przede  wszystkim  muszę  się  uwolnić  od  tego  mężczyzny  o  stalowym  spojrzeniu  – 

pomyślała z rozpaczą.  

– Muszę już iść. Muszę znaleźć Kathrin i przemówić jej do rozsądku.  
Nie próbował jej zatrzymać.  
–  Jestem  pewien,  że  wkrótce  się  spotkamy  –  powiedział  z  ironią.  –  Gdybyś  mnie 

potrzebowała, to mieszkam w hotelu w Eidi.  

W  hotelu  w  Eidi,  gdzie  latem  pracowała  jako  kelnerka,  poznała  Tony’ego.  Z  cichym 

okrzykiem odwróciła się na pięcie i pobiegła w stronę osady.  

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Ciotka Grethe miała ręce zanurzone w cieście, gdy Marya wpadła do kuchni.  
– Była tutaj Kathrin? 
–  Tak,  przybiegła  tu,  powiedziała,  żeby  nie  czekać  na  nich  z  kolacją  i  zaraz  wyleciała. 

Płakała. – Ciotka głośno i z dezaprobatą wciągnęła nosem powietrze.  

– Pokłóciłyśmy się z Kathrin.  
– Zanim zdecydowałaś, że ten jej Robb jest nic niewart, powinnaś go przynajmniej nieco 

poznać.  

– Z tego przecież nic nie wyjdzie! On mieszka za daleko! 
– Twoja matka i ojciec pochodzili z jednej osady, a ich małżeństwo było tak burzliwe jak 

pogoda w grudniu.  

Marya na chwilę zapomniała o Kathrin. Zaciekawiła się.  
– Co masz na myśli? 
–  Nie  przejmuj  się  tym,  co  powiedziałam.  –  Ciotka  wyjęła  ziemniaki  z  torby  pod 

zlewozmywakiem i  zaczęła je obierać. – Wróciłaś tu  zgorzkniała i  naładowana złością.  Nie 
tak powinien wyglądać powrót do domu. Siostra przeciwko siostrze...  

Marya  nie  odpowiedziała.  Kolację  zjedli  w  milczeniu,  w  atmosferze  napiętej  od  nie 

zadanych  pytań.  Po  kolacji  Marya  poszła  nad  rzekę.  Usiadła  na  skale  i  zapatrzyła  się  na 
wysoki  poszarpany  brzeg  i  plażę  u  stóp  urwiska.  Na  południu  zatokę  zamykały  dwie  ostre 
skały, zwane Wiedźma i Olbrzym. Nie mogła otrząsnąć się z przygnębienia. Przecież musiała 
tak  postąpić.  Przemierzyła  tysiące  mil,  by  uchronić  siostrę  przed  kolejnym  Tonym,  musiało 
dojść do tej rozmowy.  

Dopiero  teraz  w  samotności  uświadomiła  sobie  jeszcze  coś  innego  –  Craig  pochodzi  z 

tego  samego  kręgu,  co  goście  La  Roulade.  To,  co  brała  za  siłę,  było  w  gruncie  rzeczy 
bezwzględnością, a pewność siebie świadczyła tylko o wrodzonej arogancji człowieka, który 
nigdy nie musiał się martwić o pieniądze i pozycję społeczną. Ani o kobiety. Zresztą wcale 
się  z  tym  nie  krył.  A  ona  zaintrygowała  go  tylko  dlatego,  że  zapłaciła  swoją  część  za 
taksówkę i odmówiła podania adresu.  

Pochyliła  się  do  przodu  i  zanurzyła  dłonie  w  trawie.  Dotykała  różowych  i  czerwonych 

płatków  storczyków.  Nie  dostrzegała  piękna  kwiatów.  Namiętność,  która  spalała  ją  w 
ramionach Craiga i przyjemność przebywania w jego towarzystwie bezlitośnie świadczyły o 
jej naiwności. Czy to znaczy, że przez te trzy lata niczego się nie nauczyła? 

 
Przestraszyła  się,  gdy  rano  wyszło  na  jaw,  że  Kathrin  nie  wróciła  na  noc.  Może 

postanowili  uciec,  pojechali  do  Vagar  i  stamtąd  odlecieli  do  Europy?  Dopiero  Grethe 
wyjaśniła jej, że Kathrin nocowała u niej, a rano poszła do pracy.  

–  Pracuje  na  campingu  młodzieżowym,  pewnie  nie  wiedziałaś.  –  Parsknęła.  –  Takie 

rzeczy cię nie obchodzą.  

Marya  wyszła  na  dwór,  zamieniła  kilka  słów  z  sąsiadami  i  poszła  na  długi  spacer.  Po 

powrocie  aż  do  wieczora  razem  z  ciotką  robiły  przetwory  na  zimę.  Ojciec  był  jeszcze  w 
warsztacie. Położyła się do łóżka i spróbowała czytać.  

background image

Ciotka  nie  pochwalała  tego,  co  zrobiła.  Ojca  wcale  nie  obchodziło,  czy  Marya  jest  w 

domu, czy nie.  

Kathrin unikała jej. A na dodatek okazało się, że Craig jest taki sam jak Tony.  
Craig...  przypomniała  sobie  jego  ruchy,  pełne  niewymuszonego  wdzięku,  to 

nieprawdopodobne  uczucie,  gdy  przyciągał  ją  do  siebie,  jego  pocałunki  i  żarliwy  odzew  jej 
ciała. Co to wszystko znaczy? Jest dla niej nikim, nikim. A nawet gorzej niż nikim, bo jest 
bogaty, a takich przecież nienawidzi.  

Znów  poczuła  gwałtowne  ukłucie  stale  przyczajonego  w  niej  strachu.  Możliwe,  że  już 

wyjechał razem z Robbem do Kanady. Z jego punktu widzenia to byłoby rozsądne.  

Ręce  jej  drżały,  popatrzyła  na  nie  bezmyślnie.  Najlepiej  by  było,  gdyby  wyjechał  bez 

pożegnania. Więc skąd ta przemożna pokusa, by wynająć samochód i sprawdzić w hotelu, czy 
już wyjechali? 

Odrzuciła  książkę  i  zaczęła  się  przechadzać  po  pokoju.  Po  chwili  zeszła  na  dół, 

wyczyściła  zlewozmywak  i  stary,  brzuchaty  piec.  Craig  powiedział,  że  jest  piękna.  Czy 
naprawdę  tak  myślał?  Czy  mógł  wyjechać  bez  pożegnania?  Jako  jedyny  ślad  po  sobie 
zostawić tylko nazwę firmy istniejącej tysiące mil stąd? 

Nagle  przed  domem  zatrzymał  się  samochód,  trzasnęły  drzwiczki.  Usłyszała  kroki  na 

schodach. Kurczowo ścisnęła w ręku ścierkę, serce zaczęło jej mocno bić.  

Na progu stanęła Kathrin. Jej twarz rozjaśniał miękki, promienny uśmiech, jakiego Marya 

nigdy wcześniej nie znała. Kathrin dostrzegła zdziwione spojrzenie siostry i jej uśmiech zgasł. 
Odezwała się nieprzyjaźnie.  

– Cześć.  
Marya odrzuciła ścierkę. Była blada, to zwróciło uwagę Kathrin.  
– Co się stało? 
– Myślałam, że to Craig.  
– Jest teraz w hotelu – odrzekła z goryczą Kathrin.  
– Próbuje dopaść Robba i przekonać go, że lecę tylko na jego pieniądze.  
Marya podniosła ścierkę i złożyła ją starannie.  
– To nieprawda, wiem, że tak nie jest.  
– To mu to powiedz.  
– Mówiłam.  
– Widocznie nie słuchał. Naprawdę nie wiem, o co wam chodzi! A zwłaszcza tobie! 
– Chcę tylko twojego dobra! 
– A ja chcę Robba! 
–  Kathrin,  ja  też  myślałam,  że  chcę  Tony’ego  –  i  zobacz,  co  z  tego  wynikło.  Kathrin 

potrząsnęła złotymi lokami.  

–  Widzę  tylko,  co  się  z  tobą  stało  przez  te  trzy  lata.  Jesteś  przepełniona  goryczą  i  do 

żadnego mężczyzny nie masz za grosz zaufania, zwłaszcza jeśli ma pieniądze i jest brunetem.  

Marya popatrzyła jej prosto w oczy. Żadna siła nie była w stanie jej powstrzymać, słowa 

same cisnęły się na usta.  

– Posłuchaj mnie przez chwilę! Kathrin, nigdy nikomu nie mówiłam, jak to było trzy lata 

background image

temu.  Sama  wiesz,  jak  surowo  zostałyśmy  wychowane,  mowy  nie  było,  żebym  zgodziła  się 
pójść z kimś do łóżka bez ślubu. Więc Tony obiecał, że się ze mną ożeni i zwabił mnie do 
Kanady.  Zgadzał  się  na  wszystko  –  przyrzekał  ślub  kościelny  z  tuzinem  druhen,  miesiąc 

miodowy  na  Wyspach  Bahama,  nowe  stroje  i  wielkomiejskie  rozrywki,  wszystko, 

czegokolwiek bym  zapragnęła. Uwierzyłam  mu.  Pamiętaj,  miałam wtedy  dziewiętnaście lat, 

tyle co ty teraz, i marzyłam tylko o tym, żeby się stąd wyrwać. W Toronto wynajął pokój w 

luksusowym hotelu, zastawił go bukietami kwiatów i tam mnie uwiódł.  

Popatrzyła za okno i ciągnęła dalej, głosem pozbawionym jakichkolwiek uczuć.  
–  Ojciec  został  daleko,  ja  byłam  zakochana,  więc  przystałam  na  to.  –  Wzruszyła 

ramionami. – Mieszkaliśmy w tym hotelu prawie dwa tygodnie i powoli zaczęłam poznawać 

prawdziwego Tony’ego. Egoista, stale goniący za nowymi podnietami; ani przez moment nie 
mógł usiedzieć spokojnie; ciągle potrzebował towarzystwa. Ja chciałam iść na spacer, ale on 
myślał  tylko  o  tym,  by  widziano  go  we  wszystkich  znanych  nocnych  klubach.  –  Znów 
wzruszyła ramionami. – Bardzo szybko dał mi do zrozumienia, że inne kobiety nie przestały 
go interesować, a ponieważ w tej dziedzinie ja go rozczarowałam, przestałam się łudzić, że na 
serio  mówił  o  ślubie.  –  Z  napięciem  popatrzyła  na  siostrę.  –  Dopiero  wtedy  odkrył  swoją 
prawdziwą twarz. Kathrin, on nigdy nie zamierzał się ze mną ożenić, a kiedy już mnie zdobył, 
wyrzucił mnie ze swojego życia jak parę starych butów.  

Kathrin szybko przebiegła przez pokój i objęła ją mocno.  
– Maryo, to musiało być dla ciebie straszne! Dlaczego nie wróciłaś do domu? 
– Nie miałam pieniędzy i byłam zbyt dumna, żeby zwrócić się do ciebie, i zbyt zawzięta, 

żeby prosić ojca.  

– I zamiast tego wysyłałaś do nas te liściki, w których zapewniałaś, że wszystko układa 

się cudownie! 

– Kathrin, błagam cię, nie zrób tego samego błędu co ja! 
– Słuchaj, teraz łatwiej mi zrozumieć, dlaczego wczoraj tak się zachowałaś. Ale Maryo, 

musisz  wyzwolić  się  z  przeszłości,  dla  twojego  i  mojego  dobra.  Robb  to  nie  Tony.  Jest 
wierny,  szczery  i  dobry,  i  nie  zmieni  się,  nawet  gdybyśmy  się  znaleźli  na  biegunie 
północnym.  

– Ale on...  
–  Craig  zagroził,  że  Robb  nie  dostanie  pieniędzy,  ale  to  wcale  nie  zmieniło  jego 

postanowienia. Mojego również.  

– Zobaczysz, jeszcze tego pożałujesz! 
–  Przenocuję  u  Grethe  –  powiedziała  Kathrin  z  rezygnacją.  –  Maryo,  nie  cieszę  się,  że 

wróciłaś.  Nie  dałaś  mu  żadnej  szansy.  –  Zacisnęła  usta  i  wyszła,  trzaskając  z  całej  siły 
drzwiami.  

Marya powlokła się na górę. Sen długo nie przychodził.  
 
Po przebudzeniu była zmęczona i wyczerpana. Zeszła na dół, postanowiła wziąć kąpiel. 

Wygodniej byłoby to zrobić u Grethe – tutaj musiała najpierw nagrzać sobie wody na piecu, 
ale nie chciała od rana patrzeć na pełną dezaprobaty minę ciotki. Po kąpieli poczuła się dużo 

background image

lepiej.  Wytarła  włosy  ręcznikiem  i  przelotnie  spojrzała  na  swoje  odbicie  w  lustrze  –  jak 

zwykle,  gdy  były  mokre,  jej  włosy  skręciły  się  w  burzę  splątanych  loków.  Nagle  poprzez 
bulgotanie spływającej wody usłyszała pukanie do drzwi.  

To  z  pewnością  Robb.  Szybko  zarzuciła  na  siebie  szarą,  podobną  do  habitu  podomkę, 

którą  Kathrin  uszyła  jej  na  Gwiazdkę.  Nie  wiedziała,  co  ma  mu  powiedzieć,  nic  jej  nie 
przychodziło do głowy. Boso pobiegła do drzwi.  

Światło  ją  oślepiło,  mokre  włosy  zapłonęły,  a  promienie  słońca  prześwietliły  cienką 

tkaninę, pod którą całkiem wyraźnie zarysowało się jej ciało.  

Craig powiedział tylko: 
– O, Boże! 
Zaskoczona  cofnęła  się  i  szybko  zamknęła  drzwi.  Jednak  Craig  był  szybszy  –  wsunął 

nogę w szczelinę, z całej siły je pchnął i z impetem wpadł do środka. Zatrzasnął drzwi i oparł 
się plecami o grubo ciosane deski.  

Marya  poczerwieniała  ze  złości.  Cienka  bawełna  oblepiała  jej  mokre  ciało,  wyraźnie 

podkreślała piersi i biodra.  

– Chyba widziałeś za dużo filmów o Rambo.  
– Maryo – powiedział ochrypłym głosem. – Maryo, jesteś taka piękna.  
Mogła uciec przed nim do łazienki i zaryglować drzwi, ale duma nie pozwoliła jej na to. 

W milczeniu uniosła głowę i popatrzyła na Craiga.  

Miał  na  sobie  beżowe,  sportowe  spodnie  i  luźną,  rozpiętą  pod  szyją  koszulę  z 

podwiniętymi rękawami. Zadrżała pod jego spojrzeniem, piersi  zarysowały  się mocniej  pod 
cienkim materiałem. Zarumieniła się jeszcze bardziej.  

– Nawet nie muszę cię dotykać, co? 
Nie mylił się, ale była wściekła na niego, że to powiedział. Poczuła się zdradzona przez 

własne ciało. Nie odzywając się ani słowem uniosła głowę jeszcze wyżej.  

Postąpił  krok  ku  niej.  Nie  ruszyła  się  z  miejsca,  tylko  oddychała  coraz  szybciej.  Craig 

mówił ze szczerością, która ją oszołomiła.  

–  Maryo,  odkąd  się  poznaliśmy,  ani  na  chwilę  nie  przestajemy  ze  sobą  walczyć.  Oboje 

zupełnie  inaczej  patrzymy  na  sprawę  twojej  siostry.  Ale  coś  ci  powiem.  Jeszcze  żadnej 
kobiety  nie  pragnąłem  tak  bardzo  jak  ciebie.  Nigdy  dotąd.  Jesteś  najpiękniejszą  istotą,  jaką 
kiedykolwiek spotkałem.  

Zachmurzyła się.  
– Ależ, wierzę ci.  
– Jak to? Nawet nie próbujesz się spierać? Przypomniała sobie, do czego doprowadziły 

kłótnie z siostrą.  

– Chyba czas, żebym przestała się kłócić. Od trzech czy czterech dni mam z tego powodu 

tylko same kłopoty.  

Zrobił  następny  krok  do  przodu.  Z  napiętymi  nerwami  czekała  na  jego  kolejny  ruch  i 

nagle ze zdziwieniem uświadomiła sobie, że w jakimś stopniu mu ufa. Jest z nią szczery, nie 
próbuje jej oszukać, nazywa rzeczy po imieniu, nie ukrywa, że pożąda jej ciała. By ją zdobyć, 
nie sięga po kłamliwe zapewnienia o miłości i nie łudzi fałszywymi obietnicami małżeństwa. 

background image

Mówi jedynie, że jej pragnie.  

Stał  tuż  obok  niej.  Wyciągnął  rękę  i  delikatnie  musnął  jej  włosy,  płomienne  pasma 

przesypywały  mu  się  przez  palce.  Zanurzył  obie  ręce  w  splątane  gęste  loki,  ostrożnie,  jak 
cenny dar, uniósł je wyżej, jakby ważąc w dłoniach.  

–  Kiedy  będziesz  ze  mną,  zostaw  je  tak  jak  teraz,  proszę...  Rozpuszczone,  swobodne, 

targane wiatrem...  

Dwa dni temu na wzgórzach zdecydowała, że już nigdy więcej go nie zobaczy. Jak łatwo 

było to postanowić, gdy był od niej daleko! 

– Nie ma powodu, żebyśmy jeszcze kiedyś mieli  być razem  – stwierdziła stanowczo. – 

Nigdy więcej.  

–  Ależ  będziemy,  nie  maco  zaprzeczać...  Maryo,  proszę...  Gdy  rozpuścisz  włosy, 

odrzucisz od siebie wspomnienia tych lat w Toronto i znów będziesz sobą, taką, jaką jesteś 
naprawdę.  

– Jaka będę, to nie twoja sprawa.  
– Oboje zasługujemy na coś lepszego.  
–  Zasługujemy.  –  Zniecierpliwiła  się.  –  Jestem  pewna,  że  mój  ojciec  od  razu  by 

powiedział, że na wszystko, co mnie spotkało, sama sobie zasłużyłam.  

–  A  Robb,  bez  wątpienia,  stwierdziłby,  że  ja  zasłużyłem  na  kogoś  tak  upartego  i 

zawziętego  jak  ty.  –  Niespodziewanie  uśmiechnął  się  do  niej  tak,  że  aż  zaparło  jej  dech.  – 
Zostawmy to na razie. Coś ci powiem – naprawdę nie wiem, czym sobie na to zasłużyłem, ale 
jesteś dla mnie najbardziej niespodziewanym, cudownym podarunkiem losu.  

Stała  nieruchomo,  jeszcze  oszołomiona  jego  uśmiechem.  Zostawił  jej  włosy,  położył 

dłonie  na  jej  ramionach  i  pochylił  się,  chcąc  ją  pocałować.  Wiedziała  co  zamierza,  ale  nie 
mogła nic zrobić, by mu przeszkodzić. Musnął ją ustami delikatnie, jakby się bał. Całował ją 
długo,  niespiesznie,  poczuła,  jak  krew  burzy  jej  się  w  żyłach,  a  dotyk  szorstkiej  bawełny 
drażni nagie ciało. Zwolnił uścisk, oczy mu płonęły. Nie spuszczając z niej wzroku położył 
dłoń na jej falującej piersi. Powiedział ochryple: 

– Czuję, jak ci serce bije.  
Ciepło jego rąk napełniało ją omdlewającą słodyczą, widział to w jej oczach. Bezwiednie 

wyciągnęła się ku niemu. Pieścił jej piersi, czuła dotyk palców rozkoszujących się miękkością 
jej ciała. Zamknęła oczy i zapomniała o bożym świecie, czuła tylko jego dłonie i narastające 
w niej pożądanie.  

Znów  ją  pocałował,  tym  razem  mocno  i  namiętnie.  Przyciągnął  ją  do  siebie,  przez 

bawełnianą  podomkę  poczuła  dotyk  jego  rąk.  Serce  biło  mu  mocno.  Objęła  jego  głowę, 
szerokie  rękawy  opadły  odsłaniając  jej  ręce  aż  po  łokcie,  poczuła,  że  Craig  znów  zanurza 
dłonie w gęstwinie jej splątanych włosów.  

Czas stanął w miejscu. Marya już nie wiedziała, co się z nią dzieje. Gdy Craig, okrywając 

jej  policzki  pocałunkami,  odsunął  się  nieco  i  położył  jej  ręce  na  ramionach,  popatrzyła  na 
niego nieprzytomnie i wyszeptała: 

– Dlaczego przestałeś? 
Craig starał się zapanować nad oddechem.  

background image

–  Przecież  wiesz,  że  mógłbym  się  z  tobą  kochać  nawet  na  tej  podłodze.  Ale  to  dom 

twojego ojca i w każdej chwili ktoś mógłby tu wejść.  

Zachmurzyła się, jeszcze niezupełnie otrzeźwiona. Całkiem zapomniała o rodzinie.  
– Kathrin by nie weszła – powiedziała żałośnie. – Nie rozmawiamy ze sobą.  
– Wczoraj koło północy Robb też mi zaproponował, żebym się wynosił do Vancouver i 

zostawił go w spokoju. Może tylko nie wyraził się tak grzecznie.  

– I zrobisz to? 
– Nie. – Po chwili ochrypłym głosem dodał: – Chociaż, ze względu na ciebie, to może by 

było dla mnie najlepsze.  

– Nie rób niczego z mojego powodu! 
– Maryo, znów się kłócisz.  
– Jak chcesz, to zamiast kłótni możemy zacząć się wspinać lub skoczyć do morza.  
Od pierwszej chwili urzekły ją te zmarszczki w kącikach oczu, kiedy się uśmiechał.  
– Radzę ci  góry, bo woda tutaj zawsze jest zimna. Powoli  przeciągnął  wzrokiem  po jej 

twarzy, łagodnej linii ust.  

– W połowie drogi mogę ulec pokusie, żeby się z tobą pokochać.  
– Wytrzymasz tak długo? Roześmiał się.  
– Raczej nie. Zresztą, ty chyba też nie. – Zarumieniła się, a on dodał z nagłym naciskiem: 

– Po Tonym musieli być inni.  

Gwałtownie odrzuciła głowę, aż pasma włosów uderzyły o policzki.  
– Nie było nikogo! 
Nie mógł wątpić w jej szczerość.  
–  Nie  mam  do  tego  żadnego  prawa,  ale  cieszę  się.  Choć  to  nie  jest  rozsądne  z  mojej 

strony, ani nie ma nic wspólnego z tym, po co tu przyszedłem.  

– A po co przyszedłeś? 
–  Chciałem  ci  zaproponować,  żebyśmy  połączyli  swoje  siły  i  razem  spróbowali  nie 

dopuścić do tego ślubu.  

Zaskoczył ją.  
–  Ale  jak?  W  dodatku  patrzymy  na  to  zupełnie  inaczej.  Ty  uważasz,  że  Kathrin  jest 

wyrachowana i chodzi jej o pieniądze...  

– A ty, że mój brat jest oszustem.  
– Trudno uznać to za wspólną płaszczyznę.  
–  Wybrali  się  na  piknik  do  Vidoy  –  przerwał  szorstko.  –  Jestem  pewien,  że  Kathrin 

postara się zajść w ciążę, wtedy Robb będzie musiał się z nią ożenić.  

– Jak śmiesz mówić coś takiego! – wybuchła.  
–  Kathrin  nie  jest  taka,  żeby  z  premedytacją...  Zresztą  –  dodała  zjadliwie  –  twój  brat  z 

pewnością wie, jak zapobiec takim niepożądanym konsekwencjom...  

– Nic nie wie! Cały czas staram się, żebyś to zrozumiała! 
– Więc proponujesz współpracę? – powtórzyła z ironią. – Chyba oszalałeś! 
–  Oboje  nie  chcemy,  żeby  do  tego  doszło,  tak?  Więc  jedźmy  do  Vidoy.  Może 

przynajmniej przeszkodzimy im, gdy zechcą się kochać na wzgórzach.  

background image

Nie kryła niesmaku.  
– Chcesz ich śledzić? 
– Może nie posuną się tak daleko. Może w Vidoy chcą poczynić przygotowania do ślubu.  
Marya  pobladła.  Kathrin  zawsze  lubiła  tę  wyspę,  zwłaszcza  miasteczko  Vidareidi, 

najdalej  na  północ  wysuniętą  miejscowość  na  Wyspach  Owczych.  Może  sądziła,  że  ślub  w 
takim miejscu będzie wyjątkowo romantyczny.  

