background image

5

J

ak donosz¹ dobrze poinformowane Ÿród³a w Bia³ym Domu, zwol-

nienie  ze  stanowiska  sekretarza  stanu  George’a  Larkina  jest  ju¿

tylko kwesti¹ czasu. George Larkin w ubieg³ym tygodniu przeszed³

powa¿n¹  operacjê  serca  i obecnie  przebywa  na  rekonwalescencji

w Bethesda Naval Hospital. Stan zdrowia podaje siê jako przyczynê jego

spodziewanej dymisji”.

Liv, obserwuj¹c obraz na monitorze, zwróci³a siê do Briana, który

wraz z ni¹ przedstawia³ aktualny serwis informacyjny.

– To mo¿e byæ najwiêksze wydarzenie od czasu pamiêtnego skanda-

lu Malloya w paŸdzierniku. Na fotel Larkina musi byæ wielu chêtnych.

Wyœcig z pewnoœci¹ siê ju¿ zacz¹³.

Brian Jones pospiesznie przegl¹da³ notatki, sprawdzaj¹c czas kolej-

nych wejœæ na antenê. By³ to nienagannie ubrany, trzydziestopiêcioletni

ciemnoskóry mê¿czyzna z dziesiêcioletnim sta¿em telewizyjnym. Mimo

¿e pochodzi³ z Queens, zawsze uwa¿a³ siê za rodowitego mieszkañca Wa-

szyngtonu.

– Nie ma nic bardziej ekscytuj¹cego jak dobry wyœcig – zauwa¿y³.

– To prawda – przyzna³a Liv i odwróci³a siê do kamery po otrzyma-

niu sygna³u, ¿e wchodzi na wizjê.

– Prezydent nie wypowiedzia³ siê jeszcze na temat nastêpcy sekreta-

rza Larkina. Pewna wysoko postawiona osobistoœæ wœród najpowa¿niej-

szych kandydatur wymieni³a Beaumonta Della, by³ego ambasadora we

background image

6

Francji, oraz genera³a Roberta J. Fitzhugha. Niestety, ¿aden z nich nie by³

dziœ osi¹galny i nikt nie uzyska³ ¿adnego potwierdzenia tej wypowiedzi.

– Dziœ, w godzinach popo³udniowych, w jednym z mieszkañ w pó-

³nocno-wschodnim rejonie miasta odkryto zw³oki dwudziestopiêciolet-

niego mê¿czyzny. – Brian przekaza³ kolejn¹ wiadomoœæ w wieczornym

bloku informacyjnym.

Liv niezbyt uwa¿nie s³ucha³a kolegi. W myœlach rozwa¿a³a powsta³¹

sytuacjê. Jej zdecydowanym faworytem by³ Beaumont Dell. Niestety, nie

uda³o siê jej dziœ z nim porozmawiaæ. Jego wspó³pracownicy, stosuj¹c

klasyczne w tym zawodzie uniki, skutecznie jej to uniemo¿liwili. Jednak

Liv nie mia³a zamiaru ust¹piæ. Jutro od rana bêdzie warowa³a pod drzwiami

jego domu. Wybiegi rozmówców, wieczne na nich oczekiwanie oraz czê-

ste zatrzaskiwanie drzwi przed nosem to chleb powszedni ka¿dego dzien-

nikarza. Nic, absolutnie nic – obieca³a sobie – nie przeszkodzi jej w zdo-

byciu wywiadu z Dellem.

S³ysz¹c sygna³, ¿e wchodzi na wizjê, Liv odwróci³a siê i zaczê³a czy-

taæ tekst. Siedz¹cy przed odbiornikami telewidzowie dostrzegali jedynie

g³owê i ramiona eleganckiej ciemnow³osej spikerki. Jej g³os by³ stanow-

czy, a ruchy spokojne i zrównowa¿one. Po tamtej stronie ekranu nikt nie

mia³ pojêcia, ile pracy kosztowa³o kilkadziesi¹t sekund emisji. Widzieli

tylko prostotê i urodê, które w oczach telewidzów maj¹ ogromne znacze-

nie. Krótko obciête w³osy stanowi³y znakomit¹ oprawê twarzy o ideal-

nych rysach i wyrazistych koœciach policzkowych, a spojrzenie b³êkit-

nych oczu uderza³o powag¹ i szczeroœci¹. Wszystko to sprawia³o, ¿e ka¿-

dy z ogl¹daj¹cych jej programy telewidzów czu³ siê tak, jakby Liv mówi-

³a wy³¹cznie do niego.

Telewizyjne audytorium uwa¿a³o, ¿e jest niezwykle szykowna, nieco

zagadkowa i bardzo wiarygodna. Powszechne uznanie dla tego, co robi³a

w TV, niew¹tpliwie sprawia³o satysfakcjê, chocia¿ dziennikarskie aspi-

racje Liv siêga³y znacznie dalej.

Ktoœ ze wspó³pracowników powiedzia³ kiedyœ o niej, ¿e wygl¹da na

osobê, która pochodzi z Connecticut. W rzeczywistoœci mia³a zamo¿n¹

rodzinê w Nowej Anglii, a studia dziennikarskie ukoñczy³a na Harvar-

dzie. Mimo to ciê¿ko pracowa³a, aby pokonaæ kolejne szczeble dzienni-

karskiej kariery.

Zaczê³a w maleñkiej, lokalnej rozg³oœni w New Jersey od prognoz

pogody i spotów reklamowych. Nastêpnie, jak w dzieciêcej grze w klasy,

przechodzi³a z rozg³oœni do rozg³oœni, z miasta do miasta, zarabiaj¹c co-

background image

7

raz wiêcej pieniêdzy i uzyskuj¹c coraz wiêcej czasu na antenie. W koñcu

wyl¹dowa³a w filii CNC w Austin, gdzie po dwóch latach otrzyma³a sta-

nowisko spikerki. Kiedy jednak zaproponowano jej pracê w serwisie in-

formacyjnym w WWBW, filii CNC w Waszyngtonie, Liv nie waha³a siê

ani chwili, zw³aszcza ¿e w owym czasie nie czu³a siê zwi¹zana ani z Au-

stin, ani z jakimkolwiek innym miejscem na ziemi.

Marzy³a, aby wyrobiæ sobie nazwisko w dziennikarstwie telewizyjnym,

i czu³a, ¿e Waszyngton jest wprost idealnym w tym celu miejscem. Nie

obawia³a siê ciê¿kiej pracy, chocia¿ jej delikatne, w¹skie d³onie wygl¹da³y

tak, jakby nigdy siê z ni¹ nie zetknê³a. Pod alabastrow¹ skór¹ i rysami ary-

stokratki skrywa³a dociekliwy, bystry umys³. Uwielbia³a dynamiczne, barw-

ne ¿ycie i lubi³a byæ w centrum wydarzeñ, chocia¿ na zewn¹trz wydawa³a

siê ch³odna i niedostêpna. Przez ostatnie piêæ lat Liv ciê¿ko pracowa³a, aby

przekonaæ sam¹ siebie, ¿e ten wizerunek sta³ siê faktem.

W wieku dwudziestu oœmiu lat powiedzia³a sobie, ¿e dramaty osobi-

ste ma ju¿ za sob¹ i ¿e odt¹d liczyæ siê bêdzie dla niej jedynie kariera

zawodowa. Przyjaciele, których pozna³a w czasie pó³torarocznej pracy

w Waszyngtonie, niewiele wiedzieli o jej przesz³oœci. Liv swoje ¿ycie pry-

watne zamknê³a na klucz.

– Tu Olivia Carmichael – powiedzia³a do kamery.

– I Brian Jones. Ogl¹dajcie z nami „CNC World News”.

Po chwili rozleg³y siê dŸwiêki muzyki, po czym czerwone œwiate³ko

kamery zgas³o. Liv wy³¹czy³a mikrofon i energicznie odsunê³a siê od pó-

³kolistego pulpitu ze stanowiskami dla spikerów.

– Dobra robota – us³ysza³a, przechodz¹c obok kamerzysty. W górze

powoli gas³y œwiat³a ogromnych reflektorów. Liv, oderwana od swoich

myœli, spojrza³a na kolegê i uœmiechnê³a siê. Ten uœmiech zupe³nie zmie-

ni³ jej twarz. Ch³odna, pos¹gowa uroda gdzieœ znik³a.

– Dziêki, Ed. Co u twojej dziewczyny?

– Wkuwa do egzaminów. – Wzruszy³ ramionami i œci¹gn¹³ z g³owy

s³uchawki. – Nie ma dla mnie zbyt wiele czasu.

– Ale póŸniej, kiedy ju¿ przez to przejdzie, bêdziesz z niej dumny.

– Taaak. Aha, Liv! – Liv zatrzyma³a siê, unosz¹c do góry brwi. –

Prosi³a, abym ciê zapyta³... – By³ wyraŸnie zak³opotany.

– O co?

– Kto ciê czesze? – wyrzuci³ z siebie, po czym krêc¹c z dezaprobat¹

g³ow¹, zacz¹³ manipulowaæ przy kamerze. – Oto co interesuje kobiety.

Liv, œmiej¹c siê, poklepa³a go po ramieniu.

background image

8

– Armond’s przy Wisconsin. Powiedz jej, niech siê na mnie powo³a.

Pospiesznie opuœci³a studio, wesz³a schodami na górê, po czym krê-

tymi korytarzami dotar³a do pokoju redakcyjnego, gdzie ha³as i gwar roz-

mów panowa³y od rana do póŸnego wieczora.

Przy stolikach siedzieli reporterzy. Jedni pili kawê, inni szybko pisali na

maszynach, chc¹c zd¹¿yæ z materia³em przed ostatnim wydaniem wiadomo-

œci. W powietrzu unosi³ siê zapach tytoniu, potu i mocnej kawy. Na jednej ze

œcian rzêdami tkwi³y ekrany telewizyjne, na których mo¿na by³o obserwo-

waæ nieme obrazy programów wszystkich dzia³aj¹cych w metropolii stacji.

Na jednym z nich pojawi³a siê w³aœnie zapowiedŸ „CNC World News”. Liv

skierowa³a siê prosto do przeszklonego biura szefa wiadomoœci.

– Carl? – wetknê³a g³owê w drzwi. – Masz woln¹ chwilê?

Carl Pearson, pochylony nad biurkiem ze skrzy¿owanymi ramiona-

mi, wpatrywa³ siê w ekran telewizyjny. Niedopa³ek papierosa wci¹¿ tli³

siê miêdzy jego palcami, a spod sterty papierów, na których z trudem utrzy-

mywa³a równowagê fili¿anka zimnej kawy, wygl¹da³y okulary. Mê¿czy-

zna mrukn¹³ coœ pod nosem i Liv, uznaj¹c to za przyzwolenie, wœliznê³a

siê do œrodka.

– Dobry program – powiedzia³, nie spuszczaj¹c oczu z dwunastoca-

lowego ekranu.

Liv usiad³a, czekaj¹c na przerwê na reklamê. Z odbiornika dociera³

do niej twardy, rzeczowy g³os Harrisa McDowella, nowojorskiego spike-

ra „CNC World News”. Zwracanie siê do Carla, gdy na scenie pojawia

siê taka indywidualnoœæ jak Harris McDowell, zupe³nie nie mia³o sensu.

Liv wiedzia³a, ¿e McDowell i Carl pracowali kiedyœ jako reporterzy

w tej samej stacji w Kansas City w Missouri. Ale to McDowell by³ tym,

kogo wyznaczono do obs³ugi prezydenckiej kawalkady w Dallas w ty-

si¹c dziewiêæset szeœædziesi¹tym roku roku. Zabójstwo prezydenta i re-

porta¿  „na  ¿ywo”  z miejsca  zbrodni  wynios³y  McDowella  na  szczyty

œwiata mediów. Tymczasem Carl Pearson sta³ siê grub¹ ryb¹ w morzu

p³otek w Missouri i kilku innych stanach, aby w koñcu zamieniæ notes

reportera na biurko w Waszyngtonie.

By³ twardym i wymagaj¹cym szefem programów informacyjnych.

I nawet jeœli tkwi³a w nim jakaœ kropla goryczy, ¿e jego kariera nie prze-

biega³a a¿ tak b³yskotliwie, to robi³ wszystko, aby tego po sobie nie poka-

zaæ. Liv zawsze darzy³a go ogromnym szacunkiem, a od czasu gdy zaczê-

³a pracowaæ dla WWBW, ten szacunek wzrós³ jeszcze bardziej. Dosko-

nale go rozumia³a. Ona równie¿ dozna³a w ¿yciu wielu rozczarowañ.

background image

9

– A wiêc? – odezwa³ siê Carl, wykorzystuj¹c przerwê na reklamê.

– Chcê dotrzeæ do Beaumonta Della – zaczê³a Liv. – Wiele ju¿ w tym

kierunku zrobi³am, a teraz, kiedy Dell ma zostaæ sekretarzem stanu, chcê

pierwsza powiadomiæ o tym naszych telewidzów.

Carl odchyli³ siê do ty³u i opar³ rêce na wydatnym brzuchu. Za te co

najmniej piêtnaœcie funtów ekstra, które nosi³ przed sob¹, obwinia³ w³a-

œnie ci¹g³e siedzenie za biurkiem. Patrzy³ na Liv z tak¹ sam¹ szczeroœci¹

i krytycyzmem, jak przed chwil¹ na ekran telewizyjny.

– Pi³ka jest jeszcze w grze. – Jego g³os straci³ barwê na skutek d³ugo-

letniego na³ogowego palenia papierosów. Liv obserwowa³a, jak przypala

kolejnego, chocia¿ poprzedni wci¹¿ tli³ siê na wype³nionej niedopa³kami

popielniczce. – A co z Fitzhughem? Davisem czy te¿ Alberstonem? Wszyst-

ko siê przecie¿ mo¿e zdarzyæ. Oficjalnie Larkin jeszcze nie ust¹pi³.

– To tylko kwestia dni, mo¿e nawet godzin. S³ysza³eœ komunikat le-

karski. Pe³ni¹cy obowi¹zki sekretarza nie wchodzi w grê; Boswell nie ma

poparcia prezydenta. To musi byæ Dell. Jestem tego pewna.

Carl potar³ rêk¹ czubek nosa. Ceni³ instynkt Carmichael, jej inteli-

gencjê, zdrowy rozs¹dek i upór. Ale prawda by³a taka, ¿e mia³ za ma³o

ludzi i bardzo ograniczony bud¿et i nie móg³ sobie pozwoliæ na wys³anie

w teren jednego z najlepszych reporterów tylko dlatego, ¿e ten reporter

mia³ przeczucie. Chocia¿... Waha³ siê chwilê, po czym znowu pochyli³

nad biurkiem.

– Byæ mo¿e warto – mrukn¹³. – Pos³uchajmy, co powie Thorpe. Za-

raz bêdzie na wizji.

Liv ju¿ mia³a zaprotestowaæ, ale po chwili zrezygnowa³a. Urazi³o jej

ambicjê, ¿e Carl chcia³ uzale¿niæ swoj¹ zgodê od tego, co mia³ do powie-

dzenia Thorpe. Jednak ura¿ona ambicja to nie by³ sposób na Carla. Wsta-

³a wiêc tylko, aby przysi¹œæ na skraju jego biurka, i czeka³a.

Program emitowano ze studia, które znajdowa³o siê piêtro wy¿ej. Jego

wnêtrze by³o nowoczeœniejsze i bardziej eleganckie od tego, w którym

pracowa³a Liv. Istnia³a jednak ró¿nica miêdzy wiadomoœciami lokalnymi

a krajowymi, podobnie jak miêdzy ich funduszami. Po zaprezentowanym

przez spikera skrócie wiadomoœci na ekranie pojawi³ siê stoj¹cy przed

Bia³ym Domem T.C. Thorpe. Liv, zmarszczywszy brwi, obserwowa³a go

w milczeniu.

Mimo ¿e na zewn¹trz temperatura nie przekracza³a zera i wia³ prze-

nikliwy, ch³odny wiatr, Thorpe sta³ w rozpiêtym p³aszczu i bez nakrycia

g³owy. To by³o dla niego typowe.

background image

10

Jego twarz o ostrych rysach, osmalona przez wiatr, kojarzy³a siê Liv

z górsk¹ wspinaczk¹, a sylwetka z bieganiem na d³ugich dystansach. Za-

równo jedno, jak i drugie wymaga³o ogromnej wytrzyma³oœci. Zawód re-

portera równie¿. T.C. Thorpe by³ reporterem. Jego ciemne, g³êboko osa-

dzone oczy mia³y w sobie coœ magnetycznego – przyci¹ga³y i zniewala-

³y. Powiewaj¹ce dooko³a twarzy czarne w³osy dodawa³y sylwetce dyna-

mizmu, jakby j¹ do czegoœ ponagla³y. Tylko g³os by³, jak zawsze, spokoj-

ny i zrównowa¿ony. Ten kontrast dawa³ lepszy efekt, ni¿ stosowane przez

innych dziennikarzy, najbardziej nawet wymyœlne sztuczki.

Liv zdawa³a sobie sprawê z wielkiego uroku Thorpe’a, uroku, który

w równej mierze oddzia³ywa³ na kobiety, jak i na mê¿czyzn. Jego oczy

budzi³y zaufanie, tak samo jak g³êboki, przyjemnie brzmi¹cy g³os. By³

poza tym ogromnie przekonywaj¹cy. Telewidzowie traktowali go jak ko-

goœ bardzo bliskiego i godnego zaufania. Panowa³o przekonanie, ¿e gdy-

by jutro œwiatu zagrozi³a katastrofa, Thorpe zrelacjonowa³by j¹ w naj-

drobniejszych szczególach.

W ci¹gu piêciu lat pracy w Waszyngtonie Thorpe sta³ siê w œwiecie

mediów niekwestionowanym autorytetem. Posiada³ dwa niezbêdne re-

porterowi atuty: wiarygodnoœæ i niezawodne Ÿród³a informacji. Jeœli T.C.

Thorpe coœ powiedzia³, bezwzglêdnie w to wierzono. Jeœli T.C. Thorpe

potrzebowa³ informacji, po prostu wiedzia³, do kogo zadzwoniæ.

Liv czu³a do niego instynktown¹ niechêæ. Specjalizowa³a siê w pro-

gramach politycznych, przygotowywanych dla lokalnej stacji. Thorpe by³

jej prawdziwym przekleñstwem. Strzeg³ swego terytorium z zajad³oœci¹

psa, który broni swego podwórka przed intruzami. Mia³ nad ni¹ przewa-

gê. Od dawna zapuœci³ tu korzenie, podczas gdy ona wci¹¿ czu³a siê obca.

Nie pozostawia³ jej nawet skrawka wolnej przestrzeni. Jeœli gdzieœ dzia³o

siê coœ wa¿nego, mog³a byæ pewna, ¿e on zjawi siê tam pierwszy.

Bardzo d³ugo stara³a siê znaleŸæ w nim coœ, co mog³aby skrytyko-

waæ. Thorpe jednak nie by³ efekciarzem. Ubiera³ siê tak, aby widzowie

mogli siê skupiæ wy³¹cznie na tym, co mia³ im do powiedzenia, a nie na

jego osobie. Cechowa³a go prostota i komunikatywnoœæ, jego reporta¿e

by³y ostre i bezkompromisowe, podczas gdy on sam zawsze potrafi³ za-

chowaæ obiektywizm. Jedyne, czego Liv nie mog³a w nim zaakceptowaæ,

to arogancja.

Obserwowa³a go teraz, jak stoi na tle sylwetki Bia³ego Domu. Mówi³

o Larkinie. Nie ulega³o w¹tpliwoœci, ¿e rozmawia³ z nim osobiœcie. Liv,

mimo ¿e naciska³a wszystkie sprê¿yny, ta sztuka siê nie uda³a. Ju¿ sam

background image

11

ten fakt by³ irytuj¹cy. Thorpe wymienia³ potencjalnych kandydatów na

miejsce Larkina, zaczynaj¹c od Beaumonta Della.

Siedz¹cy z ty³u Carl w milczeniu skin¹³ g³ow¹. Teraz zaczyna³ wie-

rzyæ w przeczucia Liv.

– Mówi³ T.C. Thorpe ze stanowiska przy Bia³ym Domu.

– Powiedz w recepcji, ¿e masz moj¹ zgodꠖ nieoczekiwanie oznaj-

mi³ Carl i mocno zaci¹gn¹³ siê niedopa³kiem papierosa. Liv odwróci³a

siê do niego gwa³townie, ale oczy szefa wpatrzone ju¿ by³y w ekran. –

WeŸ dwóch ludzi.

– Doskonale. – Prze³knê³a gorycz, ¿e s³owa Thorpe’a, bardziej ni¿

jej w³asne, trafi³y Carlowi do przekonania. – Zaraz wszystkim siê zajmê.

– Zdob¹dŸ coœ przed po³udniowym serwisem – zawo³a³ za ni¹ nie

odrywaj¹c oczu od ekranu.

Liv, stoj¹c w drzwiach, rzuci³a przez ramiê:

– Masz to jak w banku.

By³a godzina ósma rano, gdy Liv wraz z dwuosobow¹ ekip¹ zatrzy-

ma³a siê przed bram¹ wjazdow¹ domu Beaumonta Della w Aleksandrii

w Wirginii. Wsta³a o pi¹tej, aby przygotowaæ siê do wywiadu. Poprzed-

niego wieczoru wykona³a co najmniej pó³ tuzina telefonów, zanim w biu-

rze Della uzyska³a zapewnienie, ¿e jeœli zjawi siê nastêpnego dnia rano,

mo¿e liczyæ na dziesiêciominutow¹ rozmowê. Dobry reporter w dziesiêæ

minut mo¿e uzyskaæ bardzo wiele. Liv wysiad³a z samochodu i podesz³a

do stoj¹cego przy bramie wartownika.

– Jestem Olivia Carmichael z WWBW – pokaza³a legitymacjê pra-

sow¹. – Pan Dell oczekuje mnie.

Wartownik obejrza³ legitymacjê, sprawdzi³ coœ w swoim wykazie, po

czym skin¹³ g³ow¹ i nacisn¹wszy guzik otworzy³ bramê.

Niez³y pocz¹tek, pomyœla³a sadowi¹c siê w samochodzie.

– W porz¹dku, ch³opcy. B¹dŸcie gotowi, mamy ma³o czasu. – Siê-

gnê³a po notatki, aby je jeszcze raz przejrzeæ, podczas gdy samochód

zbli¿a³ siê do podjazdu rezydencji. – Bob, chcê mieæ ujêcie domu i bramy

wjazdowej w drodze powrotnej.

– Bramê wjazdow¹ ju¿ mamy – uœmiechn¹³ siê od ucha do ucha –

i twoje nogi równie¿. Masz wspania³e nogi, Liv.

– Tak  myœlisz? –  spojrza³a  na  siebie  krytycznie.  – Chyba  masz

racjê.

background image

12

Bawi³ j¹ ten niewinny flirt. Bob by³ nieszkodliwym, ¿onatym mê¿-

czyzn¹, z dwójk¹ dorastaj¹cych dzieci. Flirt w innym wydaniu natych-

miast by j¹ zmrozi³. Dzieli³a mê¿czyzn na dwie kategorie: bezpiecznych

i niebezpiecznych. Bob nale¿a³ do tych pierwszych. Mog³a siê czuæ przy

nim zupe³nie swobodnie.

– No dobra – powiedzia³a, kiedy samochód zatrzyma³ siê przed wej-

œciem do trzypiêtrowego murowanego domu. – Postarajcie siê zachowy-

waæ jak przysta³o na przedstawicieli powa¿nych mediów.

Bob uœmiechn¹³ siê szeroko i mamrocz¹c coœ pod nosem, wygramoli³

z ty³u samochodu. Przed drzwiami wejœciowymi Liv znowu by³a opano-

wan¹, ch³odn¹ reporterk¹. Nikomu by teraz nawet nie przysz³o do g³owy

robiæ jakieœ uwagi na temat jej nóg. A ju¿ z pewnoœci¹ nikt nie oœmieli-

³by siê powiedzieæ tego g³oœno. Energicznie zapuka³a, daj¹c jednocze-

œnie ekipie znak, aby przygotowa³a sprzêt.

– Olivia  Carmichael –  oznajmi³a  pokojówce,  która  ukaza³a  siê

w drzwiach. – Do pana Della.

S³u¿¹ca z wyraŸn¹ dezaprobat¹ patrzy³a na ubranych w d¿insy mê¿-

czyzn, taszcz¹cych po schodach aparaturê.

– Tak, proszê za mn¹, panno Carmichael. Pan Dell zaraz do pani

wyjdzie.

Liv zauwa¿y³a niechêæ pokojówki, ale nie by³a ni¹ zaskoczona. Ro-

dzina i wielu przyjació³ z dzieciñstwa mia³o podobny stosunek do jej

profesji.

Obszerny,  elegancki  hol  stanowi³  wizytówkê  ka¿dego  zamo¿nego

domu. Kiedy Liv dorasta³a, identyczne wnêtrza mia³a okazjê widzieæ

w dziesi¹tkach podobnych rezydencji. Organizowano w nich setki przy-

jêæ i ró¿nych imprez, które tak œmiertelnie zawsze j¹ nudzi³y. Zamyœlona,

nie zwróci³a uwagi na wisz¹cego po lewej stronie Matisse’a. W pewnej

chwili us³ysza³a, jak pod¹¿aj¹cy za ni¹ Bob, nie mog¹c siê opanowaæ,

cicho zagwizda³ przez zêby.

– Ale chata! – wymamrota³, gdy jego stopy w sportowym obuwiu

cicho przesuwa³y siê po posadzce.

Zajêta swymi myœlami, Liv bezwiednie mu przytaknê³a. Wychowy-

wa³a siê w domu niewiele ró¿ni¹cym siê od tego. Jej matka wola³a wpraw-

dzie Chippendale’a od Ludwika XIV, ale poza tym wszystko wydawa³o

siê takie same. Nawet zapach by³ taki sam – olejek cytrynowy i œwie¿e

kwiaty. To wywo³ywa³o wspomnienia.

Kiedy Liv ruszy³a za pokojówk¹, nagle dobieg³ j¹ g³oœny mêski œmiech.

background image

13

– T.C., jesteœ niekwestionowanym mistrzem w opowiadaniu kawa-

³ów. Zanim jednak zdecydujê siê powtórzyæ ten, który przed chwil¹ od

ciebie us³ysza³em, bêdê siê musia³ upewniæ, czy nie ma w pobli¿u pierw-

szej damy.

Dell powoli schodzi³ po schodach. By³ to elegancki, przystojny mê¿-

czyzna oko³o szeœædziesi¹tki. Towarzyszy³ mu Thorpe.

Liv poczu³a ucisk w ¿o³¹dku. Chocia¿ o jeden krok, ale zawsze przede

mn¹, pomyœla³a ze z³oœci¹. Cholera!

Nieoczekiwanie ich oczy siê spotka³y. Thorpe uœmiechn¹³ siê, ale to

nie by³ taki sam uœmiech, z jakim przed chwil¹ zwraca³ siê do Della.

– Panna Carmichael. – Dell, spostrzeg³szy Liv, podszed³ do niej z wy-

ci¹gniêt¹ rêk¹. Jego g³os by³ tak samo aksamitny jak jego d³oñ, a oczy

wyj¹tkowo przenikliwe. – Co do minuty. Mam nadziejê, ¿e nie czeka³a

pani na mnie.

– Nie, panie Dell. Ja równie¿ ceniê sobie czas.

Spojrza³a na Thorpe’a.

– Panie Thorpe.

– Panno Carmichael.

– Wiem, ¿e jest pan niezwykle zajêtym cz³owiekiem. – Liv z uœmie-

chem zwróci³a siê do Della. – Ale nie zabiorê panu du¿o czasu. – Dys-

kretnie w³¹czy³a mikrofon. – Czy zechcia³by pan porozmawiaæ ze mn¹

tutaj? – zapyta³a, chc¹c umo¿liwiæ technikowi dostrojenie dŸwiêku.

– Nie  mam  nic  przeciwko  temu.  –  Wykona³  zapraszaj¹cy  gest

i uœmiechn¹³ siê wylewnie. Uœmiech by³ jedn¹ z najwa¿niejszych umie-

jêtnoœci rasowego dyplomaty. K¹tem oka Liv widzia³a, jak Thorpe prze-

suwa siê poza zasiêg kamery i staje przy drzwiach. Wci¹¿ czu³a jego wzrok

na sobie, co nie wp³ywa³o zbyt dobrze na jej samopoczucie. Nic jednak

nie mog³a na to poradziæ. Odwróci³a siê wiêc do swego rozmówcy i za-

czê³a wywiad.

Dell wci¹¿ by³ ¿yczliwy i chêtny do wspó³pracy. Liv czu³a siê jak

dentysta usi³uj¹cy wyrwaæ z¹b komuœ, kto uœmiecha siê, maj¹c mocno

zaciœniête usta.

Nie ulega³o w¹tpliwoœci, i¿ Dell zdaje sobie sprawê, ¿e jego osobê

wi¹¿e siê ze stanowiskiem Larkina i oczywiœcie to, ¿e media poœwiêca³y

temu tyle uwagi, bardzo mu pochlebia³o. Liv zauwa¿y³a, ¿e jej rozmówca

robi wszystko, aby w czasie wywiadu nie pad³o nazwisko prezydenta.

Wiedzia³a, ¿e ma do czynienia z zawodowcem. Dell by³ uprzejmy, ale

przez ca³y czas lawirowa³, mówi¹c tak, aby nic nie powiedzieæ. Jednak

background image

14

Liv z uporem wraca³a do tematu. Jeœli ju¿ nie mog³a uzyskaæ od niego

¿adnej konkretnej odpowiedzi, przynajmniej z tonu jego g³osu stara³a siê

coœ wyczytaæ.

– Panie Dell, czy prezydent rozmawia³ z panem o wyborze nowego

sekretarza stanu? – Wiedzia³a, ¿e nie mo¿e oczekiwaæ prostej odpowie-

dzi „tak” lub „nie”.

– Nie dyskutowa³em o tym z prezydentem.

– Ale spotka³ siê pan z nim? – nalega³a.

– Od czasu do czasu widujê siê z prezydentem. – Da³ dyskretny znak

i po chwili zjawi³a siê tu¿ przy nim s³u¿¹ca podaj¹c mu kapelusz i p³aszcz.

– Bardzo mi przykro, panno Carmichael, ale nie mogê poœwiêciæ pani

wiêcej czasu. – W³o¿y³ p³aszcz. Liv wiedzia³a, ¿e to ju¿ koniec wywiadu,

mimo to ruszy³a wraz z nim w stronê drzwi.

– Panie Dell, czy zobaczy siê pan jeszcze dziœ z prezydentem? – Py-

tanie zabrzmia³o dosyæ obcesowo, ale odpowiedŸ Della nie by³a taka,

jakiej siê Liv spodziewa³a, a b³ysk w jego oczach i chwila wahania da³y

jej wiele do myœlenia.

– Byæ mo¿e. – Dell wyci¹gn¹³ rêkê. – To prawdziwa przyjemnoœæ

rozmawiaæ z pani¹, panno Carmichael. Niestety, czas mnie ju¿ goni. Ruch

o tej porze dnia jest taki uci¹¿liwy.

Liv da³a znak, aby Bob zatrzyma³ taœmê.

– Dziêkujê panu, panie ambasadorze, ¿e zechcia³ siê pan ze mn¹ wi-

dzieæ. – Odda³a mikrofon koledze z ekipy i pod¹¿y³a za Dellem i Thorpe-

’em do wyjœcia.

– Zawsze do us³ug – pog³aska³ j¹ po rêku i uœmiechn¹³ siê czaruj¹co,

jak przysta³o na wywodz¹cego siê ze starej szko³y po³udniowca. – Za-

dzwoñ do Anny, T.C. – odwróci³ siê do Thorpe’a i poklepa³ go po ple-

cach. – Czeka na wiadomoœæ od ciebie.

– Zadzwoniê.

Dell zszed³ po schodach do czarnej limuzyny, gdzie czeka³ ju¿ na

niego kierowca.

– NieŸle, Carmichael – odezwa³ siê Thorpe, kiedy limuzyna odje-

cha³a. – W koñcu zrobi³aœ ten wywiad. Oczywiœcie... – ci¹gn¹³ z uœmie-

chem – Dell to twardy przecsiwnik.

Liv spojrza³a na niego ch³odno.

– Co tu w³aœciwie robisz, Thorpe?

– Jad³em œniadanie – odrzek³. – Jestem starym przyjacielem ro-

dziny.

background image

15

Powinna go by³a uderzyæ, aby zetrzeæ ten g³upi uœmiech z jego twa-

rzy. Zamiast tego jednak zaczê³a starannie naci¹gaæ na palce rêkawiczki.

– Dell otrzyma to stanowisko.

Thorpe uniós³ do góry brwi.

– Czy to stwierdzenie, Olivio, czy raczej pytanie?

– Nie zapyta³abym ciê nawet o godzinê, Thorpe – odciê³a siê. – A ty,

nawet gdybym siê na to zdecydowa³a, i tak byœ mi nie odpowiedzia³.

– Zawsze twierdzi³em, ¿e masz ostry jêzyk.

Dobry Bo¿e, jaka¿ ona piêkna, pomyœla³. Kiedy j¹ zobaczy³ po raz

pierwszy w studiu, ju¿ wtedy zrobi³a na nim du¿e wra¿enie; co prawda

w makija¿u, w œwietle jupiterów i rozstawionych kamer wcale o to nie

trudno. Teraz, stoj¹c z ni¹ twarz¹ w twarz, w ostrym œwietle poranka, nie

mia³ w¹tpliwoœci, ¿e to najpiêkniejsza kobieta, jak¹ kiedykolwiek wi-

dzia³. Wspania³a budowa cia³a, nieskazitelna cera. Tylko oczy zdradza³y

z³oœæ, nad któr¹ za wszelk¹ cenê stara³a siê zapanowaæ. Thorpe znowu

siê uœmiechn¹³. Uwielbia³ obserwowaæ, jak pêka lód.

– Czy to dla ciebie problem, Thorpe? – z³oœliwie zauwa¿y³a Liv, od-

wracaj¹c siê, aby zwolniæ ekipê. – Czy¿byœ nie lubi³ reporterów, którzy,

tak siê sk³ada, akurat s¹ kobietami?

Rozeœmia³ siê i pokrêci³ g³ow¹.

– Doskonale wiesz, ¿e p³eæ nie ma tu nic do rzeczy.

W jego jeszcze przed chwil¹ tak powa¿nych oczach pojawi³y siê iskier-

ki rozbawienia. Wcale jej siê to nie spodoba³o.

– Dlaczego nie chcesz ze mn¹ wspó³pracowaæ?

Wiatr rozwiewa³ mu w³osy zupe³nie tak jak podczas wczorajszego

reporta¿u. Zdawa³o siê, ¿e jest zupe³nie niewra¿liwy na ch³ód, podczas

gdy Liv, otulona p³aszczem, dr¿a³a z zimna.

– Wykonujemy przecie¿ ten sam zawód, pracujemy dla tych samych

ludzi.

– To moje podwórko, Liv – spokojnie odrzek³. – Jeœli chcesz siê tu

dostaæ, musisz o to walczyæ. Osi¹gniêcie tego, co mam, zajê³o mi wiele

lat. Nie spodziewaj siê, ¿e tobie wystarczy parê miesiêcy, aby tego doko-

naæ. Lepiej bêdzie, jeœli wejdziesz do samochodu – doda³, widz¹c ¿e dr¿y

z zimna.

– Zamierzam walczyæ, Thorpe. – Zabrzmia³o to w po³owie jak groŸ-

ba, w po³owie jak ostrze¿enie. – Jeœli chcesz walki, bêdziesz j¹ mia³.

Thorpe sk³oni³ g³owê z uznaniem.

– Liczê na to.

background image

16

Nie mia³ w¹tpliwoœci, ¿e Liv nie wsi¹dzie do samochodu, dopóki on

sam tego nie zrobi. Bêdzie tak sta³a, kostniej¹c z zimna, przez zwyk³y

upór. Bez s³owa zszed³ wiêc po schodach i otworzy³ drzwiczki swego

samochodu.

Liv sta³a jeszcze przez chwilê, czekaj¹c, a¿ Thorpe odjedzie. Œwia-

domoœæ, ¿e teraz, kiedy znikn¹³ jej z oczu, mo¿e wreszcie swobodnie ode-

tchn¹æ, zirytowa³a j¹ jeszcze bardziej. Thorpe mia³ bardzo siln¹ osobo-

woœæ. Zachowanie w stosunku do niego obojêtnoœci wydawa³o siê pra-

wie niemo¿liwe. Zawsze wywo³ywa³ silne emocje. Jej by³y zdecydowa-

nie negatywne.

On nie mia³ zamiaru stawaæ jej na drodze. Ona nie mia³a zamiaru siê

tym zadowoliæ. Zesz³a po schodach i powoli skierowa³a do samochodu.

Anna, nagle pomyœla³a, przypomniawszy sobie imiê, które Dell wy-

mieni³ w rozmowie z Thorpe’em. Anna Dell Monroe, córka Della i ofi-

cjalna pani domu od œmierci swojej matki. Anna Dell Monroe. Jeœli coœ

mia³o siê wydarzyæ w ¿yciu jej ojca, ona z pewnoœci¹ musia³a o tym wie-

dzieæ. Liv nagle przyspieszy³a kroku i wsiad³a do czekaj¹cego na ni¹ sa-

mochodu.

– Podrzucimy taœmê do studia, a póŸniej pojedziemy do Georgetown.

background image

17

 

L

iv zawziêcsie stuka³a na maszynie. Da³a Carlowi wywiad z Del-

lem,  aby  go  wykorzysta³  w po³udniowym  serwisie  informacyj-

nym. Ale w zanadrzu mia³a wiêcej, znacznie wiêcej i musia³a z tym

zd¹¿yæ przed wieczornym dziennikiem. Jej przeczucie co do Anny Mon-

roe w pe³ni siê potwierdzi³o. Córka Della rzeczywiœcie zna³a ka¿dy szcze-

gó³ z ¿ycia ojca i chocia¿ w czasie wywiadu stara³a siê wypowiadaæ bar-

dzo ostro¿nie, nie by³a jednak takim dyplomat¹ jak jej ojciec. Podczas

pó³godzinnego wywiadu w jej salonie w Georgetown Liv zebra³a dosta-

tecznie du¿o materia³u, aby zaprezentowaæ telewidzom ciekaw¹ historiê.

Taœma by³a dobra. Liv mia³a ju¿ okazjê zerkn¹æ na ni¹ w czasie przy-

gotowywania programu do emisji. Bob znakomicie uchwyci³ zarówno

stylow¹ elegancjê wnêtrza, jak i uprzejmoœæ i nienaganne maniery go-

spodyni domu. Bêdzie to dobrze kontrastowa³o z przebieg³oœci¹ rasowe-

go polityka, do jakich zalicza³ siê jej ojciec. Uderza³ ogromny respekt

Anny dla ojca, jak równie¿ jej wyj¹tkowe zami³owanie do piêknych rze-

czy. Liv uda³o siê pokazaæ zarówno jedno, jak i drugie. To by³ naprawdê

dobry reporta¿, pozwalaj¹cy zwyk³emu obywatelowi chocia¿ na chwilê

zajrzeæ za kulisy wielkiej polityki.

Liv pospiesznie redagowala tekst.

– Liv, jesteœ nam potrzebna – zawo³a³ Brian.

Spojrza³a na niego przeci¹gle. Brian westchn¹³ z rezygnacj¹ i odsu-

n¹wszy siê od biurka, wyci¹gn¹³ rêce w obronnym geœcie.

background image

18

– Ju¿ w porz¹dku, w porz¹dku, sam to zrobiê. Ale bêdziesz mi coœ

winna.

– Jesteœ cudowny, Brian. – Wróci³a do pisania.

Dziesiêæ minut póŸniej wyci¹ga³a ostatni¹ kartkê z maszyny.

– Carl! – zawo³a³a, widz¹c, ¿e szef kieruje siê do swego gabinetu. –

Mój komentarz do programu.

– Przynieœ.

Liv spojrza³a na zegarek. Mia³a godzinê do wieczornego serwisu.

Kiedy wesz³a do pokoju Carla, odbiornik telewizyjny by³ w³¹czony,

ale g³os wyciszony. Carl, siedz¹c przy biurku, przegl¹da³ materia³y.

– Czy widzia³eœ ju¿ taœmê? – Liv poda³a mu maszynopis.

– Jest naprawdê dobra. – Przypali³ papierosa od niedopa³ka poprzed-

niego

 

i zaniós³ siê suchym kaszlem.

– Zaczniemy od porannej rozmowy z Dellem, po czym przejdziemy

do wywiadu z jego córk¹.

Wzi¹³ do rêki podane mu przez Liv kartki i w skupieniu zacz¹³ czy-

taæ. To by³ znakomicie przygotowany materia³, przedstawiaj¹cy krótkie

biografie wszystkich g³ównych rywali do ministerialnego stanowiska,

ze szczególnym zwróceniem uwagi na Beaumonta Della. To wprowa-

dzenie dawa³o widzom pe³ny obraz sytuacji, zanim, dziêki kamerze,

przekrocz¹ próg domu bohatera reporta¿u. Liv obserwowa³a p³yn¹ce

do sufitu spirale papierosowego dymu i czeka³a.

– Poka¿emy zdjêcia pozosta³ych kandydatów, podczas gdy ty bê-

dziesz czyta³a ich biografie. – Pospiesznie nanosi³ uwagi na margine-

sie maszynopisu. – Powinniœmy je mieæ w naszym archiwum. Jeœli

nie mamy, weŸmiemy je z góry. – „Gór¹” przyjê³o siê nazywaæ wa-

szyngtoñskie biuro CNC. – Wygl¹da na to, ¿e zamierzasz zaj¹æ trzy

minuty.

– Trzy i pó³. – Czeka³a, a¿ Carl podniesie g³owê. – Nieczêsto wy-

mieniamy sekretarzy stanu, Carl. Nasza kolejna wa¿na informacja to

mo¿liwoœæ czêœciowego zamkniêcia stacji filtrów na Potomacu. Ta moja

zas³uguje chyba na trzy i pó³.

– Przekonaj redaktora wydania – rzek³, po czym, kiedy Liv chcia³a

coœ powiedzieæ, nagle uniós³ do góry rêkê. Natychmiast siê zorientowa³a,

co przyci¹gnê³o jego uwagê. Na ekranie pojawi³a siê zapowiedŸ specjal-

nego wydania wiadomoœci. Liv szybko podkrêci³a g³os i w tej samej chwili

z ekranu spojrza³y na ni¹ oczy Thorpe’a. By³a tym kompletnie zaskoczo-

na. Jego wzrok mia³ dziwn¹ moc. Czu³a, jak przenika j¹ dreszcz. Coœ

background image

19

takiego prze¿y³a po raz pierwszy od piêciu lat. Wpatrzona w ekran prze-

oczy³a pierwsze s³owa komunikatu.

„...przyj¹³ spodziewan¹ rezygnacjê ze stanowiska sekretarza stanu Lar-

kina. Sekretarz Larkin zrezygnowa³ ze stanowiska ze wzglêdu na stan

zdrowia. Po poddaniu siê w ubieg³ym tygodniu powa¿nej operacji serca

Larkin wci¹¿ przebywa na rekonwalescencji w Bethesda Naval Hospital.

Wraz z przyjêciem rezygnacji, na wakuj¹ce stanowisko prezydent zapro-

ponowa³  Beaumonta  Della.  Przed  godzin¹,  na  spotkaniu  w Gabinecie

Owalnym, Dell przyj¹³ tê propozycjê. Sekretarz prasowy Donaldson wy-

znaczy³ konferencjê na jutro na godzinê dziewi¹t¹ rano”.

Liv nagle poczu³a, ¿e ziemia usuwa siê jej spod nóg. S³ysza³a, jak

Thorpe powtarza komunikat, zamknê³a oczy i ciê¿ko oddycha³a. Carl kl¹³,

nie przebieraj¹c w s³owach. Jej program by³ martwy. Wyrwano mu serce.

I on doskonale o tym wiedzia³. Liv powoli dochodzi³a do siebie, podczas

gdy na ekranie ponownie pokaza³ siê program z rozk³adówki. On wie-

dzia³ o tym ju¿ o ósmej rano.

– Przerób to – rzuci³ Carl, chwytaj¹c za s³uchawkê telefonu. – I wy-

œlij kogoœ na górê po komunikat Thorpe’a. Musimy go puœciæ. Wywiad

z córk¹ Della jest nieaktualny.

Liv zgarnê³a swoje materia³y z biurka Carla i skierowa³a siê do drzwi.

– Nie zapomnij o makija¿u, nied³ugo wchodzisz na wizjê.

Nie zareagowa³a spiesz¹c do wyjœcia. Po chwili nerwowo kr¹¿y³a po

korytarzu, nie mog¹c sie doczekaæ na windê. To nie mo¿e mu ujœæ na

sucho, powtarza³a w myœlach.

Jad¹c na czwarte piêtro, kontynuowa³a w windzie niespokojny spa-

cer. Od lat nikt jej a¿ tak nie wyprowadzi³ z równowagi. Zupe³nie nie

mog³a siê opanowaæ. A wszystko przez tego typa.

– Thorpe! – zawo³a³a z furi¹, wtargn¹wszy do pokoju redakcyjnego

na czwartym piêtrze.

Jakiœ reporter uniós³ g³owê i zas³oniwszy rêk¹ telefoniczn¹ s³uchaw-

kê, spokojnie powiedzia³:

– W swoim biurze.

Tym razem Liv nie czeka³a ju¿ na windê, tylko pobieg³a schodami,

gubi¹c po drodze tak typowy dla niej ch³ód i opanowanie.

– Panno Carmichael – siedz¹ca przed wejœciem do biura na pi¹tym

piêtrze recepcjonistka podnios³a siê na widok mijaj¹cej j¹ w biegu Liv. –

Panno Carmichael! – zawo³a³a, chc¹c j¹ zatrzymaæ. – Z kim chce siê pani

widzieæ? Panno Carmichael!

background image

20

Liv wpad³a do biura Thorpe’a bez pukania.

– Ty gnido!

Thorpe przerwa³ pisanie na maszynie i odwróci³ siê do drzwi. Jego

twarz wyra¿a³a raczej zaciekawienie ni¿ irytacjê z powodu nieoczekiwa-

nego wtargniêcia intruza.

– Olivia! – Przechyli³ siê do ty³u, ale nie podniós³ z miejsca. – Có¿

za mi³a niespodzianka! – Lekkim skinieniem g³owy odprawi³ recepcjo-

nistkê, która wyraŸnie zaniepokojona pojawi³a siê w drzwiach.  – Usi¹dŸ –

uprzejmym ruchem rêki wskaza³ jej miejsce. – Nie mogê wprost uwie-

rzyæ, ¿e po przesz³o roku zechcia³aœ zaszczyciæ wreszcie swoj¹ obecno-

œci¹ moje biuro.

– Zniszczy³eœ mój program! – Liv, wci¹¿ trzymaj¹c maszynopis w rê-

ku, pochyli³a siê nad jego biurkiem.

Zauwa¿y³ rumieñce na jej bladej twarzy i wœciek³oœæ w zazwyczaj

ch³odnych oczach. Jej w³osy, od nieprzytomnego biegu po schodach, by³y

w nie³adzie, a oddech przyspieszony. Thorpe patrzy³ na ni¹ zafascyno-

wany. Zastanawia³ siê, jak daleko mo¿e siê posun¹æ, aby zupe³nie straci³a

nad sob¹ panowanie. Postanowi³ sprawdziæ.

– Jaki program?

– Wiesz, do cholery! – Opar³a rêce na biurku i pochyli³a siê w jego

stronê. – Zrobi³eœ to specjalnie.

– Wiele rzeczy robiê specjalnie – przyzna³. – Jeœli masz na myœli tê

historiê z Dellem – ci¹gn¹³, patrz¹c jej w oczy – to wcale nie by³a twoja

historia, Liv. By³a moja. Jest moja.

– Puœci³eœ to na czterdzieœci piêæ minut przed moim programem. –

By³a wœciek³a i nie potrafi³a tego ukryæ. Thorpe nigdy jej takiej nie wi-

dzia³. Olivia nigdy nie mówi³a podniesionym tonem. Jej gniew mia³ za-

zwyczaj wiêcej wspólnego z lodem ni¿ z ogniem.

– A wiêc? – opar³ brodê na splecionych d³oniach. – Masz do mnie

pretensjê o ten komunikat.

– Nie zostawi³eœ mi nic. – Wyci¹gnê³a kartki maszynopisu, zmiê³a je

i wypuœci³a z r¹k. – Pracowa³am nad tym dwa tygodnie, od chwili gdy

Larkin dosta³ ataku serca, a ty mi to zniszczy³eœ w dwie minuty.

– Nie czujê siê za to odpowiedzialny, Carmichael. To twoja sprawa.

Nastêpnym razem mo¿e bêdziesz mia³a wiêcej szczêœcia.

– Coœ takiego! – Rozwœcieczona Liv uderzy³a piêœciami w maho-

niowy blat biurka. – Jesteœ pod³y. Ten program kosztowa³ mnie wiele

godzin pracy, setki telefonów i dziesi¹tki mil w nogach. Od pocz¹tku

background image

21

robisz mi œwiñstwa. – Jej oczy nagle zwêzi³y siê. – Czy¿byœ siê mnie

obawia³, Thorpe? Czy¿byœ czu³, ¿e twoja wysoka pozycja w mediach

jest zagro¿ona?

– Zagro¿ona? – uniós³ siê, pochylaj¹c jednoczeœnie nad biurkiem, a¿

jego twarz znalaz³a siê na wprost jej twarzy. – Nawet przez chwilê o tym

nie pomyœla³em. Nie interesuj¹ mnie pocz¹tkuj¹cy dziennikarze, którzy

wspinaj¹ siê do góry przeskakuj¹c po trzy szczeble naraz. Wróæ, kiedy

wyrównasz swoje rachunki.

– Nie mów mi o wyrównywaniu rachunków, Thorpe – syknê³a Liv. –

Zaczê³am to robiæ ju¿ osiem lat temu.

– Osiem lat temu by³em w Libanie i lawirowa³em miêdzy kulami,

podczas gdy ty by³aœ w Harvardzie i lawirowa³aœ miêdzy przystojnymi

graczami w pi³kê no¿n¹.

– Nigdy tego nie robi³am! – z furi¹ zawo³a³a Liv. – I w ogóle, co to

ma do rzeczy. Wiedzia³eœ o tym rano. Wiedzia³eœ, co siê œwiêci.

– A jeœli nawet?

– Wiedzia³eœ, jak bardzo siê w tê historiê zaanga¿owa³am. Czy nie

poczuwasz siê do ¿adnej lojalnoœci wobec lokalnej stacji.

– Nie.

Ta niew¹tpliwie szczera odpowiedŸ dos³ownie j¹ zamurowa³a.

– Przecie¿ tu startowa³eœ.

– Dlaczego wiêc nie zadzwonisz do WTRL w Jersey i nie zapew-

nisz im wy³¹cznoœci tylko dlatego, ¿e kiedyœ czyta³aœ tam prognozy po-

gody? – odrzek³. – Porzuæ ten mentorski ton, Liv. To naprawdê nie ma

sensu.

– Jesteœ nikczemny – niemal krzycza³a. – Przecie¿ wystarczy³oby,

abyœ mnie uprzedzi³, ¿e masz zamiar og³osiæ ten cholerny komunikat.

– A ty czeka³abyœ z za³o¿onymi rêkami, a¿ to zrobiê? Prêdzej pode-

r¿nê³abyœ mi gard³o, aby tylko zd¹¿yæ og³osiæ to przede mn¹.

– Z radoœci¹.

Rozeœmia³ siê.

– Jesteœ szczera, kiedy siê wœciekasz, Liv i... cudowna. – Wzi¹³ kilka

kartek z biurka i poda³ jej. – Bêdziesz potrzebowa³a moich materia³ów,

aby przerobiæ swój komentarz. Do emisji pozosta³o ci zaledwie trzydzie-

œci minut.

– Nie musisz mi o tym przypominaæ. – Zignorowa³a wyci¹gniêt¹ w jej

stronê rêkê. Mia³a ogromn¹ ochotê cisn¹æ czymœ w okienn¹ szybê za jego

plecami. – Wrócimy do tego, Thorpe. Jeœli nie teraz, to z pewnoœci¹ wkrót-

background image

22

ce. Jestem tym wszystkim naprawdê zmêczona. – Chwyci³a kartki, wœcie-

k³a, ¿e musi cokolwiek od niego przyj¹æ.

– Doskonale. –  Obserwowa³,  jak  podnosi  pomiêty  maszynopis. –

Umów siê dziœ ze mn¹ na drinka.

– Nigdy w ¿yciu! – Skierowa³a siê do drzwi.

– Boisz siê?

Wiedzia³, jak j¹ zatrzymaæ. Odwróci³a siê i rzuci³a mu piorunuj¹ce

spojrzenie.

– O’Riley’s, o ósmej.

– Zgoda. – Uœmiechn¹³ siê szeroko, kiedy Liv zniknê³a za drzwiami.

A wiêc, pomyœla³, ponownie siadaj¹c za biurkiem, w ¿y³ach tej dziew-

czyny jednak p³ynie gor¹ca krew. A ju¿ zaczyna³ mieæ w¹tpliwoœci. Cier-

pliwoœæ to jedna z najwa¿niejszych zalet, jak¹ powinien posiadaæ dobry

reporter. Thorpe czeka³ ju¿ od ponad roku. Dok³adnie od szesnastu mie-

siêcy. Od pierwszego wieczoru, kiedy obejrza³ jej program. Nie zapo-

mnia³ tego niskiego, spokojnego g³osu, ch³odnej, klasycznej urody. Nie

potrafi³ siê oprzeæ temu nieprawdopodobnemu urokowi, zapragn¹³ jej od

chwili, gdy tylko poczu³ na sobie jej spojrzenie. Ale instynkt podpowia-

da³ mu, ¿e powinien trzymaæ siê od niej na razie z daleka, ¿e w tym wy-

padku ta metoda da lepsze rezultaty.

Móg³ dok³adnie zbadaæ jej przesz³oœæ. By³ bystry i ustosunkowany.

Jednak coœ go od tego powstrzymywa³o. Wybra³ to, co uwa¿a³ za najsku-

teczniejsze – wytrwa³oœæ. Jako reporter opanowa³ tê sztukê po mistrzow-

sku. Rozpar³ siê w fotelu i zapali³ papierosa. Wygl¹da³o na to, ¿e przyjêta

przez niego taktyka zaczê³a przynosiæ efekty.

Dochodzi³a ósma, gdy Liv wjecha³a na parking tu¿ obok O’Riley’s.

Opar³a  czo³o  na  kierownicy.  Jak  na  zwolnionym  filmie  ujrza³a  siebie

wpadaj¹c¹ do pokoju redakcyjnego, a w chwilê potem do biura Thorpe-

’a. Prawie s³ysza³a, jak na niego krzyczy.

By³a z³a, ¿e straci³a nad sob¹ panowanie, tym bardziej i¿ sta³o siê to

w obecnoœci Thorpe’a. Od chwili gdy po raz pierwszy stanê³a z nim twa-

rz¹ w twarz, nie mia³a w¹tpliwoœci, ¿e powinna trzymaæ siê od niego z da-

leka. By³ zbyt siln¹ osobowoœci¹. Wpisa³a go na listꠄniebezpiecznych”,

i to na pierwszym miejscu.

Chcia³a, aby ich wzajemne kontakty pozbawione by³y jakiegokol-

wiek w¹tku osobistego; musia³a wiêc zachowaæ w stosunku do niego

background image

23

dystans. Parê godzin wczeœniej mia³a okazjê siê przekonaæ, jakie to trud-

ne zadanie.

Choæbym nie wiem jak siê stara³a, nie jestem z kamienia. I Thorpe

doskonale o tym wie. Westchnê³a.

W dzieciñstwie sprawia³a same k³opoty. W przywi¹zuj¹cej ogromn¹

wagê do dobrych manier statecznej rodzinie zadawa³a zbyt wiele pytañ,

wylewa³a zbyt wiele ³ez i zbyt g³oœno siꠜmia³a. W przeciwieñstwie do

siostry nie zale¿a³o jej na wst¹¿kach i balowych sukniach. Chcia³a mieæ

psa, aby z nim biegaæ, a nie ma³ego pudelka, którego trzyma³a jej matka.

Chcia³a mieszkaæ w drewnianym domku, a nie w okaza³ej rezydencji, któr¹

na zlecenie jej ojca zaprojektowa³ specjalnie wynajêty architekt. Chcia³a

biegaæ, podczas gdy bez przerwy kazano jej spacerowaæ.

W koñcu uda³o jej siê uciec od surowych regu³ i oczekiwañ, jakich

nie powinna zawieœæ osoba nosz¹ca nazwisko Carmichael. W college’u

znalaz³a wolnoœæ i to wszystko, o czym przez d³ugie lata marzy³a. PóŸ-

niej przyszed³ dzieñ, kiedy nie zosta³o jej nic. Ostatnie szeœæ lat to zupe-

³nie nowy etap w jej ¿yciu: postanowi³a myœleæ tylko o sobie i swojej

karierze. W dalszym ci¹gu ceni³a wolnoœæ, ale nauczy³a siê byæ ostro¿na.

Liv wyprostowa³a siê i potrz¹snê³a g³ow¹. To nie by³ odpowiedni czas,

aby myœleæ o przesz³oœci. Liczy³a siê tylko teraŸniejszoœæ i przysz³oœæ.

Nigdy ju¿ nie stracê panowania nad sob¹, pomyœla³a wysiadaj¹c z samo-

chodu. Nie sprawiê mu tej satysfakcji.

Wesz³a do O’Riley’s, gdzie mia³a siê spotkaæ z Thorpe’em.

Czeka³ ju¿ na ni¹. Zauwa¿y³, ¿e znowu przywdzia³a zwyk³¹ maskê.

Jej twarz by³a opanowana, oczy pogodne. Rozgl¹da³a siê po sali, szuka-

j¹c go. W gwarze rozmów i k³êbach dymu wygl¹da³a jak pos¹g z marmu-

ru: ch³odna, nieskazitelna i doskona³a. Thorpe nagle poczu³ nieodpart¹

chêæ, aby dotkn¹æ, poczuæ jej skórê, ujrzeæ ogieñ w oczach. Z³oœæ to nie

by³o jedyne uczucie, które chcia³ w niej obudziæ. T³umione od miesiêcy

po¿¹danie znowu powróci³o.

Zastanawia³ siê, kiedy pêknie ostatnia warstwa skorupy, któr¹ ta dziew-

czyna siê otoczy³a. Postanowi³ siê nie spieszyæ. Lubi³ wyzwania, ponie-

wa¿ to on zawsze zwyciê¿a³. Czeka³, a¿ Liv go zauwa¿y. Uœmiechn¹³ siê

i w milczeniu skin¹³ g³ow¹. Obserwowa³, jak idzie w jego stronê. Podo-

ba³ mu siê jej sposób poruszania, pe³en gracji i taki zmys³owy.

– Czeœæ, Olivio.

– Thorpe. – Liv zajê³a miejsce naprzeciw niego.

– Co pani podaæ?

background image

24

– Wino. – Z uœmiechem spojrza³a na kelnera, który w³aœnie zjawi³

siê przy stoliku. – Bia³e wino, Lou.

– Oczywiœcie, panno Carmichael. A dla pana, panie Thorpe?

– Na razie dziêkujê. – Podniós³ do góry szkock¹. Zauwa¿y³, ¿e kiedy

Liv zwraca³a siê do kelnera, na jej twarzy pojawi³ siê uœmiech. Jej rysy

wyraŸnie z³agodnia³y, ale gdy po chwili z powrotem spojrza³a na Thorpe-

’a, znowu przybra³a surowy wyraz twarzy.

– A wiêc, Thorpe, jeœli mamy uzdrowiæ panuj¹c¹ miêdzy nami at-

mosferê, proponujê, abyœmy sobie pewne rzeczy wyjaœnili od razu.

– Czy ty zawsze musisz byæ taka rzeczowa, Liv? – zapali³ papierosa,

patrz¹c na ni¹ uwa¿nie. Jednym z jego najwiêkszych atutów by³a umie-

jêtnoœæ d³ugiego i bardzo wnikliwego przygl¹dania siê rozmówcy. Nieje-

den znany polityk wi³ siê ju¿ pod tym spojrzeniem.

– Spotkaliœmy siê tu, aby porozmawiaæ o... – Liv równie¿ poczu³a

siê nieswojo.

– Czy¿byœ nigdy nie s³ysza³a o czymœ takim jak mi³a towarzyska roz-

mowa? – gwa³townie zaprotestowa³. – Jak siê czujesz? £adn¹ pogodê

mamy dzisiaj?

– Nie obchodzi mnie, jak ty siê czujesz. A pogoda jest okropna.

– Taki mi³y g³os, a taki brzydki jêzyk. – Zauwa¿y³ nag³y b³ysk w jej

oczach. – Masz najbardziej doskona³e rysy twarzy, jakie kiedykolwiek

widzia³em.

Liv zesztywnia³a. Thorpe widzia³ jej reakcjê i podniós³ do ust szkla-

neczkê ze szkock¹.

– Nie przysz³am tu, aby dyskutowaæ o moim wygl¹dzie.

– Rzeczywiœcie. Ale wygl¹d jest przecie¿ czêœci¹ naszej pracy, nie

s¹dzisz?

Kelner postawi³ przed ni¹ wino. Liv wziê³a do rêki kieliszek, jednak

nie podnios³a go do ust.

– Telewidzowie lubi¹ patrzeæ na atrakcyjnych prezenterów. To spra-

wia, ¿e podawane informacje s¹ dla nich bardziej strawne. Ty, dodaj¹c do

tego odrobinê klasy, jeszcze ten efekt wzmacniasz.

– Mój wygl¹d nie ma nic wspólnego z jakoœci¹ mojej pracy. – Jej

g³os by³ ch³odny i zupe³nie pozbawiony emocji, ale w oczach pojawi³y

siê niebezpieczne b³yski.

– Tak, ale dziêki niemu twoje programy zyskuj¹ ci jeszcze wiêcej

wielbicieli. – Odchyli³ siê do ty³u, wci¹¿ uwa¿nie j¹ obserwuj¹c. – Jesteœ

cholernie dobrym spikerem, Liv, i coraz lepszym reporterem.

background image

25

Zmarszczy³a brwi. Te komplementy wyda³y siê jej podejrzane.

– I... – zawiesi³ g³os – niezwykle ostro¿n¹ kobiet¹.

– O czym ty mówisz?

– Gdybym zaprosi³ ciê na kolacjê, co byœ powiedzia³a?

– Oczywiœcie odmówi³abym.

Uœmiechn¹³ siê rozbrajaj¹co.

– Dlaczego?

Powoli podnios³a kieliszek do ust i upi³a ³yk wina.

– Poniewa¿ mi siê nie podobasz. Nie jadam kolacji z mê¿czyznami,

którzy mi siê nie podobaj¹.

– Co oznacza, ¿e z tymi, którzy ci siê podobaj¹, jadasz. – Jeszcze raz

mocno zaci¹gn¹³ siê papierosem, po czym zgniót³ niedopa³ek na popiel-

niczce. – Ale ty przecie¿ z nikim nie wychodzisz, czy¿ nie mam racji?

– To nie twoja sprawa! – Rozwœcieczona, ju¿ mia³a zamiar siê pod-

nieœæ, ale rêce Thorpe’a j¹ od tego powstrzyma³y.

– Ratujesz siê, gdy ktoœ zbyt mocno naciœnie. Zastanawiasz mnie,

Olivio. – Mówi³ cicho, chocia¿ dooko³a s³ychaæ by³o œmiech i podniesio-

ne g³osy.

– Nie ¿yczê sobie, abyœ siê mn¹ interesowa³. Nie podobasz mi siꠖ

powtórzy³a, opanowuj¹c chêæ, aby mu siê wyrwaæ. Jego d³onie by³y silne

i bardzo zdecydowane. Ogarnê³o j¹ dziwne uczucie. – Nie cierpiê ani two-

jej z trudem skrywanej mêskiej pró¿noœci, ani przesadnej arogancji.

– Z trudem skrywanej mêskiej pró¿noœci? – œmia³ siê, wyraŸnie tym

okreœleniem ubawiony. – Myœlê, ¿e to raczej komplement.

Jego œmiech by³ nawet sympatyczny, ale Liv wcale siê nie podoba³.

Jeszcze bardziej utwierdzi³a siê w przekonaniu, ¿e Thorpe rzeczywiœcie

nale¿y do bardzo niebezpiecznych mê¿czyzn.

– Podoba mi siê twój styl, Liv, i twoja twarz. Lodowaty seks – ci¹-

gn¹³, ale nagle zauwa¿y³, i¿ zupe³nie nieœwiadomie dotkn¹³ jakiegoœ bo-

lesnego miejsca. Jej palce konwulsyjnie siê zacisnê³y, a oczy, jeszcze przed

chwil¹ takie zagniewane, teraz wygl¹da³y tak, jakby ich w³aœcicielkê ktoœ

bardzo g³êboko dotkn¹³.

– Puœæ moje rêce.

Chcia³ jej dokuczyæ, nawet zirytowaæ, ale nie zraniæ.

– Wybacz mi, proszê.

Skrucha by³a taka widoczna i szczera, i taka nieoczekiwana, ¿e z³oœæ

Liv zniknê³a bez œladu. Kiedy Thorpe puœci³ jej d³onie, Liv znowu siê-

gnê³a po kieliszek z winem.

background image

26

– Je¿eli ju¿ skoñczyliœmy tê rozmowê o niczym, Thorpe, mo¿e by-

œmy przeszli do spraw bardziej konkretnych.

– Doskonale, Liv. Twój ruch.

Odstawi³a kieliszek.

– Chcia³abym, abyœ wreszcie przesta³ mnie blokowaæ.

– A konkretnie?

– WWBW jest zrzeszona z CNC. Nale¿a³oby oczekiwaæ, i¿ w wielu

przypadkach powinniœmy ze sob¹ wspó³pracowaæ. Program lokalny jest

przecie¿ równie wa¿ny jak ogólnokrajowy.

– Tak?

Thorpe bywa³ czasem irytuj¹co ma³omówny. Liv odsunê³a kieliszek

z winem i pochyli³a nad stolikiem.

– Nie proszê ciê o pomoc. Nie potrzebujê jej. Ale jestem ju¿ zmê-

czona tym, ¿e wci¹¿ sabotujesz moj¹ pracê.

– Sabotujê? – podniós³ do ust szklaneczkê ze szkock¹. Liv wyraŸnie

siê o¿ywi³a, zapominaj¹c o obojêtnoœci i dystansie. Podoba³y mu siê de-

likatne rumieñce, które zaró¿owi³y jej alabastrow¹ skórê.

– Wiedzia³eœ, ¿e pracowa³am nad spraw¹ Della. Zna³eœ ka¿dy mój

krok. Przestañ udawaæ niewini¹tko, Thorpe. Doskonale wiem, ¿e masz

swoje wtyczki w WBW. Chcia³eœ zrobiæ ze mnie idiotkê.

Rozeœmia³ siê, ubawiony jej s³owami.

– Rzeczywiœcie, wiedzia³em, co robisz – przyzna³, wzruszaj¹c ramio-

nami. – Ale to twój problem, a nie mój. Dosta³aœ ode mnie mój tekst, to

normalna procedura. Lokalny zawsze dostaje materia³ z góry.

– Nie potrzebowa³abym twojego tekstu, gdybyœ mi nie przystawi³

no¿a do gard³a. – Nie interesowa³a jej wspania³omyœlnoœæ „góry”. – Ma-

j¹c w³aœciwe informacje, inaczej poprowadzi³abym wywiad z Ann¹ Mon-

roe i teraz nie musia³abym z niego rezygnowaæ. To by³ kawa³ dobrej ro-

boty i wszystko na nic.

– Efekt  tunelowy –  stwierdzi³  krótko  i dokoñczy³  whisky. –  B³¹d

w przeprowadzeniu wywiadu. Gdybyœ – ci¹gn¹³, zapalaj¹c papierosa –

przewidzia³a, co mo¿e siê wydarzyæ, zada³abyœ Annie parê innych pytañ

i trochê wiêcej od niej wyci¹gnê³a. Teraz mog³abyœ tê rozmowê trochê

przeredagowaæ i wtedy z pewnoœci¹ nadawa³aby siê do emisji. Widzia-

³em taœmꠖ doda³. – To by³ naprawdê kawa³ dobrej roboty; po prostu nie

nacisnê³aœ w³aœciwych guzików.

– Nie mów mi, jak mam wykonywaæ swoj¹ pracê.

background image

27

– A ty mi nie mów, jak wykonywaæ moj¹. – Teraz on równie¿ pochy-

li³ siê nad stolikiem. – Grzebiê siê w tej cholernej polityce od piêciu lat.

Nie podam ci Kapitolu na z³otym talerzu, Carmichael. Jeœli masz zastrze-

¿enia do mojej pracy, zwróæ siê z tym do Morrisona.  – Wymieni³ nazwi-

sko szefa waszyngtoñskiego biura CNC.

– Jesteœ taki z siebie zadowolony – Liv chêtnie by go teraz udusi³a –

taki pewny siebie, jakbyœ trzyma³ w rêku œwiêtego Graala.

– W tym mieœcie, Carmichael, gdy mowa o polityce, nikt nie mo¿e

byæ pewny siebie – ci¹gn¹³ Thorpe. – Jestem tutaj, poniewa¿ wiem, jak

siê tu gra. Mo¿e potrzebujesz kilku lekcji.

– Nie od ciebie.

– Mog³abyœ trafiæ gorzej. – Umilk³ na chwilê, po czym doda³: – Po-

s³uchaj, w imiê zawodowej solidarnoœci powiem ci tyle: potrzeba wiêcej

ni¿ roku, aby w tym œrodowisku zapuœciæ korzenie. Ludzie nie czuj¹ siê

tu bezpiecznie, ich interesy zale¿¹ od tak wielu spraw. Polityka to niezbyt

przyjemnie pachn¹ce s³owo, szczególnie od s³ynnej afery Watergate. Wy-

ci¹ganie takich spraw to oczywiœcie nasz obowi¹zek. Nie mog¹ nas igno-

rowaæ, a wiêc próbuj¹ traktowaæ nas tak, jak my traktujemy ich.

– Nie mówisz czegoœ, o czym sama bym nie wiedzia³a.

– Mo¿e i tak – przyzna³. – Ale masz pewien atut, którego zupe³nie

nie doceniasz: urodê i klasê.

– Nie rozumiem, co to ma...

– Nie b¹dŸ idiotk¹ – przerwa³ jej niecierpliwym ruchem rêki. – Re-

porter musi umieæ korzystaæ ze wszystkiego. Twoja twarz nie ma nic

wspólnego z twoim intelektem, ale ma wiele wspólnego z tym, jak ludzie

ciê postrzegaj¹. To zupe³nie normalne.

Zastanawia³a siê nad tym, co Thorpe przed chwil¹ powiedzia³, i mu-

sia³a przyznaæ, ¿e by³o w tym du¿o racji. Urok osobisty pracowa³ dla

jednych, obcesowoœæ i szorstkoœæ dla innych, a klasa, jak utrzymywa³

Thorpe, mo¿e pracowaæ dla niej.

– W sobotê jest przyjêcie w jednej z ambasad. Zabiorê ciê ze sob¹.

Spojrza³a na niego ze zdumieniem.

– Mówisz, ¿e...

– Jeœli chcesz otworzyæ drzwi, wybierz te, które s¹ w zasiêgu two-

jej rêki. – Niedowierzanie w jej oczach ogromnie go rozbawi³o. – Po

paru lampkach szampana mo¿na w damskiej toalecie us³yszeæ wiele cie-

kawych rzeczy.

background image

28

– Zdajesz siê wiele o tym wiedzie栖 z ironi¹ zauwa¿y³a Liv.

– By³abyœ z pewnoœci¹ zaskoczona.

– Nie rozumiem tylko, dlaczego mia³byœ to zrobiæ.

Postawi³ przed ni¹ jej kieliszek z winem.

– Istnieje powiedzenie o darowanym koniu.

– Istnieje tak¿e o koniu trojañskim.

Rozeœmia³ siê.

– Dobry reporter otworzy³by drzwi i mia³by prawdziw¹ bombê.

Oczywiœcie mia³ racjê, ale Liv wcale siê to nie podoba³o. Zdawa³a

sobie sprawê, ¿e gdyby to by³ ktoœ inny, a nie Thorpe, nie waha³aby siê

ani chwili. To jeszcze bardziej go mo¿e oœmieliæ, powiedzia³a sobie i w-

ziê³a do rêki torebkê.

– Zgoda. Jaka ambasada?

