background image

Jean Evans 

 

Na każde zawołanie 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

– Mamo, mamo, spójrz! Skaczę do nieba! 
Beth Jardine z uśmiechem pomachała ręką córeczce i wymieniła rozbawione spojrzenia z 

matką.   

– Rozsadza ją energia – zauważyła. – Skąd ona bierze siły w taki upał? Swoją drogą jest 

tak gorąco, jakby był środek lata, a nie początek jesieni...   

Annę Frazer powachlowała się gazetą.   
–  Niesamowite.  Wspaniała  pogoda  na  kiermasz,  prawda?  A  rano  wyglądało,  że  będzie 

padać.   

Beth skinęła głową.   
– Pogoda sprzyja organizatorom, na pewno zbiorą dużo pieniędzy. A na co właściwie jest 

przeznaczona ta dzisiejsza zbiórka? – zapytała.   

– Chcą zorganizować ośrodek kultury przy ratuszu – wyjaśniła jej matka. – Mówi się o 

tym  od  paru  lat.  Strasznie  mi  się  zachciało  pić  –  dodała.  –  Ojciec  i  Sophie  też  na  pewno 
chętnie napiliby się czegoś zimnego.   

– Jak tylko skończą zabawę, przeniesiemy się w cień i pójdę po coś do picia – obiecała 

Beth, patrząc w stronę córki wznoszącej z dziadkiem zamek z piasku.   

Malutka nagle zerwała się i podbiegła do niej.   
– Sophie! – Beth złapała ją w ramiona i mocno przytuliła – Ale jesteś spocona! Strasznie 

się zgrzałaś.   

Odsunęła  dziecku  mokre  kosmyki  z  czoła  i  uniosła  oczy  na  ojca.  Mała  natychmiast 

uwolniła się z jej objęć.   

Paul  Frazer  podszedł  i  ciężko  opad!  na  trawę  obok  nich.  Na  chwilę  przyłożył  dłoń  do 

piersi i Beth uświadomiła sobie, że ostatnio już kilka razy widziała u niego ten gest. Chciała 
go zapytać, jak się czuje, ale ugryzła się y$ język. Lepiej będzie to zrobić, kiedy zostaną sami.   

–  Pójdę  po  coś  do  picia  –  oświadczyła.  –  A  ty  sobie  odpocznij,  tato.  Sophie  cię 

wykończyła.   

– Wcale nie jestem zmęczony – zaprzeczył, ale mu nie uwierzyła.   
Obrzuciła wzrokiem  dziadków zapatrzonych  w zrywającą stokrotki wnuczkę.  Wyglądali 

na takich szczęśliwych...   

Niedawno matka pisała jej, że ojciec niezbyt dobrze się czuje. „To pewnie wina pogody, 

ale  bardzo  szybko  się  męczy  i  ma  kłopoty  z  oddychaniem,  zresztą  niedawno  przechodził 
grypę”.  Już  wtedy  się  zaniepokoiła.  Była  lekarzem,  ale  kiedy  zaczynał  niedomagać  ktoś  z 

rodziny, traciła zawodowy spokój.   

Potem  przeprowadziła  się  do  Kornwalii,  aby  być  bliżej  rodziców.  Miała  nadzieję,  że 

dostanie  pracę  i  zostanie  tu  na  zawsze.  Wstępna  rozmowa  z  doktorem  Douglasem 
Reynoldsem,  kierownikiem  przyszpitalnej  przychodni,  pozwalała  optymistycznie  patrzeć  w 
przyszłość.   

– Kiedy tak sobie siedzimy... – głos matki wyrwał ją z zamyślenia – jestem szczęśliwa, że 

background image

przeprowadziłaś  się  do  Pengarrick.  Ojciec  bardzo  kocha  Sophie,  ja  zresztą  też.  Nie 
wyobrażamy sobie bez niej życia. Jest taka śliczna.   

Beth z dumą spojrzała na córkę.   
–  Czuje  się  tu  bardzo  dobrze.  Duże  miasto  nie  jest  odpowiednim  miejscem  dla  małego 

dziecka.   

–  Tutaj  jest  stale  na  świeżym  powietrzu,  ma  blisko  szkolę  i  na  pewno  szybko  znajdzie 

przyjaciół. – Annę nagle zatroskała się. – Wasz dom może nie jest duży, ale...   

– Dla nas wystarczy – dokończyła za nią Beth – a Sophie i tak większość czasu spędza w 

ogródku. Już postanowiła, że chce mieć huśtawkę i królika.   

Annę westchnęła.   
– Na szczęście wszystko  jakoś się ułożyło. Przyszła do siebie po tym  wypadku i  chyba 

niewiele pamięta. Jak pomyślę, że spędziła w szpitalu prawie dwa miesiące...   

Beth nie zamierzała przywoływać przykrych wspomnień.   
– W tym wieku szybko się zapomina. Była bardzo mała.   
– Najgorsze już za wami. – Annę potrząsnęła głową, jakby chciała raz na zawsze odegnać 

przeszłość. – Macie teraz własny dom, dostaniesz pracę i wszystko zaczniecie od nowa Córka 
machnęła ręką.   

– Praca nie jest taka pewna, mamo. Zamieniłam z doktorem Reynoldsem tylko kilka stów. 

To nic nie znaczy. Czeka mnie jeszcze rozmowa kwalifikacyjna.   

Matka zbagatelizowała jej obawy.   
– To zwykła formalność, kochanie.   
– Matka ma rację – wtrącił Paul. – Jesteś świetnym lekarzem. Byliby głupi, gdyby się na 

tobie nie poznali.   

–  Nie  można  też  wykluczyć  –  zmrużyła  kpiąco  oko  Beth  –  że  jako  moi  rodzice,  nie 

jesteście w tej sprawie zbyt obiektywni...   

Ojciec wzruszył ramionami.   
– Mamy prawo, jesteś naszą ukochaną, bardzo dzielną córeczką. Przeżyłaś ciężkie chwile, 

a mimo to potrafisz się uśmiechać. To godne szacunku, kochanie.   

Beth poczuła dławienie w gardle.   
– Wiesz dobrze, że bez was nie dałabym sobie rady – szepnęła.   
– Tak czy inaczej – zakończył ojciec – dobrze jest mieć was tutaj przy sobie. Można się 

wami opiekować.   

Beth skinęła głową.   
– Owszem, ale ja jestem już dorosła, tatusiu. Mam dwadzieścia dziewięć lat.   
Uśmiechnął się do niej.   
– Dla nas stale jesteś dzieckiem, prawda, Annę? Matka skinęła głową, a Beth roześmiała 

się dźwięcznie.   

– Jesteście bardzo kochani. Zaraz przyniosę wam coś do picia. W namiocie z napojami 

chyba się nieco przerzedziło.   

Jej nadzieje okazały się płonne. W namiocie wiła się kolejka, ale przynajmniej czekało się 

w cieniu.   

background image

Beth odrzuciła włosy na ramiona i uśmiechnęła się do siebie. Prawdziwe wakacje; czuła 

się lekka i radosna, a jej córeczka świetnie się bawiła. Czegóż można pragnąć więcej? 

Dobrnęła  do  lady,  poprosiła  o  napoje? zapłaciła  i  ostrożnie  ujęła  duże  plastikowe  kubki 

wypełnione po brzegi. Odwróciła się i...   

Gwałtownie  zderzyła  się  ze  stojącym  tuż  za  nią  mężczyzną.  Zachwiała  się, 

pomarańczowy płyn chlusnął z kubków, silne męskie ramię przytrzymało ją w talii.   

–  Wszystko  w  porządku?  –  usłyszała  zaniepokojony  głos  i  poczuła  na  sobie  uważne 

spojrzenie niebieskich oczu.   

Jego dotyk pozostawił po sobie jakieś dziwne ciepło, które szybko rozeszło się po całym 

jej ciele.   

– Tak... – wyjąkała. – Przepraszam, nie wiem, jak to się stało...   
Uniosła głowę i spojrzała na nieznajomego. Był bardzo wysoki i opalony, a na jego białej 

koszulce widniały rozległe pomarańczowe plamy.   

– Strasznie mi przykro, przepraszam... – Beth zaczerwieniła się gwałtownie. – To moja 

wina.   

–  Nic  się  nie  stało  –  uspokoił  ją.  –  Po  prostu  stanąłem  zbyt  blisko  i  kiedy  pani  się 

odwróciła, wpadła pani na mnie.   

Ujął ją za łokieć i wyprowadził z kolejki.   
– Może mogłabym coś zrobić – bąknęła potwornie zmieszana. – Uprać albo wytrzeć...   
Poczuła na sobie jego rozbawione spojrzenie. Wyjął z jej drżących rąk jeden z kubków.   
– Pomogę pani, tak będzie bezpieczniej.   
– To wszystko przez ten upał – próbowała jakoś się tłumaczyć. – I tak dobrze, że to nie 

była gorąca herbata – dodała bez sensu i sama się uśmiechnęła.   

–  Jakoś  przeżyję.  –  Mężczyzna  odpowiedział  jej  uśmiechem  i  zrobiło  jej  się  słabo. 

Zupełnie jakby upał nagle stał się nie do zniesienia. – Wyjdźmy stąd, na zewnątrz jest nieco 
chłodniej.  –  Poprowadził  ją  do  wyjścia  z  namiotu  i  poczuła  lekki  powiew  wiatru  na 
policzkach.   

Postawiła kubki  na najbliższym  stoliku  i  wytarła  mokre dłonie serwetką,  którą podał  jej 

nieznajomy.   

Miał ciemne, krótko ostrzyżone włosy i nagle zapragnęła pogłaskać go po głowie. Chyba 

oszalała! Co się jej stało? Zdenerwowana ujęła jeden z kubków i pociągnęła spory łyk.   

Stojący obok niej mężczyzna przyglądał jej się z zainteresowaniem.   
– Nigdy tu pani nie widziałem – odezwał się po chwili. – Pracuje pani w okolicy? 
Przecząco pokręciła głową.   
– Jeszcze nie, na razie szukam pracy.   
– Jakiej, jeśli można zapytać? 
– Jestem lekarzem. Uniósł brwi.   
– Chciałaby pani pracować w szpitalu – zapytał.   
– Nie – odparła. – Wolałabym w przychodni.   
– Dlaczego? 
Jego  dociekliwość  miała  w  sobie  coś  denerwującego,  ale  postanowiła  zaspokoić  jego 

background image

ciekawość.   

– Lubię kontakt z ludźmi, a w szpitalu jest tyłu pacjentów, że nie ma się szans poznać ich 

lepiej.   

Skinął głową ze zrozumieniem.   
– To prawda. Musi pani lubić swoją pracę.   
–  Owszem.  –  Uśmiechnęła  się  niepewnie.  –  Mam  nadzieję,  że  coś  sobie  znajdę. 

Przeprowadziłam  się  dopiero  dwa  tygodnie  temu,  wynajęłam  domek  i  teraz  staram  się  o 
posadę. Bardzo bym już chciała zacząć normalnie pracować.   

– Wyobrażam sobie. – Mężczyzna zamyślił się na chwilę. – To bardzo odważnie z pani 

strony, że zdecydowała się pani na przeprowadzkę, nie mając zagwarantowanej pracy.   

Uśmiechnęła się słabo.   
– Nie miałam wyjścia.   
Mówiąc  to,  zdała  sobie  sprawę,  że  rozmawia  z  nim  tak,  jakby  znali  się  od  dawna. 

Dlaczego właściwie odpowiada na wszystkie jego pytania? Przecież wcale nie musi.   

Poplamiła mu  co prawda koszulę,  ale to  wcale  go nie upoważnia do wtrącania się w jej 

życie. Sięgnęła po kubki.   

~ Muszę iść – oświadczyła.   

Sądząc po tym, jak biło jej serce, powinna odejść od niego już dawno.   
– Szkoda – powiedział szczerze. – Tak miło się nam rozmawiało. Może byśmy jeszcze się 

spotkali? Moglibyśmy gdzieś sobie posiedzieć, napić się czegoś...   

– To nie jest dobry pomysł – zaprotestowała tak stanowczo, że spojrzał na nią zdziwiony.   
–  To  była  zupełnie  niewinna  propozycja.  –  Uśmiechnął  się  przyjaźnie.  –  Nie  miałem 

niczego zdrożnego na myśli.   

Poczuła się nagle zmęczona i rozkojarzona.   
– Ja naprawdę nie mogę – oznajmiła. – Muszę iść, czekają na mnie.   
Odwróciła  się  i  zaczęła  sobie  z  trudem  torować  drogę  pomiędzy  ludźmi  tłoczącymi  się 

przed wejściem do namiotu. Zdołała zrobić kilka kroków, kiedy dobiegł ją jego głos.   

– Chwileczkę! Proszę poczekać! 
Nie  odwróciła  się.  Musi  wracać  do  Sophie,  mała  na  pewno  jest  zmęczona,  jest  późno, 

trzeba wracać do domu.   

– Niech pani zaczeka! 
Ruszyła  na  przełaj  przez  trawnik,  przyśpieszając  kroku.  Niemal  czuła  na  sobie  jego 

oddech i wiedziała, że mężczyzna nie zrezygnował z „pościgu”.   

Rodzice na szczęście w  dalszym  ciągu siedzieli  pod drzewem,  tam,  gdzie ich zostawiła. 

Podeszła do nich i uśmiechnęła się z wysiłkiem.   

– Proszę, przyniosłam coś orzeźwiającego – rzekła z udaną swobodą.   
Matka spojrzała na nią z niepokojem.   
– Strasznie się zgrzałaś, jesteś purpurowa. Beth opadła na ławkę.   
– W namiocie był straszny tłok – westchnęła, wachlując się dłonią i nie dodając, że przez 

całą powrotną drogę prawie biegła. – Napij się, Sophie.   

Mała skrzywiła buzię.   

background image

– Nie chcę pić. Chcę się bawić z dziadkiem. – Dziewczynka chwyciła starszego pana za 

rękę. – Chodźmy na zjeżdżalnię.   

Beth poprawiła jej wianek ze stokrotek.   
– Dziadek jest zmęczony, daj mu spokój, kochanie. Paul już wstawał.   
– Pójdę z nią, nic mi nie jest. To raczej ty sobie odpocznij, wyglądasz na wykończoną.   
Odeszli w stronę placu zabaw i Beth odprowadziła ich wzrokiem.   
–  Mamo  –  zapytała  po  chwili  –  czy  tata  dobrze  się  czuje?  Anne  zaczęła  czegoś 

gwałtownie szukać w torbie.   

– Tak, a dlaczego pytasz? 
Beth poczuła, jak ogarnia ją niepokój.   
– Pisałaś, że niedomaga, że miał grypę i nie doszedł do siebie. Był u lekarza? 
Matka odwróciła wzrok.   
– Oczywiście, kochanie.   
– Jak dawno? – dociekała Beth.   
– Jakiś czas temu – niechętnie odparła matka. – Mówi, że poczciwy doktor Benson i tak 

mu tylko poradzi, żeby się nie przemęczał i unikał stresu.   

– I rzeczywiście tylko tyle mu powiedział? 
–  Tak...  to  znaczy  niezupełnie.  Wspomniał  coś  o  arytmii  –  wyjaśniła  matka.  –  Dał  mu 

jakieś tabletki.   

Beth gwałtownie się wyprostowała.   
– Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? 
–  Nie  chciałam  cię  martwić.  Zresztą  doktor  Benson  niedawno  poszedł  na  emeryturę,  a 

wiesz, jaki jest ojciec. Nie znosi zmian i za nic nie pójdzie do innego lekarza.   

– Wiem, mamo, ale to nie znaczy, że może zaniedbywać swoje serce.   
– Masz rację, kochanie, tylko że on jest strasznie uparty. Przerwały, bo pobiegła do nich 

Sophie.   

– Mamo! Jest mi okropnie gorąco! Beth złapała ją w ramiona.   
– Zaraz się napijesz czegoś zimnego i wracamy do domu. To był długi, wspaniały dzień. 

Wykąpiesz się, coś zjemy i idziemy spać.   

Pytająco spojrzała na matkę.   
– Nie pogniewasz się, że już pojedziemy, prawda? Mała powinna się położyć, dość miała 

wrażeń.   

Annę pogłaskała wnuczkę po włosach.   
– Wracajcie, a my jeszcze chwilkę zostaniemy. Zadzwonimy do was jutro.   
Beth  pożegnała  rodziców,  wzięła  córeczkę  za  rękę  i  poszła  w  kierunku  parkingu.  W 

samochodzie pewnie będzie gorąco jak w piecu...   

Tuż przed parkingiem zobaczyła go znowu. Mężczyzna z namiotu szedł ku niej szybkim 

krokiem, machając ręką.   

– Proszę poczekać! – usłyszała.   
Niemal ciągnąc za sobą małą, dotarła do samochodu i  nerwowo sięgnęła  do kieszeni  po 

kluczyki.   

background image

Mężczyzna był tuż, tuż... Czy on naprawdę nie rozumie, co znaczy słowo „nie”? 

Udało  jej  się  otworzyć  drzwiczki,  wepchnęła  Sophie  do  samochodu  i  drżącymi  dłońmi 

zapięła jej pasy. Już miała wsiąść sama, kiedy mężczyzna znalazł się obok.   

– Szukam pani od godziny – rzekł z wyrzutem. – Ale pani ma tempo! Ledwo dogoniłem.   
Spojrzała na niego przerażona.   
– Dlaczego pan mnie prześladuje? Jak pan może się tak zachowywać? Zwariował pan? 
Jego twarz drgnęła.   
–  Nie  miałem  wyjścia,  musiałem  panią  dogonić.  Poczuła,  jak  fala  upału  uderza  jej  do 

głowy.   

– Powiedziałam chyba wyraźnie, że nie chcę się z panem spotykać. Nie zmieniłam zdania 

i nie zamierzam go zmienić. Proszę natychmiast odejść, bo...   

– Nie odejdę, zanim...   
Nie  czekając  na  dalszy  ciąg,  wskoczyła  do  samochodu,  z  impetem  zatrzaskując  drzwi. 

Krzyk  bólu,  jaki  wyrwał  się  z  ust  jej  „prześladowcy”,  sprawił,  że  uniosła  na  niego  oczy. 
Mężczyzna z pobladłą twarzą trzymał się za łokieć. Zrozumiała, że przytrzasnęła mu rękę.   

Nie może nic zrobić, jest z dzieckiem i musi je chronić.   
– Proszę odejść! Zaraz zacznę krzyczeć! 
Zablokowała  drzwi  i  trzęsącą  się  dłonią  spróbowała  włożyć  kluczyk  do  stacyjki.  Kątem 

oka spostrzegła, że mężczyzna usiłuje wsunąć coś przez uchyloną szybę...   

Silnik zaskoczył  i  powitała jego dźwięk jak wybawienie. W tej samej chwili coś  upadło 

jej na kolana.   

Spuściła wzrok i... nareszcie wszystko zrozumiała.   
– O Boże, nie...   
Poznała swój portfel! Nawet nie zauważyła, gdzie go zostawiła. Pewnie tam, na stoliku, 

przed namiotem z napojami.   

Wszystko  nagle  stało  się  jasne:  jego  natręctwo,  cały  ten  pościg...  Zachowała  się  jak 

skończona idiotka.   

Przymknęła oczy. A ona przez cały czas myślała, że nieznajomy prześladuje ją, bo...   

Z westchnieniem zgasiła silnik i otworzyła drzwi. Mężczyzna odsunął się, oparł o stojący 

obok samochód i masował sobie obolałe przedramię.   

–  Przepraszam  –  zaczęła  Beth,  zawstydzona  i  zmieszana  –  ale...  nie  wiedziałam... 

pomyliłam się.   

Spojrzał na nią ironicznie.   
– Naprawdę? Ciekawe... – wycedził.   
– Strasznie mi przykro. – Bezradnym ruchem uniosła portfel. – Nawet nie spostrzegłam, 

że go zostawiłam.   

– Znalazłem go przed namiotem, musiała go pani upuścić. Proszę zajrzeć do środka, czy 

czegoś nie brakuje – dodał zgryźliwie. – Nie chciałbym być na dodatek oskarżony o kradzież.   

Beth zaczerwieniła się.   
– Nie wiem, co powiedzieć, strasznie mi przykro... Sytuacja stawała się okropna.   
– Proszę się nie wysilać. – Mężczyzna wykrzywił z bólu wargi. – Niech pani sprawdzi, 

background image

czy nic nie zginęło, i do widzenia.   

Postanowiła go przeprosić.   
–  Nie  muszę  niczego  sprawdzać,  wiem,  że  nic  nie  zginęło...  –  Spojrzała  na  niego 

błagalnie. – Proszę mi pokazać rękę, dobrze? Bardzo boli? 

Odsunął się i obrzucił ją gniewnym spojrzeniem.   
– Serdecznie współczuję pani pacjentom – oświadczył sucho.   
– A teraz, jeśli nie ma pani nic przeciwko temu, pożegnam się.   
Przełknęła ślinę.   
– Niech mi pan pozwoli opatrzyć sobie ramię – poprosiła.   
– Mam w samochodzie apteczkę, zrobię panu opatrunek.   
– Nie ma potrzeby.   
–  Skóra  jest  draśnięta,  będzie  duży  siniak...  Podeszła  do  niego,  delikatnie  oczyściła 

stłuczone miejsce i posmarowała je maścią.   

– Gonił mnie pan, żeby mi oddać portfel, a ja myślałam...   
– powiedziała i zmieszana przerwała.   
–  Ze  zwariowałem  na  pani  punkcie  –  dokończył  z  goryczą  i  dodał:  –  Jest  pani  bardzo 

pewna siebie. Zupełnie niesłusznie.   

Zasłużyła sobie na jego złość, ale to ostatnie bardzo ją zabolało.   
–  Kość  jest  nienaruszona  –  oznajmiła  spokojnie.  –  Powinno  szybko  się  zagoić,  ale  na 

wszelki wypadek może pan wziąć na noc środki przeciwbólowe.   

–  Dam  sobie  radę.  –  Mężczyzna  obrzucił  wzrokiem  jej  dzieło.  –  Trzeba  przyznać,  że 

potrafi pani opatrywać rany.   

W jego głosie dosłyszała sarkazm.   
–  Jeszcze  raz  bardzo  przepraszam  –  powtórzyła  cicho.  Skrzywił  usta  w  wymuszonym 

uśmiechu; w jego niebieskich oczach dostrzegła chłodny błysk.   

~ Do widzenia – powiedział. – I to dosłownie, bo na pewno wkrótce znowu się spotkamy.   

Odszedł,  a  ona  przez  chwilę  stała,  zastanawiając  się  nad  sensem  jego  słów.  Dlaczego 

powiedział,  że  znowu  się  spotkają?  Zabrzmiało  to  jakoś  dziwnie.  Ni  to  groźba,  ni  to 
obietnica...   

Nie wiedziała, co o tym sądzić, i nie miała pojęcia, czy chce go znowu zobaczyć.   

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

– Wytrzymasz z nią jeszcze dwie godziny? Beth weszła za matką do kuchni.   
–  Oczywiście  –  z  uśmiechem  oświadczyła  Annę  i  pomogła  wnuczce  zdjąć  kurtkę.  – 

Upieczemy  sobie  ciasteczka,  a  ty  o  nic  się  nie  martw.  Skup  się  na  tej  rozmowie,  żebyś  jak 
najlepiej wypadła.   

Beth jęknęła.   
– Nawet mi nie przypominaj. Marzę tylko, żeby już było po wszystkim.   
Do kuchni wszedł ojciec i postawił na stole koszyk ze świeżymi warzywami.   
– Twój wielki dzień, maleńka, trzymaj się. Beth rozejrzała się nerwowo.   
– Chciałabym już to mieć za sobą, bez względu na rezultat. Wolałabym wiedzieć, czego 

się trzymać. – Spojrzała na zegarek. – Muszę iść. Trzymajcie za mnie kciuki.   

Paul opadł na krzesło.   
– Szampan będzie czekał w lodówce – powiedział zmęczonym głosem.   
Beth z niepokojem spojrzała na jego pobladłą twarz.   
– Wszystko w porządku, tatusiu? 
– Tak, tylko trudno mi się oddycha. Wszystko przez te marchewki. Kopanie w ogródku 

trochę mnie zmęczyło.   

Beth zmarszczyła brwi.   
– Wiem, że doktor Benson już nie przyjmuje, ale chyba powinieneś znaleźć sobie nowego 

lekarza i zapisać się na wizytę. Dawno nie miałeś robionych badań.   

Paul wzruszył ramionami.   
– Po co zawracać głowę lekarzom? Całkiem dobrze się czuję.   
–  Oni  po  to  właśnie  są,  tato,  a  ty  nie  wyglądasz  najlepiej.  _  Ojciec  spojrzał  na  nią, 

próbując się uśmiechnąć.   

– Znasz mnie. Nigdy nie lubiłem brać lekarstw i nie znoszę szpitali. Po prostu starzeję się, 

a kiedy człowiek się starzeje, zawsze go coś boli.   

Matka spojrzała na nią spod oka.   
– Tracisz tylko czas. Jest uparty jak osioł.   
–  Nie  jesteś  wcale  stary.  –  Beth  nie  zamierzała  ustępować.  –  Powinieneś  zacząć  się 

leczyć. Skontaktuj się ze swoim lekarzem i poproś o skierowanie do specjalisty.   

– Pomyślę o tym, a ty już lepiej idź. Nie wypada się spóźniać na tak ważną rozmowę.   
Wiedziała, że łatwo go nie przekona. Zresztą nie miała teraz czasu. W szpitalu nie będą 

na nią czekać wiecznie.   

– W takim razie życzcie mi szczęścia – poprosiła.   
– Byliby idiotami, gdyby cię nie przyjęli – zgodnym chórem oświadczyli rodzice.   
Wiele by dała, by mieć ich pewność. Bardzo chciała dostać tę pracę, a wstępna rozmowa 

z  doktorem  Reynoldsem  wydawała  się  obiecująca.  Dzisiaj  sprawy  miały  się  ostatecznie 
rozstrzygnąć.   

Ręce  lekko  jej  drżały,  gdy  jechała  ku  swemu  przeznaczeniu.  Od  tego,  czy  zostanie 

background image

zaangażowana, wiele zależy. Właśnie dlatego tak bardzo się denerwowała. To wszystko było 
zbyt  piękne,  żeby  mogło  się  udać.  Zbyt  dobrze  się  zapowiadało:  miła  atmosfera  w 
przychodni,  dobry,  mądry  szef,  dom  niedaleko  szpitala,  odpowiednie  godziny  pracy...  Coś 
musi być nie tak, coś na pewno zakłóci tę idyllę.   

Przejechała  przez  miasteczko  i  zatrzymała  się  przed  szpitalem.  Otoczony  klombami  i 

kwietnikami jednopiętrowy budynek o  wielkich  oknach wydał  jej się tak samo  malowniczy 
jak wtedy, kiedy go ujrzała po raz pierwszy.   

Zgasiła silnik, wysiadła z głębokim westchnieniem i skierowała się w stronę oszklonych 

drzwi wiodących do rejestracji, gdzie powitała ją szczupła brunetka.   

– Dzień dobry, w czym mogę pomóc? Przychodnia dzisiaj jest nieczynna, ale mogę panią 

zapisać na wizytę.   

Beth wyprowadziła ją z błędu.   
–  Nie  ma  potrzeby.  Jestem  lekarzem.  Nazywam  się  Beth  Jardine  i  jestem  umówiona  z 

doktorem Reynoldsem.   

Brunetka uśmiechnęła się szeroko.   
– Witamy, pani doktor! Przepraszam, że nie poznałam, ale kiedy była pani u nas po raz 

pierwszy,  miałam  dzień  wolny.  Nazywam  się  Debbie  Watson  i  jestem  kierownikiem 

administracyjnym. Bardzo miło mi panią poznać.   

–  Przyjechałam  trochę  za  wcześnie  –  wyjaśniła  jej  Beth.  –  Nie  wiedziałam,  jakie  będą 

warunki na drodze, a nie chciałam się spóźnić.   

Debbie wzniosła oczy do nieba.   
–  W  dzień  targowy  bywają  straszne  korki,  ale  to  na  szczęście  zdarza  się  tylko  raz  w 

tygodniu. Zaraz zawiadomię doktora Reynoldsa, że pani już jest.   

– Mogę poczekać. – Debbie zerknęła na leżący w rejestracji spis pacjentów. – Pięć minut 

temu  przyjął  ostatniego  chorego,  a  ja  i  tak  muszę  do  niego  zajrzeć,  żeby  mi  podpisał  kilka 
listów.  –  Wskazała  jej  poczekalnię.  –  Proszę  tu  na  chwilę  usiąść,  a  ja  zaraz  sprowadzę 

doktora.   

Beth  weszła  do  jasnego  przestronnego  pomieszczenia  i  rozejrzała  się.  Wygodne  fotele, 

stolik  z  ilustrowanymi  pismami.  ..  Machinalnie  sięgnęła  po  jedno  z  nich,  ale  ze 
zdenerwowania litery skakały jej przed oczami.   

Dwie minuty później drzwi się otworzyły i stanął w nich Doug Reynolds.   
– Witam, serdecznie witam. – Podszedł i gorąco uścisnął jej rękę.   
Był  szczupły  i  wysoki;  w  jego  ciemnych  włosach  pobłyskiwały  srebrne  pasma.  Miał 

sześćdziesiąt kilka lat i był całkiem przystojnym mężczyzną. Emanowało z niego opanowanie 
i życzliwy stosunek do świata.   

– Jak się czujesz? – zapytał serdecznie.   
– Trochę jestem zdenerwowana – wyznała, a on poklepał ją po ręce.   
– Wszystko będzie dobrze. Zaraz poznasz naszych współpracowników i okaże się, że nikt 

tu nie gryzie. Naszą rejestratorkę już znasz, prawda? 

Beth skinęła głową ze słabym uśmiechem.   
– Tak. Dzień dobry, Maggie.   

background image

Maggie Pierce odpowiedziała jej uśmiechem.   
– Cieszę się, że znowu się spotykamy. Zeszłym razem strasznie krótko pani u nas była, 

może dzisiaj zajrzy pani do mnie po tej rozmowie? 

To  zależy  od  tego,  w  jakim  będę  nastroju,  pomyślała  Beth,  ale  głośno  przyrzekła,  że 

później wpadnie.   

–  Może  chcesz  nieco  się  odświeżyć  –  zaproponował  Doug  i  spojrzała  na  niego  z 

wdzięcznością.   

–  Bardzo  chętnie,  jeśli  mamy  jeszcze  chwilę  czasu  –  odparta.  –  Nie  chciałabym  się 

spóźnić.   

Uspokoił ją ruchem dłoni.   
–  Nie  ma  pośpiechu.  Mój  kolega,  doktor  Armstrong,  kończy  właśnie  przyjmować 

pacjenta. Zaraz się do nas przyłączy. Jeszcze go nie poznałaś? 

Przecząco pokręciła głową.   
– Nie miałam okazji. Podczas mojej pierwszej wizyty przebywał na jakiejś konferencji.   
–  Bardzo  żałował,  że  cię  nie  widział,  ale  nic  straconego.  –  Doug  Reynolds  był  jak 

najlepszej myśli. – Spokojnie się odśwież, a potem zapraszam do mnie na kawę.   

Na uginających się nogach poszła w kierunku toalety i z westchnieniem ulgi zamknęła za 

sobą drzwi. Powiesiła płaszcz i umyła ręce. Przez chwilę patrzyła na swoje odbicie w lustrze. 
Doktor Reynolds zapewniał ją, że dzisiejsze spotkanie to zwykła formalność, ale nie czuła się 
z tego powodu wcale spokojniejsza. Zbyt wiele zależy od przebiegu czekającej ją rozmowy.   

Czy na pewno odpowiednio się ubrała? Obciągnęła krótką spódniczkę i wygładziła klapy 

żakietu.  Może  trzeba  było  włożyć  coś  dłuższego?  Trudno,  teraz  już  przepadło.  Przeczesała 
gęste kasztanowe włosy, poprawiła makijaż i energicznym krokiem wyszła na korytarz.   

W gabinecie czekał na nią uśmiechnięty Doug.   
–  Proszę,  bardzo  proszę.  A  jak  ci  się  podoba  nasze  miasteczko?  Mieszkasz  niedaleko 

szpitala, prawda? 

Skinęła głową.   
–  Tak.  Nie  zdążyłam  jeszcze  dobrze  się  rozejrzeć,  ale  to  bardzo  malownicza  okolica. 

Zwłaszcza port. Ciągle nie mogę się przyzwyczaić do tego, że wystarczy rano stanąć w oknie, 
żeby zobaczyć morze.   

– To bardzo piękny widok... – Doug spojrzał gdzieś ponad jej plecami. – O, jesteś, Sam. 

Pozwól, że cię przedstawię. Doktor Sam Armstrong, doktor Beth Jardine.   

Zwróciła się ku drzwiom, wyciągając rękę i... omal nie zemdlała. Uśmiech zamarł jej na 

twarzy,  ręka  zawisła  w  powietrzu.  Spodziewała  się,  że  zobaczy  kogoś  całkiem  sobie 

nieznanego. Tymczasem w mężczyźnie, który szedł ku niej, rozpoznała...   

Nie, to niemożliwe, takie rzeczy się nie zdarzają! 
– To pan? – jęknęła, czerwieniąc się.   
– Poznajcie się – mówił dalej Doug. – Szkoda, że cię tu nie było za pierwszym razem, ale 

szybko to nadrobimy.   

– My się już znamy. – Sam przywitał się chłodno.   
– Naprawdę? – Doug nie krył zdziwienia.   

background image

– Tak – wycedził Sam. – Kiedyś już na siebie wpadliśmy. Dosłownie.   
Jego niebieskie spojrzenie było chłodne i nieprzyjazne. Beth poczuła dławienie w gardle. 

Perspektywa  pracy  stała  się  nagle  bardzo  odległa;  nigdy  jej  nie  dostanie.  Dręczące  ją 
przeczucie, że coś będzie nie tak, sprawdzało się oto na jej oczach. Właściwie może już sobie 
pójść. Rozmowa kwalifikacyjna skończyła się, zanim się jeszcze rozpoczęła.   

– Cóż za zbieg okoliczności. – Doug pochylił się nad leżącymi na biurku papierami.   
– Rzeczywiście nadzwyczajny. – W oczach Sama błysnęło rozbawienie. Bawił się nią jak 

kot myszką.   