– Chodźmy. – Pośpieszył ją. – Poznaję po twoich oczach, że... – urwał na dźwięk ciężkich 

kroków na ganku. Drzwi się otworzyły i na progu stanął Magnus.  

Przeniósł wzrok z Craiga na Maryę, popatrzył na jej’ skręcone w pierścionki, płomienne 

włosy i długą do ziemi podomkę. Usta mu zadrżały.  

– Widzę, że nic się nie zmieniłaś – mówił po angielsku z wyraźnym akcentem. – Jesteś w 

domu od dwóch dni i już masz gościa.  

– Tato, przestań.  
Dodał zgryźliwie, przyglądając się Craigowi bez sympatii: 
– Cudzoziemiec.  
– Tato – powtórzyła głośniej – to brat Robba, lecieliśmy razem z Toronto.  
Jak kiedyś, znów zobaczyła w jego oczach złość i potępienie.  
– Sądząc po twoim wyglądzie, nie tylko wspólna podróż was łączy.  
– Dosyć! – Głos Craiga zabrzmiał ostro. – Pozwoliłem sobie przyjechać wcześnie rano, 

żeby  zaprosić  Maryę  na  piknik  do  Vidoy.  Jej  strój  nie  ma  z  tym  nic  wspólnego,  nie 
spodziewała się mnie.  

Magnus wyprostował się i zagrzmiał.  
– Na tych wyspach mamy zwyczaj odnosić się do starszych z szacunkiem! 
Marya skrzywiła się, Craig pozostał niewzruszony.  
– To dobra zasada – tak długo, jak starsi odnoszą się z szacunkiem do tych, którzy niczym 

sobie nie zasłużyli na inne traktowanie.  

– Ona jest nieokiełznana! Zawsze taka była, cokolwiek bym jej powiedział. I nikt mi nie 

będzie dyktować, jakim tonem mam do niej mówić! 

Craig nadal był opanowany.  
– Marya już zapłaciła za popełniony kiedyś błąd. Dopiero teraz zaczynam to rozumieć. A 

pan nie chce jej wybaczyć.  

Magnus żylastą ręką jeszcze mocniej przekrzywił czapkę na głowie.  
– Nie pozwolę się obrażać we własnym domu! – ryknął. – Wynosić się stąd! 
– Poczekam tu na Maryę – powiedział spokojnie Craig. – Wyjdziemy, gdy będzie gotowa.  
Skrzyżował ręce i na pozór zupełnie rozluźniony uśmiechnął się do Magnusa.  
Magnus nigdy nie dawał wejść sobie na głowę. Policzki nabrzmiały mu czerwienią.  
– Ci cudzoziemcy! – wybuchnął. – Chciałbym wreszcie wiedzieć, w czym oni są lepsi od 

mężczyzn z Tjørnuvík...  

Marya znała tę śpiewkę na pamięć. Powiedziała dobitnie: 
– Craig, będę gotowa za pięć minut. – Pobiegła na górę.  
Dopiero w sypialni uświadomiła sobie, że mimowolnie zgodziła się spędzić z nim dzień.  

background image

Założyła beżowe spodnie i brązowy wełniany sweter z kremowym wzorem, tradycyjnym 

na Wyspach. Ten sweter zrobiła jeszcze przed poznaniem Tony’ego. Szybko zrobiła makijaż, 
po  chwili  wahania  zaczesała  gładko  włosy  i  przewiązała  je  na  karku  brązową  aksamitką. 
Zbiegła na dół.  

Craig  cierpliwie  czekał  na  nią  w  kuchni,  a  Magnus  nadal  się  pieklił.  Przewiercił  córkę 

wzrokiem.  

– Nie powinienem pozwolić ci stąd wyjść. Nagle poczuła, że ma tego dość.  
– Kathrin może umawiać się z Robbem i to jest w porządku. – Głos się jej rwał. – Ale ja z 

jego  bratem  nie  mogę!  Zawsze  ją  bardziej  kochałeś,  ojcze,  zawsze!  –  Dopadła  drzwi, 
szarpnęła je i zbiegła po schodach.  

Wskoczyła do samochodu Craiga i zatrzasnęła drzwiczki. Craig usiadł obok, zapalił silnik 

i  bez  słowa  zaczął  się  wycofywać  wąską  drogą  między  domami.  Przejechali  obok  plaży, 
zostawili  z  tyłu  osadę  i  zaczęli  się  wspinać  urwistą  drogą  wzdłuż  brzegu.  Dopiero  wtedy 
Craig zjechał na bok i wyłączył silnik.  

–  Maryo,  on  cię  kocha  –  powiedział,  jakby  ich  rozmowa  trwała.  –  Inaczej  by  tak  nie 

ryczał i nie opowiadał tego wszystkiego.  

– Nienawidzi mnie.  
– To inne oblicze miłości... Przychodzi ci do głowy, dlaczego miałby cię nienawidzieć? 
Potrząsnęła głową.  
– Chciałabym to wiedzieć.  
– Co się stało z twoją matką? Nie żyje? 
– Umarła, gdy miałam pięć lat. Prawie jej nie pamiętam.  
– Jesteś do niej podobna? Popatrzyła na niego zaskoczona.  
– Nie wiem, nie zostały po niej żadne zdjęcia.  
– Czy miała rude włosy? 
–  Pamiętam,  jak  byłam  mała  –  mówiła  powoli  –  i  siedziałam  u  niej  na  kolanach,  na 

kamiennym murku, w słońcu, jej włosy lśniły czerwonym światłem jak pióra naszych kur... – 
Opuściła wzrok na kolana; przywołała ten obraz po raz pierwszy od wielu miesięcy.  

– Może to ma coś wspólnego z twoją matką, może w jakiś sposób przypominasz mu ją.  
– Grethe może coś wiedzieć. – Ożywiła się.  
– Zapytaj ją.  
Marya podniosła głowę. Patrzył na nią poważnie szarymi oczami, zupełnie nie wyglądał 

jak  ci,  którzy  przychodzili  do  La  Rouiade.  Nie  przypominał  też  Tony’ego.  Z  rozpaczą 
stwierdziła, że tak mógłby patrzeć przyjaciel.  

– Stanąłeś w mojej obronie. – Słowa zabrzmiały trochę niezręcznie. – I nie pozwoliłeś się 

wyrzucić z domu.  

– Nie podobał mi się sposób, w jaki się do ciebie zwracał.  
– Może widział, że się całowaliśmy.  
– Jeśli nawet, to co? Maryo, masz dwadzieścia dwa lata, nie czternaście.  
– Czasami przy nim czuję się, jakbym miała czternaście.  
– Trzy lata temu zrobiłaś błąd i zapłaciłaś za to – powiedział poważnie. – Teraz zapomnij 

background image

o tym i nie pozwól innym, by, jak twój ojciec, wypominali ci to do końca życia.  

Kathrin też powiedziała coś takiego.  
– Jedźmy! – Z jej oczu nie można było nic wyczytać.  
– Jedźmy, jeśli chcemy ich odnaleźć.  
–  Pomyśl  o  tym,  co  powiedziałem,  dobrze?  Łagodność  zniknęła  z  jego  twarzy.  Marya 

ucieszyła  się.  Ten  inny  Craig  nie  pasował  do  jej  obrazu  bogatego  mężczyzny,  nie  umiała 
sobie z nim radzić.  

Ruszyli. Droga prowadziła przez most nad kanałem między wyspami Stremoy i Eysturoy. 

Niebo  było  prawie  bezchmurne,  białe  mewy  krążyły  w  nagrzanym  powietrzu,  spokojną  toń 
wody  tylko  gdzieniegdzie  mąciły  żerujące  łososie.  Dookoła  rozciągały  się  pokryte  bujną, 
zieloną trawą wzgórza.  

Na  górzystej  wyspie  Eysturoy  droga  prowadziła  przez  dwa  wydrążone  w  skale  tunele, 

każdy  długości  prawie  dwóch  kilometrów.  Pogrążona  w  nieprzyjemnych  rozmyślaniach 
Marya zupełnie o nich zapomniała. W tunelach zawsze cierpiała na klaustrofobię. Przerażały 
ją  te  na  następnej  wyspie  –  miały  tylko  jedno  pasmo  ruchu  i  nie  były  oświetlone.  Dwie 
najgorsze kłótnie w życiu przeżyła w jednym z tych tuneli, jedną z ojcem, drugą z Tonym. To 
chyba nie przypadek – pomyślała z goryczą.  

Właśnie  przejeżdżali  przez  drugi  tunel.  W  jej  obecnym  nastroju  to  przepełniło  czarę. 

Odezwała się od niechcenia.  

– Wiesz co, Craig, nie postępujesz zbyt rozważnie. Nie podjął tematu.  
–  Zgodnie  z  tym,  co  mówiłeś,  Kathrin  zależy  tylko  na  pieniądzach  Robba.  Jestem  jej 

siostrą,  w  dodatku  już  raz  za  bogatym  poleciałam  za  ocean.  Mimo  to  proponujesz  mi 
współpracę. Nie boisz się, że mi też chodzi o twoje pieniądze? 

– Maryo, od pierwszego spotkania nie robisz nic innego, tylko próbujesz mnie zniechęcić.  
– Ale jeszcze kilka dni temu nie wiedziałam, że jesteś bogaty. Nie miałam powodu, żeby 

cię ośmielać.  

– Jednak dzisiaj rano zatrzasnęłaś mi drzwi przed nosem.  
– Może zrobiłam  to  celowo – prowokowała  go dalej. – Może  chcę udawać niezdobytą, 

przeciwieństwo tych wszystkich kobiet, które nie potrafiły cię usidlić. Przypomnij sobie, co 
się stało później. Chyba nie do końca cię odrzuciłam, co? 

Słońce uderzyło ich prosto w oczy.  
– Maryo, przestań.  
–  Pomyśl  o  tym,  Craig.  Wydałam  wszystkie  oszczędności  na  podróż,  porzuciłam  obie 

prace. Milion dolarów – tę sumę wspomniałeś, prawda? To brzmi zachęcająco, nie? 

Bez słowa zjechał na nabrzeże, skąd odchodził prom na wyspę Bordoy.  
– Ty jesteś inna. Wiem o tym. Stanęli w kolejce do promu.  
– Wjedziemy za jakieś piętnaście minut – stwierdziła Marya. – Przejdę się trochę.  
– Zostanę w samochodzie.  
Trawiastym  zboczem  zeszła  nad  samą  wodę.  Ostre  skały  były  porośnięte 

pomarańczowymi  porostami,  w  szczelinach  kwitły  drobniutkie,  różowe  rośliny.  Brzegi 
wpadającego do morza strumyczka złociły się żółtymi nagietkami. Zewsząd tchnęło ciszą.  

background image

Nieoczekiwana myśl aż ją olśniła. Tu moglibyśmy się kochać, Craig i ja.  
Usłyszała gwizd promu i szybko, jakby ją ktoś gonił, wspięła się po zboczu i popędziła do 

samochodu. Dopadła go, gdy Craig właśnie ruszał.  

– Już myślałem, że postanowiłaś tu  zostać – powiedział spokojnie. – Czy  to może  była 

kolejna zagrywka? 

Uśmiechnęła się tajemniczo.  
– Może.  
– Maryo, nie wiem, co mam z tobą zrobić – wiesz o tym? 
Spojrzała na niego spod rzęs.  
– To chyba dla ciebie coś nowego.  
Zatrzymał samochód w wyznaczonym miejscu i zaciągnął ręczny hamulec.  
– Może powinienem jeszcze raz przemyśleć tę naszą współpracę.  
Wysiadła z samochodu i odezwała się rozmarzonym tonem.  
– Z milionem dolarów mogłabym skończyć biologię.  
–  Nie  rozdrabniaj  się.  –  Wyszczerzył  zęby.  –  Dlaczego  nie  kupić  sobie  od  razu  całego 

wydziału? 

Nie  zwiódł  jej  tym  uśmiechem.  W  dodatku  na  tylnym  siedzeniu  zauważyła  koszyk  z 

jedzeniem,  czyli  Craig  z  góry  przesądził,  że  zgodzi  się  mu  towarzyszyć.  Zacisnęła  zęby  i 
dołączyła do grupy pasażerów na górnym pokładzie. Z przejęciem patrzyła, jak prom odbija i 
kieruje  się  w  stronę  kanału  między  Kalsoy  i  Bordoy.  Craig  stanął  obok  niej.  Odezwał  się 
zwyczajnym tonem, ale nie spuszczał z jej twarzy badawczego wzroku.  

– Czy mówiłem ci, że zamierzam przekupić Kathrin? 
Jeśli  czekał  na  jej  reakcję,  to  się  nie  zawiódł.  Popatrzyła  na  niego  z  nie  skrywanym 

niedowierzaniem.  

– Gzy to znaczy, że chcesz jej zapłacić, by zostawiła Robba? 
– Mniej więcej... Jak myślisz, ile powinienem zaoferować? 
– O wiele więcej niż masz! Tylko tacy jak ty mogą myśleć w ten sposób! Wszystko ma 

swoją cenę, tym się kierujesz, prawda? Ty i tobie podobni. Wiesz, jesteś nie do zniesienia! 

– Ciebie nie można kupić, Maryo? 
– Nie! 
– W tunelu mówiłaś co innego.  
Dała się złapać. Wściekła na siebie, spróbowała odzyskać stracone pozycje.  
– To niekoniecznie znaczy, że nie interesują mnie twoje pieniądze.  
– I kto tu jest nierozsądny? – Zmarszczył brwi.  
– A to co? 
Odwróciła się zaskoczona, a on szybko rozwiązał wstążkę w jej włosach.  
– O, tak jest dużo lepiej! 
– Zachowujesz się jak dzieciak! 
– Uśmiechnij się, Maryo – powiedział miękko.  
– Świat staje się wtedy lepszy.  
Lekki wiatr podnosił loki na jej ramionach, targał włosy Craiga. Patrzyła na jego gładkie, 

background image

opalone  ręce,  splątane  włosy  na  piersi,  płaski  brzuch...  Czy  zdoła  o  nim  zapomnieć,  o  tym 
wysokim nieznajomym, z którym tyle ją łączyło i który jednocześnie był od niej tak różny? 

Jego głos zabrzmiał cicho.  
– Gdy patrzysz na mnie w taki sposób, myślę tylko o tym, żeby cię pocałować.  
– Och, Craig – wyznała z desperacją – wolałabym, żebyśmy się nigdy nie spotkali.  
Gwałtownie  odwróciła  się  od  niego.  Pod  lustrem  wody  w  kanale  można  było  dostrzec 

wirujące prądy. Nie mogę się znów zakochać. Nie mogę być taka głupia. Nie mogę popełnić 
tego błędu po raz drugi...  

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Prom wpłynął do ruchliwego portu Klaksvik. Przy nabrzeżach kołysały się łódki, a stada 

krzykliwych mew unosiły się nad przetwórnią ryb. W skałach wyspy Bordoy wydrążono dwa 
wąskie tunele o jednym pasie ruchu. Minęli Vidoy i dalej posuwali się na północ, aż w końcu 
nad zatoką pojawiły się rozproszone domki Vidareidi.  

Craig uważnie popatrzył na osadę.  
– Nigdzie nie widzę samochodu Robba.  
– Ta droga prowadzi dalej, na drugą stronę, może tam pojechali.  
Ruszyli naprzód, szosa zmieniła się w zakurzoną polną drogę. Nigdzie nie dostrzegli ani 

śladu Kathrin i Robba. Craig wyłączył silnik. Marya wysiadła z auta. Czuła głęboką ulgę – 
nie  chciała  kolejnej  kłótni  z  siostrą.  Zresztą  –  pomyślała  z  rezygnacją  –  jak  mogę  potępiać 
Kathrin za to, że chce być z Robbem, skoro sama tylko marzę o ramionach Craiga, ilekroć na 

mnie spojrzy.  

– Tu ich nie ma – potwierdził Craig. – Myślisz, że mogliśmy ich przeoczyć w Klaksvik? 
–  Możliwe.  Chociaż  z  drugiej  strony,  jeśli,  jak  twierdzisz,  Kathrin  chce  jak  najprędzej 

zajść w ciążę, to tu jest lepsze miejsce niż przy zakładach rybnych w Klaksvik. – Popatrzyła 
na niego spłoszona: – Skąd wiedziałeś, że wybierają się właśnie tutaj? 

– Od recepcjonistki. Robb tak jej powiedział. Usłuchała złośliwego podszeptu.  
– Może chciał cię wywieść w pole. Może zamiast na wschód, wybrali się na zachód, do 

Vagar.  Tam  jest  lotnisko.  –  Z  udawanym  przejęciem  popatrzyła  na  niebo.  –  Dziś  jest 
wspaniała pogoda do latania.  

Pochwycił ją za ramię. Wyraźnie nie bawiły go jej przypuszczenia, wyglądał, jakby chciał 

ją zamordować.  

–  Czy  wiesz  o  czymś,  czego  ja  nie  wiem?  Uniosła  brodę  i  wciągnęła  nosem  powietrze 

węsząc, jakby przetwórnia rybna była tuż obok.  

– Nie mam pojęcia, gdzie może być Kathrin. Nieco rozluźnił uścisk.  
– Powiesz mi, jeśli będziesz wiedzieć? 
–  Możliwe,  że  nie  –  odrzekła  nierozważnie.  –  Właściwie  to  cieszę  się,  że  ich  nie 

znaleźliśmy.  

– Czy to znaczy, że chcesz, by się pobrali? 
–  Chciałabym  wiedzieć,  dlaczego  tak  od  razu  uznałeś,  że  mojej  siostrze  chodzi  tylko  o 

pieniądze.  Powiedziałeś  o  mnie,  że  nienawidzę  mężczyzn,  a  ja  myślę,  że  ty  nienawidzisz 
kobiet! 

–  Spróbowałabyś  żyć  mając  bardzo  bogatego  ojca.  Ludzie  od  razu  przyklejają  ci 

etykietkę.  Patrzą  na  ciebie  i  widzą  tylko  pieniądze,  nie  człowieka.  Matki  same  popychają 
córki  w  twoje  ramiona.  –  Urwał,  przesunął  palcami  po  włosach.  –  Zresztą,  po  co  ja  ci  to 
mówię. Dobrze wiem, co zaraz powiesz: łatwo narzekać, gdy się ma pieniądze. Masz rację, 
ale nie myśl, że one nie mają wpływu na to, jak cię oceniają.  

Zaskoczona wbiła w niego wzrok, aż zaniemówiła. To wyznanie było tak nieoczekiwane, 

background image

taki punkt widzenia nigdy nie przyszedł jej do głowy. Craig znów potrząsnął ją za ramię. Był 
nadal zły, ale czuła, że już żałuje tego wybuchu.  

– Craig – ożywiła się – w samochodzie widziałam koszyk z jedzeniem. Taki piękny dziś 

dzień, nie traćmy go. Zapomnijmy na chwilę o twoim bracie i mojej siostrze, i zróbmy sobie 
przerwę na lunch. Zawsze możemy znów zacząć na nowo się kłócić, jeśli ci na tym zależy; 
całą powrotną drogę możemy spędzić w ten sposób.  

Rozluźnił uścisk i uśmiechnął się zagadkowo, dopasowując się do jej nastroju.  
– Świetny pomysł. Ale najpierw muszę cię pocałować.  
Cofnęła się nieco, na wpół przestraszona i rozśmieszona.  
– Możemy się obyć bez tego.  
– Tylko jeden pocałunek, obiecuję.  
Zanim zdążyła zaprotestować, przygarnął ją do siebie i odszukał jej usta. Zamknęła oczy, 

słońce przeświecało przez powieki. Z trudem zaczerpnęła tchu, gdy wreszcie ją uwolnił. Pierś 
jej falowała, a nogi się uginały. Oczy mu błysnęły.  

– To dużo lepsze niż kłótnia. Nie mogła się nie zgodzić.  
Craig  rozłożył  na  trawie  kurtki  i  wypakował  jedzenie.  Zapatrzeni  przed  siebie,  jedli 

kanapki  z  kurczakiem  i  jajkami,  popijali  lemoniadą.  Słońce  złociło  powierzchnię  morza,  na 
horyzoncie wznosił się niski szczyt Svinoy i urwiste brzegi wyspy Fugloy; za ich plecami na 
wzgórzach beczały owce.  

Opowiadała  o  letnim  strzyżeniu  owiec,  o  jesiennych  zajęciach,  kiedy  razem  z  Grethe 

przędły  i  nawijały  wełnę,  z  której  zimą  powstawały  swetry  podobne  do  tego,  jaki  miała  na 
sobie. W końcu zjadła kawałek orzechowego ciasta i zagryzła jabłkiem.  Czuła się naprawdę 
szczęśliwa.  

Craig wyciągnął się obok niej na trawie, zamknął oczy, koszula opinała mu piersi. Marya 

podniosła się i zakurzoną ścieżką ruszyła w stronę morza.  

Zamyślona schodziła w dół stoku, zatrzymała się, by zerwać słodko pachnący tymianek. 

Kochała Tony’ego, ale nigdy nie czuła tego dzikiego, nieopanowanego pożądania, jak teraz z 
Craigiem. A przecież jego nie kocha – i nienawidzi wszystkiego, co dla niego się liczy.  

Dodała do bukietu jaskrów i koniczyny, popatrzyła na owce pasące się na skraju urwiska. 

Zastanowiła  się,  czy  wolałaby  znów  znaleźć  się  w  La  Roulade  w  swoim  spokojnym  życiu, 
które wiodła jeszcze tydzień temu, czy być tutaj z mężczyzną, który ją fascynował i przerażał 
jednocześnie.  

– Maryo, jedźmy już! 
Odwróciła się; Craig machał do niej. Powoli wspięła się na górę.  
–  Chodź.  –  Niecierpliwił  się.  –  Musimy  wracać.  Powrót  wcale  jej  się  nie  uśmiechał, 

oznaczał spotkanie z Magnusem i Kathrin.  

– Skąd taki pośpiech? 
–  Chcę  sprawdzić,  czy  nie  pojechali  do  Vagar.  Im  więcej  o  tym  myślę,  tym  bardziej 

prawdopodobne mi się to wydaje.  

– Nawet jeśli tam pojechali, to i tak nie uda nam się ich zatrzymać. Za późno. A jeśli nie, 

to nie masz się czym martwić.  

background image

Pakował kurtki i koszyk do samochodu. Coś ją tknęło, gdy spojrzała na jego pochylone 

plecy.  

– Jeśli nie wyjechali, czy nadal masz zamiar przekupić Kathrin? 
Wyprostował się.  
– Uhm... może spróbuję.  
Nie wiadomo, czego się po nim spodziewać. To było jak miotanie się na falach – w górę, 

w  dół,  w  górę,  w  dół.  Raz  uprzedzająco  grzeczny,  to  znów  nieznośny.  Nie  miała  na  to 
żadnego wpływu.  

Bez  słowa  wsiadła  do  samochodu  i  zapięła  pas.  Wjechali  na  drogę,  zostawili  za  sobą 

kolorowe domki i kościółek w Vidareidi. Z wysokiego brzegu można było dostrzec malutką 
osadę Muli, dostępną tylko od strony wody. Promienie słońca tańczyły na powierzchni morza, 
z drugiej strony u stóp skały wyłonił się czarny otwór pierwszego z tuneli. Zesztywniała.  

–  W  tę  stronę  nie  mamy  pierwszeństwa,  musimy  przepuszczać  nadjeżdżających  z 

przeciwka.  

– Już nawet myślałem, że za łatwo nam poszło. Wjechali w absolutną ciemność, bardziej 

nawet  brązową  niż  czarną.  Światła  samochodu  z  trudem  przebijały  się  przez  opalizujący 

mrok,  oświetlały  zaledwie  kilka  metrów  przed  maską.  Woda  spływała  po  kamiennych, 
wydrążonych w skale ścianach i kolistym sklepieniu; tworzyła na ziemi ciemne kałuże. Craig 
zapytał beztrosko: 

– Po czym można się zorientować, w których miejscach są mijanki? 
–  Nie  ma  na  to  sposobu,  można  tylko  mieć  nadzieję,  że  się  jakąś  znajdzie,  zanim 

nadjedzie coś z przeciwka. Jeśli nie, trzeba się wycofać.  

