tytuł oryginału
INVADERS FROM THE CENTRE
Copyright © 1990 by Brian Stableford
Copyright © for the Polish Translation by Sławomir Studniarz,
Bydgoszcz 1990
projekt okładki
Janusz Tymecki
redaktor
Aleksandra Bartkowiak
redaktor techniczny
Dariusz Idkowiak
ISBN 83-85175-20-2
EXPRESS BOOKS, Bydgoszcz 1991
1
C
zasem odnoszę niepokojące wraŜenie, Ŝe cały wszechświat uparł się, by wtłoczyć moje Ŝycie
w ramy pokazowej opowiastki. Opierałem się temu z całych sił, ale przekonuję się, Ŝe
wszelki opór jest daremny. Obawiam się, iŜ los się na mnie uwziął, a przeznaczenie
naznaczyło jakimś szczególnym posłannictwem.
Zdradzę wam teraz, jeśli pozwolicie, co doprowadziło mnie do tego niewesołego
przeświadczenia.
Jest ponoć takie stare chińskie przekleństwo, w myśl którego najgorszy los, jaki moŜe
spotkać człowieka, to Ŝyć w ciekawych czasach. Słyszałem o tym porzekadle od dawna,
jednak nigdy nie zastanawiałem się nad jego logicznymi następstwami, z których pierwszym
jest niewątpliwie to, Ŝe człowiek jest podobnie przeklęty, kiedy niczym ćmę do ognia ciągnie
go do ciekawych miejsc. W ten sposób, jako młodzieniec jeszcze, omamiony przez Mickeya
Finna, mego przyjaciela, przemierzyłem pół poznanego kosmosu, by dotrzeć do sztucznego
makroświata, do krainy „bogów techniki", któremu my, Ziemianie, nadaliśmy miano
„Asgard".
Rozmaici przedstawiciele galaktycznej społeczności, wywodzący się z bez mała trzech
setek człekopodobnych ras, od lat przekopywali górne poziomy Asgarda w poszukiwaniu
pozostałości dawnej cywilizacji. Centrala Koordynacji Badań skupiała wysiłki wielu spośród
tych zacnych ludzi — pod przewodnictwem i nadzorem Tetrów, pod wieloma względami
przodujących w galaktycznej społeczności. Nie przyłączyłem się do nich, woląc pozostać
panem samego
siebie i wędrować, dokąd dusza zapragnie po tej zamarzniętej i opustoszałej krainie.
To nie ja dokonałem przełomowego odkrycia, otwierającego dostęp do cieplejszych i
znacznie atrakcyjniejszych poziomów, kryjących się poniŜej wierzchnich warstw skutych
lodem w wyniku jakiegoś niefortunnego kosmicznego wypadku. Odkrycia dokonał mój
towarzysz, Saul Lynd-rach, Ziemianin, zamordowany wkrótce potem przez siepaczy
pragnących wydrzeć od niego ów sekret. Wówczas to boleśnie uzmysłowiłem sobie drugie
logiczne następstwo tej dawnej chińskiej klątwy, a mianowicie, Ŝe człowiek moŜe wplątać się
w nielichą kabałę, kiedy przez przypadek stanie się ciekawą osobą. W sposób całkowicie
przez siebie nie zawiniony, istotnie, stałem się nagle interesującą osobą.
Zainteresowali się mną mordercy Saula, bo tak się złoŜyło, Ŝe jako jedyny w tamtym
zakątku wszechświata potrafiłem czytać po francusku, a w tym języku właśnie sporządził swe
notatki Saul. Zainteresowało się teŜ mną kilku przedstawicieli ziemskiej Gwardii Gwiezdnej,
która niedawno przybyła na Asgard po zakończeniu ludobójczej wojny z Salamandrią.
Dowodząca nimi Susarma Lear, w randze kapitana Gwardii, przeświadczona była, Ŝe
ogromny osobnik, któremu Saul wspaniałomyślnie udzielił schronienia, w rzeczywistości był
salamandryjskim androidem, skonstruowanym jako tajemna broń odwetowa przeciwko
ludzkiej rasie. Z czasem nabrała równieŜ przekonania, Ŝe jedyną osobą mogącą pomóc jej w
schwytaniu i unicestwieniu tego osobnika byłem ja.
Skracając przydługą opowieść (jeśli ktoś zechce, moŜe przeczytać o tym w pierwszym
tomie moich wspomnień),
6
stwierdzić wypada, Ŝe zawzięcie ścigany przeze mnie oraz oddział Gwiezdnej Gwardii
android, przepadł we wnętrzu Asgarda. Naszym z kolei tropem podąŜała zgraja róŜnej maści
vormyrów i Spirellyjczyków nastawionych na rzeź.
I rzeź nastąpiła.
Kiedy wszystko w końcu rozstrzygnęło się, pani kapitan oraz jej wesoła czereda wyruszyli
z powrotem na Ziemię, przepełnieni dumą z powodzenia swej paskudnej misji. Ja pozostałem
na miejscu, by sprzedać sekret prowadzący do wnętrza Asgarda kupcowi oferującemu
najwyŜszą cenę.
Nie mogłem oswoić się z bogactwem. Przez całe Ŝycie balansowałem na krawędzi
ubóstwa, nie zaprzątając sobie głowy dalekosięŜnymi planami, bo wystarczająco trudno
przychodziło mi kombinowanie, jak i skąd zapewnić sobie pełny talerz na nadchodzący
tydzień.
Pomyślne zrządzenie losu odmieniło tę sytuację i nagle zagroził mi przedwcześnie kryzys
wieku średniego, zajrzała w oczy straszna perspektywa „układania planów".
Czar Asgarda prysł nagle jak bańka mydlana. Choć do rozwiązania jego tajemnic było
jeszcze daleko, sam proces juŜ się rozpoczął, a wobec setek poziomów udostępnionych teraz
badaniu, zasługi, jakie mógłby wnieść pojedynczy człowiek, wydawały się znikome. Mimo
Ŝ
e nigdy nie otarłem się o zagadkowe Centrum tego makroświata, czułem, Ŝe moja godzina
chwały juŜ przeszła i przeminęła. Zacząłem więc intensywnie myśleć nad tym, co w całej
galaktyce mogłoby wzbudzić zainteresowanie nowobogackiego odludka, jakim wówczas
byłem.
Nieuchronnie naprowadziło mnie to na dom: układ słoneczny, pas planetoidów,
mikroświaty, Matkę Ziemię.
7
Nigdy właściwie nie odwiedziłem Ziemi. Jedynym jej odpowiednikiem pod względem
wielkości, na którym postawiłem stopę, był Asgard oddalony o ponad tysiąc świetlnych lat
od moich rodzinnych stron, od pasa pla-netoidów.
Zaczęło mi się wydawać podejrzane, Ŝe pognało mnie tak daleko od domu, a nigdy nie
zadałem sobie trudu odwiedzenia kolebki swego gatunku, odległej ledwie o nędzne kilkaset
milionów kilometrów od mego punktu wyjścia.
Postanowiłem więc odbyć pielgrzymkę na Ziemię. „Mistral", statek, na którym przybyłem
na Asgard w towarzystwie Mickeya Finna, Helmuta Belinskiego i Jeana Averaud, wciąŜ
tkwił podczepiony do rękawa, bezgłośnie podąŜając za tetrańskim satelitą na samym szczycie
Pierścieniorbity. Opuszczony i zaplombowany, nie wykazywał Ŝadnych śladów zuŜycia,
rozkładu, ani kurzu. Właściwie naleŜał do Finna, choć złoŜyliśmy się wszyscy, by wyposaŜyć
go naleŜycie do dalekiej podróŜy na Asgard. Finn, Belinski i Averaud zginęli w wypadku
podczas jednej z wypraw w głąb Asgarda, kiedy akurat wypadała moja wachta na pokładzie.
Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami statek odziedziczyłem ja. Tyle tylko przypadło mi w
udziale, oprócz rachunku za zaległe podatki Mickeya Finna.
Nastały wtedy dla mnie cięŜkie czasy — co innego być jednym z czteroosobowej grupy w
ś
wiecie w większości zamieszkałym przez obce istoty, a co innego zostać zupełnie samemu.
Przywykłem do tego, a nawet w końcu polubiłem. Przystosowując się, wyparłem „Mistrala"
do jakiegoś mrocznego zakamarka świadomości, skąd nie
8
mógł mi się juŜ naprzykrzać. Ale wciąŜ tam tkwił, wyczekując.
Wydałem część swojego skromnego majątku na przegląd i ponowne przysposobienie
statku do podróŜy. Reaktor termojądrowy dokładnie przejrzano, sprawdzono kompresor
przestrzeni. Nie znam się zupełnie na zagmatwanej fizyce sił ramowych, dzięki której
moŜemy bawić się origami* z przestrzenią, jeśli najdzie nas ochota, by przegryźć się na
drugą stronę wszechświata. Ale chciałem mieć absolutną pewność, Ŝe po wciśnięciu
odpowiednich przycisków statek wprowadzi mnie w końcu w przestrzeń układu słonecznego.
Zakupiłem nowe oprogramowanie nawigacyjne, a takŜe, na wszelki wypadek, najlepsze do-
stępne programy wykrywania usterek. Następnie, rozkoszując się świadomością, Ŝe mogę
zaszaleć bez groźby popadnięcia w ubóstwo, zainstalowałem na pokładzie najnowszy krzyk
tetrańskiej organiki — zintegrowany układ termosyntezy wytwarzający Ŝywność, utylizujący
odpady, regulujący skład powietrza, zapewniający bio-oświetlenie, a takŜe do pewnego
stopnia zasilanie — wszystko przy wykorzystaniu wyłącznie techniki organicznej. Lecąc na
Asgard, musieliśmy zadowalać się zupą z bakterii i przetworami z grzybów. Jedzenie było
wstrętne, odór nie do wytrzymania.
Kiedy wszystkie prace dobiegły końca i statek został dostosowany do wymogów pierwszej
klasy, wyjechałem na Pierścieniorbitę i poŜegnałem się za starym poczciwym
* origami — japońska sztuka układania rozmaitych form z papieru.
9
Asgardem. Nie wiedziałem, czy kiedykolwiek tam powrócę.
Niczego w zasadzie nie byłem pewny...
Statki kosmiczne mkną bardzo szybko. Przy ich prędkości światło przypomina lepką,
cieknącą po stole melasę. Ale odległości w galaktyce nie są małe, w rzeczywistości są
niewiarygodnie olbrzymie. Tak więc podróŜ na Ziemię to nie byle przeprawa promem.
Ciągnie się miesiącami i staje się nuŜąca.
Miałem co prawda krąŜki z muzyką i tekstami. Miałem wstęgę do biegania, na której
mogłem poczuć cięŜar swego ciała, i wiele innych przyrządów do utrzymania róŜnych części
ciała w bojowej formie. Dawało mi to zajęcie na jakiś czas, ale w końcu zmuszony byłem
rozejrzeć się za jakąś nową rozrywką, za przyjemnością, której uroków nigdy jeszcze nie
zakosztowałem.
Wtedy powziąłem zamiar spisania pamiętników, o których wspominałem wcześniej, i
natychmiast zacząłem je utrwalać.
Nie było to w pełni radosne przyŜycie, bo nie jestem człowiekiem pióra i pisanie
przewaŜnie idzie mi opornie.
Jestem jednak przekonany, Ŝe odtworzone przeze mnie dialogi brzmią przyjemniej dla
ucha niŜ rzeczywiste wypowiedzi - swoboda twórcza moŜe być niezłą zabawą!
Nie miałem zamiaru publikować swoich wspomnień
- przynajmniej na razie - poniewaŜ zawierały pewną bardzo draŜliwą wzmiankę na temat
prawdziwego losu androida, którego, w swoim własnym mniemaniu, Susarma Lear
unicestwiła. Mimo to podanie zaistniałych faktów sprawiło mi pewną satysfakcję.
Zakończyłem swe dzieło
10
na kilka dni przed włączeniem dekompresora, umoŜliwiającego wejście statku w przestrzeń
układu słonecznego.
Gdy wynurzyłem się z „nory" kompresyjnej, przekonałem się, Ŝe statek zniosło daleko od
zakładanego celu podróŜy. NaleŜało się zresztą tego spodziewać. Naprowadzenie statku
przez oprogramowanie nawigacyjne na tak znikomy cel jak układ słoneczny zakrawa niemal
na cud — nie naleŜy oczekiwać, Ŝe zawiedzie cię ono prosto na przedproŜe wybranej
planety.
Od Ziemi dzieliło mnie więcej niŜ Ŝabi skok, do pasa planetoidów było jeszcze dalej.
Jedynym godnym uwagi obiektem znajdującym się w dogodnej odległości okazał się
właściwie Uran.
Nigdy nie byłem na Uranie. O ile dobrze mi wiadomo, niewielu ludzi na nim gościło, choć
paru śmiałków zaczęło szperać wokół jego księŜyców i pierścieni jeszcze przed moim
wyjazdem. Rutynowy przegląd dokonany przez przyrządy pokładowe przyniósł mi
informację o wykryciu w sąsiedztwie planety sztucznego tworu, mikroświata ochrzczonego
mianem „Goodfellow".
Statek mój został automatycznie zarejestrowany przez skanery satelity, a komputer
pokładowy przesłał wszystkie wymagane w takiej sytuacji dane, otrzymując w zamian
zwyczajowy ładunek bzdur na temat wielkości, cech szczególnych, zaludnienia, itd. Nie
zadałem sobie trudu wyświetlenia tych informacji na ekranie, ale zrobiłem z tego wyciąg
najistotniejszych faktów. „Goodfellowa" zamieszkiwało ośmiuset ludzi, wszyscy — prócz
dwunastu — to pracownicy cywilni. Zajmowali się podobno naukowym zbieraniem i
opracowaniem danych oraz sporządzaniem map. Miłe zajęcie, ale niezbyt pociągające.
11
Oni pierwsi nawiązali kontakt. Zakładałem, Ŝe po prostu ich urządzenia szybciej
przetrawiły wysłane przeze mnie dane, niŜ moje uporały się z informacjami otrzymanymi od
nich, albo Ŝe mieszkańcy mikroświata skrupultaniej przestrzegali zasad gościnności. Wysłali
mi zaproszenie, bardzo uprzejmie sformułowane. Przypuszczałem, Ŝe nie widują tam zbyt
wielu nowych twarzy, a w tak małym świecie wszyscy naprawdę dobrze się znają. PodróŜnik
mający wiele do powiedzenia na temat zagadek wszechświata z pewnością będzie rozrywaną
w towarzystwie osobą.
Uznałem, Ŝe wytrzymam jakiś czas w roli lwa salonowego. Poza tym mikroświaty zwykle
obracają się wokół swej osi, wytwarzając całkiem przyzwoite pole grawitacyjne i choć nie
będzie tam zbyt przestronnie, ściany nie będą tak na mnie napierać jak w mym małym,
skaczącym po gwiazdach kokonie. Zdecydowałem się na jedno- lub dwudniową wizytę.
Z pewnością nie zaszkodzi, zapewniałem sam siebie.
Niebawem miało się okazać, jak pochopnie moŜna wysnuć całkowicie mylne wnioski,
kiedy zdarzy się Ŝyć w ciekawych czasach. Zwłaszcza komuś, na kogo uwziął się los.
2
D
otarcie do mikroświata zabrało mi niemal dwa dni, przy czym kompresor przestrzeni
pracował na rzeczywiście niskich obrotach. Trzeba bardzo uwaŜać, kiedy jest się w pobliŜu
większych skupisk materii, a na
12
tak krótkich dystansach nie moŜna wchodzić w kompre-syjne nory.
W drodze mój komputer oraz komputer „Goodfellowa" podtrzymywały towarzyską
pogawędkę, ale nadal pracujący kompresor uniemoŜliwiał jakikolwiek kontakt głosowy.
Kiedy moŜna było wreszcie nawiązać dialog, uznałem, Ŝe nie warto zadawać sobie trudu, bo
wkrótce i tak miałem spotkać się z gospodarzami mikroświata twarzą w twarz. Pozostawiłem
urządzeniom uzgadnianie Ŝmudnych szczegółów lądowania, zaś sam doprowadziłem się do
porządku i rozpakowałem ubiór wyjściowy. Na górę załoŜyłem cieniutką warstwę ochronną,
Ŝ
eby nie wysmarować się przy przechodzeniu do przegrody cumowniczej. Postęp cywili-
zacyjny podobno pozostawił brud daleko za sobą, w ziemskiej „studni" grawitacyjnej, ale
dobrze wiemy, jak jest naprawdę.
Gramoliłem się przez rękaw, myśląc o tym, jak dobrze będzie znowu poczuć na sobie
szarpnięcie porządnego ruchu wirowego. Wychodząc z drugiego końca, wybiegałem myślą w
przód, czyli do chwili, kiedy ogarnie mnie odczucie sztucznej grawitacji. Lądowisko mieściło
się, oczywiście, na osi obrotowej stacji i stało w miejscu, ale wiedziałem, Ŝe oŜywcze
przyciąganie jest juŜ o krok.
Wewnątrz przegrody, wypełnionej zadziwiającą ilością przyrządów, nie było nikogo.
Mieściła za to kilkanaście wielkich, sięgających półtora metra, stalowych pojemników o
ś
rednicy około jednego metra. PrzeróŜne tarcze pomiarowe walczyły o miejsce z napisami
ostrzegawczymi pośród plątaniny przewodów zasilających. Nie zwróciłem na nie większej
uwagi, kierując się wprost do włazu,
13
z którego schodziło się po serpentynie do mieszkalnych kwater stacji.
Byłem przekonany, Ŝe mieszkańcy mikroświata wysłali kogoś na spotkanie i ten ktoś czeka
teraz na mnie przy końcu serpentny.
Tak byłem zaabsorbowany swymi doznaniami związanymi ze stopniowym odzyskiwaniem
cięŜaru ciała przy schodzeniu „w dół", Ŝe nie od razu spostrzegłem po zejściu z drabiny i
przekroczeniu włazu, Ŝe komitet powitalny nie całkiem odpowiada moim wyobraŜeniom.
Uporządkowanie relacji „góra-dół" zajęło mi jedną lub dwie sekundy, po czym zacząłem
rozpinać górę kombinezonu, rozglądając się wokoło za jakąś przyjaźnie uśmiechniętą twarzą.
Ujrzałem ich kilkanaście, lecz Ŝadna nie wyglądała zbyt przyjaźnie. Ze zdumieniem
spostrzegłem, Ŝe twarze związane były z ciałami odzianymi w mundury Gwardii Gwiezdnej.
Poniewczasie zorientowałem się, iŜ jedno z nich — w randze porucznika — trzyma
wycelowany we mnie rewolwer.
Merde, pomyślałem, chyba juŜ raz to przeŜywałem.
Spoglądanie z niewłaściwej strony na standardową broń Gwardii Gwiezdnej nie naleŜy do
doświadczeń, które chciałoby się kiedykolwiek powtarzać.
