background image

 
 
 

Garlock Dorothy 

 

Miłość po wieczne 

czasy 

background image

Rozdział 1 
Ktoś płakał. 
Dźwięk  był  tak  słaby,  że  w  pierwszym  momencie  Casey 

nie była pewna, czy w ogóle coś słyszy. Dochodził w krótkich 
odstępach,  przerywany  chwilami  panicznej  ciszy.  -  Czy  ktoś 
tu  jest? - (czy to jej głos?) -  zapytała nieswoim i  stłumionym 
głosem. Płacz nasilał się. Umysł Casey z wolna dochodził do 
świadomości.  Ciekawość  przerodziła  się  w  strach,  gdy  zdała 
sobie  sprawę, że łkanie  wydobywa się z  jej własnego gardła. 
Podniosła rękę ku twarzy. Nie bolała, była tylko... ciężka. Usta 
przeraźliwie  suche,  język  przyciśnięty  do  podniebienia. 
Próbowała obrócić głowę, ale okazało się to niemożliwe. Jeśli 
była już przytomna, to dlaczego nie widzi? 

 - Czy mam otwarte oczy? - spytała na głos, przymuszając 

język,  by  poruszał  się  tak,  jak  powinien.  -  Nic  nie  widzę!  - 
słowa sprawiały ból. Nagła panika opanowała ją bez reszty. 

 - Cśś... proszę leżeć spokojnie. - Głos był głęboki, męski, 

matowy.  -  Proszę  się  nie  bać.  Nie  widzi  pani,  bo  ma  pani  na 
oczach bandaż. 

Spokój tych słów był silniejszy niż jej histeria. 
 - Jest pani w szpitalu, wszystko będzie dobrze. 
 - Ale... ja nie widzę! 
 - Doktor powiedział, że bandaż można będzie już wkrótce 

zdjąć. Miała pani wstrząs mózgu i teraz trzeba trzymać głowę 
nieruchomo.  -  Czyjeś  dłonie  ujęły  jej  rękę.  -  Proszę  nią  nie 
ruszać. Ma pani podłączoną kroplówkę. - Łagodnie przysunął 
jej ramiona do boków, lecz nie cofnął dłoni. 

 -  Dlaczego...  Co...?  -  Pociągnęła  nosem  i  natychmiast 

poczuła dotyk czegoś dużego, miękkiego i wilgotnego. 

 - Miała pani wypadek. Doktor zaraz tu będzie. Sam powie 

pani o obrażeniach. Proszę się nie obawiać. Ja... - głos jakby 
się oddalał. 

background image

 -  Nie  odchodź!  -  próbowała  podnieść  ręce,  lecz  były 

unieruchomione. 

 - Nie  odejdę. Będę trzymał panią za dłonie i  będzie  pani 

wiedziała, że tu jestem. 

 - A, pamiętam! To było na autostradzie. Mgła... 
 - Nie, proszę o tym nie myśleć. 
Ale  myślała.  Wszystko  powróciło  nagle:  miała  w  uszach 

swój  własny  krzyk,  a  potem  trzask  pękających  szyb,  zgrzyt 
dartego  metalu,  zgniatanie,  miażdżenie,  łamanie...  Potem 
wszystko ustało, nastała ciemność. 

 -  O  Boże,  czy...  nikomu  nic  się  nie  stało?  -  jej  słowa 

znowu przeszły w łkanie. 

 - Nie - głos był miękki, łagodny. Chustka znowu dotknęła 

jej  nosa.  -  Nie  wolno  pani  płakać  -  próbował  żartować  - 
przynajmniej  dopóki  nie  będzie  pani  mogła  sama  sobie 
wytrzeć łez. 

 - Chce mi się pić. 
 -  Rozejrzę  się  za  czymś.  Ale  na  chwilę  muszę  odejść  - 

ścisnął lekko jej rękę. 

 - Nie odchodź! 
 - Nie na dłużej, niż pani zliczy do dwudziestu. Obiecuję. 
Ręka  puściła  jej  ramię.  Natężyła  słuch,  by  usłyszeć 

otwieranie drzwi, ale musiały być uchylone. (Jeden, dwa, trzy, 
cztery...).  Nagle  usłyszała  głos  chłodny  i  opanowany, 
zapomniała o liczeniu. 

 -  Dlaczego,  do  licha,  nie  ma  tu  pani?  -  Psiakrew! 

Obudziła się przestraszona na śmierć! 

 - Wyszłam tylko na chwilę - ten głos był drżący i należał 

do kobiety. 

 -  Nie  płacę  pani  za  wychodzenie  na  chwilę  -  spokojny 

głos przestał być spokojny. Był zły i nie znoszący sprzeciwu. 

 - Przepraszam. 

background image

 - To nie wystarczy. Proszę sprowadzić lekarza. Ona musi 

wiedzieć. I chce pić - dodał groźnym głosem. 

 - Można podawać wodę, ale niedużo. 
 -  Zajmę  się  tym.  Proszę  iść  po  lekarza.  Cisza,  a  potem 

Casey znowu poczuła dotyk ręki. 

 - Cassandra? 
 - Casey. Wszyscy nazywają mnie Casey. 
 -  Dobrze,  Casey.  Proszę,  oto  trochę  wody.  Dam  pani  pić 

zanim siostra sprowadzi doktora. Włożę koniec rurki do pani 
ust.  Proszę  pić  małymi  łykami  i  dokładnie  przełykać  -  głos 
mężczyzny  był  niski  i  brzmiący  tak,  jakby  nic  nie  było  w 
stanie  go  wzruszyć.  A  jednak  zdarzyło  się  coś  takiego  - 
pielęgniarka, która nie dopełniła swego obowiązku. 

Woda była świetna, zimna, ale zbyt trudno było wlać ją do 

ust. Zabrał rurkę. Oblizała wargi końcem języka. 

 - Mam tu kostkę lodu. Czy chce pani possać? 
 - Tak, proszę - wyszeptała. Poczuła zmęczenie. 
 - Proszę tylko uważać i nie zakrztusić się. 
Otwarła  usta;  poczuła  chłodne  srebro  lodu  na  języku. 

Kostka  była  tak  mała,  że  niemal  od  razu  rozpuściła  się,  ale 
przyjemne uczucie chłodu pozostało. 

 - Czy pan jest lekarzem? 
 - Nie. Mam na imię Dan. 
Casey poczuła rozczarowanie. Wtem dobiegł ją inny głos. 
 -  Dobry  wieczór!  -  Ciepła  ręka  puściła  jej  ramię.  -  Pani 

Farrow, jestem doktor Masters. 

 - Doktorze, niech pan zdejmie mi z oczu bandaż! 
 -  Nie  teraz,  może  jutro.  Ma  pani  szew  na  czole  i 

spuchnięte  powieki  -  głos  był  spokojny  i  oschły,  ani  śladu 
ciepła  tego  poprzedniego.  -  Powinna  pani  leżeć  bez  ruchu 
jeszcze  przez  dwadzieścia  cztery  godziny.  Dam  pani  coś  na 
sen. 

background image

 -  Nie  chcę!  Co  mi  jest?  Mam  bandaż  na  rękach,  cała 

jestem sparaliżowana, nie czuję nóg. O Boże, czy ja w ogóle 
mam nogi? - Trwoga nadała jej głosowi ton ostry, piskliwy. 

 -  Ależ  oczywiście.  Tylko  że  wyglądają  jak  pikowana 

kołdra, tyle na nich szwów. 

 - Nie wierzę panu! A gdzie jest ten mężczyzna? Proszę... 

gdzie jesteś? 

 -  Jestem  tu,  Casey.  -  Teraz  znajomy  głos  dobiegł  ją  z 

drugiej  strony  łóżka,  a  jego  ręka  znowu  ujęła  jej  ramię.  - 
Doktor ma rację. Szwy się zrosną, a poza tym twoje nogi są w 
porządku. 

 - Czy odczuwa pani ból? - spytał doktor. 
 -  Nie,  czuję  że  wszystko  jest  drętwe!  -  nowy  spazm 

płaczu  ścisnął  jej  gardło.  -  Muszę  znać  prawdę...  co  z  moją 
twarzą?! 

 - Proszę jej powiedzieć. - Drgnęła na słowa Dana, poczuła 

jak mocniej ścisnął jej ramię. - Ona ma prawo wiedzieć. 

Spod bandaży znów słychać było szloch. 
 -  Pani  Farrow,  pani  Farrow!  -  odezwał  się  doktor 

twardszym, surowym głosem. - Proszę się uspokoić albo będę 
musiał dać pani tabletkę. Przecież nie mógłbym pani okłamać. 
Ma pani głęboką ranę z prawej strony twarzy. Zasłoniła pani 
głowę  rękoma,  całe  szczęście,  z  wyjątkiem  tej  strony. 
Pozbieraliśmy wszystko do kupy, ale blizna zostanie. Ma pani 
także złamania kilku żeber i wstrząs mózgu. 

Pani  samochód  zderzył  się  z  ciężarówką  wiozącą  okna. 

Dosłownie kilka cali brakowało, by tył ciężarówki zmiażdżył 
panią. Ale i tak dostała się pani pod strumień odłamków szkła. 
-  Jego  ręka  trzymała  pewnie  jej  ramię,  a  głos  złagodniał.  - 
Rany  już  się  zabliźniają.  Dostała  pani  środki  przeciwbólowe, 
to dlatego czuje się pani odrętwiała. 

 -  Teraz  najlepiej  spać  -  powiedział  doktor.  Odsunął  się, 

robiąc miejsce dla pielęgniarki z kroplówką. Siostra podniosła 

background image

ramię  Casey,  ale  kręcąc  głową  zaraz  je  opuściła,  nie  mogąc 
znaleźć  wśród  gęstej  sieci  operacyjnych  szwów  ani  jednego 
skrawka zdrowej  skóry do wbicia igły. Spojrzała pytająco na 
doktora,  a  ten  ostrożnie  odsunął  prześcieradło  na  udzie. 
Siostra pochyliła się i szybko wbiła igłę. 

 - Mam nadzieję, że jutro będę już mógł zdjąć pani bandaż 

z  oczu.  -  Doktor  mówił  spokojnie  patrząc  na  setki  szwów  na 
jej  nogach.  Prawie  sześć  godzin  zajęło  mu  wyjmowanie 
odłamków  z  jej  ciała  i  zszywanie  ran.  Nie  wiedział  jak 
zareaguje,  gdy  zobaczy  siebie  pierwszy  raz.  Będzie  musiała 
oglądać  ślady  tego  wypadku  przez  długie  lata,  ale  i  tak  ma 
szczęście, że wyszła z tego żywa. 

 -  Pro...  proszę  pana,  czy  pan  tu  ciągle  jest?  -  głos  Casey 

był niewyraźny, chciała koniecznie być przytomna. 

 - Po prostu: Dan - przynoszący ulgę głos był blisko. - Nie 

będziesz sama, Casey. Proszę, zaśnij. 

 - Jak... jak długo już tu jestem? 
 -  Prawie  dwadzieścia  cztery  godziny.  Zawiadomiłem  już 

twojego ojca, przyjedzie za kilka dni. 

 - A... jak...? 
 - Dostałem jego nazwisko i adres od twego szefa. - Lekko 

musnął jedyne miejsce na jej ręce wolne od ran i blizn. - Nie 
ma się czego bać. O wszystkim tu dla ciebie pomyślano. 

 - A... kim ty jesteś? 
Casey  starała  się  jeszcze  przez  moment  pozostać 

przytomna, by usłyszeć odpowiedź na to pytanie, ale narkotyk 
zaczął już działać i zapadła w głęboką otchłań snu. 

Obudziło  ją  nagłe  przeczucie  czegoś,  co  znajdowało  się 

tuż  przy  jej  ustach.  Czuła,  jak  jej  ciało  przeszywają  tysiące 
szpilek,  nie  mogła  złapać  powietrza  bez  przykrego  pieczenia 
w zaschłym gardle. Pół twarzy pulsowało nieznośnym bólem, 
powieki były jak przyspawane, normalne ich otwarcie stało się 
niezwykłym wysiłkiem. Jak przez mgłę zobaczyła zarys okna. 

background image

Zaczęła płakać, łzy spływały jej po policzku i zwilżały zaschłe 
wargi. 

Przez  łzy  zobaczyła  butelkę  wiszącą  obok  łóżka,  z 

odwróconej  w  dół  szyjki  wybiegały  rurki  wkłute  w  jej  żyły. 
Ostrożnie  obróciła  głowę.  Pielęgniarka  w  białym  fartuchu 
nachylała się nad nią. 

 -  Nareszcie  się  pani  obudziła!  -  jej  głos  był  młody, 

pogodny.  -  Pewnie  chce  się  pani  pić?  -  To  ona  zwilżała  usta 
Casey wilgotną watką. 

Chciała  odpowiedzieć,  ale  otwarte  usta  nie  wydały 

dźwięku.  Spróbowała  znowu  i  zdołała  ledwie  wyszeptać  - 
Wody! 

Siostra  włożyła  w  jej  usta  szklaną  rurkę,  a  Casey  zaczęła 

chciwie pić. 

Woda była cudowna, zimna, czuła jej strumyczki cieknące 

wzdłuż ciała. Siostra wyjęła rurkę, a Casey otworzyła szerzej 
oczy. Zobaczyła, że się do niej uśmiecha, ładna, bardzo ładna, 
jak  modelka  ze  sklepu  z  kosmetykami.  Casey  pomyślała 
leniwie, że jej skóra musi być miękka i delikatna. 

 -  Która  godzina?  -  zapytała  i  odruchowo  podniosła  rękę, 

żeby  popatrzeć  na  zegarek.  To,  co  zobaczyła  -  ta  kończyna 
wyschnięta  i  pokrzywiona  jak  szpony  krogulca,  szorstka  od 
ciemnych  blizn  -  to  nie  mogła  być  jej  ręka!  Długie, 
pokaleczone 

paznokcie 

były 

tępo 

obcięte, 

lakier 

poodpryskiwał,  palce  skulone  jak  gdyby  zaciskała  je  wokół 
niewidzialnego  jajka.  -  Och!  -  jęknęła  i  próbowała  podnieść 
drugą rękę, ale siostra przytrzymała ją. 

 - Już po trzeciej. Zaraz kończę dyżur. Może się poznamy, 

zanim  będę  musiała  odejść?  Casey  drętwo  wlepiała  oczy  w 
pielęgniarkę, strach uczynił ją niemą. Jej ręce były ruiną! 

Długie,  smukłe  palce  trzymające  buteleczkę  perfum  w 

telewizyjnych  reklamach,  szczupłe  palce  smarujące  kremem 

background image

twarze  pięknych  modelek  na  pokazach  „Allure  Cosmetics"  - 
wyglądały jak szpony staruchy, jak pazury wiedźmy! 

Natychmiast pomyślała o swym nagim ciele, leżącym pod 

prześcieradłem.  Pochlipując  próbowała  zerwać  z  siebie 
okrycie.  Przycisnęła  brodę  do  klatki  piersiowej,  próbowała 
wyżej  podnieść  głowę,  jej  ręce  biły  wściekle,  musiała 
zobaczyć swoje ciało! 

 - Muszę widzieć! Proszę!... 
 - Wiem, wiem - głos pielęgniarki był dobrotliwy. - Tylko 

proszę  leżeć  spokojnie.  Wszystko  ładnie  się  goi.  -  Podniosła 
prześcieradło.  -  Opatrzyli  panią  najlepiej  jak  mogli, 
prześcieradła  są  sterylne.  Trzeba  powiedzieć,  że  doktor 
dokonał prawdziwych cudów... 

Nie  słuchała tej paplaniny. Patrzyła  na  bandaże na  swych 

piersiach, na setki szwów na brzuchu, biodrach i udach. Serce 
zaczęło łomotać konwulsyjnie, podniosła błagalnie oczy. 

 - Ależ... ja jestem cała porżnięta! - jęknęła. Uniosła wolną 

rękę i dotknęła bandaża na twarzy. - Czy bardzo źle...? 

 -  To  tylko  gruby  opatrunek  -  powiedziała  uspokajająco 

siostra. - Lekarze uparcie nakładają wielkie płachty gazy. Pod 
tym pani twarz jest zupełnie w porządku, ani zadrapania! 

 - Nie wierzę, nie wierzę! Chcę się zobaczyć! - głos Casey 

zabrzmiał histerycznie. Całe jej ciało jakby zesztywniało. 

 -  Nie  mam  tu  lustra.  Musi  mi  pani  wierzyć  na  słowo. 

Doktor  Masters  zaraz  tu  będzie,  na  pewno  przyjdzie  też  pan 
Murdock. A może chce pani jeszcze wody? 

Casey zamknęła oczy i odwróciła twarz. Łzy płynęły spod 

jej  opuchłych  powiek  na  poduszkę.  Czuła  się  stara,  złamana, 
jakby jej życie już się skończyło. Już od siedmiu lat pracuje w 
„Allure Cosmetics" i była jedną z najlepszych. Neil Hamilton, 
jej  szef  i  prezes  towarzystwa,  był  perfekcjonistą.  Mnóstwo 
razy  powtarzał,  że  jej  uroda  jest  absolutnie  bez  skazy,  jej 

background image

postawa, jej bezpośredni wdzięk sprawiają, że jest świetna na 
pokazach. 

Życie,  od  kiedy  sięgała  pamięcią,  było  dla  niej  walką. 

Rodzice  rozeszli  się,  kiedy  była  jeszcze  dzieckiem,  a  matka 
umarła  nagle,  gdy  kończyła  szkołę.  Potem  była  posada  za 
posadą,  aż  wreszcie  dostała  pracę  w  dziale  kosmetycznym 
jednej  z  wielkich  fabryk.  A  teraz,  po  siedmiu  latach,  znowu 
będzie  musiała  zaczynać  od  początku  i  to  na  litościwym 
chlebie. 

Casey  nigdy  nie  uważała  się  za  osobę  wyjątkową,  lecz 

ludzie podziwiali ją za słodycz jej usposobienia, za śmiałość i 
zdecydowanie,  za  jej  urodę.  Była  wysoka  -  blisko  175  cm, 
zgrabna  i  gibka,  o  długich,  sięgających  aż  do  ramion, 
swobodnie  rozsypanych  włosach  koloru  miodu.  Brwi  i  rzęsy 
miała  ciemne,  a  ciemnozłote  oczy  harmonizowały 
zachwycająco  z  barwą  jej  włosów.  Twarz  o  regularnych 
rysach,  nosek  mały,  zgrabny,  delikatne,  ale  pełne  usta.  Tak, 
Casey wiedziała, jaką radość daje duma z własnej urody. 

Ojciec pojawił się na powrót w jej życiu cztery lata temu i 

wszelkie  urazy,  jakie  żywiła  do  niego  za  to,  że  go  tak  długo 
przy  niej  nie  było,  znikły,  gdy  zdała  sobie  sprawę,  że  był 
człowiekiem słabym i bardziej jeszcze potrzebującym oparcia, 
niż  ona  sama  przy  całej  jego  galanterii  i  pozornej 
niezależności.  Dystyngowany  huncwot  -  tak  myślała  o  nim. 
Jej matka kochała go bez wątpienia na dobre i na złe. 

 - Pani Farrow... jak się pani czuje? 
 - Dobrze, już dobrze - jednak więcej tego dobrze było w 

jej słowach, niż w samopoczuciu. 

 - No, przyjdzie pani do siebie. Doktor naprawdę pokazał 

na co go stać. Żeby tak panią poskładać... 

Casey 

odwróciła 

głowę. 

Była 

przestraszona 

zrezygnowana, ale i urażona. 

background image

 -  Proszę  już  mi  tego  nie  powtarzać.  Wiem  doskonale,  że 

doktor  zrobił  co  mógł.  Potem  młoda  pielęgniarka  o 
brzoskwiniowej skórze wyszła, zmieniła ją wielka, gruba 

matrona.  Odłączyła  kroplówkę  i  zabrała  butelkę.  Casey 

leżała cicho, myśli były równie bolesne, jak jej rany. Co teraz 
pocznie?  Czy  w  „Allure"  znajdą  miejsce  dla  dziewczyny, 
która  nie  musiałaby  pokazywać  się  publicznie? Nie  znała  się 
na  pracy  w  biurze.  Pokazy  reklamowe  -  oto  w  czym  była 
dobra. Czy Neil zatrudni  ją  teraz, kiedy nie  jest już chodzącą 
reklamą jego firmy? 

Przyszedł  doktor  i  stanął  w  nogach  łóżka.  Miał  na  sobie 

fartuch  i  maskę  u  szyi  wiszącą  na  sznureczkach.  Patrzył 
łagodnie zza rogowych okularów. 

 - Jak tam? Jestem doktor Masters. 
 -  A,  to  pan  jest  tym,  który  dokonał  cudów  -  słowa  te 

wypowiedziała  bezwiednie.  Casey  sama  się  zdziwiła,  jak 
gorzko to zabrzmiało. 

 - Może nie cudów, ale w każdym razie zrobiliśmy dużo - 

jego głos był beznamiętny. Casey poczuła, że go nienawidzi. 

Usiadł na brzegu łóżka. Pielęgniarka wyszła po cichutku. 
 - Prosiłam o lustro, ale mi nie dali - jej oczy znowu pełne 

były łez. Po prostu nie mogła przestać płakać. 

 -  Nie  będzie  pani  mogła  niczego  obejrzeć  aż  zdejmiemy 

opatrunek.  To  nie  będzie  długo,  kilka  dni  najwyżej.  Za  to 
powiem pani wszystko, co tylko będzie pani chciała wiedzieć. 

 -  Jak  bardzo...  źle  wyglądam?  -  to  były  słowa,  które  w 

całym życiu najtrudniej jej przyszło wymówić. 

 - Mogło być znacznie, znacznie gorzej. Wie pani, coś pani 

powiem.  Właśnie  przed  chwilą  musiałem  powiedzieć  pewnej 
młodej  kobiecie,  że  rano  amputujemy  jej  nogę.  Pewnemu 
mężczyźnie,  ojcu  dwojga  dzieci,  że  nie  dożyje  chwili,  kiedy 
urodzi się trzecie. 

background image

Casey  odwróciła  głowę.  Doktor  westchnął.  -  Ma  pani 

głęboką  ranę  od  linii  włosów  nad  prawym  okiem  w  dół,  z 
boku  twarzy.  Część  tkanki  musieliśmy  -  niestety  -  usunąć, 
podobnie  i...  sporą  część  małżowiny  usznej.  -  Casey  nagle 
zwróciła głowę w jego stronę i przeciągle, głęboko jęknęła. - 
Kilka miesięcy minie, zanim będzie pani mogła wziąć się do 
jakiejkolwiek  pracy.  Ale  według  mnie,  dobry  chirurg 
plastyczny  może  jeszcze  niejedno  zdziałać  -  doktor  mówił 
zdecydowanie, dobitnie. 

 -  A...  reszta?  -  Casey  musiała  znać  całą  prawdę.  -  Moje 

ręce? 

 -  Są  w  pełni  sprawne.  Wszystkie  ścięgna  były  nie 

naruszone. 

 - Ale blizny... 
 - W większości znikną wraz z upływem czasu. 
Casey  teraz  dopiero  zrozumiała,  że  on  patrzy  na  to 

wszystko inaczej. Brakowało mu dla niej cierpliwości, sam by 
to  przyznał.  Ale,  u  diabła,  jego dzieło  było  pełne,  nic  więcej 
nie pozostało do zrobienia. 

 -  Doktorze,  na  pewno  myśli  pan,  że  jestem  próżna,  ale 

powinien  pan  zrozumieć,  że  ręce  i  twarz  są  bardzo  ważne  w 
mojej pracy. Robię reklamowe pokazy w firmie kosmetycznej 
i... - nie mogła dokończyć. Nie była w stanie powiedzieć mu o 
tych  siedmiu  latach  starań,  które  teraz  pójdą  całkowicie  na 
marne. 

Doktor wstał. 
 - Rozumiem, pani Farrow. - Jego oczy złagodniały. - Pan 

Murdock nalegał, byśmy sprowadzili doktora Clemonsa, który 
uchodzi za jednego  z najlepszych w swojej  dziedzinie. Może 
pani z nim porozmawiać o swojej piersi. On... 

 - Mojej piersi!? 
 - Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, ale... 

background image

 -  Ale  co?!  -  Jego  opanowanie  doprowadzało  ją  do 

szaleństwa. 

 - Została głęboko rozcięta odłamkiem szyby. 
 -  O  Boże!  O  Boże,  co  jeszcze?!  -  Casey  biła  wściekle 

głową o poduszkę. Zrobiło się jej niedobrze. 

 -  Ma  pani  wielkie  szczęście,  że  pani  żyje.  Murdock 

przywiózł  tu  panią  w  samą  porę,  inaczej  wykrwawiłaby  się 
pani na śmierć. - Mówił rzeczowo, tak, jakby nie chciał dać jej 
do  zrozumienia,  że  porównuje  jej  stratę  ze  stratą  kobiety, 
której rankiem odejmą nogę. 

 -  Dziękuję... że  był  pan  ze  mną  szczery.  -  Casey  mówiła 

głosem bez nadziei. Nie zapytała o człowieka, który uratował 
jej życie. Ta myśl przyszła do niej dopiero później. 

Światła w pokoju były przyćmione. 
Pielęgniarka  siadła  na  krześle  obok  drzwi,  najpierw 

próbowała  wciągnąć  Casey  do  rozmowy,  ale  szybko  dała 
spokój, widząc, że nic z tego nie będzie. Casey dostała pigułkę 
przeciwbólową, ale nie chciała wziąć nic na sen. Odezwał się 
jej nawyk dbania o zdrowie. Zdrowe jedzenie, ćwiczenia, ruch 
i  jak  najmniej  leków  -  to  była  podstawa  jej  filozofii 
utrzymania się w formie. 

Kiedy  dobiegło  ją  lekkie  pukanie  do  drzwi,  Casey  nie 

odwróciła  głowy.  Patrzyła  w  niebo,  ciemniejące  stopniowo, 
światła  ulicy  w dole  słabo  ćmiły  przez  okno.  Chwile  między 
zachodem  słońca  a  zapadnięciem  zmroku  zawsze  ją 
przygnębiały. To wtedy w domach zbierają się rodziny. A ona 
nie miała rodziny, no, z wyjątkiem Eddiego, ojca. Pojawiał się 
i  znikał  kolejno  z  różnymi  kobietami,  ale  ona  zdążyła  już 
zrozumieć,  że  ani  one,  ani  nic  innego  na  świecie  nie  znaczy 
dla  Eddiego  więcej,  niż  radość  życia  chwilą.  Godziny 
wieczoru oznaczały koniec dnia. Casey nie znosiła, kiedy coś 
się kończyło. 

Drzwi zamknęły się ostrożnie. 

background image

Odwróciła  głowę.  Pielęgniarka  wyszła.  To  dobrze.  W 

ciągu ostatnich kilku godzin powtarzała jej kilka razy, że nie 
musi  z  nią  stale  przesiadywać,  ale  kobieta  niezmiennie 
odpowiadała,  że  ma  polecenie  nie  opuszczać  pokoju.  Casey 
zwróciła  jej  uwagę  na  to,  że  ubezpieczenie  nie  pokrywa 
wydatków  na  osobistą  pielęgniarkę.  Wzruszyła  tylko 
ramionami, co wystarczyło za całą dyskusję. 

Usłyszała  skrzypnięcie  i  westchnęła  niecierpliwie.  Tak 

mało  miała  tu  samotności.  Do  pokoju  wszedł  mężczyzna, 
zamknął  za  sobą  drzwi.  Zobaczyła  wysoką,  ciemnowłosą 
postać, która zatrzymała się obok łóżka. 

Zapadła  cisza,  jakby  żadne  z  nich  nie  wiedziało,  co 

powiedzieć. On patrzący w dół, na nią, ona w górę, na niego. 

Casey  dostrzegła  jego  szerokie  ramiona,  białą,  rozpiętą 

pod szyją koszulę, schowaną w ciemne spodnie. Trudno było 
powiedzieć,  czy  jest  przystojny.  Miał  ciemne,  prawie  czarne 
włosy,  tak  samo  oczy.  Ciemne  jak  krzemień  -  pomyślała. 
Patrzył  wprost  na  nią,  jakby  chciał  wyczytać  z  jej  twarzy 
każdą myśl. Wyglądał raczej na drwala niż na lekarza, którym 
jednak zapewne był. 

 -  Czy  pan  jest  tym  chirurgiem  plastycznym,  który  ma 

mnie pozbierać z powrotem do kupy? - zapytała wreszcie. 

 - Nie. Jestem Dan Murdock. 
Ten głos zaskoczył ją zanim padło jego nazwisko. To był 

głos, który ją uspokajał i wydobył z histerii, gdy obudziła się z 
zabandażowanymi oczami. Podniosła głowę. 

 -  Kim  pan  jest?  -  spytała  wprost.  Spojrzał  na  nią  w 

zamyśleniu. 

 - Czy mogę usiąść? 
Kiwnęła  głową,  zdziwiona  że  pyta.  Wodziła  za  nim 

oczami,  gdy  podszedł  do  drzwi,  by  wziąć  sobie  krzesło. 
Pomyślała,  że  jest  monolitycznym  mężczyzną.  Wszystko  w 

background image

nim  pasowało  do  siebie,  głos,  oczy,  sposób,  w  jaki  się 
poruszał. 

Przeszedł  spokojnie  przez  pokój  z  krzesłem  w  ręku, 

postawił je obok łóżka i ciężko usiadł. Założył nogę na nogę, 
widziała  jeden  z  huśtających  się  butów.  Czekał  cierpliwie, 
fizycznie niemal czuła, że się nad czymś zastanawia. 

 -  Czy  wreszcie  dowiem  się,  kim  pan  jest?  -  głos  Casey 

brzmiał niepewnie. - Albo nie, niech mi pan pozwoli zgadnąć. 
Pan jest moim agentem ubezpieczeniowym? 

 - Pudło. Jestem... człowiekiem, który wpadł na pani wóz z 

tyłu  i  wepchnął  panią  na  ciężarówkę  z  oknami.  -  Szare  oczy 
wypatrywały  na  jej  twarzy  oznak  wstrząsu,  jaki  wywoła  to 
stwierdzenie. 

 - A!... Co mam panu powiedzieć? Dzięki za zrujnowanie 

mi życia? - mówiła jednak spokojnie. 

 - Chcę pani powiedzieć, Casey, że tej nocy prowadziłem 

uważnie.  Nie  widziałem  pani  samochodu  aż  do  ostatniego 
momentu,  kiedy  się  nań  wpakowałem.  Może  to  ta  chmura 
gęstej mgły zasłoniła tylne światła pani wozu. 

 -  Mgła  rzeczywiście  była  okropnie  gęsta  -  powiedziała 

ostrożnie. - Musiałam się wlec noga za nogą. - Ostrzegano ją 
przed  wjazdem  na  autostradę,  ale  pomimo  to  pojechała  do 
Newbers.  -  To  nie  była  pańska  wina.  Nie  powinnam  jechać 
autostradą - na chwilę ucichła - ale pan też nie. 

Psiakrew! Sądząc z tego, jak wygląda, w  tej kraksie włos 

mu  z  głowy  nie  spadł.  Niech  zasmakuje  choć  trochę  ciężaru 
odpowiedzialności. 

 -  Jeśli  jedno  z  nas  byłoby  choć  trochę  rozsądniejsze,  ten 

wypadek  nigdy  by  się  nie  zdarzył.  Chciała,  żeby  już  sobie 
poszedł, wydawało się jej, że łzy wypełniają  ją aż po czubek 
głowy, ale się im nie poddała. 

background image

 -  Nie  jest  pan  ciekaw,  czy  przypadkiem  nie  zamierzam 

pana  zaskarżyć?  -  po  co,  pomyślała,  po  co  zadała  takie 
pytanie! 

 - Nawet o tym nie pomyślałem. A chce pani? 
Zmieszała  się.  Na  chwilę  zamknęła  oczy,  potem  je 

otworzyła i spojrzała na niego śmiało. 

 - Nie. - Łzy spłynęły jej po policzkach, nie panowała już 

nad sobą. 

 - Pani ojciec przyjedzie za dzień, dwa. Odszukałem go w 

Seattle. Byłby tu już dziś, ale na lotnisku w Seattle jest mgła. 

 -  To  miłe  z  pana  strony.  Czy  zawiadomił  pan  mojego 

szefa? 

 -  Tak,  rozmawiałem  z  nim  przez  telefon.  Wyjeżdża  dziś 

do Los Angeles, ale powiedział, że przyjedzie zobaczyć się z 
panią  jak  tylko wróci. - Trzepotała  powiekami, jakby chciała 
przywołać spokój. - Przyholowałem wóz, hmm, raczej to, co z 
niego  zostało.  Obawiam  się,  że  nie  ma  w  nim  wiele  do 
uratowania.  Szczęście,  ze  udało  nam  się  znaleźć  pani 
dokumenty. 

 - Czemu pan to wszystko dla mnie zrobił? Twierdzi pan, 

że  to  nie  była  pańska  wina.  -  Gapiła  się  w  oszołomieniu  na 
jego kościstą twarz. 

Jego  oczy,  w  pół  przysłonięte  ciężkimi  powiekami, 

patrzyły wprost na nią. 

 - Robię to, bo chcę, Casey - jego otwartość zaskoczyła ją. 

Popatrzyła  na  niego  ciekawie.  Wyjął  chusteczkę  z  kieszeni  i 
wetknął  jej  w  rękę.  -  Poradzisz  sobie?  -  spytał  miękko.  Jego 
głos  przybrał  ton,  który  dobiegał  ją  z  ciemności,  który 
przywracał jej siłę wtedy, w nocy po wypadku i chciało jej się 
płakać. 

Zdołała  tylko  wytrzeć  nos,  trzymając  chusteczkę 

niezgrabnie. Wziął ją z jej rąk. 

background image

 -  Pozwól  mi.  -  Delikatnie  otarł  jej  oczy,  potem  nos. 

Czułość  tego  gestu  sprawiła,  że  przez  moment  wydawało  jej 
się, że jest... pieszczona. 

 - Doktor powiedział, że uratował mi pan życie przywożąc 

do szpitala natychmiast. Dziękuję. 

Uśmiechnął się, w jego oczach zabłysła ironia. 
 - Proszę bardzo. Czy powiedział ci, że masz moją krew w 

żyłach?  Na  szczęście  twoja  grupa  krwi  wpisana  była  do 
dokumentów  i  okazała  się  być  taka  sama  jak  moja.  To 
oszczędziło czasu. 

 -  Więc  jestem  panu  podwójnie  wdzięczna  -  wymruczała. 

Nachylił się tak, że ich twarze prawie się zetknęły. 

 -  Nie,  Casey.  Nie  chcę,  żebyś  myślała,  że  jesteś  mi 

cokolwiek winna. 

 -  Ależ  ja  jestem  -  wyszeptała.  -  Jestem  panu  wdzięczna. 

Nie wiem, co jeszcze powiedzieć. 

 - Nie mów nic - jego głos zgrubiał, a twarz spoważniała. - 

Od  razu,  jak  tylko  wyciągnąłem  cię  z  wraka  samochodu 
wiedziałem,  że  dla  mnie  będziesz  kimś  wyjątkowym.  Casey, 
chciałbym  żebyśmy  lepiej  się  poznali  -  wstał,  znowu 
pomyślała, że jest wysoki. Przewyższał ją o dobre kilkanaście 
centymetrów. - Nie pojawię się teraz przez kilka dni, ale będę 
z tobą w kontakcie - jego ciemne oczy patrzyły na nią w jakiś 
szczególny sposób. 

 - Czy wierzysz w reinkarnację? 
 -  Nie  wiem  -  powiedziała  lekko  drżącym  głosem,  choć 

starała się nad nim panować. 

 - Ja wierzę. Wiem, że byliśmy sobie bliscy w innym życiu 

i  chcę,  żeby  i  w  tym  tak  było.  Gdy  tak  stał  nad  nią  patrząc, 
usiłowała  zrozumieć  jego  słowa.  W  jego  oczach  zapalił  się 
uśmiech, zaraz przeniósł się na resztę twarzy i wtedy pochylił 
się tak, że ich usta się zetknęły. W tym pocałunku nie było nic 
z  wahania  czy  próby,  był  całkowicie  oczywisty  i  znajomy. 

background image

Dotyk  jego  ust,  gorący  i  silny,  poruszył  jej  usta.  Kiedy 
podnosił głowę ciągle się uśmiechał. 

 -  Wariat!  -  jęknęła  niepewnie.  -  Nie  znam  pana,  nigdy 

pana nie znałam. Zaśmiał się dźwięcznie, swobodnie. 

 -  Skądś  wiedziałem,  że  to  powiesz  -  zaśmiał  się  znowu, 

jakby nagle uszczęśliwiony. - Nie martw się o nic. Lekarze i 
pielęgniarki  zajmą  się  tobą.  Wyzdrowiej  szybko,  bo  chcę  cię 
stąd zabrać. 

Casey patrzyła, jak odchodzi. 
 - Ma nie po kolei w głowie - wymamrotała. 

background image

Rozdział 2 
Casey  miała  uczucie,  jakby  ktoś  wbił  rzeźnicki  nóż  w  jej 

klatkę  piersiową  i  powoli  nim  obracał.  Chciała  uciec  od 
obrazu,  jaki  widziała  przed  sobą  w  lustrze,  lecz  nogi 
odmówiły  jej  posłuszeństwa.  Pochyliła  się  do  przodu  i,  jak 
zahipnotyzowana, patrzyła na złote oczy otoczone niebiesko - 
zielonymi  zrostami  ran.  Studiowała  z  uwagą  pomarszczoną 
pręgę  przecinającą  jej  czoło,  zaczynającą  się  od  włosów  i 
ginącą  pod  bandażem  opatrunku  z  boku  twarzy.  Zamknęła 
oczy,  musiała  przytrzymać  się  umywalki,  nogi  były  jak  z 
waty. Ból rąk towarzyszący temu chwytowi i ból w piersi, gdy 
ciężko  łapała  powietrze, były niczym w porównaniu z  bólem 
serca. 

 - O Boże - wyszeptała - czy jestem aż tak próżna, by nie 

dziękować za to, że żyję? 

 -  Pani  Farrow!  -  pielęgniarka  o  brzoskwiniowej  skórze 

otworzyła  drzwi  łazienki.  -  Przeraziła  mnie  pani  na  śmierć! 
Nie wolno pani wychodzić z łóżka! 

Casey aż zgrzytnęła zębami. 
 -  Leżę  w  tym  pani  łóżku  już  piąty  dzień.  Nie  jestem 

dzieckiem.  Będę  musiała  żyć  dalej  z  taką  twarzą,  więc  mam 
prawo na nią popatrzeć. A teraz proszę się stąd wynosić albo 
zacznę krzyczeć! 

 -  Rozmawiałam  z  pani  lekarzem  -  siostra  próbowała  ją 

pocieszyć. - Jutro będziemy myć pani włosy. Zobaczy pani, od 
razu lepiej się pani poczuje, gdy się przekona, że można je tak 
ułożyć, żeby zasłaniały... pani czoło. Proszę, pani Farrow, pan 
Murdock będzie zły, jeśli się dowie, że pozwoliłam pani wyjść 
z łóżka. 

 -  A  co  do  cholery  on  ma  z  tym  wspólnego?  To  on 

wpakował  się  na  mój  samochód.  Na  oczy  go  nie  widziałam 
przed  tym  wypadkiem!  -  Casey była  tak  pogrążona  w  swoim 
nieszczęściu, że musiała na kogoś warknąć. 

background image

 - Nic o tym nie wiem - powiedziała siostra z naciskiem. - 

Płaci  mi  za  dbanie  o  panią  i  ja będę  o  panią  dbać.  -  Jej  głos 
złagodniał.  -  Wiem,  jak  się  pani  czuje.  Współczucie  tej 
dziewczyny było szczere i zażenowałoby Casey, gdyby tylko 
miała  jeszcze  siły  na  przeżywanie  takich  uczuć,  jak 
zażenowanie. 

 -  Nie  ma  pani  pojęcia,  co  ja  czuję  -  powiedziała  ostro.  - 

Uroda  jest  moją  pracą,  jestem  chodzącą  reklamą  tego,  co 
sprzedaję.  Proszę  spojrzeć  na  moje  ręce!  Wyglądają  jakby 
wyszły  z  maszynki  do  mielenia  mięsa.  A  moja  twarz!  Mogę 
przykryć całą resztę, ale rąk i twarzy mi nie wolno! - płakała. - 
Niech mi pani pomoże wrócić do łóżka - wyszeptała przez łzy. 

Leżała  patrząc  tępo  w  sufit.  Nigdy  nie  myślała,  że  mając 

dwadzieścia siedem lat będzie się czuła staruszką, że to, wokół 
czego  skupiało  się  jej  życie,  zawali  się  w  gruzy.  Jedyne,  o 
czym  mogła  myśleć,  to  czy  w  ogóle  jeszcze  zatrudnią  ją  w 
firmie. Neil dzwonił z Los Angeles, gdzie zakłada nowe biuro. 
Powiedział, że wróci do Portland pod koniec tygodnia i zaraz 
ją  odwiedzi.  -  Szkoda,  że  cię  nie  ma  na  konferencji  -  mówił 
jej.  -  Dzieją  się  fantastyczne  rzeczy.  Pamiętasz  tę  modelkę, 
którą chciałem u nas mieć, Jennifer Carwilde? Tę z ciemnymi 
włosami i cudowną skórą? No, więc wyobraź sobie, udało mi 
się!  Będzie  wspaniale  prowadziła  pokazy.  Jej  skóra  jest...  po 
prostu doskonała. Ani plamki, ani jednej skazy...! 

Nawet gruby na cal krem podkładowy nie zdołałby ukryć 

skaz na skórze Casey. Leżała cicho na swym łóżku, litując się 
nad sobą, owijając się swoją krzywdą jak grubym, zimowym 
płaszczem. 

Po  południu  przyjechał  ojciec  z  wielgachnym  bukietem 

kwiatów.  Zwierzyła  się  mu  ze  swych  zamiarów.  Ale  nie 
wracała  zbyt  często  myślą  do  tej  rozmowy.  Postać  Dana 
Murdocka zaprzątała ją coraz bardziej. 

background image

Nie dostała od niego nic, lecz od kilku dni dzwonił do niej 

każdego 

wieczoru. 

Mówił 

przeważnie 

sobie, 

niezobowiązująco. 

Jego  rodzina  miała  przedsiębiorstwo  wyrębu  drzew  w 

pobliżu  Bend.  Siedział  tam  teraz,  prowadząc  rozmowy  z 
cudzoziemskim kupcem. Interes nie szedł najlepiej z powodu 
recesji  w  budownictwie  i  musieli  zwolnić  kilku  robotników. 
Nowy  kontrakt  miałby  oznaczać  także  nowe  miejsca  pracy  i 
dlatego starają się ograniczyć do minimum zysk wliczony" w 
ich ofertę cenową tak, żeby te miejsca utrzymać. 

Pytał,  czy  ojciec  ją  odwiedził  i  czy  odezwał  się  jej  szef. 

Wtedy  jeszcze  musiała  odpowiedzieć  przecząco.  Ostatniego 
wieczora  powiedziała  mu,  że  nie  potrzebuje  osobistej 
pielęgniarki,  ale  nalegał,  żeby  ją  jeszcze  zatrzymała,  chociaż 
przez kilka najbliższych dni. 

Casey patrzyła przez okno. Zbliżał się wieczór. Starała się 

wyobrazić  sobie  jego  twarz.  Jej  rysów  nie  pamiętała 
dokładnie,  myślała  za  to  o  jego  szerokich  ramionach,  o 
mocnych liniach jego torsu, o wypukłej piersi w białej koszuli, 
muskularnej  talii  przechodzącej  w  zwinne  biodra  i  długich 
nogach,  pewnie  stąpających.  Trzeba  przyznać,  że  typ 
mężczyzny,  jaki  reprezentował  -  dumała  -  jest  wspaniały. 
Kiedy  dzwonił,  specjalnie  uważała,  żeby  rozmawiać  z  nim 
tonem  grzecznym,  jak  to  się  czyni  z  nieznajomymi, 
odpowiadała  na  pytania,  ale  sama  ich  nie  zadawała.  Eddie 
miał 

rację, 

kiedy 

zauważył 

jego 

niezwykłe 

nią 

zainteresowanie. Dlaczego? Czy czuł się winny? Były w niej 
dwie kobiety: jedna miała nadzieję, że nigdy już nie zadzwoni, 
druga w napięciu nasłuchiwała dzwonka telefonu. 

