background image

56

Kryminalne zagadki PRL

  

HANDEL ŻYWYM TOWAREM

Blondynki  
do konsumpcji

DZIWEX

, czyli eksport blond baletnic do nocnych 

klubów Italii, gorszył, ale i ekscytował Polaków. 
W 1981 r. prokurator odkurzył  nieużywany 
paragraf o handlu żywym towarem. 

HELENA KOWALIK

7 września 2014  |  wprost

kowalik.indd   56

29.08.2014   20:33

background image

57

 Milicja oceniła, 

że naganiacze z Pol-
ski zarobili na tym 
nielegalnym proce-
derze co najmniej 
milion dolarów

W cyklu „Kryminalne zagadki PRL” 
przypominamy najgłośniejsze, 
często do dziś okryte tajemnicą 
zbrodnie z okresu Polski Ludowej. 
Helena Kowalik, dziennikarka 
śledcza „Wprost”, sięga do spraw 
z minionej epoki, analizuje, jak 
były badane i relacjonowane, 
a także sprawdza, czy nie miały 
one ciągu dalszego po 1989 r. 

ZDJĘ

CIA: BEW

kowalik.indd   57

29.08.2014   20:33

background image

7 września 2014  |  wprost

58

Kryminalne zagadki PRL

  

HANDEL ŻYWYM TOWAREM

do Włoch około 300 rzekomych balerin, 
a podejrzewa się, że ta liczba może być 
pięcio krotnie większa. Dziewczyny się 
rozpiły, a większość wylądowała jako 
prostytutki na autostradzie”. 

Milicja oceniła, że naganiacze z Polski 

zarobili na tym nielegalnym procederze co 
najmniej milion dolarów.

POŃCZOCHA W GARDLE 

Dziennikarze prześcigali się w pozyskiwaniu 
informacji z śledztwa. Na czoło peletonu 
wysforowało „Życie Literackie”, ujawniając 
nazwiska aresztowanych Włochów. Byli 
to Claudio Massieri i Camillo Cassaglia, 
dobrze znani obsłudze Hotelu Europejskie-
go. Cassaglia zaczął penetrować ten rynek 
w 1980 r. W swoim kraju poznał pewnego 
Węgra, artystę estradowego, który dał mu 
namiary na pracowników ZPR. 

Przestępcze działanie właściciela agencji 

Thea Maggioli wykryła policja włoska, gdy 
aresztowała Maria Gaviraghiego. W jego 
lokalu znaleziono dziewczynę uduszoną 
nylonową pończochą wciśniętą do gardła. 
To wizytówka mafii, o której ofiara za dużo 
mówiła. Włoska prasa poinformowała, że 
Gaviraghi sprowadzał do swoich lokali m.in. 
Polki. Nie miały okazji do zatańczenia na 
scenie, jak im obiecywano. Były sadzane 
przy stolikach na wabia do tzw. konsumpcji. 
Jeśli klient się zdecydował, brał podsta-
wioną dziewczynę do boksu. Nie płacił jej, 
ale musiał kupować szampana – od chwili 
wejścia za przepierzenie bił licznik. Równie 
sensacyjny artykuł ukazał się w „Kurierze 
Polskim”. Podpisany inicjałami autor 
donosił o „aresztowaniu grupy polskich 
sutenerów zatrudnionych w dziale eksportu 
ZPR i ich włoskich kontrahentów, którzy 
przybyli do Warszawy po nowy transport”. 

Reporter Maciej Piotrowski z redakcji 

„Kulis” dotarł do jednego z owych sutene-
rów – Jana Ch., wypuszczonego z aresztu 
po 48 godzinach. „Czy to możliwe – pytał 
dziennikarz – żeby ZPR wyeksportowały do 
włoskich domów publicznych co najmniej 
kilkaset dziewczyn? – Bzdura – odpowie-

S

łowo „dziwex” po raz pierwszy 
pojawiło się na łamach dwu-
tygodnika „Antena” w marcu 
1981 r. Autor artykułu Jan 
Śpiewak informował o pod-

stępnym zwabianiu do włoskich nocnych 
klubów niewinnych dziewcząt znad Wisły 
(tylko blondynek) gotowych do zatańczenia 
na rurze. Kandydatki kwalifikowali do 
wyjazdu naganiacze na etatach specja-
listów od choreografii w Zjednoczonych 
Przedsiębiorstwach Rozrywkowych. Przy 
zachowaniu pozorów artystycznych kry-
teriów pracowali na zlecenie opanowanych 
przez mafię włoskich agencji Olivero i Thea 
Maggioli. Ich bossowie to znani w tamtym 
kraju przestępcy. 