Odruchowo, mimo Ŝe nie miałem na myśli próby ucieczki, odwróciłem się w stronę włazu,
z którego przed chwilą wyszedłem. Jeden z gwardzistów zdąŜył juŜ zajść mnie od tyłu i
zagrodzić drogę. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, gwardzista wyprowadził cios w okolice
mojej głowy. Poruszałem się za wolno i nie przywykłem jeszcze
14
na tyle do nowej grawitacji, Ŝeby zrobić unik. Dostałem w szczękę, a uderzenie zwaliło mnie
z nóg i padłem niczym bezwładny tłumok u stóp porucznika. Łatwiej jest przyjąć taki cios w
strefie lekkiego ciąŜenia niŜ na dnie prawdziwej studni grawitacyjnej, lecz w Ŝadnym
przypadku nie jest to przyjemne. Zabolało mnie, a ból fizyczny łączył się z upokorzeniem.
Chciałem odpłacić pięknym za nadobne, ale lufę rewolweru porucznika dzieliło teraz od
mego nosa ledwie kilka centymetrów.
— Blackledge — wycedził oficer. — Nie powinniście
byli tego czynić. Nikt nie kazał wam uŜywać siły.
— Tak jest, panie poruczniku — odparł gwardzista Blackledge, dodając teatralnym szeptem
— ty draniu! Oczywiście, nie odnosiło się to do porucznika.
— Michaelu Rousseau — rzekł opanowanym głosem
porucznik — jesteś aresztowany pod zarzutem dezercji
z Gwardii Gwiezdnej ONZ. Zostaniesz przetrzymany
w ścisłym areszcie na stacji „Goodfellow" do czasu
przybycia krąŜownika Gwardii „Leoparda Sharka"*.
Wówczas zostanie ci przydzielony adwokat i odbędzie się
zgodnie z postanowieniami nadzwyczajnego prawa stanu
wojennego sąd. Twój statek podlega konfiskacie.
Nie zdąŜyłem jeszcze wstać i na wpół leŜąc, na wpół siedząc, pomyślałem jedynie, Ŝe
„Leopard Shark" to idiotyczna nazwa dla okrętu wojennego.
Ale nie wypowiedziałem tego na głos.
Nie chciało mi się teŜ wyjaśniać, Ŝe niełatwo będzie im zająć mój statek. Wewnętrzna
ś
luza powietrzna została tak
* Leopard (ang.) pantera, Shark (ang.) rekin.
15
zaprogramowana, by sprawdzać u kaŜdego chcącego wejść na pokład wzór siatkówki oka,
nawet jeśli ten ktoś jest w stanie przedstawić właściwe hasło.
— Wstań — polecił mi porucznik.
Odstawił rewolwer, najwyraźniej zaspokoiwszy na jakiś czas swe melodramatyczne
ciągoty.
Podniosłem się, macając obolałe miejsce na szczęce. Nie polała się krew, choć
podejrzewałem, Ŝe będę miał cholernego siniaka.
— Nie sądzę, Ŝeby zainteresowały was moje dokumenty
wypisu? — zaryzykowałem. — Widnieje na nich podpis
niejakiej Susarmy Lear, kapitana Gwardii Gwiezdnej.
Obawiam się, Ŝe nieczytelny, tym niemniej prawomocny.
Porucznik uśmiechnął się cierpko.
•
Wszystkie stacje układu zostały postawione na nogi, Ŝeby cię ująć — odparł. —
Wiedzieliśmy o twoim powrocie, trzeba było zostać tam na końcu świata, u swych
ukochanych odmieńców. Wiedz, Ŝe jeśli jest coś, co moŜe ludzi jeszcze bardziej do ciebie
zrazić, to zniewagi pod adresem kapitan Lear. Kapitan Susarma Lear to bohaterka.
•
Przypuszczam, Ŝe nie omieszkała o tym wspomnieć — rzuciłem z przekąsem.
Uznałem, Ŝe w takiej sytuacji mogłem pozwolić sobie na sarkazm. Nie sądziłem, by
Susarma Lear zdobyła się na podobną podłość i wykręciła mi tego typu numer. Zwłaszcza Ŝe
rozstaliśmy się w niezłej komitywie. Jednak mogła to być jej sprawka.
Po jaką choinkę, zastanawiałem się, rozesłała za mną listy gończe? Czy dowiedziała się, Ŝe
zataiłem przed nią informację o prawdziwych losach Myrlina?
16
Niczym winowajca ujęty na gorącym uczynku, pomyślałem o wspomnieniach
stojących na półce obok innych krąŜków w mojej pokładowej bibliotece. Zacząłem
Ŝ
ałować, Ŝe je utrwaliłem.
Na mikroświatach przewaŜnie nie ma więzień, wylądowałem więc w zwyczajnym
pomieszczeniu mieszkalnym zamykanym na specjalny zamek. Klitka miała standar-
dowe wyposaŜenie — pryczę i miniaturową łazienkę, podajnik Ŝywności i kilka
ekranów zaopatrzonych w elektroniczne blokady.
Mogłem zaŜyczyć sobie wyświetlenia starych filmów z kaset video albo
bibliotecznej telegazety, ale nie mogłem z nikim się połączyć. Znajdowałem się w
miejscu ścisłego odosobnienia.
Odebrałem to jako policzek, tym razem wymierzony mej godności osobistej.
Zamiast potulnie pogodzić się z sytuacją, spróbowałem — mimo wszystko —
nawiązać kontakt z zewnętrznym światem. Na początku zaŜądałem rozmowy z
adwokatem, ale komputer nie chciał mnie połączyć. Spróbowałem więc sprowadzić
lekarza. Pytany o objawy, twierdziłem, Ŝe mogę mieć złamaną szczękę. Łatwo jest
oszukać sztuczną inteligencję, jeśli uda się pozyskać jej zainteresowanie. W niecałe
dziesięć minut później pojawiła się lekarka.
•
Nazywam się Mariyo Kimura — przedstawiła się, wyciągając rękę, Ŝeby zbadać
moją brodę. — A ta szczęka nie jest złamana.
•
CzyŜby? — zdziwiłem się. — Nie ma pani pojęcia, jak bardzo się z tego
powodu cieszę. Boli jak cholera.
Widać było, Ŝe mi nie wierzy.
1 - Najeźdźcy z Centrum
17
•
Proszę posłuchać — zacząłem — przykro mi, Ŝe to nie nagły wypadek, ale musiałem z
kimś porozmawiać. Gniotłem się w swojej łupinie zupełnie sam przez ponad pół roku i oto co
mnie spotyka, pierwsza napotkana istota ludzka usiłuje pozbawić mnie przytomności. Potem
wrzucają mnie tu i wygląda na to, Ŝe przyjdzie mi zgnić w tej dziurze. Według mnie takie
postępowanie jest okrutne i nieludzkie. Nie wiem, co u was uchodzi za normalne, ale moŜe
pani mi powie, co mówi tutejsze prawo o moim obecnym połoŜeniu. Próbowałem
porozumieć się z adwokatem.
•
Na stacji „Goodfellow" nie ma adwokatów — odparła doktor Kimura. — Są tu
niepotrzebni.
•
Macie za to na pokładzie oddział Gwardii? Czy on jest wam potrzebny?
Otworzyła torbę i zaczęła rozlewać jakiś płyn z ampułki na kłębek waty. Popchnęła mnie
do tyłu, aŜ przysiadłem na pryczy. Wiedziałem, Ŝe będzie piec — to medyczna tradycja
sięgająca odległych stuleci. Zniosłem ból jak męŜczyzna.
— Panie Rousseau — powiedziała. — Nie wiem dokład
nie, co takiego pan przeskrobał, ani dlaczego porucznik
Kramin dostał rozkaz aresztowania pana zaraz po wylądo
waniu. Istotnie, nie pochwalam sposobu, w jaki pana tu
podstępnie zwabiono, ani teŜ postępowania gwardzisty
Blackledge'a, który pana znokautował. Proszę jednak
wziąć pod uwagę naszą sytuację. Kiedy przebywał pan
daleko stąd, toczyliśmy długą wojnę. Co najmniej czter
dzieści razy salamandryjskie statki wtargnęły w naszą
przestrzeń. Przez połoŜenie na obrzeŜach układu, chcąc nie
18
chcąc, staliśmy się obiektem przeznaczonym do podbicia albo zniszczenia. Większość
z nas spędziła tu całe dziesięć lat trwania tej strzelaniny, to nasz dom, a transport
wewnątrz układu nie jest doskonały. Jeden pocisk, tyle tylko trzeba, by rozbić
„Goodfellowa" w drobny mak. Z radością więc przystaliśmy na system obronny
Gwardii. Nie znajdzie pan wśród nas zrozumienia dla dezerterów.
•
Czy zmieniłby pani nastawienie fakt, Ŝe jestem niewinny?
•
Owszem. Ale to, niestety, trzeba jeszcze udowodnić, prawda?
•
Do tego właśnie potrzebny mi jest prawny reprezentant. Gwiezdna Gwardia
przeprowadza na mnie jakiś przewrotny eksperyment, jakąś dziwną wendettę, potrzeb-
ny mi adwokat z zewnątrz, a nie ich mianowany z urzędu obrońca. Nie jestem
dezerterem.
Nie drgnął ani jeden muskuł na jej twarzy, kiedy studiowała mnie swymi
ciemnymi oczami. Była niska
— najwyŜej metr sześćdziesiąt pięć — i nie patrzyła na
mnie z góry, mimo Ŝe ja siedziałem, a ona stała.
— Tak? — spytała. — A więc co takiego robił pan
w czasie wojny, panie Rousseau?
To było podchwytliwe pytanie. Co miałem niby zrobić
— pognać do domu i zapisać się do armii na wieść
o podjęciu powaŜnych działań wojennych?
Nie chciałem się upewniać. Odpowiedź brzmiałaby pewnie: „tak".
Wojna zawsze wydawała się odległym zjawiskiem na Asgardzie, a w tamtych
kosmopolitycznych warunkach aŜ za łatwo przyjmowało się tetrański pogląd na
sprawy.
i*
19
W oczach Tetrów Ziemianie i Salamandryjczycy wyglądali jak dwie bandy barbarzyńców,
które powinny mieć więcej zdrowego rozsądku.
— Muszę przedstawić komuś moją wersję wydarzeń
— upierałem się grzecznie, lecz stanowczo.
Wyrzuciła watę do zsypu i zapięła torbę.
— Zobaczę, co da się zrobić — obiecała. — Nie sądzę,
Ŝ
eby przyniosło to panu jakieś korzyści.
Miałem złowieszcze przeczucie, Ŝe miała rację.
I
nterwencja doktor Kimury w mojej sprawie przyniosła jednak pewne rezultaty. Musiała
pójść z tym do samej góry, bo moim następnym gościem był Ayub Khan, jedna z czołowych
osobistości tego mikroświata. Wysoki i przystojny, poruszał się z niewymuszonym
wdziękiem. Miałem przeczucie, Ŝe byłby zauwaŜony, gdziekolwiek by się znalazł, w
mikroświecie czy na całej planecie.
•
Bardzo mi przykro — powiedział, co zabrzmiało nawet szczerze — Ŝe w taki sposób
musieliśmy powitać pana z powrotem w układzie słonecznym. Spędził pan duŜo czasu jak
gdyby uwięziony w samotni, i tak się niefortunnie składa, Ŝe przyjdzie panu pobyć jeszcze
jakiś czas w podobnych warunkach nie z własnej woli. Ale mamy związane ręce. Gwardia
Gwiezdna rości sobie jurysdykcję w tej sprawie, a ich atuty są nieodparte.
•
Zostałem powołany na Asgardzie po tym, jak nie-
20
słusznie oskarŜono mnie o przestępstwo — zacząłem, choć wiedziałem juŜ, Ŝe to daremne. —
Moje usługi miały być odsprzedane w myśl niewolniczego kontraktu ludziom, którzy w to
wszystko mnie wrobili. Prawda w końcu wyszła na jaw, a według tetrańskiego prawa
kontrakt zawarty pod przymusem jest niewaŜny. Gwardia przychyliła się do zalecenia Tetrów
i otrzymałem prawomocne dokumenty zwolnienia. Nie jestem dezerterem. Nie mogą mnie
aresztować.
Khan wzruszył ramionami.
•
Tutaj nie stosuje się prawa tetrańskiego, panie Rousseau. Pański przypadek zostanie
rozpatrzony zgodnie z przepisami ONZ. Sąd wojenny zapewne uwzględni wszelkie istotne
dla sprawy okoliczności.
•
WciąŜ jeszcze rozstrzeliwują dezerterów? — spytałem.
•
Niezmiernie rzadko — zapewnił mnie. — W większości przypadków, po powrocie
muszą po prostu odsłuŜyć swoje w kompanii karnej.
•
Wspaniała perspektywa — stwierdziłem rozgoryczony.
•
Działania wojenne ustały — wyjaśniał mi Khan — ale Gwardii pozostało jeszcze wiele
do zrobienia. KaŜda międzygwiezdna wojna powoduje straszliwy bałagan. Trzeba
odbudować nasze kolonie, musimy teŜ zająć się pozostałymi przy Ŝyciu Salamandryjczykami.
Nawet słuŜąc w kompanii karnej, będzie wykonywał pan cenną i poŜyteczną pracę.
Niewiele podniosły mnie na duchu te przydatne spostrzeŜenia.
— Panie Rousseau — mówił Khan serdecznym tonem
21
— Ŝyczylibyśmy sobie, Ŝeby czuł się pan u nas gościem mimo tej dość niezręcznej sytuacji.
Nie będzie pan płacił ani za wyŜywienie, ani za korzystanie z naszego systemu
informacyjnego. Prawo wiąŜe nas tak samo jak pana i musimy działać w ramach, jakie
wyznaczają nam te okoliczności.
Bardzo przypominał mi dozorcę z mego ostatniego więzienia, Aquilę-69. Był tak samo
ceremonialnie uprzejmy.
•
Jestem panu wdzięczny — skłamałem. — Chciałbym zadać kilka pytań, jeśli to
moŜliwe. O ile dobrze rozumiem, Gwardia Gwiezdna została uprzedzona o moim zamiarze
powrotu do układu słonecznego i wszędzie rozesłano polecenie ujęcia mnie. Czy to prawda?
•
Tak sądzę.
•
Skąd dowiedziano się o mym spodziewanym przybyciu? Statku nie moŜna było
zidentyfikować przed zwolnieniem kompresora, poza tym nie uprzedzałem nikogo o mym
zbliŜaniu się. Kto kazał im na mnie czekać?
•
Nie mam pojęcia — odparł bez zająknięcia. — Domyślam się, Ŝe wiadomość musiano
nadać z punktu startu, kiedy pański statek znajdował się w drodze.
Sam teŜ doszedłem do takiego wniosku. Wiadomość zawarta w impulsie kompresyjnym z
łatwością moŜe wyprzedzić kaŜdy statek. Impulsy takie są bardzo kosztowne i korzysta się z
nich oszczędnie. Nie mogła go wysłać Susarma Lear, bo jej statek opuścił Asgard na długo
przed moim. Z pewnością dotarła do układu słonecznego przed kilkoma miesiącami. MoŜna
by jej przypisać nazwanie mnie dezerterem, ale w Ŝadnym wypadku nie mogła wiedzieć, Ŝe
wracam do domu. Jeśli wiadomość nakazującą
22
Gwardii oczekiwać mnie wysłano z Asgarda, musiała być ona dziełem Tetrów. Skąd
Tetrowie wiedzieliby, Ŝe jestem poszukiwany i jaki by mieli w tym interes?
•
Doktorze Khan — przemówiłem grzecznie. — Wdzięczny byłbym, gdyby uŜył pan
swoich wpływów i dowiedział się, skąd Gwardia Gwiezdna wiedziała o moim powrocie.
MoŜe to mieć fundamentalne znaczenie dla mojej obrony.
•
Uczynię to z przyjemnością — zapewnił mnie.
— „Goodfellow" to cywilizowany świat i nie chciałbym,
aby miał pan o nas złe mniemanie.
Nie wyobraŜałem sobie, jakiego rodzaju szczęśliwe wspomnienia mógłbym stąd wynieść,
ale nie ciągnąłem dalej tego wątku. Siadłem na pryczy i usiłowałem podnieść się na duchu,
wyliczając sobie swe atuty. Przynajmniej jestem jeszcze bogaty, pocieszałem się.
Wówczas zjawił się u mnie drugi gość.
— Witaj, Rousseau — odezwał się wchodząc przez za
bezpieczone blokadami drzwi. — Mały ten wszechświat, co?
Spojrzałem na niego z niekłamanym zdumieniem. Nie widziałem go juŜ szmat czasu, ale
nie miałem najmniejszych kłopotów z jego rozpoznaniem.
•
Jezu Chryste! — jęknąłem. — John Finn.
•
Tutaj nazywam się Jack Martin — poprawił mnie.
— Wolałbym, Ŝebyś o tym pamiętał.
John Finn był czarną owcą w rodzinie Mickeya. Znałem go trochę z czasów młodości
spędzonej wspólnie w pasie asteroidów. On i Mickey nie trzymali się ze sobą blisko. Podczas
gdy Mickey był potęŜny, nieśmiały i niezręczny, John był drobny, obrotny i co najmniej
niebezpiecznie sprytny. Przybył kiedyś na Asgard, opuściwszy układ
23
słoneczny z powodów, których nigdy do końca nie wyjaśnił. Miał jakieś pieniądze —
przynajmniej tyle, Ŝe starczyło mu na podróŜ w obie strony tetrańskim statkiem pasaŜerskim.
Ale Mickey wtedy juŜ nie Ŝył.
Wiadomość o śmierci brata zbytnio go nie zasmuciła — raczej rozzłościło go, Ŝe Mickey
zapisał statek mnie. MoŜe gdybym był pewny, Ŝe jest wolą Mickeya, aby statek naleŜał do
Johna, przekazałbym mu go. Ale nie byłem.
John spędził na Asgardzie około pół roku. Kilka razy wyprawiał się z grupą roboczą w
głąb poziomów, lecz nie zasmakował w tej pracy. Popracował trochę dla Tetrów nad
zachowanymi wytworami dawnej techniki, ale nie przyniosło mu to spodziewanych korzyści.
Wyruszył wreszcie w drogę powrotną. Bez słowa poŜegnania.
Nie tęskniłem za nim.
Pocieszałem się w duchu, Ŝe przynajmniej to jakaś znajoma twarz i moŜe okazać się nawet
pomocny.
•
Co ty tu w ogóle robisz? I jak udało ci się pokonać blokady?
•
Przyszedłem z wizytą — odparł buńczucznie. — A blokady elektroniczne to dla mnie
pestka. Zajmuję się tu utrzymaniem i naprawą urządzeń.
Pokręciłem głową, poruszony do głębi. John usiadł obok mnie na łóŜku i załoŜył nogę na
nogę. Chyba dobrze się bawił całą sytuacją...
