background image
background image

 

Trylogia Hana Solo

 

Tom I RAJSKA PUŁAPKA

 

A.C. CRISPIN

 
 

background image

 

Przekład

KATARZYNA LASZKIEWICZ

 

Tytuł oryginału

THE PARADISE SNARE

 

Redakcja stylistyczna

MAGDALENA STACHOWICZ

 

Redakcja techniczna

ANNA BONISŁAWSKA

 

Korekta

JOANNA JAROSZ

 

Ilustracja na okładce

DREW STRUZAN

 

Opracowanie graficzne okładki

STUDIO GRAFICZNE WYDAWNICTWA AMBER

 

Skład

WYDAWNICTWO AMBER

 

Copyright © 1997 by Lucasfilm, Ltd. & TM

 

All rights reserved.

 

For the Polish translation

 

Copyright © 2000 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

 

ISBN 83-7245-368-3

 
 

background image

 

Książkę tę dedykuję mojej przyjaciółce, Thii Rose.

Kiedy miałyśmy dwanaście lat, przysięgłyśmy sobie na zawsze pozostać przyjaciółkami...

...i dziś, po tylu latach, że lepiej ich nie liczyć, nadal nimi jesteśmy

 
 

background image

ROZDZIAŁ 1. „FARCIARZ"

 
Archaiczny okręt wojenny, zabytek z czasów Wojen Klonów, wisiał na orbicie nad powierzchnią Korelii, cichy i

pozornie opuszczony. Ale pozory mylą. Ten stary statek klasy Libera-tor, noszący niegdyś dumną nazwę „Strażnika
Republiki",  przeżywał  teraz  swoją  drugą  młodość  jako  „Farciarz".  Wnętrze  kadłuba  zostało  wypatroszone  i
urządzone  od  nowa.  Podzielono  je  na  strefy  przystosowane  do  potrzeb  różnych  gatunków,  tworząc  sztuczne
środowiska dla niemal setki rozumnych ras -w tym wielu humanoidów - których przedstawiciele znajdowali się na
pokładzie. W tej chwili jednak większość z nich spała, na statku panowała bowiem noc.

Na  mostku,  rzecz  jasna,  czuwała  wachta.  Wprawdzie  „Farciarz"  spędzał  większość  czasu  na  orbicie,  ale  nadal

był  zdolny  do  lotów  w  nadprzestrzeni,  choć  -jak  na  dzisiejsze  standardy  -był  bardzo  powolny.  Garris  Shrike,
dowódca  luźno  sprzymierzonego  kupieckiego  klanu,  który  zamieszkiwał  pokłady  „Farciarza",  był  wymagającym
kapitanem  i  żądał  ścisłego  przestrzegania  zasad  służby  w  marynarce  wojennej.  Tak  więc  na  mostku  zawsze
trzymano wachtę.

Nikt na pokładzie „Farciarza" nie sprzeciwiał się rozkazom Shrike'a; lepiej było nie zadzierać z nim bez dobrego

powodu  i  naładowanego  blastera.  Rządził  swoim  kupieckim  klanem  despotycznie  i  odznaczał  się  niezbyt
przyjaznym charakterem. Szczupły, średniego wzrostu, Garris był nawet przystojny na swój surowy sposób. Pasma
siwizny na skroniach podkreślały czerń jego włosów i lodowato zimny odcień niebieskich oczu. Miał wąskie usta,
które  nieczęsto  się  uśmiechały  -  i  nigdy  nie  świadczyło  to  o  dobrym  humorze.  Garris  Shrike  był  doskonałym
strzelcem,  a  w  młodości  pracował  jako  zawodowy  łowca  nagród.  Zrezygnował  z  tego  zajęcia  z  powodu  braku
szczęścia - co oznaczało w jego przypadku brak cierpliwości. Rzadko udawało mu się zgarniać najwyższe nagrody,
wypłacane za dostarczenie żywych jeńców. Za martwych płacono zwykle znacznie mniej.

Shrike miął dość rodzaj wypaczone poczucie humoru, zwłaszcza jeśli chodziło o zadawanie komuś bólu. Kiedy

grał i wygrywał, zdarzały mu się napady szaleńczej wesołości, zwłaszcza jeśli jednocześnie był pijany.

Tak jak teraz. Shrike siedział przy stoliku w dawnej mesie oficerskiej, grał w sabaka i popijał jeden za drugim

kufle mocnego alderaaniańskiego piwa, które było jego ulubionym trunkiem.

Shrike rzucił okiem na swoje karty, kalkulując w myśli. Zostawić sobie to, co miał na ręku i czekać na sabaka?

Rozdający mógł w każdej chwili wcisnąć guzik, co spowodowałoby losową zmianę wartości kart trzymanych przez
graczy.  Shrike  byłby  wtedy  spłukany,  chyba  że  dobrałby  dodatkową  dwójkę,  a  resztę  rozdania  potasował  w  polu
interferencyjnym na środku stolika.

Jeden z pozostałych graczy, olbrzym z Elomi, odwrócił nagle rogatą głowę, by spojrzeć za siebie. Na jednym z

pomocniczych  paneli  kontrolnych  mrugała  lampka.  Rosły  Elominianin  odchrząknął  i  powiedział  w  gardłowym
wspólnym:

- Coś dziwnego dzieje się z czujnikami zamka w schowku na broń, kapitanie.
Shrike  nalegał,  by  na  statku  przestrzegano  służbowego  porządku  i  łańcucha  dowodzenia  -  zwłaszcza  gdy

odnosiło się to do niego. Jeżeli nie zabawiał się gdzieś na powierzchni planety, zawsze nosił na pokładzie mundur
wojskowy  własnego  projektu,  wzorowany  na  uniformie  wysokiej  rangi  Moffów,  obwieszony  medalami  i
odznaczeniami, które powynajdywał w najrozmaitszych lombardach rozsianych po całej galaktyce.

Słysząc ostrzeżenie Elominianina, spojrzał na kontrolkę zamglonym lekko wzrokiem, potarł oczy, wyprostował

się i rzucił karty na stół.

- O co chodzi, Brafid?
Olbrzym zmarszczył rogaty ryj.
-  Nie  jestem  pewien,  kapitanie.  Mam  teraz  normalny  odczyt,  ale  przed  chwilą  coś  tu  błyskało,  tak  jakby  w

zamku nastąpiło zwarcie. Może to tylko chwilowe wahanie przepływu mocy.

Z  gracją,  której  nie  był  go  w  stanie  pozbawić  nawet  pajacowaty  mundur,  kapitan  wstał  i  obszedł  stolik,  by

osobiście przyjrzeć się odczytom. Wytrzeźwiał w jednej chwili.

- To nie wahanie przepływu - uznał po chwili. - To coś innego.
Zwrócił się do wysokiego, zwalistego mężczyzny, który stał na lewo od niego.
-  Larrad,  popatrz  na  to.  Ktoś  zwarł  zamek  i  puścił  symulację,  żebyśmy  pomyśleli,  że  to  awaria  przepływu.

Panowie, mamy złodzieja na pokładzie. Wszyscy mają broń?

Zapytany mężczyzna - Larrad Shrike, rodzony brat Garrisa - przytaknął poklepując się po kaburze na biodrze.

Elominianin  Brafid  postukał  palcami  swoje  „pieścidełko"  -  paralizator,  który  był  jego  ulubioną  bronią,  chociaż
rozmiary jego kudłatego cielska sugerowały, że większości humanoidom byłby w stanie skręcić kark gołymi rękami.

Ostatnia  z  obecnych  osób  -  Sullustianka,  pełniąca  funkcję  nawigatora  „Farciarza"  -  wstała,  demonstrując

miniaturowy, damski miotacz, który nosiła zawsze przy sobie.

- Gotowi do walki, kapitanie! - oznajmiła piskliwie. Mimo niewielkiego wzrostu, pyzatych policzków i dużych,

background image

urokliwych,  jasnych  oczu,  Nooni  Dalvo  wyglądała  na  równie  niebezpieczną  jak  rosły  Elominianin,  który  był  jej
najbliższym przyjacielem na pokładzie.

-  Dobra!  -  warknął  Shrike.  -  Nooni,  postaw  strażnika  przy  schowku  na  broń,  na  wypadek,  gdyby  złodziejowi

przyszło do głowy wrócić. Larrad, włącz bioskanery i zobacz, czy uda ci się zidentyfikować i namierzyć tego drania.

Brat Shrike'a kiwnął głową i pochylił się nad pomocniczą tablicą kontrolną.
- To człowiek, Korelianin. Wzrost metr osiemdziesiąt. Ciemne włosy i oczy. Szczupła budowa ciała. Bioskaner

go rozpoznał. Kieruje się w stronę rufy, do kambuza.

Rysy Shrike'a stwardniały, a oczy stały się równie zimne i niebieskie jak lodowce na Hoth.
-  To  ten  szczeniak  Solo  -  powiedział.  -  Nikt  inny  nie  odważyłby  się  na  coś  takiego.  -  Rozprostował  palce,  a

potem  zwinął  dłoń  w  pięść.  Pierścień,  który  nosił,  wykonany  z  jednego  kawałka  devaroniańskiej  krwiotrucizny,
zalśnił matowym srebrem w świetle kabiny. - Do tej pory pobłażałem mu, bo dobrze pilotuje skoczki, i nigdy nie
przegrałem, stawiając na niego, ale wszystko ma swoje granice. Dzisiejszej nocy chłopak się nauczy, co to znaczy
szacunek dla przełożonych. Pożałuje, że w ogóle się urodził.

Shrike wyszczerzył w uśmiechu zęby, które zabłysły jaśniej niż klejnot na jego palcu.
-  Że  też  siedemnaście  lat  temu  „znalazłem"  i  sprowadziłem  tego  mazgajowatego  małego  zasrańca  na  pokład

„Farciarza"... Jestem człowiekiem cierpliwym i tolerancyjnym - westchnął sztucznie - cała galaktyka o tym wie, ale
nawet moja cierpliwość ma swoje granice.

Spojrzał na brata, który nie wyglądał na zachwyconego. Garris zastanawiał się, czy Larrad pamięta poprzednią

nauczkę, jaką Solo odebrał dwa lata temu. Smarkacz przez dwa dni nie mógł ustać na własnych nogach.

Shrike zacisnął usta. Nie tolerował jakichkolwiek oznak słabości u swoich podwładnych.
- Mam rację, Larrad? - zapytał zwodniczo miękkim głosem.
- Tak jest, kapitanie!
Han Solo ściskał miotacz, skradając się między metalowymi ścianami ciasnego korytarza. Kiedy podłączył kable

do symulatora i na chwilę zwolnił zamek skrytki na broń, zdążył tylko sięgnąć do środka i złapać pierwsze, co mu
wpadło w ręce. Nie było czasu na przebieranie i wybrzydzanie.

Nerwowym  gestem  odgarnął  z  czoła  pasmo  wilgotnych,  ciemnych  włosów,  uświadamiając  sobie,  że  jest  cały

spocony. Oglądał miotacz, który wydał mu się ciężki i nieporęczny. Rzadko kiedy miał okazję trzymać w ręku broń,
więc  tylko  dzięki  lekturze  wiedział  jak  sprawdzić,  czy  blaster  jest  naładowany.  Garris  Shrike  tylko  oficerom
pozwalał  nosić  broń.  Mrużąc  oczy  w  słabym  świetle,  młody  wyścigowiec  otworzył  mały  panel  w  najgrubszym
miejscu lufy i odczytał wskazania. Dobrze, pomyślał. Magazynek pełny. Shrike jest wprawdzie sadystą i głupcem,
ale potrafi utrzymywać statek w gotowości.

Nawet  przed  samym  sobą  chłopak  nie  przyznawał  się  do  nienawiści  i  lęku,  jakie  budził  w  nim  kapitan

„Farciarza". Dawno temu nauczył się, że okazywanie choćby cienia strachu jest najprostszym sposobem zasłużenia
sobie  na  baty  -  albo  i  coś  gorszego.  Jedyne,  co  sadyści  i  głupcy  darzą  respektem,  to  odwaga  -  a  właściwie  dzika
brawura.  Tak  więc  Han  Solo  nauczył  się  nie  dopuszczać  strachu  do  swojego  umysłu  i  serca.  Zdarzały  się  chwile,
kiedy uświadamiał sobie, że uczucie to nadal w nim tkwi, schowane głęboko pod pokładami twardości ulicznika, ale
wtedy zdecydowanie spychał je coraz bardziej w głąb siebie.

Na  próbę  podniósł  miotacz  do  linii  wzroku  i  przymykając  niezdarnie  jedno  oko  spojrzał  drugim  przez  lufę.

Muszka zakołysała się, a Han zaklął pod nosem, uświadamiając sobie, że drży mu ręka.

Weź się w garść, powiedział sobie. Przestań trząść portkami, Solo. Warto trochę zaryzykować, żeby wydostać

się z tego statku i móc zapomnieć o Shrike'u.

Odruchowo obejrzał się przez ramię i ledwo zdążył odwrócić głowę, by nie wyrżnąć w nisko podwieszone łącze

mocy. Wybrał tę trasę, bo biegła z dala od kwater załogi i kabin rekreacyjnych, ale korytarz był tak wąski i nisko
sklepiony, że zaczynał wywoływać klaustrofobię. Han musiał się kontrolować, żeby nie odwracać się i nie oglądać
za siebie.

Kiedy zobaczył, że tunel z przodu się rozszerza, uświadomił sobie, że dotarł niemal do celu. Jeszcze tylko parę

minut, powiedział do siebie, poruszając się korytarzem bezgłośnie, z gracją wonata przemykającego ukradkiem na
obrośniętych  futrem  łapach.  Minął  moduły  hipernapędu,  a  potem  skrzyżowanie  z  szerszym  korytarzem.  Skręcił  w
prawo, czując ulgę, że nie musi się już schylać.

Na  palcach  podszedł  do  drzwi  ogromnego  kambuza.  Przed  wejściem  się  zawahał,  nasłuchując  i  węsząc.

Dźwięki... tak, tylko to, co spodziewał się usłyszeć: miękkie postukiwanie metalowych patelni, klapsy wybijanego
ręką ciasta i ledwo słyszalny odgłos dalszego, delikatniejszego wyrabiania.

Nos podpowiedział mu natomiast, że wyrabiane ciasto to wastrilski chleb, jego ulubiony. Han zacisnął usta. Jeśli

mu się poszczęści, tym razem nie będzie miał okazji skosztować przysmaku.

Wcisnąwszy miotacz za pas otworzył drzwi i wszedł do kuchni.
- Hej, Dewlanna... - powiedział miękko. - To ja. Przyszedłem się pożegnać.

background image

Wysoka, pokryta futrem istota, która energicznie wyrabiała ciasto, odwróciła twarz w jego stronę, wydając przy

tym pytające, ciche warknięcie.

Dewlanna  nazywała  się  tak  naprawdę  Dewlannamapia  i  była  najbliższą  przyjaciółką  Hana  od  chwili,  gdy

pojawiła się na pokładzie „Farciarza" prawie dziesięć lat temu, gdy Han miał około dziewięciu lat (chłopak nie miał
oczywiście  pojęcia,  kiedy  dokładnie  się  urodził  ani  kim  byli  jego  rodzice;  gdyby  nie  Dewlanna,  nawet  nie
wiedziałby, że ma na nazwisko Solo).

Han  nie  potrafił  mówić  w  języku  Wookiech  -  próby  powtórzenia  warknięć,  szczęknięć,  ryków,  pomruków  i

jęków  powodowały  tylko  ból  gardła;  wiedział  też,  że  brzmią  śmiesznie  -  ale  nauczył  się  doskonale  rozumieć  tę
mowę.  Dewlanna  ze  swej  strony  nie  mówiła  wspólnym,  ale  rozumiała  go  równie  dobrze  jak  swój  język  ojczysty.
Komunikacja  między  młodym  przedstawicielem  ludzi  i  starą  wdową  rasy  Wookie  była  więc  płynna,  choć
przebiegała nietypowo.

Han  przyzwyczaił  się  do  tego  dawno  temu  i  więcej  do  tego  problemu  nie  wracał.  On  i  Dewlanna  po  prostu

rozmawiali, i tyle. Rozumieli się doskonale. Uniósł teraz miotacz, uważając, by nie celować w przyjaciółkę.

- Tak - odpowiedział na pytanie Dewlanny. - Dziś w nocy. Zabieram się z „Farciarza" i nigdy tu nie wrócę.
Dewlanna  warknęła  zaniepokojona,  wracając  automatycznie  do  ugniatania  ciasta.  Han  potrząsnął  głową,

uśmiechając się do niej krzywo.

- Niepotrzebnie się zamartwiasz, Dewlanna. Oczywiście, że wszystko dokładnie zaplanowałem. Mam skafander

próżniowy  schowany  po  drodze  do  doku  cumowniczego.  Przybił  tam  właśnie  statek,  który  odleci,  gdy  tylko  go
rozładują i zatankują. To bezzałogowy frachtowiec, który leci właśnie tam, gdzie chcę dotrzeć.

Dewlanna warknęła pytająco, zagniatając dalej ciasto.
- Lecę na Ilezję - odpowiedział Han. - Pamiętasz, co ci mówiłem? To kolonia religijna niedaleko sektora Huttów.

Oferują  pielgrzymom  odseparowanie  od  reszty  wszechświata.  Tam  Shrike  mnie  nie  dopadnie.  I  popatrz  tylko...  -
podniósł  mały  holodysk,  tak  żeby  Dewlanna  mogła  go  zobaczyć  -  ...szukają  pilota!  Zużyłem  wszystkie  kredyty  z
wypłaty  za  tamtą  robotę,  którą  zorganizowaliśmy,  żeby  im  wysłać  wiadomość,  że  zgłoszę  się  na  rozmowę
kwalifikacyjną.

Dewlanna warknęła miękko.
-  Chyba  nie  myślisz,  że  się  na  to  zgodzę!  -  zaprotestował  Han,  obserwując,  jak  kucharka  wkłada  bochenki  do

foremek i pakuje je do piekarnika. - Dam sobie radę. Podwędzę parę kredytów po drodze do statku. Nie martw się,
Dewlanna.

Nie  słuchając  go,  Dewlanna  poczłapała  przez  kuchnię,  poruszając  się  szybko,  mimo  zaawansowanego  wieku  i

zgarbionych pleców. Miała blisko sześćset lat. Han wiedział, że to dużo, nawet jak na Wookiech.

Zniknęła w drzwiach swojej kajuty. Po chwili wyszła, trzymając w ręku sakiewkę utkaną z jedwabistej przędzy,

która-sądząc po wyglądzie - mogła być wełną z sierści Wookiego.

Wyciągnęła ją w stronę Hana, wydając przy tym miękki, nalegający jęk.
Han potrząsnął głową jeszcze raz, chowając jak dziecko ręce za plecami.
-  Nie  -  powiedział  stanowczo.  -  Nie  wezmę  twoich  oszczędności,  Dewlanna.  Będziesz  potrzebować  tych

kredytów, żeby kupić bilet na przelot do mnie.

Dewlanna uniosła głowę i szczeknęła pytająco.
- Oczywiście, że chcę cię do siebie sprowadzić! - zapewnił Han. - Chyba nie myślisz, że pozwolę, żebyś gniła na

tej  krypie!  Shrike'owi  odbija  z  każdym  rokiem  gorzej.  Nikt  na  pokładzie  „Farciarza"  nie  jest  bezpieczny.  Kiedy
dotrę  na  Ilezję  i  trochę  się  tam  urządzę,  ściągnę  cię  do  siebie.  Ilezja  to  ośrodek  religijny,  proponujący  azyl
wszystkim pielgrzymom. Shrike nie będzie mógł nam nic zrobić.

Dewlanna  sięgnęła  do  sakiewki.  Jej  kudłate  palce  poruszały  się  nad  podziw  zręcznie,  gdy  przebierała  żetony

kredytowe. Kilka z nich wyciągnęła i podała młodemu przyjacielowi. Han ustąpił z westchnieniem i przyjął kredyty.

- No, w porządku, ale pamiętaj, że to tylko pożyczka, dobrze? Oddam ci wszystko z powrotem. Ilezjańscy księża

oferują niezłe wynagrodzenie.

Warknęła  aprobująco  i  bez  żadnego  ostrzeżenia  zaczęła  mierzwić  mu  fryzurę  wielką  łapą,  aż  włosy  zaczęły

sterczeć mu bezładnie we wszystkie strony.

-  Hej!  -  krzyknął  Han.  Masaż  głowy  w  wykonaniu  Wookiego  należało  potraktować  odpowiednio  poważnie.  -

Dopiero co się czesałem!

Dewlanna warknęła rozbawiona, a Han wyprostował się, pełen oburzenia.
- Rozczochrany wcale nie wyglądam lepiej. Tyle razy ci mówiłem, że „rozczochrany" w ustach człowieka to nie

komplement!

Spojrzał  na  nią  i  oburzenie  przeszło  mu  jak  ręką  odjął,  kiedy  pomyślał,  że  długo  nie  zobaczy  jej  kochanej,

kudłatej twarzy i łagodnych niebieskich oczu. Dewlanna była jego najlepszym -a często jedynym - przyjacielem od
tak dawna. Ciężko mu było ją zostawiać. Bardzo ciężko.

background image

Młody Korelianin objął ją impulsywnie, wtulając się mocno w szorstką sierść porastającą ciepłe, masywne ciało.

Głową sięgał zaledwie do połowy piersi Dewlanny. Pamiętał czasy, gdy nie dorastał jej nawet do talii.

- Będę za tobą tęsknił - wymamrotał z twarzą przytuloną nadal do jej futra i z piekącymi oczami. - Uważaj na

siebie, Dewlanna.

Ryknęła miękko i objęła go długimi włochatymi ramionami, odwzajemniając uścisk.
-He, he, he! A to ci dopiero rozczulająca scenka! - odezwał się zimny, zbyt dobrze im znany głos.
Han i Dewlanna zamarli na chwilę i jednocześnie odwrócili głowy, by spojrzeć na mężczyznę, który wyszedł z

kajuty kucharki. Garris Shrike stał w drzwiach opierając się o futrynę z takim uśmiechem, że Han poczuł, jak ścina
mu się krew. Czuł, jak stojąca obok Dewlanna wzdrygnęła się, nie wiedział jednak, czy ze strachu, czy z nienawiści.

Ponad ramieniem Shrike'a widać było jeszcze dwóch członków załogi - Larrada Shrike'a i Elominianina Brafida.

Han z rozpaczy zacisnął pięści. Gdyby Shrike był sam, może zdołałby rzucić się na kapitana „Farciarza". Z pomocą
Dewlanny mógłby spróbować pokonać Garrisa, ale z trzema przeciwnikami naraz nie mieli żadnych szans.

Przez cały czas Han pamiętał o miotaczu, zatkniętym za pasek. Przez chwilę zastanawiał się, czy po niego nie

sięgnąć,  ale  po  chwili  odrzucił  ten  pomysł.  Shrike  był  znany  jako  szybki  strzelec.  Nie  miał  szans  go  wyprzedzić,
naraziłby tylko siebie i Dewlannę na śmierć. Shrike był ewidentnie rozwścieczony.

Han oblizał suche wargi.
- Niech pan posłucha, kapitanie - zaczaj. - Mogę wszystko wytłumaczyć...
Shrike podszedł bliżej, mrużąc oczy.
-  Niby  co  możesz  wytłumaczyć,  ty  tchórzliwy  mały  zdrajco?  Okradanie  własnej  rodziny?  Zdradzanie  tych,

którzy ci ufają? Wbijanie noża w plecy swojego dobroczyńcy, ty zasmarkany mały złodzieju?

-Ale...
-  Mam  tego  dosyć,  Solo.  Do  tej  pory  byłem  dla  ciebie  wyrozumiały,  bo  jesteś  cholernie  dobrym  pilotem

skoczków  i  pieniądze,  jakie  na  tobie  wygrałem,  bardzo  mi  się  przydały,  ale  moja  cierpliwość  się  wyczerpała.  -
Shrike  ostentacyjnie  podwinął  rękawy  swojego  cudacznego  munduru,  po  czym  zacisnął  dłonie  w  pięści.  W
sztucznym  świetle  kambuza  pierścień  z  krwistym  klejnotem  błyszczał  matowym  srebrem.  -  Zobaczymy,  czy  parę
dni zmagania się z devaroniańską krwiotrucizną poprawi twoje nastawienie. Na wszelki wypadek dodam ci też może
parę połamanych kości. Robię to dla twojego dobra, chłopcze. Pewnego dnia mi podziękujesz.

Przerażony Han przełknął ślinę, patrząc jak Shrike podchodzi do niego coraz bliżej. Dwa lata temu zaatakował

kapitana,  nakręcony  wygraną  w  wolnym  turnieju  gladiatorskim  na  corocznym  Wielkim  Festynie-  i  już  po  chwili
gorzko tego żałował. Szybkość i siła ciosu, który oddał mu Garris, omal nie oderwały mu głowy. Obie wargi miał
zmiażdżone, tak że Dewlanna przez tydzień musiała go karmić kleikiem, zanim się wygoiły.

Warcząc groźnie, Dewlanna dała krok do przodu. Ręka Shrike'a opadła na kaburę miotacza.
- Ty, stara, trzymaj się od tego z daleka. - warknął niemal równie groźnie jak ona. - Nie gotujesz aż tak dobrze.
Han już wcześniej złapał włochate ramię przyjaciółki, próbując odciągnąć ją do tyłu.
- Dewlanna, nie!
Wyzwoliła  się  z  jego  chwytu  równie  łatwo,  jakby  strzepnęła  męczącego  owada  i  ryknęła  na  Shrike'a.  Kapitan

chwycił Master i zaczęło się.

-Nieee!!! - krzyknął Han, rzucając się do przodu. Uniesioną stopą wymierzył Garrisowi solidnego kopniaka w

pierś, techniką dobrze znaną z potyczek ulicznych. Kapitan na chwilę stracił oddech i upadł do tyłu. Han rzucił się
na niego, przygniatając go do podłogi. Strzał z paralizatora przeleciał mu ze świstem tuż koło ucha.

- Larrad! - wysapał kapitan, widząc, że Dewlanna rusza w jego stronę.
Brat Shrike'a wyciągnął blaster i wymierzył w samicę Wookie.
- Stój, Dewlanna!
Jego słowa przyniosły efekt równie mizerny co protesty Hana. Krew w niej wrzała - opanował ją zapał bitewny

Wookiech. Z rykiem, który mógł ogłuszyć przeciwnika, chwyciła Larrada za nadgarstek i szarpnęła, zataczając nim
koło i rzucając o ścianę jak szmacianą lalkę w parodii dziecinnej zabawy. Han usłyszał, jak coś chrupnęło, a potem
jeszcze kilka nieprzyjemnych, miękkich odgłosów, gdy puszczały ścięgna i wiązadła. Larrad Shrike zawył, wydał z
siebie przenikliwy, wysoki pisk; słysząc to młody Korelianin poczuł, jakby to jego ramię rozrywano.

Wyszarpnąwszy miotacz zza paska, Han wystrzelił w stronę Elominianina, który rzucał się właśnie do przodu z

paralizatorem  wycelowanym  w  brzuch  Dewlanny.  Brafid  zaskowyczał,  upuszczając  broń  na  ziemię.  Han  był
zaskoczony, że udało mu się go trafić, ale nie miał zbyt wiele czasu na cieszenie się własną celnością.

Shrike podnosił się ciężko na nogi z blasterem w dłoni, mierząc z niego prosto w głowę Hana.
-  Larrad!  -  krzyknął  do  skręcającego  się  z  bólu  brata.  Larrad  nie  odpowiedział.  Shrike  zarepetował  broń  i

podszedł do Hana o krok bliżej.

- Przestań, Dewlanna! - warknął kapitan. - Albo twój kumpel Solo zginie!
Han rzucił broń na ziemię i uniósł ręce w górę w geście kapitulacji.

background image

Dewlanna przerwała, warcząc miękko.
Shrike uniósł miotacz, zaciskając palec na cynglu. Twarz wykrzywiła mu się w wyrazie czystej nienawiści. Po

chwili uśmiechnął się, a jego niebieskie oczy zalśniły bezlitosną radością.

-  Za  niesubordynację  i  atak  na  własnego  kapitana  -  oznajmił  -  skazuję  cię  na  śmierć,  Solo.  Obyś  zgnił  we

wszystkich piekłach galaktyki.

Gdy Han zamarł, czekając na wystrzał, który go usmaży, Dewlanna ryknęła, pchnęła Hana na bok i rzuciła się w

stronę  Shrike'a.  Promień  energii  wystrzelony  z  miotacza  trafił  ją  prosto  w  pierś.  Upadła,  wypełniając  kambuz
swądem zwęglonej sierści i przypalanego mięsa.

- Dewlanna! - krzyknął Han głosem pełnym bólu. Z szybkością, której nie znał u siebie wcześniej, zanurkował,

rzucając się na Shrike'a i blokując go chwytem pod kolana. Shrike znów upadł do tyłu, tym razem jednak uderzył
głową o podłogę tak mocno, że stracił przytomność.

Han  podpełzł  do  przyjaciółki,  a  gdy  przewrócił  ją  delikatnie  na  plecy,  zobaczył  wielką  dziurę,  którą  promień

Mastera wypalił w jej piersi. Natychmiast zrozumiał, że rana jest śmiertelna. Nie było w galaktyce takiego robota
medycznego, który mógłby ją uleczyć. Dewlanna jęknęła, z trudem łapiąc powietrze. Oddychanie wymagało od niej
całej wielkiej siły, tak charakterystycznej dla Wookiech. Han wsunął jej ręce pod ramiona, próbując choć trochę w
walce  o  łyk  powietrza.  Niebieskie  oczy  otworzyły  się  i  po  chwili  skupiły  na  twarzy  Hana.  Wrócił  im  blask,  gdy
Dewlanna warknęła miękko.

-  Nie,  nie  zostawię  cię!  -  odpowiedział  Han,  ściskając  ją  jeszcze  mocniej.  Przez  łzy  widział  zmierzwione,

brązowe futro, rozpływające mu się przed oczami. - Nie obchodzi mnie, czy ucieknę! Dewlanna, ja...

Z  ogromnym  wysiłkiem  uniosła  wielką,  włochatą  łapę  i  złapała  go  za  ramię.  Han  z  trudem  tłumaczył  jej

urywane słowa.

- Wiem - powiedział zdławionym głosem, żeby wiedziała, że ją zrozumiał. - Wiem, że mnie kochasz...
Jęknęła coś jeszcze.
- ...jak swój własny miot.
Han przełknął ślinę przez zaciśnięte, obolałe gardło.
- Ja... ja też, Dewlanna. Byłaś dla mnie zawsze jak matka.
Wzdrygnęła się, wydając przeciągły jęk. Warknęła do niego jeszcze raz.
-  Nie  -  upierał  się  Han.  -  Nie  zostawię  cię.  Zostanę  z  tobą,  dopóki...  dopóki...  -  nie  mógł  się  zdobyć  na

dokończenie zdania.

Dewlanna chwyciła go za ramię z cieniem dawnej siły i warknęła tonem wyrażającym naleganie i pośpiech.
- Jeśli zginę... - Han miał trudności ze zrozumieniem niewyraźnych słów -jeśli zginę... na darmo? Aha, mówisz,

że jeśli ja nie będę dalej żył, twoja śmierć pójdzie na marne?

Kiwnęła głową, wpatrując się w niego oczami osadzonymi głęboko w futrze, z całą intensywnością, na jaką było

ją stać. Han uparcie potrząsnął głową. Jak mógł ją zostawić, by umierała w samotności?

Dewlanna jęknęła słabo i miękko.
- Tak, wiem, że będziesz bezpieczna, zjednoczona z siłą życia - powiedział Han, starając się, by zabrzmiało to

szczerze. Wiedział, że niektórzy z Wookiech wierzyli w istnienie wyższej siły, spajającej w jedno wszystkie żywe
istoty. Osobiście uważał tę siłę - nigdy nie umiał wiernie przetłumaczyć słowa, które w języku Wookiech mogło też
oznaczać „moc" lub „potęgę" - w którą tak żarliwie wierzyła Dewlanna, za zwykły przesąd.

Ale gdyby to miało przynieść jej ulgę w ostatnich chwilach życia, Han nie miał zamiaru wdawać się w dyskusje

religijne. Pamiętał słowa, które powtarzała mu czasami.

- Dewlanna, niech siła życia będzie z tobą... - Przez chwilę żałował, że sam w to nie wierzy.
Jęknęła  z  bólu.  Han  widział,  że  zostało  jej  niewiele  czasu.  Potem  warknęła  cicho,  a  Han  znowu  odruchowo

przetłumaczył. -Twoje ostatnie życzenie... -przerwał, bo słowa z trudem przeciskały mu się przez gardło. - Chcesz,
żebym... uciekł... przeżył... i był szczęśliwy.

Broniąc się przed załamaniem, odpowiedział:
- Dobrze... Ucieknę. Mam jeszcze trochę czasu, żeby się dostać na ten bezzałogowy statek, zanim odleci.
Dewlanna jęknęła słabo.
-  Obiecuję  -  powiedział  załamującym  się  głosem.  -  Już  idę.  I  przysięgam,  że  zawsze  będę  o  tobie  pamiętał,

Dewlanna.

Nie mogła już mówić, ale był pewien, że go słyszała. Położył ją delikatnie na podłodze, wstał i podniósł blaster.

W końcu, spojrzawszy na nią po raz ostatni, odwrócił się i wybiegł.

Jego  kroki  dudniły  głucho,  gdy  biegł  korytarzami  „Farciarza".  Nie  było  już  czasu  na  skradanie  się.  Musiał

zdążyć  do  doków  cumowniczych,  zanim  ilezjański  frachtowiec  odleci!  Han  nie  miał  pojęcia,  kiedy  statek  ma
odłączyć się od „Farciarza", wiedział tylko, że według rozkładu pracy robotników doku statek odcumuje, gdy tylko
roboty zakończą tankowanie paliwa. A kiedy podwędził i ukrył skafander próżniowy, właśnie zaczynały.

background image

To oznaczało, że „Ilezjański Sen" może odlecieć w każdej chwili!
Sapiąc ciężko Han biegł w kierunku śluzy. Jego stopy tupały o pokład, który, odkąd pamiętał, był miejscem jego

zabaw. W oddali słyszał zaspane głosy, łączące się w gwar z okrzykami i rozkazami.

Nie mogę pozwolić, by mnie złapali, bo Shrike mnie zabije, pomyślał Han. To przekonanie dodawało szybkości

jego krokom. Zarzuciło go na ostatnim zakręcie, ale zdołał w biegu złapać skafander ukryty pomiędzy sprzętem do
tankowania.  Hełm  wypadł  mu  z  ręki,  uderzając  go  w  brzuch,  kiedy  pospiesznie  wstukiwał  wykradziony  kod
otwierający zamek śluzy.

Mijały sekundy. Odgłosy pościgu przybierały na sile. Na pewno wszyscy myśleli, że uciekł na pokład promowy

albo  do  kapsuł  ratunkowych.  Nikt  się  chyba  nie  domyśli,  że  mógł  być  aż  tak  stuknięty,  by  próbować  podróży  na
gapę bezzałogowym frachtowcem - a przynajmniej na to liczył...

Luk śluzy otworzył się z sykiem. Han wskoczył do środka, zamknął właz i zaczął wciągać skafander. Sprawdził

zbiorniki powietrza. Pełne. To dobrze. Początkowo planował zabrać kilka awaryjnych zbiorników powietrza, ale nie
śmiał  teraz  po  nie  wrócić.  Zbiornik  w  skafandrze  chyba  wytrzyma  dwa  dni.  To  powinno  wystarczyć,  chyba  że
„Ilezjański Sen" okazałby się wyjątkowo wolnym statkiem. Ponieważ statek był całkowicie zautomatyzowany, nie
było sposobu, by dowiedzieć się, jaką trasą będzie leciał, ani też jak szybko.

Han się skrzywił. Tylko desperat mógł wpaść na taki sposób ucieczki. Ale on był zdesperowany. Pozostawało

mieć nadzieję, że starczy mu powietrza, żeby żywemu dolecieć na Ilezję.

Zobaczmy...  Pastylki  odżywcze...  są.  Zbiornik  wody...  pełen.  Nie  jest  źle.  Powinien  podziękować  za  to

Shrike'owi, który pilnował, żeby wyposażenie statku było zawsze gotowe do natychmiastowego użycia.

Han  wsunął  ramiona  w  rękawy  skafandra  i  zasunął  suwak  biegnący  z  przodu,  chowając  pod  skafandrem  swój

szary kombinezon. Podniósł hełm - niezdarnie, bo na rękach miał już rękawice - i założył na głowę. Kask był cały
przezroczysty  i  Han  mógł  widzieć  wszystko  dookoła,  z  wyjątkiem  punktu  bezpośrednio  za  sobą.  Rząd
holowskaźników  biegł  wokół  dolnej  krawędzi  hełmu,  wyświetlając  dane  o  jego  czynnościach  życiowych,  ilości
powietrza w zbiorniku i inne informacje, których będzie potrzebował, by przeżyć. Han mógł nawet w ograniczonym
stopniu „rozmawiać" ze swoim skafandrem, wciskając podbródkiem dźwignię łączności i przekazując instrukcje na
temat składu powietrza, temperatury w skafandrze i innych podobnych czynników.

Dobrze,  właśnie  o  to  chodziło,  pomyślał  Han,  podchodząc  do  klapy  włazu  i  wstukując  końcową  sekwencję

poleceń,  by  wyrównać  ciśnienie  pomiędzy  śluzą  a  wnętrzem  „Ilezjańskiego  Snu".  Słyszał  słaby  syk  powietrza
wypompowywanego ze śluzy. „Sen" był statkiem bezzałogowym, więc powietrze było w nim zupełnie zbyteczne.
W kabinie statku panowała próżnia.

W końcu klapa włazu się otworzyła i Han wszedł na pokład.
Całą wolną przestrzeń zajmowało wyposażenie i ładunek, a korytarze były bardzo wąskie. Pozostawiono tylko

tyle  miejsca,  by  umożliwić  okresowe  naprawy  i  konserwację  statku,  więc  Han  musiał  się  przeciskać  bokiem.
Chłopak poczuł przelotną wdzięczność dla konstruktorów, że przyrządy pokładowe były przystosowane do działania
w  warunkach  normalnego  ciążenia.  Gdyby  nie  to,  Han  musiałby  radzić  sobie  nie  tylko  z  ciasnotą,  ale  i  z
nieważkością, a tego byłoby już doprawdy za wiele.

Wychodził  kilka  razy  w  skafandrze  na  zewnątrz  „Farciarza"  z  ekipą  spawaczy,  od  kiedy  uznano,  że  jest  dość

duży,  by  wykonywać  niebezpieczne  obowiązki  związane  z  obsługą  statku.  Wisiał  więc  parokrotnie  w  przestrzeni,
połączony  ze  statkiem  jedynie  delikatną  wiązką  przewodów  podtrzymujących  życie.  Na  początku  było  to  nawet
ekscytujące, ale nieważkość niespecjalnie Hana bawiła i szybko nauczył się nigdy nie patrzeć „w dół". Świadomość,
że pod stopami ma tylko pustkę przestrzeni, ciągnącą się całe lata świetlne, przyprawiała go zawsze o zawrót głowy.

Han przeciskał się w stronę „mostka", gdzie - jak sądził -powinno być najwięcej miejsca. Dotarł tam po krótkiej

chwili  -„Sen"  był  małym  statkiem.  Jeśli  wierzyć  listom  przewozowym,  przybił  do  „Farciarza"  z  ładunkiem
najprzedniejszego  błyszczostymu,  a  opuszczał  go  z  ładownią  pełną  podzespołów  elektronicznych  pochodzących  z
Korelii, stanowiących części zamienne dla fabryk.

Han  zastanawiał  się  przez  chwilę,  kogo  Garris  Shrike  musiał  opłacić,  żeby  móc  odebrać  transport  przyprawy.

Obrót tą substancją znajdował się pod ścisłą kontrolą rządu planetarnego oraz imperialnej Komisji Handlowej.

Obrócił się bokiem, by wejść na mostek - i zamarł.
Co, na wszystkich synów Baraba robi na mostku robot astromechaniczny? - pomyślał. Nawet dziecko wiedziało,

że  robot  sam  nie  może  pilotować  statku,  a  zatem  robot  nie  był  pilotem.  Pod  przezroczystą  pokrywą  kasku  Han
skrzywił się. Robot musi być czymś w rodzaju zabezpieczenia przeciwwłamaniowego - wyrafinowanym środkiem
łączności  chroniącym  statek  przed  złodziejami  w  portach  i  piratami  w  przestrzeni.  Han  wiedział,  że  jednym  z
powodów,  dla  których  ilezjańscy  księża  postanowili  zatrudnić  pilota  -  najchętniej  Korelianina,  jak  napisali  w
ogłoszeniu - były częste przypadki porywania ich statków dostawczych przez piratów.

Kiedy  zatrzymał  się,  mając  nadzieje,  że  robot  nie  jest  świadom  jego  obecności  na  statku,  poczuł,  że  statkiem

szarpnęło. Puszczamy cumy! - pomyślał. Muszę się gdzieś usadowić, bo prędkość ucieczki mnie zabije!

background image

Szybko wycofał się z mostka, kierując się z powrotem w stronę ładowni. W końcu znalazł to, czego szukał - w

ostatniej chwili. Mała wnęka, w której mógł usiąść, obejmując kolana ramionami.

Statkiem znowu szarpnęło, a po chwili jeszcze raz. Han w wyobraźni ujrzał, jak klamry cumownicze puszczają,

jedna po drugiej. Jeszcze tylko jedna, a potem...

„Sen" zatrząsł się ostatni raz, a potem wyrwał gwałtownie do przodu. Statek był bezzałogowy, więc mógł znosić

znacznie większe przyspieszenia niż pojazdy pilotowane przez istoty żywe.

Buch!  Han  poczuł  wstrząs,  więc  mocniej  objął  kolana  ramionami,  broniąc  się  przed  gwałtownym

przyspieszeniem. Cumy puściły i „Sen" wystartował.

Han  wyobraził  sobie,  jak  oddalają  się  od  „Farciarza",  wydostając  się  z  uścisku  pola  grawitacyjnego  Korelii.

Zamknął  oczy  i  zobaczył  swoją  rodzinną  planetę,  jak  wiruje  leniwie  na  tle  rozgwieżdżonego  nieba.  Korelia  była
ładnym światem, pociętym granatem oceanów, zielono-brązowymi połaciami lasów, beżowymi pustyniami i dużymi
miastami. Jej nocna strona lśniła światełkami jak tablica kontrolna ogromnego statku...

Właśnie  wtedy  przyspieszenie  szarpnęło  najmocniej,  wciskając  Hana  w  niewygodną  wnękę.  Skoczyliśmy  w

nadprzestrzeń, pomyślał.

Parę chwil później, kiedy szybkość się wyrównała, znów mógł się ruszyć. Rozprostował ręce i nogi, krzywiąc

się, bo siniaki, które zarobił w czasie bójki w kambuzie, dały o sobie znać. Myśl o kambuzie przypomniała mu o
Dewlannie,  wywołując  nagły,  gwałtowny  ból  w  piersi.  W  oczach  zapiekły  łzy,  ale  ze  wszystkich  sił  starał  się  nie
rozkleić. Płacz w skafandrze próżniowym, gdzie nie mógł otrzeć twarzy, nie był najlepszym pomysłem.

Han pociągnął nosem, walcząc z napływającymi łzami. Dewlanna... -jęknął w myśli. Oddała życie, by dać mu

szansę wyrwania się z „Farciarza".

Weź  się  w  garść,  Solo,  nakazał  sobie  stanowczo.  Gardło  miał  ściśnięte,  ale  przełknął  ślinę  i  zagryzł  wargi,  aż

przeszła  mu  ochota  do  płaczu.  Spróbował  sobie  przypomnieć,  kiedy  ostatnio  płakał,  ale  jaki  to  miało  sens?  Nie
wróci życia Dewlannie...

Han wiedział, że Dewlanna wierzyła, iż po śmierci ciała duch żyje dalej. Jeśli miała rację, może mogła go teraz

usłyszeć.

-Hej,  Dewlanna-  szepnął-  udało  mi  się.  Jestem  w  drodze.  Lecę  na  Ilezję,  a  tam  zostanę  najlepszym  pilotem  w

całym  sektorze.  Nauczę  się  dość...  i  zarobię  dość,  by  złożyć  aplikację  do  Akademii,  tak  jak  zawsze  marzyłem.
Jestem wolny, Dewlanna. - Głos mu się załamał. Jesteśmy bezpieczni, Dewlanna, pomyślał. Shrike nie dostanie już
żadnego z nas.

Wciśnięty pomiędzy pakunki, młody pilot uśmiechnął się z ponurą determinacją. Jestem wolny, i zawdzięczam

to tylko tobie, pomyślał. Nigdy tego nie zapomnę. Jeśli kiedykolwiek będę miał okazję ci się odpłacić, pomagając
komuś z twojej rasy, przysięgam na wszystko, w co można wierzyć - boga, siłę życia czy moc - że nie zawaham się.

Han Solo wciągnął, głęboko w płuca duszne powietrze ze zbiornika skafandra.
- Dziękuję ci, Dewlanna. - szepnął.
Miał nadzieję, że go usłyszała, gdziekolwiek teraz była.
 

background image

ROZDZIAŁ 2. ILEZJAŃSKIE SNY

 
Kiedy Han obudził się z nie dającego wypoczynku snu, w pierwszej chwili był zupełnie zdezorientowany. Gdzie

ja  jestem?  -zapytał  sam  siebie  oszołomiony.  Pamięć  zalały  nagle  szybkie,  gwałtowne  obrazy:  jego  własna  ręka
trzymająca blaster... twarz Shrike'a, wykrzywiona nienawiścią i gniewem... Dewlanna, z trudem łapiąca powietrze,
umierająca w samotności.

Z trudem przełknął ślinę przez ściśnięte gardło. Dewlanna była częścią jego życia od czasów, kiedy był zupełnie

małym smykiem - miał osiem, może dziewięć lat. Pamiętał tamten dzień, kiedy pojawiła się na pokładzie ze swoim
partnerem,  Isshaddikiem.  Isshaddik  został  wygnany  z  planety  Wookiech  za  jakiś  występek,  o  którym  Dewlanna
nigdy nie chciała mówić. Dewlanna poszła za nim na wygnanie, pozostawiając za sobą wszystko, co miała - swój
dom i swoje młode.

Mniej więcej rok później Isshaddik zginął, zabity w czasie przemytniczej wyprawy do Nar Hekka, jednego ze

światów w sektorze Hurtów. Shrike oznajmił Dewlannie, że może pozostać na pokładzie „Farciarza" jako kucharka,
bo  zagustował  w  przygotowywanych  przez  nią  potrawach.  Dewlanna  mogła  wrócić  na  Kashyyk  -  w  końcu  to  nie
ona dopuściła się tamtej nieznanej zbrodni - ale postanowiła zostać na „Farciarz".

Ze względu na mnie, pomyślał Han, odnajdując w kasku ssawkę podajnika wody i pociągając ostrożny łyk. Z

innej końcówki wyłuskał językiem kilka tabletek odżywczych, które popił kolejnym łykiem wody. To nie to samo
co  jedzenie,  ale  pozwoli  mu  jakoś  przeżyć...  Została  ze  względu  na  mnie,  pomyślał.  Żeby  mnie  chronić  przed
Shrike'em...

Westchnął  czując,  że  to  prawda.  Wookie  należeli  do  najbardziej  pewnych  i  lojalnych  towarzyszy  w  całej

galaktyce. Na ich przyjaźń i lojalność trzeba było sobie zasłużyć, ale kiedy już je ofiarowali, nie cofali nigdy.

Han  oparł  się  o  ściany  swojej  wnęki,  sprawdzając  poziom  powietrza  w  zbiornikach.  Zostało  mu  jeszcze  trzy

czwarte.  Zastanawiał  się,  jak  daleko  dotarł  „Sen"  w  czasie,  gdy  spał.  Niedługo  trzeba  będzie  pójść  do  kabiny
kontroli i spróbować rozszyfrować oprzyrządowanie autopilota.

Han cofnął się myślami w przeszłość, rozpamiętując ze smutkiem śmierć Dewlanny, a potem do czasów jeszcze

dawniejszych.  Najwcześniejszym  jego  wspomnieniem  -  prawdziwym  wspomnieniem,  a  nie  zamglonym
fragmentem,  strzępkiem  obrazu  zbyt  dawnym  i  zbyt  zniekształconym,  by  mieć  jakiekolwiek  znaczenie  -  było
spotkanie z Garrisem Shrike'em, w dniu kiedy kapitan zabrał go na „Farciarza".

Chłopczyk  siedział  skulony  u  wylotu  wilgotnej,  brudnej  ulicy,  powstrzymując  łzy.  Był  przecież  za  duży,  by

płakać,  nawet  jeśli  był  zziębnięty,  głodny  i  sam  na  świecie.  Przez  chwilę  zastanawiał  się,  dlaczego  jest  sam,  ale
natychmiast  poczuł,  jakby  za  odpowiedzią  na  to  pytanie  zatrzasnęły  się  wielkie,  metalowe  drzwi,  zamykając
wszystko  za  sobą.  Za  tymi  drzwiami  czaiło  się  niebezpieczeństwo,  za  tymi  drzwiami  czaiło  się...  zło.  Ból...  i
jeszcze... jeszcze...

Chłopiec potrząsnął głową, aż zlepione w brudne strąki włosy opadły mu na twarz. Odrzucił je do tyłu ręką tak

pokrytą brudem, że prawie nie było widać naturalnego koloru jego skóry. Miał na sobie tylko wystrzępione portki,
porwaną koszulkę bez rękawów, od dawna za ciasną, i bose stopy. Nie pamiętał, czy kiedykolwiek nosił buty.

Pomyślał, że chyba jednak pamięta buty. Dobre buty, ciepłe i miękkie, które ktoś zakładał mu nogi i pomagał

zawiązać sznurowadła. Ktoś delikatny, kto uśmiechał się, zamiast krzywić twarz w grymasie niechęci, ktoś kto był
czysty i ładnie pachniał, kto nosił ładne ubrania...

Buch!
Straszne drzwi zamknęły się znowu, a mały Han (wiedział, że tak ma na imię, ale nic poza tym) skrzywił się pod

wpływem  wewnętrznego  bólu.  Wiedział,  że  nie  powinien  pozwalać,  by  takie  myśli  chodziły  mu  po  głowie.  Takie
myśli i wspomnienia były złe, sprawiały ból... lepiej o tym nie myśleć.

Pociągnął  cieknącym  nosem  i  otarł  ręką  smarki,  ale  niewiele  to  pomogło.  Uświadomił  sobie,  że  stoi  w

śmierdzącej kałuży, a nogi ma tak zmarznięte, że ledwie je czuje. Zapadała noc i zapowiadało się na to, że będzie
zimna.

Głód ściskał mu kiszki jak zwierzak boleśnie wgryzający się w żołądek. Nie pamiętał, kiedy ostatnio jadł. Czy

tego ranka, gdy znalazł w śmietniku owoc kavasa - soczysty, dojrzały i tylko na pół zjedzony? Czy może ostatniej
nocy?

Nie może tu dłużej sterczeć, postanowił chłopiec. Musi iść dalej. Han wyszedł ze swojej kryjówki na ulicę, na

chodnik. Wiedział, że musi żebrać... kto go tego nauczył?

Bach!
Nieważne  kto,  ważne,  że  nauczył  dobrze.  Przybierając  najbardziej  żałosny  wyraz  twarzy  i  powłócząc  nogami

Han podszedł do najbliższego przechodnia.

-  Proszę  pani...  -  zaskomlał.  -  Jestem  taki  głodny...  -  wyciągnął,  otwartą  dłoń.  Kobieta  zwolniła  nieznacznie,

background image

spojrzała w dół na jego brudną rączkę i nagle cofnęła się, zbierając spódnicę, by się o niego nie otrzeć.

- Proszę pani... - Han westchnął, oglądając się za nią z zainteresowaniem, by popatrzeć, jak się oddala. Miała na

sobie ładną suknię, miękką i połyskliwą, jakby... świecącą, mieniącą się w ostrym świetle portowych lamp.

Przypominała mu kogoś, z tymi wielkimi, czarnymi oczami, gładką skórą, włosami...
Bach!
Zaczął  pochlipywać,  pozbawiony  wszelkiej  nadziei.  Drobne  ciałko  drżące  z  zimna,  głodu,  samotności  i

rozpaczy.

- Hej, mały! Han! - Przez ścianę nieszczęścia przebił się czyjś ostry, ale nie nieprzyjazny głos. Pociągając nosem

i  przełykając  ślinę  Han  spojrzał  w  górę  na  wysokiego  mężczyznę,  pochylającego  się  nad  nim.  Czarne  włosy,
niebieskie  oczy.  Śmierdział  alderaaniańskim  piwem  i  dymem  pół  tuzina  zakazanych  narkotyków,  ale  trzymał  się
pewnie na nogach, czego nie można było powiedzieć o innych przechodniach.

Widząc,  że  Han  na  niego  patrzy,  mężczyzna  przykucnął,  dzięki  czemu  Han  nie  musiał  tak  bardzo  zadzierać

głowy.

- Za duży jesteś, żeby popłakiwać na ulicy; wiesz chyba o tym, co?
Han kiwnął głową, nadal pociągając nosem. Spróbował się uspokoić.
-  T-t-tak...  tak  -  zaczął  zacinając  się  trochę,  jak  wtedy,  kiedy  uczył  się  mówić.  To  było  dawno,  dawno  temu,

pomyślał. Umiał mówić od zeszłej zimy, a wkrótce miała przyjść nowa zima. Umiał mówić, od czasu gdy...

Buch!
Chłopiec  wzdrygnął  się  znowu,  gdy  umysł  stanowczo  odmówił  mu  dostępu  do  wszelkich  wspomnień  z

przeszłości.  Inna  myśl  domagała  się  uwagi,  coś,  co  przeoczył  za  pierwszym  razem...  Nagle  zrozumiał.  Ten
mężczyzna zawołał go po imieniu! Skąd wiedział, jak Han się nazywa?

- Kto... kto ty jesteś? - wyszeptał Han. - Skąd wiesz, jak mi na imię?
Mężczyzna uśmiechnął się szeroko, pokazując wszystkie zęby. Zapewne chciał wyglądać przyjaźnie, ale było w

nim  coś  takiego,  co  sprawiło,  że  Han  się  wzdrygnął.  Coś  w  tym  mężczyźnie  przypominało  mu  sfory  zdziczałych
psów, polujących w bocznych uliczkach.

- Wiem o wielu rzeczach, mały - odpowiedział mężczyzna. - Jestem kapitan Shrike. Umiesz to powiedzieć?
- T-tak. Ka-pi-tan Shri-ke - powtórzył niepewnie Han. Łkanie przeszło w czkawkę. - Ale... skąd pan wiedział,

jak się nazywam? Proszę, niech mi pan powie!

Mężczyzna wyciągnął rękę, jakby chciał go pogłaskać po głowie, ale zauważył, jaka jest brudna i zawszona, bo

się wycofał.

-  Zdziwiłbyś  się,  Han.  Wiem  niemal  o  wszystkim,  co  dzieje  się  tu,  na  Korelii.  Wiem,  kto  się  zgubił,  a  kto

znalazł,  kto  jest  na  sprzedaż  i  kogo  sprzedano,  i  gdzie  kto  jest  pochowany.  Właściwie  to  przyglądam  ci  się  od
pewnego czasu. Słyszałem, że sprytny z ciebie chłopak. Jesteś sprytny?

Han wyprostował się, by spojrzeć mężczyźnie prosto w oczy.
- Tak, kapitanie - powiedział, starając się, by nie zadrżał mu głos. - Jestem sprytny.
Wiedział, że tak było. Nikt, kto nie był sprytny jak on, nie przetrwałby tyle czasu na ulicy.
- No proszę! To ci dopiero chłop na schwał! Wiesz co, taki sprytny chłopak jak ty mógłby dla mnie pracować.

Może przyłączysz się do mnie? Będziesz miał porządne jedzenie i miejsce do spania - uśmiechnął się znowu. - No i
założę się, że chciałbyś zobaczyć mój statek - wycelował palec w niebo.

Han energicznie pokiwał głową. Jedzenie? Łóżko? A przede wszystkim...
- Statek kosmiczny? Tak, kapitanie! Kiedy dorosnę, chcę być pilotem!
Mężczyzna roześmiał się i wyciągnął do niego rękę.
- W takim razie idziemy!
Han pozwolił, by wielkie łapsko mężczyzny ścisnęło jego dłoń, i poszedł z nim w stronę kosmoportu...
Han poruszył się i potrząsnął głową. Nie powinienem był wtedy z nim iść, pomyślał. Gdybym z nim nie poszedł,

Dewlanna nadal by żyła...

Z drugiej strony gdyby nie poszedł wtedy ze Shrike'em, najprawdopodobniej obudziłby się pewnej nocy na ulicy

z  uszami  i  nosem  obgryzionymi  przez  welty,  jak  jeden  z  pozostałych  ulicznych  urwisów  „uratowanych"  przez
Garrisa Shrike'a.

Han  uśmiechnął  się  ponuro.  Kapitan  Shrike  nie  miał  w  sobie  ani  krzty  altruizmu.  Zbierał  z  ulic  bezdomne

dzieciaki  i  wykorzystywał  je  dla  własnej  korzyści.  Niemal  na  każdej  planecie,  którą  odwiedzał  „Farciarz",  Shrike
pakował grupkę swoich podopiecznych na prom i posyłał na ulice na powierzchni planety. Pozostawiał je tam pod
nadzorem  robota,  którego  sam  zaprogramował,  F8GN.  Eight-Gee-Enn  przydzielał  każdemu  z  nich  „rewiry"  i
zapisywał wpływy każdego z dzieciaków, trudniących się żebraniem i kieszonkową kradzieżą.

Do żebrania wyznaczali najdrobniejsze, najchudsze dzieci, często zdeformowane lub niepełnosprawne. Najlepiej

radziła sobie Danalis, dziewczyna z twarzą oszpeconą przez ugryzienia vreltów. Shrike'owi udawało się zwodzić ją

background image

przez lata obietnicami, że jeśli zarobi dla niego dość pieniędzy, on w zamian załatwi jej operację plastyczną, dzięki
której dziewczyna znowu będzie wyglądać jak człowiek.

Ale  nigdy  tego  nie  zrobił.  Kiedy  Danalis  miała  jakieś  czternaście  lat,  zdała  sobie  w  końcu  sprawę  z  tego,  że

Shrike nigdy nie spełni swoich obietnic. Pewnej nocy weszła więc do śluzy powietrznej „Farciarza" i otworzyła ją,
nie założywszy skafandra.

Han był wśród sprzątających śluzę. Do dziś wspomnienie o tym przyprawiało go o dreszcze.
Biedna  Danalis.  Nadal  doskonale  ją  pamiętał  -  jak  wręcza  dzienny  „urobek"  F8GN.  Robot  miał  kształt

wydłużonego wrzeciona, a wykonano go z metalu koloru miedzi. Tyle razy był już naprawiany, że cały jego korpus
pokrywały przynitowane łaty, okrywające go niczym połatana szata. Miedziane, złociste, stalowe, a jedna, okrągła,
na samym czubku jego głowy - srebrzysta.

Han  nadal  słyszał  w  głowie  głos  robota.  Eight-Gee-Enn  miał  uszkodzony  syntezator  mowy,  więc  jego  głos

przechodził  niespodziewanie  od  głębokich,  obłudnych  tonów  do  przenikliwego,  mechanicznego  skrzeczenia.  Ale
niezależnie od brzmienia jego głosu wszystkie dzieciaki uważnie słuchały tego, co mówił...

-  A  więc,  drogie  dzieci,  czy  każde  z  was  ma  przydzielony  rewir?  -  Głowa  miedzianego  robota  chwiała  się  na

nieco  zardzewiałej  szypułce  szyi,  gdy  przyglądał  się  ósemce  dzieciaków  z  „Farciarza",  ustawionych  przed  nim
półkolem.

Każde z dzieci, w tym pięcioletni Han, potwierdziło, że ma przydzielony rewir.
- Bardzo dobrze, kochane dzieciaczka. - ciągnął robot to głębokim, to znów skrzekliwym głosem. - Przydzielę

wam zatem zadania. Padra - robot popatrzył na małego chłopca, starszego od Hana zaledwie o rok czy dwa - dzisiaj
będziesz miał okazję po raz pierwszy pokazać, jak bardzo możesz pomóc tym biednym obywatelom, uwalniając ich
od  przytłaczającego  ciężaru  kredytów,  biżuterii  i  drogich  komunikatorów.  -  Oczy  robota  lśniły  niesamowitym
blaskiem.  Miały  różne  kolory  -jedno  wypaliło  się  wiele  lat  temu  i  Shrike  wymienił  je  na  soczewkę  wygrzebaną
gdzieś na złomowisku ze zdezelowanego robota. F8GN miał więc teraz jedno oko czerwone, a drugie zielone.

-  Czy  pomożesz  tym  nieoświeconym  nieszczęśnikom,  Padra?  -  zapytał  Eight-GeeEnn,  pochylając  głowę  i

nadając swojemu głosowi fałszywie przyjacielskie nuty.

-  Jasne!  -  wykrzyknął  chłopak.  Spojrzał  dumnie  na  Hana  i  inne  dzieci.  -  Koniec  z  żebraniem,  to  dobre  dla

smarkaczy! -szepnął podniecony.

Han,  który  dopiero  zaczynał  nabierać  umiejętności  podwędzania  portfeli  szybko  i  niezauważalnie,  poczuł

ukłucie zazdrości. Okradanie kieszeni było łatwe, gdy już się człowiek tego nauczył, jak to robić. Dużo łatwiej było
też „wykonać plan" wyznaczony przez Eight-Gee-Enn na każdy dzień kradnąc portfele niż żebrząc. Żebrak musiał
zaczepić co najmniej trzech „klientów", żeby od jednego dostać jałmużnę.

Za  to  kradnąc  portfele...  to  był  dopiero  sposób  na  naprawdę  duże  pieniądze!  Jeśli  się  wybrało  odpowiedniego

klienta,  można  było  wyrwać  wystarczającą  kwotę,  by  jeszcze  przed  południem  oddać  robotowi  dzienny  urobek,  a
potem  iść  się  bawić.  Han  zastanawiał  się,  czy  Eight-Gee-Enn  pozwoli  mu  dziś  poćwiczyć,  jeśli  się  pospieszy  i
zbierze dość pieniędzy, zanim skończą inni.

Han lubił ćwiczyć z wrzecionowatym robotem, bo Eight-Gee-Enn wyglądał tak śmiesznie w ubraniach! Robot

ubierał  się  w  stroje  charakterystyczne  dla  planety,  na  której  akurat  pracowali  i  albo  stał  nieruchomo,  albo
przechodził ocierając się o swojego ucznia. Han nauczył się już uwalniać robota od ukrytego zegarka, kredytów, a
nawet pewnych rodzajów biżuterii, nie dając przy tym detektorom robota wykryć ruchu swoich palców.

Ale  nie  zawsze  mu  się  udawało.  Han  skrzywił  się,  odmaszerowując  w  stronę  swojego  rewiru.  Eight-Gee-Enn

wymagał  perfekcji  od  swoich  podopiecznych,  zwłaszcza  tych,  którym  zlecał  kradzieże.  Robot  nie  pozwoli  mu
awansować na złodzieja, jeśli nie będzie pewien, że Han potrafi za każdym razem pozostać niezauważony.

Nie  zastanawiając  się  nad  tym,  co  robi,  Han  podniósł  z  ziemi  grudkę  błota  i  rozsmarował  na  rękach,  którymi

otarł następnie spoconą twarz. Co to w ogóle za planeta? Nie pamiętał, by ktoś wymawiał przy nim jej nazwę. Jej
rdzenni mieszkańcy mieli zielonkawą skórę, drobne, ruchliwe uszy i wielkie ciemnofiołkowe oczy. Han nauczył się
na razie zaledwie kilku słów z ich mowy, ale miał żyłkę do języków i wiedział, że zanim „Farciarz" opuści planetę,
będzie doskonale rozumiał miejscowy język i znośnie się nim posługiwał -przynajmniej ulicznym żargonem.

Jakkolwiek  nazywała  się  ta  planeta,  była  piekielnie  gorąca.  Gorąca  i  parna.  Han  spojrzał  na  blade,

zielonkawoniebieskie  niebo,  na  którym  płonęło  równie  blade,  pomarańczowe  słońce.  Perspektywa  spędzenia
najbliższych kilku godzin na wyznaczonych ulicach pochlipując, podlizując się przechodniom i żebrząc o jałmużnę
nie  była  specjalnie  atrakcyjna.  Nienawidzę  żebrać,  pomyślał  kwaśno  Han.  Jak  będę  starszy,  zmuszę  ich,  żeby
przydzielili mnie do kieszonkowców. Na pewno będę dobrym złodziejem; żebrak ze mnie do kitu.

Wiedział,  że  nie  chodziło  o  jego  wygląd  -  podrósł  trochę  przez  ostatnich  parę  lat,  ale  nadal  ważył  niewiele,

wyglądał więc przeraźliwie chudo. Umiał też mówić służalczym głosem i kulić się bojaźliwie, jakby do proszenia o
jałmużnę pchała go absolutna desperacja.

Może  to  oczy,  pomyślał  Han.  Może  widać  w  nich  było  tajoną  niechęć  i  wstyd,  że  musi  żebrać,  a  „klienci"  to

background image

dostrzegali.  Nikt  nie  szanuje  żebraka,  a  Han  najbardziej  na  świecie  chciał  być  szanowany.  A  nawet  więcej  -  nie
tylko szanowany, ale i godny szacunku.

Niewiele pamiętał ze swojego życia, zanim Garris Shrike znalazł go żebrzącego na ulicach Korelii, ale wiedział,

że kiedyś sprawy wyglądały inaczej.

Dawno temu uczono go, że to wstyd żebrać. A kraść... kraść to jeszcze gorzej. Han przygryzł gniewnie wargę.

Wiedział, że ktoś - może jego rodzice, których nie pamiętał - tak właśnie mu mówił. Kiedyś, dawno temu, uczono
go innych rzeczy, przekazywano inne wartości.

Ale co mógł teraz zrobić? Na pokładzie „Farciarza" obowiązywała jedna, kardynalna zasada - kto nie pracuje,

ten  kradnie  lub  żebrze.  Jeśli  nie  chcesz  pracować,  żebrać  albo  kraść  -  nie  dostaniesz  jedzenia.  Han  nie  mógł
zaoferować  wielu  umiejętności.  Był  za  mały  na  pilota,  za  słaby,  by  pracować  przy  wyładunku  przemycanych
towarów. Ale to się kiedyś zmieni! - powtórzył sobie. Rosnę z każdym dniem. Niedługo będę zupełnie duży, a za
pięć lat będę miał już dziesięć lat. Może wtedy zostanę pilotem!

Han  przekonał  się,  że  ilekroć  mocno  sobie  coś  postanowi,  udaje  mu  się  zrealizować  cel.  Był  pewien,  że  z

pilotażem będzie tak samo.

A  jak  już  się  nauczę  pilotować  statek,  będę  mógł  uciec  z  „Farciarza",  pomyślał,  wracając  myślami  do  starego

marzenia, o którym nikomu nie mówił. Raz zwierzył się z niego jednemu z kolegów, ale ten mały szczur wygadał
się.  Shrike  i  reszta  naśmiewali  się  z  Hana  tygodniami,  przezywając  go  „Kapitanem  Hanem  z  Imperialnej
Marynarki".  Han  miał  wtedy  ochotę  zakryć  uszy  i  schować  się  w  najciemniejszy  zakamarek  statku.  Musiał
zmobilizować całą samokontrolę, żeby po prostu wzruszyć ramionami i udawać, że go to nie obchodzi...

Tak, a kiedy już będę najlepszym z pilotów, zarobię mnóstwo kredytów i zgłoszę się do Akademii Imperialnej.

Zostanę oficerem marynarki. Wtedy wrócę tu, dorwę Shrike'a, aresztuję go i ześlę do kopalni przyprawy na Kessel,
żeby tam zdychał. Ta myśl sprawiła, że wargi Hana wykrzywiły się w drapieżnym uśmiechu.

Marzenie kończyło się wizją, w której Han widział siebie jako człowieka sukcesu- szanowanego, doskonałego

pilota, z własnym statkiem, w gronie oddanych przyjaciół i z mnóstwem kredytów w kieszeni. I... z rodziną. Tak, z
własną rodziną. Z piękną żoną, która go będzie uwielbiać i towarzyszyć mu w przygodach, a może nawet z dziećmi.
Będzie dobrym ojcem. Nie zostawi swoich dzieci, tak jak zostawiono jego...

W każdym razie tak przypuszczał. Sądził, że go porzucono, chociaż nic nie pamiętał. Nie znał nawet swojego

nazwiska, więc nie mógł dowiedzieć się, kim jest jego rodzina. A może... może rodzice go nie porzucili...

Może  zostali  zabici,  albo  Han  został  porwany...  Uznał,  że  woli  taką  wersję  wydarzeń.  Myśląc  o  swoich

rodzicach jako o zmarłych przestawał być na nich taki wściekły, bo w końcu nikt nie potrafi nic poradzić na to, że
jest śmiertelny, prawda?

Postanowił zatem, że odtąd uzna swoich rodziców za zmarłych. Tak było łatwiej...
Wiedział, że pewnie nigdy nie pozna prawdy. Jedyną osobą, która wiedziała cokolwiek o przeszłości Hana, był

Garris Shrike. Kapitan powtarzał Hanowi, że jeśli ten będzie dobry, jeśli będzie ciężko pracował i zarobi dla niego
dużo kredytów, pewnego dnia wyjawi mu, jak doszło do tego, że znalazł się sam na ulicach Korelii.

Han  zacisnął  wargi.  Jasne,  kapitanie,  pomyślał.  Dokładnie  tak  samo,  jak  zafundował  pan  Danalis  operację

plastyczną...

Chłopiec  spojrzał  na  tablicę  z  nazwą  ulicy.  Nie  umiał  odczytać  nazwy  w  miejscowym  języku,  ale  poniżej

umieszczono jej tłumaczenie na wspólny. Tak, to był jego rewir...

Han  wziął  głęboki  oddech  i  zrobił  nieszczęśliwą  minę.  Zbliżała  się  do  niego  zielonoskóra  kobieta  ubrana  w

krótką sukienkę.  -  Proszę pani...  -  powiedział, pochlipując  i  podchodzą  do niej,  skulony,  ale z  wyciągniętą  ręką.  -
proszę, śliczna, łaskawa pani... błagam, pomóż mi... chociaż jeden kredyt... jestem taki głodnyyyy...

Zastrzygła w jego stronę małymi, zwiniętymi uszami, po czym odwróciła głowę i minęła go.
Mrucząc pod nosem Han obdarzył ją niewybrednym epitetem z żargonu przemytników i odwrócił się, czekając

na następną ofiarę...

Han  potrząsnął  głową  i  zmusił  się  do  powrotu  do  rzeczywistości.  Czas  wstawać  i  sprawdzić,  jak  sobie  radzi

„Ilezjański Sen".

Wygramoliwszy  się  ze  swojej  ciasnej  wnęki,  młody  pilot  przecisnął  się  zagraconymi  korytarzami  na  mostek.

Robot  astromechaniczny  nadal  tam  siedział,  błyskając  lampkami  i  snując  swoje  robocie  myśli.  Jednostka  była
stosunkowo  nowa,  jej  pancerz  nadał  lśnił  srebrzystą  zielenią,  zwieńczony  na  czubku  jasną  kopułką,  w  której
widniały błyskające światełka. Robot był przypięty wiązką przewodów do przyrządów kontrolnych.

Musiał  być  też  wyposażony  w  czujnik  ruchu,  bo  natychmiast  obrócił  „głowę"  w  stronę  Hana,  który  śmiało

wkroczył na mostek w swoim skafandrze próżniowym.

Światełka  na  kopułce  robota  zamigotały  nerwowo,  gdy  zaczął  „mówić",  ale  fale  dźwiękowe  nie  mogły

oczywiście  rozchodzić  się  w  próżni.  Han  włączył  komunikator  zamontowany  w  skafandrze  i  nagle  jego  hełm
wypełniły rozpaczliwe piski.

background image

-  Uuii...  buuiiiip...  uuee-uuiip-piii!  -  oświadczył  robot,  najwyraźniej  kompletnie  zaskoczony.  Han  rozejrzał  się

dookoła,  szukając  wzrokiem  robota  towarzyszącego,  którego  jednak  nigdzie  nie  mógł  dostrzec.  Westchnął.
Komunikator w jego kombinezonie przekaże jego słowa robotowi, ale jak niby miał się porozumieć z przeklętym R2
bez tłumacza? W jakim języku mógł rozmawiać z robotem jego programista, kimkolwiek był?

Han włączył komunikator. -Hej, ty!
- Blurp... biip, uuiip-piii! - odpowiedział pełen dobrych chęci robot.
Han  skrzywił  się  i  sklął  robota  po  rodiańsku,  który  był  żargonem  przemytników,  a  w  końcu  odezwał  się  we

wspólnym:

- No i co mam teraz zrobić? - warknął. - Gdybyś tylko miał syntezator mowy zaprogramowany na wspólny!
-  Ależ  mam,  proszę  pana!  -  odpowiedział  robot  rzeczowo.  Jego  głos  brzmiał  płasko  i  mechanicznie,  ale  był

całkowicie zrozumiały.

Han wytrzeszczył oczy na robota, a potem uśmiechnął się od ucha do ucha.
-No, no! Ale mi się udało! Jak to możliwe, że potrafisz mówić?
- Ponieważ na tym statku nie ma miejsca dla dwóch robotów, czyli astromechanicznego i towarzyszącego, moi

panowie  wyposażyli  mnie  w  moduł  komunikacyjny  zaprogramowany  na  wspólny,  żeby  łatwiej  było  mi  się
porozumiewać - odpowiedział robot.

- To świetnie! - ucieszył się Han, czując falę ulgi. Niespecjalnie lubił roboty, ale przynajmniej będzie miał się do

kogo  odezwać,  a  mogło  się  okazać,  że  komunikacja  między  nimi  okaże  się  wręcz  konieczna.  Podróże  kosmiczne
były wprawdzie rutyną i zwykle przebiegały bezpiecznie... ale zdarzały się wyjątki.

-  Z  przykrością  muszę  pana  zawiadomić  -  dodał  R2  -  że  dopuścił  się  pan  nielegalnego  wtargnięcia  na  pokład

tego statku. Nie powinno tu pana być.

- Wiem - odpowiedział Han. - Załapałem się na łebka.
- Przepraszam, ale moje oprogramowanie nie uwzględnia tego terminu.
Han nie mógł się powstrzymać, by nie obdarzyć robota obelżywym wyzwiskiem.
- Przepraszam, ale moje oprogramowanie nie uwzględnia...
- Zamknij się! - ryknął Han.
Robot zamilkł.
Han wziął długi, głęboki oddech.
- W porządku, R2 - powiedział. - Jestem pasażerem na gapę. - Masz taki termin w swoich bankach pamięci?
- Tak jest, proszę pana.
-  To  dobrze.  Zabrałem  się  tym  statkiem  na  gapę,  bo  muszę  dotrzeć  na  Ilezję.  Chcę  dostać  pracę  pilota  u

ilezjańskich księży, rozumiesz?

-  Tak,  proszę  pana.  Zmuszony  jestem  jednak  poinformować  pana,  że,  jako  robot  strażniczy  wyznaczony  do

ochrony  tego  statku  i  jego  zawartości,  będę  musiał  zaplombować  wszystkie  wyjścia,  gdy  dotrzemy  na  Ilezję,  i
poinformować moich panów, że znajduje się pan na pokładzie, przyspieszając w ten sposób pojmanie pana przez ich
strażników.

-  Słuchaj  no,  mały!  -  powiedział  Han  wspaniałomyślnie.  -Jak  już  dotrzemy  na  Ilezję,  nie  przejmuj  się  mną  i

spokojnie wypełniaj swoje obowiązki. Kiedy ilezjańscy księża zobaczą, że spełniam wszystkie ich wymagania, będą
mieli w nosie to, jak się tu dostałem.

- Przepraszam, ale moje oprogramowanie nie uwzględnia...
- Zamknij się!
Han spojrzał na wskazania poziomu powietrza w zbiorniku i dodał:
-  W  porządku,  R2.  Chciałbym  teraz  sprawdzić  nasz  kurs,  prędkość  i  przewidywany  czas  lądowania  na  Ilezji.

Wyświetl mi, proszę, te informacje.

- Niestety nie jestem upoważniony do udostępnienia tych informacji, proszę pana.
Han  o  mało  nie  zagotował  się  w  środku.  Z  trudem  powstrzymywał  się  przed  wymierzeniem  krnąbrnemu

robotowi solidnego kopniaka ciężko obutą nogą.

- Muszę mieć dane o naszej trajektorii, prędkości i czasie przelotu, żeby obliczyć, czy wystarczy mi powietrza,

R2 - wytłumaczył robotowi z przesadną cierpliwością.

- Przepraszam, ale moje oprogramowanie nie uwzględnia...
-ZAMKNIJ SIĘ!
Han poczuł, że jest cały spocony, a system chłodzenia skafandra zaczął pracować na wyższych obrotach. Siląc

się na spokój, zwrócił się do robota:

-  Posłuchaj  uważnie,  R2  -  powiedział.  -  Czyżbyś  nie  miał  w  swoim  systemie  operacyjnym  programu,  który

nakazywałby ci bezwzględnie chronić życie inteligentnych istot żywych?

-  Ależ  mam,  proszę  pana.  Każdy  robot  astromechaniczny  jest  wyposażony  w  taką  instrukcję.  Po  to,  by  robot

background image

mógł  świadomie  zaszkodzić  lub  nie  zapobiec  szkodzie  wyrządzanej  inteligentnej  istocie  żywej,  musiałby  mieć
zmodyfikowany standardowy moduł operacyjny.

-  To  dobrze  -  odetchnął  Han.  To  by  się  zgadzało  z  jego  wiedzą  na  temat  oprogramowania  robotów

astromechanicznych. -Posłuchaj mnie teraz, R2. Jeśli nie podasz mi danych na temat naszej trajektorii, prędkości i
czasu przelotu, staniesz się odpowiedzialny za moją śmierć z braku powietrza. Rozumiesz mnie teraz?

- Proszę podać szczegóły.
Han zaczął cierpliwie tłumaczyć robotowi swą sytuację. Kiedy skończył, robot przez chwilę milczał, rozważając

widocznie to, co usłyszał. W końcu jego kopułka zawirowała, a po chwili robot oświadczył:

- Spełnię pana prośbę i wyświetlę dane, o które pan prosi na ekranie interfejsu diagnostycznego.
Han odetchnął z ulgą. Statek został zaprojektowany do pilotowania przez roboty, więc na panelach kontrolnych

nie  miał  normalnych  instrumentów  pokładowych,  tylko  zbieraninę  mrugających  światełek.  Na  szczęście  był  tam
jeden ekran zamontowany dla serwisantów. Han obszedł uważnie robota i wbił wzrok w ekran.

Dane  przetoczyły  się  po  ekranie  w  takim  tempie,  że  żaden  człowiek  nie  byłby  w  stanie  ich  odczytać.  Han

odwrócił się do jednostki R2.

- Pokaż mi te dane jeszcze raz, tylko tym razem zachowaj je na ekranie, dopóki ich nie przeczytam. Jasne?
- Tak jest, proszę pana. - Mechaniczny głos robota zabrzmiał teraz wręcz potulnie.
Han przez kilka minut studiował liczby i diagramy wyświetlone na ekranie, czując, jak jego niepokój przeradza

się  w  prawdziwy  strach.  Nie  miał  na  czym  pisać,  nie  miał  też  dostępu  do  komputera  nawigacyjnego,  ale  to,  co
zobaczył, nie podobało mu się. Przygryzając wargi, zmusił się do opanowania emocji i raz po raz wałkował w myśli
obliczenia.

Kurs  „Ilezjańskiego  Snu"  został  wytyczony  okrężną  trasą,  by  ominąć  najbardziej  narażone  na  ataki  piratów

obszary  sektora  zajmowanego  przez  Hurtów.  Prędkość  natomiast  ustawiono  znacznie  poniżej  możliwości
frachtowca, niżej nawet niż szybkość, z jaką latał zwykle w nadprzestrzeni „Farciarz".

Niedobrze.  Bardzo  niedobrze.  Jeśli  nie  zmienią  kursu  i  prędkości,  Hanowi  zabraknie  powietrza  pięć  godzin

wcześniej niż „Sen" dotknie ilezjańskiej ziemi. Statek przywiezie na Ilezję trupa, jego trupa.

Odwrócił się do R2.
- Słuchaj, R2. Musisz mi pomóc. Jeśli nie zmienię prędkości i kursu statku, nie wystarczy mi powietrza na całą

podróż. Umrę wtedy, i będzie to twoja wina.

Lampki R2 zamigotały, gdy robot analizował jego oświadczenie. W końcu powiedział:
- Aleja nie wiedziałem, że jest pan na pokładzie, proszę pana. Nie może mnie pan obciążać odpowiedzialnością

za swoją śmierć.

-  O,  nie!  -  Han  potrząsnął  głową  w  swoim  hełmie.  -  To  nie  tak,  R2.  Jeśli,  wiedząc  o  zaistniałej  sytuacji,  nie

zrobisz nic, by ocalić mi życie, będziesz winien śmierci istoty rozumnej. Czy tego właśnie chcesz?

- Nie - odparł robot. W jego głosie, choć sztucznym, dało się usłyszeć pewne napięcie, a lampki wokół kopułki

mrugały szybko i chaotycznie.

- W takim razie - ciągnął nieubłaganie Han - musisz zrobić wszystko, co możesz, żeby zapobiec mojej śmierci.

Prawda?

-  Ja...  ja...  -  robot  zadygotał,  teraz  już  wyraźnie  roztrzęsiony.  -  Proszę  pana,  nie  jestem  w  stanie  udzielić  panu

pomocy. Wystąpił konflikt między moim oprogramowaniem a fizycznymi możliwościami.

-  Co  masz  na  myśli?  -  tym  razem  Han  zaniepokoił  się  nie  na  żarty.  Jeśli  robot  ulegnie  przeciążeniu  i  padnie,

nigdy  nie  zdoła  dostać  się  do  przyrządów  kontrolnych  używanych  przez  techników,  które  musiały  być  ukryte  za
jednym  z  paneli.  Przyrządy  będą  wprawdzie  miniaturowe,  bo  służą  tylko  do  testowania  poprawności  działania
kierowanego przez robota autopilota, ale to zawsze coś.

- Moje oprogramowanie nie pozwala mi udzielić panu tej informacji.
Han dał wielkiego susa w stronę robota i przyklęknął przy nim.
-A niech cię szlag! - łupnął pięścią jasną kopułkę robota. - Przez ciebie zginę! Mów!
Zdenerwowany robot zadygotał gwałtownie i Han zaczął się obawiać, czy się po prostu nie rozpadnie na kawałki

pod wpływem stresu. Ale wtedy robot odezwał się:

- Zostałem wyposażony w ogranicznik, proszę pana! To on nie pozwala mi spełnić pana prośby!
Jasne, ogranicznik! Han chwycił się tej myśli. Zobaczmy, gdzie jest...
Po  chwili  zauważył  bolec,  sterczący  w  dolnej  części  metalowego  korpusu  robota.  Sięgnął  ręką,  złapał  bolec  i

pociągnął.

Nic. Bolec nawet nie drgnął.
Chwycił  mocniej  i  spróbował  przekręcić.  Zasapał  się  z  wysiłku,  czując,  że  się  poci.  Wyobrażał  sobie,  jak  tlen

ucieka  z  butli  cząsteczka  za  cząsteczką,  jednostajnym  strumieniem.  Słyszał,  że  śmierć  z  niedotlenienia  nie  jest
najgorszym sposobem zakończenia życia w porównaniu na przykład z gwałtowną dekompresją albo zastrzeleniem,

background image

ale nie miał ochoty sprawdzać, czy to prawda.

Bolec  ani  drgnął.  Spróbował  pociągnąć  mocniej,  szarpiąc  za  trzpień  i  przeklinając  go  w  kilkunastu  obcych

językach, ale ten nadal uparcie tkwił w miejscu.

Muszę  znaleźć  coś,  czym  mógłbym  go  uderzyć,  pomyślał  Han,  rozglądając  się  niespokojnie  po  kabinie.  Nic

jednak nie znalazł - ani hydroklucza, ani kombinerek. Nic!

Nagle przypomniał sobie, że ma blaster. Zostawił go na podłodze w swojej kryjówce.
- Nie ruszaj się stąd! - polecił robotowi i zaczął z powrotem przeciskać się ciasnymi korytarzami.
Strzelanie wewnątrz statku kosmicznego - nawet pozbawionego powietrza - to nie najlepszy pomysł, ale Han był

zdesperowany.

Wrócił  na  mostek  z  bronią  i  sprawdził  ustawienia.  Najniższa  moc,  pomyślał,  i  najcieńsza  wiązka.  Niezgrabne

rękawice kombinezonu kosmicznego sprawiały, że miał trudności z precyzyjnym ustawieniem parametrów strzału.

Lampki R2 błyskały nerwowo, od kiedy powrócił. Teraz robot dodał tego żałosne „uuiiip" i zapytał:
- Proszę pana, czy mogę zapytać, co pan robi?
- Usuwam ogranicznik - odparł Han ponuro. Mrużąc oczy wycelował i delikatnie pociągnął za spust.
Z lufy wystrzelił promień energii, a robot wydał tak przeraźliwe „uuiip!", że brzmiało to niemal jak krzyk bólu.

Bolec ogranicznika upadł na pokład, pozostawiając wypaloną czarną bliznę na lśniącym metalu pancerza R2.

- Uff! Udało się - powiedział Han z satysfakcją. - A teraz, R2, bądź tak dobry i pokaż mi, gdzie są instrumenty

pokładowe do ręcznej obsługi tego statku.

Robot  posłusznie  wysunął  zakończoną  kółkiem  „nogę"  i  podjechał  w  kierunku  panelu  kontroli.  Przewody

łączące robota ze statkiem ciągnęły się za nim jak ogon. Han podążył za nim i kucnął niezgrabnie przed wskazaną
tablicą. Zgodnie z instrukcjami robota odkręcił obudowę niczym nie wyróżniającego się panelu i zaczął studiować
rząd  miniaturowych  przyrządów.  Przeklinając  brak  precyzji  ruchów,  nieunikniony  w  grubych  rękawicach
kombinezonu  próżniowego,  zaczął  manipulować  dźwigienkami,  próbując  wyłączyć  hipernapęd.  Kurs  i  prędkość
statku można było zmienić tylko w normalnej przestrzeni.

Gdy  wyskoczyli  z  nadprzestrzeni,  Han  skrupulatnie  wyliczył  nowy  kurs,  zlecając  robotowi  wykonanie  co

bardziej skomplikowanych obliczeń, potrzebnych do ponownego skoku w nadprzestrzeń.

Ustawienie  nowego  kursu  i  prędkości  zajęło  młodemu  Korelianinowi  trochę  czasu,  ale  w  końcu  Han  mógł

znowu  wcisnąć  guzik  z  napisem  „Aktywacja  hipernapędu".  Sekundę  później  poczuł  szarpnięcie,  gdy  napęd  się
włączył.  Przytrzymał  się  tablicy  przy  rządów,  gdy  statek  wskakiwał  w  nadprzestrzeń  na  nowy  kurs,  którym  miał
podążać ze znacznie większą szybkością.

Kiedy  statek  się  uspokoił,  Han  wziął  głęboki  oddech  i  powoli,  bardzo  powoli  wypuścił  powietrze.  Klapnął  na

pokład, wyciągając nogi przed siebie. A niech to!

- Chyba zdaje pan sobie sprawę - powiedział R2 - że będzie pan teraz musiał sam wylądować statkiem. Zmiana

kursu  i  prędkości  unieważniła  dotychczasowe  procedury  lądowania  wprowadzone  do  pamięci  komputera
pokładowego.

- Tak, wiem - powiedział Han, opierając się ciężko plecami o konsolę z instrumentami pokładowymi. Pociągnął

łyk wody i połknął dwie tabletki odżywcze. - Nie mamy innego wyjścia. Mam tylko nadzieję, że zdążę się nauczyć,
co  oznaczają  te  przełączniki,  zanim  zaczniemy  podchodzić  do  lądowania.  -  Rozejrzał  się  po  pozbawionych
jakichkolwiek oznaczeń tablicach kontrolnych.

- Szkoda, że do tych wszystkich przełączników nie dodano chociaż paru ekranów.
- Autopilot nie posługuje się wzrokiem, proszę pana, więc dane wizualne nie samu potrzebne - wyjaśnił usłużnie

R2.

- Naprawdę? - zapytał Han głosem ociekającym sarkazmem. - A ja myślałem, że roboty widzą tak samo jak my!
-  Nie,  proszę  pana,  my  nie  widzimy  -  odpowiedział  poważnie  R2.  -  Rozpoznajemy  otoczenie  za  pomocą

przekaźników, które dane wizualne przekładają na impulsy elektroniczne, wysyłane do...

- Zamknij się! - Han był zbyt zmęczony, żeby przekomarzać się z robotem.
Opierając  się  o  konsolę  przymknął  oczy.  Zrobił,  co  się  dało,  żeby  ocalić  życie,  wyznaczając  prostszy  kurs,

którym szybciej dotrą na Ilezję, i zwiększając prędkość statku.

Han zapadł w sen i śniła mu się Dewlanna, taka jak dawno temu, kiedy się poznali...
Przecisnął się już przez okno do połowy, gdy usłyszał za sobą krzyk:
- Okradziono nas!
Ściskając mocno mały węzełek ze zdobyczą szarpnął się gwałtownie, próbując wydostać się przez ciasny otwór.

W ciemności na zewnątrz będzie bezpieczny.

- Moja biżuteria! - krzyknął pełen niedowierzania kobiecy głos.
Han  stęknął  z  wysiłku,  uświadamiając  sobie,  że  utknął.  Pokonał  jednak  odruch  paniki.  Musi  uciec!  To  bogaty

dom, jeśli wezwą władze, policja na pewno przybędzie szybko.

background image

Przeklął  w  duszy  nową  modę  w  koreliańskiej  architekturze,  zgodnie  z  którą  w  tej  luksusowej  rezydencji

zamontowano  wysokie  od  podłogi  do  sufitu,  ale  niezwykle  wąskie  okna.  Okna  te  reklamowano  jako
antywłamaniowe. Cóż, mogło w tym być trochę prawdy, pomyślał Han ponuro. Wśliznął się wcześniej przez jedną z
furtek  prowadzących  do  ogrodu,  gdzie  przycupnął,  dopóki  nie  poczuł  się  bezpiecznie,  przekonany,  że  wszyscy
lokatorzy  zasnęli.  Wtedy  wkradł  się  do  domu  i  wybrał  co  lepsze  ze  znajdujących  się  w  domu  kosztowności.  Był
pewien, że uda mu się przecisnąć swoje chude, dziewięcioletnie ciało przez okno i uciec, zanim będzie za późno.

Stęknął z wysiłku jeszcze raz, szamocząc się gorączkowo. Możliwe, że tym razem nie miał racji...
Głos z tyłu. Kobieta.
- Jest tutaj! Łap go!
Han  przekręcił  się  jeszcze  trochę,  szarpnął  szaleńczo  i  nagle  był  już  za  oknem  i  spadał.  Wylądował  na

wypieszczonej grządce kwitnącej winorośli dorva, ale nie wypuścił zawiniątka z łupem. Upadek pozbawił go tchu i
przez  chwilę  po  prostu  leżał  bez  ruchu,  z  trudem  łapiąc  powietrze,  jak  drel  wyrzucony  z  wody.  Bolała  go  noga,  i
głowa też.

-  Zadzwoń  po  patrol!  -  krzyknął  z  domu  męski  głos.  Han  wiedział,  że  ma  zaledwie  parę  sekund  na  ucieczkę.

Przeturlał się i wstał, zmuszając nogę, by utrzymała ciężar ciała.

Biegł  w  stronę  oblanych  księżycową  poświatą  drzew  -prawdziwych  olbrzymów.  Łatwo  będzie  się  wśród  nich

ukryć.

Na pół utykając, na pół biegnąc zbliżał się pod osłonę drzew. Postanowił, że nie powie Eight-Gee-Enn o tym, co

się stało. Robot mógłby mu zarzucić, że nie robi postępów, chociaż ma już dziesięć lat.

Han skrzywił się. To nieprawda, że nie robił postępów. Po prostu przez cały dzień czuł się wyjątkowo źle. Od

samego rana doskwierał mu tępy ból głowy i czuł pokusę, by poprosić o zwolnienie z powodu choroby.

Ponieważ prawie nigdy nie chorował, pewnie by mu uwierzyli, ale nie chciał przyznawać się do słabości przed

pozostałymi mieszkańcami „Farciarza". Zwłaszcza przed kapitanem Shrike'em, który zawsze się go czepiał.

Był już między drzewami. Co teraz? Słyszał kroki pogoni, nie miał więc za wiele czasu na myślenie. Mięśnie

same zdecydowały - torba ze zdobyczą znalazła się nagle w zębach, dłońmi dotykał kory, a podeszwy znoszonych
butów wciskały się między gałęzie. Wspinał się, nasłuchiwał chwilę, a potem wdrapywał się jeszcze wyżej.

Dopiero  kiedy  był  już  wysoko  na  drzewie,  poza  zasięgiem  wzroku  ścigających,  zwolnił.  Usadowił  się  na

konarze,  oparł  plecy  o  pień  i  dyszał  ciężko.  Kręciło  mu  się  w  głowie  i  miał  mdłości.  Przez  chwilę  bał  się,  że
zwymiotuje, ujawniając tym samym swoją kryjówkę, ale zagryzł wargę i zmusił się, by siedzieć bez ruchu. Już po
chwili poczuł się odrobinę lepiej.

Sądząc  po  gwiazdach  do  świtu  pozostało  zaledwie  parę  godzin.  Han  zdał  sobie  sprawę,  że  trudno  mu  będzie

zdążyć na prom „Farciarza". Ciekawe, czy Shrike go zostawi, czy będzie czekał?

Daleko  pod  nim  przeszukiwano  las.  Światła  rozcinały  mrok,  przytulił  się  więc  mocno  do  pnia,  z  zamkniętymi

oczami,  desperacko  ściskając  drzewo,  mimo  zawrotów  głowy.  Gdyby  tylko  głowa  przestała  go  boleć  choć  na
chwilę.

Han zaczął się zastanawiać, czy ścigający mają ze sobą bioskaner i aż wstrząsnął się na myśl o tym, że mogło

tak być. Czuł, że skórę ma rozpaloną i ściągniętą, chociaż noc była chłodna i wiał lekki wiatr.

Zaczynało świtać. Han zastanawiał się, co robi teraz Dewlanna, czy tęskniłaby za nim, gdyby „Farciarz" odleciał

bez niego.

W końcu światła zgasły, a odgłosy kroków ucichły. Han zaczekał jeszcze dwadzieścia minut, żeby się upewnić,

że  jego  prześladowcy  naprawdę  zawrócili,  a  potem  z  torbą  nadal  zaciśniętą  w  zębach  ostrożnie  zszedł  na  dół,
poruszając  się  z  przesadną  uwagą,  bo  głowa  bolała  go  coraz  bardziej.  Każdy  gwałtowny  ruch,  każdy  krok
przyprawiał go o mdłości i musiał zaciskać zęby z całej siły, by nie jęczeć z bólu.

Szedł... i szedł... i szedł. Uświadomił sobie, że idąc kilkakrotnie zapadał w drzemkę. Parę razy upadł i kusiło go,

żeby po prostu zostać tam gdzie leżał. Coś jednak kazało mu podnosić się i iść dalej. Świt oświetlał ulice i domy
wokół niego. Jakie piękne są poranki na Korelii, pomyślał otępiały Han. Nigdy dotąd nie zauważył, jakie wspaniałe
barwy ma niebo o tej porze. Gdyby tylko światło nie raziło go tak w oczy...

Poranek przeszedł w dzień. Rześkie powietrze rozgrzewało się coraz bardziej, ustępując spiekocie. Han pocił się,

widział  jak  przez  mgłę.  W  końcu  jednak  dotarł  na  miejsce,  do  kosmoportu.  Szedł  już  wtedy  jak  automat,  noga  za
nogą, marząc tylko o tym, by się położyć i zasnąć choćby na środku drogi.

Tam, przed nim... to prom „Farciarza"! Z westchnieniem, które brzmiało jak łkanie, chłopiec zmusił się, by iść

dalej. Już prawie wchodził na rampę, gdy pojawiła się na niej wysoka postać. Shrike.

- Gdzieś się włóczył, do pioruna?! - Kapitan chwycił go za ramię uściskiem dalekim od przyjaznego. Han uniósł

w  górę  swój  tobołek,  a  Shrike  wyrwał  mu  go  z  ręki.  -  No,  przynajmniej  nie  przychodzisz  z  pustymi  rękami  -
mruknął.

Szybko przetrząsnął zawartość, kiwając głową z zadowoleniem. Dopiero kiedy skończył oglądać łup, zauważył,

background image

że Han chwieje się na nogach.

- Co z tobą?
Nie mogąc mówić, Han tylko potrząsnął głową. Świadomość tego, co się z nim dzieje, odpływała i przypływała

jak zagłuszana transmisja.

Shrike potrząsnął nim, a potem położył rękę na czole chłopca. Zaklął, wyczuwając gorączkę.
-  Masz  gorączkę...  Może  powinienem  cię  tu  zostawić?  To  może  być  zaraźliwe...  -  Zmarszczył  czoło,

zastanawiając  się,  co  robić.  W  końcu  potrząsnął  zawiniątkiem  ze  zdobyczą  Hana.  -  No  dobra,  mały.  Zarobiłeś  na
zwolnienie. Chodź!

Han próbował wejść po trapie, ale gdy zrobił pierwszy krok, wszystko ogarnęła ciemność...
Odzyskał częściowo świadomość długo potem, słysząc podniesione głosy. Ktoś mówił w języku Wookiech, inny

we wspólnym. Dewlanna i Shrike.