Beth  oblizała  spierzchnięte  usta.  Sytuacja  jest  bez  wyjścia.  I  tak  nie  mogłaby  z  nim 

pracować.  Jak  można  pracować  z  kimś,  kto  ma  o  tobie  negatywną  opinię?  Sam  uważa  ją 
przecież za histeryczkę i mitomankę; nigdy nie będzie jej poważnie traktował.   

– W takim razie zaczynamy. – Doug uniósł głowę znad papierów. – I pamiętaj, że masz tu 

samych przyjaciół.   

O  tak,  zwłaszcza  jednego,  pomyślała  z  głuchą  rozpaczą.  Dyrektor  przyjrzał  jej  się 

uważnie.   

– Może jednak najpierw napijesz się kawy – zaproponował.   
Miała ochotę, ale odmówiła. Jak mogła pić kawę, kiedy ten, ten... człowiek nie spuszczał 

z niej oczu? Nie chciała dać mu satysfakcji, nie chciała, by widział, jak trzęsą jej się ręce i jak 
potwornie przeżywa ten koszmarny zbieg okoliczności.   

Doug wstał i poprowadził ją ku drzwiom.   
– Przejdźmy do pokoju lekarskiego, tam będzie mniej oficjalnie.   
Usadowił  ją  w  wygodnym  fotelu  i  przyjaźnie  spojrzał  znad  okularów.  Sam  Amstrong 

stanął przy oknie.   

–  Na  początku  chciałbym  ci  wyjaśnić,  dlaczego  zdecydowaliśmy  się  zaangażować 

nowego lekarza – zaczął Doug tonem zwykłej pogawędki. – Pewnie cię to interesuje.   

– Owszem – przytaknęła, nieco mniej spięta. – Zastanawiałam się nad tym.   
– Myślę poważnie o przejściu na emeryturę – wyjaśnił. – Razem z żoną postanowiliśmy 

odwiedzić rodzinę w Australii. Może nawet sami się tam osiedlimy, kto wie. Gdyby tak się 
stało,  Sam  zostałby  nowym  dyrektorem,  a  ty  zasiliłabyś  nasze  lekarskie  kadry.  Oczywiście 
będziesz  potrzebowała  trochę  czasu,  żeby  się  przyzwyczaić  do  nowych  warunków,  poznać 
pacjentów i tak dalej.   

Beth ze zrozumieniem skinęła głową. , – Brzmi to bardzo rozsądnie.   
– Nasze miasteczko to mała spokojna mieścina – odezwał się spod okna Sam Armstrong. 

–  Może  się  pani  wydać  zbyt  nudna,  mieszkają  tu  głównie  starzy  ludzie  i  jest  bardzo  mało 
atrakcji. Dlaczego opuściła pani duże miasto i przeniosła się właśnie do Pengarrick? 

Zmusiła się do spojrzenia na niego; wytrzymała nawet jego wzrok.   
–  Nie  zależy  mi  na  atrakcjach,  a  Pengarrick,  z  tego  co  wiem,  jest  piękną,  spokojną 

miejscowością, przyjazną ludziom i zwierzętom. Zresztą moi rodzice tu mieszkają. Chcę być 
blisko nich.   

–  Rozumiem  pani  potrzeby.  –  Jego  spojrzenie  przeczyło  słowom.  –  Na  pierwszym 

miejscu  stawiam  jednak  dobro  naszych  pacjentów,  a  im  jest  potrzebny  ktoś  opanowany.  – 

background image

Nieznacznie podkreślił ostatnie słowo. – Ktoś, kto nie kieruje się pozorami i szybko dociera 
do istoty rzeczy. Czy pani zdaniem spełnia pani te warunki? 

Najwyraźniej  miał  zamiar  się  mścić  i  teraz  wprowadzał  w  czyn  swoje  postanowienie. 

Przygryzła wargi.   

– Dotąd zawsze tak sądziłam – odparła” spokojnie. – Ponadto nie boję się ciężkiej pracy, 

jestem komunikatywna i zwykle mam dobry kontakt z pacjentami i współpracownikami.   

Zbliżył się do biurka i spojrzał na złożone przez nią dokumenty.   
–  Widzę,  że  przez  ostatnie  dwa  lata  pracowała  pani  na  pół  etatu.  To  dość  wyjątkowa 

sytuacja. Teraz, jak rozumiem, zamierza pani się zatrudnić w pełnym wymiarze godzin.   

Beth przez chwilę milczała. Poczuła na sobie spojrzenie Douga i podniosła głowę.   
– Moja córka, Sophie... – zaczęła cichym głosem – dwa lata temu miała wypadek. Przez 

pewien czas leżała w szpitalu, dlatego nie mogłam pracować na pełnym etacie. Chciałam być 
przy niej. Potem, kiedy już wróciła do domu, też mnie potrzebowała.   

Sam zmarszczył brwi.   
– Nie wiedziałem, że jest pani zamężna.   
– Nie pytał pan o to, a ja nie sądziłam, że to ma jakieś znaczenie.   
Doug przyszedł jej w sukurs.   
– To bez znaczenia – odezwał się serdecznym głosem.   
–  Pewne  informacje  pozwalają  nam  po  prostu  stworzyć  sobie  kompletny  obraz  całości, 

dlatego pytamy. Chcemy dobrze poznać osobę, którą zamierzamy zaangażować, dla dobra jej 

i wspólnej pracy.   

Beth spróbowała się uśmiechnąć.   
– Doskonale rozumiem. Do podania o pracę dołączyłam opinię, doktor Armstrong może 

się  z  nią  zapoznać  i  przeczytać,  że  nikt  nigdy  nie  miał  zastrzeżeń  do  sposobu,  w  jaki 
wykonywałam swoje obowiązki zawodowe. Powtarzam, nie boję się ciężkiej pracy.   

Spojrzenie jej „wroga” złagodniało.   
–  Nie  mam  wątpliwości,  że  tak  właśnie  jest  –  powiedział  –  w  przeciwnym  razie  nie 

byłoby  pani  tutaj.  –  Znowu  zerknął  w  papiery.  –  Córka  pani  zapewne  już  całkowicie 
wydobrzała.   

To  jest  dla  nas  o  tyle  ważne,  że  nieraz  może  zaistnieć  potrzeba  wzięcia  jakiegoś 

zastępstwa lub dodatkowych godzin... Czy to będzie możliwe? Skinęła głową.   

– Sophie długo chorowała, ale teraz już wszystko dobrze. Wróciła do normalnego życia, a 

ja razem z nią.   

Sam  czekał  na  coś  więcej,  ale  milczała.  Napłynęła  fala  złych  wspomnień  i  musiała  ją 

odegnać. Spuściła głowę, splotła i rozplotła ręce.   

– Nic nie zakłóci mi pracy – dodała po chwili.   
Doug zmienił temat i spojrzała na niego z wdzięcznością.   
– Przeprowadziłaś się do Pengarrick dość niedawno, prawda? – zapytał przyjaźnie.   
– Tak. Chciałam być bliżej rodziców. Mój ojciec miał ostatnio problemy ze zdrowiem i 

matka potrzebuje wsparcia. Będą też mogli częściej widywać wnuczkę.   

Spojrzenie Sama prześliznęło się po jej smukłej sylwetce i Beth mocno się zarumieniła.   

background image

– Bardzo młodo pani wygląda – wycedził. – Zupełnie jak studentka.   
– Nic na to nie poradzę. Mam dwadzieścia dziewięć lat i bardzo poważnie traktuję swoje 

zobowiązania.   

Jego spojrzenie znowu stało się lodowate.   
– Mam nadzieję. Niepotrzebni nam ludzie nierzetelni.   
Zaczynała już mieć tego dość. Zachowywał się okropnie. Fakt, że poznali się, delikatnie 

mówiąc, w dość niesprzyjających okolicznościach, niczego nie usprawiedliwiał.   

Na szczęście Doug uznał rozmowę za skończoną.   
– Myślę, że to nam wystarczy – oświadczył, wstając. – Teraz zajmie się tobą Maggie, a 

my z Samem sobie chwilę porozmawiamy. Wkrótce poznasz naszą decyzję.   

Beth opuściła pokój, nie mając wątpliwości, że już ją zna. Teraz musi się tylko opanować 

i nie okazać rozczarowania. Tak bardzo pragnęła dostać tę pracę, tak bardzo potrzebowała jej 
dla siebie i Sophie... Los jednak postanowił inaczej.   

Spędziła  kilka  minut  z  Maggie,  a  potem  zasiadła  pod  drzwiami  pokoju  lekarskiego. 

Wkrótce otworzyły się i stanął w nich Sam.   

– Możemy prosić? 
Uniosła na niego oczy, próbując z jego twarzy wyczytać, co ją czeka, ale niczego się nie 

dowiedziała.   

Doug Reynolds powitał ją szerokim uśmiechem.   
–  Z  prawdziwą  przyjemnością  zawiadamiam  cię,  kochanie,  że  zostałaś  przyjęta. 

Przemawia za tobą zarówno doskonała opinia, jak i fakt, że mieszkasz blisko szpitala. Mam 
nadzieję, że nie zmieniłaś zdania i w dalszym ciągu chcesz z nami pracować.   

Parsknęła nerwowym śmiechem.   
– Jak najbardziej... Jestem bardzo szczęśliwa.   
Znowu poczuła na sobie wzrok Sama, ale tym razem nic jej to nie obeszło.   
– Będziesz się tutaj dobrze czuła – ciągnął Doug. – Stanowimy zgrany zespół i jesteśmy 

bardzo zżyci. Musisz jeszcze tylko  poznać Johna, który teraz wziął parę  dni  urlopu. Jestem 
pewien, że wszystko się ułoży i będzie ci się z nami doskonale pracowało.   

Z uśmiechem poskładał papiery i włożył je do teczki. Beth, nie mogąc się powstrzymać, 

zerknęła  w  stronę  Sama.  Jego  kamienna  twarz  nie  wyrażała  żadnych  uczuć.  Bez  słowa 
komentarza sięgną! po marynarkę wiszącą na oparciu krzesła.   

Szybko odwróciła od niego wzrok.   
–  Jak  sądzisz,  kiedy  będziesz  mogła  zacząć?  –  dobiegł  ją  głos  Douga.  –  Dla  nas  im 

szybciej, tym lepiej.   

Zwróciła się ku niemu.   
–  W  przyszłym  tygodniu  –  odparła.  –  Świetnie  się  składa,  bo  Sophie  pójdzie  do  nowej 

szkoły i będę wolna. Odpowiada wam to? 

–  Jak  najbardziej.  –  Doug  sięgnął  po  notatnik  i  komórkę.  –  A  co  z  twoim  mężem?  – 

rzucił. – Kim jest z zawodu? Znalazł już sobie tutaj jakąś pracę? 

–  Mój  mąż  zmarł  dwa  lata  temu.  –  Kątem  oka  dostrzegła,  że  Sam,  stojący  przy  oknie, 

drgnął.   

background image

Doug zaczął się sumitować.   
– Strasznie mi przykro. Musi ci być bardzo ciężko, masz przecież małe dziecko.   
Uśmiechnęła się smętnie.   
–  Jakoś  sobie  radzimy.  Na  szczęsne  moi  rodzice  bardzo  nam  pomagają  i  zajmują  się 

Sophie podczas ferii. W sąsiedztwie mamy też dziewczynkę w tym samym wieku i kiedy oni 
nie mogą zająć się Sophie, zostawiam ją z koleżanką i jej matką.   

Doug spojrzał na zegarek.   
–  Przepraszam,  ale  na  mnie  już  czas.  Mam  pacjenta,  starszego  pana,  którego  dzisiaj 

przyjmujemy  do  szpitala.  Muszę  z  nim  porozmawiać,  bo  jest  bardzo  zaniepokojony  swoim 

stanem.  –  Ruszył  ku  drzwiom.  –  Jeszcze  raz  gratulacje,  kochanie,  i  do  zobaczenia  w 
przyszłym tygodniu.   

Drzwi zamknęły się i Beth napotkała chłodne spojrzenie Sama.   
–  Wiedziałeś,  że  spotkamy  się,  prawda?  –  spytała  oskarżycielskim  tonem,  z  rozpędu 

przechodząc z nim na ty.   

Zrobił kwaśną minę.   
–  Nietrudno  było  to  przewidzieć.  Tutaj  jest  tylko  jedna  przychodnia  i  jeden  szpital,  i... 

tylko jeden wolny etat.   

Szare oczy Beth zwęziły się.   
– To po co ta komedia? Chciałeś się zemścić? 
– Nie rozumiem, o co ci chodzi.   
– Nie udawaj. Powiedziałeś, że współczujesz moim pacjentom...   
Sam wzruszył ramionami.   
– Zrobiłem to bez zastanowienia, pod wpływem bólu – rzucił od niechcenia.   
–  Wiem  –  wykrztusiła,  z  trudem  łapiąc  oddech  –  że  nie  chcesz,  żebym  tu  pracowała. 

Trzeba było jasno to powiedzieć. Współpraca na siłę nie wróży nic dobrego.   

Sam odwrócił spojrzenie.   
– Myśl sobie, co chcesz. Chodzi mi tylko o Douga. Za pół roku odchodzi na emeryturę i 

próbuje tak wszystko urządzić, żeby się to odbyło z jak najmniejszą szkodą dla pacjentów.   

Beth zamyśliła się.   
– Dlaczego podjął taką decyzję? Nie jest przecież stary...   
– Ma sześćdziesiąt dwa lata i mógłby jeszcze długo pracować – wyjaśnił Sam – ale jego 

żona, Rosemary, cierpi na stwardnienie rozsiane. Teraz ma okres remisji, ale oboje wiedzą, że 
to nie potrwa długo, i chcą wykorzystać ten czas na podróże i pobyć trochę razem.   

Skinęła głową.   
– Rozumiem.   
Spojrzał na nią surowo.   
– Mam nadzieję, że rozumiesz również, jak bardzo jest dla niego ważne, jak bardzo jest 

ważne dla nas obu – podkreślił – żeby pracował z nami ktoś odpowiedzialny i niezawodny, 
ktoś na stałe i w pełni dyspozycyjny.   

– Już mówiłam, że przyjmuję wasze warunki... Sam nieco się rozchmurzył.   
– Masz doskonałą opinię – odezwał się z namysłem. – Może po prostu wtedy miałaś zły 

background image

dzień.   

Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale nie dopuścił jej do głosu.   
– Oboje jesteśmy dorośli – ciągnął – i na pewno znajdziemy jakiś modus vivendi. Chyba 

że tobie to nie odpowiada.   

– Nie, ja tylko...   
Przerwało jej pukanie do drzwi i ukazała się głowa Maggie Pierce.   
– Sam, jesteś potrzebny. Był wypadek. Starsza pani Burrows wpadła pod rower na ulicy.   
Sam złapał torbę i ruszył do wyjścia.   
– Już idę, a ty zawiadom Douga. Alice Burrows ma ponad osiemdziesiąt lat.   
Maggie nieco się stropiła, – Właśnie wyszedł. Jakieś pięć minut temu.   
– Cholera jasna! – zaklął Sam.   
Beth obrzuciła go szybkim spojrzeniem.   
–  Może  ja  się  przydam?  Oficjalnie  nie  zaczęłam  jeszcze  pracować,  ale  kiedyś  trzeba 

zacząć.   

W oczach Sama dostrzegła wahanie i przez chwilę myślała, że się nie zgodzi.   
– W tym wieku trzeba się zawsze liczyć z możliwością złamań – dodała. – Im szybciej 

zostanie zbadana, tym lepiej.   

Sam skinął głową.   
– Masz rację, idziemy. Dziękuję, że chcesz mi pomóc.   
Poprosił  Maggie  o  dostarczenie  karty  pani  Burrows  i  razem  z  Beth  szybkim  krokiem 

skierował się ku wyjściu z przychodni.   

Padał deszcz. Poszkodowana leżała na mokrym chodniku, otoczona wianuszkiem gapiów. 

Obok  przewróconego  roweru  siedział  na  ziemi  chłopiec  z  zakrwawioną  twarzą,  ukrytą  w 
dłoniach.   

Beth podeszła do starszej pani, Sam zajął się rowerzystą.   
–  Dzień  dobry,  jestem  doktor  Jardine.  Bardzo  panią  boli?  Kobieta  przyłożyła  rękę  do 

piersi i z trudem wciągnęła powietrze.   

– Tak, boli mnie ramię – wyszeptała. – Przewróciłam się, nie zauważyłam tego roweru. 

To  moja  wina.  Ten  chłopiec...  bardzo  jest  ranny?  To  przeze  mnie,  weszłam  mu  prosto  pod 
koła.   

Beth uśmiechnęła się do niej.   
–  Nic  mu  nie  będzie  –  pocieszyła  staruszkę.  –  Kilka  zadrapań,  jakiś  siniak.  Doktor 

Armstrong go opatruje. Pomogę pani usiąść i obejrzę ramię. Czy boli panią coś jeszcze? 

Pani Burrows przez chwilę się namyślała, a potem zaprzeczyła.   
– Tylko ręka. Upadłam na nią, kiedy się przewracałam. To stało się tak szybko, strasznie 

mi głupio... – Wzrokiem wskazała gapiów. – Tak się wszyscy na mnie patrzą.   

Beth uklękła obok kobiety i delikatnie obmacała stłuczone przedramię.   
–  Na  szczęście  –  oznajmiła,  uważnie  je  zbadawszy  –  nic  nie  zostało  złamane.  Ma  pani 

chyba tylko nadwerężony nadgarstek. Może pani wstać? Pomogę pani dojść do ambulatorium.   

– Spróbuję...   
Beth przeniosła wzrok na Sama badającego rowerzystę.   

background image

– A co u ciebie? – zapytała cichym głodem.   
– Nic poważnego. Trochę się potłukł.  Mogło  być znacznie gorzej. To tylko tak groźnie 

wygląda, z łuku brwiowego zawsze jest dużo krwi. A jak się miewa twoja pacjentka? 

–  Skręcony  nadgarstek.  Chyba  nic  więcej,  dokładnie  zbadałam.  Teraz  musimy  jak 

najszybciej uciec z tego deszczu.   

Skinął głową.   
– Potem Debbie weźmie pacjentkę na prześwietlenie. Beth pomogła starszej pani wstać i 

podtrzymała ją.   

–  Niech  się  pani  na  mnie  oprze  –  poprosiła.  –  Będziemy  szły  bardzo  powoli.  O  tak, 

dobrze, proszę się nie bać.   

Zaprowadziła ją do recepcji; Maggie wskazała im drzwi do gabinetu zabiegowego.   

Beth  wygodnie  usadowiła  pacjentkę  i  powtórnie  ją  zbadała.  W  pewnej  chwili  pani 

Burrows jęknęła.   

–  Przepraszam,  że  sprawiłam  pani  ból  –  rzekła  łagodnie  Beth  –  ale  ma  pani  również 

stłuczone kolano. Będzie spory siniak. Trzeba je przemyć. Teraz założę pani prowizoryczny 
opatrunek i zrobimy prześwietlenie.   

W oczach starszej pani pojawiły się łzy.   
– To naprawdę konieczne? 
– Tak. Jestem prawie pewna, że chodzi tylko o uraz nadgarstka, ale musimy sprawdzić, 

czy  nie  ma  jakichś  innych  drobnych  złamań.  –  Oczyściła  stłuczone  miejsce  za  pomocą 
tamponika gazy. – Teraz wygląda lepiej, prawda? 

Starsza pani spojrzała na nią z wdzięcznością.   
– Jest pani taka dobra i miła... – szepnęła. – A co z tym chłopcem? Mam nadzieję, że nic 

mu się nie stało. To wszystko moja wina, weszłam mu prosto pod koła.   

W jej oczach znowu ukazały się łzy. Beth ujęła jej dłonie.   
–  Proszę  się  teraz  o  nic  nie  martwić.  Rozmawiałam  z  doktorem  Armstrongiem  i 

dowiedziałam  się,  że  chłopcu  nic  nie  grozi.  –  Spojrzała  na  zegarek.  –  Zna  pani  Debbie, 
prawda? Zaraz zawiezie panią do rentgena, a ja już się pożegnam.   

– Tak mi przykro, że sprawiam wam tyle kłopotu – jęknęła na odchodnym pani Burrows.   
Beth wyszła na korytarz i udała się do gabinetu, gdzie Sam przyjmował Daniela, młodego 

rowerzystę. Zapukała i weszła do środka.   

– Jak twoja pacjentka? – zapytał na wstępie.   
– W drodze na rentgen – odparła, a widząc przestrach na twarzy chłopaka, dodała: – Nic 

jej nie jest, to tylko rutynowe prześwietlenie.   

– To stało się tak szybko... Wcale jej nie zauważyłem... – szepnął chłopiec. – Naprawdę 

nic jej nie będzie? Nie mogłem jej wyminąć, pojawiła się tak nagle.   

– Wiem – uspokoiła go  Beth. – Pani  Burrows wszystko  mi opowiedziała. To nie twoja 

wina.   

Sam założył chłopcu opatrunek na zszyty łuk brwiowy.   

Już skończyłem – powiedział. – No, młody człowieku, tym razem ci się udało.   

Daniel ześliznął się z kozetki, delikatnie dotknął opatrunku i skrzywił się.   

background image

– Weźmiesz paracetamol i przestanie cię boleć – poradził mu Sam. – I pamiętaj, nie graj 

w  piłkę  przez  kilka  dni.  Nie  wolno  tego  zapaskudzić.  Gdyby  coś  się  działo,  pokaż  się. 
Wzrokiem odprowadził go do drzwi.   

–  Dwóch  klientów  załatwiliśmy  –  oświadczył  z  westchnieniem  ulgi,  kiedy  drzwi  za 

chłopcem się zamknęły.   

–  Pani  Burrows  miała  szczęście  –  dodała  Beth.  –  W  jej  wieku  na  ogół  łamie  się  kość 

szyjki udowej.   

– Alice to twarda sztuka. – Sam zaczął myć ręce. – Mieszka sama i świetnie daje sobie 

radę.   

– Nie ma rodziny? – zdziwiła się Beth.   
– Ma dwie córki, trzech synów i jakaś nieprawdopodobną liczbę wnucząt – odparł Sam. – 

Wszyscy mieszkają w okolicy.   

– Nie zajmują się nią? – zdziwiła się Beth.   
– Bardzo by chcieli, ale kiedy mąż Alice umarł jakieś pięć lat temu i zamierzali ją zabrać 

do  siebie,  stanowczo  odmówiła.  Została  w  domu,  który  razem  z  Donaldem  kupili  zaraz  po 
ślubie, ponad pięćdziesiąt lat temu. Zaglądam tam do niej od czasu do czasu, a ona odwiedza 
rodzinę, kiedy ma na to ochotę.   

Beth uśmiechnęła się lekko.   
– Sądzę, że to świetnie rozwiązanie.   
–  Ja  też  tak  myślę.  –  Sam  sięgnął  po  marynarkę  i  zarzucił  ją  na  ramiona.  –  Bardzo  ci 

dziękuję.   

– Za co? 
– Za pomoc.   
Otworzył drzwi i przepuścił ją.   
– Nie ma za co. Doskonale dałbyś sobie radę sam – powiedziała Beth.   
–  Jasne,  ale  trwałoby  to  o  wiele  dłużej  i  pacjenci  byliby  zestresowani.  Jeszcze  raz  ci 

dziękuję.   

Zabrzmiało to zupełnie szczerze i sprawiło jej przyjemność.   
– Na szczęście byłam w pobliżu – rzuciła od niechcenia. – Mam nadzieję, że nie bardzo 

zaszkodziłam mojej pierwszej pacjentce...   

Jego niebieskie oczy rozbłysły.   
– Nigdy mi tego nie zapomnisz.   
– Chyba nieprędko.   
Doszli do frontowych drzwi, za którymi szumiał deszcz.   
– Rozpadało się. – Beth włożyła kurtkę. – Lato definitywnie się skończyło.   
Ruszyli  razem  w  stronę  parkingu.  W  pewnej  chwili  Beth  pośliznęła  się  na  mokrych 

liściach i Sam ujął ją pod ramię. Chciała się odsunąć, ale ją przytrzymał.   

– Tak będzie bezpieczniej – oświadczył. – Dość mieliśmy wypadków jak na jeden dzień.   
Delikatnie, ale stanowczo, wyswobodziła się z jego uścisku.   
–  Wolę  iść  sama  –  szepnęła.  –  Jakoś  sobie  poradzę.  Spojrzał  na  nią  z  góry,  z  lekką 

drwiną.   

background image

– Innymi słowy, ręce przy sobie, co? A swoją drogą, czy pani doktor jest tak uczulona na 

mężczyzn w ogóle, czy tylko na mnie? 

Objął ją wzrokiem i poczuła, jak wraz z jego spojrzeniem oblewają fala gorąca. Praca z 

tym mężczyzną zapowiada się bardzo niebezpiecznie.   

– A może ktoś jest w twoim życiu? – zapytał cicho. Otrząsnęła się.   
–  Nie  mam  nic  przeciwko  tobie  –  odparła,  siląc  się  na  spokój  –  ale  zamierzam  tu 

pracować, i to najlepiej jak umiem. Nic innego mnie nie interesuje. Moje prywatne życie to 
moja sprawa i nikomu nie pozwolę się do niego wtrącać. Mogę tylko zapewnić, że w żaden 
sposób nie wpłynie na moją pracę.   

–  Miło  to  słyszeć  –  powiedział  Sam  obojętnie.  –  Dzisiejszy  dzień  to  była  tylko  mała 

próba,  staniesz  tutaj  przed  znacznie  poważniejszymi  zadaniami  i  liczę,  że  im  sprostasz. 
Przynajmniej mam taką nadzieję.   

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

– Ale ja nie chcę iść do szkoły! 
– Co ty mówisz, córeczko, przecież tak się cieszyłaś! 
– A teraz nie chcę! 
Beth spojrzała na zbuntowaną twarzyczkę dziewczynki ze ściśniętym sercem. Nie rób mi 

tego,  kochanie,  pomyślała  i  ukradkiem  zerknęła  na  zegarek.  Tylko  tego  brakowało,  by  się 
spóźniła  do  pracy  już  pierwszego  dnia.  Na  domiar  złego  zaczęło  padać.  Uklękła  i  ujęła 
córeczkę za ramiona.   

–  Przecież  o  tym  rozmawiałyśmy,  będziesz  tam  miała  mnóstwo  nowych  koleżanek  i 

kolegów.   

Sophie wydęła małe usteczka.   
–  Nie  chcę  koleżanek.  Chcę  zostać  z  tobą  w  domu.  Beth  odsunęła  jej  z  czoła  kosmyk 

włosów.   

– Ja też bym chciała, ale wszystkie dzieci muszą chodzić do szkoły.   
– Dlaczego? 
– Tam się nauczysz czytać i pisać, i Uczyć...   
– Dlaczego? 
Nieszczęsna  matka  wzięła  głęboki  oddech.  Wskazówka  zegara  przesunęła  się 

niebezpiecznie i sytuacja robiła się podbramkowa.   

–  Twoja  nowa  koleżanka,  Luiza,  ta,  co  mieszka  obok  dziadków,  też  dziś  idzie  po  raz 

pierwszy do szkoły. Fajnie będzie ją spotkać, prawda? 

– Ona ma huśtawkę w ogródku.   
– Wiem. I powiedziała, że zaraz po szkole możesz do niej przyjść się pohuśtać.   
Pocałowała małą w nosek.   
– Co ty na to? 
Mała buzia nieco się rozchmurzyła.   
– Przyjdziesz po mnie do babci? 
–  Oczywiście.  Przyjadę  po  ciebie  w  porze  podwieczorku  i  opowiesz  mi,  jak  było  w 

szkole. I zrób babci jakiś ładny rysunek, na pewno bardzo się ucieszy.   

Udało jej się odstawić dziewczynkę do szkoły i oddać w ręce wychowawczyni dopiero w 

pół godziny później. Skierowała się w stronę szpitala pełna wyrzutów sumienia i skruchy.   

Praca w przychodni rozpoczęła się dziesięć minut temu... Doktor Armstrong nie wybaczy 

jej spóźnienia.   

I to od razu, pierwszego dnia. Zupełnie jakby zły los sprzysiągł się przeciwko niej.   

Wpadła do rejestracji, zdyszana i zaczerwieniona.   
– Przepraszam za spóźnienie. Trochę czasu mi zajęło przekonanie Sophie, że powinna iść 

do szkoły.   

Maggie mrugnęła okiem.   
– Nie miała na to ochoty, co? 

background image

– Delikatnie powiedziane.   
Rejestratorka spojrzała na nią ze współczuciem.   
– Wiem coś o tym, to samo miałam z moim najmłodszym.   
– Ze to się musiało stać akurat pierwszego dnia... – Beth z trudem się uspokajała.   
Maggie próbowała ją pocieszyć.   
–  Nie  przejmuj  się,  to  się  może  zdarzyć  każdemu.  Lekarze  od  czasu  do  czasu  się 

spóźniają, zwłaszcza kiedy mają jakieś pilne wezwanie przed pracą.   

Sam chyba nie będzie taki wyrozumiały.   
– Lepiej już zacznę. Doktor Armstrong pewnie dawno już przyszedł.   
Jej rozmówczyni wzruszyła ramionami.   
– On zawsze przychodzi wcześniej. Mówi, że najlepszy czas na papierkową robotę to te 

pół godziny przed przyjściem pacjentów. A propos, to są twoje papiery. Jak widzisz, trochę 
tego jest.   

– Dzięki.   
–  Gdybyś  miała  jakiś  problem,  zadzwoń  do  mnie.  Jeśli  nie  będę  ci  mogła  pomóc, 

zwrócimy się do Etebbie – dodała jeszcze Maggie.   

– Dziękuję, jesteś kochana.   
Zadzwonił telefon i Maggie podniosła słuchawkę.   
–  Kiedy  będziesz  gotowa,  daj  znać  –  powiedziała  jeszcze  do  Beth,  zasłaniając  ręką 

słuchawkę. – Wtedy ci poślę pierwszego pacjenta. Gdy skończysz przyjmować, idź na kawę 
do pokoju lekarskiego. John już wrócił. Chyba jeszcze sienie znacie.   

Beth pokręciła głową.   
– Nie było okazji.   
– Przyjdzie trochę później, teraz ma wizyty domowe.   
– Doskonale, chciałabym go poznać.   
Machnęła ręką na pożegnanie i ruszyła korytarzem, przeglądając karty pacjentów. O mało 

co nie wpadła na Sama.   

– Przepraszam! 
W jego wzroku dostrzegła wyrzut i dezaprobatę.   
–  Jednak  się  zdecydowałaś  nas  odwiedzić  –  wycedził.  –  A  już  myślałem,  że 

zrezygnowałaś.   

Próbowała się tłumaczyć.   
–  Bardzo  mi  przykro,  ale  Sophie  zrobiła  mi  przed  wyjściem  scenę.  W  ostatniej  chwili 

zaczęła histeryzować, że nie chce iść do szkoły.   

– Miałem wrażenie, że panujesz nad swoim rodzinnym życiem.   
Zdenerwowanie spowodowało, że zaczęła się plątać.   
–  Panuję,  ale...  Zwykle  jest  inaczej,  mama  ma  taką  panią,  która  mieszka  obok,  i  ona 

bardzo  chętnie  zajmuje  się  dziećmi,  kiedy  mama  nie  może.  Ona  ma  córkę  w  tym  samym 
wieku co Sophie i bardzo grzecznie się bawią. Kiedy będę miała nocny dyżur, rodzice zajmą 
się dzieckiem.   

Odetchnęła i opanowała się.   

background image

– Robię, co mogę – powiedziała spokojniejszym już głosem. – Jak rozumiem, w twoim 

życiu panuje niczym niezmącony ład i porządek. Trudno, ale ja mam dziecko, a dziecka nie 
można  zamknąć  w  klatce  i  mieć  spokój.  –  Zerknęła  na  swoje  mokre  buty.  –  Wiem,  że  nie 
prezentuję się najlepiej, ale trudno. Jakoś tak to wypadło.   

Przeczesał ręką włosy i zlustrował ją wzrokiem.   
– Wyglądasz całkiem nieźle – oświadczył – a ja przepraszam za swoje zachowanie. Nie 

mam  prawa  tak  na  ciebie  napadać.  To  wszystko  dlatego,  że  jestem  zdenerwowany,  bo 
dostałem właśnie wyniki badań jednego z naszych pacjentów. Stanowczo odmówił pójścia do 
szpitala, leczył się ambulatoryjnie, bagatelizował objawy, a teraz wygląda na to, że jest już za 
późno.   

Beth spuściła głowę.   
– Rozumiem i wcale ci się nie dziwię. Mogę tylko obiecać, że więcej się nie spóźnię.   
– Wspominałaś, że wynajęłaś jakiś dom w okolicy.   
–  Tak,  mały  domek  niedaleko  portu.  Właściwie  to  rodzice  mi  go  znaleźli.  Jest  śliczny, 

wymarzone  miejsce  dla  mnie  i  Sophie.  Ogródek  jest  niewielki,  ale  mamy  bardzo  blisko  do 
plaży. Moja córka uwielbia morze.   

– Mieszkacie same? Tylko we dwie? 
Nie odpowiedziała i natychmiast się zmitygował.   
– Przepraszam, nie chciałem, przecież mówiłaś, że twój mąż zmarł dwa lata temu. Musi ci 

być ciężko, ale czas leczy wszystkie rany.   

Uniosła na niego oczy.   
– Tak mówią. Odpowiem na twoje pytanie, tak, mieszkamy same i  nie zamierzam  tego 

zmieniać. Dzięki Bogu mam Sophie i pracę. Nic więcej mi nie trzeba.   

Zwłaszcza nowego związku. Wiedziała z doświadczenia, że mężczyzna oznacza kłopoty.   
– Chyba niezbyt długo byłaś zamężna? – pytał dalej Sam.   
– Cztery lata. Sophie miała trzy, kiedy... – Urwała.   
–  Przepraszam.  –  W  jego  głosie  zabrzmiało  współczucie.  –  Czy  twój  mąż  długo 

chorował? 

– Nie. Tim nigdy nie chorował, był okazem zdrowia – odparła z wysiłkiem. – To stało się 

zupełnie nagle, dlatego szok był tak silny, ale jakoś dałam sobie radę.   

– Miał rodzeństwo? 
–  Nie,  był  jedynakiem.  Jego  rodzice  mieszkają  w  Australii.  –  Obrzuciła  go  pytającym 

wzrokiem. – A ty jesteś żonaty? 