— Po powrocie trzymałem się na obrzeŜach — oznajmił
nonszalancko. — Nigdy nie przepadałem za wewnętrznymi
planetami. Jakiś czas pobyłem na Tytanie, potem na
Ganimedzie. Zaciągnąłem się na „Goodfellowa", Ŝeby
przyjrzeć się tutejszym satelitom. Mili tutaj ludzie. RóŜne
24
mam zajęcia: lokalna „złota rączka", mechanik, pilot wahadłowca, operator pojazdów, coś w
tym stylu. To niewiele, ale zapełnia czas, póki nie znajdę czegoś lepszego. Opowiadam róŜne
ciekawostki na temat Asgarda. Podobno dotarłeś do Centrum? Spotkałeś Twórców?
— Niezupełnie — powiedziałem. — Zaszedłem daleko
w głąb. Zetknąłem się z ludźmi, którzy potrafili wyczyniać
niesamowite rzeczy za pomocą swych urządzeń. Nie mogę
powiedzieć, Ŝebyśmy się za bardzo dogadali. WciąŜ nie
wiem, kto zbudował Asgard i po co.
Bez wysiłku przyswoiłem sobie jego styl prowadzenia rozmowy. Poprosił o kawę.
Zamówiłem dwie filiŜanki. Nie była tak smakowita, jak kawa wytwarzana przez mój
tetrański system, czemu nie naleŜało się zresztą dziwić.
•
Jesteś w tarapatach, Mike. WciąŜ wołają na ciebie Mike?
•
Tak i jestem w tarapatach.
•
Gwardia Gwiezdna naprawdę chce cię załatwić. Oni nie rozsyłają tego rodzaju
sygnałów alarmowych za byle kim. Cały układ z niecierpliwością wyczekiwał twego
powrotu. Nie wiem, coś zmalował, ale na pewno z kimś ostro zadarłeś.
•
Z kapitanem Gwardii Susarmą Lear — wyjaśniłem. — W sumie to dość dziwne,
mógłbym przysiąc, Ŝe całkiem dobrze nam się układało do samego niemal końca. Choć nie
przepadała za mną, wydawała się gotowa zostawić mnie w spokoju. Chyba jej nie doceniłem.
•
Słyszałem o niej — powiedział Finn. — Cieszy się niezłą reputacją. Poprowadziła
kilka śmiałych wypadów na terytorium Salamandryjczyków. Ma cycki obwieszone me-
dalami. Wiesz, mógłbym ci pomóc.
25
Przyjrzałem mu się bacznie. WciąŜ miał taką samą ściągniętą twarz, na której zapuścił
sobie wąsika. Wyglądał teraz jak paryski alfons z jakiegoś starego filmu. Nie lubiłem jego
sposobu bycia. Zawsze wydawało mi się, Ŝe przesadził na zajęciach umacniania pewności
siebie w szóstej klasie.
•
Mógłbyś? — odparowałem nieufnie.
•
Jasne. Mogę wyrwać cię i zabrać daleko stąd. Do kaŜdego miejsca jakie sobie
wybierzesz w układzie, albo poza układem. Jeśli zdecydujesz się zostać w układzie, to tylko
na Ziemi. Nigdzie indziej nie ma tyle miejsca do ukrycia się. Nadal Ŝyje tam ze trzy miliardy
ludzi. Mnóstwo zakątków, gdzie nie prowadzi się pełnej ewidencji. Twoi starzy pochodzili z
Kanady, tak? To niedobrze. Australia to zupełnie inna historia. Zakłady biotechnicz-nego
odsalania, rekultywacja pustyni... przyrost zaludnienia, mnóstwo pracy, mało pytań. Z
drugiej strony, moŜe lepiej byłoby, gdybyś opuścił układ raz na zawsze. Masz jeszcze jakichś
przyjaciół na Asgardzie?
•
Chyba tak — odparłem bez większego przekonania. — Sądzę, Ŝe zniósłbym rozstanie z
układem na zawsze, gdybym musiał. W tych okolicznościach, jeśli znalazłbym się teraz na
pokładzie swojego statku, chyba bym nie czekał, aŜ postawią mnie przed sądem wojennym.
Cały czas spoglądałem mu prosto w twarz, czekając, aŜ odkryje wszystkie swoje karty.
•
KrąŜą słuchy, Ŝe się wzbogaciłeś — powiedział zdradzając się wreszcie.
•
Skąd biorą się te plotki? — spytałem. — Ni z tego, ni z owego stałem się nagle sławną
postacią. KrąŜą słuchy,
26
Ŝ
e zszedłem w głąb Asgarda, spotkałem jakichś dziwnych ludzi. KrąŜą słuchy, Ŝe się
wzbogaciłem. Kto się za tym kryje, Johny?
•
Gwardia — odparł zwięźle. — Kilku z nich było z tobą tam na dole, tak? Wystarczy,
Ŝ
eby nadać sprawie rozgłos, zwłaszcza Ŝe wmieszana była w to teŜ pani kapitan. To ona jest
sławna. O tobie po prostu się mówi. Nawet dość sporo. Pochlebia ci to, Mike?
•
Nie bardzo. Wolałbym mniej się rzucać w oczy.
•
Znam ten ból. Mogę cię wydostać z „Goodfellowa". Opłaca się być znajomym
człowieka od sprzętu, wiesz chyba, co mam na myśli. Zamki nie stanowią problemu.
•
A ty po prostu pomyślałeś, Ŝe mógłbyś pomóc ze względu na dawną przyjaźń, tak? —
spytałem z nutą sarkazmu.
•
Nie — odparł bez ogródek.
•
Więc jaką wymyśliłeś sobie cenę?
•
CóŜ — powiedział Finn. — Nie będzie to łatwe, a nawet narazić mnie moŜe na pewne
ryzyko. Nie będę mógł tu zostać, prawda? Poza tym będę ścigany przez Gwardię Gwiezdną,
podobnie jak ty. Co wieziesz ze sobą na wymianę?
•
Część swojego majątku ulokowałem w metalach, część w najnowszym osiągnięciu
tetrańskiej organiki, a część w wekslach. Tetrańskie papiery wartościowe są najbardziej
godnym zaufania pieniądzem w całej galaktyce.
Pominąłem szczegóły dotyczące ilości.
— Tetrańskie weksle nie przydadzą mi się na nic
— powiedział. — Zarejestrowane są na okaziciela, zbyt
łatwo je wyśledzić. Ale gdybyśmy byli razem, moglibyśmy
podzielić się po połowie wszystkim, prawda?
27
Chyba tak. Co prawda było to mnóstwo pieniędzy jak na opłacenie „człowieka od sprzętu"
za rozbrojenie kilku zamków. I wcale nie byłem pewien, czy chcę wchodzić w spółkę z
Johnem Finnem. Byłem jednak pewien jednego: Ŝe nie chcę odsłuŜyć dziesięciu lat w karnej
kompanii. Finn chował coś jeszcze w zanadrzu.
•
Chcę teŜ połowy statku — dodał.
•
Statku?
—CóŜ — tłumaczył cierpliwie. — I tak nie jest twój.
NaleŜał do Mickeya. Powinien przypaść mnie. Po prostu
trochę późno się o niego upominam, to wszystko. Chcę
tylko połowy. Wszystkiego. Masz jakieś inne moŜliwości
wyboru?
•
Nie wiem — odparłem skwaszony. — Ale załoŜę się, Ŝe mniej by mnie kosztowały.
•
Jasne — powiedział Finn. — Słyszałem, Ŝe masz ten pokój gratis?
Nie zetknąłem się z podobną propozycją od czasu, kiedy Jacinthe Smith zaoferowała się
wykupić mnie z więzienia na Asgardzie za pieniądze Amary Guura. Gdybym miał między
nimi wybierać, to raczej wolałbym zawrzeć układ z Finnem niŜ z Amarem Guurą. Oto
dylemat, jakiego nie Ŝyczyłby sobie Ŝaden człowiek przy zdrowych zmysłach. Byłem znów
na deszczu, a zaproponowano mi jedynie skok pod rynnę.
— Jeszcze nie wiem, co zamierza ze mną zrobić Gwar
dia — oznajmiłem mu.
Roześmiał się.
— Jeśli zaczekasz, Ŝeby się przekonać, będzie za późno,
Ŝ
eby ich powstrzymać. Jest ich tylko dwunastu na stacji,
28
głównie dekownicy, którzy nie zostali przez przełoŜonych dopuszczeni do Ŝadnej prawdziwej
akcji, bo nie wzbudzali odpowiedniego zaufania. Ale na pokładzie „Leoparda Sharka" jest
kilkuset zaprawionych w bojach Ŝołnierzy Gwardii. Jak tylko dostaną cię w swoje ręce, nie
pomoŜe ani Superman, ani dobra wróŜka. To twoja ostatnia szansa, Mike. Wóz albo
przewóz.
Marna to była szansa, a wyglądało na to, Ŝe innej nie ma.
•
O'kay — zgodziłem się z rezygnacją. — Przystaję na to. Wyciągnij mnie stąd, to
dostaniesz pół statku. I połowę forsy. Zakładam, Ŝe papierkową robotę mogę zostawić tobie.
•
Oczywiście — zapewnił mnie.
Z jego głosu biło samouwielbienie. Miał do tego prawo. Kiedy pomyślałem, ile kosztowało
mnie zarobienie tych pieniędzy, idea dopuszczenia go do udziału w nagrodę za otwarcie
drzwi wzbudzała we mnie niesmak. Lecz słuŜąc w kompanii karnej, jaki mógłbym zrobić
uŜytek z bogactwa?
— Wyśpij się — powiedział Finn. — Muszę przy
gotować parę rzeczy i zwiewamy stąd. Nie robiłbym tego
dla byle kogo, ale ty to prawie rodzina.
Spróbowałem zdobyć się na uśmiech.
Nigdy nie miałem brata... Gdybym miał, nie chciałbym, aby był podobny do Johna Finna.
Mieć go za towarzysza to wystarczająco czarna perspektywa. Czasem jednak tak trudno o
przyjaciela, a na bezrybiu i rak ryba.
Wszechświat moŜe ukazać nam swe nieprzyjazne oblicze, od czasu do czasu.
29
4
N
ie jestem największym specem od ucieczek w całej galaktyce, choć mam za sobą kilka
doświadczeń w tej dziedzinie, na podstawie których mógłbym się pokusić o generalizację.
Tym niemniej z całym przekonaniem określić mogę cztery wymogi, od spełnienia których
zaleŜy powodzenie ucieczki. Nie chcąc bynajmniej zachęcać do czynów przestępczych,
gotów jestem podzielić się owymi cennymi okruchami mej wiedzy...
Po pierwsze, waŜne jest wybranie takiego momentu na ucieczkę, kiedy osoby trzymające
cię pod kluczem nie są tobą akurat zainteresowane. Taki stan rzeczy wynikać moŜe z powodu
zamieszania, jakie twoi wspólnicy zgodzili się wywołać w celu odwrócenia uwagi. Ale
najprawdopodobniej będzie tak dlatego, Ŝe straŜnicy pogrąŜeni są we śnie.
Po drugie, znacznie ułatwia sprawę, jeśli po wydostaniu się na zewnątrz moŜesz się
przemieszczać, nie zwracając niczyjej uwagi. Noc zapewnia osłonę, a zadbać trzeba o to, aby
nie dać się rozpoznać pierwszemu lepszemu przechodniowi.
Po trzecie, trzeba mieć jakiś przytulny i bezpieczny kąt, pojazd, który bez przeszkód
zawiedzie cię do wolności albo kryjówkę, gdzie bez ryzyka moŜesz schronić się przed
pościgiem.
Po czwarte, nigdy, ale to nigdy, nie dawaj wiary domniemanemu znawstwu swego
pomocnika, jeśli do tej pory wydawał ci się on niepoprawnym pechowcem.
KaŜdy po przestudiowaniu powyŜszych czterech kryte-
30
riów zorientuje się natychmiast, Ŝe wielki plan Johna Finna pozostawiał wiele do Ŝyczenia.
Jego umiejętność otwierania drzwi stanowiła ledwie punkt wyjścia i nie miała większego
znaczenia.
Pierwszy problem, jeśli nie chcesz wpaść nikomu w oko w mikroświecie, wynika stąd, Ŝe
jest on bardzo mały i sztuczny do cna. Nie ma cyklu dnia i nocy, i światła praktycznie nie
gasną. Drugi bierze się stąd, Ŝe kaŜdy kaŜdego zna z widzenia i obcy wybija się na tym tle jak
skaczący o tyczce. Przeciętny mikroświat posiada znikomą ilość ciemnych, zapomnianych
zakątków i przewaŜnie naszpikowany jest czujnikami i urządzeniami alarmowymi.
Mikroświat bez przerwy musi wystrzegać się awarii i uszkodzeń. Jeśli jego załoga
pochłonięta jest badaniami, trudno jest jej sypiać regularnie osiem godzin na dobę, nawet
jeśli te dwadzieścia cztery godziny miały jakieś szczególne znaczenie, poniewaŜ rozkład dnia
członków załogi wyznaczany jest przez harmonogram prowadzonych przez nich obserwacji.
Gdybym przemyślał to wszystko w spokoju, uzmysłowiłbym sobie, Ŝe plan ucieczki Johna
Finna wcale nie gwarantuje powodzenia. Na nieszczęście, nie zastanawiałem się nad tym
zbytnio. Przyjąłem po prostu, Ŝe Finn jest w stanie tego dokonać. Nie jestem łatwowierny, po
prostu nie otrząsnąłem się jeszcze po ostatnich okropnych wypadkach, czułem się wciąŜ
otępiały i oszołomiony.
Nie wiem, o której godzinie wrócił, nie wiem nawet, jaki czas obowiązywał na stacji.
Kiedy wyrwał mnie ze snu, dostrzegłem, Ŝe przyćmione światło jest odrobinę jaśniejsze, a
John Finn wciska mi do ręki jakąś broń.
31
•
Co to jest? — spytałem.
•
Paralizator — wyjaśnił. — Nieszkodliwa broń wydawana siłom policyjnym w
oświeconych krajach. Strzela cieczą, która przenika przez odzieŜ. Skóra wchłania część
związków, a te działają rozluźniająco na mięśnie. Czujesz się po tym jak we śnie, w którym
chcesz się ruszyć i nie moŜesz. Działa czysto doraźnie. Pasuje?
Zabrałem broń. Potem dostałem od Finna kombinezon ze srebrzystego plastiku. On miał na
sobie dokładnie taki sam. WłoŜyłem go.
— W porządku — powiedział. — Nie sądzę, Ŝeby coś
stanęło nam na przeszkodzie, jeśli zgramy to dobrze
w czasie. Pochyl głowę, jeśli ktoś nas zobaczy, moŜe
weźmie cię za jednego z moich chłopaków. Bałem się
przyciemnić światło, jak tylko coś jest nie tak, robi się
zamieszanie. Kierujemy się prosto do rękawa. To jakieś
kilkaset metrów. Trzymaj się za mną.
Skinąłem głową.
Finn stał przez chwilę, patrząc na zegarek. Upłynęły ze trzy minuty, nim powiedział:
— Ruszamy.
Narzucił szybkie tempo marszu. Nogi przez cały czas rwały się do truchtu. Zwalczałem
pokusę i trzymałem się z tyłu Finna. śałowałem, Ŝe nie przyniósł ze sobą czegoś do ukrycia
mnie w środku, ale nie ma tego rodzaju przenośnego sprzętu na mikroświatach. Koszy na
bieliznę raczej nie spotyka się poza starymi filmami.
Przebyliśmy trzy czwarte drogi, kiedy zdarzyło się to niezaplanowane. Z włazu wyszedł
nam naprzeciw wysoki, siwowłosy męŜczyzna zapatrzony w informację wyświet-
32
loną na małym, przenośnym ekranie. Skuliłem się za plecami Finna, starając się zejść z linii
jego wzroku. Finn śmiało maszerował przed siebie i przywitał się serdecznie. MęŜczyzna
mruknął coś w odpowiedzi, niemal nie odrywając wzroku od swego ekranu. Przez całe pięć
sekund przekonany byłem, Ŝe niebezpieczeństwo zostało zaŜegnane, dopóki sami nie
musieliśmy przecisnąć się przez właz. Korzystając z wolnej chwili, zerknąłem szybko za
siebie.
MęŜczyzna przystanął i ze zdziwioną miną odprowadzał nas wzrokiem.
— Prędzej — popędziłem Finna. — Musimy spróbować teraz!
WciąŜ wierzyłem, Ŝe nam się uda. Czekał nas tylko krótki bieg do serpentyny prowadzącej
na halę lądowiska. Nie byli w stanie nas dogonić, a nawet jeśli Gwardia wystawiła
posterunek, mieliśmy przecieŜ paralizatory. Potem tylko przecisnąć się przez rękaw,
wskoczyć do środka i start — tak przynajmniej wtedy to sobie wyobraŜałem. Nie sądziłem,
Ŝ
e będą próbować nas strącić.
Dobiegliśmy do serpentyny, nie słysząc za plecami Ŝadnych odgłosów wszczętego alarmu.
„Wspinaczka" zajęła nam chyba duŜo czasu, ale jego upływ ulega zaburzeniu przy
przechodzeniu stref o róŜnej grawitacji. Finn biegł z przodu i rzucił się pierwszy w otwór
włazu z bronią gotową do strzału. Wyczekałem chwili, dokonując oceny sytuacji.
Przez myśli przelatywały mi rojenia, w których Finn obezwładnił straŜ, a straŜ Finna, tak
Ŝ
e do statku dotarłbym sam. Gotów byłem przy takim obrocie rzeczy podjąć
2 - Najeźdźcy z Centrum
^3
ryzyko i z lekkim sercem wyprowadzić statek daleko poza układ słoneczny.
Nie przewidziałem, Ŝe wszystkie moje rachuby wezmą w łeb.
Rzecz jasna, tak właśnie się stało.
Przy lądowisku nie było Ŝadnej straŜy. Kiedy wynurzyłem się z drugiej strony włazu,
zbadawszy uprzednio teren, Finn był juŜ w połowie drogi do rękawa. ZdąŜyłem przeŜyć
krótką chwilę radosnego uniesienia, które szybko zgasło, gdy Finn odbił się od ściany,
uderzył w jeden z tych zagadkowych zbiorników i zaklął siarczyście.
Komora powietrzna strzegąca wejścia do rękawa była szczelnie zamknięta. Jeśli wierzyć
wskazaniom instrumentów, rękaw był „zwinięty". U jego drugiego końca nic nie tkwiło.
— Zabrali ten cholerny statek! —jęknął Finn, wyraźnie
zbity z tropu nieoczekiwanym obrotem wydarzeń.
Serce we mnie zamarło.
— To niemoŜliwe! — upierałem się. — PrzecieŜ nie
mogli przejść przez komorę.
Nie było czasu na dalsze okazywanie zdumienia. Z tyłu, z serpentyny, którą dopiero co
pokonaliśmy, dochodziły odgłosy pogoni. Byliśmy ścigani.