Samica Wookie warknęła nieustępliwie.
- Widzę, że jest naprawdę chory - przyznał Shrike - ale moje dzieciaki nie są mięczakami. Parę dni odpoczynku i

wydobrzeje. Nie ma potrzeby, żeby go zabierać do robota medycznego i nie zamierzam tego robić.

Dewlanna warknęła, a Han, który odruchowo przetłumaczył sobie jej słowa, zdziwił się, jaka była nieustępliwa.

Poczuł, że kudłata łapa kładzie na jego rozpalonym czole coś zimnego. Chłodny okład przyniósł mu ogromną ulgę.

- Powiedziałem ci już, Dewlanna, że nie! I tak ma być! - powiedział Shrike i wyszedł, przeklinając w każdym

znanym sobie języku.

Otworzywszy  oczy  Han  zobaczył  nad  sobą  nachyloną  Dewlannę.  Burknęła  miękko.  Han  spróbował

odpowiedzieć.

- Nie najlepiej... - przyznał w odpowiedzi. - Pić...
Dewlanna  podniosła  go  i  podała  wodę,  łyk  po  łyku.  Powiedziała  mu,  że  ma  wysoką  gorączkę,  tak  wysoką  że

martwi się o niego.

Kiedy Han skończył pić, pochyliła się i wzięła go na ręce.
-Co... dokąd...
Kazała  mu  być  cicho  i  powiedziała,  że  zabiera  go  na  dół  na  powierzchnię  planety,  do  ośrodka  medycznego.

Kręciło mu się w głowie; z wielkim wysiłkiem powiedział:

-Nie powinnaś... Shrike... będzie... wściekły...
Jej odpowiedź była krótka i bardzo wymowna. Nigdy wcześniej nie słyszał, by przeklinała.
Mdlał i odzyskiwał przytomność kilkakrotnie, gdy szli korytarzami. Następnym wyraźnym wspomnieniem było

to, że Dewlanna przypinała go do fotela na promie. Han nie wiedział, że kucharka potrafi pilotować prom, zobaczył
jednak, że umiejętnie obsługuje przyrządy pokładowe swymi wielkimi, włochatymi łapami. Statek zwolnił cumy i
przyspieszył w stronę Korelii.

Gorączka  przeszła  w  malignę  -  wydawało  mu  się,  że  słyszy  Shrike'a,  jak  przeklina.  Chciał  powiedzieć  o  tym

Dewlannie, ale poczuł, że nie ma siły wydobyć z siebie głosu...

Kiedy  znowu  odzyskał  przytomność,  był  w  poczekalni  przed  gabinetem  robota  medycznego.  Dewlanna

siedziała, trzymając jego kościste ciałko w ramionach.

Nagle drzwi gabinetu otworzyły się i pojawił się w nich robot. Był duży, wydłużonego kształtu i wyposażony w

moduły  antygrawitacyjne,  dzięki  którym  mógł  unosić  się  nad  pacjentem,  gdy  Dewlanna  kładła  Hana  na  kozetce.
Han poczuł ukłucie, gdy robot pobrał mu krew do zbadania.

- Czy rozumie pani wspólny, szanowna pani? - zapytał robot.
Przez  chwilę  Han  chciał  odpowiedzieć,  że  oczywiście,  że  rozumie  wspólny  i  że  nie  jest  szanowną  panią  -  ale

wtedy właśnie usłyszał warknięcie Dewlanny. No tak, oczywiście. To do niej zwracał się robot.

-  Ten  młody  pacjent  zaraził  się  występującą  na  Korelii  tanameńską  febrą  -  wyjaśnił  robot  Dewlannie.  -  Jego

przypadek  jest  dość  poważny.  Dobrze  się  stało,  że  nie  zwlekała  pani  z  wizytą.  Muszę  zatrzymać  go  tutaj  na
obserwację do jutra. Życzy sobie pani towarzyszyć chłopcu?

Dewlanna potwierdziła krótkim warknięciem.
-  Bardzo  dobrze,  szanowna  pani.  Zastosujemy  terapię  poprzez  zanurzenie  w  zbiorniku  bacta,  co  przywróci

równowagę procesom metabolicznym pacjenta. Pomoże też zbić gorączkę.

Han  spojrzał  na  stojący  obok  zbiornik  bacta  i  mimo  obezwładniającej  słabości  spróbował  się  przemknąć  w

stronę drzwi. Dewlanna i robot łatwo go jednak powstrzymali. Chłopiec poczuł ukłucie kolejnej igły na ramieniu, a
po chwili cały wszechświat rozjechał się na boki i rozpłynął w ciemności...

Han  otworzył  oczy.  Uświadomił  sobie,  że  wspominając  zapadł  w  sen.  Potrząsnął  głową,  przypominając  sobie,

jak się trząsł, kiedy Dewlanna i robot pomagali mu wyjść ze zbiornika bacta. Dewlanna zapłaciła robotowi swoimi
ciężko zarobionymi kredytami i zawiozła Hana z powrotem na pokład „Farciarza".

Młody pilot skrzywił się. Shrike wpadł w prawdziwy szał. Han bał się, że wyrzuci ich oboje w przestrzeń - bez

background image

skafandrów.  Dewlanna  jednak  nie  okazała  ani  odrobiny  strachu.  Stała  między  nim  a  kapitanem  i  upierała  się,  że
postąpiła właściwie, bo w przeciwnym razie chłopiec by zmarł.

W  końcu  Shrike  ustąpił,  bo  okazało  się,  że  w  jednym  z  klejnotów  skradzionych  tamtej  nocy  przez  Hana

osadzona  była  prawdziwa  perła  krajtońskiego  smoka.  Kiedy  kapitan  dowiedział  się,  ile  jest  warta,  uspokoił  się
nieco.

Nie zwrócił jednak Dewlannie kosztów leczenia Hana...
Han  westchnął  i  zamknął  oczy.  Śmierć  Dewlanny  bolała  jak  dźgnięcie  nożem  -  choćby  nie  wiadomo  jak  się

starał, nie mógł uciec od bólu i wspomnień. Poddał się więc i złapał na tym, że myśli o niej, jakby nadal była żywa.
Wyobrażał  sobie,  jak  z  nią  rozmawia,  opowiadając  o  kłopotach  z  krnąbrnym  robotem  astromechanicznym.
Uświadomiwszy  to  sobie  znów  poczuł  ból  -  równie  rozdzierający  i  świeży  jak  poprzedniego  dnia,  gdy  trzymał  ją
umierającą w ramionach.

Pociągnął  łyk  wody,  próbując  rozluźnić  ściśnięte  gardło.  Tyle  zawdzięczał  Dewlannie...  Życie,  a  nawet  swoją

tożsamość...

Han westchnął. Do jedenastego roku życia nie wiedział, jak się nazywa. Nieraz się zastanawiał, czy w ogóle ma

jakieś nazwisko. Kiedyś wspomniał Dewlannie o tym zmartwieniu dodając, że jeśli ktokolwiek o tym wie, to tylko
Shrike.

Niedługo później Dewlanna nauczyła się grać w sabaka.
Han usłyszał delikatne skrobanie o drzwi jego maleńkiej kajuty i natychmiast się obudził. Nasłuchując, usłyszał

kolejne skrobnięcie, a potem cichy jęk.

- Dewlanna? - szepnął, wyskakując z łóżka i wsuwając gołe stopy w nogawki kombinezonu. - To ty?
Warknęła miękko zza drzwi. Han naciągnął kombinezon, zasunął suwak i otworzył.
- O co chodzi? Dowiedziałaś się czegoś ciekawego?
Dewlanna weszła. Jej wielkie, kudłate ciało drżało z podniecenia. Han zachęcił ją gestem, by usiadła na wąskiej

koi. W kajucie nie było krzesła ani stołka, Han usadowił się więc obok niej. Dewlanna ostrzegła go, by nie podnosił
głosu. Spojrzawszy kątem oka na zegarek Han uświadomił sobie, że jest środek nocy.

- O tej porze jeszcze jesteś na nogach? - zapytał zdziwiony. - Nie mów mi, że grałaś w sabaka!
Przytaknęła, a jej niebieskie oczy wśród płowej i brązowej sierści lśniły z podniecenia.
- W takim razie co się stało, Dewlanna? Dlaczego chciałaś ze mną porozmawiać?
Warknęła miękko. Han wyprostował się, zelektryzowany wiadomością.
- Dowiedziałaś się, jak mam na nazwisko? Jakim cudem?
Za odpowiedź wystarczyło jedno warknięcie.
- Shrike... - mruknął Han. - No cóż, jeśli ktokolwiek zna prawdę, to właśnie on. Jak... jak to się stało? I jak brzmi

moje nazwisko?

Powiedziała mu, że nazywa się Solo. Shrike upił się niemal do nieprzytomności i zaczął się przechwalać, ile jest

warta  perła  krajtońskiego  smoka  i  za  ile  mu  się  udało  ją  sprzedać.  Dewlanna  zapytała  go  niewinnie,  czy  Han
przypadkiem nie pochodzi z rodziny znanych złodziei. Shrike parsknął śmiechem, słysząc jej domysły.

- Może jakaś gałąź tej rodziny para się złodziejstwem, ale ci Solo? - prychnął, zanosząc się śmiechem. Przerwał

na chwilę, by pociągnąć kolejny łyk alderaaniańskiego piwa. - Chyba nie, Dewlanna. Rodzina tego smarkacza to...

W tym momencie kapitan nagle przerwał w pół słowa, wbijając w Dewlannę podejrzliwy wzrok.
- A co cię to w ogóle obchodzi? - zapytał, a dobry humor przeszedł mu jak ręką odjął.
Zamiast odpowiedzi Dewlanna rzuciła na stół żetony, przebijając stawkę postawioną przez Shrike'a.
- Solo - szepnął miękko Han, jakby przymierzając odzyskane nazwisko. - Han Solo. Nazywam się Han Solo.
Han uśmiechnął się na to wspomnienie, był to jednak smutny uśmiech. Dewlanna chciała dobrze, ale odkrycie,

że miał na nazwisko Solo, doprowadziło do najgorszego epizodu w całym jego młodym życiu. Następnym razem,
gdy  „Farciarz"  orbitował  nad  Korelią,  Han  wygospodarował  trochę  czasu,  który  powinien  był  poświęcić  na  swoje
złodziejskie obowiązki, żeby pójść do archiwów państwowych i pogrzebać w aktach.

Shrike nie lubił, by jego podopieczni marnowali czas na pogłębianie swojej wiedzy. Każde dziecko na pokładzie

„Farciarza"  otrzymało  podstawowe  wykształcenie,  zgodnie  z  programem  edukacyjnym  wprowadzonym  do
głównego komputera, wystarczające, by umiało czytać i liczyć pieniądze. Shrike zniechęcał dzieci do wszystkiego,
co wykraczało poza ten wąski zakres wiedzy.

Częściowo  z  czystej  przekory,  a  częściowo  dzięki  zachętom  Dewlanny,  Han  dalej  potajemnie  się  uczył.  Miał

tendencję  do  zaniedbywania  przedmiotów,  które  go  nie  interesowały  -  takich  jak  historia  -  i  poświęcania  całego
wolnego czasu na te, które naprawdę lubił, na przykład czytanie opowieści przygodowych i rozwiązywanie zadań
matematycznych.  Han  wiedział,  jak  bardzo  matematyka  jest  potrzebna  każdemu,  kto  ma  ambicję  zostać  pilotem,
więc ciężko pracował, przyswajając kolejne umiejętności.

Kiedy  Dewlanna  dowiedziała  się,  jak  przebiega  jego  nauka,  zaczęła  go  nadzorować,  zmuszając  do  zajęcia  się

background image

przedmiotami,  które  inaczej  by  pominął,  pozostawiając  wielkie  dziury  w  swoim  wykształceniu.  Choć  niechętnie,
Han wziął się za przedmioty ścisłe i historię.

Zdziwił się, kiedy odkrył, że niektóre historyczne bitwy były nie mniej dramatyczne i podniecające niż historie,

o których czytał w przygodowych sagach.

Tego dnia w państwowym archiwum Han wykorzystał nowe umiejętności badawcze, by dowiedzieć się więcej o

swoim  nazwisku.  Rezultaty  były  zdumiewające.  Kiedy  Han  kazał  komputerowi  wyszukać  nazwisko  „Solo"  w
zapisach  historycznych,  zdziwił  się,  jak  dobrze  było  znane  na  Korelii.  Niejaki  Berethrone  Solo  trzysta  lat  temu
wprowadził na Korelii demokrację. Był władcą całej planety!

Był też jednak inny Solo, znacznie później, który okrył się porównywalną sławą- a raczej niesławą. Pięćdziesiąt

lat temu jeden z potomków Berethrona, Korol, miał syna, którego nazwał Dalia Solo. Młodzieniec ten, ukrywający
swoją prawdziwą tożsamość pod pseudonimem Dalia Suul, dał się poznać jako morderca, porywacz i pirat. Czarny
Dalia  -  to  imię  przyprawiało  o  dreszcze  dzieci  zasypiające  w  swoich  łóżeczkach  na  wysuniętych  placówkach  lub
wędrownych frachtowcach...

Mały Han zastanawiał się, czy jest spokrewniony z tymi ludźmi. Czy w jego żyłach płynie królewska krew? Czy

może  raczej  krew  mordercy  i  pirata?  Pewnie  nigdy  się  nie  dowie,  chyba  że  ktoś  zdoła  przekonać  Shrike'a,  by
podzielił  się  swoją  wiedzą  na  ten  temat.  Czytając  o  złodziejskich  wyczynach  Dalii  Suula  uśmiechnął  się  ponuro,
zastanawiając się, czy jest spadkobiercą tej samej niechlubnej rodzinnej tradycji.

Potem  zaczął  sprawdzać  nowsze  dane  w  koreliańskich  kronikach  towarzyskich  i  plikach  wiadomości.

Przeszukiwarka wychwyciła jedno imię: Tiion Sal-Solo. Bogata wdowa, mieszkająca samotnie z jedynym dzieckiem
- synem. Thrackan Sal-Solo był o sześć albo siedem lat starszy od Hana.

Może jestem spokrewniony z tą Tiioną Solo, zastanawiał się Han, albo może ona zna moich rodziców? To może

być szansa na wyrwanie się stąd!

Po powrocie na pokład „Farciarza" Han obgadał sprawę z Dewlanna. Zgodziła się z nim, że choć to ryzykowne,

powinien spróbować nawiązać kontakt z rodziną Solo.

-  Ale  -  zaczął  Han,  opierając  podbródek  na  pięści  i  patrząc  z  przygnębieniem  przez  stół  -  jeśli  to  zrobię,  nie

spotkam już nigdy ciebie, Dewlanna.

Warknęła miękko, mówiąc mu, że oczywiście spotkają, tyle że nie na pokładzie „Farciarza".
- Poprzednim razem, kiedy uciekłem, Shrike tak mnie stłukł, że nie mogłem siedzieć przez parę dni - powiedział

miękko Han. - Gdyby Larrad mu nie przypomniał, że ma co innego do roboty, chyba by mnie zabił.

Dewlanna szczeknęła.
- Masz rację - zgodził się Han. - Jeśli ta rodzina Solo mnie przyjmie, na pewno będą dość wpływowi i bogaci, by

ochronić mnie przed Shrike'em.

Han znał dość dobrze zasady rządzące życiem śmietanki towarzyskiej na Korelii i maniery, jakich wymagano od

jej  członków.  Od  czasu  do  czasu  Shrike  organizował  szeroko  zakrojone  operacje  wyłudzania  pieniędzy  od
koreliańskich bogaczy. Han brał udział w etapie przygotowawczym kilku takich oszukańczych akcji.

Shrike wynajmował przy takich okazjach bogatą posiadłość na Korelii i umieszczał tam fałszywą „rodzinę", aby

zapewnić szacowną oprawę swoim machlojkom. Han wraz z innymi dzieciakami wyznaczonymi do tych „rodzin"
mieszkał wtedy w takiej właśnie posiadłości. Chodził do szkoły, gdzie posyłano dzieci bogatych rodziców, a jednym
z jego zadań było nawiązywanie przyjaźni z tymi dziećmi. Kilka razy dzięki temu Shrike nawiązał cenne kontakty z
rodzicami, których namawiał potem do „zainwestowania" w swoje oszukańcze transakcje.

Zaledwie kilka tygodni temu Han chodził do takiej szkoły -szkoły cieszącej się tak dobrą opinią, że odwiedził ją

słynny senator Garm Bel Iblis. Han podniósł rękę i zadał senatorowi dwa pytania na tyle wnikliwe i inteligentne, że
senator naprawdę zwrócił na niego uwagę. Po lekcji Bel Iblis zatrzymał Hana, uścisnął mu dłoń i zapytał, jak mu na
imię. Han strzelił oczami na boki, patrząc, czy nikt nie słyszy, i dumnie podał swoje prawdziwe nazwisko. Czuł się
wspaniale mogąc to zrobić...

Shrike często wybierał go do takich akcji, po części ze względu na niewymuszony wdzięk i czarujący uśmiech

chłopca, a po części dlatego, że dzięki potajemnemu dokształcaniu był lepiej niż inne dzieci przygotowany do nauki
w  odpowiedniej  klasie.  Dał  się  też  poznać  jako  wschodząca  gwiazda  wyścigów  skoczków  i  śmigaczy  -  typowej
rozrywki bogaczy. W czasie wyścigów spotykał dzieci z zamożnych rodzin i Shrike'owi kilka razy udało się wrobić
paru rodziców w swoje kanty.

Za rok Han osiągnie wiek umożliwiający mu startowanie w Mistrzostwach Świata Juniorów. A to oznacza duże

pieniądze -jeśli wygra nagrodę.

Han  jednocześnie  lubił  i  nie  lubił  zadań  tego  rodzaju.  Lubił  je  ze  względu  na  to,  że  dzięki  nim  przez  całe

tygodnie,  a  czasem  nawet  miesiące,  opływał  w  luksusy.  Mógł  do  woli  ścigać  się  na  skoczkach  i  śmigaczach,  co
uwielbiał  ponad  wszystko.  Nie  lubił  zaś  tych  akcji,  bo  prędzej  czy  później  zaczynał  naprawdę  przepadać  za
dzieciakami,  z  którymi  Shrike  kazał  mu  się  zaprzyjaźnić,  a  wiedział,  że  i  one  same,  i  ich  rodziny,  będą  cierpiały

background image

przez Shrike'a.

W  większości  przypadków  udawało  mu  się  jednak  zdusić  poczucie  winy.  Przestał  się  tak  troszczyć  o  innych,

stawiając własne dobro na pierwszym miejscu. Inni - z wyjątkiem Dewlanny - przestali się liczyć. Wyglądało na to,
że Han ma bardzo dobrze rozwinięty instynkt samozachowawczy.

I nadal go mam, pomyślał, wstając, żeby sprawdzić kurs i prędkość „Ilezjańskiego Snu".
Sprawdziwszy odczyty, młody Korelianin uśmiechnął się i pokiwał głową. Jak po sznurku, pomyślał. Uda się.
Sprawdził poziom powietrza w zbiornikach skafandra. Zużył już ponad połowę.
Przez  chwilę  miał  ochotę  pomyszkować  po  pokładzie,  ale  oparł  się  tej  pokusie.  Taka  wyprawa  badawcza

spowodowałaby tylko szybsze zużycie powietrza, a starczy go na styk.

Usiadł  więc  znowu,  z  powrotem  pogrążając  się  we  wspomnieniach.  Ciocia  Tiiona.  Biedna  kobieta.  I  kochany

braciszek  cioteczny,  Thrackan.  Na  to  wspomnienie  Han  skrzywił  usta  w  złowrogim  uśmiechu,  niczym  drapieżnik
groźnie obnażający zęby.

Zeskoczył  z  wysokiego  kamiennego  muru,  lądując  lekko  na  piętach.  Za  drzewami  widział  dużą  budowlę,

wzniesioną z tego samego miejscowego kamienia co mur, ruszył więc przed siebie, w miarę możliwości trzymając
się w cieniu drzew.

Kiedy  dotarł  do  budynku,  zatrzymał  się  i  popatrzył  zdziwiony.  Widział  wiele  bogatych  rezydencji,  mieszkał

nawet w kilku, ale nigdy nie spotkał niczego, co mogłoby się równać z posiadłością rodziny Sal-Solo.

Cztery porośnięte winem wieże strzegły rogów prostokątnej, kamiennej budowli. Artretyczny robot ogrodniczy

kręcił  się  tu  i  tam,  przycinając  krzewy  porastające  boki  wypełnionej  wodą  fosy.  Han  podszedł  do  jej  brzegu  i  ku
swojemu zdumieniu zauważył, że rów z wodą ciągnie się wokół całego domu. Nie było innego sposobu, by dostać
się na teren rezydencji niż przechodząc przez wąski, drewniany mostek przerzucony nad wodą i prowadzący prosto
do drzwi wejściowych.

Han interesował się taktyką wojskową od najmłodszych lat i wiele czytał na ten temat. Analizując położenie i

konstrukcję  posiadłości  rodziny  Sal-Solo  uświadomił  sobie,  że  wybudowano  ją,  jakby  to  miała  być  niezdobyta
forteca.  Pasowałoby  to  zresztą  do  wszystkiego,  co  czytał  o  rodzinie  Solo.  Nie  obracali  się  w  towarzystwie,  nie
uczestniczyli w imprezach dobroczynnych, nie chodzili nawet do teatru czy na koncerty.

Ani  razu,  gdy  odgrywał  dzieciaka  z  bogatej  rodziny,  nie  zdarzyło  mu  się  słyszeć  o  rodzinie  Solo  -  a  w  tak

rozplotkowanym  towarzystwie  jak  koreliańska  elita  na  pewno  coś  by  usłyszał,  gdyby  obracali  się  wśród  ludzi  ze
swojej sfery.

Han  ostrożnie  podchodził  w  kierunku  domu.  Szary  kombinezon,  który  zwykle  nosił  na  statku,  zamienił  tym

razem  na  parę  „pożyczonych"  czarnych  spodni  i  popielatą  tunikę.  Nie  chciał,  by  jego  strój  zdradzał,  skąd
przychodzi.

Kiedy był już prawie przy wejściu na mostek, przystanął za jednym z dużych, ozdobnie przyciętych krzewów i

niepewnie spojrzał na stojący po drugiej stronie fosy dom. Co miał teraz zrobić? Po prostu przejść przez most (co na
pewno włączy dzwonek przy wejściu)? Zagryzł wargi, niezdecydowany. A co będzie, jeśli wezwą władze i doniosą,
że jest zbiegiem? Shrike mu nie popuści...

-A niech to!
Han sapnął i podskoczył, gdy wokół jego ramienia zacisnęła się czyjaś ręka i jednym szarpnięciem okręciła go

do tyłu. Napastnik był o głowę wyższy niż Han. Miał ciemniejsze od niego włosy i bardziej krępą budowę ciała, ale
to jego twarz sprawiła, że Han gapił się kompletnie zaskoczony.

Patrzył  z  otwartymi  ustami,  w  niemym  zdumieniu,  na  starszego  chłopca.  Jeśli  kiedykolwiek  wątpił,  że  jest

spokrewniony z rodziną Solo, wszelkie wątpliwości rozwiały się w jednej chwili. Twarz chłopaka trzymającego go
za ramię wyglądała jak o kilka lat starsza wersja twarzy, którą Han co dzień oglądał w lustrze! Może nie wyglądali
na bliźniaków, ale ich rysy były zbyt podobne, by mógł to być przypadek. Ten sam kształt piwnych oczu, te same
usta, tak samo uniesiona brew... ten sam nos i zarys szczęki...

Chłopiec wpatrywał siew niego; najwyraźniej w świecie zauważył to samo, co Han.
- O rety! - potrząsnął ramieniem Hana. - Kim ty jesteś?
- Nazywam się Han Solo. - odpowiedział Han spokojnie. - A ty musisz być Thrackanem Sal-Solo.
- I co z tego, nawet jeśli to prawda? - spytał tamten ponuro. Han poczuł niepokój widząc w jaki sposób chłopak

na niego patrzył. Spotykał już szczury o cieplejszym spojrzeniu.

- Han Solo? Też coś! Nigdy o tobie nie słyszałem. Skąd jesteś? Kim są twoi rodzice?
- Miałem nadzieję, że ty mi to powiesz - powiedział bezbarwnym głosem Han. - Uciekłem od ludzi, z którymi

dotąd mieszkałem, bo chciałem odnaleźć swoją rodzinę. Nie wiem nic o sobie, oprócz tego, jak się nazywam.

- Hmm... - Thrackan nadal wpatrywał się w niego. - No to chyba rzeczywiście musisz być z naszej rodziny...
- Na to wygląda - zgodził się Han, nie zdając sobie sprawy z gry słów, dopóki ich nie wypowiedział na głos. Ale

do Thrackana chyba to nie dotarło. Wpatrywał się w Hana jak urzeczony. Puścił jego ramię i obszedł go dookoła,

background image

oglądając z każdej strony.

- Skąd uciekłeś? - zapytał. - Czy ktoś będzie cię szukał?
-  Nie  -  powiedział  krótko  Han.  Nie  zamierzał  dzielić  się  z  Thrackanem  jakąkolwiek  informacją,  którą  tamten

mógłby później wykorzystać.

-  Słuchaj  -  powiedział  -jesteśmy  do  siebie  bardzo  podobni,  więc  musimy  być  spokrewnieni.  Czy  to  możliwe,

żebyśmy... żebyśmy byli braćmi? - Zabawne, ale po miesiącach marzeń o odnalezieniu rodziny, która zabrałaby go z
„Farciarza", teraz miał nadzieję, że nie okażą się one prawdą.

- Nie ma siły - powiedział Thrackan, wydymając wargi. -Mój tata zmarł rok po tym, jak się urodziłem, a mama

mieszka tu w całkowitym zamknięciu od tamtej chwili. Jest... jest trochę odludkiem.

Pasowało to do wszystkiego, co Han wyczytał o rodzinie Sal-Solo. Tiiona Solo wyszła za mąż za Randila Solo

mniej więcej dwadzieścia lat temu. Archiwum zawierało również jego nekrolog.

- Może ona by coś o mnie wiedziała. - powiedział Han. - Mógłbym się z nią zobaczyć? -Wziął głęboki oddech. -

Proszę...

Thrackan wyglądał, jakby się namyślał.
- No dobrze - odburknął w końcu. - Ale jeśli mama się... zdenerwuje, natychmiast wychodzisz, jasne? Ona nie

lubi  ludzi.  Jest  taka  jak  jej  dziadek:  nie  chce  żywych  służących,  tylko  roboty.  Mówi,  że  ludzie  się  zdradzają  i
zabijają, a roboty nie.

Han  wszedł  za  Thrackanem  do  wielkiego  domu.  Szli  przez  pokoje  pełne  mebli  przykrytych  pokrowcami  i

obrazów  osłoniętych  przed  kurzem.  Jak  wyjaśnił  Thrackan,  rodzina  korzystała  tylko  z  kilku  pokoi,  żeby
zaoszczędzić czasu i pracy robotom sprzątającym.

W  końcu  weszli  do  salonu  matki  Thrackana.  Tiiona  Solo  była  bladą,  ciemnowłosą  kobietą,  pulchną,  o

niezdrowym  wyglądzie.  Trudno  byłoby  nazwać  ją  atrakcyjną.  Jednak  studiując  rysunek  kości  pod  obrzmiałymi
rysami napuchniętej twarzy Han pomyślał, że kiedyś, dawno temu, mogła być piękna. Widok jej twarzy poruszył w
nim niejasne, słabe wspomnienia.

Kiedyś  już  widziałem  podobną  twarz,  pomyślał  Han.  Dawno  temu,  daleko  stąd.  Wspomnienie,  jeśli  to

rzeczywiście było wspomnienie, było równie płynne i nieuchwytne jak pasmo siwego dymu.

- Mamo - powiedział Thrackan - to jest Han Solo. To nasz krewny, prawda?
Wzrok Tiiony Sal-Solo powędrował w stronę twarzy Hana, a jej oczy rozszerzyły się z bólu. Patrzyła na chłopca

przerażona. Poruszyła ustami, z których wydobył się wysoki, przenikliwy jęk.

-  Nie...  nie!  -  załkała.  Łzy,  które  wypełniły  jej  ciemne  oczy,  spłynęły  po  obwisłych  policzkach.  -Nie,  to

niemożliwe! On nie żyje! Oboje nie żyją!

Ukryła twarz w dłoniach i zaniosła się histerycznych płaczem.
Thrackan złapał Hana za ramię i wywlókł go z domu.
-No i zobacz, co narobiłeś, ty idioto! - odezwał się, patrząc niespokojnie w okna pokoju matki. - Minie parę dni,

zanim się uspokoi. Zawsze są z nią problemy po takich atakach.

Han wzruszył ramionami.
- Przecież nic nie zrobiłem. Po prostu spojrzała na mnie i tyle. Co jej jest?
Mamrocząc pod nosem jakieś przekleństwo, Thrackan uderzył Hana na odlew w twarz tak mocno, że rozciął mu

wargę.

- Zamknij się! - syknął. - Nic jej nie jest, rozumiesz? Nic!
Policzek piekł Hana, ale często był bity, i to przez ekspertów, wiedział więc, jak przyjąć cios i utrzymać się na

nogach. Przez chwilę kusiło go, by rzucić się krewniakowi do gardła, ale opanował się. W oczach Thrackana, gdy
bronił matki, zobaczył autentyczny ból. Han pomyślał, że pewnie zachowały się tak samo, gdyby miał matkę. Muszę
tu zostać, przypomniał sobie. Wszystko jest lepsze niż Shrike.

- Przepraszam - zdołał wykrztusić.
Thrackan wyglądał na nieco speszonego.
- Na przyszłość uważaj, co mówisz o mojej mamie, jasne?
Następnych  sześć  tygodni  było  chyba  najdziwniejszym  okresem  w  życiu  Hana.  Thrackan  pozwolił  mu

zamieszkać we własnych pokojach (Tiiona niemal nigdy nie zapuszczała się do części domu zamieszkiwanej przez
syna) i spędzali razem czas, rozmawiając i pragnąc poznać się nawzajem.

Han  szybko  się  przekonał,  że  Thrackan  jest  wymagającym  gospodarzem.  Han  musiał  się  z  nim  zgadzać

absolutnie  we  wszystkim  i  natychmiast  spełniać  jego  polecenia,  bo  inaczej  krewniak  tracił  równowagę  i  bił
młodszego  chłopca.  Thrackan  kazał  się  Hanowi  wozić  po  okolicy  starym  śmigaczem;  parę  razy  odwiedzali  nawet
puste  rezydencje,  o  których  Thrackan  wiedział,  że  ich  mieszkańcy  wyjechali  na  wakacje.  Thrackan  żądał  wtedy,
żeby Han otwierał zamki i wyłączał systemy alarmowe, a wtedy on sam wchodził do domu i kradł wszystko, co mu
wpadło w oko.

background image

Han zaczaj się zastanawiać, czy uciekając z „Farciarza" nie wpadł z deszczu pod rynnę. Dwie rzeczy trzymały

go w rodzinnej posiadłości: obawa, że jeśli nie zadowoli Thrackana, ten wyda go władzom, a wtedy odnajdzie go
Shrike  -  i  nadzieja,  że  któregoś  dnia  Thrackan  się  złamie  i  powie  Hanowi  wszystko,  co  wie  o  jego  pochodzeniu  i
losach. Kilkakrotnie sugerował bowiem, że wie, w jaki sposób są spokrewnieni.

-  Wszystko  w  swoim  czasie  -  mawiał,  gdy  Han  próbował  z  niego  wyciągnąć  jakąś  informacje.  -  Wszystko  w

swoim czasie, Han. A teraz lećmy. Chcę, żebyś nauczył mnie pilotować śmigacz.

Han  próbował,  ale  Thrackanowi  nie  szło  za  dobrze.  O  mało  nie  roztrzaskał  ich  kilka  razy,  zanim  zdołał

opanować podstawy pilotażu.

Muszą się stąd wydostać, powtarzał sobie Han. Muszę uciec tam, gdzie nikt mnie nie znajdzie. Może ktoś mnie

zaadoptuje albo znajdę sobie jakąś pracę. Musi być jakiś sposób...

Nie  umiał  jednak  wymyślić  żadnego  sposobu  uwolnienia  się  od  Thrackana.  Starszy  chłopiec  był  mściwy,

sadystyczny i zwyczajnie zły. Parę razy Han widział, jak krewniak znęca się nad owadami lub małymi zwierzętami,
a kiedy Thrackan zauważył, że młodszemu chłopcu sprawia to przykrość, zaczął zabawiać się w ten sposób znacznie
częściej. Han nigdy nie miał żadnego zwierzątka, ale lubił zwierzęta futerkowe, bo przypominały mu o Dewlannie.

Tęsknił za nią każdego dnia.
Sytuacja  stawała  się  coraz  bardziej  napięta,  aż  pewnego  dnia  Thrackana  naprawdę  poniosły  nerwy.  Złapał

chłopca za włosy, zaciągnął go do kuchni, chwycił nóż i pokazał Hanowi.

- Widzisz to? - syknął. - Jeśli mnie nie przeprosisz i nie zrobisz dokładnie tego, co ci każę, odetnę ci uszy. A

teraz przepraszaj! - potrząsnął Hanem z całej siły. - I lepiej, żebyś był przekonujący!

Han,  wpatrzony  w  lśniące  ostrze  noża,  oblizał  wargi.  Próbował  wydusić  z  siebie  słowa  przeprosin,  ale  nagły

wybuch gniewu przesłonił mu oczy czerwoną mgłą. Zniewagi, razy, ciosy i uderzenia - i od Shrike'a, i od Thrackana
- nagle przypomniał je sobie wszystkie naraz.

Han wpadł w szał. Z rykiem niemal tak głośnym jak bojowy okrzyk Wookiech, wbił pięść w ramię Thrackana,

wytrącając mu z ręki nóż, a łokciem uderzył go w żołądek. Thrackan ze świstem wypuścił powietrze i zanim zdołał
dojść do siebie, leżał na podłodze z Hanem nad sobą.

Kopanie,  gryzienie,  ciosy  pięścią  w  głowę,  wbijanie  palców  w  oczy  -  Han  wykorzystywał  wszystkie  brudne

sztuczki,  jakich  nauczył  się  podczas  ulicznych  bójek.  Oszołomiony  i  ogłupiały  Thrackan  nie  zdołał  odzyskać
panowania  nad  sytuacją  do  samego  końca  walki,  której  finał  wyglądał  tak,  że  Han  siedział  okrakiem  na  piersi
Thrackana z nożem przy jego gardle.

- Słuchaj no, mały... - oczy Thrackana błyszczały jak szczura złapanego w pułapkę - nie wygłupiaj się, koniec

żartów. To wcale nie jest śmieszne.

- Podobnie jak obcinanie mi uszu - warknął Han. - Mam tego dosyć. Powiesz mi wszystko co wiesz, i to teraz,

albo przysięgam, że poderżnę ci gardło. A potem wyjeżdżam. Mam cię dosyć.

W  ciemnych  oczach  Thrackana  zalśnił  strach.  Wyraz  twarzy  chłopca  musiał  go  przekonać,  że  Han  jest  tak

wściekły, że lepiej z nim nie dyskutować.

- Dobrze, już dobrze!
- Teraz! - rozkazał Han. - Mów!
Jąkając się ze strachu Thrackan opowiedział całą historię.
Wiele lat temu dziadek Thrackana, Denn Solo, i jego babka, Tira Gama Solo, mieszkali na piątej zamieszkałej

planecie  systemu  koreliańskiego  -  kolonii  zwanej  Tralusem.  Czasy  były  niebezpieczne,  a  bandy  piratów  i
wędrownych opryszków zagrażały wielu peryferyjnym światom systemu. Nigdy nie zapuścili się aż na Korelię, ale
dotarli na Tralusa. Cala ich flota wylądowała i spustoszyła kolonię.

-  Babcia  Solo  była  w  ciąży.  -  Thrackan  zachłysnął  się,  bo  nie  było  mu  łatwo  oddychać  z  Hanem  siedzącym

okrakiem na piersi. - A tej nocy, kiedy piraci zaatakowali ich kolonię, urodziła bliźnięta. Jednym z nich była Tiiona.
Babcia Solo zabrała ją i uciekła. Zdołała się ukryć w jaskini na wzgórzach.

- Tiiona - powiedział Han. - Czyli twoja matka.
-  Właśnie.  Drugie  dziecko  było  chłopcem,  tak  przynajmniej  twierdziła  babcia.  Zabrał  go  dziadek.  Babcia

mówiła, że było strasznie. Wszędzie pożary, ludzie biegali i krzyczeli. Babcia i dziadek Denn rozdzielili się w tym
zamieszaniu.

- I co? - Han zbliżył ostrze noża do gardła Thrackana.
- Jak mówiłem, babcia i Tiiona uciekły. Ale dziadek i ten chłopczyk po prostu zniknęli. Nikt o nich więcej nie

słyszał.

- I gdzie mnie to ustawia? - zapytał Han całkowicie oszołomiony.
-  Nie  wiem  -  odpowiedział  Thrackan.  -  Ale  gdybym  miał  zgadywać,  to  powiedziałbym,  że  jesteś  moim

ciotecznym bratem. Że dziadek Solo jakoś uciekł ze swoim synem, a ty jesteś synem tego syna.

-  Czy  nie  ma  nikogo,  kto  cokolwiek  by  o  tym  wiedział?  -spytał  Han.  Poczuł  rozpacz.  To  ślepy  zaułek.

background image

Rozczarowanie było druzgocące. - Może służący?

- Dziadek nie lubił żywych służących. Zawsze miał roboty. A kiedy babcia wróciła do swojej rodziny na Korelii,

pradziadek Gama kazał wyczyścić wszystkim robotom pamięć. Myślał, że w ten sposób będzie jej łatwiej. Chciał,
żeby znowu wyszła za mąż, żeby zaczęła nowe życie. - Thrackan z trudem zaczerpnął powietrza. - Ale ona nigdy
tego nie zrobiła.

- To co się stało z twoją mamą?
- Nie wiem. Nikomu nie ufa i nienawidzi tłumów. Kiedy umarł mój tata, zapragnęła odseparować się od ludzi. I

tak zrobiła.

Han opuścił nóż i potrząsnął głową.
- No dobrze - powiedział. - Teraz cię...
Nagłym  podrzutem  Thrackan  zrzucił  go  z  siebie,  a  potem,  zanim  Han  zdążył  zareagować,  ich  pozycje  się

odwróciły.  Han  spojrzał  na  kuzyna,  wiedząc,  że  będzie  miał  szczęście,  jeśli  wyjdzie  z  tego  żywy.  Ciemne  oczy
Thrackana lśniły nienawiścią, wściekłością i sadystycznym zadowoleniem.

- Pożałujesz tego, Han, gorzko pożałujesz - powiedział cicho.
I Han pożałował.
Thrackan zamknął go w pustej piwnicy i trzymał tam przez trzy dni o chlebie i wodzie. Po południu trzeciego

dnia, kiedy Han siedział bez ruchu w kącie, Thrackan otworzył drzwi.

- Chyba musimy się pożegnać, braciszku. - oświadczył radośnie. - Jest tu ktoś, kto zabierze cię do domu.
Han  rozejrzał  się  rozpaczliwie  i  zobaczył,  jak  przez  drzwi  za  Thrackanem  wchodzą  Garris  i  Larrad  Shrike.

Wiedział jednak już wcześniej, że nie ma dokąd uciec.

Han  potrząsnął  głową,  postanawiając  nie  myśleć  o  dniach,  które  nastąpiły  potem.  Jedyną  rzeczą,  jaka

powstrzymywała  trochę  Shrike'a  przy  wymierzaniu  mu  kary  było  to,  że  nie  chciał  Hana  trwale  „uszkodzić"  ze
względu  na  jego  rosnącą  renomę  jako  pilota  śmigaczy  i  skoczków.  Ale  mógł  mu  zrobić  mnóstwo  rzeczy,  nie
powodując trwałych uszkodzeń, i większość tych sposobów zastosował...

Han tylko raz został pobity bardziej - po klęsce na Wielkim Festynie, kiedy miał siedemnaście lat. Był już wtedy

dostatecznie poobijany i obolały po walce w wolnym turnieju gladiatorskim, do której został zmuszony, po tym jak
złapali  go  na  oszukiwaniu  w  kartach.  Shrike  nie  zawracał  sobie  wtedy  głowy  paskiem  -użył  po  prostu  własnych
pięści,  okładając  nimi  twarz  i  ciało  Hana,  dopóki  Larrad  i  paru  innych  nie  odciągnęło  go  od  nieprzytomnego
chłopca.

A teraz zabił Dewlannę, pomyślał Han gorzko. Jeśli jest ktoś, kogo warto by unicestwić, to tym kimś jest Garris

Shrike.

Przez chwilę zastanawiał się, dlaczego nigdy wcześniej nie przyszło mu do głowy, żeby zabić nieprzytomnego

Shrike'a,  zanim  uciekł  od  niego  na  pokładzie  „Ilezjańskiego  Snu".  Wyświadczyłby  tym  przysługę  mieszkańcom
„Farciarza". Dlaczego tego nie zrobił? Przecież miał w ręku blaster...

Han potrząsnął głową. Aż do wczoraj do nikogo jeszcze nie strzelał, a zabicie nieprzytomnego chyba nie było w

jego stylu.

Wiedział  jednak  -  choć  nikt  mu  tego  nie  mówił  -  że  jeśli  Garris  Shrike  dopadnie  go  kiedyś,  nie  będzie  miał

takich  skrupułów.  Kapitan  niczego  nie  zapominał  i  nigdy  nie  wybaczał.  Był  specjalistą  w  chowaniu  urazy  wobec
wszystkich, którzy kiedykolwiek nadepnęli mu na odcisk.

Han wstał jeszcze raz, żeby sprawdzić kurs statku i zawartość powietrza w zbiorniku skafandra. Zostało mu go

już tylko na parę godzin. Patrząc na wskaźnik przeprowadził w myśli obliczenia.

Ledwo,  ledwo,  pomyślał.  Na  styk.  Lepiej  będzie,  jeżeli  przygotuję  się  do  otwarcia  luku  ładowni  tuż  po

lądowaniu. Miejmy nadzieję, że starczy...

 

background image

ROZDZIAŁ 3. TWARDE LĄDOWANIE

 
Chociaż  Han  wylatał  setki  godzin  na  skoczkach  i  śmiga-czach,  jego  doświadczenie  w  pilotowaniu  większych

pojazdów  ograniczało  się  do  tych  nielicznych  przypadków,  gdy  Garris  Shrike  pozwalał  mu  prowadzić  prom
„Farciarz"  na  łatwiejszych  trasach.  Zdarzało  mu  się  więc  startować  i  lądować,  ale  nigdy  dotąd  nie  próbował
wylądować pojazdem tak dużym jak zautomatyzowany frachtowiec. Han miał nadzieję, że jakoś sobie poradzi. Miał
spore zaufanie do swoich umiejętności pilotażu - w końcu czy nie zdobył trzy razy z rzędu pierwszego miejsca w
planetarnych  wyścigach  śmigaczy  juniorów?  I  czy  nie  wygrał  w  zeszłym  roku  mistrzostw  całego  systemu  w
wyścigach skoczków?

Mimo wszystko jednak, w porównaniu z rozmiarami promu „Farciarz", frachtowiec był przeogromny!
Han  ponownie  uciął  sobie  drzemkę,  a  kiedy  się  obudził,  zaczął  kręcić  się  niespokojnie  po  całej  kabinie.

Wiedział, że powinien oszczędzać powietrze i własną energię, ale po prostu nie mógł usiedzieć spokojnie.

-  Proszę  pana?  -  Robot  R2,  spokojny  i  cichy  od  tylu  godzin,  nagle  obudził  się  do  życia.  -  Muszę  pana

poinformować,  że  weszliśmy  właśnie  na  orbitę  Ilezji.  Musi  się  pan  przygotować  do  wejścia  w  atmosferę  i
lądowania.

-  Dzięki,  że  mnie  uprzedziłeś  -  odparł  Han.  Podszedł  do  rzędów  instrumentów  pokładowych  i  przejrzał  ich

wskazania, obliczając w myśli tor podejścia. Nie było łatwo. Nie mógł porozumieć się z komputerem pokładowym
inaczej niż za pośrednictwem R2, a przecież pilot musi często podejmować decyzje w ułamku sekundy. W takich
przypadkach Han nie będzie miał czasu, by czekać na odpowiedź R2.

W tym momencie statek drgnął i zakołysał się.
Wchodzimy w atmosferę, uświadomił sobie Han.
Wziął  głęboki  oddech  i  spojrzał  na  wskaźnik  ilości  powietrza  w  zbiorniku  skafandra.  Na  styk...  miejmy

nadzieję...

- Słuchaj no, R2 - powiedział z napięciem w głosie, delikatnie korygując kurs.
- Tak, proszę pana?
- Życz mi powodzenia.
- Przepraszam, ale oprogramowanie nie pozwala mi...
Han  zaklął.  „Ilezjański  Sen"  leciał  w  dół,  ku  powierzchni  planety,  której  Han  nawet  nie  widział.  Widział

natomiast wskazania czujników i skanerów na podczerwień, które powiedziały mu, że Ilezja jest planetą burzliwych
prądów  powietrznych,  nawet  w  górnych  warstwach  atmosfery.  Czujniki  topograficzne  pokazały  mu  obraz
powierzchni planety - płytkie morza upstrzone wyspami i trzy niewielkie kontynenty. Jeden leżał niemal na biegunie
północnym, dwa pozostałe zaś - wschodni i zachodni - bliżej równika, w strefie umiarkowanej.

- Wspaniale - mruknął do siebie, szukając promienia naprowadzającego statku. Z jego pomocą sprawdził, gdzie

powinien  posadzić  statek.  Lądowisko  znajdowało  się  na  wschodnim  kontynencie,  tam  zatem  musiała  się  mieścić
ilezjańska kolonia duchownych i pielgrzymów.

„Sen"  zakołysał  się  dziko,  wykonując  skomplikowane  pętle  pomiędzy  wirami  powietrznymi.  W  niezgrabnych

rękawicach  i  przy  zbyt  małych  jak  na  jego  wzrost  przyrządach  kontrolnych  Hanowi  trudno  było  wyrównać  lot.
Próbując wyczuć stery, przechylił statek na lewą burtę, a zaraz potem wyprostował, ale przesadził nieco, gwałtownie
wychylając statek na sterburtę.

Na  wyświetlaczu  skanera  podczerwieni  pojawiła  się  nagle  wielka  czerwona  kropla.  To  gigantyczna  burza!  -

uświadomił sobie Han, wyrównując lot za pomocą bocznych sterów. Pozwolił, by „Sen" zszedł z kursu o parę stopni
na północ, żeby ominąć tornado i powrócić na południe, gdy będzie miał burzę za sobą.

Nagle Han zdał sobie sprawę, że zjonizowane cząstki pozostawione na trasie błyskawic wprowadzają kompletny

zamęt w odczytach przyrządów pomiarowych. Z trudem zaczerpnął tchu; odniósł wrażenie, że brakuje mu powietrza
w  płucach.  Przez  chwilę  walczył  z  paniką  -  pilot  nie  może  dać  się  ponieść  emocjom  albo  bardzo  szybko  skończy
martwy.

- R2 - powiedział Han napiętym głosem - zobacz, czy możesz mi wyświetlić mapę tej burzy, tak żebym mógł

ominąć kilwater zjonizowanych gazów, który zostawia za sobą błyskawica. Skoncentruj się na trajektorii od naszego
obecnego położenia do lądowiska na wschodnim kontynencie.

- Tak jest, proszę pana.
Chwilę później mapa burzy elektrycznej pojawiła się przed oczami Hana.
- Zmniejsz tę mapę i wyświetl ją w rogu tamtego ekranu, R2 - polecił Han. Zwykle to komputer nawigacyjny

nakłada  na  mapę  ukształtowania  terenu  położenie  burzy  i  wytycza  proponowany  kurs  omijający  zawirowania
elektryczne.  Pilot  leci  potem  wyznaczonym  kursem,  wprowadzając  tylko  -  w  razie  potrzeby  -  odpowiednie
poprawki.

background image

Han nigdy tak bardzo nie tęsknił za komputerem nawigacyjnym jak właśnie w tym momencie.
Zmniejszył minimalnie pęd statku, ale zaraz musiał zwiększyć dopływ mocy do silników pomocniczych, żeby

usunąć statek z drogi następnego obszaru wyładowań elektrycznych.

Pot ciekł mu po twarzy, gdy zmagał się z przyrządami kontrolnymi, zmuszając „Ilezjański Sen" do manewrów,

których można by oczekiwać od wojskowego myśliwca albo skoczka, ale nie od wysłużonego frachtowca. Han zdał
sobie  sprawę,  że  nadal  z  trudem  łapie  powietrze  i  przez  ułamek  sekundy  zastanawiał  się,  czy  to  wpływ  stresu  i
adrenaliny, czy też po prostu zaczyna go brakować w zbiornikach.

Nie miał jednak tej sekundy czasu, którą zajęłoby mu sprawdzenie ilości powietrza.
Byli  teraz  zaledwie  kilometr  nad  powierzchnią  planety,  lecąc  dalej  w  dół  o  wiele  za  szybko.  Han  zwolnił,

niezdarnie  posługując  się  w  tym  celu  wstecznym  ciągiem.  Czuł,  jak  przeciążenie  zgniata  mu  klatkę  piersiową
niczym gigantyczne imadło. Oddychał ciężko, ale równo, odważył się więc spojrzeć na wskaźnik powietrza.

Pusty! Wskaźnik opadł dobrze poniżej czerwonej kreski.
Weź się w garść, Han! - spróbował uspokoić sam siebie. Po prostu oddychaj. W skafandrze na pewno jest dość

powietrza,  żeby  wystarczyło  na  parę  minut.  Co  najmniej  na  parę  minut.  Potrząsnął  głową,  czując  że  wszystko
zaczyna wirować mu przed oczami. Każdy oddech powodował pożar w płucach.

Statek zwolnił jednak prawie do prędkości umożliwiającej lądowanie. Han znowu wcisnął hamulce, tym razem

bardzo lekko. Statek nagle podskoczył. Straciłem przednie stabilizatory! -pomyślał Han.

Walczył z przyrządami, próbując skompensować utratę stabilizatorów. Nadal spadali zbyt szybko, ale nie mógł

na to nic poradzić. Włączył repulsory i zaczął lądować, czując wibracje statku w swoich kolanach i zgiętych nogach,
bo klęczał bezpośrednio na pokładzie.

Trzymaj się, łupinko! -pomyślał. Trzymaj się...
Łup! Z wielkim hukiem padł lewy przedni repulsor. „Ilezjański Sen" przechylił się gwałtownie na lewą burtę,

uderzył o ziemię i podskoczył. Prawy repulsor eksplodował i cały prawy bok rąbnął o ziemię, prawie wywracając
statek.

Buch! Z paskudnym trzaskiem, który Han poczuł w całym ciele, „Ilezjański Sen" osiadł na powierzchni, zadrżał

raz i znieruchomiał.

Han przeleciał przez całą kabinę. Jego kask uderzył o poszycie kadłuba, a on sam leżał oszołomiony na podłodze

z  rozkrzyżowanymi  rękami  i  nogami.  Walczył,  by  nie  stracić  przytomności.  Wiedział,  że  jeśli  teraz  zemdleje,  już
nigdy  się  nie  obudzi.  Próbując  podnieść  się  do  pozycji  siedzącej  jęknął  z  wysiłku.  Wzrok  przesłaniały  mu  czarne
plamy. Włączył kanał komunikacyjny skafandra.

- R2... R2.... chodź tutaj!
- Tak jest, proszę pana. Jestem obok. - mechaniczny głos robota wydawał się drżeć. - Proszę wybaczyć to, co

teraz powiem, ale to było najbardziej niekonwencjonalne lądowanie jakiego byłem świadkiem.

-  Zamknij  się  i  otwórz  śluzę  powietrzną  ładowni!  -wykrztusił  Han  świszczącym  głosem.  Zdołał  usiąść,  ale

obawiał  się,  że  nie  uda  mu  się  wstać.  Wydawało  mu  się,  że  świat  wokół  niego  wiruje  jak  wtedy,  gdy  był  bardzo
pijany.

- Proszę pana, ostrzegałem, że ze względów bezpieczeństwa wszystkie wejścia pozostaną zamknięte do czasu...
Han  znalazł  miotacz,  który  schował  w  jednej  z  zewnętrznych  kieszeni  skafandra  i  wyciągnął  go,  celując  w

robota.

- R2, otwórz śluzę ładowni albo rozpylę twoją metalową powłokę na atomy!
Lampki na kopułce robota zamrugały nerwowo. Han zacisnął palec na spuście, zastanawiając się, czy wystarczy

mu sił, by doczołgać się do śluzy. Jego pole widzenia zaczęła przesłaniać ciemność.

- Tak jest, proszę pana - odpowiedział R2. - Postąpię zgodnie z pana życzeniem.
Chwilę później Han poczuł wstrząs, gdy powietrze wdarło się do statku z siłą eksplozji. Z trudem łapiąc resztki

powietrza Han policzył do dwudziestu i ostatkiem sił zdjął kask. Opadł ciężko na pokład.

Przekonał się, że znów może oddychać, i łapczywie nabrał w płuca haust świeżego powietrza. Ciepłe, wilgotne

powietrze, powietrze pełne zapachów, których nie potrafił rozpoznać. W każdym razie było pełne tlenu, doskonale
nadające się do oddychania i tylko to go w tej chwili obchodziło.

Han zamknął oczy, skupił się wyłącznie na oddychaniu i poczuł, jak ogarnia go zmęczenie. W głowie pulsował

ból; wiedział, że musi chwilę odpocząć. Tylko chwilę...

Kiedy  Han  odzyskał  przytomność  i  otworzył  oczy,  zobaczył  przed  sobą  twarz  jak  z  nocnego  koszmaru.  To

najszkaradniejszy stwór, jaki w życiu widziałem, pomyślał w pierwszej chwili. Tylko dzięki wieloletnim kontaktom
z rasami nieludzi zdołał opanować odruch obrzydzenia.

Twarz  była  szeroka,  pokryta  skórzastą,  szaroburą  tkanką.  Sterczało  z  niej  na  krótkich  szypułkach  dwoje

bulwiastych oczu. Nie widać było uszu, a za nozdrza służyła tylko wąska szparka. Nad nią sterczał tępy róg długości
mniej więcej ramienia Hana. Usta stanowiła szeroka, pozbawiona warg szczelina w ogromnej głowie.

background image

Han  potrząsnął  własną  głową,  nadal  bolącą,  i  zdołał  usiąść.  Rozglądając  się  wokół  zdał  sobie  sprawę,  że

znajduje się w czymś w rodzaju szpitala. Robot medyczny szybował nad podłogą błyskając lampkami.

Jego gospodarz (jeśli tym właśnie było to ohydne stworzenie) był duży, uświadomił sobie Han. Znacznie wyższy

niż Wookie. Przypominał nieco Berrita, bo poruszał się na czterech podobnych do pniaków nogach, ale wydawał się
sporo od niego wyższy. Głowę miał przyczepioną do krótkiej, wygiętej szyi, wystającej z masywnego tułowia. Han
ocenił,  że  plecy  istoty,  gdyby  stała  wyprostowana,  sięgałyby  jego  barków.  Skóra  zwisała  z  ogromnego  cielska
pomarszczona, pobrużdżona i pofałdowana, połyskując, jakby była wysmarowana olejem.

Cztery  krótkie  nogi  wspierały  się  na  pulchnych  stopach.  Długi  jak  bicz  ogon  stwór  trzymał  zwinięty  w  pętlę

wzdłuż  pleców.  Przez  chwilę  Han  zastanawiał  się,  czyjego  gospodarz  dysponuje  jakimś  kończynami  do
manipulowania,  zauważył  jednak  parę  niedorozwiniętych  ramion,  skrzyżowanych  na  piersiach.  Nie  zauważył  ich
wcześniej,  bo  były  ukryte  pod  obwisłymi  fałdami  skóry  na  szyi  -  delikatne,  niemal  kobiece  ręce  zakończone
czterema długimi pełnymi palcami na każdej dłoni.

Stworzenie otworzyło usta i odezwało się w dziwacznie akcentowanym, ale całkowicie zrozumiałym wspólnym.
- Dzień dobry, panie Draygo. Witam na Ilezji. Czy jest pan pielgrzymem?
-Ależ  ja  nie  jestem...  -  wymamrotał  Han,  czując  zawrót  głowy.  Przez  chwilę  nazwisko,  którym  zwrócił  się  do

niego stwór, brzmiało zupełnie obco, ale po chwili coś sobie przypomniał. Zamknął usta myśląc, że chyba oberwał
w głowę mocniej niż przypuszczał. Vykk Draygo to było przybrane nazwisko, którym się aktualnie posługiwał.

Han miał sporo różnych fałszywych dokumentów -jak na ironię, nie dysponował jednak żadnym papierem, który

potwierdzałby jego prawdziwą tożsamość.

-  Przepraszam  -  wymamrotał,  unosząc  rękę  w  nadziei,  że  uraz  głowy  posłuży  za  odpowiednią  wymówkę  dla

niezręcznej  odpowiedzi.  -  Chyba  ciągle  nie  za  dobrze  się  czuję.  Nie,  nie  jestem  pielgrzymem.  Przyleciałem  w
odpowiedzi  na  ogłoszenie  o  pracę  dla  kogoś,  najchętniej  Korelianina,  kto  zająłby  się  pilotowaniem  waszych
statków.

- Rozumiem. Ale dlaczego znalazł się pan na pokładzie naszego statku, gdy ten się roztrzaskał?
- Chciałem przylecieć na Ilezję jak najszybciej, więc skorzystałem z okazji, zabierając się „Ilezjańskim Snem" -

zełgał Han. - Na rozkładowy lot musiałbym czekać ponad tydzień, a w ogłoszeniu było powiedziane, że pilot jest
potrzebny szybko. Otrzymaliście moją wiadomość?

-  Tak  -  odparł  stwór.  Han  przyglądał  mu  się  w  napięciu,  próbując  zgadnąć,  co  oznacza  wyraz  jego  twarzy.  -

Oczekiwaliśmy pana, choć nie na pokładzie „Ilezjańskiego Snu".

-  Proszę,  przywiozłem  to  ogłoszenie.  -  Han  sięgnął  po  swój  kombinezon,  który  wisiał  na  krześle  obok  łóżka  i

wyciągnął holosześcian z ogłoszeniem Ilezjan. - Piszecie tu, że potrzebujecie kogoś od zaraz.

Podał ogłoszenie.
- No więc... Jestem Vykk Draygo i zgłaszam się do tej pracy. Jestem Korelianinem i spełniam wszystkie wasze

warunki.  Chciałem  tylko...  no  więc  chciałem  przeprosić,  że  rozbiłem  „Ilezjański  Sen".  Nigdy  nie  pilotowałem
takiego  modelu,  ale  parę  godzin  na  symulatorze  wystarczy,  żebym  się  nauczył.  Muszę  też  przyznać,  że  wasza
atmosfera sprawiła mi dużą niespodziankę.

Istota przyjrzała się sześcianowi i odłożyła go na stół. Kąciki grubych, pozbawionych warg ust uniosły się nieco.
- Rozumiem, panie Draygo. Nazywam się Teroenza i jestem Najwyższym Arcykapłanem Ilezji. Witam w naszej

kolonii.  Jestem  pod  wrażeniem  pańskiej  inicjatywy,  młody  człowieku.  Podróż  na  pokładzie  zautomatyzowanego
frachtowca, by jak najszybciej odpowiedzieć na ogłoszenie, przemawia na twoją korzyść.

Han zmarszczył czoło, modląc się, by głowa przestała go w końcu łupać.
- Eee... dziękuję...
- Jestem pełen podziwu, że udało ci się przejąć kontrolę nad statkiem prowadzonym przez robota i wylądować

nim.  Niewielu  pilotów  rasy  ludzkiej  ma  dostatecznie  szybki  refleks,  by  poradzić  sobie  z  gwałtownymi  zmianami
tutejszej pogody. Uszkodzenia statku nie są poważne. Już go naprawiamy. Na szczęście wylądowałeś na miękkim
podłożu.

- Czy to znaczy, że dostanę tę pracę? - zapytał niecierpliwie Han, uznając w duchu, nie są tacy głupi.
- Czy zgodzisz się podpisać roczny kontrakt? - zapytał Teroenza.
- Być może - odpowiedział Han odchylając się do tyłu w swobodnej pozie, z rękami założonymi pod głowę. - Za

ile?

Wysoki  Kapłan  wymienił  sumę,  której  wysokość  sprawiła,  że  Han  uśmiechnął  się  w  duchu  od  ucha  do  ucha.

Chociaż było to znacznie więcej, niż się spodziewał, kupiecka natura nie pozwoliła mu zgodzić się od razu.

-No,  nie  wiem...-  powiedział,  pocierając  w  zamyśleniu  podbródek.  -  To  mniej  niż  miałem  w  poprzedniej

robocie...

Kłamstwo,  ale  nie  będą  w  stanie  tego  udowodnić.  Vykk  Draygo  faktycznie  zarabiał  więcej  -  Han  dobrze

zapłacił,  by  jego  fałszywy  życiorys  usprawiedliwiał  żądanie  najwyższych  stawek.  Na  podrasowanie  życiorysu

background image

zawodowego Vykka Draygo poszły wszystkie oszczędności Hana plus wpływy z dwóch niebezpiecznych skoków, o
których  Garris  Shrike  nie  miał  pojęcia.  Han  chciał  jednak,  by  Vykk  Draygo  mógł  żądać  naprawdę  wysokiego
wynagrodzenia.

Teroenza przetrawił tę informację i powiedział.
-  W  porządku.  Mogę  ci  zaproponować  trzydzieści  tysięcy  za  rok  plus  dziesięć  tysięcy  premii  po  zakończeniu

pierwszego półrocza, pod warunkiem, że wszystkie wyznaczone loty odbędziesz zgodnie z harmonogramem.

- Piętnaście tysięcy nagrody - rzucił automatycznie Han. -I zapewniacie symulatory szkoleniowe.
- Dwanaście - odbił piłeczkę Teroenza. - I sam płacisz za zajęcia na symulatorze.
- Trzynaście - powiedział Han. - Wy płacicie za symulator.
- Dwanaście i pół, i zapewniamy symulator - dorzucił Wysoki Kapłan. - To moje ostatnie słowo.
- Zgadzam się - zdecydował Han. - Macie pilota.
- Doskonale! - Teroenza zachichotał głębokim, grzmiącym, dziwnie melodyjnym głosem.
Szybko  przygotowano  kontrakt,  który  Han  podpisał.  Następnie  zdjęto  mu  wzór  siatkówki  na  potwierdzenie

tożsamości. Mam nadzieję, że nie różnią się od innych, pomyślał Han, i robią tylko ogólną, pobieżną analizę wzoru
siatkówki. Gdyby kapłani zamówili wyczerpujące - i bardzo kosztowne - szczegółowe badanie, żeby potwierdzić, że
wzór  siatkówki  Vykka  Draygo  jest  unikalny,  w  końcu  odkryliby,  że  nie  jest.  Vykk  Draygo,  Jenos  Idanian,  Tallus
Bryne, Janil Andrus i Keil d'Tana mieli wszyscy ten sam wzór siatkówki - co nie powinno specjalnie dziwić, jeśli się
wzięło pod uwagę, że wszystko to były fałszywe nazwiska Hana Solo.

Przed ucieczką z „Farciarza" podjął odpowiednie środki ostrożności, ukrywając pewną sumę zaoszczędzonych

kredytów i kompletny zestaw dokumentów identyfikacyjnych w dwóch schowkach na Korelii, na wypadek, gdyby
musiał  szybko  zmienić  tożsamość.  Shrike  zapewniał  mu  nowe  papiery  do  każdego  ze  szwindli,  w  których  Han
uczestniczył. Han zaś je przechowywał i w razie potrzeby uaktualniał.

Młody  Korelianin  wiedział  jednak,  że  żaden  z  jego  fałszywych  dokumentów  nie  przeszedłby  przez  imperialne

skanery.  Wiedział  też,  że  zanim  będzie  mógł  złożyć  aplikację  do  Akademii,  musi  na  Coruscant  wydać  fortunę  na
łapówki, by zdobyć autentyczne dokumenty, dzięki którym przejdzie przez imperialną kontrolę bezpieczeństwa.

Po  załatwieniu  interesów  Teroenza  wezwał  młodszego  kapłana  zwanego  tu  hierarchą  i  polecił  mu,  by

oprowadził Hana po kolonii. Pozostawili go samego, by mógł się ubrać w swój kombinezon; zapewnili najpierw, że
już wkrótce dostanie ubranie służbowe z symbolem Ilezji -wielkim, szeroko otwartym okiem i ustami.

Wciągając ubranie i buty uświadomił sobie, że jest cały spocony. Upał i wilgoć, pomyślał. Cudowny klimat. Ale

za  pieniądze,  które  mieli  mu  płacić  duchowni,  był  skłonny  pogodzić  się  przez  rok  z  tymi  niedogodnościami.
Wykonując  tę  pracę  nabierze  praktyki  w  pilotowaniu  dużych  statków  i  uzyska  dostęp  do  symulatorów
szkoleniowych. To powinno wystarczyć, by zdał egzaminy wstępne do Akademii.

Pieniądze oznaczały, że wystarczy mu na łapówki, dzięki którym jego zgłoszenie zostanie rozpatrzone szybko i

faktycznie  dotrze  do  oficera  odpowiedzialnego  za  przyjęcia.  Interesował  się  tą  sprawą  i  wiedział,  że  bez  łapówki
mogło  trwać  miesiąc  albo  i  dłużej,  zanim  kandydat  na  kadeta  przejdzie  przez  etap  zgłoszenia,  zda  wszystkie
egzaminy  wstępne,  odbędzie  rozmowę  kwalifikacyjną  i  w  końcu  zostanie  przyjęty  do  Imperialnej  Akademii.
Wezwany  hierarcha  przedstawił  się  jako  Veratil.  Han  poszedł  za  nim  korytarzem,  minął  wielki  amfiteatr  i  coś  w
rodzaju recepcji.

- To nasze Centrum Powitalne - wyjaśnił duchowny. Veratil wyprowadził go na zewnątrz. Han przekroczył próg

i zanim zdążył wziąć głęboki oddech, natychmiast oblał się potem. Parne powietrze niemal fizycznie uderzyło go w
twarz.  Powietrze  było  przesycone  zapachami  -  ciężkim  aromatem  kwiatów  i  gnijącej  roślinności  i  jeszcze  jakąś
wonią, którą Han na pewno znał z przeszłości, nie potrafił jej jednak zidentyfikować.

Stanął  na  szczycie  krótkiej  rampy,  prowadzącej  z  budynku  w  dół,  i  spojrzał  w  niebo,  zauważając  jego

przezroczysty,  niebieskoszary  odcień.  Słońce  nad  ich  głowami  było  czerwonopomarańczowe  i  wyglądało  na
większe  niż  to,  do  którego  był  przyzwyczajony.  Gwiazda  Ilezji  musiała  być  bliżej  planety  niż  Korei  Korelii.  Han
spojrzał na długość cienia i zorientował się, że jest późne popołudnie. Potem popatrzył na zegarek na przegubie.

- Ile tu trwa dzień? - zapytał Veratila.
- Dziesięć standardowych godzin, proszę pana - odpowiedział hierarcha.
Nic dziwnego, że taka tu burzliwa pogoda, pomyślał Han. Jesteśmy więc w gorącym, wilgotnym świecie, który

kręci się wyjątkowo szybko.

Han rozejrzał się dookoła. Permabeton kończył się gwałtownie, ustępując pola ziemi porośniętej rodzimą florą.

Kałuże  wody  świadczyły  o  niedawnych  ulewnych  opadach.  Czerwonawa  glinka  kontrastowało  ostro  z  chłodną
zielenią  bujnej  roślinności.  Kwiaty  zwieszające  się  z  pnączy  i  drzew  we  wdzierającej  się  na  plac  dżungli  były
ogromne i różnokolorowe - szkarłatne, fioletowe i jaskrawożółte.

- To pierwsza z naszych kolonii - wyjaśnił Veratil. - Założyliśmy dla naszych pielgrzymów jeszcze dwie. Dwa

lata  temu  powstała  druga  kolonia,  a  zeszłej  zimy  zbudowaliśmy  trzecią,  która  jest  jednak  jeszcze  bardzo  mała.

background image

Kolonia  Druga  leży  około  stu  pięćdziesięciu  kilometrów  na  północ,  a  Kolonia  Trzecia  -o  jakieś  siedemdziesiąt
kilometrów na południe.

- Ile lat ma pierwsza kolonia? - zapytał Han.
- Już prawie pięć standardowych lat.
Han rozejrzał się po kolonii. Dokładnie naprzeciwko Centrum Powitalnego znajdowało się lądowisko. Stał tam

mały, lekko przechylony na repulsorach frachtowiec. To musi być „Ilezjański Sen", pomyślał Han, uświadamiając
sobie, że nigdy nie widział go z zewnątrz.

„Ilezjański Sen" był małym statkiem w kształcie grubej, nieco nieregularnej kropli. Pod spodem miał wypukłość,

w której mieściła się wieżyczka artyleryjska wskazująca, że statek nie zawsze był zautomatyzowanym frachtowcem.
Druga  duża  wypukłość  wskazywała,  gdzie  mieści  się  główna  ładownia.  „Sen"  był  zgrabniutkim  statkiem,  dość
małym, by zapewnić zwrotność. Bez dwóch zdań - koreliańska konstrukcja.

Han patrzył, jak masywne roboty portowe pracują nad naprawą repulsorów. Statek, roboty i wszystko w pobliżu

spryskane było czerwonawym błotem po niezbyt udanym lądowaniu.

Dalej  na  północnym  wschodzie,  wysoko,  ponad  najwyższymi  drzewami  dżungli,  Han  dostrzegł  ośnieżone

szczyty.

- Co to za góry?
- Góry Uniesionych - odpowiedział Veratil. - U ich stóp znajduje się Ołtarz Obietnic, gdzie nasi wierni zbierają

się co noc. Zobaczysz go wieczorem, w czasie rytuału.

No  to  pięknie,  pomyślał  Han.  Może  mam  jeszcze  uczestniczyć  w  ich  modłach?  Po  chwili  jednak  przypomniał

sobie, ile mu płacą ilezjańscy kapłani. Powiedział więc.

- To na pewno widok wart obejrzenia.
Na lewo od siebie młody pilot widział szeroką płaszczyznę rudego błota. W zagłębieniach polegiwało tu kilku

współplemieńców  Teroenzy  i  Veratila,  otoczonych  nadskakującą  im  armią  robotów  i  służących  różnych  ras.  Han
rozpoznał paru Rodian, kilku Gamorreańczyków i co najmniej jednego człowieka.

-  Tu  mamy  błotne  równiny  -  powiedział  Veratil,  machając  filigranową  rączką  w  stronę  plażowiczów  i  ich

obsługi. - Moja rasa uwielbia kąpiele błotne.

- A skąd właściwie wywodzi się twoja rasa? - zapytał Han. - Jesteście rodowitymi Ilezjanami?
- Nie, nie jesteśmy stąd... podobnie jak nasi dalecy kuzyni, Huttowie, nie pochodzą z Nal Hutta - odpowiedział

Veratil. - Nazywamy się flanda Til.

Han  postanowił  jak  najszybciej  nauczyć  się  mowy  flanda  Til.  Znajomość  języka  może  okazać  się  niezwykle

przydatna jeśli, inni nie wiedzą, że się go zna.

Hierarcha  wyprowadził  Hana  na  tyły  Centrum  Powitalnego.  Oczy  pilota  rozszerzyły  się  ze  zdumienia,  gdy

zobaczył, jak wielki obszar dżungli tam wykarczowano.

Wyrąbanie takiego placu to nie byle osiągnięcie, pomyślał. Oczyszczony teren miał z grubsza kształt kwadratu o

boku  co  najmniej  kilometra.  Góry  znajdowały  się  teraz  za  nimi,  nieco  na  lewo,  zaś  daleko  z  prawej  strony  Han
zauważył błysk szaroniebieskiej wody.

- To jezioro? - zapytał wskazując na wodę.
- Nie, to jest Zoma Gawanga, czyli Ocean Zachodni. - poinformował go Veratil.
Han policzył wielkie budynki, które stały przed nim wśród błotnej równiny. Było ich dziewięć. Pięć miało trzy

pietra wysokości, a pozostałe cztery - tylko jedno. Każdy z nich miał rozmiary kwartału ulic na Korelii.

- Czy to kwatery pielgrzymów? - zapytał, machnąwszy ręką w kierunku budynków.
- Nie, dormitoria pielgrzymów są tam - Veratil wskazał na spore dwupiętrowe budynki daleko po lewej stronie. -

W tych wielopiętrowych budynkach zajmujemy się przetwórstwem ryllu, andrysu i karsuny. Jednopiętrowe ciągną
się na wiele poziomów w dół, co jest koniecznością w przypadku błyszczostymu, który musi być przetwarzany bez
dostępu światła.

Andrys,  ryli,  karsuna  i  błyszczostym...  Han  poruszył  nerwowo  nosem.  Oczywiście,  to  wyjaśniało  te  zapachy!

Wszystkie  te  budynki  to  przetwórnie  przyprawy!  Pamiętał,  że„Ilezjański  Sen"  przyleciał  przecież  z  ładunkiem
wysokogatunkowego  błyszczostymu  -  najdroższej  i  najbardziej  egzotycznej  z  przypraw.  Inne  rodzaje  były  nieco
tańsze, ale i tak ich przewóz był najbardziej dochodowym z przemytniczych zajęć.

-  Otrzymujemy  dostawy  surowców  z  Kessel,  Ryloth  i  Nal  Hutta  kilka  razy  w  miesiącu  -  ciągnął  Veratil.  -

Początkowo zautomatyzowane frachtowce z dostawami lądowały tutaj, w Kolonii Pierwszej, ale musieliśmy szybko
zaniechać tej praktyki.

- Dlaczego? - zapytał Han, zastanawiając się, czy na pewno chce to wiedzieć.
- Dwa statki nie potrafiły niestety poradzić sobie z naszą burzliwą atmosferą i rozbiły się. Zbudowaliśmy więc

stację  orbitalną  i  postanowiliśmy  zatrudnić  żywych  pilotów  do  transportowania  dostaw  z  orbity  na  powierzchnię.
Mieliśmy  trzech  pilotów,  ale  teraz  został  nam  tylko  jeden.  Niestety  ten  nieszczęsny  Sullustianin  jest...  chory.

background image

Dlatego potrzebujemy ciebie, pilocie Draygo.

Jak to miło wiedzieć, że ktoś cię potrzebuje, pomyślał Han zgryźliwie.
- Eee.. Veratil... co się stało z tamtymi dwoma?
- Jeden się rozbił, a drugi po prostu zniknął. Straciliśmy też kilka statków pilotowanych przez roboty, co bardzo

poważnie  obniżyło  naszą  marżę  -  powiedział  ze  smutkiem  Veratil.  -  Przyprawy  to  bardzo  dochodowy  artykuł
eksportowy, ale nowe statki też nie są tanie.

-  Co  prawda,  to  prawda  -  zgodził  się  kwaśno  Han.  -  Te  katastrofy  mogą  zmniejszyć  rentowność  waszej

działalności.

Nic dziwnego, że piloci nie walą do nich drzwiami i oknami, pomyślał. Większość doświadczonych fachowców

rozpowszechnia pewnie wieści o tym, jak niebezpieczna dla pilotów jest ta planeta.

Han  znał  się  trochę  na  różnych  rodzajach  przypraw.  Jego  wiedza  pochodziła  głównie  z  rozmów  Shrike'a  z

innymi przemytnikami na temat właściwości poszczególnych substancji.

Błyszczostym, wydobywany na Kessel, przewyższał ceną wszystkie inne. Po wystawieniu na działanie światła i

połknięciu obdarzał na pewien czas telepatyczną zdolnością do odczytywania płytszych myśli i emocji. Używali go
szpiedzy, używali go kochankowie, a Imperium stosowało przy przesłuchiwaniu więźniów. Imperium utrzymywało,
że  cały  błyszczostym  wydobywany  na  Kessel  jest  jego  prawowitą  własnością  dlatego  właśnie  tak  rzadki  i  tak
lukratywny był przemyt tej substancji.

Ryli  pochodził  z  Ryloth,  planety  Twi'leków,  i  oficjalnie  stosowano  go  do  uśmierzania  bólu.  Miał  też

zastosowania nieoficjalne, stanowiąc surowiec do produkcji kilku środków odurzających i halucynogennych.

Karsuna, czarna substancja pochodząca z Sevarcos, występowała rzadko i była bardzo kosztowna. Wywoływała

stany  euforyczne  i  potęgowała  zdolności  -  osoby  pod  jej  wpływem  stawały  się  silniejsze,  szybsze  i  bardziej
inteligentne. Przyprawa miała jednak pewne minusy. Kiedy efekty przez nią wywołane ustępowały, osoby, które jej
zażyły,  stawały  się  apatyczne,  popadały  w  depresję,  a  czasem  nawet  umierały  z  powodu  zatrucia  toksycznymi
produktami metabolizmu.

Z  Sevarcos  pochodził  również  andrys,  biały  proszek  dodawany  do  potraw  w  celu  wydobycia  smaku  i  w  celu

konserwacji. Niektórzy twierdzili też, że w większych dawkach wywołuje on łagodną euforię.

Nie wydobywają ich tutaj, pomyślał Han. Te fabryki przetwarzają surowiec na gotowy produkt.
- Fabryki? - powtórzył za swoim przewodnikiem. - Rzeczywiście są spore...
-  Tak,  a  Ilezja  może  się  pochwalić  imponującą  wydajnością  pracowników,  dzięki  czemu  nasza  produkcja  pod

względem kosztów skutecznie konkuruje z gotowymi przyprawami sprowadzanymi bezpośrednio z Kessel, Ryloth i
Sevarcos  -  wyjaśnił  Veratil.  -  Zresztą  tylko  my  mamy  tak  szeroki  asortyment.  Nabywcy  często  chcą  kupić
jednocześnie kilka gatunków przypraw dla swoich klientów, a my im to umożliwiamy.

Han  zauważył  postacie  wchodzące  i  wychodzące  z  fabryki  -  wiele  z  nich  było  rasy  ludzkiej.  Rozpoznał  też

Twi'leków,  Rodian,  Gamorreańczyków,  Devaronian,  Sullustan...  i  inne  rasy,  których  dotąd  nie  spotkał.  Wszyscy
ludzie i przedstawiciele innych ras dwunożnych nosili bure szaty sięgające kolan i bure czapki na głowach.

Wskazał na nich ręką.
- To robotnicy?
Hierarcha zawahał się, ale po chwili powiedział:
-  To  ci  z  pielgrzymów,  którzy  postanowili  służyć  Jedynemu  i  Wszechogarniającemu,  pracując  w  naszych

fabrykach.

- Aha... - mruknął Han. - Rozumiem.
To  wyjaśniało  wiele  spraw,  które  uświadamiał  sobie  teraz  z  coraz  większą  jasnością.  I  bardzo  mu  się  nie

podobało to, co widział.

A  więc  pielgrzymi,  przybywający  tu,  żeby  odwiedzić  przybytek  religijny,  kończą  jako  robotnicy  w

przetwórniach przyprawy, pomyślał. Coś mi tu śmierdzi, i to bardzo brzydko.

Słońce Ilezji wisiało już nisko na niebie, tuż nad horyzontem. Han zauważył tłumy buro odzianych robotników

ciągnących na północny wschód, w stronę gór. Veratil skinął na Hana jedną ze swoich niedorozwiniętych rąk.

- Czas, by błogosławieni pielgrzymi oddali się rytuałom i zostali Uniesieni w Jedynym, składając swoje modły

Wszechogarniającemu.  Wstąpmy  na  Ścieżkę  Jedności,  która  doprowadzi  nas  pod  Ołtarz  Obietnic.  Chodź,  pilocie
Draygo.

Han  posłusznie  podążył  za  kapłanem  mocno  wyeksploatowaną,  brukowaną  ścieżką.  Choć  pielgrzymi  otaczali

ich  ze  wszystkich  stron,  Han  zauważył,  że  żaden  z  nich  nie  odważył  się  zanadto  zbliżyć.  Pielgrzymi  składali
Veratilowi głębokie ukłony, łącząc przy tym ręce na piersi.

- Dziękują za Uniesienie, którego za chwilę doświadczą - wyjaśnił Veratil Hanowi zachowanie pielgrzymów.
W  miarę  jak  oddalali  się  od  zabudowań,  dżungla  podchodziła  coraz  bliżej  ścieżki,  która  w  końcu  skryła  się

całkiem w cieniu wielkich gałęzi zwieszających się po obu stronach. Han miał wrażenie, że idą tunelem.

background image

Wyszli teraz na otwartą przestrzeń, prawdopodobnie podmokłą, bo cała była pokryta ogromnymi kwiatami. Były

one tak niezwykłej urody, że nie przypominały niczego, co Han do tej pory widział.

-  To  Kwietne  Błonia  -  poinformował  go  Veratil,  nadal  poczuwając  się  do  obowiązków  przewodnika.  -  A  tam

mamy Las Wierności.

Han skinął głową. Zastanawiam się, jak długo jeszcze wytrzymam, pomyślał. Mam nadzieję, że nie spodziewają

się po mnie nawrócenia! Co to, to nie!

Po dwudziestu minutach dotarli na duży, brukowany plac, częściowo zadaszony. Dach wspierał się na czterech

monstrualnych słupach. Veratil polecił Hanowi, by pozostał z pielgrzymami, a sam odszedł w kierunku filarów. Han
zauważył, że pod wiatą zgromadziło się jeszcze kilku flanda Til. W jednym z nich rozpoznał, jak mu się wydawało,
Teroenzę.  Stali  wszyscy  wokół  niskiego  ołtarza,  wyciętego  z  bryły  dziwnego,  półprzezroczystego  kamienia,  który
wydawał się emanować własnym światłem.

Okryte śniegiem wierzchołki gór, wznoszące się wysoko ponad dżunglą, stanowiły imponującą scenerię.
Han  wyciągnął  szyję,  patrząc  wyżej...  i  wyżej...  Czubki  najwyższych  szczytów  ginęły  w  chmurach

zabarwionych czerwienią zachodu słońca. Śnieg na zachodnich zboczach lśnił szkarłatem i różem.

Robi  wrażenie,  musiał  przyznać  Han.  Prostota  tego  naturalnego  amfiteatru,  z  brukowaną  posadzką  i

wzniesionym na słupach ołtarzem, sprawiała, że wydawał się podobny do przestronnej katedry.

Wierni ustawili się w rzędy i czekali. Han pozostał z tyłu, rozglądając się niecierpliwie w nadziei, że obrządek,

jaki miał oglądać, nie potrwa długo. Był głodny, głowa mu pękała, a upał sprawiał, że chciało mu się spać.

Najwyższy  Arcykapłan  uniósł  karłowate  ramionka  i  zaintonował  frazę  w  rodzimym  języku.  Hierarchowie,  w

tym  Veratil,  zawtórowali.  Zebrany  tłum  (Han  oceniał,  że  było  tam  cztery  lub  pięć  setek  osób)  podchwycił  frazę
śpiewaną przez kapłanów. Han nachylił się do najbliżej stojącego pielgrzyma, Twi'leka.

- Co oni mówią?
- Mówią „Jedność jest Wszystkim". - Twi'lek sprawnie przetłumaczył słowa kapłanów na wspólny. - Chciałbyś,

żebym ci tłumaczył tekst rytuału?

Han i tak miał zamiar uczyć się języka flanda Til, więc się zgodził.
- Jeśli ci to nie sprawi kłopotu.
Najwyższy  Arcykapłan  zaintonował  kolejną  frazę.  Han  słuchał,  jak  hierarchowie  powtarzają  jego  słowa,

podejmowane następnie przez wiernych:

- Jedność jest Wszystkim.
- My jesteśmy Jednością. Jesteśmy częścią Wszechogarniającego.
- Służąc Jedynemu i Wszechogarniającemu każdy zostanie Uniesiony.
- Poświęcamy się, by służyć Wszechogarniającemu. Służymy Jedności.
- W pracy i służbie wszyscy się spełniamy. Pracując ciężko każdy zostanie Uniesiony.
Han  stłumił  ziewnięcie.  Rytuał  był  okropnie  monotonny.  W  końcu,  po  kwadransie  śpiewów,  Teroenza  i

pozostali kapłani wystąpili naprzód.

- Dobrze pracowaliście - oznajmił Najwyższy Arcykapłan. - Przygotujcie się na błogosławieństwo Uniesienia!
Tłum wydał z siebie jęk tak chciwego oczekiwania, że Hana aż zatkało. Poruszając się jedną wielką falą, jakby

rzeczywiście byli jednością, wierni padali na bruk, z rękami i nogami podkurczonymi pod siebie, w postawie pełnej
nadziei i wyczekiwania.

Wszyscy  kapłani  unieśli  ręce.  Han  patrzył,  jak  obwisła,  pomarszczona  skóra  poniżej  ich  gardeł  wypełnia  się

powietrzem jak balon i zaczyna pulsować. Niski, rytmiczny dźwięk - a może tylko wibracja - stopniowo wypełnił
powietrze.

Han wytrzeszczył oczy ze zdumienia. Poczuł, że coś atakuje jego ciało i umysł. Wibracja czy dźwięk? Nie był

pewien.  Co  to  było?  Empatia?  Telepatia?  A  może  wibracje  uruchomiły  jakiś  ośrodek  w  jego  mózgu?  Nie  umiał
powiedzieć. Wiedział tylko, że wrażenie było niezwykle silne...

Przetoczyło się przez niego jak fala. Emocjonalne ciepło, fizyczna przyjemność - to było to i jeszcze coś więcej.

Han  cofał  się  na  miękkich  nogach,  aż  natrafił  na  pień  jednego  z  gigantycznych  drzew.  Przytulił  się  do  drzewa,
czując  zawrót  głowy.  Wbił  paznokcie  w  korę,  kurczowo  trzymając  się  gałęzi.  Ręce  obejmujące  gałąź  zdawały  się
jedyną  namacalną  rzeczą,  która  powstrzymywała  go  przed  poddaniem  się  wszechogarniającej  fali  emocjonalnego
ciepła i ekstatycznej przyjemności...

Fizyczny  kontakt  z  drzewem  pozwolił  mu  zachować  psychiczny  kontakt  z  samym  sobą,  chroniąc  go  przed

porwaniem przez tę falę. Nie był pewien, skąd bierze na to siły, ale zmagał się z mocą potężniejszą niż jakakolwiek,
z którą się do tej pory zetknął. Przez całe życie był niezależny, był panem samego siebie, swojego ciała i umysłu, i
nie pozwoli tego zmienić. Był Hanem Solo i nie pozwoli, żeby jacyś obcy przejmowali kontrolę nad jego umysłem
po to, żeby mógł się poczuć dobrze.

Nie!  -  pomyślał.  Jestem  wolnym  człowiekiem,  nie  jakimś  pielgrzymem,  nie  waszą  marionetką!  Jestem  wolny,

background image

słyszycie?

Zaciskając zęby Han walczył z inwazją na swój umysł jak z fizycznym przeciwnikiem. Po chwili, równie szybko

jak przyszło, wrażenie ustąpiło - był wolny.

Co  innego  pielgrzymi.  Ich  ciała  wiły  się  na  posadzce,  a  z  ust  wydobywały  się  stłumione  jęki  rozkoszy,

wypełniając powietrze cichym dźwiękiem.

Han  spojrzał  z  niesmakiem  na  kapłanów.  Najwyraźniej  w  świecie  w  przeciwieństwie  do  pielgrzymów  nie

poddawali się fali błogości.

Więc  to  dlatego  ci  biedni  frajerzy  zostają  tu  po  tym,  jak  się  dowiadują,  że  mają  pracować  w  przetwórniach

przyprawy,  pomyślał  gorzko  Han,  pełen  wstrętu,  a  jednocześnie  współczucia  dla  pielgrzymów.  Przez  cały  dzień
harują  jak  niewolnicy,  myślał,  tylko  po  to,  by  przywlec  się  tu  wieczorem  i  otrzymać  swoją  porcję  euforycznych
wibracji, przy których blednie najmocniejsza przyprawa.

Zastanawiał się, czy będzie musiał codziennie uczestniczyć w tym wieczornym obrządku. Miał nadzieję, że nie.

Wystarczająco trudno było mu oprzeć się tej fali ciepła i przyjemności dzisiaj. Obawiał się, że gdyby musiał to robić
co wieczór, nie starczyłoby mu siły i determinacji, by odrzucić „pigułkę szczęścia" ilezjańskich kapłanów.

Pielgrzymi zaczęli w końcu powoli wstawać. Niektórzy z trudem trzymali się na nogach. Oczy im błyszczały i

wielu wyglądało jak uzależnieni od przyprawy nieszczęśnicy, których Han widywał czasem w melinach na Korelii i
innych planetach.

- Czy ten rytuał odprawiany jest co wieczór? - zapytał Twi'leka.
Czerwonawe oczy obcego lśniły radością.
- O, tak! Czy to nie wspaniałe?
-  Cudowne  -  powiedział  Han  z  przekąsem,  ale  Twi'lek  był  zbyt  przejęty,  by  wyczuć  sarkazm  w  jego  głosie.  -

Czy nigdy się nie zdarza, by obrządek został odwołany? - zapytał zaciekawiony Han.

-  Tylko  wtedy,  gdy  są  kłopoty  w  fabryce.  Raz  jeden  z  robotników  oszalał.  Wziął  brygadzistę  na  zakładnika  i

zażądał transportu poza planetę. Wieczorny rytuał i Uniesienie zostały odwołane. To było potworne!

-  A  co  się  stało  z  tym  szalonym  robotnikiem?  -  zapytał  Han,  któremu  postępowanie  „wariata"  wydawało  się

całkowicie rozsądne.

- Do rana zdołaliśmy go pokonać i oddać w ręce strażników, dzięki niech będą Jedynemu! - wyjaśnił Twi'lek.
Jasne, pomyślał Han, nie mogli wytrzymać nawet jednego wieczoru bez swojej działki.
Ceremonia najwyraźniej dobiegła końca.
Dołączył  do  niego  Veratil,  który  odprowadził  go  do  głównego  kompleksu.  Han  nie  miał  specjalnej  ochoty  na

konwersację,  więc  wymówił  się  zmęczeniem,  którego  zresztą  nie  musiał  udawać.  Hierarcha  stwierdził,  że
całkowicie go rozumie i zostawił Hana pod drzwiami izolatki.

- Możesz tu dzisiaj zjeść i spać - powiedział - a jutro pokażemy ci twoją stałą kwaterę w budynku administracji.
- To znaczy gdzie? - zapytał Han, przerywając w pół kęsa spożywanie niezbyt smacznego, ale sycącego gulaszu

z cienko-woła.

Hierarcha wskazał ręką na północny wschód.
-  Stąd  go  nie  widać,  ale  prowadzi  tam  ścieżka  między  drzewami.  Spotkamy  się  za,  powiedzmy,  sześć

standardowych godzin. Wystarczy ci tyle snu?

Han kiwnął głową. Mógł potem spróbować się zdrzemnąć w ciągu dnia.
- W porządku.
Kiedy kapłan poszedł, Han zrzucił z siebie ubranie i buty. Pomyślał, że do jutra musi znaleźć coś czystego do

ubrania, inaczej nie będzie się kwalifikował do kontaktów z istotami cywilizowanymi. Zastanawiał się przez chwilę,
czy wziąć prysznic przed snem, ale był na to po prostu zbyt zmęczony.

Zawsze  umiał  obudzić  się  wtedy,  kiedy  chciał,  więc  i  teraz  nastawił  się  psychicznie  na  pobudkę  za  pięć  i  pół

godziny. Kładąc się na wąskim szpitalnym łóżku miał w głowie wir obrazów i wrażeń, ale zanim dotknął poduszki,
już spał.

Kiedy  obudził  się  następnego  ranka,  przez  dobrą  chwilę  musiał  sobie  przypominać,  kim  jest  (Vykk  Draygo,

pamiętaj!) i co robi w tym rozpalonym od upału miejscu.

Mydląc  ciało  nucił  pod  nosem,  ale  kiedy  podniósł  stopę,  by  ją  umyć,  zamarł  ze  zdumienia  i  odrazy.  Między

palcami rósł mu skłębiony, niebieskozielony mech!

Zaniepokojony obejrzał resztę ciała i z niesmakiem stwierdził, że podobne plamy ma pod pachami, na karku i w

kroczu.

Przeklinając pod nosem zeskrobał obrzydliwą grzybnię, aż oczyścił skórę do końca. Potem, zdając sobie nagle

sprawę, że zrobiło się późno, wyskoczył spod prysznica. Cóż to za przebrzydłe miejsce! - pomyślał.

W  izolatce  czekał  na  niego  robot  medyczny  ze  świeżym  kombinezonem  pilota  przerzuconym  przez  ramię.  W

drugim trzymał słoiczek śluzowatej, szarej maści.

background image

- Przepraszam szanownego pana - powiedział robot. - ale czy nie zauważył pan przypadkiem na swojej skórze

jakichś wykwitów? Może grzybicy?

- I owszem - warknął Han. - Co za paskudny klimat tu macie! Nikt nie zasługuje, żeby mieszkać w tej parówce!
-  Doskonale  rozumiem  szanownego  pana  -  powiedział  robot  i  rzeczywiście  w  jego  tonie  brzmiał  ton

współczucia.  -  Czy  mogę  panu  zaproponować  zaaplikowanie  zawartości  tego  słoiczka?  Stosowana  regularnie,  ta
maść zapobiega grzybicy.

-  Dzięki  -  rzucił  krótko  Han  i  zaczął  smarować  miejsca,  gdzie  wcześniej  wystąpiły  wykwity  grzyba.  Maść

śmierdziała  wyjątkowo  ohydnie,  ale  natychmiast  złagodziła  podrażnienia.  Następnie  ubrał  się,  podziwiając  swój
pierwszy prawdziwy kombinezon pilota. Kolorowe łatki wyglądały naprawdę zabójczo.

Han  postanowił  nie  zawracać  sobie  głowy  losem  pielgrzymów,  których  widział  poprzedniego  wieczoru.  Nikt

przecież  nie  zmuszał  tych  łatwowiernych  głupców,  żeby  tu  przyjeżdżali.  On  w  każdym  razie  nie  miał  zamiaru
marnować czasu na zastanawianie się, jaki los ich czeka. Miał zamiar zatroszczyć się przede wszystkim o Hana Solo
- a dokładniej mówiąc, Vykka Draygo.

Zresztą,  myślał  Han,  mam  być  przecież  pilotem  tych  Ilezjan.  Będą  miał  dostęp  do  statku.  Jeśli  uznam,  że  to

wszystko  przestaje  mi  się  podobać,  zgarnę  forsę  i  po  prostu  zniknę.  W  końcu  co  mogą  zrobić,  żeby  mnie
powstrzymać?

Rozpierany  pewnością  siebie  uśmiechnął  się  zawadiacko  do  odbicia  w  lustrze  i  dziarsko  zasalutował.  -  Kadet

Han Solo melduje się na rozkaz! - szepnął, rozkoszując się brzmieniem tych słów. Marzenie o Akademii nigdy nie
wydawało mu się tak bliskie, tak osiągalne.

Pierwszą osobą, jaką spotkał po wyjściu z bloku szpitalnego, był Teroenza. Han ukłonił się uprzejmie swojemu

pracodawcy.

- Dzień dobry panu!
Najwyższy Arcykapłan skłonił wielką głowę.
-  Dzień  dobry,  pilocie  Draygo.  Pozwól,  że  ci  przedstawię  kogoś,  z  kim  będziesz  spędzał  wiele  czasu  podczas

pracy u nas. - Arcykapłan skinął w jego stronę, a Han usłyszał ruch za swoimi plecami. Okręcił się na pięcie - nie
mógł się powstrzymać, żeby nie cofnąć się o krok, gdy zobaczył swojego towarzysza.

Po pierwsze zwrócił uwagę na jego wzrost, po drugie - na ostre zęby i szpiczaste pazury. Stwór miał niemal trzy

metry  i  był  wyższy  nawet  od  Wookiego.  Jego  zęby  przypominały  ostre  kolce,  a  szponami  byłby  pewnie  zdolny
rozszarpać durastal. Pokrywało go futro, ale oprócz tego miał na sobie parę szortów. U pasa miał zawieszony nóż, a
w kaburze na udzie - blaster. Pod futrem prężyły się atletyczne muskuły.

Nowo przybyły uśmiechnął się, odsłaniając jeszcze więcej zębów.
- Witam szanownego pana - powiedział sepleniąc we wspólnym języku.
-  To  jest  Muuurgh  -  przedstawił  Teroenza  istotę.  -  Jest  Togorianinem,  a  Togorianie  są  znani  jako  jedna  z

najbardziej  godnych  szacunku  ras  rozumnych.  Nie  mają  sobie  równych  pod  względem  lojalności  i  prawości.
Wiedziałeś o tym, pilocie?

Han spojrzał w górę na twarz wielkoluda i przełknął ślinę.
- Eee... nie wiedziałem - wykrztusił.
- Poleciliśmy Muuurghowi, żeby był twoim... ochroniarzem, pilocie Draygo. Na planecie czy poza nią, Muuurgh

będzie ci wszędzie towarzyszył... prawda, Muuurgh?

- Muuurgh dać słowo honoru - potwierdził Togorianin.
Arcykapłan złożył karłowate ramiona na wielkim brzuchu i ułożył wargi w grymas, który wyglądał zupełnie jak

kpiący uśmieszek.

-  Muuurgh  zrobi  wszystko,  pilocie  Draygo,  żebyś  był...  bezpieczny.  Niezależnie  od  tego,  gdzie  się  udasz  i  co

zrobisz.

 

background image

ROZDZIAŁ 4. MUUURGH

 
Han spojrzał na wielgachną postać porośniętą czarną sierścią, uświadamiając sobie, że żarty nieodwołalnie się

skończyły.  Trudno  byłoby  nie  zrozumieć  znaczenia  słów  Teroenzy  -jeden  błąd  i  Muuurgh  rozerwie  cię  na  dwoje.
Obrzuciwszy wzrokiem swojego towarzysza, Han nie miał wątpliwości, że był on do tego zdolny.