– Kanadyjska. – Bawi³o go, jak walczy³a ze sob¹, aby podj¹æ tê decyzjê.

– O której godzinie siê spotkamy?

– Przyjadê po ciebie.

Ju¿ mia³a wstaæ od stolika, ale teraz nagle siê zatrzyma³a.

– Nie.

– Moje party, moje warunki. Przyjmij je albo odrzuæ.

Nie  by³a  tym  zachwycona.  Mia³a  w¹tpliwoœci,  czy  z Thorpe’em

jakakolwiek kobieta mo¿e siê czuæ bezpieczna. Zapêdzi³ j¹ do naro¿nika.

Jeœli mu teraz odmówi, wyjdzie na idiotkê.

– W porz¹dku. – Liv siêgnê³a po notes. – Zapiszê ci adres.

– Znam twój adres.

Spojrza³a na niego podejrzliwie. Thorpe uœmiechn¹³ siê.

– Jestem reporterem, Liv. Zbieranie informacji to moja specjalnoœæ. –

Wsta³ od stolika. – Wyjdê z tob¹.

Wzi¹³ j¹ pod rêkê i poprowadzi³ do drzwi. Liv milcza³a. Nie by³a

pewna, czy zrobi³a krok do przodu czy raczej dwa do ty³u. W ka¿dym

razie lepsze to ni¿ stanie w miejscu.

– Nie powinieneœ wychodzi栖 odezwa³a siê, gdy prowadzi³ j¹ w stro-

nê parkingu. – Nie zabra³eœ p³aszcza.

– Martwisz siê o mnie?

– Ani trochê. – Poirytowana siêgnê³a po kluczyki.

– Czy na dzisiaj koniec z interesami? – zapyta³, kiedy otwiera³a drzwi

samochodu.

– Tak.

– Ca³kowicie?

background image

29

– Ca³kowicie.

– Doskonale.

Odwróci³ j¹ do siebie, chwyci³ za ramiona i poca³owa³. By³a zbyt

oszo³omiona, by protestowaæ. Nie spodziewa³a siê tego po Thorpie. Nie

przypuszcza³a, ¿e te twarde, nieustêpliwe wargi mog¹ byæ takie miêkkie

i delikatne. Przyci¹gna³ j¹ do siebie, chocia¿ usi³owa³a siê broniæ.

Jego cia³o by³o dobrze zbudowane, jêdrne i wyraŸnie pobudzone. Liv

czu³a, jak krew zaczyna szybciej kr¹¿yæ w jej ¿y³ach. Wyci¹gnê³a przed

siebie rêce, niepewna, czy chce go przyci¹gn¹æ, czy raczej odepchn¹æ.

W koñcu bezradnie wpi³a palce w jego koszulê.

Thorpe nie uczyni³ nic, aby pog³êbiæ poca³unek. Wyczu³ jej walkê

z sam¹ sob¹ i wiedzia³, ¿e musi po prostu zaczekaæ. Przesta³ myœleæ o so-

bie i skoncentrowa³ siê jedynie na tym, czego ona pragnê³a.

Powoli jej wargi stawa³y siê coraz bardziej miêkkie i uleg³e. Jej oczy

zmêtnia³y. To by³o tak, jakby w kamerze ktoœ zmieni³ obiektyw i nie zd¹-

¿y³ nastawiæ ostroœci.

– Nie – mówi³a niewyraŸnie, chc¹c siê od niego uwolniæ. – Nie.

Kiedy j¹ puœci³, Liv opar³a siê o samochód. Uczucia, o których my-

œla³a, ¿e dawno umar³y, zbudzi³y siê na nowo. Nie chcia³a tego, nie chcia-

³a, aby Thorpe by³ tym, kto je o¿ywi. Patrzy³ na jej twarz, na której malo-

wa³o siê wszystko, co prze¿ywa³a. I wtedy zorientowa³ siê, ¿e to, co do

niej czu³, by³o czymœ wiêcej ni¿ tylko po¿¹daniem.

– To... – Liv prze³knê³a œlinê i spróbowa³a znowu: – To by³o...

– Bardzo przyjemne, Olivio, dla nas obojga. – Stara³ siê mówiæ lek-

ko. – Chocia¿ mo¿na by pomyœleæ, ¿e wysz³aœ nieco z wprawy.

Jej oczy zalœni³y, mg³a znik³a.

– Jesteœ nieznoœny.

– B¹dŸ gotowa w sobotê o ósmej, Liv – powiedzia³ i odwróciwszy

siê, powróci³ do O’Riley’s.

background image

30

!

W

ybra³a prost¹ czarn¹ sukienkê, œciœle przylegaj¹c¹ do cia³a.

Na tle g³êbokiej czerni jej skóra lœni³a jak alabaster. Liv d³ugo

zastanawia³a siê nad bi¿uteri¹. W koñcu zdecydowa³a siê na

per³owe kolczyki, które dosta³a na dwudzieste pierwsze urodziny.

Przez chwilê trzyma³a je w rêku. Tyle wi¹za³o siê z nimi wspomnieñ,

s³odko-gorzkich wspomnieñ. Dwadzieœcia jeden lat. Myœla³a wtedy, ¿e

nic nie jest w stanie zniszczyæ jej szczêœcia. Zaledwie rok póŸniej jej œwiat

run¹³. Maj¹c dwadzieœcia trzy lata ju¿ nawet nie pamiêta³a, co znaczy

byæ szczêœliw¹.

Usi³owa³a sobie przypomnieæ, co Doug powiedzia³, kiedy jej dawa³

te per³y. Przymknê³a oczy. Chyba coœ takiego, ¿e s¹ jak jej skóra – olœnie-

waj¹co bia³e i g³adkie. Doug, zaduma³a siê. Mój m¹¿. Spojrza³a na rêkê

bez obr¹czki. Eks-m¹¿. Wtedy tak bardzo siê kochaliœmy. Przez cztery

lata byliœmy razem. Zanim...

Czuj¹c, jak powraca tamten ból, znowu zamknê³a oczy. Nie mog³a my-

œleæ o tym, co straci³a. To by³o zbyt straszne. Nawet czas nie zaleczy³ tej rany.

Minê³o siedem lat od czasu, kiedy da³ jej te kolczyki. By³a wtedy

zupe³nie inn¹ kobiet¹, w zupe³nie innym ¿yciu. Przyszed³ czas, aby za³o-

¿yæ je znowu.

Wpiê³a kolczyki do uszu i posz³a po pantofle. Dochodzi³a ósma.

Czu³a niepokój, ale stara³a siê przekonaæ sam¹ siebie, ¿e nie ma ku

temu powodu. Od lat nie umówi³a siê z nikim na randkê. Ale to przecie¿

background image

31

nie jest randka, przywo³a³a siê do porz¹dku. To po prostu biznes. Zawo-

dowa grzecznoœæ. Ale dlaczego Thorpe mia³by jej œwiadczyæ jak¹kol-

wiek grzecznoœæ?

Usiad³a z jednym pantoflem na nodze, drugi trzymaj¹c w rêku. Thor-

pe nie by³ mê¿czyzn¹, któremu mo¿na by zaufaæ w ¿yciu osobistym ani

w zawodowym. W pracy by³ surowy i nieprzystêpny. Liv od pocz¹tku

o tym wiedzia³a. A teraz...

Sposób, w jaki j¹ poca³owa³. Jakby nigdy nic. Jakby mia³ do tego

prawo. Zagryz³a wargê i w zamyœleniu patrzy³a przed siebie. Chyba tego

nie planowa³. Gdyby tak by³o, potrafi³aby siê obroniæ. Doskonale wie-

dzia³a, jak to siê zaczyna: te znacz¹ce uœmiechy i czu³e s³ówka. W zacho-

waniu Thorpe’a nic takiego nie zauwa¿y³a. To by³ po prostu impuls, zde-

cydowa³a. Ale po chwili w¹tpliwoœci wróci³y. W jego poca³unku nie mog³a

siê dopatrzyæ nawet cienia spontanicznoœci czy te¿ szczególnego uczu-

cia. A wiêc czy nie myœli o tym zbyt wiele... Chcia³a go ca³owaæ. Chcia³a

byæ blisko niego, czuæ siê potrzebna, po¿¹dana. Dlaczego? Nic przecie¿

dla niej nie znaczy, powtarza³a sobie.

– Czego chcesz? – szepta³a do siebie. – I dlaczego nie znasz na to

pytanie odpowiedzi?

Byæ najlepsz¹, pomyœla³a. Zwyciê¿aæ. Byæ Olivi¹ Carmichael, tak¹

jak kiedyœ, promienn¹ i pe³n¹ ¿ycia.

Odezwa³ siê dzwonek u drzwi. Biznes, przypomnia³a sobie. Mam za-

miar zostaæ najlepszym reporterem w Waszyngtonie. Jeœli w tym celu

muszê siê zaprzyjaŸniæ z T.C. Thorpe’em, zrobiê to.

Spojrza³a na flakonik perfum, ale po chwili siê rozmyœli³a. Nie chcia-

³a, aby Thorpe zbyt wiele sobie wyobra¿a³. I tak mia³ dosyæ ku temu po-

wodów. Nie spiesz¹c siê, ruszy³a w kierunku drzwi. Sprawia³o jej satys-

fakcjê, ¿e ka¿e mu tam czekaæ. Kiedy wreszcie otworzy³a je, Thorpe wcale

nie wygl¹da³ na zniecierpliwionego. W jego oczach ujrza³a aprobatê i mê-

ski zachwyt dla kobiecej urody.

– Wygl¹dasz œlicznie. – Thorpe wrêczy³ jej p¹czek ró¿y. Ró¿a mia³a

d³ug¹ ³odygê i by³a œnie¿nobia³a. – Pasuje do ciebie – rzek³, kiedy przy-

jê³a j¹ bez s³owa. – Czerwona by³aby zbyt zobowi¹zuj¹ca, w kolorze ró¿u

zbyt cukierkowa.

Liv, patrz¹c na ten kwiat, zapomnia³a o wszystkim, o czym przed chwi-

l¹ myœla³a. Nie s¹dzi³a, ¿e Thorpe potrafi j¹ tak szybko poruszyæ.

– Dziêkujꠖ powiedzia³a, spogl¹daj¹c na niego powa¿nie.

Thorpe uœmiechn¹³ siê, ale ton jego g³osu by³ równie powa¿ny jak jej.

background image

32

– Drobiazg. Czy mogê wejœæ?

Bezpieczniej by³oby siê nie zgodziæ, przysz³o jej nagle na myœl. Mimo

to odsunê³a siê, aby go przepuœciæ.

– Wstawiê to do wazonu – powiedzia³a.

Kiedy wysz³a z pokoju, Thorpe rozejrza³ siê dooko³a. Salonik by³ sym-

patyczny, gustownie urz¹dzony. Bez pomocy dekoratora, pomyœla³. Za-

uwa¿y³ brak jakichkolwiek zdjêæ czy innych pami¹tek. Liv zawsze strze-

g³a swojej prywatnoœci, staraj¹c siê niczego z niej nie ujawniaæ. Atmos-

fera tajemniczoœci poruszy³a w nim instynkt reportera.

To mo¿e byæ odpowiedni moment, aby spróbowaæ delikatnie siê cze-

goœ dowiedzieæ. Skierowa³ siê do kuchni i opar³szy siê o drzwi, obserwo-

wa³, jak Liv nalewa wodê do kryszta³owego wazonu.

– £adne miejsce – odezwa³ siê. – Masz st¹d piêkny widok na miasto.

– Tak.

– Z Waszyngtonu daleko do Connecticut. Z jakiego rejonu pocho-

dzisz?

Liv podnios³a na niego oczy. Znowu by³y ch³odne i nieufne.

– Z Westport.

Westport – Carmichael. Thorpe bez trudu powi¹za³ fakty.

– Tyler Carmichael to twój ojciec?

Liv wyjê³a wazon ze zlewu i odwróci³a siê do Thorpe’a.

– Tak.

Tyler Carmichael – w³aœciciel ziemski, zagorza³y konserwatysta, któ-

rego przodkowie przybyli do Nowej Anglii z pierwszymi osadnikami

brytyjskimi na pok³adzie s³ynnego galeonu „Mayflower”. By³y tam dwie

córki, nagle przypomnia³ sobie Thorpe. Zapomnia³ o tym, poniewa¿ jed-

na zniknê³a z pola widzenia jakieœ dziesiêæ lat temu, podczas gdy druga

ostro  ruszy³a  w debiutancki  objazd.  Suknie  po  piêæ  tysiêcy  dolarów

i ró¿owy  rolls.  Ukochana  córeczka  tatusia.  Kiedy  ukoñczy³a  studia

i z³apa³a pierwszego mê¿a, znanego dramaturga, Carmichael w prezen-

cie œlubnym podarowa³ jej piêtnastoakrow¹ posiad³oœæ. Melinda Car-

michael Howard Le Clare obecnie mia³a ju¿ drugiego mê¿a. By³a ner-

wow¹, zepsut¹ kobiet¹ o szokuj¹cej urodzie i ogromnie rozrzutnym stylu

¿ycia.

– Pozna³em twoj¹ siostrꠖ ci¹gn¹³ Thorpe, nie spuszczaj¹c wzroku

z twarzy Liv. – Jesteœ zupe³nie do niej niepodobna.

– To prawda – przyzna³a i min¹wszy go, wesz³a do salonu. Postawi-

³a wazon na maleñkim, szklanym stoliku. – Wezmê p³aszcz.

background image

33

Dobry reporter nie unika najtrudniejszych nawet tematów. Dobrze

wie, jak bez mrugniêcia okiem odpowiedzie栄tak” lub „nie” na ka¿de

pytanie. Olivia Carmichael by³a dobrym reporterem. On równie¿.

– Nie utrzymujesz kontaktów ze swoj¹ rodzin¹?

– Tego nie powiedzia³am. – Liv wyjê³a z szafy kurtkê z lisów.

– Nie  musia³aœ. –  Thorpe  delikatnie  wzi¹³  futro  z jej  r¹k  i po-

móg³ jej siê ubraæ. Nie wyczu³ zapachu perfum, a jedynie delikatny aro-

mat œrodków do k¹pieli i cytrynowego szamponu do w³osów. Musia³ przy-

znaæ, i¿ to, ¿e nie u¿y³a ¿adnego sztucznego zapachu, podzia³a³o na niego

niezwykle podniecaj¹co. – W³aœciwie dlaczego nie utrzymujesz z nimi

kontaktu?

Liv ciê¿ko westchnê³a.

– Pos³uchaj, Thorpe...

– Czy nie mog³abyœ zwracaæ siê do mnie po imieniu?

Unios³a do góry brwi i chwilê milcza³a.

– Terrance?

Uœmiech od ucha do ucha pojawi³ siê na jego twarzy.

– Nikt, kto by siê odwa¿y³ mnie tak nazwaæ, nie prze¿y³by, aby to

komukolwiek powtórzyæ.

Liv rozeœmia³a siê. Thorpe nagle uœwiadomi³ sobie, ¿e po raz pierw-

szy s³yszy jej œmiech, i du¿o to dla niego znaczy³o. Schyli³a siê po to-

rebkê.

– Nigdy nie odpowiadasz na moje pytania – ci¹gn¹³ Thorpe i kiedy

Liv siê do niego odwróci³a, nieoczekiwanie wzi¹³ j¹ za rêkê.

– I nie mam zamiaru. ¯adnych osobistych pytañ, Thorpe, do mikro-

fonu czy te¿ bez niego.

– Jestem bardzo upartym cz³owiekiem, Liv.

– Nie przechwalaj siê, Thorpe, to wcale mnie nie bawi.

Splót³ swoje palce z jej, po czym uniós³ do góry po³¹czone d³onie

i przez chwilê przygl¹da³ siê im w skupieniu.

– Pasuj¹ do siebie – powiedzia³ z uœmiechem. – Mia³em na myœli, ¿e

mog³yby.

Liv nigdy siê z czymœ takim nie spotka³a. To nie by³o uwodzenie,

a jednak czu³a siê dziwnie podniecona. To nie by³o wyzwanie, a jednak

czu³a potrzebê walki. To nie by³a nawet sugestia, z któr¹ mo¿na by pole-

mizowaæ, a jedynie proste stwierdzenie faktu.

– Czy nie powinniœmy ju¿ wyjœæ? – z niecierpliwoœci¹ powiedzia³a

Liv. To niesamowite, ¿e chocia¿ przez ca³y czas patrzy³ jej w oczy, czu³a,

background image

34

jak jego wzrok przenika przez jej okrycie, przez jej sukniê, jak przebiega

po ca³ym jej ciele. Mog³aby przysi¹c, ¿e zna ka¿dy jej zakamarek, nie

wy³¹czaj¹c maleñkiego znamienia pod lew¹ piersi¹.

– Thorpe – zaczê³a wpadaæ w panikê. – Przestañ.

Ura¿ona. Widzia³ to. Czu³ to. By³a ura¿ona. Przypomnia³ sobie o swo-

im postanowieniu, ¿e bêdzie dzia³a³ ostro¿nie. Trzymaj¹c jej rêkê w swo-

jej d³oni, skierowa³ siê w stronê drzwi.

Œwiat³a. Muzyka. Szyk. Liv zastanawia³a siê, ile podobnych przyjêæ

mia³a ju¿ za sob¹. Co ró¿ni³o to od setek innych? Politycy.

To by³ niespokojny, dobrze siê znaj¹cy nawzajem, ma³y œwiatek. Bez

wzglêdu na to, czy zosta³eœ wybrany czy mianowany, zawsze stanowisz

obiekt zainteresowania przedstawicieli prasy z powodu roli, jak¹ polityk

pe³ni w ¿yciu publicznym. Jedni drugim bezustannie zarzucaj¹ insceni-

zowanie sensacji. I czasem nawet tak siê zdarza. Bez wzglêdu na to, czy

to impreza towarzyska czy oficjalna, zawsze mo¿e znaleŸæ siê ktoœ, kogo

poniesie fantazja. Liv doskonale to rozumia³a.

Senator, zajêty degustowaniem pasztetu by³ znanym libera³em. Po

ch³opiêcemu ostrzy¿one w³osy otacza³y jego szczer¹, prostolinijn¹ twarz.

Jednak  Liv  wiedzia³a,  ¿e  by³  to  pozbawiony  skrupu³ów  i chorobliwie

ambitny cz³owiek. Jakiœ starszy kongresman skoñczy³ opowiadaæ niezbyt

ciekaw¹ historiê o po³owach marlina i rozpocz¹³ energiczn¹ agitacjê prze-

ciwko proponowanym stawkom podatkowym.

Liv zwróci³a uwagê na pewnego dziennikarza z wp³ywowej waszyng-

toñskiej gazety, który bez przerwy pi³. Wla³ w siebie ju¿ chyba z piêæ

bourbonów i wcale nie zanosi³o siê, aby mia³ na tym poprzestaæ. Jego

palce obejmowa³y kieliszek, jakby to by³o ko³o ratunkowe, a on mia³ za

chwilê uton¹æ. Liv rozpozna³a symptomy i poczu³a litoœæ. Jeœli jeszcze

nie by³ pijany, to wkrótce z pewnoœci¹ bêdzie.

– Ka¿dy cz³owiek inaczej reaguje na stres – skomentowa³ Thorpe,

widz¹c na kim Liv koncentruje swoj¹ uwagê.

– To prawda. Mia³am kole¿ankê w gazecie w Austin – powiedzia³a,

przyj¹wszy od Thorpe’a kieliszek wina. – I ta kole¿anka czêsto powta-

rza³a, ¿e gazeta podaje informacje dla ludzi myœl¹cych, podczas gdy TV

robi z tego show.

Zapali³ papierosa.

– Co jej odpowiedzia³aœ?

background image

35

– Zauwa¿y³am  po  prostu,  ¿e  og³oszenia  w „New  York  Timesie”

niczym siê nie ró¿ni¹ od reklamówek w TV. – Uœmiechnê³a siê do wspo-

mnieñ. – Powiedzia³am, ¿e telewizja jest bardziej komunikatywna, ona zaœ,

¿e prasa jest bardziej refleksyjna; ja: ¿e telewizja pozwala odbiorcom wi-

dzieæ, ona: ¿e prasa pozwala czytelnikom myœleæ. – Wzruszywszy ramio-

nami, upi³a ³yk ch³odnego wina. – Myœlê, i¿ obie mia³yœmy racjê.

– Kiedy chodzi³em do college’u, napisa³em dla prasy kilka artyku-

³ów. – Thorpe widzia³, jak Liv rozgl¹da siê dooko³a, jak j¹ wszystko inte-

resuje. Teraz, jakby zaskoczona tym, co powiedzia³, spojrza³a na niego

z zaciekawieniem.

– Dlaczego wiêc trafi³eœ do TV?

– Podoba mi siê ta praca. Lubiê byæ bli¿ej ludzi.

Skinê³a g³ow¹ na znak, ¿e doskonale to rozumie. Thorpe trzyma³ w rê-

ku kieliszek szkockiej, ale w przeciwieñstwie do dziennikarza, którego

Liv obserwowa³a, pi³ bardzo umiarkowanie... chocia¿ pali³ stanowczo za

du¿o. Przypomnia³a sobie Carla wiecznie otoczonego k³êbami dymu.

– A jak ty sobie radzisz ze stresem?

Rozeœmia³ siê od ucha do ucha, po czym nieoczekiwanie wyci¹gn¹³

rêkê i dotkn¹³ per³y w jej uchu.

– Wios³ujê.

– Co robisz? – Jego dotyk wytr¹ci³ j¹ z równowagi. Teraz powoli

dochodzi³a do siebie.

– Wios³ujꠖ powtórzy³. – P³ywam ³ódk¹ po rzece, a kiedy jest za

zimno, gram w pi³kê rêczn¹.

– Wios³owanie. – Liv zamyœli³a siê. To by t³umaczy³o, sk¹d siê wziê³y

te odciski na jego d³oniach.

– Tak, no wiesz: ,,Naprzód, Yale!’’

Uœmiechnê³a siê i w jej oczach nagle pokaza³y siê weso³e iskierki.

– Pierwszy raz uœmiechnê³aœ siê specjalnie dla mnie – rzek³. – Na-

prawdê uœmiechnê³aœ. Chyba jestem zakochany.

– Jesteœ na to za twardy, Thorpe.

– Twardy jak prawoœlaz lekarski, rosn¹cy na moczarach – rzek³, pod-

nosz¹c jej rêkê do ust.

Powoli wycofa³a d³oñ. Jej palce dr¿a³y.

– To nie prawoœlaz ujawni³ w listopadzie sprzeniewierzenie fundu-

szy w Departamencie Spraw Wewnêtrznych.

– To nasza praca. – Zrobi³ krok w jej stronê, tak ¿e ich cia³a siê doty-

ka³y. – Mê¿czyzna jest nieprawdopodobnym romantykiem. Miêknie jak

background image

36

wosk w œwietle œwiec i wzrusza siê, s³uchaj¹c preludium Szopena. Ko-

bieta mo¿e mnie mieæ za cenê p³on¹cego kominka i butelki dobrego wina.

Liv znowu podnios³a kieliszek do ust. To chyba wino j¹ tak poru-

szy³o.

– I pewnie wiele mia³o.

– Dopiero co mówi³aœ, abym siê nie chwali³. – Rozeœmia³ siê.

Liv zaczyna³a mieæ k³opoty z utrzymaniem dystansu. Pokrêci³a g³o-

w¹ i ciê¿ko westchnê³a.

– Nie chcê ciê polubiæ, Thorpe. Naprawdê, nie chcê.

– Nie czyñ niczego zbyt pochopnie – poradzi³ jej wspania³omyœlnie.

– T.C! – d¿entelmen z Wirginii klepn¹³ Thorpe’a po ramieniu. – Wie-

dzia³em, ¿e znajdê ciê w towarzystwie atrakcyjnej kobiety. – Obrzuci³

Liv badawczym spojrzeniem.

Senator Wyatt mia³ kilka funtów nadwagi i zaró¿owion¹, jowialn¹

twarz. Liv wiedzia³a, ¿e prowadzi ostr¹ kampaniê przeciwko propozy-

cjom obciêcia wydatków na oœwiatê i ubezpieczenia spo³eczne.

– Senatorze – Thorpe ze spokojem przyj¹³ jego niezbyt taktown¹ uwa-

gꠖ Olivia Carmichael.

D³oñ Liv utonê³a w jowialnym senatorskim uœcisku.

– Nigdy nie zapominam twarzy. Sk¹dœ ciebie znam, chocia¿ móg³-

bym przysi¹c, ¿e nie nale¿ysz do sta³ych dziewczyn T.C. Thorpe’a.

DŸwiêk, który wydoby³ siê z ust Thorpe’a, by³ czymœ poœrednim miê-

dzy chrz¹kniêciem a westchnieniem. Liv spojrza³a na niego z ukosa.

– Jestem z WWBW, senatorze Wyatt. Pan Thorpe i ja jesteœmy... ko-

legami.

– Tak, tak, oczywiœcie. Teraz sobie przypominam. T.C. lubi dziew-

czyny w zupe³nie innym typie. – Nachyli³ siê do Liv i mrugn¹³ porozu-

miewawczo. – D³ugie nogi, krótki rozum.

– Czy to prawda? – Liv spojrza³a na Thorpe’a spod oka.

– Masz wspania³e nogi, Liv – odrzek³ z powag¹ Thorpe.

– Tak mówi¹. – Liv zwróci³a siê do Wyatta. – Chêtnie bym z panem

porozmawia³a, senatorze, i dowiedzia³a siê, co s¹dzi pan o ciêciach w wy-

datkach na edukacjê. Mo¿e mog³by pan zaproponowaæ jak¹œ bardziej od-

powiedni¹ ku temu chwilê?

Wyatt po chwili wahania skin¹³ g³ow¹.

– Zadzwoñ do mnie do biura w poniedzia³ek rano. Teraz wy dwoje

powinniœcie ze sob¹ zatañczy栖 zadecydowa³, doprowadzaj¹c do porz¹d-

ku swoj¹ wizytow¹ marynarkê. – Ja zobaczê, czy maj¹ tam coœ konkret-

background image

37

nego do jedzenia. Jakiœ kawior albo gêsie w¹tróbki. – Krzywi¹c zabaw-

nie usta, oddali³ siê w kierunku bufetu.

Thorpe wzi¹³ Liv za rêkê. Kiedy podnios³a na niego wzrok, uœmiech-

n¹³ siê.

– Po prostu stosujê siê do senatora rady – wyjaœni³. Na parkiecie  obj¹³

j¹ i przytuli³ do siebie.

Ju¿ po raz drugi znalaz³a siê tak blisko niego. I po raz drugi jej cia³o

zareagowa³o na przekór niej samej. Liv zesztywnia³a.

– Nie lubisz tañczyæ, Olivio? – wymrucza³ wprost do jej ucha.

– Lubiê. – Stara³a siê, aby jej g³os zabrzmia³ znowu ch³odno i bezna-

miêtnie.

– A wiêc odprê¿ siê. – Jego rêka obejmowa³a j¹ w talii, a usta by³y

tu¿ przy jej uchu.

Dziwny pr¹d przebieg³ jej cia³o.

– Kiedy bêdziemy siê kochaæ, to z dala od tych waszyngtoñskich

szych, którzy mogliby nas podgl¹daæ. Lubiê intymnoœæ.

Poniewa¿ ju¿ pierwsza czêœæ jego wypowiedzi wywo³a³a w niej szok,

trochê wiêc trwa³o, zanim mog³a zareagowaæ na drug¹.

– Co upowa¿nia ciê, ¿e mo¿esz myœleæ...

– Nie myœleæ, wiedzie栖 poprawi³ j¹. – Twoje serce bije tak jak wte-

dy, gdy ciê poca³owa³em przy O’Riley’s.

– To nieprawda – zaprotestowa³a. – Nie by³o tak wtedy i nie jest tak

teraz, Thorpe. Nie lubiê ciê.

– Jeszcze tak niedawno powiedzia³aœ, ¿e nie chcesz mnie lubiæ, a to

zupe³nie co innego. – By³a taka delikatna. Mia³ ochotê przytuliæ j¹ moc-

niej do siebie, a¿ stan¹ siê jednym cia³em. – Móg³bym siê ³atwo przeko-

naæ, co czujesz, gdybym ciê teraz poca³owa³. Dobrze poinformowane fe-

deralne Ÿród³a a¿ hucza³yby jutro od sensacyjnych wiadomoœci, jak to

Thorpe i Carmichael dogadywali siê na neutralnym gruncie.

– A najwa¿niejsz¹ by³aby informacja o z³amanej szczêce Thorpe’a,

gdy Carmichael zdecydowa³a siê zerwaæ dyplomatyczne stosunki.

– Nie masz rêki, która mog³aby zadaæ taki cios – zauwa¿y³. – Tak

czy owak, wolê relacjonowaæ zdarzenia, ni¿ w nich uczestniczyæ.

Kiedy muzyka umilk³a, Liv oznajmi³a:

– Idê do toalety, sprawdziæ, jak dzia³a twoja teoria w praktyce. – Jej

serce mocno bi³o. Nie cierpia³a Thorpe’a, poniewa¿ to on mia³ racjê.

D³ugo odprowadza³ j¹ wzrokiem. Nagle zapragn¹³, aby to przeklête

party wreszcie siê skoñczy³o i ¿eby móg³ zostaæ z ni¹ sam na sam, choæby

background image

38

na parê minut. Wci¹¿ czu³ mrowi¹cy dotyk jej cia³a. Jeszcze nigdy ¿ad-

nej kobiety nie pragn¹³ a¿ tak bardzo. Nigdy te¿ nie by³ a¿ tak sfrustro-

wany, wiedz¹c, ¿e ta d³ugotrwa³a batalia, na któr¹ siê zdecydowa³, do-

piero co siê zaczê³a. Wyj¹³ zapalniczkê, przypali³ papierosa i g³êboko

zaci¹gn¹³ siê dymem.

By³ przyzwyczajony do stresów w pracy. Prawdê mówi¹c, nawet

mu one odpowiada³y. Przez wiele dni móg³ ma³o sypiaæ, a mimo to za-

wsze tryska³ energi¹. Nie potrzebowa³ ¿adnych witamin, wystarcza³a

mu jego praca. Ale to by³ zupe³nie inny rodzaj stresu: pragn¹æ czegoœ,

o czym  siê  wie,  ¿e  na  razie  jest  nierealne.  Ale  ju¿  nied³ugo,  obieca³

sobie i znowu zaci¹gn¹³ siê papierosem. Jeœli bêdzie musia³ przyst¹piæ

do oblê¿enia, zrobi to bez wahania. Olivia Carmichael nie mo¿e mu siê

wymkn¹æ.

– T.C., ty draniu. Jak siê masz?

Thorpe odwróci³ siê i serdecznie przywita³ z sekretarzem prasowym

ambasadora Kanady. Wymieniaj¹c pozdrowienia pomyœla³, ¿e musi siê

koniecznie zrelaksowaæ. Zwyciêskie oblê¿enie wymaga czasu.

Liv poprawia³a makija¿, który tak naprawdê wcale tego nie wymaga³.

Pudruj¹c nos, usi³owa³a znaleŸæ jakieœ logiczne wyjaœnienie swego za-

chowania. Czy¿by uwa¿a³a, ¿e Thorpe ma w sobie jak¹œ si³ê przyci¹ga-

nia? Jest nawet atrakcyjny, przyzna³a niechêtnie, oczywiœcie jedynie w sen-

sie fizycznym. Ale to nie ma nic wspólnego z jego wyj¹tkowo denerwu-

j¹cym sposobem bycia.

– Oczywiœcie to nadêty stary osio³, ale chyba go lubiê.

Liv zerknê³a w lustro i zobaczy³a odbicie dwóch wchodz¹cych do œrod-

ka kobiet. Jedn¹ z nich by³a cz³onkini Kongresu, Amelia Thaxter, szczu-

p³a, wiecznie zabiegana kobieta, znana z nierealnych pomys³ów i niezbyt

gustownych strojów. Mimo to elektorat uwielbia³ j¹, udowadniaj¹c to

poprzez ponowny jej wybór do Kongresu.

Jej towarzyszka, wypowiadaj¹ca w³aœnie tê opiniê, mia³a równie¿

oko³o piêædziesiêciu lat, ale by³a trochê od tamtej pulchniejsza i ubrana

w eleganck¹ sukniê z szarego jedwabiu. Liv nie mog³a siê oprzeæ wra¿e-

niu, i¿ jest w niej coœ dziwnie znajomego. Ponownie wyci¹gnê³a puder-

niczkê, chc¹c przys³uchaæ siê ich rozmowie.

– Jesteœ bardziej ode mnie tolerancyjna, Myro. – Amelia usiad³a przed

lustrem i wyci¹gnê³a grzebieñ.

background image

39

– Rod nie jest wcale taki z³y, Amelio. – Myra zdjê³a srebrn¹ opraw-

kê z jasnoczerwonej pomadki do ust. – Gdybyœ tylko by³a trochê bardziej

mi³a dla niego, móg³by ci pomóc, a nie przeszkadzaæ.

– On nie ma nic wspólnego z ekologicznymi problemami Dakoty Po-

³udniowej – stwierdzi³a Amelia. Zrezygnowa³a z grzebienia, poprawia-

j¹c fryzurê d³oni¹. – Zupe³nie nie ma znaczenia, co ty czy ja powiemy mu

dzisiaj. Kiedy w poniedzia³ek wyst¹piê w parlamencie z moim projek-

tem, on i tak mnie nie poprze.

– Zobaczymy – powiedzia³a Myra, chowaj¹c pomadkê.

Rod, zastanawia³a siê Liv, wyci¹gaj¹c z kosmetyczki maleñki pêdze-

lek, to pewnie Roderick Matte, jeden z najbardziej wp³ywowych cz³on-

ków Kongresu. Jeœli siê zdarza³o, ¿e wynik g³osowania by³ niepewny, on

jeden tylko potrafi³ wszystko zmieniæ.

Nadêty, stary osio³, pomyœla³a Liv i z trudem st³umi³a œmiech. Tak,

taki w³aœnie by³. Taki sam jak i jego partia licz¹ca na najwy¿sze stanowi-

sko w Waszyngtonie w nastêpnych wyborach. Przynajmniej takie kr¹¿y-

³y plotki.

Cz³onkini Kongresu, mrucz¹c coœ pod nosem, schowa³a grzebieñ do

torebki.

– To fanatyk, wyj¹tkowo ograniczony typ...

– Moja droga – Myra, przerywaj¹c wywód przyjació³ki, z czaruj¹-

cym uœmiechem zwróci³a siê do Liv – to doprawdy niezwykle piêkna

suknia.

– Dziêkujê.

– Czy¿ to nie ciebie widzia³am z T.C.? – Myra wyjê³a ma³y flakonik

drogich perfum i hojnie skorzysta³a z jego zawartoœci.

– Tak, przyszliœmy razem. – Liv mia³a w¹tpliwoœci, czy powinna siê

przedstawiæ, czy raczej zachowaæ incognito. W koñcu zdecydowa³a, ¿e

lepiej bêdzie, a z pewnoœci¹ bardziej fair, jeœli ujawni swoje nazwisko. –

Jestem Olivia Carmichael z WWBW.

Z ust Amelii wydoby³ siê jakiœ bli¿ej nieokreœlony dŸwiêk, natomiast

Myra spokojnie powiedzia³a:

– To interesuj¹ce. Nie ogl¹dam, niestety, lokalnych wiadomoœci lub

raczej ¿adnych wiadomoœci, poza reporta¿ami Thorpe’a. Wiadomoœci wy-

wo³uj¹ u Herberta niestrawnoœæ.

Sêdzia Herbert Ditmyer. Liv w koñcu umiejscowi³a tê twarz. ¯ona

sêdziego Herberta Ditmyera, Myra, kobieta o wystarczaj¹cych wp³ywach

i odwadze, aby nazwaæ kongresmana Matte nadêtym, starym os³em.

background image

40

– Nadajemy o pi¹tej trzydzieœci, pani Ditmyer – powiedzia³a Olivia. –

Byæ mo¿e, pani ma³¿onek, ogl¹daj¹c nas, nie nabawi siê niestrawnoœci.

Myra rozeœmia³a siê, ale przez ca³y czas uwa¿nie obserwowa³a Liv.

– Znam pewn¹ rodzinê o nazwisku Carmichael. Connecticut. Chyba

nie jesteœ m³odsz¹ córk¹ Tylera.

– Owszem, jestem – ograniczy³a siê do suchego stwierdzenia Liv.

Twarz Myry rozp³ynê³a siê w uœmiechu.

– Coœ takiego! Kiedy ostatnio ciê widzia³am, mia³aœ siedem czy osiem

lat. Twoja matka zaprosi³a kilka osób na herbatê i w pewnej chwili ty we-

sz³aœ do salonu: jedno wielkie nieszczêœcie z ogromn¹ dziur¹ w spódnicz-

ce i urwan¹ sprz¹czk¹ przy pantoflu. Chyba dosta³aœ wtedy straszn¹ burê.

– Zawsze dostawa³am – przyzna³a Liv. Nie pamiêta³a tego akurat in-

cydentu, ale wszystkie jej wyst¹pienia publiczne by³y przecie¿ takie do

siebie podobne.

– Pomyœla³am wtedy, ¿e z pewnoœci¹ bawi³aœ siê tego popo³udnia

znacznie lepiej ni¿ my. – Spojrza³a na Liv z uœmiechem. – Przyjêcia two-

jej matki by³y zawsze takie nudne.

– Myra, doprawdy – szybko przerwa³a jej Amelia.

– Nic nie szkodzi, pani Thaxter – spokojnie powiedzia³a Liv. – My-

œlê, ¿e wci¹¿ takie s¹.

– Muszê przyznaæ, i¿ nigdy bym ciê nie pozna³a. – Myra podnios³a

siê i poprawi³a sukniê. – Co za elegancka m³oda dama. Mê¿atka?

– Nie.

– Czy ty i T.C....? – zawiesi³a g³os.

– Nie – energicznie zaprzeczy³a Liv.

– Grywasz w bryd¿a?

Liv unios³a brwi.

– Niestety. Nigdy mnie to nie poci¹ga³o.

– Moja droga, to okropna gra, ale bardzo u¿yteczna. – Wyjê³a z torebki

wizytówkê i wrêczy³a j¹ Liv. – W przysz³ym tygodniu organizujê u siebie

ma³e bryd¿owe przyjêcie. Zadzwoñ do mnie w poniedzia³ek. Moja sekretar-

ka poda ci wszystkie szczegó³y. Mam bardzo sympatycznego siostrzeñca.

– Pani Ditmyer...

– Nie zanudzi ciê, a przynajmniej nie zanadto – ci¹gnê³a Myra. – Chy-

ba zaczynam ciê lubiæ. Mój m¹¿ tak¿e bêdzie – doda³a, sprytnie zarzuca-

j¹c przynêtê. – Z przyjemnoœci¹ ciê pozna.

– ChodŸmy ju¿, Myra – odezwa³a siê Amelia – zanim posuniesz siê

do przekupstwa. Do widzenia, panno Carmichael.

background image

41

– Do widzenia, pani Thaxter.

Liv chwilê przygl¹da³a siê eleganckiej, maleñkiej wizytówce, po czym

wrzuci³a j¹ do kosmetyczki. Nie rezygnuje siê z zaproszenia od Myry

Ditmyer, nawet jeœli wi¹¿e siê ono z bryd¿em i siostrzeñcem. Liv zamknê³a

torebkê i wróci³a do salonu.

– Ju¿ myœla³em, ¿e zorganizowa³aœ tam konferencjê prasow¹ – za-

uwa¿y³ Thorpe, podaj¹c jej nowy kieliszek wina.

– Prawie. – Uœmiechnê³a siê zagadkowo. 

– Zdradzisz coœ wiêcej?

– Czy to, i¿ przyjê³am twoje zaproszenie, oznacza, ¿e powinnam siê

teraz odwdziêczyæ? – upi³a du¿y ³yk wina. Czu³a siê wspaniale. Trzy nie-

spodziewane kontakty w czasie jednego wieczoru to zaskakuj¹co dobry

wynik. – Wygl¹da na to, ¿e czeka mnie randka z kimœ nieznajomym na

bryd¿owym party.

– Randka? – Thorpe zmarszczy³ brwi. Zauwa¿y³ kobiety, które opu-

œci³y toaletê tu¿ przed Liv.

– Tak, randka. No wiesz, mê¿czyzna i kobieta dochodz¹ do wniosku,

¿e s¹ zainteresowani spêdzeniem ze sob¹ kilku godzin.

– Interesuj¹ce. Nie masz ju¿ czasem dosyæ tego party?

– Szczerze mówi¹c, tak. – Liv opró¿ni³a kieliszek i poda³a go Thor-

pe’owi.

– ChodŸmy po twoje futro. – Uj¹³ j¹ pod ramiê i poprowadzi³ przez

salon.

– Jestem ci wdziêczna, ¿e poœwiêci³eœ mi tyle czasu, Thorpe. – Wy-

chodzili w³aœnie z windy i Liv siêgnê³a po klucze od mieszkania.

– Poœwiêci³eœ mi tyle czasu – powtórzy³. – Oczywiœcie, wed³ug cie-

bie nie mo¿na tego nazwaæ randk¹?

– To nie by³a randka.

– Jak dot¹d. – Thorpe wyj¹³ jej klucze z rêki i wsun¹³ jeden z nich

w drzwi. – Dobre wychowanie nakazywa³oby zaprosiæ mnie na fili¿ankê

kawy.

– Za piêædziesi¹t centów otrzymasz j¹ w ka¿dym barze.

– Liv – spojrza³ na ni¹ z takim zgorszeniem, ¿e nie mog³a siê nie

uœmiechn¹æ.

– No dobrze, niech bêdzie. Zas³u¿y³eœ na kawê.

– Jesteœ nadzwyczaj ³askawa – powiedzia³, otwieraj¹c drzwi.

Liv wesz³a do kuchni i rzuci³a futro na krzes³o. Thorpe uœmiechn¹³

siê nieznacznie. Znowu zapomnia³a o swoim tak pieczo³owicie budowa-

background image

42

nym wizerunku. Olivia Carmichael nigdy by tak okrycia nie rzuci³a. By³a

na to zbyt porz¹dna, zbyt zorganizowana. Teraz, bardziej ni¿ kiedykol-

wiek, Thorpe pragn¹³ poznaæ prawdziwe wnêtrze tej kobiety, ukrywaj¹-

cej siê za sztucznym, stworzonym przez siebie wizerunkiem. By³o tam

ciep³o, uczucie i namiêtnoœæ, wszystko schowane pod pancerzem zbudo-

wanym z jakiegoœ nieznanego mu powodu. Prêdzej czy póŸniej mia³ za-

miar rozwi¹zaæ i tê zagadkê.

Lubi kolory, pomyœla³. Zauwa¿y³ to ju¿ wczeœniej po tym, jak siê

ubiera³a. Teraz tylko siê w tym utwierdzi³, patrz¹c na aran¿acjê jej miesz-

kania, na rzucone niedbale kolorowe drobiazgi: jakieœ poduszki, barwne

bibeloty – ma³e ogniste akcenty zdradzaj¹ce temperament, do którego ich

w³aœcicielka wci¹¿ nie chcia³a siê przyznaæ.

– Jak¹ pijasz kawê? – zapyta³a, gdy Thorpe zjawi³ siê w kuchni.

– Czarn¹.

Podszed³ do stereo i zacz¹³ przegl¹daæ p³yty.

– Od Van Cliburna do Billy’ego Joela – skomentowa³, kiedy Liv wró-

ci³a do pokoju. – Bardzo eklektyczne.

– Lubiê ró¿norodnoœæ – odpowiedzia³a, stawiaj¹c tacê z dwiema fi-

li¿ankami na podrêcznym stoliku.

– Naprawdê?

Uœmiechn¹³ siê trochê tak, jakby us³ysza³ dobry dowcip i Liv zaczê³a

¿a³owaæ, ¿e zgodzi³a siê na tê kawê.

– Co robisz w wolnych chwilach? – Thorpe zaj¹³ miejsce na sofie.

Liv, po chwili wahania, usiad³a obok niego.

– Co robiê w wolnych chwilach? – powtórzy³a, bior¹c do rêki fili¿ankê.

– W³aœnie. – Zauwa¿y³ jej wahanie. To, ¿e nie potrafi³a byæ w sto-

sunku do niego obojêtna, sprawia³o mu satysfakcjê. Jeœli wprawia³ j¹ w za-

k³opotanie, oznacza³o, ¿e wybra³ w³aœciw¹ drogê. – No wiesz, krêgle,

zbieranie znaczków.

– Ostatnio nie mam czasu na ¿adne hobby – zauwa¿y³a, podnosz¹c

do ust fili¿ankê.

Zastanawia³a siê, dlaczego jeszcze przed chwil¹ by³a taka swobodna i na-

gle nie zosta³o po tym nawet œladu. Thorpe zapali³ papierosa i obserwowa³ j¹

spod oka. Widzia³, jak walczy, aby siê nie zerwaæ i nie uciec od niego.

– Co ciê tak absorbuje?

– Praca – powiedzia³a i wzruszy³a ramionami. Dlaczego zwyczajna

fili¿anka kawy i rozmowa sprawiaj¹, ¿e serce mocniej bije? – Na nic in-

nego nie mam czasu.

background image

43

– W niedzielne popo³udnia?

– Co? – Podnios³a g³owê i kiedy spotka³a jego wzrok, zrozumia³a

swój b³¹d. Jego oczy by³y ciemne, przenikliwe i znajdowa³y siê bli¿ej,

ni¿ mog³a przypuszczaæ.

– W niedzielne popo³udnia – powtórzy³. Nie dotkn¹³ jej. Jego wzrok

powoli przesuwa³ siê w kierunku jej ust, po czym znowu wraca³. – Co

robisz w niedzielne popo³udnia?

Coœ w niej p³onê³o, coœ wa¿nego i niezwykle silnego. Od lat nie wie-

dzia³a, co to nag³y przyp³yw po¿¹dania. Ale on przecie¿ wcale jej nie

dotyka³, nie zaleca³ siê do niej. Po prostu pili kawê i rozmawiali. Widocz-

nie wypi³am za du¿o wina, powiedzia³a sobie i znowu podnios³a fili¿an-

kê kawy do ust.

– Staram siê nadrobiæ zaleg³oœci w czytaniu. – Patrzy³a na przep³y-

waj¹cy obok pióropusz dymu. – Tajemnicze morderstwa, sensacje. – Ich

oczy znowu siê spotka³y, kiedy odbiera³ z jej r¹k fili¿ankê.

– Zawsze lubi³em rozwi¹zywaæ zagadki – powiedzia³ œciszonym g³o-

sem – szukaæ tego, co jest ukryte pod spodem. Masz bardzo cienk¹ skórê,

Liv. – Delikatnie wodzi³ palcem po jej policzku. – Ale nie wiem, co kry-

jesz pod ni¹. Jeszcze nie wiem.

Usi³owa³a siê odsun¹æ.

– Nie ¿yczê sobie, abyœ zagl¹da³ do mojej duszy.

– A wiêc od³o¿ymy to na póŸniej. – Mówi¹c to, nagle j¹ obj¹³. – Tak

bardzo pragn¹³em trzymaæ ciê w ramionach. Kiedy tañczyliœmy razem,

przyrzek³em sobie, ¿e zrobiê to, kiedy wreszcie bêdziemy sami.

Nie chcê, aby mnie obejmowa³, powtarza³a sobie. Ale nie powiedzia-

³a mu tego i nie protestowa³a, kiedy j¹ do siebie przyci¹gn¹³.

Jego oczy zatrzyma³y siê na jej ustach.

– Od tylu dni marzy³em, aby znowu poczuæ ich smak. – Delikatnie

musn¹³ wargami jej usta. – Zbyt d³ugo – wymamrota³.

Nie chcê, aby mnie ca³owa³, powtarza³a sobie. Ale mu tego nie po-

wiedzia³a i nie protestowa³a, kiedy wpija³ siê wargami w jej usta.

Thorpe nie by³ tym razem powœci¹gliwy. Nie potrafi³ opanowaæ po¿¹-

dania, które nieoczekiwanie wsybuch³o z ogromn¹ si³¹. Liv znalaz³a siê

w pu³apce jego i w³asnej namiêtnoœci. Rozs¹dek nie mia³ tu ju¿ nic do po-

wiedzenia. Jej ramiona bezwiednie go objê³y, a usta same siê rozchyli³y.

Obydwoje zdawali siê zaskoczeni tym, co siê sta³o, ale nic nie mogli

na to poradziæ. Ona nie mog³a ju¿ powstrzymaæ ani jego ani siebie; on nie

móg³ ju¿ powróciæ do taktyki, któr¹ sam niedawno opracowa³. Oboje byli

background image

44

zdesperowani. Ogarnê³a ich ¿¹dza, szaleñcza ¿¹dza, aby poczuæ smak,

dotykaæ i nale¿eæ do siebie. Jego usta p³onê³y. Chcia³ zerwaæ z niej suk-

niê i zobaczyæ j¹ nag¹. To by³o prawdziwe szaleñstwo. Straci³ nad sob¹

kontrolê, i to stanowczo zbyt szybko.

Z ust Liv wydoby³ siê jêk, gdy jego usta dotar³y do jej szyi. Chcia³a,

aby jej dotyka³, i s³ysza³a, jak mu o tysm mówi. Po chwili, czuj¹c na pier-

siach ciep³o jego r¹k, mocno do niego przywar³a. Teraz sama ju¿ szuka³a

jego ust.

By³a spragniona i bra³a od niego to, czego od dawna sobie odmawia-

³a. Upaja³a siê smakiem i dotykiem jego warg i r¹k pieszcz¹cych jej cia-

³o. Czu³a jego moc i po¿¹danie. Ona równie¿ go pragnê³a i si³a tego uczu-

cia j¹ przera¿a³a. Nie mog³a pozwoliæ, aby ktokolwiek znowu mia³ nad

ni¹ w³adzê. Zbyt wiele ryzykowa³a.

– Nie. – Liv odepchnê³a go w nag³ej panice. – Nie – powtórzy³a, sta-

raj¹c siê od niego uwolniæ. Ale jego rêce wci¹¿ mocno j¹ trzyma³y. Wi-

dzia³a p³omieñ po¿¹dania w jego oczach i zdawa³a sobie sprawê, ¿e on

w jej w³asnych móg³ obejrzeæ to samo.

– Co  nie? –  W jego  ochryp³ym  g³osie  s³ychaæ  by³o  zaskoczenie

i gniew. Nie spodziewa³ siê takiej fali namiêtnoœci, jaka go zala³a.

– Musisz st¹d wyjœæ. – Liv gwa³townie wsta³a, uwolniwszy siê z je-

go objêæ. Musia³a siê od niego odsun¹æ, aby wyzwoliæ spod jego wp³y-

wu. Thorpe podnosi³ siê znacznie wolniej.

– Pragnê ciꠖ powiedzia³, usi³uj¹c zebraæ myœli. – Ty równie¿ mnie

pragniesz.

Nie by³o sensu zaprzeczaæ. Liv wziê³a g³êboki oddech.

– To prawda, ale ja nie chcê ciê pragn¹æ. Naprawdê nie chcê.

Thorpe czu³, jak narasta w nim z³oœæ. Chwyci³ j¹ za ramiona i przy-

ci¹gn¹³ do siebie. Widzia³, jak jej oczy ogromniej¹.

– Diabelnie nie chcesz – spokojnie powiedzia³ i puœci³ j¹ tak nagle,

¿e z trudem tylko utrzyma³a równowagê. Wsun¹³ rêce do kieszeni, aby

jej nie dotkn¹æ.

– To jeszcze nie koniec, Carmichael – rzuci³ ostrzegawczo, zanim

skierowa³ siê do wyjœcia. – To dopiero pocz¹tek.

Pchniête z ca³ych si³ drzwi zatrzasnê³y siê za nim, kiedy szed³ w stro-

nê windy. Musia³ siê czegoœ napiæ.

background image

45

"

T

aœma ze spotkania w³adz oœwiatowych jest wci¹¿ w obróbce. –

 Liv szybko spojrza³a na zegarek, po czym usiad³a, ¿eby przejrzeæ

tekst dla spikera do wieczornego wydania wiadomoœci. Mia³a-

bym wiêcej czasu, gdybym nie musia³a sama tego wszystkiego robiæ, po-

myœla³a.

– Wiesz, ile wiadomoœci msusimy dziœ zmieœciæ? – Brian odwin¹³

z opakowania tabliczkê czekolady i przysiad³ na biurku Liv.

– Hmm?

– Osiemnaœcie. – Odgryz³ du¿y kawa³ek. – Bêd¹ z tym k³opoty. Szef

siê wœcieka. S³ysza³em, ¿e chce zmieniæ sposób prezentowania prognoz

pogody. Podobno szuka czegoœ zabawnego. Mo¿e zatrudni komedio-

pisarza.

– Albo brzuchomówcê i magika – mruknê³a. U¿ywanie trików iryto-

wa³o  j¹.  Nie  przerywaj¹c  rozmowy  z Brianem,  sprawdza³a  kolejnoœæ

swych wejœæ na antenê. – W najbli¿szym czasie grozi nam, ¿e pogodê

prezentowaæ bêdzie facet w przebraniu klowna, stoj¹c na jednej nodze

i ¿ongluj¹c talerzami.

– Mo¿e tego nam w³aœnie trzeba. – Brian zgniót³ papier po czekola-

dzie i cisn¹³ do stoj¹cego przy biurku Liv kosza na œmieci. – Wiadomo-

œci¹ dnia jest gwa³t na parkingu przy supermarkecie.

– Tak, wiem. – Jednym okiem patrzy³a na maszynopis, drugim na

wskazówki zegara, zwracaj¹c jednoczeœnie uwagê na to, co czyta³a, i to,

background image

46

czego s³ucha³a. Tê umiejêtnoœæ wiêkszoœæ reporterów zwykle zdobywa

najwczeœniej.

– Marilee zrobi³a z tego krótki reporta¿. – Prze³kn¹³ ostatni kawa³ek

czekolady. – Moja ¿ona jeŸdzi tam czêsto na zakupy. Cholera!

– Dzisiaj wszystko jest okropne. – Liv spojrza³a na niego, pocieraj¹c

rêk¹ kark. – Ceny hurtowe posz³y w górê o szeœæ procent, bezrobocie rów-

nie¿. Dwa rozboje w pó³nocno-wschodniej czêœci miasta i do kompletu

podpalenie i gwa³t. Wspaniale!

– No widzisz, mo¿e rzeczywiœcie potrzebny jest nam jakiœ komiczny

akcent.

– Chcia³abym zobaczyæ ¿onkile – nagle powiedzia³a. Opanowa³o j¹

znu¿enie. Czy¿by to wp³yw tych wszystkich rewelacji? Przecie¿ dotych-

czas by³a na nie odporna. A mo¿e to coœ zupe³nie innego? Od kilku dni

przenika³ j¹ dziwny niepokój, uczucie, którego nie potrafi³a sprecyzo-

waæ. W³aœnie to przez d³ugi czas po wyjœciu Thorpe’a poprzedniej nocy

nie pozwala³o jej zasn¹æ.

Brian chwilê patrzy³ na ni¹ w milczeniu. Dziœ rano zauwa¿y³ g³êbo-

kie cienie pod jej oczami. W tej chwili by³o ju¿ po pi¹tej i cienie jeszcze

bardziej siê pog³êbi³y.

– Czy jest coœ, o czym chcia³abyœ pogadaæ?

Liv otworzy³a usta zaskoczona pytaniem, ale milcza³a. Nie mia³a nic

do powiedzenia.

– Wiem, ¿e od pewnego czasu czymœ siê gryziesz. – Pochyli³ siê nad

ni¹, aby nikt ich nie s³ysza³. – Dlaczego nie mia³abyœ przyjœæ do nas dziœ

wieczorem? Zadzwoniê do Kathy i powiem jej, ¿eby dola³a trochê wody

do zupy. Czasem kilka godzin z przyjació³mi potrafi zdzia³aæ cuda.

Liv uœmiechnê³a siê i œcisnê³a go za rêkê.

– To najmilsze zaproszenie, jakie us³ysza³am po raz pierwszy od lat.

– A wiêc nie odmawiaj.

– Niestety, muszê. Jestem ju¿ na dziœ umówiona. – Propozycja Bria-

na dobrze na ni¹ podzia³a³a. Nie czu³a siê ju¿ taka samotna. – Ale trzy-

mam ciê za s³owo.

– Oczywiœcie. – Wsta³, lecz Liv go zatrzyma³a.

– Brian, dziêki – zacisnê³a palce na jego d³oni. – Nawet nie wiesz,

ile to dla mnie znaczy.

– Drobiazg. – Zmusi³ j¹, aby wsta³a. – Nied³ugo zaczynamy. Lepiej

przejdŸ do charakteryzatorek i powiedz, ¿eby usunê³y ci te siñce spod oczu.

Liv automatycznie podnios³a rêce do twarzy.

background image

47

– A¿ tak Ÿle?

– Wystarczaj¹co Ÿle.

Kln¹c pod nosem, Liv posz³a za rad¹ Briana. Ostatnia rzecz, jakiej by

teraz pragnê³a, to pokazaæ siê na wizji w z³ej formie. A szczytem szczê-

œcia by³oby, ¿eby Thorpe w³aœnie dziœ obejrza³ jej program i domyœli³ siê,

¿e tej nocy w ogóle nie spa³a.

A wiêc nie spa³am zbyt dobrze, pomyœla³a Liv siadaj¹c za pulpitem.

Ale to nie mia³o nic wspólnego z Thorpe’em. W dodatku dziœ rano ju¿ od

ósmej czeka³a przy po³udniowo-zachodniej bramie Bia³ego Domu, by uzy-

skaæ parê s³ów komentarza od któregoœ z oficjeli. Jestem trochê zmêczo-

na. To nie ma nic wspólnego ani z przyjêciem w ambasadzie... ani z tym,

co sta³o siê potem.

W³¹czy³a mikrofon, po czym jeszcze raz przejrza³a le¿¹cy przed ni¹

tekst. Kiedy serwis by³ taki prze³adowany, pomy³ka w ka¿dej chwili mo-

g³a siê zdarzyæ.

Za ciê¿ko pracowa³a. Ostatnie dni nale¿a³y do wyj¹tkowo zwariowa-

nych – i to wszystko. Nie mia³a czasu myœleæ o T.C. Thorpie. By³o tyle

zamieszania po nominacji Della, a póŸniej przy obs³udze posiedzenia lo-

kalnych w³adz oœwiatowych. Zmarszczy³a brwi, patrz¹c na maszynopis.

Wmawia³a w siebie, ¿e nie myœla³a o ostatnim spotkaniu z Thorpe’em,

¿e o nim w ogóle nie myœla³a. Ale prawda by³a taka, i¿ wraca³a do tamte-

go wieczoru nie jeden raz, a tysi¹c razy.

Zaklê³a cicho, us³yszawszy sygna³, ¿e wchodzi za trzydzieœci sekund.

Wyprostowa³a siê i spojrza³a przed siebie. I wtedy ujrza³a Thorpe’a. Oparty

o drzwi sta³ po przeciwnej stronie studia i nie spuszcza³ z niej wzroku.

Piêtnaœcie sekund.

Co on tu robi? Liv poczu³a nag³¹ suchoœæ w gardle. To absurdalne,

powiedzia³a sobie i skierowa³a wzrok w stronê kamery.

Dziesi¹t sekund.

Na monitorze pokaza³a siê panorama miasta.

Piêæ sekund. Cztery, trzy, dwie, jedna. Wejœcie.

– Dobry wieczór, tu Olivia Carmichael. – Jej g³os brzmia³ ch³od-

no i bardzo rzeczowo. Zadziwiaj¹ce jednak by³o to, ¿e mia³a wilgotne

d³onie. Przeczyta³a wiadomoœæ dnia, po czym, nawet wtedy, gdy ³¹-

czono siê z reporterami w terenie, ani razu nie odwróci³a g³owy w stro-

nê drzwi.

background image

48

Kamery p³ynnie kr¹¿y³y miêdzy Liv a Brianem. Liv bez problemów

przekaza³a relacjê z posiedzenia lokalnych w³adz oœwiatowych, chocia¿

przez ca³y czas czu³a na sobie parali¿uj¹cy wzrok Thorpe’a.

Poda³a dosyæ deprymuj¹c¹ informacjê o zwy¿ce cen hurtowych. Z te-

go, co wiedzia³a, Thorpe nie mia³ zwyczaju przychodziæ do studia ani przed

emisj¹, ani w jej czasie. Dlaczego nie siedzia³ u siebie, na górze i nie zaj-

mowa³ siê udoskonalaniem w³asnego wizerunku najlepszego reportera?

Czu³a u nasady karku napiêcie, które wzros³o jeszcze bardziej, gdy

nast¹pi³a przerwa na reklamê. Wiedzia³a bez podnoszenia wzroku, ¿e Thor-

pe idzie w jej kierunku.

– Dobry styl, Liv – skomentowa³ Thorpe. – Ch³odny, jasny i rzeczowy.

– Dziêkujê ci.

Komentator sportowy zaj¹³ swoje miejsce przy koñcu pulpitu.

– Wybierasz siê dziœ wieczorem na bryd¿a do Ditmayerów?

Nic nie mog³o siê przed nim ukryæ, pomyœla³a i opar³a rêce na le¿¹-

cym przed ni¹ tekœcie.

– Tak.

– PodwieŸæ ciê?

Spojrza³a mu prosto w oczy.

– Czy¿byœ te¿ siê wybiera³?

– Przyjadê  po  ciebie  o siódmej  trzydzieœci.  Przegryziemy  coœ

przedtem.

– Nie ma mowy.

Nachyli³ siê nad ni¹.

– Mogê siê postaraæ, abyœ by³a moj¹ partnerk¹ dziœ w nocy.

– Nie uda ci siꠖ odpowiedzia³a. Nigdy nie przypuszcza³a, ¿e rekla-

ma mo¿e trwaæ tak d³ugo.

– Mylisz siꠖ poprawi³ j¹ z uœmiechem. – Mnie siê zawsze udaje. –

Poca³owa³ j¹ szybko, zanim zdo³a³a temu zapobiec, i odszed³.

Trzydzieœci sekund.

Z nachmurzon¹ min¹ obserwowa³a, jak Thorpe znika za drzwiami.

Czu³a na sobie spojrzenia kolegów. Wiedzia³a, ¿e nie obejdzie siê bez

komentarzy. Lawina plotek i domys³ów ruszy³a. I jeœli Thorpe do tego

w³aœnie zmierza³, to nie ulega³o w¹tpliwoœci, ¿e odniós³ sukces.

Dziesiêæ sekund.

Wœciek³a, przysiêg³a sobie, ¿e zap³aci jej za to.

background image

49

Liv zjawi³a siê u Ditmayerów punktualnie o ósmej. Sam bryd¿ nie

budzi³ w niej entuzjazmu. Doskonale pamiêta³a te organizowane przez

matkê nieprawdopodobnie nudne przyjêcia, na których równie¿ grywano

w karty. Przypomnia³a sobie toaletê w ambasadzie, jasnoczerwon¹ po-

madkê i pewn¹ wyg³oszon¹ przez Myrê z³oœliwostkê. Nacisnê³a na dzwo-

nek u drzwi i uœmiechnê³a siê. Nie wyobra¿a³a sobie, aby Myra Ditmyer

mog³a wydaæ nudne przyjêcie. Ale có¿ na ten temat mo¿e powiedzieæ

reporter. Nieczêsto siê przecie¿ zdarza, aby przedstawiciele œrodków prze-

kazu byli zapraszani do domu sêdziego S¹du Najwy¿szego. Chyba ¿e ten

reporter nazywa siê T.C. Thorpe.

Liv zmarszczy³a brwi, jednak kiedy drzwi siê otworzy³y, jej twarz

natychmiast siê wypogodzi³a.

Do œrodka wprowadzi³a j¹ s³u¿¹ca, ale w parê sekund póŸniej w holu

zjawi³a siê Myra. To oczywiste, pomyœla³a Liv, uœmiechaj¹c siê do siebie,

¿e Myra nale¿y do kobiet, o których siê mówi, i¿ nic nie ujdzie ich uwagi.

– Olivia! – Myra serdecznie j¹ uœcisnê³a. – Tak siê cieszê, ¿e przy-

sz³aœ. Lubiê mieæ dooko³a siebie piêkne kobiety. Kiedyœ te¿ do nich nale-

¿a³am – mówi¹c to, poci¹gnê³a Liv za sob¹. – Ogl¹da³am dziœ twój pro-

gram. Jesteœ naprawdê dobra.

– Dziêkujê, pani Ditmyer.

Myra wprowadzi³a Liv do ogromnego salonu.

– Musisz poznaæ Herberta – ci¹gnê³a. – Rozmawia³am z nim o tej her-

batce u twoich rodziców i twojej podartej sukience, ale nic nie pamiêta³.

Jego umys³ zaprz¹taj¹ wa¿niejsze sprawy. Czêsto myl¹ mu siê szczegó³y.

Ale tobie z pewnoœci¹ siê nie myl¹, pomyœla³a Liv, usi³uj¹c nad¹¿yæ

za Myr¹, która szybkim krokiem przemierza³a salon. Pokój by³ ogromny

z licznymi barwnymi akcentami w postaci ró¿nych ozdób, obiæ i kwieci-

stych tapet i zdawa³ siê znakomicie pasowaæ do pani domu.

– Herbert – Myra bez chwili wahania przerwa³a mê¿owi rozmowê. –

Musisz poznaæ czaruj¹c¹ pannê Carmichael. Jest spikerk¹ w... jak siê na-

zywa ta stacja, kochanie?

– WWBW. – Liv wyci¹gnê³a rêkê do sêdziego Ditmyera. – Jesteœmy

fili¹ CNC.

– Ach, te symbole – z westchnieniem skomentowa³a Myra. – By³o-

by znacznie proœciej, gdyby mia³y jak¹œ konkretn¹ nazwê. Czy¿ ona nie

jest œliczna, Herbercie?

– Rzeczywiœcie – przyzna³ sêdzia, œciskaj¹c rêkê Liv. – To prawdzi-

wa przyjemnoœæ móc pani¹ poznaæ, panno Carmichael.

background image

50

Herbert Ditmyer by³ to niewysoki mê¿czyzna, bez sêdziowskiej togi za-

skakuj¹co niepozorny. Twarz mia³ szczup³¹ i pooran¹ zmarszczkami. Wygl¹-

da³ raczej na dobrodusznego dziadka ni¿ na jednego z najwiêkszych autory-

tetów prawniczych w kraju. Skóra na jego rêkach, jak to zwykle bywa u lu-

dzi starszych, by³a delikatna i blada. Nie mia³ imponuj¹cej witalnoœci swojej

¿ony, ale promieniowa³ za to wyj¹tkowym spokojem i pewnoœci¹ siebie.

– Myra wspomnia³a mi, ¿e parê lat temu spotkaliœmy siê w dosyæ

zabawnych okolicznoœciach.

– To by³o o wiele dawniej ni¿ parê lat temu, panie sêdzio – przyzna-

³a Liv. – Jak siê zdaje, nie zachowa³am siê wtedy najlepiej. Tak wiêc

chyba obydwojgu nam mo¿na wybaczyæ ten brak pamiêci.

– Trzeba przyznaæ, moja droga, i¿ w niczym nie przypominasz tam-

tej dzikuski, która wówczas wbieg³a do salonu – powiedzia³a Myra, z ¿ycz-

liwoœci¹ spogl¹daj¹c na swego goœcia. – A co twoja matka s¹dzi o twojej

karierze w TV?

– Z pewnoœci¹ wola³aby, abym wybra³a zawód, który nie wymaga

ci¹g³ych wyst¹pieñ publicznych.

Liv by³a zdumiona swoj¹ szczeroœci¹. Nie mia³a zwyczaju otwieraæ

siê przed kimœ obcym. Pomyœla³a, i¿ Myra Ditmyer by³aby doskona³¹

dziennikark¹.

– No có¿, z rodzicami czasem ciê¿ko siê dogadaæ, nie s¹dzisz? – za-

uwa¿y³a Myra, g³aszcz¹c Liv po rêku. – Moje dzieci uwa¿aj¹, ¿e jestem

okropna, czy¿ nie tak, Herbercie?

– Rzeczywiœcie, tak mówi¹.

– Na szczêœcie maj¹ ju¿ w³asne rodziny – ci¹gnê³a, pomijaj¹c mil-

czeniem lakoniczn¹ odpowiedŸ ma³¿onka – mogê wiêc bez przeszkód zaj¹æ

siê moim siostrzeñcem. Sympatyczny ch³opak, prawnik. Mieszka w Chi-

cago. Chyba ci ju¿ o nim wspomina³am?

– Owszem, mówi³a pani o nim – Liv, s³ysz¹c westchnienie sêdziego,

mia³a ochotê pójœæ za jego przyk³adem.

– Przyjecha³ tu na piêæ dni w interesach. Bardzo bym chcia³a, ¿eby-

œcie siê poznali. – Myra szybko rozejrza³a siê po pokoju i nagle jej oczy

rozb³ys³y. – O, jest tam. Greg! – da³a mu znak rêk¹. – Greg, przyjdŸ tu na

chwilê. Chcia³abym, abyœ pozna³ pewn¹ urocz¹ dziewczynê.

– To ponad jej si³y – powiedzia³ sêdzia Ditmyer do Liv. – Wci¹¿ to

samo, niepoprawne wœcibstwo.

– Chcia³eœ powiedzieæ romantyzm – poprawi³a go Myra. – Greg, mu-

sisz poznaæ Oliviê. Jest spikerk¹.

background image

51

Liv odwróci³a siê i z wra¿enia zaniemówi³a. W jednej chwili runê³a

na ni¹ lawina wspomnieñ. Ale w g³owie czu³a dziwn¹ pustkê. Nie by³a

w stanie powiedzieæ s³owa.

Greg równie¿ patrzy³ na ni¹ w os³upieniu.

– Livvy? – wyci¹gn¹³ rêkê, ¿eby jej dotkn¹æ, jakby siê chcia³ upew-

niæ, ¿e nie œni. – To naprawdê ty?

Nie by³a pewna, co czuje. Zaskoczenie, na pewno tak. Jednoczeœnie

nie potrafi³a wyzbyæ siê lêku. Przesz³oœæ, jak siê wydawa³o pogrzebana,

znowu powróci³a.

– Greg! – Mia³a nadziejê, ¿e jej twarz nie zdradza³a tego, co siê z ni¹

dzia³o.

– To nie do wiary! – Greg uœmiechn¹³ siê i przyci¹gn¹³ j¹ do siebie

w uœcisku. – Absolutnie nie do wiary. Ile to lat minê³o? Piêæ?

– Wygl¹da na to, ¿e ju¿ siê znacie – ze zdumieniem zawo³a³a Myra.

– Livvy i ja chodziliœmy do tego samego college’u. – Greg odsun¹³

j¹ nieco od siebie, aby siê lepiej jej przyjrzeæ. – Na Boga, jesteœ piêkniej-

sza ni¿ kiedykolwiek przedtem, chocia¿ wydawa³o siê to niemo¿liwe. –

Wyci¹gn¹³ rêkê w poufa³ym geœcie, na który mo¿e sobie pozwoliæ stary

przyjaciel, i dotkn¹³ jej w³osów. – Obciê³aœ je. – Spojrza³ na ciotkê. –

Siêga³y jej do pasa. Wszystkie dziewczyny w Harvardzie zazdroœci³y Liv

w³osów. – Odwróci³ siê do niej. – Ale w krótkich w³osach wygl¹dasz

bardzo szykownie.

Dziesi¹tki pytañ k³êbi³o siê w jej g³owie, ale nie mog³a siê przemóc,

aby je zadaæ. Greg wygl¹da³ prawie tak samo jak kiedyœ, choæ trochê

starzej, a z imponuj¹cego zarostu, z którego w college’u by³ taki dumny,

pozosta³y mu jedynie w¹sy. Pasowa³y do niego. By³y rudoblond jak jego

w³osy i dodawa³y niemal ch³opiêcej twarzy nieco wiêcej powagi. Oczy

patrzy³y tak samo przyjaŸnie, a w uœmiechu by³o tyle samo co dawniej

entuzjazmu. Piêæ lat nagle przesta³o istnieæ.

– Och, Greg, jak to dobrze znowu ciê widzieæ. – Tym razem to Liv

go objê³a. I to, ¿e college zdawa³ siê odleg³y o miliony lat, nie mia³o dla

niej ¿adnego znaczenia. Liczy³o siê tylko to, ¿e mog³a siê do niego przy-

tuliæ i ¿e by³ kimœ, kogo zna³a w szczêœliwszych czasach. I w smutniej-

szych równie¿.