Finn rzucił się z powrotem do odcinającej „schody" pokrywy. Zamknął ją, ponownie
zapierając się o jeden z wielkich pojemników, których obecność ułatwiała z pewnością
szybki obrót w warunkach niewaŜkości. Następnie zaczął wduszać przyciski na małej
klawiaturze obok zamka. Nagle rozdźwięczały się dzwonki alarmowe, a ponad włazem
zaczęło migotać czerwone światło.
34
Finn odwrócił się do mnie, szczerząc w uśmiechu wszystkie zęby.
•
Narobiłem trochę zamieszania — oznajmił. — Systemy stacji przekonane są, Ŝe
nastąpiła awaria w hali lądowiska. Wszystkie przejścia są zablokowane. Nie mogą do
nas się dostać.
•
A czy my moŜemy się stąd wydostać? — zdobyłem się na błyskotliwe pytanie.
•
Nie bardzo — przyznał. — Ale nie chcemy przecieŜ zabierać ze sobą
wahadłowca, prawda? Nie dolecielibyśmy dalej niŜ do Uranu. Potrzebny nam twój
statek.
Wydarzenia nadal rozgrywały się w zbyt szybkim jak dla mnie tempie.
•
A gdzie on do diabła jest? — spytałem.
•
MoŜe być tylko w jednym miejscu. W brzuchu frachtowca. Nie mogli wedrzeć
się do środka, postanowili więc przetransportować statek na Oberona. Tam mieści się
dowództwo tutejszej Gwardii Gwiezdnej.
•
Zapowiedzieli mi, Ŝe go zajmą — wymamrotałem, czując się dość głupio.
Zdawało mi się, Ŝe wszystkie nadzieje zostały ostatecznie pogrzebane i pozostaje
nam tylko powrót do więzienia.
Finn nie poddawał się. Energicznie wduszał przyciski pod najbliŜszym ekranem
ś
ciennym. Spojrzał na mnie przez ramię i głową wskazał schowek.
•
Skafandry — powiedział. — Są tam w środku. Chyba wiesz, jak się je zakłada?
•
Pewnie — odparłem. — I co z tego?
— Musimy stworzyć zagroŜenie, tym razem prawdziwe.
Otworzyłem usta, ale nie zdąŜyłem nic powiedzieć.
2*
35
Dzwonki alarmowe ucichły i zgasło czerwone światło. Finn klnąc rzucił się z
powrotem do włazu, waląc ponownie w klawisze kontrolujące blokadę. Bez rezultatu.
Nie był tu jedynym czarodziejem klawiatury. Roiło się od nich na stacji...
Obok zamka wisiał telefon. Finn zerwał słuchawkę z zaczepu. Wystukał jakiś
numer, którym mógł być jedynie kod alarmowy.
— Tu Jack Martin — warknął w słuchawkę. — Jeśli
ktokolwiek sforsuje właz, będziecie mieli na karku praw
dziwe zagroŜenie. Będziecie musieli nauczyć się oddychać
w próŜni. Mamy skafandry próŜniowe i nie jesteśmy
w nastroju do Ŝartów.
Odniosłem zatrwaŜające wraŜenie, Ŝe sprawy wymykają się spod kontroli. Pomysł z
groźbą uszkodzenia stacji wydał mi się raczej kiepski. Nie miałem pojęcia, jakie kary
wymierza się za tego rodzaju sabotaŜ, ale nie mogła to być drobnostka, nawet w
porównaniu z samowolnym opuszczeniem szeregów Gwardii. Pokrywa włazu nie
drgnęła. Nastał moment długiego wyczekiwania. Panowała nieznośna cisza.
•
Przynieś te cholerne skafandry! — krzyknął zniecierpliwiony Finn.
•
Do diabła, John — powiedziałem. — Tego rodzaju spraw nie puszcza się w
niepamięć. MoŜe byśmy się poddali? Lepiej na tym wyjdziemy.
•
Rousseau, ty draniu! — powiedział uświadamiając mi, jak bardzo w tej sprawie
przeholował. — To wszystko twoja wina!
To było więcej niŜ krzywdzące stwierdzenie. Ja po
1
36
prostu, po wprowadzeniu w czyn pewnych decyzji, znalazłem się w opałach, on natomiast
wniósł swoją chciwość i lekkomyślność. Nagle zdałem sobie sprawę, Ŝe musiało za tym kryć
się coś więcej i to nie tylko chęć wzbogacenia się popchnęła go do próby zorganizowania mi
ucieczki. Domyślałem się, Ŝe tak czy owak, musiał stąd się wynosić, bo w układzie zaczął mu
się palić grunt pod nogami. Zastanawiałem się, co takiego miał na sumieniu, Ŝeby przyjąć
fałszywe nazwisko. Z pewnością coś powaŜnego.
Podszedł do komórki, otworzył drzwi, odsłaniając równy rząd skafandrów. Był równieŜ
zestaw lŜejszych skafandrów — septycznych, przeznaczonych do pracy w biologicznie
skaŜonym środowisku.
Przynajmniej jeden skafander próŜniowy musiał być skrojony na miarę Finna. Przyglądał
im się długo, potem zmienił zamiar i zaczął przetrząsać lŜejsze skafandry. Wyjął jeden, podał
mi, wyciągnął drugi dla siebie i zaczął go zakładać.
•
Jesteśmy w kropce — wyznał udręczonym głosem, jak gdyby przeŜuwał rozbite szkło.
— Pozostaje nam tylko jedno. Musimy odzyskać statek.
•
Co proponujesz? — spytałem.
•
SzantaŜ — odparł zwięźle. — Musimy pokazać, Ŝe nie rzucamy słów na wiatr. Problem
w tym, Ŝe nie jestem w stanie ewakuować Ŝadnych pomieszczeń prócz lądowiska. Za duŜo
zabezpieczeń. Mamy tylko jedno wyjście.
Zapiął skafander i schylił się po pistolet, który leŜał dokładnie tam, gdzie go połoŜył.
Widziałem przez przezroczystą przyłbicę jego hełmu utkwiony we mnie wzrok. Widać było,
Ŝ
e intensywnie myśli.
37
Zadzwonił telefon obok włazu. Finn nie zareagował, więc ja podniosłem słuchawkę.
•
Martin? — spytał głos z drugiej strony linii.
•
Mówi Rousseau — sprostowałem.
•
Tu Ayub Khan. Co pan zamierza zrobić, panie Rousseau? Wie pan, Ŝe kaŜde
uszkodzenie uderzy równieŜ w was w takim samym stopniu jak w pozostałe osoby na stacji.
Mogę pana zapewnić, Ŝe nie ma gdzie się schronić.
•
Pan Martin jest przekonany, Ŝe nie mamy nic do stracenia — powiedziałem. — Myśli,
Ŝ
e skoro jest w to wplątany razem ze mną, Gwardia zastrzeli go tak jak mnie. Nie jest teraz
zbyt przychylnie nastawiony do świata.
•
Pan Martin ma chorą wyobraźnię — powiedział Khan. — Tu jest cywilizowany świat,
stacja naukowa. A Gwardziści nie są mordercami.
Finn zdjął hełm i wyrwał mi słuchawkę.
— Słuchaj, Khan — powiedział opryskliwym tonem. —
Wiesz równie dobrze jak ja, Ŝe nie mam nic do stracenia.
Wiesz juŜ chyba, kim naprawdę jestem i za co jestem
poszukiwany. Nie zamierzam wybijać dziur w twoim
drogocennym mikroświatku, ale za to powyrywam wszyst
kie wtyczki od twoich cholernych inkubatorów, zaleję całe
lądowisko twoim ukochanym robactwem, a to nie tylko
zrujnuje ci pół twojej pracy, ale zrzuci na kark cholerny
problem odkaŜenia całej stacji. Rousseau i ja jesteśmy
w septycznych skafandrach. Czy teraz gotów jesteś zmienić
nastawienie i sprowadzić z powrotem frachtowiec z „Mist-
ralem" na pokładzie, Ŝebyśmy mogli wsiąść na statek
i odlecieć? W ten sposób wszyscy będą szczęśliwi prócz
Gwardii. Rousseau i ja opuścimy układ, a ty dalej będziesz
38
pędzić swój skromny Ŝywot i prowadzić cenne badania, o'kay?
Nie wiem, czy uzyskał jakąś odpowiedź. Po upływie pół minuty, Finn odwiesił słuchawkę.
Popatrzyłem na niego, a on na mnie.
•
Lepiej załóŜ skafander — powiedział.
•
Po co? — spytałem. — A w ogóle co jest w tych pojemnikach?
•
Pył zebrany z pierścieni... próbki z górnych warstw atmosfery Uranu... muł z Ariela i
Umbriela.
— A co do diabła mają z tym wspólnego te robale?
Finn wzruszył ramionami.
— W tych pojemnikach pełno jest wszelkiego robactwa.
Wirusów, bakterii... Bóg wie czego jeszcze.
Chyba musiałem patrzeć na niego z politowaniem, jak na wariata.
— W pierścieniach Urana występują bakterie? To nie
moŜliwe!
Spojrzał na mnie krzywo.
— Jeśli chodzi o mnie, to się na tym nie znam — tłu
maczył lekcewaŜącym tonem. — Ale załoŜyłbym się o pół
naszego statku, Ŝe doktorowi Ayubowi Khanowi o wiele
bardziej zaleŜy na zawartości tych pojemników, niŜ na
pielęgnowaniu dobrych stosunków z porucznikiem Kra-
minem i jego wspaniałymi komandosami.
Telefon zadzwonił drugi raz. Podniosłem słuchawkę.
•
Słucham? — powiedziałem.
•
Doskonale, panie Martin — odezwał się Khan, któremu najwyraźniej fatalnie
wychodziło rozpoznawanie głosów. — Frachtowiec przewoŜący wasz statek „Mistral"
39
dostał rozkaz powrotu. Wyląduje za około cztery godziny. Będziecie mogli wsiąść i odlecieć.
Mrugnąłem osłupiały i spojrzałem na Finna.
•
Miałeś rację! Zawracają go!
•
Wygraliśmy!
Uniesienie Finna nie zdołało pokryć zaskoczenia. Nie był wcale pewien, czy się uda.
Przyglądając mu się, teraz dostrzegłem, jak rośnie w nim samouwielbienie. Z pewnością
zaczynał uwaŜać się za wielkiego spryciarza, jeśli kiedykolwiek miał co do tego wątpliwości.
— Dziękuję, doktorze Khan — odparłem, raczej drew
nianym głosem. — To niezwykle uprzejmie z pana strony.
Z radością zaczekamy.
Oczywiście, skłamałem. Nie było nam bynajmniej do śmiechu.
Ale za Ŝadne skarby świata nie potrafiłbym dostrzec jakiejkolwiek innej moŜliwości
działania.
S
N
awet najlepsze plany myszy i ludzi, jak zapewnia nas poeta*, często prowadzą na manowce.
Tym bardziej nie naleŜy oczekiwać, Ŝe lepiej powiodą się plany źle przygotowane.
Zrozumiałe jest więc, dlaczego perspektywa czterech godzin, jakie mieliśmy spędzić,
wyczekując powrotu na lądowisko naszego zbawczego statku, nie była pocieszająca.
40
* Robert Burns.
— Chyba nie sądzisz, Ŝe pozwolą nam się tak wymknąć?
— spytałem.
— Masz jakiś lepszy pomysł? — odburknął Finn.
WciąŜ miał na sobie septyczny skafander, ale odłączył
hełm, Ŝeby móc rozmawiać. Nie chciało mi się nakładać mojego.
Nie miałem lepszego pomysłu. Mówiąc szczerze, nie przychodziły mi do głowy Ŝadne
pomysły. Zupełnie straciłem teŜ zaufanie do pomysłów Finna. Wydawało mi się, Ŝe ma zbyt
wybujałą wyobraźnię, która na dodatek często go ponosiła. Nie po raz pierwszy przeklinałem
swego pecha, który naprowadził mnie na Finna. Ze wszystkich znanych mi osób, które
przypuszczalnie mógłbym spotkać w mikroświecie krąŜącym wokół Urana, tylko Finn zdolny
był do takiego stopnia skomplikować mi Ŝycie. Wszyscy inni mieliby dość zdrowego
rozsądku i Ŝyczliwości, Ŝeby zostawić mnie w spokoju.
— A właściwie dlaczego ostatnio podajesz się za Jacka
Martina? — zagadnąłem go.
Obdarzył mnie w zamian skwaszoną miną.
— Bo zwiałem z Gwardii — wyjaśnił. — Między innymi
dlatego.
Nie zdziwiło mnie to zbytnio.
•
To znaczy?
•
Nic powaŜnego. KradzieŜ — urwał, potem mówił dalej. — Dostałem bilet do wojska
po powrocie z Asgarda. Gdybym tam wytrzymał, nie ruszyliby mnie, ale nie mogłem znieść
tamtejszych warunków. Tych obrzydliwych niby-ludzi, mrocznych, zimnych wnętrz,
zamarzniętych jak cholera. Wróciłem, wywinąłem parę numerów, oszust-
41
wa komputerowe, i przybrałem fikcyjne nazwisko. Nie było trudno. Teraz juŜ nie
moŜna poruszać się po Ziemi czy po Marsie, nie znacząc przy tym swojego szlaku
jak elektroniczny skunks. W Australii zaczął mi się palić grunt pod nogami.
Musiałem wracać na planetoidy, potem i stamtąd trzeba było się wynosić. Tutaj
jestem od pół roku. Ayub Khan wie o mnie. I przymyka oczy, nie myśl, Ŝe to z
powodu swej wrodzonej szlachetności. Nawet nie jestem mu specjalnie potrzebny,
po prostu ze ściągnięciem kogoś na moje miejsce byłby kłopot. Lecz nie tylko prawo
mnie ściga. Szukają mnie teŜ pewni ludzie. A kiedy polują na ciebie z dwóch stron...
duŜo bym dał, Ŝeby polecieć znów na Asgard, mimo Ŝe jest tak cholernie
zamarznięty. Albo moŜe na jakąś kolonię. Nigdy nie byłem w kolonii. A ty?
•
To z ciebie niezły mały Napoleon zbrodni — powiedziałem. — Zawsze
wiedziałem, Ŝe zejdziesz na złą drogę, jeszcze za dawnych czasów. Mickey
przewraca się pewnie w grobie.
•
Nie tylko ja jestem poszukiwany za dezercję.
•
Ale tylko ty jesteś naprawdę winny.
•
Pewnie. Z ciebie prawdziwy bohater, Rousseau. Naprawdę przysłuŜyłeś się
starej, poczciwej Matce Ziemi, hen na obrzeŜach galaktyki, odmraŜając sobie tyłek
przy absolutnym zerze w trzewiach Asgarda. Czy to prawda, Ŝe twoi szefowie
opylali Salamandryjczykom superuzbrojone androidy bojowe?
To był chwyt poniŜej pasa, ale rozumiałem jego punkt widzenia. Tetrowie istotnie
sprzedawali sprzęt wojskowy drugiej stronie, włącznie ze zdobyczami techniki,
które
42
umoŜliwiły im nasze badania prowadzone na Asgardzie. MoŜe gdzieś po drodze takŜe jedno
z moich odkryć przyczyniło się trochę do tego. Zastanawiałem się, czy Tetrowie sprzedawali
równieŜ środki wojenne nam. Byłoby to logiczne. Fakt, Ŝe ludzkie umysły podobno nie mają
biotechnicznej orientacji, podnosił atrakcyjność tetrań-skich systemów jako towaru do
nabycia.
•
NiewaŜne — powiedziałem. — Chyba Ŝaden z nas nie jest szlachetnym Robin
Hoodem. Ale odtąd obaj jesteśmy wyjęci spod prawa. Chyba Ŝe zmienimy zdanie i się
poddamy.
•
Ho, ho — odparł Finn bez cienia uśmiechu.
•
Mówię powaŜnie — tłumaczyłem. — Mógłbyś załatwić mnie tym swoim
paralizatorem i zostać bohaterem. Powiedzieć im, Ŝe szantaŜem zmusiłem cię do udziału w
ucieczce, bo znałem twoje prawdziwe nazwisko. Albo ja mógłbym załatwić ciebie swoim
paralizatorem i powiedzieć, Ŝe właśnie przekonałem się, jaki z ciebie szaleniec bez
skrupułów.
Nie spodobał mu się ten pomysł.
— Co takiego odkryłeś na Asgardzie? — spytał, zmie
niając temat na bardziej rozrywkowy.
Biorąc poprawkę na nasz aktualny nastrój, uznałem, Ŝe lepiej mówić cokolwiek, niŜ
milczeć.
— Odkryłem, Ŝe poziomy ciągną się daleko w głąb
— zacząłem bez większego zapału. — Są ich tysiące. Tam
na dole jest chyba więcej powierzchni niŜ na ojczystych
planetach wszystkich człekopodobnych ras razem wzię
tych. Gdyby były wszystkie zamieszkałe, wewnątrz Asgar-
da Ŝyłoby mnóstwo ludzi.
43
•
Wiesz, co ja o tym myślę? — spytał.
•
Chyba tak — powiedziałem. — Słyszałem juŜ wszystkie teorie krąŜące na temat
Asgarda. Ostatnio moją ulubioną jest teoria mówiąca, Ŝe Asgard to międzygwiezdna Arka
Noego uciekająca przed jakąś kosmiczną katastrofą, która zdarzyła się niezliczone eony temu
w czarnej galaktyce.
Jego mina zdradzała, Ŝe trafiłem za pierwszym razem. Rozglądał się wokoło za jakimś
pomysłem, by nie dać mi poznać, Ŝe się nie myliłem.
•
To moŜe być Zoo — powiedział. — Albo mamy do czynienia z uchodźcami z naszej
galaktyki z dawnych czasów, zanim jeszcze jakakolwiek z obecnie istniejących ras wyruszyła
w kosmos. To nie moŜe być czysty zbieg okoliczności, Ŝe wszystkie cywilizacje z tego
zakątka galaktyki są mniej więcej w równym wieku, tak mówią, i Ŝe wszystkie rasy są do
siebie podobne. Faceci z „Goodfel-lowa" uwaŜają, Ŝe wszyscy mamy wspólnych przodków i
Ŝ
e wszystkie nasze światy mogły być ukształtowane w odległej przeszłości przez jakiś
gatunek naszych przodków.
•
Słyszałem juŜ podobne poglądy — powiedziałem.
•
A co ty o tym sądzisz, geniuszu? — spytał z drwiną w głosie.
•
Nic — odparłem zgodnie z prawdą. — Moglibyśmy znaleźć odpowiedzi na więcej
pytań, niŜ ośmielilibyśmy się zadać, gdyby udało nam się dostać do wnętrza Asgarda.
Widziałem tam na dole dość, by utwierdzić się w przekonaniu, Ŝe na głębszych poziomach
Ŝ
yją istoty, przy których Tetrowie wyglądają jak jaskiniowcy. Tetrowie teŜ to po-
44
dejrzewają i to ich martwi, bo bardzo im odpowiada pozycja lokalnych supergwiazd.