Na bazarze Różyckiego cena tego nume-

ru „Anteny” wzrosła 30-krotnie. Do ZPR 
i kilku warszawskich redakcji za pośrednic-
twem konsula PRL w Mediolanie nadszedł 
list od Polek występujących w lokalach 
agencji Olivero: „Dowiedziałyśmy się, że 
pracujemy w domu publicznym, pod lufą 
strażników mafii. Jest to dla nas ogromna 
obraza […]. Od momentu przybycia do 
Włoch możemy swobodnie się poruszać 
po całym kraju, nie rozumiemy, na jakiej 
podstawie pisze się, że nasi impresariowie 
to przestępcy”. W redakcjach list schowano 
na dno szuflady, a miesiąc później „Ante-
na” doniosła, że w warszawskim Hotelu 
Europejskim aresztowano dwóch Wło-
chów z agencji Olivero. Mario Gaviraghi, 
właściciel Thea Maggioli, przezornie nie 
przekroczył polskiej granicy. 

Śledztwo w Polsce dopiero się rozwi-

ja – informowała czytelników „Antena”.  
W Komendzie Głównej MO zeznają han-
dlarze żywym towarem i ich ofiary, a także 
rodziny, które nie potrafią się pogodzić 
z nieszczęściem i hańbą córek. Wiadomo 
już, że miejscem deprawacji Polek we 
Włoszech były prowincjonalne kluby 
w okolicach Mediolanu i Florencji. Pod 
wdzięcznymi nazwami Rosa Pantera, Blue 
Notte, Omnibus, Moulin del Topo kryły się 
domy publiczne prowadzone przez mafię. 
Przy wejściu stał ich człowiek ze spluwą 
w ręku. Za każde nieposłuszeństwo strzelał 
dziewczynie w ucho – najpierw w lewe, 
potem prawe. Młodym Polkom, które znały 
zaledwie dwa-trzy słowa po włosku, od-
bierano na dzień dobry paszporty. Za stroje 
płaciły w naturze. Ich polscy naganiacze za 
każdą blondynę otrzymywali 500 dolarów 
plus trzy „zielone” za jeden dzień zaliczania 
przez nią klientów za żetony. 

„Są już dowody – napisał redaktor 

Jan Śpiewak – że do roku 1980 wysłano 

dział Ch. – Jako kierownik działu eksportu 
i importu ZPR podpisałem w ubiegłym roku 
zgodę na wyjazd do Włoch tylko kilku ze-
społów variété. Chyba że ktoś pod szyldem 
mojej instytucji organizował nielegalny 
transport”. 

Stanisław Nowotny, dyrektor ZPR, też 

stanowczo zaprzeczył kontaktom firmy 
z włoską mafią. Zagraniczne kontrakty za-
wierali tylko z licencjonowanymi agencjami 
artystycznymi. Takimi jak Thea Maggioli 
i Olivero. „Eksportując nasze zespoły, 
zarabiamy na honoraria dla artystów 
zagranicznych sprowadzonych do Polski. 
Aresztowanie w Polsce impresariów z Oli-
vero to jakieś nieporozumienie – oni zawsze 
solidnie wywiązywali się z kontraktów. 
Problem kontaktu naszych artystek z by-
walcami lokali rozstrzygnęliśmy w umowie 
w ten sposób, że wprowadziliśmy punkt 
– konsumpcja nieobowiązkowa”. 