– Mam zamiar ci j¹ ukraœæ na parê minut, ciociu. – Greg szybko po-

ca³owa³ j¹ w policzek i wzi¹³ Liv za rêkê. – Musimy trochê pogadaæ.

– No, no. – Myra promienia³a, obserwuj¹c, jak odchodz¹. – Wysz³o

nawet lepiej, ni¿ planowa³am. – Rozejrza³a siê dooko³a i unios³a brwi. –

background image

52

Oto i mamy naszego T.C – uœmiechnê³a siê do swoich myœli. – Muszê

z nim porozmawiaæ.

– Proszê ciê, Myro. – Sêdzia Ditmyer chwyci³ ¿onê za ramiê. – Nie

wpakuj siê w jak¹œ kaba³ê.

– Herb – pog³adzi³a go po rêku i delikatnie uwolni³a siê z uchwy-

tu. – Nie psuj mi zabawy.

Tymczasem Greg, min¹wszy kilka korytarzy, wprowadzi³ Liv do so-

larium. 

– Wci¹¿ nie mogê uwierzyæ, Liv. Có¿ za spotkanie! To fantastyczne.

– Kiedy uczêszczaliœmy do college’u, nie wiedzia³am, ¿e masz ta-

kich s³awnych krewnych.

– Nie wytrzyma³bym z nimi porównañ – odrzek³ ¿artobliwie. Œwiat³o

ksiê¿yca by³o przymglone i chc¹c siê lepiej Liv przyjrzeæ, Greg zapali³ lamp-

kê. – Spe³nianie oczekiwañ rodziny potrafi byæ ogromnie stresuj¹ce.

– Doskonale ciê rozumiem.

Liv podesz³a do jednego z licznych w tym pomieszczeniu okien. To

by³ interesuj¹cy, pó³okr¹g³y pokój z wyœcie³anymi ³aweczkami i powie-

trzem przesyconym delikatnym zapachem kwiatów. Liv nie usiad³a. To

niespodziewane spotkanie wytr¹ci³o j¹ z równowagi i potrzebowa³a ru-

chu, aby siê uspokoiæ.

– Od jak dawna jesteœ w Waszyngtonie, Livvy?

By³a szczuplejsza ni¿ dawniej i bardziej opanowana. Piêæ lat. Dobry

Bo¿e, pomyœla³, a wydaje siê, jakby to by³o zaledwie wczoraj.

– Prawie od pó³tora roku.

Usi³owa³a sobie przypomnieæ, kiedy ostatnio nazwano j¹ Livvy. To

chyba równie¿ zdarza³o siê w jakimœ innym ¿yciu.

– Ciotka wspomnia³a, ¿e jesteœ spikerk¹.

– Tak. – Odwróci³a siê do niego.

W przyæmionym œwietle wyda³a mu siê nieziemsko piêkna. Coœ ta-

kiego przydarzy³o mu siê po raz pierwszy w ¿yciu.

– W wieczornym serwisie w WWBW.

– Zawsze o tym marzy³aœ. A wiêc koniec z zapowiadaniem pogody?

Uœmiechnê³a siê.

– Koniec.

Nie zauwa¿y³ na jej rêku obr¹czki. Podszed³ do niej. Jej zapach zafa-

scynowa³ go, by³ jakiœ inny, mniej naturalny, bardziej wyrafinowany.

– Jesteœ szczêœliwa?

Po chwili wahania odpowiedzia³a:

background image

53

– Tak s¹dzê.

– Kiedyœ by³aœ bardziej konkretna.

– Kiedyœ by³am m³odsza. – Powoli ruszy³a przed siebie. Chcia³a

zmieniæ temat rozmowy. – A wiêc, jak powiedzia³a mi twoja ciotka,

jesteœ sam.

– Ca³a ona. – Greg rozeœmia³ siê i pokrêci³ g³ow¹. – Postanowi³a

mnie wyswataæ, ilekroæ przyje¿d¿am, zawsze ma dla mnie jak¹œ niespo-

dziankê. Tym razem jednak po raz pierwszy w pe³ni akceptujê jej wybór.

– Nigdy siê nie o¿eni³eœ, Greg? Zawsze uwa¿a³am, ¿e powinieneœ to

zrobiæ.

– Nie chcia³aœ mnie.

Znowu siê do niego odwróci³a i uœmiechnê³a z zak³opotaniem.

– Nigdy nie by³eœ powa¿ny.

– Rzeczywiœcie, nie by³em naprawdê powa¿ny. I to by³ mój b³¹d. –

Uj¹³ jej d³oñ w swoje d³onie. Wci¹¿ by³a taka krucha i delikatna, ale w jej

oczach malowa³a siê si³a i zdecydowanie. – Za bardzo wtedy szala³aœ za

Dougiem, aby myœleæ o mnie. – Widzia³, co prze¿ywa, chocia¿ stara³a siê

odwróciæ twarz. – Livvy. – Zatrzyma³ j¹. – Doug i ja prowadzimy wspól-

ne interesy w Chicago.

Chwilê milcza³a. Musia³a pokonaæ ból, ¿eby w miarê spokojnie od-

powiedzieæ:

– Zawsze o tym marzyliœcie. Cieszê siê ze wzglêdu na ciebie.

– Te pierwsze miesi¹ce po tym... – zatrzyma³ siê, jakby szuka³ w³a-

œciwych s³ów – kiedy go opuœci³aœ, nie by³y dla niego ³atwe.

– Te wczeœniejsze równie¿. – Nagle poczu³a ch³ód.

– To by³ trudny okres. Najtrudniejszy dla was obojga.

Liv nabra³a tchu. Nieczêsto pozwala³a sobie na wspomnienia.

– By³eœ dla nas wspania³ym przyjacielem, Greg. Nie s¹dzê, abym ci

kiedykolwiek powiedzia³a do jakiego stopnia wspania³ym. By³o mi wte-

dy tak ciê¿ko. Dziêki tobie jakoœ przez to przesz³am. – Œcisnê³a mu rêkê.

– Tak naprawdê dopiero teraz zda³am sobie z tego sprawê.

– Nie mog³em spokojnie patrzeæ, jak cierpisz, Livvy. – Kiedy siê odwró-

ci³a, chwyci³ j¹ za ramiona i wtuli³ twarz w jej w³osy. – Nie mo¿e byæ nic

gorszego ni¿ obserwowanie cierpienia drogich nam osób. To wszystko wy-

dawa³o siê wtedy takie niesprawiedliwe. Wci¹¿ siê zreszt¹ takie wydaje.

Liv przechyli³a do ty³u g³owê. Pamiêta³a, jak Greg stara³ siê j¹ wtedy

podtrzymaæ na duchu. Ale teraz mia³a to ju¿ za sob¹.

– Doug i ja nie potrafiliœmy chyba przez to przejœæ, nie s¹dzisz, Greg?

background image

54

– Nie wiem. – Chwilê siê waha³, czy powinien jej o tym powiedzieæ. Mo¿e

jednak lepiej, aby pozna³a ca³¹ prawdê. – Livvy, Doug ponownie siê o¿eni³.

Milcza³a. Podœwiadomie czu³a, ¿e tak w³aœnie jest. Czy ma to jednak

jakieœ znaczenie? Kiedyœ go kocha³a, ale to by³o skoñczone. Umar³o. Mi³oœæ

dawno umar³a. Poczu³a, jak ogarnia j¹ ¿al za tym, co mieli i co stracili. Z jej

ust wyrwa³o siê jej bolesne westchnienie.

– Czy jest szczêœliwy?

– Tak, myœlê ¿e tak. Chyba siê w koñcu jakoœ pozbiera³. – Odwróci³

j¹ do siebie, aby spojrzeæ jej w oczy. – A ty?

– Tak. – Wtuli³a siê w jego ramiona pewna, ¿e j¹ zrozumie. – Tak,

raczej tak. Moja praca jest wa¿na. Ona nadaje memu ¿yciu sens. Zamknê-

³am te wszystkie minione lata do maleñkiego pude³ka i nie otwieram go

zbyt czêsto. W miarê jak siê od nich oddalam, coraz rzadziej. – Zamknê³a

oczy. By³ w nich smutek, nieco tylko przyt³umiony przez czas. – Nie mów

mu, ¿e mnie widzia³eœ. – Podnios³a do góry twarz. Ich oczy siê spotka-

³y. – On równie¿ nie powinien go otwieraæ.

– Ty zawsze by³aœ silna, Livvy, silniejsza ni¿ Doug. Myœlê, i¿ nie

potrafi³ siê z tym pogodziæ.

– Ja równie¿. – Znowu westchnê³a i opar³a g³owê na jego ramieniu.

– Zbyt wiele od Douga ¿¹da³am, a on zbyt ma³o ode mnie. – Nagle roz-

paczliwie do niego przywar³a. – Kiedy jedyne, co nas ³¹czy³o, odesz³o,

nasz zwi¹zek siê rozpad³. Pozbieraæ siê po czymœ takim to zadanie pie-

kielnie trudne, Greg. Jeœli w ogóle mo¿liwe.

– Tobie z pewnoœci¹ siê uda, Livvy.

Czu³a, jak ca³uje jej w³osy, i uœmiechnê³a siê, podnosz¹c ku niemu twarz.

– Tak siê cieszê, ¿e tym razem wybór twojej ciotki pad³ w³aœnie na

mnie. Têskni³am za tob¹, Greg.

Mia³ ochotê j¹ poca³owaæ, tak jak mê¿czyzna ca³uje kobietê, która

zajmuje w jego sercu szczególne miejsce. Ale zbyt dobrze j¹ zna³. De-

likatnie dotkn¹³ ustami jej warg.

– Przepraszam.

Oczy Liv pobieg³y ku drzwiom. Mimo panuj¹cego w pokoju pó³mroku

bez  trudu  pozna³a  sylwetkê  Thorpe’a.  Delikatnie  wysunê³a

siê z ramion Grega, niezadowolona, ¿e Thorpe widzia³ j¹ w chwili s³aboœci.

– Myra chce skompletowaæ stolik.

– Bryd¿ – skrzywi³ siê Greg i wzi¹³ Liv pod rêkê. – Bêdziesz mnie

musia³a, Livvy, jakoœ znieœæ w roli swego partnera, przynajmniej ze wzglê-

du na stare czasy.

background image

55

– Nie mog³eœ trafiæ gorzej. – Wiedzia³a, ¿e Thorpe nie spuszcza z niej

oczu i nagle, z jakiegoœ irracjonalnego powodu, poczu³a siê winna. Aby

to sobie zrekompensowaæ, uœmiechnê³a siê do Grega. – Jeœli postarasz

siê dla mnie o drinka, spróbujê nie przebijaæ twojego asa atutem.

Thorpe odsun¹³ siê nieco, kiedy mijali go w drzwiach.

Sta³ tam jeszcze przez jakiœ czas, obserwuj¹c, jak odchodz¹. Za-

zdroœæ  by³a  dla  niego  zupe³nie  nieznanym  uczuciem.  Widzia³  Oliviê

Carmichael w ramionach innego mê¿czyzny i da³by wiele, aby te ra-

miona by³y jego.

– Dwa trefle – rozpoczê³a licytacjê Liv. Ona i Greg mieli za prze-

ciwników szefa oddzia³u torakochirurgii w szpitalu w Baltimore oraz jego

¿onê. Nie sz³o im najlepiej. Po kolejnej przegranej partii Greg ¿artobli-

wie zaproponowa³ rewan¿ w tenisa. Doskonale pamiêta³, jak Liv znako-

micie sobie kiedyœ radzi³a na korcie. Chirurg, œmiej¹c siê od ucha do

ucha, skrupulatnie uzupe³ni³ zapis.

Przy trzech innych stolikach grali dwaj senatorowie, jakiœ piêcio-

gwiazdkowy genera³ i wdowa po by³ym ministrze skarbu. Liv nadstawia-

³a ucha, chc¹c coœ wy³owiæ z gwaru toczonych dooko³a rozmów na tema-

ty polityczne i z upodobaniem powtarzanych plotek. Oczywiœcie nie li-

czy³a na ¿adne sensacyjne wiadomoœci wagi pañstwowej, ale dziennikarz

nie powinien nigdy ignorowaæ najb³ahszej nawet informacji. Nie wiado-

mo przecie¿, czy wkrótce nie stanie siê ona prawdziw¹ bomb¹. Za ironiê

losu uwa¿a³a fakt, ¿e podarta sukienka i zniszczone buty doprowadzi³y j¹

do salonu sêdziego S¹du Najwy¿szego.

– Piêæ pików. – Greg zamkn¹³ licytacjê i Liv wy³o¿ywszy swoje kar-

ty, wsta³a od sto³u.

– Przepraszam, powiedzia³a, widz¹c zawiedzion¹ minê partnera.

– Tenis – wymamrota³ Greg i zagra³ pierwszego asa.

– Pójdê zaczerpn¹æ trochê powietrza.

– Tchórz – rzuci³ w jej kierunku, wykrzywiaj¹c siê komicznie.

Liv, œmiej¹c siê, wysz³a na taras.

Wci¹¿  by³o  ch³odno.  Wiosna  z ogromnym  trudem  przebija³a  siê

do Waszyngtonu. Opuœciwszy duszny salon, Liv z przyjemnoœci¹ wci¹-

gnê³a do p³uc rzeœkie powietrze. Przep³ywaj¹ce po niebie chmury prze-

s³oni³y tarczê ksiê¿yca i dooko³a zapanowa³ mrok. By³o cicho. Nie do-

chodzi³ tu ¿aden ha³as, poniewa¿ ty³ domu zosta³ skutecznie odgrodzo-

background image

56

ny od ruchu ulicznego i gwaru miasta. W pewnej chwili do uszu Liv

dobieg³ jedynie g³oœny œmiech Myry, kiedy uda³o jej siê zdobyæ kolejne

punkty.

Jaki¿ to dziwny zbieg okolicznoœci, pomyœla³a, ¿e spotka³a Grega

i powróci³a do s³odko-gorzkich wspomnieñ sprzed lat. Moje ¿ycie, po-

myœla³a, by³o miotaniem siê od skrajnoœci do skrajnoœci. Nieprawdopo-

dobne szczêœcie, a potem czarna rozpacz. Lepiej ju¿ tak jak teraz, bez

tych wszystkich emocjonalnych wzlotów i upadków. Bezpieczniej. Bez

ryzyka i niepowodzeñ. M¹drzej.

Skuliwszy siê z zimna, przesz³a a¿ do koñca tarasu. Bezpieczniej i m¹-

drzej. Nikt ciê nie zrani, jeœli nie dasz ku temu okazji.

– Nie masz okrycia, Liv?

Zdumiona odwróci³a siê. Nie s³ysza³a ani odg³osu otwieranych drzwi,

ani kroków Thorpe’a po kamiennej pod³odze tarasu. Œwiat³o ksiê¿yca

pada³o teraz wprost na jej twarz, podczas gdy ca³a sylwetka Thorpe’a

tonê³a w mroku. To dawa³o mu nad ni¹ przewagê.

– Nie jest mi potrzebne – zauwa¿y³a ch³odno. Nie mog³a mu wyba-

czyæ tamtej, tak k³opotliwej dla niej sytuacji w studio.

Thorpe podszed³ do niej i po³o¿y³ rêce na jej ramionach.

– Zmarz³aœ. Nikt nie lubi s³uchaæ g³osu zakatarzonej spikerki. – Zdj¹³

marynarkê i narzuci³ jej na plecy.

– Nie potrzebujê...

Nagle Thorpe, chwyciwszy za klapy marynarki, przyci¹gn¹³ Liv do

siebie i zamkn¹³ jej usta poca³unkiem. Jej ramiona zosta³y skutecznie uwiê-

zione miêdzy jego a jej cia³em, a usta pokonane z w³aœciw¹ mu wpraw¹.

Nieoczekiwanie coœ w niej eksplodowa³o, aby po chwili sp³yn¹æ w dó³

i zamieniæ w niezrozumia³e brzêczenie, które zdawa³o siê rozsadzaæ jej

skronie. Czu³a, jak powoli ogarnia j¹ fala po¿¹dania, i wtedy nieoczeki-

wanie jego usta oderwa³y siê od jej ust.

– Byæ mo¿e ty tego nie potrzebujesz. – Wci¹¿ trzyma³ za klapy ma-

rynarki, uniemo¿liwiaj¹c jej jakikolwiek ruch. – Ale ja tak.

– Ty chyba jesteœ szalony. – S³owa brzmia³y ostro i zjadliwie, ale

g³os wibrowa³ od obudzonej namiêtnoœci.

– Chyba jestem – nieoczekiwanie przyzna³. – W przeciwnym wypad-

ku nie wyszed³bym od ciebie tamtej nocy.

Liv pominê³a jego uwagê milczeniem. Œwiadomoœæ tego, jak reaguje

na Thorpe’a, sprawia³a, ¿e czu³a siê nieswojo.

– Nie mia³eœ prawa zrobiæ dziœ w studio takiego przedstawienia.

background image

57

– Ca³uj¹c ciê? – rozeœmia³ siê szeroko. – Mam zamiar robiæ to czê-

œciej. Masz wspania³e usta, Liv.

– Pos³uchaj, Thorpe...

– Dowiedzia³em siê, ¿e ty i siostrzeniec Myry jesteœcie starymi przy-

jació³mi – przerwa³ jej.

Liv westchnê³a.

– Nie rozumiem, co to ma wspólnego z tob¹.

– Po prostu chcê wyeliminowaæ konkurencjꠖ rzek³ beztrosko.

Lubi³, kiedy by³a tak blisko niego i kiedy móg³ obserwowaæ, jak jej

cia³o powoli topnieje w jego ramionach.

– Konkurencjê? – Liv chcia³a go odepchn¹æ, ale uwiêz³a w potrza-

sku marynarki. – O czym ty mówisz?

– Muszê wiedzieæ wszystko o innych mê¿czyznach, którym pozwa-

lasz trzymaæ siê w ramionach, aby ich wyeliminowaæ. – Przyci¹gn¹³ j¹

jeszcze bli¿ej. Bij¹cy z jego cia³a ¿ar zdawa³ siê przenikaæ przez jej skó-

rê. Jego oczy zatonê³y w jej oczach. – Chcê, abyœ zosta³a moj¹ ¿on¹.

Liv zaniemówi³a. Nie przypuszcza³a, i¿ Thorpe potrafi j¹ znowu za-

szokowaæ. Wprawdzie wiedzia³a, ¿e staæ go na wiele, ale coœ takiego...

To by³a ch³odnym tonem wyg³oszona deklaracja. Równie dobrze móg³

powiedzieæ, ¿e chce, aby zosta³a jego partnerk¹ w nastêpnej rundzie bry-

d¿owej. Ale kiedy przyjrza³a mu siê dok³adniej, ze zdumieniem stwier-

dzi³a, i¿ wcale nie ¿artuje.

– Ty jednak naprawdê jesteœ szalony. Teraz nie mam ju¿ co do tego

¿adnych w¹tpliwoœci – wyszepta³a. – Kompletny wariat.

Wygl¹da³o na to, ¿e zgadza siê z jej opini¹, mimo to dalej ci¹gn¹³

rzeczowym tonem. Taki w³aœnie ton zawsze najbardziej zbija³ j¹ z tropu.

– Dajê ci szeœæ miesiêcy do namys³u. Jestem bardzo cierpliwy. Staæ

mnie na to. Nie mam zwyczaju przegrywaæ.

– Thorpe, doprawdy Ÿle z tob¹. Powinieneœ poprosiæ o urlop. Inten-

sywna praca najwyraŸniej rzuci³a ci siê na g³owê.

– Chyba lepiej, jeœli jestem wobec ciebie szczery? – œmia³ siê uba-

wiony jej reakcj¹, bo w jej oczach dostrzeg³ teraz prawdziw¹ furiê. –

Szeœæ miesiêcy to du¿o czasu, aby siê z t¹ myœl¹ oswoiæ.

– Thorpe – sil¹c siê na spokój, powiedzia³a Liv. – Nie mam zamiaru

wychodziæ za m¹¿ za kogokolwiek. A ju¿ z pewnoœci¹ nie za ciebie. Te-

raz uwa¿am, ¿e powinieneœ...

Znowu zamkn¹³ jej usta poca³unkiem. Usi³owa³a protestowaæ, ale nie-

ustêpliwe wargi Thorpe’a skutecznie jej to uniemo¿liwia³y, a uwiêzione

background image

58

rêce by³y równie bezradne. Thorpe czu³, jak z ka¿d¹ chwil¹ jej opór ma-

leje i jak z ka¿d¹ chwil¹ jego po¿¹danie narasta. Jej usta przesta³y byæ

d³u¿ej bierne, wrêcz przeciwnie, oczekiwa³y czegoœ wiêcej.

Rozum jakby przesta³ funkcjonowaæ, liczy³y siê tylko emocje. Czu³a,

jak miêkkie i silne s¹ jego usta i jak powoli i zdecydowanie wsuwa jê-

zyk. Gdyby mia³a wolne rêce, objê³aby go i mocno do niego przywar³a,

a tak jedynie poca³unkiem i przytuleniems dawa³a wyraz swemu pragnie-

niu. Jego cia³o mówi³o to samo.

Nieoczekiwanie okaza³o siê, ¿e jest istot¹ z krwi i koœci. Bardziej ni¿

czegokolwiek na œwiecie pragnê³a dotyku jego r¹k. Jej skóra p³onê³a, a cia-

³o skrêca³o siê z po¿¹dania. Mówi³a coœ niewyraŸnie. Thorpe widzia³, co

siê z ni¹ dzieje. Rozpaczliwie jej pragn¹³. Pomyœla³, i¿ mia³a racjê nazy-

waj¹c go szalonym. Ale to ona doprowadza³a go do szaleñstwa. Gdyby

tylko byli sami... Gdyby byli sami...

Powoli opanowywa³ siê. Bêd¹ jeszcze inne okazje. T³umi¹c po¿¹da-

nie, oderwa³ usta od jej ust.

– Co chcia³aœ mi powiedzieæ? – wymamrota³.

Ciê¿ko oddycha³a. Usi³owa³a sobie przypomnieæ, kim ona jest, kim

jest ten, kto trzyma j¹ w ramionach i co do niej mówi. Kiedy siê do niej

uœmiechn¹³, œwiadomoœæ zwolna zaczê³a jej powracaæ.

– IdŸ do lekarza – wyszepta³a. Jej cia³em wstrz¹sa³ dreszcz. – I to

szybko, zanim bêdzie za póŸno.

– Ju¿ jest za póŸno. – Przyci¹gn¹³ j¹ do siebie i jeszcze raz gor¹co

poca³owa³.

Oszo³omiona jego reakcj¹, gwa³townie wyrwa³a siê z objêæ. Przesu-

nê³a rêk¹ po w³osach.

– To szaleñstwo. – Trzyma³a d³oñ w górze, gestykuluj¹c ni¹ jakby

dla podkreœlenia swoich s³ów. – To prawdziwe szaleñstwo. – Gwa³townie

wci¹gnê³a powietrze w p³uca. – Teraz przyznajê, ¿e czujê do ciebie sym-

patiê. Ale na tym koniec. Chcê o wszystkim zapomnieæ. – Zsunê³a z ra-

mion jego marynarkê i szybko mu j¹ poda³a. – I tobie radzê zrobiæ to samo.

Nie wiem, ile wypi³eœ, ale chyba jednak za du¿o.

Wci¹¿ siê do niej uœmiecha³.

– Przestañ szczerzyæ zêby, Thorpe – powiedzia³a. – I trzymaj siê ode

mnie z daleka. – Z furi¹ ruszy³a w stronê wyjœcia. W pewnej chwili za-

trzyma³a siê i odwróci³a, aby spojrzeæ na niego jeszcze raz. – Jesteœ sza-

lony – powtórzy³a z naciskiem i zniknê³a za drzwiami.

background image

59

#

R

ano  na  biurku  Liv  w porcelanowym  wazonie  sta³a  bia³a  ró¿a,

a w³aœciwie p¹k bia³ej ró¿y o ca³kowicie zamkniêtych p³atkach.

Oczywiœcie wiedzia³a, kto j¹ przys³a³. Zbita z tropu usiad³a przy

biurku  i w milczeniu patrzy³a na kwiat.

Kiedy poprzedniego wieczoru wróci³a do salonu, solennie sobie obie-

ca³a, ¿e zapomni o rozmowie z Thorpe’em. Normalny cz³owiek nie za-

stanawia siê nad s³owami szaleñca. Mimo to d³ugo le¿a³a w ³ó¿ku, nie

mog¹c zasn¹æ. Ka¿de s³owo, które pad³o wtedy na tarasie, wraca³o do

niej dziesi¹tki razy. A teraz on przesy³a jej kwiaty.

Najrozs¹dniej by³oby wazon, tak jak i ca³¹ resztê, wyrzuciæ do kosza

i o wszystkim zapomnieæ.

Ostro¿nie wodzi³a palcami po bia³ych p³atkach. Nie mo¿e tego zrobiæ.

To przecie¿ tylko kwiat, powtarza³a sobie. Niewinny kwiat. Muszê

po prostu przestaæ myœleæ o tym, kto j¹ przys³a³. Szybko po³o¿y³a przed

sob¹  maszynopis.  Za  piêtnaœcie  minut  mia³a  prezentowaæ  najnowsze

wydanie wiadomoœci.

– Liv, dziêki Bogu, jesteœ! – szef dzia³u informacyjnego ciê¿ko dy-

sz¹c przysiad³ na jej biurku.

Podnios³a do góry g³owê.

– Co siê sta³o, Chester?

By³ to niezmiernie ruchliwy, wiecznie czymœ podekscytowany mê¿-

czyzna, który móg³ normalnie funkcjonowaæ jedynie dziêki ogromnym

background image

60

iloœciom kawy i œrodkom neutralizuj¹cym kwasy. Liv zd¹¿y³a siê ju¿ przy-

zwyczaiæ do tego typu powitañ.

– WeŸ dwóch ludzi i jedŸ natychmiast do po³udniowo-wschodniego

rejonu  Livingston.  Jakiœ  samolot  uderzy³  w szeœciopiêtrowy  budynek

mieszkalny.

Zerwa³a siê, chwytaj¹c w locie torbê i ¿akiet.

– Jakieœ szczegó³y?

– Musisz je zdobyæ. W ka¿dej chwili bêdziemy gotowi do relacji na

¿ywo. Dostaniesz technika. Wszyscy jakby siê nagle uparli chorowaæ na

grypê. – Ton jego g³osu œwiadczy³ niezbicie, ¿e nie uwa¿a grypy za dosta-

teczny powód do niewykonywania swoich obowi¹zków. – Biegnij, wszy-

scy s¹ ju¿ w samochodzie. – W³o¿y³ do ust maleñk¹, miêtow¹ pastylkê.

By³o gorzej, o wiele gorzej, ni¿ mog³a sobie kiedykolwiek wyobra-

ziæ. Tylna czêœæ samolotu wystawa³a ze œciany budynku, jak grot strza³y,

która trafi³a do celu. Mo¿na by³o odnieœæ wra¿enie, ¿e to dobrze wyre¿y-

serowana scena z filmu. Ogromne k³êby gryz¹cego dymu i ognia dope-

³nia³y grozy. Powietrze falowa³o od wysokiej temperatury, a ostry sw¹d

spalenizny parali¿owa³ oddech. Budynek ze wszystkich stron otacza³y

ogromne pompy stra¿ackie i policyjne samochody i wci¹¿ nadje¿d¿a³y

nowe.  Stra¿acy  pracowali  na  najwy¿szych  obrotach,  to  wbiegaj¹c,  to

wybiegaj¹c z p³on¹cego domu lub polewaj¹c go wod¹ z ogromnych wê¿y.

Dolne piêtra zaczêto ewakuowaæ. Zewsz¹d s³ychaæ by³o p³acze i krzyki,

wyj¹ce syreny i trzaskaj¹ce p³omienie.

Tu¿ za utworzonymi przez s³u¿by porz¹dkowe zaporami pracowa³a

niestrudzenie prasa. Œci¹gniêto kamery, wysiêgniki, reporterów, fotogra-

fów i techników. Wszyscy, ogromnie zaaferowani, biegali tam i z powro-

tem, pozornie tylko bez celu.

– W miarê mo¿liwoœci bêdziemy siê przemieszcza栖 powiedzia³a

Liv do Boba, kiedy ten umieœci³ kamerê na ramieniu. – Zrób z tego miej-

sca ujêcie p³on¹cego budynku, tych wszystkich pojazdów i karetek.

– Nigdy czegoœ podobnego nie widzia³em – mrukn¹³, patrz¹c na roz-

grywaj¹c¹ siê przed nimi tragediê. – Czy mo¿esz sobie wyobraziæ, co

dzieje siê w œrodku?

Liv pokrêci³a g³ow¹. Nie chcia³a o tym myœleæ. Przecie¿ tam byli

ludzie.  Si³¹  powstrzymywa³a  ogarniaj¹ce  j¹  md³oœci.  Musia³a  zrobiæ

reporta¿.

background image

61

– Jest tu Reeder. – Liv spojrza³a we wskazanym przez Boba kierun-

ku. – To zastêpca szefa akcji.

– No dobra. Przekonajmy siê, co ten Reeder mo¿e nam powiedzieæ.

Liv zaczê³a przeciskaæ siê przez t³um. Potr¹cana i popychana par³a do

przodu. By³a do tego przyzwyczajona, wiedzia³a, jak pokonuje siê tego

typu przeszkody. Poza tym tu¿ za ni¹ pod¹¿a³a jej ekipa. Dotar³szy do zapo-

ry, zabezpieczy³a sobie miejsce do pracy i wziê³a do rêki mikrofon.

– Panie Reeder, tu Olivia Carmichael z WWBW. – Zapar³a siê sto-

pami, po czym maksymalnie pochylaj¹c nad zapor¹, wyci¹gnê³a do niego

mikrofon. – Czy mo¿e nam pan powiedzieæ, co siê sta³o i czy uda³o siê

zlokalizowaæ ogieñ?

Niespokojnie popatrzy³ na mikrofon, póŸniej na Liv.

– To by³ samolot czarterowy z linii krajowych. – Mia³ niski, szorstki

g³os, tak samo niespokojny jak oczy. – Jeszcze nie znamy przyczyny ka-

tastrofy. Cztery piêtra budynku s¹ zagro¿one. Z szeœciu piêter trzy zosta-

³y ju¿ ewakuowane.

– Czy mo¿e mi pan powiedzieæ, ilu pasa¿erów znajdowa³o siê na

pok³adzie samolotu?

– Piêædziesiêciu dwóch ³¹cznie z za³og¹. – Odwróci³ siê, aby wydaæ

podw³adnym rozkazy.

– Czy nawi¹zano z nimi jakiœ kontakt? – nalega³a Liv.

Reeder popatrzy³ na ni¹ przeci¹gle.

– Moi ludzie bez przerwy nad tym pracuj¹.

– Ile osób przebywa jeszcze w budynku?

– Proszê porozmawiaæ z w³aœcicielem, jestem zajêty.

Kiedy odszed³, Liv da³a znak, aby Bob zatrzyma³ taœmê.

– Spróbujê siê dowiedzieæ, ile jeszcze osób jest w œrodku – zwróci³a

siê do technika od dŸwiêku: – Wracaj do samochodu i sprawdŸ, czy cen-

trala zna ju¿ numer lotu, miejsce przeznaczenia i czy s¹ jakieœ hipotezy

na temat przyczyny katastrofy. Robimy program na ¿ywo. – Spojrza³a na

zegarek. – Za piêæ minut w tym samym miejscu.

Odwróci³a siê, chc¹c znowu przecisn¹æ przez t³um, i wtedy zobaczy-

³a kobietê w zniszczonej sukience, siedz¹c¹ na ziemi przy krawê¿niku,

która przyciska³a do piersi album ze zdjêciami.

Liv zrezygnowa³a z poszukiwania w³aœciciela p³on¹cego domu i po-

desz³a do kobiety.

– Proszê pani...

Kobieta podnios³a g³owê. Jej twarz by³a blada, bez ³ez.

background image

62

Liv usiad³a tu¿ przy niej. Zorientowa³a siê, ¿e nieznajoma jest w szoku.

– Nie powinna pani tu siedzieæ na tym zimnie – ³agodnie powiedzia-

³a Liv. – Czy ma pani dok¹d pójœæ?

– Nie pozwolili mi zabraæ niczego wiêcej – odpowiedzia³a, jeszcze

mocniej przyciskaj¹c do siebie album. – Tylko te zdjêcia. Czy s³ysza³aœ

wycie? Myœla³am, ¿e to koniec œwiata. Robi³am w³aœnie herbatꠖ ci¹-

gnê³a piskliwym g³osem. – Ca³a porcelana zniszczona. Nale¿a³a jeszcze

do mojej mamy.

– Tak mi przykro – ale ¿adne s³owa nie wydawa³y siê w³aœciwe. Liv

dotknê³a  ramienia  kobiety. –  Dlaczego  nie  mia³aby  pani  pójœæ

ze mn¹? Zaprowadzê pani¹ do punktu medycznego, tam siê pani¹ zajm¹.

– Zostawi³am w tym domu przyjació³. – Oczy kobiety pobieg³y w kie-

runku p³on¹cego budynku. – Pani¹ McGiver spod 607 i Dawsonów spod

610. Maj¹ dwoje dzieci. Czy ju¿ ich wyprowadzono?

W powietrzu rozleg³a siê eksplozja. To pêka³y kolejne okna pod wp³y-

wem ¿aru.

– Nie wiem. Spróbujê siê dowiedzieæ.

– Ch³opczyk mia³ grypê i musia³ zostaæ w domu. – Szok powoli prze-

chodzi³ w smutek. Liv widzia³a, jak zmieniaj¹ siê oczy kobiety, s³ysza³a,

jak zmienia siê jej g³os. – Mam tu jego zdjêcie.

Nagle zaczê³a szlochaæ i serce Liv œcisnê³o siê z bólu. Objê³a ramio-

nami nieznajom¹. Straszliwie siê ba³a, ¿e jedyn¹ rzecz¹, która pozosta³a

po synku Dawsonów, bêdzie tylko to zdjêcie. Mocniej przytuli³a do sie-

bie zalan¹ ³zami kobietê i sama zaczê³a p³akaæ.

W pewnej chwili poczu³a dotyk czyjejœ d³oni. Podnios³a g³owê i uj-

rza³a stoj¹cego tu¿ obok Thorpe’a.

– Thorpe – wyszepta³a i spojrza³a na niego wymownie. Thorpe ostro¿-

nie pomóg³ podnieœæ siê z ziemi staruszce, wci¹¿ przyciskaj¹cej do piersi

album. Otoczy³ j¹ ramieniem i szepcz¹c coœ do ucha, poprowadzi³ w stronê

sanitarnych s³u¿b pomocniczych.

Liv opar³a g³owê na kolanach. Musia³a siê pozbieraæ, jeœli mia³a zro-

biæ to, co do niej nale¿a³o. Reporter nie mo¿e ulegaæ emocjom. Tymcza-

sem niesiony wiatrem gryz¹cy dym coraz natrêtniej przenika³ do p³uc,

uniemo¿liwiaj¹c oddychanie.

– Liv – Thorpe wzi¹³ j¹ za rêkê i zmusi³ do wstania.

– Nic mi nie jest – zapewnia³a go. Do jej uszu dotar³a kolejna eks-

plozja. Ktoœ przeraŸliwie krzycza³. – O Bo¿e! – Odwróci³a siê w stronê

budynku. – Ilu ludzi mo¿e byæ tam wci¹¿ uwiêzionych?

background image

63

– Ekipom ratunkowym nie uda³o siê jeszcze dotrzeæ do szóstego piê-

tra. Ale jeœli nawet ktoœ tam jest, to z pewnoœci¹ i tak ju¿ nie ¿yje.

Skinê³a g³ow¹. Jego g³os brzmia³ spokojnie i by³ zupe³nie pozbawio-

ny emocji, ale tego w³aœnie w tej chwili najbardziej potrzebowa³a.

– Tak, wiem o tym. – Nabra³a powietrza w p³uca. – Muszê siê przygo-

towaæ do wejœcia na wizjê. – Znowu na niego spojrza³a. – Co ty tu robisz?

– Jecha³em do studia. – Na jego policzku widnia³a rozmazana plama

z popio³u i sadzy. – Nie jestem tu s³u¿bowo, Liv – doda³ po chwili tym

samym beznamiêtnym g³osem.

Wzrok Liv pobieg³ w stronê, gdzie sanitariusze gor¹czkowo uwijali

siê przy poparzonych ofiarach.

– Zazdroszczê ci – mruknê³a. Z lewej strony dobieg³ do nich roz-

paczliwy krzyk wo³aj¹cego matkê dziecka. – Nienawidzê tego, ¿e musi-

my siê grzebaæ w cudzym bólu.

– To trudny zawód, Liv. – Tak bardzo pragn¹³ j¹ teraz przytuliæ, ale

wiedzia³, ¿e nie to by³o jej w tej chwili potrzebne.

Widzia³a, jak jej ekipa przeciska siê do niej. Podesz³a do technika

i wziê³a od niego kartkê z kilkoma pospiesznie skreœlonymi s³owami i ski-

nê³a g³ow¹.

– Okej, zaczniemy krêciæ z tego miejsca, maj¹c za sob¹ p³on¹cy bu-

dynek. – Zwróci³a siê w stronê kamery: – Kiedy wejdê na wizjê, zrobisz

zbli¿enie na budynek.

Wziê³a do rêki mikrofon i czeka³a na po³¹czenie ze studiem.

– Nastêpnie, zanim znowu wrócisz do mnie, poka¿esz uwiêziony sa-

molot. – W jej s³uchawkach rozleg³o siê odliczanie poprzedzaj¹ce wej-

œcie na wizjê.

– Tu Olivia Carmichael. Znajdujemy siê na zewn¹trz bloku miesz-

kalnego w Livingstone, gdzie tego ranka o dziewi¹tej trzydzieœci samo-

lot czarterowy numer lotu 527 uderzy³ w szóste piêtro budynku. – Bob

skierowa³ kamerê na p³on¹cy dom, podczas gdy Liv mówi³a dalej: – Przy-

czyna katastrofy wci¹¿ jeszcze nie jest znana. Stra¿acy ewakuuj¹ miesz-

kañców budynku, usi³uj¹c jednoczeœnie dotrzeæ do szóstego piêtra i wnê-

trza uwiêzionego samolotu. Na jego pok³adzie, w drodze do Miami, ³¹cz-

nie z za³og¹ znajdowa³y siê piêædziesi¹t dwie osoby. – Kamera znowu

pokaza³a Liv. – Dotychczas nie podano liczby ofiar. Wiele osób uleg³o

poparzeniu b¹dŸ zaczadzeniu. Wszystkim poszkodowanym przed odwie-

zieniem do szpitala udzielaj¹ pierwszej pomocy przyby³e na miejsce ka-

tastrofy liczne ekipy sanitarne.

background image

64

Thorpe stan¹³ z boku i obserwowa³, jak Liv kontynuuje swoj¹ rela-

cjê. Gdyby nie oczy, w których malowa³a siê groza, jej twarz mog³aby

wydawaæ siê spokojna. Ogrom zniszczeñ i bezmiar ludzkiego cierpienia

zrobi³y swoje. Na policzku mia³a œlady sadzy, na których tle jej skóra

sprawia³a wra¿enie œmiertelnie bladej. W tej chwili by³a po prostu zwy-

czajn¹ kobiet¹, a nie tylko znakomitym reporterem staraj¹cym siê nie ujaw-

niaæ swoich emocji. Tym razem jednak Liv nie przychodzi³o to ³atwo.

I walka, jak¹ musia³a ze sob¹ stoczyæ, sprawi³a, ¿e sta³a siê jeszcze bar-

dziej bliska patrz¹cym na ni¹ widzom.

– Mówi³a Olivia Carmichael dla WWBW. – Zaczeka³a, a¿ otrzyma

sygna³ zejœcia z wizji, i œci¹gnê³a s³uchawki. – Okej, zróbcie teraz trochê

ujêæ z sanitariuszami, a ja spróbujê siê dowiedzieæ, czy ratownikom uda-

³o siê dotrzeæ do szóstego piêtra. Wyœlijcie z materia³em kuriera. Musi-

my zd¹¿yæ przed po³udniowym serwisem.

Liv czu³a, ¿e znowu jest sob¹. Taka chwila s³aboœci nie mo¿e siê po-

wtórzyæ.

– Dobra robota – skomentowa³ Thorpe.

Liv spojrza³a na niego. By³ uosobieniem spokoju i si³y. Denerwo-

wa³o j¹, ¿e ujawni³a przed nim swoj¹ s³aboœæ, ¿e by³a taka chwila, kie-

dy go potrzebowa³a, kiedy ju¿ sama œwiadomoœæ, ¿e mo¿e siê na nim

oprzeæ, tyle dla niej znaczy³a. To luksus, na który nie powinna by³a

sobie pozwoliæ.

– Doœwiadczenie robi swoje – odrzek³a Liv. – Przynajmniej w tym

siê zgadzamy.

Uœmiechn¹³ siê i odgarn¹³ kosmyk w³osów z jej czo³a.

– Chcesz, abym zosta³?

Nie wiedzia³a, co odpowiedzieæ. Wprawi³ j¹ w zak³opotanie. Dlacze-

go mu to tak ³atwo przychodzi³o?

– Nie staraj siê byæ dla mnie mi³y, Thorpe – mruknê³a. – Proszê, nie

staraj siê byæ dla mnie mi³y. Wolê ju¿, kiedy jesteœ zwyczajn¹ gnid¹.

Pochyli³ siê i musn¹³ wargami jej usta.

– Zadzwoniê do ciebie wieczorem.

– Nie trudŸ siꠖ odpowiedzia³a, ale Thorpe ju¿ znikn¹³.

Liv szybko siê odwróci³a, mrucz¹c coœ pod nosem. Nie mia³a czasu

myœleæ o Thorpie. Musia³a zdobyæ informacje i dokoñczyæ reporta¿.

Liv o jedenastej ogl¹da³a serwis informacyjny. Teraz czu³a siê zupe-

³nie inaczej ni¿ wtedy, gdy przygotowywa³a reporta¿ z miejsca katastro-

fy. Kiedy siê siedzi za pulpitem i obserwuje obraz na monitorze, znacznie

background image

65

³atwiej oddzieliæ emocje od obowi¹zków zawodowych. Patrzy³a na ekran

jak tysi¹ce innych telewidzów i prze¿ywa³a na nowo tragediê tego, co siê

sta³o. Szeœædziesi¹t dwie osoby zginê³y, piêtnaœcie, wliczaj¹c w tê liczbê

stra¿aków, przebywa³o na leczeniu w szpitalu. Nie og³oszono jeszcze ofi-

cjalnego komunikatu, ale wszystko wskazywa³o na to, ¿e przyczyn¹ kata-

strofy by³ b³¹d pilota.

Liv przypomnia³a sobie o kobiecie, któr¹ tak niedawno stara³a siê po-

cieszyæ, album ze zdjêciami, który ta kobieta do siebie przyciska³a, bez-

graniczny smutek, a póŸniej straszliw¹ ¿a³obê. Na szóstym piêtrze p³on¹-

cego budynku nikt nie prze¿y³.

Pora dnia, kiedy dosz³o do katastrofy, okaza³a siê prawdziwym b³o-

gos³awieñstwem. Wiêkszoœæ mieszkañ w tym czasie by³a ju¿ pusta, dzie-

ci przebywa³y w szkole, doroœli w pracy. Ale ma³y synek Dawsonów mia³

grypê.

Liv podnios³a siê i wy³¹czy³a odbiornik. Nie mog³a d³u¿ej o tym my-

œleæ. Œcisnê³a palcami skronie. Najwy¿szy czas, aby wzi¹æ aspirynê i pójœæ

do ³ó¿ka. Nikt nie cofnie tego, co siê sta³o, musi wiêc staraæ siê o tym

zapomnieæ.

Dopiero kiedy znalaz³a siê w ³ó¿ku, uœwiadomi³a sobie, ¿e zupe³nie

zapomnia³a o obiedzie. To g³ód by³ w czêœci odpowiedzialny za dokucz-

liwy ból g³owy, ale czu³a siê zbyt zmêczona, aby siêgn¹æ po coœ wiêcej

ni¿ aspirynê. Zamkn¹wszy oczy, le¿a³a w ciemnoœci.

Mia³a w koñcu to, czego od ¿ycia oczekiwa³a: zdoby³a spokój i sa-

ma odciê³a siê od œwiata. Nie by³o nikogo, od kogo by zale¿a³a i przed

kim musia³aby siê t³umaczyæ. Wszystko, co mia³a, zawdziêcza³a so-

bie,  ³¹cznie  z b³êdami,  których  nie  uda³o  jej  siê  unikn¹æ.  I tak  jest

dobrze.

Otworzy³a oczy i spojrza³a w sufit, zastanawiaj¹c siê, czy jest w sto-

sunku do siebie szczera.

I wtedy nieoczekiwanie odezwa³ siê telefon. Liv usiad³a i zapali³a

nocn¹ lampkê, nastêpnie wziê³a do rêki o³ówek i podnios³a s³uchawkê.

To z pewnoœci¹ by³ telefon ze studia. Nikt inny nie dzwoni³by o pó³nocy.

– S³ucham.

– Halo, Liv.

– Thorpe? – Liv rzuci³a o³ówek i opad³a na poduszkê. On by³ niesa-

mowity.

– Czy¿bym ciê obudzi³?

– Tak – sk³ama³a. – Czego chcesz?

background image

66

– Chcia³em ci powiedzieæ dobranoc.

Westchnê³a, szczêœliwa, ¿e Thorpe nie mo¿e zobaczyæ jej uœmiechu.

Nie chcia³a, aby potraktowa³ to jako swego rodzaju zachêtê.

– Obudzi³eœ mnie tylko po to, ¿eby mi powiedzieæ dobranoc?

– Przed chwil¹ wróci³em do domu. Chcesz wiedzieæ, gdzie by³em?

– Nie – pospiesznie rzuci³a Liv i w tej samej chwili us³ysza³a jego

zduszony œmiech. Cholera, pomyœla³a, poprawiaj¹c za sob¹ poduszkê.

Bardzo chcia³a wiedzieæ. – No dobrze, a wiêc gdzie by³eœ?

– Na spotkaniu z Levowitzem.

– Z Levowitzem? – Liv nie kry³a zdumienia. – Z szefem biura?

– Z tym samym. – Thorpe zrzuci³ buty.

– Nie wiedzia³am, ¿e on jest w Waszyngtonie. – To dziwne, pomy-

œla³a. Levowitz nie przyjecha³by tu bez wa¿nego powodu. – Czego chcia³?

– Harris McDowell odchodzi pod koniec roku na emeryturê. Levo-

witz zaproponowa³ mi jego stanowisko.

Nie tyle zdumia³a j¹ sama wiadomoœæ, ile beztroski ton g³osu Thor-

pe’a. Takiej oferty siê nie lekcewa¿y, poniewa¿ wi¹za³y siê z ni¹ nie tyl-

ko awans, s³awa i pieni¹dze, ale by³a ona swego rodzaju nobilitacj¹.

Liv zastanawia³a siê nad doborem w³aœciwych s³ów, aby w koñcu po

prostu powiedzieæ:

– Moje gratulacje.

– Nie przyj¹³em jej.

Tego siê zupe³nie nie spodziewa³a.

– Co takiego?

– Nie przyj¹³em jej. – Thorpe œciagn¹³ skarpetki i rzuci³ je w stro-

nê kosza na bieliznê. – Jesteœ wolna w ten weekend? – nieoczekiwanie

doda³.

– Chwileczkê. – Liv gwa³townie usiad³a. – Chcesz powiedzieæ, ¿e

odrzuci³eœ najbardziej presti¿owe stanowisko, nie tylko w CNC, ale rów-

nie¿ w jakiejkolwiek innej stacji w kraju?

– Mo¿esz to tak uj¹æ, jeœli chcesz. – Siêgn¹³ po papierosa.

– Ale dlaczego?

Wypuœci³ ob³oczek dymu.

– Lubiê pracê w terenie. Nie chcê byæ redaktorem, a przynajmniej

nie w Nowym Jorku. A wracaj¹c do weekendu, Olivio?

– Jesteœ dziwnym cz³owiekiem, Thorpe. – Poprawi³a pod plecami po-

duszkê. Nie mog³a go rozgryŸæ. – Bardzo dziwnym. Wiêkszoœæ reporte-

rów odda³aby wszystko za tak¹ propozycjê.

background image

67

– Ja nie jestem wiêkszoœæ.

– Rzeczywiœcie – przyzna³a. – Nie jesteœ. By³byœ znakomitym redak-

torem.

– No, no! – Uœmiechn¹³ siê, odpinaj¹c koszulê. – W twoich ustach

to komplement. Potrzebujesz towarzystwa?

– Thorpe, jestem w ³ó¿ku.

– Jeœli to zaproszenie, w pe³ni je akceptujê.

Rozeœmia³a siê.

– Nie, to nie jest zaproszenie. Od dawna nie prowadzi³am takiej kon-

wersacji.

– Moglibyœmy siê spotkaæ i spêdziæ mi³o czas w moim samochodzie.

– Nie, dziêki, Thorpe. – Nieoczekiwanie poczu³a siê dziwnie odprê-

¿ona. Opad³a na poduszki. Zastanawia³a siê, kiedy ostatnio prowadzi³a

o pó³nocy tak¹ niem¹dr¹ rozmowê.

– Jeœli zadzwoni³eœ tylko po to, aby mi powiedzieæ dobranoc...

– W³aœciwie chodzi³o mi o jutrzejsze popo³udnie.

– A o co konkretnie? – Liv ziewnê³a i zamknê³a oczy.

– Mam dwa bilety na otwarcie sezonu. – Œci¹gn¹³ koszulê i rzuci³ j¹

tam, dok¹d uprzednio powêdrowa³y skarpetki.

– Otwarcie sezonu czego?

– Wielki Bo¿e, Liv, oczywiœcie baseballu. Orioles contra Red Socks.

By³ tak zdumiony jej ignorancj¹, ¿e nie mog³a siê nie uœmiechn¹æ.

– Sportem zajmuje siê Dick Andrews.

– Najwy¿szy czas poszerzyæ horyzonty – zdecydowa³. – Wpadnê po

ciebie wpó³ do pierwszej.

– Thorpe – zaprotestowa³a. – Nie mam zamiaru nigdzie z tob¹ wy-

chodziæ.

– Liv, mogê ci obiecaæ, ¿e nie bêdzie ¿adnego uwodzenia, na to przyj-

dzie jeszcze czas. Teraz chodzi jedynie o grê w pi³kê. Bêd¹ hot dogi i pi-

wo. To amerykañska tradycja.

Liv zgasi³a œwiat³o i otuli³a siê ko³dr¹.

– Nie jestem pewna, czy jasno siê wyra¿am – wymrucza³a.

– Pomyœl wiêc o tym jutro. Bêdzie gra³ Palmer.

– To z pewnoœci¹ ekscytuj¹ce, ale...

– O dwunastej trzydzieœci – powtórzy³. – Musimy byæ wczeœniej, aby

zdobyæ miejsce do parkowania.

Ponownie ziewnê³a, czuj¹c, ¿e odp³ywa. Mo¿e lepiej siê zgodziæ. To

przecie¿ nic z³ego. Ostatecznie nigdy nie by³a na takim meczu.

background image

68

– Chyba nie bêdziesz mia³ na g³owie jednego z tych kapeluszy?

Rozeœmia³ siê.

– Nie obawiaj siê. Zostawiê to zawodnikom.

– A wiêc o wpó³ do pierwszej. Dobranoc, Thorpe.

– Dobranoc, Carmichael.

Uœmiechnê³a  siê,  odk³adaj¹c  s³uchawkê.  Zapadaj¹c  w sen,  nagle

uœwiadomi³a sobie, ¿e ból g³owy znikn¹³ bez œladu.

background image

69

$

M

emorial Stadion by³ prawie pe³en. Liv dopiero teraz siê prze-

kona³a, jak bardzo Baltimore kocha³o swoich Orioles. Na try-

bunach oprócz mê¿czyzn, trzymaj¹cych w rêkach puszki z pi-

wem i ubranych w klubowe czapeczki, zjawi³y siê równie licznie ko-

biety, dzieci, m³ode dziewczyny, studenci z college’ów, robotnicy i in-

teligenci. Musi w tym byæ jakaœ magia, pomyœla³a, skoro tylu ludzi tu

przysz³o.

– Boks  dla  zawodników  przy  trzeciej  bazie –  powiedzia³  Thorpe,

wskazuj¹c rêk¹ na prowadz¹ce w dó³ betonowe stopnie.

– Co takiego?

– Siedzimy tu¿ za boksem dla zawodników – wyjaœni³. – ChodŸ. –

Wzi¹³ j¹ za rêkê i poprowadzi³ w kierunku trzeciej bazy. Liv zmarszczyw-

szy brwi wpatrywa³a siê w boisko, usi³uj¹c sobie przypomnieæ, co wie-

dzia³a o tym sporcie.

– Masz jakieœ pojêcie o baseballu? – zapyta³ Thorpe.

Liv zastanawia³a siê przez chwilê, po czym z uœmiechem spojrza³a na

Thorpe’a.

– Trzy kolejne b³êdy i wylatujesz.

Rozeœmia³ siê.

– Dziœ przejdziesz b³yskawiczne szkolenie. Masz ochotê na piwo?

– Czy to bêdzie bardzo nie po amerykañsku, jeœli poproszê o coca-

colê? – Podczas gdy Thorpe sygnalizowa³ roznosicielowi, ¿e chce z³o¿yæ

background image

70

zamówienie, Liv, opar³szy siê o balustradê, skupiona nie spuszcza³a oczu

z boiska. – To nie wydaje siê zbyt skomplikowane – zauwa¿y³a. – Jeœli tu

jest trzecia baza, to tam jest pierwsza i druga – wskaza³a wyci¹gniêt¹ przed

siebie rêk¹. – Rzucaj¹ pi³kê, inny gracz j¹ odbija, po czym biegnie dooko-

³a baz, dopóki ktoœ jej nie z³apie.

– To wcale nie jest takie proste. Wbrew pozorom to gra dla myœl¹-

cych zawodników – odpar³ Thorpe, podaj¹c jej coca-colê.

– A o czym tu myœleæ? – zapyta³a, podnosz¹c do ust puszkê z na-

pojem.

– O wielu rzeczach: o strefach strajku, skutecznoœci na pa³ce, wy-

muszonych autach, autach podwójnych, oburêcznych uderzeniach, licz-

bie zdobytych baz, kolejnoœci uderzeñ na pa³ce...

– No dobrze – Liv przerwa³a mu wyliczanie. – Byæ mo¿e rzeczywi-

œcie potrzebujê b³yskawicznego przeszkolenia.

– Czy widzia³aœ ju¿ kiedyœ grê w baseball? – Thorpe odchyli³ siê do

ty³u, trzymaj¹c w rêku puszkê piwa.

– Fragmenty w TV podczas sportowych relacji. – Ponownie rozej-

rza³a siê doko³a.

S³oñce dosyæ ju¿ mocno przygrzewa³o, ale powietrze by³o jeszcze

rzeœkie i dosyæ ch³odne. Liv czu³a zapach piwa, hot dogów i pra¿onych

orzeszków ziemnych. Gdzieœ z ty³u jakiœ mê¿czyzna i kobieta k³ócili siê

o mecz, chocia¿ gra siê jeszcze nie zaczê³a. Niepowtarzalna atmosfera

stadionu zrobi³a swoje. Liv zrozumia³a, co traci³a, ogl¹daj¹c mecze na

ekranie telewizyjnym.

– To jednak nie to samo – doda³a, z uwag¹ przygl¹daj¹c siê tablicy

wyników. Znajduj¹ce siê na niej inicja³y i numery niewiele jej mówi³y. –

Kiedy siê zacznie? – odwróci³a siê do Thorpe’a, który przez ca³y czas

badawczo siê jej przygl¹da³. – O co chodzi? – Liv nagle poczu³a siê nie-

swojo. Dystans, który tak starannie zaplanowa³a, najwyraŸniej nie zda-

wa³ egzaminu. Zaczê³a siê zastanawiaæ, czy zawarcie zwyczajnej przy-

jaŸni nie przynios³aby lepszego efektu.

– Powiedzia³em ci. Masz wspania³¹ twarz – odrzek³ po prostu.

– To nie na moj¹ twarz patrzy³eœ. Patrzy³eœ w g³¹b mojej duszy.

Uœmiechn¹³ siê i przesun¹³ palcem po jej w³osach.

– Mê¿czyzna powinien znaæ kobietê, któr¹ zamierza poœlubiæ.

Zmarszczy³a brwi.

– Thorpe... – ale reprymendê, któr¹ ju¿ mia³a zamiar wyg³osiæ, prze-

rwa³ nag³y ryk t³umu i ha³as tysiêcy piszcza³ek.

background image

71

– Ceremonia otwarcia – oznajmi³ Thorpe i po³o¿y³ rêkê na oparciu

jej krzes³a.

Liv wyprostowa³a siê. Po prostu nie zwracaj na niego uwagi, powta-

rza³a sobie. Nieraz jeszcze zmieni zdanie. Usiad³a wygodniej i zajê³a siê

ogl¹daniem programu poprzedzaj¹cego mecz.

Pod koniec pierwszej zmiany Liv by³a ju¿ kompletnie poch³oniêta gr¹.

– Nikt nie zdoby³ punktu – narzeka³a, bior¹c do ust odrobinê lodów.

Thorpe zapali³ papierosa.

– Najlepszy mecz, jaki kiedykolwiek ogl¹da³em, odby³ siê w Los An-

geles. Dodgers contra Reds, dwanaœcie zmian, 1:0 dla Dodgersów.

– 1:0 w dwunastu zmianach? – Liv unios³a brwi, kiedy kolejny pa-

³karz wypad³ z gry. To musia³a byæ jakaœ lewa dru¿yna.

Thorpe patrzy³ na ni¹ przez chwilê, a kiedy siê przekona³, ¿e wcale

nie ¿artowa³a, wybuchn¹³ œmiechem.

– Kupiê ci hot doga, Carmichael.

Jeden z pa³karzy odbi³ pi³kê w kierunku lewego zapola. Liv chwyci³a

Thorpe’a za ramiê.

– Coœ takiego! On w ni¹ trafi³.

– To nie ta dru¿yna, Liv – sil¹c siê na uœmiech powiedzia³ Thorpe. –

Kibicujemy tym drugim.

Liv wziê³a hot doga i oderwa³a róg opakowania musztardy.

– Dlaczego?

– Dlaczego? – powtórzy³, patrz¹c jak ostro¿nie wyciska zawartoœæ

opakowania. – Orioles s¹ z Baltimore. Red Sox natomiast z Bostonu.

– Lubiê Boston. – Liv odgryz³a spory kês hot doga, podczas gdy Pal-

mer pos³a³ krêcon¹ pi³kê tu¿ obok nastêpnego pa³karza. – Czy nie powi-

nien do niego odbiæ?

– Nie mów w tym sektorze zbyt g³oœno o swojej sympatii do Bosto-

nu – zwróci³ jej uwagê Thorpe. T³um rykn¹³, gdy pa³karz odbi³ pi³kê na

podwójny aut.

– Dlaczego ten zawodnik na pierwszej mecie po prostu siê nie za-

trzyma³? – nerwowo pyta³a Liv, machaj¹c trzymanym w rêku hot dogiem.

Thorpe nieoczekiwanie j¹ poca³owa³.

– Myœlê, ¿e najwy¿szy czas zacz¹æ szkolenie.

Pod koniec pi¹tej zmiany Liv opanowa³a ju¿ podstawowe regu³y gry.

Obserwowa³a mecz przechylona przez balustradê, jakby w ten sposób

chcia³a byæ bli¿ej zawodników. Na tablicy od pewnego czasu wci¹¿ wid-

nia³ wynik 3:3. Gra tak j¹ zafascynowa³a, ¿e na nic wicej nie zwraca³a

background image

72

uwagi. Zapomnia³a nawet o tym, ¿e uwa¿a³a Thorpe’a za szaleñca. Pan-

cerz, za którego pomoc¹ odgrodzi³a siê od œwiata, nagle przesta³ odgry-

waæ swoj¹ rolê.

– A wiêc, jeœli zawodnik z³apie pi³kê poza boiskiem, zanim dotknie

ona ziemi, to wci¹¿ bêdzie aut.

– Szybko ³apiesz.

– Nie b¹dŸ taki zarozumia³y, Thorpe. Dlaczego wymieniaj¹ miotacza?

– Poniewa¿ w czasie tej zmiany odda³ ju¿ dwa punkty i wyraŸnie

zgubi³ gdzieœ swoje atuty.

Opar³a brodê  o porêcz,  przygl¹daj¹c siê  rozgrzewce rezerwowego

zawodnika.

– Jakie atuty?

– Szybkoœæ i p³ynnoœæ – odpowiedzia³, z przyjemnoœci¹ obserwuj¹c,

z jakim zaanga¿owaniem przygl¹da siê temu, co dzieje siê na boisku.

Spojrza³a na niego z ukosa.

– Czy chcesz, abym mia³a kompleksy?

– Nigdy w ¿yciu.

– Od jak dawna chodzisz na mecze?

– Na pierwszy zabra³a mnie moja matka, kiedy mia³em piêæ lat. Wa-

szyngton mia³ wtedy swoich Senatorów.

– Waszyngton wci¹¿ ma wielu senatorów.

– To by³a dru¿yna pi³karska.

– Ach tak. – Znowu opar³a brodê na porêczy.

Uœmiechn¹³ siê, patrz¹c na jej profil.

– A wiêc na pierwszy mecz zabra³a ciê twoja matka? A mnie base-

ball zawsze kojarzy³ siê z uk³adem ojciec–syn.

– Mojego ojca nigdy nie by³o. Nie lubi³ ani dzieci, ani odpowiedzial-

noœci.

– Przepraszam. – Odwróci³a g³owê, chc¹c na niego spojrzeæ. – Nie

chcia³am ciê dotkn¹æ.

– Nic nie szkodzi. – Wzruszy³ ramionami. – Wcale z tego powodu

nie cierpia³em. Moja matka by³a wspania³¹, wyj¹tkow¹ kobiet¹.

Liv znowu spojrza³a na boisko. To dziwne, nigdy nie myœla³a o Thor-

pie, ¿e by³ kiedyœ dzieckiem i ¿e mia³ rodzinê. Usi³owa³a to sobie wy-

obraziæ, ale zatrzymywa³a siê na obrazie twardego, bezkompromisowego

reportera, znanego z ostrych wyst¹pieñ telewizyjnych. Jego dzieciñstwo,

bez w¹tpienia trudne, psu³o ten obraz. Ale prawda, jak zwykle, okaza³a

siê bardziej skomplikowana. Liv nie chcia³a o tym myœleæ.

background image

73

Jednak... ciekawe, jakim by³ ch³opcem? W jakim stopniu dzieciñstwo

wp³ynê³o na jego osobowoœæ?

Zauwa¿y³a, ¿e nie by³ pozbawiony wra¿liwoœci. Ró¿a... ta przeklêta

ró¿a. Liv westchnê³a. Utrudnia³a jej utrzymanie dystansu. I ten jego seksu-

alizm. Wiedzia³, jak rozbudziæ kobietê, nawet tak oporn¹ jak ona. By³

arogancki, to prawda, ale manifestowa³ to w taki sposób, ¿e nawet ta jego

cecha potrafi³a zniewalaæ. Nie mo¿na by³o te¿ nic zarzuciæ jego dzia³al-

noœci zawodowej. Nie goni³ za s³aw¹ ani za pieniêdzmi, przekona³a siê

o tym zw³aszcza teraz, kiedy odrzuci³ stanowisko, za które wiêkszoœæ re-

porterów zaprzeda³aby duszê diab³u.

Muszê byæ ostro¿na, postanowi³a. Jestem na najlepszej drodze, aby

go polubiæ.

Thorpe obserwowa³ j¹ z profilu. Widzia³, jak bardzo zmienia³a siê jej

twarz. Kiedy zapomina³a o masce, stawa³a siê tak czytelna, jakby by³a ze

szk³a.

– O czym myœlisz? – cicho zapyta³ i po³o¿y³ d³oñ na jej karku.

– W³aœciwie o niczym – odrzek³a, ale nie potrafi³a siê zmusiæ, aby

zaprotestowaæ przeciw tej poufa³oœci. – Spójrz, znowu zaczynaj¹ grê.

W pewnej chwili Ÿle odbita pi³ka poszybowa³a prosto w kierunku try-

buny, tam gdzie siedzia³a Liv. Odruchowo unios³a do góry rêce, ¿eby os³o-

niæ twarz, i nagle oszo³omiona stwierdzi³a, ¿e trzyma w d³oniach pi³kê.

– Wspania³y chwyt – pogratulowa³ jej Thorpe, œmiej¹c siê na widok

jej zdumionej twarzy.

– Z³apa³am j¹ – powiedzia³a, uœwiadomiwszy sobie w koñcu, co siê

sta³o. Przycisnê³a do siebie pi³kê. – Czy muszê j¹ oddaæ?

– Jest twoja, Carmichael.

Obraca³a j¹ w rêkach, wci¹¿ nie wierz¹c w³asnym oczom.

– Czy to mo¿liwe – powtarza³a. Nagle zachichota³a jak ma³a dziew-

czynka.

Thorpe po raz pierwszy s³ysza³ wydobywaj¹cy siê gdzieœ z g³êbi jej

gard³a zniewalaj¹cy, beztroski œmiech. Zdawa³o mu siê, ¿e ma przed

sob¹ promieniej¹c¹ szczêœciem nastolatkê. Tak bardzo pragn¹³ wzi¹æ j¹

teraz w ramiona... Jeszcze nigdy nie wyda³a mu siê tak poci¹gaj¹ca jak

w tej w³aœnie chwili; z promieniami s³oñca na twarzy i pi³k¹ baseballo-

w¹ w d³oniach. Przepe³niaj¹ca jego serce mi³oœæ nieoczekiwanie spra-

wi³a mu ból.

Boisko na chwilê zniknê³o mu z oczu; twarz Liv przes³oni³a wszyst-

ko. Jej oczy nagle sta³y siê ogromne, kiedy wraz z reszt¹ stadionu ze-

background image

74

rwa³a siê z miejsca. Po chwili chwyci³a Thorpe’a za ramiê i poci¹gnê³a

za sob¹.

– To home run, Thorpe!

– Taaa. – Obserwowa³, jak pi³ka leci ponad zielon¹ barykad¹. – To

rzeczywiœcie home run. Po raz pierwszy w tym sezonie.

– To by³o cudowne. – Sta³a urzeczona kakofoni¹ dŸwiêków rozlega-

j¹cych siê z trybun i rykiem tysiêcy garde³. Nagle odwróci³a siê i w odru-

chu radoœci, nie zastanawiaj¹c siê nad tym co robi, serdecznie Thorpe’a

uca³owa³a. Ale zanim zd¹¿y³a siê wycofaæ, Thorpe przytrzyma³ j¹, odda-

j¹c poca³unek. Rozlegaj¹ce siê dooko³a g³oœne okrzyki radoœci zag³usza-

³o mocne bicie jej serca.

– A teraz – wymamrota³, odrywaj¹c od niej usta – powinna byæ ca³a

seria d³ugich pi³ek.

Liv, z trudem ³api¹c oddech, uwolni³a siê z jego ramion.

– Myœlê, ¿e ta jedna zupe³nie wystarczy – odrzek³a, po czym czuj¹c

siê tak, jakby nie sta³a na w³asnych nogach, szybko usiad³a. Okaza³o siê,

i¿ niebezpieczeñstwo by³o wiêksze, ni¿ pocz¹tkowo s¹dzi³a. Najwy¿szy

czas zrobiæ kilka kroków do ty³u.

– Czy mogê ciê prosiæ o jeszcze jednego hot doga? – zwróci³a siê do

Thorpe’a z uœmiechem, nie zwracaj¹c uwagi na dziwne mrowienie, które

odczuwa³a na skórze. – Jestem g³odna.

Reszta meczu by³a ju¿ tylko taktyczn¹ gr¹ obronn¹. Liv trudno siê

by³o skoncentrowaæ. Przeszkadza³a jej obecnoœæ Thorpe’a, po¿¹danie,

które w niej obudzi³, i œwiadomoœæ, ¿e przysz³o mu to tak ³atwo. Patrzy³a

na jego rêce, przypominaj¹c sobie, jakie szorstkie w dotyku s¹ jego d³o-

nie. Patrzy³a na jego ramiona, przypominaj¹c sobie, jakie s¹ silne i jak

bardzo siê w nich czu³a bezpieczna, ale zarazem bezradna. A Liv nie chcia-

³a siê czuæ bezradna. Zbyt wiele mog³o j¹ to kosztowaæ. Nie chcia³a byæ

znowu od kogokolwiek zale¿na. To zawsze przynosi³o tyle bólu. Patrzy³a

na jego usta œwiadoma, jakie potrafi¹ byæ uwodzicielskie; ale wiedzia³a,

¿e ulec im, to znaczy³o okazaæ s³aboœæ i staæ siê podatn¹ na zranienie.

Jego oczy, inteligentne i przenikliwe, zdawa³y siê dostrzegaæ tak wiele.

Im wiêcej jednak dostrzega³y, tym wiêksze by³o ryzyko, ¿e Thorpe za-

w³adnie ni¹ psychicznie i emocjonalnie.

Nie wiedzia³a, jak to siê sta³o, ¿e tak siê w to zapl¹ta³a. A przecie¿

wci¹¿ leczy³a siê z ran. Od lat ¿y³a w przeœwiadczeniu, ¿e zamkniêcie siê

w sobie to jedyna droga do odzyskania spokoju. Teraz nagle zda³a sobie

sprawê, i¿ Thorpe móg³ to wszystko zmieniæ. Po raz pierwszy zrozumia-

background image

75

³a, ¿e odczuwa przed nim strach, po prostu siê boi, i¿ wkrótce mo¿e zbyt

wiele dla niej znaczyæ.

PrzyjaŸñ, nagle uœwiadomi³a sobie. Tylko to powinno wchodziæ w grê.

Zwyczajna przyjaŸñ. A¿ do koñca meczu powtarza³a sobie, ¿e to zupe-

³nie mo¿liwe.

– A wiêc wygraliœmy. – Liv skomentowa³a widniej¹cy na tablicy wy-

nik – Piêæ do trzech. – Pog³adzi³a trzyman¹ w rêkach pi³kê.

– Powiedzia³aœ „my”? – Thorpe rozeœmia³ siê od ucha do ucha i po-

ci¹gn¹³ Liv za w³osy. – Myœla³em, ¿e wolisz Boston.

Liv odchyli³a siê do ty³u i opar³a stopy o porêcz, podczas gdy t³um

kibiców wylewa³ siê z sektorów.

– Tak by³o, zanim zrozumia³am zawi³oœci gry. Wiesz, to niesamowi-

te, do jakiego stopnia zwodnicza potrafi byæ telewizja. Tak naprawdê

wszystko dzieje siê znacznie szybciej i o wiele ciekawiej, ni¿ myœla³am.

Czy czêsto tu przychodzisz?

Obserwowa³, jak przerzuca pi³kê z rêki do rêki, zwrócona twarz¹

w stronê boiska.

– £owisz ryby?

– Niezwykle trafne pytanie, Thorpe – powiedzia³a ura¿onym to-

nem.

– Kiedy tylko pozwala mi na to czas – odrzek³, nie przestaj¹c siê

uœmiechaæ. – Nastêpnym razem zabiorê ciê na mecz wieczorem. To zu-

pe³nie inne uczucie.

– Nie powiedzia³am...

– T.C.!

Spojrzeli w górê. W ich stronê przeciska³ siê jakiœ mê¿czyzna. By³

niski i krêpy, mia³ siwe w³osy, energiczn¹, pokryt¹ sieci¹ zmarszczek twarz,

wydatn¹ szczêkê i haczykowaty nos. Thorpe wsta³, poddaj¹c siê niedŸwie-

dziemu uœciskowi mê¿czyzny.

– Boss, jak siê masz?

– Nie mogê narzekaæ, nie, nie mogê narzekaæ. – Cofn¹³ siê nieco

i z uwag¹ patrzy³ na Thorpe’a. – Dobry Bo¿e, wygl¹dasz znakomicie,

ch³opcze. – Ogromn¹, miêsist¹ d³oni¹ poklepa³ Thorpe’a po plecach. –

Codziennie ogl¹dam ciê w TV, jak dok³adasz politykom. Zawsze zreszt¹

przypomina³eœ szczerz¹cego zêby szczeniaka.

Liv z rozbawieniem przys³uchiwa³a siê, jak nieznajomy nazywa Thor-

pe’a ch³opcem i szczerz¹cym zêby szczeniakiem.