Zdołał się opanować i uśmiechnąć do Togorianina.
- Miło mi cię poznać, Muuurgh - powiedział. - Cieszę się, że dotrzymasz mi towarzystwa w czasie tych długich

podróży.

-  Tak...  -  odpowiedział  ochroniarz,  podchodząc  krok  bliżej.  Han  zauważył  ku  swemu  niezadowoleniu,  że

czubkiem  głowy  sięga  zaledwie  do  mostka  Togorianina.  Obcy  tak  bardzo  przypominał  dzikiego  kota,  że  Han
zdziwił  się,  kiedy  zobaczył,  że  Muuurgh  wcale  nie  ma  ogona.  -  Muuurgh  lubi  podróże  kosmiczne  -  dodał  obcy
akcentowanym, sepleniącym wspólnym. Jego twarz, podobnie jak całe ciało, porastało czarne futro; wyjątkiem były
białe  bokobrody  i  biała  plama  na  piersi.  Oczy  miał  zaskakująco  jasnoniebieskie,  z  błyskającymi  zielonkawo
szczelinami źrenic.

- Muuurgh lata dużo kosmoporty, im więcej, tym lepiej.
Han  miał  pewne  trudności  ze  zrozumieniem  wspólnego  w  wykonaniu  Togorianina,  ale  jakoś  sobie  radził.

Zastanawiał się, na ile inteligentny jest jego nowy kompan. Muszę go lepiej poznać, postanowił. To, że nie mówi
dobrze wspólnym, nie musi oznaczać, że jest głupi. A jeśli jest...

Han uśmiechnął się.
- Uznaliśmy, że powinieneś mieć jeden dzień na zadomowienie się u nas, pilocie Draygo - powiedział Teroenza.

-  Możesz  iść  do  kwatery,  którą  ci  przydzieliliśmy  w  budynku  administracyjnym.  Muuurgh  pokaże  ci  drogę.  Jutro
natomiast  chcielibyśmy,  żebyś  zaczął  przewozić  towary  i  personel  między  koloniami.  Kiedy  na  stację  orbitalną
dotrze  następna  dostawa  przyprawy,  masz  być  gotów  ją  nam  dostarczyć.  Od  jutra  zamierzam  dać  urlop  drugiemu
pilotowi, Jalusowi Neblowi. Ostatnio pracował naprawdę ciężko.

Han kiwnął głową. Muszę się spotkać z tym Sullustianinem i porozmawiać, pomyślał.
- W porządku. Czy mogę... rozejrzeć się trochę po okolicy? Chciałbym się zorientować w ukształtowaniu terenu.
Teroenza pochylił wielką głowę.
-  Oczywiście,  pod  warunkiem,  że  Muuurgh  będzie  ci  towarzyszył.  Musisz  też  przestrzegać  przepisów

bezpieczeństwa zwiedzając fabryki.

- Jasne - zgodził się Han.
Teroenza skłonił się lekko.
- Jeśli pozwolisz, zostawię cię teraz. Oczekujemy jutro rano przybycia nowych pielgrzymów ze stacji orbitalnej.

Mam jeszcze dużo do zrobienia, by godnie ich powitać.

Han  skinął  głową  zastanawiając  się,  co  czeka  tych  pielgrzymów.  Wiedział  że  wydobywanie  przyprawy  było

uważane za niebezpieczną i wyjątkowo nieprzyjemną pracę - zesłanie do kopalni przyprawy na Kessel to popularna
kara dla przestępców - ale nie miał pojęcia, co dzieje się z przyprawą później, po wydobyciu.

No cóż, zamierzał się tego dowiedzieć. Niewykluczone, że trafi się okazja, by wykorzystać sytuację, w jakiej się

znalazł.  Nigdy  nic  nie  wiadomo...  zawsze  warto  sprawdzić,  co  w  trawie  piszczy.  Han  Solo  wyznawał  zasadę,  że
wiedza często daje władzę - a co najmniej kilka dodatkowych sekund w czasie ucieczki...

Muuurgh  poprowadził  Hana  brukowaną  ścieżką  przez  dżunglę,  aż  dotarli  do  dużego,  bardzo  nowoczesnego

budynku.

- Centrum Administracyjne - oświadczył Togorianin, wskazując na budynek.
Wprowadził  Hana  do  środka  bocznym  wejściem,  a  potem  poprowadził  długim  korytarzem,  aż  stanęli  przed

drzwiami jednego z pokoi.

- Ty i Muuurgh spanie tu - powiedział, otwierając drzwi.
Znaleźli się w małym mieszkaniu składającym się z sypialni, modułu łazienkowego i niewielkiego saloniku. Han

z  zadowoleniem  zauważył,  że  Teroenza  dotrzymał  warunków  umowy  -  w  kącie  sypialni  stał  kompletnie
wyposażony symulator. Muuurgh podszedł do drzwi sypialni i przywołał go gestem zakończonej szponami dłoni.

- Twoje. Pilot śpi tu.
- A gdzie ty będziesz spać? - zapytał Han.
Tak jak się spodziewał, Muuurgh wskazał na salonik.
- Muuurgh tu.
Wspaniale, pomyślał Han. Ci kapłani nie ufają mi ani odrobinę bardziej niż ja im. Z Muuurghiem między mną a

drzwiami mam małe szanse wymknięcia się cichaczem w nocy na dwór. Po prostu wspaniale.

-  Nie  będzie  ci  tu  zbyt  wygodnie  -  powiedział  Han,  usiłując  wyglądać  jak  wcielenie  niewinności.  W  duchu

background image

natomiast zastanawiał się, czy Muuurgh ma mocny sen. - Może powinieneś poprosić o własny pokój, żebyś mógł się
wygodnie wyspać.

- Muuurgh najwygodniej, gdy wypełnia słowo honoru. - powiedział Togorianin. Han spojrzał uważnie w kocie

oczy  ochroniarza.  Czyżby  zauważył  iskierkę  poczucia  humoru  w  tych  zielononiebieskich  oczach  o  źrenicach  jak
szparki? - Muuurgh był dał słowo honoru pilnuje pilota zawsze., wiec Muuurgh najwygodniej tu.

Han pokiwał głową.
- No tak...
Zerknął na blaster, który Togorianin nosił w kaburze.
- Miałem blaster, kiedy tu przyleciałem, ale nie wiem, gdzie się podział - zauważył. - Chyba muszę poprosić, by

mi go oddali.

-  Pilot  niepotsebny  blaster.  -  Muuurgh  wyprostował  palce,  wysuwając  pazury.  -  Arcykapłan  mówi  pilot

niepotsebny blaster.

-A  jeśli  zaatakuje  mnie  jakiś...  drapieżnik?  -  Han  machnął  rękaw  stronę  wszechobecnej  dżungli  otaczającej

budynek. Pewnie żyło tam z tuzin gatunków drapieżników, które z rozkoszą zapolowałyby na niedoświadczonego
przybysza - czy to z głodu, czy dla zabawy.

Rosły Togorianin potrząsnął głową.
- Nigdy to się stanie. Pilot ma Muuurgh, a Muuurgh ma blaster.
- Hmm... faktycznie - mruknął Han. Zanotował sobie w myśli, żeby poprosić Teroenzę o jakąś broń. Bez blastera

czuł się nagi, chociaż nosił broń zaledwie od kilku dni.

-  Dobra,  Muuurgh,  idziemy  na  wycieczkę?  -  zaproponował.  -  Jak  widzisz,  nie  mam  żadnego  bagażu  do

rozpakowania.

- Gdzie wyciecka? - spytał Togorianin.
- Chciałbym zwiedzić te fabryki - powiedział Han. - I Centrum Administracyjne.
- Dobze - zgodził się ochroniarz. - Chodź, pilot.
- Proszę przodem... - zachęcił go Han, pozwalając Togorianinowi prowadzić.
Pospacerowali  korytarzami  Centrum  Administracyjnego,  zajrzeli  do  stołówki,  zwiedzili  skrzydło  strażników  i

obejrzeli kwatery kapłanów. Rzut oka na zbrojownię pozwolił Hanowi zorientować się, że ilezjańscy kapłani chyba
boją  się  powstania  pielgrzymów.  Stosunek  liczby  strażników  do  liczby  robotników  był  wysoki,  a  zgromadzony  w
zbrojowni arsenał stanowił głównie broń do tłumienia zamieszek - piki paraliżujące i gaz oszałamiający. Spotykani
strażnicy  reprezentowali  wiele  różnych  planet.  Oprócz  ludzi  Han  zauważył  Rodian,  Sullustian,  Twi'leków  i
prosiakowatych Gamorreańczyków.

-  Wyjaśnij  mi  jedną  rzecz  -  odezwał  się  do  Muuurgha,  gdy  mijali  obszar,  gdzie  tabliczki  z  napisami  w

najrozmaitszych językach głosiły „Wstęp wzbroniony". - Wszyscy strażnicy śpią tutaj, prawda? Ale czy nie powinni
być raczej w dormitoriach pielgrzymów, jeśli kapłani chcą mieć pewność, że robotnicy są pod kontrolą?

- Spanie problem nie jest - oznajmił Togorianin w swoim nietuzinkowym wspólnym. - Po Uniesienie pielgzymi

ledwo chodzi, idzie spać zaraz. Tylko pielgzymi wściekłe, złe na sefów psed Uniesienie.

To ma sens, pomyślał Han ironicznie. Daj narkomanom przyprawę, a będą spać jak dzieci przez całą noc.
- W takim razie patrole straż...
Młody pilot przerwał w pół słowa zauważywszy kątem oka, że coś dużego i szarawego sunie w dół korytarza w

strefie zakazanej. Pilot zmrużył oczy, wpatrując się w ciemny korytarz.

- Zaraz, zaraz... co to było? - mruknął do siebie. - To mi wygląda na... - Han zatrzymał się, podczas gdy obiekt,

który go zaintrygował, skręcił za róg. Han ruszył za nim biegiem.

Muuurgh wyciągnął rękę próbując zatrzymać swojego podopiecznego, ale Han był szybszy niż rosły ochroniarz.

Zrobił unik i już biegł zakazanym korytarzem, nasłuchując z tyłu odgłosu kroków, których jednak nie było.

Dotarłszy  do  miejsca,  gdzie  dwa  korytarze  przecinały  się,  Han  wychylił  się  za  róg,  za  którym  wcześniej

zauważył ruch przypominający pełzanie. Oczy rozszerzyły mu się ze zdumienia.

No nie, przecież to Hutt! - pomyślał. Co może tutaj robić Hutt? Nie sposób było pomylić tej wielkiej, podobnej

do ślimaka sylwetki, sunącej na repulsorowych saniach.

Kiedy się tak zastanawiał, Muuurgh dopadł go i uniósł nad podłogę jak rynsztokowego welta. Han powstrzymał

okrzyk  niezadowolenia,  gdy  Togorianin  przerzucił  go  sobie  przez  muskularne  ramię  i  biegiem  wyniósł  ze  strefy
zakazanej..

Muuurgh postawił Hana na ziemię i podstawił zaciśniętą pięść pod nos Korelianina.
-  Mój  lud  ucy  tak:  każdy  może  robi  Jeden  błąd  -  wycedził  strażnik.  -  Pilot  właśnie  był  robił  swój.  Żadnych

więcej błędów, albo Muuurgh daje Pilota naucka, jak sceniaka. Muuurgh był dał słowo honoru. Pilot rozumie?

Han spojrzał na pazury podetknięte mu pod nos, ostre i błyszczące jak brzytwy.
- Eee... tak -wykrztusił. -Rozumiem, Muuurgh. Ludzie są po prostu... ciekawscy, rozumiesz?

background image

- Ciekawość casami śmiercionośna - warknął Muuurgh.
- Rozumiem twój punkt widzenia - powiedział Han sucho. -A raczej twoje argumenty.
Muuurgh  spojrzał  na  ostre,  lśniące  koniuszki  swoich  pazurów,  odsłonił  wargi,  pokazując  kły  i  wydał  z  siebie

niski, miaukliwy dźwięk. Han na chwilę zamarł, ale kiedy spojrzał na Togorianina, zorientował się, że ten po prostu
się śmieje. Najwidoczniej zrozumiał ironię.

Han też roześmiał się niepewnie.
- Słuchaj stary, a może byśmy teraz coś zjedli, a potem rozejrzeli się po tych fabrykach, co?
-  Muuurgh  zawse  głodny  -  zgodził  się  Togorianin,  prowadząc  ich  do  stołówki.  -  Ale  dlacego  Pilot  mówi

Muuurgh stary?

- No wiesz, tak się mówi do kumpla, do kolegi. Do kogoś, z kim spędzasz wspólnie czas i kogo lubisz.
-Tak... - powiedział Togorianin, kiwając głową. - Pilot myśli „kompan ze sfory".
- Właśnie.
- Dobze - powiedział ochroniarz. - Muuurgh tęskni kompani z moja sfora.
Han przypomniał sobie, jak Teroenza mówił, że jego rasa pochodzi z Nal Hutta, rodzinnej planety Huttów, ale

nie miał  pojęcia,  że może  to  oznaczać obecność  Huttów  na  Ilezji. Zapytany  o  to Muuurgh  potwierdził,  że  widział
niejednego „latającego pana ślimaka", jak o nich mówił.

Jest  tylko  jeden  powód,  dla  którego  mogliby  tu  być  Huttowie,  pomyślał  Han,  jeśli  są  prawdziwymi  władcami

Ilezji. W końcu to oni zdominowali czarny rynek handlu przyprawą...

Obiad był dobry, choć dość banalny i -jak na gust Hana -trochę zbyt mdły. Widać było jednak, że kucharz się nie

obija.  Chleb,  który  upiekł,  jest  naprawdę  smaczny,  pomyślał  Han,  odgryzając  kawałek  alderaaniańskiego
podpłomyka.  Nagle  uświadomił  sobie,  czując  ukłucie  bólu,  że  minął  niemal  cały  dzień  od  czasu,  gdy  ostatni  raz
pomyślał  o  Dewlannie.  Ta  myśl  sprawiła,  że  poczuł  niejasne  wyrzuty  sumienia,  jakby  popełnił  nielojalność.  Po
chwili  jednak  wziął  siew  garść.  Dewlanna  nie  chciałaby,  żeby  się  rozczulał  nad  sobą  albo  opłakiwał  ją.  Zawsze
umiała cieszyć się życiem i nie oczekiwałaby, że Han zacznie się umartwiać tylko dlatego, że jej już nie ma.

Kiedy wrócił do rzeczywistości, zauważył, że Muuurgh przygląda mu się ciekawie.
- Pilot myśli o ktoś daleko stąd - zauważył Togorianin, machając kością którą właśnie skończył ogryzać. Zostały

na niej jeszcze niewielkie kawałki mięsa, ale poza tym Muuurgh wyczyścił ją naprawdę imponująco, pomyślał Han.
Togorianin nie mógł sobie pozwolić na marnotrawstwo. Mając tak masywne ciało musiał spożywać ogromne ilości
surowego mięsa, by zapewnić sobie odpowiednią ilość energii.

- Tak - westchnął Han. - Tak daleko stąd, jak tylko można.
- Pilot ma ukochana?
Han potrząsnął głową.
- Było parę dziewczyn tu i tam - przyznał - ale to nic poważnego. Nie, myślałem o osobie, która właściwie mnie

wychowała.

Muuurgh pociągnął duży łyk pienistej cieczy ze swojego kufla.
- Ludzie wychowuje młode całkiem inacej niż moja rasa -oznajmił.
- Tak? Opowiedz mi o tym.
Muuurgh posłusznie zaczął opisywać Hanowi Togorię - świat, w którym samce i samice, choć równi w prawach

i  obowiązkach,  żyli  w  odrębnych  społecznościach.  Samce  prowadziły  myśliwski,  koczowniczy  tryb  życia,
przemierzając równiny na wielkich, udomowionych, latających gadach zwanych mozgotami. Polowali w grupach.

Samice natomiast hodowały na mięso udomowione zwierzęta, nie musiały więc polować. Mieszkały w miastach

i wioskach i to one właśnie rozwinęły cywilizację techniczną na Togorii.

-  Ale  skoro  nie  mieszkacie  razem,  to  w  jaki  sposób...  -  Han  szukał  odpowiedniego  terminu  -  hmm...  się

spotykacie, żeby... no wiesz... rozmnażać się?

-  Raz  do  roku  my  jedzie  do  miast,  spotkać  partnerki  -  wyjaśnił  Muuurgh.  Pomiędzy,  my  cęsto  myśli  o  sobie.

Togorianie  bardzo  ucuciowy,  zdolny  do  wielka  miłość  -  dodał  poważnie.  -Zwłasca  samce.  Wielka  miłość  dlacego
Muuurgh jest tutaj. Samce mój gatunek zadko wyjeżdża na inny planeta, Pilot wie?

-  Wiem,  Muuurgh  -  powiedział  Han.  -  W  takim  razie...  mówiąc,  że  przyleciałeś  na  Ilezję  z  powodu  wielkiej

miłości, co właściwie miałeś na myśli? Masz już swoją partnerkę?

Togorianin przytaknął.
- Nazecona. Kiedyś będzie partnerka, jeśli Muuurgh ona znajduje. - Olbrzym westchnął tak przejmująco, że Han

zaczął naprawdę mu współczuć.

- Jak się nazywa?
- Mrrov. Ślicna, ślicna Mrrov. Tak jak inne Togorianki, ona była chcieć zobacyć wielki galaktyka. Muuurgh był

błagał, zęby ona nie jechał, ale samice bardzo uparty. - Spojrzał na Hana, który pokiwał głową.

- Tak, wiem coś o tym.

background image

-  Mrrov  była  jechać  dawno,  kilka  lat.  Kiedy  ona  nie  był  wrócić  do  domu,  zęby  zostać  partner  z  Muuurgh,

Muuurgh taki smutny ze nie może zostać na Togoria. Musi odkryć, co się stało zona.

- I co, odkryłeś? - Han pociągnął łyk jasnego piwa z Polanis.
- Muuurgh był tropić, z jedna planeta na druga, na trzecia...
- No i? - zachęcił go Han, kiedy Togorianin przerwał.
- Muuurgh był zgubić ślad. Ktoś na Ord Mantell był mówić, ze widzieć ona na statek w kosmoport. Muuurgh

był sprawdzić rozkład lotów, znaleźć statek z wiele pielgzym. Kilka porty przeznacony. Muuurgh był ryzykować,
lecieć  tutaj,  bo  bardzo  dużo  pielgzym  tu.  -  Togorianin  westchnął  ciężko  i  powrócił  do  ogryzania  kości.  -  Ryzyko
przegrany. Muuurgh był pytać, kapłani mówi Togorianie tu nie być. Muuurgh nie wie gdzie lecieć teraz. Muuurgh
potsebny kredyty, zeby dalej szukać. - Togorianin przełknął ostatni kęs, a jego bokobrody opadły smutno.

- Postanowiłeś zatem przyjąć pracę tutaj, dopóki nie zarobisz dość pieniędzy, by dalej jej szukać - powiedział

Han, domyślając się jedynego logicznego końca historii.

-Tak...
Han potrząsnął głową.
- To smutna historia, stary. Mam nadzieję, że ją odnajdziesz. Szczerze ci tego życzę. Ciężko jest pogodzić się ze

stratą kogoś, kogo kochasz.

Togorianin potakująco pokiwał głową. Po posiłku poszli w stronę zakładów i obeszli ogromne budynki dookoła.

Han  wciągnął  powietrze,  czując  wymieszane  zapachy  kilku  różnych  przypraw.  Zaczaj  się  zastanawiać,  czy  samo
wąchanie przyprawy nie powoduje zatrucia. Machnął ręką na budynek, gdzie przerabiano błyszczostym.

- Wejdźmy do środka. Słyszałem co nieco, jak się przerabia przyprawę, ale chciałbym to sam zobaczyć.
Kiedy  weszli  do  podobnego  do  jaskini  wnętrza,  zatrzymał  ich  strażnik  i  zaczął  naradzać  się  z  Muuurghiem,

który wyjaśnił mu, kim jest Han. Rodiański strażnik wręczył im plakietki identyfikacyjne i gogle na podczerwień,
po czym gestem zachęcił ich do wejścia.

-  Gogle?  -  zapytał  Han  po  rodiańsku.  Doskonale  rozumiał  ten  język,  ale  wymowę  miał  trochę  sztuczną.  -

Musimy je założyć?

W fioletowych oczach strażnika pojawiły się iskierki, gdy usłyszał człowieka posługującego się jego mową.
-  Tak,  pilocie  Draygo  -  odpowiedział.  -  Na  piętrach  poniżej  parteru  światło  w  paśmie  widzialnym  jest

niedopuszczalne. Pojedziecie na dół turbowindą. Każde kolejne piętro w dół oznacza coraz lepszą jakość przyprawy.
Najdłuższe  i  najlepsze  włókna  są  przetwarzane  najniżej,  by  całkowicie  wyeliminować  prawdopodobieństwo
zniszczenia produktu przez światło.

- Rozumiem - odparł Han, dając znak Muuurghowi, by poszedł za nim. Przeszli między niszami wypełnionymi

towarem na usytuowaną centralnie platformę turbowindy.

- Zjedźmy od razu na sam dół, żeby zobaczyć to, co tu mają najlepszego - powiedział do Togorianina. Ciekawiło

go,  czy  nie  udałoby  mu  się  podwędzić  chociaż  kilku  z  tych  maleńkich,  czarnych  fiolek.  Gdyby  sprzedał  na  boku
trochę błyszczostymu w jednym z odwiedzanych portów, stan jego konta radykalnie by się poprawił...

Han wcisnął przycisk najniższego piętra. Platforma zakołysała się lekko i ruszyła w dół.
Z  głębi  szybu  powiało  chłodnym  powietrzem.  Turbowindą  zjeżdżała  coraz  głębiej  w  czarną  jak  kosmiczna

pustka ciemność. Po parnych wyziewach z ilezjańskiej dżungli orzeźwiający przeciąg podziałał na nich cudownie.

Piętro niżej  wszelkie  światła znikły.  Han  po omacku  sięgnął  po  gogle i  założył  je na  nos.  Natychmiast  znowu

zaczął  widzieć,  choć  tylko  w  odcieniach  czerni  i  bieli.  Oświetlenie  emitowały  małe  lampki  zatopione  w  ścianach.
Winda  cały  czas  zjeżdżała,  ale  po  drodze  Han  widział  robotników,  zgarbionych  nad  swoimi  stanowiskami  pracy.
Przed nimi leżały kupki surowych, włóknistych nici, poprzetykanych maleńkimi kryształkami.

W końcu, po sześciu piętrach w dół, turbowindą zatrzymała się. Han i Muuurgh zeszli z platformy.
- Byłeś już tu kiedyś? - zapytał miękko Han swojego ochroniarza. Futro na karku Muuurgha zjeżyło się, a białe

bokobrody sterczały pod goglami.

- Nie - szepnął Togorianin. - Moje lud żyje na równiny. Nie lubi jaskinie. Nie lubi ciemność. Muuurgh scęśliwy,

kiedy Pilot chce już wyjść. Tylko dla słowo honoru Muuurgh siedzi tu w okropna ciemność.

- Nie denerwuj się, stary - powiedział Han. - Nie będziemy tu długo siedzieć. Tylko się trochę rozejrzę.
Szedł  pierwszy.  Oprócz  wypełniającego  pomieszczenie  miękkiego  szmeru,  panowała  w  nim  całkowita  cisza.

Pod ścianami i w żłobiących je niszach stały długie stoły. Przy każdym stoliku siedział lub kucał, w zależności od
anatomii  swojego  gatunku,  jeden  robotnik.  Wielu  z  nich  było  rasy  ludzkiej,  jak  zauważył  Han.  Siedzieli  na
wysokich  stołkach,  zgarbieni.  Niewielu  z  nich  podniosło  głowy,  gdy  Han  i  Muuurgh  podeszli  do  nadzorczym,
owłosionej Devaronianki, i przedstawili cel swojej wizyty. Nadzorczym wskazała gestem czerwonawej, szponiastej
dłoni na pracowników.

-  Moi  robotnicy  są  najzdolniejsi  -  oznajmiła  dumnie.  -  Potrzeba  wielkiego  talentu,  żeby  zmierzyć  i  przyciąć

odpowiednią liczbę pasemek włókna, tak żeby każda dawka miała identyczną zawartość przyprawy. Włókna muszą

background image

być ułożone bardzo równo, co nie jest łatwe... tak aby po wystawieniu na światło widzialne uaktywniły się w tym
samym momencie.

-  Czym  właściwie  jest  przyprawa?  -  zapytał  Han.  -  Czy  to  jakiś  minerał?  Wiem,  że  jest  wydobywany  w

kopalniach.

- Substancja jest niewątpliwie pochodzenia naturalnego, prawdopodobnie również organicznego, ale nie wiemy,

w  jaki  sposób  powstaje,  pilocie.  Można  ją  znaleźć  głęboko  w  tunelach  pod  powierzchnią  Kessel,  w  całkowitych
ciemnościach, takich jak tutaj.

- A pasma muszą być równo ułożone w tych pudełkach?
-  Właśnie.  Niewłaściwe  ułożenie  może  spowodować,  że  mikrokryształy  będą  się  o  siebie  ocierać.  Kruszą

wówczas  włókna  na  znacznie  słabiej  działający  -  i  znacznie  tańszy  -  proszek.  Zręcznemu  robotnikowi  właściwe
ułożenie jednego czy dwóch cylindrów błyszczostymu może zająć nawet godzinę.

- Rozumiem - powiedział zafascynowany Han. - Czy miałaby pani coś przeciwko temu, gdybyśmy się tu trochę

rozejrzeli? Obiecuję, że nie będziemy niczego dotykać.

- Dobrze. Tylko proszę, nie przeszkadzajcie w pracy robotnikom układającym przyprawę. Jak mówiłam, jeden

nieumyślny ruch może zniszczyć całe pasmo.

- Rozumiem - powtórzył Han.
Pasma  surowego  błyszczostymu  były  zupełnie  czarne,  ale  Han  słyszał  kiedyś,  że  pod  wpływem  światła

widzialnego  jarzą  się  błękitnym  blaskiem.  Han  zatrzymał  się  za  jednym  z  pracowników  -  dopiero  po  chwili
zorientował  się,  że  to  kobieta  -  i  zafascynowany  patrzył,  jak  rozplątuje  pasma  czarnej  przyprawy,  układając  je
wzdłuż  z  najwyższą  starannością.  Nitki  wiły  się  wokół  jej  palców,  niektóre  gładkie  jak  jedwab,  inne  upstrzone
mikrokryształami.

Pracownica  umieściła  kłębek  niewiarygodnie  splątanych  nici  na  widełkach  maleńkiego  imadła  i  zaczęła

pieczołowicie  rozdzielać  poszczególne  włókna,  aż  ich  krystaliczne  struktury  ułożyły  się  równolegle.  Jej  palce
poruszały się tak szybko, że Han nie był w stanie nadążyć za ich ruchami. Uświadomił sobie, że ma okazję oglądać
popis  prawdziwego  kunsztu.  Był  zaskoczony,  że  pielgrzymi  potrafią  wykonywać  pracę  wymagającą  takiej
zręczności.  Widząc  ich  poprzedniego  wieczora  w  czasie  Uniesienia  założył,  że  są  tępymi  kretynami.  Tak
przynajmniej wyglądali...

Pracownica  sięgnęła  po  maleńkie  szczypczyki,  by  rozplatać  wyjątkowo  skomplikowane  zapętlenie.  Wetknęła

wąskie  noski  szczypiec  w  skłębione  nici  badając  wzrokiem,  gdzie  utkwiły  zaklinowane  mikrokryształy.  Włókna
błyszczostymu  wiły  się  wokół  jej  palców  jak  małe,  żywe  wąsy,  upstrzone  lśniącymi  punkcikami.  Pracownica
gwałtownym szarpnięciem cofnęła rękę i nagle węzeł puścił, a wszystkie włókna ułożyły się idealnie wzdłuż.

Z wyjątkiem jednego.
Han  z  przykrością  zauważył,  że  jedno  włókno,  gęsto  nabite  mikrokryształami,  utkwiło  między  kciukiem  a

palcem  wskazującym  kobiety.  Z  głębokiej  rany  zaczęła  się  sączyć  krew.  Han  wciągnął  powietrze.  Kilka
centymetrów  głębiej  i  przecięłaby  ścięgno.  Kobieta  syknęła  z  bólu  i  powiedziała  coś  do  siebie  we  wspólnym.
Uwolniła  rękę  i  pod  niosła  ją,  by  powstrzymać  krwawienie.  Han  zamarł,  słysząc  jej  wymowę.  Ta  kobieta  była
Korelianką!

Nawet  jej  się  wcześniej  nie  przyjrzał  -  w  bezkształtnej  burej  szacie,  ciasno  wciśniętej  na  głowę  czapeczce  i

goglach  nie  odróżniała  się  od  pozostałych  robotników.  Teraz  zauważył,  że  jest  bardzo  młoda.  Skrzywiła  się,
oglądając rozcięcie. Odwróciła dłoń do dołu i okręciła się na stołku, trzymając rękę nad podłogą, tak aby krew nie
zabrudziła stolika do pracy.

Han  wiedział,  że  nie  powinien  rozmawiać  z  pracownikami,  ale  dziewczyna  w  tej  chwili  nie  pracowała,  a  on

przejął się jej raną. Mocno krwawiła.

- Jesteś ranna - powiedział. - Pozwól, że zawołam nadzorczynię, żeby się tobą zajęła.
Dziewczyna - była pewnie w jego wieku, może nawet młodsza - znieruchomiała, a potem spojrzała na niego. Jej

twarz  pod  goglami  i  daszkiem  czapki  robiła  wrażenie  bladosinej.  W  promieniach  podczerwonych  wydawała  się
śmiertelnie  blada.  Nic  dziwnego,  pomyślał  Han.  Siedzi  tu  zakopana  pod  ziemią  przez  cały  dzień,  bez  dostępu  do
światła dziennego.

-  Nie,  proszę,  nie  rób  tego  -  powiedziała  we  wspólnym,  z  tym  miękkim  akcentem  charakterystycznym  dla

mieszkańców południowego kontynentu Korelii. - Jeśli odeślą mnie do bloku szpitalnego, ominie mnie Uniesienie. -
Wzdrygnęła się na samą myśl, a może po prostu zadrżała z zimna. Hanowi też zaczynało być chłodno, a przecież nie
siedział tu od paru godzin. Jak ci pielgrzymi mogli wytrzymać harówkę w zimnie i ciemnościach przez cały dzień?

- Rozcięcie wygląda paskudnie - zaprotestował Han.
Wzruszyła ramionami.
- Krwawienie ustaje.
Han widział, że miała racją.

background image

-Ale przecież...
Potrząsnęła głową, przerywając mu w pół słowa.
- Doceniam twoją troskę, ale to nic takiego. Nie pierwszy i nie ostatni raz. - Ze smutnym uśmiechem pokazała

mu  dłonie.  Han  ze  świstem  wciągnął  powietrze.  Jej  palce,  nadgarstki  i  przedramiona  były  całe  pokryte  cienkimi
szramami.  Białe  blizny  wskazywały  na  stare,  zabliźnione  już  rozcięcia,  ale  wiele  było  nowych,  nadal  świeżych  i
bolących.

Han zauważył małe, fosforyzujące plamki między palcami dziewczyny i uświadomił sobie, że muszą to być te

same grzyby, które odkrył rano na swoim ciele. Obserwował, jak z plamki wystrzelił nagle długi, błyszczący wąs,
który skierował się w stronę rozcięcia między palcem wskazującym a kciukiem.

- Te grzyby uwielbiają świeżą krew - powiedziała, zauważając chyba, z jakim wstrętem na to patrzy.
- Co za obrzydlistwo! - odparł Han. - Jesteś pewna, że nie trzeba z tym nic zrobić?
Potrząsnęła głową.
- Sam widziałeś, że to nie pierwszy raz. Przepraszam, ale... ty chyba jesteś z Korelii, prawda?
- Podobnie jak ty. - odpowiedział Han. - Jestem Vykk Draygo, nowy pilot. A ty?
Zacisnęła usta.
- Ja... Nie powinnam z tobą rozmawiać. Muszę wracać do pracy.
Muuurgh, który obserwował całą scenę w milczeniu, nagle przemówił:
- Pracownik ma racja. Pilot musi pozwala, zęby pracownik pracuje.
- Jasne, stary, rozumiem - powiedział Han do Togorianina, ale dodał, zwracając się do młodej Korelianki:
- Moglibyśmy porozmawiać kiedy indziej? Na przykład po kolacji?
Milcząco potrząsnęła głową i pochyliła się nad stolikiem, wracając do pracy.
Muuurgh popchnął lekko Hana, żeby szedł dalej.
Han zrobił krok, ale nie przestał mówić do dziewczyny:
- Nie, to nie... ale wiesz, nigdy nic nie wiadomo. Możemy wpaść na siebie przypadkiem, w końcu to nie takie

duże miejsce. To jak masz na imię?

Potrząsnęła głową, nadal nic nie mówiąc. Muuurgh wydał przeciągły, niski, gardłowy pomruk, ale Han uparcie

stal w tym samym miejscu.

Dziewczyna wydawała się zaniepokojona groźnym tonem Muuurgha. Owijając palec bandażem powiedziała:
- Po przybyciu do duchowego sanktuarium Ilezji wyrzekamy się naszych imion i wszelkich światowych spraw.
Han  czuł  się  coraz  bardziej  sfrustrowany.  Oto  był  tu  ktoś,  kto  znał  to  miejsce  jak  własną  kieszeń,  a  zarazem

osoba z jego rodzinnej planety.

-  Proszę...  -  powiedział,  chociaż  Muuurgh  już  go  odciągał  od  dziewczyny.  -  Przecież  jakoś  się  do  ciebie

zwracają-  powiedział,  rzucając  jej  swój  najbardziej  czarujący  uśmiech.  Muuurgh  znowu  warknął,  tym  razem
głośniej, wymownie obnażając kły.

Oczy dziewczyny rozszerzyły się, gdy zobaczyła zębiska Togorianina.
-Pątniczka  921  -  powiedziała  pospiesznie.  Han  odniósł  wrażenie,  że  powiedziała  to,  by  go  ustrzec  przed

gniewem Muuurgha.

Togorianin złapał go za ramię i zaczął oddalać się od stanowiska pracy Korelianki, bez wysiłku taszcząc Hana za

sobą.

-  Dziękuję,  pątniczko  921!  -  krzyknął  do  niej  Han,  wesoło  machając  ręką.  Przez  całe  życie  był  wynoszony  z

różnych miejsc przez togoriańskich wielkoludów. - Powodzenia z tymi włóknami! Do zobaczenia!

Nie odpowiedziała. Kiedy Muuurgh w końcu go puścił, na samym końcu korytarza, Han posłusznie poszedł za

nim, spodziewając się wykładu. Togorianin wydawał się jednak usatysfakcjonowany zachowaniem Hana i pogrążył
się z powrotem w nieufnym milczeniu.

Han spojrzał do tyłu i zobaczył, że Korelianka jest całkowicie pochłonięta pracą, jakby już o nim zapomniała.
Pątniczka 921, pomyślał. Zastanawiał się, czy rozpoznałby ją przy powtórnym spotkaniu. Widział ją przecież w

goglach, czapce i w podczerwieni, więc tak naprawdę nie miał pojęcia, jak wyglądała, wiedział tylko, że była bardzo
młoda.

Han  obszedł  cały  budynek,  obserwując  kilku  innych  pracowników,  jak  wyrównują  i  układają  nitki  przyprawy,

tak by kryształy były ułożone idealnie symetrycznie. Nie próbował rozmawiać z żadnym z nich. W końcu podszedł
do Devaronianki.

- No dobrze, a kto pakuje te wiązki do fiolek, kiedy już są ułożone? - zapytał.
- Pracownicy na piątym piętrze - odpowiedziała nadzorczym.
- Tak? To chyba się tam przejdę. To fascynujące!
- Oczywiście - odpowiedziała.
Aha, czyli tam na górze kończą przetwarzanie towaru najwyższej klasy, myślał Han, kiedy razem z Muuurghiem

background image

zaczęli wchodzić do góry. Muuurgh wydał z siebie niski ryk protestu, gdy zatrzymali się po wejściu tylko o piętro
wyżej.

- Nie denerwuj się, Muuurgh - uspokajał go Han. - Chcę się tu tylko szybko rozejrzeć.
Młody  pilot  spacerował  między  wnękami,  próbując  dyskretnie  znaleźć  miejsce,  gdzie  wysokiej  klasy

błyszczostym  pakowano  do  charakterystycznych  fiolek,  rozpoznawalnych  na  pierwszy  rzut  oka  przez  wszystkich
użytkowników przyprawy. Jednak kiedy w końcu tam dotarł, serce mu zamarło. Czterech uzbrojonych strażników
pilnowało  pasa  transmisyjnego,  na  który  podchodzący  gęsiego  robotnicy  wyładowywali  zawartość  swoich
koszyków. Han poczuł prąd ciepłego powietrza i uświadomił sobie, że gdzieś w pobliżu musi być grzejnik. Pewnie
dla wygody strażników.

Czterech  strażników?  Han  wytężył  wzrok.  Nie,  zaraz...  Coś  jakby  poruszyło  się  w  mroku,  ale  przez  dłuższą

chwilę Han nic nie dostrzegał. Po chwili, kiedy wzrok przystosował mu się do ciemności, na tle czarnej kamiennej
ściany  zarysował  się  ledwie  widoczny,  czarny,  oleisty  kształt.  W  tej  plamie  czerni  jarzyły  się  jak  koraliki
czerwonopomarańczowe oczy - dwie pary. Han zmrużył oczy, by lepiej widzieć, i w końcu dostrzegł dwa blastery,
każdy przypięty do pokrytego brodawkami czarnego uda.

To Aar'aa! - uświadomił sobie. Zmiennoskórzy!
Rasa  Aar'aa  pochodziła  z  planety  położonej  na  drugim  krańcu  galaktyki.  Jej  mieszkańcy  potrafili  stopniowo

upodobnić  kolor  skóry  do  barwy  otoczenia.  Ta  umiejętność  sprawiała,  że  bardzo  trudno  było  ich  zauważyć,
zwłaszcza w ciemności.

Han słyszał wcześniej o tej rasie, ale do tej pory nie spotkał jej przedstawicieli. Aar'aa to gady, co tłumaczyło,

dlaczego ta część podziemnej fabryki była ogrzewana. Gadzie rasy stawały się ociężałe fizycznie i umysłowo przy
zbyt niskiej temperaturze powietrza.

Intensywnie  wpatrując  się  w  ciemność  Han  stopniowo  zdołał  ustalić  zarys  sylwetek  dwóch  zmiennoskórych

strażników.  Mieli  gruzełkowatą  skórę,  ostre  pazury  na  palcach  stóp  i  dłoni  i  skórzastą  fałdę  wzdłuż  kręgosłupa.
Głowy  były  stosunkowo  duże,  za  to  oczy  pod  grubymi  wałami  nadoczodołowymi  wydawały  się  wyjątkowo
malutkie.  Krótkie  pyski,  jak  zauważył  Han,  kryły  ostre  białe  zęby  i  wąski,  lepki,  czerwony  język.  Nastroszony
grzebień  skórny  zaczynał  się  nad  oczami,  by  biegnąc  przez  czubek  głowy  połączyć  się  z  fałdem  skóry  wzdłuż
grzbietu.

Mimo  niezgrabnego  wyglądu  wyglądały  na  szybkie.  Han  uznał,  że  lepiej  z  nimi  nie  zadzierać,  chociaż  nie

dorównywały mu wzrostem, były szerokie w barach i na pewno znacznie cięższe od niego.

Han westchnął.
Zapomnij o planie A, pomyślał.
Oprócz  dwóch  Aar'aa  byli  jeszcze  inni  -  dwóch  Rodian,  Devaronianin  i  Twi'lek.  Wyglądali  złowrogo  i  z

pewnością dobrze się znali na swoim rzemiośle. Nie byli to Gamorreańczycy, których łatwo można by zaskoczyć,
zmieszać,  odwrócić  uwagę  albo  w  jakiś  inny  sprytny  sposób  skłonić  do  przymknięcia  oczu  na  kogoś,  kto
podwędziłby sobie fortunkę w przyprawie. Han skrzywił się i ruszył z powrotem w stronę Muuurgha i turbowindy.

A plan B nie istnieje, pomyślał przybity. Chyba będę musiał po prostu zarobić swoje kredyty uczciwą pracą.
Nie przyszło mu do głowy, że transportowanie przyprawy po całej galaktyce mało kto nazwałby uczciwą pracą...
Pątniczka  921  skubała  czerstwe  pieczywo,  próbując  zapomnieć  o  młodym  Korelianinie,  którego  spotkała  tego

dnia. Była przecież pielgrzymem, częścią Wszechogarniającej Jedności, a światowe sprawy w rodzaju przystojnych
młodych mężczyzn zostawiła za sobą na zawsze. Była tu po to, by pracować, dzięki czemu mogła uczestniczyć w
Uniesieniu  i  modlić  się  o  błogosławieństwo  Jedności  będącej  Wszystkim  -  a  rozmowy  z  młodym  Vykkiem  nie
należały do obrządku.

Ciekawe,  zastanawiała  się  mimo  wszystko,  jak  on  wygląda  bez  tych  gogli?  Jakie  ma  włosy?  Oczy?  Jego

uśmiech dał jej ciepło, chociaż wokół było tak zimno...

Potrząsając głową pątniczka 921 spróbowała wymazać z pamięci krzywy, ale ujmujący uśmiech Vykka Draygo.

Powinna się pomodlić, żeby przygotować się do rytuału. Musi odprawić pokutę za grzech odłączenia się od Jedni,
albo zostanie odrzucona przez Wszechogarniającą Całość.

Bluźniercze myśli nie przestawały jednak jej dręczyć. Myśli... wspomnienia... Był Korelianinem, tak jak ona...
Pątniczka 921 przypomniała sobie o swojej rodzinnej planecie i przez krótką chwilę pozwoliła sobie myśleć o

domu i rodzinie. Czy jej rodzice nadal żyją? A brat?

Od jak dawna już tu jest? Spróbowała sobie przypomnieć, ale dni upływały tak monotonnie... praca, parę kęsów

niesmacznego jedzenia, Uniesienie i modlitwa, a potem kamienny sen. Dzień płynął za dniem, a na Ilezji nie było
pór roku...

Zastanawiała się przez chwilę, ile czasu upłynęło od jej przybycia na Ilezję. Miesiące? Lata? Ile tych lat? Czy

miała już zmarszczki? Siwe włosy?

Pokiereszowanymi  rękami  dotknęła  delikatnie  czoła  i  policzków.  Pod  skórą  wyczuła  kości,  znacznie  bardziej

background image

wystające niż kiedyś.

Ale zmarszczek nie znalazła. Nie była jeszcze stara. Musiała tu przebywać najwyżej od kilku miesięcy.
Ile  miała  lat,  kiedy  usłyszała  o  Ilezji  i  sprzedała  całą  swoją  biżuterię,  żeby  opłacić  przelot  na  statku  z

pielgrzymami?  Siedemnaście...  właśnie  skończyła  szkołę  średnią  i  cieszyła  się,  że  poleci  na  Coruscant  na  wyższe
studia. Chciała studiować archeologię... i specjalizować siew starożytnej sztuce. Tak, to było to. Kilkakrotnie nawet
spędzała wakacje pracując na wykopaliskach i ucząc się, jak chronić zabytki.

Marzyła,  by  zostać  kustoszem  w  muzeum.  Kiedy  była  mała,  historia  była  jej  ulubionym  przedmiotem.

Uwielbiała  słuchać  opowieści  o  rycerzach  Jedi  i  emocjonowała  się  ich  przygodami.  Dorastała  w  okresie  tuż  po
Wojnach Klonów, które również ją interesowały. Podobnie jak narodziny Republiki, tak dawno, dawno temu...

Pątniczka 921 westchnęła, odgryzając kęs czerstwego pieczywa. Czasami martwiła się uświadamiając sobie, że

jej  wspomnienia  bledną,  a  inteligencja  jakby  się  przytępia,  podobnie  jak  zdolność  postrzegania  otaczającej  ją
rzeczywistości.  Wiedziała,  że  jako  pielgrzym  powinna  się  wystrzegać  wszelkich  światowych  pokus  i  wykorzenić
pragnienie rozkoszy ciała.

Przed  przybyciem  na  Ilezję  jej  życie  koncentrowało  się  wokół  przyjemności  i  zabawy.  Przed  przybyciem  na

Ilezję dryfowała z miejsca na miejsce, od tematu do tematu, od przyjęcia do przyjęcia.

Ale  to  wszystko  było  takie  bezsensowne...  Teraz  jej  życie  miało  sens.  Teraz  była  Uniesiona.  Co  noc,  za

pośrednictwem  kapłanów,  spływało  na  nią  błogosławieństwo  Jedynego.  Uniesienie  było  sposobem,  w  jaki
Wszechogarniająca  Całość  komunikowała  się  z  pielgrzymami.  To  głęboko  duchowe  doświadczenie  -  i  takie
przyjemne...

Pątniczka  921  stwierdziła,  że  udało  jej  się  wyplenić  z  umysłu  wszelkie  wspomnienia  o  Vykku  Draygo  i  jego

uśmiechu, zajęła się więc kolejną porcją błyszczostymu - tylko po to, by po chwili przyłapać się na zastanawianiu,
czy rzeczywiście będzie jej szukał i próbował nawiązać rozmowę...

Wzdrygnęła  się,  uświadamiając  sobie  przenikliwy,  wilgotny  ziąb.  Spróbowała  zapomnieć  o  Vykku  Draygo  i

wszystkim, co reprezentował....

Tego wieczoru Han zrezygnował z obrządku na rzecz symulatora lotów. Po raz pierwszy w życiu miał okazję

„uczciwie" zarobić i nie chciał tej szansy zmarnować. Wiedział, że uczciwi obywatele zawsze narzekają, jak ciężko
muszą  pracować,  więc  sądził,  że  wysiłek  jest  niezbędny,  by  osiągnąć  sukces.  Wprawdzie  żebractwo,  kradzieże,
włamania i oszustwa też przeważnie wymagały sporo trudu, ale Han wiedział, że nie można tych zająć porównać z
wysiłkiem  uczciwej  pracy.  Usadowiwszy  się  przy  symulatorze  stojącym  w  kącie  sypialni  zaczął  wgryzać  się  w
system  i  przeglądać  opcje,  jakie  mu  udostępniono.  Teroenza  spełnił  swoją  obietnicę  i  symulator  pracował  jak
należy.  Han  przejrzał  dostępne  scenariusze,  wybrał  symulacje,  na  których  chciał  popracować  i  wprowadził  do
systemu  instrukcje  dotyczące  przygotowania  kilku  sekwencji  lotu.  Upewnił  się,  że  każde  ćwiczenie  uwzględnia
turbulencje w atmosferze.

Spojrzał na Muuurgha, który stał obok, obserwując go.
- Muszę chwilę popracować - powiedział. - Chcesz mieć trochę czasu dla siebie?
Muuurgh powoli pokręcił głową.
- Muuurgh nie zostawi pilota samego. Wbrew rozkazom.
- W porządku. - Han wzruszył ramionami. - Jak sobie chcesz.
Muuurgh  przyglądał  się  niespokojnie,  jak  pilot  zakłada  wideokask,  odcinający  kontakt  z  otaczającym  go

światem i pozwalający na przeżywanie ćwiczeń w taki sposób, jakby były rzeczywistością. Togorianin nie bardzo
lubił nowoczesna technikę.

Han  oddał  się  ćwiczeniom.  W  ciągu  paru  minut  symulator  spełnił  swoje  podstawowe  zadanie  -  Pilot  zupełnie

zapomniał,  że  ma  do  czynienia  z  symulacją.  Był  przekonany,  że  faktycznie  pilotuje  -  przedziera  się  przez  pole
asteroidów  z  maksymalną  szybkością,  prowadzi  statek  przez  ilezjańską  atmosferę  i  ląduje  w  najróżniejszych
wariantach trudnych warunków.

Kiedy dwie godziny później wyszedł z symulatora, miał za sobą udany start, przelot, lądowanie i pełen zakres

manewrów,  które  mogły  mu  być  potrzebne  następnego  ranka,  kiedy  zabierze  prom  do  Kolonii  Drugiej  i  Trzeciej.
Zapoznał  się  też  dokładnie  z  przyrządami  kontrolnymi  transportowca,  który  miał  pilotować  -  „Ilezjański  Sen"
przerabiano właśnie na statek pilotowany ręcznie - i prywatnego jachtu Teroenzy.

Krótki  ilezjański  dzień  zbliżał  się  ku  końcowi.  Muuurgh  drzemał  na  fotelu,  ale  momentalnie  się  obudził,  gdy

jego podopieczny wstał. Han spojrzał na Togorianina, z przykrością przekonując się, jaki lekki ma sen. Wyglądało
na to, że nie będzie mu łatwo pomyszkować samemu nocą, tak jak to sobie zaplanował...

Muuurgh szedł za pilotem, zadowolony, że jego podopieczny zaproponował późną kolację w mesie. Togorianin

był  wiecznie  głodny.  Jego  współplemieńcy  byli  przyzwyczajeni  do  polowania  i  zabijania,  a  potem  podziału
zdobyczy, więc świeże mięso było nieodłącznym składnikiem diety Togorian. Tutaj Muuurgh musiał się zadowolić
mięsem wprawdzie surowym, ale wcześniej mrożonym.

background image

Zanim  w  jego  życiu  pojawił  się  pilot,  Muuurgh  czasami  wymykał  się  do  dżungli  i  polował,  żeby  nie  stępić

pazurów i umiejętności.

Tęsknił  za  swoim  mozgotem,  za  lataniem  na  jego  grzbiecie,  za  potężnymi,  muskularnymi  skrzydłami,  które

niosły ich po niebie Togorii...

Muuurgh  westchnął.  Niebo  Togorii  miało  żywy,  błękitno-zielonkawy  odcień,  tak  niepodobny  do  wyblakłego,

sinoszarego  nieboskłonu  Ilezji.  Tęsknił  za  tym  żywym  błękitem.  Czy  kiedykolwiek  znowu  go  zobaczy?  Czy
kiedykolwiek  będzie  znów  latał  na  swoim  mozgocie  za  karmazynowym,  zachodzącym  słońcem  na  lazurowym
niebie?

Kapłani nakłonili go do podpisania sześciomiesięcznego kontraktu. Dał słowo honoru, że dotrzyma postanowień

umowy. Minie wiele dekad, zanim będzie mógł wrócić do poszukiwania Mrrov.

Muuurgh  przywołał  w  myśli  jej  obraz,  jej  kremową  sierść  w  pomarańczowe  pasy,  żywe,  piwne  oczy.  Urocza

Mrrov.  Od  tak  dawna  stanowiła  część  jego  życia,  że  świadomość,  iż  nie  wie,  gdzie  teraz  jest,  była  jak  boląca
wewnętrzna  rana.  Czy  wróciła  z  powrotem  na  Togorię?  Czy  to  możliwe,  że  była  z  powrotem  w  ich  świecie,
wyczekując jego powrotu?

Muuurgh żałował, że nie może wysłać na swoją rodzinną planetę pytania, czy Mrrov powróciła, ale przesyłanie

wiadomości  między  systemami  było  bardzo  drogie,  tak  drogie,  że  wysłanie  jednej  wymagałoby  od  niego
przepracowania na Ilezji dwóch dodatkowych miesięcy.

Mimo wszystko jednak... Muuurgh zastanowił się chwilą i w końcu doszedł do wniosku, że może podczas jednej

z  podróży  z  przyprawą  do  Nal  Hutta  Pilot  nie  miałby  nic  przeciwko  temu,  żeby  Muuurgh  przekazał  wiadomość.
Togorianin nie ufał dostatecznie ilezjańskim kapłanom, żeby wysyłać cokolwiek z ich planety.

Pilot  wyglądał  na  porządnego  osobnika...  jak  na  człowieka,  pomyślał  Muuurgh.  Przebiegły,  szybki,  zawsze

szukający  sposobu,  żeby  obejść  reguły  -  ale  ludzie  często  się  tak  zachowywali.  Dobrze  przynajmniej,  że  Pilot
zaakceptował  dominację  Muuurgha  jako  przywódcy  sfory.  Mądrze  zrobił.  W  ten  sposób  zapewni  sobie  znacznie
dłuższe życie...

Muuurgh miał nadzieję, że Pilot będzie nadal postępował równie mądrze. Lubił go i nie chciał go skrzywdzić.
Ale  gdyby  Pilot  spróbował  złamać  zasady,  Muuurgh  nie  zawaha  się  zranić  Korelianina  -  a  nawet  zabić,  jeśli

zajdzie taka potrzeba. Teroenza wydał Muuurghowi szczegółowe polecenia i Togorianin miał zamiar je wypełnić co
do joty. Dał słowo honoru, a dla jego gatunku honor był najważniejszą rzeczą we wszechświecie.

Togorianin  w  zamyśleniu  pogładził  bokobrody  i  sierść  na  twarzy.  Cóż,  dopóki  Pilot  nie  przekroczy

wyznaczonych granic, wszystko będzie dobrze...

 

background image

ROZDZIAŁ 5. PRZYPRAWOWE WOJNY

 
Następnego dnia Han poleciał promem do Kolonii Drugiej, a potem do Trzeciej. Odkrył, że uwielbia pilotować

większe  statki,  co  zresztą  wychodziło  mu  idealnie.  W  drodze  powrotnej  do  Kolonii  Pierwszej  udało  mu  się
wygospodarować parę minut, które poświęcił na ćwiczenia w lataniu na małych wysokościach, pikując promem tak
nisko,  że  prawie  szorował  brzuchem  po  czubkach  drzew.  Siedzący  obok  na  fotelu  pierwszego  oficera  Muuurgh
zmieniał nastrój od radosnego podniecenia do przerażenia, w miarę jak Han nurkował, kręcił beczki albo leciał do
góry nogami. Korelianin natomiast był w swoim żywiole; wykonywał manewry, które wcześniej ćwiczył tylko „na
sucho" na symulatorze. Krzyczał z radości po każdym udanym popisie.

Na  deser  Han  zostawił  sobie  ćwiczenie  na  precyzję.  Wprowadził  prom  w  wyżłobiony  przez  rzekę  kanion,

przemykając  między  ciasnymi  kamiennymi  ścianami  z  tak  małym  zapasem  przestrzeni,  że  Muuurgh  zaskowyczał,
zamknął  oczy  i  długo  nie  chciał  ich  otworzyć.  Kiedy  wypadli  z  kanionu  z  powrotem  na  otwartą  przestrzeń,  Han
musiał mocno potrząsnąć Togorianina za ramię i kilkakrotnie zapewnić go, że na dziś koniec ćwiczeń.

-  Muuurgh  jest  pewny,  ze  Pilot  wariat  -  powiedział  Togorianin,  ostrożnie  otwierając  oczy  i  prostując  się  w

swoim fotelu. -Muuurgh lata na swój mozgot, ale nie tak. Mozgot nie taki głupi, zęby latać tak. Muuurgh tez nie taki
głupi. Pilot - Togorianin spojrzał na Hana błagalnie - obiecaj Muuurgh nigdy nie latać jak wariat.

-Ależ,  Muuurgh...  -  zaczął  Han,  ostrożnie  sadzając  prom  na  lądowisku  w  kolonii  pierwszej.  -  Muszę

wykorzystać  każdą  okazję,  żeby  ćwiczyć!  Widzisz...  -  zawahał  się,  ale  postanowił  zaufać  Muurghowi  -  trochę
naciągałem fakty, kiedy opowiadałem Teroenzy o moim doświadczeniu w pilotażu. Jestem oczywiście doskonałym
pilotem, bez dwóch zdań, ale... muszę jak najwięcej ćwiczyć. I tym promem, i na większych statkach. Symulatory są
w porządku, ale to nie to samo, co prawdziwy lot.

Muuurgh popatrzył na Hana spod oka, ale w końcu skinął głową.
- Muuurgh rozumie. Pilot wierzy, ze Muuurgh nie mówi to dla Teroenza?
- No... coś w tym rodzaju - przyznał Han. - Mam rację? To znaczy mogę ci zaufać?
Togorianin w zamyśleniu poruszył białymi bokobrodami.
- Dopóki pilot się nie rozbija, Muuurgh nie mówi.
- Równy z ciebie gość, stary! - uśmiechnął się szeroko Han.
Kiedy zeszli ze statku po rampie, na jej końcu, w strugach deszczu, czekał na nich Veratil. Han zaczął się już

przyzwyczajać do codziennych opadów, chociaż parne powietrze nadal go męczyło.

- Arcykapłan życzy sobie natychmiast się z tobą spotkać, pilocie Draygo - oznajmił Veratil.
Zaprowadził  ich  do  kwatery  Arcykapłana,  która  zajmowała  znaczną  część  podziemnego  piętra  Centrum

Administracyjnego. Kiedy Veratil wstukał kod dostępu i wpuścił ich przez wielkie, podwójne drzwi do osobistych
pomieszczeń Arcykapłana, Han aż gwizdnął ze zdumienia.

- Przyjemne mieszkanko!
- Jesteśmy w sali wystawowej Arcykapłana - wyjaśnił Veratil. - Arcykapłan to zapalony kolekcjoner. Jest bardzo

dumny ze zgromadzonych tu okazów.

- Ma powody do dumy - przyznał Han.
Pomieszczenie było z dziesięć razy większe od kwatery Hana, mieszczącej się piętro wyżej. W gablotach i na

półkach wyeksponowano tu dzieła sztuki z całej galaktyki. Rzeźby z kilkunastu światów, obrazy i antyki stały wśród
zabytkowych, bogato zdobionych okazów broni. Na ścianach wisiały gobeliny. Rzadkiej urody kobierce pokrywały
podłogę, chronione polem siłowym, które chrzęściło pod nogami Hana.

Kolekcję piszczałek i innych instrumentów muzycznych ozdabiały kamienie półszlachetne. Butelki najrzadszych

trunków wisiały w pozłacanych koszykach.

Hana dosłownie swędziały palce przez ten czas, jaki zajęło mu przemierzenie pokoju. Gdyby mnie tu zostawili

samego na pięć minut, byłbym ustawiony do końca życia, pomyślał tęsknie, zatrzymując się, by obejrzeć drreelba,
wyciosanego  z  jednej  bryły  żywolodu.  Maleńka  statuetka  była  pokryta  kurzem,  który  poruszył  się  pod  wpływem
oddechu Hana. Kurz wzbił się w powietrze, a pilot kichnął jak z moździerza.

Zakurzone czy nie, to miejsce jest warte nie jedną fortunę, ale kilka, pomyślał. Gdybym tylko...
Po chwili jednak Han zganił surowo sam siebie. Przypomniał sobie, że przecież zaczął nowe życie jako uczciwy,

ciężko pracujący obywatel.

Veratil  wprowadził  ich  przez  kolejne  zabezpieczone  kodem  drzwi  do  mieszkania  Arcykapłana.  Przy  wejściu

spotkał  ich  wiekowy  kamerdyner,  Cysjanin,  do  którego  Teroenza  zwracał  się  imieniem  Ganar  Tos.  Cysjanin  był
humanoidem,  miał  jednak  pomarszczoną,  zielonkawą  skórę,  zwisającą  w  wiotkich  fałdach  jak  wole  pod  cofniętą
linią podbródka. Miał też załzawione, pomarańczowe oczy i nieustannie pociągał nosem, jak przy zapaleniu zatok.
To pewnie uczulenie na kurz, pomyślał Han.

background image

Arcykapłan przywołał gestem Hana i Muuurgha i zaprosił ich, by usiedli.
- Jak to dobrze, że przyszliście, pilocie Draygo - zwrócił się do Hana. - Dostałem wiadomości z Kolonii Drugiej

i Trzeciej, że twoje umiejętności pilotażu są bez zarzutu. Zgodnie z zaleceniem robota medycznego, nasz drugi pilot,
Jalus  Nebl,  jest  od  dziś  na  bezterminowym  urlopie  zdrowotnym.  Zajmiesz  więc  jego  miejsce  w  czasie  lotów
międzygwiezdnych.

Han kiwnął głową na znak zgody, starając się nie okazywać podniecenia.
- Doskonale. Dolecę wszędzie na czas. Kiedy mam zacząć?
- Pojutrze - odpowiedział Teroenza. - Muuurgh będzie ci oczywiście towarzyszył.
- Jaki ma być ładunek i port przeznaczenia? - zapytał Han.
-  Spotkasz  się  ze  statkiem  z  Nal  Hutta  w  miejscu,  którego  współrzędne  otrzymasz  w  ostatniej  chwili  przed

odlotem. Jestem pewien, że rozumiesz, jak ważne są tu kwestie bezpieczeństwa. Wiesz, że mieliśmy w przeszłości
kłopoty przez piratów. -Teroenza przerwał na chwilę, sięgając po bezwładne zwierzątko, podane mu na tacy przez
kamerdynera. Włożył je do ust i połknął.

- Czy przeszkoliłeś Muuurgha, żeby mógł obsługiwać działo, pilocie?
- Eee... nie, jeszcze nie...
- Zajmij się tym. Dobry pilot musi być przygotowany na wszelkie ewentualności, prawda?
- Jak najbardziej, proszę pana - odpowiedział Han. - Zajmę się tym. A... jaki będzie ładunek?
- Zabierzesz stąd ładunek przetworzonej karsuny, a z powrotem surowy ryli wysłany z Ryloth.
- Ale statek, z którym mamy się spotkać, będzie z Nal Hutta?
- Tak. - Teroenza wyraźnie nie zamierzał rozwodzić się na ten temat, więc Han nie drążył tematu, postanawiając

tylko, że będzie miał oczy i uszy otwarte. Wyczuwał, że Arcykapłan nie powiedział mu wszystkiego, ale nie bardzo
miał prawo domagać się ujawnienia wszystkich szczegółów transakcji.

Teroenza  usadowił  się  wygodniej  na  potężnych  pośladkach,  wskazując  wątłymi  ramionkami  na  portal,  przez

który Han i Muuurgh weszli do pokoju.

- Podobała się wam moja kolekcja?
- Czy się podobała? - Han mógł pozwolić sobie na niekłamany zachwyt. - Jest wspaniała! Nigdy nie widziałem

tylu skarbów zgromadzonych w jednym miejscu, chyba że w muzeum!

-  Mój  gatunek  jest  długowieczny,  podobnie  jak  nasi  kuzyni,  Huttowie  -  powiedział  Teroenza.  -  Zbieram  te

eksponaty od setek standardowych lat, dłużej niż możesz sobie wyobrazić, będąc tak młodym, pilocie.

- Chciałbym kiedyś obejrzeć dokładniej tę kolekcję - rozmarzył się Han.
- Żałuję, że mój zbiór nie jest odpowiednio wyeksponowany - powiedział z żalem Teroenza. - Ganar Tos, choć

jest  wyśmienitym  kucharzem  i  niezrównanym  służącym,  nie  ma  odpowiedniego  wyszkolenia,  by  zająć  się
eksponatami,  nie  mówiąc  już  o  ich  skatalogowaniu  i  właściwym  urządzeniu  ekspozycji.  Ja  sam  zaś  jestem  zbyt
zapracowany, by pozwolić sobie na ten luksus. - Teroenza dał znać gestem, że audiencja skończona. -To wszystko.
Zobaczymy się po waszym powrocie, pilocie.

- Tak jest. - Han wstał i kiwnął ręką na Muuurgha. Wyszli z pokoju, eskortowani przez Veratila.
Po wyjściu z budynku hierarcha poszedł załatwiać swoje sprawy, zostawiając ich samym sobie. Han spojrzał na

zegarek, a potem na zniżające się słońce.

- Wieczorem zaczniemy twoje przeszkolenie z obsługi działa - powiedział do Togorianina. - Na razie uważam,

że zasłużyliśmy na chwilę odpoczynku. Pora jest jak najbardziej odpowiednia, żeby odwiedzić refektarz, w którym
jedzą pielgrzymi. Chodźmy.

-  Dlacego?  -  zapytał  Muuurgh.  -  Pilot  nie  chce  jedzenie  pielgzyma.  Pilot  i  Muuurgh  jeść  w  mesie...  dobre

jedzenie, nie odpadki.

Han potrząsnął głową i skręcił na ścieżkę prowadzącą przez dżunglę w kierunku budynków zajmowanych przez

pielgrzymów.

-  Nie  chcę  wcale  z  nimi  jeść,  staruszku  -  wyjaśnił.  -  Chcę  tylko  porozmawiać  z  kilkoma  z  nich.  Pomyślałem

sobie, że w czasie kolacji, kiedy są zebrani wszyscy razem, łatwiej będzie mi znaleźć... tych pielgrzymów.

- Tych pielgzymów? - powtórzył Muuurgh. - To znacy których?
-No... hmm... właściwie to... - zaczął Han, ale przerwał i skrzywił się. - Chodzi mi o jedną osobę - przyznał. -

Numer 921, ta dziewczyna, z którą rozmawiałem w przetwórni. Chciałbym zobaczyć, jak naprawdę wygląda.

Muuurgh pokiwał głową.
- Tak... Muuurgh doskonale rozumie, co Pilot chce.
Han  poczuł,  że  twarz  oblewa  mu  rumieniec.  Był  zadowolony,  że  Togorianin  nie  orientował  się  w  ludzkiej

mimice na tyle, żeby rozpoznać w tym oznakę zakłopotania.

- Wiesz, Muuurgh, staruszku - powiedział, z rozmysłem zmieniając temat - jak na kogoś, kto mówi wspólnym

dopiero od roku, radzisz sobie całkiem nieźle. Jest jednak taka część mowy, którą nie bardzo umiesz się posługiwać.

background image

Nazywa się zaimek. Nigdy nie myślałem, że będę się pewnego dnia bawił w nauczyciela języków, ale widzisz, to
jest tak...

Szli dalej ścieżką, a Han pracowicie wyjaśniał Muuurghowi reguły gramatyczne rządzące użyciem zaimków.
Kiedy znaleźli się w refektarzu, zaczęli przechadzać się wzdłuż stołów. Han obserwował twarze pielgrzymów,

zastanawiając  się,  czy  rozpozna  dziewczynę  bez  gogli  i  w  normalnym  świetle.  Na  włosach  miała  przecież  wtedy
czapkę, nie wiedział więc nawet, czy są jasne, czy ciemne.

Ruszył szybciej. Zdawał sobie sprawę, że posiłek dobiega końca, a tymczasem on ciągle nie znalazł numeru 921.

Może  wcale  jej  tu  nie  było?  Może  jadła  podczas  innej  zmiany,  tak  jak  część  pielgrzymów?  Sądził  jednak,  że
większość humanoidów jadła właśnie podczas tej zmiany...

Jest! To ona, zdecydował Han. Nie miał pojęcia, skąd wie, że to właśnie ona... ale był tego tak pewien, jakby

dziewczyna miała wypisane na czole wielkie „921".

Widziana w normalnym świetle okazała się wysoka i szczupła, wręcz wychudzona. Kości policzkowe sterczały,

jakby  miały  za  chwilę  przebić  skórę,  a  oczy  w  pociągłej,  bladej  twarzy  wydawały  się  jeszcze  większe  niż  były  w
istocie.

Wychudzona  czy  nie,  była  jednak  po  prostu  urocza.  Jak  na  klasyczną  piękność  miała  nieco  zbyt  szeroką  i

kwadratową szczękę i nos odrobinę za długi. Ale urocza... o, tak!

Pątniczka  921  miała  duże,  niebieskozielone  oczy,  długie  ciemne  rzęsy  i  mlecznobiałą,  gładką  skórę.  Spod

pielgrzymiej  czapki  wymknęło  się  kilka  pasemek  krótkich,  kręconych  włosów;  jak  zauważył  Han,  miały  barwę
rudozłotą- koloru koreliańskiego słońca w pogodny dzień.

W  refektarzu  zwykle  panowała  cisza.  Pielgrzymi  nie  rozmawiali  zbyt  wiele  -  wyczerpani  całodzienną  pracą,

niecierpliwie oczekiwali na Uniesienie. Najczęściej jednak jadali zgromadzeni w grupki.

Pątniczka 921 siedziała sama.
Dziewczyna niezdecydowanie dziobała widelcem jedzenie, a jeden rzut oka na nieapetyczną kupkę gęstej kaszy,

zwiędłe jarzyny i czerstwy podpłomyk wystarczył, żeby Han stwierdził, że nie może jej za to winić. Zapach jedzenia
też  nie  był  zachęcający  -posiłek  cuchnął  stęchlizną.  Han  mocno  zmarszczył  nos  i  odsunął  krzesło  naprzeciwko
dziewczyny. Usiadł, na pół świadomy obecności Muuurgha, który obserwował go, oparty o ścianę.

Pątniczka  921  (musi  mi  powiedzieć,  jak  ma  na  imię,  postanowił  Han)  uniosła  głowę,  a  jej  turkusowe  oczy

rozszerzyły się ze zdumienia, gdy go rozpoznała. Pochlebiało mu to, uśmiechnął się więc szeroko.

- Cześć! Znowu się spotykamy!
Popatrzyła na niego, ale zaraz spuściła głowę, wbijając wzrok w talerz. Han pochylił się w jej kierunku.
- Co dziś na obiad? Muszę przyznać, że nie wygląda zbyt apetycznie. Ale nie najesz się, wiercąc w tym tylko

dziurę widelcem!

Potrząsnęła głową.
- Proszę... odejdź. - Jej głos był niewiele głośniejszy od szeptu. - Nie powinnam z tobą rozmawiać. Nie należysz

do Jedynego.

- Ależ należę! - odparł Han. - Jestem tylko trochę bardziej Jedyny" w swoim rodzaju.
Pątniczka 921 uśmiechnęła się leciutko. Han zapragnął sprawić, żeby uśmiechnęła się naprawdę.
- Nie wiesz, co mówisz, pilocie Draygo - powiedziała miękko. - Obawiam się, że to dość oczywiste.
- W takim razie powiedz mi, o co chodzi w waszej religii -zaproponował Han. - Mam otwarty umysł. Może uda

ci się mnie nawrócić. - Uśmiechnął się szczęśliwy, że udało mu się ją odnaleźć i wciągnąć w pogawędkę.

Pątniczka 921 potrząsnęła głową.
- Obawiam się, że jesteś zbyt sceptyczny, by się nawrócić, pilocie - powiedziała.
Han sięgnął przez stół i wziął ją za rękę - tę samą, którą zraniła tamtego dnia w przetwórni.
-  Mam  na  imię  Vykk  -  powiedział,  zwalczając  szalony  impuls,  by  powiedzieć  jej,  jak  naprawdę  się  nazywa.

Udało mu się to z trudem. - Jak twoja ręka? Goi się?

Kiedy jej dotknął, w pierwszej chwili zesztywniała, ale słysząc pytanie wyraźnie się rozluźniła.
- Tak - potwierdziła to, co sam widział. - Trzeba po prostu jeszcze trochę czasu.
-  Chyba  ciężko  pracować  tam  na  dole,  po  ciemku  i  w  chłodzie,  przez  cały  dzień  -  powiedział  Han.  -  Nie

wolałabyś robić czegoś trochę... łatwiejszego?

- Na przykład co? - zapytała.
- Czy ja wiem? - odpowiedział. - A w czym jesteś dobra? Co studiowałaś?
-  Kiedyś  chciałam  być  kustoszem  w  muzeum  -  powiedziała.  W  jej  głosie  zabrzmiała  nutka  żalu.  -  Chciałam

studiować archeologię. Znam się trochę na tym.

- Ale zamiast studiować przyjechałaś tutaj, tak? - domyślił się Han.
- Tak - odpowiedziała dziewczyna. - Życie na tej planecie jest przepojone duchowością. Moje dawne życie było

puste i pozbawione celu.

background image

Han zawahał się.
-  Ale  skąd  wiesz,  że  doktryna,  której  tu  nauczają,  to  właśnie  ta  prawdziwa?  Jest  tyle  różnych  religii  w

galaktyce...

Odpowiedziała po dłuższym namyśle.
-  Bo  kiedy  zostajemy  Uniesieni,  czuję  bliskość  Jedynego.  To  mistyczna  chwila.  Czuję  się  zjednoczona  z

Wszechogarniającą Całością. Jestem pewna, że nasi kapłani muszą być boskimi wybrańcami, bo jak inaczej mogliby
sprawić, że wierni doświadczają Uniesienia?

- Hmm... - zastanowił się głośno Han. - Może też powinienem spróbować - dodał, obiecując w duchu: „Po moim

trupie". Starannie ukrył jednak przed dziewczyną prawdziwe uczucia.

-  Może  powinieneś  -  odpowiedziała.  -  Pora  udać  się  do  Ołtarza  Obietnic.  Może  też  doświadczysz

błogosławieństwa Uniesienia.

- Nigdy nic nie wiadomo - westchnął Han. - Mogę cię tam odprowadzić?
Uśmiechnęła się lekko, spuszczając wzrok.
- Dobrze.
Poszli  razem,  ramię  przy  ramieniu,  ścieżką  przez  dżunglę,  wśród  innych  pielgrzymów,  z  Muuurghem

depczącym  im  po  piętach.  Han  zagadywał  dziewczynę,  ale  szła  w  milczeniu.  Kiedy  doszli  do  Ołtarza,  Han  nie
wycofał się, jak poprzednio, ale został obok dziewczyny w grupie wiernych.

- Nie powinieneś tu stać - szepnęła. - Od razu widać, że nie jesteś pielgrzymem.
- Jeśli ktoś będzie protestował, powiedz mu, że jestem kandydatem na pielgrzyma - podsunął Han lekkim tonem,

ale dziewczyna pozostała poważna. Skrzywiła się tylko i odwróciła od niego, koncentrując się na obrządku.

Teroenza i pozostali kapłani zafundowali swoim wiernym identyczny rytuał jak ten, w którym Han uczestniczył

wcześniej. Tym razem bez trudu oparł się efektom Uniesienia -przez cały czas zachował jasny, niezmącony umysł.
Obserwował pątniczkę 921, jej napiętą twarz i nie mógł się nadziwić, że dziewczyna daje się nabrać na takie bajdy.
Przecież  widać,  że  jest  inteligentna,  myślał.  Czy  naprawdę  nie  widzi,  że  cokolwiek  robią  ci  kapłani,  to  nie  żaden
boski dar, tylko jakaś sztuczka?

Han z przykrością patrzył, jak dziewczyna pada na ziemię, by otrzymać Uniesienie; przykucnął przy niej, gdy

wpadła w konwulsje. Że też ich serca to wytrzymują, pomyślał. Kiedy Uniesienie dobiegło końca, a kapłani odeszli,
pomógł jej usiąść. Słabo, ale się uśmiechnęła.

-  Dobrze  się  czujesz?  -  zapytał  zaniepokojony.  Uniesienie,  niezależnie  od  wszelkich  innych  efektów

fizjologicznych  czy  emocjonalnych,  pozostawiało  pielgrzymów  całkowicie  wyczerpanych.  -  Nie  wyglądasz
najlepiej.

- Nic mi nie jest - wyszeptała. Jeszcze drżała, ale spróbowała wstać. Han pospieszył z pomocą, podtrzymując ją.
- Dziękuję - powiedziała. Oddech nadal jej się rwał. - Za chwilę dojdę do siebie.
-  Odprowadzę  cię  do  dormitoriów  -  zaproponował.  -  Tak  na  wszelki  wypadek.  Wyglądasz  na  trochę

roztrzęsioną.

Nie oponowała, kiedy wziął ją za ramię, prowadząc z powrotem ścieżką przez dżunglę. Zapadła już noc, a Ilezja

nie  miała  żadnego  księżyca.  Han  ledwie  mógł  dostrzec  ścieżkę,  dziewczyna  jednak  wyciągnęła  z  kieszeni  gogle  i
założyła. Teraz ona prowadziła, ale Han nadal trzymał ją pod ramię.

- Tęsknisz czasem za Korelią? - zapytał.
- Nie - powiedziała, ale czuł, że to kłamstwo. - A ty?
-  Nie  tęsknię  za  ludźmi,  ale  za  samą  planetą  bardzo  -  odpowiedział  szczerze.  -  Korelia  jest  piękna.  Zawsze

chciałem zobaczyć ocean, ale nigdy mi się nie udało. Byłaś kiedyś nad morzem?

- Tak... - powiedziała powoli, jakby jego pytanie obudziło wspomnienia, o których wolałaby nie pamiętać.
- Masz tam rodzinę?
- Tak... - zawahała się, ale dodała: - Przynajmniej tak mi się wydaje. Nie miałam z nimi kontaktu od ponad roku.
- Od czasu, kiedy tu jesteś? - zapytał Han.
- Tak.
Szli  dalej  w  milczeniu  przez  gorącą,  parną  ciemność.  Han  był  świadom  dotyku  jej  ramienia,  schowanego  pod

luźnym rękawem tuniki. Ciało miała żałośnie chude, mimo to zdawało się ono ciepłe, miękkie i bardzo kobiece.

- I co, chcesz tu zostać na zawsze? - zapytał Han, mijając w ciemności bezładną grupkę pielgrzymów. - Czy to

tylko na trochę?

- Na trochę? - Ledwie odróżniał jasną plamę jej twarzy, przeciętą ciemną linią gogli, gdy zwróciła twarz w jego

stronę. - Jak można robić coś takiego na trochę? Chcę służyć Jedynemu, być częścią Wszechogarniającej Całości...
na zawsze.

- Aha - mruknął Han. - Hmm... a co ze sprawami takimi jak... miłość, podróże, a może rodzina i dzieci?
- Porzucamy ten rodzaj zobowiązań, kiedy stajemy się częścią Wszechogarniającej Jedności - powiedziała, ale

background image

wyczuł w jej głosie nutę żalu.

- Szkoda - powiedział.
Zaczęło  nagle  padać.  Han  poczuł,  jak  pątniczka  921  zadrżała  mimo  upału.  Wyciągnął  z  kieszeni  pelerynę

przeciwdeszczową i rozciągnął nad ich głowami. Szli obok siebie, skuleni, dotykając się bokami. Han przypomniał
sobie  o  Muuurghu,  który  podążał  za  nimi  w  dyskretnej  odległości.  Biedaczysko,  pomyślał.  Nie  znosi  być
przemoczony.

Podniósł głos, żeby dziewczyna usłyszała go mimo pluskania deszczu.
-  Posłuchaj,  nie  mogę  cały  czas  mówić  do  ciebie  „pątniczko  921".  Jeśli  mamy  być  przyjaciółmi,  musisz  mi

powiedzieć, jak masz na imię.

-A kto powiedział, że będziemy przyjaciółmi? - zapytała.
- Po prostu to wiem - odpowiedział. Uśmiechnął się szeroko, wiedząc, że w goglach dziewczyna to zauważy. -

Nie sposób mi się oprzeć, kiedy postanowię kogoś oczarować.

- Ależ z ciebie zarozumialec! - odpowiedziała, na pół zirytowana, na pół rozbawiona. - Chwalipięta, zuchwalec i

impertynent!  Jesteś  po  prostu  nieznośny...  -  przerwała,  śmiejąc  się  cicho.  Han  uświadomił  sobie,  że  pierwszy  raz
słyszy jej śmiech.

-  Och,  mów  dalej,  proszę!  -  zachęcił  ją  kpiąco  i  też  się  roześmiał.  -  Uwielbiam,  kiedy  kobiety  prawią  mi

komplementy. To mi dodaje skrzydeł! - Był zachwycony, widząc ją tak ożywioną.

-  Jestem  zmęczona  -  powiedziała,  a  jej  dobry  humor  rozwiał  się  w  jednej  chwili  jak  poranna  mgła.  -  A  oto  i

dormitoria. Dziękuję, że mnie odprowadziłeś... pilocie Draygo.

Z okien dormitorium sączyło się słabe światło, więc Han rozmyślnie zatrzymał się na krawędzi jasnej plamy, tak

by mógł widzieć dziewczynę, ale żeby sami pozostali niewidoczni.

- Nie „pilocie" - przypomniał jej - Tylko Vykk.
Spróbowała odsunąć się od niego, ale przytrzymał ją za ramię uważając, żeby uścisk był delikatny. Chciał tylko,

żeby dziewczyna pozostała blisko.

- Vykk, dobrze?
- Niech będzie... Vykk - odpowiedziała. - A teraz, proszę... puść mnie. I... nie wracaj. Proszę.
- Dlaczego? - Han poczuł się zraniony.
- Bo... nie jesteś dla mnie odpowiedni. Dla mojej duchowej jaźni.
Uśmiechnął się.
- Przyznaj, że po prostu ci się podobam.
- Wcale mi się nie podobasz.
- Ależ tak, podobam ci się. Powiedz prawdę. - Podszedł krok bliżej, patrząc w dół na jej twarz. Była wysoka,

tylko  o  pół  głowy  niższa  od  niego.  Han  delikatnie  zdjął  gogle,  zasłaniające  jej  oczy;  pogładził  ją  przy  tym  po
policzku.

-  No,  już...  -  powiedział  miękko.  -  Tak  jest  dużo  lepiej.  To  grzech...  ciężki  grzech  zasłaniać  taką  twarz,  takie

oczy...

-Ty... bluźnisz! - powiedziała bez tchu, ale nie odsunęła się.
- Nic podobnego - potrząsnął głową. - Powiedz, jak ci na imię.
Potrząsnęła głową. Walczyła ze sobą, patrząc na niego udręczonym wzrokiem.
- Vykk... ja nie mogę...
-  Niech  ci  będzie  -  powiedział  Han,  stwierdzając  w  duchu,  że  może  poczekać.  -  Ale  spotkamy  się  znowu,

dobrze?

Wahała  się  okropnie  długo.  Han  złapał  się  na  tym,  że  wstrzymuje  oddech.  W  końcu  pochyliła  głowę  i

powiedziała cicho „tak", odsuwając się od niego. Tym razem ją puścił.

Pątniczka 921 pobiegła w stronę dormitorium, nie oglądając się za siebie.
Han  pochylił  się  do  przodu  w  fotelu  pilota,  spoglądając  na  liczby  przepływające  po  ekranie  komputera

nawigacyjnego.

- Gotowi do wyjścia z nadprzestrzeni, w punkcie spotkania - powiedział głośno. - Trzy... dwa... jeden...
Pociągnął dźwignię i nagle gwiazdy wokół „Ilezjańskiego Snu" rozciągnęły się w smugi światła, zbiegające się

w jednym  punkcie  - tam,  gdzie  statek miał  wyskoczyć  z  nadprzestrzeni. Silniki  zaryczały,  przycichły i  raptem  -  z
nagłością, do której trzeba się było przyzwyczaić - znaleźli się z powrotem w normalnej przestrzeni.

- Idealnie tam gdzie trzeba, Muuurgh. - oznajmił Han z triumfem. - Radzę sobie bez pudła z tymi skokami, co

nie?

- Nie mówi się „co nie" - poprawił go Togorianin. - Ja cytat ksiąska, która Pilot dał Muuurgh... - przerwał - eee..

dał mi, i wiem, ze nie mówi się „co nie" we wspólnym.

- Przypomnij mi, żebym cię kiedyś nauczył przypadków -mruknął Han. - Ale czy nie należy mi się pochwała, że

background image

sprowadziłem nas na miejsce o czasie i zgodnie ze współrzędnymi?

- Dużo lepiej niz pierwsy raz - przyznał Muuurgh, mając na myśli ich pierwszą podróż międzysystemową trzy

tygodnie  temu.  Han  popełnił  wtedy  drobny  błąd  przy  programowaniu  wektora  wyjścia  w  komputerze
nawigacyjnym,  wskutek  czego  wyłonili  się  z  nadprzestrzeni  jakieś  trzy  parseki  od  miejsca,  gdzie  powinni  byli
wyskoczyć.

Han musiał wtedy wykonać dodatkowy mikroskok, by sprowadzić „Ilezjański Sen" na właściwą pozycję.
- No nie! - zaprotestował Han. - Wtedy był mój pierwszy raz. Zresztą to nie moja wina. Po prostu ekran jest taki

stary, że ósemka wyglądała jak szóstka!

- Pilot poprawił się od tamten cas - przyznał Muuurgh. -Drugi i tseci raz były w poządku.
-  No  pewnie!  -  mruknął  Han.  -  Jestem  świetnym  pilotem,  Muuurgh...  naprawdę.  Założę  się,  że  już  teraz

mógłbym zdać egzaminy do Imperialnej Akademii. Parę miesięcy praktyki i będę nie do pobicia.

- Muuurgh będzie tęsknić... - Togorianin zawahał się. - Ja będę tęsknić - poprawił się. - Za Pilot, kiedy odjedzie.
- Ja też będę za tobą tęsknić, stary - powiedział Han szczerze. - Ale nie martw się, możemy przecież...
„Ilezjański Sen" szarpnął się gwałtownie, a głośne „Bum!" przetoczyło się echem po kadłubie.
- Co u licha... - Han wcisnął parę przycisków, włączając kamery z tyłu statku. - Muuurgh, coś w nas uderzyło!
- Asteroida? - zasugerował Togorianin.
Bum!
-  Nie!  -  krzyknął  Han,  patrząc  z  niedowierzaniem  na  ekrany.  -  Dwa  statki!  To  muszą  być  piraci!  Biegnij  do

wieżyczki strzelniczej!

Wpatrując się w ekran zobaczył, że statek z ich prawej burty odpala kolejny pocisk.
- Przypnij się!
Muuurgh,  który  właśnie  odpiął  pasy  i  wstał  z  fotela,  by  przejść  do  wieżyczki  strzelniczej,  zaskowyczał,  gdy

kolejny strzał uderzył w poszycie, posyłając go z powrotem na fotel z miażdżącą siłą.

Klnąc  pod  nosem  Han  przechylił  statek  na  lewą  burtę.  Kim  byli  ci  ludzie?  Piraci  zwykle  oddawali  parę

ostrzegawczych strzałów i żądali, by statek się poddał. Ich celem było zrabowanie ładunku, przejęcie dowództwa i
zachowanie  załogi  przy  życiu,  by  mogli  sprzedać  później  jej  członków  jako  niewolników.  Zniszczenie  lub
uszkodzenie statku i zabicie załogi było czystą rozrzutnością.

- Muuurgh! Padnij! Rozbiją nas na atomy! Straciliśmy tarcze!
Zanim  Togorianin  wygrzebał  się  z  siedzenia  pierwszego  oficera  i  wyskoczył  z  kabiny,  dwa  kolejne  strzały

wstrząsnęły „Ilezjańskim Snem".

Celują w silniki hipernapędu! - pomyślał Han. Chcą nas unieruchomić!
Rzucił  siew  desperacki  korkociąg.  W  ostatniej  chwili  szarpnął  statkiem  w  bok,  z  trudem  unikając  kolejnego

strzału. Mało brakowało, a odstrzeliłby mu rdzeń mocy produkcji auadrańskiej.

Przyspieszył  gwałtownie,  starając  się  zwiększyć  dystans  dzielący  go  od  piratów  na  tyle,  by  móc  zawrócić  i

samemu  zaatakować.  Nie  miał  przesadnego  zaufania  do  umiejętności  strzeleckich  Muuurgha.  Choć  Togorianin
opanował arkana obsługi działa, nigdy tak naprawdę nie trafił do prawdziwego - a co dopiero ruchomego - celu.

W dzikim pędzie, wyciskając ze statku ile się da, Han włączył kanał komunikacyjny. Musiał kogoś zawiadomić

o  tym,  co  się  z  nimi  działo,  na  wypadek,  gdyby  statek  został  unieruchomiony,  a  Han  z  Muuurghem  musieli  się
ewakuować w kapsule ratunkowej.

- Ilezja, odezwij się! Wzywam Kolonię Pierwszą! Zostaliśmy zaatakowani, powtarzam, zostaliśmy zaatakowani!

Dwa statki wyskoczyły na nas, kiedy wyszliśmy z nadprzestrzeni! - Głos Hana łamał się od napięcia. - To nie moja
wina, naprawdę! Ścigają nas! Staram się im wymknąć! Pilot Draygo, bez odbioru!

Han rzucił okiem na ekrany z odczytami z czujników, zobaczył, że dostatecznie się oddalili od prześladowców -

którym ciągle jeszcze nie miał okazji się przyjrzeć - i poleciał spiralą w dół, pod brzuchami nadlatujących statków.
Kiedy śmignęły mu nad głową, poderwał „Sen" do góry ciasnym skrętem.

- Muuurgh! Teraz!!! - krzyknął do interkomu.
Togorianin ryknął i w odpowiedzi na rozkaz bluznął ogniem - niestety zupełnie niecelnie. Jeden z piratów już

zawracał, już strzelał...

Buch!!!
„Ilezjański Sen" zatrząsł się gwałtownie, przyjmując potężny strzał. Żołądek podskoczył Hanowi do gardła, gdy

usłyszał przejmujące wycie z wieżyczki strzelniczej.

- Muuurgh? Trafili cię? - krzyknął, ale nie dostał odpowiedzi.
Szybki rzut oka na instrumenty pokładowe powiedział mu, że nastąpiła niewielka utrata ciśnienia, ale systemy

statku automatycznie zaplombowały wyciek.

-  Dobra,  palanty...  -  mruknął  do  siebie  Han,  przygotowując  do  odpalenia  arakidańskie  pociski  udarowe.

Wycelował w piracki statek lecący najbliżej niego. - Chcecie mały prezent?

background image

„Ilezjański  Sen"  szarpnął  gwałtownie,  gdy  pociski  wystrzeliły.  Han  skrzywił  się,  widząc  że  napastnik  zdołał

zrobić  unik  dosłownie  w  ostatniej  chwili.  Spróbował  jeszcze  raz...  gdyby  tylko  pirat  zbliżył  się  do  jego  prawej
burty...

-Dobrze! - mruknął przez zaciśnięte zęby, gdy przewidziawszy kolejny unik pirata, posłał pocisk idealnie za jego

ogonem. - Mam cię!

Sekundę  później  jaskrawy,  białożółty  rozbłysk  zamienił  się  w  oszałamiająco  piękną  kulę  ognia.  Han  musiał

odwrócić  wzrok,  a  kiedy  spojrzał  znowu  przed  siebie,  zobaczył  drugiego  pirata,  jak  na  pełnym  ciągu  zmyka  w
przeciwnym kierunku.

- Nic z tego, bratku! - warknął Han. - Ciebie też dopadnę... - Gwałtownym ruchem pchnął dźwignię, wycelował i

wystrzelił.

Pocisk  udarowy  mknął  za  celem,  ale  nagle  piracki  statek  zniknął  w  rozbłysku  wiązki  promieni  świetlnych,

bezpieczny  w  nadprzestrzeni.  Han  zaklął  pod  nosem,  przełączył  nawigację  na  autopilota  i  pobiegł  w  kierunku
wieżyczki strzelniczej. Co się stało z Muuurghem?

Kilka  sekund  później  zobaczył  szczątki  działa  z  wielką  plombą  masy  uszczelniającej,  którą  automatyczne

systemy  statku  pokryły  dziurę  wypaloną  przez  strzał,  żeby  zapobiec  ucieczce  powietrza  z  wnętrza  statku.  W
pomieszczeniu  czuło  się  mocną  woń  ozonu,  a  wypalone  bruzdy  znaczyły  miejsca,  gdzie  trafił  promień  energii
wystrzelony przez napastników.

Muuurgh,  nadal  przypięty  do  ruchomego  fotela  strzelniczego,  tkwił  w  nim  bezwładny  i  nieprzytomny.  Nie

poruszył się, gdy Han rozpiął pasy i z wysiłkiem zataszczył go po drabinie do kabiny pilota.

Togorianin oddychał, ale tuż nad jego prawym uchem przez całą głowę biegła głęboka, wypalona rana. Han nie

poprzestał  na  obejrzeniu  jej,  ale  przeczesał  palcami  czarne  futro  towarzysza,  wyczuwając  za  uchem  wielki,
puchnący  guz.  Togorianin  musiał  dostać  paskudny  strzał  w  głowę.  Han  nie  był  pewien,  co  robić  -  znał  zasady
pierwszej  pomocy  dla  ludzi  i  kilku  innych  obcych  ras,  ale  pobratymcy  Muuurgha  nie  zaliczali  się  do
najliczniejszych populacji w galaktyce.

Muszę  go  dostarczyć  do  jakiegoś  centrum  medycznego,  pomyślał,  okrywając  nieprzytomnego  Togorianina

kocem i podchodząc do komputera nawigacyjnego. Gdzie stąd najbliżej?

Przestudiowawszy gwiezdne mapy, Han dźgnął palcem w jeden z punkcików.
- Dobra! - szepnął. - Polecimy tu. - Spojrzał na Togorianina. - Trzymaj się, Muuurgh!
Zaprogramował statek na krótki skok nadprzestrzenny, ale zanim zatwierdził komendę, poszedł do maszynowni

sprawdzić  silniki.  Skrzywił  się,  czując  świdrujący  swąd  spalonych  przewodów.  Chyba  powinienem  użyć
zapasowego modułu hipernapędu, pomyślał.

Napęd zapasowy był jednak bardzo powolny, a on nie miał pojęcia, jak poważny jest stan Muuurgha. Postanowił

zaryzykować, wykorzystując główne silniki. Wstrzymał oddech, włączając hipernapęd. Statek jakby się zawahał, a
jęk przeciążonych silników sprawił, że Han oblał się potem.

„Ilezjański Sen" wzdrygnął się, szarpnął, ale po chwili gwiazdy rozjechały się w smugi światła: skoczyli.
Niedługo potem Han wyprowadził statek z nadprzestrzeni, dziękując gwiazdom, że „Ilezjański Sen" przetrzymał

skoki. Silniki nadświetlne zdecydowanie wymagały naprawy...

Skierował  statek  w  stronę  systemu  słonecznego,  który  wcześniej  wybrał,  na  jego  jedyną  zamieszkałą  planetę.

Chociaż był ciągle dość daleko, włączył autopilota, a sam poszedł sprawdzić pojemnik z błyszczostymem. Wiedział,
że  planeta,  na  której  zamierzał  wylądować,  miała  sprawne  służby  celne,  szczególnie  wyczulone  na  przemyt,  więc
otworzył  skrytkę,  którą  kapłani  kazali  zbudować  w  ładowni,  i  wyjął  z  niej  skrzynki  doreeniańskiego  piżma,  które
miało służyć za oficjalny towar. Stękając z wysiłku wytaszczył ciężkie pojemniki esencji zapachowej ze schowka i
umieścił w ładowni. Następnie włożył znacznie mniejszy pojemnik z fiolkami błyszczostymu do skrytki i zamknął
ją,  upewniając  się,  że  zamek  dobrze  się  zatrzasnął.  Ktoś,  kto  nie  wiedział  o  skrytce,  nigdy  by  się  nie  domyślił  jej
istnienia, a klapa została zaprojektowana w taki sposób, by była odporna na skanowanie.

Kiedy  Han  dotarł  z  powrotem  do  kabiny  pilota,  planeta  w  iluminatorach  rosła  coraz  bardziej.  Zbliżając  się  do

niej  Han  zauważył,  że  jest  piękna  -  błękitna,  biała  i  piaskowa  na  czarnym  tle  kosmicznej  nocy.  Nurkując  w  jej
atmosferę Han przypomniał sobie nagle, że wyłączył kanał komunikacyjny, kiedy zakończył nadawanie wiadomości
na  Ilezję.  Lepiej  go  włączę,  pomyślał.  Trzeba  będzie  połączyć  się  z  władzami  kosmoportu  i  poprosić  o  zgodę  na
lądowanie.  Spojrzał  na  Muuurgha,  który  nadal  nie  dawał  znaku  życiu.  No  i  załatwić  transport  do  najbliższego
szpitala...

Kiedy  włączył  moduł  łączności,  na  ekranie  pojawił  się  wizerunek  sympatycznego  mężczyzny  z  małą

ciemnowłosą dziewczynką na kolanach. Han zdziwił się, ale po chwili zrozumiał, że wiadomość została wcześniej
nagrana i pojawia się na ekranach wszystkich statków wchodzących do systemu.

Głos w tle przedstawił mężczyznę.
- Jego Wysokość Bail Prestor Organa, wicekról i pierwszy przewodniczący.

background image

Człowiek na ekranie uśmiechnął się.
-Witajcie. W imieniu własnym i mojego ludu witam was na planecie Alderaan.
 

background image

ROZDZIAŁ 6. ALDERAAN I Z POWROTEM

 
Han od niechcenia słuchał mężczyzny -jakiegoś króla, tak chyba powiedzieli - który ciągnął dalej:
-  Jak  wielu  naszych  gości  zapewne  już  wie,  Alderaan  jest  pokojową  planetą,  która  wystrzega  się  broni  i  jej

używania. Prosimy, byście goszcząc u nas uszanowali nasze tradycje i prawa, deponując broń w kapitanacie na czas
pobytu  na  naszej  planecie.  Przekonacie  się,  że  Alderaan  ma  wiele  do  zaoferowania.  Przestępczość  niemal  tu  nie
występuje...

Akurat! - pomyślał Han. Może się założymy?...
-...  podobnie  jak  zanieczyszczenie  środowiska.  Nasze  jeziora  są  czyste,  powietrze  nie  zatrute,  a  ludzie

szczęśliwi. Serdecznie zapraszamy do odwiedzenia naszych wspaniałych muzeów. Nie zapomnijcie też przyjrzeć się
słynnym  pejzażom  traw,  gdy  będziecie  nad  nimi  przelatywać  podchodząc  do  lądowania.  Nasi  architekci  pejzażu
trawy  należą  do  najznakomitszych  w  galaktyce.  Witamy  gości  na  naszej  pięknej  planecie,  mając  nadzieję,  że
przybywacie w pokoju i będziecie przestrzegać...

Mrucząc  pod  nosem  niewybredne  obelgi  Han  pochylił  się  i  wyłączył  głos,  pokazując  figę  niememu  obrazowi.

Cała planeta pełna uczciwych obywateli? - pomyślał. Uwierzę, jak zobaczę...

Kilka  chwil  później  nagranie  się  skończyło,  zastąpione  przez  obraz  na  żywo  pokazujący  kontrolera  ruchu  z

władz portu. Han ponownie włączył dźwięk.

