background image

tytuł oryginału

INVADERS FROM  THE CENTRE

Copyright © 1990 by Brian Stableford
Copyright © for the Polish Translation by Sławomir Studniarz,

Bydgoszcz 1990

projekt okładki 

Janusz Tymecki

redaktor
Aleksandra Bartkowiak

redaktor techniczny 

Dariusz Idkowiak

background image

ISBN 83-85175-20-2

EXPRESS  BOOKS, Bydgoszcz 1991

1

C

zasem odnoszę niepokojące wraŜenie, Ŝe cały wszechświat uparł się, by wtłoczyć moje Ŝycie 
w ramy pokazowej opowiastki. Opierałem się temu z całych sił, ale przekonuję się, Ŝe 
wszelki opór jest daremny. Obawiam się, iŜ los się na mnie uwziął, a przeznaczenie 

background image

naznaczyło jakimś szczególnym posłannictwem.

Zdradzę wam teraz, jeśli pozwolicie, co doprowadziło mnie do tego niewesołego 

przeświadczenia.

Jest ponoć takie stare chińskie przekleństwo, w myśl którego najgorszy los, jaki moŜe 

spotkać człowieka, to Ŝyć w ciekawych czasach. Słyszałem o tym porzekadle od dawna, 
jednak nigdy nie zastanawiałem się nad jego logicznymi następstwami, z których pierwszym 
jest niewątpliwie to, Ŝe człowiek jest podobnie przeklęty, kiedy niczym ćmę do ognia ciągnie 
go do ciekawych miejsc. W ten sposób, jako młodzieniec jeszcze, omamiony przez Mickeya 
Finna, mego przyjaciela, przemierzyłem pół poznanego kosmosu, by dotrzeć do sztucznego 
makroświata, do krainy „bogów techniki", któremu my, Ziemianie, nadaliśmy miano 
„Asgard".

Rozmaici przedstawiciele galaktycznej społeczności, wywodzący się z bez mała trzech 

setek człekopodobnych ras, od lat przekopywali górne poziomy Asgarda w poszukiwaniu 
pozostałości dawnej cywilizacji. Centrala Koordynacji Badań skupiała wysiłki wielu spośród 
tych zacnych ludzi — pod przewodnictwem i nadzorem Tetrów, pod wieloma względami 
przodujących w galaktycznej społeczności. Nie przyłączyłem się do nich, woląc pozostać 
panem samego
siebie i wędrować, dokąd dusza zapragnie po tej zamarzniętej i opustoszałej krainie.

To nie ja dokonałem przełomowego odkrycia, otwierającego dostęp do cieplejszych i 

znacznie atrakcyjniejszych poziomów, kryjących się poniŜej wierzchnich warstw skutych 
lodem w wyniku jakiegoś niefortunnego kosmicznego wypadku. Odkrycia dokonał mój 
towarzysz, Saul Lynd-rach, Ziemianin, zamordowany wkrótce potem przez siepaczy 
pragnących wydrzeć od niego ów sekret. Wówczas to boleśnie uzmysłowiłem sobie drugie 
logiczne następstwo tej dawnej chińskiej klątwy, a mianowicie, Ŝe człowiek moŜe wplątać się 
w nielichą kabałę, kiedy przez przypadek stanie się ciekawą osobą. W sposób całkowicie 
przez siebie nie zawiniony, istotnie, stałem się nagle interesującą osobą.

Zainteresowali się mną mordercy Saula, bo tak się złoŜyło, Ŝe jako jedyny w tamtym 

zakątku wszechświata potrafiłem czytać po francusku, a w tym języku właśnie sporządził swe 
notatki Saul. Zainteresowało się teŜ mną kilku przedstawicieli ziemskiej Gwardii Gwiezdnej, 
która niedawno przybyła na Asgard po zakończeniu ludobójczej wojny z Salamandrią. 
Dowodząca nimi Susarma Lear, w randze kapitana Gwardii, przeświadczona była, Ŝe 
ogromny osobnik, któremu Saul wspaniałomyślnie udzielił schronienia, w rzeczywistości był 
salamandryjskim androidem, skonstruowanym jako tajemna broń odwetowa przeciwko 
ludzkiej rasie. Z czasem nabrała równieŜ przekonania, Ŝe jedyną osobą mogącą pomóc jej w 
schwytaniu i unicestwieniu tego osobnika byłem ja.

Skracając przydługą opowieść (jeśli ktoś zechce, moŜe przeczytać o tym w pierwszym 

tomie moich wspomnień),

6

stwierdzić wypada, Ŝe zawzięcie ścigany przeze mnie oraz oddział Gwiezdnej Gwardii 
android, przepadł we wnętrzu Asgarda. Naszym z kolei tropem podąŜała zgraja róŜnej maści 
vormyrów i Spirellyjczyków nastawionych na rzeź.

I rzeź nastąpiła.
Kiedy wszystko w końcu rozstrzygnęło się, pani kapitan oraz jej wesoła czereda wyruszyli 

z powrotem na Ziemię, przepełnieni dumą z powodzenia swej paskudnej misji. Ja pozostałem 
na miejscu, by sprzedać sekret prowadzący do wnętrza Asgarda kupcowi oferującemu 
najwyŜszą cenę.

Nie mogłem oswoić się z bogactwem. Przez całe Ŝycie balansowałem na krawędzi 

ubóstwa, nie zaprzątając sobie głowy dalekosięŜnymi planami, bo wystarczająco trudno 
przychodziło mi kombinowanie, jak i skąd zapewnić sobie pełny talerz na nadchodzący 
tydzień.

Pomyślne zrządzenie losu odmieniło tę sytuację i nagle zagroził mi przedwcześnie kryzys 

wieku średniego, zajrzała w oczy straszna perspektywa „układania planów".

Czar Asgarda prysł nagle jak bańka mydlana. Choć do rozwiązania jego tajemnic było 

background image

jeszcze daleko, sam proces juŜ się rozpoczął, a wobec setek poziomów udostępnionych teraz 
badaniu, zasługi, jakie mógłby wnieść pojedynczy człowiek, wydawały się znikome. Mimo 
Ŝ

e nigdy nie otarłem się o zagadkowe Centrum tego makroświata, czułem, Ŝe moja godzina 

chwały juŜ przeszła i przeminęła. Zacząłem więc intensywnie myśleć nad tym, co w całej 
galaktyce mogłoby wzbudzić zainteresowanie nowobogackiego odludka, jakim wówczas 
byłem.

Nieuchronnie naprowadziło mnie to na dom: układ słoneczny, pas planetoidów, 

mikroświaty, Matkę Ziemię.

7

Nigdy właściwie nie odwiedziłem Ziemi. Jedynym jej odpowiednikiem pod względem 

wielkości, na którym postawiłem stopę, był Asgard oddalony o ponad tysiąc świetlnych lat 
od moich rodzinnych stron, od pasa pla-netoidów.

Zaczęło mi się wydawać podejrzane, Ŝe pognało mnie tak daleko od domu, a nigdy nie 

zadałem sobie trudu odwiedzenia kolebki swego gatunku, odległej ledwie o nędzne kilkaset 
milionów kilometrów od mego punktu wyjścia.

Postanowiłem więc odbyć pielgrzymkę na Ziemię. „Mistral", statek, na którym przybyłem 

na Asgard w towarzystwie Mickeya Finna, Helmuta Belinskiego i Jeana Averaud, wciąŜ 
tkwił podczepiony do rękawa, bezgłośnie podąŜając za tetrańskim satelitą na samym szczycie 
Pierścieniorbity. Opuszczony i zaplombowany, nie wykazywał Ŝadnych śladów zuŜycia, 
rozkładu, ani kurzu. Właściwie naleŜał do Finna, choć złoŜyliśmy się wszyscy, by wyposaŜyć 
go naleŜycie do dalekiej podróŜy na Asgard. Finn, Belinski i Averaud zginęli w wypadku 
podczas jednej z wypraw w głąb Asgarda, kiedy akurat wypadała moja wachta na pokładzie. 
Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami statek odziedziczyłem ja. Tyle tylko przypadło mi w 
udziale, oprócz rachunku za zaległe podatki Mickeya Finna.

Nastały wtedy dla mnie cięŜkie czasy — co innego być jednym z czteroosobowej grupy w 

ś

wiecie w większości zamieszkałym przez obce istoty, a co innego zostać zupełnie samemu. 

Przywykłem do tego, a nawet w końcu polubiłem. Przystosowując się, wyparłem „Mistrala" 
do jakiegoś  mrocznego  zakamarka  świadomości,  skąd  nie

8

mógł mi się juŜ naprzykrzać. Ale wciąŜ tam tkwił, wyczekując.

Wydałem część swojego skromnego majątku na przegląd i ponowne przysposobienie 

statku do podróŜy. Reaktor termojądrowy dokładnie przejrzano, sprawdzono kompresor 
przestrzeni. Nie znam się zupełnie na zagmatwanej fizyce sił ramowych, dzięki której 
moŜemy bawić się origami* z przestrzenią, jeśli najdzie nas ochota, by przegryźć się na 
drugą stronę wszechświata. Ale chciałem mieć absolutną pewność, Ŝe po wciśnięciu 
odpowiednich przycisków statek wprowadzi mnie w końcu w przestrzeń układu słonecznego. 
Zakupiłem nowe oprogramowanie nawigacyjne, a takŜe, na wszelki wypadek, najlepsze do-
stępne programy wykrywania usterek. Następnie, rozkoszując się świadomością, Ŝe mogę 
zaszaleć bez groźby popadnięcia w ubóstwo, zainstalowałem na pokładzie najnowszy krzyk 
tetrańskiej organiki — zintegrowany układ termosyntezy wytwarzający Ŝywność, utylizujący 
odpady, regulujący skład powietrza, zapewniający bio-oświetlenie, a takŜe do pewnego 
stopnia zasilanie — wszystko przy wykorzystaniu wyłącznie techniki organicznej. Lecąc na 
Asgard, musieliśmy zadowalać się zupą z bakterii i przetworami z grzybów. Jedzenie było 
wstrętne, odór nie do wytrzymania.

Kiedy wszystkie prace dobiegły końca i statek został dostosowany do wymogów pierwszej 

klasy, wyjechałem na Pierścieniorbitę i poŜegnałem się za starym poczciwym

* origami — japońska sztuka układania rozmaitych form z papieru.

9

Asgardem. Nie wiedziałem, czy kiedykolwiek tam powrócę.

Niczego w zasadzie nie byłem pewny...

background image

Statki kosmiczne mkną bardzo szybko. Przy ich prędkości światło przypomina lepką, 

cieknącą po stole melasę. Ale odległości w galaktyce nie są małe, w rzeczywistości są 
niewiarygodnie olbrzymie. Tak więc podróŜ na Ziemię to nie byle przeprawa promem. 
Ciągnie się miesiącami i staje się nuŜąca.

Miałem co prawda krąŜki z muzyką i tekstami. Miałem wstęgę do biegania, na której 

mogłem poczuć cięŜar swego ciała, i wiele innych przyrządów do utrzymania róŜnych części 
ciała w bojowej formie. Dawało mi to zajęcie na jakiś czas, ale w końcu zmuszony byłem 
rozejrzeć się za jakąś nową rozrywką, za przyjemnością, której uroków nigdy jeszcze nie 
zakosztowałem.

Wtedy powziąłem zamiar spisania pamiętników, o których wspominałem wcześniej, i 

natychmiast zacząłem je utrwalać.

Nie było to w pełni radosne przyŜycie, bo nie jestem człowiekiem pióra i pisanie 

przewaŜnie idzie mi opornie.

Jestem jednak przekonany, Ŝe odtworzone przeze mnie dialogi brzmią przyjemniej dla 

ucha niŜ rzeczywiste wypowiedzi - swoboda twórcza moŜe być niezłą zabawą!

Nie  miałem  zamiaru  publikować  swoich  wspomnień

- przynajmniej na razie - poniewaŜ zawierały pewną bardzo draŜliwą wzmiankę na temat 

prawdziwego losu androida, którego, w swoim własnym mniemaniu, Susarma Lear 
unicestwiła. Mimo to podanie zaistniałych faktów sprawiło mi pewną satysfakcję. 
Zakończyłem swe dzieło

10

na kilka dni przed włączeniem dekompresora, umoŜliwiającego wejście statku w przestrzeń 
układu słonecznego.

Gdy wynurzyłem się z „nory" kompresyjnej, przekonałem się, Ŝe statek zniosło daleko od 

zakładanego celu podróŜy. NaleŜało się zresztą tego spodziewać. Naprowadzenie statku 
przez oprogramowanie nawigacyjne na tak znikomy cel jak układ słoneczny zakrawa niemal 
na cud — nie naleŜy oczekiwać, Ŝe zawiedzie cię ono prosto na przedproŜe wybranej 
planety.

Od Ziemi dzieliło mnie więcej niŜ Ŝabi skok, do pasa planetoidów było jeszcze dalej. 

Jedynym godnym uwagi obiektem znajdującym się w dogodnej odległości okazał się 
właściwie Uran.

Nigdy nie byłem na Uranie. O ile dobrze mi wiadomo, niewielu ludzi na nim gościło, choć 

paru śmiałków zaczęło szperać wokół jego księŜyców i pierścieni jeszcze przed moim 
wyjazdem. Rutynowy przegląd dokonany przez przyrządy pokładowe przyniósł mi 
informację o wykryciu w sąsiedztwie planety sztucznego tworu, mikroświata ochrzczonego 
mianem „Goodfellow".

Statek mój został automatycznie zarejestrowany przez skanery satelity, a komputer 

pokładowy przesłał wszystkie wymagane w takiej sytuacji dane, otrzymując w zamian 
zwyczajowy ładunek bzdur na temat wielkości, cech szczególnych, zaludnienia, itd. Nie 
zadałem sobie trudu wyświetlenia tych informacji na ekranie, ale zrobiłem z tego wyciąg 
najistotniejszych faktów. „Goodfellowa" zamieszkiwało ośmiuset ludzi, wszyscy — prócz 
dwunastu — to pracownicy cywilni. Zajmowali się podobno naukowym zbieraniem i 
opracowaniem danych oraz sporządzaniem map. Miłe zajęcie, ale niezbyt pociągające.

11

Oni pierwsi nawiązali kontakt. Zakładałem, Ŝe po prostu ich urządzenia szybciej 

przetrawiły wysłane przeze mnie dane, niŜ moje uporały się z informacjami otrzymanymi od 
nich, albo Ŝe mieszkańcy mikroświata skrupultaniej przestrzegali zasad gościnności. Wysłali 
mi zaproszenie, bardzo uprzejmie sformułowane. Przypuszczałem, Ŝe nie widują tam zbyt 
wielu nowych twarzy, a w tak małym świecie wszyscy naprawdę dobrze się znają. PodróŜnik 
mający wiele do powiedzenia na temat zagadek wszechświata z pewnością będzie rozrywaną 
w towarzystwie osobą.

Uznałem, Ŝe wytrzymam jakiś czas w roli lwa salonowego. Poza tym mikroświaty zwykle 

obracają się wokół swej osi, wytwarzając całkiem przyzwoite pole grawitacyjne i choć nie 

background image

będzie tam zbyt przestronnie, ściany nie będą tak na mnie napierać jak w mym małym, 
skaczącym po gwiazdach kokonie. Zdecydowałem się na jedno- lub dwudniową wizytę.

Z pewnością nie zaszkodzi, zapewniałem sam siebie.
Niebawem miało się okazać, jak pochopnie moŜna wysnuć całkowicie mylne wnioski, 

kiedy zdarzy się Ŝyć w ciekawych czasach. Zwłaszcza komuś, na kogo uwziął się los.

2

D

otarcie do mikroświata zabrało mi niemal dwa dni, przy czym kompresor przestrzeni 
pracował na rzeczywiście niskich obrotach. Trzeba bardzo uwaŜać, kiedy jest się w pobliŜu 
większych skupisk materii, a na

12

tak krótkich dystansach nie moŜna wchodzić w kompre-syjne nory.

W drodze mój komputer oraz komputer „Goodfellowa" podtrzymywały towarzyską 

pogawędkę, ale nadal pracujący kompresor uniemoŜliwiał jakikolwiek kontakt głosowy. 
Kiedy moŜna było wreszcie nawiązać dialog, uznałem, Ŝe nie warto zadawać sobie trudu, bo 
wkrótce i tak miałem spotkać się z gospodarzami mikroświata twarzą w twarz. Pozostawiłem 
urządzeniom uzgadnianie Ŝmudnych szczegółów lądowania, zaś sam doprowadziłem się do 
porządku i rozpakowałem ubiór wyjściowy. Na górę załoŜyłem cieniutką warstwę ochronną, 
Ŝ

eby nie wysmarować się przy przechodzeniu do przegrody cumowniczej. Postęp cywili-

zacyjny podobno pozostawił brud daleko za sobą, w ziemskiej „studni" grawitacyjnej, ale 
dobrze wiemy, jak jest naprawdę.

Gramoliłem się przez rękaw, myśląc o tym, jak dobrze będzie znowu poczuć na sobie 

szarpnięcie porządnego ruchu wirowego. Wychodząc z drugiego końca, wybiegałem myślą w 
przód, czyli do chwili, kiedy ogarnie mnie odczucie sztucznej grawitacji. Lądowisko mieściło 
się, oczywiście, na osi obrotowej stacji i stało w miejscu, ale wiedziałem, Ŝe oŜywcze 
przyciąganie jest juŜ o krok.

Wewnątrz przegrody, wypełnionej zadziwiającą ilością przyrządów, nie było nikogo. 

Mieściła za to kilkanaście wielkich, sięgających półtora metra, stalowych pojemników o 
ś

rednicy około jednego metra. PrzeróŜne tarcze pomiarowe walczyły o miejsce z napisami 

ostrzegawczymi pośród plątaniny przewodów zasilających. Nie zwróciłem na nie większej  
uwagi,  kierując się wprost do włazu,

13

z którego schodziło się po serpentynie do mieszkalnych kwater stacji.

Byłem przekonany, Ŝe mieszkańcy mikroświata wysłali kogoś na spotkanie i ten ktoś czeka 

teraz na mnie przy końcu serpentny.

Tak byłem zaabsorbowany swymi doznaniami związanymi ze stopniowym odzyskiwaniem 

cięŜaru ciała przy schodzeniu „w dół", Ŝe nie od razu spostrzegłem po zejściu z drabiny i 
przekroczeniu włazu, Ŝe komitet powitalny nie całkiem odpowiada moim wyobraŜeniom.

Uporządkowanie relacji „góra-dół" zajęło mi jedną lub dwie sekundy, po czym zacząłem 

rozpinać górę kombinezonu, rozglądając się wokoło za jakąś przyjaźnie uśmiechniętą twarzą.

Ujrzałem ich kilkanaście, lecz Ŝadna nie wyglądała zbyt przyjaźnie. Ze zdumieniem 

spostrzegłem, Ŝe twarze związane były z ciałami odzianymi w mundury Gwardii Gwiezdnej. 
Poniewczasie zorientowałem się, iŜ jedno z nich — w randze porucznika — trzyma 
wycelowany we mnie rewolwer.

Merde, pomyślałem, chyba juŜ raz to przeŜywałem.

Spoglądanie z niewłaściwej strony na standardową broń Gwardii Gwiezdnej nie naleŜy do 

doświadczeń, które chciałoby się kiedykolwiek powtarzać.

Odruchowo, mimo Ŝe nie miałem na myśli próby ucieczki, odwróciłem się w stronę włazu, 

background image

z którego przed chwilą wyszedłem. Jeden z gwardzistów zdąŜył juŜ zajść mnie od tyłu i 
zagrodzić drogę. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, gwardzista wyprowadził cios w okolice 
mojej głowy. Poruszałem się za wolno i nie przywykłem jeszcze

14

na tyle do nowej grawitacji, Ŝeby zrobić unik. Dostałem w szczękę, a uderzenie zwaliło mnie 
z nóg i padłem niczym bezwładny tłumok u stóp porucznika. Łatwiej jest przyjąć taki cios w 
strefie lekkiego ciąŜenia niŜ na dnie prawdziwej studni grawitacyjnej, lecz w Ŝadnym 
przypadku nie jest to przyjemne. Zabolało mnie, a ból fizyczny łączył się z upokorzeniem. 
Chciałem odpłacić pięknym za nadobne, ale lufę rewolweru porucznika dzieliło teraz od 
mego nosa ledwie kilka centymetrów.

— Blackledge — wycedził oficer. — Nie powinniście

byli tego czynić. Nikt nie kazał wam uŜywać siły.

— Tak jest, panie poruczniku — odparł gwardzista Blackledge, dodając teatralnym szeptem 

— ty draniu! Oczywiście, nie odnosiło się to do porucznika.

— Michaelu Rousseau — rzekł opanowanym głosem

porucznik — jesteś aresztowany pod zarzutem dezercji
z Gwardii Gwiezdnej ONZ. Zostaniesz przetrzymany
w ścisłym areszcie na stacji „Goodfellow" do czasu
przybycia krąŜownika Gwardii „Leoparda Sharka"*.
Wówczas zostanie ci przydzielony adwokat i odbędzie się
zgodnie z postanowieniami nadzwyczajnego prawa stanu
wojennego sąd. Twój statek podlega konfiskacie.

Nie zdąŜyłem jeszcze wstać i na wpół leŜąc, na wpół siedząc, pomyślałem jedynie, Ŝe 

„Leopard Shark" to idiotyczna nazwa dla okrętu wojennego.

Ale nie wypowiedziałem tego na głos.
Nie chciało mi się teŜ wyjaśniać, Ŝe niełatwo będzie im zająć mój statek. Wewnętrzna 

ś

luza powietrzna została tak

* Leopard (ang.) pantera, Shark (ang.) rekin.

15

zaprogramowana, by sprawdzać u kaŜdego chcącego wejść na pokład wzór siatkówki oka, 
nawet jeśli ten ktoś jest w stanie przedstawić właściwe hasło.

— Wstań — polecił mi porucznik.
Odstawił rewolwer, najwyraźniej zaspokoiwszy na jakiś czas swe melodramatyczne 

ciągoty.

Podniosłem się, macając obolałe miejsce na szczęce. Nie polała się krew, choć 

podejrzewałem, Ŝe będę miał cholernego siniaka.

— Nie sądzę, Ŝeby zainteresowały was moje dokumenty

wypisu? — zaryzykowałem. — Widnieje na nich podpis
niejakiej Susarmy Lear, kapitana Gwardii Gwiezdnej.
Obawiam się, Ŝe nieczytelny, tym niemniej prawomocny.

Porucznik uśmiechnął się cierpko.

• 

Wszystkie stacje układu zostały postawione na nogi, Ŝeby cię ująć — odparł. — 

Wiedzieliśmy o twoim powrocie, trzeba było zostać tam na końcu świata, u swych 
ukochanych odmieńców. Wiedz, Ŝe jeśli jest coś, co moŜe ludzi jeszcze bardziej do ciebie 
zrazić, to zniewagi pod adresem kapitan Lear. Kapitan Susarma Lear to bohaterka.

• 

Przypuszczam, Ŝe nie omieszkała o tym wspomnieć — rzuciłem z przekąsem.

Uznałem, Ŝe w takiej sytuacji mogłem pozwolić sobie na sarkazm. Nie sądziłem, by 

Susarma Lear zdobyła się na podobną podłość i wykręciła mi tego typu numer. Zwłaszcza Ŝe 
rozstaliśmy się w niezłej komitywie. Jednak mogła to być jej sprawka.

Po jaką choinkę, zastanawiałem się, rozesłała za mną listy gończe? Czy dowiedziała się, Ŝe 

zataiłem przed nią informację o prawdziwych losach Myrlina?

background image

16

Niczym winowajca ujęty na gorącym uczynku, pomyślałem o wspomnieniach 

stojących na półce obok innych krąŜków w mojej pokładowej bibliotece. Zacząłem 
Ŝ

ałować, Ŝe je utrwaliłem.

Na mikroświatach przewaŜnie nie ma więzień, wylądowałem więc w zwyczajnym 

pomieszczeniu mieszkalnym zamykanym na specjalny zamek. Klitka miała standar-
dowe wyposaŜenie — pryczę i miniaturową łazienkę, podajnik Ŝywności i kilka 
ekranów zaopatrzonych w elektroniczne blokady.

Mogłem zaŜyczyć sobie wyświetlenia starych filmów z kaset video albo 

bibliotecznej telegazety, ale nie mogłem z nikim się połączyć. Znajdowałem się w 
miejscu ścisłego odosobnienia.

Odebrałem to jako policzek, tym razem wymierzony mej godności osobistej. 

Zamiast potulnie pogodzić się z sytuacją, spróbowałem — mimo wszystko — 
nawiązać kontakt z zewnętrznym światem. Na początku zaŜądałem rozmowy z 
adwokatem, ale komputer nie chciał mnie połączyć. Spróbowałem więc sprowadzić 
lekarza. Pytany o objawy, twierdziłem, Ŝe mogę mieć złamaną szczękę. Łatwo jest 
oszukać sztuczną inteligencję, jeśli uda się pozyskać jej zainteresowanie. W niecałe 
dziesięć minut później pojawiła się lekarka.

• 

Nazywam się Mariyo Kimura — przedstawiła się, wyciągając rękę, Ŝeby zbadać 

moją brodę. — A ta szczęka nie jest złamana.

• 

CzyŜby? — zdziwiłem się. — Nie ma pani pojęcia, jak bardzo się z tego 

powodu cieszę. Boli jak cholera.

Widać było, Ŝe mi nie wierzy.

1 - Najeźdźcy z Centrum

17

• 

Proszę posłuchać — zacząłem — przykro mi, Ŝe to nie nagły wypadek, ale musiałem z 

kimś porozmawiać. Gniotłem się w swojej łupinie zupełnie sam przez ponad pół roku i oto co 
mnie spotyka, pierwsza napotkana istota ludzka usiłuje pozbawić mnie przytomności. Potem 
wrzucają mnie tu i wygląda na to, Ŝe przyjdzie mi zgnić w tej dziurze. Według mnie takie 
postępowanie jest okrutne i nieludzkie. Nie wiem, co u was uchodzi za normalne, ale moŜe 
pani mi powie, co mówi tutejsze prawo o moim obecnym połoŜeniu. Próbowałem 
porozumieć się z adwokatem.

• 

Na stacji „Goodfellow" nie ma adwokatów — odparła doktor Kimura. — Są tu 

niepotrzebni.

• 

Macie za to na pokładzie oddział Gwardii? Czy on jest wam potrzebny?

Otworzyła torbę i zaczęła rozlewać jakiś płyn z ampułki na kłębek waty. Popchnęła mnie 

do tyłu, aŜ przysiadłem na pryczy. Wiedziałem, Ŝe będzie piec — to medyczna tradycja 
sięgająca odległych stuleci. Zniosłem ból jak męŜczyzna.

— Panie Rousseau — powiedziała. — Nie wiem dokład

nie, co takiego pan przeskrobał, ani dlaczego porucznik
Kramin dostał rozkaz aresztowania pana zaraz po wylądo
waniu. Istotnie, nie pochwalam sposobu, w jaki pana tu
podstępnie zwabiono, ani teŜ postępowania gwardzisty
Blackledge'a, który pana znokautował. Proszę jednak
wziąć pod uwagę naszą sytuację. Kiedy przebywał pan
daleko stąd, toczyliśmy długą wojnę. Co najmniej czter
dzieści razy salamandryjskie statki wtargnęły w naszą
przestrzeń. Przez połoŜenie na obrzeŜach układu, chcąc nie

18

chcąc, staliśmy się obiektem przeznaczonym do podbicia albo zniszczenia. Większość 
z nas spędziła tu całe dziesięć lat trwania tej strzelaniny, to nasz dom, a transport 
wewnątrz układu nie jest doskonały. Jeden pocisk, tyle tylko trzeba, by rozbić 

background image

„Goodfellowa" w drobny mak. Z radością więc przystaliśmy na system obronny 
Gwardii. Nie znajdzie pan wśród nas zrozumienia dla dezerterów.

• 

Czy zmieniłby pani nastawienie fakt, Ŝe jestem niewinny?

• 

Owszem. Ale to, niestety, trzeba jeszcze udowodnić, prawda?

• 

Do tego właśnie potrzebny mi jest prawny reprezentant. Gwiezdna Gwardia 

przeprowadza na mnie jakiś przewrotny eksperyment, jakąś dziwną wendettę, potrzeb-
ny mi adwokat z zewnątrz, a nie ich mianowany z urzędu obrońca. Nie jestem 
dezerterem.

Nie drgnął ani jeden muskuł na jej twarzy, kiedy studiowała  mnie  swymi  

ciemnymi  oczami.   Była  niska

— najwyŜej metr sześćdziesiąt pięć — i nie patrzyła na
mnie z góry, mimo Ŝe ja siedziałem, a ona stała.

— Tak? — spytała. — A więc co takiego robił pan

w czasie wojny, panie Rousseau?

To było podchwytliwe pytanie. Co miałem niby zrobić

— pognać do domu i zapisać się do armii na wieść
o podjęciu powaŜnych działań wojennych?

Nie chciałem się upewniać. Odpowiedź brzmiałaby pewnie: „tak".
Wojna zawsze wydawała się odległym zjawiskiem na Asgardzie, a w tamtych 

kosmopolitycznych warunkach aŜ za łatwo przyjmowało się tetrański pogląd na 
sprawy.

i*

19
W oczach Tetrów Ziemianie i Salamandryjczycy wyglądali jak dwie bandy barbarzyńców, 
które powinny mieć więcej zdrowego rozsądku.

— Muszę przedstawić  komuś  moją wersję wydarzeń

— upierałem się grzecznie, lecz stanowczo.

Wyrzuciła watę do zsypu i zapięła torbę.
— Zobaczę, co da się zrobić — obiecała. — Nie sądzę,

Ŝ

eby przyniosło to panu jakieś korzyści.

Miałem złowieszcze przeczucie, Ŝe miała rację.

I

nterwencja doktor Kimury w mojej sprawie przyniosła jednak pewne rezultaty. Musiała 
pójść z tym do samej góry, bo moim następnym gościem był Ayub Khan, jedna z czołowych 
osobistości tego mikroświata. Wysoki i przystojny, poruszał się z niewymuszonym 
wdziękiem. Miałem przeczucie, Ŝe byłby zauwaŜony, gdziekolwiek by się znalazł, w 
mikroświecie czy na całej planecie.

• 

Bardzo mi przykro — powiedział, co zabrzmiało nawet szczerze — Ŝe w taki sposób 

musieliśmy powitać pana z powrotem w układzie słonecznym. Spędził pan duŜo czasu jak 
gdyby uwięziony w samotni, i tak się niefortunnie składa, Ŝe przyjdzie panu pobyć jeszcze 
jakiś czas w podobnych warunkach nie z własnej woli. Ale mamy związane ręce. Gwardia 

background image

Gwiezdna rości sobie jurysdykcję w tej sprawie, a ich atuty są nieodparte.

• 

Zostałem powołany na Asgardzie po tym, jak nie-

20

słusznie oskarŜono mnie o przestępstwo — zacząłem, choć wiedziałem juŜ, Ŝe to daremne. — 
Moje usługi miały być odsprzedane w myśl niewolniczego kontraktu ludziom, którzy w to 
wszystko mnie wrobili. Prawda w końcu wyszła na jaw, a według tetrańskiego prawa 
kontrakt zawarty pod przymusem jest niewaŜny. Gwardia przychyliła się do zalecenia Tetrów 
i otrzymałem prawomocne dokumenty zwolnienia. Nie jestem dezerterem. Nie mogą mnie 
aresztować.

Khan wzruszył ramionami.

• 

Tutaj nie stosuje się prawa tetrańskiego, panie Rousseau. Pański przypadek zostanie 

rozpatrzony zgodnie z przepisami ONZ. Sąd wojenny zapewne uwzględni wszelkie istotne 
dla sprawy okoliczności.

• 

WciąŜ jeszcze rozstrzeliwują dezerterów? — spytałem.

• 

Niezmiernie rzadko — zapewnił mnie. — W większości przypadków, po powrocie 

muszą po prostu odsłuŜyć swoje w kompanii karnej.

• 

Wspaniała perspektywa — stwierdziłem rozgoryczony.

• 

Działania wojenne ustały — wyjaśniał mi Khan — ale Gwardii pozostało jeszcze wiele 

do zrobienia. KaŜda międzygwiezdna wojna powoduje straszliwy bałagan. Trzeba 
odbudować nasze kolonie, musimy teŜ zająć się pozostałymi przy Ŝyciu Salamandryjczykami. 
Nawet słuŜąc w kompanii karnej, będzie wykonywał pan cenną i poŜyteczną pracę.

Niewiele podniosły mnie na duchu te przydatne spostrzeŜenia.

— Panie Rousseau — mówił Khan serdecznym tonem

21

— Ŝyczylibyśmy sobie, Ŝeby czuł się pan u nas gościem mimo tej dość niezręcznej sytuacji. 
Nie będzie pan płacił ani za wyŜywienie, ani za korzystanie z naszego systemu 
informacyjnego. Prawo wiąŜe nas tak samo jak pana i musimy działać w ramach, jakie 
wyznaczają nam te okoliczności.

Bardzo przypominał mi dozorcę z mego ostatniego więzienia, Aquilę-69. Był tak samo 

ceremonialnie uprzejmy.

• 

Jestem panu wdzięczny — skłamałem. — Chciałbym zadać kilka pytań, jeśli to 

moŜliwe. O ile dobrze rozumiem, Gwardia Gwiezdna została uprzedzona o moim zamiarze 
powrotu do układu słonecznego i wszędzie rozesłano polecenie ujęcia mnie. Czy to prawda?

• 

Tak sądzę.

• 

Skąd dowiedziano się o mym spodziewanym przybyciu? Statku nie moŜna było 

zidentyfikować przed zwolnieniem kompresora, poza tym nie uprzedzałem nikogo o mym 
zbliŜaniu się. Kto kazał im na mnie czekać?

• 

Nie mam pojęcia — odparł bez zająknięcia. — Domyślam się, Ŝe wiadomość musiano 

nadać z punktu startu, kiedy pański statek znajdował się w drodze.

Sam teŜ doszedłem do takiego wniosku. Wiadomość zawarta w impulsie kompresyjnym z 

łatwością moŜe wyprzedzić kaŜdy statek. Impulsy takie są bardzo kosztowne i korzysta się z 
nich oszczędnie. Nie mogła go wysłać Susarma Lear, bo jej statek opuścił Asgard na długo 
przed moim. Z pewnością dotarła do układu słonecznego przed kilkoma miesiącami. MoŜna 
by jej przypisać nazwanie mnie dezerterem, ale w Ŝadnym wypadku nie mogła wiedzieć, Ŝe 
wracam do domu. Jeśli wiadomość nakazującą

22

Gwardii oczekiwać mnie wysłano z Asgarda, musiała być ona dziełem Tetrów. Skąd 
Tetrowie wiedzieliby, Ŝe jestem poszukiwany i jaki by mieli w tym interes?

• 

Doktorze Khan — przemówiłem grzecznie. — Wdzięczny byłbym, gdyby uŜył pan 

swoich wpływów i dowiedział się, skąd Gwardia Gwiezdna wiedziała o moim powrocie. 
MoŜe to mieć fundamentalne znaczenie dla mojej obrony.

background image

• 

Uczynię   to   z   przyjemnością  —   zapewnił   mnie.

— „Goodfellow" to cywilizowany świat i nie chciałbym,
aby miał pan o nas złe mniemanie.

Nie wyobraŜałem sobie, jakiego rodzaju szczęśliwe wspomnienia mógłbym stąd wynieść, 

ale nie ciągnąłem dalej tego wątku. Siadłem na pryczy i usiłowałem podnieść się na duchu, 
wyliczając sobie swe atuty. Przynajmniej jestem jeszcze bogaty, pocieszałem się.

Wówczas zjawił się u mnie drugi gość.
— Witaj, Rousseau — odezwał się wchodząc przez za

bezpieczone blokadami drzwi. — Mały ten wszechświat, co?

Spojrzałem na niego z niekłamanym zdumieniem. Nie widziałem go juŜ szmat czasu, ale 

nie miałem najmniejszych kłopotów z jego rozpoznaniem.

• 

Jezu Chryste! — jęknąłem. — John Finn.

• 

Tutaj nazywam się Jack Martin — poprawił mnie.

— Wolałbym, Ŝebyś o tym pamiętał.

John Finn był czarną owcą w rodzinie Mickeya. Znałem go trochę z czasów młodości 

spędzonej wspólnie w pasie asteroidów. On i Mickey nie trzymali się ze sobą blisko. Podczas 
gdy Mickey był potęŜny, nieśmiały i niezręczny, John był drobny, obrotny i co najmniej 
niebezpiecznie sprytny.   Przybył  kiedyś  na  Asgard,  opuściwszy  układ

23

słoneczny z powodów, których nigdy do końca nie wyjaśnił. Miał jakieś pieniądze — 
przynajmniej tyle, Ŝe starczyło mu na podróŜ w obie strony tetrańskim statkiem pasaŜerskim. 
Ale Mickey wtedy juŜ nie Ŝył.

Wiadomość o śmierci brata zbytnio go nie zasmuciła — raczej rozzłościło go, Ŝe Mickey 

zapisał statek mnie. MoŜe gdybym był pewny, Ŝe jest wolą Mickeya, aby statek naleŜał do 
Johna, przekazałbym mu go. Ale nie byłem.

John spędził na Asgardzie około pół roku. Kilka razy wyprawiał się z grupą roboczą w 

głąb poziomów, lecz nie zasmakował w tej pracy. Popracował trochę dla Tetrów nad 
zachowanymi wytworami dawnej techniki, ale nie przyniosło mu to spodziewanych korzyści. 
Wyruszył wreszcie w drogę powrotną. Bez słowa poŜegnania.

Nie tęskniłem za nim.
Pocieszałem się w duchu, Ŝe przynajmniej to jakaś znajoma twarz i moŜe okazać się nawet 

pomocny.

• 

Co ty tu w ogóle robisz? I jak udało ci się pokonać blokady?

• 

Przyszedłem z wizytą — odparł buńczucznie. — A blokady elektroniczne to dla mnie 

pestka. Zajmuję się tu utrzymaniem i naprawą urządzeń.

Pokręciłem głową, poruszony do głębi. John usiadł obok mnie na łóŜku i załoŜył nogę na 

nogę. Chyba dobrze się bawił całą sytuacją...

— Po powrocie trzymałem się na obrzeŜach — oznajmił

nonszalancko. — Nigdy nie przepadałem za wewnętrznymi
planetami. Jakiś czas pobyłem na Tytanie, potem na
Ganimedzie. Zaciągnąłem się na „Goodfellowa", Ŝeby
przyjrzeć się tutejszym satelitom. Mili tutaj ludzie. RóŜne

24

mam zajęcia: lokalna „złota rączka", mechanik, pilot wahadłowca, operator pojazdów, coś w 
tym stylu. To niewiele, ale zapełnia czas, póki nie znajdę czegoś lepszego. Opowiadam róŜne 
ciekawostki na temat Asgarda. Podobno dotarłeś do Centrum? Spotkałeś Twórców?

— Niezupełnie — powiedziałem. — Zaszedłem daleko

w głąb. Zetknąłem się z ludźmi, którzy potrafili wyczyniać
niesamowite rzeczy za pomocą swych urządzeń. Nie mogę
powiedzieć, Ŝebyśmy się za bardzo dogadali. WciąŜ nie
wiem, kto zbudował Asgard i po co.

Bez wysiłku przyswoiłem sobie jego styl prowadzenia rozmowy. Poprosił o kawę. 

Zamówiłem dwie filiŜanki. Nie była tak smakowita, jak kawa wytwarzana przez mój 

background image

tetrański system, czemu nie naleŜało się zresztą dziwić.

• 

Jesteś w tarapatach, Mike. WciąŜ wołają na ciebie Mike?

• 

Tak i jestem w tarapatach.

• 

Gwardia Gwiezdna naprawdę chce cię załatwić. Oni nie rozsyłają tego rodzaju 

sygnałów alarmowych za byle kim. Cały układ z niecierpliwością wyczekiwał twego 
powrotu. Nie wiem, coś zmalował, ale na pewno z kimś ostro zadarłeś.

• 

Z kapitanem Gwardii Susarmą Lear — wyjaśniłem. — W sumie to dość dziwne, 

mógłbym przysiąc, Ŝe całkiem dobrze nam się układało do samego niemal końca. Choć nie 
przepadała za mną, wydawała się gotowa zostawić mnie w spokoju. Chyba jej nie doceniłem.

• 

Słyszałem o niej — powiedział Finn. — Cieszy się niezłą reputacją. Poprowadziła 

kilka śmiałych wypadów na terytorium Salamandryjczyków. Ma cycki obwieszone me-
dalami. Wiesz, mógłbym ci pomóc.

25

Przyjrzałem mu się bacznie. WciąŜ miał taką samą ściągniętą twarz, na której zapuścił 

sobie wąsika. Wyglądał teraz jak paryski alfons z jakiegoś starego filmu. Nie lubiłem jego 
sposobu bycia. Zawsze wydawało mi się, Ŝe przesadził na zajęciach umacniania pewności 
siebie w szóstej klasie.

• 

Mógłbyś? — odparowałem nieufnie.

• 

Jasne. Mogę wyrwać cię i zabrać daleko stąd. Do kaŜdego miejsca jakie sobie 

wybierzesz w układzie, albo poza układem. Jeśli zdecydujesz się zostać w układzie, to tylko 
na Ziemi. Nigdzie indziej nie ma tyle miejsca do ukrycia się. Nadal Ŝyje tam ze trzy miliardy 
ludzi. Mnóstwo zakątków, gdzie nie prowadzi się pełnej ewidencji. Twoi starzy pochodzili z 
Kanady, tak? To niedobrze. Australia to zupełnie inna historia. Zakłady biotechnicz-nego 
odsalania, rekultywacja pustyni... przyrost zaludnienia, mnóstwo pracy, mało pytań. Z 
drugiej strony, moŜe lepiej byłoby, gdybyś opuścił układ raz na zawsze. Masz jeszcze jakichś 
przyjaciół na Asgardzie?

• 

Chyba tak — odparłem bez większego przekonania. — Sądzę, Ŝe zniósłbym rozstanie z 

układem na zawsze, gdybym musiał. W tych okolicznościach, jeśli znalazłbym się teraz na 
pokładzie swojego statku, chyba bym nie czekał, aŜ postawią mnie przed sądem wojennym.

Cały czas spoglądałem mu prosto w twarz, czekając, aŜ odkryje wszystkie swoje karty.

• 

KrąŜą słuchy, Ŝe się wzbogaciłeś — powiedział zdradzając się wreszcie.

• 

Skąd biorą się te plotki? — spytałem. — Ni z tego, ni z owego stałem się nagle sławną 

postacią. KrąŜą słuchy,

26

Ŝ

e zszedłem w głąb Asgarda, spotkałem jakichś dziwnych ludzi. KrąŜą słuchy, Ŝe się 

wzbogaciłem. Kto się za tym kryje, Johny?

• 

Gwardia — odparł zwięźle. — Kilku z nich było z tobą tam na dole, tak? Wystarczy, 

Ŝ

eby nadać sprawie rozgłos, zwłaszcza Ŝe wmieszana była w to teŜ pani kapitan. To ona jest 

sławna. O tobie po prostu się mówi. Nawet dość sporo. Pochlebia ci to, Mike?

• 

Nie bardzo. Wolałbym mniej się rzucać w oczy.

• 

Znam ten ból. Mogę cię wydostać z „Goodfellowa". Opłaca się być znajomym 

człowieka od sprzętu, wiesz chyba, co mam na myśli. Zamki nie stanowią problemu.

• 

A ty po prostu pomyślałeś, Ŝe mógłbyś pomóc ze względu na dawną przyjaźń, tak? — 

spytałem z nutą sarkazmu.

• 

Nie — odparł bez ogródek.

• 

Więc jaką wymyśliłeś sobie cenę?

• 

CóŜ — powiedział Finn. — Nie będzie to łatwe, a nawet narazić mnie moŜe na pewne 

ryzyko. Nie będę mógł tu zostać, prawda? Poza tym będę ścigany przez Gwardię Gwiezdną, 
podobnie jak ty. Co wieziesz ze sobą na wymianę?

• 

Część swojego majątku ulokowałem w metalach, część w najnowszym osiągnięciu 

tetrańskiej organiki, a część w wekslach. Tetrańskie papiery wartościowe są najbardziej 
godnym zaufania pieniądzem w całej galaktyce.

Pominąłem szczegóły dotyczące ilości.

— Tetrańskie weksle nie przydadzą mi się na nic

background image

— powiedział. — Zarejestrowane są na okaziciela, zbyt
łatwo je wyśledzić. Ale gdybyśmy byli razem, moglibyśmy
podzielić się po połowie wszystkim, prawda?

27

Chyba tak. Co prawda było to mnóstwo pieniędzy jak na opłacenie „człowieka od sprzętu" 

za rozbrojenie kilku zamków. I wcale nie byłem pewien, czy chcę wchodzić w spółkę z 
Johnem Finnem. Byłem jednak pewien jednego: Ŝe nie chcę odsłuŜyć dziesięciu lat w karnej 
kompanii. Finn chował coś jeszcze w zanadrzu.

• 

Chcę teŜ połowy statku — dodał.

• 

Statku?

—CóŜ — tłumaczył cierpliwie. — I tak nie jest twój.

NaleŜał do Mickeya. Powinien przypaść mnie. Po prostu
trochę późno się o niego upominam, to wszystko. Chcę
tylko połowy. Wszystkiego. Masz jakieś inne moŜliwości
wyboru?

• 

Nie wiem — odparłem skwaszony. — Ale załoŜę się, Ŝe mniej by mnie kosztowały.

• 

Jasne — powiedział Finn. — Słyszałem, Ŝe masz ten pokój gratis?

Nie zetknąłem się z podobną propozycją od czasu, kiedy Jacinthe Smith zaoferowała się 

wykupić mnie z więzienia na Asgardzie za pieniądze Amary Guura. Gdybym miał między 
nimi wybierać, to raczej wolałbym zawrzeć układ z Finnem niŜ z Amarem Guurą. Oto 
dylemat, jakiego nie Ŝyczyłby sobie Ŝaden człowiek przy zdrowych zmysłach. Byłem znów 
na deszczu, a zaproponowano mi jedynie skok pod rynnę.

— Jeszcze nie wiem, co zamierza ze mną zrobić Gwar

dia — oznajmiłem mu.

Roześmiał się.

— Jeśli zaczekasz, Ŝeby się przekonać, będzie za późno,

Ŝ

eby ich powstrzymać. Jest ich tylko dwunastu na stacji,

28

głównie dekownicy, którzy nie zostali przez przełoŜonych dopuszczeni do Ŝadnej prawdziwej 
akcji, bo nie wzbudzali odpowiedniego zaufania. Ale na pokładzie „Leoparda Sharka" jest 
kilkuset zaprawionych w bojach Ŝołnierzy Gwardii. Jak tylko dostaną cię w swoje ręce, nie 
pomoŜe ani Superman, ani dobra wróŜka. To twoja ostatnia szansa, Mike. Wóz albo 
przewóz.

Marna to była szansa, a wyglądało na to, Ŝe innej nie ma.

• 

O'kay — zgodziłem się z rezygnacją. — Przystaję na to. Wyciągnij mnie stąd, to 

dostaniesz pół statku. I połowę forsy. Zakładam, Ŝe papierkową robotę mogę zostawić tobie.

• 

Oczywiście — zapewnił mnie.

Z jego głosu biło samouwielbienie. Miał do tego prawo. Kiedy pomyślałem, ile kosztowało 

mnie zarobienie tych pieniędzy, idea dopuszczenia go do udziału w nagrodę za otwarcie 
drzwi wzbudzała we mnie niesmak. Lecz słuŜąc w kompanii karnej, jaki mógłbym zrobić 
uŜytek z bogactwa?

— Wyśpij się — powiedział Finn. — Muszę przy

gotować parę rzeczy i zwiewamy stąd. Nie robiłbym tego
dla byle kogo, ale ty to prawie rodzina.

Spróbowałem zdobyć się na uśmiech.

Nigdy nie miałem brata... Gdybym miał, nie chciałbym, aby był podobny do Johna Finna.
Mieć go za towarzysza to wystarczająco czarna perspektywa. Czasem jednak tak trudno o 

przyjaciela, a na bezrybiu i rak ryba.

Wszechświat moŜe ukazać nam swe nieprzyjazne oblicze, od czasu do czasu.

29

4

background image

N

ie jestem największym specem od ucieczek w całej galaktyce, choć mam za sobą kilka 
doświadczeń w tej dziedzinie, na podstawie których mógłbym się pokusić o generalizację. 
Tym niemniej z całym przekonaniem określić mogę cztery wymogi, od spełnienia których 
zaleŜy powodzenie ucieczki. Nie chcąc bynajmniej zachęcać do czynów przestępczych, 
gotów jestem podzielić się owymi cennymi okruchami mej wiedzy...

Po pierwsze, waŜne jest wybranie takiego momentu na ucieczkę, kiedy osoby trzymające 

cię pod kluczem nie są tobą akurat zainteresowane. Taki stan rzeczy wynikać moŜe z powodu 
zamieszania, jakie twoi wspólnicy zgodzili się wywołać w celu odwrócenia uwagi. Ale 
najprawdopodobniej będzie tak dlatego, Ŝe straŜnicy pogrąŜeni są we śnie.

Po drugie, znacznie ułatwia sprawę, jeśli po wydostaniu się na zewnątrz moŜesz się 

przemieszczać, nie zwracając niczyjej uwagi. Noc zapewnia osłonę, a zadbać trzeba o to, aby 
nie dać się rozpoznać pierwszemu lepszemu przechodniowi.

Po trzecie, trzeba mieć jakiś przytulny i bezpieczny kąt, pojazd, który bez przeszkód 

zawiedzie cię do wolności albo kryjówkę, gdzie bez ryzyka moŜesz schronić się przed 
pościgiem.

Po czwarte, nigdy, ale to nigdy, nie dawaj wiary domniemanemu znawstwu swego 

pomocnika, jeśli do tej pory wydawał ci się on niepoprawnym pechowcem.

KaŜdy po przestudiowaniu powyŜszych czterech kryte-

30

riów zorientuje się natychmiast, Ŝe wielki plan Johna Finna pozostawiał wiele do Ŝyczenia. 
Jego umiejętność otwierania drzwi stanowiła ledwie punkt wyjścia i nie miała większego 
znaczenia.

Pierwszy problem, jeśli nie chcesz wpaść nikomu w oko w mikroświecie, wynika stąd, Ŝe 

jest on bardzo mały i sztuczny do cna. Nie ma cyklu dnia i nocy, i światła praktycznie nie 
gasną. Drugi bierze się stąd, Ŝe kaŜdy kaŜdego zna z widzenia i obcy wybija się na tym tle jak 
skaczący o tyczce. Przeciętny mikroświat posiada znikomą ilość ciemnych, zapomnianych 
zakątków i przewaŜnie naszpikowany jest czujnikami i urządzeniami alarmowymi. 
Mikroświat bez przerwy musi wystrzegać się awarii i uszkodzeń. Jeśli jego załoga 
pochłonięta jest badaniami, trudno jest jej sypiać regularnie osiem godzin na dobę, nawet 
jeśli te dwadzieścia cztery godziny miały jakieś szczególne znaczenie, poniewaŜ rozkład dnia 
członków załogi wyznaczany jest przez harmonogram prowadzonych przez nich obserwacji.

Gdybym przemyślał to wszystko w spokoju, uzmysłowiłbym sobie, Ŝe plan ucieczki Johna 

Finna wcale nie gwarantuje powodzenia. Na nieszczęście, nie zastanawiałem się nad tym 
zbytnio. Przyjąłem po prostu, Ŝe Finn jest w stanie tego dokonać. Nie jestem łatwowierny, po 
prostu nie otrząsnąłem się jeszcze po ostatnich okropnych wypadkach, czułem się wciąŜ 
otępiały i oszołomiony.

Nie wiem, o której godzinie wrócił, nie wiem nawet, jaki czas obowiązywał na stacji. 

Kiedy wyrwał mnie ze snu, dostrzegłem, Ŝe przyćmione światło jest odrobinę jaśniejsze, a 
John Finn wciska mi do ręki jakąś broń.

31

• 

Co to jest? — spytałem.

• 

Paralizator — wyjaśnił. — Nieszkodliwa broń wydawana siłom policyjnym w 

oświeconych krajach. Strzela cieczą, która przenika przez odzieŜ. Skóra wchłania część 
związków, a te działają rozluźniająco na mięśnie. Czujesz się po tym jak we śnie, w którym 
chcesz się ruszyć i nie moŜesz. Działa czysto doraźnie. Pasuje?

Zabrałem broń. Potem dostałem od Finna kombinezon ze srebrzystego plastiku. On miał na 

sobie dokładnie taki sam. WłoŜyłem go.

— W porządku — powiedział. — Nie sądzę, Ŝeby coś

stanęło nam na przeszkodzie, jeśli zgramy to dobrze
w czasie. Pochyl głowę, jeśli ktoś nas zobaczy, moŜe

background image

weźmie cię za jednego z moich chłopaków. Bałem się
przyciemnić światło, jak tylko coś jest nie tak, robi się
zamieszanie. Kierujemy się prosto do rękawa. To jakieś
kilkaset metrów. Trzymaj się za mną.

Skinąłem głową.
Finn stał przez chwilę, patrząc na zegarek. Upłynęły ze trzy minuty, nim powiedział:

— Ruszamy.
Narzucił szybkie tempo marszu. Nogi przez cały czas rwały się do truchtu. Zwalczałem 

pokusę i trzymałem się z tyłu Finna. śałowałem, Ŝe nie przyniósł ze sobą czegoś do ukrycia 
mnie w środku, ale nie ma tego rodzaju przenośnego sprzętu na mikroświatach. Koszy na 
bieliznę raczej nie spotyka się poza starymi filmami.

Przebyliśmy trzy czwarte drogi, kiedy zdarzyło się to niezaplanowane. Z włazu wyszedł 

nam naprzeciw wysoki, siwowłosy męŜczyzna zapatrzony w informację wyświet-

32

loną na małym, przenośnym ekranie. Skuliłem się za plecami Finna, starając się zejść z linii 
jego wzroku. Finn śmiało maszerował przed siebie i przywitał się serdecznie. MęŜczyzna 
mruknął coś w odpowiedzi, niemal nie odrywając wzroku od swego ekranu. Przez całe pięć 
sekund przekonany byłem, Ŝe niebezpieczeństwo zostało zaŜegnane, dopóki sami nie 
musieliśmy przecisnąć się przez właz. Korzystając z wolnej chwili, zerknąłem szybko za 
siebie.

MęŜczyzna przystanął i ze zdziwioną miną odprowadzał nas wzrokiem.

— Prędzej — popędziłem Finna. — Musimy spróbować teraz!
WciąŜ wierzyłem, Ŝe nam się uda. Czekał nas tylko krótki bieg do serpentyny prowadzącej 

na halę lądowiska. Nie byli w stanie nas dogonić, a nawet jeśli Gwardia wystawiła 
posterunek, mieliśmy przecieŜ paralizatory. Potem tylko przecisnąć się przez rękaw, 
wskoczyć do środka i start — tak przynajmniej wtedy to sobie wyobraŜałem. Nie sądziłem, 
Ŝ

e będą próbować nas strącić.

Dobiegliśmy do serpentyny, nie słysząc za plecami Ŝadnych odgłosów wszczętego alarmu. 

„Wspinaczka" zajęła nam chyba duŜo czasu, ale jego upływ ulega zaburzeniu przy 
przechodzeniu stref o róŜnej grawitacji. Finn biegł z przodu i rzucił się pierwszy w otwór 
włazu z bronią gotową do strzału. Wyczekałem chwili, dokonując oceny sytuacji.

Przez myśli przelatywały mi rojenia, w których Finn obezwładnił straŜ, a straŜ Finna, tak 

Ŝ

e do statku dotarłbym sam. Gotów byłem przy takim obrocie rzeczy podjąć

2 - Najeźdźcy z Centrum

^3

ryzyko i z lekkim sercem wyprowadzić statek daleko poza układ słoneczny.

Nie przewidziałem, Ŝe wszystkie moje rachuby wezmą w łeb.
Rzecz jasna, tak właśnie się stało.
Przy lądowisku nie było Ŝadnej straŜy. Kiedy wynurzyłem się z drugiej strony włazu, 

zbadawszy uprzednio teren, Finn był juŜ w połowie drogi do rękawa. ZdąŜyłem przeŜyć 
krótką chwilę radosnego uniesienia, które szybko zgasło, gdy Finn odbił się od ściany, 
uderzył w jeden z tych zagadkowych zbiorników i zaklął siarczyście.

Komora powietrzna strzegąca wejścia do rękawa była szczelnie zamknięta. Jeśli wierzyć 

wskazaniom instrumentów, rękaw był „zwinięty". U jego drugiego końca nic nie tkwiło.

— Zabrali ten cholerny statek! —jęknął Finn, wyraźnie

zbity z tropu nieoczekiwanym obrotem wydarzeń.

Serce we mnie zamarło.

— To niemoŜliwe! — upierałem się. — PrzecieŜ nie

mogli przejść przez komorę.

Nie było czasu na dalsze okazywanie zdumienia. Z tyłu, z serpentyny, którą dopiero co 

pokonaliśmy, dochodziły odgłosy pogoni. Byliśmy ścigani.

Finn rzucił się z powrotem do odcinającej „schody" pokrywy. Zamknął ją, ponownie 

zapierając się o jeden z wielkich pojemników, których obecność ułatwiała z pewnością 
szybki obrót w warunkach niewaŜkości. Następnie zaczął wduszać przyciski na małej 

background image

klawiaturze obok zamka. Nagle rozdźwięczały się dzwonki alarmowe, a ponad włazem 
zaczęło migotać czerwone światło.

34

Finn odwrócił się do mnie, szczerząc w uśmiechu wszystkie zęby.

• 

Narobiłem trochę zamieszania — oznajmił. — Systemy stacji przekonane są, Ŝe 

nastąpiła awaria w hali lądowiska. Wszystkie przejścia są zablokowane. Nie mogą do 
nas się dostać.

• 

A czy my moŜemy się stąd wydostać? — zdobyłem się na błyskotliwe pytanie.

• 

Nie bardzo — przyznał. — Ale nie chcemy przecieŜ zabierać ze sobą 

wahadłowca, prawda? Nie dolecielibyśmy dalej niŜ do Uranu. Potrzebny nam twój 
statek.

Wydarzenia nadal rozgrywały się w zbyt szybkim jak dla mnie tempie.

• 

A gdzie on do diabła jest? — spytałem.

• 

MoŜe być tylko w jednym miejscu. W brzuchu frachtowca. Nie mogli wedrzeć 

się do środka, postanowili więc przetransportować statek na Oberona. Tam mieści się 
dowództwo tutejszej Gwardii Gwiezdnej.

• 

Zapowiedzieli mi, Ŝe go zajmą — wymamrotałem, czując się dość głupio.

Zdawało mi się, Ŝe wszystkie nadzieje zostały ostatecznie pogrzebane i pozostaje 

nam tylko powrót do więzienia.

Finn nie poddawał się. Energicznie wduszał przyciski pod najbliŜszym ekranem 

ś

ciennym. Spojrzał na mnie przez ramię i głową wskazał schowek.

• 

Skafandry — powiedział. — Są tam w środku. Chyba wiesz, jak się je zakłada?

• 

Pewnie — odparłem. — I co z tego?

— Musimy stworzyć zagroŜenie, tym razem prawdziwe.
Otworzyłem  usta,   ale  nie  zdąŜyłem  nic  powiedzieć.

2*

35

Dzwonki alarmowe ucichły i zgasło czerwone światło. Finn klnąc rzucił się z 
powrotem do włazu, waląc ponownie w klawisze kontrolujące blokadę. Bez rezultatu. 
Nie był tu jedynym czarodziejem klawiatury. Roiło się od nich na stacji...

Obok zamka wisiał telefon. Finn zerwał słuchawkę z zaczepu. Wystukał jakiś 

numer, którym mógł być jedynie kod alarmowy.

— Tu Jack Martin — warknął w słuchawkę. — Jeśli

ktokolwiek sforsuje właz, będziecie mieli na karku praw
dziwe zagroŜenie. Będziecie musieli nauczyć się oddychać
w próŜni. Mamy skafandry próŜniowe i nie jesteśmy
w nastroju do Ŝartów.

Odniosłem zatrwaŜające wraŜenie, Ŝe sprawy wymykają się spod kontroli. Pomysł z 

groźbą uszkodzenia stacji wydał mi się raczej kiepski. Nie miałem pojęcia, jakie kary 
wymierza się za tego rodzaju sabotaŜ, ale nie mogła to być drobnostka, nawet w 
porównaniu z samowolnym opuszczeniem szeregów Gwardii. Pokrywa włazu nie 
drgnęła. Nastał moment długiego wyczekiwania. Panowała nieznośna cisza.

• 

Przynieś te cholerne skafandry! — krzyknął zniecierpliwiony Finn.

• 

Do diabła, John — powiedziałem. — Tego rodzaju spraw nie puszcza się w 

niepamięć. MoŜe byśmy się poddali? Lepiej na tym wyjdziemy.

• 

Rousseau, ty draniu! — powiedział uświadamiając mi, jak bardzo w tej sprawie 

przeholował. — To wszystko twoja wina!

To  było  więcej   niŜ  krzywdzące  stwierdzenie.   Ja  po

1

36

prostu, po wprowadzeniu w czyn pewnych decyzji, znalazłem się w opałach, on natomiast 
wniósł swoją chciwość i lekkomyślność. Nagle zdałem sobie sprawę, Ŝe musiało za tym kryć 
się coś więcej i to nie tylko chęć wzbogacenia się popchnęła go do próby zorganizowania mi 

background image

ucieczki. Domyślałem się, Ŝe tak czy owak, musiał stąd się wynosić, bo w układzie zaczął mu 
się palić grunt pod nogami. Zastanawiałem się, co takiego miał na sumieniu, Ŝeby przyjąć 
fałszywe nazwisko. Z pewnością coś powaŜnego.

Podszedł do komórki, otworzył drzwi, odsłaniając równy rząd skafandrów. Był równieŜ 

zestaw lŜejszych skafandrów — septycznych, przeznaczonych do pracy w biologicznie 
skaŜonym środowisku.

Przynajmniej jeden skafander próŜniowy musiał być skrojony na miarę Finna. Przyglądał 

im się długo, potem zmienił zamiar i zaczął przetrząsać lŜejsze skafandry. Wyjął jeden, podał 
mi, wyciągnął drugi dla siebie i zaczął go zakładać.

• 

Jesteśmy w kropce — wyznał udręczonym głosem, jak gdyby przeŜuwał rozbite szkło. 

— Pozostaje nam tylko jedno. Musimy odzyskać statek.

• 

Co proponujesz? — spytałem.

• 

SzantaŜ — odparł zwięźle. — Musimy pokazać, Ŝe nie rzucamy słów na wiatr. Problem 

w tym, Ŝe nie jestem w stanie ewakuować Ŝadnych pomieszczeń prócz lądowiska. Za duŜo 
zabezpieczeń. Mamy tylko jedno wyjście.

Zapiął skafander i schylił się po pistolet, który leŜał dokładnie tam, gdzie go połoŜył. 

Widziałem przez przezroczystą przyłbicę jego hełmu utkwiony we mnie wzrok. Widać było, 
Ŝ

e intensywnie myśli.

37

Zadzwonił telefon obok włazu. Finn nie zareagował, więc ja podniosłem słuchawkę.

• 

Martin? — spytał głos z drugiej strony linii.

• 

Mówi Rousseau — sprostowałem.

• 

Tu Ayub Khan. Co pan zamierza zrobić, panie Rousseau? Wie pan, Ŝe kaŜde 

uszkodzenie uderzy równieŜ w was w takim samym stopniu jak w pozostałe osoby na stacji. 
Mogę pana zapewnić, Ŝe nie ma gdzie się schronić.

• 

Pan Martin jest przekonany, Ŝe nie mamy nic do stracenia — powiedziałem. — Myśli, 

Ŝ

e skoro jest w to wplątany razem ze mną, Gwardia zastrzeli go tak jak mnie. Nie jest teraz 

zbyt przychylnie nastawiony do świata.

• 

Pan Martin ma chorą wyobraźnię — powiedział Khan. — Tu jest cywilizowany świat, 

stacja naukowa. A Gwardziści nie są mordercami.

Finn zdjął hełm i wyrwał mi słuchawkę.

— Słuchaj, Khan — powiedział opryskliwym tonem. —

Wiesz równie dobrze jak ja, Ŝe nie mam nic do stracenia.
Wiesz juŜ chyba, kim naprawdę jestem i za co jestem
poszukiwany. Nie zamierzam wybijać dziur w twoim
drogocennym mikroświatku, ale za to powyrywam wszyst
kie wtyczki od twoich cholernych inkubatorów, zaleję całe
lądowisko twoim ukochanym robactwem, a to nie tylko
zrujnuje ci pół twojej pracy, ale zrzuci na kark cholerny
problem odkaŜenia całej stacji. Rousseau i ja jesteśmy
w septycznych skafandrach. Czy teraz gotów jesteś zmienić
nastawienie i sprowadzić z powrotem frachtowiec z „Mist-
ralem" na pokładzie, Ŝebyśmy mogli wsiąść na statek
i odlecieć? W ten sposób wszyscy będą szczęśliwi prócz
Gwardii. Rousseau i ja opuścimy układ, a ty dalej będziesz

38

pędzić swój skromny Ŝywot i prowadzić cenne badania, o'kay?

Nie wiem, czy uzyskał jakąś odpowiedź. Po upływie pół minuty, Finn odwiesił słuchawkę.
Popatrzyłem na niego, a on na mnie.

• 

Lepiej załóŜ skafander — powiedział.

• 

Po co? — spytałem. — A w ogóle co jest w tych pojemnikach?

• 

Pył zebrany z pierścieni... próbki z górnych warstw atmosfery Uranu... muł z Ariela i 

background image

Umbriela.

— A co do diabła mają z tym wspólnego te robale?
Finn wzruszył ramionami.
— W tych pojemnikach pełno jest wszelkiego robactwa.

Wirusów, bakterii... Bóg wie czego jeszcze.

Chyba musiałem patrzeć na niego z politowaniem, jak na wariata.

— W pierścieniach Urana występują bakterie? To nie

moŜliwe!

Spojrzał na mnie krzywo.

— Jeśli chodzi o mnie, to się na tym nie znam — tłu

maczył lekcewaŜącym tonem. — Ale załoŜyłbym się o pół
naszego statku, Ŝe doktorowi Ayubowi Khanowi o wiele
bardziej zaleŜy na zawartości tych pojemników, niŜ na
pielęgnowaniu dobrych stosunków z porucznikiem Kra-
minem i jego wspaniałymi komandosami.

Telefon zadzwonił drugi raz. Podniosłem słuchawkę.

• 

Słucham? — powiedziałem.

• 

Doskonale, panie Martin — odezwał się Khan, któremu najwyraźniej fatalnie 

wychodziło rozpoznawanie głosów. — Frachtowiec przewoŜący wasz statek „Mistral"

39

dostał rozkaz powrotu. Wyląduje za około cztery godziny. Będziecie mogli wsiąść i odlecieć.

Mrugnąłem osłupiały i spojrzałem na Finna.

• 

Miałeś rację! Zawracają go!

• 

Wygraliśmy!

Uniesienie Finna nie zdołało pokryć zaskoczenia. Nie był wcale pewien, czy się uda. 

Przyglądając mu się, teraz dostrzegłem, jak rośnie w nim samouwielbienie. Z pewnością 
zaczynał uwaŜać się za wielkiego spryciarza, jeśli kiedykolwiek miał co do tego wątpliwości.

— Dziękuję, doktorze Khan — odparłem, raczej drew

nianym głosem. — To niezwykle uprzejmie z pana strony.
Z radością zaczekamy.

Oczywiście, skłamałem. Nie było nam bynajmniej do śmiechu.
Ale za Ŝadne skarby świata nie potrafiłbym dostrzec jakiejkolwiek innej moŜliwości 

działania.

S

N

awet najlepsze plany myszy i ludzi, jak zapewnia nas poeta*, często prowadzą na manowce. 
Tym bardziej nie naleŜy oczekiwać, Ŝe lepiej powiodą się plany źle przygotowane. 
Zrozumiałe jest więc, dlaczego perspektywa czterech godzin, jakie mieliśmy spędzić, 
wyczekując powrotu na lądowisko naszego zbawczego statku, nie była pocieszająca.

40

* Robert Burns.

— Chyba nie sądzisz, Ŝe pozwolą nam się tak wymknąć?

— spytałem.

— Masz jakiś lepszy pomysł? — odburknął Finn.
WciąŜ miał na sobie septyczny skafander, ale odłączył

hełm, Ŝeby móc rozmawiać. Nie chciało mi się nakładać mojego.

Nie miałem lepszego pomysłu. Mówiąc szczerze, nie przychodziły mi do głowy Ŝadne 

background image

pomysły. Zupełnie straciłem teŜ zaufanie do pomysłów Finna. Wydawało mi się, Ŝe ma zbyt 
wybujałą wyobraźnię, która na dodatek często go ponosiła. Nie po raz pierwszy przeklinałem 
swego pecha, który naprowadził mnie na Finna. Ze wszystkich znanych mi osób, które 
przypuszczalnie mógłbym spotkać w mikroświecie krąŜącym wokół Urana, tylko Finn zdolny 
był do takiego stopnia skomplikować mi Ŝycie. Wszyscy inni mieliby dość zdrowego 
rozsądku i Ŝyczliwości, Ŝeby zostawić mnie w spokoju.

— A właściwie dlaczego ostatnio podajesz się za Jacka

Martina? — zagadnąłem go.

Obdarzył mnie w zamian skwaszoną miną.

— Bo zwiałem z Gwardii — wyjaśnił. — Między innymi

dlatego.

Nie zdziwiło mnie to zbytnio.

• 

To znaczy?

• 

Nic powaŜnego. KradzieŜ — urwał, potem mówił dalej. — Dostałem bilet do wojska 

po powrocie z Asgarda. Gdybym tam wytrzymał, nie ruszyliby mnie, ale nie mogłem znieść 
tamtejszych warunków. Tych obrzydliwych niby-ludzi, mrocznych, zimnych wnętrz, 
zamarzniętych jak cholera. Wróciłem, wywinąłem parę numerów, oszust-

41

wa komputerowe, i przybrałem fikcyjne nazwisko. Nie było trudno. Teraz juŜ nie 
moŜna poruszać się po Ziemi czy po Marsie, nie znacząc przy tym swojego szlaku 
jak elektroniczny skunks. W Australii zaczął mi się palić grunt pod nogami. 
Musiałem wracać na planetoidy, potem i stamtąd trzeba było się wynosić. Tutaj 
jestem od pół roku. Ayub Khan wie o mnie. I przymyka oczy, nie myśl, Ŝe to z 
powodu swej wrodzonej szlachetności. Nawet nie jestem mu specjalnie potrzebny, 
po prostu ze ściągnięciem kogoś na moje miejsce byłby kłopot. Lecz nie tylko prawo 
mnie ściga. Szukają mnie teŜ pewni ludzie. A kiedy polują na ciebie z dwóch stron... 
duŜo bym dał, Ŝeby polecieć znów na Asgard, mimo Ŝe jest tak cholernie 
zamarznięty. Albo moŜe na jakąś kolonię. Nigdy nie byłem w kolonii. A ty?

• 

To z ciebie niezły mały Napoleon zbrodni — powiedziałem. — Zawsze 

wiedziałem, Ŝe zejdziesz na złą drogę, jeszcze za dawnych czasów. Mickey 
przewraca się pewnie w grobie.

• 

Nie tylko ja jestem poszukiwany za dezercję.

• 

Ale tylko ty jesteś naprawdę winny.

• 

Pewnie. Z ciebie prawdziwy bohater, Rousseau. Naprawdę przysłuŜyłeś się 

starej, poczciwej Matce Ziemi, hen na obrzeŜach galaktyki, odmraŜając sobie tyłek 
przy absolutnym zerze w trzewiach Asgarda. Czy to prawda, Ŝe twoi szefowie 
opylali Salamandryjczykom superuzbrojone androidy bojowe?

To był chwyt poniŜej pasa, ale rozumiałem jego punkt widzenia. Tetrowie istotnie 

sprzedawali sprzęt wojskowy drugiej stronie, włącznie ze zdobyczami techniki, 
które

42

   

umoŜliwiły im nasze badania prowadzone na Asgardzie. MoŜe gdzieś po drodze takŜe jedno 
z moich odkryć przyczyniło się trochę do tego. Zastanawiałem się, czy Tetrowie sprzedawali 
równieŜ środki wojenne nam. Byłoby to logiczne. Fakt, Ŝe ludzkie umysły podobno nie mają 
biotechnicznej orientacji, podnosił atrakcyjność tetrań-skich systemów jako towaru do 
nabycia.