– Ktoœ musi to robiæ, mam racjê, Boss?

background image

76

– Mo¿esz byæ pewien, ¿e twoja... – Boss nagle umilk³ i zerkn¹³ na

Liv. Odkaszln¹³. – Czy przedstawisz mnie swojej damie, czy mam pomy-

œleæ, ¿e boisz siê, abym ci jej nie poderwa³?

– Liv, ten stary intrygant to Boss Kawaoski, najlepszy na œwiecie

³apacz. Boss, Olivia Carmichael.

– Oczywiœcie! – Rêka Liv utonê³a w szerokiej d³oni Bossa. – Nasza

specjalistka od wiadomoœci. Tak naprawdê jest pani jeszcze piêkniejsza

ni¿ na ekranie.

– Dziêkujê.

Prawie nie odrywa³ od niej rozpromienionego wzroku.

– Uwa¿aj, Liv. – Thorpe otoczy³ j¹ ramieniem. – Boss ma opiniê

wytrawnego podrywacza.

Boss znowu odkaszln¹³ i Liv z trudem powstrzyma³a œmiech.

– Szkoda, ¿e nie s³yszy tego moja pani. Co s¹dzisz o meczu, T.C.?

– Palmer jak zwykle niezawodny. – Wyci¹gn¹³ papierosa i zapali³ go.

– Wygl¹da na to, ¿e ch³opaki maj¹ w tym roku dobr¹ dru¿ynê.

– Du¿o œwie¿ej krwi – doda³ Boss, spogl¹daj¹c têsknym wzrokiem

na boisko. – Ten m³ody lewy zapolowy jest dobry na pa³ce.

– Ty te¿ by³eœ dobry. – Thorpe odwróci³ siê do Liv. – WyobraŸ sobie,

i¿ u Bossa, w roku odejœcia na emeryturê, stosunek dobrych odbiæ do wej-

œcia na pa³kê wynosi³ 324.

Liv, niezbyt pewna czy w³aœciwie go zrozumia³a, spróbowa³a zmie-

niæ temat.

– Czy gra³ pan w Orioles, panie Kawaoski?

– Po prostu Boss, proszê pani. Gra³em w dru¿ynie Senatorów. To by³o

dwadzieœcia lat temu. – Pokrêci³ g³ow¹ nad up³ywem czasu. – Ten tu –

œmiej¹c siê wskaza³ palcem na Thorpe’a – naprzykrza³ siê wszystkim w klu-

bie, bez przerwy powtarzaj¹c, ¿e chce byæ naszym trzeciometowym.

– To prawda? – Liv ze zdumieniem spojrza³a na Thorpe’a. Jakoœ ni-

gdy nie przysz³o jej do g³owy, ¿e Thorpe kiedyœ móg³ marzyæ, aby zostaæ

kimœ zupe³nie innym.

– W ataku nie by³ najlepszy, za to w obronie jego rêce by³y nieza-

wodne.

– I wci¹¿ takie s¹ – z udan¹ powag¹ rzek³ Thorpe, posy³aj¹c w kie-

runku Liv znacz¹cy uœmiech, który ona zupe³nie zlekcewa¿y³a. – Jak so-

bie radzisz w sklepie, Boss?

– W porz¹dku. Moja ¿ona mnie dziœ zastêpuje. Nie chcia³a, abym

opuœci³ pocz¹tek sezonu. – Potar³ rêk¹ podbródek. – Bêdzie ¿a³owa³a, ¿e

background image

77

nie zobaczy³a siê z tob¹. Alice ci¹gle jeszcze w ka¿d¹ niedzielê zapala

w twojej intencji œwiecê.

– Pozdrów j¹ ode mnie. – Thorpe zgniót³ pod butem papierosa. – To

pierwszy mecz Liv.

Boss z zainteresowaniem spojrza³ na pi³kê, któr¹ Liv wci¹¿ trzyma³a

w rêkach.

– Szczêœcie nowicjusza – powiedzia³a i wyci¹gnê³a pi³kê w jego stro-

nê. – Czy móg³by pan z³o¿yæ na niej podpis? Nigdy jeszcze nie spotka-

³am prawdziwego zawodnika.

Boss powoli obraca³ w rêku pi³kê. – Up³ynê³o du¿o czasu, kiedy ostat-

nio to robi³em. – Wzi¹³ od Liv pióro. – Bardzo du¿o czasu – cicho powtó-

rzy³. Z³o¿y³ staranny podpis na pi³ce.

– Dziêkujê, Boss. – Liv odebra³a od niego pi³kê.

– Ja równie¿ dziêkujê. Przypomnia³em sobie stare czasy. Powiem

Alice, ¿e spotka³em ciebie. – Uderzy³ Thorpe’a po plecach. – I œliczn¹

pani¹ redaktor od wiadomoœci. – OdwiedŸ nas w sklepie.

– Przy pierwszej okazji, Boss. – Thorpe obserwowa³ go, jak przeci-

ska siê w t³umie i jak pokonuje wiod¹ce pod górê schody. – To by³ nie-

zwykle mi³y gest z twojej strony – cicho powiedzia³ do Liv. – Jesteœ wra¿-

liw¹ i bardzo spostrzegawcz¹ kobiet¹.

Liv spojrza³a na widniej¹cy na pi³ce podpis.

– To musi byæ bardzo trudne rozstawaæ siê z karier¹, z niezwyk³ym

stylem ¿ycia trzydzieœci lat wczeœniej, ni¿ czyni to wiêkszoœæ ludzi. Czy

rzeczywiœcie by³ taki dobry?

– Lepszy od wielu innych. – Thorpe wzruszy³ ramionami. – Ale nie to

mia³o tak naprawdê znaczenie. Najwa¿niejsze, ¿e kocha³ baseball i uwiel-

bia³ graæ w dru¿ynie. – Grupy sprz¹taczy przystêpowa³y ju¿ do pracy, uwi-

jaj¹c siê miêdzy sektorami, i Thorpe wzi¹wszy Liv za rêkê, poprowadzi³ j¹

w stronê wyjœcia. – Wszystkie dzieciaki go uwielbia³y – ci¹gn¹³. – Nigdy

mu nie przeszkadza³o, ¿e by³ przez nie wiecznie œcigany i oblegany.

– Dlaczego jego ¿ona w ka¿d¹ niedzielê zapala dla ciebie œwiecê?

Obieca³a sobie, ¿e nie zapyta. Tak siê jednak sta³o, i¿ s³owa same

pop³ynê³y, zanim zdo³a³a je powstrzymaæ.

– Jest katoliczk¹.

W milczeniu szli w stronê parkingu.

– Nie chcesz odpowiedzieæ? – nie ustêpowa³a Liv.

Chwilê bawi³ siê kluczykami od samochodu, po czym wyci¹gn¹³ je

z kieszeni.

background image

78

– Prowadzili niewielki sklep ze sprzêtem sportowym w Northeast.

Parê lat temu wpadli w k³opoty. Inflacja, podatki, remont lokalu.

Otworzy³ drzwi samochodu, ale Liv nie wsiad³a do œrodka. Sta³a na

zewn¹trz i patrzy³a na niego w milczeniu.

– I?

– Dwadzieœcia lat temu zawodnicy nie zarabiali zbyt wiele. Boss nie

mia³ wiêc prawie ¿adnych oszczêdnoœci.

– Rozumiem. – Liv wsunê³a siê do œrodka, podczas gdy Thorpe pod-

szed³ do drzwi od strony kierowcy. Przechyliwszy siê w ich stronê, od-

blokowa³a klamkê. – Tak wiêc po¿yczy³eœ mu pieni¹dze.

– Powiedzmy zainwestowa³em pewn¹ kwotꠖ poprawi³ j¹ Thorpe,

zatrzaskuj¹c za sob¹ drzwi. – To nie by³a po¿yczka.

Liv obserwowa³a go, jak uruchamia zap³on. Zauwa¿y³a, i¿ jej zainte-

resowanie tym w³aœnie epizodem w jego ¿yciu nie bardzo go zachwyci³o.

Mimo to nie mia³a zamiaru ust¹piæ. Powtarza³a sobie, ¿e dr¹¿enie tematu

to zwyk³a reporterska ciekawoœæ.

– Poniewa¿ wiedzia³eœ, ¿e po¿yczki nie przyjmie. Poza tym nie chcia-

³eœ, ¿eby ucierpia³a na tym jego duma.

Thorpe zmniejszy³ obroty silnika i odwróci³ siê do niej.

– To tylko twoje oparte na w¹t³ych przes³ankach przypuszczenie.

– Powiedzia³eœ, ¿e jestem spostrzegawcza – zauwa¿y³a. – O co chodzi,

Thorpe? – na jej ustach pojawi³ siê uœmiech. – Czy¿byœ nie chcia³, aby ktoœ

doszed³ do wniosku, ¿e potrafisz byæ ca³kiem sympatycznym facetem?

– A wiêc oczekuje siê ode mnie, abym by³ sympatyczny – rzek³. – Do

tego nie jestem przyzwyczajony.

– O tak. – Wci¹¿ siê uœmiecha³a. – Twój image. Nieustêpliwy, twar-

dy, bez sentymentów, pragmatyczny.

Poca³owa³ j¹ mocno, niecierpliwie. Jej zdumienie nagle ust¹pi³o przed

po¿¹daniem. Czu³a dotyk jego palców i ju¿ nie chcia³a siê broniæ. Jeœli to

nawet by³ b³¹d, musia³a go pope³niæ. Jeœli to by³o szaleñstwo, oprzytom-

nieje póŸniej. W tej chwili chcia³a tylko jednego, znowu poczuæ rozkosz,

któr¹ on móg³ jej daæ.

Jego wargi mog³y zaspokoiæ jej wci¹¿ rosn¹cy g³ód. To nie by³ w³a-

œciwy czas na zastanawianie siê, dlaczego w³aœnie on mia³ byæ tym, kto

rozerwie zas³onê, za któr¹ schroni³a siê przed œwiatem. Chcia³a tylko zno-

wu czuæ, znowu prze¿ywaæ.

Jego serce bi³o tu¿ obok jej serca, mocno i szybko, jakby chcia³o jej

daæ do zrozumienia, ¿e on czuje tak samo jak ona, tak samo jak ona –

background image

79

po¿¹da. Zastanawia³a siê, jak by to by³o kochaæ siê z nim? Czuæ dotyk

jego skóry, jego r¹k? Ale nie, nie powinna folgowaæ wyobraŸni. Ale jak

siê przed ni¹ broniæ?

Muska³ wargami jej policzki i skronie.

– Chcia³bym znaleŸæ siê z tob¹ w bardziej odosobnionym miejscu –

szepta³. – Pragnê ciê pieœciæ, Liv. – Jego usta znowu wróci³y do jej ust,

gor¹ce i zach³anne. – Ca³¹ ciebie. Niepotrzebna nam widownia. – Ode-

rwa³ siê od niej na chwilê, aby spojrzeæ w oczy. Ujrza³ w nich po¿¹danie,

które rozpali³o go jeszcze bardziej. – JedŸ ze mn¹ do mojego domu.

Serce mocno bi³o jej w piersiach, skronie nieprzytomnie pulsowa³y.

Po raz pierwszy od wielu lat sta³o siê takie proste powiedzenie „tak”.

Pragnê³a tego mê¿czyzny. Jak to mo¿liwe, ¿e sta³o siê to tak szybko?

Gdyby jeszcze miesi¹c temu ktoœ jej powiedzia³, ¿e bêdzie gotowa siê

z nim kochaæ, wyœmia³aby go. Teraz wcale nie wydawa³o siê to niedo-

rzeczne. To by³o wrêcz naturalne. Ogarnê³o j¹ przera¿enie. Wysunê³a siê

z jego ramion i nerwowym ruchem poprawi³a w³osy. Potrzebowa³a tro-

chê wolnej przestrzeni, trochê czasu.

– Nie. Nie, nie jestem jeszcze gotowa. – G³êboko odetchnê³a. – Thor-

pe, sprawiasz, ¿e zaczynam siê w tym wszystkim gubiæ.

– Doskonale. –- Pokona³ narastaj¹c¹ wci¹¿ falê namiêtnoœci i opad³

ciê¿ko na siedzenie. – Nie chcia³bym ci siê narzucaæ.

Rozeœmia³a siê nerwowo.

– Wcale mi siê nie narzucasz. – Po prostu nie bardzo wiem, co w³a-

œciwie do ciebie czujê. Nie wiem nawet, czy nale¿y ciê traktowaæ powa¿-

nie. Ta... ta dziwna uwaga, któr¹ rzuci³eœ na temat ma³¿eñstwa...

– Przypomnê ci tê rozmowê w nasz¹ pierwsz¹ rocznicê.

Uruchomi³ samochód, aby nie mieæ wiêcej pokus. Przekona³ siê, i¿

wcale nie by³ taki cierpliwy, jak mu siê zdawa³o.

– Thorpe, to absurdalne.

– Lepiej pomyœl, co zrobiæ, aby wygraæ.

Zastanawia³a siê, jak to mo¿liwe, aby w jednej chwili z mi³ego, sym-

patycznego mê¿czyzny mo¿na by³o siê zmieniæ w rozwœcieczonego osob-

nika. Nie wiedzia³a czy ma siꠜmiaæ, czy raczej p³akaæ.

– Okej, Thorpe – zaczê³a z godn¹ podziwu cierpliwoœci¹, kiedy w³¹-

czyli siê w ruch uliczny. – Postaram siê postawiæ sprawê jasno. Nie mam

zamiaru wyjœæ za ciebie. Nigdy.

– Chcesz siê za³o¿yæ? – zapyta³ z niezm¹conym spokojem. Po chwili

uœmiechn¹³ siê od ucha do ucha. – Postawiê piêædziesi¹t, ¿e zmienisz zdanie.

background image

80

– Czy ty naprawdê uwa¿asz, i¿ mogê siê za³o¿yæ o coœ takiego?

– Nie masz za grosz sportowej ¿y³ki. – Pokrêci³ g³ow¹ z dezaproba-

t¹. – Jestem doprawdy rozczarowany, Carmichael.

Liv spojrza³a na niego spod oka.

– Podnieœ do stówy. Stawiam dwa do jednego.

Znowu siê rozeœmia³ i przejecha³ przy ¿ó³tym œwietle.

– Zgoda.

background image

81

%

Œ

mieræ  premiera  Summerfielda  by³a  dla  wszystkich  ogromnym

 zaskoczeniem.  Nag³y  wylew  krwi  do  mózgu,  który  by³  bezpo-

  œredni¹ przyczyn¹ zgonu, pogr¹¿y³ kraj w g³êbokim smutku. Œwia-

towe media prze¿ywa³y gor¹ce chwile. Nadawano specjalne programy

poœwiêcone ¿yciu zmar³ego i jego czterdziestoletniej karierze w brytyj-

skim rz¹dzie oraz pierwsze reakcje przywódców innych pañstw. Zastana-

wiano siê, czy œmieræ jednego cz³owieka mo¿e wp³yn¹æ na równowagê

si³ w œwiecie.

Prezydent Stanów Zjednoczonych w drugim dniu po oficjalnym og³o-

szeniu zgonu brytyjskiego premiera przemierza³ Atlantyk na pok³adzie

Air Force One, ¿eby wzi¹æ udzia³ w pogrzebie.

Thorpe znalaz³ siê w gronie towarzysz¹cych mu osób. Do jego repor-

terskich obowi¹zków nale¿a³o tkwiæ przy prezydencie tak blisko jak tyl-

ko to by³o mo¿liwe, nastêpnie dzieliæ siê uzyskanymi informacjami z po-

zosta³ymi przedstawicielami mediów, którzy odbywali tê sam¹ podró¿ na

pok³adzie samolotu przeznaczonego dla prasy. Mia³ do swojej dyspozy-

cji specjaln¹ ekipê w ka¿dej chwili gotow¹ do filmowania wszystkich

wa¿nych  wydarzeñ  w czasie  lotu.  Kamerzystê  i techników  od  œwiat³a

i dŸwiêku, wraz z ca³ym ekwipunkiem, umieszczono w tylnej czêœci sa-

molotu. Ich koledzy i wspó³pracuj¹cy z nimi personel pomsocniczy le-

cieli samolotem dla prasy. Na przodzie Air Force One znajdowa³y siê

pomieszczenia dla prezydenta, jego ma³¿onki i najbli¿szego otoczenia:

background image

82

sekretarzy, obstawy i doradców. Wszêdzie panowa³ spokój i atmosfera

powagi.

Tu¿ za Thorpe’em cz³onkowie jego ekipy rozgrywali po cichu partiê

pokera. Nawet przekleñstwa by³y wypowiadane pó³g³osem. Gdyby to cho-

dzi³o o inn¹ podró¿, Thorpe do³¹czy³by pewnie do nich, skracaj¹c sobie

czas kilkoma partyjkami... ale tym razem mia³ tyle na g³owie.

Obowi¹zki zawodowe wype³nia³y mu czas bez reszty. Musia³ zebraæ

wszystkie informacje i komentarze, przeanalizowaæ je i naszkicowaæ sce-

nariusz dnia pogrzebu. PóŸniej, w Londynie bêdzie musia³ liczyæ na sie-

bie, ¿eby znaleŸæ siê jak najbli¿ej prezydenta, obserwowaæ zachowanie

wa¿nych osobistoœci i ich wypowiedzi. Zawsze mu odpowiada³a praca

w terenie, realizowanie w³asnych programów i dlatego w³aœnie odrzuci³

propozycjê objêcia stanowiska redaktora w Nowym Jorku.

Przez ca³y czas podró¿y Thorpe bêdzie usi³owa³ wydobyæ jak naj-

wiêcej interesuj¹cych wiadomoœci od sekretarza prasowego nie tylko dla

w³asnego u¿ytku, ale równie¿, aby przygotowaæ materia³y dla kolegów.

I chocia¿ wyznaczenie go do tej pracy by³o z pewnoœci¹ wyró¿nie-

niem, Thorpe prawie ¿a³owa³, ¿e ten zaszczyt nie spotka³ Carlyle’a czy

Dicksona, znanych korespondentów z konkurencyjnych stacji. Tymcza-

sem to on by³ na pok³adzie Air Force One, podczas gdy Liv, wraz z pozo-

sta³ymi dziennikarzami, na pok³adzie samolotu prasowego.

Od kilku dni Liv wyraŸnie go unika³a i Thorpe nie wchodzi³ jej w dro-

gê. Zreszt¹ najnowsze wydarzenie wcale temu nie sprzyja³o. Teraz to samo

wydarzenie mia³o ich znowu zbli¿yæ.

Za ka¿dym razem, kiedy wpadali na siebie przy wejœciu do Bia³ego

Domu, na Kapitolu czy w brytyjskiej ambasadzie, Liv zachowywa³a siê

w stosunku do niego z ogromn¹ rezerw¹. W niczym nie przypomina³a tam-

tej kobiety, która na stadionie jad³a hot doga i szala³a z radoœci, kiedy

zawodnicy zdobywali bramkê.

To, ¿e tak szybko i bez wysi³ku siê od niego odsunê³a, bardzo go do-

tknê³o, bardziej ni¿ mia³ ochotê siê przyznaæ. Nawet przed sob¹. Dosko-

nale jednak wiedzia³, ¿e niecierpliwoœæ mog³a mu tylko zaszkodziæ, ale

panowanie nad sob¹ przychodzi³o mu coraz trudniej.

Nie by³ jej obojêtny, pomyœla³, patrz¹c w zadumie przez okno. I, bez

wzglêdu na to, co mówi³a czy te¿ jak siê zachowywa³a, nie mog³a ukryæ

swoich emocji. W jej oczach by³o po¿¹danie i chocia¿ bardzo z nim wal-

czy³a, po¿¹danie zwyciê¿a³o, ilekroæ bra³ j¹ w ramiona. Thorpe musia³

siê tym zadowoliæ. Na razie.

background image

83

– Trzy króle! – us³ysza³ za sob¹. – Hej, T.C., przy³¹cz siê do nas,

zanim ten typ nas do reszty oskubie.

Kiedy Thorpe ju¿ mia³ zamiar siê zgodziæ, nagle ujrza³, jak prezydent

wchodzi wraz ze swoim sekretarzem do przeznaczonego na biuro po-

mieszczenia.

– PóŸniej – rzuci³ w stronê kolegów i szybko wsta³.

Kiedy ostatnio lecia³am do Anglii? – zastanawia³a siê Liv. Przypo-

mnia³a sobie lato, gdy mia³a szesnaœcie lat. Podró¿owa³a z rodzicami i sio-

str¹ pierwsz¹ klas¹. Pozwolono jej wtedy spróbowaæ kawioru, a Melin-

dzie szampana. Podró¿ by³a prezentem dla siostry z okazji jej osiemna-

stych urodzin.

Melinda z upodobaniem rozprawia³a o przyjêciach, licznych balach,

herbatkach i teatralnych spektaklach, w których mia³a zamiar uczestni-

czyæ. Stroje by³y równie¿ tematem nie koñcz¹cych siê rozmów, dopóki

znudzony tym ojciec nie zag³êbi³ siê w koñcu w lekturze „Wall Street

Journal”. Liv, zbyt m³oda, aby uczestniczyæ w balach, i zupe³nie nie zain-

teresowana mod¹, œmiertelnie siê nudzi³a. Kawior, odrobina szampana

z kieliszka siostry i nêkaj¹ce samolot turbulencje da³y w efekcie pioru-

nuj¹c¹ mieszankê. Liv, ku obrzydzeniu siostry, zaskoczeniu matki i nie-

zadowoleniu ojca, ciê¿ko to odchorowa³a i ju¿ do koñca podró¿y pozo-

stawa³a pod opiek¹ stewarda.

Dwanaœcie lat temu, z westchnieniem pomyœla³a Liv. Teraz wszystko

siê zmieni³o. Nie by³o ani szampana, ani kawioru. Na pok³adzie samolotu

wioz¹cego przedstawicieli prasy, w przeciwieñstwie do Air Force One,

by³o t³oczno i gwarno. Graj¹cy w karty zachowywali siê zdecydowanie

mniej powœci¹gliwie. Reporterzy i personel pomocniczy z waszyngtoñ-

skich stacji bez przerwy kr¹¿yli tam i z powrotem, zajmowali siê grami

hazardowymi, sprzeczali albo spali, skracaj¹c sobie w ten sposób d³ugie

godziny lotu. Jednak w powietrzu czu³o siê olbrzymie napiêcie, oczeki-

wanie na coœ, co mia³o byæ wielkim wydarzeniem.

Liv zajê³a siê robieniem notatek, podczas gdy dwaj korespondenci,

siedz¹cy po przeciwnej stronie przejœcia, zawziêcie dyskutowali o poli-

tycznych konsekwencjach œmierci Summerfielda.

Zmar³ego premiera, d³ugoletniego cz³onka brytyjskiej Partii Konser-

watywnej, powszechnie znano z umiarkowanych pogl¹dów. Liv wiedzia-

³a jednak, ¿e w chwilach próby ten spokojny cz³owiek potrafi³ pokazaæ

background image

84

si³ê i ¿elazn¹ konsekwencjê. Z pewnoœci¹ nie by³ cz³owiekiem, którego

mo¿na by przekupiæ czy zastraszyæ stosuj¹c pokrêtne, dyplomatyczne

zabiegi.

W ci¹gu ostatnich dwóch dni Liv ciê¿ko pracowa³a, zdobywaj¹c nie-

zbêdn¹ wiedzê o brytyjskim parlamencie i samym Summerfieldzie. Potrze-

bowa³a silnych argumentów, aby sk³oniæ Carla do wys³ania jej do Londynu

w roli korespondenta stacji. Jego argumentacja, ¿e tu, w Waszyngtonie, by³a

równie potrzebna, okaza³a siê nie najwa¿niejsz¹ przeszkod¹. Thorpe, jak

zwykle, stanowi³ wiêksz¹. Liv ze z³oœci¹ nacisnê³a o³ówek, ³ami¹c go.

Thorpe lecia³ do Anglii. Thorpe zosta³ sprawozdawc¹ prasowym

prezydenta. Thorpe bêdzie podró¿owa³ na pok³adzie Air Force One

wraz z prezydenckim otoczeniem i w³asn¹ ekip¹ reprezentuj¹c¹ ró¿ne

stacje.  WWBW  mog³a  skorzystaæ  z materia³ów  nadsy³anych  przez

Thorpe’a bez ponoszenia kosztów w przypadku wys³ania w³asnego ko-

respondenta.

Aby Carlo zmieni³ nastawienie, Liv musia³a przez godzinê ch³odno,

rzeczowo argumentowaæ, a nastêpnie ¿arliwie go przekonywaæ o swoich

racjach. A mimo to radoœæ z odniesionego zwyciêstwa nie by³a pe³na. Przy-

czyn¹ jej frustracji zawsze by³ Thorpe.

Cokolwiek  robi³a,  dok¹dkolwiek  zmierza³a,  on  zawsze  tam  by³,

w dwójnasób utrudniaj¹c jej ka¿de zadanie. I wcale nie chodzi³o tu o spra-

wy merytoryczne. Po prostu nie potrafi³a o nim nie myœleæ. W ci¹gu dnia,

wype³nionego rozlicznymi zawodowymi obowi¹zkami, w ka¿dej chwili

móg³ pojawiæ siê przed ni¹ osobiœcie lub tylko jako nazwisko. I wtedy

wspomina³a, jak tañczyli w ambasadzie, jak obejmowa³ j¹ na tarasie i jak

beztrosko œmiali siê podczas niedawnego meczu na stadionie. W nocy,

kiedy by³a sama, z ³atwoœci¹ wœlizgiwa³ siê do jej serca i myœli. I bez

wzglêdu na to, jak bardzo siê broni³a, on zawsze okazywa³ siê silniejszy.

S³ysza³a, jak siꠜmieje, widzia³a, jak ironicznie unosi brwi, czu³a uœcisk

jego silnych r¹k, a nawet czasami czu³a smak jego poca³unków i ogarnia-

j¹ce jej cia³o po¿¹danie. I nigdy nie wiedzia³a, czy powinno j¹ to gniewaæ

czy raczej przera¿aæ.

Nie mia³ prawa tak jej drêczyæ, gniewnie pomyœla³a, szukaj¹c w ak-

tówce zapasowego o³ówka. Nie mia³ prawa zmieniaæ ustalonego porz¹d-

ku w jej ¿yciu. A do tego jeszcze ten zak³ad. Przymknê³a oczy. Jak to siê

sta³o, ¿e mu uleg³a, godz¹c siê na coœ a¿ tak absurdalnego?

Ma³¿eñstwo! Czy¿by by³ do tego stopnia szalony, aby uwa¿aæ, ¿e ona

mo¿e powa¿nie myœleæ o ma³¿eñstwie? Z nim? Jaki¿ mê¿czyzna zabiega-

background image

85

³by o kobietê, o której wie, ¿e z trudem go toleruje, i jednoczeœnie oœwiad-

cza³, ¿e ma zamiar siê z ni¹ o¿eniæ? Tylko g³upiec, zdecydowa³a, wzrusza-

j¹c ramionami. Albo wyj¹tkowy szaleniec. Po chwili z niezadowoleniem

dosz³a do wniosku, ¿e T.C. Thorpe nale¿a³ do tej drugiej grupy.

Oczywiœcie to, jak bardzo by³ szalony, nie mia³o w tym wypadku ¿ad-

nego znaczenia. Thorpe nie móg³ jej do ma³¿eñstwa zmusiæ, a ona z pew-

noœci¹ nie zmieni zdania. Mo¿e wiêc byæ spokojna.

Po chwili, spojrzawszy na notatki, nieoczekiwanie pomyœla³a, ¿e wcale

nie jest tego taka pewna.

– Mike – Thorpe opad³ na siedzenie, tu¿ obok sekretarza prasowego,

Donaldsona.

– T.C. – Donaldson zamkn¹³ skoroszyt i spojrza³ na Thorpe’a z nie-

co wymuszonym uœmiechem. Mia³ wygl¹d dobrodusznego wujaszka: za-

czyna³ tyæ i mia³ pierwsze œlady ³ysiny na g³owie. Jednak jego umys³ wci¹¿

by³ niezwykle ch³onny i twórczy.

– Co masz dla mnie? – zapyta³ Thorpe, sadowi¹c siê wygodnie.

Donaldson uniós³ brwi.

– A co mia³bym mieæ? – zdziwi³ siê. – Uroczysty pogrzeb, kondo-

lencje, oœwiadczenia, trochê pompy i normalnego w tych okolicznoœciach

ceremonia³u. Bêdzie wielu wysokiej rangi urzêdników, dawnych i obec-

nych, oraz koronowane g³owy. Dobry scenariusz, T.C. – Siêgn¹³ do kie-

szeni po fajkê, po czym zaj¹³ siê starannym jej nabijaniem. – W ci¹gu

najbli¿szych dni nie bêdziesz narzeka³ na brak roboty. Otrzymasz dok³ad-

ny harmonogram zajêæ prezydenta.

Thorpe obserwowa³, jak Donaldson kciukiem upycha tytoñ w fajce.

– Wygl¹da na to, ¿e bêdzie bardzo zajêty.

– Nie przybywa do Londynu, aby go zwiedza栖 z powag¹ odrzek³

Donaldson.

– To dotyczy ka¿dego z nas, Mike – zauwa¿y³ Thorpe. – Wszyscy

mamy obowi¹zki. Nie chcia³bym dojœæ do wniosku, ¿e coœ przede mn¹

ukrywasz.

– No wiesz! – Donaldson rozeœmia³ siê nerwowo. – Nawet gdyby

tak by³o i tak byœ to wygrzeba³.

– Zauwa¿y³em, ¿e tym razem na pok³adzie jest o dwóch agentów

ochrony wiêcej – rzuci³ od niechcenia Thorpe.

Donaldson ponownie zaj¹³ siê starannym nabijaniem fajki.

background image

86

– Ma³¿onka prezydenta jest tu równie¿.

– Wzi¹³em to pod uwagê. – Thorpe zastanawia³ siê chwilê, po czym

doda³: – Pogrzeb cz³owieka takiego jak Summerfield œci¹ga dyplomatów

z ca³ego niemal œwiata. – Przerwa³, przyjmuj¹c od stewarda fili¿ankê kawy,

podczas gdy Donaldson obserwowa³ go zza p³omienia zapalonej zapa-

³ki. – Przedstawicieli wszystkich krajów: cz³onków ONZ i wielu innych.

Wygl¹da na to, ¿e bêd¹ wielkie t³umy.

– Przykry obowi¹zek, pogrzeb – skomentowa³ Donaldson.

– Rzeczywiœcie, przykry – przyzna³ Thorpe. – Ale chyba i niebez-

pieczny.

– Okej, T.C., znamy siê jak ³yse konie. Co wietrzysz?

– K³opoty – odrzek³ Thorpe z ch³odnym uœmiechem. – Czy¿ nie ma ku

temu podstaw, Donaldson? Czy nie ma wystarczaj¹cych powodów, dla któ-

rych prezydent czy którakolwiek z tych wysoko postawionych osobistoœci

powinna podczas pogrzebu zachowaæ wyj¹tkowe œrodki ostro¿noœci?

– Dlaczego tak myœlisz? – zapyta³ Donaldson.

– Mam przeczucie – spokojnie powiedzia³ Thorpe.

– Daj spokój, T.C. – odezwa³ siê Donaldson. – Naprawdê nic dla cie-

bie nie mam.

Thorpe, jakby siê nad czymœ zastanawiaj¹c, pi³ spokojnie kawê.

– Summerfield nie by³ zbyt popularny w IRA.

Z ust Donaldsona wyrwa³ siê zduszony œmiech.

– Albo w PLO czy w kilkudziesiêciu innych radykalnych organiza-

cjach. I to ma byæ biuletyn informacyjny, T.C.?

– Jedynie mój komentarz. Czy mogê liczyæ na wypowiedŸ prezydenta?

– Odnoœnie do czego?

– Jego pogl¹du na politykê Summerfielda w stosunku do Irlandzkiej

Armii Republikañskiej i sugestii na temat nowego premiera.

– Pogl¹dy prezydenta w sprawie IRA by³y ju¿ publikowane. – Donald-

son zaci¹gn¹³ siê fajk¹. – Natomiast zanim zajmiemy siê nowym premie-

rem, wypada najpierw pogrzebaæ Summerfielda. – Spojrza³ uwa¿nie na

Thorpe’a. – By³oby niezbyt rozs¹dnie opowiadaæ o twoich podejrzeniach,

T.C. Nie ma sensu dawaæ ludziom zbyt wiele do myœlenia, nie uwa¿asz?

– Przekazujê ludziom wy³¹cznie fakty – spokojnie zauwa¿y³ Thorpe

i wsta³. – Chcia³bym, aby mój kamerzysta zrobi³ trochê ujêæ.

Donaldson zastanawia³ siê chwilê.

– Zgoda, ale nie rób wokó³ tego ha³asu. W koñcu udajemy siê na

pogrzeb. Nie zapominaj o tym.

background image

87

– Nie ma obawy. Zawiadomisz mnie, jeœli bêd¹ jakieœ zmiany? –

Nie czekaj¹c na odpowiedŸ, Thorpe wróci³ do gry w karty. – Bêdzie dla

was robota, kiedy tylko Donaldson wszystko przygotuje – zwróci³ siê

do pozosta³ych cz³onków ekipy. Zerkaj¹c na karty, zauwa¿y³, ¿e kame-

rzysta ma w rêku dwie pary. – Spokojnie – powiedzia³ do technika od

dŸwiêku. – Mo¿esz siê odprê¿yæ. Sfilmujesz pierwsz¹ damê przy robót-

ce rêcznej. – Rozeœmia³ siê od ucha do ucha, kiedy kamerzysta podnió-

s³ stawkê.

– Chcesz mieæ jakiœ sympatyczny akcent, T.C.?

– No w³aœnie. – Thorpe nachyli³ siê nad nim, zni¿aj¹c g³os. – Zo-

rientuj siê, czy bêdziesz móg³ sfilmowaæ obstawê?

Kamerzysta podniós³ g³owê, aby bacznie na niego spojrzeæ. Oczy

Thorpe’a patrzy³y na niego ch³odno.

– Okej.

– Licytuj. – Technik od dŸwiêku rzuci³ ¿etony. – Co tam œciskasz, ¿e

jesteœ taki pewny siebie?

– Dwie ósemki – odrzek³ kamerzysta z wymuszonym uœmiechem. –

I dwie damy.

– Full. – Technik od œwiat³a wy³o¿y³ karty. Thorpe wróci³ na swoje

miejsce. Towarzyszy³y mu ciche z³orzeczenia kolegów.

Thorpe zawsze mia³ ogromn¹ intuicjê. Kilka chwil spêdzonych na

rozmowie z sekretarzem prasowym jeszcze tê intuicjê wyostrzy³y. Zwiêk-

szona liczba agentów ochrony da³a mu du¿o do myœlenia.

Terroryzm to s³owo powszechnie znane we wspó³czesnym œwiecie.

Nie trzeba d³ugo myœleæ, aby dojœæ do wniosku, i¿ zebranie w jednym

miejscu g³ów pañstw z ca³ego niemal œwiata zawsze stwarza niebezpie-

czeñstwo u¿ycia przemocy dla celów politycznych.

Czy¿by w grê wchodzi³ zamach bombowy? Zabójstwo? Porwanie?

Thorpe z uwag¹ przygl¹da³ siê agentom ochrony starannie ubranym w trzy-

czêœciowe garnitury. Byli czujni. On równie¿. Mieli przed sob¹ kilka nie-

zwykle trudnych dni.

A noce? – zastanawia³ siê Thorpe. Kiedy prezydent uda siê ju¿ na

zas³u¿ony  wypoczynek?  On  i Liv  bêd¹  zakwaterowani  w tym  samym

hotelu. Przy odrobinie szczêœcia i w³aœciwej taktyce, móg³by j¹ mieæ bli-

sko siebie przez wiêksz¹ czêœæ podró¿y. Marzy³ o tej chwili. W jego oczach

by³a determinacja.

background image

88

Liv od³o¿y³a na bok notatki. Nie by³a w stanie siê skupiæ. Nie mog³a

przestaæ myœleæ o Thorpie. Œwiadomoœæ, ¿e czêsto bêd¹ musieli siê ze

sob¹ spotykaæ, wcale jej w tym nie pomaga³a. W Waszyngtonie by³o przy-

najmniej wiele interesuj¹cych spraw dla reportera. Tym razem w grê wcho-

dzi³a tylko jedna. I Thorpe mia³ nad ni¹ przewagê.

Jeœli bêdzie chcia³a zrobiæ dobry reporta¿, musi zwróciæ siê do niego

po materia³y, spotkaæ siê z nim i przedstawiæ swoj¹ koncepcjê. Oczywi-

œcie musia³a przyznaæ, ¿e by³ profesjonalist¹. I nie robi³a mu z tego po-

wodu zarzutu. Informacje bêd¹ z pewnoœci¹ œcis³e i interesuj¹ce. Gdyby

tylko nie pochodzi³y od niego.

Opuœci³a oparcie fotela i zamknê³a oczy. Dlaczego los by³ dla niej

taki z³oœliwy? Dlaczego to w³aœnie Thorpe zosta³ korespondentem praso-

wym? Gdyby los by³ dla niej bardziej ³askawy, wkrótce znalaz³aby siê

trzy tysi¹ce mil od niego. Chocia¿ nie chcia³a siê do tego przyznaæ, bar-

dzo tego potrzebowa³a. Jest chyba jakiœ sposób, aby siê od niego uwol-

niæ. Przez nastêpne dwa dni bêdzie musia³a nieŸle siê uwijaæ, ¿eby przy-

gotowaæ na czas korespondencjê dla swojej macierzystej stacji. On rów-

nie¿ bêdzie zajêty. To powinno rozwi¹zaæ problem.

W wolnych chwilach zrobi wszystko, aby móc siê wymykaæ z hotelu.

Thorpe mimo gruboskórnoœci musi pogodziæ siê z jej odmow¹ i okazy-

wanym mu ch³odem. Jeœli to nie zrobi na nim wra¿enia, nastêpnym kro-

kiem bêdzie unikanie go na ka¿dym kroku. Jaka szkoda, ¿e zostan¹ za-

kwaterowani w tym samym hotelu.

Nie mia³a jednak na to wp³ywu. Chocia¿... mo¿e w swoim pokoju

spêdzaæ ma³o czasu i jak najwiêcej przebywaæ w towarzystwie kolegów.

Wtopienie siê w t³um korespondentów, œci¹gaj¹cych ze wszystkich stron

do Londynu, zdawa³o siê dobrym rozwi¹zaniem.

Z uczuciem niesmaku wyprostowa³a siê w fotelu. Nie znosi³a zaba-

wy w chowanego. Ale to nie by³a zabawa, powtarza³a sobie. To wiêcej

ni¿ wojna, wojna, o której zapomina³a, kiedy Thorpe bra³ j¹ w ramiona.

Nagle w wyobraŸni ujrza³a jego twarz. I jego uœmiech, urzekaj¹cy, pew-

ny siebie uœmiech. Wiedzia³a, ¿e dla w³asnego dobra musi tego cz³owie-

ka unikaæ.

L¹dowanie przebieg³o ³agodnie. Thorpe jeszcze przez kolejne dwie

godziny towarzyszy³ prezydentowi, zanim mog³ wreszcie udaæ siê do ho-

telu. Mia³ materia³ filmowy, du¿o materia³u, który wraz z w³asnym ko-

background image

89

mentarzem powinien wys³aæ do Stanów. Kiedy spojrza³ na zegarek i uw-

zglêdni³ ró¿nicê czasu, doszed³ do wniosku, ¿e CNC bêdzie móg³ wyko-

rzystaæ jego reporta¿ w wieczornym bloku informacyjnym.

Jad¹c do hotelu, obserwowa³ Londyn z okna samochodu. Szeœæ lat? –

zastanawia³ siê. Nie, siedem. Mimo to nie mia³ w¹tpliwoœci, i¿ wci¹¿ bez

trudu móg³by odszukaæ pewien pub w Soho, gdzie swego czasu przepro-

wadza³ wywiad z attaché ambasady amerykañskiej. Na West Endzie by³a

maleñka galeria, gdzie spotka³ m³odziutk¹ artystkê o rubensowskich kszta-

³tach i uroczym g³osie.

Przypomnia³ sobie dwie niezapomniane noce, które wówczas spêdzi-

li ze sob¹. Siedem lat temu, pomyœla³, zanim przeniós³ siê do Waszyngto-

nu. Zanim pozna³ Liv. Tym razem wszystko mia³o byæ inaczej. Thorpe’a

zupe³nie nie interesowa³y niezapomniane noce z jak¹œ nieznajom¹. Pra-

gn¹³ ca³ego ¿ycia. I jednej tylko kobiety. Liv.

Wysiadaj¹c z taksówki, sam zaj¹³ siê swoim baga¿em. Od lat przy-

zwyczai³ siê zabieraæ ze sob¹ niewiele rzeczy. W powietrzu wyczuwa³o

siê wilgotny ch³ód – rezultat kapuœniaczka, który dopiero co przesta³ pa-

daæ. Otuleni w p³aszcze przechodnie szybko przemykali ulicami. Kiedy

Thorpe wszed³ do holu, ujrza³ czekaj¹cy na niego t³um reporterów. Na-

dzieja na szybki prysznic, jeszcze przed krótkim spotkaniem informacyj-

nym, okaza³a siê nierealna.

– Thorpe.

Przesun¹³ torbê i uœmiechn¹³ siê do Liv. Skinê³a mu g³ow¹.

– Co nam przygotowali? – zapyta³.

– Salê konferencyjn¹ na drugim piêtrze – us³ysza³ w odpowiedzi.

– A wiêc chodŸmy, postaram siê przekazaæ wam najnowsze infor-

macje. – I zanim Liv zd¹¿y³a siê wmieszaæ w t³um, chwyci³ j¹ za rêkê. –

Jak min¹³ lot?

– Spokojnie – odpowiedzia³a wymijaj¹co, wiedz¹c, ¿e nie zdo³a siê

od niego uwolniæ. – A tobie?

– Ogromnie mi siê d³u¿y³. – Rozeœmia³ siê szeroko, wchodz¹c do

windy. – Têskni³em za tob¹.

– Przestañ, Thorpe – rzuci³a szorstko.

– Mam przestaæ têskniæ za tob¹? Chêtnie, jeœli tylko ty przestaniesz

mnie unikaæ.

– Wcale ciebie nie unikam. Po prostu jestem zajêta.

T³ok w windzie uniemo¿liwia³ jej odsuniêcie siê od niego. Thorpe

prze³o¿y³ torbê do drugiej rêki i obj¹³ j¹ ramieniem.

background image

90

– Strasznie tu ciasno – zauwa¿y³, kiedy spojrza³a na niego spod oka.

W powietrzu przesyconym tytoniem, potem i tani¹ wod¹ koloñsk¹,

jej zapach – silny i niezwykle zmsys³owy, dzia³a³ na niego odurzaj¹co.

Si³¹ powstrzymywa³ siê, aby nie zanurzyæ twarzy w jej w³osach i zapo-

mnieæ o bo¿ym œwiecie.

– Chcesz zrobiæ z siebie widowisko, tak? – cicho powiedzia³a.

– Jeœli ty tego chcesz – odpar³. – Marzê o tym, aby ciê poca³owaæ,

Liv – wyszepta³ jej wprost do ucha. – W³aœnie teraz.

– Nie wa¿ siê!

Chcia³a siê od niego odsun¹æ, ale w kabinie nie by³o skrawka wolne-

go miejsca. Utkwi³a wiêc w nim tylko pe³ne wœciek³oœci spojrzenie. I to

by³ jej pierwszy b³¹d.

Jego usta znajdowa³y siê o centymetry od jej ust. Jego oczy, wyraŸnie

rozbawione, wcale nie unika³y jej wzroku. Widzia³a w nich  po¿¹danie,

niszczycielsk¹, magnetyczn¹ si³ê. Poczu³a w g³owie pustkê.

Kiedy drzwi windy siê otworzy³y, z jej wnêtrza wysypa³ siê t³um lu-

dzi. Liv sta³a bez ruchu, ale to nie ramiona Thorpe’a j¹ zatrzymywa³y,

lecz spojrzenie jego spokojnych, pewnych siebie oczu.

– No, T.C., zróbmy to wreszcie.

Thorpe  nie  odpowiedzia³.  Uœmiechn¹³  siê  tylko  i poprowadzi³  j¹

w stronê korytarza.

– Musimy to od³o¿yæ na póŸniej – rzek³.

Odurzenie minê³o i Liv wydosta³a spod w³adzy Thorpe’a.

– Nie bêdzie ¿adnego „póŸniej” – rzuci³a z furi¹, po czym, kln¹c pod

nosem, zajê³a miejsce w sali konferencyjnej.

Spotkanie  trwa³o  oko³o  trzydziestu  minut  i kiedy  Thorpe  dotar³

wreszcie do swego pokoju, dwudziestogodzinny ciê¿ki dzieñ pracy zda-

wa³ siê dobiegaæ koñca. Id¹c pod prysznic, ju¿ po drodze zrzuca³ z sie-

bie ubranie.

Liv wesz³a do pokoju i poleci³a s³u¿bie hotelowej przynieœæ swój ba-

ga¿. Czeka³a, a¿ boy ods³oni story i sprawdzi, czy s¹ czyste rêczniki w ³a-

zience. Marzy³a o ³ó¿ku i fili¿ance dobrej herbaty.

Ta podró¿ by³a taka mêcz¹ca, pomyœla³a, wsuwaj¹c w rêkê s³u¿¹cego

jednofuntowy banknot. Dlaczego jej siostrze nigdy to nie przeszkadza³o,

a przecie¿ tak czêsto przenosi³a siê z miejsca na miejsce, z jednego kraju

do drugiego, z przyjêcia na przyjêcie? Gdyby by³a Melind¹, nigdy by nie

siedzia³a w pokoju z fili¿ank¹ herbaty w rêku. Szybko by siê przebra³a

i wyruszy³a na miasto poznawaæ jego nocne ¿ycie.

background image

91

Ale ja nie jestem Melind¹, powiedzia³a do siebie, zrzucaj¹c marynar-

kê. Nawet na to, co robi³a, doba mia³a za ma³o godzin. Zdejmuj¹c obuwie

pomyœla³a, ¿e jutro w ogóle nie bêdzie czasu na odpoczynek. Zerkn¹w-

szy w lustro, dostrzeg³a cienie pod oczami. Nie mo¿e pozwoliæ sobie na

to, ¿eby jutro pokaza³a to kamera. Wypije fili¿ankê herbaty, rzuci okiem

na notatki i natychmiast po³o¿y siê do ³ó¿ka. Ju¿ chcia³a podnieœæ s³u-

chawkê, aby z³o¿yæ zamówienie, kiedy nagle us³ysza³a pukanie do drzwi

³¹cz¹cych jej pokój z s¹siednim.

Zmarszczy³a brwi. Jeœli to któryœ z reporterów szuka towarzystwa albo

chce porozmawiaæ o Summerfieldzie, to wcale jej to nie interesuje.

– Kto tam?

– Kolega z ekipy prasowej, Carmichael.

– Thorpe! – zawo³a³a z oburzeniem. Bez namys³u odblokowa³a za-

mek i otworzy³a drzwi. Thorpe sta³ oparty o framugê, ubrany jedynie we

frotowy szlafrok. Musia³ niedawno wyjœæ spod prysznica, poniewa¿ jego

w³osy wci¹¿ by³y wilgotne, a skóra pachnia³a myd³em i p³ynem po gole-

niu. – Co ty tu robisz?

– Przygotowujê korespondencjꠖ oznajmi³ ze œmierteln¹ powag¹. –

To mój zawód.

– Doskonale wiesz, co mam na myœli – zagryz³a wargi. – Sk¹d siê

wzi¹³eœ w tym pokoju?

– Mia³em szczêœcie.

– Ile da³eœ w recepcji, ¿eby to sobie za³atwiæ?

Rozeœmia³ siê szeroko.

– Nie muszê odpowiadaæ na tak postawione pytanie. Spróbuj jeszcze

raz. – Wci¹¿ œmiej¹c siê, spojrza³ na jej nogi, z których nie zd¹¿y³a jesz-

cze œci¹gn¹æ rajstop. – Wychodzisz gdzieœ?

– Nie, nie wychodzê. – Skrzy¿owa³a ramiona, gotowa do ostrej wy-

miany zdañ.

– Wspaniale. Lubiê mi³y wieczór w domu.

Zrobi³ ruch, jakby mia³ zamiar wejœæ do jej pokoju, ale rêka Liv

gwa³townie wyl¹dowa³a na jego piersi.

– Wiesz co, Thorpe? – D³oñ dotknê³a jego nagiej piersi w miej-

scu, gdzie po³y szlafroka zachodzi³y na siebie. Nag³y ruch spowodo-

wa³ rozchylenie siê materia³u, ukazuj¹c ciemny, sprê¿ysty zarost po-

krywaj¹cy klatkê piersiow¹ a¿ do pasa. Thorpe, zupe³nie tym nie zmie-

szany, nie przestawa³ siê uœmiechaæ. Liv cofnê³a rêkê. – Jesteœ nie do

zniesienia.

background image

92

– Robiê, co mogê. – Podniós³ do góry rêkê i owin¹³ sobie kosmyk

jej w³osów dooko³a palca. – Gdybyœ jednak mia³a ochotê wyjœæ… –

zacz¹³.

– Nie mam zamiaru wychodzi栖 powtórzy³a z furi¹. – I nie ma

mowy o ¿adnym mi³ym wieczorze. Chcê, abyœ w koñcu zrozumia³...

– Czy¿byœ nie s³ysza³a, ¿e koledzy w obcym miejscu powinni trzy-

maæ siê razem? – Uœmiechn¹³ siê filuternie i Liv trudno by³o utrzymaæ

powagê.

– Zrobiê dla ciebie wyj¹tek, Thorpe – rzuci³a z rozdra¿nieniem. –

Dlaczego nie zostawisz mnie w spokoju?

– Liv, to nie nale¿y do dobrego tonu, aby mê¿czyzna zostawia³ na-

rzeczon¹ sam¹.

Mówi³ to z takim przekonaniem, ¿e zaskoczona Liv nie od razu po-

trafi³a siê zdobyæ na w³aœciw¹ ripostê.

– Narzeczon¹? Nie jestem twoj¹ narzeczon¹ – krzycza³a. – Nie mam

zamiaru za ciebie wychodziæ.

– Mo¿e dorzucisz do naszego zak³adu jeszcze jedn¹ stówê.

– Nie! – wbi³a palce w jego tors. – Teraz dobrze mnie pos³uchaj, Thor-

pe. Takie fantazjowanie to twoja sprawa, mnie jednak do tego nie mie-

szaj. Nie interesuje mnie to.

– Ale mo¿e ciê to zainteresuje – spokojnie zauwa¿y³. – Niektóre z mo-

ich fantazji s¹ doprawdy fascynuj¹ce.

– Nie mam zamiaru spaæ drzwi w drzwi z szaleñcem. Poproszê o in-

ny pokój. – Podj¹wszy decyzjê, gwa³townie siê odwróci³a.

– Boisz siê? – zapyta³, widz¹c jak w poœpiechu ³apie za baga¿.

– Bojê siê? – Liv od³o¿y³a baga¿ na miejsce. – Dzieñ, w którym za-

cznê siê baæ ciebie...

– Mia³em na myœli twój lêk przed sam¹ sob¹. – Nachyli³ siê ku

niej i z uwag¹ patrzy³ w jej rozwœcieczon¹ twarz. – Byæ mo¿e nie je-

steœ pewna, czy potrafisz siê powstrzymaæ przed zapukaniem do mo-

ich drzwi.

Patrzy³a na niego, jakby nie rozumia³a, co powiedzia³.

– Przed jakim pukaniem? – w koñcu wykrztusi³a. – Myœlisz... ty my-

œlisz, ¿e ja uwa¿am ciê za tak interesuj¹cego, tak... tak...

– Poci¹gaj¹cego – pospieszy³ jej z pomoc¹.

Liv zacisnê³a piêœci.

– Bez trudu potrafiê ci siê oprzeæ, Thorpe.

– Czy¿by?

background image

93

Zanim zdo³a³a wykonaæ jakikolwiek ruch, ju¿ by³a w jego ramionach.

Zanim zdo³a³a pomyœleæ o proteœcie, jego usta ju¿ by³y na jej ustach. Przy-

ci¹gaj¹c j¹ coraz mocniej do siebie, zdawa³ siê ³amaæ jej opór wbrew jej

woli. Jego poca³unki by³y tym razem bardziej zdecydowane. Panowa³

nad sytuacj¹, chocia¿ nie przychodzi³o mu to ³atwo. Zanurzywszy palce

we w³osy, odchyla³ g³owê Liv do ty³u, wci¹¿ nie przestaj¹c jej ca³owaæ.

– ¯adnych k³opotów, Liv – wymamrota³.

Z trudem ³apa³a oddech. Pokrêci³a przecz¹co g³ow¹, chc¹c coœ po-

wiedzieæ, ale Thorpe nie da³ jej ¿adnych szans.

Znowu j¹ zacz¹³ ca³owaæ, gor¹co i namiêtnie. Jêk rozkoszy wydoby³

siê z jej ust. Wplot³a palce w jego wilgotne w³osy, aby przyci¹gn¹æ go

bli¿ej siebie. Czu³a, jak ogarnia j¹ p³omieñ po¿¹dania. Thorpe zdawa³ siê

to dostrzegaæ. Jego rêce pieœci³y jej cia³o, koniuszkami palców delikatnie

muskaj¹c jej krêgos³up, biodra i uda.

Palce Liv dotyka³y jego twarzy, jakby j¹ mia³y zamiar wyrzeŸbiæ. To

jeszcze bardziej wzmaga³o jego po¿¹danie. Przyciska³ j¹ do siebie tak

mocno, jakby chcia³, aby stali siê jednym cia³em. Poddawa³a siê mu jak

bezwolna marionetka, a¿ w koñcu przesta³a ju¿ byæ pani¹ siebie. Piersi

nabrzmiewa³y, kiedy ich dotyka³. Delikatnie pieœci³ stercz¹ce brodawki,

a¿ oddech Liv sta³ siê krótki i przyspieszony.

Nie myœla³a ju¿ o oporze. Chcia³a p³on¹æ od ognia jego ust i dotyku

r¹k. Kiedy jego wargi zawêdrowa³y na jej szyjê, odchyli³a do ty³u g³owê,

aby poddaæ mu siê jeszcze bardziej. Wilgotny ¿ar jêzyka przesuwaj¹cego

siê po jej skórze sprawia³, ¿e dr¿a³a z rozkoszy. Nagim torsem dotyka³ jej

piersi. Trzyma³ j¹ mocno w ramionach, uniemo¿liwiaj¹c jakikolwiek ruch.

Ca³owa³ jej kark, pulsuj¹ce têtno na szyi, zarys brody, a kiedy po chwili

znowu wróci³ do jej ust, Liv zdawa³o siê, ¿e wszystkie jej pragnienia

skoncentrowa³y siê w tym jednym dotyku warg.

Fala namiêtnoœci zala³a jej cia³o. Liv mia³a wra¿enie, jakby nagle

eksplodowa³a w niej b³yskawica, zupe³nie pozbawiaj¹c j¹ si³. Zduszony

okrzyk wyrwa³ siê z jej ust i bezwolna osunê³a siê w jego ramionach.

Thorpe spojrza³ na ni¹ z niepokojem. W jej oczach dostrzeg³ œlady

namiêtnoœci, strachu i zawstydzenia. Jej wzrok by³ bardziej wymowny

ni¿ porywcze s³owa czy p³omienne zaprzeczenia.

Zdobycie Liv teraz by³oby proste, ale posiadanie jej w sensie fizycz-

nym by³oby jedynie cz¹stk¹ tego, na czym mu zale¿a³o. Kiedy w koñcu

bêd¹ siê kochaæ, a co do tego nie mia³ ¿adnych w¹tpliwoœci, sama do

niego przyjdzie, i to bez ¿adnych obaw. Postanowi³ czekaæ.

background image

94

Uœmiechaj¹c siê, musn¹³ ustami jej usta. Znowu chcia³ ujrzeæ, jak

wybucha gniewem.

– Na wypadek gdybyœ zmieni³a zdanie, Carmichael, nie bêdê zamy-

ka³ drzwi. Nawet nie bêdziesz musia³a pukaæ.

Wycofa³ siê z pokoju, ostro¿nie przymykaj¹c za sob¹ drzwi. Po kilku

sekundach dobieg³ go g³uchy odg³os rzuconego w jego kierunku buta.

Thorpe, œmiej¹c siê od ucha do ucha, w³¹czy³ telewizjê, aby obejrzeæ

brytyjski serwis informacyjny.

background image

95

&

C

ichy,  monotonny  dŸwiêk  budzika  wyrwa³  Liv  ze  snu  o szóstej

rano.  Automatycznie  siêgnê³a  do  przycisku,  po  czym  chwilê

jeszcze le¿a³a w ³ó¿ku, rozgl¹daj¹c siê po hotelowym wnêtrzu,

zanim dotar³o do niej, gdzie siê znajduje. Jestem w Londynie, pomyœla³a

i przetar³a rêk¹ oczy.

Nie spa³a dobrze. Usiad³a i podci¹gn¹wszy kolana, opar³a na nich

czo³o. Przeklêty Thorpe! Pó³ nocy przewraca³a siê z boku na bok, drêczo-

na  w¹tpliwoœciami  i pragnieniami,  o których  istnieniu,  zanim  pozna³a

Thorpe’a, nawet nie mia³a pojêcia. Jej pobyt w Londynie mia³ charakter

wy³¹cznie zawodowy. Nawet gdyby dysponowa³a wolnym czasem, nie

mia³aby ochoty na cokolwiek innego. Po prostu nie chcia³a siê anga¿o-

waæ w ¿aden zwi¹zek z tym cz³owiekiem. Dlaczego on nie mo¿e tego

zrozumieæ?

Poniewa¿, pomyœla³a, mówiæ coœ, a postêpowaæ zgodnie z tym, co

siê mówi, to dwie zupe³nie ró¿ne rzeczy. Jak mia³a go przekonaæ, ¿e nie

chce siê anga¿owaæ, jeœli jej cia³o za ka¿dym razem, kiedy jest blisko

niego, zupe³nie temu przeczy? Tak, pragnê³a go. Gdy trzyma³ j¹ w ramio-

nach, gdy j¹ ca³owa³, by³a gotowa mu siê oddaæ. To, czego chcia³a, odpo-

wiada³o temu, czego on chcia³. I to j¹ w³aœnie przera¿a³o.

Ten problem musi najpierw rozwi¹zaæ sama ze sob¹. Przede wszyst-

kim musi znaleŸæ inne t³umaczenie, nie mo¿e mówiæ, ¿e nie chce siê an-

ga¿owaæ, ale ¿e tego nie akceptuje.

background image

96

Wsta³a z ³ó¿ka, ¿eby wzi¹æ prysznic i przygotowaæ siê do wyjœcia.

Czeka³o j¹ tyle pracy, nie powinna wiêc siedzieæ i rozmyœlaæ o osobi-

stych problemach. W ogóle zbyt wiele o Thorpie myœla³a. Wyobra¿a³a

sobie, jak¹ satysfakcjê by mu sprawi³o, gdyby o tym wiedzia³.

W³o¿y³a  elegancki,  ciemny  kostium  w kolorze  grafitu.  Zapi¹wszy

ostatni guzik, zerknê³a w lustro. Mo¿e byæ. Odrobina korektora skutecz-

nie zatuszowa³a g³êbokie cienie pod oczami. Znowu ten Thorpe, pomy-

œla³a ze z³oœci¹.

Cienka aktówka zmieœci jej notatki, dodatkowy blok papieru i zapasowe

o³ówki. Przerzuci³a p³aszcz przez ramiê i ju¿ zamierza³a wyjœæ, kiedy pod

drzwiami ³¹cz¹cymi jej pokój z pokojem Thorpe’a zauwa¿y³a coœ bia³ego.

Chwilê patrzy³a w tym kierunku. To „coœ” wygl¹da³o na liœcik. Naj-

lepiej zrobi, jeœli to zignoruje. Skierowa³a siê w stronê wyjœcia, po czym

nagle zawróci³a i, schyliwszy siê, podnios³a kartkê papieru.

„Dzieñ dobry” – przeczyta³a.

To wszystko. Rozeœmia³a siê. On jest szalony, ponownie pomyœla³a.

Absolutnie szalony. Pod wp³ywem nag³ego impulsu wyrwa³a kartkê z no-

tesu i szybko skreœli³a identyczne s³owa. Po wsuniêciu kartki pod drzwi

wysz³a z pokoju.

Tak jak to by³o wczeœniej uzgodnione, spotka³a siê z kolegami z eki-

py w hotelowym barku.

– Hej, Liv – zawo³a³ Bob. – Masz na coœ ochotê?

– Tylko na kawê. – Wziê³a do rêki dzbanek i nape³ni³a fili¿ankê. –

Na morze kawy.

– Czeka nas ciê¿ki dzieñ – zauwa¿y³ Bob i zacz¹³ poch³aniaæ stoj¹c¹

przed nim jajecznicê.

– Zaraz zaczynamy – powiedzia³a Liv. – Skinê³a na kelnera. – Chcê

mieæ stanowisko przed Opactwem Westminsterskim, zanim dotr¹ tam t³u-

my, i drugie przy Downing Street 10. Jeœli dopisze nam szczêœcie, zrobi-

my parê ujêæ wdowie po Summerfieldzie. S¹dzê, i¿ ulice zostan¹ zamkniête

mniej wiêcej na godzinê przed wyruszeniem konduktu.

Jeden z cz³onków ekipy wyci¹gn¹³ w jej stronê grzankê, ale Liv po-

krêci³a przecz¹co g³ow¹.

– Bêdziemy potrzebowali paru ujêæ t³umu do póŸniejszego pod³o¿e-

nia dŸwiêku.

– Muszê kupiæ parê drobiazgów dla mojej ¿ony i dzieci. – Bob roze-

œmia³ siê. – Dosyæ siê ju¿ nas³ucha³em, ¿e wyje¿d¿am do Londynu bez

nich. Jeœli nie przywiozê prezentów, bêdê musia³ spaæ na sofie.

background image

97

– Myœlê, ¿e mimo wszystko znajdziesz trochê czasu na zakupy – od-

rzek³a Liv, rozgl¹daj¹c siê po wnêtrzu baru.

– Szukasz kogoœ? – zapyta³ Bob, wbijaj¹c widelec w parówkê.

– Co mówisz? – spojrza³a na niego z roztargnieniem.

– Ca³y czas rozgl¹dasz siê dooko³a. Umówi³aœ siê z kimœ?

– Nie –  odpowiedzia³a,  niezadowolona,  i¿  nieœwiadomie  szuka³a

Thorpe’a. – Lepiej siê pospieszcie. Mamy bardzo napiêty plan.

Przez nastêpne dziesiêæ minut pi³a kawê, odwrócona ty³em do baru.

Nik³e promienie s³oñca dawa³y niewiele ciep³a. Liv sta³a naprzeciw-

ko Opactwa Westminsterskiego. Przegl¹da³a notatki, czekaj¹c, a¿ jej eki-

pa przygotuje stanowisko i zamontuje aparaturê. Ocenia³a, ¿e telewizyj-

na reklama zajmie oko³o czterdziestu piêciu sekund.

Londyn by³ szary pod ciê¿kimi od deszczu chmurami. Wie¿e Opactwa

wznosi³y siê ku mrocznemu niebu. Ale Liv nie zwraca³a na to uwagi. Myœla-

³a jedynie o tym czekaj¹cym ich czterdziestopiêciosekundowym nagraniu.

– Skup siê na mnie – poleci³a kamerzyœcie. – Po kilku s³owach wpro-

wadzenia odwrócê siê i wska¿ê rêk¹ na Opactwo. Zrobisz zbli¿enie na

œwi¹tyniê, po czym znowu wrócisz do mnie.

Bob zaczeka³, a¿ technik od œwiat³a sprawdzi licznik.

– Okej?

Liv wziê³a do rêki mikrofon, po czym skinê³a g³ow¹. Po chwili, nie-

zadowolona z nagrania, zdecydowa³a siê na powtórkê. Lekki wietrzyk

rozwiewa³ jej w³osy, kiedy mówi³a o zbli¿aj¹cych siê uroczystoœciach.

Nastêpnie, jakby zupe³nie zapominaj¹c o limicie czasu, zapozna³a wi-

dzów z histori¹ opactwa. Kiedy kamera znowu do niej wróci³a, spojrza³a

w obiektyw szczerymi, pe³nymi powagi oczami.

– Mówi³a  Olivia  Carmichael  sprzed  Opactwa  Westminsterskiego

w Londynie.

– No i jak? – Bob opar³ kamerê na biodrze.

Liv spojrza³a na zegarek.

– W porz¹dku. Przenosimy siê na Downing Street. Za dwie godziny

pocz¹tek uroczystoœci. To dosyæ du¿o czasu, aby zd¹¿yæ zorganizowaæ

stanowisko i nakrêciæ parê migawek z ulicy. Za¿¹damy jeszcze jednego

spotkania z Thorpe’em, zanim wyœlemy nasz materia³ do Stanów.

background image

98

Thorpe, czekaj¹c na prezydenta, mia³ czas na wypicie trzech fili¿a-

nek kawy. Jego spotkanie z Donaldsonem wyjaœni³o jedynie, ¿e prezy-

dent spokojnie spêdzi³ wieczór i ¿e wsta³ bardzo wczeœnie. Ale Thorpe

nie by³ usatysfakcjonowany.

Na zewn¹trz czeka³a limuzyna z agentami ochrony dyskretnie czu-

waj¹cymi z ty³u samochodu. Thorpe siêgn¹³ po papierosa. Nie mia³ na

sobie p³aszcza, chocia¿ ch³ód wiosennego poranka dawa³ siê mocno we

znaki. Jego kamerzysta pogwizdywa³ coœ wyj¹tkowo niemelodyjnego,

podczas gdy reszta ekipy prowadzi³a œciszon¹ rozmowê. Thorpe nie zwra-

ca³ na nich uwagi. Obserwowa³ agentów ochrony. Wszystko wskazywa³o

na to, i¿ tajniacy byli postawieni w stan pogotowia.

Kiedy prezydent ukaza³ siê w drzwiach, wszystko nagle nabra³o ¿y-

cia.  Thorpe  us³ysza³  charakterystyczny  dŸwiêk  uruchamianej  kamery.

Wzi¹³ do rêki mikrofon. Niemal bezwiednie odnotowa³, jak by³a ubrana

¿ona prezydenta. Od reportera wymaga siê szczegó³owej relacji.

– Panie prezydencie!

Prezydent zatrzyma³ siê przy drzwiach limuzyny i odwróci³ do Thor-

pe’a.

– T.C. – powiedzia³. – To smutny dzieñ nie tylko dla Anglii, ale i ca-

³ego œwiata.

– Tak, panie prezydencie. Jak pan s¹dzi, czy œmieræ premiera Sum-

merfielda wp³ynie w jakimœ stopniu na pañsk¹ politykê zagraniczn¹?

– Œmieræ Erica Summerfielda boleœnie odczuj¹ wszyscy ludzie ce-

ni¹cy pokój.

Okrê¿na droga nie zda³a siê na nic, pomyœla³ bez ¿alu Thorpe. To po

prostu gra. Zna³ równie¿ protokó³. W dniu pogrzebu nie wolno zadawaæ

zbyt dociekliwych pytañ.

– Panie prezydencie – doda³ zmieniaj¹c taktykꠖ czy ma pan jakieœ

osobiste wspomnienia dotycz¹ce zmar³ego premiera?

Prezydent, jakby zaskoczony zmian¹ tematu, powiedzia³ w zamy-

œleniu:

– Móg³ spacerowaæ godzinami. – Uœmiechn¹³ siê. – Przekona³em siê

o tym w Camp David. Summerfieldowi najlepiej siê myœla³o, kiedy spa-

cerowa³. – Mówi¹c te s³owa, prezydent zaj¹³ miejsce w limuzynie tu¿

obok ma³¿onki.

Thorpe, wci¹¿ nieusatysfakcjonowany, czeka³ na samochód prasowy.

Jego komentarz i film z uroczystoœci pogrzebowych zostanie przekazany

do kraju za poœrednictwem satelity. Ekipa, ustawiona w pobli¿u Opactwa

background image

99

Westminsterskiego, gdzie mia³o byæ odprawione nabo¿eñstwo, by³a ju¿

w pogotowiu.

Thorpe zauwa¿y³ pojawienie siê limuzyny rodziny królewskiej, póŸ-

niej innych osobistoœci odgrywaj¹cych niegdyœ du¿¹ rolê w karierze po-

litycznej Summerfielda oraz w jego ¿yciu osobistym. Na ulicach groma-

dzi³y siê t³umy widzów, ale nie by³y one zbyt ha³aœliwe. Ludzie rozma-

wiali ze sob¹ szeptem, jakby siê znajdowali we wnêtrzu œwi¹tyni.

Thorpe raz rzuci³ okiem na Liv, ale to nie by³a w³aœciwa pora na za³a-

twianie prywatnych spraw. Kiedy mówi³ do mikrofonu, widzia³ j¹ k¹tem

oka. Jego nerwy by³y napiête, jakby przeczuwa³, ¿e coœ siê stanie.

W pewnej chwili jakiœ samochód prze³ama³ policyjn¹ zaporê, zamie-

rzaj¹c z du¿¹ szybkoœci¹ uderzyæ w czo³o kolumny pogrzebowej. Rozle-

g³y siê strza³y. Stoj¹cy wzd³u¿ ulic ludzie w panice rzucili siê do uciecz-

ki. Kamerzyœci wspó³zawodniczyli ze sob¹ o jak najlepsze miejsce do

filmowania. Liv, trzymaj¹c mikrofon, bieg³a przed siebie, przekazuj¹c

relacjê na ¿ywo. Thorpe widzia³, jak siê zbli¿a³a.

Kondukt zatrzyma³ siê. Pociski przedziurawi³y opony pêdz¹cego auta.

Samochód zarzuci³o i kierowca straci³ nad nim panowanie. Przednia szy-

ba potrzaska³a siê na tysi¹ce kawa³ków, kiedy auto skrêci³o w bok i ude-

rzywszy w krawê¿nik, zatrzyma³o siê.

Z wnêtrza rozbitego pojazdu wyskoczy³o czterech uzbrojonych mê¿-

czyzn, którzy natychmiast otworzyli ogieñ w kierunku uczestników cere-

monii. Zszokowani ludzie krzyczeli, biegli, przewracali siê i znowu bie-

gli szukaj¹c ratunku.

Liv par³a do przodu, pod¹¿aj¹c za swoim kamerzyst¹. Popychana i po-

tr¹cana co chwila, zanurza³a siê w t³umie, walcz¹c z napieraj¹c¹ fal¹ spa-

nikowanych ludzi, którzy pêdzili w przeciwnym ni¿ ona kierunku.

Odg³os strza³ów miesza³ siê z dobiegaj¹cymi ze wszystkich stron

krzykami strachu i przera¿enia. W pewnej chwili Liv otrzyma³a silne

uderzenie w ramiê, kiedy ktoœ potr¹ci³ j¹ w biegu. Mimo to wci¹¿ sz³a

do przodu, nie przerywaj¹c relacji.

Tym, kto j¹ w koñcu zatrzyma³, by³ Thorpe. Kiedy go mija³a, chwy-

ci³ j¹ za rêkê, odci¹gn¹³ na bok i zas³oni³ sob¹. W tej samej niemal

chwili jakiœ zab³¹kany pocisk uderzy³ w nawierzchniê ulicy niespe³na

metr od nich.

– Nie b¹dŸ kretynk¹ – warkn¹³, po czym podniós³ do ust mikrofon.

– Czterej mê¿czyŸni – ci¹gn¹³ nie odrywaj¹c oczu od ulicy – zamasko-

wani i uzbrojeni w wysokiej klasy karabiny...

background image

100

Liv szarpnê³a siê, chc¹c siê od niego uwolniæ. Poniewa¿ jednak przej-

œcie mia³a zablokowane, musia³a prowadziæ relacjê z tego miejsca, w któ-

rym siê znajdowa³a. Patrz¹c przez ramiê Thorpe’a, widzia³a rozbity sa-

mochód i uzbrojonych bandytów. Bob nie potrzebowa³ ¿adnych instruk-

cji. Przyklêkn¹wszy na jedno kolano, filmowa³ wydarzenia z takim spo-

kojem, jakby to by³o przyjêcie na œwie¿ym powietrzu, a nie terrorystycz-

ny zamach. Z ka¿dego miejsca, gdzie mo¿na by³o znaleŸæ jak¹kolwiek

os³onê, przedstawiciele œwiatowej prasy starali siê wykonywaæ swój za-

wód. S³owo „zamach” p³ynê³o na falach radiowych we wszystkich mo¿-

liwych jêzykach.