- Kapitan Draygo na frachtowcu „Ilezjański Sen" - zameldował. - Proszę o pozwolenie na lądowanie. Zostałem

zaatakowany  przez  piratów,  mój  statek  jest  uszkodzony,  mam  rannego  na  pokładzie.  Czy  możecie  zorganizować
karetkę, żeby podjechała natychmiast, jak wyląduję?

- Oczywiście, kapitanie Draygo. Przydzielam ci priorytetowy wektor podejścia. Wylądujesz w doku cztery dwa

dwa. Leć za naszym sygnałem naprowadzającym. W doku będzie czekał robot medyczny i transport.

- Dziękuję.
Wektor  podejścia  rzeczywiście  prowadził  nad  pejzażami  traw  i  chociaż  Han  nie  był  nastawiony  na  oglądanie

widoków, nie mógł powstrzymać podziwu. Ogromna, smagana wiatrem równina pokryta była rozciągającymi się na
przestrzeni  wielu  kilometrów  połaciami  trawy,  wśród  której  kolorowe  plamy  dzikich  kwiatów  tworzyły
abstrakcyjny, intrygujący wzór.

Sprytna sztuczka, pomyślał Han. Ciekawe, po co to robią? Przecież takiego dzieła sztuki nikt nie kupi...
Aldera,  stolica  Alderaanu,  usytuowana  była  na  wyspie  pośrodku  jeziora.  Jezioro  powstało  w  kraterze  po

uderzeniu  meteorytu,  wypełnionym  przez  lata  wodą  z  podziemnych  źródeł.  Pozostałości  wielkiego,  stosunkowo
młodego  pod  względem  geologicznym  wulkanu  otaczały  jezioro  łańcuchem  niskich,  poszarpanych  wzgórz,  o
zboczach porośniętych zielenią pól i lasów. Lodowatobłękitna woda jeziora iskrzyła się w promieniach porannego
słońca.

Kosmoport  znajdował  się  na  najdalszym  krańcu  wyspy,  więc  wektor  podejścia  prowadził  Hana  nisko  ponad

miastem.  Po  kilku  minutach  „Ilezjański  Sen"  podchodził  do  lądowania,  którego  precyzji  mogliby  Hanowi
pozazdrościć  najlepsi  piloci.  Han  tak  się  wyćwiczył  lądując  w  burzliwej  atmosferze  Ilezji,  z  jej  potężnymi
sztormami i podstępnymi zawirowaniami powietrza, że posadzenie statku na normalnej planecie wydawało mu się
dziecinnie proste.

Zgodnie z obietnicą kontrolera ruchu na płycie lądowiska czekał już zespół medyczny. Han pospiesznie odpiął i

schował blaster Muuurgha, wprowadził robota medycznego z noszami antygrawitacyjnymi i pomógł ułożyć na nich
Togorianina.

- Myślisz, że wydobrzeje? - zapytał robota.
-  Wstępne  badanie  wskazuje,  że  rana,  jaką  otrzymał,  nie  powoduje  zagrożenia  życia  -  odpowiedział  robot.  -

Muszę  jednak  poddać  go  bardziej  szczegółowym  testom.  Przewiduję,  że  pański  towarzysz  będzie  musiał  spędzić
noc w szpitalu.

- W porządku - zgodził się Han.
Muszę  znaleźć  jakiś  sposób,  żeby  zapłacić  za  leczenie  Muuurgha,  pomyślał,  obserwując  jak  nosze  z

Togorianinem znikają we wnętrzu karetki, która szybko rusza i oddala się w kierunku południowym.

Zagadnął przechodzącą obok dziewczynę w ubraniu mechanika:
- Mój statek jest uszkodzony. Czy mogę zamówić ekipę naprawczą?
- Zobaczę, jak to wygląda - odparła. Han wprowadził ją do wieżyczki strzelniczej, a potem do maszynowni, żeby

rzuciła okiem na hipernapęd.

- Każde z uszkodzeń wymaga co najmniej sześciu godzin pracy - oceniła. - Możemy zacząć już dziś.
-  Świetnie  -  ucieszył  się  Han.  Zajmował  się  kiedyś  wprawdzie  drobnymi  usterkami  skoczków  i  śmigaczy,  ale

nigdy nie naprawiał pojazdu rozmiarów frachtowca. Chciał być pewien, że wszystko zostanie zrobione jak należy.

background image

Kiedy  na  pokład  „Ilezjańskiego  Snu"  przybyła  ekipa  remontowa,  Han  zaczął  się  zastanawiać,  co  dalej.

Postanowił skontaktować się z Ilezją. Kapłani musieli zorganizować należność za naprawy i leczenie Muuurgha.

Przeszedł do kabiny pilota, by natychmiast wcielić w życie swój zamiar. Już, już włączał kanał łączności, gdy

nagle zamarł.

Zaraz,  zaraz...  -pomyślał.  Co  ja  właściwie  robię?  Siedzę  tu  z  ładunkiem  błyszczostymu,  najcenniejszej

przyprawy  w  galaktyce,  i  chcę  go  tak  po  prostu  zabrać  z  powrotem  na  Ilezję,  żeby  kapłani  mogli  go  ponownie
sprzedać???

Sprawdził automatyczny zapis podróży i przesłuchał komunikat, który nadał w czasie ataku. Uśmiechnął się do

siebie.

Łatwizna,  pomyślał.  Wystarczy,  żebym  powiedział  kapłanom,  że  piraci  wdarli  się  na  pokład  i  zabrali

błyszczostym.  Muuurgh  był  nieprzytomny,  więc  nie  będzie  miał  pojęcia,  co  naprawdę  się  wydarzyło.  Mogę
sprzedać  przyprawę  tu,  na  Alderaanie,  umieścić  pieniądze  na  koncie  i  przysłać  po  nie  później.  Nikt  się  nigdy  nie
dowie...

Jeśli  jednak  chciał  się  nadal  utrzymać  na  stanowisku  pilota  ilezjańskich  kapłanów,  musiał  działać  szybko.

Zameldował  się  przecież  w  wyznaczonym  punkcie,  w  którym  miał  nastąpić  przeładunek,  a  kapłani  nie  byli  głupi.
Mogą sprawdzić, ile czasu zajmuje podróż z miejsca, gdzie go zaatakowano, na Alderaan. Mógł wygospodarować
najwyżej  kilka  godzin,  wymawiając  się  uszkodzeniami,  które  nie  pozwoliły  mu  lecieć  szybciej,  i  koniecznością
zajęcia się statkiem...

W porządku, zdecydował. - Mam jakieś pięć godzin na pokręcenie się tutaj... nie więcej. Po tym czasie muszę

się zameldować i dać znać, że żyję i że statek jest uszkodzony, a oni muszą zapłacić za naprawy. Jeśli będę zwlekał
za bardzo, zaczną coś podejrzewać...

Wyciągnął z szafki znoszoną kurtkę ze skóry jaszczura, wygładził swój sponiewierany kombinezon i uczesał się.

To  nieprawda,  że  rozczochrany  wyglądam  lepiej,  pomyślał,  przypominając  sobie,  jak  Dewlanna  powtarzała,  że
najładniej mu z włosami nastroszonymi we wszystkich kierunkach, jak u Wookie.

Zakładając kurtkę na szary kombinezon spojrzał z żalem na blaster Muuurgha. Żałował, że nie może go wziąć ze

sobą. Co za głupia planeta, pomyślał. Kto to słyszał, żeby zakazać noszenia broni? Wzdychając potrząsnął głową i
wyszedł, pozostawiając „Ilezjański Sen" w rękach ekipy naprawczej.

Szybko znalazł się w wyjściu z kosmoportu, gdzie złapał wolny wahadłowiec do centrum Aldery. Miasto lśniło

w  słońcu  bielą,  czyste  i  piękne  jak  marzenie.  Wyglądając  przez  okno  wahadłowca  Han  przyglądał  się  białym
kształtom  supernowoczesnych  wieżowców,  kopuł  i  budynków,  rozrzuconych  wśród  tarasów  zieleni.  Wyspa  była
pagórkowata,  a  miejscy  architekci  poddali  się  giętkim  liniom  terenu,  nie  próbując  ich  zniwelować.  W  rezultacie
miasto  miało  urozmaicony  i  przyjemny  dla  oka  wygląd.  Było  piękne  i  nowoczesne,  pozbawione  sztuczności  i
kontrastów.

Z  głośnika  wahadłowca  nagrany  głos  komentował  mijane  po  drodze  budynki  i  miejsca  godne  uwagi.  Han

widział muzea, wielkie galerie handlowe, budynki rządowe i biurowce, a w końcu - gdy dotarli do centrum - ostre
iglice i płaskie kopuły pałacu królewskiego, lśniące w słońcu bielą i złotem. Uśmiechnął się drwiąco, zastanawiając
się,  czy  mała  księżniczka,  którą  widział  na  kolanach  wicekróla,  bawi  się  gdzieś  za  tymi  ścianami,  prowadząc
beztroskie, pańskie życie. Jeszcze trochę i przy odrobinie szczęścia ja też będę bogaty, pomyślał.

Han długo nie wysiadał, pozwalając wahadłowcowi wieźć się przez coraz to inne dzielnice miasta. Opuścili już

centrum z wielkimi gmachami, kierując siew stronę podmiejskich dzielnic mieszkalnych.

Musiał  przyznać,  że  miasto  wyglądało  na  miejsce,  gdzie  żyje  się  przyjemnie.  Mijał  liczne  fontanny,  urocze

placyki i zieleńce, zamożne domy, czyste ulice i dobrze ubranych ludzi.

Nic tu po mnie, doszedł do wniosku. To nie tej dzielnicy szukam... Czas pozwiedzać miasto na własną rękę.
Po wyjściu z wahadłowca Han obszedł centrum, zapoznając się z jego rozkładem. Instynktownie znalazł drogę

do  dzielnicy,  gdzie  domy  były  zdecydowanie  mniejsze  i  gorzej  utrzymane.  Kiedy  w  końcu  zobaczył  okolice
zamieszkiwane ewidentnie przez ludzi o znacznie niższych dochodach, pełne knajp i lombardów, wiedział, że jest na
miejscu.

Rozglądał się wokół przemierzając ulice, szukając osoby o charakterystycznym wyglądzie. W końcu znalazł to,

czego  szukał.  Chłopak  ubrany  w  przykrótkie,  wystrzępione  ubranie,  niezbyt  czysty,  przechadzał  się  po  ulicy,
przyglądając się niby od niechcenia każdemu przechodniowi. Han wiedział, kim jest dziecko, choć nigdy wcześniej
go nie spotkał.

Kieszonkowiec.  Dziesięć  lat  temu  to  on  nim  był.  Wydłużył  krok,  aż  zbliżył  się  do  chłopca.  Tak  jak  się

spodziewał,  mały  przeniósł  ciężar  ciała  i  zmienił  krok  w  taki  sposób,  by  otrzeć  się  o  mijającego  go  Hana.
Spodziewał się również szybkich jak błyskawica palców, i rzeczywiście - kieszenie jego kurtki zostały momentalnie
spenetrowane. Palce pozostały puste; Han trzymał swój identyfikator i pieniądze w zapinanej wewnętrznej kieszeni
kombinezonu.

background image

Przyspieszył kroku, aż wyprzedził chłopaka, a potem nagle obrócił się na pięcie i stanął z nim twarzą w twarz.
- Halo, mały! - powiedział, uśmiechając się życzliwie i pokazując mu jego własny identyfikator i portfel. - Czy

aby czegoś nie zgubiłeś?

Chłopak zbaraniał, ale zaraz doszedł do siebie i wbił w Ha-na płonące spojrzenie czarnych oczu.
Han oparł się swobodnie o sklepową wystawę.
- Powinieneś bardziej uważać na te rzeczy...
Smarkacz  nadął  się  jak  zatruty  mrelf,  po  czym  uraczył  Hana  pełnym  pasji,  szczegółowym  opisem  jego

przodków, przyzwyczajeń i prawdopodobnego końca. Han słuchał cierpliwie, dopóki chłopak nie zaczął się jąkać i
powtarzać. Machnął ręką, dając mu znak, by zamilkł.

- Oddam ci to -powiedział -w zamian zapewne informacje.
Chłopak zerknął na niego spod oka, odrzucając z czoła za długą grzywkę.
- Jakiego rodzaju informacje, ty zarażony pomiocie zboczonego syfilityka?
Han podrzucił w powietrze monetę i złapał bez wysiłku, nawet nie patrząc.
- Uważaj, co mówisz, gnojku! Chcę tylko wiedzieć, gdzie w tym mieście ludzie załatwiają interesy.
- Jakie interesy?
- Wiesz, jakie. Takie, które wolą trzymać w tajemnicy przez władzami. Interesy dotyczące substancji, którymi

nie wolno legalnie handlować.

- Przyprawy? - chłopak zmarszczył brwi. - Jakie?
- Błyszczostym.
Zmarszczył brwi jeszcze bardziej.
- A co to takiego?
Ale  mam  szczęście,  pomyślał  Han.  Chyba  trafiłem  na  jedynego  niedorozwiniętego  kieszonkowca  w  Alderze.

Cudownie!

- Błyszczostym to... - powiedział na głos -... no, to bardzo cenna przyprawa. Jeszcze droższa niż karsuna.
Chłopak potrząsnął głową.
- O tej też nie słyszałem.
No nie! - pomyślał Han. Nie wierzę!
- A co z andrysem? Macie tu andrys? To konserwant, wiesz, zachowuje świeżość i poprawia smak potraw.
Dzieciak pokiwał głową.
- No, tak. Andrys... jasne, że go tu mamy. Drogie świństwo.
- Właśnie - powiedział Han. - Jeśli chcesz kupić andrys, to do kogo idziesz?
- Nie kupuję andrysu, palancie! - odparł chłopak. - A teraz oddawaj mi pieniądze i identyfikator!
- Jeszcze chwileczkę, trochę cierpliwości, mały! - powiedział Han, podnosząc wysoko, poza zasięg chłopca, jego

dokumenty i pieniądze. - No więc dobrze, nie zajmujesz się osobiście kupowaniem andrysu. Ale gdybyś ty albo twoi
kumple chcieli trochę andrysu, to co byście zrobili? Kupili w sklepie? Czy od agencji rządowej?

Wyraz twarzy chłopaka, kiedy kręcił głową, świadczył o tym, że w końcu zrozumiał, o co chodziło Hanowi.
- Nie, gdzie tam! Kupilibyśmy go od Daraka Lylla. W końcu jakieś nazwisko!
- O to mi właśnie chodziło. Darak Lyll. Jak wygląda?
- Wyższy od ciebie. Długie włosy, broda. Brzuchaty.
- Stary czy młody?
- Stary. Ma siwe włosy.
- Gdzie go mogę znaleźć?
- A czyja wyglądam na jego niańkę? - zapytał dzieciak pogardliwie.
Han wziął głęboki oddech.
- Podaj mi po prostu nazwy paru miejsc, gdzie normalnie bywa w ciągu dnia. Nie kłam, bo przysięgam, złożę

skargę, że próbowałeś mnie okraść.

Chłopak  wymienił  nazwy  sześciu  knajp,  twierdząc,  że  wszystkie  znajdują  się  nie  dalej  niż  pięć  minut  drogi

spacerem. Han wyprostował się i klepnął identyfikatorem smarkacza o otwartą dłoń.

-  Następnym  razem  trzymaj  te  rzeczy  pod  ubraniem,  mały  -  powiedział.  -  Tuż  przy  skórze.  -  Poklepał  się  po

kieszeni, w której sam nosił pieniądze i uśmiechnął się przebiegle.

Chłopak prychnął i odszedł, klnąc pod nosem.
Knajpy  na  Alderaan  były  o  wiele  za  czyste  i  zbyt  dobrze  oświetlone,  uznał  Han  jakąś  godzinę  później.

Odwiedził  już  trzy  z  sześciu  i  żadna  nie  wyglądała  na  dostatecznie  zapyziałą,  by  nadawać  się  do  jego  celów.  W
żadnej z nich nie spotkał też Da-raka Lylla.

W  jednym  z  lokali  zauważył  mężczyznę,  który  ukradkiem  podał  coś  drugiemu  za  plecami  i  podobnie

niepostrzeżenie  odebrał  od  tamtego  dysk  kredytowy.  Han  poczekał;  pierwszy  z  mężczyzn  wstał,  żeby  pójść  do

background image

łazienki. Kiedy tamten wyszedł z toalety, Han czekał na niego w ciemnym korytarzyku.

- Chciałbym zamienić z tobą słówko, stary - powiedział.
Dealer, niski człowieczek o ostrych rysach, przypominający ranata, spojrzał na Hana podejrzliwie, ale po chwili

uznał, że nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo.

- Tak? A niby o czym?
- Handlujesz przyprawą? Mężczyzna zawahał się przez chwilę.
- A ile byś chciał?
- Nie, stary. Ja nie kupuję, tylko sprzedaję. Jesteś zainteresowany?
-A co masz?
- Błyszczostym. Sto fiolek.
-  Błyszczostym?  -  mężczyzna  nie  mógł  powstrzymać  okrzyku,  ale  po  chwili  zreflektował  się,  ściszył  głos  i

podszedł o krok bliżej. - Skąd go wytrzasnąłeś, synu?

- Nie jestem twoim synem, a skąd go wziąłem, to nie twój interes. Jesteś zainteresowany?
- Na każdej innej planecie możesz być pewien, że byłbym zainteresowany, ale tu... - Dealer potrząsnął głową. -

Nie.  Nie  ma  kanałów  przeładunkowych.  Musiałbym  spróbować  go  stąd  wywieźć,  a  to  zbyt  ryzykowne.  Zesłaliby
mnie do kopalni na Kessel, żebym kopał to świństwo. Błyszczostym to niebezpieczna zabawa, chyba wiesz... Można
od tego oślepnąć, jeśli się przyjmie za dużo. Wiesz, odbiera rozum.

- Wiem - powiedział Han niecierpliwie. - Dzięki za nic, stary.
Wyszedł z knajpy z kwaśną miną.
W  końcu,  w  piątej  z  odwiedzanych  knajp,  znalazł  Daraka  Lylla.  Rozpoznał  go  na  podstawie  opisu

kieszonkowca. Lyll grał w sabaka, a kiedy zobaczył, że Korelianin stoi i przygląda się grze, kordialnie zamachał na
niego ręką.

- Masz ochotę przyłączyć się na jedno rozdanie?
Han  grywał  już  wcześniej  w  sabaka,  ale  przecież  nie  po  to  tu  przyszedł.  Spojrzał  Darakowi  Lyllowi  prosto  w

oczy i uniósł brew.

- To zależy od tego, jaką stawkę zaproponujesz.
Wyraz twarzy mężczyzny nie zmienił się, gdy od niechcenia spojrzał w sufit.
- A masz coś dobrego do zaoferowania, pilocie?
- Może.
- No cóż, wpisowe to dwadzieścia kredytów. Han potrząsnął głową.
- Zmieniłem zdanie. Wyjdę chyba odetchnąć świeżym powietrzem.
Stał na zewnątrz, opierając się o ścianę, przez jakieś pięć minut. Kiedy usłyszał zbliżające się kroki, powiedział

nie patrząc na nadchodzącego.

- Coś długo to trwało. Pewnie wygrywałeś.
-  Rozdanie  Głupca  -  poinformował  Lyll.  Było  to  stosowane  przez  graczy  w  sabaka  określenie  rozdania  o

najwyższej liczbie punktów. - Dobra, co masz do zaproponowania?

Han odwrócił się, by na niego spojrzeć.
- Błyszczostym. Sto fiolek.
- Fiu! - Darak Lyll gwizdnął z niedowierzania. - Skąd wytrzasnąłeś sto fiolek błyszczostymu?
- Nie twój interes - odparł Han. - Bierzesz? Za dobrą cenę...
-  Chciałbym,  chłopie,  naprawdę  chciałbym  -  powiedział  Lyll  z  głębokim  żalem  w  głosie.  -  Ale  byłbym  głupi,

gdybym to wziął. Tu, na Alderaanie, zupełnie nie ma na to rynku.

Han zaklął po cichu i odwrócił się.
Co ja teraz zrobię? - pomyślał. Nie miał już za wiele czasu. Może powinien złapać interkontynentalny prom do

jakiegoś innego miasta. Może to tylko Aldera była taka przeczyszczona?

Han westchnął. Nie mam czasu, pomyślał. Albo dobiję targu w ciągu godziny, albo...
Na  jego  ramię  opadła  czyjaś  ręka.  Han  potrzebował  całej  swojej  samokontroli,  żeby  nie  krzyknąć  i  nie

podskoczyć,  tak  był  napięty.  Odwrócił  się  i  zobaczył  ciemnoskórego  mężczyznę  w  średnim  wieku,  który  szedł  za
nim.

- Chyba mnie pan pomylił z kim innym - powiedział beznamiętnie.
- Nie sądzę, Vykk - odparł mężczyzna. - Pilot Vykk Draygo z Ilezji, zgadza się?
- I co z tego? - zapytał Han. - Nie znam pana.
-  Marsdem  Latham  -  powiedział  tamten,  machając  mu  przed  oczami  plakietką  z  holoidentyfikatorem.  -

Alderaaniańska służba bezpieczeństwa wewnętrznego.

No, nie...
- Obserwujemy cię, pilocie Draygo, od momentu, kiedy zacząłeś się kręcić po tej okolicy dziś rano. Cieszymy

background image

się,  że  możemy  udzielić  ci  pomocy  jeśli  chodzi  o  naprawę  statku  i  leczenie  twego  towarzysza.  Widziałeś
wiadomość, odtwarzaną po wejściu w zasięg częstotliwości Alderaan?

- Widziałem.
-No  cóż,  należy  ją  potraktować  poważnie.  Nie  chcemy  tu  kłopotów.  -  Mężczyzna  uśmiechnął  się

niespodziewanie, ukazując białe, bardzo równe zęby. - Nie chciałbyś chyba sprawić nam kłopotów, pilocie?

Han z trudem utrzymał niewzruszoną minę.
Wiedzą,  że  próbowałem  dobić  targu,  pomyślał.  Musieli  mnie  obserwować  od  samego  rana.  Przeklął  w  duszy

tajniaka, na głos zaś powiedział:

- Oczywiście, że nie, proszę pana. Jestem prawdziwym pacyfistą.
-  To  samo  powiedziałem  szefowi.  Cieszę  się,  że  moja  opinia  się  potwierdziła.  Miło  się  z  panem  rozmawiało,

kapitanie Draygo. Życzę przyjemnego pobytu na Alderaanie.

Mężczyzna przyspieszył kroku, minął Hana i po chwili znikł mu z oczu.
Han zmusił się, żeby iść takim samym spokojnym krokiem i nie oglądać się za siebie. Czaili się gdzieś tam z

tyłu,  śledząc  każdy  jego  krok.  Gra  była  skończona,  a  on  wyszedł  z  niej  przegrany.  Skrzywił  się  niechętnie  i
potrząsnął głową, czując na poły niechęć, a na poły podziw dla sprawności tutejszych służb operacyjnych. Nie miał
pojęcia, że złapał ogona.

Bez  dwóch  zdań,  rozmowa  była  niezbyt  zawoalowanym  ostrzeżeniem,  żeby  nie  próbował  sprzedać  swojego

ładunku.

Będzie musiał zabrać błyszczostym z powrotem na Ilezję. W okolicy nie było żadnych innych planet, na których

mógłby spróbować szczęścia.

Sprawdził  godzinę  i  stwierdził,  że  najwyższy  czas  zajrzeć  do  Muuurgha,  zanim  skontaktuje  się  z  Ilezją.

Przyspieszył kroku, kierując się ku najbliższemu przystankowi komunikacji miejskiej.

Klinika,  do  której  zabrano  Togorianina,  przylegała  do  terenów  miasteczka  uniwersyteckiego.  Han  wyszedł  z

poduszkowca i stanął, rozglądając się wokół.

Przyjemnie  tu,  pomyślał.  Naprawdę  przyjemnie.  Przez  chwilę  zastanawiał  się,  czy  tak  właśnie  wygląda

Akademia. Doszedł do wniosku, że raczej nie. Akademia to obiekt militarny. Będzie pewnie wyglądać jak baza... ale
to tutaj... naprawdę ma klasę.

Centralny plac zdobiły długie, zielone i niebieskawe trawniki. Grządki z kwiatami tworzyły różnobarwne plamy

wokół ogromnej fontanny pośrodku. W fontannie olbrzymia rzeźba z żywolodu przedstawiała młodą dziewczynę i
chłopaka, stojących naprzeciw siebie z wyciągniętymi w kierunku nieba rękami.

No,  to  musi  być  warte  beczkę  kredytów,  pomyślał  Han,  oglądając  rzeźbę.  Uświadomił  sobie,  że  patrzy  na

bezcenne dzieło sztuki.

To  dopiero  klasa,  stwierdził,  mijając  fontannę  i  kierując  się  w  stronę  szerokich  schodów  z  białego  kamienia,

prowadzących do kliniki.

Robot  informacyjny  przy  biurku  koło  wejścia  poinformował  go,  w  którym  pokoju  został  umieszczony

Togorianin. Han pospieszył wzdłuż korytarza. Zatrzymał się przed drzwiami pokoju Muuurgha, żeby porozmawiać
z robotem medycznym.

- Pański przyjaciel otrzymał poważny cios w czaszkę - wyjaśnił robot. - Humanoid pewnie by nie przeżył. Na

szczęście  Togorianie  mają  bardzo  gęstą  tkankę  kostną,  więc  nie  odniósł  poważnych  obrażeń.  Zastosowaliśmy
kurację przyspieszoną i powinien opuścić szpital już jutro.

- Dzięki - powiedział Han otwierając drzwi i wchodząc do izolatki.
Muuurgh leżał zwinięty w kłębek na dużej, okrągłej platformie. Miniaturowe czujniki rozmieszczone na całym

ciele  Togorianina  przekazywały  informacje  o  jego  stanie.  Kiedy  Han  wszedł  do  środka,  Muuurgh  otworzył
niebieskie oczy i uniósł się na łokciach.

- Pilot!
-  Hej,  jak  się  miewasz,  stary?  -  Han  sam  był  zdziwiony,  że  poczuł  tak  wielką  ulgę,  gdy  zobaczył  Togorianina

przytomnego i ożywionego. - Dobrze cię tu traktują?

- Pilot tutaj?... - Muuurgh wyglądał na niepomiernie zdumionego obecnością Hana.
-  Wyglądasz  na  zaskoczonego  moją  obecnością  -  powiedział  Han.  Było  to  bardzo  oględne  sformułowanie.

Muuurgh wyglądał na absolutnie osłupiałego.

- Muuurgh jest... - ogromny futrzak potrząsnął kudłatą głową, oszołomiony. - To znaczy... ja jestem zaskocony.

Myślałem, ze juz nigdy cię nie zobacę.

Han podszedł bliżej.
- Dlaczego? Myślałeś, że po prostu porzucę cię tutaj i zniknę razem z ładunkiem?
- Tak - odpowiedział po prostu Muuurgh.
-  No,  ale  jednak  tu  jestem,  nie?  Gdybym  nas  nie  doholował  tu,  na  Alderaan,  byłbyś  teraz  kawałkiem  padliny.

background image

Lepiej o tym pamiętaj! Masz u mnie dług wdzięczności.

Muuurgh pokiwał głową, nadal nie mogąc uwierzyć własnym oczom.
- Tak, Pilocie... Mam u ciebie dług wdzięcności.
Han skrzywił się i usiadł na brzegu platformy.
- Darujmy sobie tego „pilota". Od dziś mów do mnie Vykk, zgoda?
Muuurgh wyciągnął wielką łapę i położył delikatnie na ramieniu Hana, schowawszy wcześniej pazury.
- Zgoda, Vykk...
Zostawiwszy  Muuurgha  pod  dobrą  opieką  robotów  medycznych,  Han  wrócił  na  statek  i  połączył  się  z  Ilezją.

Teroenzy nie było, więc poprosił o rozmowę z Veratilem. Kiedy rogate, spuchnięte oblicze Ilezjanina pojawiło się
na ekranie, Han zdał mu krótką relację z wypadków, obiecując, że wróci następnego dnia. Veratil ze swojej strony
obiecał opłacić koszty naprawy statku i leczenia Muuurgha.

Pod koniec rozmowy Han poczuł głód, więc sprawdził w kieszeniach ile ma kredytów i udał się do tawerny na

terenie  alderaaniańskiego  uniwersytetu.  Lokalik  mieścił  się  w  zacisznym  podwórku;  wejścia  strzegła  tęczowa
fontanna, zraszająca powietrze deszczem przezroczystych kropli.

Tawerna  była  pełna  młodych  ludzi  -  rozgadanych,  roześmianych,  jedzących  i  pijących.  Han  zawahał  się

skrępowany, ale wrodzona pewność siebie przyszła mu z pomocą. W niczym nie jestem od nich gorszy, pomyślał
buńczucznie, idąc za robotem kelnerem do małego stolika. Mimo zawadiackiej miny młody Korelianin był boleśnie
świadomy,  że  jego  przepocony  kombinezon  i  znoszona  kurtka  odstają  od  fantazyjnych,  modnych  ciuchów
eleganckiej młodzieży, gawędzącej ze śmiechem przy stolikach.

Siadając przy swoim stoliku Han zamówił kufel alderaaniańskiego piwa. Studiując menu zauważył „krajankę z

nerfa i bulw w sosie winnym", reklamowaną jako specjalność zakładu. Danie było dość drogie, ale i tak je zamówił,
wiedząc  z  opowiadań,  że  nerf  uchodzi  za  prawdziwy  przysmak.  Potrawę  podano  mu  na  talerzu  z  podpłomykami,
które  przypomniały  mu  o  pątniczce  921.  Szkoda,  że  jej  tu  nie  ma,  pomyślał.  Miło  byłoby  z  kimś  porozmawiać.
Maczając kawałek podpłomyka w sosie nabrał na widelec kęs mięsa, spróbował i uśmiechnął się. Pycha! - pomyślał.
Od bardzo, bardzo dawna nie miał w ustach nic równie dobrego. Mieszkańcy „Farciarza" bardzo często w trakcie
lotów musieli się zadowalać racjami podróżnymi. Han jadał dobrze tylko wtedy, kiedy uczestniczył w oszustwach
Garrisa Shrike'a. Przypomniał sobie jedno przyjęcie w ogrodzie na Korelii. Żeberka traladona z grilla, w specjalnym
sosie...

Ale  nawet  tamte  żeberka  nie  dorównywały  nerfowi,  uznał  po  chwili.  Zabrał  się  do  pałaszowania  posiłku.  Był

mniej więcej w połowie, gdy ładna blondynka o długich, kręconych włosach i jasnych, niebieskich oczach weszła na
maleńką scenę z mandowiolą w ręku. Usadowiwszy się na stołku zaczęła na niej brzdąkać. Po chwili rozległ się jej
głos, czysty i dźwięczny. Zaczęła śpiewać tradycyjną alderaaniańską balladę.

Tekst był banalny - jeszcze jedna piosenka o dziewczynie, która utraciła kochanka, zwabionego przez kosmiczne

szlaki, a potem czekała i czekała, ale on nigdy nie wrócił do domu. Jednak głos śpiewającej dziewczyny brzmiał tak
czysto i naturalnie, że wypełnił komunały prawdziwym uczuciem i godnością.

Kiedy  śpiewaczka  skończyła,  Han  tak  jak  wszyscy  entuzjastycznie  bił  brawo.  Dziewczyna  zaśpiewała  jeszcze

jedną piosenkę, a potem zeszła ze sceny i podążyła w stronę Hana. Przez chwilę łudził się, że idzie do niego, ale nic
z tego. Usiadła na krześle przy stoliku obok.

Tawerna musiała być bardzo popularnym miejscem, bo stoliki stały bardzo blisko siebie; dziewczyna siedziała

na odległość wyciągniętej ręki od Hana. Jej towarzyszem był pucołowaty młody chłopak, rok albo dwa lata starszy
od  niego.  Pewnie  jej  facet,  pomyślał  Han,  ukradkiem  go  obserwując.  Był  jasnym  szatynem  o  piwnych  oczach.  W
przeciwieństwie  do  dziewczyny,  ubranej  w  prostą  błękitną  sukienkę  do  kostek  i  zwyczajne  sandały,  jej  towarzysz
wystroił się zgodnie z najnowszą modą.

Miał  na  sobie  fioletową  tunikę,  przepasaną  szerokim,  pomarańczowym  pasem,  którego  kolor  gryzł  się  z

czerwienią  długich  do  kolan  butów.  Żółte  rajtuzy  opinały  mu  uda  jak  druga  skóra.  Han  w  swoim  sfatygowanym,
szarym kombinezonie czuł się jak wróbel przy rajskim ptaku.

Kiedy  dziewczyna  odchyliła  głowę  do  tyłu  i  uśmiechnęła  się,  Hanowi  udało  się  napotkać  jej  wzrok.  Zaczął

udawać, że bije brawo, a ona uśmiechnęła się i ukłoniła.

- Byłaś wspaniała! - powiedział.
- Dziękuję! - odpowiedziała. - Pierwszy raz odważyłam się zaśpiewać przed publicznością. - Zarumieniła się, co

tylko dodało jej uroku. Han uśmiechnął się do niej.

Nie miałbym nic przeciwko temu, pomyślał, żeby spędzić z nią wieczór... a nawet całą noc. Na głos natomiast

powiedział:

- W takim razie mam szczęście. Miałem okazję zobaczyć narodziny wielkiej kariery.
- Dzięki! - wyciągnęła dłoń. - Jestem Aryn Dro, a to jest Bornan Thul.
Han  ujął  jej  dłoń,  ale  zamiast  ją  uścisnąć,  pochylił  się,  jakby  dziewczyna  była  koreliańską  arystokratką.  Nie

background image

dotknął ustami dłoni, ale zbliżył je na tyle, że mogła poczuć na skórze ciepło jego oddechu.

- Bardzo mi miło, Aryn - powiedział. - Nazywam się Vykk Draygo.
Puszczając  jej  rękę  i  odwracając  się  do  towarzysza  dziewczyny  Han  zauważył,  że  chłopak  jest  rozdrażniony  i

nawet nie próbuje tego ukryć.

-  Witam  -  odezwał  się  Han.  Nie  bardzo  wiedział,  jak  ma  się  zwracać  do  mężczyzny,  nieświadomy  zasad

towarzyskich obowiązujących na Alderaan.

- Witam - odparł chłodno Thul. - Aryn, byłaś fantastyczna! Może pójdziemy gdzieś, żeby uczcić twój sukces?
Aha, nie cierpi rywali... - pomyślał Han, kryjąc figlarny uśmieszek. On też zauważył błysk w błękitnych oczach

Aryn, kiedy się jej przedstawił.

- Ależ nie mam zamiaru wam przeszkadzać - odezwał się, posyłając pieśniarce najbardziej czarujący ze swoich

uśmiechów. - Po prostu musiałem powiedzieć Aryn, jak bardzo mi się podobał jej występ. Nie zajmę wam więcej
czasu.

Thul wyglądał, jakby miał zamiar powiedzieć: „I bardzo dobrze", ale się nie odważył.
Aryn potrząsnęła głową i uspokajająco położyła rękę na ramieniu Hana.
- Przecież nam nie przeszkadzasz... Vykk. - Obrzuciła wzrokiem jego kombinezon. - Chciałam zapytać, czy tu

studiujesz, ale chyba nie, prawda?

Han pokręcił głową.
- Nie, przyleciałem tu dziś rano tylko na jeden dzień. Czekam, aż naprawią mój statek. Wdałem się w potyczkę z

paroma piratami, którzy go uszkodzili.

Jej wielkie niebieskie oczy rozszerzyły się ze zdumienia jeszcze bardziej.
- Przyleciałeś? Piraci? Jesteś pilotem statków kosmicznych?
Han skromnie wzruszył ramionami.
- Tak się składa. - Boman Thul zaczął się pocić pod kołnierzykiem, jak zauważył Han. Nie podoba mu się, że

jego dziewczyna rozmawia z takim prostakiem jak ja, pomyślał. Ale z niego nadęty bubek! No cóż, bratku...

- Ojej! - Aryn odetchnęła głęboko. - To takie... podniecające! Prawdziwi piraci? Jak to się stało?
Han znowu wzruszył ramionami.
-  Wyskoczyłem  z  nadprzestrzeni,  a  oni  już  na  mnie  czekali.  Byli  szybsi  niż  smród  na  Skeegu.  Przylecieli  we

dwóch.  Jednego  zestrzeliłem,  ale  zdążyli  mi  uszkodzić  hipernapęd.  Wylądowałem  więc  tutaj,  na  Alderaanie,  żeby
wstawić statek do warsztatu.

- Zestrzeliłeś jednego? - zapytał Bornan, unosząc sceptycznie brew. - Ciekawe czym?
- Pociskiem Arakyda, stary - odpowiedział beznamiętnie Han. - Rozwaliłem mu tyłek w drobny mak.
Aryn wzdrygnęła się, trochę z podniecenia, a trochę ze strachu.
- To brzmi... naprawdę przerażająco. Han pociągnął łyk piwa.
- Taką mam pracę - podsumował lakonicznie.
Tego już było za wiele dla Bornana. Poczerwieniał i chwycił Aryn za ramię.
- Kochanie, chodźmy stąd. Zabiorę cię do najlepszej knajpy w mieście. Żegnam... pilocie Draygo.
Dziewczyna wahała się przez dłuższą chwilę.
Mógłbym  mu  ją  odebrać,  pomyślał  Han.  Wiem,  że  mógłbym.  To  by  nieźle  ubodło  tego  burżujskiego  bufona,

gdybym wyszedł stąd z jego dziewczyną u boku...

Przez  chwilę  kusiło  go,  by  to  zrobić,  ale  postanowił  nie  dać  się  ponieść.  Czuł,  że  Aryn  jest  naprawdę  miłą

dziewczyną i nie zasługuje na to, żeby być tylko pionkiem w grze polegającej na utarciu nosa jej pyszałkowatemu
towarzyszowi.  Uświadomił  sobie,  że  jednym  z  powodów,  dla  których  wydawała  mu  się  atrakcyjna,  było  jej
podobieństwo do pątniczki 921, z jej wielkimi oczami i słodkim uśmiechem.

Zresztą,  pomyślał,  tamci  ochroniarze  pewnie  ciągle  depczą  mi  po  piętach.  Nasz  piękniś  Bornan  może  mieć

ochotę wdać się w bójkę, a wtedy może się zrobić gorąco....

Stanął więc w postawie pełnej szacunku i złożył Aryn oficjalny ukłon.
- Bardzo się cieszę, że miałem okazję cię poznać - powiedział. - Baw się dobrze.
-Dziękuję....-  szepnęła,  rzucając  w  jego  stronę  ostatni,  przelotny  uśmiech,  zanim  pozwoliła  Bornanowi

wyprowadzić się z lokalu.

Han usiadł, wracając do jedzenia, które zdążyło już wystygnąć. Ten mały incydent przypomniał mu, jak bardzo

nie cierpi nadętych, bogatych snobów. Spotykał takich wielu, biorąc udział w kantach Garrisa Shrike'a na Korelii, i
tylko świadomość, że większość z nich nie była warta jednego wystrzału z blastera, który rozpyliłby ich na atomy,
pozwalała mu znieść uczestnictwo w tych matactwach.

Zanim  dotarł  na  „Ilezjański  Sen"  i  do  wąskiej  pryczy,  którą  mu  zainstalowano  w  ładowni,  był  już  mocno

podchmielony alderaaniańskim piwem. Po głowie krążyły mu myśli o pątniczce 921, a kiedy to sobie uświadomił,
zaklął  na  głos  w  pustej  ładowni.  Wcale  nie  chciał  o  niej  myśleć.  Nigdy  dotąd  nie  spotkał  dziewczyny,  o  której

background image

myślałby, gdy nie byli razem...

Uświadomienie sobie, że pątniczka 921 tak głęboko zapadła mu w pamięć, poważnie go zaniepokoiło. To tylko

dziewczyna, Solo, powtarzał sobie. Nawet nie wiesz, jak się nazywa. Przestań się roztkliwiać. Zgłupiałeś, czy co?

Rzucił  się  na  pryczę  i  jęknął  głośno,  rozpamiętując  wydarzenia  mijającego  dnia.  Co  za  planeta!  -  myślał

otępiały. Takie tu wszystko świętoszkowate, że nawet nie można opylić transportu pierwszorzędnej przyprawy...

Podróż powrotna na Ilezję przebiegła spokojnie. Han bezbłędnie przeprowadził „Sen' przez burzliwą atmosferę

planety,  niemal  bez  jednego  szarpnięcia.  Nawet  Muuurgh,  którego  jeszcze  bolała  głowa,  nie  mógł  narzekać.
Obserwowanie, analizowanie i omijanie tras potężnych huraganów weszło Hanowi w krew.

Gdy  tylko  statek  dotknął  lądowiska,  komunikator  Hana  obudził  się  do  życia,  wzywając  go  na  spotkanie  z

Teroenzą  zaraz  po  wylądowaniu.  Han  spodziewał  się  tego.  Odesłał  Muuurgha  do  budynku  szpitalnego,  żeby
obejrzano tam jego bolącą głowę, a sam ruszył do budynku administracyjnego.

Tym razem powitał go Ganar Tos. Wprowadził Hana do prywatnego pokoju Arcykapłana, tego samego, co przy

pierwszej  wizycie.  Teroenza  spoczywał  na  cudacznej  leżance  -  ni  to  hamaku,  ni  to  szezlongu,  który  pozwalał
Arcykapłanowi  leżeć  na  masywnych  pośladkach,  odciążając  nogi.  Jego  grube  łydki  podpierał  tapicerowany
podnóżek, który można było przysunąć bliżej lub odsunąć, umożliwiając wdrapanie się na siedzisko.

Kiedy  Arcykapłan  zobaczył  Hana,  na  jego  twarzy  (której  mimikę  Han  nauczył  się  już  trochę  odczytywać)

pojawił się wyraz ostentacyjnej życzliwości.

-  Pilocie  Draygo!  -  huknął  tubalnym  głosem.  -  Słyszałem,  że  zachowałeś  się  jak  bohater!  Twoje  męstwo  i

odwaga są nieocenione, mimo wszystko jednak poleciłem przelać na twoje konto pewną gratyfikację.

Han zamrugał, uśmiechnął się i powiedział:
- Dziękuję.
- Straciliśmy w ciągu ostatnich dwóch i pół roku dwa statki, które nie wróciły z miejsca, gdzie miała nastąpić

wymiana towarów - ciągnął Teroenza. - Jesteś pierwszym pilotem, jaki zdołał zobaczyć naszych prześladowców i
powrócić, by zdać nam relację. Co zauważyłeś?

Han wzruszył ramionami.
-  No  cóż,  wszystko  stało  się  bardzo  szybko,  a  ja  miałem  mało  czasu  na  podziwianie  widoków.  Jestem  jednak

prawie pewien, że statek, który udało mi się zniszczyć, pochodził ze stoczni Dreli. Tak przynajmniej wyglądał. Ten
dziób jak szpikulec i krótka, gruba rufa są dość charakterystyczne.

- Czy kontaktowali się z tobą? Dali ci szansę poddania się, zanim zaatakowali?
-  Nie,  od  razu  zaczęli  strzelać.  Nie  próbowali  zniszczyć  statku,  bo  gdyby  mieli  taki  zamiar,  to  by  mnie  tu  nie

było. Jednak wyraźnie nie byli zainteresowani maszyną, co wydaje się dość dziwne. Większość piratów starałaby się
uszkodzić statek w takim stopniu, by łatwo go przejąć, a później łatwo naprawić, tak żeby mogli go później używać
lub sprzedać. Tamtym facetom chodziło jednak o to, żeby unieruchomić statek, zabijając mnie i Muuurgha.

- W jaki sposób was zaatakowali?
- Od tyłu. Mogli nas przyszpilić, zanim się w ogóle zorientowaliśmy, że tam są. Mieli czas na co najmniej dwa

swobodne  strzały,  a  osłony  „Ilezjańskiego  Snu"  nie  są  znowu  takie  dobre.  -Han  przypomniał  sobie  bitwę  i  wziął
głęboki oddech. - Myślę, że powinniśmy wzmocnić tarcze, proszę pana.

- Rozkażę, by tak się stało, pilocie - zgodził się Teroenza. Monstrualny t'landa Til skrzyżował na piersi drobne

ramionka  i  zmarszczył  wysokie  czoło,  rozważając  słowa  Hana.  -  Ciekawe,  że  zaatakowali  od  razu,  nie  próbując
włączyć promienia ściągającego, żeby was nakłonić do poddania.

- Właśnie... Też się nad tym zastanawiałem.
Han  znał  na  pokładzie  „Farciarza"  paru  przemytników,  którzy  kiedyś  byli  członkami  pirackich  załóg  i  nieraz

słyszał,  jak  przechwalali  się  swoimi  przygodami.  Ślepy  atak  nie  był  typową  piracką  taktyką.  Zazwyczaj
doświadczeni piraci oddają ostrzegawczy strzał, a potem, kiedy załoga się podda, wchodzą na pokład.

- To zabawne, ale wyglądało na to, że chcieli unieruchomić statek, najprawdopodobniej zabić mnie i Muuurgha,

a dopiero potem wejść na pokład, gdy statek będzie niezdolny do lotu.

- Nie próbowali się porozumieć ani nie żądali poddania się?
- Nie - potwierdził Han.
Teroenza w zamyśleniu gładził obwisłe fałdy skóry na podbródku.
- Zupełnie jakby woleli zaryzykować zniszczenie statku, niż nawiązać kontakt z tobą...
- Tak, tak to wyglądało...
- Jak blisko punktu zbornego byliście, kiedy was zaatakowano?
- Wyszliśmy z nadprzestrzeni zaledwie pięć minut wcześniej. Musieli już tam na nas czekać, bez dwóch zdań.

Wiedzieli, że tam będziemy.

- A nie napomknąłeś przypadkiem komuś o swoim kursie albo współrzędnych punktu zbornego?
- Nie, proszę pana. Zgodnie z pana poleceniem, zachowałem całkowitą ciszę na wszystkich częstotliwościach.

background image

Teroenza mruknął coś do siebie, co zabrzmiało jak dudnienie głęboko w piersiach, po czym pokiwał swą rogatą

głową.

- Jeszcze raz gratuluję męstwa. Jak się czuje Muuurgh?
- Wyzdrowieje. Ale mocno oberwał w głowę.
- Będę chciał z nim porozmawiać, kiedy poczuje się lepiej. Dobrze, pilocie, możesz odejść.
Han nie ruszył się.
- Proszę pana... chciałbym prosić o przysługę.
- Tak?
-  Kiedy  przyleciałem  na  Ilezję,  odebrano  mi  blaster.  Chciałbym  go  dostać  z  powrotem.  Jeśli  istnieje

niebezpieczeństwo,  że  piraci  nas  znowu  zaatakują  i  tym  razem  wedrzą  się  na  pokład,  wolałbym  mieć  możliwość
obrony.

Teroenza zastanawiał się przez chwilę, po czym pokiwał głową na znak zgody.
- Rozkażę, by zwrócono ci twoją broń, pilocie. Niewątpliwie dowiodłeś swojej lojalności i zasłużyłeś na nasze

zaufanie działaniami w ciągu trzech ubiegłych dni. - Kiwnął ręką. - Powiedz mi, pilocie Draygo, czy nie przyszło ci
do głowy, by spróbować sprzedać ładunek i powiedzieć nam, że został skradziony przez piratów?

Han potrząsnął głową.
- Nie, proszę pana - odpowiedział żarliwie.
-  Doskonale.  Zaimponowałeś  mi,  pilocie.  -  Szerokie,  pozbawione  warg  usta  Teroenzy  zwinęły  się  w  pełen

aprobaty uśmiech. - Bardzo mi zaimponowałeś.

Han  wyszedł  z  budynku  administracji  dziękując  przestrzeni,  że  odkąd  skończył  siedem  lat,  potrafił

przekonywująco  kłamać.  Szczególnie  dumny  był  z  umiejętności  improwizowania  zmyślonych  odpowiedzi  na
bieżąco.

Skierował kroki w stronę szpitala. Czas zająć się Muuurghiem i sprawdzić, jak się czuje. Poza tym.... najwyższa

pora zapoznać się z Jalusem Neblem, sullustiańskim pilotem na urlopie zdrowotnym.

Han miał do Sullustianina parę pytań...
 

background image

ROZDZIAŁ 7. BRIA

 
Muuurgh leżał zwinięty w kłębek na długiej palecie, której jego rasa zwykła używać jako łóżka. Han podszedł

do Togorianina i usiadł obok niego.

- Jak twoja głowa?
- Moja głowa nadal boli - odpowiedział Muuurgh. - Robot medycny mówi ja musę zostać tu na noc. Aleja mu

mówię nie, nie mogę, bo Vykk może mnie potsebować.

-  Nie,  nie,  ze  mną  wszystko  w  porządku  -  zapewnił  go  Han.  -  Zamierzam  odwiedzić  tego  Sullustianina,  zjeść

obiad, poćwiczyć trochę na symulatorze i na strzelnicy. Potem idę spać. To był wyjątkowo długi dzień.

- Czy Vykk powiedział Teroenzy o piratach?
- Tak, powiedziałem. Będzie chciał z tobą porozmawiać, jak się wyliżesz. I... dobra wiadomość. Teroenza odda

mi mój blaster.

- To dobze - powiedział Muuurgh. - Vykk musi się bronić od piraci.
- To właśnie mu powiedziałem, stary... - Han wstał. - Posłuchaj, będę w następnym pokoju, chcę pogadać z tym

pilotem. Sprawdzę jutro rano co u ciebie słychać, dobrze?

Muuurgh  przeciągnął  się  z  rozkoszą  i  znów  zwinął  na  swojej  palecie.  Wyglądał  teraz  jak  ogromny  czarny

kłębek.

- Dobze, Vykk.
Han przeszedł się korytarzem; w końcu spotkał robota medycznego, którego spytał o pokój Sullustianina.
Doszedłszy do odpowiednich drzwi wcisnął dzwonek, a po chwili usłyszał głos, mówiący po sullustiańsku:
-Proszę wejść!
Han  otworzył  drzwi  i  zatrzymał  się  przed  ścianą  powietrza  o  wymuszonym  obiegu,  zasłaniającą  drzwi  jak

kurtyna.  Przestąpił  próg,  wchodząc  do  pokoju.  Było  tu  chłodno  i  rześko.  Drzwi  zamknęły  się  za  nim  ze  świstem.
Sztuczna atmosfera, uświadomił sobie Han. Trzymają Sullustianina w pomieszczeniu z systemem recyrkulacji, tak
by nie oddychał ilezjańskim powietrzem. Ciekawe dlaczego?

Jalus Nebl siedział przed modułem rozrywkowym, którego ekran wyświetlał właśnie galaktyczne wiadomości.

Han podszedł i wyciągnął dłoń do wielkookiej istoty o opadających na szczęki policzkach.

- Cześć, jestem Vykk Draygo, nowy pilot. Miło mi cię poznać.
Mówił we wspólnym, mając nadzieję, że Sullustianin go zrozumie. Ten jednak kiwnął głową i odezwał się we

własnym, świergotliwym języku.

- Rozumiesz mowę mojego ludu, czy też potrzebny nam będzie tłumacz?
-  Rozumiem  twoją  mowę-  odpowiedział  Han  bardzo  powoli,  ale  po  sullustiańsku  -  ale  mówię  bardzo  słabo.

Rozumieć wspólny ty dobrze?

- Tak - odpowiedział Sullustianin. - Rozumiem wspólny całkiem dobrze.
- Świetnie - stwierdził Han, przechodząc na wspólny. - Pozwolisz, że usiądę?
-  Bardzo  proszę  -  zgodził  się  pilot.  -  Już  od  pewnego  czasu  miałem  ochotę  z  tobą  porozmawiać,  ale  byłem

poważnie chory i, jak widzisz, zamknięty w obrębie tych kilku pokoi, gdzie powietrze jest filtrowane.

Han usiadł na długiej ławie i przyjrzał się Sullustianinowi. Nie widział żadnych zewnętrznych obrażeń.
- To paskudnie, stary. Co się stało? Przepracowanie?
Małe, wilgotne usta obcego wykrzywiły się żałośnie.
-  Zbyt  wiele  misji,  tak.  Zbyt  wiele  burz,  przez  które  trzeba  się  przedrzeć.  Zbyt  wiele  sytuacji  na  krawędzi

katastrofy,  mój  przyjacielu.  Pewnego  dnia  obudziłem  się,  a  moje  ręce  -  wyciągnął  drobne,  delikatne  dłonie,
zakończone  owalnymi  wąskimi  pazurkami  -  moje  ręce  nie  przestawały  drżeć.  Nie  mogłem  dłużej  utrzymać
instrumentów pokładowych mojego statku. - Zasmucona twarz Sullustianina przybrała jeszcze żałośniejszy wyraz.
Han nie zdziwiłby się, gdyby te wielkie, i tak już wilgotne oczy, wypełniły się łzami.

Han  spojrzał  na  dłonie  obcego  i  zauważył,  że  rzeczywiście  trzęsą  się  w  niekontrolowany  sposób.  Poczuł

niepokój, pomieszany ze współczuciem. Biedny facet, pomyślał. To okropne!

- Paskudna sprawa, stary - powiedział. - To co, nerwy ci puściły, tak? O to chodzi?
- Napięcie, tak - zgodził się Sullustianin. - Zbyt wiele misji, zbyt mało wypoczynku, zbyt wiele burz. Ale także...

zbyt wiele ładunków przyprawy. Robot medyczny mówi, że źle reaguję na błyszczostym. Jalus Nebl bardzo chory
od tego.

Han poruszył się niepewnie na ławie.
- Jak to, jesteś uczulony na błyszczostym?
- Tak. Odkryłem to, gdy tylko zacząłem go przewozić. Próbowałem trzymać się z daleka, ale samo powietrze na

tej planecie jest przesiąknięte przyprawą. Nawet zamknięte w tych małych fiolkach, drobiny przyprawy przedostają

background image

się do powietrza. Kiedy Jalus Nebl je wdycha, całymi dniami, tygodniami, miesiącami... bardzo złe skutki. Drżenie
mięśni, zwolniony refleks. Rozstrojony żołądek, utrudnione oddychanie...

- Więc to dlatego zamknęli cię w izolatce z filtrowanym powietrzem - domyślił się Han. - Starają się oczyścić

twój organizm.

-  Właśnie.  Ja  bardzo  chcę  znowu  latać,  przyjacielu  i  kolego  pilocie.  Jesteś  jednym  z  niewielu,  którzy  to

rozumieją, prawda?

Han zastanowił się przez chwilę, jak by się czuł, gdyby miał już więcej nigdy nie latać - przepracowany i zatruty

przyprawą tak, że nie mógłby powstrzymać drżenia rąk - i pokiwał głową.

-  Słuchaj,  stary  -  powiedział  szczerze.  -  Naprawdę  ci  współczuję.  Mam  nadzieję,  że  wkrótce  wydobrzejesz.  -

Zniżył głos, przechodząc na przemytniczą gwarę. - Rozumiesz-li kupiecką mowę, druhu?

Sullustianin przytaknął.
- Nie mówić - powiedział równie cicho - ale rozumieć dobrze-dobrze.
Han spojrzał w sufit. Czy Ilezjanie albo ich strażnicy monitorowali ten pokój? Nie było sposobu, by się o tym

przekonać.  Ale  nie  zdarzyło  mu  się  spotkać  wielu  robotów,  które  potrafiłyby  przetłumaczyć  przemytniczą  gwarę,
stanowiącą mieszankę kilkunastu języków i dialektów bez ustalonej składni. Han pod-głosił wiadomości prawie do
maksimum i powiedział cicho, niemal niedosłyszalnie:

-  Druhu-pilocie,  kiedy  ręce  znów  spokojne,  jeśli  ja  był  ty,  nie  mówić  do  widzenia,  po  prostu  odlecieć  ze  zły

świat przyprawy szybko-szybko. Zrozumiany?

Sullustianin przytaknął.
Han ściszył głos w module rozrywkowym i ciągnął, jakby nic się nie stało.
- Jakiś czas temu zaatakowali nas piraci.
Sullustianin pochylił się do przodu.
- I co się stało?
-  Strzelali  do  mojego  statku,  uszkodzili  silniki  hipernapędu,  ale  udało  mi  się  trafić  jednego  pociskiem  -

powiedział Han, pokazując gestem wielkie „bum". - Musiałem lądować na Alderaanie, żeby dokonać paru napraw.
Byłeś tam kiedyś?

- Przyjemna planeta - skomentował sucho Sullustianin. -Zbyt przyjemna, pod pewnymi względami.
-  Wiem  coś  o  tym!  -  oznajmił  Han  z  emfazą.  -  W  każdym  razie,  kiedy  wróciłem,  Teroenza  zadawał  mi  setki

pytań na temat tych pirackich statków. Chciał wiedzieć, dlaczego nie oddali ostrzegawczych strzałów, dlaczego nie
próbowali  przejąć  dowództwa,  i  tak  dalej.  Odnoszę  wrażenie,  że  ten  atak  to  coś  więcej  niż  tylko  przypadkowy
piracki napad. Czekali na mnie dokładnie tam, gdzie miałem się spotkać z odbiorcą. Skąd mieli współrzędne?

- Rzeczywiście - powiedział Jalus Nebl. - Chyba jest w tym coś więcej, pilocie.
- Proszę... mów mi Vykk. My, piloci, musimy trzymać się razem.
- W takim razie nazywaj mnie Nebl. To nazwa mojego gniazda.
- Dzięki. Jak sądzisz, o co w tym wszystkim chodzi?
-  Chyba  t'landa  Til  się  martwią,  że  te  rzekomo  pirackie  statki  mogą  pochodzić  z  Nal  Hutta.  Że  to  Huttowie,

udający piratów.

Han gwizdnął cicho.
- Na wszystkich sługusów Xendora... to ci dopiero pasztet! Huttowie przeciwko Huttom?
- Nietrudno w to uwierzyć, jeśli się miało cokolwiek do czynienia z Hurtami - powiedział chłodno Nebl. - Wśród

Hurtów  zawiera  się  i  łamie  porozumienia  za  jeden  złamany  kredyt.  Ich  lojalność  topnieje  w  obliczu  możliwości
utraty zysków lub wpływów, nie wiedziałeś o tym?

- Zaczynam rozumieć... - powiedział Han, wiercąc się niespokojnie na ławie i uświadamiając sobie, jak niewiele

brakowało, żeby został rozpylony na kosmiczny pył. - Huttowie na Nal Hutta tworzą różne frakcje, prawda?

- O, tak. Ich rodziny czy klany rosną w siłę i zdobywają fortuny tylko po to, by zaraz paść ofiarą intryg innego

klanu. Nic dziwnego, że spośród wszystkich ras to Huttowie są najbardziej nieufni. Degustator jedzenia u Hutta to
bardzo  krótkoterminowa  posada.  Trudno  jest  otruć  Hutta,  ale  to  nie  powstrzymuje  zabójców  od  próbowania...  i
czasami  im  się  udaje.  A  klany  nie  cofają  się  przed  użyciem  pocisków  rakietowych,  skrytobójców  czy  nawet
piechoty dla osiągnięcia swoich celów.

- Ale to właśnie Huttowie rządzą na Ilezji - zauważył Han.
- Ach! A zatem widziałeś już Zawala?
-  Jeśli  masz  na  myśli  tę  rozdętą  kupę  sadła,  która  kręci  się  tu  na  repulsorowych  saniach,  to  tak.  Nie  miałem

jednak dotychczas przyjemności poznać go osobiście.

- I módl się, by tak pozostało, Vykk. Zawala, podobnie jak większość Huttów, trudno zadowolić. Kapłani mogą

być trudnymi zwierzchnikami, ale w porównaniu z ich władcami Hutta-mi, są łagodni jak dzieci.

- No dobra, to co się właściwie tutaj dzieje, na tej planecie? Mamy Huttów rządzących planetą i ścierających się

background image

z innymi Huttami z Nal Hutta... dlaczego? - Han zastanowił się przez chwilę, po czym sam sobie odpowiedział. -
Oczywiście. Przyprawa.

-  Naturalnie.  Huttowie  i  flanda  Til,  ich  popychadła,  ciągną  z  Ilezji  zyski  na  dwa  sposoby.  Pierwszy  sposób  to

przetwórnie  przyprawy.  Ale  ilezjańscy  Huttowie  muszą  najpierw  kupić  przyprawę  od  innych  klanów,  które
dostarczają surowców. Słyszałeś kiedyś o Jiliaku albo o Jabbie?

- Jabba? - Han zmarszczył czoło. - Jabba Hurt? Chyba obiło mi się o uszy. Czy to nie ten gość, który kontroluje

Nar Shaddaa, księżyc przemytników krążący wokół Nal Hutta?

- Ten sam. Dzieli swój czas pomiędzy pobyt w domu, na Nal Hutta i przeładunek przyprawy, który odbywa się

na małej, prowincjonalnej planecie zwanej Tatooine.

- Tatooine? Nigdy o niej nie słyszałem. Nebl wzruszył ramionami.
- Uwierz mi, nie chciałbyś tam polecieć. To zapadła dziura.
-  Będę  o  tym  pamiętał.  A  zatem  ci  faceci,  Jabba  i  Jiliac,  zdobywają  surową  przyprawę  i  wysyłają  tutaj  do

przetworzenia, tak?

-  Tak.  Ale  ostatnio  chyba  próbują  zwiększyć  zyski,  nasyłając  swoje  statki  udające  piratów,  żeby  przejąć

transporty gotowej przyprawy z Ilezji. W ten sposób Jabba i Jilliac zdobywają przetworzoną przyprawę praktycznie
za darmo, co ich uszczęśliwia.

Han ułożył wargi jak do gwizdnięcia.
- Jak to mówią, kapłani wyhodowali mynocka na własnym łonie...
- Nie inaczej. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że Huttowie byliby zdolni do czegoś takiego.
Han przeczesał włosy palcami i westchnął. To był naprawdę męczący dzień.
-  Tak,  z  tego  co  słyszałem,  Hutt  sprzedałby  własną  babcię...  zakładając,  że  oni  w  ogóle  mają  babcie...  gdyby

mógł na tym zarobić choć jeden kredyt.

- Musisz być bardzo, bardzo ostrożny, młody Vykku. Powiedz Teroenzy, że potrzebujesz mocniejszych tarcz.
- Już to zrobiłem.
- To dobrze. Przydałaby się też zwiększona siła ognia.
- Tak, masz rację. - Han spojrzał Sullustianinowi w oczy. -Nebl, skoro już rozmawiamy tak szczerze, powiedz

mi jedną rzecz. Ta cała religia, którą kapłani wciskają pielgrzymom, to wielka bujda, prawda?

- Tak sądzę, Vykku. Ale nie do końca rozumiem, na czym polega to całe Uniesienie. Jestem niewierzący, więc

nigdy  tego  nie  doświadczyłem,  ale  sądząc  ze  sposobu,  w  jaki  reagują  na  nie  pielgrzymi,  jego  skutki  są  bardziej
wyniszczające niż choćby największa dawka przyprawy.

-  Tak,  nieźle  im  to  daje  po  głowie  -  zgodził  się  Han.  -  Wygląda  na  to,  że  cały  ten  religijny  interes  to  jedno

wielkie oszustwo, dzięki któremu mogą niewiarygodnie tanio przetwarzać przyprawę.

-  Nie  tylko  to,  Vykku.  Pamiętasz  jak  powiedziałem,  że  kapłani  i  Huttowie  ciągną  zyski  z  tych  koloni  na  dwa

sposoby?

- Tak - odpowiedział Han. - Więc jaki jest ten drugi sposób?
-  Niewolnicy  -  powiedział  ponuro  Sullustianin.  -  Wyszkoleni,  posłuszni  niewolnicy.  Ilezjanie  odsyłają

pielgrzymów z przetwórni przyprawy, kiedy zobaczą, że są w pełni przeszkoleni i całkowicie bezwolni. Zabiera się
ich wtedy na inne planety i sprzedaje. Ich miejsce w fabrykach zajmują nowi przybysze.

- A niewolnicy są zbyt zastraszeni i ogłupieni, żeby narzekać albo mówić nowo przybyłym prawdę o tym, co ich

czeka, tak? - zapytał Han.

-  Oczywiście.  A  nawet  jeśli  o  tym  mówią,  to  kto  słucha  niewolników?  Jeśli  zaś  niewolnik  zaczyna  być  zbyt

głośny, to... -Sullustianin zrobił nagły, uniwersalny gest podcinania gardła. -Nietrudno jest uciszyć niewolnika.

Han pomyślał o pątniczce 921. Powiedziała, że jest na Ilezji mniej więcej od roku...
- Jak długo trzymają tu pielgrzymów, zanim wyślą ich jako niewolników? I dokąd ich wysyłają?
-  Zazwyczaj  rok.  Tych  silniejszych  wysyłają  na  Kessel,  do  kopalni  przyprawy.  Nikt  stamtąd  nie  wraca  żywy,

słyszałeś  pewnie.  Garstka  najładniejszych  to  szczęściarze.  Szkoli  się  ich  na  tancerzy  i  tancerki  albo  posyła  do
koszarowych  domów  uciech.  Może  to  i  niegodne  życie,  ale  dużo  łatwiejsze  niż  zdychanie  w  niewoli  w  kopalni
przyprawy.

Nebl obserwował Hana wilgotnymi, lśniącymi oczami.
- Dlaczego o to pytasz? Czy jest jakiś konkretny niewolnik, który wzbudził twoje zainteresowanie?
- No... tak jakby - przyznał Han. - Ta dziewczyna pracuje w przetwórni przyprawy, na najniższym poziomie. Jest

tu prawie od roku.

- Jeśli ci na niej zależy, powinieneś ją stamtąd wyciągnąć, Vykk - powiedział Sullustianin. - Wskaźnik zgonów

wśród robotników przetwórni błyszczostymu jest bardzo wysoki. Przyprawa ich ogłupia, a kiedy grzyby dostaną się
do krwiobiegu... -strzepnął palcami. - Wyciągnij ją stamtąd, Vykk. Jej jedyną nadzieją jest opuszczenie tej planety z
ładunkiem niewolników.

background image

- W roli niewolnicy? - Han poczuł ukłucie strachu, kiedy pomyślał, że mógłby już nigdy nie zobaczyć pątniczki

921. - Mam się cieszyć, ze może uda jej się trafić do jakiegoś koszarowego lupanaru, żeby być zabawką znudzonych
imperialnych szturmowców?

- To dużo lepsze niż męki konania od powolnego zatrucia krwi.
Han myślał szybko. Nie spodobały mu się wnioski, do których doszedł.
-  Słuchaj,  Nebl,  cieszę  się,  że  udało  nam  się  pogadać.  Wpadnę  do  ciebie  jeszcze  kiedyś.  Teraz...  muszę  coś

załatwić.

Sullustianin uprzejmie pokiwał głową.
- Doskonale cię rozumiem, Vykk.
Po  wyjściu  Han  uświadomił  sobie,  że  krótki  ilezjański  dzień  dobiega  końca.  Pielgrzymi  byli  pewnie  teraz  na

wieczornych  obrzędach.  Jeśli  się  pospieszy,  może  uda  mu  się  złapać  pątniczkę  921  i  zamienić  z  nią  parę  słów.
Musiał wymyślić jakiś sposób, żeby wyciągnąć ją z fabryki, ale zarazem zatrzymać na Ilezji.

Mimo  upału  i  lekkiej  mżawki  zaczął  biec  przez  dżunglę  znajomą  ścieżką.  Po  pierwszych  pięciu  minutach

poczuł, że oddech pali mu piersi, ale nie zwalniał. Po prostu musiał zobaczyć twarz dziewczyny, nazywającej siebie
„pątniczką921", i upewnić się, że nadal była na Ilezji.

A  co,  jeśli  już  ją  odesłali?  Nigdy  jej  wtedy  nie  odnajdzie...  nigdy!  Han  poczuł,  że  wpada  w  panikę.  Zaczął

przeklinać  siebie  samego  w  każdym  języku,  jaki  znał.  Co  w  ciebie  wstąpiło,  Solo?  -  zastanawiał  się.  Weź  siew
garść, chłopie! Dobrze ci się układa tu na Ilezji. Na koniec roku będziesz miał piękny stosik kredytów uskładany na
koncie  na  Coruscant.  To  nie  jest  dobry  moment,  żeby  tracić  głowę  z  powodu  jakiejś  zwariowanej  fanatyczki
religijnej. Daj sobie z tym spokój!

Ale ciało i serce nie chciały słuchać głosu rozsądku. Han wydłużył i przyspieszył krok, aż w końcu biegł co sił w

nogach.

Zakręcił  obok  Kwietnych  Błoni  i  o  mało  nie  wpadł  na  pierwsze  rzędy  pielgrzymów,  wracających  po

wieczornym obrządku. Szli bezładnie, potykając się i zataczając, z oczami błyszczącymi narkotyczną ekstazą.

Han  zaczął  przeciskać  się  przez  tłum,  pomagając  sobie  łokciami.  Czuł  się  jak  ryba  płynąca  pod  prąd.  Mrużył

oczy w zapadających ciemnościach, wypatrując znajomej twarzy. Zaglądał pod daszki czapek, szukał i szukał...

Gdzie ona jest?
Coraz  bardziej  zaniepokojony  Han  zaczął  łapać  pielgrzymów  za  ramię  i  domagać  się  odpowiedzi,  czy  nie

widzieli  pątniczki  921.  Większość  z  nich  ignorowała  jego  pytania  lub  patrzyła  bezmyślnie,  z  rozdziawionymi
ustami, ale w końcu jakaś stara Korelianka wskazała kciukiem za siebie. Han odwrócił się i zobaczył 921 w pewnej
odległości za innymi. Poczuł ulgę. Podbiegł do dziewczyny, zziajany i spocony po biegu.

- Cześć! - wysapał, mając nadzieję, że powitanie nie zabrzmiało aż tak głupio, jak mu się wydawało.
Podniosła głowę, przyglądając mu się w ostatnich błyskach światła dnia.
- Cześć - odpowiedziała niepewnie. - Nie było cię.
- Latałem poza system - wyjaśnił Han, biorąc ją za ramię i dostosowując krok do rytmu jej kroków. - Miałem

ładunek do dostarczenia.

-Aha.
- A co u ciebie? - zapytał.
- W porządku - odparła. - Uniesienie było dzisiaj cudowne.
- Aha - przytaknął posępnie. - Nie wątpię.
- Jak ci się udała podróż, Vykk? - zapytała po kilku minutach milczenia. Han ucieszył się, że o to zapytała. Po

raz pierwszy okazała choć odrobinę zaciekawienia nim i jego życiem.

-  Wszystko  dobrze  się  skończyło  -  powiedział  wstępując  ostrożnie  na  zabłoconą  ścieżkę  i  starając  się  nie

zabrudzić butów jeszcze bardziej. Był po kolana ochlapany błotem po biegu. - Ale strzelali do mnie piraci.

- Och, nie! - wyglądała na zaniepokojoną. - Piraci! Mogłeś zostać ranny!
Han uśmiechnął się i wziął ją za rękę.
-  Miło  widzieć,  że  się  przejmujesz.  -  powiedział  z  nutą  dawnej  przechwałki  w  głosie.  Przez  chwilę  myślał,  że

wyrwie rękę, ale pozwoliła mu ją zatrzymać.

Zanim  doszli  do  dormitoriów  zapadły  kompletne  ciemności.  Han  podprowadził  dziewczynę  do  tego  samego

miejsca co poprzednio, w półcieniu między światłem a ciemnością. Zdjął z jej twarzy gogle.

- Co robisz? - zapytała nerwowo.
- Chciałem zobaczyć twoją twarz. Te gogle całkiem zasłaniają twoje oczy. - Uniósł jej dłoń, podniósł do ust. -

Tęskniłem za tobą- powiedział cicho.

- Naprawdę? - Nie umiał poznać, czy ją to ucieszyło, czy rozstroiło. Może i jedno, i drugie.
-  Tak,  myślałem  o  tobie  -  ciągnął  miękko.  Przyszło  mu  do  głowy,  że  po  raz  pierwszy  był  uczciwy  wobec

dziewczyny  mówiąc  o  swoich  uczuciach.  Pierwszy  raz  w  życiu  nie  musiał  udawać.  -  Nie  chciałem  tego  -  dodał

background image

szczerze - ale i tak myślałem. Tobie też trochę na mnie zależy, prawda? Odrobinę...

-  Ja...  ja...  -  zaczęła  się  jąkać.  -  Nie  wiem.  -  Spróbowała  wyrwać  rękę,  ale  Han  nie  puścił.  Zaczaj  całować

pokaleczone,  pokryte  bliznami  palce.  Dotyk  jej  skóry  na  wargach  odurzył  go  mocniej  niż  alderaaniańskie  piwo.
Obsypywał miękkimi, czułymi pocałunkami kostki i czubki palców.

- Przestań... - szepnęła. - Proszę...
-  Dlaczego?  -  zapytał,  odwracając  jej  dłoń,  by  pocałować  nadgarstek.  Upajało  go  bicie  pulsu,  które  wyczuwał

pod wargami. Przycisnął usta do wnętrza dłoni, do pokrywających je nowych i starych blizn. - Nie lubisz tego?

-  Tak...  nie...  nie  wiem!  -  była  na  krawędzi  łez.  Cofnęła  rękę  i  tym  razem  Han  ją  puścił,  ale  podszedł  o  krok

bliżej i złapał ją za rękaw.

- Proszę... -powiedział, trzymając ją wzrokiem równie mocno jak dłonią. - Proszę... nie odchodź. Nie widzisz, że

naprawdę mi na tobie zależy? Że się o ciebie martwię, że o tobie myślę... - Przełknął ślinę przez zaschnięte gardło. -
Cały czas.

Złapała oddech, co zabrzmiało jak szloch.
- Nie chcę, żeby ci na mnie zależało... - powiedziała urywanym głosem. - Bo mnie nie powinno zależeć...
... i - nawet nie powiesz, jak masz na imię - dokończył za nią Han, nie umiejąc ukryć goryczy w głosie.
Stała jak ptak gotowy do lotu, z oczami szeroko otwartymi i pełnymi cierpienia.
-  Mnie  też  na  tobie  zależy  -  szepnęła  w  końcu.  -  Chociaż  nie  powinno.  Powinnam  dbać  tylko  o  Jedynego  i

Wszechogarniającego! Chcesz, żebym złamała moje śluby, Vykk? Jak mogłabym zrezygnować ze wszystkiego, w
co wierzę?

Serce Hana zabiło mocniej, kiedy usłyszał, że nie jest jej obojętny.
- Powiedz, jak masz na imię - nalegał. - Proszę... Spojrzała na niego oczami pełnymi łez i szepnęła:
- Bria. Bria Tharen.
Potem bez słowa uniosła spódnicę długiej sukni i zniknęła w drzwiach dormitorium.
Han stał w ciemnościach, czując, że usta rozciąga mu szeroki uśmiech. Zmęczenie ustąpiło jak ręką odjął. Czuł

się  tak  lekko,  jakby  miał  na  nogach  buty  z  repulsorowym  wspomaganiem.  Odwrócił  się  i  zaczął  oddalać  od
dormitorium, nadal uśmiechnięty. Nawet nie zauważył, że zaczęło padać.

Zależy  jej  na  mnie...  -  myślał,  brnąc  przez  wszechobecne  błoto.  Bria...  śliczne  imię.  Brzmi  jak  muzyka  albo...

czy ja wiem? Bria...

Następnego dnia, po długich godzinach łamania głowy i planowania podczas nieprzespanej nocy, Han ruszył na

poszukiwanie Teroenzy. Znalazł Arcykapłana i Veratila wypoczywających na błotnistych równinach rozciągających
się  w  odległości  mniej  więcej  kilometra  od  brzegu  płytkiego  oceanu  Ilezji.  Obaj  kapłani  pławili  się  w  ciepłym,
czerwonym błocie. Od czasu do czasu przewracali się z boku na bok i tarzali, by oblepić błotem te partie ciała, które
zdążyły już wyschnąć.

Dwóch Gamorreańczyków, stojących na straży, przyglądało im się z niekłamaną zazdrością. Han podszedł bliżej

glinianki i skrzywił się niemiłosiernie, kiedy poczuł zapach błota.

Fu! Śmierdzi jak tygodniowe truchło! - pomyślał.
Stanął na brzegu, niebezpiecznie balansując, i machaniem rękami usiłował przyciągnąć uwagę Teroenzy.
- Eee... Proszę pana... moglibyśmy zamienić dwa słowa?
Arcykapłan był w dobrym humorze, zapewne za sprawą relaksującej błotnej kąpieli. Skinął wątłą ręką.
- Nasz bohaterski pilot! Prosimy, prosimy do nas!
Ja  miałbym  wleźć  do  tej  gnojówki?  Z  własnej  woli?  -  pomyślał  Han,  powstrzymując  grymas  obrzydzenia.

Rozumiał jednak, że flanda Til zrobili mu ogromny zaszczyt. Westchnął.

Kiedy  Teroenza  skinął  znowu,  Han  uśmiechnął  się  i  przyjaźnie  pomachał  ręką  w  odpowiedzi.  Odpiął  pas

pozwalając,  by  niedawno  odzyskany  blaster  wraz  z  kaburą  zsunął  się  na  ziemię.  Zrzucił  buty,  rozpiął  i  zdjął
kombinezon,  pozostając  w  samych  bokserkach.  Ostrożnie  umieścił  odpiętą  od  pasa  sakiewkę  na  samym  wierzchu
stosu odzieży, otworem w stronę glinianki.

Potem, próbując przybrać wyraz twarzy choćby trochę przypominający uśmiech, wszedł do glinianki. Czerwone

błocko okleiło mu się wokół nóg i w pierwszej chwili Han wpadł w panikę, wyobrażając sobie, jak pogrąża się cały,
wciągnięty przez bagno. Okazało się jednak, że pod warstwą grząskiego mułu znajduje się twardy grunt. Machając z
uśmiechem do t'landa Til Han brnął przez błoto, aż zanurzył się w nim po uda.

- Czy to nie cudowne? - zapytał Veratil, nabierając na dłoń hojną porcję błota i ochlapując nim plecy Hana. - Nic

w całej galaktyce nie może się równać z dobrą kąpielą błotną!

Han żarliwie przytaknął.
- Tak! To wspaniałe!
- Proponuję, żebyś się poturlał - ryknął Teroenza. -Nic tak nie odświeża po trudach codziennego życia. Spróbuj!
- Jasne! - zgodził się Han z przyklejonym do twarzy uśmiechem. - Turlanie się jest na pewno fantastyczne!

background image

Ostrożnie zanurzył się w błocie i chlapiąc na prawo i lewo obtoczył się w śluzowatej, kleistej mazi. Humoru nie

poprawił  mu  widok  długich,  białych  robaków,  zamieszkujących  czerwoną  breję.  Przyjął,  że  nie  są  mięsożerne,  w
przeciwnym przypadku kapłani nie byliby tacy rozluźnieni.

Bria, maleńka, mam nadzieję, że to docenisz... - pomyślał, kończąc obrót. Usiadł, pokryty teraz równo po szyję

warstwą obrzydliwego błota.

- Cudownie! - powiedział głośno. - To takie ...pluskające! Co za rozkoszny chlupot.
- A więc, pilocie Draygo... o czym chciałeś ze mną porozmawiać? - zapytał Teroenza, leniwie zanurzając się w

błotnistej mazi.

- Cóż, myślę, że znalazłem rozwiązanie pańskiego problemu. To znaczy problemu pańskich zbiorów.
Wielki łeb Teroenzy okręcił się na niemal nieistniejącej szyi.
- Doprawdy? Jak?
-Zaprzyjaźniłem  się  zjedna  z  waszych  wiernych,  młodą  pątniczką  z  mojej  rodzinnej  planety.  Zanim  tu

przyleciała,  studiowała  muzealnictwo  i  mnóstwo  wie  o  tym,  jak  zajmować  się  cennymi  przedmiotami:  antykami,
kolekcjami i tak dalej. Założę się, że umiałaby odpowiednio skatalogować eksponaty z pańskiej kolekcji i w ogóle
zadbać o nie jak należy.

Teroenza słuchał uważnie. Wreszcie usiadł, rozchlapując wokół strugi błota.
-  Nie  miałem  pojęcia,  że  wśród  naszych  pielgrzymów  są  osoby  dysponujące  takimi  umiejętnościami.  Może

istotnie porozmawiam z tą pątniczką. Jakie ma oznaczenie?

- Numer 921, proszę pana.
- A gdzie pracuje?
- W fabryce błyszczostymu, proszę pana.
- Od jak dawna jest na Ilezji?
- Niecały rok.
Teroenza odwrócił się do Veratila i dwaj kapłani zaczęli rozmawiać ze sobą we własnym języku.
Muszę  koniecznie  nauczyć  się  ich  mowy,  zdecydował  Han.  Niedawno  znalazł  program  językowy  do  nauki

podstaw  huttańskiego  i  studiował  go  już  ód  miesiąca.  Nie  udało  mu  się  jednak  namierzyć  żadnego  słownika  ani
programu do nauki języka flanda Til. Wytężył słuch, mając nadzieję, że uda mu się rozszyfrować, o czym mówią
kapłani, ale mowa flanda Til różniła się widocznie od huttańskiego na tyle, że nic nie mógł zrozumieć.

Zwracając się do Hana, Veratil zapytał:
- Czy ta pątniczka 921... czy twoim zdaniem jest atrakcyjna - jak na gusta twojego gatunku? Czy ty na przykład

uznałbyś ją za pociągającą jako potencjalną partnerkę seksualną?

Głęboko w błocie Han zacisnął kciuki.
- 921? Oj, nie, proszę pana... właściwie to... szczerze mówiąc... gdybym miał dziewczynę z tak pospolitą twarzą,

kazałbym  jej  chodzić  tyłem!  -  Słysząc  słowa  Hana,  obaj  kapłani  ryknęli  śmiechem  i  zaczęli  klepać  się  po  klatce
piersiowej,  co  widocznie  było  u  przedstawicieli  ich  rasy  przyjętym  sposobem  wyrażania  aplauzu  dla  dowcipnej
puenty.

- Bardzo zabawne, pilocie Draygo - powiedział Teroenza swoim tubalnym głosem. - Naprawdę bystry z ciebie

facet. Zainteresuję się tą młodą kobietą. - Przekręcił się na drugi bok, obryzgując błotem boki zwalistego cielska. -
Aaaach! - westchnął z rozkoszy.

- Słuchaj, Veratil - Han odwrócił się i znalazł twarzą w twarz z hierarchą. - Jest coś, co nie daje mi spokoju. Czy

mógłbym ci zadać jedno pytanie?

- Oczywiście - zgodził się młodszy kapłan.
-  Co  wy  właściwie  robicie  pielgrzymom  co  wieczór  w  czasie  tego  waszego  obrządku?  Co  to  jest  to  całe

Uniesienie? Dostają niezłego odpału!

-  Uniesienie?  -  Veratil  zachichotał,  jeśli  można  tak  nazwać  dźwięk  wydany  niskim,  grzmiącym  głosem.  -  Ten

moment ekstazy, który pielgrzymi uważają za boski dar?

-  Właśnie  -  przytaknął  Han.  -  Nigdy  nie  odczułem  na  sobie  żadnego  efektu  -  przyznał.  Bo  opierałem  się  ze

wszystkich sił,  dodał  w duchu.  Bo  ostatnia rzecz,  jakiej  bym  chciał, to  żeby  jakaś szkarada  drażniła  moje  ośrodki
przyjemności.

- To dlatego, że jesteś osobą o silnym umyśle, pilocie Draygo - wyjaśnił Veratil. - Nasi pielgrzymi przybywają

zaś  na  Ilezję  właśnie  dlatego,  że  są  tego  pozbawieni  i  szukają  kogoś,  kto  ich  poprowadzi.  A  ich  dieta  została
zaprojektowana w taki sposób, by stali się jeszcze bardziej... podatni na wpływy.

Teraz odezwał się Teroenza.
- Uniesienie to efekt zastosowania specyficznej umiejętności, dzięki której samce flanda Til zwabiają ku sobie

partnerki  podczas  okresu  łączenia  się  w  pary.  Potrafimy  mianowicie  emitować  dźwięki  o  częstotliwości,  która
wprowadza umysł samicy w rezonans, pobudzając ośrodki przyjemności w jej mózgu. Te wibracje powstają, kiedy

background image

powietrze przepływa przez rzęski w naszych workach szyjnych. Nasze samice nie mogą się temu oprzeć.

-  Samce  naszej  rasy  mają  też  pewne  umiejętności  w  zakresie  projekcji  empatycznej  niskiego  stopnia.  -  dodał

Veratil. -Koncentrując się na przyjemnych odczuciach, potrafimy je przekazywać tłumowi pielgrzymów. Połączenie
tych dwóch efektów wywołuje Uniesienie, które oglądałeś.

- Sprytna sztuczka! - powiedział Han z podziwem. - Czy to trudne?
- Wcale nie - zaśmiał się Teroenza. - Tak naprawdę trudne w tym wszystkim jest przeprowadzenie pielgrzymów

przez te wszystkie modły i rytuały. Czasami jestem tym tak znudzony, że prawie zasypiam, czekając na swoją kolej.

-  W  zeszłym  roku  jeden  z  kapłanów  naprawdę  zasnął  -  powiedział  Veratil,  parskając  w  sposób,  który  u  jego

gatunku był odpowiednikiem śmiechu. - Palazidar. Zasnął i przewrócił się! Pielgrzymi byli w najwyższym stopniu
niezadowoleni...

Obaj  kapłani  rechotali  jeszcze  przez  chwilę,  rozpamiętując  tę  anegdotkę.  Han  też  się  śmiał,  ale  w  środku  aż

kipiał od gniewu, mając ciągle przed oczami obraz pielgrzymów z trudem powracających po wieczornej ceremonii,
z ogniem wiary i uwielbienia w oczach.

Przy  tych  facetach  oszustwa  Garrisa  Shrike'a  to  małe  piwo,  zdecydował  z  niesmakiem.  Ktoś  powinien  się

rozprawić z tym chciwym robactwem...

Przez chwilę myślał, że to on mógłby być tym kimś. Po chwili przypomniał sobie jednak, że wystawianie głowy

ponad tłum bardzo często kończy się definitywnym jej oddzieleniem od reszty ciała. Więc po co tak się wysilasz dla
Brii? - odezwał się w jego głowie zdradziecki, sarkastyczny głos.

Dlatego, odpowiedział sam sobie, że jej bezpieczeństwo stało i się dla mnie równie ważne jak moje. Nic na to

nie poradzę, po prostu tak jest...

Teraz, kiedy już wiedział to, co chciał wiedzieć, Han zaczął się zastanawiać, jak by tu wdzięcznie (przynajmniej

w sensie metaforycznym) wykręcić się z błota i towarzystwa kapłanów.

Uratowało  go  przybycie  Hutta,  który  sunął  nad  błotnistą  równiną  na  repulsorowych  saniach,  otoczony  grupką

strażników, truchtających obok pojazdu. Sapali ciężko, usiłując dotrzymać kroku swojemu zwierzchnikowi.

- Zawal! - Teroenza powitał swojego pana, wstając z szacunkiem. Han zrobił to samo, chociaż czuł się przy tym

jak głupek.

Pierwszy raz w życiu widział na własne oczy przedstawiciela tej rasy i musiał bardzo się starać, żeby nie gapić

się  natrętnie  na  jego  ogromne,  zwaliste  cielsko,  wielkie  wyłupiaste  oczy,  pomarszczoną,  brązowawą  skórę  i
zielonkawy śluz wyciekający z kącików ust.

A  niech  mnie!  -pomyślał  Han.  Jest  jeszcze  ohydniejszy  niż  Teroenza  i  jego  kumple.  Przypomniał  sobie,  że

cywilizacja  Hurtów  liczy  sobie  prawdopodobnie  więcej  lat  niż  historia  jego  własnego  gatunku  -  mimo  wszystko
jednak nie mógł przemóc odrazy na widok jej przedstawiciela.

A  może  odrzucała  go  świadomość,  że  to  właśnie  Huttowie  wymyślili  ilezjańską  religię  jako  tani  sposób

zniewolenia niewinnych istot rozumnych.

Hutt pochylił się w stronę Teroenzy i powiedział po huttańsku:
- Dostałem wiadomość z domu. Jabba i Jiliac wszystkiemu zaprzeczają, a my nie mamy dowodów. Rada klanu

odmówiła... - Han nie dosłyszał czego. - ...więc jedyny sposób to... - zakończył zdanie określeniem, którego Han nie
umiał przetłumaczyć.

-  Wielka  szkoda  -  odpowiedział  Teroenza,  również  po  huttańsku.  -  A  co  z  moim  zamówieniem  na  dodatkowe

oddziały, uzbrojenie i osłony do naszych statków, ekscelencjo?

- Zatwierdzone - odparł Zawal. - Powinny przybyć na dniach.
- To dobrze.
Teroenza ciągnął dalej we wspólnym:
- Mój panie, chciałbym ci przedstawić dzielnego pilota, Vykka Draygo, który uratował nasz ładunek przyprawy.
Olbrzymi  Hutt  zarechotał,  wydając  z  siebie  dźwięki  tak  niskie  i  głębokie,  że  Han  nie  tylko  je  usłyszał,  ale  i

odczuł ich wibracje całym ciałem.

- Witam cię, pilocie Draygo. Zaskarbiłeś sobie naszą dozgonną wdzięczność.
- Dziękuję panu.
Teroenza zamachał małą rączką.
- Właściwszym zwrotem w tym wypadku byłoby „ekscelencjo", pilocie Draygo.
- Aha, jasne. Dziękuję, ekscelencjo. To dla mnie zaszczyt móc dla pana pracować.
Hutt zachichotał ponownie, mówiąc po huttańsku do Teroenzy:
-  Cóż  za  uprzejmy  i  bystry  kawaler...  jak  na  człowieka.  Czy  dałeś  mu  nagrodę?  Lepiej,  żeby  mu  się  u  nas

podobało.

- Tak jest, ekscelencjo - odpowiedział Teroenza.
Han, rzecz jasna, nie dał po sobie poznać, że zrozumiał cokolwiek z prowadzonej po huttańsku wymiany zdań.

background image

- To dobrze, to dobrze - powiedział Zawal.
Han stał i patrzył, jak Hutt zawraca swoimi repulsorowymi saniami i odjeżdża. Teroenza i Veratil ruszyli ciężko

przez błoto, postękując z wysiłku. Arcykapłan zwrócił się do Hana we wspólnym:

-  Jego  ekscelencja  jest  bardzo  z  ciebie  zadowolony,  pilocie.  Czy  kierownik  przetwórni  zawiadomił  cię,  kiedy

następny transport będzie gotowy do wysyłki?

Han również przedzierał się przez błoto do brzegu.
-  Powiedział,  że  pod  koniec  tygodnia,  proszę  pana.  Do  tego  czasu  będą  dwa  transporty  pielgrzymów  ze  stacji

orbitalnej: jeden jutro i jeden pojutrze.

- Doskonale. Nie chcemy, żeby w zakładach zabrakło rąk do pracy.
Wygramoliwszy  się  na  brzeg,  Han  zebrał  swoje  ubranie  i  skierował  się  na  wschód,  w  stronę  odległego  o

kilometr oceanu.

- Chyba pójdę i spłuczę z siebie błoto - wyjaśnił - zanim z powrotem się ubiorę.
-  Rozumiem  -  powiedział  Veratil.  -  My  używamy  błota  jako  substancji  myjącej,  ale  do  naszej  skóry  nie

przywiera ono tak jak do twojej. Po wyschnięciu wystarczy, że się otrząśniemy -wzdrygnął się, wzbijając tumany
pyłu - i błoto odpada, jak sam widzisz.

- Rzeczywiście - przyznał Han. - Aleja muszę się spłukać wodą.
- Nie wchodź za głęboko do morza, pilocie Draygo -ostrzegł go Teroenza. - W oceanach Ilezji żyje wiele dużych

zwierząt. Głodnych zwierząt.

- Tak jest, proszę pana.
Trzymając ubranie i buty z dala od pokrytego czerwoną mazią ciała, ruszył boso w stroną oceanu. Nie widział

jeszcze morza, bo zasłaniał je rząd piaszczystych wydm, ale czuł w powietrzu zapach ciepłej, słonawej wody.

Kiedy dotarł na brzeg, ostrożnie wszedł do wody na głębokość kolan, a po chwili zanurzył się cały, pozwalając,

by omiotła go potężna fala. Następne fale zmywały z niego ceglaste błoto, aż nie zostało ani odrobiny .

Wyszedł  wtedy  na  piasek,  znalazł  łagodną  łachę  i  wyciągnął  się,  żeby  wyschnąć.  Czuł,  jak  zamglone  słońce

Ilezji osusza ciało i włosy, pozostawiając je sztywne od zaschniętej soli i sterczące we wszystkie strony.

Wszystko jest lepsze niż to błocko, pomyślał sennie.
Już  prawie  zasypiał,  gdy  nagle  wzdrygnął  się;  uświadomił  sobie,  że  o  czymś  zapomniał.  Wstał,  podszedł  do

leżącego  obok  ubrania  i  pogrzebał  w  sakiewce.  Rozglądając  się  ostrożnie  dookoła  wyjął  z  niej  miniaturowe
urządzenie rejestrujące, które wymontował z „Ilezjańskiego Snu". Widząc, że dyktafon nadal pracuje, wyłączył go
zdecydowanym ruchem.

Zadowolony,  że  udało  mu  się  nagrać  całą  wymianę  zdań  z  ilezjańskimi  kapłanami,  wrócił  na  poprzednie

miejsce, położył się na ciepłym piasku i uciął sobie zasłużoną drzemkę.

 

background image

ROZDZIAŁ 8. OBJAWIENIA

 
W  ciągu  następnych  trzech  miesięcy  Han  odbył  wiele  misji  dla  Ilezjan.  Kilka  razy  udało  mu  się  -  przy

współudziale  Muuurgha  -  trochę  nadłożyć  trasy,  dzięki  czemu  on  mógł  szlifować  swoje  umiejętności  pilotażu,  a
Muuurgh  -  obsługi  systemów  uzbrojenia  statku.  Han  ćwiczył  lądowanie  w  różnych  warunkach  -  na  księżycach
pozbawionych atmosfery albo skutych lodem, a nawet na małych asteroidach, niewiele większych od samego statku.
Nauczył się cumować do stacji orbitalnej śluza w śluzę, od pierwszego podejścia.

Skutkiem  potyczki  Hana  z  „piratami"  było  lepsze  wyposażenie  statku  przez  ilezjańskich  Hurtów  w  systemy

uzbrojenia i w mocniejsze tarcze. Nasilono również środki bezpieczeństwa, jeśli chodzi o daty i porty przeznaczenia
wysyłanych  transportów;  nie  stosowało  się  też  przeładunku  w  przestrzeni  kosmicznej.  Zamiast  tego  Han  miał
lądować na określonej planecie i wymieniać ładunek przetworzonej przyprawy na surowce, w jakie akurat obfitował
dany  świat.  Na  obszarach  gęsto  zaludnionych  zagrożenie,  że  odbiorca  wystawi  go  do  wiatru  albo  wciągnie  w
pułapkę, było mniejsze.

Teroenza zapewnił Muuurgha, że Vykk Draygo okazał się pracownikiem godnym zaufania, więc Togorianin nie

czuł się już tak bardzo zobligowany do chodzenia za Hanem krok w krok. Nadal jednak obowiązywała go przysięga,
że będzie chronił młodego pilota. Muuurgh o tym nie zapominał.

Zgodnie z obietnicą Teroenza porozmawiał z Brią. Zlecił jej skatalogowanie swoich zbiorów i pieczę nad nimi.

Han mógł więc ją teraz spotykać codziennie, jeżeli był akurat na Ilezji. Od kiedy zaczęła lepiej jeść - w stołówce dla
pracowników,  a  nie  w  refektarzu  dla  pielgrzymów  -  i  więcej  przebywać  na  świeżym  powietrzu  i  słońcu,  powoli
traciła  chorobliwie  blady  i  mizerny  wygląd.  Jej  oczy  nabrały  blasku,  kroki  -  lekkości,  a  śmiech  znacznie  częściej
rozjaśniał jej twarz.

Polubiła  nową  pracę,  po  części  ze  względu  na  upodobanie  do  antyków,  częściowo  zaś  ze  względu  na  to,  iż

uważała służbę bezpośrednio u Arcykapłana za wielką łaskę. Nadal jednak regularnie chodziła na poranne modły i
wieczorne ceremonie Uniesienia. Han, jeśli był na Ilezji, odprowadzał ją zwykle tam i z powrotem.

Zaproponowano  jej  pokój  w  Centrum  Administracyjnym,  ale  Bria  powiedziała  Teroenzy,  że  woli  zostać  w

dormitoriach  dla  pielgrzymów.  Chodziło  jej  nie  tylko  o  to,  że  chciała  być  z  pozostałymi  pielgrzymami  w  czasie
modłów; po prostu pomysł zamieszkania w tym samym budynku co Vykk Draygo dziwnie ją krępował. Bria Tharen
nadal  zanadto  nie  ufała  do  Korelianinowi  i  niechętnie  poddawała  się  uczuciom,  które  w  niej  wzbudzał.  Jest
członkiem  religijnej  wspólnoty  -  przypominała  sobie  nieustannie.  Jej  lojalność,  jej  poświęcenie,  jej  duchowa  jaźń
muszą być zarezerwowane dla Wszechogarniającej Jedności.

Nie  mogła  jednak  zaprzeczyć,  że  lubi  towarzystwo  Vykka.  Był  taki  żywy,  pełen  energii,  taki  przystojny  i

czarujący... Bria nigdy dotąd nie spotkała nikogo podobnego.

Codziennie  po  zakończeniu  pracy  przy  kolekcji  Arcykapłana,  mając  jeszcze  godzinę  do  wieczornej  ceremonii,

Bria  szukała  Vykki  Muuurgha,  którzy  byli  niemal  nierozłączni,  i  udawała  się  w  ich  towarzystwie  do  stołówki  na
filiżankę stymherbaty.

Bria szła przez dżunglę. Zachodzące słońce przyniosło chwilę ulgi od upału. Lekka bryza ciągnęła od oceanu, w

którego  stronę  się  kierowała.  Szła  szybko,  a  spódnica  jej  pielgrzymiego  stroju  ocierała  się  o  rośliny  rosnące  obok
ścieżki. Jaskrawe kwiaty zwieszały się z fantazyjnych pnączy... szkarłatne, wiśniowe i cytrynowozielone. Ich ostry,
nieco cierpki zapach wypełnił jej nozdrza.