W ciągu ostatnich dziesięciu lat Casey poznała, co znaczy 

namiętność.  Straciła  cnotę  w  pierwszym  roku  po  skończeniu 
szkoły. Doznała szoku, gdy zdała sobie sprawę, że zrobiła to 
samo,  co  jej  matka,  łącząc  pewne  plany  z  przystojnym 

background image

łajdakiem,  który  nie  zamierzał  więcej  zawracać  sobie  nią 
głowy. Potem przynajmniej, trzy razy do roku, jakiś Casanova 
stawał  na  głowie,  by  ją  posiąść,  lecz  Casey  pozostała  nie  do 
zdobycia. Chciała teraz stać się niezależna finansowo, by nie 
musiała  pracować  fizycznie,  na  przykład  jako  służąca,  do 
czego jej matka była zmuszona. 

Nigdy  nie  spotkała  mężczyzny,  który  choć  na  moment 

byłby  dla  niej  taki,  jak  Dan  Murdock.  Zrozumiała  to  nagle. 
Urywki  i  strzępki  rozmów,  jego  słowa  o  reinkarnacji,  o  tym, 
że  wiedział,  że  jest  dla  niego  jakby  przeznaczona  ciągle  do 
niej  powracały, jak  bumerang. Chciała  teraz  być  tamtej  nocy 
przytomna,  by  móc  spytać  go,  co  miał  na  myśli.  Nagle 
powstała w niej nadzieja, że minie dużo czasu, zanim znowu 
go  zobaczy.  Nie  potrzebowała  jego  litości.  Robiło  się  jej  to 
zimno,  to  gorąco,  gdy  wyobrażała  sobie,  jak  on  musi  ją 
widzieć: podkrążone oczy, opuchła twarz pod bandażami, ręce 
jak  łapy  kurczaka.  A  to  było  tylko  to,  co  mógł  zobaczyć. 
Doktor  powiedział  jej,  że  ma  ponad  pięćdziesiąt  szwów  na 
prawej  piersi.  Nie  miała,  co  prawda,  zamiaru  paradować  z 
gołym  biustem  po  plaży,  więc  o  obrażeniach  na  tej  części 
swego  ciała  prawie  nie  myślała,  choć  była  świadoma,  że  już 
nigdy  nie  będzie  mogła  nosić  letniej  sukienki  bez  rękawów 
czy  głęboko  wyciętej,  wieczorowej  sukni,  nie  mówiąc  już  o 
plażowym kostiumie. 

Drzwi  otwarły  się  i  zamknęły  cicho.  Casey  leżała 

odwrócona  do  okna  i  rozpaczliwie  mrugała,  by  znowu  nie 
płakać.  Siostra  „Brzoskwioniowa  Skórka"  już  wkrótce 
skończy  dyżur.  Miała  serdecznie  dość  tej  dziewczyny,  stale 
kręcącej  się  w  pobliżu.  Już  miała  jej  powiedzieć,  żeby 
wychodząc  nie  zapalała  światła,  gdy  nagle  usłyszała,  że  ktoś 
jeszcze jest w pokoju. Lód ścisnął jej serce. 

Głęboki głos Dana powiedział: 
 - Cześć, Casey. 

background image

Popatrzyła na niego przestraszona i natychmiast odwróciła 

głowę. Ale poruszyła się zbyt raptownie: w jednej chwili ból 
ucha  i  policzka  kazał  jej  cofnąć  się  do  poprzedniej  pozycji. 
Wyglądał tak, jak go pamiętała: człowiek doskonale sprawny i 
całkowicie opanowany. 

Przypomniała  sobie,  że  powinna  odpowiedzieć  na 

pozdrowienie. 

 - Cześć. 
Cisza. 
 - Czy mogę usiąść? 
 -  Rozgość  się  -  ale  nie  powiedziała  tego  zbyt  łaskawie  i 

nie patrzyła na niego. 

 -  Dzięki.  -  Przysunął  krzesło  i  postawił  je  tak,  że  gdy 

usiadł  ich  oczy  dzieliło  tylko  kilkanaście  centymetrów,  nie 
mogła  więc  patrzeć  na  nic  innego.  Miał  na  sobie  dobrze 
dopasowaną  brązową  koszulę  i  marynarskie  spodnie  z 
brązowego  welwetu  o  zachodnim  kroju.  Lecz  to  nie  jego 
niedbały ubiór przykuł jej uwagę, a zdecydowane rysy twarzy, 
opalonej, szczupłej, znamionującej siłę. 

Casey leżała nieruchomo, była kłębkiem nerwów drżących 

pod jego badawczym i przenikliwym spojrzeniem. Myślała w 
popłochu, że nigdy chyba nie wyglądała tak nieatrakcyjnie jak 
teraz.  Policzki,  zwykle  świeże  i  lekko  uróżowione, 
poczerwieniały,  gdy  on  wędrował  wzrokiem  po  jej  twarzy, 
odkrywając kolejno wszystkie blizny pod oczami, nie umyte, 
przylizane  włosy,  wreszcie  opatrunek  na  policzku  i  uchu, 
podkreślający  krechę  wielkiej  blizny  biegnącej  przez  czoło. 
Jej  bursztynowe  oczy  błysnęły wyzywająco,  gdy złapała  jego 
spojrzenie.  Gotowała  się  do  obrony.  Nie  zgłębiała  swej 
wewnętrznej potrzeby opierania się mu, ta potrzeba po prostu 
istniała, czysto instynktowna. Jego mocne usta poruszyły się, 
ale  nie  ułożyły  się  w  uśmiech.  Ich  spojrzenia  znów  się 
skrzyżowały. 

background image

 -  Co  się  stało?  Czemu  tak  się  krzywisz?  Miałaś  dziś  zły 

dzień? 

Chciała  powiedzieć:  Tak,  do  cholery,  miałam  zły  dzień. 

Każdy  dzień  teraz  będzie  zły.  Ale  nie  świadczyłoby  to 
najlepiej o jej wychowaniu. 

 -  Przepraszam.  To  tylko  tak  gniewnie  zabrzmiało  - 

mówiła jakby miała kamienie w gardle. 

Pochylił  się  do przodu, zdawało się  jej, że  czuje na  sobie 

jego oddech. 

 -  Nie  chcę  tych  fałszywych  grzeczności  pomiędzy  nami, 

Casey. Jeśli miałaś zły dzień, powiedz: do diabła, tak, miałam 
parszywy dzień. 

(O Boże! Czy on czyta w mych myślach?) 
 -  Tak,  do  cholery,  miałam  dziś  parszywy  dzień,  a  jutro 

będzie jeszcze gorszy! - wygarnęła. 

 - No, już lepiej. To zrozumiałe, że czujesz, że cię spotkała 

krzywda.  Tylko  nie  duś  swego  gniewu  w  sobie.  Podziel  się 
nim ze mną, to ci przyniesie ulgę. 

Jej reakcja była natychmiastowa. 
 - Nie możesz mieć o tym zielonego pojęcia. Dwa razy w 

życiu widziałam cię na oczy.. 

 -  W  tym  życiu,  ale  nie  w  innych  -  w  tym  zdaniu  było 

wyzwanie,  ale  jego  oczy  były wesołe,  a  kąciki  ust  podniosły 
się do uśmiechu. 

 - Nie, tobie brak kilku klepek! Zaśmiał się głośno. 
 - Wcale nie. Czy nigdy nie czułaś się tak, jakbyś coś już 

przedtem  robiła,  jakbyś  kogoś  już  przedtem  znała,  jakbyś 
przedtem  już  patrzyła  na  coś  pięknego?  Takie  uczucie  trwa 
tylko  chwilę,  ale  jest  niezwykle  realne.  To  właśnie  czuję, 
kiedy cię widzę. Może to my przekraczaliśmy Nil jako Marek 
Antoniusz  i  Kleopatra,  może  to  my  ucztowaliśmy  w  zamku 
Camelot  jako  Lancelot  i  królowa  Ginevra  lub  może 
brodziliśmy  wzdłuż  Deschutes  River  jako  dzielny  Indianin  i 

background image

jego kobieta, albo przemierzaliśmy wielkie równiny wozami z 
płóciennym  dachem  jako  mąż  i  żona.  Pomyśl  o  tym.  Czy 
naprawdę jestem ci tak obcy? 

Była  bezbronna  wobec  tego  pytania.  Jej  puls  łomotał 

nierówno pod naciskiem spojrzenia jego ciemnych oczu. Nie, 
nie był dla niej obcy, ale nie mogła się mu do tego przyznać! 

 - Jeśli się kiedykolwiek spotkaliśmy w innym życiu, to ja 

najprawdopodobniej byłam królikiem, a ty jastrzębiem. 

 - Nie. Jeżeli ty byłaś królikiem, to i ja byłem królikiem - 

ciemnoszare  oczy  błyszczały  figlarnie.  -  Nasze  życie  było 
krótkie,  ale  zrobiliśmy  wszystko,  żeby  zapewnić  gatunkowi 
ciągłość. 

Skrzywiła  się  w  dezaprobacie,  ale  to  jeszcze  bardziej 

wzmogło diabelski uśmieszek na jego twarzy. 

Facet  tak  atrakcyjny  na  pewno  ma  kogoś,  kto  czeka  na 

niego w domu - pomyślała. - Nawet jeśli nie nosi obrączki. Za 
tą myślą zaraz przybiegła następna: Z jego siłą i delikatnością 
musi być gorącym, ale i wymagającym kochankiem. 

Chciała mu powiedzieć coś szorstkiego, żeby wiedział, że 

ta  rozmowa  jest  już  zbyt  intymna  i  że  nie  podziela  jego 
poczucia  humoru.  Spojrzała  w  ciemne,  serdecznie  patrzące 
oczy. Nie, po prostu nie mogła. Uśmiechnęła się nieśmiało. 

 - W tym względzie raczej wolę służyć mojemu obecnemu 

gatunkowi - powiedziała słabo. 

 -  Casey  Farrow,  masz  bardzo  piękne  usta  -  powiedział 

miękko. - Zobaczę, czy będą się częściej uśmiechały. 

Niespodziewanie jej gniewny nastrój powrócił. 
 -  Proszę  nie  ćwiczyć  na  mnie  pańskich  pchnięć,  panie 

Lancelot.  Co  to,  u  licha,  jest  za  gra,  co  pan  chce  osiągnąć 
podtykając  mi  pod  nos  takie  kwiatki?  Już  mówiłam,  że  nie 
będę pana o nic skarżyć w sądzie. 

Dan zapalił nocną lampkę stojącą przy łóżku, zamieniając 

mrok  w  łagodne  światło.  Choć  ciągle  niedbale  siedział  na 

background image

krześle, poczuła, jak dobiegł ją z jego strony jakiś silny prąd. 
A  więc  rozeźliła  go.  Patrzyła  w  jego  oczy  i  gorączkowo 
myślała, co też doprowadziło do tej sytuacji. Gdzież podziała 
się jej, z trudem wyuczona, dyscyplina i samoopanowanie? 

 -  Możemy  równie  dobrze  zacząć  układać  nasze  stosunki 

od  kroków  prawnych  Casey  -  jego  twarz  zrobiła  się 
nieprzyjemna. Wzdrygnęła się. 

 -  Nie  ma  żadnych  stosunków  pomiędzy  nami,  panie 

Murdock  -  drżała  i  nie  bardzo  mogła  złapać  oddech,  ale 
zmusiła się, by się odciąć zjadliwie. 

 -  Przeciwnie  -  powiedział  miękko,  lecz  ciężar  starannie 

mierzonych  słów  był  wielki  jak  skała.  -  Jestem  bardzo  do 
ciebie  przywiązany.  Mam  trzydzieści  cztery  lata,  a  ty  jesteś 
pierwszą kobietą, której pragnę nie tylko fizycznie. Jak tylko 
mnie  poznasz,  będziesz  wiedziała,  że  komplementów  nie 
rozdaję  lekką  ręką.  Kiedy  mówię,  że  masz  piękne  usta,  to 
znaczy  że  tak  myślę,  ale  jest  tak  i  wtedy,  kiedy  mówię,  że 
masz krnąbrne, cyniczne usposobienie. 

 - Ależ to śmieszne! Nie jestem... krnąbrna ani cyniczna - 

żachnęła się i zaraz wykrzywiła z bólu. Nic o mnie nie wiesz, 
nie znasz mnie, a moje życie prywatne to nie twój interes! 

 -  Znam  cię.  Nie  chciałem  jeszcze  z  tobą  rozmawiać. 

Chciałem  poczekać,  aż  będziesz  silniejsza.  -  Przerwał  i 
podniósł  pytająco  brwi,  lecz  Casey  była  zbyt  wzburzona,  by 
mówić.  Sięgnął  ręką,  zebrał  jej  włosy  z  poduszki  i  ułożył  je 
wokół  jej  twarzy.  -  Masz  takie  piękne  włosy.  W  twoim 
mieszkaniu  zobaczyłem  plakaty  z  tobą,  reklamujące 
kosmetyki. Ukradłem jeden. 

 -  Byłeś...  byłeś  w  moim  mieszkaniu?  -  po  tym  pytaniu 

usta Casey pozostały otwarte. 

 - Oczywiście. A jak myślisz, w jaki  sposób twoje rzeczy 

osobiste  się  tu  znalazły  -  zaśmiał  się  na  widok  wyrazu  jej 
twarzy, bardzo niewyraźnego. 

background image

 - Myślałam, że to Judy je tu przyniosła, zanim poleciała w 

swój  kolejny  lot.  Ona  jest  stewardesą  na  liniach 
międzynarodowych  i  mieszka  obok...  -  sama  czuła,  że  nie 
wierzy w to, co mówi. 

 -  Spotkałem  Judy  -  -  powiedział  Dan  rzeczowo.  - 

Pomogła  mi  wybrać  to,  czego  będziesz  potrzebowała. 
Powiedziała mi też, że zalegasz z czynszem. Zapłaciłem go i 
za przyszły miesiąc, nie musisz się już o to martwić. 

 -  Masz  tupet!  Mieszkam  tam  od  sześciu  lat.  Nie 

wyrzuciliby  mnie  dlatego,  że  zalegam  z  zapłatą  za  jeden 
miesiąc. 

 - Wiem, że w tych okolicznościach właściciel zaczekałby 

na  pieniądze,  ale  to  nie  było  konieczne  -  powiedział 
zdecydowanie. - Czemu przykryłaś ramiona? Czy ci zimno? 

 -  Nie!  Tak!  Nie  mogła  jasno  myśleć,  gdy  siedział  tak 

blisko  i  patrzył,  jakby  znał  każdy  pieprzyk  na  jej  ciele. 
Powtarzała  sobie,  że  musi  pamiętać,  że  ten  mężczyzna  jest 
obcy,  że  absolutnie  nic  o  nim  nie  wie,  z  wyjątkiem  tego,  co 
sam jej mówił. 

 - Lubię cię dotykać - powiedział miękko, przerywając jej 

myśli. Włożył rękę pod prześcieradło, jego palce zamknęły się 
na  jej  nadgarstku.  -  Tak  dobrze  -  uśmiechnął  się  do  jej  oczu, 
jakby 

pieścić  jej  ramię  było  dla  niego  czymś 

najnaturalniejszym w świecie. 

Casey  czuła  realność  i  intensywność  więzi,  jaka  się 

między nimi zawiązała. W pierwszej chwili był to niepewny, 
dochodzący  z  dalekich  głębin  impuls,  lecz  nagle  olśniła  ją 
pamięć:  to  się  już  kiedyś  zdarzyło!  Nie,  ona  chyba  traci 
zmysły!  W  jednej  chwili  była  tym  uczuciem  całkowicie 
przepełniona, sztywność ciała zupełnie znikła, a oczy zatopiły 
się  w  ciemnym  świetle  jego  spojrzenia.  Opanowało  ją 
uniesienie,  doznanie  zupełnie  dla  niej  nowe.  Nie  była  już 

background image

świadoma  niczego  poza  dotykiem  silnych,  gorących  palców 
na swym ramieniu. 

 -  Wiedziałem,  że  się  odprężysz,  jak  tylko  cię  dotknę  - 

jego głos dobiegał przez szum w uszach. - Leżysz tu niczym 
struna.  -  Jego  ręka  pogładziła  ją  ostrożnie.  Miała  szaloną 
ochotę,  by  przytulić  ją  do  siebie,  żeby  na  zawsze  zachować 
spokój, jakim ten dotyk ją  napawał. - Muszę cię  stąd zabrać, 
muszę wziąć cię do domu. 

 -  Co?  -  rzeczywistość  raptownie  powróciła.  -  Co?  - 

spytała  znowu.  Jej  usta  pozostały  otwarte,  jeszcze  raz 
bezgłośnie kształtując dźwięk. 

Widząc  to  zaśmiał  się.  Lekko  popchnął  jej  podbródek, 

zamknęła usta. 

 -  Chcę  cię  zabrać  do  mojego  domu  koło  Bend,  jak  tylko 

wypiszą cię ze szpitala. Teraz, po tym wszystkim co przeszłaś, 
nie możesz być sama. Nie, nie będziesz musiała spotykać się z 
nikim, jeśli nie będziesz chciała. Mój dom jest duży. Poza tym 
to  tylko  kwadrans  drogi  od  miasta.  Zobaczysz,  spodoba  ci 
się... 

 -  Zaraz!  Zaraz!  To  nie  średniowiecze,  panie  Lancelot. 

Mamy  dwudziesty  wiek.  Jak  tylko  wyjdę  ze  szpitala  jadę 
prosto do mego mieszkania i spróbuję poskładać swoje życie. 
Trzeba  czekać  sześć  miesięcy,  by  chirurg  plastyczny  mógł 
wziąć  się  za  moją...  twarz.  I  muszę  sprawdzić,  czy  moje 
ubezpieczenie pokryje koszty tej operacji i czy jeszcze pracuję 
tam,  gdzie  pracowałam.  -  Przerwała.  Szybki  i  płytki  oddech, 
bo  tylko  na  taki  pozwalał  jej  ból  połamanych  żeber,  nie 
wystarczał na dłuższą przemowę. Uszanował to, nie wszedł jej 
w  słowo.  Czekał  cierpliwie,  dotykając  nieco  szorstkimi 
opuszkami palców jej pulsującego nadgarstka. 

 - Nie planuj mi życia - powiedziała bardzo niewyraźnie. - 

Ani  jednego  dnia.  Nie  ma  mowy,  żebym  się  na  to  zgodziła. 

background image

Niech  mnie  pan  zostawi  w  spokoju,  panie  Murdock.  Jestem 
dorosła i poradzę sobie! - spojrzała wyzywająco. 

Po tej obronie, która z  takim trudem jej przyszła, zapadła 

ciężka  cisza.  Zobaczyła,  jak  się  do  niej  uśmiecha,  wcale  się 
nie przejął! Mroził jej krew w żyłach, poczuła, jak ogarnia ją 
panika, bo w tym uśmiechu  była  groźba, zdumienie, podziw, 
wreszcie  niezwykła  determinacja.  Przerażała  ją  myśl,  że 
traktuje  jej  chaotyczne  perswazje  jak  upór  dziecka.  Miała 
nieodparte  wrażenie,  że  gdziekolwiek  by  się  przed  nim 
schowała - zawsze ją odnajdzie. 

 - Szanuję i podziwiam twoją niezależność - rzekł miękko. 

-  Wiem,  że  tobie  i  twojej  matce  było  bardzo  ciężko,  kiedy 
ojciec odszedł. Ale nie mogę pozwolić, żeby to, co on zrobił, 
rzutowało  na  twoje  zdanie  o  mnie.  Nie  nabieram  cię.  Cieszę 
się, że moja Ginevra jest jeszcze naiwna i nie zepsuta, mimo 
jej  przesadnej  ostrożności  jeśli  chodzi  o  mężczyzn.  Masz  w 
sobie  jakąś  świeżość,  jakieś  wewnętrzne  piękno,  które  tak 
mnie  pociąga  -  w  jego  uśmiechu  było  teraz  coś  władczego  i 
korzącego się zarazem. 

 - A ty wcale mnie nie pociągasz - skłamała, walcząc sama 

ze  sobą,  by  bronić  się  przed  nim,  ale  to  było  tak,  jakby 
usiłowała płynąć pod prąd potężnej, wartkiej rzeki. 

 -  Ale  nie  cofnęłaś  się  przed  moim  pocałunkiem.  Bardzo 

chcę cię jeszcze raz pocałować, ale obiecaj, że nie fukniesz na 
mnie. - Jakiś błysk w jego oczach sprawił, że jej serce niemal 
wyskoczyło  z  piersi.  Była  zbyt  oszołomiona,  by  coś 
powiedzieć, poruszyła tylko ustami. 

 - No, to zaryzykuję - powiedział, nachylając się nad nią. 
Całował  ją  ostrożnie,  kosztując  niespiesznie  smaku  i 

dotyku jej ust. Leciutko i jakby z obawą dotknął językiem jej 
warg,  lecz  nie  posunął  się  dalej,  czekając  na  przyzwolenie. 
Nie,  nikt  nigdy  jej  tak  nie  całował.  Poznawała  nowe  światy 
dotykana tymi odważnymi, lecz delikatnymi wargami, czując 

background image

jego  zęby,  język,  świeżość  jego  ust,  nawet  opór,  jaki  jej 
policzek stawiał jego nosowi. 

Gdy  tak  nie  wzdragała  się,  gdy  tak,  w  rzeczywistości, 

przyzwalała,  całował  ją  z  coraz  większą  namiętnością. 
Obudził  w  niej  dzikie,  niepohamowane  crescendo  drżenia, 
czuła,  jak  staje  się  wraz  z  nim  jednością,  a  potem,  jak  traci 
własną  tożsamość  i  staje  się  emanacją  jego  silniejszej  istoty. 
To było zupełnie tak, jakby się z nim kochała, pragnęła objąć 
ramionami  jego  muskularne  ciało,  pragnęła  przytulić  się  do 
szorstkiego  od  zarostu  policzka.  Chciała  go  obejmować, 
zamknąć w uścisku ramion, mocno przycisnąć do serca. 

Jego usta zmiękły od oddanej mu pieszczoty. Trwali tak, z 

wolna  smakując  swą  słodycz,  w  zachwyceniu,  poza  czasem. 
Wreszcie  podniósł  głowę,  wpół  przymknięte  oczy  spojrzały 
wprost w jej źrenice, zwilgotniałe i zamglone. 

 -  Teraz  widzisz,  jak  to  jest.  Nie  panujemy  nad  naszym 

przeznaczeniem,  moja  Ginevro.  -  Ustami  musnął  leciutko  jej 
nos.  -  Nie  sprzeciwiaj  się  mu,  kochanie.  Daj  się  unieść 
prądowi. - Wstał nagle. - Nie, nie mów nic. - Dotknął jeszcze 
raz delikatnie ustami jej ust, zanim odszedł. 

Casey  ocknęła  się  i  uświadomiła  sobie,  że  gapi  się  na 

zamknięte  drzwi.  Niech  mnie  licho,  jeśli  nie  zaczynam  mu 
wierzyć - pomyślała. 

background image

Rozdział 3 
 -  ...Ponadto  przez  pięć  lat  będziemy  ci  pomagać.  -  Neil 

Hamilton  mówił,  jakby  dawał  jej  góry  złota.  Chodził 
niespokojnie po pokoju, raczej bliżej drzwi niż jej łóżka. - Po 
tym  czasie,  jeśli  coś  się  zwolni  w  firmie,  na  pewno  damy  ci 
znać. Na razie będziesz dostawała zasiłki. Bóg wie, że hojnie 
łożyłem na fundusz - mówił przez nos. 

Dzięki  za  nic,  Neil  -  gorzko  pomyślała  Casey.  Oboje 

świetnie  wiemy,  że  nie  potrzebujesz  u  siebie  nikogo  z  taką 
twarzą,  jak  moja.  Wszystkie  dziewczyny  pracujące  dla 
„Allure"  były  skończonymi  pięknościami.  Casey  patrzyła  na 
niego,  jakby  chciała  go  zamordować.  Niech  go  cholera, 
ciekawe  co  zrobiłby,  gdyby  był  na  jej  miejscu.  Jak  by  to 
zniósł? Sukinsyn! Nawet nie mógł na nią patrzeć. 

 -  Jennifer  przejmie  twoje  funkcje.  O  Boże,  co  za 

szczęście, że ją dostałem! - przerwał i łypnął okiem na Casey. 
- Przyślę ją do ciebie, żebyś jej mogła udzielić kilku rad. 

Złapała  jego  spojrzenie,  ale  odwróciła  głowę.  Mierziło  ją 

to,  co  w  nim  wyczytała:  godną  pożałowania  mieszaninę 
wściekłości  i  obawy.  Musiała  przywołać  na  pomoc  całą  swą 
wewnętrzną  dyscyplinę,  którą  ciężko  wypracowała  w  ciągu 
wielu lat, kiedy zdana była tylko na siebie. 

Postanowiła,  że  będzie  trzymać  się  twardo  i  nie  da 

satysfakcji  tej  kreaturze  jakimś  przejawem  swych 
prawdziwych uczuć. 

 - Nie, nie  licz na  mnie. Nie  będę  mogła jej pomóc, Neil. 

Wyjeżdżam z Portland. 

 - No, ale przecież nie natychmiast? 
 -  Nie.  Nawet  w  ciągu  kilku  najbliższych  tygodni  - 

powiedziała  gorzko.  Wiedziała,  że  tym  bardziej  dotarło  do 
niego to, czego nie powiedziała. 

background image

Uniósł  brwi  i  podszedł  do  łóżka.  Musiałaby  być  ślepa, 

żeby nie widzieć dezaprobaty i irytacji na jego twarzy, dotąd 
tak starannie skrywanej. 

 - Nie chcesz mi pomóc? Po tym, co dla ciebie zrobiłem? 
 -  Owszem.  Tak  samo  jak  ty  mi  nie  pomożesz,  ponieważ 

miałam  nieszczęście  zostać  okaleczona.  Niech twoja  Jennifer 
Carwilde  zdobywa  doświadczenie  w  pocie  czoła,  tak,  jak  ja 
musiałam.  -  Mimo,  że  sobie  obiecywała  nie  wybuchnąć, 
podniosła głos. Aż wrzała od wściekłej urazy. Poświęcałam ci 
szesnaście  godzin  mojego  życia,  każdego  dnia  przez  siedem 
długich  lat.  Mam  teraz  siedem  lat  doświadczenia,  ale  i  na 
zawsze  zniszczoną  twarz.  A  co  ma  Jennifer  Carwilde?  - 
syknęła; jej gniewne spojrzenie mogłoby go zmiażdżyć. 

 -  Naturalne  piękno,  urodę,  która  przyprawia  każdą 

dziewczynę  o  zazdrość.  Zrobią  wszystko,  żeby  wyglądać  tak 
jak ona - odparł powoli, lodowato. - Zapłacę ci za czas, jaki jej 
poświęcisz. Jest bystra. Uczy się łatwo i szybko. 

 - Nie masz takich pieniędzy, żeby mi zapłacić, Neil. 
 -  Lepiej  odstaw  na  bok  ten  swój  sarkazm,  Casey. 

Zapominasz,  do  kogo  mówisz.  Będziesz  potrzebowała 
dobrych referencji, jeśli chcesz jeszcze gdzieś pracować. 

 -  Nie  strasz  mnie,  ty  egoisto!  Nie  masz  przecież  aż  tak 

kiepskiego móżdżka. Twój interes w ciągu najbliższych pięciu 
lat  dosłownie  zdechnie,  ponieważ  nie  masz  pojęcia  o 
prognozach  rynkowych.  Świata  nie  widzisz  poza  ładnymi 
buźkami  i  twardymi  cycuszkami.  A  teraz,  do  cholery  jasnej, 
wynoś mi się stąd! 

Zobaczyła,  jak  cały  stężał,  jakby  chciał  odpłacić  jej 

policzkiem. Ale i tak jej słowa zabolały go bardziej, niż jego 
pięści mogłyby ją. 

 - Spójrz na siebie, Casey Farrow. Kimże ty jesteś? Tylko 

nędzną  porżniętą  kukłą.  Nie  pomogą  ci  nawet  tony  pudru  i 

background image

kremu,  nigdy  nie  będziesz  już  pracować  dla  żadnej  firmy 
kosmetycznej! 

 - Możliwe. Ale mam to w nosie, jeśli chcesz wiedzieć. A 

teraz  precz!  -  prawie  krzyczała,  nie  panując  już  nad  sobą.  - 
Wynoś  się  z  tą  twoją  litością,  choćby  dla  całej  ludzkości! 
Wynocha!  Won!  -  Uniosła  się  na  łokciu,  jęcząc  od  bólu 
miażdżącego  jej  głowę.  Wszystko  zakołysało  się  przed  jej 
oczami: człowiek stojący przed nią, stolik obok łóżka, pokój o 
białych  ścianach  -  wszystko  przesłoniła czerwona  mgła.  Puls 
walił  w  skroniach  jak  młotem,  ogarnęły  ją  nudności,  bez  sił 
opadła na poduszkę. 

 - Zapłacisz mi za to - dobiegł ją stłumiony przez szum w 

głowie głos. 

 - Co jej...? O, cholera! Kim pan, do diabła, jest? - Dan w 

jednej chwili znalazł się przy jej łóżku. Grymas wykrzywił mu 
twarz, kurczowo zaciskał i rozwierał pięści. Jego wysiłek, by 
ich natychmiast nie użyć, był aż nadto widoczny. 

 -  Byłem  jej  szefem,  jeśli  już  pan  musi  wtykać nos  w  nie 

swoje  sprawy.  Byłem  jej  ostatnim  pracodawcą  w  branży 
kosmetycznej, więcej już ich mieć nie będzie! 

Żelazna  ręka  zacisnęła  się  na  ramieniu  Neila  i  szarpnęła 

silnie. 

 - Panie! Nawet pan nie wie jak niewiele brakuje, a polecą 

pańskie zęby.  - W  jego  ciemnych  oczach czyhała  prawdziwa 
groźba, taka, której tylko głupcy nie dostrzegają. 

Neil  daremnie  usiłował  wyrwać  się  z  krępującego  go 

uchwytu. Dan z siłą niedźwiedzia wlókł go ku drzwiom. 

 - Zabieraj te łapy! Jeszcze nie usłyszeliście wszystkiego! - 

głos Neila nie był już arogancki, przypominał raczej wycie. 

 -  Słuchaj  dobrze,  bo  powiem  to  tylko  raz.  Za  godzinę 

będę  w  twoim  biurze,  żeby  odebrać  to,  co  się  jej  należy. 
Lepiej  przygotuj  czeki  na  zaległe  pobory  plus  na  miesiąc 
wakacji  ekstra.  Masz  cholerne  szczęście,  że  nie  połamię  ci 

background image

nóg. Zmykaj stąd, już! - potężne szturchnięcie wyrzuciło Neila 
na korytarz. 

Casey  nie  słyszała  zamykania  drzwi  ani  odgłosu  kroków, 

jakimi  wielki  mężczyzna  zbliżył  się  do  jej  łóżka.  Miała 
zamknięte  oczy.  Zaciskała  pięści  pod  przykryciem,  słowa 
Neila ciągle kąsały ją boleśnie: Porżnięta... Porżnięta. 

Ponad  wszystko  pragnęła  teraz  zapaść  w  odrętwienie,  w 

bezpieczną  niepamięć.  Znała  różne  okropieństwa,  jakie  życie 
może przynieść, ale nic nigdy nie wstrząsnęło nią tak, jak to. 
Wystarczyło  tylko  kilka  chwil,  by  zupełnie  pozbawić  ją  siły, 
odwagi,  nawet  zdolności  myślenia.  Cała  była  zwierzęcym, 
prymitywnym 

skomleniem, 

wydobywającym 

się 

największych głębin świadomości. 

To  niemożliwe,  to  nie  może  być,  to  nie  fair,  że  ją  to 

wszystko  spotyka!  Łzy,  zrodzone  z  jej  nieszczęścia,  płynęły 
obficie.  Chciała  się  skulić,  obrócić  na  bok,  tyłem  do  drzwi. 
Prześcieradło  zsunęło  się  jej  z  ramion,  ale  nawet  w  tym 
bliskim  histerii  stanie  poczuła  to,  porwała  je  i  szczelnie 
osłoniła szyję. 

Gardło 

rozdzierał  jej  bury,  mimowolny  skowyt, 

przeszywający  ból  storturowanego  ciała.  Nie  panowała  nad 
nim.  Pierwszy  raz  w  życiu  była  totalnie  rozbita,  kompletnie 
starta na proch. 

 -  Casey...  Casey,  nie  płacz.  -  Dan  usiadł  na  krawędzi 

łóżka. - Utrata pracy to przecież nie koniec świata. Cśś... nie 
płacz  -  prosił,  ale  nie  mogła  przyjść  do  siebie.  Wstyd  i 
upokorzenie,  jakie  przyniosło  spotkanie  z  Neilem,  coraz  to 
wracały  i  sprawiały  ból,  jak  nóż  krojący  ciało.  Broniła  się 
przed ręką ujmującą jej ramię, próbowała wykręcić się mimo 
bólu w pokaleczonej piersi. 

 -  Idź  sobie  -  jęknęła.  -  Idź!  Nie  patrz  na  mnie.  - 

Naciągnęła prześcieradło na twarz. 

background image

 - Dobrze, nie będę patrzył skoro nie chcesz. Ale nie płacz. 

Ten 

sukinsyn 

niewart 

jest 

nawet 

jednego 

twojego 

westchnienia, ani jednej łzy! 

 - Nie, nic nie rozumiesz. Proszę, idź! 
 - Nie  mogę  cię zostawić  w takim stanie.  -  Nagle wyrwał 

mu  się  okrzyk:  -  Skręcę  sukinkotowi  kark!  -  Ostrożnie 
poszukał  pod  prześcieradłem  jej  ręki  i  opuszkami  palców 
pogładził miękką skórę nad nadgarstkiem. - Nie martw się tą 
cholerną pracą. Zobaczysz, jeszcze sobie doskonale poradzisz, 
obiecuję ci. . 

 -  Nie  dbam  o  pracę  -  jej  miękki  głos  zadrżał,  łkała  teraz 

spazmatycznie. - Nic mnie nie obchodzi ta... przeklęta praca - 
powtórzyła z wysiłkiem. 

 -  Cśś...  już  dobrze.  Nie  trzeba  płakać  -  zniżył  głos  do 

szeptu.  -  Chcę  ci  pomóc.  -  Ciepło  tych  słów  szarpnęło  jej 
spięte do ostateczności nerwy. 

 -  Nie  potrzebuję  litości!  Nie  potrzebuję  ciebie...  ani 

nikogo!  -  próbowała  wyrwać  mu  rękę,  ale  mocniej  ścisnął 
palce. 

 -  Tak,  nie  potrzebujesz  niczyjej  litości.  Twoja  własna  ci 

wystarczy.  Czy  on  był  twoim  kochankiem,  że  z  takim 
upodobaniem litujesz się nad sobą? 

Niech go cholera. Zerwała prześcieradło z twarzy. 
 -  Nie.  Nigdy  nie  poszłabym  do  łóżka  z  tak  nędzną 

kreaturą, nawet gdyby był ostatnim facetem na Ziemi! - złość 
zaćmiła nawet ból. 

 -  Tak  też  sobie  myślałem.  On  kompletnie  nie  jest  w 

twoim typie. 

 -  I  ty  też  nie  jesteś  w  moim  typie,  panie  Lancelot.  Więc 

wsiadaj na swego rumaka i goń za słońcem! - odparła cierpko. 

 -  Szarfa.  Najpierw  poproszę  o  szarfę.  Łatwiej  jest  znieść 

zawód  i  żal,  gdy  się  je  dzieli  z  kimś,  komu  na  tobie  zależy. 

background image

Ginevro,  powiedz  proszę  swemu  rycerzowi,  co  cię  martwi, 
poza tym, co już wiem o twojej pracy. 

 - Jeśli  myślisz, że możesz coś dla mnie zwojować, panie 

Lancelot,  to  się  bardzo  mylisz.  Sama  umiem  walczyć  i 
wygrywać. 

 - Nie wątpię. Ale tym łatwiej wygrasz, jeśli będę walczył 

u twego boku. Jej oczy zapłonęły gniewem. 

 -  Nie  jestem  żadną  twoją  przeklętą  Ginevrą.  Nie 

zamierzam  skończyć  w  klauzurze  na  jakimś  odludziu,  więc 
skończ z tym!  

 - Ja też nie zamknę się w klasztorze jak Lancelot. Nie o to 

przecież  chodzi  -  drażnił  się  z  nią.  Tajemniczy  uśmieszek 
przemknął się przez jego usta. Nachylił się i przelotnie dotknął 
wargami jej ust. 

 - Przestań! Roześmiał się. 
 -  Nie  najlepiej  ułożyło  się  królowej  Ginevrze  i 

Lancelotowi,  ale  z  nami  będzie  inaczej.  Z  irytacją  odwróciła 
głowę. 

 - Chciałabym bardzo, żebyś już nigdy tu nie przychodził. 
 -  Nie,  z  pewnością  nie.  A  poza  tym  -  nic  na  to  nie 

poradzę. Tak już jest. Tak, to już jest przeznaczone. 

Spojrzała  na  niego.  Uśmiechał  się  szeroko.  Zmierzyła  go 

wzrokiem, zakręciło się jej w głowie. 

 -  Przestań  mnie  wreszcie  częstować  tym  bełkotem  o 

reinkarnacji.  To  mnie  nie  bierze.  A  jeśli  już  rzeczywiście 
żyłam  kiedyś...  to  jako  Kleopatra,  a  ty  jako  wąż,  który  mnie 
pokąsał  -  wycedziła  przez  zęby,  piorunując  go  wzrokiem. 
Wybuchnął śmiechem. 

 - O tak i bardzo mi się podobało na twojej piersi! 
 -  Cieszę  się,  że  tak  dobrze  się  bawisz  -  powiedziała 

lodowato. Patrzył na nią figlarnie. 

 - 

Jesteś 

najbardziej 

nieznośnym, 

najbardziej 

denerwującym facetem, jakiego znam. 

background image

 -  O,  dziękuję!  -  rzekł  drwiąco.  -  Przynajmniej  tym  mnie 

wyróżniasz. - Wyjął kawałek gazy, przygotowany w pudełku 
na stoliku i wytarł jej oczy. - Dobrze. Ten płotek mamy już za 
sobą, teraz następny. 

 - Jaki płotek? 
 - Cśś... posłuchaj. Pójdę teraz do twego biura i przyniosę 

czeki.  Czy  chciałabyś,  żebym  zabrał  też  coś  z  twoich  rzeczy 
osobistych? 

 -  Nie...  nie  musisz  tego  robić  -  jej  głos  nie  był  już  tak 

jadowity  jak  chwilę  przedtem,  choć  nie  starała  się  zmienić 
tonu. - Poproszę o to Judy. 

 - Naprawdę nie chcesz? - nalegał. 
 -  Nie.  Linda  McNiece,  kierowniczka  działu,  pozbiera 

wszystko  z  mojego  biurka.  Dan  podniósł  słuchawkę  telefonu 
stojącego przy łóżku. 

 -  Jaki  tam  jest  numer?  -  Dała  mu  go.  -  Proszę  z  Lindą 

McNiece. Linda? Cześć. Mówi Dan Murdock, chłopak Casey 
Farrow.  Linda,  zaraz  do  ciebie  wpadnę.  Zgarnij  wszystkie 
rzeczy  Casey,  chciałbym  zabrać  je  z  biura  razem  z  jej 
czekami.  -  Mrugnął  do  niej,  odpowiedziała  hardym, 
wyzywającym spojrzeniem. - To dzięki. Tak, już jest dobrze, 
siedzę  tu  i  dbam  o  wszystko.  Do  zobaczenia  -  odłożył 
słuchawkę. 

 -  Nie...  nie  masz  prawa  mówić  jej  takich  rzeczy!  - 

parsknęła Casey. - Nie jesteśmy parą. W ogóle prawie cię nie 
znam! 

 - Ale ona o tym nie wie, moja śliczna Kleopatro. 
 - Ale ja wiem... Ty wężu! 
Jego  oczy  zaskrzyły  się  znowu,  psotnie,  figlarnie,  na 

przekór 

jej 

gniewnym 

grymasom. 

Poszukał 

pod 

prześcieradłem  jej  ręki  i  delikatnie  zamknął  jej  piąstkę  w 
swojej. 

 - Czy mam cię ugryźć jeszcze raz? 

background image

 - Och Dan, nie rób mi tego! - mocno zacisnęła usta, by się 

nie  śmiać.  -  Nie  widzisz,  że  wcale  nie  chcę  się  śmiać?  Chcę 
być  wściekła  i  rozżalona.  Czuję  się  okropnie  i  chciałabym, 
żeby każdy tak się czuł. Idź sobie i pozwól mi trochę pożalić 
się nad sobą. 

 -  Możesz  sobie  być  wściekła,  ale  w  przyszłym tygodniu, 

nie dziś ani jutro. 

 - Dlaczego w przyszłym tygodniu? 
 - Bo wtedy mnie tu nie będzie. Wyjeżdżam do Japonii na 

jakieś  dziesięć  dni.  -  Przysunął  się  bliżej.  Oboje  wstrzymali 
oddech  na  długą  chwilę.  -  Będziesz  za  mną  tęsknić?  -  spytał 
najsłabszym szeptem. 

Ogarnęło  ją  dziwne,  burzliwe  uczucie.  Westchnęła  trochę 

jakby głośniej i dłużej, oblizując koniuszkiem języka  zaschłe 
wargi. Nie mogła oderwać oczu od zmysłowej pełni jego ust. 
Chciała mu powiedzieć, że tylko się ucieszy na to pożegnanie 
- ale usta odmówiły posłuszeństwa. 

Zamknęła oczy. Chciała o wszystkim zapomnieć, czuła się 

zupełnie wyczerpana. Nagle  otwarła je szeroko. Zaskoczył ją 
pocałunkiem  policzka,  wiła  się  jak  w  pułapce  pod  torsem 
nachylonym ku niej, jęczała słabo, chcąc go odepchnąć. 

 -  Cśś...  cśś  -  szeptał  uspokajająco.  Usiłowała  za  wszelką 

cenę zachować zimną krew, gdy całował jej zdrowy policzek. 

 -  Czy  to  cię  nie  zawstydza?  Może  jestem  zbyt 

niecierpliwy  -  powiedział  nabrzmiałym  głosem.  -  Nie  bawię 
się  w  żadne  fałszywe  gierki,  Casey.  Kiedy  czegoś  bardzo 
pragnę, biorę to. 

Nie  skrywana  władczość  tych  słów  i  ich  jawna  arogancja 

przyniosły  dreszcz  podniecenia,  mimo  że  jej  świadomość 
buntowała  się  przeciw  nim.  Zdobyła  się  na  jeszcze  jeden, 
ostatni już, słaby wysiłek woli, ale tylko po to, by przekonać 
się,  że  nie  panuje  już  nad  swymi  wzburzonymi  zmysłami. 
Całował jej powieki a potem usta, naciskał je subtelnie, skubał 

background image

delikatnie,  pieścił  i  brał  je  w  posiadanie.  Podniósł  głowę  i 
spojrzał jej w oczy. 

 - Ta przerwa da ci czas, by do mnie przywyknąć. 
Zmieszała  się,  rozdygotany  umysł  poszukiwał  słów 

odpowiedzi.  Kręciła  głową  na  poduszce,  bezbronna.  Usta 
układały  się  w  słowo  nie!,  ale  nie  były  w  stanie  go 
wypowiedzieć. 

Obserwował tę walkę uczuć, cisnących się na jej twarzy. 
 -  Pójdę  teraz  porozmawiać  z  doktorem.  A  potem  zbiorę 

twoje  rzeczy  w  biurze  i  zawiozę  je  do  mieszkania.  Co  mam 
zrobić  z  czekami?  Zdeponuję  je,  ale  musisz  mi  dać  swój 
numer konta. 

Wstał  i  szybkim,  pewnym  krokiem  podszedł  do  drzwi. 