Dyrektor Nowotny bronił aresztowanego 

Cassaglii – włoski impresario może nie 
był zbyt wykształcony (ukończył sześć 
klas szkoły powszechnej), ale bardzo się 
angażował w eksport polskich grup tanecz-
nych. ZPR wypłacał 15 proc. gaży każdej 
dziewczyny (33 dolary dziennie). Pieniądze 
wysyłał za pośrednictwem konsulatu 
polskiego w Mediolanie.  W poprzednim 
roku gościł w Polsce ze swoim zastępcą 
Claudiem Massierim sześć razy, zakupili 
cztery zespoły: Mette Show, Lady Shic, 
Berdo Show i Li-U-Fa. Był pewien pro-
blem, ale nie z winy Camilla Cassaglii, bo 
tancerki z Mette po wygaśnięciu kontraktu 
samowolnie przedłużyły pobyt za granicą, 
dogadując się z konkurencją Olivero. 

DELEGACJA POD CZERWONĄ LATARNIĘ

Tymczasem afera, do której przylgnęła już 
nazwa „dziwex”, obrastała w warszawskich 
kawiarniach plotkami, zwłaszcza że pro-
kuratura nie chciała oficjalnie dopuścić 
dziennikarzy do akt śledczych. W trzy 
miesiące po publikacji w „Antenie” Ko-
menda Główna MO zwołała konferencję 
prasową, na której poinformowano, 
że śledztwo dotyczy międzynarodowego 
handlu żywym towarem. W Polsce miały 
się tym zajmować dwie grupy przestępcze 
– jedna współdziałała z agencją Maria 
Gaviraghiego. Dziewczyny jechały do 
lokali pod czerwoną latarnią jako turystki 
z prywatnymi paszportami. Drugą grupę 
młodych kobiet z paszportami służbowymi 
wysyłały ZPR współpracujące z Olivero.

W obu przypadkach praca dziewczyn 

w lokalu miała polegać na robieniu 
tzw. konsumpcji, czyli zachęcaniu dzianego 

Pod wdzięcznymi 
nazwami Rosa Pantera, 
Blue Notte, Moulin del 
Topo kryły się domy 
publiczne prowadzone 
przez mafię

kowalik.indd   58

29.08.2014   20:33

background image

59

klienta do zamawiania drogich trunków, 
przynoszonych do lóż separatek. Za udział 
w takiej konsumpcji dziewczyna otrzymy-
wała około 100 lirów, równowartość paczki 
papierosów. 

„Przesłuchaliśmy 40 tancerek, które 

wróciły z Włoch – poinformował dzienni-
karzy rzecznik prasowy KG MO. – Śledztwo 
jest trudne, gdyż dziewczyny boją się mafii, 
a działania przestępcze naganiaczy nosiły 
znamiona legalności. W ZPR kwalifikacją 
dziewczyn do wyjazdu zajmowały się 
uprawnione do tego komisje”. Funkcjona-
riusz zganił dziennikarzy, że swoimi pu-
blikacjami o dziweksie utrudnili śledztwo, 
gdyż dziewczyny, które przed wyjazdem 
z kraju miały czyste kartoteki, teraz są 
traktowane przez otoczenie jak prostytutki. 
Dlatego z takimi oporami składają zeznania. 

Obecny na konferencji prokurator dodał, 

że zbrodnia handlu żywym towarem nie 
jest łatwa do udowodnienia, zwłaszcza 
że Włosi nie kwapią się do współpracy. 
O aresztowaniu grasującego w Polsce 
impresaria Maria Gaviraghiego z agencji 
Thea Maggioli polscy śledczy dowiedzieli 
się z włoskich gazet. 

Maciej Piotrowski z „Kulis” zapytał, czy 

śledczy pojadą do Włoch, aby na miejscu 
zebrać dowody. Okazało się, że w trudnym 
roku 1981 na takie przedsięwzięcie nie ma 
dewiz. „To może ja bym się tam wybrał, po 
najmniejszych kosztach” – zaproponował 
reporter. „Ale to niebezpieczne, panie 
Macieju” – odpowiedział prowadzący 
konferencję.