Błogosławiony  Teroenza  powiedział  jej,  że  zamiast  niezgrabnego  pielgrzymiego  stroju  może  zacząć  nosić

normalne  ubrania,  poręczniejsze  przy  konserwacji  zbiorów...  ale  dziewczyna  trzymała  się  swojej  sukni  równie
uparcie, jak swoich ślubów.

Dotarła na błotniste równiny i zatrzymała się, by złożyć ukłon pławiącym się w błocie dwóm kapłanom. Obaj ją

zignorowali, ale była do tego przyzwyczajona. Hierarchowie nie zwracali zbytniej uwagi na pielgrzymów, chyba że
musieli  zlecić  im  jakąś  pracę.  Nie  było  w  tym  nic  dziwnego...  koncentrowali  się  na  sprawach  większej  wagi,
poruszając się na takich wyżynach duchowego rozwoju, na które umysł humanoidów takich jak ona nie potrafił się
wznieść...

Kiedy Bria po raz pierwszy zobaczyła kapłanów taplających się w błocie, była wstrząśnięta. Wydawało jej się

dziwne, że pobłażają sobie w tak... prostacki sposób. Ale odkąd zaczęła pracować dla Błogosławionego Teroenzy,
przyzwyczaiła się do tego widoku.

Cieszyła  się,  że  nie  musi  dłużej  siedzieć  w  ciemnościach  przetwórni  błyszczostymu.  Praca  w  Centrum

Administracyjnym była znacznie przyjemniejsza. Budynek był klimatyzowany, pełen światła, a jedzenie... jedzenie
nieporównanie lepsze. Przyzwyczajenie się do normalnych posiłków zajęło Brii cały miesiąc. Na początku była tak
apatyczna, tak wyzuta z energii, że nie miała nawet siły jeść; po paru kęsach resztę zostawiała na talerzu, tak jak w
ciągu  ostatnich  kilku  miesięcy.  Robot  medyczny  zaaplikował  jej  kurację  na  niedożywienie,  leczył  ją  też  na

background image

wywołane przez grzyby zatrucie krwi.

Ale teraz była zupełnie zdrowa.
W jej życiu wiele poprawiło się na lepsze, odkąd pojawił się w nim Vykk. Musiała to przyznać. Gdyby tylko...
Bria zmarszczyła brwi i westchnęła.
Gdyby  tylko  Vykk  też  był  pielgrzymem!  Mogliby  razem  wielbić  Wszechogarniającego,  razem  uczęszczać  na

modły, razem otrzymywać sakrament Uniesienia. Ale Vykk... nie mogła nie zauważyć, że on nie był materiałem na
pielgrzyma. Ten niedowiarek wierzył tylko w siebie.

Kiedy razem szli na wieczorną ceremonię lub w drodze powrotnej do dormitorium, podtrzymywał ją za ramię.

Uścisk jego dłoni sprawiał, że zaczynała wątpić w swoje oddanie Jedynemu i Wszechogarniającemu. Nie podobało
jej się to. Odrzucała wszystko, co mogłoby zachwiać jej wiarą lub zakwestionować śluby.

Dotarła tymczasem do wydm. Nie zdziwiła się, słysząc świst wystrzału z blastera.
- Vykk! - krzyknęła, nie chcąc wchodzić mu w drogę w momencie, gdy ćwiczył strzelanie. - Vykk, to ja!
Wspięła się na wierzchołek wydmy, a wiatr wydął jej spódnicę i okręcił ją wokół nóg. Gdyby nie przytrzymała

czapki, wiatr od morza zerwałby ją z głowy.

Na plaży poniżej zobaczyła Vykka. stał w postawie strzeleckiej z rozstawionymi nogami, z blasterem w kaburze,

dyndającej  swobodnie  przy  udzie.  Muuurgh  stał  w  pewnej  odległości,  trzymając  w  ręku  kilka  czarnych
ceramicznych płytek, służących jako cele. Bez ostrzeżenia rzucił dwie płytki w górę, jedną wysoko na lewo, drugą
nisko w prawą stronę.

Ręka Vykka, gdy sięgał do kabury, poruszała się tak szybko, że Bria nie nadążała za nią wzrokiem. Wystrzał z

miotacza  roztrzaskał  najpierw  niski  cel,  a  potem  ten  podrzucony  wysoko.  Okruchy  rozbitych  płytek  spadły
deszczem  na  ilezjańską  glebę.  Muuurgh  zawył  z  aprobatą.  Vykk  odwrócił  się,  żeby  dla  odmiany  przećwiczyć
strzelanie do nieruchomego, odległego celu, który ustawili wcześniej. Zauważył Brie na szczycie wydmy, zamachał
do niej i uśmiechnął się. Schował blaster do kabury i pobiegł w jej stronę.

Uderzyło ją -jak zawsze -jaki jest przystojny, z tymi regularnymi rysami, ciemnymi włosami, piwnymi oczami i

szczupłą  budową.  Nie  był  może  typem  klasycznego  amanta  -  ale  żadna  z  kobiet,  które  obdarzyłby  swoim
czarującym uśmiechem, nie zauważyłaby tego.

- Cześć! - krzyknął, podbiegając do niej.
Zanim zdążyła zrobić unik, pocałował ją w policzek. Odepchnęła go bez tchu.
- Vykk, nie... To wbrew moim ślubom.
- Wiem - odpowiedział, wcale nie skruszony - ale kiedyś, moja kochana, sama mnie pocałujesz.
- Zastanawiałam się, czy nie poszedłbyś ze mną na filiżankę stymherbaty przed wieczorną ceremonią.
- Nie dziś -powiedział, poważniejąc nagle. Spojrzał jej prosto w oczy. - Jest coś, o czym musimy porozmawiać,

Bria. Czekałem z tym, aż... aż trochę dojdziesz do siebie, bo obawiam się, że będzie to dla ciebie szok. Ale kiedyś
musisz się tego dowiedzieć.

Bria patrzyła na niego, zastanawiając się, o co mu chodzi.
- O czym ty mówisz, Vykk?
- Lepiej usiądźmy - zaproponował. - Może tam, na plaży, dobrze?
Poprowadził  ją  na  plażę  i  usadowił  wygodnie  na  piasku,  a  kiedy  Muuurgh  podszedł  zapytać,  czy  wracają,

potrząsnął głową.

- Nie, stary. Chcielibyśmy chwilę pobyć sami, zgoda?
Togorianin się oddalił. Bria obserwowała, jak jego czarna sylwetka wspina się po wydmie, a potem znika za jej

krawędzią.

Serce zaczęło jej bić mocniej, gdy Vykk wyjął z kieszeni małe urządzenie.
-  To  jest  aparat  do  rejestracji  dźwięku  -  powiedział.  -  Wymontowałem  kilka  takich  z  tablicy  przyrządów

„Ilezjańskiego Snu". Puszczę ci nagranie, które zrobiłem już parę miesięcy temu, jeszcze zanim Teroenza poprosił
cię, żebyś się zajęła jego kolekcją. Po prostu bądź cierpliwa i posłuchaj tego, dobrze?

- Sama nie wiem... chyba nie spodoba mi się to, co usłyszę - powiedziała zakłopotana. - Mam złe przeczucia.
- Zrób to dla mnie - poprosił. - Tylko posłuchaj.
Bria skinęła głową, kładąc dłonie na kolanach. Nagły powiew morskiej bryzy, który wcześniej wydawał jej się

tak przyjemny, sprawił, że zadrżała, mimo piekącego słońca wiszącego nisko nad horyzontem.

Vykk włączył urządzenie. Bria usłyszała, jak Vykk wita kapłanów i jak zapraszają go, by przyłączył się do ich

błotnej kąpieli. Rozpoznała głosy Błogosławionego Teroenzy i hierarchy Veratila. Rozmawiali z młodym pilotem o
kąpielach  błotnych  i  ich  relaksującym  wpływie.  Bria  poruszyła  się  niecierpliwie,  ale  Vykk  tylko  uniósł
ostrzegawczo palec i szepnął: .Zaczekaj".

Zmusiła  się,  by  siedzieć  spokojnie,  chociaż  czuła  się  coraz  bardziej  niepewnie.  Kapłani  z  pewnością  nie

wiedzieli, że są nagrywani przez Vykka - to już nie było zwykłe podsłuchiwanie, tylko jawne szpiegowanie!

background image

Bria odetchnęła głęboko, kiedy nagle usłyszała, jak kapłani śmiejąc się opowiadają o Uniesieniu. Jak mówią, że

to żaden boski dar, że nie ma nic wspólnego z Jedynym i Wszechogarniającym.

Szeroko  otworzyła  oczy  ze  zdumienia,  ale  zaraz  zmrużyła  je,  wściekła,  i  zerwała  się  na  równe  nogi.  Wiatr

zerwał jej czapkę, pozwalając rudozłotym lokom rozsypać się wokół twarzy, ale nie zwróciła na to uwagi. Drżała z
gniewu, patrząc na Vykka. Na widok jej reakcji wyłączył rejestrator i stanął patrząc jej w twarz.

- Jak mogłeś?! - krzyknęła drżącym głosem. - Myślałam, że jesteś moim przyjacielem!
Zrobił krok w jej stronę i uniósł ręce do góry w uspokajającym geście.
- Bria, kochanie, jestem twoim przyjacielem. Właśnie dlatego to zrobiłem... powinnaś znać prawdę. Przykro mi,

że jesteś...

Dłoń  Brii,  jakby  wbrew  jej  woli,  wylądowała  z  głośnym  plaśnięciem  na  policzku  młodego  Korelianina.  Vykk

zatoczył się do tyłu i chwycił się za twarz.

-Kłamiesz!  -  krzyknęła.  -  To  wszystko  kłamstwo!  Sam  spreparowałeś  to  nagranie,  żeby  mnie  skłonić  do

złamania ślubów! Przyznaj się!

Opuścił rękę i stał patrząc na nią, wzrokiem pełnym smutku i współczucia. Powoli pokręcił głową.
- Przykro mi, maleńka - powiedział. - Bardziej niż jestem w stanie wyrazić. Ale niczego nie spreparowałem. To,

co  usłyszałaś,  jest  prawdą.  Możesz  się  na  mnie  wściekać,  ale  to  nie  zmieni  faktów.  Teroenza  i  spółka  nie  mają
żadnego  boskiego  daru.  Wymyślili  cały  ten  szwindel,  żeby  zapewnić  sobie  wyrobników  do  przetwórni  i
niewolników na sprzedaż.

Na policzku Vykka pojawił się czerwony zarys jej dłoni. Wyraźnie widziała kontury każdego palca. Opanowała

impuls, który kazał jej wybąkać nieskładne przeprosiny. Jak mogła go uderzyć?

Jednocześnie jednak przeszywał ją palący gniew. Podbródek jej drżał, gdy próbowała odzyskać panowanie nad

sobą.

-Nie! - ścisnęła dłonie w pięści. - Nie! To nieprawda! Zmontowałeś to!... Tylko skąd wiedziałeś o Palazidarze?

Przecież nie było cię tu jeszcze, kiedy to się stało!

Pokręcił głową.
-  Nie  wiedziałem  o  tym,  Bria.  Nie  wiedziałem,  a  nagranie  jest  autentyczne.  Udowodnię  ci  to.  -  Sięgnął  do

kieszeni i wyciągnął małą czarną fiolkę.

Bria doskonale wiedziała, co się w niej znajduje.
- Błyszczostym? Skąd go wziąłeś?
- Podwędziłem w czasie transportu - powiedział Vykk. - Wiesz, jakie ma działanie, prawda?
Bria niechętnie przytaknęła.
- To jedyny sposób, żebym ci mógł udowodnić, że nie kłamię. Jeśli otworzysz fiolkę, wystawisz błyszczostym

na działanie światła, a potem połkniesz, na pewien czas uzyskasz umiejętności telepatyczne. Będziesz mogła czytać
w  moich  myślach.  -  Przekonasz  się,  że  nie  kłamałem  o  Uniesieniu  i  że  nie  zmontowałem  tego  nagrania.  Proszę.  -
Podał jej fiolkę. - Weź to.

Bria spojrzała na przyprawę.
- Ja... muszę to sobie przemyśleć, Vykk... Muszę zdecydować, co robić.
- Ja nie kłamię, kochanie, przysięgam... - Podszedł do niej bliżej i wyciągnął ręce. - Zaufaj mi.
Cofnęła się.
- Proszę... zostaw mnie samą, Vykk. Ja... spotkamy się później. Po ceremonii. Teraz muszę już iść.
Przypatrywał się jej.
- Mogłabyś raz opuścić ceremonię. Tylko dziś. Przecież nie sprawdzają listy obecności.
Opuścić  Uniesienie?  Sama  myśl  o  tym  przyprawiła  ją  o  mdłości.  Tak  gwałtowna  reakcja  przeraziła  ją.  A  jeśli

Vykk ma rację? Jeśli Uniesienie to nic więcej niż kombinacja fizycznych i mentalnych wibracji emitowanych przez
obcy gatunek? Jeśli to nie boski dar, to pielgrzymi nie są niczym więcej jak tylko narkomanami, dostającymi swoją
działkę narkotyku.  Bria  spojrzała w  oczy  Vykka i  poczuła  w  jakiś dziwny  sposób,  że on  rzeczywiście  nie  kłamał.
Zacisnęła palce wokół czarnej fiolki błyszczostymu. Tu była odpowiedź. Używając tego pozna prawdę...

Odwróciła się i poszła, zostawiając go na plaży. Słyszała, jak Vykk woła coś do niej, ale tylko odwróciła się i

mu pomachała. Nie miała zbyt wiele czasu, jeśli chciała zdążyć na ceremonię.

Pół  godziny  później  stała  wśród  tłumu  pielgrzymów,  obserwując  krwawy  spektakl  słońca  zachodzącego  za

Ołtarzem Obietnic. Zbliżał się_ moment Uniesienia. Bria rozejrzała się wokół myśląc, że jeśli rzeczywiście chciała
to zrobić, był już najwyższy czas. Ukradkiem wymacała w kieszeni fiolkę. Światło... musiała wystawić substancję
na działanie światła. Ale nie tutaj... tu każdy mógł to zauważyć.

W końcu nadszedł moment, na który czekała - kapłani dali wiernym znak, że zaczyna się Uniesienie.
Bria  stała  w  tłumie,  tak  żeby  widzieć  Arcykapłana  i  hierarchów  odprawiających  rytuał.  Była  jednak  na  tyle

daleko od nich, że powinno jej się udać ukryć błyszczostym pod szerokim rękawem, tak by flanda Til nie zauważyli

background image

jego  aktywacji.  Pozostali  pielgrzymi  będą  tak  pochłonięci  rytuałem  Uniesienia,  że  niczego  nie  zauważą.  Nie
usłyszeliby nawet strzałów z blastera.

Wszędzie  wokół  niej  pielgrzymi  padali  na  kolana.  Bria  poszła  w  ich  ślady,  jednocześnie  otwierając  fiolkę  z

błyszczostymem. Kryjąc przyprawę przed oczami kapłanów własnym pochylonym ciałem, wyjęła pasmo narkotyku,
zastanawiając się przez chwilę, czy nie ona sama go przygotowała.

Kiedy  pielgrzymi  padli  na  twarz,  worki  gardłowe  kapłanów  zaczęły  się  nadymać.  Przy  wtórze  pierwszych

buczących  dźwięków,  przenoszących  w  powietrzu  wibracje,  Bria  uniosła  przed  sobą  błyszczostym,  wystawiając
substancję na działanie ostatnich promieni zachodzącego słońca.

W  ciągu  kilku  sekund  substancja  zaiskrzyła  błękitnym  blaskiem,  czego  żaden  z  pielgrzymów  nie  zauważył,

podobnie  jak  kapłani.  Chociaż  nigdy  wcześniej  nie  przyjmowała  błyszczostymu,  wiedziała  dokładnie,  ile  sekund
trzeba odczekać. Chwilę później włożyła błyszczące pasmo do ust, pozwalając, by rozpuściło się w ślinie.

W  chwili,  gdy  połykała  narkotyk,  zaczęło  się  Uniesienie.  Bria  wzdrygnęła  się  jak  trafiona  z  miotacza.  Efekty

działania błyszczostymu były natychmiastowe. Krew pomknęła w jej żyłach jak statek skaczący w nadprzestrzeń. W
głowie czuła pulsowanie.

Ale efekty fizyczne były niczym w porównaniu z wpływem narkotyku na jej umysł. Poczuła, że otwiera się w

sposób, którego nigdy później nie umiała opisać. Kiedy dotarły do niej fale Uniesienia, odczuła rozkosz wszystkich
zgromadzonych pielgrzymów.

Wrażenie było tak oszałamiające, że o mało nie zemdlała. Tylko gniew, który tlił się w niej od momentu, gdy

Vykk puścił to nagranie, pozwolił jej pozostać przy zdrowych zmysłach i kontrolować sytuację.

Muszę... otworzyć... oczy, pomyślała. Skoncentrować się... Krztusząc się i z trudem łapiąc powietrze otworzyła

oczy,  wstrząsana  falami  błogości  tak  intensywnej,  że  graniczyła  z  bólem.  Spojrzała  na  Teroenzę,  zmuszając  się,
żeby nie odwracać wzroku i ukierunkować psychikę tylko na niego.

Jej umysł zalały obrazy - obce, bo postrzegane oczami obcej rasy. Odciskały się w jej świadomości na zawsze.

Wiedziała, że choćby nie wiedzieć jak mocno tego chciała, nigdy ich nie zapomni. Umysł Teroenzy, tak jak umysł
każdej rozumnej istoty, w warstwie powierzchniowej był pełen banałów - rozważań, co zjeść na kolację, znudzenia
ceremonią,  myśli  o  nowych  środkach  bezpieczeństwa,  które  rozkazali  mu  wprowadzić  Huttowie,  słabego  bólu  w
jelitach i żołądku....

W umyśle Arcykapłana nie było śladu boskości. Wcale nie wierzył we Wszechogarniającą Jedność. Arcykapłan

był bardzo dumny, że sam wymyślił ten koncept, żeby ta masa łatwowiernych pielgrzymów miała w co wierzyć.

Bria  zakasłała,  czując  w  ustach  gorzki  posmak  błyszczostymu.  Ciężko  jej  było  skupić  myśli  w  trakcie

Uniesienia,  ale  zmusiła  się,  żeby  koncentrować  całą  swoją  uwagę  na  umyśle  Arcykapłana.  Przeczesywała  jego
myśli,  dopóki  nie  upewniła  się,  że  wywoływanie  Uniesienia  było  dla  niego  wyłącznie  sztuczką,  jaką  wszystkie
samce jego gatunku potrafiły robić na zawołanie.

Nagle Teroenza wzdrygnął się i rozejrzał dookoła dzikim wzrokiem. Jego umysł wypełnił się podejrzeniami, a

potem pewnością - wiedział, że ktoś telepatycznie sonduje jego myśli.

Uniesienie zostało przerwane w brutalny sposób, gdy Arcykapłan przestał wydawać z siebie pulsujące dźwięki.

Pozostali  kapłani  zawodzili  w  niezgodnym  chórze,  ale  bez  wiodącego  głosu  Uniesienie  nie  mogło  trwać.
Zszokowani pielgrzymi zaczęli krzyczeć, kilku zemdlało.

Bria  wycofała  swoje  myśli  z  umysłu  Teroenzy  i  dołączyła  do  tłumu  pielgrzymów,  którzy  jęczeli  z  rozpaczy,

drepcząc zdezorientowani w tę i z powrotem. Niektórzy stali nieruchomo, wpatrzeni błagalnie w kapłanów.

Teroenza zsunął się ze swojego podium obok Ołtarza i zaczął przeciskać się przez tłum. Patrzył w dół na twarze

wiernych,  mrucząc  z  roztargnieniem  słowa  błogosławieństwa  i  próbując  ukryć  fakt,  że  desperacko  szuka  tego  z
pielgrzymów, który przed chwilą skanował jego umysł.

Na  szczęście  Bria  była  daleko,  na  końcu  amfiteatru.  Pozwoliła,  by  tłum  uniósł  ją  na  zewnątrz,  dalej  od

permabetonu, aż poczuła pod stopami lepkie iły dżungli. Jednym szybkim, zdecydowanym ruchem wyżłobiła stopą
dołek w podłożu z przegniłych liści i błota. Puściła fiolkę błyszczostymu, która upadła dokładnie w środek dołka.

Odwróciła się, przydeptując jednocześnie warstwę błota i ściółki. Wszystko to trwało nie dłużej niż sekundę.
Zaczęła  podążać  za  tłumem  w  stronę  ścieżki,  pozwalając  się  nieść  bezładnej  fali  jęczących,  ogłupiałych  i

niezadowolonych pielgrzymów.

Ostrożny  rzut  oka  w  tył  upewnił  ją,  że  Teroenza  zaniechał  poszukiwań.  Zapewne  zdał  sobie  sprawę,  jak  małe

miał szanse powodzenia i jak bardzo jego nietypowe zachowanie wytrąciło z równowagi pielgrzymów. Bria miała
nadzieję,  że  Arcykapłan  uzna  całe  to  wydarzenie  za  skutek  eksperymentów  ze  skradzionym  błyszczostymem
jednego z niedawno przybyłych.

Szła  wolno  i  niepewnie,  dziwnie  odrętwiała.  Skutki  zażycia  błyszczostymu  ustępowały,  tak  że  tylko  słabo

wyczuwała myśli i emocje osób najbliżej niej.

Nie zdziwiła się, kiedy dołączył do niej Vykk. Jak zwykle wziął ją pod ramię, żeby pomóc iść. Bria oparła się o

background image

niego, wdzięczna za pomoc. Poczuła, jak jego ręka wędruje ku jej talii, obejmując ją mocnym uściskiem.

Szybko  zapadła  równikowa  noc  i  szli  teraz  całkiem  po  ciemku.  Bria  ledwie  widziała  Vykka.  Prowadził  ją

ścieżką, omijając największe kałuże błota. Kiedy doszli do dormitoriów, zatrzymała się.

- Ja... jeszcze nie chcę tam iść - szepnęła. - Muszę... muszę z tobą porozmawiać, Vykk.
Kiwnął głową, ale słabe światło padające z otwartych drzwi nie pozwoliło jej dostrzec wyrazu jego twarzy.
-  W  porządku.  Myślę,  że  nikt  nie  będzie  miał  nic  przeciwko  temu,  że  pójdziemy  do  mesy  na  filiżankę

stymherbaty. Chyba ci się przyda.

Odwrócili się i odeszli razem w ciemność. Bria znów wsparła się na ramieniu Vykka. Nigdy jeszcze nie czuła się

tak znużona. Chyba nawet robot szedłby żwawiej.

Kiedy  dotarli  do  mesy,  Vykk  posadził  ją,  a  sam  przyniósł  stymherbatę  i  słodkie  ciastko,  które  wmusił  w

dziewczynę.

- Proszę - powiedział. - Jedz. Wyglądasz tak, że chyba przyda ci się dobry posiłek.
Posłusznie  łyknęła  trochę  herbaty  i  skubnęła  ciastko.  Była  bez  kolacji,  a  jedzenie  wydawało  się  ją  uspokajać,

pozwalało się skoncentrować z powrotem na rzeczywistości.

Pochyliła się w stronę Vykka i już otwierała usta, kiedy pilot ostrzegawczo potrząsnął głową.
-  Chyba  lepiej  odprowadzę  cię  do  dormitorium  -  powiedział  głośno.  -  To  cię  nauczy,  żeby  nie  opuszczać

posiłków, 921. Gdybym cię wtedy nie podtrzymał, pewnie byś zemdlała.

Bria zrozumiała. Wstała i milcząc wyszła za nim z sali. Przed budynkiem Administracji Vykk wyciągnął gogle

do patrzenia w podczerwieni.

- Masz swoje?
Bria potwierdziła, odszukała swoje gogle i założyła. Noc ustąpiła nagle miejsca pejzażowi czerni i trupiobladej

bieli. Bria mogła teraz widzieć twarz Vykka, ukrytą do połowy za goglami.

Objął ją znowu i razem ruszyli ścieżką przez dżunglę.
- Zażyłaś błyszczostymu - stwierdził cicho.
- Tak - odparła. Czuła się odrętwiała, jakby ktoś pobił ją do nieprzytomności. - Miałeś rację. Wybacz, że ci nie

wierzyłam...

- Nie wygłupiaj się! - powiedział, starając się, by zabrzmiało to wesoło, ale poniósł sromotną klęskę. - Na twoim

miejscu też chciałbym potwierdzić tę historię. Czy... czy bardzo to odczułaś?

Przytaknęła  i  nagle  znowu  poczuła,  jak  zalewają  czarna  fala,  pozostawiając  roztrzęsioną  i  z  trudem  łapiącą

powietrze.

-  Och,  Vykk!  -  powiedziała  łamiącym  się  głosem.  -  Byłam  w  jego  umyśle...  w  umyśle  Teroenzy,  i  to  było

straszne! Żadnego boskiego daru, tylko znudzona, samolubna istota, która pragnie wyłącznie pieniędzy, żeby móc
powiększać swoją kolekcję!

- Już dobrze... uspokój się - powiedział. Ścisnął ją za ramiona, żeby uspokoić ich drżenie. - Przeżyłaś okropny

szok.

- Czuję się taka... taka... zdradzona - wykrztusiła szczękając zębami. - To było... straszne.
-  No  już,  spokojnie,  maleńka.  -  Objął  ją,  a  wyraz  współczucia  na  jego  twarzy  sprawił,  że  kompletnie  się

rozkleiła. Zaczęła płakać głośnym, niepowstrzymanym szlochem, który targał nią aż do bólu. Vykk zdjął jej gogle i
trzymał ją w ramionach, gładząc po głowie i szepcząc czule słowa pociechy.

Wczepiła się obiema rękami w jego kombinezon i szlochała tak, że ją samą to przeraziło. Nigdy przedtem tak nie

płakała. Poczucie pustki i rozpaczy było obezwładniające.

- Nic... mi... nie zostało! - wykrztusiła łkając. -Nic... nic!
- Oczywiście, że zostało! - mruknął Vykk, całując ją delikatnie w policzek. - Mamy siebie, prawda?
- Siebie...? - szepnęła.
- Jasne. Odtąd będziemy razem, maleńka. Wyrwiemy się z tej piekielnej planety i będziemy szczęśliwi.
Uniosła głowę, wpatrując siew ciemność; bez gogli ledwie widziała jaśniejszą plamę jego twarzy.
-Ale oni nigdy nie wypuszczają stąd pielgrzymów- powiedziała. - Wyczytałam to w umyśle Teroenzy.
- Nie będziemy nikogo pytać o pozwolenie, kochanie. Po prostu odlecimy i już.
- Uciekniemy? - szepnęła.
-  Właśnie  -  powiedział.  -  Kiedy  tylko  wymyślę,  jak  to  przeprowadzić,  wynosimy  się  stąd.  Mam  już  nawet

pewien pomysł. -Pocałował ją w policzek. - Zaufaj mi. Mam doświadczenie w takich sprawach. Coś wymyślę.

-  Ale  co  z  twoimi  pieniędzmi?  -zapytała.  -Przecież  masz  kontrakt,  którego  nie  możesz  złamać.  Jeśli  stąd

uciekniesz, nic ci nie zapłacą. A przecież mówiłeś mi, że potrzebujesz tych kredytów, żeby się dostać do Akademii.
Jak możesz z tego zrezygnować?

Wzruszył ramionami.
- Nie kijem go, to pałką. Spróbuję wyrwać Teroenzy te pieniądze w inny sposób.

background image

Myśli Brii mąciło wyczerpanie i poczucie, że została zdradzona. Potrzebowała całej minuty, żeby zrozumieć, co

właściwie Vykk miał na myśli.

- Kolekcja... - szepnęła. - Chcesz wykraść kolekcję Teroenzy i uciec...
- Właśnie - przytaknął z aprobatą. - Jesteś pewna, że minął ci błyszczostymowy trans jasnowidzenia?
-  Chyba  nie  całkiem  -  powiedziała  znużonym  głosem.  -Tyle  razy  wypytywałeś  mnie  o  to,  które  eksponaty  są

najcenniejsze. Naprawdę wydaje ci się, że zdołasz pokonać zamki i ukraść zbiory?

-  Przecież  nie  całe  -  sprostował.  -  Żaden  transportowiec  na  Ilezji  nie  byłby  w  stanie  zabrać  wszystkiego.

Wybiorę parę drobiazgów. .. naprawdę cennych drobiazgów. - Spojrzał na nią z napięciem. - A ty pomożesz mi je
wybrać, dobrze?

Zawahała się. Kradzież nie była zgodna z jej systemem wartości. Ale przecież skarby Teroenzy nie znajdowały

się  w  muzeum,  dostępne  dla  wszystkich  zwiedzających.  Były  przetrzymywane  w  ukryciu  przez  chciwego
kolekcjonera.  Gdyby  Vykk  je  ukradł,  znów  wróciłyby  do  obiegu.  Istniało  duże  prawdopodobieństwo,  że
przynajmniej część z nich trafi do ekspozycji prezentowanych w muzeach.

- Dobrze - zdecydowała. Odetchnęła spazmatycznie. - Pomogę ci, Vykk.
-  Świetnie.  Razem  porwiemy  statek  i  wyniesiemy  się  z  tej  planety.  Mam  już  dosyć  upału,  dosyć  wilgoci  i  nie

chcę więcej oglądać tych kapłanów i ich zakłamanej religii.

Bria westchnęła. Wyjechać? Nigdy już nie uczestniczyć w ceremonii Uniesienia? Jak bez tego żyć?
Postanowiła rozsądnie, że nie będzie o tym teraz myśleć. Jakoś da sobie radę. Może uda jej się odzwyczaić, jeśli

przez najbliższych parę dni, zanim odlecą, powstrzyma się od uczestnictwa w ceremonii.

- Jest jeszcze jeden problem, Vykk - zauważyła niepewnym głosem.
- Co, kochanie?
-  Muuurgh.  Co  będzie  z  Muuurghiem?  Przecież  dał  słowo,  że  będzie  cię  pilnował.  On  jest  nie  tylko  twoim

obrońcą, ale w co najmniej równym stopniu strażnikiem. Co z nim zrobimy?

Vykk wziął głęboki oddech. Bria zobaczyła jasną plamę jego twarzy i wyczuła, że potrząsa głową.
- No i masz, babo, vrelta w kuchni -powiedział, cytując stare koreliańskie powiedzenie oznaczające kłopot. - Nie

wiem,  co  z  nim  zrobić.  Bardzo  lubię  tego  drągala,  ale  na  podstawie  tego  co  mi  mówił  o  kodeksie  honorowym
swojego ludu, obawiam się, że będzie lojalny wobec Teroenzy choćby nie wiem co.

- Myślisz, że jeśli zorientuje się, co planujemy, to nas wyda?
- To bardzo prawdopodobne.
- Och, Vykk... - w głosie Brii zabrzmiała nuta paniki. - Co teraz zrobimy? Co będzie, jeśli nie uda nam się uciec?
-  Nie  martw  się,  kotku.  Zostaw  to  mnie  -westchnął  Vykk.  -Jeśli  będę  musiał,  zajmę  się  Muuurghiem.  Jestem

lepszym strzelcem od niego i znacznie szybciej dobywam broni.

- Chcesz go zastrzelić?
- Gdybym musiał wybierać między życiem twoim lub moim a życiem Muuurgha, to tak. Ale mam nadzieję, że

uda  mi  się  go  przekonać,  żeby  się  do  nas  przyłączył.  Jeśli  się  zgodzi,  zabiorę  go,  dokąd  zechce.  I  dam  mu  dość
kredytów, żeby mu starczyło na dalsze poszukiwania.

- Poszukiwania?
-  Tak.  Szuka  swojej  partnerki.  Przyleciał  na  tę  planetę,  bo  myślał,  że  i  ona  tu  jest.  Ale  chyba  się  pomylił.

Togorianie są bardzo rzadką rasą, tak rzadką, że gdyby była tu Togorianka, wyróżniałaby się jak spuchnięty kciuk.

Zaskoczona Bria wciągnęła głośno powietrze.
-Ale...  Vykk!  Ja  widziałam  tu  Togoriankę!  Pamiętam,  że  widziałam...  jakieś  pół  roku  temu,  może  dawniej.

Widziałam ją tylko przez chwilę, ale jestem pewna, że to był ten gatunek.

- Naprawdę? Czy to był samiec, czy samica? I jak wyglądała?
-  Nie  mam  pojęcia,  jakiej  płci  było  to  stworzenie  -  przyznała  się  Bria.  -  Było  chyba  mniejsze  od  Muuurgha.

Miało  białe  futro  w  rude  pasy...  tak  mi  się  wydaje.  Widziałam  je  wieczorem,  tuż  po  ceremonii,  kiedy  już  jest
ciemno.

- Muszę powiedzieć o tym Muuurghowi - zdecydował Vykk. - Ci kapłani kłamią jak z nut. To całkiem możliwe,

że Mrrov... tak się chyba nazywała... przez cały czas była tu, na Ilezji. Może w Drugiej albo Trzeciej Kolonii.

Zamilkł. Bria stała obok, zastanawiając się nad jego słowami. W końcu nie wytrzymała.
-  Vykk,  proszę...  -  powiedziała  błagalnie.  -  Powiedz,  że  nie  mówiłeś  poważnie  o  zastrzeleniu  Muuurgha,  jeśli

będzie próbował nas powstrzymać! Musi być jakiś sposób, żeby tego uniknąć. - Bria lubiła Muuurgha. Poznała go
bliżej w ciągu ostatnich kilku miesięcy i miała dla niego wiele podziwu.

-  Zajmę  się  nim,  jeśli  okaże  się  to  konieczne.  A  jeżeli  będę  musiał,  zastrzelę  go  -  powiedział  Vykk  ponuro.  -

Może wystarczy, że go na przykład ogłuszę? Stuknę solidnie w ten jego twardy czerep i zwiążę, żeby kapłani nie
mieli mu za złe, że nas puścił.

-  Och,  Vykk...  -  oczy  Brii  znowu  napełniły  się  łzami.  -  Proszę  cię,  wymyśl  coś,  żeby  Muuurghowi  nic  się  nie

background image

stało. Ty potrafisz takie rzeczy.

- Postaram się, kochanie - odparł. - Postaram się.
Pochylił się, żeby ją pocałować w czoło. Tym razem nie przypominała mu o swoich ślubach. Nic mi po nich nie

zostało, pomyślała tępo, idąc w stronę dormitorium. Ani ślubów, ani religii... nie zostało mi nic...

Spojrzała do tyłu. Nic oprócz Vykka...
Muuurgh wyśliznął się z dżungli i wszedł na ścieżkę. Widział w nocy znacznie lepiej niż ludzie, bez trudu więc

dostrzegł parę stojącą przy końcu ścieżki. Byli już prawie w dormitorium.

Skradał się ostrożnie przez dżunglę już od paru minut, zdecydowany podejść dostatecznie blisko, by podsłuchać

prowadzoną szeptem rozmowę. Zdążył usłyszeć zaledwie końcówkę, ale to mu wystarczyło.

Pilot i Bria planowali ucieczkę. Chcieli okraść swoich panów. Pilot planował, że „zajmie się" Muuurghiem.
Togorianin  smutno  potrząsnął  głową.  Muuurgh  dał  słowo  honoru  swoim  panom,  więc  nie  powinien  mieć

wątpliwości. A jednak je miał.

Doskonale wiedział, co powinien zrobić. Powinien pójść do Teroenzy jutro z samego rana i powiedzieć mu, co

usłyszał. Albo może powinien sam zabić pilota i dopiero potem wyjaśnić kapłanom, dlaczego tak postąpił.

Zamiast  tego  jednak  stał  w  ciemności,  targany  wątpliwościami.  Oczywiste  było,  że  pilot  jest  na  tyle

zdesperowany, by do niego strzelić. A Muuurgh dał słowo honoru, że będzie go pilnował.

Ale pilot to Vykk... a Muuurgh zaczął myśleć o Vykku jak o przyjacielu. Vykk chciał za wszelką cenę chronić

swoją samicę. Muuurgh mógł to zrozumieć. On sam byłby gotów niemal na wszystko, by chronić Mrrov... gdyby
tylko ją znalazł.

Muuurgh  warknął,  nisko  i  przeciągle.  Może  powinien  zachowywać  się  jak  gdyby  nigdy  nic?  Wtedy  pilot

pozwoliłby  mu  podejść  się  na  tyle  blisko,  że  Muuurgh  rozszarpałby  go  zębami  i  pazurami.  Był  doskonałym
myśliwym. Kiedy dopadł zdobyczy, już mu nie uciekła.

Czy naprawdę zabiłby Vykka, by dotrzymać słowa honoru?
Muuurgh  znowu  zawarczał  i  zniknął  w  dżungli.  Dzisiejszej  nocy  zamierzał  zapolować.  Dzisiejszej  nocy

zamierzał  zabić.  Rozedrze  na  strzępy  i  pożre  swoją  zdobycz.  Może  to  przywróci  mu  jasność  myśli...  może  potem
będzie umiał zadecydować, co robić...

Przemykał między drzewami, cichy i niewidoczny jak śmierć.
 

background image

ROZDZIAŁ 9. ZGUBIENI I ODNALEZIENI

 
Następnego  ranka  Han  pogwizdywał  radośnie,  biorąc  prysznic.  Nawet  nakładanie  cuchnącej  szarej  maści

przeciwgrzybicznej nie zdołało mu zepsuć humoru. Już niedługo odleci z Brią z tej planety, z mnóstwem kredytów
ze sprzedaży skradzionych zbiorów Teroenzy. Będzie mógł zapłacić za nowy identyfikator dla siebie, za jedzenie i
mieszkanie w czasie egzaminów do Akademii.

A kiedy opuści Akademię jako szanowany oficer, Bria będzie na niego czekała...
Wycierając ręcznikiem mokre włosy, ruszył w stronę ubrania, leżącego w nogach pryczy.
Nie było ostrzeżenia. Żadnego ostrzeżenia. W jednej chwili szedł sobie leniwie, a w drugiej coś chwyciło go i

rzuciło o podłogę z taką siłą, że stracił oddech. Otworzył usta, by złapać powietrze jak wyrzucona na brzeg ryba, a
przed oczami roztańczyły mu się czarne plamy. Było jednak coś jeszcze - coś go trzymało, czyjaś gigantyczna łapa
miażdżyła  mu  piersi.  Wiedziony  instynktem,  Han  leżał  nieruchomo,  koncentrując  się  na  łapaniu  powietrza.
Rozumiał dobrze, że ta łapa może go zmiażdżyć jak orzech dilga.

Widział przed sobą ciemność - ale ta ciemność była prawdziwa. Prawdziwa i kudłata, z białą plamką na piersi i

zjeżoną białą szczeciną po bokach twarzy. Han skoncentrował wzrok.

- Muuurgh? - sapnął słabo. - Co jest grane...?
Muuurgh  prychnął  mu  prosto  w  twarz.  Nachylił  się  tak  nisko,  że  Han  widział  połysk  śliny  na  jego  groźnych

kłach.

-  Pilot  planuje  uciecka  i  zabrać  Bria  -  warknął  ochraniarz.  -  Vykk  planuje  okraść  panów  Ilezji.  Vykk  planuje

„zająć się" Muuurghiem...

-Ale...  -  Łapa  przycisnęła  go  mocniej  i  Han  zaczął  rzęzić.  Muuurgh  uniósł  wielką  łapę  i  wyprostował,

wysuwając zakrzywione jak szable pazury.

- Teraz zdradziecki pilot zginie - prychnął Togorianin.
- Nie! - Han uniósł ręce w obronnym geście. - Proszę! Wysłuchaj mnie!
- Muuurgh słuchał wcoraj w nocy. Muuurgh usłysał bardzo dużo - powiedział ponuro Togorianin.
- Opamiętaj się, bracie! - mówił dalej Han, wyobrażając sobie, co te pazury zrobią z jego odsłoniętym gardłem. -

Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi!

- Muuurgh lubił pilota. Muuurgh żałuje, ze musi zabić pilota. Ale słowo honoru dane. Nie ma wyboru.
Łapa zaczęła opadać. Han zamknął oczy i czekał na swój koniec.
Poczuł  ruch  powietrza  w  poprzek  policzka  i  gardła,  gdy  Togorianin  machnął  łapą,  ale  nic  poza  tym.  Minęła

wieczność,  kiedy  Han  postanowił  otworzyć  oczy.  Zobaczył  nad  sobą  Muuurgha,  który  wpatrywał  się  w  niego,
wyraźnie targany wątpliwościami.

W końcu chwycił Hana za ramię, poderwał do góry, postawił na nogi i pchnął w stronę łóżka, na którym leżało

ubranie Korelianina.

- Ubieraj się! Muuurgh nie chce krew pilota na swoich pazurach. Pójdziemy do Teroenzy i powiemy, co pilot i

dziewcyna planują. Kapłani będą kazać inni strażnicy zabić zdrajców.

Han pospieszył w stronę pryczy i zaczął wkładać ubranie. Przynajmniej nie umrze goły i mokry.
- Słuchaj, Muuurgh - zaczął - musisz mnie wysłuchać. Proszę! Przecież to nic nie kosztuje!
- Pilot kłamie. Muuurgh wie, ze pilot kłamie. Muuurgh... ja nie będę słuchać.
To znak, że trochę ochłonął, pomyślał Han. Zaczyna sobie przypominać gramatykę, której go nauczyłem.
Zapinając kombinezon Han usiadł na brzegu pryczy, żeby wciągnąć buty.
- Twój lud ma swój kodeks honorowy, tak? - powiedział, myśląc w takim tempie, jak nigdy dotąd.
-Tak.
- Jeśli dasz słowo honoru komuś, kto cię zatrudnia, musisz go dotrzymać, prawda?
- Tak. Pilot potrafi rusać się sybciej. Wkładaj buty!
Han powoli włożył prawą stopę do buta i zaczął wciągać cholewkę.
- No dobra, stary... więc przypuśćmy, że dałeś słowo honoru komuś, kto cię okłamał. Jak to się ma do umowy?

Czy musisz dotrzymać słowa komuś, kto cię okłamał i wystrychnął na dudka?

Muuurgh przyglądał się Hanowi podejrzliwie, ale się nie odzywał.
- No, stary, co twój kodeks honorowy mówi o układaniu się z kłamcami?
Muuurgh potrząsnął głową i położył uszy po sobie, co było u Togorian oznaką gniewu.
- Jeśli Togorianin dał słowo honoru kłamcy, kontrakt nieważny. Interes z kłamca żaden honor.
- Jasne - powiedział Han, czując przypływ satysfakcji. Podniósł lewy but. - No to słuchaj, stary. Myślę, że Mrrov

jest tutaj, na Ilezji. Myślę, że Teroenza cię okłamał.

Muuurgh spojrzał na Hana i zmrużył niebieskie oczy.

background image

- Vykk skłamałby, zęby ocalić życie.
- Masz rację, stary - przyznał szczerze Han. - Ale przysięgam, że w tym przypadku nie kłamię.
- Psysięgam? Co to jest „psysięgam"?
-  To...  tak  jakby  słowo  honoru.  Coś  w  tym  stylu  -  wyjaśnił  Han.  -  Mój  lud  przysięga  na  to,  co  jest  dla  nich

najważniejsze. To jest jak... świętość, tak byś to chyba ujął.

- To na co Vykk psysięga?
Han zastanowił się przez chwilę.
- Przysięgam - powiedział wolno i poważnie - na życie Brii. Wiesz, że mi na niej zależy... bardzo zależy. Wiesz

o tym?

Muuurgh pomyślał przez chwilę, po czym przytaknął.
- W takim razie przysięgam na życie Brii. Ona wczoraj w nocy powiedziała mi, że widziała tu Togoriankę jakieś

pół roku temu. To by się zgadzało z okresem, kiedy zacząłeś szukać Mrrov, prawda?

Togorianin w milczeniu kiwnął głową.
- Widziała Togoriankę, Muuurgh! Sam ją zapytaj. Teroenza i jego kanalie okłamali cię, kiedy mówili, że nigdy

jej  tu  nie  było.  Pewnie  nadal  jest  na  Ilezji.  Najprawdopodobniej  nie  tu,  w  Kolonii  Pierwszej,  to  byłoby  zbyt
ryzykowne. Ale są duże szanse, że jest w Drugiej... może nawet w Trzeciej. Kolonia Druga istnieje znacznie dłużej i
jest tam o wiele więcej pielgrzymów niż w Trzeciej. Obstawiałbym więc drugą. Warto sprawdzić, jak myślisz?

- Jak wyglądała? - zapytał wolno Muuurgh.
Przez chwilę Han miał ochotę skłamać i powiedzieć, że nie wie. Co będzie, jeśli się okaże, że Togorianka, którą

widziała Bria, to nie Mrrov? Muuurgh może się wściec i zabić go z miejsca. Wziął głęboki oddech.

- Bria mówiła, że miała białą sierść i jakieś pasy. Może rude, ale za dobrze nie widziała, bo było już ciemno.
Mam nadzieję, że Mrrov nie ma sierści jednobarwnej, pomyślał. Albo łaciatej.
Muuurgh  położył  uszy  i  syknął  jak  nieszczelny  zawór,  obnażając  groźnie  zęby.  Han  rozejrzał  się  wokół

desperacko,  szukając  czegoś,  czym  mógłby  zdzielić  Togorianina  w  głowę,  ale  nie  znalazł  nic  w  zasięgu  ręki.  W
cichości pogodził się z perspektywą rozdarcia na strzępy.

Wściekły  syk  Muuurgha  zmienił  ton,  przechodząc  w  przejmujący  skowyt  cierpienia.  Togorianin  klapnął  na

podłogę, łapiąc się za głowę i zawodząc żałośnie.

- To na pewno ona! -jęknął w końcu. - Na wsystkich bogów moich ojców, cy to możliwe, ze była tu psez ten

cały cas, gdy ja wiezyłem tym kłamcom? Rozsarpię ich gardła i pożrę ich podłe serca!

-A to ci dopiero! - mruknął cicho Han. Dobrze, że się udało!
Muuurgh zerwał się, najwyraźniej gotów natychmiast wcielić swą groźbę w życie.
-  Zaczekaj!  -  Han  podskoczył  i  chwycił  wielką  łapę,  czepiając  się  jej  całym  ciężarem  ciała.  Wleczony  po

podłodze aż pod same drzwi, zaparł się piętami o próg i nie puszczał Muuurgha.

- Muuurgh, jeśli chcesz ją uratować, zaczekaj!
Muuurgh zwolnił, a w końcu stanął.
- Dobrze - wysapał zziajany Han. - To teraz porozmawiajmy spokojnie, jak istoty rozumne, zgoda? Siadaj!
Muuurgh usiadł na swojej palecie. Han włączył muzykę i ustawił zmaltretowane krzesło tak blisko Togorianina,

że prawie dotykali się głowami.

- Mów cicho - polecił mu, a Muuurgh kiwnął głową na znak zgody.
- Mam pewien plan - powiedział Han. - Chyba wiem, jak ją stąd wydostać, jeśli jeszcze jest na Ilezji. - Jeżeli nie

wysłali jej do kopalni na Kessel, pomyślał, nie mówiąc tego jednak na głos. Muuurgh wiedział równie dobrze jak on
sam, jaki los spotyka niewolników.

- W poządku, Vykk - odezwał się Muuurgh równie cicho. -Powiedz mi, jaki mas plan.
Han przez chwilę zbierał myśli.
- Będę potrzebował twojej pomocy. Muszę poczynić pewne przygotowania i chcę, żeby wszystko było zapięte

na ostatni guzik, zanim odlecę.

- Odlecis? Vykk odlatuje?
-  Tak,  ale  nie  mówię  teraz  o  prawdziwej  ucieczce.  Za  parę  dni  mam  dostarczyć  wiadomość  i  podarunek  od

Zawala Huttowie z Nal Hutta, zwanemu Jilliak. Mam tam zaczekać na odpowiedź. Nigdy nie byłem na Nal Hutta i
nie znam tamtejszych porządków, w przeciwieństwie do Jalusa Nebla.

Muuurgh kiwnął głową, żeby pokazać, że słucha, i zaczął nerwowo skubać swoje białe bokobrody.
- „Sen" jest zdecydowanie za mały dla trzech osób. Zamierzam zwrócić na to uwagę Teroenzy i powiedzieć mu,

że Nebl chciałby znowu latać jako mój pierwszy oficer. Jestem prawie pewien, że zgodzi się, by Nebl leciał ze mną
w tej misji. Zamierzam zasugerować, żebyś został na Ilezji, bo nie będzie dla ciebie miejsca na pokładzie.

Han wstał i zaczął przechadzać się tam i z powrotem, myśląc na głos:
-  Kapłani  wiedzą,  że  lubisz  polować,  prawda?  W  takim  razie,  jeśli  się  zgodzą,  żebym  leciał  z  Neblem,

background image

powinieneś  ich  poprosić,  żeby  cię  puścili  na  parę  dni  na  polowanie.  Potrafisz  poruszać  się  szybko  po  nierównym
terenie, prawda?

- Bardzo sybko - przyznał Muuurgh. - Dość sybko, by dogonić i zabić zwiezynę.
- Myślisz, że udałoby ci się dotrzeć na piechotę do Kolonii Drugiej?
- Tak. - Muuurgh wyglądał na całkowicie pewnego.
- No cóż, to najlepsze wyjście. Jeśli Mrrov nadal jest na Ilezji, mamy ponad pięćdziesiąt procent szans, że jest w

Kolonii Drugiej. Powinieneś się tam udać na zwiady i sprawdzić, czy rzeczywiście jest.

- I uratować ją! - Muuurgh zerwał się na równe nogi.
-  Nie!  -  powstrzymał  go  Han.  -  Siadaj.  To  byłby  najgorszy  z  możliwych  wariantów.  Kapłani  szukaliby  was

dwojga  po  całej  planecie.  Użyliby  sensorów  zaprogramowanych  na  odczyty  parametrów  życiowych  Togorian  i
odnaleźliby  was,  a  potem  pojmali  i  najprawdopodobniej  zabili.  Albo  zesłali  do  kopalń  na  Kessel,  co  niewiele  się
różni od śmierci.

- Chces, zeby Muuurgh odsukał Mrrov, ale nie pokazał się jej?
-Właśnie.  Po  prostu  ją  odszukaj,  dowiedz  się  gdzie  je,  gdzie  śpi  i  tak  dalej.  Potem,  kiedy  już  będziemy  stąd

odlatywać,  po  prostu  wpadniemy  po  nią  do  Kolonii  Drugiej  i  zabierzemy  ją  na  pokład.  Może  nie  zauważyłeś,  ale
zrobiłem w nocy mały zwiad.

-  Muuurgh  zauważył  -  powiedział  sucho  Togorianin.  -  Wsędzie,  gdzie  Vykk  posedł,  Muuurgh  był  za  nim  i

obserwował. Skąd inacej by wiedział, ze tseba słuchać, co Vykk mówi, kiedy prowadzi Bria do dormitorium?

-  Tak  czy  inaczej  wymyśliłem  sposób,  żeby  zająć  czymś  strażników,  kiedy  my  będziemy  wybierać  najlepsze

eksponaty z kolekcji. Wiem też, gdzie jest centrum łączności. Zajmę się tym, żeby komunikacja z innymi koloniami
nie  działała,  gdy  będziemy  odlatywać.  Podskoczymy  do  Kolonii  Drugiej  i  zanim  się  zorientują,  co  się  dzieje,
zgarniemy  Mrrov  i  uciekniemy  z  planety.  Potem  zabiorę  was  oboje  z  powrotem  na  Togorię,  dobrze?  Muuurgh
patrzył na Hana spod zmrużonych powiek, poruszając z wrażenia bokobrodami.

- Zrobiłbyś to dla Muuurgh i Mrrov?
-  Tak,  przysięgam.  Jeśli  pomożesz  mnie  i  Brii  włamać  się  do  muzeum  Teroenzy  i  wykraść  jego  zabawki,

przysięgam, że nie odlecisz stąd bez Mrrov.

Togoriański olbrzym zastanawiał się długo. W końcu spojrzał Hanowi prosto w oczy i powiedział:
- Zrobię to. Słowo honoru. Han kiwnął głową.
- Umowa stoi.
Tego  samego  wieczoru  Han  poszedł  do  skarbca  Teroenzy,  żeby  odszukać  Brie.  Zastanawiał  się,  czy  nadal

chodzi  na  wieczorne  ceremonie,  odkąd  się  dowiedziała,  że  są  tylko  sprytną  sztuczką.  Zapukał  w  ciężkie,  obite
metalowymi płytami drzwi.

- To ja - odpowiedział na jej pytanie.
Drzwi się otworzyły i pojawiła się w nich Bria. Han zbaraniał na jej widok.
-A niech mnie! Wyglądasz wspaniale!
Po  raz  pierwszy  od  czasu,  gdy  się  poznali,  zrezygnowała  z  niezgrabnych,  burych  szat  pielgrzyma  i  mało

twarzowej czapki. Zamiast nich włożyła prostą jasnoniebieską tunikę i spodnie. Pozwalało to docenić jej szczupłą,
ale niewątpliwie kobiecą figurę.

- Wywyższony Teroenza powiedział mi, że zwalnia mnie z obowiązku noszenia pielgrzymich szat, gdy pracuję

przy jego kolekcji - powiedziała. Widząc pełen podziwu wzrok Hana, zarumieniła się lekko i uśmiechnęła. - Bał się,
że mogłabym zaczepić suknią o półkę i zrzucić eksponaty.

- Cóż, nie można mu odmówić racji - powiedział Han. -Masz ochotę na filiżankę herbaty?
- Jasne.
Kiedy siedzieli już w kantynie z filiżankami stymherbaty w dłoniach, Bria uśmiechnęła się nieśmiało.
- Naprawdę... naprawdę uważasz, że dobrze wyglądam?
- Pewnie - odpowiedział. - Jesteś najładniejszą dziewczyną na tej planecie, na prawdę.
Uśmiechnęła się, ale po chwili uśmiech zniknął z jej twarzy. Wyglądała na zakłopotaną.
- Obawiam się, że nie ty jeden tak myślisz, Vykk...
- Co masz na myśli?
-  Miałam  dziś  rano  dziwną  przygodę  z  Ganarem  Tossem,  kamerdynerem  Teroenzy.  Chyba  nigdy  dotąd  nie

zwracał  na  mnie  uwagi,  dopóki  chodziłam  w  stroju  pątniczki.  Dopiero  kiedy  ubrałam  się  w  to,  zauważył  mnie.
Chodził za mną chyba z godzinę, kiedy przestawiałam eksponaty, i próbował ze mną rozmawiać. Te jego czerwone
oczy przyprawiają mnie o dreszcze. Jest stary, ale wygląda na to, że nadal... hmm... ma w sobie wiele wigoru... jeśli
rozumiesz, co mam na myśli. Męskiego wigoru.

Han odchylił się do tyłu.
- Chcesz powiedzieć, że ten obleśny staruch leci na ciebie?

background image

Wzdrygnęła się.
- Podejrzewam, że tak. Wypytywał mnie, ile mam lat, czy byłam wcześniej mężatką, czy mam dzieci. Pytał, jak

to się stało, że trafiłam na Ilezję jako pątniczka. Zadawał bardzo osobiste pytania. Ma mnóstwo tupetu.

Han pochylił się.
- A właściwie dlaczego tu trafiłaś? Czy może ja też nie powinienem ci zadawać tak osobistych pytań?
Uśmiechnęła się słabo.
-  Oczywiście,  że  nie,  Vykk.  Dlaczego  tu  przyjechałam?  Wydaje  się  to  tak  dawno  temu...  chyba  niewiele

pamiętam.  Miałam  trudny  okres.  Skończyłam  właśnie  szkołę  i  trochę  się  bałam  wyjeżdżać  na  uniwersytet.  Nigdy
wcześniej  nie  prowadziłam  samodzielnego  życia.  Matka  zawsze  krótko  mnie  trzymała  i  była  bardzo  wymagająca.
Miałam wrażenie, że nic, co zrobię, nie jest w stanie jej zadowolić. Nie wystarczało, że pilnie się uczyłam i dobrze
zachowywałam.  -  Uśmiechnęła  się,  ale  był  to  smutny  uśmiech.  -  Ojciec  zawsze  zachęcał  mnie  do  dalszej  nauki  i
kariery, ale mama myślała tylko o tym, żebym złapała „dobrą partię". Uważała, że spełniłam nadzieje, jakie we mnie
pokładała, kiedy zaręczyłam się z Daelem.

Han  poczuł  lekkie  ukłucie  zazdrości,  ale  przypomniał  sobie,  że  w  jego  życiu  też  były  inne  dziewczyny.  I  to

więcej niż kilka...

-  Mieliśmy  właśnie  się  zaręczyć,  kiedy  przyłapałam  go  z  inną  dziewczyną.  Powiedziałam  mu,  że  to  koniec.

Matka  była  na  mnie  wściekła,  że  zerwałam  z  Daelem.  On  pochodzi  z  jednej  z  najbogatszych  rodzin  na  Korelii,  a
mama  już  zaczęła  planować  wesele.  -  Westchnęła.  -  Kazała  mi  wrócić  do  niego  i  przeprosić,  sprawić,  żeby  nadal
zechciał być razem ze mną. Wtedy po raz pierwszy w życiu sprzeciwiłam się jej.

-Wygląda na bardzo... eee... zdecydowaną- powiedział Han, ostrożnie dobierając słowa.
-  „Zdecydowana"  to  nieodpowiednie  słowo.  Mama  wpychała  mnie  w  ramiona  Daela  od  czasu,  kiedy

chodziliśmy  razem  do  szkoły,  a  ja  nigdy  nie  miałam  odwagi  jej  powiedzieć,  że  wcale  za  nim  nie  przepadam.  To
śmieszne,  wiesz?  -  Jej  zielonkawe  oczy  zapatrzyły  się  w  dal.  -  Chociaż  wcale  nie  zależało  mi  na  Daelu,  kiedy
dowiedziałam się, że spotyka się z inną dziewczyną, poczułam się zdradzona i oszukana. Ludzie są dziwni, prawda?

Han przytaknął.
- Mów dalej - powiedział zachęcająco.
- Właśnie wtedy usłyszałam o ilezjańskich misjonarzach. Obiecywali odrodzenie wszystkim, którzy się do nich

przyłączą.  Fatalnie  się  wtedy  czułam.  Wydawało  mi  się,  że  nic  nie  potrafię  zrobić  dobrze.  Czułam  się  taka...
wykorzeniona, rozumiesz? Odcięta od wszystkiego. No więc poszłam na to spotkanie. Ilezjański kapłan zakończył
ceremonię  kilkusekundowym  Uniesieniem...  i  poczułam  się  tak  wspaniale!  Jakbym  była  częścią  tej  wspólnoty.
Sprzedałam więc biżuterię, uciekłam i złapałam najbliższy statek na Ilezję.

Uśmiechnęła się tęsknie.
-  Ot,  i  cała  moja  historia.  A  wracając  do  tematu,  jak  myślisz,  co  powinnam  zrobić,  żeby  utrzymać  na  dystans

biednego starego Ganara Tossa?

- Hmm, gdyby za bardzo ci się narzucał, wspomnij o tym Teroenzy. Na pewno nie życzy sobie, żeby cokolwiek

odrywało cię do pracy, więc każe mu zostawić cię w spokoju.

- Tak zrobię - powiedziała, wyraźnie w lepszym humorze. -To dobry pomysł.
- Idziesz dziś na ceremonię? - zapytał, patrząc na nią znacząco.
Potrząsnęła głową.
- Nie. Nie chcę tam iść.
- A co będzie, jeśli zauważą, że cię nie było?
-  Zawsze  mogę  powiedzieć,  że  bolała  mnie  głowa  albo  że  pracowałam  do  późna.  Większość  pielgrzymów  nie

może się doczekać ceremonii, więc nie muszą tam sprawdzać listy obecności.

- To prawda. W takim razie co powiesz na spacer?
- Doskonały pomysł.
Han  wyprowadził  Brie  na  Kwietne  Błonia,  zanim  poruszył  temat,  który  zamierzał  z  nią  omówić.  Zwięźle

przedstawił  jej  swoją  poranną  potyczkę  z  Muuurghiem.  Bria  przeraziła  się,  kiedy  usłyszała,  że  Togorianin
podsłuchał ich poprzedniej nocy.

-  Tak,  ja  też  się  wystraszyłem  -  powiedział  Han.  -  Ten  wielkolud  potrafi  skradać  się  naprawdę  cicho.  Nic

dziwnego, że uważa się za najlepszego myśliwego na tej planecie. Wygląda na to, że śledził mnie przez cały czas,
gdy robiłem zwiad i zastanawiałem się, jak najlepiej nas stąd wydostać.

- Musimy bardzo uważać, kiedy będziemy omawiać szczegółowy plan ucieczki - szepnęła Bria, rozglądając się

wokół nerwowo.

- A jak myślisz, dlaczego wyciągnąłem cię na tę polanę, zanim poruszyłem ten temat? Tutaj nawet drzewa mają

uszy.  Wczoraj  w  nocy  to  był  tylko  Muuurgh,  więc  nic  się  nie  stało,  ale  mogą  na  nas  napuścić  jednego  ze
zmiennoskórych strażników, którzy pracują na dole w przetwórni błyszczostymu.

background image

Wzdrygnęła się na samą myśl o takiej możliwości.
- W takim razie o czym chciałeś mi powiedzieć?
-  Muuurgh  ma  poprosić  o  pozwolenie  na  polowanie,  kiedy  ja  z  Jalusem  Neblem  polecimy  na  Nal  Hutta.

Wszystko  już  zaplanowaliśmy.  Teroenza  zgodził  się  dziś,  żebym  wziął  ze  sobą  Nebla.  Nal  Hutta  jest  oddalona  o
dwa systemy stąd, a podróż zajmie nam ze cztery dni, może pięć. Obiecałem Muuurghowi, że dam mu tyle czasu,
żeby mógł się dowiedzieć, czy Mrrov nadal tu jest. A jeżeli się okaże, że tak, to ją zabierzemy.

-  To  by  było  wspaniale  -  westchnęła  Bria.  -  Nie  podobało  mi  się,  że  mamy  zostawić  Muuurgha.  Teroenza

mógłby się rozgniewać i zabić go za to, że pozwolił nam uciec, niezależnie od tego, czy Muuurgh zawinił, czy nie.

- Słusznie - zgodził się z nią Han. - Pozostaje mi tylko wymyślić jakiś sposób, żeby się dostać do prywatnych

apartamentów Teroenzy, przeszukać je i znaleźć kody dostępu do statków. Muszę też rozpracować zamki chroniące
jego kolekcję. Jak dotąd, utknąłem w miejscu. Wymyśliłem, jak odwrócić uwagę strażników, ale jeśli nie dostanę
tych kodów, być może będę musiał zmienić plany. Na przykład podpalić Centrum Powitalne, czy coś w tym stylu.

- Kody dostępu? - Bria zmarszczyła czoło i zamknęła oczy. - Kody bezpieczeństwa... - wzięła głęboki oddech i

zaczęła recytować serię liczb, symboli i liter.

- Ależ właśnie o to chodziło! - podniecony Han chwycił ją za ramię. - Skąd je masz?
Uśmiechnęła się niepewnie.
- Z umysłu Teroenzy. Tak jak wszystko inne, wryły mi się w pamięć. Chciałabym je zapomnieć... ale nie mogę.
Han uścisnął dziewczynę z zachwytu.
-  Lepiej  nie  zapominaj  tego,  zanim  nie  wyrwiemy  się  z  tej  błotnistej  dziury.  Bria,  kochanie,  to  cudowne!

Oszczędziłaś mi mnóstwo kłopotu.

Uśmiechnęła się do niego nerwowym uśmiechem.
- Zapłaciłam straszną cenę, ale jeśli to ma nam pomóc... chyba było warto.
- Zobaczysz, że było warto - obiecał Han. - Zaufaj mi. Przysięgam, że tak będzie!
Pokiwała głową.
-  W  takim  razie  jedyne,  co  nam  pozostało,  to  unikać  wzbudzania  podejrzeń,  dopóki  nie  będziemy  gotowi  do

ucieczki. Dla mnie to nic trudnego, w końcu razem z Neblem będę poza planetą. Myślisz, że zdołasz po prostu robić
swoje tak jak zwykle, zanim wrócę?

- Myślę, że tak - powiedziała. - Ale... wracaj szybko!
- Wrócę, maleńka - zapewnił ją.
Bria spojrzała na niego z prośbą w oczach.
- Czy kiedy będziemy już wolni, możemy lecieć najpierw na Korelię, Vykk? Chciałabym zobaczyć się z moją

rodziną, uspokoić ich, że nic mi nie jest.

Han uśmiechnął się do niej krzepiąco.
-  Oczywiście,  kochanie.  Sam  mam  na  Korelii  coś  do  załatwienia,  więc  to  będzie  nasz  pierwszy  przystanek,

zgoda?

Uśmiechnęła się promiennie w odpowiedzi.
- Zgoda.
Vykk zostawił ją pod drzwiami dormitorium. Bria postanowiła, że wejdzie na górę i zdrzemnie się przed kolacją.

Gdyby ktoś pytał, wymówi się z obrzędu bólem głowy.

Kiedy znalazła się w pokoju, podniosła pielgrzymie szaty i stała tak przez chwilę, trzymając je w rękach.
Zacznę jutro, zdecydowała. Tak będzie lepiej. W końcu miałam ostatnio naprawdę ciężkie dni. Nikt chyba nie

mógłby oczekiwać, że tak po prostu opuszczę Uniesienie. Potrzebuję trochę czasu, żeby się do tego przygotować.

I zanim zorientowała się, co robi, już miała na sobie pielgrzymie szaty i spieszyła Ścieżką Nieśmiertelności ku

Ołtarzowi Obietnic...

Dwa  dni  później  roztrzęsiony  Han  i  spokojny  Jalus  Nebl  czekali  przed  salą  audiencyjną  Hutta  Jilliaka  w  jego

zimowym  pałacu.  U  stóp  Hana  stało  niewielkie  urządzenie  holorejestrujące;  jego  zadaniem  było  wyświetlenie
podobizny  nadawcy  i  odtworzenie  jego  przemowy.  Nebl  opierał  się  o  wielką,  bogato  zdobioną  skrzynię
umieszczoną  na  repulsorowym  wózku.  Skrzynia  zawierała  prezent,  który  Zawal  wysłał  swojemu  partnerowi,  a
czasem rywalowi w interesach, Jilliakowi.

-  Zastanawiam  się,  jak  długo  jeszcze  będziemy  czekać  -  mruknął  zdenerwowany  Han,  chodząc  w  tę  i  z

powrotem. - Już prawie godzina!

- Jak na audiencję u wodza klanu to jeszcze nic - powiedział Nebl. - Kiedyś czekałem dwa dni, żeby w ogóle

mnie wpuścili do poczekalni. Inie zapominaj, że mamy czekać na odpowiedź. Raz trwało to bity tydzień.

- Nawet mi o tym nie mów - mruknął zdenerwowany Han. -Nie chcę słyszeć, że cokolwiek może pójść nie tak.

Nadal nie bardzo wierzę, żebyśmy mieli wyjść stąd żywi. Wiesz, Huttowie mają bardzo gwałtowne usposobienie.

- Już ci mówiłem, że jesteśmy zupełnie bezpieczni - odparł Sullustianin.

background image

- Wybacz, może jestem tępy, ale skąd możesz to wiedzieć z taką pewnością? - prychnął Han.
-  Dawno  temu,  wkrótce  po  zasiedleniu  Nal  Hutta,  Huttowie  stracili  tylu  posłańców,  że  komunikacja  między

klanami całkowicie zamarła, a to wszystkim przyniosło straty - wyjaśnił Nebl. - Tak więc wszystkie klany podpisały
święty  pakt,  gwarantujący  posłańcom  nietykalność.  Nikt  nie  może  nas  tknąć  ani  nam  przeszkodzić,  dopóki
dostarczamy wiadomość od Zawala.

- No, mam nadzieję, że masz rację - burknął Han pod nosem. Popatrzył na skrzynię. - Myślałem, że Zawal jest

wściekły na Jilliaka - dodał szeptem. - Dlaczego więc obdarowuje go prezentami?

Nebl pokręcił głową.
-  Przekazywanie  darów  to  tradycja.  Żeby  Hutt  w  ogóle  zechciał  z  tobą  rozmawiać,  musisz  mu  ofiarować  albo

dar, albo pogróżkę. Czasami Huttowie robią obie te rzeczy naraz.

Han skrzywił się.
- To dziwaczne. Naprawdę nie wiesz, co jest w środku? Skrzynia jest dość duża, by pomieścić każdą rzecz, jaka

może przyjść do głowy. Nawet ciało, gdyby je dobrze upakować. Czułbym się lepiej, gdybym wiedział, co tam jest.

- Skrzynia jest opieczętowana - zauważył Nebl. - Jeśli ją otworzysz, Jego Ekscelencja Jilliac dowie się o tym.

Chyba nie chcesz narobić sobie kłopotów.

-  No  tak...  Wiem.  -  Han  skrzywił  się  znowu,  a  potem  rozejrzał  się  dookoła,  postanawiając  zająć  myśli  czym

innym niż własne obawy.

Poczekalnia  była  wysoko  sklepionym  pomieszczeniem,  oświetlonym  licznymi  świetlikami  w  suficie.  Ściany  z

jasnego kamienia pokrywały gobeliny utkane, jak mówiono, przez wrogów Jilliaka, marniejących w jego lochach w
oczekiwaniu na łaskę śmierci. Jeden przedstawiał planetę, z której wywodzili się Huttowie, pustynną i jałową Varl, a
drugi - kataklizm, który ją unicestwił dawno, dawno temu. Na kolejnym można było podziwiać wielką diasporę Nal
Hutta w systemie Y'Toub. Han wiedział, że „Nal Hutta" po huttańsku znaczy „klejnot chwały".

Ostatni  z  gobelinów  był  pełnowymiarowym  portretem  Jilliaka  we  własnej  osobie,  spoczywającego  leniwie  na

bogato, ale gustownie ozdobionym podium.

Han  nie  miał  okazji  zwiedzić  Nal  Hutta,  bo  tuż  po  przylocie  zapakowano  ich  z  Neblem  do  śmigacza  i  wraz  z

pełniącym  funkcję  szofera  robotem  zabrano  na  południe,  do  ustronnego  zimowego  pałacu  Jilliaka.  Rezydencja
mieściła się na niewielkiej wyspie w pobliżu równika. Jalus Nebl poinformował Hana, że mieli szczęście, bo wyspa,
była prawdziwym ogrodem, w porównaniu z resztą tej wilgotnej, cuchnącej zgnilizną planety.

Wyspa  przypominała  Hanowi  Ilezję  -  gorąca,  wilgotna  i  porośnięta  dżunglą  z  ogromnymi  drzewami

podtrzymującymi potężne pnącza.

Przywołał go do rzeczywistości Dorzo, rodiański kamerdyner Jilliaka, który dał im znak.
- Jego Najwyższa Ekscelencja Jilliac, władca klanu i obrońca sprawiedliwych, przyjmie was teraz.
Han pospiesznie podniósł odtwarzacz i razem z Neblem wszedł do komnaty audiencyjnej.
Była ogromna. Han szedł w kierunku sterczącego po środku podium, czując pod butami miękki cenny kobierzec.

Salę  wypełniał  tłum  usłużnych  dworaków  wszelkich  ras,  tańczących  dziewcząt  i  chłopców,  gibkich  i  pełnych
wdzięku,  a  w  jednym  z  rogów  przygrywała  orkiestra.  Zapachy  z  bufetu  zastawionego  potrawami  z  co  najmniej
tuzina światów podrażniły nozdrza Hana, który nagle przypomniał sobie, że od śniadania nic nie jadł.

Jilliac spoczywał swobodnie na swoim podium, paląc coś, czego Han nie rozpoznał, ale czego z całą pewnością

nie chciałby nigdy spróbować. Najsłabszy powiew smrodliwego dymu przyprawiał go o zawroty głowy.

Jalus Nebl szturchnął Hana, a ten nerwowo postąpił naprzód.
- Wszechmocny Jilliaku - zaczął po huttańsku mowę, której wyuczył go Zawal. - Przybywamy od naszego pana

z Ilezji, Hutta Zawala, przynosząc ci wiadomość i podarunek. Najpierw podarunek... - przywołał gestem Nebla, tak
jak to uzgodnili.

Jilliac przyjrzał się im, a potem rozkazał po huttańsku:
- Otwórzcie skrzynię. Ciekaw jestem, jaki podarunek Zavval uważa za godny mnie.
- Tak jest, Wasza Ekscelencjo - powiedział Sullustianin i zabrał się za rozcinanie pieczęci skrzyni.
Zafascynowany  Han  patrzył,  jak  Sullustianin  odsuwa  wieko  i  wyciąga  ze  środka  dwie  kryształowe  kule  na

wspornikach z brązu. Umieścił jedną na drugiej, a obie wsparł na solidnym stojaku.

Wszystkie  metalowe  części  były  misternie  zdobione  złotem  i  srebrem.  Z  tyłu  dolnego  globusa  znajdował  się

schowek, w którym, jak sądził Han, należało umieścić jakiś rodzaj baterii. Nie miał pojęcia, do czego mogło służyć
to cudaczne urządzenie.

Jilliac natomiast wiedział.
-Ach! Kombinacja nargili z przekąśnikiem! -wykrzyknął, oczywiście po huttańsku; Han do tego czasu opanował

już całkowicie ten język. - Naprawdę, niemal wart naszej wielkości! Dokładnie taki, jaki chciałem! Skąd on mógł
wiedzieć?  -  Zwrócił  się  do  posłańców,  tym  razem  bardziej  formalnie  -  Kurierze,  dar  Zawala  zadowolił  mnie.
Miejmy nadzieję, że podobnie będzie z jego wiadomością. Uruchom nagranie, człowieku.

background image

Han  skłonił  się  nisko,  ustawił  odtwarzacz  na  niskim  stoliku  i  włączył.  Pomiędzy  nim  a  podium  Jilliaka

natychmiast pojawił się hologram Zawala.

- Mój drogi Jiliaku - powiedział Zawal, wyciągając rękę w stronę Jilliaka, jakby rzeczywiście mógł go widzieć i

dotykać. - W ciągu ostatniego roku nasze transporty z Ilezji dotknęła prawdziwa plaga. Statki znikały, a jeden z nich
został  nawet  zaatakowany.  Jako  zwierzchnik  naszego  Kadijier  miałem  obowiązek  przeprowadzić  śledztwo  w
sprawie tych podłych ataków.

Wyraz zadowolenia na twarzy Jilliaka nagle z niej zniknął. Han rzucił nerwowe spojrzenie na Sullustianina.
Mam nadzieję, że facet ma rację i naprawdę nic nam nie grozi, pomyślał.
-  Udało  nam  się  ustalić,  że  ślady  napastników  prowadzą  do  Nar  Shaddaa,  a  niedawno  moi  śledczy  pojmali  i

przesłuchali  jednego  z  pilotów  tych  statków.  Ten  nieszczęśnik  ujawnił  -  zanim  zabiła  go  słabość  serca  -  że  został
zatrudniony do tych perfidnych misji przez ciebie i twojego stryjecznego wnuka, Jabbę. Twoja zdrada rani mi serce,
a  co  gorsza,  bije  mnie  po  kieszeni.  Ostrzegam  cię,  Jiliaku:  zostaw  nasze  statki  w  spokoju.  Każdy  następny  atak
spotka się z odwetem na tobie i członkach twojego klanu. Zgromadziliśmy wielką flotę, która rozniesie na strzępy
wasze mizerne siły.

Jaką flotę? - pomyślał oszołomiony Han. Przecież mają tylko mnie i Nebla! Zawal blefuje! A może rzeczywiście

zatrudnił ostatnio więcej pilotów?

Zawal ciągnął nieubłaganie:
- Przyjmij nasz dar jako propozycję pokoju albo przygotuj się na przykre konsekwencje, z których własna śmierć

wyda  ci  się  najmniej  dotkliwą.  Jiliaku,  odwołuję  się  do  ciebie  w  imię  braterstwa  wszystkich  Hurtów:  zaprzestań
porywania i terroryzowania naszych statków. Więcej zyskamy jako sprzymierzeńcy niż jako rywale.

Podczas tej przemowy Han i Sullustianin cofali się przerażeni, bo Jilliac nadymał się jak zatruty wrzód.
- Ostrzegam! Nie lekceważ mojego ostrzeżenia, Jiliaku!
Przestań...
-UuuuuuuuuuuiiiiiiiiiiiiiiigggggggggggGGRRRRRRRRRRHHHHHHHH!
Ryk  wściekłości  w  wykonaniu  Jilliaka  wystarczył,  by  Han  i  Nebl  jednym  skokiem  znaleźli  się  za  suto

zastawionym  stołem.  Potężny  ogon  huttańskiego  władcy  śmignął  zamaszyście  w  stronę  odtwarzacza.  Wizerunek
Zawala zniknął.

Jiliac  zaczął  pełznąć  do  przodu.  Han  patrzył  na  to  zafascynowany  i  zarazem  zmartwiały  ze  strachu.  Po  raz

pierwszy widział, jak Hurt porusza się o własnych siłach.

- Posłańcy! - krzyknął Jiliac. - Wystąpcie naprzód!
Han i Nebl powoli i niechętnie wyczołgali się spod stołu i wstali.
- Słuchamy cię, wszechmocny Jiliaku... - odezwał się Nebl drżącym głosem. Han nie był w stanie wykrztusić z

siebie słowa.

-  Odsyłam  was  do  tego  obmierzłego,  trawionego  robactwem  i  gangreną  pasożyta,  który  śmie  używać  imienia

Zawal!  -  wściekał  się  Jiliac,  trzaskając  ogonem  jak  biczem  na  prawo  i  lewo.  -Powiedzcie  mu,  że  odrzucam  jego
oszczercze  oskarżenia  przeciwko  mnie  i  mojemu  krewniakowi  Jabbie.  Przekażcie  mu,  że  jego  nieudolna  próba
podburzenia  mnie  do  nierozważnego  ataku  spełzła  na  niczym.  Czas  pracuje  na  moją  korzyść.  On  sam  jest  już
trupem,  który  z  mojej  łaski  może  udawać,  że  wciąż  jeszcze  żyje.  Ja  i  tylko  ja  jestem  panem  jego  życia  i  śmierci.
Wyzwolę go z jego żałosnej egzystencji, gdy mi to będzie na rękę. Zrozumieliście?

- Tak, o wszechmocny! - powiedział Han, odzyskawszy głos. Wyglądało na to, że Jiliac puści ich wolno, Han

zaś marzył wyłącznie o tym, by wynieść się z tej planety jak najszybciej. Ukłonił się raz i drugi. - Przekażemy mu
dokładnie wasze słowa, panie!

- Doskonale. Możecie odejść. Zawieźcie niezwłocznie moje posłanie Zawałowi.
Kłaniając  się  raz  za  razem  Han  i  Nebl  wycofali  się  z  sali  audiencyjnej.  Potem  pospiesznie  wskoczyli  do

przydzielonego im pojazdu i polecili robotowi - kierowcy, by jak najszybciej zawiózł ich do kosmoportu.

Widok  oczekującego  „Ilezjańskiego  Snu"  jeszcze  nigdy  Hana  tak  nie  ucieszył.  Rzucili  się  biegiem  przez

lądowisko i po trapie do sterowni.

Dopiero kiedy znaleźli się w przestrzeni i Han pociągnął za dźwignię hipernapędu, wróciło mu poczucie humoru

i zdołał wykrzesać z siebie niepewny uśmiech.

- No i co, Nebl? - zapytał. - Nieźle nam poszło, co?
Sullustianin wywrócił wielkimi, wilgotnymi oczami.
- Nadal nic nie rozumiesz, Vykk - powiedział. - Kiedy masz do czynienia z Hurtami, musisz przewidywać wiele

ruchów naprzód. Zawal prawdopodobnie wysłał tę wiadomość dlatego, że tak naprawdę jesteśmy bezbronni i chciał
powstrzymać Jilliaka od frontalnego ataku. My, zwykli słudzy, widzimy tylko wycinek tego, co naprawdę się dzieje.
Pozostaje nam modlić się do wszelkich bogów, w których wierzymy, byśmy nigdy, przenigdy nie rozgniewali Hutta.
Już lepiej samemu założyć sobie pętlę na szyję. I to wcale nie jest przenośnia...

background image

Han kiwnął głową.
-  Wierzę  ci,  ale  mimo  wszystko  na  miejscu  Zawala  nie  byłoby  mi  łatwo  zasnąć  dziś  w  nocy.  Możliwe,  że  w

ogóle bym się nie obudził...

Muuurgh  przemykał  się  przez  dżunglę  w  półmroku  krótkiego  ilezjańskiego  zmierzchu.  Przebycie  stu

czterdziestu  siedmiu  kilometrów  do  Kolonii  Drugiej  zajęło  mu  półtora  dnia.  Na  wytłumaczenie  tak  powolnego
tempa  miał  tylko  niebezpieczeństwa  spienionej  rzeki  Gachoogai,  którą  musiał  przekroczyć  po  drodze.  Przeprawa
przez pełną wartkich prądów rzekę tak go wyczerpała, że musiał poświęcić następne dwie godziny na polowanie, a
potem jeszcze jedna na sen. Nadal był zmęczony... ale w końcu dotarł na miejsce.

Przekraczając  ogrodzenie,  usłyszał  śpiewy.  Rozkład  dnia  w  Kolonii  Drugiej  nie  różnił  się  od  tego  w  Kolonii

Pierwszej, a zatem pielgrzymi uczestniczyli teraz w wieczornej ceremonii.

Nozdrza Muuurgha niezmordowanie pracowały, gdy węszył w powietrzu szukając charakterystycznego zapachu

swojej rasy. Kilkakrotnie opadał na kolana, podpierał się łokciami i węszył tuż przy ziemi, łowiąc nosem zapachy
pozostawione przez przechodzących niedawno pielgrzymów.

Po  pięciu  minutach  wzdrygnął  się  nagle,  jakby  ktoś  dźgnął  go  pałką  ogłuszającą.  Mrrov!  Mrrov  przechodziła

tędy nie dalej niż wczoraj! Okrążając ostrożnie budynki kolonii wytropił najpierw dormitorium, w którym spała, a
następnie fabrykę, w której pracowała.

W końcu poszedł za najświeższym tropem - ścieżką, która niewątpliwie musiała prowadzić do Ołtarza Obietnic.

Wyglądało na to, że rozkład kolonii był niemal identyczny, jak w Kolonii Pierwszej.

Muuurgh zrezygnował z podążania za tropem wtopił się w dżunglę i na skróty pospieszył w kierunku placu, na

którym zgromadzili się pielgrzymi. Przez chwilę zastanawiał się, czy Mrrov nie wyczuje przypadkiem jego śladu,
ale po chwili odrzucił taką możliwość. Przeprawiając się przez rzekę doszczętnie zmoczył sierść, ale powstrzymał
się od instynktownego czochrania o drzewa, by nie pozostawiać śladów swojego zapachu. Nie chciał, żeby Mrrov
poszła za nim do Kolonii Pierwszej i zgubiła się w dżungli, gdy rzeka przerwie jego trop.

Togorianin przybył w tym samym momencie, gdy pielgrzymi poddali się mentalnym i emocjonalnym wibracjom

Uniesienia. Zmrużył oczy i niemal automatycznie zamykając się przed falami dopływających emocji, przeczesywał
wzrokiem tłum wijących się postaci...

...tam  była  Mrrov!  Też  rzucała  się  na  ziemi,  ale  nie  tak,  jak  inni...  w  jej  ruchach  wyczuł  coś  fałszywego,  co

pozwoliło mu ją wypatrzyć niemal natychmiast.

Ona udaje, pomyślał Muuurgh. Wiedziałem, że Mrrov jest zbyt silna duchem, by dać się oszukać tym draniom!
Wytężył wzrok, by rozpoznać każdą linię jej ciała pod opończą pielgrzyma. Jednak widział wyraźnie tylko jej

głowę, z rudymi pasmami sierści odcinającymi się żywo od bieli. Marzył, by spojrzeć w jej słodkie piwne oczy, ale
stała tyłem i nie widziała go.

Przez sekundę Muuurgh był gotów zapomnieć o ostrożności i o obietnicy, którą dał Vykkowi - czuł nieodpartą

ochotę, by wbiec pomiędzy tłum pielgrzymów, chwycić swoją przyszłą partnerkę i unieść ją w głąb dżungli.

Ale przecież dał Vykkowi słowo honoru. Mrrov nie może się dowiedzieć, że on tu był.
Pielgrzymi powoli podnosili się po Uniesieniu. Muuurghowi zaparło dech w piersiach, gdy zobaczył, że Mrrov

jest przepasana niebieską szarfą - podobnie jak połowa z niemal setki pielgrzymów obecnych na ceremonii.

Szarfa! To szarfa Wybrańców! O, nie!
Muuurgh  nie  mógł  powstrzymać  syku  frustracji  i  przerażenia.  Był  na  Ilezji  od  wielu  miesięcy.  Widział  już

wcześniej takie szarfy.

Jakby  na  potwierdzenie  jego  podejrzeń,  kiedy  pielgrzymi  zaczęli  ruszać  z  powrotem,  Arcykapłan  wystąpił  do

przodu i zawołał za nimi tubalnym głosem:

-  Wszyscy  pielgrzymi,  którzy  noszą  błękitne  szarfy,  niech  pozostaną  z  tyłu!  Wasz  Arcykapłan  chce  wam  coś

zakomunikować!

Przepasani szarfami pielgrzymi zatrzymali się posłusznie i wrócili na miejsce ceremonii. Mrrov wyglądała przez

chwilę, jakby chciała zerwać z siebie szarfę i pospieszyć za innymi w dżunglę, ale nie zrobiła tego. Muuurgh jęknął
w duszy. Czy ona wie, co oznaczają te ozdoby? - zastanawiał się.

-  Ci  z  was,  którzy  dostali  błękitne  szarfy,  zostali  uznani  za  Wybrańców.  Wasza  pobożność  i  oddanie

Wszechogarniającej  Jedności  pozwoliła  was  wybrać  do  zaszczytnego  zadania.  Jutro  wieczorem  po  raz  ostatni
dostąpicie  Uniesienia  przy  tym  Ołtarzu.  O  świcie  następnego  ranka  statek  zabierze  was  na  spotkanie  z  naszymi
misjonarzami,  z  których  każdy  wybierze  jednego  z  was,  by  mu  towarzyszył  w  misji  głoszenia  słowa  Jedynego  i
Wszechogarniającego.

Muuurgh słuchał szmeru podnieconych głosów pielgrzymów. Wiedział, że perspektywa dostąpienia Uniesienia

w samotności, bez potrzeby dzielenia tego doświadczenia z tłumem innych pielgrzymów, wprawiła ich w euforię.

Głupcy... - to była pierwsza myśl Muuurgha. Nie są lepsi niż bist czy etelo. Jedyne, czego są warci, to żeby stać

się zdobyczą i pożywieniem dla silniejszych od nich. Te statki zabiorą ich do kopalni na Kessel, albo do lupanarów

background image

imperialnych żołnierzy. Nigdy więcej nie dostąpią Uniesienia, będą żyć w poniżeniu i nędzy, nie dłużej niż rok.

Druga myśl sprawiła, że futro zjeżyło mu się na karku.
Tylko  półtora  dnia,  a  potem  ją  stąd  zabiorą!  A  że  imperialni  żołnierze  życzą  sobie  w  domach  uciech  tylko

humanoidów,  Mrrov  trafi  do  kopalń  na  Kessel!  Pewnie  myślą,  że  jako  silna  Togorianka  wytrzyma  tam  dłużej  niż
inni...

Muuurgh rąbnął pięścią w pień drzewa.
Niech będą przeklęci! - pomyślał. Mam mało czasu. Władcy Ilezji na pewno wezwą Vykka albo Sullustianina,

żeby  zabrali  pielgrzymów  na  orbitę,  gdzie  będzie  na  nich  czekał  statek  z  Kessel.  Muszę  wracać  do  Kolonii
Pierwszej, żeby pomóc Vykkowi zabrać nas wszystkich z tej planety!

Muuurgh skoczył  na  równe nogi  i  zaczął wytrwale  biec  przez  dżunglę, czując  jak  strach wypędza  z  jego  ciała

zmęczenie. Skierował się na południowy wschód, ku Kolonii Pierwszej. Nie miał czasu do stracenia.... życie Mrrov
wisiało na włosku.

Togorianin  przeskakiwał  nad  powalonymi  pniami  i  strumykami,  uchylając  się  przed  nisko  zwisającymi

konarami.  Oddychał  lekko,  ale  wiedział,  że  to  się  wkrótce  zmieni.  Niedługo  dopadnie  go  zmęczenie,  nie  mógł
jednak pozwolić, by go powstrzymało.

Jak czarny cień wśród czerni nocy, biegł i biegł...
Bria  po  ceremonii  ruszyła  w  stronę  swojego  dormitorium.  Po  chwili  zza  jej  pleców  wysunął  się  Ganar  Tos.

Zesztywniała i pochyliła głowę niżej, by na niego nie patrzyć.

Gdyby tylko Vykk był tu ze mną.... - myślała. Nie ma go już od trzech dni. Ganar Tos nie łaziłby za mną w ten

sposób, gdyby był tu Vykk.

Stary  Cysjanin  wyciągnął  rękę,  by  złapać  ją  za  ramię,  ale  Bria  wywinęła  się  spod  jego  uścisku.  Kamerdyner

uśmiechnął się i zagrodził jej drogę.

- Jego Wyniosłość Teroenza życzy sobie porozmawiać z tobą, pątniczko 921.
O nie! - przeraziła się. Serce jej zamarło, tylko po to, by po chwili zacząć bić jak młot, aż zaczęła się obawiać, że

Ganar Tos je usłyszy!

Na pewno Teroenza domyślił się, że to ja sondowałam jego umysł! - pomyślała przerażona.
-  Dd-dlaczego?  -  zdołała  wykrztusić  zmartwiałymi  wargami.  Zastanawiała  się,  czy  nie  udałoby  się  jej  uciec.

Mogłaby się ukryć w dżungli dzień lub dwa, zanim wróci Vykk...

-  Chce  coś  z  tobą  omówić  -  powiedział  Tos,  uśmiechając  się  do  niej.  Bria  zdrętwiała  od  tego  uśmiechu,  ale

uznała, że ucieczka nie ma sensu. Strażnicy szybko by ją wytropili i zabili.

Odwróciła się więc i ruszyła z powrotem w stronę Ołtarza Obietnic.
Kiedy stanęli naprzeciwko Teroenzy, Arcykapłan odczekał, aż Bria odda mu przepisowy pokłon. Z przerażenia i

ze strachu kręciło jej się w głowie.

-  Pątniczko  921  -  zwrócił  się  do  niej  Teroenza  donośnym  głosem.  -  Wiernie  nam  służyłaś  i  jestem  z  ciebie

bardzo  zadowolony.  Jestem  również  zadowolony  z  mojego  wiernego  sługi  Ganara  Tosa.  Postanowiłem  więc
wynagrodzić was oboje.

Bria spojrzała kątem oka na Cysjanina, którego pomarańczowe oczy błyszczały szczęściem.
O nie! - pomyślała Bria. Mam jak najgorsze przeczucia... Teroenza wskazał na kamerdynera.
-  Ganar  Tos  poprosił  mnie  o  twoją  rękę,  a  ja  z  przyjemnością  spełniam  jego  prośbę.  Stańcie  przede  mną,  a  ja

wypowiem słowa, które uczynią cię jego żoną.

Bria  zamarła.  Zastanawiała  się  gorączkowo,  czy  nie  lepiej  byłoby  zemdleć.  Nie  miałaby  z  tym  chyba

specjalnych  problemów  -  i  tak  już  czarne  płaty  latały  jej  przed  oczami,  a  w  uszach  słyszała  dzwonienie.  W  tym
momencie poczuła, że spływa na nią ukojenie; oblała ją fala przyjemności tak wszechogarniającej, że istotnie prawie
straciła przytomność. Wrażenie było tak intensywne, tak ciepłe, tak rozkoszne, że zgodziłaby się chyba na wszystko,
byle tylko trwało i trwało.

Ale w tej samej chwili, gdy już pochylała głowę w bezwolnym przyzwoleniu, wyobraźnia podsunęła jej obraz

Vykka.  Bria  wyprostowała  się  i  podniosła  podbródek.  Nie  ośmieli  się  zemdleć  -  gdyby  to  zrobiła,  mogłaby  się
ocknąć jako żona Ganara Tossa w ich małżeńskim łożu. Sama myśl o tym ścisnęła ją za gardło, a fale przyjemności
emitowane przez kapłana straciły swoją moc. W wyobraźni ujrzała siebie w łóżku obok Ganara Tossa - przez kilka
strasznych sekund myślała, że zwymiotuje.

Opanuj się! - nakazała sobie. Myśl!
-  Ależ,  Wasza  Wyniosłość...  -  powiedziała  nieśmiało,  zmuszając  się,  by  nadal  skromnie  spuszczać  wzrok.  -

Złożyłam śluby czystości. Nie mogę nikogo poślubić.

- Twoja pobożność dobrze o tobie świadczy, pątniczko - zadudnił Teroenza. - Ale Jedyny i Wszechogarniający

błogosławi  owocne  związki  tak  samo,  jak  wyrzeczenia  celibatu.  Udzielam  ci  specjalnej  dyspensy,  byś  mogła
poślubić  Ganara  Tosa  i  dać  mu  potomstwo,  które  wychowacie  na  wiernych  wyznawców  Wszechogarniającej

background image

Jedności.

Sprytny  stary  potwór,  pomyślała  Bria,  nienawidząc  Teroenzy  ze  wszystkich  swoich  sił,  jak  nikogo  innego  w

życiu. Nie mogę mu się sprzeciwić, nie popełniając bluźnierstwa.

Wzięła głęboki, długi oddech, dając sobie chwilę czasu na zastanowienie.
-  Dobrze  więc,  o  Najwznioślejszy  -  powiedziała  potulnie.  -Jeśli  mówisz,  że  taka  jest  wola  Jedynego  i

Wszechogarniającego,  muszę  się  jej  poddać.  Będę  dobrą  żoną  dla  Ganara  Tosa.  -Pokonując  obrzydzenie,  zmusiła
się, by położyć rękę na jego gruzłowatym zielonym ramieniu.

- Cieszę się, pielgrzymko - odparł Teroenza i uniósł dłonie, by rozpocząć ceremonię zaślubin.
- Zważ jednak, o Najwznioślejszy - Bria podniosła nieco głos - że muszę najpierw dopełnić pewnych zwyczajów

mojego  ludu,  zanim  będę  mogła  uznać  się  za  prawnie  poślubioną.  -Zanim  kapłan  zdążył  jej  przerwać,  dodała
szybko:  -  To  prosta  tradycja,  o  Najwyższy,  i  łatwo  się  do  niej  zastosować.  Proszę  tylko  o  jeden  dzień  na
oczyszczenie i medytację o świętości stanu małżeńskiego. I jeszcze jedno... na Korelii kobieta tradycyjnie powinna
być ubrana w zieloną suknię ślubną. Mogę poprosić robota krawieckiego, żeby uszył dla mnie taką suknię na jutro
wieczór.

Bria powstrzymała oddech, czekając na decyzję Teroenzy. W końcu Arcykapłan uznał, że nie są to wygórowane

wymagania.

- Dobrze, pątniczko 921 - zadudnił. Entuzjazm na twarzy Ganara Tosa przygasł. - Jutro wieczorem, przed całym

zgromadzeniem, połączę was węzłem małżeńskim. Niech was błogosławi Jedyny i Wszechogarniający.

Teroenza nakreślił w powietrzu znak, odwrócił się i zostawił ich samych.
Ganar Tos ruszył przodem.
- Odprowadzę cię do dormitorium - zapowiedział.
- Dobrze - zgodziła się, ale nie pozwoliła objąć się ramieniem. -Narzeczony nie powinien dotykać narzeczonej

ostatniego  wieczora  przed  zaślubinami  -  skłamała  słodkim  głosem.  -  To  jeszcze  jedna  koreliańska  tradycja.  Nie
wątpię, że zdołasz zaczekać jeden dzień, mój przyszły małżonku. Skinął głową.

-  Zgoda,  przyszła  małżonko.  Przysięgam,  ze  będę  dobrym  mężem.  Gorąco  pragnę,  byśmy  zostali

pobłogosławieni licznym potomstwem.

-  Ja  również  gorąco  tego  pragnę  -  powiedziała  ciepło  Bria,  krzyżując  palce  obu  dłoni  pod  luźnymi  rękawami

szaty.

Błagam, Vykk... - myślała gorączkowo. Spiesz się, proszę!
 

background image

ROZDZIAŁ 10. POŻEGNANIE Z RAJEM

 
Podróż powrotna trwała rekordowo krótko. Han przeprowadził „Ilezjański Sen" przez chmury po nocnej stronie

planety.  W  świetle  błyskawic  dostrzegli  kilka  efektownych  wirów  powietrznych,  ale  kiedy  wylądowali  w  Kolonii
Pierwszej  mniej  więcej  godzinę  po  północy,  okazało  się,  że  jakimś  cudownym  sposobem  nie  pada.  Jalus  Nebl
odwrócił siew stronę Hana i zauważył:

- Ładne lądowanie. Sam nie zrobiłbym tego lepiej.
Han uśmiechnął się, słysząc pochwałę. Nadal uśmiechnięty, schodził po trapie na płytę lądowiska. Podobnie jak

Sullustianin szybko musiał sięgnąć po gogle - noc była czarna jak smoła, bez jednej gwiazdy na niebie.

- No, nie wiem jak ty, ale ja idę się przespać, chłopcze -zameldował Sullustianin, skręcając w stronę szpitala, w

którym nadal się leczył, choć nie musiał już oddychać filtrowanym powietrzem. - Dobrej nocy.

-  Śpij  dobrze,  Nebl  -  odpowiedział  Han  i  odwrócił  się,  ziewając,  w  stronę  ścieżki  prowadzącej  do  Centrum

Administracyjnego. Cudownie będzie wskoczyć do łóżka, pomyślał. Trochę się prześpię, a potem...