Nagle znowu wybuch³a gwa³towna strzelanina, po czym zapad³a z³o-

wieszcza cisza.

Thorpe nie przerywa³ relacji nawet wtedy, gdy czterej bandyci le¿eli

ju¿ na ulicy i kontynuowa³ j¹ spokojnym i wywa¿onym g³osem. Mia³ obo-

wi¹zek przekazywaæ fakty tak, jak je widzia³. W³aœnie dlatego zdecydo-

wa³ siê pracowaæ w telewizyjnym serwisie informacyjnym. To wielkie

wyzwanie dla reportera – relacjonowaæ wydarzenia natychmiast, na ¿ywo,

bez notatek, bez przygotowania, kiedy adrenalina pracuje na najwy¿szych

obrotach, a instynkt dzia³a jak u wytrawnego myœliwego.

Przez nastêpne piêtnaœcie minut Thorpe mówi³ nieprzerwanie, a¿ t³um

siê uspokoi³ i kondukt ruszy³ do Opactwa, gdzie mia³y siê rozpocz¹æ uro-

czystoœci pogrzebowe. Wewn¹trz œwi¹tyni przyst¹piæ do pracy bêdzie móg³

londyñski korespondent CNC, a tymczasem Thorpe postara siê zebraæ

jak najwiêcej informacji na temat zamachu. Da³ sygna³, ¿e koñczy spra-

wozdanie, i skin¹³ na kamerzystê.

– Nie mia³eœ prawa – napad³a na niego Liv.

– Zamknij siê, Olivio. – Dopiero teraz zda³ sobie sprawê, jak bardzo

by³ wkurzony. Kiedy przekazywa³ mikrofon technikom, jego rêka lekko

dr¿a³a. Liv mog³a zgin¹æ, pomyœla³ z przera¿eniem. Stoj¹c tu¿ obok nie-

go, mog³a zgin¹æ.

Doprowadzona do wœciek³oœci Liv krzycza³a:

– Za kogo ty siê uwa¿asz... – urwa³a nagle, czuj¹c, jak Thorpe chwy-

ta j¹ za ramiê.

– Ktoœ  musia³  ciê  zatrzymaæ,  zanim  znajdziesz  siê  w krzy¿owym

ogniu. To, co zrobi³aœ, to wyj¹tkowy kretynizm. – Chwyci³ j¹ za ramiona

i potrz¹sn¹³ ni¹. – Kto by przekaza³ tê twoj¹ wspania³¹ relacjê, skoro ty

z takim zapa³em laz³aœ pod kule?

Liv odepchnê³a go.

background image

101

– Wcale nie mia³am zamiaru leŸæ pod kule. Wiedzia³am, co robiꠖ

powiedzia³a lodowatym tonem.

– Nie myœla³aœ o niczym innym, jak tylko o tym, aby siê znaleŸæ w sa-

mym œrodku zdarzeñ. – Teraz ju¿ krzycza³, nie zwracaj¹c uwagi, ¿e staje siê

obiektem zainteresowania zaciekawionych kolegów. –Czy¿byœ mia³a zamiar

poprosiæ ich grzecznie, aby przestali strzelaæ i udzielili ci wywiadu?

Liv patrzy³a na niego ze zdumieniem.

– Nie mam pojêcia, o czym mówisz – spokojnie powiedzia³a. –Nie

robi³am niczego, czego nie robiliby inni reporterzy. – Szybkim ruchem

rêki odgarnê³a do ty³u w³osy. – Ty przecie¿ robi³eœ to samo. Nie mia³eœ

prawa przeszkadzaæ mi w pracy.

– Przeszkadzaæ ci w pracy? – powtórzy³ z niedowierzaniem. – Prze-

cie¿ tam by³o czterech uzbrojonych po zêby bandytów.

– Cholera, doskonale o tym wiem! – Wyprowadzona z równowagi

macha³a mu przed nosem mikrofonem. – To dziennikarska relacja. Co

siê z tob¹ dzieje?

Thorpe wiedzia³, ¿e przesadzi³. Ale z³oœæ wcale nie mija³a, mia³ ochotê

znowu ni¹ potrz¹sn¹æ. Aby siê przed tym powstrzymaæ, w³o¿y³ rêce do

kieszeni. Nie potrafi³ znieœæ myœli, ¿e mog³aby znaleŸæ siê w niebezpie-

czeñstwie... i ¿e on nic nie móg³by na to poradziæ.

– Muszê dokoñczyæ reporta¿ – powiedzia³ sucho i odszed³.

Liv, opar³szy na biodrach zaciœniête w piêœci d³onie, rzuci³a za nim

pe³ne wœciek³oœci spojrzenie. Po chwili, nabrawszy g³êboko w p³uca po-

wietrza, podesz³a do Boba.

– Zbierz resztê ekipy. Musimy dokoñczyæ relacjê.

Liv przeprowadzi³a kolejne wywiady z osobami urzêdowymi, naocz-

nymi œwiadkami i policj¹. Rozmawia³a ze œmiertelnie blad¹, zszokowan¹

kobiet¹, któr¹ zrani³a w ramiê jakaœ zab³¹kana kula. Chcia³a zasiêgn¹æ

jakichœ bli¿szych informacji, wypytuj¹c w t³umie, ale nikt nic nie wie-

dzia³, prócz tego, ¿e czterej nie zidentyfikowani mê¿czyŸni dokonali cze-

goœ, czego nie da³oby siê okreœliæ inaczej jak samobójczy akt.

Dwadzieœcia cztery osoby odnios³y rany, raczej z powodu paniki ni¿

strzelaniny, szeœæ osób znalaz³o siê w szpitalu, z czego dwie z powa¿ny-

mi obra¿eniami. Liv, przedzieraj¹c siê przez t³um, szybko przebiega³a

wzrokiem listê nazwisk osób poszkodowanych.

Uroczystoœci ¿a³obne wewn¹trz œwi¹tyni odbywa³y siê zgodnie z pla-

nem, podczas gdy prasa i policja zajê³y stanowiska na zewn¹trz. Ambu-

lanse kr¹¿y³y tam i z powrotem. Rozbity samochód zosta³ odholowany.

background image

102

Na d³ugo przed zakoñczeniem ¿a³obnego nabo¿eñstwa, na ulicach po nie-

dawnych wydarzeniach nie pozosta³o nawet œladu.

Zaj¹wszy dogodne miejsce do obserwacji, Liv widzia³a, jak cz³onko-

wie rodziny królewskiej opuszczaj¹ œwi¹tyniê. Jeœli zdecydowano siê na

wzmocnienie ochrony, zrobiono to bardzo dyskretnie. Poczeka³a, a¿ od-

jedzie ostatnia limuzyna. Rozcieraj¹c bol¹ce ramiê, przygl¹da³a siê ka-

merzystom, którzy sk³adali swój ekwipunek. Sta³a tu ju¿ od tylu godzin.

– Co teraz? – zapyta³ Bob, chowaj¹c kamerê do futera³u.

– Scotland Yard – odpowiedzia³a znu¿onym g³osem. – Coœ mi siê

zdaje, ¿e spêdzimy tam du¿o czasu, zanim siê czegoœ dowiemy.

I wszystko na to wskazywa³o. Liv d³ugo czeka³a w t³umie innych re-

porterów, zanim Scotland Yard og³osi³ oficjalny komunikat. Ograniczy³ siê

w nim jednak do kilku bardzo enigmatycznych informacji. Do szóstej wie-

czorem Liv nie uzyska³a nic nowego, czym mog³aby uzupe³niæ swoj¹ kore-

spondencjê, musia³a wiêc poprzestaæ na rekapitulacji porannych zdarzeñ

i stwierdzeniu, ¿e, jak dot¹d, terrorystów nie uda³o siê zidentyfikowaæ.

Ostatnie ujêcie zrobi³a sprzed Scotland Yardu, po czym uda³a siê do hotelu.

Wyczerpana, le¿a³a przynajmniej godzinê w wannie, czekaj¹c, a¿ mi-

nie zmêczenie. Kiedy jednak wysz³a z k¹pieli, wnêtrze hotelowego poko-

ju nagle wyda³o siê jej zbyt spokojne i puste po prze¿yciach minionego

dnia. Zaczyna³a ¿a³owaæ, ¿e odrzuci³a zaproszenie kolegów, aby zjeœæ

z nimi kolacjê.

Wci¹¿ jeszcze jest wczeœnie, pomyœla³a. Za wczeœnie. Nie chcia³a

spêdziæ kolejnego wieczoru siedz¹c sama w pokoju hotelowym. Jeœli siê

tylko zdecyduje, nie bêdzie mia³a problemu, aby znaleŸæ chêtnego do

pójœcia na drinka czy kolacjê. Ale Liv nie mia³a ochoty spêdziæ wieczoru

na roztrz¹saniu tego, co sta³o siê w ci¹gu dzisiejszego dnia. Mia³a ochotê

zobaczyæ Londyn. Zapomniawszy o zmêczeniu, zaczê³a siê ubieraæ.

Na zewn¹trz by³o ch³odno. W powietrzu czu³o siê zapach deszczu,

który oci¹ga³ siê przez ca³y dzieñ i jakoœ wci¹¿ siê nie móg³ zdecydowaæ.

Liv mia³a jedynie lekki p³aszcz, który narzuci³a na spodnie i sweter. Nie

zastanawiaj¹c siê nad tym, dok¹d chce pójœæ, ruszy³a po prostu przed

siebie. Na ulicach wci¹¿ panowa³ o¿ywiony ruch i spaliny z przeje¿d¿a-

j¹cych samochodów dra¿ni³y jej nozdrza. S³ysza³a, jak Big Ben wybija

ósm¹. Jeœli ma zamiar coœ zjeœæ, musi znaleŸæ jak¹œ restauracjê. Ale spa-

cer by³ taki przyjemny.

Znowu wróci³a myœlami do tamtej podró¿y sprzed dziesiêciu lat. Ogl¹-

da³a Londyn z okien rollsa. A póŸniej by³o przyjêcie w pa³acu Buckin-

background image

103

gham. Melinda w jasnoró¿owej sukni z organdyny i wspania³ym kapelu-

szu sk³ada³a uk³on przed królow¹. Liv bardzo chcia³a zobaczyæ Tower,

ale jej matka uwa¿a³a, ¿e National Gallery bêdzie bardziej odpowiednie.

Z obowi¹zku ogl¹da³a wspania³e obrazy, ale przez ca³y czas myœla³a, jak

cudownie by³oby pójœæ do jakiegoœ pubu.

Kiedyœ, parê lat temu, Doug wspomnia³ o podró¿y do Londynu. To by³o

w college’u, kiedy jeszcze ¿yli marzeniami. Nigdy jednak nie mieli tyle pie-

niêdzy, aby zaoszczêdziæ na bilety lotnicze. A póŸniej nie by³o ju¿ mi³oœci,

która mog³aby uratowaæ ich marzenia. Liv otrz¹snê³a siê ze wspomnieñ. By³a

znowu w Londynie, mog³a obejrzeæ Tower, wejœæ do pubu czy przejechaæ

siê metrem. Ale nie by³o nikogo, kto móg³by jej towarzyszyæ. Nikogo, z kim...

– Liv!

Zdumiona odwróci³a siê i wpad³a na Thorpe’a. Po³o¿y³ jej rêkê na

ramieniu. Przez chwilê patrzy³a na niego tak, jakby nie wierzy³a w³a-

snym oczom.

– Samotna? – zapyta³, ale na jego twarzy nie by³o uœmiechu.

– Tak. Ja... – zastanawia³a siê, co powiedzieæ. – Tak. Postanowi³am

trochê siê przejœæ.

– Mia³em wra¿enie, ¿e jesteœ gdzieœ daleko. – Puœci³ jej ramiê i w³o-

¿y³ rêkê do kieszeni.

– Zamyœli³am siê. – Ruszy³a przed siebie i Thorpe szed³ obok niej.

– Czy by³aœ ju¿ kiedyœ w Londynie?

– Raz, bardzo dawno temu. A ty?

– Jako bardzo m³ody ch³opak. – Jakiœ czas szli w milczeniu. By³a

zaskoczona jego ma³omównoœci¹, ale nie skomentowa³a tego. – Jeœli cho-

dzi o terrorystów, to nie ma nic nowego – doda³ po chwili.

– Tak. Wiem o tym. Ca³e popo³udnie spêdzi³am pod siedzib¹ Sco-

tland Yardu. Podejrzewam, ¿e to mog³a to byæ niezale¿na grupa.

Thorpe wzruszy³ ramionami.

– Dysponowali bardzo nowoczesnym i jednoczeœnie bardzo kosztow-

nym sprzêtem, ale jak siê zdaje, nie do koñca widzieli, jak siê nim pos³u-

¿yæ. To musieli byæ szaleñcy.

– Kompletny idiotyzm – mruknê³a Liv, myœl¹c o czterech mê¿czy-

znach, którzy, jak aktorzy, przez chwilê znaleŸli siê w œwietle reflekto-

rów, graj¹c nie do koñca zrozumia³¹ rolê. – G³upia, bezsensowna œmieræ.

Szli dalej w milczeniu w ch³odzie londyñskiego wieczoru, oœwietlani

migotliwym blaskiem ulicznych lamp. W pewnej chwili Thorpe obj¹³ Liv

ramieniem.

background image

104

– Liv, dooko³a lata³o tyle pocisków.

– Tak?

– To cud, ¿e nikt wtedy nie zgin¹³.

– Tak.

Nie mia³a zamiaru mu tego u³atwiæ. W koñcu Thorpe wyrzuci³ z siebie:

– Trochê wtedy przesadzi³em, bo na chwilê zapomnia³em, ¿e ty tak-

¿e jesteœ reporterem. Myœla³em tylko o tym, ¿e jesteœ kobiet¹ i ¿e nie chcê,

aby ci siê coœ sta³o.

Patrzy³a na niego w milczeniu.

– Czy to przeprosiny? – zapyta³a w koñcu.

– Nie, to tylko wyjaœnienie.

Liv chwilê siê nad czymœ zastanawia³a.

– W porz¹dku.

– Co w porz¹dku?

– Uzna³am, ¿e to ca³kiem sensowne wyjaœnienie. – Uœmiechnê³a siê.

– Ale nastêpnym razem, jeœli w czasie nagrania wejdziesz mi w drogê,

musisz siê liczyæ z zupe³nie niekobiecym dŸgniêciem ³okciem pod ¿ebro.

Zrozumiano?

Skin¹³ g³ow¹ i uœmiechn¹³ siê równie¿.

– Zrozumiano.

– Czy jad³eœ ju¿ kolacjê, Thorpe? – zapyta³a, kiedy znowu ruszyli

przed siebie.

– Nie. Mia³em spotkanie z Donaldsonem.

– Jesteœ g³odny?

Spojrza³ na ni¹, unosz¹c do góry brwi.

– Czy to zaproszenie, Olivio?

– Nie, to pytanie. Odpowiedz tak lub nie. Jesteœ g³odny?

– Tak.

– Ktoœ kiedyœ mi powiedzia³, ¿e koledzy na obcym terenie powinni

trzymaæ siê razem – zauwa¿y³a. – Co o tym myœlisz?

– Jestem sk³onny przyznaæ mu racjê.

Liv wziê³a go za rêkê.

– ChodŸ, Thorpe. Ja stawiam.

background image

105

'

Z

naleŸli  ha³aœliw¹,  tani¹  jad³odajniê,  i przecisn¹wszy  siê  w t³u-

mie,  zajêli  stoj¹cy  w k¹cie  stolik.  Thorpe  rozejrza³  siê  dooko-

³a. Wiêkszoœæ goœci t³oczy³a siê przy kontuarze. W powietrzu uno-

si³ siê zapach oleju i pieczonego miêsa, a ponad g³owami miga³y efek-

towne, fluorescencyjne œwiate³ka.

– Bardzo romantycznie – zauwa¿y³ Thorpe. – Uwielbiam taki nastrój

na randce.

– To  nie  jest  ¿adna  randka –  zwróci³a  mu  uwagê  Liv,  zdejmuj¹c

p³aszcz. – Sprawdzam pewn¹ teoriê. Powinieneœ uwa¿aæ, ¿eby jej nie

zniszczyæ.

– Zniszczyæ? – spojrza³ na niewinnie. – Jak?

Spojrza³a na niego spod oka.

Kiedy z³o¿yli zamówienie, Liv, usadowiwszy siê wygodnie, chciwie

ch³onê³a atmosferê wnêtrza. Przy kontuarze jacyœ dwaj mê¿czyŸni gor¹-

co dyskutowali o wyœcigach konnych.

Syk i skwierczenie pieczonego miêsa miesza³y siê z bezustannym gwa-

rem rozmów. To by³o dok³adnie takie miejsce, jakie kiedyœ, po raz pierw-

szy bêd¹c jako nastolatka w Londynie, tak bardzo chcia³a zobaczyæ.

Thorpe w milczeniu j¹ obserwowa³. Widzia³, z jakim zainteresowa-

niem i fascynacj¹ rozgl¹da siê dooko³a. W jej oczach nie by³o ju¿ smut-

ku, który jeszcze tak niedawno j¹ przyt³acza³. O czym myœla³a? – zasta-

nawia³ siê. Lub mo¿e raczej o kim? Tak niewiele o niej wiedzia³.

background image

106

– No i co widzisz? – zapyta³.

– Londyn – odpowiedzia³a z uœmiechem. – Znacznie wiêcej Londy-

nu, ni¿ mo¿na zobaczyæ ogl¹daj¹c jego muzea i zabytki.

– NajwyraŸniej podoba ci siê to, co widzisz?

– Chcia³abym, abyœmy nie musieli st¹d jutro wyje¿d¿aæ. Przyda³by

mi siê chocia¿ jeszcze jeden dzieñ.

– I co byœ wtedy robi³a?

Liv wzruszy³a ramionami.

– Wiele rzeczy. Przejecha³abym siê piêtrowym autobusem. Jad³abym

rybê i chipsy zawiniête w skrawek gazety.

– Posz³abyœ do Covent Garden?

Pokrêci³a przecz¹co g³ow¹.

– By³am ju¿ w Covent Garden. Wola³abym raczej wybraæ siê do doków.

Thorpe rozeœmia³ siê, podnosz¹c szklankê z piwem.

– Czy kiedykolwiek widzia³aœ londyñskie doki, Olivio?

– Nie. Dlaczego?

– Nie radzi³bym ci siê tam wybieraæ. A przynajmniej nie samotnie.

– Znowu zapominasz, ¿e jestem reporterem – zwróci³a mu uwagê Liv.

– Dokerzy równie¿ mogliby o tym zapomnie栖 powiedzia³ z powa¿n¹

min¹ Thorpe.

– No có¿, tak czy inaczej, jutro wracamy.

– Co bêdziesz robi³a po powrocie?

– Po zameldowaniu siê w studiu, przeœpiê resztê weekendu.

– Kiedy ostatnio widzia³aœ Waszyngton? – zapyta³, kiedy postawio-

no przed nimi imponuj¹ce porcje pieczonej wieprzowiny.

– O czym ty mówisz? Przecie¿ ogl¹dam Waszyngton codziennie.

– Mam na myœli w³óczenie siê po mieœcie dla przyjemnoœci. – Wzi¹³

do rêki widelec. – Czy kiedykolwiek czu³aœ siê tam jak turystka?

Liv zmarszczy³a czo³o, podnosz¹c do ust kawa³ek miêsa.

– Có¿, s¹dzê...

– Czy kiedykolwiek by³aœ w zoo?

– Naturalnie, robi³am nawet kiedyœ reporta¿ o... – przerwa³a nagle

i podnios³a na niego wzrok. Œmia³ siê serdecznie, czymœ wyraŸnie uba-

wiony.

– No dobrze, do czego zmierzasz?

– Uwa¿am, ¿e za ma³o czasu poœwiêcasz na relaks.

Liv unios³a brwi.

– A czy to, co w tej chwili robiê, to nie jest relaks?

background image

107

– Nie mam czasu, ¿eby pokazaæ ci prawdziwy Londyn – rzek³ – dla-

czego wiêc nie mia³abyœ siê zgodziæ, abym pokaza³ ci Waszyngton?

W g³owie Liv odezwa³y siê ostrzegawcze dzwonki. Grzebi¹c widel-

cem w talerzu, zastanawia³a siê nad bezpieczn¹ odpowiedzi¹.

– To nie ma sensu – odpowiedzia³a.

Thorpe uœmiechn¹³ siê i zabra³ do jedzenia.

– Dlaczego?

– Nie chcê, abyœ doszed³ do b³êdnych wniosków, Thorpe.

– Jakich b³êdnych wniosków? – Jego g³os brzmia³ ciep³o i przyjaŸ-

nie. Patrz¹c na jej rêce, przypomnia³ sobie, jak wodzi³a palcami po jego

twarzy, kiedy j¹ ca³owa³.

– Pos³uchaj. – Liv umilk³a, szukaj¹c w³aœciwych s³ów. – Nie mam

nic przeciwko twojemu towarzystwu, ale...

– Carmichael, twoje komplementy maj¹ smak trucizny.

– Ale – ci¹gnê³a – nie mam zamiaru siê anga¿owaæ i nie chcê, abyœ

robi³ sobie jakieœ nadzieje. – Po chwili, czuj¹c, i¿ nie zabrzmia³o to zbyt

uprzejmie, doda³a nieco innym tonem: – Mo¿emy przecie¿ byæ przyja-

ció³mi... w pewnym sensie, oczywiœcie.

– W jakim sensie?

– Thorpe! – nie kry³a zniecierpliwienia. – Przestañ!

– Nie zapominaj, ¿e jestem reporterem i potrzebujê konkretnej in-

formacji – obrzuci³ j¹ niewinnym spojrzeniem i podniós³ do ust piwo.

– Jako reporter powinieneœ byæ na tyle bystry, ¿eby zrozumieæ, co

mam na myœli.

Nachyli³ siê ku niej i uœmiechn¹³ szeroko.

– Szalejê za tob¹ Carmichael.

– Ty w ogóle jesteœ szalony – poprawi³a go, usi³uj¹c zignorowaæ na-

g³e przyspieszenie bicia serca. – Ale staram siê tego nie dostrzegaæ, tak

aby mo¿liwy by³ miêdzy nami jakiœ kompromis. Jeœli wiêc zgodzisz siê

utrzymywaæ nasze stosunki na bazie przyjacielskiej... – ci¹gnê³a

– Co ty rozumiesz pod s³owem „przyjacielskiej”? – zapyta³.

– Thorpe, jesteœ niemo¿liwy!

– Liv, ja po prostu staram siê zrozumieæ, na czym polega problem.

Jeœli nie wszystko jest dla mnie jasne, jak mogê formu³owaæ jakieœ sen-

sowne wnioski? Ustalmy wiêc fakty. Na razie, jak s³yszꠖ wzi¹³ j¹ za rêkꠖ

jesteœ sk³onna przyznaæ, ¿e tolerujesz moje towarzystwo. Zgadza siê?

Liv wyrwa³a mu rêkê.

– Na razie – przyzna³a niepewnie.

background image

108

– I jesteœ gotowa zrobiæ drugi krok, proponuj¹c, abyœmy byli przyja-

ció³mi.

– W pewnym sensie.

Chocia¿ wiedzia³a, ¿e wci¹ga j¹ w pu³apkê, nie potrafi³a, jak dot¹d,

zorientowaæ siê, na czym polega podstêp.

– A wiêc przyjaciele – zgodzi³ siê. Podniós³ do góry szklankê z pi-

wem i wzniós³ toast za jej zdrowie. – Do czasu, zanim siê zdecydujesz na

trzeci krok.

– Jaki trzeci krok? – dopytywa³a siê Liv, ale on uœmiechn¹³ siê tylko

do niej znad brzegu szklanki. – Thorpe...

– Twoja kolacja stygnie – zauwa¿y³, po czym spojrza³ ³akomie na jej

porcjê miêsa. – Czy masz zamiar zjeœæ to wszystko?

Zbita z tropu, Liv spojrza³a na talerz.

– Dlaczego?

– Zapomnia³em o obiedzie.

Liv rozeœmia³a siê i odkroi³a kolejny kawa³ek miêsa.

– Ja równie¿ – odpowiedzia³a.

Zjad³a wszystko.

Kiedy wyszli z baru, pada³ rzêsisty deszcz. Liv podnios³a do góry

twarz. Cieszy³a siê, ¿e spotka³a Thorpe’a, cieszy³a siê, ¿e zjedli razem

kolacjê. Jeœli nawet nie mia³o to sensu, nie przejmowa³a siê tym. Jeœli

to by³o niebezpieczne, nie dba³a o to. Odczuwa³a potrzebê spêdzenia

wieczoru z kimœ, kto potrafi³ sprawiæ, ¿e siꠜmia³a, myœla³a i czu³a.

Nawet jeœli to by³ Thorpe. Dlaczego – nie mia³a chêci siê nad tym za-

stanawiaæ.

Kilka tych kradzionych godzin by³o wszystkim, czego pragnê³a. Kil-

ka godzin, aby zapomnieæ o obietnicach, które kiedyœ sobie sk³ada³a.

Dziœ wieczorem czu³a siê wolna, wolna od przesz³oœci i od przysz³oœci.

– O czym myœlisz? – Przyci¹gn¹³ j¹ do siebie.

– ¯e lubiê, kiedy pada deszcz. – Wci¹¿ œmiej¹c siê, odrzuci³a do ty³u

w³osy. Nagle jego wargi poczu³a na swoich i zarzuci³a mu ramiona na

szyjê, zapominaj¹c o ca³ym œwiecie.

Nie mia³ zamiaru jej ca³owaæ. Bo¿e, naprawdê nie mia³ zamiaru. Ale

kiedy siê rozeœmia³a i podnios³a ku niemu twarz, nie móg³ siê opanowaæ.

Krople deszczu lœni³y na jej w³osach i policzkach. Czu³ ich smak na jej

wargach.

Jeszcze nigdy nie wyczuwa³ w niej takiej uleg³oœci. To rozpali³o jego

po¿¹danie do granic wytrzyma³oœci. Czy¿ to mo¿liwe, aby nie wiedzia³a,

background image

109

jak bardzo by³ w niej zakochany, jak bardzo jej po¿¹da³? Czy¿ nie wzbu-

dza³ w niej przynajmniej litoœci? Na Boga, pomyœla³, ca³uj¹c nieprzy-

tomnie jej usta. By³ do tego stopnia zdesperowany, ¿e przyj¹³by od niej

nawet litoœæ, gdyby nie mog³a mu nic wiêcej ofiarowaæ. Przytuli³ j¹ moc-

niej do siebie i ukry³ twarz w zag³êbieniu jej szyi.

Liv cofnê³a siê, po czym, wysun¹wszy siê z jego ramion, opar³a o s³up

ulicznej latarni. Jej serce bi³o jak szalone. Gwa³townoœæ i si³a namiêtno-

œci j¹ przera¿a³y. Czu³a w Thorpie coœ, czego nie mog³a zaakceptowa栖

szaleñcz¹ desperacjê.

– Thorpe, ja... – Z trudem prze³ykaj¹c œlinê, niezdolna do zaakcep-

towania tego, co siê z ni¹ dzieje, pokrêci³a g³ow¹. – Ja... tego nie chcia-

³am... To siê po prostu sta³o – powiedzia³a bezradnie.

Wci¹¿ dr¿¹c z namiêtnoœci, Thorpe podszed³ do niej.

– Liv – szepn¹³, podnosz¹c rêkê do jej policzka.

– Nie, proszê. – Zamknê³a oczy. Dwie si³y toczy³y w niej zaciek³y

bój: jedna, która j¹ ku niemu popycha³a, i druga, która nakazywa³a coœ

wrêcz przeciwnego. Byæ mo¿e, gdyby mog³a zapomnieæ, wymazaæ z pa-

miêci wszystko, a¿ do tej chwili, mo¿e wtedy... Ale nie, to wci¹¿ w niej

tkwi³o. Nie by³a jeszcze gotowa.

– Nie mogꠖ wyszepta³a otwieraj¹c oczy. – Po prostu nie mogê.

Zamiast cofn¹æ d³oñ, odwróci³ j¹ tylko, wodz¹c kostkami palców po

jej twarzy. Wydawa³o siê niemo¿liwe, aby móg³ jej pragn¹æ bardziej ni¿

w tej chwili.

– Nie mo¿esz – zapyta³ – czy nie chcesz?

– Nie wiem – wymamrota³a.

– Czego ty w³aœciwie chcesz, Liv?

– Dziœ wieczorem... – wyci¹gnê³a do niego rêkꠖ b¹dŸ po prostu

moim przyjacielem, Thorpe.

W jej oczach by³a niema proœba, której nie móg³ zignorowaæ.

– Dziœ wieczorem, Liv. – Chwyci³ j¹ za ramiona. – Przyjaciele dziœ

wieczorem, ale nie mogê ci obiecaæ, co bêdzie jutro.

– Zgoda. – Odetchnê³a g³êboko i uœmiechnê³a siê do niego. – Posta-

wisz mi drinka? Czeka³am dwanaœcie lat, ¿eby zobaczyæ od œrodka lon-

dyñski pub.

Jego uœcisk powoli ³agodnia³. Widzia³a, ile wysi³ku go kosztuje, aby

wypuœciæ j¹ z ramion.

– Znam pewne miejsce w Soho, jeœli tam jeszcze jest.

– A wiêc przekonajmy siꠖ powiedzia³a Liv, bior¹c go pod ramiê.

background image

110

Knajpka by³a w tym samym miejscu, mo¿e tylko wygl¹da³a na nieco

bardziej zaniedban¹ ni¿ siedem lat temu. Wchodz¹c do œrodka, Thorpe

zastanawia³ siê, czy w powietrzu unosi siê wci¹¿ ten sam zapach tytoniu

i zwietrza³ego piwa.

– Cudownie! – zawo³a³a Liv, usi³uj¹c coœ dojrzeæ przez œcianê dymu. –

Poszukajmy stolika.

ZnaleŸli wolne miejsca w k¹ciku pubu. Liv usiad³a plecami do œciany,

ciekawie rozgl¹daj¹c siê dooko³a. Goœcie siedzieli ciasno jeden przy dru-

gim przy barze. Po ich zachowaniu Liv zorientowa³a siê, i¿ w wiêkszoœci

byli to starzy bywalcy. Ktoœ gra³ na stoj¹cym z boku pianinie z wiêkszym

zaciêciem ni¿ zdolnoœciami, a kilkanaœcie g³osów usi³owa³o wtórowaæ mu

œpiewem. Pozostali goœcie prowadzili miêdzy sob¹ o¿ywion¹ rozmowê.

Najczêstym tematem by³ terrorystyczny atak na kondukt pogrzebowy.

– Co podaæ? – Barmanka, która pojawi³a siê przy stoliku, spojrza³a

na nich nieufnie.

– Bia³e wino dla pani – powiedzia³ Thorpe – a dla mnie piwo.

– Jesteœcie Amerykanami. – Wydawa³a siê zadowolona ze swego od-

krycia. – Poznajecie miasto?

– Zgadza siꠖ odrzek³ Thorpe.

Barmanka uœmiechnê³a siê i wróci³a do baru.

– Mamy tu dwoje Amerykanów, Jake – powiedzia³a do kelnera. –

Trzeba ich obs³u¿yæ.

Liv rozeœmia³a siê cichutko.

– Sk¹d znasz to miejsce, Thorpe?

– Mia³em zadanie do wykonania – przypali³ papierosa od ognia zapal-

niczki. – Pewien Amerykanin zatrudniony w naszej ambasadzie w Londynie

utrzymywa³, ¿e jest szpiegiem. To on wyznaczy³ mi to miejsce na spotkanie.

– Jak w sensacyjnym filmie. – Liv pochyli³a siê do przodu, opieraj¹c

³okcie na blacie sto³u. – I co z tego wysz³o?

– Nic.

– Nie ¿artuj, Thorpe. – Liv nie kry³a rozczarowania. – Musia³o coœ

wyjϾ.

– A jeœli powiem, ¿e bez niczyjej pomocy uda³o mi siê rozpracowaæ

miêdzynarodow¹ siatkê szpiegowsk¹ i puœciæ tê informacjê w bloku in-

formacyjnym o szóstej?

– To ju¿ lepiej – przyzna³a.

– Oto wasze zamówienie, go³¹bki. – Barmanka postawi³a przed nimi

drinki. – Wystarczy zagwizdaæ, kiedy bêdziecie chcieli to powtórzyæ.

background image

111

– Wiesz – ci¹gnê³a Liv, kiedy znowu zostali sami – prawie pasujesz

do image’u.

– Jakiego image’u?

– Twardego, nieustêpliwego reportera. – Upi³a ³yk i g³oœno siê roze-

œmia³a. – No wiesz, obszerny trencz, zmêczona ¿yciem twarz. Stoisz przed

gmachem rz¹dowym i przekazujesz informacje w si¹pi¹cej z nieba m¿aw-

ce. Koniecznie musi byæ m¿awka.

– Nie mam trencza – zauwa¿y³.

– Nie psuj wizerunku.

– Nawet dla ciebie nie zamierzam robiæ reporta¿y w trenczu – doda³,

œmiej¹c siê.

– Jestem zdruzgotana.

– Jestem zafascynowany.

– Zafascynowany? Czym?

– Twoj¹ wizj¹ reportera.

– Tak go sobie wyobra¿a³am, zanim sama nim zosta³am – przyzna³a. –

Widzia³am siebie, jak robiê wywiady z ró¿nymi typami w podejrzanych

spelunkach i jak przekazujê wstrz¹saj¹ce historie, zanim ludzie zd¹¿¹ usi¹œæ

do œniadania. Jedna historia goni drug¹. Przygoda, emocja, intryga.

– ¯adnej papierkowej roboty, ¿adnej redakcyjnej pracy.

Obserwowa³ j¹, pij¹c piwo. Jak to mo¿liwe, ¿eby pozostaæ tak nie-

skazitelnie piêkn¹ po ciê¿kim dniu, który mia³a za sob¹?

Jej uœmiech by³ urzekaj¹cy.

– W college’u wszystko wygl¹da inaczej. Ale ja nie zapomnia³am

o swoich wyobra¿eniach, do czasu kiedy po raz pierwszy robi³am repor-

ta¿ o zabójstwie. – Pokrêci³a g³ow¹ i wziê³a do rêki kieliszek z winem. –

Czy w ogóle mo¿na siê do tego przyzwyczaiæ, Thorpe?

– Nie mo¿na – odrzek³. – Ale ktoœ jednak musi to robiæ.

Skinê³a g³ow¹. Pianista zacz¹³ graæ jak¹œ sentymentaln¹ balladê.

– Czy to prawda, ¿e piszesz powieœæ? – Liv zmieni³a temat.

– A tak mówi³em?

Uœmiechnê³a siê znad brzegu kieliszka.

– Mówi³eœ. O czym bêdzie?

– O korupcji w œwiecie polityki. A co z twoimi planami literackimi?

– Nic nie piszê. – Spojrza³a na niego przekornie. Poczu³ têpy ból

w ¿o³¹dku. – Na razie – zaczê³a mówi栜ciszonym g³osem, po czym jak-

by siê zawaha³a. – Czy tobie mo¿na ufaæ, Thorpe?

– Nie mo¿na.

background image

112

Z jej ust wyrwa³ siê przyt³umiony œmiech.

– Oczywiœcie ¿e nie mo¿na. A jednak ci powiem. Lecz nie bêdziesz

nagrywa³ – doda³a.

– Nie bêdꠖ potwierdzi³.

– Kiedy by³am w college’u i mia³am k³opoty z pieniêdzmi, dorabia-

³am pisaniem.

– Taak? – zastanawia³ siê, jak to mo¿liwe, aby pochodz¹c z takiej

rodziny, mog³a mieæ k³opoty finansowe. Jednak nie zdecydowa³ siê za-

daæ tego pytania. – Jakiego rodzaju pisaniem?

– Napisa³am kilka opowiadañ dla „My True Story”.

Spojrza³ na ni¹ ze zdumieniem.

– Chyba ¿artujesz! Do takiego magazynu?

– Nie kpij, Thorpe! Potrzebowa³am pieniêdzy. Poza tym – doda³a z o-

drobin¹ dumy – to by³y zupe³nie niez³e opowiadania.

– Naprawdê? – uœmiechn¹³ siê tajemniczo.

– Beletrystyka – wyjaœni³a.

– Chcia³bym je przeczytaæ... dla celów edukacyjnych.

– Nie ma mowy. – Spojrza³a w stronê baru, sk¹d dochodzi³y coraz

g³oœniejsze dŸwiêki rozmów. – Co robi³eœ jako m³ody ch³opak?

– Zaczyna³em karierê w gazecie. – Rzuci³ k¹tem oka na dwóch mê¿-

czyzn k³óc¹cych siê przy grze w strza³ki.

– Wieczny dziennikarz.

– I wielbiciel dziewcz¹t.

– O tym nie trzeba nawet mówiæ. – Liv obserwowa³a, jak konflikt

miêdzy graczami coraz bardziej narasta. Klienci baru przy³¹czyli siê

do sporu, dziel¹c siê na dwa obozy. Thorpe siêgn¹³ po portfel.

– Chyba  nie  wychodzimy? –  zapyta³a  widz¹c,  ¿e  reguluje  ra-

chunek.

– Ju¿ za chwilê mo¿e tu wybuchn¹æ awantura.

– Wiem. – Rozeœmia³a siê. – Chcê to zobaczyæ. Na kogo stawiasz?

Na tego faceta w kapeluszu, czy na tego z w¹sami?

– Liv – Thorpe nie ustêpowa³. – Kiedy ostatnio by³aœ œwiadkiem burdy

w knajpie?

– Nie nudŸ, Thorpe. Stawiam na tego typa w kapeluszu. Jest co prawda

ni¿szy, ale za to lepiej zbudowany.

W tej w³aœnie chwili mê¿czyzna z w¹sami zada³ pierwszy cios. Thor-

pe westchn¹³ z rezygnacj¹. Martwi³ siê o Liv. Ale w tej sytuacji miejsce

w k¹cie wydawa³o siê bezpieczniejsze.

background image

113

Mê¿czyŸni przy barze odwrócili siê, aby mieæ lepsze pole do obser-

wacji. Trzymali w rêkach swoje drinki i g³oœno dopingowali walcz¹cych,

zak³adaj¹c siê, kto zwyciê¿y. Barman spokojnie kontynuowa³ wycieranie

szklanek. Tymczasem dwaj mê¿czyŸni zwarli siê w morderczym uœcisku,

po czym upadli na pod³ogê, ok³adaj¹c siê piêœciami.

Thorpe w milczeniu obserwowa³, jak tocz¹ siê po pod³odze. Potr¹co-

ne krzes³o przewróci³o siê i jakiœ mê¿czyzna, trzymaj¹cy w rêku szklan-

kê piwa w rêku, postawi³ je z powrotem, po czym odsun¹wszy siê nieco,

usiad³ na nim, dopinguj¹c swego faworyta.

Wszystko wskazywa³o na to, ¿e Liv mia³a nosa. Facet w kapeluszu

by³ zrêczny i œliski jak piskorz. W pewnej chwili chwyci³ g³owê swego

przeciwnika, tak ¿e ten nie móg³ wykonaæ ¿adnego ruchu i musia³ siê

poddaæ. Walka by³a skoñczona.

– Chcesz jeszcze drinka? – zapyta³ Thorpe, gdy na sali znowu zapa-

nowa³ spokój.

– Hmm? – Liv spojrza³a na niego z uwag¹, po czym rozeœmia³a siê,

widz¹c jego minê. – Thorpe, nie uwa¿asz, ¿e to móg³by byæ wspania³y

materia³ na reporta¿?

– Oczywiœcie, jeœli ty zdecydowa³abyœ siê wyst¹piæ w roli komenta-

tora zawodowego meczu bokserskiego – doda³ z uœmiechem. –Zdumie-

wasz mnie, Olivio.

– Dlaczego?  Czy  dlatego,  ¿e  nie  krzycza³am  i nie  zas³ania³am

oczu? – œmiej¹c siê, skinê³a na kelnera. – Thorpe, poza kilkoma sinia-

kami i paroma przekleñstwami, nic takiego tu siê nie sta³o. W pokoju

redakcyjnym ka¿dego dnia przed podawaniem wiadomoœci jest znacz-

nie wiêkszy harmider.

– Ale ty jesteœ dam¹, Carmichael – zauwa¿y³, wznosz¹c szklankê

do góry.

Liv z uœmiechem uczyni³a to samo.

– Mimo wszystko, dziêkujê.

By³o ju¿ bardzo póŸno, kiedy wyszli z pubu. Liv s³ysza³a, jak zegar

bije pierwsz¹. Z nieba wci¹¿ si¹pi³ deszcz. Œwiat³a latarni odbija³y siê

w ka³u¿ach wody i tworzy³y w powietrzu œwietlist¹ mgie³kê. Mimo ch³o-

du Liv czu³a siê znakomicie. Wino zrobi³o swoje.

– Wiesz – powiedzia³a, kiedy szli wolno przez Soho – gdy po raz

pierwszy by³am w Londynie, zwiedza³am zabytki i muzea, chodzi³am do

opery i na przyjêcia. Ale teraz czujê, ¿e dziœ wieczorem zobaczy³am wiê-

cej ni¿ wówczas w ci¹gu tygodnia. – Ten spacer z nim w deszczu jeszcze

background image

114

przed œwitem nagle wyda³ siê jej czymœ zupe³nie naturalnym. – Kiedy

wychodzi³am wieczorem z hotelu, czu³am siê ogromnie znu¿ona i przy-

gnêbiona. – Wzruszy³a ramionami. – No có¿, bardzo siê cieszê, ¿e siê

spotkaliœmy.

– Chcia³em byæ z tob¹ – powiedzia³ po prostu.

Liv szybko zmieni³a temat.

– Jestem zadowolona, ¿e weekend spêdzimy ju¿ w domu. Obs³uga

takich uroczystoœci jest bardzo stresuj¹ca. Szczególnie gdy obfituje w ta-

kie niespodzianki jak dziœ.

– To wcale nie by³a taka niespodzianka – zauwa¿y³ Thorpe.

Liv spojrza³a na niego ze zdumieniem.

– Chcesz powiedzieæ, i¿ spodziewa³eœ siê, ¿e coœ takiego mo¿e siê

wydarzyæ?

– Powiedzmy, ¿e mia³em przeczucie.

– No có¿, mog³eœ siê z nami nim podzieli栖 w jej g³osie da³o siê

s³yszeæ irytacjê. – Ostatecznie jesteœ dziennikarzem.

– I w³aœnie dlatego mam obowi¹zek przekazywaæ informacje i fak-

ty, a nie przeczucia. – Rozeœmia³ siê widz¹c, jak marszczy brwi. – Po-

winnaœ umieæ sama wyci¹gaæ wnioski, Carmichael. Masz krople desz-

czu na rzêsach.

– Nie zmieniaj tematu.

– Zaraz sp³ynie ca³y twój makija¿.

– Thorpe...

– Twoje w³osy ju¿ s¹ mokre.

Liv z westchnieniem podda³a siê.

– Zmêczona? – zapyta³, kiedy dotarli do hotelu.

– Nie. – Rozeœmia³a siê. – Chocia¿ wiem, ¿e powinnam.

– Mo¿e masz ochotê na szklaneczkê czegoœ mocnego przed snem?

– Nie, jeœli jutro mam mieæ trzeŸwy umys³ – odpowiedzia³a, kieru-

j¹c siê w stronê windy. – Przed odlotem muszê siê jeszcze zjawiæ w Sco-

tland Yardzie. Czy masz tam jakieœ chody?

Œmiej¹c siê, nacisn¹³ guzik z numerem ich piêtra.

– Bêdziesz musia³a sama pokopaæ.

– S¹dzi³am, ¿e to twoja specjalnoœæ.

– Tak, to prawda, ale tylko wtedy, kiedy jestem w Waszyngtonie.

– Myœlê, ¿e jednak masz kontakty – upiera³a siê Liv.

– Tego nie powiedzia³em. W ka¿dym razie mo¿emy jeszcze liczyæ

na naszego londyñskiego korespondenta.

background image

115

Czuj¹c, ¿e zabrnê³a w œlep¹ uliczkê, Liv w³o¿y³a klucz do zamka.

– To niestety prawda. Nienawidzê, kiedy nie jestem w stanie sobie

z czymœ poradziæ. – Odwróci³a siê do Thorpe’a i doda³a z uœmiechem: –

Dziêkujê za towarzystwo.

Bez s³owa podniós³ jej rêkê do ust. Czuj¹c mrowienie w czubkach

palców, chcia³a siê cofn¹æ, ale Thorpe, odwróciwszy jej d³oñ, z³o¿y³ na

niej d³ugi poca³unek.

– Thorpe. – Liv cofnê³a siê, ale jej rêka wci¹¿ tkwi³a w uœcisku jego

d³oni. – Przecie¿ ustaliliœmy, ¿e bêdziemy przyjació³mi.

Jego oczy zatonê³y w jej oczach. Ochryp³y g³os podnieci³ go jeszcze

bardziej.

– Jest ju¿ jutro, Liv – wyszepta³. – Jeœli chodzi o jutro, niczego ci

nie obiecywa³em.

Po³o¿y³ rêce na jej ramionach, odwróci³ j¹ w stronê drzwi i delikat-

nie wepchn¹³ do pokoju. Po czym odszed³ na chwilê tylko po to, aby

zamkn¹æ od œrodka drzwi.

Znowu znalaz³a siê w jego ramionach. Czubki jego palców muska³y

jej szyjê. Wci¹¿ patrz¹c jej w oczy, dotyka³ jej uszu, policzków i ust. Jej

wargi rozchyli³y siê, jakby chcia³a coœ powiedzieæ, ale ¿aden dŸwiêk siê

z nich nie wydoby³. Z tak¹ sam¹ delikatnoœci¹, w œlad za palcami pod¹-

¿y³y jego usta. Lekkie jak motyle poca³unki pokry³y jej szyjê, twarz i wargi.

Nie musia³ na nic nalegaæ ani niczego wymuszaæ. Jej po¿¹danie sta³o siê

jego najlepszym sprzymierzeñcem.

Kiedy wsun¹³ rêce pod jej sweter, nie uczyni³a nic, aby go powstrzy-

maæ. Delikatnie wodzi³ palcami wzd³u¿ jej boków. Czu³, ¿e dr¿y pod jego

dotykiem. Jego poca³unek stawa³ siê coraz intensywniejszy. Jego jêzyk

pokona³ jej wargi, wnikaj¹c coraz dalej w g³¹b ust.

Liv nie protestowa³a. Wygl¹da³o to tak, jakby ta walka, która siê w niej

toczy³a miêdzy chêci¹ zbli¿enia do niego a ostro¿noœci¹ nakazuj¹c¹ go

odrzuciæ, ju¿ j¹ znu¿y³a. Jej piersi, nabrzmia³e z namiêtnoœci, dr¿a³y w jego

d³oniach. Z jej ust wydoby³ siê jêk rozkoszy.

Instynkt podpowiada³ mu, ¿e powinien traktowaæ j¹ tak, jakby nigdy

nie by³a z mê¿czyzn¹, z du¿ym taktem i cierpliwoœci¹. A jednak przez

ca³y ten czas jego po¿¹danie wci¹¿ ros³o. To, ¿e dr¿a³a w jego ramionach,

podnieca³o go, ale pragn¹³ czegoœ wiêcej. Chcia³, aby go dotyka³a, aby go

po¿¹da³a. By³a w niej namiêtnoœæ, wiedzia³ ju¿ o tym. I teraz chcia³, aby

znowu tak by³o. Jego usta wtopi³y siê w jej wargi, gor¹ce i nieustêpliwe.

Widzia³, ¿e ona walczy bardziej ze sob¹ ni¿ z nim. Ciê¿ko oddycha³a,

background image

116

a jej cia³o jakby zaczê³o odp³ywaæ. Mimo to wci¹¿ istnia³a jakaœ cienka

œciana, której on nie by³ w stanie pokonaæ.

Powoli rozsun¹³ jej spodnie i wsun¹³ do œrodka palce. Cudowna, nie-

prawdopodobna miêkkoœæ jej cia³a sprawi³a, ¿e zacz¹³ traciæ nad sob¹

panowanie. Przywar³a do niego konwulsyjnie. Jej cia³o nagle o¿y³o. Usta

sta³y siê zach³anne i ¿¹daj¹ce. Jednak po chwili, zupe³nie nieoczekiwa-

nie, odepchnê³a go i opar³szy siê o drzwi, krêc¹c przecz¹co g³ow¹ w pa-

nice powtarza³a:

– Nie. Nie rób tego..

– Liv. – Doprowadzony do ostatecznoœci Thorpe chwyci³ j¹ w ra-

miona. – Nie chcê zrobiæ ci krzywdy. Czego siê boisz?

Zbyt daleko zabrnê³a. Stanowczo zbyt daleko. Krzycza³a:

– Niczego siê nie bojê! Chcê, abyœ sobie poszed³. Chcê, abyœ zosta-

wi³ mnie sam¹.

Zacisn¹³ palce na jej ramionach.

– Nie wierzê ci!

Z furi¹ zacz¹³ j¹ znowu ca³owaæ. Nawet jeœli chcia³a protestowaæ,

usta wbrew jej woli odpowiada³y na poca³unki.

– Teraz spójrz mi w oczy – zawo³a³, odsuwaj¹c j¹ nieco od siebie. –

Spójrz mi w oczy i powtórz, ¿e nie pragniesz mnie.

Otwiera³a usta, aby mu odpowiedzieæ, ale nie mog³a siê zdobyæ na

k³amstwo. Sta³a wiêc tylko i patrzy³a na niego bez s³owa. Zniknê³a ca³a

jej odwaga. By³a zupe³nie bezbronna.

– A niech ciê diabli, Liv – rzuci³ Thorpe przez zaciœniête zêby, i od-

sun¹wszy j¹ na bok, z furi¹ wypad³ z pokoju.

background image

117

K

iedy  w poniedzia³ek  rano  Liv  zjawi³a  siê  w WWBW,  na  jej

twarzy malowa³ siê spokój. Resztê weekendu spêdzi³a na ana-

lizowaniu swoich stosunków z Thorpe’em. S³owo „stosunki” nie

bardzo jej odpowiada³o, poniewa¿ sugerowa³o coœ osobistego. „Sytuacja”

by³o z pewnoœci¹ lepszym okreœleniem.

Postanowi³a nie dopuœciæ do dalszych komplikacji. To prawda, ¿e ku

swojemu zdumieniu odkry³a, i¿ Thorpe by³ mi³y i poci¹gaj¹cy, o wiele

bardziej ni¿ kiedykolwiek mog³a przypuszczaæ. By³ nawet dowcipny i to-

warzyski, o co go zupe³nie nie pos¹dza³a, okaza³ siê jednak doskona³ym

kompanem, by³a w nim równie¿ g³êboko skrywana dobroæ i ¿yczliwoœæ

w stosunku do innych ludzi. Odkrycie to sprawi³o, ¿e wyda³ jej siê bar-

dzo sympatyczny.

Liv nale¿a³a do ostro¿nych kobiet, okolicznoœci j¹ do tego zmusi³y.

Jednak przed sob¹ nie musia³a udawaæ. Ta ch³odna, zawsze siê kontrolu-

j¹ca Olivia Carmichael, która codziennie o pi¹tej trzydzieœci przekazy-

wa³a wiadomoœci, nie by³a prawdziw¹ Olivi¹. Znaczna jej czêœæ tkwi³a

gdzieœ g³êboko schowana przed ludŸmi. Dla swego dobra. To prawda, ¿e

Thorpe zaczyna³ docieraæ do tego, co ukryte, ale minione lata nauczy³y

Liv byæ tward¹. Jeœli zechce pozostaæ w ukryciu, pozostanie. To by³o ta-

kie proste. Albo te¿ chcia³a sobie wmówiæ, ¿e by³o proste.

Poci¹g fizyczny wcale nie musi oznaczaæ powa¿niejszego zaanga¿o-

wania. Liv nie mia³a zamiaru wi¹zaæ siê z Thorpe’em. Oczywiœcie bêd¹

background image

118

ich ³¹czy³y sprawy zawodowe. Nie wyklucza³a nawet, ¿e od czasu do

czasu bêd¹ siê spotykaæ na gruncie towarzyskim. Byæ mo¿e nadszed³ czas,

aby zacz¹æ uk³adaæ jakoœ swoje sprawy osobiste i wyjœæ z izolacji. Natu-

ralnie musi siê mieæ na bacznoœci. Thorpe nie nale¿y do mê¿czyzn, któ-

rych mo¿na lekcewa¿yæ.

Pope³ni³a b³¹d, gdy z pobudek wy³¹cznie ambicjonalnych da³a siê

wci¹gn¹æ w ten idiotyczny zak³ad. Taki cz³owiek jak Thorpe zrobi wszyst-

ko, ¿eby osi¹gn¹æ swój cel. Powinna by³a zignorowaæ tê jego dziwaczn¹

zapowiedŸ ma³¿eñstwa.

Wspomnienie jego pewnego siebie uœmiechu, kiedy zgodzi³a siê na

zak³ad, wci¹¿ j¹ przeœladowa³o. Za bardzo wtedy przypomina³ kota, któ-

ry wie, jak dostaæ siê do klatki z ptaszkiem.

Ale ja nie jestem kanarkiem, powiedzia³a sobie, wchodz¹c o pokoju

redakcyjnego. I wcale nie bojê siê kotów.

W pokoju redakcyjnym jak zwykle panowa³ ha³as. Telefony dzwoni³y

bez przerwy. Tylko z telewizyjnych monitorów, którymi zawieszona by³a

ca³a œciana, nie wydobywa³ siê ¿aden dŸwiêk. Odbywaj¹cy praktykê stu-

denci z college’ów biegali tam i z powrotem, wykonuj¹c ró¿ne polecenia.

Asystent dyrektora spiera³ siê z jakimœ terenowym korespondentem o d³u-

goœæ nagrania. Cz³onkowie jednej z ekip szykowali siê do wyjœcia, zbiera-

j¹c sprzêt i dopijaj¹c w biegu kawê z trzymanych w rêku fili¿anek.

– Ile koci¹t? – wo³a³ jeden z reporterów do s³uchawki. – Gdzie je

urodzi³a?

– Liv – redaktor programu pozdrowi³ j¹ podniesion¹ do góry rêk¹. –

Burmistrz na drug¹ zwo³uje konferencjê prasow¹. – Przechodz¹c obok,

poda³ jej kartkê papieru.

– Kto chce kociaka? – us³ysza³a b³agalny g³os. – Nasza kotka uro-

dzi³a w³aœnie dziesiêcioro i moja ¿ona odchodzi od zmys³ów.

– Hej, Liv! – Brian chwyci³ j¹ za ramiê, kiedy mija³a jego biurko. –

By³y do ciebie dwa telefony.

– Naprawdê? – spojrza³a krytycznym wzrokiem na jego marynarkê. –

Nowa?

– Taaak – Delikatnie obci¹gn¹³ per³owoszare klapy. – Co myœlisz?

– Rzuca na kolana – odpar³a, wiedz¹c, jak bardzo Brian dba o swój

telewizyjny image. W³aœciwy dobór krawata to dla niego sprawa ¿ycia

i œmierci. – A wracaj¹c do tych telefonów?

– Trochê siê ba³em, czy dobrze le¿y w ramionach. – Uniós³ nieco

rêce do góry. – Pierwszy by³ od sekretarki pani Ditmyer. Zdaje siê, ¿e

background image

119

chodzi³o o zaproszenie na lunch. Drugi by³ od kogoœ o nazwisku Dutch

Siedel. Powiedzia³, ¿e ma dla ciebie wiadomoœæ.

– Doprawdy? – zamyœli³a siê. – Dutch by³ jej jedynym pewnym

Ÿród³em informacji na Kapitolu. Wiele mo¿na siê by³o od niego dowie-

dzieæ.

– Kto to jest Dutch?

– To mój bukmacher – rzuci³a z uœmiechem, kieruj¹c siê w stronê

swojego biurka.

– Same niespodzianki, nie uwa¿asz? – skomentowa³ Brian. – Kim

jest ten goguœ, co ciê tak obsypuje kwiatami?

Liv zatrzyma³a siê.

– Co powiedzia³eœ?

Brian, uœmiechaj¹c siê pod nosem, z uwag¹ ogl¹da³ swoje paznokcie.

– Na twoim biurku stoi bia³a ró¿a, taka sama jak tydzieñ temu. Ta ma³a

praktykantka o kêdzierzawych w³osach powiedzia³a, ¿e przyniesiono j¹ z gó-

ry. – Spojrza³ na ni¹ badawczo. – Du¿o siê mówi o ostatniej wizycie Thor-

pe’a w naszym studiu. Pracujecie razem nad jakimœ reporta¿em?

– Nad niczym razem nie pracujemy. – Liv odwróci³a siê na piêcie

i podesz³a do swego biurka.

Sta³a tam – bia³a i nietkniêta ze stulonymi niewinnie p³atkami. Liv

si³¹ siê powstrzymywa³a, aby jej nie chwyciæ i nie zgnieœæ w rêku.

– Nikt nigdy nie przys³a³ mi kwiatów.

Liv odwróci³a siê i z furi¹ spojrza³a na kobietê, która siedzia³a przy

s¹siednim biurku i pisa³a na maszynie.

– Musia³aœ poderwaæ jakiegoœ romantyka. – Westchnê³a maszynist-

ka. – Szczêœciara.

– Tak, jestem szczêœciara – mruknê³a pod nosem Liv. Co ten cz³o-

wiek zamierza³? – Nagle wyda³o siê jej, ¿e w pokoju zapad³a podejrzana

cisza. K¹tem oka zauwa¿y³a ukradkiem rzucane porozumiewawcze spoj-

rzenia i uœmiechy. Z furi¹ chwyci³a wazon wraz z ca³¹ zawartoœci¹ i z hu-

kiem postawi³a go na s¹siednim biurku.

– Proszꠖ powiedzia³a. – Mo¿esz j¹ sobie wzi¹æ.

Wzburzona wypad³a z pokoju, s³ysz¹c za sob¹ œmiech kolegów. Naj-

wy¿szy czas, postanowi³a, aby pewne sprawy postawiæ jasno.

Kiedy tylko winda zatrzyma³a siê na piêtrze Thorpe’a, Liv, wci¹¿

kipi¹c ze z³oœci, ruszy³a w stronê jego pokoju.

– Czy on jest? – zawo³a³a do recepcjonistki.

– Kto?

background image

120

– Thorpe.

– Tak, panno Carmichael, ale za dwadzieœcia minut ma spotkanie

z szefem kadr.

Liv, nie zwracaj¹c uwagi na protest dziewczyny, z furi¹ wpad³a do

gabinetu Thorpe’a.

– Pos³uchaj mnie dobrze – zaczê³a, zanim zatrzasnê³y siê za ni¹ drzwi.

– To musi siê skoñczyæ.

Thorpe uniós³ do góry brwi i od³o¿y³ na bok trzymane w rêku pióro.

– W porz¹dku.

Jego spokój jeszcze bardziej wytr¹ci³ j¹ z równowagi.

– Dobrze wiesz, o co mi chodzi.

– Nie mam pojêcia. – Wskaza³ rêk¹ na krzes³o. – Ale jestem pewien,

¿e mi wyjaœnisz. Usi¹dŸ, proszê.

– Chodzi o ten cyrk z kwiatami – ci¹gnê³a, podchodz¹c do jego biur-

ka. – To mnie krêpuje, Thorpe. Robisz to celowo.

– Ró¿e ciê krêpuj¹? – Uœmiechn¹³ siê rozbrajaj¹co. – Co powiesz

o kolorze?

– Mo¿esz przestaæ! – wpi³a d³onie w blat jego biurka z jeszcze wiêk-

sz¹ furi¹ ni¿ wtedy, gdy wtargnê³a tu za pierwszym razem. – Twój fa³szy-

wy uœmiech i wygl¹d œwiêtoszka nie wyprowadz¹ mnie w pole. Dosko-

nale wiesz, co robisz. Doprowadzasz mnie do sza³u! – Przerwa³a na chwilê,

aby z³apaæ trochê tchu. Thorpe, odchyliwszy siê do ty³u, patrzy³ na ni¹

z zainteresowaniem. – Zanim wybije dwunasta, wszyscy moi koledzy

bêd¹ przekonani, ¿e coœ mnie z tob¹ ³¹czy.

– A có¿ w tym z³ego?

– Nic mnie z tob¹ nie ³¹czy. Nic nie ³¹czy³o i nic nigdy nie bêdzie

³¹czy³o. I nie ¿yczê sobie, aby moi koledzy myœleli inaczej.

Thorpe wzi¹³ do rêki pióro i zacz¹³ nim stukaæ w blat biurka.

– Czy¿byœ siê obawia³a, ¿e zwi¹zek ze mn¹ podwa¿y w jakiœ sposób

twoj¹ wiarygodnoœæ?

– To nie ma z tym nic wspólnego. – Wyrwa³a mu z rêki pióro i ci-

snê³a przed siebie. – Nic mnie z tob¹ nie ³¹czy.

– Czy¿by? – spokojnie powiedzia³. – ObudŸ siê, Liv.

– Pos³uchaj...

– Nie, to ty pos³uchaj. – Wsta³ i obszed³ dooko³a biurko. Liv wypro-

stowa³a siê, aby stan¹æ z nim twarz¹ w twarz. – Ca³owa³aœ siê ze mn¹

dwa dni temu.

– To nie ma nic...

background image

121

– Przestañ – powiedzia³ ³agodnie. – Wiem, co naprawdê czujesz, i je-

steœ g³upia, jeœli s¹dzisz, i¿ zdo³asz stworzyæ pozory, ¿e jest inaczej.

– Ja niczego nie stwarzam.

– Czy¿by? – uniós³ nieco ramiona, jakby siê zastanawia³ nad tym, co

powiedzia³a. – W ka¿dym razie nie uwa¿am, aby wys³anie ró¿y mog³o w ja-

kimkolwiek stopniu naruszyæ twoje poczucie godnoœci. Jeœli chcesz mieæ

jakiœ bardziej konkretny powód do obrazy, zobowi¹zujê siê dostarczyæ ci go.

Przyci¹gn¹³ j¹ do siebie. Po raz pierwszy ujrza³a b³ysk gniewu w jego

oczach. Nie chcia³a siê z nim szarpaæ, nie mia³a zreszt¹ szans, poniewa¿

by³ od niej silniejszy. Podnios³a wiêc tylko do góry g³owê i spojrza³a na

niego wyzywaj¹co.

– Nie s¹dzi³am, Thorpe, ¿e bêdziesz musia³ w³o¿yæ tyle wysi³ku, aby

przejϾ do ofensywy.

– Wcale nie potrzebowa³em. Raczej dzia³a³em pod presj¹ czasu, a mo-

¿e chcia³em po prostu coœ udowodniæ. Bêdziemy mogli jeszcze o tym

porozmawiaæ podczas dzisiejszej kolacji.

– Nie zamierzam jeœæ dzisiaj z tob¹ kolacji.

– Przyjadê po ciebie o siódmej trzydzieœci – oznajmi³, wypuszcza-

j¹c j¹ z objêæ i siêgaj¹c po marynarkê.

– Nie.

– Naprawdê nie uda mi siê wczeœniej ni¿ kwadrans przed siódm¹ –

poca³owa³ j¹ szybko. – Je¿eli mamy sobie coœ wyjaœniæ, to chyba lepiej,

abyœmy wybrali do tego bardziej odpowiednie miejsce, nie uwa¿asz?

Nie mog³a nie przyznaæ mu racji, a jej wargi wci¹¿ dr¿a³y od jego

poca³unku.

– Wys³uchasz tego, co mam ci do powiedzenia? – zapyta³a po-

dejrzliwie.

– Oczywiœcie.  – Uœmiechn¹³  siê  i jeszcze  raz  delikatnie  musn¹³

ustami jej wargi.

Cofnê³a siê.

– I bêdziesz siê zachowywa³ przyzwoicie?

– Oczywiœcie. – W³o¿y³ marynarkê. Liv zaniepokoi³a ³atwoœæ, z ja-

k¹ Thorpe na wszystko siê zgadza³. – Muszê ju¿ wyjœæ – powiedzia³. –

Odprowadzê ciê do windy.

– Doskonale.

Id¹c obok niego, Liv zastanawia³a siê, czy zdoby³a czy te¿ straci³a

punkty. W najlepszym przypadku remis, zdecydowa³a po chwili i uœmiech-

nê³a siê.

background image

122

Pod domem Liv Thorpe’a ogarnê³y w¹tpliwoœci. W³aœciwie nie wie-

dzia³, dlaczego to robi. Nie by³ przyzwyczajony do odmowy, zw³aszcza

gdy spotyka³a go ze strony kobiety. Zawsze odnosi³ sukcesy, i to zarówno

w ¿yciu zawodowym, jak i osobistym; te ostatnie przychodzi³y mu wy-

j¹tkowo ³atwo. Nie musia³ godzinami zabiegaæ o wzglêdy kobiety, aby j¹

w koñcu wzi¹æ w ramiona i zaci¹gn¹æ do ³o¿ka

Maj¹c niewiele wiêcej ni¿ dwadzieœcia lat i znajduj¹c siê dopiero

u progu zawodowej kariery, zaliczy³ wiele atrakcyjnych panienek.

PóŸniej, gdy na osiemnaœcie miesiêcy wyjecha³ jako korespondent na

Œrodkowy Wschód, kobiet w jego ¿yciu równie¿ nie brakowa³o. A ponie-

wa¿ z biegiem lat jego nazwisko i twarz stawa³y siê coraz bardziej znane,

panie z najlepszego towarzystwa same wchodzi³y mu w rêce.

Wiedzia³, i¿ wystarczy mu podnieœæ s³uchawkê i wybraæ numer, aby

zapewniæ sobie towarzystwo na ca³y wieczór. Zna³ mnóstwo kobiet –

interesuj¹cych, piêknych i s³awnych. Przeby³ d³ug¹ drogê, zanim krêc¹-

cy siê niegdyœ przy klubie „Senatorów” m³ody ch³opiec sta³ siê znanym

w ca³ym kraju reporterem.

Jednak dwie rzeczy pozosta³y w nim niezmienne. W tym, co robi³,

zawsze musia³ byæ najlepszy, a jeœli czegoœ naprawdê chcia³, zawsze to

osi¹ga³. Thorpe wsun¹³ rêce do kieszeni i, zatrzymawszy siê pod drzwia-

mi Liv, chwilê sta³ niezdecydowany. Co w³aœciwie go tu ci¹gnê³o? – za-

stanawia³ siê.

Jednak odpowiedŸ wcale nie by³a prosta. Nawet teraz, kiedy tak sta³

pod jej drzwiami, mia³ przed sob¹ jej twarz, s³ysza³ jej g³os, czu³ jej za-

pach. Jeszcze ¿adna kobieta tak na niego nie dzia³a³a. Za ¿adn¹ tak nie

têskni³ i z powodu ¿adnej nigdy tak nie cierpia³. Liv by³a dla niego wy-

zwaniem, to prawda, ale on uwielbia³ wyzwania. Jednak nie dlatego tu

by³. Kocha³ j¹. Pragn¹³ jej i by³ zdecydowany j¹ zdobyæ. Nacisn¹³ dzwo-

nek i czeka³.

Kiedy Liv otworzy³a drzwi, mia³a ju¿ narzucony na ramiona ¿akiet.

Nie zamierza³a wpuszczaæ go do œrodka. Jeœli ju¿ siê z nim umówi³a,

wola³a, aby wybrali siê do restauracji, gdzie nie grozi³o jej niebezpie-

czeñstwo, ¿e pope³ni b³¹d, który pope³ni³a ju¿ tyle razy.

– Jestem gotowa – powiedzia³a urzêdowym tonem.

– Widzê.

Nie ruszy³ siê z miejsca, kiedy zatrzasnê³a za sob¹ drzwi. Mia³a do

wyboru – albo odepchn¹æ go, albo czekaæ, a¿ sam siê odsunie. Wybra³a

to drugie wyjœcie. Musia³ przyjœæ prosto z nagrania, chocia¿ Liv nie mia-

background image

123

³a zamiaru siê przyznaæ, ¿e ogl¹da³a jego program. Wygl¹da³o na to, i¿

by³ w takim samym stopniu pewny siebie i rozluŸniony, jak ona by³a spiêta.

– Wci¹¿ jesteœ z³a. – Uœmiechn¹³ siê, wiedz¹c, ¿e j¹ prowokuje, ale

nie móg³ siê przed tym powstrzymaæ. Nie by³ pewien, kiedy jej oczy bar-

dziej go fascynowa³y: czy wtedy gdy z powag¹ spogl¹da³y z ekranu, czy

wtedy gdy patrzy³y na niego z trudem powstrzymywan¹ irytacj¹.

Liv nie by³a z³a, mia³a jedynie pretensje do siebie, ¿e tak ³atwo mu

uleg³a. Nawet teraz czu³a, jak miêknie pod wp³ywem jego uœmiechu.

– Myœla³am, ¿e porozmawiamy o tym podczas kolacji, a nie w holu

mojego domu.

– Jesteœ g³odna?

Nie chcia³a siê uœmiechn¹æ, ale jej usta j¹ zdradzi³y.

– Tak.

– Lubisz  w³osk¹ kuchniê? – zapyta³, bior¹c  j¹  za  rêkê,  kiedy szli

w stronê windy.

– Prawdê mówi¹c, lubiê. – Chcia³a uwolniæ rêkê, ale Thorpe zdawa³

siê nie zwracaæ na to uwagi.

– Doskonale. Znam niewielki lokalik, gdzie podaj¹ wspania³e spaghetti.

– Œwietnie.

Dwadzieœcia minut póŸniej dotarli na miejsce. Liv zmarszczy³a brwi

na widok wysokiego, bia³ego budynku.

– Po co tu przyjechaliœmy?

– Aby zjeœæ kolacjê.

Thorpe zaparkowa³ samochód, po czym przechyli³ siê i odblokowa³

klamkê. Liv wysiad³a i czeka³a na niego.

– W Watergate chyba nie maj¹ w³oskiej restauracji.

– Nie maj¹. – Thorpe znowu wzi¹³ j¹ za rêkê i poprowadzi³ w stro-

nê frontowych drzwi.

Liv rozejrza³a siê z niepokojem.

– Powiedzia³eœ, ¿e idziemy do w³oskiej restauracji.

– Nie, powiedzia³em, ¿e bêdziemy jedli spaghetti.

Przeszli przez hol i Thorpe nacisn¹³ przycisk windy. Liv spojrza³a na

niego z ukosa.

– Gdzie?

Wprowadzi³ j¹ do windy.

– W moim mieszkaniu.

– O nie! – wpad³a w panikê, ale kabina ju¿ ruszy³a. – Zgodzi³am siê

zjeœæ z tob¹ kolacjê, ¿ebyœmy mogli spokojnie porozmawiaæ, ale ja...

background image

124

– Trudno  spokojnie  rozmawiaæ  w ha³aœliwej  restauracji,  nie  uwa-

¿asz? – zauwa¿y³ lekko, kiedy winda zatrzyma³a siê na piêtrze. – A coœ

mi siê zdaje, ¿e masz mi du¿o do powiedzenia. – Otworzywszy drzwi do

mieszkania, zaprosi³ j¹ do œrodka.

– Tak, to prawda, ale... – do jej nozdrzy dotar³ zapach aromatyczne-

go, pikantnego sosu. – Kto przygotowa³ spaghetti?

– Ja.

Thorpe zsun¹³ z jej ramion okrycie, po czym zdj¹³ swoje.

– To nieprawda. – Patrzy³a na niego z niedowierzaniem. Czy¿ to mo¿-

liwe, ¿eby ten cz³owiek o szorstkich d³oniach, inteligentnych oczach, prze-

m¹drza³y i pewny siebie, potrafi³ przyrz¹dziæ spaghetti?

– Szowinistka – powiedzia³ i poca³owa³ j¹, zanim zd¹¿y³a siê przed

tym obroniæ.

– Tego siê nie spodziewa³am. – Liv by³a oszo³omiona nie tylko po-

ca³unkiem,  ale  i dochodz¹cym  z kuchni  kusz¹cym  zapachem. –  Znam

wielu gotuj¹cych mê¿czyzn, ale nie...

– Ale nie s¹dzi³aœ, ¿e ja potrafiꠖ dokoñczy³ za ni¹ Thorpe. Œmia³

siê, wci¹¿ trzymaj¹c d³onie na jej ramionach. Jej skóra by³a taka delikat-

na, zbyt delikatna, aby móg³ siê temu oprzeæ. – Lubiê jeœæ i mam dosyæ

restauracji. Poza tym, nauczy³em siê gotowaæ, kiedy jeszcze by³em dziec-

kiem. Moja matka pracowa³a. Ja przygotowywa³em posi³ki.

Jego rêce delikatnie g³adzi³y jej ramiona, a¿ poczu³a, ¿e ca³a pulsuje.