Uwielbiają nazywać nas barbarzyńcami. Nie wierzę, Ŝe chcieliby, aby ich wepchnięto do
tego samego worka. ZaleŜy im na dowiedzeniu się, czym w istocie jest Asgard, ale nie jestem
pewny, czy odpowiedź przypadnie im do gustu.
•
Lubią, jak odwalamy za nich czarną robotę, nie? BoŜe, nie cierpiałem dla nich
pracować. ChociaŜ muszę przyznać, Ŝe nauczyli mnie paru rzeczy o blokadach
elektronicznych. Gdyby nie ta cholerna wojna, naprawdę byłbym w stanie się wybić.
Przyswoiłem sobie kilka sprytnych sztuczek na Asgardzie. MoŜe i są z Tetrów małpiogębe
dranie, ale gotowi są podzielić się swoją wiedzą, kiedy im to pasuje. A moŜe po prostu
otworzyli drogę do centrum Asgarda, Ŝeby tacy frajerzy jak ty czy ja wyręczyli ich w
najniebezpieczniejszych pracach?
•
To tylko częściowo prawda — powiedziałem. — Gdyby byli w stanie ukryć przed
nami istnienie Asgarda, pewnie by tak zrobili. Ale nie oni jedni wiedzieli o Asgardzie, kiedy
zaczęli zakładać tam swoją pierwszą bazę. Wspieranie badań prowadzonych przez wszystkie
rasy galaktycznej społeczności słuŜy ich interesom, a oni tymczasem mogą prowadzić za
kulisami swoją własną grę. Naprawdę zaangaŜowali się w ideę budowania pokojowej i
harmonijnej współpracy między wszystkimi rasami galaktyki. UwaŜają, Ŝe to jedyny sposób
na zapewnienie przetrwania chociaŜ jednej z nich. Co do broni biotechnicznej, którą
odsprzedali Salamandryjczykom, nie sądzę, Ŝe chodziło tylko o zysk. Była to równieŜ próba
zmiany sposobu prowadzenia tej wojny, wyciszenia jej. Obawiają się broni
45
palnej, bo moŜe spowodować zagładę całej planety. Genetyczne bomby zegarowe i misterna
biotechnika to bardziej w ich stylu, bo tego typu broń nie wywołuje katastrofy ekologicznej.
Prowadziłem rozmowę bez entuzjazmu. Za duŜo czasu spędziłem na Asgardzie,
wymyślając fantastyczne historie na temat pochodzenia Asgarda i dumając nad innymi
zagadkami galaktycznego współistnienia. Dyskutowałem o tych sprawach z ludźmi znacznie
bystrzejszymi od Finna. Nie byłem w odpowiednim nastroju do wałkowania starego tematu
w celu oświecenia umysłowości, którą mimo wszystko nadal miałem za ubogą i
nieokrzesaną. UwaŜałem, Ŝe jeśli chce się dokształcić, powinien skorzystać ze swojego
teleekranu.
Zastanawiałem się, czy tam dokąd mieliśmy lecieć, będą jakieś teleekrany. Jeśli w ogóle
mieliśmy dokądś lecieć.
•
Opowiedz mi o tych wirusach i bakteriach na orbicie Urana — powiedziałem uznając,
Ŝ
e jeśli mieliśmy rozmawiać, to moŜemy równie dobrze o czymś, co ciekawiło mnie. — Na
pewno nie ma tam więcej niŜ ze trzydzieści Kelvinow.
•
Coś koło tego — potwierdził. — W górnych warstwach dochodzi do stu dwudziestu.
•
W takiej temperaturze Ŝycie jest niemoŜliwe!
•
Zgadza się — odparł krótko. — Te robaki są zamroŜone. Jakby były w lodówce. Po
rozmroŜeniu są jak nowo narodzone. A przynajmniej część z nich.
•
Od jak dawna są zamroŜone? I skąd do diabła mogły się tam wziąć?
•
To właśnie próbują rozgryźć chłopaki z „Goodfel-
46
lowa". Asgard nie jest jedyną zagadką wszechświata, wiesz. Nie trzeba wypuszczać się na
obrzeŜa galaktyki, Ŝeby natknąć się na coś tajemniczego. Wielkie niewiadome kryją się
nawet na twoim własnym podwórku. Na pokładzie są Tetrowie, wiesz. Jeden z nich był
pokładowym bionaukowcem kilka lat temu, kiedy jeszcze szalała wojna. Wybył potem badać
komety.
•
Nie próbuj mi wmówić, Ŝe pył otoczki teŜ jest pełen robaków — powiedziałem
zgryźliwie.
•
Niezupełnie — odparł. — Jest ich tylko trochę. Ale tutaj, jak mówią, jest większe
skupisko Ŝycia niŜ na Ziemi. Czyste szaleństwo, co?
Pokręciłem głową oszołomiony. Trudno było pogodzić się z faktem, Ŝe Uran zawierał
więcej biomasy niŜ Ziemia, a do tego zlodowaciałej na kość.
— Gdzie było to robactwo przed zamroŜeniem? — po
nowiłem pytanie.
Widać było, Ŝe Finn dobrze się bawi.
— Właśnie tutaj — wyjaśnił łaskawie. — A przynaj
mniej takie wyjaśnienie jest ostatnio modne.
Nie mogłem tego pojąć. Po prostu wlepiłem w niego wzrok i czekałem.
•
Nie zawsze było tu tak zimno — wyjaśniał. — Dopiero od czasu, kiedy uspokoiło się
słońce. Miliardy lat temu, kiedy układ słoneczny dopiero powstawał, słońce było
niewyobraŜalnie gorące. W tych stronach temperatura dochodziła swobodnie do trzystu
kelvinów. Wilgotno i ciepło, mnóstwo węgla i azotu. Nie bardzo nadawało się dla ludzi, ale
pasowało robakom.
•
Jezu! — wyrwało mi się, mimo Ŝe nie chciałem dać
47
Finnowi tej satysfakcji. — śycie istniało tu, zanim ostygła Ziemia? DNA i cała reszta?
— Oczywiście — odparł zarozumiale. — A jak myślisz, skąd się wzięło Ŝycie na Ziemi?
Kiedy byłem mały, naopowiadano mi o drobinach Ŝycia wytwarzających się w gorącej
organicznej zawiesinie. Chodziło o to, Ŝe kiedyś przelewała się ona po oceanach pradawnej
Ziemi.
Teraz, oczywiście, teoria ta w obliczu nowych odkryć mocno się zestarzała. Nie trzeba
wielkiej wyobraźni, by zapuścić się jeszcze bardziej wstecz. W jaki sposób pierwotne
bakterie przedostały się do gorącej zawiesiny, unoszącej się na wodach nowo powstałego
Urana?
Przypuszczalnie przybyły z jakiegoś innego miejsca.
Nie powinno to stanowić zaskoczenia. Jak dopiero co wytknął mi Finn, fakt posiadania
przez wszystkie człeko-podobne rasy praktycznie identycznego ustroju biochemicznego,
nieodparcie wskazuje na ich wspólne pochodzenie. Niejasno zdawałem sobie sprawę, Ŝe
musiało się to rozegrać miliardy lat temu. Asgard wyglądał na zamroŜonego od bardzo
dawnych czasów. Kiedy badałem system ekologiczny, który rozplenił się bujnie na jednym z
poziomów, zaryzykowałem tezę, Ŝe Asgard ma kilkanaście milionów lat. Obecnie
przypuszczenie to nie wydawało mi się tak szalone. MoŜe gdybym przyłoŜył się solidnie,
byłbym w stanie sklecić teorię dającą Asgardowi miliardy lat. Czy to moŜliwe,
zastanawiałem się, Ŝe całe DNA występujące w galaktyce pochodzi z Asgarda?
Myślałem o tym. Nie miałem w sumie nic lepszego do roboty. Przez godziny czekania
spodziewałem się w kaŜdej
48
chwili jakiejś malej przykrej niespodzianki. Myślałem, Ŝe komandosi Gwardii lada
chwila wyprysną skądś znienacka, siejąc zniszczenie ogniem miotaczy. Ayub Khan
istotnie mógł o wiele bardziej przejąć się groźbą utracenia dorobku wielu lat Ŝmudnych
badań, niŜ faktem wydostania się na wolność dwóch dezerterów Gwardii. Ale po
ludziach pokroju Blackledge'a trudno się było spodziewać, Ŝe wzruszy ich los jakiegoś
robactwa z Uranu.
Moje doświadczenia z Gwardią mówiły, Ŝe nie będą się cackać z priorytetami
intelektualistów tutejszego mikro-świata.
Jednak nic się nie wydarzyło. Powinienem był wpaść na to, Ŝe to właśnie jest
najbardziej podejrzane, ale jakoś nie mogłem wszystkiego poskładać do kupy. KaŜdy
moŜe palnąć głupstwo raz na jakiś czas, a ja właśnie przechodziłem kiepski okres.
Kiedy wreszcie upłynęły te cztery godziny, telefon ponownie zaćwierkał i
zostaliśmy poinformowani, Ŝe statek lada chwila przybije. Finn wydawał polecenia
władczym tonem człowieka, którego władza jest nienaruszalna. ZaŜyczył sobie, Ŝeby
załoga frachtowca wychodziła z rękawa pojedynczo, bez broni i skafandrów.
Powiedział Ayubowi Khanowi, Ŝe będzie miał pojemniki w zasięgu ręki i gdy coś
pójdzie nie po naszej myśli, wypuści tę zarazę na wolność. Obserwowaliśmy na tablicy
przyrządów lądowiska rozwój wydarzeń, przybicie statku, podłączenie rękawa.
Wszystko szło jak w zegarku.
Patrzyliśmy cierpliwie, trzymając paralizatory w pogotowiu. Finn nabrał takiej
pewności siebie, Ŝe by móc rozmawiać, wciąŜ miał odłączony hełm. Myślał pewnie, Ŝe
3 - Najeźdźcy z Centrum
49
zdąŜy przypiąć go jedną ręką, drugą wypuszczając robactwo ze zbiorników.
Ja wprawdzie załoŜyłem skafander, lecz podobnie jak Finn nie dopiąłem hełmu. Nie
wpadałem w euforię, ale teŜ nie widziałem powodów do paniki.
Finn polecił mi zająć stanowisko obok włazu, Ŝebym mógł zajść od tyłu kaŜdego, kto
tamtędy przejdzie. Nie podobało mi się, Ŝe wydaje rozkazy, mimo wszystko zastosowałem
się do jego polecenia. Wydało mi się to rozsądną pozycją.
Nie wiedzieliśmy dokładnie, kto pojawi się w przejściu, bo nie wiedzieliśmy, kto pilotował
wahadłowca z moim statkiem w ładowni. Nastawieni byliśmy na kogoś w mundurze
Gwardii, więc nie zdziwiłem się zbytnio, kiedy pokrywa rozwarła się i w przejściu ukazała
się postać odziana w czarny kombinezon z wymyślnymi galonami.
Zaskoczyło mnie natomiast, Ŝe była to kobieta. Miała zadziwiającą aureolę srebrzystych
blond włosów i mimo Ŝe zwrócona była do mnie plecami i nie mogłem dojrzeć jej twarzy,
zaczęło narastać we mnie straszliwe podejrzenie, zanim jeszcze postać przemówiła.
Była nieuzbrojona. Co więcej, trzymała ręce na biodrach, wyraŜając swą postawą
całkowitą beztroskę. Z łatwością wyobraziłem sobie, z jaką pogardą na twarzy musi teraz
spoglądać na Johna Finna.
— OdłóŜ broń — powiedziała. — I odsuń się od zbiornika. Jeśli odkręcisz zawór,
osobiście dopilnuję, Ŝeby kaŜda chwila twego Ŝycia, jaka ci pozostanie, zamieniła się w
piekło. To samo dotyczy ciebie, Rousseau, jeśli jesteś na tyle głupi, Ŝeby zaatakować mnie od
tyłu.
50
Uzmysłowiłem sobie nagle, Ŝe statek, którego przybicie tak grzecznie śledziliśmy na
tablicy, nie był wcale frachtowcem. To był „Leopard Shark". Ayub Khan poprosił nas po
prostu, abyśmy zaczekali, aŜ sprowadzi posiłki.
I zaczekaliśmy.
•
Mały ten wszechświat, co? — przemówiłem, z przygnębiająco kiepskim rezultatem
siląc się na dowcip. — Panie Finn, chciałbym panu przedstawić kapitana Gwardii Susarmę
Lear.
•
Drań! — powiedział Finn.
Przyjąłem wielkodusznie, Ŝe miał na myśli siebie. Dostrzegłem jego wyciągniętą rękę
sięgającą po zawór. Za chwilę całe lądowisko zalane zostanie plugawym robactwem z Urana.
Finn nie zapiął nawet swojego hełmu.
Pozostawało mi tylko jedno. Wystrzeliłem do niego z paralizatora, mierząc prosto w twarz.
Musiał wchłonąć pokaźną dawkę, bo niemal natychmiast zgiął się wpół. Zbiornik pozostał
nienaruszony. Kiedy Finn padał, na jego twarzy wstrząs wywołany zaskoczeniem powoli
ustępował miejsca wyrazowi Ŝrącej nienawiści.
Nie miałem Ŝadnych złudzeń, Ŝe skierowana była przeciwko mnie.
Susarma Lear odwróciła się i wyjęła mi z ręki pistolet.
•
To mi się właśnie w tobie podoba, Rousseau — powiedziała.
•
Jak przyjdzie co do czego, potrafisz się znaleźć.
3*
6
Z
szedłem za Susarmą Lear do korytarza „poniŜej", gdzie czekało na nas trzech członków
miejscowego garnizonu pod dowództwem porucznika Kramina. Z ulgą przyjąłem
nieobecność wśród nich gwardzisty Blackledge'a. Kramin zasalutował energicznie. Sprawiał
wraŜenie nieprzyzwoicie zadowolonego z samego siebie i szczerzył się od ucha do ucha.
Jego euforia nie trwała długo.
Susarma Lear obejrzała mnie dokładnie i przeszyła porucznika jednym ze swych
najlepszych spojrzeń Gorgony.
— Kto go uderzył? — zapytała.
Kramin wystraszył się.
•
Jeden z moich ludzi trochę przesadził przy aresztowaniu.
•
Mieliście go zatrzymać — powiedziała Susarma aksamitnym głosem. — A w
szczególności mieliście uwaŜać, Ŝeby nie wyrządzić mu krzywdy.
To było dla mnie coś nowego. Mimo Ŝe nie bardzo wiedziałem, o co chodzi, przyjąłem to z
zadowoleniem.
Potem Susarma Lear skierowała swój wzrok Meduzy na mnie.
•
A co ty do diabła wyprawiasz, Rousseau?
•
Próbowałem zwiać — odparłem, starając się wytrzymać jej spojrzenie jak
najspokojniej. — Udałoby się nam, gdyby jakiś drań nie podprowadził mi statku.
•
Poruczniku Kramin — zwróciła się do niego swym złowrogim, lecz łagodnym tonem.
— Co się stało ze statkiem?
52
•
ZałoŜyliśmy na niego kleszcze i wciągnęliśmy do ładowni frachtowca — wyjaśniał
Kramin nie do końca pewny, czy naleŜy szczycić się teraz działaniem z własnej inicjatywy.
— Jest w drodze na Oberona. Major Kar Ping chciał... mu się przyjrzeć.
•
Czy zdaje pan sobie sprawę, poruczniku Kramin, jakie obowiązują obecnie przepisy
dotyczące zagrabienia mienia?
•
Zagrabienia!? PrzecieŜ ten człowiek to... — ugryzł się w język, przypominając sobie w
porę, do kogo się zwraca. — Major Kar Ping — zaczął jeszcze raz, lekko akcentując słowo
„major", pozostawiając resztę zdania w domyśle.
Kiedy jesteś w kropce, czym prędzej przekaŜ pałeczkę i zrzuć odpowiedzialność na
innego. Nie zwlekaj.
Susarma Lear wyjęła zadrukowaną kartkę z kieszeni spodni i wręczyła ją Kraminowi.
— Oto pańskie rozkazy, poruczniku — oznajmiła.
— Jest jeszcze jedna sprawa. Po lądowisku szybuje czło
wiek. Nie chcemy przecieŜ, Ŝeby w coś uderzył, prawda?
Wskazała kciukiem właz. Potem połoŜyła mi rękę na ramieniu.
— Ja zaopiekuję się gwardzistą Rousseau — powie
działa.
Sądziłem, Ŝe zostanę zabrany z powrotem do swojej celi, ale okazało się to przejawem
nieuzasadnionego pesymizmu z mojej strony. Zamiast do celi jeden z gwardzistów Kramina
zaprowadził nas do kwatery gościnnej. Nie róŜniła się za bardzo od pomieszczenia, w którym
byłem więziony, ale była większa, z bocznymi drzwiami prowa-
53
dzącymi do salonu. W mikroświecie uchodziło to za szczyt luksusu. Kapitan Gwardii
Susarma Lear musiała być zaszczytnym gościem dla stacji. Rozejrzała się wokoło i poleciła
gwardziście przygotować wolny pokój.
— Urządzamy małe przyjęcie — poinformowała mnie.
— Dla ciebie zbliŜa się chyba pora śniadania, ale gos
podarzom byłoby miło, gdybyśmy dostosowali się do
miejscowego czasu. Od lat nie mieli takiej gratki. Przyjdzie
Ayub Khan, pewien dyplomata o nazwisku Valdavia,
a takŜe tetrański bionaukowiec Nisreen-673. Chyba znasz
się na protokole na tyle, Ŝeby się zachować, co?
Wtedy zacząłem sobie uświadamiać, Ŝe rzeczy mają się w rzeczywistości inaczej, niŜ to się
wydawało. Dezerterzy nieczęsto zapraszani są na proszone obiady elity.
•
Co się do diabła dzieje? — spytałem. — Najpierw wykręcasz mi podły numer,
ogłaszając, Ŝe jestem dezerterem, a teraz umieszczasz mnie na liście swoich gości. Stawiasz
cały układ w pogotowiu, Ŝeby mnie aresztować, a potem traktujesz jak długo nie widzianego
przyjaciela, dlaczego?
•
Formalnie, jesteś wciąŜ dezerterem — powiedziała z przesadnym znuŜeniem w głosie.
Mówiąc to, wróciła do salonu i siadła na łóŜku. Nie poprosiła, Ŝebym usiadł, więc stałem.
— Miałam prawo cię zwerbować, Zwolnienie przekra
czało moje kompetencje. Z formalnego punktu widzenia.
Wbrew temu, co o niej sądzisz, Gwardia Gwiezdna strzeŜe
swego honoru i w kaŜdych innych okolicznościach zwol
nienie zachowałoby swą prawną moc. Naprawdę przykro
mi za tę nagonkę, to nie mój wymysł. Gdyby to ode mnie
54
zaleŜało, zaczekałabym na powrót twojego statku i poprosiła grzecznie o współpracę. Ale
moi przełoŜeni nie byli przekonani, Ŝe na to przystaniesz, a w ciągu ostatnich lat wyzbyli się
zwyczaju grzecznego pytania. Po prostu ustalają, co ma być zrobione i wręczają rozkazy.