Jego śmiech wydał się jej nie na miejscu. Craig uważnie popatrzył przez szybę.  
– Czy to przypadkiem nie są światła? 
W gęstym mroku ledwie można było dostrzec dwa małe pomarańczowe punkciki. Trudno 

było ocenić, jak są daleko. Marya zesztywniała.  

– Po prawej stronie powinna być pierwsza mijanka.  
– Maryo, rozluźnij się, albo nam się uda, albo się wycofamy.  
Łatwo było mu mówić, ale jak mogła się odprężyć, gdy brudna woda ściekała po szybie, a 

nad głową czuła cały ciężar wiszącej nad nimi góry? Wbiła się w fotel. Światła przybliżały się 
z przerażającą prędkością.  

Craig nadal pogwizdywał.  
– Zaraz zjedziemy na bok.  
W nagiej skale wykuto małą zatoczkę. Craig podjechał jak najbliżej ściany. Wrzucił luz i 

opuścił szybę.  

Przesycone spalinami i zapachem zastałej wody powietrze wpadło do środka i napełniło 

Maryę  dziwnym  przeczuciem  jakiegoś  pierwotnego  zagrożenia.  Uwięziony  w  tunelu, 
wzbudzony  przez  samochody  dźwięk  odbijał  się  od  skały,  powracał  wzmocniony  jak  huk 
pociągu.  

Była coraz bardziej spięta.  
– Zamknij okno! Popatrzył na nią.  

background image

– Nie ma się czego bać. – Pochylił się i objął ją ramieniem.  
Kiedyś Tony zrobił dokładnie to samo. Odrzuciła rękę Craiga i krzyknęła ze wstrętem: 
– Nie rób tego! 
Craig odezwał się porywczo: 
– Już zapomniałaś o milionie dolarów? 
To  była  najgorsza  rzecz,  jaką  mógł  powiedzieć.  Jest  taki  sam  jak  Tony.  Wcześniej  czy 

później wszystko ma swoją cenę.  

Nadjeżdżający  samochód  minął  ich  i  przez  mgnienie  oświetlił  jej  napiętą,  przerażoną 

twarz. Wycedziła: 

– Nie dotknęłabym cię nawet za pięć milionów dolarów! 
Znów zapadła ciemność. Craig wyjechał z zatoczki.  
– Maryo, za pięć milionów dolarów zrobiłabyś wszystko.  
– Nie! Czy myślisz, że... a co to? 
Gdzieś daleko przed nimi zamigotało pomarańczowe światełko. Craig ruszył.  
– Zobaczymy.  
Marya  znów  wbiła  się  w  fotel.  Czuła  się  zdruzgotana.  Craig  nie  ufał  jej  ani  odrobinę 

więcej  niż  ona  jemu.  Podświadomie  nie  wierzył,  że  jego  pieniądze  nie  mają  dla  niej 
znaczenia;  w  niej  natomiast  przy  najlżejszym  podejrzeniu  natychmiast  odżywały  wszystkie 
uprzedzenia do bogatych. Poczuła, że drży. Z całego serca pragnęła tylko, by znów wydostać 
się na światło dzienne.  

Na  środku  jezdni  stała  ciężarówka  z  pulsującym  pomarańczowym  światłem  na  dachu. 

Craig zjechał na bok.  

– To wygląda na pomoc drogową.  
Byli  akurat  w  połowie  góry.  Zamknęła  oczy,  przeraziła  ją  ciemność  pod  powiekami, 

znów je otworzyła. Craig zdenerwował się.  

–  Dlaczego  mi  nie  powiedziałaś,  że  boisz  się  tuneli?  Tony  zadał  jej  to  samo  pytanie. 

Wymamrotała: 

– Tylko tego jednego.  
Jeden z mechaników stał na środku drogi, zatopiony w rozmowie z kierowcą. Skupiła na 

nich całą siłę woli i modliła się w duchu, żeby wreszcie ruszyli. Nie dostrzegła wahania, które 
przemknęło po twarzy Craiga; po chwili, jakby podejmując jakąś decyzję, pochylił się i objął 
ją  mocno.  Zaskoczona  poczuła  ciarki  na  plecach  i  zacisnąwszy  pięści,  gwałtownie,  po 
omacku, zaczęła go bić; wreszcie wybuchnęła płaczem.  

Opłakiwała  oszukaną  przez  Tony’ego  niewinną  dziewiętnastolatkę,  przejmującą 

samotność pierwszej kanadyjskiej zimy, brzydotę wynajmowanych mieszkań i pracę kelnerki 
w obskurnych restauracjach. Płakała za ojcem, który jej nie kochał i obrażoną na nią siostrą. 
Płakała, bo znalazła ciepło i bezpieczeństwo w ramionach mężczyzny, któremu nie ufała.  

Uporczywe,  głośne  stukanie  w  szybę  wyrwało  ją  z  odrętwienia.  Odepchnęła  Craiga  i 

zaczęła szukać torebki. Usłyszała dźwięk otwieranej szyby.  

–  Czy  ta  pani  źle  się  czuje?  Potrzebujecie  pomocy?  Craig  nie  rozumiał  ani  słowa  w 

tutejszym języku.  

background image

– Już wszystko dobrze – wyjąkała. – Cierpię na klaustrofobię.  
– Aha... spróbujemy przesunąć samochód, żebyście mogli przejechać Marya wytarła nos. 

Craig  podziękował  światłami  i  ruszył.  Jechali  rozpryskując  kałuże,  światła  tańczyły  na 
kamiennych  ścianach  tunelu.  Minęli  jeszcze  jeden  samochód.  Marya  nie  odzywała  się, 
próbowała panować nad oddechem. Wreszcie wyjechali na zewnątrz.  

Wjazd  do  drugiego  tunelu  był  tuż,  tuż.  Craig  zjechał  na  wąskie  pobocze,  zaciągnął 

hamulec.  

–  Chyba  od  lat  tak  nie  płakałaś  –  odezwał  się  miękko.  –  Założę  się,  że  ani  razu  od 

wyjazdu do Toronto.  

Westchnęła głęboko. Czuła się tak wyczerpana, że nie miała siły na kłamstwa.  
– Na początku nie miałam odwagi. – Opuściła wzrok na zmiętą chusteczkę. – Bałam się, 

że  gdy  raz  zacznę,  to  nie  będę  mogła  przestać.  A  później  odgrodziłam  się  od  świata  jakąś 
skorupą i nawet gdybym chciała, nie mogłam płakać.  

–  Rozumiem.  –  Uśmiechnął  się.  –  Ale  dlaczego  rzuciłaś  się  na  mnie  z  pięściami,  gdy 

chciałem cię objąć? 

– To przez Tony’ego.  
– Myślałaś, że ja jestem Tony? 
Spojrzała na niego i instynktownie położyła mu rękę na ramieniu.  
– Nie! Ale Tony wściekł się na mnie, gdy jeden jedyny raz przejeżdżałam z nim przez ten 

tunel. I teraz to wszystko wróciło.  

– Dlaczego się wściekł? Zaszlochała.  
– Teraz ty też jesteś zły.  
– Na litość boską, Maryo, nie jestem na ciebie zły! Nie przekonana, wykrztusiła: 
–  Wtedy  było  zupełnie  ciemno,  żadnych  samochodów,  i  przyszło  mu  do  głowy,  że  to 

świetna  okazja,  żeby  trochę...  powygłupiać  się.  Nie  uwierzył,  gdy  mu  powiedziałam,  że 
nienawidzę tuneli. Pomyślał – stłumiła płacz – że tylko udaję taką niezdobytą.  

– Miły facet.  
Skrzywiła się na jego sarkazm.  
–  Teraz  wiem,  że  powinnam  lepiej  przyjrzeć  się  jego  postępowaniu.  Ale  wtedy  byłam 

młoda i naiwna, nic nie wiedziałam o mężczyznach i nie miałam do kogo zwrócić się po radę. 
Kathrin  była  za  mała,  a  Grethe  nie  wypadało  o  to  pytać.  Zresztą,  wkrótce  po  tym  Tony 
powiedział, że się ze mną ożeni.  

– On nadal mieszka w Toronto? 
–  Kiedyś  przyszedł  do  restauracji,  z  kobietą.  Potraktowałam  go  najbardziej 

profesjonalnie, jak mogłam. Więcej się nie pokazał.  

– Świetnie zrobiłaś. – Głos mu się zmienił. – Wiesz co, Maryo? To pierwszy raz, kiedy 

mnie dotknęłaś.  

Dopiero  wtedy  uświadomiła  sobie,  że  jej  dłoń  nadal  leży  na  jego  ręce,  poczuła  ciepły 

dotyk  skóry,  szorstkość  włosów  i  utajoną  siłę  gładkich,  napiętych  mięśni.  Z  gwałtownym 
okrzykiem cofnęła rękę.  

– Przecież my nawet się nie lubimy! 

background image

– Naprawdę tak sądzisz? Czy może do tej pory nigdy nie odważyliśmy się popatrzeć na 

siebie tak, jakbyśmy byli normalnymi ludźmi? 

Nie spuszczał z niej wzroku.  
– Co masz na myśli? 
– Zbyt wiele kobiet uganiało się za mną z powodu moich pieniędzy. Teraz, gdy patrzę na 

kobietę,  po  jej  oczach  poznaję,  że  chodzi  jej  tylko  o  to.  Ty  znów  tyle  razy  widziałaś 
zachowanie bogatych mężczyzn, że  wiedząc, iż  jestem  bogaty, podświadomie mi nie ufasz. 
Kiedy wreszcie wyzwolimy się z tych uprzedzeń? 

– Ja... nie wiem nawet, czy chciałabym...  
Sama nie była pewna, czy to prawda, czy kłamstwo.  
– Pomyśl o tym trochę.  
Sięgnął do dźwigni zmiany biegów, popatrzył we wsteczne lusterko. Jego twarz z profilu 

wyglądała jak wyrzeźbiona w kamieniu, tylko ściągnięte ramiona zdradzały napięcie.  

Wyraźnie  poczuł  się  dotknięty.  Zapragnęła  objąć  go  i  z  całej  siły  przytulić,  ale  już 

wjechał w czeluść tunelu.  

Ten tunel był oświetlony, a mijanki oznaczone kwadratowymi, niebieskimi znakami. Po 

kilku  minutach  zjeżdżali  do  Klaksvik.  Prom  stał  w  porcie,  wjechali  bez  czekania.  Marya 
wysiadła i ruszyła w stronę metalowych schodów prowadzących na górny pokład. Na wprost 
niej zbliżała się młoda blondynka. Kathrin. Tuż za nią szedł Robb.  

Kathrin szeroko otworzyła oczy.  
– Płakałaś! – Rzuciła się w stronę Craiga. – Coś ty jej zrobił? 
Wzruszona, że Kathrin tak bez namysłu stanęła w jej obronie, Marya szybko wyjaśniła: 
– To nie jego wina! To przez ten tunel.  
–  Ten  na  Bordoy?  Zawsze  go  nie  cierpiałaś.  To  tam  doszło  do  tej  koszmarnej  kłótni  z 

ojcem, tak? 

– Nic o tym nie wiem – wtrącił się Craig.  
– To było cztery lata temu. Chciałam iść na uniwersytet w Kopenhadze i prosiłam ojca, 

żeby mi pomógł finansowo, ale nie zgodził się. Powiedział, że skoro Tjørnuvík był dobry dla 
niego, to i mnie może wystarczyć. – Skrzywiła się. – To dodatkowy powód mojej ucieczki z 

Tonym.  

–  A  co  robiliście  na  Vidoy?  –  zapytała  podejrzliwie  Kathrin.  –  Tylko  coś  rzeczywiście 

ważnego mogło cię skłonić do przejechania przez ten tunel.  

Skruszona Marya nie odezwała się ani słowem. Craig wyjaśnił uprzejmie: 
– Szukaliśmy was.  
Kathrin już chciała wybuchnąć, gdy Robb zdecydowanie ujął ją za łokieć.  
– Czy mogłaś oczekiwać czegoś innego? Chodź, pójdziemy na górny pokład. – Chłodno 

skinął głową w stronę Maryi i lekko popchnął Kathrin w kierunku schodów.  

Marya  szybko  zwalczyła  pokusę,  by  pobiec  za  nimi.  Poczekała,  aż  nieco  się  oddalili  i 

odezwała się zjadliwie: 

– Zapomniałeś, że miałeś ją przekupić.  
– Właśnie.  

background image

Pokład zadrżał, fale uderzyły o burty, prom zaczął odpływać.  
– Coś ci powiem, Craig. – Była rozdrażniona. – Twój brat wcale nie wygląda na takiego 

głupca, za jakiego go uważasz. On naprawdę wie, jak postępować z Kathrin.  

–  Tak...  bardzo  się  zmienił.  –  Przyznał  jej  rację.  Przeciągnął  palcami  po  włosach.  – 

Jeszcze  rok  temu  zachowywał  się  jak  playboy,  gonił  tylko  za  rozrywkami  i  wypełniał 
przyjemnościami czas między kolejnymi eskapadami na narty. Potem zrobił to, co ja w jego 
wieku.  Wybrał  się  w  podróż  dookoła  świata,  mając  ograniczone  fundusze.  W  końcu 
wylądował na Wyspach Owczych. Przez ten czas wydoroślał, naprawdę się zmienił.  

– Ale nadal nie potrafi rozpoznać łowczyni posagów.  
– Znów te uprzedzenia? Ruszyła po schodach.  
– Musimy iść na górę.  
Kathrin  i  Robb  zostali  na  dziobie,  Marya  poszła  na  rufę  i  zapatrzyła  się  na  parę 

kołyszących  się  na  falach  nurzyków.  Ale  ze  mnie  jędza  –  pomyślała  w  przebłysku 
desperackiego humoru.  Może to wpływ pracy w La Roulade, może nie.  Może to tylko takie 

wymówki,  bo  boi  się  przyznać  przed  sobą,  że  to  bliskość  Craiga  natychmiast  wytrąca  ją  z 

równowagi.  

 
Craig  odwiózł  ją  do  domu  późnym  popołudniem.  Nawet  nie  napomknął  o  następnym 

spotkaniu.  Po  kolacji  Marya  poszła  na  spacer.  W  oknie  pani  Rasmussen  lekko  drgnęła 

koronkowa firanka. Na to czekała. Pani Rasmussen uwielbiała plotkować. Marya wbiegła na 
ganek i zastukała do drzwi.  

Dom  cały  był  zastawiony  meblami.  Cztery  wypasione  koty  zaczęły  ocierać  się  o  nogi 

Maryi.  Pani  Rasmussen  przeżyła  czterech  mężów  i  na  początek  Marya  musiała  wysłuchać 
opowieści  o  ostatnim  z  nich.  Potem,  zasypana  pytaniami,  opowiedziała  nieco  o  swoim 
pobycie w Kanadzie i przystojnym brunecie, z którym wyjechała. W końcu nadeszła jej kolej.  

– Pani Rasmussen – zaczęła – niech mi pani opowie coś o mojej mamie. Czy jestem do 

niej podobna? 

Pani Rasmussen znów napełniła filiżanki mocną kawą i wygodnie rozsiadła się w fotelu.  
– Rzeczywiście, jesteś. Nigdy nie przypuszczałam, że ona skończy z kimś takim jak twój 

ojciec.  Magnus  to  dobry  człowiek  –  dodała  szybko.  –  Ale  jest  bardzo  zasadniczy.  A  twoja 
matka uwielbiała włóczyć się po polach, rozmawiać z owcami, z ptakami... była całkiem inna 
niż on. Trochę się uspokoiła, gdy przyszłaś na świat, zresztą, taki już los kobiety.  

Marya pogładziła kota, który wskoczył jej na kolana.  
– Czy kochała mojego ojca? A on ją? 
–  Chyba  tak...  wyszła  za  niego,  a  nie  należała  do  tych,  które  to  robią  dla  wygody  czy 

bezpieczeństwa.  On  też  ją  kochał,  może  nawet  za  bardzo.  Sądzę,  że  nie  rozumiał  jej  i  do 
końca nie był pewien, czy go nie opuści. Ona była jak morski wiatr, nie można go utrzymać w 
czterech ścianach. – Wypiła łyk kawy i dodała ostrożnie: – Mówiono, że nie była mu wierna. 
Ale  ja  w  to  nie  wierzę.  Gdyby  się  w  kimś  zakochała,  wyprowadziłaby  się  z  domu,  taka 
właśnie była. Została z twoim ojcem aż do śmierci. Pani Rasmussen westchnęła głęboko.  

– Zmarła w czasie porodu – dodała. – To był martwy chłopiec.  

background image

Marya wiedziała o tym. Zapytała bez ogródek: 
– A z kim miała mieć ten romans? 
– To mężczyzna z Saksun, Petur Nielsen. Tak mówili.  
Pani Rasmussen na pewno też do nich należała. Marya stłumiła złość. Zaczynał się przed 

nią rysować obraz matki – była taka jak ona. Dokończyła kawę i podniosła się do wyjścia. Od 
razu skierowała kroki w stronę warsztatu.  

Warsztat był pusty, Magnus pewnie poszedł zagrać w karty ze starymi kumplami. Zła i 

rozczarowana wróciła do domu. Otwierała drzwi, gdy na górze usłyszała jakiś ruch.  

– Kathrin? Czy to ty? Głos siostry zabrzmiał obco.  
– Zabieram trochę ciuchów.  
Wspięła się na poddasze. Łóżko było zarzucone kolorowymi łaszkami Kathrin.  
–  Proszę  cię,  nie  idź  dzisiaj  do  Grethe,  nocuj  tutaj  –  poprosiła  Marya  impulsywnie.  – 

Wiesz, tak okropnie mi przykro, że nie możemy się ze sobą dogadać. Obiecuję, że ani słowem 
nie wspomnę o Robbie.  

Kathrin uniosła kwiecistą spódniczkę, znów odłożyła ją na bok.  
–  To  już  nie  ma  żadnego  znaczenia.  W  pewnym  sensie  ty  i  Craig  nawet  się  nam 

przysłużyliście.  Zrozumieliśmy,  jak  bardzo  się  kochamy.  –  Odwiesiła  do  szafy  kilka 
wieszaków, spojrzała na siostrę. – We wrześniu bierzemy ślub, tutaj albo w starym kościele w 

Kirkjubour.  

Przez chwilę wszystkie wątpliwości i uprzedzenia Marya miała na końcu języka: nie ufaj 

mu, jest bogaty, porzuci cię i złamie ci serce. Wzięła głęboki oddech i powiedziała szczerze: 

– Kathrin, mam nadzieję, że oboje będziecie bardzo szczęśliwi.  
Kathrin uśmiechnęła się z głębi serca; nie potrafiła długo żywić urazy.  
– Będziemy, wiem o tym.  
– Wiesz, nagle poczułam się tak, jakbym to ja była młodszą siostrą. Wiesz więcej niż ja – 

powiedziała  Marya  żałośnie.  Znów  odetchnęła  głęboko.  –  Kathrin,  jak  to  jest...  ?  Nie,  nie 
mogę  cię  o  to  pytać.  Chodziło  mi  tylko  o  to,  że  ja,  tak  naprawdę,  nigdy  specjalnie  nie 
lubiłam...  

– Kochać się z mężczyzną, to chciałaś powiedzieć? 
– dokończyła za nią Kathrin. – Maryo, to coś cudownego. Najcudowniejsze przeżycie na 

świecie.  

Po jej ustach błądził tajemniczy uśmiech. Marya poczuła ukłucie zawiści.  
– Ze mną i Tonym tak nie było – wykrztusiła.  
– Czyli to nie był ten mężczyzna – stwierdziła Kathrin z pewnością osoby zakochanej po 

uszy.  

– Nigdy nie zadowalaj się namiastką.  
Dobra rada – potwierdziła w duchu Marya. Ale co to oznacza? 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Gdy Marya się obudziła, Kathrin już nie było. Wczoraj przegadały prawie całą noc, jakby 

chcąc nadrobić stracone lata. Wyjrzała przez małe okienko, powitał ją kolejny piękny dzień. 
Założyła  szeroką  spódnicę,  haftowaną  białą  bluzkę  z  koronkowymi  wstawkami  i  sandały. 
Podśpiewując,  zbiegła  na  dół.  Wczoraj  naprawdę  wiele  rzeczy  się  wyjaśniło  –  pomyślała, 
napełniając wodą czajnik. Pogodziła się z siostrą i  zdobyła informacje, dzięki którym  może 
nawiąże jakiś kontakt z ojcem.  

Jeszcze  trzymała  czajnik,  gdy  pojawił  się  przed  nią  obraz  Craiga.  Wygląda  na  to,  że 

zostanie jej szwagrem. Będą ze sobą już na zawsze związani. Czy z nim też uda się dojść do 

porozumienia? 

Ukroiła sobie kromkę chleba. Zaparzyła herbatę, napełniła dwa kubki i poszła z nimi do 

warsztatu. Magnus szlifował papierem wiosło. Podała mu kubek i usiadła na stołku.  

– Dzień dobry, tato.  
Zamamrotał coś pod nosem. Marya od razu przeszła do rzeczy.  
– Tato, nie denerwuj się, ale chcę ciebie o coś zapytać. Czy ja ci przypominam mamę? 
Znieruchomiał.  
– O co ci chodzi? 
– Odpowiedz mi, tato, proszę, to dla mnie naprawdę ważne. – Słowa same cisnęły się jej 

na usta. – Myślę, że to dlatego zawsze wolałeś Kathrin, ona ci się z nikim innym nie kojarzy, 
a ilekroć spojrzysz na mnie, mój widok przypomina ci matkę. Ona też miała takie włosy jak 
ja,  prawda?  Może  nawet  zachowywała  się  podobnie,  przecież  zawsze  twierdziłeś,  że  jestem 
nieokiełznana i...  

– Przestań! 
Kilka  kropli  herbaty  rozlało  się  jej  na  kolana.  Siedziała  nieruchomo,  podekscytowana  i 

przestraszona.  Czuła,  że  była  bardzo  blisko  prawdy.  Magnus  aż  poczerwieniał,  ale  jego 
niebieskie oczy były zimne jak lód. Gdy się odezwał, poczuła ciarki na plecach.  

– Twoja matka nie żyje... nie żyje od tylu lat. Nie życzę sobie więcej żadnych rozmów na 

jej temat, rozumiesz? 

Zacisnęła palce aż do bólu.  
– To moja matka! – wykrzyknęła. – A ty zachowujesz się tak, jakby jej nigdy nie było.  
– W moim domu i we własnym warsztacie będę się zachowywać tak, jak mi się podoba! – 

Ze  złością,  gwałtownie,  szarpnął  trzymanym  w  ręku  wiosłem.  Marya  odchyliła  się.  –  Nie 
masz prawa więcej o niej mówić! 

W jej oczach zapaliły się zielone ognie. Zdusiła zjadliwą odpowiedź. Odstawiła kubek na 

skrzynkę, pochyliła się w jego stronę.  

–  Tato,  wiem,  że  bardzo  kochałeś  mamę  i  to,  że  ja  ci  ją  przypominam,  jest  dla  ciebie 

bolesne. Powiedz tylko, że tak właśnie jest, zrozumiem to.  

– Już ci powiedziałem, że nie chcę dłużej tego słuchać.  
Strach jeszcze podsycił jej złość.  

background image

–  Już  dawno  przestałam  być  dzieckiem,  mam  dwadzieścia  dwa  lata  i  mam  prawo  znać 

prawdę. Uważałeś, że nie była ci wierna, tak? I od tej pory byłeś na nią wściekły, a potem na 
mnie,  bo  ci  ją  przypominałam.  To  nie  mnie  nienawidzisz,  nienawidzisz  swoich  własnych 
wspomnień! 

Zerwał  się  i  zamierzył  na  nią  wiosłem;  uderzony  kubek  z  herbatą  poszybował  w  górę, 

upadł  na  ziemię  i  rozprysnął  się  na  kawałki.  Drewniane  wiórki  zatańczyły  w  rozlanej 
herbacie.  