Odwrócił się jeszcze, by uśmiechnąć się do niej przez ramię, 
po czym wyszedł. 

Casey  leżała  cicho  przez  długą  chwilę,  w  uszach 

dźwięczały jej jego słowa: kiedy czegoś bardzo pragnę, biorę 
to...  Pomyślała,  że  nigdy  chyba  nie  była  tak  słaba,  tak 
bezbronna.  Czuła  się  krańcowo  wyczerpana.  Czy  to  dlatego 
pozwala temu mężczyźnie tak bez reszty panować nad  sobą? 
Obiecywała sobie, że następnym razem podziękuje mu za to, 
co dla niej zrobił, ale i poprosi go, by ją zostawił wreszcie w 
spokoju. O Boże - pomyślała - nie chcę, nie potrzebuję tego. 

Dan poleciał do Japonii w poniedziałek. Wpadł jeszcze na 

chwilę w sobotę w nocy, wtedy Casey usiłowała wytłumaczyć 
mu swoje uczucia. 

 -  Kiedy  wrócisz,  już  mnie  tu  nie  będzie.  Dzięki  za 

wszystko.  Naprawdę,  bardzo  mi  pomogłeś.  Nie  chcę,  byś 
pomyślał, że tego nie doceniam, ale już dalej sama dam sobie 
radę.  Zawsze  przecież  tak  było.  -  Siedziała  na  krześle  obok 
łóżka.  Pierwszy  raz  mogła  patrzeć  na  niego  będąc 
wyprostowana.  Wyglądał  na  jeszcze  większego  i,  jeśli  to 
możliwe, na jeszcze pewniejszego siebie.  

background image

 -  Wiedziałem,  że  będziesz  tak  wyglądała  w  niebieskim  - 

powiedział,  zupełnie  ignorując  jej  szczegółowo  zaplanowaną 
mowę. - Gdy wrócę, pomówimy z twoim lekarzem i ustalimy 
jakiś rozkład wizyt kontrolnych, a potem pojedziemy do Bend. 
Będzie ci się tam podobało, zobaczysz. 

 -  Zaraz,  zaraz,  nie  tak  szybko!  Mam  już  serdecznie  dość 

tego decydowania za mnie. Już ci to mówiłam setki razy. 

 - Owszem. Wcale nie jestem tępy, a tylko zdecydowany. 

Moja  matka  potrzebuje  kogoś  w  domu,  w  Bend.  Ona  dużo 
podróżuje, a trudno jest znaleźć kogoś zaufanego, kto mógłby 
wszystkiego doglądać. Taka praca doskonale by się dla ciebie 
nadawała.  -  Usiadł  na  krawędzi  łóżka.  Znowu  mimowolnie 
zwróciła uwagę na jego szerokie ramiona i szczupłe, świetnie 
zbudowane ciało. Promieniował wprost męskością, nigdy tego 
u nikogo nie zauważyła. 

Wyciągnął jej rękę z kieszeni. 
 - Dlaczego stale chowasz pod coś ręce? - rozłożył jej dłoń 

na swojej i delikatnie przesunął palcem po nierówno zrośniętej 
skórze na jej grzbiecie. 

 -  Przecież  nie  jesteś  ślepy.  Widzisz  dlaczego!  -  wściekle 

spojrzała na niego i próbowała się wyrwać, ale przytrzymał ją 
mocno, ściskając za zdrowy palec. 

 - Czy piękno ciała jest dla ciebie aż tak ważne? 
 - Myślisz sobie: jakie to puste, jakie głupie, jakie babskie, 

prawda?  Więc  proszę  pozwolić  sobie  wytłumaczyć,  panie 
Murdock,  że  kobieta  zmuszona  jest  zrobić  wszystko,  użyć 
wszelkich  dostępnych  jej  środków,  by  móc  sobie  poradzić  w 
życiu.  Przez  siedem  lat  udawało  mi  się  to  dzięki  wyglądowi 
moich rąk. Dbałam o nie tak, jak się dba o kosztowny sprzęt. 
A teraz, proszę spojrzeć. Jak by to wyglądało, gdybym w nich 
trzymała  buteleczkę  balsamu  do  ciała  albo  lakieru  do 
paznokci? 

 - Hmm. Nie pomyślałem o tym. 

background image

Szczere  współczucie  i  zrozumienie,  jakie  w  tym  głosie 

usłyszała  zmiękczyły  jej  serce.  Coś  ścisnęło  ją  w  gardle, 
odwróciła  wzrok.  Do  licha,  czemu  on  musi  być  taki 
współczujący?  Wdarł  się  w  jej  życie  niemal  przemocą,  ale 
troszczył  się  o  nią,  pomagał  jej  i  okazywał  zrozumienie 
bardziej  niż  ktokolwiek  inny.  Casey  nie  wiedziała  co  z  tym 
począć, ukrywała się za swą szorstkością. 

 -  Wiesz,  nareszcie  mogę  sama  sobie  wytrzeć  nos,  kiedy 

płaczę  -  chciała się  uśmiechnąć, ale  usta  były jakby z  grubej 
gumy. Tak samo głos; nie panowała nad nim, wydawała tylko 
chrapliwe, grube pomruki. 

 - Pomyśl o tym co ci mówiłem, o pracy w domu, u mojej 

matki. Jak wrócę, będziemy mogli szerzej o tym pomówić. 

 - Już teraz mogę ci powiedzieć: nie! Nie jestem jeszcze w 

skrajnej  nędzy.  Nie  potrzebuję  dobroci  Murdocków. 
Serdeczne dzięki - powiedziała zdecydowanie. 

Usiadł na łóżku. 
 - Czasami mam wielką ochotę przełożyć cię przez kolano 

i dać kilka zdrowych klapsów. Duma to wspaniałe uczucie, ale 
ty  zasłaniasz  się  nią  przed  wszystkim,  jak  tarczą.  Daj  spokój 
Casey. Nie ma miejsca na dumę w uczuciach, jakie nas łączą. 

Twarde  rysy  twarzy  i  mądre  oczy.  -  Pomyślała,  że  byłby 

nieugiętym  przeciwnikiem.  Te  mocne  ramiona  i  silne  ręce. 
Ciekawe, czy pracował kiedyś jako drwal? 

Wodził  oczami  po jej  twarzy. Wiedziała,  że miał  przyjść, 

mimo  to  nie  próbowała  w  żaden  sposób  się  upiększyć. 
Uczesała  tylko  włosy.  Przycięła  je  dookoła  twarzy  tak,  by 
gęsto  opadały  na  zabandażowane  ucho  i  na  czoło,  częściowo 
przysłaniając świeże zrosty blizn. 

 -  Tak.  Pan,  panie  Lancelot,  ciągle  bawi  myślami  w 

wiekach średnich, kiedy to natychmiast zmuszano kobiety do 
uległości,  które  pozwalały  sobie  mieć  własne  zdanie.  Ale 
teraz,  w  dwudziestym  wieku,  mogę,  co  prawda,  być 

background image

nieszczęsną dziewicą, ale nie potrzebuję stałej opieki. Nie ma 
powodów,  byś  się  czuł  za  mnie  odpowiedzialny.  Nie  ma  też 
powodów, byśmy się ciągle o to kłócili. Po prostu nie znamy 
się i myślę że dobrze będzie to tak zostawić. 

 - To nieprawda, Casey i ty o tym wiesz. Ale nie będę się z 

tobą  spierał  -  głos  był  ostry.  Wzdłuż  kręgosłupa  przebiegł  ją 
dreszcz,  coś  jakby  zgrzyt  kredą  o  tablicę.  Drżała  od  stóp  do 
głów. Pomyślała, że to dziwne, że ten sam głos, który koił ją i 
przynosił jej ulgę, może być także nieprzyjemny i szorstki. 

 -  Chciałbym  jechać  wiedząc,  że  zostawiam  tu  lepsze 

wrażenie.  A  ty  nie  chcesz  mi  na  to  pozwolić  -  teraz  mówił 
miękko, aż niebezpiecznie - pomyślała. 

 - Pozwalam, pozwalam. Jedź już, byle prędzej! - w ciszy, 

która  zapadła,  Casey  poczuła,  że  wstydzi  się  tych  słów 
bardziej  niż  jakichkolwiek  w  życiu.  Nie,  koniecznie  trzeba 
przeprosić.  Nie  pasuje  do  niej  chamstwo,  szczególnie  wobec 
tego  człowieka,  już  nieważne  jak  bardzo  się  jej 
naprzykrzającego.  -  Och,  przepraszam,  Dan  -  podniosła  na 
niego  oczy  matowe  od  łez,  choć  nie  chciała  żeby  widział.  - 
Proszę, zrozum... Staram się sprostać wszystkim tym zmianom 
w  moim  życiu.  I  czasem  trudno  mi  znieść  wszystko  inne  - 
mówiła  rwącym  się  głosem.  Gorące  koniuszki  palców 
pogładziły jej policzek i lekko podrapały ją za uchem. 

 -  Rozumiem  co  czujesz,  ale  czy  nie  byłoby  ci  łatwiej, 

gdybyś  przestała  ciągle  walczyć  ze  mną...  i  ze  sobą?  Nie 
będziemy  się  już  kłócić.  Wrócę  za  tydzień  od  tej  środy  i 
wyciągnę cię stąd. 

Casey  oparła  głowę  na  oparciu  krzesła  tak,  że  mogła 

patrzeć na niego bez nużącego ją wysiłku. 

 - Wstań. Casey - powiedział niemal szeptem. - Chciałbym 

zobaczyć czy możesz już stać, zanim odjadę. 

Posłuchała  machinalnie.  Kolana  były  wątłe  i  chwiała  się, 

ale wstała z krzesła, cały czas patrząc na niego. Czuła ciepło 

background image

jego  ciała,  tuż  obok  siebie  i  gorąco  krwi,  nabiegającej  do 
twarzy  i  pulsującej  jej  w  skroniach.  Zarumieniła  się.  By  to 
ukryć  opuściła  głowę  i  spojrzała  na  jego  ręce.  Podniósł  jej 
brodę,  ich  spojrzenia  spotkały  się.  Wszelka  jej  własna, 
niezależna myśl zamarła. 

 -  Chciałem  zobaczyć,  jak  stoisz  obok  mnie  -  powiedział 

ciepło.  -  Bardzo  pragnę  cię  objąć,  ale  nie  śmiem  sprawiać  ci 
bólu.  -  Badawczo  patrzyła  mu  w  twarz,  był  ciekawy  jej 
reakcji. - Jesteś zdziwiona? 

Poruszyła  bezgłośnie  ustami.  Były  suche,  oblizała  je. 

Czuła  się  tak,  jakby  leciała  w  próżni,  poddana  silnemu 
prądowi spychającemu ją ku niemu. 

 - Jesteś... jesteś wyższy niż sądziłam - powiedziała. 
 -  Tak  samo  ty.  Cieszę  się.  Nie  będę  się  musiał  bardzo 

schylać, żeby cię pocałować - mówił tak cicho, że ledwie go 
słyszała. 

Zadrżała.  Chciała  powiedzieć  coś  sensownego,  coś 

przyjemnego,  ale  poczuła,  że  podtrzymuje  ją  kładąc  rękę  na 
jedynym miejscu na plecach, którego nie pokaleczyły odłamki 
szkła.  To  nagłe,  zmysłowe  doznanie  sprawiło,  że  nie  mogła 
już myśleć o niczym innym. 

 -  Łatwo  zwodzisz,  moja  Ginevro.  Na  pozór  zdajesz  się 

być  typową  kobietą  wyzwoloną,  ale  w  głębi  ducha  jesteś 
czuła, wrażliwa, pragniesz się na kimś oprzeć i dzielić z nim 
smutki  i  radości  życia.  Chciałbym  być  tym  kimś,  a  ty 
mogłabyś  chcieć  mnie  zaakceptować.  -  Uśmiechnął  się, 
odsłaniając równe, białe zęby. 

 -  Czemu  ty  zawsze  musisz  mnie  złościć!  -  miała 

rozpaczliwą nadzieję, że on nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo 
jest poruszona i podekscytowana. 

Roześmiał się. 
 -  Jakoś  nie  mogę  się  powstrzymać.  Jesteś  wtedy  taka 

piękna. - Głaskał ją lekko po karku. - Przytul się do mnie, na 

background image

chwilę,  zobaczysz  jak  ci  będzie  dobrze.  Nie  mogę  cię  objąć 
zbyt mocno, choć bardzo bym chciał - mówił monotonnie, te 
słowa nie mogły być rzeczywiste. Posłuchała go. - Czy to jest 
ta  pokaleczona  pierś?  -  ostrożnie  dotknął  bandaża  czubkami 
palców. 

 - Tak - wymruczała cicho. 
Stali tak długą chwilę, ona z policzkiem wtulonym w jego 

ramię,  on  delikatnie  głaszczący  jej  głowę.  Casey  zamknęła 
oczy. Nie były potrzebne: dotykała jego koszuli, słyszała bicie 
serca,  wdychała,  znajomy  już,  miętowy  zapach  ust.  Było  jej 
tak  dobrze,  tak  dobrze.  Obejmował  ją  silnym  ramieniem, 
chronił ją, pieścił. 

 -  Nie.  Nie...  -  powiedział  łagodnie,  gdy  poczuł,  jak 

najpierw  się  poruszyła,  a  potem  próbowała  się  odsunąć.  - 
Zostań ze mną i pocałuj mnie na do widzenia. Trzepoczesz się 
jak  mały  ptaszek.  Chodź,  pocałuj  mnie.  Będziesz  miała 
dziesięć dni, żeby się zastanowić czy ci się podobało, czy nie. 

O  niczym  nie  myślała,  zamknęła  tylko  oczy  i  podała  mu 

usta.  Przycisnął  do  nich  swoje,  lekko  i  czule,  a  Casey 
natychmiast  oddała  ten  pocałunek,  namiętnie  i  gorąco. 
Przeszedł ją dreszcz rozkoszy, zdała sobie sprawę, że całując 
ją unikał natarczywości. 

 -  Żadna  z  kobiet  moich  marzeń  nie  jest tak  słodka,  moja 

Ginevro - czuła jego oddech. Jego oczy lśniły, kręciło się jej w 
głowie,  znowu  się  całowali.  Wtulili  się  jedno  w  drugie,  z 
ufnością  i  oddaniem,  jakby  chcieli  udowodnić  sobie,  że  nie 
boją się przemijania. Potem odszedł. 

 -  Uważaj  na  siebie,  kiedy  mnie  nie  będzie.  -  Wrócił 

jeszcze. 

 - Ty też - wymruczała wstydliwie. 
Uśmiechnął  się,  jego  ostatni  pocałunek  był  delikatny  jak 

szept.  Nagle,  jakby  przemocą,  oderwał  się  od  niej  i 
gwałtownie wyszedł z pokoju. 

background image

Casey patrzyła znowu na zamknięte, znieruchomiałe drzwi 

i zastanawiała się, jakież to dziwne szaleństwo opanowywało 
ją, kiedy była z Danem. No, teraz to już na pewno ostatni raz 
się  z  nim  widziałam.  Całowanie  się  było...  hmm,  rozkoszne, 
ale koniec z tym. Trzeba myśleć o ważniejszych rzeczach. 

Zdjęła szlafrok i położyła się do łóżka, ale jakoś nie mogła 

myśleć  o  tych  ważniejszych  rzeczach.  Przed  oczami  miała 
ciągle wysokiego mężczyznę o ciemnych włosach. 

background image

Rozdział 4 
 - Na pewno wszystko dobrze? 
Casey  uśmiechnęła  się  szeroko  do  Judy.  -  Skąd!  Zaraz 

popruję  wszystkie  szwy  i  będziesz  musiała  dzwonić  po 
felczera. 

 -  Nareszcie  cię  poznaję,  mądralo  -  Judy  podała  jej 

oszronioną  szklankę  w  papierowej  serwetce.  -  To  koktajl 
Daiquiri.  Pij  i  mów  skąd  ta  nagła  decyzja  o  powrocie  do 
domu. Źle ci tam było? 

 -  Chyba  nie  mogłabym  tam  usiedzieć  ani  dnia,  ba!,  ani 

godziny dłużej. - Casey rozsiadła się wygodnie i rozejrzała po 
swoim pokoju. - Widzę że dbałaś o moje kwiaty. Dzięki. 

 - Pewno. - Judy przeciągnęła się na drugim końcu kanapy. 

Miała  osiem  wolnych  dni.  Jej  linia  lotnicza  raz  na  kilka 
miesięcy  dawała  jej  odetchnąć.  -  No  dobrze.  Gadaj,  co  się 
dzieje. Aha. Świetnie wyglądasz, jak na tę jatkę. 

Casey  zauważyła  jej  badawcze  spojrzenie.  Były 

przyjaciółkami  na  tyle  już  długo,  by  pozbyć  się  fałszywej 
skromności. 

 -  Od  kiedy  to  ci,  którzy  uciekli  spod  łopaty  wyglądają 

świetnie? 

 -  Nie  muszę  ci  chyba  mówić,  że  miałaś  cholerne 

szczęście. 

Judy  była  niewysoką  blondynką  o  szerokim,  zaraźliwym 

uśmiechu i niewyczerpanej energii. Nie była może piękna, ale 
była ładna. Casey nauczyła ją zręcznie i dyskretnie podkreślać 
najlepsze  strony  jej  urody:  wielkie,  brązowe  oczy  i 
nieskazitelnie gładką skórę. 

 - Tak. Mam szczęście że uszłam z życiem, ale wszystko w 

tym  życiu  jest  zrujnowane.  -  Zamknęła  na  moment  oczy, ale 
zaraz  znów  patrzyła  na  Judy.  -  Wiesz,  po  tym  wszystkim  co 
mi się przydarzyło widzę jasno, że jesteś niezastąpiona. Ciągle 

background image

jeszcze  nie  mogę  uwierzyć,  że  Neil  mnie  wyrzucił.  Po  tylu 
latach... 

 -  Neil  Hamilton  to  nędzny  parszywiec.  Pracowałaś  już 

przecież  dla  firmy  kilka  lat,  gdy  on  przyszedł.  Cały  czas  był 
zazdrosny o twoje umiejętności. A od kiedy zignorowałaś jego 
rady - czekał tylko na sposobność, żeby cię zwolnić. 

 - Ale najgorsze jest to, że ma prawo. Nie nadaję się już do 

pracy w reklamie. Judy żachnęła się. 

 - Teraz może nie, ale później? Boże, przecież setki kobiet 

cierpią z  powodu różnych  znamion  na  rękach  czy na  twarzy. 
Mogłabyś  być  dla  nich  prawdziwym  ratunkiem  ucząc  je,  jak 
mogą  dobrze  wyglądać  mimo  swej  niedoskonałości.  Wtedy 
dosłownie zabijałyby się dla kosmetyków „Allure". 

 - Hmm, to brzmi rozsądnie. Ale Neil na to nie pójdzie. 
 - „Allure" nie jest jedyną fabryką kosmetyków na świecie 

-  odparła  zapalczywie  Judy.  -  Jest  na  przykład  taka  japońska 
firma,  która  stara  się  zaczepić  na  amerykańskim  rynku. 
Spotkałam raz jej przedstawiciela, mogę załatwić ci wywiad. 

Casey  bezwiednie  podniosła  rękę  i  pogładziła  palcami 

pocięty  policzek.  Aż  się  spociła  na  samą  myśl  o  serii 
wywiadów, których musiałaby udzielić, by dostać pracę. Czy 
zniosłaby  to  nachalne  gapienie  się  na  nią,  te  wścibskie 
pytania?  Czy  mogłaby  znów  zaufać  swemu  profesjonalnemu 
instynktowi? Nie była tego pewna. 

 -  No...  może  później.  Na  razie  wzdragam  się  na  samo 

słowo  „wywiad".  Muszę  się  pozbierać,  muszę  pomyśleć,  jak 
mam  się  wziąć  w  garść.  Ubezpieczenie  pokryje  koszty 
operacji  plastycznej,  a  Dan  obiecał  zająć  się  rachunkiem  za 
szpital. Mam jeszcze trochę oszczędności, a i Eddie zjawił się 
wreszcie  z  moimi  pięcioma  setkami,  ale  muszę  jednocześnie 
gdzieś pracować. 

 -  Dobra,  rozumiem.  A  co  chcesz  robić?  W  kosmetykach 

można znaleźć też i inną pracę, nie tylko reklamową. 

background image

 -  Nie,  mam  dość  kosmetyków  -  powiedziała  Casey 

stanowczo. 

 -  Ale  zastanów  się!  Chcesz  lekką  ręką  odrzucić 

wieloletnie doświadczenie? 

 - Nie, przecież ze swego doświadczenia, choćby nawet się 

chciało, nie można zrezygnować. Ale teraz muszę to przerwać. 
Może kiedyś jeszcze powrócę, ale teraz nie. Na pewno nie. 

Judy opróżniła swoją szklankę i spuściła nogi z kanapy. 
 - Co powiesz na jeszcze jedną szklaneczkę? 
 - Powiem: cześć, następna szklaneczko, mogę się zalać. 
Casey  zamknęła  oczy,  gdy  Judy  nalewała  drinki.  Nagła 

decyzja  opuszczenia  szpitala,  sprzeczka  z  doktorem 
Mastersem, który raz po raz przypominał jej, że Dan Murdock 
chce  ją  tu  zastać  po  swoim  powrocie,  wreszcie  pakowanie, 
telefonowanie  do  Judy  i  jazda  do  domu  kosztowały  ją  więcej 
sił, niż przypuszczała. 

 - Muszę się wyrwać spod wpływu tego faceta, bo inaczej 

wytresuje mnie tak, że będę mu skakała przez płonącą obręcz - 
zwierzyła się. 

 -  Ach,  mówisz  o  Danie  Murdocku.  Ja  tam  gotowa 

byłabym skakać na pierwsze jego skinienie - powiedziała Judy 
spokojnie i usadowiła się na kanapie. 

Casey żałowała, że poruszyła ten temat. To przez drinka. 
 - Ha! I na czyje jeszcze? 
 -  Daj  spokój,  nie  podoba  ci  się?  Toż  to  przecież  Tom 

Selleck i Burt Reynolds stopieni w jedno! 

 - Nie jest w moim typie. Nie lubię władczych facetów. 
 -  Gadanie.  Jeśli  tylko  miałabym  kogoś,  kto  by  mnie 

ubierał  w  jedwabie,  obwoził  limuzyną  i  w  ogóle  stawał  na 
głowie, mógłby sobie być władczy, ile wlezie. 

Casey parsknęła śmiechem. 

background image

 -  Takich  jest  mnóstwo.  A  co  z  tym  Grekiem,  który, 

zamiast  lecieć  do  Nowego  Jorku,  koczował  na  schodach  pod 
twoimi drzwiami? 

 - Był gruby. Cała bym się schowała pod jego podwójnym 

podbródkiem - Judy skrzywiła się i znów rozśmieszyła Judy. - 
Ten  facet  leciał  na  ciebie,  Casey  -  powiedziała  już  serio.  - 
Zarzucił mnie mnóstwem pytań na twój temat. 

 - Mam nadzieję, że się wykręciłaś sianem. 
 -  Moja  droga,  powiedziałabym  mu  nawet,  jak  zrobić 

bombę wodorową,. gdyby był rosyjskim szpiegiem. 

 - Ładna z ciebie koleżanka. 
 -  To  nie  moja wina.  To  przez te  metr  osiemdziesiąt  bitej 

męskości. Dlaczego podczas żadnego z mych lotów nie wpadł 
mi  w  oko  taki  jak  on?  -  rozmarzyła  się.  -  Wiem,  że  jego 
rodzina to przedsiębiorcy drzewni, ale chyba nie to nadało mu 
taki... potężny wygląd. Pewnie, że to jakieś drzewo mogło mu 
spaść  na  łeb  i  trochę  skrzywić  nos,  ale  kiedy  zobaczyłam  te 
zdjęcia  w  magazynie  sportowym,  no,  no.  -  Jej  ciemne  oczy 
strzeliły  do  Casey.  -  Tak,  a  więc...  zagadka  się  wyjaśniła. 
Pewnie  ci  o  tym  mówił.  Czemu  mi  nic  nie  powiedziałaś?  - 
Judy udawała niewiniątko. 

 -  Nie,  opanuj  się.  O  czym  ty  gadasz?  -  Casey  była 

zdumiona.  Wiedziała,  że  Judy  drażni  się  z  nią,  bo  umierała 
wprost  z  ochoty  wypaplania  wszystkiego.  Zresztą  Casey 
uwielbiała ten ton ich rozmów: mówienie o rzeczach ważnych 
lekko, jakby były bez znaczenia. 

 -  No  tak,  wiedziałam,  że  puściłabyś  parę  z  ust,  gdyby  ci 

powiedział. Ale to dziwne, że nic nie wspomniał. Więc, kiedy 
otworzyłam  to  pismo  i  zobaczyłam  jego  zdjęcie  i  wielki 
nagłówek:  „Kanada  w  hołdzie  swemu  asowi  futbolu"  -  aż 
podskoczyłam na fotelu i wrzasnęłam na cały samolot: Znam 
go! Znam go, on jest wspaniały! 

background image

 -  E,  futbol.  Myślałam  że  powiesz,  że  jest  senatorem  czy 

coś takiego. 

 -  Senatorem?  A  któż  by  się  podniecał  jakimś  grubym, 

starczym senatorem? 

 - No to przynajmniej gubernatorem. 
 - A, tam! Nie jesteś zdziwiona? - Judy była rozczarowana. 
 -  Właściwie  nie.  Pan  Lancelot  na  polu  bitwy  na  pewno 

czuje się jak u siebie w domu bez względu na to czy to będzie 
boisko futbolowe, czy turniej rycerski. 

 - Ale czemu ci nic nie powiedział? Albo mnie? Siedział u 

mnie godzinami, kiedy pakowaliśmy twoje rzeczy. 

 -  Ja  myślę.  Aha,  może  podrzucisz  mnie  jutro  wozem, 

chciałabym się rozejrzeć za jakimś dobrym i mało używanym 
autem.  Moje  jest  kompletnie  zniszczone.  Ci  z  ubezpieczenia 
przysłali mi czek, ale to nie wystarczy na kupno nowego. 

 - O.K. Może uda się nam znaleźć jakąś lekko podstarzałą 

bryczkę, wyciąganą z szopy tylko na niedzielne przejażdżki do 
kościoła i z powrotem. 

Judy dopiła swego drinka i postawiła szklankę na stoliku. 
 -  Ale,  ale.  Mam  ekstrarandkę  jutro  wieczorem  - 

powiedziała, a  jej brązowe oczy mignęły żywo. - Wiesz, jest 
diabelnie  przystojny,  wysoki,  czarnowłosy,  z  wąsikiem  i 
pięknymi, niebieskimi oczami. Przeniósł się tu z Jacksonville i 
ma  najbardziej  seksowny,  południowy  akcent.  Sprowadzę  ci 
go tu, zanim wyjdziemy. 

 -  Czy  znasz  kogoś,  kto  wynająłby  mój  pokój  na  kilka 

miesięcy? 

 - Co? Chcesz wynająć? Co ci, na Boga, chodzi po głowie? 
 -  Nie  wiem  jeszcze,  ale  chyba  wyjadę  z  Portland.  Może 

do  Salem  albo  do  Corvallis.  Każde  z  tych  miast  jest 
wystarczająco  blisko,  bym  mogła  dojeżdżać  samochodem  na 
konsultacje  lekarskie.  Nie  stać  mnie  na  jednoczesne 
wynajmowanie  dwóch  mieszkań.  A  tego  tu,  może  trochę 

background image

później,  jeszcze  będę  potrzebowała.  Najprościej  będzie 
podnająć je komuś, ja wiem?... na pół roku. 

 - Kiedy wyjeżdżasz? 
 - Jak najszybciej. Na przykład w sobotę, jeśli tylko znajdę 

samochód. 

 - Wątpię, czy możesz prowadzić choćby przez kilometr - 

zaprotestowała Judy. - Jesteś słaba jak nowo narodzone kocię. 
Cóż u licha cię tak gna? 

 - Nie chcę się z nikim widzieć. Ani z Lindą, ani z nikim z 

pracy. Ani tym bardziej z nikim z paczki, z którą chodziłam na 
plażę  tego  lata.  Nie  zniosę  ukradkowych  spojrzeń  i 
opiekuńczych gestów. Muszę trochę pobyć sama. 

Judy zamrugała oczami. 
 -  Dobrze,  dobrze.  Cholera,  chyba  wiem  jak  musisz  się 

czuć.  Ale  pozwól,  że  to  ja  cię  zawiozę  gdzie  tylko  będziesz 
chciała.  Pomogę  ci  znaleźć  pokój  i  zainstalować  się.  Wrócę 
autobusem albo samolotem. I nie musisz od razu wychodzić i 
szukać  pracy,  co?  Odpocznij  sobie  kilka  tygodni,  żeby  się 
pozbierać. 

 -  Nie  będę  mogła,  jeśli  będę  musiała  się  martwić  o  to 

mieszkanie. 

 -  Zostaw  to  mnie.  Może  wypuszczę  je  Glenowi.  Ach...  - 

zatarła  ręce  i  aż  mlasnęła  językiem.  -  Czy  to  nie  byłoby 
świetnie? 

 - Glenowi, temu gładyszowi z Jacksonville? 
 - Jemu właśnie - Judy była zuchwała. - Czyż nie zręcznie 

to wymyśliłam? 

 - Świetnie. Jeśli potrafisz to dobrze rozegrać. 
 -  Będę  się  starać,  słowo  harcerza.  No,  zmykam  teraz, 

odpocznij  trochę.  -  W  drzwiach  odwróciła  się.  -  Wiesz, 
tęskniłam za tobą. 

background image

 -  Ja  też  za  tobą  tęskniłam.  Dzięki  za  wszystko  -  głos 

Casey  był  drżący.  Judy  zawsze,  jeśli  tylko  mogła,  skrywała 
swoje poważne uczucia. 

 -  A  tam!  Drobiazg  -  niedbale  machnęła  ręką.  -  Co  dzień 

ratuję życie jakiejś nieszczęsnej dziewicy. Pa! Do zobaczenia 
rano. 

Całymi  dniami  mogłaby  gadać,  a  tego,  na  pewno,  by  nie 

powiedziała  -  pomyślała  gorzko  Casey.  „Nieszczęsna 
dziewica". Jeszcze trzy tygodnie temu te słowa nie znaczyłyby 
nic. A teraz - niosły obraz twarzy Dana Murdocka. 

Po  tym,  jak  odleciał  do  Japonii,  przez  dwa  dni 

porządkowała  myśli  i  doszła  do  wniosku,  że  żadne  ich 
kontakty  nie  wchodzą  w  grę.  Nie  chciała  się  do  niego 
przywiązywać  i  wzgardziła  tym  dotąd  nie  znanym  jej, 
delikatnym  motylem  uczuć,  wzbijającym  się  wysoko,  kiedy 
On ją całował. Będąc w takim stanie - myślała - nie mogła go 
naprawdę zainteresować. Postanowiła trzymać się z daleka od 
jakiejkolwiek  gry,  którą  usiłował  prowadzić.  Pewnie  był 
typem mężczyzny wiecznie cierpiącego, wmówił w siebie, że 
ponosi  całkowitą  odpowiedzialność  za  wypadek  i  postanowił 
za  to  odpokutować.  Nie,  za  nic  nie  przekona  jej  do  pracy  w 
domu  jego  matki.  Pomoc  domowa!  Toż  to  jeszcze  jeden 
wymysł jego poplątanej wyobraźni! 

 - Dlaczego właśnie Newport? - Judy nacisnęła pedał gazu, 

samochód  nabrał  szybkości  i  wyprzedził  wielką  ciężarówkę, 
załadowaną kłodami drewna. 

 -  Nie  wiem.  Newport  jest  miłe  i  całkiem  ciekawe. 

Posiedzę sobie w domu jakieś dwa czy trzy tygodnie, pocieszę 
się  samotnością,  a  potem  zacznę  szukać  pracy.  Sezon 
turystyczny  już  się  kończy,  powinnam  znaleźć  coś 
sensownego. 

Casey czuła się znacznie lepiej z myślą, że znów zaczyna 

sobie radzić. Tył wozu zapchany był ciuchami, książkami, jej 

background image

małym  telewizorkiem  i  kompletem  bielizny.  Spojrzała  na 
Judy.  Jej  krótkie  włosy  fruwały  śmiesznie  na  wietrze, 
wpadającym  przez  otwarte  okna.  Casey  szczelnie  okręciła 
głowę chustką, pedantycznie zawiązując węzeł pod szyją. Nie 
chciała odsłaniać czoła i uszu. 

 - Zobacz, jakie wielkie wiśnie! - wykrzyknęła Judy. Napis 

na  szyldzie  głosił:  „Wiśnie,  benzyna  i  domki  do  wynajęcia". 
Judy  skręciła  w  zatoczkę;  w  pół  godziny  później  napis  „do 
wynajęcia"  zdjęto.  Stację  benzynową  i  sklep  z  owocami 
prowadziło  stare  małżeństwo  z  Salem.  Pomiędzy  drzewami 
kryły się cztery domki. Casey wzięła ten na skraju. Miał tylko 
jedno  pomieszczenie  z  łazienką,  pachniał  wsią,  ale  był 
wygodny i niezbyt oddalony od plaży. 

 - Chciałabym tu pomieszkać z tydzień - powiedziała Judy, 

gdy  już  rozładowały  samochód.  -  Może  w  autobusie  do 
Portland  spotkam  jakiegoś  przystojniaka.  Szeroka  pierś, 
wąskie biodra i umięśnione uda. 

 - Nie licz na to. 
 - Prawda. To on pierwszy cię zobaczył. 
 -  Mówiłam  ci,  nie  chcę  już  słyszeć  ani  słowa  o  Danie 

Murdocku! 

Judy została do poniedziałku. Rano pojechały do Newport, 

skąd  miała  autobus  do  Corvallis.  Casey  zrobiła  zakupy  i 
wróciła do swojej chatki. 

Wtorek i środa minęły szybko. 
Środa była właściwie nieco gorsza. Nie mogła pozbyć się 

myśli,  że  to  dziś  Dan  wraca  z  Japonii.  Po  jego  odjeździe 
powiedziała sobie, że to dobra sposobność, by przerwać jego 
wizyty  w  szpitalu.  Uregulował  już  koszty  leczenia.  Trzeba 
przyznać, że nie darł kotów z jej agentem ubezpieczeniowym. 
Powiedział, że sprawa jest prosta i jasna: jego firma płaci. 

W  pewnej  chwili  orzekła,  że  Dan  był  doskonałym 

aktorem. Robił wrażenie serdecznego, czułego. Gdyby dłużej 

background image

przebywała  z  nim  zakochałaby się,  zanim  by  się  spostrzegła. 
Aż się wzdrygnęła od takich myśli. Mógł być jeszcze jednym 
Eddiem  Farrow,  z  żoną  i  sześciorgiem  dzieci  czekających  w 
domu. 

Pod  koniec  tygodnia  Casey  mogła  już  chodzić  pieszo  do 

miasta  bez  większego  wysiłku.  Ze  spokojną  rozwagą  snuła 
plany  ułożenia  swego  życia.  Za  kilka  tygodni  pojedzie  do 
Salem  albo  do  Corvallis  i  przejrzy  oferty  pracy.  To  nie  musi 
być  nic  szczególnie  ważnego,  wystarczy,  jeśli  będzie  mogła 
związać  koniec  z  końcem,  czekając  na  serię  zabiegów  u 
chirurga  plastycznego.  W  wolnych  chwilach  po  pracy  będzie 
szyła dla małego sklepiku, który chciała założyć w jednym z 
małych  miasteczek  na  wybrzeżu.  Odzież  ręcznej  roboty  po 
umiarkowanych cenach. Była dobrą szwaczką, sama szyła dla 
siebie, dżinsy, które uszyła według własnego pomysłu służyły 
jej latami. Lubiła to i wiedziała, że ma do tego dryg: dodając 
to  i  owo  robiła  z  rzeczy  banalnych  wyjątkowe.  Często  całe 
dnie  spędzała  w  magazynach  mody,  sporządzała  wyciągi  i 
robiła szkice. 

Tak,  teraz,  kiedy  już  miała  cel,  świat  przedstawiał  się  jej 

jaśniej. Wkrótce zapomni o ciemnoszarych oczach, kanciastej 
szczęce i lekko skrzywionym nosie. 

W piątek  pojechała  samochodem do miasta. Kupiła nową 

książkę  swej  ulubionej  autorki  i  kilka  ilustrowanych 
magazynów.  Wieczorem,  po  kąpieli,  ułożyła  się  wygodnie  w 
łóżku  i  zaczęła  czytać.  Akcja  tak  ją  wciągnęła,  że 
przestraszyła  się,  gdy  nagle  zapukano  do  drzwi.  Stukanie 
powtórzyło się, usiadła na posłaniu. 

 - Tak? Kto tam? - spytała i sięgnęła po szlafrok. 
 -  Telefon  do  pani  -  głos  był  niski  i  stłumiony,  ledwie 

mogła  rozeznać  poszczególne  słowa.  Opatuliła  się  starannie 
szlafrokiem  i  rzuciła  okiem  w  lustro  sprawdzając,  czy  aby 
włosy porządnie kryją uszy i zasłaniają czoło. 

background image

 - Telefon? Do mnie? 
 - Tak. 
Musiało  się  stać  coś  strasznego,  skoro  Judy  dzwoni  o 

takiej  porze.  Rzuciła  się  do  drzwi.  Otworzyła  je  i... 
Bezwiednie  zakryła  usta  dłonią.  Wytrzeszczyła  oczy, 
przeszedł ją lodowaty dreszcz. 

Na zewnątrz, na szeroko rozstawionych nogach, stał Dan. 

Wcisnął  ręce  do  kieszeni  starej, znoszonej  bluzy  i  patrzył  jej 
prosto w oczy. Pomyślała, że mógłby rzucić się na nią i mocno 
potrząsnąć.  Ale  gdy  przemówił,  usłyszała  głos  opanowany, 
zimny jak lód: 

 -  Właśnie  się  wprowadziłem,  tu,  obok.  Chciałbym 

pożyczyć szklankę cukru. 

background image

Rozdział 5 
 - Dan - wyszeptała Casey nie wierząc własnym oczom. 
 -  Casey,  kochanie  -  coś  dziwnie  miękkiego  było  w  jego 

głosie, jakby chciał ją uspokoić, ukoić, jak wtedy, w nocy, gdy 
obudziła się z zabandażowanymi oczami. Otrząsnęła się. 

 - Co ty tu robisz? 
Wszedł  do  pokoju,  zamknął  drzwi  i  oparł  się  o  nie 

plecami. 

 - Przyszedłem po moją Ginevrę - powiedział po prostu. 
 -  Słuchaj,  Dan  -  powiedziała,  błagalnie  patrząc  mu  w 

oczy.  -  Dosyć  mam  zmartwień  w  życiu.  Zrozum,  muszę  się 
wziąć w garść, znaleźć pracę, zacząć wszystko od nowa. Nie 
przeszkadzaj  mi  w  tym.  Już  wszystko  sobie  obmyśliłam  i  w 
moich projektach na przyszłość nie ma dla ciebie miejsca. 

Odepchnął  się  od  drzwi  i  nagle  znalazł  się  tuż  przy  niej. 

Wydawało  się  jej,  że  jest  jeszcze  cięższy  i  potężniejszy  niż 
zwykle. Niemal prymitywny. 

 - Skąd jesteś taka pewna - spytał prawie ironicznie. 
 -  To  moje  własne  życie,  w  niczym  niepodobne  do 

twojego. - Zaśmiał się na te słowa. Miała ochotę uderzyć go w 
twarz. - Przestań się śmiać! - Wodziła oczami po jego twarzy, 
zirytowaną.  -  Dlaczego?  Dlaczego  ciągniesz  ten  związek? 
Przecież jestem dla ciebie zupełnie obca! 

 -  Obca?  -  Patrzył  w  zamyśleniu,  jego  palce  bawiły  się 

kosmykiem jej włosów. - To prawda, że nie znamy się długo. 
Ale  z  tego,  co  widzę,  jesteś  inteligentna,  dowcipna,  masz 
kapryśne  usposobienie.  Wiem  więc,  że  nigdy  bym  się  z  tobą 
nie  nudził,  nawet  przez  milion  lat.  Od  samego  początku 
wiedziałem, że w jakiś niepojęty sposób pasujemy do siebie. I 
ty mi mówisz, że jesteś obca? 

Rysy  Casey  stężały  jakby  wykute  w  kamieniu,  oczy 

patrzyły zimno. 

background image

 -  Jeśli  szukasz  kogoś,  z  kim  mógłbyś  się  rozerwać  w 

łóżku, to daj sobie spokój. To nie w moim stylu. 

Ujął  ją  pod  brodę  i  przytrzymał  tak,  żeby  na  niego 

patrzyła. 

 - Uwierz mi, Casey. Te rozrywki z tobą nigdy by mi przez 

myśl  nie  przeszły.  -  Głaskał  jej  ramiona.  -  Och,  nie  wiem, 
gdzie można cię dotykać - powiedział ze smutkiem. Ostrożnie 
próbował ją objąć, ale patrzył przy tym uważnie, czy aby nie 
sprawia jej bólu. 

Nie  słuchała  wcale,  widziała  tylko  jego  usta,  gdy  się  ku 

niej nachylał. Instynktownie podniosła rękę, ale gdy dotknęła 
nią  jego  wypukłej  piersi  -  jej  gest  przestał  być  obronny. 
Całował ją namiętnie - wolno i zmysłowo i ona go całowała, 
chcąc panować nad jego podnieceniem. Wdychała zapach jego 
wody  po  goleniu,  jej  język  rozkoszował  się  świeżością  jego 
ust.  Oddychał  szybciej,  czuła  uderzenia  jego  serca,  choć 
obejmował ją niezbyt mocno, ostrożnie. Przesunął ręce w dół, 
na jej biodra i gładził je pieszczotliwie, całując ją mocniej w 
rosnącej  gorączce.  Resztką  zdrowego  rozsądku  pojęła,  że 
wciąga  ją  na  niebezpieczny  grunt,  że  koniecznie  musi  coś 
zrobić i to zaraz, bo za chwilę może być za późno. 

 -  Dan,...  proszę  -  ledwo  mogła  to  powiedzieć.  Sięgnął 

ręką, by zebrać włosy z jej twarzy. Wyrwała mu się. - Zostaw! 
- odwróciła się i nerwowymi ruchami dłoni szarpała nierówne 
kosmyki, opuszczając je na oczy. 

Stał za nią, blisko, ujmując jej ramiona. 
 - Casey - jego głos drżał. - Wiesz, że nie przyjechałem tu 

na jedną noc - przytulił się do niej, szorstki zarost skrobał ją w 
policzek,  czuła  wyraźnie  puls  jego  serca.  Pocałował  ją 
pieszczotliwie pod uchem. - Kiedy będziemy się kochali, chcę, 
żebyś  była  już  w  pełni  sił.  Bo  nie  wiem,  czy  zawsze  będę 
mógł być delikatny, moja Ginevro. 

background image

 -  Proszę,  nie  nazywaj  mnie  tak.  Wiesz  przecież,  że  nie 

było  nigdy  żadnego  zamku  Camelot  ani  żadnej  królowej 
Ginevry - rozpaczliwie próbowała zachować zdrowy rozsądek. 

 -  Kto  ci  tak  powiedział?  Ależ  to  oczywiste,  że  istniał  i 

Lancelot,  i  jego  królowa,  i  Merlin,  i  Morgan  Czarodziejka 
dlatego,  że  w  nich  wierzymy!  -  Ujął  dłońmi  jej  głowę, 
obróciła  się.  -  Nie  bój  się.  Nasza  miłość  także  dla  mnie  jest 
nowością.  Jeszcze  kilka  tygodni  temu  nie  pomyślałbym,  że 
mogę  się  w  kimś  zakochać,  że  mogę  ciągle  o  kimś  myśleć. 
Musiałem tu  do ciebie przyjechać, pobyć z tobą choć trochę, 
może odpowiedzieć sobie na pytanie, co takiego w tobie jest, 
że mnie tak bardzo fascynuje? - Objął ją w talii. - Czy nie boli, 
kiedy cię tu dotykam? 