Gazety nadal pisały o sprowadzaniu na 

złą drogę polskich blondynek. W czerwcu 
„Życie Warszawy” dało na ten temat arty-
kuł pt. „Wyzysk człowieka przez człowieka”. 
Anonimowa 20-letnia Magda zwierzyła 
się wysłannikowi redakcji: „W mojej gru-
pie tanecznej było nas pięć. Na lotnisku 
przywitał nas Camillo Cassaglia, czarujący 
sukinsyn. Zajechaliśmy do Omnibusa, to 
taka knajpka koło Florencji. Nie wiedziały-
śmy, co w praktyce znaczy ta konsumpcja. 
Trzy dziewczyny z naszej grupy miały 
pecha, zaszły w ciążę. W innych grupach 
było jeszcze gorzej. Jednej przestrzelono 
policzek, o dwóch zaginął wszelki ślad. 
Prawie wszystkie się rozpiły. 

Również redaktor Piotrowski dostał 

z milicji na pociechę kontakt do dwóch ko-

biet, które zeznawały po powrocie z Włoch. 
Zostały dobrane przez rzecznika MO na 
zasadzie dobrego i złego policjanta. 

Bożena M., kierowniczka zespołu Lady 

Shic, wyniosła z wyprawy do słonecznej 
Italii jak najlepsze wspomnienia. Nikt 
im niczego nie kazał. Przecież w umo-
wach sporządzonych w biurze ZPR było 
zastrzeżenie, że tzw. konsumpcja jest 
nieobowiązkowa. Druga informatorka, 
Ewa G. z zespołu Yoko Show, też wystę-
pującego w Omnibusie, była rozczarowana. 
Do Włoch wybrała się z mężem, z zawodu 
fotografem. Wyznała, że gdy tylko rozejrza-
ła się po lokalu, uświadomiła go: jesteśmy 
w burdelu. Tylko raz miała okazję zaśpiewać 
dla gości. Ponieważ odmawiała pójścia do 
boksu, godzinami tkwiła samotnie przy 
stoliku, popijając wodę. Właściciel Omni-
busa oddał jej paszport dopiero po upływie 
terminu kontraktu. 

Kilka dni później w telewizji pokazano 

reportaż pt. „Atrakcja z tłem”. Odwrócone 
tyłem do kamery blondynki opowiadały 
o „artystycznym piekle Italii”. Jeden z aresz-
towanych pracowników ZPR przyznał się 
przed kamerą, że za wysyłanie na Zachód 
„baletnic” brał od Włochów łapówki 
w dolarach. 

KOLEJKA DO WŁOSKIEJ AMBASADY

Redaktor Piotrowski postanowił prze-
konać się na miejscu, jaka jest prawda. 
Macierzysta redakcja nie dała mu delegacji, 
tłumacząc, że taka wyprawa do matecznika 
mafii jest niebezpieczna, a poza tym nie ma 
pieniędzy. Uparty młody reporter wziął dla 
niepoznaki delegację do Poznania i okazyj-
nym transportem dojechał do Alessandrii 
we Włoszech, gdzie mieściła się agencja 
Olivero. Przez dwa dni pobytu w obcym 
kraju żywił się suchym prowiantem z Pol-
ski. Nocował w Omnibusie.

Rozmawiał z Polkami pracującymi w tym 

lokalu. Przyznawały, że z występów tanecz-
nych niewiele wyszło, ale też nie miały czego 
żałować – ta komisja kwalifikacyjna w ZPR 
to była lipa, one o tańcu nie miały pojęcia. 
W Omnibusie miały siedzieć przy stoliku 
choćby całą noc i prowokować klientów, aby 
postawili butelkę szampana. Może nie było 
wygodnie, ale gdy się było miłą dla klienta, 
sprezentował zagraniczny sweterek czy raj-
stopy.  Również w miejscowym komisariacie 

policji zapewniono polskiego dziennikarza, 
że karabinierzy często kontrolują miejscowe 
lokale rozrywkowe i żadna blondynka nie 
skarżyła się na złe traktowanie. Nie można 
wykluczyć – zasugerowali karabinierzy 
– że Cassaglia jest ofiarą zemsty swoich 
włoskich konkurentów. 

Albo pomówiła go piosenkarka Ewka G. 