Bez  ostrzeżenia  usta  zakryła  mu  owłosiona  łapa,  dławiąc  okrzyk  zaskoczenia.  Coś  dźwignęło  Hana  z  ziemi  i

zaczęło nieść w głąb dżungli. Po chwili tuż przy uchu Han usłyszał znajomy głos:

- Muuurgh pseprasa, ze musiał to zrobić, ale Vykk by ksycał. Musimy być cicho.
Togorianin postawił pilota, który wziął głęboki oddech, gotów wygłosić długą tyradę na temat straszenia ludzi w

ciemnościach.  Muuurgh  potrząsnął  kudłatą  głową  i  coś  w  wyrazie  jego  twarzy,  nawet  widzianej  w  podczerwieni,
powstrzymało Hana w pół słowa. Zapytał więc tylko cicho:

- Co się stało?
- Znalazłem Mrrov - powiedział Muuurgh. - Obudzą pilota o świcie, zęby poleciał do Kolonii Drugiej i zabrał ją

razem z grupą innych pielgzymów na stację orbitalną, gdzie będzie cekał statek. Statek z Kessel na pewno, więc nie
ma casu do stracenia. Musieć uciekać. Natychmiast. Albo Mrrov zginie.

Han pokręcił głową. Był zmęczony - w ciągu ostatnich czterech nocy łapał tylko po kilka godzin snu i zaczynał

już odczuwać skutki niewyspania.

- Uciekać? Teraz?
- Tak!!! - Podniecenie Muuurgha było zaraźliwe. Han poczuł, jak w jego ciele zaczyna krążyć adrenalina.
- Musieć uciekać! Powiedz, co Muuurgh ma robić! Dwie godziny do świtu! Po wschodzie słońca Mrrov będzie

cekać z innymi psy Ołtazu, a Vykk i Muuurgh musą mieć gotowy statek!

- Dobrze, stary, już dobrze. Uspokój się. - Han zaczął się, gorączkowo zastanawiać, od czego zacząć. - Trochę

mnie zaskoczyłeś i potrzebuję sekundy, żeby włączyć pomyślunek. Zacznijmy od początku. Będziemy potrzebować
miotaczy.  Pięciu  albo  sześciu.  Mieszkałeś  kiedyś  w  barakach  strażników.  Myślisz,  że  uda  ci  się  tam  zakraść  i
zdobyć broń?

Muuurgh przytaknął.
- Tak... zdobędę pięć czy seść blastery.
- Na twoim miejscu podwędziłbym je Gamorreańczykom. To kompletne przygłupy, a śpią jak zabici.
Rozbawiony Muuurgh poruszył bokobrodami.
- Tak...
- W takim razie wszystko jasne. Spotkajmy się pod budynkiem Centrum Administracyjnego za pół godziny.
Muuurgh kiwnął głową i zniknął między drzewami.
Han ruszył w stronę Centrum Administracyjnego. Pierwszym punktem jego harmonogramu było zlikwidowanie

łączności. Nie chciał, żeby nagle spadły mu na kark posiłki wezwane z innych kolonii, albo żeby zorientowano się
tam, że coś się święci.

Dotarłszy do ośrodka łączności, wygrzebał z kieszenie arkusik flimplastu, na którym Bria zapisała mu wszystkie

kody  bezpieczeństwa,  jakie  poznała  dzięki  wtargnięciu  do  umysłu  Teroenzy.  Był  tam  kod  do  prywatnego  jachtu
Teroenzy - „Talizmanu" - którego Han zamierzał użyć w trakcie ucieczki. Był też kod do prywatnego apartamentu
Teroenzy i do pokoju, gdzie umieścił swoją kolekcję. Przede wszystkim jednak arkusz flimplastu zawierał bezcenny
kod  do  centrum  operacyjnego,  w  którym  mieściły  się  generatory,  ekrany  podglądu  dla  strażników,  warsztaty
naprawcze, zbrojownia i centrum łączności.

Han  przemykał  cichymi  korytarzami.  Był  ciekaw,  czy  uda  mu  się  dostrzec  Muuurgha  wypełniającego  zlecone

mu zadanie, ale Togorianin był na to zbyt dobrym myśliwym. Han poznał już dostatecznie dobrze rozkład kolonii,
żeby  niemal  automatycznie  omijać  znudzonych  nocnych  strażników,  którzy  w  najczęściej  -  jak  zdążył  się
zorientować podczas swoich wcześniejszych nocnych wypadów - chrapali na swoich stanowiskach.

Trwało  to  niemal  wieczność,  zanim  dotarł  do  centrum  operacyjnego,  ale  w  końcu  stanął  pod  jego  drzwiami  i

zaczął wstukiwać kod, który dała mu Bria. Z cichym sykiem drzwi się rozsunęły.

background image

- Dzielna dziewczyna! - mruknął Han pod nosem i wśliznął się do środka.
Za  drzwiami  mieściło  się  stanowisko  strażnika,  o  którym  Han  wiedział  już  wcześniej.  Ochroniarz  -  Twi'lek  -

spał smacznie na krześle, z nogami opartymi o konsoletę modułu łączności. Jego blade warkocze główne dyndały z
tyłu jak dwie grube liany. Ciszę nocy rytmicznie przerywało głośne chrapanie.

Han  sięgnął  po  miotacz,  nastawił  przełącznik  na  ogłuszanie  i  wcisnął  spust.  Błękitny  krąg  erupcji  oblał

strażnika. Twi'lek wzdrygnął się tylko raz i opadł bezwładnie na krzesło, wyglądając identycznie jak przed chwilą-
tylko chrapanie ucichło.

- To niewątpliwie zmiana na lepsze - mruknął Han, chowając blaster do kabury.
Podchodząc do konsoli łączności, wyciągnął mały przybornik, który każdy pilot zawsze nosił w którejś kieszeni

i zabrał się za odkręcanie pokrywy panelu. Zamierzał przeciąć obwody a potem zamocować pokrywę z powrotem,
tak żeby jego przeciwnicy nie od razu się zorientowali, że moduł łączności został uszkodzony.

Chwilę później zdjął pokrywę konsoli i odstawił ją na podłogę. Widok, jaki mu się ukazał - setki przewodów,

obwodów, transponderów, kabli i równe rzędy nie oznaczonych przełączników - przyprawił go o głośny jęk.

- Skąd, u licha, mam wiedzieć, które z tych kabli doprowadzają energię z generatora?
Wybrał pierwszy z brzegu przewód i rozciął go laserowym przecinakiem. Kontrolka mocy nadal jednak mrugała

przy pozycji „włączone". Wybrał inny przewód. Znów to samo. Czując rosnącą frustrację złapał garść przewodów i
przeciął je za jednym zamachem.

Bez efektu.
Klnąc pod nosem rozcinał, przecinał i wycinał przewód za przewodem, coraz szybciej i szybciej, aż się spocił i

zasapał -ale dopływ mocy nie ustał.

Minęło już niemal pięć minut.
-  Głupia  tablica!  -  warknął  Han,  wyciągając  blaster.  Przełączył  broń  na  pełną  moc  i  wpakował  strzał  w  sam

środek wnętrzności upartej konsoli. Wystrzeliły płomienie, zapach zwęglonej izolacji zakręcił go w nosie, błysnęły
iskry...

...a kontrolka mocy zgasła.
- No, wreszcie! - mruknął Han. Dla pewności wystrzelił jeszcze jeden ogłuszający promień w Twi'leka, obrócił

się na pięcie i wyszedł z Centrum Administracyjnego. Włożył gogle i truchtem pobiegł ścieżką przez dżunglę. Coraz
bardziej wydłużał krok, dopóki nie pośliznął się w kałuży błota. Klnąc pod nosem dźwignął się z powrotem na nogi,
cały mokry i zabłocony, i popędził dalej.

Miał  teraz  przed  sobą  dormitorium  Brii.  Han  już  dawno  temu  zorientował  się,  że  w  przeciwieństwie  do

przetwórni  i  Centrum  Administracyjnego,  budynki  pielgrzymów  nie  były  strzeżone.  Tlanda  Til  nie  martwili  się
widać,  że  coś  mogłoby  się  stać  ich  niewolnikom;  w  końcu  nic  łatwiejszego  niż  wymienić  niepełnowartościowego
niewolnika na nowego.

Wąska  prycza  Brii  znajdowała  się  na  drugim  piętrze.  Podest  między  piętrami  rozjaśniało  przyćmione  światło.

Han  bezszelestnie  wchodził  po  stromych  schodach,  trzymając  w  pogotowiu  ustawiony  na  ogłuszanie  blaster,  ale
nikogo nie spotkał. Po Uniesieniu pielgrzymi byli tak wyczerpani, że w nocy spali jak kłody.

Han  nie  był  pewien,  które  łóżko  zajmuje  Bria.  Wypatrując  przez  gogle  wśród  uśpionych  postaci  znajomych

rysów  dziewczyny  szedł  między  dwoma  rzędami  łóżek  najrozmaitszych  rodzajów  -  tapczanów,  pryczy,  koi,
podestów i platform - dostosowanych do wymagań różnych ras pielgrzymów.

Deska zaskrzypiała pod nogą Hana; zatrzymał się, wstrzymując oddech. Na pobliskim łóżku - ludzkiego typu -

nagle ktoś usiadł. Ubrana w białą nocną koszulę postać odezwała się szeptem:

- Vykk, to ty?
Han kiwnął głową i dał jej ręką znak, by się pospieszyła.
Ku jego zdumieniu Bria wyskoczyła spod koca ubrana w spodnie. Chwyciła jeszcze z pryczy wierzchnią tunikę i

sandały i na palcach podbiegła w jego stronę, odruchowo omijając skrzypiącą deskę.

Ostrożnie  i  po  cichu  zeszli  na  dół  po  schodach,  przemierzali  korytarz  i  znaleźli  się  na  zewnątrz.  Bria  włożyła

gogle.

- Chodź! - powiedział Han i załapał ją za rękę, zanim zdążyła się odezwać. - Nie mamy czasu!
Zaczął biec, a dziewczyna dzielnie dotrzymywała mu kroku. Szybko jednak ustała, a Han zauważył, że chwyciła

ją kolka. Zwolnił więc do szybkiego marszu, pomagając jej iść. Bria spazmatycznie chwytała powietrze, niezdolna
cokolwiek powiedzieć, ale Han, który miał lepszą kondycję, szybko wyrównał oddech.

-  Uciekamy  dziś  w  nocy  -  oznajmił.  -  Chcę,  żebyś  razem  z  Muuurghiem  zabrała  się  za  kolekcję  Teroenzy,

podczas gdy ja zajmę się strażnikami. Myślisz, że dasz sobie radę?

Kiwnęła głową, bez tchu.
- Ganar Tos... - zaczęła.
- Zapomnij o nim - przerwał jej szorstko Han. - Jeśli szczęście nam dopisze, nie zobaczysz go nigdy więcej.

background image

- Ale on... i Teroenza... - przyspieszyła kroku, biegnąc znów obok niego. - Chcą mnie za niego... wydać!
Han zbaraniał.
- Ganar Tos chce się z tobą ożenić?! A niech to Xendor porwie! Całe szczęście, że się stąd zabieramy!
Przytaknęła mu, znów niezdolna cokolwiek wykrztusić.
Zanim dotarli do Centrum Administracyjnego, Bria złapała drugi oddech. Biegła za Hanem, który prowadził ją

przez  mroczne  korytarze  ku  drzwiom  sali  ekspozycyjnej  Teroenzy.  Muuurgh  już  na  nich  czekał,  pilnując  stosu
blasterów, złożonych na podłodze.

- A to po co? - zapytała zaskoczona Bria.
- Dla odwrócenia uwagi - wyjaśnił krótko Han. - W porządku, co teraz?... zajmijmy się kodem. - Szybko wstukał

kod dostępu, a drzwi, podobnie jak poprzednie, otworzyły się z cichym sykiem. Wszyscy troje weszli do wielkiego,
zatopionego w półmroku pokoju. Han podszedł do biurka Brii, wyjął z niego silny pręt jarzeniowy i omiótł snopem
światła całe pomieszczenie.

- Myślisz, że możemy włączyć światła?
Kiwnęła głową.
- Pokój jest dobrze osłonięty. Sprawdziłam w zeszłym tygodniu: z apartamentów Teroenzy go nie widać.
Han włączył górne lampy i nagle pokój zalał jaskrawy blask.
Od czasu, gdy Bria zajęła się kolekcją Teroenzy, sala wystawowa zmieniła się nie do poznania. Gabloty lśniły,

półki  nie  były  już  tak  zagracone,  a  tkaniny  na  ścianach  miały  żywe,  jasne  barwy,  przytłumione  wcześniej  grubą
warstwą kurzu. Trzy kolumny, na których wspierało się sklepienie sali, zostały świeżo odmalowane.

- Wszystko idzie tak jak trzeba - szepnął Han. - Ty i Muuurgh zacznijcie zbierać eksponaty, które wybrałaś. Ja

będę z powrotem za piętnaście minut, zgoda?

Przytaknęła.
- Ale gdzie mamy je schować?
- W zeszłym tygodniu ukryłem torbę za tymi dwoma chochlikami przy fontannie z białego jadeitu - powiedział

Han, wskazując na wielką rzeźbę. - Na początek wystarczy. Postaram się znaleźć jeszcze coś odpowiedniego.

- Dobrze - szepnęła.
Muuurgh  oddalił  się  od  nich,  żeby  przyjrzeć  się  kolekcji  sztyletów,  bogato  zdobionych  klejnotami.  Bria

zawahała się, a na jej twarzy odbiły się wątpliwości. Han położył dłonie na jej ramionach.

- O co chodzi, kochanie?
- Vykk... Nigdy dotąd nie robiłam czegoś takiego! - Zagryzła wargi i pokazała na miotacze, przyniesione przez

Muuurgha.  -Ta  broń...  i  kradzież!  A  co  będzie,  jeśli  ktoś  zostanie  ranny?  Albo  nawet  zginie...?  Co  będzie,  jeśli
zginiesz ty... albo ja? - Han czuł, że dziewczyna cała drży.

Objął ją i przytulił.
-  Bria,  musimy  uciec  dziś  w  nocy  -  odezwał  się.  Musiał  włożyć  sporo  wysiłku,  by  ukryć  zniecierpliwienie  i

zachować łagodny ton głosu. - Jutro Mrrov wysyłają do kopalń na Kessel. Statek, który ma ją zabrać, może przybić
do stacji orbitalnej w każdej chwili. Musimy uciekać - teraz albo nigdy!

-  Ale...  ale...  -  kurczowo  ściskała  rękami  jego  kombinezon.  -Nie  wiem,  co  ze  mną  będzie,  kiedy  stąd  odlecę...

Nie wiem, jak sobie poradzę bez Uniesienia... co ja zrobię?

- Będziesz miała mnie - przypomniał jej. - Zostaniemy razem. Nie opuszczę cię ani na chwilę. Wszystko będzie

dobrze....

Przełknęła  ślinę  i  kiwnęła  głową,  ale  dwie  łzy  spłynęły  po  jej  policzkach.  Han  uśmiechnął  się,  by  dodać  jej

otuchy.

- Hej! - powiedział. - Chyba jestem lepszy niż Ganar Tos, co?
Bria zdołała uśmiechnąć się nerwowo.
Han chwycił miotacze i skierował się w stronę drzwi. Zamknął je za sobą dokładnie i poszedł dalej korytarzem.
Trzymanie sześciu pistoletów w jednym ręku okazało się niełatwe. W końcu powtykał je za pazuchę i za pasek.

Utrudniały mu trochę ruchy, ale i tak było to lepsze niż niesienie ich w strachu, że w końcu któryś z hukiem spadnie
na podłogę.

Noc  była  wyjątkowo  ciemna,  ale  Han  wiedział,  że  do  świtu  nie  zostało  więcej  niż  godzina.  Udało  mu  się

niezgrabnie przebiec błotnistą ścieżką, chociaż miotacze obijały mu się o nogi i podskakiwały na piersiach.

Potrzebował prawie siedmiu minut, by dotrzeć do pierwszej przetwórni błyszczostymu, i dwóch następnych, by

ukradkiem  podejść  strażnika  -  wielkiego  Gamorreańczyka.  Ogłuszył  go  z  bliska.  Dla  pewności  wpakował  w
ogromne niczym tuczny wieprz cielsko jeszcze jeden strzał, żeby strażnik nie ocknął się za wcześnie.

Potem wszedł do przetwórni, prosto do turbowindy. Obłożony blasterami z trudem przecisnął się przez drzwi z

metalowej  siatki.  Ustawił  windę  na  najniższe  piętro.  Zjeżdżał  teraz  coraz  niżej  i  niżej,  w  czarny  chłód  i
nieprzeniknioną ciemność.

background image

Wysiadł  na  najniższym  piętrze,  tam,  gdzie  pracowała  kiedyś  Bria,  i  skręcił  w  prawo,  gdzie  -jak  udało  mu  się

wtedy  zauważyć  -  stały  pojemniki  nieprzetworzonego  błyszczostymu,  czekającego  na  rozdzielenie  pomiędzy
robotników.

Wyszarpnął  zza  pasa  pięć  blasterów  (szósty  zostawił  sobie,  bo  zapomniał  sprawdzić,  czyjego  własny  był

dostatecznie naładowany) i ułożył je na pakach z przyprawą lufami na zewnątrz, na kształt słońca. Następnie szybko
otworzył pokrywy każdego miotacza i ustawił baterie na „Przeciążenie". W powietrzu rozległ się cichy gwizd, który
z każdą chwilą przybierał na sile, odbijając się echem od ścian.

-  Powinno  wystarczyć  -  szepnął  do  siebie  Han  i  pobiegł  w  stronę  turbowindy.  Wiedział,  że  ma  nie  więcej  niż

minutę na ucieczkę, zanim cała fabryka wyleci w powietrze.

Pęd  powietrza  owiewający  spocone  policzki  sprawiał  mu  przyjemność.  Wyskoczył  z  windy,  przebiegł  przez

piętro,  minął  leżącego  Gamorreańczyka  -  który  zaczął  właśnie  dochodzić  do  siebie,  prychając  i  chrząkając  -  i
wybiegł z budynku w otaczającą ciemność.

Był  w  połowie  drogi  do  Centrum  Administracyjnego,  gdy  poczuł,  że  ziemia  drży  od  gwałtownego  wybuchu.

Odwrócił  się  i  zobaczył  strzelający  wysoko  w  nocne  niebo  żółty  płomień.  Chwilę  później  błękitne  iskry
błyszczostymu śmignęły w górę z przenikliwym świstem, jak fajerwerki, posyłając wysoko w powietrze serpentyny
iskier.

Han mógł się tylko domyślać, ile kredytów właśnie puścił z dymem. Był to ożywczy domysł.
Przed sobą, w Centrum Administracyjnym, usłyszał zamieszanie. Chwilę później musiał zeskoczyć ze ścieżki i

iść dalej w goglach przez dżunglę, bo biegnący ścieżką, krzyczący wściekle strażnicy o mało go nie staranowali.

Ślizgał się błotnistym poszyciu dżungli, zdołał jednak utrzymać dobre tempo. Zostawił ślady błota na stopniach

Centrum Administracyjnego, gdy wbiegał po nich, a potem popędził korytarzami w kierunku skarbca Teroenzy.

Wszędzie wokół siebie widział zdezorientowanych strażników, wywrzaskujących pytania, żaden z nich jednak

nie zatrzymał Hana, który bez trudu dotarł do drzwi sali muzealnej. Rozejrzał się dookoła i wśliznął do środka.

Bria i Muuurgh podnieśli nerwowo głowy, ale uspokoili się widząc, kto wchodzi.
- Jak leci? - spytał szeptem Han.
- W porządku - odparła miękko Bria. - Prawie skończyliśmy z eksponatami z listy „A".
- Doskonale.
- A co robił Vykk? - zapytał Muuurgh.
-  Vykk  wysadzał  w  powietrze  przetwórnię  błyszczostymu.  -powiedział  Han  z  satysfakcją  w  głosie.  -

Pozbawiłem zatrudnienia sporą bandę pielgrzymów.

- Och, Vykk! Jeśli nas złapią... - Bria zbladła jak kreda.
- Nie złapią - zapewnił Han. - Wszystko jest pod kontrolą.
Sięgnął  po  kilkunastocentymetrową  figurkę  przedstawiającą  torska  z  Alzoc  III,  wyciętą  z  bryłki  lapis  lazuli.

Okazała się cięższa niż przypuszczał, więc szarpnął mocno, by ją podnieść.

Rzeźba  uniosła  się,  ukazując  pod  spodem  kłębowisko  kabli  i  transponderów.  Gdzieś  obok,  w  prywatnych

apartamentach Teroenzy, rozdzwonił się natarczywy alarm.

Han spojrzał na figurkę, a potem na towarzyszy.
- No nie... to niemożliwe!
 

background image

ROZDZIAŁ 11. UCIECZKA

 
Bria patrzyła na Hana przerażona i wściekła.
- Wspaniale! I co teraz zrobimy?
Han myślał gorączkowo.
- Wynosimy  się  stąd. Lista  „A"  wystarczy. Bria,  weźmiesz  torbę,  dobrze? I  jeszcze  to. -  Wyciągnął  zza  paska

zapasowy blaster i pokazał jej, jak ma celować i gdzie jest spust. - Może będziemy musieli sobie wywalczyć drogę
ucieczki.

- Cudownie - stwierdziła gorzko. - Wszystko pod kontrolą, rzeczywiście! Nie ma się o co martwić.
Han mógł tylko bezradnie wzruszyć ramionami. Tym razem rzeczywiście się nie popisał.
- Którędy? - Zawsze praktyczny Muuurgh skierował ich myśli na inne tory. - Pzez główne dzwi cy pzez pokoje

kapłana?

Han zastanawiał się chwilę, ale został wybawiony od konieczności podjęcia decyzji - obie pary drzwi otworzyły

się jednocześnie. Teroenza stał w progu swoich apartamentów, prychając gniewnie. Zawal w towarzystwie drużyny
strażników blokował drugie.

Han  chwycił  Brie  i  zanurkował  z  nią  za  wielką  fontannę  z  białego  jadeitu.  Muuurgh  schronił  się  za  słupem,

podtrzymującym sufit pomieszczenia.

-  Brać  ich!  -  rozkazał  Zawal,  ruszając  do  przodu  na  swojej  repulsorowej  platformie.  Teroenza  pochylił  się  i

ruszył do ataku jak dzika bestia, gotów nadziać przeciwników na potężny róg.

Han  wystrzelił,  zobaczył  błękitny  krąg  energii,  zaklął  pod  nosem  i  przełączył  broń  z  pozycji  „ogłuszanie"  na

„pełna  moc".  Wystrzał,  który  miał  ogłuszyć  Teroenzę,  nie  zdołał  nawet  zwolnić  tempa  jego  ataku.  Muuurgh
wycelował, strzelił i powalił sullustiańskiego strażnika.

Han znowu pociągnął za cyngiel, ale strzał odbił się tylko rykoszetem od platformy Zawala i trafił w słup stojący

obok drzwi, przewiercając go na wylot. Słup zatrzeszczał, ale wytrzymał.

Widząc  szarżującego  Teroenzę  Muuurgh  podskoczył  i  runął  na  niego,  chwytając  go  za  róg  i  obejmując  szyję.

Zaparł się piętami o dywan i zmienił kierunek pędu kapłana, którego masywne ciało poleciało zamaszystym łukiem,
by z hukiem wyrżnąć zadem o środkowy filar.

Podłoga zadrżała, a z sufitu zaczął się sypać tynk. Teroenza owinął się wokół słupa i gruchnął o ziemię. Podłoga

zatrzęsła się jeszcze raz.

Han  wycelował  i  wystrzelił,  a  trafiony  przez  niego  Gamorreańczyk  krzyknął  przeraźliwie  i  cofnął  się  w  głąb

korytarza. Bria wychyliła się zza fontanny z wymierzonym blasterem, ale zanim zdołała wystrzelić, zrobił to jeden
ze  strażników.  Bria  krzyknęła  i  zrobiła  unik,  a  wystrzał  oderwał  od  fontanny  kawał  jadeitu,  rozpryskując  go  na
maleńkie  kawałeczki.  Teroenza,  który  próbował  w  tym  czasie  stanąć  na  nogi,  zaprotestował  głośnym  jękiem
przeciwko takiemu traktowaniu jego cennego arcydzieła.

Kolejny strzał z blastera minął Hana ze świstem tak blisko, że osmalił mu włosy. Padł na podłogę, przeturlał się

i oddał dwa strzały w podstawę samojezdnej platformy Zawala. Udało mu się trafić, tak jak planował, w jednostkę
napędu  antygrawitacyjnego.  Platforma,  zamiast  opaść  na  podłogę,  zaczęła  miotać  się  szaleńczo  we  wszystkich
kierunkach. Mimo gorączkowych prób Zawala, by zapanować nad prędkością i kierunkiem platformy, pojazd mknął
przed  siebie  z  najwyższą  prędkością.  Kilka  sekund  później  wyrżnął  o  ścianę  i  odbił  się  od  niej;  leciał  teraz
rykoszetem i powalał wszystko na swojej drodze, z Zavvalem jako bezradnym pasażerem.

Rodiański strażnik, który usiłował wycelować w Hana, nie zauważył zbliżającej się platformy i padł powalony.

Platforma pędziła dalej, rozbijając gablotę po gablocie, a Teroenza, widząc jak jego cenna kolekcja antycznych waz
zamienia się w proch i pył, zawył z rozpaczy.

Hurt  na  swojej  platformie  łupnął  w  przeciwległą  ścianę,  wprawiając  w  drżenie  cały  pokój.  Z  sufitu  płatami

odpadał tynk. Han i Bria rzucili się płasko na podłogę, gdy repulsorowe sanie zawadziły o jedną z jadeitowych nimf,
roztrzaskując ją w drobny mak. Zawal ryczał, a większość strażników miała dość sprytu, by wycofać się z sali. W
końcu  platforma,  obciążona  zwalistym  ciałem  Hutta,  wyrżnęła  prosto  w  filar  podtrzymujący  sklepienie.  Kolumna
wygięła  się  z  głośnym  stęknięciem,  złamała  w  pół  i  rozprysła  się  na  kawałki  -  a  tuż  za  nią  druga,  częściowo  już
nadwyrężona strzałem Hana.

Z ostatnim jękiem agonii repulsorowa platforma opadła na podłogę i zamarła.
Han,  zmartwiały  ze  strachu,  patrzył,  jak  w  dziwnie  zwolnionym  tempie  połowa  sufitu  wybrzusza  się,  pęka  i

zaczyna osypywać na podłogę gradem ogromnych głazów. Odzyskał przytomność umysłu w samą porę, by złapać
Brie za rękę i zepchnąć ją z drogi wielkiego fragmentu podłogi wyższego pietra. Dziewczyna padła na ziemię pod
misą fontanny, a Han nakrył ją własnym ciałem.

Zawal skrzeczał przeraźliwie pod deszczem gruzu, który przyszpilił go do smętnych resztek jego wózka. Kaszląc

background image

i krztusząc się, Han wyczołgał się z Brią spod fontanny, gdy tylko odłamki przestały spadać. Spojrzał na miejsce,
gdzie leżał przysypany Zawal, ale zobaczył tylko koniec drgającego spazmatycznie ogona.

Teroenza  schował  się  pod  ciężkim,  zabytkowym  stołem  i  wyszedł  właściwie  cało  z  katastrofy.  Kiedy  szczątki

przestały  spadać,  wyczołgał  się  spod  gruzu  i  pyłu,  w  które  zmienił  się  jego  cenny  mebel.  Zataczając  się  ruszył  w
stronę  Hana,  Brii  i  Muuurgha  -  który  schronił  się  w  drzwiach  apartamentów  Arcykapłana.  Ze  wściekłym  wyciem
gotował się do ataku. Przepełniony żądzą zemsty pochylił głowę, nakierował na nich róg i zaatakował.

Han  wycelował  i  wystrzelił,  trafiając  go  w  bok.  Tlanda  Til  krzyknął  przeraźliwie  i  padł  na  ziemię.  Powietrze

wypełnił  przyprawiający  o  mdłości  swąd  palonego  mięsa.  Strzał  z  miotacza  jednego  ze  strażników  trafił  znów  w
fontannę,  odrywając  garść  ostrych  odłamków,  które  ze  świstem  otarły  się  o  twarz  Arcykapłana.  Jeden  utkwił  w
karku Hana; kiedy wyrwał odłamek, palce miał śliskie od krwi.

Han spojrzał przez muszkę blastera, wystrzelił i ostatni ze strażników padł na ziemię.
- Chodź! - krzyknął, chwytając Brie i torbę z łupami. Wskazał na Muuurgha. - Wynosimy się stąd!
Brodząc  w  stosach  gruzu  i  przestępując  powalone  ciała,  trójka  złodziei  skierowała  się  w  stronę  podwójnych

drzwi.  Kiedy  do  nich  dotarli,  Han  nakazał  gestem  swoim  towarzyszom,  by  się  cofnęli,  a  sam  wystawił  głowę  na
korytarz, tylko po to, by schować się z powrotem, bo wystrzał z blastera omal nie oderwał mu ucha.

- Muuurgh, wyprowadź Brie przez drugie drzwi! - rozkazał. - Idźcie do pokojów Teroenzy, to złapiemy ich w

krzyżowy ogień. Odliczajcie do pięćdziesięciu!

Togorianin kiwnął głową. Trzymając Brie za rękę przedostał się przez ruiny skarbca, obok jęczącego Teroenzy,

do apartamentów Arcykapłana.

Han  liczył  po  cichu.  Przy  piętnastu  wystawił  dłoń  za  drzwi  i  czterokrotnie  wystrzelił.  W  odpowiedzi  usłyszał

głośny jęk.

O jednego mniej, pomyślał.
Czekał, oddychając ciężko. Z trudem powstrzymywał kaszel, wywoływany wszechobecnym kurzem i pyłem.
Czterdzieści  pięć,  czterdzieści  sześć,  czterdzieści  siedem,  czterdzieści  osiem,  czterdzieści  dziewięć...

pięćdziesiąt!

Han zanurkował w otwór drzwi, przeturlał się po podłodze i wystrzelił. Czerwone promienie strzałów minęły o

włos  jego  nogi  i  miejsce,  w  którym  jeszcze  przed  chwilą  znajdowała  się  jego  głowa,  ale  udało  mu  się  trafić
kolejnego  strażnika  -  Whipida.  Tak  jak  zaplanowali,  Muuurgh  i  Bria  ostrzeliwali  strażników  od  tyłu,  powalając
następnych dwóch.

Dwaj  pozostali  strażnicy  -  Devaronianin  i  Gamorreańczyk  -wzięli  nogi  za  pas,  przeskoczyli  ponad  leżącym

Hanem i zniknęli za zakrętem.

Han zaczynał już powoli wstawać, gdy nagle usłyszał, jak Muuurgh wydaje donośny, bitewny ryk i zaczyna się

mocować. -Ale z kim? Han nikogo nie widział!

Czy  on  zwariował?  -  pomyślał  pilot,  ale  w  tym  samym  momencie  dostrzegł  parę  czerwonopomarańczowych

oczu, paszczę pełną ostrych zębów i usłyszał głośny syk. Zobaczył ruch blastera, pozornie płynącego w powietrzu, a
po chwili - bladoskóre, pokryte łuską stworzenie. Zmiennoskórzec!

Muuurgh  warknął  i  prychnął,  dziko  atakując  Aar'aanina.  Był  o  wiele  wyższy  od  swojego  przeciwnika,  tak  że

musiał zgiąć się nad nim niemal w pół. Han skrzywił się, gdy Togorianin padł na kolana, ściskając zmiennoskórca.
Gad  zlewał  się  z  neutralnym  kolorytem  ścian  i  podłogi  tonącego  w  półmroku  korytarza.  Ruchem  szybkim  jak
atakująca gral-żmija Muuurgh zatopił pazury w szyi przeciwnika i rozorał ją na pół. Czerwonopomarańczowa krew
trysnęła w powietrze. Muuurgh odskoczył, a zafascynowany Han patrzył, jak ciało zmiennoskórca zapada się, by po
chwili  upaść  ciężko  na  podłogę.  Blada  skóra  leżącego  cielska  zaczęła  zmieniać  kolor,  wracając  do  naturalnego,
szarobeżowego ubarwienia, charakterystycznego dla tej rasy. Han nie musiał patrzeć po raz drugi, by mieć pewność,
że zmiennoskórzec jest martwy.

Bria wpatrywała się przerażona w martwe ciało Aar'aanina.
- Prawie mnie dopadł... - szepnęła. - Gdyby nie Muuurgh...
- Jakim cudem go dostrzegłeś, stary? - zapytał Han, chowając blaster do kabury. - Ja nic nie widziałem!
- Tez go nie widziałem, ale pocułem jego zapach - wyjaśnił Muuurgh rzeczowo. - Togorianie polują używając

nie tylko wzroku, ale i węchu. Muuurgh jest myśliwym, zapomniałeś?

-  Dzięki,  stary  -  powiedział  Han,  obejmując  Brie  ramieniem.  -  Mam  u  ciebie  dług  wdzięczności.  Ale  teraz

lepiej...

- Patrzcie! - krzyknęła Bria, a Han uchylił się instynktownie. Blaster Brii wystrzelił ogłuszającą kulę błękitu tuż

nad jego głową, aż mu w uszach zadzwoniło. Prostując się zobaczył Ganara Tosa, który powoli padał na podłogę. Z
jego zielonkawych palców wysunął się blaster.

Han podszedł do starego kamerdynera, podniósł jego broń i zatknął sobie za pasek. Bria stanęła u jego boku.
- Cały czas myślę, że gdybyś nie wrócił, dziś wieczorem zostałabym jego żoną - powiedziała cicho i wzdrygnęła

background image

się tak mocno, że Han objął ją, chcąc podnieść na duchu.

- Cieszę się, że tylko go ogłuszyłaś - powiedział. - Może i był lubieżnym staruchem, ale przecież nie mogę go

winić za to, że wpadłaś mu w oko. - Uśmiechnął się, wpatrzony w nią czule.

Spuściła wzrok i zaczerwieniła się.
- Nie chciałam zostać jego żoną, ale cieszę się, że żyje.
- Widzisz, maleńka? - powiedział Han. - Teraz ja jestem twoim dłużnikiem.
-  Nie,  nie  jesteś.  -  zaprotestowała.  -  Jesteśmy  kwita.  Gdyby  nie  ty,  leżałabym  przywalona  gruzem,  jak  tamten

Hurt.

- Tak, obawiam się, że stary Zawal opuścił ten padół łez -mruknął Han. - A Huttowie pewnie uznają, że to moja

wina.

Przypomniał sobie, że Teroenza, nadal żyje -jest tylko ranny. Czy powinien wrócić i skończyć z nim? Pomysł,

żeby podejść do bezbronnej istoty rozumnej i z zimną krwią ją zastrzelić, nie przypadł mu do gustu.

- Chodźmy stąd - powiedział. Skinął na Muuurgha, który skrupulatnie, choć z widocznym niesmakiem, zlizywał

krew  Aar'aanina  ze  swoich  pazurów.  -  Chodź,  Muuurgh,  czyszczeniem  łap  możesz  się  zająć  później.  Pamiętaj,  że
Mrrov czeka!

Wybiegając z Centrum Administracyjnego zobaczyli, że przetwórnia błyszczostymu nadal strzela snopami iskier

w niebo, które jednak nie było już czarne, ale znacznie jaśniejsze, niemal błękitne.

- Świt już blisko! - ostrzegł Han. - Pospieszmy się!
Pobiegli  ścieżką  przez  dżunglę.  Na  jej  końcu  Han  zatrzymał  gestem  towarzyszy,  wychylając  się  ostrożnie

spomiędzy  drzew,  by  zlustrować  lądowisko.  Nie  zauważył  strażników  -pewnie  nadal  gasili  pożar  w  Centrum
Administracyjnym.

Mimo  wszystko  podchodzili  ostrożnie,  z  blasterami  gotowymi  do  strzału,  łowiąc  czujnymi  zmysłami  każde

poruszenie i dźwięk.

Han dotarł do „Talizmanu", szybko wstukał kod dostępu, który podała mu Bria, i cała trójka pospiesznie wbiegła

po trapie na pokład.

„Talizman" był nieco większy niż „Ilezjański Sen". Jego podobny do kropli kształt wybrzuszał się w stronę kilu.

Zamiast  ładowni  wnętrze  zajmowały  jednak  urządzone  z  przepychem  kabiny  pasażerskie,  pełne  najrozmaitszych
udogodnień.  Zostały  zaprojektowane  dla  flanda  Til,  więc  tylko  w  kabinie  pilota  znaleźli  fotele  dopasowane
wielkością  i  kształtem  do  ciał  humanoidów.  W  kabinie  strażników  znajdowała  się  jedna  mała  koja  ludzkich
rozmiarów, w pozostałych natomiast dominował rodzaj hamaków, w których lubowali się flanda Til.

Han  usadowił  Brie  w  fotelu  pierwszego  oficera  i  polecił  Muurghowi,  by  przypiął  się  pasami  do  jednej  z  koi

pasażerskich.

Nigdy  nie  latał  tym  statkiem  -  Teroenza  zbyt  się  obawiał  ataku  piratów,  by  wypuścić  się  swoim  jachtem  w

podróż, zanim zakończy się montaż dodatkowego uzbrojenia i wzmocnionych tarcz.

Han  szybko  rozejrzał  się  po  przyrządach  kontrolnych.  „Talizman"  nie  miał  tak  dobrych  osłon  jak  „Ilezjański

Sen", ale jak na prywatny jacht był porządnie uzbrojony i miał stosunkowo mocne tarcze.

-  Procedury  przedstartowe  zakończone,  możemy  lecieć.  Przypnijcie  się  dobrze...  startujemy!  -  krzyknął  Han,

unosząc  jacht.  „Talizman"  dobrze  reagował  na  jego  polecenia.  Wydawał  się  statkiem  łatwym  w  obsłudze  -  choć
może nieco zbyt powolnym.

- Teraz do Mrrov! - krzyknął podniecony Muuurgh. - Tak, Vykk?
- Tak, stary - odpowiedział Han. - Powinniśmy tam dotrzeć o wschodzie słońca. Gdzie zbierają się pielgrzymi,

których mają zabrać na statek na Kessel?

- Psy Ołtazu Obietnic - odparł Muuurgh.
- Przy Ołtarzu Złamanych Obietnic - dodała gorzko Bria. -Ciekawa jestem, czy Teroenza przeżyje?
-  Nie  zraniłem  go  mocno  -  powiedział  Han.  -  Pewnie  jest  już  w  drodze  do  budynku  szpitalnego  i  robota

medycznego.

Prowadził  statek,  spoglądając  co  chwila  na  mapę.  -Aha,  nawiasem  mówiąc,  jest  coś,  co  powinniście  o  mnie

wiedzieć.

- Co? - zapytali jednocześnie.
- Nie nazywam się Vykk Draygo. Naprawdę mam na imię Han, Han Solo. Więc lepiej zacznijcie zwracać się do

mnie w ten sposób.

- Han? - zdziwiła się Bria. - A dlaczego nie powiedziałeś mi tego wcześniej?
- Obawiałem się, że jeśli to zrobię, możesz niechcący wygadać się przed Teroenza i jego bandziorami - wyjaśnił

Han rzeczowo. - Ale chciałem, żebyś wiedziała, więc powiedziałem ci najszybciej, jak mogłem.

- Więc Vykk to przybrane imię?
- Tak, właściwie jedno z wielu.

background image

- Muuurgh będzie się musiał do tego psyzwycaić - sapnął Togorianin. - Jak daleko jesce... Han?
- Dolecimy za pięć minut - odpowiedział pilot.
- I co zrobimy, jak tam dotrzemy? - zapytała Bria. - Mam na myśli strażników. Na pewno jacyś będą.
- Nie wiem - przyznał się Han. - Coś wymyślę.
Skupił się teraz na pilotowaniu statku, a kiedy zobaczyli pod sobą Kolonię Drugą, przeleciał nad nią z południa

na północ, muskając prawie czubki drzew.

- Mówiłeś, że pielgrzymi mają się zebrać przy Ołtarzu? - zapytał Muuurgha.
-Tak...
-  Ciekaw  jestem,  czy  będę  miał  dość  miejsca,  żeby  zrobić  to,  co  wymyśliłem...  -  mruknął  do  siebie,  zerkając

przez  iluminatory,  a  jednocześnie  spoglądając  na  topograficzną  mapę  budynków  i  ukształtowania  terenu.  Kolonia
Druga  została  zbudowana  za  Górami  Wiary,  po  których  drugiej  stronie  znajdowała  się  jej  poprzedniczka  -  na
północno-wschodnim brzegu Zoma Gawanga, płytkiego oceanu, oblewającego wschodni kontynent.

- Chyba się uda - zdecydował Han. - Mam tylko nadzieję, że repulsory tej łupiny są w dobrym stanie. Będziemy

musieli zawisnąć w powietrzu i spuścić linę, bo chyba nie ma tu dość miejsca, żeby wylądować. Muuurgh, idź do
środkowej  śluzy  i  zobacz,  czy  jest  tam  lina.  Zdaje  się,  że  większość  takich  statków  jest  wyposażona  w  dźwignię
awaryjną, a lina i wyciągarka powinny być gdzieś obok.

Muuurgh  zniknął,  a  Han  skupił  się  na  wykręcaniu  ciasnej  pętli  nad  zabudowaniami  kolonii.  Bria  wyglądała

przez iluminatory.

- Widzę ich! - zawołała. - Przy ołtarzu zebrała się duża grupa pielgrzymów!
- Świetnie - odparł Han nieobecnym głosem. Do kabiny wszedł Muuurgh.
- Jest lina. Mamy tez selki, które można do niej psycepić.
-  Świetnie,  stary.  Zrobimy  tak:  sprowadzę  tę  krypę  powoli  nad  amfiteatr,  nad  którym  zawiśniemy  na

repulsorach. Mrrov nie ma pojęcia, kim jesteśmy, więc musisz się jej pokazać, żeby z nami uciekła, tak?

-Tak.
- Spuścisz się na dół w uprzęży i pozwolisz, by cię zobaczyła. Bria, ty się zajmiesz wyciągarką, dobrze?
- Dobrze... Han - odpowiedziała.
-  Oboje  uważajcie.  Mogą  do  nas  strzelać.  Tarcze  statku  powinny  ochronić  przed  lekką  bronią,  ale  jak  już

będziesz na zewnątrz, Muuurgh, niewiele ci to pomoże.

- Rozumiem.
-  Jeśli  strażnicy  zrobią  się  zbyt  agresywni,  mogę  do  nich  strzelić  z  działka  laserowego  -  dodał  Han.  -  Będę

celował nad ich głowami, żeby nie trafić w pielgrzymów, ale to powinno wystarczyć.

- Muuurgh jest gotów, Han.
- Dobrze. Zaczynamy!
Han  ostrożnie  sprowadził  statek  nad  amfiteatr.  Żałował,  że  nie  miał  więcej  czasu,  żeby  się  oswoić  z

instrumentami pokładowymi. Krążył z włączonymi holokamerami, żeby dokładnie zapoznać się z rozkładem terenu.
Wszyscy  pielgrzymi  patrzyli  na  statek  i  wskazywali  go  sobie  palcami,  gdy  z  każdym  okrążeniem  schodził  coraz
niżej. W końcu zszedł na dostateczną wysokość, by móc przełączyć napęd na silniki repulsorowe i zawisnąć jakieś
dwanaście czy trzynaście metrów nad permabetonową konstrukcją.

Han  widział  kilku  kapłanów  i  garstkę  strażników  rozstawionych  wokół  zebranych  pielgrzymów.  Na  pewno  i

kapłani,  i  strażnicy  zastanawiali  się,  dlaczego  do  wysłania  pielgrzymów  na  statek  do  Kessel  użyto  prywatnego
jachtu Arcykapłana.

- Niżej nie mogę zejść, repulsory nie wytrzymają! - krzyknął Han. - Muuurgh, schodzisz na dół!
Trzymał  palec  nad  przyciskiem,  który  opuszczał  działko  laserowe,  ale  nie  chciał  pierwszy  robić  agresywnych

ruchów.  Słyszał  stłumione  odległością  głosy  Brii  i  Muuurgha.  Spojrzał  na  ekran  przekazujący  obraz  z  holokamer
umocowanych  pod  brzuchem  statku  w  samą  porę,  by  zobaczyć  opuszczającego  się  Muuurgha  z  blasterem
schowanym w kaburze.

Kamery nie przekazywały dźwięku, ale widział, że usta Togorianina się poruszają. Domyślił się, że woła Mrrov.
Strażnicy  wyciągali  głowy  ponad  tłumem,  niepewni,  co  się  dzieje,  ale  wyraźnie  zaniepokojeni.  Wszystko

odbywało się zupełnie inaczej niż zwykle, co wzbudziło ich podejrzenia. Jeden ze strażników zaczął się przepychać
przez tłum pielgrzymów. Kiedy dotarł na jego czoło, wycelował blaster w Muuurgha i najwidoczniej domagał się
wyjaśnienia, kim on jest i co robi.

-  Bria!  -  krzyknął  Han  odwracając  głowę.  Uważał,  by  nie  poruszyć  przy  tym  sterów  wiszącego  nieruchomo

statku. -Uważaj! Wygląda na to, że chcą....

Dwie rzeczy zdarzyły się jednocześnie: wysoka postać w pielgrzymiej opończy oderwała się od tłumu i zaczęła

biec w stronę dyndającego na linie Muuurgha, i strażnik wycelował w nią blaster.

Han zdążył tylko zauważyć rude pasy na białym futrze i domyślił się, że biegnącą postacią jest Mrrov. Zobaczył,

background image

jak  z  lufy  miotacza  wycelowanego  przez  strażnika  bluzga  ogień,  na  który  odpowiedziały  dwa  wystrzały  -  Brii  i
Muuurgha.

Dwaj następni strażnicy dobyli broni i strzelili. Zgromadzeni pielgrzymi rozpierzchli się w panice, depcząc jedni

po drugich, nie wyłączając strażników.

Han opuścił działko laserowe, dziękując w duszy Teroenzie za to, że postanowił dozbroić jacht i zwiększyć siłę

jego osłon. Wystrzelił, celując starannie ponad głowami biegnących i krzyczących pielgrzymów.

Strażnicy znów strzelili i Han usłyszał zduszony jęk bólu. Wpatrując się w ekrany dostrzegł, że Muuurgh skulił

się w swojej uprzęży i osunął na bok, ale nie wypuścił broni. Mrrov dobiegła chwilę później, podskoczyła i wczepiła
się ramionami i nogami w swojego partnera.

Bria  spokojnie  strzeliła  i  Han  zobaczył,  że  trafiła  Gamorreańczyka.  Lina  wirowała  powoli  pod  nierówno

rozłożonym ciężarem Mrrov i Muuurgha. Mrrov wyjęła blaster Muuurgha z jego bezwładnej ręki i strzeliła ponad
jego ramieniem. Han nie zauważył, czy trafiła.

Większość  pielgrzymów  zdołała  uciec;  przy  ołtarzu  pozostali  tylko  kapłani  i  strażnicy.  Wielu  strażników

pociągnął za sobą tłum, ale kilku ocalało i nie przestawało strzelać. Han wycelował w Ołtarz Obietnic, upewnił się,
że dobrze namierzył i wystrzelił z działka laserowego.

Ołtarz eksplodował z hukiem, który Han usłyszał nawet wewnątrz „Talizmanu". Wybuch wzbił tumany kurzu i

deszcz  odłamków.  Kapłani  w  popłochu  rozbiegli  się  na  wszystkie  strony.  Han  patrzył  zdziwiony,  jak  szybko  i
zręcznie się poruszają na swoich czterech łapach, mimo zwalistego cielska. Strażnicy zniknęli.

Nagle zapanowała cisza. Mijały sekundy, ale na zewnątrz nic się nie działo. Kilka ciał, zarówno strażników, jak i

pielgrzymów, zadeptanych przez uciekających, leżało nieruchomo na permabetonie.

Z dolnych pokładów jachtu dobiegł go głos Brii:
- Mam ich! Możemy lecieć!
Han  upewnił  się,  że  klapy  dolnego  włazu  są  bezpiecznie  zamknięte  i  poderwał  statek  do  góry.  Holokamery

pokazały przyprawiający o zawrót głowy obraz malejącego gwałtownie w dali amfiteatru. Han wyłączył holokamery
i sprawdził stan atmosfery, by określić najkorzystniejszy tor ich ucieczki.

Jak na ironię okazało się, że muszą wrócić w stronę Kolonii Pierwszej, nad którą otwarło się najbezpieczniejsze

okno wyjścia z atmosfery. Han uzbroił działko i wykręcił statek na południe, wznosząc się coraz wyżej...

Jeszcze tylko chwila, myślał podniecony, i będziemy wolni...
Muuurgh powstrzymał jęk, gdy uderzył ramieniem o poszycie „Talizmanu". Poczuł na sobie dłonie Brii, a potem

usłyszał Mrrov, mówiącą we wspólnym:

- Pomóż mi wejść. Dam radę go wciągnąć.
Kurczowo trzymał się uprzęży zdrową dłonią, czując jak ciało Mrrov ociera się o niego, gdy samica wspina się

do  śluzy  „Talizmanu".  Rana  w  boku  płonęła  ogniem,  jak  od  pazurów  nocnego  demona.  Muuurgh  mógł  tylko
oddychać i milczeć. Był myśliwym, a myśliwi potrafią zachować ciszę.

Strzelanina ustała. Muuurgh otworzył oczy i wirując w uprzęży zobaczył roztrzaskany Ołtarz Obietnic. Może to

była ta eksplozja, którą słyszał. Wcześniej wydawało mu się, że odezwała się tylko w jego głowie.

Rana  od  postrzału  zaczęła  pulsować  falami  bólu.  Muuurgh  walczył,  by  nie  stracić  przytomności,  gdy  Bria  i

Mrrov  chwyciły  go  za  barki  i  zaczęły  wciągać,  nadal  uwięzionego  w  uprzęży,  na  pokład  „Talizmanu".  Mgliście
słyszał, jak śluza zamyka się z sykiem za jego plecami.

Potem dobiegło głos Brii, która zawołała:
- Mam ich! Możemy lecieć!
Muuurgh leżał na pokładzie, oddychając płytko, ale poczuł, że pomału wracają mu siły. Słyszał, jak Mrrov pyta

Brie:

- Macie na pokładzie pakiet medyczny?
-  Zaraz  sprawdzę!  -  Ludzka  samica  oddaliła  się,  z  cichym  szelestem  zostawiając  go  sam  na  sam  z  Mrrov.  Z

trudem otworzył oczy.

Kiedy Mrrov zobaczyła, że na nią patrzy, pochyliła się i czule potarła policzkiem o jego policzek, mieszając ich

wonie.

- Mój myśliwy... - szepnęła po togoriańsku, liżąc z miłością jego twarz. - Wytropiłeś mnie! Jesteś największym z

myśliwych, jakich znał nasz lud!

- Mrrov... - zdołał wyszeptać.
-  Ciii....  -  uciszyła  go.  -  Nie  próbuj  mówić.  Twoja  rana  jest  poważna,  chociaż  mam  nadzieję,  że  niedługo  się

zagoi. Och, Muuurgh! Kiedy cię zobaczyłam pod brzuchem tego statku, nie mogłam uwierzyć, że to naprawdę ty!
Przez wszystkie te dni i tygodnie zastanawiałam się, czy kiedykolwiek mnie znajdziesz... i znalazłeś!

- Wiedziałaś, że tu jestem? - speszył się Muuurgh. - Jeśli wiedziałaś, to dlaczego....
Jej  słodka  rudobiała  twarz  przybrała  wyraz  zakłopotania,  gdy  znowu  potarła  policzkiem  o  jego  policzek.

background image

Bokobrody Mrrov spłatały się z sierścią Muuurgha, który mimo bólu westchnął z rozkoszy.

- Byłam tu bardzo krótko, kiedy zorientowałam się, że to jedna wielka blaga. Szukałam prawdy, ale tu znalazłam

tylko  kłamstwo.  Powiedziałam  więc  kapłanom,  że  chcę  odjechać,  a  oni  pokazali  mi  twoje  zdjęcie,  Muuurgh!
Powiedzieli mi, że jeśli będę próbowała uciec, zabiją cię!

- I zostałaś? Powinnaś była rozszarpać im gardła! - zaprotestował Muuurgh.
- Kosztem twojego życia? - Potrząsnęła głową, patrząc na niego wielkimi złotymi oczami. -Nie, mój kochany.

Nie ośmieliłam się zaryzykować. Miałam tylko nadzieję, że pewnego dnia mnie znajdziesz... i że będziesz miał ze
sobą statek. I w końcu ten dzień nadszedł...

Muuurgh przytaknął słabo.
- To... dzięki Vykkowi... Hanowi. Bria wbiegła do komory ładunkowej.
- Znalazłam!
Parę chwil później Muuurgh poczuł, że ból ustępuje. Mrrov i Bria bandażowały jego ranę.
- Będziesz miał paskudną bliznę, Muuurgh - uprzedziła Bria ze współczuciem w głosie.
-  Na  Togorii  myśliwi  dumnie  noszą  swoje  blizny  -  zapewniła  Mrrov.  -  Muuurgh  wyzdrowieje  i  wszyscy  będą

mu zazdrościć.

Nagle statkiem zatrzęsło. Bria krzyknęła:
- Han! Co to było?
-  Ktoś  do  nas  strzela!  -  dobiegła  odpowiedź  z  mostka.  -Niech  ktoś  tu  przyjdzie  i  zajmie  się  sekcją  bojową!

Potrzebuję Muuurgha!

Muuurgh zaczął wstawać.
-  Nie  -  zaprotestowała  Mrrov.  -  Ja  to  zrobię.  U  Togorian  samice  mają  większe  zdolności  techniczne.  Jestem

inżynierem. Dam sobie radę.

Muuurgh otworzył oczy i widząc wyraz powątpiewania na twarzy Brii powiedział:
- Uwiez jej. Muuurgh nie był bardzo dobry stselec. Spytaj pilota...
Zamknął oczy, widząc pod powiekami narastającą ciemność. Nie mógł się już jej opierać... westchnął i poddał

się.

Han dostrzegł kątem oka wysoką, kocią sylwetkę, która usiadła w fotelu pierwszego oficera, i odwrócił się do

niej zdumiony.

- Ty nie jesteś Muuurghiem!
-  Jestem  Mrrov  -  przedstawiła  się  Togorianka.  Zrzuciła  opończę  pątniczki,  ukazując  nieskalaną  biel  futra,

poprzetykaną  płomiennymi  smugami.  -  Zajmę  się  sekcją  obronną.  Zapoznaj  mnie,  proszę,  z  naszym  uzbrojeniem.
Przekonasz  się,  że  jestem  znacznie  lepszym  strzelcem  niż  Muuurgh.  Wśród  naszej  rasy  to  samice  mają  żyłkę  do
techniki i lepiej posługują się instrumentami - spojrzała na Hana, który zauważył, że jej tęczówki, na pół ukryte w
szparkach powiek, mają złotawy odcień. -Zresztą Muuurgh jest ranny. Nie dałby sobie rady.

- Ale wyzdrowieje? - Han poczuł ukłucie strachu.
- Powinien. Jesteśmy silną i odporną rasą. Bria... tak ma na imię, prawda? Bria z nim posiedzi. Muuurgh musi

odpocząć.

- W porządku - stwierdził Han. - To maleństwo nie ma zbyt wielkiej siły ognia. Mamy tylko granaty udarowe i

działko  laserowe.  Działko  masz  po  prawej,  wyrzutnię  granatów  po  lewej.  Komputer  celowniczy  jest  dokładnie  na
wprost.

-  Doskonale.  -  Przyjrzała  się  przez  chwilę  tablicy  z  przyrządami  i  skinęła  głową.  -  Poradzę  sobie.  Kto  do  nas

strzelał?

-  Tego  właśnie  próbuję  się  dowiedzieć  -  powiedział  Han  pełnym  napięcia  głosem.  Przeglądał  odczyty  z

instrumentów  pokładowych.  -  Nie  sądzę,  żeby  kapłani  mieli  tu  jakąś  broń  klasy  ziemia-powietrze,  ale  niech  mnie
powieszą, jeśli wiem...

Przerwał nagle i wybuchnął śmiechem, chociaż „Talizmanem" wstrząsnęło kolejne trafienie. Mrrov spojrzała na

Hana jak na wariata.

- Wszystko w porządku - powiedział.
Wskazała  na  odczyty  z  instrumentów  przekazujących  dane  o  otoczeniu.  Pokazywały  kilka  wirów  burzy,  na

szczęście oddalonych od toru ich lotu, ale widniał na nich również mały statek w kształcie kropli, który w szybkim
tempie ich doganiał.

- Jak to „w porządku"? Ktoś nas goni i strzela do nas. Jest coraz bliżej!
-  To  tylko  stary  Jalus  Nebl.  Leci  „Ilezjańskim  Snem"  -  powiedział  Han.  Wyraźnie  bagatelizował  sprawę.  -

Kapłani kazali mu pewnie dogonić nas i zestrzelić. - Znów zachichotał.

Mrrov  patrzyła  na  niego,  zastanawiając  się  zapewne,  czy  ostatnie  stresy  nie  nadwerężyły  jego  zdrowych

zmysłów. Han uśmiechnął się do niej wesoło.

background image

- Nic nie rozumiesz - stwierdził.
- Nie - przyznała Mrrov. - Może zechciałbyś mi wytłumaczyć?
- Jasne. Jalus Nebl to mój kumpel. Nie zestrzeli mnie, tak jak ja nie zestrzeliłbym jego. Strzela więc z działka

laserowego, za każdym razem pudłując, ale mijając nas tylko o włos, żeby z dołu wyglądało, że się stara. Z każdą
minutą nabieramy szybkości i wkrótce wylecimy z atmosfery, a za jakieś pięć minut z pola grawitacyjnego planety.
Nic nam nie będzie. Zaufaj mi, Mrrov.

Mrrov poruszyła bokobrodami.
- Chyba zaczynam rozumieć. Twój przyjaciel Jalus Nebl strzela do nas tylko na pokaz, tak? I nie musimy się o

nic bać?

-  Właśnie  -  powiedział  wesoło  Han.  -  Już  prawie  opuściliśmy  atmosferę,  a  jeśli  Nebl  ma  choć  krztynę

pomyślunku,  też  zabierze  „Ilezjański  Sen"  i  siebie  przy  okazji  z  Ilezji.  A  może  zostanie  z  kapłanami  i  poprosi  o
podwyżkę? Będą zdesperowani, bo został im tylko jeden pilot.

Kolejny strzał minął ich o włos, wprawiając statek w drżenie.
- Tym razem było naprawdę blisko - mruknął Han, sprawdzając na tablicy kontrolnej stan poszycia i systemów. -

Nebl chyba się trochę za bardzo popisuje.

Han  obserwował  na  ekranach  „Ilezjański  Sen",  który  po  ich  śladach  przedzierał  się  przez  ostatnie  warstwy

stratosfery, aż do jonosfery i - najbardziej odległej od powierzchni planety - egzosfery. Kiedy i ta została za nimi,
Han spojrzał na ekran komputera nawigacyjnego, sprawdzając dane do skoku w nadprzestrzeń. Zostało im jeszcze
dobrych kilka minut, zanim wyrwą się ze studni grawitacyjnej Ilezji, ale chciał być pewien, że są gotowi do skoku.

- Widzę jakiś pojazd na ekranach czujników - zameldowała Mrrov. - Nad nami, na naszym kursie.
- To tylko stacja orbitalna. Krąży na orbicie geostacjonarnej nad Kolonią Pierwszą - powiedział Han, nie patrząc

w górę. - To tam wyładowują nowych pielgrzymów, a starych zabierają na Kessel. Na pewno tam byłaś.

- Nie, Han - w głosie Mrrov pojawiło się nagle napięcie. -Pamiętam ją bardzo dobrze, ale to coś innego. To nie

jest stacja orbitalna, tylko statek kosmiczny! I to ogromny!

Zaniepokojony Han spojrzał w górę i zaklął w sześciu językach.
- To koreliańska korweta! Co tutaj robi?
Jego ręce zatańczyły nad przyrządami, gdy poprowadził statek serią uników, zwiększając prędkość i oddalając

się  od  ogromnego  statku.  Na  wpół  świadomie  zauważył  na  ekranach  plamkę  „Ilezjańskiego  Snu",  jak  zmyka  w
przeciwnym kierunku.

Nagle „Talizmanem" zatrzęsło i szarpnęło. Silniki zawyły.
- Co się stało? - zapytała Mrrov w tym samym momencie, gdy Bria wpadła do kabiny.
- Han... co się stało? - zapytała jak echo.
Han włączył silniki pomocnicze. Poczuł, jak ilezjański jacht natęża wszystkie siły, ale... to było ciągle za mało.
- Nie! - krzyknął na krawędzi paniki. - Nie możemy tam wrócić!
Pasażerowie  spojrzeli  z  przerażeniem  w  oczach,  jak  Han  odcina  dopływ  mocy  do  silników,  żeby  się  nie

przepaliły.

W tym samym momencie ożył moduł komunikacyjny.
-Uwaga, „Talizman"! Mówi kapitan Ngyn Reeos, dowodzący koreliańska korwetą „Spętany" z Kessel. Radzimy

wam wyłączyć silniki. Zostaliście pochwyceni promieniem ściągającym.

- Wiem! - krzyknął Han, nie zawracając sobie głowy włączaniem mikrofonu. - Dzięki za wiadomość!
Kapitan Reeos ciągnął nieubłaganie.
-  Zostaliście  zatrzymani,  ponieważ  władze  tej  planety  poinformowały  nas,  że  zabraliście  „Talizman"

samowolnie, bez pozwolenia. Te same władze zwróciły się do nas z prośbą, by was odstawić z powrotem na Ilezję,
gdzie  odpowiecie  za  ten  postępek.  Przygotujcie  się  do  abordażu.  Każda  próba  stawiania  oporu  spotka  się  ze
zdecydowaną reakcją z naszej strony.

Han  spojrzał  na  podobny  do  osy  statek  i  jedenaście  olbrzymich  tub  jego  reaktorów.  Korweta  była  dobrych

dwadzieścia  razy  większa  niż  jego  jednostka.  Zauważył,  że  została  zmodyfikowana,  tak  by  pomieścić  doki
cumownicze.

- To olbrzymi statek - szepnęła Bria. - Han, on nas przyciąga!
- Nic na to nie poradzę, maleńka - powiedział Han martwym głosem. - Złapali nas i nie wyrwiemy się.
-  Jak  liczną  załogę  ma  ta  korweta?  -  zapytała  Mrrov,  patrząc  jak  zahipnotyzowana  na  statek  handlarzy

niewolników -ten sam, który przeleciał, by zabrać ją i jej towarzyszy na spotkanie ponurego losu w kopalniach.

-  Przy  pełnej  obsadzie  w  szeregach  Marynarki  sto  sześćdziesiąt  pięć  osób.  Ale  ta  korweta  została

zmodyfikowana. Wprowadzono zmiany w konstrukcji, by umożliwić dokowanie w przestrzeni, pewnie po to, żeby
łatwiej było niezauważenie wziąć na pokład ładunek... albo niewolników. Załoga liczy pewnie jakieś czterdzieści do
pięćdziesięciu osób.

background image

- To zbyt wiele, by podjąć walkę - powiedziała Bria łamiącym się głosem.
- Mnie nie dostaną bez walki - zapewnił Han. Wyciągnął z kabury blaster i popatrzył na towarzyszy. - Kto jest

ze mną?

Bria potrząsnęła głową.
- Nas troje przeciwko czterdziestu? Han, masz więcej odwagi niż rozsądku!
Potrząsnął głową i złowrogim gestem schował broń do kabury.
- Masz rację. Ale nie musi mi się to podobać.
Bez  ostrzeżenia  kabinę  wypełnił  nagły  trzask  na  innej  częstotliwości.  Szybki  jak  seria  z  rusznicy  blasterowej

głos powiedział po sullustiańsku:

- Pełen ciąg! Skręt na lewo! Siedem sekund! Czas... start!
- Co u licha... - dłonie Hana zareagowały instynktownie; otworzył do końca przepustnice, wyciskając co się da z

silników  głównych  i  pomocniczych.  Uszy  bolały  od  wycia  przeciążonych  maszyn,  gdy  bezskutecznie  usiłowały
wyrwać się z uścisku promienia ściągającego.

„Talizman"  zbliżał  się  nieubłaganie  do  czeluści  komory  cumowniczej  korwety.  Oba  statki  dzieliło  zaledwie

kilkaset metrów.

Han zaprogramował ostry skręt na bakburtę, a jego palce zawisły nad przyrządami, gotowe uaktywnić manewr.

Silniki jęczały z wysiłku -jeszcze chwila, a przepalą się...

- Co ten mały wariat...
Przerwał w pół słowa, widząc że „Ilezjański Sen" pędzi w ich stronę z oszałamiającą szybkością.
Wszyscy  w  kabinie  „Talizmanu"  odruchowo  się  uchylili,  gdy  mały  frachtowiec  śmignął  nad  ich  głowami,  po

czym w ostrym wirażu skręcił na sterburtę. Jalus Nebl na pełnym ciągu wleciał między „Talizman" a „Spętanego".
Odległość między statkami była tak mała, że mały Sullustianin musiał położyć statek na bok, by się przecisnąć.

- Teraz! - krzyknął Han. - Teraz, Nebl! - Z całej siły pchnął stery, przechylając „Talizman" tak mocno na prawo

jak tylko mógł.

Kiedy  „Sen"  wpadł  między  dwa  statki,  na  kilka  bezcennych  sekund  przerwał  promień  ściągający.  Puszczony

nagle luzem „Talizman" wystrzelił jak z procy, oddalając się od korwety na lewo, podczas gdy Jalus Nebl pomknął
w prawo.

- Iiiii-ha-ha! - zawył Han triumfalnie, czując, że jego statek z każdą chwilą oddala się od „Spętanego". Mijając

koreliańską  korwetę,  Han  wystrzelił  dwa  pociski  udarowe,  kierując  je  w  stronę  głównego  kolektora  słonecznego  i
płetwy stabilizatora, umieszczonej centralnie na grzbiecie statku.

W niemym zachwycie patrzył, jak pierwszy z pocisków zmiata słabiutką osłonę chroniącą płetwę, pozwalając,

by drugi eksplodował z całą silą, pozbawiając korwetę stabilizatora.

- Opuścili ciężkie tarcze, głupcy! - krzyknął zdumiony. - Myśleli, że już nas mają i zostawili płetwę prawie bez

osłony.

Wiedział jednak, że korweta nadal jest groźna, więc nie zamierzał zwalniać. Tak samo postąpił Jalus Nebl. Mały

Sullustianin  cały  czas  zwiększał  dystans,  aż  po  chwili  przyrządy  pokładowe  Hana  wskazały,  że  bezpiecznie
wskoczył w nadprzestrzeń.

- Kolej na nas - powiedział Han, uśmiechając się szeroko do Brii. - Pożegnaj się z rajską planetą maleńka...
Z  rozmachem  pchnął  dźwignię  hipernapędu,  rozkoszując  się  impulsem  mocy,  który  wyrzucił  ich  z  normalnej

przestrzeni w jasność pociętej pasmami gwiazd nadprzestrzeni.

-  Jesteśmy  w  domu  -  szepnął  pilot,  opadając  na  fotel.  Dopiero  teraz  zdał  sobie  sprawę  z  tego,  jak  bardzo  jest

zmęczony.

Bria uśmiechnęła się i uścisnęła mu dłoń. Mrrov potarła policzkiem o jego policzek.
- Dziękuję - szepnęły obie.
Han nigdy jeszcze nie czuł się tak błogo...
 

background image

ROZDZIAŁ 12. TOGORIA

 
Han  obudził  się,  słysząc  stłumione  łkanie.  Spał  na  podłodze  w  kabinie  Teroenzy,  na  miękkim  posłaniu  z

drogocennych  kobierców,  które  sobie  tu  przyniósł.  Nalegał,  żeby  Bria  zajęła  jedyne  na  pokładzie  łóżko
przystosowane  dla  humanoidów.  Z  nich  wszystkich  tylko  ona  wyspała  się  poprzedniej  nocy,  więc  zgłosiła  się  na
ochotnika  do  trzymania  wachty  na  mostku  i  kontrolowania  instrumentów  pokładowych  -  chociaż  teraz,  kiedy  byli
już w nadprzestrzeni, niewiele mogło się wydarzyć.

Han  jęknął  i  usiadł,  cały  obolały.  Poprzedni  dzień  nie  należał  do  najłatwiejszych,  a  poniewczasie  pilot

przypomniał  sobie,  że  nic  nie  jadł.  Pragnienie  męczyło  go  chyba  jeszcze  bardziej  niż  głód.  Z  trudem  wstał  i
potykając się podszedł do bańki z wodą, stojącej w kabinie. Wypił duszkiem parę kubków.

Zaspokoiwszy pragnienie, otarł ręką usta. Zmarszczył czoło, czując pod palcami szorstką, gęstą szczecinę. Nie

golił się od dnia poprzedzającego lądowanie na Nal Hutta.

Płacz  umilkł.  Han  złapał  ubranie  i  wszedł  do  luksusowo  wyposażonej  łazienki,  zadowolony,  że  zawierała

urządzenia oczyszczające dla niemal wszystkich ras. Znalazł nawet golarkę.

Po kilkunastu minutach, ubrany i odświeżony, poszedł szukać Brii.
Znalazł ją w maleńkiej wartowni. Siedziała na wąskiej pryczy, obejmując ramionami podkulone nogi, z czołem

opartym o kolana.

- Hej... - szepnął Han. - Co jest? Co się stało?
Nie podniosła twarzy, tylko machnęła ręką, żeby sobie poszedł.
- Nic mi nie jest... proszę, po prostu zostaw mnie w spokoju. Za chwilę poczuję się lepiej. Nie chcę, żebyś mnie

widział w takim stanie... - pociągnęła nosem. - Wyglądam... okropnie.

Han usiadł obok, nie dotykając jej jednak.
-  Ja  też  nie  wyglądam  najlepiej  -  powiedział.  -  Każdemu  z  nas  przydałyby  się  świeże  ciuchy.  Ale  popatrz,

przynajmniej pozbyłem się zarostu - spróbował zażartować, żeby na niego spojrzała. - To wielki krok ku lepszemu.

Podniosła głowę i uśmiechnęła się słabo. Oczy i nos miała zaczerwienione, ale zdaniem Hana i tak była śliczna.
- No tak, rzeczywiście wczoraj wyglądałeś trochę... niechlujnie.
Han wyprostował się, udając urażonego.
- Niechlujnie? Ja? Coś podobnego! - Delikatnie otoczył ją ramieniem. - Bria, kochanie... o co chodzi? Powiedz

mi.

Zaczęła się trząść.
-  O  Uniesienie,  Han.  Obudziłam  się  i  uświadomiłam  sobie,  że  pielgrzymi  zbierają  się  właśnie  na  wieczorną

ceremonię. A ja już nigdy nie wezmę w niej udziału... nigdy więcej nie doświadczę tego upojenia!

Han  nie  wiedział,  co  powiedzieć.  Zrozumiał,  że  Bria  równie  boleśnie  tęskni  za  fizycznymi  i  emocjonalnymi

odczuciami, które towarzyszyły aktowi Uniesienia, jak narkoman za dawką swojego narkotyku. To go przestraszyło.
Czy Bria potrafi pokonać to uzależnienie? Czy może przejdzie przez życie żałując tego, co bezpowrotnie straciła?

- To chyba naturalne - powiedział ostrożnie, nie chcąc jej straszyć własnymi obawami. - Na pewno będziesz za

tym tęsknić dzień czy dwa, może nawet tydzień. Ale wszyscy będziemy ci pomagać, kotku. Jesteś silna. Pokonasz
to. A potem - zatoczył ręką koło - galaktyka jest ogromna, kochanie. I czeka na to, byśmy ją poznali. Sprzedamy
kolekcję Teroenzy, sprzedamy „Talizman"...

- Sprzedamy „Talizman"? - przerwała mu.
-  Tak.  Obawiam  się,  że  zbyt  łatwo  go  zidentyfikować.  Zabierzemy  Muuurgha  i  Mrrov  na  Togorię,  a  potem

rozejrzymy się za jakimś miejscem, gdzie moglibyśmy sprzedać statek. Myślę, że znam jedno takie. Na Tralusie, w
systemie Korelii, jest jeden facet, który handluje używanymi statkami. Stamtąd bez trudu znajdziemy transport na
Korelię. Uścisnął ją lekko za ramiona.

- Takie rozwiązanie ma jeszcze jedną wielką zaletę... Nie będę zajęty pilotowaniem. Będę mógł ci poświęcić -

pocałował ją w policzek - całą moją uwagę.

Przełknęła  ślinę,  niezbyt  uspokojona  jego  słowami.  Zaczął  się  pochylać  w  jej  kierunku,  ale  kiedy  się  cofnęła,

zrozumiał aluzję.

Przygryzła wargi, patrząc na niego z udręką w niebiesko-zielonych oczach.
-  Och,  Han!  A  co  będzie,  jeśli  nie  uda  mi  się  przezwyciężyć  tego...  tego...  głodu?  Han...  -  załamała  ręce

konwulsyjnym  gestem.  -  To  jest  stokroć  gorsze  niż  najgorszy  głód!  To  jest  jak...  jak  agonia!  Czuję,  jak  całą  sobą
wyrywam się, by dostąpić Uniesienia! Jakby ktoś wydarł mi kawał ciała, pozostawiając pustkę i ból!

Wstrząsnęły  nią  gwałtowne  dreszcze.  Han  przytulił  ją  mocno  i  zaczął  głaskać  po  głowie,  szepcząc  słowa

pociechy. W duchu jednak sam czuł niepewność; uświadomił sobie, że jest równie przerażony i wstrząśnięty tym,
jak bardzo zależy mu na tej dziewczynie. Miał dość jasno sprecyzowane plany, zakładał, że spędzą mnóstwo czasu

background image

tylko ze sobą, w swoich ramionach.

Ale ona nie jest jeszcze na to gotowa, pomyślał, czując, że serce podchodzi mu do gardła. Potrzebuje przyjaciela,

nie kochanka.

Jak długo Bria będzie dochodzić do siebie?
Tylko czas pokaże...
- Kiedy wejdziemy w atmosferę Togorii - odezwał się Han -gdzie mam wylądować?
-  Największe  miasto  to  Caross  -  powiedziała  Mrrov,  wskazując  plamkę  na  mapie  planety.  -  Stamtąd  możemy

wysłać  wiadomość  do  Margrabiego  Togorii,  władcy  wszystkich  polujących  samców.  Tuż  za  miastem  jest
lądowisko. Nie mamy jeszcze własnych statków, ale kupcy i statki pasażerskie z innych światów często odwiedzają
naszą planetę.

-  Dobra,  w  takim  razie  Caross  -  zadecydował  Han.  Bardzo  uważnie  sprowadził  statek  na  wskazane  miejsce  i

posadził go dokładnie pośrodku pustego w tym momencie lądowiska.

-  Muuurgh...  -  odezwał  się,  uzupełniając  zapisy  w  dzienniku  pokładowym.  -  czy  ty  i  Mrrov  nie  obawiacie  się

odwetu flanda Til albo Hurtów?

- Niespecjalnie - warknął Muuurgh, ostentacyjnie wysuwając pazury. - Kiedy zbiorą się nase klany, zostaniemy

zaślubieni.  Potem,  jak  nakazują  zwycaje  nasego  ludu,  spędzimy  razem  długi...  jak  to  się  nazywa?  -  zapytał  we
własnym języku Mrrov, która znacznie lepiej niż on radziła sobie ze wspólnym.

- Miesiąc miodowy - podpowiedziała.
-Właśnie.  Długi  miesiąc  miodowy.  Pamiętaj,  ze  na  nasej  planecie  samice  i  samce  psez  więksą  cęść  roku

mieskają osobno. Po miodowym miesiącu będziemy się widywali tylko raz na rok, mniej więcej psez miesiąc. Tak
wygląda nase życie. Ale psedtem - Togorianin potarł policzkiem o policzek partnerki -spędzimy razem dużo czasu,
zupełnie  sami,  daleko  w  górach.  Huttowie  ani  Ilezjanie  nas  nie  znajdą,  zrestą  nasi  nie  pozwolą  im  sukać.  Każdy
pilot, który wyląduje na Togorii i zacnie się rozpytywać o Mrrov i Muuurgha... spotka swój los.

Mrrov uśmiechnęła się złowrogo, ukazując rząd ostrych jak igły zębów.
-  Mało  jest  gatunków,  które  miałyby  odwagę  świadomie  rozgniewać  Togorianina.  Większość  łowców  nagród

woli polować na łatwiejszą zdobycz.

- Nietrudno w to uwierzyć - stwierdził Han. - W takim razie wszystko w porządku. Wylądowaliśmy. Co teraz?

Po prostu odmaszerujecie, pazur w pazur? - uśmiechnął się do Brii, która odpowiedziała bladym uśmiechem. Dobre
jedzenie i odpoczynek trochę jej pomogły, ale wiedział, że nadal zmaga się z wewnętrznymi demonami.

-  Jeśli  Han  musi  lecieć,  Muuurgh  i  Mrrov  zrozumieją  -  powiedział  Muuurgh.  -  Ale  jeśli  Han  i  Bria  chcieliby

zostać na dzień lub dwa, mogliby stać koło nas w casie ceremonii, podcas której ja i Mrrov staniemy się nierozłącną
parą. Można to chyba nazwać „zaślubinami" Han spojrzał na Brie.

-  Co  ty  na  to,  maleńka?  Właśnie  zostaliśmy  zaproszeni  na  ślub.  Chcesz  tu  zostać  na  parę  dni?  Myślę,  że  nam

obojgu przydałby się odpoczynek.

- Oczywiście - powiedziała, uśmiechając się do Togorian. -Nic nie sprawiłoby mi większej przyjemności.
Do statku zmierzała liczna grupa Togorianek w towarzystwie kilku samców. Han i jego załoga zeszli po rampie

na  płytę  lądowiska.  Mrrov  i  Muuurgh  natychmiast  zostali  otoczeni  przez  tłum  i  wyściskani  wśród  odgłosów
warczenia, pohukiwania i przeciągłego, wibrującego szczęściem skowytu.

Stojąc nadal na skraju rampy, Han wziął Brie za rękę i rozejrzał się dookoła.
- Przyjemna planeta - powiedział. - Po Ilezji wydaje się prawdziwym rajem.
- Rzeczywiście jest piękna - przyznała Bria. - Dokładnie tak, jak mówisz.
Planeta  była  naprawdę  urokliwa.  Niebo  nad  głowami  miało  odcień  głębokiego  błękitu,  z  kilkoma  plamami

kłębiastych, białych obłoków i delikatną nutą zieleni, dzięki której nad horyzontem wydawało się niemal turkusowe.
Górskie szczyty w oddali lśniły bielą, a głęboka zieleń pokrywających je lasów ustępowała poniżej błękitowi jeziora
i jaśniejszej zieleni łąk. Egzotyczne białe kwiaty o brzegach obramowanych zielenią i szkarłatnych liściach łagodnie
kołysały się na wietrze.

Nad  głową  Han  dostrzegł  przelatujące  stworzenie,  w  którym  rozpoznał  mozgota,  jak  twierdził  Muuurgh,

podstawowy środek transportu na Togorii. Mozgoty były ogromnymi, latającymi gadami o dużej inteligencji, które
Togorianie udomowili dawno temu. Oba gatunki wspomagały się nawzajem, chroniąc się przed atakami większych,
drapieżnych latających gadów -śmiercionośnych lifonów, które równie chętnie porywały młode Togorian, jak i jaja
mozgotów.

Zwierzę,  które  Han  właśnie  obserwował,  zatoczyło  krąg  wokół  lądowiska  i  zaczęło  zniżać  lot.  Na  jego

grzebiecie  Han  zobaczył  Togorianina,  który  kierował  ruchami  zwierzęcia  za  pomocą  wędzidła.  Podziwiał,  jak
dobrze jeździec i dosiadane przez niego zwierzę rozumieją się i współpracują.

Powietrze na Togorii było jednym z najczystszych i najświeższych, jakim Han oddychał. Mrrov powiedziała mu,

że  technologie  Togorian  opierają  się  całkowicie  na  energii  słonecznej,  właśnie  po  to,  by  zachować  krystaliczną

background image

czystość atmosfery. Togorianie szanowali swą planetę i - w przeciwieństwie do wielu innych ras w galaktyce - nie
chcieli jej zniszczyć ani zatruć, nawet w imię postępu.

Han  dał  krok,  potem  drugi,  a  wreszcie  podskoczył  na  palcach.  Czul  się  lekki,  niemal  jak  napompowany.  Nic

dziwnego -przyciąganie na Togorii było nieco niższe niż na Korelii czy Ilezji.

Nagle tłum rozstąpił się, robiąc przejście dla Muuurgha, który - chociaż nadal obandażowany - kroczył prawie

tak samo pewnie i sprężyście jak wcześniej, z Mrrov u boku.

-  Nase  klany  zbierają  się  teraz  na  ceremonię  połącenia  w  parę  i  uctę,  która  nastąpi  później  -  powiedział.  -

Będziecie mile widziani jako nasi goście. Chodźcie za mną!

Han i Bria podążyli za Togorianinem.
Carros  było  pięknym  miastem.  Białe  domy  z  miejscowego  kamienia  schodziły  tarasami  ze  zboczy  wzgórz,

poprzecinane ogrodami i parkami. Togorianki, gdy nie zajmowały się pracą, bawiły się ze swoimi awanturniczymi
potomkami.  Muuurgh  wyjaśnił,  że  zarówno  młode  samce  jak  i  samice  pozostawały  pod  opieką  matki  prawie  do
czasu dorosłości, kiedy to samce dołączały do klanów swoich ojców, by poznać tajniki życia myśliwego.

Przez następne dwa dni Han i Bria leniuchowali, objadali się pysznościami i chodzili na długie przechadzki po

parku.  Młody  samiec,  Rrowy,  uczył  Hana,  jak  dosiadać  i  kontrolować  mozgota.  Przy  swoim  szybkim  refleksie  i
śmiałości Han nie potrzebował wiele czasu, by opanować tę umiejętność w stopniu wystarczającym. Teraz mógł już
wznosić  się  wysoko  nad  czubki  drzew  i  rozkoszować  lotem,  usadowiony  w  małym  siodle  przymocowanym  na
barkach zwierzęcia i czując pod sobą krzepkie, umięśnione skrzydła mozgota.

Mozgoty okazały się wielkimi pieszczochami; uwielbiały drapanie za maleńkimi uszami i klepanie po potężnych

piersiach.

Następnego  dnia  po  ich  przylocie  z  całej  Togorii  zaczęli  przybywać  myśliwi  na  mozgotach.  Rozeszła  się

wiadomość,  że  myśliwy  Muuurgh  powrócił,  więc  członkowie  klanu  zbierali  się,  by  powitać  go  w  domu  i  wziąć
udział w jego zaślubinach z Mrrov.

Muuurgh  i  Mrrov  musieli  bez  ustanku  opowiadać  krewniakom  o  swoich  przygodach  „wśród  gwiazd".  Mrrov

chętnie  mówiła  o  wszystkim,  co  jej  się  przytrafiło,  w  nadziei,  że  pomoże  ocalić  nieświadome  Togorianki  przed
fałszywymi obietnicami „raju" na Ilezji.

Zaślubiny  odbyły  się  o  zachodzie  słońca  trzeciego  dnia  ich  pobytu  na  Togorii.  Han  i  Bria  zajęli  miejsca  obok

Muuurgha  i  Mrrov,  uroczyście  stojących  naprzeciwko  członków  swoich  klanów.  Ich  sierść  lśniła  od
wielogodzinnych zabiegów pielęgnacyjnych. Tylko wąski pas białego bandaża wokół piersi Muuurgha odznaczał się
na  tle  jego  błyszczącego  czarnego  futra.  W  swoim  rodzinnym  świecie  Togorianie  rzadko  kiedy  nosili  ubrania  -
klimat Togorii był tak łagodny, że uznali to za zbędne.

Narzeczeni stali twarzą do gości, okręcając się tak, by każdy z nich mógł dokładnie im się przyjrzeć. Potem, na

znak Muuurgha, Han i Bria cofnęli się, dołączając do grona obserwatorów.

Muuurgh  i  Mrrov  obrócili  się  do  siebie  twarzami.  Han  zamrugał  ze  zdumienia,  słysząc  jak  z  ich  gardeł

wydobywa  się  niski,  dudniący  warkot.  Oboje  obnażyli  kły  i  zaczęli  syczeć.  Pazury  wysunęły  się  spod  opuszków
palców.

Nagle, tak szybko, że wzrok z trudem nadążał za ich ruchami, rzucili się na siebie, wbili zęby w swoje gardła i

runęli na ziemię. Warcząc, rycząc i prychając turlali się, atakując się pazurami. Ich nogi też nie próżnowały, kopiąc
gwałtownie w kudłaty brzuch przeciwnika.

Han spojrzał na Brie, która wyglądała na cokolwiek zaniepokojoną. Nikt z tłumu zaproszonych nie wydawał się

jednak  zauważać  w  tym  niczego  niezwykłego.  Co  planeta,  to  obyczaj...  -pomyślał  sentencjonalnie  Han.  W  końcu,
dysząc  i  skowycząc,  para  się  rozdzieliła.  Mimo  dzikiej  gwałtowności  ataków,  na  sierści  obojga  nie  było  śladów
krwi.  Okrążali  się  teraz  nawzajem  a  wycie  stopniowo  przechodziło  w  coraz  cichsze,  miękkie  mruczenie.  Stanęli
wreszcie  naprzeciw  siebie,  pocierając  się  twarzami.  Trwało  to  dość  długo,  a  Han  z  miejsca,  w  którym  stał,  mógł
słyszeć ich ochrypłe pomruki.

Potem  nagle  Mrrov  zasyczała,  splunęła  i  znów  rzuciła  się  na  Muuurgha.  Ten  podskoczył,  i  po  chwili  znów

tarzali się po ziemi, kąsając i drapiąc się nawzajem.

Han ścisnął lekko rękę Brii.
- Romantyczny z niego facet, co? - szepnął z szerokim uśmiechem.
- Ciii... - skarciła go.
Po paru chwilach nowożeńcy znów mruczeli i ocierali się o siebie, przymykając oczy z rozkoszy.
Obserwatorzy  byli  coraz  bardziej  podnieceni.  Han  słyszał  dochodzące  ze  wszystkich  stron  wibrujące  odgłosy.

Muuurgh i Mrrov rozpoczęli kolejną rundę zmagań.

Tym  razem  jednak,  gdy  nadeszła  pora  pocierania  policzków,  Muuurgh  chwycił  Mrrov  za  luźny  fałd  skóry  na

karku. Wbił w niego zęby, podniósł mniejszą od siebie samicę i przeniósł ją przez krąg. Tłum rozstępował się przed
nim, otwierając się jak drzwi.

background image

Muuurgh  zniknął  w  ciemności,  nadal  niosąc  swą  partnerkę.  Chwilę  później  milczenie  rozdarły  dwa  głośne,

ekstatyczne okrzyki triumfu - a potem zapadła cisza.

Goście mruczeli zadowoleni, że rytuał został dopełniony. Poklepywali Hana po ramieniu, o mało nie powalając

go przy tym na ziemię, i zapewniali, że była to najpiękniejsza ceremonia ślubna, jaką mieli szczęście oglądać.

Uczta  przeciągnęła  się  do  późna  w  noc.  Han  i  Bria  wymknęli  się  w  pewnym  momencie,  by  pospacerować  po

parku przy blasku dwóch niewielkich księżyców Togorii. Gwiazdy nad ich głowami migotały na tle czarnego nieba.

- No więc... - zaczął niepewnie Han. - Jak się dziś czułaś? Łatwiej ci było wytrzymać?
Przytaknęła.
-  Trochę.  Czasami  udaje  mi  się  nie  tęsknić  za  Uniesieniem  przez  całą  godzinę.  Kiedy  indziej  jednak  czuję  się

tak, jakby minuty pełzły i tylko cienka granica dzieliła mnie od obłąkania.

-  Na  jutro  zaplanowałem  coś  specjalnego  -  powiedział  Han,  uśmiechając  się  do  niej.  -  Przygotuj  się  na  dobrą

zabawę. Wszystko jest zapięte na ostatni guzik.

- Co? - zapytała. - Co jest zapięte na ostatni guzik?
- Nie powiem ci - drażnił się z nią. - Po prostu przygotuj się, żeby wstać ze skowronkami.
- Tu nie ma skowronków - przypomniała mu. - Tylko maleńkie, latające jaszczurki.
- To prawda - zgodził się. - W każdym razie nie zaśpij, dobrze?
- Dobrze.
Kiedy następnego ranka Bria się obudziła, nie znalazła Hana w żadnym z przydzielonych im pokoi. Natknęła się

natomiast na koszyk owoców, dzbanek soku, parę pasków suszonego mięsa i bochenek chleba. Na tacy leżał pasek
flimplastu, a na nim polecenie: „Ubierz się, zjedz i wyjdź na dwór. Będę czekał - H."

Bria  przeczytała  wiadomość,  uniosła  brwi,  po  czym  postąpiła  tak  jak  prosił  Han.  Była  tak  zaciekawiona,  że

prawie  zapomniała  o  dojmującej  tęsknocie  za  Uniesieniem.  Czasami  ta  tęsknota  przypływała  falami  o  takiej
intensywności, że bała się, czy nie oszaleje. Jednak w miarę upływu dni ataki stawały się coraz rzadsze.

Bria modliła się do wszystkich prawdziwych bogów wszechświata, by kiedyś ustąpiły na zawsze.
Wyszła na podwórze budynku, w którym ich zakwaterowano, i zobaczyła czekającego na nią Hana. Siedział na

grzbiecie mozgota, z torbą podróżną i kocem przypiętym z tyłu siodła. Kiedy tak stała, niepewna, co robić, nachylił
się i wyciągnął do niej rękę.

- Na co czekasz? Wskakuj!
Przeniosła wzrok z jego twarzy na pysk mozgota, a potem na bezkresne niebo Togorii.
- Mam z tobą polecieć na tym... stworzeniu? - zapytała. Latanie statkiem kosmicznym albo śmigaczem to jedno,

a wdrapanie się na wielkiego gada, który ma cię unieść w powietrze na swoim grzbiecie, to zupełnie co innego.

- Jasne. - Han schylił się, by poklepać swojego rumaka po szyi. - Poznaj Kaydiss. Czy nie jest słodka?
Mozgot  wygiął  umięśnioną  szyję  i  rozdziawił  paszczę,  pokazując  długi,  rozwidlony  język.  Najwyraźniej  był

zadowolony z pieszczoty.

Bria wzięła głęboki oddech.
- Dobrze - zgodziła się po namyśle.
W  końcu,  pomyślała,  najgorsze,  co  może  nam  się  przytrafić,  to  upadek  i  śmierć.  Wtedy  nie  musiałabym  się

więcej przejmować Uniesieniem.

Złapała  podaną  dłoń  i  postawiła  stopę  na  nodze  podstawionej  usłużnie  przez  mozgota,  by  łatwiej  było  go

dosiąść. Jedno podciągnięcie - i już siedziała przed Hanem, otoczona jego ramionami, bezpieczna jak w ochronnej
uprzęży. Wzięła głęboki oddech i zamknęła oczy. Han zagdakał do Kaydiss komendę i ściągnął wodze.

Dwa  długie  podskoki  i  zamach  potężnych  skrzydeł  mozgota  wystarczyły,  by  wznieśli  się  w  powietrze,  stale

nabierając wysokości. Bria otworzyła oczy i przekonała się, że szybują już wysoko ponad dachami domów. Czuła
na twarzy powiew wiatru, który rozwiewał włosy i wyciskał z oczu łzy.

- Och, Han! - krzyknęła. - To cudowne!
-  Mhm  -  potwierdził  lakonicznie  z  nutą  uzasadnionej  przechwałki  w  głosie.  -  Tylko  poczekaj,  aż  zobaczysz,

gdzie cię zabieram!

Bria  trzymała  się  przedniej  części  siodła.  Tak  zaklinowana  nie  bała  się  spaść  i  rozkoszowała  się  cudownym

uczuciem latania.

Mijali pod sobą lasy i rzeki. Bria patrzyła w dół na pola, miasta i jeziora, z błogim uśmiechem na twarzy. Nie

czuła się tak dobrze od... no, od ostatniego Uniesienia.

W tej chwili jednak wydawało jej się, że nawet Uniesienie straciło nieco na swojej atrakcyjności. Pochyliła się

do przodu i otworzyła usta, nabierając w płuca czystego powietrza. Miała ochotę machać rękami i głośno krzyczeć,
ale powstrzymała się: nie chciała ryzykować, że zakłóci w ten sposób równowagę mozgota.

- Czy nie jest jej za ciężko z nami dwojgiem na grzbiecie? - krzyknęła do tyłu.
Usłyszała odpowiedź tuż przy uchu, czując ciepło oddechu Hana.

background image

- Przywykła latać z Togorianinem. Razem ważymy i tak mniej niż Muuurgh, a nawet mniejsze samce. Nic jej nie

będzie.

Pół  godziny  później  szeroka  rzeka,  wzdłuż  której  lecieli,  rozlała  się  jeszcze  szerzej,  rozdzielając  się  na  liczne

strumienie  tworzące  deltę.  Han  skierował  mozgota  nieco  bardziej  na  północ,  a  po  kilku  minutach  Bria  zobaczyła
białe grzywacze fal rozbijające się o srebrzystozłoty piach.

Odwróciła się i uśmiechnęła do Hana, zachwycona.
- Plaża!
-  Obiecałem  sobie,  że  kiedyś  zabiorę  cię  na  prawdziwą  plażę  -  oznajmił.  -  Gdzieś,  gdzie  będziemy  mogli

popływać bez obaw, że zostaniemy zjedzeni.

Sprowadzał teraz mozgota coraz niżej i niżej; zatrzymał go w końcu na piasku. Zsunął się po skrzydle Kaydiss i

puścił ją na popas na pobliskie słone moczary. Wrócił niosąc koc i kosz ze śniadaniem.

- Najpierw pływanie - zapytał - czy śniadanie?
Bria spojrzała na rozbijającą się o brzeg białą pianę i poczuła zew morza. Jej rodzina miała na Korelii domek na

plaży, więc Bria od dziecka uwielbiała pływać.

- Pływanie - zdecydowała.
Zadowolona,  że  ma  pod  spodem  cienki  trykot,  zrzuciła  szybko  wierzchnie  ubranie  i  pobiegła  do  wody.  Han,

rozebrawszy się do bokserek, pobiegł za nią.

Bria była zaskoczona, gdy wyszło na jaw, że Han nie umie pływać.
- Nigdy nie miałem okazji się tego nauczyć - wyjaśnił trochę zawstydzony. - Zawsze miałem coś do roboty, a

kiedy nie pracowałem, ścigałem się skoczkami albo zajmowałem czymś podobnym. Mówiłem ci przecież na Ilezji,
że pierwszy raz w życiu widzę tyle wody na raz.

-  W  takim  razie  -  stwierdziła  Bria  -  dziś  nauczysz  się  pływać.  Jesteś  młody  i  silny,  masz  dobre  poczucie

równowagi i szybki refleks. Poradzisz sobie.

Han  okazał  się  pojętnym  uczniem.  Bria  była  zaskoczona,  jak  łatwo  potrafi  się  skoncentrować,  jak  dokładnie

stosuje się do jej instrukcji na temat ruchów rąk, nóg i oddychania. Zwróciła mu na to uwagę.

- Piloci z konieczności uczą się wypełniać instrukcje co do joty-stwierdził sarkastycznie.-Albo szybko kończą na

cmentarzu.

Zanim  wyszli  z  wody,  żeby  zjeść  śniadanie,  Han  dzielnie  pozwalał  unosić  się  falom.  Nieźle  radził  sobie  z

koordynacją oddychania oraz ruchów rąk i nóg.

- Jesteś bardzo dobrym uczniem - pochwaliła go Bria, kiedy usiedli na kocu, wpatrzeni w morze.
Podzielili się jedzeniem, które Han zabrał ze sobą, a potem spacerowali wzdłuż plaży trzymając się za ręce. Nad

ich  głowami  przeleciał  maleńki  gad,  mieniąc  się  odcieniami  zieleni  i  złota.  Bria  wyciągnęła  rękę  i  stała
nieporuszona,  a  stworzonko  sfrunęło  w  dół  i  usiadło  na  jej  dłoni,  machając  w  powietrzu  skrzydełkami.  Han
uśmiechnął się szeroko.

- Wyglądasz... ślicznie - powiedział.
- Czuję się, jakbym była panią tej planety - odpowiedziała pół żartem. - Ten dzień... nigdy go nie zapomnę, Han.
- Jesteś panią tej plaży - powiedział zadowolony. - Daję ci ją na własność... na dziś.
Latająca jaszczurka rozwinęła skrzydła, nadal ufna i spokojna, by po chwili odlecieć.
Kiedy  brodząc  przez  fale  wychodzili  na  brzeg,  Han  opowiedział  jej  o  swoim  postanowieniu,  by  dostać  się  do

Akademii Imperialnej.

-  Ludzie  podziwiają  imperialnych  oficerów  -  powiedział.  -  Nikt  nigdy  wcześniej  nie  uważał  mnie  za  godnego

podziwu pod żadnym względem, ale jeśli uda mi się tam dostać, wszystko się zmieni. Zobaczysz, Bria, że uda mi się
zmienić moje życie. Już nigdy nie będę musiał kraść, szmuglować, ani oszukiwać.

Żarliwość jego słów wycisnęła jej z oczu łzy. Wyciągnęła rękę i pogładziła go po policzku.
- Czasami tak mi ciebie żal - szepnęła. - Zaznałeś w życiu tyle okrucieństwa, tyle zdrady....
Wpatrywał się w nią piwnymi oczami.
- Był jednak ktoś, kto mnie kochał - szepnął. - Opowiem ci o Dewlannie...
Szli powoli wzdłuż plaży, trzymając się za ręce, a Bria słuchała opowieści Hana o jedynej przyjaznej duszy, jaką

spotkał od dzieciństwa. W milczeniu doszli do koca.