Po jego twarzy przemknął cień uśmiechu.   
– Nie, kiedyś byłem zaręczony, ale się rozpadło. Tak to nieraz bywa.   
Odsunął  się,  by  zrobić  przejście  kobiecie  z  wózkiem,  a  Beth  pomyślała,  że  chętnie  by 

poznała  powody  tamtego  zerwania.  Może  ma  przed  sobą  zaprzysięgłego  kawalera,  nade 
wszystko ceniącego sobie wolność? 

Sam spojrzał na zegarek i spoważniał.   
– Lepiej weźmy się do pracy, zanim pacjenci zaczną się buntować. Jeśli będziesz czegoś 

potrzebowała, nie krępuj się, tylko pytaj.   

background image

– Dobrze.   
Odszedł, a ona udała się do swojego gabinetu. Zdjęła żakiet i głęboko odetchnęła.   

Pierwszą pacjentką okazała się młoda szczupła kobieta.   
– Mam problemy z oddawaniem moczu – wyznała zmieszana. – Często odczuwam parcie, 

a kiedy idę do toalety, nic nie mogę zrobić. To bardzo krępujące tak stale musieć wychodzić, 
kiedy się jest w biurze.   

Beth uśmiechnęła się ze zrozumieniem.   
– Wyobrażam sobie. – Spojrzała na ekran komputera. – Miała już pani kiedyś podobne 

problemy? 

– Tak – przytaknęła pacjentka. – To było dawno... ponad rok temu.   
– Radziła się pani wtedy doktora Reynoldsa? 
– Tak.   
– Czy przyniosła pani próbkę moczu? Brenda wyjęła małą buteleczkę.   
–  Doskonale,  zaraz  się  temu  przyjrzę.  Proszę  mi  powiedzieć  –  kontynuowała  Beth, 

odchodząc na bok – jak się pani czuje ogólnie.   

– Niezbyt dobrze, pobolewa mnie brzuch i chyba mam podwyższoną temperaturę.   
Beth umyta ręce nad małą umywalką i wróciła do biurka.   
– W moczu są ślady krwi – oświadczyła. – Brała pani ostatnio aspirynę? 
– Nie – zaprzeczyła pacjentka. – Zwykle biorę paracetamol, jeśli mnie coś boli.   
– A gdzie panią boli? 
– O, tutaj. – Młoda kobieta powiodła ręką po szczupłym brzuchu.   
– A plecy? – chciała wiedzieć Beth.   
– Też – przytaknęła Brenda. – To pewnie dlatego, że całe dni siedzę przy biurku.   
Lekarka skinęła głową.   
– Tak, to może być powód, ale obawiam się, że oprócz tego ma pani piasek w nerkach. 

Gdyby  objawy  się  powtórzyły,  proszę  pić  dużo  płynu,  to  rozrzedzi  mocz  i  zmniejszy  bóle. 
Przepiszę również antybiotyk.   

– A środki przeciwbólowe? 
– W dalszym ciągu paracetamol i ciepła butelka, żeby ogrzać plecy, to bardzo pomaga. 

Jeśli w ciągu kilku dni się nie poprawi, proszę do mnie przyjść.   

Brenda po raz pierwszy się uśmiechnęła.   
– Bardzo dziękuję, pani doktor.   
Wyszła, a lekarka nacisnęła przycisk, żeby wezwać kolejnego pacjenta.   

Mężczyzna miał około sześćdziesięciu lat, nadwagę i fatalny humor.   
– Co panu dolega? 
Pan Daniels skrzywił się boleśnie.   
– Szumi mi w uszach i bardzo źle słyszę. Chyba zwariuję! To strasznie przeszkadza mi w 

pracy, a nie chcę jej stracić.   

Beth zerknęła na ekran i pytała dalej.   
– Może mi pan opisać ten szum? 
– To takie jakby dzwonienie, pisk albo szmer... Trudno powiedzieć. Doprowadza mnie do 

background image

szału.   

– Dawno pan to ma? 
– Jakieś dwa tygodnie.   
Beth sięgnęła po przyrząd do badania uszu i wstała.   
– Zaraz sprawdzę, czy nie ma tam jakiejś infekcji. Podobny efekt może też dawać zebrana 

wewnątrz ucha woskowina.   

Sprawdziła pacjentowi uszy.   
– Wszystko w porządku, nic nie ma.   
Pan Daniels uniósł na nią zaniepokojone oczy.   
– A może ja głuchnę? W moim wieku to się przecież zdarza.   
– Nie sądzę, żeby groziła panu głuchota – pocieszyła go Beth. – Szum w uszach to dość 

częsta przypadłość, zwłaszcza po czterdziestym roku życia. Pewnie ma pan również kłopoty 
ze snem i rano jest pan bardzo zmęczony, co też nie pomaga panu w pracy.   

Pacjent z rezygnacją zwiesił głowę.   
– Jakby pani przy tym była. Stale jestem w złym humorze, koledzy ostatnio za mną nie 

przepadają i trzeba przyznać, że mają powody.   

Beth zajrzała do jego karty.   
–  Brał  pan  ostatnio  jakieś  antybiotyki?  Szum  w  uszach  może  stanowić  efekt  uboczny 

działania niektórych leków. Był pan tutaj trzy tygodnie temu, prawda? 

– Tak, bolał mnie kręgosłup od pracy w ogródku.   
– Doktor Parker przepisał panu środek przeciwzapalny – ciągnęła Beth.   
–  Tak  –  przytaknął  pan  Daniels.  –  Kilka  dni  temu  przestałem  go  brać,  bo  mi  przeszło. 

Zażywam tylko aspirynę.   

– Najprawdopodobniej to właśnie jest powodem pańskich dolegliwości.   
Pacjent wyraźnie się zdziwił.   
– Szumi mi w uszach od aspiryny? 
–  Tak  –  wyjaśniła  Beth  –  zwłaszcza  jeśli  brał  ją  pan  przez  dłuższy  czas.  To  się  w 

niektórych przypadkach zdarza. Proszę ją odstawić i pokazać się u mnie za kilka dni.   

Twarz pacjenta rozjaśniła się.   
– Myśli pani doktor, że mi przejdzie i znowu będę normalnie słyszał? 
Zapewniła  go  z  uśmiechem,  że  tak  będzie,  i  poprosiła  kolejnego  pacjenta.  Przez 

następnych  kilka  godzin  nie  miała  chwili  wytchnienia  i  kiedy  skończyła  przyjmować,  ze 
zdumieniem stwierdziła, że zbliża się pora lunchu.   

W tej samej chwili zadzwoniła do niej matka.   
– Mam nadzieję, że ci nie przeszkadzam. Chciałam tylko zapytać, jak Sophie zareagowała 

na pierwszy dzień w szkole. Musiała strasznie to przeżywać.   

– Owszem – westchnęła Beth. – Ledwo mi się udało wyprawić ją z domu.   
– Przyzwyczai się – pocieszyła ją matka. – Spotka nowe koleżanki i wszystko się ułoży.   
– Mniej więcej to samo jej mówiłam.   
Zamieniły jeszcze kilka słów i coś w głosie matki zwróciło uwagę Beth.   
– Czy wszystko w porządku? – zapytała zaniepokojona.   

background image

– Tak. Dlaczego pytasz? 
Na pytanie odpowiedziała pytaniem.   
– Czy tata dobrze się czuje? 
W słuchawce przez chwilę panowała cisza.   
–  Nie  bardzo...  –  Głos  matki  lekko  zadrżał.  –  Prawdę  mówiąc,  trochę  się  o  niego  boję. 

Rano znowu miał te swoje... przypadłości.   

– Jakie przypadłości, mamo? 
–  Tak  jak  zawsze.  Duszności,  słabość,  zawroty  głowy...  I  jak  zwykle  mówi,  że  to  nic 

takiego.   

– Nie ma na co czekać – przejęła inicjatywę Beth. – Ojciec musi zrobić badania, sama z 

nim o tym pomówię.   

Dobiegło ją westchnienie ulgi.   
– Dziękuję ci, kochanie.   
Opuściła  gabinet,  nie  przestając  myśleć  o  ojcu.  Trzeba  go  przekonać,  że  musi  iść  do 

specjalisty, i to jak najszybciej. Maggie na jej widok znacząco mrugnęła.   

– Jak było? Żyjesz? – spytała ze współczuciem.   
– Można wytrzymać.   
Rejestratorka  zaproponowała,  by  poszła  na  kawę,  i  Beth  z  wdzięcznością  przyjęła  jej 

propozycję.   

W  pokoju  lekarskim  siedział  przystojny  mężczyzna  około  trzydziestki.  Na  widok 

wchodzącej Beth wstał i odłożył czytane pismo.   

–  Nareszcie  się  spotykamy.  Nazywam  się  Parker,  dla  przyjaciół  John.  Jak  rozumiem, 

mam przyjemność poznać doktor Jardine? – powitał ją uroczyście.   

Uścisnęli sobie dłonie.   
– Mam na imię Bem.   
– Napijesz się kawy? 
– Z przyjemnością. Napełnił filiżankę i podał jej.   
– Jak tam pierwszy dzień w pracy? – zapytał życzliwie.   
– Całkiem nieźle – odparła. – Z czasem się przyzwyczaję.   
– Na pewno. –  Uśmiechnął się szeroko. – Jesteśmy bardzo zgranym zespołem. W razie 

problemów o wszystko pytaj.   

Beth  przez  chwilę  napawała  się  aromatem  świeżo  parzonej  kawy.  Potem  zerknęła  na 

medyczne pismo leżące na stole.   

–  Najnowszy  numer?  –  zapytała.  –  Jeszcze  go  nie  widziałam.  Miał  w  nim  być  artykuł, 

który bardzo chciałam przeczytać.   

– Możesz je wziąć, ja już przejrzałem – oznajmił John. Oboje jednocześnie skierowali się 

w stronę leżącego na stole magazynu i wpadli na siebie. John podtrzymał ją i roześmiał się.   

– Zderzenie zaraz pierwszego dnia w pracy! Co by na to powiedzieli na urazówce! 
Zwłaszcza  niektórzy,  przemknęło  jej  przez  myśl  i  w  tej  samej  chwili  do  pokoju  wszedł 

doktor Armstrong. Chłodnym spojrzeniem obrzucił Johna.   

– Ty jeszcze tutaj? Słyszałem, że masz mnóstwo pilnych telefonów.   

background image

Na Beth nawet nie spojrzał, ale i tak oblała się rumieńcem.   
– Waśnie kończyłem kawę – spokojnie wyjaśnił John – kiedy nadeszła Beth, a ponieważ 

nie  mieliśmy  dotąd  okazji  się  poznać,  przysiadłem  jeszcze  na  chwilę.  Swoją  drogą, 
moglibyśmy kiedyś umówić się na drinka. Co ty na to, Beth? 

Poczuła na sobie baczne spojrzenie Sama i ujrzała jego surowo zaciśnięte usta.   

Dlaczego tak się zdenerwował? Dlaczego jest taki wściekły? Może nie lubi, jak lekarze na 

jego oddziale umawiają się ze sobą? On chyba nie myśli...   

Przypuszczenie  było  tak  absurdalne,  że  niemal  głośno  się  roześmiała.  Z  drugiej  strony, 

ogarnęła ją złość. To, że Sam jest jej przełożonym, nie upoważnia go do wtrącania się w jej 
prywatne życie.   

Uśmiechnęła się promiennie do Johna.   
– Bardzo chętnie, z przyjemnością – powiedziała i kolega odwzajemnił jej uśmiech.   
–  W  takim  razie,  kiedy  tylko  zechcesz,  jestem  do  dyspozycji.  –  John  skłonił  się 

szarmancko i opuścił pokój.   

Zostali sami.   
–  Nie  tracisz  czasu,  jak  widzę  –  parsknął  Sam.  –  Wolałbym  jednak,  żebyś  planowała 

towarzyskie rozrywki poza godzinami pracy.   

Spojrzała na niego uprzejmie i obojętnie.   
– Tak jest, panie doktorze, przyjęłam do wiadomości – oświadczyła oficjalnie – a teraz 

wracam do swoich obowiązków.   

Chciała  wyjść,  ale  zastąpił  jej  drogę.  Przytrzymał  ją  za  ramiona  i  głęboko  popatrzył  w 

oczy.   

–  Mówiłem  poważnie  –  powiedział  cicho.  –  Skup  się  na  pracy,  w  przeciwnym  razie 

możesz mieć kłopoty.   

Uśmiechnął się drwiąco, puścił ją i wyszedł.   

Beth zadrżała. Nie rozumiała, co się z nią dzieje i dlaczego ten człowiek ma na nią taki 

niesamowity wpływ, ale wiedziała, że praca z nim nie będzie łatwa.   

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Nastała  jesień  i  pokryła  trawniki  grubym  dywanem  rdzawych  liści.  W  przychodni 

panowały  poprawne  stosunki,  co  w  praktyce  oznaczało,  że  nawet  z  kimś  takim  jak  Sam 
można współpracować, jeśli się ograniczy kontakt do minimum.   

Beth  najchętniej  wcale  by  go  nie  widywała,  ponieważ  stan,  w  jaki  ją  wprawiał, 

zdumiewał ją i niepokoił. Spotykali się jednak codziennie. Przy odrobinie szczęścia udawało 
jej  się  opanowywać  i  rozmawiać  z  nim  spokojnie  i  fachowo,  nie  czerwieniąc  się  i  nie 
spuszczając oczu.   

Pewnego  ranka,  wchodząc  do  rejestracji,  spotkała  Debbie.  Wymieniły  uwagi  na  temat 

urody pory roku i już miały się rozstać, kiedy Debbie żałośnie westchnęła.   

– Niedługo kolorowa jesień się skończy i znowu nastanie koszmarna zima. – Wstrząsnęła 

się cała. – Nie możesz sobie wyobrazić, jak ja nie znoszę zimy. Stale ciemno, zimno, i nawet 
nie można wyjść do ogródka. Zupełnie jakby się żyło w czarnej chmurze.   

– To nawet ma swoją nazwę – orzekła Beth. Debbie szeroko otworzyła oczy.   
– Jaką? Ja to nazywam po prostu beznadziejnym klimatem tego skrawka ziemi.   
Beth roześmiała się.   
–  To  określona  jednostka  chorobowa,  zwana  fachowo  nawracającą  depresją  zimową. 

Leczy się ją. Mówiłaś o tym komuś? 

– Nie, sądziłam, że to normalne. Wiele osób nie lubi zimy i ciemności.   
Beth skinęła głową.   
–  Wszystko  jest  kwestią  proporcji  –  oznajmiła  poważnie.  –  Jeśli  reagujesz  na  zimę  tak 

silnie, że nie możesz normalnie funkcjonować, powinnaś zasięgnąć porady kogoś, kto się na 

tym zna. Wpadnij do ranie kiedyś, jak będzie mniej pracy, pogadamy.   

Debbie skinęła głową.   
– Niezły pomysł.   
Już miały się udać każda w swoją stronę, kiedy pojawił się John. Odłożył notes i komórkę 

i zajrzał do spisu pacjentów.   

– Kogo tutaj mamy? Może dziś nikt nie przyjdzie i będzie można iść na piwo? – spytał 

żartobliwie.   

Rejestratorka podała mu gruby plik kart.   
– Nie ma tak dobrze, to  wszystko  twoje, John komicznie przewrócił oczami, westchnął 

ciężko, a potem spojrzał na Beth.   

– Jak tam u ciebie? 
– Jakoś leci – odparła z uśmiechem. – W każdym razie z grubsza opanowałam już system.   
Jej rozmówca ze zdziwieniem uniósł brwi.   
– Jaki system? Nic nie słyszałem o żadnym systemie. Mnie się tutaj nic nie mówi.   
Debbie parsknęła śmiechem.   
– System polega na tym, że jedni pilnie pracują, a inni bimbają. Nie chciałabym nikogo 

wskazywać palcem...   

background image

John spiorunował ją wzrokiem.   
– Ale ty jesteś okropna... Wieczna prymuska, pracowita pszczółka.   
–  Co  nie znaczy,  że  zaraz  nie  przylecisz  do  mnie  na  kawę...  –  odcięła  się  zaatakowana 

Debbie.   

Rozstali  się,  śmiejąc  się  i  przekomarzając,  a  Beth  podpisała  kilka  listów  i  poprosiła 

Maggie, żeby je wysłano popołudniową pocztą.   

– Czy przyszły już wyniki tej dziewczynki, Kary Kendall? – zapytała jeszcze.   
–  Gdzieś  je  widziałam.  –  Maggie  poszperała  w  papierach  leżących  na  biurku.  –  O,  są 

tutaj, proszę.   

Beth rzuciła okiem na wynik testów i jęknęła. Maggie uniosła na nią pytające spojrzenie.   
– Nie jest dobrze? 
W tej samej chwili nadszedł Sam i stanął tuż obok. Marynarkę miał luźno narzuconą na 

ramiona. Beth podała mu papiery.   

– Obawiam się, że nie mam dobrych wiadomości – skomentowała cichym głosem.   
Przez chwilę czytał.   
– Tak, to białaczka – powiedział potem. – Nie ulega wątpliwości.   
Beth głęboko westchnęła.   
– Straszne... Jej rodzina... Pewnie podejrzewali, że to białaczka, ale człowiek zawsze się 

łudzi. Muszą się teraz zmobilizować i stawić czoło sytuacji, a to bardzo trudne. – Spojrzała na 
Sama. – Znasz ich? Jacy oni są? 

– Tak. – Skinął głową. – Bardzo miła rodzina, mają dwoje dzieci.   
– Kąty skończyła dopiero sześć lat...   
– Natychmiast powinna rozpocząć kurację. Im szybciej, tym lepiej. Kilka lat temu sprawa 

byłaby  beznadziejna,  ale  teraz  są  duże  szanse,  że  dziecko  da  się  uratować  –  powiedział 
spokojnie.   

Beth uśmiechnęła się smutno i sięgnęła po teczkę.   
– Idę już, mam mnóstwo wezwań.   
Chciała go pożegnać, ale oznajmił, że będzie jej towarzyszył.   
– Po co? – Zamrugała nerwowo. Czyżby chciał jej pilnować? Sądzi, że nie da sobie sama 

rady? 

Sam uspokoił ją.   
– Nie miałem na myśli  nic złego, nie kwestionuję twoich umiejętności.  Chciałem  ci  po 

prostu pokazać, jak można oszczędzić czas, kiedy się dobrze zna miasto. Unikniesz korków, a 
bywają niezwykle uciążliwe, zwłaszcza kiedy mamy nalot turystów.   

Zabrzmiało to rozsądnie, ale nie zmniejszyło jej obaw. Perspektywa wspólnej jazdy wcale 

jej się nie uśmiechała.   

–  Jesteś  pewien,  że  to  konieczne?  –  próbowała  się  bronić.  –  Poczekalnia  jest  pełna 

pacjentów. Doug przyjdzie dopiero później, John urobi się po łokcie.   

–  Da  sobie  radę  –  odparł  sucho.  –  Większość  zresztą  czeka  na  pielęgniarkę.  Kelly  ich 

załatwi.   

Ustąpiła i zrezygnowana poszła za nim w stronę parkingu. Następne dwie godziny miała 

background image

spędzić z człowiekiem, którego obecność stanowiła dla niej nieznośne obciążenie psychiczne. 
Próbowała  na  niego  nie  patrzeć;  czuła,  że  się  czerwieni,  i  wolała  nie  wiedzieć,  jak  jej 
skoczyło ciśnienie.   

Otworzyła drzwi samochodu, rzucając swemu towarzyszowi niechętne spojrzenie. Może 

jednak w końcu się zniechęci i puści ją samą...   

– Na pewno zaryzykujesz wspólną jazdę? – zapytała posępnie.   
Sam wśliznął się na siedzenie pasażera.   
–  Dlaczego  nie?  Przecież  mnie  nie  zamordujesz.  Parsknął  śmiechem  i  musiała  się 

uśmiechnąć. W sumie może to nie najgorsze towarzystwo...   

– Jesteś okropny.   
Obrzucił ją rozbawionym spojrzeniem.   
–  Nie  pozbędziesz  się  mnie  tak  łatwo  –  oświadczył  wesoło.  –  Początki  co  prawda 

mieliśmy  trudne,  ale...  –  Zawiesił  głos  i  Beth  zdrętwiała.  –  Na  pewno  dojdziemy  do 

porozumienia.   

– Nie wiem, co masz na myśli, – Doskonale wiesz. Pracujemy razem i musimy znaleźć 

jakiś sposób, żeby to się odbywało w miarę normalnie. Nie możesz za każdym razem, kiedy 
wchodzę,  robić  takiej  miny,  jakbyś  się  obawiała,  że  stanie  się  coś  złego.  Wznosisz  między 
nami mur.   

Ostrożnie manewrowała na parkingu i odezwała się dopiero, gdy wyjechali na drogę.   
– Przykro mi, ale nic na to nie poradzę – powiedziała. – Każdy na moim miejscu czułby 

się niezręcznie, gdyby go bez przerwy pilnowano i sprawdzano. Wbrew temu, co sądzisz, ja 
umiem pracować samodzielnie.   

Na jego twarzy odmalowało się szczere zdumienie.   
–  Naprawdę  tak  to  odbierasz?  Strasznie  mi  przykro,  przepraszam.  Nie  zdawałem  sobie 

sprawy.  Chciałem  ci  tylko  pomóc,  bo  wiem,  jak  trudno  jest  się  odnaleźć  w  nowej  pracy. 
Chciałem  ci  ułatwić  aklimatyzację.  –  Zmarszczył  brwi.  –  Czasem  mam  wrażenie,  że  nie 
czujesz się u nas dobrze. Jesteś taka spięta... Sam nie wiem, jak to określić. Pamiętaj, że masz 
tutaj przyjaciół i że zawsze możesz na nas liczyć.   

Beth skupiła uwagę na prowadzeniu samochodu.   
–  Wiem  i  dziękuję  –  odezwała  się  po  chwili.  –  Dobrze  mi  się  z  wami  pracuje,  chyba 

znalazłam swoje miejsce.   

Spojrzał  na  nią  przeciągle,  a  ona  pod  wpływem  jego  wzroku  znowu  poczuła  się 

niepewnie.   

–  Może  dręczy  cię  coś  innego,  coś  nie  związanego  z  pracą?  –  Sam  znowu  przerwał 

milczenie. – Mnie możesz powiedzieć, ulży ci. Najgorzej tłumić w sobie problemy. Chodzi o 
twoją córeczkę? 

Przecząco pokręciła głową.   
– Nie.   
– Z czasem przyzwyczai się do szkoły i będzie tam chodziła chętnie, nie martw się.   
Beth podjęła bezpieczny temat.   
– Wiem, że to musi potrwać, wszystkie dzieci bardzo przeżywają takie zmiany, ale ona... 

background image

ona jest trochę inna.   

– W jakim sensie? 
– Po wypadku nigdy nie wróciła do siebie – mówiła dalej, jakby się zastanawiając. – Na 

pozór nic nie widać, ale kiedy jest zmęczona... Nie biega, na przykład,  tak szybko jak inne 
dzieci w jej wieku.   

Sam przez chwilę patrzył na nią w milczeniu.   
– Ale naprawdę dręczy cię co innego? – zapytał potem łagodnie.   
Zdumiała  ją  jego  wrażliwość  i  wyczucie.  Sam  Armstrong  jest  rzeczywiście  dziwnym 

człowiekiem.   

Mimo  to  nie  zamierzała  mu  się  zwierzać;  jeszcze  pomyśli,  że  osobiste  sprawy  mogą 

przeszkadzać jej w pracy. Stale jeszcze niezbyt  mu  ufała. Przecież nigdy  nie chciał, żeby z 
nimi  pracowała,  zgodził  się  tylko  pod  wpływem  Douga.  Nie  ceni  jej  i  nie  ukrywa  tego. 
Uśmiechnęła się z wysiłkiem.   

– Naprawdę nic mnie nie dręczy – odparła. – Po prostu strasznie się staram wypaść jak 

najlepiej i dlatego nieraz bywam spięta. Ale gdzie my właściwie jesteśmy? Wolałabym trafić 
pod wskazany adres.   

– To kilkaset metrów stąd. – Sam łatwo zgodził się na zmianę tematu.   
Wizyty  okazały  się  mniej  skomplikowane,  niż  się  obawiała.  Zwykła  codzienna  rutyna: 

starsi ludzie nie chcący iść do szpitala, dziecko chore na krup, pacjent po usunięciu zaćmy.   

W powrotnej drodze Beth zdobyła się na uśmiech.   
– Miałam szczęście, że tak mi gładko poszło. Dziękuję, że ze mną pojechałeś.   
– Nic przecież nie zrobiłem. – Sam wzruszył ramionami. – Nie masz mi za co dziękować.   
–  Owszem,  bardzo  mi  pomogłeś.  Pacjenci  cię  znają,  a  gdybym  przyjechała  sama, 

musiałabym przełamywać lody, jak to nowicjusz.   

Droga  wiodła wzdłuż morza,  port srebrzył się w jesiennym słońcu i Beth nagle poczuła 

się  lekka  i  radosna.  Kornwalia,  jednakowo  piękna  o  każdej  porze  roku,  była  cudownym 
miejscem do życia.   

Sam  oparł  się  wygodnie  i  przymknął  oczy.  Dopiero  dźwięk  komórki  wyrwał  go  z 

błogostanu.   

– Miejmy nadzieję, że to nic groźnego – westchnął, a do słuchawki powiedział: – Doktor 

Armstrong, słucham. – Skrzywił się i spojrzał na Beth. – Co tam, Maggie? Oczywiście, że go 
pamiętam.  To  ten  z  operowanym  kolanem.  Jesteśmy  bardzo  blisko  ich  domu.  Dobrze,  że 
zadzwoniłaś, zaraz tam pojedziemy.   

Beth zerknęła na niego pytająco.   
– Co się stało? 
–  Nic  dobrego.  Dzwonił  nasz  pacjent,  Tom  Watkins.  Jego  żona  nagle  zasłabła.  Oboje 

mają około siedemdziesiątki. Musi być niewesoło, bo Tom nie jest facetem, który robi alarm z 
byle powodu.   

Zawróciła i pojechała we wskazanym kierunku. Po chwili zatrzymali się pod niewielkim 

murowanym domem.   

Sam  szybkim  krokiem  poszedł  ku  drzwiom  i  Beth  podążyła  za  nim.  Gospodarz  na  ich 

background image

widok odetchnął z ulgą.   

– Jak dobrze, że pan jest, doktorze. I tak szybko... Nie chciałem robić kłopotu.   
Sam uspokoił go.   
– Przecież mówiłem, że zawsze można mnie wzywać, o każdej porze dnia i nocy. Bardzo 

dobrze pan zrobił. Gdzie żona? 

Tom Watkins, kulejąc, poprowadził ich do saloniku.   
– Nie wiem, co się stało – mówił po drodze. – Edie wstała jak zwykle wcześnie, ona nie 

lubi wylegiwać się w łóżku. Trochę się czuła zmęczona, ale tak to już jest w naszym wieku, 
człowiek nie lata tak jak dawniej. Potem powiedziała, że gniecie ją w piersi, i zasłabła.   

– Czy skarżyła się na jakieś bóle? 
– Tak, dlatego zadzwoniłem.   
Weszli do pokoju, w którym leżała starsza kobieta.   
– Ułożyłem ją na kanapie. – Oczy Toma napełniły się łzami. – Od godziny skarżyła się na 

bóle, ale nie pozwoliła mi wzywać pogotowia.   

Sam położył dłoń na jego ramieniu.   
–  Proszę  się  uspokoić.  Zrobimy,  co  w  naszej  mocy.  –  Zwrócił  się  do  leżącej.  –  Edie, 

podobno ma pani bóle w Matce piersiowej. Jak są silne? 

Kobieta była bardzo blada; z trudem uniosła powieki. Na jej czole lśniły kropelki potu.   

Rozchyliła usta, ale nie wyszedł z nich żaden dźwięk.   
– Proszę nic nie mówić – powiedział szybko Sam. – Proszę tylko pokazać, gdzie boli.   
Chora z trudem uniosła rękę i wskazała lewą stronę klatki piersiowej.   
– Tutaj... – szepnęła. – Mocno.. *.   
– Dobrze, teraz proszę odpocząć. – Zbadał jej puls, a potem uważnie osłuchał.   
Tom wbił w niego przerażone oczy.   
– Co jej jest, panie doktorze? 
– Ma zawał, ale niezbyt rozległy. Zaraz zawieziemy ją do szpitala.   
Stary człowiek złapał Beth za rękę ruchem tonącego.   
– Proszę się uspokoić – szepnęła. – Żona zaraz będzie pod dobrą opieką.   
– Pojadę z nią.   
Beth uścisnęła jego dłoń.   
–  Oczywiście,  i  zostanie  pan  przy  niej  w  szpitalu.  Zauważyła  znaczący  wzrok  Sama  i 

odeszła z nim na bok.   

–  Wezwij  karetkę  –  polecił.  –  Ja  zostanę  przy  niej.  Wyraz  jego  oczu  nie  wróżył  nic 

dobrego.   

– Stan jest poważny, prawda? – zapytała ściszonym głosem.   
– Edie ostatnio niedomagała – odparł oględnie. – Jest też w podeszłym wieku.   
– Jak on sobie da radę bez niej... – Tylko to jedno przyszło jej do głowy.   
Sam otrząsnął się.   
– Podam Edie środki przeciwbólowe, a ty postaraj się namówić Toma, żeby się opanował 

i przygotował jej rzeczy.   

– Zaraz się tym zajmę – zapewniła go. – Teraz dzwonię po pogotowie. Czy oni mają tutaj 

background image

jakąś rodzinę? 

– Chyba córkę,  ale nie wiem dokładnie, gdzie mieszka. Beth energicznie przystąpiła do 

działania.   

– Wezmę od Toma numer telefonu i zadzwonię do niej. Będzie potrzebna.   
– Beth...   
Zwróciła ku niemu głowę i poczuła na ustach muśnięcie jego warg.   
– Dziękuję za pomoc – usłyszała szept. – Jesteś niezastąpiona. ..   
Niemal biegiem udała się do telefonu.   

W niecałą godzinę później, po odjeździe ambulansu, jechali z powrotem do szpitala. Tym 

razem prowadził Sam i była mu za to wdzięczna. Czuła się zmęczona i smutna; z radosnego 
nastroju nic nie pozostało, słoneczny ranek zamienił się w chmurne popołudnie.   

Bolała  ją  głowa;  pewnie  z  głodu  albo  z  napięcia.  A  może  złożyły  się  na  to  wydarzenia 

ostatnich  kilku  godzin:  niedomaganie  ojca,  zawał  pani  Watkins,  leciutki  jak  morska  bryza 
pocałunek Sama.   

Zerknęła  w  jego  stronę  i  przypomniała  sobie,  jak  niemal  przez  godzinę  tłumaczy! 

przerażonemu  staremu  człowiekowi,  na  czym  polega  choroba  jego  żony,  jakiej  kuracji 
zostanie  poddana,  jak  go  pocieszał  i  przekonywał,  że  wszystko  będzie  dobrze.  Nie  każdy 
lekarz poświęciłby na to swój cenny czas.   

Rodził się w niej podziw i jeszcze jakieś inne uczucie, którego nie rozumiała.   
– Znowu zaczynasz? – odezwał się znad kierownicy Sam. Beth drgnęła.   
– O czym mówisz? – spytała, wyrwana z zamyślenia.   
– Znowu się zasępiłaś.   
– Przepraszam.   
Sam skrzywił się lekko.   
–  Nie  masz  za  co  przepraszać.  Nie  jestem  twoim  wrogiem,  chcę  ci  pomóc,  jeśli  mi 

pozwolisz. Nie musisz się martwić o Watkinsów, są już w szpitalu w dobrych rękach.   

Beth znowu się zamyśliła.   
– Pewnie od bardzo dawna są małżeństwem – odezwała się po chwili.   
– Dopiero co uroczyście obchodzili złote gody.   
– Pięćdziesiąt lat! – W głosie Beth zabrzmiał podziw. – Nie wiem, jak ludzie mogą żyć, 

kiedy stracą kogoś, z kim byli tak długo.   

Obrzucił ją zamyślonym wzrokiem.   
–  Jesteś  lekarzem  i  znasz  zasady.  Nie  wolno  ci  podchodzić  emocjonalnie  do  spraw 

pacjentów.   

Westchnęła ze smutkiem.   
– Wiem, ale to nie zawsze łatwe. Zwłaszcza jeśli chory jest kimś bliskim.   
Przez chwilę na niego patrzyła, a potem odwróciła twarz w stronę okna.   
– Masz na myśli kogoś konkretnego? – usłyszała po pewnym czasie. – Kogoś z rodziny? 

Twojego męża? 

Nie  odpowiedziała,  zdziwiona  jego  pytaniem  oraz  tym,  że  tak  szybko  zapomniała  o 

Timie, zupełnie jakby nigdy nie istniał.   

background image

– Nie – zaprzeczyła machinalnie. – Nie miałam na myśli jego. – A widząc, że Sam czeka 

na odpowiedź, dodała: – Chodzi o mojego ojca.   

– Jak rozumiem, masz konkretne powody do niepokoju? 
– pytał dalej rzeczowo.   
Skinęła głową.   
– Mam nadzieję, że nie, i że to tylko sprawa mojej wyobraźni...   
– Ale tak nie jest? 
– Nie. – Tama nagle się przerwała i  słowa popłynęły. – Tata od pewnego czasu źle się 

czuje,  a  ponieważ  jest  strasznie  uparty,  nie  chce  iść  do  lekarza.  Mama  bardzo  się  tym 

przejmuje i chyba ma rację.   

Sam na sekundę oderwał wzrok od drogi i przeniósł go na Beth.   
–  Skoro  obie  coś  podejrzewacie,  chyba  się  nie  mylicie  –  powiedział  cicho.  –  Ty  jesteś 

lekarzem, a mama, jako najbliższa mu osoba, wiele wyczuwa. Jakie ma objawy? 

–  Utrzymuje,  że  nie  ma  żadnych  i  nic  mu  nie  jest.  To  właśnie  jest  najgorsze.  –  Beth 

niemal  jęknęła. – Nic z  niego nie można wyciągnąć. 2 mojej  obserwacji  wynika jednak, że 
znacznie ograniczył swoją aktywność.   

– To jeszcze nic takiego...   
– Tak – zgodziła się – ale tatuś zawsze był bardzo aktywny, uprawiał wszystkie sporty. 

Namiętnie grał w tenisa, uwielbiał to, a teraz mama mówi, że przez całe lato tylko kilka razy 
był na korcie.   