• 

NiewaŜne — powiedziałem. — Chyba Ŝaden z nas nie jest szlachetnym Robin 

Hoodem. Ale odtąd obaj jesteśmy wyjęci spod prawa. Chyba Ŝe zmienimy zdanie i się 
poddamy.

• 

Ho, ho — odparł Finn bez cienia uśmiechu.

• 

Mówię powaŜnie — tłumaczyłem. — Mógłbyś załatwić mnie tym swoim 

paralizatorem i zostać bohaterem. Powiedzieć im, Ŝe szantaŜem zmusiłem cię do udziału w 

background image

ucieczce, bo znałem twoje prawdziwe nazwisko. Albo ja mógłbym załatwić ciebie swoim 
paralizatorem i powiedzieć, Ŝe właśnie przekonałem się, jaki z ciebie szaleniec bez 
skrupułów.

Nie spodobał mu się ten pomysł.
— Co takiego odkryłeś na Asgardzie? — spytał, zmie

niając temat na bardziej rozrywkowy.

Biorąc poprawkę na nasz aktualny nastrój, uznałem, Ŝe lepiej mówić cokolwiek, niŜ 

milczeć.

— Odkryłem, Ŝe poziomy ciągną się daleko w głąb

— zacząłem bez większego zapału. — Są ich tysiące. Tam
na dole jest chyba więcej powierzchni niŜ na ojczystych
planetach wszystkich człekopodobnych ras razem wzię
tych. Gdyby były wszystkie zamieszkałe, wewnątrz Asgar-
da Ŝyłoby mnóstwo ludzi.

43

• 

Wiesz, co ja o tym myślę? — spytał.

• 

Chyba tak — powiedziałem. — Słyszałem juŜ wszystkie teorie krąŜące na temat 

Asgarda. Ostatnio moją ulubioną jest teoria mówiąca, Ŝe Asgard to międzygwiezdna Arka 
Noego uciekająca przed jakąś kosmiczną katastrofą, która zdarzyła się niezliczone eony temu 
w czarnej galaktyce.

Jego mina zdradzała, Ŝe trafiłem za pierwszym razem. Rozglądał się wokoło za jakimś 

pomysłem, by nie dać mi poznać, Ŝe się nie myliłem.

• 

To moŜe być Zoo — powiedział. — Albo mamy do czynienia z uchodźcami z naszej 

galaktyki z dawnych czasów, zanim jeszcze jakakolwiek z obecnie istniejących ras wyruszyła 
w kosmos. To nie moŜe być czysty zbieg okoliczności, Ŝe wszystkie cywilizacje z tego 
zakątka galaktyki są mniej więcej w równym wieku, tak mówią, i Ŝe wszystkie rasy są do 
siebie podobne. Faceci z „Goodfel-lowa" uwaŜają, Ŝe wszyscy mamy wspólnych przodków i 
Ŝ

e wszystkie nasze światy mogły być ukształtowane w odległej przeszłości przez jakiś 

gatunek naszych przodków.

• 

Słyszałem juŜ podobne poglądy — powiedziałem.

• 

A co ty o tym sądzisz, geniuszu? — spytał z drwiną w głosie.

• 

Nic — odparłem zgodnie z prawdą. — Moglibyśmy znaleźć odpowiedzi na więcej 

pytań, niŜ ośmielilibyśmy się zadać, gdyby udało nam się dostać do wnętrza Asgarda. 
Widziałem tam na dole dość, by utwierdzić się w przekonaniu, Ŝe na głębszych poziomach 
Ŝ

yją istoty, przy których Tetrowie wyglądają jak jaskiniowcy. Tetrowie teŜ to po-

44

dejrzewają i to ich martwi, bo bardzo im odpowiada pozycja lokalnych supergwiazd. 
Uwielbiają nazywać nas barbarzyńcami. Nie wierzę, Ŝe chcieliby, aby ich wepchnięto do 
tego samego worka. ZaleŜy im na dowiedzeniu się, czym w istocie jest Asgard, ale nie jestem 
pewny, czy odpowiedź przypadnie im do gustu.

• 

Lubią, jak odwalamy za nich czarną robotę, nie? BoŜe, nie cierpiałem dla nich 

pracować. ChociaŜ muszę przyznać, Ŝe nauczyli mnie paru rzeczy o blokadach 
elektronicznych. Gdyby nie ta cholerna wojna, naprawdę byłbym w stanie się wybić. 
Przyswoiłem sobie kilka sprytnych sztuczek na Asgardzie. MoŜe i są z Tetrów małpiogębe 
dranie, ale gotowi są podzielić się swoją wiedzą, kiedy im to pasuje. A moŜe po prostu 
otworzyli drogę do centrum Asgarda, Ŝeby tacy frajerzy jak ty czy ja wyręczyli ich w 
najniebezpieczniejszych pracach?

• 

To tylko częściowo prawda — powiedziałem. — Gdyby byli w stanie ukryć przed 

nami istnienie Asgarda, pewnie by tak zrobili. Ale nie oni jedni wiedzieli o Asgardzie, kiedy 
zaczęli zakładać tam swoją pierwszą bazę. Wspieranie badań prowadzonych przez wszystkie 
rasy galaktycznej społeczności słuŜy ich interesom, a oni tymczasem mogą prowadzić za 
kulisami swoją własną grę. Naprawdę zaangaŜowali się w ideę budowania pokojowej i 

background image

harmonijnej współpracy między wszystkimi rasami galaktyki. UwaŜają, Ŝe to jedyny sposób 
na zapewnienie przetrwania chociaŜ jednej z nich. Co do broni biotechnicznej, którą 
odsprzedali Salamandryjczykom, nie sądzę, Ŝe chodziło tylko o zysk. Była to równieŜ próba 
zmiany sposobu prowadzenia tej wojny, wyciszenia jej. Obawiają się broni

45

palnej, bo moŜe spowodować zagładę całej planety. Genetyczne bomby zegarowe i misterna 
biotechnika to bardziej w ich stylu, bo tego typu broń nie wywołuje katastrofy ekologicznej.

Prowadziłem rozmowę bez entuzjazmu. Za duŜo czasu spędziłem na Asgardzie, 

wymyślając fantastyczne historie na temat pochodzenia Asgarda i dumając nad innymi 
zagadkami galaktycznego współistnienia. Dyskutowałem o tych sprawach z ludźmi znacznie 
bystrzejszymi od Finna. Nie byłem w odpowiednim nastroju do wałkowania starego tematu 
w celu oświecenia umysłowości, którą mimo wszystko nadal miałem za ubogą i 
nieokrzesaną. UwaŜałem, Ŝe jeśli chce się dokształcić, powinien skorzystać ze swojego 
teleekranu.

Zastanawiałem się, czy tam dokąd mieliśmy lecieć, będą jakieś teleekrany. Jeśli w ogóle 

mieliśmy dokądś lecieć.

• 

Opowiedz mi o tych wirusach i bakteriach na orbicie Urana — powiedziałem uznając, 

Ŝ

e jeśli mieliśmy rozmawiać, to moŜemy równie dobrze o czymś, co ciekawiło mnie. — Na 

pewno nie ma tam więcej niŜ ze trzydzieści Kelvinow.

• 

Coś koło tego — potwierdził. — W górnych warstwach dochodzi do stu dwudziestu.

• 

W takiej temperaturze Ŝycie jest niemoŜliwe!

• 

Zgadza się — odparł krótko. — Te robaki są zamroŜone. Jakby były w lodówce. Po 

rozmroŜeniu są jak nowo narodzone. A przynajmniej część z nich.

• 

Od jak dawna są zamroŜone? I skąd do diabła mogły się tam wziąć?

• 

To właśnie próbują rozgryźć chłopaki z „Goodfel-

46
lowa". Asgard nie jest jedyną zagadką wszechświata, wiesz. Nie trzeba wypuszczać się na 
obrzeŜa galaktyki, Ŝeby natknąć się na coś tajemniczego. Wielkie niewiadome kryją się 
nawet na twoim własnym podwórku. Na pokładzie są Tetrowie, wiesz. Jeden z nich był 
pokładowym bionaukowcem kilka lat temu, kiedy jeszcze szalała wojna. Wybył potem badać 
komety.

• 

Nie próbuj mi wmówić, Ŝe pył otoczki teŜ jest pełen robaków — powiedziałem 

zgryźliwie.

• 

Niezupełnie — odparł. — Jest ich tylko trochę. Ale tutaj, jak mówią, jest większe 

skupisko Ŝycia niŜ na Ziemi. Czyste szaleństwo, co?

Pokręciłem głową oszołomiony. Trudno było pogodzić się z faktem, Ŝe Uran zawierał 

więcej biomasy niŜ Ziemia, a do tego zlodowaciałej na kość.

— Gdzie było to robactwo przed zamroŜeniem? — po

nowiłem pytanie.

Widać było, Ŝe Finn dobrze się bawi.

— Właśnie tutaj — wyjaśnił łaskawie. — A przynaj

mniej takie wyjaśnienie jest ostatnio modne.

Nie mogłem tego pojąć. Po prostu wlepiłem w niego wzrok i czekałem.

• 

Nie zawsze było tu tak zimno — wyjaśniał. — Dopiero od czasu, kiedy uspokoiło się 

słońce. Miliardy lat temu, kiedy układ słoneczny dopiero powstawał, słońce było 
niewyobraŜalnie gorące. W tych stronach temperatura dochodziła swobodnie do trzystu 
kelvinów. Wilgotno i ciepło, mnóstwo węgla i azotu. Nie bardzo nadawało się dla ludzi, ale 
pasowało robakom.

• 

Jezu! — wyrwało mi się, mimo Ŝe nie chciałem dać

47

Finnowi tej satysfakcji. — śycie istniało tu, zanim ostygła Ziemia? DNA i cała reszta?

background image

— Oczywiście — odparł zarozumiale. — A jak myślisz, skąd się wzięło Ŝycie na Ziemi?
Kiedy byłem mały, naopowiadano mi o drobinach Ŝycia wytwarzających się w gorącej 

organicznej zawiesinie. Chodziło o to, Ŝe kiedyś przelewała się ona po oceanach pradawnej 
Ziemi.

Teraz, oczywiście, teoria ta w obliczu nowych odkryć mocno się zestarzała. Nie trzeba 

wielkiej wyobraźni, by zapuścić się jeszcze bardziej wstecz. W jaki sposób pierwotne 
bakterie przedostały się do gorącej zawiesiny, unoszącej się na wodach nowo powstałego 
Urana?

Przypuszczalnie przybyły z jakiegoś innego miejsca.
Nie powinno to stanowić zaskoczenia. Jak dopiero co wytknął mi Finn, fakt posiadania 

przez wszystkie człeko-podobne rasy praktycznie identycznego ustroju biochemicznego, 
nieodparcie wskazuje na ich wspólne pochodzenie. Niejasno zdawałem sobie sprawę, Ŝe 
musiało się to rozegrać miliardy lat temu. Asgard wyglądał na zamroŜonego od bardzo 
dawnych czasów. Kiedy badałem system ekologiczny, który rozplenił się bujnie na jednym z 
poziomów, zaryzykowałem tezę, Ŝe Asgard ma kilkanaście milionów lat. Obecnie 
przypuszczenie to nie wydawało mi się tak szalone. MoŜe gdybym przyłoŜył się solidnie, 
byłbym w stanie sklecić teorię dającą Asgardowi miliardy lat. Czy to moŜliwe, 
zastanawiałem się, Ŝe całe DNA występujące w galaktyce pochodzi z Asgarda?

Myślałem o tym. Nie miałem w sumie nic lepszego do roboty. Przez godziny czekania 

spodziewałem się w kaŜdej

48

chwili jakiejś malej przykrej niespodzianki. Myślałem, Ŝe komandosi Gwardii lada 
chwila wyprysną skądś znienacka, siejąc zniszczenie ogniem miotaczy. Ayub Khan 
istotnie mógł o wiele bardziej przejąć się groźbą utracenia dorobku wielu lat Ŝmudnych 
badań, niŜ faktem wydostania się na wolność dwóch dezerterów Gwardii. Ale po 
ludziach pokroju Blackledge'a trudno się było spodziewać, Ŝe wzruszy ich los jakiegoś 
robactwa z Uranu.

Moje doświadczenia z Gwardią mówiły, Ŝe nie będą się cackać z priorytetami 

intelektualistów tutejszego mikro-świata.

Jednak nic się nie wydarzyło. Powinienem był wpaść na to, Ŝe to właśnie jest 

najbardziej podejrzane, ale jakoś nie mogłem wszystkiego poskładać do kupy. KaŜdy 
moŜe palnąć głupstwo raz na jakiś czas, a ja właśnie przechodziłem kiepski okres.

Kiedy wreszcie upłynęły te cztery godziny, telefon ponownie zaćwierkał i 

zostaliśmy poinformowani, Ŝe statek lada chwila przybije. Finn wydawał polecenia 
władczym tonem człowieka, którego władza jest nienaruszalna. ZaŜyczył sobie, Ŝeby 
załoga frachtowca wychodziła z rękawa pojedynczo, bez broni i skafandrów. 
Powiedział Ayubowi Khanowi, Ŝe będzie miał pojemniki w zasięgu ręki i gdy coś 
pójdzie nie po naszej myśli, wypuści tę zarazę na wolność. Obserwowaliśmy na tablicy 
przyrządów lądowiska rozwój wydarzeń, przybicie statku, podłączenie rękawa.

Wszystko szło jak w zegarku.

Patrzyliśmy cierpliwie, trzymając paralizatory w pogotowiu. Finn nabrał takiej 

pewności siebie, Ŝe by móc rozmawiać, wciąŜ miał odłączony hełm. Myślał pewnie, Ŝe

3 - Najeźdźcy z Centrum

49
zdąŜy przypiąć go jedną ręką, drugą wypuszczając robactwo ze zbiorników.

Ja wprawdzie załoŜyłem skafander, lecz podobnie jak Finn nie dopiąłem hełmu. Nie 

wpadałem w euforię, ale teŜ nie widziałem powodów do paniki.

Finn polecił mi zająć stanowisko obok włazu, Ŝebym mógł zajść od tyłu kaŜdego, kto 

tamtędy przejdzie. Nie podobało mi się, Ŝe wydaje rozkazy, mimo wszystko zastosowałem 
się do jego polecenia. Wydało mi się to rozsądną pozycją.

Nie wiedzieliśmy dokładnie, kto pojawi się w przejściu, bo nie wiedzieliśmy, kto pilotował 

wahadłowca z moim statkiem w ładowni. Nastawieni byliśmy na kogoś w mundurze 
Gwardii, więc nie zdziwiłem się zbytnio, kiedy pokrywa rozwarła się i w przejściu ukazała 

background image

się postać odziana w czarny kombinezon z wymyślnymi galonami.

Zaskoczyło mnie natomiast, Ŝe była to kobieta. Miała zadziwiającą aureolę srebrzystych 

blond włosów i mimo Ŝe zwrócona była do mnie plecami i nie mogłem dojrzeć jej twarzy, 
zaczęło narastać we mnie straszliwe podejrzenie, zanim jeszcze postać przemówiła.

Była nieuzbrojona. Co więcej, trzymała ręce na biodrach, wyraŜając swą postawą 

całkowitą beztroskę. Z łatwością wyobraziłem sobie, z jaką pogardą na twarzy musi teraz 
spoglądać na Johna Finna.

— OdłóŜ broń — powiedziała. — I odsuń się od zbiornika. Jeśli odkręcisz zawór, 

osobiście dopilnuję, Ŝeby kaŜda chwila twego Ŝycia, jaka ci pozostanie, zamieniła się w 
piekło. To samo dotyczy ciebie, Rousseau, jeśli jesteś na tyle głupi, Ŝeby zaatakować mnie od 
tyłu.

50

Uzmysłowiłem sobie nagle, Ŝe statek, którego przybicie tak grzecznie śledziliśmy na 

tablicy, nie był wcale frachtowcem. To był „Leopard Shark". Ayub Khan poprosił nas po 
prostu, abyśmy zaczekali, aŜ sprowadzi posiłki.

I zaczekaliśmy.

• 

Mały ten wszechświat, co? — przemówiłem, z przygnębiająco kiepskim rezultatem 

siląc się na dowcip. — Panie Finn, chciałbym panu przedstawić kapitana Gwardii Susarmę 
Lear.

• 

Drań! — powiedział Finn.

Przyjąłem wielkodusznie, Ŝe miał na myśli siebie. Dostrzegłem jego wyciągniętą rękę 

sięgającą po zawór. Za chwilę całe lądowisko zalane zostanie plugawym robactwem z Urana. 
Finn nie zapiął nawet swojego hełmu.

Pozostawało mi tylko jedno. Wystrzeliłem do niego z paralizatora, mierząc prosto w twarz. 

Musiał wchłonąć pokaźną dawkę, bo niemal natychmiast zgiął się wpół. Zbiornik pozostał 
nienaruszony. Kiedy Finn padał, na jego twarzy wstrząs wywołany zaskoczeniem powoli 
ustępował miejsca wyrazowi Ŝrącej nienawiści.

Nie miałem Ŝadnych złudzeń, Ŝe skierowana była przeciwko mnie.

Susarma Lear odwróciła się i wyjęła mi z ręki pistolet.

• 

To mi się właśnie w tobie podoba, Rousseau — powiedziała.

• 

Jak przyjdzie co do czego, potrafisz się znaleźć.

3*

6

Z

szedłem za Susarmą Lear do korytarza „poniŜej", gdzie czekało na nas trzech członków 
miejscowego garnizonu pod dowództwem porucznika Kramina. Z ulgą przyjąłem 
nieobecność wśród nich gwardzisty Blackledge'a. Kramin zasalutował energicznie. Sprawiał 
wraŜenie nieprzyzwoicie zadowolonego z samego siebie i szczerzył się od ucha do ucha.

Jego euforia nie trwała długo.
Susarma Lear obejrzała mnie dokładnie i przeszyła porucznika jednym ze swych 

najlepszych spojrzeń Gorgony.

— Kto go uderzył? — zapytała.
Kramin wystraszył się.

• 

Jeden z moich ludzi trochę przesadził przy aresztowaniu.

• 

Mieliście go zatrzymać — powiedziała Susarma aksamitnym głosem. — A w 

background image

szczególności mieliście uwaŜać, Ŝeby nie wyrządzić mu krzywdy.

To było dla mnie coś nowego. Mimo Ŝe nie bardzo wiedziałem, o co chodzi, przyjąłem to z 

zadowoleniem.

Potem Susarma Lear skierowała swój wzrok Meduzy na mnie.

• 

A co ty do diabła wyprawiasz, Rousseau?

• 

Próbowałem zwiać — odparłem, starając się wytrzymać jej spojrzenie jak 

najspokojniej. — Udałoby się nam, gdyby jakiś drań nie podprowadził mi statku.

• 

Poruczniku Kramin — zwróciła się do niego swym złowrogim, lecz łagodnym tonem. 

— Co się stało ze statkiem?

52

• 

ZałoŜyliśmy na niego kleszcze i wciągnęliśmy do ładowni frachtowca — wyjaśniał 

Kramin nie do końca pewny, czy naleŜy szczycić się teraz działaniem z własnej inicjatywy. 
— Jest w drodze na Oberona. Major Kar Ping chciał... mu się przyjrzeć.

• 

Czy zdaje pan sobie sprawę, poruczniku Kramin, jakie obowiązują obecnie przepisy 

dotyczące zagrabienia mienia?

• 

Zagrabienia!? PrzecieŜ ten człowiek to... — ugryzł się w język, przypominając sobie w 

porę, do kogo się zwraca. — Major Kar Ping — zaczął jeszcze raz, lekko akcentując słowo 
„major", pozostawiając resztę zdania w domyśle.

Kiedy jesteś w kropce, czym prędzej przekaŜ pałeczkę i zrzuć odpowiedzialność na 

innego. Nie zwlekaj.

Susarma Lear wyjęła zadrukowaną kartkę z kieszeni spodni i wręczyła ją Kraminowi.

— Oto pańskie rozkazy, poruczniku — oznajmiła.

— Jest jeszcze jedna sprawa. Po lądowisku szybuje czło
wiek. Nie chcemy przecieŜ, Ŝeby w coś uderzył, prawda?

Wskazała kciukiem właz. Potem połoŜyła mi rękę na ramieniu.
— Ja zaopiekuję się gwardzistą Rousseau — powie

działa.

Sądziłem, Ŝe zostanę zabrany z powrotem do swojej celi, ale okazało się to przejawem 

nieuzasadnionego pesymizmu z mojej strony. Zamiast do celi jeden z gwardzistów Kramina 
zaprowadził nas do kwatery gościnnej. Nie róŜniła się za bardzo od pomieszczenia, w którym 
byłem więziony, ale była większa, z bocznymi drzwiami prowa-

53

dzącymi do salonu. W mikroświecie uchodziło to za szczyt luksusu. Kapitan Gwardii 
Susarma Lear musiała być zaszczytnym gościem dla stacji. Rozejrzała się wokoło i poleciła 
gwardziście przygotować wolny pokój.

— Urządzamy małe przyjęcie — poinformowała mnie.

— Dla ciebie zbliŜa się chyba pora śniadania, ale gos
podarzom byłoby miło, gdybyśmy dostosowali się do
miejscowego czasu. Od lat nie mieli takiej gratki. Przyjdzie
Ayub Khan, pewien dyplomata o nazwisku Valdavia,
a takŜe tetrański bionaukowiec Nisreen-673. Chyba znasz
się na protokole na tyle, Ŝeby się zachować, co?

Wtedy zacząłem sobie uświadamiać, Ŝe rzeczy mają się w rzeczywistości inaczej, niŜ to się 

wydawało. Dezerterzy nieczęsto zapraszani są na proszone obiady elity.

• 

Co się do diabła dzieje? — spytałem. — Najpierw wykręcasz mi podły numer, 

ogłaszając, Ŝe jestem dezerterem, a teraz umieszczasz mnie na liście swoich gości. Stawiasz 
cały układ w pogotowiu, Ŝeby mnie aresztować, a potem traktujesz jak długo nie widzianego 
przyjaciela, dlaczego?

• 

Formalnie, jesteś wciąŜ dezerterem — powiedziała z przesadnym znuŜeniem w głosie.

Mówiąc to, wróciła do salonu i siadła na łóŜku. Nie poprosiła, Ŝebym usiadł, więc stałem.

— Miałam prawo cię zwerbować, Zwolnienie przekra

czało moje kompetencje. Z formalnego punktu widzenia.
Wbrew temu, co o niej sądzisz, Gwardia Gwiezdna strzeŜe

background image

swego honoru i w kaŜdych innych okolicznościach zwol
nienie zachowałoby swą prawną moc. Naprawdę przykro
mi za tę nagonkę, to nie mój wymysł. Gdyby to ode mnie

54

zaleŜało, zaczekałabym na powrót twojego statku i poprosiła grzecznie o współpracę. Ale 
moi przełoŜeni nie byli przekonani, Ŝe na to przystaniesz, a w ciągu ostatnich lat wyzbyli się 
zwyczaju grzecznego pytania. Po prostu ustalają, co ma być zrobione i wręczają rozkazy. 
Stałeś się potrzebny i postanowili wyłowić cię z sadzawki za pomocą pierwszej lepszej 
wymówki. Mówiąc „postanowili", mam na myśli Dowództwo Gwardii i polityków na Ziemi. 
Jesteś teraz waŜną osobistością, Rousseau.

Wyciągnęła kolejny plik kartek z kieszeni spodni i wygładziła je na łóŜku. OdłoŜyła na 

bok jedną dla siebie i wręczyła mi trzy pozostałe.

— Ta na górze uniewaŜnia wszystkie obecne zarzuty

przeciwko tobie — wyjaśniała. — Przywraca ci czyste
konto w Gwiezdnej Gwardii. Druga potwierdza twój
ponowny pobór i przydział do zadań specjalnych. Trzecia
to patent oficerski.

Zgarnąłem na bok pierwsze dwie, Ŝeby sięgnąć po tę najbardziej interesującą. 

Przeczytałem ją szybko, potem drugi raz, wolniej. Nie mogłem uwierzyć w to, co wydawało 
się stanowić jej treść.

— Czy to jakiś Ŝart? — spytałem.

To było głupie pytanie. Ona nie była skora do Ŝartów. Potrząsnęła głową.

• 

Jeśli dobrze odczytałem, zostałem mianowany kapitanem Gwardii.

• 

Jak dotąd to najszybszy awans przez wszystkie szczeble, jaki kiedykolwiek spotkał 

gwardzistę — powiedziała. — Szybszy od jakiejkolwiek promocji na polu walki. Gdy 
powołałam cię po raz pierwszy, byłeś zwykłym

55

mięczakiem, który znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. Teraz jesteś 
specjalistą i Gwardia Gwiezdna zamierza się o ciebie troszczyć, na swój własny sposób.

Później będzie czas spytać, od czego jestem specjalistą. Na razie bardziej intrygowały 

mnie inne aspekty sytuacji.

— To oznacza — powiedziałem z lekkim uśmieszkiem

— Ŝe nie jesteś ode mnie starsza stopniem.

Ponownie potrząsnęła głową i pomachała kartką, którą

trzymała w ręku.

— Od tej chwili jestem podpułkownikiem — wyjaśniła.

— Nowe mundury wkrótce przyślą ze statku, Ŝebyśmy
mogli godnie wystąpić na bankiecie.

Pokręciłem bezradnie głową.

• 

Ale dlaczego?

• 

Matka Ziemia nas potrzebuje i to, zdaje się, nawet bardzo. Powiedziano mi, Ŝe od nas 

zaleŜeć moŜe polityczna przyszłość ludzkiej rasy. Nawet biorąc poprawkę na wojskową 
przesadność, oznacza to, Ŝe naszym decydentom bardzo zaleŜy, Ŝebyśmy dobrze to rozegrali. 
Przestaliśmy być pionkami, kapitanie Rousseau, dostaliśmy awans na figury.

Wyczułem, Ŝe nie chce mnie wyprowadzić z równowagi. Nie miała zaburzeń osobowości 

typu Johna Finna, choć dysponowała niezłą kolekcją swych własnych odchyleń. Nie 
chciałem tak stać, jak papuga powtarzając w kółko „dlaczego?", czekałem więc, aŜ przekaŜe 
wreszcie wiadomość. Widocznie doceniła moje poczucie dyscypliny, bo przeszła od razu do 
sedna.

— Kilka dni po twoim odlocie z Asgarda — zaczęła

56

background image

— dokonano inwazji na Miasto Pierścieniorbity. Bitwa, jaka się wywiązała, trwała parę dni. 
Tetrańskie siły pokojowe nie były odpowiednio wyposaŜone do odparcia zalewu wrogich 
wojsk. Pierścieniorbita uległa zniszczeniu. Uszkodzony został satelita, który wszedł na orbitę 
zaniku. Wszystko co latało, pozbierało ocalałych rozbitków i flotylla małych statków 
wypchanych ludźmi rozproszyła się w mgnieniu oka. Tetrowie zwrócili się do nas o pomoc; 
potrzebny im kaŜdy obeznany z dolnymi poziomami. A przede wszystkim chcą ciebie. Matka 
Ziemia musi być tego pewna. Stosunki z Tetrami ostatnio są napięte z powodu naszej wojny, 
a faceci z ONZ mają bzika na punkcie naszego moralnego kredytu wśród galaktycznej 
społeczności. Upatrują w tym pewnie doskonałej okazji do odzyskania dobrej opinii u 
galaktycznych prominentów. Prowadzono nawet rozmowy na temat wynajęcia przez ONZ 
Gwardii Gwiezdnej w celu odbicia dla Tetrów powierzchni Asgarda. Gdzie indziej w 
galaktyce znaleźliby zaprawionych w bojach Ŝołnierzy z tak cięŜkim uzbrojeniem?

— Nie lubią brudnej roboty — mruknąłem, przywołu

jąc w pamięci zawistne uwagi Finna. — Ale jakoś nie mogę
sobie wyobrazić Tetrów idących na taki układ. Są zbyt
dumni, by ścierpieć plotki, Ŝe przyjmują pomoc od bar
barzyńców. Jak, do diabła, mogli dać się wziąć przez
zaskoczenie? Tetrowie wiedzą o wszystkim, co dzieje się
w galaktyce. A kto byłby w stanie zgromadzić taką flotę,
Ŝ

eby odbić im Asgard?... Aaa!

Oświeciło mnie, nim zdąŜyłem się ośmieszyć czekaniem na odpowiedź.
— Oni wyszli ze środka! Przebiliśmy się wreszcie na

drugą stronę i wetknęliśmy kij w mrowisko! O, BoŜe!

57

— KrąŜą słuchy — powiedziała, waŜąc słowa — Ŝe

niektórzy Tetrowie obwiniają o to nas. Mnie i ciebie.
UwaŜają, Ŝe nasza mała ekspedycja w głąb poziomów była
nieco lekkomyślna. A na naszej podstawie istoty, jakie
napotkaliśmy, mogły wyrobić sobie niekorzystnie zdanie
o całej galaktycznej społeczności.

Zabrzmiało to złowieszczo. Szybko powiedziałem sobie w duchu, Ŝe to nie była moja 

wina. Absolutnie. MoŜe Susarmy, ale na pewno nie moja.

• 

Ile było ofiar? — spytałem. Zaschło mi w gardle.

• 

Nie moŜna ustalić — powiedziała. — Brak łączności z najeźdźcami. MoŜemy przyjąć, 

Ŝ

e przejęli istniejący aparat polityczny i wytwórczy miasta bez większych trudności, i bez 

konieczności uciekania się do nadmiernego przelewu krwi. Nie mogli napotkać większego 
oporu, a Tetrowie polecili swoim złoŜyć broń, jak tylko zorientowali się, co się święci. Z 
pewnością przekaŜą nam najświeŜsze wiadomości, kiedy dolecimy na Asgard. „Leopard 
Shark" to najszybszy statek, jakim dysponujemy.

• 

To rzeczywiście mogła być nasza wina — przyznałem zrezygnowany.

• 

Wiem — odparła spokojnie Susarma Lear.

JuŜ nie wydawała się tak wyniosła i harda jak przy naszym pierwszym spotkaniu. 

Powodzenie jej misji albo to, co uznała za jej powodzenie, złagodziło trochę jej charakter, 
pozwoliło spuścić z tonu.

• 

Jesteś pewna, Ŝe Tetrowie chcą nas zwerbować? MoŜe po prostu chcą nas wykołować?

• 

A jak myślisz? — odparowała.

Pomyślałem, Ŝe muszą się bardzo bać. Rozsądek pod-

58

powiadał, Ŝe wojna z Asgardem to ostatnia rzecz, jakiej by sobie Ŝyczyli. Nie dlatego, Ŝe nie 
przystoi to cywilizowanemu narodowi, lecz równieŜ z powodu obawy przed poraŜką. Jeśli za 
tą inwazją kryli się budowniczowie Asgarda, wówczas Tetrowie mieli powody przypuszczać, 
Ŝ

e rasa, z jaką muszą się zmierzyć, stoi na rzeczywiście wysokim poziomie rozwoju. Nawet 

jeśli twórcy Asgarda nie brali w tym udziału, gdyŜ, o ile powiedział mi prawdę, ludzie, z 

background image

którymi zetknął się Myrlin, nie byli budowniczymi — to i tak najeźdźcy mogli wyprzedzać w 
rozwoju jakąkolwiek galaktyczną cywilizację. Domyślałem się, Ŝe Tetrowie zechcą działać 
bardzo delikatnie i istotnie mogli uznać, Ŝe ktoś obeznany z poziomami tak jak ja moŜe im się 
przydać.

Z Susarmą Lear podzieliłem się następującym spostrzeŜeniem :

• 

Sądzę, Ŝe będą chcieli wysłać nas z powrotem na Asgard. Domyślam się, Ŝe potrzebują 

szpiegów, ludzi potrafiących poruszać się tam na dole. Będą chcieli nas zrzucić na 
powierzchnię z dala od miasta, Ŝebyśmy mogli zejść w głąb i wrócić do miasta drugim lub 
trzecim poziomem. Będą chcieli, Ŝebyśmy dowiedzieli się wszystkiego, co się da: kto, co, 
gdzie, dlaczego.

• 

Podobnie rozumowali moi przełoŜeni — powiedziała. — Myślą, Ŝe ta misja to dla nas 

gratka. Chyba nie ma zbyt wielu ludzi z twoim doświadczeniem, którzy w czasie ataku 
przebywali poza Asgardem. Twoje szczęście, Ŝe wtedy stamtąd odleciałeś.

Według mnie, „szczęście" nie było odpowiednim słowem. MoŜe i stamtąd odleciałem, ale 

daleko nie zaleciałem.

59

• 

Nie podoba mi się to — stwierdziłem. - W ogóle mi się nie podoba.

• 

Tak teŜ podejrzewali oni — oświadczyła Susarma Lear. — Dlatego rozesłali wieści, 

Ŝ

eby aresztować cię w czasie pierwszego zetknięcia z lądem. Wiedzieli, Ŝe się wzbogaciłeś. 

Musieli zaproponować ci ofertę nie do odrzucenia.

Miała w sobie dość przyzwoitości, Ŝeby nie dać mi odczuć w swym głosie nadmiernej 

satysfakcji. Nie miała zamiaru składać w imieniu Dowództwa Gwardii oficjalnych 
przeprosin, ale jasno dała do zrozumienia, Ŝe nie aprobuje postępowania przełoŜonych. 
Zastanawiałem się, czy nie ma w tym odrobiny dyplomatycznej przewrotności: „Przykro mi, 
Rousseau, waŜne osobistości uwzięły się na ciebie, jednak jestem twoim kumplem", ale jej 
mina i zachowanie wskazywały, Ŝe mówi to, co naprawdę myśli.

• 

A gdybym tak odmówił? — powiedziałem przypuszczającym tonem.

• 

Czy zdajesz sobie sprawę, jakie groŜą konsekwencje za odmowę wykonania rozkazu, 

biorąc pod uwagę stan wyjątkowy, wciąŜ się utrzymujący?

Zaryzykowałem przypuszczenie, Ŝe mógłbym dostać „czapę". Susarma Lear przeczesała 

stwardniałą ręką swe jasne, sztywne kosmyki i przytaknęła. Wydęła usta i spojrzała swymi 
ogromnymi, niebieskimi oczami prosto w moje. Byłem w stanie wyobrazić sobie, w jak 
dowolny sposób potrafiła posługiwać się wejrzeniem przy robieniu kariery — miała 
niesłychanie silną osobowość.

— Razem jedziemy na tym wózku — powiedziała.
MęŜczyzna bardziej podatny ode mnie mógłby zmięknąć

60

zupełnie po takim stwierdzeniu. Niektórzy uwielbiają władcze kobiety, a nawet ci o 
nieco odmiennych gustach potrafiliby czerpać pewną przyjemność z przebywania w to-
warzystwie osoby tak uderzająco przystojnej jak Susarma Lear.

— W takim razie — powiedziałem — kiedy uda mi się z tego wyrwać, pomyślę o 

tym, Ŝeby i ciebie wydostać.

Potrafię sypać fałszywymi obietnicami jak pierwszy lepszy człowiek z ulicy.

7

W

ięc o to chodziło.  Los pchał z powrotem na Asgard i gotów był na wszystko,  byle tylko 
dostarczyć mnie na miejsce.

Kiedy nasza formalna uroczystość dobiegła końca, zagoniono nas na pokład „Leoparda 

background image

Sharka", który niebawem zanurzył się w najgładszą norę kompresyjną, na jaką mógł się 
zdobyć, by zgodnie z programem lotu za czterdzieści dni osiągnąć rubieŜe Asgarda.

Zawsze uwaŜałem podróŜe kosmiczne za najnudniejsze zajęcie, jakie kiedykolwiek 

wymyślił człowiek. Pilot statku kosmicznego praktycznie nie musi nic robić, poza wydaniem 
polecenia urządzeniom. Sztuczne inteligencje zawarte w oprogramowaniu zajmują się resztą. 
Jednak Gwardia Gwiezdna stanowiła dla mnie całkowicie nowy styl Ŝycia, a nauka 
wojennego rzemiosła nie pozostawiała wiele czasu na nudę.

61

Musiałem nauczyć się posługiwać najrozmaitszymi elementami wyposaŜenia Gwardii, 

włączając w to broń o wszelkich rozmiarach i kształtach. Zająłem się przyswojeniem technik 
walki, strategii przetrwania oraz metod obrony w obliczu przeróŜnych niebezpieczeństw, 
których moja bujna wyobraźnia pewnie nigdy nie byłaby w stanie podsunąć mi sama z siebie.

Pozostałe godziny kaŜdego dnia spędzałem opowiadając przyszłym uczestnikom wyprawy 

wszystko, co wiedziałem na temat poziomów. Szkoliłem ich w uŜywaniu termo-skafandrów i 
pozostałych elementów wyposaŜenia, tak poŜądanych przez tamtejsze „hieny". Co prawda 
część naszego sprzętu pokrywała się z wymyślonymi przez Tet-rów urządzeniami 
zapewniającymi przetrwanie w górnych poziomach Asgarda, ale cel wyprawy był jedynym w 
swym rodzaju środowiskiem, które uchroniło się od wszelkich działań wojennych 
prowadzonych przeciwko Salamandryj-czykom.

Rzecz jasna, całe szkolenie przebiegało w warunkach normalnej grawitacji, ale Ŝeby to 

osiągnąć, „Leopard Shark" został wprawiony w ruch wirowy. Co do mnie, od wielu miesięcy, 
z małymi wyjątkami, przebywałem w strefie lekkiej grawitacji, więc pod koniec kaŜdego 
dnia, spędzonego na krąŜowniku Gwardii, cierpiałem.

ś

ołnierze słuŜb specjalnych, do których obecnie i ja się zaliczałem, byli jedynymi 

pasaŜerami na pokładzie „Leo-parda Sharka". Nie mieliśmy nic wspólnego ze sprawami 
sterowania i obsługi statku, a tytuł kapitana Gwardii został wprowadzony w celu odróŜnienia 
tej rangi od stopnia kapitana — dowódcy statku, zaliczającego się raczej do

62

wyŜszej szarŜy. „Leopardem Sharkiem" dowodził kapitan Khaseria, siwowłosy weteran o 
nieco zgryźliwym usposobieniu. Reprezentował on „morski" odłam Gwiezdnej Gwardii. 
Kiedy statek pogrąŜony był w norze kompre-syjnej, kapitan Khaseria obejmował funkcję 
naczelnego dowódcy. Podlegała mu trzydziestoosobowa załoga „Leo-parda Sharka", która 
miała za zadanie bronić statku i umoŜliwić mu dotarcie do miejsca przeznaczenia.

W czasie lotu kadra nie miała Ŝadnej władzy — nasze zadanie zaczynało się w momencie 

opuszczenia statku i podjęcia działań prowadzących do wykonania powierzonej misji. 
NajwyŜszym stopniem oficerem na pokładzie była Susarma Lear. Mój dawny znajomy, 
porucznik Crucero, obecnie kapitan Gwardii, nadal był jej prawą ręką. Mieliśmy trzech 
młodszych oficerów, sześciu przydzielonych sierŜantów i ledwie pięćdziesięciu gwardzistów, 
o połowę mniej, niŜ wynosiła zaplanowana pojemność statku. Nie mieliśmy odbijać Asgarda, 
zadanie miało charakter specjalny. Szkolenie ludzi nie było łatwe, a im więcej ćwiczyłem i 
cierpiałem, tym mniej nęcąca wydawała się perspektywa zabrania ich w głąb Asgarda.

Zdarzały się jednak jaśniejsze chwile, kiedy mogłem powetować sobie dawne straty.
Porucznik Kramin i jego wesoła gromadka, po zwolnieniu z niezbyt zaszczytnego 

obowiązku strzeŜenia „Go-odfellowa", zostali przydzieleni do wzmocnienia „Leo-parda 
Sharka". Oznaczało to, Ŝe miałem prawo wydawać im rozkazy, takŜe gwardziście 
Blackledge'owi. Lecz, niestety, nie ma juŜ w obecnych czasach Ŝadnych naprawdę cięŜkich 
prac na statkach kosmicznych. Gdyby nawet się

63

jakieś uchowały, przypadłyby załodze. Mimo to udało się wynaleźć kilka sposobów, by 
obrzydzić Kraminowi i Blac-kledge'owi Ŝycie.

Sam fakt, Ŝe zostałem mianowany oficerem, przysparzał im tyle zgryzoty, co wszystkie 

background image

prace, jakie udawało mi się na nich zepchnąć.

Roztyli się i stracili formę, dekując się na stacji „Good-fellow". Świadomość, Ŝe zawsze 

mogę powiększyć trochę brzemię ich bólu i trosk, spychała moje własne problemy na drugi 
plan.

John Finn teŜ został zwerbowany pod przymusem, a przed kompanią karną uchronił go 

wcześniejszy pobyt na Asgardzie i zyskane w ten sposób pewne rozeznanie w specyfice 
pracy na poziomach.

Z Johnem Finnem sytuacja była inna. O ile Kramin i Blackledge nie znosili mnie, to John 

Finn nienawidził. Wcale nie cieszyło go, Ŝe wybronił się przed kompanią karną, ani fakt, Ŝe 
dostał w końcu to, czego tak Ŝarliwie pragnął: darmowy przelot na Asgard. UwaŜał się za 
człowieka pokrzywdzonego i oszukanego, i wmówił sobie, Ŝe to wszystko moja wina. Nie 
próbowałem dręczyć go ani utrudniać mu Ŝycia, raczej cackałem się z nim. Jednak na sam 
mój widok wrzała w nim wściekłość. Dość szybko postanowiłem, Ŝe za Ŝadne skarby nie 
zejdę na powierzchnię w towarzystwie Johna Finna. Na dole zbyt łatwo o wypadki.

Stosunki z pozostałymi układały się lepiej. Drugi z mych starych znajomych, gwardzista 

Serne (obecnie sierŜant), nie miał Ŝadnych oporów, by być ze mną w dobrej komitywie. 
Podobnie Crucero nie wydawał się zgorszony

64

ideą dzielenia ze mną swej rangi i całkiem łatwo zaakceptowaliśmy się wzajemnie, jak 
równy równego. Pani pułkownik dbała o zachowanie naleŜytego dystansu od reszty, 
pielęgnowała troskliwie przysłowiową samotność dowodzenia, ale nie cisnęła nas 
nadmiernie. Nie beształa przy wydawaniu rozkazów i nie traktowała mnie, co miało 
miejsce wcześniej na Asgardzie, jakbym wypadł sroce spod ogona. Stanowiło to 
przyjemną odmianę.

Rzadko widywałem naszych cywilnych pasaŜerów. Dyplomata nazwiskiem 

Valdavia był chudym i ponurym męŜczyzną, mówiącym ze środkowoeuropejskim 
akcentem i bardzo drobiazgowym. Podejrzewałem, Ŝe wylądował tu, bo przypadkiem 
znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze, ale mogłem go nie 
doceniać. Łatwo jest zlekcewaŜyć polityków. Bardziej interesował mnie Nisreen--673, 
tetrański bionaukowiec, ten jednak spędzał większość czasu w odosobnieniu, 
zamknięty w swej kabinie.

Po wejściu „Leoparda Sharka" w norę kompresyjną nie mogliśmy nawiązać 

łączności z macierzystym układem ani z Tetrami. TuŜ przed startem stacja 
przekaźnikowa przesłała nam całą wiadomość nadaną impulsem kompresyj-nym, lecz 
dowiedzieliśmy się niewiele więcej ponad to, co juŜ wiedzieliśmy.

Przed dotarciem na Asgard i skontaktowaniem się z Tetrami nie byliśmy w stanie 

opracowywać Ŝadnych szczegółowych planów. Mogliśmy jedynie zadbać o gotowość 
do ich realizacji. Nie zapobiegło to naturalnie wielu gorącym dyskusjom na temat 
zadania, jakie mieliśmy otrzymać i naszych szans przeŜycia misji.

Nie byłem zbyt optymistycznie nastawiony do naszych

4 - Najeźdźcy 7 Centrum

65
moŜliwości przedzierzgnięcia się w szpiegów doskonałych — mimo braku oficjalnego 
potwierdzenia, Ŝe Tetrowie rzeczywiście chcą nas wykorzystać jako szpiegów. Napotkane 
przeze mnie, przez wszystkie te lata spędzone na penetrowaniu drugiego i trzeciego poziomu, 
ś

wiadectwa sugerowały, Ŝe pozostający w ukryciu Asgardyjczycy nie wyprzedzają peletonu 

galaktycznych cywilizacji — wyróŜniał ich jedynie styl, a nie moŜliwości techniki. Ale po 
zejściu w głąb tego zamarzniętego makroświata ukrytym szybem przekonałem się, Ŝe pozory 
były mylące. Głębiej, we wnętrzu Asgarda, istniały wyŜej rozwinięte rasy, których 
techniczne moŜliwości sprawiały, Ŝe nasze cywilizacje wydawały się być jeszcze w 
powijakach. Jeśli to te istoty wychodziły teraz z ukrycia, Ŝywiąc wrogie zamiary, nasza cała 
galaktyczna społeczność mogła zawalić się tak łatwo jak domek z kart. Przy takiej 
konkurencji garstka szpiegów z Ziemi niewiele mogła zdziałać. Na podstawie znikomej 

background image

wiedzy, jaką posiadłem na temat supernaukowców, uwaŜałem ich za istoty nieśmiałe i 
miłujące pokój. Niedawna inwazja wskazywała, Ŝe mogłem się mylić. Być moŜe zostałem 
wywiedziony przez nich w pole. Przyłapywałem się na snuciu teorii na temat moŜliwej 
przyczyny, jaka pchnęła ich do wojny z całą galaktyką, teorii, które przyprawiały mnie o 
palpitację serca.

Nie byłem do końca przekonany, czy mogę polegać na swych wspomnieniach z wnętrza 

Asgarda. PrzecieŜ osoba, która mnie wówczas oświeciła, w pamięci Susarmy Lear była 
martwa. Jeśli jej wspomnienia tych wydarzeń były iluzją obliczoną na rozwianie 
wątpliwości, podobnie mogło być z moimi.

66

Rzecz jasna, nie miałem zamiaru zwierzać się z tego Susarmie Lear. Nie chciałem 

się zdradzić, Ŝe wiem albo wydaje mi się, Ŝe wiem, iŜ Myrlin Ŝyje. To on mógł 
poprowadzić atak na Miasto Pierścieniorbity, być moŜe przewodząc całej armii istot 
jemu podobnych. Całkiem prawdopodobne, Ŝe uŜyto go dokładnie tak samo jak mnie. 
jako najemnego Ŝołnierza.

Jeśli to prawda, to niech mnie diabli, ale nie spieszyło mi się wcale do zmierzenia 

się z nim na polu walki. Był wielki i twardy, takim zbudowali go Salamadryjczycy. a 
bogom podobni mieszkańcy Asgarda z pewnością byli w stanie uczynić go jeszcze 
twardszym. Myśl o tym, Ŝe zostaniemy zrzuceni na powierzchnię, aby obserwować 
ruchy armii złoŜonej z olbrzymich bojowników uzbrojonych przez supernaukowców, u 
kaŜdego wywołałaby ciarki.

Nie odczuwałem swej niechęci do zwierzenia się z powyŜszych obaw Susarmie Lear 

jako przejawu nielojalności. Wolałem rozgrywać partię, nie zdradzając przedwcześnie 
atutów i z niczym się nie wyrywać.

Niektórzy rodzą się ciekawymi ludźmi, inni dochodzą do tego sami, części zaś 

zostaje to narzucone z zewnątrz. Lecz moŜna próbować z tym walczyć, jeśli się chce.

P

aliłem się do przeprowadzenia rozmowy z tetrań-skim bionaukowcem Nisreenem-673, 
ale okazało się to  trudne.  Częściowo  dlatego,  Ŝe  miałem  tyle  róŜnych

4*

67

zajęć, częściowo dlatego, Ŝe Tetr rzadko kiedy wychodził ze swej kabiny, a częściowo takŜe 
dlatego, Ŝe Valdavia chciał, by wszelka wymiana informacji z Tetrem odbywała się przez 
niego.

W końcu udało mi się zamienić z nim kilka słów i umówić na coś w rodzaju spotkania w 

jego kabinie. Obaj, zdaje się, byliśmy równie zadowoleni z ustalenia terminu spotkania i 
domyślałem się, Ŝe Tetr wcześniej zdobyłby się na wysłanie zaproszenia, gdyby nie 
przestrzegał tak drobiazgowo jak Valdavia protokołu dyplomatycznego.

Pozwoliłem mu zadać na wstępie kilka pytań na temat Asgarda. Odpowiadając na nie, 

zreferowałem mu, co wiem. Tetr nigdy tam nie był, a cała jego wiedza o Asgar-dzie 
pochodziła ze zdezaktualizowanych juŜ płytek pamięciowych. W sposób wybiórczy 

background image

zrelacjonowałem mu swe przygody, przechodząc następnie do płynących z nich wniosków.

— Osoby utrzymujące, Ŝe nie ma tam więcej niŜ sześć poziomów, zawsze dysponowały 

mocnymi argumentami — zauwaŜyłem — poniewaŜ technika, której pozostałości 
wydobywaliśmy na górnych poziomach, nie pozwalałaby na zbudowanie czegoś więcej. 
Natomiast romantycy upatrujący w Asgardzie całkowicie sztuczny twór, musieli oddać 
sprawiedliwość jego budowniczym, Ŝe ich potęga techniczna przewyŜszała o niebo wszystko, 
na co stać całą galaktyczną społeczność. Oczywiście, nie moŜemy jeszcze stwierdzić, czy w 
samym środku, pod pokrywą wierzchnich warstw, kryje się zwykła planeta. Nawet jeśli tak 
jest, to i tak poziomy Asgarda stanowią szczyt techniki, o którym próŜno marzyć, i nam, i 
wam. Proszę sobie wyobrazić, ile

68

czasu musiało pochłonąć poskładanie tego systemu w jedną całość?

• 

Stanowiłoby to godne podziwu osiągnięcie — odparł w charakterystyczny dla Tetrów 

sposób.

• 

A teraz wygląda na to — ciągnąłem — Ŝe Asgard moŜe być o wiele starszy, niŜ 

sądziliśmy. Fakt ten moŜe rzucić interesujące światło na zagadnienie powstania ras w naszej 
galaktyce. Rozumiem, Ŝe równieŜ badania prowadzone przez pana w pewnym stopniu są z 
tym związane?

• 

Wyciąganie ostatecznych wniosków byłoby przedwczesne — powiedział.

Nie miałem zamiaru pozwolić mu się tak wymigać. Podzieliłem się z nim swymi 

poglądami i teraz oczekiwałem wzajemności.

• 

Dowiedziałem się na stacji „Goodfellow", Ŝe na obrzeŜach układu gwiezdnego Ziemi 

odkryto Ŝycie oparte na mechanizmie DNA, mikroorganizmy zamroŜone od miliardów lat — 
wprowadziłem temat z całą otwartością, na jaką mogłem sobie pozwolić bez ryzyka uraŜenia 
jego uczuć. — Tetrowie z pewnością mieli okazję przebadać tysiące układów gwiezdnych, w 
których rozwinęło się Ŝycie. Ile z nich przypomina pod tym względem nasz?

• 

Prawie wszystkie — odparł swobodnie. — Słyszałem o kilku odchyleniach od reguły, 

ale myśmy skupili się na badaniu gwiazd tego samego słonecznego typu, których układy 
planetarne są dość do siebie zbliŜone.

• 

To zdaje się sugerować, Ŝe Ŝycie nie rozwinęło się w Ŝadnym z nich i tak naprawdę to 

nie wiadomo, skąd na początku przywędrowało DNA?

• 

Z pewnością nie mamy podstaw do snucia hipotez na temat najwcześniejszych 

początków Ŝycia.

69

• 

Nasi przodkowie zawsze sądzili, Ŝe Ŝycie wykształciło się na Ziemi — zauwaŜyłem, 

starając się wyciągnąć od niego więcej informacji. — Nawet kiedy wyruszyliśmy w kosmos i 
napotkaliśmy inne rasy, nie rozstawaliśmy się z tą ideą, wymyślając teorię zbieŜnej ewolucji.

• 

Nasi naukowcy nigdy tak nie uwaŜali — oznajmił z nutą dumnej wyniosłości, którą 

Tetrowie tak lubią okazywać. Najlepszy sposób na wydobycie od nich poŜądanych 
wiadomości to schlebiać ich próŜności.

• 

Jak doszli do takiego wniosku? — zapytałem, starając się, aby w moim głosie 

zabrzmiało odpowiednie przejęcie.

• 

To prosta kwestia z podstawowego zakresu rachunku prawdopodobieństwa. 

Elementarny chemiczny mechanizm Ŝycia jest bardzo złoŜony. To nie tylko sam DNA, ale 
wszystkie związane z nim enzymy, poza tym róŜne rodzaje RNA zajmujące się powielaniem 
kodu genetycznego. Łatwo było ustalić prawdopodobieństwo powstania takiego systemu 
przez przypadkowe złączenie się cząstek. Po zestawieniu wyniku z obszarem naszej planety i 
z okresem jej istnienia, stało się jasne, Ŝe szansa powstania tam albo na kaŜdej innej planecie 
Ŝ

ycia, jest śmiesznie mała.

• 

Stało się dla nas oczywiste, Ŝe chemia Ŝycia jest tak skomplikowana, iŜ jego 

przypadkowe wykształcenie się wymagałoby ogromnych obszarów przestrzeni i niewiary-
godnie długich przedziałów czasowych. W najlepszym razie, biorąc pod uwagę wielkość 
naszego wszechświata oraz przyjętą długość jego istnienia, i drogę, jaką ma do przebycia 
Ŝ

ycie, wychodzi, Ŝe szansa jego powstania wynosi jeden do dziesięciu. Wygląda na to, Ŝe 

background image

zawdzięczamy swe istnienie wyjątkowemu szczęściu.

70

Nie poprosiłem go o przybliŜenie mi zasad tej chwalebnej matematycznej kalkulacji, lecz 

przyjąłem ów wynik z rezerwą. Łatwo uzyskać głupie odpowiedzi przy obliczaniu 
prawdopodobieństwa, jeśli w proces zaangaŜowane są czynniki nie znane dokonującym 
szacunku. RaŜące nieprawdopodobieństwa są chlebem powszednim w badaniach naukowych.

• 

Czy to tłumaczy, dlaczego biosystemy macierzystych światów wszystkich 

galaktycznych ras są do siebie tak podobne?

• 

Samo w sobie nie — odparł. — Gdyby mojemu i twojemu światu po prostu nadać ten 

sam podstawowy ustrój biochemiczny w postaci bakterii czy organizmów podobnych do 
wirusów, naturalna selekcja mogłaby wykształcić odmienne systemy. Wzór odtwarzany jest 
tak ściśle, Ŝe owady tetrańskie bardzo przypominają w swej rozpiętości ziemskie; to samo 
dotyczy innych rzędów. Oba te światy zostały więc „zasiane" więcej niŜ jeden raz. 
Przypuszczamy, Ŝe nowy materiał genetyczny napływa niemalŜe bez przerwy z wysuniętych 
rubieŜy do wewnętrznych regionów układów gwiezdnych. Stanowi to główne źródło 
zmienności, na której moŜe pracować naturalna selekcja. Sądzimy teŜ. Ŝe w najnowszej 
historii galaktyki, to znaczy w ciągu ostatniego miliarda lat, bardziej złoŜone garnitury 
genetyczne pojawiały się ze dwa, lub trzy razy.

• 

Więc uwaŜa pan, Ŝe ludzki garnitur genów w rzeczywistości został zrzucony na znane 

nam zamieszkałe światy przez jakieś obce boskie istoty, które wykorzystują całą galaktykę 
jako coś w rodzaju plantacji?

Tetrowie nie mogą marszczyć brwi, ale patrząc na niego

71

domyślałem się, iŜ uwaŜa, Ŝe grubo przesadziłem i najwyraźniej nie chce, aby jego 
rozumowaniu przypisywano takie implikacje.

• 

Nie zdołaliśmy wyodrębnić ludzkiego zespołu genów jako takiego — powiedział. - 

Obecnie przyjęliśmy pogląd, Ŝe ostatni zasiew miał miejsce w czasie, kiedy na Ziemi 
wymarły dinozaury. Takie drastyczne nieciągłości w procesie ewolucyjnym powtarzają się na 
wielu światach. Ale nie ma powodów, aby przypisywać to jakimś obcym inteligencjom.

• 

Lecz utrzymuje pan, Ŝe garnitur genetyczny ssaków przywędrował z zewnątrz, a nie 

wykształcił się z DNA istniejącego uprzednio na Ziemi ani na Tetrze?

• 

Wszystko na to wskazuje — przyznał.

Przez chwilę przyglądał mi się bacznie, zastanawiając się moŜe, ile będę w stanie pojąć. 

Miałem przeczucie, Ŝe zbliŜaliśmy się do jego ulubionego „konika".

• 

Czy wie pan, co rozumie się przez pojęcie „ciche" DNA?

• 

Nie — odparłem.

Zacząłem obawiać się o dalsze losy naszej rozmowy. Pangalaktyczny „parole" został 

pomyślany jako język łatwy w uŜyciu. Nie nadawał się do prowadzenia zawiłych dysput 
naukowych, a moja ograniczona umiejętność posługiwania się nim mogła wkrótce napotkać 
bariery nie do pokonania.

— Wasi genetycy, podobnie jak nasi przed kilkuset laty,

zdołali wreszcie zlokalizować na chromosomach ssaków,
włączając w to chromosomy ludzkie, geny odpowiedzialne
za produkcję wszystkich białek skadających się na ludzkie
ciało.

72

Zamilkł, więc powiedziałem:

• 

W porządku, pojmuję.

• 

Geny te tłumaczą obecność od pięciu do dziesięciu procent komórkowego DNA. 

Reszta to, tak zwane, „ciche" DNA.

• 

Chce pan powiedzieć — wtrąciłem, chcąc wykazać się inteligencją — Ŝe nikt nie wie, 

background image

jaką spełnia funkcję?

• 

Właśnie. Nasi uczeni sądzili przez jakiś czas, Ŝe składają się na nie geny sterujące 

innymi genami. Musi pan wiedzieć, Ŝe budowanie organizmu to coś więcej niŜ chemiczna 
produkcja. Rozwijając się w organizm, komórka jajowa nie tylko musi wytworzyć potrzebne 
białka, ale takŜe nadać im odpowiednią strukturę. Od wielu lat nasi biotechnicy usiłują 
odnaleźć odpowiedź na pytanie, jak to się dzieje, Ŝe jajo jest tak zaprogramowane, aby 
rozwinąć się w konkretny organizm. Dotąd odpowiedź umiejscawialiśmy w cichym DNA. 
Nie udało się nam tego rozwikłać. Wasi biotechnicy teŜ zaczynają odczuwać frustrację wyni-
kającą z bezradności wobec bariery tamującej postęp. Znaleźliśmy sposoby praktycznego 
zastosowania naszej biotechniki, wiele udało nam się osiągnąć, mimo Ŝe nasze rozumienie 
tych zagadnień jest tylko częściowe. Ale chcąc nie chcąc, jedna z podstawowych cech 
chemicznej reprodukcji nadal pozostaje zagadką. Udało nam się natomiast ustalić, Ŝe „ciche" 
DNA wielu, a moŜe nawet wszystkich wyŜszych ssaków, składa się z genów, które ujawniają 
się wyłącznie u form wyŜszych.

Ś

ledzenie tych ostatnich wywodów sprawiało mi pewne kłopoty i musiałem skupić się, by 

pomyśleć. Nagle zrozumiałem, do czego zmierzał.

73

— To znaczy — powiedziałem — Ŝe praktycznie wszy

stkie geny, w których zakodowane jest ludzkie ciało, były
obecne w ssakach, kiedy pojawiły się one po raz pierwszy
na Ziemi albo na Tetrze? A cała ewolucja, jaka nastąpiła,
działa się częściowo za sprawą przebudzenia się „cichego"
DNA?

Zdziwił się.
— Ma pan rację, kapitanie Rousseau. Przynajmniej

w mojej opinii istnieje taka moŜliwość, choć trzeba jej
jeszcze dowieść. UwaŜamy, Ŝe ewolucja ssaków przebiega
zgodnie z wcześniej ustalonym programem, a ten musi
zostać przyswojony przez naturalną selekcję, Ŝeby dopaso
wać się do lokalnych warunków. Ale w gruncie rzeczy
ewolucja inteligentnych człekopodobnych form na wszyst
kich światach galaktyki, była nieuchronną konsekwencją
pojawienia się na nich garnituru genetycznego ssaków.
Późniejsze miliony lat rozwoju moŜna widzieć jako "od
słonięcie się" potencjału zawartego juŜ w systemie DNA.

Uznałem to za dość niepokojące przypuszczenie. Nisre-en-673 nadal mi się przyglądał i 

uświadomiłem sobie, Ŝe na tym nie koniec. Olśniwszy go wcześniej swą inteligencją, teraz 
miałem przewidzieć następny punkt jego rozumowania. Zabrało mi to około minuty.

• 

Ten rozdział nie jest jeszcze zamknięty — powiedziałem, dając ponieść się emocjom. 

— Dziewięćdziesiąt procent ludzkiego DNA, a takŜe DNA Tetrów, jest nadal „ciche". Nie 
mamy pojęcia, jakie nieznane moŜliwości nadal kryją się w naszych komórkach!

• 

Właśnie, nie mamy pojęcia — przyznał. — Ani teŜ nie  wiemy, jakiego  rodzaju  

bodziec  byłby w  stanie je

74

wyzwolić. Zaraz po odkryciu biotechniki nasi naukowcy byli przekonani, Ŝe staliśmy się 
panami własnej ewolucji. Moje załoŜenie było przedwczesne.

• 

A więc pole jeszcze w pełni nie wzeszło — szepnąłem. — MoŜemy być zaledwie 

pierwszymi mizernymi pędami, przezierającymi przez wiosenną glebę. Nie mamy zielonego 
pojęcia, jaki jest nasz zaplanowany przystanek docelowy ani dlaczego tak się dzieje.

• 

Zmuszony jestem wnieść zastrzeŜenie co do pańskiego załoŜenia, jakoby galaktyka 

została rozmyślnie „zasiana" w jakimś określonym celu — powiedział Nis-reen. — Pańskie 
wyobraŜenie boskich siewców, mimo Ŝe kuszące, zdaje się nie znajdywać dowodów na swe 

background image

potwierdzenie. WciąŜ utrzymuje się moŜliwość, iŜ jakiś całkowicie naturalny proces 
spowodował rozprzestrzenienie się genetycznego materiału po kosmicznej okolicy.

• 

O, tak — przyznałem. — Pewnie dokonało tego stado skrzydlatych krów na 

dorocznych wakacjach.

Nie wyczuł dowcipu. Nie ma w parole słowa na oznaczenie krowy, a nawet gdyby było, 

trzeba by niesłychanego zbiegu okoliczności, aby Tetrowie uŜywali określenia „gdyby krowa 
miała skrzydła" dla wyraŜenia absurdalnego nieprawdopodobieństwa.

Opuściwszy swój macierzysty układ, ludzie natknęli się na wyŜej rozwinięte istoty w 

postaci Tetrów. Łatwo było wysnuć wniosek o istnieniu jeszcze wyŜej rozwiniętej rasy. Z 
silnych pobudek ideologicznych Tetrowie nie kwapili się do tego. Przez nas, ludzi, 
przemawiał antropocentryzm, kiedy przyjmowaliśmy bez zastrzeŜeń pogląd, iŜ Ŝycie 
rozwinęło się na Ziemi, przyznając sobie poczesne miejsce

75

w dziele stworzenia.  Tetrowie,  mimo  Ŝe  mądrzejsi,  teŜ posiadali własne tetrocentryczne 
inklinacje.

• 

Jeśli w ogóle moŜna uzyskać odpowiedzi na te pytania — powiedziałem, tuszując 

chwilową impertynencję — myślę, Ŝe mogą kryć się one we wnętrzu Asgarda. Tam, jak 
sądzę, przebywa kilku doskonałych biotechników.

• 

Chyba ma pan rację. A jeśli ewolucyjna przyszłość naszych gatunków wciąŜ czeka na 

swe odsłonięcie w „cichym" DNA, to moŜna załoŜyć, Ŝe w głębszych warstwach Asgarda 
napotkać moŜemy potencjał ten juŜ uzewnętrzniony.

Nie wyglądał na zbytnio przybitego tą perspektywą. MoŜe ciekawość naukowca brała górę 

nad jego obawami jako przedstawiciela bardzo ambitnej w dziedzinie polityki rasy. Gotów 
byłem załoŜyć się, Ŝe znaleźliby się wśród jego ziomków tacy, którzy nie potrafiliby przyjąć 
takiej moŜliwości z podobną pogodą ducha.

Po wyjściu Tetra z kabiny zacząłem bawić się w układanie scenariuszy, w których 

przyznawałem Asgardowi kluczową rolę w mej teorii ogólnogalaktycznego zasiewu.

MoŜe Asgard jest altaną siewcy. A moŜe bankiem nasion. A moŜe kombajnem 

zbierającym Ŝniwo.

Przypuśćmy, tłumaczyłem sobie, Ŝe galaktyka jest polem uprawnym, a głęboko we 

wnętrzu Asgarda kryją się siewcy. Przypuśćmy teŜ, choć na chwilę, Ŝe nie jesteśmy plonami, 
które naleŜy zebrać, lecz tylko chwastami! A nawet jeśli nie, to na ile moŜemy przewidzieć, 
co wyniknie z naszej konfrontacji z istotami, którymi mamy nadzieję kiedyś się stać?

Postawiłem sobie pytanie, co by się wydarzyło, gdyby

76

nagle gromada neandertalczyków zjawiła się na Ziemi, oczekując zaproszenia do 
wspólnego stołu. Nawet wówczas kwestia ta miała dla mnie złowieszczy wydźwięk, 
choć nie mogłem zdawać sobie sprawy, jak rychło nabierze ona szczególnego 
znaczenia ani jak straszne jej rozwiązanie implikować moŜe przykład, któremu 
wkrótce miałem stawić czoła.

9

N

im dolecieliśmy na Asgard, zdąŜyłem ponownie przystosować się do warunków normalnej 
grawitacji, a moje mięśnie — nie bez pewnej pomocy ze strony lekarzy — zostały 
przygotowane do zejścia w głąb poziomów i dania z siebie maksimum. Wszyscy zostali wy-
szkoleni w uŜywaniu termoskafandrów i otrzymali na temat geografii Miasta Pierścieniorbity 
tak pełne sprawozdanie, na jakie było mnie stać. Nie mógłbym z całym przekonaniem 
stwierdzić, Ŝe palili się do akcji. Ale perspektywa kolejnego etapu ich niebezpiecznej słuŜby 

background image

nie była dla gwardzistów pierwszyzną. Jedynymi Ŝołnierzami nie zaprawionymi w bojach 
była garstka drobnych kanciarzy Kramina.

Napotkaliśmy w systemie Asgarda flotyllę małych statków — nie wszystkie z nich były 

tetrańskie. Istniała wprawdzie prowizoryczna, naprędce sklecona stacja, ale nie przypominała 
standardowego mikroświata. Od inwazji upłynęły miesiące. Tetrowie skrzętnie pozbierali 
wszystkie

77

elementy, lecz odbudowy jeszcze nie rozpoczęli. Statki z zaopatrzeniem docierały z 
tetrańskiego układu i kilku innych, połoŜonych bliŜej. Mimo to pomyślałem sobie, Ŝe nie 
prędzej niŜ za rok będzie moŜna zbudować bazę z prawdziwego zdarzenia, z pomocą której 
Tetrowie będą mogli na nowo ustanowić przyzwoitą, trwałą siedzibę. Czy słuŜyć będzie ona 
jako placówka, przez którą społeczność galaktyczna będzie mogła wznowić przyjazne 
stosunki z mieszkańcami Asgarda, czy teŜ jako punkt wypadowy inwazji odwetowej, 
niebawem się okaŜe.

Spotkania z naszymi gospodarzami, łącznie z naradami, odbywały się na pokładzie jednego 

z ich statków. Manewrując podchodziliśmy bardzo blisko, aby moŜna było rozpiąć między 
statkami rękaw, a nasz nie był jedynym, jaki Tetrowie rozstawili. Nie wiem, jak wyglądało to 
z zewnątrz - pewnie jak nawiewane przez wiatr okruchy złapane w postrzępioną pajęczynę.

Nikt z Gwardii Gwiezdnej nie brał udziału we wstępnych spotkaniach, tylko Valdavia i 

Nisreen-673. Miałem niepokojące przeczucie, Ŝe Valdavia odgrywa rolę pośrednika 
targującego się z Tetrami o przyzwoitą cenę za nasze usługi. Miałem nawet jeszcze bardziej 
niepokojące podejrzenia, Ŝe Tetrowie równieŜ odbierają to w ten sposób. Cały ich społeczny 
porządek opiera się na zawiłym systemie najemnych usług, na mocy którego jedni wykupy-
wali sobie ograniczoną władzę nad drugimi. Ludzie skłonni byli tłumaczyć słowo określające 
ten system w „parole" jako „niewolnictwo", ale to tylko dało Tetrom powód do śmiechu z 
naszego przeraŜenia wywołanego tą ideą. Z ich punktu widzenia zaprzedawanie się całkowite 
lub częś-

78

ciowe było rzeczą normalną. Poza tym istniał teŜ równoległy system quasi-feudalnych 
obowiązków i powinności, w myśl którego Tetrowie w kaŜdej chwili gotowi byli 
przeistoczyć się w urzędników państwowych, a moŜe nawet w personel wojskowy. Z tego 
względu Nisreen-673 nie był zaskoczony ani oburzony tym, Ŝe oderwano go od jego badań 
biologicznych i przydzielono jako łącznika do grupy ONZ-owskich notabli. Nie dawało mi 
spokoju pytanie, jak zachowałby się Ayub Khan, gdyby ONZ wysłało mu polecenie 
zostawienia Uranu i udania się na Asgard w roli dyplomaty.

Kiedy przetargi dobiegły końca (Valdavia starannie przemilczał szczegóły), pani 

pułkownik, Crucero i ja wybraliśmy się na tetrański statek, by dowiedzieć się, czego 
oczekują od nas Ziemia i Tetra. Gospodarze, jak zwykle drobiazgowo przestrzegający 
dopełnienia formalności, powitali nas komitetem złoŜonym z czterech przedstawicieli.

Jeden z nich był mi trochę znajomy. Nazywał się Scarion-74, pracował w Urzędzie 

Imigracyjnym.

To on właśnie usilnie zabiegał, aby skojarzyć mnie z Myrlinem. Z wielu powodów był 

mniej znaczącym członkiem tetrańskiego komitetu i przypuszczalnie wszedł w jego skład, 
poniewaŜ on i ja znaliśmy się wcześniej. Pozostali trzej przedstawili się jako Tulyar-994, 
Alpheus--871 i Carmina-1125. Nisreen był nieobecny. Carmina reprezenowała tetrańską płeć 
„piękną", choć nie wpadlibyśmy pewnie na to, gdyby nie omieszkała wspomnieć o tym. 
Wszyscy Tetrowie mają okrągłe, pomarszczone twarze i czarną skórę, błyszczącą jak 
wypolerowana. Na głowie rośnie im coś w rodzaju włosów, krótkich i czar-

79

nych, nie róŜniących się długością ani rodzajem u poszczególnych osób. Obie płci ubierają 
się jednakowo; wydają się nie przywiązywać Ŝadnej uwagi do zróŜnicowania stroju za 

background image

pomocą małych drobiazgów. MoŜna ich rozpoznać po kształcie nosa lub po konfiguracji 
znamion na twarzy, ale nie jest to łatwe. Wystrzegają się nadmiernej indywidualizacji i z 
tego powodu nadają sobie oprócz imion równieŜ liczby. Nigdy nie zdołałem ustalić, czy ich 
imiona mają coś wspólnego z naszymi imionami lub nazwiskami albo czy istnieje jakiś 
związek między dwoma Tetrami o tym samym imieniu. Wiedziałem jednak, Ŝe wysokie 
liczby wiąŜą się luźno z zajmowaniem wysokiej pozycji społecznej. Liczby czterocyfrowe 
naleŜały do rzadkości, nic dziwnego więc, Ŝe Carmina-1125 okazała się głównym mówcą.

— To dla nas wielki zaszczyt i jesteśmy wam bardzo wdzięczni za waszą chęć wsparcia w 

tej tragicznej godzinie — zapewniła. — Jest to czas niepewności dla całej galaktycznej 
społeczności i nie znam światów, które nie opłakiwałyby swych poległych synów i córek. 
Badania nad Asgardem zjednoczyły we wspólnym wysiłku wszystkie rasy, symbolizując 
panującą powszechnie harmonię. Ostatnie wydarzenia spadły na nas jak grom z jasnego 
nieba.