– Wynoś się stąd! – ryknął.  
Odepchnęła  stołek  i  wyskoczyła  na  dwór,  z  całej  siły  trzaskając  drzwiami.  Pobiegła 

między  domami  w  stronę  brzegu.  Nagle  zrozumiała,  że  Magnus  wcale  nie  wyglądał  na 
zaskoczonego jej rewelacjami. Wściekł się tylko i natychmiast się jej pozbył.  

Zatrzymała  się  i,  zasłuchana  w  szum  spływającej  po  zboczach  wody,  zapatrzyła  się  na 

rozkołysane w trawie polne kwiaty. Co teraz powinna zrobić? 

Zwiesiła ramiona. Piasek zachrzęścił pod jej stopami, gdy zaczęła schodzić w dół. Przy 

małym  pomoście  kołysały  się  dwie  wiosłowe  łódki.  Mniejszą  sześć  lat  temu  zbudował 
Magnus  na  prośbę  Kathrin.  Na  dziobie  miała  wyrzeźbioną  stylizowaną  głowę  smoka,  a  na 
plakietce przy burcie widniało imię „Kathrin”, nie Marya.  

– Maryo! 
Zaskoczona  rozejrzała  się  wokół,  prawie  spodziewając  się  widoku  rudowłosej  kobiety. 

Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że głos należał do mężczyzny.  

Craig.  Z  wyjątkiem  Magnusa  był  ostatnią  osobą,  którą  chciałaby  teraz  spotkać.  Zaczęła 

odwiązywać cumę, kątem oka dostrzegła, że zbiega w jej kierunku.  

Zręcznymi palcami rozwiązała węzeł, rzuciła cumkę do łódki i przytrzymując się burty, 

wskoczyła do środka. Sięgnęła po wiosło, by odepchnąć się od brzegu.  

Craig złapał ręką za bok łódki. Oczy Maryi błysnęły.  
– Craig, odsuń się.  
Klęczał  na  skale,  bawełniane  spodnie  ciasno  opinały  mu  biodra,  napięły  się  mięśnie 

ramion.  

– Dokąd się wybierasz? 
– Nie twój interes! 
–  To  już  kiedyś  było,  Maryo.  Teraz  lepiej  powiedz,  bo  inaczej  nie  pozwolę  ci  się  stąd 

ruszyć.  

– Do Danii? – Zabrzmiało to jak smagnięcie batem. – Do Norwegii? 
– W takim razie potrzebny będzie drugi wioślarz. Szybko wskoczył do środka i usiadł na 

ławeczce na wprost niej.  

– Siedzisz w złą stronę – parsknęła. – Craig, nie potrzebuję towarzystwa, a poza tym, co 

ty  tu  robisz?  Wydawało  mi  się,  że  twoim  głównym  zajęciem  jest  zdmuchnięcie  tych 
pięćdziesięciu milionów dolarów sprzed nosa mojej siostrze.  

– Ona jest teraz w pracy, a ja nie mam pięćdziesięciu milionów dolarów. Dlaczego jesteś 

tak niemożliwie wściekła, moja kochana Maryo? 

Czułość w jego oczach wytrąciła ją z równowagi.  

background image

– Nie mów do mnie w ten sposób – ucięła. – Idź sobie stąd i zostaw mnie samą.  
Łódka  zdryfowała  na  gładką,  niebieskozieloną  wodę,  znad  wzgórz  dochodziły  krzyki 

morskich ptaków.  

– Musiałbym  wracać wpław, a chyba nie chcesz, żebym  na twoich oczach rozchorował 

się od tej lodowatej wody. Poza tym, nie odpowiedziałaś na pytanie.  

Dotyk gładkiego lakierowanego drewna, z którego były zrobione wiosła, przypomniał jej, 

jak Magnus w złości zamierzył się na nią. Craig nie miał zamiaru odejść, gotowy był zostać tu 
z nią przez cały dzień. Jego spokój i budzące się w niej zaufanie ośmieliły ją. Spojrzała mu 
prosto w oczy.  

–  Dziś  rano  próbowałam  pogodzić  się  z  ojcem,  ale  nic  z  tego  nie  wyszło.  –  Pokrótce 

powiedziała mu, czego się dowiedziała od pani Rasmussen i streściła mu przebieg rozmowy z 
ojcem. – Tyle zwojowałam – zakończyła z rezygnacją i zanurzyła rękę w zimnej wodzie.  

– A ten Petur, znasz jego nazwisko? 
– Petur Nielsen.  
– Czy on żyje? 
–  Nie  wiem...  kiedyś  mieszkał  w  małej  osadzie  Saksun.  Zanim  zbudowano  drogę, 

prowadziła tam tylko wąska ścieżka przez wzgórza, to jakieś trzy mile od TJ0rnuvik.  

– Możemy spróbować go odnaleźć i dowiedzieć się, czy miał romans z twoją matką.  
– Nie możemy tego zrobić! 
– Dlaczego nie, Maryo? Minęło już tyle lat. Popatrzyła na niego z konsternacją.  
– Dla ciebie wszystko jest proste.  
– To jest dla ciebie ważne, więc spróbuj coś zrobić.  
– Chyba masz rację. – Nieoczekiwanie uśmiechnęła się do niego. – Spróbujmy! 
Uśmiechnął się w odpowiedzi.  
– Może najpierw trochę powiosłujemy, co? Taki wspaniały dziś dzień, sama mówiłaś, że 

takie dnie są tu rzadkością.  

Zawahała się. Wiedziała, dokąd z chęcią by go zabrała, choć nie była pewna, czy to dobry 

pomysł.  

– Mogę ci pokazać moje ulubione miejsce – powiedziała wolno. – Jeśli zechcesz.  
Na moment czujność zniknęła z jego oczu. Zaskoczyła go.  
– Będę się czuł zaszczycony. To ją wzruszyło.  
– Tony nigdy tam nie był – wypaliła i ugryzła się w język.  
Pochylił się ku niej, dostrzegła z bliska szare tęczówki.  
– Dlaczego mnie chcesz tam zabrać? 
– Nie wiem – wymamrotała.  
Oczy mu złagodniały.  
–  Zapomnijmy  o  powodach  i  motywach.  Dziś  jest  cudowny  dzień,  jest  ze  mną  piękna 

kobieta i mam okazję wypróbować te oryginalne wiosła. Dlaczego one są kwadratowe? 

Była  mu  wdzięczna  za  tę  zmianę  tematu.  Wyraz  jego  oczu  napełnił  ją  dziwnym 

zmieszaniem połączonym z radością.  

–  Są  bezpieczniejsze  od  normalnych.  Tę  łódź  zbudował  Magnus.  Wiele  razy  powtarzał 

background image

stare powiedzenie, że człowiek bez łódki jest jak zakuty w kajdany...  

Craig odwrócił się do niej plecami i umocował wiosła w dulkach. Zaśmiał się.  
– Nie wiosłowałem już od dwóch lat! 
– Ja od trzech – zawtórowała. – Gotowy? 
Przez  następne  kilka  minut  wiosłowali  w  ciszy,  drobne  fale  z  pluskiem  rozbijały  się  o 

burtę.  Marya  starała  się  na  czymś  skoncentrować,  ale  nie  mogła  oderwać  oczu  od 
muskularnych pleców Craiga.  

Okrążali  urwisko.  Poszarpane  wulkaniczne  skały  mieniły  się  różnokolorowymi 

porostami.  Na  wysokich  krawędziach  zbocza  falowała  bujna,  zielona  trawa.  Usłyszeli 

beczenie barana, który pojawił się na skraju urwiska.  

– Czy owce nigdy nie spadają? 
–  Pasterze  ich  pilnują,  jednak  co  roku  kilka  tonie.  Przybliżali  się  do  stromego  zbocza, 

pojawiła się pierwsza jaskinia, jej czarna czeluść odbijała się w płytkiej, turkusowej wodzie.  

– Czy to jest to miejsce? 
– Żartujesz? To za bardzo przypomina tunel... Osada zniknęła im z oczu, było tak, jakby 

cały świat pozostał za nimi, byli tylko oni dwoje. Ciszę przerywały jedynie uderzenia wioseł i 
plusk wody, słońce grzało coraz mocniej. Craig rozglądał się wokół, słońce złociło jego gęste 
włosy, oczami chłonął krajobraz.  

– Te ptaki chyba mają tu gniazda? Ucieszyła się, że to zauważył.  
– To gniazda nurzyków, może też mew. Popatrz tu, na tego maskonura...  
Ptak ślizgał się po powierzchni wody, z hałasem wymachiwał skrzydłami, migotały jego 

jasne łapki, a mokre piórka lśniły w słońcu.  

– Jeśli nie zrobimy dużo hałasu, to zobaczymy jeszcze więcej.  
Wysoka skalna iglica wyłaniała się z morza i wbijała w niebo. Mewy krążyły między nią i 

skalnym urwiskiem brzegu, nurkowały u jej podnóża rozpryskując wodę w małe fontanny.  

Marya oparła się na wiosłach, łódka powoli zaczęła się obracać. Przez kilka minut oboje 

w skupieniu i ciszy podziwiali piękno tego widoku.  

– To cudowne miejsce – powiedział półgłosem Craig. – Dziękuję ci, że mnie tu zabrałaś.  
Odwrócił się do niej, rozjaśnił twarz w miękkim uśmiechu. Pomyślała, że teraz łączy ich 

jeszcze coś innego, jakieś przejmujące poczucie wspólnoty i bliskości, jakiej nigdy wcześniej 
nie doświadczyła z Tonym, nawet w tym hotelowym pokoju zastawionym różami.  

Dopiero  teraz  uświadomiła  sobie,  że  Craig  sądzi,  iż  to  jest  jej  ulubione,  obiecane  mu 

miejsce.  

Było inaczej, ale niechcący dał jej szansę, by jeszcze mogła się wycofać, nie ryzykować 

zabrania go do tego sekretnego zakątka, do którego nie dopuściła nawet Kathrin.  

– Masz taką poważną minę, Maryo. Teraz nie czas na rozwiązywanie problemów świata. 

O czym myślisz? 

Odrzuciła do tyłu płomienne włosy, a zielone oczy ożywiły się w uśmiechu.  
– To jeszcze nie to miejsce – oznajmiła. – Tamto jest jeszcze przed nami.  
–  Rybacy  chyba  mieli  rację,  ostrzegając  przed  kobietą  o  rudych  włosach  –  powiedział 

miękko. – Chyba mnie zaczarowałaś... poszedłbym za tobą na koniec świata.  

background image

Prowokacyjnie wydęła usta.  
– Nie musisz iść tak daleko. Obiecuję, że ci się tam spodoba.  
Oczami lekko przeciągnął po delikatnej linii jej ust.  
– Nie mam najmniejszych wątpliwości.  
Serce  jej  zabiło,  poczuła  dziwne  podniecenie.  Już  nie  było  odwrotu,  zresztą  wcale  tego 

nie chciała.  

Pochyliła  się  do  wioseł,  w  wycięciu  bluzki  zarysował  się  kształt  jej  piersi.  Craig  z 

wysiłkiem odwrócił wzrok, spostrzegła to. Nie zmieniła pozycji, policzki się jej zaróżowiły, 
ale oczy pozostały nieustraszone...  

–  Taka  jesteś  naprawdę,  Maryo  –  odezwał  się  miękko.  –  Nie  masz  pojęcia,  jak  inaczej 

wyglądałaś, gdy zobaczyłem cię po raz pierwszy.  

Zacisnęła usta i popatrzyła w dół z taką miną, że Craig aż roześmiał się głośno.  
– To właśnie to. Nie wiem, jakie masz plany, ale nie wracaj z powrotem do La Roulade 

ani do miasta.  

„ To tak, jakby chcieć zamknąć orła w klatce.  
– Albo trzymać w wannie maskonura.  
Białe zęby Craiga zalśniły w szerokim uśmiechu. Dłonią uderzył na płask o powierzchnię 

wody,  lodowate  krople  rozprysnęły  się  wokół.  Jedna  z  nich  upadła  jej  na  piersi  i  szybko 
wsiąkła w cienką tkaninę.  

–  Gdybym  się  nie  obawiał,  że  oboje  wylądujemy  w  wodzie,  pocałowałbym  cię  tak,  jak 

jeszcze nigdy cię nikt nie całował.  

– Craig, wiosłuj, to najlepszy sposób, żeby się wyładować.  
Sama też chwyciła za wiosła, prowadziła łódź między skalną iglicą a urwistym brzegiem. 

Minęli  jeszcze  dwie  ziejące  czernią  jaskinie  i  długim  przesmykiem  dopłynęli  do  miejsca, 
gdzie  zielona  trawa  schodziła  w  dół,  niemal  sięgając  powierzchni  wody.  Cztery  górzyste 
wysepki wyłaniały się z morza. Marya skierowała łódkę ku największej z nich. Płynęli bardzo 
blisko brzegu. Craig odłożył wiosła.  

Dziób  delikatnie  uderzył  o  skałę.  Marya  zrzuciła  sandały  i  lekko  wyskoczyła  na  brzeg. 

Wyciągnęła rękę do Craiga.  

– Dasz sobie radę? 
Ujął jej dłoń i wyskoczył na ląd.  
– Przy złej pogodzie nie dałoby się tu przybić.  
–  Tu  prawie  nigdy  nie  ma  dobrej  pogody.  Kiedyś  ludzie  przypływali  tu  polować  na 

morskie ptaki, ale już od dawna nikogo tu nie było.  

– Poza tobą.  
Pod  bosymi  stopami  poczuła  szorstką  skałę.  Pełną  piersią  wciągnęła  ostry  zapach 

wodorostów i cierpki tymianku. Odezwała się jakby do siebie.  

– Te trzy lata były jak cała wieczność... Gdy było mi już bardzo źle, wracałam myślą do 

tego miejsca i to pozwalało mi przetrwać.  

Craig  przykucnął,  z  zainteresowaniem  wpatrywał  się  w  wodę  przelewającą  się  przez 

skalne  rumowiska.  Po  kilku  chwilach  Marya  westchnęła  głęboko,  popatrzyła  na  mężczyznę 

background image

pochylonego u jej stóp, zarys jego pleców, skręcone włosy na karku.  

– Chcesz pójść ze mną? 
Uniósł się z charakterystycznym mimowolnym wdziękiem. Stała tuż obok niego, wiotka 

w wirującej spódniczce i obcisłej bluzce, promieniejąca szczęściem. Jeszcze nigdy jej takiej 
nie widział. Mógł wziąć ją w ramiona, ale zamiast tego tylko skinął głową.  

– Dokąd tylko zechcesz, Maryo.  
Zaniosła się beztroskim, lekkim jak pianka śmiechem.  
– Nie ma specjalnego wyboru, możemy iść albo w górę, albo do morza.  
Odwróciła się i poprowadziła go przez skały w stronę porośniętego trawą wzgórza.  
Pierwszy  etap  wspinaczki  nie  był  trudny,  ale  po  chwili  droga  stała  się  bardziej  stroma. 

Marya  przytrzymywała  się  kępek  trawy,  szukając  oparcia  wbijała  palce  w  ziemię.  Szczyt 
wysepki był płaski, obramowany ostrymi skalnymi występami, które, nie zasłaniając słońca, 
chroniły  przed  wiatrem.  Bujna  zielona  trawa  mieniła  się  jak  dywan  nakrapiany  pękami 
różowych i złotych polnych kwiatów. Od góry przestrzeń zamykało błękitne niebo, na którym 
stada mew w nieskończoność zataczały szerokie kręgi.  

Marya  odwróciła  twarz  do  Craiga.  Po  raz  pierwszy  poczuła  wątpliwości.  A  jeśli  nie 

spodoba mu się to miejsce? Może nie zrozumie, dlaczego od pierwszej chwili, gdy odkryła tę 
wyspę,  stała  się  ona  dla  niej  czymś  w  rodzaju  sanktuarium,  miejscem,  w  którym  znalazła 
ucieczkę od świata i dzięki któremu przetrwała te lata w Toronto.  

Szybkie  spojrzenie  na  Craiga  upewniło  ją,  że  niepotrzebnie  się  dręczyła.  Craig 

niespiesznie  rozglądał  się  wokół,  jakby  wchłaniając  w  siebie  spokój  tego  zakątka.  Odezwał 
się dopiero po dłuższej chwili.  

– To coś wspaniałego, Maryo. Dziękuję ci, że mnie tu zabrałaś.  
Dobrze  zrobiła,  zawierzając  swojej  intuicji  i  pokazując  mu  tę  wyspę.  W  głębi  duszy 

cieszyła  się,  że  był  jedynym,  przed  którym  w  jakimś  sensie  odkryła  samą  siebie.  Stała 
nieruchomo,  jakby  na  coś  czekając,  a  słońce  oblewało  złotym  blaskiem  jej  nagie  ramiona  i 

nogi.  

Na tle skał i błękitnego nieba jej szczupła sylwetka wyglądała jak morski ptak, gotowy w 

każdej chwili odlecieć. Craig bez słowa ruszył ku niej i wziął ją w ramiona. Jego pocałunek 
był  jak  ten  pogodny  dzień,  nagrzane  słońcem  usta  nie  śpieszyły  się,  pewne  przyjęcia.  Było 
tak,  jakby  wiedzieli,  że  czas  przed  nimi  jest  niezmierzony,  że  wystarczy  go  na  powolne 

wzajemne poznawanie. Czas na dawanie i przyjmowanie. Czas ostatecznego oddania...  

Zarzuciła  mu  ręce  na  szyję  i  przywarła  do  niego  całym  ciałem.  Pasowali  do  siebie,  tak 

jakby  byli  dla  siebie  stworzeni.  Może  nawet  od  pierwszej  chwili,  gdy  odkryła  tę  wysepkę  i 
uznała  ją  za  swoją  wyłączną  własność,  przeczuwała,  że  kiedyś  coś  takiego  się  wydarzy,  że 
nadejdzie  dzień,  kiedy  podzieli  się  tą  swoją  tajemnicą  z  mężczyzną.  I  nie  tylko  ona  ich 
połączy,  ale  wtedy  odkryje  przed  nim  samą  siebie,  swoją  prawdziwą  naturę,  której  istoty 
Tony nawet nie przeczuwał.  

Usta  Craiga  całowały  ją  delikatnie,  stopniowo  pocałunki  stawały  się  coraz  bardziej 

namiętne;  rozchyliła  wargi,  poczuła,  jak  nagły  płomień  przebiegł  przez  jej  ciało.  Jego  ręce 
przyciągały  ją  coraz  mocniej,  przytulała  się  do  niego,  palce  bawiły  się  jasnymi  miękkimi 

background image

włosami  na  karku.  Z  lubością  przyjmowała  twardy  dotyk  jego  muskularnej  piersi. 
Przeciągnęła dłońmi po jego ciele, pod palcami poczuła zarys żeber i bioder. Nie przestawał 
jej całować, odczuwała coraz większą przyjemność, pomyślała, że dłużej tego nie wytrzyma, 
umrze...  

Jego  usta  rozpoczęły  wędrówkę  po  jej  szyi,  błądziły  po  delikatnej  skórze. 

Niespodziewanie,  nie  mogąc  już  dłużej  się  powstrzymać,  szarpnął  jej  bluzkę  i  odsłonił 

ramiona. Rozkoszował się widokiem nabrzmiałych ust, płomieniem namiętności w jej oczach; 
znów  zaczął  całować  obnażone  białe  ramiona.  Nadal  się  nie  odzywał.  Wpatrując  się  w  nią 
intensywnie  zaczął  powoli  rozwiązywać  tasiemki  przy  bluzce.  Zadrżała  pod  dotykiem  jego 
rąk, rozpięta bluzka odsłoniła ciało.  

Pochylił  głowę,  całował  zagłębienie  między  piersiami,  niecierpliwie  odgarnął  koronkę 

stanika i dotknął jędrnej białej skóry. Marya drżała coraz bardziej, oczy jej płonęły. Objęła go 
w pasie, przyciskała do siebie z całej siły, całą sobą czuła szaleńcze pulsowanie jego ciała.  

Rozdzielili  się  jednocześnie.  Craig  szarpnął  guziki  koszuli,  Marya  jednym  szybkim 

ruchem przez głowę ściągnęła bluzkę, odrzuciła ją na ziemię. Craig stał nagi do pasa. Szeroki 
w ramionach, ze splątanymi włosami na piersi, wydał się jej olśniewająco piękny.  

Jednym szarpnięciem rozpięła spódnicę, oswobodziła się z niej. Spodnie Craiga upadły na 

kępę trawy. Patrząc na Maryę, z rozmysłem ściągnął obcisłe slipki.  

Nie  speszyła  się.  Podświadomie  czuła,  że  właśnie  tak  powinno  być.  W  tym  dzikim, 

zalanym  promieniami  słońca  zakątku  ubranie  nie  było  potrzebne,  nagość  była  czymś 
naturalnym. Wyślizgnęła się z koronkowej bielizny i wyciągnęła ku niemu obie ręce.  

– Maryo, Maryo... jesteś moim przeznaczeniem, jedyną kobietą stworzoną dla mnie...  
Delikatnie przesunął dłońmi, jakby chcąc zapamiętać kształt jej ciała, w milczeniu ujął jej 

ręce  i  przyciągnął  mocno  do  siebie;  nie  opierała  się  jego  pocałunkom.  Powoli,  niemal 
nieświadomie, opadli na trawę.  

Kochał ją tak, jakby naprawdę była jedyną kobietą na całym świecie, jakby robił to po raz 

pierwszy w życiu. Każdy gest i każde dotknięcie było czymś zupełnie nowym, przesyconym 
niewinnością  pierwszych  doznań.  Marya  czuła  to  samo,  w  nicość  uleciały  wszystkie 
wspomnienia o Tonym. Nieśmiałość mieszała się z radosnym oczekiwaniem i gotowością jej 
ciała.  Prawie  nie  odzywali  się  do  siebie,  wszystko  działo  się  poza  słowami:  blask  jej  oczu, 
delikatnie zaróżowione policzki, gra słońca i cienia na jej skórze.  

Wygięła się pod nim, jakby chcąc go zatrzymać, w jej oczach zamigotała morska głębia. 

Wiedziała,  skąd  bierze  się  napięcie  na  jego  twarzy,  miało  to  samo  źródło,  co  jej  –  oboje 
chcieli  przedłużyć  tę  chwilę  w  nieskończoność,  ale  coś  odwiecznego  jak  ta  wyspa  i 
nieuchronnego  jak  przypływy  i  odpływy  morza,  popychało  ich  do  ostatecznego  spełnienia. 
Nagle w głosie Craiga zabrzmiała przejmująca szczerość.  

– Maryo, kochanie... teraz.  
Jakby tylko czekając na jego głos i tę chwilę, jej ciało dołączyło do jego rytmu, zatraciło 

się w oszałamiającej rozkoszy. Gdzieś z bardzo daleka usłyszała, jak jej własny głos zmieszał 
się z krzykiem morskich ptaków.  

 

background image

Bardzo powoli powracała. Ich ciała nadal były splątane w ciasnym uścisku, głowa Craiga 

spoczywała  na  jej  piersi.  Pomału  jej  serce  zaczynało  się  uspokajać.  Poczuła  zapach 
zgniecionej trawy, chłodny dotyk powietrza na skórze. Z nagłym uczuciem żalu uświadomiła 

sobie, że jej ciało znów należy tylko do niej. Nie chciała tego, pragnęła jeszcze przedłużyć tę 
chwilę, bez ruchu leżała w jego ramionach, rozkoszując się tym bezpiecznym schronieniem.  

W końcu Craig przerwał ciszę. Pocałował ją w usta, poczuła jego oddech na policzku.  
–  Cieszę  się,  że  po  raz  pierwszy  kochaliśmy  się  tutaj,  w  pełnym  słońcu  i  pod  gołym 

niebem...  To  jest  twój  świat,  Maryo,  pełen  kwiatów  i  słońca.  Maryo,  jesteś  piękniejsza,  niż 
potrafiłbym to wyrazić.  