 -  Nie  -  wyszeptała.  -  Ból  czuję  jeszcze  tylko  w  dwóch 

miejscach. 

 - Pierś i ucho? - Kiwnęła głową. - Będę uważał, obiecuję - 

patrzył  w  jej  oczy,  pochylił  głowę,  ucałował  ją  znowu.  Stała 
przy  nim,  spokojna,  nieruchoma.  Zamykała  oczy,  kiedy  ją 
całował,  rozsmakowywała  się  w  dotyku  jego  ust.  Ujął  jej 
dłonie  i  położył  je  na  swych  ramionach.  -  Pocałuj  mnie  - 
prosił. Potem rzekł: - Masz zimne ręce. Wracaj do łóżka. 

Nieśmiało, z wahaniem oddała mu pocałunek i cofnęła się. 
Nie  dał  jej  odejść,  znów  wziął  ją  w  ramiona.  Bez  słowa 

poprowadził  ją  do  łóżka  i  ułożył  na  pościeli.  Dotknął  jej 
bosych stóp. 

 -  Zimne  jak  lód.  Czemu  nic  mi  nie  mówiłaś?  -  Wziął 

najpierw  jedną,  potem  drugą  stopę  w  swe  szerokie  dłonie  aż 
poczuła, że ciepło powraca. Leżała jak w transie aż do chwili, 
kiedy sięgnął do paska szlafroka. 

 - Nie, nie, zostaw! - złapała go za rękę. Popatrzył na nią. 
 -  Cśś.  Nie  zrobię  ci  krzywdy,  zaufaj  mi.  -  Było  coś  tak 

czułego i cierpliwego w jego głosie, że wbrew swym obawom 
ustąpiła. Powiedziała słabo, błagalnie: 

background image

 - Nie, nie chcę zdejmować... 
 -  Dobrze,  dobrze.  Ale  właź  pod  koc.  -  Zdjął  z  poduszki 

otwartą  książkę  i  położył  na  stoliku.  Potem  przykrył  Casey  i 
sam  zaczął  rozpinać  guziki  bluzy.  Spojrzała  na  niego  w 
panice. 

 - Umieram z głodu. Mam nadzieję, że znajdę coś w twojej 

lodówce.  -  Rzucił  bluzę  na  skraj  łóżka  i  wszedł  do  malutkiej 
kuchenki,  którą  niemal  w  całości  wypełnił  swym  potężnym 
ciałem.  -  Nie  miałem  czasu,  żeby  choć  na  chwilę  się  gdzieś 
zatrzymać.  Musiałem  znaleźć  to  twoje  osiedle  przed 
zmrokiem.  -  Poruszał  się  cicho.  Wziął  ser,  chleb,  jajka  i 
położył  na  stole.  -  Zrobię  sobie  omlet  z  serem.  Chcesz?  - 
zanim  przecząco  pokręciła  głową,  odwrócił  się,  by  wyjąć 
patelnię.  -  Tak,  to  jest  to.  Jajka  w  niczym  się  tak  fajnie  nie 
smażą jak w grubej, żelaznej brytfannie. 

Casey  obserwowała  go  zaciekawiona,  lekko  uśmiechnęła 

się,  gdy  uważnie  rozbijał  jajka.  Nagle  uświadomiła  sobie,  że 
jest  jej  dobrze,  że  czuje  się  cudownie,  gdy  on  krzątał  się  tuż 
obok, zaabsorbowany. Cóż to było takiego, co przykuwało do 
niego  jej  wzrok,  czemuż  to  miała  wrażenie,  że  jest  jej  taki 
bliski,  tak  dobrze  znajomy?  Świetnie  sobie  radził  w  kuchni. 
Nalał  oliwy  na  patelnię,  chwycił  ją  przez  szmatkę  i  zręcznie 
poruszył tak, by gorący tłuszcz rozlał się równomiernie. 

Pogwizdując  wyrzucił  na  talerz  gruby,  pulchny  omlet  i 

uśmiechnął się do niej, zadowolony. 

 - Zazwyczaj, kiedy chcę się wykazać moimi kuchennymi 

talentami,  wszystko  idzie  źle.  Ale  dziś  mam  chyba  dobry 
dzień. - Ukroił kromkę chleba i z talerzem w ręku powędrował 
do jej łóżka. 

 -  Pani,  spróbujcie  proszę  -  rzekł  dwornie  i  mrugnął 

wesoło. Casey po prostu nie mogła nie odpowiedzieć. 

background image

 - Słucham was, panie - odparła z powagą. - O, gdybyście 

tylko  panie  byli  równie  zręczni  w  szermierce,  jak  jesteście  z 
patelnią - jej oczy śmiały się do niego. 

Postawił talerz przy niej, na łóżku. 
 -  Równie  zręcznie  radzę  sobie  z  prędkimi  w  gębie 

podwikami,  pani.  -  Podniósł  się.  -  Chętnie  wam  pokażę,  gdy 
tylko okazji stanie. 

Casey  nie  mogła  się  opanować  i  wybuchnęła  śmiechem. 

Czuła się wspaniale, odprężona i pogodna. Właściwie to nigdy 
nie było jej tak dobrze. 

 -  Chcesz  jeszcze?  -  Dan  usiadł  na  krześle  obok  łóżka 

trzymając swój talerz. 

 -  Nie,  dzięki.  Właściwie  to  nie  byłam  głodna,  ale  twój 

omlet pachniał tak smakowicie, że nie mogłam się oprzeć. 

Włączył  potem  telewizor  i,  jakby  to  już  robił  setki  razy, 

wyciągnął się w nogach jej łóżka. 

 -  Obejrzymy  tylko  wiadomości  i  pójdę  sobie,  żebyś 

nareszcie mogła się przespać. - Pomył już naczynia i sprzątnął 
w  kuchni.  -  Jutro  pojedziemy  na  targ  mięsny  i  kupimy 
żeberka. Będziesz jadła jak królowa. 

Casey  z  trudem  przełknęła  ślinę  i  zanim  pomyślała, 

spytała: 

 - Jak długo będziesz mógł zostać? 
 - Och, nie wiem. A co, masz mnie już dość? Przeciwnie! - 

pomyślała. A na głos powiedziała: 

 -  Nie  zastanawiałam  się  nad  tym.  Jak  mnie  znalazłeś? 

Jedyną  osobą,  która  wiedziała,  że  tu  jestem,  była  Judy. 
Wprawdzie  nie  mówiłam  jej,  że  chcę  się  ukryć,  ale  i  tak 
pewnie się domyśliła, że nie mam ochoty się z nikim widzieć. 

 -  Tak,  to  ona  mi  powiedziała,  ale  nie  złość  się  na  nią. 

Zmusiłem ją. Usiadłem na schodach i zagroziłem, że powiem 
jakiemuś  Glenowi,  że  jestem  jej  mężem.  -  Roześmiał  się.  - 
Fajna z niej dziewucha. 

background image

 - To nie fair - powiedziała Casey, ale uśmiechnęła się. 
 - Byle skutecznie! 
 - Słuchaj, czy Judy wynajęła już mój pokój? 
 - Tak, ma już kogoś, kto się nim zaopiekuje na pół roku. 

Potem  z  pewnością  będziesz  chciała  wrócić.  Bo,  z  tego  co 
mówił doktor, przejdziesz kilka operacji, ale żadna z nich nie 
będzie  wymagała  leżenia  w  szpitalu.  -  Przez  chwilę  oboje 
milczeli.  Dan  oglądał  dziennik,  ale  Casey  była  na  to  zbyt 
niespokojna. 

 - Jak tam twoja podróż? - przerwała milczenie. 
 - Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy zadzwoniłem 

i dowiedziałem się, że się wypisałaś ze szpitala. 

 - Dzwoniłeś z Japonii?! - nie posiadała się ze zdumienia, 

zdecydował się na taki koszt, żeby z nią porozmawiać! 

 -  Przecież  wiedziałaś,  że  zadzwonię.  Jeszcze  przedtem 

dzwoniłem z Meksyku - podniósł się i oparł na łokciu. 

 - Z Meksyku? 
 -  Czemu  nie  poczekałaś  na  mnie?  Przydałoby  ci  się  tych 

kilka  dni  opieki  więcej.  Przestraszyła  się  wymówek,  których 
jej jednak nie robił. Ale znalazła siłę na odpowiedź: 

 - Nie potrzebowałam twojej zgody, żeby wrócić do domu 

i tak samo nie potrzebuję twoich opinii na temat tego, co jest 
dla  mnie  dobre,  a  co  nie.  -  Zadrżała  jednak  widząc,  że  jego 
twarz się zmienia. Ale nie była to zmiana w gniew, raczej w 
rozbawienie,  które  narastało,  aż  wybuchnął  gromkim 
śmiechem. 

 -  O,  to  jeszcze  jedna  rzecz,  która  mnie  w  tobie  drażni  - 

parsknęła  ze  złością.  -  Śmiejesz  się  zawsze  w  najmniej 
odpowiednim momencie. 

 - Nie, koniecznie muszę cię przedstawić moim braciom - 

powiedział, ciągle się śmiejąc. Podciągnął się na łóżku i leżał 
teraz obok niej z policzkiem opartym na dłoni. 

background image

Spojrzała  na  niego,  ciemne  oczy  i  zmysłowe  usta  były 

niebezpiecznie blisko. 

 -  Wątpię,  czy  kiedykolwiek  będziesz  miał  okazję.  - 

Chciała jeszcze dodać: a poza tym wyłaź z mojego łóżka - ale 
wtedy domyśliłby się, że to jego bliskość budzi w niej drżenie. 

 - Na razie nie zawracajmy sobie tym głowy - pochylił się 

nad nią i szturchnął ją nosem. 

 -  Uwielbiam  twoje  oczy.  Przypominają  oczy  małego 

kotka: złote, okrągłe, przestraszone tak, jakbym mógł zrobić ci 
krzywdę.  A  przecież  nie  mogę.  Za  nic  w  świecie  nie 
skrzywdzę mojego małego kotka - ostatnie słowa wymruczał, 
tak właśnie jak kot. 

Objął  ją,  poczuła  ciepło  jego  ręki  na  brzuchu  i  drgnęła. 

Wróciło  do  niej  poczucie  niezwykłej  i  silnej  więzi  pomiędzy 
nimi, jak wtedy, w szpitalu, kiedy uspokajał ją sam dotyk jego 
dłoni.  Ostrożnie  przesunął  rękę  i  lekko  położył  ją  na  jej 
zdrowej  piersi.  Boże!  Cóż  miała  robić!  Był  tak  delikatny, 
taki...  słodki.  Gdyby  tylko  spotkali  się  wcześniej,  ach, 
kochałaby  go,  kołysała  mu  głowę  na  swych  piersiach, 
przytulała do nich  z  całych  sił. Kochałaby go? A więc jest w 
nim  zakochana!  Nagle,  gdy  tylko  sobie  to  uprzytomniła, 
odczuła  siłę  tego  uczucia.  Było  potężne,  było  mocarne  i 
wspaniałe.  Chciała  mu  powiedzieć,  że  jest  taka  słaba, 
zmęczona i żeby ją kochał mocno, mocno - tak, jak... ona go 
kocha. Ale nie powiedziała nic. Leżała cicho wiedząc, że być 
może domyśla się wszystkiego, gdy pod swą dłonią czuje jak 
łomocze jej serce. 

 -  Chciałbym  z  tobą  zostać  -  czule  szepnął  jej  na  ucho.  - 

Mógłbym spać tutaj - mówił jakby sam do siebie - ale jeszcze 
przycisnę  cię  w  nocy  i  sprawię  ci  ból.  Ach,  moja  kochana, 
gdybyś ty wiedziała, jak mnie kusisz! - westchnął. - Gdybym 
nie był rycerzem tak honorowym - porwałbym cię i dostał to, 

background image

czego chcę - mówiąc to poszczypywał i łaskotał językiem jej 
ucho. 

 -  Porwał  i  dostał  to,  czego  chcę!  -  zakrztusiła  się  od 

śmiechu.  -  Czy  nie  jesteście  aby  zbyt  dramatycznym,  mój 
panie? 

 - Usiłujecie pani drwiną stłumić mój żar? Zmusza mię to 

do nauczenia was szacunku, jaki winniście swemu władcy. 

Nie  mogła  już  wytrzymać,  uciekła  ze  swym  uchem  z 

zasięgu jego języka. - To łaskocze! 

 - Ich twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów. Patrzyła 

mu w oczy, lśniące diabelskim uśmieszkiem, obejmował ją. 

 - Nie uwierzysz mi, ale nigdy nie byłem szczęśliwszy niż 

teraz  -  powiedział,  a  w  głosie  tym  było  tyle  bólu,  że  odparła 
natychmiast, bez namysłu: 

 - Wierzę. 
 - A ty? 
 - Nie jestem... już smutna - szepnęła. 
Dotknął  nosem  jej  nosa,  leżeli  tak  przez  chwilę,  ich  usta 

niemal  się  stykały.  Poruszył  nimi  tak cicho,  że  z  samego  ich 
ruchu odczytała: 

 - To dopiero początek. 
Leżała  spokojnie  myśląc,  że  może  przecież  w  każdej 

chwili odwrócić twarz. Ale nie, nie liczyło się nic oprócz jego 
szerokiej, silnej piersi obok, równego bicia serca, które czuła 
całym ciałem, poczucia spokoju i ulgi jakimi emanował. Choć 
nie mogła tego zobaczyć, wiedziała, że się do niej uśmiechał. 

 - Jesteś małym, ciepłym kotkiem. Zdaje mi się, że słyszę 

jak mruczysz - szepnął. 

 - Potrafię też drapać - mruknęła sennie. 
Poszukał  ręką  jej  dłoni.  Delikatnie  rozwarł  jej  palce  i 

przytulił je do swego policzka. Sam wsunął rękę pomiędzy jej 
piersi, palcami pieszcząc szyję i usta. Jego gest był tak prosty i 
słodki, obudził w niej pragnienie dotykania i bycia dotykaną. 

background image

Serce  wypełniła  jej  czułość  dla  tego  szorstkiego,  a  czasem 
nieznośnego  mężczyzny.  Poruszyła  palcami  i  pogłaskała 
chropawą od zarostu skórę koło ucha. 

Spojrzał  na  nią,  było  w  tych  oczach  tyle  rozmarzenia,  że 

serce zaczęło jej walić jak młotem. Pocałował ją czule, niemal 
z  czcią.  To  był  miłosny  pocałunek,  więcej  nawet,  pocałunek 
zakochanego i taki też starała się oddać. 

Całował ją czule, miękko, ale opierał się, gdy, położywszy 

rękę na jego karku, mocniej go w swoje usta wciskała. 

 - Kochanie moje. To na razie wszystko, co możemy mieć 

- wyszeptał i spojrzał jej głęboko w oczy. 

Przez  kilka  zaczarowanych  chwil  Casey  zapomniała  o 

swoim lęku przed zbytnim zbliżeniem się do tego mężczyzny. 
Bycie kochaną i pieszczoną było dla niej uczuciem nowym i, 
dzięki  niemu,  daleko  głębszym  i  silniejszym,  niż  mogłaby 
marzyć. Aż się jej kręciło w głowie, zamknęła oczy. Poczuła, 
że poruszył się. Wstał z łóżka. Powoli otworzyła oczy. Patrzył 
na nią. 

 -  Nie  wstawaj.  Wyłączę  telewizor,  zgaszę  światło  i 

zamknę drzwi - wyciągnął rękę, podała mu swoją. 

 - Dobranoc, Ginevro. 
 - Dobranoc, mój panie. 
Lekko ścisnął jej dłoń, a potem pogasił światła. 
Odszedł. Zatęskniła za nim natychmiast, odwróciła głowę 

ku  miejscu  na  poduszce,  gdzie  jeszcze  przed  chwilą  leżał. 
Ciągle  czuła  najdelikatniejszy  cytrynowy  zapach  wody  po 
goleniu.  Zasypiała  ze  smakiem  jędrnych,  gorących  ust, 
śmiejących  się  oczu,  z  uczuciem  obejmujących  ją  silnie 
ramion.  Nagle  dobiegł  ją  odgłos  klucza  przekręcanego  w 
zamku; oprzytomniała. 

Drzwi otwarły się. 
 - Nie bój się, to ja. - Zamknął zasuwę. - Nie przygotowali 

mi łóżka. Ani mi się śni spać na gołym materacu - niepewnie, 

background image

po omacku zbliżał się do łóżka. Usiadł, usłyszała stukot butów 
spadających na podłogę. 

Coś ścisnęło ją w gardle, nie mogła powiedzieć ani słowa. 

Leżała,  miętosząc  w  ciemności  skrawek  szlafroka,  nagle 
wstrząsnęła nią świadomość, że będą, że muszą spać razem. 

 - Dan... - chciała wstać, ale powstrzymał ją. 
 - Masz jeszcze na sobie szlafrok? Zdejmij go, kochanie i 

chodźmy  spać.  Uff,  jestem  tak  zmęczony,  jakbym  przejechał 
dziś  całą  Amerykę.  -  Podniósł  koc  i  wśliznął  się  do  łóżka.  - 
Pocałuj mnie na dobranoc - łatwo odszukał jej usta, zdumiało 
ją,  jakie  to  naturalne.  -  Nie  będzie  ci  za  gorąco  w  tym 
szlafroku? 

 - Nie. 
 -  Jak  chcesz.  Daj  mi  rękę.  Wcale  nie  chciało  mi  się  od 

ciebie  odchodzić,  a  kiedy  zobaczyłem  to  gołe  łóżko, 
pomyślałem,  że  to  dobry  pretekst  by  wrócić.  -  Ułożył  się  na 
plecach  i  trzymał  ją  za  rękę.  -  Dobranoc,  Ginevro.  Jestem 
doprawdy  najbardziej  prawy  ze  wszystkich  rycerzy  króla 
Artura. 

background image

Rozdział 6 
Casey obudziła się. Leżała  na  boku, z głową na krawędzi 

łóżka  i  odrzuconą  poza  nie  ręką.  Natychmiast  zobaczyła 
drelichową  bluzę  Dana,  przerzuconą  przez  oparcie  krzesła. 
Zapragnęła  obrócić  się  i  popatrzeć  na  niego,  zobaczyć  jak 
wygląda,  kiedy  śpi.  Usiłowała  pogodzić  ze  sobą  te 
sprzeczności, jakimi były wcześniejsze jej postanowienia i to, 
że  mimo  wszystko  jednak  spali  razem,  ale  i  chciała 
jednocześnie  zachować  pogodę  ducha,  niezakłóconą  zbyt 
usilnymi  rozmyślaniami.  Nad  swymi  uczuciami  zastanawiała 
się  przez  całą  noc,  w  końcu  zmęczenie  zesłało  jej  błogi  sen. 
Wszystkie pytania pozostały nie rozstrzygnięte. 

Skoro już się przebudziła nie mogła leżeć bez ruchu. Plecy 

i  noga  aż  ścierpły  jej  od  długiego  przykurczenia.  Ostrożnie 
rozwiązała szlafrok i zdjęła go, starając się nie dotykać piersi. 
Powoli  opuszczała  stopy  na  podłogę.  Ale  przy  pierwszym 
żywszym ruchu poczuła, że Dan już nie śpi. 

Odwróciła się i zobaczyła, że się jej przygląda. Uśmiechał 

się leciutko i patrzył na nią ciepło, tkliwie. 

 - Przepraszam, nie chciałam cię obudzić. 
 - Nie, nie spałem już. 
Popatrzyła  na  niego,  przeszedł  ją  dreszcz  podniecenia. 

Miał  na  sobie  szorty,  a  koc,  którym  się  owinął,  uwydatniał 
jego  prężne  biodra.  Ponad  nimi  widziała  pięknie 
ukształtowany  tors,  gładki  i  harmonijnie  umięśniony,  jakby 
cudnie  rzeźbiony  ręką  starożytnego  artysty.  Na  widok  jego 
czarującego  uśmiechu  drgnęło  jej  serce.  Był  wprost 
porażająco  męski  i  atrakcyjny,  fizycznie  i  psychicznie,  to 
piękno  było  dla  niej  aż  bolesne.  Po  raz  pierwszy  w  życiu 
poczuła zwierzęcy, prymitywny zew płci, pożądanie silniejsze 
niż  wszystko.  Jęknęła  prawie,  gdy  zdała  sobie  sprawę,  jak 
bardzo jest zakochana, zakochania pierwszy raz! 

background image

Założył  ręce  pod  głowę  i  przeciągnął  się,  raz  i  drugi,  aż 

mu  chrupnęło  w  stawach.  Casey  patrzyła  na  niego, 
zafascynowana.  Nagle  poczuła  silne  pragnienie,  by 
przeciągnąć  ręką  wzdłuż  jego wyprężonego  ciała  i  zobaczyć, 
jakie  jest  twarde,  jędrne  i  umięśnione.  Narastało  w  niej 
napięcie, gdzieś z głębi, od środka. Wyprostowała się siedząc i 
zahuśtała nogą przewieszoną przez krawędź łóżka. 

 -  Kochanie,  daj  mi  ręcznik,  wezmę  prysznic  w  moim 

domku - zawołał, zanim zamknęła za sobą drzwi łazienki. 

Wzięła  ręcznik  z  półki  i  podała  mu  przez  nie  domknięte 

drzwi,  a  potem  zatrzasnęła  je.  Usłyszała,  jak  parsknął 
śmiechem.  Doskonale  mogła  sobie  wyobrazić  chłopięcą, 
szelmowską  wesołość  na  jego  twarzy.  Wiedział,  że  się  jej 
podoba. Na widok swej twarzy w lustrze skrzywiła się. Czemu 
on  nie  chce  zrozumieć,  że  są  dwojgiem  ludzi,  których  dzieli 
wszystko?  Nic,  nic  nie  mogła  mu  dać.  Nie  miała  dość 
doświadczenia,  by  być  dla  niego  dobrą  partnerką  w  łóżku. 
Przecież  mógł  znaleźć  sobie  lepszą,  na  pewno  mnóstwo 
dziewczyn  kręciło  się  koło  tak  znanego  sportowca.  Ale  nie, 
uwziął  się  właśnie  na  nią.  Przywykła  już  do  samotności  w 
życiu  i  nie  chciała  zepsuć  tego  jakąś  głupią,  a  bolesną, 
przygodą. 

Rozebrała się i odwróciła ku wielkiemu lustru, wiszącemu 

na drzwiach. Może i jest pokaleczona od stóp do głów, ale nic 
nie  może  odebrać  jej  siły,  wytrzymałości  i  dumy.  Dobrze,  a 
więc weźmie to na swoje barki, nie załamie się pod ciężarem 
skutków tej przelotnej miłostki. Z tym postanowieniem weszła 
pod prysznic i puściła wodę na cały regulator. 

Kiedy  wychodziła  z  łazienki  Dan  wchodził  już  w  drzwi 

domku.  Zatrzymał  się  na  moment  i.  szeroko  do  niej 
uśmiechnął.  Schował  koszulę  w  spodnie  i  poprawił  pasek. 
Miał  na  sobie  niebieski  pulower  z  aligatorem  na  kieszonce, 
pięknie  leżący  na  jego  wypukłym  torsie.  Mokre  włosy  i 

background image

gładko  ogolone  policzki,  pomyślała, że jest  szybki  i  zręczny, 
skoro  ogarnął  się  tak  błyskawicznie  i  zdążył  jeszcze  wrócić, 
gdy ona dumała przed lustrem, kąpała się, ubierała i nakładała 
makijaż. 

Nawet  nie  podejrzewała,  jak  ładnie  wygląda.  Obcisłe 

dżinsy  podkreślały  jej  wysoką,  szczupłą  sylwetkę,  a  zielona, 
kraciasta bluzka harmonizowała z jej bursztynowymi oczami i 
blond  włosami.  Wodził  za  nią  oczami  z  nieskrywanym 
podziwem. Nie mógł się opanować, by nie patrzeć na jej bujne 
piersi,  których  kształty  zgadywał  pod  cienką  bawełną 
koszulki.  Mimowolnie  dotknęła  palcami  guzików  pod  szyją 
sprawdzając,  czy  są  zapięte.  Od  czasu  wypadku  nie  nosiła 
biustonosza. 

 -  Pewnie  jesteś  na  diecie  i  na  śniadanie  wypijesz  tylko 

małą kawkę? - drażnił się z nią. 

 - Muszę cię rozczarować. Jadam królewskie śniadania. 
 - Świetnie! - rzekł. - To chodź. Znam takie miejsce, gdzie 

dadzą  nam  fantastycznie  jeść:  szynka,  świeże  bułki  i  sos  od 
pieczeni. 

Zatrzymała się. 
 - Jak tam pogodą? 
 -  Lepiej  weź  kurtkę  albo  sweter.  Wieje  dokuczliwa 

morka. 

Casey  otuliła  głowę  szalem  i  owinęła  go  wokół  szyi. 

Wziął  klucze  i  wyszli.  Samochód,  do  którego  ją  prowadził, 
idealnie  do  niego  pasował.  Zupełnie  nie  mogła  sobie 
wyobrazić,  jak  Dan  wciska  się  do  jakiejś  sportowej  torpedy, 
zawieszonej  kilka  centymetrów  nad  ziemią  i  sadowi  w 
półleżącym fotelu. Siedzenia w samochodzie obciągnięte były 
miękką,  żółtą  skórą  i  służyły  raczej  dla  wygody,  niż  dla 
ozdoby. 

 -  Znasz  te  okolice?  -  spytała,  gdy  wyprowadził  wóz  na 

autostradę i skręcił na południe. 

background image

 - Jasne. Jeżdżę tu na ślimaki. Ja i moi bracia jesteśmy tu 

kilka razy w roku, w sezonie. Nurkowałaś kiedy? 

 -  Nie,  ale  zawsze  miałam  ochotę.  -  Chciała,  by  mówił 

jeszcze  o  braciach,  ale  odezwał  się  zanim  jeszcze  obmyśliła 
pytanie. 

 - Bracia zastępowali mi ojca, kiedy umarł. Miałem wtedy 

czternaście lat. Są ode mnie starsi, jeden o dwanaście, drugi o 
czternaście  lat.  Wiesz,  chyba  znalazłem  się  na  świecie  przez 
przypadek,  zdaje  się,  że  dla  moich  rodziców  to  była  swego 
rodzaju niespodzianka - spojrzał na nią ze śmiechem. - Bracia 
rozpieścili mnie strasznie, ale i zalali sadła za skórę. We trójkę 
prowadziliśmy  interes,  ale  ponieważ  tylko  ja  jestem 
kawalerem, zwykle, w interesach jeżdżę ja. Coś mi się zdaje, 
że to się źle dla mnie skończy. 

Jego  ostatnie  słowa  zażenowały  ją,  więc  odpaliła  szybko, 

bez zastanowienia: - A... czy mają dzieci? 

 -  Czy  mają  dzieci?  Myślę,  że  żona  Hanka  na  szesnaście 

lat  małżeństwa  w  ciąży  chodziła  pięć.  Mają  siódemkę.  Fred 
ma tylko piątkę. 

 - Nie lubisz dzieci? - spytała odrobinę zniżonym głosem. 
 -  Jasne!  Kto  ci  powiedział,  że  nie?  Chcę  mieć  wszystko. 

Mam już dom, psa i ciężarówkę. - Spojrzał na nią przeciągle, 
zrozumiała, że czeka na odpowiedź. 

 -  Bo...  z  tego,  co  mówiłeś,  nie  myślałam,  że  podzielasz 

upodobania braci do licznych rodzin. 

 - Rosłem w samotności. Tego nie życzę żadnemu dziecku. 

- Skręcił na parking przed długim, niskim budynkiem i zgasił 
silnik. Zanim wysiadł, zagadnął ją: 

 -  A  ty  byłaś  jedynaczką.  Nigdy  nie  chciałaś  mieć  braci 

albo sióstr? 

 -  Jeszcze  jak!  -  powiedziała  cicho.  -  Jedynaczka  jest 

zostawiona  sama  sobie  kiedy,  na  przykład,  zachoruje  matka 

background image

albo...  albo  gdy  ojciec  jest  łajdakiem.  Zawsze,  zawsze 
chciałam mieć brata lub siostrę. 

Sięgnął  do  jej  dłoni,  które  zwinęła  w  piąstki  i  ukryła  w 

fałdach swetra. 

 - Zawstydzasz mnie. Użalam się nad moimi szczenięcymi 

latami,  a  mam  przecież  przynajmniej  moich  braci  i  ich 
rodziny. 

Odwróciła  głowę  i  udawała,  że  patrzy  przez  tylną  szybę. 

Oczy miała pełne łez. 

 -  Idziemy  wreszcie  coś  zjeść?  -  oblizała  wyschnięte 

wargi,  żałując  teraz,  że  powiedziała  mu  o  sobie  tak  dużo. 
Poprawiła dłonią włosy opadające na czoło. 

Po  śniadaniu  pojechali  do  Newport,  zaparkowali 

samochód  i  spacerowali  po  całej  dzielnicy  handlowej, 
przystając  przed  wystawami  sklepów  i  grzebiąc  w  ulicznych 
straganach  z  drobnymi  upominkami.  Casey  zatrzymała  się 
przed witryną małego sklepiku. Był pusty. Uwolniła dłoń, by 
przyłożyć  ją  do  szyby  i  zajrzeć  w  głąb  opróżnionego 
pomieszczenia.  Zobaczyła  wyłożone  drewnianą  boazerią 
ściany  i  podłogę  z  szerokich,  nawoskowanych  desek.  Jakże 
byłoby  to  odpowiednie  do  jej  sklepu.  W  drzwiach  wisiał 
napis: „Na sprzedaż". Niestety, to nie wchodziło w grę. 

 -  Myślę  o  otwarciu  sklepu  z  odzieżą  własnej  roboty.  -  I 

gdy  tak  szli  chodnikiem,  opowiedziała  mu  o  swoich 
projektach i o tym, że zamierzała pracować zimą i na wiosnę 
mieć już co wstawić do sklepu. Słuchał jej uważnie. 

 -  A  więc  lubisz  szyć.  A  czy  umiałabyś  uszyć  męską 

koszulę? 

 - Nigdy nie próbowałam, ale czemu nie. 
 - Za żadne skarby nie mogę nigdzie znaleźć koszuli, która 

byłaby  odpowiednio  szeroka  w  ramionach  i  nie  wisiała  jak 
wór  w  talii,  a  jeszcze  do  tego  była  dość  długa,  by  ją  można 
było chować w spodnie. 

background image

 -  E,  to  drobiazg.  Trochę  dodać,  trochę  odjąć.  Zrobię  z 

ciebie  moją  modelkę,  albo  nie,  będziesz  moim  chodzącym 
szyldem! Uszyję ci koszulę ze znakiem firmowym na plecach. 

 - A czy tę bluzkę sama uszyłaś? 
 - Mhmm. I spodnie też. Przystanął i obrócił ją dookoła. 
 -  Nie, żartujesz!  -  Opuścił  rękę  ku  jej  biodrom  i  wetknął 

palce do kieszeni. - Masz nawet własny znaczek. „Casey", No, 
nie,  ja  znalazłem  prawdziwą  kobietę!  -  rzekł  jakby  sam  do 
siebie.  -  Jest  nie  tylko  piękna,  ale  i  niezależna,  sprytna, 
utalentowana i ambitna! 

Uśmiech  zamarł  na  jej  twarzy.  Dan  zrozumiał 

natychmiast,  że  popełnił  błąd.  -  Co  się  stało?  Co  ja  takiego 
powiedziałem? 

 -  Nic.  Nieważne.  -  Ruszyła  przed  siebie  z  rękami  w 

kieszeniach.  Uch,  musiał  przypomnieć  jej  o  bliźnie,  a 
zapomniała o niej tego ranka! 

Czekała  na  niego  przy  samochodzie.  Bez  słowa  zapuścił 

motor.  Wyjechali  najpierw  na  główną  ulicę,  a  potem  na 
autostradę biegnącą wzdłuż wybrzeża. Ale nie ujechali nawet 
kilku mil, gdy Dan skręcił nagle w piaszczystą drogę wiodącą 
ku  plaży.  Zatrzymał  wóz.  Siedzieli  patrząc  na  bezmiar 
Pacyfiku. 

 -  Chcę  wiedzieć,  co  cię  tak  uraziło.  -  Ściskał  rękami 

kierownicę,  władczo,  zza  zwężonych  powiek  patrząc  na 
Casey. 

 - Serdecznie  gardzę  nieszczerością  -  powiedziała  powoli, 

dobitnie, lodowato. 

 - Nieszczerością? Ależ wszystko, co mówiłem, to szczera 

prawda! 

 -  Kłamiesz  -  syknęła.  -  Znam  się  na  tym.  Mój  ojciec 

latami recytował takie gotowe teksty! 

 - Nigdy nie przyrównuj mnie do Edwarda Farrow. Ani do 

żadnego innego faceta. Był wściekły. Nie mogła się ruszyć z 

background image

miejsca, złapał ją za ramiona. - Tak, ja wiem, co ci chodzi po 
głowie. - Jego wzrok przykuwał ją do siedzenia. Siedziała jak 
trusia, ze strachu zaciskając dłonie. 

 - Przestań wreszcie układać mi życie. Nie masz prawa. 
 - Mam prawo i wiesz o tym, i to niezależnie od tego czy 

masz odwagę to sobie przyznać, czy nie. Kłopot z tobą polega 
na  tym,  że  jesteś,  do  cholery  jasnej,  za  bardzo  dumna. 
Przesadziłbym  mówiąc,  żeś  próżna,  ale  blisko  tego,  Casey. 
Blisko. 

 -  Nieprawda!  I  przestań  tak...  badać  i  wiecznie 

rozszczepiać mnie na drobne! 

 -  Boisz  się,  że  przejrzę,  co  się  kryje  pod  tą  piękną 

powłoką  -  parsknął.  -  Cała  ta  feministyczna  propaganda 
wyprała  ci  mózg.  Źle  jest  dla  kobiety  dzielić  jej  życie  z 
mężczyzną, dzielić jego radości, jego ambicje, wyjść za niego 
za  mąż  i  mieć  dzieci.  A  przecież  to  jest  najnaturalniejsze  i 
najlepsze,  co  kobieta  w  ogóle  może  zrobić!  -  przerwał, 
słyszała jak głośno dyszał. - Wstydzisz  się  przyznać, że  było 
ci dobrze, kiedy troszczyłem się i byłem przy tobie w szpitalu. 
Myślisz, że skoro ci pomagam, to świadczy to tylko o twojej 
słabości.  Tak  długo  byłaś  sama,  że  boisz  się  jakiegokolwiek 
związku, zwłaszcza teraz, kiedy sądzisz, że nie wyglądasz już 
tak, jak przed wypadkiem. 

 - Wiem, że już tak nie wyglądam i potrafię z tym żyć. Ale 

nie muszę być ciągle z kimś, kto wygaduje takie głupoty. 

Usta  Dana,  twarde  i  nie  znoszące  sprzeciwu,  wessały 

resztę  jej  słów  i  odebrały  jej  oddech.  Nie  było  w  tym 
pocałunku  nic  z  łagodności,  całował  ją  po  to,  by  zamilkła. 
Kręciła  rozpaczliwie  głową,  ale  nie  odpychała  go,  by  się 
uwolnić. Pozwalała jego ciepłu przeniknąć w nią, kosztowała 
jego siły, czerpała od niego spokój i pewność siebie, których 
potrzebowała. 

background image

Serce  jej  przyspieszyło.  Teraz  już  ją  pieścił,  kołysał  w 

ramionach,  a  usta  miał  miękkie,  słodkie.  Chciała  go 
odepchnąć, bo czuła, że zapada się w przepaść. Nie zważał na 
nic,  objął  ją  jeszcze  mocniej.  Nie  mogła,  nie  mogła  się 
opanować, zbyt był gorący, zmysłowy. Przestała się opierać i 
zarzuciła mu ręce na szyję. 

Ten  jej  gest  obudził  w  nim  większy  apetyt.  Całował  ją  z 

pasją,  z  namiętnym  szaleństwem,  niecierpliwą  żądzą. 
Przestraszyła  się  na  dobre,  przecież  nie  mogą  zapominać, 
gdzie  teraz  są!  To  strach  był  impulsem,  który  kazał  jej 
wypłynąć na powierzchnię i łapczywie łapać oddech. 

 - Dan, proszę, nie! - błagała. Uwolnił jej usta, przytulił się 

do jej policzka. 

 -  Casey,  nigdy już  nie  mów  mi  takich  rzeczy  - jego  głos 

zagrzmiał  nad  nią.  Miała  szeroko  otwarte,  wilgotne  oczy  i 
drżące jeszcze usta. - Nie jesteś przecież jedynie ładną... hmm, 
buźką,  może  to  brzmi  banalnie,  ale  tak  rzeczywiście  jest.  - 
Uparcie zaciął usta. 

 - Podoba mi się sposób, w jaki się trzymasz, taka prosta i 

smukła.  Podoba  mi  się  twoja  zgrabna  szyja.  Twoje  ciało 
jędrne i gładkie, blask twoich włosów. Najbardziej lubię twoje 
oczy, mówią mi o wszystkich twoich uczuciach. I twoje usta. 
Nigdy nie całowałem słodszych - zebrał ustami łzę toczącą się 
po  jej  policzku  -  ale  nie  lubię  zgryźliwości  i  nieuczciwości  - 
rzekł  surowo,  ale  zaraz  złagodził  tę  surowość  nowym 
pocałunkiem. 

 -  Nie  rozumiem  -  wyszeptała.  -  Nie  rozumiem  cię  ani 

trochę: 

 -  Ja  też  siebie  nie  rozumiem.  Wiem  jedno,  bez  ciebie 

jestem  jak  biedak.  Ciągle  martwię  się,  że  może  mnie 
potrzebujesz,  gdy  ja  jestem  daleko.  Obok  ciebie  jestem 
szczęśliwy.  Poznałem  to  już  pierwszej  nocy  w  szpitalu  - 
powiedział z prostotą. - Mówiłem ci. 

background image

 - Ależ nie można tak szybko się do kogoś przywiązać. 
 -  A  jednak.  -  I  zaraz  dodał  -  wiesz,  zostawmy  wszystko 

tak, jak jest. Jeszcze zobaczymy, co przyniesie jutro. 

Kiwnęła głową. Te słowa zastanowiły ją. W takim razie to 

nie  będzie  trwało  długo  -  pomyślała.  Znała  już,  z 
wcześniejszych czasów, ból, jaki niesie ze sobą odejście kogoś 
ukochanego.  Ale  to  nic.  Teraz  była  już  zdecydowana  wziąć 
udział w tym nierozważnym, ale pięknym jak sen, miłosnym 
epizodzie. 

 -  Dobrze  -  szepnęła.  -  Przykro  mi,  że  nazwałam  cię 

kłamcą. 

 -  Na  pewno?  -  objął  ją.  Tuliła  się,  garnęła  do  niego. 

Nachyliła  się  ku  niemu,  całował  ją  długo  i  czule.  -  Chodź, 
przejdziemy się plażą. 

Brzeg  morza  był  kamienisty,  szeroki,  chodzili  po  nim 

długie  godziny  to  zbierając,  to  znów  wyrzucając  muszle  i 
rozmaite  morskie  skarby,  naniesione  przez  fale  w  ciągu 
ostatniej nocy. Rozmawiali ze sobą, ale i cieszyli się wspólnie 
dzieloną  ciszą.  Gorące  słońce  wyzłacało  ich  ciała.  A  kiedy 
Dan uznał, że już się zmęczyła, znalazł miłe, suche miejsce u 
stóp  potężnego  głazu,  zasłaniającego  ich  od  północno  - 
zachodniego  wiatru.  Leżeli  na  miękkim  piasku,  tonąc  w 
zwierzeniach,  opowiadając  sobie,  dzieląc  się  myślami. 
Czasem po prostu milczeli. 

I jedno tylko zepsuło spokój dnia. Casey leżała na wznak, 

z zamkniętymi oczami i jakby uśpiona, a Dan oparty na łokciu 
leciutko  muskał  ustami  jej  szyję.  Jego  palce,  wiedzione 
nieomylnym  instynktem,  znalazły  wypukłą  brodawkę  na  jej 
piersi  i  przez  bawełnę  bluzki  pieściły  ją  słodko,  tak,  że 
zgrubiała i stwardniała. 

 - Och, nie nosisz nic pod spodem - wymruczał jej w ucho 

-  mrr,  uwielbiam  to.  -  Zgiął  się  i  ustami  podjął  tę  pieszczotę, 
którą zaczęły opuszki jego palców. Zaczął rozpinać jej bluzkę. 

background image

Cudowne  uczucie,  gdy  jej  pierś  poddawała  się 

pieszczotom  jego  twardych  warg,  lecz  w  jednej  chwili  czar 
prysł, trwoga kazała jej wbić paznokcie w jego dłonie. 

 - Nie! Zostaw! 
Przestał natychmiast i położył się na plecach. Zastygł bez 

ruchu,  daleko  od  niej.  Ogarnął  ją  żal  i  uczucie  opuszczenia, 
przepastne  i  straszne  jak  głęboka  studnia.  Westchnęła. 
Wiedziała,  że  sama  pozbawia  się  subtelnych  pieszczot  i 
rozkoszy  z  jego  silnych  i  czułych  rąk.  Jakże  pragnęła  teraz 
cofnąć swoje ostre słowa! Chciała mu mówić, prosić go: Nie 
mogę,  nie  potrafię  znieść  myśli,  że  będziesz  oglądał  moje 
ciało tak  brzydkie! Kompletnie nie wiedziała co zrobić, więc 
po prostu leżała bez ruchu. Słońce zaszło za chmury. Zadrżała, 
nagle zrobiło się jej zimno. Chwyciła jego rękę i wtuliła w nią 
dłoń, lgnąc do jego ciepła. Nie odtrącił jej, jak się obawiała i 
kiedy otworzył ramiona bez namysłu obróciła się i przylgnęła 
do niego. 

 -  Już  dobrze  -  szepnął  uspokajająco.  Chciało  jej  się 

płakać. 

Wrócili  do  domu.  Postanowili  zjeść  wczesny  obiad  i  po 

drodze zatrzymali się w supermarkecie. W domku Dan wniósł 
dwie wielkie torby z zakupami do kuchni. 

 -  Co  mam  robić?  -  Casey  była  trochę  onieśmielona  jego 

znawstwem przy wyborze mięs i jarzyn. Czym jeszcze potrafi 
ją zaskoczyć? 

 -  Nic.  Sam  wszystko  zrobię.  Stary  kucharz  na  razie 

zwalnia  kuchcika  -  uśmiechnął  się  do  niej  i  wskazującym 
palcem zrobił jej syfona na nosie. 

Roześmiała  się.  Ku  swemu  zadowoleniu  zauważyła,  że 

razem  czują  się  ze  sobą  swobodnie.  swobodnie?  A  siła  i 
zwinność  jego  ciała,  jego  mocne  ramiona,  brązowa  skóra  na 
szyi, pod którą wyczuwała bicie potężnego serca i którą miała 
teraz  wprost  przed  oczami  -  przecież  przez  to  wszystko 

background image

chodziła  jak  lunatyczka!  Czy  naprawdę  mogła  mówić,  że 
czuje się z nim swobodnie? - Hej, a może ty myślisz, że mam 
dwie lewe ręce? 

 -  Dobrze,  dobrze.  Weź  sobie  w  tym  czasie  prysznic  i 

przebierz  się  -  komenderował  z  tą  Swoją  łagodnością  w 
oczach. Lubiła to. 

 - Obiad dla mojej pani podadzą za - zerknął na zegarek - 

godzinę. 

 - A ty co będziesz robił? 
 -  Też  chyba  wezmę  prysznic  i  włożę  coś  świeżego.  Nie 

chcę  sypać  piaskiem  do  sałatki  -  uśmiechnął  się  do  jej  oczu, 
chłopięco, przekornie. 

Szafka stała w oddzielonym zasłoną końcu łazienki. Casey 

przebiegła ręką przez ubrania i rozsunęła je, wyjmując zielono 
-  błękitny  kaftan  z  indiańskimi  wzorami.  Wzięła  prysznic,  a 
potem  osuszyła  włosy  i  uczesała  je,  i  ułożyła  tak,  by 
zakrywały  jej  bliznę.  Wprawnie  nałożyła  lekki  makijaż, 
dotknęła  ust  odrobiną  szminki  i  wśliznęła  się  w  indiański 
kaftan. Sama przed sobą by się nie przyznała, że drżą jej ręce, 
gdy zapinała małe, obszyte skórką guziki przy kołnierzyku. 