Stałeś się potrzebny i postanowili wyłowić cię z sadzawki za pomocą pierwszej lepszej
wymówki. Mówiąc „postanowili", mam na myśli Dowództwo Gwardii i polityków na Ziemi.
Jesteś teraz waŜną osobistością, Rousseau.
Wyciągnęła kolejny plik kartek z kieszeni spodni i wygładziła je na łóŜku. OdłoŜyła na
bok jedną dla siebie i wręczyła mi trzy pozostałe.
— Ta na górze uniewaŜnia wszystkie obecne zarzuty
przeciwko tobie — wyjaśniała. — Przywraca ci czyste
konto w Gwiezdnej Gwardii. Druga potwierdza twój
ponowny pobór i przydział do zadań specjalnych. Trzecia
to patent oficerski.
Zgarnąłem na bok pierwsze dwie, Ŝeby sięgnąć po tę najbardziej interesującą.
Przeczytałem ją szybko, potem drugi raz, wolniej. Nie mogłem uwierzyć w to, co wydawało
się stanowić jej treść.
— Czy to jakiś Ŝart? — spytałem.
To było głupie pytanie. Ona nie była skora do Ŝartów. Potrząsnęła głową.
•
Jeśli dobrze odczytałem, zostałem mianowany kapitanem Gwardii.
•
Jak dotąd to najszybszy awans przez wszystkie szczeble, jaki kiedykolwiek spotkał
gwardzistę — powiedziała. — Szybszy od jakiejkolwiek promocji na polu walki. Gdy
powołałam cię po raz pierwszy, byłeś zwykłym
55
mięczakiem, który znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. Teraz jesteś
specjalistą i Gwardia Gwiezdna zamierza się o ciebie troszczyć, na swój własny sposób.
Później będzie czas spytać, od czego jestem specjalistą. Na razie bardziej intrygowały
mnie inne aspekty sytuacji.
— To oznacza — powiedziałem z lekkim uśmieszkiem
— Ŝe nie jesteś ode mnie starsza stopniem.
Ponownie potrząsnęła głową i pomachała kartką, którą
trzymała w ręku.
— Od tej chwili jestem podpułkownikiem — wyjaśniła.
— Nowe mundury wkrótce przyślą ze statku, Ŝebyśmy
mogli godnie wystąpić na bankiecie.
Pokręciłem bezradnie głową.
•
Ale dlaczego?
•
Matka Ziemia nas potrzebuje i to, zdaje się, nawet bardzo. Powiedziano mi, Ŝe od nas
zaleŜeć moŜe polityczna przyszłość ludzkiej rasy. Nawet biorąc poprawkę na wojskową
przesadność, oznacza to, Ŝe naszym decydentom bardzo zaleŜy, Ŝebyśmy dobrze to rozegrali.
Przestaliśmy być pionkami, kapitanie Rousseau, dostaliśmy awans na figury.
Wyczułem, Ŝe nie chce mnie wyprowadzić z równowagi. Nie miała zaburzeń osobowości
typu Johna Finna, choć dysponowała niezłą kolekcją swych własnych odchyleń. Nie
chciałem tak stać, jak papuga powtarzając w kółko „dlaczego?", czekałem więc, aŜ przekaŜe
wreszcie wiadomość. Widocznie doceniła moje poczucie dyscypliny, bo przeszła od razu do
sedna.
— Kilka dni po twoim odlocie z Asgarda — zaczęła
56
— dokonano inwazji na Miasto Pierścieniorbity. Bitwa, jaka się wywiązała, trwała parę dni.
Tetrańskie siły pokojowe nie były odpowiednio wyposaŜone do odparcia zalewu wrogich
wojsk. Pierścieniorbita uległa zniszczeniu. Uszkodzony został satelita, który wszedł na orbitę
zaniku. Wszystko co latało, pozbierało ocalałych rozbitków i flotylla małych statków
wypchanych ludźmi rozproszyła się w mgnieniu oka. Tetrowie zwrócili się do nas o pomoc;
potrzebny im kaŜdy obeznany z dolnymi poziomami. A przede wszystkim chcą ciebie. Matka
Ziemia musi być tego pewna. Stosunki z Tetrami ostatnio są napięte z powodu naszej wojny,
a faceci z ONZ mają bzika na punkcie naszego moralnego kredytu wśród galaktycznej
społeczności. Upatrują w tym pewnie doskonałej okazji do odzyskania dobrej opinii u
galaktycznych prominentów. Prowadzono nawet rozmowy na temat wynajęcia przez ONZ
Gwardii Gwiezdnej w celu odbicia dla Tetrów powierzchni Asgarda. Gdzie indziej w
galaktyce znaleźliby zaprawionych w bojach Ŝołnierzy z tak cięŜkim uzbrojeniem?
— Nie lubią brudnej roboty — mruknąłem, przywołu
jąc w pamięci zawistne uwagi Finna. — Ale jakoś nie mogę
sobie wyobrazić Tetrów idących na taki układ. Są zbyt
dumni, by ścierpieć plotki, Ŝe przyjmują pomoc od bar
barzyńców. Jak, do diabła, mogli dać się wziąć przez
zaskoczenie? Tetrowie wiedzą o wszystkim, co dzieje się
w galaktyce. A kto byłby w stanie zgromadzić taką flotę,
Ŝ
eby odbić im Asgard?... Aaa!
Oświeciło mnie, nim zdąŜyłem się ośmieszyć czekaniem na odpowiedź.
— Oni wyszli ze środka! Przebiliśmy się wreszcie na
drugą stronę i wetknęliśmy kij w mrowisko! O, BoŜe!
57
— KrąŜą słuchy — powiedziała, waŜąc słowa — Ŝe
niektórzy Tetrowie obwiniają o to nas. Mnie i ciebie.
UwaŜają, Ŝe nasza mała ekspedycja w głąb poziomów była
nieco lekkomyślna. A na naszej podstawie istoty, jakie
napotkaliśmy, mogły wyrobić sobie niekorzystnie zdanie
o całej galaktycznej społeczności.
Zabrzmiało to złowieszczo. Szybko powiedziałem sobie w duchu, Ŝe to nie była moja
wina. Absolutnie. MoŜe Susarmy, ale na pewno nie moja.
•
Ile było ofiar? — spytałem. Zaschło mi w gardle.
•
Nie moŜna ustalić — powiedziała. — Brak łączności z najeźdźcami. MoŜemy przyjąć,
Ŝ
e przejęli istniejący aparat polityczny i wytwórczy miasta bez większych trudności, i bez
konieczności uciekania się do nadmiernego przelewu krwi. Nie mogli napotkać większego
oporu, a Tetrowie polecili swoim złoŜyć broń, jak tylko zorientowali się, co się święci. Z
pewnością przekaŜą nam najświeŜsze wiadomości, kiedy dolecimy na Asgard. „Leopard
Shark" to najszybszy statek, jakim dysponujemy.
•
To rzeczywiście mogła być nasza wina — przyznałem zrezygnowany.
•
Wiem — odparła spokojnie Susarma Lear.
JuŜ nie wydawała się tak wyniosła i harda jak przy naszym pierwszym spotkaniu.
Powodzenie jej misji albo to, co uznała za jej powodzenie, złagodziło trochę jej charakter,
pozwoliło spuścić z tonu.
•
Jesteś pewna, Ŝe Tetrowie chcą nas zwerbować? MoŜe po prostu chcą nas wykołować?
•
A jak myślisz? — odparowała.
Pomyślałem, Ŝe muszą się bardzo bać. Rozsądek pod-
58
powiadał, Ŝe wojna z Asgardem to ostatnia rzecz, jakiej by sobie Ŝyczyli. Nie dlatego, Ŝe nie
przystoi to cywilizowanemu narodowi, lecz równieŜ z powodu obawy przed poraŜką. Jeśli za
tą inwazją kryli się budowniczowie Asgarda, wówczas Tetrowie mieli powody przypuszczać,
Ŝ
e rasa, z jaką muszą się zmierzyć, stoi na rzeczywiście wysokim poziomie rozwoju. Nawet
jeśli twórcy Asgarda nie brali w tym udziału, gdyŜ, o ile powiedział mi prawdę, ludzie, z
którymi zetknął się Myrlin, nie byli budowniczymi — to i tak najeźdźcy mogli wyprzedzać w
rozwoju jakąkolwiek galaktyczną cywilizację. Domyślałem się, Ŝe Tetrowie zechcą działać
bardzo delikatnie i istotnie mogli uznać, Ŝe ktoś obeznany z poziomami tak jak ja moŜe im się
przydać.
Z Susarmą Lear podzieliłem się następującym spostrzeŜeniem :
•
Sądzę, Ŝe będą chcieli wysłać nas z powrotem na Asgard. Domyślam się, Ŝe potrzebują
szpiegów, ludzi potrafiących poruszać się tam na dole. Będą chcieli nas zrzucić na
powierzchnię z dala od miasta, Ŝebyśmy mogli zejść w głąb i wrócić do miasta drugim lub
trzecim poziomem. Będą chcieli, Ŝebyśmy dowiedzieli się wszystkiego, co się da: kto, co,
gdzie, dlaczego.
•
Podobnie rozumowali moi przełoŜeni — powiedziała. — Myślą, Ŝe ta misja to dla nas
gratka. Chyba nie ma zbyt wielu ludzi z twoim doświadczeniem, którzy w czasie ataku
przebywali poza Asgardem. Twoje szczęście, Ŝe wtedy stamtąd odleciałeś.
Według mnie, „szczęście" nie było odpowiednim słowem. MoŜe i stamtąd odleciałem, ale
daleko nie zaleciałem.
59
•
Nie podoba mi się to — stwierdziłem. - W ogóle mi się nie podoba.
•
Tak teŜ podejrzewali oni — oświadczyła Susarma Lear. — Dlatego rozesłali wieści,
Ŝ
eby aresztować cię w czasie pierwszego zetknięcia z lądem. Wiedzieli, Ŝe się wzbogaciłeś.
Musieli zaproponować ci ofertę nie do odrzucenia.
Miała w sobie dość przyzwoitości, Ŝeby nie dać mi odczuć w swym głosie nadmiernej
satysfakcji. Nie miała zamiaru składać w imieniu Dowództwa Gwardii oficjalnych
przeprosin, ale jasno dała do zrozumienia, Ŝe nie aprobuje postępowania przełoŜonych.
Zastanawiałem się, czy nie ma w tym odrobiny dyplomatycznej przewrotności: „Przykro mi,
Rousseau, waŜne osobistości uwzięły się na ciebie, jednak jestem twoim kumplem", ale jej
mina i zachowanie wskazywały, Ŝe mówi to, co naprawdę myśli.
•
A gdybym tak odmówił? — powiedziałem przypuszczającym tonem.
•
Czy zdajesz sobie sprawę, jakie groŜą konsekwencje za odmowę wykonania rozkazu,
biorąc pod uwagę stan wyjątkowy, wciąŜ się utrzymujący?
Zaryzykowałem przypuszczenie, Ŝe mógłbym dostać „czapę". Susarma Lear przeczesała
stwardniałą ręką swe jasne, sztywne kosmyki i przytaknęła. Wydęła usta i spojrzała swymi
ogromnymi, niebieskimi oczami prosto w moje. Byłem w stanie wyobrazić sobie, w jak
dowolny sposób potrafiła posługiwać się wejrzeniem przy robieniu kariery — miała
niesłychanie silną osobowość.
— Razem jedziemy na tym wózku — powiedziała.
MęŜczyzna bardziej podatny ode mnie mógłby zmięknąć
60
zupełnie po takim stwierdzeniu. Niektórzy uwielbiają władcze kobiety, a nawet ci o
nieco odmiennych gustach potrafiliby czerpać pewną przyjemność z przebywania w to-
warzystwie osoby tak uderzająco przystojnej jak Susarma Lear.
— W takim razie — powiedziałem — kiedy uda mi się z tego wyrwać, pomyślę o
tym, Ŝeby i ciebie wydostać.
Potrafię sypać fałszywymi obietnicami jak pierwszy lepszy człowiek z ulicy.
7
W
ięc o to chodziło. Los pchał z powrotem na Asgard i gotów był na wszystko, byle tylko
dostarczyć mnie na miejsce.
Kiedy nasza formalna uroczystość dobiegła końca, zagoniono nas na pokład „Leoparda
Sharka", który niebawem zanurzył się w najgładszą norę kompresyjną, na jaką mógł się
zdobyć, by zgodnie z programem lotu za czterdzieści dni osiągnąć rubieŜe Asgarda.
Zawsze uwaŜałem podróŜe kosmiczne za najnudniejsze zajęcie, jakie kiedykolwiek
wymyślił człowiek. Pilot statku kosmicznego praktycznie nie musi nic robić, poza wydaniem
polecenia urządzeniom. Sztuczne inteligencje zawarte w oprogramowaniu zajmują się resztą.
Jednak Gwardia Gwiezdna stanowiła dla mnie całkowicie nowy styl Ŝycia, a nauka
wojennego rzemiosła nie pozostawiała wiele czasu na nudę.
61
Musiałem nauczyć się posługiwać najrozmaitszymi elementami wyposaŜenia Gwardii,
włączając w to broń o wszelkich rozmiarach i kształtach. Zająłem się przyswojeniem technik
walki, strategii przetrwania oraz metod obrony w obliczu przeróŜnych niebezpieczeństw,
których moja bujna wyobraźnia pewnie nigdy nie byłaby w stanie podsunąć mi sama z siebie.
Pozostałe godziny kaŜdego dnia spędzałem opowiadając przyszłym uczestnikom wyprawy
wszystko, co wiedziałem na temat poziomów. Szkoliłem ich w uŜywaniu termo-skafandrów i
pozostałych elementów wyposaŜenia, tak poŜądanych przez tamtejsze „hieny". Co prawda
część naszego sprzętu pokrywała się z wymyślonymi przez Tet-rów urządzeniami
zapewniającymi przetrwanie w górnych poziomach Asgarda, ale cel wyprawy był jedynym w
swym rodzaju środowiskiem, które uchroniło się od wszelkich działań wojennych
prowadzonych przeciwko Salamandryj-czykom.
Rzecz jasna, całe szkolenie przebiegało w warunkach normalnej grawitacji, ale Ŝeby to
osiągnąć, „Leopard Shark" został wprawiony w ruch wirowy. Co do mnie, od wielu miesięcy,
z małymi wyjątkami, przebywałem w strefie lekkiej grawitacji, więc pod koniec kaŜdego
dnia, spędzonego na krąŜowniku Gwardii, cierpiałem.
ś
ołnierze słuŜb specjalnych, do których obecnie i ja się zaliczałem, byli jedynymi
pasaŜerami na pokładzie „Leo-parda Sharka". Nie mieliśmy nic wspólnego ze sprawami
sterowania i obsługi statku, a tytuł kapitana Gwardii został wprowadzony w celu odróŜnienia
tej rangi od stopnia kapitana — dowódcy statku, zaliczającego się raczej do
62
wyŜszej szarŜy. „Leopardem Sharkiem" dowodził kapitan Khaseria, siwowłosy weteran o
nieco zgryźliwym usposobieniu. Reprezentował on „morski" odłam Gwiezdnej Gwardii.
Kiedy statek pogrąŜony był w norze kompre-syjnej, kapitan Khaseria obejmował funkcję
naczelnego dowódcy. Podlegała mu trzydziestoosobowa załoga „Leo-parda Sharka", która
miała za zadanie bronić statku i umoŜliwić mu dotarcie do miejsca przeznaczenia.
W czasie lotu kadra nie miała Ŝadnej władzy — nasze zadanie zaczynało się w momencie
opuszczenia statku i podjęcia działań prowadzących do wykonania powierzonej misji.
NajwyŜszym stopniem oficerem na pokładzie była Susarma Lear. Mój dawny znajomy,
porucznik Crucero, obecnie kapitan Gwardii, nadal był jej prawą ręką. Mieliśmy trzech
młodszych oficerów, sześciu przydzielonych sierŜantów i ledwie pięćdziesięciu gwardzistów,
o połowę mniej, niŜ wynosiła zaplanowana pojemność statku. Nie mieliśmy odbijać Asgarda,
zadanie miało charakter specjalny. Szkolenie ludzi nie było łatwe, a im więcej ćwiczyłem i
cierpiałem, tym mniej nęcąca wydawała się perspektywa zabrania ich w głąb Asgarda.
Zdarzały się jednak jaśniejsze chwile, kiedy mogłem powetować sobie dawne straty.
Porucznik Kramin i jego wesoła gromadka, po zwolnieniu z niezbyt zaszczytnego
obowiązku strzeŜenia „Go-odfellowa", zostali przydzieleni do wzmocnienia „Leo-parda
Sharka". Oznaczało to, Ŝe miałem prawo wydawać im rozkazy, takŜe gwardziście
Blackledge'owi. Lecz, niestety, nie ma juŜ w obecnych czasach Ŝadnych naprawdę cięŜkich
prac na statkach kosmicznych. Gdyby nawet się
63
jakieś uchowały, przypadłyby załodze. Mimo to udało się wynaleźć kilka sposobów, by
obrzydzić Kraminowi i Blac-kledge'owi Ŝycie.
Sam fakt, Ŝe zostałem mianowany oficerem, przysparzał im tyle zgryzoty, co wszystkie
prace, jakie udawało mi się na nich zepchnąć.
Roztyli się i stracili formę, dekując się na stacji „Good-fellow". Świadomość, Ŝe zawsze
mogę powiększyć trochę brzemię ich bólu i trosk, spychała moje własne problemy na drugi
plan.
John Finn teŜ został zwerbowany pod przymusem, a przed kompanią karną uchronił go
wcześniejszy pobyt na Asgardzie i zyskane w ten sposób pewne rozeznanie w specyfice
pracy na poziomach.
Z Johnem Finnem sytuacja była inna. O ile Kramin i Blackledge nie znosili mnie, to John
Finn nienawidził. Wcale nie cieszyło go, Ŝe wybronił się przed kompanią karną, ani fakt, Ŝe
dostał w końcu to, czego tak Ŝarliwie pragnął: darmowy przelot na Asgard. UwaŜał się za
człowieka pokrzywdzonego i oszukanego, i wmówił sobie, Ŝe to wszystko moja wina. Nie
próbowałem dręczyć go ani utrudniać mu Ŝycia, raczej cackałem się z nim. Jednak na sam
mój widok wrzała w nim wściekłość. Dość szybko postanowiłem, Ŝe za Ŝadne skarby nie
zejdę na powierzchnię w towarzystwie Johna Finna. Na dole zbyt łatwo o wypadki.
Stosunki z pozostałymi układały się lepiej. Drugi z mych starych znajomych, gwardzista
Serne (obecnie sierŜant), nie miał Ŝadnych oporów, by być ze mną w dobrej komitywie.