– Podał jakiś powód? 
– Nie, wspomniał tylko, że ma kłopoty z oddychaniem i stale musi odpoczywać.   
– Pali? – zbierał wywiad Sam.   
– Nie, i nie ma nadwagi – dodała od razu. – I nie ma też specjalnych powodów do stresu.   
– Kiedy ostatnio był u lekarza? 
–  Dawno.  Jego  lekarz  poszedł  na  emeryturę  i  ojciec  nie  wybrał  sobie  nikogo  na  jego 

miejsce. Mówi, że nie ma po co. Jakiś czas temu mama wysłała go do laryngologa, bo miał 
coś ze słuchem.   

Sam przez chwilę milczał..   
–  Wygląda  na  to,  że  twój  ojciec  ma  problemy  z  sercem  –  odezwał  się  wreszcie.  – 

Powinien go zbadać dobry kardiolog.   

– Nie będzie łatwo przekonać tatę, że to konieczne...   
– Ty namówisz ojca na tę wizytę, a ja znajdę specjalistę – podsumował Sam. – Już nawet 

wiem, kogo. Jim Elliot. Zaraz do niego zadzwonię, na pewno przyjmie ojca. Przyjaźnimy się 

od lat, a na dodatek ostatnio wyświadczyłem mu pewną przysługę.   

Wjechali na szpitalny parking i Beth uniosła na Sama spojrzenie pełne wdzięczności.   
– Nie wiem, jak ci dziękować – szepnęła. – Mama się uspokoi, jak się dowie, że doktor 

Elliot zbada ojca.   

– Od ciebie zależy, czy w ogóle pozwoli się zbadać. Powiedz mu, że chowanie głowy w 

piasek to najgorsza metoda – poradził jej Sam.   

Rzucił  to  zwykłym,  obojętnym  tonem,  jakby  przemawiał  do  kogoś  zupełnie  obcego,  ale 

background image

Beth  prawią  go  nie  słyszała.  Całym  wysiłkiem  woli  skupiła  się,  żeby  go  nie  pogłaskać  po 
włosach – ani nie dotknąć jego ust.   

Otworzyła drzwi i powoli wysiadła z samochodu.   
– Jeszcze raz ci dziękuję i z góry przepraszam, jeśli się okaże, że trudziłeś się na próżno – 

powiedziała z wahaniem.   

– Zaryzykuję.   
Zdążyła  jeszcze  napić  się  kawy,  zanim  nadszedł  pierwszy  pacjent.  Powitała  go 

uśmiechem.   

– Proszę, niech pan siada i powie mi, co pana do mnie sprowadza.   
Trevor Johnson, lekko otyły mężczyzna w wieku około czterdziestu lat, usiadł na krześle i 

poprawił okulary.   

– Skończyły mi się tabletki na migrenę, chciałbym prosić o receptę.   
Beth spojrzała na ekran komputera.   
– Ostatni atak miał pan dosyć dawno. Był pan wtedy u doktora Reynoldsa.   
Pacjent skinął głową.   
– Tak, prawie półtora roku temu. Myślałem, że to się już nie powtórzy, ale teraz czuję, że 

to cholerstwo znowu mnie może dopaść. A zwłaszcza teraz bardzo bym tego nie chciał, mam 
trudną  sytuację  w  pracy.  Jest  szansa  na  awans,  ale  jestem  w  takim  wieku,  że  mogą  mnie 
wyrolować.   

Beth uśmiechnęła się.   
– Ile pan ma lat? Czterdzieści? 
– Czterdzieści dwa.   
– Trudno to nazwać podeszłym wiekiem... Odwzajemnił jej uśmiech, a potem lekko się 

skrzywił.   

– Tak, ale jak się ma obok siebie stado trzydziestolatków po dobrych studiach i z całkiem 

sporym doświadczeniem, człowiek zaczyna czuć się niepewnie. Zwłaszcza kiedy, tak jak ja, 
poznał już smak bezrobocia.   

W oczach Beth ukazało się współczucie.   
– W jakich godzinach pan pracuje? 
– Normalnie od dziewiątej do piątej, ale teraz zakupili w firmie nowe komputery i trzeba 

zaktualizować cały system. Muszę być do dyspozycji.   

Beth spoważniała.   
–  Praca  w  takim  napięciu  może  mieć  znane  panu  konsekwencje.  –  Ruchem  dłoni 

uprzedziła  jego  protest.  –  Wiem,  że  praca  jest  bardzo  ważna,  ale  musi  pan  trochę  zwolnić 
tempo.   

Trevor zdjął okulary, przetarł je i włożył z powrotem.   
– Powiem to szefowi, jak tylko go spotkam. Będzie zachwycony.   
Wypisała receptę i podała mu ją.   
– Niestety, nie mogę nic poradzić na sytuację w pańskim biurze – dorzuciła jeszcze – ale 

daję  panu  nowy,  skuteczny  i  bezpieczny  lek.  Zapobiega  migrenie  i  nie  ma  skutków 
ubocznych,  co  nie  znaczy,  że  nie  powinien  pan  znaleźć  jakiegoś  sposobu,  żeby  pogodzić 

background image

pracę ze zdrowiem. Wiem, że to niełatwe, ale muszę to panu powiedzieć.   

Ostatnią  pacjentką  tego  dnia  była  młoda  ciemnowłosa  kobieta.  Wyraźnie  zalękniona,  z 

oczyma pełnymi łez, przysiadła na brzeżku krzesła.   

– Pani Julie Barratt, prawda? – zachęcająco odezwała się Beth.   
Kobieta przełknęła łzy i sięgnęła do kieszeni po chusteczkę.   
– Przepraszam, ale nie mogę się opanować – wyjąkała. – To ten guzek w piersi.   
Beth  zajrzała  do  komputera.  Pacjentka  została  skierowana  przez  doktora  Armstronga  na 

onkologię.   

–  Powiedział,  że  muszą  mnie  operować...  –  Błękitne  oczy  Julie  Barratt  wypełniły  się 

łzami.  –  To  pewnie  jest  dziedziczne,  moja  matka  umarła  na  raka  piersi.  Ja  nie  boję  się 
mastektomii, jak trzeba, to trzeba, martwi mnie co innego... Skoro to jest dziedziczne... czy ja 
mogę mieć dzieci, jeśli mają odziedziczyć taką straszną chorobę? 

Beth wyprostowała się i spojrzała pacjentce prosto w oczy.   
– Będę z panią szczera. Pewne ryzyko istnieje, ale to nie oznacza, że należy przewidywać 

najgorsze. Co pani na ten temat powiedział onkolog? 

Kobieta pociągnęła nosem.   
– Mówił bardzo dużo, ale nic nie pamiętam, byłam zszokowana. Podał mi wynik biopsji, 

powiedział, że to nowotwór złośliwy i że trzeba usunąć piersi. Siedziałam, patrzyłam na niego 
i  myślałam, że to  na pewno pomyłka i  że chodzi  o kogoś innego. Przecież takie rzeczy nie 
zdarzają się ludziom w moim wieku, prawda? Co innego, jak ktoś jest już stary...   

– Nie ma takiej reguły – łagodnie wtrąciła Beth. – Co jeszcze pani powiedział lekarz? 
–  Dodał,  że  muszę  mieć  usunięte  obie  piersi,  bo  istnieje  poważne  ryzyko  przerzutu.  – 

Uniosła oczy. – Boję się, ale już się z tym pogodziłam, mogę z tym żyć. Chodzi mi tylko o 
moją córkę... – Rozpłakała się. – Wolę nie mieć dzieci , niż skazać je na coś takiego, przez co 
teraz sama przechodzę.   

Beth pogłaskała jej rękę.   
– Domyślam się, jak się pani czuje, i serdecznie pani współczuję. Dziesięć lat temu moja 

mama też zachorowała na raka. Wahała się, czy wyrazić zgodę na usunięcie obu piersi, a teraz 
mówi,  że  to  była  najrozsądniejsza  decyzja  w  jej  życiu.  Operacja  zakończyła  się  sukcesem  i 
nie grożą jej przerzuty.   

Pacjentka słuchała uważnie i nie spuszczała z niej bacznego spojrzenia.   
– A pani doktor? – zapytała po chwili spiętym głosem.   
– Nigdy się pani nie bała, że też może to mieć? 
– Są sposoby, żeby tego uniknąć – łagodnie odparła Beth.   
–  Regularnie  badam  sobie  piersi  i  raz  do  roku  robię  mammografię.  Medycyna  bardzo 

szybko się rozwija i profilaktyka staje się coraz bardziej skuteczna.   

Julie przełknęła ostatnią łzę.   
– Jakoś mi teraz lżej – szepnęła. – Dobrze, że do pani przyszłam. Bardzo chciałam z kimś 

porozmawiać.   

– Proszę przychodzić, kiedy tylko pani zechce.   
Po  wyjściu  pacjentki  Beth  przymknęła  oczy.  Czuła  się  wykończona.  Nie  lubiła  takich 

background image

sytuacji; natychmiast też powróciła myśl o ojcu. Ujrzała przed sobą jego pobladłą, zmęczoną 
twarz,  przypomniała  sobie  jego  powolne,  jakby  ospałe  ruchy.  Niemal  czuła  jego  udrękę, 
udrękę  człowieka  zdradzonego  przez  własne  ciało.  Choroba  jest  straszna,  potrafi  być 
nieubłagana, i nie wybiera...   

– Mogę na chwileczkę? – Głos Sama dobiegł ją z bardzo daleka, chociaż stał w progu jej 

drzwi. – Pukałem, ale byłaś tak pogrążona w myślach, że nie słyszałaś.   

Wstała zza biurka, próbując się skoncentrować.   
– Tak, ja tylko... zaraz...   
– Maggie mi powiedziała, że twój ostatni pacjent właśnie wyszedł i chciałem jeszcze cię 

złapać – ciągaj Sam, wchodząc. – Wszystko w porządku? 

Nerwowo zaczęła porządkować porozkładane na biurku papiery.   
– Oczywiście. Potrzebujesz czegoś? 
–  Tak,  ale  mogę  poczekać.  –  Zmarszczył  brwi.  –  Przecież  widzę,  że  coś  się  dzieje. 

Powiedz, o co chodzi.   

Jest zdecydowanie zbyt przenikliwy i wyczulony na jej nastroje.   
– Nic się nie dzieje – rzuciła opryskliwie. – Po prostu trochę boli mnie głowa.   
Jego oczy pociemniały.   
– Nie umiesz kłamać. Widzę, że coś cię dręczy.   
Nie miała siły walczyć. Ten człowiek wprawiał ją w stan nerwowej wibracji i zmuszał do 

podporządkowania się swej woli.   

–  To  ta  bezsilność  –  poddała  się.  –  Medycyna  niby  idzie  naprzód,  a  stale  zdarzają  się 

sytuacje,  w  których  nic  człowiekowi  nie  możemy  pomóc.  Czuję  się  wtedy  kompletnie 

niepotrzebna i śmieszna.   

Sam podszedł bliżej.   
– Czy to ma związek z pacjentką, która właśnie opuściła twój gabinet? 
Beth skinęła głową.   
– Tak, jest o dwa lata ode mnie młodsza i ma raka piersi.   
Dziewięć miesięcy temu wyszła za mąż, a teraz czeka ją mastektomia. Nawet nie możesz 

sobie wyobrazić, przez co ona przechodzi.   

– Nawet nie próbuję – rzeki ciepłym  głosem – ale jestem lekarzem, ty też, i pewnie jej 

wyjaśniłaś, że ma bardzo duże szanse.   

Beth z trudem powstrzymała łzy.   
– Jasne, ona nawet twierdzi, że od razu poczuła się znacznie lepiej... Chyba jednak trochę 

to uprościłeś.   

– Dlaczego? Przecież nie jesteś odpowiedzialna za fakt, że zachorowała, nie ty postawiłaś 

diagnozę, nie ty powiedziałaś jej o wszystkim pierwsza.   

– Ale czuję się... nie w porządku.   
–  Los  jest  nie  w  porządku,  moja  droga,  a  ona  ma  ogromne  szanse  wyjść  z  tego  i  żyć 

normalnie.   

W głosie Beth zabrzmiała gorycz.   
– Tylko że zapewne nigdy nie będzie miała dzieci.   

background image

– Nie widzę powodu. Mastektomia nie zakłada bezpłodności.   
On nic nie rozumie i wszystko trzeba wytłumaczyć mu jak małemu chłopcu.   
– Chodzi o co innego. Są młodym, szczęśliwym małżeństwem, właśnie przeprowadzili się 

do nowego domu, chcą mieć rodzinę, ale świat Julie się rozpadł. Boi się mieć dzieci z obawy, 
że  przekaże  chorobę  nowotworową  swojej  córce.  Wyznała  mi  to,  a  ja  jej  zaczęłam  prawić 
banały o rozwoju medycyny. Co ze mnie za lekarz? 

Sam spojrzał na nią surowo.   
–  Wybór  należy  do  niej,  nie  do  nas  –  oświadczył  głosem  nie  znoszącym  sprzeciwu.  – 

Musimy  kierować  się  rozumem,  a  nie  emocjami.  Jeśli  chcesz  przeżyć  w  tym  zawodzie, 
musisz  być  bardziej  odporna.  Lekarz  nie  jest  cudotwórcą,  wystarczy,  że  dobrze  wykonuje 
swój  zawód.  Medycyna  naprawdę  rozwija  się  z  każdym  dniem,  a  to  napawa  optymizmem. 
Julie będzie miała doskonalą opiekę i z pewnością odzyska zdrowie.   

– Takie to dla ciebie proste...   
– Tego nie powiedziałem. Opanowała się.   
– Przepraszam. Wzruszyłam się tak, bo kilka lat temu moja matka też miała raka, dlatego 

tak to na mnie podziałało. Chyba rzeczywiście przesadziłam.   

Spróbowała się uśmiechnąć, ale jej się nie udało.   
– A teraz boisz się o ojca – odezwał się po chwili Sam. – Ponadto masz na głowie córkę i 

nową pracę. Nic dziwnego, że się stresujesz.   

– Nic mi nie będzie.   
– Powinnaś się rozerwać – zadecydował nagle – i nawet wiem, jak to zrobić. Nad morzem 

jest mały pub, dobre jedzenie, miły nastrój. Zapraszam cię na kolację.   

–  Nie  musisz.  –  Beth  dumnie  uniosła  głowę.  –  Nie  musisz  prowadzić  mnie  za  rączkę. 

Sama potrafię zorganizować sobie życie towarzyskie.   

Wcale się nie zraził.   
– Nie wątpię – odparł. – Chciałbym tylko, żebyś się na chwilę oderwała od problemów 

codziennego dnia. Na kiedy się umówimy? 

Beth nie zastanawiała się długo.   
–  Miło  z  twojej  strony,  ale  nie,  dziękuję.  Nie  jestem  w  nastroju.  Ponadto  uważam,  że 

będzie lepiej, jeśli  nasza znajomość pozostanie czysto  zawodowa. W ten sposób  unikniemy 
nieporozumień. Chyba cię nie uraziłam.   

Jego spojrzenie stężało.   
– Popełniasz poważny błąd, tak stale uciekając. Przed życiem nie uciekniesz. Unik nigdy 

nie jest dobrym wyjściem, a żeby stawić czoło nowym wyzwaniom, trzeba nie lada odwagi. 
Wątpię, żeby ci jej starczyło.   

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Jego  słowa  prześladowały  ją  przez  kilka  dni.  Jakim  prawem  ją  sądzi?  Jakim  prawem 

nazwał ją tchórzem? Jest po prostu ostrożna i nie ma w tym absolutnie nic złego. Kto się raz 
sparzył, dmucha na zimne. Kogo raz skrzywdzono, nie podstawia się po raz drugi.   

Chociaż,  prawdę  mówiąc,  krótka  wizyta  w  pubie  to  nic  groźnego.  Mogłoby  nawet  być 

przyjemnie...   

Beth  musi  się  jednak  liczyć  z  Sophie.  Jest  mała,  ale  inteligentna.  Na  pewno  pamięta 

jeszcze  ojca,  wypadek,  cierpienie,  pobyt  w  szpitalu.  Dość  jak  na  jedno  krótkie  życie.  Są  z 
sobą bardzo zżyte i Sophie nie zniesie obok matki żadnego mężczyzny.   

Swoją  drogą  ciekawe,  jak  by  zareagowała?  Już  nieraz  pytała,  dlaczego  nie  ma  tatusia... 

Prędzej czy później trzeba jej będzie wszystko jakoś wytłumaczyć.   

– Mamo! Idziemy! Jesteś gotowa? 
Beth odwróciła się i ujrzała małą istotkę podskakującą z podniecenia. Uklękła i pomogła 

jej włożyć kurtkę.   

– Masz rękawiczki i szalik, córeczko? 
– Niepotrzebne mi.   
–  Owszem,  potrzebne.  –  Sophie  pocałowała  mały  nosek.  –  Nad  morzem  będzie  zimno. 

Idę po kurtkę, a ty włóż długie butki.   

Sophie usiadła na podłodze i z zapałem zaczęła wciągać czerwone kalosze.   

Chyba  oszalała,  żeby  ciągnąć  dziecko  na  plażę  w  taką  pogodę...  Beth  kochała  morze  i 

fakt, że miała je teraz tak blisko, sprawiał, że biegała na plażę, kiedy tylko mogła.   

– Mamo! Miś też z nami idzie! Pewnie. Dlaczego by nie! 
Prawie już stały w drzwiach, kiedy odezwał się dzwonek. Otworzyła i serce podeszło jej 

do gardła na widok Sama. Miał na sobie dżinsy i wełniany sweter.   

–  Cześć.  –  Uśmiechnął  się  szeroko.  –  Wiem, że  masz  wolne  w  ten  weekend.  Chciałem 

pogadać, ale widzę, że wychodzicie.   

Sophie mocno ujęła matkę za rękę i ciekawie spojrzała na nieznajomego.   
– Jak ci na imię? – zapytała.   
– Sam – odparł swobodnie. – Pracuję z twoją mamusią. – Przykląkł i mówił dalej: – Ty 

pewnie jesteś Sophie, a jak się nazywa ten miś? 

Sophie wydęła usteczka.   
– George.   
Już miał zapytać dlaczego, ale powstrzymał go wzrok Beth.   
– Idziemy na plażę – wyjaśniła mała. – Z mamą i z misiem.   
Sam wstał i cofnął się.   
– W takim razie nie przeszkadzam. Zadzwonię do ciebie później, Beth.   
Spojrzała na niego i zrozumiała, że ma dla niej jakieś ważne wiadomości.   
– Poczekaj, wiesz coś o moim  ojcu? – zatrzymała go. Skinął głową i  odparł ściszonym 

głosem, tak żeby dziecko nie mogło zrozumieć.   

background image

– Dzwonił do mnie Jim Elliot i podał mi wyniki badań. Może bym się z wami przeszedł i 

wszystko ci opowiedział? Oczywiście, jeśli nie przeszkadzam.   

– Dobrze – zgodziła się natychmiast. – Tylko pewnie zmarzniesz w samym swetrze. Na 

plaży jest wiatr.   

– Nie szkodzi, jakoś wytrzymam. Sophie powiodła wzrokiem po dorosłych.   
– On z nami idzie? – zapytała. Sam uśmiechnął się do niej.   
– Jeśli tylko się zgodzisz. Nazbieramy ci z mamusią ślicznych muszelek.   
Dziewczynka nie zaprotestowała i po chwili we troje schodzili już w stronę przystani.   

Na plaży hulał zimny  wiatr i  Sam  schował  ręce  do kieszeni  spodni.  Sophie natychmiast 

popędziła w stronę morza. Po chwili odwróciła się i spojrzała na matkę.   

– Miałaś zbierać muszelki – powiedziała z wyrzutem. – Tutaj jest tyle muszli, malutkie i 

taaakie wielkie...   

Beth pochyliła się, udając, że szuka pięknego okazu.   
– Co ci powiedział Jim Elliot? – zwróciła się do Sama cichym głosem. – Sprawa musi być 

poważna, skoro do mnie przyszedłeś.   

Jej towarzysz schylił się również.   
– Tak – przytaknął. – Sprawa jest poważna. Poczuła ucisk w żołądku.   
– To serce, prawda? – spytała zdławionym głosem.   
– Tak.   
Beth  wyprostowała  się;  przeszedł  ją  lodowaty  dreszcz,  nie  mający  nic  wspólnego  z 

nadmorskim chłodem.   

– Podejrzewałam, że to serce. – Skuliła się, jakby oczekując ciosu. – Wiedziałam... Ojciec 

nigdy na nic się nie skarżył, ale mama mówiła, że stale jest słaby i kręci mu się w głowie. Czy 
trzeba się liczyć z koniecznością wszczepienia rozrusznika? 

Sam  nie odpowiedział  wprost,  –  Doktor Elliot  zrobił  mu  wszystkie badania.  EKG,  echo 

serca,  rentgen  płucoserca.  Prawdopodobnie  chodzi  o  niedomykalność  zastawek.  Konieczna 

jest operacja, i to jak najszybciej. Sądzisz, że uda ci się przekonać ojca i wyrazi zgodę? 

Oblizała spierzchnięte wargi.   
– Muszę, nie mam wyjścia.   
Poczuła na ramionach dłonie Sama; emanował  z niego spokój i  siła. W tej samej chwili 

podbiegła do nich Sophie.   

– Mamo, zobacz, co znalazłam! – Energicznym ruchem wysunęła przed siebie siatkę. – 

To ma nogi! 

Beth cofnęła się instynktownie.   
– Wolałabym tego nie widzieć. Sam udał zaciekawienie.   
– Mogę zerknąć? 
– Bardzo proszę – wzdrygnęła się Beth. Zerknął do siatki i gwizdnął ż zachwytu.   
– Ale piękny krab! Jakie ma nogi! 
Delikatnie wydobył stworzenie z siatki i położył na dłoni.   
– Włóż go z powrotem do wody. – Beth znowu zrobiła krok do tyłu.   
– Dobry pomysł.   

background image

Sam postawił kraba na wilgotnym piasku, w zasięgu fali, i otrzepał ręce.   
– Tu niedaleko jest grota, chcecie zobaczyć? – zapytał.   
– Co to jest grota? – Sophie szeroko rozwarła oczy.   
– To taki tunel pod skałami – wyjaśnił. – Chodźmy, zaraz wam pokażę.   
Na widok groty Sophie wpadła w niesłychany entuzjazm i zaraz podbiegła do wejścia.   
–  Mamo!  Zobacz!  Zupełnie  jak  wielki  dom!  Beth  powiodła  za  nią  zaniepokojonym 

wzrokiem.   

– Czy to na pewno bezpieczne? – zapytała nerwowo.   
– Nie jest zbyt głęboka, zresztą teraz jest odpływ, Sophie nic się nie stanie. – Spojrzał na 

nią i wrócił do poprzedniego tematu. – Przykro mi, że przynoszę złe nowiny, ale prognozy są 
dobre, pamiętaj o tym.   

Zapatrzyła się przed siebie niewidzącym wzrokiem.   
–  Spodziewałam  się  tego  –  szepnęła.  –  Próbowałam  się  oszukiwać,  ale  w  głębi  duszy 

wiedziałam, że to coś poważnego.   

–  Z  tego,  co  mówiłaś,  domyślałem  się,  że  to  może  być  wada  zastawki  dwudzielnej. 

Niewydolność oddechowa, nieregularny rytm serca, zmęczenie, uczucie słabości, i tak dalej.   

Wiatr  potargał  włosy  Beth.  Odrzuciła  je  z  czoła  i  znowu  spojrzała  na  bawiącą  się  obok 

groty córeczkę. Mała zbierała otoczaki i wrzucała je z powrotem do wody.   

–  Najważniejsze  to  nie  zwlekać  z  operacją  –  podjął  łagodnym  głosem  Sam.  –  Jim  to 

wspaniały kardiochirurg, twój ojciec będzie w dobrych rękach. Nie zamartwiaj się.   

Spojrzała na niego z oburzeniem.   
–  Jak  mogę  się  o  niego  nie  martwić!  Przez  ostatnie  dwa  lata  rodzice  wspierali  mnie  i 

pomagali  mi,  jak  mogli.  Ojciec  zawsze  był  przy  mnie,  kiedy  go  potrzebowałam,  a  teraz... 

teraz on potrzebuje mnie. Jest chory, a ja... – Załamała dłonie. – A ja nic nie mogę zrobić.   

– Już wiele zrobiłaś. Dzięki tobie poszedł do doktora Elliota.   
Potrząsnęła głową, włosy rozsypały jej się na ramiona.   
– Takie właśnie banały mówimy zawsze pacjentom – oświadczyła z goryczą. – Ale tym 

razem chodzi o mojego ojca. Dość już przeżył, kiedy mama miała raka. A teraz on...   

Sam znowu położył dłonie na jej ramionach. Delikatnie potrząsnął nią.   
– Wiem, co czujesz. Wbrew temu, co myślisz, nie jestem z kamienia. Ja też od czasu do 

czasu coś przeżywam.   

Wzięła głęboki oddech,  próbując nad sobą zapanować.  Zachowała się jak histeryczka,  a 

tego u siebie nie cierpiała.   

– To mój problem. – Jej głos był stanowczy i opanowany. – Dziękuję ci za to, co zrobiłeś, 

ale reszta już cię nie dotyczy.   

Chciała się odsunąć; bliskość Sama nie pozwalała jej się skupić i spokojnie pomyśleć. A 

tak dobrze byłoby wtulić się w jego ramiona i spokojnie wypłakać. Sam, jakby czytając w jej 
myślach, przyciągnął ją ku sobie.   

– Nie myśl, że tylko ty jedna masz monopol na wrażliwość. Inni ludzie też nieraz płaczą. 

Uczuciowość nie jest oznaką słabości.   

Uniosła na niego oczy. Jego usta znajdowały się niebezpiecznie blisko. Czuła ciepło jego 

background image

ciała i zapach dobrej wody po goleniu.   

– Chyba nietrudno to zrozumieć – ciągnął coraz bardziej spiętym głosem. – Kiedyś i tak 

będziesz musiała zburzyć ten mur, którym się oddzielasz od świata. Nie możesz wiecznie być 
więźniem samej siebie.   

Coś z jego słów wreszcie do niej dotarło.   
– Nie robię tego świadomie – wyznała – Po prostu od dłuższego czasu jesteśmy z Sophie 

zdane tylko na siebie, to znaczy, ja muszę dbać o nas obie.   

Przytulił ją i pogłaskał po plecach.   
– Wcale nie musi tak być. Nie bój się.   
Czuła,  że  zaraz  ją  pocałuje,  i  bardzo  się  tego  bała.  Twarz  Sama  znajdowała  się  coraz 

bliżej... Wiedziała, że nie wolno jej dopuścić do tego, co miało się stać. Próbowała odwrócić 
głowę, ale Sam jej nie pozwolił. Jego uścisk stawał się coraz mocniejszy, szept coraz bardziej 
naglący.   

– Czego tak bardzo się boisz? Przecież ja nigdy bym cię nie skrzywdził...   
Wierzyła  mu.  Wierzyła,  że  świadomie  nigdy  by  jej  nie  wyrządził  krzywdy.  Ale  ona 

przecież nie może, nie ma prawa.   

Poczuła  jego  wargi  na  swoich  ustach  i  w  jednej  chwili  całe  jej  ciało  rozkwitło.  Nigdy 

żaden mężczyzna nie działał na nią w ten sposób, nigdy dotąd jej ciało nikogo nie przyzywało 
tak namiętnie i... rozpaczliwie. Zadrżała w jego ramionach, odurzona i przerażona tym, co się 
z nią stało. Z Timem, nawet w ich najlepszym okresie, nigdy tak nie było.   

– Nie, proszę... – szepnęła, próbując się wyzwolić z jego ramion. – Ja nie mogę.   
Sam zesztywniał; w spojrzeniu, jakim ją obrzucił, dostrzegła odbicie własnej wewnętrznej 

walki.   

Jak  mogła  tak  się  zachować?  Jak  mogła  tak  łatwo  i  szybko  się  zapomnieć?  Przecież  on 

chciał  tylko  pocieszyć  ją  po  przyjacielsku,  w  trudnej  chwili,  a  ona...  Ona  przez  swoje 
niewłaściwe  zachowanie  doprowadziła  go  do  stanu,  w  którym  na  pewno  nie  chciał  się 

znaleźć.  W każdym  normalnym  mężczyźnie budzi  się pożądanie,  kiedy kobieta się na niego 

rzuca.   

Załatają  fala  wstydu;  przecież  oni  prawie  się  nie  znają!  Niemal  słyszała  łomot  swojego 

serca.  To,  czego  przed  chwilą  doświadczyła,  było  cudowne  i  podniecające,  ale  prowadzi 
donikąd.  Kiedyś  już  weszła  na  tę  drogę  i  wie,  co  czeka  u  jej  kresu:  upokorzenie,  ból  i 
rozczarowanie.   

Wyswobodziła się z jego ramion.   
– Musimy już iść, zrobiło się późno. Sophie! Wracamy! Córeczka podbiegła; policzki jej 

płonęły, oczy błyszczały z radości.   

– Mamo! Zobacz jaka woda! Trochę zmoczyłam nóżki, ale tylko troszeczkę! 
– Musimy już iść, zaraz zrobi się ciemno – oparła się jej namowom Beth.   
Dziewczynka uniosła na nią błagalne spojrzenie.   
– Ale wrócimy tutaj, prawda? Powiedz, że tak! On też z nami przyjdzie? Będzie mógł, 

mamusiu, prawda? 

Twarz Sama drgnęła, jego oczy pociemniały. Beth z trudem przełknęła ślinę.   

background image

– Tak... kiedyś jeszcze tu przyjdziemy – wykrztusiła – ale chyba same. Doktor Armstrong 

ma dużo pracy, jest zajęty.   

– Na pewno znajdę chwilkę czasu – wpadł jej w słowo Sam. – Bardzo mi się podobała 

nasza wycieczka.   

Sophie podskoczyła z radości.   
– Znajdziemy jeszcze jednego kraba! – krzyknęła zachwycona.   
– A może nawet złowimy jakąś rybę – dodał Sam, klękając obok niej na piasku.   
Ich  głowy  prawie  się  zetknęły  i  Beth  poczuła  dziwne  ukłucie  w  sercu.  Ten  mężczyzna 

stale ją zaskakiwał i stawał się jej coraz bliższy. Musi bardzo się pilnować, żeby znowu nie 
popełnić błędu.   

Przecież to tylko mężczyzna. Bardzo atrakcyjny, ale typowy samiec. Skorzystał z okazji, 

że miała chwilę słabości, i teraz myśli, że może z nią robić, co chce.   

Tylko że ona przerobiła już tę lekcję. Przez ostatnie dwa lata próbowała poskładać jakoś 

swoje życie i nie pozwoli go sobie zrujnować na nowo.   

– Sophie, idziemy do domu – oświadczyła głosem tak szorstkim, że aż sama się zdziwiła.   
Sam podniósł się, a dziewczynka zaczęła marudzić.   
– Nie chcę iść do domu! – Skrzywiła buzię, gotowa wybuchnąć płaczem.   
Pogłaskał ją po główce.   
– Posłuchaj mamusi – powiedział łagodnie. – Mama bardzo się śpieszy.   
Beth złapała córkę za rękę i zaczęła brnąć po plaży w kierunku wyjścia, czując na plecach 

jego spojrzenie. Wiedziała, że ucieka, i że Sam też to wie.   

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Jedno  w  jej  pracy  było  okropne:  wezwania  w  środku  nocy,  i  to  zwykle  bardzo  zimnej  i 

bardzo  ciemnej  nocy.  Dlaczego  tak  jest,  zastanawiała  się  Beth,  idąc  w  stronę  samochodu 
uważnie i ostrożnie, by się nie pośliznąć na oblodzonej powierzchni.   

Nawet nie zdążyła zasnąć. Ma zbyt wiele problemów.   

Z  trudem  otworzyła  przymarznięte  drzwi  samochodu  i  wrzuciła  lekarską  torbę  na  tylne 

siedzenie.   

Rano  ojciec  idzie  do  szpitala.  Bardzo  się  o  niego  bała,  mimo  że  doktor  Elliot  jest 

świetnym  kardiologiem.  W  czasie  tak  poważnej  operacji  wszystko  może  się  przecież 
zdarzyć...   

Ojciec przyjął diagnozę zdumiewająco spokojnie.   
–  Jak  trzeba  się  operować,  to  trzeba  –  oświadczy!  opanowanym  tonem.  –  Najgorsza 

zawsze jest niepewność. Czułem się źle, podejrzewałem, że to coś poważnego, i wyobrażałem 
sobie  nie  wiadomo  co.  A  tak  przynajmniej  wiem  czego  się  trzymać.  Te  ostatnie  miesiące 
musiały być dla twojej matki bardzo ciężkie. Martwiła się o mnie. Teraz sobie odpocznie.   

Beth  uśmiechała  się  do  niego  i  próbowała  podtrzymywać  go  na  duchu,  starannie  kryjąc 

nurtujący  ją  niepokój.  Wiedziała,  że  uspokoi  się  dopiero,  kiedy  będzie  już  po  wszystkim  i 
ojciec znajdzie się z powrotem na szpitalnym łóżku.   

Zapaliła  silnik  i  wyjechała  na  drogę.  Martwiła  ją  również  sprawa  Sophie.  Poprzedniego 

wieczoru musiała zostawić ją u matki. Liz Walker, która zwykle opiekowała się dziewczynką, 
zawiadomiła ją w ostatniej chwili, że musi wyjechać.   

– Strasznie mi przykro – mówiła skruszona – ale przez jakiś czas nie będę mogła odbierać 

Sophie ze szkoły. Moja siostra spodziewa się dziecka i muszę jej pomóc w domu.   

Beth nie okazała rozczarowania.   
– Trudno, nie ma w tym niczyjej winy – powiedziała z rezygnacją.   
– Wiem, powinnam zawiadomić wcześniej – kajała się dalej sąsiadka. – Siostra ma termin 

porodu dopiero za miesiąc, ale zbadali jej ciśnienie i okazało się tak wysokie, że musi teraz 
cały czas leżeć.   

Beth uśmiechnęła się.   
–  Na  pewno  przyda  jej  się  pomoc,  a  my  jakoś  damy  sobie  radę.  Znajdę  kogoś  na 

zastępstwo.   

Łatwiej  powiedzieć,  niż  zrobić.  Nie  chciała  fatygować  swojej  matki,  zwłaszcza  teraz, 

kiedy ta miała co innego na głowie. Annę jednak sama ofiarowała pomoc.   