Weszła do pokoju. Dan kroił właśnie warzywa, ale odłożył 

nóż i podszedł do niej. 

 - Och, piękna pani, błagam was o całusa zanim wejdę do 

łaźni! - musnął ustami jej nosek. - Pięknie pachniesz. Piękniej 
nawet  niż  cebula  z  czosnkiem.  -  Pochylił  się  nad  jej  szyją 
wesoło udając, że węszy pod wiatr. 

 -  Ja  myślę!  Zrujnowałam  się  na  te  perfumy  -  wcale  nie 

myślała o perfumach, kiedy łaskotał jej szyję. 

Podniósł głowę, stali przez chwilę śmiejąc się do siebie.  
 - Chcesz mnie uwieść?!  -  udawał przerażenie.  -  A może, 

żeby dostać jeść, chcesz mi tu zatańczyć? 

 - Już lepiej tańczyć niż zmywać naczynia - odcięła się. 

background image

 - Dobrze. A więc czekaj tu na mnie - posadził ją na fotelu 

i postawił przed nią drinka z lodem, którego wyjął z lodówki. 
Wziął pod pachę czyste ubranie, ręcznik i zniknął w drzwiach 
łazienki. 

Jakie  to  dziwne,  że  oni  dwoje,  wywodzący  się  z  tak 

różnych  środowisk  i  o  tak  odmiennych  stylach  życia,  mogą 
być  ze  sobą  tak  blisko  -  myślała  Casey.  Prawie  jakby  byli 
młodym małżeństwem. No, ale gdyby tak było, to kąpaliby się 
razem.  Och!  -  wzdrygnęła  się.  -  Nie  mogłaby  spokojnie  stać 
obok niego, z jego pięknym ciałem, na pewno nie potrafiłaby 
wytrzymać na sobie jego wzroku! Weź się w garść, Casey! - 
szepnęła  na  głos.  -  Musiała  otrząsnąć  się  z  przykrych  myśli. 
Zajrzała do kuchni, żeby zobaczyć, co takiego tam szykował. 

Na  stole  leżały  pokrojone  pomidory,  szpinak  i  kalafior. 

Dwa  wielkie  płaty  mięsa  z  żeberek  czekały  już  na  gorącą 
patelnię.  Na  kuchence  stał  czajniczek,  z  którego  dobywał  się 
zapach, jakiego nie znała. 

Ledwie  odsunęła  stół  od  ściany  i  ułożyła  nakrycia,  Dan 

stał już w drzwiach łazienki i wycierał włosy ręcznikiem. 

 - Czuję się tak, jakbym cię znał od zawsze. 
 - No tak. A może ja byłam Lukrecją Borgią i zrobiłam z 

ciebie  jednego  z  moich...  jedną  z  moich  ofiar  -  powiedziała 
lekko,  by  odciągnąć  go  od  poważnych  myśli.  Udało  się. 
Roześmiał się, jego oczy rozbłysły. 

 -  Co  za  przyszłość  przede  mną  -  rzucił  jej  szybkie 

spojrzenie. 

Usadowił  ją  w  fotelu  i  kazał  czekać,  a  sam  krzątał  się  w 

kuchni.  Rozgrzał  patelnię  i  wrzucił  na  nią  mięso.  Przyprawił 
sałatkę, a potem ukroił wielką pajdę gruboziarnistego chleba. 
Posmarował  ją  masłem  czosnkowym  i  ułożył  na  ściereczce, 
gdzie czekała na swoją kolej na patelni. 

Nie mogła wytrzymać z ciekawości. 
 - Gdzie nauczyłeś się tak gotować? 

background image

 - W leśnym obozie. Miałem wtedy jakieś szesnaście lat. - 

Uniósł pokrywkę i pomieszał w czajniczku. - Zrobię ci kiedyś 
ryż. Zobaczysz, palce lizać! - powiedział to z taką dumą, że aż 
parsknęła  śmiechem.  -  Mówiłem  ci,  moi  bracia  nieźle  mnie 
ćwiczyli.  Pewnego  dnia  wywieźli  mnie,  w  głąb  puszczy,  do 
jednego  z  tych  leśnych  obozów,  jakie  się  zakłada  przy 
wyrębach.  Oddali  mnie  pod  skrzydła  starego  drwala,  Joe 
Keenana.  Był  najlepszym  kucharzem  w  okręgu,  a  jeszcze 
lepszy  był  w  nurkowaniu  po  ślimaki.  Nauczył  mnie 
wszystkiego. 

Gdy jedli, opowiadał jej o swojej przeszłości. Jego bracia 

wychowywali  go.  Pracuj  ciężko  i  trzymaj  klasę,  to  będziesz 
się mógł przejechać, mieć konia, samochód - mówili. Nic, tak 
po  prostu,  nie  dostał.  Pracował  za  taką  samą  stawkę  jak  cała 
załoga.  

 -  W  obozach  leśnych  nauczyłem  się,  że  nie  wolno  się 

skarżyć, że trzeba troszczyć się o to, co się ma i że nigdy nie 
można nikomu ustępować. - Uśmiechnął się. - Zapłaciłem za 
to zresztą wielokrotnym połamaniem nosa. 

 -  To  dlatego  jest  troszkę  skrzywiony!  A  ja  myślałam,  że 

to od gry w piłkę - Casey była zadowolona ze swego sprytu. 
Mrugnęła i uśmiechnęła się chytrze. 

Dotknął swego nosa palcem wskazującym i kciukiem. 
 - Nie podoba ci się mój nos? - dumnie uniósł brwi. 
 - Nie, nie, podoba mi się. Tylko mógłby być... trochę... o, 

tak - podniosła dłoń ku jego twarzy i kiwnęła nią kilka razy. 

Złapał ją za rękę. 
 - Oj, dziewczyno, doigrasz się! - jego uśmiech był jednak 

niezrównany. Pozmywali razem. 

 -  Co  teraz  będziemy  robić,  moja  pani?  -  powiedział 

wesoło  i  patrzył  na  nią,  stojącą  w  padającym  z  góry  świetle. 
Sięgnął  ręką  i  bez  uprzedzenia  zgasił  je,  ale  ciągle  się  jej 

background image

przypatrywał,  teraz  już  w  nastrojowym,  miękkim  półmroku, 
jaki dawała stojąca na stole lampa. 

 -  A  co  chciałbyś?  -  nagle  poczuła  się  słaba  i  maleńka 

wobec  agresywnej  męskości,  zewsząd  ją  oblegającej.  Jak 
zahipnotyzowana patrzyła mu prosto w oczy. 

 - Na razie cię pocałuję - powiedział z mocą i przygarnął ją 

do siebie. 

background image

Rozdział 7 
Dan  oparł  się  na  stole.  Wyciągnął  swoje  długie  nogi  i 

wziął ją pomiędzy nie, 

przytulając mocno, intymnie. Pocałunkami zasypał całą jej 

szyję, ale wiedziała, że nawet teraz pamiętał o jej uchu. Za to 
najdelikatniej,  jak  tylko  mógł  i  bez  wątpienia  świadomie, 
całował jej bliznę na policzku. 

 - Dan, nie! - chciała się wyrwać, oparła mu ręce na piersi. 
 - Strasznie często to powtarzasz - znowu pieścił jej szyję, 

nie  pozwalając  jej  odejść.  -  Twoje  włosy  są  tak  miękkie  i 
puszyste jak skrzydełka leśnego ptaszka, wiesz? - wymruczał, 
bawiąc się nimi. - I pachną pięknie. 

 - Dan... proszę... 
 -  Chcę  się  z  tobą  kochać  -  wyszeptał,  kładąc  ręce  na  jej 

biodra.  -  Tu,  teraz,  w  tym  domku.  -  Ich  oddech  stał  się 
wspólnym  ruchem  powietrza,  gdy  łapczywie  zamknął  jej 
drobne usta w swoich. 

Pod  wpływem  pieszczoty  jego  dłoni  ciało  Casey  miękło, 

w  końcu  bezwiednie  oparła  się  na  nim,  porwana  nagle 
rozbudzoną  zmysłowością. Zarzuciła  mu  ręce  na  szyję,  palce 
gięły  się  konwulsyjnie  wśród  gęstych,  czarnych  włosów. 
Pochłaniał  ją  całą  ustami,  pożądanie  całkowicie  zaćmiło  jej 
zdrowy  rozsądek,  Czuła,  że  jest  już  dla  niego  gotowa, 
wstrząsnęło  nią,  że  tak  łatwo  porzuciła  skrupuły  i  że  oto 
pójdzie  do  łóżka  z  kimś,  kogo  właściwie  nie  zna.  Ślepo, 
gwałtownie  szukała  jego  ust,  a  jego  pocałunki  niosły  dzikie 
gorąco w głąb jej ciała, ogarniętego pożarem. Niech się dzieje, 
co chce, dziś w nocy będą razem. To tylko jedna noc, później 
zepchnie  ją  na  margines  swego  życia,  tylko  jedna  noc, 
naprawdę nie ma o czym mówić. Cokolwiek ta noc przyniesie, 
pomyśli  o  tym  później.  Nie  mogła  sobie  odmówić  pieszczot 
tego  wielkiego,  czułego  mężczyzny.  Jego  dotyk  wzbudzał  w 

background image

niej  żądzę  tak  straszną,  że  nigdy  by  nie  pomyślała,  że  może 
być jej udziałem. 

 -  Kochanie?  -  podniósł  głowę.  W  jego  oczach  zobaczyła 

głód, pożądanie, pragnienie zdobywania i posiadania i jeszcze 
coś,  coś  znacznie  większego:  miłość.  Nie  mogła  złapać 
oddechu. 

Zamknął  ją  w  ramionach,  było  w  tym  coś  ostatecznego. 

Przycisnął  ją  do  siebie  jeszcze  mocniej,  na  udach  czuła  jego 
nabrzmiałe  pragnienie,  zadrżała,  och,  jakże  go  pragnęła!  Ich 
usta  znów  się  odszukały  i  zwarły  w  boskiej  furii,  w 
nienasyceniu,  w  wiecznym  głodzie.  Mocno  przygarniała  jego 
głowę,  obejmując  ją  dłońmi,  pieszcząc  jego  kark.  Chciała 
posiadać i być posiadana. 

 -  Kochanie!  -  na  moment  zdołała  odetchnąć  i  wyszeptać 

to gorąco, z głębi piersi. 

 - Och, powiedz mi, powiedz, czy naprawdę jestem twoim 

kochaniem?  -  jego  głos  był  zdyszany,  lekko  ochrypły. 
Widziała  w  półmroku  jego  oczy,  dziko  świecące  zielonym 
światłem  jak  oczy  wilka.  I  on  patrzył  jej  prosto  w  oczy  i 
uśmiechał  się  lekko,  jakże  kochała  jego  uśmiech!  Z 
westchnieniem,  wstydliwie,  ukryła  twarz  wtulając  się  w  jego 
ramiona i szepnęła: 

 - Tak, jesteś moim kochaniem. Proszę, zgaś tę lampę. 
 -  Ach,  twoja  skóra  ma  smak  lodów  ze  świeżych, 

dojrzałych  brzoskwiń  -  nie  słyszał  jej,  mówił  do  niej  cicho  i 
pieścił jej kark, ramiona i szyję, pokrywając je pocałunkami i 
lekko muskając palcami. 

I  chociaż  więził  ją  w  uścisku,  odwróciła  się  i  byłaby  się 

mu  wyrwała,  ale  przygarnął  ją  ponownie  i  trzymał  mocno, 
pewnie. 

 -  Zgaś  lampę  -  powtórzyła  błagalnie,  z  rozpaczą, 

odwrócona  do  niego  plecami.  Szerokie  dłonie  nakryły  jej 

background image

brzuch,  poruszał  nimi  tak,  że  bluzka  wyśliznęła  się  jej  ze 
spodni. 

 -  Teraz?...  Czy  to  takie  ważne?  -  sennie  szepnął  jej  w 

ucho. 

Śmiało,  ale  i  ostrożnie  opuścił  palce,  niżej  i  niżej,  aż 

zatrzymały  się  na  miękkiej  poduszeczce  pomiędzy  udami. 
Nacisnął na nią lekko, zmuszając ją w ten sposób do cofnięcia 
się o krok. Stała teraz z pośladkami wciśniętymi w jego biodra 
i czuła przez nie wyraźnie każdy ząbek suwaka jego dżinsów. 

 - Tak. Błagam - jęknęła cicho. 
Puścił ją natychmiast. Odwróciła się i oparła rękę na stole 

nie  patrząc,  jak  przechodzi  przez  pokój.  Zamknęła  oczy. 
Kiedy je otwarła było już ciemno i w tej ciemności usłyszała 
szelest,  ściągał z  siebie  koszulę.  Sięgnęła  do  guzików  swojej 
bluzki,  ale  ręce  trzęsły  się,  nie  mogła  sobie  poradzić. 
Wiedziała, że do niej podchodzi. Odwróciła się i przytuliła do 
ciepłej,  miękko  owłosionej  piersi.  Poczuła  w  sobie  słodki 
płomień,  coś  w  niej  wezbrało,  kiedy  pod  naporem  jego  uda 
rozchyliła nogi, a potem je na nim zacisnęła. 

 -  Na...  nareszcie  -  wyszeptała,  skłaniając  głowę  na  jego 

ramię. 

 -  Tak,  tak  -  mruczał,  wodząc  ustami  po  jej  wilgotnej 

skórze. 

Odnalazł jej usta i całował ją długo, namiętnie, lekko trąc 

kciukiem  jej  policzek.  Jego  ręce  wodziły  bezradnie  po  jej 
bluzce.  -  Jak  ja  cię  z  tego  wyłuskam?  -  powiedział  cicho, 
jakby się martwił trudnością nie do pokonania. Odwróciła się 
znowu,  ściągnęła  koszulkę  przez  głowę  i  upuściła  na  ziemię, 
w  jednej  chwili  poczuła  jego  ręce  na  biodrach.  Tulił  ją  do 
siebie  -  miękką,  tak,  jak  on  był  twardy.  Gęsty  puch  na  jego 
torsie  łaskotał  jej  duże,  ślepe  piersi.  Jego  ręce  zsunęły  się  w 
dół, po jej plecach. 

background image

 -  Oooch!  -  zburzył  jedyną,  samotną  barykadę,  która  ich 

dzieliła. - Czuję cię... cudownie. Czekałem na ciebie całe moje 
życie - zsunął jej majtki, uwolniła się od nich łatwo, zrzucając 
też sandały. 

Nie powinna tego robić, było przeciw temu sto powodów. 

Ale oszalała z namiętności. Nic i nikt się już nie liczył oprócz 
Dana. Nikt nigdy tak jej nie całował i nie pieścił. Nikt nigdy 
nie rozbudził w niej tej ukrytej pasji, potrafił to tylko on. Nie, 
to  nie  powinno  się  wydarzyć.  Ale  przecież  się  wydarzyło  i 
była  szczęśliwa.  W  dobrej,  chroniącej  ją  ciemności  mocno 
objęła  jego  głowę.  Całował  jej  usta,  łaskotał  je  językiem, 
rozwierał  wargi  i  wchodził  pomiędzy  nie  zachwycająco 
głęboko. Jęczał ze szczęścia prosto w jej usta, mocno tulił ją, 
obejmując  ręką  jej  plecy,  drugą  przyciskał  jej  biodra  tak,  że 
czuła na udach gorący i twardy dotyk mężczyzny. 

 - Kochanie, czy nie będzie cię bolało, jeśli cię podniosę? - 

jego  szept  był  gorący  w  ciemności,  słowa  czuła  wprost, 
wilgotnymi  ustami  raczej,  niż  słyszała.  Pomyślała,  że 
smakował jak słodki napar z mięty. 

 - Nie - powiedziała miękko. - Jesteś pierwszy, który mnie 

podnosi od czasu, gdy byłam jeszcze małą dziewczynką. 

Nachylił  się  i  ujął  ją  pod  kolana.  Oburącz  objęła  go  za 

szyję,  podniósł  ją,  a  ona  gładziła  napięte  muskuły  na  jego 
piersi,  plecach. To  była  jedna  z  najpiękniejszych  chwil  w  jej 
życiu.  Trzymał  ją  czule  i  kołysał,  jakby  była  małym 
dzieckiem, ale pocałunki, którymi obsypywał jej ramiona były 
gorącymi, namiętnymi pocałunkami mężczyzny, który pożąda 
kobiety.  Przeniósł  ją  przez  pokój  i  usiadł  na  brzegu  łóżka,  a 
potem obrócił się i ułożył ją na pościeli i sam zaraz położył się 
przy  niej.  Ani  na  chwilę  nie  wypuszczał  jej  z  ramion,  nie 
mogłaby uciec, nawet gdyby chciała. 

background image

 - Chciałbym, żeby nasz pierwszy raz był słodki aż do bólu 

- powiedział cicho i miękko. Pieścił ją, nieprzytomnie wodząc 
rękami po jej ramionach i biodrach, szeptał jej słowa 

miłości,  których  znaczenie  nie  docierało  do  niej,  kiedy 

całował  jej  szyję  i  piersi,  chowając  głowę  pod  jej  ramię. 
Płonęło w niej potężne, głodne pożądanie. Podsycał je każdym 
swoim  ruchem,  z  rozmysłem  prowadząc  ją  w  żar  coraz 
większy,  spalający.  Władał  teraz  każdym,  najmniejszym 
nawet  skrawkiem  jej  skóry,  sprawiając,  że  gorąco  pragnęła 
dzielić  z  nim  swą  intymność  w  całkowitym,  bezgranicznym 
oddaniu. Jego oddech stał się płytki i głośniejszy, drżał cały i 
w zachwycie zdała  sobie  sprawę, że  od trawiącego ich ognia 
nie ma już dla niego ucieczki. 

 - Chodź! Chodź! - szeptał w niecierpliwej gorączce. 
Czule i śmiało poprowadziła go ręką. Jęknął ciężko, kiedy 

tylko  go  dotknęła,  aż  się  przestraszyła.  W  słodkich 
konwulsjach  wił  się  obok  niej  i  drżał  gwałtownie.  Łasił  się  i 
panował, to z lekka się o nią ocierając, to znów napierając na 
nią  silnie.  Mruczał  jak  kot  i  jak  niedźwiedź,  gdy  zgiętą  w 
kolanie nogę oparła na jego udzie, a  potem wyprostowała ją, 
wgarniając w siebie jego lędźwie. 

 -  Nie,  och!,  nie  chcę  ci  spra!...  bó!...  -  w  okamgnieniu 

zagarnął ją pod siebie i wypełnił ją bez reszty. To uczucie było 
tak  boleśnie  intensywne,  że  głośno  krzyknęła  jego  imię. 
Uosabiało  moc  i  władczość,  gdy  jej  było  oddaniem  i 
uległością,  i  miękkością,  przydaną  sprężystym  ruchom  lwa. 
Jęcząc  z  rozkoszy  wygięła  się  w  łuk  i  chciwie  wzięła  resztę 
tego, co pozostało do wzięcia. 

Oparł się na łokciach, a ona objęła go za szyję. Byli razem 

potężną,  wznoszącą  się  fugą,  ich  namiętność  stała  się 
szaleństwem, 

rozpaczliwym 

dążeniem 

trwogą 

niecierpliwości.  Dusił  ją  swymi  kolosalnymi  biodrami, 
trzepotała się pod nim, spragniona, oczekująca. Przywarła do 

background image

niego  ciasno,  nie  dbając  o  swe  niedawne  okaleczenia, 
skupiona  wyłącznie  na  twardym,  bezlitosnym,  gęstniejącym 
rytmie, 

wiodącym 

ich 

oboje 

do 

niebiańskiego, 

spazmatycznego triumfu. 

Długo  wracała  do  rzeczywistości,  ściskała  jeszcze  jego 

twarde  pośladki,  a  potem  gładziła  jego  włosy,  gdy  wtulił 
głowę  w  jej  ramiona.  Ciągle  jeszcze  czuła  go  głęboko,  lecz 
gwałtowna rozkosz, która ją rozdarła, cichła już. Teraz gorąco 
pragnęła  jedynie  przytulić  go  i  kołysać.  Przycisnęła  swe  usta 
do jego policzka. Serce biło mu jeszcze szybko, potężnie, gdy 
przełożył  swą  nogę  przez  jej  udo  i  obrócił  się  na  plecy, 
pociągając ją na siebie. 

Leżeli  przytuleni  policzkami,  jej  miękki  brzuch  znów 

stykał  się  z  twardym,  sklepionym  brzuchem  Dana,  ale  teraz 
już  inaczej.  Sennie  i  bez  pośpiechu  wodził  dłońmi  po  jej 
plecach,  biodrach,  pośladkach.  Potem  przez  długą,  długą 
chwilę  leżeli  bez  ruchu.  Obrócił  się  znowu  i  ułożył  ją  na 
plecach.  Sięgnął  ręką  do  jej  piersi,  a  ona  także  wyciągnęła 
swoją  i  przycisnęła  jego  dłoń  do  miękkiej,  rozkwitającej  w 
tym jego cieple, sutki. Drżała, gdy jej wargi szukały jego ust. 

Całował  ją  długo  i  namiętnie,  jakby  to  był  ich  pierwszy 

pocałunek,  jakby  poza  ich  ustami  nie  istniał  dla  nich  świat, 
jakby  poza  całowaniem  nie  mogli  już  niczego  więcej  mieć. 
Sennie i łagodnie ssał jej wargi, gdy jego palce, we właściwy 
sobie  sposób,  przenosiły  to  dziecięce  cmoktanie  na  ciemną 
brodawkę  jej  piersi.  Opuścił  rękę  na  jej  brzuch,  płaski  i 
miękki,  gdy  naciskał  go  palcami,  a  potem  jeszcze  dalej,  aż 
zaplątały  się  w  jedwabistym,  kędzierzawym,  wilgotnym 
puchu. 

 - Czy... czy jesteś blondynką...? 
 - Tak - jej szept był cichy, gorący. Objął jej biodra i wtulił 

je ciasno w swe uda, a potem, jak lunatyk, wrócił do jej piersi, 
skubiąc  ją  i  unosząc,  aż  wezbrała  ku  jego  ustom.  Językiem  i 

background image

wargami  naciskał  jej  różowy  pyszczek,  zrazu  delikatnie,  a 
potem  coraz  to  gwałtowniej.  W  miarę  jak  próbował 
rozmaitych  gam,  wprowadzał  całe  jej  ciało  w  drżenie  coraz 
wyższe,  poczęte  ze  strun  najgłębszych,  najdelikatniejszych. 
Niósł  jej  rzadką,  drogocenną  rozkosz.  Podniósł  głowę  i  ujął 
dorodną, dojrzałą truskawkę sutki w dwa palce, jak czynią to 
kobiety  karmiące  i  tarł  nią  delikatnie  o  swą  twardą,  męską 
sutkę i owłosioną pierś. 

 -  Kochana,  och,  jesteś  dla  mnie  nieprawdopodobnie 

słodka. Chcę, żebyś czuła wszystko, wszystko... 

 -  Jeśli...  jeśli  jeszcze coś...  to  chyba  wybuchnę!  Podniósł 

jej nabrzmiałą pierś, ważąc ją w dłoni. 

 -  Dziewczyno,  ty  mnie  chyba  zaczarowałaś.  -  Znów 

schylił się ku niej i ostrożnie kąsał brodawkę, ssąc ją i ciągnąc, 
i ocierając językiem. 

Sprężyła  się  jak  kotka  i  wzięła  go  na  siebie.  Poruszał  się 

wolniej  niż  ich  oddechy,  mnożąc  ich  wspólną  rozkosz, 
smakując  każdą  jej  chwilę.  Obejmowała  jego  szyję, 
obejmowała  jego  lędźwie,  cała  była  wytężonym,  skupionym 
ku  wnętrzu,  odczuwaniem.  Zatrzymał  się  na  moment,  a  ona, 
nie  wiedząc,  kręciła  spragniona  biodrami.  -  Oooch!  - 
westchnął  rozpaczliwie,  jej  aktywność  zaskoczyła  go  i  teraz 
już  nie  było  odwrotu,  w  szaleństwie,  w  jakimś  dzikim 
zapamiętaniu  napierał  na  nią  z  całej  siły,  gwałtownie, 
potężnie, jak lawina schodząca z gór, a ona była razem z nim, 
w  huku,  łoskocie,  wyciu,  w  długim,  nieskończenie  długim 
spazmie życia. 

Leżeli  spleceni,  obejmując  się  ramionami.  Wolno,  jakby 

we  śnie  zgięła  łokieć  i  głaskała  go  czule  po  głowie. 
Wypełniało  ją  jakieś  dziwne  poczucie  wewnętrznej  siły.  Ten 
wielki  mężczyzna  drżał  w  jej  ramionach  tak  samo,  jak  ona 
drżała w jego. Jego oddech powoli się uspokajał, odwrócił się 
i  na  wznak  położył  przy  niej.  Przygarnął  ją  do  siebie,  a  ręką 

background image

podciągnął  jej  udo,  by  położyła  je  na  jego  kolanach. 
Odpoczywali w ciszy, leciutko, jakby w roztargnieniu gładził 
delikatną skórę jej pośladków. 

Pocałował ją w czoło. - Kiedyś musiałaś być czarodziejką, 

wiesz? 

 - Raczej wiedźmą. 
Przykrył  ich  kocem.  -  Śpijmy,  kochana.  Muszę  jutro 

odwalić kupę roboty. 

 -  A  ja  muszę  naprząc  wełny  na  twoją  koszulę.  Nie 

wiedziała, czy słyszał. Zasnął natychmiast. 

Obudziła się, gdy było jeszcze ciemno. Wyswobodziła się 

z jego ramion i wolno, ostrożnie wstała z łóżka. W ciemności 
poruszała  się  niepewnie,  ale  w  końcu  dotarła  do  łazienki. 
Zamknęła  drzwi  -  i  zapaliła  światło.  Stała  przez  chwilę  z 
oczami mocno zaciśniętymi, żeby się przyzwyczaić do ostrego 
światła,  a  potem  odwróciła  się  i  spojrzała  w  lustro.  Prawie 
krzyknęła.  Rozczochrane  włosy  odkrywały  całe  czoło, 
policzek  i  ucho,  w  suchym,  elektrycznym  świetle  jej  blizny 
szczególnie  ostro  rzucały  się  w  oczy.  Drżała  ze  strachu,  ale 
zmusiła  się,  by  spojrzeć  w  dół,  na  swe  uda,  brzuch  i 
pokaleczoną pierś. Łzy napłynęły jej do oczu. 

Szybko odsunęła się od lustra, wzięła prysznic i przebrała 

się  w  nocny  bawełniany  kaftanik  z  długimi  rękawami  i 
wysokim kołnierzykiem. Judy kupiła go jej, kiedy jeszcze była 
w szpitalu. Dopiero tak ubrana Casey poczuła się bezpiecznie. 
Znów zerknęła w lustro i ułożyła włosy, zsuwając je na czoło. 
Pomyślała,  że  dzięki  tym  zabiegom  zdołała  ukryć 
przynajmniej część swej brzydoty. 

Zgasiła  światło  i  chwilę  stała  w  ciemnościach,  potem 

otworzyła  drzwi.  Przyćmione  światło  lampki  nocnej 
zaskoczyło ją. Zawahała się,  stojąc na progu pokoju i ruszyła 
w stronę łóżka. 

background image

Dan  leżał  na  wznak  z  rękami  pod  głową  i  przyglądał  się 

jej. Biodra miał ledwie przysłonięte rogiem koca i nie mogła 
się  powstrzymać,  żeby  przez  chwilę  nie  popatrzeć  na  jego 
pięknie rzeźbiony brzuch i pępek. 

Ze  ściśniętym  ze  wzruszenia  gardłem  podeszła  do  łóżka. 

Nie  mogła  teraz  oderwać  od  niego  wzroku.  Policzki  i  brodę 
obsypał  mu  świeży  zarost,  wyszczuplający  twarz.  Na  czole 
sterczał  niesforny,  śmieszny  kosmyk  włosów,  w  silnie 
zarysowanych  ustach  i  szarych,  głębokich  oczach  widziała 
spokój  i  łagodność.  Wdychała  jego  ostry,  męski  zapach,  na 
który nakładały się inne jeszcze tony: ciemny, gęsty męskiego 
toniku  oraz  zachwycający,  zmysłowy  zapach  ich  niedawnej 
miłości. 

 - Myślałam, że śpisz. 
 - Nie mogę spać, jeśli cię przy mnie nie ma.  
 -  Aa!  -  syknęła  bezgłośnie,  teraz  dopiero  poczuła  ból  i 

pieczenie  podrażnionej  skóry.  Jednocześnie  zapragnęła,  by 
znów wziął ją w ramiona. Uśmiechnął się do niej tym swoim 
niepowtarzalnym,  ciepłym  uśmiechem,  jej  ciało  lgnęło  do 
niego  bezwiednie,  wyciągnął  rękę  i  przysunął  ją  do  siebie 
miękko. 

 - Czemu wstałaś i założyłaś to? - pociągnął żartobliwie za 

rękaw jej nocnej koszulki. - Wstydzisz się, moja Ginevro? 

 - A już myślałam, że zapomniałeś o Okrągłym Stole i że 

jestem  teraz  twoim  kochaniem!  Klementyną  -  ocierała  się  o 
niego, jak łasząca się kotka. 

 - O tak, ta koszulka jest tak śmieszna, że wygląda jak strój 

Klementyny. Jeśli już koniecznie musisz w nocy mieć coś na 
sobie, to kupię ci jakąś przyzwoitą, ale najbardziej lubię, kiedy 
nie dzieli nas nic. - Przesunął jej ręką po piersi, syknęła z bólu. 
-  Kochanie,  przecież  to  nie  ta...?  -  zmarszczył  brwi.  - 
Przepraszam,  jestem  taki  niezręczny.  Ale  to  dlatego,  że  stale 
mnie podniecasz. Jesteś tak pociągająca, że aż mi tchu braknie 

background image

w  piersi  -  ustami  musnął  koniuszek  jej  nosa.  -  Pamiętasz...? 
Mówiłaś mi: nareszcie. 

 - Tak, bo sporo upłynęło od... - Postanowiła mu wszystko 

powiedzieć.  -  Miałam  osiemnaście  lat,  kiedy  zakochałam  się 
po  raz  pierwszy.  Ale  zerwałam  to,  bo  przekonałam  się,  że 
bujam w obłokach, jak kiedyś moja matka.. A pięć lat temu... 
przydarzyła mi się przygoda, właściwie tylko jeden wieczór... 
Skutek był taki, że wolałam raczej żyć w celibacie, niż musieć 
przez to przechodzić. 

W  czasie  długiej  ciszy,  jaka  teraz  zapadła,  Casey 

zastanawiała  się,  czy  przypadkiem  nie  powiedziała  mu  za 
dużo.  Podniósł  rękę,  położył  ją  na  jej  ramieniu  ciężko  i 
niezdarnie zawadzając przy tym palcami  o rękaw jej koszuli. 
Pomyślała  wtedy,  że  to  do  niego  nie  pasuje.  Ale  po  chwili 
zrozumiała ten gest niezgrabny, dziecięcy. To było tak, jakby 
na  całym  szerokim  świecie  tylko  ich  dwoje,  samotnych, 
spotkało się. Milczała. W końcu, jakby do tego zmuszony, ujął 
ją pod brodę i popatrzył prosto w oczy. 

 - A czy dzisiejsza noc potwierdziła twoje rozczarowanie? 

- Wiedziała, że w napięciu oczekiwał jej odpowiedzi. Miłość i 
czułość wezbrały w niej w jednej chwili. Uniosła dłoń do jego 
policzka  i  pogłaskała  go.  Nie  mogła  wykrztusić  ani  słowa. Z 
wszystkich  znanych  jej  ludzi  Dan  był  dla  niej  najbardziej 
otwarty,  najbardziej  szczery.  Nie  było  w  nim  nic  z  udawania 
czy pretensji. Od samego początku mówił jej; że chce ją bliżej 
poznać. Ale czy wiedział, że ona tak beznadziejnie się w nim 
zakocha? Och, gdyby się  spotkali przed tym wypadkiem! Co 
będzie,  kiedy  on  w  końcu  zobaczy  ją  nagą,  zobaczy  to  jej 
szkaradne ciało? Wiedziała, że nie zniesie tego, jeśli on zmieni 
zdanie  i  odwróci  się  od  niej.  Teraz  może  myśli,  że  ją  kocha, 
ale później... 

 -  Dan.  -  Powiedziała  sobie,  że  nie  wolno  jej  płakać.  - 

Kochanie moje, to były najcudowniejsze chwile w moim życiu 

background image

-  wilgotne  płatki  jej  warg  musnęły  mu  brwi,  zamknęły 
delikatnie powieki, zsunęły się na policzek, na koniuszek jego 
nosa i w końcu gorąco, słodko dotknęły jego ust. 

Przebiegło  ją  drżenie,  rozkoszny,  subtelny  prąd,  biorący 

początek  z  niewiadomych  głębin  i  rozchodzący  się  po  całym 
ciele stopniowo, coraz szerzej i intensywniej. Nie znała dotąd 
tego  uczucia:  radości  dawania,  radości  niesienia  szczęścia, 
pragnienia  czynienia  miłości  i  dobra.  Nikomu  przed  nim  nie 
udało się stopić tego lodu, który nosiła w sercu, by ochronić je 
przed bólem. 

Leżał cicho  w jej  ramionach. Zdało się  jej, że  to on teraz 

lgnie  do  niej,  że  w  niej  pragnie  znaleźć  siłę  i  spokój. 
Opiekuńczość, niemal macierzyńska, potężną falą wypełniła ją 
po brzegi, przyciągnęła jego głowę do swych piersi i odsunęła 
włosy,  opadające  mu  na  oczy.  Mogłaby  tak  leżeć  z  nim  do 
końca  świata.  Nic  nie  mówili.  Pieściła  go  dalej,  było  to  tak 
naturalne, że aż wstydziła się przestać. 

 -  Chyba  powinniśmy  jutro  ruszyć  się  stąd  do  domu  - 

powiedział  cicho.  -  Muszę  wracać  do  kieratu.  Nie  masz 
wrażenia, że dość już się byczyliśmy? Pojedziemy do ciebie i 
zabierzemy wszystko, co będziesz chciała. 

 - Nie powiedziałam, że jadę z tobą do Bend. Mam swoje 

plany  na  następne  pół  roku.  Teraz,  kiedy  Judy  wynajęła  mój 
pokój, będę mogła znaleźć sobie jakiś kąt. 

 -  Ale  ona  nie  wynajęła  go,  kochanie.  Zapłaciłem  czynsz 

za  sześć  miesięcy.  Będziesz  mi  mogła  to  zwrócić  pomagając 
w domu, w Bend. 

Usiłowała  mu  się  wyrwać,  by  móc  na  niego  spojrzeć,  ale 

trzymał ją mocno w ramionach. 

 -  To  czemu  mi  powiedziałeś,  że  już  jest  wynajęte?  - 

spytała prawie ze złością. 

 -  Nic  takiego  nie  powiedziałem.  Mówiłem  tylko,  że  jest 

ktoś,  kto  się  nim  zaopiekował.  Nic  nie  wspominałem  o 

background image

wynajęciu, ale jeśli chcesz myśleć, że jest wynajęty, to proszę 
bardzo. Jest wynajęty - mówił zdecydowanym, jasnym tonem. 
-  Doskonale  wiem  co  czuję  i  czego  chcę.  Chcę  się  z  tobą 
ożenić i przeżyć resztę swych dni przy tobie. Ale nie będę cię 
do niczego przymuszał. Chcę, żebyś była absolutnie pewna że 
i ty tego chcesz, kiedy będziemy sobie ślubowali. Więc staram 
się  zrobić  wszystko,  żebyśmy  mieli  dość  czasu  na  wzajemne 
poznanie. Proszę cię tylko, żebyś pojechała ze mną do Bend, 
poznała  moją  rodzinę,  nasze  życie  i  zwyczaje.  Potem 
zdecydujesz,  czy  chcesz  się  ze  mną  związać.  Czy  naprawdę 
proszę aż o tak wiele? 

Z oczu Casey spłynęły dwie wielkie łzy. 
 - Czemu jesteś taki? Czemu jesteś taki słodki i dobry dla 

mnie, a ja taka niewdzięczna? To nie jest fair, Dan, ty dajesz 
mi  wszystko,  a  ja  nie  mogę  ci  ofiarować  nic!  Nigdy  nie 
miałam  rodziny,  od  której  mogłabym  nauczyć  się,  czym  jest 
małżeństwo.  Wszystko,  co  było  moim  udziałem,  to  była 
kiepska  komedia,  farsa.  Nawet...  nawet  nie  jestem,  nie  mogę 
być już atrakcyjna! 

 -  Ale  masz  coś,  za  co  bez  wahania  oddałbym  wszystko 

inne.  Masz  siebie,  Casey.  Dumną,  niezależną,  inteligentną,  i, 
jak  się  powoli  dowiaduję,  zmysłową,  gorącą...  I  nawet  - 
widziała, że się uśmiechnął - zaczynasz już wierzyć, że kiedyś 
już  byliśmy  razem.  Jakże  więc  mam  nie  kochać  mojej 
Ginevry, mojej Kleopatry, mojej Klementyny? 

 - A co z Lucrezią Borgią? Uścisnął ją. 
 -  Nawet  mojej  Lucrezii  Borgii,  księżnej  Ferrary,  która 

otruła mnie winem. 

 - Och, Dan. To nie może trwać, wiesz przecież. 
 - Kochanie. To trwa od tysięcy lat. I będzie jeszcze trwać 

następne czterdzieści, albo i pięćdziesiąt. 

background image

Rozdział 8 
Casey  zjechała  z  podjazdu  stacji  benzynowej  na 

autostradę. Zerknęła w tylne lusterko sprawdzając czy wielki, 
niebieski samochód jedzie za nią. Powinna się była cieszyć, że 
Dan jest tam, w tyle, tymczasem czuła się tak, jakby siedziała 
w  wagoniku  kolejki  linowej,  unieruchomionej  pomiędzy 
stacjami. Zaniósł bagaże do jej samochodu, zamknął domek i 
odniósł  klucze właścicielom.  Poinstruował  chłopaka  na  stacji 
benzynowej  jak  ma  umyć  szybę  w  jej  samochodzie  i 
sprawdzić  olej.  A  kiedy  próbowała  zapłacić  za  benzynę, 
wetknął  człowiekowi  w  niebieskim  kombinezonie  kartę 
kredytową i ten zignorował Casey. 

Powinna  być  mu  wdzięczna,  że  tak  ją  we  wszystkim 

wyręczał.  Ale  w  świetle  dnia  wszystkie  niedawne  wypadki 
nabrały innego, niezbyt rzeczywistego, wymiaru. Troszczy się 
o  nią,  to  prawdą,  ale  kiedy  ze  sobą  zerwą,  co  niewątpliwie 
wkrótce  nastąpi,  tym  trudniej  będzie  jej  poradzić  sobie  w 
życiu.  Najbardziej  jednak  przerażało  ją  odkrycie,  jakiego 
dokonała  ostatniej  nocy:  że  ma  w  sobie  wielką  zdolność  i 
jeszcze  większą  potrzebę  miłości  zmysłowej.  Kiedy  jej 
poprzednie  doświadczenia  w  tej  dziedzinie  okazały  się 
niewypałem,  uznała,  że  jest  kobietą  o  bardzo  niewielkich 
potrzebach  seksualnych,  kto  wie,  może  nawet  oziębłą.  Czy 
dawna  Casey  tak  żywo  reagowałaby  pod  palcami  Dana, 
wyzbyta całkowicie wstydu, obaw, zahamowań? Tak łatwo to, 
co jeszcze do niedawna starała się w sobie tłumić, stało się w 
jej życiu bardzo ważne. O Boże, czy to jest to, co nazywa się 
miłość? Czy to jest to samo uczucie, jakie jej matka żywiła do 
Eddiego?  Bo  jeśli  tak,  to  wiedziała  już,  jakie  będą  skutki  tej 
niepohamowanej skłonności. 

Wtedy, leżąc koło Dana, pochopnie zgodziła się pojechać 

z  nim.  To  nie  było  zbyt  mądre.  Nie  tylko  ze  względu  na  jej 
ręce czy pokaleczoną twarz, ale dlatego, że sama pchała się w 

background image

potrzask. To może ją załamać. Teraz już sama na siebie była 
zła. Głupia, och, jaka głupia! Nie będzie w stanie udźwignąć 
tak wielkiego ciężaru. 

Na  przedmieściach  Portland  skręciła  na  podjazd  baru 

szy6kiej  obsługi  drive  -  in,  a  Dan  zaparkował  obok  jej 
samochodu.  Pochyliła  się  i  otworzyła  mu  drzwi  od  środka. 
Milczała, od czasu do czasu jedynie wzdychając. 

 - Co się stało? Prowadzenie cię męczy? 
 -  Męczy  i...  jestem  głodna...  ale  to  nie  dlatego  się 

zatrzymałam. Słuchaj, ja po prostu nie mogę jechać z tobą do 
Bend. 

 -  Kochanie,  na  pewno  jeszcze  to  przemyślisz  i  zmienisz 

zdanie.  Zjedzmy  coś.  Wrócimy  do  tego  później.  -  Wysiadł  z 
wozu i zatrzasnął drzwi. 

Serce  w  jej  piersi  waliło  jak  młot.  On  też  mógłby  jej 

powiedzieć,  że  chce  to  jeszcze  przemyśleć.  No  i  co?  Czy 
naprawdę do tego dążyła? 

Usiadła  przy  stoliku  pod  daszkiem,  gdy  tymczasem  Dan 

poszedł złożyć zamówienie. Zaraz też przyniósł tacę z trzema 
hamburgerami,  dwiema  dużymi  porcjami  frytek  i  dwoma 
napojami.  Postawił  to  wszystko  na  stole  i  usiadł  naprzeciw 
niej. 

 - To nam poprawi humor, zobaczysz. 
Uśmiechał  się  tak  serdecznie,  tak  ciepło,  że  mogłaby 

patrzeć na niego wiecznie. Ocknęła się i, zażenowana, zabrała 
się  do  jedzenia.  Zbyt  pośpiesznie,  bo  zaraz  się  zadławiła. 
Popijała  bułkę  małymi  łyczkami  rozglądając  się  dookoła, 
głównie po to, żeby nie patrzeć na Dana. Kilka stolików dalej 
gapiła  się  na  nich  jakaś  wymalowana  laleczka. Przyjrzała  się 
Casey, przeniosła wzrok na Dana i nachyliła się, szepcząc, do 
drugiej  kobiety,  siedzącej  obok,  Teraz  już  obie  gapiły  się  na 
nią.  Casey  po  raz  pierwszy  od  wielu  lat  zmieszała  się  pod 
spojrzeniem  kobiety.  Odwracała  oczy  tylko  po  to,  by  po 

background image

chwili,  jak  zaczarowana,  znów  wrócić  wzrokiem  do  tamtego 
stolika.  Dziewczyna  podniosła  pytająco  brwi.  Bezczelnie  i 
ostentacyjnie  oglądała  Casey  od  stóp  do  głów,  znacząco 
zatrzymując  wzrok  na  szalu  osłaniającym  jej  policzek  i 
trzęsącej się, pokrytej bliznami ręce, w której trzymała kubek. 

Głuchy  ból  trawił  Casey  od  wewnątrz.  Oto,  czego  mogła 

się  spodziewać,  kiedy  pokazywała  się  z  Danem.  Postawiła 
kubek  i  wyciągnęła  ku  niemu  rękę,  uśmiechając  się  z 
wysiłkiem.  Nakrył  jej  dłoń  swoją  wielką  łapą,  ale  uśmiechu 
nie odwzajemnił. 

 - Coś się stało, kochanie? 
 - Popatrz tam, te dziewczyny mrugają do ciebie. Może je 

znasz? 

 -  Co,  tam,  te  kędzierzawe  brunetki?  -  Kiwnęła  głową.  - 

Nie,  nie  znam  żadnej.  Nie  przejmuj  się  nimi.  To  tylko  dwie 
odstawione  flądry.  No,  kończmy  już.  Trzeba  jechać  -  jego 
oczy śmiały się do niej. 