Była  jak  zaczarowana.  Wypełniało  ją  poczucie  bliskości  tak  intensywnej,  jakiej  nigdy 

nawet sobie nie wyobrażała. Nie potrafiła teraz docenić tego, co właśnie powiedział.  

Zapytała miękko: 
– Czy było ci dobrze, Craig? 
– Czy naprawdę musisz o to pytać? – zamruczał tylko, całując ją w szyję. Po chwili uniósł 

się  na  łokciu,  koniuszkiem  palca  obrysował  kontur  jej  twarzy.  –  Było  cudownie.  Choć  to 
słowo i tak nie oddaje wszystkiego. – Zastanowił się, jakby szukając lepszego określenia. – 
To  było  tak,  jak  bym  to  robił  po  raz  pierwszy  w  życiu.  Tak,  jakby  to  miejsce  zatarło  w 
pamięci całą przeszłość... Rozumiesz to? 

Skinęła  głową  niemal  przestraszona,  bo  sama  myślała  podobnie.  Poczuła  chłód  na 

plecach, zadrżała.  

– Czy wiatr się wzmógł? 
Craig  uniósł  się,  podziwiała  ukradkiem  jego  płaski  brzuch  i  długie  muskularne  nogi. 

Dopiero teraz poczuła lekkie tchnienie wiatru.  

– Musimy wracać – zaniepokoiła się. – Tutaj nawet najmniejszy wiatr jest niebezpieczny.  
– Nie chcę stąd iść.  
Popatrzyła na niego z niedowierzaniem.  
– Musimy – uśmiechnęła się. – Nie byłbyś zachwycony, gdybyś naprawdę tu został.  
Spoważniał.  
– Z tobą bym zaryzykował... Maryo, jeszcze tylko jeden pocałunek.  
Znów  wziął  ją  w  ramiona.  Tym  razem  ciepły  dotyk  jego  ust  był  dla  niej  czymś  innym, 

zapowiedzią pożegnania. Zadrżała.  

–  Zmarzłaś.  Lepiej  załóż  coś  na  siebie...  pozwól  mi  tylko,  bym  jeszcze  raz  na  ciebie 

spojrzał.  

Tony  przestał  o  niej  myśleć,  gdy  tylko  dostawczego  chciał.  Craig  był  zupełnie  inny. 

Chciał utrwalić w pamięci to. co im się zdarzyło; to ją zmroziło. Było za wcześnie, by mogła 
to wszystko ogarnąć myślą i zrozumieć, chciałaby zostać sama. Głos Craiga się zmienił.  

– Maryo, nie rób takiej miny! 
Zaczęła zbierać swoje rzeczy, pośpiesznie wciągnęła bieliznę i spódnicę.  
– Jakiej miny? 
–  Jakbyś  już  była  gdzie  indziej.  Jakbyś  uleciała  ode  mnie,  zanim  zdążyłem  się  na  to 

przygotować... zanim do końca zdałem sobie sprawę z tego, co właśnie przeżyliśmy.  

background image

– Kochaliśmy się – odrzekła spokojnie. – To wszystko.  
Sięgnęła dłonią w tył, by zapiąć stanik, naprężyły się mięśnie ramion i brzucha. W jego 

oczach zapaliło się pożądanie, jakby jeszcze nigdy nie miał jej w ramionach. Zaniepokojona, 
szybko, przez głowę, wciągnęła bluzkę.  

– Craig, naprawdę musimy już iść.  
Jeszcze  nie  całkiem  przytomny  zakładał  na  siebie  ubranie,  z  jego  twarzy  trudno  było 

odczytać, co myśli. Marya zaczęła schodzić wąską ścieżką wśród kamieni. Szła nieuważnie, 
potknęła  się  i  skaleczyła  w  kolano.  Łódź  łagodnie  kołysała  się  na  falach.  He  czasu  mogło 
minąć  od  ich  przybycia?  –  zastanowiła  się,  rozglądając  dookoła.  Wiedziała,  że  czas,  który 
spędzili na wyspie, liczył się dla nich inaczej.  

Schodząc w dół Craig potrącił kilka kamieni, z pluskiem wpadły do morza. Odwróciła się 

do niego.  

– Lepiej ty wejdź pierwszy do łódki, a ja odcumuję. Jego słowa właściwie wcale jej nie 

zdziwiły.  

–  Maryo,  kiedy  powiedziałem,  że  to  był  pierwszy  raz,  naprawdę  tak  myślałem.  Ja  nie 

rozpłynę się we mgle, tak jak Tony.  

– Ale ty jesteś bogaty! Chwycił ją za ramiona.  
–  Jestem  normalnym  człowiekiem  –  wybuchnął.  –  Nie  myśl  o  mnie  tak  jak  o  tych 

bogatych klientach La Roulade! Jestem Craig. Kochaliśmy się tu na górze, pamiętasz? 

Wiatr odrzucił jej włosy na twarz, odgarnęła je do tyłu. Jej głos zabrzmiał ostro.  
– Musimy już wracać. Nie rozluźnił uścisku.  
– Wiesz co, Maryo – powiedział jakoś dziwnie – myślę, że mogę się w tobie zakochać... a 

być może to już się stało? 

– Nie musisz tego mówić tylko dlatego, że się kochaliśmy, Craig. Po to, żebym poczuła 

się lepiej.  

–  Głos  jej  drżał,  próbowała  się  opanować.  –  Chciałam  się  z  tobą  kochać,  może  nawet 

dlatego  cię  tu  przywiozłam.  Ale  to  już  się  skończyło,  musimy  wrócić  do  świata,  w  którym 
mamy rodziny, pracę i inne zobowiązania. Do prawdziwego świata.  

– Czy chcesz przez to powiedzieć, że to, co się teraz stało, nie wydarzyło się naprawdę? 
– To miejsce jest zaczarowane... jest poza czasem. Mówiłeś o czarach, być może oboje im 

ulegliśmy.  

– To zdarzyło się naprawdę, Maryo. Naprawdę! Oswobodziła się.  
– Możemy się kłócić przez całą drogę z powrotem, jeśli chcesz. Ale teraz, na litość boską, 

wchodź do łódki! 

Spochmurniał.  Przytrzymał  się  burty  i  wskoczył  do  środka.  Usiadł  na  rufie.  Marya 

odwiązała  cumę  i  z  dziobu  wypchnęła  łódkę.  Zaczęła  wiosłować  z  dziką  energią.  Craig 
dopasował się do jej rytmu, łódź pruła wodę, fale rozpryskiwały się na boki. Biała koronkowa 
piana burzyła się przy brzegu, a nad wysokim urwiskiem unosiły się rzucane wiatrem mewy.  

Miarowy rytm wioseł przyniósł uspokojenie. Marya żałowała, że tak wymknęły się jej te 

gorzkie słowa. Wcale nie chciała tego mówić. Czy może w tych nieopatrznych uwagach było 
jakieś źdźbło prawdy? 

background image

Craig jest bogatym Kanadyjczykiem, tak jak Tony. Kochała się z nim. Z Tonym też.  
Ale  reszta  nie  była  taka  prosta.  Nie  mogła  oszukiwać  samej  siebie,  że  między  nimi  nie 

było  żadnych  różnic.  Nie  mogła  odmówić  Craigowi  wewnętrznej  siły  i  szlachetności.  Tony 
nigdy  by  nie  odczuł  magii  tego  miejsca  tak  jak  Craig.  Skoncentrowała  uwagę  na  przejściu 
między iglicą i urwistym brzegiem, na hałaśliwych narzekaniach nurzyków, blasku słońca na 
mokrych wiosłach. Nagle ją olśniło. Nie ma znaczenia, czy ktoś jest bogaty, czy biedny, ale 
to, że ona znów stała się bezbronna.  

Popatrzyła  na  grę  mięśni  na  plecach  Craiga.  Obdarował  ją  sobą  tak  całkowicie  i  bez 

zastrzeżeń, dał jej nie tylko ciało, ale jakąś część swojej duszy. Teraz zrozumiała tajemniczy, 
miękki uśmiech na twarzy Kathrin.  

Jak teraz będzie mogła o nim zapomnieć? Jak po chwili takiego szczęścia będzie mogła 

jeszcze kiedyś kochać się z kimś innym? 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Powrót  zajął  im  prawie  godzinę.  Wiosłowali  pod  prąd  i  coraz  silniejszy  wiatr.  Marya 

właściwie nie miała do czego się śpieszyć; nie wiedziała, jak po tym wszystkim powinna się 
zachować. Czy kochała się z Craigiem pod wpływem chwili? Czy popchnęła ją do tego żądza 
buntu? A może chciała się przekonać, że rację ma Kathrin i naprawdę istnieje miłość inna niż 
ta,  którą  odkrył  przed  nią  Tony?  Być  może  było  to  coś  nieuniknionego,  czego  zapowiedzią 
było to nieoczekiwane przeżycie w porcie w Bergen. Od tej chwili minęły dopiero cztery dni, 
a wydaje się, że to było tak dawno.  

Łódka uderzyła o brzeg. Marya odrzuciła wiosła i wyskoczyła na ląd.  
Z wymuszonym uśmiechem odwróciła się do Craiga.  
– Chyba się trochę ochłodziło? 
– Maryo, nie mówmy teraz o pogodzie. Czy chcesz pojechać do Saksun? 
Nie oczekiwała takiego pytania. Zmieszała się.  
– Teraz? 
– Czemu nie? Chyba chcesz jakoś zakończyć tę sprawę z ojcem? Oczywiście, jeśli to w 

ogóle jest możliwe.  

Uderzył ją jego ton.  
– Craig, jaki jest twój ojciec? Odwrócił wzrok.  
–  Jest  stanowczy,  ma  władzę,  wie,  czego  chce  i  dopóki  nim  nie  wstrząsnę,  nawet  nie 

udaje, że mnie słucha.  

– Aha, więc mamy wiele wspólnego.  
– Łączy nas dużo więcej, dobrze wiesz. Nie chciała dalej tego drążyć.  
– A co z twoją matką? 
Cień przemknął po jego twarzy.  
– Umarła, gdy miałem sześć lat.  
– To znów coś wspólnego – dodała mimo woli.  
– Ja miałam pięć.  
–  Maryo,  może  porównanie  milionera,  właściciela  ogromnej  firmy,  ze  szkutnikiem  z 

Wysp Owczych wyda ci się dziwne, ale uwierz mi, że twój  ojciec aż za bardzo przypomina 

mi mojego... To co, jedziemy do Saksun? 

Wyglądało  na  to,  że  nie  zamierzał  wracać  do  tego,  co  zaszło  na  wyspie.  Marya 

uśmiechnęła się z wyraźną ulgą.  

– A co powiesz na lunch? Mogę ci zrobić kanapkę u Grethe.  
– Możesz zrobić nawet dwie. – Uśmiechnął się.  
– Chyba trochę zgłodniałem. Starała się nie zarumienić.  
– Wiosłowanie to ciężka praca.  
– Morskie powietrze też robi swoje. Poczekaj, masz trawę we włosach.  
Nic  nie  pomogło,  poczuła,  że  się  rumieni.  Craig  delikatnie  wyjął  źdźbła  trawy  z  jej 

włosów.  

background image

–  No,  teraz  już  możemy  pokazać  się  ciotce.  Zobacz  tylko,  czy  dobrze  pozapinałem 

guziki? 

Zagryzła usta, z przejmującą dokładnością przypomniała sobie, jak Craig zdzierał z siebie 

koszulę.  

–  Słuchaj,  chyba  mamy  wszystko  wypisane  na  twarzach  –  stwierdziła  bezradnie.  –  Na 

pewno tak jest.  

– Ja wiem, co się stało, ale nikt inny się nie pozna.  
– To moja wina! – wybuchnęła. – To ja cię tam zabrałam.  
Głos mu się zmienił.  
–  Maryo,  nie  mów  o  żadnej  winie,  to  niedobre  słowo.  Gdybyśmy  już  nigdy  więcej  nie 

mieli  nawet  trzymać  się  za  ręce,  to  i  tak  to,  co  dziś  przeżyliśmy,  jest  czymś  wspaniałym  i 
cudownym.  

Nieoczekiwanie poczuła łzy w oczach. Wymamrotała: 
– Chyba masz rację.  
– Mówisz, jakbyś nie była całkiem pewna. – Zirytował się i ruszył w górę.  
Popatrzyła za nim i krzyknęła: 
– To najpiękniejsza rzecz, jaka kiedykolwiek w życiu mnie spotkała! 
Znieruchomiał,  obrócił  się  ku  niej.  Nie  spuszczała  z  niego  oczu,  wiatr  targał  jej  włosy, 

spódnica tańczyła wokół nóg. Craig z rękami w kieszeniach podszedł do niej.  

– Chyba bym się nie odważył kochać z tobą w tej chwili – powiedział z rozbawieniem. – 

Masz taką minę, jakbyś chciała mi wbić nóż między żebra. Coraz mi trudniej wyobrazić sobie 
ciebie jako pełną taktu i opanowania hostessę w La Roulade. – Nie zmieniając tonu, dodał: – 
Maryo, spodoba ci się miejsce, w którym mieszkam. Jest dzikie i zapomniane przez ludzi jak 

twoja wysepka.  

W  Toronto  nieraz  oglądała  zdjęcia  zachodniego  wybrzeża  –  pokryte  śniegiem  szczyty 

Gór  Skalistych,  cudowne,  kuszące  lasy  i  ciemnoniebieskie  wody  Pacyfiku;  zawsze  marzyła, 
by kiedyś tam pojechać.  

– Nie będę miała okazji się przekonać – ucięła.  
– Nie wybieram się tam.  
– Zobaczymy. – Zmrużył oczy.  
– Craig, już mam za sobą coś takiego.  
– Ale nie ze mną. – Uśmiechnął się leniwie.  
– Mówiłaś coś o kanapkach? Czy Grethe to siostra twojej matki? 
– Przestań mnie denerwować! 
– Kochanie, jeśli jesteś rozdrażniona, to znaczy, że nie spisałem się jako mężczyzna.  
Uśmiechnęła  się  mimo  woli.  Uświadomiła  sobie  naraz,  że  Tony  prawie  wcale  nie  miał 

poczucia  humoru.  Zadowolona  ze  zmiany  tematu,  zaczęła  opowiadać  o  Grethe.  Podeszli  do 

domu ciotki.  

W  kuchni  słodko  pachniało  szarlotką.  Grethe  miała  wyraźną  słabość  do  wysokich 

blondynów. Za moment przed Craigiem stała ogromna porcja szarlotki z bitą śmietaną, pajda 
domowego chleba z serem i duży kubek herbaty. Craig zjadł z apetytem, wychwalał wszystko 

background image

i nawet nie mrugnął, kiedy Grethe zaczęła wyliczać potrawy przewidziane na wesele Kathrin i 
Robba.  

Ciotka  pozwoliła  mu  odejść  pod  warunkiem,  że  znów  ją  odwiedzi.  Wreszcie  Marya  i 

Craig wsiedli do samochodu i skierowali się w stronę Saksun. Osada leżała na końcu trasy, 
otoczona  schodzącymi  w  dolinę  górami.  Ich  szczyty  były  teraz  ukryte  w  chmurach,  a  po 
zboczach spływały tworząc wodospady liczne strumienie. Szum wody mieszał się ze śpiewem 

ptaków i beczeniem owiec.  

Marya  stanęła  przy  samochodzie,  zastanawiając  się,  co  teraz  powinna  zrobić.  Cały 

pomysł  wypytywania  zupełnie  obcego  człowieka  o  jego  przeszłość  nagle  wydał  się  jej  bez 
sensu; gdyby Craiga nie było przy niej, z pewnością wróciłaby do domu. Craig odezwał się 
spokojnie, jakby odgadując jej myśli.  

– Podejdźmy do tego czerwonego domu, może dowiemy się, gdzie on mieszka.  
Skierowano ich do małego, białego domku po drugiej stronie głębokiego wąwozu, którym 

płynęła  rzeka.  Z  ogródka  aż  do  sąsiadów  wylewały  się  pomarańczowe  nasturcje  i  błękitne 
niezapominajki.  Smużka  dymu  unosiła  się  z  komina.  Marya  poczuła  suchość  w  ustach. 
Zastukała do drzwi.  

Otworzył jej wysoki, lekko przygarbiony mężczyzna. Jego błękitne oczy rozszerzyły się 

ze zdumienia, gdy spojrzał na Maryę. Zrobił ręką znak krzyża i wykrztusił słowa powitania.  

– Panie Nielsen, jestem Marya Hansen, córka Magnusa i Anny Marii. To mój znajomy z 

Kanady, Craig Huntingdon.  

Błękitne oczy prześlizgnęły się po Craigu.  
– Nie mogę w to uwierzyć – wyjąkał i oparł się o framugę.  
–  Proszę  mi  wybaczyć  –  powiedziała  Marya  ze  skruchą.  –  Mówiono  mi,  że  jestem 

podobna do matki, ale nie przypuszczałam, że aż tak pana zaskoczę... Czy możemy wejść? 

– Ależ tak, proszę...  
– Craig mówi tylko po angielsku.  
Petur zrzucił opierającego się kota z jednego z krzeseł i podsunął je do kominka.  
–  Więc  mówmy  po  angielsku.  –  Uśmiechnął  się do  Maryi  tak,  że  zrozumiała,  dlaczego 

podobał się jej matce. – Nauczyłem się tego języka, gdy dawno temu służyłem jako pierwszy 
oficer na brytyjskim frachtowcu.  

Nie  mogła  dłużej  zwlekać  z  wyjaśnieniem  powodów  wizyty.  Streściła  informacje 

uzyskane od pani Rasmussen.  

– Teraz sam pan widzi – jeśli rzeczywiście moją matkę coś z panem łączyło, to wyjaśnia 

stosunek  ojca  do  mnie.  Nienawidzi  mnie,  bo  wyglądam  tak  samo  jak  mama...  –  Nagle 
zabrakło jej słów.  

–  Między  nami  nie  było  żadnego  romansu  –  zaczął  spokojnie  Petur  –  choć  chciałbym 

tego.  Od  pierwszej  chwili,  gdy  ją  poznałem,  z  tymi  płomiennymi  włosami  i  oczami,  które 
zmieniały kolor tak samo jak twoje, od pierwszego spojrzenia zapragnąłem, by została moją 
żoną.  Miała  wtedy  osiemnaście  lat.  –  Kot  wskoczył  mu  na  kolana,  Petur  pogłaskał  go 
bezwiednie. – Ale ona była zakochana w twoim ojcu, najlepszym szkutniku na wyspach. Była 
dla  mnie  miła,  to  wszystko.  Nie  potrzebowała  mnie.  Pojechałem  więc  na  morze  i  nie 

background image

wracałem tu przez sześć lat. Popatrzył w ogień, zagubił się we wspomnieniach.  

–  Pewnego  wrześniowego  dnia  znalazłem  się  w Torshavn.  Staliśmy  w  porcie  już  trzeci 

dzień,  gdy  przypadkiem  spotkałem  twoją  matkę.  Przyjechała  autobusem  na  zakupy. 
Powiedziała mi, że ma dwie córeczki i właśnie się dowiedziała, że znów będzie mieć dziecko. 
Była piękniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Spacerowaliśmy i tak zajęliśmy się rozmową, 
że nie wiadomo kiedy znaleźliśmy się na wzgórzach za miastem. Powiedziałem jej wtedy, że 
nie  przestałem  jej  kochać  i  jeśli  nie  jest  jej  dobrze,  zabiorę  ją  od  jej  szkutnika,  żeby  znów 
mogła być szczęśliwa...  

Marya nie mogła się powstrzymać.  
– Nie była szczęśliwa? 
– Twój ojciec nie był łatwy  we  współżyciu,  ale  powiedziała, że  go kocha. Była bardzo 

lojalna. Znów opuściłem Wyspy, tym razem na wiele lat. Kiedy wróciłem, dowiedziałem się, 
że  zmarła  wydając  na  świat  dziecko,  o  którym  mówiła  mi  w  ten  wrześniowy  dzień. 
Wiedziałem,  że  jest  tu  pochowana,  więc  osiadłem  tutaj.  –  Zwrócił  na  Maryę  przepełnione 
smutkiem oczy. – Tego dnia wiele osób widziało nas razem. Twój ojciec był zazdrosny, sama 

mi o tym mówiła... Jeśli choć jedna osoba powiedziała mu o naszym spotkaniu, mogę sobie 
wyobrazić, że zaczął ją podejrzewać o niewierność.  

– Ale ona go nie zdradziła? 
– Nie, nawet w myślach nie.  
–  Panie  Nielsen  –  odezwał  się  Craig  –  czy  zgodziłby  się  pan  pojechać  z  nami  do 

Tjørnuvík i ze względu na Maryę, powiedzieć to wszystko jej ojcu? Petur przeniósł wzrok z 

Maryi na Craiga.  

– A więc tak, pan ją kocha... tak jak ja kochałem jej matkę.  
Marya powiedziała głośno: 
– Nie, to nieprawda.  
Craig nie spuszczał z niej oczu, jego twarz miała dziwny wyraz.  
– Tak, ma pan rację.  
Marya zrobiła gest, jakby chciała zaprotestować. Craig roześmiał się z niedowierzaniem.  
–  To  dlatego  ta  wyspa  wydała  mi  się  takim  cudownym  miejscem  –  dlatego,  że  cię 

kocham! Byłem ślepy, że do tej pory tego nie wiedziałem, Maryo. Naprawdę ślepy! 

– Myślisz, że chodzi mi o twoje pieniądze! Nigdy nie wyjdę za bogatego, nigdy! 
Petur odezwał się: 
– Dobrze, pojadę z wami. – Marya jeszcze raz potrząsnęła głową, oczy błysnęły zielonym 

płomieniem.  

– Twoja matka tak samo się zachowała, kiedy jej  powiedziałem, że ją kocham. Maryo, 

czy jesteś w kimś zakochana? 

– Nie, w nikim! – wykrzyknęła. – Craig też nie.  
– Pozwól mi mówić za siebie! Marya odwróciła się do Petura.  
– Ojciec może wcale nie będzie chciał słuchać – próbowała zmienić temat. – Dziś rano, 

gdy zaczęłam go wypytywać o matkę, zamierzył się na mnie wiosłem i wyrzucił z warsztatu.  

Petur wyprostował się, błękitne oczy zalśniły.  

background image

– Ja też potrafię posłużyć się wiosłem.  
– To co, jedziemy? – zapytał Craig.  
Marya  z  uczuciem  ulgi  opuściła  mały  salonik,  w  którym  Craig  wydawał  się  jeszcze 

potężniejszy.  

Wślizgnęła  się  na  tylne  siedzenie.  Craig  i  Petur  zajęli  się  rozmową  o  minionych 

przygodach w najróżniejszych zakątkach świata.  

Do domu przyjechali wcześniej, niżby sobie tego życzyła. Marya wskazała na warsztat; 

Petur nadal był spokojny.  

– Pójdę sam.  
Wysiadł  i  ruszył  w  stronę  warsztatu,  wysoki,  z  bujną,  siwą  czupryną,  poruszał  się  z 

godnością. Zastukał do drzwi i wszedł do środka, zamykając je za sobą.  

Craig  patrzył  w  stronę  warsztatu.  Widok  jego  skręconych  na  karku  kosmyków 

przypomniał jej chwile, gdy zanurzała ręce w jego włosach, ich miękkość...  

– Pójdę poczekać na plaży.  
– Idź.  
Nie  zrobił  najmniejszego  gestu,  by  jej  towarzyszyć.  Tyle  są  warte  jego  zapewnienia  o 

miłości – pomyślała zjadliwie, kierując się przez trawę do kamiennego murku odgradzającego 
plażę.  Usiadła  na  nim,  oparła  łokcie  na  kolanach.  Tony  zapewniał  ją  o  miłości,  żeby 
zaciągnąć  ją  do  łóżka.  Craig  najpierw  się  z  nią  kochał,  a  potem  wyznawał  miłość.  Jaka  to 
właściwie różnica? 

Jasne niebo i migoczące morze nie dały jej odpowiedzi. Zmusiła się, by myśleć o tym, co 

się  teraz  dzieje  w  warsztacie.  Nieoczekiwanie  zaczęła  rozmyślać  o  matce.  Minęła  jakaś 
godzina, gdy Craig dołączył do niej.  