– sugerowało polskie małżeństwo C. kie-
rujące zespołem Yoko Show, który również 
miał kontrakt z agencją Olivero. Bo ta G. 
– poinformowali reportera – nie dogadała 
się z panem Cassaglią. Żądała wysokiej 
podwyżki i zatrudnienia męża, impresario 
odmówił. Wyjechali wściekli i jeszcze go 
obgadali przed włoskimi dziennikarzami, 
choć już mieli okazję się przekonać, że tu-
tejsza prasa wszystko przekręca. Na dowód 
państwo C. pokazali artykuł sprzed kilku 
dni o polskich dziewczynach na kontrakcie: 
„Nie wrócimy do Polski, chyba że martwe”. 

Piotrowski w Warszawie spotkał się 

z oficerem biura kryminalnego KG MO. 
Szukał komentarza do tego, co zobaczył. 
„Dziennikarzom się wydaje – powiedział 
mu milicjant – że w aferze dziweksu chodzi 
o prostytucję w takim naszym wydaniu. Jest 
inaczej. Dziewczyny wyjeżdżały do Włoch 
pod pozorem występów i będą obstawały 
przy tym, aby nie nazywać pewnych spraw 
po imieniu. We Włoszech dostały się w try-
by systemu wypróbowanego przez Cassa-
glię. Zaraz po przyjeździe były zaznajamiane 
z regulaminem agencji, który rzeczywiście 
jest rygorystyczny. Ze swoich pokoi wy-
chodziły tylko do pracy, o godzinie 22. Do 
południa spały. W lokalu ich stałe miejsce 
było na tzw. wystawie, czyli przy stolikach 
na środku sali. Nie znały języka, z klientami 
porozumiewali się kelnerzy, którzy też infor-
mowali, czy blondynka jest, jak to określali, 
już »ujeżdżona«, czy też dopiero debiutuje. 
Młode Polki na pewno wiedziały jedno: ma-
ją zwabić do stolika klienta i namawiać go do 
konsumpcji w loży za przepierzeniem. Jeśli 
były oporne, właściciel dołączał do grupy 
dwie-trzy prostytutki i po kilku dniach 
te oporne dostrzegały, że nowe koleżanki 
zarabiają więcej, cieszą się względami szefa 
i otrzymują od klientów prezenty. I raczej 
już się nie stawiały”. 

Maciej Piotrowski zamieścił w „Ku-

lisach” dwa odcinki ze swojej ekskursji 
do północnych Włoch i nawet dostał za 
to premię wartości pół baku benzyny do 
malucha. Po pewnym czasie dowiedział 
się w ambasadzie włoskiej, że wielokrot-
nie wzrosła liczba podań o wizy składane 
przez młode kobiety. Wyglądało na to, że 
reporterskim opisem niechcący zachęcił 

Odwrócone tyłem do kamery blondynki 

opowiadały o „artystycznym piekle Italii” 

kowalik.indd   59

29.08.2014   20:33

background image

7 września 2014  |  wprost

60

Kryminalne zagadki PRL

  

HANDEL ŻYWYM TOWAREM

właściciela. Bo w pierwszym nie było sali 
z parkietem do tańca, tylko boksy jak dla 
koni. A w nich stolik i kanapa. Nie chciałam 
za nic do tych boksów, chociaż płacili za noc 
15 tys. lirów. Nieraz dostałam za opór po 
twarzy. W końcu propedario zaproponował, 
że niby nie muszę iść z gościem do łóżka, 
wystarczy, abym się z nim upijała. Wystar-
czyło, że klient mnie obśliniał i obmacywał”. 

Mariola zabawiła we Włoszech osiem 

miesięcy. Twierdziła, że w domach schadzek 
Maria Caviraghiego pracowało około 700 
polskich dziewczyn. Jeśli spisywały się do-
brze, zostawały dłużej. Miały powodzenie, 
często doczekiwały się stałych klientów. 
Żeby zabrać blondynkę na noc z lokalu, 
płacili właścicielowi po 200-300 tys. lirów, 
z czego dziewczyna dostawała pięć procent. 