Wszystko to niezwykle potoczyście spływało z jej ust w pangalaktycznym parole, języku 

doskonale przystosowanym do tetrańskich organów mowy. Ludzkie języki, bardziej płaskie i 
szersze, nie bardzo potrafią się uporać z pełnym zasobem sylab. Musimy zastępować niektóre 
spółgłoski odbiegającymi od normy wariantami, a to sprawia, Ŝe wypadamy dość Ŝenująco, 
próbując posługiwać

80

się tym językiem. Niestety, nie ma innego sposobu na przetrwanie w ramach 
społeczności. Trudno oczekiwać od Tetrów, by nauczyli się mówić po angielsku.

Z tego powodu oficjalna odpowiedź Valdavii na przywitanie była bardziej zwięzła, 

niŜ wynikałoby to z jego naturalnych skłonności, a słowa nie płynęły z jego ust jak 
werbalny miód.

— Z przykrością informujemy — wyjaśniała Carmina--1125, przemawiając 

bezpośrednio do Susarmy Lear, moŜe dlatego Ŝe Valdavia słyszał juŜ te wiadomości — 
Ŝ

e nie udało nam się nawiązać kontaktu z istotami, które zawładnęły Miastem 

Pierścieniorbity. Istnieje, oczywiście, bariera językowa, ale najeźdźcy nie podjęli jak 
dotąd Ŝadnej próby jej przezwycięŜenia. Nasze komunikaty zbywane są milczeniem. 
Wysłaliśmy na dół nieuzbrojonych emisariuszy, z których Ŝaden nie powrócił, choć nie 
mamy dowodów na to, Ŝe stało im się coś złego. Pod powierzchnią przetrwały jeszcze 
na wolności grupki galaktyków, pracujących w bańkopułach załoŜonych przez 
Centralę Koordynacji Badań. Od czasu do czasu udaje nam się z nimi nawiązać 
łączność. Wystrzegamy się jednak niebezpieczeństwa zwrócenia na nich uwagi 
najeźdźców. Przez pewien czas po inwazji otrzymywaliśmy przekazy od naszych ludzi 
w Mieście, ale ostatnio nie odebraliśmy Ŝadnych. Za waszym pozwoleniem, 
podsumujemy w kilku słowach, co wiemy o najeźdźcach.

Valdavia skinął głową, dając znak, Ŝeby mówiła dalej. Pani pułkownik uniosła tylko 

swą jasną brew. Wpadła juŜ na dobre w swój dawny „twardy" sposób bycia. Carmina--
1125 skwapliwie przekazała pałeczkę Tulyarowi-994.

5     Najeźdźcy z Centrum

81

— Najeźdźcy przybyli spod spodu — powiedział.

— Wydostali się przez co najmniej pięć róŜnych punktów
na poziomie drugim i trzecim, korzystając z przejść,
z których istnienia nie zdawaliśmy sobie sprawy. Domyś
lamy się, Ŝe najeźdźcy juŜ na długo przed atakiem koncent
rowali swoje wojska na poziomie trzecim i czwartym.
Prawdopodobnie znajdowali się tam, zanim pan Rousseau
przebił się do niŜszych poziomów i atak nie był od
powiedzią na jego wtargnięcie. Jest pewna zastanawiająca
zbieŜność, której znaczenia nie moŜemy określić. Proszę
spojrzeć na to...

background image

Wyjął kilka arkuszy z teczki leŜącej pod stołem.

Były to fotografie, przypuszczalnie wykonane po bitwie i przekazane przed 

zablokowaniem łączności.

Najeźdźcy przypominali ludzi. Ze wszystkich ras przemierzających gwiezdne szlaki 

galaktyki przedstawiciele tylko sześciu uchodzić mogą za ludzi. Rasa ludzka jest dość 
zróŜnicowana, wystarczy więc pomylić kilku reprezentantów rasy zbliŜonej z paroma ludźmi, 
aby mówić o występowaniu zbieŜności. Najeźdźcy z fotografii mieli wszyscy jasną skórę — 
twarze nawet ziemiste — i jasne włosy. Z rysów przypominali trochę neandertalczyków z 
wysadzonymi łukami brwiowymi i spłaszczonymi nosa-mi, ale mogliby chodzić po ulicach 
wielu miast na Ziemi, nie wzbudzając większego zamieszania, a w mikroświecie byliby mile 
widziani przez wszystkich.

Uświadomiłem sobie nagle, Ŝe moja niedawna atrakcyjność wcale nie musi wynikać z 

obycia z poziomami.

— Istoty zamieszkujące kiedyś pierwszy, drugi i trzeci

poziom przypominały wyglądem ludzi — zauwaŜyłem.

82

— Wiedzieliśmy o tym od dawna. Nie ma powodów do zbytniego zdziwienia.

— Być moŜe — zgodził się Tetr. — Niewykluczone, Ŝe

uda się zbieŜność tę wykorzystać z poŜytkiem dla siebie.
Pułkownik Lear łatwo moŜna wziąć za jednego z obcych,
podobnie pana, kapitanie Rousseau. Przyda się to przy
zbieraniu informacji w trakcie prowadzenia rozpoznania.
MoŜna załoŜyć, Ŝe najeźdźcy chętniej nawiąŜą kontakt
z rasą, która jest bardzo do nich zbliŜona, niŜ z tak
odmiennymi, na nieszczęście, Tetrami.

Trudno jest oddać subtelne odcienie znaczeniowe w „parole", ale jemu udało się 

sprawić, Ŝe wyraŜenie „na nieszczęście" zabrzmiało ironicznie nieszczerze. Dawał do 
zrozumienia, jakoby najeźdźcy byli takimi samymi barbarzyńcami jak my i szybciej 
znajdą wspólny język z nami niŜ z kulturalnym i cywilizowanym ludem Tetrów.

— Czy po to tu jesteśmy, by nawiązać kontakt? — spy

tała prosto z mostu Susarma Lear w parole, który nawet
na ludzką miarę zabrzmiał chropawo.

Cramina-1125 wmieszała się do rozmowy szybko, ale zręcznie.

• 

Naszym zdaniem, grupa wasza powinna nawiązać kontakt tylko w sprzyjających 

okolicznościach. Nasi dyplomaci wspomagani przez przedsawicieli kilku ras ściśle 
przypominających najeźdźców, czynią jawne starania o nawiązanie dialogu.

• 

Będziemy potrzebować pana Valdavii, który był juŜ uprzejmy ofiarować nam 

swą pomoc. Prosimy jedynie o to, byście wsparli nas w udroŜnieniu przepływu 
informacji między Tetrami pozostającymi w Mieście a obecnymi tutaj.

5*

83
Potrzebne są sprawozdania zebrane przez nich od czasu zerwania łączności. Wygląda na to, 
Ŝ

e będą równieŜ niezbędni jako pośrednicy w negocjacjach z najeźdźcami. Usilnie starałem 

się dociec, co kryje się za tymi słowami i na czym Carminie-1125 tak bardzo zaleŜało. 
Pomyślałem, Ŝe jej słowa maskują poczucie prawdziwego zagroŜenia. Przyczynę tych obaw 
upatrywałem w przeświadczeniu, iŜ na tym nie koniec całej afery, Ŝe w głębi Asgarda kryją 
się jeszcze zasoby ludzkie i środki wojenne wystarczająco obfite, by umoŜliwić 
Asgardyjczykom wyruszenie na podbój gwiazd. Domyślałem się obaw Tetrów, iŜ najeźdźcy 
w ogóle nie będą chcieli słyszeć o pokoju i raŜąc „ogniem i mieczem", wedrą się do galaktyki 
dokładnie tak, jak wdarli się do Miasta Pierścieniorbity.

— Czyim rozkazom podlegamy, będąc juŜ na dole?

— spytała pani pułkownik, swą obcesową otwartością
ponownie lekcewaŜąc wcześniejsze sugestie Valdavii.

background image

Dyplomata okazał zniecierpliwienie, lecz Susarma Lear zignorowała go.

— Działaniami będzie kierował Tulyar-994 — od

parła Carmina. — Mieszkał przez pewien czas na Asgar-
dzie i zna dobrze miasto. Pani, oczywiście, dowodzi swymi
gwardzistami, ale prosimy z całym szacunkiem o pow
strzymanie się od wszelkich posunięć nie uzgodnionych
wcześniej z Tulyarem-994.

Czyli, innymi słowy, rób, co ten facet kaŜe. Susarma Lear nie zgłosiła sprzeciwu.

Jaki sprzęt zabieramy na dół? -- spytała.

Carmina-1125 dość miała w sobie bystrości, by skoja
rzyć „sprzęt" z eufemistycznym określeniem broni.

84

— UwaŜamy, Ŝe istniejące warunki nie zezwalają na

uŜycie broni — wyjaśniła. — Głównym naszym celem jest
nawiązanie przyjaznych stosunków z najeźdźcami, a wasza
misja temu właśnie ma słuŜyć. Pragniemy uniknąć wszel
kich wrogich aktów. Powinniście za wszelką cenę starać się
działać potajemnie, nie ściągać na siebie uwagi, a przede
wszystkim nie zabijać.

Zdziwiło mnie lekko, kiedy Susarma Lear z kamienną twarzą skinęła tylko głową. 

Valdavia musiał ją przestrzec przed Tetrami twardo stojącymi na tym stanowisku i pewnie 
nakazał jej, by się nie buntowała. Nie dała po sobie poznać, Ŝe w razie konieczności stać ją 
na podjęcie samodzielnych działań. Była teraz pułkownikiem, a pułkownicy szczególnie 
muszą się wystrzegać otwartego okazywania niezadowolenia. Miała swoje rozkazy i 
wiedziała — jeśli przyjdzie co do czego, będzie musiała przystać na wszystko, czego zaŜyczą 
sobie Tetrowie.

Jeszcze jedna ofiara na ołtarzu Matki Ziemi.
Nie byłem pułkownikiem. Znaczyło to, Ŝe nie miałem prawa głosu, nie mówiąc juŜ o 

własnym zdaniu. Zostawiłem to na inną okazję.

— Interesy obu naszych ras i całej galaktycznej spo

łeczności są w tym względzie identyczne — dorzucił
Alpheus-871, którego rola sprowadzała się pewnie do
potakiwania.

Mój dawny znajomy, Scarion-74, „przytakiwacz" jeszcze niŜszego rzędu, dodał na tę samą 

nutę:

— Jest naszym obowiązkiem słuŜyć jak najlepiej.

Nie bardzo wiedziałem, jak przetłumaczyć to na normalny język. Według mnie brzmiałoby 

to tak:

85

— Jesteśmy na posyłki, ty i ja, i nie mamy wyboru.
Miałem uczucie, Ŝe pewnie ma rację. Uśmiechnąłem się

w odpowiedzi, ale chyba nie zorientował się, w czym rzecz.

— Najbardziej poŜądane byłoby — przemówiła Car-

mina-1125, pozornie zwracając się do Valdavii — gdy
byśmy mogli wyprowadzić część naszych ludzi z Miasta
i ustanowić szlak, po którym przemieszczaliby się w obie
strony niezauwaŜeni. Śluzy powietrzne, stanowiące główne
drogi wylotowe z Miasta, są bez wątpienia ściśle strzeŜone,
ale nietrudno chyba będzie znaleźć jakieś ustronne przej
ś

cia prowadzące do niŜszych poziomów.

Ta niezręczna przemowa miała po prostu na celu wywołanie pytania.
— Czy to jest wykonalne? — spytał mnie Valdavia.

background image

Wzruszyłem ramionami.
— Miasto ciągnie się na trochę niŜszych poziomach

— powiedziałem. — Centrala bez przerwy przywracała do
uŜytku nowe obszary. Otworzyła tam na dole olbrzymie
pola produkcyjne zaopatrujące Miasto w Ŝywność. Obroń
cy mają więc do obstawienia rozległe tereny. Śluzy powiet
rzne są tylko na powierzchni, głębiej natomiast łącza
między podziemiami miasta a zamarzniętymi biostrefami
tworzą rozległą i nieregularną sieć plastikowych kopuł
ciśnieniowych. Niektóre zapory postawione zostały w ciem
nych zakamarkach i, choć nie moŜemy sforsować ich
z marszu bez włączenia alarmu sygnalizującego nieszczel
ność, moglibyśmy się przedostać, gdybyśmy zbudowali za
sobą własną plastikową ścianę. PrzecieŜ wszędzie nie
wystawili straŜy, choć z pewnością patrolują okolicę. A co
z pracownikami Centrali w rozproszonych wysepkach; nikt

86
nie kazał im tego spróbować? Mają cały potrzebny sprzęt gotowy do uŜytku.

— Nie byliśmy skłonni wydawać poleceń dotyczących

tego rodzaju operacji — odparł Tulyar-994. — Zresztą,
grupy pozostające jeszcze na wolności oddalone są znacz
nie od Miasta, prócz dwóch przebywających właściwie
w róŜnych halosystemach. Sądziliśmy, Ŝe najlepiej będzie
nie ściągać uwagi na grupę przebywającą najbliŜej Miasta
do czasu sprowadzenia posiłków.

Tłumaczyło się to mniej więcej tak: „Takiego wala. czekaliśmy na was, frajerzy".
— Kolejnym celem wyprawy — dodała Carmina-1125

— będzie przemycenie do Miasta róŜnych wymyślnych
urządzeń do prowadzenia inwigilacji, byśmy mogli kon
tynuować gromadzenie bieŜących danych nawet wtedy,
kiedy zawiodą wszelkie inne sposoby. O ile wiem. jest
z wami człowiek obeznany z Miastem i mający pewną
praktykę w obsługiwaniu tego typu urządzeń.

Nie od razu połapałem się, o co jej chodzi. Zamyśliłem się nad implikacjami rzuconej 

przez nią mimochodem uwagi o „wszelkich innych sposobach, które mogą zawieść". Potem 
uświadomiłem sobie, Ŝe musi mieć na myśli Johna Finna. Przypomniałem sobie teŜ, co 
mówił o wykorzystaniu pobytu na Asgardzie do nauczenia się czegoś o tetrańskich 
systemach zabezpieczających. Miałem zamiar to skomentować, ale nie dano mi szansy.

• 

Kiedy wyruszamy? — spytała pani pułkownik, raz jeszcze błyskając swym wrodzonym 

talentem przebijania się taranem przez gąszcz biurokratycznych ceregieli.

• 

Jak   najszybciej   —  poinformował  ją   Tulyar-994.

87

— Poczyniliśmy  juŜ   niezbędne   przygotowania.   Jestem
do pani dyspozycji.  Kiedy pańscy ludzie będą gotowi...
— zwrócił się bezpośrednio do mnie.

Susarma Lear spojrzała na mnie z ukosa.
Zdołałem przywołać nikły, szyderczy uśmiech i mruknąłem:

— Do boju, kamikadze.
Powiedziałem to, oczywiście, po angielsku. Pangalak-tyczny parole nie przewiduje tego 

rodzaju wyraŜeń. W gruncie rzeczy, to Tetrowie wymyślili parole, a oni zawsze wykorzystują 
do swych celów innych jako kamikadze.

background image

10

Z

ostaliśmy podzieleni na trzy grupy, z których kaŜda miała być przewieziona na powierzchnię 
oddzielnym wahadłowcem. Te powinny wylądować poza linią horyzontu Miasta, w pobliŜu 
włazu umoŜliwiającego łatwy dostęp do poziomu pierwszego. Takich miejsc było mnóstwo, 
odnalezionych i pieczołowicie odrestaurowanych przez grupy robocze Centrali. Prowadziły z 
Miasta do biostrefy poziomu pierwszego, gdzie zostało zbudowane. Susarma Lear i ja 
znaleźliśmy się w jednej grupie. Crucero objął dowodzenie oddziałem Gwardii w drugiej i tu 
przydzielono teŜ Finna. Jego usposobienie gwałtownie się polepszyło na wieść o tym, Ŝe 
Tetrowie o nim nie zapomnieli i uznali jego znajomość urządzeń do prowadzenia podsłuchu 
za wystarczającą, by udzielić mu dalszego

88

szkolenia i przydzielić dodatkowe obowiązki. Podbudowało to jego miłość własną, która w 
ciągu ostatnich paru tygodni bardzo musiała ucierpieć, do poziomu nieznośnej dla otoczenia 
zarozumiałości.

DruŜyną Crucero dowodził Alpheus-871. Tulyar-994 i Scarion-74 przydzieleni zostali do 

mojej grupy, co potwierdzało przypuszczenie, Ŝe Tetrowie uznają nas za trzon operacji i 
przyznają największe szanse na powodzenie.

KaŜda ekipa przyszłych wywiadowców posiadała w swym składzie paru doświadczonych 

szperaczy. W mojej byłem ja oraz pewien Turkan o imieniu, które w najlepszym razie byłem 
w stanie wymówić jako — Johaxan. Nie spotkałem go wcześniej, ale był starym 
pracownikiem Centrali, działającym na poziomach nawet dłuŜej ode mnie. Kiedy 
Pierścieniorbita została roztrzaskana, on przebywał akurat na satelicie.

Przez większą część swej przedrozumnej fazy rozwoju Turkanowie musieli zamieszkiwać 

lasy, poniewaŜ wciąŜ jeszcze mają długie ręce i zgięte nogi obdarzone sprawnymi palcami. 
Nie noszą zbyt wiele przyodziewku. Ciała mają lekko owłosione, ich sierść zdobi dziwaczna 
pstrokacizna brązu i zieleni. Niewiele człekopodobnych ras wykazuje tego typu ubarwienie 
ochronne, gdyŜ z reguły są one wystarczająco proste, by nie chować się po kątach przed 
drapieŜnikami. Turkanowie jednak nadal przejawiają „umy-słowość ofiary" — cierpią na 
dość ostre urojenia lękowe i bardzo wystrzegają się walki. Aczkolwiek myliłby się ktoś, 
określając ich jako istoty zupełnie pozbawione instynktu agresji. Na swój sposób potrafią 
bronić swoich

89

racji i cieszą się reputacją najlepszych kieszonkowców w galaktyce.

Jeśli chodzi o sprzęt, byliśmy całkiem dobrze wyposaŜeni. KaŜdy posiadał termoskafander. 

trochę części zapasowych i wystarczającą na przetrwanie kilkunastu dni ilość pakietów 
Ŝ

yciodajnych.

Powiedziano nam, Ŝe w razie potrzeby otrzymamy dalsze zrzuty. Mieliśmy teŜ róŜne 

narzędzia do cięcia, sprzęt do stawiania bańkopuł i sanie, czyli wszystko, co potrzeba, by 
szybko się przemieszczać.

Nim wyruszyliśmy, Susarma Lear zdołała widocznie odbyć z kimś rozstrzygającą rozmowę 

na temat uzbrojenia, bowiem wydano nam broń, ale nie ostrą. Całe szkolenie w posługiwaniu 
się bronią, jakie przeszedłem na pokładzie „Leoparda Sharka"' poszło na marne. KaŜdy z nas 
otrzymał paralizator. W głębi poziomów nie będzie z nich większego poŜytku niŜ z 
pistoletów na wodę. Jednak w Mieście, zakładając, Ŝe w ogóle do niego dotrzemy, będziemy 
mogli obronić się, nie wyrządzając nikomu trwałej krzywdy. Było to kolejne małe 

background image

przypomnienie naszego celu — zaprowadzenia pokoju i harmonii na Asgardzie, w 
galaktycznej społeczności i w całym wszechświecie.

Albo przynajmniej tak nas zapewniano.
Pani pułkownik raz tylko wyraziła swoje zdanie — na osobności — Ŝe nie naleŜy do końca 

ufać Tetrom i Ŝe nie ma zamiaru brać wszystkiego, co mówią, za dobrą monetę. Był to objaw 
choroby zawodowej w najczystszym wydaniu, ale musiałem przyznać, Ŝe z Tetrów są 
szczwane lisy i nie cofnęliby się przed popełnieniem po kryjomu jakiejś nie-

90

godziwości, gdyby pozwoliła im na to sytuacja. Zachowałem swój sąd dla siebie.

Desant kosztował mnie sporo nerwów, zwłaszcza lądowanie. Ciśnienie atmosferyczne na 

powierzchni Asgarda jest niskie i nie moŜna było w Ŝaden sposób wyrzucić nas z 
wahadłowca na spadochronach. Statek musiał nam towarzyszyć do samego końca, 
wykorzystując atomowe silniki do osłabienia wstrząsu przy lądowaniu. Choć wahadłowiec 
nie był duŜy, i tak jakikolwiek obiekt sunący w pobliŜu powierzchni planety z ryczącymi 
silnikami trudno uznać za dyskretny. Wspaniale jest po wylądowaniu znaleźć się za linią 
horyzontu, ale opadając na spadochronie niełatwo jest się ukryć. Liczyliśmy na to, Ŝe 
najeźdźcy nie dysponują sprzętem do wykrywania obiektów latających, a Tetrowie z 
pewnością im w tym nie pomogą. PrzecieŜ radar i tym podobny sprzęt nie jest potrzebny 
armii, która większość walk toczyła pod dwudziestometrowym sklepieniem, ale nerwy 
nagminnie odmawiają poddania się nakazom logiki.

Po wylądowaniu musieliśmy oddać Tetrom sprawne naprowadzenie nas na cel. 

Znaleźliśmy się praktycznie na pokrywie włazu, a zejście do podziemi zabrało nam dziesięć 
„godzin" (w jednostkach miejscowych).

Pozostawiliśmy statek bez opieki. Pierwszym naszym celem było dotarcie do kolejnego 

włazu, o dwa dni wędrówki w kierunku Miasta, gdzie mieliśmy rozstawić anteny 
transmisyjne i załoŜyć coś w rodzaju trwałej bazy wypadowej. Sądziliśmy, Ŝe dzięki temu, 
nie będzie miało większego znaczenia, jeśli najeźdźcy jakimś cudem odkryją nasz statek.

91

Oczywiście, z powrotem musielibyśmy zabrać się autostopem, kiedy przyjdzie czas stąd 

się wynosić.

Pierwszy etap okazał się łatwy. Właz sprowadził nas na przelotową trasę poziomu 

pierwszego. Wysłaliśmy na zwiady dwóch gwardzistów i ruszyliśmy, ciągnąc za sobą sanie 
ś

rodkiem drogi, ślizgając się po cienkiej skorupie lodu. Poziom pierwszy jest, rzecz jasna, 

stosunkowo łagodny, temperatura rzadko spada poniŜej dwustu trzydziestu Kelvinów, a 
czasem podnosi się prawie do temperatury krzepnięcia.

Gdybyśmy podąŜali tą trasą do samego jej końca, obralibyśmy kurs prowadzący w prostej 

linii do centrum Miasta, ale nie zamierzaliśmy posuwać się tak daleko. Po osiągnięciu 
rubieŜy Miasta, chcieliśmy przeniknąć po kryjomu do jego zapomnianych bocznych uliczek.

Oświetlaliśmy sobie drogę reflektorami umieszczonymi na saniach, oszczędzając lampy na 

hełmach. Wszyscy ciągnęliśmy kolejno sanie, łącznie z panią pułkownik i dwoma Tetrami. 
Na tej wycieczce nie było pasaŜerów. UłoŜyliśmy juŜ plan odpoczynków. Kiedy 
zatrzymywaliśmy się na postój, jedna osoba szła naprzód, aby zastąpić któregoś ze 
zwiadowców. Wszystko grało jak w zegarku.

Pierwszego dnia nie napotkaliśmy Ŝadnych trudności — najeźdźcy nie korzystali z tej 

trasy, a jeśli wystawili na niej straŜe, to patrolowały one odcinek bliŜej Miasta.

Drugiego dnia nie poszło nam juŜ tak gładko.
Około 37.50 (przyjęliśmy czas wzorcowy Miasta, choć nie mieliśmy Ŝadnej pewności, czy 

zachowało ono swój dawny podział czasu od chwili przybycia nowych lokatorów) nasi 
zwiadowcy donieśli o wykryciu czujnika świetl-

92

nego. Powiedzieli, Ŝe urządzenie jest dość prymitywne, lecz spełnia swoje zadanie.

background image

Mieli powody przypuszczać, Ŝe uruchomili czujnik, patrząc po prostu na niego i Ŝe 

przekazał on Miastu informację o naszym nadejściu. Natychmiast musieliśmy zejść z trasy.

Nie była to w Ŝadnej mierze klęska, bo znajdowaliśmy się wciąŜ daleko od Miasta i 

dotarcie stamtąd patrolu trwałoby kilka godzin, nawet w szybkim pojeździe kołowym. Do 
tego czasu pozostanie po nas tylko wspomnienie. Jednak odnieśliśmy wraŜenie, Ŝe pierwszy 
punkt na tablicy wyników został zaliczony na korzyść przeciwnika.

Późnym popołudniem znajdowaliśmy się juŜ dostatecznie blisko, by zejść na poziom 

drugi, gdzie temperatura przewaŜnie opada do odstraszających stu trzydziestu Kel-vinów. 
Nie zamierzałem zapuszczać się niŜej. Nie miało sensu naraŜanie na szwank ludzi i sprzętu w 
naprawdę mroźnych regionach.

Obrałem sobie poziom trzeci jako miejsce odwrotu w razie wystąpienia trudności. Nie 

miałem, oczywiście, pojęcia, czy najeźdźcy są w stanie sprawnie działać na poziomie trzecim 
i czwartym. MoŜe przywykli do operowania na ciepłych i jasno oświetlonych poziomach i 
nie są otrzaskani z naprawdę zimnymi warunkami. Trudno jednak za bardzo liczyć na tę 
ewentualność — przed atakiem na Miasto ich armia mogła na jakiś czas przyczaić się na 
trzecim i czwartym poziomie.

Cała nasza wiedza sugerowała, Ŝe najeźdźcy z powodzeniem spędzają swe letnie wakacje 

w rejonach zamarzniętych.

93

Co do mnie, wracając do krainy srebrzystych ścian i oblodzonych dróg, czułem się, jak 

gdybym wracał w rodzinne strony. Miałem lepsze samopoczucie, przebywając na poziomie 
drugim niŜ na pokładzie „Leoparda Sharka". Johaxan równieŜ czuł się swobodnie i robił 
swoje, podnosząc na duchu gwardzistów, którym te nowe warunki były obce i nieprzyjazne. 
MoŜna by sądzić, Ŝe kaŜdy, kto większą część Ŝycia spędził na pokładzie statku kosmicznego, 
nie powinien być podatny na klaustrofobię, ale strefy Asgarda potrafią wzbudzić specyficzny 
dla siebie niepokój. Co najdziwniejsze, najbardziej przestraszony wydawał się Scarion-74, a 
przecieŜ spędził wiele lat w Mieście, łącznie z jego podziemnymi odgałęzieniami. Jednak 
nigdy przedtem nie zapędził się tak daleko w strefę głębokiego mrozu.

Ś

ciągnęliśmy z powrotem naszych zwiadowców i poruszaliśmy się gęsiego przez 

niegdysiejsze ,.pola uprawne" poziomu drugiego. Sklepienie, zawieszone na wysokości około 
piętnastu metrów, pocięte było siecią potęŜnego kiedyś elektrycznego oświetlenia. W Złotym 
Wieku Asgarda światła te zalewały swym blaskiem dywany ze sztucznej fotosyntetycznej 
substancji, miejscami urozmaicone jeziorami fotosyntetycznego płynu. Pod dywanami i 
wokół wód znajdowały się maszyny przetwórcze gromadzące produkty sztucznej 
fotosyntezy, a jeszcze niŜej rozciągała się kolejna warstwa aktywnej fotosyntetycznej 
substancji. Wszystko to w sumie składało się na skomplikowaną organiczną technologię, w 
której istoty Ŝywe odgrywały jedynie znikomą rolę. Nie trzymano nawet zwierząt 
hodowlanych — wytwarzanie mięsa dla potrzeb mieszkańców było od początku do końca 
wyłącznie sprawą organicznej fotosyntezy

94

— jeśli produkt tego rodzaju syntezy moŜna nazwać „mięsem" w jakimś innym, poza 
metaforycznym, sensie.

Teraz, rzecz jasna, cała maszyneria stała zdewastowana. Sprzęt niemal w całości został 

rozgrabiony, zanim jeszcze wynieśli się stąd pierwotni uŜytkownicy, a cały system przestał 
działać na długo przed „wielkim zamroŜeniem". Pozostały resztki, wciąŜ świadczące o 
wysoce rozwiniętym biotechnicznym systemie produkcji, którego były reliktami. Tetrowie 
równieŜ posiadali na swej ojczystej planecie wiele podobnych systemów i słyszałem teŜ, Ŝe 
na poczciwej starej Ziemi powoli przeznacza się jałowe tropikalne pustynie na rozwój tego 
rodzaju technologii.

Część kupujemy, oczywiście, od Tetrów, ale sami musimy prowadzić większość prac 

badawczo-rozwojowych, poniewaŜ nie mamy zbyt wielu atrakcyjnych rzeczy na wymianę.

Drugiej nocy przetrząsaliśmy okolice w poszukiwaniu ustronnego miejsca na rozstawienie 

background image

małej bańkopuły. Przeszukaliśmy kilka małych „osad", dawniej kwater mieszkalnych, 
rozmieszczonych w cztero- i pięciopiętrowych blokach sięgających sklepienia. JuŜ wiele razy 
zdąŜyłem się przekonać, Ŝe nie nadawały się do rozbicia „obozu". Dawne siedziby 
„halowców" z reguły bywały brudne i zapaskudzone, pokoje ogołocone, jak wszystko 
dookoła, i pozostawione w stanie jeszcze większego rozkładu. Z otwarciem drzwi zawsze 
były problemy, bo mechanizmy zamykające, zacięte od niepamiętnych czasów, nie dawały 
się uruchomić. Mam za sobą wieloletnią praktykę w przecinaniu drzwi po to tylko, by 
przekonać się, Ŝe po drugiej stronie nic ciekawego nie ma.

95

Najdogodniejsze warunki do zatrzymania się na noc oferował, jak uznaliśmy, leŜący na 

uboczu budynek, słuŜący kiedyś przypuszczalnie za coś w rodzaju stodoły lub magazynu. W 
ś

rodku było dostatecznie przestronnie do wzniesienia małej bańkopuły. Udało nam się 

znaleźć zakątek otoczony zewsząd słupami i blokami, więc byliśmy z większej odległości 
niewidoczni. Nigdzie w halach nie ma takiej otwartej przestrzeni, jak na powierzchni, po-
niewaŜ cała konstrukcja musi być zabezpieczona przed zawaleniem, ale pola produkcyjne są 
na tyle przestronne, Ŝe moŜna przeŜyć cięŜkie chwile, usiłując na nich się ukryć. Przezornie 
wyszukaliśmy miejsce zapewniające dobre schronienie.

Mieliśmy ze sobą wystarczającą moc, aby podnieść temperaturę w środku plastikowej 

bańki, jednak postanowiliśmy oszczędzać tlen i nie chcieliśmy zuŜyć całego jego zapasu na 
stworzenie wewnątrz warunków do oddychania. Z tego powodu przygotowanie noclegu to 
niezupełnie to samo, co rozbicie namiotu. Pozostaliśmy w termoskafand-rach, pakiety 
chemiczne na plecach dostarczały naszym ciałom niezbędnych składników.

Nadal porozumiewaliśmy się przez radio na wspólnym paśmie, trudno więc było zachować 

dyskrecję (wcześniej uzgodniliśmy z Susarmą Lear kilka zastrzeŜonych częstotliwości, Ŝeby 
w razie konieczności naradzić się ze sobą w tajemnicy przed Tetrami). To była prawdziwa 
ulga móc wreszcie odłoŜyć sprzęt, a następnie połoŜyć się samemu w warunkach 
sprzyjających na tyle, na ile moŜna było w tej sytuacji liczyć.

— Czy  najeźdźcy  mogą  nas  wyśledzić,   obierając  za

96
punkt wyjścia miejsce, w którym uruchomiliśmy ich czujnik alarmowy? — spytał 
mnie Tulyar-994, kiedy rozłoŜyliśmy się wygodnie.

• 

To mało prawdopodobne — wyjaśniłem. - Nie sądzę, Ŝeby domyślili się, gdzie 

zeszliśmy z trasy przelotowej. Oczywiście, zostawiliśmy za sobą ślady, ale po 
poziomie pierwszym w ciągu ostatnich dwudziestu lat przemieszczało się tylu 
galaktyków, Ŝe nie sposób odróŜnić ich tropów od naszych. Ze znakami, jakie 
zostawimy przy schodzeniu na niŜsze poziomy, będzie inna historia. Wtedy naleŜy 
zachować szczególną ostroŜność.

• 

Mamy powody sądzić, Ŝe pola produkcyjne będą działać normalnie — zauwaŜył 

Scarion. — Będą na nich pracować robotnicy z wielu galaktycznych ras. Kiedy 
pozbędziemy się skafandrów, nie powinniśmy rzucać się w oczy.

Z pewnością próbował pocieszyć bardziej siebie niŜ kogoś z nas. Tulyar wyznaczył 

go do grupy mającej przeprowadzić pierwszy wypad w dolne rejony miasta. Nie był 
teraz właściwy czas na podsycanie niepokojów, zachowałem więc swe mniej krzepiące 
wnioski dla siebie. Zresztą, Tulyar postąpił chyba dobrze. Nasz plan na dzień pierwszy 
zakładał jedynie nawiązanie jakichś wstępnych kontaktów, próbę przesłania 
wiadomości do waŜniejszych osób w Mieście i unikanie najeźdźców. Program ten 
prezentował się dość skromnie, choć zawsze istniało niebezpieczeństwo, Ŝe nasze 
komunikaty zostaną przechwycone, a my zdemaskowani.

Mieliśmy za sobą długi dzień, napracowaliśmy się solidnie. Zasnęliśmy w swoich 

hamakach snem, eufemistycznie

6 - Najeźdźcy / Centrum

97

background image

zwanym snem niewinnych. Tylko czemu nie byliśmy winni, dokładnie nie wiedziałem.

11

N

ie mieliśmy kłopotów z dotarciem do Miasta na poziomie drugim. Wybraliśmy wcześniej na 
mapie dogodne miejsce do wejścia na jego obszar i nie zakłóciły tego Ŝadne incydenty. Do 
Miasta przeniknąć mieliśmy, korzystając z wąskiego korytarza zaślepionego w połowie 
długości plastikową ścianą. Wchodziliśmy na poziomie pierwszym, poniewaŜ róŜnice 
temperatury i ciśnienia nie były tu tak znaczne, jak na drugim. Oznaczało to, Ŝe zapory do 
sforsowania nie są zbyt trwałe i łatwo się z nimi uporamy.

Był to najbardziej ryzykowny etap naszej operacji. Po postawieniu za sobą ściany 

uwięzimy się praktycznie w pułapce bez wyjścia. Jeśli ściągniemy uwagę podczas usuwania 
zapory, nie będziemy mieli gdzie się podziać. Po pokonaniu przeszkody pozostaną do wyboru 
róŜnego rodzaju komory wentylacyjne, ale jeśli zostaniemy wykryci wcześniej, to po nas. 
Drugie wielkie niebezpieczeństwo polegało na tym, Ŝe kiedy wejdziemy na teren Miasta, 
jakiś zabłąkany patrol moŜe wykryć nasze dzieło, umoŜliwiając najeźdźcom zastawienie 
zasadzki.

Postanowiliśmy, by w pierwszym wypadzie do Miasta wzięły udział cztery osoby. Tulyar-

994 i Susarma Lear zostali wyłączeni, zgodnie z zasadą, Ŝe nie naleŜy naraŜać

98
juŜ w pierwszym starciu własnej kadry dowódczej. Turkman teŜ nie brał udziału, 
poniewaŜ jemu przypaść miało zadanie poprowadzenia grupy z powrotem, gdyby mnie 
coś się przytrafiło.

W ten sposób objąłem dowodzenie grupą wypadową składającą się ze Scariona-74, 

sierŜanta Serne'a i gwardzisty o nazwisku Vasari. Vasari był juŜ wcześniej na 
Asgardzie. Dostał wtedy pierwszorzędną robotę: kiedy zeszliśmy w głąb poziomów, 
pilnował pojazdów. Praktycznie więc pod powierzchnię Asgarda nigdy nie trafił.

Wróciliśmy na poziom pierwszy zwyczajnym przejściem działającym na zasadzie 

ś

luzy powietrznej. Zabezpieczenia w tego typu przejściach to przewaŜnie proste 

urządzenia mechaniczne, więc czas ani zimno nie wyrządziły im większej szkody i 
łatwo było pracownikom Centrali przywrócić je do stanu uŜywalności. Tysiące takich 
przejść zostało naniesionych na mapę w promieniu kilku kilometrów wokół peryferii 
Miasta, choć zdecydowana większość łączyła poziom pierwszy i drugi. Ze 
schodzeniem na trzeci jest trochę inaczej. Dodatkowo w tym rejonie bardzo trudno jest 
dotrzeć do strefy czwartej, bo bezpośrednio pod Miastem nie ma Ŝadnych większych 
hal i na ile Centrala Koordynacji Badań zdołała ustalić, tamtejsze obszary wydają się 
wypełnione.

Zaślepienie korytarza poszło nam szybko. Byliśmy stłoczeni w komorze wielkości 

kabiny statku kosmicznego i musieliśmy rozpychać się przy posługiwaniu się sprzętem. 
Taka ograniczona przestrzeń pozwala na oszczędne zrównowaŜenie temperatury i 
ciśnienia, ale zwiększa niebezpieczeństwo wypadku przy cięciu. Większą część pracy

99
wziął na siebie Serne — działał szybko i sprawnie. Kiedy przeszliśmy na drugą stronę, 
bardzo zręcznie ściągnął do siebie krawędzie rozcięcia. Trzeba by bardzo blisko podejść, by 
dostrzec, Ŝe coś tam było robione. Pracowaliśmy przy świetle reflektorów — korytarz był 
mroczny. Znajdowaliśmy się w dawnej dzielnicy mieszkaniowej, nie odbudowanej przez 
przybyłych później kolonizatorów z galaktyki. Na polach produkcyjnych światła paliły się 
bez przerwy, ale to miejsce było pewnie najbardziej opuszczonym zakątkiem, jakie 

background image

oferowało Miasto. Zdjęliśmy skafandry i zostawiliśmy je w komorze razem z resztą sprzętu. 
Wyciągnięcie przewodów, a zwłaszcza kroplówek odŜywczych okazało się kłopotliwe i 
bolesne. Pod pewnymi względami wygodniej i łatwiej byłoby pozostać w skafandrach. Lecz 
bez nich mieliśmy wszelkie szanse uchodzić za mieszkańców Miasta, gdyby wypatrzył nas 
patrol nowych jego władców.

Ubraliśmy się w rzeczy, które zabraliśmy ze sobą — nijakie kombinezony khaki, dość 

luźne, Ŝeby zamaskować paralizatory za pasem oraz brązowe buty wykonane przy uŜyciu 
tetrańskiej organicznej technologii. Z radością odkryłem, Ŝe były wyjątkowo wygodne i 
dopasowane do ludzkiej stopy. Próbowałem kiedyś nosić buty zaprojektowane na tetrańską 
nogę, okazało się to niemoŜliwe. Nie widziałem nigdy stopy Tetra, ale sądzę, Ŝe ich palce 
muszą być dziwacznie uformowane.

Wszyscy odpowiednio się odzialiśmy i ostroŜnie ruszyliśmy mrocznym korytarzem przed 

siebie. Drogę oświetlała nam wiązka z pojedynczego reflektora.

Przebyliśmy zaledwie trzydzieści metrów, gdy wystraszył nas jakiś szelest. Zamarliśmy.

100

— Tam ktoś jest! — wykrzyknął Scarion, zanim zdąŜyłem nakazać milczenie.

Serne i Vasari wiedzieli, oczywiście, Ŝe lepiej nie otwierać ust w takiej sytuacji.
Reflektor nie wykrył niczego szczególnego, kiedy biegliśmy w stronę źródła dźwięku.

Barwa odgłosu sugerowała, Ŝe mogliśmy mieć do czynienia z jakimś gryzoniem. Na 

statkach kosmicznych podobno nie ma szczurów, ale niektóre galaktyczne ludy lubią zabierać 
ze sobą w podróŜ inne formy Ŝycia, pewnie w charakterze pupilków. Miasto Pierścieniorbity 
istniało juŜ dostatecznie długo, by nabawić się własnej zbieraniny zdziczałych czworonogów, 
Ŝ

ywiących się odpadami z pól produkcyjnych i chowających w zakazanych miejscach, 

dokładnie takich, jakie szczególnie nadawały się do naszych celów.

Po pewnym czasie usłyszeliśmy dalsze odgłosy. Tym razem teŜ nic nie wypatrzyliśmy i nie 

byłem w stanie określić, czy wydawało je jakieś małe stworzenie pierzchające w popłochu, 
czy coś, a moŜe nawet ktoś, większego. Mógł to być uciekinier z Miasta, który wziął nas za 
najeźdźców.

Spojrzałem na Serne'a, Ŝeby zasięgnąć jego rady, ale on tylko wzruszył ramionami. Nie 

miało sensu wszczynanie pogoni. W końcu ruszyliśmy dalej — mieliśmy zadanie do 
wykonania.

Dotarliśmy wreszcie do skraju strefy mroku i wyłączyłem reflektor. Wyjrzeliśmy z ukrycia 

na rozległą połać organosyntetycznej substancji przypominającej pole sztucznej trawy, 
pocięte liniami torów i chodników na sektory

101

w kształcie rombów. Sklepienie olbrzymiej hali jarzyło się jaskrawym światłem na 
wysokości piętnastu metrów.

Wszystko zdawało się funkcjonować normalnie. Odcinki ściany nośnej zasłaniały nam 

widok, lecz poprzez odstępy sięgaliśmy wzrokiem na kilkaset metrów w głąb hali. W oddali 
ujrzeliśmy automatycznie sterowaną kolejkę wlokącą się po szynach, przystającą co jakiś 
czas, by zabrać ładunek. W zasięgu wzroku nie było Ŝadnej ludzkiej istoty.

Wzięliśmy ze sobą ulotki z wiadomością zapisane w języku Tetrów, które mieliśmy 

przekazać jakiejkolwiek budzącej zaufanie osobie, mimo to, nie oburzyła mnie ani trochę 
dotychczasowa nieobecność sprzyjających nam tubylców. Im dłuŜej się rozglądaliśmy, tym 
lepiej.

• 

Dałoby się jakoś wskoczyć na ten pociąg? — spytał Serne.

• 

Pewnie — odparłem. — Ale mógłby nas zawieźć prosto w ręce najeźdźców. Mamy 

dwie moŜliwości: wyruszyć pieszo chodnikami, co moŜe wystawić nas na pewne 
niebezpieczeństwo albo zejść pod powierzchnię do tuneli przecinających termosyntetyczne 
zasobniki. Ja opowiadam się za chodnikami, po drodze będzie wiele sposobności do 
zniknięcia z pola widzenia, pod warunkiem, Ŝe pierwsi dostrzeŜemy przeciwnika.

Zaczęliśmy posuwać się przez pola produkcji Ŝywności, kierując się do centrum Miasta, 

choć nie mieliśmy zamiaru tak daleko się zapuszczać. Niebawem dostrzegliśmy pierwsze 

background image

istoty, robotników obsługujących zautomatyzowane urządzenia. Wyglądali na galaktyków, 
kilku było Zabara-nami. Pilnowałem jednak, Ŝeby nie dać się zwieść po-

102

zorom. Nie wiedzieliśmy na pewno, czy wszyscy najeźdźcy przypominali wyglądem ludzi. 
Być moŜe tylko wojska uderzeniowe składały się z ludzi wykonujących najbardziej 
niewdzięczne zadanie dla chlebodawców, których wyglądu nie mogliśmy znać.

Staraliśmy się nie rzucać w oczy do chwili osiągnięcia dogodnego stanowiska do 

prowadzenia obserwacji obwodnicy okalającej peryferie Miasta. Obwodnica tętniła Ŝyciem
— przewaŜały zautomatyzowane pojazdy transportowe
przetykane wozami bojowymi. Opancerzone samochody
przejeŜdŜały w oddali w nieregularnych odstępach, ale czy
były to wozy patrolowe, czy teŜ stanowiły część jakiegoś
przypadkowego przegrupowania wojsk, pozostawało w
sferze domysłów.

Podeszliśmy trochę bliŜej i kiedy przechodziliśmy obok urywka muru, ujrzeliśmy 

stojącego na torach humanoida sprawdzającego silnik zepsutego elektrowozu. Przyjrzeliśmy 
mu się z ukrycia. Scarion-74 zidentyfikował go jako Ksyliana. Zetknąłem się z tą rasą 
wcześniej — mieli śniadą cerę, odstające uszy i duŜe czarne, zawsze wyraŜające smutek, 
oczy. Niewiele o niej wiedziałem.

— Lepiej ja do niego podejdę — powiedział Scarion.

— Ciebie z pewnością wziąłby za jednego z najeźdźców.

— O'kay — zgodziłem się. — Ruszaj.

Tetr wyszedł z ukrycia i wspiął się na chodnik prowadzący do torów, po których jeździła 

kolejka. Ujrzawszy go, Ksylian rozejrzał się niepewnie wokoło. Rozmawiali około piętnastu 
minut, przez cały czas przygryzałem wargi w zniecierpliwieniu, potem Scarion odwrócił się i 
przywołał nas. Nie sposób było poznać po zupełnie obcym wyrazie

103

twarzy Ksyliana, jak zareagował na nasz widok. Zdołaliśmy przycupnąć za kolejką, stając się 
praktycznie niewidoczni dla przypadkowych przechodniów, po czym nastąpiła błyskawiczna 
wymiana informacji.

— On mówi, Ŝe w Mieście panuje spokój — powiedział Scarion. — W pierwszych 

godzinach inwazji stawiano krótkotrwały opór, ale oficerowie wojsk pokojowych otrzymali 
od przełoŜonych rozkaz złoŜenia broni i zakończył się rozlew krwi. Początkowo najeźdźcy 
wypędzili wszystkich galaktyków z domów i ustawili w szeregu na ulicach, później pozwolili 
niemal wszystkim powrócić do zwykłych zajęć. Zatrzymali ruchome chodniki i zamknęli 
kilka innych systemów Miasta. Mówi, Ŝe co najmniej dwadzieścia lub trzydzieści tysięcy, 
ogromna siła, najeźdźców brało udział we wstępnych bojach. Od tamtej pory mogli 
przerzucić do Miasta następne dwadzieścia tysięcy, ale nie moŜemy za bardzo polegać na 
jego zdaniu. Przejęli część kwater mieszkalnych i wielu mieszkańców Ŝyje teraz po trzech 
lub czterech w jednym pokoju. Mówi, Ŝe bariera językowa sprawiała z początku olbrzymie 
trudności. Nadal stwarza wiele problemów. Obcy potrzebują jego i innych galaktyków, 
poniewaŜ nie znają się na urządzeniach. Boi się, Ŝe nie potrafi zrozumieć, czego od niego 
oczekują. Najeźdźcy tak naprawdę nie zdołali jeszcze rozgryźć, kto co robi i jakie prace są 
niezbędne do kierowania Miastem. Mówi, Ŝe są głupi i w ogóle nie rozumieją tetrańskiej 
techniki; Tetrowie najwidoczniej nie chcą z nimi współpracować. Mają wielkie problemy z 
utrzymaniem funkcjonowania Miasta, a ich własna technika jest prymitywna.

To mnie zdziwiło. Zakładałem, Ŝe mimo aparycji nean-

104

dertalczyków Asgardyjczycy muszą być przynajmniej tak rozwiniętą rasą, jak Tetrowie. Jeśli 
Ksylian się nie mylił, to wyłącznie przewaga liczebna umoŜliwiła najeźdźcom opanowanie 
Miasta. A teraz, kiedy juŜ nim zawładnęli. nie mieli pojęcia, jak nim zarządzać.

• 

On uwaŜa, Ŝe zginęło więcej ludzi, niŜ wymagała tego sytuacja — ciągnął Scarion. — 

background image

Podobno zastrzelono tysiące ludzi, ale nie jest pewny, na ile moŜna tym pogłoskom wierzyć. 
Wielu mieszkańców, zwłaszcza Tet-rów, wywieziono na niŜsze poziomy, nikt nie wie dokąd. 
Ta zsyłka trwa, choć na to, Ŝeby wywieźć całą ludność Miasta, trzeba lat. Prawdopodobnie 
najeźdźcy chcieliby całkowicie przejąć kontrolę nad Miastem, ale galaktycy są im niezbędni, 
poniewaŜ znają się na obsłudze urządzeń. Mówi, Ŝe nie sprawia mu większej róŜnicy, czy 
pracuje dla Tetrów, czy dla intruzów, ale tych ostatnich się boi.

• 

Jaki sprzęt dowoŜą na powierzchnię? — spytałem, kierując pytanie wprost do 

Ksyliana.

Mówił parole z dziwnym akcentem, lecz nie mieliśmy problemów z wzajemnym 

zrozumieniem.

• 

Wozy opancerzone, duŜo broni. Mocno główkują, próbując nauczyć się obsługi całej 

maszynerii. Wielu z nich uczy się parole, wykorzystują do tego mieszkańców jako 
nauczycieli.

• 

Czy wszyscy wyglądają tak jak ja, czy są wśród nich jakieś inne rasy?

• 

Wszyscy widziani przeze mnie byli podobni do ciebie. Choć słyszałem o innych ludach 

zmuszanych do niewolniczej pracy na ich rzecz.

• 

Człekopodobne?

105

• 

Tak, ale nie wiem, do jakiej galaktycznej rasy są najbardziej zbliŜone. Nie widziałem 

Ŝ

adnego z nich, a przy-najmniej nie zwróciłem uwagi.

• 

Jak łatwo jest poruszać się na powierzchni? Czy moglibyśmy wyjść na ulice bez 

naraŜenia się na schwytanie?

• 

To raczej trudne. Starają się trzymać ludzi z dala od ulic. Wydają przepustki wypisane 

dziwnym alfabetem. PoniewaŜ nikt nie rozumie ich języka, trudno te przepustki podrobić.

• 

Czy rozmowy telefoniczne są bezpieczne, czy teŜ są w stanie nas podsłuchać?

• 

Nie wiem. Nie znają się na tetrańskich systemach łączności, ale posiadają własne 

telefony.

JuŜ wcześniej domyśliliśmy się, Ŝe rozmowy telefoniczne mogą być ryzykowne.
— Czy bezpieczne jest poruszanie się tu na dole?
Ksylian potrząsnął głową i nie byłem pewien, jak ten

gest zinterpretować.

— MoŜe — odparł niezobowiązująco. — Pozwalają

ludziom pracować. Rozpaczliwie starają się utrzymać
i usprawnić produkcję Ŝywności. Odkryli, jaki pokarm
najlepiej im słuŜy i próbują zwiększyć jego produkcję, ale
nie wiedzą jak. Tetrowie nie chcą im pomóc.

Większość Ŝywności wytwarzanej na polach produkcyjnych składa się z rozmaitych 

gatunków „manny" — wieloskładnikowej odŜywki ściśle dopasowanej do potrzeb Ŝy-
wieniowych poszczególnych grup humanoidów. W Mieście Pierścieniorbity przebywało 
wiele gatunków istot człeko-podobnych, tak Ŝe niezbędna stała się produkcja ośmiu do 
dziesięciu rodzajów „manny". Jeśli kierować się wyglądem

106
zewnętrznym, najeźdźcom potrzebna była stara odmiana manny, produkowana w znacznie 
mniejszych ilościach od ulubionej odŜywki Tetrów, czy odmiany specjalnie przeznaczonej 
dla istot wyłącznie mięsoŜernych jak vormyro-wie, albo ścisłych wegetarian jak Sleathowie.

• 

Jest sposób na to, Ŝeby rozejrzeć się na powierzchni — powiedział Serne.

• 

Mianowicie? — spytałem.

• 

Zatrzymać wóz bojowy, załatwić załogę i przebrać się w ich mundury. Potem 

moglibyśmy najeździć się do woli.

• 

Zbyt melodramatyczne. MoŜe później.

• 

Proszę, idźcie juŜ — odezwał się Ksylian, sądząc, Ŝe jeśli doszliśmy juŜ do etapu, na 

którym mogliśmy rozmawiać między sobą, powinniśmy zabrać się stąd i przestać 
przyprawiać go o zawał serca.

background image

• 

Czy mógłbyś przekazać wiadomość jakiemuś Tet-rowi na powierzchni? — spytałem. 

— Najlepiej jakiemuś o wysokim numerze.

Ksylian zastanowił się. Chyba chciał odmówić. Jednak jego pierwszym obowiązkiem była 

lojalność wobec Tetrów i pomyślał, Ŝe Tetrowie najprawdopodobniej tu powrócą i znów 
obejmą władzę. Kiedy ten czas nadejdzie, o wiele bezpieczniej będzie być tym, który 
pomógł, niŜ tym, który odmówił.

— Spróbuję — powiedział, ponownie kiwając głową.
Scarion   wyciągnął  zawczasu   przygotowany  zapisany

tekst w języku Tetrów. Ksylian nie był w stanie odczytać go w większym stopniu niŜ 
najeźdźcy. Sądziliśmy, Ŝe tak będzie bezpiecznie — Ksylian będzie w stanie wymyślić tuzin 
powodów, dla których znalazł się w posiadaniu

107

kawałka papieru z niezrozumiałym tekstem, jeśli ktoś go o to spyta.

Niczym nie ryzykował, podejmując się jego doręczenia.
Ja takŜe nie byłem w stanie tego tekstu odczytać, ale Tulyar wyjaśnił, Ŝe było to 

zaproszenie na spotkanie i prośba o szczegółowe dane dotyczące sytuacji w Mieście. 
Zakładaliśmy, Ŝe Tetrowie pozostający w Mieście nadal gromadzą informacje, choć kanały 
ich przekazywania zostały zablokowane.

Ksylian schował kartkę do kieszeni, wiedząc, Ŝe była to cena za pozostawienie go w 

spokoju.

Nie mieliśmy zamiaru stawiać wszystkiego na jedną kartę, więc ruszyliśmy dalej, by 

nawiązywać kontakty w mniej więcej taki sam sposób. Nie dowiedzieliśmy się wiele 
nowego, poza kilkoma zasłyszanymi pogłoskami, raŜąco niewiarygodnymi, ale uzyskaliśmy 
potwierdzenie spostrzeŜeń Ksyliana. Wszyscy nasi rozmówcy byli zgodni co do tego, Ŝe 
najeźdźcy pod względem technicznym byli prymitywnym ludem i Ŝe mieli cholerne kłopoty, 
próbując rozgryźć, w jaki sposób przejąć kierowanie maszynerią pozostawioną przez Tetrów. 
Najeźdźcy nie byli Ŝyczliwie usposobieni do Tetrów, poniewaŜ ci nie kwapili się z pomocą.

Zaniepokoiło mnie to. Tetrowie referujący nam zagadnienie musieli o tym wiedzieć, lecz 

pominęli to. Zakładałem, Ŝe bali się najeźdźców z powodu ich domniemanej przewagi 
technicznej, ale teraz wyglądało na to, Ŝe martwią się o swych ludzi tkwiących w rękach 
barbarzyńców. Sądziłem teŜ, Ŝe inwazja była odpowiedzią na moje wtargnięcie na niŜsze 
poziomy, lecz nie było jak dotąd

108

Ŝ

adnego dowodu na to, Ŝe między najeźdźcami a biotech-nicznie ukierunkowanymi 

superistotami, które przygarnęły Myrlina, istnieje jakiś związek. MoŜe najeźdźcy byli tylko 
pionkami — jeśli tak, to dlaczego gracze nie ujawnili się, by pomóc im przezwycięŜyć 
techniczne problemy?

Mieliśmy jeszcze zbyt wiele zadań do wykonania, Ŝebym mógł dłuŜej nad tym się 

zastanawiać. Wręczyliśmy kilka następnych zaproszeń do przekazania Tetrom na powierz-
chni — jedno Zabaranowi, drugie Turkanowi. Nie zauwaŜyliśmy Ŝadnych Tetrów ani nie 
zbliŜyliśmy się na tyle do najeźdźców, by nas dostrzeŜono.

Kiedy zbieraliśmy się w drogę powrotną do bazy, uwaŜałem, Ŝe moŜna uznać ten dzień za 

umiarkowanie udany. Około sześć godzin spędziliśmy na plantacjach. Nie znaleźliśmy do 
zjedzenia nic, co odpowiadałoby mnie, Sernowi czy Vasariemu, chociaŜ Scarion znalazł 
sobie kilka przekąsek.

W drodze powrotnej przekonani byliśmy, Ŝe nic gorszego, nie po naszej myśli, nie moŜe 

się zdarzyć. Wybiegałem myślą w przód do następnego niebezpiecznego etapu — do 
wyruszenia na umówione spotkanie w celu wybadania, co z tego wszystkiego wyszło.

Ale, jak zauwaŜyłem wcześniej, plany mają okropną skłonność do wypaczania się.
Kiedy dotarliśmy z powrotem do szczeliny, przez którą wyszliśmy, nie było dwóch z 

naszych czterech termo-skafandrów.

12

background image

N

ie trzeba było być geniuszem, by domyślić się, co się stało. Słyszeliśmy nawet, jak ktoś się 
porusza, kiedy przeszliśmy na drugą stronę. Wyrzucałem sobie, Ŝe tak łatwo dałem wtedy za 
wygraną. Spojrzałem na Serne'a Słyszałem niemal, jak mówi sobie w duchu, Ŝe powinniśmy 
byli zostawić straŜ. Teraz to było aŜ za bardzo oczywiste, ale wówczas na to nie wpadłem ani 
on mi tego nie podsunął.

To tyle, jeśli chodzi o wartość szkolenia Gwardii Gwiezdnej.

• 

Jakiś samotny szperacz — stwierdziłem rozgoryczony — ukrywający się przed 

najeźdźcami.

• 

Musiało być ich dwóch — powiedział Scarion. — Zniknęły dwa skafandry.

• 

Nie — obstawałem przy swoim. — Gdyby było dwóch, stracilibyśmy wszystko. Ten 

zabrał tylko przyrząd do cięcia i dwa skafandry, tyle mniej więcej jest w stanie udźwignąć 
jeden człowiek.

W pewnym sensie mieliśmy szczęście. Bystrzejszy złodziej ukryłby dwa skafandry i 

przyrząd w jakiejś ciemnej norze i wrócił po resztę. MoŜe ten nie miał tyle tupetu. 
Najprawdopodobniej ucieszony porwał łup i czmychnął, upewniając się, Ŝe kiedy powrócimy 
na scenę przestępstwa, on będzie juŜ daleko, daleko stąd.

Uświadomiłem sobie nagle, Ŝe jego odejście w popłochu nie oznacza wcale, Ŝe nie wróci 

wkrótce po resztę zdobyczy. Oznaczało to jedynie, Ŝe nie przybędzie sam.

Wystarczającym nieszczęściem było juŜ to, Ŝe nasz kanał

111

przerzutowy do Miasta stał się bezuŜyteczny. Teraz na dodatek musieliśmy pogodzić się z 
tym, Ŝe moŜe okazać się magnesem ściągającym wszystkie okoliczne męty.

Wobec utraty dwóch skafandrów i dalszych kłopotów w zanadrzu, nasze moŜliwości 

działania były ograniczone. Mogliśmy pozbierać resztę sprzętu i iść dalej, próbując znaleźć 
inny, bezpieczniejszy przesmyk prowadzący do Miasta, ale to wydawało się bezcelowe. 
Uznałem, Ŝe czas się rozdzielić. Dwóch z nas, odciętych w ten sposób od bazy, zostanie w 
Mieście, podczas gdy druga dwójka podąŜy z niewesołą nowiną do pani pułkownik i Tulya-
ra-994.

— Te skafandry nie przydadzą mu się na nic — skarŜył

się Scarion. — Kroplówka nie będzie pasować do jego
metabolizmu, jeśli nie naleŜy do jakiegoś gatunku blisko
spokrewnionego z moim albo twoim.

Po zbadaniu okazało się, Ŝe wśród skradzionych skafandrów znalazł się skafander 

Scariona. Drugi naleŜał do mnie.

— MoŜe nie będzie nim w pełni zachwycony — odpar

łem — ale ten skafander jest w stanie podtrzymać go przy
Ŝ

yciu dość długo, by zafundować mu podróŜ w głąb

poziomów, jeśli taki jest plan złodzieja. Właściwie kaŜdy
humanoid przeŜyłby kilka dni w twoim lub moim skafan
drze. Ale złodziej nie będzie chyba sam z nich korzystał.
Podejrzewam, Ŝe zrobił to z myślą o czarnym rynku.
Najbardziej idiotyczne jest to, Ŝe pewnie sprzeda je komuś
stojącemu po naszej stronie, komuś, komu bardzo zaleŜy
na przekazaniu informacji z Miasta, do którejś z kopuł
Centrali w nadziei, Ŝe stamtąd zostanie nadana do Tetrów

111

na orbicie. Jeśli nabywca zorientuje się, skąd pochodzą te skafandry...

• 

Nie jest tak źle wtrącił Serne. W bazie są przecieŜ zapasowe. Chcesz mój? MoŜna w 

kilka godzin donieść tu dwa skafandry. A ja poradzę sobie tu tak długo, jak będzie trzeba.

• 

Nie zdecydowałem. Pójdziesz ty i Vasari. Alenie wracajcie tu, to zbyt ryzykowne. 

background image

Turkan doprowadzi was do drugiego zaplanowanego punktu przerzutowego. Scarion i ja 
udamy się tam bezpośrednio stąd, idąc od strony Miasta. To na tym poziomie, nie więcej niŜ 
dziesięć kilometrów marszu. Spotkamy się jutro o... ten cholerny miejscowy czas... dokładnie 
o 25.00.

Serne zmarszczył brwi.

— Nie mamy pewności, Ŝe ten drugi punkt jest bez

pieczniejszy od tego — zauwaŜył.

Miał rację.

— Czasami — przypomniałem mu — trzeba po prostu

zaryzykować. Zresztą, mając tylko paralizatory do obrony,
nie będziemy w stanie stawiać tutaj oporu. Lepiej stąd się
wynieść. Przebywaliśmy tam cały dzień, na polach jest
stosunkowo bezpiecznie. Wolę działać w pełnym świetle,
niŜ siedzieć jak szczur w pułapce.

Serne nadal miał zastrzeŜenia, ale przyznał mi rację. Kiedy załoŜyli skafandry, Scarion i ja 

przeszliśmy na drugą, „miejską" stronę zapory, Ŝeby Serne i Vasari mogli na nowo ją złączyć 
przed otwarciem tej zewnętrznej.

— Chyba powinieneś tam pójść — powiedział Tetr.

— Skafander sierŜanta pasowałby na ciebie.

— Coś mi mówi — wyjaśniłem - Ŝe kapitan Gwardii

112

nie powinien zostawiać swej grzęznącej misji na łasce losu. Nie przystoi to chyba 
gwardziście.

Ironizowałem, rzecz jasna, ale Tetr wziął to za doskonałą odpowiedź.

— Rozumiem  - powiedział.

Kwestie słuŜby i obowiązku są dla Tetrów o niskiej pozycji społecznej aŜ nadto 

zrozumiałe.

Zaszeleściło coś nie opodal i kiedy błysnąłem reflektorem, wiązka oświetliła na 

ułamek sekundy jakieś kosmate stworzenie czmychające w popłochu. Wypuściłem 
oddech, powoli.

— Musimy wydostać się z tuneli — rzuciłem. — Bez

pieczniej będzie w świetle.

Szliśmy z powrotem mrocznym korytarzem, szybko lecz ostroŜnie. Spóźniliśmy się.
Kiedy dotarliśmy do końca tunelu i wyjrzeliśmy z ukrycia na pola produkcyjne, od 

razu dostrzegliśmy grupę humanoidów biegnących w naszym kierunku.

— Merde! — zakląłem.
Jedno spojrzenie wystarczyło, bym się upewnił, Ŝe gorzej nie mogliśmy trafić. 

Pędziło ku nam trzech vormyrów i trzech Spirellyjczyków. Wyglądali tak szkaradnie i 
nikczemnie, jak wszyscy ich ziomkowie. Ogarnęły mnie złowieszcze podejrzenia, Ŝe 
nasze szanse na zwerbowanie ich do zaszczytnej walki przeciw obcym najeźdźcom 
rysują się kiepsko. Najwidoczniej drań, który podprowadził nam skafandry, spiknął się 
jakoś ze swymi kompanami.

Wycofaliśmy się trochę w głąb korytarza. Zastanawiałem się, czy mamy szansę 

ukrycia się, ale odrzuciłem ten pomysł. Te hieny mogą być obeznane z terenem, a kiedy

- Najeźdźcy Centrum

113

odkryją, Ŝe zniknęła reszta sprzętu, zaczną nas ścigać. Vormyrowie podobno dobrze widzą w 
przyćmionym świetle i nie miałem ochoty bawić się z nimi w ciuciubabkę. Na naszą korzyść 
przemawiało jedynie to, Ŝe moŜe nie wiedzieli jeszcze o naszym powrocie. Mieliśmy szansę 
wziąć ich przez zaskoczenie.

ś

ałowałem, Ŝe nie ma u mojego boku Serne'a albo Vasariego. Byli bitnymi Ŝołnierzami, 

potrafiliby swobodnie rozprawić się z całą tą zgrają. Scarion-74 był tetrańskim oficerem 
imigracyjnym i walka zdecydowanie nie leŜała w jego charakterze.

background image

— Musimy urządzić zasadzkę — powiedziałem.
Skinął nerwowo głową.
Czekaliśmy, trzymając paralizatory w pogotowiu. Moje samopoczucie dalekie było od 

spokoju wewnętrznego. Jak udało mi się wcześniej dostrzec, jeden z vormyrów miał pistolet 
igłowy i byłoby niedorzecznym optymizmem zakładać, Ŝe pozostali są nieuzbrojeni.

Co gorsza, miałem okropne podejrzenia, Ŝe wkrótce mogą się dowiedzieć, z kim mają do 

czynienia. Amara Guur nie był typem człowieka otoczonego gronem przyjaciół, ale pojęcie 
wendetty wśród vormyrów nie opierało się na więzach przyjaźni. Gdyby mnie rozpoznali, 
tym bardziej Ŝarliwie łaknęliby mojej krwi.

— Załatw najpierw trzech vormyrów — szepnąłem do

Scariona. — Spirellyjczycy są niebezpieczni, ale vormy
rowie są gorsi.
Skinął głową na znak zrozumienia. Zaraz kiedy wyłonili  się  zza  zakrętu   i   ich  sylwetki 
rysowały się wyraźnie w świetle hali, wystrzeliłem w kie-

114

runku uzbrojonego w iglaka vormyra. Naciskałem spust, starając się zbryzgać mazią, 
ilu tylko się da. Scarion-74, zdaje się, w panicznym rozgorączkowaniu raził jeszcze 
szybciej.

Sęk jednak w tym, Ŝe efekty raŜenia paralizatora nie zawsze są widoczne od razu. 

Johnowi Finnowi strzyknąłem w rozchylone usta, a nawet on zginał się powoli. 
Bardziej wstrząs niŜ środek paraliŜujący obezwładnił go na tyle, Ŝe nie mógł odpłacić 
mi tym samym, chociaŜ wciąŜ jeszcze zachowywał przytomność umysłu.

Ci natomiast mieli szybki refleks, a poza tym część ładunku musiała przesiąknąć 

przez odzieŜ. Wtargnąwszy w mrok korytarza z jaskrawo oświetlonej hali, praktycznie 
byli ślepi, ale nie musieli widzieć, by zdobyć się na reakcję.

Posiadacz iglaka został trafiony czysto i nie zdołał z niego wystrzelić, mimo Ŝe 

wyrwał go z kabury. Jeden ze Spirellyjczyków dobył staroświeckiego rewolweru. Nim 
zdąŜył odwieść kurek, nogi ugięły mu się w kolanach.

Pozostali, niestety, uzbrojeni byli w noŜe i szybko zaczęli wymachiwać ostrzami.

Jeden z vormyrów rzucił się na mnie szczupakiem. Błyskawicznie podrywając nogę, 

kopnąłem go w przeponę, poprawiłem cios waląc go z boku kantem dłoni. Czający się 
za jego plecami Spirellyjczyk o mały włos by mnie dopadł, ale jego pchnięcie przeszło 
obok, poniewaŜ potknął się o ciało vormyra. Uderzyłem go tylko raz, potem dawka 
cieczy pozbawiła go przytomności.

Udało mi się, a mogło skończyć się inaczej.
Scarion-74 nie miał tyle szczęścia.

7*

115

Kiedy wszyscy padli, przestałem strzelać. Ładunek od jakiejś chwili i tak był wyczerpany. 

Scarion leŜał razem ze szkaradami. Nadzieja, Ŝe on teŜ został trafiony jakimś zabłąkanym 
bryzgiem mazi, zgasła we mnie niemal natychmiast. Musiałem wyplątać go z objęć padłego 
vormyra. a kiedy kopniakiem strąciłem ze Scariona jego ciało, dostrzegłem, Ŝe śmiertelnie 
krwawił z rany zadanej noŜem w pierś. Próbował coś powiedzieć, ale ostrze przebiło płuco i 
kaszlnął tylko krwią. Nie byłem w stanie mu pomóc, zmarł w chwilę później.

Wyłuskałem paralizator z zastygłej owłosionej ręki — posiadał jeszcze niewielki ładunek. 

Wsunąwszy go za pazuchę, odrzuciłem swój na bok.

Potem skierowałem uwagę na sześciu zbirów. Wszyscy leŜeli bez czucia. Trąciłem 

jednego butem, nie chcąc ryzykować zabrudzenia rąk cieczą, która wciąŜ mogła przylegać do 
ich odzieŜy. Podniosłem bez przekonania iglaka i rewolwer.

Wiedziałem, Ŝe odejść tak po prostu byłoby z mojej strony lekkomyślnością. Logiczną 

rzeczą byłoby naszpikować igłami leŜące ciała i zaciągnąć je potem dalej w głąb mrocznego 
korytarza, dostarczając gryzoniom solidnego, smacznego posiłku. Seme nie wahałby się ani 
chwili, podobnie Susarma Lear. Istniała przecieŜ moŜliwość, Ŝe natknę się jeszcze kiedyś na 

background image

te „ślicznotki", które wcale nie będą miały zamiaru powiedzieć „dziękuję", lecz od razu 
skoczą mi do gardła.

Ale nie mogłem tego zrobić, nie mogłem tak po prostu ich zabić, kiedy leŜeli bez czucia. 

Przeklinałem siebie za to, Ŝe jestem mazgajowatym głupcem. Nie byłem dumny ze

116

swojej słabości. Wiedziałem, Ŝe przynoszę ujmę mundurowi Gwardii.

Zabrałem iglaka i rewolwer i zostawiłem ich. Ŝeby to odespali.
To krótkie, brutalne starcie osłabiło mnie. Nogi uginały mi się w kolanach i nie mogłem 

opędzić się od widoku tryskającego krwią torsu Tetra. Dobrze, Ŝe od dłuŜszego czasu nie 
miałem nic w ustach. Czułem się wystarczająco fatalnie i bez tego, choć wiedziałem, Ŝe 
wymiotować nie będę.

W miarę jak posuwałem się szybko naprzód wąskim chodnikiem, którym wcześniej 

szliśmy razem, mdłości ustąpiły miejsca palącemu pragnieniu. Musiałem wetknąć głowę w 
jeden z kanałów nawadniających sztuczne pola uprawne, Ŝeby łyknąć trochę nasyconej 
minerałami wody. Rozjaśniło mi to nieco umysł i przypomniało, Ŝe hieny nie są jedynym 
zagroŜeniem, którego naleŜy się strzec. Nic dobrego nie mogło wyniknąć z lekcewaŜenia 
najeźdźców.

Usadowiłem się w rowie na skraju pola, Ŝeby poukładać sobie wszystko w głowie. 

Próbowałem skupić się na odtworzeniu z pamięci planu Miasta, nad którym tyle ślęczeliśmy 
z Tulyarem.

Miejsce wybrane przez nas jako drugie najdogodniejsze do przeniknięcia na obszar Miasta 

było, jak powiedziałem Serne'owi, odległe o niecałe dziesięć kilometrów. Mógłbym to 
przejść w kilka godzin. Byłem przekonany, Ŝe odnajdę to miejsce nawet w ciemnościach. 
Przy odrobinie szczęścia poszłoby łatwo, lecz nadmierna pewność siebie to głupota. Jeśli 
rabusie byli tu, mogli być równieŜ tam. Nie sposób ustalić, ilu mieszkańców pierzchło przed 
inwazją w mrocz-

117

ne zakamarki Miasta. Poza tym, stale musiałem wystrzegać się najeźdźców.