– Tak będzie nawet lepiej – oznajmiła. – Nie będę siedziała sama w domu i zastanawiała 

się, co dzieje się z twoim  ojcem.  Bardzo lubię,  jak Sophie tu  jest, a i  ona dobrze się u nas 
czuje. Zrobimy sobie małe wakacje.   

Beth  musiała  się  zgodzić.  Nie  mogła  dopuścić  do  tego,  by  Sam  uznał,  że  domowe 

obowiązki przeszkadzają jej w pracy. I tak już patrzy na nią wilkiem...   

Mimo  woli  westchnęła.  Od  kilku  dni  zachowywał  się,  jakby  sienie  znali.  Sztywny, 

background image

oficjalny, małomówny... Z jakiegoś nieznanego powodu bardzo ją to bolało. A przecież sama 
utrzymywała,  że  pragnie,  aby  łączyły  ich  tylko  zawodowe  stosunki.  Powinno  jej  to 
odpowiadać.   

Podjechała  pod  dom  państwa  Turner  i  tłumiąc  ziewanie,  wysiadła  z  samochodu.  Drzwi 

otworzyły się natychmiast i ujrzała na progu bladą, wystraszoną panią Turner.   

– Strasznie przepraszam, że tak wzywam po nocy, ale martwię się o Jess. Proszę wejść, 

jest straszny mróz.   

W holu panowało przyjemne ciepło i Beth zaczęła tajać.   
– Gdzie jest Jess? – zapytała.   
–  Na  górze.  –  Sue  Turner  wprowadziła  ją  na  schody.  –  Ostatnio  trochę  źle  się  czuła, 

myślałam,  że  to  zwykłe  przeziębienie  i  dałam  jej  calpol.  Dzisiaj  w  nocy  obudziła  się  z 
płaczem, skarżąc się na ból głowy. Zauważyłam, że ma wysypkę.   

Dziewczynka leżała w łóżku rozpalona, z zamkniętymi oczami.  Beth  postawiła torbę na 

podłodze i przysiadła obok chorego dziecka.   

– Cześć, Jess – powiedziała. – Mama mówi, że niedobrze się czujesz. Gdzie cię boli? 
Mała rączka powędrowała w stronę rozpalonej główki. Beth zwróciła się ku matce.   
– Od jak dawna skarży się na bóle głowy? – zapytała.   
–  Od  wieczora.  Dałam  jej  lek  przeciwbólowy  i  chyba  trochę  pomogło.  Obudziła  się  w 

nocy ze strasznym płaczem, więc znowu dałam jej pastylkę i coś do picia. Wtedy zauważyłam 
tę wysypkę.   

Bem sięgnęła po przyrząd do badania wnętrza ucha.   
– Nic się nie bój, to nie boli – uspokoiła dziecko. – Są zupełnie czyste – stwierdziła po 

chwili.  –  Nie  ma  żadnej  infekcji.  Natomiast  węzły  chłonne  są  znacznie  powiększone.  Czy 

bob” cię szyja, jak ruszasz główką? 

Dziewczynka  z  trudem  przytaknęła,  w  jej  oczach  pojawiły  się  łzy,  Coraz  bardziej 

zaniepokojona matka niespokojnym wzrokiem obrzuciła lekarkę.   

– Mówiła, że boli ją kark i nie może ruszyć głową – szepnęła i przerażona dodała: – To 

chyba nie jest... zapalenie opon mózgowych? 

– Na pewno nie – odparta stanowczo Beth. – Może pani być spokojna. – Odeszły od łóżka 

i Beth mówiła dalej: – To nic poważnego. Czy Jess była szczepiona na różyczkę? 

–  Nie.  Tyle  się  naczytałam  o  ubocznych  efektach  szczepionki,  że  postanowiłam  jej  nie 

szczepić.   

–  Wobec  tego  jestem  prawie  pewna,  że  mamy  do  czynienia  z  ostrym  przypadkiem  tej 

właśnie choroby.   

Matka dziewczynki odetchnęła z ulgą.   
–  Różyczka?  A  skąd  wysypka?  Byłam  przekonana,  że  to  musi  być  coś  znacznie 

groźniejszego.   

Beth uśmiechnęła się.   
–  Na  szczęście  nie,  ale  jeśli  ma  pani  wątpliwości  co  do  pochodzenia  wysypki,  to  jest 

jeden sposób, żeby się upewnić, jakiego jest rodzaju. Mogę prosić o szklankę? 

Sue zamrugała powiekami.   

background image

– Szklankę? Tak... zaraz, przyniosę z łazienki. Proszę. Ale nie bardzo rozumiem...   
Beth delikatnie potarła szklanką krostkę na ramieniu dziecka.   
– Widzi pani? Krostka zbladła. W przypadku zapalenia opon mózgowych tak by nie było.   
– Szkoda, że nie wiedziałam o tym sposobie – westchnęła pani Turner. – Nie wpadłabym 

w panikę. A jak się leczy różyczkę? 

–  Jess  powinna  przez  kilka  dni  zostać  w  łóżku  –  wyjaśniła  Beth.  –  Po  kilku  dniach 

wysypka  zniknie.  Proszę  dziecku  w  dalszym  ciągu  podawać  calpol,  to  zmniejszy  sztywność 
karku  i  bóle  głowy.  I  proszę  się  nie  niepokoić,  nawet  dobrze,  że  zachorowała  na  różyczkę 
teraz,  jako  mała  dziewczynka.  W  przeciwnym  razie  koniecznie  trzeba  byłoby  ją  zaszczepić 
przed  dwudziestym  rokiem  życia.  Różyczka  jest  bardzo  groźna  w  przypadku  ciąży.  Co 
jeszcze? Powinna dużo pić, jeść pewnie nie będzie chciała, nie należy jej zmuszać.   

Matka dziewczynki serdecznie jej podziękowała i odprowadziła do drzwi.   

W  pięć  minut  później  Beth  była  już  w  drodze  powrotnej  do  domu,  marząc  o  ciepłym 

łóżku.  Brzęczenie  komórki  szybko  wybiło  jej  z  głowy  podobne  marzenia.  Zawróciła  i 
pojechała w przeciwnym kierunku.   

Kolejny pacjent, starszy mężczyzna, przewrócił się w łazience, złamał sobie rękę i potłukł 

głowę. Beth wezwała karetkę i przez dłuższą chwilę pocieszała żonę pacjenta.   

Kiedy wreszcie wróciła do domu, rzuciła się na łóżko i natychmiast zasnęła kamiennym 

snem. Kiedy się obudziła, słońce stało już wysoko, a w głowie czuła pulsujący ból.   

Zaspała! Z tego wszystkiego zapomniała nastawić budzik! 

Zdążyła tylko zadzwonić do matki, zapytać o Sophie, i bez śniadania wypadła do pracy. 

Spóźniła się dziesięć minut.   

Zaraz  w  rejestracji  natknęła  się  na  Sama.  Stał  i  z  zasępioną  miną  studiował  listę 

pacjentów.   

– Dzień dobry – powiedziała. – Bardzo przepraszam za spóźnienie, ale miałam dwa nocne 

wezwania i potem...   

Spojrzał na nią chłodno.   
– Wiem. Słyszałem, jak nad ranem przejeżdżałaś obok mojego domu.   
Roześmiała się sztucznie.   
–  Na  przyszłość  postaram  się  tak  nie  hałasować,  panie  doktorze.  Nie  chciałabym 

przeszkadzać.   

Wcale się nie rozchmurzył.   
– Dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło – wycedził.   
Udawała, że nie rozumie.   
–  Niepotrzebnie  po  powrocie  się  położyłam  –  ciągnęła.  –  Obudziłam  się  ze  strasznym 

bólem głowy.   

– A po co cię wzywano? Stało się coś naprawdę poważnego? – zapytał rzeczowo Sam.   
Lekko się skrzywiła.   
– Jak zwykle. Mała Jess Turner dostała wysypki i zaczęła płakać, że ją boli głowa. Matka 

się wystraszyła, że to zapalenie opon mózgowych, i zadzwoniła do mnie.   

– I co stwierdziłaś? 

background image

–  Na  szczęście  to  nie  zapalenie  opon,  tylko  różyczka.  Sue  Turner  oczywiście  dobrze 

zrobiła,  że  mnie  wezwała.  Szkoda  tylko,  że  o  piątej  rano...  –  Przeczesała  ręką  włosy.  –  Do 
tego  musiałam  znowu  zostawić  Sophie  u  matki.  Zawsze  czuję  się  winna,  kiedy  tak  ją 
wykorzystuję, mimo że ona uważa, że to normalne i bardzo się z tego cieszy.   

– W twojej sytuacji to chyba jest normalne – powiedział z naciskiem i niecierpliwością w 

głosie.   

–  Wiem  –  odrzekła  również  zniecierpliwiona.  –  Nie  szukam  współczucia,  po  prostu 

stwierdzam, że potrzebuję nieco więcej snu, to wszystko.   

– Jak rozumiem, to właśnie brak snu jest przyczyną twojego dzisiejszego roztargnienia...   
Uniosła na niego pytające spojrzenie.   
– Co masz na myśli? 
–  Pana  Dunbara  –  odparł  sucho.  – Jest  twoim  pierwszym  pacjentem  i  przyszedł  bardzo 

punktualnie.   

Beth stuknęła się w czoło.   
– Racja! Miałam mu zrobić badanie krwi...   
– Właśnie – potwierdził tym samym tonem Sam.   
– Już lecę! Powstrzymał ją ruchem dłoni.   
–  Nie  musisz.  Kelly  się  nim  zajęła.  Proszę  cię  tylko,  żeby  to  się  w  przyszłości  nie 

powtórzyło. Chyba masz jakąś opiekunkę do dziecka? 

Automatycznie przytaknęła i zaraz się poprawiła.   
–  Tak,  mam...  to  znaczy,  miałam.  Liz  musiała  wyjechać  do  siostry,  która  ma  niedługo 

rodzić, a że stwierdzono u niej podwyższone ciśnienie, musi leżeć, i  Liz... – Zaplątała się i 
szybko zakończyła: – Moja mama mi pomoże.   

Po chwili dodała: 
–  Sama  nie  wiem,  dlaczego  zawracam  ci  głowę  tymi  wyjaśnieniami.  Spóźniłam  się, 

przepraszam, zaraz wszystko nadrobię. Nie jestem winna, że wstałeś dziś lewą nogą.   

Szczęki  Sama  drgnęły  i  pomyślała,  że  przesadziła.  Obrzucił  spojrzeniem  całą  jej 

niewielką szczuplutką postać.   

–  Czy  zawsze  na  wszystkich  wyładowujesz  swój  zły  humor?  –  dodała  jeszcze,  mając 

wrażenie, że stąpa nad brzegiem przepaści. – Czy tylko mnie spotyka takie szczęście? 

Sam zmarszczył brwi.   
– Nie robię tego świadomie.   
Spojrzała  na  jego  starannie  przyczesane  włosy.  Nie  wiadomo  dlaczego  miała  ochotę  je 

potargać. .   

–  Może  nikt  nigdy  ci  nie  zwrócił  na  to  uwagi  –  stwierdziła  melancholijnie.  –  Może 

wszyscy się ciebie boją. – Westchnęła. – Teraz muszę już iść.   

Odwróciła  się  i  poszła  do  pomieszczenia,  gdzie  w  szafkach  znajdowały  się  gumowe 

rękawiczki.   

– Poczekaj chwilę.   
Sam stał w drzwiach ze zmieszaną miną.   
– Chcę cię przeprosić za swoje zachowanie – odezwał się po chwili. – Miałaś rację, nie 

background image

jestem w najlepszym humorze, źle mi się zaczął dzień. Jeszcze zanim zacząłem przyjmować, 
zjawił się pacjent, żeby sobie pogadać.   

– Oczywiście nie zapisany? – zapytała domyślnie.   
– Zgadłaś. – Uśmiechnął się niewesoło. – Trzymał mnie prawie pół  godziny. Musiałem 

niema! go wyprosić. Nie nastroiło mnie to zbyt optymistycznie na nadchodzący dzień.   

– Chyba mu powiedziałeś, co ma zrobić na przyszłość? – zapytała niewinnie.   
Skinął głową.   
– Tak, ale nie wiem, czy zrozumiał. Poradziłem, żeby zawsze najpierw zapisywał się w 

rejestracji albo czekał, aż skończę przyjmować i dopiero wtedy się zgłaszał. Nie zamierzam 
wydawać recept, dokładnie nie zbadawszy pacjenta, ani przyjmować chorych przed wypiciem 
porannej kawy.   

Beth uśmiechnęła się.   
–  Innymi słowy, oboje  mieliśmy  ciężki  poranek. Doskonałe cię rozumiem, ja bez kawy 

też jestem padnięta, zwłaszcza kiedy jest tak zimno jak dzisiaj. Może byśmy sobie podnieśli 
poziom kofeiny, co ty na to? Sam zerknął na zegarek.   

– Czemu nie...   
Udali się do pokoju lekarskiego. Beth napełniła kubki, a Sam zagłębił się w przyniesione 

ze sobą papiery.   

– Cukier? Mleko? – zapytała, ale nie od razu ją usłyszał.   
– Tylko mleko – odparł potem nieobecnym głosem. Pochyliła się nad nim.   
– Co tak czytasz? Jakiś problem? Odłożył papiery i przeniósł na nią spojrzenie.   
– Wezwano mnie do pacjentki, która straciła przytomność – zaczął. – Dowiedziałem się 

od jej męża, że stała właśnie przy zlewie, kiedy poczuła, jakby ją coś uderzyło w tył głowy, a 
potem upadła. Przy badaniu okazało się, że ma zupełnie sztywny kark i bezwładne kończyny.   

Beth spoważniała.   
– Myślisz, że to wylew śródczaszkowy? 
Bez słowa skinął głową. Zrozumiała teraz, dlaczego był tak posępny, kiedy go zobaczyła 

w rejestracji. Widocznie nie tylko ona uważała, że ich zawód miewa również niedobre strony.   

– Jakie są prognozy? – zapytała cicho. Wzruszył ramionami.   
– Oboje wiemy, że nie najlepsze. Pierwsze godziny zazwyczaj są krytyczne... Dzwoniłem 

na  oddział,  pytałem  o  wynik  punkcji  lędźwiowej  i  moje  podejrzenia  potwierdziły  się.  To 
wylew krwi do mózgu.   

– Będą ją operować? – chciała jeszcze wiedzieć.   
– Nie wiem. Zadecyduje neurochirurg. Najgorsze, że ona ma dopiero czterdzieści lat... i 

rodzinę. Nieraz człowiek czuje się tak cholernie bezsilny...   

Uśmiechnęła się, próbując podtrzymać go na duchu.   
– Myślałam, że tylko ja mam stale wyrzuty sumienia. Wiesz przecież, że nic nie możesz 

zrobić.  Jesteśmy  lekarzami,  a  nie  cudotwórcami.  Niestety,  taka  jeSI

1

  prawda,  wiesz  o  tym 

równie dobrze jak ja. Zrobiłeś, co mogłeś.   

Sam z ciężkim westchnieniem odstawił kubek na stół.   
– Ta świadomość niestety nic nie zmienia. – Wstał i skierował się ku drzwiom. – Lepiej 

background image

już pójdę, w przeciwnym razie będę tak siedział do obiadu. Przedtem jednak powiedz mi, co 
cię trapi. Martwisz się o ojca? A może chodzi o Sophie? 

–  O  jedno  i  o  drugie.  –  Beth  skinęła  głową.  –  Myślałam  już,  że  problem  opieki  nad 

dzieckiem rozwiązałam przy pomocy sąsiadki. Liz ma dwoje dzieci, jej młodsza córeczka jest 
w wieku mojej, chodzą razem do szkoły i wszystko zapowiadało się idealnie. Do wczoraj. – 
Uśmiechnęła się bezradnie. – Wiedziałam, że Liz będzie musiała wyjechać do siostry, ale nie 
sądziłam, że to się stanie tak nagle.   

– Mówiłaś, że twoja matka chętnie zajmie się wnuczką.   
–  Tak  –  potwierdziła.  –  Mama  ją  uwielbia.  Po  prostu  nie  chciałam  zawracać  jej  głowy 

właśnie teraz. Ma dość kłopotów z tatą i jego pobytem w szpitalu.   

Sam zamyślił się.   
– Może Sophie oderwałaby ją od niedobrych myśli... Beth była tego samego zdania, miała 

jednak obiekcje.   

– Chyba masz rację, ale i tak czuję się winna. Sophie miała w swoim krótkim życiu tyle 

nieprzyjemnych wrażeń, że chciałabym, żeby już mogła żyć zupełnie normalnie.   

– Dzieci są bardzo odporne. – Sam otworzył drzwi na korytarz i oboje wyszli z pokoju 

lekarskiego.   

W rejestracji Maggie wręczyła Beth listę czekających na nią pacjentów.   
–  Widzę,  że  nie  tylko  Sam  będzie  miał  dzisiaj  pełne  ręce  roboty  –  stwierdziła  Beth, 

przebiegając oczami spis chorych.   

Maggie ściszyła głos.   
–  Na  szczęście  humor  mu  się  poprawił.  Zawsze  rano  jest  taki...  nieprzystępny.  Na 

początku  nawet  trochę  się  go  bałam,  ale  teraz  już  się  przyzwyczaiłam.  On  tylko  tak  srogo 
wygląda, a naprawdę to dusza człowiek.   

Mrugnęła porozumiewawczo i dodała: 
– Nieraz się zastanawiamy, dlaczego właściwie się nie ożenił. Chociaż może to i lepiej, 

bo  jego  żona  musiałaby  mieć  świętą  cierpliwość.  Z  drugiej  strony,  małżeństwo  mogłoby 
złagodzić jego obyczaje. A ty jak myślisz? 

Beth sięgnęła do kieszeni po klucze.   
– Myślę, że w najbliższym czasie małżeństwo mu nie grozi.   
– A szkoda. – Maggie zrobiła tajemniczą minę. – Podobno kiedyś miał kogoś, był nawet 

zaręczony.  Nie  wiem  dlaczego,  ale  nie  doszło  do  ślubu.  Pewnie  dlatego  teraz  tak  stroni  od 
kobiet. Kto się raz sparzył, na zimne dmucha, jak to mówią.   

Beth uśmiechnęła się, powtarzając sobie w duchu, że jest dokładnie tego samego zdania, 

jeśli chodzi o jej skromną osobę i stosunki z przedstawicielami płci przeciwnej. Z wysiłkiem 
skoncentrowała myśli na pracy i odezwała się bardziej oficjalnym tonem: 

–  Mam  tu  kilka  listów  do  wysłania.  Mogłabyś  je  przepisać  i  wysłać  jeszcze  dzisiaj? 

Zwłaszcza  ten  tutaj  jest  bardzo  pilny.  Mały  Jamie  Wilson  powinien  jak  najszybciej 
skontaktować  się  z  laryngologiem.  Specjalista  musj  mu  zbadać  uszy,  nos  i  obejrzeć  gardło. 
Chłopiec coraz gorzej słyszy, trzeba z tym coś zrobić, zanim pójdzie do szkół, bo może mieć 
kłopoty z nauką.   

background image

– Zaraz się tym zajmę – skwapliwie rzekła Maggie.   
– W takim razie idę. – Beth złożyła papiery, wzięła teczkę i pomachała koleżance ręką. – 

Na razie, zobaczymy się później.   

Miała  bardzo  pracowite  przedpołudnie  i  kiedy  wreszcie  poczekalnia  opustoszała, 

postanowiła znowu zajrzeć do rejestracji. Była zmęczona i trzęsła się z zimna.   

– Ale tutaj mróz. – Wzdrygnęła się. Debbie zerknęła na oblodzoną szybę.   
–  Na  dworze  jest  jeszcze  gorzej,  zapowiada  się  chyba  śnieżyca.  Maggie  przepisała  już 

twoje listy, zostaną wysłane po południu. Musisz je tylko podpisać.   

– Cudownie – ucieszyła się Beth.   
Przebiegła wzrokiem listy, podpisała je i zwróciła.   
– Nie widziałaś gdzieś Kelly? – zapytała jeszcze. Debbie wzięła do ręki notes, w którym 

zapisywano pacjentów.   

– Właśnie skończyła przyjmować ostatniego, powinna być jeszcze w zabiegowym.   
–  Może  ją  jeszcze  złapię  przed  lunchem  –  powiedziała  Beth  i  poczuła,  jak  na  samo 

wspomnienie o posiłku żołądek skręca jej się z głodu.   

Zlekceważyła  jednak  głos  organizmu  i  ruszyła  korytarzem  do  pokoju  zabiegowego. 

Zastukała i nie czekając na odpowiedź, uchyliła drzwi.   

– Cześć. Masz chwilkę czasu? Nie przeszkadzam? – zapytała.   
–  Nic  a  nic.  –  Kelly  uśmiechnęła  się  i  wskazała  jej  krzesło.  –  Rzuć  gdzieś  ten  żakiet  i 

siadaj.   

Beth nie przyjęła zaproszenia.   
– Nie warto. To nie potrwa długo. Chciałam się tylko dowiedzieć, czy pan Jeffries miał 

dzisiaj robione badanie krwi.   

Pielęgniarka zmarszczyła brwi.   
–  Jeffries...  Jeffries...  Nie  przypominam  sobie  takiego  nazwiska,  ale  sprawdzę.  – 

Przerzuciła papiery leżące na biurku. – Nie, nie było go tutaj – oświadczyła. – A co? Stało się 
coś? 

–  Mam  nadzieję,  że  nie  –  odparła  lekarka.  –  Dwa  tygodnie  temu  wykryto  u  niego 

znacznie podwyższone ciśnienie i zaczął brać leki. Uprzedziłam go, że powinien zbadać sobie 
na wszelki wypadek poziom cholesterolu, i kazałam mu się zapisać na badanie krwi.   

Kelly roześmiała się.   
– Ale się nie zgłosił. Może boi się zastrzyków.   
– Chyba raczej diety – stwierdziła Beth. – Wygląda na takiego, co to sobie lubi pojeść. 

Chyba trzeba go będzie do nas ściągnąć.   

Pielęgniarka podzielała jej zdanie.   
– Chcesz, żebym się z nim skontaktowała? – zapytała.   
–  Nie  mamy  wyjścia.  Jeśli  naprawdę  boi  się  igieł  i  strzykawek,  trzeba  go  będzie  jakoś 

przekonać. Pogadaj z nim.   

Z Kelly współpracowało się znakomicie.   
– Jutro rano się tym zajmę – oświadczyła energicznie.   
–  Jesteś  aniołem.  –  Beth  spojrzała  na  zegarek.  –  Zrobiło  się  strasznie  późno!  Muszę 

background image

odebrać Sophie od mamy, a przedtem przekopać się jeszcze przez stosy papierów! 

Wyszła z pokoju zabiegowego z zamiarem natychmiastowego zabrania się do pracy, ale 

kiedy  mijała  drzwi  gabinetu  Sama,  nagle  się  zatrzymała.  Nie  mogąc  się  powstrzymać, 
zapukała i wsadziła głowę do środka.   

Sam stał i przeglądał medyczne pisma.   
– Moglibyśmy chwilkę porozmawiać? Mam sprawę. Nie wyglądał na zachwyconego.   
– Musimy teraz? – Skrzywił się. – Czy to takie pilne? – Wybieram się na wizyty domowe 

i mam mało czasu.   

Było za późno, by się wycofać.   
–  Postaram  się  streścić  –  brnęła  Beth.  –  Chciałam  porozmawiać  o  tych  zabiegach 

ambulatoryjnych, o których kiedyś wspominałeś.   

Spojrzał na nią, nie kryjąc zniecierpliwienia.   
– O co ci dokładnie chodzi? 
Sądząc  z  tonu,  wybrała  niewłaściwy  moment  –  Zauważyłam,  że  Douglas  nie  wykonuje 

zabiegów  ambulatoryjnych  i  że  wszystko  robisz  tylko  ty  i  John.  Przyszło  mi  do  głowy,  że 
mogłabym was trochę odciążyć.   

– Robiłaś już takie rzeczy? 
– Owszem.   
– Czyli wiesz, jak to wygląda.   
– Raczej tak.   
Po tej krótkiej wymianie zdań postanowił jednak wyjaśnić jej sprawę dokładniej.   
–  Wycinamy  cysty  i  pieprzyki,  szyjemy  rany,  wykonujemy  więc  wszystkie  zabiegi  nie 

wymagające sali operacyjnej.   

Beth ze zrozumieniem skinęła głową.   
–  Ludzie  nie  muszą  czekać  na  przyjęcie  do  szpitala,  to  wielka  oszczędność  czasu  – 

podsumowała.   

Sam przez dłuższą chwilę milczał.   
– W każdym razie pacjenci są zadowoleni. Tylko że nie wszyscy lekarze to lubią.   
Czyżby znowu poddawał w wątpliwość jej umiejętności? 
– Pewnie nie wszyscy – odezwała się opanowanym głosem – ale ja robiłam to już i wiem, 

że mi to odpowiada. A ponadto uważam, że pomoc naprawdę wam się przyda. Praca powinna 
być rozłożona równomiernie.   

– W takim razie, zgoda.   
Ustąpił tak nieoczekiwanie, że bardzo się zdziwiła.   
– Przejrzyj sobie listę najbliższych zabiegów i wpisz się, na co chcesz – dodał jeszcze i 

skierował się ku wyjściu.   

– Doskonale.   
Poszła za nim powoli, nie kryjąc rozczarowania. Sam natychmiast to wyczuł.   
– Dlaczego jesteś taka zaskoczona? – zapytał, przystając. – Czego się spodziewałaś? 
Uśmiechnęła się blado.   
– Sama nie wiem... Może większego oporu.   

background image

– Dlaczego? Bardzo lubię, kiedy się ktoś na ochotnika zgłasza do pracy.   
– Tak, ale w ostatnich dniach byłeś taki... oschły. Spojrzał na nią wymownie.   
– Myślałem, że to ty życzysz sobie, żeby łączyły nas tylko stosunki zawodowe. Czyżbym 

się mylił? 

Patrzyła na jego usta, nie znajdując odpowiedzi. Niedawny spokój ducha nagle gdzieś się 

ulotnił.   

–  Wydaje  mi  się  –  zauważył  po  namyśle  Sam  –  że  sama  nie  wiesz,  czego  naprawdę 

chcesz. Powinnaś zrobić coś ze swoim życiem. Wiem, że było ci ciężko, miałaś kłopoty, ale 
najwyższy czas wrócić do normalności.   

– Wiem – szepnęła. – Ale to bardzo trudne.   
– Nie mówię, że to łatwe, nie mówię, że masz zapomnieć, bo to niemożliwe. Masz córkę i 

jesteś  za  nią  odpowiedzialna,  nie  jesteś  natomiast  odpowiedzialna  za  śmierć  jej  ojca.  Nie 
musisz  się  czuć  winna,  że  jesteś  pracującą  matką.  Większość  kobiet  ma  dzieci  i  pracuje.  – 
Pokręcił głową i ciągnął: – Sophie będzie ci kiedyś wdzięczna za to, co dla niej robisz, ale nie 
wolno ci zapominać o sobie. Przecież twój mąż nie chciałby, żebyś żyła jak odludek.   

Nic nie rozumiał i musiała mu to powiedzieć.   
– To nie tak.   
– Po prostu próbuję jakoś ci pomóc – odparł. – Może niewiele rozumiem, ale naprawdę 

mam dobre chęci.   

Stała z otwartymi ustami, zdumiona jego przenikliwością. Sam w kilku krótkich zdaniach 

opisał jej zmagania z sobą.   

– Zamknij buzię – usłyszała – bo w przeciwnym razie zaraz cię pocałuję.   
Szybko zamknęła usta i oblała się rumieńcem.   
– Wiesz, co ci jest potrzebne? – zapytał łagodnie. Wiedziała doskonale: on, tylko on i nic 

więcej.   

– Potrzebujesz zmiany dekoracji – powiedział – a ja właśnie wydaję przyjęcie na cześć 

Douga i Rosemary. Wszyscy są zaproszeni, ty też. To nie będzie nic oficjalnego, takie zwykłe 

spotkanie starych przyjaciół naszego szefa.   

Poczuła dobrze znany przypływ paniki.   
– Nie mogę. – Automatycznie odrzuciła zaproszenie, ale Sam wcale się tym nie przejął.   
– Waśnie że możesz – oświadczył głosem nie znoszącym sprzeciwu, po czym złagodniał. 

–  I  nie  używaj  Sophie  jako  pretekstu.  Sama  mówiłaś,  że  twoja  matka  ją  uwielbia  i  że 
doskonale czują się razem. Zresztą musisz przyjść. Doug zamierza nas wszystkich oficjalnie 
poinformować  o  przejściu  na  emeryturę,  a  ty  przecież  należysz  do  zespołu.  Jeśli  się  nie 
zjawisz, sam po ciebie pojadę i przywiozę cię siłą.   

Znowu ruszył ku drzwiom.   
– Jednym  słowem – dodał  na odchodnym – wszystko  sobie wyjaśniliśmy. Teraz muszę 

iść do pracy.   

–  Ja  wcale  sienie  zgodziłam...  –  próbowała  protestować  Beth,  ale  odwrócił  się  ku  niej 

gwałtownie i zamknął jej usta pocałunkiem.   

– Nie sprzeczaj się, bo pocałuję cię jeszcze raz – zagroził żartobliwie. – Resztę omówimy 

background image

później.   

Odszedł,  a  ona  dalej  stała  jak  wryta,  czując,  że  nogi  odmawiają  jej  posłuszeństwa, 

policzki płoną i zupełnie, ale to zupełnie nie wie, co myśleć.   

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Próbowała  zapomnieć  o  przyjęciu  u  Sama,  ale  jej  się  nie  udało.  Usiłowała  rozpaczliwie 

znaleźć jakiś pretekst i wcale tam nie iść, ale wiedziała, że to niemożliwe. W końcu musiała 
się pogodzić z losem i uznać, że nie uda się jej uniknąć tej wizyty.   

Rzecz w tym, że od śmierci Tima nigdzie nie bywała i sama perspektywa znalezienia się 

wśród ludzi oraz konieczność towarzyskiej konwersacji wprawiała ją w panikę.   

Następnego  dnia  rano  jechała  do  pracy  w  podłym  nastroju.  Sam  ma  rację:  jej  życie 

dryfuje w niewłaściwym kierunku, a ona nie robi nic, by to zmienić. Zapomniała już, jak się 
zachowują normalni ludzie, jak się bawią i jak korzystają z życia. Był najwyższy czas, by coś 
z tym zrobić, i jednocześnie najbardziej nieodpowiedni moment, by to uczynić: bała się i, tym 
razem, miała konkretne powody do obaw.   

Operacja  Paula  udała  się  znakomicie.  Kiedy  jednak  Beth  odwiedziła  ojca  dwie  godziny 

po zabiegu, wyglądał tak marnie, że miała ochotę się rozpłakać.   

Nawet  teraz,  kilka  dni  później,  na  widok  starszego  pana  siedzącego  w  fotelu  w  sali 

oddziału kardiologicznego czuła, jak ściska jej się serce. Przecież tak niewiele brakowało, a 
mogła go stracić.   

Sam zawiózł ją do kliniki, ale został w holu, prosząc, żeby pozdrowiła od niego ojca.   
– Nie pójdziesz go odwiedzić? – zapytała, nie kryjąc rozczarowania.   
Przecząco pokręcił głową.   
– Nie. Na pewno macie sobie dużo do powiedzenia, nie chciałbym przeszkadzać. Zresztą 

na takich oddziałach liczba odwiedzających jest bardzo ograniczona, a nie chcemy przecież 
denerwować  dyżurnej  pielęgniarki,  prawda?  Zobaczymy  się  później.  Przestań  się 
denerwować,  przecież  jest  po  wszystkim.  Teraz  Jim  Elliot  omówi  z  twoimi  rodzicami 
przebieg operacji i powie im, jak mają postępować dalej.   

Spojrzała na niego z wdzięcznością.   
– Nie wiem, jak ci dziękować. Tyle dla nas zrobiłeś. Nawet mnie tu dzisiaj przywiozłeś.   
– Pomyślałem, że tak będzie bezpieczniej. – Uśmiechnął się serdecznie. – Nie wyglądałaś 

na osobę, która może sama prowadzić samochód, byłaś zbyt podniecona.   

Roześmiała się nerwowo.   
– To prawda. Swoją drogą, jakie to dziwne... Jestem lekarzem, nieraz widziałam osoby w 

bardzo ciężkim stanie i nigdy tak się nie denerwowałam.   

Lekko popchnął ją ku drzwiom.   
– Zupełnie zrozumiałe. Kiedy coś dotyczy człowieka osobiście, reaguje zupełnie inaczej. 

Idź już do niego, na pewno nie może się doczekać. –  Zajrzał  do środka przez szybę. – Jim 
właśnie tam jest, rozmawia z twoimi rodzicami. Oni wyglądają na zadowolonych, więc ty też 
się nie martw. Będzie dobrze.   

Beth wzięła głęboki oddech.   
– Masz rację.   
W drzwiach minęła się z kardiologiem, przywitali się, i weszła do pokoju ojca.   

background image

– Witaj, tatusiu. – Objęła go i pocałowała w czubek głowy. – Jak się czujesz? 
Poklepał ją po dłoni.   
–  Całkiem  nieźle,  jestem  tylko  trochę  zmęczony,  ale  lekarze  uprzedzali  mnie,  że  tak 

będzie.   

W  jego  oczach  dostrzegła  znajomy  błysk.  Spojrzała  na  matkę.  Annę  Frazer  miała  ślady 

łez na policzkach i uśmiech na ustach.   

– Odbyliśmy rozmowę z doktorem Elliotem – oznajmiła wzruszonym głosem. – Omówił 

z  nami  przebieg  operacji.  –  Wyjęła  z  kieszeni  chusteczkę  i  wytarła  nos.  –  Nie  wszystko 
zrozumiałam,  ale  zapewnił  nas,  że  z  tatusiem  jest  już  dobrze.  Oczywiście  musi  na  siebie 
uważać i nie forsować się zbytnio.   

Paul zachichotał.   
– Mówisz, jakby mnie czekał udział w maratonie.   
–  Jesteś  niepoprawny.  –  Beth  pochyliła  się  nad  ojcem  i  pocałowała  go  w  policzek,  siłą 

powstrzymując łzy. – Tak bardzo się cieszę. Bałam się o ciebie, tato.   

Nawet nie zauważyła, kiedy do pokoju wszedł Sam.   
– Jak widzę, wszyscy są w doskonałych humorach – usłyszała jego głos i wyprostowała 

się.   