- Garris Shrike pasowałby do Ilezji - powiedziała w końcu Bria.
- Tak, pewnie by skończył jako szef tego całego interesu -przyznał Han posępnie. Usiadł na kocu i objął rękami

kolana z zakłopotaną miną.

- Powinienem był go zabić, kiedy miałem okazję. Ale... jakoś nie mogłem.
Usiadła obok niego.
-  To  dlatego,  że  jesteś  porządnym  człowiekiem,  Han  -  powiedziała  żarliwie.  -  Myślisz,  że  jesteś  twardy,  i  to

prawda... ale nie jesteś zimnokrwistym zabójcą jak Shrike. Gdybyś go zastrzelił, stałbyś się nie lepszy od niego.

background image

Odwrócił się w jej stronę, bardzo skupiony i poważny.
-  Masz  rację  -  powiedział  miękko.  -  Czasami,  kiedy  wszystko  robi  się  takie  pogmatwane,  ty  sprawiasz,  że

wszystko staje się jasne... zaledwie kilku słowami. Jesteś bardzo mądrą kobietą...

Bria  siedziała  nieporuszona.  Han  pochyli  się,  by  pocałować  ją  w  policzek.  Miał  ciepłe  usta.  Kiedy  zaczął  się

cofać, dotknęła jego twarzy.

- Jeszcze...
Odwrócił głowę i odszukał jej wargi. Smakowały morską solą. Bria zamknęła oczy, a czas stanął w miejscu.
Po kilku długich uderzeniach serca Han cofnął się. Bria otworzyła oczy i zobaczyła, że Han się jej przygląda.
- Jak było? - zapytał miękko, lekko zdyszany. - W porządku?
Bria z trudem łapała powietrze.
- Lepiej niż w porządku - szepnęła. Otoczyła jego szyję ramionami, czując pod palcami rozgrzaną słońcem skórę

nagich barków. Objął ją i przytulił mocno. - Dużo, dużo lepiej...

Oddała pocałunek i minęło wiele czasu, zanim znów się odezwali...
 

background image

ROZDZIAŁ 13. POWRÓT NA KORELIĘ

 
Następny  dzień  minął  na  przygotowaniach  Mrrov  i  Muuurgha  do  wyjazdu  na  „miesiąc  miodowy",  zaś  Brii  i

Hana - do powrotu na Korelię.

Przy pożegnaniu Muuurgh chwycił Hana za ramiona i potrząsnął nim, na szczęście bardzo delikatnie.
-  Będę  tęsknić  za  tobą  -  powiedział  swoim  znacznie  lepszym  teraz  wspólnym.  -  Cy  musis  jechać?  Pseciez

podoba  ci  się  Togoria,  tak  mówiłeś.  Bez  ciebie  nigdy  nie  znalazłbym  Mrrov.  Margrabia  Togorii  poprosił  mnie,
żebym ci powiedział, ze możecie zostać na Togorii na zawse. Mógłbyś z nami polować, Han... latać na mozgotach...
bylibyśmy scęśliwi.

Han uśmiechnął się do Togorianina.
-  I  widywać  Brie  raz  do  roku?  U  ludzi  taki  numer  chyba  nie  przejdzie,  stary.  Ale  dzięki  za  zaproszenie,

Muuurgh. Może kiedyś wpadnę zobaczyć, jak wam się powodzi.

-  Han  wpadać,  tak.  Sybko.  -  powiedział  Muuurgh,  któremu  emocje  przyćmiły  nowo  nabyte  umiejętności

językowe. Objął Korelianina i podniósł go do góry. Han odwzajemnił uścisk.

Pożegnanie Brii i Mrrov było równie serdeczne.
- Głód Uniesienia można pokonać - powiedziała Mrrov z przekonaniem. - Mnie się to udało. Na początku, jak

tylko zaczęłam się opierać Uniesieniu, strasznie za tym tęskniłam. Ale po wielu dniach tęsknota osłabła i teraz już
jej nie czuję.

Gniew na tych handlarzy niewolników pomógł wykorzenić tęsknotę za Uniesieniem z mojej duszy.
- Mam nadzieję, że potrafię być równie silna jak ty, Mrrov -westchnęła Bria.
- Już jesteś silna - zapewniła ją żarliwie Togorianka. - Po prostu jeszcze o tym nie wiesz.
Weszli  na  pokład  „Talizmana",  a  Han  uniósł  ilezjański  jacht  ku  jasnemu  niebu  Togorii  z  uczuciem

autentycznego żalu.

- To dobra planeta - zwrócił się do Brii, która siedziała obok w fotelu pierwszego oficera. - I dobre istoty.
- To prawda - zgodziła się. - W każdym razie dla nas byli bardzo dobrzy. Nigdy nie zapomnę wczorajszego dnia,

choćbym dożyła setki.

Han uśmiechnął się do niej.
-  Ja  też  nie,  maleńka.  Przez  całe  życie  marzyłem  o  tym,  żeby  pójść  na  plażę  i  zachowywać  się  jak  zwykły

człowiek... bez krętactw, bez martwienia się o policję, bez przemytu wypalającego dziurę w kieszeni. Dzięki tobie
już wiem, jak to jest.

Uśmiechnęła się do niego tak czule, że pochylił się i pocałował ją.
- Bria, posłuchaj... ja... - zawahał się, wziął głęboki oddech, ale tylko pokręcił głową.
Wrócił  do  przyrządów  pokładowych  i  zajął  się  pilotowaniem  jachtu.  Bria  nie  spuszczała  z  niego  oczu,  gdy

obliczał skok w nadprzestrzeń i wprowadzał dane do komputera nawigacyjnego.

Kiedy  gwiazdy  rozjechały  się  wokół  nich  i  znaleźli  się  bezpieczni  w  nadprzestrzeni,  okręciła  się  z  fotelem  w

jego stronę i położyła mu dłoń na ramieniu.

- Mów dalej - powiedziała. - Cały czas słucham.
Han spróbował udać, że nie wie, o co jej chodzi, ale nie wyszło mu to najlepiej.
- Co? Co masz na myśli?
- Miałeś właśnie coś mi powiedzieć, ale zająłeś się skokiem. Jesteśmy już bezpieczni w nadprzestrzeni, więc nie

ma powodu, byś dłużej zwlekał z tym, co masz mi do powiedzenia. -Uśmiechnęła się lekko - Słucham.

-  No  więc...  hmm....  myślałem  po  prostu,  że  jestem  głodny!  -  zakończył  pospiesznie.  -Naprawdę  głodny.

Chodźmy coś zjeść.

- Jedliśmy tuż przed odlotem, niecałą godzinę temu - przypomniała mu. Jej twarz złagodniała. Wzięła jego rękę

w obie dłonie.

- Powiedz mi - poprosiła.
- No... - Han wzruszył ramionami. - Mówię ci, że jestem znowu głodny.
- Naprawdę? - zapytała cicho.
- Ja... - Han pokręcił przecząco głową, najwyraźniej zakłopotany. - No... nie... Słuchaj, Bria... ja... nie jestem w

tym za dobry.

- W pewnych rzeczach jesteś zupełnie niezły - powiedziała uśmiechając się przebiegle.
- Na przykład? - zapytał wyzywająco.
- Na przykład... w pilotowaniu. Albo w walce. I w ratowaniu ludzi.
- No tak, chyba tak. - Spojrzał na nią znowu i gdzieś przepadła jego pewność siebie. - Bria... chciałem ci wtedy

powiedzieć... że ja... - zakaszlał. - To nie takie łatwe.

background image

- Wiem - szepnęła. - Wiem.
Podniosła jego dłoń do ust, ucałowała koniuszki palców i powiedziała:
- Han... ja też cię kocham.
- Tak? - zapytał, zadowolony i zdziwiony jednocześnie.
-  Tak.  I  to  już  od  dawna.  Chyba  zakochałam  się  w  tobie  tamtego  dnia  w  refektarzu,  kiedy  za  nic  nie  chciałeś

odejść.

- Naprawdę? Ja o tym nie wiedziałem, dopóki... sam nie wiem. Ale kiedy już się zorientowałem, co jest grane...

strasznie się wystraszyłem, Bria. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się nic takiego.

- To, że kogoś kochasz? Czy że jesteś kochany?
- Ani jedno, ani drugie. Z wyjątkiem Dewlanny. Myślę, że ona mnie kochała. Ale to było co innego.
- Tak. - Oczy jej błyszczały. - Coś zupełnie innego. Mam nadzieję, że będziemy mogli zostać razem.
Teraz on wziął jej dłonie w swoje.
-  Oczywiście,  że  zostaniemy  razem  -  powiedział.  -  Nie  pozwolę,  by  cokolwiek  nam  w  tym  przeszkodziło.

Możesz być tego pewna, maleńka.

Han  wytyczył  kurs,  który  omijał  z  daleka  rejony  przestrzeni  kontrolowane  przez  Huttów,  więc  podróż  do

systemu Korelii zajęła im całe trzy dni. Poza tym specjalnie przedłużał czas, jaki miał spędzić sam na sam z Brią.
Konieczność powrotu na Korelię i spotkania z jej rodziną przerażała go. Nie miał pojęcia o życiu „zwykłych" ludzi i
był przekonany, że nie będzie do nich pasował.

Wiedział też, że kiedy dotrą na Tralusa, będzie musiał wziąć się do roboty. Han miał przygotowane wszystko,

czego  potrzebował,  by  zmienić  tożsamość,  gdy  tylko  wylądują  na  Korelii.  Ale  Bria  też  była  pewnie  poszukiwana
przez  Huttów  i  t'landa  Tila,  którzy  znali  jej  prawdziwe  nazwisko.  Tak  więc  pierwszą  rzeczą,  jaką  Han  zamierzał
zrobić, gdy tylko będą mieli trochę pieniędzy, było wyposażenie Brii w fałszywy identyfikator.

Poza tym chciał dać jej jak najwięcej czasu na dojście do siebie. Wiedział, że nadal brakuje jej Uniesienia, choć

napady paniki czy płaczu już się nie zdarzyły. Kilka razy jednak, kiedy budził się w nocy, przekonywał się, że Bria
nie śpi w swojej koi.

Szedł jej szukać i zwykle znajdował w kokpicie. Siedziała w fotelu pierwszego oficera, wpatrując się w gwiazdy

z wyrazem tak bezbrzeżnej tęsknoty w oczach, że Han czuł ukłucie zazdrości.

Dlaczego  ja  jej  nie  wystarczam?  -  zastanawiał  się.  Dlaczego  nie  wystarcza  jej  nasza  miłość?  Chciał,  żeby  nie

pragnęła  niczego  poza  nim,  żeby  była  szczęśliwa  i  zadowolona  -  ale  wiedział,  że  tak  nie  jest.  To  go  smuciło,  ale
także gniewało.

Raz spróbował z nią o tym porozmawiać.
- To już prawie dziesięć dni! Dlaczego nadal tak za tym tęsknisz? - zapytał, słysząc w swoim głosie nutę gniewu,

którego nie potrafił ukryć. - Powiedz mi, Bria. Wytłumacz mi to!

Spojrzała na niego smutnym, zaszczutym wzrokiem.
- Nie potrafię ci tego wytłumaczyć, Han. To tak, jakby zabrali mi kawałek mnie samej... kawałek mojej duszy.

Nie chodzi o to, że brakuje mi samej ceremonii Uniesienia... tego ciepła, tej błogości. Nad tym już zapanowałam.
Chodzi o to, że... - głos jej się załamał i zamilkła.

Han, siedzący obok niej w fotelu pilota, wziął ją za ręce. Były zimne, więc spróbował je ogrzać w swoich.
- Mów dalej - powiedział cicho. - Cały czas tu jestem i słucham.
-  I  Mrrov,  i  Teroenza  nie  mieli  racji,  kiedy  mówili,  że  tylko  osoby  o  słabej  osobowości  wpadają  w  pułapkę

ilezjańskiej pseudoreligii - powiedziała Bria powoli, starannie dobierając słowa. - Och, wiem, że część pielgrzymów
to  ludzie  wiecznie  niezadowoleni,  którym  nic  w  życiu  nie  wyszło  i  szukają  sposobu,  by  uciec  przed
odpowiedzialnością. Ale nie wszyscy... nawet nie większość. Dobrze poznałam tych ludzi i wiem, jacy są.

- Tak, na pewno. - Han zachęcał ją, by mówiła dalej.
- Większość ilezjańskich pielgrzymów to... idealiści. Tak chyba trzeba ich nazwać. To ludzie, którzy wierzą, że

istnieje coś lepszego, że życie ma głębsze znaczenie. Tak, wiem... szukali w złym miejscu, dali się omamić bajeczce
kapłanów  o  Jedynym  i  Wszechogarniającym...  ale  to  nie  znaczy,  że  ich  dążenie,  ich  determinacja,  by  wierzyć  w
istnienie jakiejś wyższej mocy, jest głupie.

Han  pokiwał  głową.  Zobaczył,  że  w  ślicznych  oczach  Brii  zbierają  się  łzy  i  zaczynają  ściekać  po  policzku.

Przejęty, wybuchnął:

-  Bria...kochanie...  nie  dręcz  się  tak  okropnie!  To,  że  ta  religia  okazała  się  jednym  wielkim  oszustwem  nie

znaczy przecież, że życie nie ma sensu! Przecież mamy siebie! Zdobędziemy pieniądze. Wszystko będzie dobrze!

- Han... - delikatnie dotknęła jego policzka, pogładziła go i uśmiechnęła się z miłością. - Jesteś stuprocentowym

pragmatykiem, wiesz? Wystarczy, że nikt do ciebie nie strzela, i już życie jest piękne, prawda?

Han pokręcił głową, trochę dotknięty.
- No dobrze, jestem prostym facetem, ale to nie znaczy, że nie potrafię zrozumieć tego, o czym mówisz. Może

background image

rzeczywiście  byłoby  miło,  gdyby  istniała  jakaś  wyższa  siła,  czy  ja  wiem?  Ale  ja  jakoś  w  to  nie  wierzę.  Po  prostu
boli mnie, kiedy widzę, że cierpisz.

- Han... jedyną osobą, na której tak naprawdę ci zależy i o którą się troszczysz, jesteś ty sam...
- O ciebie też się troszczę, Bria - przerwał jej Han. - Nie zapominaj o tym nawet na chwilę. Tworzymy zespół,

maleńka.

-  Tak  -  powiedziała  powoli.  -  Tworzymy  zespół.  Ale  mnie  nie  wystarczy  do  szczęścia  to,  że  nikt  do  mnie  nie

strzela albo że mamy pieniądze. Chcę czegoś więcej!

- Chcesz znać przyczynę wszystkiego, tak? Chcesz wcielać w życie swoje ideały - powiedział.
- Tak - zgodziła się. - Ale potrafię rozumieć, że ty nie chcesz się dręczyć takim problemem, jak szukanie sensu

życia. Z nas dwojga to pewnie ty jesteś mądrzejszy.

-  Mądrzejszy?  -  Han  zmarszczył  czoło.  -  Głupi  nie  jestem,  to  wiem,  ale  nigdy  nie  miałem  zamiaru  być

filozofem... ani innym uczonym.

- Właśnie. Nie zastanawiasz się nad niesprawiedliwością, korupcją i złem. Przyjmujesz rzeczy takimi, jakie są, i

starasz się po prostu znaleźć w tym wszystkim swoje miejsce, prawda?

Han zastanowił się przez chwilę, i w końcu przytaknął.
- Tak, chyba tak. Może kiedyś, dawno temu, wyobrażałem sobie, że zostanę kimś, kto naprawia zło albo ściga

złoczyńców  -  westchnął  i  uśmiechnął  się  do  niej  drwiąco  -  ale  chyba  wybito  mi  z  głowy  te  pomysły  bardzo
wcześnie.  Pod  rządami  Garrisa  Shrike'a  człowiek  dość  szybko  przyzwyczaja  się  do  myśli,  że  nikt  się  o  niego  nie
zatroszczy,  więc  musi  to  zrobić  sam.  A  nadstawianie  karku  za  kogoś  jest  najlepszym  sposobem,  by  ci  ten  kark
skręcono.

- A Dewlanna? - zapytała.
-  No  tak,  wiedziałem,  że  o  tym  wspomnisz.  -  Han  przeczesał  włosy  palcami  i  skrzywił  się.  -  Dewlanna  to  co

innego. Troszczyliśmy się o siebie nawzajem, to prawda. Ale ona była wyjątkiem. Była jedyną osobą, którą w ogóle
obchodziło,  czy  żyję,  czy  na  przykład  zżerają  mnie  vrelty.  Chyba  właśnie  ta  świadomość  zrobiła  ze  mnie...
pragmatyka.

- Oczywiście - zgodziła się Bria. - To zupełnie naturalne.
- Mów dalej - zachęcił ją. - Twierdzisz, że pielgrzymi byli idealistami. A ty?
Pokiwała głową.
-  Ja  chyba  też,  Han.  Przez  całe  swoje  życie  chciałam  być  kimś  lepszym  i  sprawić,  by  wszechświat  stał  się

lepszym miejscem dzięki temu, że ja w nim żyję. Kiedy trafiłam na religię Ilezjan, naprawdę do głębi wierzyłam, że
wreszcie  znalazłam  sens  życia.  Że  moja  wiara  może  zmienić  wszechświat.  -  Uśmiechnęła  się  smutno  i  wzruszyła
ramionami. - Ale najwyraźniej wybrałam wiarę nie to, w co trzeba.

Han zastanowił się nad jej słowami.
- Ale przecież są inne rzeczy, w które można wierzyć, Bria. Może nawet niektóre z nich są prawdziwe. Po prostu

musisz je odnaleźć.

Podeszła do niego, nachyliła się i pocałowała go w czubek głowy. Han objął ją mocno.
-  Jedną  taką  rzecz  już  znalazłam  -  powiedziała.  -  Ty  jesteś  prawdziwy.  Jesteś  jednym  z  najprawdziwszych,

najbardziej żywych ludzi, jakich spotkałam.

Pocałował ją w policzek, a Bria przytuliła głowę do jego ramienia. Stali tak przez dobrą minutę, nic nie mówiąc.

W końcu Han powiedział:

-  Dewlanna  mówiła  mi  o  swojej  wierze.  Ona  wierzyła  w  jakiś  rodzaj  siły  życia,  która  przenika  każda  istotę  i

każdą rzecz. Przysięgała, że to prawda.

- Może powinnam polecieć na Kashyyyk - westchnęła Bria. - Na pielgrzymkę.
-  Jasne  -  zgodził  się  Han.  -  Kiedyś  tam  polecimy.  Chciałbym  zobaczyć  tę  planetę.  Dewlanna  mówiła,  że  jest

piękna. Oni tam mieszkają na czubkach drzew.

- To by było miłe - rozmarzyła się. - Ty i ja, tylko my dwoje, na czubku drzewa. Ale co byśmy tam robili przez

cały dzień?

- Mam pewien pomysł - powiedział i pocałował ją namiętnie. Bria poczuła, jak gwiazdy wokół niej zmieniają się

w wiązki światła, a w uszach jej dzwoni...

Dopiero  po  chwili  uświadomiła  sobie,  że  nie  pocałunek  Hana  wywołał  taką  reakcję,  tylko  brzęczyk

oznajmiający, że wychodzą z nadprzestrzeni. Han skrzywił się.

- To się nazywa kiepskie zgranie w czasie. Ale... może później?
Uśmiechnęła się.
- Później... trzymam cię za słowo.
Siedząc z powrotem w fotelu pilota i sprawdzając współrzędne Han znalazł czas, by uśmiechnąć się do Brii w

taki sposób, że jej serce wywinęło koziołka.

background image

- Nie mogę się doczekać...
Han posadził „Talizman" na prywatnym lądowisku na Tralusie.
-  Co  to  za  miejsce?  -  zapytała  Bria.  Wyszła  za  nim  po  trapie  rozglądając  się  ze  zdumieniem  dookoła.

Zgromadzono  tu  statki  wszelkich  rozmiarów  i  kształtów.  Z  niektórych  pozostał  zaledwie  przerdzewiały  kadłub...
inne  wyglądały,  jakby  wczoraj  wyszły  ze  stoczni.  Wszystkie  miały  jedną  cechę  wspólną  -żadnych  oznaczeń,
żadnych kodów, żadnych nazw. Wszelkie oznaczenia zostały wypalone laserem.

- To wygląda jak... jakieś cmentarzysko statków.
- Tylko że stare statki nigdy nie umierają... po prostu kończą w komisie u Prawdomównego Toryla - wyjaśnił

Han. - Kiedy potrzebujesz statku albo chcesz się go pozbyć, nie zostawiając po sobie śladu... trafiasz tutaj.

Oczy rozszerzyły się jej ze zdumienia.
- Więc wszystkie te statki są... kradzione?
- Większość - odpowiedział. - Podobnie jak nasz... zgadza się?
Bria skrzywiła się.
- Staram się o tym nie pamiętać.
Han spojrzał w stronę małego kantorku stojącego pośrodku rozległego lądowiska.
- A oto i Prawdomówny Toryl we własnej osobie - powiedział.
Prawdomówny  Toryl  był  Durosem  -  wysokim,  chudym,  błękitnoskórym  humanoidem.  Kompletnie  łysy,  miał

twarz  niemal  ludzką,  jeśli  nie  liczyć  braku  nosa,  co  nadawało  mu  smutny  wygląd.  Han  zrobił  krok  naprzód  i
wyciągnął rękę.

- Pozdrawiam cię i życzę miłego dnia, podróżniku Toryl - powiedział. Duros uwielbiał podróże do tego stopnia,

że  określenie  „podróżnik"  przyjmował  za  oznakę  najwyższego  szacunku.  -  Jestem  Keil  d'Tana,  a  to  moja
towarzyszka Kyloria m'Bal. Miło nam cię poznać.

- Cała przyjemność po mojej stronie - odpowiedział Toryl. - Witam was, podróżnicy. Czy macie czas na drinka i

opowiedzenie ciekawych historii?

Durosi byli znani w całej galaktyce jako niezrównani gawędziarze. Bezbłędnie zapamiętywali każdą zasłyszaną

historyjkę. Większość przedstawicieli tej rasy kolekcjonowała opowieści, a Toryl najwidoczniej nie był wyjątkiem
od tej reguły.

-  Bardzo  mi  przykro  -  wymówił  się  Han  -  ale  trochę  nam  się  spieszy.  Musimy  złapać  statek  pasażerski,  który

wkrótce odlatuje z Tralusa.

-  Rozumiem  -  powiedział  Duros.  -  A  skoro  zamierzacie  się  zabrać  publicznym  transportem,  wnioskuję,  że

chcecie sprzedać swój statek.

- Słusznie, podróżniku - powiedział Han. - Jest w pierwszorzędnym stanie. Śliczny mały jachcik. Wymaga tylko

niewielkiej  zmiany  umeblowania,  by  w  sam  raz  nadawać  się  dla  jakiejś  bogatej  koreliańskiej  rodziny,  która
chciałaby zabrać dzieciaki na wakacje ich marzeń.

- Jacht? - Bria miała wrażenie, że Toryl powiedział to ostrzejszym głosem, ale nie była pewna. - Obejrzę go i

podam ci cenę, podróżniku d'Tana.

Han  zaprowadził  Toryla  do  miejsca,  gdzie  spoczywał  „Talizman".  Posępne  zwykle  oblicze  Durosa  wydłużyło

się jeszcze bardziej, gdy zobaczył ilezjański statek.

- Pozwól, że cię oprowadzę - powiedział Han, zapraszając go gestem na rampę.
Duros potrząsnął niebieską łysą głową.
- Nie ma potrzeby - stwierdził. - Mogę ci zaproponować pięć tysięcy. Nie więcej.
Han gapił się na Durosa, kompletnie zbity z pantałyku.
- Co? - zapytał martwym głosem. - Coś ty powiedział? To bez sensu! Pięć tysięcy za taki statek? To cena złomu!
Duros skłonił się lekko w stronę Hana.
-  Rzeczywiście,  podróżniku  Draygo.  -  Spojrzał  na  Brie.  -  I  podróżniczko  Tharen.  -  Wskazując  ręką  na

„Talizman",  Prawdomówny  Toryl  powiedział  ze  smutkiem:  -  Zgadzam  się,  że  to  wstyd  sprowadzać  tak  piękny
statek  do  roli  złomu.  Ale  to  jedyne,  co  mogę  z  nim  zrobić.  Huttowie  poszukują  tego  statku...  bardzo  intensywnie.
Szukają też zaradnego pilota Vykka Draygo, który go ukradł.

Han  odwrócił  się;  Bria  zauważyła,  że  bezgłośnie  przeklina.  Kiedy  jednak  odwrócił  się  z  powrotem  w  stronę

Prawdomównego Toryla, wróciła mu zimna krew.

- Rozumiem - powiedział. - W takim razie pięć tysięcy... dobiliśmy targu.
- Tak. Może dałbym się przekonać i podnieść nieco tę cenę, gdybyście mogli mi opowiedzieć swoje historie... -

dodał Toryl z nadzieją w głosie.

-  Niestety,  stary,  tego  nie  możemy  zrobić  -  powiedział  Han.  Wzruszył  ramionami.  -  Niech  więc  będzie  pięć

tysięcy... gotówką.

- Gotówką- zgodził się Prawdomówny Toryl.

background image

Jeszcze  tego  samego  dnia  Janil  Andrus  i  jego  żona  Drea  Andrus  wsiedli  na  pokład  intrasystemowego  promu

odlatującego  na  Korelię.  Bria  miała  pewne  obiekcje  występując  w  roli  żony,  ale  Han  przekonał  ją,  że  w  listach
gończych rozesłanych przez Hurtów na pewno figurują jako osoby stanu wolnego. Sam natomiast martwił się, czy
Huttowie  mogą  ich  wytropić  znając  prawdziwe  nazwisko  Brii.  Pocieszył  się  jednak,  że  na  pewno  nie  zechcą
upubliczniać tej sprawy, żeby nie wydał się ich kant na Ilezji. Miał nadzieję, że to ich powstrzyma od domagania się
oficjalnego aresztowania. A Han nie zamierzał długo pozostawać na Korelii.

Wylądowali  na  powierzchni  rodzinnej  planety  wczesnym  wieczorem  i  złapali  prom  międzykontynentalny  na

południowy kontynent, gdzie mieścił się dom Tharenów. Kiedy wysiedli na stacji, która według Brii znajdowała się
o  parę  kroków  od  jej  domu,  byli  zmęczeni  i  brudni.  Nie  mieli  jednak  żadnych  ubrań  na  zmianę.  Ich  jedynym
bagażem była torba ze skarbami skradzionymi Teroenzy.

-A  więc...  -  zaczął  Han,  przestępując  niepewnie  z  nogi  na  nogę.  Wyjrzał  przez  okno  stacji,  ale  mżawka

okrywająca wszystko miękką mgiełką nie pozwoliła mu zobaczyć zbyt wiele. - Co teraz robimy? Znajdziemy jakąś
dziurę, gdzie moglibyśmy przeczekać do rana? Czy może powinienem do nich zadzwonić i uprzedzić, że wracasz?

-  Chyba  lepiej  sama  zadzwonię  -  powiedziała  niepewnie  Bria.  -  Zaczekaj  tutaj.  -  Poszła  do  zawiadowcy  stacji

pożyczyć komunikator. Po kilku minutach była z powrotem.

Wyglądała na ogromnie wyczerpaną, więc otoczył ją ramieniem.
- No i jak poszło?
Uśmiechnęła się słabo.
- Moja matka o mało nie zemdlała, a potem zaczęła na mnie krzyczeć - westchnęła. - Wiem, że mnie kocha, ale

sposób, w jaki to okazuje, sprawia że sama mam ochotę krzyczeć. Ona chce dla mnie jak najlepiej... i dokładnie wie,
jak to „najlepiej" powinno wyglądać.

Han  pokiwał  głową,  myśląc  po  raz  pierwszy  w  życiu,  że  może  miał  szczęście,  nie  mając  rodziców,  z  którymi

musiałby się dogadywać.

- Idziemy na piechotę? - zapytał.
Pokręciła głową.
- Nie. Tata przyjedzie po nas śmigaczem. Powinien już tu być.
W tym momencie pod drzwi stacji podjechał drogi model śmigacza. Przy sterach siedział krępy, ale przystojny,

dystyngowany mężczyzna o posiwiałych skroniach.

Kiedy  Han  i  Bria  wyszli  z  budynku,  mężczyzna  wyskoczył  z  pojazdu  i  przytulił  córkę,  śmiejąc  się  i  płacząc

jednocześnie. Po długiej chwili puścił ją, by uścisnąć dłoń Hana.

-  Miło  mi  cię  poznać  -  powiedział.  -  Z  tego,  co  mówiła  Bria,  ocaliłeś  ją  od...  no  cóż,  od  dość  okropnej

przyszłości. Mogę tylko powiedzieć, że bardzo ci dziękuję. Dziękuję ci... eee...

- Solo, proszę pana - powiedział Han. - Nazywam się Han Solo.
Uścisk dłoni mężczyzny był pewny i mocny. - Mów mi Renn, Hanie.
- Dobrze, proszę pana.
Nie  jechali  długo.  Minęli  kilka  dobrze  chronionych  bram,  a  dalej  jechali  drogą,  przy  której  nie  było  żadnych

domów. Han rozglądał się na boki, ale po obu stronach widział tylko wysokie ogrodzenia, z rodzaju tych, na które
krzywił się jako włamywacz.

- Chyba niewielu ludzi tu mieszka - zauważył.
-  Och,  to  nasz  teren  -  powiedział  niedbale  Renn  Tharen.  -Kupiłem  go  parę  lat  temu,  żeby  odseparować  się  od

sąsiadów. Cenię sobie prywatność.

Skierował śmigacz na podjazd, który zamykała kolejna brama, równie mocna, ale tym razem bogato zdobiona.

Na widok domu, który stał za bramą, Han wymamrotał pod nosem solidną wiązankę huttańskich przekleństw.

Bria, maleńka... - pomyślał ponuro. Dlaczego mi nie powiedziałaś, że twoja rodzina jest dość bogata, by kupić i

sprzedać pół Korelii?

Dom  był  ogromny.  Miał  dwa  skrzydła  zwieńczone  wieżami  i  malowniczy  park  dookoła.  Przy  rezydencji

Tharenów  dom  jego  kuzyna  Thrackana  wyglądał  jak  chałupa.  Bria  odwróciła  się  w  stronę  Hana  i  powiedziała
drżącym głosem:

- Jesteśmy na miejscu.
- Na to wygląda - mruknął Han niezobowiązująco. Widział, że Bria jest niemal chora z niepokoju i nie chciał jej

dokładać  dodatkowych  zmartwień.  Fakt,  że  jej  rodzice  okazali  się  bogaczami,  miał  przynajmniej  jedną  zaletę-
Huttowie  nigdy  nie  ośmielą  się  jej  dopaść  w  tym  domu.  Taki  incydent  miałby  poważne  reperkusje  na  skalę
międzysystemową, a Huttowie woleli działać z ukrycia.

Zanim dotarli do drzwi, wypadła z nich matka Brii, ubrana w powłóczystą suknię, dla której Han znalazł tylko

jedno określenie - „kosztowna".

- Kochanie! - krzyknęła zdławionym głosem i chwyciła córkę w objęcia. Han stanął z boku, czekając cierpliwie,

background image

aż Bria skończy się witać z rodzicami.

Podczas  hałaśliwych  powitań,  wymówek,  łez,  uścisków,  urywanych  pytań  i  odpowiedzi  wrócił  do  domu  brat

Brii.  Han  przypomniał  sobie,  że  nazywa  się  Pavik.  W  przeciwieństwie  do  siostry,  Pavik  Tharen  był  podobny  do
matki - niski, szczupły, ciemnowłosy i zielonooki. I przystojny. Wyglądało na to, że bardzo kocha siostrą.

Długo trwało, zanim Bria wyzwoliła się z uścisków rodziny, by przedstawić im Hana. Z błyszczącymi oczami

wzięła go za rękę i zaprowadziła do matki, Sery Tharen, i brata Pavika.

-  Miło  mi  panią  poznać,  lady  Tharen  -powiedział  Han.  Ujął  podaną  sobie  dłoń  przypominając  sobie  zasady

dobrych manier. - I ciebie, Pavik.

Matka  Brii  uścisnęła  dłoń  Hana  słabo  i  bez  entuzjazmu.  Obejrzała  go  od  stóp  do  głów  i  chyba  nie  była

zachwycona. Han westchnął w duchu.

Nie podoba mi się to, pomyślał.
-  No  cóż,  wejdź  do  środka  -  powiedziała  Sera  Tharen.  -  Usiądźmy  na  chwilę.  Muszę  przyznać,  że  jestem

wstrząśnięta.  Nie  spodziewałam  się,  że  jeszcze  kiedyś  zobaczę  moją  córeczkę.  Naprawdę  nie  myślałam.  Bria,
kochanie, jak mogłaś nam to zrobić?

Nie przerywając wymówek Sera Tharen wprowadziła ich do środka.
Han dotarł do salonu i usiadł ze wszystkimi, ale miał szczerą ochotę dać nogę.
Nie pasuję do tego miejsca, pomyślał. Ja to wiem i oni to wiedzą.
Rozgniewało go to. Nie dając po sobie poznać zmieszania usiadł z ostentacyjną swobodą i oparł się o pokryte

cenną tkaniną poduszki. Rozejrzał się dookoła, oceniając okiem profesjonalisty wartość porozstawianych po pokoju
bibelotów i ozdób.

- Przyjemne mieszkanko - powiedział niedbale.
- No cóż... eee... - zaczęła Sera.
- Han. Mam na imię Han, lady Tharen - poinformował Han.
- Świetnie, Han - powiedziała sztywno matka Brii. - Rozumiem, że to właśnie tobie zawdzięczamy powrót Brii

do  domu.  -  Wbiła  wzrok  w  jego  miotacz,  a  Han  uświadomił  sobie,  że  podobnie  jak  większość  obywateli,  nikt  w
rodzinie Brii nie nosił przy sobie broni.

Trudna sprawa, paniusiu, pomyślał Han. Ale nie zdejmę broni ani dla ciebie, ani dla nikogo innego. Musisz to

jakoś przełknąć.

- Cóż, lady Tharen, starałem się po prostu pomóc - odpowiedział Han. - Ale nie poradziłbym sobie sam, gdyby

nie Bria. Jeśli chce, potrafi być twarda. Umie walczyć.

Lady Tharen zesztywniała, a Han uświadomił sobie, że w jej pojęciu nie był to komplement. Najwyraźniej nie

wiedziała, co powiedzieć.

- Bria, kochanie, może poszłabyś się przebrać? Doprawdy, skarbie, skąd wzięłaś to szkaradne ubranie?
- Od robota krawieckiego w ilezjańskiej kolonii - odparła pospiesznie Bria, rzucając Hanowi pytające spojrzenie,

jakby nie była pewna, czy da sobie radę bez niej.

Han machnął ręką, dając jej znak, że wszystko będzie dobrze.
- Biegnij, kochanie.
Lady  Tharen  znów  zesztywniała,  słysząc  to  czułe  określenie.  Bria  uśmiechnęła  się  do  Hana,  rzuciła  pełne

wątpliwości spojrzenie na matkę i brata, a potem szybko wyszła z pokoju.

-  No  więc,  Han  -  zagadnął  go  Pavik  Tharen  -  czym  się  zajmujesz?  -  Przyglądał  się  Hanowi  w  taki  sposób,  że

młody pilot znów poczuł się niepewnie.

- Och, to zależy - odpowiedział swobodnie. - Najczęściej pracuję jako pilot.
- W Marynarce? - zapytała lady Tharen, okazując nieco żywsze zainteresowanie. - Jesteś oficerem?
-  Nie,  proszę  pani.  Pilotuję  frachtowce.  Potrafię  latać  niemal  wszystkim  i  w  każdych  warunkach.  Dlatego

właśnie  trafiłem  na  Ilezję,  gdzie  przewoziłem  kontra...  -  Han  przerwał,  bo  uświadomił  sobie  nagle,  że  przemyt
przyprawy jest zajęciem wysoce nielegalnym... - zakontraktowane towary.

-  Och  -westchnęła  lady  Tharen.  Najwyraźniej  niewiele  zrozumiała  z  odpowiedzi  Hana,  choć  z  pewnością  nie

była nią zachwycona. - Interesujące.

- Tak, chwilami jest naprawdę ciekawie - zgodził się z nią Han.
- Sam zaczynałem jako pilot, wiele lat temu - odezwał się Renn Tharen z aprobatą. - Kiedy byłem mniej więcej

w  twoim  wieku,  Han.  Zajmowałem  się  tym,  póki  nie  dorobiłem  się  kompanii  przewozowej.  W  ten  sposób
doszedłem do swojego pierwszego miliona.

Han  pomyślał,  że  komuś  takiemu  jak  Renn  Tharen  mógłby  wyznać,  że  zamierza  wstąpić  do  Imperialnej

Akademii, ale nawyk nieujawniania osobistych spraw był w nim zbyt głęboko zakorzeniony. Uśmiechnął się więc i
kiwnął głową.

- To musiały być ciekawe czasy, proszę pana - powiedział tylko. - Mnóstwo piratów, prawda?

background image

Renn Tharen uśmiechnął się.
- Mieliśmy parę potyczek. Wyobrażam sobie, że ty też. Han odwzajemnił uśmiech.
- Kilka - przyznał.
Lady Tharen wyglądała na lekko zaniepokojoną.
- O nieba! To chyba... niebezpieczne.
- Taką mam pracę, lady Tharen - stwierdził Han.
-Ale gdzie się podziały moje maniery! - ocknęła się lady Tharen. - Kapitanie Solo, miałby pan ochotę na coś do

jedzenia albo picia?

- Nie pogardziłbym alderaaniańskim piwem - przyznał Han. - I paroma kromkami chleba z mięsem albo serem.

Jesteśmy w podróży od rana.

-  Powiem  kucharzowi,  żeby  coś  przygotował  -  powiedziała.  Han  był  zdziwiony,  że  kucharzem  okazał  się  nie

robot, lecz żywa istota, Selonianka. Ta widoma oznaka bogactwa zrobiła na nim większe wrażenie niż wszystko, co
tu widział do tej pory.

Kiedy Bria wróciła, Han siedział w jadalni nad kolacją. Zobaczył, że wchodzi i przerwał w pół kęsa.
Miała  na  sobie  prostą  niebieskozieloną  sukienkę,  pasującą  do  koloru  jej  oczu.  Miękka  tkanina  z  lekkim

połyskiem  przylegała  do  ciała  dziewczyny.  Co  więcej,  po  raz  pierwszy  od  czasu,  kiedy  się  poznali,  Bria  miała
efektowną  fryzurę  -  włosy  sczesane  z  czoła  i  otaczające  jej  twarz  aureolą  rudozłotych  loków.  Zupełnie  nie
wyglądała na uzbrojoną w blaster złodziejkę sprzed kilku dni, jakby przybyła z całkiem innego wszechświata.

Całe szczęście, że Ganar Tos jej teraz nie widzi, pomyślał Han kpiąco.
- Wyglądasz prześlicznie, maleńka - powiedział. - To bardzo ładna sukienka.
Han miał dość rozumu, żeby zdawać sobie sprawę, że ta „ładna sukienka" kosztowała pewnie więcej, niż połowa

miesięcznych zarobków przeciętnego pilota.

Wychowywała  się  w  takim  zbytku,  pomyślał  niespokojnie.  Jak  zareaguje,  kiedy  przyjdzie  jej  żyć  z  pensji

imperialnego kadeta, a potem oficera?

Bria uśmiechnęła się i usiadła obok niego.
- Mamo, czy ja też mogę dostać coś do jedzenia? - zapytała. - Umieram z głodu.
Rodzina dziewczyny też zgromadziła się wokół stołu, popijając kosztowną winokofeinę z filiżanek z porcelany

Leviera. Usługiwał im kamerdyner - Selonianin, podobnie jak kucharka.

- A więc, kapitanie Solo... jesteś Korelianinem? - zapytała lady Tharen unosząc brew, jakby chciała zaznaczyć,

że i tak jest tego niemal pewna. Han przełknął i potwierdził.

-  A  twoja  rodzina?  -  pytała  dalej.  -  Czy  pochodzisz  z  tych  Sal-Solo?  -  W  jej  głosie  pojawiła  się  nadzieja.  -

Słyszałam, że mają przepiękną starą posiadłość. Widziałam kilka razy ich syna, ale lady Sal-Solo unika kontaktów
towarzyskich. Jak rozumiem, jest dość słabego zdrowia.

- Nie, lady Tharen - odpowiedział Han. - Nie jestem z nimi spokrewniony.
-  Och.  -  W  głosie  lady  Tharen  dało  się  słyszeć  rozczarowanie.  -  W  takim  razie  z  której  gałęzi  tej  rodziny

pochodzisz?

Bria  wyglądała  na  zmieszaną.  Han  zauważył  to,  ale  nie  był  pewien,  czy  wstydzi  się  przed  nim,  czy  z  jego

powodu.

- Nie wiem, lady Tharen - powiedział dzielnie. - Jestem sierotą. Kiedy byłem całkiem mały, kupcy znaleźli mnie

na nabrzeżu w pobliżu Centralnego Kosmoportu. To oni mnie wychowali. Większość czasu spędziłem podróżując w
przestrzeni.  -  Obserwowanie  reakcji  lady  Tharen  na  te  rewelacje  sprawiło  mu  pewien  rodzaj  perwersyjnej
przyjemności.

- To dziwne - powiedział Pavik Tharen. - Twoja twarz wydaje mi się znajoma. Jestem pewien, że już cię gdzieś

spotkałem.  Zaraz,  zaraz...  to  musiał  być  jakiś  piknik.  Mam  przed  oczami  twój  obraz  na  pikniku  po  wyścigu
skoczków.

Han zesztywniał. Teraz, kiedy Pavik o tym wspomniał, pilot przypomniał go sobie. Brat Brii musiał być o dwa

lub trzy lata starszy od Hana, który pamiętał go jako częstego uczestnika wyścigów. Z powodu różnicy wieku nie
startowali nigdy razem, ale Han na pewno już go kiedyś widział.

A Han brał udział w takich wyścigach tylko w czasie, gdy był częścią oszukańczej „rodziny" Garrisa Shrike'a.
- Przykro mi, ale nie przypominam sobie ciebie - powiedział swobodnie. - Przez ostatnich kilka lat przebywałem

poza Korelią. A ostatni raz na pikniku byłem chyba jako całkiem mały brzdąc.

- Ale ja cię pamiętam bardzo wyraźnie - powiedział Pavik, mrużąc podejrzliwie oczy. - Stałeś oparty o skoczka i

jadłeś treladońskie żeberka. Mam to do dziś przed oczami.

- To zabawne - powiedział Han, odchylając się na oparcie z uśmiechem. - Ludzie stale mi to mówią. Muszę mieć

tak pospolitą twarz, że wielu ludzi myli mnie z kim innym.

-  Wcale  nie  uważam,  żebyś  wyglądał  pospolicie  -  zaprotestowała  Bria.  Nie  rozumiała,  co  się  dzieje,  ale  była

background image

gotowa okazać lojalność. - Nie wydaje mi się, żeby ktoś, kto cię choć raz spotkał, mógł o tobie zapomnieć. Jesteś...
wyjątkowy. -Uśmiechnęła się do niego. - I przystojny.

Han wziął głęboki oddech i zdołał uśmiechnąć się słabo do zgromadzonych wokół Tharenów.
- Dzięki, maleńka - powiedział. - Ale tak naprawdę jestem zupełnie zwyczajnym facetem.
Bria zrozumiała w końcu aluzję i zamilkła, ale Pavik Tharen nie przestawał przyglądać mu się podejrzliwie.
- Moi drodzy - odezwała się radośnie Sera Tharen. - na pewno jesteście bardzo zmęczeni. Kapitanie Solo, polecę

Maronei,  żeby  przygotowała  dla  pana  jeden  z  pokoi  gościnnych.  Bria,  myślę,  że  chciałabyś  odzyskać  swój  pokój.
Nic w nim nie zmieniałam, kochanie. Po prostu wiedziałam, że kiedyś zmądrzejesz i postanowisz wrócić.

- Moje postanowienia nie miały nic do rzeczy, mamo -powiedziała cicho Bria. - Kiedy już trafisz na Ilezję, tak

łatwo cię stamtąd nie wypuszczą. Nie ma tam statków, na które można po prostu kupić bilet i odlecieć: wszystkiego
pilnują dobrze uzbrojeni strażnicy. Gdyby nie Han... nigdy nie zdołałabym stamtąd uciec.

-  O  nieba...  -powiedziała  nerwowo  lady  Tharen.  Wyglądała,  jakby  sama  nie  wiedziała,  w  co  ma  wierzyć.  Han

miał wrażenie, że cała wiedza lady Tharen o przykrych stronach życia pochodziła z przygodowych holoseriali.

- Rozumiemy to, Bria - powiedział Renn Tharen, patrząc wymownie na Hana. - I nigdy o tym nie zapomnimy.

Han jest prawdziwym bohaterem, Sero, i mamy wobec niego dług wdzięczności, którego nigdy nie zdołamy spłacić.
Gdyby nie on, już nigdy więcej nie spotkalibyśmy Brii. Prawdopodobnie ocalił jej życie.

-  O,  tak...  z  pewnością!  -  Lady  Tharen  była  coraz  bardziej  wytrącona  z  równowagi  ciągłymi  wzmiankami  o

prawdziwym  niebezpieczeństwie,  w  jakim  znalazła  się  jej  córka.  Pavik  Tharen  natomiast  przyglądał  się  Hanowi
coraz bardziej sceptycznie.

Han  poszedł  za  seloniańską  pokojówką,  Maroneą,  do  pokoju  na  drugim  końcu  domu.  Rozbawiło  go

spostrzeżenie, że matka Brii umieściła go najdalej jak mogła od pokoju córki i rozdzieliła ich małżeńska sypialnia
państwa domu. Wyglądało na to, że Lady Thoren postanowiła zdusić w zarodku wszelkie szanse na czułą schadzkę
gościa z Brią.

Nie  mogę  się  doczekać,  żeby  sprzedać  kolekcję  Teroenzy  i  wynieść  się  stąd,  myślał  Han  rozbierając  się  i

wślizgując do łóżka. Ojciec Brii jest w porządku, chyba był kiedyś zwyczajnym facetem, ale matka i brat...

Westchnął  i  zamknął  oczy.  Przynajmniej  dzisiejszej  nocy  lady  Tharen  nie  ma  się  czego  obawiać.  Był  tak

zmęczony,  że  myślał  tylko  o  spaniu.  To  zabawne...  ale  w  pewnym  sensie  dwugodzinne  spotkanie  z  rodziną  Brii
zmęczyło go bardziej, niż cała ucieczka z Ilezji.

Matka  Brii  przyszła  do  pokoju  córki  powiedzieć  jej  dobranoc  i  uściskać  przed  zaśnięciem.  Przytulały  się  i

płakały, a potem przytulały znowu.

- Tak się cieszę, że moja maleńka dziewczynka wróciła -szepnęła lady Tharen.
- Ja też się cieszę, że wróciłam, mamo - powiedziała Bria i w tej chwili rzeczywiście tak się czuła. Wieczór był

męczący, bez dwóch zdań, ale z czasem wszystko się jakoś ułoży... -myślała optymistycznie. Han jest taki miły, nie
sposób nie poddać się jego urokowi. Mama przekona się w końcu, jaki jest cudowny...

-  Ten  młody  mężczyzna,  który  cię  przywiózł  do  domu...  -zaczęła  matka,  jakby  czytała  w  myślach  Brii.  -

Nietrudno zauważyć, że łączy was coś więcej niż tylko przyjaźń... kochanie. Na jakim właściwie etapie jest wasza...
znajomość?

Bria spojrzała na matkę nieugiętym wzrokiem.
-  Kocham  Hana,  mamo,  a  on  kocha  mnie.  Chce,  żebym  z  nim  została.  Nie  wspominaliśmy  do  tej  pory  o

małżeństwie, ale nie zdziwię się, jeśli ten temat wypłynie.

Lady Tharen gwałtownie nabrała powietrza, jakby potwierdziły się jej najgorsze obawy. Ale coś w słowach Brii

ją zaalarmowało, rzuciła się na tę zdobycz jak wygłodzony vrelt.

- Rozumiem. No cóż, wygląda na miłego młodzieńca, tylko trochę... eee... brak mu ogłady. Ale mówiłaś, że to

on chce, żebyś z nim została. A czy ty tego chcesz?

Bria  kiwnęła  głową  potakująco,  zaraz  potem  pokręciła  na  znak  zaprzeczenia,  a  w  jej  oczach  zalśniły  łzy.

Przebiegł ją spazmatyczny dreszcz.

- Nie wiem, mamo. Wiem, że go kocham, bardzo kocham, ale... jest mi teraz tak ciężko. Kiedy musiałam uciec z

Ilezji...  kiedy  się  przekonałam,  że  wiara,  której  chciałam  poświęcić  całe  życie,  okazała  się  kłamstwem...  Wiesz  to
boli.  Bardzo  boli.  Czuję  się,  jakby  wyrwano  mi  kawał  osobowość.  I  dlatego  nie  mogę  obiecać  Hanowi,  że  z  nim
będę, dopóki nie jestem... całą sobą.

- Czy on wie o twoich wątpliwościach? - zapytała matka, gładząc ją uspokajająco po plecach. Brii nie umknął

błysk zadowolenia, który pojawił się w oczach matki, gdy zadawała to pytanie.

Ona  nie  chce,  żebym  została  z  Hanem,  uświadomiła  sobie  Bria  z  głuchym  bólem.  Spełniły  się  jej  najgorsze

przeczucia. Wiedziałam, że tak będzie. To takie niesprawiedliwe! Jedynym powodem, dla którego waham się, czy
zostać  z  Hanem,  jest  niepewność,  czy  będzie  mu  ze  mną  dobrze,  a  nie  to,  czy  go  kocham!  Ale  ona  tego  nie
zrozumie. Nie potrafi tego zrozumieć.

background image

- Rozmawialiśmy o tym - powiedziała Bria, nie chcąc wyznać matce nic ponad to, co do tej pory powiedziała. -

Nie  mogę  sobie  wyobrazić  życia  bez  Hana,  więc  muszę  zrobić  wszystko,  by  móc  z  nim  zostać  i  nie  być  mu
ciężarem.

Matka wyglądała na zakłopotaną, ale nie odezwała się. Bria leżała w łóżku i próbowała zasnąć. Jej stare łóżko

wydało jej się luksusowe po twardych pryczach, na których sypiała na Ilezji i na statku. Brakowało tu jednak ciepła
Hana. Bria przeciągnęła się pod kołdrą, myśląc o Hanie. Zastanawiała się, co dalej robić.

On zasługuje na kogoś lepszego, pomyślała ze smutkiem. Kogoś, kto będzie myślał tylko o nim...
Uderzyła pięścią w poduszkę, by wyładować choćby część złości.
Dlaczego  nic  nie  może  obyć  się  bez  problemów?  -  zastanawiała  się.  Znalazłam  mężczyznę,  którego  kocham  i

który kocha mnie; czy to nie wystarczy?

Ale  nie  wystarczało.  Samotna  w  ciemności  dawnego  dziecinnego  pokoju,  Bria  musiała  się  do  tego  przyznać

sama przed sobą.

Płakała w cichym cierpieniu, aż wreszcie płacz ukołysał ją do snu...
Następnego  dnia  Han  wyszedł  z  domu  Tharenów  zaraz  po  śniadaniu,  żeby  złapać  prom  do  najbliższego

większego miasta. Miał ze sobą torbę, w którą spakowali przedmioty z kolekcji Teroenzy. Po żałośnie niskiej cenie,
jaką otrzymał za „Talizman", wiedział, że musi teraz wyciągnąć jak najwięcej za skradzione skarby.

Wysiadł  z  promu  w  nadmorskiej  Tyrenie.  Z  portowych  schowków  na  bagaż  wydostał  schowane  na  czarną

godzinę  parę  setek  kredytów  i  zestaw  „czystych"  identyfikatorów  na  nazwisko  niejakiego  Jenosa  Idaniana.  Potem
udał się do oddziału Banku Imperialnego, gdzie otworzył sobie konto, posługując się dokumentami i kredytami.

Wykonawszy to zadanie poszedł szukać antykwariatu, który pamiętał z dawniejszych eskapad. Minęło parę lat,

odkąd ostatnio tam był i sklepik mógł równie dobrze dawno zostać zlikwidowany.

Ale  na  szczęście  nadal  funkcjonował.  Nad  drzwiami  widniał  napis  z  holograficznych  liter  o  przygaszonych

barwach,  opalizujących  na  tle  szarego  kamienia,  którym  obłożony  był  fronton  budynku.  Han  poprawił  torbę  na
ramieniu i wszedł do środka. Otwierając drzwi usłyszał dzwonek, dobiegający z wnętrza sklepu.

Za  ladą  stała  sprzedawczyni,  Selonianka,  ale  Han  zignorował  ją  i  zapuścił  się  w  labirynt  przejść  między

gablotami  pełnymi  towarów,  aż  dotarł  do  niewielkich  drzwi  na  tyłach  pomieszczenia.  Zakrywał  je  zabytkowy
gobelin, przedstawiający założenie Republiki, tylko niewielu klientów wiedziało o ich istnieniu.

Przy  drzwiach  Han  rozejrzał  się  wokół,  sprawdzając  czy  nikt  go  nie  widzi,  i  zapukał  w  ustalony  sposób.

Poczekał  chwilę  i  po  minucie  usłyszał  dźwięk  elektronicznego  zamka,  zwalnianego  po  drugiej  stronie.  Uniósł
tkaninę i wszedł pod nią do pokoju.

Właścicielem  sklepiku  był  bardzo  stary  mężczyzna,  nadal  jednak  żwawy  mimo  zgarbionych  pleców,

pobrużdżonej  twarzy  i  mocno  przerzedzonych  siwych  włosów.  Galidon  Okanor  wyglądał  identycznie  jak  pięć  lat
temu, kiedy Han go poznał. Podniósł głowę i uśmiechnął się do Hana.

- Witam, panie... eee... jak się dziś nazywamy, synu? Han uśmiechnął się.
-  Jenos  Idanian,  proszę  pana.  Jak  się  pan  miewa?  Naprawdę  lubił  tego  niskiego  staruszka,  który  był  znanym  i

szanowanym  rzeczoznawcą  zajmującym  się  wyceną  dzieł  sztuki,  a  zarazem  kompetentnym  i  godnym  zaufania
paserem.

-  O,  nie  mogę  narzekać,  nie  mogę  narzekać,  synu!  -  powiedział  Okanor.  -  Bo  i  po  co?  Nic  by  mi  z  tego  nie

przyszło - dodał, wydając z siebie świszczący chichot.

- Święta racja - przyznał Han.
Okanor  usiadł  na  wysokim  stołku  przy  stole  oświetlonym  jubilerską  lampą,  której  światło,  ustawione  pod

specjalnym  kątem,  wydobywało  grę  świateł  w  kamieniach  szlachetnych  i  ujawniało  pęknięcia  lub  uszkodzenia
innych zabytkowych przedmiotów. Skinął ręką, dając Hanowi znak, by usiadł po drugiej stronie.

- Siadaj, siadaj, Jenosie Idanian. Co cię dziś do mnie sprowadza?
-  Wiele  rzeczy  -  powiedział  Han.  -  Chcę  poznać  cenę  za  to,  co  przyniosłem.  Pieniądze  mają  być  przelane

bezpośrednio na moje konto w Imperialnym Banku na Coruscant.

- Doskonale, doskonale - zatarł żylaste ręce Okanor. -Zwykle masz dobry gust, Jenos. Pokaż, co dla mnie masz!
- Już się robi - powiedział Han i zaczął wypakowywać torbę, umieszczając każdy przedmiot na stole pod lampą.

Zostawił sobie jednak swój ulubiony bibelot - małą złotą figurkę dawno wymarłego koreliańskiego paledora. Była
pięknie rzeźbiona, z oczami zrobionymi z dwóch klejnotów zwanych „keralskimi płomieniami".

Okanor przyglądał się kolekcji z zainteresowaniem, od czasu do czasu rzucając „ochy" i „achy", nie odezwał się

jednak, dopóki Han nie skończył. Ostrożnie podnosił po kolei każdy przedmiot, oglądał go uważnie, czasem nawet
przez lupę, a potem odstawiał z powrotem na stół i brał się za następny.

-Nadzwyczajne, po prostu nadzwyczajne! - powiedział w końcu. - Zamierzam złamać moją zasadę i zapytać cię,

gdzie, na galaktykę, udało ci się znaleźć to wszystko? W muzeum? Wiesz, że nie pochwalam okradania muzeów.

Han potrząsnął głową.

background image

- Nie w muzeum.
- W takim razie prywatna kolekcja? - Okanor wydął wargi. - Jestem pod wrażeniem, chłopcze. Ten kolekcjoner

musi być istotą o niezwykłym smaku i znajomości rzeczy. Powiem ci również, młody człowieku, że niespecjalnie
się troszczy o to, skąd pochodzą jego nabytki. Z opisu rozpoznaję, że co najmniej połowa tych przedmiotów została
skradziona. Niektóre z nich są poszukiwane od lat.

- To mnie nie dziwi - powiedział Han. - Ale ty sprzedasz je do muzeum, prawda?
- Większość z nich, tak; większość z nich.
- To dobrze - powiedział Han, myśląc, że Bria byłaby z tego zadowolona. - Tam właśnie powinny się znaleźć. W

takim razie... ile?

Okanor wymienił kwotę.
Han spojrzał na staruszka z niewysłowioną pogardą i sięgnął po torbę.
- Jest taki facet w Kolene, który podskoczy z radości, kiedy mu pokażę te rzeczy. Widzę, że powinienem był od

razu iść do niego - powiedział, sięgając po rzeźbiony kieł bantha z Tatooine.

Okanor wymienił inną wyższą kwotę. Han w milczeniu chował dalej swoje skarby do torby. Okanor westchnął

przeciągle, jakby wydawał ostatnie tchnienie, i wymienił kolejną sumę, znacznie wyższą niż pierwsza.

- To moje ostatnie słowo - dodał.
Han pokręcił głową.
- Lepiej, żeby to nie była prawda, Okanorze. Potrzebuję co najmniej pięć tysięcy więcej.
Okanor złapał się za pierś i z niepokojem w oczach patrzył, jak Han chowa do torby jeden przedmiot za drugim.

W końcu, gdy sięgał po ostatni bibelot - maleńką figurkę wyrzeźbioną z żywolodu - zaskrzeczał:

-  Nie!  Zostaw!  Zabijasz  mnie!  Poślesz  mnie  z  torbami!  Będę  musiał  nagi  i  bosy  żebrać  po  ulicach!  Jenos,

chłopcze! Chyba nie zrobisz czegoś takiego staremu człowiekowi?

Han uśmiechnął się złowrogo.
-Ależ jak najbardziej, Okonorze. Wiem, ile muszę z tego mieć i orientuje się dość dobrze, ile są warte te rzeczy.

Nie  oddam  ci  ich  za  mniej.  -  Spojrzał  na  starego  z  napięciem.  -  Szczerze  mówiąc,  Okanorze,  nie  mogę  sobie
pozwolić  na  to,  żeby  wziąć  mniej.  Mam  ważny  cel  dla  tych  kredytów.  Jeśli  wszystko  pójdzie  po  mojej  myśli,  już
mnie więcej nie zobaczysz. Nie będę musiał dłużej siedzieć w tej branży.

Okanor pokiwał głową.
- Dobrze. Złamałeś mnie, Idanian. Zapłacę twoją cenę.
- Świetnie. - Han zaczął z powrotem wypakowywać torbę z zadowolonym uśmiechem. Potem starannie schował

identyfikator Jenosa Idaniana i dowód wpłaty z banku do portfela.

W  czasie  podróży  użyje  innego  nazwiska,  żeby  nie  „spalić"  Jenosa  Idaniana,  pod  którego  nazwiskiem  będzie

mógł wycofać z banku pieniądze. Złotego paledora postanowił zostawić w znanej sobie bezpiecznej skrytce. Zawsze
przyda się mieć coś w zanadrzu na czarną godzinę.

Pewny, że kredyty Okanora będą czekać na niego w stolicy Imperium, Han poszedł w kierunku stacji promowej

pogwizdując wesoło.

Kiedy  minął  wszystkie  bramy  i  doszedł  do  ganku  posiadłości  Tharenów,  zauważył  mały,  bardzo  przyzwoity

śmigacz zaparkowany na brukowanym podjeździe. W salonie siedział obcy młody mężczyzna. Byli tam też Pavik
Tharen  i  jego  matka;  rozmawiali  z  gościem.  Kiedy  Sera  Tharen  zobaczyła  Hana,  na  jej  twarzy  pojawił  się  wyraz
zawodu.

Myślała pewnie, że dam nogę, pomyślał Han kwaśno.
- Witam, lady Tharen - powiedział. - Czy Bria jest w domu?
Młody nieznajomy odwrócił się, żeby spojrzeć na przybysza. Był przystojny, może rok starszy od Hana; nosił

gustowne, modne ubranie do popołudniowej rozgrywki w netballa.

- Witam - odezwał się przyjaźnie i wyciągnął rękę. - Jestem Dael Levare, a ty? - Jego wzrok stwardniał i zanim

Han zdołał cokolwiek powiedzieć, wykrzyknął:

- Zaraz, zaraz! Tak mi się wydawało, że skądś cię znam! Tallus Bryne, prawda?
Han  nie  potrafił  wymyślić  odpowiednio  mocnego  przekleństwa.  Spróbował  się  tylko  uśmiechnąć  i  mocno

potrząsnął podaną dłoń.

- Cześć. Miło cię poznać.
- Tallus Bryne? - powiedział ostro Pavik.
-  Ależ  on...  -  Sera  Tharen  przerwała  w  pół  słowa,  gdy  syn  szturchnął  ją,  wcale  nie  delikatnie.  Dael  Levare,

nieświadom napięcia, jakie zapanowało, nadal potrząsał dłonią Hana.

- To prawdziwy zaszczyt! Nadal pamiętam ten dzień, kiedy pobiłeś rekord, przelatując przez tunel na Wyżynie

Stołowej, zamiast nad nim! Wszyscy myśleli, że już po tobie, ale ty wyszedłeś z tego cało! - Odwrócił się do Pavika.
- Naprawdę go nie poznałeś? I to jest ten nowy narzeczony Brii? Mistrz wyścigów skoczków na całą Korelię! Nikt

background image

jeszcze nie pobił twojego rekordu, Bryne. Czy mogę mówić ci po imieniu?

- Nie ma sprawy - powiedział zrezygnowany Han. Tym razem wpadł po same uszy...
Wejście Brii przerwało rozmowę. Han próbował dać dziewczynie jakiś znak, ale cała jej uwaga skupiona była na

gościu.

- Dael! Co tu robisz?
-  Twoja  mama  mnie  zaprosiła  -  powiedział  Dael.  -  Wyglądasz  wspaniale,  Bria.  Tak  się  cieszę,  że  wróciłaś

bezpiecznie  -i  to  z  jaką  eskortą!  Marzyłem  o  tym,  by  uścisnąć  dłoń  tego  faceta  od  czasu,  jak  wygrał  mistrzostwa
świata skoczków w zeszłym roku!

Bria spojrzała na matkę.
- Ty go zaprosiłaś, mamo? Jak to miło z twojej strony. - Sarkazm w głosie Brii i speszona mina jej matki nie

umknęły Hanowi.

Aha,  pomyślał  gniewnie,  więc  mamusia  chciała,  żeby  Bria  zobaczyła  mnie  obok  byłego  narzeczonego,

wyobrażając sobie, że wyjdę na jakiegoś prostaka.

-  No  tak,  kochanie...  pomyślałam  sobie,  że  Dael  na  pewno  lepiej  niż  ja  opowie  ci,  co  słychać  u  wszystkich

twoich znajomych... - paplała nerwowo Sera Tharen. Bria zacisnęła usta, odwróciła się od matki i uśmiechnęła do
Daela.

- Dael, strasznie miło, że wpadłeś. Może wybierzemy się kiedyś wszyscy na kolację? Z kim się teraz spotykasz?

- Podeszła do Daela i zgrabnym ruchem ujęła go pod ramię odprowadzając w stronę drzwi. Han uśmiechnął się w
duchu.

Sprytne, Bria... zgrabna sztuczka, kochanie...
- Z Sulen Bellos - powiedział Dael. - Ona też marzy o tym, żeby poznać Tallusa. Jest wielbicielką wyścigów.
- Tallusa? - Bria w lot pojęła, o co chodzi i roześmiała się. -No tak, ona zawsze taka była. - Spojrzała zalotnie na

Hana. -Będę chyba musiała dobrze pilnować Tallusa, bo Sulen Bellos jest wspaniałą dziewczyną i nigdy nie umiała
się oprzeć facetom, którzy ścigają się dla pieniędzy.

Han uśmiechnął się do niej dobrodusznie. Wspaniale. Po prostu pięknie. Coraz gorzej.
- Lepiej sama uważaj na facetów, którzy ścigają się dla pieniędzy. Uwielbiamy być w niebezpieczeństwie.
Dael Levare, już w drzwiach, roześmiał się, jakby Han powiedział coś bardzo zabawnego.
- Zadzwonię do was. Cieszę się, że cię poznałem, Tallusie!
- Z wzajemnością - powiedział Han.
- Nie zapomnij zadzwonić - zachęciła go Bria. Zamknęła drzwi za Levarem i oparła się o nie ciężko.
Zapadła cisza.
Han  nigdy  nie  słyszał  równie  przeraźliwej  ciszy,  nawet  w  skafandrze  próżniowym  w  otwartej  przestrzeni.

Przeleciał wzrokiem po ich twarzach - najpierw Brii, potem Pavika, na końcu Sery. Wszyscy troje przypatrywali mu
się ponuro. Han odchrząknął.

- Chyba pójdę się przejść - oznajmił. - Strasznie tu duszno.
Wyszedł, unikając ich wzroku.
Bria  miała  ochotę  krzyczeć  i  płakać,  ale  się  opanowała.  Sytuacja  była  wystarczająco  fatalna,  by  pogarszać  ją

jeszcze  wpadaniem  w  histerię.  Chodziła  tam  i  z  powrotem  po  buduarze  matki.  Pavik  siedział  na  kanapie,
gestykulując  i  perorując  podniesionym  głosem.  Matka,  usadowiona  na  ozdobionym  różowym  brokatem  krześle,
komentowała zdławionymi okrzykami: „O nieba!" i „Bria, twój brat ma rację, musimy coś z tym zrobić!"

-  Słyszałaś,  co  mówił  wczoraj  wieczorem!  -  krzyczał  Pavik.  -  Zaprzeczył,  że  brał  udział  w  wyścigach  i  podał

nam fałszywe nazwisko! Han Solo, akurat! Kto może wiedzieć, jak naprawdę się nazywa?

- Przestań! - krzyknęła Bria. - On naprawdę nazywa się Han Solo!
- To dlaczego na zeszłorocznej liście zwycięzców mistrzostw figuruje jako Tallus Bryne? - zapytał Pavik. -Nie

może mieć dwóch nazwisk, Bria! Nie zaprzeczysz, że facet używa fałszywego nazwiska! A tak postępują tylko ci,
którzy mają coś do ukrycia! I takiego kogoś mamy przyjąć z otwartymi ramionami? Tylko dlatego, że ty tak chcesz?

- O nieba! - Sera Tharen załamała ręce.
Bria zagryzła wargi, by nie krzyczeć.
-  I  jeszcze  jedno  -  dodał  Pavik.  -  Zaczynam  sobie  przypominać  więcej.  Tallus  Bryne  to  nie  jedyne  przybrane

nazwisko, pod jakim ten facet występuje. Ten epizod, o którym mówiłem, miał miejsce jakieś trzy lata wcześniej.
Solo  był  wtedy  jeszcze  dzieckiem  i  widziałem  go  na  pikniku  po  wyścigach.  Wtedy  nazywał  się  Keil  Garris  i  był
synem niejakiego Venadara Garrisa. Pamiętacie go? To ten, który kręcił się tu jednego lata i namawiał wszystkich
na  zakup  udziałów  w  asteroidzie  z  durostopu,  po  czym  się  okazało,  że  żadnej  takiej  asteroidy  nie  ma!  Okantował
wszystkich!

Bria rzeczywiście pamiętała tamtą historię.
- Ale nawet jeśli ten Garris był oszustem, to nie musi oznaczać, że Han...

background image

Pavik uniósł w górę ręce w geście rozpaczy.
- Siostrzyczko, nie pamiętasz, że paru przyjaciół naszych rodziców o mało nie poszło wtedy z torbami, bo kupili

bezwartościowe  udziały  w  nieistniejącej  asteroidzie?  -  prychnął.  -Wszyscy  ci  Garrisowie  byli  bandą  oszustów...
także twój nowy chłopak, Bria!

- To potworne! -jęknęła Sera Tharen. - Chyba powinniśmy coś z tym zrobić!
I Bria, i Pavik zignorowali matkę.
-  Ale  Han  był  wtedy  tylko  dzieckiem  -  zauważyła  Bria,  zagryzając  wargi,  by  się  nie  rozpłakać.  -  Sam  to

powiedziałeś. Nie możesz go obciążać odpowiedzialnością za to, co zrobili jego rodzice!

-Ale przecież on nie ma żadnych rodziców... - a przynajmniej tak twierdzi!
Bria spojrzała na brata.
-  Może  to  rzeczywiście  byli  jego  rodzice,  a  on  się  ich  wyparł,  bo  okazali  się  kryminalistami  -  powiedziała.  -

Pavik, Han to dobry człowiek! Miał ciężkie życie i żeby przeżyć, musiał robić rzeczy, które mu się nie podobały...
wiem o tym. Ale odrzucił to! Teraz próbuje wyjść na ludzi, a ty nie chcesz dać mu szansy!

Pavik prychnął pogardliwie.
-  Może  to  w  ogóle  nie  byli  jego  rodzice  -  powiedział.  -  Siostrzyczko,  nie  daj  się  omamić  jego  atrakcyjnemu

wyglądowi i temu, że cię uratował. Przejrzyj na oczy, dziewczyno. Przecież mógł cię uwieść dlatego, że sprawdził
naszą rodzinę i zorientował się, jaki tata jest bogaty!

- O niebiosa! - wykrzyknęła Sera. - Więc myślisz, że ten człowiek jest złodziejem?
- Dokładnie tak myślę, mamo - powiedział Pavik.
- Powinnam pójść sprawdzić, czy coś nie zginęło! -jęknęła Sera Tharen. - Ojej, co ja teraz zrobię? Gdzie mam go

położyć dziś w nocy?

- Mamo, dzisiejszej nocy już go tu nie będzie - powiedział Pavik. - Dzwonię na policję. Jestem pewien, że ten

facet jest poszukiwany za całą masę przestępstw.

-Ani mi się waż! - krzyknęła Bria. - Jeśli zadzwonisz po policję, nigdy się do was więcej nie odezwę! Mylicie

się co do Hana! Nie miał pojęcia, że jesteśmy bogaci, kiedy go spotkałam! Nigdy mu tego nie powiedziałam!

- Taki facet jak on ma na pewno parę źródeł, gdzie może sprawdzić takie rzeczy - zauważył Pavik. - Dowiedział

się tego pewnie na długo wcześniej, zanim się do ciebie zbliżył!

- Nieprawda!
- Bria, nie rób ze mnie potwora! - powiedział Pavik. - Po prostu proszę, żebyś się przez chwilę zastanowiła! Nie

chcę, żeby ktoś cię skrzywdził, i nie życzę sobie, żebyś wiązała się z kryminalistą!

-  Han  nie  jest  kryminalistą!  -  krzyknęła  Bria.  Wzięła  głęboki  oddech  i  dodała:  -  W  porządku,  przyznaję,  że  w

przeszłości  mógł  być  trochę  na  bakier  z  przepisami,  ale  teraz  jest  inaczej.  Han  chce  wstąpić  do  Imperialnej
Akademii  i  zostać  oficerem.  Czy  nie  możesz  dać  mu  szansy?  On  próbuje  zerwać  ze  swoim  dotychczasowym
życiem!

-  Tylko  tak  ci  mówi,  Bria,  a  tacy  jak  on  kłamią  jak  z  nut,  bo  na  tym  polega  ich  praca  -  powiedział  Pavik.  -

Dzwonię do KorSeku.

- O nieba!
- Nie! - krzyknęła Bria, patrząc wściekle na brata. Żałowała, że nie ma przy sobie blastera. Nie może pozwolić,

by to zrobił!

Ręka Pavika zawisła nad przyciskiem komunikatora, ale głos z przedpokoju pokrzyżował mu szyki.
- Nie rób tego, Pavik. Zabraniam.
Wszyscy odwrócili się, by zobaczyć stojącego w drzwiach Renna Tharena.
-Ale tato, nie wiesz...
- Wiem - powiedział Tharen. - Siedziałem w gabinecie, a drzwi były otwarte. Słyszałem całą tę haniebną scenę i

powtarzam ci, Pavik, że nie zadzwonisz na policję.

- Ależ, Renn... - zaczęła Sera. Mąż spojrzał na nią z pogardą.
-  Sera,  mam  dość  tego,  że  wykorzystujesz  naszą  córkę  dla  zaspokojenia  własnych  ambicji  towarzyskich.  To

głównie przez ciebie uciekła stąd w zeszłym roku. Więc przestań, zrozumiałaś?

- Renn! - zachłysnęła się Sera Tharen. - Jak śmiesz odzywać się do mnie w taki sposób!
-  Bo  jestem  wściekły,  Sera,  wściekły  jak  diabli!  -  warknął  ojciec  Brii.  -  Jak  możesz  być  tak  ślepa!  Czy  nie

rozumiesz, w jakim niebezpieczeństwie znalazła się nasza córka na Ilezji? Patrz!

Ojciec chwycił Brie za ręce i podsunął obie dłonie dziewczyny pod oczy żony.
-  Popatrz,  Sera!  Widzisz  te  blizny?  Ci  ludzie  maltretowali  naszą  córkę!  Zrobili  z  niej  niewolnicę!  Gdyby  nie

Han,  pewnie  by  już  nie  żyła!  Mamy  wobec  niego  dług  wdzięczności,  Sera,  nawet  jeśli  ty  nie  masz  dość
przyzwoitości, by to przyznać! To dobry chłopak, i śmiem twierdzić, że Bria mogła trafić dużo gorzej!

- Ale... - szepnęła Sera. Załamała ręce i zaczęła szlochać. -Och, Bria, twoje biedne rączki, kochanie...

background image

-Ani słowa więcej, Sera. Milcz!
Sera Tharen opadła na krzesło popłakując cicho.
Renn odwrócił się, by stanąć twarzą w twarz z synem.
-  Pavik,  stałeś  się  takim  samym  pełnym  uprzedzeń  kołtunem  jak  twoja  matka.  Ciebie  też  mam  dość.  -  Renn

popatrzył na syna. - Mówimy tu o człowieku, który zaryzykował własne życie, żeby uchronić Brie od zniewolenia.
Bria ma rację, że Han powinien wstąpić do Akademii. Han Solo to porządny facet. Byłem taki sam, kiedy miałem
tyle lat co on. W moim życiorysie także są epizody, o których wolałbym zapomnieć. Ten chłopak zasługuje na to, by
dać mu szansę na normalne życie, a nie wepchnąć do więzienia. Zasługuje na naszą wdzięczność, a nie na telefon do
KorSeku.

Kiedy  Renn  Tharen  zamilkł,  zapanowała  głucha  cisza.  Bria,  z  trudem  łapiąc  oddech,  podbiegła  do  ojca  i

zarzuciła mu ramiona na szyję.

- Dziękuję, tato!
Han  doszedł  do  granic  posiadłości  Tharenów  i  właśnie  wracał,  kiedy  zobaczył,  że  ktoś  idzie  ścieżką  w  jego

stronę. Rozpoznał Brie. Przez ramię miała przewieszoną sporą torbę.

Na widok jej twarzy Han przystanął.
- Co się stało?
- Chodź! - powiedziała. - Wyniesiemy się stąd, zanim się zorientują, że nas nie ma. Nie ufam Pavikowi. Może

zadzwonić po policję mimo zakazu taty.

Han dołączył do niej i skierowali się w stronę stacji.
- Wymknęłaś się?
- Zostawiłam im wiadomość - wytłumaczyła. - Czy pieniądze zostały już przelane na Coruscant?
- Tak, będą na nas czekać - powiedział Han.
Przez kilka minut szli w milczeniu. W końcu Bria odezwała się:
- Chciałabym, żebyś kiedyś mi opowiedział całą prawdę o sobie. Nienawidzę takich niespodzianek, Han.
Westchnął.
- Powinienem był ci powiedzieć, wiem. I powiem wszystko. Obiecuję. Po prostu nie jestem przyzwyczajony, by

komuś ufać.

- To widać - powiedziała z goryczą w głosie.
- Miło, że twój ojciec stanął w mojej obronie.
-  Tata  mówi,  że  przypominasz  mu  jego  samego  z  czasów,  gdy  był  młodym  pilotem  -  uśmiechnęła  się  słabo.  -

Prowadził chyba dość burzliwe życie w ciągu tych paru lat na Terytoriach Zewnętrznych.

Han kiwnął głową i wyciągnął rękę po jej torbę.
- Naprawdę przykro mi, że tak wyszło. Mogę to ponieść?
Westchnęła i oddała mu bagaż.
-  Dobrze.  To  chyba  nie  był  najlepszy  pomysł,  żeby  tu  przyjeżdżać.  -  Wyciągnęła  dłoń  i  wzięła  go  za  rękę.  -

Teraz znowu jesteśmy tylko we dwoje.

Han przytaknął.
- I bardzo mi to odpowiada, maleńka.
 

background image

ROZDZIAŁ 14. POGRZEBANE NADZIEJE

 
Podróż na Coruscant przebiegła bez niespodzianek. Zgodnie z obietnicą Han opowiedział w tym czasie Brii całą

swoją historię. Nie było mu łatwo przyznać się do pewnych rzeczy, ale wziął sobie do serca dane jej słowo i mówił
tak uczciwie, jak tylko potrafił.

Początkowo  obawiał  się,  że  Bria  może  się  od  niego  odwrócić,  gdy  dowie  się  o  pewnych  epizodach  z  jego

burzliwej przeszłości, ale zapewniła go, że kocha go tym bardziej teraz, gdy zna całą prawdę.

Pięciodniowa  podróż  na  Coruscant  dłużyła  się  im.  Hanowi  zaczynała  już  doskwierać  nuda,  ale  w  końcu

pasażerski  liniowiec,  którym  podróżowali,  przybił  do  jednej  z  ogromnych  stacji  orbitalnych,  które  obsługiwały
imperialną planetę-stolicę.

Pasażerom  powiedziano,  że  do  kosmoportu  na  powierzchni  przetransportują  ich  małe  promy.  Han  z

zaskoczeniem, przekonał się, że na planecie nie było prawie skrawka nie zabudowanej ziemi.

- Tylko w Monument Plaża - wyjaśnił steward pasażerom zgromadzonym na pokładzie liniowca „Blask". - Tam

obywatele  mogą  dotknąć  wierzchołka  jedynej  góry  na  planecie,  która  nie  została  do  końca  zabudowana.  Około
dwudziestu metrów szczytu wstaje ponad budowle.

Coruscant wydawał się im labiryntem budynków, wieżowców, dachów i następnych budynków, zbudowanych

jeden na drugim i tworzących jedną wielką, zagmatwaną plątaninę.

Han uniósł rękę, gdy steward zapytał, czy chcieliby jeszcze coś wiedzieć.
- Powiedział pan, że najwyższe budynki wznoszą się na kilometr ponad poziomem najniższych ulic. A jak jest

tam na dole?

Steward ostrzegawczo pokręcił głową.
-  Niech  mi  pan  wierzy,  nie  chciałby  pan  tego  wiedzieć.  Na  najniższe  poziomy  nigdy  nie  dociera  światło

słoneczne ani czyste powietrze - panuje tam taki smród i wilgoć, że warunki pogodowe są zupełnie odmienne niż na
górze.  Po  ścianach  budynków  cieknie  cuchnący  deszcz,  ulice  zaś  atakują  ślimaki  żywiące  się  granitem,  robaki
pasożytujące  w  durabetonie  i  cieniolubne  pająki...  i  najgorsze  ze  wszystkiego,  zdegenerowane  istoty  ludzkie.  Ci
odrażający troglodyci żywią się padliną i odpadkami.

- Oho! - szepnął Han. - To miejsce w sam raz dla mnie.
- Przestań! - syknęła Bria, tłumiąc śmiech. - Ależ ty lubisz zgrywać twardziela!
- To prawda, i uwielbiam się przechwalać. - Han odchylił się na oparcie i zachichotał. - Jestem niemożliwy. Nie

wiem, jak ze mną wytrzymujesz!

- Ja też nie mam pojęcia! - zakpiła Bria.
Przeciskając się między pasażerami podeszli do jednego z iluminatorów stacji. Czekali na prom, który zabierze

ich na dół.

- Wygląda jak piękny złoty klejnot - szepnęła Bria. - Te wszystkie oświetlone budynki...
- Wygląda jak klejnot corusca - poprawił ją Han, patrząc na planetę w zamyśleniu. - Pewnie od tego pochodzi

nazwa planety.

Stali w kolejce, czekając na wejście na prom. Podszedł do nich oficer i wskazał na blaster Hana.
- Przykro mi, proszę pana, ale musi pan oddać broń do depozytu. Na Coruscant nie wolno nosić broni.
Han przyjrzał się oficerowi uważnie; ale w końcu wzruszył ramionami i odpiął klamrę, przytrzymującą pas nisko

na biodrach. Owinął kaburę z bronią paskiem i podał oficerowi, biorąc w zamian numerek.

- Proszę oddać ten numerek podczas odprawy przed wejściem na pokład, kiedy będzie pan wracał. - powiedział

mężczyzna. - Dostanie pan wtedy broń z powrotem.

Wrócili  do  kolejki.  Han  skrzywił  się;  czuł  się  nieswojo  bez  miotacza,  do  którego  ciężaru  na  prawym  udzie

zdążył się przyzwyczaić.

- Czuję się, jakbym był goły - wymamrotał. - Jak w jednym z tych snów, kiedy pojawiasz się w jakimś ważnym

miejscu i uświadamiasz sobie, że zapomniałaś włożyć spodnie.

Zachichotała.
- Nie miałam pojęcia, że mężczyźni też miewają takie sny.
- Na szczęście niezbyt często. - przyznał Han ponuro.
- Jeśli nikt nie jest uzbrojony, macie równe szanse - zauważyła rozsądnie Bria.
Han spojrzał na nią. Przechodzili właśnie korytarzem na prom.
- Kochanie, nie bądź dzieckiem. Na tej planecie też są kryminaliści i możesz się założyć o swoje piękne oczy, że

mają broń.

Popatrzyła na niego, przypinając się do fotela.
- Skąd możesz wiedzieć?

background image

-  Przyjrzałem  się  imperialnym  strażnikom.  Są  uzbrojeni  po  zęby.  Pamiętam  też  strażników  z  Alderaanu.  Tam

żaden z nich nie nosił broni, można więc było z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, że ich przeciwnicy również
jej nie mieli. Tymczasem ci imperialni noszą nie tylko broń, ale i zbroje. Muszą mieć jakiś powód.

Bria wzruszyła ramionami.
- Muszę przyznać, że to brzmi sensownie.
- Głupio się będę czuł idąc jutro do tego banku bez miotacza - powiedział Han, poklepując się po udzie.
- Daj spokój, Han - szepnęła. - Bank to chyba ostatnie miejsce, gdzie wpuszczono by cię z bronią!
-  Niby  dlaczego?  -  zapytał.  -  Przecież  i  tak  nie  na  wiele  by  mi  się  przydała.  Nie  trzymają  tam  monet,  które

można  by  ukraść.  To  tylko  zapisy  elektroniczne  na  osobistych  identyfikatorach.  Nie-głupi  system  -  zauważył.  -
Pozwala oszczędzić na strażnikach.

- Nie ma co dyskutować, bo i tak nie masz blastera - stwierdziła Bria, patrząc, jak miasto rośnie w iluminatorach

promu. Wkrótce mieli wejść w atmosferę.

- Racja. Słuchaj, Bria, myślę, że to dobra pora, żeby omówić plan awaryjny - powiedział Han.
- Jaki plan awaryjny? - zapytała zaniepokojona. - Spodziewasz się jakiś kłopotów?
- Nie mów tak głośno - ostrzegł. - Nie, nie oczekują żadnych kłopotów. Wszystko powinno pójść gładko. Jenos

Idanian  jest  czysty,  bo  użyłem  tego  nazwiska  tylko  raz,  żeby  otworzyć  konto,  na  które  wpłyną  pieniądze.
Identyfikator powinien być nie do podważenia. Ale widzisz, maleńka... Już dawno nauczyłem się, żeby zawsze mieć
plan na wypadek, gdyby coś poszło nie tak.

- Dobrze - powiedziała. - Co wymyśliłeś?
-  To  wielkie  miasto  i  wielka  planeta  -  zauważył  Han,  podczas  gdy  prom  wślizgiwał  się  w  górne  warstwy

atmosfery. -Gdyby coś się stało i musielibyśmy się rozdzielić, chcę ustalić miejsce, w którym będziemy na siebie
czekać.

- To brzmi rozsądnie - zgodziła się. - W takim razie gdzie?
- Jedyny adres, jaki znam na Coruscant, bo nauczyłem się go na pamięć dawno temu, to bar „Pod Rozjarzonym

Pająkiem". Tam właśnie mam się spotkać z Nikim Specjalistą - powiedział. Mówił cicho, ale nie szeptem. Han od
dawna wiedział, że szepty przyciągają uwagę, podczas gdy ściszona rozmowa - nie.

- To ten facet, który potrafi tak dobrze fałszować identyfikatory, że nawet Imperialni się na nich nie poznają?
-  Tak.  Ma  kontakty  wśród  urzędników,  którzy  zajmują  się  faktycznym  wyrobem  identyfikatorów.  Są  idealne,

możesz mi wierzyć. Dobrze, a więc Niki Specjalista. Przesiaduje „Pod Rozjarzonym Pająkiem". Zapamiętałaś?

- Niki Specjalista. „Pod Rozjarzonym Pająkiem" - powtórzyła. - Gdzie to jest?
-  Poziom  sto  trzydzieści  dwa,  megablok  siedemnaście,  blok  pięć,  kwatera  dwanaście  -  wyrecytował  Han.  -

Wykuj to na blachę. Ten świat to istny labirynt, Bria.

Powtórzyła sobie adres kilkakrotnie, aż mogła z czystym sumieniem powiedzieć:
- Zapamiętałam.
- To doskonale.
Kiedy  dotarli  na  „powierzchnię"  -  a  właściwie  na  dach  budynku,  gdzie  znajdowało  się  lądowisko  dla  promów

orbitalnych  -  Han  zostawił  Brie  przy  ich  niewielkim  bagażu,  a  sam  poszedł  do  automatycznej  informacji
turystycznej. Potrzebowali niedrogiego miejsca, w którym mogliby zamieszkać na czas przygotowań do egzaminów
na Akademię. Han miał zamiar wynająć dla nich na ten okres jakiś tani pokój.

Wrócił niosąc niewielki komputer lokacyjny wielkości dłoni.
- Ile kosztował? - zapytała zaniepokojona Bria. Nie zostało im już wiele ze środków uzyskanych ze sprzedaży

ilezjańskiego jachtu.

-  Tylko  dwadzieścia  -  powiedział  Han.  -  Zbyt  łatwo  się  tu  zgubić.  Teraz  wystarczy  tylko,  żebym  wprowadził

dane o miejscu, do którego chcemy trafić, o tak... - mrużąc oczy wpisał dane:

- Poziom osiemdziesiąt sześć, megablok cztery, blok dwa, kwatera trzynaście...
- Co tam jest?
- Tam się zatrzymamy na dzisiejszą noc - wyjaśnił Han, nie podnosząc głowy. - O, to tu...
Na ekranie pojawił się schemat, wskazujący którędy powinni się udać.
- Najpierw turbowindą na poziom szesnasty... - mruknął Han, rozglądając się dookoła. - To tam!
Poszli  w  stronę  napisu  „Turbowindą".  W  windzie  Bria  ze  zdumieniem  obserwowała  wskaźnik  liczby  pięter.

Zjeżdżali coraz niżej i niżej...

- Zupełnie jak w przestrzeni - zauważył Han niespokojnie. -To prawie jak swobodny spadek...
- Mój żołądek tego nie lubi - Bria przełknęła ślinę.
Na  szczęście  winda  zaczęła  zwalniać.  Kiedy  zatrzymała  się  na  poziomie  szesnastym,  Bria  wyszła  z  niej  na

miękkich nogach i blada jak kreda.

- Teraz musimy znaleźć megablok czwarty... - mruknął Han, nadal wpatrzony ekran komputera lokacyjnego. -

background image

Potem znowu na dół.

Wyszedłszy z turbowindy Bria rozejrzała się zdziwiona, czując narastającą klaustrofobię. Dookoła niej wznosiły

się budynki, tak wysokie, że musiała zadrzeć głowę, żeby zobaczyć ich wierzchołki. Na nich wspierały się kolejne
platformy, takie jak ta, na której teraz stali.

Chociaż  na  górze  panował  jasny,  chłodny  dzień,  na  dole  było  mroczno  i  ciepło.  Powietrze  w  kanionach  z

durabetonu  i  transpastali  stało  nieporuszone.  Bria  usłyszała  huk  odległego  grzmotu,  ale  nie  spadła  ani  kropla
deszczu, więc nie była teraz w stanie stwierdzić, czy burza szaleje nad nimi, czy poniżej.

Gdzieniegdzie  monotonię  permabetonowej  platformy  przerywały  niczym  nie  chronione  otwory  szybów

wentylacyjnych,  a  mniej  więcej  sto  metrów  od  miejsca,  w  którym  stali,  widziała  odcinającą  się  ostro  granicę
chodnika. Najwidoczniej główna arteria komunikacyjna biegła na niższych poziomach.

Podeszła  do  szybu  wentylacyjnego,  ale  wystarczył  jeden  rzut  oka  w  głąb,  by  cofnęła  się  szybko;  nagle  zlana

potem  poczuła  silny  zawrót  głowy.  Rozejrzała  się  wokół,  a  nie  widząc  nikogo  w  pobliżu  kucnęła  i  na  czworaka
podeszła do szybu jeszcze raz. Myślała, że w takiej pozycji łatwiej jej będzie pokonać lęk.

Wychyliła się nad krawędzią otworu i zajrzała do niego.
Szyb schodził w dół coraz niżej i niżej, i niżej... Z przerażeniem i fascynacją wyobraziła sobie, jak spada w tę

ogromną przepaść bez dna, a jej ciało bezradnie obraca się i wiruje w powietrzu.

Spojrzała w dół roztrzęsiona. Gdyby wychyliła się jeszcze odrobinę, wpadłaby do szybu. Wydawało się to takie

proste...  Nie  musiałaby  nawet  skoczyć,  wcale  nie.  Wystarczyło  się  wychylić...  i  już  nigdy  nie  musiałaby  cierpieć
przejmującego bólu tęsknoty za Uniesieniem... Byłaby wolna...

Wahając  się  między  nieodpartą  pokusą  a  wstrętem,  Bria  wychylała  się  za  krawędź  szybu  coraz  mocniej...

mocniej...

- Co ty robisz???
Czyjaś  dłoń  chwyciła  ją  za  ramię  i  szarpnęła  do  tyłu,  daleko  od  ziejącej  pustki  otworu.  Bria  spojrzała  w  górę

oszołomiona i zobaczyła nad sobą zaniepokojoną twarz Hana.

- Bria, kochanie! Co się dzieje?
Dotknęła dłonią czoła i potrząsnęła głową, by odzyskać jasność umysłu.
- Ja... ja... sama nie wiem, Han. Poczułam się tak... dziwnie. - Przełknęła ślinę, próbując pozbyć się ciemnych

plam wirujących przed oczami. Byle tylko nie zemdleć ani nie zwymiotować...

Han kucnął obok. Objął roztrzęsioną dziewczynę ramieniem, gładził ją po głowie i tulił mocno czując, jak drży.
- Spokojnie, spokojnie... już wszystko w porządku....
W końcu Bria podniosła wolno głowę czując, że dreszcze ustępują.
- Han, nie wiem, co mi się stało. Przez chwilę czułam się bardzo dziwnie. Chyba o mało tam nie wpadłam...
- Rzeczywiście - powiedział posępnie. - To lęk przestrzeni, kochanie. Widziałem ludzi, którzy mieli atak takiego

lęku w przestrzeni kosmicznej, kiedy spojrzeli „w dół" i kompletnie stracili orientację. A teraz chodźmy. Wiem, jak
dalej iść. Pojedziemy poziomą kolejką.

W wagonie Bria tuliła się mocno do Hana, a on obejmował ją delikatnie. Stopniowo przeszły jej dreszcze.
-  Czy  nie  czujesz  się  tu  dziwnie,  na  tej  planecie?  -  zapytała.  -  Ja  tak.  Ten  świat  mnie  przytłacza,  choć  jest

fascynujący.

- Nie zapominaj, że dorastałem w przestrzeni kosmicznej -przypomniał jej Han. - Nie ma tam miejsca ani na lęk

przestrzeni ani na klaustrofobię. Myślę, że przystosowałem się do takich warunków dawno temu, bo tu nie czuję się
wcale źle. Ale ty... mieszkałaś na Korelii, cały czas mając niebo nad głową. Nic dziwnego, że poczułaś się dziwnie.

- Nie będę więcej patrzeć w dół - obiecała Bria.
- Lepiej nie.
Kilkakrotnie jeszcze musieli zjeżdżać turbowindą, aż dotarli do małego hoteliku, w którym Han zarezerwował

pokój, opłacony z ich kurczących się funduszy.

-  Kiedy  wycofasz  pieniądze  z  Banku  Imperialnego?  -zapytała  Bria.  Rzuciła  się  na  łóżko  i  przeciągnęła  z

westchnieniem ulgi.

- Jutro z samego rana - powiedział Han. - Słuchaj, maleńka, widzę, że jesteś wykończona. Pójdę kupić coś do

jedzenia i przyniosę do pokoju. Pójdziemy spać wcześnie.

-A nie wolałbyś zająć się zwiedzaniem? - zapytała Bria, uznając w duchu jego pomysł za znakomity.
- Mamy na to mnóstwo czasu. Chcę tylko coś zjeść i iść spać. Może wcześniej popatrzę na holo, żeby zobaczyć,

jaką to propagandę wciska teraz Imperium.

- W porządku - powiedziała Bria, z trudem tłumiąc ziewanie. - Twój plan jest doskonały.
Następnego ranka Han zostawił Brie nad śniadaniem i filiżanką stymherbaty.
- Wrócę mniej więcej za godzinę - oznajmił. - Jak już będziemy mieć pieniądze, pójdziemy poszukać tego baru,

o którym ci mówiłem. Jak on się nazywa?

background image

- „Pod Rozjarzonym Pająkiem" - odpowiedziała posłusznie.
- A jak tam trafić?
Wyrecytowała adres bez zająknienia.
- Doskonale - pochwalił ją Han. - Gdybym się zgubił, tam mnie znajdziesz.
Zachichotała.
- Nawigacja w przestrzeni kosmicznej wygląda na dużo łatwiejszą, prawda?
- W pewnym sensie tak - powiedział i pocałował ją w czoło. -Niedługo wracam.
- W takim razie do zobaczenia.
Pomachał do niej wesoło, odwrócił się i poszedł. Bria położyła się na łóżku z głośnym westchnieniem.
Chyba sobie jeszcze pośpię, pomyślała przeciągając się rozkosznie.
Imperialny  Bank  Coruscant  zajmował  trzy  poziomy  monstrualnego  drapacza  chmur.  Han  podszedł  do  drzwi  i

zajrzał do środka. Sala operacyjna była ogromna, pełna matowego szkła, czarnego durabetonu, marmurów i lśniącej
transpastali.

Wziął głęboki oddech i, nadal świadom braku znajomego ciężaru blastera na prawym udzie, wszedł do środka.

Skierował się w stronę wysokiej, błyszczącej lady.

Sala była pełna interesantów - przedsiębiorców i osób prywatnych, a Han wyglądał i czuł się tu nie na miejscu w

swoim starym kombinezonie pilota, pozbawionym teraz wszelkich oznaczeń, w znoszonej kurtce i butach.

Im bardziej niepewnie się czuł, tym bardziej nadrabiał miną.
Musiał kilka minut poczekać w kolejce, zanim znalazł się naprzeciwko urzędniczki za kontuarem. Była młoda i

ładna,  ale  wzrok  miała  beznamiętny  -  dopóki  Han  nie  uraczył  jej  najbardziej  zawadiackim  ze  swoich  uśmiechów.
Niemal wbrew swojej woli musiała odpowiedzieć uśmiechem.

- Dzień dobry - powiedział pilot. - Jakiś czas temu na Korelii otworzyłem konto w waszym banku, wiedząc, że

niedługo będę na Coruscant. Chciałbym odebrać moje pieniądze.

- Chce pan zamknąć rachunek?
- Tak.
-  Dobrze,  proszę  pana.  Poproszę  o  kartę  identyfikacyjną.  Przelejemy  na  nią  pana  środki.  Będzie  pan  je  mógł

podjąć  z  któregokolwiek  z  terminali  kredytowych  tu,  na  Coruscant  i  na  innych  planetach  systemu.  Czy  to  panu
odpowiada, panie... - Han podsunął jej identyfikator przez szparę w szklanej szybie. - ...panie Idanian?

-  Oczywiście  -powiedział,  zwalczywszy  pokusę  zażądania  wypłaty  w  biletach  kredytowych  i  monetach.  Tak

niecodzienna dyspozycja musiałaby wzbudzić podejrzenia.

Urzędniczka wsunęła kartę w czytnik. Uniosła lekko brwi, gdy zobaczyła stan konta.
Co,  panienko,  nie  spodziewałaś  się,  żeby  taki  facet  jak  ja  miał  tyle  pieniędzy?  -  pomyślał  Han,  gorzko

rozbawiony.