Casey  zapomniała  o  kobietach  gapiących  się  na  nią,  o 

swym  postanowieniu  pozostania  niezależną,  o  wszystkim. 
Patrzyła  tylko  w  te  ciemne,  pogodne  oczy.  Ale  cóż,  potem, 
kiedy już jechali do domu swymi samochodami, jej zły nastrój 
powrócił. Siedziała za kierownicą i próbowała wymyślić coś, 
co mogłoby być argumentem przeciw podróży do Bend. 

Dojechali.  Dan  zaparkował  swój  wóz  tuż  za  jej  i  razem 

weszli  do  środka.  Miał  dorobiony  klucz  i  teraz  na  pamięć 
otworzył  nim  drzwi.  Jakby  tu  mieszkał  -  pomyślała. 
Właściwie to mógł, skoro płacił czynsz. 

 -  A  teraz  hop  pod  prysznic,  a  potem  coś  wygodnego  na 

grzbiet  -  powiedział,  zdejmując  jej  z  głowy  szal.  -  Ja  muszę 
jeszcze  zadzwonić.  Zawołaj  mnie,  przyjdę  ci  umyć  plecy.  - 
Klepnął ją poufale w pośladek. 

To był błąd. Wściekła się. Fuknęła gniewnie i zniknęła w 

łazience.  Była  zła,  bo  zdawała  sobie  sprawę,  że  wystarczy, 

background image

żeby  tylko  ją  dotknął  czy  od  niechcenia  popieścił,  a  ona  już 
miękła  i  topiła  się,  jak  porcja  lodów  na  słońcu.  Zamknęła 
drzwi  i  zasunęła  zasuwkę,  jak  nigdy  chyba  przedtem 
zdecydowana skończyć z tym, bo inaczej on gotów zmienić ją 
w trzęsącą się galaretę! 

Puściła  wodę  na  głowę,  ale  nie  przyniosło  to  ulgi.  Stała 

pod prysznicem i wściekała się. A więc dobrze. Zbierze włosy 
w  koński  ogon.  Założy  na  siebie  tę  głęboko  wydekoltowaną 
sukienkę bez rękawów, którą uszyła zeszłego lata... I do tego 
jeszcze  kolczyk  na  swoje  jedyne  zdrowe  ucho.  Niech  sobie 
dokładnie obejrzy jej blizny. Na Boga! - musiałby chyba być z 
drewna,  gdyby  go  to  nie  odstraszyło.  Wczoraj  zachowała  się 
jak  wygłodzona  siksa.  Czy  jego  piorunująca  męskość 
poruszyła w niej naprawdę głębokie struny? Czy może raczej 
ten  romans  możliwy  był  tylko  dlatego,  że  chodziła,  latami 
erotycznie wygłodzona, spragniona miłości i bycia pożądaną? 
Dał jej trochę tego, co było dla niej zakazane, a ona łapczywie 
się na to rzuciła, ot co. 

O  Boże,  ależ  ja  jestem  głupia!  -  szepnęła  do  siebie 

wycierając włosy. Przyznaj się Casey, ty idiotko, że raczej na 
miejscu  padniesz  trupem,  niż  się  mu  pokażesz  w  plażowej 
sukience i włosami zebranymi do tyłu! 

W  końcu,  w  welurowych  spodniach  i  bluzce,  weszła  do 

pokoju  zadowolona  jednak,  że  wygląda  najlepiej,  jak  tylko 
może. To zadowolenie z siebie było jej bardzo potrzebne. Dan 
zrobił  już  tymczasem  kawę,  postawił  dzbanek  i  filiżanki  na 
małym stoliku przy kanapie. 

 - Mmm, wyglądasz bardzo apetycznie. Uniosła brwi. 
 -  Jeśli  o  mnie  chodzi,  to  nigdy  nie  miałam  apetytu  na 

suszone  śliwki.  -  Roześmiał  się  biorąc  jej  sarkazm  za 
usprawiedliwienie.  Postanowiła,  że  najlepszą  dla  niej  obroną 
będzie atak, niech tym razem to on się broni. Wzięła filiżankę, 
którą jej podał, ale usiadła nie przy nim a na fotelu, opierając 

background image

nogi  na  podnóżku.  To  bardziej  jeszcze  podkreślało  dystans 
pomiędzy nimi. - Posłuchaj mnie. Nie pojadę z tobą do Bend. 
I zaraz dam ci czek na sumę, jaką zapłaciłeś za mieszkanie - 
mówiła spokojnie, rzeczowo, dumna ze swego opanowania. 

 -  Czego  ty  się  boisz?  -  schylił  się  i  zdjął  buty,  a  potem 

wyciągnął  przed  siebie  nogi  w  geście  swobodnym  i 
niedbałym. 

 -  Niczego  się  nie  boję.  Dlaczego  miałabym  się  bać?  Po 

prostu  jestem  zadowolona  z  takiego  życia,  jakie  prowadzę.  - 
Odstawiła filiżankę na stół, żeby nie widział, jak trzęsą się jej 
ręce. 

 -  Owszem,  boisz  się.  Boisz  się  z  kimkolwiek  związać. 

Boisz się małżeństwa. Boisz się, że nie potrafisz mu sprostać. 

 - Nieprawda! - powiedziała zapalczywie. - Nie chcę tylko 

żadnej  połowiczności.  Wierność  małżeńska  nie  jest  możliwa 
dzisiaj,  w  czasach  seksualnej  swobody,  a  ja  nie  chcę 
małżeństwa, które nie byłoby pełne! 

 -  Zgoda.  Ale  przecież  kobieta  i  mężczyzna  poślubieni 

sobie  mogą  być  długo  szczęśliwi,  pod  warunkiem,  że  oboje 
chcą  być  małżeństwem.  Ono  samo  nie  musi  oznaczać  braku 
wzajemnej wierności - mówił to pewnie, niemal wyzywająco. 

 -  Na  jakim  świecie  ty  żyjesz!?  Wszystkie  badania 

społeczne  dowodzą,  że  mężowie  i  żony  coraz  częściej 
zmieniają partnerów. Dwie trzecie żonatych mężczyzn bierze 
sobie  kochanki.  I  może  to  idiotyczne,  że  ludzie  w  ogóle  się 
pobierają. 

Roześmiał się. 
 - A czy ty masz zamiar żyć ze mną grzesząc? 
 -  Ja  w  ogóle  nie  chcę  z  tobą  żyć  -  parsknęła.  -  Właśnie 

próbuję  ci  wyjaśnić,  dlaczego  nie  chcę,  żeby  nasz  związek 
trwał. 

background image

 -  Myślisz,  że  cię  porzucę,  jak  Ed  Farrow  porzucił  twoją 

matkę  -  nie  śmiał  się  już.  -  Wiesz,  Casey,  najgorsze  są  te 
blizny, których nie widać. 

 -  Co,  myślisz  że  to  ojciec  zdeformował  mój  obraz 

małżeństwa? 

 - Oczywiście - powiedział łagodnie. 
 - Może. Ale nauczyłam się jednego - polegać można tylko 

na  sobie.  Bo  jeśli  się  sobie  sprawi  zawód,  to  nie  można  zań 
winić nikogo innego. - Była wzburzona. Gdzie się podziała jej 
jasna,  logiczna  argumentacja,  którą  sobie  ułożyła  siedząc  w 
samochodzie? 

 -  Cóż,  mogę  ci  tylko  powiedzieć,  że  chętnie  podejmę 

ryzyko, moja Klementyno. W końcu nie oświadczałem ci się... 
jeszcze. 

Prawie zaparło jej dech z wrażenia. Czuła, że krew uderza 

jej  do  głowy.  Spojrzała  na  niego.  Uśmiechał  się  szatańsko, 
jakże chciałaby mieć odwagę, by mu chlusnąć kawą w twarz. 
Nagle usiadła prosto, podciągając nogi. 

 -  Mówisz  o  badaniach  społecznych,  proszę  bardzo. 

Większość  małżeństw  rozlatuje  się  z  powodu...  nudy.  Żony 
nudzą się ze swoimi mężami i na odwrót. Ale nam się to nie 
zdarzy. Zawsze możemy wrócić do naszego wozu z płócienną 
budą, albo do przejażdżek po Nilu. 

Zacisnęła  usta  i  nie  powiedziała  nic.  Przez  długą  chwilę 

milczeli.  Spojrzała  na  niego,  a  on  puścił  do  niej  oko.  Nie 
mogła się powstrzymać od śmiechu. 

 - Daj spokój, Dan, przecież to poważna rozmowa! 
 -  A  pewnie  -  stał  przed  nią  i  wyciągał  ją  z  fotela.  -  Tak 

poważna,  że  aż  się  zmęczyłem  i  muszę  się  zdrzemnąć. 
Ostatniej  nocy  prawie  nie  spałem,  wiesz,  że  to  twoja  wina.  - 
Opadł  na  kanapę,  pociągając  ją  za  sobą.  -  Pośpimy  troszkę  i 
zaraz znowu sobie poważnie porozmawiamy - przytulił ją do 

background image

siebie.  - Tak  nie  boli cię  ucho? Nie?  No  to  śpimy  -  zarządził 
żartobliwie i wtulił się w jej włosy. 

Nie  opierała  się,  kiedy  ją  ciągnął.  Była  rzeczywiście 

znużona,  a  być  obejmowaną  było  tak  przyjemnie...  Jej 
pośladki  przyciskały  się  do  jego  bioder,  czuła  odcisk  jego 
kolan na swych nogach. Serce biło mu równo, spokojnie i po 
raz  setny  wspominała  mglistą  noc,  w  której  ten  mężczyzna 
pojawił się w jej życiu. 

Po  kolacji  Casey,  pewna  że  Dan  natychmiast  się  temu 

sprzeciwi,  wyjęła  swoje  przybory  do  szycia.  Przenośna 
maszyna, duże pudło materiałów, które kupowała od czasu do 
czasu przy różnych okazjach, szablony wykrojów, wszystko to 
nie zajmowało mało miejsca. Ale on tylko zerknął na maszynę 
i  drobiazgi,  a  pudło  nawet  go  zainteresowało.  Wyciągnął  z 
niego sztukę materiału w czerwone i błękitne pasy i przyłożył 
sobie do piersi. 

 - Czy z tego mogłaby być koszula? 
 -  O  Jezu,  nie!  -  zaśmiała  się  serdecznie.  Zabrała  mu 

materiał  i  odłożyła  do  pudła.  -  Wyglądałbyś  w  tym  jak 
chłopak z rodeo. 

 -  Tak?  -  usiadł  na  podłodze.  -  A  z  czego  tutaj  mogłabyś 

mi uszyć koszulę? 

 - Nie żartujesz? Nosiłbyś koszulę mojej roboty? 
 - Przecież ci mówiłem. Czemu ty nigdy mi nie wierzysz? 

-  złapał  ją  za  rękę  i  ściągnął  na  dywan.  -  Zanim  załaduję  te 
twoje  graty  do  wozu  nabawię  się  pewnie  przepukliny.  Ale 
zaryzykuję - w zamian za koszulę i... buziaka. 

Nachylił się nad nią, przytrzymując jej nadgarstki. Chciała 

uwolnić  rękę,  żeby  poprawić  rozsypujące  się  na  wszystkie 
strony włosy, ale nie puszczał jej. Więc odwróciła głowę. 

 -  Boże,  już  od  wieków  nie  całowałem  mojej  Ginevry  - 

powiedział. - Nie liczę tych kilku prztyczków, które mi dałaś. 
-  Całował  ją  długo,  gorąco.  -  Och,  wszystko  w  tobie  mnie 

background image

podnieca.  Ta  górna  warga  -  liznął  ją  językiem.  -  Ta  mała 
zmarszczka obok ust. Twoje rzęsy, piękne. A tutaj, w kącikach 
oczu, zaczynają ci się robić zmarszczki od śmiechu - ucałował 
jej powieki. - Będziesz coraz piękniejsza wraz z upływem lat, 
wiesz? 

 - Tylko mi nie... 
 -  Cicho.  Wiem,  że  mam  ci  nie  mówić  że  jesteś  piękna. 

Ale  jesteś,  ty  jesteś,  piękna,  moja  Ginevro,  Kleopatro, 
Klementyno! Chodź, obejmij swego pana i władcę - podniósł 
jej ręce. 

 - Co, objąć cię?! Doprowadzasz mnie do szału, sprawiasz 

mi  same  kłopoty,  jesteś  prawdziwym  egoistą!  A  w  dodatku 
ciągle  mnie  łachoczesz  tymi  swoimi  kudłami  i  drapiesz 
zarostem  -  sięgnęła  mu  pod  koszulę  i  szarpnęła  za  włosy,  a 
kiedy krzyknął uwolniła się i przeturlała po dywanie. Zaryczał 
jak ranny bawół i rzucił się na nią. Sczepieni ze sobą potoczyli 
się  po  podłodze.  Śmiała  się  perliście,  nie  wierząc  własnym 
uszom.  O,  jak  cudownie  było  tak  z  nim  baraszkować,  jakby 
byli dwojgiem nastolatków! Potoczyli się pod kanapę. Ściskał 
ją ramionami i nogami jak w klatce, zaśmiewali się oboje. 

 -  Czekaj  no,  nauczę  ja  cię  szacunku  dla  twojego  pana!  - 

groźnie zmarszczył brwi. - Oczywiście, jeśli jeszcze będę miał 
siłę. Bo najpierw będę się z tobą dziko kochał - wydał z siebie 
głuchy,  przeciągły  pomruk  jak  żbik,  nie  mogła  powstrzymać 
śmiechu. 

 -  Ostrzegam  cię.  Brałam  lekcje  ju  -  jitsu,  a  ty  masz  nie 

osłonięty najczulszy punkt - rozśmieszył ją do łez, taką zrobił 
zdumioną minę. Uniósł się na rękach, ale swoim najczulszym 
punktem nadal przywierał do jej bioder. Patrzył gdzieś daleko, 
poza jej oczami, udając zamyślenie. 

 -  Co  za  zimna,  okrutna  kobieta.  Nie,  nie,  nie  mogę 

uwierzyć,  że  zdolna  byłaby  zrobić  mi  krzywdę.  Naprawdę, 
więcej w niej Lucrezii Borgii niż Ginevry! - mówił do siebie. - 

background image

Ciągnie mnie za kudły na piersi, nazywa egoistą, mówi że ją 
denerwuję... 

Oburącz ścisnęła mu policzki. 
 - Ooo, biedny dzidziuś! Daj, pocałuję i już będzie dobrze. 
 - Nie, raz nie wystarczy - skarżył się. 
 - No to będzie więcej - otoczyła ramionami jego głowę i 

przyciągnęła  go do siebie. Zwinęła  usta  w trąbkę  i  cmoknęła 
go kilka razy. Nie mogła więcej. Wybuchnęła śmiechem. 

Patrzył  na  nią  z  ukosa  i  kręcił  głową.  Nagle,  ruchem 

szybkim  jak  błyskawica,  sięgnął  do  jej  żeber  i  przejechał  po 
nich  jak  grabiami.  Wzdrygnęła  się  i  chciała  go  złapać  za 
nadgarstki, ale sprytnie bronił się i przygniatał ją do podłogi. 
Aż się krztusiła ze śmiechu. 

 -  Nie,  nie,  proszę,  Dan!  Mam  straszne  łachotki!  Nie, 

przestań! Prze... Bo inaczej dojdzie do... 

 - To go natychmiast przestraszyło. 
 - Co? 
 -  No,  narobisz  szkód,  ty  brutalu!  Teraz  on  wybuchnął 

śmiechem. 

 - A co, mogłabyś...? 
Zamknęła  mu  usta  dłonią,  uszczypnął  ją  w  palec. 

Przewrócił się na plecy, pociągając i ją. 

Casey  była  tym  wszystkim  zachwycona,  słowa  nie 

wystarczały, by wyrazić swe uczucia. Nigdy nie czuła się taka 
lekka,  taka  swobodna,  taka  bliska  drugiemu  człowiekowi. 
Kiedy  ją  na  siebie  zagarnął,  a  jego  usta  szukały  jej  warg, 
powitała  je  wspaniale.  Zamknęła  oczy  i  z  zachwytem 
kosztowała  słodkiej  rozkoszy  jego  niespokojnych,  błędnych 
ust.  Odpowiadała  pieszczotą  na  pieszczotę,  dawała  tyle,  ile 
sama  brała.  Kiedy  podniósł  głowę,  rozmarzona  patrzyła  mu 
prosto w oczy. 

 -  Chciałbym,  żebyś  już  była  moją  żoną.  Moim 

kochaniem,  moim  skarbem  -  coś  niezwykłego  było  w  jego 

background image

głosie,  oddychał  szybciej.  Czuła  podobnie,  ale  kiedy  sięgnął 
ręką do jej bluzki podciągając ją nad piersi, złapała go za rękę. 

 - Proszę, nie - broniła się szeptem. 
 - Kochana... dlaczego? Przecież chcesz, żebym się z tobą 

kochał, wiem to. Aż drżysz cała i serce ci wali. 

 - Nie, nie tutaj - szepnęła błagalnie. 
 - Czy zawsze musimy kochać się w łóżku i po ciemku? - 

zapytał.  Odwróciła  twarz,  ale  zauważył,  że  jej  oczy  błyszczą 
całe od łez. 

 -  No,  ale  jeśli  już  moja  pani  chce  tylko  tak...  Kochanie, 

spójrz na mnie. Lubisz, jak cię kocham? 

 -  Och,  wiesz  przecież,  że  tak!  -  powiedziała  żarliwie  i 

miękko  i  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję.  Całowała  jego  ucho, 
policzek, błądziła palcami wśród jego czarnych włosów. 

 -  Zrobimy  tak,  jak  chcesz.  Moja  kochana,  zobaczysz, 

razem przepędzimy tę twoją wstydliwość. - Wstał i trzymając 
jej rękę, pociągnął ją ku sobie. 

 - Śpiąca? 
 - Nie, ale nie mogę się doczekać, żeby pójść już do łóżka. 
 - Mmmm... To najlepsza rzecz, jaką dziś słyszałem. 
Deszcz  zaczął  lać,  kiedy  przejeżdżali  przez  przedmieścia 

Portland.  Casey  cieszyła  się  teraz,  że  Dan  nie  pozwolił  jej 
prowadzić.  W  szarości  dnia  i  w  potokach  gwałtownej  ulewy 
było coś groźnego, co przypominało jej tamtą mglistą noc na 
autostradzie. 

Dan puścił jedną ręką kierownicę i objął ją. 
 - Chodź do mnie, przytul się. 
Przylgnęła  do  niego,  wtulając  się  mu  w  ramię.  Był 

świetnym kierowcą, cały czas uważnie patrzył przed siebie. 

 -  Lubię,  gdy  jesteś  przy  mnie  -  powiedział  z  prostotą.  - 

Może twój ojciec chciałby do nas wpaść? 

 - Wątpię. Dzwoniłam do niego, bo on lubi wiedzieć, gdzie 

jestem i co robię. Eddie cierpi chyba teraz na kompleks winy - 

background image

po  chwili  dodała  -  zostawiłam  wiadomość  dla  Judy.  Ona  na 
pewno będzie za mną tęsknić. 

 - Tylko ona? 
 -  Tak.  Większość  moich  znajomych  to  ludzie  z  pracy,  a 

nie myślę, żebym teraz wielu z nich oglądała.  

 -  Do  diabła  z  takimi  znajomymi  -  przez  chwilę  był  zły. 

Oparła mu policzek na ramieniu. 

 - Opowiedz mi o Bend. Czy twoja matka jest w domu? 
 -  Nie,  siedzi  teraz  w  Nowym  Jorku,  razem  z  jedną  ze 

swoich  sióstr.  Moja  matka  uwielbia  teatr,  jak  długo  sięgam 
pamięcią  ma  na  tym  punkcie  kręćka.  Z  ciotką  oglądają  na 
Broadwayu  dosłownie  wszystko,  a  potem  zaraz  jadą  jeszcze 
do Londynu. 

 - Do Londynu? Dla teatru? 
 - No, nie tylko. Mają tam też przyjaciół. A znowu trzecia 

siostra,  ciotka  Bea,  jest  ich  całkowitym  przeciwieństwem. 
Mieszka tuż obok nas, przez płot i nie ruszysz jej z Oregonu 
nawet stadem mułów. - Mówił to tak, że domyśliła się, że Dan 
bardzo lubi ciotkę Beę. 

 - Zobaczę ją? 
 -  Pewnie!  -  Na  chwilę  tylko  odwrócił  głowę,  by  się  do 

niej uśmiechnąć. - Ciotka Bea to wspaniała kobieta. A ponadto 
ma  pasiekę.  Dostarcza  miód  do  wszystkich  okolicznych 
sklepów, a nawet do Portland. 

 - A czy jest zamężna? 
 - Jej mąż umarł przed dwudziestu laty. Nie ma własnych 

dzieci  i  mnie  uważa  za  swojego  syna.  Ciotka  bardzo  się 
niepokoi, że przyjeżdżasz, ale i umiera z ciekawości. 

 - A skąd ona wie o mnie? - Casey zdenerwowała się. 
 -  Niepokoi  się  i  jest  ciekawa,  bo  mnie  kocha.  Chce  cię 

zobaczyć i poznać, żeby być pewną, że jesteś naprawdę taka, 
jak jej opowiadałem. - Pogłaskał ją po udzie. 

background image

 -  Dan!  Chyba  nie  naopowiadałeś  swojej  rodzinie,  że 

między nami było coś... no, osobistego? 

 -  Oczywiście  że  tak.  Powiedziałem,  że  chcę  się  z  tobą 

ożenić. Dlaczegóż bym miął tego nie mówić? - rzekł z dumą. 

 - No bo... jeszcze się przecież nie zdecydowaliśmy. 
 -  Ja  tak.  Jeśli  mnie  zawiedziesz,  to  bardzo  mnie 

zmartwisz,  a  w  dodatku  stracę  wiarygodność  we  własnej 
rodzinie! 

 -  Znowu  się  ze  mną  drażnisz.  Żartujesz,  czy  mówisz 

serio? Nigdy nie wiem. - Przestraszyła się. - Myślałam, że jadę 
pomagać w domu, a nie po to, żeby być wystawiona na pokaz, 
na którym twoja rodzina zdecyduje, czy jestem dobra czy nie - 
zdenerwowanie nadało jej głosowi ostrzejszy ton. 

 - Dobrze już, żartowałem. Zobaczysz, polubisz ciotkę Beę 

i ona ciebie polubi. Zaraz ci przyniesie książkę kucharską, w 
której  wszystkie  przepisy  radzą  stosowanie  miodu  zamiast 
cukru. A potem palnie ci wykład na temat zdrowej żywności. - 
Roześmiał się. - Wiem, że nie zostaniesz jej dłużna. 

 - A gdzie ty mieszkasz? 
 -  W  tartaku  jest  pokój,  śpię  tam  czasem.  A  czasem  w 

domu. Bo moja suka trzyma się domu i przychodzę do niej. - 
Nagle  zahamował,  by  przepuścić  samochód  jadący  z  tyłu.  - 
Cholerny  dureń!  Czasem  myślę,  że  trzeba  by  zweryfikować 
prawa jazdy różnym takim typkom. 

 -  To  kto  teraz  prowadzi  dom?  -  spytała  cicho  Casey. 

Powoli  już  jej  świtało,  że  pomoc  domowa  to  była  tylko 
sztuczka, żeby ją zwabić do Bend. 

 -  Trochę  ciotka  Bea,  a  trochę  ja.  Przychodzą  też  moje 

siostry cioteczne. Mama hoduje w domu tysiące kwiatów. 

Okolice,  przez  które  przejeżdżali,  były  cudowne.  Szosa 

przechodziła przez park narodowy Mt. Hood i rezerwat Indian 
Warm  Springs.  W  mieście  Madras  skręcili  z  autostrady  na 
południe. 

background image

 - To już niedaleko. Powoli zaczynają się lasy. - Wiedział, 

że  jest  zdenerwowana  i  starał  się  ją  uspokoić,  mówiąc  jej  o 
różnych  ciekawostkach  krajobrazu.  Dojechali  do  Bend.  -  To 
nie  to  samo  co  Portland  -  roześmiał  się  lekko,  z  dumą,  bez 
cienia  kompleksu.  -  To  nasza  główna  ulica.  -  Casey 
pomyślała,  że  to  urocze  miasteczko  i  do  tego  kwitnące. 
Parkingi  były  przeważnie  zatłoczone.  Szybko  przejechali 
przez  miasto,  znów  wracając  na  szosę.  -  Mieszkamy  za 
miastem, nad Deschutes River. Już prawie jesteśmy w domu,, 
kochanie. 

Casey oswobodziła dłoń i poprawiła szal na głowie. 

background image

Rozdział 9 
Dan  skręcił  w  czarną  drogę,  biegnącą  wśród  wysokich, 

starych  cedrów.  Wkrótce  aleja  przerzedziła  się  i  jechali 
wzdłuż ogrodzenia z drewnianych żerdzi, za którym pasła się 
gniada  klacz  ze  źrebakiem.  Wjechali  w  jeszcze  jedną  aleję 
drzew,  która  nagle  otwarła  się  na  rozległe,  płaskie  pole 
strzyżonej  trawy  i  stojący  wśród  niego  wielki  dom,  kryty 
brązowym  gontem.  Dan,  teraz  już  wolniej,  wjechał  w 
wysadzaną  krzewami  i  pokrytą  płytami  kamiennymi  dróżkę. 
Casey  poczuła  w  sercu  ulgę.  Spodziewała  się  czegoś  w 
rodzaju  komitetu  powitalnego,  przed  którego  oczami 
zmuszona  będzie  przedefilować.  Szerokie,  dwuskrzydłowe 
drzwi  od  frontu  były  zamknięte.  Wszystkie  ściany  i  węgły, 
podobnie  jak  dach,  pokrywał  mocno  już  zjedzony  zębem 
czasu  gont,  sprawiający,  że  cały  dom  świetnie  komponował 
się  z  otoczeniem.  Minęli  zakręcający  w  kierunku  garaży  z 
boku  domu  podjazd.  Dan  przejechał  jeszcze  kilka  metrów  i 
zatrzymał  wóz  przed  głównym  wejściem.  Casey  zwróciła  ku 
niemu oczy i powiedziała z przejęciem. 

 -  Jest  piękny.  Wygląda  tak  spokojnie  i...  niewzruszenie. 

Dan ścisnął jej rękę. 

 -  Wiedziałem,  że  będzie  ci  się  podobał.  Chodź.  Słońce 

wyjrzało, by cię powitać w twoim nowym domu rodzinnym. - 
Wysiadł z wozu i czekał na nią. 

Kiedy  już  weszli  popchnął ją leciutko  w  kierunku  pokoju 

stołowego, biegnącego od frontu w głąb, ku kuchniom. Pokój 
był  obszerny,  umeblowany  tradycyjnie,  z  szeroką,  miękką 
kanapą  i  fotelami  wyściełanymi  skórą,  z  kominkiem  i 
perkalowymi  zasłonami  w  oknach,  nieco  kolonialnymi  w 
stylu. 

Naprzeciw frontowych drzwi, przy schodach, stał ciemny, 

stojący  zegar  -  staruszek.  Wełniane,  plecione  chodniki 
pokrywały  podłogę  z  szerokich,  lśniących  od  wosku  desek, 

background image

świadczących  o  wiekowości  wnętrza.  Jakże  Dan  pasował  do 
tego  wszystkiego.  Bezbłędnie  wyczuwała  dominujący  tutaj 
komfort, smak i ciepłą atmosferę tego domu. 

Dan  prowadził  ją  dalej,  do  dużej,  widnej  kuchni,  lśniącej 

czystością.  Parapety  okien  zasłaniała  bujna  zieleń 
doniczkowych kwiatów, a nad kuchnią wisiały wypolerowane 
mosiężne rondle. Przy jednym z wielkich okien, otwierających 
się  na  rzekę,  stał  okrągły,  dębowy  stół  i  krzesła  z  wysokimi, 
rzeźbionymi  oparciami.  Stół  przykryty  był  kraciastym 
obrusem  i  zastawiony  porcelanowymi  naczyniami.  Z  kuchni 
wychodziło  się  na  ocieniony  ganek,  biegnący  przy  ścianie 
przez całą długość domu. 

Ani  jedno  słowo  nie  padło  z  ust  Dana,  kiedy  tak 

oprowadzał  ją  po  swoim  królestwie.  Ale  zanim wkroczyli  na 
schody,  wiodące  na  górne  piętra,  objął  ją  i  całował  gorąco, 
namiętnie. Potem wziął  ją za rękę  i, cofając  się do korytarza, 
przez  który  weszli,  poprowadził  na  górę.  Od  półpięterka 
schody  biegły  już  stromiej,  drzwi  pierwszego  pokoju 
otwierały  się  gościnnie.  Była  to  sypialnia,  jasna,  oświetlona 
słońcem  kładącym  się  na  jasnobrązowym  dywanie.  Wielkie 
łóżko  z  ciężkimi,  rzeźbionymi  w  orzechowym  drewnie 
narożnymi  kolumienkami  pokryte  było  tkaną  narzutą  w 
kolorach  zgaszonego  błękitu,  bieli  i  czerwieni.  Był  to  pokój 
raczej  męski,  zastawiony  meblami  masywnymi,  ciemnymi, 
krzesłami z obiciami z tłoczonej skóry. Wychodziło nań dwoje 
drzwi: jedne do toalety, a drugie do łazienki. Cały pokój miał 
atmosferę i zapach Dana. 

Potem pozwoliła się prowadzić dalej, w głąb korytarza, ku 

następnym drzwiom. 

 -  Na  piętrze  są  cztery  sypialnie  i  jeden  mały  pokoik  nad 

garażem,  coś  w  rodzaju  służbówki.  -  Kolejno  wskazywał  na 
drzwi,  zaczynając  od  tych  naprzeciwko  swoich.  -  To  jest 
sypialnia  mojej  matki,  ale  ona  rzadko  tu  śpi.  Następne  są 

background image

drzwi  do  małego  pokoju,  może  urządzilibyśmy  tu  twoją 
szwalnię?  Te  dalej  prowadzą  do  pokoju,  w  którym  na  razie 
będziesz  mieszkała,  aż  się  pobierzemy.  -  Otworzył  przed  nią 
drzwi i przepuścił ją, by weszła pierwsza. 

Był  to  spory,  kwadratowy  pokój,  położony  w  samym 

narożu  domu.  Ściany  miał  białe,  na  podłodze  dywan 
szmaragdowo  -  zielony,  a  meble  plecione  z  wikliny, 
malowane  na  biało.  Królewskie  łoże  miało  wezgłowie 
wyposażone  w  półeczkę  na  książki  i  przykryte  było  kapą  w 
indiańskie  wzory,  powielone  przez  wyściółki  krzeseł  i  niską 
otomanę.  Na  podłodze  stały  pękate  donice  z  pachnącymi 
kwiatami.  Wszystko  to  było  tak  odmienne  charakterem  od 
reszty  domu,  że  Casey  była  zdumiona.  Dan  obserwował  ją  z 
wesołym uśmieszkiem. 

 - Kilka lat temu ciotka Bea przewróciła ten pokój do góry 

nogami.  Mówiła,  że  wygląda  jak  kostnica.  A  oto  rezultat  tej 
rewolucji. 

 -  Och,  jest  piękny.  Zupełnie,  zupełnie  nie  przypomina 

kostnicy. 

Uśmiechnęła się do niego, a  on przyciągnął ją do siebie i 

przytulił.  Musnął  palcem  jej  nosek.  Oczy  błyszczały  mu 
wesoło, przesunął dłonią po jej karku, wzbudzając przyjemne 
dreszcze, a potem wzdłuż ramienia opuścił ją na jej pierś. 

 -  Panie  Murdock,  pan  jesteś  lubieżnym  świntuchem, 

zaślinionym dziadem, mózg zalewa panu... Ale... 

 - Ale co, moja Julio? - śmiał się słysząc tę jej litanię. 
 - Już nic, Romeo. Ucałuj mnie,  bym mogła iść i  sprawić 

ci ową szatę, a wrócić do komnaty. 

Aż jęknął. 
 - Oj, bardzo słabo, po prostu sknociłaś tę kwestię. Byłaby 

z ciebie marna Julia. 

background image

 -  Tak  myślisz?  -  wlazła  mu  na  czubki  butów  i  wbiła 

paznokcie  pod  żebra.  Aż  nim  rzuciło.  Ściągnął  jej  ręce  do 
boków. 

 -  Mmmm!  -  wymruczał,  kiedy  już  uniósł  głowę  znad  jej 

ust. - Smakujesz jak mus jabłkowy! 

 - A tak, tylko żarcie ci w głowie. Ciasto z jabłkami stoi na 

dole w kuchni, prawda? 

 - Nic podobnego, to znaczy nie myślę wyłącznie o swoim 

brzuchu.  Wręcz  przeciwnie,  myślę  wyłącznie  o  twoim.  - 
Całował ją znowu, rozpalając się w miarę, jak jego pocałunek 
ją  rozbudzał.  Casey  po  prostu  topniała  pod  wpływem 
pieszczoty jego ust. Nie mogła się mu oprzeć. 

 - Kocham cię, Cassandra. Po prostu kocham cię. Żadnych 

wymagań i żadnych obietnic. 

 - To kompletne wariactwo, ale ja też chyba pana kocham, 

panie  Lancelot  -  powiedziała  miękko,  z  tajemniczym 
uśmiechem  w  kącikach  ust.  Chyba?  Wybacz  kochanie,  nie 
zabrzmiało  to  zbyt  przekonująco  -  myślała  -  ale  muszę 
przecież zostawić sobie jakieś pole manewru! 

 - Uu, Daniel! Co się tam dzieje? Czekam tu na dole, a ty 

czulisz się z tą dziewczyną? 

 -  To  ciotka  Bea  -  szepnął  Dan.  -  Cóż,  jest  dość 

prozaiczna. Pewnie nie przychodzi na górę, żeby nie przyłapać 
nas w łóżku. 

Casey szeroko się uśmiechnęła. 
 -  Ha,  czulisz  się.  Jakie  to  ładne.  Dziś  już  nikt  tak  nie 

mówi. 

 -  O,  to  nie  jest  kobieta  zasad  przesadnie  surowych.  Ale 

znowu  w  niektórych  sprawach  jest  wręcz  pruderyjna.  Chodź, 
poznasz ją. 

Dan,  jakby  chcąc  dodać  jej  odwagi,  silnie  objął  ją 

ramieniem.  Rzeczywiście,  Casey  czuła  nagły  niepokój  na 
myśl, że oto stanie oko w oko z kimś, kto jest mu drogi. 

background image

 -  Ciotka  całymi  latami  łaziła  za  mną  i  nudziła,  żebym 

ożenił się z jakąś miłą dziewczyną. Zobaczysz, wciągnie cię w 
pszczelarstwo, zanim się obejrzysz. 

Kobieta stojąca u stóp schodów miała krótkie, siwe włosy, 

wielkie  oczy  i  szeroki  uśmiech.  Ubrana  była  w  dżinsy  i 
trykotową koszulkę z napisem „Ciotka Bea to Miód". Dan na 
powitanie  pocałował  ją  w  policzek,  a  musiał  się  przy  tym 
nachylić,  bo  głową  sięgała  mu  zaledwie  do  ramion.  Brak 
wzrostu  nadrabiała  za  to  nadzwyczaj  okrągłym  brzuszkiem  i 
bujnym biustem. 

 - Ciociu, to jest Cassandra Farrow. Mów jej Casey. 
 -  Cześć,  Casey  -  ciotka  wyciągnęła  rękę.  W  jej  głosie 

brzmiało  przyjemne  zdziwienie.  Uśmiechała  się  szeroko  i 
mocno  ściskała  rękę  Casey.  Mrugnęła  na  Dana.  -  No,  no, 
popatrz  jaka  wysoka  i  ładniutka.  A  włosy  i  oczy  ma  jak... 
miód! 

 - Aa, wiedziałem, że tak powiesz. 
 -  Co  tak  długo  się  zbierałeś?  Od  razu  trzeba  ją  było 

przywieźć do domu! 

 -  Moja  pszczółko  słodka.  Przecież  przywiozłem  ją 

najszybciej jak się dało. 

Ciotka  Bea  kiwnęła  głową.  Była  wyraźnie  zadowolona. 

Casey  zerknęła  na  Dana  i  zobaczyła,  że  cieszy  się  ze 
zgotowanego jej przez ciotkę ciepłego przyjęcia. 

 -  Chodź,  Casey,  napijemy  się  kawy  i  trochę  się 

zaznajomimy.  Dan  ma  tu  obok  przyjaciółkę,  bardzo 
zmartwioną,  bo  jej  długo  nie  odwiedzał  -  oczy  ciotki 
błyszczały takim samym figlarnym promykiem jak oczy Dana, 
kiedy  żartował.  -  Nazywa  się  Sadie  i  ma  najpiękniejsze 
niebieskie  oczy,  jakie  kiedykolwiek  widziałaś.  Casey  ruszyła 
za małą kobietką, a za nią Dan. 

 -  O  tak,  nie  możemy  trzymać  Dana  z  dala  od  jego 

wielbicielek  -  powiedziała  serdecznie  do  ciotki,  ale 

background image

natychmiast szarpnęła się w tył, by trzepnąć po łapach Dana, 
bo szczypał ją w pośladek. 

W chwilę potem Dan otworzył drzwi werandy i do pokoju 

wkroczyła  duża,  czarno  -  brązowa  suka.  Zatrzymała  się  koło 
okrągłego  stołu,  przy  którym  siedziała  Casey  i  ciekawie 
podniosła  łeb.  Ciotka  Bea  miała  rację.  Oczy  psa  były 
uderzająco wielkie i niebieskie. 

 - Siad! Sadie, przywitaj się z Casey! - powiedział Dan. 
Suka  cofnęła  się  kilka  kroków  i  usiadła.  Zadarła  do  góry 

pysk  i  szczeknęła  przeciągle.  Zerknęła  na  Dana,  a  potem 
powtórzyła swoje powitanie dłużej jeszcze nawet i głośniej. 

 - Witaj i ty - powiedziała Casey i poklepała się po udzie. 

Suka podeszła do niej i  położyła łeb na  jej kolanach, patrząc 
prosto  w  oczy.  -  Jakiej  ona  jest  rasy?  -  Casey  ostrożnie 
pogłaskała ciemną, lśniącą sierść między uszami psa. 

 -  To  syberyjski  husky.  Kiedyś  nazywała  się  inaczej,  ale 

tylko  spójrz  na  nią.  Zawsze  ma  taki  smutny  wyraz  pyska. 
Dlatego została Sadie. 

Ciotka  Bea  przyniosła  dzbanek  z  kawą  i  postawiła  go  na 

podstawce z malowanego kafla. 

 - Daniel, a ty napijesz się z nami kawy? 
 - Chętnie, a  może masz jakieś ciasto? Potem będę chciał 

rozładować samochód. 

 -  Dziś  rano  dzwoniła  Marge.  Cała  ta  hałaśliwa  zgraja 

zwali  się  nam  na  głowę  wieczorem.  Na  kolację  chcą  zrobić 
pieczone  kurczaki  i  sałatkę  kartoflaną.  Możesz  już  rozpalać 
piec na hot - dogi, dzieciaki przepadają za nimi. 

 -  Dobra.  -  Dan  przysunął  sobie  krzesło  i  usiadł  na  nim, 

tyłem  do  okna.  -  A  co  z  Fredem  i  Hankiem?  Oderwą  się  od 
kieratu? 

 - Chyba żartujesz. Nawet armatą byś ich nie powstrzymał 

-  zaśmiała  się  ciotka.  -  Wprost  nie  mogą  się  doczekać,  żeby 
zobaczyć Casey. 

background image

A  Casey  nerwowo  zacisnęła  szal  na  głowie,  zawiązując 

nowy węzeł. Dan przyglądał się jej i to troska i czułość, które 
widziała w jego oczach sprawiły, że ręka trzęsła się jej, kiedy 
sięgnęła  po  filiżankę  z  kawą.  Zerknęła  na  ciotkę,  która 
patrzyła  na  jej  drugą  rękę,  opartą  na  krawędzi  stołu.  Casey 
natychmiast ją schowała. 

 - Kochanie, cała rodziną naraz to dla ciebie niezła porcja. 

Myślisz, że będziesz w stanie ją przełknąć? - spytał Dan. 

Nie  śmiała  spojrzeć  na  ciotkę.  Serdeczność  Dana  z 

pewnością zbliży ją do wszystkich. Nie było sensu udawać, że 
przyjechała  tu  jako  pomoc  domowa.  Przywiódł  ją  tu,  by  ją 
przedstawić rodzinie, czekał ją wielki test. O Boże! Nie miała 
pojęcia, jak się wchodzi do rodziny, szczególnie tak zżytej ze 
sobą  jak  Murdockowie.  Patrzyła  na  Dana  nic  nie  widzącymi 
oczami, całkowicie pochłonięta własnymi myślami. 

Nie  odpowiedziała  jeszcze  na  pytanie,  kiedy  odezwał  się 

telefon.  Dan  poderwał  się  i  pobiegł  w  drugi  kąt  kuchni. 
Przelotnie  musnął  ją  palcami  a  Casey,  cała  spięta,  spojrzała 
zaraz na ciotkę. Jak też ona przyjmuje te ich pieszczoty? Nie 
mogła powstrzymać łez. 

 -  Nie  myślałam  już,  że  dożyję  tego  dnia  -  powiedziała 

starsza pani z uśmiechem na lekko pomarszczonej twarzy. Jej 
oczy  świeciły jasno,  dobrotliwie,  jak  gwiazdy  pośród  nocy. - 
Daniel kocha cię na zabój, prawda? Wiedziałam, że jeśli tylko 
znajdzie odpowiednią kobietę, będzie taki sam jak jego ojciec 
i chłopcy, jego bracia. Bo wiedz, że w tej rodzinie mężczyźni 
starannie  wybierają sobie  kobiety i  kochają je do szaleństwa. 
No,  oczywiście  trochę  się  martwiliśmy.  Te  wszystkie  młode 
panny, podkochujące się w nim, bo jest przecież sławny i tak 
dalej.  Ale  mówiłam  Hankowi  i  Fredowi,  że  jak  mu  tylko 
trochę popuścić liny, sam zobaczy, że one wszystkie są na nic 
i  zaraz  znajdzie  sobie  kogoś  naprawdę  dla  niego 
odpowiedniego. 

background image

Casey patrzyła na nią długą chwilę. 
 -  A  skąd  pani  wie,  że  ja  jestem  kimś  dla  niego 

odpowiednim? Nie zna mnie pani. A może jestem jedną z jego 
licznych wielbicielek, taką samą jak inne? 

 -  Moja  droga,  wiem,  bo  nie  przeżyłam  swoich 

pięćdziesięciu pięciu lat w worku. Jeśli byłabyś jedną z nich, 
Daniel  nie  powiedziałby  ci,  że  to  dom  jego  matki  i  że  chce, 
żebyś  tu  przyjechała  i  pomogła  w  nim  -  ciotka  Bea 
powiedziała to z niezachwianą pewnością i spokojem. 

Zanim  zdążyła  cokolwiek  odpowiedzieć,  Dan  wrócił  już 

do stołu. 

 - Hank powiedział, że mogę być potrzebny na kilka dni w 

końcu  tygodnia.  Cieszy  się,  że  do  tego  czasu  zdążysz  już 
wszystkich  poznać.  Dotrzymają  ci  towarzystwa,  kiedy  mnie 
nie będzie. 

 - Mam mnóstwo roboty. Muszę zacząć szyć, wiesz. 
Jedli  duże  kawały  ciasta  z  jabłkami  i  rozmawiali  o 

projektach  Casey.  Było  tak  przyjemnie  siedzieć  tu  razem  z 
ciotką,  że  Casey  zapomniała  o  ciężkiej  próbie,  jaka  czeka  ją 
wieczorem. 

 -  Chcesz  jeszcze  ciasta,  Daniel?  Upiekłam  je  nic  jeszcze 

nie wiedząc o zlocie klanu. Ale jabłek jest tyle, że mogłabym 
piec  placek  za  plackiem  przez  całe  popołudnie  i  jeszcze 
zostanie. Myślisz, że cztery wystarczą? 