Sam uśmiechnął się do Paula.   
–  Rozmawiałem  właśnie  z  doktorem  Elliotem  –  powiedział  serdecznie.  –  Jest  z  pana 

bardzo zadowolony. – Przeniósł wzrok na Beth i wesoło mrugnął do niej. – Już się o nic nie 
musisz martwić. Możesz spokojnie przyjść na to przyjęcie.   

Paul pytająco spojrzał na córkę.   
– Na jakie przyjęcie? Nic mi nie wspominałaś o żadnym przyjęciu, córeczko.   
Przygryzła usta, siląc się na obojętność.   
– Jakoś się nie złożyło – odparła swobodnie. – Miałam inne sprawy na głowie.   
Sam nieproszony przejął pałeczkę.   
– Zawsze to  samo – oświadczył, udając, że nie widzi  jej gniewnego spojrzenia. – Stale 

szuka  wymówek.  Chodzi  o  to,  że  Douglas  ustalił  datę  odejścia  na  emeryturę  i  organizuję  u 
siebie  w  domu  małą  uroczystość  na  jego  cześć.  Chcemy  go  uroczyście  pożegnać. 
Pomyślałem,  że  skoro  Beth  należy  do  naszego  zespołu,  to  powinna  uczestniczyć  w  takim 
spotkaniu.   

Paul stanowczo podzielał jego zdanie.   
– Tym bardziej – dodał – że moja córka nie prowadzi zbyt bujnego życia towarzyskiego i 

powinna jakoś się rozerwać.   

– Tatusiu! 
Wcale go nie powstrzymała.   
–  Wiem,  co  mówię,  córeczko.  Przez  ostatnie  dwa  lata  żyłaś  jak  pustelnica.  Najwyższy 

czas to zmienić.   

Annę nie byłaby sobą, gdyby nie wtrąciła swoich trzech groszy.   
– Tatuś ma rację – zawtórowała mężowi. – Koniecznie musisz iść na to przyjęcie.   
–  A  co  z  Sophie...  –  próbowała  jeszcze  bronić  się  Beth,  ale  matka  natychmiast  jej 

background image

przerwała.   

– Sophie zajmę sieja, wiesz, jak bardzo to  lubię, zwłaszcza teraz, kiedy jestem sama  w 

domu.   

Przegrała z kretesem i w chwilę potem, idąc smętnie za Samem w stronę parkingu, mogła 

tylko rozpamiętywać swą porażkę. Z rezygnacją wsiadła do jego samochodu i zaczęła zapinać 
pasy.   

Sam pochylił się ku niej, by je poprawić, i poczuła go bardzo blisko siebie.   
– Wszystko w porządku? – zapytał.   
. Przez chwilę nie mogła wykrztusić słowa.   
– Tak, jedźmy już – szepnęła wreszcie. – Mam mnóstwo pracy.   
–  Jesteś  na  mnie  zła?  –  dociekał.  –  Naraziłem  ci  się  tym  gadaniem  o  przyjęciu? 

Przepraszam, jeśli sprawiłem ci przykrość.   

–  Dobre  sobie!  –  wybuchnęła,  nie  mogąc  się  dłużej  powstrzymać.  –  Nie  miałeś  prawa 

mówić o moich sprawach! Moje życie należy do mnie i sama wiem, co mam robić! 

Sam zachował kamienny spokój.   
–  Jesteś  tego  pewna?  Przyjęłabyś  zaproszenie  na  to  przyjęcie,  gdybym  cię  do  tego  nie 

zmusił? 

– Nie wiem, chyba nie – wymknęło się jej.   
Poczuła jego dłoń na ramieniu. Sam delikatnie zwrócił ją ku sobie i pocałował w usta.   
– Nie bój się, nie chcę cię zranić.   
Łatwo powiedzieć, zwłaszcza jeśli się nie zna powodu obaw... Zamknęła oczy i poddała 

się jego pocałunkom. Jej ciało przebiegł dreszcz i pojęła ogrom niebezpieczeństwa, na jakie 
się naraża. W obecności Sama zdradzała ją cała jej istota. Znała to już i wiedziała, że ta droga 
prowadzi donikąd.   

– Nie... Sam... Nie, proszę, przestań – szepnęła.   
Odsunął się lekko i spojrzał jej w oczy.   
– Bardzo cię pragnę, Beth, przecież wiesz.   
Nagle  zrozumiała,  na  czym  polega  niebezpieczeństwo  obcowania  z  tym  mężczyzną:  w 

każdej  chwili  może  się  w  nim  zakochać!  Jeśli  nie  będzie  ostrożna,  zakocha  się  w  nim  bez 
pamięci, a do tego nie może dopuścić.   

Stanowczym ruchem wyswobodziła się z jego ramion.   
– Dlaczego? – zapytał. – Czego się tak boisz? 
–  Nie  mogę...  proszę,  przestań.  Nie  chcę  po  raz  drugi  tego  przeżywać.  Nie  chcę,  nigdy 

więcej.   

Patrzył na nią uważnie, z namysłem.   
–  Nie  wiem  dokładnie,  o  co  ci  chodzi  –  odezwał  się  po  chwili  –  ale  wiem  jedno.  Nie 

wolno ci uciekać. Musisz wreszcie komuś zaufać.   

Obronnym gestem zasłoniła usta.   
– Nie, już nigdy.   
Sam odwrócił głowę i zapalił silnik. Samochód wolno ruszył i po chwili znajdowali się w 

drodze powrotnej do szpitala.   

background image

Nic  do  siebie  nie  mówili,  ale  Beth  czuła,  że  stało  się  najgorsze.  Z  przerażeniem  zdała 

sobie sprawę, że się zakochała. ..   

 

Data  przyjęcia  zbliżała  się  nieubłaganie,  a  wraz  z  nią  –  konieczność  zakupienia 

wieczorowej sukni.   

Beth  przejrzała  zawartość  szafy  i  stwierdziła,  że  nie  posiada  nic  odpowiedniego.  W 

swoim czasie pozbyła się wszystkiego, co miało  związek z limem i mogło przywoływać złe 

wspomnienia. Teraz garderoba świeciła pustkami i trzeba było się wybrać po zakupy.   

Nie  robiła  tego  od  lat.  Na  szczęście  miała  wolne  popołudnie  i  mogła  spróbować. 

Podrzuciła tylko ojcu coś do czytania i wybrała się do miasta.   

Zaparkowała  samochód  i  ruszyła  do  najbliższego  magazynu,  przekonana,  że  kupno 

sukienki  zajmie  jej  niewiele  ponad  pól  godziny.  Świątecznie  udekorowane  sklepy 
uświadomiły jej, że zbliża się Boże Narodzenie.   

W  rezultacie  zakupy  zajęły  jej  dwie  godziny  i  znacznie  uszczupliły  bankowe  konto. 

Musiała jednak stwierdzić, że było warto.   

 

Sobotni wieczór wreszcie nadszedł i Beth postanowiła przygotowania do przyjęcia zacząć 

od  relaksującej  kąpieli  w  wonnych  olejkach.  Potem  przyszła  kolej  na  bardziej  staranny  niż 
zwykle makijaż. W końcu włożyła brylantowe kolczyki  i  czerwoną, mocno wydekoltowaną 
sukienkę.   

Przejrzała  się  w  lustrze.  Miała  przed  sobą  piękną,  młodą,  może  nieco  zbyt  wyzywająco 

ubraną kobietę. Otuliła się obłokiem swoich ulubionych perfum, stopy wsunęła w sandałki na 

bardzo wysokim obcasie. Przeszło jej przez myśl, że może sukienka jest zbyt śmiała, a dekolt 
nieco zbyt duży, ale było już za późno, by cokolwiek zmieniać.   

Dom Sama znajdował się niezbyt daleko i był znacznie większy, niż się spodziewała. We 

wszystkich oknach paliły się światła; dźwięki muzyki dochodziły aż na podjazd.   

Z bijącym sercem podeszła do drzwi. Można jeszcze się wycofać, nikt nie zauważy, nikt 

niczego się nie dowie... Tymczasem drzwi się otworzyły i na progu stanął Sam.   

Wprowadził  ją do holu  i pomógł  zdjąć płaszcz.  Przez krótką chwilę czuła jego palce na 

swoich  nagich  ramionach  i  przeszedł  ją  dreszcz.  Gospodarz  lekko  się  odsunął  i  objął  ją 
uważnym spojrzeniem.   

– Bałem się, że nie przyjdziesz... Beth nerwowo przełknęła ślinę.   
– Nie miałam wyjścia. Roześmiał się.   
' – To prawda. – Po chwili dodał: – Mogłaś zabrać Sophie, miejsca jest dosyć.   
– Mama się nią zajmie.   
W  wieczorowym  stroju  Sam  wyglądał  wspaniale.  Zrobił  gest,  jakby  chciał  jej  podać 

ramię. Beth zawahała się.   

–  Myślałam,  że  będzie  tylko  kilka  osób.  Nie  spodziewałam  się  takiego  wielkiego 

przyjęcia.   

Jeszcze raz objął ją wzrokiem.   
– Wyglądasz cudownie, na pewno będziesz się świetnie bawiła.   

background image

Rozejrzała się, pragnąc zyskać na czasie.   
– Masz bardzo piękny dom.   
– Cieszę się, że ci się podoba, ale teraz powinniśmy chyba iść do gości.   
Otworzył  przed  nią  drzwi  do  salonu;  buchnęła  muzyka  i  gwar  głosów.  Sam  uśmiechnął 

się uspokajająco.   

–  Nie  denerwuj  się,  to  tylko  pożegnalne  przyjęcie  Douglasa.  Prawie  wszystkich  tutaj 

znasz.   

Stał  bardzo  blisko  i  o  spokoju  nie  mogło  być  mowy.  Jego  obecność  wprawiała  ją  w 

wewnętrzną wibrację, której nie mogła ukryć. Opanowując panikę, pozwoliła się wprowadzić 
w tłum gości. Kilka par tańczyło, jacyś ludzie tłoczyli się przy bufecie. Poczuła, jak nogi się 
pod  nią  uginają.  Napłynęły  niechciane  wspomnienia.  Bała  się  tych  ludzi,  bała  się  muzyki  i 
scen,  które  nieubłaganie  muszą  nastąpić  potem.  Na  próżno  mówiła  sobie,  że  już  nic  jej  nie 

grozi,  nie  będzie  żadnych  awantur.  Przeszłość  znajdowała  się  niebezpiecznie  blisko,  na 
wyciągnięcie ręki, groźna i stresująca.   

Sam mocno ujął ją za łokieć. Poczuła na sobie przenikliwe spojrzenie błękitnych oczu.   
– Coś jest nie tak? – zapytał cicho.   
Przełknęła ślinę, strach odpłynął, niepokój przybrał inną barwę. Tim gdzieś zniknął. Obok 

niej stał zupełnie inny mężczyzna i wzbudzał w niej zupełnie inne obawy.   

Szła za nim, nie widząc, co dzieje się dokoła. Niemal wpadła na Debbie i poczuła, że ktoś 

wtyka jej do ręki kieliszek wina.   

– Witaj, Beth! – Debbie wyglądała tego wieczoru zupełnie inaczej niż w pracy. – Pozwól, 

że ci przedstawię mojego męża.   

Wysoki blondyn skłonił się z uśmiechem i poczuła silny uścisk jego dłoni.   
– Miło mi pana poznać – powiedziała, próbując przekrzyczeć dźwięk muzyki.   
– Mam na imię Bill.   
– A ja Beth.   
Przez tłum gości przecisnął się ku niej John.   
– Gdzie się chowałaś? Teraz już cię nie puszczę. Trzeba się bawić, moja droga. – Wyjął z 

jej ręki kieliszek. – Najpierw zatańczymy. Muszę wykorzystać moment, potem ustawi się do 
ciebie kolejka.   

Próbowała protestować, ale John nie ustąpił.   
–  Zobaczysz,  zaraz  im  pokażemy,  jak  się  tańczy.  Jeśli  nie  umiesz,  to  cię  nauczę, 

najważniejszy jest pierwszy krok. – Gadał jak najęty, ciągnąc ją za sobą na zaimprowizowany 
parkiet.   

Rozbroił ją i nieco się odprężyła.   
– Pękną ze śmiechu, jak zobaczą taką parę – zażartowała, podążając za nim.   
Twarz Johna spoważniała.   
– Nie wiesz, z kim rozmawiasz, moja droga – oświadczył z komicznym patosem. – Masz 

do czynienia z pierwszym tancerzem tutejszych dyskotek.   

Roześmiała się.   
– Jestem pod wrażeniem. John dumnie uniósł głowę.   

background image

– Przy okazji pokaże ci moje nagrody. Naprawdę zaczynał ją bawić.   
– Mówisz zupełnie jak moja ciotką Susan – rzuciła swobodnie i pozwoliła się prowadzić. 

– Ona też kiedyś wygrywała taneczne konkursy.   

Taniec  z Johnem  miał  w  sobie  coś  kojącego.  Nie  wywoływał  napięcia,  nic  ich  ku  sobie 

nie ciągnęło, i Beth z rozkoszą poddawała się rytmowi. Kiedy muzyka ustała, oboje zgodnie 
skierowali się do bufetu.   

Ponad  głowami  gości  wypełniających  salon  Beth  wzrokiem  odszukała  ciemną  czuprynę 

Sama. Stał w gronie przyjaciół, pogrążony w rozmowie. Obok niego tkwiła drobna blondynka 

o  cudownej  brzoskwiniowej  cerze.  Sam  obejmował  ją,  i  Beth  poczuła  bolesne  ukłucie  w 

sercu.   

W pewnej chwili podszedł do niej Douglas.   
– Beth, kochanie, jak dobrze, że przyszłaś – usłyszała głos starszego pana. – To dla mnie 

bardzo ważny wieczór, a Sam tak to wszystko wspaniale urządził! 

Skinęła głową.   
– Owszem, to cudowne przyjęcie. Szkoda tylko, że odchodzisz na emeryturę.   
Douglas uśmiechnął się.   
–  To  nic  strasznego.  Nie  powiem,  że  nie  będę  za  wami  tęsknił,  ale  postanowiliśmy  z 

Rosemary  spędzić  trochę  czasu  razem.  Zamierzamy  odwiedzić  rodzinę  w  Australii,  może 
kupimy  tam  posiadłość.  A  może  przeniesiemy  się  do  Hiszpanii,  jeszcze  nie  wiem.  Mamy 
zamiar  zamieszkać  w  jakimś  słonecznym  miejscu  i  odpocząć  sobie  trochę  po  tutejszych 
deszczach.   

Beth odwzajemniła jego uśmiech.   
– Jednym słowem, wszystko nieźle się układa.   
– W pewnym sensie to twoja zasługa. – Ciepłe spojrzenie Douglasa uświadomiło jej, że 

ludzi może łączyć po prostu zwykła sympatia. – Tak doskonale się tu spisujesz, że nikt nie 
zauważy  mojego  odejścia,  a  i  ja  będę  miał  spokojne  sumienie,  że  zostawiam  pacjentów  w 
dobrych rękach.   

Rozejrzał się.   
–  Będzie  chyba  lepiej,  jak  pójdę  teraz  i  trochę  pomogę  Rosemary  przy  gościach.  Nie 

zostawiam  cię  samej,  bo  właśnie  nadchodzi  Maggie.  Na  pewno  chętnie  dotrzyma  ci 
towarzystwa.   

Maggie nie kryła radości z powodu spotkania.   
–  A  już  się  bałam,  że  nie  przyjdziesz.  Dobrze  zrobiłaś,  że  się  zdecydowałaś.  Jest 

fantastycznie, prawda? 

Beth w duchu głęboko westchnęła. Rzeczywiście...   
– John uczył mnie tańczyć – oświadczyła głośno i swobodnie. – Nie wiedziałam, że jest w 

tym taki dobry.   

Maggie zerknęła w stronę bufetu.   
– Jadłaś już coś? – zapytała.   
– Nie. – Beth była jak najdalsza od myśli o jedzeniu.   
– Wszystko tak wspaniale wygląda, że żal popsuć podobne dekoracje.   

background image

Ale Maggie już ją ciągnęła w stronę zastawionych stołów.   
–  Zawsze  można  spróbować  uszczknąć  to  i  owo...  Wkrótce  nastąpiły  toasty  i 

przemówienia, a potem znowu zaczęły się tańce.   

Sam  obracał  się  w  rytm  powolnej  muzyki,  trzymając  w  ramionach  drobną  blondynkę  o 

olśniewającej cerze.   

–  A  to  dopiero  –  szepnęła  Maggie.  –  Zobacz,  kogo  tu  mamy.  –  Wzrokiem  wskazała 

przytuloną parę. – Nie wiedziałam, że ona też tu będzie – ciągnęła ściszonym głosem.   

– Ale przecież ty nie wiesz, o kogo chodzi. To jest Tess Sinclair. Wspominałam ci o niej. 

Sam był z nią zaręczony jakieś dwa lata temu. Potem rozstali się i ona wyjechała.   

–  Wygląda  na  to,  że  wróciła  –  odszepnęła  Beth,  siląc  się  na  obojętność,  mimo  że  coś 

ściskało ją w gardle.   

Blondynka uniosła rękę i objęła Sama za szyję, a on musnął jej policzek wargami.   
– Coś w tym jest – potwierdziła Maggie. – Wyglądają na zakochanych. W swoim czasie 

bardzo się kochali, a potem... Nie wiem, co się stało, ale ona nagle wyjechała.   

Beth postanowiła zaspokoić swą ciekawość.   
– Ona też jest lekarzem? – zapytała. Maggie zaprzeczyła.   
–  Nie.  Podobno  jest  nauczycielką,  pracuje  chyba  w  Londynie.  Samowi  musi  jej  bardzo 

brakować.  Stanowili  taką  dobraną  parę...  Wszyscy  byli  bardzo  zaskoczeni,  gdy  zerwali. 
Uważaj, nadciąga niebezpieczeństwo.   

Beth  prawie  nie  dosłyszała  ostatniego  zdania,  wpatrzona  w  dłoń  Sama  spoczywającą  na 

obnażonych plecach „tamtej”.   

– Co tak stoicie? – Głos Johna wyrwał ją z zamyślenia.   
–  Wyglądacie  jak  dwie  licealistki  podpierające  ściany  podczas  szkolnej  zabawy.  Nikt  z 

wami  nie  chce  tańczyć?  Macie  szczęście,  dziewczyny,  że  tutaj  jestem.  Zamierzam  się 
poświęcić i trochę was rozerwać.   

Maggie natychmiast wzięła nogi za pas.   
– Przepraszam, ale muszę... Może Beth...   
John  nie  wyglądał  na  zmartwionego.  Pociągnął  Beth  w  stronę  tańczących  i  lekko 

pocałował we włosy.   

– Cudownie pachniesz. Dobrze się bawisz? – zapytał.   
Przytaknęła,  ze  zdumieniem  stwierdzając,  że  mówi  prawdę.  Czuła  się  całkiem  nieźle,  a 

taniec z Johnem do reszty godził ją ze światem.   

– Od lat tak dobrze się nie bawiłam – odparła.   
– To może czegoś się napijemy? – zaproponował. Uniosła na niego roześmiane oczy.   
– Dzięki, nie mogę. Przyjechałam samochodem. Przez chwilę patrzył na nią zamyślony.   
– Nie wiem, co to jest, ale dziś jakoś inaczej wyglądasz – stwierdził w końcu.   
– To dlatego, że tu jest tak sympatycznie i dobrze mi z wami – odparła wesoło. – Szkoda 

tylko, że jutro trzeba iść do pracy.   

– W takim razie musimy to jak najszybciej powtórzyć – oświadczył. – Musimy gdzieś się 

razem wybrać. Na kolację albo na dansing...   

– Nie sądzisz, że przesadzasz? – Męski głos, który rozległ się tuż obok nich, daleki był od 

background image

beztroski. – Przez cały wieczór narzucasz się Beth.   

Zamrugała zaskoczona. System wczesnego ostrzegania tym razem zawiódł ją całkowicie. 

Tuż  obok  stał  Sam  i  dziwnie  na  nich  patrzył.  Przez  kilka  sekund  mężczyźni  mierzyli  się 
wzrokiem i Beth czuła, jak serce łomocze jej w piersi.   

–  Chciałbym  z  tobą  zatańczyć  –  oznajmił  potem  Sam  tak  stanowczym  głosem,  że  nie 

zdecydowała się na protest.   

Dlaczego  on  tak  na  nią  działa?  Dlaczego  poddaje  mu  się  tak  bez  słowa,  bezwolna  i 

uległa? 

Melodia na nieszczęście stała się wolniejsza i Sam przytulił ją do siebie, niemal nagą pod 

cienką tkaniną sukienki.   

– Czy to było konieczne? – szepnęła z wyrzutem.   
– Chyba tak.   
– Co ja ci zrobiłam? – pytała dalej zdławionym głosem. – Jesteś na mnie zły? 
Nie odpowiedział wprost.   
–  Myślałem,  że  przyszłaś  tutaj  rozerwać  się,  pogadać  z  ludźmi  –  powiedział  i  nie 

zrozumiała, co miał na myśli.   

– Było bardzo przyjemnie – bąknęła – dopóki nie zjawiłeś się tak nagle i wszystkiego nie 

popsułeś.  Nie  wiem  zresztą,  dlaczego  się  mną  zainteresowałeś.  Twoja  przyjaciółka  już 
wyszła? 

Zmarszczył brwi.   
– Jaka przyjaciółka? 
– Tina, a może nie Tina... Tess, tak chyba ma na imię. Ta blondynka, z którą tańczyłeś. 

Maggie mówi, że byliście zaręczeni.   

–  Maggie  ma  za  długi  język,  a  Tess  mieszka  bardzo  daleko  stąd  i  bardzo  rzadko  tutaj 

bywa  –  odparł  zniecierpliwionym  głosem.  –  Zaprosiłem  ją,  bo  się  dowiedziałem,  że 
przyjechała do znajomych. Zna Douglasa i jego żonę od niepamiętnych czasów i jest zupełnie 
normalne, że przyszła na to przyjęcie. Rosemary bardzo się ucieszyła.   

– Wyobrażam sobie – ciągnęła Beth. – Ty na pewno też. Zauważyłam, że jesteście bardzo 

zaprzyjaźnieni. Nic dziwnego, znacie się tak długo i tak dobrze, ..   

– Owszem, to prawda – przerwał jej. – Znamy się od wielu lat, ale nie spędzimy chyba 

reszty wieczoru na omawianiu mojego osobistego życia. Może spróbujemy po prostu tańczyć 
i mieć z tego przyjemność.   

Wyraźnie  unikał  rozmów  o  byłej  narzeczonej.  Rozumiała  to,  ale  nie  pojmowała,  jak 

można z nim „po prostu” tańczyć. Oczywiście, natychmiast to wyczuł.   

– Odpręż się – rzekł łagodniejszym głosem. – Jesteś strasznie spięta.   
Łatwo powiedzieć, ale znacznie trudniej wykonać.   
– Spróbuj dobrze się poczuć – dodał jeszcze. Zaczerwieniła się gwałtownie. Bliskość jego 

ciała budziła w niej odczucia, które uważała za dawno wygasłe. Nigdy żaden mężczyzna nie 
działał  na  nią  w  ten  sposób  i  była  dotąd  przekonana,  że  coś  podobnego  zdarza  się  tylko  w 
książkach.   

Ciekawe,  czy  to  przypadek,  że  poprosił  ją  do  tańca  akurat  wtedy,  kiedy  zaczęto  grać 

background image

wolny  utwór?  Może  zrobił  to  specjalnie,  by  mocją  przytulić?  Pobożne  życzenia, 
odpowiedziała  sama  sobie.  Po  prostu  Tess  musiała  wcześniej  wyjść  i  nie  miał  co  robić. 
Dlatego poprosił ją do tańca.   

Zerknęła na zegarek.   
– Na mnie już czas.   
Nie od razu wypuścił ją z ramion.   
– Dlaczego tak wcześnie? – zdziwił się. – Przecież Sophie jest u twojej matki.   
– Tak, ale jutro rano pracuję.   
Jego głos zrobił się jeszcze łagodniejszy, prawie czuły.   
– Zawsze możesz zostać na noc u mnie. Wyprowadził ją do holu, gdzie było ciemniej niż 

w salonie. Mimo to usiłowała dostrzec wyraz jego twarzy.   

– To chyba nie najlepszy pomysł – szepnęła.   
– Dlaczego? Czego ty się tak boisz? 
– Nie rozumiem... nie rozumiem, co masz na myśli. Przystanął i przyciągnął ją do siebie.   
– Pragnę cię i wiem, że ty czujesz to samo. Broniła się, ale bez przekonania.   
– Mylisz się, puść mnie.   
Odwróciła głowę, ale zmusił ją, by na niego spojrzała.   
– Dlaczego kłamiesz? W każdej chwili mogę ci udowodnić, że to nieprawda.   
Poczuła jego wargi na swoich i oderwała się od niego siłą. Wiedziała, że musi się przed 

nim bronić, i to teraz, póki jeszcze nie jest za późno.   

Ręce Sama dotykały jej piersi.   
– Powiedz mi, że mnie nie pragniesz – usłyszała. – Chcę to usłyszeć. Nie możesz? Wiesz, 

że to nieprawda. Chcesz mnie tak samo, jak ja pragnę ciebie. Przecież czuję, jak drżysz.   

– To dlatego... że nie chcę, żebyś mnie dotykał – skłamała.   
Nie wypuścił jej z ramion.   
–  Kłamiesz,  a  nie  można  przez  całe  życie  się  oszukiwać.  –  Mówił  takim  tonem,  jakby 

przekonywał  dziecko.  –  Pewnego  dnia  każdy  musi  zerwać  z  przeszłością  i  zacząć  życie  od 
nowa. Trzeba tylko się odważyć. Musisz zrobić pierwszy krok.   

Pod dłońmi czuła jego muskularny tors..   
– Nie mogę – szepnęła ledwo dosłyszalnym głosem. – Nie rozumiesz, że nie mogę? 
Miał rację, oszukiwała go, kiedy mówiła, że go nie pożąda. Pragnęła go każdą komórką 

swego ciała, pragnęła go jak nikogo na świecie, ale bała się, tak potwornie się bała... miłości.   

To słowo zdumiało ją niepomiernie. Miłość? Czy to jest właśnie to uczucie? Czy też po 

prostu  Sam  zjawił  się  w  odpowiedniej  chwili,  kiedy  jeszcze  emocjonalnie  nie  okrzepła  po 
wydarzeniach  sprzed  dwóch  lat?  On  ani  słowem  nie  wspomniał  o  miłości,  mówił  tylko  o 
pożądaniu. Najwyraźniej miłość zarezerwował dla Tess.   

Jego głos napłynął ku niej z bardzo daleka.   
– O co właściwie chodzi? Czy twoje małżeństwo było dla ciebie czymś tak ważnym, że 

nie  ma  już  w  tobie  miejsca  na  żaden  inny  związek?  Nie  chcesz  pozwolić,  żeby  jakiś 
mężczyzna zajął miejsce twojego zmarłego męża? 

– Nie – zaprzeczyła. – Ty nic nie rozumiesz.   

background image

– Więc pomóż mi zrozumieć – poprosił. Uniosła na niego oczy.   
– Nie mam nic do powiedzenia.   
– Ale co się stało? 
Trzymał ją tak mocno, że doprowadziłaby do szamotaniny, gdyby chciała się wyrwać.   
– Poznaliśmy się na medycynie – zaczęła zrezygnowanym głosem. – Tim był o rok wyżej 

ode  mnie.  Polubiliśmy  się.  Mieliśmy  te  same  zainteresowania,  przyjaźniliśmy  się  z  tymi 
samymi ludźmi. Zaczęliśmy się umawiać do kina, do pubu, na kolację.   

Gdy urwała, Sam zapytał, kiedy się między nimi popsuło.   
– Po ślubie – odparła cicho. – Wszystko było dobrze, póki się nie pobraliśmy, po ślubie 

wszystko nagie się zmieniło. Tim stał się agresywny. Nie od razu zrozumiałam, że jest o mnie 
zazdrosny.   

Odrzuciła z czoła kosmyk włosów.   
–  Był  patologicznie  zazdrosny  –  ciągnęła.  –  Na  początku  nawet  mi  pochlebiało,  że  tak 

bardzo mnie kocha. – Parsknęła niewesołym śmiechem. – Potem nagle zorientowałam się, że 
przegnał wszystkich naszych przyjaciół. Nawet rodzina...   

– Mów dalej – poprosił Sam.   
–  Nawet  moi  rodzice  go...  denerwowali.  Pewnego  dnia,  podczas  Bożego  Narodzenia  – 

zadzwoniłam  do  mamy,  żeby  jej  wytłumaczyć,  dlaczego  nie  możemy  przyjść  do  nich  na 
obiad. Wtedy zrozumiałam, że dzieje się coś nienormalnego i że sprawy zaszły za daleko. Po 
raz pierwszy pomyślałam, żeby z tym skończyć. Mama mnie zapytała, dlaczego się o nich nie 
pokazuję i  co jest nie tak. Kiedy urodziła się Sophie, miałam nadzieję, że będzie lepiej, ale 
wcale tak się nie stało. Przeciwnie.   

Sam mruknął coś przez zęby, ale nie dosłyszała.   
– Kochałaś go? – zapytał potem. Przeszedł ją dreszcz i drgnęła.   
–  Myślę,  że  tak  –  odparła.  –  Przynajmniej  na  początku.  Z  czasem  zrozumiałam,  że  się 

myliłam.   

Delikatnie dotknął jej ust, obrysował palcem pobladłe policzki.   
– To nie twoja wina, Beth. Nie możesz przez całe życie obwiniać się za coś, czego nie 

zrobiłaś. Pozwól działać czasowi, to najlepszy lekarz.   

– Wiem – szepnęła, tracąc pod wpływem jego dotyku resztki przytomności.   
Zachwiała się.   
– Co się stało? Co stało się potem? – zapytał cicho.   
–  Pewnego  dnia  wybuchła  kłótnia.  Wybierałam  się  z  Sophie  po  zakupy,  umieściłam  ją 

właśnie w foteliku w samochodzie, kiedy Tim nagle zaczął mnie oskarżać o zdradę. Krzyczał, 
że jadę do miasta spotkać się z kochankiem. Próbowałam mu tłumaczyć, że to nieprawda, że 
to śmieszne, ale tylko jeszcze bardziej się wściekł. Popchnął mnie, upadłam, a on wskoczył 
do samochodu i pognał przed siebie jak wariat.   

Przerwała, oblizała spieczone usta.   
–  Policja  znalazła  go  po  godzinie.  Samochód  był  rozbity,  Tim  nie  żył,  a  Sophie  była 

poważnie  ranna.  –  W  jej  głosie  nagle  zabrzmiała  rozpacz.  –  Jak  on  mógł...  nigdy  tego  nie 
pojmę... jak on mógł narazić życie naszej córeczki.   

background image

Po  policzkach  spłynęły  jej  łzy.  Wspomnienie  dawnej  rozpaczy  przyniosło  ze  sobą 

przypomnienie  innych  uczuć  i  zrozumiała,  że  nigdy  nie  kochała  męża.  Co  to  jest  miłość, 
pojęła dopiero teraz, u boku tego mężczyzny, który stał obok niej w mrocznym holu swojego 
domu i wyjętą z kieszeni chusteczką ocierał jej łzy.   

– Przepraszam – wyjąkała. – Rozkleiłam się.   
– Jeśli tylko ci to pomoże... Spróbowała się uśmiechnąć.   
– Strasznie długo to w sobie tłumiłam. Kiedy Tim umarł, zaczął się koszmar wyrzutów 

sumienia. Zupełnie sobie z tym ' nie radziłam. Czułam się winna, ale nie mogłam płakać.   

Zapatrzyła się gdzieś daleko, ponad ramieniem mężczyzny swojego życia.   
– Teraz już wiesz, że nie ponosisz żadnej winy za to, co się stało – powiedział do niej – i 

że wszystko to były tylko twoje wymysły.   

Uniosła na mego błyszczące od łez oczy.   
– Tak, teraz to zrozumiałam. Dzięki, że mnie wysłuchałeś, ale już muszę iść. Potrzebuję 

czasu, rozumiesz? 

– Oczywiście – przytaknął.   
Rozumiał ją i pomagał zwalczać przeszkody, które tak sumiennie wznosiła wokół siebie, 

by tylko nie wrócić do normalnego życia. Zapragnęła nagle spędzić z nim więcej czasu.   

~ Dziękuję ci za wspaniały wieczór – zaczęła. – Bawiłam się świetnie, a teraz na dodatek 

cierpliwie  mnie  wysłuchałeś.  Może  byś  wpadł  do  mnie  jutro  na  kolację?  Przygotuję  coś 
dobrego, napijemy się wina, pogadamy...   

Sam wyprostował się.   
– Niestety nie będę mógł, ale bardzo dziękuję za zaproszenie.   
Zaczerwieniła się.   
– Trudno, może innym razem.   
Pomógł włożyć jej płaszcz i kiedy już miała się pożegnać, dodał tytułem wyjaśnienia: 
–  Bardzo  chemie  bym  cię  odwiedził,  ale  na  dwa  dni  wyjeżdżam.  Umówiłem  się  z 

Johnem, że w poniedziałek zastąpi mnie w przychodni.   

–  Damy  sobie  radę.  –  Uśmiechnęła  się  z  wysiłkiem.  –  Wyjeżdżasz  na  wycieczkę,  czy 

masz coś do załatwienia? 

Chyba lekko się zmieszał.   
– Jadę do Tess, musimy omówić kilka spraw.   
Tess! Jak mogła o niej zapomnieć! Przecież to jego narzeczona.   
– W takim razie powodzenia – powiedziała, usiłując nadać głosowi normalne brzmienie. 

– Zobaczymy się po twoim powrocie.   

Pół godziny później wchodziła do domu i zamykała za sobą drzwi. Była bardzo zmęczona 

i  przemarznięta  do  szpiku  kości.  W  głowie  miała  zamęt  i  po  raz  pierwszy  nie  dotyczyło  to 
Tima ani przeszłości.   

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Dwa dni później jechała do pracy w chłodny słoneczny poranek. W nocy bolała ją głowa i 

w rezultacie zasnęła dopiero nad ranem. Z ciężkiego snu obudził ją listonosz wkładający listy 
do skrzynki.   