Podobnie Crucero nie wydawał się zgorszony
64
ideą dzielenia ze mną swej rangi i całkiem łatwo zaakceptowaliśmy się wzajemnie, jak
równy równego. Pani pułkownik dbała o zachowanie naleŜytego dystansu od reszty,
pielęgnowała troskliwie przysłowiową samotność dowodzenia, ale nie cisnęła nas
nadmiernie. Nie beształa przy wydawaniu rozkazów i nie traktowała mnie, co miało
miejsce wcześniej na Asgardzie, jakbym wypadł sroce spod ogona. Stanowiło to
przyjemną odmianę.
Rzadko widywałem naszych cywilnych pasaŜerów. Dyplomata nazwiskiem
Valdavia był chudym i ponurym męŜczyzną, mówiącym ze środkowoeuropejskim
akcentem i bardzo drobiazgowym. Podejrzewałem, Ŝe wylądował tu, bo przypadkiem
znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze, ale mogłem go nie
doceniać. Łatwo jest zlekcewaŜyć polityków. Bardziej interesował mnie Nisreen--673,
tetrański bionaukowiec, ten jednak spędzał większość czasu w odosobnieniu,
zamknięty w swej kabinie.
Po wejściu „Leoparda Sharka" w norę kompresyjną nie mogliśmy nawiązać
łączności z macierzystym układem ani z Tetrami. TuŜ przed startem stacja
przekaźnikowa przesłała nam całą wiadomość nadaną impulsem kompresyj-nym, lecz
dowiedzieliśmy się niewiele więcej ponad to, co juŜ wiedzieliśmy.
Przed dotarciem na Asgard i skontaktowaniem się z Tetrami nie byliśmy w stanie
opracowywać Ŝadnych szczegółowych planów. Mogliśmy jedynie zadbać o gotowość
do ich realizacji. Nie zapobiegło to naturalnie wielu gorącym dyskusjom na temat
zadania, jakie mieliśmy otrzymać i naszych szans przeŜycia misji.
Nie byłem zbyt optymistycznie nastawiony do naszych
4 - Najeźdźcy 7 Centrum
65
moŜliwości przedzierzgnięcia się w szpiegów doskonałych — mimo braku oficjalnego
potwierdzenia, Ŝe Tetrowie rzeczywiście chcą nas wykorzystać jako szpiegów. Napotkane
przeze mnie, przez wszystkie te lata spędzone na penetrowaniu drugiego i trzeciego poziomu,
ś
wiadectwa sugerowały, Ŝe pozostający w ukryciu Asgardyjczycy nie wyprzedzają peletonu
galaktycznych cywilizacji — wyróŜniał ich jedynie styl, a nie moŜliwości techniki. Ale po
zejściu w głąb tego zamarzniętego makroświata ukrytym szybem przekonałem się, Ŝe pozory
były mylące. Głębiej, we wnętrzu Asgarda, istniały wyŜej rozwinięte rasy, których
techniczne moŜliwości sprawiały, Ŝe nasze cywilizacje wydawały się być jeszcze w
powijakach. Jeśli to te istoty wychodziły teraz z ukrycia, Ŝywiąc wrogie zamiary, nasza cała
galaktyczna społeczność mogła zawalić się tak łatwo jak domek z kart. Przy takiej
konkurencji garstka szpiegów z Ziemi niewiele mogła zdziałać. Na podstawie znikomej
wiedzy, jaką posiadłem na temat supernaukowców, uwaŜałem ich za istoty nieśmiałe i
miłujące pokój. Niedawna inwazja wskazywała, Ŝe mogłem się mylić. Być moŜe zostałem
wywiedziony przez nich w pole. Przyłapywałem się na snuciu teorii na temat moŜliwej
przyczyny, jaka pchnęła ich do wojny z całą galaktyką, teorii, które przyprawiały mnie o
palpitację serca.
Nie byłem do końca przekonany, czy mogę polegać na swych wspomnieniach z wnętrza
Asgarda. PrzecieŜ osoba, która mnie wówczas oświeciła, w pamięci Susarmy Lear była
martwa. Jeśli jej wspomnienia tych wydarzeń były iluzją obliczoną na rozwianie
wątpliwości, podobnie mogło być z moimi.
66
Rzecz jasna, nie miałem zamiaru zwierzać się z tego Susarmie Lear. Nie chciałem
się zdradzić, Ŝe wiem albo wydaje mi się, Ŝe wiem, iŜ Myrlin Ŝyje. To on mógł
poprowadzić atak na Miasto Pierścieniorbity, być moŜe przewodząc całej armii istot
jemu podobnych. Całkiem prawdopodobne, Ŝe uŜyto go dokładnie tak samo jak mnie.
jako najemnego Ŝołnierza.
Jeśli to prawda, to niech mnie diabli, ale nie spieszyło mi się wcale do zmierzenia
się z nim na polu walki. Był wielki i twardy, takim zbudowali go Salamadryjczycy. a
bogom podobni mieszkańcy Asgarda z pewnością byli w stanie uczynić go jeszcze
twardszym. Myśl o tym, Ŝe zostaniemy zrzuceni na powierzchnię, aby obserwować
ruchy armii złoŜonej z olbrzymich bojowników uzbrojonych przez supernaukowców, u
kaŜdego wywołałaby ciarki.
Nie odczuwałem swej niechęci do zwierzenia się z powyŜszych obaw Susarmie Lear
jako przejawu nielojalności. Wolałem rozgrywać partię, nie zdradzając przedwcześnie
atutów i z niczym się nie wyrywać.
Niektórzy rodzą się ciekawymi ludźmi, inni dochodzą do tego sami, części zaś
zostaje to narzucone z zewnątrz. Lecz moŜna próbować z tym walczyć, jeśli się chce.
P
aliłem się do przeprowadzenia rozmowy z tetrań-skim bionaukowcem Nisreenem-673,
ale okazało się to trudne. Częściowo dlatego, Ŝe miałem tyle róŜnych
4*
67
zajęć, częściowo dlatego, Ŝe Tetr rzadko kiedy wychodził ze swej kabiny, a częściowo takŜe
dlatego, Ŝe Valdavia chciał, by wszelka wymiana informacji z Tetrem odbywała się przez
niego.
W końcu udało mi się zamienić z nim kilka słów i umówić na coś w rodzaju spotkania w
jego kabinie. Obaj, zdaje się, byliśmy równie zadowoleni z ustalenia terminu spotkania i
domyślałem się, Ŝe Tetr wcześniej zdobyłby się na wysłanie zaproszenia, gdyby nie
przestrzegał tak drobiazgowo jak Valdavia protokołu dyplomatycznego.
Pozwoliłem mu zadać na wstępie kilka pytań na temat Asgarda. Odpowiadając na nie,
zreferowałem mu, co wiem. Tetr nigdy tam nie był, a cała jego wiedza o Asgar-dzie
pochodziła ze zdezaktualizowanych juŜ płytek pamięciowych. W sposób wybiórczy
zrelacjonowałem mu swe przygody, przechodząc następnie do płynących z nich wniosków.
— Osoby utrzymujące, Ŝe nie ma tam więcej niŜ sześć poziomów, zawsze dysponowały
mocnymi argumentami — zauwaŜyłem — poniewaŜ technika, której pozostałości
wydobywaliśmy na górnych poziomach, nie pozwalałaby na zbudowanie czegoś więcej.
Natomiast romantycy upatrujący w Asgardzie całkowicie sztuczny twór, musieli oddać
sprawiedliwość jego budowniczym, Ŝe ich potęga techniczna przewyŜszała o niebo wszystko,
na co stać całą galaktyczną społeczność. Oczywiście, nie moŜemy jeszcze stwierdzić, czy w
samym środku, pod pokrywą wierzchnich warstw, kryje się zwykła planeta. Nawet jeśli tak
jest, to i tak poziomy Asgarda stanowią szczyt techniki, o którym próŜno marzyć, i nam, i
wam. Proszę sobie wyobrazić, ile
68
czasu musiało pochłonąć poskładanie tego systemu w jedną całość?
•
Stanowiłoby to godne podziwu osiągnięcie — odparł w charakterystyczny dla Tetrów
sposób.
•
A teraz wygląda na to — ciągnąłem — Ŝe Asgard moŜe być o wiele starszy, niŜ
sądziliśmy. Fakt ten moŜe rzucić interesujące światło na zagadnienie powstania ras w naszej
galaktyce. Rozumiem, Ŝe równieŜ badania prowadzone przez pana w pewnym stopniu są z
tym związane?
•
Wyciąganie ostatecznych wniosków byłoby przedwczesne — powiedział.
Nie miałem zamiaru pozwolić mu się tak wymigać. Podzieliłem się z nim swymi
poglądami i teraz oczekiwałem wzajemności.
•
Dowiedziałem się na stacji „Goodfellow", Ŝe na obrzeŜach układu gwiezdnego Ziemi
odkryto Ŝycie oparte na mechanizmie DNA, mikroorganizmy zamroŜone od miliardów lat —
wprowadziłem temat z całą otwartością, na jaką mogłem sobie pozwolić bez ryzyka uraŜenia
jego uczuć. — Tetrowie z pewnością mieli okazję przebadać tysiące układów gwiezdnych, w
których rozwinęło się Ŝycie. Ile z nich przypomina pod tym względem nasz?
•
Prawie wszystkie — odparł swobodnie. — Słyszałem o kilku odchyleniach od reguły,
ale myśmy skupili się na badaniu gwiazd tego samego słonecznego typu, których układy
planetarne są dość do siebie zbliŜone.
•
To zdaje się sugerować, Ŝe Ŝycie nie rozwinęło się w Ŝadnym z nich i tak naprawdę to
nie wiadomo, skąd na początku przywędrowało DNA?
•
Z pewnością nie mamy podstaw do snucia hipotez na temat najwcześniejszych
początków Ŝycia.
69
•
Nasi przodkowie zawsze sądzili, Ŝe Ŝycie wykształciło się na Ziemi — zauwaŜyłem,
starając się wyciągnąć od niego więcej informacji. — Nawet kiedy wyruszyliśmy w kosmos i
napotkaliśmy inne rasy, nie rozstawaliśmy się z tą ideą, wymyślając teorię zbieŜnej ewolucji.
•
Nasi naukowcy nigdy tak nie uwaŜali — oznajmił z nutą dumnej wyniosłości, którą
Tetrowie tak lubią okazywać. Najlepszy sposób na wydobycie od nich poŜądanych
wiadomości to schlebiać ich próŜności.
•
Jak doszli do takiego wniosku? — zapytałem, starając się, aby w moim głosie
zabrzmiało odpowiednie przejęcie.
•
To prosta kwestia z podstawowego zakresu rachunku prawdopodobieństwa.
Elementarny chemiczny mechanizm Ŝycia jest bardzo złoŜony. To nie tylko sam DNA, ale
wszystkie związane z nim enzymy, poza tym róŜne rodzaje RNA zajmujące się powielaniem
kodu genetycznego. Łatwo było ustalić prawdopodobieństwo powstania takiego systemu
przez przypadkowe złączenie się cząstek. Po zestawieniu wyniku z obszarem naszej planety i
z okresem jej istnienia, stało się jasne, Ŝe szansa powstania tam albo na kaŜdej innej planecie
Ŝ
ycia, jest śmiesznie mała.
•
Stało się dla nas oczywiste, Ŝe chemia Ŝycia jest tak skomplikowana, iŜ jego
przypadkowe wykształcenie się wymagałoby ogromnych obszarów przestrzeni i niewiary-
godnie długich przedziałów czasowych. W najlepszym razie, biorąc pod uwagę wielkość
naszego wszechświata oraz przyjętą długość jego istnienia, i drogę, jaką ma do przebycia
Ŝ
ycie, wychodzi, Ŝe szansa jego powstania wynosi jeden do dziesięciu. Wygląda na to, Ŝe
zawdzięczamy swe istnienie wyjątkowemu szczęściu.
70
Nie poprosiłem go o przybliŜenie mi zasad tej chwalebnej matematycznej kalkulacji, lecz
przyjąłem ów wynik z rezerwą. Łatwo uzyskać głupie odpowiedzi przy obliczaniu
prawdopodobieństwa, jeśli w proces zaangaŜowane są czynniki nie znane dokonującym
szacunku. RaŜące nieprawdopodobieństwa są chlebem powszednim w badaniach naukowych.
•
Czy to tłumaczy, dlaczego biosystemy macierzystych światów wszystkich
galaktycznych ras są do siebie tak podobne?
•
Samo w sobie nie — odparł. — Gdyby mojemu i twojemu światu po prostu nadać ten
sam podstawowy ustrój biochemiczny w postaci bakterii czy organizmów podobnych do
wirusów, naturalna selekcja mogłaby wykształcić odmienne systemy. Wzór odtwarzany jest
tak ściśle, Ŝe owady tetrańskie bardzo przypominają w swej rozpiętości ziemskie; to samo
dotyczy innych rzędów. Oba te światy zostały więc „zasiane" więcej niŜ jeden raz.
Przypuszczamy, Ŝe nowy materiał genetyczny napływa niemalŜe bez przerwy z wysuniętych
rubieŜy do wewnętrznych regionów układów gwiezdnych. Stanowi to główne źródło
zmienności, na której moŜe pracować naturalna selekcja. Sądzimy teŜ. Ŝe w najnowszej
historii galaktyki, to znaczy w ciągu ostatniego miliarda lat, bardziej złoŜone garnitury
genetyczne pojawiały się ze dwa, lub trzy razy.
•
Więc uwaŜa pan, Ŝe ludzki garnitur genów w rzeczywistości został zrzucony na znane
nam zamieszkałe światy przez jakieś obce boskie istoty, które wykorzystują całą galaktykę
jako coś w rodzaju plantacji?
Tetrowie nie mogą marszczyć brwi, ale patrząc na niego
71
domyślałem się, iŜ uwaŜa, Ŝe grubo przesadziłem i najwyraźniej nie chce, aby jego
rozumowaniu przypisywano takie implikacje.
•
Nie zdołaliśmy wyodrębnić ludzkiego zespołu genów jako takiego — powiedział. -
Obecnie przyjęliśmy pogląd, Ŝe ostatni zasiew miał miejsce w czasie, kiedy na Ziemi
wymarły dinozaury. Takie drastyczne nieciągłości w procesie ewolucyjnym powtarzają się na
wielu światach. Ale nie ma powodów, aby przypisywać to jakimś obcym inteligencjom.
•
Lecz utrzymuje pan, Ŝe garnitur genetyczny ssaków przywędrował z zewnątrz, a nie
wykształcił się z DNA istniejącego uprzednio na Ziemi ani na Tetrze?
•
Wszystko na to wskazuje — przyznał.
Przez chwilę przyglądał mi się bacznie, zastanawiając się moŜe, ile będę w stanie pojąć.
Miałem przeczucie, Ŝe zbliŜaliśmy się do jego ulubionego „konika".
•
Czy wie pan, co rozumie się przez pojęcie „ciche" DNA?
•
Nie — odparłem.
Zacząłem obawiać się o dalsze losy naszej rozmowy. Pangalaktyczny „parole" został
pomyślany jako język łatwy w uŜyciu. Nie nadawał się do prowadzenia zawiłych dysput
naukowych, a moja ograniczona umiejętność posługiwania się nim mogła wkrótce napotkać
bariery nie do pokonania.
— Wasi genetycy, podobnie jak nasi przed kilkuset laty,
zdołali wreszcie zlokalizować na chromosomach ssaków,
włączając w to chromosomy ludzkie, geny odpowiedzialne
za produkcję wszystkich białek skadających się na ludzkie
ciało.
72
Zamilkł, więc powiedziałem:
•
W porządku, pojmuję.
•
Geny te tłumaczą obecność od pięciu do dziesięciu procent komórkowego DNA.
Reszta to, tak zwane, „ciche" DNA.
•
Chce pan powiedzieć — wtrąciłem, chcąc wykazać się inteligencją — Ŝe nikt nie wie,
jaką spełnia funkcję?
•
Właśnie. Nasi uczeni sądzili przez jakiś czas, Ŝe składają się na nie geny sterujące
innymi genami. Musi pan wiedzieć, Ŝe budowanie organizmu to coś więcej niŜ chemiczna
produkcja. Rozwijając się w organizm, komórka jajowa nie tylko musi wytworzyć potrzebne
białka, ale takŜe nadać im odpowiednią strukturę. Od wielu lat nasi biotechnicy usiłują
odnaleźć odpowiedź na pytanie, jak to się dzieje, Ŝe jajo jest tak zaprogramowane, aby
rozwinąć się w konkretny organizm. Dotąd odpowiedź umiejscawialiśmy w cichym DNA.
Nie udało się nam tego rozwikłać. Wasi biotechnicy teŜ zaczynają odczuwać frustrację wyni-
kającą z bezradności wobec bariery tamującej postęp. Znaleźliśmy sposoby praktycznego
zastosowania naszej biotechniki, wiele udało nam się osiągnąć, mimo Ŝe nasze rozumienie
tych zagadnień jest tylko częściowe. Ale chcąc nie chcąc, jedna z podstawowych cech
chemicznej reprodukcji nadal pozostaje zagadką. Udało nam się natomiast ustalić, Ŝe „ciche"
DNA wielu, a moŜe nawet wszystkich wyŜszych ssaków, składa się z genów, które ujawniają
się wyłącznie u form wyŜszych.
Ś
ledzenie tych ostatnich wywodów sprawiało mi pewne kłopoty i musiałem skupić się, by
pomyśleć. Nagle zrozumiałem, do czego zmierzał.
73
— To znaczy — powiedziałem — Ŝe praktycznie wszy
stkie geny, w których zakodowane jest ludzkie ciało, były
obecne w ssakach, kiedy pojawiły się one po raz pierwszy
na Ziemi albo na Tetrze? A cała ewolucja, jaka nastąpiła,
działa się częściowo za sprawą przebudzenia się „cichego"
DNA?
Zdziwił się.
— Ma pan rację, kapitanie Rousseau. Przynajmniej
w mojej opinii istnieje taka moŜliwość, choć trzeba jej
jeszcze dowieść. UwaŜamy, Ŝe ewolucja ssaków przebiega
zgodnie z wcześniej ustalonym programem, a ten musi
zostać przyswojony przez naturalną selekcję, Ŝeby dopaso
wać się do lokalnych warunków. Ale w gruncie rzeczy
ewolucja inteligentnych człekopodobnych form na wszyst
kich światach galaktyki, była nieuchronną konsekwencją
pojawienia się na nich garnituru genetycznego ssaków.
Późniejsze miliony lat rozwoju moŜna widzieć jako "od
słonięcie się" potencjału zawartego juŜ w systemie DNA.
Uznałem to za dość niepokojące przypuszczenie. Nisre-en-673 nadal mi się przyglądał i
uświadomiłem sobie, Ŝe na tym nie koniec. Olśniwszy go wcześniej swą inteligencją, teraz
miałem przewidzieć następny punkt jego rozumowania. Zabrało mi to około minuty.