– Czy Petur już wyszedł? 
–  Nie  dał  znaku  życia.  Ale  warsztat  jeszcze  stoi,  więc  chyba  nie  zaczęli  walczyć  na 

wiosła... Zostawiłem mu kartkę na szybie, że tu na niego czekamy. – Przeszedł przez murek i 
patrzył  na  nią,  odwrócony  tyłem  do  morza.  –  Maryo,  wtedy  na  wyspie  powiedziałem,  że 
mogę się w tobie zakochać. Nie myliłem się, kocham cię.  

Nie uśmiechał się, patrzył na nią poważnie. Jakby porządkując swoje wcześniejsze myśli, 

odrzekła spokojnie: 

– Craig, nie musisz tego robić. Dziś rano kochaliśmy się, choć chyba nie powinniśmy, to 

było takie nagłe, zupełnie szalone... ale oboje nie mogliśmy zapanować nad namiętnością czy 
pożądaniem, czy jak to zechcesz nazwać. Naprawdę nie musisz teraz zapewniać mnie, że się 
śmiertelnie we mnie zakochałeś... – urwała. – Prawdę mówiąc, wolę, żebyś tego nie robił.  

– Więc tak to widzisz? Uważasz, że staram się jakoś zatuszować swoją winę? Dzięki za 

miłość, Maryo, nigdy nie przestanę cię kochać, a teraz żegnaj? 

– Tak – odrzekła zimno – tak to sobie wyobrażam.  
– Nie wierzę ci – uciął. – Wiem, co ci się stało. Z powodu Tony’ego śmiertelnie boisz się 

tych dwóch słów: „kocham cię”. Wolisz uważać, że wszyscy mężczyźni są tacy sami i choć 
czasem  możesz  ulec  namiętności  i  pokusie,  by  pójść  z  kimś  do  łóżka,  nigdy  nie  pozwolisz 
swoim uczuciom...  

background image

– Od czasu Tony’ego nie byłam z żadnym mężczyzną! 
– Więc co takiego jest we mnie? Wbiła paznokcie w skałę.  
–  To  tamto  miejsce!  –  wykrzyknęła.  –  Zawsze  kochałam  tę  wyspę,  mówiłam  ci. 

Kochaliśmy się tam, Craig, jak dwa orły i to było piękne! Ale to się skończyło, rozumiesz? 
Skończyło! 

–  Nie,  nie  chcę  tego  słyszeć.  Czy  wiesz,  o  czym  myślałem  w  samochodzie,  zanim 

zszedłem  cię  tu  poszukać?  Wyobrażałem  sobie  ciebie  w  moim  domu  w  Kolumbii 
Brytyjskiej... Tam jest bardzo podobnie jak tu, Maryo, tylko są lasy. Mieszkam na północ od 

Vancouver,  tam  nadal  jest  zupełnie  dziko...  Jelenie  podchodzą  jeść  jabłka  z  jabłoni,  łososie 
płyną w górę rzek na tarło, można usłyszeć wieloryby... Spodoba ci się tam. To twój świat. – 
Postąpił krok ku niej. – Chcę się z tobą ożenić. Odchyliła się do tyłu.  

–  I  miałabym  mieszkać  w  tym  odludnym  miejscu,  podczas  gdy  ty,  ubrany  w  elegancki 

garnitur,  z  neseserem  z  krokodylej  skóry,  będziesz  konferował  i  wyrzucał  z  pracy  tych, 
których  nawet  nie  uważasz  za  ludzi?  Nigdy  nie  wyjdę  za  bogacza,  Craig!  Bogactwa  nie 
zdobywa się uprzejmością – bogaci są bogaci, bo pieniądze stawiają na pierwszym miejscu. 
Kobieta jest dla nich jeszcze jednym przedmiotem, który przyjemnie posiadać, łatwo oszukać 
i bez skrupułów wyrzucić, gdy znajdzie się coś lepszego! Nie, dziękuję bardzo.  

Głos mu zadrżał.  
– Więc sądzisz, że jestem taki? 
Był przybity. Marya zagryzła wargi.  
– To nie tylko Tony... W La Roulade i w klubie bez końca oglądałam takich samych. I 

wszyscy oni byli bogaci.  

– Nie padnę na kolana i ńie będę cię błagać, żebyś za mnie wyszła. Ani nie mam zamiaru 

opisywać  wszystkiego,  co  zrobiłem  w  ciągu  ostatnich  dziesięciu  lat,  żebyś  mogła  sama 
rozsądzić, czy pasuję do twojego wyobrażenia o bogatych. Mogę być tylko sobą, Maryo. Jeśli 
to zbyt mało, to...  

Usłyszeli glos Petura wołającego na nich z góry. Wybawił ją z opresji. Marya pomachała 

ręką, przeskoczyła murek i przez trawę pobiegła ku niemu. Zapytała bez tchu: 

– No, i jak poszło? Petur poczekał na Craiga.  
– Najpierw chciał pokazać mi drzwi – zaczął spokojnie. – Gdy stało się jasne, że nie mam 

zamiaru wyjść, oskarżył mnie o zniszczenie jego małżeństwa. To zajęło trochę czasu.  

Znając Magnusa, Marya wiedziała, co to znaczy.  
– Czyli podejrzewał, że mama nie była mu wierna? 
– Tak. Ktoś z sąsiadów powiedział mu, że spędziliśmy razem cały dzień. Zanim jeszcze 

Anna Maria wyszła za Magnusa, nie kryłem swoich uczuć do niej.  

– Czy Magnus uwierzył? 
– Tak... po tym wszystkim, co mu powiedziałem, uwierzył. To oznacza, że to on zatruł 

ostatnie  miesiące  swojego  małżeństwa,  nie  ja.  Ani  Anna  Maria.  Z  tym  trudno  mu  było  się 
pogodzić. I zrozumiał, że przez tyle lat karał swoją rudowłosą córkę za to, iż przypominała 
mu żonę. Uświadomienie sobie tego też nie przyszło mu łatwo.  

Zapytała ze ściśniętym gardłem: 

background image

– Czy chce mnie zobaczyć? 
Petur skinął głową. Ujęła jego dłonie i ucałowała go w policzki.  
– Dziękuję ci, Petur. Dziękuję... Czy mogę kiedyś cię odwiedzić? 
– Oczywiście, zapraszam. Zresztą, zobaczysz mnie tutaj. – Puścił do niej oko. – Razem z 

Magnusem mamy zamiar popracować nad kilkoma modelami łodzi wikingów.  

Nie mogła powstrzymać śmiechu.  
– Odwiozę cię do domu, Petur – wtrącił się Craig. – A Marya niech teraz idzie do ojca.  
Spojrzała  mu  prosto  w oczy.  W  jednym  mgnieniu  przypomniała  sobie  wszystko,  co  się 

wydarzyło tego dnia. Poczuła, że się rumieni. Wymamrotała: 

– Dziękuję.  
Skinął  głową.  Petur  przyglądał  im  się  uważnie.  Nie  wiadomo  było,  do  kogo  z  nich 

powiedział: 

– Życie z poczuciem żalu może być bardzo gorzkie i samotne... do zobaczenia Maryo.  
Stojąc  nieruchomo  patrzyła,  jak  oddalają  się  w  stronę  samochodu  –  dwóch  wysokich 

mężczyzn,  którzy  zmienili  jej  życie.  Czy  Craig  naprawdę  chce  się  z  nią  ożenić?  Czy  nie 
będzie żałować, że z powodu złości i lęku nawet nie chciała rozważyć jego propozycji? 

Drzwi do warsztatu były zamknięte. Marya popchnęła je bez pukania.  
– Cześć, tato.  
Magnus stał przy małym  okienku wychodzącym  na cmentarz. Po raz pierwszy  w życiu 

Marya dostrzegła w nim starego człowieka i w nagłym przypływie współczucia podbiegła do 
niego i ujęła jego dłonie.  

– Już wszystko dobrze – powiedziała z mocą.  
– Mama dobrze ciebie znała. Ona wszystko rozumiała.  
– Nie ufałem jej – mówił z bolesną szczerością.  
– Kiedy ją zapytałem, czy w tych plotkach jest jakaś prawda, roześmiała się i odrzekła, że 

Petur  jest  tylko  dawnym  znajomym,  a  spacerowali  po  wzgórzach,  bo  dzień  był  piękny  i  nie 
miała ochoty na robienie zakupów. Ale ja nie chciałem w to uwierzyć... być może dlatego, iż 
nigdy  do  końca  nie  wierzyłem,  że  kobieta  tak  piękna  i  tak  nieujarzmiona  jak  Anna  mogła 
mnie kochać. – Głos mu stwardniał. – Ale Petur twierdzi, że mnie kochała.  

– Już dobrze – powtórzyła bezradnie.  
–  A  kiedy  umarła,  przelałem  moją  złość  na  ciebie,  bo  byłaś  do  niej  podobna...  – 

odchrząknął. – Przepraszam – powiedział sztywno. – Wyrządziłem wiele zła% 

Wiedziała,  jak  ciężko  było  mu  to  powiedzieć.  Objęła  go  i  mocno  uścisnęła.  Chwilowy 

opór ustąpił i poczuła, jak poddaje się jej uściskowi.  

– Wybaczam ci – powiedziała ciepło. – Już wszystko dobrze, tato.  
Rozluźniła uścisk, zanim spróbował się uwolnić. Poprawił kołnierzyk i sięgnął po dłuto. 

Zaczęła  wypytywać  go  o  modele  łodzi  wikingów.  Nagle  Magnus  przerwał  rozmowę  i 
popatrzył na nią badawczo.  

– Ten człowiek, który był wczoraj rano... jakie on ma zamiary? 
Słowa potoczyły się, zanim zdążyła je zatrzymać.  
– Chce się ze mną ożenić, tato.  

background image

– A... więc druga córka też pojedzie za morze.  
– Nie, ja nie. Nie wyjdę za niego.  
– On jest zupełnie inny niż tamten, z którym wyjechałaś trzy lata temu.  
– Skąd mogę to wiedzieć? 
– Stanął w twojej obronie w moim domu. Czy tamten zrobiłby coś takiego? 
– Nie – odrzekła wolno. – Tony by tego nie zrobił.  
– Raz w życiu  postąpiłaś głupio. Czy ze strachu, że to się powtórzy, już nic więcej  nie 

zrobisz? 

W nagłym przebłysku intuicji zapytała: 
– Grethe? Mogłeś się z nią ożenić. Magnus zrzucił wiórki na podłogę.  
– Tak. Ale nie mogłem zapomnieć twojej matki, więc jak miałem żenić się z inną. Maryo, 

zapomnij o tamtym, nie trwaj przy wspomnieniach, tak jak ja przy mojej złości.  

Miarowo  uderzał  końcem  dłuta,  wełnianą  czapkę  naciągnął  na  uszy,  choć  w  warsztacie 

było ciepło.  

–  Boję  się  –  wyznała.  –  Nie  chcę,  by  mnie  skrzywdził.  –  Sama  nie  wierzyła,  że  mu  to 

mówi.  

–  Wolisz  być  jak  ten  Olbrzym  i  Wiedźma?  Zastygła  w  kamień  o  zachodzie  słońca?  – 

Dłuto  wyślizgnęło  mu  się  z  ręki,  zmarszczył  brwi.  –  Powiedz  Grethe,  że  spóźnię  się  na 
kolację. Jak mam pracować, gdy ciągle mi ktoś przeszkadza? 

Trudno było oczekiwać, że Magnus natychmiast zmieni się w świętego. Uśmiechnęła się.  
– Dobrze, tato.  
Zanim się cofnął, pocałowała go w policzek, przekrzywiła mu czapkę i wybiegła na dwór.  

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Następnego dnia Kathrin nie pracowała i razem z Robbem wybierała się na piknik. Grethe 

pojechała  na  zakupy  do  Torshavn.  Osada  zupełnie  opustoszała,  bo  wszyscy  mężczyźni  i 
chłopcy  pomagali  w  Haldarsvik  przy  spędzie  owiec.  Marya,  ubrana  w  dżinsy  i  sweter, 
siedziała w kuchni Grethe i przyglądała się, jak Kathrin szykuje kanapki. Przyjechał Robb.  

Teraz,  gdy  poznała  go  trochę  lepiej,  zauważała  pewne  podobieństwo  między  nim  a 

Craigiem:  taki  sam  zarys  szczęki,  sposób  unoszenia  głowy,  kształt  dłoni.  Szczupłe  palce  o 
zadbanych paznokciach mogły należeć do Craiga. Palce, które poznały tajemnice jej ciała...  

Kathrin popatrzyła na nią z niepokojem.  
– Dobrze się czujesz, Maryo? 
–  Tak,  dziękuję.  –  Uśmiechnęła  się  niepewnie  do  Robba.  –  Myślałam,  że  może  Craig 

przyjedzie razem z tobą.  

– Byłem u niego rano, ale tylko odwrócił się na bok, zamruczał coś o nieprzespanej nocy i 

znów zasnął. To zupełnie do niego niepodobne, zwykle zrywa się skoro świt.  

Marya  też  miała  za  sobą  męczącą  noc.  Raz  obudziła  się  szukając  w  ciemności  Craiga. 

Zauważyła, że Kathrin i Robb przypatrują się jej badawczo. Zerwała się z krzesła.  

– Przygotuję wam termos z herbatą.  
–  Szkoda,  że  Craig  nie  przyjechał  –  odezwał  się  Robb.  –  Moglibyśmy  się  wybrać  w 

czwórkę.  

– Czy to znaczy, że pogodził się z waszym ślubem? 
– Tak daleko się nie posunął, ale przynajmniej przestał traktować mnie tak, jakbym wciąż 

miał szesnaście lat.  

– A do mnie ostatnio nawet się uśmiechnął – dodała Kathrin.  
Do  niej  uśmiechał  się  wczoraj,  gdy  leżała  w  jego  ramionach.  Poczuła  nagły  skurcz 

żołądka. Czy jeszcze kiedyś taka chwila się powtórzy? 

Kathrin zerknęła na Robba.  
– Maryo, może wybierzesz się z nami? To by ci dobrze zrobiło.  
– Och nie, dzięki, naprawdę dobrze się czuję.  
Kathrin  zapakowała  do  plecaka  jedzenie  i  sztormiaki,  zarzuciła  sweter  na  ramiona. 

Uśmiechnęła się promiennie do Robba.  

– Gotowy? 
Pocałował ją w czubek nosa.  
– Gotowy! 
Gdy  wyszli,  kuchnia  wydała  się  Maryi  mniejsza  i  całkiem  pusta.  Wróciła  do  domu 

Magnusa,  wyczyściła  szafki  i  podłogę  w  kuchni.  Potem  poszła  do  Grethe  wziąć  kąpiel. 
Powinnam być szczęśliwa – wmawiała sobie, gdy ciepła woda spływała po jej ciele. Kathrin 
wszystko mi wybaczyła, a porozumienie z Magnusem jest na dobrej drodze. Przekonałam się, 
że  miłość  z  mężczyzną  może  być  tym,  co  obiecywali  poeci.  Więc  czemu  czuła  się  tak  źle, 
czego jej brakowało? 

background image

Wytarła  się,  ubrała,  zjadła  kanapki  z  serem  i  wyszła  z  domu.  Woda  dźwięczała  na 

kamieniach, kucyk zarżał na powitanie. Wyciągnęła do niego rękę z kępką trawy, pogładziła 

po  jedwabistym  nosie.  Ruszyła  wzdłuż  brzegu  w  górę  rzeki,  gdzie  woda,  spadając  po 

kamieniach, tworzyła małe wodospady.  

Odwróciła  się  i  popatrzyła  na  osadę.  Po  zboczu  wspinał  się  w  jej  stronę  wysoki 

mężczyzna o brązowych włosach.  

Serce jej zabiło, wypełniło ją nieoczekiwane uczucie szczęścia. Przyszedł. Odnalazł ją...  
Zawołała  do  niego  radośnie  i  pomachała  ręką.  Nie  odpowiedział,  zbliżał  się  do  niej 

przeskakując  z  kamienia  na  kamień.  Po  chwili  zatrzymał  się,  oparł  ręce  na  biodrach.  Nie 
wyglądał na szczególnie uszczęśliwionego jej widokiem.  

– Chyba dziś wstałeś z łóżka lewą nogą – powiedziała zaczepnie.  
– Ciebie w nim brakowało.  
– Orły nie potrzebują łóżek.  
– Nie. Ale zwyczajni ludzie tak. Prawdziwi ludzie. Nawet bogaci.  
– Kathrin i Robb zamierzają spędzić razem cały dzień. – Wdzięcznym gestem wskazała 

na  rozciągające  się  za  nimi  wzgórza.  –  Tam  poszli.  Mówię  ci  to,  w  razie  gdybyś  nadal 
zamierzał wyrwać jej sprzed nosa swoje pieniądze.  

– Nie przyszedłem tu rozmawiać o Kathrin i Robbie. Przyszedłem porozmawiać o nas.  
Usta miał zaciśnięte. Popatrzyła na niego zamyślona.  
– Może ja wcale nie chcę rozmawiać o nas.  
– Maryo, zatrzymam cię, jeśli spróbujesz uciekać. Dopadnę cię, zanim się spostrzeżesz.  
Cofnęła się kilka kroków, jakby rozważając w myśli, czy zdoła mu umknąć. Żałowała, że 

założyła te stare sandały.  

Craig wyprostował się, popatrzył jej prosto w oczy.  
– Więc chcesz uciec przede mną? – zapytał łagodnie. – To jedna z tych rzeczy, które u 

ciebie lubię... nigdy nie wiadomo, czego się po tobie spodziewać, potrafisz mnie zaskoczyć.  

– Wolałbyś, żebym ci padła do stóp i błagała o łaskę? 
– Trudno mi to sobie wyobrazić. Maryo, po tej długiej, bezsennej nocy nadal chcę, żebyś 

za mnie wyszła.  

Chwyciła garść mokrych kamieni, cisnęła nimi w Craiga i biegiem rzuciła się do ucieczki. 

Był szybki, dogonił ją i pochwyciwszy w talii, tak mocno przycisnął ją do piersi, że nie mogła 
złapać tchu. Uchwyciła się go na chwilę, by utrzymać równowagę.  

Odepchnęła go zaraz, z trudem łapiąc powietrze. Z bijącym sercem przypomniała sobie 

ciepło jego skóry. Zielone jak trawa oczy zalśniły.  

–  Przewaga  mężczyzn  polega  na  tym,  że  ich  kościec  jest  mocniejszy.  –  Rozmyślnie 

przeciągnęła palcami po jego ramieniu. – I mają lepiej rozwinięte mięśnie.  

– Ja jestem Olbrzymem, a ty Wiedźmą – zaśmiał się przyjaźnie. – Maryo, jeśli zaraz nie 

przestaniesz, to nawet się nie obejrzysz, kiedy się znajdziesz na trawie.  

Uśmiechnęła się spod rzęs.  
– Na oczach całej osady? 
–  Muszę  przyznać,  choć  to  chyba  niezbyt  rozważne,  że  długie  brązowe  rzęsy  i  duże 

background image

zielone oczy są bronią bardzo niebezpieczną. Jestem gotowy rzucić cię tu na trawę. – Odsunął 
się na długość ramienia. – Maryo, wyjdź za mnie.  

Czuła, że sama też z trudem opiera się pokusie, by znaleźć się z nim na trawie.  
– To brzmi jak słowa kiepskiej piosenki... Nie Craig, dziękuję.  
Uśmiech zgasł na jego twarzy.  
–  Wyszłabyś  za  mnie,  gdybym  był  biedakiem  z  Nowej  Zelandii,  a  nie  bogatym 

Kanadyjczykiem? 

– Nie jesteś. Masz jeszcze jakieś pytania? 
–  Słuchaj,  przestańmy  się  droczyć.  Wczoraj  wieczorem  miałem  telefon  z  Vancouver. 

Moje  sprawy  przybrały  nieprzewidziany  obrót.  To  może  oznaczać,  że  będę  musiał  wracać. 
Gdyby to nie były rzeczy, którymi zajmuję się już od trzech lat, machnąłbym na to ręką. Ale 
to naprawdę ważne... wszystko może się zawalić, a ja nie mogę sobie na to pozwolić. Poczuła 
ucisk w żołądku.  

– Nie możesz sobie pozwolić? Z tymi twoimi pieniędzmi? 
Głos mu się zmienił.  
– Choć to zabrzmi dziwnie, tym razem nie chodzi o pieniądze. Jeśli... – nagle odwrócił 

głowę. – Co to było? 

–  Nic  nie  słyszałam.  –  Może  odjechać...  wrócić  do  Kanady.  Kochał  się  z  nią,  a  teraz 

wyjedzie...  

– Wydawało mi się, że ktoś woła. Słuchaj, znowu. Tym razem usłyszała. Pełen rozpaczy 

głos dochodził z daleka. Zmrużyła oczy i badawczo przeszukiwała wzrokiem wzgórza.  

– Tam! Z prawej strony tamtej skały, ktoś biegnie! To Kathrin! 
Nie czekając na Craiga biegiem rzuciła się w stronę siostry.  
–  Wybrali  się  na  piknik.  –  Dyszała  przez  ramię  do  biegnącego  obok  Craiga.  –  Coś  się 

musiało stać.  

Kathrin  była  coraz  bliżej,  wyraźnie  wyczerpana  poruszała  się  z  trudem,  jakby  biegła  z 

daleka.  

– Ona zaraz upadnie! 
– Pobiegnę pierwszy.  
Przyśpieszył.  Cały  czas  wspinali  się  pod  górę,  niewygodne  sandały  utrudniały  bieg. 

Kathrin  osunęła  się  w  ramiona  Craiga.  Gdy  Marya  dobiegła  do  nich,  usłyszała  szlochanie 
siostry.  

– Robb, to Robb...  
Kathrin, wyczerpana i przerażona, cała drżała. Craig, mimo widocznego zdenerwowania, 

zachował spokój.  

– Spróbuj złapać oddech... Czy coś mu się stało? 
–  Spadł...  uderzył  się  –  wykrztusiła.  –  Byliśmy  na  krawędzi  urwiska  i  nagle  owca 

podeszła zbyt blisko, spadła na dół i zatrzymała się na skalnym występie. Zraniła się i Robb 
chciał  ją  ratować.  Prosiłam  go,  żeby  tego  nie  robił,  mówiłam,  że  trzeba  iść  do  osady  po 
pomoc,  ale  nie  chciał  mnie  słuchać.  Upadł  na  tę  skalną  półkę  i  uderzył  głową  o  skałę.  – 
Błękitne  oczy  Kathrin  wypełniły  się  łzami.  –  Widziałam  z  góry  krew  i  zostawiłam  go  tam 

background image

samego...  

– On zawsze miał miękkie serce dla zwierząt – westchnął Craig. – Musimy znaleźć jakąś 

linę i nosze. Jak to daleko stąd, Kathrin? 

– Jakieś pięć kilometrów. Trzeba się śpieszyć! 
–  Wbiła  wzrok  w  niewzruszoną  twarz  Craiga,  choć  Marya  czuła,  że  mimo  pozornego 

spokoju Craig myśli intensywnie. – Nie wyglądasz na przejętego! 

– Oczywiście, że się przejąłem. Ale chyba przyznasz, że lepiej zacząć coś robić. Maryo, 

czy możemy liczyć na jakąś pomoc w osadzie? 

Zmartwiała.  
– Wszyscy mężczyźni pojechali do Haldarsvik.  
– Więc jesteśmy zdani tylko na siebie. Czy uda się skądś zdobyć jakieś liny? 
– W domku przy brzegu jest sprzęt ratowniczy. Nosze też.  
–  Dobrze.  Kathrin,  zostań  tutaj,  jesteś  zbyt  wyczerpana.  My  zabierzemy  wszystko,  co 

będzie potrzebne i jak najszybciej tu wrócimy.  