Thorpe widzia³, co siê z ni¹ dzieje, i pragn¹³ jej coraz bardziej.

– Nie rób tego – wyszepta³a, boj¹c siê, ¿e za chwilê z w³asnej woli

znajdzie siê w jego ramionach.

– Nie rób czego, Liv?

Dostrzegaj¹c w jej oczach t³umione po¿¹danie, czu³, jak narasta jego

w³asne.

– Nie dotykaj mnie w ten sposób.

Thorpe na chwilê znieruchomia³, po czym, jakby nic siê nie sta³o,

cofn¹³ rêce.

– Czy umiesz gotowaæ?

Liv wyda³o siê, jakby stanê³a na nieco twardszym gruncie.

– Niespecjalnie.

– Czy potrafisz przygotowaæ sa³atkê?

Dlaczego to by³o takie proste i ³atwe dla niego? – zastanawia³a siê.

Œmia³ siê tak beztrosko i naturalnie, podczas gdy pod ni¹ nogi wci¹¿ jesz-

cze siê ugina³y.

background image

125

– Chyba tak, jeœli zrobiê to pod twoim kierunkiem.

– Zaraz ci wszystko powiem. – Wzi¹³ j¹ za rêkê i poprowadzi³ w stro-

nê kuchni.

– Czy czêsto zapraszasz kobiety na kolacjê, po czym zaganiasz je do

pracy? – Stara³a siê dostosowaæ do jego nastroju i zapomnieæ o chwili

s³aboœci.

– Zawsze.

Kuchnia robi³a niesamowite wra¿enie. Pod oknem w specjalnych ko-

szykach z plecionego drutu u³o¿one by³y cebula, czosnek i ziemniaki,

a wysoko na hakach wisia³y miedziane rondle. Poza tym pe³no tu by³o

ró¿nych naczyñ i przyborów, których nigdy jeszcze nie widzia³a, a wszyst-

ko umieszczone tak, aby znajdowa³o siê w zasiêgu rêki. Na pó³kach sta³y

szklane pojemniki z kolorow¹ fasol¹ i innymi ziarnami oraz makaronem

ró¿nej d³ugoœci i kszta³tu. Jej w³asna kuchnia, w porównaniu z t¹, wyda-

³a siê Liv szara i uboga. To by³o królestwo nie tylko kogoœ, kto umie

gotowaæ, ale kto robi to z sercem.

– Ty naprawdê gotujesz – z podziwem powtarza³a Liv.

– To mnie odprê¿a, podobnie jak wios³owanie. I jedno, i drugie wy-

maga wysi³ku i koncentracji.

Thorpe otworzy³ butelkê burgunda i zostawi³ j¹, aby siê trochê odsta-

³a, po czym zaci¹gn¹³ Liv do stoj¹cego na ma³ym ogniu garnka.

– Kiedy zd¹¿y³eœ to wszystko zrobiæ?

Podniós³ pokrywkê.

– Nastawi³em rano, zanim wyszed³em do pracy.

Spojrza³a na niego spod oka.

-Jesteœ bardzo pewny siebie. – Zdumiewaj¹ce, ile razy, w tak krót-

kim czasie, zdo³a³ j¹ wyprowadziæ z równowagi.

– Proszꠖ rzek³ z rozbrajaj¹cym uœmiechem i zanurzy³ drewnian¹

³y¿kê w garnku. – Spróbuj.

Duma ust¹pi³a przed nag³ym uczuciem g³odu i Liv ulegaj¹c namo-

wom otworzy³a usta.

– Och! – Liv zamknê³a oczy rozkoszuj¹c siê wybornym smakiem po-

trawy. – To prawdziwa rozpusta.

– Rozpust¹ jest korzystanie z tego co najlepsze. – Thorpe ponownie

przykry³ garnek. – Przygotujê chleb i makaron. – Nape³ni³ garnek wod¹.

Liv waha³a siê chwilê. Wci¹¿ czu³a w ustach cudowny smak sosu. W koñcu

postanowi³a, ¿e nic jej nie powstrzyma przed konsumowaniem tego wspa-

nia³ego spaghetti.

background image

126

– Wszystko, co trzeba, znajdziesz w lodówce.

Ujê³a warzywa i zanios³a do zlewu, aby je umyæ.

– Potrzebna mi salaterka.

– Druga szafka nad twoj¹ g³ow¹. – Zapali³ gaz i wsypa³ trochê soli

do wody, po czym wzi¹³ siê do krojenia chleba.

Obserwowa³, jak Liv wspina siê na palce, aby zdj¹æ z góry salaterkê.

Sukienka wêdrowa³a to w górê to na dó³, ods³aniaj¹c nogi. Kiedy my³a

pod wod¹ zielony pieprz, jej palce zrêcznie przeœlizgiwa³y siê po zielonej

³upinie. Paznokcie, pokryte bezbarwnym lakierem, mia³y piêkny kszta³t

i by³y bardzo zadbane, a makija¿ delikatny i stonowany, tak jak i jej ubra-

nie. Thorpe zastanawia³ siê, czy mia³o to byæ celowym przeciwstawie-

niem krzykliwego stylu jej siostry, czy te¿ by³ to œwiadomy wybór.

Liv po³o¿y³a warzywa na ladzie. Podnios³a g³owê, kiedy Thorpe po-

da³ jej kieliszek wina.

– Ciê¿ka praca zas³uguje na nagrodê.

Zanim zd¹¿y³a wytrzeæ rêce i wzi¹æ od niego kieliszek, Thorpe ju¿

podniós³ go do jej ust. Wzrok mia³ przez ca³y czas utkwiony w jej oczach.

– Dziêki. – Mia³a taki zamêt w g³owie, ¿e nawet dawa³o siê to od-

czuæ w sposobie mówienia. Szybko odwróci³a twarz.

– Smakuje ci? Zwykle pijesz bia³e. – Thorpe podnió s³ do ust swój

kieliszek i upi³ z niego trochê.

– Jest w porz¹dku. – Liv ca³¹ uwagê skupi³a na wybraniu w³aœciwe-

go no¿a.

Thorpe wyci¹gn¹³ jeden ze stojaka i poda³ jej.

– Jest bardzo ostry – ostrzeg³. – B¹dŸ ostro¿na.

– Staram siê by栖 mruknê³a i wziê³a siê do pracy.

S³ysza³a, jak Thorpe krz¹ta siê po kuchni, jak sypie makaron na wrz¹-

tek i umieszcza kromki chleba w tosterze. Jego obecnoœæ dzia³a³a na ni¹

parali¿uj¹co. Zanim skoñczy³a przyrz¹dzaæ sa³atkê, jej nerwy by³y napiê-

te do granic wytrzyma³oœci. Siêgnê³a po stoj¹cy na ladzie kieliszek i wy-

pi³a prawie ca³¹ jego zawartoœæ. Odstaw, powiedzia³a do siebie, jeœli nie

chcesz zapomnieæ, po co tu przysz³aœ.

– Gotowe? – Po³o¿y³ rêce na jej ramionach i Liv z trudem opanowa-

³a dr¿enie.

– Tak, wszystko zrobione.

– Doskonale. A wiêc zaczynajmy.

Pod oknem, sk¹d roztacza³ siê rozleg³y widok na panoramê miasta,

na otoczonym balustrad¹ podwy¿szeniu, do którego prowadzi³y trzy schod-

background image

127

ki, sta³ niewielki stó³ z blatem z dymnego szk³a. To by³ niezwykle sym-

patyczny, przytulny k¹cik, którego atmosferê podkreœla³y jeszcze usta-

wione w ró¿nych miejscach p³on¹ce œwiece.

Angielska porcelana dope³nia³a reszty. Thorpe zaj¹³ siê nak³adaniem

sa³atki na talerze. Liv stara³a siê nie ulegaæ nostrojowi; zastanawia³a siê,

jak zacz¹æ dra¿liwy temat. Byæ mo¿e, pomyœla³a, lepiej do niego dojœæ

nieco okrê¿n¹ drog¹.

– Masz  piêkny  apartament –  zauwa¿y³a.  – Od  jak  dawna  tu

mieszkasz?

– Od trzech lat.

– A jak d³ugo przebywa³eœ na Œrodkowym Wschodzie?

– Za d³ugo. – Spojrza³a na niego ze zdumieniem. – Godziny nudy i chwi-

le panicznego strachu. Nie najlepszy sposób na ¿ycie. Dopiero wojna uœwia-

damia nam, mo¿e za bardzo, do czego tak naprawdê zdolny jest cz³owiek.

– To musi byæ bardzo trudne – powiedzia³a cicho, staraj¹c to sobie

wyobraziæ. – Robiæ reporta¿e o wojnie, o takiej wojnie, w obcym kraju.

– To tylko kolejne doœwiadczenie – wzruszy³ ramionami. – Problem

w tym, i¿ robi¹c reporta¿e czêsto zapominamy, ¿e równie¿ jesteœmy ludŸ-

mi. Uwa¿amy, ¿e nic z³ego nie mo¿e nas spotkaæ. To jest zwyczajne oszu-

kiwanie siebie. Wystarczy jedna zab³¹kana kula, która nie bêdzie nas

oszczêdzaæ.

Doskonale wiedzia³a, co mia³ na myœli. Sama to kiedyœ odczu³a na

w³asnej skórze, kiedy wesz³a do budynku rz¹dowego w œlad za antyterro-

rystyczn¹ grup¹, która mia³a rozbroiæ bombê. Wówczas myœla³a jedynie

o reporta¿u. Dopiero póŸniej uœwiadomi³a sobie, jakie mog³y byæ tego

konsekwencje.

– To niesamowite, nie uwa¿asz? – powiedzia³a w zadumie. – I to do-

tyczy nie tylko reporterów. Z kamerzystami jest chyba jeszcze gorzej.

Jak myœlisz, dlaczego to robimy?

– Niektórzy u¿ywaj¹ górnolotnych s³ów o szczególnej misji, któr¹

mamy do wype³nienia, czy te¿ szlachetnym obowi¹zku informowania opi-

nii publicznej. Ja nazywam to inaczej. Po prostu uwa¿am, i¿ robimy to

dlatego, ¿e taki jest nasz zawód.

– W tym nie ma nic z romantyzmu – doda³a Liv.

Thorpe uœmiechn¹³ siê, obserwuj¹c, jak œwiat³o œwiec dr¿y na jej twarzy.

– Szukasz w pracy romantyzmu, Liv?

– Ale sk¹d¿e! – To chyba dobry moment, pomyœla³a. – I w³aœnie dla-

tego zgodzi³am siê zjeœæ dzisiaj z tob¹ kolacjê.

background image

128

– Aby oddzieliæ romantyzm od pracy.

Zmarszczy³a brwi. Dlaczego w jego ustach zabrzmia³o to zupe³nie

inaczej?

– Tak... Nie – sprostowa³a.

– Pójdê po spaghetti, a ty siê w tym czasie zdecyduj.

Wœciek³a na siebie rozerwa³a w rêkach kromkê czosnkowego chleba.

Dlaczego, ilekroæ on jest przy niej, wszystko uk³ada siê inaczej, ni¿ sobie

zaplanuje? I dlaczego on zawsze musi byæ gór¹? Wyprostowa³a siê nagle

i siêgnê³a po wino. Musi po prostu spróbowaæ jeszcze raz.

– Proszê.

Thorpe postawi³ na stole pó³misek cienkiego makaronu, obficie pola-

nego gêstym sosem.

– Thorpe – zaczê³a Liv, nak³adaj¹c sobie na talerz spor¹ porcjê spa-

ghetti. – S¹dzi³am, ¿e zrozumia³eœ to, co powiedzia³am poprzedniego dnia.

– Zrozumia³em doskonale. Nie pozostawi³aœ mi ¿adnych w¹tpliwo-

œci, Olivio. – Wzi¹³ od niej pó³misek.

– Wobec tego chyba rozumiesz, jak bardzo mi komplikujesz ¿ycie.

– Posy³aj¹c ci kwiaty – ironicznie doda³

– No w³aœnie. – W jego ustach zabrzmia³o to tak niepowa¿nie. –To

bardzo mi³e, ale... – Marszcz¹c brwi nabra³a na widelec spaghetti. – Nie

¿yczê sobie, ¿ebyœ ty lub kto inny wyobra¿a³ sobie, i¿ to cokolwiek znaczy.

– Rozumiem. – Obserwowa³, jak bierze zawartoœæ widelca do ust. –

No jak?

– Wspania³e. Absolutnie wspania³e. – Liv rozkoszowa³a siê smakiem

potrawy. – Nigdy nie jad³am czegoœ tak pysznego. – Nawinê³a znowu na

widelec makaron. – W ka¿dym razie, to nie powinno siê zdarzaæ miêdzy

kolegami w pracy. – Kolejna porcja by³a tak samo smakowita jak pierwsza.

– Co nie powinno siê zdarzaæ? – Z ogromn¹ satysfakcj¹ obserwo-

wa³, jak szybko spaghetti znika z jej talerza.

– Przesy³anie sobie nawzajem kwiatów – wyjaœni³a. – Szczególnie

wtedy gdy w grê wchodzi rywalizacja. Lokalne i krajowe wiadomoœci s¹

jak rodzeñstwo. Wiem coœ o rywalizacji wœród rodzeñstwa.

– Chodzi  o twoj¹  siostrꠖ  skomentowa³. –  W jej  oczach,  w któ-

rych odbija³o siꠜwiat³o œwiec, lœni³y maleñkie z³ote punkciki. Thorpe

prawie móg³ je policzyæ.

– Hmm. Przy takiej siostrze jak Melinda zawsze siê czu³am jak Kop-

ciuszek. Nigdy siê zreszt¹ tym nie przejmowa³am. Spryt i pomys³owoœæ

by³y moimi atutami. Tak samo jest w lokalnych wiadomoœciach.

background image

129

– Czy naprawdê tak na to patrzysz? – zapyta³ ze zdumieniem. Pod-

niós³ do góry jej rêkê i z zainteresowaniem przygl¹da³ siê jej skromnie

pomalowanym paznokciom. – Te¿ czujesz siê jak Kopciuszek?

– Macie ogromny bud¿et – zauwa¿y³a. – Wielkie uznanie i rozg³os.

To wcale nie znaczy, ¿e nie mo¿emy byæ równie dobrzy na mniejsz¹ ska-

lê. – Mia³ odcisk na kciuku. Czu³a to pod palcami. Nieoczekiwanie prze-

szy³ j¹ dreszcz. Ostro¿nie wycofa³a d³oñ i siêgnê³a po wino. – Ale nie

w tym rzecz.

– A w czym? – Thorpe uœmiechn¹³ siê do niej w sposób, który za-

wsze pozbawia³ j¹ rozs¹dku. Robi³a wszystko, aby siê opanowaæ.

– Dobrze wiesz, jak w pokoju redakcyjnym szybko rozchodz¹ siê

plotki. Tam niczego nie da siê utrzymaæ w tajemnicy. A mnie bardzo za-

le¿y na prywatnoœci.

– Tak, wiem. Od czasu, gdy by³aœ nastolatk¹, w œrodkach masowego

przekazu nie znalaz³a siê o tobie ¿adna, najmniejsza nawet wzmianka.

A przecie¿ Carmichaelowie zawsze byli wdziêcznym tematem dla dzien-

nikarzy.

– Nigdy nie pasowa³am do szablonów. – Nie mia³a zamiaru tego po-

wiedzieæ i by³a zdumiona, ¿e jakoœ samo to wysz³o. – Chcia³am tylko –

ci¹gnê³a – abyœ zda³ sobie sprawê, ¿e jeœli ktoœ, ty czy ja, kichniemy albo

coœ nam wpadnie do g³owy, ju¿ po minucie wszyscy siê o tym dowiedz¹

i skomentuj¹. Chyba wiesz, jak po kilkakrotnym powtórzeniu zwyczajne

spotkanie przy kawie potrafi siê zmieniæ w mi³osn¹ przygodê w porze

lunchu.

– Czy ma to dla ciebie a¿ tak wielkie znaczenie?

Liv westchnê³a.

– Byæ mo¿e nie dla ciebie, ale dla mnie ma. Muszê siê liczyæ tym, ¿e

wci¹¿ jestem tu obca, a do tego jeszcze kobieta. To ci¹gle siê bierze pod

uwagê, Thorpe. Ka¿dy mój krok bêdzie od dziœ szczególnie wnikliwie

analizowany. Czy Carmichael dlatego siê spotyka z Thorpe’em, ¿e chce

przeskoczyæ do zespo³u krajówki?

Przez jakiœ czas obserwowa³ j¹ uwa¿nie.

– Nie bardzo wierzysz w siebie?

– Jestem dobrym reporterem – szybko doda³a.

– Mówiê o tobie jako o kobiecie.

– To nie powinno ciê interesowaæ.

– Czy¿ nie o tym w³aœnie rozmawiamy? – zaprotestowa³. – Pos³a-

³em ró¿ê kobiecie, a nie reporterowi.

background image

130

– Jestem reporterem.

– To twój zawód, ale nie p³eæ. – Podniós³ kieliszek z winem, staraj¹c

siê ukryæ irytacjê. Wiedzia³, ¿e nie doprowadzi go to do niczego. – W tym

biznesie nie mo¿na mieæ zbyt cienkiej skóry, Liv. Jeœli plotki w pracy a¿

tak bardzo ciê denerwuj¹, bêdziesz mia³a niebawem zmarszczki. Spójrz

w lustro. Ludzie lubi¹ mówiæ o kobietach tak piêknych jak ty. Taka jest

po prostu ludzka natura.

– To nie chodzi wy³¹cznie o to. – Liv wydawa³a siê ju¿ trochê spo-

kojniejsza. Musia³a z nim porozmawiaæ. Z³oœæ na pewno jej tego nie u³a-

twi. – Nie chcê siê wi¹zaæ ani z tob¹, ani z nikim innym.

Thorpe patrzy³ na ni¹ w milczeniu znad brzegu kieliszka.

– Czy¿by twoja rana by³a a¿ tak g³êboka?

Nie spodziewa³a siê ani takiego pytania, ani zawartego w nim wspó-

³czucia. Wiele wysi³ku j¹ kosztowa³o, aby zachowaæ spokój.

– Tak.

Poprzesta³ na tym. To, ¿e siê przyzna³a, zamiast rzuciæ coœ zdawko-

wego, na razie mu wystarcza³o. Na resztê móg³ poczekaæ.

– Dlaczego przenios³aœ siê do Waszyngtonu?

Chwilê patrzy³a na niego w milczeniu. Spodziewa³a siê, ¿e bêdzie j¹

dalej wypytywa³, ale nie tego, ¿e tak radykalnie zmieni temat. Odprê¿y³a

siê nieco.

– Zawsze interesowa³am siê polityk¹. Tym w³aœnie zajmowa³am siê

w Austin, chocia¿ przewa¿nie ogranicza³o siê to do czytania wiadomoœci

w rozg³oœni. Kiedy WWBW z³o¿y³o mi ofertê, bez namys³u j¹ przyjê-

³am. – Znowu zajê³a siê jedzeniem. – Waszyngton to niezwykle ekscy-

tuj¹ce miasto, szczególnie dla reportera. Potrzebowa³am podniety. I s¹-

dzê, ¿e potrzebowa³am równie¿ tego napiêcia, które w WWBW towarzy-

szy mi ka¿dego dnia.

– Nie myœla³aœ o pracy w krajówce?

Wzruszy³a ramionami.

– Oczywiœcie, myœla³am, ale na razie jestem zadowolona z tego, co

robiê. Poza tym Carl to najlepszy szef pod s³oñcem.

Thorpe rozeœmia³ siê szeroko.

– Zbyt ³atwo ulega emocjom.

Liv unios³a brwi, nabieraj¹c na widelec ostatni¹ porcjê spaghetti.

– Szczególnie wtedy, gdy ktoœ z góry kradnie nam temat. Po dzisiej-

szej konferencji prasowej u burmistrza musia³am objechaæ jednego z wa-

szych wspó³pracowników.

background image

131

– Naprawdê? Którego?

– Thompsona. Tego z du¿ymi uszami i koszmarnymi krawatami.

– Nie ma co, pochlebny opis.

– Ale sprawiedliwy – doda³a Liv i na jej ustach pojawi³ siê cieñ uœmie-

chu. – W ka¿dym razie musia³am w³o¿yæ wiele wysi³ku, aby po zakoñ-

czeniu konferencji namówiæ burmistrza na wywiad. A ten typ od was chcia³

to wykorzystaæ.

– Jestem pewien, i¿ skutecznie mu to wyperswadowa³aœ.

Liv  uœmiechnê³a  siê  na  wspomnienie,  jak  za³atwi³a  bezczelnego

Thompsona.

– Prawdê mówi¹c, tak by³o. Powiedzia³am mu, aby ruszy³ swój ty-

³ek, jeœli nie chce zawisn¹æ na w³asnym krawacie na frontonie Rayburn

Building. – Po chwili doda³a: – Myœlê, ¿e mi uwierzy³.

Thorpe zajrza³ w ch³odne, b³êkitne oczy.

– Ja te¿ bym uwierzy³. Dlaczego nie napuœci³aœ na niego swojego

kamerzysty?

Liv rozeœmia³a siê od ucha do ucha i wziê³a do ust resztê spaghetti.

– Nie mog³am, w obecnoœci burmistrza, dopuœciæ do awantury.

– Chcesz jeszcze trochê? – wymownym ruchem wskaza³ na jej pusty

talerz.

– Chyba ¿artujesz.

– A co z deserem?

Jej oczy sta³y siê ogromne ze zdumienia.

– Chcesz powiedzieæ, ¿e zrobi³eœ równie¿ deser?

Thorpe nape³ni³ jej kieliszek burgundem.

– Zajmij siê winem – zaproponowa³. – A ja za chwilê wrócê.

Zebra³ ze sto³u talerze i wyszed³. Liv zastanawia³a siê, czy nie powin-

na mu pomóc, ale by³o jej zbyt dobrze, aby siê ruszyæ. Musia³a przyznaæ,

¿e doskonale siê czu³a w jego towarzystwie. Lubi³a wspólne rozmowy,

spieranie siê. Thorpe sprawia³, ¿e by³a pe³na ¿ycia i wigoru. Oczywiœcie

nie czu³a siê z nim bezpieczna, ale nawet to by³o takie podniecaj¹ce.

Podnios³a g³owê, s³ysz¹c jego kroki. Na widok talerza z truskawkami

i bit¹ œmietan¹, który Thorpe trzyma³ w rêku, z jej ust wydoby³ siê okrzyk

zachwytu.

– Wygl¹daj¹ imponuj¹co! Jak ci siê uda³o zdobyæ takie okazy o tej

porze roku?

– Reporter nigdy nie zdradza swoich Ÿróde³.

Liv westchnê³a, gdy Thorpe postawi³ talerz na stole.

background image

132

– Wygl¹daj¹ cudownie, Thorpe, ale chyba nie dam rady.

– Spróbuj  chocia¿  jednej –  nalega³,  zanurzaj¹c  truskawkê  w bitej

œmietanie.

– Tylko jedna – zgodzi³a siê i otworzy³a usta, kiedy Thorpe wyci¹-

gn¹³ do niej rêkê z pachn¹cym owocem. Czu³a, jak rozmazuje na jej

policzku krem. – Thorpe! – zawo³a³a ze œmiechem i siêgnê³a po chus-

teczkê.

– Przepraszam. – Po³o¿y³ rêkê na jej d³oni. – Sam to zrobiê. –Pod-

trzymuj¹c jej brodê drug¹ rêk¹, zacz¹³ powoli usuwaæ jêzykiem krem

z jej policzka.

Œmiech Liv nagle zamar³. Nie wykona³a ¿adnego ruchu i nie prote-

stowa³a. Jej umys³ i cia³o by³y jak sparali¿owane pod wp³ywem doznañ,

jakich doœwiadcza³a. Jedynie jej skóra zdawa³a siê o¿ywaæ, kiedy przesu-

wa³ siê po niej jego jêzyk.

– Dobre? – mrucza³, dotykaj¹c ustami jej ust.

Liv wpatrywa³a siê w niego bez s³owa. Jej oczy by³y utkwione w je-

go oczach. Thorpe dostrzeg³ narastaj¹ce w jej oczach po¿¹danie.

Powoli zanurzy³ drug¹ truskawkê w kremie i poda³ jej.

– Jeszcze jedna?

Liv pokrêci³a przecz¹co g³ow¹, prze³ykaj¹c œlinê, gdy jego zêby zato-

nê³y w pachn¹cym mi¹¿szu owocu. Po chwili wsta³a i zesz³a po schod-

kach do salonu. Musi przywo³aæ siê do porz¹dku, powtarza³a w myœlach.

Za chwilê poczuje siê normalnie, ust¹pi¹ dreszcze i fala gor¹ca, która

obla³a jej cia³o, ostygnie. Nagle wszystko znowu wróci³o, gdy Thorpe,

zbli¿ywszy siê do niej, nieoczekiwanie wzi¹³ j¹ w ramiona.

– Myœla³em, ¿e masz ochotê zatañczyæ? – szepn¹³.

– Zatañczyæ? – topnia³a w jego ramionach. – Tu przecie¿ nie ma ¿ad-

nej muzyki. – Ale zaczê³a siê rytmicznie poruszaæ, sk³adaj¹c g³owê na

jego ramieniu.

– Czy¿byœ jej nie s³ysza³a?

Jej zapach odurza³ go. Jej piersi falowa³y pod naporem jego cia³a.

Westchnê³a i zamknê³a oczy. Plomieñ œwiecy dr¿a³ na jej powie-

kach. Poczu³a jak¹œ dziwn¹ ociê¿a³oœæ. Usi³owa³a sobie wmawiaæ, ¿e

zbyt wiele wypi³a, wiedzia³a jednak, ¿e to nieprawda. Kiedy jego wargi

delikatnie musnê³y jej ucho, ponownie zadr¿a³a i nie mog³a powstrzy-

maæ westchnienia.

Muszê wyjœæ, powtarza³a sobie. Muszê wyjœæ teraz, natychmiast. Pal-

cami g³adzi³a jego w³osy. Szaleñstwem bêdzie, jeœli zostanie. Powoli ro-

background image

133

s³o w niej pragnienie, podczas gdy jego cia³o coraz silniej do niej przy-

wiera³o. Jego rêka przesuwa³a siê wzd³u¿ jej krêgos³upa, po czym znowu

wraca³a do talii. Zadr¿a³a z rozkoszy, czuj¹c na szyi dotyk warg.

– Nie mogê zosta栖 cicho powtarza³a, ale nie uczyni³a nic, aby wy-

swobodziæ siê z jego objêæ.

– Nie mo¿esz – przyzna³. Jednoczeœnie jego usta powoli zmierza³y

do jej ust.

– Powinnam iœæ. – Jej usta szuka³y jego ust.

– Tak. – Jêzyk wœlizn¹³ siê do wnêtrza jej ust i dotkn¹³ jej jêzyka.

Liv zakrêci³o siê w g³owie.

– Muszê iœæ.

– Uhm. – Ostro¿nie rozsun¹³ suwak z ty³u jej sukni.

Cicho westchnê³a, czuj¹c przez cienk¹ koszulê dotyk jego r¹k.

– Nie zamierzam siê z tob¹ wi¹zaæ, Thorpe.

Jej usta by³y wilgotne i gor¹ce.

– Wiem, mówi³aœ mi o tym.

Jej suknia zsunê³a siê na pod³ogê.

Mocno do niego przywar³a, pozwalaj¹c, aby jego usta znowu znala-

z³y drogê do jej ust. Mia³a wra¿enie, ¿e tonie, ale woda by³a taka ciep³a

i przyjemna. Uœpione zmys³y budzi³y siê, kiedy dotyka³ jej cia³a. By³a

wiêŸniem jego dotyku, dotyku, który sprawia³ rozkosz. Nie protestowa³a,

kiedy wzi¹³ j¹ na rêce.

Œwiat³o ksiê¿yca przenika³o do sypialni, zalewaj¹c jej wnêtrze sre-

brzyst¹ poœwiat¹.

– Thorpe...

Znowu j¹ poca³owa³. Objê³a go mocno, kiedy pochyliwszy siê, ostro¿-

nie k³ad³ j¹ na ³ó¿ku.

Rozbiera³ j¹ wolno, ca³y czas obsypuj¹c j¹ poca³unkami i pieszczota-

mi. Szepta³ s³owa, które koi³y jej nerwy i rozbudza³y cia³o.

Liv wodzi³a palcami po jego nagich plecach. By³a w nich si³a. Chcia-

³a, aby by³ silny. Oczekiwa³a, ¿e bêdzie. Zsun¹³ z jej ramion cienk¹ jak

mg³a bieliznê. Jego usta pod¹¿a³y za dotykiem jego r¹k.

Uœpiona namiêtnoœæ wybuch³a z nag³¹ si³¹, kiedy zacz¹³ ca³owaæ jej

piersi. Jej ruchy pod nim nie by³y ju¿ ani tak ociê¿a³e, ani bojaŸliwe.

Wygiê³a siê w ³uk, aby mu pomóc œci¹gn¹æ bieliznê. Jego rêce przesuwa-

³y siê teraz po wewnêtrznej czêœci jej ud. Poczu³a, jakby nagle obla³a j¹

fala gor¹ca. Palce wniknê³y teraz do wnêtrza jej cia³a, wci¹¿ g³aszcz¹c je

i pieszcz¹c.

background image

134

Wbi³a paznokcie w jego ramiona. Jeszcze nikt nigdy nie sprawi³, aby

czu³a siê tak jak teraz. Pragnê³a, ¿eby j¹ wzi¹³ natychmiast, ale on mia³

jej jeszcze tyle do dania…

Jego jêzyk przesuwa³ siê teraz w dó³, po chwili min¹³ zag³êbienie

w talii i dotar³ do ³uku bioder, po czym dalej kontynuowa³ wêdrówkê,

doprowadzaj¹c j¹ do szaleñstwa.

Reakcja Liv sprawi³a, i¿ zapomnia³ o w³asnych potrzebach. Pragn¹³

tylko, aby zazna³a najwiêkszej rozkoszy, jak¹ tylko by³ w stanie jej daæ.

Odpowiada³a  na  ka¿dy  jego  dotyk,  ka¿dy  gest.  I chocia¿  w œwietle

ksiê¿yca wygl¹da³a jak pos¹g z marmuru, czu³a, jak ca³a p³onie ¿ywym

ogniem. Zdawa³o siê, ¿ jego zmys³y s¹ pobudzone do granic wytrzyma-

³oœci.

Jego usta ca³owa³y j¹ nieprzytomnie i Liv odpowiada³a mu równie

¿arliwymi  poca³unkami.  Wszystkie  zahamowania  zniknê³y,  wszystkie

bariery runê³y. Liv czu³a jedynie desperack¹ ¿¹dzê spe³nienia, które móg³

jej zapewniæ tylko jeden mê¿czyzna. Otworzy³a siê przed nim i wprowa-

dzi³a go w g³¹b swego cia³a.

Napór jego cia³a sprawia³, ¿e nie mog³a oddychaæ. Czu³a napiêcie

i falowanie miêœni, kiedy unosi³ j¹ daleko od wspomnieñ i marzeñ. Ca-

³kowicie siê podda³a i pod¹¿y³a za nim.

Thorpe le¿a³ wtulony w ni¹, rozkoszuj¹c siê jej ciep³em. Dla niego

ca³ym œwiatem by³o to ³ó¿ko i ta kobieta. Nawet w ciemnoœciach móg³

dostrzec ka¿dy fragment jej cia³a, szczegó³y rysów twarzy. Jeszcze nigdy

z nikim nie czu³ siê tak zwi¹zany, tak ca³kowicie i bez reszty zjednoczo-

ny. Skóra Liv by³a tak nieprawdopodobnie delikatna, a brodawki wci¹¿

naprê¿one, gdy jej piersi go dotyka³y. Powoli zaczê³a spokojniej oddy-

chaæ. Thorpe wiedzia³, i¿ pod pozornym ch³odem kry³a siê prawdziwa

namiêtnoœæ, nie przypuszcza³ jednak, ¿e ta namiêtnoœæ mo¿e byæ a¿ tak

ogromna i ¿e tak bardzo na niego podzia³a.

Liv czu³a znu¿enie. Nigdy jeszcze nie prze¿y³a takiej burzy zmys³ów.

Czy¿by na to czeka³a przez ca³e ¿ycie? Prawie siê ba³a odpowiedzi i tego,

co mo¿e ona dla niej znaczyæ. Jedno nie ulega³o w¹tpliwoœci – Thorpe

sprawi³, ¿e znowu poczu³a siê kobiet¹, stuprocentow¹ kobiet¹. Wci¹¿ czu³a

na ustach jego smak. Chcia³a go zatrzymaæ na d³ugo. Pamiêtaæ, jak bez-

piecznie siê czu³a w jego ramionach.

Ale kim jest Thorpe? – zastanawia³a siê. Kim jest ten, któremu uda³o

siê wzi¹æ od niej to, czego nie by³a w stanie, czy te¿ nie chcia³a daæ ¿ad-

nemu mê¿czyŸnie od ponad piêciu lat?

background image

135

– Przyrzek³am sobie, ¿e to siê nigdy nie zdarzy – mruknê³a i ukry³a

na jego ramieniu twarz.

Jej s³owa wyrwa³y Thorpe’a z pó³snu.

– ¯a³ujesz? – zapyta³, czekaj¹c z niepokojem na odpowiedŸ.

– Nie. – Liv odetchnê³a g³êboko. – Wcale nie ¿a³ujê. – Nigdy siê nie

spodziewa³am, ¿e znajdê siê tu z tob¹ w takiej sytuacji. Ale nie ¿a³ujê tego.

Mocno j¹ do siebie przytuli³. Te ciche, powa¿ne s³owa g³êboko go

poruszy³y.

– Olivio, jesteœ ogromnie skomplikowan¹ kobiet¹.

– Tak s¹dzisz? – uœmiechnê³a siê i zamknê³a oczy. – Nigdy tak o so-

bie nie myœla³am. Zbyt szczera, byæ mo¿e, i maj¹ca specyficzny punkt

widzenia na œwiat, dobroduszna, ale nie skomplikowana.

– Od ponad pó³tora roku staram siê ciebie rozszyfrowa栖 rzek³. –

To jednak bardzo trudne zadanie.

– I nie próbuj. – Pog³adzi³a go po ramieniu. Lubi³a dotykaæ jego

miêœni, maj¹c w pamiêci, jaki doskona³y z nich robi u¿ytek. – Thorpe,

du¿o mia³eœ kochanek?

Rozeœmia³ siê.

– To zbyt delikatne pytanie, Carmichael, aby je zadawaæ w³aœnie teraz.

– Nie pytam przecie¿ ani o ich liczbê, ani o nazwiska – doda³a. Wes-

tchnê³a, kiedy jego rêka przesunê³a siê w dó³ jej pleców. – Ja nie mia³am

kochanków. I nie jestem w tym zbyt dobra.

– Dobra w czym? – zapyta³ ze zdumieniem.

Nagle poczu³a za¿enowanie i gor¹czkowo zaczê³a szukaæ w³aœciwych

s³ów.

– W... no wiesz... w zadowalaniu partnera.

Jego rêka znieruchomia³a. Stara³ siê dostrzec wyraz jej twarzy w ciem-

noœci.

– Chyba ¿artujesz?

– Nie ¿artujê. – Znowu by³a zak³opotana. J¹ka³a siê, nie wiedz¹c,

jak wybrn¹æ z tej sytuacji. – Wiem, ¿e nie jestem zbyt... podniecaj¹ca

w ³ó¿ku, ale...

– Kto, do diab³a, wbi³ ci coœ takiego do g³owy?

Jego gwa³towna reakcja zaskoczy³a j¹. „Mój m¹¿” mia³a zamiar po-

wiedzieæ.

– Po prostu sama o tym wiem...

Przerwa³ jej gwa³townie.

– Czy¿byœ uwa¿a³a, ¿e udawa³em?

background image

136

– Nie. – By³a wci¹¿ za¿enowana i niepewna siebie. – A nie udawa³eœ?

By³ wœciek³y. Przekrêci³ siê do niej, przygniataj¹c j¹ ciê¿arem swego

cia³a.

– Pragn¹³em ciê od pierwszej chwili, gdy tylko ujrza³em twoj¹ twarz.

Wiedzia³aœ o tym?

Skinê³a g³ow¹, nie mog¹c wykrztusiæ s³owa. Ogarnê³a j¹ nowa fala

po¿¹dania.

– Jesteœ zawsze taka ch³odna i opanowana. Ja jednak mia³em okazjê

siê przekonaæ, ile naprawdê jest w tobie ¿aru. Pragn¹³em ciê takiej jak

teraz, nagiej, le¿¹cej w moich ramionach.

Jego usta znowu zaczê³y j¹ ca³owaæ, nieprzytomnie i zach³annie. Od-

powiada³a na jego poca³unki z takim samym ogniem i namiêtnoœci¹.

– Marzy³em, aby ciê rozbiera栖 szepta³. Pod dotykiem jego r¹k cia³o

Liv wi³o siê i skrêca³o. – Chcia³em siê z tob¹ kochaæ. Rozpuœciæ ca³y ten

lód. – Wsun¹³ rêkê miêdzy jej uda, a¿ wygiê³a siê w ³uk, jakby pod¹¿a³a mu

na spotkanie. – Ale tam nie by³o ¿adnego lodu. Jeœli nie potrafi³aœ zadowoliæ

jakiegoœ mê¿czyzny, to tylko jego wina. Jego strata. Pamiêtaj o tym.

P³onê³a. Jej rêce b³¹dzi³y wzd³u¿ jego cia³a, podczas gdy usta ca³owa³y

mu kark i ramiona. Czu³a, jak jego skóra pulsuje pod dotykiem jej jêzyka.

Przyci¹gnê³a go do siebie. Pragnê³a znowu poczuæ smak jego ust, jego smak.

W pewnej chwili jego poca³unek sta³ siê niemal brutalny. Nie mia³a o to

pretensji. Ca³kowicie zatraci³ siê w niej i w tym, co robili. Czu³a to, zachwy-

ca³a siê tym, kiedy wkracza³a w œwiat, do którego rozs¹dek nie mia³ dostêpu.

By³a kompletnie wyczerpana i z trudem ³apa³a oddech. Przygniata³ j¹

ca³ym ciê¿arem cia³a. Czu³a pod palcami wilgoæ jego pleców. Nie mia³a

pojêcia, jak d³ugo tak le¿eli, nasyceni sob¹.

– Chyba jednak masz racjê. – Jego g³os brzmia³ posêpnie. – To nie

by³o zbyt ekscytuj¹ce.

Liv nie przypuszcza³a, ¿e mimo zmêczenia potrafi siê jeszcze tak œmiaæ.

Zdumiewa³o j¹, ¿e Thorpe w ka¿dej sytuacji potrafi znaleŸæ w³aœciwe s³o-

wa. To by³o niesamowite i zarazem cudowne uczucie zanosiæ siê od œmie-

chu w ³ó¿ku. Podniós³ g³owê i œmia³ siê równie serdecznie jak ona.

– Idiotka – powiedzia³ miêkko i poca³owa³ j¹. Po czym przesun¹³ siê

i przyci¹gn¹³ j¹ do siebie. Po chwili znu¿ona zasnê³a, bezpieczna w jego

ramionach.

background image

137

O

budzi³  j¹  przenikliwy  dŸwiêk  budzika.  Automatycznie  wy-

  ci¹gnê³a  rêkê,  aby  go  uciszyæ  i narafi³a  na  Thorpe’a.  Gwa³-

 townie otworzy³a oczy. Zdezorientowana, na wpó³ przytomna,

gapi³a siê na niego, podczas gdy budzik wci¹¿ dzwoni³. Jak¹œ cz¹stk¹

œwiadomoœci rejestrowa³a œlady zarostu na jego twarzy i senn¹ ociê¿a-

³oœæ w oczach.

Spa³am z nim, przypomnia³a sobie, kocha³am siê z nim i przespa³am ca³¹

noc w jego ³ó¿ku. Powoli dochodzi³a do siebie. By³a zaskoczona, ale z pewno-

œci¹ niczego nie ¿a³owa³a. Obdarowa³ j¹ namiêtnoœcia, czu³oœci¹ i da³ jej poczu-

cie bezpieczeñstwa. Jak mo¿na w tej sytuacji myœleæ o ¿alu?

Thorpe siêgn¹³ za siebie i wy³¹czy³ terkocz¹cy budzik. Nagle zapa-

nowa³a cisza. Bez s³owa przyci¹gn¹³ j¹ do siebie. Zauwa¿y³, jak powoli

wyraz jej twarzy siê zmienia³. Pocz¹tkowo zdumiona, zaczyna³a rozu-

mieæ, gdzie siê znajduje, i uwa¿aæ to za zupe³nie naturalne. Wyda³o mu

siê to zabawne, ale zarazem dziwnie urzekaj¹ce. To nie by³a kobieta, dla

której budzenie siê w ³ó¿ku mê¿czyzny bywa zwyczajn¹ spraw¹.

Spokojne, poranne przytulenie by³o dla Liv zupe³nie nowym i przyjemnym

doznaniem. Zaskakuj¹ca intymnoœæ. Przytulona do Thorpe’a zastanawia³a siê

nad tym, co zasz³o. Co w³aœciwie czu³a? Zadowolenie? Szczêœcie? Czy te¿ mo¿e

zwyczajn¹ radoœæ, ¿e mo¿e pieœciæ i byæ pieszczon¹?

Coœ siê zmieni³o. Drzwi zosta³y otworzone. Nie by³a pewna, kto je

otworzy³: ona czy Thorpe, ale wa¿ne, ¿e tak siê sta³o. Czu³a jego oddech

background image

138

na policzku i dotyk jego ramion. Nie by³a ju¿ sama. Czy tego w³aœnie

pragnê³a? Czu³a ciep³o jego cia³a. Jeszcze wczoraj nie mia³a w¹tpliwo-

œci, ¿e samotnoœæ jest jej sposobem na ¿ycie. A dziœ...

Kocha³a siê z nim. Da³a mu siebie, tak jak on odda³ siê jej. Liv nigdy

nie traktowa³a tych spraw lekko. Fizyczny kontakt mia³ dla niej znacze-

nie. Oznacza³ swego rodzaju zobowi¹zanie, wspólny spacer przez ¿ycie.

Ona jednak przyrzek³a sobie ju¿ nigdy siê z nikim nie wi¹zaæ, zbyt bole-

sne mia³a wspomnienia z przesz³oœci. Thorpe zacz¹³ zajmowaæ wa¿ne

miejsce w jej ¿yciu, a ona coraz bardziej siê od niego uzale¿nia³a. Jeœli

tak dalej pójdzie, mo¿e siê naraziæ na szybkie rozczarowanie.

Wyprostowa³a siê nagle, postanawiaj¹c zerwaæ wiêzy, zanim stan¹

siê zbyt silne.

– Muszê wstaæ. Muszê byæ w pracy o wpó³ do dziesi¹tej.

W milczeniu przyci¹gn¹³ j¹ do siebie i zamkn¹³ usta poca³unkiem.

By³y takie ³agodne i ciep³e. A jej zapach wci¹¿ tak bardzo na niego dzia-

³a³. D³ugo czeka³, zbyt d³ugo, ¿eby móc wreszcie obudziæ siê przy jej

boku. Teraz chcia³ cieszyæ siê t¹ chwil¹. Chcia³ widzieæ, jak wygl¹da

rankiem, tu¿ po obudzeniu, kiedy oczy s¹ takie ciê¿kie od snu. Spa³

obok niej, obudzi³ siê obok niej. I nie chcia³, aby kiedykolwiek by³o

inaczej.

Liv chwilê jeszcze le¿a³a, ulegaj¹c porannemu lenistwu. Chcia³a za-

pomnieæ, ¿e istnieje zewnêtrzny œwiat, w którym tkwi, i przesz³oœæ, o k-

tórej wola³aby nie pamiêtaæ. S¹ tylko oni dwoje. Wyobra¿a³a sobie, ¿e

wci¹¿ jest noc i ¿e maj¹ przed sob¹ jeszcze wiele wspólnych godzin. Ale

czas by³ nieub³agany. Blado¿ó³te s³oneczne œwiat³o coraz intensywniej

przenika³o przez zas³ony w oknach.

– Musimy wstawa栖 wymrucza³a, podœwiadomie pragn¹c, aby jej

zaprzeczy³.

– Mmm. – Uniós³ g³owê i spojrza³ na zegarek. – Chyba tak – nie-

chetnie przyzna³ i ostatni raz wtuli³ twarz w ciep³e zag³êbienie jej szyi. –

Nie s¹dzê, ¿eby twoje poczucie obowi¹zku pozwoli³o ci zas³oniæ siê za-

paleniem gard³a czy te¿ wysok¹ temperatur¹.

– A twoje pozwoli³oby? – odrzek³a.

Rozeœmia³ siê i delikatnie j¹ poca³owa³.

– W tej chwili nie mia³bym ¿adnych wyrzutów sumienia.

– Chcia³abym móc powiedzieæ to samo. – Uwolniwszy siê z jego

ramion, usiad³a, odruchowo zas³aniaj¹c siê przeœcierad³em. – Przyda³by

mi siê jakiœ szlafrok.

background image

139

– Szkoda. – Z westchnieniem odsun¹³ siê od niej i wsta³. – Posta-

ram siê o ten szlafrok. O œniadanie równie¿ – doda³, kieruj¹c siê w stronê

szafy. – Jeœli ty zajmiesz siê kaw¹.

Nieco oszo³omiona patrzy³a, jak stoi nago przed szaf¹ z ubraniem.

Ale po chwili powiedzia³a sobie, ¿e nie powinna zachowywaæ siê jak

idiotka. Dopiero co spêdzi³a z nim noc. Jego cia³o nie mia³o ju¿ dla niej

tajemnic. Obserwowa³a, jak wyci¹ga szlafrok i narzuca go na siebie. By³

wspaniale zbudowany – szczup³y, dobrze umiêœniony, z szerok¹ klatk¹

piersiow¹  i muskularnymi  ramionami.  W ubraniu  nie  wygl¹da³  a¿  tak

imponuj¹co. Dopiero teraz Liv mog³a siê przekonaæ, jaki by³ naprawdê

przystojny.

– Zgadzasz siê? – wyci¹gn¹³ krótkie niebieskie kimono z aksamitu

i odwróci³ siê do niej.

Spojrza³a na niego ze zdumieniem.

– Przepraszam, o czym mówisz?

– Pyta³em, czy mo¿esz zrobiæ kawê. – Rozeœmia³ siê, podaj¹c jej

szlafrok.

– A masz s³oik i ³y¿kê?

Wygl¹da³ na szczerze zmartwionego.

– Chyba ¿artujesz?

– Tego siê obawia³am. Ale mimo to spróbujꠖ odrzek³a niepewnym

g³osem i narzuci³a na siebie kimono.

– Ekspres do kawy na ladzie, kawa na drugiej pó³ce nad kuchenk¹ –

zawo³a³, znikaj¹c w ³azience. – Zobacz, co siê da z tym zrobiæ.

Poczeka³a, a¿ zamknie drzwi, i wyskoczy³a z ³ó¿ka.

Znalaz³a w kuchni wszystko dok³adnie w tym miejscu, które wskaza³

Thorpe. Nala³a wody i odmierzy³a kawê. Z ³azienki dochodzi³y odg³osy

k¹pieli.

Dziwnie siê czu³a, krz¹taj¹c siê po kuchni, okryta jedynie szlafro-

kiem. Mam najprawdziwszy pod s³oñcem romans, pomyœla³a. Zdjê³a po-

krywkê z ekspresu i trzyma³a j¹ przez chwilê w rêku. Kocha³a siê z Thor-

pe’em, spêdzi³a noc w jego ³ó¿ku, a teraz przygotowywa³a kawê w jego

kuchni.  W jego  szlafroku,  uzmys³owi³a  sobie,  kiedy  przesunê³a  rêk¹

wzd³u¿ wy³ogów.

Potrz¹snê³a ze z³oœci¹ g³ow¹ i z powrotem przykry³a ekspres. Na Boga!

Mam dwadzieœcia osiem lat. By³am mê¿atk¹. Od kilku lat jestem roz-

wódk¹ i osob¹ w pe³ni niezale¿n¹. Dlaczego nie mia³abym pozwoliæ so-

bie na romans? Ludzie robi¹ to codziennie. Takie jest ¿ycie. To bardzo

background image

140

proste, wrêcz banalne. G³upot¹ by³oby uwa¿aæ, ¿e to coœ wiêcej. Jeste-

œmy dwojgiem doros³ych ludzi, którzy po prostu spêdzili ze sob¹ noc. To

wszystko.

W tej samej chwili, gdy o tym pomyœla³a, w kuchni zjawi³ siê Thor-

pe. Liv odwróci³a siê, chc¹c powiedzieæ coœ z³oœliwego na temat kawy,

ale zupe³nie nieoczekiwanie dla siebie znalaz³a siê w jego ramionach.

Ca³owa³ j¹ z pocz¹tku delikatnie, ale póŸniej zaczê³o narastaæ w nim

po¿¹danie i namiêtnoœæ. Liv podnios³a rêce, aby go do siebie przyci¹-

gn¹æ. Wszystko, co sobie przed chwil¹ powiedzia³a, ulotni³o siê gdzieœ

bez œladu. Dotyka³a palcami wci¹¿ jeszcze wilgotnych w³osów. Z lubo-

œci¹ wci¹ga³a w nozdrza zapach myd³a i kremu do golenia. To wszystko

wydawa³o siê takie œwie¿e i nowe, zupe³nie jak pierwszy romans.

Nie przestaj¹c jej ca³owaæ, przesun¹³ d³onie w dó³ i zatrzyma³ na jej

biodrach. Ten poca³unek by³ echem nocy, któr¹ dopiero co spêdzili ze sob¹.

W pewnej chwili Thorpe, odsun¹wszy siê nieco, popatrzy³ na ni¹ uwa¿nie.

– Lubiê ciê tak¹ – wyszepta³. – Z bosymi stopami, w szlafroku o kilka

rozmiarów za du¿ym i w³osami w nie³adzie. – Wyci¹gn¹³ rêkê i potarga³

je jeszcze bardziej. – Bêdê mia³ ten obraz w pamiêci, patrz¹c na ch³odn¹

pannê Carmichael przekazuj¹c¹ wiadomoœci z ma³ego ekranu.

– Na szczêœcie, widzowie tego nie zobacz¹.

– Ich strata.

– Nie ka¿dy lubi byæ taki rozczochrany, jakby dopiero co wyszed³

z ³ó¿ka. – S³ysz¹c, jak kawa bulgoce w ekspresie, wysunê³a siê z objêæ

Thorpe’a. Nad szafk¹ wisia³y ogromne kubki. Liv zdjê³a dwa i nape³ni³a

je kaw¹.

– Ale z drugiej strony wysoko ceniê ch³ód, elegancjê i zadbanie –

doda³, podaj¹c jej ma³e opakowanie œmietanki. – Prawda jest taka, ¿e na

razie nie znalaz³em jeszcze niczego, co by mnie w tobie nie poci¹ga³o.

Liv rozeœmia³a siê.

– Czy rano, zanim wypijesz kawê, zawsze jesteœ taki sympatyczny? –

wrêczy³a mu kubek. – Wezmê prysznic, podczas gdy ty bêdziesz to pi³.

Bojê siê, ¿e mo¿e ci popsuæ nastrój. – Ju¿ mia³ podnieœæ kubek do ust, ale

Liv po³o¿y³a mu rêkê na ramieniu. – Pamiêtaj, obieca³eœ zrobiæ mi œnia-

danie. – Opuœci³a go, zabieraj¹c ze sob¹ swoj¹ kawê.

Thorpe uwa¿nie przyjrza³ siê zawartoœci kubka, po czym ostro¿nie

wzi¹³ do ust pierwszy ³yk. Wcale nie by³a taka z³a, jak zapowiada³a Liv.

Kiedy jednak wypi³ kolejny ³yk, zmieni³ zdanie. NajwyraŸniej kuchnia

nie by³a jej mocn¹ stron¹, pomyœla³ podchodz¹c do lodówki. S³ysza³, jak

background image

141

bierze prysznic. Cieszy³a go jej obecnoœæ. Odkroi³ plaster bekonu i w³¹-

czy³ gaz pod patelni¹.

Thorpe nie nale¿a³ do ludzi, którzy oszukuj¹ samych siebie. Oboje

kochali siê i mog¹ znowu siê kochaæ. Jednak uczuæ Liv nie by³ tak pewny

jak swoich. Œwiadomoœæ, i¿ kocha siê kogoœ, kto nie odwzajemnia naszej

mi³oœci w takim samym stopniu, z pewnoœci¹ mog³a byæ powodem stre-

sów. Liv walczy³a z tym uczuciem i broni³a siê przed nim. Ale Thorpe

mia³ zbyt dobre mniemanie o sobie, aby dopuœciæ myœl, ¿e mo¿e w tej

walce przegraæ.

Nawet  teraz,  w jasnych  promieniach  s³oñca,  przypomina³

sobie, jak mu siê ostatniej nocy oddawa³a – pocz¹tkowo siê waha³a, a po-

tem  stopniowo  dawa³a  siê  unieœæ  niepohamowanej  namiêtnoœci.  Bez

wzglêdu na to, co mówi³a, by³a osob¹ bardzo skomplikowan¹, pe³n¹ g³ê-

boko skrywanych tajemnic i zaskakuj¹cych sprzecznoœci.

Tak czy inaczej Olivia Carmichael by³a kobiet¹ stworzon¹ dla niego,

a on by³ mê¿czyzn¹ stworzonym dla niej. Musi byæ cierpliwy, a¿ j¹ do

siebie  przekona,  a ¿e  tak  siê  stanie,  nie  mia³  co  do  tego  w¹tpliwoœci.

Uœmiechn¹³ siê, wbijaj¹c jajka na patelniê.

Podobnie jak poprzedniego wieczoru, zapach dochodz¹cy z kuchni by³

niezwykle nêc¹cy. Stoj¹c w drzwiach, Liv gapi³a siê na talerz, na który Thor-

pe nak³ada³ kawa³ki bekonu, z³ociste jajka i lekko przyrumienione tosty.

– Thorpe – powiedzia³a, wci¹gaj¹c g³êboko aromatyczny zapach. –

Jesteœ nadzwyczajny.

– Dopiero teraz zauwa¿y³aœ? – odpar³ z przekornym uœmiechem. –

Wyjmij dwa talerze – wskaza³ g³ow¹ w³aœciw¹ szafkê. – Bierzmy siê do

jedzenia, zanim ostygnie.

Liv zrobi³a tak, jak poleci³.

– Muszê przyzna栖 powiedzia³a, przysuwaj¹c krzes³o do sto³u – ¿e

ogromnie siê bojê, jeœli ktoœ mówi, ¿e przygotuje posi³ek, po czym na-

tychmiast ma wszystko gotowe.

– Co jadasz w domu?

– Bardzo rzadko jadam w domu, a jeœli mi siê to zdarza, to zwykle

kupujê gotowe produkty. – Zaczê³a nak³adaæ sobie na talerz. – Na ogó³

korzystam z tych ma³ych pojemników z napisem „Posi³ek pe³nowarto-

œciowy”. Czasami rzeczywiœcie tak jest.

– Liv, czy masz pojêcie, co oni k³ad¹ do tych pojemników?

background image

142

– Proszê, Thorpe – podnios³a widelec do ust. – Tylko nie przy jedzeniu.

Rozeœmia³ siê i pokrêci³ g³ow¹.

– Nigdy nie uczy³aœ siê gotowaæ?

Wzruszy³a ramionami. Pomyœla³a o posi³kach, które przygotowywa-

³a, gdy by³a mê¿atk¹. Zawsze siê wtedy z mê¿em spieszyli. Liv robi³a na

ogó³ coœ szybkiego przed wyjœciem do rozg³oœni na wieczorne nagranie.

Gotowa³a nieŸle, zdarza³o siê, ¿e nawet dobrze. Ale czasu by³o tak nie-

wiele, a tak du¿o obowi¹zków.

– Kiedy dorasta³am – powiedzia³a, oderwawszy siê od wspomnieñ –

moja matka nie uwa¿a³a, ¿eby to by³o mi potrzebne. Prawdê mówi¹c –

doda³a, uporawszy siê z kawa³kiem bekonu – nawet s³yszeæ nie chcia³a,

abyœmy po cokolwiek wchodzi³y do kuchni. To nie by³o miejsce dla nas.

Thorpe posmarowa³ mas³em kawa³ek tostu i pomyœla³, jak diametral-

nie ró¿na by³a ich przesz³oœæ. On i jego matka zawsze byli sobie bardzo

bliscy, zawsze bardzo siê kochali. Liv i jej matkê dzieli³ ogromny dy-

stans, prawdopodobnie dlatego, ¿e brak by³o wzajemnego zrozumienia.

– Czêsto odwiedzasz Connecticut?

– Niezbyt czêsto.

W tej krótkiej odpowiedzi da³o siê s³yszeæ ostrze¿enie: Nie naciskaj

zbyt mocno. Thorpe odczyta³ ten sygna³ w³aœciwie i zmieni³ temat.

– Jaki masz dzisiaj program?

– Bardzo napiêty. O jedenastej uroczyste otwarcie przez ma³¿onkê

prezydenta dzieciêcego centrum. Przyjazd Della na lotnisko o pierwszej,

chocia¿ w¹tpiê, abyœmy znaleŸli siê w jego pobli¿u. No i jeszcze po po-

³udniu obs³uga posiedzenia inspektoratu szkolnego. – Skoñczy³a resztê

jajecznicy. – Muszê zrobiæ jakiœ nowy program. Dyrektor stacji obawia

siê o nasze miejsce w rankingu.

– Nie tylko on. – Rzuci³ okiem na jej pusty talerz. – Wygl¹da na to,

¿e nabra³aœ si³.

– Czy to twój subtelny sposób stwierdzenia, ¿e siê objad³am. – Po-

staram siê o tym nie pamiêtaæ. – Liv podnios³a siê i zaczê³a zbieraæ tale-

rze. –  Poniewa¿  ty  przygotowa³eœ  œniadanie,  ja  pozmywam  naczynia.

Ubierz siê w tym czasie.

– Bardzo demokratycznie.

Nie spuszcza³a wzroku z góry talerzy i pó³misków.

– Muszê wpaœæ na chwilê do domu, aby siê przebraæ. Wezmê taksówkê.

– Nie b¹dŸ œmieszna.

Ostro¿nie podnios³a stertê naczyñ.

background image

143

– To bez sensu, ¿ebyœ jecha³ przez pó³ miasta, tym bardziej ¿e nie

bardzo ci po drodze. Lepiej bêdzie, jeœli...

Zatrzyma³ j¹, zabieraj¹c jej z r¹k talerze i stawiaj¹c je z powrotem na

stole. Po chwili po³o¿y³ rêce na ramionach i spojrza³ wymownie w oczy.

– Liv, ostatnia noc coœ dla mnie znaczy³a, to, ¿e jestem z tob¹, coœ dla

mnie znaczy. – Zauwa¿y³ wzruszenie w jej oczach. – ¯adnej taksówki.

– ¯adnej taksówki – potwierdzi³a, po czym, zarzuciwszy mu rêce na

szyjê, mocno siê do niego przytuli³a.

Ten gest zaskoczy³ go, a nawet wzruszy³. Liv zamknê³a oczy. Rozs¹-

dek nakazywa³ jej postawiæ sprawê jasno i nie bawiæ siê w ¿adne wykrê-

ty. Wzi¹æ taksówkê i „do widzenia”. Ale jej serce domaga³o siê czegoœ

wiêcej i zaczyna³o mieæ coraz wiêcej do powiedzenia.

– Zaczekasz  dziœ  na  mnie  wieczorem? –  wyszepta³,  zanurzywszy

twarz w jej w³osach. – A¿ skoñczê nagranie?

Przytuli³a do niego twarz.

– Tak.

A kiedy jego usta dotknê³y jej ust, pomyœla³a, ¿e wkracza na niebez-

pieczny grunt. Nigdy siê jednak nie czu³a taka szczêœliwa jak w tej chwili.

By³a pi¹ta trzydzieœci dwie, gdy Thorpe zjawi³ siê w pokoju kontrol-

nym. Obserwowa³ Liv przez szybê. Nie interesowa³a go jednak ani infor-

macja o napadzie na biuro lokalnej sieci handlowej, ani to, co siê dzia³o

dooko³a niego. Przez ca³y dzieñ myœla³ o Liv i nagle zapragn¹³ j¹ znowu

zobaczyæ, zanim stanie przed kamer¹.

– Kamera jeden, zbli¿enie – poleci³ Carl, siedz¹c na swoim stanowi-

sku pod œcian¹ monitorów. Ona te¿ tam by³a, na oœmiu czarno-bia³ych ekra-

nach i jednym w kolorze. Jej g³os w stereo dobiega³ z kilku g³oœników. Po

jego prawej stronie przy konsolecie pracowa³ specjalista od dŸwiêku.

– Kamera dwa.

Teraz na monitorze pokaza³a siê twarz Briana. Na polecenie Carla

w tle zmieniono grafikê.

– Trzydzieœci sekund do reklamy.

Brian spokojnie kontynuowa³ swoj¹ kwestiê w oczekiwaniu na przerwê.

Carl zaci¹gn¹³ siê papierosem i zerkn¹³ przez ramiê na Thorpe’a.

– Teraz bywasz tu czêœciej ni¿ wtedy, gdy tu pracowa³eœ – zauwa¿y³.

– Teraz mam wiêcej ku temu powodów – odrzek³ Thorpe, uœmiecha-

j¹c siê lekko.

background image

144

Carl przyjrza³ siê twarzy Liv na monitorze i chrz¹kn¹³ z aprobat¹. Jeœli

chodzi o Thorpe’a, to zawsze darzy³ go ogromn¹ sympati¹ i ceni³ jako

reportera. Bardzo chcia³ go mieæ w swoim zespole. Westchn¹³ i zgniót³

niedopa³ek papierosa. W¹tpi³, aby uda³o mu siê zatrzymaæ Carmichael

u siebie d³u¿ej ni¿ parê lat. Zbyt wiele lat przepracowa³ w tym biznesie,

¿eby robiæ sobie jakieœ z³udzenia.

– Trzydzieœci sekund.

Thorpe znowu spojrza³ przez szybê. Liv rozmawia³a z Brianem. Œmia³a

siê z czegoœ i krêci³a g³ow¹. Czy mu siê tylko wydawa³o, czy rzeczywi-

œcie sprawia³a wra¿enie wyj¹tkowo rozluŸnionej i zrelaksowanej? Musi

czekaæ jeszcze godzinê, ¿eby móc j¹ do siebie przytuliæ.

Kamera numer jeden da³a na ni¹ zbli¿enie i Liv zaczê³a czytaæ na-

stêpny odcinek wiadomoœci. Thorpe opuœci³ pokój kontrolny, wci¹¿ ma-

j¹c w uszach jej g³os.

Po zakoñczeniu programu Liv wróci³a do pokoju redakcyjnego. Nie

mog³a siê zdecydowaæ, czy powinna iœæ na górê do Thorpe’a. W koñcu

postanowi³a jednak, i¿ lepiej bêdzie, jeœli poczeka na niego tutaj, zapo-

biegaj¹c w ten sposób ró¿nym domys³om i plotkom. Nie chcia³a wysta-

wiaæ na pokaz swoich prywatnych spraw.

Têskni³a za nim. Ogromnie j¹ to zaskoczy³o, jednak nie mog³a temu

zaprzeczyæ. Mia³a za sob¹ szalony dzieñ, ale mimo to przez ca³y czas,

podœwiadomie, myœla³a o nim.

Usiad³a za biurkiem i zaczê³a przegl¹daæ plan zajêæ na nastêpny dzieñ.

Wci¹¿ jednak spogl¹da³a na wskazówki zegarka. Dlaczego teraz, gdy dzieñ

zbli¿a³ siê do koñca, ta jedna godzina ci¹gnê³a siê w nieskoñczonoœæ?

– Zdaje siê, ¿e koniecznie potrzebujesz fili¿anki kawy.

Podniós³szy do góry g³owê, uœmiechnê³a siê do Boba i wyci¹gnê³a rêkê.

– Zawsze wiedzia³am, ¿e przed tob¹ nic siê nie ukryje. Nie masz

sobie równych.

– To raczej mój seksualizm nie ma sobie równych – zauwa¿y³ siada-

j¹c na brzegu jej biurka.

– Naturalnie, ¿e nie ma – uœmiechnê³a siê znad plastikowej fili¿anki.

– Nieustannie muszê siê przed nim broniæ!

– Taak? – wyszczerzy³ zêby w uœmiechu. – Czy mogê powiedzieæ

o tym ¿onie?

– Pozostawiam to twojej dyskrecji.

– Pracowa³em dzisiaj z Prye’em – ciê¿ko westchn¹³. – Wiesz, chodzi

o ten trzydziestosekundowy reporta¿, który krêci³ przed Kennedy Center.

background image

145

– Uhmm. – Liv wiedzia³a, co teraz nast¹pi, i usadowi³a siê wygod-

nie w fotelu.

– Czternaœcie ujêæ. Nie masz pojêcia, ile razy on to powtarza³. Wœciek³

siê, kiedy go zapyta³em, czy nie ma ju¿ tego dosyæ. Powinniœmy mieæ

wiêcej respektu dla talentu. – Parskn¹³ ze z³oœci¹ i upi³ spory ³yk kawy. –

On nie rozpozna³by talentu, nawet gdyby go mia³ w zasiêgu rêki.

Liv postanowi³a byæ dyplomatk¹. Dobrze wiedzia³a, ¿e Prye toczy³

z ekipami bezustanne wojny.

– W koñcu ten reporta¿ okaza³ siê ca³kiem dobry.

– Na jego szczêœcie to nie sz³o na ¿ywo. Gdybym móg³ wybiera栖

rzek³ patrz¹c na ni¹ spod oka – nigdy bym nie pracowa³ z kimœ, kto nie

ma takich wspania³ych nóg. Wiesz – spojrza³ na ni¹ uwa¿nie – wygl¹-

dasz jakoœ inaczej.

Unios³a brwi. Czy¿by ta noc mi³oœci i wyzwolenia pozostawi³a po

sobie jakieœ widoczne œlady?

– Jeœli chcesz siê uwolniæ od Prye’a jutro – rzuci³a od niechcenia –

to wspomina³am ju¿ w biurze, ¿e chcia³abym, abyœ pracowa³ ze mn¹.

Znowu wyszczerzy³ zêby w uœmiechu.

– Dziêki, ale wolê weekend w Acapulco.

– Acapulco – powtórzy³a, jakby siê nad czymœ zastanawia³a.

– Moglibyœmy wykorzystaæ twój fundusz reprezentacyjny.

– Liv ma ju¿ ten weekend zajêty – uprzejmym tonem oznajmi³ Thor-

pe. Bob i Liv jednoczeœnie odwrócili g³owy. Thorpe spojrza³ znacz¹co naj-

pierw na Liv, potem na kamerzystê. – Wybiera siê na przeja¿d¿kê ³odzi¹.

– ¯artujesz! – Na twarzy Boba pojawi³ siê uœmiech od ucha do ucha.

– Widzê, ¿e skazany jestem na obiad w krêgu rodzinnym. – Podniós³ siê

i posy³aj¹c Liv po¿egnalny poca³unek, opuœci³ pokój.

– Thorpe. Nie robi³am ¿adnych planów na weekend.

– Ale ja tak – odpar³ z uœmiechem. – I jesteœ w nich uwzglêdniona.

– Mam ten dziwny zwyczaj – zauwa¿y³a, kiedy wyszli na zewn¹trz –

¿e, gdy chodzi o moje plany, to lubiê mieæ coœ do powiedzenia.

– Nie bêdê siê upiera³. – Otworzy³ drzwi samochodu i opar³szy siê

o nie, doda³ z uœmiechem. – Jeœli wolisz Acapulco, mogê to zorganizowaæ.

Trudno siê by³o na niego z³oœciæ, kiedy siê tak uœmiecha³. Liv rozch-

murzy³a siê.

– Mogê siê zgodziæ na tê ³ódkê. Oczywiœcie pod warunkiem, ¿e to ty

bêdziesz wios³owa³.

background image

146

 

L

iv by³a zdumiona, ile siê mo¿e zmieniæ w ci¹gu tygodnia. Pra-

wie zapomnia³a, co to jest samotnoœæ. Jej noce nie by³y ju¿ ani

ciche, ani spokojne. Nie pamiêta³a, jak to jest, kiedy zale¿y siê

wy³¹cznie od siebie. W jej ¿yciu znowu by³ ktoœ. I nieistotne dla niej by³o,

sk¹d siê tu wzi¹³.

Coraz bardziej przyzwyczaja³a siê do towarzystawa Thorpe’a i co-

raz wiêksz¹ radoœæ czerpa³a z ³¹cz¹cej ich za¿y³oœci. Coraz czêœciej te¿

uœwiadamia³a sobie, ¿e nie mo¿e siê po prostu bez niego obejœæ.

Z niecierpliwoœci¹ czeka³a na ka¿de z nim spotkanie. Nawet k³ótnie

i spory sprawia³y jej radoœæ. Thorpe inspirowa³ j¹, zmusza³ do szybsze-

go myœlenia, ilekroæ nie chcia³a ust¹piæ. Pod wzglêdem intelektualnym

idealnie siê uzupe³niali. Zdarza³o siê, ¿e ostrzy³ na niej swój dowcip,

ale równie czêsto ona te¿ to robi³a.

Jego si³a charakteru imponowa³a jej. By³o w nim coœ solidnego,

coœ, co sk³ania³o j¹ do myœlenia, ¿e mo¿e w nim znaleŸæ oparcie. Ju¿

kiedyœ szuka³a w kimœ oparcia i bardzo siê wtedy rozczarowa³a.

Oczywiœcie nie szuka³a opieki. Zbyt wiele prze¿y³a, aby nie uwie-

rzyæ, ¿e jest w stanie sama sobie poradziæ, i to bez wzglêdu na to, co

los jej przyniesie. Je¿eli spotka ciê coœ strasznego i ty to prze¿yjesz,

nic ju¿ nie bêdzie mog³o zraniæ ciê w podobny sposób. Jeœli jednak

wybierasz  partnera,  towarzysza,  kochanka,  musi  to  byæ  ktoœ  nieza-

wodny.

background image

147

Wci¹¿ by³a ostro¿na. Wci¹¿ stara³a siê panowaæ nad emocjami. Ale

zdarza³o siê to coraz rzadziej.

Zgodnie z obietnic¹, Thorpe zabra³ j¹ na wieczorny mecz.

– Mówiê ci, on powinien znaleŸæ sobie inne zajêcie – oœwiadczy³a,

wk³adaj¹c klucz do drzwi. Zrzucaj¹c marynarkê, wci¹¿ myœla³a o b³ê-

dach g³ównego sêdziego. – Czy oni nie musz¹ skoñczyæ jakiejœ specjal-

nej szko³y lub czegoœ w tym rodzaju, zanim zostan¹ sêdziami?

– Lub czegoœ w tym rodzaju – zgodzi³ siê Thorpe, nawet nie staraj¹c

siê ukryæ uœmiechu.

Liv, w drodze powrotnej do domu, bez przerwy komentowa³a decy-

zje sêdziego.

– No c󿠖 w koñcu podsumowa³a. – On musi mieæ coœ na sumie-

niu. Nie zdziwi³abym siê, gdyby siê okaza³o, ¿e jest to jakiœ straszny typ,

który znêca siê nad swoim psem.

– To opinia, któr¹ z pewnoœci¹ podziela wielu zawodników. –Thor-

pe równie¿ zdj¹³ marynarkê i rzuci³ j¹ tam, gdzie ju¿ le¿a³a marynarka

Liv. – Mo¿e najwy¿szy czas, abyœ to ty zajê³a siê relacjami sportowymi.

Spojrza³a na niego z ukosa.

– Z pewnoœci¹ bym mog³a – odpar³a. – Jeszcze kilka meczów i by-

³abym w tym równie dobra jak w sprawozdaniach parlamentarnych. Czy

napijesz siê brandy?

– Z przyjemnoœci¹. – Uœmiechn¹³ siê do niej, obserwuj¹c, jak przy-

gotowuje drinki. – A odchodz¹c na chwilê od sportu i przechodz¹c do

polityki, co myœlisz o szansach Donahue?

– Myœlê, ¿e s¹ kiepskie – odpowiedzia³a i odwróci³a siê, trzymaj¹c

w rêku dwa kieliszki.

– Rozmawia³em z nim dzisiaj. – Thorpe wzi¹³ od niej brandy i po-

ci¹gn¹³ j¹ do siebie na kanapê. – Tu¿ przed jego wejœciem na mównicê.

Zjad³ chyba z piêæ kanapek z szynk¹ i z pó³ tuzina p¹czków.