Pełna  poczekalnia  nie  poprawiła  jej  nastroju.  Wzięła  z  rejestracji  spis  pacjentów  i 

przebiegła go wzrokiem.   

– Nie widzę tu pana Lewisa – zwróciła się do Maggie.   
– A miał dziś przyjść? – zdziwiła się rejestratorka. Beth skinęła bolącą głową.   
– Tak, miał zbadać poziom cukru. Nie jestem pewna, czy stosuje dietę.   
– Jeśli chcesz, mogę zaraz do niego zadzwonić – wyraziła gotowość stojąca obok Debbie.   
–  Bardzo  bym  cię  prosiła.  –  Beth  zmrużyła  oczy  i  przeczesała  ręką  włosy,  nie 

dostrzegając spojrzeń, jakie wymieniły obie kobiety.   

– Powiedz, że ma natychmiast przyjść, nieważne kiedy. To bardzo pilne – rzuciła jeszcze 

i dodała: – W jakie dni zwykle się pojawiał? 

Maggie przerzuciła kartki notatnika.   
– Lewis... Lewis... w piątki.   
– W takim razie damy mu jeszcze dobę, a jak się nie zgłosi, zadzwoń.   
– Dobrze. – Maggie sięgnęła po kartkę leżącą na biurku. – Jest tu coś dla ciebie. Dotyczy 

Edie Watkins. Wiadomości chyba nie są dobre, prawda? 

Beth z rezygnacją pokręciła głową.   
– Niestety, nie. Miałam nadzieję, że poczuje się lepiej, ale chyba miała kolejny atak serca. 

Nie przys^6 nic innego? 

Miała nadzieję, że Sam dał jakiś znak życia. Maggie przerzuciła papiery.   

~ Nie, to wszystko, ale dzień dopiero się zaczyna.   

Sam  nie  napisał.  Dopiero  teraz  Beth  zdała  sobie  sprawę,  jak  bardzo  za  nim  tęskni  i  jak 

bardzo jest jej potrzebna rozmowa z nim. Trudno, musi zrozumieć, że Sam ma inne zajęcia. 
Całe  dnie  i  noce  spędza  z  Tess  i  na  pewno  nie  pamięta  już  o  istnieniu  kogoś  takiego  jak 
zwykła znajoma z przychodni.   

Nie  powinna  zaprzątać  sobie  nim  głowy,  trzeba  skoncentrować  się  na  pracy.  A  tego  jej 

nie  zabraknie;  w  przychodni  roi  się  od  pacjentów.  Zbliża  się  Boże  Narodzenie  i  ludzie 
przypominają sobie o chorobach.   

– W takim razie do roboty. Ciekawe, czy uda mi się załatwić wszystkich zapisanych na 

przedpołudnie przed lunchem – powiedziała i poszła do gabinetu.   

Mimo obaw, kilka kolejnych godzin minęło całkiem spokojnie i szybko. Chorzy skarżyli 

się głównie na kaszel, katar i  ból  głowy.  Zdarzyło  się również coś całkiem  przyjemnego:  u 
pewnej pacjentki Beth stwierdziła ciążę.   

Sally  Dixon  miała  czterdzieści  lat,  drugiego  męża  i  dwóch  nastoletnich  synów  z 

poprzedniego małżeństwa.   

– Jest pani pewna? – spytała pacjentka, nie kryjąc zdziwienia.   

background image

Beth umyła ręce i wróciła do biurka.   
– Absolutnie. Widywałam już kobiety w ciąży – zażartowała. – Jest pani w dwunastym 

tygodniu.   

Kobieta usiadła na krześle; zaczerwieniła się, w jej oczach zapaliły się iskierki.   
– Nie mogę uwierzyć. A ja myślałam, że to zwykła niestrawność. ..   
– Niestrawność, zgaga i mdłości to przecież klasyczne objawy ciąży. – Beth spojrzała na 

ekran  komputera.  –  Ma  pani  już  dwoje  dzieci,  jak  widzę.  Różnica  wieku  będzie  dość  duża, 

prawda? 

Sally Dixon uśmiechnęła się szeroko.   
–  Ponad  piętnaście  lat  –  zauważyła  wesoło.  –  Strasznie  się  cieszę.  Jestem  tylko  trochę 

zdziwiona. Myślałam, że...   

– Niedawno wyszła pani powtórnie za mąż – ciągnęła Beth.   
–  Tak,  przez  pięć  lat  byłam  z  chłopcami  sama  –  przytaknęła  Sally.  –  Potem  spotkałam 

Matta.   

Beth przeniosła na nią wzrok.   
– Mąż ucieszy się z tej nowiny? – zapytała. Pacjentka roześmiała się.   
– Kiedy mu minie szok, na pewno się ucieszy. Tak czy inaczej, zanim mu powiem, zrobię 

mu mocnego drinka.   

–  Jak  rozumiem,  nie  planowali  państwo  tego  dziecka?  Kobieta  znowu  oblała  się 

rumieńcem.   

– Szczerze mówiąc, nawet nam do głowy nie przyszło, że jeszcze możemy mieć dzieci. 

W  naszym  wieku...  Dlatego  wcale  nie  uważaliśmy.  –  Nagle  spoważniała.  –  To  może  być 

ryzykowne, prawda? To znaczy dla dziecka.   

– Późna ciąża niesie ze sobą pewne niebezpieczeństwa – przytaknęła spokojnie Beth. – 

Rośnie, na przykład, zagrożenie zespołem Downa. Trzeba będzie zrobić badania prenatalne. 
Jako  pani  lekarz,  muszę  pani  uświadomić  wszystkie  ewentualności.  Skierujemy  panią  do 

ginekologa, zbada panią i zrobi USG, a potem pozostałe badania. Czy pani pali? 

– Nie, rzuciłam palenie prawie dwa lata testu.   
– Bardzo słusznie. Doświadczenie wykazuje, że dzieci palących matek rodzą się słabsze i 

mają  mniejszą  wagę  urodzeniową.  Teraz  proszę  się  zapisać  u  pielęgniarki  na  badania 
prenatalne. U mnie proszę się pojawić za miesiąc, chyba żeby coś się działo.   

Skończywszy  przyjmowanie  pacjentów,  Beth  przeciągnęła  się  i  sięgnęła  po  płaszcz. 

Marzyła tylko o jednym: filiżance świeżej mocnej kawy i kanapce. Już miała opuścić gabinet, 
kiedy rozległo się pukanie i w progu ukazał się... Sam.   

– Można na chwilę? – zapytał.   
– Wróciłeś! – wykrzyknęła radośnie i zaraz spoważniała.   
– Wejdź, proszę, właśnie skończyłam.   
– Musiałaś mieć pracowity dzień.   
– Jak zwykle o tej porze roku. Wszyscy są przeziębieni. Ta banalna wymiana zdań miała 

w sobie coś surrealistycznego.   

– Jak widzę, dałaś sobie radę – mówił dalej Sam.   

background image

– Jasne.   
Beth włożyła płaszcz i wsunęła telefon komórkowy do kieszeni.   
– A jak twoja podróż? Udała się? – zapytała jakby nigdy nic.   
–  Bardzo  dobrze  –  odparł  takim  samym  lekkim  tonem.  –  Z  przyjemnością  znowu 

zobaczyłem Londyn.   

–  A  jak  się  miewa  Tess?  –  zapytała  Beth.  –  Wszystko  u  niej  w  porządku?  Na  pewno 

dobrze się bawiliście.   

Sam lekko się uśmiechnął.   
– Dwa dni to nie jest bardzo długo. Trochę spacerowaliśmy, robiliśmy jakieś zakupy, to 

wszystko.   

Wyrozumiałość jego rozmówczyni była wprost niezrównana.   
–  Cieszę  się,  że  miło  spędziłeś  czas.  Na  pewno  wkrótce  zechcesz  to  powtórzyć.  – 

Sięgnęła po teczkę i nagle przypomniała sobie, że nie zna celu odwiedzin Sama. – Chciałeś 
mi coś powiedzieć? 

– Chciałem zapytać o zdrowie twojego ojca. Odetchnęła, wchodząc na bezpieczny grunt.   
– Czuje się o wiele lepiej, za kilka dni wraca do domu. Mama jest zachwycona.   
Sam uśmiechnął się.   
– Same dobre wiadomości.   
–  To  nie  wszystko  –  mówiła  szybko  Beth,  żeby  zapobiec  krępującej  ciszy.  –  Moja 

sytuacja  też  uległa  zmianie  na  lepsze.  Opiekunka  do  dziecka  wróciła,  a  na  dodatek 
zaproponowała mi swoją siostrzenicę jako nianię do wszystkiego. Będzie mogła przychodzić 
w  nocy,  kiedy  będę  miała  dyżur.  Pracowała  w  Stanach  jako  pielęgniarka,  jest  bardzo  miła  i 
Sophie ją uwielbia. Jednym słowem, wszystko jest na dobrej drodze.   

Spojrzał na nią pytająco.   
– Dlaczego w takim razie byłaś taka smutna, kiedy wszedłem? 
Beth zmarszczyła brwi.   
– Ja, smutna? Chyba ci się wydawało.   
Jakby jej nie dosłyszał.   
– Masz jakiś kłopot? 
Owszem, ma kłopot, i to poważny. Stoi właśnie przed nią i zadaje niepotrzebne pytania.   

Musiała naprędce znaleźć jakąś sensowną odpowiedź.   
–  Edie  Watkins  miała  drugi  zawał.  Tak  dobrze  już  rokowała,  mąż  chciał  ją  zabrać  do 

domu... Przygnębiło mnie to.   

Sam świetnie ją rozumiał. W jego wzroku dostrzegła współczucie.   
– Bardzo mi przykro, ale nic ci nie mogę pomóc.   
– Ani mnie, ani jej – zauważyła zamyślona. – Są sprawy, na które nie mamy wpływu.   
Spojrzała  na  jego  usta  i  poczuła  się  nagle  bardzo  szczęśliwa,  że  Sam  tu  jest.  Cudownie 

było znaleźć się w jego ramionach, cudownie byłoby powtórzyć tamtą scenę...   

– Chyba już pójdę – rzekła z ociąganiem. – Chciałabym coś zjeść.   
Sam nie poruszył się.   
– W najbliższy weekend masz wolne, prawda? – zapytał.   

background image

– Tak, i bardzo się z tego cieszę – odparła.   
Wyjął kluczyki od samochodu i przez chwilę się nimi bawił.   
– Pomyślałem, że moglibyśmy się wybrać na spacer – rzekł z wahaniem. – Oczywiście, o 

ile pogoda na to pozwoli. Chyba że już jesteś umówiona.   

– Bardzo chętnie – zgodziła się natychmiast. – Tylko co z Sophie? 
– Mam nadzieję, że z nami pójdzie. Beth roześmiała się radośnie.   
– Na pewno ci nie odpuści. Jeszcze jej nie znasz.   
Sam skierował się ku drzwiom.   
–  Zadzwonię  do  ciebie,  to  się  umówimy  –  oświadczył  wyraźnie  zadowolony.  –  A  po 

drodze wstąpimy gdzieś na herbatę, dobrze? 

Czy dobrze? Mało powiedziane. Cudownie i wspaniale! Wprost fantastycznie! 

Sophie podzielała zdanie swojej mamy. Od kwadransa stała w oknie, w kurtce, szaliku i 

długich botkach, wyglądając samochodu Sama.   

– Mamo! Mamusiu! Przyjechał! Sam  już jest! Szybko! Podbiegły  do drzwi i  otworzyły 

mu, zanim zdążył zapukać.   

– Nie mogłam się ciebie doczekać – oświadczyła dziewczynka. – Idziemy na plażę? 
–  Nie,  córeczko  –  odparła  za  niego  Beth.  –  Bardzo  mi  przykro,  ale  dzisiaj  mamy  inne 

plany.   

Sam przeprosił za spóźnienie; miał jakiś pilny telefon.   
– Nic się nie przejmuj – zbagatelizowała sprawę Beth. – Sophie cię uwielbia i niejedno ci 

wybaczy. Wezmę tylko rękawiczki i możemy iść.   

Sam  miał  na  sobie  dżinsy  i  kurtkę  i  z  przyjemnością  spostrzegła,  że  jego  strój  świetnie 

pasuje do jej sportowej spódnicy i grubego swetra.   

Ruszyli  wzdłuż  brzegu,  z  Sophie  podskakującą  ze  szczęścia  i  biegającą  wokół  nich  jak 

mały psiak.   

Dzień  był  piękny;  jasnoniebieskie  niebo  malowniczo  kontrastowało  z  ciemną  zielenią 

morza.   

– Nie odbiegaj za daleko, Sophie – poprosiła Beth i oboje z Samem przystanęli na chwilę, 

podziwiając widok.   

– Masz czerwony nosek. – Sam objął ją i mocno przytulił.   
Oparła głowę na jego piersi.   
– Jak miło, osłaniasz mnie od wiatru – szepnęła.   
– Zimno ci? – zaniepokoił się. – Może z tym spacerem to nie był dobry pomysł, jeszcze 

się przeziębisz. Chcesz wrócić do samochodu? 

– Nie.   
Chciała tylko, żeby ta chwila trwała wiecznie.   
– Tu jest cudownie – dodała. – Nie przypuszczałam, że stąd jest taki niesamowity widok. 

Miło jest mieć pod oknem tyle piękna.   

Wtuliła  się  w  niego,  a  on  jeszcze  mocniej  ją  objął.  Po  raz  pierwszy  od  długiego  czasu 

poczuła się lekko i bezpiecznie.   

–  Zaraz  zapadnie  zmrok  –  zauważył  po  chwili  Sam.  –  Musimy  wracać  do  samochodu. 

background image

Pojedziemy teraz gdzieś na podwieczorek.   

Zgodnie z obietnicą zabrał je do przytulnej restauracyjki, gdzie przy kominku można się 

było  napić  czegoś  ciepłego  i  zjeść  grzankę.  Byli  jednymi  klientami.  I  chyba  byli  bardzo 
szczęśliwi.  Beth  z  rozczuleniem  patrzyła  na  uśmiechniętego,  radosnego  Sama  i  roześmiane 
dziecko u jego boku.   

Myśl  o  Tess  zjawiła  się  nagle  i  przesłoniła  idylliczny  obraz  niczym  czarna  chmura.  Ta 

kobieta  istniała  i  fakt  ten  niweczył  wszystko.  Sam  ma  narzeczoną,  a  jego  obecność  u  boku 
Beth i jej córki stanowi tylko przerywnik w jego prawdziwym życiu. Nic nieznaczący epizod.   

Sophie właśnie umazała się lodami, a Sam głośno wyraził swój zachwyt.   
–  Jesteście  niemożliwi  –  skrzywiła  się  Beth.  –  Oboje  zachowujecie  się,  jakbyście  mieli 

pięć lat.   

– Aleja przecież mam pięć lat – poprawiła ją natychmiast Sophie.   
– Tak, malutka. – Sam pocałował jej dziecko w czubek głowy. – Jesteś śliczną malutką 

dziewczynką i masz dokładnie pięć Jat Tim nigdy tego nie robił. Nigdy nie pocałował córki 
ani się z nią nie bawił, nie przekomarzał i nie uśmiechał się do niej. W ich domu panowała 
zawsze napięta cisza, jakby wszyscy zamarli w oczekiwaniu na nadchodzącą burzę.   

Sam  jest  zupełnie  inny.  Czuły,  troskliwy,  opiekuńczy.  Z  kimś  takim  można  bezpiecznie 

iść przez życie.   

Czyżby? Beth zawahała się i drgnęła. Przecież już raz przeczucie ją zawiodło. Nie mogła 

sobie  ufać  i  nie  mogła  ufać  żadnemu  mężczyźnie.  Raz  już  się  rozczarowała  i  wiedziała,  że 
kolejnego razu po prostu nie przeżyje.   

Mimo to uśmiechnęła się. Nawet jeśli się co do niego myli, Sam i tak jest człowiekiem, 

który rozbudził w niej zdolność kochania. Uczucie od tylu lat martwe i pogrzebane.   

Czuła, że znowu potrafi kochać i że nie zawróci już z obranej drogi. Cokolwiek się stanie, 

będzie  żyć  normalnie.  Nie  wolno  tylko  ryzykować  i  wystawiać  z  takim  trudem  zdobytego 
spokoju na zbyt ciężką próbę.   

Nadejście kelnera sprowadziło ją na ziemię.   

Znajduje się tu i teraz, obok siedzi Sam i bawi się z jej córeczką, ale to nie jest prawdziwe 

życie.  Byłoby  szaleństwem  brać  to  na  poważnie.  Sam  lubi  ją,  to  wszystko.  Podoba  mu  się, 
chętnie miałby z nią romans, ale nic poza tym. Nieraz wspominał, że jej pragnie; nigdy jednak 
nie  napomykał  o  miłość.  Musiała  przyznać,  że  przynajmniej  jest  szczery  i  nikogo  nie 
oszukuje.   

Dawna narzeczona wróciła do niego i Sam na pewno nie zechce stracić jej po raz drugi. 

Kochają się zostaną ze sobą na zawsze i Beth musi się z tym pogodzić.   

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Nastał  zimny,  wilgotny  grudzień.  Drzwi  przychodni  nie  zamykały  się  i  Beth  czuła  się 

skrajnie  wyczerpana.  Nieraz  zazdrościła  Douglasowi,  że  idzie  na  emeryturę  i  wyjeżdża  do 

ciepłych krajów.   

Trochę słońca przydałoby się również Maureen Davies. Była blada, bardzo słaba i miała 

sześćdziesiąt lat.   

–  Naprawdę  nie  mogę  tego  zrozumieć,  pani  doktor  –  powiedziała,  ciężko  opadając  na 

krzesło.  –  Kilka  tygodni  temu  miałam  kaszel,  potem  przeszedł,  a  teraz  wrócił  ze  zdwojoną 
siłą. Czuję się bardzo źle.   

Beth sięgnęła po stetoskop.   
– Bardzo źle pani wygląda – przyznała. – Kiedy dokładnie pojawił się ten kaszel? 
Pacjentka przycisnęła ręce do piersi i głośno, boleśnie westchnęła.   
– Jakieś trzy... może cztery tygodnie temu.   
– I potem ustał? 
– Tak mi się zdawało. Przez jakiś tydzień miałam spokój, a potem znowu mnie złapało, i 

to gorzej niż przedtem. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak słabo się czułam. Nie należę do 
osób, które z byle czym biegają do lekarza.   

Beth zerknęła w jej kartę.   
– Widzę. Ostatni raz była pani u nas dwa lata temu.   
Maureen odkaszlnęła.   
– Nie lubię łykać pigułek, chyba że coś mnie boli. Biorę wtedy  coś przeciwbólowego i 

koniec.   

Beth dokładnie ją osłuchała.   
–  Obawiam  się,  że  to  zapalenie  oskrzeli  –  oświadczyła  potem.  –  Dlatego  jest  pani  taka 

słaba.  Wirus  zwykle  najpierw  atakuje  drogi  oddechowe,  a  powtórna  infekcja  jest  czymś 
bardzo częstym. Nie pali pani, prawda? 

– Nigdy nie paliłam. – Pacjentka znowu zakasłała. Beth zaczęła wypisywać receptę.   
–  Przepiszę  pani  antybiotyk,  weźmie  pani  całe  opakowanie,  a  potem  proszę  do  mnie 

przyjść.  Za  kilka  dni  powinno  być  lepiej.  Proszę  na  siebie  uważać  i  brać  ciepłe  prysznice. 
Dobrze  byłoby  również  zainstalować  w  sypialni  nawilżacz  powietrza.  –  Wstała  z  krzesła  i 
Maureen  Davies  poszła  w  jej  ślady.  –  Powinna  pani  pić  dużo  płynów  i  unikać  wysiłku,  w 
razie potrzeby można brać paracetamol – dodała jeszcze Beth.   

Przez  następne  dwie  godziny  nie  opuszczała  gabinetu.  Kiedy  wyszedł  ostatni  pacjent, 

zabrała się do porządkowania papierów. Przy tym zajęciu zastał ją John.   

–  Pomyślałem  sobie,  że  może  napijesz  się  kawy.  Postawił  parujący  kubek  na  biurku  i 

usiadł. Bem uniosła na niego pełne wdzięczności spojrzenie.   

– Bardzo ci dziękuję. Jak zgadłeś, że właśnie tego mi trzeba? 
– Lata praktyki – rzucił lekko. – A co? Miałaś dużo roboty? 
– Nawet  nie pytaj – westchnęła. –  A teraz na dodatek jeszcze muszę się  uporać z tymi 

background image

papierzyskami.   

John lekceważąco pomachał nogą.   
– Co to za problem? Wrzuć je do najbliższego kosza i z głowy.   
– Jesteś niemożliwy. Uśmiechnął się zalotnie.   
– Ale jakże uroczy... A propos, wybierasz się na to zebranie? 
Beth szeroko otworzyła oczy; nie słyszała o żadnym zebraniu i powiedziała mu to.   
–  Mamy  się  spotkać  wszyscy,  lekarze  z  przychodni,  ze  szpitala,  ci,  co  mają  prywatną 

praktykę  i  pogotowiarze,  żeby  się  wspólnie  zastanowić,  w  jaki  sposób  można  by  poprawić 
warunki  opieki  medycznej  w  naszym  regionie.  W  przyszłym  tygodniu.  Będzie  kilka 

referatów, potem pytania, kawa, herbata, i do domu.   

–  Bardzo  sensowne,  postaram  się  przyjść  –  zgodziła  się  Beth.  –  Zawsze  można  się 

dowiedzieć czegoś nowego.   

John był tego samego zdania.   
– Też sądzę, że to ma ręce i nogi – stwierdził. – Może byśmy, w takim razie, spotkali się 

któregoś wieczoru i namówili się, jakie pytania zadać referentom? Jutro będzie dobrze? 

Już miała się zgodzić, kiedy sobie przypomniała, że obiecała Sophie kino.   
– To może pojutrze? – zaproponował zaraz John i przystała na jego propozycję.   
– W takim razie jesteśmy umówieni, a teraz idź coś zjeść – powiedział na zakończenie i 

pożegnał się z nią.   

Po  jego  wyjściu  z  nową  energią  zabrała  się  do  pracy.  John  doskonale  na  nią  działał.  W 

kontakcie z nim nie było nic stresującego... nie tak jak przy najbardziej błahej wymianie zdań 
z Samem.   

Prawie już kończyła, kiedy zjawiła się Maggie.   
–  Jak  dobrze,  że  cię  jeszcze  zastałam  –  powiedziała  z  westchnieniem  ulgi  i  coś  w  jej 

głosie zaniepokoiło Beth.   

– Co się stało? 
– Dzwoniła twoja mama. Ojciec źle się poczuł.   
Beth, nie czekając na dalsze wyjaśnienia, szybko wstała i pobiegła w stronę drzwi.   
– Odwołaj moje wizyty na popołudnie, dobrze? Albo poproś Johna, żeby mnie zastąpił! – 

krzyknęła w pędzie.   

Na korytarzu wpadła na Sama, wychodzącego z pokoju naprzeciwko.   
– Nie wiedziałam, że jeszcze tu jesteś...   
– Właśnie skończyłem i zamierzałem wyjść. – Przyjrzał jej się uważnie. – Stało się coś? 
– Tata źle się czuje. Jadę do nich! 
Nawet się nie zatrzymała, ledwo na niego spojrzała.   
– Powiedziała, co się dokładnie stało? – zapytał Sam, dotrzymując jej kroku.   
– Nie, ale moja matka niełatwo wpada w panikę. Nie dzwoniłaby, gdyby to nie było nic 

poważnego. – Spojrzała na niego. – Boję się, że...   

–  Jadę  z  tobą  –  zdecydował  się  błyskawicznie  Sam.  –  Wezmę  tylko  torbę.  Pojedziemy 

twoim samochodem, ja nie mam paliwa.   

Po chwili oboje biegli już w stronę parkingu. Dojazd do domu rodziców zajął jej dziesięć 

background image

minut. Annę wyszła im na spotkanie.   

– Jak dobrze, że jesteście, i to tak szybko. Zupełnie nie wiedziałam, co robić.   
Beth bez tchu wpadła do domu.   
– Jak on się czuje, mamo? Matka próbowała zachować spokój.   
– Jak to tata. Mówi, że niepotrzebnie zadzwoniłam, bo po co zawracać wam głowę.   
– Gdzie on jest? 
– W salonie. Chciałam go położyć na górze, w sypialni, ale doszłam do wniosku, że lepiej 

go nie ruszać.   

Sam już wchodził do salonu. Beth deptała mu po piętach, sparaliżowana strachem, bojąc 

się myśleć, co mogą tam zastać.   

Paul  siedział  w fotelu,  z głową na poduszce.  Był bardzo blady,  na twarzy miał  kropelki 

potu.   

– Tatusiu! – przypadła do niego Beth. – Tatusiu! Odezwij się! Powiedz coś! 
Otworzył oczy i uśmiechnął się z wielkim trudem.   
–  Przepraszam,  córeczko,  że  cię  fatygowałem.  To  matka...  Prosiłem,  żeby  ci  nie 

zawracała głowy takim głupstwem.   

Przyklękła obok niego.   
– Od jak dawna źle się czujesz? – zapytała.   
– Jakieś dwie godziny... może dłużej.   
Sam bez zwłoki przystąpił do badania pacjenta.   
– Boli pana gdzieś? 
Starszy pan powolnym ruchem dłoni wskazał klatkę piersiową. Zakasłał.   
– Tutaj... raczej nie ból... tylko takie dławienie. Sam osłuchał go dokładnie.   
– Ma pan kłopoty z oddychaniem? – pytał dalej.   
–  Tak  –  przyznał  Paul.  –  Od  przedwczoraj  tak  mi  świszczę  w  płucach,  pewnie  się 

przeziębiłem. – A uprzedzając zarzuty żony, dodał: – Nic ci nie mówiłem, bo nie chciałem, 
żebyś się przestraszyła i zrobiła alarm.   

Sam wyprostował się nad pacjentem.   
– Trzeba było mnie wezwać zaraz, jak tylko się pojawiły pierwsze symptomy, mnie albo 

Beth. To nie żaden alarm, tylko zwyczajna prośba o poradę lekarską.   

Paul przymknął oczy.   
– Strasznie nie lubię, jak robi się dokoła mnie tyle szumu – powiedział cicho. – Wiem, że 

jesteście bardzo zajęci i nie chcę dokładać wam pracy.   

– Ma pan podwyższoną temperaturę? – pytał dalej Sam.   
– Tak, myślę, że chyba tak.   
– Jakieś bóle w ramionach, klatce piersiowej? 
Paul otworzył oczy i spojrzał na niego zmęczonym wzrokiem.   
– Delikatnie sugeruje mi pan, doktorze, że mam kolejny zawał? – zapytał cicho.   
Annę Frazer przypadła do męża.   
– Nie mów głupstw, kochanie. – W jej głosie zabrzmiała rozpacz.   
Lekko pogładził ją po włosach.   

background image

– Chodzi mi tylko o ciebie – szepnął. – Martwię się, bo nie wiem, jak sobie dasz radę.   
Sam przysunął krzesło i usiadł.   
– Mogę państwa zapewnić, że to nie zawał – oświadczył spokojnie. – Po prostu ma pan 

jakąś  infekcję.  To  nic  groźnego,  ale  żona  słusznie  nas  wezwała.  Przepiszę  antybiotyk, 
lekarstwo na pewno szybko zadziała i wkrótce poczuje się pan lepiej.   

Wypisał receptę i położył ją na nocnym stoliku.   
–  Powinien  pan  bardziej  na  siebie  uważać  –  dorzucił  z  uśmiechem.  –  Jest  pan  bardzo 

dzielnym, idealnym wprost pacjentem, ale nie wolno lekceważyć żadnych, najbardziej nawet 

niewinnych  objawów.  Nie  wolno  też  się  forsować  ani  niczego  robić  na  siłę.  Nie  musi  pan 

sobie niczego udowadniać, Paul. Ani sobie, ani Annę.   

– Zawsze mu to mówię – jak echo odezwała się żona. – Ale nie chce słuchać, jest uparty 

jak osioł. Zawsze taki był.   

–  A  co  gorsza,  nie  zamierzam  się  zmieniać  –  bardziej  już  rześkim  głosem  zakończył 

rozmowę Paul.   

W  powrotnej  drodze  samochód  prowadził  Sam,  tak  jakby  bez  słowa  rozumiał,  że  jego 

partnerka nie jest w stanie tego zrobić. Beth z trudem wracała do siebie po przeżytym stresie.   

Dopiero  kiedy  zaparkowali,  zorientowała  się,  że  nie  odwiózł  jej  do  domu,  tylko  –  do 

siebie.   

–  Proponuję,  żebyśmy  się  napili  mocnej  kawy  –  powiedział.  –  Jest  strasznie  zimno, 

ogrzejesz się przy kominku, a ja w tym czasie wszystko przygotuję.   

Nie zaprotestowała. Weszła za nim do domu i dalej do obszernej kuchni. Sam sięgnął do 

szafki po kubki.   

–  Dam  sobie  radę,  ty  lepiej  idź  do  salonu  i  trochę  odpocznij.  W  barku  jest  brandy, 

poczęstuj się – poradził, widząc, że Beth trzęsie się z zimna.   

Uśmiechnęła się słabo.   
– Nie mogę, prowadzę, a do tego mam dyżur telefoniczny. W każdej chwili mogą mnie 

wezwać.   

Posłusznie  przeszła  jednak  do  salonu  i  usiadła  przy  kominku.  Płomień  zaczynał  już 

przygasać,  więc  sięgnęła  po  polano  i  dorzuciła  do  ognia.  Buchnął  ze  zdwojoną  siłą, 
roztaczając dokoła ciepły krąg. Przysiadła w jego zasięgu, rozkoszując się domową atmosferą 
i bezpieczeństwem emanującym z każdego kąta przytulnego pomieszczenia.   

Czuła się tu tak dobrze... Zupełnie jakby znajdowała się w domu, w prawdziwym domu... 

Z trudem dopuszczała do siebie myśl, że to naprawdę jest i będzie prawdziwy dom. Tylko dla 
innej kobiety. Dla Tess.   

–  Przepraszam,  że  to  tak  długo  trwało.  –  Nie  zauważyła,  jak  wszedł  Sam  z  tacą  w 

dłoniach. – Próbowałem znaleźć coś słodkiego do kawy, ale mi się nie udało.   

Ciekawe, jak długo tak stoi i patrzy na nią tym swoim dziwnie przenikliwym wzrokiem? 

W półmroku panującym w salonie jego oczy wydają się jeszcze bardziej niebieskie...   

– Pomóc ci? Tak się tutaj rozsiadłam, nawet nie pomyślałam, że mogłabym...   
Odstawił tacę na stolik.   
– Wszystko gotowe, zrobiłem tylko kawę, a ty wyglądasz na wykończoną.   

background image

Była nie tylko wyczerpana po niedawnych przeżyciach, była ponadto bardzo niespokojna 

i  zmieszana.  Atmosfera  tego  pomieszczenia  miała  w  sobie  coś  intymnego  i  ułatwiającego 
zbliżenie.   

Roześmiała się cicho.   
– Nie jestem przyzwyczajona, żeby mnie obsługiwano.   
– Każde przyzwyczajenie można zmienić.   
Sam usiadł obok niej i objął ją ramieniem. Uniosła ku niemu głowę. Było jej tak dobrze 

jak nigdy w życiu. Znowu pomyślała, że ta chwila mogłaby trwać wiecznie.   

Pocałował ją, a ona odpowiedziała na jego pocałunek z całą siłą długo nie zaspokajanego 

pożądania.   

– Tak bardzo tego pragnąłem – szepnął jej we włosy. – Kiedy cię nie widzę, mówię sobie, 

że poczekam, że nie będę cię popędzał, że dam ci czas. Ale kiedy jesteś obok, wszystkie moje 
dobre postanowienia ulatniają się i pragnę tylko jednego.   

– Tak się cieszę, że jesteś przy mnie teraz, i byłeś wtedy przy tacie – rzekła, przytulając 

się  do  niego.  –  Tak  bardzo  się  bałam.  Po  telefonie  mamy  myślałam  o  najgorszym.  Byłam 
pewna, że tatuś miał atak serca, i wiedziałam, że zamiast mu pomóc, wpadnę w panikę.   

Jakby jej nie słyszał. Jego ręce rozpoczęły niestrudzoną wędrówkę po jej ciele.   
– Nie wiesz, co czuję, kiedy mam cię tak blisko... Bardzo cię pragnę, Beth. Chciałbym się 

z tobą kochać.   

– Wiem.   
Rozpiął jej bluzkę i dotknął piersi.   
– Nie chcę cię skrzywdzić, nie chcę, żebyś cierpiała...   
– Wiem.   
Zamknęła oczy i dała się ponieść gorącej, purpurowej fali. Czuła, że jej ciało omdlewa, a 

umysł zastyga w jakimś dziwnym odrętwieniu.   

–  To  szaleństwo  –  jęknęła,  lgnąc  do  niego  całą  sobą.  Dźwięk  telefonu  zabrzmiał  jak 

odgłos z innego świata.   

Beth wyzwoliła się z ramion Sama i sięgnęła po komórkę.   
– Zostaw to – rzekł zdławionym głosem. – Zostaw.   
–  Nie  mogę,  mam  dyżur.  Wzywają  mnie  –  odparła.  –  Doktor  Jardine  przy  telefonie  – 

mówiła  dalej.  –  Od  jak  dawna  są  te  bóle?  Dała  mu  pani  calpol?  Bardzo  dobrze,  że  pani 
zadzwoniła. Będę u państwa za jakieś dwadzieścia minut.   

Rozłączyła się i spojrzała na Sama, pospiesznie zapinając bluzkę.   
– Muszę jechać. To chyba wyrostek. Uśmiechnął się z rezygnacją.   
–  Tak  to  już  jest.  Może  w  takim  razie  umówimy  się  na  jutrzejszy  wieczór.  Musimy 

porozmawiać, przyjdę do ciebie, przyniosę dobre wino...   

Ale Beth wkładała już płaszcz.   
– Jutro nie mogę. Przyrzekłam Sophie, że zabiorę ją do kina na jej ulubiony film Disneya.   
– W takim razie pojutrze. Znowu musiała mu odmówić.   
– Umówiłam się z Johnem na kolację – wyznała zmieszana. – Mamy się przygotować na 

to spotkanie w przyszłym tygodniu. Chciałabym zapoznać się z realiami i...   

background image

Przerwał jej ruchem dłoni.   
–  Nie  musisz  się  tłumaczyć,  zobaczymy  się  w  pracy.  Zresztą  przyrzekłem  Tess,  że 

pomogę jej przy pakowaniu. Wyprowadza się z mieszkania i potrzebna jej pomoc.   