– Ale pośpieszcie się, błagam.  
Marya uścisnęła siostrę. – Zaraz wracamy. – Szybko dołączyła do Craiga.  
Całą  drogę  przebyli  biegiem.  Po  roku  pracy  w  La  Roulade  straciła  kondycję.  Ciężko 

dysząc  otworzyła  drzwi  domku.  Craig  zdjął  wiszące  na  ścianie  liny,  chwycił  ułożone  przy 
wejściu  haki  i  z  aprobatą  spojrzał  na  zabrane  przez  Maryę  składane  nosze  i  podręczną 
apteczkę.  Minęli  osadę  i  pobiegli  w  górę  rzeki.  Niesiony  sprzęt  utrudniał  bieg.  Kathrin  nie 
doceniła ich wysiłków.  

– Dlaczego tak długo? – wykrzyknęła i pędem puściła się w stronę wzgórz.  
Marya biegła za nią. Wreszcie dotarli do szczytu i przeszli ostatnie bazaltowe rumowisko. 

Otoczona  wzgórzami  dolina  wychodziła  na  zatokę.  Zawieszone  wysoko  nad  wodą  miejsce 
dzieliło  od  morza  poprzecinane  skalnymi  półkami  urwisko;  ze  skurczem  żołądka 
przypomniała sobie, jak woda rozbija się u jego podstawy, a wodorosty unoszą się na falach. 
Z wysiłkiem dołączyła do reszty, ręce paliły od ciężkich noszy.  

Byli na miejscu. Kathrin upadła na kolana i nachyliła się nad krawędzią przepaści.  
–  Robb,  och  Robb!  Żyjesz!  –  Głos  jej  drżał,  wycierała  płynące  po  policzkach  łzy.  – 

Płaczę, bo tak się cieszę, już myślałam, że spadłeś stamtąd i utonąłeś.  

Marya, całkiem wyczerpana, opadła na kępę trawy.  
– Co teraz zrobimy? 
Robb  skrzywił  się.  Koszulę  miał  poplamioną,  na  lewej  stronie  twarzy  widniały  ślady 

krwi.  

– Przypuszczam, że teraz czas na braterskie kazanie.  
– Daruję to sobie.  
Marya  patrzyła,  jak  Craig  wbija  haki,  oplata  na  nich  liny,  zręcznymi  palcami  zakłada 

skomplikowane  węzły.  Przy  pierwszym  spotkaniu  zastanawiała  się,  czy  nie  zajmował  się 
górską wspinaczką. Chyba nie myliła się zbytnio.  

Dwa końce liny ześlizgnęły się po skale i upadły u stóp Robba.  
– Robb! – zawołał Craig z poważną miną. – Jeśli czujesz się tak marnie, jak wyglądasz, 

background image

zapomnij o zwierzaku. Wyciągniemy najpierw ciebie, a potem będziemy się martwić o owcę.  

– Nie, najpierw owca.  
Craig kiwnął głową, wcale nie zdziwiony.  
– Spróbuj obwiązać ją dookoła liną.  
Występ był wąski, owca protestowała. Po kilku minutach Robbowi udało się ją związać.  
– Marya, Kathrin, możecie mi pomóc? – Craig wskazał im miejsce. – Ciągnijcie, kiedy 

powiem... teraz! 

Nad urwiskiem pojawiły się przerażone oczy owcy, nogami rozpaczliwie szukała oparcia. 

Gdy wreszcie stanęła na ziemi, skoczyła do przodu zwalniając linę. Marya tyłem upadła na 
trawę.  Craig  podbiegł,  zaczął  rozwiązywać  węzły,  owca  się  wyrywała.  Wymamrotał  pod 
nosem kilka nieparlamentarnych słów, Marya udała, że nie słyszy.  

–  Teraz  wyciągnięcie  Robba  to  małe  piwo.  Nieoczekiwanie  Robb  okazał  się  bardzo 

ciężki. Od napinania mięśni Marya już prawie nie czuła ramion. Wreszcie głowa i ręce Robba 
pojawiły  się  na  krawędzi.  Wydostali  go  na  górę.  Przez  chwilę  leżał  nieruchomo,  z  głową 
opartą  na  wyciągniętej  ręce,  lina  oplątywała  mu  ciało.  Kathrin  opadła  przy  nim  na  kolana, 
załamywała ręce.  

–  Robb,  jak  się  czujesz?  Robb,  odezwij  się,  Robb...  Popatrzył  na  nią  spojrzeniem  tak 

pełnym miłości, że Marya aż odwróciła wzrok.  

– Kathrin, kocham cię... byłem głupi, że cię nie posłuchałem. Miałaś rację, trzeba było iść 

po pomoc. Proszę cię, nie płacz...  

Podniósł  się,  Kathrin  pomogła  mu,  podtrzymywała  go  za  ramię.  Był  bardzo  blady. 

Skrzywił się.  

– Dzięki, Craig. Craig odezwał się cicho: 
–  Chciałbym  was  oboje  przeprosić.  Przekonałem  się,  że  pieniądze  nie  mają  żadnego 

znaczenia dla tego, co was łączy. Przepraszam, że mogłem myśleć inaczej... a jeszcze bardziej 

za to, że to powiedziałem. Źle was osądziłem.  

Zapadła  cisza.  Po  chwili  Craig  i  Robb  klepnęli  się  po  plecach,  a  Kathrin  rzuciła  się 

Craigowi na szyję i uścisnęła go. Marya poczuła się jak intruz. Usiadła i zaczęła rozplątywać 
węzeł.  W  gardle  ją  dławiło.  Odkryła  w  Craigu  nowe  cechy:  kompetencję  i  opanowanie  w 
trudnych sytuacjach i umiejętność przyznania się do popełnionego błędu.  

Nie jest taki jak Tony. Tony wymigiwał się, uciekał od swoich błędów. Ona też była taką 

pomyłką.  

Craig roześmiał się.  
– To się robi tak.  
Podniosła oczy. Craig przyklęknął na trawie obok niej, zbyt blisko, żeby to nie miało na 

nią wpływu. Wykonał kilka zręcznych ruchów i węzeł na linie zniknął.  

– Aha, widzę.  
Odsunęła się nieco. Przez chwilę myślała, że Craig chce coś powiedzieć, ale pochylił się 

tylko i wyciągnął hak z ziemi.  

Przyglądała  się  napiętym  mięśniom  jego  rąk,  odwróciła  wzrok  i  zobaczyła  Kathrin  w 

objęciach  Robba.  Z  przerażającą  jasnością  uświadomiła  sobie,  że  uczucie,  które  ją  nagle 

background image

wypełniło, to zawiść. Zazdrościła Kathrin pewności, że kocha Robba i wie o jego miłości.  

Jakie to proste – pomyślała podnosząc się z ziemi. Ona sama była pewna tylko jednego, 

tego  dzikiego,  niepohamowanego  pożądania,  które  wzbudzał  w  niej  Craig.  Starała  się  nie 
pamiętać o jego ewentualnym wyjeździe.  

Robb zdecydowanie odmówił położenia się na noszach. Ruszyli w stronę osady. Kathrin 

podtrzymywała  go  z  jednej  strony,  Craig,  obwieszony  linami,  z  drugiej.  Marya  obarczona 
piknikowym koszykiem szła z tyłu i ciągnęła za sobą nosze.  

Doszli do Tj0rnuvik.  Kathrin  i  Craig nalegali, by zabrać Robba do szpitala.  Z Craigiem 

trudno było dyskutować. Wsiadł do samochodu, uchylił okno.  

– Mary o, jedziesz z nami? 
Potrząsnęła głową, gestem wskazała na leżący sprzęt.  
– Muszę to wszystko poodnosić na miejsce. Oboje wiedzieli, że to tylko wymówka. Craig 

uśmiechnął się z ironią.  

– To do zobaczenia, gdy wrócimy z Kathrin. Może – pomyślała Marya, zbierając nosze, 

liny  i  apteczkę.  Grethe  już  wróciła  do  domu.  Marya  musiała  opowiedzieć  jej  i  Magnusowi 
całą historię... Magnus był pełen dobrej woli, zaprosił ją nawet na partyjkę kart. Pomyślała, że 
tym się wymówi, jeśli Craig zechce się z nią zobaczyć.  

Dochodziła ósma, gdy przed domem zatrzymał się samochód. Na schodach rozległy się 

szybkie  kroki  i  na  progu  stanęła  Kathrin.  Od  razu  popatrzyła  na  Maryę,  jej  głos  był  pełen 
napięcia.  

– Craig chce z tobą rozmawiać.  
Marya nie ruszyła się z miejsca, tasowała karty.  
– Jak czuje się Robb? 
– Okazało się, że doznał małego wstrząsu. Boli go głowa i został w hotelu. Maryo, Craig 

czeka! 

Starała  się  nie  dostrzegać  palącego  wyrazu  błękitnych  oczu  Kathrin.  Powiedziała  z 

uporem: 

– Jeśli chce ze mną rozmawiać, to może tu przyjść.  
– Nie ma czasu, właśnie wyjeżdża! 
– Pograj za mnie. – Z trudem panowała nad sobą. – To nie potrwa długo.  
Kathrin zajęła jej miejsce, zrobiła groźną minę.  
– Tylko bądź dla niego miła! 
Marya żachnęła się,  wyszła na zewnątrz. Craig siedział w samochodzie, bębnił palcami 

po kierownicy. Siadając obok niego zauważyła, że zdążył się przebrać.  

– Podobno chcesz ze mną porozmawiać.  
– Maryo, muszę zaraz wyjechać – rzekł gwałtownie.  
–  W  hotelu  czekała  na  mnie  wiadomość.  Dzwoniłem  na  lotnisko,  wstrzymali  start, 

czekając na mnie. W ogóle nie powinienem tu przyjeżdżać, ale musiałem cię zobaczyć.  

Kochał się z nią, a teraz wyjeżdża. Historia się powtarza. Drżącą ręką sięgnęła do klamki, 

głos jej się zmienił, sama z trudnością go rozpoznawała. – Więc żegnaj, życzę miłej podróży.  

Gwałtownie szarpnął ją za rękę.  

background image

– Przestań! Wiem, co sobie teraz myślisz, że jestem taki sam jak Tony, masz to wypisane 

na twarzy. Przepraszam, że muszę wyjechać. Tak się fatalnie złożyło, ale gdy tylko załatwię 

swoje sprawy, wracam pierwszym samolotem, obiecuję.  

– Craig – poprosiła głosem pełnym bólu. – Proszę, przestań. Musisz wyjechać, więc jedź. 

Nie  potrzebujesz  udawać,  że  to  ci  nie  na  rękę.  I  nie  obiecuj,  że  pewnego  dnia  powrócisz. 
Prawdę mówiąc, wcale tego nie chcę.  

–  Szarpnęła  dłonią  klamkę,  starała  się  wyrwać  rękę  z  jego  uścisku.  –  Doceniam,  że 

chciałeś się ze mną pożegnać.  

– Wcale mnie nie słuchałaś. – Jego głos ją zmroził.  
– Nic nie mówiłem o pożegnaniu.  
– Więc lepiej zrób to teraz, bo spóźnisz się na samolot. – Znów spróbowała uwolnić rękę. 

– Jedź już! 

–  Pojadę  pod  jednym  warunkiem,  że  przez  pięć  minut  posłuchasz,  co  mam  ci  do 

powiedzenia.  

Pod dotykiem ściskających rękę jego palców jej ciało ożyło, jakby przebiegł je prąd. Nie 

dało się tego ukryć.  

– Craig, z jakichś niewiadomych powodów nie możemy się oprzeć, żeby się wzajemnie 

nie  dotykać.  I  to  jest  tak,  jakby  cała  ziemia  wtedy  drżała.  Tak  po  prostu  jest.  Ale  te  czułe 
słówka i propozycje małżeństwa możesz sobie darować.  

– Posłuchaj mnie! 
W jej oczach pojawił się przestrach.  
– Nie musisz też na mnie krzyczeć.  
– Jeśli to jedyny sposób, byś zaczęła mnie słuchać, to mogę nawet zedrzeć sobie płuca. 

Więc jak, słuchasz wreszcie? Czy tylko czekasz, kiedy przerwę, żeby znów zacząć swoje? 

– Słucham.  
–  To  dobrze.  –  Puścił  jej  rękę.  –  Kiedy  po  raz  pierwszy  zobaczyłem  cię  na  lotnisku  w 

Toronto,  pomyślałem,  że  jesteś  kwintesencją  wszystkiego,  czego  najbardziej  nie  lubię  u 

kobiet. – Rozszerzyła szeroko oczy, Craig uśmiechnął się cierpko. – Zaskoczyłem cię, co? W 
Toronto wyglądałaś jak bogata, delikatna, wielkomiejska dama. Zupełnie nie w moim typie. 
Po drugie: dowiedziałem się o Tonym, o La Roulade i podjętej przez dumną i dzielną kobietę 
zaciętej  walce  o  przeżycie  i  zrozumiałem,  skąd  wziął  się  twój  wygląd.  Po  trzecie,  tylko 
pamiętaj, że teraz ty mnie słuchasz: w ciągu tych trzech lat zamknęłaś się przed światem. Z 
powodu  jednego  mężczyzny  postanowiłaś  już  nigdy  więcej  żadnemu  nie  zaufać,  a  gdyby 
jeszcze był bogaty, to natychmiast o nim zapomnieć.  

Marya odwróciła głowę, zacisnęła dłonie na kolanach.  
–  Obiecałaś  słuchać  –  przypomniał  jej.  –  Zresztą  to  już  ostatnia  rzecz,  jaką  ci  chcę 

powiedzieć. Kiedy kochaliśmy się na wyspie, zrozumiałem, że naprawdę jesteś zupełnie inna. 
Odkryłem  w  tobie  kobietę  związaną  z  tą  odległą  wyspą,  namiętną,  zakochaną  w  morzu, 
kobietę,  dla  której  nie  liczą  się  pieniądze  ani  pozycja  społeczna.  Ona  jest  w  tobie,  Maryo, 
musisz tylko zechcieć ją uwolnić.  

– Skończyłeś? 

background image

Kącikiem oka dostrzegła, jak zacisnął palce na kierownicy, skóra na kostkach zbielała.  
– Jeszcze nie. – Nagle nie był już taki pewny siebie.  
Popatrzył na nią, w jego oczach malowało się cierpienie. – Maryo, kocham cię, taką, jaka 

jesteś naprawdę. Chcę się z tobą ożenić. Cofnęła się instynktownie.  

– W porządku, nie chcę cię ponaglać. Znamy się zaledwie siedem dni, choć trudno w to 

uwierzyć. Maryo. przyjadę, gdy tylko zakończę swoje sprawy, będziemy razem i poznamy się 
lepiej.  

– Nie przyjedziesz.  
Popatrzył na nią, zmienił się na twarzy.  
– Wierzysz w to, tak? – Skinęła głową, bojąc się, że jej głos nie zabrzmi przekonująco. 

Craig  ciągnął  z  desperacją:  –  Potrafię  wspinać  się  po  górach,  kierować  firmami  i  stawiać 
czoło nieprzyjaznym politykom... a jedna rudowłosa kobieta może zmienić cały mój świat i 
sprawić, że wszystko inne traci znaczenie.  

Walczyła  ze  sobą,  by  nie  chwycić  go  w  ramiona,  złagodzić  jego  napiętą  twarz,  ukoić 

ciało.  

– Craig – powiedziała bezbarwnym głosem – spóźnisz się na samolot.  
– To wszystko, co masz mi do powiedzenia? 
– Tak.  
Nie wiadomo było, skąd biorą się te słowa i co naprawdę znaczą.  
– Dobrze, rozumiem. Nie ma sensu, żebym tu wracał, jeśli nie chcesz mnie widzieć...  
– A co ze ślubem Robba i Kathrin? Zaśmiał się cierpko.  
– Pewnie machnę im przed nosem czekiem na milion dolarów i obiecam wytworny ślub 

w Vancouver.  Wtedy to  ty będziesz musiała zdecydować, czy zechcesz tam przyjechać,  czy 

nie.  

Przez  mgnienie  jej  oczy  zalśniły,  ale  płomień  szybko  zgasł.  Craig  odezwał  się  prawie 

zwyczajnym tonem: 

–  Wiesz,  co  w  tym  wszystkim  jest  najgorsze?  To,  że  nawet  nie  próbujesz  się  ze  mną 

spierać.  Gdybyś  na  mnie  krzyczała,  czułbym  się  lepiej,  miałbym  wtedy  jakąś  nadzieję. 
Gdybyś straciła panowanie nad sobą. Ale nie. Ty nawet nie masz zamiaru walczyć, prawda? 
Co mogła mu na to powiedzieć? 

– Żegnaj, Craig.  
–  Rybacy  mieli  rację...  strzeż  się  rudowłosej...  –  Popatrzył  przed  siebie  i  powiedział 

cicho: – Żegnaj, Maryo.  

Wysiadła, trzasnęła drzwiami i pobiegła po schodach. Zobaczyła, że opadł na kierownicę 

i przez kilka sekund nie poruszał się. Nie mogła tego znieść. Wtem wyprostował się, zapalił 
silnik i ruszył, nie oglądając się za siebie.  

Co ja zrobiłam? – przeraziła się. Na litość boską, co ja zrobiłam? 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Od odjazdu Craiga minęło kilka minut. Marya nadal stała oparta o ścianę. Dopiero teraz 

zdała sobie sprawę, że Craig użył całej siły przekonywania, by uzmysłowić jej sytuację. Nie 
posłużył  się jednak bronią, której  skuteczności  mógł  być pewien – własnym  ciałem. To, że 
tego nie zrobił, jeszcze bardziej skłaniało ją do płaczu.  

Kathrin otworzyła drzwi. Od razu zobaczyła Maryę, podbiegła ku niej.  
– Czy Craig... – Popatrzyła na nią badawczo. – Co się stało? Wyglądasz okropnie.  
– On odjechał.  
–  No  tak,  śpieszył  się  na  samolot.  Ale  przecież  wróci.  –  Kathrin  wyraźnie  była 

zadowolona z reakcji siostry. – Rozumiem, że ci przykro, ale ...  

– On już nie wróci. Nigdy. – Marya zadrżała słysząc własne słowa.  
Kathrin patrzyła na nią w milczeniu. W jej głosie zabrzmiało niedowierzanie.  
– Odrzuciłaś go? 
Marya ukryła twarz w kasztanowych włosach.  
– Ale dlaczego, Maryo, dlaczego? On jest stworzony dla ciebie! 
–  Bałam  się  –  wyznała  prawdę  Marya.  –  Nie  mogłam  znieść  myśli,  że  znów  nie  będę 

mogła się obronić, że może mnie skrzywdzi.  

– Wygląda na to, że sama sobie wyrządziłaś krzywdę.  
– Lepiej pocierpieć teraz niż przez następne trzy lata.  
– Jesteś niemożliwa! Jak możesz go porównywać z Tonym?! – Skrzywiła się. – Zresztą 

już dobrze, ‘chyba nie będziesz tu stać przez całą noc. Chodź do domu, zrobię ci herbaty.  

Nie  była  w  stanie  znieść  teraz  życzliwości  Grethe  i  badawczego  wzroku  Magnusa. 

Wymamrotała: 

– Pójdę się położyć.  
– Możesz jeszcze zadzwonić na lotnisko i zostawić dla niego wiadomość.  
– Proszę cię, przestań.  
–  Zobaczysz,  jeszcze  wszystko  będzie  dobrze.  –  Siostra  uścisnęła  ją  mocno.  –  Przyjdę 

niedługo.  

Marya  położyła  się  do  łóżka.  Leżąc  na  plecach  wyobrażała  sobie  trasę,  którą  teraz 

przemierza  Craig.  Poczuła,  że  płacze.  Ciężkie  łzy  powoli  spływały  po  policzkach.  Godzinę 
później, gdy do sypialni weszła Kathrin, Marya udała, że śpi.  

Gdy Tony odszedł, zostawiając ją w luksusowym hotelu w Toronto, nie miała czasu, by 

rozpaczać,  musiała  walczyć  o  przeżycie.  Teraz  miała  go  aż  za  dużo.  Mijały  kolejne  dni 
krótkiego lata, a ona wciąż myślała o Craigu.  

Myśli  o  nim  nie  opuszczały  jej  ani  na  chwilę.  Wydawało  jej  się,  że  towarzyszy  jej  w 

wyprawach na wzgórza, długonogi, zapatrzony w nią z zachwytem. Wieczorami, kiedy, żeby 
się czymś zająć, zaczynała robić na drutach, widziała jego zręczne palce zaplatające węzły na 
linach  nad  tamtym  urwiskiem.  Nie  miała  odwagi  zbliżać  się  do  nadbrzeża,  a  swoją  wyspę 
wymazała z pamięci.  

background image

Najgorsze  były  noce.  Wydawało  się  jej,  że  czuje  pod  dłonią  gładki  dotyk  jego  skóry, 

szorstkie  włosy  na  piersi,  widzi  szare  płonące  oczy,  gdy  zatapiał  się  w  nią  aż  do  utraty 
zmysłów.  

Spała mało, nie miała apetytu, więc schudła i wyglądała, jakby stale była zmęczona. Dwa 

tygodnie po wyjeździe Craiga Kathrin przypadkiem zastała ją w kuchni.  

– Maryo. – Zatroskała się. – Co się z tobą dzieje, marniejesz w oczach.  
Uwolniła się z uścisku.  
– Zostaw mnie.  
– To już trwa za długo. Dziś wieczorem zabieramy cię z Robbem na kolację do hotelu w 

Eidi.  

Marya unikała Kathrin i Robba, bo był bratem Craiga, ale i z innego powodu. Nie mogła 

znieść widoku bijącego od nich szczęścia.  

– Dziś wieczorem mam zamiar umyć głowę.  
– Możesz to zrobić po południu.  
– Wiesz co, Kathrin? Gdy myślę teraz o Tonym, to niczego nie czuję. To dziwne...  
Kathrin, jeśli chciała, potrafiła być bezlitosna.  
– Czy z Craigiem jest tak samo? 
– Nie – odparła cicho.  
– Kiedy wreszcie przyznasz się przed sobą, że go kochasz? 
– Nie, ja...  
– Maryo, obiecaj mi coś. Kiedy będziesz myć głowę, pomyśl chwilę o tym, co czujesz do 

Craiga.  

– Och, idź już sobie! 
Marya wyraźnie się ożywiła, policzki jej się lekko zaróżowiły. Kathrin uśmiechnęła się z 

zadowoleniem, spojrzała na zegarek.  

– Spóźnię się do pracy! 
Marya nalała sobie herbaty, usiadła w słońcu przy oknie. Objęła dłońmi kubek, na skórze 

czuła delikatny dotyk słońca. Spróbowała odegnać od siebie wszystkie myśli i skoncentrować 
się na Craigu. Jego palące szare oczy. Ciało, które dało jej taką rozkosz. Jego oczekiwania...  

Dopiero  teraz  z  olśniewającą  jasnością  zobaczyła,  jaki  naprawdę  był  Tony  – 

powierzchowny,  kochający  tylko  siebie.  W  przeciwieństwie  do  niego  Craig  miał  w  sobie 
jakąś budzącą zaufanie, ukrytą siłę i bezkompromisową uczciwość.  

Z  nagłym  przerażeniem  uświadomiła  sobie,  że  porównywała  Craiga  z  Tonym  tylko 

dlatego,  że  też  był  bogaty.  Jak  mogła  być  tak  zaślepiona?  Jak  mogła  być  tak  bezdennie 
głupia? 

Herbata  ostygła,  słońce  przesunęło  się  dalej  i  pozostawiło  ją  w  cieniu.  Nic  do  niej  nie 

docierało. Zatopiła się w rozmyślaniach o Craigu, wypełniały ją uczucia, które rozpoznała bez 
zaskoczenia  –  to  była  miłość.  Kathrin  miała  rację,  kochała  Craiga.  Obudził  w  niej  miłość, 
przed  którą  nie  było  odwrotu,  która  była  wieczna  i  nieuchronna  jak  przypływy  i  odpływy 
oceanu, jak dzikie ptaki łączące się w pary na wysokim, urwistym brzegu...  

Uspokojona,  z  zamyślonym  uśmiechem  na  twarzy,  siedziała  nieruchomo  w  kuchni,  gdy 

background image

Magnus  przyszedł  na  obiad.  Zupełnie  zapomniała,  że  miała  przygotować  coś  do  jedzenia. 
Magnus nalał wody do czajnika.  