Mariola była wyjątkowo skora do 

rozmowy. Inne wykazywały większą 
powściągliwość. „Nie wiadomo, po co 
gazety to rozgrzebują – denerwowała się 
jedna z tych, które wróciły. – Wyjechałam, 
zobaczyłam kawałek świata, zarobiłam, 
mogę tu kupić mieszkanie spółdzielcze. 
A tak to bym do emerytury stała za bufetem 
na stacji kolejowej w mojej miejscowości”. 

Lewandowski rozmawiał też z oskarżo-

nymi pracownikami działu zagranicznego 
ZPR. O jednym z nich pisał zgorszony: „Ten 
homoseksualista, który sprawy moralności 
miał chyba dawno za sobą, potrzebował 
pieniędzy przede wszystkim na zaspo-
kajanie kosztownych namiętności”. Od 
wyeksportowanych dziewczyn pobierał 
na boku 20 dolarów za noc z klientem. 
Jeśli zainteresowany blondynką z Polski 
Włoch decydował się na ryczałt miesięczny, 
pracownik ZPR dostawał od właściciela 
night-clubu 500 dolarów. 

JAK WYSOKIE BYŁY PRZEPIERZENIA? 

Po trzech latach śledztwa akt oskarżenia 
dotarł do sądu. Był rok 1984. Prawie wszy-
scy oskarżeni mieli zarzuty z paragrafów 
o handlu żywym towarem i czerpaniu zysku 
z nierządu oraz przestępstw dewizowych. 
W toku procesu, który był niejawny, dwa 
pierwsze zarzuty nie zostały udowodnione. 
Sąd usiłował rozszyfrować, co kryło się pod 
pojęciem konsumpcji we włoskich lokalach. 
Ponieważ żaden śledczy z Polski nie widział 
na własne oczy night-clubów, sąd opierał 
się na zeznaniach świadków – rzekomych 
balerin – i wyjaśnieniach oskarżonych 
Włochów. Jedni i drudzy mieli interes 
w tym, aby na sali sądowej zaprzeczać 
jakimkolwiek skojarzeniom konsumpcji 
z nierządem, nawet jeśli coś takiego wyszło 
w śledztwie. Również pracownicy działu 

polskie dziewczyny do dorabiania w loka-
lach signore Cassaglii.  

Śledztwo trwało, dziennikarze nadal nie 

mieli dostępu do akt, byli skazani na infor-
macje z prokuratury. Reportaż w „Kulisach” 
nie spełnił oczekiwań śledczych. 

W styczniu 1982 r. Jan Lewandowski, 

autor reportażu w miesięczniku „Ekspres 
Reporterów”, zastrzegając się, że nie może 
z całą pewnością stwierdzić, że Camillo 
Cassaglia to zwyczajny stręczyciel dziew-
cząt do domów publicznych, domniemywa, 
iż Włoch taką okazję w Polsce dostał. „Do 
niedawna – zauważył autor – gdy propa-
ganda sukcesu święciła tryumfy, nawet 
dane o alkoholizmie podlegały zapisowi 
cenzury. A brak publicznej informacji 
o zbrodni zwanej handlem żywym towarem 
miał dowodzić, że nic takiego się nie dzieje. 
Dopiero permanentne wizyty w Polsce wło-
skich »impresariów« i współpracujących 
z nimi urzędników od PRL-owskiej estrady 
wykazało, że pozostawienie w kodeksie 
karnym art. IX [dokładnie chodziło o usta-
wę – Przepisy wprowadzające kodeks karny 
– red.] o handlu kobietami miało sens nie 
tylko prewencyjny”.

„Należy domniemywać – pisze Lewan-

dowski – że wszelkie nocne kluby we Wło-
szech, zwłaszcza te, w których mężczyzna 
może za pieniądze poderwać zagraniczną 
blondynkę, muszą niejako automatycznie 
podlegać syndykatowi zbrodni kontrolowa-
nemu przez wszędobylską mafi ę”. 