Ruszyłem dalej z bardziej rozsądnym nastawieniem, kierując się do umówionego z 

Sernem punktu.

Samopoczucie miałem kiepskie. Pogorszyło się jeszcze, kiedy przeklinałem swego pecha, 

zadając sobie pytanie, czym zasłuŜyłem na tak złe traktowanie ze strony okrutnego losu. 
Resztki optymizmu wykruszyły się, teraz oczekiwałem najgorszego.

Jak wiele z mych smętnych przeczuć, tak i to miało się wkrótce ziścić.

13

D

rugie miejsce, z góry wyznaczone przez nas jako dogodny punkt przeniknięcia do podziemi 
Miasta, bardzo przypominało pierwsze. Był to zaślepiony tunel w labiryncie korytarzy na 
skraju pola produkcyjnego.

Tetrowie przywrócili tutaj pola do uŜytku dokładnie tak jak w okolicach naszego 

pierwszego punktu przerzutowego. Na bazie systemu pozostawionego przez halowców 
zbudowali własny, ale nie wykorzystali w Ŝaden sposób kwater mieszkalnych na skraju pola. 
Zostawili je w stanie dewastacji, nie instalując Ŝadnego oświetlenia. Według naszych 
obliczeń, korytarze te powinny być równie opustoszałe teraz, jak od niezmierzonej ilości lat.

Ale nie były. Kwatery zajęli najeźdźcy.
JuŜ z daleka dostrzegłem, Ŝe chodniki i drogi kolejowe

118

background image

roją się od umundurowanych neandertalczyków. Zszedłem niŜej, do ciasnych tuneli pod 
warstwą fotosyntetycznych dywanów, gdzie zbierano plon całej produkcji, ale i tam było 
mnóstwo najeźdźców. Powęszyłem trochę po okolicy. Podchodziłem moŜliwie jak najbliŜej, 
nie naraŜając się na ryzyko zdemaskowania, nim zrozumiałem, dlaczego jest ich tak wielu.

Był to zakątek pola uprawnego, moŜe jedyny w swoim rodzaju, gdzie Tetrowie zwykli 

wytwarzać odmianę manny najlepiej nadającej się na ludzki pokarm. Ludzie nie byli jedyną 
rasą, która odŜywiała się tą wersją jednoskładnikowej diety. SpoŜywali ją równieŜ bardzo do 
nas podobni Kythajczycy. Dla wielu innych ras była ona niestrawna. W zasadzie kaŜdy 
gatunek preferował smaki i konsystencje stosowane we własnej odmianie manny.

Ksyliański informator uprzedził nas, Ŝe najeźdźcy mają kłopoty z wytwarzaniem Ŝywności. 

Jeśli w tym zakątku wytwarzany był najbardziej odpowiadający im pokarm, nic dziwnego, Ŝe 
zjeŜdŜali się tutaj, usiłując wykombinować, w jaki sposób przestawić inne działy systemu na 
produkcję ludzkiej odmiany manny.

Najeźdźcy mieli chyba cholerne kłopoty z wyŜywieniem wojsk. PodróŜ na górę z 

poziomów, które zamieszkiwali, była pewnie udręką, a ich elewatory — przeciąŜone wielką 
ilością przerzucanej Ŝywności, a takŜe wozów bojowych i Ŝołnierzy. Jeśli chcieli utrwalić 
swoją władzę nad Miastem i sprawnie nim zarządzać, musieli zacząć produkować Ŝywność 
na miejscu. Naglącą potrzebą chwili musiało być dla nich opanowanie zarówno 
wykorzystywanej tu tetrań-skiej biotechniki, jak równieŜ systemów sterujących trans-

119

portem i dystrybucją manny. Garstka kolejek automatycznych, posapując łagodnie, 
obsługiwała obszary połoŜone poniŜej wielkich punktowców, stanowiących trzon dzielnicy 
mieszkaniowej Miasta. Z pewnością wystarczała do przewozu Ŝywności dla dwóch setek 
ludzi, pięciuset Kyth-najczyków i kilku reprezentantów innych ras na dokładkę. Ale 
najeźdźcy chcieli wprowadzić do Miasta dziesiątki tysięcy Ŝołnierzy, a kaŜdy wie, Ŝe armia o 
pustym Ŝołądku nie wałczy.

ZauwaŜyłem kilku Tetrów w towarzystwie agresorów. Ich obecni panowie, zdaje się, 

usilnie starali się z nimi porozumieć, lekcje języka zaczynały dawać pierwsze wyniki. 
Przynajmniej niektórzy spośród najeźdźców potrafili posługiwać się parole. Ale znajomość 
natury Tetrów podpowiadała mi, Ŝe problemy ze słownym kontaktem nie zostaną tak szybko 
przezwycięŜone. Jak mówi stare przysłowie: MoŜesz doprowadzić konia do wody, ale nie 
zmusisz go, by pił. MoŜna nauczyć się rozmawiać z Tet-rami, ale nie moŜna zmusić ich, Ŝeby 
rozumieli. Gotów byłem się załoŜyć, Ŝe Tetrowie starali się być jak najbardziej grzeczni i 
skorzy do pomocy, nie dopuszczając jednak nigdy do tego, by najeźdźcy uzyskali od nich 
potrzebne im informacje.

Im dłuŜej ich obserwowałem i im więcej widziałem ich własnej techniki, tym słuszniejsze 

wydawało mi się stwierdzenie Ksyliana: najeźdźcy byli prymitywnym ludem. PoniewaŜ tak 
bardzo byli do nas zbliŜeni wyglądem, łatwo było wziąć ich za ludzi z naszej przeszłości. 
Wszystko wskazywało na to, Ŝe nie są nawet tak rozwinięci jak my. Mogliby zabłąkać się z 
naszego dwudziestego, a najwyŜej

120

dwudziestego pierwszego wieku. Batalion Gwardii wyposaŜony w standardową broń 
rozniósłby na strzępy trzy-ałbo czterokrotnie przewyŜszający go liczebnie oddział 
neoneandertalczyków.

Rachunek ten nie dawał mi spokoju. Łatwo było zrozumieć, w jaki sposób armia 

barbarzyńców wykorzystując przewagę zaskoczenia, zdołała zawładnąć Miastem Pierś-
cieniorbity. Nie posiadało ono obrony w pełnym tego słowa znaczeniu, nie licząc małego 
korpusu oficerów pokojowych. Ale nie mogłem pojąć, jak taka armia mogłaby utrzymać 
panowanie nad Miastem, gdyby Tetrowie przeprowadzili odpowiednio zaplanowane 
powstanie. Zacząłem zastanawiać się, czy wyznaczone nam zadanie otwarcia linii 
komunikacyjnych nie jest sposobem na ustanowienie szlaków do przemycania na obszar 
Miasta chemicznej lub biologicznej, czy teŜ innej broni w celu wsparcia zbrojnego buntu.

background image

Jeśli istotnie tak było, nic dziwnego, Ŝe Tetrowie nie wspomnieli o tym. Nie mogłem 

opędzić się od podejrzeń co do sposobu, w jaki wyrobili w nas przekonanie, Ŝe najeźdźcy są 
o wiele bardziej rozwinięci, niŜ okazali się być w rzeczywistości. Musieli znać prawdę, o ile 
otrzymywali informacje z Miasta przez jakiś czas po inwazji. Coś w sposobie 
zorganizowania tej operacji wyraźnie nie grało. Cała sprawa śmierdziała na kilometr.

Znalazłem kryjówkę za stertą pustych skrzynek pod połacią fotosyntetycznego dywanu. 

Miejsce wydawało się korzystne z racji przechowywania tu Ŝywności, a ja zaczynałem 
odczuwać głód. Niestety, wyglądało na to, Ŝe trudno  mi   będzie   zdobyć   coś   do  jedzenia, 
poniewaŜ

121

magazyn tętnił Ŝyciem. Na skraju otwartej przestrzeni mieścił się końcowy przystanek 
kolejowej linii. PodjeŜdŜały tam po ładunek pociągi, a w pobliŜu znajdowała się wielka 
konsola komputerowa, poprzez którą były ustalane trasy pociągów. Był to jedynie mały 
podsystem. Główne centrum kontroli ruchu dla całości odległe było o trzydzieści kilometrów. 
Ale kaŜdy system komunikacji tej wielkości wymaga wielu wejść wprowadzających 
informację oraz pomniejszych systemów kontroli dokładnie z tego samego powodu, dla 
którego system nerwowy nie moŜe się obejść bez pęków komórek czuciowych i zwojów 
nerwowych. Wcale więc nie zaskoczył mnie widok grupy umundurowanych najeźdźców 
stojących przed ekranem i pogrąŜonych w rozmowie z dwoma galaktykami.

Galaktycy byli Kythnajczykami. Dziewięćdziesiąt procent galaktycznych ras utrzymuje, Ŝe 

nie potrafi odróŜnić ludzi od Kythnajczyków, choć nam wzajemnie nie sprawia to kłopotów. 
TuŜ po wylądowaniu na Asgardzie usłyszałem z ust swego rodaka, Ŝe podobieństwo 
Kythnajczyków do nas nie jest jeszcze wystarczającym powodem, by im ufać. MoŜe tamci 
mówili to samo o ludziach.

W kaŜdym razie, moje własne doświadczenia z Kythnajczykami nie nastrajały do nich 

przychylnie. Ostatnim, z jakim miałem do czynienia, była Jacinthe Siani, pracująca dla 
Amary Guura. ZwaŜywszy to, wydało mi się niemal pewne, Ŝe Kythnajczycy są wobec 
najeźdźców o wiele bardziej usłuŜni niŜ Tetrowie.

Po krótkiej obserwacji pogrąŜonej w rozmowie przy konsoli grupki, doszedłem do 

przekonania, Ŝe współpraca najeźdźców  z  Kythnajczykami  nie  przynosi  zbyt  wiele

122

korzyści. Ci ostatni prawdopodobnie niezbyt znali się na tetrańskiej technice. MoŜe nauczyli 
się obsługiwać systemy na powierzchni, przydatne w codziennym Ŝyciu, ale ten świat był im 
całkowicie obcy.

Próbowałem zbliŜyć się do nich, by podsłuchać, o czym mowa, kiedy przybyła następna 

grupa. Składało się na nią dwóch najeźdźców w bardziej strojnych mundurach, pewnie 
oficerskich, i cywil, którego początkowo teŜ wziąłem za okupanta. Dopiero kiedy usłyszałem 
urywek rozmowy prowadzonej w parole, zorientowałem się, Ŝe to człowiek. Nie znałem go, 
ale tak samo nie znałem dwustu pięćdziesięciu ludzi przebywających na Asgardzie, więc 
mnie to nie zdziwiło.

Widok człowieka podniósł mnie trochę na duchu, po raz pierwszy od dłuŜszego czasu. 

Miałem nadzieję, co zakrawa na paradoks, Ŝe okaŜe się on skończonym kolaborantem, 
nikczemnym zdrajcą galaktycznej sprawy. Jeśli rzeczywiście nim był, prawdopodobnie mógł 
się swobodnie poruszać w pojedynkę. Oznaczało to, Ŝe i ja mógłbym dojść, dokąd chcę, nie 
ryzykując, Ŝe zostanę aresztowany czy rozstrzelany na miejscu.

Kiedy wytęŜałem słuch, Ŝeby usłyszeć choć trochę z rozmowy, mój entuzjazm nieco 

przygasł. Rodak nie kwapił się do pomocy. Bardzo grzecznie usiłował wytłumaczyć swym 
rozmówcom, Ŝe nie jest inŜynierem-biotechnikiem, lecz pilotem statku kosmicznego i nie ma 
zielonego pojęcia o wytwarzaniu manny.

Nastąpiła wymiana zdań między nowo przybyłymi a resztą. Potem wszyscy się oddalili, 

przechodząc do początku linii kolejowej. Do pociągu doczepiony był wagon pasaŜer-

123

background image

ski. Najeźdźcy wsadzili do niego Kythnajczyka i człowieka pod eskortą sześciu straŜników. 
Oficerowie, którzy przyprowadzili człowieka, pozostali na miejscu.

Patrzyłem, jak podchodzą z powrotem do konsoli. Sądzę, Ŝe się kłócili. Pomyślałem, Ŝe nie 

mogą znaleźć nikogo, kto potrafił lub chciałby wyjaśnić, jak zrobić to, na czym im tak bardzo 
zaleŜało. Tracili z tego powodu cierpliwość, a bali się kombinować przy komputerze na 
własną rękę, by nie zawalić całej operacji ani nie sknocić czegoś w inny sposób. Do tej pory, 
zdaje się, opanowali ręczne sterowanie pociągami i to wszystko.

Nie jest łatwo przejąć wysoce zautomatyzowane miasto, kiedy nie rozumie się języka ani 

urządzeń. Z drugiej strony, ci faceci przez wszystkie te miesiące nie poczynili chyba Ŝadnych 
postępów. Głupi — tak nazwał ich Ksylian. Teraz łatwo było zrozumieć, dlaczego tak sądził. 
Ciekawe, na ile byłbym w stanie im pomóc, gdybym się tego podjął. Człowiek szybko 
przyzwyczaja się do techniki, jak do najnormalniejszej rzeczy pod słońcem, zwłaszcza Ŝe do 
dyspozycji jest zawsze tetrański mechanik. Przyszła mi do głowy myśl, która mnie 
zatrwoŜyła: ze swymi zainteresowaniami pewnymi rodzajami systemów elektronicznych 
człowiek pokroju Johna Finna mógłby się okazać o wiele przydatniejszy dla najeźdźców niŜ 
ja.

Zerknąłem na zegarek. Z oburzeniem odkryłem, iŜ czas płynie szybciej, niŜ sądziłem. Była 

22.50 i do naprędce ustalonego spotkania z Sernem brakowało nieco ponad pół godziny.

Czy mam jakąś szansę, zastanawiałem się, mimo wszystko dotrzeć tam na czas?

124

Naszła mnie okropna pokusa, Ŝeby popełnić coś rozpaczliwie nierozwaŜnego. W 

paralizatorze Scariona było jeszcze dość ładunku na załatwienie obu oficerów.

W mundurze najeźdźców, pomyślałem, mógłbym przedrzeć się przez tłum i dostać do 

korytarzy.

Istniała szansa, Ŝe wiodący do zapory odcinek tunelu nadal jest ciemny i porzucony. MoŜe 

tylko tak sobie wmawiałem. A tu nadarzała się wyjątkowa okazja do wywołania jakiegoś 
zamieszania dla odwrócenia uwagi. Podobnie jak mój nieszczęsny rodak, przesłuchiwany 
przez najeźdźców, nie byłem inŜynierem-biotechnikiem, ale o wiele łatwiej jest uszkodzić 
automatyczny system, niŜ zmusić go do działania po naszej myśli. Jak John Finn na stacji 
„Goodfellow", pomyślałem o stworzeniu małego zagroŜenia.

Chyba moja osobowość przesiąkła w końcu duchem powierzonej mi misji i zaczynałem 

rozumować jak komandos Gwardii. Zresztą miałem juŜ dość chowania się po kątach. Teraz 
odezwała się utajona dotąd, ale zawsze istniejąca we mnie Ŝyłka ryzykanctwa, inaczej w 
ogóle nie przyleciałbym na Asgard.

Dwóch oficerów za bardzo pochłoniętych było rozmową, by zauwaŜyć moje podejście. A 

kiedy jeden z nich dojrzał mnie kątem oka, było juŜ za późno. Oddałem dwa czyste strzały 
wprost w ich obnaŜone twarze. Jeden jęknął, kiedy strzyknąłem mu mazią w oko, obaj usiło-
wali dobyć szabli, ale ich systemy nerwowe skapitulowały, nogi ugięły się pod nimi i obaj 
padli u mych stóp.

Najpierw skierowałem się do konsoli i przestudiowałem klawisze oraz wyświetlone na 

ekranie symbole. Udało mi

125

się przywołać schemat całej sieci z naniesionymi w postaci światełek pozycjami pociągów na 
powierzchni i pod ziemią. Miałem na tyle rozsądku, Ŝeby nie próbować spowodować 
prawdziwej katastrofy. Chodziło o to, Ŝeby oszukać urządzenia, iŜ stało się coś strasznego, 
chciałem uruchomić wszystkie systemy awaryjne.

Wprowadziłem sygnał ratunkowy i poinformowałem komputer, Ŝe tuŜ przed jednym z 

pociągów wyrósł zaślepiony tunel. Odpowiednie światełko znieruchomiało: komputer 
włączył automatyczne hamulce. Potem zawiadomiłem go o wybuchu poŜaru w podziemiach, 
zagraŜającym Ŝyciu wielu istot. Nie musiał mi uwierzyć na słowo, miał własne czujniki 
przeciwpoŜarowe, ale nie został zaprogramowany do podejmowania ryzyka. Interweniował 
do czasu sprawdzenia informacji.

background image

Gdzieś w oddali rozdźwięczały się dzwonki alarmowe.
Próbowałem wymyślić coś innego — głębokie pęknięcie na poziomie drugim... wypadek 

wymagający pomocy medycznej .

Zacząłem juŜ spoglądać lękliwie w stronę głównego pomieszczenia magazynu, gdzie w 

którymś z kilku przejść lada chwila mogli pokazać się ludzie. Uznałem, Ŝe nie czas na dalsze 
ceregiele. Wyjąłem iglaka zabranego jednemu z zabójców Scariona. Odsunąwszy się na 
bezpieczną od rykoszetów odległość, nacisnąłem spust. Naszpikowałem metalowymi 
drzazgami całą konsolę: klawiaturę, ekrany, skrzynki rozgałęziające.

W tę awarię uwierzył na pewno. We wściekłym jazgocie rozdzwoniły się wokół mnie 

sygnalizatory alarmowe. Zata-szczyłem ciało jednego z oficerów za skrzynki, Ŝeby zyskać

126
kilka minut, nim zrobi się zbiegowisko. Ściągnąłem mu bluzę i spodnie. Okazało się to 
nadspodziewanie trudne, bo miałem do czynienia z bezwładną masą, na dodatek o 
nieporęcznym kształcie. Kiedy zacząłem wdziewać na siebie jego strój, nie zadając sobie 
trudu ściągnięcia wpierw swojego, z drugiego końca magazynu zaczęli nadciągać gapie. 
Zostawiłem całą broń nieprzytomnego najeźdźcy, oprócz szabli oficerskiej, i wyszedłem z 
ukrycia krokiem człowieka zdecydowanego, który wie, dokąd idzie. Wszędzie było mnóstwo 
Ŝ

ołnierzy okupanta, poza tym paru cywilów i garstka galaktyków. Pomaszerowałem po 

prostu do bocznych drzwi i wyszedłem. Nikt nie pisnął ani słowa. Wątpię, czy w ogóle ktoś 
mnie zauwaŜył. Uwaga wszystkich skupiona była na potrzaskanej konsoli i oficerze.

Na górze nikt nie miał pojęcia, co się dzieje. Ludzie biegali po chodnikach we wszystkich 

kierunkach. Nie chciałem być gorszy, więc równieŜ zacząłem biec, tylko Ŝe ja wiedziałem 
dokąd. Przedostałem się przez pola do korytarzy przecinających jednolitą masę, na której 
wspierały się wierzchnie warstwy Asgarda. Rozmyślnie przebiegłem obok oddziału 
Ŝ

ołnierzy, starając się ze wszystkich sił, by wyglądać jak człowiek wysłany z pilną misją, 

którego nie naleŜy pod Ŝadnym pozorem zatrzymywać.

Szło jak po maśle przez całe dziewięć dziesiątych dystansu dzielącego mnie od miejsca 

spotkania. I wtedy, w wąskim korytarzu uniemoŜliwiającym wyminięcie, wpadłem wprost na 
całą gromadę wrogich Ŝołnierzy. WyróŜniało się wśród nich dwóch z tak fantazyjnymi 
ozdobami na kurtkach, Ŝe z pewnością bili o głowę mizerotę, którego mundur sobie 
przywłaszczyłem.

127

Właśnie jeden z nich: wielki, łysy jak kolano męŜczyzna, warknął coś do mnie. Nie wiem, 

co powiedział i wszystko, na co się mogłem zdobyć, to stanąć i udawać głupiego. Nie miałem 
dokąd uciec, nie moŜna było przecisnąć się bokiem. Kiedy zbierałem się do odwrotu, 
dowódca warknął na mnie po raz drugi.

Poczułem na sobie chwyt i mocne szarpnięcie do przodu. Sposób, w jaki na mnie patrzył, 

zdradzał jednoznacznie, Ŝe łysy wysnuł właściwy wniosek. Miałem za mało wystające łuki 
brwiowe, co tym bardziej rzucało się w oczy, Ŝe nie byłem w stanie zareagować na jego 
wezwanie. Nie bez znaczenia był teŜ pewnie fakt, Ŝe zajmował się przewozem ludzi na dół. 
Domyślił się szybko, Ŝe muszę być przedstawicielem gatunku homo sapiens.

Do tej pory dumny byłem ze swej śmiałości. W Ŝyłach buzowała adrenalina, szczyciłem 

się swą błyskotliwością. Ale nagle zrobiło mi się niedobrze i zacząłem czuć się bardzo, 
bardzo głupio.

Wokół wyrosły lufy karabinów i zewsząd otoczył mnie wrogi tłum. Wyrzuciłem puste ręce 

do góry w gorączkowej nadziei, Ŝe odczytają właściwie tę oznakę kapitulacji. Pozwoliłem 
odpiąć szablę od pasa, nie próbując nawet po nią sięgać.

Nie cackali się ze mną, szturchańcami popychali do przodu. MoŜe byli głupi, ale potrafili 

zliczyć do dwóch na tyle dobrze, by domyślić się, kto odpowiedzialny jest za wszystkie 
alarmy, nadal rozbrzmiewające wokoło. Nie mogli wiedzieć, dokąd się kierowałem, więc 
Serne powinien być względnie bezpieczny, ale ja miałem być potraktowany jak dywersant.

background image

128

Kiedy popędzali mnie naprzód, rozmyślałem, w jaki sposób najeźdźcy postępują z 

dywersantami. Przypomniałem sobie, Ŝe na Ziemi kiedyś ich rozstrzeliwano.

14

N

a koniec, rozdziawszy mnie uprzednio z przywłaszczonego munduru, wepchnęli mnie do 
kiepsko oświetlonego pomieszczenia, w którym stał stół i para krzeseł. Nie obchodzili się ze 
mną zbyt grubiańsko. Dowiedzieli się juŜ chyba, Ŝe nie zabiłem oficera, któremu zabrałem 
mundur. Obszukali mnie, ale nie miałem przy sobie nic, co mogłoby posłuŜyć jako 
wskazówka w ustaleniu toŜsamości albo pochodzenia.

Przesłuchanie zaczęło się dopiero mniej więcej po godzinie. Nie mogłem się zorientować, 

czy chwilowy chaos, którego byłem sprawcą, nadal przysparzał im kłopotów. Taki brutalny 
atak nie zdołałby w całej rozciągłości wyeliminować systemu Tetrów. Przypuszczałem 
jednak, Ŝe Tetrowie nie będą skorzy do pomocy w tym niewdzięcznym zadaniu poskładania 
całego galimatiasu z powrotem do kupy. Zdawałem sobie sprawę, Ŝe mimo to moja osoba nie 
będzie najeźdźcom miła, zwłaszcza Ŝe uderzyłem prosto w kluczowy dla nich cel.

Na przesłuchaniu zjawiły się dwie osoby, nie dlatego Ŝe chciały odgrywać przede mną 

Pixie i Dixie, ale ten, który mówił parole, musiał przekazywać wszystko drugiemu, który tym 
językiem nie władał. Nie przeszkadzało mi to, wszystko z tego powodu przeciągało się.

8 - Najeźdźcy z Centrum

129

Mimo Ŝe przesłuchanie musiało odbywać się w zwolnionym tempie, atmosfera daleka była 

od sielanki.

Nie obce im było poczucie wystudiowanej dramaturgii. Na wstępie cisnęli na stół 

rozładowany paralizator, dając do zrozumienia, Ŝe za pomocą swych małych sprytnych 
móŜdŜków dokonali przynajmniej pierwszego kroku w kierunku rozszyfrowania kim jestem, 
co przeskrobałem i na czyją szkodę.

— Jak się nazywasz? — zapytał ten władający parole.
Był mniej więcej w moim wieku i mojego wzrostu, miał

bladą cerę, jasne włosy i jasnoniebieskie oczy. Kompan był starszy, siwowłosy, a jego oczy 
miały ciemniejszy odcień. Ziemskie niebo i morze znałem jedynie z kaset video, ale zacząłem 
nazywać ich w myślach „Morskooki" i „Niebieskooki". Gdyby nie ten drobny szczegół, 
moŜna by wziąć ich za braci.

• 

Jack Martin — odparłem, niemal bez namysłu.

• 

Gdzie mieszkasz?

• 

Przedtem mieszkałem w punktowcu w sektorze trzecim, ale ostatnio nie bywam w 

domu.

• 

A gdzie?

• 

Tu, na dole. Kiedy wjechały czołgi, uznałem, Ŝe lepiej się gdzieś zaszyć.

Srogo na mnie spojrzeli, ale nie nazwali prosto z mostu kłamcą.

• 

Z czego Ŝyjesz?

• 

Byłem szperaczem, schodziłem na dół, na trzeci i czwarty poziom, szukając 

zachowanych artefaktów. Ale ostatnio dół wypadł z obiegu. Nie sądzę, Ŝebyście chcieli 
utrzymać Centralę Koordynacji Badań, odkąd przejęliście tu władzę.

130

Kiedy jasnowłosy przekazywał moje słowa kompanowi, obaj zachowywali kamienne 

twarze. Nie byłem pewny, czy potrafią wyczuć sarkazm. Niemal wszystkie 
człekopodobne rasy posiadają takie pojęcie, ale trudno jest nawet dwóm ludziom, 
wywodzącym się z róŜnych kręgów kulturowych, być na sto procent pewnym, czy 

background image

druga strona kpi, czy teŜ nie. Morskooki wyjął plik kartek z kieszeni i obaj studiowali je 
jakąś minutę. Usiłowałem zachować spokój, wmawiając sobie, Ŝe muszę, jak na 
kapitana Gwardii Gwiezdnej przystało, znosić cierpienia z godnością.

• 

Jesteś człowiekiem? — padło następne pytanie.

• 

Tak.

• 

Twoja rasa bardzo przypomina naszą — zauwaŜył Niebieskooki. — Ale 

słyszałem, Ŝe przywędrowaliście tu z jakiegoś odległego świata.

• 

O jakieś tysiąc lat świetlnych — poinformowałem go. Wiedziałem, Ŝe pojęcie 

„roku świetlnego" będzie dla niego dość mgliste, tym bardziej Ŝe jego krajanie muszą 
mieć zupełnie inne wyobraŜenie wszechświata. Nie zaŜądał dalszych wyjaśnień, 
widocznie słyszał to wcześniej.

• 

Sporządziliśmy listę wszystkich ludzi, o których wiadomo, Ŝe są mieszkańcami 

Miasta. Nie ma wśród nich Ŝadnego Jacka Martina.

Wytrzymałem spokojnie jego spojrzenie.
— Nikt nie wie, ilu ludzi przebywa w Mieście i nikt nie

zna wszystkich nazwisk. Szperacze przychodzą i odchodzą.

Tak naprawdę Tetrowie znali chyba dokładną liczbę i nazwiska wszystkich Ŝyjących 

tu ludzi. Ale musiałem zaryzykować i przyjąć, Ŝe najeźdźcy nie uzyskali swobodnego 
dostępu do  kartotek Urzędu  Imigracyjnego.  Nie

8*

131

drąŜyli dalej tego tematu. JuŜ bardziej czułem się panem sytuacji, choć moi rozmówcy nadal 
gniewnie marszczyli brwi.

• 

Dlaczego ukradłeś mundur i zniszczyłeś komputer?

• 

Chciałem dostać się do waszych magazynów, musiałem jakoś odwrócić uwagę. 

Potrzebowałem Ŝywności, broni, odzieŜy. Byłem zdesperowany. śycie tam na pustkowiu jest 
cięŜkie. Kręci się mnóstwo paskudnych typów: vor-myrów, Spirellyjczyków i im podobnych. 
Zetknęliście się chyba z vormyrami?

Odbyli w związku z tym krótką naradę.

• 

Czy jeszcze wielu Ŝyje... tam na pustkowiu, jak to ująłeś? — spytał ten o jaśniejszych 

oczach.

• 

Pewnie setki. Miasto rozpościera się na wielkim obszarze. Na dole jest wiele 

mrocznych zakamarków, nie wykorzystanych przez Tetrów. Mnóstwo terenów wymarzonych 
na kryjówki.

• 

Czy tam właśnie ma swoją siedzibę ruch oporu sprzeciwiający się naszej okupacji? 

Czy tam planuje się akcje dywersyjne?

• 

Wątpię — odparłem spokojnie. — Trzymam się z dala od innych ras. Ukatrupiliby 

mnie pewnie równie chętnie jak wy.

Po krótkiej wymianie zdań ponownie skierowali na mnie swój zatroskany wzrok.
— Rzeczywiście, rozstrzeliwujemy dywersantów, panie

Martin — rzekł Niebieskooki. — W przeszłości trak
towaliśmy członków twojej rasy wielkodusznie. Wierzy
liśmy, być moŜe był to błąd, Ŝe z uwagi na tak ścisłe
podobieństwo, będziemy mogli bez przeszkód nawiązać

132

braterskie stosunki. Powiedziano nam, Ŝe Tetrowie uciskali was i nie macie powodów, by 
dochować im wierności. Mimo tych zapewnień, nie uzyskaliśmy ze strony ludzi Ŝadnej 
prawdziwej pomocy. A teraz łapiemy ciebie, jak usiłujesz wykoleić pociągi dowoŜące nam 
Ŝ

ywność. Podaj choć jeden istotny powód, dla którego mielibyśmy wstrzymać twoją 

egzekucję?

Miło z ich strony, Ŝe dali mi szansę, ale nie byłem pewien, czy potrafię spełnić ich 

Ŝ

yczenie.

— Wkroczyliście do Miasta, strzelając na prawo i lewo.

background image

Słyszałem pogłoski, Ŝe wywozicie ludzi gdzieś na dół do
jakichś obozów koncentracyjnych. Nic dziwnego, Ŝe się
przed wami ukryłem. Gdybym miał pewność, Ŝe będę
dobrze traktowany, jeśli okaŜę się wam przydatny, moŜe
zgłosiłbym się dobrowolnie, ale jak miałem taką pewność
zdobyć? Pomyślałem, Ŝe spróbuję przetrwać na własną
rękę, zobaczę, co z tego wszystkiego wyniknie. KaŜdy
z was postąpiłby podobnie na moim miejscu. Ale jeśli
jest coś, w czym mogę być wam przydatny, oczywiście Ŝe
wolę to, niŜ zostać rozstrzelany.

Nie mogłem opędzić się od przeświadczenia, Ŝe zaprezentowany argument wypadł marnie 

w porównaniu z tym, co Ŝyczyłbym sobie powiedzieć. Ale pierwszego lepszego Jacka 
Martina trudno podejrzewać o bardziej błyskotliwą obronę.

• 

Czy ukrywałeś się w nadziei, Ŝe Tetrowie rozpoczną kontrofensywę? — spytał mój 

rozmówca.

• 

Raczej nie — odparłem zdawkowo. — To nie w ich stylu. Będą starali się przekonać 

was, byście zostali przyjaciółmi i pewnie im się to uda. KaŜdego udaje im się nakłonić do 
przyjaźni, prędzej czy później.

133

• 

A czy ty masz wielu przyjaciół wśród Tetrów?

• 

W ogóle mam mało przyjaciół. Nie jestem przyjacielskim typem.

Starałem się zagrać nieszkodliwą i całkowicie niegroźną jednostkę, choć nie chciałem, by 

byli o tym do końca przekonani. Mogło się to okazać niewłaściwą taktyką. MoŜe 
powinienem był wkraść się w ich łaski, zapewniając, jak wiele jestem w stanie dla nich 
uczynić. Rozumowałem jednak w następujący sposób: to obudzi w nich podejrzenia, a mnie 
chodzi przede wszystkim o to, aby to oni przedłoŜyli mi jakąś propozycję. Podejrzewałem, Ŝe 
to dość prawdopodobne. Wyraźnie polowali na kolaborantów pośród ras najbardziej 
zbliŜonych do nich wyglądem. Zdradzali w ten sposób szowinizm, który Tetrowie bez 
wątpienia uznaliby za barbarzyński. Zastanawiałem się, jakie ten fakt mógł rzucić światło na 
zagadnienie róŜnorodności ras występujących na niŜszych poziomach.

Tymczasem Morskooki i Niebieskooki ponownie się naradzali. Chyba niezupełnie się 

zgadzali. Na podstawie dotychczasowych znikomych doświadczeń z najeźdźcami, skłonny 
byłem uwaŜać ich za kłótliwą nację.

• 

Ten pistolet został wyprodukowany przez ludzi? — spytał Niebieskooki, kiedy 

przerwali swą cichą sprzeczkę.

• 

Zgadza się.

• 

Nie zabija?

• 

Nie zabija istot z naszym typem metabolizmu. Niektóre, bardziej odmienne rasy źle 

znoszą ten anestetyk.

• 

Mimo Ŝe nie zabiłeś oficera, do którego strzelałeś — rzekł jasnowłosy waŜąc słowa — 

nadal pozostajesz winny przestępstwa karanego śmiercią. Zgodnie z naszym prawem, 
powinienem kazać cię rozstrzelać.

134

Z wdzięcznością  odnotowałem  słowo  „powinienem".

— CóŜ — rzekłem tonem człowieka zdecydowanego grać

bohatera do końca. — I tak nie miałem przed sobą większej
przyszłości. Wiedziałem, czym ryzykuję. C'est la vie.

To ostatnie powiedziałem, oczywiście, po francusku. Jasnowłosy poprosił o wyjaśnienie i 

udzieliłem mu go. Kiedy przekazał to kompanowi, odniosłem wraŜenie, Ŝe siwowłosemu 
zaimponował mój fatalizm.

Pogratulowałem sobie, dyskretnie, załoŜenia dobrej przynęty, choć daleki byłem od 

okazania pewności siebie. Zawsze mogli wziąć mnie za słowo i rozstrzelać.

Morskooki wygłosił dość długie przemówienie w swym ojczystym języku. Jego towarzysz 

kiwał tylko głową i od czasu do czasu chrząkał przytakująco. Następnie, zwracając się do 
mnie, Niebieskooki rzekł:

background image

• 

To dla nas bardzo dziwne miejsce, zamieszkałe przez wielu dziwnych ludzi. 

Rozumiemy, Ŝe dokonaliście podboju naszego świata w całkowitej nieświadomości. Dlatego 
staramy się przeciwstawić mu raczej w dość wywaŜony sposób. Lecz Tetrowie, podobnie jak 
wszystkie inne galaktyczne rasy, muszą zrozumieć, Ŝe Asgard naleŜy do nas. Jesteśmy 
gotowi go bronić. Zamierzamy nawiązywać, w miarę moŜliwości, przyjazne stosunki z 
innymi rasami. Do tego potrzebna jest pomoc. Mimo Ŝe dopuściłeś się zbrodni, jesteśmy 
gotowi okazać łaskawość. Jeśli zgodzisz się na pełną współpracę z nami, unikniesz śmierci. 
Ale ostrzegam, musisz pomagać nam ze wszystkich sił, Ŝebyśmy puścili w niepamięć twoje 
wykroczenia. Czy zgadzasz się na to?

• 

Dlaczego nie? — odparłem lekko. — Oczywiście, Ŝe tak.

135

• 

Czy wiesz, jak naprawić szkody, które wyrządziłeś?

• 

Nie bardzo — przyznałem. — Ale od lat korzystam z tetrańskiej techniki i mam głowę 

na karku. Potrafię pomóc wam dojść do ładu z Miastem i jego systemami. Poza tym, znam 
Tetrów na tyle, by pomóc wam odpowiednio się nimi zająć.

• 

Mamy juŜ sposoby na wyciśnięcie z Tetrów tego, o co nam chodzi — wycedził przez 

zaciśnięte usta.

Domyślałem się, Ŝe juŜ dość się cackali i zaczynają stosować surowsze metody 

przesłuchiwania. Tetrowie, jak wszyscy, są wraŜliwi na ból. Opanowanie sytuacji przez 
najeźdźców pozostawało teraz tylko kwestią czasu. Ciekawe, czy Tetrowie planują jakieś 
kroki w celu uchronienia swego ludu przed torturami czy zagładą. MoŜe ich pojęcie 
obowiązku jednostki wobec ogółu było tak przemoŜne, Ŝe usprawiedliwiało w ich oczach 
bierność i czynienie jedynie dalszych wysiłków dyplomatycznymi kanałami w celu 
nawiązania przyjacielskich stosunków.

— Pierwszym twoim zadaniem — rzekł jasnowłosy

męŜczyzna — będzie odpowiedzieć na wiele pytań, które
dotąd pozostały nie wyjaśnione. Stawiamy czoła całkowicie
nowej dla nas sytuacji. We wcześniejszych doświadczeniach
nie było Ŝadnej zapowiedzi tego, na co natrafiliśmy w
Mieście, ani tego co, jak wiemy, istnieje poza kopułą.
Wiele jeszcze musimy poznać, a ty moŜesz nas sporo
nauczyć. Ale ostrzegam, nasza cierpliwość wyczerpuje się.
Nie obchodzi nas za bardzo, czy będziesz Ŝył, czy nie.
Jeśli odkryjemy, Ŝe nie pomagasz nam ze wszystkich sił,
zostaniesz rozstrzelany na miejscu. Inni teŜ nam po
magają, a im więcej się od nich dowiemy, tym mniej
przydatny stajesz się dla nas ty. Pojmujesz?

136

— Pojmuję — przyznałem obojętnie. — Ale lepiej

odpowiada mi się na pytania, kiedy w brzuchu nie burczy
mi z głodu.

Nie bardzo spodobał mu się mój ton, ale jego niezadowolenie złagodziło trochę 

zrozumienie.

• 

Jesteś głodny i chciałbyś coś zjeść?

• 

Tak jest — było to chyba moje jedyne całkowicie prawdziwe stwierdzenie.

• 

W takim razie zaprowadzę cię do kantyny. Spotkasz tam kilku innych, którzy dla nas 

pracują. Potem zaczniesz spłacać zaciągnięty u nas dług wdzięczności.

Niebieskooki wstał i rozmawiał przez kilka minut z nadal siedzącym siwowłosym 

męŜczyzną. Następnie, uzyskawszy widocznie aprobatę dla swej propozycji, ręką wskazał 
drzwi, proponując tym samym, Ŝebym wyszedł pierwszy.

Zaraz za drzwiami natknąłem się na lufy karabinów dwóch straŜników. Cofnąłem się o 

krok, by puścić mego oprawcę przodem.

Rozluźnili się, kiedy przemówił do nich, ale nie odsunęli broni na bok. Ruszyli za nami, 

wpadając w rytm naszych kroków, kiedy odchodziliśmy korytarzem.

background image

Zainstalowane przez okupantów prowizoryczne oświetlenie rzucało intensywnie Ŝółty 

blask, odmienny od ulubionego przez Tetrów jaskrawobiałego. Przyjrzałem się Ŝarówkom 
nanizanym na przyczepiony do sufitu kabel. Niebieskooki uznał to za krytykę.

— Liche to — przyznał. — Ale to są odłączone po

ziomy, gdzie nie moŜemy korzystać z systemów zasilają
cych naszych przodków. Godne poŜałowania. BliŜej Cent-

137

rum rzeczy wyglądają o wiele inaczej, tam motorem napędowym cywilizacji jest moc 
naszych przodków.

Z przyjemnością kontynuowałbym tę rozmowę, poniewaŜ chciałem mu zadać co najmniej 

tyle samo pytań, ile on mnie. Dochodziliśmy jednak do większego pomieszczenia, 
zaadaptowanego na kantynę, z tuzinem podłuŜnych stołów i setkami składanych krzeseł. 
Panował w nim niesamowity gwar. Kantyna była wypełniona po brzegi Ŝołnierzami. 
Domyślałem się, Ŝe muszą jadać na zmiany. Z ogromnych waz serwowano gorące potrawy: 
porcje smakowitej manny z kilkoma dodatkami mającymi zbliŜyć wydawane tu jedzenie do 
potraw, jakie pewnie w domu gotowały im matki. Gdy poczułem zapach, obficie pociekła mi 
ś

linka. Kuchnia Tetrów nigdy na mnie tak nie działała, nawet kiedy bywałem wściekle 

głodny. Na tej podstawie moŜna było wysnuć rozsądny wniosek, iŜ najeźdźcy, a zwłaszcza 
ich fizyczne i biochemiczne ustroje, istotnie mają z nami wiele wspólnego. Od zejścia z 
pokładu „Leoparda Sharka" nic porządnego nie jadłem. Termoskafandry wprawdzie są tak 
zaprojektowane, aby przez jakiś czas podtrzymać przy Ŝyciu, ale nie są w stanie zaspokoić 
estetycznych zachcianek podniebienia.

Skręcało mnie w środku na myśl o wielkim Ŝarciu, ale wiedziałem, Ŝe muszę się pilnować, 

dopóki na nowo nie wpadnę w nawyk jedzenia.

Tłum był tak gęsty, a umysł miałem na dodatek zaprzątnięty innymi sprawami, Ŝe nie 

zwróciłem większej uwagi na grupę siedzących przy jednym ze stołów Kythnaj-czyków. 
Dopiero kiedy jeden, a właściewie jedna z nich, wstała  i  utkwiła  we  mnie  wzrok,   
spojrzałem   na   nią

138

z roztargnieniem. Nie bardzo wiedziałem, co się święci, dopóki oskarŜycielsko nie 
wycelowała na mnie palca. Wzięła pod rękę Niebieskookiego i odciągnęła na bok. 
Ś

ciszonym głosem nadawała mu coś gorączkowo do ucha.

Stałem jak wryty. Nic innego nie mogłem w tej sytuacji uczynić. Lufy karabinów obstawy, 

zatoczywszy łuk, mierzyły w moją pierś. Uświadomiłem sobie, Ŝe po raz kolejny pech spłatał 
mi cholernego psikusa. Kythnajską kobietą była Jacinthe Siani — okaz domorosłej 
zdrajczyni, jeśli gdziekolwiek się takowa uchowała. Wiedziała aŜ za dobrze, kim naprawdę 
jestem. Mogła teŜ wiedzieć, Ŝe odleciałem z Asgarda jeszcze przed inwazją. Moja obecność 
„tutaj" i „teraz" stanowiła więc dla niej niespodziankę najwyŜszej klasy. Gorączkowy szept 
przycichł, a oczy Niebieskookiego nie wydawały się juŜ blade, kiedy przeszył mnie 
zdumionym wzrokiem. Spoglądały na mnie bardzo, bardzo surowo.

• 

CóŜ, panie Rousseau — przemówiła mściwie Jacinthe Siani. — Tym razem, zdaje się, 

moje zeznania nie oczyściły ciebie z zarzutów.

• 

To jeszcze nic pewnego — odparowałem z całą zuchwałością, jaką mogłem z siebie 

wykrzesać. — Ja teŜ sądzę, Ŝe nie mogę nic dobrego o tobie powiedzieć.

Nie mogłem jednak zapanować nad swym przeraŜeniem. Całe ich zaufanie tak 

pieczołowicie przeze mnie budowane legło w gruzach. Wyglądało na to, Ŝe nic juŜ nie 
uchroni mnie przed rozstrzelaniem. Albo czymś jeszcze gorszym.

139

15

background image

S

posób, w jaki obchodzili się ze mną teraz, zdradzał wyraźną natarczywość. Co dziwne, nie 
wyprowadzili mnie z kantyny, tylko odciągnęli w róg pomieszczenia i posadzili za stołem, na 
którym postawili obiecany posiłek. Niebieskooki nie zasiadł ze mną do jedzenia. Odszedł 
pobzykując jak rozdraŜniony szerszeń wraz z nie-odstępującą go na krok Jacinthe Siani. 
Kiedy jadłem, straŜnicy bacznie mi się przyglądali. Nie pozwoli sobie na luz. Widocznie 
otrzymali surowe rozkazy nie spuszczania ze mnie oka.

Na długo przed końcem posiłku zjawił się z powrotem Niebieskooki, a oprócz niego 

starszy, niŜszy męŜczyzna z wysadzonymi łukami brwiowymi, które nawet według ich miary, 
musiały być wydatne. Wyglądał na naprawdę grubą rybę. Jadłem dalej, podczas gdy oni 
omawiali zaistniałą sytuację. Pomyślałem sobie, Ŝe jeśli mam zginąć, to nie muszę umierać o 
pustym Ŝołądku. Apetyt jednak nie za bardzo mi dopisywał. Nie zdąŜyłem zjeść wszystkiego, 
kiedy dali znak, Ŝe czas się zabierać.

Popędzili mnie z powrotem korytarzem, a potem na otwartą przestrzeń, gdzie na 

najbliŜszym odcinku torów stał podstawiony wagon pasaŜerski. Wepchnęli mnie bez-
ceremonialnie do środka. Ze mną weszli Niebieskooki, nowy dostojnik, Jacinthe Siani oraz 
dwóch Ŝołnierzy.

• 

Czy nie prościej byłoby rozstrzelać mnie na miejscu? — zwróciłem się do męŜczyzny 

o bladoniebieskich oczach, gdy ruszyliśmy.

• 

Nie zamierzamy pana zabijać, panie Rousseau —

140

oznajmił. — Posiada pan zbyt wiele cennych informacji. Ale moŜemy traktować pana 
jedynie jak szpiega i wroga. Zabrzmiało to złowieszczo, jak zapowiedź tortur.

• 

Wróciłem, bo poprosili mnie o to Tetrowie — pospieszyłem z wyjaśnieniem. — Tak 

samo jak szpiegiem, jestem teŜ ich rzecznikiem. Tetrom bardzo zaleŜy na nawiązaniu 
dialogu. Pragną przyjaźni, nie rozumieją, dlaczego ignorujecie ich wezwania. Kiedy 
dotrzemy na powierzchnię, będę więcej niŜ szczęśliwy, mogąc wystąpić w roli pośrednika, 
jeśli chcecie.

• 

Nie jedziemy na powierzchnię, panie Rousseau — odparł. — ZdąŜamy w odwrotnym 

kierunku. Nie chcemy pospiesznych kontaktów z kimkolwiek spoza Asgarda. Kiedy 
naleŜycie się przygotujemy, będzie mnóstwo czasu na zajęcie się Tetrami. Tymczasem 
martwią nas inne pilne kwestie. Z pewnością zainteresuje nas, co ma pan do powiedzenia i 
zaręczam, Ŝe wyśpiewa pan wszystko, co pan wie.

Zaczynałem juŜ oswajać się z myślą, Ŝe jestem interesującą osobą. Jakby wszyscy 

mieszkańcy wszechświata zapragnęli nagle rozmawiać z Michaelem Rousseau, nie 
przyjmując do wiadomości jego odmowy. Zdałem sobie sprawę, Ŝe Jacinthe nie 
zdemaskowała mnie jedynie jako tetrańskiego szpiega, ale jako faceta, który spenetrował 
niŜsze poziomy i rozmawiał z supernaukowcami.

Moje dotychczasowe obserwacje najeźdźców utwierdzały mnie w przekonaniu, Ŝe według 

standardów galaktyki są oni wiejskimi burkami. Musieli juŜ odkryć, jacy z nich 
prostaczkowie w porównaniu z innymi rasami galaktyki. Wiedzieli, Ŝe Tetrowie wyprzedzają 
ich o niebo, choć czynili, zdaje się, wszelkie wysiłki, by wieść o tym nie

141

dotarła do Tetrów z zewnątrz. Jacinthe Siani powiedziała im, Ŝe mają sąsiadów we wnętrzu 
Asgarda, o wiele bardziej rozwiniętych od Tetrów. To pewnie spowodowało, Ŝe grają na 
zwłokę, odrzucając propozycje dialogu z Tetrami. śywią nadzieję, iŜ uda im się pozyskać 
sprzymierzeńców, z pomocą których będą trzymać w szachu cały wszechświat.

Przekonani byli, Ŝe kiedy zmuszą mnie do mówienia, będę im w tym dziele pomocny. 

Niestety, nie uwierzą chyba w niewielką ilość rzeczy, które mogę im ewentualnie 
zaoferować... a ich niewiara moŜe mnie drogo kosztować, jeśli posuną się do przemocy jako 

background image

ś

rodka perswazji.

Zastanawiałem się, jak bardzo zbici z tropu i zaniepokojeni są ci pyszni zdobywcy 

Asgarda. Musieli przeŜyć mocny wstrząs, najpierw odkrywając wszechświat, a potem 
dowiadując się, Ŝe nie są jedynym pasoŜytem w trzewiach tego makroświata.

— Nie macie chyba pojęcia, kto zbudował Asgard, co?

• 

zagadnąłem jasnowłosego, patrząc mu prosto w twarz.

• 

Na ilu poziomach moŜecie działać? Dziesięciu... dwudziestu?

— Nie docenia nas pan, panie Rousseau — odparł

spokojnie, odwracając wzrok, by przyjrzeć się mijanym
polom uprawnym za oknem pociągu. — Kontrolujemy
ponad sto biostref na ponad pięćdziesięciu poziomach. To
prawda, Ŝe nie zdołaliśmy właściwie oszacować wielkości
Asgarda, zanim niespodziewanie wyszliśmy na powierz
chnię. Nawet teraz nie wiemy, w jaki sposób ustalić, jak
daleko w głąb sięgają poziomy. Wiemy jednak, Ŝe to nasi
przodkowie zbudowali Asgard. Odzyskanie dostępu do ich

142

wiedzy to tylko kwestia czasu. Istnieje prawdopodobieństwo, Ŝe wy i my mamy wspólnych 
przodków i Ŝe, tak jak my, równieŜ utraciliście dostęp do posiadanej przez nich wiedzy. Jeśli 
to prawda, okazuje się, Ŝe nasze interesy się pokrywają. Powinniście czynić wszelkie 
starania, by pomóc w skontaktowaniu się z naszymi wspólnymi kuzynami, których ty juŜ 
spotkałeś w głębiach Asgarda.

Zerknąłem na Jacinthe Siani. Jak większość Kythnaj-czyków, miała oliwkową skórę i 

sztywne czarne włosy. Jej oczy były ciemnobrązowe. To ona odstawała od reszty 
towarzystwa, mimo Ŝe wielu zrodzonych na Ziemi ludzi bardziej róŜniłoby się od 
Niebieskookiego i jego ziomków niŜ ona.

— Czy wasi  przodkowie  są  równieŜ jej przodkami?

— spytałem.

• 

Całkiem prawdopodobne — przyznał Niebieskooki.

• 

A Tetrów?

• 

To mało prawdopodobne.

• 

Obawiam się, Ŝe nie — uświadamiałem go. — Mamy powody sądzić, Ŝe wszyscy 

jesteśmy rodzonymi braćmi i siostrami. Nasz wspólny przodek róŜni się od nas tak bardzo jak 
przodek łączący twoją lub moją rasę z Tetrami.

Albo przodek, pomyślałem, którego ja dzielę razem z krową, z rodzaju tych bez skrzydeł.
— Nie  znam   się  na  tych   sprawach  —  powiedział.

— Jestem tylko Ŝołnierzem. Będzie miał pan okazję
wkrótce porozmawiać z osobami, które się na tym znają.

Ponownie zabrzmiała w jego głosie groźba.

— Tetrowie wiele wiedzą na ten temat — zapewniałem

go. — Gdybyście tylko chcieli nawiązać właściwe stosunki,

143

moŜna by zorganizować wymianę poglądów między waszymi i tetrańskimi ekspertami. 
Gdybyście połączyli swój i ich potencjał, na pewno bylibyście w stanie rozgryźć, kto 
zbudował Asgard, kiedy i po co. Tego wszyscy pragnęlibyśmy się dowiedzieć.

— Nie mnie o tym decydować — uciął rozmowę.
Następnie  przekazał  starszemu  męŜczyźnie  dokładną

treść rozmowy. Przeniosłem swoje zainteresowanie na Jacinthe Siani.

— Dobrze cię traktują? — spytałem.
Uśmiechnęła się, dziwnie przypominała w tym kotkę.
— Nieźle. Lepiej niŜ wśród niektórych starych znajo

mych.

background image

Nie zdziwiło mnie to wcale. Sporo wiedziałem na temat osób, z jakimi zwykła się 

zadawać.

— Cholera — ulŜyłem sobie. — Czy musisz być tak

bezwstydnie dumna z tego, Ŝe mnie w to wpakowałaś?
Nigdy nic ci nie zrobiłem. To ty kiedyś chciałaś mnie
załatwić, pamiętasz?

— Pamiętam wszystko — zapewniła mnie.
Uznałem,  Ŝe   po   prostu   nie   pała  do   mnie   zbytnią

sympatią. Tak jak paru innych. Mogę z tym Ŝyć.

Z pojazdu szynowego przesiedliśmy się na kołowy, który powiózł nas na przełaj ze 

znacznie większą werwą. Mknął bezgłośnie, prawdopodobnie na jądrowych komórkach 
paliwowych. Podejrzewałem, Ŝe najeźdźcy nie wynaleźli tych komórek. Zacząłem nawet 
przypuszczać, Ŝe w gruncie rzeczy sami niewiele stworzyli. Pomyślałem, Ŝe to rzeczywiście 
barbarzyńcy, a ich technika na macierzystych poziomach opiera się głównie na odkrytych 
przez nich elemen-

144

tach gotowych, które nauczyli się wykorzystywać do swych celów. Przyznanie swoim 
przodkom zasługi urządzenia świata, w którym Ŝyli, było wybiegiem dla ratowania 
twarzy. Nawet w głębi Asgarda byli po prostu małymi zagubionymi chłopcami. Bez 
względu na to, ile biostref zdąŜyli podbić w trakcie swoich wypraw.

Kiedy się odkryje, jakim w istocie są prymitywnym ludem, nietrudno sobie 

wyobrazić, jak nędznie muszą się prezentować światy, nad którymi sprawują pieczę.

Po takiej konkluzji nie dziwiło mnie juŜ wcale, Ŝe nasza podróŜ w głąb poziomów 

nie przebiegała bynajmniej gładko. Nie było Ŝadnego szybu komunikacyjnego pro-
wadzącego bezpośrednio na dół aŜ do miejsca naszego przeznaczenia. Opuszczaliśmy 
się o trzy, cztery poziomy naraz, po czym ponownie przesiadaliśmy do samochodu lub 
pociągu, który dowoził nas do kolejnego punktu zjazdowego. Wszędzie panował duŜy 
ruch i zacząłem sobie zdawać sprawę, jakim niesamowitym wyczynem musi być w tych 
warunkach przerzucanie wojsk, a przez to, jak bardzo naraŜone na niebezpieczeństwo 
są ich oddziały w Mieście Pierścieniorbity.

Od chwili osiągnięcia poziomu dwunastego (o ile nie pomyliłem się przy liczeniu 

poziomów, które przeskakiwaliśmy) nie zauwaŜałem juŜ Ŝadnych skupisk 
galaktycznych jeńców. Gdziekolwiek by spojrzeć, byli tylko i wyłącznie najeźdźcy, 
nieprzebrane ich rzesze: sami, z małymi wyjątkami, męŜczyźni w mundurach, wszyscy, 
bardzo bladzi. Nie mogłem opędzić się od wspomnienia Myrlina i bio-techniki, która go 
stworzyła: przyspieszony wzrost, przymusowe faszerowanie umysłu. Doskonały sposób 
na wy-

9 - Najeźdźcy z Centrum

145

hodowanie własnych Ŝołnierzy. Zaciekawiło mnie przelotnie, czy w taki właśnie sposób 
zostali wyprodukowani ci Ŝołnierze, naszpikowani iluzjami na temat swego pochodzenia i 
natury. Ale to nie miało sensu. Nic w zachowaniu neoneandertalczyków nie wskazywało na 
to, Ŝe kieruje nimi jakaś rasa panów.

W drodze na dół obejrzałem małe wycinki około trzydziestu róŜnych poziomów. 

Ostatecznie wylądowaliśmy chyba na pięćdziesiątym drugim. MoŜliwe, Ŝe pomyliłem się o 
dwa w jedną lub drugą stronę. Wierzchnie warstwy były zupełnie wymarłe, brakowało oznak 
Ŝ

ycia. Piąty i szósty poziom przypominały pierwszy i drugi. Były bardzo zimne, choć nie tak 

jak trzeci i czwarty. Nie sposób upewnić się co do temperatury panującej na zewnątrz 
hermetycznych pojazdów, w których przemierzaliśmy obszary na tych poziomach, ale 
musiało być dobrze poniŜej temperatury krzepnięcia.

background image

P

oziomy oznaczone przeze mnie jako trzydzieste róŜniły się od dwudziestych jaskrawym 
oświetleniem i gęstością zaludnienia. Za kaŜdym razem, po opuszczeniu któregoś z 
budynków kryjących w sobie szyby komunikacyjne, wyjeŜdŜaliśmy na ruchliwe ulice miast 
— na szerokie drogi z fasadami wysokich po sklepienie domów po obu stronach, 
chodnikami, sklepami. Domyślałem się, Ŝe stanowiły one serce imperium najeźdźców. Były 
to poziomy,

146

które podbili i skolonizowali w zamierzchłej przeszłości. Nie potrafiłem rozpoznać ich 
macierzystego poziomu, a moje pytania pozostawały bez odpowiedzi. Niebieskooki 
posprzeczał się ze starszym oficerem i siedział z nadąsaną miną i zaciśniętymi ustami. 
Jacinthe Siani trzymała mnie na dystans, pragnąc pokazać swym nowym przyjaciołom, 
Ŝ

e twardo stoi po ich stronie.

Bardzo rzadko dostrzegałem na ulicach przedstawicieli innych ras, choć z pewnością 

widziałem teraz znacznie więcej kobiet i cywilów. Pod względem fizycznym gatunek 
neoneandertalczyków wykazywał niezwykle małe zróŜnicowanie. Przypuszczałem, Ŝe 
wszyscy oni wywodzili się z ograniczonego zasobu genów. Pasowało to do popularnej 
teorii, w myśl której Asgard był Arką, a jego liczne środowiska zostały zawczasu 
urządzone do zasiedlenia przez potomków kilku wybranych jednostek. MoŜe wszyscy 
najeźdźcy pochodzili od jednej pary, od jakiegoś Adama i Ewy. Teraz jednak byli tak 
liczni, Ŝe musieli zająć kilkanaście nowych środowisk, prócz tych wyznaczonych im 
pierwotnie jako ich Eden.

Rzecz jasna, kolonizacja nie polegała jedynie na zajmowaniu dziewiczych obszarów. 

Gdyby odkrywali tylko puste tereny, teraz dysponowaliby moŜe ledwie milionem 
wozów bojowych i armią złoŜoną z dziewięćdziesięciu dziewięciu procent męskiej 
populacji. Nie natrafiłem jednak na ulicach na Ŝadne świadectwa zdradzające los 
ujarzmionych ras. Kilku egzotycznych osobników, jakich widziałem, mogło być ich 
niewolnikami albo znaturalizo-wanymi niedobitkami zgładzonej rdzennej ludności.

Kiedy krąŜyliśmy po ulicach miast, umilałem sobie czas odrobiną spekulatywnej 

matematyki.

9*

147

Przypuśćmy, Ŝe bladoskórzy pseudoneoneandertalczycy niedawno zasiedlili dwadzieścia 

halosystemów, kaŜdy o powierzchni nie mniejszej od wszystkich lądów Matki Ziemi. Przy 
wydajnej produkcji Ŝywności mogliby podwajać liczbę ludności co czterdzieści lub 
pięćdziesiąt lat, więc do końca następnego stulecia musieliby zająć kolejne sześćdziesiąt 
halosystemów, z końcem drugiego stulecia następnych czterysta osiemdziesiąt. Ile czasu 
zabrałoby im zasiedlenie całego Asgarda? Kiedy natrafiliby na kogoś, kto połoŜyłby kres ich 
grze? A skoro Asgard rzeczywiście liczył sobie miliony lat, dlaczego któraś z jego ras nie 
rozprzestrzeniła się na tyle, by zapełnić cały ten makro-świat?

Próbowałem poruszyć tę kwestię z mymi oprawcami, ale jasnowłosy męŜczyzna siedzący 

z nadętą miną nie kwapił się do rozmowy. Uprzytomniono mu w sposób dobitny, Ŝe jego 

background image

zadaniem jest konwojowanie mnie do miejsca przeznaczenia, a nie oświecanie mego umysłu.

PoniŜej czterdziestego poziomu nastąpiły dalsze zmiany. Agresorzy, zdaje się, mieli takie 

same kłopoty ze zjazdem na dół ze swych macierzystych poziomów, jak z podróŜą w górę. 
Ponownie ich miasta wchłonęły ubogie zabudowania ciągnące się wzdłuŜ dróg 
przecinających mało zachęcające tereny. Ale te niŜsze poziomy nie były ciemne i ponure. 
Wręcz odwrotnie, wiele z nich jaśniało i kipiało Ŝyciem. Jeśli wierzchnie warstwy Asgarda 
moŜna przyrównać do tundry lub stepu, te stanowiły dŜunglę, mokradła i sawannę.

W czasie jednej z dłuŜszych podróŜy (około sześćdziesięciu  kilometrów)  od jednego  

szybu  do  drugiego,

148

pociłem się tak obficie, Ŝe zatęskniłem za skafandrem izotermicznym z jego wywaŜoną 
kontrolą temperatury. Jechaliśmy wozem bojowym, jak na większości poziomów do końca 
nie ujarzmionych, gorące światło z wysokości trzydziestu metrów tak rozpalało metalowy 
pancerz, Ŝe czułem się jak w piekarniku.

Tereny po obu stronach drogi spryskano jakimś herbicydem, a nowa roślinność dopiero 

nieśmiało wypuszczała pędy pośród zbrązowiałych i wysuszonych okazów dawnej flory. 
Dostrzegaliśmy jednak w pewnej odległości sięgające niemal sklepienia drzewa, 
rozpościerające swe olbrzymie dłoniaste liście. Liście te, tworząc gęsty baldachim, wchła-
niały obfite promieniowanie niemal u jego źródła. Do niŜszych pięter docierało ono w 
postaci zwichrowanych zygzaków wąskich promieni światła. Nie mogłem uwierzyć, Ŝe 
dziwne, bujne poszycie podtrzymywane było przy Ŝyciu jedynie przez to rozproszone 
ś

wiatło, które widocznie w zupełności wystarczało. Doszedłem do wniosku, Ŝe większość 

przygruntowej roślinności miała termosynte-tyczne właściwości i czerpała energię z samego 
podłoŜa.

Nigdy przedtem nie widziałem naturalnego systemu organicznego. Dziwiłem się, Ŝe 

rośliny nie są białe, jak się naleŜało spodziewać, lecz pokryte wzorami i barwami 
tworzącymi najrozmaitsze niesamowite zestawienia. Jak kwitnące rośliny na Ziemi, tak i 
termosyntetyczne ich odpowiedniki zewoluowały w ścisłej współpracy z owadami. Zwabiały 
zapylające je owady na wszelkie moŜliwe sposoby, oddziaływując na ich wzrokowe i 
węchowe zmysły.

Był to gwarny las, rozbrzmiewający trelami, które początkowo brałem za nawoływanie 

ptactwa. Ale w trakcie

149

jednej z niezmiernie rzadkich rozmów z Jacinthe Siani dowiedziałem się, Ŝe w tym 
ekosystemie nawet rośliny były obdarzone głosem. Tutejsze ptaki, jak mówiła, spasione i 
nieruchawe, naśladowały kwiaty, imitując ich wygląd zewnętrzny i śpiew, by zwabić ofiary 
do swych wygłodzonych dziobów.

Zastanawiałem się, czy najeźdźcom udało się odszukać urządzenia sterujące temperaturą w 

tych biostrefach. A jeśli tak, to dlaczego po prostu nie przykręcili trochę termostatów, aby 
tereny stały się dla ludzi bardziej dostępne? Czy jak zagorzali konserwatyści, pozostawili 
sprawy ich własnemu biegowi, nie chcąc swą ingerencją doprowadzić do ekologicznej 
katastrofy? Bardziej prawdopodobne było, Ŝe zostawili tak ten system, bo nie wiedzieli, jak 
go zmienić. Naprawdę przypominali gromadę neandertalczyków, która niespodziewanie 
trafiła na ulice Nowego Jorku XXI wieku. Mogliby uchodzić za miejscowych, 
przywdziewając odzieŜ, a nawet Ŝyć z rozboju, wykorzystując swą toporną broń, ale nie 
mieliby pojęcia, jak cokolwiek działa.

Ale gdzie podziewali się straŜnicy Zoo, którzy nie powinni dopuścić do wyrwania się tych 

dzikusów z przeznaczonych dla nich klatek? GdzieŜ, ach gdzieŜ są panowie Valhalli?

Kiedy przemierzaliśmy kolejny tropikalny rajski ogród, zastanawiałem się, przez jakiego 

rodzaju istoty rozumne jest on zamieszkany? Biostrefy nie są chyba tylko gigantycznymi 
wiwariami, chociaŜ jak dotąd nie widziałem ani jednej człekopodobnej istoty przemykającej 
w zaroślach. Najeźdźcy, co prawda, nie wywarli na tych terenach swego

background image

150

kolonizacyjnego piętna, ale łatwo mogli wyrobić sobie wśród miejscowej ludności opinię 
okrutników i ci ostatni woleli nie pokazywać się im na oczy. Przychodziły mi do głowy 
wyobraŜenia łagodnych pigmejów, plemion Ŝywiących się kwiatem lotosu, bystrych facetów 
wymyślających instrumenty muzyczne do zwabiania motyli i pszczół.

Im głębiej zjeŜdŜaliśmy, tym wszystko stawało się dziwniejsze. Z zadowoleniem 

odnotowałem fakt, Ŝe rozmieszczenie poziomów nie odpowiada prostej zasadzie: im dalej, 
tym goręcej. Gdyby tak było, poziomy zaczynałyby się od absolutnego zera, a przy 
pięćdziesiątym byłoby za gorąco dla jakiejkolwiek formy Ŝycia. Marnie rysowałyby się w 
takiej sytuacji szanse napotkania dalej czegoś ciekawego.

Ale ciąŜenie ledwo zaczynało słabnąć i wiedziałem, Ŝe kojąca kraina, w której stoczyłem 

pojedynek z Amara Guurem, znajduje się o wiele niŜej.

Pod tropikalnymi biostrefami rozciągały się nieco chłodniejsze, których ekosystemy nie 

były tak rozbuchane. Niektóre wyglądały na nadające się juŜ do podbicia, choć nie zdradzały 
więcej śladów obecności najeźdźców niŜ tropikalne cieplarnie powyŜej. Ci, których udało 
nam się dojrzeć, nosili maski oraz odzieŜ ochronną. My nie musieliśmy, chronił nas 
nieprzepuszczalny, jak sądziłem, pancerz pojazdu.

Towarzysze podróŜy nie chcieli wyjaśnić, dlaczego poziomy czterdziesty trzeci i piąty, 

mimo swego niewinnego wyglądu, nie nadają się do kolonizacji. Maski i szczelne 
kombinezony przywodziły na myśl pogłoski szerzone przez galaktycznych badaczy o 
pysznych światach, które okazywały się śmiertelnymi biochemicznymi pułapkami. Kiedy

151

zbierze się kilku galaktyków, przytaczane przez nich opowieści podróŜników nie są warte 
funta kłaków. Co najwyŜej jedna na sto kryje w sobie ziarno prawdy. Wysłuchałem ich 
wiele: bawiły mnie, a takŜe oddawały jakieś poczucie tajemniczości wszechświata.

MoŜna by sądzić, Ŝe poniewaŜ wszystkie planety typu Ziemia opierają się na takim samym 

biochemicznym ustroju i posiadają bardzo zbliŜone zasadnicze grupy form Ŝycia, bardzo są 
do siebie podobne. OtóŜ, to tylko częściowo prawda. Choć nawet wytrawni podróŜnicy 
często przez całe Ŝycie nie natrafiają na świadectwa wskazujące, Ŝe tak nie jest. Niewiele ras 
humanoidalnych odwiedza się nawzajem na swych ojczystych planetach. Co prawda, od-
wiedzają swoje macierzyste układy, ale w cywilizowanych układach rzadko kiedy występuje 
potrzeba schodzenia na dno studni grawitacyjnej. Doświadczony podróŜnik zwiedza 
dwanaście do piętnastu światów, lecz rzadko zdarza się turysta, który rzeczywiście postawił 
stopę na więcej niŜ trzech planetach.

Naprawdę egzotyczne światy to — rzecz jasna — te, na których Ŝycie się nie rozwinęło 

albo rozwinęło, lecz w całkowicie odmiennych warunkach. Światy te są często dla 
zwiedzających niedostępne. Nie dlatego, Ŝe tubylcy miotają w nich włóczniami; tamtejsze 
związki organiczne są dla nich śmiertelną trucizną. Biostrefy mijane przez nas, według mych 
obliczeń, na poziomie czterdziestym trzecim i piątym mogły naleŜeć do tego właśnie rodzaju. 
Nie mogłem jednak, mimo najszczerszych chęci, dostrzec Ŝadnych oznak wskazujących, 
dlaczego są one tak niebezpieczne. Roślinność zachowała zielony kolor, a przewaŜająca jej 
część wciąŜ wyglądała na drzewa, trawy, krzewy i kwiaty.

152

Natomiast poziomy czterdziesty siódmy i czterdziesty dziewiąty uległy intensywnej 

kolonizacji. Na poboczach dróg kwitły skupiska najeźdźczej ludności, mimo Ŝe panujące 
temperatury nadal zaliczały się do rzędu wysokich. Pięćdziesiąty, choć dane nam było ujrzeć 
jedynie jego wyrywki, okazał się prawdziwym cudem. Jego oświetlenie, było jednolite i 
bardzo przyćmione. Przypominało raczej mglisty zmierzch niŜ gwiaździstą noc. Ale panujące 
tu ciepło zrodziło bogate Ŝycie, przypuszczalnie opierające się niemal wyłącznie na 
termosyntezie.

Niełatwo wyobrazić sobie rodzaj planety, lub tylko jej połaci, na której mogłyby zaistnieć 

podobne warunki. MoŜe byłoby to dopuszczalne na planecie ze stromym nachyleniem 

background image

osiowym, spowitej mgłą, na wykazującym znaczną aktywność obszarze wulkanicznym. Ale 
trudno sobie wyobrazić, aby tereny takie nie ulegały zmianom wystarczająco długo, by 
mogło rozwinąć się na nich Ŝycie w postaci bogatej flory i fauny.

MoŜna by sądzić, Ŝe w tego rodzaju ekosystemie nie występują Ŝadne barwy — 

przyćmione światło sprzyja jedynie powstawaniu róŜnych odcieni szarości. Ale w tym 
przypadku to się nie sprawdzało. Wiele tutejszych roślin wypuszczało kolorowe kwiaty i 
rodziło kolorowe owoce, którym same dostarczały światła. Była to kraina gwiazdkowych 
choinek obsypanych mnóstwem własnego wytworu bioluminescencyjnych bajecznych 
lampionów. RównieŜ wiele owadów obnosiło ze sobą swe własne światełka. Gdziekolwiek 
by spojrzeć, przelatywały roje świetlików, a na „ziemi" jarzyły się wstęgi świecących 
robaków.

153

Zdałem sobie sprawę, Ŝe to co się tu działo, było w pewnym sensie odwróceniem 

charakterystycznego dla Ziemi ukierunkowania procesów Ŝyciowych. Tam, paliwem, 
ź

ródłem energii było dla niŜszych form Ŝycia światło, natomiast wyŜsze organizmy 

wytwarzały swą własną ciepłotę. Tu zaś podstawowym paliwem było ciepło, a naj-
inteligentniejsze organizmy posługiwały się światłem do przekazywania informacji. MoŜe 
przychodziło im to tak lekko jak ziemskim stworzeniom wydzielanie zapachów. Nigdy o 
czymś takim nie słyszałem i byłem oczarowany. Natomiast moi towarzysze podróŜy, 
znudzeni, ledwie zerkali przez szczelnie zamknięte okna pojazdu. Minęliśmy po drodze kilka 
budowli, ale Ŝadnych przechodniów. Pomyślałem, Ŝe to moŜe kolejna biostrefa, w której 
moŜna oddychać bezpiecznie wyłącznie poprzez maski filtrujące.