– Wyglądasz jakoś inaczej.  
Po raz pierwszy od odjazdu Craiga jej twarz rozjaśnił szeroki uśmiech.  
– Tato, jestem zakochana.  
– W kim? 
– No, w Craigu.  
– Mówisz o tym, którego odesłałaś dwa tygodnie temu? 
Jej uśmiech zgasł. Rzeczywiście odesłała Craiga, ze strachu odepchnęła go od siebie. Już 

prawie o tym zapomniała.  

Straciła pewność siebie.  
– Może jeszcze wróci.  
– Nie on. Czy to ostatni bochenek chleba? 
– No to napiszę do niego – odrzekła z uporem. – Tato, drugi bochenek masz przed nosem.  
– Aha, dobrze. To nie może być zwykły list.  
Kiedy  zamówili  kolację  w  małym  hotelu  wychodzącym  na  czerwone  i  zielone  dachy 

miasteczka i spokojny port w Eidi, Marya od razu poprosiła Robba o adres Craiga.  

– Oczywiście mogę ci podać jego domowy adres, ale to raczej mało prawdopodobne, że 

go tam zastaniesz.  

– Czy to znaczy, że zatrzymuje się w Vancouver, kiedy ma jakieś ważne spotkania? 
Robb popatrzył na nią dziwnie.  
– Co właściwie Craig powiedział ci o swojej pracy? Zarumieniła się. Nigdy go o to nie 

pytała.  

– Craig założył i kieruje wyjątkowo aktywną i przez niektórych szczególnie źle widzianą 

organizacją ekologiczną.  

– Myślałam, że pracuje dla waszego ojca w Northwest Foresty.  
–  Już  od  dawna  nie.  A  ta  jego  grupa  bardzo  często  występuje  przeciwko  ojcu.  Craig 

musiał wszystko rzucić i natychmiast wracać, by w sądzie wystąpić w obronie dużej doliny w 
północnej części Kolumbii Brytyjskiej, której zagraża całkowity wyrąb lasu.  

– Czy można go jakoś złapać telefonicznie? 
–  Słuchaj,  jednego  dnia  Craig  jest  w  sądzie,  następnego  leci  samolotem  na  północ  i  w 

leśnych  osadach  bierze  udział  w  zebraniach.  Nie  wysiaduje  w  wytwornie  umeblowanym 
gabinecie ubrany w elegancki garnitur.  

Robb nieomal cytował jej własne myśli.  
– Okropnie się pomyliłam w jego ocenie – przyznała Marya ze skruchą. – Jak mam mu to 

powiedzieć? 

– Wcześniej czy później Craig skontaktuje się ze mną – odparł Robb i dodał z pewnym 

ociąganiem. – To, co on robi, może być niebezpieczne. Chodzi o duże pieniądze, a niektóre 
firmy nie przebierają w środkach.  

Oczami wyobraźni ujrzała Craiga w szarych zniszczonych sztruksach, otoczonego kołem 

ponurych mężczyzn. Zaciskali pięści i podchodzili coraz bliżej...  

background image

Wyszeptała z pobladłą twarzą: 
– Czy on do ciebie zadzwoni? 
– Zwykle tak robi, ale nieczęsto ma dostęp do telefonu.  
– Jeśli zadzwoni, to proszę, powiedz mu, że zrobiłam błąd, każąc mu odjechać. Powiedz 

mu, że mi przykro.  

–  Dobrze.  Nie  bądź  taka  zmartwiona,  Maryo.  Craig  jest  dorosły  i  od  dawna  sam  się  o 

siebie troszczy.  

Opowiadał o walce toczonej przez Craiga z ojcem. Zanim się zorientowała, wypiła kawę 

ze  śmietanką,  a  czekoladowy  tort  zniknął  z  jej  talerzyka.  Tej  nocy,  mimo  kofeiny,  spała 
najlepiej od czasy wyjazdu Craiga. Wiedziała, że prędzej czy później dotrą do niego jej słowa. 

Wtedy zrozumie, że zmieniła zdanie i chce go zobaczyć... Czy na pewno zrozumie? 

 
Mijały  dni.  Marya  czekała  na  jakiś  znak  od  Kathrin,  że  Robb  rozmawiał  z  bratem. 

Codziennie  napotykała  błękitne  oczy  siostry  patrzące  na  nią  ze  współczuciem.  Wtedy 
chwytała za druty – teraz robiła sweter dla Craiga – i starała się skupić na skomplikowanym 
wzorze.  

Któregoś  ranka  smażyła  właśnie  jajecznicę  dla  Magnusa,  a  Kathrin  szykowała  się  do 

pracy,  gdy  naraz  rozległo  się  stukanie  do  drzwi.  Na  progu  stał  siedmioletni  wnuczek  pani 
Rasmussen przejęty swoją misją.  

– Telefon, u mojej babci! – Brudnym paluszkiem wskazał na Maryę. – Do niej. Z Kanady 

– To na pewno Craig! – wykrzyknęła Kathrin. – Maryo, biegnij! Zostaw tę patelnię! 

Marya stała jak sparaliżowana.  
– Myślisz, że to on? 
– Jestem pewna, że to nie Tony... Maryo, no leć już! Puściła się biegiem między domami, 

boso, w szarej podomce, rudy warkocz uderzał ją po plecach. Pani Rasmussen czuwała przy 

telefonie.  

– To mężczyzna – syknęła. – Nie dosłyszałam nazwiska. Może to ten blondyn, z którym 

kiedyś byłaś nad rzeką? 

Marya  cieszyła  się,  że  pani  Rasmussen  słabo  zna  angielski.  Podniosła  słuchawkę,  nie 

mogła złapać tchu.  

– Halo! 
W słuchawce coś zatrzeszczało.  
– Halo! – Chyba się rozłączył, pomyślała z rozpaczą.  
– Maryo, czy to ty? Chciałbym mówić z Maryą Hansen... czy pani mnie słyszy? 
– To ja, Marya! – Jej własne słowa powróciły do niej jak echo.  
– O Boże! – To był głos Craiga. – Czy to naprawdę ty? 
Każde słowo odbijało się echem, musiała wytężać słuch.  
– Tak, to ja! 
– Prosiłem tę starszą... – Kolejny trzask. – Ten chłopiec przynajmniej coś zrozumiał... – 

Znów trzeszczało – ... jak ty? 

– Połączenie jest fatalne – krzyknęła. – Z tego, co mówisz, słyszę tylko jedną czwartą.  

background image

Poprzez nawracające echo i trzaski doszło do niej tylko jedno słowo.  
– Czwartą? 
– Nieważne! Craig, kocham cię.  
Do trzasków dołączył przeraźliwy warkot.  
– ... tydzień, Maryo, słyszysz mnie? Chyba zwariuję przez ten telefon! 
To  zdanie  oczywiście  usłyszała  doskonale.  Za  wszelką  cenę  chciała,  by  jej  słowa,  te 

słowa najważniejsze w życiu, dotarły do niego.  

– Craig, kocham cię, słyszysz mnie? Zrobiłam błąd, że pozwoliłam ci odjechać... Kocham 

cię! 

– ... kocham cię... – powtórzyło echo.  
– Do diabła! – zaklął Craig. – Maryo, czy nadal jesteś...  
Wykrzyknęła z całej siły: 
– Kocham cię! – Oczy pani Rasmussen rozszerzyły się z zadowolenia.  
– Co ty powiedziałaś? 
– Kocham cię! Kocham cię! Kocham cię! 
– ... to prawda? 
Rozległ się jeszcze silniejszy trzask i połączenie się przerwało.  
– Craig – powtórzyła z rozpaczą – Craig, jesteś tam? O Boże, rozłączył się, co mam teraz 

zrobić? 

W słuchawce nadal panowała cisza. Nagle zdała sobie sprawę z dzielącej ich odległości. 

Cały ocean, tysiące kilometrów.. Wcale nie wiedziała, czy ją usłyszał.  

–  Ach,  jakie  to  romantyczne  –  westchnęła  pani  Rasmussen.  –  Pamiętam,  kiedy  mój 

pierwszy mąż...  

Marya słuchała jednym uchem, przyciskała słuchawkę w nadziei, że siłą woli sprawi, iż 

znów usłyszy głos Craiga.  

– Poczekaj jeszcze chwilę – poradziła pani Rasmussen. – Może jeszcze raz się połączy. 

Pięknie wyglądasz w tej podomce.  

Była w niej, gdy Craig całował ją w kuchni Magnusa...  
Wypiła  nie  chcianą  herbatę  i  z  trudem  przełknęła  kawałek  ciasta.  Odpowiadała  coś  na 

pytania  sąsiadki.  W  duchu  modliła  się,  by  telefon  jeszcze  raz  zadzwonił.  Niestety,  nie 
odezwał się więcej.  

Półtorej godziny później wróciła do domu.  
Kathrin i Robb zamierzali wziąć ślub w średniowiecznym kościółku w Kirkjubour. Robb 

zaprosił Kathrin, Maryę, Grethe i Magnusa na kolację do jednego z hoteli w Torshavn. Potem 
mieli pojechać obejrzeć kościół.  

Marya starała się nie myśleć o Craigu, zresztą nie zadzwonił więcej. Nawet cieszyła się 

na  ten  wyjazd  do  Kirkjubaur.  Nie  była  tam  z  Craigiem,  więc  to  miejsce  nie  budziło  w  niej 
żadnych  wspomnień.  Założyła  wyciętą,  letnią  suknię,  a  ramiona  okryła  ręcznie  tkanym 
szalem. Wchodziła do kuchni Grethe, gdy nagle ziemia zachwiała się jej pod nogami.  

Z salonu dobiegł ją głos Robba. Stała jak przymurowana.  
– Kathrin właśnie dzwoniła na lotnisko w Vagar i Craiga nie było na pokładzie.  

background image

– Przecież powiedział, że przyleci – przerwała Grethe. – Więc gdzie on jest? 
– Coś musiało go zatrzymać. Następny samolot jest dopiero jutro.  
Kathrin była wyraźnie przestraszona.  
–  Może  coś  mu  się  stało?  Robb,  sam  mówiłeś, że  są  tacy,  którzy  mogą  się  posunąć  do 

ostateczności.  

Robb też był zgaszony.  
–  W  hotelu  spróbuję  się  skontaktować  z  firmą,  może  będą  wiedzieć,  czy  opuścił 

Vancouver zgodnie z planem. Na razie ani słowa Maryi, niepotrzebnie się zdenerwuje. Niech 
dalej sądzi, że to tylko rodzinne wyjście.  

Marya wycofała się na palcach. Czyli kolacja była zaplanowana nie na pięć, ale na sześć 

osób.  

Oczyma  wyobraźni  zobaczyła  go  otoczonego  przez  bandę  podejrzanych  typów.  Craig 

pada pod ich ciosami... Zabrakło jej tchu w piersi i mocno zamknęła oczy, chcąc odegnać od 
siebie tę przerażającą wizję. To tylko pogorszyło sprawę.  

Wbiła  paznokcie  w  dłonie.  Musi  przestać,  w  ten  sposób  doprowadzi  się  do  obłędu. 

Odepchnęła  natrętne  obrazy.  W  duchu  prosiła  Boga,  by  zechciał  wziąć  go  w  swoją  opiekę. 
Ujęła klamkę, spróbowała przybrać normalny wyraz twarzy.  

– Jesteście gotowi? 
Kathrin wychyliła głowę z salonu.  
– Już czekamy! – Chyba niczego się nie domyśliła po twarzy siostry. – Świetnie ci w tej 

sukience.  

Kathrin pojechała z Robbem, a Marya zabrała Grethe i Magnusa. Pominęła milczeniem 

fakt,  że  na  stole  jest  sześć  nakryć,  a  gdy  Robb  po  krótkiej  nieobecności  wrócił  do  nich  i 
nieznacznie potrząsnął głową w stronę Kathrin, udała, że niczego nie zauważyła. Odwróciła 
się plecami do okna, z którego rozciągał się widok na port.  

Zamówiła  kaczkę  i  zajęła  się  ożywioną  rozmową  z  Magnusem  i  zachwyconą 

nieoczekiwanym  wyjściem  Grethe.  Jedzenie  chyba  było  dobre  i  nawet,  na  wyraźne  żądanie 

Kathrin, wmusiła w siebie obfity deser.  

Maleńka osada Kirkjubeur przycupnęła nad brzegiem morza. Z wody wyłaniało się kilka 

wysp, skąpanych  w złotym świetle zachodzącego słońca.  Prosty,  pobielony wapnem  kościół 
stał tuż przy kamienistej plaży.  Za nim ciągnęły  się kamienne mury  katedry, rozpoczętej w 
trzynastym  wieku  i  nigdy  nie  ukończonej.  Przez  jej  otwarte  sklepienie  widać  było  niebo, 
wysoko w górę wznosiły się łuki okien.  

Marya  szła  za  resztą,  nieuważnie  słuchała  szczebiotania  siostry  i  odpowiedzi  Robba. 

Grethe zajęła się planowaniem wesela, Magnus też był ożywiony.  

W końcu postanowili wracać.  
–  Pojedźcie  jednym  samochodem  –  poprosiła  Marya.  –  Tak  tu  spokojnie,  chciałabym 

jeszcze chwilę zostać.  

Nie czekając na odpowiedź, odwróciła się i ruszyła w stronę katedry. Z ulgą usłyszała, że 

głosy się oddalają, zadźwięczał klakson i samochód odjechał. Pomachała w ich stronę.  

Czerwonobiała krowa pasła się na trawie przed katedrą. Szerokie na prawie półtora metra 

background image

mury  były  pokryte  niebieskozielonymi  porostami.  Weszła  do  środka.  Dorodne  pędy 
arcydzięgla  pięły  się  w  załamaniach  ścian,  a  kamienne  mury  były  poprzetykane  zielonymi 
kępkami zielska. Panujący tu przenikliwy chłód i trwająca od stuleci cisza nie przyniosły jej 
ukojenia.  

Otuliła  się  szczelniej  szalem,  wyszła  na  zewnątrz.  Między  kamieniami  dzika  kaczka 

nawoływała młode, delikatne fale marszczyły spokojną i pżowo-złotą toń wody.  

Usiadła,  opierając  się  o  białą  ścianę  kościoła,  na  policzkach  czuła  ciepło  ostatnich 

promieni  słońca;  gdy  zamknęła  oczy,  złote  światło  przeświecało  przez  powieki.  Nic  nie 
zakłócało ciszy, słyszała własny oddech.  

Nagle  ogarnął  ją  długo  tłumiony  niepokój.  Dopiero  teraz  zdała  sobie  sprawę,  że  znów 

stała się bezbronna. To tego się bała od pierwszej chwili, gdy poznała Craiga, i dlatego przed 
nim uciekała. Uciekała, bo wiedziała, że miłość ma swoją cenę.  

Kochała Craiga, kochała go całym sercem. Jeżeli coś było w stanie go ochronić i sprawić, 

by powrócił do niej, to była to tylko siła miłości.  

Czas  mijał.  Gdy  wreszcie  otworzyła  oczy,  słońce  schowało  się  już  za  urwiste  brzegi 

wyspy, trawa stała się chłodna i wilgotna. Marya poczuła się bardzo zmęczona, ale czuła, że 
wygrała  coś  bardzo  cennego.  Miała  pewność,  że  ta  miłość  jest  czymś  najważniejszym  w 
życiu, czymś dużo bardziej istotnym niż ciosy, które mogą ją spotkać.  

Za drewnianymi zabudowaniami trzasnęły drzwiczki samochodu. Uświadomiła sobie, że 

to  właśnie odgłos jadącego auta przywrócił ją do rzeczywistości.  Skrzywiła się z niechęcią, 
nie chciała, by ktoś zakłócił tę chwilę i jej z takim trudem osiągnięty spokój.  

Wychodzącego  zza  rogu  mężczyznę  powitała  nieprzyjazną  miną.  Craig  zatrzymał  się, 

uniósł brwi.  

– Dokładnie tak samo wyglądałaś w Toronto, gdy zobaczyłem cię po raz pierwszy.  
Szok,  niedowierzanie  i  lęk  przemknęły  jej  po  twarzy  i  ustąpiły  miejsca  gwałtownemu 

uczuciu szczęścia. Wyprostowała się, mocno oparła o ścianę, serce biło jak szalone.  

–  Czy  to  sen?  –  wyszeptała.  –  Czy  jesteś  naprawdę?  Podszedł  bliżej,  zatrzymał  się  i 

przykucnął na trawie tuż obok niej. Był ubrany w sportowe spodnie i ciemnozieloną bluzę z 
długim rękawem. Pod oczami miał ciemne kręgi.  

– Ściąłeś włosy.  
– Już o tym zapomniałem. – Uśmiechnął się. – Cześć, rudowłosa.  
Był  tu  naprawdę,  jej  modlitwy  zostały  wysłuchane.  Przepełniła  ją  pomieszana  z 

wdzięcznością radość. Uśmiechnęła się do niego.  

– Witaj w domu, Craig.  
– Dom jest tam, gdzie ty jesteś. – Oparł dłonie o mur po obu stronach jej głowy, pochylił 

się  i  pocałował  ją.  Jej  zimne  od  wieczornego  chłodu  wargi  były  miękkie,  wilgotne, 
nienasycone...  Koniuszkiem  palca  przeciągnął  po  linii  jej  ust.  –  Tak  czekałem  na  tę  chwilę, 
czasami myślę, że minęły lata... Maryo, wyjdziesz za mnie? 

– Tak.  
Wzruszyła ją czułość w jego oczach.  
– Kobieta, której wystarczy tylko kilka słów.  

background image

– To chyba dobre słowo? 
–  Najlepsze...  chyba  zasłużyliśmy  na  pocałunek.  Tym  razem  całował  ją  mocniej, 

namiętniej,  obudziły  się  wspomnienia...  Przeciągnął  wzrokiem  po  jej  twarzy  tak,  jakby  do 
niego należała. To się jej spodobało.  

–  Teraz  chyba  powinienem  powiedzieć,  że  jesteś  piękniejsza,  niż  pamiętam.  Jesteś 

piękna. Ale też jesteś blada jak upiór i o wiele za szczupła.  

Przesunęła palcami po jego policzkach, musnęła drobne zmarszczki w kącikach oczu.  
– Jesteś zmęczony.  
–  Tak.  W  Toronto  mieli  dwie  godziny  opóźnienia,  a  na  lotnisku  w  Londynie  był  alarm 

bombowy i straciłem połączenie.  

– Przypadkiem usłyszałam rozmowę Robba z Kathrin i wiedziałam, że masz przyjechać... 

Już sobie myślałam, że leżysz gdzieś w jakichś chaszczach pobity przez drwali.  

– Jest wielu, którzy chętnie by to zrobili – odrzekł spokojnie. – Ale schodzę im z drogi. 

Mam jeszcze parę spraw, przed których zakończeniem nikt mnie nie powstrzyma, Maryo.  

Uśmiech znów rozjaśnił jej twarz, była niemal pewna, że to ją miał na myśli, mówiąc o 

nie zakończonych sprawach.  

– Więc w końcu jak się tu dostałeś? 
– Wyczarterowałem samolot.  
–  Och,  Craig,  jak  to  cudownie  znów  cię  widzieć!  Tak  mi  przykro,  że  kazałam  ci 

wyjechać. Dopiero gdy odjechałeś, zrozumiałam, jaki naprawdę jesteś. Może to musiało tak 
być. Kiedy byłeś tuż obok mnie, na wyciągnięcie ręki, to  było  zbyt  blisko – spojrzała spod 
rzęs  –  i  za  bardzo  mnie  rozpraszałeś.  Wyrządziłam  ci  krzywdę,  porównując  cię  z  Tonym. 
Przepraszam cię.  

–  Wybaczam  ci.  Jeśli  tu  w  ogóle  jest  coś  do  wybaczenia.  Wszystko  działo  się  zbyt 

szybko, a ja tak się bałem, że mogę cię utracić.  

– Wiem od Robba, czym się zajmujesz. Znów powinnam cię przeprosić, że sama nigdy 

cię o to nie zapytałam. Czy ta sprawa zakończyła się tak, jak chciałeś? 

– W końcu tak. Ale nie było to łatwe i wszystko mogło potoczyć się inaczej. – Odgarnął 

jej włosy z czoła. – Czy masz coś przeciwko temu, czym się zajmuję? 

– Tylko wtedy, jeśli to jest dla ciebie niebezpieczne.  
– Żadne zagrożenie nie da się porównać z tym, że mógłbym ciebie utracić. Jeszcze nigdy 

w  życiu  nie  bałem  się  tak  jak  tej  nocy,  gdy  w  Vagar  wsiadałem  do  samolotu,  którym 
oddalałem się od ciebie.  

– Kazałam ci wyjechać, bo bałam się, że znów zostanę skrzywdzona, że porzucisz mnie i 

zostanę sama. Więc odepchnęłam cię pierwsza. – Ciągle była zasępiona. – Teraz wiem, że nie 
jesteś taki jak Tony. Wiedziałam już wtedy, ale nie chciałam tego przyznać. Ty nigdy byś nie 
porzucił mnie tak jak on.  

– Nie.  
– Dopiero słysząc Robba zdałam sobie sprawę, jak pełne niebezpieczeństw jest życie. A 

jeśli kogoś kochasz, stajesz się bezbronny. – Dokończyła z przekonaniem: 

– Ale miłość jest tego warta. Tego mnie nauczyłeś.  

background image

–  Lepiej  późno  niż  wcale.  Maryo,  oboje  jesteśmy  bezbronni.  Taka  jest  cena  miłości.  – 

Zawahał się.  

–  Szkoda,  że  mieszkam  tak  daleko.  Ale  będziesz  ?  mogła  przyjeżdżać  tu,  gdy  tylko 

zechcesz, a Kathrin i Robb będą blisko.  

– Z tobą mogłabym zamieszkać nawet na pustyni Gobi.  
– Mam nadzieję, że to nie będzie potrzebne. – Objął ją mocniej, pogładził otulone szalem 

ramię. – Możemy mieć podwójny ślub z Kathrin i Robbem.  

– W tym kościele tuż za nami.  
–  Im  szybciej,  tym  lepiej  –  zamruczał.  –  Nie  możemy  pójść  do  hotelu,  bo  wszyscy  cię 

znają.  Domy  Magnusa  i  Grethe  odpadają.  A  tutaj,  pomijając  już  skrupuły,  że  jesteśmy  pod 
kościołem, jakaś krowa przygląda się nam zza węgła.  

– Zawsze jeszcze zostaje tamta wysepka. Módl się, żeby morze było spokojne.  
Nagle Craig zmienił ton.  
– Maryo, kocham cię... kocham cię bardziej, niż potrafię powiedzieć. Do końca życia nie 

przestanę cię kochać.  

Wzruszona do głębi wyszeptała: 
– Ja też cię kocham.  
Pocałował ją mocno, poczuła na sobie jego ciężar. Gdy wreszcie ją puścił, serca biły im 

mocno, oczy rozjaśniał dziwny blask.  

– Słowa nie wystarczą. – Głos jej drżał – Craig, tak cię kocham.  
Uśmiechnął się do niej, pomógł wstać.  
– Wróciłem, bo nie mogłem sam wytrzymać, a Robb alarmował, że marniejesz w oczach. 

I  dlatego,  że  byłem  niemal  pewny,  iż  powiedziałaś  te  słowa  przez  telefon.  Maryo,  czy 
powiedziałaś to? 

–  Oto,  co  powiedziałam.  –  Odrzuciła  głowę  i  zawołała  z  całej  siły:  –  Kocham  cię! 

Kocham cię! Kocham cię! 

– Nie dziwię się już, że nas rozłączyli! 
– Teraz cała osada wie, że jestem zakochana.  
– Więc chodźmy i ogłośmy nasze zaręczyny. Objęci wpół zaczęli wspinać się po zboczu. 

Krowa  podeszła  bliżej  kościoła  i  zaczęła  skubać  wyrastającą  tuż  przy  murze  trawę.  Na 
spokojnej  toni  morza  złoto  zamigotały  ostatnie  różowe  blaski  zachodzącego  słońca.  Kraina 
dobrej nadziei... Tak, ten kto pierwszy tak nazwał to miejsce, miał rację.