Niewidzialna  bariera,  która  nagle  pojawiła  się  między  nimi,  rosła  z  każdą  chwilą  i  z 

każdym wypowiedzianym zdaniem.   

Beth poczuła dławienie w gardle.   
– W takim razie, do widzenia ~ wykrztusiła. – Zobaczymy się później.   
Twarz Sama nie wyrażała żadnych uczuć. Stał się znowu daleki i obcy. Magiczna chwila 

bezpowrotnie minęła.   

Może lepiej, markotnie myślała Beth w drodze do chorego. Lepiej, że to coś między nimi 

skończyło  się,  zanim  się  jeszcze  zaczęło.  Za  nic  w  świecie  nie  chciała  być  zabawką, 
chwilowym  pocieszeniem;  nie  chciała  umilać  Samowi  czasu  oczekiwania  na  prawdziwą 
miłość i spotkanie z kobietą, którą kochał naprawdę.   

 

Następny  tydzień  był  bardzo  chaotyczny.  Doug  się  rozchorował,  John  większość  czasu 

spędzał  w  sądzie  jako  biegły  w  sprawie  dotyczącej  wypadku  ze  skutkiem  śmiertelnym, 
spowodowanego  przez  pijanego  kierowcę,  a  Sam  wyjechał  na  konferencję.  Beth  nie  miała 
innego wyjścia jak tylko przejąć pacjentów Douga, co też uczyniła.   

Sądziła, że „ktoś” to doceni, ale srodze się zawiodła.   
– Co tu się, do licha, dzieje? – Sam po powrocie nie był w najlepszym humorze. – Co ty 

robisz o tej porze w pracy? Od ponad godziny powinnaś być w domu! Maggie mi mówiła, że 
przez ostami tydzień prawie stąd nie wychodzisz! 

Beth uniosła na niego zmęczone oczy.   
– Może nie zauważyłeś, ale mamy epidemię grypy. – Była zbyt wyczerpana, żeby się z 

nim kłócić. – Pacjenci przychodzą o każdej porze i trudno ich odsyłać z kwitkiem.   

Rozgniewał się naprawdę.   
– Nie widzę powodu, żebyś się poświęcała. W tym mieście bywały już epidemie grypy i 

jakoś dawaliśmy sobie radę. Nikt nie musiał pracować dzień i noc! Spójrz na siebie. Jak ty 
wyglądasz!  Jesteś  blada  jak  ściana  i  masz  podkrążone  oczy.  Nie  rozumiem,  jak  się  można 
doprowadzić do takiego stanu. Kiedy ostatnio jadłaś normalny posiłek? 

Teraz ona postanowiła potraktować go odpowiednio. Zasłużył sobie na to.   
– Dzięki – odparła z ironią. – Jak nikt potrafisz podnieść człowieka na duchu. Zwłaszcza 

kobietę.  Wczoraj  miałam  nocny  dyżur,  a  dzisiaj  jestem  od  rana  w  pracy.  Może  dlatego  nie 
wyglądam kwitnąco.   

–  Słyszałem,  że  przejęłaś  pacjentów  Douga  i  część  zapisanych  do  Johna  –  ciągnął 

oskarżycielskim  tonem.  –  Nie  sądzę,  że  postąpiłaś  właściwie,  zarówno  wobec  siebie,  jak  i 
pacjentów.   

Tego się nie spodziewała. Czy on myśli, że lekceważyła obowiązki zawodowe? 
– Chcesz przez to powiedzieć, że zaniedbywałam pacjentów? – W jej głosie zabrzmiało 

oburzenie.   

Nie odpowiedział wprost.   

background image

–  Człowiek  nie  może  obyć  się  bez  snu  –  stwierdził  sucho.  –  Nie  funkcjonuje  wtedy 

normalnie.   

– Uważasz, że działałam ze szkodą dla naszych pacjentów? – powtórzyła podniesionym 

tonem.   

– Tego nie mówiłem. – Sam przybrał nieco łagodniejszy ton. – Po prostu nie tak to miało 

wyglądać. Przed wyjazdem powiedziano mi, że będzie jakieś zastępstwo.   

–  Owszem,  ale  „zastępstwo”  dostało  grypy  i  położyło  się  do  łóżka.  –  Beth  chciała  jak 

najszybciej  zakończyć  tę  rozmowę  i  iść  do  domu.  –  Pewnie  wiesz,  że  takie  rzeczy  się 
zdarzają.   

– Ale dlaczego nikt mnie o tym nie zawiadomił? Wzruszyła ramionami.   
–  O  czym  cię  mieliśmy  zawiadamiać?  Że  Doug  ma  anginę,  a  John  przesłuchanie  w 

sądzie? Zresztą Debbie mówiła, że jest z tobą w kontakcie.   

Skinął głową.   
– Owszem. Dzwoniłem do niej i zawsze mi odpowiadała, że wszystko w porządku.   
Beth westchnęła z rezygnacją.   
–  I  było.  Daj  spokój,  nie  możesz  mieć  współpracownikom  za  złe,  że  mówią  prawdę. 

Wszystko było w absolutnym porządku.   

– Nie mogę mieć im za złe? Jeszcze zobaczymy! Wypadł z pokoju jak diabeł i popędził 

do  rejestracji.  Beth  na  chwile  przymknęła  oczy,  wyobrażając  sobie  awanturę,  jaka  się  tam 
rozpęta, i uznała, że najlepiej zrobi, jak się zajmie następnym pacjentem.   

Zachowanie  Sama  dało  jej  jednak  do  myślenia.  Sam  najwyraźniej  ma  kłopoty.  Chyba 

między  nim  a  Tess  nie  wszystko  się  układa.  Może  postanowili  jednak  się  rozstać  i  po  raz 
drugi nie podejmować próby bycia razem? Trzeba przyznać, że wcale jej to nie zmartwiło.   

Skupiła  się  nad  informacjami  widocznymi  na  ekranie  komputera.  Miała  nadzieję,  że 

wieczorne zebranie będzie mniej męczące niż długi pracowity dzień.   

 

Tak też się stało.   

John stawił się  na zebraniu  w doskonałym  humorze,  a samo  spotkanie upłynęło  w miłej 

atmosferze. Wygłoszono kilka referatów, a potem był czas na pytania i wolne wnioski.   

Na  koniec  lekarze  wszystkich  specjalności  oraz  ratownicy  medyczni  spotkali  się  na 

zapleczu sali konferencyjnej, gdzie podano wino i kanapki.   

– Nieźle to wypadło, co? – John sięgnął po kieliszek i podszedł z nim do Beth. – Dobrze 

jest  się  tak  od  czasu  do  czasu  spotkać  i  pogadać  o  wszystkim,  co  człowieka  dręczy  w  tym 
naszym cudownym zawodzie.   

– Masz rację – przytaknęła Beth. – Wiele się dziś nauczyłam. Zwłaszcza to, co mówili o 

ścisłej  współpracy  szpitala  z  pogotowiem,  wydaje  mi  się  sensowne.  Pacjenci  tylko  na  tym 
skorzystają.   

John zerknął na jej pusty talerz.   
– Może byś coś zjadła? Te kiełbaski wyglądają całkiem apetycznie.   
Beth roześmiała się.   
– Ale muszą strasznie tuczyć! 

background image

Kolega  objął  ją  spojrzeniem  znawcy  kobiecych  kształtów  i  w  jego  wzroku  wyczytała 

aprobatę.   

– Ty chyba nie powinnaś się tym przejmować – stwierdził kompetentnie.   
Zaczerwieniła się. Przypomniała sobie, jaki był dla niej miły podczas ich wspólnej kolacji 

i  zaczęła się zastanawiać, czy  aby na pewno dokonała słusznego wyboru, zakochując się w 
Samie...   

Właśnie do nich podszedł i stanął tuż obok.   
–  Bardzo  udane  spotkanie  –  zauważył,  a  widząc  jej  zmieszanie  i  rumieńce,  dodał 

podejrzliwie: – Wyglądasz, jakby coś się stało. Czy John dobrze się zachowuje? 

Jego kolega wybuchnął śmiechem.   
– A gdyby nie, to co? Dziwiłbyś się? W obecności tak pięknej kobiety każdy traci głowę. 

A może ty nie zauważyłeś, jak ona jest piękna, bo bez przerwy myślisz o Tess? Tęsknisz za 
nią, co? 

– Daj  spokój osobistym  wycieczkom – zgasił  go z niesmakiem Sam. –  To nie  czas ani 

miejsce na podobne żarty.   

– Dajcie spokój. – Beth chciała za wszelką cenę zażegnać rodzący się konflikt. – Zebranie 

tak wspaniale się udało. Nie psujcie tego, wszyscy są w doskonałych nastrojach.   

John najwyraźniej bawił się znakomicie, Sam zaś... Beth nie była pewna, o co mu chodzi i 

czy nie jest czasem gotów wywołać prawdziwej awantury.   

– Odwiozę cię do domu – zaproponował, ale podziękowała.   
– Sama pojadę.   
John patrzył na nich rozbawionym wzrokiem.   
– A może skorzystasz z mojego zaproszenia i pojedziesz do mnie na kawę? Nic się nie 

bój, Sam – zwrócił się do kolegi. – Nic jej ze mną nie grozi.   

Sam obrzucił go morderczym spojrzeniem, a potem zwrócił się do Beth.   
–  W  takim  razie  do  widzenia.  Spotkamy  się  w  pracy.  Przyjdę  bardzo  wcześnie  rano  i 

zacznę przyjmować, nie musisz się śpieszyć. I tak już dość zrobiłaś, żeby nas zastąpić.   

Powiedział to bardzo oficjalnym tonem i zrozumiała, że nie łączy ich nic oprócz wspólnie 

wykonywanej  pracy.  A już przez chwilę sądziła, że on jest o nią zazdrosny.  Oszukuje samą 

siebie. Zawsze się oszukiwała i raz już zapłaciła za to wysoką cenę. Sam jest tylko kolegą z 
pracy; nic ich nie łączy i nie ma mowy o wspólnej przyszłości. Może i lepiej...   

Patrzyła,  jak  odchodzi,  i  myślała,  że  lepiej  byłoby  nigdy  go  nie  spotkać.  Wiedziała 

jednak, że to nieprawda.   

Sam wtargnął do jej życia i przewrócił wszystko do góry nogami. Nie czeka ich wspólna 

przyszłość, ale powrót do przeszłości też już nie wchodzi w rachubę.   

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Następnego dnia zachowanie Sama nie uległo zmianie. Kiedy Beth weszła do przychodni, 

ciężką atmosferę czuło się już od progu. Maggie miotała się w rejestracji.   

–  Dzień  dobry  –  powitała  ją  Beth.  –  Masz  może  u  siebie  kopię  sprawozdania  z  tego 

naszego zebrania? 

Rejestratorka uniosła na nią nieprzytomne oczy.   
–  Kopię...  Jaką  kopię?  Przepraszam,  ale  dziś  do  niczego  nie  mam  głowy!  Jestem 

kompletnie rozkojarzona, mam okres.   

Zadzwonił telefon i złapała za słuchawkę.   
– Tak, Sam. Zaraz ci przygotuję... za dwie minuty... ale poczekaj, czy ty przypadkiem nie 

masz tego sprawozdania z zebrania? Doktor Jardine chciałaby... Co? Tak, rozumiem.   

Rozłączyła się z westchnieniem i uniosła oczy do nieba.   
– Doktor Armstrong wstał dziś lewą nogą? – zapytała ze współczuciem Beth.   
– Nie wiem. – Maggie wzruszyła ramionami. – Mogę powiedzieć tylko to, że ja jestem 

dziś nieprzytomna. Nie wiem, jakim cudem trafiłam do drzwi.   

Podeszła do nich Debbie i od razu włączyła się do rozmowy.   
–  Sam  zachowuje  się  okropnie,  nie  wiem,  co  go  opętało  –  oświadczyła,  po  czym 

rzeczowo dodała: – Napijemy się kawy, to nam dobrze zrobi.   

Beth odstawiła teczkę na podłogę.   
– Dla mnie proszę czarną, bez cukru, a do tego aspirynę – poprosiła.   
Pochyliła się nad rozkładem dnia i tak zastał ją Sam. Niemal rzucił jej jakieś papiery.   
–  Proszę,  oto  sprawozdanie,  które  chciałaś.  Zamaszystym  ruchem  zaczął  podpisywać 

przygotowane przez Maggie pisma i listy, a potem równie energicznie zaczął pakować teczkę.   

– Bardzo się śpieszysz – skonstatowała Beth. – Wybierasz się gdzieś na weekend? 
Z przyjemnością myślała o mającej nastąpić nazajutrz sobocie. Weźmie Sophie na spacer 

do parku, nakarmią kaczki, pogadają, wreszcie sobie odpocznie.   

– Tak, wyjeżdżam – rzucił krótko.   
– A dokąd? – zapytała i ugryzła się w język. Wcale nie chciała wiedzieć, gdzie ani z kim 

Sam spędzi weekend.   

Mimo to zaraz się dowiedziała.   
–  Jadę  do  Londynu,  do  Tess.  A  ty?  Masz  jakieś  plany?  –  W  jego  głosie  brzmiała 

obojętność i chłód.   

Tak się pyta o plany osobę, której plany w rzeczywistości nic a nic nas nie obchodzą.   
– Zamierzam wylegiwać się w łóżku do południa – odparta z udanym spokojem. – O ile 

oczywiście Sophie mi na to pozwoli. Zwykle zrywa się o świcie i ma mnóstwo pomysłów, jak 
aktywnie spędzić poranek. Zwłaszcza w sobotę.   

Spojrzał na nią złym wzrokiem.   
– Musisz być bardzo zmęczona po nocy z Johnem – powiedział głosem, w którym złość 

mieszała się z cynizmem. – Chyba zapomniałaś, że praca lekarza jest zbyt odpowiedzialna i 

background image

wyczerpująca, zęby sobie pozwalać na tego rodzaju ekscesy.   

Czy on oszalał?! Opanowała się, skierowała na niego obojętne spojrzenie.   
– Skąd to przypuszczenie? – zapytała lodowatym tonem.   
– Znam Johna i jego metody i wiem, że nie przepuści okazji – odparł bez zastanowienia.   
Beth osłupiała.   
– Naprawdę przypuszczasz, że spędziłam z nim noc? Odwrócił od niej wzrok.   
–  Przecież  nie  było  cię  w  domu,  jak  przejeżdżałem  obok  nad  ranem.  Jeden  z  moich 

pacjentów  miał  atak  astmy  i  zostałem  do  niego  wezwany.  Nie  zauważyłem  twojego 
samochodu, a przecież nie miałaś dyżuru.   

Zrobiła krok do tyłu, nie spuszczając z niego oczu.   
– I od razu sobie pomyślałeś, że zostałam na noc u Johna. Bardzo ciekawe... – wycedziła.   
– Tego nie powiedziałem – zaczął się wycofywać Sam.   
– Powiedziałeś – przerwała mu gwałtownie. – Nie muszę ci się tłumaczyć, ale chętnie to 

zrobię. Jak wiesz, Sophie miała nocować u mojej matki. Przed wyjściem z zebrania, zaraz jak 
nas opuściłeś, mama do mnie zadzwoniła i powiedziała, że mała ma temperaturę. Była bardzo 
niespokojna,  więc  podrzuciłam  Johna  do  domu  i  pojechałam  na  noc  do  rodziców.  Teraz 
wszystko jasne? Zrozumiałeś? Czy masz jeszcze jakieś wątpliwości? 

Chyba  jednak  jest  o  nią  zazdrosny?  Trudno  w  to  uwierzyć,  ale  skąd  te  wszystkie 

niedorzeczne podejrzenia? 

Sam pochylił się nad teczką i jeszcze raz starannie ułożył papiery.   
– Myślałam, że John jest twoim przyjacielem – dodała z wyrzutem, żeby go pognębić. – 

Jak możesz tak o nim mówić? Nie zasłużył sobie na to. Dlaczego tak go traktujesz? Nie zrobił 
ci nic złego.   

Teraz szukał czegoś po kieszeniach.   
– Nie mam nic przeciwko Johnowi – wyjaśnił w końcu.   
–  Jestem  trochę  zdenerwowany,  bo  zamówiłem  kilka  książek  w  naszej  księgarni  i  nie 

dostarczono mi ich na czas, a bardzo mi na tym zależało.   

Wszystko  się  wyjaśniło.  A  ona,  głupia,  wyobrażała  sobie  nie  wiadomo  co.  Drobny 

płomyczek nadziei zgasł tak samo szybko, jak zapłonął.   

– To bardzo ważne? – spytała ze współczuciem.   
–  Tak  –  przytaknął.  –  Miałem  je  jutro  zabrać  do  Londynu.  Dzwoniłem  do  księgami, 

dopiero  je  otrzymali.  Właśnie  je  pakują,  za  godzinę  będą  gotowi.  Może  mi  się  uda  jeszcze 
przed zmierzchem wyruszyć w trasę.   

–  Widzę,  że  bardzo  ci  pilno  znowu  się  tam  znaleźć.  Sięgnął  po  telefon  komórkowy  i 

włożył go do kieszeni.   

– Najpierw chciałem wyjechać dopiero jutro – wyjaśnił – ale Tess uważa, że lepiej jechać 

dzisiaj, bo będzie mniejszy ruch.   

I  jedna  noc  więcej  spędzona  razem,  pomyślała  gorzko  Beth,  ale  ona  jest  szczęśliwa,  ta 

Tess...   

– A kiedy wrócisz? – zapytała, powstrzymując drżenie głosu.   
– W niedzielę pod wieczór – odparł. – Mam dyżur telefoniczny.   

background image

–  W  takim  razie  nie  zatrzymuję  cię.  –  Lepiej  już  go  pożegnać.  –  Zobaczymy  się  w 

poniedziałek.   

 

Weekend wlókł się niesamowicie. Beth nigdy jeszcze nie przeżyła tak długich dwóch dni. 

Co rusz wynajdowała sobie jakieś zajęcia, by ani przez chwilę nie myśleć omamie i Tess. Jak 
żyją, co robią i czy zakochują się w sobie na nowo.   

W  sobotę  wysprzątała  wszystkie  kąty,  zabrała  córeczkę  na  długi  spacer  nad  morze,  a  w 

niedzielę  –  mimo  koszmarnej  mgły  –  pojechała  z  małą  do  rodziców,  gdzie  pomogła  matce 
przygotować obiad, a potem piekła z Sophie kruche ciasteczka.   

O  piątej  Annę  włączyła  telewizor  i  wysłuchawszy  wiadomości,  poinformowała  ją,  że 

pogoda znacznie się pogorszyła – mgła przeszła w marznącą mżawkę, a od północy nadciąga 
śnieżyca. Na autostradzie powstały ogromne korki i doszło do bardzo groźnego wypadku.   

– Powiedzieli, gdzie był ten wypadek, mamo? – zapytała Beth, czując rosnący niepokój.   
– Nie dosłyszałam – odparła Annę. – Przeglądałam gazetę i słuchałam wiadomości tylko 

tak,  jednym  uchem,  ale  jak  chcesz,  włączę  radio  w  kuchni  i  zaraz  ci  powiem.  Na  pewno 

podadzą tę informację w lokalnych wiadomościach.   

Po  chwili  wiedziały  już,  że  do  wypadku  doszło  całkiem  niedaleko,  kilka  kilometrów  od 

ich domu.   

Beth  wstała  i  zapatrzyła  się  w  gęstą  mgłę  za  oknem.  Gdzie  teraz  jest  Sam?  Miał  o  tej 

porze  wracać.  Na  pewno  nic  mu  się  nie  stało.  Jest  doświadczonym  kierowcą  i  potrafi 
przewidywać nagłe zmiany pogody.   

Godzinę później rozpętała się śnieżyca. Za oknem zawirował biały puch.   

Zostawiła  Sophie  przed  telewizorem  i  poszła  do  kuchni.  Może  zadzwonić  do  Sama,  by 

sprawdzić,  czy  już  wrócił?  Może  trzeba  będzie  przejąć  telefoniczne  wezwania  jego 
pacjentów? 

–  Mamo,  muszę  zadzwonić  do  Sama  –  powiedziała.  –  Nie  wiem,  czy  już  wrócił,  a  ma 

dzisiaj telefoniczny dyżur. Pewnie będę musiała go zastąpić.   

Annę spojrzała na nią domyślnie.   
– Boisz się o niego, córeczko? Miał o tej porze być na autostradzie? 
– Sama nie wiem. Pewnie przesadzam, ale wolę się upewnić. Wykręciła numer domowy 

Sama, ale nikt nie odpowiedział.   

– Pewnie gdzieś się zatrzymał, żeby przeczekać. – Annę próbowała uspokoić córkę.   
Beth postanowiła zadzwonić do Johna; może on coś wie. John jednak nie wiedział nic.   
– Jeszcze nie wrócił? – zapytał. – Myślałem, że jest już w domu. Mam nadzieję, że udało 

mu  się  zdążyć  przed  tą  zawieją.  Tak  czy  inaczej,  przejmę  jego  pacjentów.  Kiedy  wróci, 
będzie wykończony.   

– Naprawdę zastąpisz go? Jesteś nieoceniony. – Beth podziękowała koledze.   
– Nie ma za co.   
Pewnie  niepotrzebnie  panikuje.  Nic  złego  się  nie  stało.  To  tylko  wyobraźnia  płata  jej 

figle.   

W tej samej chwili zadzwonił telefon i matka podała jej słuchawkę.   

background image

– To do ciebie. Dzwoni Sam, chyba utknął gdzieś na autostradzie.   
Drżącą ręką ujęła słuchawkę i od razu zaczęła mówić.   
– To ty? Jak dobrze! Tak bardzo się martwiłam. Jest taka potworna pogoda, że bałam się, 

że coś ci się stało. Wszystko w porządku? 

Jego głos był bardzo daleki, ale dziwnie mocny.   
– Jest tu pewien problem, chyba nie wró0ę na czas.   
– John cię zastąpi – zapewniła go – nie przejmuj się. Gdzie jesteś? Co się dzieje? 
– Stale tkwię na autostradzie. Jest straszna zamieć, był wypadek. Nie wygląda to dobrze. 

Robię, co mogę, żeby pomóc.   

Poczuła, jak ogarnia ją panika.   
– Ilu jest rannych? – zapytała.   
–  Jeszcze  dokładnie  nie  wiadomo.  Niektórzy  są  uwięzieni  w  samochodach,  właśnie 

próbują ich uwolnić. Nie mogę mówić, Beth, jestem potrzebny. Kończę, do zobaczenia.   

Wydawało  jej  się,  że  na  zakończenie  dodał  „kocham  cię”,  ale  chyba  się  przesłyszała. 

Rozmowa została przerwana i Bem powoli odłożyła słuchawkę.   

– Stało się coś złego? – Stojąca w progu Annę spojrzała na córkę z niepokojem.   
– Na autostradzie był wypadek, jest straszna mgła i śnieżyca – odparła Beth.   
– Z Samem wszystko w porządku? 
Beth zawahała się, nie wiedząc, co odpowiedzieć.   
– Nie wiem...  Chyba tak. –  Zerknęła na zegarek. – Pojadę tam, mamo –  oświadczyła z 

nagłą determinacją. – Może się na coś przydam. Zajmiesz się Sophie? 

–  Oczywiście  –  zgodziła  się  Annę,  ale  próbowała  jeszcze  ją  zatrzymać.  –  Jest  straszna 

zawieja i mgła gęstnieje...   

Beth podjęła już jednak decyzję.   
– Wiem, mamo, ale tym bardziej muszę tam jechać. Szybko się ściemnia i sytuacja może 

się pogorszyć. A oni tam potrzebują pomocy.   

 

Niemal  pół  godziny  zajął  jej  dojazd  na  miejsce  wypadku.  Policja  zatrzymała  ruch;  z 

daleka można było dostrzec światła karetek pogotowia i straży pożarnej. Jeden samochód stał 
w płomieniach, gęsty dym unosił się wysoko w górę. Wokół panowała dziwnie martwa cisza.   

Podszedł do mej młody policjant i odsunęła szybę.   
– Przepraszam, ale autostrada jest zamknięta – oświadczył surowo. – Nie odblokujemy jej 

chyba do rana. Doszło do poważnego wypadku. Musi pani znaleźć jakiś objazd.   

Beth sięgnęła po dowód tożsamości.   
–  Jestem  lekarzem.  Dowiedziałam  się  o  wypadku  i  pomyślałam,  że  może  na  coś  się 

przydam.   

Młody policjant spojrzał na nią przychylniej.   
– Tu jest bardzo niebezpiecznie. Strażacy nie mogą opanować ognia, a ponieważ jest tu 

kilka pojazdów z łatwopalnymi materiałami, pożar łatwo może się rozprzestrzenić.   

Poczuła w nozdrzach dławiący zapach dymu. Wysiadła z samochodu.   
–  Przecież  tam  jeszcze  mogą  być  ludzie,  nie  możemy  ich  tak  zostawić.  Potrzebują 

background image

pomocy – zdenerwowała się.   

–  Na  miejscu  są  już  ratownicy  medyczni  –  wyjaśnił  policjant.  –  Jest  też  jeden  lekarz, 

który  przypadkiem  znalazł  się  na  miejscu  wypadku.  Widziałem,  jak  próbował  wyciągnąć 
człowieka uwięzionego w samochodzie. Odważny facet...   

Poczuła, jak ściska jej się gardło.   
– Sam... Pracujemy razem, przydam mu się. – Sięgnęła po torbę. – Proszę, niech mnie pan 

przepuści.   

Wyraźnie się wahał.   
–  Bardzo  bym  chciał,  ale  to  zbyt  niebezpieczne.  Pani  kolega  bardzo  ryzykuje.  Tam 

niedaleko stoi cysterna z paliwem. Próbowaliśmy go przekonać, żeby dal sobie spokój, ale on 
się uparł, że wyciągnie tamtego kierowcę.   

Ogarnęła  ją  panika.  Sam  jest  w  niebezpieczeństwie,  a  oni  nie  chcą  jej  do  niego  puścić. 

Kocham cię, szepnęła w myślach, kocham cię, jestem przy tobie, wytrzymaj.   

– Jeśli nie mogę tam pójść – oświadczyła z determinacją – to przynajmniej może tutaj na 

coś się przydam. Mam przy sobie opatrunki i wszystko, co trzeba. Przecież coś chyba mogę 
zrobić.   

–  Proszę  pogadać  z  tym  ratownikiem.  –  Policjant  machnął  ręką  w  kierunku  ekipy 

pogotowia. – Na pewno coś się znajdzie.   

– Dobrze – zgodziła się szybko – a jak pan zobaczy doktora Armstronga, to proszę mu 

powiedzieć, że tu jestem. Nazywam się Beth Jardine.   

Ruszyła  wzdłuż  rozbitych  samochodów,  uzbrojona  w  latarkę  elektryczną,  zaglądając  do 

wnętrza w poszukiwaniu rannych i uwięzionych.   

Padał coraz gęstszy śnieg, płatki wirowały w powietrzu, oddech zamieniał się w lodowatą 

parę,  a  ona  podawała  leki  przeciwbólowe,  robiła  zastrzyki,  składała  złamane  członki  i 
usuwała  odłamki  szklą  z  ran.  Ręce  jej  drętwiały,  nozdrza  stale  wciągały  upiorny  zapach 
palącego się metalu.   

– Może pani tu przyjść na chwilę, pani doktor? – Wyprostowała się, słysząc głos jednego 

z ratowników.   

Człowiek,  nad  którym  się  pochylał,  wyglądał  bardzo  źle.  Był  przeraźliwie  blady,  ledwo 

oddychał. Automatycznie poszukała pulsu. Ledwo go wyczuła.   

– Przestał oddychać, trzeba mu zrobić sztuczne oddychanie – zadecydowała.   
Przez  chwilę  próbowali  ratować  rannego,  robiąc  mu  oddychanie  usta-usta  i  rytmicznie 

uciskając klatkę piersiową.   

–  Tracimy  go,  próbujemy  jeszcze.  –  Pot  ściekał  jej  z  czoła,  ale  nie  ustawała.  W  końcu 

wyczuła słabiutkie bicie pulsu.   

–  Mamy  go,  teraz  trzeba  mu  podać  tlen.  –  Głos  jej  się  załamał  i  omal  nie  wybuchnęła 

płaczem ze zmęczenia.   

Dopiero znacznie później, kiedy  ostatni ranny został zabrany karetką do  szpitala, mogła 

wreszcie wyprostować obolałe plecy i rozluźnić napięte mięśnie.   

–  Powiedziano  mi,  że  tu  jesteś.  Czy  ty  naprawdę  nie  możesz  usiedzieć  w  spokoju? 

Wystarczy,  że  na  chwilę  wyjadę,  a  ty  już  się  pakujesz  w  jakieś  tarapaty!  –  Głos  Sama 

background image

napłynął ku niej tak niespodziewanie, że przez chwilę nie odwracała się, bojąc się, że spłoszy 
jakieś nieziemskie zjawisko.   

Dopiero  kiedy  wyciągnął  ku  niej  dłonie,  padła  mu  w  ramiona,  łkając  i  tuląc  się  jak 

przestraszone dziecko. Jest tu, obok niej, i nic mu się nie stało! 

– Tak strasznie się o ciebie bałam. Nie puścili mnie do ciebie... – wyjąkała.   
– Bardzo dobrze zrobili. – Objął ją mocno i przytulił.   
– Tam było prawdziwe piekło.   
Uniosła na niego oczy.   
– Jak mogłeś tak się narażać? Uśmiechnął się.   
– Zrobiłabyś to samo na moim miejscu. Tam był człowiek, który oczekiwał pomocy. Ktoś 

musiał to zrobić.   

– I to musiałeś być ty – szepnęła. – Co z nim? Wszystko w porządku? 
– Mam nadzieję. Jest w kiepskim stanie, ale chyba z tego wyjdzie. – Spojrzał jej głęboko 

w oczy. – Dlaczego tu przyjechałaś? Ty też ryzykowałaś. Jazda w takiej mgle jest cholernie 

niebezpieczna.   

– Musiałam – odparta przez łzy. – Bałam się o ciebie. Dowiedziałam się o tym wypadku z 

radia. Dlaczego od razu do mnie nie zadzwoniłeś? Ta cysterna mogła przecież wybuchnąć.   

Wiedziała, że w tym, co mówi, nie ma za grosz logiki, ale nic jej to nie obchodziło.   

Ujął jej dłonie i zmusił, by spojrzała mu w oczy.   
– Już po wszystkim. Uspokój się, nie płacz. Ukryła zapłakaną twarz w jego kurtce.   
– Ale mogłeś zginąć... Mogłam cię stracić – zatkała. – Nigdy bym tego nie przeżyła...   
Niemal uniósł ją w ramionach.   
– Jedziemy do domu.   
Podeszli do jej samochodu i zapytał, czy jest w stanie prowadzić.   
– Mój samochód się nie nadaje – wyjaśnił. – Delikatnie mówiąc, nieco ucierpiał w tym 

karambolu.   

Skinęła głową.   
– Poprowadzę.   
Jechali  w  milczeniu.  Sam  siedział  na  miejscu  pasażera  z  zamkniętymi  oczami,  jakby 

nieobecny.   

Uniósł powieki dopiero wtedy, gdy zatrzymali się pod jego domem.   
– Wiem, że już późno, ale może wpadniesz do mnie na kawę... – poprosił.   
Poszła  za  nim  do  domu  i  pozwoliła,  żeby  dolał  do  tej  kawy  koniaku.  Usiedli  potem  na 

kanapie w salonie, grzejąc się w cieple kominka.   

– Przydało ci się coś mocniejszego – powiedział Sam. – Już nie jesteś tak strasznie blada.   
Spojrzała na niego i pomyślała, że chciałaby zostać z nim na zawsze. Przysunęła się.   
– Pokaż to zranienie – powiedziała. – Trzeba będzie przemyć tę ranę.   
Odsunął  rękę,  jakby  się  sparzył.  Zesztywniał  i  przestraszyła  się,  że  znowu  wszystko 

między nimi się popsuje.   

– Jak się czujesz? – zapytała cicho.   
– Naprawdę chcesz wiedzieć? – wybuchnął. – Czuję się koszmarnie. Głowa mi pęka.   

background image

– Dlaczego zawsze musisz grać bohatera? Po co tak ryzykujesz? Przecież mogłeś zginąć. 

– Trwoga powróciła i nie mogła się opanować.   

Odwróciła głowę, żeby nie dostrzegł jej łez.   
– Beth, co się dzieje? – Jego głos złagodniał. Poczuła, że ją obejmuje. On nic nie rozumie. 

Mogłaby skonać z miłości do niego, a on by się pytał, co jej jest.   

– Nic się nie dzieje. – Wzruszyła ramionami. – Co się ma dziać...   
– Już się nie musisz bać. Już po wszystkim.   
Poczuła jego wargi na ustach i poddała się. Chciała, żeby ją całował, chciała, żeby mówił 

to, co właśnie powiedział.   

– Kocham cię, Beth.   
–  Ja  cię  też  kocham  –  szepnęła.  –  Myślałam,  że  już  nigdy  się  nie  zakocham,  że  nie 

pozwolę... Ja przecież wiem, kim dla ciebie jest Tess i że jest ci bardzo ciężko. – – Mylisz się 
– szepnął jej we włosy. – Z Tess nic mnie nie łączy, przyjaźnimy się tylko. To nigdy me była 
wielka miłość. Zresztą ona wyjeżdża do Afryki. Uniosła na niego zdumione oczy.   

– Ale przecież do niej jeździłeś...   
–  Pomagałem  jej  się  pakować.  Z  Tess  znamy  się  od  dziecka,  chodziliśmy  razem  do 

szkoły.  Przyjechała  tutaj  pożegnać  się  z  przyjaciółmi,  w  Afryce  ma  chłopaka.  Razem  będą 
pracować w szkole.   

– A ja myślałam... – Ukryła twarz na jego piersi. – Bałam się, że ją kochasz.   
Pocałował ją w usta.   
– Kocham tylko ciebie i chcę z tobą spędzić resztę życia. Z tobą i Sophie.   
– Ja też cię kocham. – Całym sercem oddała mu pocałunek. – I też chcę z tobą spędzić 

resztę życia.   

Sam uśmiechnął się.   
– To będzie bardzo długie i bardzo piękne życie – oświadczył i tym razem uwierzyła mu 

bez zastrzeżeń.