Liv rozeœmia³a siê.

– Przynajmniej bêdzie mia³ si³ê, aby d³ugo przemawiaæ, jeœli oczy-

wiœcie nie wysi¹dzie mu g³os.

– Jest zdeterminowany – doda³ Thorpe. – Oœwiadczy³ mi, ¿e prze-

trzyma wszystkich swoich oponentów. Jeœli kondycja fizyczna i si³a woli

do tego wystarcz¹, to on z pewnoœci¹ tego dokona.

Liv opar³a siê na ramieniu Thorpe’a.

background image

148

– Galeria by³a zape³niona prawie przez ca³y dzieñ.

– Sprawiliœmy, ¿e t³um by³ na ulicach – sennym g³osem odezwa³a

siê Liv. – Wiêkszoœæ ludzi tkwi³a na tych galeriach ze zwyk³ej ciekawo-

œci, a nie dlatego, ¿e interesuje ich temat. Ale pe³na galeria i obstrukcyj-

ne przemowy to temat dla prasy. To mo¿e sprawiæ, ¿e Donahue zechce

przeci¹gaæ sprawê jeszcze o kilka dni.

– Za³atwi to w ci¹gu piêciu dni.

– Chcia³abym, aby mu siê uda³o. – Westchnê³a. Jak to mo¿liwe, ¿e

mog³a kiedykolwiek czuæ siê szczêœliwa, nie bêd¹c w jego ramionach? –

Wiem, ¿e to nierealne i ¿e projekt ustawy mo¿e przepaœæ, ale jednak...

S³ucha³ jej rozs¹dnego, spokojnego g³osu. Pomyœla³, ¿e istnia³o po-

dobieñstwo pomiêdzy Donahue a nim. Prowadzi³ swoj¹ ma³¹ wojnê z Liv

i podobnie jak senator, by³ zdecydowany odnieœæ pe³ne zwyciêstwo.

Nie wystarcza³o mu trzymanie jej w objêciach. Chcia³, marzy³, aby

spêdziæ z ni¹ ca³e ¿ycie. Jak d³ugo bêdzie musia³ czekaæ? Czasami ko-

niecznoœæ zachowania cierpliwoœci doprowadza³a go do szaleñstwa.

Odstawi³ swój kieliszek, nastêpnie to samo zrobi³ z jej kieliszkiem.

Liv nadstawi³a twarz do poca³unku, ale reakcja Thorpe’a zupe³nie j¹ za-

skoczy³a. Tym razem jego usta by³y dzikie i nieustêpliwe. Przewróci³ j¹

na poduszki kanapy, przyciskaj¹c ca³ym ciê¿arem swego cia³a. Z niecier-

pliwoœci¹ zacz¹³ œci¹gaæ z niej ubranie. To by³o coœ zupe³nie nowego.

Dotychczas, kiedy siê kochali, zawsze zdawa³ siê kontrolowaæ swoje za-

chowanie, jakby delikatnoœci¹ i taktem chcia³ zatrzeæ istniej¹c¹ miêdzy

nimi ró¿nicê fizyczn¹. Teraz prawie rozrywa³ na niej ubranie, aby jak

najszybciej po ni¹ siêgn¹æ.

Wci¹¿ j¹ ca³owa³ tak, ¿e prawie nie mog³a oddychaæ, i jednoczeœnie

œci¹ga³ z niej d¿insy. Liv walczy³a z jego swetrem, ale splecione w uœci-

sku cia³a krêpowa³y ruchy. W koñcu Thorpe, z³oszcz¹c siê i cicho kln¹c,

œci¹gn¹³ go jakoœ przez g³owê i rzuci³ na pod³ogê.

Jego usta nagle by³y wszêdzie, pieszcz¹c j¹ i rozpalaj¹c. Giê³a siê

i roztapia³a pod jego dotykiem. P³ynê³a z nim wszêdzie, dok¹dkolwiek j¹

prowadzi³. By³a w nim jakaœ nieprawdopodobna dzikoœæ, o jak¹ go na-

wet nie pos¹dza³a.

Wzi¹³ j¹ na kanapie tak, jakby siê nie kochali od lat. W koñcu wydawa-

³o siê jej, ¿e nie ma ju¿ nic, czego mogliby od siebie chcieæ czy te¿ sobie

nawzajem daæ. Wtedy œci¹gn¹³ j¹ na pod³ogê, rozpalaj¹c jej cia³o na nowo.

Wyszepta³a jego imiê na wpó³ w proteœcie, na wpó³ z niedowierza-

niem, kiedy namiêtnoœæ prowadzi³a j¹ znowu na szczyty.

background image

149

– Jeszcze – zdo³a³a powiedzieæ, zanim ponownie zamkn¹³ jej usta

poca³unkiem.

Jego rêce by³y tak samo niecierpliwe jak wtedy, gdy dotyka³ jej po

raz pierwszy, a jej cia³o tak samo podatne. Zala³a j¹ fala po¿¹dania. Chcia³a

posiadaæ i byæ posiadan¹. Jej rêce same go szuka³y i same znajdowa³y,

podczas gdy usta, gor¹ce i nieprzytomne, przywiera³y do jego ust.

Dygota³a, nie zdaj¹c sobie nawet z tego sprawy. Spleciona z nim w mi-

³osnym uœcisku s³ysza³a jedynie przyspieszony oddech. ¯¹dza spe³nienia

i samo spe³nienie zdawa³y siê z ogromn¹ si³¹ wybuchaæ w tej samej nie-

mal chwili. Wreszcie, ogromnie wyczerpana, znieruchomia³a.

Thorpe, ciê¿ko dysz¹c le¿a³ obok niej. Ale nawet teraz nie móg³ siê

powstrzymaæ, aby jej nie dotykaæ. Jej skóra, zag³êbienie w talii, kr¹g³oœæ

bioder wci¹¿ go urzeka³y. Rêce g³adzi³y jej cia³o, podczas gdy usta ca³o-

wa³y szyjê i delikatn¹ liniê brody. Liv westchnê³a leciutko i mocniej siê

do niego przytuli³a.

Patrzy³ na ni¹ z tkliwoœci¹. Uœwiadomi³ sobie, jak bardzo j¹ kocha,

i ta myœl nagle sprawi³a mu ból.

– Kocham ciꠖ nieoczekiwanie rzek³. – Kocham ciꠖ powtórzy³,

podnosz¹c ku sobie jej twarz. Nie mia³ zamiaru powiedzieæ jej tego w ten

sposób, ale nie móg³ ju¿ tego cofn¹æ. Wci¹¿ patrzy³ jej w oczy. Chcia³,

aby zrozumia³a, ¿e to, co powiedzia³, jest prawd¹.

S³ysza³a s³owa i to samo widzia³a w jego oczach. Walczy³a ze sob¹.

To by³o tak, jakby coœ j¹ ku niemu pcha³o, a jednoczeœnie odci¹ga³o.

– Nie. – Pokrêci³a przecz¹co g³ow¹, ale g³os zabrzmia³ dziwnie s³a-

bo. – Nie, nie kochasz. Nie chcê, abyœ mnie kocha³.

– Nie masz wyboru. – Jego pozorny spokój nie oddawa³ tego, co siê

naprawdê z nim dzia³o. Jej odpowiedŸ i wyraz oczu przerazi³y go. – I jak

mi siê zdaje, ja równie¿.

– Nie. – Odepchn¹wszy go, zerwa³a siê nagle i objê³a g³owê rêka-

mi. Dawne w¹tpliwoœci, dawne lêki i dawne postanowienia znowu wró-

ci³y. – Nie mogê... Ty te¿ nie mo¿esz.

Mi³oœæ – to niebezpieczne, bardzo niebezpieczne s³owo, które spra-

wia, ¿e stajesz siê bezbronna, odkryta i pozbawiona rozs¹dku. Przyjêcie

jej to ryzyko, dawanie – katastrofa. Jak mog³a znowu daæ siê z³apaæ w ta-

k¹ pu³apkê?

Thorpe chwyci³ j¹ za ramiona i odwróci³ do siebie. Jej odpowiedŸ

boleœnie go zrani³a. Blada twarz i pe³ne udrêki spojrzenie jeszcze bar-

dziej nim wstrz¹snê³y.

background image

150

– Ale ja naprawdê ciebie kocham – powiedzia³ szorstko. – To, ¿e

tego nie chcesz, niczego nie zmieni. Kocham ciê. Ju¿ od dawna. Gdybyœ

zada³a sobie trochê trudu, z pewnoœci¹ byœ to zauwa¿y³a.

– Thorpe, proszê... – krêci³a bezradnie g³ow¹.

Jak ma to mu wyt³umaczyæ? Ale co w³aœciwie chce wyt³umaczyæ?

Chcia³a, aby trzyma³ j¹ w ramionach, zanim znowu dojdzie do siebie.

Mi³oœæ. Jakie to uczucie, kiedy siê wie, ¿e ktoœ nas kocha? Gdyby mog³a

mieæ trochê czasu. Gdyby tylko jej serce przesta³o tak nieprzytomnie biæ.

– Nie zale¿y mi wy³¹cznie na tym, aby posiadaæ twoje cia³o, Olivio.

W jego g³osie s³ychaæ by³o gniew i frustracjê. Zesztywnia³a. Nie. Nikt

nie bêdzie wywiera³ na ni¹ nacisku. Nikt nie bêdzie ni¹ manipulowa³.

Wci¹¿ jest pani¹ samej siebie. Odczu³ zmianê w jej zachowaniu. Zaci-

sn¹³ palce na jej ramionach z bezsilnej z³oœci.

– Czego ty w³aœciwie chcesz?

– Znacznie wiêcej, ni¿ mo¿esz mi da栖 odpowiedzia³a z powag¹. –

Myœlê, i¿ zaufanie by³oby dobrym pocz¹tkiem.

– Nie mogê daæ ci wiêcej, ni¿ mam.

Chcia³o siê jej krzyczeæ, p³akaæ, przytuliæ do niego. Spojrza³a mu

prosto w twarz.

– Nie kocham ciebie. I nie chcê, ¿ebyœ ty mnie kocha³.

Nawet nie zdawali sobie sprawy, jak bardzo siê nawzajem ranili. Je-

dynie b³ysk w jego oczach uœwiadamia³ jej, ile wysi³ku go kosztowa³o,

¿eby nad sob¹ zapanowaæ. Gdyby nie to, z pewnoœci¹ by j¹ uderzy³. Pra-

wie chcia³a, aby tak siê sta³o. W tej chwili z radoœci¹ zamieni³aby udrêkê

psychiczn¹ na fizyczny ból.

Powoli wypuœci³ j¹ z ramion. Nigdy siê nie spodziewa³, ¿e ktoœ mo¿e

go a¿ tak bardzo zraniæ. Ubiera³ siê w milczeniu. Wiedzia³, ¿e musi jak

najszybciej st¹d wyjœæ. Nie chcia³ uczyniæ czegoœ, czego móg³by póŸniej

¿a³owaæ. Ona go do tego nie doprowadzi. Nie przez odrzucenie, przeklê-

ty ch³ód czy cokolwiek innego. Opuœci j¹ dla niej samej, poniewa¿ to ona

tego chce. Im szybciej zniknie mu z oczu, tym szybciej bêdzie móg³ o niej

zapomnieæ. Wychodz¹c, przeklina³ sam siebie za to, ¿e okaza³ siê takim

g³upcem.

Odg³os zamykanych drzwi gwa³townie j¹ otrzeŸwi³. W os³upieniu pa-

trzy³a przed siebie. W pokoju nagle zapanowa³a œmiertelna cisza. Zwi-

n¹wszy siê w k³êbek, po³o¿y³a siê na dywanie i zaczê³a p³akaæ.

background image

151

Normalny dzieñ nieoczekiwanie sta³ siê podobny do toru przeszkód.

Wstawanie, ubieranie siê, jazda przez zat³oczone miasto. Dla Liv to wszyst-

ko by³o o wiele trudniejsze i bardziej skomplikowane ni¿ kiedykolwiek

przedtem. Napiêty plan zajêæ wymaga³ od niej rozwagi i koncentracji.

Prawda jednak by³a taka, i¿ zupe³nie nie potrafi³a skupiæ siê na ¿adnej

sprawie, poniewa¿ Thorpe zawsze tkwi³ w jej podœwiadomoœci. Po la-

tach przerwy znowu zaczyna³a odczuwaæ smak szczêœcia, i oto teraz...

Wszystko tak szybko siê sta³o. Liv nigdy nie przypuszcza³a, ¿e Thor-

pe j¹ kocha. Za dobrze go zna³a, aby wiedzieæ, ¿e nie jest to mê¿czyzna,

który ³atwo siê zakochuje. Ale jeœli ju¿ tak siê zdarzy, to wtedy kocha

bezgranicznie. Byæ mo¿e w³aœnie to j¹ tak przerazi³o.

Jednak to, co czu³a teraz, po zakoñczeniu wywiadu, nie mia³o nic wspól-

nego ze strachem – to by³o wra¿enie pró¿ni. Zanim Thorpe sta³ siê czêœci¹

jej ¿ycia, akceptowa³a tê pró¿niê. Zape³nia³a j¹, na miarê swoich mo¿liwo-

œci, prac¹ i wysokimi aspiracjami. Ale teraz to ju¿ nie wystarcza³o. W ci¹-

gu jednego dnia zdarzy³o siê tyle rzeczy, którymi chcia³aby siê z nim po-

dzieliæ. Czeka³a na to od tak dawna. I oto teraz odepchnê³a go.

Co powinna teraz zrobiæ? Jak mu wyt³umaczyæ, ¿e podczas gdy jakaœ

cz¹stka jej samej chcia³a go kochaæ, inna czu³a siê jak mucha, która wpa-

d³a w sieæ paj¹ka. Sparali¿owana i przera¿ona.

Jak mo¿e oczekiwaæ, ¿e Thorpe j¹ zrozumie? – zadawa³a sobie pyta-

nie, pokonuj¹c popo³udniowy uliczny ruch. W³aœciwie sama ju¿ nie by³a

pewna, czy dobrze siebie rozumie. Wy³¹cz siê na jakiœ czas, powiedzia³a

sobie. Zjedz lunch z pani¹ Ditmyer, rozluŸnij siê, a potem przemyœl wszyst-

ko jeszcze raz.

Maj¹c nadziejê, ¿e bêdzie w stanie zastosowaæ siê do w³asnych rad,

Liv wjecha³a na parking tu¿ obok restauracji. To najlepszy sposób, aby

przestaæ o nim myœleæ. Trochê biznesu, trochê rozrywki. Zerkn¹wszy na

zegarek stwierdzi³a, i¿ spóŸni³a siê zaledwie piêæ minut. Nic wielkiego.

Pani Ditmyer nie czeka³a zbyt d³ugo.

Lubiê j¹, pomyœla³a wchodz¹c do restauracji. Ona jest taka... ¿ywio-

³owa. Szczêœciarz z Grega, ¿e ma tak¹ ciotkê, nawet mimo jej sk³onnoœci

do swatania. Mog³aby tylko sobie ¿yczyæ, aby mieæ tak¹ krewn¹. W sytu-

acji gdy ziemia usuwa ci siê spod stóp, by³aby twarda jak opoka.

Myra Ditmyer zajmowa³a równie¿ siln¹ pozycjê w politycznych i to-

warzyskich krêgach Waszyngtonu. Znajomoœæ z ni¹ mog³a dla Liv wiele

znaczyæ.

– Stolik pani Ditmyer – oznajmi³a szefowi sali.

background image

152

– Panna Carmichael? – uœmiechn¹³ siê, kiedy skinê³a g³ow¹. – Têdy,

proszê.

Liv pod¹¿y³a za nim. Sytuacja wyda³a siê jej nieco zabawna. Jako

Carmichael zosta³a znacznie lepiej potraktowana, ni¿ gdyby wystêpowa-

³a jako przedstawicielka mediów.

– Olivia! – Myra przywita³a j¹ jak najlepsz¹ przyjació³kê. – Wygl¹-

dasz czaruj¹co. Cudownie jest czuæ na sobie spojrzenia tylu mê¿czyzn.

Nawet jeœli tylko zastanawiaj¹ siê, czy jestem twoj¹ matk¹ czy niezamê¿-

n¹ ciotk¹ z Albuquerque.

Liv rozeœmia³a siê, podczas gdy maitre d’hôtel pomaga³ jej zaj¹æ

miejsce.

– Pani Ditmyer, wiedzia³am, ¿e lunch z pani¹ to bêdzie najprzyjem-

niejsza czêœæ dnia.

– To mi³e, co powiedzia³aœ – odrzek³a z czaruj¹cym uœmiechem. –

Paul, przynieœ sherry dla panny Carmichael.

– Oczywiœcie, proszê pani. – Maitre d’hôtel, zgi¹wszy siê wpó³, od-

szed³ od stolika.

– A wiêc. – Myra  skrzy¿owa³a  ramiona  w geœcie  oczekiwania.  –

Opowiadaj, jakimi to ciekawymi sprawami siê ostatnio zajmujesz. Je-

stem przekonana, ¿e robienie programów o korupcji wœród polityków i wy-

darzeniach wstrz¹saj¹cych œwiatem musi byæ niezmiernie ekscytuj¹ce.

Liv rozeœmia³a siê. W towarzystwie Myry trudno siê by³o nudziæ.

– Przykro mi, ¿e muszê pani¹ rozczarowaæ. Ale wiêkszoœæ czasu spê-

dzam czekaj¹c na lotnisku albo przed wejœciem do Bia³ego Domu. Albo –

doda³a z przepraszaj¹cym uœmiechem – przy telefonie, ¿eby siê dowie-

dzieæ, gdzie mam czekaæ za chwilê.

– Och, moja droga, nie wolno ci mówiæ takich rzeczy. – Myra upi³a

trochê sherry. – Z pewnoœci¹ wszystko, co robisz, jest niezwykle pasjo-

nuj¹ce. I mów do mnie: Myra. Myœlê, ¿e powinnyœmy siê zaprzyjaŸniæ.

– Wiesz, wierzy³am, ¿e tak bêdzie. Przykro mi, ale nie wszyscy mog¹

byæ Woodwordami czy Bernsteinami. Jednak s¹dzê, ka¿dy z nas trafia od

czasu do czasu na jakiœ smaczny k¹sek. Aktualnym hitem jest wyst¹pie-

nie senatora Donahue.

– Ach, Michael. – Myra uœmiechnê³a siê, po czym skinê³a g³ow¹

na znak aprobaty, kiedy kelner postawi³ przed Liv kieliszek sherry. –

Stary diabe³. Zawsze go lubi³am. Nikt tak nie tañczy rumby jak Mi-

chael Donahue.

Niewiele brakowa³o, a Liv zakrztusi³aby siê sherry.

background image

153

– To prawda?

– Zapoznam ciê z nim w nastêpnym miesi¹cu, kiedy wydam mój Wio-

senny Bal. Tañczysz, oczywiœcie, rumbê, moja droga?

– Nauczê siê.

Myra rozeœmia³a siê i skinê³a na kelnera.

– Niestety, bêdê siê musia³a zadowoliæ owocow¹ sa³atk¹. Moja kraw-

cowa westchnê³a ostatnio na mój widok. – Rzuci³a na Liv pe³ne smutku

spojrzenie, w którym wiêcej by³o melancholii ni¿ zazdroœci. – Wiesz, maj¹

tu wspania³e krewetki.

– Sa³atka z owoców to dobry pomys³ – zauwa¿y³a Liv. – Ju¿ samo

siedzenie podczas lunchu jest dla mnie ogromn¹ rzadkoœci¹. Nie wiem,

jak mam ci dziêkowaæ za to zaproszenie – ci¹gnê³a Liv po odejœciu kel-

nera. – Nieczêsto mam okazjê spêdziæ tak urocz¹ godzinê w œrodku dnia.

– Mo¿esz przecie¿ uwa¿aæ, ¿e spotka³yœmy siê równie¿ w sprawach

zawodowych – rozeœmia³a siê, widz¹c minê Liv. – Och nie, moja droga,

to wcale mnie nie ura¿a. W koñcu taka by³a równie¿ i moja intencja. A te-

raz... – Pochyli³a siê nieco do przodu, jak genera³ przygotowuj¹cy plan

ataku. – Musisz mi opowiedzieæ, jaki¿ to nadzwyczajny pomys³ przysze-

d³ ci ostatnio do g³owy. Wiem, ¿e tak jest. To po prostu le¿y w twoim

charakterze.

Liv wyprostowa³a siê. Wci¹¿ trzyma³a w rêku kieliszek, ale nie pod-

nosi³a go do ust. Za bardzo fascynowa³a j¹ siedz¹ca naprzeciw kobieta.

– Myra, jestem przekonana, ¿e mog³abyœ zostaæ znakomitym re-

porterem.

Myra rozpromieni³a siê.

– Tak uwa¿asz? Jakie¿ to mi³e. Rzeczywiœcie, lubiê o wszystkim

wiedzieæ.

– To prawda – zgodzi³a siê Liv.

– A wiêc. – Myra roz³o¿y³a rêce w wymownym geœcie. – Opowia-

daj, na jaki wpad³aœ pomys³.

Liv pokrêci³a g³ow¹ i uœmiechnê³a siê.

– No dobrze. Przysz³o mi do g³owy, ¿e mo¿na by przygotowaæ pro-

gram o kobietach w polityce. Nie chodzi mi jedynie o kobiety, które s¹

zawodowymi politykami. Ten program by³by równie¿ o kobietach, które

wysz³y za m¹¿ za polityków. To interesuj¹ce, jak sobie radz¹ w tej specy-

ficznej sytuacji z rodzin¹, funkcjonowaniem w ¿yciu publicznym, pod-

ró¿ami. S¹dzê, i¿ w ten sposób uda³oby mi siê pokazaæ obydwie strony

medalu. Kobiety uwik³ane w politykê z wielu, bardzo ró¿nych powodów.

background image

154

– Tak... – Myra zamyœli³a siê. – To mog³oby byæ interesuj¹ce. Na-

wet nie wiesz, jak trudno to wszystko pogodziæ. Te kampanie wyborcze,

oficjalne spotkania, bankiety, ca³y ten protokó³. D³ugotrwa³e rozstania,

¿ycie w nieustannym napiêciu. To jest droga, któr¹ ja sobie wybra³am.

Wci¹¿ ten sam, nigdy nie koñcz¹cy siê wyœcig. A kobiety... – Znowu siê

uœmiechnê³a, obracaj¹c w rêku kieliszek. – Taak, to naprawdê mog³oby

byæ interesuj¹ce.

– Wspomina³am ju¿ o tym Carlowi przed paroma miêsi¹cami. To szef

od programów informacyjnych – wyjaœni³a Liv. – Myœlê, ¿e zgodzi siê,

jeœli przedstawiê mu plan i parê znacz¹cych nazwisk. S¹dzê, i¿ Amelia

Thaxter to dobry pomys³ na pocz¹tek.

– To rzeczywiœcie wyj¹tkowa kobieta – przyzna³a Myra. Uœmiech-

nê³a siê nieco smêtnie, kiedy kelner postawi³ przed ni¹ owocow¹ sa³at-

kê. Nie nale¿a³a do kobiet, które lubi¹ ograniczenia, nawet jeœli dotycz¹

sztuki kulinarnej. – Ca³kowicie oddana pracy. Naprawdê oddana. Do-

kona³a wyboru miêdzy ma³¿eñstwem a karier¹, i to dawno temu. Nie-

które kobiety nie potrafi¹ tych rzeczy po³¹czyæ. – Uœmiechnê³a siê do

Liv i wbi³a widelec w kawa³ek ananasa. – Och, nie zdradzam tu prze-

cie¿ ¿adnych sekretów. Jeœli j¹ zapytasz, sama ci pewnie o tym powie.

Myœlê, ze zaakceptuje twój pomys³. Tak, i poza tym Margerite Lewel-

lyn: nic nie sprawia jej wiêkszej przyjemnoœci ni¿ mówienie o sobie.

Nastêpnie Barbara Carp...

Nie tkn¹wszy nawet swojego lunchu, Liv s³ucha³a, jak Myra wymie-

nia ca³¹ listê nazwisk kobiet polityków oraz ¿on waszyngtoñskich gru-

bych ryb. To by³o znacznie wiêcej, ni¿ mog³a siê spodziewaæ. A Myra,

w miarê jak mówi³a, coraz bardziej zapala³a siê do pomys³u.

– Wspaniale – podsumowa³a. – Jestem pewna, ¿e to bêdzie praw-

dziwa bomba. Jak tylko wrócê do domu, muszê do paru osób zatelefo-

nowaæ.

– Jestem ci bardzo wdziêczna – zaczê³a Liv, gwa³townie szukaj¹c

w³aœciwych s³ów. – Naprawdê, ja...

– Och, to g³upstwo. – Myra przerwa³a jej ruchem rêki uzbrojonej

w widelec. – To zapowiada siê bardziej interesuj¹co ni¿ planowanie ko-

lejnego party. Poza tym – uœmiechnê³a siê czaruj¹co – spodziewam siê,

¿e ze mn¹ równie¿ przeprowadzisz wywiad.

– Z takiej okazji nie zrezygnowa³abym za skarby œwiata – z powag¹

odrzek³a Liv. – Myra – doda³a po chwili, zabieraj¹c siê do swojej sa³at-

ki – jesteœ niesamowita.

background image

155

– Staram siê. Teraz mamy ju¿ chyba sprawy zawodowe za sob¹. –

Westchnê³a z satysfakcj¹. Lubi³a tê dziewczynê. O tak, bardzo j¹ lubi³a.

A kiedy Myra Ditmyer wyrobi³a sobie o kimœ opiniê, to by³a to ocena

nieodwo³alna, tak jak werdykty sêdziowskie jej mê¿a. – Muszê powie-

dzieæ, ¿e kiedy przygotowywa³am tego bryd¿a, nie mia³am zielonego po-

jêcia, i¿ ty i Greg od dawna siê znacie. Lubiê niespodzianki.

– By³ moim dobrym przyjacielem. – Liv pochyli³a siê nad sa³atk¹. –

Bardzo siê ucieszy³am z tego spotkania.

Myra spojrza³a na ni¹ uwa¿nie.

– Powiedzia³am, ¿e by³am zaskoczona. Ale póŸniej... – Liv podnio-

s³a g³owê i ich oczy siê spotka³y. – Pewne rzeczy zaczê³y mi siê uk³adaæ

w logiczny ci¹g. Kiedy Greg by³ w college’u, czêsto mi pisa³ o jakiejœ

Livvy. Myœla³am wtedy, ¿e to jakaœ romantyczna przygoda. On by³ bar-

dzo ni¹ oczarowany.

– Myra, ja...

– Nie, nie, pozwól mi dokoñczyæ. Greg pisa³ mi, ¿e jego Livvy zarê-

czy³a siê z jego, mieszkaj¹cym w tym samym pokoju, koleg¹.

– To by³o tak dawno.

– Moja droga – Myra po³o¿y³a rêkê na jej d³oni. – Przepraszam, ale

du¿o o tym wiem. Greg pisa³ mi o wszystkim. Myœlê, i¿ musia³ siê po

prostu przed kimœ wygadaæ. By³ nieprzytomnie w tobie zakochany, a jed-

noczeœnie Doug by³ jego najserdeczniejszym przyjacielem. To, ¿e znala-

z³ siê pomiêdzy wami, bardzo go drêczy³o i pewnie dlatego tyle o tym

pisa³ w swoich listach. Wiedzia³am o wszystkim.

Spojrzenie, uœcisk rêki, by³y niezbitym dowodem, ¿e Myra mówi praw-

dê. Liv patrzy³a na ni¹ bezradnie.

– Teraz, moja droga, napij siê wina. Nie mia³am zamiaru wytr¹ciæ

ciê z równowagi. Wszyscy musimy siê uczy栖 ci¹gnê³a lekkim ju¿ to-

nem, kiedy Liv podnios³a kieliszek do ust – jak ¿yæ z cierpieniem, bólem

i zawiedzionymi nadziejami. To musia³o byæ dla ciebie straszne. Pewnie

myœla³aœ, ¿e nie zdo³asz przez to przejœæ.

– Nie – wymamrota³a Liv. – Nie, ja by³am tego pewna.

– Ale przesz³aœ. – Myra pog³aska³a j¹ po rêku, przechyli³a do ty³u

g³owê i czeka³a.

Tym milczeniem osi¹gnê³a wiêcej, ni¿ gdyby zada³a jej dziesi¹tki pod-

chwytliwych pytañ.

– By³y chwile, kiedy myœla³am, ¿e lepiej umrzeæ, ni¿ ¿yæ z takim

bólem. Wydawa³o siê, i¿ nie mam nikogo... Moja rodzina – nabra³a g³ê-

background image

156

boko  powietrza.  – Myœlê,  ¿e  siê  starali.  Na  swój  sposób  byli  nawet

sympatyczni, ale... – Westchnienie, które wyrwa³o siê jej z ust, bardzo

Myrê wzruszy³o. – Chcia³am krzyczeæ. Chcia³am coœ rozerwaæ. Co-

kolwiek. Ale oni tego nigdy nie rozumieli. Czyjeœ zmartwienie, czyjaœ

osobista tragedia powinny pozostaæ jego prywatn¹ spraw¹ i byæ zno-

szone z godnoœci¹.

– Bzdury – rzuci³a ze z³oœci¹ Myra. – Kiedy ktoœ ciê zrani, p³acz

i do diab³a z ka¿dym, kto nie lubi patrzeæ na ³zy.

Liv rozeœmia³a siê.

– Myœlê, ¿e masz racjê, ale mnie wtedy nie by³o na to staæ.

– Tak ci siê tylko wydaje – powiedzia³a stanowczo. – Powinnaœ by³a

bardziej sobie zaufaæ. Ale, jak ju¿ zauwa¿y³am, przesz³aœ przez to i teraz

jesteœ taka, jaka jesteœ. Opowiedz mi o sobie i T.C.

– Och – Liv utkwi³a wzrok w stoj¹cej przed ni¹ sa³atce.

O czym mia³a mówiæ? Znowu wszystko popsu³a.

– Roi³am sobie, ¿e ty i Greg byæ mo¿e siê pobierzecie. Ale poniewa¿

T.C. jest moim ulubieñcem, jakoœ bêdê musia³a siê z tym pogodziæ.

– Nie mam zamiaru ponownie wychodziæ za m¹¿.

– No wiesz, có¿ to znowu za g³upstwa! – zaprotestowa³a Myra. –

Spotykasz siê z T.C. doœæ czêsto, czy¿ nie mam racji?

– Tak, ale... – Liv zmarszczy³a brwi. Myra rzeczywiœcie zdawa³a siê

niczego nie dostrzegaæ.

– To zbyt inteligentny mê¿czyzna, aby pozwoliæ ci umkn¹æ. Za³o¿ê

siê, ¿e ju¿ ciê poprosi³ o rêkê.

– Otó¿, nie poprosi³. To jest oœwiadczy³ mi, ¿e wyjdê za niego, ale...

– To takie do niego podobne – zawo³a³a Myra. – I oczywiœcie otrzy-

ma³ twoj¹ zgodê.

– On jest tak nieznoœnie pewny siebie – w zamyœleniu odpar³a Liv.

– I nieprzytomnie ciê kocha.

Liv w milczeniu patrzy³a przed siebie.

– Olivio, nawet œlepiec zauwa¿y³by to tamtego wieczoru, kiedy byli-

œcie u mnie na bryd¿u. A ja jestem bardzo spostrzegawcza. Co masz za-

miar z tym zrobiæ?

– Ja... – Liv nagle poczu³a siê jak pêkniêty balon. – Ja to zniszczy-

³am. Ostatniej nocy.

Myra chwilê patrzy³a na ni¹ w milczeniu. Rzeczywiœcie, pomyœla³a, to

dziecko jest chyba takie rozkojarzone. Znowu pog³aska³a j¹ po rêku. ¯al

ogarnia, gdy widzi siê ludzi, którzy zbyt du¿o myœl¹, a za ma³o dzia³aj¹.

background image

157

– Wiesz, Olivio, myœlê, i¿ w przeciwieñstwie do tego, co g³osi pew-

na sentencja, ¿ycie wcale nie jest takie krótkie, jest raczej potwornie d³u-

gie. – Uœmiechnê³a siê, widz¹c zaskoczenie w oczach Liv. – Co nie zna-

czy, aby by³o wystarczaj¹co d³ugie. Wysz³am za m¹¿ za Herberta trzy-

dzieœci piêæ lat temu. Gdybym by³a pos³ucha³a moich rodziców, niech

spoczywaj¹ w pokoju, oraz mojego rozs¹dku, nigdy bym nie poœlubi³a

mê¿czyzny, który mia³ nieco przestarza³e pogl¹dy i którego zanadto po-

ch³ania³a praca. Pomyœl o wszystkim, co prawdopodobnie ja straci³am.

W ¿yciu – powiedzia³a stanowczo – warto ryzykowaæ. Aby to udowod-

ni栖 doda³a po chwili – wezmê trochê tego cytrynowego musu...

Nawet po paru godzinach, przygotowuj¹c siê do nagrania, Liv nie

mog³a zapomnieæ s³ów Myry. Najwy¿szy czas, aby siê na coœ zdecydo-

waæ, pomyœla³a w czasie sportowej relacji. Najwy¿szy czas, aby przestaæ

siê ci¹gle nad wszystkim zastanawiaæ. Jeœli chcia³a byæ z Thorpe’em, po-

winna mu to w koñcu powiedzieæ.

Po zakoñczeniu programu Liv posz³a na górê. Na jej widok z ust re-

cepcjonistki wyrwa³o siê wymowne westchnienie.

– Nie ma go tu – oœwiadczy³a, sprz¹taj¹c biurko. – Przygotowuje

reporta¿ poza studiem.

– Poczekam w jego biurze. – Liv minê³a dziewczynê, zanim ta zd¹-

¿y³a zareagowaæ.

Co ja mu powiem? – pyta³a sam¹ siebie, zamykaj¹c drzwi. Co zdo³am

powiedzieæ? Kr¹¿¹c niespokojnie po pokoju, szuka³a w³aœciwych s³ów.

Wydawa³o siê dziwne, ¿e choæ nie by³o tu Thorpe’a, na ka¿dym kroku

czu³a jego obecnoœæ. Na jednej ze œcian wisia³o mnóstwo jego zdjêæ z ró¿ny-

mi politykami i mê¿ami stanu. Wygl¹da³ na nich jak zawsze uœmiechniêty

i zupe³nie zrelaksowany. Po prostu Thorpe, pomyœla³a. Na jego biurku le¿a³y

w nie³adzie zabazgrane kartki papieru i spory stos dokumentów pod biuro-

wym przyciskiem. Podesz³a do okna i przez chwilê patrzy³a na miasto.

Widoczna st¹d kopu³a Kapitolu, ró¿owa w promieniach zachodz¹ce-

go s³oñca, wygl¹da³a bajkowo. Na ulicach panowa³ du¿y ruch, ale ma-

sywne szyby skutecznie izolowa³y wnêtrze pokoju od ha³asu. Liv po-

dziwia³a mistern¹ sieæ ulic, stare, majestatyczne budowle i ton¹ce w kwia-

tach drzewa i krzewy. Pomyœla³a, ¿e waszyngtoñski ruch nie móg³ siê

nawet równaæ z szaleñstwem Nowego Jorku, ale te¿ mia³ swój urok. Po-

ch³oniêta myœlami, nie s³ysza³a, jak do pokoju wszed³ Thorpe.

Widok Liv bardzo go zaskoczy³. Chwilê siê waha³, trzymaj¹c rêkê na

klamce, po czym powoli zamkn¹³ za sob¹ drzwi.

background image

158

– Liv?

Odwróci³a siê. Na jej twarzy kolejno malowa³y siê zaskoczenie, ra-

doœæ, a¿ w koñcu z trudem skrywany niepokój. Nigdy niczego tak nie

pragn¹³, jak wzi¹æ j¹ w ramiona i zapomnieæ o tamtej, nieszczêsnej nocy.

– Thorpe. – Na jego widok wszystkie uprzednio u³o¿one przemówienia,

ulotni³y siê bez œladu. Nie mog³a siê ruszyæ siê z miejsca, jakby nogi wros³y jej

w ziemiê. – Mam nadziejê, i¿ nie s¹dzisz, ¿e przysz³am tu bez powodu.

Uniós³ do góry brwi. Na jego twarzy pokaza³ siê cieñ rozbawienia.

– Nie, oczywiœcie ¿e nie. Napijesz siê kawy?

By³ taki obojêtny, kiedy bez poœpiechu nalewa³ wody do dzbanka.

Liv zaczê³a siê ju¿ nawet zastanawiaæ, czy to siê jej czasem nie œni³o, ¿e

nie dalej jak dwadzieœcia cztery godziny temu powiedzia³, ¿e j¹ kocha.

– Nie, ja... chcia³am zapytaæ, czy nie przyszed³byœ na kolacjꠖ wy-

rzuci³a z siebie. Spodziewa³a siê odmowy i pragnê³a mieæ to jak najszyb-

ciej za sob¹. – Oczywiœcie, nie mogê ci obiecaæ, ¿e przygotujê coœ tak

smacznego jak ty, ale z pewnoœci¹ ciê nie otrujê.

Thorpe zrezygnowa³ z robienia kawy i odwróci³ siê do niej.

– Liv, nie s¹dzê, ¿eby to by³ dobry pomys³ – powiedzia³ cicho.

– Thorpe... – odwróci³a twarz, aby ukryæ zdenerwowanie. Mia³a ocho-

tê siê rozp³akaæ, i to w jego ramionach. Ale to w niczym by im nie pomo-

g³o. Znowu siê odwróci³a i spojrza³a mu w oczy. – O wielu rzeczach nie

wiesz i wielu nie rozumiesz. Ale chcê, ¿ebyœ wiedzia³ i zrozumia³, ¿e siê

po  prostu  bojê.  Bardzo  siê  bojê.  Mo¿e  bardziej,  ni¿  jestem  w stanie

znieœæ. – S³ysza³, jak jej g³os dr¿y. – Wiem, ¿e proszê o zbyt wiele, ale

gdybyœ mi móg³ daæ trochê czasu…

Te s³owa du¿o j¹ kosztowa³y, pomyœla³. Za dobrze j¹ zna³, aby nie

rozumieæ, co dla niej znaczy³o, przyjœæ do niego w tej sytuacji. Czy¿ sam

sobie nie powtarza³, ¿e powinien byæ cierpliwy?

– Muszê najpierw za³atwiæ parê spraw – rzek³. – Czy mogê przyjœæ,

powiedzmy, za godzinê?

S³ysza³, jak odetchnê³a z ulg¹.

– Dobrze.

Godzinê póŸniej Liv nie mog³a opanowaæ zdenerwowania. Stara³a siê

skupiæ na przygotowywaniu posi³ku, ale jej oczy wci¹¿ spogl¹da³y na zegar.

Mo¿e powinnam siê przebraæ, pomyœla³a, krytycznie spogl¹daj¹c na

swój szary kostium. Ale w chwili gdy wychodzi³a z kuchni, odezwa³ siê

background image

159

dzwonek. Liv drgê³a. Och, nie b¹dŸ œmieszna, zbeszta³a siê w myœlach.

Ale kiedy otworzy³a drzwi, serce wali³o jej jak m³otem.

– Witaj! – powiedzia³a z nieco wymuszonym uœmiechem. – Jesteœ bar-

dzo punktualny. Za chwilê bêd¹ gotowe steki. – Zamknê³a za sob¹ drzwi

i stanê³a zmieszana, zastanawiaj¹c siê, co zrobiæ z rêkami. – Steki to najbez-

pieczniejsze danie. Niewiele w nich mo¿na zepsuæ. Masz ochotê na drinka?

Co ja plotê? – pomyœla³a. Dobry Bo¿e. A on patrzy³ na ni¹ znowu

ch³odno i z powag¹. Skierowa³a siê do barku, nie czekaj¹c na odpowiedŸ.

– Szkock¹? – zapyta³a, nalewaj¹c najpierw sobie nieco wermutu z ka-

rafki. Nagle poczu³a jego rêce na ramionach.

Nie protestowa³a, kiedy j¹ do siebie odwróci³; nie spuœci³a wzroku,

kiedy patrzy³ jej prosto w oczy. Po chwili przyci¹gn¹³ j¹ do siebie i mocno

obj¹³. Przytuli³a siê do niego, a z jej ust wydoby³o siê ciche westchnienie.

– Och, Thorpe, omal nie oszala³am bez ciebie. Bardzo mi ciebie brak.

– Przytuli³a do niego twarz. – Nie odchodŸ – wyszepta³a. – Nie odchodŸ

dziœ wieczorem.

Przywar³a ustami do jego ust. Œwiat ponownie z ni¹ zawirowa³.

– Kochaj siê ze mn¹ – wyszepta³a. – Teraz, Thorpe. Natychmiast.

Nie przerywaj¹c poca³unku, po³o¿y³ j¹ na kanapie. Delikatnie pieœci³

jej cia³o, czuj¹c, jak reaguje na jego dotyk. Dr¿a³a w jego ramionach.

Z ogromn¹ delikatnoœci¹ wci¹¿ j¹ ca³owa³, a¿ przesta³a byæ pani¹ swego

cia³a, rozumu i duszy. Nie czu³a ju¿ ¿adnego lêku, a jedynie radoœæ z pod-

dania siê temu, którego kocha³a.

Powoli j¹ rozbiera³, wodz¹c czubkami palców po ostro zarysowanych

piersiach i ³agodnym ³uku bioder. Westchnê³a, oddaj¹c siê ca³kowicie w je-

go w³adanie. Mia³ prawo wzi¹æ j¹ tam, gdzie chcia³.

Jego dotyk by³ ³agodny. Nawet wtedy gdy rêka przesuwa³a siê w kie-

runku wewnêtrznej czêœci ud, jego ruchy by³y jak na zwolnionym filmie.

Zaczê³a dr¿eæ i wyginaæ siê pod nim, ale jego palce zatrzyma³y siê tylko

na chwilê przy wilgotnym ³onie, po czym powêdrowa³y dalej.

Dra¿ni³ jêzykiem jej sutki, po chwili zatrzyma³ siê i przesun¹³ usta

w dó³ w œlad za palcami r¹k, a¿ jej cia³o zaczê³o p³on¹æ i dr¿eæ.

Wo³a³a go g³osem wibruj¹cym od po¿¹dania. Jej cia³o nie by³o ju¿

d³u¿ej bierne. Wzywa³o go. Wzi¹³ j¹ powoli, podczas gdy ona przywar³a

do niego nieprzytomnie. Nagle jego usta znowu znalaz³y drogê do jej ust

i wspólnie pop³ynêli w kosmiczn¹ przestrzeñ.

background image

160

!

H

ej! – Thorpe potar³ nosem zag³êbienie szyi Liv, chc¹c j¹ obu-

 dziæ. – Masz zamiar spaæ ca³y dzieñ?

              Przytuli³a siê do niego.

– Uhmm.

Oczy wci¹¿ mia³a zamkniête. W tej chwili pragnê³a tylko czuæ ciep³o

jego cia³a. I niewa¿ne jaka by³a pora dnia. Nie mia³o to dla niej ¿adnego

znaczenia.

– Ju¿ po dziewi¹tej. – Przesun¹³ rêk¹ w dó³ po jej plecach i us³ysza³

jej ciche, pe³ne zadowolenia westchnienie. – Mieliœmy spêdziæ dzieñ na

³odzi, pamiêtasz?

Otworzy³a  leciutko  oczy.  Jest  ju¿ rano,  stwierdzi³a.  Sobota  rano.

I on by³ razem z ni¹. Uœmiechaj¹c siê sennie, przytuli³a twarz do jego

twarzy.

– Spêdzimy go lepiej w ³ó¿ku.

– Ta kobieta jest straszliwie leniwa – oznajmi³. I piêkna, pomy-

œla³, odgarniaj¹c pukiel w³osów z jej policzka. Tak nieprawdopodob-

nie piêkna.

– Leniwa? – Liv zmarszczy³a brwi. – Mam mnóstwo nie wykorzy-

stanej energii. – Ponownie zamknê³a oczy. – Mnóstwo – powtórzy³a

i g³oœno ziewnê³a.

– O tak. Nawet to widaæ. Nie powinniœmy najpierw pobiegaæ?

Znowu otworzy³a oczy.

background image

161

– Och, mam lepszy pomys³.

Nie spodziewa³ siê, ¿e jej poca³unek bêdzie taki p³omienny, a ruch

cia³a taki szybki. Le¿a³a na jego klatce piersiowej z ustami na jego ustach.

W ci¹gu kilku sekund jego têtno b³yskawicznie wzros³o, jakby uczest-

niczy³ w jakimœ szalonym biegu, a krew zdawa³a siê p³on¹æ. Jej rêce

sta³y siê natarczywe, wrêcz agresywne, a usta jak nigdy spragnione. Tym

razem to ona by³a stron¹ aktywn¹.

Wodzi³a ustami po ca³ym jego ciele. Ca³owa³a jego kark, szyjê i ra-

miona. Przesuwa³a jêzyk po jego klatce piersiowej, zatrzymuj¹c siê d³u-

¿ej przy brodawkach, aby po chwili ruszyæ dalej.

Kiedy nabra³a tyle si³y? – zastanawia³ siê. A mo¿e to on nagle os³a-

b³? Chcia³ j¹ znowu mieæ. Teraz. Czu³ szalone pulsowanie w skroniach,

w g³owie, w lêdŸwiach, w czubkach palców. Po¿¹danie przerodzi³o siê

w szarpi¹cy ¿o³¹dek ból.

Ale kiedy spróbowa³ odwróciæ role, nie pozwoli³a mu na to, siada-

j¹c na nim okrakiem i przyciskaj¹c usta do jego ust. Ogranicza³a jego

ruchy, ale mimo to przyci¹gn¹³ j¹ do siebie. Wnika³a w niego g³êboko,

by³ ni¹ przesi¹kniêty. Widok poruszaj¹cego siê nad nim nagiego cia³a

doprowadza³ go do szaleñstwa.

Nagle znalaz³ siê wewn¹trz niej. Rozs¹dek przesta³ istnieæ. Œwiat

eksplodowa³.  Odg³os  tej  eksplozji  wci¹¿  s³ysza³  w swojej  g³owie

i zdawa³o mu siê, i¿ nigdy ju¿ wiêcej niczego nie us³yszy. Po chwili jej

oddech sta³ siê p³ytki i wyraŸnie przyspieszony. Zdawa³a siê nad nim

rozp³ywaæ.  Jego  cia³em  wstrz¹sn¹³  dreszcz,  po  czym  konwulsyjnym

ruchem przyci¹gn¹³ do siebie jej g³owê.

Moja kobieta, pomyœla³, kiedy odpoczywa³a na nim, wci¹¿ jeszcze

dr¿¹c z rozkoszy.

Le¿a³ spokojnie, czekaj¹c, a¿ dojd¹ do siebie.

– Coœ mi siê zdaje, ¿e czekasz na przeprosiny.

– Hmm? – NajwyraŸniej czu³a siê zbita z tropu.

– Za to, ¿e nazwa³em ciê leniw¹.

Liv rozeœmia³a siê i przytuli³a do niego.

– Chyba mi siê nale¿¹ – skwapliwie przyzna³a mu racjê. – Mo¿esz

to zrobiæ, kiedy siê obudzê.

– O nie! – zerwawszy siê z ³ó¿ka, chwyci³ j¹ za rêkê i bez zbêd-

nych ceregieli œci¹gn¹³ na pod³ogê. – Wios³owanie – powiedzia³, kiedy

usi³owa³a protestowaæ.

– Jesteœ opêtany.

background image

162

– Jestem. – Uœmiechn¹³ siê, po czym poca³owa³ czubek jej nosa. –

Pozwolê ci pierwszej wzi¹æ prysznic.

– Dziêki.

Zdawa³o siê, ¿e jej wdziêcznoœæ by³a zaprawiona odrobin¹ zjadliwo-

œci, mimo to Thorpe uœmiechn¹³ siê do niej niewinnie, gdy zamyka³a za

sob¹ drzwi do ³azienki.

Kiedy zosta³ w pokoju sam, wci¹gn¹³ na siebie spodnie i ju¿ mia³

zamiar zaj¹æ siê parzeniem kawy, gdy nagle siêgn¹³ po le¿¹c¹ na stoliku

paczkê papierosów. Z ³azienki dobiega³ go szum lej¹cej siê z prysznica

wody.

Wzi¹wszy do rêki zapalniczkê, usi³owa³ przypaliæ papierosa, ale za-

palniczka nie dzia³a³a. Zniecierpliwiony rozejrza³ siê w poszukiwaniu za-

pa³ek, po czym wysun¹³ szufladê stolika w nadziei, ¿e je tam znajdzie.

Le¿¹ca na wierzchu fotografia natychmiast rzuci³a mu siê w oczy.

Zwróci³ na ni¹ uwagê, po pierwsze dlatego, ¿e w mieszkaniu Liv nie by³o

¿adnych fotografii ani osobistych pami¹tek, a po drugie dlatego, ¿e uœmie-

chaj¹ce siê ze zdjêcia dziecko by³o wyj¹tkowo œliczne. Wyj¹³ fotografiê

z szuflady i zacz¹³ siê jej przygl¹daæ.

To by³o maleñkie zdjêcie oprawione w srebrn¹ ramkê. Ch³opczyk mia³

nie wiêcej ni¿ roczek. Gêste, czarne w³oski otacza³y uœmiechniêt¹, pyza-

t¹ buziê. W jego ciemnoniebieskich, prawie kobaltowych oczkach figlar-

noœæ miesza³a siê z zachwytem. To by³o dziecko, na którego widok ka¿dy

przechodzieñ  uœmiechn¹³by  siê  na  ulicy  i które  z pewnoœci¹  psu³yby

wszystkie  jego  ciotki  i wujowie.  Prawie  mo¿na  by³o  s³yszeæ  radosny

œmiech wydobywaj¹cy siê z szeroko otwartej buzi.

Wci¹¿ trzymaj¹c zdjêcie w rêku, Thorpe usiad³ na ³ó¿ku.

– Mam nadziejê, ¿e zu¿y³am ca³y zapas ciep³ej wody – zawo³a³a Liv

zza drzwi. – To bêdzie mój rewan¿ za wyci¹gniêcie mnie z ³ó¿ka o œwi-

cie. – Otworzy³a drzwi, po czym zatrzyma³a siê na chwilê, aby przewi¹-

zaæ szlafrok paskiem. – Nie czujê zapachu kawy. Przynajmniej to mo-

g³eœ zrobiæ, kiedy...

Jej g³os nagle zamar³, kiedy zorientowa³a siê, co Thorpe trzyma³ w rê-

ku. Jej twarz gwa³townie poblad³a.

– Liv. – Chcia³ wyt³umaczyæ, ¿e szuka³ zapa³ek, ale zrezygnowa³. To

nie mia³o w tej chwili znaczenia. – Co to za zdjêcie?

Minê³o parê sekund, zanim spojrza³a na niego. Widzia³, jak walczy

ze sob¹, ¿eby siê nie rozp³akaæ. Jej dolna warga zaczê³a dr¿eæ, ale kiedy

siê odezwa³a, jej g³os by³ spokojny i silny.

background image

163

– To mój syn.

Wiedzia³ o tym ju¿ w chwili, gdy zobaczy³ zdjêcie. Podobieñstwo by³o

wyraŸne. Mimo to odpowiedŸ Liv go zaszokowa³a. Nie odrywaj¹c od

niej oczu, cicho zapyta³:

– Gdzie on jest?

Jej twarz by³a teraz œmiertelnie blada. Thorpe jeszcze nigdy nie wi-

dzia³ takich smutnych oczu, pe³nych cierpienia, g³êboko skrywanych ta-

jemnic i dotkliwego bólu.

– Nie ¿yje.

Odwróci³a siê szybko i zaczê³a wyci¹gaæ z szafy ubranie. Thorpe wi-

dzia³ jedynie migaj¹c¹ w powietrzu barwn¹ plamê. Wybiera³a na chybi³

trafi³, rêkami, które by³y zbyt odrêtwia³e, aby dr¿eæ. Nawet wtedy, gdy

po³o¿y³ rêce na jej ramionach, nie przerwa³a automatycznego wyci¹gania

wieszaków i przek³adania rzeczy.

– Liv. – Opiera³a siê, gdy chcia³ j¹ przytuliæ.

– Muszê siê ubraæ, skoro mamy wyjœæ. – Pokrêci³a g³ow¹, staraj¹c

siê jednoczeœnie uwolniæ od jego uœcisku, jakby to mia³o j¹ ustrzec od

dalszych pytañ.

– Przestañ – powiedzia³ szorstko. – Nie rób tego nigdy wiêcej. Nie

ze mn¹. – Nastêpnie, zanim mog³a jakoœ zareagowaæ, przyci¹gn¹³ j¹ do

siebie i mocno obj¹³.

Mog³aby próbowaæ mu siê przeciwstawiæ, ale w jego ramionach by³o

tak bezpiecznie. Przytuli³a siê wiêc do niego i ju¿ nie myœla³a o obronie.

– Usi¹dŸ – zaproponowa³ – i opowiedz mi wszystko.

Objêta jego ramieniem, usiad³a na ³ó¿ku. Zdjêcie le¿a³o obok niej.

Wziê³a je do rêki i po³o¿y³a na kolanach. Nie naciska³ wiêcej, czuj¹c, ¿e

potrzebuje trochê czasu, aby zacz¹æ mówiæ.

– Mia³am dziewiêtnaœcie lat, kiedy pozna³am Douga. – Telewidzo-

wie z pewnoœci¹ nie rozpoznaliby teraz jej g³osu. By³ cichy, niepewny

i dr¿¹cy ze wzruszenia. – Studiowa³ prawo. Mia³ stypendium. By³ wspa-

nia³ym, m³odym cz³owiekiem o bardzo ¿ywym umyœle, maj¹cym wiele

planów na przysz³oœæ. Chcia³ byæ najlepszym obroñc¹ s¹dowym w kraju.

Zmiana systemu od œrodka, walka z wiatrakami, zabijanie smoków. To

ca³y Doug.

Thorpe milcza³ i Liv, odetchn¹wszy g³êboko, ci¹gnê³a dalej ju¿ spo-

kojniejszym g³osem.

– Od razu poczuliœmy do siebie sympatiê. Byæ mo¿e czêœciowo dla-

tego, ¿e nasza przesz³oœæ by³a tak diametralnie ró¿na, a nasze idea³y takie

background image

164

wznios³e. Coœ nas do siebie przyci¹ga³o. Poza tym byliœmy tacy m³o-

dzi. – Westchnê³a do wspomnieñ. – Szybko siê pobraliœmy, po niespe³na

trzymiesiêcznej znajomoœci. Moja rodzina... – Rozeœmia³a siê z gorycz¹.

– Powiedzmy, ¿e byli zaskoczeni. Chocia¿ broniê siê przed tym, czasem

przychodzi mi do g³owy, i¿ to mo¿e miêdzy wp³ynê³o na maj¹ decyzjê. –

Patrzy³a przed siebie w milczeniu, zatopiona we wspomnieniach. Po

chwili znowu mówi³a dalej.

– Nie by³o nam ³atwo. ¯yliœmy w ci¹g³ym napiêciu. College. Doug

ci¹gle wkuwa³ do egzaminów. Ja odbywa³am praktykê w lokalnej stacji

i ka¿d¹ woln¹ chwilê poœwiêca³am na naukê. Pieni¹dze nigdy nie mia³y

dla nas znaczenia. Na szczêœcie, poniewa¿ nie mieliœmy ich w nadmia-

rze. Przez jakiœ czas byliœmy bardzo szczêœliwi. Jednak Doug... – Wci¹-

gnê³a g³êboko powietrze w p³uca, jakby szuka³a w³aœciwych s³ów.

– Doug mia³ s³aboœæ do kobiet. Kocha³ mnie, naprawdê w to wierzê,

oczywiœcie  na  swój  sposób,  ale  czasami  mia³  problemy  z wiernoœci¹.

Wiem, ¿e te przygody nic dla niego nie znaczy³y, a ja, jeœli chodzi o seks,

nie mia³am zbyt du¿ego doœwiadczenia.

Thorpe z trudem powstrzyma³ cisn¹ce mu siê na usta s³owa. Nie

chcia³ jej przerywaæ teraz, kiedy wreszcie zdecydowa³a siê mówiæ, ale

wiele go kosztowa³o, aby tego cz³owieka, którego ona poœlubi³a, nie

obrzuciæ najgorszymi wyrazami. Przypomnia³ sobie, jak mu powiedzia³a,

kiedy siê po raz pierwszy kochali, ¿e nigdy nie by³a zbyt dobr¹ partner-

k¹ w mi³oœci. Teraz nareszcie zrozumia³, sk¹d siê to wziê³o. W milcze-

niu s³ucha³ dalej.

– Joshua przyszed³ na œwiat po roku, zaledwie po roku od naszego

pierwszego kontaktu. Moja rodzina uwa¿a³a, ¿e jesteœmy szaleni, decy-

duj¹c siê na dziecko tak szybko, maj¹c w dodatku dochody o wiele ni¿-

sze, ni¿ oni uwa¿ali za niezbêdne do ¿ycia. My jednak bardzo pragnêli-

œmy dziecka. Pragnêliœmy Josha. Bardzo go kochaliœmy. By³ taki nad-

zwyczajny. – Spojrza³a na le¿¹ce na jej kolanach zdjêcie. – Zdajê sobie

sprawê, i¿ wszystkie matki tak myœl¹ o swoich dzieciach. Ale on by³ taki

uroczy, taki pogodny. Prawie nigdy nie p³aka³.

Widz¹c, ¿e ³za spad³a na ramkê zdjêcia, mocno zacisnê³a powieki.

– Uwielbialiœmy go oboje i nie wyobra¿aliœmy sobie, aby mog³o byæ

inaczej. W naszym domu zapanowa³o szczêœcie. Doug by³ nadzwyczaj-

nym ojcem, ogromnie emocjonowa³ siê wszystkim, co dotyczy³o Josha.

Pamiêtam, jak kiedyœ mnie obudzi³ z dum¹, komunikuj¹c, ¿e Joshowi wy-

r¿n¹³ siê z¹bek.

background image

165

Liv d³u¿sz¹ chwilê milcza³a. Thorpe milcza³ równie¿. Rozumia³, co

prze¿ywa³a. Otoczywszy j¹ ramionami, spokojnie czeka³.

– Kiedy uzyska³am dyplom, przenieœliœmy siê do New Jersey. Doug

zwi¹za³ siê z niewielk¹ prawnicz¹ firm¹, a ja dosta³am pracê w WTRL.

Na pocz¹tku robi³am wieczorny serwis. Nie by³o nam ³atwo. Obydwoje

zaczynaliœmy startowaæ na drodze do zawodowej kariery. Pracowaliœmy

w najprzeró¿niejszych godzinach, sprawiedliwie dziel¹c siê obowi¹zka-

mi domowymi. Nie s¹dzê, aby Joshowi dzia³a siê jakaœ krzywda. Nic na

to zreszt¹ nie wskazywa³o. Josh by³ taki pogodny. Ja zajmowa³am siê nim

w ci¹gu dnia; Doug wraca³ do domu wieczorem i k³ad³ Josha spaæ. A póŸ-

niej zdarzy³ siê pewien incydent z m³od¹ prawniczk¹, która wpad³a Do-

ugowi w oko. Ma³a przygoda… od roku nie mia³ ¿adnej. Wybaczy³am

mu to. – Wzruszy³a ramionami. – Stara³am siê wybaczy栖 poprawi³a

siê. – Doug, w ka¿dym razie, ogromnie to sobie wyrzuca³. Staraliœmy siê

ratowaæ nasz zwi¹zek. Mieliœmy przecie¿ dziecko. Dla ka¿dego z nas nic

nie liczy³o siê bardziej ni¿ Josh.

W koñcu uda³o mi siê zmieniæ godziny pracy na wczeœniejsze. Za-

czê³am czytaæ prognozy pogody i robiæ niewielkie reporta¿e. D³ugo szu-

kaliœmy opiekunki do dziecka, która by nas oboje satysfakcjonowa³a. Ale

nawet wówczas mieliœmy ró¿ne zdanie. Doug uwa¿a³, ¿e powinnam rzu-

ciæ pracê i zaj¹æ siê Joshem. Nie chcia³am siê na to zgodziæ. – Przez

chwilê przyciska³a palcami powieki, po czym znowu opuœci³a rêce na

kolana. – Josh by³ naprawdê szczêœliwy. Kocha³am go bardziej ni¿ ko-

gokolwiek czy cokolwiek na œwiecie, ale nie uwa¿a³am za konieczne czy

te¿ nawet m¹dre, aby przestaæ pracowaæ, zrezygnowaæ z kariery i spê-

dzaæ z nim ka¿d¹ minutê. Nie bez znaczenia by³y równie¿ wzglêdy finan-

sowe i moje w³asne aspiracje. Poza tym nie chcia³am go rozpuœciæ.

Jej g³os znowu zacz¹³ siê ³amaæ.

– To by³o takie nêc¹ce, po prostu zostaæ z nim, przytulaæ go i pie-

œciæ. Doug mia³ zwyczaj powtarzaæ, ¿e jeœli postawiê na swoim, stracê

dziecko na zawsze. Czasem mi siê zdawa³o, ¿e nie mo¿e siê doczekaæ,

aby synek dorós³. Kiedy Josh mia³ osiemnaœcie miesiêcy, kupi³ mu pi³kê

no¿n¹ i myœla³ ju¿ o dwuko³owym rowerku. I to by³o urocze. Ale póŸ-

niej, na drugie urodziny, kupi³ ogromn¹ huœtawkê. Przera¿a³y mnie te

wszystkie poprzeczki i porêcze. Posprzeczaliœmy siê wtedy trochê, oczy-

wiœcie nie by³o to nic powa¿nego. Doug rozeœmia³ siê i powiedzia³, ¿e

jestem przewra¿liwiona. Wtedy ja siê rozeœmia³am, poniewa¿ to Doug

przez trzy tygodnie wybiera³ fotelik do samochodu, zanim wreszcie siê

background image

166

na któryœ zdecydowa³. Gdybym... gdybym uwierzy³a w moje przeczucia,

wszystko mog³oby wygl¹daæ inaczej.

Liv patrzy³a przez chwilê na zdjêcie, po czym przycisnê³a je do piersi.

– Pewnego dnia opiekunka zadzwoni³a do mnie do pracy, aby mnie

zawiadomiæ, ¿e Josh spad³ z huœtawki. Powiedzia³a, ¿e ma jedynie guz na

g³owie, ale ja rzuci³am wszystko, zawiadomi³am Douga i natychmiast po-

jecha³am do domu. Doug dotar³ na miejsce przede mn¹ i chocia¿ Josh nie

wygl¹da³ Ÿle, my byliœmy przera¿eni. Natychmiast zawieŸliœmy synka do

szpitala. Pamiêtam, jak siedzieliœmy, czekaj¹c na wynik przeœwietlenia.

Ta ogromna poczekalnia z mnóstwem czarnych, plastikowych krzese³ek,

metalowych popielniczek i œwiate³ pod sufitem. P³ytki pod³ogowe by³y

w czarnym kolorze i mia³y bia³e cêtki. Bez przerwy je liczy³am, a Doug

kr¹¿y³ niespokojnie tam i z powrotem.

W koñcu doktor poprosi³ nas do swego gabinetu. Mia³ ³agodny, cichy

g³os. To mnie przerazi³o. Zanim zd¹¿y³ nam cokolwiek powiedzieæ, wszyst-

ko odczyta³am z jego oczu, ale nie chcia³am wierzyæ. To nie mog³o byæ

prawd¹. – Przycisnê³a rêkê do ust, jakby chcia³a powstrzymaæ ³kanie.

Wspomnienia znowu wróci³y, a wraz z nimi ból. – Nie wierzy³am nawet

wtedy, kiedy powiedzia³, ¿e to by³ zator w mózgu. Josha ju¿ z nami nie

by³o. Po prostu odszed³.

Liv mocniej przycisnê³a do siebie zdjêcie i zaczê³a szlochaæ.

– Nawet nie wiem, co dzia³o siê potem. Wpad³am w histeriê, uspo-

kajali mnie. Nie pamiêtam, jak dotar³am do domu. Doug by³ za³amany.

Nie potrafiliœmy okazaæ sobie nawet odrobiny serca. Raniliœmy siebie

nawzajem. Mówiliœmy straszne rzeczy. Doug oskar¿a³ mnie, ¿e nie chcia-

³am zostaæ w domu i zajmowaæ siê naszym synkiem. Gdybym tam by³a,

to mo¿e... Ja rewan¿owa³am mu siê tym samym. Kupi³ przecie¿ tê huœ-

tawkê. Tê przeklêt¹ huœtawkê, która zabi³a moje dziecko.

– Liv. – Tak bardzo pragn¹³ usun¹æ z jej serca to wszystko: ból, smu-

tek, nawet wspomnienia. Przyciska³a do piersi zdjêcie tak, jakby biciem

w³asnego serca chcia³a je o¿ywiæ. Jak móg³ j¹ pocieszyæ? S³owami? –

Nie by³o takich. Móg³ tylko j¹ przytuliæ.

Nie potrafi³a powstrzymaæ ³ez, które teraz strumieniem ju¿ p³ynê³y

po jej twarzy.

– Przyszed³ Greg. By³ ojcem chrzestnym Josha i naszym najlepszym

przyjacielem. Bardzo go wtedy potrzebowaliœmy; nasz œwiat nagle przesta³

istnieæ. Greg powstrzymywa³ nas przed zadawaniem sobie ran. Ale ta, naj-

wiêksza, nigdy ju¿ nie mia³a siê zabliŸniæ. Josh od nas odszed³. Na zawsze.

background image

167

£kanie wstrz¹sa³o jej cia³em.

– On umar³ i nic nie mog³o tego zmieniæ. Nikt nie by³ temu winien.

Wypadek. Po prostu wypadek.

D³ugo milcza³a. Czu³, ¿e zbiera si³y, aby mówiæ dalej. Tak bardzo chcia³,

¿eby ból i cierpienie, jakich dozna³a, na zawsze odesz³y w przesz³oœæ.

– Greg zaj¹³ siê przygotowaniami... do pogrzebu – mówi³a dalej Liv. –

Ja zupe³nie siê do tego nie nadawa³am. Ca³y czas ¿y³am jak we œnie.

Przez pierwsze tygodnie snuliœmy siê po domu jak zombie. Przyjecha³a

moja rodzina, ale nie potrafili mi w niczym pomóc. Nie znali Josha, tak

jak ja go zna³am. Ka¿dego dnia wydawa³o mi siê, ¿e wystarczy wejœæ do

jego pokoju, aby zobaczyæ, jak siê bawi. Wróci³am do pracy, poniewa¿

nie mog³am ju¿ tego znieœæ.

£zy ci¹gle p³ynê³y jej po twarzy, a w g³osie s³ychaæ by³o rozpacz i ból.

Thorpe wiedzia³, ¿e Liv ukrywa jak¹œ tajemnicê, ale tego zupe³nie siê nie

spodziewa³. Patrzy³a przed siebie nie widz¹cymi oczami, nieœwiadoma

jego obecnoœci ani ramienia, które j¹ obejmowa³o.

– Ma³¿eñstwo praktycznie przesta³o istnieæ. Obydwoje zdawaliœmy

sobie z tego sprawê, ale ¿adne z nas nie chcia³o tego powiedzieæ. Wygl¹-

da³o to tak, jakbyœmy wierzyli, ¿e wystarczy byæ razem, aby on wróci³.

Byliœmy dla siebie uprzejmi, ale omijaliœmy siê z daleka. Potrzebowa³am

kogoœ, na kim mog³abym siê oprzeæ, kogoœ, kto by mi powiedzia³... w³a-

œciwie nie wiem, na jakie s³owa czeka³am, ale on i tak ich dla mnie nie

mia³. Ja zreszt¹ ich dla niego tak¿e nie mia³am. Spaliœmy w tym samym

³ó¿ku, ale byliœmy sobie obcy. I tak min¹³ miesi¹c. Pewnego dnia... pew-

nego dnia poprosi³am go, aby poszed³ ze mn¹ do pokoju Josha i pomóg³

mi... pomóg³ mi zrobiæ porz¹dek z jego rzeczami. Nie mog³am zrobiæ

tego sama, a dalsze odwlekanie nie mia³o sensu. Doug wyszed³ wtedy

z domu  i wróci³  dopiero  nad  ranem.  Nie  potrafi³  stan¹æ  z tym  twarz¹

w twarz, a ja nie umia³am daæ sobie rady z tym sama. Musi³am siê zwró-

ciæ do Grega i my... – Przycisnê³a rêk¹ czo³o. – Doug i ja nigdy ju¿ o tym

nie rozmawialiœmy.

PóŸniej zjawi³a siê moja siostra, Melinda. Lubi³a Josha. Mia³a zwy-

czaj przysy³aæ mu bardzo kosztowne zabawki, których przeznaczenia trud-

no siê by³o domyœliæ. Jej obecnoœæ, przez jakiœ czas, zdawa³a siê dla nas

prawdziwym b³ogos³awieñstwem, poniewa¿ pozwala³a, choæ na chwilê,

zapomnieæ o nieszczêœciu. Melinda mobilizowa³a nas do wychodzenia

z domu, zmusza³a do zajmowania siê ni¹ i stara³a siê, abyœmy zapomnieli

o... wszystkim. Myœlê, ¿e to mi w³aœnie pomog³o. Zda³am sobie w koñcu

background image

168

sprawê, i¿ ranimy siê nawzajem, podtrzymuj¹c pozory ma³¿eñstwa, któ-

rym ju¿ od dawna nie byliœmy. Powinniœmy z tym skoñczyæ. Zdecydowa-

³am siê zaproponowaæ rozwód, zanim któreœ z nas zrobi coœ niewyba-

czalnego. To nie by³o ³atwe. Zastanawia³am siê nad tym kilka dni.

Pewnego dnia wróci³am do domu wczesnym popo³udniem, poniewa¿

chcia³am mieæ trochê czasu, aby w spokoju siê zastanowiæ, co powinnam

powiedzieæ.  Zdecydowa³am  siê  porozmawiaæ  z Dougiem  wieczorem.

Przed wejœciem zauwa¿y³am jego samochód. Pomyœla³am, ¿e pewnie Ÿle

siê czuje i dlatego wróci³ do domu. Kiedy wesz³am na górê, zasta³am go

w ³ó¿ku z moj¹ siostr¹.

Ostro¿nie po³o¿y³a zdjêcie na kolanach.

– To by³ ostateczny cios. Moja siostra, mój dom, moje ³ó¿ko. Wy-

sz³am, zanim któreœ z nich zdo³a³o siê odezwaæ. Nie chcia³am niczego

s³uchaæ. Nie chcia³am powiedzieæ tych wszystkich strasznych rzeczy, które

z pewnoœci¹ bym powiedzia³a, gdybym zosta³a chocia¿ chwilê d³u¿ej.

Przenios³am siê do motelu. Wtedy zrozumia³am, ¿e moi rodzice od po-

cz¹tku mieli racjê. Jeœli ¿yjesz spokojnie, bez emocjonalnych wstrz¹sów,

nie mo¿esz byæ zraniony. Tak w³aœnie postanowi³am ¿yæ. Od tej chwili.

Nikt ani nic nie doprowadzi ju¿ mnie do takiego stanu. Dosyæ siê ju¿

nacierpia³am. Natychmiast podjê³am kroki rozwodowe. Doug poprosi³

Grega, aby siê tym zaj¹³. Od tej pory rozmawia³am z nim jedynie za po-

œrednictwem Grega. Zorientowa³am siê, ¿e Doug podj¹³ decyzjê o roz-

wodzie jeszcze przede mn¹. U¿y³ Melindy do zakoñczenia czegoœ, co

obydwoje dawno ju¿ zabiliœmy. Dlatego ³atwiej mi by³o mu wybaczyæ.

Mieliœmy obydwoje coœ wyj¹tkowego i obydwoje to straciliœmy.

Zaczê³a rozpaczliwie szlochaæ. Kiedy odwróci³a siê do Thorpe’a, przy-

ci¹gn¹³ j¹ do siebie i trzyma³ w ramionach tak d³ugo, a¿ ³kanie ucich³o

i obesch³y ³zy.

background image

169

"

L

ekki wietrzyk marszczy³ powierzchniê wody w Potomacu i roz-

wiewa³ w³osy Liv. Thorpe by³ szczêœliwy, ¿e uda³o mu siê j¹ na-

mówiæ  na  tê  wyprawê.  S³oñce  i ruch  z pewnoœci¹  dobrze  jej

zrobi¹, pomyœla³. Inna kobieta musia³aby taki stres odespaæ. Ale nie Liv.