 -  Cztery  ciasta?  -  Casey  nie  wierzyła  własnym  uszom. 

Dan roześmiał się na to. 

 -  Kochanie,  tu  będzie  dwanaścioro  dzieciaków  i  siedmiu 

dorosłych. Razem dziewiętnaście gąb, wliczając w to i ciebie! 

 -  Lucy  ze  swoją  Mary  Ann  przyjadą  z  Helen  - 

powiedziała ciotka. 

 - Wróciła już? - Dan uniósł brwi i zaraz uśmiechnął się do 

Casey. To siostra Helen. No widzisz, to już dwadzieścia jeden. 
Ciociu, lepiej dolicz jeszcze jedno ciasto. 

background image

Popołudnie  minęło.  Ciotka  Bea  wróciła  do  siebie,  by 

wrzucić  ciasta  do  pieca.  Dan  zajął  się  samochodem,  a  Casey 
zniknęła  w  łazience.  Wzięła  prysznic,  wytarła  i  wysuszyła 
włosy  i  zręcznie  skręciła  je  lokówką.  No,  nie  wyglądało  to 
najgorzej. Ale co z ciuchami? Stała w łazience i zastanawiała 
się, gdy Dan zapukał, a potem wszedł do pokoju. Znalazł ją i 
zbliżył  się,  by  wziąć  ją  w  ramiona.  Przez  gruby,  frotowy 
szlafrok czuła jego twardy brzuch. 

 - Mmm, jak ładnie pachniesz! - nosem łaskotał ją w szyję. 
 -  Dan...  powinnam  dać  ci  prztyczka  w  nos  za  karę,  że 

muszę przez to wszystko przejść 

 - ostatnie słowa ledwie  i  drżąco wyszeptała,  bo zaczął  ją 

całować.  Objęła  go  za  szyję,  dobrze  już  znany  dreszcz 
przebiegł  jej  ciało.  Z  rozkoszą  wdychała  męski  zapach  jego 
skóry i włosów, w których szorstką bujność zanurzyła palce. 

 -  Nie  ma  się  czego  bać.  Przecież  nie  jesteś  chorobliwie 

nieśmiała.  Ktoś,  kto  reklamował  kosmetyki  przed  setkami 
osób  nie  może  sobie  nie  dać  rady  z  dwudziestoma,  w 
większości zresztą, dziećmi. 

 -  O,  to  było  zupełnie  co  innego.  Dan...  to  jest  jeszcze 

wszystko  dla  mnie  nowe.  Czasem  chciałabym,  żeby  mnie  tu 
po prostu nie było. Jestem pewna, iż oni pomyślą że ze sobą 
sypialiśmy i po wypadku zostałeś złapany w potrzask. 

 - Nie, to chyba najbardziej niemądre słowa, jakie w życiu 

słyszałem - powiedział łagodnie. 

 -  Czy  ty  naprawdę  sądzisz,  że  do  wybrania  sobie  żony 

potrzebna  mi  aprobata  moich  braci?  Oczywiście,  chciałbym 
żebyście się wzajemnie polubili, ale jeśli tak się nie stanie, to 
nie będzie mi to robiło żadnej, ale to żadnej różnicy. To twojej 
aprobaty jedynie mi potrzeba, moja Ginevro. 

Słyszała zaledwie część z tego, co mówił. Nachylał się nad 

nią,  zastygł  na  moment  bez  ruchu,  a  potem  całował  jej  usta. 

background image

Był  dla  niej  jak  balsam,  łagodził  obrażenia  duszy.  Jego 
niewiarygodna słodycz zatapiała w sobie jej niewiarę. 

Cicho powiedziała: 
 - Boję się. 
 - Niczego się nie bój. Zawsze będę obok ciebie. Jutro jest 

otwarcie szkoły, więc nie zostaną długo. No dobrze, wskakuj 
w dżinsy i jakiś sweter, bo wieczorami bywa tu zimno. 

 -  Sięgnął  do  paska  jej  szlafroka.  -  Chętnie  zostanę  i 

pomogę ci - powiedział z tym swoim łobuzerskim uśmiechem. 

 - Wyjdź stąd, Daniel, bo zawołam ciotkę Beę - zagroziła 

ze śmiechem. 

 - A to uparta koza! Dobrze, kiedy tylko uwolnimy się od 

hałaśliwej  zgrai,  jak  mówi  ciotka,  zaczniemy  tam,  gdzie 
przerwaliśmy  -  znów  ją  pocałował,  jakby  pieczętując  tę 
obietnicę. 

Casey  zeszła  na  dół.  Włożyła  obszerny,  męski  sweter, 

dżinsy i sandały. Złoty sweter obciskał jej zgrabne biodra, a w 
talii  zebrany był  szerokim,  skórzanym  pasem.  Jedwabny  szal 
nie pozwoli jej włosom rozsypać się, kiedy wyjdzie na dwór. 
Weszła  do  kuchni.  Dan  wyjmował  papierowe  tacki  z  torebki 
foliowej.  Spojrzał  na  nią,  rzucił  torbę  na  stół  i  bez  słowa 
otworzył ramiona. Przytuliła się. 

 -  Ha,  jesteś  miękka  i  słodka  jak  miodowy  cukierek,  cała 

złota  i  pyszna.  Daj  buzi  a  potem  pomożesz  mi  rozstawić  te 
tacki na stole na werandzie. Bo chyba dziś wieczorem będzie 
za dużo owadów, by jeść na trawie. 

Casey  nakryła  dwa  długie  biwakowe  stoły  obrusem  i 

razem rozstawili kubki, tacki, talerzyki i serwetki, a na jednym 
końcu stołu położyli srebrne nakrycie. 

 - Czy to wszystko, co mamy zrobić? 
 -  Później  zrobimy  kawę.  Na  razie  mamy  pół  godziny, 

zanim nas opadną i chcę je spędzić tylko z tobą. - Wziął ją za 
rękę i poprowadził przez kuchnię do pokoju stołowego. 

background image

Lekko  ścisnął  jej  rękę  i  oboje  zapadli  się  w  miękką 

kanapę. Objął ją i przytulił policzek do jej głowy uważając, by 
nie  potargać  włosów.  Nie  wiedziała  czy  domyślał  się,  jak 
ważne teraz było dla niej staranne uczesanie. A może robił to 
instynktownie? 

 -  Dan...  jak  to  się  stało,  że  tak  długo  pozostałeś... 

samotny? 

 - Raz o mało się nie ożeniłem. Ale było w tym coś, co mi 

się  nie  podobało  i  nie  mogłem  się  ostatecznie  zdecydować. 
Zwlekałem.  A  ona,  kiedy  się  dowiedziała,  że  w  naszym 
przedsiębiorstwie  nie  jestem  żadną  grubą  rybą,  wycofała  się 
dyskretnie. Uśmiechał się kącikami ust i zza zmrużonych oczu 
obserwował Casey. 

 - Ale nie żałujesz specjalnie? Czy może złamała ci serce? 
 -  Och,  jesteś  słodka.  Nie  masz  pojęcia,  czego  niektóre 

kobiety wymagają, prawda? - mówił z uśmiechem, kołysząc ją 
w ramionach. - Dla niej, której papa mógł kupić całe kino albo 
zrobić  jej  prezent  z  odrzutowca,  byłem  za  biedny.  A  kiedy 
przekonała  się,  że  ani  mi  się  śni  mieszkać  z  nią  i  jej  papą 
powiedziała,  że  już  mnie  nie  kocha.  To  było  dawno,  byłem 
jeszcze szczeniakiem, no i musiałem zapłacić frycowe. 

 - Nie bardzo rozumiem. 
 -  Jest  taki  czas  w  życiu  każdego  człowieka,  kiedy  myśli 

się,  że  cały  świat  stworzono  wyłącznie  dla  niego.  Robi  się 
wtedy rzeczy... och, idiotyczne. - Spojrzał jej w oczy i dotknął 
jej  nosa  swoim.  Miał  szelmowski,  chłopięcy  wyraz  twarzy.  - 
O!?  Trochę  posiedziałaś  dziś  nad  swoim  makijażem!  Jesteś 
piękna. Cicho! - położył jej palec na ustach. - Na wszystkich 
zdjęciach,  jakie  widziałem,  nie  miałaś  jeszcze  blizn.  Ale  nie 
kochałbym  cię  tak  mocno,  gdybyś  ich  nie  miała  -  miękko 
przesunął  palcami  wzdłuż  różowej  krechy  na  jej  policzku  i 
ostrożnie trącił jej ucho. 

background image

Cała  aż  zamarła,  ale  pocałował  ją,  prosząc  o  wybaczenie 

swej  śmiałości  subtelnym  dotknięciem  ust,  a  potem 
dopominając  się  o  wzajemność  pocałunkiem  gorącym, 
gwałtownym.  Jego  palce  zaplątały  się  przy  jej  pasku, 
rozluźniły go i zaraz zniknęły pod swetrem, sięgając jej piersi. 
Nie obawiała się, że może urazić tę drugą, ranną. Ale ośmielił 
się i dotknął tej i Casey przekonała się, że nie było to niemiłe. 

Zlizał jej makijaż, mimo to nie odepchnęła go. To nie był 

najlepszy  pomysł  kochać  się  na  kanapie,  na  samym  środku 
pokoju, ale jego usta spowodowały, że ziemia usunęła się spod 
jej stóp i wszystko wokół zawirowało. Raz były to pieszczoty 
zmysłowe,  leniwe,  to  znów  drażniące.  Wsunęła  mu  rękę  pod 
koszulę  i  głaskała  kosmatą  pierś.  Gładka  skóra  na  jego 
żebrach  zachwycała  ją  nie  mniej  niż  drapiąca  i  szorstka  od 
zarostu  skóra  jego  policzków.  Zanim  się  spostrzegła 
majstrował przy suwaku jej spodni. 

 - Och, Dan... nie możemy tu...! 
 -  A  czemu?  Nikogo  przecież  nie  ma,  no,  może  tylko 

ciotka Bea... 

 - Jak to tylko!? Ach, ty wariacie! 
Nie  słuchał  jej,  całował  głęboko,  nieskromnie,  miłośnie. 

Jej  ręce  same  sięgały  do  guzików  jego  spodni,  a  kiedy 
odnalazły to, czego szukały, mruczał nieprzytomnie. Drzwi od 
kuchni trzasnęły. 

 -  Uu,  Daniel!  Chyba  będę  potrzebowała  pomocy!  Ciasta 

już się upiekły! 

Dan  zdławił  przekleństwo  w  ustach.  Casey  w  pośpiechu 

cofnęła ręce. 

 -  Przypomnij  mi,  żebym  założył  jutro  zamek  w  tych 

cholernych drzwiach - zaperzył się. Próbował się podnieść, ale 
coś go powstrzymało. - O Boże... - żałośnie spojrzał na swoje 
spodnie, rozdęte do  granic wytrzymałości. Casey zaśmiewała 

background image

się.  Będąc  w  takim  stanie  nie  mógł  się  ruszyć  ani  na  krok! 
Zapięła swój pasek, a na jego kolanach rozłożyła gazetę. 

 - Masz. Ja pójdę jej pomóc. - Śmiała się do łez. - Wielki 

Dan Murdock jest bezradny jak niemowlę! 

 -  Zuchwała,  zdeprawowana  dziewczyna!  -  cicho  zawołał 

za nią, kiedy wychodziła. Ciotka Bea sforsowała jakoś drzwi, 
w  każdej  ręce  trzymając  jedno  ciasto.  Casey  zachodziła  w 
głowę, jak też mogło się to jej udać. A jednak. 

 -  Co,  znowu  się  czulicie?  Daniel  zjadł  ci  całą  szminkę. 

Ha, przysięgam ci, ten chłopak nie da ci spokoju, póki go nie 
poślubisz,  a  i  później  nie  będzie  lepiej.  Przez  tydzień  bez 
przerwy  będzie  cię  przekonywał,  że  trwa  noc  poślubna,  tak 
było z jego ojcem i matką. Zobaczysz! 

Pod  wpływem  tej  gadaniny  policzki  Casey  zarumieniły 

się. 

 -  Co  tu  się  dzieje?  Spiskujecie  przeciwko  mnie?  -  obie 

odwróciły się na głos Dana. Casey zrobiła minę niewiniątka. 

 - Przeczytałeś... już gazetę? Uszczypnął ją. 
 -  Tak,  przeczytałem...  już  gazetę  -  przedrzeźniał  ją.  - 

Ciociu, czy mam skoczyć po resztę ciast? 

 - Czekaj, idę z tobą. Casey musi pójść na górę i umalować 

się.  Zostaw  ją  już  w  spokoju,  Daniel.  Ona  chce  się  ładnie 
prezentować dziś wieczór. 

Casey poklepała go po policzku i śmiała się złośliwie. 
 -  Słuchaj,  co  ciotka  Bea  mówi  do  ciebie  -  i  zręcznie 

umknęła z zasięgu jego ramion. 

background image

Rozdział 10 
Casey  siedziała  z  ciotką  w  kuchni,  kiedy  dobiegło  je 

szczekanie psa i zaraz potem trzaśnięcie drzwiami samochodu. 
Usłyszała  kobiecy  głos  wydający  polecenia  tak  biegle,  jakby 
jego właścicielka przez lata była sierżantem. 

 - John, zabierz to pudło z kurczakami do kuchni. Jim, nie 

przechodź przez dom. Julie, weź dzidziusia za rękę, trzymajcie 
się  z  daleka  od  Sadie.  Justin,  poczekaj  no,  nie  śpiesz  się. 
Mamy jeszcze dużo rzeczy do zabrania. 

Casey  ciężko  usiadła  na  fotelu,  nie  miała  siły  ani  przez 

chwilę ustać na nogach. Były jak z waty. Uśmiechaj się, Casey 
-  myślała.  -  Nikt  się  nie  domyśli  co  naprawdę  czujesz.  Bądź 
miła, nawet jeśli będą się na ciebie gapili. Cholera, przestańże 
się litować i użalać nad sobą, masz przecież prawo tu być! To 
Dan chce, żebyś tu była. Odwagi! O cholera, ale ja nie mam 
odwagi,  nie  mam  ani  cienia  odwagi!  Ciotka  Bea  widziała 
przerażenie w oczach Casey. 

 - Nie myśl sobie, że mi uciekniesz. Masz nóż, zacznij już 

kroić ciasto. Te małe placki na sześć części, a duże na osiem. - 
Stojąc przy stole przesunęła je w stronę Casey. - To Marge i 
piątka jej dzieciaków. Marge to złota matka. Dba o nie aż miło 
patrzeć. Nie to, co Helen. Ta ciągle tylko gra w golfa. 

Casey  chwyciła  się  noża  jak  ostatniej  deski  ratunku,  z 

ulgą, że nareszcie ma co robić. Coraz to zerkała strachliwie na 
drzwi. Dan powiedział, że będzie przy niej. - Cholera! Czy ja 
muszę być taką spłoszoną kurą? - pomyślała. 

Drzwi od werandy otwarły się z hukiem i pięciu bachorów 

zakleszczyło  się  w  nich  na  amen,  bo  wszystkie  usiłowały 
wejść jednocześnie. 

 - Dobrze już, dziękuję - zwolnił je głos sierżanta. - Idźcie 

się  teraz  bawić.  Tylko  nie  kręćcie  się  koło  rzeki.  Jeśli 
będziecie  chcieli  grać  w  piłkę  uważajcie  na  Jayne  lub 
przyprowadźcie ją do mnie. 

background image

Casey nie miała wprawdzie czasu, żeby pomyśleć, jak też 

wygląda  osoba  z  takim  głosem,  ale  była  zaskoczona  tym,  co 
zobaczyła.  Do  kuchni  weszła  niewysoka  kobieta  z  krótkimi 
ciemnymi  włosami  i  uroczym  uśmiechu.  Miała  na  sobie 
dżinsy,  kraciastą  bluzkę  i  miękkie,  sportowe  buty.  Od  razu 
spojrzała  na  Casey  i  nie  pozostało  już  nic  do  zrobienia,  jak 
tylko odwzajemnić jej uśmiech. 

 - Ty jesteś Casey. 
 -  A  pewno  -  odezwała  się  ciotka  Bea.  Jak  tylko  ją 

zobaczyłam  od  razu  wiedziałam,  że  jest  stworzona  dla 
Daniela. Zobacz no tylko ich razem. On, ciemny i ona, cała ze 
złota, dziewczyna jak miód! 

Marge obeszła stół uśmiechając się ze szczerą radością. 
 -  Ja  jestem  Marge,  żona  Freda.  Cieszę  się,  że  cię  widzę. 

Nareszcie. Denerwowałam się cały dzień - cmoknęła Casey w 
policzek, ciągle się do niej uśmiechając. 

 -  Denerwowałaś  się?  -  Casey  roześmiała  się  z  ulgą.  -  Ja 

miałam wrażenie, że pęknę jak balon! 

 - Cześć, Marge - Dan wyszedł z werandy. - Widzę, że już 

się  poznałaś  z  moją  panią  -  objął  bratową  i  ona  objęła  jego, 
całując go. 

 - Tak, już się poznałyśmy. Co tam u ciebie, Danny? 
 - Świetnie, moja mała. Jak się miewasz? - pocałował ją w 

czoło. 

 - No, no, chłopie, tylko się tak nie klej do mojej żony! 
Z  pokoju  stołowego  wyszedł  do  nich  mężczyzna  nieco 

niższy niż Dan. Byli do siebie podobni na pierwszy rzut oka: 
te  same  ciemne  włosy  i  oczy,  ta  sama  budowa  ciała.  Miał 
tylko gdzieniegdzie siwe nitki we włosach i nosił wąsy. 

 - Kochanie, nie wiedziałam, że już przyjechałeś! - Marge 

podeszła  do  niego  i  podała  mu  usta.  -  Ach,  nie  mogłeś 
zahaczyć  o  dom  i  przebrać  się?  -  łajała  go.  -  Dawaj  płaszcz. 
Zdejmij ten krawat i poczuj się swobodnie. 

background image

 -  No,  chciałem  wyglądać  elegancko,  skoro  mam  poznać 

Casey - jego szept był iście aktorski. 

 -  Nie,  nie  staraj  się  tak  dla  Casey.  Jesteś  mój  -  szepnęła 

tak samo. 

 -  Ja  myślę.  -  Objął  żonę  i  razem  podeszli  bliżej. 

Wyciągnął rękę. - Jestem Fred. Casey prawie podskoczyła ha 
krzepki uścisk jego dłoni. 

 - Cześć Fred. Miło cię poznać. 
 -  Cieszę  się,  że  ten  dzieciuch  ma  nareszcie  własną 

kobietę. Podrywa mi moją od lat - powiedział i palcem dźgnął 
Dana w policzek. - Cześć ciociu, jak się masz. Masz dla mnie 
co  do  jedzenia?  Bo  w  moim  własnym  domu  nie  mogę  się 
doprosić o kawałek suchego chleba. 

 -  Słyszysz,  Marge?  Na  twoim  miejscu  nic  bym  mu  już 

nigdy  nie  ugotowała.  Wy  mężczyźni  zgonilibyście  to  stado 
malców  do  kupy,  żebyśmy  mogły  ich  nakarmić.  Tylko 
patrzeć, jak się tu pojawią Helen i jej gromadka. 

Dan stał obok Casey. 
 - W porządku, kochanie? 
 - Tak, tak. Idź z Fredem, nic mi nie będzie - szepnęła mu. 
Helen  Murdock  była  wysoką,  przedwcześnie  posiwiałą 

kobietą  o  bujnej,  ale  kształtnej  figurze  i  szerokich  biodrach. 
Była miła dla Casey, kiedy się witały, ale wyraźnie brakowało 
jej  ciepła  drugiej  bratowej.  Jej  dzieciaki  były  hałaśliwe, 
niesforne  i  uwielbiały  wujka  Dana.  Helen  powiedziała,  że 
Hank  się  spóźni  i  że  nie  ma  co  czekać  na  niego  z 
podwieczorkiem.  Jej  młodsza  siostra,  która  też  z  nimi 
przyjechała,  była  do  niej  podobna  jak  kropla  wody,  jeśli  nie 
liczyć blond włosów i ziemistej cery, którą Casey na pierwszy 
rzut  oka  oceniła  jako  wynik  zastosowania  nieodpowiedniego 
makijażu  i  farby  do  włosów.  Lucy  podała  jej  zimną,  niemal 
bezwładną rękę i Casey lekko tylko ją uścisnęła. 

background image

Casey  promieniowała  ze  szczęścia,  wyrzucając  sobie 

teraz,  że  wątpiła  w  serdeczność  Murdocków.  Rozmawiali 
lekko,  swobodnie,  przekomarzając  się  ze  sobą.  Nic 
poważnego czy osobistego. Ku jej zdumieniu gawędziła mile z 
Fredem i kobietami. 

Dan  grał  z  dziećmi  w  piłkę,  a  potem  zwołał  je  wszystkie 

na  podwieczorek.  Przy  każdej  okazji  zerkał  na  Casey,  a  jeśli 
tylko  był  blisko,  dotykał  jej  pieszczotliwie.  To  było 
najserdeczniejsze,  najcudowniejsze  uczucie,  wiedziała,  że 
chce pokazać wszystkim jak ją kocha. 

Raz tylko Casey została sprowadzona na ziemię. Siedzieli 

przy  stole  na  werandzie,  a  córeczka  siostry  Helen  nie  chciała 
usiąść  obok  innego  dziecka.  Dziewczynka  była  drobna, 
płaczliwa, miała jakieś sześć lat. Matka posadziła ją naprzeciw 
Casey. 

 -  Nie!  Nie  chcę  koło  niej  siedzieć!  Ona  ma  brzydką 

połowę twarzy. I ręce też ma brzydkie! - zerwała się z krzesła 
i cofnęła się, wrogo spoglądając na Casey. 

Zapadła martwa cisza. 
Casey  z  trudem  przełknęła  ślinę.  Wiedziała,  że  jest 

czerwona jak burak. Serce dziko łomotało jej w piersi, jakby 
była  królikiem  zapędzonym  w  kozi  róg.  Matka  dziewczynki 
pośpieszyła z przeprosinami, co jeszcze pogorszyło sytuację. 

 -  Słuchaj,  naprawdę  mi  przykro.  Mary  Ann  nie  jest 

przyzwyczajona  do  widoku...  aaa...  kogoś,  kto...  Wiesz,  ona 
jest bardzo wrażliwa na... 

 -  Jest  tak  wrażliwa,  że  trzeba  by  jej  złoić  tyłek  - 

powiedziała ciotka Bea z drugiego końca stołu. 

 - Ciociu - wtrąciła się Helen, - Przecież to tylko dziecko! 
Casey  wolałaby  się  zapaść  pod  ziemię,  niż  być  obiektem 

dyskusji.  Wszystkie  oczy  patrzyły  na  nią.  Ale  górę  wzięła  w 
niej  duma.  Do  licha  z  tą  kobietą  i  jej  rozkapryszonym 
bachorem! Uśmiechnęła się, choć przyszło jej to z ogromnym 

background image

trudem.  Wysiłkiem  woli  powstrzymała  się  od  zakrycia 
przeciętego  policzka.  Pochyliła  za  to  głowę  i  gąszcz  włosów 
opadł jej na oczy. 

 -  Nic  się  nie  stało  -  słabo,  przez  ściśnięte  zęby 

powiedziała do matki dziewczynki. 

 -  Zobaczysz,  Mary  Ann  na  pewno  się  z  tobą  oswoi  - 

rzekła kobieta bez przekonania. Casey miała ochotę ją walnąć. 
Och, zamknij się! - krzyczała w duchu. 

Dan  włożył  rękę  pod  stół  i  mocno  zacisnął  na  jej  udzie. 

Nie  miała  odwagi  na  niego  spojrzeć,  by  nie  wybuchnąć 
płaczem i nie narobić mu przykrości przy wszystkich. 

Tymczasem  przy  stole  zrobiło  się  zamieszanie,  bo  dzieci 

dostały nowe porcje ciasta. Casey drżąc uczepiła się ręki Dana 
i  ściskała  ją  z  całych  sił.  W  końcu  opanowała  się,  puściła 
Dana,  by  mógł  jeść.  Dalsza  część  podwieczorku  była  już 
znośna,  bo  Marge,  jej  mąż  i  Dan  paplali  bez  ustanku.  Kiedy 
już  wszystko  zjedli  i  dzieci  pognały  się  bawić,  Casey 
podniosła się, by pomóc ciotce sprzątnąć ze stołu. 

 - Siedź tu i gadaj sobie z Marge - kazała jej ciotka Bea. - 

Helen  i  Lucy  mi  pomogą.  Marge  uśmiechnęła  się  słodko  do 
Freda, Casey złapała ich porozumiewawcze spojrzenie. 

Fred  pochylił  się  i  pocałował  żonę  w  usta.  To,  że  tych 

dwoje bardzo się kocha było oczywiste dla każdego, kto choć 
raz na nich spojrzał. 

Wkrótce Marge i Fred zwołali swoją gromadkę i odjechali, 

ale  Marge  najpierw  umówiła  się  z  Casey  na  weekend,  kiedy 
nie  będzie  Dana.  Helen  też  już  ładowała  swoje  pociechy  do 
furgonetki,  gdy  pojawił  się  Hank.  Wszystkie  dzieci 
przychodziły kolejno pożegnać się, nie było tylko Mary Ann. 
Casey  zauważyła,  że  mała  chowa  się  za  spódnicą  matki  i, 
kiedy nikt nie widział, pokazała jej język. Casey wybuchnęła 
serdecznym,  niepohamowanym  śmiechem.  Sama  miała  też 
ochotę pokazać psotce język. Ten śmiech dobrze jej zrobił. 

background image

Hank  witał  się,  hałaśliwie  i  wylewnie,  ze  swoją  trzódką. 

Ale  zaraz,  niestety,  musiał  ją  pożegnać.  Odjechali.  O  tak, 
Murdockowie byli domatorami całą gębą. Patrzyła na Hanka, 
kiedy  się  do  niej  zbliżał.  Był  równie  wysoki  jak  Dan,  ale 
szczuplejszy. Miał wysokie czoło z męską łysinką, a na nosie 
ciemne okulary. 

 -  Przepraszam,  że  jestem  dopiero  teraz.  W  tartaku 

mieliśmy awarię, wolałem zaczekać trochę i zobaczyć, czy to 
coś  poważnego.  Chłopak  Franklinów  omal  nie  stracił  ręki  - 
podał Casey rękę i uśmiechnął się, ale wydało się jej, że tylko 
ustami.  -  Widzę,  że  przetrwałaś  najazd  hałaśliwej  zgrai,  jak 
mówi ciotka Bea. 

 - No wiesz, nie jestem przecież z porcelany. Dan objął ją 

ramieniem i powiedział do brata: 

 - Wchodź, Hank. Ciotka trzyma dla ciebie coś na ząb. 
Hank  odjechał  w  godzinę  później.  Casey  czuła,  że  wcale 

nie  był  zachwycony  tym,  że  to  ona  miała  mieszkać  w  domu 
jego  brata.  Przez  cały  czas  siedział  z  Danem  przy  stole  i 
omawiał  z  nim  interesy.  Mieli  jakieś  kłopoty  ze  swoim 
zagranicznym  kontrahentem.  Dan  musi  lecieć  jeszcze  raz  do 
Japonii. Casey krzątała się w kuchni, z ciotką. Wreszcie i ona 
poszła.  Casey  została  sama.  Trochę  bez  celu  kręciła  się  po 
pokoju. Nie pamiętała, żeby Hank rozmawiał z nią, przyszedł 
tylko, by życzyć jej dobrej nocy i zaraz pojechał. Dan zamknął 
drzwi i ciężko się na nich oparł. 

 - Uff! No i jak było? 
 -  Koszmarnie,  wściekle,  jak  na  torturach.  -  Chciała  mu 

powiedzieć, że bardzo się jej podobało, ale nie mogła. - Chyba 
lepiej radzę sobie w sytuacjach bardziej kameralnych, sam na 
sam: z ciotką Bea, z Marge... 

 - Ze mną... Chodź do mnie, moja Klementyno - otworzył 

ramiona i szczelnie ją nimi otoczył. Szukał jej ust. Zakradł się 
ręką pod jej sweter, ale zatrzymał ją na pasku. - Mmm, co to 

background image

jest? - mruknął z udaną dezaprobatą. - Będę musiał udzielić ci 
kilku  lekcji  poprawnego  ubierania  się.  -  Majstrował  przy 
klamrze  i  w  końcu  dopiął  swego  -  pasek  upadł  na  podłogę. 
Przyciągnął  ją  do  siebie  i  wtulił  w  szeroką,  twardą  pierś, 
całując jej szyję. 

 -  Ach.  Zaryglowałem  drzwi  od  kuchni,  tym  razem  nikt 

nam nie przeszkodzi. Idziemy na kanapę? Podobało mi się, co 
wyrabiałaś  przed  podwieczorkiem...  zanim  nas  podstępnie 
napadnięto... 

 - Dan... czy to nie jest... 
Bez  słowa  zdławił  jej  usta  pocałunkiem,  uniemożliwił 

dalszą  rozmowę.  Całując  ją  wymruczał  coś  niewyraźnie,  co 
mogło  brzmieć  jak:  nie,  nie  jest.  Jego  pocałunek  i  pomruki 
gdzieś  głęboko  w  jej  sercu  wzbudziły  rozkoszne  drżenie. 
Trzepotała  rzęsami,  kiedy  podniósł  głowę,  uśmiechnął  się 
triumfalnie. 

 -  To  zbyt  niebezpieczne  -  szarpnęła  się,  wreszcie  puścił 

ją. 

 - Dzisiaj mogę zajść w ciążę. 
 -  Casey,  chcesz  przecież  mieć  rodzinę,  prawda?  A  może 

potomstwo moich braci tak cię odrzuca? 

Bez słowa ruszyła do pokoju a on za nią. Wiedziała już, że 

kiedy  Dan  nazywał  ją  po  imieniu  -  to  znaczy,  że  mówił 
poważnie. 

 -  Tak,  oczywiście  że  chcę  mieć  rodzinę.  Ale  nie  teraz. 

Muszę  przejść  operacje...  - zawiesiła  głos,  ale  zaraz,  pewniej 
już,  dodała:  -  A  poza  tym  nie  mamy  nic,  co  moglibyśmy 
ofiarować naszemu dziecku. 

 -  Co  u  licha  masz  na  myśli?  Przecież  się  kochamy. 

Będziemy świetnymi rodzicami. 

 -  Och  Dan,  a  skąd  to  możesz  wiedzieć?  Nie  znamy  się 

jeszcze aż tak dobrze. 

background image

Spadł  na  nią  jak  jastrząb,  kiedy  była  obok  kanapy  i 

zręcznie na nią przewrócił. Miał zamknięte oczy. Patrzyła na 
niego zauroczona. Jakież piękne, zmysłowe miał usta! 

 - Nieprawda, wiesz o tym. Boisz się po prostu. 
Zjeżyła  się  na  te  słowa.  Ale  zaraz  ogarnęło  ją  słodkie 

drżenie i słabość całego ciała. Odwróciła się, spragniona jego 
uścisków, bez wahania gotowa go przytulić. 

 -  Ja  wiem,  dlaczego  jeszcze  teraz  nie  chcesz  mieć 

dziecka,  kochanie.  Życie  tutaj,  obok  mnie,  zmiana  twojego 
stylu  życia,  to  dla  ciebie  wystarczająco  wiele  na  jeden  raz  - 
przysunął ją do siebie, był taki czuły! 

 - Jesteś dla mnie taki dobry - szepnęła. - Nigdy nie będę 

się z tobą spierać. 

 -  Kocham  cię,  moja  Ginevro  -  ujął  ją  pod  brodę  i 

pocałował miękko, miłośnie. 

Nic  nie  mówiła,  miała  w  głowie  pustkę.  Tak,  miał  rację. 

Szczerze  wierzył,  że  ją  kocha.  Że  pomiędzy  nimi,  od 
pierwszej  chwili,  kiedy  się  zobaczyli,  było  coś  bardzo 
szczególnego, niezwykłego. I czy był w tym niemądry, czy też 
raczej to tylko ona chciała tak myśleć? Spojrzała mu w oczy, 
uśmiechnął się. Nie, nie było nic ważniejszego niż być z nim 
razem, tu, teraz. 

Wziął ją w ramiona i tulił jej głowę. 
 -  Słyszałaś,  jak  Hank  mówił  o  kłopotach  z  kontraktem? 

Pojutrze wyjeżdżam do Japonii. Może zadzwonisz do szpitala, 
do  doktora  Mastersa,  mógłby  porozumieć  się  z  tutejszą 
lecznicą.  Nie  mogę  być  z  dala  od  ciebie,  kochana,  nie  mam 
siły. 

 - Jak długo cię nie będzie? 
 - Pięć albo sześć dni. Będzie ci tu dobrze. Ciotka Bea jest 

dosłownie  pod  ręką,  a  słyszałem,  że  i  Marge  się  do  ciebie 
wybiera. 

background image

 -  Na  pewno  powinnam  zostać?  Bo  wolałabym  jednak 

wrócić  do  domu  -  powiedziała  z  wahaniem.  -  Wiesz,  Hank 
chyba nie jest zbyt zadowolony że tu siedzę. Zdaje się, że, on i 
Helen mieli nadzieję, że ty i Lucy zgadacie się nareszcie. 

 -  Tak,  Helen  zaczęła  coś  kombinować,  masz  rację.  - 

Wybuchnął złośliwym uśmieszkiem. - Ale oto pojawiłaś się na 
scenie i wszystko wzięło w łeb - dzięki Bogu! 

 - A Hank? 
 -  Hank  wyznaję  filozofię  „Poczekamy  -  zobaczymy". 

Nigdy  nie  decyduje  się  od  razu.  Żyje  tylko  dla  naszego 
przedsiębiorstwa i swoich dzieci, no, nie twierdzę, że nie jest z 
Helen  szczęśliwy.  Jest  dla  niego  dobrą  żoną,  bo  wszystko, 
czego od niego wymaga to tylko trochę czasu i cierpliwości, a 
poza  tym  ma  swoje  zebrania  i  golfa.  No,  dość  tego.  Czy  nie 
przyjemnie być sam na sam w naszym domu? 

 - Co, myślisz że przyjemniej, niż w wozie z budą czy na 

rzecznej  barce  albo  na  zamku  Camelot?  -  żartowała,  wodząc 
końcami palców po jego pliczku. 

 - Pewnie że przyjemniej, bo to się dzieje teraz - mruknął i 

pocałował  ją  w  czubek  nosa,  a  potem  w  usta.  Był  zaborczy, 
gwałtowny, płonący pragnieniem, które po chwili splotło się z 
jej  własnym.  Łagodnie  przesuwał  ręką  po  jej  ciele,  niżej  i 
niżej.  -  Uwielbiam  dotyk  twojej  nagiej,  gorącej  skóry  - 
szeptał. - Kiedy jest taka  gorąca, wiem, że oddajesz się  cała. 
Kochanie,  chodźmy  do  łóżka  -  obsypał  ją  pocałunkami,  nie 
omijając  już  jej  blizn,  jednak  starał  się  być  przy  nich 
delikatniejszy.  Czuła,  jak  w  nich  obojgu  gwałtownie  narasta 
pożądanie. 

 - Dan, kochany, nie powinniśmy. 
 -  Kochana,  zaryzykujmy  -  serce  łomotało  mu  w  piersi,  a 

pot zrosił mu czoło. - Chyba że wolisz, żebym... 

Zsunęła  się  mu  z  kolan  i  wstała.  Objęła  go,  gdy  i  on  się 

podniósł. 

background image

 -  Nie  -  szepnęła  mu  we  włosy.  -  Poczekaj  na  mnie 

minutkę. 

Stała w swoim pokoju oparta plecami o drzwi. - Ma rację, 

że  chce  się  żenić  -  powiedziała  na  głos.  Będzie  cudownym 
mężem,  cudownym  ojcem.  To  ja  mam  wątpliwości.  Czy 
przeżyję  to,  jeśli  nasze  małżeństwo  nie  będzie  doskonałe  tak 
do  końca?  -  Z  szuflady  wyjęła  nocną  koszulę,  weszła  do 
łazienki  i  zatrzasnęła  drzwi.  Myślała: cholera  jasna!  Kocham 
go  tak,  że  nie  zniosłabym,  gdyby  się  ode  mnie  odwrócił! 
Wróciła  do  sypialni  myśląc,  że  zastanie  już  w  niej  Dana, ale 
pokój  był  pusty.  Pogasiła  światła,  zostawiając  tylko  małą, 
nocną lampkę przy łóżku i wśliznęła się pod cienką kołdrę. 

Nadszedł  cicho,  na  palcach  i  stanął  w  drzwiach.  Miał  na 

sobie tylko szerokie, białe szorty, wspaniały kontrast dla jego 
zbrązowiałej  od  słońca  skóry.  Patrzył  na  nią,  kiedy 
przekraczał  próg,  delikatnie  zamknął  drzwi  i  podszedł  do 
łóżka. Przyglądała się każdemu jego ruchowi, jego wrodzonej 
wspaniałości  i  prostocie.  Był  wyjątkowo,  niepowtarzalnie 
męski: szeroka pierś, szczupłe biodra, długie nogi. 

Usiadł na łóżku i pocałował ją. 
 - Jesteś pięknym mężczyzną, wiesz? - powiedziała bardzo 

miękko  i  pociągnęła  dłonią  po  jego  policzku.  -  Wykąpany, 
ogolony i ładnie pachnący. 

Uśmiechnął się z zakłopotaniem i znów ją pocałował. 
 -  Chcę,  żeby  wszystko  było  jak  najlepiej,  kiedy  się 

kocham z moją panią. Oburącz objęła mu szyję. 

 - No, na co czekasz? Wskakuj, mój panie! 
Chwycił jej dłonie i przez chwilę tulił je do piersi, patrząc 

na  nią  z  uśmiechem.  Potem  wstał  i  kciukami  zahaczając  o 
gumkę  spodenek  ściągnął  je.  Stał  przed  nią  nagi,  dumny, 
swobodny, zaraz obszedł łóżko i podniósł kołdrę. 

Casey,  z  zapartym  z  wrażenia  tchem,  walczyła  z 

wyłącznikiem  lampki,  w  końcu  zatopiła  pokój  w 

background image

ciemnościach. Poczuła, że Dan waha się, a potem wchodzi do 
łóżka. Sięgnął ramieniem i obrócił ją ku sobie, aż policzkiem 
dotknęła jego piersi. Jego palce zaplątały się w jej koszulę, ale 
w  końcu  podciągnął  ją  nad  jej  biodra,  chwycił  za  jej  nagie 
pośladki i ważył je w dłoniach, lekko ściskając. 

 - Czemu zawsze to robisz? - mówiąc łaskotał ją w szyję, a 

koniuszkiem języka muskał delikatną skórę za uchem. 

 -  Co?  -  westchnęła.  Trudno  jej  było  mówić.  Wziął  ją 

pomiędzy swe uda. 

 - Czy widok mojej nagości żenuje cię? - szeptał. 
 - Nie. - Poszukała jego ust. Nie chciała mówić nic więcej. 
Całował ją długo, słodko, a palcami gładził jej uda. Od ust 

powędrował  ku  jej  policzkom  i  uszom,  które  szczypał  i  lizał 
gorącym, szorstkim językiem i rozgrzewał swoim oddechem. ' 
Niecierpliwie  szarpał  jej  koszulę,  aż  w  końcu  ściągnął  ją  jej 
przez głowę i odrzucił od siebie, niemal w gniewie. 

 -  Och,  nie  znoszę  tego.  -  Leżała  na  nim,  napierając 

piersiami na jego owłosiony tors, przyciskając do niego swój 
brzuch, czując go swym łonem. 

 -  Kochana,  chcę  cię  widzieć,  kiedy  się  z  tobą  kocham  - 

wymruczał. 

Casey  zdrętwiała  z  trwogi.  W  jego  głosie  wyczuła 

wymówkę. To dlatego wahał się przed wejściem do łóżka. 

 - Nie, nie dziś. Proszę, kochany. 
Otoczył  ją  ramionami  i  objął  nogami,  tuląc  ją  jeszcze 

mocniej. Przez długą chwilę leżał cicho i  spokojnie, a potem 
nagłe  przechylił  się  na  bok  i  wziął  ją  pod  siebie.  Zamknęła 
oczy, serce wyrwało się jej z piersi: czy zapali światło? Z całej 
siły  ściskała  w  swych  ramionach  jego  głowę,  przywarła  doń 
ustami,  całując  go  z  żądzą  ale  i  obawą,  że  jej  pożądanie 
umrze,  jeśli  on  tylko  zapali  lampkę  i  ujrzy  to  jej  pokrojone 
ciało. 

background image

 -  Kochana,  wiesz  że  nie  możemy  tak  zawsze  -  szeptał, 

głaszcząc  lekko  jej  włosy  na  skroni.  -  Chcę  mieć  twoje 
bezwarunkowe przyzwolenie i oddanie, które powiedzą mi, że 
mnie  kochasz,  że  władam  i  twoją  duszą,  i  ciałem.  Chcę 
żebyśmy  naprawdę  byli  jednym,  moja  Klementyno,  bez 
żadnych sekretów, beż żadnego chowania się... na zawsze. 

Casey  nic  nie  mówiła,  nie  mogła  mówić.  Łzy  płynęły  z 

kącików  jej  oczu  i  spływały  we  włosy.  Dan  zebrał  palcem 
wilgoć z jej policzka i zlizał ją, a potem całował mokre ślady 
na powiekach i u nasady jej nosa. 

 - Kochana? - prosił szeptem - och, nie płacz. Nie musimy 

rozwiązywać  tego  problemu  koniecznie  dzisiaj.  I  wcale  nie 
jest  on  nie  do  rozwiązania.  -  Znów  odwrócił  się  na  wznak  i 
przytulił  ją  do  swej  piersi.  -  Zawsze  się  przede  mną  bronisz, 
moja słodka. Ale to nic nie szkodzi. Może pomówimy o tym, 
kiedy już wrócę z Japonii. 

Ból w piersi Casey wzmagał się nie do wytrzymania. 
 - Proszę, proszę, daj mi  tylko trochę czasu  - powiedziała 

drżącym  głosem.  Płakała  bezgłośnie.  O  Boże,  czy  jest  z  nim 
po  raz  ostatni?  Nie  mogła  znieść  tej  myśli,  niecierpliwie  i 
gorączkowo zaczęła go ściskać i pieścić. 

Kiedy wreszcie zdołał oswobodzić usta, śmiał się cicho. 
 - Uważaj, nie przerwij tam na Nilu, moja Kleopatro, mój 

gejzerze!  -  całował  ją  delikatnie,  jego  ręce  były  miękkie  jak 
welwet. - Najpiękniej jest kochać się długo, słodko i łagodnie. 
Mamy przed sobą całą noc i zobaczysz, jeszcze zabraknie nam 
czasu. 

background image

Rozdział 11 
Dan odleciał. 
Casey spędziła spokojne popołudnie w małym pokoiku na 

górze,  pochylona  nad  swoją  maszyną  do  szycia.  W  łazience 
Dana  znalazła  jakąś  koszulę  i  według  niej  wycięła  szablon  z 
papieru.  Roześmiała  się.  Ze  swojego  pudła  wyciągnęła 
pasiasty materiał i przez moment zastanawiała się, czy jednak 
nie dałoby się zrobić z niego koszuli. Ale nie. To musi być coś 
naprawdę wyjątkowego. 

Sięgnęła  po  sztukę  błękitnego  materiału,  wycięła  go 

według  szablonu,  a  potem  zabrała  się  do  szycia.  Szło  jej  to 
nadspodziewanie  dobrze.  Wkrótce  cały  gors  był  już  gotów, 
brakowało  tylko  rękawów  i  kołnierzyka,  który  miał  być  z 
innego, białego materiału i który doda później - zdecydowała. 

Marge  przyjechała  następnego  dnia.  Casey  pokazała  jej 

koszulę. 