Ani męŜczyzna o bladoniebieskich oczach, ani Jacinthe Siani nie chcieli udzielić mi 

wyjaśnień na temat tego zjawiska, Zdałem sobie sprawę, Ŝe jedyna jej uwaga, o muzykalnych 
roślinach, prawdziwie świadczyła, ile trzeba, by obudzić jej ciekawość. Co do najeźdźcy, 
mimo iŜ był „tylko" Ŝołnierzem, zdawał się całkowicie obojętny na piękno i czar właściwy 
tajemnicom, jakie kryl w sobie Asgard. Dla niego wszystko wydawało się oczywiste, nic nie 
znaczyło w kategoriach nawiedzonych teorii na temat Asgarda i boskich istot, które go 
zaprojektowały.

Prymitywna umysłowość, rozmyślałem, zapatrzona w mądrość domniemanych przodków, 

nie dbająca o postęp swej własnej wiedzy. A mimo to ludziom tym moŜe powieść się 
przepędzanie Tetrów z Asgarda i spustoszenie rozległych obszarów tego makroświata.

154

Jeśli kiedykolwiek brałem powaŜnie moŜliwość zdradzenia Tetrów i oddania swego losu w 

ręce najeźdźców, teraz wiedziałem, Ŝe nie mógłbym tak postąpić. Potrzebowałem 
sprzymierzeńca, któremu prawdziwie leŜało na sercu zgłębienie tajemnic Asgarda.

Po migawkach ekosystemów na poziomie pięćdziesiątym nie mogłem doczekać się 

dalszych widoków. Następny etap zjazdu doprowadził nas, według moich obliczeń, do 
poziomu pięćdziesiątego drugiego. Był równie niesamowity, a kiedy zmieniliśmy środek 
lokomocji przed pokonaniem skomplikowanej śluzy powietrznej, wiedziałem juŜ, Ŝe 
atmosfera jego pozbawiona jest tlenu. Pojazd, do którego wsiedliśmy, przypominał 
hermetyczny miniaturowy statek kosmiczny.

Na zewnątrz pieniło się Ŝycie bujniejsze niŜ w poprzednich środowiskach wodorowych. 

Tam, oprócz bagnistej powłoki na powierzchni, przewaŜały formy lotne. Natomiast na tym 
poziomie występowało wiele form drzewiastych w kształcie dendrytów. Wzdragam się przed 
uŜyciem słowa „drzewa", poniewaŜ bardziej przypominały twory koralowe, poskręcane i 
wijące się we wszystkie strony, pozbawione listowia. Nie tworzyły lasu, bowiem rosły w 
odstępach, ale część z nich, na wzór lotnego środowiska na poziomie pięćdziesiątym, rodziła 
coś w rodzaju świetlistych owoców. Występowały teŜ latające lub, ściśle mówiąc, szybujące 
stworzenia, bowiem nie dostrzegałem ani nie słyszałem niczego, co przypominałoby trzepot 
skrzydeł, kiedy przefruwały z jednego koralowca na drugi.

Rosło teŜ jakieś poszycie, na które składały się przewaŜnie kulkowate twory róŜnej 

background image

wielkości, często skupione

155

w grona. Nie wyobraŜałem sobie, na jakim metabolizmie opierają się te organizmy. 
Wiedziałem o istnieniu w konwencjonalnych ekosystemach bakterii rozwijających się 
wyłącznie w środowisku beztlenowym, ale nie słyszałem o Ŝadnych tkankowcach, wyŜej 
zorganizowanych bytach, obywających się bez tlenu. Musiało tu natąpić radykalne 
odwrócenie podstawowego mechanizmu DNA, jeśli ten rodzaj Ŝycia miał cokolwiek 
wspólnego z naszym.

Krótko jechaliśmy przez te tereny, ledwie kilka kilometrów. Dotarliśmy w końcu do 

ogromnego muru z oknami, ciągnącego się w obie strony w mrok. Przedostaliśmy się przez 
system śluz, ale zamiast przed kolejnym wielkim elewatorem zaparkowaliśmy nasz pojazd w 
nawie. Kiedy wysiadaliśmy, naprzeciw nam wyszli uzbrojeni Ŝołnierze. Zdałem sobie 
sprawę, Ŝe dalej nie pojedziemy. Byliśmy u celu.

Czasomierz na nadgarstku pokazywał czas w jednostkach miejscowych, ale licząc w 

ziemskich godzinach, podróŜ nasza trwała prawie dwa dni.

Przy takim mnóstwie atrakcji za oknem nie docierało do mnie w pełni, jak bardzo jestem 

zmęczony. Dopiero teraz z wolna zacząłem sobie zdawać sprawę, Ŝe spałem ledwie sześć w 
czasie czterdziestu ośmiu godzin jazdy.

Początkowo dziwiło mnie, Ŝe cel naszej podróŜy znajduje się w tak wrogim otoczeniu. Ale 

wkrótce zrozumiałem, jaką logiką kierowali się najeźdźcy. Jakie miejsce lepiej nadawało się 
na więzienie ścisłego nadzoru niŜ budynek otoczony zewsząd atmosferą, w której nie moŜna 
oddychać? Na pewno zniechęcało to do podejmowania wszelkich prób ucieczki.

156

Po dotarciu na miejsce nie mogłem uwolnić się od natrętnej świadomości beznadziejności 

mego połoŜenia. Na głębokości pięćdziesięciu poziomów nie mogłem Ŝywić najmniejszej 
nadziei na uwolnienie przez Tetrów. Susarma Lear nigdy nie będzie w stanie mnie odszukać, 
nawet gdyby chciała wraz z Gwiezdną Gwardią pospieszyć mi na ratunek. Jak gdyby nie dość 
było mych męczarni, podejrzewałem, Ŝe moi oprawcy zaŜądają ode mnie o wiele więcej 
informacji, niŜ jestem w stanie im udzielić. Z pewnością nie zamierzali pobłaŜliwie 
traktować niedostateczności mych odpowiedzi.

17

P

óźniej przekonałem się, Ŝe więzienie było bardzo zatłoczone, choć zaraz po przyjeździe tego 
się nie widziało. Korytarze zionęły pustką, wszyscy siedzieli pozamykani w swych celach. 
Nawet straŜników kręciło się niewielu. Chyba nie trzeba było ich duŜo, zwaŜywszy, Ŝe 
wszelkie marzenia o buncie lub ucieczce z góry skazane były na niepowodzenie.

Warunki obozowe były skromne, tyle byłem w stanie po drodze dostrzec. Ściany lśniły 

zimnym, metalowym blaskiem, drzwi celi, nie kończące się szeregi w odstępach ledwie 
sześciometrowych, niczym między sobą się nie róŜniły.

Przyszłość rysowała się w czarnych barwach, kiedy tak szedłem prowadzony pod eskortą 

do wyznaczonego mi miejsca. Ale gdy otworzywszy drzwi, straŜnicy wepchnęli

157

mnie do środka, z ulgą stwierdziłem, Ŝe nie jest aŜ tak źle, jak myślałem. Pacjenci tej dziwnej 
instytucji rozmieszczani byli po dwóch w jednej celi. Naszym oprawcom starczyło na tyle 
pomyślunku, by kojarzyć swych ze swymi. W obozie przebywał tylko jeden człowiek, więc 

background image

natychmiast zaprowadzono mnie do jego celi.

Kiedy zatrzasnęły się za mną drzwi, człowiek ów spojrzał na mnie z nieskrywanym 

zdumieniem, jakby moje zjawienie się graniczyło z cudem. Ucieszyłem się na jego widok. 
Pomyślałem, Ŝe w tej zabitej dechami dziurze stanowi on najlepszą moŜliwą namiastkę 
przyjaznej duszy.

— Cześć, Alex — przywitałem go. — Mały ten wszech

ś

wiat, co? O której godzinie podają do stołu?

Przyjemnie było popatrzeć, jak przez jego twarz przebiegają, jeden za drugim, grymasy 

całkowitego zaskoczenia.

• 

Rousseau! — wybąkał wreszcie, jak gdybym był co najmniej świętym Mikołajem albo 

diabłem wcielonym.

• 

MoŜesz mi mówić Mike — zachęciłem go.

• 

PrzecieŜ wyjechałeś jeszcze przed inwazją — stwierdził głupawo. — Powinieneś być 

juŜ na Ziemi.
UŜywał parole: angielski nie był jego ojczystym językiem i nie posługiwał się nim 
nieproszony. Rozejrzałem się czujnie dokoła.

— Czy to miejsce jest na podsłuchu? — spytałem po

angielsku.

Pokręcił znuŜony głową, bardziej w oszołomieniu niŜ przecząco.

— Wątpliwe — odparł w tym samym języku. — Moim

skromnym zdaniem, to barbarzyńcy. Jeśli pominąć tech-

158

nikę, którą bezrozumnie przejęli, stoją mniej więcej na poziomie ludzi z pierwszej 
połowy XX wieku.

• 

CóŜ — stwierdziłem. — Teraz to i tak bez znaczenia. Po prostu nie jestem do 

końca pewny, ile ci neandertalczycy o mnie wiedzą, ani ile powinienem im powiedzieć. 
Jacinthe Siani wskazała mnie jako faceta, który dostał się na dół zapadnią Saula 
Lyndracha. Spaliła historyjkę, którą dla niepoznaki zmyśliłem na miejscu. Interesują się 
mną z powodu mych odkryć w głębi Asgarda. Tylko to ich chyba powstrzymuje przed 
rozstrzelaniem mnie jako tet-rańskiego szpiega. Staram się nie puszczać pary z ust, ale 
nie wiem, co zamierzają oni. Co ty im powiedziałeś?

• 

Zapewniam cię — oznajmił sztywno — Ŝe nie powiedziałem im absolutnie nic i 

nie zamierzam w przyszłości zmieniać zdania. Mogą, ze względu na powierzchowne 
podobieństwo, traktować mnie jako najbliŜszego krewnego swego gatunku, ale to 
dowodzi jedynie, jak

        bardzo są nieokrzesani.

Nie mogłem się z tym nie zgodzić. Zawsze moŜna było polegać na poczuciu godności 

Aleksandra Sovorova. Podobnie znana teŜ była jego awersja do półśrodków. Jeśli 
postanowił milczeć, nie pisnął ani słowa do sądnego dnia.

Usiadłem na wolnej pryczy i wierzchem dłoni otarłem czoło. Byłem zgrzany, trochę 

bolało mnie gardło. Dotąd przypisywałem swe nie najlepsze samopoczucie zmęczeniu, 
ale teraz zaczęły dokuczać zatoki.

— Masz jakąś chusteczkę? — spytałem. — Chyba się

przeziębiłem, a przejechałem co najmniej z pół świata.
Tutejsze zaplecze medyczne nie odpowiada zapewne tet-
rańskim normom?

159

• 

Raczej nie — podał mi ostroŜnie chusteczkę. Nie miało sensu unikanie bezpośredniego 

kontaktu; jeśli mieliśmy dzielić celę, będziemy musieli podzielić się teŜ wirusami.

• 

Domyślam się, Ŝe któryś z ziemskich znajomych wydał ciebie jako kogoś, kto 

background image

najprawdopodobniej zna się na technice Tetrów? — dociekałem. — Zwrócili się więc o 
pomoc, nie spodobała im się twoja aspołeczna postawa i zesłali cię na dół na małą 
resocjalizację.

• 

Coś w tym stylu — potwierdził.

• 

Torturowali cię?

• 

Nie. Do tej pory próbowali pozyskać mą współpracę za pomocą argumentów i 

przekupstwa. Najstraszniejsze groźby ciskają pod adresem Tetrów. Chyba przekonali się, Ŝe 
nie wiem zbyt wiele.

• 

UlŜyło mi. Mam tylko nadzieję, Ŝe zastosują podobną taktykę wobec mnie. Argumenty 

i przekupstwa mogę znieść.

• 

Mam nadzieję — odezwał się lodowatym tonem — Ŝe nie zamierzasz współpracować z 

tymi niecnymi mordercami.

• 

To zaleŜy, co będą chcieli wiedzieć. Jestem w pewnym stopniu upowaŜniony do 

rokowań. Który z Tetrów ma najwyŜszy numer w obozie?

• 

Jest jeden o nazwisku Vela-822 — odparł nieco podejrzliwie.

• 

Czy jest jakaś moŜliwość dotarcia do niego?

• 

Oczywiście. Dwa razy dziennie odbywają się zajęcia ruchowe i więźniowie bez 

przeszkód mogą się ze sobą kontaktować. Czy są jakieś szczególne powody, dla których 
chcesz się z nim widzieć?

160

• 

Mówiłem ci. Jestem szpiegiem Gwardii Gwiezdnej. Tetrowie wynajęli mnie, 

a takŜe Susarmę Lear i oddział gwardzistów, do zbadania sytuacji na dole i 
ustanowienia linii komunikacyjnych.

• 

A jak spodziewasz się przesłać swój meldunek z powrotem? — spytał 

zgryźliwie. — Nadzór w obozie jest rozluźniony, ale wcale nie musi być ścisły. 
Nawet gdybyś zdobył skafander próŜniowy, nie miałbyś dokąd się udać, chyba Ŝe 
do szybu. A gdyby udało ci się pojechać w dół lub w górę, w obu przypadkach 
napotkasz okupowane przez najeźdźców poziomy.

• 

Więc nikt nie ucieka?

• 

Nikt nawet nie próbuje — zapewnił mnie.

• 

W takim razie — stwierdziłem — będę musiał wydostać się stąd drogą 

perswazji. A jeśli pociągnie to za sobą konieczność podzielenia się z nimi mą 
wiedzą, pójdę na to. Musimy przygotować się do ponoszenia ofiar.

Nim zacząłem, nie zdawałem sobie sprawy, Ŝe będę musiał poczynić plany mniej 

więcej w tym guście. W gruncie rzeczy jeszcze w ogóle nic nie planowałem. Ale 
Alex Sovorov zawsze draŜnił swym nieznośnym sposobem bycia i nie miałem 
zamiaru zdradzać się, Ŝe nie wiem, jak trzeba lub moŜna postąpić.

Spojrzał na mnie niepewnie, nie do końca przekonany, czy powinien okazać 

dezaprobatę. Miał przed sobą nowy dylemat. W przeszłości, ilekroć się stykaliśmy, 
był święcie przekonany, Ŝe zasługuję na naganę.

• 

Pracujesz dla Tetrów? — dopytywał się.

• 

Zgadza się. Mają kłopoty z nawiązaniem kontaktu z naszymi sympatycznymi 

gospodarzami. Wysłali na po-

10 Najeźdźcy z Centrum

161
wierzchnie trzy grupy zwiadowców, by dowiedzieć się, co jest grane. Miałem pecha i 
wpadłem jeszcze na pierwszym etapie. Miejmy nadzieję, Ŝe innym dopisało szczęście. Ale 
tak dla mej własnej satysfakcji, byłbym ci wdzięczny, gdybyś zechciał podzielić się ze mną 
swą wiedzą. Zakładam, Ŝe twoje postanowienie ignorowania najeźdźców nie dotyczy 
zwracania uwagi na inne rzeczy?

• 

Oczywiście, Ŝe nie — zapewnił mnie. — Niestety, nie udało mi się dotychczas 

background image

zgromadzić zbyt wielu danych. O ile bardzo chciałbym porozmawiać z rdzennymi Asgar-
dyjczykami, na przeszkodzie stanął tu brak wspólnego języka. Niektórym z nich zaleŜy na 
nauczeniu się parole nie mniej niŜ najeźdźcom, ale mają ograniczone moŜliwości. Część z 
nich poczyniła postępy w czasie zajęć ruchowych, ale lingwiści okupantów obcują z 
kolaborantami przez całą dobę i lepiej opanowali parole.

• 

Nie szkodzi — powiedziałem. — Nie oczekuję cudów. Zacznijmy od obozu. Ilu 

przebywa tu więźniów i kim oni są?

— Nie zdołałem poczynić dokładnych obliczeń...
Jego pedanteria działała na mnie trochę zniechęcająco.

Zastanawiałem się, czy nie lepiej połoŜyć się teraz spać i spróbować sensowniejszej 
rozmowy rano. Zaczynała mnie boleć głowa, ale nie dawałem za wygraną.

• 

Daj spokój, Alex. Po prostu chcę się zorientować w sytuacji. Co to za miejsce?

• 

CóŜ — zaczął. — Sądzę, Ŝe przebywa tu ze dwa tysiące osób. Zdecydowana większość 

to przedstawiciele ras pozagalaktycznych. Według moich obliczeń jest ich co  najmniej  
tuzin.  Jedną  dziesiątą  stanowią  galaktycy,

162

w większości Tetrowie. Zdaje się, Ŝe najeźdźcy sprowadzili tu przynajmniej po jednym 
przedstawicielu kaŜdej rasy występującej w Mieście Pierścieniorbity. Jest to w równej 
mierze ośrodek kształcenia jak i miejsce odosobnienia. Całkiem prawdopodobne, Ŝe ściągają 
tu kaŜdego, kogo chcą przez dłuŜszy czas przesłuchiwać. Przypadki znęcania się nad 
więźniami nie są częste, ale nie jestem w stanie określić pełnego zakresu przeprowadzanych 
tu czynności śledczych. Na razie wyciąganie wniosków byłoby przedwczesne.

• 

O, merde — mruknąłem. Mogłem się tego spodziewać. PołoŜyłem się i spojrzałem na 

niego, podkładając pod głowę poduszkę.

• 

Jesteś zmęczony — zauwaŜył.

Miło było widzieć, Ŝe nie jest całkowicie niezdolny do wyciągania wniosków.

• 

Nie powiedziałeś, o której tu podają do stołu — przypomniałem.

• 

Działamy w oparciu o cykl dobowy nieco dłuŜszy od tetrańskiej normy. Najeźdźcy, 

zdaje się, dzielą dobę na czterdzieści jednostek. Nie mam pojęcia dlaczego. Światła włączane 
są o jednostce zero, gasną o dwudziestej piątej. Jadamy w czasie pierwszej, jedenastej i 
dwudziestej pierwszej jednostki. Ćwiczymy między piątą a szóstą i piętnastą a szesnastą 
jednostką.

• 

Spróbuję zapamiętać — obiecałem.

Po dłuŜszej chwili, kiedy dotarło w końcu do jego zakutego łba, Ŝe nie jest dla mnie zbyt 

Ŝ

yczliwy, odezwał się łagodniejszym tonem:

— Co z nami będzie, Rousseau? Czy Tetrom uda się

doprowadzić do naszego uwolnienia?

10*

163

• 

Dlaczego Tetrowie mieliby się tak tobą przejmować? — spytałem odwzajemniając 

trochę jego złośliwą zgryź-liwość. — Mimo twej cennej pracy na rzecz Centrali, Tetrowie 
mają ciebie w nosie. A teraz, kiedy zawiodłem w powierzonej mi misji, pewnie i ja obchodzę 
ich niewiele więcej. Na twoim miejscu, Alex, zacząłbym główkować, jak samemu sobie 
pomóc. To właśnie mam zamiar zrobić.

• 

Aha — odparł beznamiętnie. — W takim razie Ŝyczę ci szczęścia.

Potrafię wyczuć, kiedy ktoś nie jest ze mną szczery. Niestety, pomyślałem, moŜe potrzeba 

mi będzie szczęścia, i to mnóstwo, a takŜe czegoś więcej. Przymknąłem oczy, próbując 
pomyśleć, jaką obrać taktykę, kiedy znowu zaczną się pytania, co bez wątpienia wkrótce 
nastąpi. Nie mogłem zebrać myśli. Byłem wyczerpany, pociągałem nosem, daremnie 
próbując oczyścić zatoki.

Ze wszystkich głupich miejsc na złapanie przeziębienia, pomyślałem, musiało się to 

przytrafić akurat tutaj, gdzie nie mogę liczyć na właściwą opiekę lekarską.

Los wciąŜ zdawał się rozdawać mi najgorsze karty. Zdałem sobie sprawę, Ŝe chyba 

powiedziałem Alexowi prawdę. Wypadliśmy z rozgrywki na dobre i nie było nikogo, kto 

background image

chciałby nas wprowadzić do niej z powrotem. Jeśli nie rozegram tej partii właściwie, 
pomyślałem, mogę spędzić tu długi, długi czas.

18

D

ruga faza przesłuchania rozpoczęła się o wiele przyjemniej od pierwszej. Nowy rozmówca 
lepiej władał parole od mego starego znajomego o oczach koloru ziemskiego nieba i z 
pewnością nie był „tylko Ŝołnierzem". Nawet mi się przedstawił. Nazywał się Sigor Dyan. 
Ubrany był na czarno, jak wszyscy męŜczyźni noszący mundury, ale nie miał epoletów, co 
delikatnie podkreślało, Ŝe był wystarczająco waŜną osobistością, by stać ponad wojskową 
hierarchią. Skórę miał białą, przeciętne jasne włosy, ale interesujące oczy, o lekko 
purpurowym odcieniu, barwy pośredniej między jasnoniebieską a typową dla albinosów 
róŜową. Jego łuki brwiowe nie były zanadto wysadzone, miał stosunkowo proste czoło, co 
wszystko razem nadawało mu bardzo ludzki wygląd.

Przyjął mnie w gustownym pomieszczeniu. Poprosił, Ŝebym spoczął na sofie, sam zaś 

usiadł na kanciastym krześle z podwyŜszonym siedzeniem. W rezultacie spoglądał na mnie z 
góry, mimo Ŝe byłem od niego wyŜszy o dobre trzy centymetry. Między nami stała niska 
ława ze szklanym blatem, a na niej dwie filiŜanki i imbryk z parującym napojem.

Bez pytania nalał nam obu po filiŜance i podsunął mi jedną. Posmakowałem ostroŜnie. 

Napój był zielony i słodki, jak herbata miętowa z cukrem. Złagodził trochę ból gardła, który 
ostatnio bardzo mi dokuczał. Była to, oczywiście, pora, w której obchodzono się ze mną jak 
w jedwabnych rękawiczkach, ale wiedziałem, Ŝe muszę wystrzegać się Ŝelaznej pięści.

165

• 

Nazywa się pan Michael Rousseau? — zaczął.

• 

Zgadza się — wychrypiałem.

• 

Pochodzi pan z planety zwanej Ziemią?

• 

To kolebka mego gatunku. Ja urodziłem się w mikroświecie w pasie planetoidów. To 

rzadkie skupisko ogromnych skał, jeszcze bardziej oddalonych od naszej gwiazdy niŜ 
macierzysta planeta. Wiecie coś o gwiazdach słonecznych?

• 

Uczymy się. Asgard, jak sądzę, dzieli od pańskiego macierzystego świata ogromna 

odległość, tak wielka, Ŝe nie jestem w stanie tego sobie wyobrazić. Przywykliśmy do 
wyraŜania odległości raczej w małych jednostkach. Odkryliśmy, Ŝe nasze horyzonty myślowe 
są bardziej zawęŜone, niŜ moglibyśmy przypuszczać.

• 

Mam nadzieję, Ŝe wasi Ŝołnierze nie cierpią na agorafobię?

Uśmiechnął się.

• 

Niestety, tak. Wielu z nich praca na powierzchni sprawia trudności. Wydaje się nam, 

Ŝ

e nawet kopuła Miasta Pierścieniorbity przykrywa niesamowicie rozległą przestrzeń. Zaś 

poza kopułą... moŜe jest pan w stanie sobie wyobrazić, jakim wstrząsającym przeŜyciem jest 
pierwsze spojrzenie na niebo.

• 

Być moŜe — przyznałem. Ale nie mogłem, przyszedłem na świat w pasie planetoidów, 

wzrastałem pod niebem, przy którym wszystkie inne wydają się niegroźne.

• 

Co pana sprowadziło na Asgard, panie Rousseau? — spytał uprzejmie.

Nie chciałem go zraŜać. Zbyt marnie się czułem na dyskusję, ale starałem się zachować 

dziarską minę i opanować swoje dolegliwości.

166

• 

śą

dza przygód — wyjaśniłem. — W którymś momencie przychodzi taki czas, Ŝe stać 

cię na kupno statku kosmicznego i nagle cała galaktyka staje otworem. Mikro-świat zaczął 
mnie męczyć swą zaściankowością, a pas planetoidów niewiele ma do zaoferowania, poza 
milionami krąŜących po orbicie głazów. Miałem przyjaciela, który pragnął odbyć 
romantyczną wyprawę. Asgard jest Romantyczny, i to przez duŜe ,,R": największy i najdziw-
niejszy świat w całym poznanym kosmosie. Wieści o jego istnieniu ledwie zaczęły do nas 

background image

wtedy docierać. Stanowił wielką tajemnicę, ostateczną zagadkę. Ludzie zrodzeni w kosmosie 
wyglądają na zewnątrz... rzadko wracają na Ziemię. Dla nich Ziemia to zamknięta 
przeszłość... społeczność galaktyczna, oto przyszłość. A co was sprowadziło tutaj?

• 

Pewien talent do języków. Ale moŜe nie chodziło panu o mnie, moŜe pyta pan, co 

sprowadziło tu mój lud?

• 

Warto byłoby wiedzieć — przyznałem.

• 

Początkowo — zaczął — konieczność odkrywania nowych obszarów, poza tymi, które 

przydzielono nam w rdzennej biostrefie, wypływała z prostych napięć demograficznych. 
Zajmowaliśmy pierwotnie biostrefę o powierzchni około trzydziestu milionów kilometrów 
kwadratowych, ale nic w sposób znaczący nie hamowało naszego przyrostu naturalnego. Nie 
wiemy, jak liczni byliśmy na początku, ale kiedy odkryliśmy sposób na dotarcie do innych 
ś

rodowisk, było juŜ nas sześć miliardów. Groziło podwojenie populacji w czasie nie 

dłuŜszym niŜ Ŝycie jednego człowieka. Przez większą część naszej historii, a właściwie 
prehistorii, jako Ŝe nie mamy Ŝadnych zapisów

167

z tego dłuŜszego okresu naszego tutaj pobytu, braliśmy nasze otoczenie za rzecz zupełnie 
normalną. Dopiero za Ŝycia ostatnich generacji zabraliśmy się do nauki, by dowiedzieć się, 
jak wykorzystać technikę, która się za nią kryje... Sądziliśmy, Ŝe rozwijamy się w bardzo 
szybkim tempie, gdy zapuszczaliśmy się poniŜej i powyŜej naszego ojczystego poziomu. Nie 
napotkaliśmy Ŝadnych zamieszkałych poziomów równie rozwiniętych jak nasz. Odkryliśmy 
wiele praktycznie bezludnych poziomów. Poziomy takie jak ten stanowiły dla naszej 
ekspansji w dół powaŜną przeszkodę. NiŜej rozciągają się podobne. Łatwiej i korzystniej 
wydawało się więc pójść w górę, dopóki nie natknęliśmy się na zamarznięte poziomy. 
Wyglądało na to, Ŝe będzie to bariera nie do przezwycięŜenia, ale dotarliśmy do niŜszych 
poziomów Miasta. Wydawało się, Ŝe to upragniona furtka... Nie mogliśmy przecieŜ wiedzieć 
przed wysłaniem tam wojsk, jakie przykre rewelacje nas tam czekają.

Umilkł wyczekująco. Nie chciałem go zawieść, podjąłem więc wątek jego wywodów.
— Odkryliście, Ŝe mimo wszystko nie jesteście panami

Stworzenia. I nie wiecie teraz, jak sobie z tym poradzić.

— Jesteśmy... niezdecydowani — przyznał.
Sprawiał wraŜenie czekającego na coś więcej. Uznałem,

Ŝ

e nie zaszkodzi, jeśli to rozwinę.

— Będę strzelał — powiedziałem. — Niewiele wiecie

o Asgardzie, nie mówiąc juŜ o wszechświecie. Nie macie
pojęcia, skąd się tu wzięliście. Kiedy wasi pradziadowie
zaczęli pomału orientować się, w jakim Ŝyją świecie,
naturalnie przyjęli, Ŝe został on w całości stworzony dla

168

nich, urządzony dla potrzeb ich rosnącej populacji. Oddawali tę zasługę swym przodkom. 
Wasze wyprawy i podboje mogły niektórych spośród was nastawić wobec tego sceptycznie, 
ale nic nie burzyło waszej wiary w uprzywilejowaną pozycję... dopóki nie wkroczyliście do 
Miasta Pierś-cieniorbity. Weszliście z zamiarem posiekania na kawałki garstki barbarzyńców 
pędzących, jak wy, pasoŜytniczy Ŝywot w oparciu o pradawną technikę, po czym 
uświadomiliście sobie, Ŝe to zupełnie inna para kaloszy. Ale musiał to być wstrząs...

„Para kaloszy" niezupełnie dawała się przetłumaczyć na parole, ale wyczuł, o co chodzi.

• 

Przenikliwy z pana człowiek, panie Rousseau — przyznał. Chyba szczerze się ucieszył. 

MoŜe doskwierał mu brak intelektualnej konwersacji, skoro Alex Sovorov ani Tetrowie nie 
chcieli z nim rozmawiać.

• 

Dlaczego nie nawiązujecie rokowań z Tetrami? — spytałem prosto z mostu. — Nie są 

skorzy do odgrywania patetycznych aktów zemsty. Potrafią wybaczyć błąd popełniony w 
nieświadomości. W gruncie rzeczy naprawdę zaleŜy im na rozstrzygnięciu pokojowym, ko-
rzystnym dla obu stron.

• 

Tak teŜ zapewniali nas nasi tetrańscy goście — powiedział. — Ale musi pan spojrzeć 

background image

na sprawy z naszego punktu widzenia. Co by się stało, gdybyśmy zawarli pokój z Tetrami? 
Chcieliby uzyskać dostęp do poziomów, nad którymi sprawujemy pieczę, by móc 
kontynuować swe pokojowe badania. Niewątpliwie, w zamian obdarzyliby nas swą techniką, 
podzielili wiedzą. ZaangaŜowaliby się w nasze przedsięwzięcia, zainteresowali naszymi 
biostre-

169

fami. JuŜ teraz uwaŜają się za panów Asgarda, poniewaŜ dzięki swej technice potrafią 
budować na jego powierzchni miasta, penetrować jego wnętrze. Jeśli damy im wolną rękę i 
pozwolimy dotrzeć, gdziekolwiek zechcą, i robić, co im się podoba, Asgard stanie się 
naprawdę ich. To oni nauczą się posługiwać i kierować techniką naszych przodków. To nie 
będzie w porządku. My jesteśmy spadkbbier-cami, wszystko to naleŜy do nas. Musimy 
czynić, co tylko w naszej mocy, by utrzymać nad tym władzę.

Ponownie urwał wyczekując. Zachowałem się fair i spróbowałem spojrzeć na sprawy z 

jego punktu widzenia. Musiałem mu oddać pewną słuszność.

• 

Jeśli pozwolicie Tetrom przejąć stery nad waszymi poziomami — zacząłem powoli — 

będą mieli większe szanse niŜ wy, by rozszyfrować, na jakiej zasadzie działa Asgard. 
Technika jego twórców, zawarta w samej konstrukcji tego makroświata jak i w systemach 
dostarczających biostrefom energii, o niebo przewyŜsza tetrańską... A jeśli równocześnie z 
Tetrami przystąpicie do tego dzieła, i tak oni odkryją to wcześniej. Rozumiem teraz, dlaczego 
wszystko chcecie zatrzymać dla siebie. Otacza was zewsząd najwymyślniejsza i 
najpotęŜniejsza w całym wszechświecie technika... gdybyście tylko potrafili ją zrozumieć i 
opanować, wyprzedzilibyście nie tylko Tetrów, ale kaŜdego. Sęk w tym, Ŝe jej nie 
rozumiecie, nie rozumiecie nawet techniki, którą przejęliście po Tetrach w Mieście Pierś-
cieniorbity, prawda?

• 

Asgard naleŜy do nas — rzekł Sigor Dyan. — Tutaj jest nasze miejsce. Mieszkańcy 

Miasta mówią chyba o nas jako o „najeźdźcach", ale to nieprawda. Tak naprawdę, to oni są 
przybyszami w naszym świecie. Czy tak nie jest?

170

• 

Rozumiem, Ŝe tak musi to wyglądać z waszego punktu widzenia — przyznałem 

ostroŜnie.

• 

O ile się nie mylę, pańska rasa toczyła niedawno wojnę z innym gatunkiem, zwycięską, 

nawiasem mówiąc — powiedział. — Czy to prawda?

• 

Tak.

• 

O co toczyła się ta wojna? Uśmiechnąłem się do niego krzywo.

• 

Chodziło o „roszczenia terytorialne" — bąknąłem.

• 

Waszym przeciwnikiem była, jak sądzę, rasa człeko-podobna, ale powiedziano mi, Ŝe 

nie przypominała waszej tak ściśle jak nasza?

• 

To teŜ prawda — potwierdziłem czujnie.

• 

Jeśli byliby podobni do was tak jak my, czy nie sądzi pan, Ŝe obie rasy mogłyby w 

pokojowy sposób przezwycięŜyć spór?

• 

Wątpię — odparłem sucho. Była to ciekawa kwestia, ale nie chciałem udawać, Ŝe mam 

na nią gotową odpowiedź.

• 

Twój gatunek stoi niŜej pod względem techniki od Tetrów. Bez wątpienia, jesteście 

bardziej rozwinięci od nas, ale musicie znaleźć sobie miejsce w społeczności galaktycznej 
zdominowanej przez Tetrów. Czy, bazując na tym, co pan wie o tej społeczności, uwaŜa pan, 
Ŝ

e ludzkość kiedykolwiek dorówna Tetrom, Ŝe pozwolą oni, zwaŜywszy ich obecną pozycję 

hegemona, kiedykolwiek dogonić się innej rasie?

Przełknąłem łyk zielonego płynu. Wywody Dyana były w sumie aŜ za mądre. Jego pytania 

naleŜały do takich, na które najlepiej odpowiadać dalszymi.

171

• 

Jak pan sądzi, jakie macie szanse, jeśli dojdzie do konfliktu zbrojnego? — zapytałem. 

— Tetrowie szczycą się łagodnością, ale załoŜyłbym się, Ŝe potrafiliby ściągnąć tu jakąś 

background image

niesamowitą broń, jeśli zostaną do tego zmuszeni.

• 

Nie wątpię — odparł Dyan. — Jeśli w opowieściach ludzi o waszej Gwardii 

Gwiezdnej tkwi choć połowa prawdy, to nie wątpię, Ŝe moglibyście obrócić w perzynę 
Miasto Pierścieniorbity, a my nie bylibyśmy w stanie go utrzymać. Ale czy Tetrowie 
naprawdę będą chcieli zbombardować Miasto, gdzie Ŝyje tak wielu ich rodaków. Jaki mieliby 
z tego poŜytek? Na niŜszych poziomach mamy dwadzieścia miliardów ludzi. Odbicie Miasta, 
bez jednoczesnego zniszczenia, byłoby trudne. Nie mówię, Ŝe niemoŜliwe, choć nie bardzo 
widzę, jak moŜna by tego dokonać. A nawet gdyby Miasto Pierścieniorbity padło, co potem? 
Nadal mamy dwadzieścia miliardów ludzi. Jak pan sądzi, ile czasu zajęłoby waszym 
najeźdźczym armiom dotarcie do dziesiątego poziomu... nie mówiąc juŜ o pięćdziesiątym?

Z pewnością myślał o tym dłuŜej niŜ ja. Jego argumenty wydawały się podejrzanie mocne. 

Gdyby galaktycy próbowali zająć siłą małe imperium najeźdźców, mieliby na karku kupę 
roboty. Odbicie Miasta to jeszcze nie wszystko, co potem? Czy Tetrowie mogliby wysyłać 
swych badaczy w głąb poziomów zamieszkałych przez wrogo nastawione obce istoty? 
Wiedziałem aŜ za dobrze, jak cięŜko było Centrali przetrzeć szlak w dziele poznania ludu 
ongiś zamieszkującego wierzchnie warstwy Asgarda, mimo iŜ jej jedynym przeciwnikiem 
było zimno. Być moŜe, pomyślałem,  neandertalczycy  są  w  stanie zyskać  czas

172

potrzebny im do nadrobienia zaległości. MoŜe są w stanie trzymać Tetrów w szachu, nawet 
nie przez lata, ale przez całe pokolenia, samemu ze wszystkich sił dąŜąc do opanowania, 
prawdziwego opanowania techniki otaczającej ich na kaŜdym kroku, wrośniętej w samą 
tkankę ich ograniczonego wszechświata.

• 

W porządku — zgodziłem się — Nie wpuścicie Tetrów do Miasta... i na poziomy, 

które kontrolujecie. Ale nie macie Ŝadnego wpływu na to, co dzieje się gdzie indziej, 
prawda? Wasze imperium rozciąga się jedynie w linii prostej z góry na dół. Jeśli dojdzie do 
konfliktu zbrojnego, Tetrowie zaczną szukać we wszystkich pozostałych biostrefach poziomu 
pierwszego. Sprowadzą o wiele więcej ludzi, niŜ kiedykolwiek skierowali do pracy w 
Centrali. MoŜecie przewyŜszać ich liczebnie nawet milion do jednego, ale sam pan przyznał, 
Ŝ

e są duŜo od was bystrzejsi. Mogą ten wyścig wygrać, a jeśli wyjdziecie wszyscy, by ich 

powstrzymać, kosztować to was będzie mnóstwo ofiar, moŜe nawet dwadzieścia miliardów 
istnień. Czy naprawdę chcecie takiej wojny?

• 

Przywykliśmy do walki — oświadczył zimno. — Poddanie się obcym przybyszom i 

wyrzeczenie się dziedzictwa byłoby nikczemną zdradą naszych przodków.

Korciło mnie, by zakwestionować jego załoŜenie dotyczące, tak zwanych, „przodków", ale 

nie chciałem go draŜnić. Milczałem, próbując złagodzić trochę pogłębiający się w 
następstwie zaciętej dyskusji ból głowy.

— W kaŜdym razie — kontynuował aksamitnym gło

sem Sigor Dyan — trzeba uwzględnić jeszcze inne czynniki
sytuacji, prawda? Wiemy o istnieniu zamieszkującej As-

173

gard rasy o wiele bardziej rozwiniętej od Tetrów lub od nas. Całkiem moŜliwe, Ŝe nasi 
przodkowie jeszcze Ŝyją, głęboko pod nami, w sercu jego świata. Gdyby wyłonili się 
nagle, spiesząc nam z pomocą, sytuacja uległaby radykalnemu przeobraŜeniu, prawda, 
panie Rousseau?

Wówczas uświadomiłem sobie, być moŜe poniewczasie, dlaczego mój widok tak 

ucieszył najeźdźców, kiedy Jacin-the Siani zdemaskowała mnie jako człowieka, który 
spenetrował poziomy. Jak to sobie wykoncypował Sigor Dyan, byłem tym, który 
rozmawiał z ich praojcami, mesjaszem komunikującym się z ich bogami. Do tej pory 
nastawiałem się na rodzaj przymierza, przy załoŜeniu, Ŝe najeźdźcy widzą w swych 
sąsiadach z dołu potencjalnych sojuszników. Nie dotarło do mnie, Ŝe ich sposób patrzenia 
na sprawy przydawał mi znacznie większego znaczenia. Nie uśmiechała mi się rola 
mesjasza. Ze wszech miar, to niebezpieczne zajęcie.

background image

O mało bym się wygadał, Ŝe Aleksander Sovorov i co     i najmniej tuzin Tetrów 

przebywających w obozie równieŜ zna połoŜenie zapadni Saula Lyndracha, ale ugryzłem się 
w język.

Nie wiedziałem, ile im do tej pory powiedziano. Jeśli wszystkie informacje pochodziły od 

Jacinthe Siani, wówczas ich wiedza na ten temat była Ŝałośnie niepełna. Prawdopodobnie nie 
wiedzieli, jaki układ zawarłem z Centralą, mogli teŜ nie mieć pojęcia, Ŝe droga do Myr-
linowskich superbiotechników została odcięta na dobre. Nie wolno mi było zapominać o 
maksymie, Ŝe nierozwaŜna paplanina drogo kosztuje, a jej ceną mogło być, między innymi, 
moje Ŝycie. Musiałem bardzo uwaŜać do czasu,

174

kiedy dowiem się, czego ode mnie oczekują i ile dokładnie w ich opinii jestem w stanie 
przekazać.

• 

Nie macie Ŝadnych istotnych powodów, by przypuszczać, Ŝe istoty Ŝyjące tam na 

dole to wasi przodkowie — zacząłem niepewnie. — MoŜe są po prostu kolejną rasą 
wszczepioną w środowisko tak jak wy. Ich techniczna wyŜszość nic nie znaczy. Niech 
pan spyta sam siebie, panie Dyan, jeśli są tylko jeszcze jedną osadzoną tu rasą, czy 
lepsza okaŜe się współpraca z nimi, czy z Tetrami?

• 

Na tego rodzaju pytania, panie Rousseau, mamy nadzieję, pan udzieli odpowiedzi 

— odparł głosem słodkim jak napój, którym mnie częstował, napój, który po wypiciu 
pozostawiał w ustach dziwny, nie do końca przyjemny posmak.

19

W

czasie najbliŜszych zajęć ruchowych, kiedy jeszcze wolno mi było swobodnie się poruszać, 
pewnie abym miał czas wszystko sobie przemyśleć, znalazłem okazję, by zamienić kilka słów 
z Velą-822.

Spotkaliśmy się przy jednym z wielu okien widokowych. Rozmawiając mogłem więc 

przenosić wzrok z pomarszczonej twarzy Tetra na rozciągające się za oknem tajemnicze 
pustkowie. Kłębiasta, oleista mgła ograniczała widoczność do dziesięciu, moŜe piętnastu 
metrów, ale dostrzegałem w pobliŜu kępy drzewiastych tworów. Widać teŜ było, choć 
niewyraźnie, niewielkie stworzenia pomyka-

175

jące pośród gałęzi. Barwne światełka, ozdabiające drzewiaste twory, wysyłały w mgłę ciepły 
blask, tworząc tęczowe smugi, w których pląsały i ulatywały roje świetlików. Dlaczego to 
tutaj jest?, zastanawiałem się. Czy jest czymś tak niezwykłym w dziele stworzenia, Ŝe stało 
się przez to cenne?

Vela-822 wykładał mi zasady polityki przyjętej przez Tetrów z Miasta Pierścieniorbity.

• 

Zasadniczo, strategia nasza opiera się na spokoju i rozwadze z domieszką wytrwałości 

i pewnego kuszącego oddziaływania. Staramy się jasno przedstawić korzyści, jakie zarówno 
rasy galaktyki, jak i mieszkańcy Asgarda odnieśliby ze zbliŜenia stanowisk. Jednocześnie 
podkreślamy niezbędne normy zachowania, by złoŜona galaktyczna społeczność mogła trwać 
w harmonii i pokoju. Odmawiamy udzielenia najeźdźcom informacji na temat naszej 
techniki, naszych odkryć na Asgardzie, czy połoŜenia pozostałych naszych baz pod 
powierzchnią. Najeźdźcy muszą wpierw zawrzeć z nami układ i przywrócić sprawną łączność
ze statkami w przestrzeni.

• 

CóŜ — uznałem, Ŝe mogę spróbować przydać sobie prestiŜu, sypiąc nazwiskami — 

Carmina-1125 i Tulyar-994 przewidzieli waszą strategię, starając się dopasować do niej swe 
własne posunięcia. Kłopot w tym, Ŝe najeźdźcy ignorują wezwania. A bez dalszych 
informacji trudno się zdecydować na kierunek działań. Przy odrobinie szczęścia jedna z 

background image

naszych grup zdoła niebawem przywrócić łączność, więc wasi ludzie na orbicie o wszystkim 
się dowiedzą. Ale niełatwo przewidzieć, co dalej. Pan lepiej potrafi rozstrzygnąć, czy 
Carmina-1125 uzna za właściwe rozpoczęcie pewnych kroków wojennych.

176

Nie ma sensu ciągnąć Tetrów za język. Nie dadzą się złapać na przynętę załoŜoną 

jedynie przez człowieka.

— Bez wątpienia, Carmina-1125 podejmie najtrafniej

szą decyzję — odpowiedział. — Czy moŜemy przyjąć, Ŝe
pan, podobnie jak doktor Sovorov, zastosuje się do
naszych zaleceń w tej materii? Wielu pańskich rodaków
aktywnie współdziała z najeźdźcami. Całe szczęście, Ŝe
ledwie paru Kythnajczyków czy ludzi jest w stanie udzielić
im skutecznej pomocy.

Nie mogłem wyczuć, czy miał na myśli, Ŝe ja teŜ nie jestem kompetentny, ale było 

mi to obojętne. Przez chwilę przypatrywałem się kłębiastej mgle, zastanawiając się, czy 
takŜe ta biostrefa rozciąga się na powierzchni dziesiątków milionów kilometrów 
kwadratowych i jakie niesamowite zróŜnicowania moŜna by w tym ekosystemie 
napotkać, przemierzając całe to terytorium.

Wreszcie otworzyłem usta.

— Ze współpracy moŜna wyciągnąć pewne korzyści

— powiedziałem. — Jak sam pan zauwaŜył, niewielu mych
rodaków potrafi objaśnić najeźdźcom waszą technikę, tak
więc nie moŜemy wyrządzić wiele zła. Natomiast spróbu
jemy zdobyć zaufanie tych ludzi. Musimy pamiętać, Ŝe
poczynione w czasie zajęcia Miasta mimowolne odkrycia,
zburzyły cały ich światopogląd. Kiedy moja rasa wyruszyła
po raz pierwszy poza obręb układu słonecznego, wiedzieliś
my juŜ sporo na temat wszechświata, a przede wszystkim,
Ŝ

e jest on zamieszkały. Kontakt z galaktyczną społeczno

ś

cią nie był zupełnym zaskoczeniem. Ci ludzie przeŜyli

wstrząs na znacznie większą skalę. MoŜe podnosi ich na
duchu fakt, Ŝe są tak bardzo do nas podobni. MoŜe przez

11 - Najeźdźcy z Centrum

177

kontakt z naszą rasą stopniowo oswoją się z myślą o kontakcie z całą galaktyką. MoŜe 
kładziemy teraz zasadnicze podwaliny pod to zbliŜenie.

Dumny byłem z siebie. UwaŜałem, Ŝe moja przemowa ze swym wyrafinowaniem i 

chytrością godna była Tetra. Vela-822 z pewnością nie przyzna mi racji, jak kaŜdy Tetr nie 
przyzna zręczności komuś innemu.

— To niebezpieczny kurs, panie Rousseau — zauwaŜył.

— Nie wolno zapominać, Ŝe wy, ludzie, nie macie wprawy
w zabiegach dyplomatycznych. Lepiej chyba milczeć, niŜ
próbować polityki przyjaźni, która łatwo moŜe przynieść
więcej szkód niŜ korzyści.

Innymi słowy: „Nie próbuj być za sprytny, człowieczku. Za mały jesteś".

— Nie jestem pewny, czy będą bez końca traktować

was uprzejmie — odparłem, nie bez pewnej mściwości.

— Sądzę, Ŝe jesteście naraŜeni na powaŜne niebezpieczeń
stwo. MoŜe naleŜy udzielić tym ludziom kilku odpowiedzi,
a tym samym odwieść ich od zamiaru wydobycia infor
macji przemocą od was.

Twarze Tetrów nie są pozbawione wyrazu, ale niełatwo z nich czytać nawet komuś, kto 

spędził wśród nich wiele czasu. Nie mogłem zorientować się, czy był rozczarowany, 

background image

zirytowany, czy teŜ mówił sobie w duchu, Ŝe tego właśnie naleŜało się spodziewać po 
parszywym barbarzyńcy.

Nagle u mego boku wyrósł Aleksander Sovorov. Zdawał się wiedzieć, o czym właśnie 

mówiłem, choć wypowiadając te słowa, z pewnością znajdowałem się poza zasięgiem jego 
słuchu.

— To  niezwykle  waŜne,   Rousseau  —  rzekł  surowo

178

— wiedzieć dokładnie, wobec kogo ma się zobowiązania.
Przez swoją lekkomyślność zaprzepaściłeś niegdyś jedyną
okazję porozumienia się z wysoce rozwiniętą rasą Ŝyjącą
na niŜszych poziomach. Byłoby nieszczęściem, gdybyś
i teraz nieodwracalnie nadweręŜył naszą pozycję w galak
tycznej społeczności.

Celowo odwróciłem się od nich, by spojrzeć przed siebie za okno. Przysunęli się 

nieznacznie, przysłaniając mi widok z obu stron, jak para zasłon.

— Chodzi o to, Alex — odezwałem się z całą wyrozu

miałością, jaką mogłem w sobie zebrać — Ŝe nie jesteś
w stanie dostrzec całości obrazu. Zresztą, jestem teraz
w Gwardii i lekkomyślność to moja specjalność.

Sovorov i Vela-822 spojrzeli na siebie. Tetr lekko skłonił głowę i odszedł.

• 

Vela i ja gawędziliśmy trochę wczoraj, kiedy byłeś na przesłuchaniu — zaczął 

Sovorov. — Staraliśmy się ustalić, jak najlepiej mógłbyś w tej sytuacji postąpić.

• 

To bardzo miło z twojej strony — mruknąłem ochryple. — Tetr o wie muszą być 

z ciebie dumni. Ze swego ludzkiego „przytakiwacza" numer jeden. Bardzo lubią 
przytakiwaczy. Kiedyś nadadzą ci pewnie honorowy numer. MoŜe nawet aŜ trzynasty.

• 

Nie chce mi się wierzyć — rzekł lodowatym tonem

— Ŝe Tetrowie wybrali ciebie na szpiega. Musieli być
naprawdę zdesperowani.

— Zgadza się — potwierdziłem. WciąŜ patrzyłem po

nad jego ramię na poskręcane dendryty z barwnymi
lampionami i na ruchliwe ogniki pląsające wśród gałęzi.

• 

Czy  ten  rodzaj  Ŝycia  oparty jest  na  DNA,  Alex?

• 

spytałem.

179

• 

Tak sądzę — odparł sztywno, niezadowolony ze zmiany tematu.

• 

Daj spokój, Alex. Jesteś przecieŜ naukowcem. Musi cię to intrygować. To 

niesamowite i zarazem piękne zjawisko. MoŜe jesteś tu dość długo, by przywyknąć do tego 
widoku, ale chyba nie opuściła cię zupełnie ciekawość?

Wzruszył ramionami.

• 

Ładne to — przyznał. Ale moŜemy tylko się temu przyglądać. Jeśli chcesz danych na 

temat jego biologii, zwróć się do swych nowych przyjaciół. O ile, oczywiście, zadali sobie 
trud zbadania tego. Mam wraŜenie, Ŝe tylko ogień broni palnej jest zdolny na dłuŜej przykuć 
ich uwagę.

• 

Czasami, Alex, sprawiasz takie wraŜenie, jakby zagubiła się gdzieś nie tylko twoja 

mądrość, lecz na dodatek twój urok osobisty. Obawiam się, Ŝe grozi ci niebezpieczeństwo 
stracenia z oczu zasadniczego powodu swego tutaj przybycia. Przyleciałeś na Asgard, aby 
poznawać, prawda? Przyleciałeś się uczyć. Wiem, Ŝe irytują cię fantastyczne opowieści o 
Centrum, ale twoja postawa, zdaje się, całkowicie wytłumiła wyobraźnię. Czy nie zadajesz 
sobie nigdy pytania, po co w ogóle istnieje Asgard i jaką rolę odgrywa w wielkim 
powszechnym dziele stworzenia?

• 

Nie ma sensu stawianie pytań przed uzyskaniem danych umoŜliwiających 

sformułowanie odpowiedzi — odparł zachowawczo.

Być moŜe kompletnie się myli, pomyślałem. Trzeba najpierw stawiać pytania, a im 

background image

większe, tym lepiej.

— Czy wiesz — spytałem — Ŝe na orbicie wokół Uranu

krąŜy stacja badawcza zajmująca się wydzielaniem z jego
atmosfery i pierścieni organicznej materii? Wydobyli tony

180

tego: DNA we wszystkich zestawieniach. Według pewnego tetrańskiego naukowca, z którym 
miałem przyjemność rozmawiać, znajduje się ono tam od pierwszych dni istnienia naszego 
układu słonecznego. Wówczas przez krótki czas było tam ciepło. śycie jest starsze od 
naszego układu, Alex, a moŜe nawet całej galaktyki. Tkwi w obłokach pyłu 
międzygwiezdnego. Czasem ulega zamroŜeniu, ale to nic mu nie szkodzi. Kręci się po prostu 
w pobliŜu, aŜ nastaną w okolicy dogodne warunki do rozmnaŜania się i rozkręca się na nowo. 
Spływa na dno wszystkich studni grawitacyjnych wszechświata, a gdziekolwiek natrafia na 
sprzyjające warunki, mnoŜy się i mnoŜy, najszybciej jak potrafi, pozwalając naturalnej 
selekcji wybrać najsprawniejsze formy do miejscowego uŜytku. Gdziekolwiek moŜe 
przyczynić się do powstania ekosfery, tam ona powstaje. Uzgadnia własną gospodarkę 
energetyczną z dominującym środowiskiem fizycznym, doprowadzając do pewnego rodzaju 
chemicznego kompromisu.

Tetr ten uwaŜa, Ŝe DNA powstało samorzutnie w niesamowicie zamierzchłej przeszłości, 

mam na myśli dziesięć miliardów lat, i rozmnaŜało się tak długo, aŜ osiągnęło etap, na 
którym owoc jego twórczego wysiłku przenika cały wszechświat. Według niego podstawowy 
ludzki garnitur genów wykształcił się bardzo dawno temu w jakimś zakątku wszechświata, a 
do naszej galaktyki przywędrował w postaci ogromnego obłoku setki milionów lat temu, by 
obsiać wszystkie lokalne układy gwiezdne mniej więcej w tym samym czasie.

W związku z tym Asgard musi być dziełem oddzielnego stworzenia, zrodzonym w jakiejś 

innej galaktyce w nie-

181

wyobraŜalnie dalekiej przeszłości. A mimo to jego mieszkańcy, a moŜe nawet twórcy, są 
naszymi, a takŜe Tetrów, najbliŜszymi kuzynami. Jeśli tak, to jaką funkcję moŜe spełniać? 
Czy został wysłany, by obsiać galaktyki? Czy zawiera te pierwotne kompleksy genów, które 
następnie rozproszyły się po całej galaktyce? Czy teŜ zjawił się tutaj, uciekając przed czymś? 
Czy uchronił w ten sposób tysiące ekosfer nieznanych światów przed jakąś niewyobraŜalną 
zagładą? Gdzie podziewają się jego budowniczowie? Dlaczego pozwalają, by cały ich piękny 
makroświat ulegał zdziczeniu, a całe jego poziomy wymarciu lub opuszczeniu? Dlaczego 
pozwalają, by zjawiały się zastępy ołowianych Ŝołnierzyków śniących o wielkich podbojach? 
Co tu jest grane, Alex? PrzecieŜ obchodzi cię to, prawda?

Po tym wszystkim miał przynajmniej tyle przyzwoitości, Ŝe nie zadarł nosa burcząc: — 

Nie wiem.

— Nic nie słyszałem o Uranie — usłyszałem. Tak więc

pytanie, czy galaktyka została obsiana, postawił w zupełnie
innym świetle. Teoria zbieŜnej ewolucji zaczęła wyglądać
podejrzanie.

Wskazałem głową zagadkowy las na zewnątrz, na jego cudowne bajeczne światełka.

— Tam zbieŜna ewolucja niewiele zdziałała — po

wiedziałem. — Jest to jakieś...

Urwałem w połowie zdania i przełknąłem ślinę. So-vorov wpatrzony był w moją twarz, nie 

w las. Musiał odwrócić się, by ujrzeć to, co ja. Nie zdąŜył. Za późno spojrzał we właściwym 
kierunku.

• 

Co to było? — spytał.

• 

Jeśli   to,   co   myślę  —  wyjaśniłem  —  mamy   do

182

czynienia ze zbieŜną ewolucją. Wydawało mi się, Ŝe między drzewami widzę sylwetkę 

background image

humanoida.

— Nie — stwierdził. — Tam nic takiego nie ma. Ten system opiera się na niskim 

poziomie energii. Nie byłby w stanie utrzymać Ŝadnej ruchliwej formy większej niŜ twój 
palec. Niedostateczna wydajność ekologiczna, bardzo słabe łańcuchy Ŝywieniowe.

Jego uwagi dowodziły, Ŝe mimo wszystko dokonał pewnych przemyśleń na temat swego 

otoczenia. Przywrócił mi wiarę w naturę ludzką i jej ciekawość poznawczą. Nadal byłem 
przekonany, Ŝe przez chwilę widziałem człekopodobną istotę. Z powodu mgły trudno było 
ocenić odległość, podobnie jak wielkość, ale odniosłem wraŜenie, Ŝe widziałem coś duŜego i 
masywnego, bardziej przypominającego wielką małpę niŜ człowieka.

Otworzyłem usta, by zapytać Alexa, czy straŜnicy nie mieli zwyczaju wałęsać się po 

okolicy w skafandrach próŜniowych, ale nie było mi to dane. Podeszło do nas dwóch 
neandertalskich Ŝołnierzy i bez zbędnych ceregieli kiwnęli, bym z nimi poszedł. Widocznie 
oczekiwał mnie Sigor Dyan. Tym razem, podejrzewałem, zaŜąda odpowiedzi.

Niestety, nadal nie wiedziałem, jakich udzielić odpowiedzi. Niemiłosiernie łupało mnie w 

głowie, ilekroć próbowałem wymyślić jakąś sensowną strategię.

Niewiele brakowało, bym lada chwila padł bez czucia, zostawiając cały ten Ŝałosny 

interes. Ale szedłem dalej ze swą obstawą na spotkanie z inkwizycją.

20

K

iedy z powrotem doprowadzili mnie przed oblicze Sigora Dyana, wszystko wyglądało tak jak 
poprzednio, z wyjątkiem płynu, jaki dał mi do picia. Nowy napój był brązowy i mętny, 
przypominał trochę zupę z małŜy. Opiłem się dość sporo tej zupy w młodości, poniewaŜ 
zamknięte ekosfery mikroświatów na planeto-idach, nie urozmaicone jeszcze wtedy 
importowaną tetrań-ską biotechniką, często wykorzystywały w swych obiegach 
przetwórczych sztucznie hodowane skorupiaki. Mięczaki, zdaje się, przewyŜszają pod 
pewnymi względami inne organizmy. Ich smak pozostawia jednak wiele do Ŝyczenia, nigdy 
nie przepadałem za zupą z małŜy.

Pociągnąłem parę łyków z filiŜanki i odstawiłem ją na dobre. WciąŜ odczuwałem mdłości 

i miałem podwyŜszoną temperaturę. Łudziłem się, Ŝe moŜe zaczynam dochodzić do zdrowia, 
ale gorączka nie ustępowała i nadal ciekło mi z nosa. Ból głowy zdawał się wciąŜ miarowo 
narastać.

— Osobiście — powiedziałem Sigorowi Dyanowi —

nie przywiązuję specjalnego znaczenia do tego, po której
jestem stronie. Nie odpowiada mi sposób prowadzenia
interesów przez Tetrów, ale mogę z nimi pracować. Z wami
chyba teŜ bym mógł. Powiem wam, gdzie szukać zapadni
prowadzącej do niŜszych poziomów, o której wspomniała
wam Jacinthe Siani.

Sigor Dy an uśmiechnął się wyrozumiale.

— Znamy juŜ połoŜenie wszystkich baz załoŜonych

przez Centralę Koordynacji Badań, włącznie z tą zbudo
waną wokół szybu,  o którym pan mówi,  od poziomu

184

trzeciego w dół. MoŜe w oczach Tetrów jesteśmy dzikusami, ale nie jesteśmy głupi. 
Potrafimy odczytać znalezione w siedzibie Centrali mapy. To tyle, jeśli chodzi o zachowanie 
tajemnicy.

• 

Więc do czego jestem wam potrzebny? — spytałem bez owijania w bawełnę.

• 

Niestety, poza mapami, niewiele jesteśmy w stanie pojąć. Nie potrafimy odczytać 

pisma Tetrów, nie umiemy poradzić sobie z ich systemami przechowywania danych. Wiemy 

background image

tylko tyle o pańskich odkryciach w czasie tej wyprawy, ile powiedziała nam Jacinthe Siani. 
Dlaczego Tetrowie nie nawiązali kontaktu z napotkaną przez pana rasą, jeśli istotnie miało to 
miejsce?

• 

To oni nie chcieli się z nami porozumieć. Podobnie jak wy, byli zaskoczeni, 

dowiadując się o istnieniu wszechświata. Pan pewnie jest w stanie lepiej ode mnie zrozumieć 
wstrząs, jaki przeŜyli. śyli w styczności z poziomem, do którego doprowadził nas ten szyb, 
ze zdziczałą ekosferą, zaludnionym przez prawdziwych dzikusów. Po spotkaniu z nami 
postanowili się wycofać i odciąć. Tak przynajmniej powiedzieli.

• 

Jak wyglądali? Przypuszczam, Ŝe przypominali ludzi?

• 

Ja teŜ tak sądzę, choć rozmawiałem tylko z pośrednikiem.

Pospiesznie przytoczyłem historię Myrlina, który, jak wyjaśniłem, został przez nich 

przygarnięty. Starałem się maksymalnie uprościć całą opowieść, ale pod naciskiem jego 
pytań musiałem uzupełnić ją szczegółami. Nie kłamałem, a odpowiedziawszy na wszystkie 
pytania, powiedziałem praktycznie całą prawdę, jaką znałem. Nie oznaczało to, Ŝe we 
wszystko uwierzył.

185

• 

Z tego, co pan mówi — podjął wątek mojego wywodu — wynika, Ŝe istoty te wiedzą 

niewiele więcej od nas na temat twórców Asgarda?

• 

Tak mi powiedzieli — zapewniłem go. — I nie ma najmniejszego powodu 

przypuszczać, Ŝe są waszymi przodkami. Całkiem moŜliwe, Ŝe są jeszcze jedną rasą, taką jak 
wy, która osiągnęła po prostu większy postęp w zrozumieniu otaczającej ich techniki.

• 

To pan tak twierdzi. I nie wie pan jak nawiązać z nimi kontakt? Bardzo to wygodne, 

jak gdyby starał się pan za wszelką cenę przekonać nas, Ŝe nie usłyszymy od pana Ŝadnych 
rewelacji.

• 

Nie wiem, czy zyskacie coś, kontaktując się z tymi istotami albo z jakąkolwiek inną 

rasą Ŝyjącą poniŜej waszego imperium. MoŜe zdobędziecie sprzymierzeńca, który stanie po 
waszej stronie przeciw Tetrom. MoŜe odnajdziecie nawet waszych przodków. Sami dobrze 
wiecie, Ŝe nie ma co do tego Ŝadnej pewności. Nie istnieją Ŝadne boskie gwarancje, Ŝe 
wyjdziecie z tego zwycięsko.

Chyba zdawał sobie z tego sprawę. Z pewnością nie chciał wdawać się w trudną dyskusję 

na temat domniemanych przodków. W kwestii pochodzenia swego gatunku był raczej 
agnostykiem, bez względu na to, w co wierzyła reszta. Po krótkiej przerwie sprowadził 
rozmowę na bardziej praktyczne tory.

• 

Ta broń, którą posiadają, „wyciszacz", jak ją pan nazwał, czy galaktycy posiadają coś 

podobnego?

• 

Owszem. Podobnym wynalazkiem dysponują Tet-rowie, a takŜe parę innych ras. Nie 

działa na wszystkich humanoidów, czasem trzeba ją dostroić do szczególnych

186

właściwości mózgu danego gatunku. Zasadniczo, polega ona na uŜyciu błyskawicznie po 
sobie następujących bodźców oddziaływujących na zmysły w celu wywołania reakcji 
obronnej ofiary. To wzrokowy odpowiednik zastrzyku wywołującego narkozę. Ale ta broń 
paprze i razi, kogo popadnie. Nie potrafi namierzyć pojedynczej osoby i nie moŜna tak po 
prostu wyświetlić jej na ekranie telewizyjnym. Trzeba naprawdę ją odpalić. Za drugim razem 
ś

wietnie wykorzystali do tego całe niebo. Pierwszym razem do zadania ciosu uŜyli czegoś w 

rodzaju robota.

• 

Gdzie w Mieście Pierścieniorbity moŜna znaleźć powiększone wersje tej broni?

• 

Teraz pewnie juŜ ich nie znajdziecie. Wyciszacze wmontowane były w systemy 

zabezpieczające. Podejrzewam, Ŝe obróciliście je w złom, gdy zniszczyliście Pierś-
cieniorbitę...

• 

Jedno mnie w pańskiej opowieści niepokoi — wyznał. — Zastanawiam się, czy ocucili 

pana tylko po to, by wysłuchał pan opowieści swego przyjaciela. MoŜe pana okłamali?

• 

Nie wiem — odparłem. — To wszystko mogły być kłamstwa.

• 

Mogły być, istotnie — zauwaŜył tonem zdradzającym, Ŝe nie do końca mi ufa.

background image

Ja równieŜ nigdy nie byłem do końca pewny całej tej historii, choć nie lubiłem się do tego 

przyznawać. Wróciłem z głębin Asgarda przeświadczony, Ŝe nie ma faceta bystrzejszego ode 
mnie. Byłem dumny ze swego małego sekretu. To oni mogli zrodzić we mnie to anielskie 
samopoczucie, w ten sam sposób, w jaki dorośli prze-

\f

kupują dzieci cukierkiem. MoŜe Myrlin naprawdę nie Ŝył, a ja okazałem się frajerem.

Wysmarkałem się i wierzchem dłoni otarłem brwi. Pociłem się obficie. Miałem wraŜenie, 

Ŝ

e mój mózg poraziła łagodna dawka „wyciszacza".

• 

Dziwi mnie jeszcze jedno — odezwał się Dyan po krótkiej przerwie, w trakcie której 

popijał swoją porcję brązowej zupy. — Jeśli istoty te tak bardzo nas wyprzedzają w rozwoju, 
dlaczego nie wiedziały nic o wszechświecie? Dlaczego nie zbadały gruntownie Asgarda, jeśli 
juŜ od tak dawna potrafią przemieszczać się między poziomami? Byłoby niezwykłym 
zbiegiem okoliczności, gdyby okazało się, Ŝe podobnie jak my dopiero od niedawna 
penetrują poziomy i dotychczas zbadali ich niewiele.

• 

Niekoniecznie — sprzeciwiłem się. — Trzeba pamiętać, Ŝe ich macierzysta baza 

znajduje się wiele niŜej od waszej. Poza tym, Myrlin sugerował, Ŝe są nieśmiertelni. 
Oznaczać to moŜe, Ŝe juŜ dawno przestali się rozmnaŜać. Raczej wątpliwe, Ŝeby 
nieśmiertelnej rasie zagraŜały tak trywialne problemy jak niebezpieczeństwo przeludnienia. 
Jeśli ich populacja na macierzystym poziomie jest ustalona, nie mają Ŝadnego praktycznego 
interesu w ekspansji na inne poziomy. Ciekawość poznawcza nie stanowi tak silnego napędu 
jak Ŝądza podbojów. MoŜe zajmują się penetracją poziomów od czasu obejmującego 
dziesiątki tysięcy waszych pokoleń, ale do tej pory zdołali zbadać tylko tyle poziomów co 
wy.

Skinął w zamyśleniu głową, popijając z filiŜanki.

— Niech pan jeszcze spróbuje — zachęcił mnie. — Przy

188

takiej  gorączce powinien pan  duŜo  pić.  Czy poprosić lekarza, aby pana zbadał? To moŜe 
przynieść ulgę.

• 

Nic mi nie jest — mruknąłem. — To zwykłe przeziębienie.

• 

Czy czuje się pan na siłach odpowiedzieć na kilka dalszych pytań?

• 

Chyba tak — powiedziałem i zaraz tego poŜałowałem.

• 

Postaram się ograniczyć do sedna sprawy. Wdzięczny jestem panu za to, Ŝe zechciał 

podzielić się ze mną tymi wszystkimi informacjami. Ale są teŜ inne kwestie, o które chcę 
zapytać. Chciałbym, aby opisał pan szczegółowo wszystkie plany, ustalone z pracodawcami 
przed powrotem na Asgard. Potrzebujemy potwierdzenia tego, co juŜ wiemy na temat grup 
zwiadowczych zrzuconych z orbity: ich składu osobowego, celów, baz, jakie zamierzały 
wykorzystać, punktów przerzutowych do Miasta. Jest pan w stanie temu podołać?

Gdybym nie czuł się tak fatalnie, z pewnością wstrząsnęłoby mną. Ale w tej sytuacji 

niewiele mnie to obeszło.

• 

Więc Jacinthe Siani wiedziała, Ŝe odleciałem z As-garda — powiedziałem 

zrezygnowany.

• 

Nie, ale został pan ujęty jako pierwszy z całej grupy. Schwytaliśmy juŜ pozostałych i 

niektórzy z nich poszli na współpracę. Informacje o waszej misji doszły mnie dziś rano. 
Część pańskich towarzyszy dołączy do pana jutro. Sądzę, Ŝe wiemy juŜ dość, by zgarnąć 
pozostałych, ale, gwoli sprawdzenia, byłbym zobowiązany, gdyby zechciał pan napisać 
wszystko, co pan wie.

Popatrzyłem na niego naburmuszony, Ŝałując, Ŝe jestem w nienajlepszej formie do 

podjęcia decyzji.

189

— Jako oficer Gwardii Gwiezdnej — rzekłem w końcu

— nie mogę powiedzieć nic, co naraziłoby mych towarzy
szy na niebezpieczeństwo. To kwestia wojskowego honoru.

background image

Tylko trochę ironizowałem. Susarma Lear mogła nie być mą ulubienicą we wszechświecie, 

ale wzbraniałem się przed wydaniem jej.

— Jak pan uwaŜa — odparł lekko, zdradzając, Ŝe

posiadał juŜ te informacje. — W gruncie rzeczy, nie czuje
się pan chyba najlepiej do podjęcia tak pracochłonnego
zadania. Sądzę, Ŝe mimo wszystko poproszę lekarza, aby
pana zbadał. Nie chcemy przecieŜ, Ŝeby...

Nagle opuściła go cała niefrasobliwość. Teraz patrzył na mnie zupełnie inaczej. Mogłem 

czytać z jego twarzy jak z ludzkiej. Sprawiał wraŜenie poraŜonego nagle jakimś wyraźnie 
paskudnym domysłem.

Przełknąłem ślinę. Bolało mnie gardło. Zaczynało kręcić mi się w głowie. Pot ściekał z 

czoła na brwi i spływał w kąciki oczu, zlewając się w gorzkie łzy. Musiałem oprzeć się o 
skórzane obicie sofy.

— Całkiem moŜliwe, panie Rousseau — odezwał się

głuchym głosem — Ŝe wasi tetrańscy zwierzchnicy wysłali
was po to, byście zostali złapani.

Chciałem otworzyć usta i zaprzeczyć, ale „nie" uwięzło mi w gardle, bynajmniej nie 

dlatego, Ŝe mnie bolało. Zaczynało kiełkować we mnie straszliwe podejrzenie.

Wiele razy stawiałem sobie pytanie, jak Tetrowie zamierzali walczyć ze zdobywcami 

Miasta Pierścieniorbity. Próbowałem rozwaŜyć wszelkie moŜliwości. Ale zapomniałem, Ŝe 
Tetrowie róŜnią się od nas, ludzi. Nie gustują w cięŜkim sprzęcie. Lubują się natomiast w 
biotechnice.

190

Przede wszystkim rozumują kategoriami broni i wojny biologicznej.

Przyszło mi do głowy, niestety poniewczasie, Ŝe najlepszym sposobem na wprowadzenie 

broni wirusowej pod kopułę, moŜe nawet jedynym, jest uŜycie Ŝywych nosicieli. A jeśli dany 
wirus miał być starannie dobrany do określonego ustroju biologicznego, by porazić wroga o 
wiele dotkliwiej niŜ samych Tetrów, wówczas nosiciele musieli być maksymalnie zbliŜeni do 
celów.

Nagle mnóstwo elementów zagadkowej układanki zaczęło do siebie pasować. Tetrowie 

otrzymywali informacje przez kilka dni po ataku, posiadali zdjęcia, a moŜe nawet wyniki 
genetycznej analizy tkanki najeźdźców. Pewnie dysponowali juŜ wszystkim do 
przeprowadzenia szybkiego i skutecznego kontrataku, poza grupą sprytnych nosicieli, którzy 
mieli wprowadzić zarazę do Miasta.

Wiedzieli, jak prymitywni są najeźdźcy, jak dalece nie przygotowani do zwalczenia 

epidemii wirusowej. Wiedzieli, jak łatwo będzie ich własnym ludziom przejąć władzę nad 
Miastem, gdyby siły okupanta uległy totalnemu osłabieniu.

Więc wykorzystali nas. Wynajęli Gwardię Gwiezdną, wynajęli mnie, karmiąc tą na wpół 

wiarygodną historyjką o potrzebie ustanowienia łączności, gromadzenia danych... podczas 
gdy potrzebowali nas jedynie do roli zainfekowanych koni trojańskich.