-  Proszę  pana,  ta  kwota  przekracza  limit,  do  którego  mogę  dokonać  wypłaty  bez  autoryzacji  mojego

przełożonego. Jeśli zechce pan chwilę poczekać, pójdę poprosić o zgodę, a potem przeleję środki na pana kartę.

Przyparty do muru Han nie miał innego wyjścia, jak tylko powiedzieć „dobrze, zaczekam".
Pozostawiony sam przy kontuarze pokonał chęć, by zacząć się rozglądać po wielkim westybulu w poszukiwaniu

strażników.

Uspokój  się,  nakazał  sobie.  Przecież  wiesz,  że  przy  takiej  kwocie  muszą  wszystko  potwierdzić.  Przynajmniej

wiem, że Okanor przekazał pieniądze jak należy...

Han zobaczył, że urzędniczka mówi coś szybko do wysokiego, zwalistego mężczyzny w eleganckim garniturze.

Mężczyzna kiwnął głową, wziął identyfikator Hana i podszedł do niego z drugiej strony kontuaru.

-  Pan  Jenos  Idanian?  -  zapytał  grzecznie.  Miał  pyzate  różowe  policzki,  wyblakłe  niebieskie  oczy  i  łysinę,

okoloną skąpym wianuszkiem siwych włosów.

- Tak - powiedział Han.
-  Nazywam  się  Parą  Yewgeen  Planck  i  jestem  kierownikiem  tej  placówki.  Zatwierdziłem  pańską  wypłatę,  ale

zanim oddam panu identyfikator, chciałbym zobaczyć inny dokument, który potwierdzi pana tożsamość. To czysta
formalność - mężczyzna uśmiechnął się uprzejmie. - Na pewno wie pan, że instytucje finansowe musza przestrzegać
określonych procedur. Może przejdziemy do mojego biura?

Wskazał  na  przeszklony  gabinet.  Han  poczuł  złość,  ale  zobaczył,  że  gabinet  jest  pusty,  a  nigdzie  w  zasięgu

wzroku nie ma żadnych strażników.

- Dobrze - zgodził się. - Trochę mi się spieszy, więc mam nadzieję, że to nie potrwa długo.
- Tylko chwilę - zapewnił go Planck, wskazując drogę.
Korelianin  wszedł  pewnym  krokiem  do  gabinetu,  ale  każdy  nerw  miał  napięty,  każdy  mięsień  gotowy  do

działania.

Gabinet  urządzono  bezosobowo,  ale  zarazem  tak,  by  wzbudzać  zaufanie.  Drogie  biurko  z  czarnym

background image

marmurowym  blatem,  a  na  nim  elegancki  pisak  i  podkładka  do  pisania.  Na  rogu  biurka  stała  ultranowoczesna
kompozycja z czarnych kwiatów, a przed nim - dwa krzesła dla gości, dla Plancka zaś obity czarną skórą fotel.

-  Proszę  usiąść,  panie  Idanian  -  zaprosił  go  Planck,  wskazując  gestem  krzesło.  -  Jeśli  da  mi  pan  teraz  drugi

dokument potwierdzający pańską tożsamość, szybko go zeskanuję i zaraz będzie pan wolny.

Han bez sprzeciwu wyjął dokument, ale nie umknął mu ruch, który wykonał Planck.
Gdyby to były dwa kredyty, już by mnie tu nie było, pomyślał. Nie podoba mi się to wszystko.
Kierownik wziął podany dokument i wsunął do czytnika.
- Och, tak mi przykro - powiedział bez cienia zakłopotania czy żalu w głosie. - Obawiam się, że mamy problem,

proszę  pana.  Jestem  zmuszony  zamrozić  pańskie  konto.  Nie  mogę  wypłacić  pańskich  pieniędzy.  Han  zerwał  się  z
krzesła.

- Co takiego? Ale dlaczego... o co chodzi, na wszystkie gwiazdy galaktyki?
Planck potrząsnął głową.
-  Wiem  tylko,  że  z  naszym  bankiem  skontaktował  się  niejaki  Hal  Horn  z  KorSeku.  Istnieje  podejrzenie,  że

środki  na  pańskim  koncie  zostały  zgromadzone  w  sposób  nielegalny.  Polecono  nam  je  zamrozić  do  czasu
przeprowadzenia szczegółowego śledztwa przez służby policyjne Imperium i Korelii.

Han  nie  tracił  czasu  na  dyskusje  i  bez  słowa  podszedł  do  drzwi.  Czuł  się  tak,  jakby  piersi  przygniótł  mu

gigantyczny ciężar.

Nie... to nie może się tak skończyć...
Był może o metr od grubych drzwi z matowego szkła, gdy usłyszał elektroniczny trzask.
-  Przykro  mi,  proszę  pana,  ale  niestety  polecono  mi  zatrzymać  pana  do  czasu,  aż  przybędą  tu  siły  imperialnej

policji - powiedział Planck takim głosem, jakby cieszył się z okazji odegrania bohatera. - Proszę zająć miejsce.

Han odwrócił się i spojrzał na zadowolonego z siebie tłuściocha, którego okrągłe różowe policzki upodabniały

do wesołego chochlika z dziecięcych bajek.

- Zawiadomiłem również naszego strażnika. Powinien być tu lada chwila. Proszę, niech pan spocznie do czasu

swojego aresztowania.

Gniew dał Hanowi niespodziewaną siłę.
-  Po  moim  trupie!  -  warknął,  rzucając  się  do  przodu.  Dał  nura  przez  biurko,  chwytając  po  drodze  pisak

zdębiałego  kierownika  banku.  Zepchnął  go  z  jego  kosztownego  fotela,  a  parę  sekund  później  trzymał  ostrą
końcówkę pisaka tuż za różowym płatkiem ucha Plancka.

- Jeden ruch - krzyknął - a wbiję ostrze między twoją szczękę a czaszkę, prosto w mózg, Planck, jeżeli w ogóle

znajdę tam coś takiego. Masz trochę mózgu, Planck?

-Tak...
- Świetnie, w takim razie użyj go. Jestem już wystarczająco wściekły, więc nie przeciągaj struny, jasne?
Han  widział,  jak  drgają  mięśnie  szyi  Plancka,  gdy  kierownik  przełyka  ślinę.  Głos  miał  teraz  chrapliwy  ze

strachu. -Tak...

- To dobrze -powiedział Han. - Teraz cię puszczę, a ty wstaniesz i usiądziesz z powrotem na swoim wytwornym

fotelu. Wpuścisz strażnika, kiedy się tu pojawi, jakby nic się nie stało, jasne?

-Tak...
Poruszając  się  ostrożnie  Planck  zrobił,  co  mu  kazano.  Han  kucnął  za  jego  fotelem,  przystawiając  tym  razem

ostrze pisaka do pleców mężczyzny.

- Wierz mi, Planck - powiedział. - Jedno dobre dźgnięcie w nerkę sprawi ci taki ból, jakiego nigdy nie chciałbyś

doświadczyć. Może cię nawet zabije. Chcesz się o tym przekonać?

-Nie...
- Doskonale. A oto strażnik. Wpuść go.
- Tak...
Drzwi  stuknęły  i  strażnik  wszedł  do  gabinetu.  Han  zerwał  się  na  równe  nogi,  kierując  ostrze  w  stronę  gardła

Plancka. -Mów!

- Nie ruszaj się! - powiedział Planck rozpaczliwie. - On mnie zabije!
- Facet ma rację - powiedział Han, uśmiechając się złowrogo. - I sprawi mi to przyjemność. Teraz ty - polecił. -

Rób dokładnie to, co ci powiem, jeśli chcesz doczekać do następnej wypłaty. Połóż swój blaster na biurku. Powoli i
spokojnie, jasne?

-  Tak  jest,  psze  pana  -  powiedział  niemłody  strażnik,  kompletnie  przerażony  faktem,  że  ma  robić  cokolwiek

innego niż tylko stać i rozglądać się dookoła z blasterem bezpiecznie schowanym w kaburze.

Powoli i ostrożnie wyjął miotacz i położył go na marmurowym blacie biurka. Han wyciągnął lewą rękę i złapał

broń.

-A teraz... pod biurko. Nie wychodź spod niego, dopóki ci nie każę - powiedział.

background image

- Tak jest, psze pana.
Han przytknął muszkę blastera do skroni Plancka.
-  A  teraz  wychodzimy  -  powiedział  z  napięciem.  -  Wymaszerujemy  stąd,  grzecznie  i  powoli.  Podejdziemy  do

turbowindy.

Kiedy tam dotrę, jeśli będziesz grzecznym chłopcem, puszczę cię wolno. Jasne? Tak...
- Świetnie.
Przeszli już przez połowę sali, zanim ktokolwiek się zorientował, że coś jest nie w porządku. Jakiś mężczyzna

krzyknął, inny zaskrzeczał, starsza kobieta wydała pełen przerażenia pisk.

Han wycelował blaster w górę i pociągnął za spust. Z sufitu spadł deszcz okruchów.
- Wszyscy na ziemię! - krzyknął pilot.
Przesuwali się w stronę drzwi, a kiedy już przez nie przeszli, Han zwolnił nieco uścisk, gotów jednak w każdej

chwili pchnąć Plancka na podłogę. Podskoczył do turbowindy. Postanowił nie zastanawiać się, co dalej.

Wszystko w swoim czasie, pomyślał. Wszystko w swoim czasie...
Rozejrzał się dookoła, kiedy szli z Planckiem do turbowindy, więc zauważył oddział imperialnych szturmowców

wcześniej niż oni dostrzegli jego. Przycisnął Plancka mocno do siebie i przystawił mu blaster do głowy.

-  Nie  strzelać!  -bełkotał  jego  więzień  widząc,  że  szturmowcy  reperują  broń.  -  To  ja  was  wezwałem!  Jestem

kierownikiem tego banku!

Han  cofał  się  w  stronę  drzwi  turbowindy,  zasłaniając  się  Planckiem.  Rzut  oka  na  wyświetlacz  upewnił  go,  że

winda jest już w drodze.

- On ucieka! - krzyknął jeden ze szturmowców. Han napięty do granic możliwości, spocony, cały gotował się w

środku.  Nie  dał  jednak  tego  po  sobie  poznać  i  po  prostu  czekał,  zasłaniając  się  roztrzęsionym,  pulchnym  ciałem
kierownika.

Usłyszał, że drzwi turbowindy otwierają się za jego plecami.
- Nie dajcie mu uciec! Ognia! - krzyknął dowódca oddziału.
- Nieeee!!! - zawył Planck, gdy wystrzały z blastera wypełniły świstem powietrze.
Han skoczył do tyłu, czując swąd przypalanego ciała. Wciągnął osuwającego się Plancka za sobą do turbowindy.

Wystrzelił w tym samym momencie, gdy drzwi zaczęły się zamykać, i walnął pięścią w guzik parteru.

Szybkobieżna turbowinda opadła w dół jak kamień.
Zdyszany Han podciągnął kierownika do góry. Wystarczył rzut oka, by stwierdzić, że Planck nie żyje. Fatalnie.

Przecież wypuściłby go, gdyby nie wmieszali się szturmowcy...

Od  padu  windy  Hanowi  huczało  w  uszach.  Wyciągnął  komputer  lokacyjny  i  sprawdził,  gdzie  jest.  Jeśli

wskazania były prawidłowe, ta winda zawiezie go jakieś sto pięćdziesiąt pięter w dół, a potem musi się przesiąść do
innej.

Gdy  tylko  drzwi  zaczęły  się  rozsuwać,  Han  wyskoczył  na  zewnątrz.  Zaciągnął  wcześniej  ciało  Plancka  w

najdalszy kąt windy, tak by nie było go widać od wejścia. Wepchnął też Master do kieszeni skórzanej kurtki, ale nie
puścił broni, gotowy w każdej chwili wydobyć ją i strzelić.

Sceneria,  jaką  ujrzał  przed  sobą,  była  wręcz  sielankowa.  Przechodnie  spacerowali  chodnikami  ciągnącymi  się

wzdłuż budynków, a gdzieś niedaleko grała muzyka.

Han szybko zerknął na komputer, nie przerywając marszu.
Powinien skręcić dokładnie tu...
I  już  stał  przed  kolejną  turbowinda.  Uznał  jednak,  że  to  zbyt  oczywisty  wybór  i  poszedł  dalej  do  przystanku

kolejki, którą zamierzał dotrzeć do kolejnego megabloku. Potem inną windą zjechał w dół. Tym razem o dwieście
pięter.

Ulice, którymi teraz szedł, były znacznie brudniejsze niż na górze. Han na chybił trafił wybrał następną windę.

Znów w dół. Był teraz o pięćset pięter poniżej poziomu banku. Wokół panował jeszcze większy brud i zaniedbanie.

Podeszła do niego grupa młodocianych bandytów. Han pokręcił głową ostrzegawczo.
- Wynocha! - warknął.
-  Wynocha?  -  zakpił  herszt  bandy,  rosły  ciemnoskóry  chłopak  z  grzywą  tłustych,  czarnych  włosów.  -  Patrzcie

no, wielki pan się boi? Wielki pan się dopiero zacznie bać, kiedy weźmiemy się do dzieła...

W  zatęchłym  powietrzu  nędznej  ulicy  zalśniło  sześć  wibroostrzy.  Han  westchnął,  przewrócił  oczami  i  wyjął

blaster.

Członkowie  gangu  wyparowali  tak  nagle,  jakby  ich  porwał  drapieżny  nietoperz.  Han  stał  przez  chwilę  z

Masterem w dłoni, zanim nie upewnił się, że naprawdę zniknęli.

Kilku zaskoczonych przechodniów spojrzało na niego i szybko odwróciło wzrok. Ich twarze zdawały się mówić:

„Ja? Ja nic nie widziałem!"

Wpychając miotacz z powrotem do kieszeni kurtki Han pobiegł ciemną ulicą do następnej turbowindy. Zjechał

background image

siedemset pięter poniżej poziomu banku. Jego komputer lokacyjny był tu bezużyteczny.

Jak  głębokie  jest  to  miejsce?  -  zastanawiał  się  Han,  wsiadając  do  kolejnego  poziomego  transportera.  W

wagoniku śmierdziało odchodami ludzi i jeszcze paru innych ras.

Osiemset... osiemset pięćdziesiąt.
Han  szedł  teraz  ulicami  oświetlonymi  wyłącznie  słabym  odblaskiem  wydobywającym  się  spod  szybów

wentylacyjnych  lub  wątłym  światłem  lamp  jarzeniowych,  przytwierdzonych  gdzieniegdzie  do  rozwalających  się
budynków.  Permabeton  pod  nogami  tu  i  ówdzie  pokrywały  kałużę  cuchnącej,  lepkiej  cieczy.  Trujący  deszcz
skapywał po kamiennych ścianach domów, pokrytych grubym nalotem grzyba.

Nie spotykał tu przechodniów. Pod ścianami przemykała czasem skulona postać, zbyt szybko by był w stanieją

rozpoznać.  Han  pomyślał,  że  niektóre  z  tych  istot  mogą  być  przedstawicielami  innych  ras,  chociaż  wiedział,  że
Imperator Palpatine z trudem ukrywał niechęć i brak zaufania do ras nieludzi. Han nie był więc zdziwiony, widząc
ich czających się tutaj, na najniższych poziomach miasta.

Tysiąc pięter w dół. Tysiąc sto...
Han  szukał  następnej  windy,  ale  jej  nie  znalazł.  Zamiast  niej  natrafił  na  klatki  schodowe,  którymi  schodził

jeszcze niżej...

Zszedł  na  ponad  tysiąc  dwieście  pięter  w  dół.  Jakieś  trzy  i  pół  kilometra  poniżej  najwyższego  piętra  Banku

Imperialnego.

Ciężko dyszał, chociaż schodził w dół. Powietrze było tu tak ciężkie i wilgotne, a przy tym tak smrodliwe, jakby

szedł kanałem ściekowym.

Nie widział, by ktoś go ścigał.
Zgubiłem  ich,  pomyślał  wędrując  bez  celu.  Kątem  oka  dostrzegł  jakiś  kształt,  skuloną  sylwetkę  przemykającą

jak zwierzę na tylnych kończynach, wzdłuż zapadniętych, opuszczonych budynków. Wystrzępione skrawki ubrania
ledwie  okrywały  bladą  skórę,  pokrytą  liszajami  i  wrzodami.  Stworzenie  warknęło  na  Hana,  obnażając  rząd
zepsutych zębów w brudnym, pozlepianym w strąki zaroście.

Han nie był w stanie stwierdzić, czy ta istota jest - a może była - człowiekiem.
Postać uciekła, sycząc jak vrelt i pomagając sobie wszystkimi czterema kończynami.
Roztrzęsiony  Han  wyjął  blaster  z  kieszeni  kurtki  i  trzymał  przed  sobą  otwarcie,  w  nadziei  że  widok  broni

powstrzyma innych mieszkańców tej zakazanej dzielnicy.

Minął wylot kolejnej przecznicy, gdzie w kałużach ścieków przykucnęła grupka dzikusów. Rozdzierali palcami

kawał  mięsa  i  wpychali  ochłapy  do  okrwawionych  ust.  Han,  pełen  obrzydzenia,  wycelował  miotacz  ponad  ich
głowami i wystrzelił, patrząc z przyjemnością, jak pierzchają we wszystkie strony.

Nie podchodził bliżej, by przyjrzeć się ich zdobyczy, ale zaschło mu w ustach, gdy zauważył, że ze zmiażdżonej

klatki piersiowej sterczą żebra o kształcie przypominającym ludzki.

Na wszystkich sługusów Xendora, gdzie ja trafiłem? - pomyślał.
Czuł w nogach coraz większe zmęczenie. Nie miał zegarka, ale kiedy przechodził pod szybem wentylacyjnym,

odchylił  głowę  mocno  do  tyłu  i  spojrzał  w  górę  przyprawiającej  o  mdłości  czeluści.  Na  jej  końcu  majaczyło
słabnące światło.

Ściemnia się, pomyślał. Zanim dotrę „Pod Rozjarzonego Pająka", będzie całkiem ciemno...
Po raz pierwszy od wielu godzin pomyślał o Brii, zadowolony, że nie wziął jej ze sobą do banku.
Wiedział, że będzie się martwiła. Westchnął i zaczął szukać klatki schodowej, by rozpocząć mozolne wspinanie

się do góry.

Zanim  dotarł  na  poziom  wyposażony  w  takie  luksusy  jak  parki,  a  w  parkach  -  ławki,  na  których  można  było

przysiąść choć na chwilę, miał nogi zesztywniałe z wyczerpania. Opadł ciężko na ławkę, zastanawiając się po raz
pierwszy od rana, co ma dalej zrobić.

Był zmęczony i zniechęcony; jego myśli kręciły się w kółko jak zwierzątko zamknięte w beczce i biegające po

jej wewnętrznej powierzchni.

Myśl! - nakazał sobie. Nie możesz wrócić do Brii w takim stanie...
Ale choć łamał sobie głowę, nie widział żadnego wyjścia z sytuacji. W końcu wstał i powlókł się noga za nogą

w stronę najbliższej turbowindy, czując się jak jeden z tych dzikusów, których minął - odarty z człowieczeństwa.

Kiedy wyjął komputer lokacyjny, okazało się, że urządzenie znów działa. Wprowadził więc adres, który podał

wcześniej Brii: poziom sto trzydzieści dwa, megablok siedemnaście, blok pięć, kwatera dwanaście... powtarzał sobie
w myśli ten adres, idąc za wskazaniami urządzenia.

Kiedy dotarł na poziom, który, jak sądził nadawał się do zamieszkania, poczuł jak żołądek ściska mu się z głodu;

na dodatek do jego nozdrzy dotarły zachęcające zapachy okolicznych barów i restauracji.

W  końcu  zobaczył  świecący  neon  w  obskurnej  dzielnicy  na  granicy  getta  obcych:  ogromny,  kudłaty

devaroniański  pająk,  z  czułkami  ociekającymi  jadem,  jaskrawozielony  na  tle  przyciągającej  wzrok  szkarłatnej

background image

pajęczyny.

„Pod Rozjarzonym Pająkiem". Nareszcie!
Ulica była gwarna i rojna, a większość przechodniów, odurzona alkoholem i narkotykami, ledwie się trzymała

na  nogach.  Han  minął  wylot  ulicy,  kiedy  zobaczył  rozbłysk  niebieskiego  światła  i  świst,  towarzyszący  aktywacji
dawki błyszczostymu.

Zatrzymał  się  we  wnęce  naprzeciwko  knajpy,  zastanawiając  się,  czy  Bria  będzie  czekać  w  środku,  czy  na

zewnątrz. Miał nadzieję, że nie weszła do baru sama... a może weszła, by odnaleźć Nikiego Specjalistę? Westchnął i
otarł dłonią spoconą twarz, czując, jak kręci mu się w głowie z wyczerpania, pragnienia i głodu.

Zanim ruszył przez ulicę, ktoś chwycił go za ramię. Obrócił się na pięcie, sięgając do kieszeni po blaster. Za nim

stała Bria.

- Kochanie! - powiedział zdławionym głosem, obejmując ją i przyciskając do siebie tak mocno, że zaczęła się

wyrywać. Jej dotyk - i zapach - były tak cudowne!

- Han! - powiedziała zduszonym głosem. - Nie mogę oddychać!
Zwolnił  uścisk,  kiwając  się  niepewnie  na  zmęczonych  nogach.  Odsunęła  mu  włosy  z  czoła,  patrząc  z

niepokojem w oczy.

- Co się stało?
Han  poczuł  ucisk  w  gardle;  przez  chwilę  się  obawiał,  że  zbłaźni  się  przed  dziewczyną,  bo  nie  zdoła

powstrzymać łez. Wziął jednak głęboki oddech, potrząsnął głową i powiedział:

- Nie tutaj. Poszukajmy miejsca, gdzie będziemy się mogli zatrzymać, i czegoś do jedzenia. Jestem wykończony.
Pół godziny później siedzieli w pokoju obskurnego hoteliku. Han bywał już w gorszych miejscach, ale cierpiał

widząc,  że  Bria  dzielnie  stara  się  nie  okazywać  szoku  na  widok  panującego  tu  brudu,  smrodu  i  pełzającego
robactwa. Hotel był jednak tani, a przy tym wyglądał na bezpieczny.

Han zaczął od kąpieli, potem wypił duszkiem kilka szklanek wody. Nadal trochę kręciło mu się w głowie, ale

zapach dostarczonego na zamówienie jedzenia ożywił go nieco. Usiadł na brzegu rozklekotanego łóżka i zaczęli jeść
prosto z pojemnika.

Posiłek  przywrócił  Hanowi  część  energii.  Przełknąwszy  ostatni  kęs  oparł  się  o  ścianę.  Patrzył  na  Brie  pustym

wzrokiem i zastanawiał się, od czego zacząć swoją opowieść.

-  Han,  musisz  mi  w  końcu  powiedzieć,  co  się  stało  -  powiedziała.  -  Widzę,  że  jest  nie  dobrze.  Nie  dali  ci

pieniędzy, prawda?

Han  pokręcił  głową,  a  potem  powoli,  przerywając  co  chwila,  opowiedział  jej  o  wydarzeniach  poranka.  Bria

słuchała go ze łzami w oczach.

- No więc wróciłem tutaj - zakończył kompletnie wyczerpany. - Teraz... teraz wiesz już wszystko. Kochanie -

spojrzał  na  nią  ze  ściśniętym  gardłem  -  to  już  koniec.  Nie  mamy  dokąd  pójść.  Nie  wiem,  co  jeszcze  moglibyśmy
zrobić,  poza  wydaniem  ostatnich  kredytów,  jakie  nam  zostały,  żeby  wydostać  się  z  tej  planety.  Potem...  możemy
pracować.  Na  pewno  znajdę  gdzieś  zajęcie  jako  pilot.  Jestem  pewien,  że  się  uda.  -  Westchnął  i  ukrył  twarz  w
dłoniach.  -  To  wszystko  moja  wina,  maleńka.  Powinienem  był  wiedzieć,  że  Huttowie  zeskanują  dokładny  wzór
mojej  siatkówki,  co  pozwoli  im  odkryć  wszystkie  fałszywe  nazwiska,  którymi  się  posługiwałem.  Myślałem,  że
jestem sprytny, podczas gdy byłem głupszy niż pudło kamieni. Posłuchaj, Bria...

Jęknął i przylgnął do dziewczyny, kładąc głowę na jej ramieniu.
- Czy kiedykolwiek mi wybaczysz?
Pocałowała go w czoło i powiedziała miękko:
-  Nie  ma  tu  nic  do  wybaczania.  To  nie  była  twoja  wina.  Gdybyś  nie  zrobił  tego  wszystkiego,  byłabym  teraz

pewnie  w  koszarowym  burdelu,  przechodząc  z  rąk,  do  rąk  od  jednego  szturmowca  do  drugiego.  Nie  zapominaj  o
tym nigdy, Han. Jesteś bohaterem. Uratowałeś mnie i kocham cię za to.

-  Ja  też  cię  kocham  -  powiedział  patrząc  jej  w  oczy.  -  Nie  umiałem  ci  tego  powiedzieć  wcześniej,  ale...  chcę,

żebyś wiedziała. Kocham cię, Bria.

Pokiwała głową, a z kącika oko spłynęła jej po policzku pojedyncza łza. Han starł ją koniuszkiem palca.
- Nie płacz - poprosił. - Co prawda sam się o mało nie popłakałem, ale potem stwierdziłem, że jeśli tylko uda

nam  się  odlecieć  z  tej  przeklętej  planety,  wszystko  się  jakoś  ułoży.  Możemy  przecież  pracować.  Możemy  być
razem...  Wiem,  że  nam  się  uda.  -  Zawahał  się,  a  potem  wyrzucił  z  siebie:  -  Możemy  nawet  się  pobrać,  maleńka.
Gdybyś chciała...

Widział, że jego niezgrabne oświadczyny poruszyły ją głęboko, ale pokręciła głową.
-  A  twoje  marzenia,  Han?  Nie  możesz  się  poddawać.  Dotarliśmy  tak  blisko.  Musimy  coś  wymyślić.  Miałeś

przecież zostać oficerem w Imperialnej Marynarce, pamiętasz?

Teraz on pokręcił głową.
- Już nie. Muszę znaleźć jakiś inny sposób na życie.

background image

- Och, Han! - rozpłakała się. - Nie mogę znieść, że tak się załamałeś!
- Wcale się nie załamałem! - zaprzeczył, choć wiedział, że to ona ma rację.
Bria oparła głowę o pierś Hana i przytuliła do niego mocno.
- Dziś już nic nie wymyślimy - powiedział chłopak. - A jutro czeka nas kawał roboty do odwalenia.
Zaczęła  go  całować  -  policzek,  podbródek,  szyję...  szybkie,  delikatne,  rozpaczliwe  pocałunki.  Han  przytulił  ją

mocniej  i  odnalazł  jej  usta.  Głaskał  policzki,  przeczesywał  palcami  pachnące  włosy,  pochłonięty  jednym
pragnieniem - by jej dotykać, by zatracić się w dotyku delikatnego ciała..

Nędzny pokoik rozpłynął się wokół nich, a jedyną myślą Hana było, jak dobrze być przy niej...
Wcześnie  rano,  tuż  przed  świtem  -  choć  dla  większości  mieszkańców  tej  planety,  z  wyjątkiem  niewielkiego

grona bogaczy żyjących, w przenośnio i dosłownie, na najwyższym poziomie, pory dnia i nocy niewiele znaczyły -
Bria Tharen siedziała skulona w zapuszczonej, ciasnej łazience. W ręku miała pisak, a przed sobą arkusz flimplastu;
obok leżała spora kupka kredytów.

Z  sypialni  słyszała  przytłumiony  oddech  śpiącego  Hana,  który  pochrapywał  od  czasu  do  czasu.  Był  tak

wycieńczony, że nie słyszał, jak wstała i wyszła z pokoju, ani kiedy wróciła z powrotem wiele godzin później.

Teraz  męczyła  się  nad  arkusikiem  flimplastu,  przerywając  co  chwila  pisanie,  by  zetrzeć  kolejną  łzę,  która

przesłaniała  jej  wzrok.  Podarła  już  sześć  czy  siedem  arkuszy,  zaczynając  wciąż  od  nowa;  czas  płynął,  a  ona
wiedziała, że nie może jej tu być, kiedy Han się obudzi. W przeciwnym razie przenigdy nie zdobędzie się na to, by
go opuścić.

Znowu  wybrała  rozwiązanie  tchórza.  Tłumione  łkanie  ścisnęło  jej  gardło  i  pozbawiło  tchu,  aż  musiała

przycisnąć obie dłonie do piersi. Zastanawiała się, czy to możliwe, by jej serce stanęło z bólu. Wreszcie potrząsnęła
głową  i  stwierdziła,  że  nie  może  już  marnować  czasu.  „Tak  mi  przykro  -  napisała.  -  Proszę,  wybacz  mi,  że  to
robię!.."

Dzisiejszej  nocy  po  raz  pierwszy  pomyślała,  że  przez  nią  Han  może  nie  zrealizować  największego  marzenia

swojego życia. Była mu kulą u nogi; ciągnęła go w dół od tygodni, choć nie chciała wcześniej się do tego przyznać.
Ale dziś... kiedy widziała rozpacz w jego oczach, słyszała ją w głosie, to było nie do zniesienia.

Wymknęła  się  więc  z  pokoju,  gdy  spał,  znalazła  bar,  którego  właściciel  pozwolił  jej  za  opłatą  skorzystać  z

komunikatora, i połączyła się z ojcem. Poprosiła o pomoc i dla siebie, i dla Hana. Stosik kredytów na podłodze był
odpowiedzią na jej błagania. Renn Tharen wiedział, jak się załatwia sprawy i nie tracił czasu. Pieniądze dostarczył
jej  jeden  z  jego  współpracowników;  wręczył  kredyty  i  nie  czekając  na  podziękowania  odszedł  w  noc,  wyraźnie
zadowolony, że może opuścić obskurną spelunkę, w której się spotkali.

Podczas krótkiej rozmowy ojciec Brii ostrzegł ją, by nie wracała do domu. Powiedział, że inspektorzy KorSeku

odwiedzili ich wkrótce po ucieczce Hana i Brii, wypytując o miejsce jej pobytu.

-  Nic  im  nie  powiedziałem  -  zapewnił.  -  A  twój  brat  i  matka  nie  odzywają  się  do  mnie,  bo  obciąłem  im

miesięczne kieszonkowe. Przysięgali tylko, że to nie oni zawiadomili KorSek. Uważaj na siebie, kochanie...

- Będę uważać, tato - obiecała Bria. - Kocham cię, tato. I dziękuję...
Jego też zraniłam - pomyślała Bria. Dlaczego zawsze musze ranić tych, których najbardziej kocham?
Była zrozpaczona, ale wiedziała, że nie może się teraz załamać. Jedyne, co mogła zrobić dla Hana, to uwolnić go

od siebie.

Musisz być silna, dziewczyno, nakazała sobie.
Ścisnęła pisak, otarła łzy i zmusiła się, by dokończyć najtrudniejszy list, jaki kiedykolwiek przyszło jej napisać.
Han wiedział, że coś jest nie tak, zanim jeszcze otworzył oczy. W pokoju panowała absolutna cisza.
- Bria? - zawołał. Wyskoczył z łóżka ubierając się w biegu. - Bria, kochanie?
Nie było odpowiedzi.
Han odetchnął głęboko, starając się uspokoić oszalałe bicie serca.
Pewnie  wyszła  po  stymherbatę  i  coś  do  jedzenia,  przekonywał  sam  siebie.  Przypuszczenie  było  całkiem

rozsądne w tych okolicznościach, ale coś mu mówiło, że to nieprawda.

Zapiął kombinezon i sięgnął po kurtkę. Dopiero wtedy zauważył, że kurtka Brii zniknęła.
Jęknął  rozpaczliwie,  gdy  zobaczył,  że  z  jego  kieszeni  wystaje  coś  białego.  Szarpnął  i  wyjął  sakiewkę  pełną

kredytów o dużych nominałach. I coś jeszcze...

List.  Napisany  na  wymiętym  i  pokreślonym  kawałku  flimplastu.  Zamknął  oczy,  ściskając  w  ręku  wiadomość.

Przez dobrą minutę nie potrafił się do tego zmusić, wreszcie otworzył oczy i przeczytał:

Najdroższy Hanie!
Nie zasługujesz na to, a ja mogą Cię tylko przeprosić. Kocham Cię, ale nie mogę z Tobą zostać...
 

background image

ROZDZIAŁ 15. ZGLISZCZA

 
Pierwszą myślą Hana było: „Ona wróci", ale zaraz uświadomił sobie: „Straciłem ją na zawsze"... Rozpaczliwie

rozglądał się po pokoju, czując, że jeżeli nic nie zrobi, to chyba zaraz eksploduje.

Głośno przeklinając cisnął kurtką o ścianę, chwycił poduszki i zrzucił je z łóżka. To go nie uspokoiło - myślał,

że oszaleje. Głowa wydawała mu się zbyt mała, aby pomieścić mózg. Wypełniała go potrzeba wykrzyczenia bólu i
rozpaczy, tak jak to robią Wookie.

-  Aaaaaaaaaaa  -  wrzasnął,  chwycił  zdemolowane  krzesło,  jeden  z  trzech  mebli  znajdujących  się  w  pokoju,

podniósł  je  nad  głowę  i  z  całej  siły  rzucił  w  kierunku  drzwi.  W  tej  samej  chwili  usłyszał  głośne  przekleństwo
sąsiada. Krzesło, nienaruszone, leżało w sąsiednim pokoju na wyliniałym dywanie. Drzwi specjalnie nie ucierpiały.

Han opadł na łóżko i leżał tak przez parę minut z głową osłoniętą ramionami. Ból przychodził i odchodził. Paliło

go  w  piersiach,  samo  oddychanie  sprawiało  mękę.  Ulga  przyszła  dopiero  wówczas,  gdy  przestał  cokolwiek
odczuwać.

To odrętwienie było jednak najgorsze ze wszystkiego.
Po dłuższej chwili dotarło do niego, że nie skończył czytać listu Brii. Poza plikiem kredytów tylko to mu po niej

pozostało, usiadł więc i mrużąc oczy w mdłym świetle zaczął czytać niewyraźne słowa:

 
Najdroższy Hanie!
Nie zasługujesz na to, a ja mogę Cię tylko przeprosić. Kocham Cię, ale nie mogę z Tobą zostać...
Codziennie myślę, że się załamię i wrócę następnym statkiem na Ilezję. Obawiam się, że nie mam dość siły, aby

wytrwać -ale muszę wytrwać. Muszę spojrzeć prawdzie w oczy -jestem uzależniona od Uniesienia i muszę walczyć z
tym nałogiem. Potrzebna mi do tego będzie cała moja energia. Do tej pory wykorzystywałam Twoją siłę, co nie było
dobre ani dla Ciebie, ani dla mnie. Będziesz potrzebował całej swojej odwagi i determinacji, aby zdać egzaminy i
dostać się do Akademii.

Nie  rezygnuj  z  marzenia,  by  zostać  oficerem,  Han.  Bez  obaw  korzystaj  z  pieniędzy,  które  Ci  zostawiłam.  Mój

ojciec dał je nam z własnej woli, bo Cię lubi i jest Ci wdzięczny. Tak jak ja zdaje sobie sprawę, że uratowałeś mi
życie. Proszę, przyjmij ten prezent. Oboje pragniemy, aby Ci się powiodło.

Tyle się od ciebie nauczyłam: jak kochać, jak być lojalną i dzielną. Nauczyłam się także, jak znaleźć ludzi, którzy

pomogą mi zmienić tożsamość, więc nie zadawaj sobie trudu i nie szukaj mnie. Odchodzę i zamierzam skończyć z
moim nałogiem. Dokonam tego, nawet jeśli odbierze mi to resztki siły i odwagi.

Przez całe swoje życie byłeś wolny, Han. I silny. Zazdroszczę Ci. Pewnego dnia i ja będę wolna. I silna.
Być może wtedy będziemy mogli znów się spotkać.
Spróbuj  nie  znienawidzić  mnie  zbyt  mocno  za  to,  co  zrobiłam.  Jeśli  jednak  tak  się  stanie,  nie  będę  miała  do

Ciebie pretensji. Pamiętaj, że Cię kocham i zawsze będę Cię kochała ...

Twoja Bria

 
Han  zmusił  się,  aby  przeczytać  list  do  końca.  Każde  słowo  paliło  go  jak  płomień  lasera.  Kiedy  skończył,

postanowił„zacząć od początku, aby odwlec moment, w którym będzie musiał znów zacząć czuć i myśleć. Dopóki
czytał wiadomość od Brii, czuł się tak, jakby ona nadal tu była. Prawie słyszał jej głos. Wiedział, że gdy przestanie
czytać, znów jej nie będzie.

Tym razem jednak nie mógł odczytać słów - były zbyt rozmazane. Od jego łez.
-  Kochanie  -  szeptał.  Gardło  miał  tak  ściśnięte,  że  trudno  mu  było  wydobyć  głos.  -  Nie  powinnaś  tego  robić.

Byliśmy zespołem, pamiętasz?

Zauważył, że używa czasu przeszłego i wstrząsnął nim dreszcz. Wstał i zaczął krążyć po pokoju. Ruch wydawał

się jedynym sposobem zniesienia bólu. Fale gniewu i frustracji ogarniały go na przemian ze smutkiem tak głębokim,
że wolałby chyba oszaleć.

Kłamała.  Nigdy  mnie  nie  kochała.  Próżna,  bogata  dziewczyna,  byłem  dla  niej  tylko  zabawką...  Wykorzystała

mnie, żeby uciec, i bawiła się mną, póki się jej nie znudziłem. Nienawidzę jej...

Han  jęknął.  Nieprawda,  myślał.  Kocham  ją.  Jak  mogła  mi  to  zrobić?  Mówiła,  że  kocha.  Kłamała!  Kłamała?

Nie... naprawdę tak myślała. Spójrz prawdzie w oczy, Han. Wiesz, że cierpiała. Bria była nieszczęśliwa...

Tak,  cierpiała.  Han  przypomniał  sobie  wszystkie  noce,  gdy  słyszał  jej  płacz  i  obejmował  ją,  starając  się

pocieszyć.

Kochanie,  myślał,  dlaczego?  Tak  bardzo  chciałem  ci  pomóc.  Nie  powinnaś  być  sama.  Trzeba  było  zostać.

Poradzilibyśmy sobie...

Bał się, że przez swoje uzależnienie Bria może uciec z powrotem na Ilezję. Han nie miał złudzeń co do reakcji

background image

Teroenzy  na  jej  powrót.  TManda  Til  nie  był  zdolny  do  współczucia  ani  miłosierdzia.  Arcykapłan  natychmiast
kazałby zabić Brie, gdyby tylko znalazła się w jego zasięgu.

Bezmyślnie rozglądał się po obskurnym pokoju. Czy to możliwe, że ostatnią noc spędzili tutaj razem, trzymając

się  w  ramionach?  Bria  ściskała  go  mocno,  namiętnie.  Teraz  Han  rozumiał  powód  tej  namiętności.  Wiedziała,  że
obejmuje go ostatni raz...

Potrząsnął głową. Jak to możliwe, że wszystko zmieniło się tak radykalnie w ciągu zaledwie kilku godzin?
Dziecinna  część  jego  natury  zapragnęła  odwrócić  czas.  Niech  będzie  Wtedy,  a  nie  Teraz.  Teraz  mi  się  nie

podoba, chcę, żeby wróciło Wtedy...

Jasne, że to głupie. Wstrzymał oddech i zaraz wydał jęk bólu, który zabrzmiał jak szloch.
Nagle  poczuł,  że  nie  wytrzyma  ani  chwili  dłużej  w  tym  okropnym  pokoju.  Wcisnął  swoje  rzeczy  do  torby,  a

kredyty  pochował  w  wewnętrznych  kieszeniach,  blisko  ciała.  W  końcu  włożył  swoją  wiekową  kurtkę  i  zatknął
blaster za pas.

Wyszedł z pokoju. Minął niechlujną kobietę siedzącą w recepcji i poszedł dalej...
Chodził tak cały dzień, poruszając się jak robot wśród szemranego towarzystwa zaludniającego tę okolicę, pełną

burdeli  i  spelunek,  graniczącą  z  osiedlem  zamieszkanym  przez  obcych.  Nic  nie  jadł,  nie  mógł  nawet  myśleć  o
jedzeniu.

Cały  czas  pamiętał  o  skradzionym  blasterze.  W  pewnym  sensie  Han  miał  nadzieję,  że  ktoś  spróbuje  go

obrabować. Wówczas mógłby się wyładować, zranić kogoś lub zabić. Chciał coś zniszczyć. Coś lub kogoś.

Nikt  go  jednak  nie  zaczepił.  Może  stwarzał  wokół  siebie  jakąś  aurę,  może  jego  postawa  ostrzegała  innych,  że

lepiej z nim nie zadzierać.

Jego umysł nadal walczył z sercem. Przypominał sobie wszystko, co kiedykolwiek któreś z nich powiedziało lub

zrobiło.  Czy  on  zrobił  coś  nie  tak?  Czy  Bria  jest  śliczną,  nieszczęśliwą,  ale  przyzwoitą  dziewczyną  walczącą  ze
śmiertelnym  nałogiem,  czy  raczej  zepsutą,  pozbawioną  uczuć  bogatą  pannicą,  która  zabawiła  się  z  nim  w  tak
okrutny sposób? Czy kiedykolwiek naprawdę go kochała?

W pewnym momencie Han znalazł się na rogu ulicy między dwoma stosami kamieni. W ręku trzymał kartkę od

Brii,  którą  próbował  czytać  przy  świetle  neonu  migającego  nad  wejściem  do  burdelu.  Zamrugał.  Chyba  pada
deszcz... Miał mokrą twarz.

Spojrzał w górę na niebo, ale nieba nie zobaczył, tylko wysoko umieszczony sufit. Wyciągnął rękę. Deszcz nie

padał.

Starannie złożył list i starannie go schował. Odrzucił pokusę podarcia kartki albo spalenia jej na popiół. Coś mu

mówiło, że kiedyś by tego żałował.

Wszystko  jedno,  jaka  była,  już  jej  NIE  MA,  pomyślał,  prostując  ramiona.  Nie  wróci,  a  ja  muszę  się  jakoś

pozbierać. Jutro z samego rana pójdę „Pod Rozjarzonego Pająka" poszukać Nikiego Specjalisty...

Nagle Han zorientował się, że jest późna noc. Włóczył się po ulicach przez kilkanaście godzin. Na szczęście w

tej  dzielnicy  niektórych  lokali  nigdy  nie  zamykano  na  noc.  Korelianin  uświadomił  sobie,  że  potrzebuje  jedzenia  i
snu - kręciło mu się w głowie z głodu i zmęczenia.

Zaczął  powoli  wracać  tą  samą  drogą.  Przy  każdym  kroku  odczuwał  ból,  jakby  stąpał  po  rozżarzonym  piasku.

Stopy miał poranione i pokryte pęcherzami. Kulał.

Bolące stopy były dla niego wybawieniem - pozwoliły mu oderwać się od dręczących myśli.
Od  tej  chwili  jestem  tylko  ja,  Han  Solo,  pomyślał.  Zatrzymał  się  i  popatrzył  na  nocne  niebo,  ledwo  widoczne

przez  komin  wentylacyjny.  Na  czarnym  tle  błyszczała  samotna  gwiazda  -  a  może  była  to  stacja  kosmiczna?
Postanowienie  Hana  miało  moc  przysięgi.  Nie  dbam  o  nikogo.  Nikogo  poza  mną  samym.  Od  tej  chwili  nikt  nie
będzie mi bliski. Choćby była najpiękniejsza, najmądrzejsza czy najmilsza. Żadnych przyjaciół, żadnych kochanek...
Nikt  nie  jest  wart  takiego  bólu.  Od  tej  chwili  jestem  tylko  ja...  Solo.  Jakaś  część  jego  umysłu  zauważyła
niezamierzoną ironię tej gry słów i ogarnął go pusty śmiech. Odtąd jego nazwisko zlało się z osobowością; zaczęło
określać to, kim się stał.

Solo. Tylko ja. Galaktyka i wszyscy jej mieszkańcy mogą iść do diabła. Jestem Solo, teraz i na zawsze.
Ostatnie ślady młodzieńczej miękkości znikły z twarzy Hana. Jego spojrzenie nabrało chłodu i twardości. Szedł

przed  siebie  w  ciemności,  a  obcasy  jego  butów  mocno  stukały  o  podłoże  -  twarde  jak  skorupa  okrywająca  od  tej
chwili jego serce.

Tydzień  później  Han  Solo  szedł  w  stronę  Gmachu  Przyjęć  Imperialnej  Akademii  Marynarki.  Był  to  wysoki  i

masywny budynek o monumentalnej, dumnej architekturze.

Promienie  bladego  słońca  oświetlającego  Coruscant  drażniły  oczy  Hana.  Wyszedł  na  światło  słoneczne  po  raz

pierwszy od dłuższego czasu i oczy miał nadal bardzo wrażliwe.

Zmiana wzoru siatkówki oka była możliwa, co Han właśnie na sobie udowodnił, jednak nie było to przyjemne

doświadczenie.

background image

Przeszedł zmieniającą układ komórek operację laserem, po której spędził dzień w pojemniku bacta czekając, aż

rana  się  wygoi.  Przez  trzy  następne  dni  leżał  w  masce  bacta  na  twarzy  w  małym  pokoiku  na  tyłach  „kliniki"
Nikiego.

Dobrze  wykorzystał  czas  przymusowej  bezczynności.  Słuchał  przez  wiele  godzin  nagrań  z  historii  i  literatury,

wkuwając  do  egzaminów,  do  których  miał  nadzieję  przystąpić.  Han  nie  liczył  na  to,  że  egzaminy  na  Akademię
okażą się dla niego łatwe. Jego wykształcenie było w najlepszym razie niekompletne.

Niki Specjalista wart był każdego kredytu swojego niebotycznego wynagrodzenia. W imperialnej bazie danych

znajdował  się  teraz  Han  Solo  wraz  ze  wzorem  siatkówki  i  innymi  znakami  szczególnymi.  Większość  z  nich  była
całkiem nowa; roboty medyczne Nikiego umieściły na jego ciele kilka świeżych blizn. Stare zostały usunięte.

„Nowy"  Han  Solo  miał  teraz  identyfikator  nie  do  odróżnienia  od  tych,  które  posiadali  lojalni  obywatele

Imperium. Po raz pierwszy od ponad dziesięciu lat był czysty - nikt za nic nie poszukiwał Hana Solo. Nie musiał
chować  wzroku,  by  ukryć  spojrzenie  pełne  winy,  ani  żałować,  że  nie  ma  oczu  z  tyłu  głowy.  Nie  musiał  czujnie
wypatrywać błysku światła, zdradzającego wycelowany weń blaster.

Nadal sztywniał, słysząc nagły hałas, ale po prostu dlatego, że miał dobry refleks.
Han Solo był teraz normalnym obywatelem, a nie prześladowanym uciekinierem.
Nadal miał identyfikatory Vykka Draygo i Jenosa Idaniana, schowane głęboko w schowku na kredyty, ale tylko

czekał na okazję, by się ich pozbyć. Twarz Hana nigdy nie pojawiała się na plakatach z podpisem „Poszukiwany"
ani  w  bazach  danych  zarezerwowanych  dla  przestępców.  Były  tam  tylko  oryginalne  wzory  jego  siatkówki,  która
została zmieniona.

Wchodził  po  schodach  Gmachu  Przyjęć  swobodnym,  pewnym  krokiem.  Podszedł  do  siedzącego  za  biurkiem

oficera zajmującego się rekrutacją i uśmiechnął się uprzejmie.

-  Dzień  dobry  -  powiedział.  -  Nazywam  się  Han  Solo  i  chciałbym  przystąpić  do  egzaminów  wstępnych  do

Imperialnej Akademii. Zawsze marzyłem o tym, by zostać oficerem marynarki.

Oficer nie uśmiechnął się, ale wyglądał przyjaźnie.
- Czy mogę zobaczyć pana identyfikator, panie Solo?
- Proszę bardzo - powiedział Han, kładąc dokument na biurku.
- To potrwa tylko chwilę. Proszę usiąść.
Han usiadł. Był spięty, ale powtarzał sobie, że nie ma się czego obawiać. Dzięki kredytom Renna Tharena...
Po kilku minutach oficer oddał Hanowi jego identyfikator i uśmiechnął się lekko.
-  Wszystko  się  zgadza,  Solo.  Może  pan  złożyć  podanie  i  rozpocząć  egzaminy  już  dziś.  Czy  jest  pan  świadom

faktu,  że  przyjmujemy  tylko  niespełna  pięćdziesiąt  procent  kandydatów?  A  pięćdziesiąt  procent  z  tych  przyjętych
nigdy nie ukończy Akademii?

- Tak jest, proszę pana. Wiem o tym - zapewnił Han. - Ale postanowiłem spróbować. Jestem dobrym pilotem.
- Imperator potrzebuje dobrych pilotów - powiedział mężczyzna, uśmiechając się tym razem szczerze. - W takim

razie może pan zaczynać...

Następny  tydzień  był  metodycznie  zaplanowanym  koszmarem.  Zaczęło  się  od  badania  lekarskiego,

dokładniejszego niż wszystkie, jakie do tej pory przechodził. Robot medyczny dotykał i penetrował takie miejsca w
ciele Hana, że ten marzył o tym, by przykopać automatowi w obwody, ale znosił wszystko ze stoickim spokojem.

Był  wyjątkowo  spięty  podczas  badania  oczu,  ale  dzieło  Nikiego  było  majstersztykiem.  Imperialny  robot

medyczny nie dopatrzył się niczego niezwykłego.

Han zakończył badanie medyczne z doskonałymi wynikami. Czas reakcji plasował go w czołówce kandydatów.
Potem zaczęły się schody...
Dzień  po  dniu  stale  kurczącą  się  grupkę  kandydatów  wprowadzano  do  pokoi  egzaminacyjnych.  W  każdym  z

nich siedział robot egzaminujący, który zadawał im pytania, zapisywał wyniki i sumował uzyskane punkty.

Noc  po  nocy  Han  wracał  wyczerpany  do  maleńkiego  pokoiku  w  kolejnym  tanim  hotelu.  Usiłował  zasnąć,  ale

nawet w nocy męczyły go koszmary w rodzaju:

-  Pytanie  do  kandydata  Solo:  pokażę  panu  cztery  typy  zbroi.  Która  z  nich  była  używana  przez  siły

mandaloriańskie w ostatnim stuleciu?

Albo:
-  Pytanie  do  kandydata  Solo:  w  którym  roku  nasz  wspaniały  Imperator  został  przewodniczącym  Senatu

Imperium?

Albo:
-  Pytanie  do  kandydata  Solo:  jeśli  gwiezdny  niszczyciel  klasy  „Victory"  opuszcza  imperialną  bazę  w  danym

momencie, mając daną masę i przenosząc uzbrojenie, ładunek i kontyngent wojska o danej wadze, przy jakim kursie
i  wektorze  podejścia  do  systemu  Daedalon  osiągnie  najmniejsze  zużycie  paliwa?  Przy  jakim  kursie  i  wektorze
podejścia osiągnie najwyższą prędkość? Proszę uzasadnić odpowiedź obliczeniami.

background image

Albo:
- Pytanie do kandydata Solo: która bitwa podczas Kryzysu Nooliańskiego przyczyniła się do wyzwolenia sektora

bothańskiego? W którym roku miała miejsce?

Najgorsze, przynajmniej dla Hana, były pytania z zakresu kultury. Od kadetów oczekiwano, że będą nie tylko

oficerami, ale i dżentelmenami, musieli więc posiadać pewną ogładę. Han pocił się nad pytaniami w stylu: „Usłyszy
pan  teraz  trzy  utwory  muzyczne  z  trzech  różnych  planet.  Proszę  podać  nazwę  planety,  z  której  pochodzi  każdy  z
utworów".

Jak  na  ironię,  Han  dosyć  dobrze  radził  sobie  z  pytaniami  z  zakresu  sztuki,  z  wyjątkiem  tych  dotyczących

muzyki. Jego doświadczenia jako złodzieja i włamywacza pozwoliły mu choćby powierzchownie otrzeć się o dawną
i współczesną sztukę galaktyczną.

Kiedy po trzech dniach nieubłaganych egzaminów Han zobaczył, że jego nazwisko nadal świeci się na tablicy

kandydatów w hallu Gmachu Przyjęć, był jednocześnie zaskoczony i wniebowzięty.

Ostatnie  dwa  dni  sesji  egzaminacyjnej  upłynęły  na  testach  z  pilotażu.  Tu  Han  mógł  z  pożytkiem  wykorzystać

swoje  dotychczasowe  doświadczenia.  Kandydatów  wysłano  dużymi  statkami  transportowymi  poza  planetę,  do
najbliższej bazy imperialnej. Tylko część testów dla zaawansowanych odbyła się na Coruscant.

Każdego dnia kandydaci ćwiczyli pilotaż w najrozmaitszych warunkach. Han radził sobie dobrze i wiedział, że

przeszedł wszystkie testy. Dostał jedną jedyną uwagę w papierach egzaminacyjnych - oficer przeprowadzający testy
(tym  razem  był  to  instruktor  rasy  ludzkiej)  zauważył  kwaśno,  że  jego  zdaniem  wynik  Hana  („najkrótszy  czas
przelotu na zadanej trasie") powinien być skreślony, bo „nie jest w zwyczaju, by kandydat na pilota latał promem
pod Łukiem Triumfalnym Imperatora Palpatine w Centrum Imperialnym zamiast ponad nim".

- Wystraszył kilka tysięcy obywateli Imperium! Otrzymaliśmy setki skarg! - ciskał się oficer.
Przewodniczący komisji egzaminacyjnej wzruszył ramionami.
- Ale nikt nie został ranny, zgadza się?
- Tak jest.
-  W  takim  razie  wynik  kadeta  Solo  pozostaje  w  mocy.  Obywatelom  przyda  się  od  czasu  do  czasu  dreszczyk

emocji. To dobre na krążenie - stwierdził przewodniczący komisji.

Han uważał, by nie dać po sobie poznać, że podsłuchał tę wymianę zdań.
Wiedział,  że  chociaż  testy  pilotażu  poszły  mu  bardzo  dobrze,  kilka  innych  przedmiotów  zdał  niemal  cudem.

Parę razy przy jego nazwisku pojawił się minus, oznaczający, że będzie musiał podjąć kurs wyrównawczy z danego
przedmiotu, jeżeli zda egzaminy i zostanie przyjęty do Akademii.

Nie  zdziwił  się,  widząc  minus  przy  przedmiotach  takich  jak  muzyka,  przedrepublikańska  historia  starożytna,

fizyka kwantowa interprzestrzeni czy nieliniowa geometria hiperprzestrzeni.

Han  wkuwał  co  wieczór  i  zasypiał  przy  wtórze  cichego  bzyczenia  nagrań  podprogowych,  pakujących  mu  do

głowy podczas snu masę informacji. Nie przeszkadzało mu, że co noc śnią mu się egzaminy.

To było i tak dużo lepsze, niż gdy śniła mu się Bria.
Nadszedł  wreszcie  dzień,  gdy  stanął  pod  wideotablicą  informacyjną  i  przebiegł  wzrokiem  listę  z  nazwiskami

osób, które nie zdały egzaminów - ale nie znalazł tam swojego.

Z  bijącym  sercem,  bojąc  się  poddać  nadziei,  podszedł  do  listy  wywieszonej  po  drugiej  stronie  korytarza,  pod

dumnym nagłówkiem „Lista przyjętych".

„Han Solo" - lśniło jasnymi literami na ciemnej wideotablicy. Han patrzył na swoje nazwisko, niezdolny myśleć,

nie do końca wierząc w to, co widzi.

A  jednak  było  tam.  Kręcił  się  po  korytarzu  prawie  godzinę,  podchodził  do  tablicy  ze  trzy  razy,  i  za  każdym

razem jego nazwisko nadal widniało na liście przyjętych. W końcu, za trzecim razem, pozwolił sobie powiedzieć na
głos: „Udało się!" i wyrzucić w górę pięść zaciśniętą w geście triumfu.

Zszedł po monumentalnych schodach na rozległy, otwarty plac pod gołym niebem. Zimne wieczorne powietrze

opływało go jak chłodna, odświeżająca fala.

Trzeba to uczcić, pomyślał, upojony sukcesem.
Zafundował sobie obiad w jednej z eleganckich restauracji na najwyższych piętrach miasta, niedaleko Gmachu

Przyjęć.  Zamówił  medaliony  z  nerfa  w  aromatycznym  sosie,  smażone  bulwy  na  przystawkę,  surówkę  i
alderaaniańskie piwo, które sączył, rozkoszując się jego smakiem.

Podczas kolacji rozglądał się wokół, podziwiając piękny wystrój wnętrza, rzeźby z żywolodu, dyskretną muzykę

grającego  jizz  tercetu  i  kelnerów  -  ludzi,  a  nie  roboty.  Wśród  gości  było  kilku  wyższych  stopniem  oficerów  w
towarzystwie  pięknych  kobiet  w  szykownych  sukniach  wieczorowych.  Han  uniósł  szklankę  z  piwem  w  niemym
toaście i pomyślał: „Udało mi się, Bria. Szkoda, że cię tu ze mną nie ma"...

Zapłaciwszy bez żalu niebotyczną cenę za kolację, wyszedł z restauracji i przeszedł na drugą stronę szerokiego,

zadbanego  placu.  Tarcza  przeciwpogodowa  umieszczona  wysoko  nad  placem  kierowała  podmuchy  wiatru  w

background image

przeciwną stronę, więc Han rozgrzał się szybkim marszem. Zapiął starą kurtkę, chroniąc się przed nocnym chłodem.

Wszędzie wokół siebie i nad głową widział iglice i dachy najwyższych domów. Plac znajdował się tuż poniżej

najwyższego poziomu ulic w tej części Coruscant. Oprócz niezliczonych turbowind na najwyższe piętro prowadziły
długie, poskręcane rampy.

Han wyszedł z zasięgu oślepiającego światła lamp i oparł się o barierkę ochronną, próbując zobaczyć gwiazdy.

Zauważył  dwie  czy  trzy  najjaśniejsze,  ale  łuna  nad  miastem  całkowicie  przyćmiła  blask  pozostałych.  Czerwone  i
zielone zorze zapalały się, by zamigotać i zgasnąć, jakby malowane na czarnej tafli nieba przez jakiegoś szalonego
olbrzyma z artystycznym zacięciem. Widok zapierał dech w piersiach.

Udało mi się!
Han uśmiechnął się.
I  nagle  zamarł,  czując,  że  coś  małego,  twardego  i  okrągłego  wbija  mu  się  w  kark.  Lufa  miotacza.  Głos,  który

Han momentalnie rozpoznał, mimo że minęło ponad pięć miesięcy od czasu, gdy słyszał go po raz ostatni, odezwał
się jowialnie:

-Witaj, Han. Jak się masz, chłopcze? Muszę przyznać, że niełatwo było cię znaleźć.
To nie może się dziać naprawdę, pomyślał Han. Nie teraz! To niesprawiedliwe!
Przyjazny głos dodał z chichotem:
- Han, może odwrócisz się pomalutku, żebyśmy mogli sobie pogadać twarzą w twarz?
Han  odwrócił  się  bardzo  wolno  i  znalazł  się  -  tak  jak  przypuszczał  -  twarzą  w  twarz  z  Garrisem  Shrike'em.

Kapitan  „Farciarza"  zamienił  tym  razem  swój  pstrokaty  mundur  na  strój  łowcy  nagród  -  znoszoną  skórzaną
kamizelkę, spodnie i obcisłą tunikę z wełny alderaaniańskich nerfów, poza tym jednak wyglądał dokładnie tak samo
jak wtedy, gdy Han pozostawił go nieprzytomnego na deskach pokładu jego statku.

A jednak coś się zmieniło... - zastanowił się Han. Wygląda jakoś inaczej....
Po chwili zdał sobie sprawę, że patrzy na Shrike'a z góry.
To ja się zmieniłem, uświadomił sobie po chwili. Urosłem. Jestem teraz wyższy od niego.
Shrike obrzucił go spojrzeniem.
-No, no... niezły z ciebie przystojniaczek, chłopcze - powiedział. - Szkoda, że nie mogę cię zabrać z powrotem

na „Farciarza". Nasze panie piałyby z zachwytu. Wpadłbyś im w oko, bez dwóch zdań.

Han odzyskał w końcu głos.
- Czego chcesz, Garris? - zapytał zimno.
- Ach, więc teraz jesteśmy na „ty", chłoptasiu? Uważasz mnie za równego sobie? - Shrike wymierzył Hanowi

zamaszysty  policzek.  Gdy  pilot  spiął  się  do  kontrataku,  poczuł  że  lufa  blastera  wbija  mu  się  w  nerkę.  Nic  nie
mówiąc, starł krew z rozciętej dolnej wargi. - Otóż nie jesteśmy równi sobie i radzę ci o tym nie zapominać. Jesteś
dla mnie tylko kupką kredytów, którą dostanę od Huttów za doprowadzenie im żywcem niejakiego Vykka Draygo.

- Huttowie mnie szukają? - zapytał Han, by zyskać na czasie.
- Szukają Vykka Draygo, Jenosa Idaniana i paru innych gości, za których się podawałeś. Ale teraz jesteś Hanem

Solo,  zgadza  się?  A  ja  jestem  jedyną  osobą  w  galaktyce,  która  wie,  że  Han  Solo  to  także  Vykk  Draygo  i  spółka.
Dlatego  kiedy  zobaczyłem  ogłoszenie  Huttów,  postanowiłem  przerwać  emeryturę...  tylko  z  twojego  powodu.  Nie
mogę pozwolić, by taka kupa kredytów przeszła mi koło nosa.

- Rozumiem - powiedział Han.
Shrike odrzucił głowę do tyłu i wymierzył mu drugi policzek.
-  Nic  nie  rozumiesz,  smarkaczu!  Nie  rozumiesz,  że  „Farciarz"  nie  miał  ostatnio  szczęścia.  Nie  rozumiesz,  że

Larrad nigdy nie doszedł do siebie po tym, jak twój małpolud przestawił mu ramię. Te kredyty od Huttów pozwolą
nam znów wyjść na prostą.

-  Doprawdy?  -  zapytał  Han.  -  Nie  bardzo  rozumiem,  w  jaki  sposób  złapanie  mnie  ma  ci  przynieść  szczęście.

Lepiej wymyśl jakiś szwindel i leć z nim na Gamorrę. Boja, Garris... chyba niestety nie będę mógł pójść ci na rękę...

Han  stopniowo  zniżał  głos,  mówiąc  coraz  ciszej.  Shrike  mimo  woli  pochylał  się  coraz  bardziej  w  jego  stronę,

aby lepiej słyszeć...

...i  wtedy  Han  z  dzikim  okrzykiem  skoczył  na  niego.  Jedną  ręką  zablokował  ramię  Shrike'a,  wbijając  niemal

równocześnie  kolano  w  krocze  mężczyzny.  Shrike  jęcząc  zgiął  się  w  pół,  a  wtedy  Han  przyłożył  mu  w  szczękę,
powalając go na ziemię.

Miotacz  wypadł  z  ręki  Shrike'a,  który  szarpnął  się,  by  sięgnąć  po  broń.  Han  kopnął  blaster,  posyłając  go

zygzakami w obszar czarnych, ostrych cieni. Przeskoczył nad zwiniętym ciałem Garrisa i pognał w kierunku rampy
prowadzącej na najwyższy poziom. Tam będzie mógł się ukryć, a potem uciec kolejką albo turbowindą.

Han nie mógł uwierzyć, że udało mu się powalić Shrike'a. Dorastając żył w ciągłym strachu przez gwałtownymi

wybuchami gniewu i twardymi pięściami kapitana.

Dobiegł do rampy i mknął dalej najszybciej jak potrafił. Dotarł na dach i rozejrzał się wokół, niepewny, co robić

background image

dalej. Platforma wyglądała dziwnie nierealnie, przecięta plamami podwójnych cieni rzucanych przez światło dwóch
księżyców Coruscant, które obrysowały wszystkie krawędzie ostrą linią migoczącej bieli i szeroką wstęgą szarości,
przechodzącej w nieprzeniknioną czerń.

Han ruszył w poprzek platformy, rozglądając się w poszukiwaniu turbowindy, gdy nagle z prawej strony minął

go ze świstem błękitny promień blastera.

Ustawiony  na  ogłuszanie!  -pomyślał  zdezorientowany  Han,  uciekając  zakosami.  Shrike?  Niemożliwe,  żeby

dogonił mnie tak szybko!

Błysnął kolejny strzał.
Han pędził przez platformę jak vrelt uciekający przed światłem; biegł szybciej, niż kiedykolwiek w życiu. Minął

w  rozpędzie  drzwi  do  turbowindy,  więc  zatrzymał  się  i  skręcił.  Dobiegł  do  drzwi,  które  otworzyły  się  jak  na
zawołanie. Stał w nich Shrike z miotaczem w dłoni.

Han zawrócił na śliskim jak lód permabetonie i zmienił kierunek biegu.
Shrike w windzie? - myślał gorączkowo. Więc kto wystrzelił tamte dwa strzały?
Nie  miał  jednak  czasu  drążyć  tej  kwestii,  pochłonięty  ucieczką.  Miotacz  Shrike'a  wystrzelił,  posyłając  za  nim

promień,  niebieskozielony  w  cieniu  panującym  na  platformie.  To  miejsce  było  zarezerwowane  na  randki,  a
zakochanym parom całkowicie wystarczał przyćmiony półmrok i słaba poświata księżyców.

Biegnąc  po  permabetonie  i  przeskakując  nad  wystającymi  elementami  konstrukcyjnymi  Han  widział,  jak  jego

oddech zamienia się w parę. Iglice najwyższych budynków sterczały z permabetonowego podłoża jak groteskowe,
monstrualne drzewa. Han przeskoczył na jedną z nich, ślizgając się przy lądowaniu na oszronionej powierzchni. Na
szczycie  budynku,  poza  ochronną  tarczą  pogodową,  było  naprawdę  zimno.  Skórzana  kurtka  nie  chroniła  przed
kłującym chłodem.

- Stój albo usmażę ci tyłek! - ryknął Shrike rozjaśniając ciemności następnym ogłuszającym strzałem.
Han wydłużył krok, uciekając desperacko jak gonione zwierzę. Ośmielił się obejrzeć i zobaczył ciemną sylwetkę

Shrike'a, odcinającą się od otaczających ciemności w rozbłysku kolejnego wystrzału.

Han biegł coraz szybciej, choć z coraz większym wysiłkiem - tylko po to, by zatrzymać się gwałtownie, młócąc

rękami  powietrze,  nad  krawędzią  permabetonowej  platformy.  W  dole  pod  sobą,  jakieś  dziesięć  poziomów  niżej,
dostrzegł  rzęsiście  oświetlony  plac  i  restaurację,  w  której  jadł  kolację.  Pod  migoczącą  warstwą  tarczy
przeciwpogodowej widział piękne posągi, egzotyczne kwiaty i bujną zieleń roślin...

Wydawało mu się, że od kolacji minęły całe wieki.
Han skręcił w prawo, znów zmieniając kierunek biegu. Uchylił się przed kolejnym promieniem ogłuszającym.

Oddech palił go w piersiach, gdy z trudem łapał lodowate powietrze.

Przeskoczył  nad  kolejną  iglicą.  Czuł,  jak  szoruje  o  nią  wewnętrzną  stroną  nogawki,  ale  nie  zatrzymywał  się,

uciekając w cień przed kolejnym strzałem.

Cień nagle ustąpił miejsca kompletnej ciemności i pustce szybu wentylacyjnego, otwierającego się w dole pod

Hanem.

Biegł  zbyt  szybko,  aby  się  zatrzymać.  Z  krzykiem  przerażenia  odbił  się  od  krawędzi  szybu  najmocniej  jak

umiał...

... i zdołał wylądować na przeciwległym brzegu ziejącej pustki. Upadł i przeturlał się, dysząc ciężko. Walcząc z

wiatrem spróbował wstać. Pośliznął się na oblodzonym permabetonie, balansując dziko, gdy w miejscu tuż za nim
trafił ogłuszający promień.

Han poczuł, że cała prawa strona ciała mu drętwieje.
Z jękiem zwalił się na permabetonowe podłoże. Spróbował rozluźnić mięśnie w nadziei, że wróci mu czucie w

odrętwiałych członkach. W zależności od tego, na jaką intensywność Shrike nastawił broń, mogło to potrwać dwie
minuty... albo dziesięć.

Oddychanie  siało  się  torturą,  ale  Han  desperacko  łapał  w  płuca  duże  hausty  powietrza,  ignorując  ból.  Musiał

odzyskać choć trochę sił, by móc zerwać się do biegu, gdy odrętwienie ustąpi.

Usłyszał  od  lewej  zbliżające  się  kroki.  To  Shrike  okrążał  szyb  wentylacyjny,  który  Han  przeskoczył.  Młody

Korelianin leżał bez ruchu. Tylko biała chmurka unosząca się z każdym oddechem świadczyła o tym, że żyje.

Kroki  ucichły,  gdy  Shrike  stanął  obok  niego.  Han  widział  ciemną  sylwetkę  kapitana  spod  półprzymkniętych

powiek. Nagle poczuł silnego kopniaka w prawą nogę i syknął z bólu.

- Ty śmieciu! - powiedział Shrike i splunął. - Za dwa kredyty zepchnąłbym twoje ścierwo do tego szybu za to,

co mi zrobiłeś.

Han  poczuł  ból  w  prawej  nodze,  tam  gdzie  trafił  go  ciężki  but  Shrike'a.  To  dobry  znak.  Świadczył  o  tym,  że

paraliż  ustępuje.  Han  nie  poruszył  się  jednak,  zwisając  bez  władnie,  gdy  Shrike  chwycił  go  za  kołnierz,  by
zataszczyć go do najbliższej turbowindy.

Kapitan  klął  pod  nosem,  wyraźnie  utykając,  co  Han  zauważył  nie  bez  mściwej  satysfakcji.  Pozwalał  się

background image

taszczyć;  udawał  nieprzytomnego,  starając  się,  by  Shrike'owi  było  jak  najmniej  wygodnie.  Jego  bezwładne  ciało
podskakiwało  na  wybojach,  szorując  o  lodowaty  permabeton.  W  prawej  ręce,  obijającej  się  o  przeszkody,  czuł
mrowienie, co też było dobrym znakiem.

Kiedy Shrike dotarł do turbowindy, puścił kołnierz Hana. Hanowi niełatwo było po prostu poddać się upadkowi,

ale wyszło mu całkiem nieźle, a przy tym zdołał ochronić głowę przed uderzeniem o twarde podłoże. W jego polu
widzenia pojawiła się teraz twarz Shrike'a, z błyszczącymi oczami i ciemną szramą na szczęce.

- Teraz zjedziemy tą windą na dół, a ty będziesz się zachowywał jak należy, mały szczurze. Mamy wyglądać na

dobrych kumpli, a ja będę tym lepszym, który holuje swojego kompana, zalanego w trupa.

Han  słyszał  nadjeżdżającą  turbowindę.  Napiął  mięśnie  prawej  ręki  i  prawej  nogi.  Wprawdzie  niezupełnie,  ale

zareagowały. Nie miał zbyt wiele czasu...

- No i co, Han, przyjęli cię do Imperialnej Akademii? - zapytał Shrike tonem niezobowiązującej pogawędki. - To

dlatego dziś tak zabalowałeś?

Roześmiał się.
-  Imperialnym  chyba  naprawdę  kiepsko  się  powodzi,  jeśli  wzięli  takiego  gnojka  jak  ty.  -  Splunął,  a  jego  ślina

trafiła Hana prosto w twarz, tuż nad prawym okiem. Han nie zareagował. Winda była coraz bliżej. Kiedy otworzą
się drzwi i odwrócą uwagę Shrike'a na kilka bezcennych sekund... wtedy zaatakuje.

Niezauważalnym  gestem  zacisnął  i  rozprostował  palce  prawej  ręki.  Odpowiedziały  momentalnie  na  impuls  z

mózgu. Shrike ciągnął swoją przemowę.

-  Ci  imperialni...  nie  potrafią  nawet  się  złożyć  do  strzału,  nie  mówiąc  już  o  trafieniu.  Żadni  z  nich  strzelcy,  a

piloci też do kitu. Aż dziwne, że stary Palpatine jakoś sobie z nimi radzi. Banda nieudaczników, ot co!

Drzwi  turbowindy  otworzyły  się.  Shrike  spojrzał  w  górę  i  w  tym  samym  momencie  Han  zerwał  się  na  równe

nogi.

Zaskoczenie  na  chwilę  dało  mu  przewagę.  Zdołał  wytrącić  Master  z  dłoni  Shrike'a,  który  jednak  rzucił  się  na

niego w tym samym momencie. Zacisnął ręce na gardle młodego pilota żelaznym uściskiem. Oczy Hana wyszły na
wierzch, ale zdołał zahaczyć nogą o nogę Shrike'a i przewrócić kapitana. Shrike nie puścił go, więc Han zwalił się
na niego. Wylądowali kopiąc się i walcząc zaciekle.

Han  wbił  pięść  w  brzuch  Shrike'a  i  usłyszał  jęk  bólu.  Palce  wokół  jego  gardła  na  chwilę  zwolniły  uścisk;  po

chwili puściły, starając się dźgnąć Hana w oko.

W prawe oko. Palce Shrike'a ześlizgnęły się po jego własnej ślinie, a Han odwrócił głowę i zaatakował zębami

jak dzikus. Mocno ugryzł kciuk i szarpnął głową w dół. Shrike krzyknął, gdy Han rozdzierał zębami jego ciało. Han
poczuł w ustach smak krwi.

Wykorzystał  moment,  kiedy  Shrike  był  zajęty  swoim  palcem,  by  wbić  kolano  w  brzuch  przeciwnika.

Pozbawiony tchu Shrike ze świstem wypuścił powietrze, które zimna noc natychmiast skropliła w obłok białej pary.

Han szarpnął się w górę, zrzucając z siebie Shrike'a. Kapitan puścił go i poleciał do tyłu. Han pomacał rękami w

miejscu, gdzie usłyszał upadający blaster, i znalazł broń.

Shrike  był  już  z  powrotem  na  nogach,  szykując  się  do  kolejnego  ataku,  gdy  Han  podniósł  się  na  kolana  z

miotaczem wycelowanym w niego. Ostentacyjnie nastawił kciukiem przełącznik na najwyższą moc.

- Twoja kolej na zamrożenie, Shrike - powiedział. Zakasłał, czując przeszywający ból w gardle, ale udało mu się

utrzymać Shrike'a w polu widzenia.

Shrike roześmiał się i zwolnił, ale nie przystanął. Był teraz o jakieś sześć metrów od Hana.
- No już dobrze, chłopcze - powiedział tonem łagodnej perswazji. - Stary kapitan chciał się tylko z tobą trochę

zabawić. Chyba nie myślałeś, że naprawdę zamierzałem wydać cię tym Hurtom? Wiedziałeś, że zabiłeś jednego z
nich, synu? Huttowie tego nie lubią, o nie! Nigdy nie przestaną szukać Vykka Draygo, chyba zdajesz sobie z tego
sprawę, co?

-Ani kroku dalej! - krzyknął Han, przerażony drżeniem swego głosu. Nigdy dotąd nie zastrzelił nikogo z zimną

krwią. Zwłaszcza nikogo znajomego. Czy zdoła to zrobić?

Shrike uśmiechnął się szeroko, jakby słyszał myśli Hana.
- Daj spokój, Han. Przecież wiesz, że mnie nie zastrzelisz. Nie mógłbyś tego zrobić. Byłem dla ciebie jak ojciec.
Han pokręcił głową i odpowiedział huttańskim przekleństwem tak wulgarnym, że Shrike uniósł brew.
- Ho, ho! Widzę, że pilnie uczyłeś się języków, kiedy cię nie było, mój mały!
Podchodził  coraz  bliżej  Hana.  Od  lufy  miotacza  dzieliło  go  teraz  nie  więcej  niż  cztery  metry.  Han  zacisnął

dłonie na broni, ale nie był w stanie powstrzymać drżenia lufy.

- Zejdźmy na dół i pogadajmy, Han - zaproponował Shrike pojednawczym tonem. -Nie zrobię ci krzywdy, masz

na to moje słowo.

-  Twoje  słowo?  -  Han  roześmiał  się,  a  potem  zakasłał.  -  Nie  rozśmieszaj  mnie.  Twoje  słowo  nie  jest  warte

splunięcia.

background image

-Ależ zapewniam cię! Poza tym... jeśli mnie zastrzelisz, chłopcze, już nigdy nie dowiesz się prawdy o swoich

rodzicach. Kim byli... ani dlaczego trafiłeś na ulicę, gdzie w końcu cię znalazłem.

Han spojrzał mu prosto w oczy.
-  Wiesz,  kim  byli?  Wiesz,  dlaczego  mnie  porzucili?  -  przełknął  ślinę  przez  obolałe  gardło.  -  W  takim  razie

powiedz mi to teraz, a może pozwolę ci żyć.

Shrike był już na tyle blisko, że chyba zdołałby chwycić blaster trzymany przez Hana. Nie dalej niż o metr. Han

wiedział, że powinien go zastrzelić, wiedział, że nie można mu ufać, ale mimo wszystko wahał się.

- Mów!
- Powiem ci wszystko, jak mi oddasz blaster - powiedział Shrike. - Wszystko. Masz moje słowo.
Strzelaj! Teraz! - krzyczało w mózgu Hana.
W  czerwonym  rozbłysku  promień  blastera  trafił  Shrike'a  prosto  w  pierś.  Kapitan  rozrzucił  ramiona,  a  twarz

wykrzywiła mu się ze strachu i bólu. Runął w tył, martwy, zanim jeszcze jego ciało dotknęło permabetonu.

Zbaraniały Han spojrzał na swoją dłoń. Palec miał nadal na cynglu, ale przecież go nie pociągnął... prawda?
Po chwili uświadomił sobie, że strzał padł zza jego pleców.
Han obrócił się, nadal na kolanach, i znalazł się twarzą w twarz z nieznajomym mężczyzną - młodym, średniego

wzrostu  i  szczupłej  budowy.  Ciemne  włosy  połyskiwały  w  świetle  księżyców.  W  ręku  trzymał  blaster,  a  w  jego
wyglądzie było coś, co pozwalało bez wahania zidentyfikować go jako łowcę nagród.

-  Dobra,  mały.  Zabawa  skończona  -  powiedział,  wyjmując  zza  paska  parę  kajdanek.  -  Wstawaj.  Pójdziesz  ze

mną.

Stąd te pierwsze dwa strzały! - pomyślał Han. - To jego robota! Szedł za mną aż tutaj i tylko czekał, aż Shrike

mnie dopadnie i sprowadzi na dół, żeby mnie wtedy zgarnąć.

Jakby odgadując myśli Hana, łowca nagród odezwał się:
- Wiedziałem, że stary Shrike w końcu cię znajdzie. Huttowie nie mieli twojego zdjęcia, więc śledziłem Shrike'a,

bo wychowywałeś się u niego, prawda, Vykk? Wiedziałem, że on mnie do ciebie doprowadzi.

Nie! -krzyknął w duszy Han. Znowu? Dlaczego właśnie teraz?!
Nadal był lekko zesztywniały po strzale ogłuszającym, który zarobił od Shrike'a, i wyczerpany po walce z nim.

Każdy mięsień wydawał się krzyczeć z bólu i zmęczenia.

Łowca nagród dał mu znak miotaczem.
-  Rzuć  broń,  chłopcze,  albo  ogłuszę  cię  strzałem  prosto  w  głowę,  aż  ci  się  mózg  zagotuje.  Huttowie  chcą  cię

wprawdzie żywego, ale nie mówili nic o tym, że masz być przy zdrowych zmysłach. Rzuć broń!

Trzęsąc się z wyczerpania Han wypuścił broń z odrętwiałych palców. Stękając z wysiłku spróbował wstać, ale

nie całkiem jeszcze sprawna prawa noga nie dawała dostatecznego podparcia.

- Moja noga... - wymamrotał. - Prawa noga nie udźwignie mojego ciężaru. Shrike mnie kopnął...
-  Tak,  widziałem.  To  niezbyt  profesjonalne,  ale  on  zawsze  był  w  gorącej  wodzie  kąpany  -  zauważył  łowca

nagród. Zrobił krok do przodu i dodał: - Pomogę ci. Tylko nie próbuj...

Z wściekłym wyciem Han rąbnął go głową w brzuch.
Mężczyzna był młodszy niż Shrike, silniejszy i sprawniejszy. Ale Han walczył bez opamiętania, jak szaleniec, z

siłą zrodzoną z rozpaczy. Nie miał nic do stracenia i doskonale o tym wiedział.

Łowca nagród runął w tył z okrzykiem zaskoczenia. Han rzucił się na niego, okładając go pięściami. Mężczyzna

otrząsnął się i zaatakował Hana, uderzając go w skroń lufą miotacza.

Z  rozciętej  skóry  trysnęła  krew  i  zalała  lewe  oko  Hana,  ale  to  go  nie  powstrzymało.  Doczołgał  się  do

przeciwnika  i  łupnął  go  głową  w  nos.  Usłyszał  i  poczuł,  jak  chrząstka  nosowa  mężczyzny  pęka.  Nocną  ciszę
przerwał skowyt bólu.

Klnąc pod nosem łowca nagród przeszedł do kontrataku, tłukąc Hana po plecach i nerkach rękojeścią blastera.

Han chwycił go za ramię i zaczął nim walić o permabeton z głuchym łoskotem. Miotacz wypadł spomiędzy palców
mężczyzny. Han wyrżnął przeciwnika jeszcze raz czołem w twarz, ignorując własne obrażenia.

-  Nie  dostaniesz  mnie!  -  krzyknął,  raz  za  razem  waląc  głową  w  twarz  przeciwnika.  Krzycząc  z  bólu  i

przerażenia, łowca głów strącił z siebie Hana ostatkiem sił.

Han  upadł.  Spróbował  się  przetoczyć,  ale  uderzył  o  obudowę  szybu  turbowindy.  Łowca  głów,  z  twarzą

przypominającą krwawą maskę, ruszył na Hana z mordem w oczach.

Han odczekał do ostatniej chwili, po czym uchylił się nagle. Pchnął szarżującego mężczyznę z cała siłą prawym

barkiem.

Głowa łowcy stuknęła o kamienną ścianę z trzaskiem, który wzbudził echo w nocnej ciszy.
Mężczyzna  drgnął,  a  jego  ciało  zsunęło  się  bezwładnie  po  ścianie  na  permabetonową  posadzkę,  gdzie

znieruchomiało.

Zataczając się, zagryzając wargi i przełykając żółć, Han z trudem podniósł się na nogi i podszedł do mężczyzny.

background image

Dwa palce przyłożone do jego krtani upewniły Hana, że łowca nagród jest martwy, tak jak Garris Shrike, który leżał
rozciągnięty kilka metrów dalej, wpatrując się w tarcze bliźniaczych księżyców niewidzącym, martwym wzrokiem.

Han osunął się po ścianie i usiadł, chory i wyczerpany. Zaczął się trząść, a opanowanie dreszczy zajęło mu całą

minutę.

Muszę się wziąć w garść, pomyślał tępo. Muszę pomyśleć... pomyśleć.
Wstał i na miękkich nogach podszedł do ciała łowcy głów, żeby mu się przyjrzeć. Mężczyzna był mniej więcej

jego wzrostu, miał też podobne, ciemne włosy. Trochę ciemniejsze niż Han, ale może nikt nie zauważy...

Chwycił buty łowcy i ściągnął je z wysiłkiem z nóg mężczyzny. Powoli i metodycznie rozebrał go do naga.
Pięć  minut  później  stał  obok,  ubrany  w  odzież  tamtego.  W  ponurym  zapamiętaniu  zaczął  wkładać  na  zwłoki

swoje własne ubranie - znoszony kombinezon pilota, starą kurtkę z gadziej skóry, buty.

W  końcu  wyjął  z  kieszeni  garść  kredytów  i  wszystkie  swoje  podrabiane  dokumenty,  wepchnął  je  do

wewnętrznej kieszeni kombinezonu mężczyzny i zapiął kieszeń, a potem także kurtkę.

Potykając się i kulejąc, poszedł szukać miotacza Shrike'a. W końcu znalazł go i podszedł z powrotem do ciała

łowcy nagród. Krzywiąc się nastawił broń na maksymalną moc, wycelował i odwracając głowę wystrzelił prosto w
twarz trupa. Kiedy zmusił się, by obejrzeć swoje dzieło, mężczyzna nie miał już twarzy...

Ani oczu. Ani siatkówek.
Han  odszedł  kilka  kroków,  bo  poczuł  mdłości.  Wstrząsnęły  nim  gwałtowne  torsje.  Kiedy  pomyślał,  ile  go

kosztowała kolacja, zwymiotował jeszcze raz.

Stękając z wysiłku ujął zwłoki łowcy głów pod ramiona i zaczął je wlec po oblodzonym permabetonie, tak jak

Garris  taszczył  wcześniej  jego.  Cofał  się  powoli  i  ostrożnie  ku  wylotowi  szybu  wentylacyjnego,  który  niedawno
przeskoczył.

Spojrzał w dół i szybko się cofnął, walcząc z zawrotami głowy. Komin był bardzo, bardzo głęboki...
Dotoczył ciało do krawędzi szybu i pchnął zwłoki, które poszybowały w dół, w ciemną pustkę.
Nie  patrzył  na  spadające  ciało.  Dowlókł  się  do  zwłok  Garrisa  Shrike'a  i  zacisnął  jego  palce  wokół  rękojeści

blastera. Potem wcisnął guzik przywołujący turbowindę.

Kiedy drzwi się otworzyły, o mało nie upadł na podłogę jasno oświetlonej kabiny.
Winda  ruszyła  w  dół,  a  Han  stał  w  kącie,  chwiejąc  się  i  obejmując  ramionami.  Musiał  walczyć  z  pokusą,  by

poddać się omdleniu.

To była długa noc...
 

background image

EPILOG. NOWE ŻYCIE

 
Han Solo czuł się samotny pośród masy kadetów zebranych na platformie ładowniczej nad dachami Coruscant.

Ciasny kołnierzyk nowego munduru uwierał go w szyję, ale Han oparł się pokusie odpięcia guzika. Mundur mógłby
się wtedy pognieść, a on chciał wyglądać nienagannie.

Wszędzie  wokół  niego  kadeci  żegnali  się  z  rodzinami,  ściskali  i  całowali  z  rodzicami  i  rodzeństwem.  Tylko

kilku kadetów stało samotnie, tak jak Han. Przebiegł wzrokiem tłum i kilka metrów dalej zauważył ciemnowłosego
chłopaka,  którego  też  nikt  nie  żegnał.  Również  młoda  kobieta  z  krótko  ostrzyżonymi  włosami,  po  drugiej  stronie
lądowiska, wyglądała na osamotnioną.

Większość  kadetów  miała  jednak  matki,  ojców,  braci,  siostry,  wujów,  ciotki  i  kuzynów,  którzy  przyszli  ich

pożegnać  i  dzielić  z  nimi  radość  zwycięstwa.  Han  poczuł  się  dziwnie  obco.  Był  nieco  starszy  od  pozostałych
kadetów i przez to również wydawał się inny.

To nic, pomyślał. Najważniejsze, że w ogóle tu jestem. Udało się!
Transportowiec „Imperator" spoczywał niedaleko na platformie ładowniczej. Wkrótce kadeci wsiądą na statek,

który zawiezie ich na Caridę, siedzibę imperialnej akademii wojskowej. Han przyglądał się z uśmiechem sylwetce
statku, jego wydatnemu grzbietowi. Koreliańska korweta... świetna konstrukcja.

Znów rozejrzał się wśród obecnych, uświadamiając sobie nagle, że miał nadzieję zobaczyć wśród żegnających

znajomą rudozłotą głowę.

Ty  głupku!  -  pomyślał.  Dureń  z  ciebie,  Solo!  Chyba  się  nie  spodziewałeś,  że  ona  przyjdzie.  Jest  już  pewnie

daleko stąd...

Nie, uznał Han, tak naprawdę nie przypuszczałem, że Bria przyjdzie. Chociaż... w głębi duszy mimo wszystko

łudził się, że ją zobaczy.

Westchnął.  Dewlanna  zwykła  była  cytować  stare  przysłowie  Wookiech,  które  po  przetłumaczeniu  na  wspólny

brzmiałoby mniej więcej: „Radość bez smutku jest podejrzana". Dewlanna...

Szkoda, że nie mogła go teraz zobaczyć. Han wyobraził ją sobie - wysoka, kudłata sylwetka, ścięty czarny nos,

małe, lśniące oczka ledwie widoczne za siwymi pasmami sierści. Wiedział, że byłaby z niego bardzo dumna. Przez
chwilę  wspomnienie  stało  się  tak  żywe,  że  niemal  widział  ją  obok  siebie,  słyszał  jej  powarkiwanie,  kiedy  mówiła
mu, jaka jest z niego dumna. Potargałaby mu czuprynę, żeby była pociągająco zmierzwiona... Han uśmiechnął się.

Udało  mi  się,  Dewlanna,  mówiła  do  niego  w  duchu.  Popatrz  na  mnie.  Byłaś  dla  mnie  rodziną,  jedyną  jaką

miałem, więc to ty powinnaś teraz tu stać i żegnać mnie, nawet jeśli jesteś tylko wspomnieniem... I Bria...

Spójrz prawdzie w oczy, Solo, pomyślał. Nadal ją kochasz. Nadal jej szukasz, nasłuchujesz odgłosu jej kroków,

jej głosu. Musisz nad tym zapanować, stary...

Han  potrząsnął  głową,  jakby  chciał  pozbyć  się  wizerunku  Brii  sprzed  oczu  z  podobną  łatwością,  z  jaką

przywołał obraz Dewlanny. Wiedział jednak, że zabierze widok dziewczyny na pokład „Imperatora"; że Bria będzie
mu towarzyszyć niemal tak realna, jak gdyby szła obok niego. Choćby się starał, nie zdoła o niej zapomnieć.

Przez  myśl  przemknęło  mu  jeszcze  jedno  z  przysłów  cytowanych  przez  Dewlannę:  „Dobra  pamięć  jest

błogosławieństwem i przekleństwem".

Masz rację, Dewlanna, pomyślał Han.
Przestąpił z nogi na nogę i fala bólu przypomniała mu o wczorajszej walce. Han odetchnął głęboko.
On już nie żyje, Dewlanna, zapewnił ją. Twój zabójca nie żyje. Na pewno teraz ci łatwiej, kiedy o tym wiesz.
Przez tłum odprowadzających przeciskał się oficer. Mijając Hana porucznik zatrzymał się i spojrzał ostro.
- Nazwisko, kadecie? Han stanął na baczność.
- Kadet Han Solo, panie poruczniku!
- Zapomniał pan, jak się salutuje, kadecie Solo?
- Nie, panie poruczniku! - odpowiedział Han, salutując najlepiej jak umiał.
Oficer przyglądał się twarzy Hana.
- Kadecie Solo, co się stało z pańską twarzą?
Przez  chwilę  Han  miał  ochotę  powiedzieć,  że  wpadł  na  drzwi,  ale  uznał,  że  prawda  będzie  najlepszą

odpowiedzią.

- Biłem się z kimś, panie poruczniku.
-  Doprawdy?  Nigdy  bym  nie  powiedział.  -  Głos  porucznika  ociekał  sarkazmem.  -  O  co  poszło  w  tej  bójce,

kadecie?

Han zastanawiał się gorączkowo.
- Mój przeciwnik znieważył Imperialną Marynarkę, panie poruczniku!
Można to było tak nazwać... Porucznik uniósł brew.

background image

- Doprawdy, kadecie? To bardzo... nierozsądnie z jego strony. Czy uświadomiłeś mu, jak niewłaściwie postąpił,

kadecie Solo?

Han już miał przytaknąć skinieniem głowy, ale w porę przypomniał sobie, że to nieprzepisowo.
- Tak jest, panie poruczniku. Zapewniam pana porucznika, że ten człowiek już nigdy nie powie nic obraźliwego

o siłach imperialnych.

- Świetnie, kadecie Solo. - Porucznik uśmiechnął się przelotnie i odszedł w kierunku innej grupki kadetów.
Han westchnął z ulgą. Jeszcze raz mi się udało!
Zwielokrotniony  elektronicznie  głos  rozległ  się  nad  lądowiskiem.  Obok  porucznika  stał  podoficer,  wydając

rozkazy:

- Kadeci, w szeregu zbiórka!
Przez chwilę panowało zamieszanie, ale za moment wszyscy nowicjusze stali w równych rzędach.
- Wejdziecie na pokład transportowca po kolei. Zachować ciszę i nie marudzić.
Gwar ucichł. Han znalazł się w czwartym szeregu. Stał wyprostowany jak struna, nie patrząc na prawo ani lewo,

czekając na rozkaz. Gdzieś w oddali z głośników rozległa się muzyka. Grano marsz Imperialnej Marynarki.

- Szereg pierwszy! Marsz!
- Szereg drugi! Marsz!
- Szereg trzeci! Marsz!
Han poczuł podniecenie, od którego krew w jego żyłach zaczęła szybciej krążyć.
To jest to! - pomyślał. - Na to czekałem całe życie...
- Szereg czwarty! Marsz! - rzucił podoficer.
Han wykonał zwrot i ruszył za swoim poprzednikiem w stronę statku. Pozwolił sobie na uśmiech.
Dziś zaczyna się moje życie, pomyślał. Moje prawdziwe życie.
Wyobraził sobie Dewlannę i Brie. One też się uśmiechały.
Kiedy  wszedł  na  trap,  wziął  głęboki  oddech,  jak  noworodek  nabierający  powietrza,  by  wydać  swój  pierwszy

krzyk i zawiadomić dumnie: „To ja! Słuchajcie mnie, ja żyję!"

Han Solo czuł się tak, jakby narodził się właśnie w tej chwili. Mroczną przeszłość zostawiał za sobą a przed nim

rozciągała się jasna przyszłość.

Maszerował ku niej, gotów przyjąć wszystko, co ze sobą niosła, i nie oglądając się za siebie.
 

background image

PODZIĘKOWANIA

 
Pisząc  książkę  rozgrywającą  się  we  wszechświecie  Gwiezdnych  Wojen  dołączyłam  do  społeczności  -  może

nawet powinnam ją nazwać rodziną - autorów tej sagi. Ta społeczność czyta nawzajem swoje powieści i korzysta ze
swoistego  „zaplecza  technicznego",  które  tworzą  książki  poświęcone  postaciom,  statkom,  planetom  itp.  Autorzy
chętnie wymieniają się informacjami i podpowiedziami, pomagając innym członkom tej wielkiej rodziny.

Także i mnie przy tworzeniu tej powieści pomogło wiele osób. Zastrzegając się, że wszelkie pomyłki, na jakie

uważny czytelnik może natrafić, są wyłącznie mojego autorstwa, chciałabym podziękować następującym osobom:

Kevinowi  Andersonowi,  który  jako  pierwszy  dał  mi  szansę  pisania  o  świecie  Gwiezdnych  Wojen.  Kevin  i

Rebecca  Moesta  udzielili  mi  wielu  źródłowych  informacji  o  świecie  i  postaciach  Gwiezdnych  Wojen,
podtrzymywali na duchu i zachęcali do dalszej pracy, dając wiele mądrych rad.

Michaelowi Copobianco - który również jest pisarzem - za inspirację, pomoc w przegryzaniu się przez materiały

źródłowe, inteligentne rady i za ugotowanie obiadu, gdy byłam tak zapracowana, że nawet nie wiedziałam, że jestem
głodna. Dzięki, kochany.

Billowi  Smithowi  i  Peterowi  Schweighoferowi  z  West  End  Games  za  pomoc  w  znalezieniu  odpowiedzi  na

dziwaczne i abstrakcyjne pytania w rodzaju, jaką bieliznę nosił Han". Pomogli mi rozstrzygnąć moje rozterki więcej
razy niż jestem w stanie sobie przypomnieć.

Tomowi Dupree i Evelyn Cainto z wydawnictwa Bantam Books za pomoc, radę i zachętę.
Sue Rostoni i Lucy Autrey Wilson z Lucasfilm za „całą prawdę".
Michaelowi A. Stackpole'owi za pomoc w rozwiązaniu takich kwestii jak przerwanie promienia ściągającego i

inne rady dotyczące statków i pilotażu.

Steve'owi Osmański za przeczytanie rękopisu i mądre rady w kwestiach technicznych.
Jak zawsze, Kathy O'Malley, przyjaciółce i koleżance po fachu, za to że trzymała mnie za rękę, a od czasu do

czasu dała zasłużonego kopniaka w tyłek.

A przede wszystkim George'owi Lucasowi, od którego wszystko się zaczęło. Gwiezdne Wojny zrobiły na mnie

kolosalne  wrażenie  od  pierwszego  razu,  kiedy  zobaczyłam  ten  film  na  ekranie.  Jestem  dumna,  że  mogłam  wnieść
swój niewielki wkład w rozwój tej wspaniałej sagi.

Jeszcze raz dziękuję, i niech Moc będzie z wami wszystkimi.
 
 

background image

Spis Treści

ROZDZIAŁ 1. „FARCIARZ"
ROZDZIAŁ 2. ILEZJAŃSKIE SNY
ROZDZIAŁ 3. TWARDE LĄDOWANIE
ROZDZIAŁ 4. MUUURGH
ROZDZIAŁ 5. PRZYPRAWOWE WOJNY
ROZDZIAŁ 6. ALDERAAN I Z POWROTEM
ROZDZIAŁ 7. BRIA
ROZDZIAŁ 8. OBJAWIENIA
ROZDZIAŁ 9. ZGUBIENI I ODNALEZIENI
ROZDZIAŁ 10. POŻEGNANIE Z RAJEM
ROZDZIAŁ 11. UCIECZKA
ROZDZIAŁ 12. TOGORIA
ROZDZIAŁ 13. POWRÓT NA KORELIĘ
ROZDZIAŁ 14. POGRZEBANE NADZIEJE
ROZDZIAŁ 15. ZGLISZCZA
EPILOG. NOWE ŻYCIE
PODZIĘKOWANIA


Document Outline