Jej twarz wci¹¿ by³a blada, a oczy zapuchniête od p³aczu. Ale mimo

to emanowa³a z niej jakaœ dziwna si³a. Thorpe kocha³ j¹ za to i podzi-

wia³. Teraz wreszcie zrozumia³, dlaczego czasem sprawia³a wra¿enie, jak-

by by³a z lodu. Widzia³ twarz ch³opca na zdjêciu, twarz pe³n¹ ¿ycia i ra-

doœci. Bardzo jej wspó³czu³ z powodu tego, co utraci³a. Nie móg³ sobie

wyobraziæ, ¿e Liv by³a kiedyœ mê¿atk¹, ¿e mia³a syna i ¿e próbowa³a

u³o¿yæ sobie ¿ycie z innym mê¿czyzn¹. Ma³y domek na przedmieœciu,

ogrodzony trawnik, zabawki pod kanap¹ – to wszystko zdawa³o siê nale-

¿eæ do jakiegoœ innego, bardzo odleg³ego œwiata. Thorpe pragn¹³, aby ten

œwiat znowu sta³ siê realny, tym razem dla nich obojga.

Teraz, bardziej ni¿ kiedykolwiek, Thorpe zda³ sobie sprawê, jak ostro¿-

nie musi z ni¹ postêpowaæ. Liv by³a silna, to prawda, ale rany, jakie jej

zadano, mimo up³ywu lat, wci¹¿ jeszcze by³y œwie¿e.

Doug – Thorpe pomyœla³ o nim i nagle poczu³ z³oœæ. On by mu tak

szybko jak Liv nie wybaczy³. Ten mê¿czyzna mia³ na sumieniu znacznie

wiêcej ni¿ to, ¿e na skutek w³asnej s³aboœci straci³ ¿onê. On j¹ straszliwie

zrani³. Teraz Thorpe mia³ sprawiæ, aby uwierzy³a, ¿e chce byæ przy niej.

Zawsze.

background image

170

Z miejsca gdzie Liv siedzia³a, mo¿na by³o swobodnie obserwowaæ,

jak Thorpe wios³uje. Wygl¹da³o to tak, jakby kierowa³ ³odzi¹ bez ¿adne-

go wysi³ku. Nie nale¿a³ do mê¿czyzn, którzy musz¹ napinaæ miêœnie, aby

w ten sposób udowodniæ sw¹ si³ê czy te¿ mêskoœæ. Doskonale zna³ swoj¹

wartoœæ, i to by³o Ÿród³em pewnoœci siebie.

A wiêc powiedzia³a mu. Minê³y lata od czasu, gdy ostatnio tak siê

przed kimœ otworzy³a. Teraz nie by³o ju¿ nic, czego by o niej nie wie-

dzia³. Dlaczego to zrobi³a? Mo¿e dlatego, zastanawia³a siê, bo wierzy³a,

lub raczej chcia³a wierzyæ, ¿e kiedy skoñczy mówiæ, on wci¹¿ tu bêdzie.

I nie zawiod³a siê. O nic nie pyta³, nie udziela³ ¿adnych rad. Po prostu

by³. Doskonale wiedzia³, czego jej trzeba. Kiedy w³aœciwie zrozumia³a,

jakim niezwyk³ym jest cz³owiekiem? I dlaczego tak d³ugo to trwa³o? Czu³a

siê swobodna, bezpieczna i spokojniejsza ni¿ kiedykolwiek przedtem. £zy

i ta spowiedŸ uœmierzy³y ból. Przymknê³a na chwilê oczy, pozwalaj¹c

cia³u cieszyæ siê z oczyszczenia duszy.

– Jeszcze ci nie podziêkowa³am – cicho wyszepta³a.

– Za co? – pos³uszne silnym ramionom Thorpe’a wios³a g³êboko za-

nurzy³y siê w wodzie.

– ¯e by³eœ tam i nie powiedzia³eœ tych wszystkich m¹droœci, które

zwykle siê mówi, gdy kogoœ spotka nieszczêœcie.

– Cierpia³aœ – spojrza³ jej g³êboko w oczy. – Nic, co bym wówczas

powiedzia³, nie zmieni³oby tego, co siê sta³o ani nie uczyni³oby tego ³a-

twiejszym. Ale teraz jestem przy tobie.

– Wiem. – Liv westchnê³a i odchyli³a siê do ty³u. – Wiem.

Przez jakiœ czas p³ynêli w milczeniu. Na rzece znajdowa³y siê inne

³odzie, ale ¿adna z nich nie by³a na tyle blisko, aby mo¿na by³o pomachaæ

rêk¹ czy wymieniæ pozdrowienia. To móg³ byæ ich prywatny strumieñ

w ich prywatnym œwiecie.

– To jeszcze wczesna wiosna – odezwa³ siê Thorpe – i dlatego na

rzece nie ma t³oku. Lubiê tu byæ latem o zachodzie s³oñca, kiedy niebo

czerwienieje od jego ostatnich promieni. Zupe³nie inaczej wszystko wy-

gl¹da, kiedy s³oñce wschodzi. To zdumiewaj¹ce, jak spokojne i ciche s¹

wtedy te wszystkie budowle wzd³u¿ brzegów Potomacu. O tej porze nie

ma wtedy jeszcze t³umów turystów krêc¹cych siê wokó³ pomników i w-

chodz¹cych do Smithsonian. Natomiast kiedy s³oñce zachodzi, trudno

myœleæ o tym, co dzieje siê w Pentagonie czy na Kapitolu. To po prostu

budowle, oczywiœcie niezwyk³e, czasem nawet piêkne, ale przecie¿ tylko

budowle. W sobotê czy w niedzielê, kiedy nie muszê robiæ programu,

background image

171

ca³kowicie oddajê siê wios³owaniu, zapominaj¹c o niezliczonych wêdrów-

kach po schodach, jazdach wind¹ i otwieraniu setek drzwi.

– Zabawne – powiedzia³a Liv. – Parê miesiêcy temu do g³owy by

mi nie przysz³o, ¿e mo¿esz mówiæ takie rzeczy. Wyobra¿a³am sobie cie-

bie jako cz³owieka poch³oniêtego wy³¹cznie swoj¹ prac¹. Nigdy nie s¹-

dzi³am, ¿e potrzebujesz ucieczki od tego wszystkiego.

Uœmiechn¹³ siê, nie przerywaj¹c wios³owania.

– A teraz?

– A teraz znam ciebie. – Wyprostowa³a siê, z przyjemnoœci¹ wysta-

wiaj¹c twarz na dzia³anie wiatru. – Kiedy odkry³eœ, ¿e wios³owanie jest

alternatyw¹ dla pigu³ek?

Rozeœmia³ siê.

– Chyba rzeczywiœcie mnie znasz. Kiedy wróci³em ze Œrodkowego

Wschodu. Ciê¿ko by³o tam, ale nie ³atwiej te¿ po powrocie. Myœlê, i¿

wiêkszoœæ ¿o³nierzy czu³a siê podobnie. Powrót do normalnoœci zawsze

jest trudny. Zacz¹³em wiêc roz³adowywaæ moj¹ frustracjê w ten w³aœnie

sposób i nawet nie wiem, kiedy wesz³o mi to w nawyk.

– Pasuje do ciebie – stwierdzi³a Liv. – Pozwala ukryæ wysi³ek. – Ro-

zeœmia³a siê szeroko, widz¹c jak unosi w zdumieniu brwi. – Nie przy-

puszczam, aby to by³o takie proste, jak usi³ujesz to pokazaæ.

– Chcesz siê przekonaæ?

Uœmiechnê³a siê i usadowi³a wygodniej.

– Wolê byæ tylko widzem.

– To nie wymaga nadzwyczajnych umiejêtnoœci – doda³. Jej oczy,

które ju¿ zaczê³y siê zamykaæ, otworzy³y siê nagle. – Ka¿dy dzieciak po

tygodniowym letnim obozie da sobie z tym radê. – Specjalnie j¹ pod-

puszcza³. Chcia³ zobaczyæ w jej oczach b³ysk podra¿nionej ambicji.

– Jestem pewna, ¿e doskonale sobie z tym poradzê.

– A wiêc, na co czekasz? – zaprosi³ j¹ gestem d³oni i zablokowa³

wios³a. – Spróbuj.

Nie by³a wcale pewna, czy tego chce, ale nie mog³a siê oprzeæ wy-

zwaniu.

– Naprawdê uwa¿asz, ¿e powinniœmy zawróciæ? Nie chcia³abym wy-

wrotki na samym œrodku Potomacu.

– £ódŸ jest doskonale wywa¿ona – spokojnie wyjaœni³. – Mam na-

dziejê, ¿e to samo mo¿esz powiedzieæ sobie.

S³ysz¹c to, podnios³a siê, chocia¿ widaæ by³o, ¿e robi to bez specjal-

nego przekonania.

background image

172

– No dobra, Thorpe, odsuñ siê.

Zamienili siê miejscami. Thorpe usiad³ z ty³u i przygl¹da³ siê, jak Liv

chwyta za wios³a.

– Nie rób niczego zbyt nerwowo – powiedzia³ widz¹c, jak siê szar-

pie usi³uj¹c odblokowaæ wios³a. – Spróbuj jeszcze raz, ale tak miêkko

i ³agodnie, jak tylko potrafisz.

– By³am na letnim obozie – odpowiedzia³a s³odko, po czym trochê

jej mina zrzed³a, gdy nie potrafi³a skoordynowaæ ruchu ramion. – Ale

tam p³ywaliœmy tylko na kajakach. Wtedy wios³owanie nie sprawia³o mi

¿adnych k³opotów. – Uda³o siê jej wykonaæ jeszcze niezbyt pewny, ale

dosyæ sensowny ruch. – Zaraz z³apiê w³aœciwy rytm. Przestañ siê g³upio

uœmiechaæ, Thorpe – doda³a, przekonana, ¿e musi siê jej udaæ.

Czu³a ból miêœni, których nie u¿ywa³a od lat, ale by³o to przyjemne,

bardzo relaksuj¹ce uczucie. Czu³a, jak jej ramiona pochylaj¹ siê i prostuj¹

i jak rytmicznie zanurzaj¹ce siê w wodzie wios³a ocieraj¹ siê o jej d³onie.

O tak, pomyœla³a, teraz rozumiem, dlaczego on to robi. £ódŸ porusza-

³a siê, wprawdzie nie tak p³ynnie jak przedtem, ale porusza³a siê, i to

dziêki niej. Nie by³o tu ani silnika, ani ¿agla, jedynie jej w³asna si³a. Jej

miêœnie, jej wola i wios³a. Tak, doskonale rozumia³a, co Thorpe mia³ na

myœli. Podœwiadomie czu³a, ¿e mog³aby jeszcze d³ugo tak wios³owaæ.

– Okej, Carmichael, czas na zmianê.

– Chyba ¿artujesz? Dopiero co zaczê³am. – Uœmiechnê³a siê od ucha

do ucha i wios³owa³a dalej.

– Dziesiêæ minut, jak na pocz¹tek, zupe³nie wystarczy. Poza tym –

pochyli³ siê w jej kierunku, kiedy siê na chwilê zatrzyma³a – nie chcê,

abyœ zniszczy³a sobie rêce. Podobaj¹ mi siê takie, jakie s¹.

– A mnie podobaj¹ siê twoje. – Podnios³a do góry jego d³oñ i przyci-

snê³a j¹ do policzka.

– Liv. – Wydawa³o siê niemo¿liwe, aby móg³ j¹ kochaæ bardziej, ni¿

kocha³ chwilê przedtem. A jednak tak by³o. Unieruchomiwszy wios³a,

bez s³owa przyci¹gn¹³ j¹ do siebie.

By³o ju¿ póŸne popo³udnie, kiedy wchodzili do domu, w którym miesz-

ka³a Liv. Ka¿de z nich dŸwiga³o papierow¹ torbê z zakupami.

– Wiem, jak siê piecze kurczaka – oznajmi³a Liv, naciskaj¹c guzik

windy. – Wsadza siê go po prostu do piekarnika i piecze parê godzin. To

nic trudnego.

background image

173

– Proszê ciê, Liv – spojrza³ na ni¹ ze zgorszeniem. – Móg³by ciê

us³yszeæ. – Przytuli³ do siebie torbê z kurczakiem. – To prawdziwa sztu-

ka. Natarcie przyprawami, le¿akowanie, przyrz¹dzenie. Jeœli ju¿ kur-

czak zgadza siê oddaæ dla ciebie ¿ycie, powinnaœ go przynajmniej trak-

towaæ z respektem.

– Nie s¹dzê, aby odpowiada³ mi ton tej konwersacji. – Spojrza³a nie-

pewnie na jego torbê z zakupami. – Nie rozumiem, dlaczego po prostu

nie zamówimy pizzy?

– Mam zamiar pokazaæ ci, co prawdziwy mistrz potrafi zrobiæ z ki-

logramowego kurczaka. – Thorpe odczeka³, a¿ wysiedli z windy. –A póŸ-

niej mam zamiar siê z tob¹ kochaæ a¿ do rana.

– Och! – Liv zawaha³a siê, po czym z uœmiechem doda³a: – Tylko

do rana?

– A¿ do bardzo póŸnego rana – doda³, przestaj¹c na chwilê j¹ ca³o-

waæ, kiedy usi³owa³a w³o¿yæ klucz do zamka. – Byæ mo¿e – wymam-

rota³ z ustami przy jej ustach – a¿ do wczesnego niedzielnego popo-

³udnia.

– Zaczynam siê ju¿ trochê przekonywaæ do tej lekcji gotowania.

Jego usta powêdrowa³y do jej ucha.

– A ja zaczynam siê przekonywaæ do pomys³u zamówienia pizzy.

PóŸniej. – Jego usta znowu wróci³y do jej ust. – Du¿o, du¿o póŸniej.

– WejdŸmy do œrodka i poddajmy to pod g³osowanie.

– Mmm. Pochwalam twój sposób rozumowania.

– To wp³yw Waszyngtonu – odpowiedzia³a, wsuwaj¹c klucz do zam-

ka. – Tu niczego nie mo¿na rozstrzygn¹æ bez g³osowania.

– Powiedz to senatorom, którzy czekaj¹, a¿ Donahue skoñczy te swoje

obstrukcyjne przemówienie.

Rozeœmia³a siê i nacisnê³a klamkê.

– Powiem ci coœ, Thorpe – odezwa³a siê, zamkn¹wszy za sob¹ drzwi.

– Nie chcê myœleæ ani o senatorach, ani o ich przemówieniach. – Pod-

nios³a do góry torbê i przytuli³a siê do niego. – Nie chcê myœleæ nawet

o tym kurczaku, do którego czujesz takie nabo¿eñstwo.

– Nie? –  obj¹³  j¹  woln¹  rêk¹.  – Dlaczego  mi  zatem  nie  powiesz,

o czym chcesz myœleæ?

Zaczê³a z uœmiechem rozpinaæ guziki przy jego koszuli.

– Dlaczego, zamiast mówiæ, nie mia³abym ci raczej tego pokazaæ?

Dobry telewizyjny reporter doskonale wie, ¿e dzia³anie warte jest wiêcej

ni¿ tysi¹ce s³ów.

background image

174

Czu³, jak jej ch³odne, d³ugie palce przesuwaj¹ siê w dó³ wzd³u¿ jego

klatki piersiowej. Postawi³ na pod³odze swoj¹ torbê, po czym tê, któr¹

trzyma³a Liv, opar³ o zamkniête drzwi.

– Zawsze mówi³em, Carmichael, ¿e jesteœ cholernie dobrym repor-

terem.

Jej œmiech coraz bardziej zamiera³ pod naporem jego ust.

By³o póŸne niedzielne popo³udnie. Liv siedzia³a na sofie obok Thorpe-

’a. Weekend, pomyœla³a, min¹³ jak sen. Panowa³a miêdzy nimi taka bli-

skoœæ, o jakiej nawet nie marzy³a, aby mog³a istnieæ miêdzy ni¹ a kimkol-

wiek. Przed nikim te¿ nie otwarzy³a siê tak ca³kowicie, bo Thorpe zacz¹³

dla niej znaczyæ wiêcej, ni¿ mia³a zamiar komuœ znowu na to pozwoliæ.

Wczoraj wieczorem œmiali siê ca³y czas, kiedy przygotowywali i je-

dli kolacjê. Tak ³atwo by³o siꠜmiaæ wraz z nim. Tak ³atwo, kiedy by³

przy niej, zapomnieæ o wszystkich solennych przyrzeczeniach, które so-

bie sk³ada³a. On j¹ kocha³. Œwiadomoœæ tego wci¹¿ przyprawia³a j¹ o zaw-

rót g³owy. Ten silny, twardy mê¿czyzna kocha³ j¹. Okaza³ jej delikatnoœæ

i zrozumienie – to, czego tak bardzo potrzebowa³a, a czego nigdy nie spo-

dziewa³a siê w nim znaleŸæ. Jak¿e inaczej u³o¿y³oby siê jej ¿ycie, gdyby

go spotka³a parê lat wczeœniej.

Ale nie... Liv zamknê³a oczy. To jakby ¿yczy³a sobie, ¿eby Joshua nie

istnia³. Za ¿adne skarby nie chcia³a wymazaæ z pamiêci tamtych lat. By³

dla niej wszystkim. Jej syn.

Mo¿e dlatego, ¿e ich wspólne ¿ycie zamknê³o siê zaledwie w dwóch

krótkich latach, pamiêta³a ka¿dy, najmniejszy nawet szczegó³. Taka mi-

³oœæ to najwiêkszy cud, jaki siê mo¿e zdarzyæ kobiecie. I najwiêkszy dra-

mat. Przyrzek³a sobie nigdy wiêcej czegoœ podobnego nie doœwiadczyæ.

Teraz zjawi³ siê Thorpe. Jakie j¹ czeka z nim ¿ycie? Ale jakie j¹ cze-

ka bez niego? Zarówno pytania, jak i odpowiedzi niepokoi³y j¹ w rów-

nym stopniu.

To, ¿e by³ jej tak bliski, pomyœla³a, opieraj¹c g³owê na jego ramieniu,

ju¿ dostatecznie j¹ przera¿a³o. Nie jestem pewna, czy powinnam brn¹æ w tym

dalej. Gdyby wszystko mog³o byæ tak jak dotychczas... Ale sprawy potocz¹

siê szybko, jeœli bêdzie musia³a zrobsiæ ruch w tê czy te¿ w tamt¹ stronê.

On wie, czego chce, pomyœla³a. Nie ma ¿adnych w¹tpliwoœci. Chcia-

³abym móc to samo powiedzieæ o sobie.

– Jesteœ taka milcz¹ca – zauwa¿y³.

background image

175

– Wiem.

– Wczorajszy dzieñ wiele ciê kosztowa³. – Chcia³ j¹ przytuliæ, spra-

wiæ, aby zapomnia³a. Jednak niepamiêæ niczego miêdzy nimi nie za³a-

twia. – To nie by³o dla ciebie ³atwe, mówiæ o tym wszystkim, prze¿ywaæ

to wszystko na nowo.

– Masz racjê, to rzeczywiœcie nie by³o ³atwe. – Podnios³a g³owê,

aby spojrzeæ mu w oczy. Jej twarz tonê³a w mroku. – Ale cieszê siê, ¿e

mam to ju¿ za sob¹. Cieszê siê, ¿e znasz prawdê, Thorpe... – Westchnê³a.

– Tu¿ po œmierci Josha ja równie¿ chcia³am umrzeæ. Nie chcia³am ¿yæ

bez niego. Nie by³am dostatecznie silna, aby to zrobiæ, ale gdybym mog³a

umrzeæ, po prostu zamkn¹æ oczy i umrzeæ, uczyni³abym to z radoœci¹.

– Liv. – Podniós³ rêkê do jej policzka. – Nie jestem nawet w stanie

wyobraziæ sobie, co znaczy straciæ dziecko. To mo¿e zrozumieæ tylko

ten, kto przez to przeszed³.

– Nie umar³am – ci¹gnê³a. – Jad³am, spa³am, funkcjonowa³am. Ja-

k¹œ jednak czêœæ siebie pogrzeba³am razem z Joshem. To, co zosta³o, ukry-

³am przed innymi, po rozwodzie z Dougiem. Wydawa³o siê, ¿e to jedyna

droga, aby prze¿yæ. Mija³y lata, a ja nie chcia³am niczego zmieniæ.

– Jednak nie umar³aœ Liv. – Ostro¿nie podniós³ do góry jej brodê.

Jego oczy znalaz³y siê na wprost jej oczu. – A zmiany s¹ przecie¿ nie-

uniknione w naszym ¿yciu.

– Czy kiedykolwiek kogoœ naprawdê kocha³eœ?

– Tylko ciebie – powiedzia³ po prostu.

– Och, Thorpe. – Liv wtuli³a twarz w jego ramiona. Serce przepe³-

nia³a jej radoœæ. – Tak bardzo ciê potrzebujê. I to mnie w³aœnie przera-

¿a. – Znowu podnios³a ku niemu twarz. Jej oczy by³y bardziej wymowne

ni¿ s³owa. – Dobrze wiem, co znaczy kogoœ straciæ. Nie jestem pewna,

czy mog³abym prze¿yæ to jeszcze raz.

By³ tak blisko, tak blisko, gotów, aby znowu siê z ni¹ kochaæ. WyraŸ-

nie to czu³. Gdyby wzi¹³ j¹ w ramiona, gdyby j¹ teraz poca³owa³, z pew-

noœci¹ us³ysza³by s³owa, na które czeka³. Mówi³y o tym jej oczy. Opano-

wa³ siê jednak. Nie dziœ, powiedzia³ sobie. Jak na jeden weekend w zupe-

³noœci wystarczy.

– To, ¿e kogoœ potrzebujesz – wolno powiedzia³ – wcale nie znaczy,

¿e musisz go straciæ.

– Staram siê w to wierzyæ. – Wziê³a g³êboki oddech. – Po raz pierw-

szy od piêciu lat chcê w to wierzyæ. To bardzo mi pomaga, kiedy myœlê,

¿e to siê ju¿ nigdy nie powtórzy.

background image

176

W pewnej chwili podniós³ do góry jej d³oñ i z³o¿y³ na niej poca³unek.

– Ile czasu ci potrzeba?

£zy pop³ynê³y jej po twarzy. Nie musia³a o nic prosiæ. On wiedzia³.

Da³ jej to, czego potrzebowa³a, o nic nie pytaj¹c, niczego nie ¿¹daj¹c.

– Nie zas³ugujê na ciebie. – Pokrêci³a g³ow¹. – Naprawdê nie za-

s³ugujê.

– To ju¿ moje ryzyko, nie uwa¿asz? – uœmiechn¹³ siê. – Ja natomiast

zas³ugujê na ciebie w pe³ni. W ten sposób osi¹gnêliœmy równowagê.

– Muszê pewne sprawy przemyœleæ. – Poca³owa³a go i po chwili do-

da³a: – Chcê byæ sama, poniewa¿ twoja obecnoœæ mnie rozprasza.

– Czy¿by? – Teraz on j¹ poca³owa³. – W porz¹dku – powiedzia³, pod-

nosz¹c siê z krzes³a. – Ale nie ka¿ mi zbyt d³ugo czekaæ.

– Do jutra. – Przytuli³a siê do niego. – Tylko do jutra. – Ramiona,

które j¹ obejmowa³y, by³y takie silne. Ich w³aœciciel mia³ tyle do ofiaro-

wania. – O Bo¿e, Thorpe, czy ja nie jestem czasem wariatk¹?

– Oczywiœcie, ¿e jesteœ. – Przyci¹gn¹³ j¹ do siebie i uj¹³ w d³onie jej

twarz. – Ale zd¹¿y³em siê ju¿ do tego przyzwyczaiæ, Carmichael, zapa-

miêtaj to sobie.

– Zapamiêtam – wymamrota³a, kiedy Thorpe szed³ w stronê drzwi.

– A wiêc do jutra – odezwa³ siê, trzymaj¹c rêkê na klamce.

– Do jutra – powtórzy³a, gdy zosta³a sama.

background image

177

#

N

ic nie by³o takie proste, jak chcia³aby Liv. Ju¿ raz zdawa³o siê

 jej, ¿e jest zakochana i pomyli³a siê. To, co czu³a do Douga,

 okaza³o siê jedynie nieziszczalnym marzeniem m³odoœci. Teraz

by³a starsza i bardziej ostro¿na. Byæ mo¿e nawet zbyt ostro¿na, pomyœla-

³a, siadaj¹c za biurkiem. A jednak, kiedy powtarza³a Thorpe’owi, ¿e go

kocha, chcia³a, aby w tych s³owach nie by³o nawet cienia w¹tpliwoœci.

On na to zas³ugiwa³.

Nie chcia³a go straciæ, to równie¿ nie ulega³o w¹tpliwoœci. Sta³ siê

w jej ¿yciu kimœ najwa¿niejszym, i to w niezmiernie krótkim czasie. Uza-

le¿nienie. Tak, musia³a przyznaæ, ¿e by³a od niego uzale¿niona. Ale czy

to mo¿na nazwaæ mi³oœci¹?

Czy to mi³oœæ, jeœli mê¿czyzna jest bez przerwy obecny w twoich

myœlach? Jeœli wszystko, co robisz, zaczyna ci siê kojarzyæ z jego osob¹?

Jeœli ka¿dym drobiazgiem chcesz siê z nim dzieliæ?

Liv mia³a w pamiêci poranne budzenie siê przy jego boku, spokój,

ciep³o i zwyczajn¹ bliskoœæ. Przypomina³a sobie, jak wyraz oczu uko-

chanego wzbudza³ w niej po¿¹danie, nawet wtedy, gdy dooko³a  by³o

pe³no ludzi.

Czy by³a w nim zakochana? Dlaczego wiêc z uporem szuka innej na-

zwy dla tego, co czuje? Przecie¿ prawda od pewnego czasu tkwi³a w niej.

Najwy¿szy czas, aby j¹ zaakceptowaæ. Jeœli chce, aby Thorpe podj¹³ ry-

zyko, takie samo musi podj¹æ i ona. Mi³oœæ zawsze wi¹¿e siê z ryzykiem.

background image

178

Thorpe mo¿e j¹ zraniæ, bez w¹tpienia tak bêdzie siê zdarzaæ od czasu do

czasu. Zas³ona ju¿ nie istnia³a. Ju¿ nigdy nie bêdzie mog³a siê za ni¹

ukryæ. Nieoczekiwanie uœwiadomi³a sobie, i¿ wcale tego nie chcia³a. To,

czego chcia³a naprawdê, zawiera³o siê w jednym tylko s³owie: Thorpe.

– Liv!

Odwróci³a siê do szefa programowego z czaruj¹cym uœmiechem.

– Tak, Chester. – Zanosi³o siê na piêkny dzieñ.

– WeŸ ekipê. Natychmiast! Nowy budynek senatu. Jakiœ facet prze-

trzymuje tam trzech zak³adników, w tej liczbie senatora Wyatta.

– Bo¿e œwiêty! – Zerwa³a siê, pospiesznie chwytaj¹c torbê i notes. –

Czy ktoœ jest ranny?

– Jeszcze nie. Z tego, co nam wiadomo – doda³, kieruj¹c siê do po-

koju Carla. – Ale by³a tam jakaœ strzelanina. Uwa¿aj na siebie. Czekamy

na szybk¹ wiadomoœæ.

– Za dwadzieœcia minut – rzuci³a zza drzwi.

Kiedy Liv przyby³a na miejsce, policja otoczy³a ju¿ ze wszystkich

stron budynek. Rozejrza³a siê dooko³a, chc¹c siê zorientowaæ, czy byli

wœród nich agenci FBI i Secret Service.

Wiedz¹c, czego siê szuka, nie sposób by³o ich nie dostrzec. Na da-

chach s¹siednich budynków Liv zauwa¿y³a zajmuj¹cych dogodne pozy-

cje wyborowych strzelców. Uzbrojeni w groŸnie wygl¹daj¹c¹ broñ mê¿-

czyŸni obstawiali budynek senatu ze wszystkich stron. Przeznaczony dla

prasy teren oddzielony prowizoryczn¹ barier¹ wype³niony by³ t³umem

reporterów i techników. Wszyscy mówili jednoczeœnie, ¿¹dali wyjaœnieñ,

usi³owali przedostaæ siê przez utworzon¹ przez s³u¿by porz¹dkowe bary-

kadê, aby zapewniæ sobie lepsze stanowisko.

Liv przepchnê³a siê przez t³um i wyci¹gnê³a mikrofon w stronê stoj¹-

cego w pobli¿u funkcjonariusza.

– Olivia Carmichael, WWBW. Czy móg³by nam pan powiedzieæ, co

siê tu w³aœciwie zdarzy³o? Czy znane jest nazwisko mê¿czyzny, który

przetrzymuje senatora Wyatta? Jakie s¹ jego ¿¹dania?

– Ten cz³owiek to by³y asystent senatora, i to wszystko, co mogê

pani powiedzieæ. – To wszystko, co chcesz mi powiedzieæ, pomyœla³a

Liv, obserwuj¹c wyraz jego oczu. – Jak dotychczas nie zg³osi³ ¿adnych

¿¹dañ.

– Jak¹ broni¹ dysponuje? Jak dosta³ siê do budynku?

– Nie wiemy. Pewne jest tylko, ¿e ma rewolwer. Jeszcze siê z nami

nie skontaktowa³.

background image

179

Liv niewiele uzyska³a wyjaœnieñ, pozosta³a wiêc w t³umie niecierpli-

wie czekaj¹cych na informacje reporterów. Musia³a znaleŸæ kogoœ bar-

dziej skorego do rozmowy. Mog³a wprawdzie przygotowaæ krótk¹ wia-

domoœæ dla stacji, ale zamierza³a jeszcze trochê powêszyæ, aby przeka-

zaæ coœ bardziej konkretnego.

Senator Wyatt. Liv doskonale go pamiêta³a z niedawnego przyjêcia

w ambasadzie. Jowialny, o zaró¿owionych policzkach senator Wyatt, który

¿artowa³ z ni¹ i powiedzia³ jej, aby zatañczy³a z Thorpe’em. Przebieg³a

wzrokiem po oknach budynku po przeciwnej stronie ulicy. Wydawa³o siê

nieprawdopodobne, i¿ w którymœ z tych pokoi przebywa³ senator, maj¹c

pistolet przystawiony do g³owy.

Liv zauwa¿y³a w t³umie znajom¹ twarz. To by³a recepcjonistka, któ-

ra kilka dni temu kaza³a jej dwie godziny na siebie czekaæ w biurze znaj-

duj¹cym siê dwa piêtra pod biurem senatora Wyatta.

– Panno Bingham – Liv teraz b³ogos³awi³a te dwie godziny i niezli-

czone fili¿anki kawy, które wówczas wypi³a. – Jestem Olivia Carmichael

z WWBW.

– Och, panno Carmichael, czy¿ to nie straszne! – Patrzy³a w okna

pe³nymi przera¿enia oczami. – Kazali wszystkim opuœciæ budynek. Wci¹¿

nie mogê w to uwierzyæ! Biedny senator Wyatt.

– Czy pani wie, kto go przetrzymuje?

– To Ed. Ed Morrow. Kto by pomyœla³? Dlaczego to robi? JeŸdzi³am

z nim wind¹ dziesi¹tki razy. – Podnios³a do góry rêkê, jakby chcia³a siê

obroniæ przed niewidzialnym napastnikiem. – S³ysza³am, ¿e senator mu-

sia³ go zwolniæ w ubieg³ym tygodniu, ale...

– Dlaczego? – Liv trzyma³a mikrofon pod pach¹ i pospiesznie robi³a

notatki. Ale jej rozmówczyni zdawa³a siê tego nie zauwa¿aæ.

– Nie jestem pewna. Mówi siê, ¿e Ed wpl¹ta³ siê w jakieœ ciemne

interesy. By³ zawsze taki uprzejmy. Kto by pomyœla³?

– A wiêc senator go zwolni³?

– W³aœnie w ubieg³ym tygodniu. – Pospiesznie skinê³a g³ow¹, a w jej

oczach wci¹¿ widaæ by³o przera¿enie. – Powinien by³ dziœ opró¿niæ biurko.

Musia³ straciæ rozum. Sally powiedzia³a, ¿e strzeli³ dwa razy w korytarzu.

– Sally?

– Sekretarka senatora. W³aœnie przechodzi³a przez hol. Gdyby by³a

w biurze... – Z trudem prze³knê³a œlinê i ponownie spojrza³a na budynek.

– Ju¿ dwa razy strzela³ przez okno, odk¹d tu jestem. Jak pani s¹dzi, czy

senatorowi nic siê nie stanie?

background image

180

– Jestem pewna, ¿e wszystko bêdzie dobrze.

W tej samej chwili dobieg³ odg³os wystrza³u.

– O Bo¿e! – Recepcjonistka chwyci³a Liv za ramiê. – Czy on ich

zabi³? Pewnie ich zabi³!

– Nie, nie! – Liv czu³a, jak ogarnia j¹ strach. – On znowu strzeli³

przez okno. Wszystko bêdzie dobrze. – Musia³a sprawdziæ podane przez

kobietê informacje o bandycie, zanim puœci je na antenê. Na tym polega-

³a jej praca. Nie mog³a myœleæ, co dzieje siê z tymi ludŸmi wewn¹trz

domu. Nie teraz. – Czy sekretarka senatora jest jeszcze tutaj?

– Zabra³a j¹ policja. Gdzieœ tam musi byæ.

– W porz¹dku, dziêkujê. – Liv znowu zaczê³a przeciskaæ siê przez

t³um. Spostrzeg³szy Dutcha, skierowa³a siê w jego stronê. Jeœli ktoœ móg³

jej podaæ szczegó³y, to t¹ osob¹ z pewnoœci¹ by³ on.

Minê³o ju¿ prawie pó³ godziny, a nie dwadzieœcia minut, jak obieca³a

Liv. Ale za to przeka¿e bezpoœredni¹, obfituj¹c¹ w szczegó³y relacjê, z po-

licj¹ i t³umem w tle. W budynku po przeciwnej stronie ulicy by³o spokoj-

nie, podejrzanie spokojnie. Wola³a ju¿ strzelaninê. Strach, nagle pomy-

œla³a, jest zawsze cisz¹.

– Kiedy on, do diab³a, na coœ siê zdecyduje? – mrukn¹³ id¹cy obok

niej Bob. Napiêcie udzieli³o siê wszystkim: policji, gapiom i prasie. Wszy-

scy czekali na kolejny ruch. – Zbli¿a siê ten najwa¿niejszy – doda³. –

T.C. w ca³ej okaza³oœci.

– Za chwilê wrócꠖ szybko powiedzia³a Liv. – Upewnij siê, czy tech-

nik jest gotowy w ka¿dej chwili po³¹czyæ nas ze stacj¹. – Spad³a na Thor-

pe’a jak go³¹b, który po d³ugim locie odnalaz³ wreszcie drogê do go³êbni-

ka. – Thorpe!

– Liv! – musn¹³ ustami jej policzek. – By³em pewien, ¿e ciê tu znajdê.

– Coœ nowego? – zapyta³a. Tym razem nie chodzi³o jedynie o repor-

ta¿. Obydwoje znali tego cz³owieka.

– Nawi¹zali ³¹cznoœæ z Morrowem. Wyatt nie jest ranny; podobnie jak

nikt z zak³adników. Jak dotychczas. Nie wydaje siê, aby Morrow dzia³a³

racjonalnie. W jednej chwili ¿¹da pó³ miliona gotówk¹ i samolotu, a zaraz

potem z³ota i samochodu pancernego. Za ka¿dym razem mówi co innego.

– Jak, do diab³a, dosta³ siê tam z broni¹ – zapyta³a.

Thorpe rozeœmia³ siê nerwowo. Przez ca³y czas nie spuszcza³ oczu ze

znajduj¹cego siê na wprost nich budynku.

– To nie problem dla kogoœ, kogo stra¿nicy codziennie widuj¹, jak

wchodzi do œrodka. Przypuszczam, i¿ musia³ j¹ mieæ w kieszeni mary-

background image

181

narki, albo ju¿ od dawna trzyma³ w swoim biurku. Poruszy³ siê niespo-

kojnie. – Czu³bym siê znacznie lepiej, gdyby to by³ profesjonalista. W ta-

kim stanie, w jakim siê obecnie znajduje, ³atwo mo¿e pope³niæ b³¹d, któ-

ry mo¿e zbyt drogo kosztowaæ zarówno jego, jak i zak³adników. – Liv

us³ysza³a, jak klnie pod nosem, co mu siê rzadko zdarza³o. – Chce mieæ

wszystkie media do dyspozycji.

– Chyba nie s¹dzisz, ¿e robi to wszystko, aby zapewniæ sobie pu-

blicznoœæ? – Ta myœl j¹ przerazi³a.

Thorpe pokrêci³ przecz¹co g³ow¹.

– Kontaktowa³em siê z nim kilkakrotnie, kiedy uzgadnia³em wywia-

dy. – Wyci¹gn¹³ papierosa. – To ¿a³osny, ma³y cz³owieczek. Dosyæ inte-

ligentny, ale niezbyt zrównowa¿ony.

– Podobno wpl¹ta³ siê w jakieœ podejrzane sprawy.

– Tak mówi¹. – Thorpe zaci¹gn¹³ siê papierosem i wypuœci³ chmurê

dymu. – Za spokojnie – wymamrota³. – Cholera, za spokojnie!

Napiêcie by³o ogromne i w miarê up³ywu czasu wci¹¿ ros³o. Jak d³u-

go, zastanawia³a siê Liv, ten ¿a³osny, ma³y cz³owieczek, którego tak w³a-

œnie opisa³ Thorpe, wytrzyma tê niesamowit¹ presjê? Zdecydowa³ siê na

krok, od którego nie by³o odwrotu. Jak daleko jest gotów siê posun¹æ?

Czeka³a wraz z innymi na odpowiedŸ.

– Thorpe! – Liv rozpozna³a agenta Secret Service i nachmurzy³a siê,

kiedy ten, ignoruj¹c j¹, zwróci³ siê tylko do Thorpe’a. – Daniels ciê po-

trzebuje.

– Okej! – Thorpe zgniót³ papierosa pod butem. – Ona pójdzie rów-

nie¿ – doda³, wskazuj¹c palcem na Liv. – Jesteœmy z tej samej dru¿yny.

Liv uœmiechnê³a siê lekko. To by³a dosyæ zaskakuj¹ca zmiana. Bez

s³owa ruszy³a za nimi.

Samochód policyjny sta³ w dosyæ du¿ej odleg³oœci od strefy przezna-

czonej dla prasy. Liv rzuci³a okiem na wyposa¿enie i mê¿czyzn w koszu-

lach z krótkimi rêkawami, obs³uguj¹cych skomplikowan¹ aparaturê. Czego

oni mogli chcieæ od Thorpe’a? – zastanawia³a siê. To z pewnoœci¹ nie

mia³o nic wspólnego z pras¹.

Szef akcji Daniels wzi¹³ do rêki okulary. Mia³ wyraŸnie zmêczon¹

twarz.

– T.C., Morrow chce rozmawiaæ z tob¹ bezpoœrednio. Zgadzasz siê?

– Tak.

– Magnetofon przez ca³y czas bêdzie nagrywa³. Uwa¿aj na to, co

powiesz. Jeœli bêdzie stawia³ jakieœ ¿¹dania, niczego nie przyrzekaj, nie

background image

182

prowadŸ ¿adnych pertraktacji. – Mówi³ szybko, nie zmieniaj¹c tonu, ale

Liv potrafi³a czytaæ miêdzy wierszami. Nie by³ zadowolony z rozwoju

wydarzeñ. – Nie jesteœ w stanie zapewniæ mu niczego. Jest dostatecznie

inteligentny, aby to zrozumieæ. Jeœli czegokolwiek za¿¹da, odpowiesz po

prostu, ¿e porozumiesz siê i dasz mu odpowiedŸ póŸniej. Zrozumia³eœ?

– Zrozumia³em.

Policjant, zerkn¹wszy na Liv, zauwa¿y³ odznakê prasow¹.

– Ona jest ze mn¹ – uspokoi³ go Thorpe.

– Nic z tego, o czym tu mówimy, nie mo¿e pójœæ w eter, dopóki nie

wyra¿ê na to zgody. – Jego oczy patrzy³y twardo, prawie wrogo. – Nie

mamy zamiaru robiæ mu bezp³atnej reklamy.

– Rozumiem – spokojnie powiedzia³a Liv, obserwuj¹c, jak Thorpe

bierze do rêki s³uchawkê.

– Po³¹czmy siê z nim – zwróci³ siê Daniels do jednego ze swoich

ludzi. – Pozwól mu mówiæ tak d³ugo, jak tylko to mo¿liwe, Thorpe. Jeœli

sprawy zaczn¹ siê wymykaæ spod kontroli, wtedy siê w³¹czymy.

Thorpe skin¹³ g³ow¹ i po chwili, po pierwszym sygnale, Morrow pod-

niós³ s³uchawkê.

– T.C.?

– Taaak. Jak ci leci, Ed?

Morrow rozeœmia³ siê nerwowo.

– Wspaniale. Zgadzasz siê zrobiæ ze mn¹ wywiad?

– No w³aœnie. Chcesz mi podobno powiedzieæ, dlaczego tam jesteœ

i czego chcesz?

– Pamiêtasz, jak siedzieliœmy w moim biurze i rozmawialiœmy o „The

Birds”, kiedy Wyatt by³ na spotkaniu?

– Jasne. – Thorpe k¹tem oka zauwa¿y³, jak Daniels z ponur¹ min¹

zak³ada  s³uchawi.  – Koniec  ubieg³ego  lata.  „The  Orioles”  walczyli

o pierwsze miejsce. – Wyci¹gn¹³ nastêpnego papierosa i przypali³ go. –

Ogl¹da³eœ jakieœ mecze w tym roku?

– Opuœci³em ju¿ dwadzieœcia piêæ wa¿nych spotkañ.

– To okropne! Potrzebujesz pieniêdzy? – Oczy Thorpe’a utkwione by³y

teraz w twarzy Danielsa. – Czy w³aœnie tego ¿¹dasz za uwolnienie Wyatta?

– Opowiem ci wszystko, T.C., ale tylko tobie. Przyjdziesz tu i zro-

bisz ze mn¹ wywiad. Dajê ci wy³¹cznoœæ.

Do Liv dociera³y jedynie fragmenty rozmowy, ale ich sens j¹ przera-

zi³. W panice chwyci³a Thorpe’a za ramiê. Jednak Thorpe, jakby tego nie

dostrzegaj¹c, nie spuszcza³ oczu z Danielsa.

background image

183

– Zbyt wielu zak³adników – pó³g³osem powiedzia³ Daniels.

– Bêdziesz mia³ o jednego zak³adnika wiêcej, Ed. – Zauwa¿y³ Thor-

pe. – To chyba nie najlepszy interes.

– Nie, nie, oczywiœcie. Rozumiem twój punkt widzenia – g³os Mor-

rowa dr¿a³ ze zdenerwowania. – Mo¿e wypuszczê dwóch sekretarzy w za-

mian za ciebie. Ty przecie¿ dotrzymujesz s³owa, prawda, T.C.?

– Dwóch za jednego – zastanawia³ siê Thorpe, ca³y czas patrz¹c

na Danielsa, podczas gdy Liv œciska³a jego ramiê i krêci³a przecz¹co

g³ow¹. – Ale czy nie uwa¿asz, ¿e tych dwóch asystentów to trochê za

ma³o?

Zapad³a cisza. Liv czu³a, jak stru¿ki potu sp³ywaj¹ jej po plecach.

– Przyjdziesz tu sam, bez obstawy, a ja wypuszczê Wyatta. Co ty na

to? Z³o¿y³em ci sensacyjn¹ ofertê, T.C. Chyba nie zmarnujesz takiej okazji.

– Muszê siê skontaktowaæ z szefami CNC, Ed. Daj mi dziesiêæ mi-

nut. Wkrótce siê odezwê.

– Dziesiêæ minut – zgodzi³ siê Morrow i od³o¿y³ s³uchawkê.

Liv chwyci³a Thorpe’a za klapy marynarki, chc¹c go zmusiæ, aby spoj-

rza³ jej w twarz.

– Nie. – Gwa³townie krêci³a g³ow¹, a w jej oczach czai³ siê panicz-

ny strach. – Nie mo¿esz. Nie mo¿esz myœleæ o tym powa¿nie. Thorpe,

nie mo¿esz.

– Poczekaj chwilê. – Jego g³os by³ ch³odny i opanowany, kiedy od-

suwa³ j¹ na bok. – No wiêc? – zwróci³ siê do Danielsa.

– Po pierwsze, nie mo¿emy prosiæ ciê o wspó³pracê.

– Przyjmijmy wiêc, i¿ nie prosicie – rzek³ Thorpe. – Co dalej?

– Zanim podejmiemy decyzjê o tej wymianie, muszê najpierw po-

rozmawiaæ z gór¹. – Daniels w zak³opotaniu potar³ rêk¹ nos. Wcale mu

siê to nie podoba³o. Ale w grê wchodzi³ los senatora. Delikatna sprawa,

pomyœla³. Bardzo delikatna.

– A wiêc zacznij rozmawia栖 beznamiêtnym tonem powiedzia³

Thorpe.

Daniels spojrza³ na niego przeci¹gle.

– Lepiej jeszcze raz to przemyœl. Tu nie chodzi o zwyczajny wy-

wiad.

– Thorpe! – z rozpacz¹ zawo³a³a Liv. Wyraz jego oczu nie pozosta-

wia³ jej z³udzeñ. – Nie!

Thorpe po³o¿y³ rêce na jej ramionach.

– Liv – zacz¹³.

background image

184

– Nie, nie, pos³uchaj mnie, proszꠖ ponownie chwyci³a go za klapy

marynarki. – To szaleñstwo. Nie mo¿esz tak po prostu tam iœæ. Nie masz

do tego odpowiedniego przygotowania. A sk¹d pewnoœæ, ¿e on uwolni

Wyatta, kiedy ju¿ to zrobisz? On bêdzie... on bêdzie mia³ wtedy wiêcej

atutów. Chyba zdajesz sobie z tego sprawê?

– On  chce  rozmawia栖  spokojnie  powtórzy³  Thorpe  i delikatnie

odsun¹³ j¹ na bok. – Wyatt nie mo¿e mu zapewniæ krajowego rozg³osu.

Ja mogê.

– O Chryste, Thorpe, on nie jest normalny. –   £ka³a, nie zdaj¹c

sobie z tego sprawy.  – On ciê zabije i senatora równie¿. Przecie¿ nie

musisz tego robiæ. Oni nie mog¹ ciê zmusiæ.

– Nikt mnie nie zmusza. – Pó³g³osem zwróci³ siê do jednego z cz³on-

ków swojej ekipy. – Po³¹cz siê ze stacj¹. Powiedz im, ¿e mam zamiar

przeprowadziæ wywiad z Morrowem, jeœli wypuœci wszystkich zak³adni-

ków. Za dziesiêæ minut skieruj kamerê na budynek. W drzwiach powi-

nien siê wtedy pokazaæ któryœ z nich. Potrzebny mi magnetofon.

– Nie! – krzyk Liv wydawa³ siê jeszcze bardziej przenikliwy w po-

równaniu ze spokojem w g³osie Thorpe’a. Rozpaczliwie do niego przy-

war³a, jakby w ten sposób chcia³a go powstrzymaæ przed tym, co w³a-

œnie mia³ zamiar zrobiæ. – Nie mo¿esz. Proszê, pos³uchaj mnie.

– Liv. – Odgarn¹³ w³osy z jej twarzy. – Ty zrobi³abyœ to samo. To

czêœæ naszej pracy.

– Twoje ¿ycie jest wiêcej warte ni¿ nagroda Pulitzera.

Uniós³ brwi.

– Niektórzy mogliby siê z tob¹ nie zgodziæ.

– Do diab³a z tym, Thorpe. – Musia³a szybko coœ wymyœliæ, musia³a

znaleŸæ jakiœ argument, bo w przeciwnym wypadku przegra. – To praw-

dopodobnie zwyczajny wybieg. On mo¿e uwolniæ jedynie sekretarzy, a za-

trzymaæ Wyatta i wtedy razem z tob¹ bêdzie mia³ dwóch znacz¹cych za-

k³adników. Z pewnoœci¹ liczy na to, ¿e sieæ zrobi wszystko, aby was uwol-

niæ. Tego siê w³aœnie spodziewa.

– Mo¿e tak, a mo¿e nie. – Przyci¹gn¹³ j¹ do siebie i poca³owa³, chc¹c

j¹ uspokoiæ.

– Och, proszê, nie rób tego. – Przywar³a do niego œwiadoma prze-

granej, mimo to wci¹¿ nie mog³a siê z tym pogodziæ. – Kocham ciê. –

Powoli po³o¿y³ rêce na jej ramionach i odsun¹³ od siebie na tyle, aby

widzieæ jej twarz. By³a zalana ³zami i zdesperowana. – Kocham ciê, po-

wtórzy³a. – To ju¿ „jutro”, Thorpe. Zostañ ze mn¹.

background image

185

– Bo¿e! – Opar³ jej na ramieniu g³owê, jakby chcia³ przed³u¿yæ tê

chwilê, po czym znowu przyci¹gn¹³ j¹ do siebie tak blisko, jak tylko to

by³o mo¿liwe. – Twoje wyczucie czasu, Carmichael, zawsze mnie zdu-

miewa³o. – Kiedy znowu j¹ poca³owa³, poczu³, jak jej usta dr¿¹. – Po-

mówimy jeszcze o tym póŸniej. Bêdziemy mieli na to du¿o czasu. –Od-

sun¹³ j¹ od siebie i uœmiechn¹³ siê. – Lepiej przeka¿ swojej stacji naj-

nowsze sensacyjne wiadomoœci i wyprzedŸ wszystkich w tej grze.

– Dlaczego nie chcesz mnie pos³uchaæ? – W jej g³osie by³o tyle samo

gniewu co desperacji. Nawet jej mi³oœæ nie zdo³a³a go powstrzymaæ. –

Nie mo¿esz tam pójœæ. Potrzebujê ciebie. – Nie dba³a o to, ¿e te s³owa

zabrzmia³y trochê jak szanta¿, je¿eli tylko istnia³a szansa, ¿e mog³yby go

powstrzymaæ od przejœcia na drug¹ stronê ulicy.

– Ja równie¿ ciebie potrzebujê, Liv. Ale to nie ma nic wspólnego ani

z moj¹, ani z twoj¹ prac¹.

Jednak Liv nie chcia³a myœleæ logicznie. Jedyne, czego naprawdê pra-

gnê³a, to byæ z nim razem. Przywar³a do niego ca³ym cia³em.

– Chcê byæ twoj¹ ¿on¹.

Znowu siê uœmiechn¹³ i poca³owa³ czubek jej nosa.

– Dawno ju¿ o tym wiedzia³em. Ty myœlisz trochê wolniej ode mnie.

– Podniós³ do góry g³owê i zauwa¿y³, ¿e oko kamery skierowane jest

prosto na nich. – A teraz wiedz¹ o tym równie¿ setki tysiêcy ludzi.

– Nie zale¿y mi na tym. – Jej dawna dba³oœæ o zachowanie pry-

watnoœci wyda³a siê nagle absurdalna. – Thorpe, nie mo¿esz wymagaæ

ode mnie, abym spokojnie patrzy³a, jak ciê tracê. – Znowu chwyci³a go

za klapy marynarki. Jej rêce by³y mokre od panicznego strachu. – Niech

ciê diabli wezm¹! Nie zniosê tego. Nie zniosê tego znowu! Nie zga-

dzam siê.

Jego uœcisk sta³ siê nagle silniejszy ni¿ kiedykolwiek, a wzrok bar-

dziej ni¿ kiedykolwiek wymowny. 

– Pos³uchaj mnie. Kocham ciê! Kocham bardziej ni¿ cokolwiek na

œwiecie. Nie zapominaj o tym. Ka¿dego dnia ryzykujemy. Gdyby tak nie

by³o, nasz zawód nie mia³by sensu. Wszystko ma swoj¹ cenê, Liv.

Jej twarz by³a teraz przeraŸliwie blada.

– Nigdy ci nie wybaczê, jeœli to zrobisz. Nie chcia³am siê w tobie

zakochaæ; a teraz, kiedy to siê ju¿ sta³o, wymagasz ode mnie, abym sta³a

z boku i przygl¹da³a siê, jak ciê tracê. Nigdy ci tego nie zapomnê.

Patrzy³ na ni¹ z powag¹. W jej oczach widzia³ ból i przera¿enie. Nie

chcia³ jej zraniæ. Zrobi³by wszystko, co w jego mocy, aby nie mia³a ta-

background image

186

kich smutnych oczu, ale nie móg³ zmieniæ tego, kim by³, czy te¿ raczej

tego, czym by³.

– Mo¿e powinnaœ siê zastanowiæ, w kim siê zakocha³aœ, Olivio. Ja

przecie¿ wcale siê nie zmieni³em. Jestem dok³adnie taki, jaki by³em i do-

k³adnie taki, jaki bêdê jutro. Teraz otrzyma³am zadanie do wykonania. Ty

równie¿.

– Thorpe...

– WeŸ siê w garœæ, Liv. – Oderwa³ j¹ od siebie i delikatnie odsun¹³

na bok. – Daniels powinien ju¿ skoñczyæ rozmowê ze swoimi luŸmi.

Liv  sta³a  nieruchomo,  bezradnie  obserwuj¹c,  jak  Thorpe,  Daniels

i Morrow ustalaj¹ warunki wymiany. Nic ju¿ nie mog³a powiedzieæ ani

zrobiæ, co odmieni³oby bieg zdarzeñ. Thorpe przekonywa³ j¹, i¿ na jego

miejscu zrobi³aby to samo. Doskonale go rozumia³a, ale jakie to mia³o

teraz znaczenie. By³ jej mi³oœci¹, jej ¿yciem. Wszystko, na czym jej zale-

¿a³o, nosi³o imiê Thorpe.

To niesprawiedliwe, pomyœla³a z gorycz¹. Otrzyma³a od losu drug¹

szansê. I oto teraz musia³a staæ z boku i bezradnie patrzeæ, jak j¹ traci.

Przypomnia³a sobie s³owa Myry: ¿ycie wcale nie jest krótkie, ale i nie

tak d³ugie, jak byœmy chcieli. Thorpe! Wszystko krzycza³o w niej z roz-

paczy, podczas gdy zêby zagryza³y usta, aby za wszelk¹ cenê zachowaæ

spokój. Nie odchodŸ! Mamy sobie tyle do powiedzenia, tyle czasu do

nadrobienia. Chcia³a mu wyznaæ, ile dla niej znaczy i jak wiele mu za-

wdziêcza.

Thorpe sprawdza³ magnetofon, s³uchaj¹c jednoczeœnie instrukcji Da-

nielsa. Liv obserwowa³a ich oczami pe³nymi ³ez. Och, Thorpe, pomyœla-

³a. Nie zniosê ponownej pustki. Nie teraz, kiedy wiem, co znaczy byæ

z tob¹. Chcê mieæ pewnoœæ, ¿e wystarczy wyci¹gn¹æ d³oñ, aby ciê do-

tkn¹æ. Chcê znowu kochaæ, trzymaæ twoje dziecko w ramionach. Och

proszê, nie pozbawiaj mnie ¿ycia, w³aœnie teraz, kiedy dopiero co na-

uczy³am siê czuæ.

G³êboko wci¹gnê³a powietrze w p³uca i przycisnê³a palcami oczy. Po-

nownie spojrza³a na niego – na imponuj¹c¹, atletyczn¹ sylwetkê i twarz

o wymownym, g³êbokim spojrzeniu. Czy odczuwa³ lêk? O czym myœla³?

Czy pamiêta³ o tym, i¿ nikt nie jest niezniszczalny? Ale ty musisz nim

byæ, Thorpe. Dla mnie. Dla nas.

Czego on tak naprawdê teraz ode mnie potrzebuje? Przecie¿ n i e

t e g o – nagle uzmys³owi³a sobie. On potrzebuje wsparcia, nie rozhiste-

ryzowanej baby, która wiesza siê na nim, ¿¹daj¹c, aby o niej myœla³. On

background image

187

musi teraz wytê¿yæ ca³y swój intelekt... Gdybym tylko mog³a z nim pójœæ.

Ale nie mogê. Nie mogê pójœæ z nim, ale mogê coœ mu daæ.

Zauwa¿y³a, jak budynek pospiesznie opuszcza dwóch asystentów

senatora i jak nikn¹ z pola widzenia. A wiêc Morrow dotrzyma³ pierw-

szej czêœci umowy. Teraz pozosta³ ju¿ tylko Wyatt. Thorpe w zamian za

Wyatta.

Mobilizuj¹c wszystkie si³y, Liv podesz³a do niego.

– Thorpe!

Odwróci³ siê Na jej policzkach wci¹¿ by³o wida栜lady ³ez, ale twarz

zdawa³a siê dziwnie pogodna.

– Ty zawsze stawa³eœ na g³owie, aby mnie wyprzedziæ w podaniu

sensacyjnej wiadomoœci – spokojnie powiedzia³a. – Mam nadziejê, ¿e

ta bêdzie równie sensacyjna. Spisz siê dobrze. Potrzebujê kopii dla mo-

jej stacji.

Uœmiechn¹³ siê serdecznie i poca³owa³ j¹.

– Tylko nie zapuszczaj siê zbyt daleko na mój teren, Carmichael.

Liv przywar³a do niego jeszcze raz.

– Mam nadziejê, ¿e zd¹¿ysz na mój serwis o pi¹tej trzydzieœci.

– Zawsze ciê lubi³em, T.C. – zauwa¿y³ Daniels. – I jak siê zdaje, ta

dama równie¿ – obrzuci³ Thorpe’a badawczym spojrzeniem. –Mo¿esz siê

jeszcze wycofaæ.

– Thorpe mia³by zrezygnowaæ z wy³¹cznoœci? – Liv cofnê³a siê nie-

co, staraj¹c siê opanowaæ dr¿enie. – Chyba jednak niezbyt dobrze go

pan zna.

– Liv. – Thorpe przyci¹gn¹³ j¹ jeszcze raz do siebie. – Pomyœl,

gdzie chcia³abyœ spêdziæ miodowy miesi¹c. Mnie odpowiada³by Pary¿.

– Ostrzega³eœ mnie, ¿e jesteœ romantykiem. – Po chwili Thorpe od-

wróci³ si¹, chc¹c przejœæ przez ulicê. – Thorpe! – Liv nie mog³a siê

powstrzymaæ, aby go nie zawo³aæ. Kiedy siê odwróci³, ukrywszy praw-

dziwy powód, powiedzia³a: – Jeœli pozwolisz siê zabiæ, bêdzie to kiep-

ski interes.

Rozeœmia³ siê od ucha do ucha.

– Dziœ wieczorem zamówimy pizzê. Ja wrócê.

Szybko przeszed³ przez ulicê i znikn¹³ wewn¹trz budynku. Rozpo-

cz¹³ siê najtrudniejszy okres oczekiwania.

Thorpe mia³ prawie gotowy plan dzia³ania. Jad¹c wind¹ w towarzy-

stwie uzbrojonego wartownika, porz¹dkowa³ w g³owie pytania. Podstêp

mia³ polegaæ na tym, aby spacyfikowaæ go, prowadz¹c spokojn¹ rozmo-

background image

188

wê; sprawiæ, aby siê otworzy³. Thorpe by³ przekonany, ¿e wyjdzie z tego

obronn¹ rêk¹. Liban wiele go nauczy³.

Korzysta³ z tej windy wiele razy. To, co mia³ zrobiæ, by³o jedynie

czêœci¹ rutynowo wykonywanych czynnoœci. Czy¿ Alex Haley nie prze-

prowadza³ wywiadu z Rockwellem, podczas gdy lider amerykañskich na-

zistów przez ca³y czas bawi³ siê broni¹? I to by³ niesamowity wywiad.

Reporterzy nie zawsze mog¹ siê kierowaæ rozs¹dkiem.

Winda otworzy³a siê i po chwili Thorpe min¹³ hol. Podœwiadomie

czu³, i¿ by³o tu znacznie wiêcej uzbrojonych osób, ni¿by na pierwszy rzut

oka siê zdawa³o. Nie zwraca³ jednak na to uwagi i po chwili puka³ ju¿ do

drzwi biura Wyatta.

– T.C.? – us³ysza³ niespokojny g³os Morrowa.

– Tak. Jestem sam.

– WchodŸ powoli. Mam doskona³y widok na drzwi.

Thorpe zrobi³ to, co mu polecono. Morrow sta³ przy wejœciu do gabi-

netu Wyatta, trzymaj¹c w rêku pistolet wycelowany w g³owê senatora.

– T.C. – Twarz Wyatta, zazwyczaj purpurowa, tym razem by³a szara

jak popió³. – Ty chyba zwariowa³eœ.

– Jak siê pan ma, senatorze?

– Nic mu nie jest – warkn¹³ Morrow, jego oczy uwa¿nie lustrowa³y

przestrzeñ za Thorpe’em. – Zamknij drzwi i odsuñ siê od nich. – Kiedy

Thorpe wype³ni³ jego polecenie, ruchem g³owy poleci³ mu, aby siê zbli¿y³.

Zauwa¿y³ magnetofon. – Postaw go na pod³odze i zdejmij marynarkê.

– Nie mam broni, Ed – uspokaja³ go Thorpe, œci¹gaj¹c jednoczeœnie

marynarkê. – To tylko magnetofon. Umówiliœmy siê przecie¿. – Uœmiech-

n¹³ siê przepraszaj¹co do Wyatta. – Musisz nam wybaczyæ senatorze, Ed

i ja mamy prywatnie porozmawiaæ.

– Taaak. – Morrow chwilê patrzy³ na Thorpe’a w milczeniu, po czym

opuœci³ wycelowan¹ w Wyatta broñ. – Taaak. Mo¿esz iœæ.

– T.C....

– Powiedzia³em, ¿e mo¿esz iœæ. – Morrow podniós³ g³os. – Tym ra-

zem on tu jest dla mnie.

– Przykro mi, senatorze – g³os Thorpe’a by³ ch³odny i opanowany.

Poczu³ mrowienie w czubkach palców, kiedy zobaczy³, ¿e rêka trzymaj¹-

ca broñ wyraŸnie dr¿y. – Ed i ja mamy sobie wiele do powiedzenia.

Wyatt skin¹³ g³ow¹ i chcia³ siê odwróciæ.

– Nie! – zatrzyma³ go Morrow. Obliza³ wargi, po czym otar³ je wierz-

chem d³oni. – Nie odwracaj siê. IdŸ ty³em ca³y czas, a¿ do drzwi.

background image

189

Thorpe zaczeka³, a¿ Wyatt wype³ni polecenie Morrowa. W pokoju

wisia³ strach. Mia³o siê wra¿enie, ¿e jest czymœ realnym, ¿e mo¿na go

dotkn¹æ. Nie znikn¹³ nawet wtedy, gdy Wyatt wyszed³. Morrow chwilê

sta³ bez ruchu, gapi¹c siê na drzwi.

Thorpe nie chcia³ dopuœciæ, aby Morrow nabra³ jakichœ podejrzeñ

i sta³ siê zbyt ostro¿ny.

– W  porz¹dku –  powiedzia³,  zaj¹wszy  miejsce.  – Zaczynajmy.  –

W³¹czy³ magnetofon.

Na zewn¹trz Liv bezustannie obserwowa³a budynek. Wszystko w niej

by³o jakby sparali¿owane, jedynie umys³ zdawa³ siê funkcjonowaæ nor-

malnie. Nie czu³a ani r¹k, ani stóp. Dooko³a niej – w samochodzie poli-

cyjnym i w strefie przeznaczonej dla prasy – trwa³a gor¹czkowa praca.

Ale myœli Liv bieg³y ku jednej tylko osobie. T¹ osob¹ by³ Thorpe.

Thorpe przygotowa³ ca³¹ seriê pytañ. Chcia³, aby by³y jak najbar-

dziej rzeczowe i pozbawione jakichkolwiek emocji.

– Ed, czy nie uwa¿asz, ¿e by³oby lepiej, gdybyœ... – Wykona³ rêk¹

wymowny gest, wskazuj¹c na broñ. Morrow, po chwili wahania, odsun¹³

pistolet od piersi Thorpe’a. – Dziêki. Rozumiem, ¿e wybra³eœ biuro Wy-

atta, poniewa¿ tu w³aœnie pracowa³eœ – ci¹gn¹³. – Czy s¹dzisz, ¿e sena-

tor, zwalniaj¹c ciebie, post¹pi³ bezprawnie?

– Jest czysty, niestety – odrzek³ Morrow. – Nie mogê go o nic oskar-

¿yæ. Bóg jeden wie, jak bardzo potrzebowa³em pieniêdzy. Myœla³em

o zdobyciu pewnych œrodków, ale mia³em za ma³o czasu. Wyatt dowie-

dzia³ siê o moim hazardzie, o ludziach, z którymi ³¹czy³y mnie interesy.

Nie  przypadli senatorowi  do  gustu.  – Zachichota³  nerwowo  i znowu

i przesun¹³  broñ.  Teraz  ponownie  by³a  skierowana  w Thorpe’a,  ale

Morrow zdawa³ siê tego nie dostrzegaæ. – Liczy³em na pieni¹dze, bio-

r¹c Wyatta na zak³adnika. Jednak wiem, ¿e nic z tego nie bêdzie, praw-

da? – W jego oczach czai³ siê strach. – By³bym martwy, zanim zd¹¿y-

³bym wyci¹gn¹æ po nie rêce.

Thorpe zmieni³ sposób zadawania pytañ. Wiedzia³, ¿e cz³owiek, któ-

ry nie ma nic do stracenia, zawsze nale¿y do najniebezpieczniejszych.

– Ile jesteœ winien?

– Siedemdziesi¹t  piêæ  tysiêcy.  – Zadzwoni³  telefon  i Morrow

wykona³ gwa³towny ruch. Teraz pistolet wymierzony by³ w g³owê Thor-

pe’a.

background image

190

– Piêtnaœcie minut, Ed – przypomnia³ mu ch³odno Thorpe. – Uzgod-

niliœmy, ¿e bêdê siê meldowa³ co piêtnaœcie minut, pamiêtasz?

Ktoœ wcisn¹³ w rêce Liv fili¿ankê kawy. Nie zd¹¿y³a jej jednak na-

wet spróbowaæ. Nieoczekiwanie dobieg³ j¹ g³os Thorpe’a – spokojny

i ch³odny, gdzieœ z wnêtrza policyjnego auta. Wypuœci³a z r¹k fili¿an-

kê. Gor¹ca kawa obla³a jej palce. Nie mo¿esz tu staæ tak bezczynnie,

powiedzia³a do siebie. Rób to, co nale¿y do twoich obowi¹zków. Od-

wróci³a siê i podesz³a do swojej ekipy, aby przekazaæ kolejny reporta¿

„na ¿ywo”.

Trzydzieœci minut uros³o do szeœædziesiêciu. W pokoju dos³ownie

nie by³o czym oddychaæ. Thorpe wiedzia³, i¿ dawno powinien ten wy-

wiad zakoñczyæ. Wszystko ju¿ zosta³o powiedziane. Jednak instynkt

podpowiada³ mu, ¿e Morrow nie by³ jeszcze gotowy. Siedzia³ zgar-

biony w fotelu, a jego oczy sprawia³y wra¿enie przymglonych. Nad

górn¹ warg¹ pojawi³y siê kropelki potu, a miêsieñ lewego policzka od

czasu  do  czasu  nerwowo  drga³.  Jednak  pistolet  wci¹¿  tkwi³  w jego

rêku.

– Nie jesteœ ¿onaty, mam racjê, T.C.?

– Nie jestem. – Thorpe ostro¿nie wyci¹gn¹³ papierosy i poczêsto-

wa³ Morrowa.

Morrow pokiwa³ g³ow¹.

– Masz jak¹œ kobietê?

– Taaa... – Thorpe zaci¹gn¹³ siê papierosem i pomyœla³ o Liv. Ch³od-

ne rêce, ch³odny g³os. – Taaa, mam kobietê.

– Ja mia³em ¿onê... i dwoje dzieci. – W jego oczach pokaza³y siê

³zy. – Wyprowadzi³a siê tydzieñ temu. Dziesiêæ lat. Oœwiadczy³a, ¿e to

dostatecznie d³ugo, abym wreszcie dotrzyma³ z³o¿onej jej obietnicy. Przy-

rzek³em jej kiedyœ, ¿e nigdy ju¿ nie ulegnê hazardowi. – £zy pop³ynê³y

mu po policzkach, mieszaj¹c siê z potem. – Ale ja nie mog³em bez tego

¿yæ. – Zadr¿a³.

– S¹ ludzie, którzy mog¹ ci pomóc, Ed. WyjdŸmy st¹d. Ja znam

takich.

– Pomóc? – Morrow westchn¹³. Thorpe poczu³ niepokój. – Dla mnie

ju¿  nie  ma  ratunku,  T.C.  Przekroczy³em  liniê. –  Spojrza³  Thorpe’owi

background image

191

w oczy. – Mê¿czyzna powinien wiedzieæ, co siê stanie, kiedy j¹ przekro-

czy. – Znowu podniós³ do góry broñ i Thorpe nagle poczu³ w sercu lodo-

waty ch³ód. – Dotrzyma³eœ s³owa. – Morrow za³ka³. – Mia³em swój an-

tenowy czas. – I zanim Thorpe zd¹¿y³ wykonaæ jakikolwiek ruch, skie-

rowa³ broñ w swoj¹ stronê.

Pad³ strza³. Jeden. Tylko jeden. Liv poczu³a, ¿e nie ma w³adzy w no-

gach i ¿e granitowa fasada budynku jakby nagle siê rozp³ynê³a. Ktoœ chwy-

ci³ j¹ pod ramiê, widz¹c, ¿e siê chwieje.

– Liv, trzymaj siê. Mo¿e lepiej bêdzie, jeœli usi¹dziesz. – G³os Boba

brzmia³ tu¿ przy jej uchu, a jego rêka spoczywa³a na jej ramieniu.

– Nie! – odepchnê³a go. Nie mia³a zamiaru mdleæ. Nie mia³a zamia-

ru siê poddawaæ. Nagle zaczê³a torowaæ sobie drogê wœród otaczaj¹cego

j¹ t³umu. Chcia³a tam byæ, kiedy uka¿e siê w drzwiach. Kiedy przez nie

przejdzie, ona tam bêdzie, dla niego.

Bo¿e, nie pozwól, aby mu siê coœ sta³o. Bo¿e, nie pozwól, aby... Strach

parali¿owa³ jej krtañ. Tylko bez histerii, powtarza³a sobie, odsuwaj¹c na

bok jakiegoœ reportera i dwóch kamerzystów. Wkrótce przejdzie przez

ulicê. Bêdziemy mieli przed sob¹ ca³e ¿ycie. Ryzyko? Bêdziemy je po-

dejmowaæ setki razy. Wspólnie, niech ciê diabli, Thorpe. Wspólnie. Nie

mia³a ju¿ co do tego ¿adnych w¹tpliwoœci.

Nagle go ujrza³a. ¯ywy i ca³y szed³ w jej kierunku. A ona bieg³a, prze-

dzieraj¹c siê przez t³um i policyjn¹ barykadê.

Niech ciê szlag trafi, Thorpe. A niech ciê szlag! £kaj¹c, przytuli³a

siê do niego. Nieopisane szczêœcie malowa³o siê na jej zalanej ³zami

twarzy.

Nagle wybuchnê³a œmiechem. To by³, mimo wszystko, piêkny dzieñ.

Chwyci³a go za w³osy i odci¹gnê³a do ty³u jego g³owê, aby zobaczyæ jego

twarz.

– Ty, sukinsynu, chcia³eœ mnie t¹ histori¹ znokautowaæ, nieprawda¿?

Och, Thorpe! – Przywar³a ustami do jego ust i mocno siê do niego przy-

tuli³a. ¯adne z nich nie zwraca³o uwagi na pracuj¹ce dooko³a kamery.

Odsun¹³ j¹ od siebie i szeroki uœmiech pojawi³ siê na jego twarzy,

chocia¿ œlady tego, co siê nie tak dawno wydarzy³o, wci¹¿ by³y widoczne

w jego oczach.

– Czy ty mnie kochasz? – zapyta³.

– Tak, do cholery. Tak!

background image

192

Kiedy chcia³a siê znowu do niego przytuliæ, zatrzyma³ j¹, unosz¹c do

góry brwi.

– Wyjdziesz za mnie?

– Natychmiast. Nie bêdziemy wiêcej traciæ czasu.

I wtedy przyci¹gn¹³ j¹ do siebie i poca³owa³. Po chwili, uj¹wszy siê

pod rêce, ruszyli przed siebie.

– A propos, Carmichael – powiedzia³, kiedy oddalili siê od budyn-

ku – jesteœ mi winna dwieœcie dolców.