— O, merde — zakląłem ostro. — To dranie.
Widziałem po wyrazie twarzy Sigora Dyana, Ŝe nie do końca wierzy w mą niewinność. 

Wydawało mi się, Ŝe nadarza się wspaniała okazja, by przerwać tę nierówną

191

walkę i odpuścić sobie. Poddałem się więc zawrotom głowy i gorączce, pogrąŜając się w 
nieświadomość.

21

M

background image

oje wspomnienia późniejszych wydarzeń są, rzecz jasna, nieco mgliste. Gorączka nie 
wywołała wprawdzie majaków, nie dręczyły mnie zwariowane sny. Wywierała jednak na 
mym organizmie takie piętno, Ŝe ciągle popadałem w stan półśpiączki.

Najeźdźcy usiłowali zadać mi kilka pytań, ja usiłowałem na nie odpowiedzieć. Nie byłem 

jednak zbyt elokwentny i nie sądzę, Ŝeby mieli z tego jakąś frajdę. Nie odstawiono mnie z 
powrotem do celi, lecz przeniesiono do czegoś w rodzaju izolatki. Wszyscy, którzy mnie 
teraz dotykali, nosili gumowe rękawiczki i maski chirurgiczne. Nawet w swym Ŝałosnym 
stanie wiedziałem dobrze, Ŝe to musztarda po obiedzie. Odkąd trzasnąłem pierwszego ich 
Ŝ

ołnierza, przechodziłem przez ręce mnóstwa innych. Zaraza pewnie juŜ spokojnie 

dojrzewała w wielu organizmach. Jeśli Tetrowie istotnie wszczepili mi biologiczną bombę 
zegarową, w co nie wątpiłem, zadbali o to, by miała ładny zapalnik z opóźnionym działaniem 
i nie ujawniła się przedwcześnie. WciąŜ wyrzucałem sobie, Ŝe nie przejrzałem ich perfidnych 
knowań.

Tetrańska biotechnika na usługach medycyny osiąga świetne rezultaty i nie wątpiłem, Ŝe 

broń wirusowa okazałaby się skuteczna nawet wobec ras zbliŜonych do ludzkiej.

192

Najeźdźcy natomiast nie potrafią pewnie leczyć jej objawów. Tak więc ja, nieszczęsna Ŝywa 
broń, miałem cierpieć wraz z nimi.

Musiałem leŜeć w łóŜku, znosząc skutki gorączki przez dobrych kilka dni. Początkowo nie 

zauwaŜałem nawet, kiedy przywoŜono nowych pacjentów. Stopniowo, poma-lutku, docierało 
do mnie, Ŝe znam tylko jedną osobę o bujnych blond włosach takich jak te, które porastały 
głowę rzucającą się i kręcącą na poduszce nie dalej niŜ pięć metrów ode mnie.

W ten sposób rozwiązał się problem zdemaskowania Susarmy Lear przed najeźdźcami. 

Została juŜ wydana, prawdopodobnie zgodnie z zamysłem Tetrów, by zacząć szerzyć swe 
zarazki na prawo i lewo.

Pamiętam, niezbyt składnie pomyślałem wtedy, Ŝe to wielka szkoda, gdyŜ kawaleria USA 

nie pospieszy mi juŜ na odsiecz.

Na pewnym etapie musiałem być na tyle przytomny, by obejrzeć pozostałych dwóch 

pacjentów tu przywiezionych, bo gdy odzyskałem pełnię władz umysłowych, wiedziałem 
kim są.

Byli to Seme i John Finn.

Chciałbym pochwalić się, Ŝe okazałem się najtwardszy i pierwszy zwalczyłem skutki 

choroby, ale tak nie było. Prawdę mówiąc, jeszcze cierpiałem bardzo, kiedy inni zaczęli 
dochodzić do siebie. Wiele wysiłku kosztowało panią pułkownik wyrwanie mnie którejś 
nocy ze snu.

• 

Dalej, cholera jasna — powiedziała potrząsając mną brutalnie.

• 

Pozwól mi umrzeć — wyrzęziłem.

193

12

 - Najeźdźcy z Centrum

• 

Nie umrzesz, ty cholerny głupcze. Co wolisz: Ŝebym strzeliła cię w pysk, czy oblała 

zimną wodą?

• 

Ani to, ani to — odparłem zatroskany.

• 

Więc weź się w garść.

Podrzucała moją głową na wszystkie strony, najwyraźniej próbując wskrzesić we mnie 

trochę czucia.

— Na litość boską, przestań — jęknąłem.
Przestała i odetchnąłem z ulgą. Włączyła lampkę nocną

i wycelowała wąski promień światła prosto w moją twarz, sprawdzając, czy jestem teŜ 
obecny duchem i uwaŜam.

• 

JuŜ w porządku? — spytała. — Serne na razie odpada, ale wygląda na to, Ŝe obaj z tym 

chłystkiem Finnem przeŜyją. Czy najeźdźcy powiedzieli ci, Ŝe podejrzewają Tetrów o 
posłuŜenie się nami do przemycenia wirusa do Miasta?

background image

• 

Byłem przy tym, jak doszli do tego wniosku.

• 

Czy to prawda?

• 

Wiesz tyle co i ja — wyznałem. — Ja w to wierzę. A ty nie?

• 

Czy to miejsce jest na podsłuchu?

• 

Jezu Chryste, Susarma, nie mam pojęcia. Alex So-vorov uwaŜa, Ŝe są na to za głupi, ale 

to ciemniak. Poza tym, oni nie znają angielskiego, przestań, psiakrew, udawać Jamesa Bonda. 
Czy mamy w ogóle coś do ukrycia?

• 

Tylko jedno — zapewniła mnie. — Przed odlotem z układu dostałam polecenie 

zbadania, czy jest moŜliwość dogadania się z najeźdźcami, jeśli przyniesie nam to większe 
niŜ propozycje Tetrów korzyści. Jeśli rzeczywiście posłuŜyli się nami do wszczęcia wojny 
biologicznej, skłon-na jestem zrewidować swe stanowisko w kwestii, po której stanąć stronie.

194

• 

Wydaje mi się — powiedziałem — wedle wszelkich znaków na niebie i na ziemi, 

Ŝ

e nie warto zdradzać teraz Tetrów. Najeźdźcy tej wojny nie wygrają, choćby nawet 

było ich dwadzieścia miliardów.

• 

Salamandryjczycy stale próbowali z nami takich sztuczek. Nauczyliśmy się sobie 

z nimi radzić. Jeśli wiesz, z czym masz do czynienia, nie jest trudno się obronić. MoŜe 
najeźdźcy mogliby wygrać, z naszym poparciem.

• 

Nie z Tetrami — upierałem się. — Mogło być przecieŜ jeszcze gorzej. To tylko 

grypa, a nie francuska choroba. MoŜe to i podły numer, ale mogli rozegrać to jeszcze 
podlej. Ich celem nie było zabicie, lecz unieszkodliwienie najeźdźców.

• 

UwaŜasz, Ŝe pomyślane to było jako uderzenie ostrzegawcze, by pokazać 

najeźdźcom, jak dalece ich przewyŜszają?

• 

Co to ma za znaczenie? — jęknąłem. Zastanawiałem się, czy obudziła mnie po 

prostu na przyjacielską pogawędkę, czy miała do obgadania coś naprawdę waŜnego. 
Ciało ciąŜyło jak ołów i łupało mnie w głowie.

Chyba dostrzegła, Ŝe nie czuję się najlepiej, bo przeszła do sedna.

— Przywieźli nas od razu tutaj — zaczęła. — Nie

widzieliśmy zbyt wiele równieŜ w czasie końcowego etapu
naszej podróŜy. Ile ty zdołałeś zaobserwować? Jakie są
szanse ucieczki stąd?

Zdobyłem się na pusty śmiech. Z perspektywy czasu wydaje mi się, Ŝe trudno byłoby 

mi się wtedy zdobyć na coś innego.

— Nie pilnują za bardzo drzwi — wyjaśniłem. — Mo-

12*

195

glibyśmy po prostu wyjść na zewnątrz. Sęk w tym, Ŝe atmosfera pozbawiona jest wolnego 
tlenu. Nawet gdybyśmy mieli skafandry, nie mielibyśmy dokąd pójść, chyba Ŝe do szybu, 
którym zjechaliśmy. A wokół szybu, miliony najeźdźców.

Nie wystraszyła jej za bardzo moja wizja.

• 

Gdybyśmy tak mogli udać najeźdźców — zaczęła i urwała. — Ilu ludzi jest jeszcze 

tutaj? — spytała po chwili.

• 

Tylko Alex Sovorov, ale on nie nadaje się do niczego. Zresztą, za dzień lub dwa na 

pewno zachoruje, dzieliliśmy jedną celę. Nigdy mi tego nie podaruje.

Spojrzała na pozostałe łóŜka.

• 

MoŜemy jemu zaufać? — spytała pokazując głową na Finna.

• 

Prędzej mi kaktus na dłoni wyrośnie, niŜ mu zaufam. — Pewnie wygadał juŜ wszystko, 

co wie i wysłali go tu, by regularnie składał im meldunki o nas. MoŜe nie znają się na 
podsłuchu, ale mając Finna nie muszą. To kapuś do szpiku kości.

Jej twarz przybrała znany mi juŜ wyraz zawziętości pomieszanej z obrzydzeniem. Znowu 

spojrzała na mnie. Ze zdumieniem odnotowałem zmianę na jej twarzy. MoŜe nie była to 
przyjazna mina, takowej nie miała w swym repertuarze, ale zdradzała oznaki zatroskania 
mym samopoczuciem.

— Prześpij się trochę — zarządziła głosem, w którym

background image

dało się wyczuć wielkie zmęczenie. — Rano udawaj
nieprzytomnego. Nie chcę, Ŝeby wiedzieli, Ŝe wracamy do
zdrowia.

Uznałem, Ŝe nietrudno będzie grać chorego, nie wierzyłem w mój powrót do zdrowia.

196

Rano czułem się jednak o wiele lepiej. Po przebudzeniu odkryłem, Ŝe ból i uczucie 

dezorientacji wreszcie ustąpiły. Wprawdzie radością Ŝycia nie tryskałem, ale nie czułem się 
jak po przepuszczeniu przez szatkownicę. Czułem, Ŝe stać mnie na w miarę składne 
rozumowanie i zacząłem dostrzegać wokół siebie rzeczy.

Po raz pierwszy zauwaŜyłem pielęgniarkę, która karmiła mnie łyŜką przy śniadaniu i 

delikatną, wprawną ręką poiła. Nie naleŜała do rasy najeźdźców, wywodziła się z któregoś z 
pozostałych gatunków zamieszkujących As-gard, podobnie jak większość pomocniczego 
personelu tego więzienia. Nie odezwała się ani słowem, a z pewnością zauwaŜyła, Ŝe po raz 
pierwszy jestem w pełni świadomy. Mało prawdopodobne, by choć trochę mówiła parole. 
Jednak odniosłem wraŜenie, Ŝe mnie zrozumiała, kiedy podziękowałem za pomoc przy 
jedzeniu.

ZauwaŜyłem teŜ lekarza, który rano mnie badał, sprawdzając tętno i temperaturę, 

oglądając w świetle latarki moje źrenice. Starałem się, jak mogłem udawać chorego, ale moje 
ciało nie potrafiło chyba oszukiwać. Zaraz po wyjściu lekarza odwiedził mnie Sigor Dyan. 
Zerknął przelotnie na Susarmę Lear i przysunął sobie krzesło do mego łóŜka.

• 

Cieszę się, Ŝe z panem juŜ lepiej — rzekł obojętnie.

• 

Dzięki — odparłem słabym głosem.

• 

Daje to nadzieję, Ŝe nasi Ŝołnierze teŜ wyzdrowieją. Na razie wirus dziesiątkuje szeregi 

naszych wojsk w Mieście. Sam zaczynam odczuwać jego skutki na sobie. Za dzień, dwa 
wyląduję w tym albo podobnym łóŜku.

• 

A gdzie ja wyląduję?

Pokręcił głową, dając do zrozumienia, Ŝe nie powziął jeszcze decyzji.

197

 O niczym nie wiedzieliśmy — tłumaczyłem. — Jeśli

Tetrowie istotnie zrzucili nas w celu wywołania epidemii,
postąpili tak bez naszej wiedzy.

— Chciałbym panu wierzyć. Ale nie mam pewności.

Jeśli nasi ludzie zaczną umierać...

Zrozumiałem, co ma na myśli.
— Chcemy odpowiedzieć atakiem na atak — oznajmił.

— Bardzo dotknęło nas to, co się stało. Jeśli mówi pan
prawdę, to musi czuć się tak samo dotknięty. Jeśli chce
pan odzyskać nasze zaufanie, musi nam pan powiedzieć,
jak zaatakować Tetrów.

Rozumiałem jego stanowisko. Z całym prawdopodobieństwem potrafiłem lepiej ich 

zrozumieć niŜ Tetrowie. Planując to uderzenie, Tetrowie myśleli nie tylko o ułatwieniu 
przewrotu w Mieście. Obmyślili je równieŜ jako sposób na ostudzenie ich gorących głów i 
pokazanie, Ŝe prędzej czy później będą się musieli z Tetrami dogadać Nie było to zbyt 
mądre. Tetrowie zawsze wyszydzali głupotę barbarzyńców, ale kiedy trzeba było 
przewidzieć moŜliwą reakcję tych, tak zwanych, barbarzyńców, nie błysnęli wcale 
inteligencją.

Z drugiej jednak strony to, Ŝe rozumiałem jego stanowisko, nie oznaczało, Ŝe je 

podzielałem. Nic dobrego nie mogło wyniknąć z objęcia represjami więzionych tu Tetrów, 
czy wyrŜnięcia ich w Mieście Pierścieniorbity.

— To niezbyt mądry pomysł. To wyście przecieŜ zaczęli,

prawda? Dlaczego nie moŜecie uznać, Ŝe jesteście z Tetrami
kwita? Nie pozwolą, by ich lekcewaŜono. To dla nich tez
sprawa honoru. Jeśli ich zaatakujecie, całkiem moŜliwe, Ŝe
was zmiaŜdŜą.  DuŜo rozprawiają o rozkoszach  pokoju

background image

198

i harmonii, ale to dlatego, Ŝe świetnie wiedzą, iŜ nie mają się czego obawiać i Ŝadna forma 
zbrojnego wystąpienia nie jest w stanie im zagrozić.

Popatrzył na mnie osowiały. Sądząc po jego spoconym czole, nie czuł się zbyt dobrze. 

MoŜe to mąciło mu jasność osądu. Ale dwudziestomiliardowe imperium to nie błahostka i 
rozumiałem, dlaczego nie pociągała go perspektywa ugięcia się przed kilkoma tysiącami 
Tetrów.

— Panie Rousseau — powiedział. — Niech pan się

lepiej zdecyduje, po której jest pan stronie. I niech pan
będzie gotów to okazać. O poddaniu się nie ma mowy.

Kiedy wyszedł, spojrzałem na Susarmę Lear. Podciągnęła się na łokciach i utkwiła we 

mnie zamyślony wzrok. Za tymi duŜymi niebieskimi oczami przebiegało właśnie intensywne 
myślenie.

• 

Jeśli nie będziemy ostroŜni — powiedziałem — wpadniemy jak garść ziarna między 

Ŝ

arna.

• 

Trzeba postępować tak, jak pozwalają okoliczności — zauwaŜyła. — MoŜemy 

sprawiać wraŜenie, jakbyśmy byli po ich stronie, a będziemy tylko po swojej własnej.

Był to jedyny moŜliwy do przyjęcia punkt widzenia i nie zamierzałem go podwaŜać.
Chwilę później powróciła pielęgniarka, niosąc szklankę wody. Usiadłem w łóŜku, Ŝeby się 

napić. Nie miało sensu dalsze udawanie. Stała przy łóŜku, czekając cierpliwie. Miała 
niebieskawą cerę, duŜe oczy, szpiczaste uszy, a zamiast włosów mysie futerko. Jej twarz 
budziła we mnie zaufanie. Sprawiała wraŜenie jedynej osoby w całym mym otoczeniu, ze 
strony której mogłem się absolutnie niczego me obawiać. Uśmiechnąłem się z wdzięcznością 
i z powaŜaniem skłoniłem głowę, oddając szklankę.

199

Odbierając ją ode mnie, przekazała mi w zamian zwiniętą kartkę. Zachowałem 

przytomność umysłu. Mimo zaskoczenia schowałem ją w zaciśniętej dłoni i wsunąłem pod 
koc. Rozwinąłem ją powoli ukradkiem, nie mając najmniejszego pojęcia, czego się 
spodziewać.

Wiadomość była prosta: cztery skafandry i urządzenie naprowadzające będą czekać na 

was przy dziesiątej śluzie trzy jednostki po wygaszeniu świateł. Ktoś po was wyjdzie. Będzie z 
wami dwóch Tetrów. Zastosujcie się do poleceń, a wszystko będzie dobrze.

Wiadomość nie była podpisana.
Nie naleŜało się temu dziwić.
Zastanowiło mnie natomiast, Ŝe była napisana w języku angielskim.

22

P

amiętacie zapewne wymienione przeze mnie cztery kryteria, od spełnienia których zaleŜy 
powodzenie podejmowanej próby ucieczki. OtóŜ, jestem przekonany, Ŝe potraficie, sobie 
wyobrazić, ile trudności nastręczało mi rozpatrzenie naszego połoŜenia w więzionym szpitalu 
neo-neandertalczyków pod kątem tych właśnie kryteriów.

Jeśli chodzi o dwa pierwsze wymogi, od razu spostrzegłem, Ŝe sprostanie im powinno 

pójść dość gładko. W przeciwieństwie do mieszkańców ,,Goodfellowa", najeźdźcy dość 
niewolniczo przestrzegali rozkładu dnia i po zapadnięciu zmroku nie zadawali  sobie trudu 
zachowywania

background image

200

nadmiernej czujności. Co więcej, epidemia, którą ze sobą przywlekliśmy, zaczynała juŜ 
zbierać Ŝniwo wśród naszych sympatycznych gospodarzy, wywołując w ich szeregach 
znaczne zamieszanie. Wierzyłem bardzo, Ŝe zdołamy dotrzeć do wskazanej śluzy łatwo i 
bezpiecznie.

Jednak trzecie i czwarte kryterium w tej grze były wielkimi niewiadomymi. Czy mogliśmy 

znaleźć jakieś przytulne i bezpieczne schronienie? Czy w ogóle mieliśmy dokąd pójść? 
Jakiego rodzaju to dokądś mogłoby być? Miło ze strony naszego tajemniczego 
korespondenta, Ŝe zapewnił nas o przydzieleniu nam, oprócz czterech skafandrów mających 
ustrzec nas przed wrogą atmosferą, równieŜ urządzenia naprowadzającego, ale dokąd miało 
nas ono doprowadzić?

Jakby nie dość było zagadek, kolejną niewiadomą, nad którą łamałem sobie głowę, była 

toŜsamość naszego wybawcy. Spoza naszej izolatki wiedziałem tylko o jednej osobie z 
całego obozu, która potrafiła pisać po angielsku. Był nią Alex Sovorov. Jednak nie 
przychodził mi na myśl nikt mniej od niego nadający się do roli mózgu takiej operacji. W 
zawodach Ŝyciowych nieudaczników Alex Sovorov mógłby samemu Johnowi Finnowi 
poplątać szyki, a nawet go zwycięŜyć. Ale Finn był przynajmniej chytrym krętaczem, 
natomiast za Alexem nie przemawiała nawet nieuczciwość.

Przy pierwszej sposobności wysunąłem się z łóŜka i przekazałem kartkę Susarmie Lear tak 

ukradkowo, jak ją otrzymałem. Zerknąłem w stronę Finna, dzieląc się z nią swymi 
podejrzeniami, Ŝe naleŜy zachować dyskrecję nawet wśród swoich. Finn nie podniósł jeszcze 
swej szpetnej gęby

201

i nie zwracał na nas uwagi, ale sądząc ze sposobu, w jak; przyjmował pokarm, nie był w 
gorszej formie ode mnie Oznaczało to, Ŝe udawał tylko nieprzytomnego. Krętactwo 
przychodziło mu tak lekko i naturalnie jak oddychanie Kiedy Susarma Lear czytała 
wiadomość, wsunąłem się między nią a Finna, aby mogła poruszać ustami bez obawy, Ŝe 
podejrzy ją Finn. W ten sposób, jak sądziłem nie będzie w stanie podsłuchać prowadzonej 
szepten, rozmowy.

• 

Kto to przysłał? — padło na wstępie oczywiste pytanie.

• 

Nie wiem — wymamrotałem. — O ile nie nadszedł w tym czasie świeŜy transport 

więźniów mówiących po angielsku, mógł ją przesłać tylko Alex Sovorov. Ale nic chce mi się 
wierzyć, Ŝe to on się za tym kryje, choć moŜe być pośrednikiem. Gdybym miał zgadywać, 
powiedziałbym, Ŝe tę ucieczkę zorganizowali Tetrowie, a on po prostu przekazał od nich 
wiadomość.

• 

Dlaczego Tetrowie mieliby nas uwalniać? — spytała

• 

Kto wie? MoŜe z wdzięczności? Posiadają silne poczucie obowiązku, nawet wobec 

swych niewolników i innych róŜnej maści królików doświadczalnych.

• 

Naprawdę w to wierzysz?

• 

Nie jest to takie łatwe. Spotkałem się wcześniej z Velą-822 i nie zrobił na mnie 

wraŜenia zdolnego do obmyślenia całej tej operacji. Ale z Tetrami nigdy nic nie wiadomo. 
Jednak ktoś ją przysłał. Czy naprawdę mamy tak wiele do stracenia?

Wydęła usta. Na to pytanie było więcej niŜ jedna z moŜliwych odpowiedzi.

202

• 

Jeśli zdecydujemy się na skok, czeka nas skok w ciemność. Musimy zadać sobie to 

zwyczajowe pytanie, jak źle jest nam w tym deszczu i pod jaką rynną moŜemy w rezultacie 
wylądować.

• 

Idziemy na to? — spytałem.

Po raz pierwszy z kimś się w jakiejś sprawie konsultowałem. To chyba słuŜba w 

Gwiezdnej Gwardii zaczynała wywierać na mej duszy piętno. Zamiast podjąć własną 
niezaleŜną decyzję, ja, wolny elektron, czekałem na wskazówki od przełoŜonego. Choroba 
naprawdę moŜe dokonać spustoszeń w człowieku.

background image

• 

Psiakrew, jasne, Ŝe tak — postanowiła. — Jak inaczej, cholera jasna, dowiemy się, co 

jest grane? Powiem Sernowi.

• 

A co z nim? — skręciłem głowę lekko w tył, wskazując faceta za plecami.

Obdarzyła mnie jednym ze swych najznakomitszych piorunujących spojrzeń.

• 

UwaŜam, Ŝe nie moŜna temu skurczybykowi ufać — wyraziła swą opinię, 

niedwuznacznie dając do zrozumienia, Ŝe bez względu na to, czy Finn wyzdrowieje, czy nie, 
nie zostanie na tę wycieczkę zabrany.

• 

MoŜe właśnie dlatego lepiej go zabrać — sugerowałem. — Póki jest z nami, moŜemy 

mieć go na oku. Jeśli go zostawimy, kto wie, jaki numer wywinie?

Wzruszyła ramionami.
— Chyba wciąŜ jeszcze pozostaje pod moim dowódz

twem. Nie wiem, jak długo był w ich rękach, nim wysłali
go tu na dół, ani co zdąŜył wyśpiewać. Niepotrzebnie
w ogóle go zabraliśmy, mimo całego jego obycia z po-

203

ziomami i domniemanej wiedzy na temat tetrańskich systemów inwigilacji. Trzeba było go 
wysłać do kompanii karnej, gdzie jego miejsce.

Nie chciałem tego podwaŜać. Gdybyśmy tylko wtedy wiedzieli, dlaczego Tetrowie nas tak 

potrzebują...

• 

Jak myślisz, co się dzieje teraz na powierzchni? — spytała.

• 

Pewnie toczy się tam walna bitwa. Tetrowie oraz wszyscy ich poplecznicy starają się 

jak najlepiej wykorzystać epidemię w Mieście Pierścieniorbity. Mieli całe miesiące na 
rozpracowanie systemu zaopatrzenia najeźdźców i jego czułych punktów. Na powierzchni 
lądują juŜ pewnie statki z pomocą. Z tego co wiem, Tetrowie opracowali sposób na przejęcie 
władzy na dziesięciu do dwudziestu poziomach poniŜej Miasta. MoŜe nawet znają sposób na 
dotarcie tu na dół i uwolnienie nas. Nie przeceniałbym raczej ich zdolności do prowadzenia 
skutecznej walki, juŜ nie.

• 

A my sądziliśmy, Ŝe moŜe będą chcieli wynająć Gwardię Gwiezdną — stwierdziła 

rozŜalona.

• 

Zawsze wiedzieliśmy, co sądzą o Gwardii — przypomniałem jej. — ,,Banda 

niezdarnych barbarzyńców*".

Nie musiałem dodawać, Ŝe wiedzieliśmy juŜ, do czego w ich oczach nadawała się nasza 

Gwardia. Wypominanie tego teraz nie miało sensu. Wyobraziłem sobie, jakie targają nią 
uczucia. Susarma Lear przesiąknęła Gwardią do szpiku kości, a zniewaga ze strony Tetrów 
musiała zapiec o wiele dotkliwiej niŜ jakikolwiek fizyczny ból. Jej duma sprawi, Ŝe odtąd 
będzie nienawidzić Tetrów. A nienawiść ta miast osłabnąć, z pewnością nasili się, jeśli

204

wiadomym będzie, Ŝe to Tetrowie, bez specjalnego wysiłku, zadbali o ułatwienie nam 
ucieczki. Tetrowie postąpili tak, jak postąpili, powodowani wyłącznie własną dumą.

Wróciłem do łóŜka, dręczony niewesołym przeczuciem, Ŝe ktoś po prostu nas nabiera. 

Trudno było doszukać się jakiegoś sensu w tej propozycji ucieczki, a rozmyślanie nad tym 
groziło powrotem bólu głowy. Postanowiłem zdrzemnąć się trochę, by odzyskać siły. Mimo 
wszystko, w słowach Susarmy Lear tkwiło trochę prawdy. Chcąc dowiedzieć się, co jest 
grane, musimy pójść za piłką.

TuŜ przed zaśnięciem przypomniała mi się postać, którą dojrzałem z okna w czasie 

rozmowy z Alexem Sovorovem. Nagłe przypuszczenie, Ŝe mógł to być człowiek w skafan-
drze, nabrało pokrzepiającej wymowy. Czy to moŜliwe, Ŝe mamy tam przyjaciół?

Zbudziłem się na wieczorny posiłek i po raz pierwszy rzuciłem się na jedzenie z wilczym 

apetytem. Była to niezawodna oznaka mego prawdziwego powrotu do zdrowia. Pielęgniarka, 
zdaje się, z zadowoleniem przyjęła tę zmianę — nie musiała juŜ mnie karmić, wręczyła mi 
tylko talerz i łyŜkę. Spostrzegłem, Ŝe wszyscy trzej moi współtowarzysze niedoli siedzą 
przytomni w łóŜkach. Posiłek stanowiła zupa, którą karmili mnie od początku - pływało w 

background image

niej trochę nieznanych warzyw i kawałki podłego mięsa. Ale po raz pierwszy nie 
przeszkadzał mi jej smak.

Po jedzeniu pozostałem w pozycji siedzącej i zastanawiałem się, czy moŜna by nawiązać 

jakąś niewinną pogawędkę. Serne wstał z łóŜka. Śmiesznie wyglądał w przy-kusej koszuli, 
ledwie zakrywającej mu uda. Ciekawe, czy

205

przed   ucieczką   będziemy   mogli   zaopatrzyć   się   gdzieś w jakąś odzieŜ?

Sprawdziłem pod łóŜkiem i ucieszyłem się, znajdując na miejscu swoje tetrańskie buty ze 

sztucznie hodowanej tkanki. Brakowało natomiast kombinezonu. Powędrował pewnie do 
prania. Myśl o ucieczce w koszulach nocnych, butach i skafandrach była tak niedorzeczna, Ŝe 
aŜ za-bawna, choć mało zachęcająca.

Serne podszedł do Susarmy Lear i zaczął z nią roz-mawiać. Finn równieŜ wstał, 

postanowiłem więc dołączyć do nich. Nagle otworzyły się drzwi i Finn drgnął w po-czuciu 
winy. Serne spojrzał tylko za siebie — jego twarz pozbawiona była uczuć — na dwóch 
posługaczy, którz\ wtoczyli do pokoju piąte łóŜko. W ślad za nim pojawił się Alex, 
wyglądający tak, jakby za chwilę miał się przewrócić. Posłał mi jadowite spojrzenie, pełne 
nieskrywanej odrazy, podczas gdy dwaj posługacze pomagali mu ściągnąć spodnie i załoŜyć 
koszulę. Nie zraŜony, poczekałem, aŜ się oczyści pole i podskoczyłem go przywitać.

• 

Przykro mi, Alex — powiedziałem. — Skąd mogłem wiedzieć?

• 

Chodzą słuchy, Ŝe to akt zemsty ze strony Tetrów — wychrypiał. — Czy to twoja 

sprawka?

• 

Niezupełnie — wyjaśniłem. — Sami to wykombinowali, bez naszej wiedzy.

• 

To nie moŜe być prawda — zastrzegł się.

• 

Pewnie. Złapaliśmy z Finnem wirusa na stacji „Goodfellow" — pokpiwałem. — Czaił 

się w pierścieniach Uranu przez miliardy lat, czekając, aŜ przeleci tamtędy ktoś, kogo będzie 
mógł zarazić. Teraz jest wreszcie wolny.

206
Wybawiony ze sromoty wyczekiwania w stanie głębokiego zamroŜenia, aŜ słońce stanie się 
nową.

Mówiąc to, spojrzałem za siebie na Finna, ale on akurat patrzył pilnie w przeciwną stronę. 

Korzystając z okazji, mruknąłem zduszonym głosem:

— Kto kazał ci przekazać nam wiadomość?

Jego kiepski stan w znacznym stopniu udaremnił mu oddanie na twarzy wyrazu tępego 

niezrozumienia, ale starał się, jak mógł.

— Jaką wiadomość? — spytał.
Na szczęście pytanie nie zabrzmiało głośno, głos miał ochrypły i płytki oddech.
— śadną — uciąłem szybko. — Nie ma o czym mówić.
Obróciłem się i stanąłem twarzą w twarz z Susarmą

Lear. Obserwowała mnie niczym jastrząb. Mimo Ŝe nie słyszała naszej rozmowy, jej 
umiejętność wnioskowania pozwoliła domyślić się jej rezultatu.

• 

A propos — dodałem. — Czy przybyli do obozu jacyś nowi? Na przykład, ktoś z 

Gwiezdnej Gwardii?

• 

Nie widziałem nikogo — zapewnił mnie. — Naprawdę jest mi to obojętne.

• 

Wyświadczysz mi przysługę, Alex? PołóŜ się spać, po prostu połóŜ się spać i zapomnij 

o wszystkim, co się dokoła dzieje.

• 

Mam taki zamiar — przyznał Ŝałośnie.

Patrząc na niego, nie moŜna było mieć co do tego wątpliwości.

Zaczekałem na następną okazję, by porozmawiać z Susarmą, kiedy Finn leŜał w łóŜku i nie 

zwracał na nas uwagi. Odgadł chyba, Ŝe coś się święci, ale nie wiedział co.

207

Wtajemniczenie go nie było chyba mądrym posunięciem.

• 

To nie Alex przesłał tę wiadomość — poinformowałem ją, potwierdzając jej 

background image

wcześniejsze domysły.

• 

Nie zmienia to w niczym naszej sytuacji — zauwaŜyła. — W dalszym ciągu musimy 

czekać. MoŜe są tu inni. o których ani ty, ani on nic nie wiecie. Psiakrew, to moŜe być jeden 
z naszych. Nie wiem, ilu zgarnęli, gdzie i kiedy Serne i ja wpadliśmy w zasadzkę razem z 
Johaxanem. kiedy szliśmy na spotkanie w zaznaczonym na jednej z tych głupich ulotek 
miejscu. Wiedziałam, Ŝe to poroniony pomysł.

Miała, oczywiście, rację. Mogli być jacyś inni. Z pewnością znaleźli się tacy, którzy 

współpracowali z najeźdźcami, albo tylko udawali. MoŜe Sigor Dyan miał tu jeszcze innych 
informatorów, którzy próbowali grać podwójną rolę, jak ja. Kiedy zaczęła się zabawa, w 
Mieście Pierś-cieniorbity przebywało około dwustu ludzi. Istniała szansa, Ŝe ktoś z nich miał 
dość oleju w głowie, by odegrać rolę dobrej wróŜki. Jeśli tak, to nie mogłem się doczekać, by 
go poznać. Nie wątpiłem, Ŝe we właściwym czasie dowiemy się prawdy.

Tymczasem jednak, nie pozostawało nam nic innego jak leŜeć do góry brzuchem i zbierać 

siły na cięŜką przeprawę.

23

P

rzez całe  godziny  panowała  cisza  i  mrok,  kiedy czuwaliśmy, udając śpiących. Czasem 
ucinałem sobie nawet drzemkę, ale ilekroć łapałem  się na zbytnim fol-

208

gowaniu sobie, natychmiast otrząsałem się ze snu. Budziłem się na najlŜejszy odgłos. 
Dwa albo trzy razy byłem pewien, Ŝe się otwierają drzwi, ale to tylko ponosiły mnie 
nerwy. Na długo przed nadejściem wyznaczonej godziny zniecierpliwiło mnie to 
wyczekiwanie.

Kiedy drzwi wreszcie się otworzyły naprawdę, jedyne światło, jakie rozbłysło, 

pochodziło z maleńkiej latarki, trzymanej przez osobę praktycznie dla nas niewidzialną. 
Ów nieznajomy skierował na mnie światło, bym mu się przyjrzał i wręczył mi ubranie. 
Biorąc je, lekko otarłem ręką palce niewidocznego ofiarodawcy. Były owłosione i 
zakończone szponami. Nie naleŜały ani do człowieka, ani do najeźdźcy.

— ZałóŜ to — przemówił obcy mrukliwym szeptem. Mówił parole z cięŜkim 

akcentem, a więc barbarzyńca, nie Tetr.

Spostrzegłem więcej skaczących promyków światła i domyśliłem się, Ŝe mieliśmy 

więcej gości. Nie mogłem dokładnie policzyć ilu, poniewaŜ promyki co chwila zanikały 
przesłaniane ciałami osób trzymających latarki. Wcisnąłem na nogi spodnie i zmieniłem 
koszulę nocną na coś lŜejszego. Potem lekko zsunąłem się z łóŜka i po omacku 
zacząłem szukać butów.

Kiedy byłem gotowy, owłosiona ręka wzięła mnie pod ramię i poprowadziła do 

drzwi. Reszta teŜ była juŜ chyba gotowa. Zabierali Susarmę, Serna i Finna. Słyszałem, 
jak Serne ostrzega Finna, Ŝe skończy jako trup, jeśli będzie hałasował, opóźniał lub 
robił cokolwiek ponad to, co mu kaŜemy. Serne potrafi być groźny, kiedy wpada w taki 
nastrój. Nie wątpiłem, Ŝe Finn go posłucha. Zresztą, mogło mu zaleŜeć tak samo, jak 
nam na wydostaniu się stąd.

- Najeźdźcy z Centrum

209

— Ja prowadzę — odezwał się jeden z kosmatych przybyszów. — Za mną, szybko. 

Zachować milczenie.

Korytarz na zewnątrz był mroczny, ale ogniki latarek stanowiły dla nas pewien punkt 

odniesienia. W tej części więzienia nie było Ŝadnego oświetlenia, ale niebawem dotarliśmy 
do zakręcającego korytarza prowadzącego wzdłuŜ okien widokowych, przez które sączyły się 

background image

blade smugi kolorowych świateł.

Przemykając pod oszkloną ścianą spostrzegłem, Ŝe nasi przewodnicy byli wysocy i 

szczupli, z wydłuŜonymi kończynami jak u gibbonów. Widziałem paru przedstawicieli tej 
rasy w czasie zajęć ruchowych, nim złoŜyła mnie choroba. Domyślałem się, Ŝe naleŜą do rasy 
ujarzmionej i wypartej przez najeźdźców, kiedy ci ostatni rozszerzali swe małe imperium. Ich 
doskonałe więzienie nie wydawało się juŜ takie doskonałe, a ich panowanie nad rasami, 
których biostrefy zagarnęli, moŜe równieŜ nie było tak niezachwiane.

Dotarliśmy do odpowiedniej śluzy, gdzie jak nam obiecano, znaleźliśmy pewną ilość 

skafandrów. Nie były to wysokowydajne skafandry ciśnieniowe, jakich się uŜywa w próŜni 
kosmicznej, ale lŜejsze i luźniejsze plastikowe kombinezony. Ich regulatory składu powietrza 
i systemy usuwania odpadów nie były szczególnie skomplikowane. KaŜdy z nich posiadał po 
prostu dwie butle tlenu podlegającego recyrkulacji. Ich widok nie napełnił mnie entuzjazmem 
ani wiarą w przyszłość. Zapas tlenu starczy moŜe na cztery godziny, nie więcej. Po upływie 
tego czasu musimy znaleźć się w miejscu, gdzie moŜna juŜ bezpiecznie oddychać powietrzem
atmosfery.

210

Nagle, perspektywa wyprawy we wrogiej atmosferze do nieznanego celu — nie 

wiedzieliśmy nawet dokąd w ogóle się udać — przestała mnie pociągać.

• 

O co w tym wszystkim chodzi? — zagadnąłem włochatego humanoida, który nas 

tu doprowadził. — Dokąd się wybieramy?

• 

Nie ma czasu — odparł, a moŜe odparła? Odniosłem wraŜenie, Ŝe jej (jego) 

znajomość parole była nieco ograniczona.

• 

Zakładać skafandry! — rozkazała chrapliwym szeptem Susarma. Rzuciła 

wszystko na jedną szalę i nic nie mogło jej teraz powstrzymać. Była to filozofia 
Ŝ

yciowa, która uczyniła z niej bohaterkę juŜ za Ŝycia. Miałem nadzieję, Ŝe tym razem 

nie uczyni z niej martwego bohatera.

Musiałem ściągnąć buty, by załoŜyć skafander, ale potem włoŜyłem je z powrotem na 

plastikowe stopy kombinezonu. Być moŜe czekała nas długa wędrówka i nie chciałem 
pokaleczyć sobie nóg. Kiedy zmagałem się ze skafandrem, śluza wypełniła się jeszcze 
bardziej. Przybyło kilku nowych i choć z powodu panującego mroku trudno było 
zgadnąć kto, przypomniałem sobie, Ŝe w notatce była mowa o Tetrach.

Wewnętrzne wierzeje śluzy zawarły się i rozbłysło światło. Mrugałem jak oszalały, 

walcząc z oślepiającym blaskiem, usiłując rozeznać się w sytuacji. Zgodnie z obietnicą 
było z nami dwóch Tetrów, którzy właśnie gramolili się do swych kombinezonów, 
kosmate zaś istoty pozostały na zewnątrz. Niełatwo odróŜnić jednego Tetra od drugiego, 
ale jeden z nich zwrócił na mnie uwagę i zareagował tak, jakby mnie poznał.

13*

211

— Tulyar? — strzeliłem, nie do końca pewny, czy to

rzeczywiście on.

Niebezpiecznie jest przypisywać Tetrowi jakieś uczucia na podstawie jego miny, ale ten 

spojrzał na mnie tak, Ŝe odniosłem wyraźne wraŜenie, Ŝe z pewnością nie jest tu panem 
sytuacji. Wyglądał na zagubionego, a nawet wystraszonego.

• 

Rousseau! — odezwał się, wybaczając mi nietakt, jaki popełniłem zwracając się do 

niego po imieniu, pomijając numer.

• 

Czy wiesz...?

Mogło to być fascynujące pytanie, ale Tulyar urwał je w połowie, kiedy rozdzwoniły się 

nagle sygnały alarmowe. Obaj Tetrowie szybko wdziewali na siebie kombinezony, a na 
dźwięk dzwonków w panice jeszcze przyspieszyli. Wywnioskowałem, Ŝe Tulyar-994 i jego 
towarzysz nie lepiej ode mnie wiedzą, co jest grane. Więc za tą ucieczką nie kryli się 
Tetrowie.

Odwróciłem się, by podzielić się mym cennym domysłem z Susarmą, ale ona była 

zaabsorbowana czym innym. Głowiła się nad przedmiotem, który tuŜ przed zniknięciem 
wcisnęli jej do odzianej w plastik ręki kosmaci nieznajomi. Jak na urządzenie 

background image

naprowadzające, nie było zbyt wymyślne. Był to po prostu stary, poczciwy kompas z 
rozkołysaną igłą, zawsze wskazującą jeden kierunek, choćby nie wiem jak mocno kręciło się 
obudową. Wiedziałem, Ŝe ta nie pokazuje bieguna północnego.

Ś

luza działała w oparciu o dwa cykle — wpierw ziemska atmosfera wymieniana była na 

azot, a następnie na mieszankę panującą na zewnątrz. Tłoki pracowały sprawnie,

212

ale sekundy wlokły się bez końca. Nawet w hełmach i odgrodzeni komorą słyszeliśmy 
nieustannie jazgoczące dzwonki. Serne nerwowo przyglądał się swym rękom, Ŝałując pewnie,
Ŝ

e nic nie moŜe nimi zdziałać. Zapiąłem kombinezon, podobnie jak Tetrowie. Choć 

mogliśmy się słyszeć podnosząc głos, szanse na prowadzenie zrozumiałej konwersacji były 
znikome. Spojrzałem Tulyarowi w twarz, próbując coś z niej wyczytać, ale w jego oczach nie 
malowało się juŜ nic, co moŜna by uznać za wyraz jakiegoś uczucia.

Wreszcie zostały zwolnione zewnętrzne wierzeje, które dopchnęliśmy do końca, 

przeciskając się na drugą stronę. Pobiegliśmy szukając osłony we mgle i wśród „drzew".

Z początku liczyłem na to, Ŝe mamy kilka minut przewagi, nim śluza zakończy następny 

cykl, ale zapomniałem, Ŝe są przecieŜ inne, i to mnóstwo. Neoneandertal-czycy mogli 
wcisnąć się do którejś z nich.

Nie upłynęły więcej niŜ dwie minuty, kiedy drzewiasty twór po lewej nagle się rozprysł, 

obsypując nas swymi szczątkami. Trafiła go zaledwie pojedyncza kula, ale trzon tej 
„rośliny" był pewnie kruchy jak szkło — nie musiała ona przy normalnym trybie Ŝycia 
stawiać czoła jakimkolwiek ostrym naciskom z zewnątrz.

Kiedy zapuściliśmy się głębiej w las, oddaliśmy przewodnictwo Susarmie, która posiadała 

jedyne urządzenie wskazujące nam drogę. Z początku lawirowała między poskręcanymi 
rozgałęzieniami dendrytów, obsypanych przeróŜnymi barwnymi lampionami. Lecz kiedy 
odgarniała na bok czubki gałęzi i te pękały, nie hamując w niczym jej pędu, obrała mniej 
zygzakowaty kurs. Nadal nie mogła

213

przedzierać się środkiem splątanych zarośli, ale mniej juŜ zwracała uwagi na sterczące 
końcówki, choć ostre odłamki nadal stanowiły pewne zagroŜenie dla skafandrów. Biegnąc, 
dosłownie wyrąbywaliśmy sobie drogę. Na myśl o spustoszeniu, jakie sialiśmy w tym 
kruchym, niemal kryształowym świecie, czułem się nieswojo. Ale szkody wyrządzane przez 
wymierzone w nas kule najeźdźców były dziesięciokrotnie większe. Więcej więc było we 
mnie złości niŜ poczucia winy.

Zewsząd napierały na nas przypominające owady szybujące stwory, które jakby wydawały 

się niezdolne do zejścia nam z drogi. W zmąconym półmroku odnosiło się wraŜenie, Ŝe 
brniemy przez zwały miotanych wichrem liści i skaczących ogników. Kiedy dendryty 
rozpadały się, ich światełka nie znikały nagle jak wyłączone, lecz gasły powoli rozpływając 
się w nicość, a więc ślad, jaki za sobą zostawialiśmy, stopniowo przechodził w szarość.

Ucieszyłem się niezmiernie, kiedy wynurzyliśmy się z kolorowego lasu, wychodząc na 

teren, na którym nie musieliśmy juŜ dokonywać aktów tak jawnego wandalizmu. Ale ze 
względu na pościg, któremu staraliśmy się ujść, zmiana nie wyszła nam na dobre. Mgła 
zrzedła, a grunt stał się miękki i grząski, przez co zwolniliśmy. Na naszą korzyść 
przemawiała jedynie zamiana drzewiastych dendrytów na wielkie, bulwiaste kopce, które 
mogły skryć nas przed wzrokiem tropiących nas najeźdźców.

Mało było wokół barw — w tym monochromatycznym pejzaŜu przewaŜały odcienie 

szarości. Bioluminescencyjne „kwiaty" naleŜały tu do rzadkości — rosły w małych 
przysadzistych kępach pośród grzybiastych wzgórków. Nie

214

miałem Ŝadnych wątpliwości co do tego, Ŝe te kopce są formą Ŝycia, poniewaŜ ich skórę 
przebiegały lekkie zmarszczki. Poza tym lśniły jak skóra Ŝaby. Rosło tu ledwie kilka 
drzewiastych tworów, na których nie wykształciły się Ŝadne światełka. Gałęzie ich obwisały 
martwo, a ich bladość sugerowała, Ŝe są uschnięte. Nie było jednak podstaw, by 

background image

przypuszczać, Ŝe coś, co w innym systemie uchodziło za objaw choroby, tu nie mogło 
oznaczać zdrowia i Ŝywotności.

RównieŜ fruwających stworzeń było tu mniej. Mniejsze stwory, przypominające świetliki, 

trafiały się bardzo rzadko, a większość tutejszej fauny stanowiły szybujące stwory wielkości 
rozpostartej dłoni, przywodzące na myśl wycięte z krepy motyle i waŜki.

Strzały padały rzadziej. Naszym prześladowcom trudniej było nas dojrzeć. A kiedy opadły 

w nich pierwsze lekkomyślne porywy, zaczęli oszczędzać amunicję. Serne, który z pewnością 
baczniej ich obserwował, pokazał mi na palcach, Ŝe jest ich tylko sześciu. Ale Susarma, na 
przemian kurcząc i prostując palce lewej ręki, przypomniała nam, Ŝe wkrótce nadciągną 
posiłki. Mogliśmy porozumiewać się ze sobą krzykiem, nawet mimo plastikowej osłony 
hełmów, ale trudno byłoby cokolwiek zrozumieć, poprzestaliśmy więc na języku migowym, 
jakim posługują się ludzie pracujący w próŜni kosmicznej. Znać było po minie Susarmy, Ŝe 
martwi ją lepkość podłoŜa. Nietrudno było zgadnąć dlaczego. Jeśli najeźdźcy wprowadzą do 
akcji czołgi, to o wiele łatwiej niŜ my pokonają tego rodzaju teren.

Problemy nasze powiększało jeszcze dodatkowo to, Ŝe

215

Tulyar oraz drugi Tetr juŜ teraz nadąŜali za nami z widocznym wysiłkiem. Nawet Finn był na 
tyle sprawny i szybki, by dotrzymać kroku Susarmie. Tetrowie nie oddają się jednak 
ć

wiczeniom ciała, a przynajmniej Tulyar był cywilem nawykłym do wszelkich wygód, jakie 

niesie ze sobą wysoko rozwinięta cywilizacja. Widziałem, jak Susarma dwukrotnie spojrzała 
na nich z namysłem. Domyślałem się, co chodzi jej po głowie.

Do jakiego stopnia sami mogliśmy się naraŜać, by Tetrowie mogli pozostać z nami? Jak 

bardzo obeszłoby nas, gdyby się odłączyli, a co za tym idzie, zgubili, zwaŜywszy, Ŝe my 
mieliśmy jedyny kierunkowskaz?

Nie spojrzała na mnie po radę. Nie wierzyłem w jej chęć pomocy Tetrom. Sam nie byłem 

pewny, czy i mnie na tym zaleŜało. Kto by się ośmielił zarzucić, Ŝe zawdzięczałem 
cokolwiek Tetrom, a zwłaszcza Tulyarowi-994?

W czasie pierwszej godziny nic na lepsze się nie zmieniło. Strzelanina ustała, ale nie 

mieliśmy powodów sądzić, Ŝe wymknęliśmy się naszym prześladowcom. Nie gnaliśmy juŜ 
przed siebie, tratując wszystko, co stawało nam na drodze, ale wciąŜ zostawialiśmy widoczny
ś

lad. Czasem szary muł był tak miękki, Ŝe zakrywał odciski stóp zaraz po naszym przejściu. 

Czasem był twardy jak polistyren, więc nie wydeptywaliśmy w nim Ŝadnych widocznych 
ś

ladów, ale przewaŜnie był w stanie pośrednim. Najeźdźcy prawdopodobnie nie mieli 

doświadczenia w tropieniu, ale nie trzeba było być Cochisem, by odczytać znaki i 
powiedzieć im, którędy iść.

Pod koniec pierwszej godziny maszerowaliśmy raźnym krokiem. Tulyar z drugim Tetrem 

nadal się nas trzymali,

216

objawiając jednak wyraźne oznaki wyczerpania. Otaczały nas teraz białe, kulkowate twory, z 
których wiele pokrytych było zawiłymi wzorami ciemnej szarości i czerni. Trudno było 
określić, czy te ciemne ornamenty były wyspecjalizowaną tkanką naleŜącą do tego samego 
organizmu, czy jakąś pasoŜytniczą naroślą.

Bulwy te ani nie spoczywały na podłoŜu, ani z niego nie wyrastały, będąc raczej zlepkiem 

protoplazmatycznej papki, po której stąpaliśmy, a której ciepło czułem nawet przez 
podeszwy. Miałem wraŜenie, jakbym stąpał po jakiejś olbrzymiej powłoce pokrytej 
marmurkiem, która nabrzmiewała w nieregularnych odstępach, tworząc wielkie purchawki.

Łatwo było sobie wyobrazić, Ŝe jesteśmy jak maleńkie pasoŜyty przemieszczające się po 

skórze ogromnej, pokrytej łuskami bestii. Z właściwą sobie fantazją próbowałem tę iluzję 
podkreślić, wyobraŜając sobie, Ŝe bulwiaste twory to brodawkowe naroślą na skórze jakiegoś 
potwora --albinosa. Kule te miały od jednego do trzydziestu metrów średnicy, największe 
wznosiły się wysoko ponad głowami, dotykając niemal przyćmionego sufitu.

Nie odwaŜyliśmy się zatrzymać dla odsapnięcia. Serne zrównał się z Susarmą. Stykali się 

od czasu do czasu hełmami, by zwiększyć swą słyszalność. Ich głosy dochodziły mnie w 

background image

postaci stłumionych pomruków. Umykała mej uwagi równieŜ większość gestów, jakie sobie 
przesyłali. Ale domyślałem się, Ŝe rozwaŜają taktyczne moŜliwości działania. Serne pragnął 
chyba zdobyć dla nas jakąś broń. Był zdania, Ŝe dwóch wytrawnych komandosów z łatwością 
dorówna sześciu dzikusom uzbrojonym w nędzne pukawki.

217

Domyślałem się, Ŝe pomysł ten mógł Susarmę coraz bardziej pociągać, w miarę, jak 

posuwaliśmy się dalej naprzód, nie napotykając Ŝadnych oznak świadczących, Ŝe zbliŜamy 
się do celu. Wiedziała jednak, Ŝe nie ma czasu na urządzanie wymyślnej zasadzki. Nie 
mieliśmy pojęcia, ile jeszcze przed nami drogi, a zapasu tlenu starczało jeszcze na trzy 
godziny.

Gdybym był w pełni sił, tempo marszu nie sprawiałoby mi kłopotów, ale dopiero co 

wykaraskałem się z ostrej gorączki i czułem, jak nogi słabną mi w kolanach. śołądek zaczął 
odmawiać mi posłuszeństwa, bałem się, Ŝe zwymiotuję w środku plastikowego kombinezonu, 
a to Ŝadna przyjemność, poza tym moŜe być groźne. Nie trzeba beztlenowej atmosfery, by 
zadławić się na śmierć, kiedy ciało zaczyna kombinować na własną rękę.

Po Susarmie Lear i Sernie nie znać było, Ŝe dokuczały im podobne dolegliwości, ale po 

pewnym czasie spostrzegłem, Ŝe zwolnili nieco. Mogli w ten sposób dawać Tetrom szansę, 
ale bardziej prawdopodobne było, Ŝe równieŜ u nich choroba zaczęła zbierać swe pokłosie. 
Ku memu oburzeniu, Finn nie zdradzał oznak niedomagań.

Wkrótce opadło mnie wyraźne uczucie deja vu, kiedy przypomniały mi się okoliczności 

mej ostatniej ucieczki na stacji „Goodfellow". Szybko zacząłem Ŝałować, Ŝe w ogóle 
opuściłem przytulne i bezpieczne zacisze mej celi. Tłumaczyłem sobie, Ŝe najeźdźcy gotowi 
byli traktować mnie jak dobrego przyjaciela, dopóki nie zniechęciła ich plaga, którą 
bezwiednie wśród nich rozpętałem. Teraz, z powodu niewdzięczności, jaką okazałem 
wyrzekając się ich gościnności, gotowi byli mnie zabić. I to za co? Nadal nie miałem pojęcia, 
dokąd zmierzamy, ani po co.

218

Nagle ujrzałem wyraziście całe swoje Ŝycie, odkąd z Susarmą po raz pierwszy utknęliśmy 

w trzewiach As-garda, mając na karku pogoń, jako jeden wielki, niesamowity sen.

Być moŜe, pomyślałem, za chwilę się obudzę z bólem głowy po tym głupim wyciszaczu i 

przekonam się, Ŝe z powrotem jestem w punkcie wyjścia.

Niestety, tak się nie stało. Natomiast cały odcinek nieba sfałdował się nagle i zaczął po 

kawałku spadać na grzybiastą dŜunglę niby czarna ulewa. Przez ułamek sekundy naprawdę 
wyglądało to jak działanie wyrafinowanego wyciszacza, jakiego uŜyli przeciw nam 
przyjaciele Myrlina, ale to nie było to. Huk i wstrząs, jaki nastąpił tuŜ po strzaskaniu 
sklepienia, pozwalały się domyślać przyczyny. Najeźdźcy wystrzelili do nas pocisk z czegoś 
w rodzaju czołgu. Źle wyliczyli kąt nachylenia lufy i kula, zatoczywszy odrobinę za wysoki 
łuk, rąbnęła w niebo.

Dotknęło mnie to do Ŝywego jako wysoce niespor-towe zagranie — to tak, jakby się 

chciało łowić ryby w wannie ościeniem. Ale nie naleŜało raczej wątpić w skuteczność tej 
metody, nawet gdyby tylko dalej walili w niebo, zwalając na nasze nieszczęsne głowy tony 
złomu.

PrzeraŜenie dodało mym nogom sił, o jakie wcześniej się nie podejrzewałem i zacząłem 

biec. Pobiegliśmy wszyscy. Są takie chwile, kiedy trzeba po prostu dać się ponieść panice i 
zawierzyć przyszłość kapryśnemu losowi, nawet jeśli dobrze wiemy, Ŝe los chce nam 
dokopać.

219

24

C

background image

hyba dopiero czwarty wybuch zwalił mnie z nóg, choć łoskot, wstrząsy i czarna nawałnica 
odłamków zaczynały juŜ mi się zlewać przed oczami w jeden nieustający zamęt. Głowa tak 
mnie bolała, Ŝe myślałem, iŜ rozsadzi mi czaszkę i mózg tryśnie niczym szary wulkan. 
Padłem na wznak, twarzą w białawą papkę, która przylgnęła do mych kończyn jak lep na 
muchy. Przez dłuŜszą chwilę usiłowałem się poderwać, ale niedaleko rozerwał się kolejny 
pocisk, strącając kawał sklepienia.

Miałem juŜ tego dość, próbowałem wetknąć głowę w kleistą, protoplazmatyczną maź w 

nadziei, Ŝe pochłonie mnie całego. Było mi obojętne, czy mnie oblepi, udusi, czy strawi.

Znowu gdzieś grzmotnęło, dalej niŜ poprzednim razem. Poczułem, jak głowa leci mi na 

boki, kiedy coś rąbnęło w mój hełm. Maź oblepiła mi przyłbicę, przesłaniając wszelką 
widoczność. Uniosłem lekko głowę i zacząłem zeskrobywać błoto palcami. Coś odtrąciło mą 
rękę na bok i przycisnęło głowę z powrotem do „ziemi".

— Nie podnoś się, psiakrew, ty cholerny głupcze!

Słowa zabrzmiały z pogłosem, jakby docierały do mnie głęboko pod wodą. Mimo 

niskiego, głuchego tonu basso profundo zdołałem rozpoznać osobisty wdzięk i poetycki 
język mego dowódcy.

Strzelanina przycichła. Poczułem, jak podpełza bliŜej i nasze ciała się zetknęły. Potem 

objęła mnie, jakby chciała się przytulić. Nie był to z jej strony wylew uczuć, chciała po 
prostu, Ŝeby nasze hełmy się zetknęły, umoŜliwiając przeprowadzenie bez większych 
przeszkód narady wojennej.

220

— Nie wiedzą dokładnie, gdzie jesteśmy — powiedziała.

— Ale wiedzą, w jakim kierunku się posuwamy. Podej
rzewam, Ŝe dranie chcą zwalić na nas całe sklepienie,
podziurawić nam skafandry odłamkami.

Podjąłem następną próbę zeskrobania mazi z przyłbicy. Na zewnątrz było duŜo ciemniej, 

moŜe dlatego, Ŝe odcinek sklepienia nad naszymi głowami przestał w ogóle świecić. 
Doznałem przelotnej wizji, w której cały ten kram walił się nam na głowy. Ujrzałem, jak 
makroarchitektura całego tego świata dokonuje nieskończenie drobnej poprawki, miaŜdŜąc i 
eliminując poziom pięćdziesiąty drugi z labiryntu Asgarda na zawsze. WyobraŜałem sobie, 
Ŝ

e po zwaleniu sklepienia pozostanie jedynie cienka warstwa organicznej papki 

zakleszczonej w imadle o przeraŜającej trwałości. Oczywiście, to się nie mogło wydarzyć. 
Mizerny pocisk wystrzelony z działa nie mógł wyrządzić większej szkody poza strąceniem z 
wierzchniej warstwy kilku odłamków. Pod tą cienką warstwą kryła się absolutnie nie-
naruszalna substancja.

— Teraz wprowadzą do walki piechotę, Ŝeby nas dobić.

Trzymaj się, Rousseau       odezwała się po minucie.

Na tym urwał się nasz bliski kontakt i Susarma Lear mnie zostawiła.
Usiadłem, by się rozejrzeć. Trudno było cokolwiek zobaczyć — sklepienie nad nami nie 

działało. W powietrzu fruwały rozmaite szczątki, a mgły dodatkowo zasnuwał jeszcze czarny 
dym. Jednak wbrew znanemu przysłowiu, Ŝadnego ognia nie było. Do ognia trzeba wolnego 
tlenu.

Z wysiłkiem dźwignąłem się na nogi, ciągle przecierając przyłbicę.

221

Ze zmąconego półmroku wyłoniła się jakaś postać, sześć, siedem metrów ode mnie. Mogła 

być kimkolwiek, gdyby nie trzymała w ręku karabinu. Musiała spostrzec mnie w tym samym 
czasie co ja ją. Zareagowała błyskawicznie, przykładając karabin do ramienia. Nie dane mi 
było dowiedzieć się, czy ten ktoś chciał mnie osłonić, czy odstrzelić mi głowę. Z lewej strony 
skoczyła ku niemu inna postać, wymachując ogromnym odłamkiem o ostrych krawędziach. 
Niczym topór wojenny, odłamek zatoczył łuk, niemal odrąbując nieznajomemu głowę. 
Karabin zakręcił się, ale nie wystrzelił. Susarma Lear rzuciła się na niego jak drapieŜca na 
łup. Cisnęła we mnie maczugą, wskazując kierunek, w którym się posuwaliśmy. Palcem 

background image

wskazującym natarczywie kłuła powietrze, aŜ wreszcie pojąłem, Ŝe kazała mi stąd czym 
prędzej zjeŜdŜać.

Kiedy chwiejąc się, zacząłem niezdarnie biec, usłyszałem za plecami wystrzał. W kaŜdej 

chwili spodziewałem się, Ŝe się odezwie czołg. Wizje wybuchającego sklepienia, rojące mi 
się w głowie, gnały mnie naprzód. Niezdolny juŜ byłem do składnego myślenia, 
przechodziłem gehennę. Zapomniałem o Ŝołądku, o tym, Ŝe mogę zwymiotować, za-
pomniałem o męczarniach osłabionych nóg. Ciągle łupało mnie w głowie. Krew łomotała mi 
w skroniach, ale nie przyszło mi na myśl, Ŝe to wszystko minie, kiedy tylko przestanę biec.

Zostawiłem za sobą ciemność i dym, wracając na twardszy i mniej pofałdowany teren, nad 

którym sklepienie nadal się jarzyło. Z perspektywy czasu, była to szczęśliwa zmiana. 
Gdybym dłuŜej krąŜył między złowróŜbnymi kopcami pokrytymi czarnymi wzorami, cał-

222

kowicie straciłbym poczucie kierunku, wytyczonego przez Susarmę Lear.

Sprawy jednak potoczyły się tak, Ŝe z powrotem znalazłem się pośród drzewiastych 

tworów, ale nie był to lekko oświetlony gąszcz, jak ten rosnący wokół więzienia. Te 
„drzewa" były znacznie większe i bardziej kanciaste, niczym sięgające sklepienia sterty 
złomu przystrojone wymyślnie w kolczaste gałęzie. Na szczęście nie rosły blisko siebie, a 
najszerzej rozpostarte gałęzie znajdowały się wysoko ponad moją głową.

Wyglądało to tak, jakbym biegł w jakiejś ogromnej krypcie pośród gigantycznych 

zdobionych filarów, a przez to, Ŝe drzewa wypuszczały korzenie na dole i u góry, sklepienie 
zdawało się opuszczać niŜej.

Raz czy dwa spojrzałem za siebie w obie strony, ale — na ile mogłem ustalić — nikt mnie 

nie gonił. Nadal docierał do mnie od czasu do czasu trzask broni palnej, ale teraz wydawał 
się słaby i odległy. Nie byłem w stanie zastanawiać się nad tym. Po prostu biegłem dalej 
przed siebie. Ze trzy lub cztery razy przewróciłem się, ale za kaŜdym razem podnosiłem się i 
ruszałem dalej.

Biegłem, póki nie natrafiłem na mur.

Na poziomach Asgarda znajduje się wiele ścian — coś przecieŜ musi je podtrzymywać. Na 

wierzchnich poziomach, najlepiej przeze mnie poznanych, mury zwykle rozgraniczały 
miasta, posiadały wiele otworów, poniewaŜ nośne filary dziurawiły liczne przesmyki. Tam 
jednak nawet otwarte przestrzenie występowały w mniejszej skali, co krok przecinane 
odcinkami materiału nośnego w strukturalne kwartały. Na tym poziomie było więcej otwartej

223

przestrzeni, była rozleglejsza, a wsporniki równieŜ wydawały się grubsze. Mur, jaki przede 
mną wyrósł, był gładki i czarny. Nie było widać na nim śladu okien ani drzwi, czy 
czegokolwiek w promieniu trzydziestu metrów, bo tak daleko sięgałem wzrokiem.

ZbliŜyłem się chwiejnie do ściany i przywarłem do niej, jak gdyby modląc się, by mnie 

wessała i w sobie rozpuściła. Była twarda jak diament i zastanawiająco zimna. W 
przeciwieństwie do podłoŜa, które — według mnie — miało mniej więcej temperaturę ciała, 
ś

ciana była odpychająca jak lód. Wzdrygnąłem się i odsunąłem, znieruchomiałem, nie mając 

pojęcia, co dalej.

Oddychałem głęboko, spazmatycznie, serce dudniło mi w piersiach. Nie odczułem Ŝadnej 

poprawy, kiedy odwróciłem się do tyłu, aby spojrzeć, skąd przybyłem. Wyczerpanie w końcu 
mnie zmogło, opadłem na kolana, potem osunąłem się na bok. Na wpół siedząc rozciągnąłem 
się i podparłem tułów lewą ręką. W prawej ręce nadal dzierŜyłem zaimprowizowaną 
maczugę, którą rzuciła mi Susarma Lear, nim kazała biec. Dźwigałem ją zupełnie bezwiednie 
przez całą drogę od sceny rzezi.

Nie wiem, ile czasu upłynęło. Zacząłem bać się, Ŝe lada chwila zabraknie tlenu. 

Recyrkulator pracował bez zarzutu, mimo uszczerbku, jakiego doznałem. Ale nie moŜna było 
sprawdzić, jak długo będzie jeszcze działał, nim wyczerpią się jego zapasy.

Moja skłonność do mądrych rozwaŜań ograniczała się jedynie do stwierdzenia, Ŝe mam 

trzy moŜliwości wyboru. Mogłem iść wzdłuŜ ściany na prawo, mogłem iść wzdłuŜ ściany na 
lewo, albo zostać tam, gdzie byłem.

background image

224

Zostałem na miejscu. Teraz jestem w stanie podać ze trzy lub cztery powody, 

dlaczego mogło to okazać się słusznym wyborem. Ale. szczerze mówiąc, nie wiem, czy 
jakiś z nich skłonił mnie do tego. Postąpiłem tak, poniewaŜ byłem całkowicie i 
doszczętnie wyczerpany. Pewnie nie doceniałem swoich sił, przecieŜ nie pierwszy raz 
tak się czułem, ale za nic w świecie nie mogłem stanąć.

Nie mogłem nawet wstać, kiedy między kolczastymi słupami ukazały się jakieś 

sylwetki w kombinezonach, najpierw jedna... potem druga... w sumie naliczyłem sześć. 
Patrzyłem, jak pierwsza przystaje, odwraca się, przyklęka na jedno kolano i strzela 
dwukrotnie, odrzucając następnie na bok przypuszczalnie pusty karabin, i podchodzi do 
mnie. Jedna z pozostałych postaci padła, reszta odpowiedziała ogniem, ale strzelanina 
nie trwała długo. Część napastników trzymała się z tyłu. Brak amunicji dotknął 
widocznie wszystkich.

Pierwsza dopadła mnie Susarma Lear. Obrzuciła mnie spojrzeniem i wyciągnęła rękę 

po maczugę. Ledwie byłem w stanie ją unieść, by ją podać Susarmie. Kiedy odwróciła 
się ode mnie, spostrzegłem, Ŝe jej jedynej powiodło się z całej grupy. Brakowało 
Serne'a i Finna, nie było widać Tetrów. Wszystkie pozostałe postacie były naszymi 
wrogami.

Wiedzieli, Ŝe zapędzili nas w kozi róg, nie biegli juŜ... rozstawili się i podchodzili 

powoli tyralierą. Domyśliłem się, Ŝe czekają na posiłki. Było ich pięciu, ale trzymali się 
mniej więcej trzydzieści, trzydzieści pięć metrów od nas. Nie pochlebiało mi uznanie, 
jakie w ten sposób okazywali memu bohaterskiemu dowódcy.

Najeźdźcy Centrum

225

Sekundy wlokły się i nic się nie działo. ZbliŜający się neoneandertalczycy przystanęli, 

widocznie tak samo wyczerpani jak my. Nie zmieniałem pozycji. Susarma Lear stała obok w 
pogotowiu, ściskając topór. Zastanawiałem się, czy wyjdzie im naprzeciw, jeśli rozsądek nie 
pozwoli najeźdźcom zbyt szybko podchodzić.

Potem zobaczyłem czołg lawirujący między filarami. Był wielki i szkaradny, poruszał się 

na gąsienicach, a u góry miał niedorzeczną plastikową wieŜyczkę. Stanął w odległości około 
czterdziestu metrów. Pokrywa włazu uniosła się i z wieŜyczki wypełzł odziany w skafander 
Ŝ

ołnierz, a za nim jeszcze dwóch. Uzbrojeni w rewolwery, szli swobodnym krokiem w 

naszym kierunku. Patrzyłem, jak podchodzą. Ich leniwy, miarowy chód raŜąco kontrastował 
z chwiejnymi krokami, jakie resztką sił stawiali przy końcu długiej pogoni ich towarzysze.

Susarma Lear czekała nieporuszona, aŜ zbliŜyli się na trzy, cztery metry. Stała lekko 

przygarbiona, jakby skapitulowała.

Ale nie poddawała się.
Cisnęła z całej siły maczugą w jednego z podchodzących Ŝołnierzy. Ugodziła go prosto w 

pierś. Padł do tyłu, wypuszczając rewolwer. Rzuciła się na następnego. Mimo Ŝe poruszała 
się zadziwiająco szybko po tym wszystkim, co przeszła, teraz jakby odrobinę zabrakło jej sił. 
ś

ołnierz okazał się szybszy i nacisnął spust.

Kula, wystrzelona bez celowania, musiała przebić jej udo. Widziałem, jak z rany tryska 

krew, zalewając przestrzeń między przezroczystym plastikiem skafandra a nogawką spodni.  
Usłyszałem bolesny krzyk.  Rzuciłem się

226

w jej kierunku, rozpaczliwie usiłując zatkać dziurę w kombinezonie. Wiedziałem, Ŝe 
umrze w ciągu kilku minut, i to nie od rany postrzałowej, jeśli nie załatam jej skafandra.

Ale moje wysiłki spełzły na niczym — nie miało znaczenia, Ŝe facet ugodzony 

maczugą wstał wściekły i zdzielił mnie rewolwerem po hełmie. Tak naprawdę, gdyby 
wystąpili z czymś w rodzaju łaty albo opaski uciskowej, byłoby to ich najlepsze 
posunięcie, aby się mnie pozbyć i samemu przeprowadzić skuteczną akcję.

Ale nie zaleŜało im na udzieleniu pierwszej pomocy. Z radością przyglądali się, jak 

background image

dogorywamy. Cios trafił mnie w okolice szczęki, miejsce wcześniej nadweręŜone przez 
gwardzistę Blackledge'a, ale tym razem odczułem to tak, jakby naprawdę pękła mi kość. 
Padłem na bok, podczas gdy mój oprawca szykował się do zadania następnego ciosu. 
Widziałem, Ŝe nie mają zamiaru kiwnąć palcem w sprawie Susarmy. Jeden z nich 
próbował nawet odtrącić ją nogą na bok. Przyglądałem się właśnie jemu, a nie 
drugiemu, więc kolejne uderzenie spadło na mnie jak grom z jasnego nieba, wgniatając 
mi hełm z drugiej strony.

Gdyby tworzywo było sztywne, pękłoby, ale miękki plastik mógł znieść wiele takich 

ciosów — w przeciwieństwie do aparatu cyrkulacyjnego. Ujrzałem, jak coś w środku 
chrupnęło i wiedziałem, Ŝe następnych kilka oddechów będzie ostatnimi, jakie 
przyniosą mi jakąkolwiek prawdziwą korzyść. Próbowałem uderzyć stopą, ale na nic nie 
natrafiłem. Przeturlałem się na plecy, sapiąc z braku powietrza, którego juŜ nie 
starczało. Nade mną, na tle jarzącego się nieba, rysowały się trzy hełmiaste głowy.

I wówczas nastąpiło coś, co wtedy uznałem za halucy-

14*

227

nację podyktowaną Ŝądzą zemsty: trzy hełmiaste głowy rozpłynęły się w czarną mgłę.

Przez kilka sekund było tylko samo niebo. Potem w pole widzenia wpłynęło coś jeszcze. 

Było srebrzyste i nawet w słabym świetle tego okropnego podziemnego świata skrzyło się i 
błyszczało jak jakiś magiczny, cudowny wynalazek. Mon Dieu, pomyślałem, a więc jest 
ś

wiatłość po śmierci.

I wtedy wydawało mi się, Ŝe umarłem.

25

N

ie zdziwi was zapewne, Ŝe wtedy nie umarłem. Gdyby tak było, jakŜe mógłbym teraz 
opowiadać wam tę historię? Jednak wówczas nie mogłem z góry przewidzieć, co będzie 
dalej. Obudziłem się z uczuciem pewnego zaskoczenia, a wstrząsu, jakiego przy tym do-
znałem, nie łagodziły bynajmniej okoliczności zewnętrzne.