 - I co? Myślisz, że mu się spodoba? 
 - O, z pewnością. A już na pewno dlatego, że sama ją mu 

uszyłaś.  Jest  w  tobie  zakochany  po  uszy,  Casey.  Nigdy  bym 
się nie spodziewała, że Dan może się tak zakochać. Właściwie 
to powinnam była, bo z nimi już tak jest, kiedy znajdą kobietę 
naprawdę  dla  siebie.  On  i  mój  Fred  są  do  siebie  bardzo 
podobni. 

 -  Wiesz,  znamy  się  bardzo  krótko  i  nie  jestem  do  końca 

przekonana, czy to, co Dan do mnie czuje, to miłość. Czasem 
budzę  się  w  nocy  i  myślę,  że  to  wszystko  sen.  Te  wszystkie 
jego  kobiety...  To  chyba  niemożliwe,  żeby  wybrał  właśnie 
mnie - Casey była nieobecna, zadumana. 

 - Czy coś między wami... nie gra? 
 -  Nie  gra?  -  ocknęła  się.  -  O  tak,  prawie  wszystko  gra. 

Patrzysz  na  mnie  i  jeszcze  pytasz?  Marge  z  zakłopotaniem 
obracała kubek w dłoniach. 

background image

 -  Tamtego  wieczora  miałam  szczerą  ochotę  przyłożyć 

Mary  Ann.  To  zepsute  dziecko,  no,  ale  zawsze  dziecko. 
Chciałam coś powiedzieć, ale uznałam, że to raczej milczenie 
jest złotem. 

 -  Z  początku  mnie  ścięło.  Trudno,  dzieci  czasem  są 

okrutne.  Wiesz,  nigdy  nie  myślałam,  że  jestem  próżna,  ale 
widać jestem. Nie bardzo mi to dobrze robi na samopoczucie, 
jeśli ludzie uważają, że wyglądam szkaradnie. 

 - Może to dlatego tak się przejmujesz tą blizną, że jest na 

twarzy. Ale moje dzieci wcale tego nie zauważyły. W każdym 
razie  nie  padło  ani  jedno  słowo.  A  poza  tym...  przecież  nie 
będziesz  jej  miała  wiecznie.  Dan  mówił  mi,  że  chirurg 
plastyczny  może  ją  usunąć  prawie  bez  śladu  -  spojrzenie 
Marge niosło nadzieję. 

Ale Casey potrząsnęła głową. 
 - To nie tylko twarz. Od stóp do głów jestem jedną wielką 

blizną.  Tego  nie  można  będzie  usunąć.  Jedna  pierś  jest... 
dosłownie  zmasakrowana.  Pomarszczona,  krzywo  pozrastana 
skóra  na  brzuchu,  na  udach...  Każdy  mężczyzna,  nawet  Dan, 
który  łudzi  się,  że  mnie  kocha,  natychmiast  wybije  sobie  z 
głowy  miłość,  jak  tylko  ujrzy  moje  ciało  -  łzy,  które  od 
wypadku tak łatwo jej przychodziły, teraz znów wypełniły jej 
oczy. 

Obie patrzyły na siebie z rozpaczą. Marge odezwała się: 
 -  Nie,  nie  myśl,  że  to  ma  znaczenie  dla  Dana.  Jeśli 

mężczyzna kocha naprawdę, to nie wymaga doskonałości. Bo 
prawdziwa  miłość  to  zrozumienie,  wzajemna  życzliwość, 
wybaczanie  sobie  wszystkiego  i  dzielenie  się  wszystkim. 
Miłość  sprawia,  że  możemy  tolerować  ludzką  słabość  i 
niedoskonałość. 

 -  Dziękuję,  że  to  mówisz  -  Casey  mówiła  cicho,  z 

rozpaczą. Wbijała wzrok w swój kubek. - Będę musiała temu 

background image

stawić czoła, kiedy Dan wróci. Nie powinnam była pozwolić 
na tę znajomość, a potem zażyłość, ale to jakoś samo się stało. 

 -  Daj  mu  szansę.  Wierz  mi,  Casey,  Murdockowie  są 

nieugięci. Kiedy już kochają, to z całej duszy. 

 - Dan jest mężczyzną bardzo... bardzo zmysłowym. Och, 

Marge, gdybyś widziała moją pierś, wszystko byś zrozumiała! 

Casey zbladła jak płótno, drżała cała. 
 -  A  ty...  powinnaś  widzieć,  jak  ja  wyglądam  bez...  - 

powiedziała Marge łagodnie, cierpliwie. 

Casey była wstrząśnięta. 
 - Bez...?! Och, Marge! 
 - Tak. Cztery lata temu miałam mastektomię. Nie będę też 

już  miała  dzieci.  Mimo  to  nasze  życie  erotyczne  nigdy  nie 
było bogatsze. - Jej ciemne oczy lśniły. - Z początku strasznie 
się  martwiłam.  Ale  Fred  powiedział  mi,  że  nasza  miłość  jest 
ponad  to,  czego  nam  brak,  tak  na  ciele,  jak  i  na  duszy. 
Jesteśmy sobie bliżsi niż kiedykolwiek, bo wiemy teraz, że nie 
ma nic wiecznego. 

 -  Och,  co  mam  powiedzieć?  -  Casey  uśmiechała  się  do 

niej przez łzy. Płakała teraz za Marge, nie za siebie. 

 - Nic - Marge spojrzała na zegarek. - No, muszę odebrać 

Jayne  ze  szkoły.  Skończyły  się  wakacje!  -  Wypłukała  swój 
kubek  i  postawiła  go  na  suszarce.  -  Trzymaj  się!  W  duszy 
myślę  już  o  tobie  jako  o  żonie  Dana.  Tylko  spróbuj  mnie 
zawieść! 

Po  wyjściu  Marge  Casey  zajrzała  do  ciotki.  Razem  w 

spokoju  zjadły  obiad  i  Casey  wróciła  do  domu.  Jutro  wróci 
Dan.  Słyszała  jeszcze  jego  słowa:  Pomówimy  o  tym,  kiedy 
wrócę  z  Japonii.  Ciągle  o  tym  myślała.  Zamknęła  drzwi, 
poszła na górę, do swojej sypialni i położyła się. Wtedy spali 
tu  razem.  Była  teraz  przekonana,  że  skoro  tylko  on  wróci  i 
pomówią ze sobą, wszystko się skończy; Układała już sobie w 
myślach,  co  mu  powie,  gotowała  się  na  zerwanie,  starała  się 

background image

myśleć wyłącznie o sklepie, który już wkrótce będzie dla niej 
jedynym oparciem jak tylko przejdzie operacje plastyczne. 

Ze zmartwienia nie mogła w nocy spać, wstała osowiała i 

apatyczna, z dotkliwym poczuciem tragedii, która już wkrótce 
się  rozegra.  Rozbita  wałęsała  się  po  domu  w  szlafroku  i 
kapciach,  nie  chciało  się  jej  nawet  ubrać.  Nakarmiła  Sadie, 
przejrzała kilka magazynów, poszła odebrać gazety. 

Przed domem z piskiem opon zatrzymał się samochód. 
Casey  pobiegła  do  drzwi.  Wyjrzała  i  zobaczyła,  że  na 

schody wchodzą Fred i ciotka. Otworzyła im natychmiast. 

 -  Och,  Casey...  -  ciotka  Bea  nie  mogła  mówić.  Casey 

zamarła. 

 - Ciociu?... Fred? Co się... 
Fred stał w drzwiach, przestraszony. 
 -  Samolot  Dana  został  porwany.  Na  pokładzie  jest  jakiś 

szaleniec  z  bombą  przywiązaną  do  pasa  i  grozi,  że  wysadzi 
wszystkich w powietrze, jeśli nie polecą na Kubę. 

Casey bezwładnie oparła się o framugę. 
 - Bomba... w samolocie Dana? 
 -  Mówili  o  tym  w  wiadomościach  porannych. 

Sprawdziłem już, że to lot Dana. I on jest na pokładzie. 

 -  A  czy  oni  nie  mogą  polecieć  na  Kubę  i  wypuścić  tego 

wariata?  -  ciotka  Bea  tego  poranka  wyglądała  bardzo  staro. 
Policzki miała mokre od łez, włosy w nieładzie, rozczochrane. 

 - Nie mają tyle paliwa. Muszą lądować, a on przysięga, że 

wysadzi samolot przy pierwszej próbie lądowania. 

Casey zrobiło się niedobrze. Ciotka, widząc, że się słania, 

chwyciła ją w pasie. 

 -  Jesteś  pewien,  że  to  nie  żadna  kaczka  dziennikarska?  - 

jej głos brzmiał zupełnie obco. 

 -  Nie,  to  nie  żadna  kaczka.  Cholera!  Niech  szlag  trafi 

wszystkich  wariatów  na  świecie!  -  Fred  walnął  pięścią  w 
drzwi. 

background image

Casey  za  wszelką  cenę  starała  się  opanować.  Rzuciła  się 

ku schodom. 

 - Jadę do Portland. Muszę tam być! 
 -  Nie,  Casey,  zostań.  Fred  pojedzie.  Zadzwoni 

natychmiast jak się czegoś dowie. - Ciotka zastąpiła jej drogę. 
-  Zrobisz  lepiej,  jak  tu  zostaniesz.  W  Portland  i  tak  nic  nie 
poradzisz. 

 -  Jadę,  ja  muszę  jechać!  -  odwróciła  się  na  schodach.  - 

Fred...? 

 -  Czeka  już  na  mnie  awionetka.  Na  lotnisku 

międzynarodowym  zawiesili  cały  ruch,  ale  możemy 
wylądować  opodal,  na  terenie  prywatnym  i  dojechać 
samochodem. Chyba masz prawo tam być, więc się pośpiesz. 

Lot do Portland trwał krótko. Przez umysł Casey cały czas 

przebiegały  słowa  miłości  Dana.  Trwoga  i  przerażenie  nie 
pozwalały  jej  myśleć,  oddychać.  Mogła  go  już  nigdy  nie 
zobaczyć.  Zamknęła  oczy,  napłynął  przed  nią  jego  obraz: 
męski,  szeroki  w  ramionach  stał  w  drzwiach  jej  sypialni. 
Odchodziła  od  zmysłów  z  bólu,  z  żalu,  z  niewymownej  i 
wściekłej rozpaczy. 

Wysiadła  z  awionetki  i  na  sztywnych  nogach  przeszła  do 

samochodu,  który  czekał,  by  zawieźć  ich  na  lotnisko 
międzynarodowe.  Kierowca  mówił  im,  że  Boeing  747  jest  o 
trzydzieści  pięć  minut  lotu  od  portu.  Porywacz  wszedł  na 
pokład w Honolulu i od razu sterroryzował załogę. 

 - To wszystko, co wiem. Oficjalne czynniki nabrały wody 

w usta. 

Na zamkniętych drogach dojazdowych za paszport służyło 

im  nazwisko  Murdock.  Policja  otoczyła  cały  teren  wokół 
lotniska,  przepuszczając  tylko  personel  lotniczy  i  pilne 
transporty.  Wysiedli  z  wozu  i  przepchnęli  się  przez  tłum 
żołnierzy, umundurowanych policjantów, obsługi telewizyjnej 
i prasy. Posadzono ich w oddzielnym pokoju, przeznaczonym 

background image

dla  rodzin  i  krewnych  tych,  którzy  byli  w  samolocie. 
Przedstawiciele  linii  lotniczych  wyglądali  na  bardzo 
zdenerwowanych,  a  odpowiedzi,  jakich  udzielali  na  pytania 
Freda, były ogólnikowe  i  wykrętne. Im też  było ciężko. Nikt 
nie chciał nic obiecywać, by nie obudzić fałszywej nadziei. W 
hollu  zainstalowano  ekran  bezpośredniego  przekazu 
telewizyjnego,  ludzie  siedzieli  przed  nim  w  ciszy,  czekając, 
patrząc, modląc się. 

Casey  czuła  w  skroniach  gwałtowne  uderzenia  serca, 

panika  rosła  w  niej  zwierzęcym,  bezrozumnym  poczuciem 
grozy. W czasie ich podróży ani razu nie pomyślała o swojej 
twarzy, zapomniała o szalu na głowę. Teraz dotknęła policzka, 
nie  wiedząc  nawet,  co  czyni.  Nagle  z  głośnika  dobiegł  głos. 
Wzdrygnęła się i usiadła przed ekranem, skupiając na nim całą 
swą uwagę. 

 -  Reporterzy  „Wiadomości  Programu  Ósmego"  obsadzili 

lotnisko  międzynarodowe  i  bezpośrednio  stąd  przekazują 
wszelkie  nowe  dane  o  porwanym  Boeingu  747  ze  stu 
czterdziestoma czterema osobami na pokładzie. Potwierdza się 
wiadomość,  że  w  samolocie  znajduje  się  kilka  osób  znanych 
szerzej,  jak  Daniel  Murdock,  słynny  sportowiec  czy  Claudia 
Wells, gwiazda ekranu i estrady. Lotnisko tu, w Portland, jest 
zamknięte, a wszystkie samoloty kierowane są do Vancouver 
lub  do  Seattle.  Ostatnie  wiadomości,  jakie  uzyskaliśmy  z 
wieży  kontrolnej  mówią  o  tym,  że  pilot  wytraca  stopniowo 
prędkość,  by  zwiększyć  zużycie  paliwa,  co  może  pozwoli 
przekonać  porywacza  o  konieczności  lądowania  w  Portland 
dla  uzupełnienia  zapasu.  Nie  przełączajcie  odbiorników. 
Nasze kamery zainstalowano już opodal pasa startowego i wy 
jako  pierwsi,  za  pośrednictwem  „Wiadomości  Programu 
Ósmego",  będziecie  widzieli  lądowanie  samolotu...  jeśli 
samolot wyląduje. 

background image

Twarz  spikera  zniknęła  z  ekranu,  obiektywy  kamer 

przeszukiwały  niebo.  W  hollu,  jak  w  ulu,  podniósł  się  szum 
głosów. Casey pochyliła się na krześle, złamana wpół, o mały 
włos nie upadła na podłogę. 

Jakaś kobieta zaczęła szlochać. 
Casey  nie  zdawała  sobie  sprawy,  że  ściska  ramię  Freda, 

dopóki łagodnie nie oderwał jej ręki. 

 - Pójdę zobaczyć, może czegoś się dowiem. 
Kiwnęła głową. Czekający krewni i rodziny trzymali się w 

małych  grupkach,  w  całym  pokoju  wyczuwało  się  napięcie. 
Panowała cisza, przerywana tylko głosem spikera z przekazów 
telewizyjnych,  mówiącego  bez  przerwy  o  rozmieszczeniu 
kamer na lotnisku, pozycjach służb bezpieczeństwa, wszystko 
to  było  nieważne, było  wypełnianiem czasu,  jaki  pozostał  do 
lądowania samolotu. 

 -  Oto  najnowsze  doniesienia  z  wieży  kontrolnej. 

Porywacz  zgodził  się  na  lądowanie  samolotu.  Zgodził  się 
również  na  to,  by  kobiety  i  dzieci  mogły  zejść  z  pokładu. 
Jednak  w  dalszym  ciągu  gotów  jest  wysadzić  samolot  w 
powietrze,  jeśli  paliwo  nie  będzie  uzupełnione  i  nie  zostanie 
udzielona  zgoda  na  start.  Pozostańcie  przy  odbiornikach. 
„Wiadomości Programu Ósmego". 

W pokoju wybuchł hałas, ludzie rzucili się do okien. - Jest 

już, jest! Schodzi do lądowania! - Słyszeli wycie odrzutowych 
silników i przez szerokie okna widzieli już ogromny, błękitno 
-  srebrny  kadłub  opuszczający  się  z  nieba  prosto  na  pas 
lotniska, Casey nie wiedziała, nie była świadoma tego, że się 
modli,  kiedy  koła  samolotu  dotknęły  ziemi,  jęknęły 
wytrzymując  ogrom  pędu  i  masy  i  potoczyły  się  po  betonie. 
Samolot  zwalniał,  wreszcie  skręcił  i  pokołował  na  daleki 
kraniec lotniska. 

Ludzie  w  pokoju  chłonęli  to  wszystko  niemi,  ściśnięci 

przy szybach okien, wszyscy bali się nawet oddychać. 

background image

W  kierunku  samolotu  ruszył  teraz  elektryczny  wózek  ze 

stojącym  na  nim  samotnym  człowiekiem,  który  unosił  ręce 
nad głowę. 

Usłyszeli głos spikera: 
 - Oficer służb bezpieczeństwa będzie próbował przekonać 

porywacza,  by  zgodził  się  na  podciągnięcie  sprzętu 
koniecznego do ewakuacji kobiet i dzieci. Już za kilka minut 
dowiemy się, czy mu się powiodło. 

Śmiertelna  cisza  panowała  wszędzie  dookoła.  Wszyscy 

oczekujący byli jak porażeni, nikt nie mógł się poruszyć. 

Spiker komentował teraz akcję na bieżąco. Otwarto już luk 

samolotu i podstawiono schody. Casey widziała to na ekranie. 
Z tyłu ktoś odetchnął z ulgą, kiedy kobieta prowadząca za rękę 
małe  dziecko  zeszła  po  schodach  i  zaczęła  biec  w  kierunku 
budynków  terminalu.  Potem  już  coraz  więcej  ludzi  z  hollu 
wybiegało  pośpiesznie,  w  miarę  jak  ich  bliscy  opuszczali 
samolot. 

Casey  wpatrywała  się  w  otwarty  luk  osobowy  mając 

absurdalną nadzieję, że w ślad za ostatnią kobietą na schodach 
pojawią  się  mężczyźni.  Nikogo  nie  zobaczyła.  Schody 
odciągnięto,  a  luk  zamknął  się.  W  hollu  pozostało  jeszcze 
około  dwudziestu  osób,  wszyscy  milczeli,  przerażeni  i 
bezradni.  Zdawało  się,  że  w  sali  nie  ma  już  powietrza. 
Niepodobna  było  nie  tylko  oddychać,  ale  i  patrzeć,  nawet 
myśleć. 

Na  ekranie  znów  pojawił  się  spiker,  w  ręku  trzymał  plik 

kartek. Casey drgnęła, nawet nie próbując sobie wyobrazić, co 
mógłby  teraz  powiedzieć.  W  obiektywie  pojawiła  się  także 
twarz młodej kobiety. 

 -  Mam  tu  obok  siebie  panią  Claudię  Wells,  gwiazdę 

głośnego  tegorocznego  przedstawienia  na  Broadwayu  „Świt 
namiętności".  Według  pani  Wells  człowiekiem,  który  skłonił 
porywacza  do  uwolnienia  kobiet  i  dzieci  był  Dan  Murdock, 

background image

znany  doskonale  nam  wszystkim  ze  stadionów  futbolowych. 
Pani  Wells,  proszę  nam  powiedzieć,  co  pani  czuła,  kiedy 
dowiedzieliście się, że samolot został porwany? 

Kamera skupiła się na jej twarzy. 
 -  Byliśmy  przerażeni,  wszyscy!  Wybuchłaby  panika, 

gdyby  nie  Dan.  Och,  on  był  cudowny!  Spokojny  i  rzeczowy 
we wszystkim. Obiecałam mu, że będę czekać... 

 -  Przepraszam,  że  przerywam,  ale  mamy  świeże 

doniesienia.  O!  Wspaniałe  wiadomości!  Porywacz  został 
rozbrojony.  Drzwi  luku  znowu się  otwierają,  podjeżdżają  już 
schody.  Och,  ileż  nas  to  kosztowało!  Dzięki  Bogu,  wszystko 
już  skończone.  Pilot  przekazał  nam  przez  radio,  że  Dan 
Murdock  po  obezwładnieniu  porywacza  zdołał  wyrwać 
spłonki  z  kostek  dynamitu.  Istniały  poważne  obawy,  że 
porywacz  miał  zamiar  zdetonować  ładunki,  kiedy  samolot 
wzbije się w powietrze. 

Casey odwróciła się i oparła bezwładną głowę na ramieniu 

Freda.  Ciągle  jeszcze  nie  mogła  uwierzyć,  że  koszmar  się 
skończył. 

 -  O  Boże,  Boże!  Ależ  ja  się  bałem!  -  Fred  powtarzał  te 

słowa  bez  przerwy,  jakby  teraz  dopiero  stracił  nad  sobą 
panowanie. 

Przywarła do niego. Ledwo mogła mówić. 
 - Czy to naprawdę koniec? 
 - Koniec! Tak, koniec! - Fred śmiał się z ulgą. - Słuchaj, 

zostaniesz  tu?  Skoczę  na  dół  i  zaraz  go  tu  przyprowadzę. 
Chyba go puszczą? 

 - Nic mi nie będzie. 
Była  cała  mokra  od  potu,  czuła  się  jak  oblepiona 

cementem.  Opierała  się  plecami  o  ścianę.  Na  dźwięk  głosu 
spikera machinalnie podniosła oczy. 

 -  Dan  Murdock  należy  do  znanej  rodziny  Murdocków, 

jednej  z  najbardziej  liczących  się  w  branży  drzewnej.  Ich 

background image

dziadek,  Silas  Murdock,  zaczynał  od  małego  tartaku  w 
siedemdziesiątych  latach  ubiegłego  wieku.  Tu,  na  lotnisku, 
wśród  grupy  osób  z  niepokojem  oczekujących  na  rozwój 
wypadków  widziany  był  brat  Dana.  Towarzyszyła  mu  młoda 
kobieta. Kim ona jest nie wiemy, ale można przypuszczać, że 
to dziewczyna naszego bohatera dnia. 

Nagle  Casey  zobaczyła  na  ekranie  swoją  własną  twarz. 

Zaparło jej dech. Obraz przekazywała mała, przenośna kamera 
tv, więc bezustannie drgał i kadrował fatalnie. Zbliżenie było 
bezlitosne,  jak  uderzenie  siekiery:  skołtunione,  przylizane  i 
odrzucone w tył włosy, blizna tak straszna, jakby Casey miała 
na policzku wszczepiony płat zwierzęcej skóry. 

 -  Młoda  kobieta,  którą  widzicie  na  ekranie  nie 

przedstawiła się, ale to właśnie ją widziano... 

background image

Rozdział 12 
Casey  z  całej  siły  zatrzasnęła  drzwi  swego  pokoju  i 

przywarła do nich w strachu, czując jeszcze ból w piersiach od 
forsownego  biegu  po  schodach.  Przed  chwilą  wcisnęła 
taksówkarzowi  jakiś  banknot,  ten  zrobił  zdumioną  minę,  ale 
zanim  zdążył  cokolwiek  powiedzieć,  wyskoczyła  z  wozu  jak 
oparzona.  Dopiero  teraz  zdała  sobie  sprawę,  że  wołał  za  nią: 
Proszę  pani,  czy  na  pewno  wszystko  w  porządku?  Stojąc  w 
pokoju  odpowiedziała:  -  Cholera,  nie!  Nie!  Nic  nie  jest  w 
porządku i już nigdy nie będzie! 

Z wysiłkiem oderwała się od drzwi, weszła do łazienki. Z 

lustra,  wiszącego  nad  umywalką,  patrzyła  na  nią  twarz 
zbielała  do  kości.  Zmoczyła  ręcznik  i  położyła  go  sobie  na 
głowę, przyciskając dłońmi do policzków. Gwałtownie łapała 
powietrze. Nie chciała zwymiotować. 

Jej twarz na telewizyjnym ekranie była dla niej szokiem. Z 

całą  mocą  powróciły  wszystkie  jej  obawy  i  wątpliwości. 
Opuściło ją to błogie uczucie ulgi i nadziei, jakie wlała w jej 
serce  Marge.  Nic,  nic  się  nie  zmieniło!  Nie  mogła  dłużej 
czekać  na  Dana  w  hollu  lotniska,  wystawiona  na  widok 
publiczny,  porównywana  przez  kamery  z  kwitnącą  Claudią 
Wells. To było największe w całym jej życiu upokorzenie. 

Zrzuciła  ubranie  na  podłogę  i  stanęła  pod  prysznicem. 

Nogi się pod nią uginały, musiała się trzymać chromowanych 
kurków,  żeby  nie  upaść.  Długo,  długo  stała  pod  silnymi 
biczami  wody,  która  oblepiła  jej  głowę  włosami,  wypełniała 
oczy,  usta,  litościwie  spływała  po  zniszczonym  ciele. 
Pulsowało  jej  w  skroniach,  czuła  ból  ramion  i  szyi.  Głosy 
ludzkie, twarze, pandemonium grozy na lotnisku, wszystko to 
wypełniało jej głowę rodząc przerażenie tak straszne, że włosy 
stawały jej dęba. Woda zrobiła się zimna jak lód, zakręciła ją i 
sięgnęła  po  swój  gruby,  frotowy  szlafrok,  wiszący  na 
drzwiach. 

background image

Poczuła się nagle winna, że tak bez słowa opuściła Freda. 

To  on  zabrał  ją  do  Portland,  przez  cały  czas  był  dla  niej 
opiekuńczy i wyrozumiały. Co u licha ją skusiło, żeby w ogóle 
jechać na to lotnisko? 

Dan był bohaterem, myślała z dumą, a teraz jest gwiazdą. 

Zaraz posypią się wywiady, fotosy, jego podobizny znajdą się 
we wszystkich wiadomościach telewizyjnych. Nie będę śmiała 
na  niego  spojrzeć.  Zresztą,  nie  chcę  go  oglądać  z  Claudią 
Wells u boku. Ogarnęło ją przygnębienie, zazdrość, poczucie 
opuszczenia. 

Nagle dobiegł ją chrobot klucza w zamku. Oprzytomniała, 

serce  zaczęło  jej  walić  w  piersi.  Stała  pośrodku  pokoju  jak 
słup  soli,  nie  mogąc  zrobić  kroku,  jak  zauroczona  gapiąc  się 
na drzwi. Usłyszała stłumione przekleństwa. 

Dan! 
 - Otwórz te przeklęte drzwi, Casey! 
Mówił  Casey!  Był  wściekły.  Casey  nigdy  nie  była  tak 

przerażona.  Brakowało  jej  powietrza,  miała  zawroty  głowy. 
Wiele,  wiele  wysiłku  kosztowało  ją  to,  co  musiała  mu 
powiedzieć. 

 -  Nie  chcę  cię  widzieć!  Idź  sobie  i  zostaw  mnie  w 

spokoju! 

 -  Otworzysz  te  drzwi,  czy  mam  je  wywalić?!  -  krzyczał, 

aż się skuliła ze strachu. - Odpowiadaj! Nie chcę tu urządzać 
scen, ale jeśli mi natychmiast nie otworzysz, to zobaczysz! 

Stała jak wrośnięta w ziemię, nie mogła wydobyć z siebie 

głosu.  Za  drzwiami  zapadła  cisza.  Odszedł?  Już  w  to 
uwierzyła,  gdy  rozległ  się  łomot,  kopał  w  nie  z  całej  siły. 
Drewno  zatrzeszczało, ale  drzwi  trzymały  się  na  łańcuchu.  O 
Boże  -  szeptała  bezgłośnie.  -  jeszcze  ktoś  zawoła  policję! 
Drugi kopniak oderwał łańcuch i odrzucił go na ścianę. Drzwi 
trzasnęły i odskoczyły z hukiem. 

background image

Dan  stał  w  progu  i  patrzył  na  nią.  Wypełniał  sobą  całą 

futrynę,  twarz  płonęła  mu  z  gniewu.  Kurczowo  zaciskał  i 
rozwierał pięści, jakby chciał ją uderzyć. Wyglądał jak tygrys 
w klatce, sprężony, gotowy do skoku. 

 -  Co  ty,  do  cholery,  chcesz  mi  zrobić?  -  W  ciszy  jego 

słowa zagrzmiały jak ryk odrzutowca. Czekał chwilę, a kiedy 
nie  odpowiadała,  wściekle  trzasnął  drzwiami.  -  Cholera! 
Przewróciłaś  mi  życie  do  góry nogami!  -  krzyczał  tak,  jakby 
jej nienawidził. 

Casey  nie  mogła  myśleć,  nie  mogła  czuć,  nie  mogła  tym 

bardziej  się  poruszyć.  Jej  słowa  były  drewniane,  martwe, 
obce. 

 - Idź stąd. Nie chcę cię tu widzieć. 
 -  Funta  kłaków  bym  nie  dał  za  to,  że  czegokolwiek  w 

ogóle  chcesz!  -  krzyknął  i  wkroczył  do  pokoju  miażdżąc  ją 
wzrokiem. - Nie pozwolę się traktować jak szczeniak! Byłem 
cierpliwy,  byłem  wyrozumiały,  bo  wiedziałem,  że  ten 
wypadek  był  dla  ciebie  szokiem.  Ale  to  nie  jest 
usprawiedliwienie  dla  traktowania  mnie  jak  pierwszego 
lepszego,  jak  jakąś  szmatę!  To,  że  uciekłaś  od  Freda  było 
bezmyślne, 

głupie, 

nieodpowiedzialne. 

Cholernie 

przestraszyłaś nas obu. Już miałem dzwonić na policję, gdyby 
cię  tu  nie  było.  Przeżyłem  już  dziś  jedno  piekło.  Ale  twoja 
ucieczka  z  lotniska  nie  była  wcale  mniejszym!  -  mówił 
gwałtownie i groźnie, ale było w tym także coś z rozpaczy. 

 - Ja nie... . 
 - Tylko nie próbuj mnie karmić jakimś kitem! 
Nie  mogła  oderwać  od  niego  wzroku,  hipnotyzował  ją, 

jego oczy przykuwały jej spojrzenie jak magnes. 

 - Nie, w ogóle nie muszę się przed tobą tłumaczyć - sama 

wybuchnęła gniewem. - Nie  jestem twoją własnością. To  nie 
jest średniowiecze, panie Lancelot! 

background image

 -  To  tylko  twoje  szczęście,  moja  droga  -  powiedział 

lodowato, strasznie. Poruszyła się wreszcie, zastąpił jej drogę. 

 - Wynoś się z mojego mieszkania, Dan. 
 - To moje mieszkanie. Ja płacę czynsz. 
 - Dobrze, w takim razie ja wychodzę. 
 -  Nic  podobnego.  Zostaniesz  tu  -  powiedział  głosem 

cichym i twardym jak skała. 

 -  A  kto  mnie  niby  do  tego  zmusi?  -  krzyknęła 

wyzywająco.  -  Nie  mam  obowiązku  dotrzymywać  ci 
towarzystwa!  Chcę  być  sama  i  to  jest  wszystko,  czego 
potrzebuję! 

 - Żebyś mogła się trochę poużalać nad  sobą, co? Biedna, 

jedyna  piękna  kobieta  na  całym  świecie,  która  postradała 
urodę. Biedna, biedna Casey! 

 - Zamknij się, zamknij się! - płakała jak bóbr, sama o tym 

nie  wiedząc.  -  Chcesz  odebrać  mi  moją  dumę,  chcesz  ją 
podeptać. Tylko o to ci chodzi. - Oczy zabłysły jej strasznym 
światłem,  usta  drżały,  kiedy  mówiła:  -  Dobrze,  a  więc 
zobaczysz  coś,  po  czym  będziesz  gnał  stąd  jak  zając!  - 
patrzyła  na  niego,  każda  zmarszczka  na  jej  twarzy  malowała 
ból  i  wyzwanie.  Nerwowymi  ruchami  szarpała  pasek 
szlafroka.  Wreszcie  rozwiązała  go,  zdarła  z  siebie  odzienie  i 
cisnęła  na  podłogę.  Stała  przed  nim  naga.  Jakby  tego  było 
jeszcze  mało,  chwyciła  ręką  włosy  i  zebrała  je  nad  głową, 
pokazując mu całą brzydotę blizn i obcięte ucho. 

 -  Patrz!  Patrz  na  mnie.  Patrz!  Na!  Mnie!  -  krzyczała, 

skandowała, obracając się przed nim jak na pokazie mody, by 
mógł  ją  sobie  dokładnie  obejrzeć,  z  każdej  strony,  w  ruchu, 
zdeformowaną strasznie pierś, różowe zrosty ran, pokrywające 
całe  ciało.  Jej  oczy  szalone,  zaszklone  łzami,  wpół  ślepe 
wpatrywały  się  w  niego,  upajała  się  swą  męczarnią.  -  Patrz! 
Chciałeś  mnie  oglądać,  kiedy  się  kochaliśmy.  Proszę  bardzo. 
Patrz  sobie,  patrz!  Nie  jesteś  zadowolony,  że  kazałam  ci 

background image

czekać,  by  zadośćuczynić  twojej  prośbie  w  pełnym  blasku 
dnia? - jej głos był teraz histerycznym piskiem, aż nic już nie 
mogła mówić, gardło ścisnęła jej rozpacz. 

Dan  stał  cicho,  zdawał  się  być  ogłuszony.  Ale  nie,  zaraz 

wybuchnął: 

 -  Kochana!  Kochana  moja,  po  co  to  robisz?  -  wyciągnął 

do niej ręce, ale odtrąciła je. 

 -  Oto  ja,  w  pełnej  krasie!  Dostaniesz  to,  co  widzisz, 

mężusiu! - uniosła się na palcach i mówiła cienkim głosem: - 
Prawda,  że  raczej  to  mięso  wolałbyś  mieć  koło  siebie  w 
telewizji niż... słodką Claudię Wells? 

 - Casey! Przestań! - Dan chwycił ją za ramię. Otrzeźwił ją 

dopiero ból, jaki jej zadał, ściskając zbyt mocno. 

Nagle gniew, który ją  ożywiał, wygasł. Kolana ugięły się 

pod  nią,  usta  drżały,  jęczała  żałośnie  i  płakała.  Dan 
przyciągnął ją do siebie i wtulił w ramiona. 

 -  No  już,  kochanie,  już  dobrze  -  mówił  nad  nią.  -  Płacz, 

moja Ginevro, płacz - tulił ją do piersi, czekając, aż jej łkania 
ucichną. 

Była wyczerpana i bezbronna jak dziecko, nie opierała się 

kiedy  ją  podniósł,  na  rękach  zaniósł  na  kanapę  i  usiadł, 
sadzając ją sobie na kolanach. 

 - Kochanie, nie miałem pojęcia, że to aż tak cię boli! Bo 

to  jest  to,  czego  tak  się  obawiałaś,  prawda?  Czy  naprawdę 
sądziłaś,  że  nie  kocham  cię  zbyt  mocno  i  że  umknę  jak 
niepyszny, kiedy zobaczę twoje blizny? Ależ ja wiedziałem o 
nich, kochana. Widziałem wszystko. Dotykałem ich. Leżałem 
przy tobie na stole, moja krew płynęła w twoje żyły, a oni cię 
zszywali.  -  Pocałował  jej  mokry  policzek.  -  O  nie,  wcale  nie 
dbam o blizny na twoim ciele. Tylko ty jesteś ważna, tylko ty 
jesteś  moją  miłością,  moją  słodyczą,  której  przez  całe  życie 
tak  pragnąłem!  Tak  bardzo  chciałem  dotknąć  twojej  rannej 

background image

piersi, bo chciałem, żebyś wiedziała, że jej niedoskonałość nie 
ma dla mnie znaczenia! Cśś, nie płacz już, moja Klementyno! 

Ale  ona  płakała.  Płakała,  otwierając  usta  w  bezgłośnym 

krzyku  i  dławiąc  je  jego  koszulą.  Głaskał  ją  po  głowie, 
nachylił się i musnął ustami jej przecięty policzek. 

 -  Nie  rozpaczaj,  moje  kochanie.  Tego  nie  będzie  już  za 

kilka miesięcy, a nikt inny nie będzie oglądał reszty, tylko ja! - 
Kołysał ją w ramionach. - Poradzimy sobie, zobaczysz. Teraz 
będzie  nam  łatwiej,  bo  nareszcie  wiemy,  co  nam 
przeszkadzało. 

 - Ale... ale jest jeszcze coś - mówiła nie podnosząc głowy 

z  jego  piersi.  -  Ten  wypadek  nie  był  twoją  winą,  nie  ma 
podstaw, żebyś się czuł winny! 

 - Winny? - szeptał jej nad uchem - A kto u licha twierdzi, 

że  czuję  się  winny?  Przecież  to  był  nieszczęśliwy  wypadek, 
zrządzenie losu. Może i moglibyśmy go uniknąć, gdyby twój 
wóz  miał  tylne  światła  w  porządku,  Kiedy  przyholowałem 
twój  samochód  do  najbliższej  stacji  napraw  zauważyłem,  że 
światła  nie  działają.  To  była  ta  sama  stacja,  na  której  tamtej 
nocy  brałaś  benzynę  i  na  której  ten  człowiek  ostrzegał  cię 
przez wjazdem na autostradę. Powiedział mi, że bezpieczniki 
były przepalone, a on nie miał innych. Mimo to zdecydowałaś 
się zaryzykować i pojechałaś bez świateł. Więc nie ma mowy, 
żebym za wypadek czuł się winny, no, może troszeczkę, bo ja 
się  cieszę,  że  do  niego  doszło!  Pomyśl,  gdyby  nie  to,  nigdy 
byśmy się nie spotkali. To było nam przeznaczone, kochanie. 

 -  To  ty  wiedziałeś,  że  tamtej  nocy  nie  miałam  tylnych 

świateł?  Czemu  nic  mi  nie  mówiłeś?  Kołysał  ją  nagą  w 
ramionach i całował mokre policzki. 

 - Bo to nie miało znaczenia. - Jego oczy były najbardziej 

zakochane na świecie. Zarzuciła mu ręce na szyję. - Kocham 
cię - powiedział po prostu, patrząc jej głęboko w oczy. 

background image

 - Ja też cię kocham - przytuliła się do niego. - Czy jesteś 

pewny?  -  ciągle  nie  mogła  uwierzyć.  -  Czy  moje  blizny  na 
pewno...? 

 - Cśś. Żałuję teraz, że tam, w domku, kiedy pierwszy raz 

się kochaliśmy, ustąpiłem ci i zgasiłem światło. Myślałem, że 
po  prostu  się  mnie  wstydzisz.  -  Wtulił  głowę  w  jej  ramię.  - 
Chcę  się  z  tobą  kochać.  Ale  muszę  się  wykąpać.  A  ty  masz 
mokre włosy. 

Ujęła  jego  twarz  w  dłonie  i  leciutko  musnęła  wargami 

jego usta. 

 - Klementyna nie zwracała na to uwagi, kiedy kochałeś ją 

w podróżnym wozie, a nie kąpałeś się od czasu, kiedy ostatni 
raz  przeprawialiśmy  się  przez  rzekę.  -  Skubnęła  mu  wargi  i 
uśmiechnęła  się,  czując  w  nim  dreszcz,  jaki  wzbudziła.  - 
Kocham cię - powiedziała, rozpinając guziki jego koszuli. 

Dan  drżał  ze  szczęścia,  kiedy  uniósł  ją  i  szybko  wstał. 

Gorączkowo ściągał koszulę, rzucił ją na ziemię i zabrał się do 
spodni.  Czekała  na  niego  w  napięciu,  niecierpliwa,  dzika, 
wolna.  Kiedy  został  tylko  w  swych  białych  spodenkach, 
otoczyła  ramionami  jego  biodra.  Jej  ręka  wśliznęła  się  pod 
gumkę  szortów  i  gładziła  jego  twarde,  jędrne  pośladki,  a 
potem  błądziła  coraz  to  niżej,  po  tylnych,  wreszcie 
wewnętrznych partiach jego ud. 

 - Dziś na pewno nie przyjdzie tu ciotka Bea. Roześmiała 

się, przytulona do jego brzucha. 

 -  Och,  jak  ja  chciałam  cię  dotykać  tamtego  dnia,  kiedy 

przyszedłeś  do  mego  pokoju.  Kocham  dotyk  twojej  skóry, 
uwielbiam, jak twoje włosy łachoczą mi piersi! 

 -  Ja  też  przepadam  za  twoim  dotykiem.  Kochaj  mnie, 

kochaj! Casey ześliznęła się z kanapy na podłogę i ściągnęła 
na nią Dana. 

 - Kocham cię z całego serca, z całych sił. Bez ciebie moje 

życie byłoby niczym. Nigdy, nigdy nie pozwolę ci odejść. Na 

background image

kwaśne  jabłko  zbiję  wszystkie  Claudie  Wells  na  świecie, 
będziesz miał tylko mnie - szepnęła mu w usta. Całowała go 
ze słodyczą i czułością ich pierwszych pocałunków. 

Obrócił  się,  trzymając  ją  w  ramionach  i  podniósł  głowę 

tak, że widziała jego twarz. Nigdy jeszcze nie było w niej tyle 
miłości. 

 -  Kocham  cię.  Gdyby cię  przy mnie  nie  było  musiałbym 

umrzeć.  Kocham  cię  całą.  Twoją  dumę,  prawość,  twoją 
zmysłowość  i  diamentowe  oczy.  Kocham  każde  miejsce 
twojego ciała, które sprawiło  ci tyle bólu. - Musnął wargami 
jej ucho, którego dotąd nie śmiał dotknąć, a potem pierś, którą 
starała  się  przed  nim  ukryć.  Całował  jej  skórę  swymi 
gorącymi ustami i opuszkami palców. 

Byli  jeszcze  szczęśliwsi  niż  dotąd.  Casey  leżała  z 

półotwartymi  ustami,  a  on  całował  jej  ciało,  wyzwalając  w 
niej  raz  po  raz  silne,  rozkoszne  dreszcze.  Był  wspaniale 
delikatnym, niespiesznym kochankiem. Wzięła go na siebie, w 
siebie, czuła  go twardo, rozkosznie, ich  brzuchy zwierały się 
ciasno. Szeroko, szeroko bez przerwy otwierała oczy, chciała 
bez  przerwy  patrzeć  na  niego,  słyszeć,  jak  mruczy  jej  słowa 
miłości,  sama  mu  je  szeptać  -  ale  zamknął  pocałunkami  jej 
usta i nie widziała już ani nie słyszała, tylko czuła... 

Promień  słońca  padł  na  dywan  i  na  ich  splecione  ciała. 

Dan  dźwignął  się  na  łokciu  i  patrzył  na  nią  z  miłością. 
Obejmowała go i błądziła dłońmi po cudownie gładkiej skórze 
jego pleców. 

 - Tak się bałam... na lotnisku. To był dla mnie taki ból, że 

wtedy  wolałabym  nie  czuć  tej  miłości,  tak  rozpaczliwej. 
Całowała całą jego twarz, jakby chciała zapamiętać jej kształt 
na zawsze. 

 -  Ja  też  się  bałem.  Wiedziałem  tylko  to  że  nie  mogę 

pozwolić,  żeby  ten  samolot  odleciał  i  zabrał  mnie  znowu 
daleko od ciebie. Biedny głupiec z bombą był tak przerażony, 

background image

że  zwariowałby,  zanim  jeszcze  dolecielibyśmy  na  Kubę.  O 
tak,  ale  tak  samo  bałem  się,  kiedy  potem  nie  mogliśmy  z 
Fredem znaleźć cię w hollu - lekko chwycił zębami skórę na 
jej  szyi.  Nieznacznie  przesunął  rękę  ku  jej  żebrom  i  nagle, 
kiedy  niczego  nie  podejrzewała,  napadł  na  nią,  łaskocząc.  - 
Głupia,  zwariowana,  świrnięta  dziewucho!  Jak  ty  w  ogóle 
mogłaś  przypuszczać,  że  wolę  tę  fałszywą,  wypindrzoną  i 
wysmarowaną cipcię? 

 - Przestań! Oj, mam łaskotki!... Wiesz, co się może stać?! 
 -  A  niech  tam,  niech  się  stanie  -  był  bezlitosny, 

przygniatał ją do podłogi, nie mogła się ruszyć. 

Śmiała się niepohamowanie, perliście. 
 -  Przestań!  Proszę,  przestań!  Ja  miałam  wypadek,  to  się 

może źle skończyć! 

 - O tak, a jakże. Powiedz mi, jak. Nie chcesz? To powiedz 

mi to, co chciałbym usłyszeć - wtedy przestanę. 

 - Kocham cię, kocham... ty wielki, gruby byku! 
Ich  ramiona  splotły  się  na  ich  szyjach,  potoczyli  się  po 

dywanie  w  wielką  plamę  słońca.  Patrzyła  na  niego.  -  Dan... 
Ciekawe, gdzie w przyszłości się spotkamy? W kosmosie? 

 -  Możliwe,  księżniczko.  Ale  nie  martw  się,  już  ja  cię 

znajdę - powiedział uśmiechając się szeroko.