Autor ubolewa, że od początku nie było 

koordynacji między organami ścigania obu 
państw. Policja włoska nie zwróciła się do 
polskich władz śledczych o udostępnienie 
akt i nawiązanie współpracy prawnej. Może 
to zresztą wypływać z tego, że nie należymy 
do międzynarodowej organizacji policyjnej 
Interpol. Skorzystali na tym przestępcy. Po 
tym, że włoska prasa spuściła z tonu, widać, 
iż zadziałały pieniądze mafi i. Gaviraghi na 
przykład wyszedł na wolność za kaucją. 
„Wcześniej łudziłem się – wyznaje Lewan-
dowski – że gdy już raz prasa puściła farbę, 
wkrótce uzyskamy pełny serwis wiadomo-
ści na temat międzynarodowej, w wielkim, 
iście gangsterskim stylu przeprowadzanej 
zbrodni. Ale tymczasem milicja polska 
ograniczyła się do zorganizowania kon-
ferencji, podczas której w uspokajającym 
tonie podano nieco ogólnych danych”.

W tej sytuacji redaktor „Ekspresu Re-

porterów” dociera do Marioli z Rzeszowa, 
która właśnie wróciła do Polski po wyga-
śnięciu umowy z włoskim impresariem.  
„Na początku – wyznała – było trudno. 
Nawet zmieniłam lokal, ale u tego samego 

eksportu ZPR twierdzili, że akt oskarżenia 
jest pomówieniem niewinnych ludzi, którzy 
starali się przysporzyć firmie dewiz, tak 
bardzo brakujących w skarbcu państwa. 

Ważnym świadkiem na procesie stał się 

dziennikarz „Kulis”, bo on jeden widział 
we włoskich lokalach oddzielone od sali 
boksy. Sąd pytał, jak wysokie były tam prze-
pierzenia. Zdaniem reportera raczej niskie.  
Wyroki, które zapadły, dotyczyły tylko 
niedozwolonych transakcji walutowych. 
Kierownik działu eksportu i importu w ZPR 
został skazany na dwa lata  z warunkowym 
zawieszeniem kary i grzywnę. Szeregowi 
urzędnicy dostali po roku, też w zawiesze-
niu, plus grzywny. Sąd orzekł przepadek 
poręczeń majątkowych po 100 tys. dolarów 
złożonych przez oskarżonych Cassaglię 
i Massieriego, bo nie zgłosili się na rozpra-
wę. Cassaglia kilka miesięcy przed procesem 
zmarł na raka płuc. Jego wspólnik po prostu 
zlekceważył polski wymiar sprawiedliwości. 
Massieriego nie można było sprowadzić, 
bo nasi śledczy nie znali jego włoskiego 
adresu, a Polska nie miała wówczas umowy 
z państwem włoskim na ekstradycję. 

Sąd stwierdził, że w toku postępowania 

przygotowawczego doszło do kilku zasadni-
czych uchybień procesowych. Prowadzący 
śledztwo byli przekonani, że tzw. konsump-
cja i nierząd to te same zjawiska i w tym 
kierunku prowadzili przesłuchania. To było 
przyczyną, że na rozprawie po wyjaśnieniu 
nieporozumienia oskarżeni i świadkowie 
odwoływali swoje zeznania. Nastawienie 
prowadzących śledztwo przeniosło się 
na media. „Rozgłos, jaki nadano aferze 
o publicznej nazwie »dziwex« – uznał 
sąd – utrudnił dotarcie w czasie procesu 
do prawdy materialnej. Dla wielu oskarżo-
nych, których wizerunki i nazwiska zaraz 
po zatrzymaniu pokazywano w telewizji, 
medialna wrzawa stała się karą dotkliwszą 
od wymierzonego później wyroku”. 

Po procesie agencja Olivero zerwała 

wszystkie kontakty z polskimi kontra-
hentami występującymi pod szyldem 
ZPR. Na opróżnione miejsca weszli inni. 
Latem 1985 r. w Omnibusie występował 
polski zespół taneczny sprowadzony za 
pośrednictwem Pagartu. 

Q

HELENA KOWALIK

reporterka, autorka 10 tomów 

reportaży i powieści

 h.kowalik@wprost.pl

kowalik.indd   60

29.08.2014   20:33