Unosiłem się.

Z początku wziąłem to za czysto subiektywne doznanie. Później przypuszczałem, Ŝe 

przebywam w stanie niewaŜkości. W końcu jednak dopływające do mego mózgu bodźce, z 
oporem ułoŜyły się w pewną składną całość i uzmysłowiłem sobie, Ŝe dosłownie się unoszę 
na jakiejś gęstej cieczy, która mnie nie moczyła. Jedyną znaną mi cieczą, jaka nie moczyła, 
była rtęć. Ale, jak na rtęć, byłem zbyt głęboko w niej zanurzony.

Moje uszy rejestrowały jakiś dźwięk, cieniutki szmer białego szumu.

228

Próbowałem otworzyć oczy, ale przychodziło mi to z trudnością — nie dlatego, Ŝe 

zmęczenie nie pozwalało mi jeszcze unieść powiek. Nie mogłem otworzyć oczu, poniewaŜ do 
powiek przytwierdzone były końcówki przewodów. Musiałem wyrwać rękę z lepkiego płynu, 
by je odczepić. Do czoła i czaszki przymocowane były dalsze przewody. Nie były po prostu 
przyklejone, lecz w jakiś szczególny sposób zapuszczały w mą skórę korzenie. Wyrwałem je 
wszystkie, nie dbając o to, jakiego rodzaju czujniki tkwiły u ich końców. „Korzonki" puściły 
łatwo, powodując jedynie łagodne podraŜnienie, zostawiając lekkie uczucie swędzenia na 
skórze. Kiedy wyrwałem przewody z uszu, biały szum się urwał i zapanowała cisza.

Początkowo niewiele korzyści dawało mi otwarcie oczu. Światło było równie nijakie i nic 

nie mówiące, jak wcześniej szum w uszach. Pole widzenia wypełniła mi szarość. 
Wyciągnąłem rękę i dotknąłem jakiejś powierzchni przed sobą, to znaczy nad sobą, 
zwaŜywszy, Ŝe unosiłem się na wznak. Powierzchnia była wklęsła.

Wiedziałem juŜ, gdzie się znajduję. Nie w piekle, na pewno takŜe nie w niebie. Byłem w 

background image

komorze deprywacji sensorycznej.

Zacząłem przeć na wklęsłą płaszczyznę, która nie wydawała się ani zimna, ani ciepła w 

dotyku. Siła parcia, zgodnie z trzecim prawem Newtona, pogrąŜyła mnie z powrotem w 
cieczy, która chlupiąc, wypchnęła mnie na powierzchnię. Płaszczyzna nie ustąpiła pod 
naciskiem. Zwinąłem rękę w pięść i zastukałem w wieko zbiornika. Ciecz ponownie 
zachlupotała wzburzona moimi ruchami. Próbowałem zmienić swoje połoŜenie.  Wyrzuciłem 
nogi

229

na dół i dotknąłem dna komory, równieŜ wklęśle zakrzywionego.

Jestem uwięziony w jakimś cholernym jaju!, próbowałem wzbudzić w sobie oburzenie, 

albo sztucznym super-łonie.

Przypomniałem sobie wtedy, Ŝe nie powinienem czuć się zbyt dobrze. Poruszałem szczęką 

w obie strony, potem dotknąłem palcami miejsca, gdzie powinna być rana. Nie było Ŝadnego 
pęknięcia, Ŝadnego śladu siniaka.

W tym momencie wiedziałem juŜ, co to moŜe być za miejsce. Pozostało mi ostatnie 

przypuszczenie, a — jak zwykł mawiać Sherlock Holmes — po odrzuceniu wszystkich 
niemoŜliwości, ostaje się jedynie prawda, jakkolwiek by się wydawała nieprawdopodobna.

WciąŜ jednak chciałem wydostać się na zewnątrz. Nie cierpię na klaustrofobię, ale w tej 

cieczy było coś, co bardzo mi nie odpowiadało, a na dodatek mój stan deprywacji ustąpił, 
byłem świadomy.

Umysł miałem jasny i sprawny.
Komora deprywacyjna nie jest właściwym miejscem dla kogoś, kto chce na nowo zacząć 

Ŝ

yć.

Załomotałem ponownie w spód wieka i nagle poczułem, jak się przesuwa. Wieko zaczęło 

obracać się w bok po łuku swej krzywizny. Wyglądało to tak, jakby górna, przezroczysta 
połowa jaja, kręciła się wokół środkowej osi, znikając w dolnej, nieruchomej części.

Wyrwałem się z cieczy, zupełnie suchy. Byłem nagi, ale powietrze ani mnie ziębiło, ani 

grzało.

Na zewnątrz paliło się równie nijakie i szare światło. Z ledwością dostrzegałem kształt 

pomieszczenia.  Ściany

230

wydawały się całkowicie bezbarwne i pozbawione jakichkolwiek cech szczególnych. 
Spojrzałem za siebie na połówkę jaja — płyn w środku juŜ zastygł. Przewody zwisające z 
krawędzi zbiornika ciągnęły się w cieczy. Było ich więcej, niŜ myślałem. Nie wyglądały na 
metalowe, sprawiały raczej wraŜenie organicznych. Jajowaty zbiornik przypominał teraz 
ogromną, leŜącą na grzbiecie stonogę z mnóstwem wrzecionowatych odnóŜy.

Poza ciałem nie czułem nic, a nawet ono wydawało się lŜejsze niŜ przedtem. CiąŜenie 

róŜniło się tu od ziemskiego czy od Asgardyjskiego panującego w górnych warstwach.

Zacząłem zastanawiać się, gdzie są drzwi, kiedy szarość ścian nagle się zmąciła. Zaczęły 

ukazywać się białe obłoki, niewyraźne, niemal bezkształtne. Działo się to nie tyle na 
ś

cianach, co w nich oraz poza nimi, jakby ściany te stały się oknami wyglądającymi na krainę

zjaw.

Obłoki przybrały kształt ludzkich twarzy, dziwnie rozmytych. Ich wyrazistości nie 

sprzyjało bynajmniej to, Ŝe oblicza zachodziły na siebie i przenikały się wzajemnie, 
przesuwając się wokół pokoju. Było to fascynujące widowisko, które ani mnie zbytnio 
przestraszyło, ani zaskoczyło. Ściany były, oczywiście, ekranami, a mgliste oblicza czymś w 
rodzaju wideo-holograficznego pokazu. Hologramy wyglądały na toporne i prymitywne, ale 
nie odniosłem wraŜenia, Ŝe kryje się za nimi kiepska technika, będąca przyczyną ich 
niezborności.

Kryło się za tym coś innego, coś niedobrego.
Głos, który przemówił, był równie zamazany, w pewnym sensie nawet jeszcze bardziej 

niezborny i rozmyty, jak gdyby wiele osób próbowało mówić naraz i nie mogło zgrać swych 
głosów w czasie.

background image

231

• 

R-rrr-ouss-ss-ss-eau — odezwały się.

• 

Sztuczki z duchami nie zdadzą się na nic — zwróciłem się do ścian, starając się 

nasączyć głos zimną pogardą. — Wiem, co to za miejsce, wiem teŜ, kim jesteście. Co 
chcecie, do diabła, udowodnić?

Twarze były olbrzymie: od brody do czoła mierzyły około dwóch metrów. I pokój zdawał 

się kurczyć, kiedy się ze sobą na przemian zlewały i rozdzielały. Stopniowo stawały się 
wyraźniejsze, wydawały się bardziej wiarygodnymi imitacjami ludzkiej twarzy - kobiecej 
twarzy. Ale nie wiedziałem, czemu to przedstawienie ma słuŜyć. Niemal bezwiednie 
policzyłem twarze, było ich dziewięć. Dziewięć nie jest zbyt okrągłą liczbą, policzyłem 
jeszcze raz, Ŝeby wyszło dziesięć, ale było dziewięć.

• 

Pp-rr-rr-o-szsz-ę zzz-aa-czcz-ekk-aććć — słowa wymawiały wolno i przeciągle. 

Mówiły po angielsku. Mimo mych wcześniejszych uwag efekt był dość niesamowity, ale nie 
z powodu charakteru zjaw, ale dlatego, Ŝe to wszystko było bez sensu.

• 

Jak długo?

Odczekałem chwilę na odpowiedź. Kiedy przemówiły ponownie, zaczęły z innej beczki.

— Pp-rz-rz-e-pr-rr-a-szsz-a-mmm-y. pp-rz-rz-y-kkk-rrr-o

nn-a-mm. Cz-cz-y od-pp-o-ww-i-esz-sz nna-mm nna
ppp-y-tt-anie?

ZnuŜyło mnie mocno czekanie na koniec tej wypowiedzi, ale uznałem, Ŝe mam mnóstwo 

wolnego czasu.

— Pewnie.

— Cz-cz-y jj-e-ss-tt-e-śś ss-ss-a-mm-ott-nny?
Osłupiałem. To naprawdę nie miało sensu. Usiłowałem

232

skupić się na którejś twarzy, zakładając, Ŝe patrzy na mnie, próbując napotkać jej wzrok. 
Wydało mi się, Ŝe kogoś mi przypomina. Nie była zbyt wierna pierwowzorowi, ale jej rysy z 
pewnością przypominały twarz Susarmy Lear. Przejrzałem szybko pozostałe w celu 
potwierdzenia mej hipotezy. Nie były identyczne. Wyglądało to nawet, jakby usiłowały być 
róŜne, a to sprawiało im pewne trudności, jako Ŝe miały wspólny pierwowzór. Ich zmienność 
nie była jednak przypadkowa — jak gdyby zapoŜyczały fragmenty jakiejś innej twarzy. 
Usiłowałem przypomnieć sobie swoje odbicie w lustrze, szukając cząstek swej twarzy, ale 
nie skutkowało. Musiałem mocno wytęŜać umysł, nim zrozumiałem, z czyjej twarzy 
zapoŜyczały, aby odróŜnić swe oblicza wzorowane na Susarmie      z twarzy Johna Finna.

— Samotność mi nie dokucza — odparłem. - Ale teraz

pragnę czyjegoś towarzystwa. Wiem, Ŝe moŜecie to załat
wić. Zadowolę się Myrlinem lub którymś z waszych
kosmatych przyjaciół. Byłem tu juŜ kiedyś, ale wtedy
przygotowaliście znacznie ciekawsze efekty specjalne. Pej
zaŜe z lwami, jasny, ostry obraz, nie było wówczas Ŝadnych
ś

cian. To jest chyba wasza siedziba. Nie musicie dla mnie

przybierać ludzkiej twarzy. Nie będzie mi przeszkadzać,
nawet jeśli okaŜe się, Ŝe macie wygląd olbrzymich pająków.

Zapadło milczenie, przerwane po chwili:

— Mm-u-sssi-mm-y pp-o-rr-o-zz-mm-a-ww-i-a-ćć, ccc-

-i-e-kk-a-ww-i...

Nie mogłem zgadnąć, skąd dobywa się głos. Nie widać było mikrofonu, poza tym głos był 

rozproszony, podobnie jak cała reszta, jakby mieli problemy ze skupieniem go.

— Ja teŜ jestem was ciekaw — odparłem. — Ale mam

233

wraŜenie, Ŝe wcale nie potrzebujecie ze mną rozmawiać Ostatnim razem wysondowaliście mi 
chyba mózg do cna, a te przewody wskazują, Ŝe znowu tego próbowaliście.

background image

— N-n-n-ie mm-o-ŜŜŜ-e-mm-y cz-cz-cz-y-tt-a-ćć mm-y-

-śś-ll-i. Tt-y-11-kk-o tt-o zz o-ss-o-bb-y cc-o ww nn-i-e-ji
śś

-ww-i-a-dd-o-mm-e. N-n-i-e mm-o-ŜŜ-e-mm-y zz-rr-o-

-zz-u-mm-i-e-ćć ss-a-mm-o-tt-nn-o-śś-ćć-ci.

Nie dano mi szansy wyjaśnić, co to jest samotność. Wreszcie otworzyły się drzwi. Nie 

spostrzegłem, czy to jedno skrzydło wsunęło się w drugie, czy po prostu w ścianie ukazał się 
otwór. Przez chwilę nic się nie działo, potem ukazał się czarny, ponad dwumetrowy 
prostokąt.

Mimo to mój gość przy wchodzeniu musiał się schylić. Na szczęście wziął ze sobą moje 

rzeczy, a nawet me wygodne buty.

— Mały ten wszechświat, co? — zagadnąłem go, na

kładając spodnie.

Twarze na ścianach nie znikały, dryfowały nadal wokół pokoju, zlewając się i dzieląc. Nie 

musiały omijać drzwi. Po prostu znikały z jednego końca i pojawiały się u drugiego. Coś w 
ich niewidzących oczach było nie w porządku. Potrafiły wykreować ludzką twarz, ale 
nadanie jej rysom ludzkiego wyrazu przerastało ich umiejętności. Nie zgadzali się z mym 
wyobraŜeniem superistot.

• 

Witam, panie Rousseau — odezwał się Myrlin.

• 

MoŜesz mówić mi Mike — zachęciłem go, nie po raz pierwszy zresztą. — Zwłaszcza 

po tym, jak uratowałeś mi Ŝycie. Wnioskuję, Ŝe uratowałeś teŜ Susarmę Lear. Czy Serne 
przeŜył?

• 

Nie, ale mamy jednego z Tetrów.

234

• 

Tulyara-994?

• 

Tak. Drugim był Vela-822. Podobnie jak Serne, był juŜ nieodwracalnie martwy, kiedy 

do niego dotarliśmy.

Nie po prostu martwy, zauwaŜyłem, ale „nieodwracalnie martwy".

• 

Przypuszczam, Ŝe to właśnie o Tulyara naprawdę wam chodziło — miałem juŜ na sobie 

koszulę i spodnie i właśnie zakładałem buty.

• 

Tak moŜna by to nazwać — przyznał.

Odsunął się na bok, wskazując, bym pierwszy przeszedł przez drzwi. Wyszedłem na 

mroczny korytarz, oświetlony maleńkimi elektrycznymi Ŝarówkami nanizanymi na kabel. 
Mocno przypominało mi to prowizoryczne oświetlenie przezornie załoŜone przez 
najeźdźców w ciemnym zakątku, gdzie zostałem pojmany. Ściany korytarza były czarne i 
nijakie. Korytarz wił się na lewo i prawo, mijaliśmy po drodze zakręty, naroŜniki, 
skrzyŜowania, ale Myrlin prowadził mnie przez ten labirynt bez cienia wahania.

• 

Dlaczego mnie uwolniłeś? — spytałem.

• 

Z dwóch powodów — wyjaśnił. — Po pierwsze, uwaŜałem, Ŝe nadal mam wobec 

ciebie dług wdzięczności. Po drugie, oni są naprawdę tobą zainteresowani. Tobą i twymi 
towarzyszami. Mieli ciebie juŜ zapisanego, ale zapisy uległy uszkodzeniu. Okazja do 
ponownego przyjrzenia się tobie, miała dać im nie tylko sposobność do odświeŜenia 
znajomości, ale takŜe do oceny rozmiarów uszkodzenia.

• 

Czy z nimi jest coś nie w porządku? — Nie byłem pewny, ale zdawały się potwierdzać 

moje pierwsze wraŜenia.

235

• 

I to bardzo. Nadal działają, ale... Później ci opowiem. A ten czwarty, którego 

uwolniliśmy, kto to?

• 

Nazywa się John Finn. Podobno niezły elektronik. Zabraliśmy go tylko dlatego, Ŝe 

mógłby przydać się najeźdźcom, gdybyśmy go zostawili. Oni teŜ są nim zainteresowani?

• 

O, tak.

• 

Czy pozostali się juŜ obudzili?

• 

Jeszcze nie. Nadal sondują Tetra i Finna. Z panią kapitan sprawa trochę się 

przeciągnie. Jest ranna w nogę. poza tym nastąpiło u niej obumarcie tkanki.

background image

Korytarze zdawały się ciągnąć bez końca. Część bocznych odnóg pogrąŜona była w 

mroku, wyglądała tak. jakby nigdy nie była oświetlona.

• 

Chyba nie nawaliła ta zamierzchła technika, co? — spytałem. — W tych korytarzach 

nigdy nie było światła?

• 

Oni rzadko korzystają z widzialnego światła. W kaŜdym razie, nie tutaj. Oświetlenie 

jest specjalnie dla nas. Dawniej sami mogli oświetlać sklepienie, ale utracili tę zdolność wraz 
z innymi umiejętnościami.

• 

Właściwie mogłem się ciebie spodziewać — powiedziałem. — Ta wiadomość... A ja 

głupi myślałem, Ŝe pochodziła od Alexa Sovorova. Twoi szefowie, super-naukowcy, 
obserwowali chyba bacznie poczynania najeźdźców. Mogłem się tego domyślać.

Potrząsnął głową.

— Właściwie dopiero co zaczęliśmy obserwować Miasto

Pierścieniorbity. Tak samo byliśmy zaskoczeni zjawieniem
się Scarydów jak Tetrowie. Nie mogliśmy wtedy inaczej
zareagować.   Coś  wcześniej   się  popsuło.   Miałem  wiele

236

spraw na głowie. Musimy porozmawiać z Tetrami, ze Scarydami teŜ. Scionowie, których 
umieściłem w więzieniu, by zbierali informacje, juŜ się chyba zdradzili. Ale wirus Tetrów 
zdołał juŜ przerwać ciągłość dowodzenia tam, a takŜe w samym Mieście. Wielka szkoda, Ŝe 
zaraziłeś tak waŜną osobistość jak Sigor Dyan. Szkoda teŜ, Ŝe tak szybko włączył się alarm. 
Mogło to utrudnić zadanie scionom.

• 

To nie moja wina — przypomniałem mu. — Kim są scionowie?

• 

To te kosmate humanoidy. Stworzyła je Dziewiątka. Tak jak Salamandryjczycy 

stworzyli mnie na podobieństwo jednej z ras wypartych przez Scarydów ze swego 
ś

rodowiska. Nietrudno było umieścić ich w więzieniu, kiedy odkryliśmy drogę na 

pięćdziesiąty drugi poziom. Nasza trasa jest niezawodna i prowadzi tam bezpośrednio. Jest 
wiele takich tras, trzeba tylko znać do nich dostęp.

Wyszliśmy wreszcie z labiryntu na otwartą, jak na warunki Asgarda, przestrzeń. Ale nie 

przypominało to wyjścia na świeŜe powietrze. Na wysokości trzydziestu metrów rozciągało 
się sklepienie oświetlone w najbardziej zwariowany sposób, jaki moŜna sobie wyobrazić — 
przez skupiska srebrzystego światła, kłębiące się i dryfujące jak chmury na tle szarego nieba. 
Pod tym ponurym niebem nie było Ŝadnych pól, nawet takich opartych na sztucznej 
fotosyntezie, jakie odbudowali Tetrowie pod Miastem Pierścieniorbity. Droga oraz tory 
kolejowe ciągnęły się równolegle, ginąc w mroku. Wznosiły się teŜ domy przypominające 
stalowe igloo, ale nie było Ŝadnych oznak Ŝycia.

237

Uświadomiłem sobie, poniewczasie, Ŝe „niebo" nie róŜniło się niczym od „ścian" pokoju, 

w którym się ocknąłem. Przypominało ogromny ekran wideo, a obłoki na nim się poruszające 
ś

wiadczyły o zachodzących zjawiskach elektronicznych. Nagle uprzytomniłem sobie, Ŝe tego 

pamiętnego dnia panowie Myrlina, kiedy wykopali mnie ze swego zakątka sztucznego raju, 
nie wykorzystali wcale nieba jako wielkiego wyciszacza.

Panowie Myrlina byli niebem, podobnie jak całą resztą w tym niesamowitym świecie.
Byli wszechobecni.
Nic dziwnego, Ŝe trudno im ukazać się w jakimś jednym miejscu. I nic dziwnego, Ŝe nie 

rozumieją samotności, pomyślałem.

Odwróciłem się, by spojrzeć Myrlinowi w twarz, dobrze teraz widoczną, mimo słabego 

oświetlenia.

• 

Uczynili cię nieśmiertelnym? — spytałem.

• 

Tak.

• 

A więc moŜe i mnie by wyświadczyli podobną przysługę?

• 

JuŜ to zrobili — zapewnił mnie.

Wszystko moŜe się zdarzyć, kiedy jest się igraszką losu. W jednej chwili myślisz, Ŝe po 

tobie, w drugiej moŜesz Ŝyć wiecznie.

background image

26

N

ie wyglądało jednak to tak świetnie, jak z początku zabrzmiało. WciąŜ mogłem zginąć 
tragicznie. Mogłem zostać zadźgany, uduszony, otruty, spalony

238

lub wysadzony i w kaŜdym z tych przypadków byłoby po mnie, chyba Ŝe błyskawicznie 
zostałbym wsadzony do któregoś z tych reanimacyjnych zestawów. Ale nie będę się starzeć. 
Naprawili tę drobną usterkę w mej konstrukcji. Lub przynajmniej tak utrzymywał Myrlin. 
Nie czułem się ani odrobinę inaczej.

• 

Mogą jeszcze więcej dla ciebie zrobić — zapewnił mnie. — Z czasem.

• 

CóŜ, jeśli chcą paktować z Tetrami i najeźdźcami, mają do zaoferowania atrakcyjną 

przynętę. Ale czy naprawdę chcieliby dać nieśmiertelność dwudziestu miliardom 
najeźdźców?

Znaleźliśmy się w bardziej swojskim otoczeniu. Stalowe igloo okazały się domami 

Myrlina i jego włochatych przyjaciół. Były porządnie oświetlone, umeblowane i wyposaŜone 
we wszelkie wygody. Myrlin zaproponował coś do jedzenia, ale nie czułem jeszcze głodu. 
Kiedy przebywałem w komorze, zaspokojono me wszystkie potrzeby, a nawet więcej, jeśli 
brać powaŜnie rewelacje Myrlina na temat mych nowo nabytych zdolności.

• 

Sytuacja jest dość skomplikowana — zaczął rozsiadając się w ogromnym fotelu. — 

Postaram się ograniczyć do tego, co niezbędne. Najlepiej zacznę od początku.

• 

Bardzo proszę — zachęciłem go.

• 

Nazywają się Isthomi, są jaźniami zakodowanymi w komputerach. Czymś w rodzaju 

sztucznych inteligencji, choć powstały w wyniku próby powielenia umysłów konkretnych 
humanoidalnych jednostek. Ci człekopodobni przodkowie Ŝyli w zamkniętym środowisku, 
niewiele róŜniącym się od tego, ale Dziewiątka nie wie, czy znajdowało

239

się ono  na  Asgardzie,  czy w jakimś  innym  sztucznym świecie.

- Dziewiątka? przerwałem mu, wspominając swe obliczenia. — JuŜ poprzednio ich tak 

nazwałeś. Czy to znaczy, Ŝe jest ich tylko dziewięciu?

— Zgadza się, tylko dziewięciu — potwierdził. -Przodkowie Dziewiątki rozwinęli się ze 

stanu pierwotnej niepiśmienności, przebywając wewnątrz swego zamkniętego świata. Ich 
podania mówiły o odległych protoplastach zamieszkujących zupełnie inny świat. Ale od 
czasu odkrycia wszechświata Dziewiątka uwaŜa, Ŝe legendy te nie pokrywają się z faktami.

Rozwój Isthomi w ich ograniczonym świecie podąŜał w kierunku coraz większej 

technicznej doskonałości, w czym nie róŜnili się zbytnio od Scarydów, z jednym 
zastrzeŜeniem: nigdy nie znaleźli drogi wyjścia ze swego odciętego królestwa. Nie mieli 
większych powodów przypuszczać, Ŝe światło na niebie i ciepło na „ziemi" zostały 
stworzone dla nich, by utrzymać ich przy Ŝyciu, niŜ ludzie na Ziemi, by sądzić, Ŝe Słońce 
powstało tylko po to, by oświetlać Ziemię. Nie studiowali za bardzo swego mikro-kosmosu.

Ludziom podobni Isthomi toczyli wiele wojen i mimo niewystarczających zasobów 

pewnych cięŜkich metali, zdo-łali rozwinąć imponującą technikę zniszczenia. Nadszedł taki 
czas, Ŝe w ich rękach znalazła się potęga zdolna zniszczyć cały ich świat. Szczęśliwie, udało 
im się tej ewentualności uniknąć, zjednoczyli swe narody i odłamy w jedną światową 
wspólnotę i przestawili się na myślenie biotechniczne.   Rozwinęli   teŜ  wymyślną  technikę  
infor-

240

matyczną opartą na krzemie, ale u nich przebiegało to wolniej niŜ u innych kultur, jak 
na przykład, u ludzi, którym postęp w nieorganicznej technice ułatwiła znaczna obfitość 

background image

odpowiednich surowców.

Isthomi wykształcili technologię inŜynierii genetycznej, która znalazła zastosowanie 

w przemianie komórek somatycznych w dojrzałe organizmy oraz w sterowaniu pro-
cesami zachodzącymi w komórkach jajowych. Ich eksperymenty w tworzeniu, 
modyfikowaniu i powielaniu osobowości doprowadziły w końcu do prób odtwarzania 
jaźni w innych formach, włącznie z przepisywaniem ludzkich umysłów na 
elektroniczne systemy informatyczne oparte na krzemie. Tak powstali „software" 
Isthomi.

Nie sposób ustalić, jak dokładnymi kopiami umysłów humanoidalnych istot była 

Dziewiątka w swym dziecięcym okresie. Ale kwestia ta szybko straciła znaczenie. 
Umysłami była na pewno i od chwili wcielenia rozpoczęła całkowicie nowy proces 
wzrastania, dojrzewania i ewolucji. Bardzo się zmieniła, kiedy rozwoju nie krępowały 
juŜ materialne ciała. Dziewiątka zamieszkiwała olbrzymi system połączonych urządzeń, 
dzieląc „przestrzeń Ŝyciową" z niezliczoną ilością programów niemyślących, jak 
równieŜ sama ze sobą.

Jednak na pewnym etapie swej historii Dziewiątka, albo moŜe ułamek oryginalnej 

Dziewiątki, została usunięta ze swego pierwotnego środowiska i umieszczona w 
nowym, którego była jedynym rozumnym mieszkańcem. Środowisko to, jak się zdaje, 
zaprojektowane zostało specjalnie po to, by dać jej schronienie. W jej pamięci nie ma 
zapisów mówiących, co się jej przydarzyło.  Isthomi nie wiedzą,

5 - Najeźdźcy z Centrum

241

dlaczego tak się stało, w jaki sposób ani kto się za tym kryje.

Nie wiedzą, jak długi przedział czasu został z ich pamięci wymazany. Nie są przekonani, 

czy mogą wierzyć części swych wspomnień ze swej egzystencji przed przybyciem tutaj. 
Wiedzą, jak łatwo stworzyć nowego osobnika, automat czy androida, ze sztucznie 
wykreowaną przeszłością. Zastanawiają się, czy sami nie zostali stworzeni w podobny 
sposób, z wszczepioną, sfabrykowaną historią. Ale zasadniczym pytaniem pozostaje, przez 
kogo i w jakim celu?

Isthomi są z natury cierpliwi. Zwykle Ŝycie ich toczy się wolno. Sen i inne transowe 

czynności mogą u nich obejmować okresy równające się Ŝyciu wielu pokoleń istot 
człekopodobnych. Nie odczuwali wewnętrznego nakazu, by byli płodni i się rozmnaŜali, by 
zaludnili świat, w którym się znaleźli. Ale zaczęli go poznawać, by ostatecznie go wypełnić. 
Ich mechaniczne ciała potrafiły wytwarzać przedłuŜenia w postaci robotów i w ten sposób 
Isthomi coraz bardziej się rozprzestrzeniali. Przystąpili do procesu kolonizacji 
porównywalnego z przedsięwzięciem, w którym garstka humanoidów zabrałaby się do 
zaludnienia całego świata i stworzenia cywilizacji. Tyle Ŝe Isthomi nie stwarzali nowych 
osobników, lecz po prostu przedłuŜali swe ciała i nadawali im coraz bardziej złoŜoną 
strukturę. Ich ruchome roboty były częścią większej całości. MoŜe kojarzy ci się to z 
organizacją mrowiska, ale taka analogia jest myląca. Słuszniej wydaje się porównać roboty 
do ruchliwych białych ciałek we krwi.

Proces ekspansji trwał tysiąclecia. Dziewiątka nigdy ze

242

sobą nie rywalizowała, lecz zawsze pracowała w zgodzie. KaŜdy z nich nade wszystko 
cenił sobie towarzystwo pozostałych ośmiu. Isthomi nie skupiają się zanadto nad swym 
„ja", wręcz przeciwnie, obawiają się samotności i nadmiernej indywidualności. Ponad 
wszystko stawiają społeczność, wspólnotę. To nie tyle Dziewiątka, co Dzie-więciu-w-
Jednym.

Z takim usposobieniem, pomyślałem, z łatwością dogadają się z Tetrami. Ale nie 

mogłem powstrzymać się od podejrzeń, Ŝe mogą wydać się Tetrom zbyt inteligentni, by 
być mile przez nich widziani.

— Na pewnym etapie — ciągnął Myrlin — Isthomi dokonali zatrwaŜającego 

odkrycia, Ŝe ich ciasny świat nie jest jedynym, jaki istnieje. Poza nim, ponad nim i 

background image

poniŜej rozciąga się wiele innych środowisk.

Odkryli teŜ, Ŝe ich świat przenika starsza od nich samych technika, spajająca 

wszystkie poziomy, dostarczająca im energii w zorganizowany, kontrolowany sposób. 
Domyślali się, Ŝe człekopodobni Isthomi równieŜ musieli Ŝyć w jakimś zbliŜonym do 
tego sztucznym środowisku, które być moŜe znajduje się gdzieś niedaleko. Przypusz-
czali, Ŝe kiedy juŜ je znajdą, dowiedzą się, dlaczego zostali usunięci z tamtego świata i 
umieszczeni w tym.

Przystąpili naturalnie do zbadania techniki wykorzystanej w projekcie i konstrukcji 

Asgarda, przystąpili równieŜ do zbadania sąsiednich poziomów, w charakterystycznym 
dla siebie tempie, które naszemu gatunkowi wydałoby się nieco ślamazarne.

Nie znaleźli ojczyzny Isthomi, być moŜe istnieje ona gdzieś w głębiach Asgarda. 

Odkryli natomiast wiele po-

15«

243

ziomów zamieszkałych przez człekopodobne rasy, w większości przypadków mocno 
podupadłe. Po gruntownych studiach doszli do wniosku, Ŝe sąsiednie poziomy przypominają 
ich własny. Na kaŜdy z nich wprowadzono w odległej przeszłości po kilku przedstawicieli 
cywilizowanych ras, pozostawiając ich zdanych na własne siły. Nie napotkali jednak Ŝadnych 
zbliŜonych do siebie istot, jedynie człekopodobne i cielesne stworzenia.

Wiele pośród tych humanoidalnych gatunków poczyniło pewne postępy w odtwarzaniu 

cywilizacji, z których przypuszczalnie zostały wyrwane. Jakiekolwiek dziedzictwo w postaci 
wspomnień przynieśli ze sobą pierwotni kolonizatorzy, szybko zostało zapomniane, ich 
potomkowie szybko cofnęli się do stanu pierwotnej dzikości, utrzymując się z prostej uprawy 
roli, polowania czy zbieractwa. U większości ras po początkowym upadku następowała 
poprawa, tak więc, kiedy dostatecznie się rozrastały, by zapełnić cały swój świat, ponownie 
wkraczały na drogę postępu technicznego. Ale w Ŝadnym z tych przypadków Dziewiątka nie 
znalazła gatunku, który postąpił podobnie jak ona i zachował dziedzictwo, z jakim przybył do 
nowego świata.

NajwyŜszym poziomem spośród tych zamieszkałych był ten, do którego znalazł dojście 

Saul Lyndrach. Dojście, którym wpierw podąŜyłem ja, potem zaś ty. Wiesz, co tam 
odkryliśmy, upadłą populację, Ŝyjącą wśród ruin budowli wzniesionych przez odległych 
przodków, w ciągłym zagroŜeniu ze strony drapieŜników, które pod silnym naciskiem 
konkurencji rozwinęły się z mniej agresywnych stworzeń. Wiesz równieŜ, Ŝe Isthomi zaczęli 
zaopatrywać miesz-

244

kańców tamtego poziomu w surowce w obawie, Ŝe inaczej mogliby ulec zagładzie. Program 
ten, podobnie jak inne projekty opracowywane przez Dziewiątkę, byl programem 
długofalowym, którego plany przygotowywano z wyprzedzeniem na całe tysiące lat.

Nasze przybycie raptownie zmieniło ich światopogląd. To, co mogłem opowiedzieć im o 

wierzchnich warstwach Asgarda i o wszechświecie poza nim, stanowiło dla nich 
wstrząsającą rewelację, której ogromu nie sposób przecenić. My, ludzie i Tetrowie, jako 
stosunkowo młode gatunki, przywykliśmy do niespodzianek, są dla nas chlebem 
powszednim. Natomiast Isthomi, jako istoty niezmiernie sędziwe, musieli wprowadzić wiele 
zasadniczych poprawek, chcąc uporać się z nowo nabytą wiedzą o wszechświecie, tak róŜną 
od ich wcześniejszych wyobraŜeń.

Ich pierwszą reakcją, jak wiesz, było odcięcie się. Chcieli zyskać czas na przemyślenie i 

przedyskutowanie tego problemu. Zapowiedzieli, Ŝe odetną poziom, na który dotarłeś i słowa 
dotrzymali. Ale pozostawili na tym poziomie swe przedłuŜenia, by nadal gromadziły infor-
macje. Poza tym ustanowili nowe linie komunikacyjne między poznanymi poziomami a tymi 
powyŜej.

Isthomi nie przygarnęli mnie tylko dlatego, by wykorzystać mą osobę jako źródło cennej 

wiedzy na temat wszechświata rozciągającego się poza Asgardem. Zaczęli teŜ 
wykorzystywać technikę, za pomocą której zostałem stworzony, do konstruowania dalszych 

background image

humanoidalnych istot. Nazwałeś mnie androidem. Przypuszczam, Ŝe scionów równieŜ 
uwaŜasz za androidy, ale nazwa ta nie jest w obu przypadkach adekwatna. Ja jestem 
prawdziwym człowie-

245

kiem, wykształconym z ludzkiej komórki jajowej, aczkolwiek w dość niezwykły sposób. Moi 
towarzysze są równieŜ prawdziwymi człekopodobnymi istotami. Osiągnęły dojrzałą postać 
zaledwie w kilka miesięcy i mimo Ŝe ich umysły są skróconymi wersjami umysłów 
Dziewiątki, w pełni zasługują na miano ludzi. Ze względu na genezę noszą dziewięć imion, a 
rozróŜniają się za pomocą liczb jako odmienne wersje tej samej macierzystej osobowości.

Ponownie uderzyło mnie, jak bardzo okoliczność ta pozwalała się spodziewać pomyślnego 

przebiegu rokowań Isthomi z Tetrami. Moja podejrzliwość skłaniała mnie do rozwaŜań, jak 
dalece posunęła się juŜ Dziewiątka w przygotowaniach do tego przymierza. Tetrowie mają 
za sobą długą historię wodzenia pozostałych galaktycznych ras za nos. Nie martwiło mnie 
wcale, Ŝe wkrótce mogą zakosztować silnej dawki swej własnej broni.

— Isthomi — mówił Myrlin — bardzo poruszyły niedawne wydarzenia na górnych 

poziomach. Scarydowie są, jak widać, wyjątkową rasą. Choć nie udało im się w pełni 
uniknąć powielenia wzoru, który sprowadził większość osadzonych tu gatunków do stanu 
zdziczenia, zdołali wznieść się ponad swą prymitywność szybciej niŜ ich sąsiedzi. Szybciej 
się mnoŜyli i kontynuowali ekspansję poza swój ojczysty poziom. Do tej pory nie napotkali 
na swej drodze Ŝadnej powaŜniejszej przeszkody. Teraz wiedzą dobrze, Ŝe czeka ich 
rozpaczliwa walka z górującym nad nimi technicznie przeciwnikiem, którego sami wyzwali. 
Niełatwo będzie ich przekonać, Ŝe ekspansja osiągnęła kres.

Isthomi  wiedzą,   Ŝe   to   trudne  zadanie.   Zbudowanie

246

społeczności złoŜonej z trzech odłamów, tak się od siebie róŜniących: imperium Scarydów, 
społeczności galaktycznej i poziomów poznanych przez nich samych. Ale musieli pogodzić 
się z tym, Ŝe stawką jest przyszłość Asgarda i muszą odegrać jakąś rolę w nadaniu tej 
przyszłości określonego kierunku. Wtedy zdecydowali się na bardzo śmiały eksperyment.

— I od tamtego czasu — wtrąciłem — wszystko zaczęło

się psuć?

Powoli skinął głową.

• 

Na czym polegał ten eksperyment?

• 

Próbowali podłączyć się do software samego Asgarda, wypuścić przedłuŜenia poza 

urządzenia sterujące tą biostrefą i wniknąć do urządzeń sterujących całym makro-światem. 
Swoją zbiorową jaźń wprowadzili do systemu operacyjnego całości, tkwiącego w strukturze 
Asgarda. Systemy zawiadujące poszczególnymi biostrefami są, rzecz jasna, 
nieskomplikowane i regulują jedynie dopływ ciepła i światła. Isthomi załoŜyli jednak, Ŝe 
moŜna przez nie uzyskać dostęp do dalszych, bardziej złoŜonych i zamieszkałych przez 
podobne im, zakodowane jaźnie. Wierzyli, Ŝe zdołają nawiązać kontakt z tymi 
osobowościami, śląc swą zbiorową jaźń w wewnętrzną przestrzeń software całego Asgarda.

• 

Sądzili, Ŝe uda im się ustanowić gorącą linię z jego Twórcami — zauwaŜyłem.

• 

Zasadniczo tak — zgodził się. — Mieli nadzieję, Ŝe dowiedzą się chociaŜ czegoś na 

temat rzeczywistego rozmiaru i natury „elektronicznej" jaźni Asgarda.

• 

Co w takim razie zawiodło? — spytałem.

247

• 

Systemy, do których próbowali się podłączyć, same są uszkodzone. Isthomi nie 

próbowali przesłać po prostu wiadomości, przesłali samych siebie do hardware Asgarda. całą 
swą Dziewiątkę, poniewaŜ, choć róŜni, są zasadniczo nierozłączni. Gdyby systemy Asgarda 
były proste i automatyczne, Dziewiątka po prostu by je w siebie wchłonęła. Gdyby zaś 
posiadały własną wyrafinowaną sztuczną inteligencję, kontakt zostałby nawiązany, 
aczkolwiek nie ma dla tego rodzaju kontaktu Ŝadnych gotowych analogii. Nie wyglądałoby to 
zapewne jak spotkanie dwóch huma-noidów przy stole konferencyjnym. Bardziej by przypo-

background image

minało zlanie się dwóch cieczy, nie dających się wymieszać. Isthomi nie upatrywali w tym 
dla siebie Ŝadnego zagroŜenia, choć nie mogli wiedzieć, jakie przyjęcie zgotuje im 
inteligencja, z którą chciały nawiązać kontakt. Mylili się.

• 

Co się wtedy stało?

• 

Nie jestem do końca pewien, a Dziewiątka nie potrafi mi tego wyjaśnić. Nie wiem, czy 

padli ofiarą zamierzonej wrogości, czy niefortunnych okoliczności. Ale czymkolwiek to coś 
było, wstrząsnęło do głębi ich elektronicznymi jaźniami, jak wybuch bomby, raniąc ich 
cięŜko. Nie zginęli i nie utracili wszystkich zdolności, ale są powaŜnie uszkodzeni. MoŜe 
utracili pewne aspekty swych oryginalnych osobowości albo, co nie wróŜy nic dobrego, 
bezwiednie nabyli cechy innych. Nie są juŜ zupełnie spójni. Znowu trudno o analogię, ale to 
tak, jakbyś się obudził czując się jakoś niesamowicie, odcięty od pokaźnych zasobów swej 
pamięci, robiąc czasami coś, nie wiedząc dlaczego, słysząc jakieś głosy, jakby umysł nie 
potrafił juŜ

248
nad samym sobą i nad ciałem zapanować, a w mózgu tkwiły odłamki innych jaźni.

Zastanawiałem się przez chwilę, starając się to wszystko ogarnąć. Niezupełnie dawało się 

to poskładać w jakąś zborną całość. Chyba domyślałem się, co ma na myśli, choć obraz był 
dziwny i mętny, jak te rozmyte twarze, jakie przybrali ukazując mi się. W kaŜdym razie, 
wyglądało na to, Ŝe ci software supermeni nie są juŜ tacy super. Sprawy mogły się bardzo 
skomplikować, jeśli ich dąŜeniem nadal było przywrócenie pokoju i harmonii w całym 
Asgardzie.

• 

Wnioski płynące z nieszczęsnego eksperymentu Ist-homi nie są do końca jasne — 

powiedział Myrlin. — Ale obawiam się, Ŝe moŜna go interpretować dwojako: i w Ŝadnym 
wypadku wynik nie jest pokrzepiający.

• 

Mów — ponagliłem go.

• 

Jeśli — zaczął z naciskiem, by dać do zrozumienia, jak waŜne jest to „jeśli" — twórcy 

Asgarda lub pozostawiona przez nich inteligencja sprawująca nad nim pieczę, jest bytem 
podobnym do Isthomi, a nie do gatunków humanoidalnych, wówczas to, co się przytrafiło 
Isthomi przy próbie kontaktu, moŜna rozumieć dwojako: albo jest usposobiona wrogo, albo, 
jak cała reszta w tym makroświecie, powaŜnie zdegenerowana, szalona, stetryczała i 
nieudolna. Jeśli słuszna jest pierwsza hipoteza, wszyscy moŜemy być w powaŜnych 
tarapatach: ty, ja. mieszkańcy Asgarda i rasy zamieszkujące galaktykę. Nie moŜna się w 
Ŝ

aden sposób czemuś takiemu przeciwstawić. Jeśli prawdą jest drugi wniosek, sytuacja 

wygląda jeszcze gorzej. Wszyscy wymienieni wciąŜ mogą być w tarapatach, sam Asgard teŜ.

249

• 

Niekoniecznie — sprzeciwiłem się.

• 

No, nie — przyznał — niekoniecznie. Ale pomyśl tylko: jeśli Isthomi doświadczyli 

tego zetknięcia jako czegoś w rodzaju wybuchu, który niemal ich sparaliŜował, jak według 
ciebie odebrała to druga strona? Jeśli, „znowu to wielkie jeśli", jeśli podobnie zareagowały 
na to tutejsze systemy, Asgard mógł odnieść niepowetowane szkody. A wiesz, jak potęŜna 
siła musi tkwić w Centrum, skoro potrafi wytwarzać energię obsługującą wszystkie poziomy, 
prawda?

Istotnie, wiedziałem. W fizycznym środku Asgarda. pomijając to, co wokół niego 

zbudowano, musiała znajdować się mała gwiazda. Największy sztuczny reaktor 
termojądrowy w całym znanym wszechświecie.

• 

I myślisz, Ŝe...

• 

Nie wiem — przerwał mi. — Ale wiem jedno, Ŝe musimy podjąć wszelkie starania, 

aby się dowiedzieć.

27

background image

P

óźniej Myrlin musiał mnie opuścić. Tulyar-994 miał się wkrótce przebudzić i Myrlin chciał 
być przy tym obecny, aby rozpocząć na nowo swe długie wyjaśnienia. Chciał jak najszybciej 
skontaktować Tulyara bezpośrednio z Dziewiątką, aby Tulyar bezzwłocznie przystąpił do 
dzieła przywracania pokoju i harmonii na górnych poziomach Asgarda.

— Mam nadzieję, Ŝe scionowie przyprowadzą tu nie-

250

bawem kilku przywódców Scarydów poinformował mnie. — Scarydowie, oczywiście, będą 
musieli oddać się w ręce scionów i zostawić u siebie całą broń. Jeśli mają jakąkolwiek 
ś

wiadomość realiów sytuacji, przyjdą. MoŜemy ich tu sprowadzić chyŜo i bez przesiadek. 

Jedyną korzyścią, jaką Isthomi odnieśli ze swej wyprawy w software Asgarda, było 
uzyskanie dokładniejszego obrazu połączeń między poziomami. Mówiłem ci, mamy dostęp 
do szybu prowadzącego stąd bezpośrednio na poziom pięćdziesiąty drugi, ze sprawnym 
elewatorem.

• 

Co wobec tego ja mam robić?

• 

Na razie nie mieszaj się do tego. Ale Isthomi naprawdę chcą z tobą rozmawiać. Przyślą 

tu pewnie dwóch scionów jako swych rzeczników, ale będą wszystko słyszeli. Nie obawiaj 
się scionów, uosobiają częściowo jaźnie poszczególnych osób Dziewiątki, przystosowane do 
Ŝ

ycia w humanoidalnej postaci. Robią trochę niesamowite wraŜenie, ale poczynili ogromne 

postępy w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Na razie nie moŜemy więcej ich wytwarzać, nie 
bylibyśmy w stanie skutecznie wypełnić im umysłów. Nie śmieliśmy ryzykować stwarzania 
szaleńców. To wielka szkoda. Trzeba było wyprodukować setki scionów, kiedy była po temu 
okazja. MoŜemy ich potrzebować. Przy okazji: Finn powinien się zaraz przebudzić, moŜe 
wolałbyś, abyśmy przetrzymali go w komorze?

• 

Nie trzeba, wypuście go. Będę na niego uwaŜał. A co z Susarmą?

Potrząsnął głową.
— Moim zdaniem, jeszcze dwadzieścia cztery godziny.
Gdy Myrlin odszedł, złoŜyli mi wizytę kosmaci scio-

251

nowie.  Było  ich  dwóch  i  rzeczywiście  sprawiali  trochę niesamowite wraŜenie.

• 

Nazywamy się Thalia-7 i Calliope-4 — przemówiła na wstępie jedna z nich, zerkając 

na mnie ogromnymi, brązowymi oczami. Obie bardziej przypominały Tetrów niŜ ludzi, ale 
ich sierść była bardziej kudłata i duŜo jaśniejsza, a twarze nie tak drobne. Miały szerokie usta 
i mięsiste wargi, przywodziły na myśl orangutany o cofniętych czołach i wysuniętych 
szczękach.

• 

Thalia i Calliope? — upewniłem się.

• 

Isthomi nie noszą imion, nie ma takiej potrzeby. Stwarzając nasze cząstkowe 

osobowości, nadali nam imiona, które podsunął im blisko z wami spokrewniony Myrlin i 
ponumerowali na wzór waszych dalszych krewniaków, Tetrów.

Usiadły razem na sofie, poruszając się niemal w unisono. Łatwo moŜna by je wziąć za 

bliźniaczki. Trzymały się tak blisko siebie, Ŝe nasuwało to podejrzenia, Ŝe są róŜnymi 
wersjami tej samej jaźni. Ale równie dobrze mogły reprezentować dwie róŜne, poza tym 
przypomniałem sobie, jak bardzo nie lubią samotności. Nie mogłem ustalić ich płci, ale z 
uwagi na ich imiona greckich Muz i sposób, w jaki się przedstawiły, uznałem, Ŝe muszą 
reprezentować płeć „nadobną".

• 

Dlaczego się mną interesujecie? — spytałem. — Choć zakrawa to na paradoks, Myrlin 

przechowuje w swym umyśle więcej z dorobku całej ludzkiej wiedzy ode mnie, mimo Ŝe 
nigdy nie był w układzie słonecznym.

• 

Ale ty lepiej poznałeś wszechświat i wiesz więcej o  Asgardzie  niŜ  on.  W kaŜdym  

background image

razie,  dobrze jest teŜ

252

rozmawiać, nie tylko wiedzieć. Wyrazić wiedzę to — szukała odpowiednich słów — to jak 
powołać do istnienia byt. Spojrzałem na nie nieswojo, uświadamiając sobie, Ŝe te istoty są o 
wiele bardziej nam, ludziom obce niŜ wszelkie humanoidy, jakie dotąd spotkałem na swej 
drodze.

— Myślałem, Ŝe sondy Dziewiątki zgłębiły mój mózg

do samego końca. Myślałem, Ŝe wiecie o mnie więcej niŜ
ja sam.

Calliope potrząsnęła głową, wyraźnie nadając temu gestowi znaczenie przeczenia.

— Wiemy sporo — zapewniła mnie —- ale w jakimś

sensie wiemy teŜ mało, tak bardzo mało. MoŜemy ciebie
poznać jedynie przez wysłuchanie twej własnej o sobie
relacji. W pewnym sensie jest to jedyny prawdziwy obraz.
jaki moŜna uzyskać. Czy pojmujesz, co mam na myśli?

Uznałem, Ŝe tak. Prawdziwą osobą jest osoba działająca, myśląca, mówiąca. Tylko ja 

mogłem im o sobie opowiedzieć. Wiedzę tę naleŜało przelać w słowa, nie moŜna jej uzyskać 
podłączając do mózgu neuronowe przewody. MoŜe jakoś zdołali skopiować software mego 
mózgu, ale to nie to samo, co poznanie osoby do niego przyporządkowanej.

— Co chcecie wiedzieć?       spytałem.
Okazało się, Ŝe sporo. Począwszy ode mnie samego poprzez historię ludzkości, ewolucję 

Ŝ

ycia na Ziemi do kosmologii i kosmogonii. W pewnym sensie poznały juŜ to, ale nalegały, 

aby to usłyszećByło wiele spraw, o których nie mogłem nic im powiedzieć i wielu rzeczy 
nie Potrafiłem naleŜycie wyrazić, z uwagi na swą ignorancję i brak fachowej  wiedzy,  ale  
starałem  się, jak mogłem.

253

Przez cały czas mi się przyglądały. Wyglądało to tak. jakby mnie studiowały, uczyły się, 

jak być człowiekiem... jak być humanoidem.

Pytania zadawały grzecznie, jak duŜe, przejęte dzieci Ŝądne zastrzeŜonej wiedzy o 

dorosłym Ŝyciu.

W końcu, rzecz jasna, zapytały mnie o Asgard: Kto moŜe być jego twórcą, po co w ogóle 

go stworzył, co ja o tym sądzę i jak rozumuję.

Powróciliśmy więc do sedna sprawy, która wszystkich nas, bez wyjątku, fascynowała. Z 

tym, oczywiście, Ŝe sprawa ta dalej się komplikowała, kiedy teraz równieŜ Isthomi mogli 
dołoŜyć swe niefortunne doświadczenia do bogatego rejestru kłopotliwych świadectw.

Rozmawialiśmy długo i duŜo z tego, o czym była mowa. obejmowało dawne sprawy, 

tylekroć wałkowane. Opowiedziałem im o rasach galaktyki, o przedmiocie mej dyskusji z 
Nisreenem-673 na pokładzie „Leoparda Shar-ka". Była to dla nich zupełna nowość. 
Czuliśmy, Ŝe zbliŜamy się do pełnego obrazu zagadnienia, ale nadal, niestety, mieliśmy zbyt 
mało danych, by złoŜyć z tego logiczną całość.

— Koncepcja Arki wydaje się najbardziej prawdopodobna — powiedziałem im. — Tak 

jak sobie to wykombinowałem, na podstawie mych obserwacji w drodze do więzienia, 
budowniczowie Asgarda pomyśleli go jako schronienie dla tysięcy środowisk, odtwarzając 
warunki całej galaktyki wypełnionej zamieszkałymi światami. Z kaŜdego świata zaczerpnęli 
po kilka ekosystemów wraz z garstką okazów lokalnych populacji. Ale to, co Myrlin 
opowiedział mi o Isthomi, nie całkiem się z tym zgadza.

254

W tym przypadku, zdaje się, macierzysta kultura zamieszkiwała makroświat podobny do 
Asgarda, nie zachowując Ŝadnych wspomnień bytowania w jakimkolwiek świecie. Tak więc 
Asgard moŜe być pochodnym makroświatem odtwarzającym strukturę i zróŜnicowanie 
wcześniejszego modelu. Jednak pozostaje pytanie: czy ten pierwowzór był Arką, czy mamy 
do czynienia z nieskończonym regresem?

background image

• 

Bardziej martwi nas katastrofa, jaka dotknęła Asgard. Nasze odkrycia w wierzchnich 

warstwach stanowią dla nas zagadkę. Jedno jest pewne: wierzchnie warstwy osiągnęły 
stopień rozwoju technicznego rzadko spotykany wśród niŜszych poziomów, mimo Ŝe zostały 
porzucone bardzo dawno temu. Dokąd udali się jego mieszkańcy, na pewno nie na poziomy 
leŜące bezpośrednio pod nimi, nie jest moŜe aŜ tak istotną kwestią w porównaniu z tajemnicą 
spowijającą motywy ich odejścia.

• 

Tradycyjna teoria — podjąłem wątek — głosi, Ŝe Asgard utracił większość swej 

atmosfery, przechodząc przez zbity, zimny obłok i z tego powodu ewakuowano górne 
poziomy. Zawsze zakładaliśmy, Ŝe wierzchnie poziomy, w przeciwieństwie do połoŜonych 
głębiej, były uzaleŜnione od zewnętrznego źródła energii, raczej od słońca na orbicie niŜ 
gwiazdy kryjącej się w środku.

• 

Istnieje taka moŜliwość — przyznała Calliope-4, scionowie zdawali się zabierać głos 

na zmianę — ale zwaŜywszy, Ŝe poziomy leŜące tuŜ pod powierzchnią są przystosowane do 
pobierania energii z systemu rozdzielczego zawartego w strukturze makroświata, trudno 
przypuszczać, Ŝe wierzchnie warstwy nie przetrwałyby tego rodzaju  katastrofy.   Poza  tym,  
nie  moŜemy  zrozumieć.

255

dlaczego temperatura spadła tam tak niskoNie mogło to się stać za sprawą naturalnego 
procesu. Skłaniamy się w stronę wyjaśniania, Ŝe zostały one rozmyślnie oziębione, a 
poziomy, na których temperaturę obniŜono niemal do absolutnego zera, pomyślane zostały 
jako pewnego rodzaju zapora obronna.

— Zapora przeciw czemu?

Inwazji — odezwała  się Thalia

nie ze  strony

bytów takich jak ty lub my, ale mikroskopijnych stworzeń, wielkości bakterii czy wirusów.

Przypomniałem sobie bakterie zamroŜone w pierścieniach Uranu od czterech miliardów 

lat, nadal Ŝywotne. Ale tam temperatura sięgała jednak dziesiątek stopni Kelvina. Zimno 
zachowuje, ale nie absolutne zimno. MoŜe łatwiej było zamrozić wierzchnie warstwy, niŜ je 
ogrzać lub napromieniować do takiego stopnia, aby unicestwić mikroskopijnych intruzów. 
Ale trudno mi było w to uwierzyć. Bakterie nie stanowią zagroŜenia dla zaawansowanej bio-
techniki, podobnie moŜna teŜ zwalczać wirusy — Myrlin zapewnił mnie, Ŝe ani on, ani ja nie 
mamy się czego obawiać ze strony takiego ataku.

Wyjaśniłem im, Ŝe jest jeszcze inny aspekt zagadnienia, bardzo mnie interesujący, a 

istnienie tworów w rodzaju Asgarda mogłoby przyczynić się do rozwikłania kwestii. 
dlaczego wszystkie przemierzające kosmos rasy są mniej więcej tego samego wieku. 
Podkreśliłem, Ŝe łatwo moŜna teorię dotyczącą Asgardów odwrócić — wolno juŜ chyba było 
uŜywać liczby mnogiej. Zamiast upierać się, Ŝe zostały one zaludnione przede wszystkim 
przez okazy zapoŜyczone z ekosystemów istniejących światów, moŜna załoŜyć, Ŝe

256

było odwrotnie: ekosystemy istniejących światów zostały zaludnione przez okazy 
zapoŜyczone z Asgardów. Wyniszczyłem im swą analogię siewców: Asgard mógł być 
rozsad-nikiem, szkółką, jego twórcy — siewcami, zaangaŜowanymi w plany uprawy na 
skalę milionów lat. Teoria ta była im bardziej w smak niŜ Nisreenowi, bardziej dla nich 
do przyjęcia, ale oni przywykli do idei osobowości wpisanych w nieoŜywiony sprzęt, 
których koncepcja czasu róŜni się bardzo od tej przyjętej przez istoty humanoidalne 
zrodzona na planetach.

Galaktycy zawsze wyobraŜali sobie twórców Asgarda na swe podobieństwo, w czym 

utwierdzały ich odkrycia, Ŝe przejściowi mieszkańcy górnych poziomów byli istotami 
zbliŜonymi do ludzi. Isthomi z kolei zawsze upodobniali ich do samych siebie. 
WyobraŜali ich sobie jako istoty, których jaźnie mogły rozprzestrzeniać się przez 
systemy całego makroświata. Ta hipoteza była bardziej do przyjęcia od pierwszej   —  
kiedy juŜ  poznałem   taką  moŜliwość

— gdyby nie dwa zastrzeŜenia. Jak moŜna wytłumaczyć
to, co przytrafiło się Isthomi przy próbie kontaktu z hi

background image

potetycznymi supertwórcami? I dlaczego istoty podobne
do Dziewiątki byłyby zainteresowane obsianiem całych
galaktyk takim DNA, które w efekcie doprowadziło do
powstania istot humanoidalnych?

— Jeśli chronologia Isthomi jest choć trochę dokładna

— zauwaŜyłem — to nie mógł to być ten Asgard, który
obsiał naszą galaktykę genami mych odległych przodków.
pierwotnych ssaków. MoŜe to ten, który przepadł. Nie
moŜna wykluczyć, Ŝe istnieją gdzieś w galaktyce inne
Asgardy, nawet w lokalnych zakątkach przestrzeni kos-

NajeŜdźcy z Centrum

257

micznej, tak niedokładnie do tej pory zbadanych. Jeśli zaś znajdują się poza układami 
słonecznymi, nie mamy najmniejszej szansy na ich wykrycie. PodróŜujemy od układu do 
układu w norach kompresyjnych, z tego, co wiemy, w głębi międzygwiezdnej przestrzeni 
moŜe roić się od Asgardów. MoŜe odkryliśmy ten, poniewaŜ stało się z nim coś złego?

Moglibyśmy tak rozmawiać godzinami, ale przerwało nam pukanie. Był to dziwnie 

swojski odgłos jak na takie dziwaczne otoczenie.

— To pewnie  Finn —  powiedziałem idąc do drzwi.

NaleŜał mi się celujący z domyślności. Otworzywszy drzwi, istotnie, ujrzałem Finna 

stojącego w progu, ale nie takim spodziewałem się go zastać.

Po pierwsze, trzymał rewolwer, wycelowany w moją pierś, a sądząc po wyrazie jego 

twarzy, nie była mu niemiła myśl o uŜyciu go. Poza tym, nie był to paralizator, lecz 
rewolwer, jakiego uŜywali najeźdźcy. ZwaŜywszy to, kolejna niespodzianka idealnie 
zazębiała się z pierwszą. Obok sciona, którego Myrlin przypuszczalnie wyznaczył na ich 
przewodnika, Finn miał ze sobą trzech Scarydów. Był wśród nich mój dawny przeciwnik o 
oczach koloru nieba.

Wszyscy byli uzbrojeni.
To tylko Ŝołnierz, pomyślałem, czując bolesny ścisk w Ŝołądku. On jest tylko Ŝołnierzem.
Wyglądało na to, Ŝe nasi wrogowie niezupełnie dojrzeli do porozumienia na ustalonych 

przez nas warunkach. Tak naprawdę, w ogóle nie wyglądali na szukających porozumienia.

258

28

K

iedy wszyscy znaleźliśmy się juŜ w środku i drzwi na powrót się zasunęły, odetchnąłem 
nieco. Nie dlatego, Ŝe nasza sytuacja sprzyjała odpręŜeniu — błysk w oczach Finna 
zdradzał, Ŝe z przyjemnością wyprułby ze mnie flaki. Nadal o wszystko obwiniał mnie. 
Trzech najeźdźców wyglądało na spiętych, ale nie podejrzewałem ich o to, Ŝe mają 
choć najmniejsze pojęcie, co naprawdę jest grane.

Thalia-7 i Calliope-4 zerwały się spłoszone.
— Co się stało? — spytała jedna z nich.

Oficer najeźdźców spojrzał na nie, ale zbył pytanie milczeniem. Czuł się wyraźnie 

nieswojo, jakby wszystko to pozbawione było dla niego sensu. Trudno było się temu 
dziwić.

— Co się dzieje w obozie? — spytałem. — Rokowania

między scionami a waszymi zwierzchnikami juŜ się chyba
zaczęły?

Uzyskałem jedynie puste spojrzenie. Nie wiedział nic o Ŝadnych rokowaniach. Nie 

wiedział, Ŝe Thalia i Calliope i całe ich rodzeństwo to scionowie, twory Dziewiątki. 

background image

Wyglądały na przedstawicieli jednej z podbitych ras i nie mógł pojąć, co tutaj robią. 
Sytuacja przerastała jego moŜliwości intelektualne.

— Kto was tu sprowadził? — starałem się przejąć

inicjatywę w trudnej, na jaką się zapowiadała, rozmowie,
w nadziei, Ŝe wszystko uda mi się wytłumaczyć.

— Tak naprawdę, to ty — odparł Finn.
Spojrzałem na niego ze zdziwieniem, wybity z rytmu.

16»

259

Wyszczerzył zęby w uśmiechu,  z którego biło perfidne zadowolenie. Byłem całkowicie 
zdany na jego wyjaśnienie.

— Miałeś rację co do mnie. Wiem, co powiedziałeś

blondynce, kiedy leŜeliśmy chorzy w szpitalu. „Nie moŜna
mi ufać". Święta prawda. Nie zawdzięczam niczego Gwiez
dnej Gwardii, Matce Ziemi, czy całej ludzkiej rasie, nie
mówiąc juŜ o Tetrach. Kiedy mnie schwytali, powiedzia
łem im wszystko, co chcieli wiedzieć, a nawet więcej.
Opowiedziałem im o małych gadgetach, w jakie mnie
zaopatrzyli Tetrowie. Wiedziałem o nich trochę więcej, niŜ
im się zdawało. Powiedziałem Scarydom, jak zacząć szukać
juŜ zainstalowanych urządzeń do podsłuchu. Znaleźliśmy
ich całe mnóstwo, a nawet kilka w najbardziej nieoczeki
wanych miejscach. Dopiero po pewnym czasie uświadomi
łem sobie, Ŝe ja równieŜ noszę urządzenie namiarowe, ale
w końcu domyśliłem się. Z obcasów moich butów wycie
kała jakaś organiczna substancja, zostawiając wykrywalny
węchem ślad. Zgadnij, kto jeszcze ma parę takich butów?

Przypomniałem sobie czas, kiedy uciekałem przed pogonią w głąb Asgarda.
— O, merde! — zakląłem. — Znowu!?
Finn skinął głową.

• 

A dlaczego? Jaki sens miałoby dla Tetrów inwigilowanie własnych agentów?

• 

MoŜe ci nie ufali. Chcesz znać moje zdanie? Według mnie, spodziewali się, Ŝe 

przejdziemy na stronę przeciwnika, jeśli nie natychmiast, to zaraz po odkryciu, co naprawdę 
ze sobą nieśliśmy. Wiedzieli, Ŝe będziemy w opałach, kiedy najeźdźcy zorientują się, Ŝe 
jesteśmy nosicielami wirusa. Spodziewali się, Ŝe wybierzemy oczywiste

260
rozwiązanie. Chcieli się w ten sposób upewnić, Ŝe po wojnie nas dostaną.

Choć brzmiało to dość przekonywająco, nie dawałem temu wiary. Ściąganie nas nie 

przyniosłoby Tetrom Ŝadnych korzyści. Na mój gust, Tetrowie oznakowali nas dla naszego 
dobra, aby móc uchronić nas przed gniewem najeźdźców, jeśli nadarzy się po temu okazja. 
Tetrowie stosują chwyty poniŜej pasa, ale naprawdę kierują się tym dziwnym poczuciem 
obowiązku i na swój osobliwy sposób przestrzegają przepisów gwarantujących ład i porządek
moralny. Ale dla człowieka pokroju Finna rzeczy pozostałyby i tak niepojęte, nie 
próbowałem więc się z nim sprzeczać. Zresztą, nie skończył jeszcze się przechwalać, jaki to 
on jest sprytny.

— Scarydowie nie znają się zupełnie na elektronicznych

zabezpieczeniach — zwracał się do wszystkich — ale nie
zabrało mi duŜo czasu wprowadzenie ich we wszystko, co
się działo w Mieście. Byłem bardziej pojętnym uczniem,
niŜ podejrzewali Tetrowie. O, tak. Potem zachorowałem
i zwieźli mnie na dół razem z resztą. Kiedy się wy
swobodziliśmy, Scarydowie przekonali się, jak cenne wska
zówki im przekazałem. Doszli naszym śladem tu, nie więcej
niŜ dwa dni drogi za nami.

background image

Brzmiało to nawet ciekawie, na swój sposób, ale odwracało uwagę od istoty rzeczy.
— Sytuacja uległa zmianie — zwróciłem się do Nie

bieskookiego. — Isthomi w obozie...

Pewnie, Ŝe tak — wtrącił Finn, chciał być tu najwaŜniejszy, wodzić rej. — Miasto 

Pierścieniorbity przeszło z powrotem w ręce Tetrów, którzy ściągają środki do walki 
najszybciej, jak mogą.

261

Zignorowałem go i dalej przemawiałem do jasnowłosego najeźdźcy:
— Po obu stronach pada wiele ofiar. Tetrowie was

zmiaŜdŜą, jeśli się nie poddacie. Nie znajdziecie tu Ŝadnej
pomocy, a zwłaszcza takiej, o jaką wam chodzi. Te istoty
nie są waszymi przodkami, nie mogą was obdarować
cudowną superbronią, która przewaŜy szalę zwycięstwa na
waszą korzyść. Stać ich tylko na zawarcie we własnym
imieniu pokoju z Tetrami, a mają wiele do zaoferowania
Rozpoczęli juŜ rozmowy z politykami na waszym pozio
mie. MoŜecie tylko wszystko sknocić, wymachując pu-
kawkami. Uwierz mi, nie mamy na to Ŝadnego wpływu.

To nie miało sensu, on był tylko Ŝołnierzem, moje słowa odbijały się od niego jak groch 

rzucany o ścianę. Nie chodziło o to, Ŝe mi nie wierzył — to wszystko brzmiało dla niego jak 
czysty bełkot. Musiałbym bardziej się postarać, ale nie wiedziałem, od czego zacząć.

Zerknąłem na bok na Finna, pragnąc, aby nagle zniknął i przestał wszystko komplikować.

• 

Co właściwie zamierzacie zrobić? — spytałem najłagodniejszym tonem, na jaki 

mogłem się zdobyć.

• 

Chcemy broni — odparł Niebieskooki, jakby to było jasne jak słońce. — Chcemy 

wyciszaczy, których działanie opisałeś Dyanowi. Chcemy potęŜnej broni, która umoŜliwi 
nam powstrzymanie Tetrów i wyparcie ich z naszego świata. Chcemy przejąć władzę nad 
Asgardem i ją utrzymać!

• 

I jak zamierzacie tego dokonać? — spytałem, tłumiąc zgryźliwość w głosie.

Obróciłem się na chwilę w stronę scionów, którzy wydawali się ubawieni całą sytuacją. 

Miałem wraŜenie, Ŝe

262

Z przyjemnością zdają na razie wszystko w moje ręce. Ich zaufanie pochlebiało mi, ale nie 
mogłem uwierzyć, Ŝe ąaprawdę osiągnąłem cokolwiek w tej zwariowanej dyskusji.

• 

Chcemy się porozumieć z nieśmiertelnymi — przemówił jasnowłosy w swym 

najlepszym heroicznym stylu. — Chcemy, abyście zaprowadzili nas do istot władających tą 
biostrefą.

• 

Nie potrzebujemy was do nich prowadzić — wyjaśniłem. — One są tu, nie tylko Thalia 

i Calliope, ale równieŜ ściany, podłoga, sufit. Nie są ludźmi takimi jak ty lub ja, są 
elektronicznymi jaźniami. Myślącymi programami. Pozbawione są ciał, o jakich myślicie.

Jego puste spojrzenie mówiło, Ŝe nic z tego do niego nie dociera.

— Pragnąłbym ze swej strony, aby bardziej czynnie

włączyły się w to wszysko — ciągnąłem — i nie miałbym
absolutnie nic przeciwko, gdyby uśpiły nas teraz wszyst
kich za pomocą jednej ze swych wymyślnych sztuczek,
abyśmy mogli rozstrzygnąć sprawę bez tych rewolwerów,
którymi wymachujecie nam przed nosem.

Liczyłem, oczywiście, na to, Ŝe Dziewiątka przez cały czas się nam przygląda, podobnie 

jak stała spokojnie z boku, kiedy podczas mego ostatniego tu pobytu Gwiezdna Gwardia 
załatwiała swe porachunki z Amara Guurem. Liczyłem na to, Ŝe Isthomi są całkowicie 
panami sytuacji, a ci kowboje zostali wykryci i poddani bacznej obserwacji od chwili 
wdarcia się na ten poziom. A przed działaniem powstrzymuje ich tylko świadomość, Ŝe nie 
ma powodów do paniki. Pragnąłem jednak, aby pojęli aluzję.

background image

263

Ale nic się nie wydarzyło i nie mogłem powstrzymać się od rzucenia niespokojnego 

spojrzenia na Thalię i Calliope. Uświadomiłem sobie, Ŝe nie wiem naprawdę, jak cięŜkie 
odniosła obraŜenia Dziewiątka w tym starciu na software. MoŜe akurat nie uwaŜała, kiedy 
zakradli się tu Ŝołnierze Scarydów. Wiedziałem, Ŝe teraz powinna uwaŜać, poniewaŜ Myrlin 
powiedział, Ŝe będą przysłuchiwać się mej rozmowie ze scionami. Ale panowała jedynie 
cisza i bezruch.

Czy to moŜliwe, rozmyślałem, Ŝe Isthomi nie sprawują juŜ dostatecznej władzy nad swymi 

systemami, aby przedsięwziąć skuteczne kroki przeciw intruzom? A jeśli tak, to gdzie, ach 
gdzie podziewa się Myrlin?

• 

Nie macie prawa stawiać Ŝądań — oświadczyłem Niebieskookiemu. — Z pewnością 

zdajecie sobie z tego sprawę.

• 

Tak się stało — odparł — Ŝe mamy większe prawo, niŜ ci się wydaje. Jak sądzę, 

przywieźli cię tu rannego i nie widziałeś urządzeń ani szybu łączącego ten poziom z wyŜ-
szymi. To bardzo głęboki i niezwykle szeroki szyb. Nie wiem, na jaką głębokość sięga, ale 
powyŜej rozciągają się setki poziomów. Łączna jego objętość musi być ogromna,

• 

I co z tego?

• 

To, Ŝe w środku jest próŜnia — wtrącił Finn szyderczo. — Wprawdzie tablice 

ostrzegawcze nie są wypisane w Ŝadnym znanym języku, ale ten kto je wymyślił, zadbał aby 
były zrozumiałe dla kaŜdego, kto posiada choć odrobinę inteligencji. PodróŜ na dół trwała 
długo i mieliśmy kupę czasu na rozszyfrowanie ich treści. Winda chodzi gładko w dół i w 
górę próŜniowego szybu, który jest dość głęboki, by zassać z tej biostrefy ogromną masę 
powietrza.

264
Trzeba tylko odpowiedniej ilości materiału wybuchowego, by wysadzić śluzę. MoŜemy 
wyrządzić duŜo strat jednym „trrrach". A jeśli mieszkające tu istoty lubią powietrze, lepiej 
niech z nami pogadają, o'kay? Pokręciłem z niedowierzaniem głową.

— PrzecieŜ wy nic z tego nie rozumiecie! — wykrzyk

nąłem. — Nie macie pojęcia, na jakim świecie Ŝyjecie!
Nie wiem, czy istotnie macie dość ładunków, by wyrąbać
dziurę w tej biostrefie, moŜe tak. Ale nie moŜecie zranić
Isthomi. Powietrze nie jest im potrzebne do szczęścia
bardziej niŜ światło. Moglibyście latami ich wysadzać i
nie wyrządzić im Ŝadnych szkód. Czy do Ŝadnego z was
nie dotarło jeszcze, Ŝe broń palna na nic się tu nie zda?

Spojrzeli na swe rewolwery, wciąŜ mierzące w mą pierś.

Ponownie zwróciłem się do Thalii i Calliope, apelując o jakieś wsparcie. Czułem, Ŝe 

zrobiłem juŜ wszystko, co w mej mocy, a teraz kolej na nie. Miałem niepokojące 
podejrzenia, Ŝe wciąŜ przyglądały się urzeczone interakcją dziwnych obcych istot, jakby 
obserwowały przez mikroskop kulturę bakteryjną dotkniętą jakimś strasznym kryzysem. 
MoŜe nawet nie przyszło im do głowy, Ŝe powinny się wtrącać.

— MoŜemy was zaprowadzić do miejsca, skąd będzie

cie mogli rozmawiać bezpośrednio z Dziewiątką — po
wiedziała Calliope.

Nie byłem pewny, o co jej chodzi. Dziewiątka była przecieŜ tutaj: w ścianach, na niebie. 

Słyszała kaŜde słowo. Nie trzeba było nigdzie chodzić. A moŜe to ja czegoś nie rozumiałem? 
Nie miałem jednak podstaw, by się Ŝalić.

265

Byłem  ledwie  Bogu ducha winnym  postronnym  obserwatorem.

• 

Nie widziałeś ich jeszcze, Finn? — spytałem. — Kiedy się obudziłeś, nie było Ŝadnych 

duchów?

background image

• 

Nie wiem, o czym mówisz.

• 

Powinienem był przestrzec Myrlina, by nie kusił złego. Myrlina chyba spotkałeś?

• 

Tego wielkiego faceta, który wyprowadził mnie z labiryntu? Pewnie! Poszedł zaraz z 

powrotem, chwilę przedtem, nim spotkałem swych przyjaciół.

• 

Oni nie są twymi przyjaciółmi, John — przeszedłem na angielski. — W porównaniu do 

tych facetów, Gwardia to dla ciebie rodzona matka. MoŜe jest z ciebie kawał gnojka, ale 
gnojka pod dowództwem Susarmy Lear. Jej moŜesz ufać. Dla tych neandertalczyków strzelić 
komuś w plecy to tak jak splunąć.

Niebieskooki potrząsnął rewolwerem na znak, Ŝe mu się to nie podoba.

• 

Zamknij  się,  Rousseau — uciął  Finn  w parole.

• 

śą

dam, aby zabrano mnie do kogoś, kto tu sprawuje władzę — przemówił 

Niebieskooki.

Wtedy wmieszała się do rozmowy Thalia i zaczęła rozmawiać z najeźdźcami w języku, 

który musiał być ich rodzimym narzeczem. Oficer odpowiedział uprzejmie i nagle został 
wciągnięty w rozmowę ze scionami. Poczułem się uraŜony z powodu wyłączenia mnie z 
grona, a nawet nieco zaniepokojony. Najprostszym wytłumaczeniem przejścia na inny język 
było to, Ŝe towarzysze Niebieskookiego, nie władający parole, mogli wreszcie zrozumieć, o 
czym mowa. Ale nękały mnie wątpliwości, czy przypadkiem nie chodzi-

266

ło teŜ o to, abym z kolei ja teraz nic nie rozumiał. Powiedziałem sobie, Ŝe mimo iŜ z 
wyglądu scionowie przypominają powiększone pluszowe niedźwiadki, to nie wiadomo, 
czy choć trochę ich obchodziło, co się stanie ze mną.

Po upływie około trzech minut przeszli z powrotem na parole. To Calliope zwróciła się 

do mnie:

— Zrobimy tak, jak sobie ten człowiek Ŝyczy — po

twierdzając w ten sposób tę na pierwszy rzut oka nie
dorzeczną propozycję, jaką złoŜyła wcześniej. — Popro
wadzimy go przez korytarze, aby mógł się porozumieć
bezpośrednio z Dziewiątką.

Jeśli chciała przesłać im wiadomość, nie miałem nic przeciwko temu. Ten świat naleŜał 

do Isthomi, a cała nasza grupa wydawała się równie mało znacząca, co wszy — 
choćbyśmy byli nie wiem jak bardzo interesujący. Dziewiątka panowała nad sytuacją, nie 
wątpiłem w to ani przez chwilę, i gotów byłem przystać na wszystkie jej polecenia.

— W porządku. Jeśli tak trzeba...

Wyruszyliśmy więc w me ślady, ale w przeciwnym kierunku, przez labirynt korytarzy 

stanowiących jedną drobinę ciała Isthomi. W drodze dokuczała mi świadomość, Ŝe za 
plecami mam Finna, który z dziką satysfakcją trzyma mnie na muszce. W myśli 
pocieszałem się odrobiną występnej radości, jedyną jaka mi pozostała. Jeśli przedtem 
Finnowi upiekło się i nie stanął twarzą w twarz z duchami, teraz, jak sądziłem, z 
pewnością go to nie minie.

267

29

B

y przejść przez wąskie korytarze musieliśmy nieco pochód wydłuŜyć. Thalia i Calliope szły 
razem na czele, za nimi Niebieskooki z jednym ze swych chwackich chłopaków, obaj z 

background image

groźnie sterczącymi rewolwerami w ręku. Potem byłem ja, z Johnem Finnem na karku, który 
wciąŜ miał radochę z tego, Ŝe moŜe mnie trochę postraszyć. Dwóch nowych Ŝołnierzy 
zamykało pochód — przed domkiem Myrlina czekały posiłki. Jeszcze dwóch Ŝołnierzy 
pozostało na zewnątrz, teoretycznie zabezpieczając tyły ekspedycji.

Kiedy maszerowaliśmy przez gmatwaninę korytarzy, spodziewałem się w kaŜdej chwili, Ŝe 

ś

ciany z jednej albo drugiej strony oŜyją nagle i w jednym pysznym przebłysku wyciszacza 

Isthomi z dziecinną łatwością przejmą kontrolę nad sytuacją z rąk naszych oprawców. Ale 
nic się nie działo i zaczęły kiełkować we mnie wątpliwości. Gdzieś przed nami znajdowali 
się Myrlin i Tulyar, ale nie miałem pojęcia, czy zostali ostrzeŜeni. Czy Dziewiątka po prostu 
rozsiadła się wygodnie, niczym widownia w teatrze, czekając na to, kto padnie pierwszy?

Raz, kiedy mijaliśmy mroczną odnogę korytarza, przyszła mi na myśl ucieczka. Ale Finn 

za bardzo deptał mi po piętach, a jego ochotę, by skarcić mnie przy najlŜejszym 
nierozwaŜnym kroku, aŜ nadto dawało się odczuć.

Ś

ciany po obu stronach pozostawały niezmiennie czarne — ani cienia zjaw. Kryjące się w 

nich Ŝycie było całkowicie niedostrzegalne, jakby zadowalało się zachowywaniem incognito. 
Scionowie pewnie i bez ociągania prowadzili nas

268
przez labirynt. ZauwaŜyłem, Ŝe Niebieskookiemu zrzedła nieco mina, kiedy spostrzegł, Ŝe 
nigdy o własnych siłach się stąd nie wydostanie. Dwukrotnie przykładał do ust krótko-
falówkę, by nawiązać łączność ze swymi ludźmi na zewnątrz, upewniając się, Ŝe nadal jest z 
nimi w kontakcie. Nadal nie mogłem rozstrzygnąć, czy historyjka Finna o próŜni i ładunkach 
wybuchowych była czymś więcej, niŜ podyktowanym rozpaczą głupim bluffem. Ale oficer 
zdawał się traktować to dostatecznie powaŜnie, by zadać sobie trud sprawdzenia, czy w razie 
czego będzie mógł przesłać sygnał do swych ludzi, by uzbroili bombę.

Sądziłem, Ŝe Dziewiątka w kaŜdej wybranej przez siebie chwili będzie mogła zagłuszyć 

transmisję, więc gdyby przyszło co do czego, wiadomości nie będzie moŜna przekazać, ale 
pozostawał jeszcze cień wątpliwości.

Bogowie i obcy chadzają tajemniczymi ścieŜkami, jak zapewnia nas znane przysłowie.
Szukałem pociechy w Ŝartobliwym wytłumaczeniu, Ŝe po Dziewięciu Muzach naleŜy 

przecieŜ spodziewać się znakomitego wyczucia dramatycznego napięcia i trzymania widza w 
niepewności. Są jednak chwile, kiedy moje poczucie humoru nie bawi mnie zbytnio.

W końcu doszliśmy do ustalonego przez Thalię i Calliope celu. W ścianie wyrósł nagle 

otwór, wystarczająco efektownie, by Niebieskooki na widok takich czarów drgnął z 
zaskoczenia. Mogliśmy wszyscy przejść do owalnego pomieszczenia, którego sufit jarzył się 
bladym perłowym blaskiem.

Thalia i Calliope weszły do środka, natomiast Niebieskooki został z tyłu, poŜerając 

wzrokiem tajemniczy

269

portal. W końcu przezeń przeszedł, ale nakazał Ŝołnierzom zamykającym pochód, by zostali 
na zewnątrz i strzegli wejścia. Teraz pozostawało z nami tylko trzech uzbrojonych 
przeciwników, ale nadal szanse powodzenia były zbyt nikłe, bym czegokolwiek próbował. 
Na scionach nie moŜna polegać w tego typu walce. Co innego, gdyby była ze mną Susarma 
Lear i Serne.

Nie było w pomieszczeniu komór deprywacyjnych, natomiast stały trzy fotele, obstawione 

zewsząd wszelkimi rodzajami elektronicznego sprzętu. Wyglądały mi na fotele uŜywane 
przez lekarzy do przeprowadzania odczytów EEG i wysyłania sond mózgowych, albo w 
pełnowymiaro-wym treningu biofeedbacku*. Oplatane były zwisającymi niczym czułki 
przewodami, podobnymi do tych, które wypuściły w mą czaszkę cieniuteńkie nitki, kiedy 
przebywałem w komorze.

Domyślałem się, Ŝe były to wymyślne łącza, za pomocą których świadoma istota 

humanoidalna mogła dostroić się do systemów Dziewiątki. Pośredniczyły zapewne w naj-
intymniejszym obcowaniu scionów z ich rodzicielskimi komputerowymi jaźniami, stanowiły 

background image

teŜ środek, za pomocą którego Dziewiątka mogła uczestniczyć w szczerej i otwartej 
wymianie zdań z Myrlinem i Tulyarem-994, czy jakimkolwiek ochotnikiem.

Tulyara i Myrlina zastaliśmy juŜ na miejscu, wygodnie usadowionych w fotelach. Nie 

poruszyli się ani nie otworzyli oczu, kiedy wchodziliśmy. Nawet kiedy dotknąłem

* (ang.) biologiczne sprzęŜenie zwrotne.

270

ręki Myrlina, nie dał Ŝadnego znaku, Ŝe jest świadomy mej obecności.

W tym momencie zacząłem się powaŜnie martwić, uprzy-tomniwszy sobie, Ŝe musiało 

zajść coś strasznego i milczenie Dziewiątki nie jest jedynie oznaką jej cierpliwości i 
ciekawości.

Niebieskookiemu, sądząc po jego minie, ani trochę nie podobała się ta sytuacja. Wyraźnie 

malowało się na jego twarzy zaniepokojenie — w porównaniu z mrokiem korytarzy 
pomieszczenie było jasno oświetlone. Ściany przypominały ekrany, ale panowała na nich 
niezmącona szarość. Przy fotelach nie było Ŝadnej konsoli sterującej ich działaniem. 
Wszystko to kryło się w obszernych kapturach. w które przyszli komunikanci musieli 
wetknąć swoje głowy. Niebieskooki nigdy przedtem czegoś takiego nie widział i nawet on 
zdawał sobie sprawę, Ŝe nienaturalny spokój Myrlina i Tulyara nie wróŜy nic dobrego.

Odsunąłem się, kiedy jasnowłosy oficer podszedł do Myrlina, by za mym przykładem 

dotknąć jego ręki. Spojrzałem na Calliope, ale ona wpatrywała się w twarz siostry. Na ich 
obliczach malowała się niemal identyczna mina, wiele mówiąca nawet na tak obcej twarzy. 
Nie było to przeraŜenie, ale ich wygląd wszystkim nam jasno sugerował, Ŝe coś, czego juŜ się 
zaczęły obawiać, teraz manifestowało się wyraźnie w całej swej tragiczności.

Jeśli kołatały we mnie jakieś wątpliwości, rozproszył je ostatecznie wyraz ich twarzy. 

Czepiałem się do tej pory wszelkich moŜliwych złudnych przesłanek, ale stało się coś 
strasznego. Nie miało to nic wspólnego z czymś tak trywialnym   i   absurdalnym  jak   
wtargnięcie   Niebiesko-

271

okiego i jego wymachujących bronią marionetek. Było to coś prawdziwie rozpaczliwego.

Nie przejmując się Finnem, ująłem nadgarstek Myrlina i zbadałem puls. Choć ciało nie 

było zimne, nie wyczuwałem śladów bicia serca. Kiedy rozchyliłem powieki, ujrzałem tylko 
białka oczu.

Podszedłem do Tulyara. Nie wiem, jakiego rodzaju rozstrzygające testy naleŜy 

przeprowadzić w celu stwierdzenia, czy Tetr jest Ŝywy lub umarły, ale on równieŜ nie miał 
wyczuwalnego tętna. Spojrzałem za siebie na Myrlina, wspominając jego zapewnienia 
zaledwie sprzed paru godzin, Ŝe jestem tak samo nieśmiertelny jak on.

— Co się stało? — spytałem Thalię.
Potrząsnęła głową na znak, Ŝe nie wie.

• 

Co tu się dzieje? — domagał się wyjaśnień Niebieskooki.

• 

Myślę, Ŝe nie ma tu Dziewiątki — zwróciła się do niego.

Nie był w stanie pojąć, co tych kilka słów oznaczało. Nadal spodziewał się jakiejś 

władczej porywczej persony w rodzaju Sigora Dyana, która miała wyjść z ukrycia mówiąc: 
„W czym mogę wam pomóc, chłopcy?"

Był w stanie przełknąć to, Ŝe Myrlin i Tulyar prawdopodobnie nie Ŝyją. Ale to, Ŝe coś 

załatwiło Dziewiątkę — co juŜ samo przez się świadczyło o naturze i mocy tego „coś" — 
brzmiało dla niego jak czysty nonsens.

Spojrzałem po szarych ścianach. Martwe? Czy to wszystko moŜe być martwe?, 

zastanawiałem się. Nie tylko grupa osób, ale cały ten świat?

— Chcę wiedzieć, co się tu dzieje! — zaŜądał Niebiesko-

272

oki. Mało brakowało, by niczym rozkapryszone dziecko tupnął ze złości nogą.

background image

— Nasi gospodarze są niedysponowani — oznajmiłem.

• 

Wcześniej odnieśli obraŜenia w zetknięciu z czymś, co znajduje się w Centrum. Nie 

sądzę, Ŝeby próbowali tego ponownie, więc musiało zajść coś odwrotnego. To coś 
podąŜyło za nimi. MoŜe przybyło, by ich zniszczyć. MoŜe usiłowało tylko dokonać tego 
samego... nawiązać kontakt. Dziewiątki tutaj nie ma, ale... — spojrzałem na milczące, 
puste ściany, spodziewając się, Ŝe lada chwila gwałtownie oŜyją. — MoŜe ktoś jest — 
dokończyłem ściszonym głosem.

• 

MoŜe ktoś jest.

Reakcja Niebieskookiego w swej bezmyślności była wręcz Ŝałosna. Zrobił trzy kroki 

w mym kierunku i chlas-nął mnie rewolwerem przez twarz. Poleciałem za ciosem, ale 
mimo to mocno mnie zabolało. Prawa strona mojej szczęki zdawała się przyciągać tyle 
agresji. Ciekawe, czy widniał na niej jakiś cel.

— Jeśli nie skończysz z tymi bredniami, wezmę się za

ciebie ostro — zagroził.

Thalia i Calliope wyglądały na wstrząśnięte tym wybuchem. Przysunęły się jeszcze 

bliŜej do siebie. Nie miałem w nich Ŝadnego oparcia. Nie dziwiło mnie to. ZagraŜała im 
samotność tak, jak nigdy dotąd. Z ich punktu widzenia unicestwienie rodzicielskich 
jaźni było najgorszą rzeczą, jaką mogły sobie wyobrazić.

Kusiło mnie, by doradzić odwrót, by powiedzieć tym niedorozwiniętym 

barbarzyńcom, Ŝe znajdują się wewnątrz czegoś całkowicie im obcego i nie znanego, co 
mogło Ŝywić wobec nich wrogie zamiary i nawet jeśli zaczną pojmować,

- Najeźdźcy z Centrum

273

co się wokół nich dzieje, nie przestaną zmykać, póki nie znajdą się z powrotem w domu.

Byłoby to nierozwaŜne. Jeśli jakaś niewiadoma persona opanowała systemy Dziewiątki, 

nie było mowy o jakiejkolwiek ucieczce. Jeśli zaś nastąpiło tylko niszczące uderzenie, 
wszelkie Ŝycie w systemie uległo zagładzie i nie było potrzeby ucieczki.

Spojrzałem na trzecie krzesło, wolne łącze. Tam mogło kryć się rozwiązanie. Zerknąłem z 

powrotem na scionów, przekonując się, Ŝe i one przyglądają się krzesłu, lecz bez większego 
entuzjazmu.

Ale oto John Finn, jak mu się zdawało, rozgryzł juŜ, co jest grane i wziął na siebie cięŜar 

wytłumaczenia swym przyjaciołom, w czym rzecz.

— Tak, jak ja to widzę — zaczął — całością kierują te komputery. To maszyny naprawdę 

tu rządziły, a te kosmate dziwolągi to ich sługusy. Ten Tetr dobijał z nimi targu, kiedy stało 
się coś niesamowitego. Wygląda na to, Ŝe myślące maszyny zostały pokiereszowane, a przy 
tym oberwało się tym dwóm. Rousseau uwaŜa, Ŝe to coś nadal tu jest. Cholera wie, czy ma 
rację, czy nie. To wszystko moŜe być lipa, ale nie sądzę. Chyba lepiej będzie, jak stąd 
spłyniemy.

Niebieskooki obrzucił go lodowatym spojrzeniem, ale ani drgnął. „Bycie tylko 

Ŝ

ołnierzem" w jego armii zakładało dziewięćdziesiąt dziewięć procent odwagi i jedynie jeden 

procent udziału mózgu. On chyba został dodatkowo przez przypadek oszukany przy rozdziale 
rozumu. Niestety, wymyślenie jakiejś alternatywy działania sprawiało mu najwyraźniej wiele 
trudności.

274

— To wszystko jakieś sztuczki! — przemówił wreszcie.
Niezły  pomysł,  ale  chciałbym  w  to  wierzyć.   Nawet

Finnowi  trudno  to  było  przełknąć,  choć  wydawał  się mistrzem  w dawaniu wiary 
wszystkiemu,  co mu  było w danej chwili wygodne. Scaryda wskazał pusty fotel.

• 

Czy to urządzenie słuŜy do porozumiewania się z maszynami?

• 

Pewnie — potwierdziłem. — Trzeba tylko usiąść, a zaczną ci krzyczeć prosto do 

ucha, jeśli w ogóle jeszcze mogą mówić. MoŜe dostaniesz za to medal, moŜe nawet 
pośmiertny, ale takie są najbardziej zasłuŜone.

Wskazałem głową na złowieszczo nieruchome postaci Myrlina i Tulyara. Na swoje 

background image

nieszczęście, musiałem wysłowić się dość niezręcznie. Niebieskooki uznał, Ŝe próbuję 
się stawiać. Sarkazm jest zawsze niebezpieczną bronią, nawet wobec istot 
wyglądających jak nasi neandertalscy przodkowie. Albo pozostaje niezrozumiały, albo 
pojmowany jest zupełnie na opak. Niebieskooki nie chciał rozstawać się ze swym 
wytłumaczeniem, Ŝe to wszystko sztuczki, nie podobało mu się, Ŝe się z niego 
wyśmiewam. W tym momencie, jak sądzę, podobnie jak Finn, zraził się do mnie 
ostatecznie.

— Świetnie — rzekł. — A więc, z łaski swej, ty

spróbujesz tego pierwszy.

Finn roześmiał się.

— MoŜe lepiej będzie, gdy mnie zastrzelisz? — po

wiedziałem rozkładając szeroko ręce. Był to akt brawury
wynikły z desperacji. Chciałem jak najszybciej przestać być
przedmiotem powszechnego zainteresowania, chciałem po-


275
wrócić na pobocze sceny, gdzie moje miejsce. Ale nie było nikogo, kto by mnie zastąpił w 
głównej roli. Myrlin był „kaput", a Susarma Lear, jeśli jeszcze Ŝyła, nadal spała w komorze 
deprywacyjnej, tracąc cały ten ubaw.

- Jeśli nie siądziesz na tym krześle — zapewnił mnie

Niebieskooki — naprawdę cię zastrzelę, moŜesz być tego
pewny.

Było jasne, Ŝe miał mnie dość. Nie uwaŜał nawet, Ŝe mogę się jeszcze na coś przydać.

— Co mi tam, psiakrew — oświadczyłem rozgoryczony.

— I tak pogodziłem się ze śmiercią, kiedy mnie, dranie,
dostaliście w swoje łapy. A co się odwlecze, to nie uciecze.

Na pewno nie chciałem mu dać przyjemności zastrzelenia mnie ani nie chciałem czekać, aŜ 

z ochotą pomoŜe mu w tym Finn. Myrlin i Tulyar wyglądali na dość spokojnych, na ich 
twarzach nie było widać Ŝadnych oznak, Ŝe zginęli bolesną śmiercią. Zacząłem nawet się 
pocieszać, Ŝe nie ma wcale pewności, Ŝe w ogóle zginęli. Jeśli dopisze mi szczęście, siądę na 
krześle, uruchomię urządzenie i nic
— nic się nie stanie.

Myślę, Ŝe szczęście szczęściu nierówne. Oczywiście, nie skończyło się to dla mnie 

tragicznie — „oczywiście" odnosi się do twojego punktu widzenia, szanowny czytelniku — 
ale to, czego doświadczyłem, bardzo odbiegało od tego „nic", którego się spodziewałem.

Zostałem podłączony w tej samej chwili, kiedy usiadłem, zanim zdąŜyłem się rozejrzeć za 

jakimś rozrusznikiem. Urządzenie nie potrzebowało mego udziału, by zacząć działać: było 
gotowe i tylko czekało. Neuronowe korzonki zaczęły wwiercać się w skórę czaszki, szukając 
wypustek

276

osiowych, przez które mogły podłączyć się do centralnego układu nerwowego. Po raz 
pierwszy przeŜyłem coś takiego świadomie i wywołało to w mym buntującym się 
Ŝ

ołądku odruchy wymiotne. Uczucie tego rodzaju penetracji jest jednym z najbardziej 

przykrych, jakie znam, mimo Ŝe nic nie boli. Nawet nie łaskocze.

To co się dzieje potem, moŜe być oczywiście bolesne, gorsze nawet niŜ ból, jakiego 

doznajemy w naturalny sposób przy poraŜeniu nerwów, kiedy ulega obraŜeniom ciało.

Zgrzytałem zębami w oczekiwaniu bólu, ale to co nastąpiło, sprawiło, Ŝe zabiegi te 

okazały się Ŝałosne. Poczułem, jak rozsadza mi głowę, a me myśli rozdziera palący, 
agonalny podmuch.

Co gorsza, zawsze znajdzie się jakaś idiotyczna drobnostka, zdolna nawet 

najkoszmarniejsze przeŜycie uczynić jeszcze potworniej szym — ostatnią rzeczą, jaką 
słyszałem, nim poŜegnałem się z tą rzeczywistością, był wystrzał z rewolweru.

background image

30

W

yobraziłem sobie, Ŝe jestem Prometeuszem przykutym do skały. Czułem, jak orle pazury 
szarpią i rozdzierają mi Ŝebra, jak szpony zatapiają się w serce. Przeistoczyłem się w Sir 
Everarda Digby, zepchniętego szafotu, potem na ziemię, kiedy przecięto sznur. Byłem 
wciąŜ świadomy, kiedy zbliŜał się do mnie kat, by mnie

277

wykastrować i wypruć wnętrzności. Zlałem swe doznania z męczarniami Damiensa, 
łamanego kołem, któremu przypalano członki rozgrzanymi do czerwoności hakami, dręczono 
polewając rany ciekłym ołowiem, wrzącym sadłem, płonącą smołą, siarką. Czułem, jak konie 
z całych sił rwą ciało, które nie daje się rozerwać...

Nie był to bynajmniej bulwarowy horror, lecz akt psychicznej samoobrony. Tylko w ten 

sposób mogłem uporać się z niebezpiecznie wybuchowym poŜarem neuronów — przez 
wtłoczenie tego najbardziej krańcowego z doznań w ramy jakiejś opowieści, nadanie mu w 
wyobraźni spójności.

Nie wiedziałem, co robię, ale w ten sposób ratowałem Ŝycie i jaźń przed wstrząsem, który 

w przeciwnym wypadku mógłby się skończyć tragicznie.

Podobno, choć jest to z pewnością wytwór chorej wyobraźni brukowych pismaków, trzeba 

było dziesięciu koni i kilku godzin, by wyrwać Damiensowi członki, mimo Ŝe oprawcy 
wcześniej nadweręŜyli mu biodra i barki, nacinając wiązadła. Po tym wszystkim ów człowiek 
podobno jeszcze Ŝył, choć nie był w stanie wydać z siebie głosu, przez co nie mógł wyrazić 
Ŝ

alu za grzechy i otrzymać ostatniego namaszczenia.

Kiedy ja odgrywałem w wyobraźni jego dramat, cała historia mogła być, i była, prawdą.

Sprawozdawcy utrzymują równieŜ, Ŝe Everard Digby nie stracił przytomności, kiedy go 

ć

wiartowano.

Ale musi być to wyraz nadmiernego dąŜenia obserwatorów do wyciśnięcia za wszelką 

cenę z opowieści ostatniej kropli sensacji po to, by udowodnić słuchaczom,

278
Ŝ

e nikt nigdy nie cierpiał ani nie mógłby cierpieć, tak jak rzeczony nieszczęśnik. Ja zaś, kiedy 

przeobraziłem się w Sir Digby'ego, stałem się legendarnym Digbym i ograniczenia 
wiarygodności nie obchodziły mej rozbuchanej wyobraźni.

Rzecz jasna, nie było Ŝadnych naocznych świadków męczarni Prometeusza, więc nikomu 

nie zaleŜało na nadaniu temu zdarzeniu większego rozgłosu. Być moŜe łatwiej było przez to 
być Prometeuszem.

Niniejszy opis mych przeŜyć nie jest tworzony z punktu widzenia naocznego świadka, lecz 

ofiary. Zaś mnie samemu wydaje się, Ŝe me dąŜenie do odtworzenia owych przeŜyć, 
niekoniecznie w celu nadania im większego rozgłosu, kryje w sobie paradoks. OtóŜ, pamięć 
tych doświadczeń jest wybiórcza. Nie mogę sobie przypomnieć męczarni, muszę je sobie za 
to wyobraŜać. A teraz, kiedy wiem, Ŝe w jakimś sensie nie były to rzeczywiste męczarnie 
(nic, koniec końców, nie stało się mym realnym członkom ani sercu)trudniej mi je sobie 
wyobrazić niŜ wtedy.

Z pewnością wyda się to przesadą zwaŜywszy, Ŝe wyszedłem z tego cało. Niemniej, mogę 

was zapewnić, Ŝe cierpiałem, lub — jeśli wolicie — wyobraŜałem sobie, Ŝe cierpię straszliwe 
katusze, i w istocie przelotnie utoŜsamiałem się z tymi upiornymi próbami opisu najokrop-
niejszych męczarni, jakich kiedykolwiek doświadczył człowiek.

Jeśli chcecie, moŜecie mnie nazwać hipochondrykiem.
Ból, z jakim się zmagałem, sprawił, Ŝe ze wszystkich sił zapragnąłem zmaleć, skurczyć się 

i w tej znikomości ukryć. Próbowałem zagrzebać się w swej własnej materii, niczym robak 

background image

poŜerający swój ogon z wściekłym apetytem. Próbo-

279

wałem przepaść w fałdzie przestrzeni niczym statek kosmiczny w norze kompresyjnej, albo 
drobina krąŜąca wewnątrz atomu w swej ulotnej postaci, dumnie pokonująca nieskończenie 
drobny odcinek w tkance przestrzeni w ciągu niewyobraŜalnego ułamka pikosekundy.

Zadziwiające, ale ten tchórzliwy wybieg skutkował.
Ból ustępował, kiedy malałem, a kiedy w wyobraźni stałem się nie większy od atomu, 

zniknął bez śladu. Odczuwałem dziwną swobodę: byłem mikroskopijną drobiną i mój czas 
rozciągnął się w wygodną wieczność. Przez chwilę nie zwracałem uwagi na to, co się działo 
poza mną.

Jeśli chcecie, moŜecie mnie nazwać egocentrykiem.
Potem, niczym bohater dawnej powieści „inner space", doznałem pewnego rodzaju 

percepcyjnego wstrząsu, wskutek którego uległy odwróceniu pojęcia wielkości i maleri-
kości. Łagodnym, posuwistym przejściem, jak podczas gimnastyki w stanie niewaŜkości, 
przeobraziłem się w cały wszechświat utkany z przestrzeni i wypełniony gwiazdami. 
Rozszerzając się płynąłem, obleczony w cieniutką warstwę galaktyk, których prędkość 
ucieczki względem mego nieruchomego serca wahała się wokół magicznej granicy ,,c".

Wewnątrz mnie, niczym ameboidalna protoplazma, przepływał strumień nasiennego płynu 

mgławicowych oparów, pragnących zatracić się w wirującym tańcu, który by je porwał i 
przemienił w gwiezdne spermatydy. A bicie mego serca było biciem Boskiego Serca — 
tętnem i pul-sacją Stworzenia. Tu równieŜ nie było miejsca na ból, panował stan 
krystalicznej ekstazy muzyki sfer.

Osiągnąwszy w ten sposób stan bezpiecznej stabilności, jako persona wyzwolona z 

okowów ciała i umysłu, gotów

280

byłem przybrać jakąś hipotetyczną postać, w której bym mógł stawić czoła innym istnieniom, 
w której moŜna by ze mną nawiązać kontakt.

Taki był przecieŜ cel tego wszystkiego.
W urokliwych opowieściach Starej Ziemi, tego rodzaju zbliŜenia, do którego ja się właśnie 

sposobiłem, nie krępują Ŝadne ograniczenia językowe. Kiedy bogowie przemawiają w 
głowach herosów, kiedy obcy porozumiewają się telepatycznie z naukowcami dwudziestego 
pierwszego wieku, kiedy myślące programy po raz pierwszy ścierają się ze swymi 
wodnistocielesnymi twórcami, zakłada się zwykle, Ŝe wszelkie bariery językowe znikają. 
Umysł bohatera potrafi automatycznie tłumaczyć na angielski wysyłane do niego informacje. 
Czasem jest to łamany angielski, dla wzmocnienia efektu dramatycznego, ale jednak 
angielski.
W rzeczywistości, niestety, myśl nie potrafi się wznieść ponad język. Kiedy spotykają się 
dwie humanoidalne istoty, mimo Ŝe nie mają Ŝadnego wspólnego języka ani Ŝadnych 
zrozumiałych dla obu stron słów, wciąŜ mogą liczyć na porozumienie za pomocą gestów lub 
mimiki. Ale kiedy spotyka się człowiek z obcą istotą za pośrednictwem łącza sztucznych 
neuronów, nie oko w oko, lecz szarą komórką wychodząc naprzeciw krzemowemu Ŝetonowi, 
porozumienie nie jest łatwe. Jest chyba jeszcze trudniej, kiedy jedna ze stron dąŜących do 
nawiązania kontaktu nie ma pojęcia, co począć w takiej hipotetycznej macierzy - tak róŜnej 
od starej poczciwej czasoprzestrzeni — ani jak się do tego zabrać.

Wierzcie mi na słowo — porozumienie z obcą inteligencja, przez bezpośrednie połączenie 

się neuronów to trochę

281

tak, jakby zaraz po narodzeniu zostało się wezwanym do udziału w quizie telewizyjnym, a za 
niewłaściwe odpowiedzi wymierzano straszliwe kary.

Zacząłem ponownie postrzegać siebie jako coś o wielkości zbliŜonej do człowieka. Czym 

się stałem, nie jestem w stanie powiedzieć. Sądzę, Ŝe nie nadano mi Ŝadnej postaci ani 
formy: miałem być tylko punktem widzenia. Nie potrafię określić, do jakiego stopnia ma 

background image

własna wyobraźnia wpłynęła na kształt otoczenia, które przepływało wokół mnie. 
Podejrzewam, Ŝe stworzone zostało specjalnie dla mnie, choć ci, którzy powołali je do istnie-
nia w celu pouczenia mej pseudozmysłowej świadomości, czerpali z zasobów mej pamięci i 
wyobraźni.

Było to coś w rodzaju snu, jeśli chcecie, i w ten sposób podległe jakiejś psychologicznej 

analizie. Gdybym tylko wiedział, jak do niej przystąpić?

Dajmy więc na to, Ŝe śniłem.
Ś

niłem, Ŝe znajduję się na pustyni, ongiś będącej morzem, a formy Ŝycia kiedyś 

zaludniające jego wody wytrąciły się w krystaliczne postaci. W nocy były nieruchome i 
białe, jak z lodu, ale w dzień pod wpływem ciepła sublimowały, stając się tajemniczymi 
oparami i emana-cjami.

Ś

niłem, Ŝe znajduję się pośród stalagmitycznych skał. pozbawionych ostrych krawędzi i 

wygładzonych na skutek erozji, ale obrysowanych przez liczne krzywizny, jak gdyby były 
stopionymi posągami. W srebrzystym brzasku zwiewne byty budziły się z nocnego 
odrętwienia, wzbijały się ku górze, wykręcały, bezustannie, lecz daremnie usiłując zastygnąć 
w ustalonym kształcie.

282

Ruszyły w ponury, złowieszczy taniec wokół koralowych słupów pod purpurowym 

słońcem z wolna rozjaśniającym się w fiołkowy róŜ. Lśniące widma rozpaczliwie pragnęły 
formy, stałości, ale ich tęsknoty były próŜne. Nie zwracały na mnie uwagi, bez reszty 
pogrąŜone w sobie, pochłonięte własnymi skrytymi dąŜeniami.

Skały ubarwione były szaro i zielono, ale za dotknięciem efemerycznych, mglistych istot 

powstawały na nich smugi. Ulotna czerwień zaczęła się z nich sączyć, jak gdyby 
wyciekając z rdzenia kaŜdego słupa przez porowaty naskórek. Bardziej oddalone skały 
zanikały, jak gdyby wchłonięte przez gęstniejące tumany barwnej mgły, ale działo się to 
jakby ukradkiem na uboczu.

Przyrównawszy podmuch ciepłego powietrza do niegdysiejszej wody, skalisty las zaczął 

błyskać Ŝyciem w postaci maleńkich iskierek, nietrwałych ogników naśladujących blask 
słoneczny rozbity na tysiące refleksów migocących drobnych łusek. W swych 
wspomnieniach pustynia nie potrafiła przywołać masy wód ani form poprzednich swych 
mieszkańców, choć wyryły one na niej swe cienie. Ale miała ducha morza i wiedziała, jak 
czuje się morze, kiedy jest morzem.

Patrzyłem na to obojętnie. Nic z tego, zdaje się, nie było przeznaczone dla mnie. Czułem 

się niemal jak intruz wkraczający do samoródczego królestwa. Odnosiłem wraŜenie, Ŝe sen 
pustyni zasadniczo zawiera w sobie samotność.

I wtedy ujrzałem czworo gorejących oczu, płonących jak rozŜarzone węgle, zerkających 

na mnie z cienia. Ich wewnętrzny blask jednakowo przyćmiewał słoneczne światło i 
wspomnienia pustyni.

283

Kiedy przesuwały się ze skraju pola widzenia coraz bliŜej środka, zdawało się, iŜ pustynia 

burzy się i szemrze, skarŜąc się na najście. Oczy rozjarzyły się i krwista łuna ich blasku 
poraziła las niczym gorący podmuch, ścierając się z jego zwidami i rozpędzając je.

Rozgniewana pustynia powstała do walki. Wzbiły się wirujące tumany, próbując 

pochłonąć gorejące oczy, lecz daremnie. Wijące się węŜe usiłowały je połknąć, okręcić się 
wokół nich i zdławić w śmiertelnym uścisku. Potoki czarnej ulewy chlusnęły z nieba, 
błyskawice raz po raz raziły ogniste oczy, ale bez skutku.

Oczy wyszukały mnie, ale ich spojrzenie nie było spojrzeniem Meduzy obracającym w 

kamień, wręcz przeciwnie, pod jego wpływem poczułem, Ŝe mogę się roztopić lub ulotnić, 
zatracić wszelką cielesność.

PoniewaŜ byłem nikim i nigdzie, po prostu wyodrębnioną obecnością, wzrok tkwił we 

background image

mnie i poza mną.

Pustynia westchnęła, nie zatraciłem się. Odwieczne sny oceanu, który dawno przeminął, 

poczęły ukradkiem na nowo się formować. Spęczniałe skaliste słupy wciąŜ krwawiły, ich 
krew parowała i w locie przeobraŜała się w zwiewne potwory, smoki i gryfy. Krwiste smoki 
przepływały przeze mnie. Czułem, Ŝe jeśli kiedykolwiek w mych Ŝyłach popłynie znowu 
krew, Boskie Serce pośle tamtędy owe smoki, by krąŜyły w mym jestestwie na wieczność.

Policzyłem słupy — było ich dziewięć. Po raz pierwszy świadomie zaczął pracować mój 

umysł, usiłując dociec znaczenia, znaleźć klucz do tej symboliki.

Nagle zalała mnie fala emocji, jak gdyby pękało we mnie metaforyczne serce. Nie 

potrafiłem określić, jakiego

284

rodzaju są to uczucia. Nie potrafiłem odróŜnić gniewu od litości, smutku od radości. Byłem 
wzruszony, ale nie mogłem znaleźć przyczyny mego wzruszenia ani jak miałem je rozumieć.

Uczepiłem się jednego wniosku.
Dziewiątka Ŝyje!

Tłumaczyłem sobie, Ŝe straciła panowanie nad sobą i swymi systemami, jakby w 

nieświadomości lub odrętwieniu, ale nie zginęła. Myśl ta okazała się kluczowa. Sprawiła, Ŝe 
przypomniałem sobie, kim jestem i w jakiej znalazłem się sytuacji. Pytania „gdzie jestem?" i 
„jaką przybrałem postać?" pozostać miały nie wypowiedziane i bez odpowiedzi. Wiedziałem 
tylko, Ŝe oto jest Dziewiątka i Czwórka; Dziewiątka nie zginęła, a Czwórka wciąŜ jest 
obecna, starając się dopiąć swego, nie wiedząc jak.

Uświadomiłem sobie wtedy, Ŝe nie tylko ja borykam się z trudnościami w nawiązaniu 

kontaktu i porozumienia. Dziewiątka i Czwórka miały do przezwycięŜenia własne bariery, 
własne mury niezrozumienia do sforsowania. Nie potrafiły inaczej zaznaczyć swej obecności 
jak przez namiastkę bólu i tajemniczą symbolikę. Przy pierwszym zetknięciu omal nie 
rozsadził ich obu druzgocący wstrząs, ich drugie spotkanie było nie mniej niszczące w 
skutkach. Ale teraz być moŜe ich poraŜone jaźnie ciągnęły ku sobie, lgnęły do siebie, 
szukając oparcia, moŜe nawet pragnąc się zespolić. Próbowały sięgnąć do najgłębszych 
swych pokładów tak, by niemal stać się jednym. Ale to, o czym się przekonały, było 
niebezpieczne.

Gorejące oczy zbliŜyły się do mnie, rozdzieliły na dwie pary wpatrujące się we mnie z obu 

stron, mimo Ŝe ja nie

285

miałem oczu, nie mogłem odwzajemnić ich wejrzenia. Z hipnotyczną natarczywością nadal 
słały fale uczuć, ale ciągle nie potrafiłem określić ich charakteru. Uczucia te zaczęły jakby 
uosabiać lęk, ale jednocześnie odebrałem dla przeciwwagi silną sugestię, Ŝe się mylę.

NatęŜenie częściowo zelŜało, jakby oczy usiłowały się oddalić, odsunąć. Ogarnęło mnie 

przeraŜenie, poczułem ból. Naszła mnie znowu nieodparta chęć zatracenia się. skurczenia, 
znalezienia bezpiecznego schronienia w świecie atomu. Ale jednocześnie odczuwałem coś 
przeciwnego do bólu i lęku.

Zastanawiałem się, czy nie byłoby lepiej wyrazić owe uczucia słowami, gdybym tylko 

wiedział jak.

Nie zadawaj bólu! Nie lękaj się!
Czy to przemawiała do mnie Czwórka? A moŜe Dziewiątka? Czy Czwórka i Dziewiątka 

nadal się ze sobą zmagały: Muzy walczące z Porami Roku o narzucenie temu intymnemu 
wszechświatowi ram interpretacji?

Ból nie wrócił. Nie nasuwały mi się juŜ Ŝadne przekazy tortur, by niepokoić i ratować mą 

duszę. Ale lęk nie ustępował. To wzbierał, to odpływał, jakby starał się przeistoczyć swą 
wymowę, ale nie potrafił osiągnąć takiego wyrazu, jakiego pragnął.

Włączyłem się, próbując pomóc.
Czyj lęk?, zastanawiałem się. MoŜe nie chodzi o mój. MoŜe...

Myśl ta wniosła coś nowego do układu potencjalnych moŜliwości. Uczucie nabrało 

pewności, bliŜsze znaczeniu, jakie chciało osiągnąć.

background image

I wtedy mnie olśniło.

286

To znaczenie, do którego dąŜycie — mówiłem sobie, moje myśli były dla nich tak samo 

trudne do zrozumienia, jak ich dla mnie — to potrzeba. Jesteście w potrzebie!

Kiedy juŜ było to jasne, uczucie przesycone lękiem wyostrzyło się, jak gdyby juŜ nie 

zmagało się o nadanie wyrazu. Tu nastąpił kontakt. Nawiązałem łączność z jaźnią, która 
mogła być równie dobrze jaźnią całego Asgarda, co światka zawartego w którymś z jego 
licznych poziomów — drobną, uwięzioną w nim istotą. Ani w jej umyśle, ani w moim nie 
było Ŝadnego aparatu pojęciowego umoŜliwiającego nam wymianę myśli — w 
przeciwieństwie do Dziewiątki, która pamiętała swe ludzkie wcielenie i była odpowiednio 
wyposaŜona, by porozumiewać się z takimi istotami jak, na przykład, ja. Umysł ów (czy 
grono umysłów) w swej naturze był całkowicie obcy i mnie, i Dziewiątce. Nauczył się 
„wypowiadać" ledwie jedno słowo.

Ale wydawało mi się, Ŝe je pojąłem. Modliłem się, Ŝeby tak było, bo inaczej wszystko 

byłoby na nic.

Znowu stałem się wszechświatem uosabiającym Stworzenie. Przybrałem pozór cielesnej 

postaci wypełniającej cały kosmos. Było we mnie czworo oczu i dziewięć kości. Oczy były 
ogniem, kości skałami wieków, serce Sercem Boskim, ma krew kipiała jadem smoków, a 
nasienie duchami tych, którzy byli, i tych, którzy będą...

Rzeczy wielkie stały się małymi... i ujrzałem ten wszechświat wyraŜony w bycie niŜszego 

rzędu, znacznie odeń niniejszym, uwięzionym w bezsensownym ciele. To było coś więcej niŜ 
Stworzenie. To było Spotkanie, a jego Początkiem było Słowo.

287

A słowem tym, jak sądziłem, było: „pomóŜ".
Albo właściwiej: POMÓś!
POMÓś!
POMÓś!
To nie ze mnie wydzierał się ów krzyk. To wołało coś o wiele straszliwszego i bardziej 

bezradnego.

Tak krzyczał Prometeusz i Pan w agonii. Zawarte w nim było przebudzenie się Brahmy z 

odwiecznego snu, cierpienie Odyna, kiedy wydarł sobie oko — okup swej boskiej mądrości. 
W tym przeraźliwym wołaniu było tchnienie Zmierzchu Bogów przybyłe, by przegnać mróz 
zimy, zakłócić spokój Valhalli i zawezwać samych bogów na spotkanie z przeznaczeniem.

Lecz kiedy bogowie wołają o pomoc, cóŜ władni są uczynić dla nich zwykli śmiertelnicy?

31

O

cknąłem się i wypręŜyłem odruchowo do przodu, wyszarpując głowę z kaptura i krępującej 
pajęczyny jego natrętnych łączy. Przewody puściły, wywołując tępe, rwące doznanie.

W głowie szumiało mi od natłoku wraŜeń. Poczułem, Ŝe ktoś mnie przytrzymuje, ale nie 

chciałem z powrotem opaść na krzesło. Rzucałem się do przodu i upadłbym, gdyby mnie nie 
podtrzymały czyjeś ręce, które pomogły mi stanąć. Wtedy przypomniałem sobie wystrzał i 
zacisnąłem zęby na myśl o doznaniu autentycznego bólu, ale nic nie poczułem.

288

Więc to nie do mnie strzelano.
Otworzyłem oczy i rozejrzałem się. Ujrzałem utkwniony we mnie jasnoniebieski 

wzrok, promieniujący ciepłem. Spostrzegłem teŜ włosy koloru słomy, rosnące w 

background image

wielkiej obfitości.

Mrugnąłem osłupiały. Nie spodziewałem się tych oczu ani tej okazałej czupryny 

blond włosów. Zmierzyłem ją spojrzeniem od stóp do głowy, by upewnić się, Ŝe to 
naprawdę ona. Wszystkie wypukłości się zgadzały. Nie pasował do nich tylko 
okrywający je mundur wojskowy najeźdźców, o wiele za luźny.

Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Oficer Scarydów leŜał na wznak, z rękami 

załoŜonymi pod boki, z dziurą od kuli pośrodku czoła. Drugi najeźdźca, teŜ martwy, 
spoczywał w kałuŜy krwi, która całkiem niedawno musiała wylać się z jego 
rozszczepionej piersi.

John Finn stał kilka metrów dalej i przyglądał się oparty o krzesło (juŜ puste), na 

którym przedtem spoczywało ciało Tulyara-994. Nie ściskał w ręku rewolweru, a z jego 
twarzy zniknął wyraz bezwstydnego samouwielbienia. Nie wyglądał na zachwyconego, 
widząc mnie całym i zdrowym.

To była czysta rozkosz móc wreszcie przemówić, prawdziwymi angielskimi słowami:

• 

Co się, do cholery, stało?

• 

Załatwiłam tych dwóch na zewnątrz — wyjaśniała Susarma Lear. — PoŜyczyłam 

sobie mundur i dwa rewolwery. Ci dwaj nawet nie obserwowali wejścia. Tego teŜ bym 
rozwaliła, ale nie byłam do końca pewna, po czyjej jest stronie, więc miał czas rzucić 
broń i się poddać. Sprytne posunięcie.

18 - Najeźdźcy z Centrum

289

• 

Jak wydostałaś się z komory? Myrlin twierdził, Ŝe trzeba ci jeszcze co najmniej 

dwudziestu czterech godzin.

• 

Chyba nastąpiła awaria zasilania. To mnie zbudziło. Przez kilka minut myślałam, Ŝe 

jestem uwięziona na dobre, ale potem udało mi się odsunąć pokrywę. Wyszłam na korytarz i 
zaczęłam sprawdzać. Natknęłam się na tych dwóch Ŝołnierzyków przez czysty przypadek.

• 

Ale przecieŜ nie miałaś broni — upierałem się. — Nawet nie byłaś ubrana.

• 

To właśnie zadziałało na moją korzyść. Gdybyś tam był, zobaczyłbyś pułkownika 

Gwardii. A oni widzieli tylko bezradną nagą kobietę. Nie mieli szans.

Pokręciłem głową oszołomiony. Biedni, głupi barbarzyńcy. Rozejrzałem się po 

pomieszczeniu jeszcze raz.

• 

A gdzie nasze Lelum Polelum? Nie mówiąc o Tetrze i... — nie dokończyłem.

• 

Chodzi ci o Myrlina?

• 

Tak — przyznałem.

• 

Myślałam, Ŝe jest martwy — oznajmiła tonem złowieszczo serdecznym.

• 

A nie jest? — zdobyłem się na wątpliwość.

• 

Sytuacja była krytyczna. Twoi kosmaci przyjaciele zanieśli go w pośpiechu do jednego 

z tych magicznych jaj. Tulyara teŜ. UwaŜają, Ŝe są duŜe szanse na przywrócenie ich do 
zdrowia, mimo obecnego stanu.

• 

Są w tym dobrzy — potwierdziłem wyplątując się ze stalowego uścisku, kiedy 

poczułem, Ŝe mogę stać o własnych siłach. — Czy powiedziano ci juŜ, Ŝe jesteś nieśmier-
telna?

• 

CzyŜby? — ściągnęła z niedowierzaniem brwi.

290

Kiedy przytaknąłem, zwróciła się twarzą do Finna.

— On chyba teŜ. Przygnębiające, co?

Finn patrzył na nas, jakbyśmy sobie z niego pokpiwali. Wieść ta powinna podnieść go na 

duchu, ale chyba był nie w humorze. Później, kiedy to do niego dotrze, kiedy zacznie w to 
wierzyć, poczuje się, jak sądziłem, wniebowzięty, zwłaszcza kiedy wspomni, jak niewiele 
brakowało, by Susarma rozwaliła mu łeb.

Szare ściany pokryły się mgiełką. Powróciły duchy. Widać było po Susarmie i Finnie, Ŝe 

czują się nieswojo, kiedy srebrzyste zjawy zaczęły przepływać wokół pokoju, ale ja 
powitałem je z radością. Dziewiątka odzyskała panowanie (częściowe przynajmniej) nad 

background image

swym ciałem. śeglujący po tajemniczych morzach losu, teraz juŜ w bezpiecznym porcie.

Miałem nadzieję, Ŝe nic jej juŜ nie grozi, choć zdawało się, Ŝe nie odzyskała jeszcze swej 

uprzedniej potęgi i wewnętrznego spokoju.

— Rrr-rousseau — odezwał się szeptem głos, tak samo

niewyraźny jak przedtem. — T-tt-e-rr-a-zz jjuŜ ćć-cię
zz-nnn-a-mmy.

Chyba była juŜ bezpieczna, choć z pewnością nie otrząsnęła się jeszcze po tych strasznych 

przejściach. Smugi światła usiłowały zebrać się w kształt twarzy — dziewięciu twarzy 
zachodzących na siebie i przenikających się wzajemnie, wypełniających swym ogromem cały 
pokój.

Ale teraz nie były to podobizny Susarmy Lear.
Tylko moje.
Usłyszałem, jak Susarma Lear bierze szybki oddech. Spojrzałem na Finna, który w 

milczeniu błagał o pomoc

291

jakiegoś nie istniejącego anioła miłosierdzia. Uśmiechnąłem się. WraŜenie było imponujące, 
poczułem się z tego powodu dziwnie dumny. Potem zastanowiłem się nad ich słowami. Teraz 
juŜ mnie znali. Wtargnęli do mego wnętrza i w jakiejś dziwnej postaci nadal we mnie 
pozostawali. Przebiegły mnie ciarki. Oczekiwałem niemal, Ŝe zaraz przemówią w mej głowie 
obce głosy, Ŝe me nie wyartykułowane myśli przekształcą się w upiorny dialog albo, jeszcze 
gorzej, w wieŜę Babel krzyŜujących się rozmów. Ale nic takiego nie nastąpiło. Nie tak 
przejawiało się to „bycie-we-mnie". WciąŜ pozostawałem sobą i, na ile mogłem stwierdzić, tą 
samą osobą co zawsze. O cokolwiek wzbogaciła się moja jaźń w trakcie tych przeŜyć, nie 
manifestowało się jeszcze w postaci hałasujących we mnie obcych duchów. Choć nie 
wątpiłem, Ŝe kiedyś w końcu wyjdzie to na jaw.

Jak Szaweł z Tarsu w drodze do Damaszku, dostąpiłem objawienia, zostałem nawrócony. 

Duch był we mnie i słowo było we mnie. A słowem było...

Zakręciło mi się w głowie i Susarma drugi raz musiała mnie podtrzymać. Patrzyła na mnie 

ze szczerą troską, jakby darzyła mnie sympatią. to nie chciało mi się wierzyć. ZaŜyłem juŜ 
swą dawkę sześciu niemoŜliwych nieprawdopodobieństw przed jedzeniem i byłem teraz 
najbardziej twardogłowym sceptykiem ze wszystkich.

• 

Co z pozostałymi najeźdźcami? — zwracałem się do Dziewiątki, ale Susarma juŜ 

szykowała się do odpowiedzi, kiedy jej przeszkodził głos:

• 

Sytuacja opanowana — zapewnił mnie.

Nie draŜniło mnie juŜ ich jąkanie.  Wiedziałem, jak

292

trudnym zadaniem moŜe okazać się przekazywanie wiadomości.

— Jakie wieści o bitwie w Mieście Pierścieniorbity?
To, zapewniła mnie (nie próbuję juŜ odtwarzać struktury

jej słów, by typograficzne dziwactwa nie zdenerwowały czytelnika), jeszcze trochę potrwa. 
Na to, niestety, nie miała wpływu.

Przeciągnąłem się. Wszystkie kończyny były w świetnym stanie — takie odniosłem 

wraŜenie i nie było powodów wątpić, Ŝe jest tak istotnie. Choć z pewnym zdziwieniem, nad 
którym nie potrafiłem zapanować, odnotowywałem ich sprawność.

• 

JuŜ w porządku? — spytała Susarma. — MoŜemy stąd iść?

• 

Musimy poczekać na scionów — wyjaśniłem. — Przepraszam, mam jeszcze coś do 

załatwienia — dodałem po chwili z roztargnieniem.

Wyglądała na zdziwioną, ale odsunęła się, jakby chciała mnie przepuścić do wyjścia. 

Odwróciłem się w przeciwną stronę, gładko i zadziwiająco sprawnie przy tak lekkiej 
grawitacji. Kopnąłem Finna w krocze. Kiedy odbił się od ściany za plecami, zdzieliłem go 
przez gębę otwartą ręką. Czułem, Ŝe łamię mu nos, ale ani się skrzywiłem. Nie miałem 
ochoty się rozczulać. Kiedy padł, dołoŜyłem mu jeszcze dwa kopniaki, wkładając w to 
wszystkie swe siły.

background image

Potem klęknąłem przy nim.

— To był tylko przedsmak — syknąłem, zniŜając głos

do właściwego melodramatycznego szeptu. — Chcę, Ŝebyś
wiedział, Ŝe jeśli kiedykolwiek spróbujesz mnie wykiwać,
tak cię urządzę, Ŝe mnie, kurwa, popamiętasz do końca
Ŝ

ycia. A to moŜe być bardzo długo.

293

Wstałem, napotkałem wzrok Susarmy Lear, która patrzyła na mnie niemal przeraŜona — 

nie tym, co zrobiłem, ale Ŝe to właśnie ja zrobiłem. To dziwne, poniewaŜ wcześniej dałbym 
głowę, Ŝe sprawię jej przyjemność choć raz w Ŝyciu, postępując tak, jak na bohatera Gwardii 
przystało. Czasami trudno jest się domyślić, jak komuś dogodzić.

• 

Jezu Chryste, Rousseau! — powiedziała tylko. Nic szczególnego nie czułem. Nie 

czułem absolutnie nic.

• 

Jeszcze nie doszedłem do siebie — wyjaśniłem. Ale to nieprawda, czułem się jak 

najbardziej sobą. Po

prostu  uznałem,  Ŝe  wolno  mi  choć  raz  zachować  się inaczej.

Zresztą, byłem przecieŜ bohaterem, nie w metaforycznym sensie, jak ona, lecz 

prawdziwym herosem. Zostałem zawezwany przed oblicze bogów, albo czegoś, co mogłoby 
za boga uchodzić w naszym gruntownie zeświecczonym wszechświecie. Przeznaczenie juŜ 
dawno odcisnęło mi swój znak na czole i kiwało teraz na mnie kościstym paluchem. Nie 
miałem co do tego najmniejszych wątpliwości, juŜ nie.

— CóŜ, myślę, Ŝe teraz wszystko zaleŜy od nas —

stwierdziłem. — Starczy juŜ chyba tych przykrych nie
spodzianek.

Patrząc na leŜącego Finna, który krwawił i stękał, zauwaŜyłem zimno, Ŝe chyba trochę za 

mocno oberwał, ale oczywiście nie gorzej, niŜ sobie zasłuŜył. To samo dotyczyło oficera 
Scarydow, który wyniósł daleko poza swe normalne horyzonty pojęciowe niebezpieczne i 
niedorzeczne przekonanie, Ŝe moŜna dostać, co się chce, groŜąc ludziom bronią. Nadchodzi 
kiedyś taki czas, Ŝe nie

294

wystarczy tylko być Ŝołnierzem. śarliwie pragnąłem, aby pojęli to jego przełoŜeni, aby nie 
trzeba było im tego tak dobitnie uświadamiać.

Jak się okazało, pojęli to w końcu. Odkryli jedyny moŜliwy rodzaj obrony przed 

górującym nad nimi technicznie przeciwnikiem.

Skapitulowali.
Następnie zasiedli wraz z Tetrami i Isthomi, by spróbować przezwycięŜyć wszelkie 

istniejące przeszkody utrudniające porozumienie, by zobaczyć, co mogłoby stać się 
przedmiotem ich wspólnej rozsądnej dyskusji.

Co uchodzi za szczęśliwe zakończenie w sytuacjach, jak ta, w której znaleźliśmy się 

wszyscy.

32

P

óźniej, oczywiście, zaczęły wkradać się wątpliwości. Te cudowne chwile całkowitej 
pewności nigdy nie trwają długo. Jak zauwaŜyłem wcześniej, prawdziwa pewność jest 
nieosiągalna, trzeba zadowolić się tym, co jest.

To zaś, co jest, to, niestety, świadomość własnej ułomności. Tak naprawdę, człowiek 

nigdy właściwie nie wie, czego chce, pomijając kwestię, dokąd wyruszyć.

background image

Po raz pierwszy, odkąd zakończyłem spisywanie pierwszego tomu wspomnień, sprawy 

przez jakiś czas toczyły się gładko. Naczelne Dowództwo Scarydów opamiętało się. Isthomi 
wyrwali Tulyara-994 i Myrlina z objęć śmierci, we wszechświecie, jakiego miałem zaszczyt 
doświadczać, przywrócono równowagę.

295

Nie trzeba było wiele, by przekonać mego dowódcę, Ŝe w naszym najlepiej pojętym 

interesie leŜy pozostanie tam, gdzie byliśmy. Wiele moŜna było się nauczyć od Isthomi, co 
potem mogło okazać się niezmiernie cenne dla Matki Ziemi i ludzkości. Susarma szybko 
spostrzegła, Ŝe całkowite zdanie współpracy z Isthomi w ręce Tetrów zakrawałoby na 
intelektualną zdradę. Dała się przekonać, Ŝe konieczność maksymalnego wykorzystania 
okoliczności znalezienia się tu, gdzie przez przypadek rzucił nas los, z nawiązką 
wynagradzała takie drobne „ale", jak jej irytacja na wieść, Ŝe pamięć ją zawiodła i Myrlin 
Ŝ

yje, i ma się dobrze.

Liczyłem na to, Ŝe z czasem moŜe nawet go polubić, kiedy pogodzi się juŜ z tym, Ŝe nie 

powinna po raz drugi próbować go zabić.

Ja teŜ musiałem ponieść pewne ofiary. Nawet Johna Finna trzeba było zaprząc do pracy. 

Wiedziałem dobrze, Ŝe gdy tylko wchłonie cząstkę tej nowej wiedzy, leŜącej tu przed nami 
otworem, w swym zadufaniu znowu stanie się nieznośny.

Nieuchronnie zacząłem Ŝałować, Ŝe złamałem mu nos. Wspomnienie tego wciąŜ dawało 

mi pewną satysfakcję, jak równieŜ poczucie wniesienia własnego wkładu w zachowanie 
równowagi moralnej we wszechświecie. Wiedziałem jednak, Ŝe muszę się mieć na baczności, 
aby przypadkiem nie utkwił mi między łopatkami jakiś zabłąkany sztylet.

Mimo tych drobnych przykrości, wkrótce zacząłem dobrze się bawić. Na powrót w swym 

Ŝ

ywiole, mogłem do woli szperać w dziwnych miejscach w poszukiwaniu nie-

296

znanego. Obecność innych juŜ mi nie przeszkadzała — w gruncie rzeczy byłem samotny ze 
swą nienasyconą ciekawością, jedyną panią mego serca.

Nie znaczy to, oczywiście, Ŝe zupełnie nie obchodziły mnie polityczne wydarzenia 

najwyŜszej rangi, jakie wokół się zarysowywały. Z naleŜytym entuzjazmem przyjąłem fakt, 
Ŝ

e po raz pierwszy Asgard i wszechświat zgodzili się ze sobą rozmawiać. Napełniła mnie 

optymizmem wieść, Ŝe Scarydowie i społeczność galaktyczna uznali, Ŝe muszę jeszcze wiele 
się nauczyć i Ŝe obie strony mogą duŜo zyskać z wzajemnej wymiany. Tetrowie (w imieniu 
całej galaktycznej społeczności) przyrzekli wprowadzić Scary-dów w rozkosze cywilizacji, 
Scarydowie obiecali udostępnić Tetrom wszystkie poziomy Asgarda, nad którymi 
sprawowali pieczę. Dziewiątka, mimo Ŝe czekała ją syzyfowa praca odbudowania swej 
dawnej świetności, zgodziła się nie odcinać od obu stron i postanowiła utrzymać trójstronne 
porozumienie w mocy.

Wszystko to, moim zdaniem, bardzo piękne.

W ten oto sposób zostały rozwiązane wszystkie ogólne problemy, w których kontekście 

rozpoczął się ten rozdział historii mego Ŝycia. Niestety, bardziej osobiste problemy, jakie w 
trakcie wyrosły, pozostały nietknięte. Podobnie nie udzielono teŜ odpowiedzi na odwieczne 
pytania będące Wielką Niewiadomą, jeszcze zanim ja wkroczyłem do akcji.

Wyszedłszy cało z przygód, jakich doświadczyłem w wyobraźni, nawiązując łączność z 

obcymi umysłami, miałem wszelkie powody do zadowolenia, i w pewnym sensie byłem z 
siebie zadowolony.  Przez jakiś czas wypełniał

297

mnie Ŝarliwy zapał i uczucie ogromnej dumy. Przekonany byłem, Ŝe dokonałem czegoś 
wielkiego przez to, iŜ spotkanie to przeŜyłem, a takŜe z powodu znaczenia, jakie jemu 
nadawałem.

To sam Asgard zawezwał mnie, bym go ocalił.

Jednak kiedy spadł mi poziom adrenaliny, nie mogłem opędzić się od podejrzeń co do 

znaczenia i własnej roli, jaką miałem w tej sytuacji odegrać.

background image

Wtedy naprawdę zaczęły zŜerać mnie wątpliwości.

Jedno było pewne: coraz słabiej wierzyłem, Ŝe spotkanie to w ogóle coś oznaczało. Skąd 

mogłem wiedzieć, czy w istocie i autentycznie doświadczyłem czegoś znaczącego? Jaką 
miałem pewność, Ŝe ten sen nie był tylko snem, a poczucie waŜności, banalnym urojeniem?

A jeśli nawet naprawdę coś się wydarzyło, skąd mogłem wiedzieć na pewno, co to było? 

Nawet jeśli nie myliłem się, wierząc, Ŝe odebrałem wysłaną wiadomość, na jakiej podstawie 
mogłem twierdzić, Ŝe odczytałem ją właściwie?

Z kolei, jeśli to wszystko stało się naprawdę i coś w głębi makroświata — coś wielkiego, 

wspaniałego i niepojętego — zawołało do mnie o pomoc, cóŜ, do licha, mógł zdziałać zwykły 
ś

miertelnik chcący nieść pomoc istotom tak od niego róŜnym i przewyŜszającym go daleko 

swymi umiejętnościami?

Co w ogóle moŜna było uczynić?
Rozpocząłem ten rozdział mego Ŝycia ze strasznym uczuciem niepewności, nie wiedząc, 

co dalej począć, ale uczucie to zrodziła we mnie nuda i płytkość przyziemnych perspektyw. 
Teraz miałem uporać się z kolejną niewiadomą:  co wobec tego wszystkiego mogę lub 
powinienem

298

uczynić — niewiadomą nieskończenie straszliwszą w swym wymiarze.

Było co najmniej moŜliwe, Ŝe wyznaczony zostałem do wielkich rzeczy. Ale nie miałem 

najmniejszego pojęcia, jak się do nich zabrać.

Ja i tylko ja stałem niewzruszenie ramię w ramię z Dziewiątką, kiedy w głębi Asgarda 

wezbrało to udręczone wołanie o pomoc, by przetoczyć się po nas niczym gorący wicher. 
Myrlin i Tulyar-994 tuŜ po nawiązaniu kontaktu doznali głębokiego wstrząsu, który przeniósł 
ich do krainy cieni. Wkrótce mogłem się upewnić, kiedy doszli do zdrowia, Ŝe nic nie 
pamiętali z czasu, kiedy byli „na łączach". Jeśli ich jestestwo zostało skaŜone naleciałościami 
obcej duszy, nic im o tym nie było wiadomo, nie objawiały się w nich Ŝadne symptomy tego 
rodzaju infekcji.

To, Ŝe mi się powiodło, nie przynosiło szczególnej chluby. Przychylałem się do 

wyjaśnienia, Ŝe kiedy ja wkroczyłem do akcji, „stworzenia" objawiające się w postaci 
gorejących oczu nauczyły się juŜ delikatności i złagodziły kurs, sprawiając, Ŝe zetknięcie z 
nimi nie przerastało juŜ moŜliwości wątłego i kruchego humanoidalnego umysłu.

Zwróciłem się, oczywiście, do Dziewiątki w nadziei, Ŝe doznam oświecenia, ale ona 

równieŜ niewiele potrafiła wyjaśnić. Zetknięcie to odbiło się na niej nie mniej boleśnie niŜ 
na Myrlinie i Tulyarze, a w pewnym sensie jej obraŜenia były nawet powaŜniejsze. Nie 
mogła ani zaprzeczyć, ani potwierdzić mej interpretacji kontaktu jako wołania o pomoc. 
Nawet kiedy ponownie podłączyłem się

299

do systemów Isthomi, aby pełniej udostępnić im me wspomnienia i interpretacje owego 
doświadczenia, nie potrafili osądzić, co takiego przed nimi wyłoŜyłem. Ich wiedza, jak moja, 
była niepewna, ich sceptycyzm nie mniej drąŜący.

Być moŜe gdyby Isthomi byli w lepszej formie, potrafiliby uruchomić swe potęŜniejsze 

władze umysłowe, ale przy tych obraŜeniach zmuszeni byli niemal całą uwagę i wysiłki 
poświęcić sprawie przywrócenia swej dawnej świetności.

Oczywiście, teraz pozostawałem w szczególnych stosunkach z Dziewiątką, tak róŜnych od 

tych, jakie łączyły ją z Myrlinem. Dzieliliśmy sekrety, a okoliczności zadzierzgnęły między 
nami więź, więź bynajmniej nie metaforyczną. W pewnym sensie Isthomi byli we mnie — 
podobnie jak gorejące oczy i świadomość za nimi się kryjąca.

Nie miało znaczenia, Ŝe trudno mi było pojąć Isthomi — jakimi są istotami, jak 

postrzegają świat. Naturalnym biegiem rzeczy wybrali moją twarz do swych nowych 
wizualnych projekcji. Zaakceptowali to, Ŝe w jakiś subtelny, acz zasadniczy, sposób 
wymieniliśmy się cząstkami naszych jaźni. Teraz ja Ŝyłem w nich, a oni we mnie. Ich 
akceptacja była kamieniem węgielnym naszego zaufania i, być moŜe, wspólnego dąŜenia.

background image

Ale oni, podobnie jak ja, równieŜ nie mieli pojęcia, co moŜna i naleŜy uczynić w 

odpowiedzi na wezwanie, które z wszelkim prawdopodobieństwem odebrałem.

W naszej niepewności wahaliśmy się, czekając, jak sądzę, na jakieś nowe wydarzenia. Nie 

chodziło o to, Ŝe Ŝywiliśmy nadzieję na trzecie spotkanie. Isthomi czuli, Ŝe kolejne tego

300

rodzaju krańcowe doświadczenie jest juŜ zbyteczne. Bardziej spodziewaliśmy się, Ŝe dopełni 
się we mnie jakaś wewnętrzna przemiana.

Baliśmy się, ale jednocześnie liczyliśmy na to, Ŝe owe przeŜycia mogły pociągnąć za sobą 

jakieś konsekwencje, które jeszcze we mnie się nie uwidoczniły.

Odczuwałem przecieŜ wyraźnie, Ŝe jestem inny niŜ przedtem, choć niełatwo opisać, w 

jakim sensie się róŜniłem od swego dawnego „ja".

Na jawie byłem sobą, a kiedy uleciało ze mnie początkowe uniesienie, wydawałem się tą 

samą osobą, jaką byłem zawsze: upartą, samowystarczalną, często kpiarską, czasem 
grubiańską, ale z sercem na właściwym miejscu.

We śnie jednak nieraz odkrywałem dziwne odczucia w głębszych pokładach jaźni, nie 

róŜnych od tych, które mi były znane i wchodziły w codzienną interakcję ze światem zjawisk.
Nigdy nie trafiłem z powrotem na śniącą pustynię ani nie ujrzałem wygładzonych monolitów 
czy gorejących oczu, ale odczuwałem jakieś doznania, a nawet więcej niŜ doznania. Czasem 
słyszałem słabe głosiki przemawiające zrzędliwym szeptem, które, jak mi się zdawało, 
szukały wyrazu, jak gdyby chcąc sobie przypomnieć, albo po prostu się stać.

Zacząłem się obawiać, Ŝe sny te w końcu zaczną rzutować na rzeczywistość. Czekałem, 

lecz nic się nie działo.

Powracałem często do pomieszczenia, w którym stały okryte kapturami fotele, by 

ponownie połączyć się z ranną Dziewiątką i śnić na jawie sny bardziej egzotyczne od tych, 
jakie śniłem po nocach. Ale jak zauwaŜyłem wcześniej, niełatwo jest przystąpić do 
powaŜnego dzieła komunikacji.

301

Mimo Ŝe Isthomi znali parole, angielski teŜ, nadal istniało wiele ograniczeń dla specjalnego 
języka niezbędnego w tym dziwnym, pozbawionym przestrzeni „świecie" elektronicznej 
informacji. Ale Isthomi pragnęli rozmawiać — w gruncie rzeczy pragnęli mnie zbliŜyć do 
swej społeczności. Nie mogli mnie w Ŝaden sposób włączyć jako Dziesiątego, ale chcieli 
mnie poznać od zupełnie innej strony, niŜ dotąd poznali Myrlina.

Myślę, Ŝe czekanie, i dzieło, jakiego się w trakcie podjęliśmy, okazało się cenne. Sądzę, Ŝe 

nawet niepewność na swój sposób przyniosła nam korzyści, zmuszając do nieustannego 
poddawania w wątpliwość tego, co mieliśmy uczynić.

Tym razem jednak nie mogłem, ot, tak rzucić tego wszystkiego i ruszyć w drogę powrotną 

do domu. Choć ani Isthomi, ani ja nie wiedzieliśmy, co takiego mieliśmy uczynić — ani jaka 
była moja w tym rola. Wiedzieliśmy jedno: aby posunąć się naprzód, trzeba zejść w głąb i 
odnaleźć to, co kryło się w sercu Asgarda.

Jak powiedział kiedyś pewien mędrzec: „Gdyby Boga nie było, naleŜałoby go wymyślić". 

Mógł rozwinąć swą myśl i dodać, Ŝe przychodzi kiedyś taki czas, Ŝe nie wystarczy po prostu 
wymyślić. Trzeba teŜ spojrzeć mu w oczyNawet jeśli sami stworzyliśmy sobie bogów, mi-
mo to musimy dowiedzieć się, czego od nas wymagają.

Tak więc, po skończeniu drugiego tomu mych przygód — które spisywałem, przyznaję 

szczerze, nie tylko z myślą o uporządkowaniu wspomnień, ale równieŜ o zabawieniu 
czytelnika — zamierzam wyruszyć ponownie w podróŜ do Centrum, by przekonać się, czy 
istotnie w halach Valhalli

302

czeka na mnie miejsce, a takŜe zadanie, którym zasłuŜę sobie na ten zaszczyt.

Jak zawsze będę „niechętnym" bohaterem — i wam pozostawiam osąd, czy bohater taki 

naleŜy do najlepszych, czy najgorszych.

background image

KONIEC