•
Ten rozdział nie jest jeszcze zamknięty — powiedziałem, dając ponieść się emocjom.
— Dziewięćdziesiąt procent ludzkiego DNA, a takŜe DNA Tetrów, jest nadal „ciche". Nie
mamy pojęcia, jakie nieznane moŜliwości nadal kryją się w naszych komórkach!
•
Właśnie, nie mamy pojęcia — przyznał. — Ani teŜ nie wiemy, jakiego rodzaju
bodziec byłby w stanie je
74
wyzwolić. Zaraz po odkryciu biotechniki nasi naukowcy byli przekonani, Ŝe staliśmy się
panami własnej ewolucji. Moje załoŜenie było przedwczesne.
•
A więc pole jeszcze w pełni nie wzeszło — szepnąłem. — MoŜemy być zaledwie
pierwszymi mizernymi pędami, przezierającymi przez wiosenną glebę. Nie mamy zielonego
pojęcia, jaki jest nasz zaplanowany przystanek docelowy ani dlaczego tak się dzieje.
•
Zmuszony jestem wnieść zastrzeŜenie co do pańskiego załoŜenia, jakoby galaktyka
została rozmyślnie „zasiana" w jakimś określonym celu — powiedział Nis-reen. — Pańskie
wyobraŜenie boskich siewców, mimo Ŝe kuszące, zdaje się nie znajdywać dowodów na swe
potwierdzenie. WciąŜ utrzymuje się moŜliwość, iŜ jakiś całkowicie naturalny proces
spowodował rozprzestrzenienie się genetycznego materiału po kosmicznej okolicy.
•
O, tak — przyznałem. — Pewnie dokonało tego stado skrzydlatych krów na
dorocznych wakacjach.
Nie wyczuł dowcipu. Nie ma w parole słowa na oznaczenie krowy, a nawet gdyby było,
trzeba by niesłychanego zbiegu okoliczności, aby Tetrowie uŜywali określenia „gdyby krowa
miała skrzydła" dla wyraŜenia absurdalnego nieprawdopodobieństwa.
Opuściwszy swój macierzysty układ, ludzie natknęli się na wyŜej rozwinięte istoty w
postaci Tetrów. Łatwo było wysnuć wniosek o istnieniu jeszcze wyŜej rozwiniętej rasy. Z
silnych pobudek ideologicznych Tetrowie nie kwapili się do tego. Przez nas, ludzi,
przemawiał antropocentryzm, kiedy przyjmowaliśmy bez zastrzeŜeń pogląd, iŜ Ŝycie
rozwinęło się na Ziemi, przyznając sobie poczesne miejsce
75
w dziele stworzenia. Tetrowie, mimo Ŝe mądrzejsi, teŜ posiadali własne tetrocentryczne
inklinacje.
•
Jeśli w ogóle moŜna uzyskać odpowiedzi na te pytania — powiedziałem, tuszując
chwilową impertynencję — myślę, Ŝe mogą kryć się one we wnętrzu Asgarda. Tam, jak
sądzę, przebywa kilku doskonałych biotechników.
•
Chyba ma pan rację. A jeśli ewolucyjna przyszłość naszych gatunków wciąŜ czeka na
swe odsłonięcie w „cichym" DNA, to moŜna załoŜyć, Ŝe w głębszych warstwach Asgarda
napotkać moŜemy potencjał ten juŜ uzewnętrzniony.
Nie wyglądał na zbytnio przybitego tą perspektywą. MoŜe ciekawość naukowca brała górę
nad jego obawami jako przedstawiciela bardzo ambitnej w dziedzinie polityki rasy. Gotów
byłem załoŜyć się, Ŝe znaleźliby się wśród jego ziomków tacy, którzy nie potrafiliby przyjąć
takiej moŜliwości z podobną pogodą ducha.
Po wyjściu Tetra z kabiny zacząłem bawić się w układanie scenariuszy, w których
przyznawałem Asgardowi kluczową rolę w mej teorii ogólnogalaktycznego zasiewu.
MoŜe Asgard jest altaną siewcy. A moŜe bankiem nasion. A moŜe kombajnem
zbierającym Ŝniwo.
Przypuśćmy, tłumaczyłem sobie, Ŝe galaktyka jest polem uprawnym, a głęboko we
wnętrzu Asgarda kryją się siewcy. Przypuśćmy teŜ, choć na chwilę, Ŝe nie jesteśmy plonami,
które naleŜy zebrać, lecz tylko chwastami! A nawet jeśli nie, to na ile moŜemy przewidzieć,
co wyniknie z naszej konfrontacji z istotami, którymi mamy nadzieję kiedyś się stać?
Postawiłem sobie pytanie, co by się wydarzyło, gdyby
76
nagle gromada neandertalczyków zjawiła się na Ziemi, oczekując zaproszenia do
wspólnego stołu. Nawet wówczas kwestia ta miała dla mnie złowieszczy wydźwięk,
choć nie mogłem zdawać sobie sprawy, jak rychło nabierze ona szczególnego
znaczenia ani jak straszne jej rozwiązanie implikować moŜe przykład, któremu
wkrótce miałem stawić czoła.
9
N
im dolecieliśmy na Asgard, zdąŜyłem ponownie przystosować się do warunków normalnej
grawitacji, a moje mięśnie — nie bez pewnej pomocy ze strony lekarzy — zostały
przygotowane do zejścia w głąb poziomów i dania z siebie maksimum. Wszyscy zostali wy-
szkoleni w uŜywaniu termoskafandrów i otrzymali na temat geografii Miasta Pierścieniorbity
tak pełne sprawozdanie, na jakie było mnie stać. Nie mógłbym z całym przekonaniem
stwierdzić, Ŝe palili się do akcji. Ale perspektywa kolejnego etapu ich niebezpiecznej słuŜby
nie była dla gwardzistów pierwszyzną. Jedynymi Ŝołnierzami nie zaprawionymi w bojach
była garstka drobnych kanciarzy Kramina.
Napotkaliśmy w systemie Asgarda flotyllę małych statków — nie wszystkie z nich były
tetrańskie. Istniała wprawdzie prowizoryczna, naprędce sklecona stacja, ale nie przypominała
standardowego mikroświata. Od inwazji upłynęły miesiące. Tetrowie skrzętnie pozbierali
wszystkie
77
elementy, lecz odbudowy jeszcze nie rozpoczęli. Statki z zaopatrzeniem docierały z
tetrańskiego układu i kilku innych, połoŜonych bliŜej. Mimo to pomyślałem sobie, Ŝe nie
prędzej niŜ za rok będzie moŜna zbudować bazę z prawdziwego zdarzenia, z pomocą której
Tetrowie będą mogli na nowo ustanowić przyzwoitą, trwałą siedzibę. Czy słuŜyć będzie ona
jako placówka, przez którą społeczność galaktyczna będzie mogła wznowić przyjazne
stosunki z mieszkańcami Asgarda, czy teŜ jako punkt wypadowy inwazji odwetowej,
niebawem się okaŜe.
Spotkania z naszymi gospodarzami, łącznie z naradami, odbywały się na pokładzie jednego
z ich statków. Manewrując podchodziliśmy bardzo blisko, aby moŜna było rozpiąć między
statkami rękaw, a nasz nie był jedynym, jaki Tetrowie rozstawili. Nie wiem, jak wyglądało to
z zewnątrz - pewnie jak nawiewane przez wiatr okruchy złapane w postrzępioną pajęczynę.
Nikt z Gwardii Gwiezdnej nie brał udziału we wstępnych spotkaniach, tylko Valdavia i
Nisreen-673. Miałem niepokojące przeczucie, Ŝe Valdavia odgrywa rolę pośrednika
targującego się z Tetrami o przyzwoitą cenę za nasze usługi. Miałem nawet jeszcze bardziej
niepokojące podejrzenia, Ŝe Tetrowie równieŜ odbierają to w ten sposób. Cały ich społeczny
porządek opiera się na zawiłym systemie najemnych usług, na mocy którego jedni wykupy-
wali sobie ograniczoną władzę nad drugimi. Ludzie skłonni byli tłumaczyć słowo określające
ten system w „parole" jako „niewolnictwo", ale to tylko dało Tetrom powód do śmiechu z
naszego przeraŜenia wywołanego tą ideą. Z ich punktu widzenia zaprzedawanie się całkowite
lub częś-
78
ciowe było rzeczą normalną. Poza tym istniał teŜ równoległy system quasi-feudalnych
obowiązków i powinności, w myśl którego Tetrowie w kaŜdej chwili gotowi byli
przeistoczyć się w urzędników państwowych, a moŜe nawet w personel wojskowy. Z tego
względu Nisreen-673 nie był zaskoczony ani oburzony tym, Ŝe oderwano go od jego badań
biologicznych i przydzielono jako łącznika do grupy ONZ-owskich notabli. Nie dawało mi
spokoju pytanie, jak zachowałby się Ayub Khan, gdyby ONZ wysłało mu polecenie
zostawienia Uranu i udania się na Asgard w roli dyplomaty.
Kiedy przetargi dobiegły końca (Valdavia starannie przemilczał szczegóły), pani
pułkownik, Crucero i ja wybraliśmy się na tetrański statek, by dowiedzieć się, czego
oczekują od nas Ziemia i Tetra. Gospodarze, jak zwykle drobiazgowo przestrzegający
dopełnienia formalności, powitali nas komitetem złoŜonym z czterech przedstawicieli.
Jeden z nich był mi trochę znajomy. Nazywał się Scarion-74, pracował w Urzędzie
Imigracyjnym.
To on właśnie usilnie zabiegał, aby skojarzyć mnie z Myrlinem. Z wielu powodów był
mniej znaczącym członkiem tetrańskiego komitetu i przypuszczalnie wszedł w jego skład,
poniewaŜ on i ja znaliśmy się wcześniej. Pozostali trzej przedstawili się jako Tulyar-994,
Alpheus--871 i Carmina-1125. Nisreen był nieobecny. Carmina reprezenowała tetrańską płeć
„piękną", choć nie wpadlibyśmy pewnie na to, gdyby nie omieszkała wspomnieć o tym.
Wszyscy Tetrowie mają okrągłe, pomarszczone twarze i czarną skórę, błyszczącą jak
wypolerowana. Na głowie rośnie im coś w rodzaju włosów, krótkich i czar-
79
nych, nie róŜniących się długością ani rodzajem u poszczególnych osób. Obie płci ubierają
się jednakowo; wydają się nie przywiązywać Ŝadnej uwagi do zróŜnicowania stroju za
pomocą małych drobiazgów. MoŜna ich rozpoznać po kształcie nosa lub po konfiguracji
znamion na twarzy, ale nie jest to łatwe. Wystrzegają się nadmiernej indywidualizacji i z
tego powodu nadają sobie oprócz imion równieŜ liczby. Nigdy nie zdołałem ustalić, czy ich
imiona mają coś wspólnego z naszymi imionami lub nazwiskami albo czy istnieje jakiś
związek między dwoma Tetrami o tym samym imieniu. Wiedziałem jednak, Ŝe wysokie
liczby wiąŜą się luźno z zajmowaniem wysokiej pozycji społecznej. Liczby czterocyfrowe
naleŜały do rzadkości, nic dziwnego więc, Ŝe Carmina-1125 okazała się głównym mówcą.
— To dla nas wielki zaszczyt i jesteśmy wam bardzo wdzięczni za waszą chęć wsparcia w
tej tragicznej godzinie — zapewniła. — Jest to czas niepewności dla całej galaktycznej
społeczności i nie znam światów, które nie opłakiwałyby swych poległych synów i córek.
Badania nad Asgardem zjednoczyły we wspólnym wysiłku wszystkie rasy, symbolizując
panującą powszechnie harmonię. Ostatnie wydarzenia spadły na nas jak grom z jasnego
nieba.
Wszystko to niezwykle potoczyście spływało z jej ust w pangalaktycznym parole, języku
doskonale przystosowanym do tetrańskich organów mowy. Ludzkie języki, bardziej płaskie i
szersze, nie bardzo potrafią się uporać z pełnym zasobem sylab. Musimy zastępować niektóre
spółgłoski odbiegającymi od normy wariantami, a to sprawia, Ŝe wypadamy dość Ŝenująco,
próbując posługiwać
80
się tym językiem. Niestety, nie ma innego sposobu na przetrwanie w ramach
społeczności. Trudno oczekiwać od Tetrów, by nauczyli się mówić po angielsku.
Z tego powodu oficjalna odpowiedź Valdavii na przywitanie była bardziej zwięzła,
niŜ wynikałoby to z jego naturalnych skłonności, a słowa nie płynęły z jego ust jak
werbalny miód.
— Z przykrością informujemy — wyjaśniała Carmina--1125, przemawiając
bezpośrednio do Susarmy Lear, moŜe dlatego Ŝe Valdavia słyszał juŜ te wiadomości —
Ŝ
e nie udało nam się nawiązać kontaktu z istotami, które zawładnęły Miastem
Pierścieniorbity. Istnieje, oczywiście, bariera językowa, ale najeźdźcy nie podjęli jak
dotąd Ŝadnej próby jej przezwycięŜenia. Nasze komunikaty zbywane są milczeniem.
Wysłaliśmy na dół nieuzbrojonych emisariuszy, z których Ŝaden nie powrócił, choć nie
mamy dowodów na to, Ŝe stało im się coś złego. Pod powierzchnią przetrwały jeszcze
na wolności grupki galaktyków, pracujących w bańkopułach załoŜonych przez
Centralę Koordynacji Badań. Od czasu do czasu udaje nam się z nimi nawiązać
łączność. Wystrzegamy się jednak niebezpieczeństwa zwrócenia na nich uwagi
najeźdźców. Przez pewien czas po inwazji otrzymywaliśmy przekazy od naszych ludzi
w Mieście, ale ostatnio nie odebraliśmy Ŝadnych. Za waszym pozwoleniem,
podsumujemy w kilku słowach, co wiemy o najeźdźcach.
Valdavia skinął głową, dając znak, Ŝeby mówiła dalej. Pani pułkownik uniosła tylko
swą jasną brew. Wpadła juŜ na dobre w swój dawny „twardy" sposób bycia. Carmina--
1125 skwapliwie przekazała pałeczkę Tulyarowi-994.
5 Najeźdźcy z Centrum
81
— Najeźdźcy przybyli spod spodu — powiedział.
— Wydostali się przez co najmniej pięć róŜnych punktów
na poziomie drugim i trzecim, korzystając z przejść,
z których istnienia nie zdawaliśmy sobie sprawy. Domyś
lamy się, Ŝe najeźdźcy juŜ na długo przed atakiem koncent
rowali swoje wojska na poziomie trzecim i czwartym.
Prawdopodobnie znajdowali się tam, zanim pan Rousseau
przebił się do niŜszych poziomów i atak nie był od
powiedzią na jego wtargnięcie. Jest pewna zastanawiająca
zbieŜność, której znaczenia nie moŜemy określić. Proszę
spojrzeć na to...
Wyjął kilka arkuszy z teczki leŜącej pod stołem.
Były to fotografie, przypuszczalnie wykonane po bitwie i przekazane przed
zablokowaniem łączności.
Najeźdźcy przypominali ludzi. Ze wszystkich ras przemierzających gwiezdne szlaki
galaktyki przedstawiciele tylko sześciu uchodzić mogą za ludzi. Rasa ludzka jest dość
zróŜnicowana, wystarczy więc pomylić kilku reprezentantów rasy zbliŜonej z paroma ludźmi,
aby mówić o występowaniu zbieŜności. Najeźdźcy z fotografii mieli wszyscy jasną skórę —
twarze nawet ziemiste — i jasne włosy. Z rysów przypominali trochę neandertalczyków z
wysadzonymi łukami brwiowymi i spłaszczonymi nosa-mi, ale mogliby chodzić po ulicach
wielu miast na Ziemi, nie wzbudzając większego zamieszania, a w mikroświecie byliby mile
widziani przez wszystkich.
Uświadomiłem sobie nagle, Ŝe moja niedawna atrakcyjność wcale nie musi wynikać z
obycia z poziomami.
— Istoty zamieszkujące kiedyś pierwszy, drugi i trzeci
poziom przypominały wyglądem ludzi — zauwaŜyłem.
82
— Wiedzieliśmy o tym od dawna. Nie ma powodów do zbytniego zdziwienia.
— Być moŜe — zgodził się Tetr. — Niewykluczone, Ŝe
uda się zbieŜność tę wykorzystać z poŜytkiem dla siebie.
Pułkownik Lear łatwo moŜna wziąć za jednego z obcych,
podobnie pana, kapitanie Rousseau. Przyda się to przy
zbieraniu informacji w trakcie prowadzenia rozpoznania.
MoŜna załoŜyć, Ŝe najeźdźcy chętniej nawiąŜą kontakt
z rasą, która jest bardzo do nich zbliŜona, niŜ z tak
odmiennymi, na nieszczęście, Tetrami.
Trudno jest oddać subtelne odcienie znaczeniowe w „parole", ale jemu udało się
sprawić, Ŝe wyraŜenie „na nieszczęście" zabrzmiało ironicznie nieszczerze. Dawał do
zrozumienia, jakoby najeźdźcy byli takimi samymi barbarzyńcami jak my i szybciej
znajdą wspólny język z nami niŜ z kulturalnym i cywilizowanym ludem Tetrów.
— Czy po to tu jesteśmy, by nawiązać kontakt? — spy
tała prosto z mostu Susarma Lear w parole, który nawet
na ludzką miarę zabrzmiał chropawo.
Cramina-1125 wmieszała się do rozmowy szybko, ale zręcznie.
•
Naszym zdaniem, grupa wasza powinna nawiązać kontakt tylko w sprzyjających
okolicznościach. Nasi dyplomaci wspomagani przez przedsawicieli kilku ras ściśle
przypominających najeźdźców, czynią jawne starania o nawiązanie dialogu.
•
Będziemy potrzebować pana Valdavii, który był juŜ uprzejmy ofiarować nam
swą pomoc. Prosimy jedynie o to, byście wsparli nas w udroŜnieniu przepływu
informacji między Tetrami pozostającymi w Mieście a obecnymi tutaj.
5*
83
Potrzebne są sprawozdania zebrane przez nich od czasu zerwania łączności. Wygląda na to,
Ŝ
e będą równieŜ niezbędni jako pośrednicy w negocjacjach z najeźdźcami. Usilnie starałem
się dociec, co kryje się za tymi słowami i na czym Carminie-1125 tak bardzo zaleŜało.
Pomyślałem, Ŝe jej słowa maskują poczucie prawdziwego zagroŜenia. Przyczynę tych obaw
upatrywałem w przeświadczeniu, iŜ na tym nie koniec całej afery, Ŝe w głębi Asgarda kryją
się jeszcze zasoby ludzkie i środki wojenne wystarczająco obfite, by umoŜliwić
Asgardyjczykom wyruszenie na podbój gwiazd. Domyślałem się obaw Tetrów, iŜ najeźdźcy
w ogóle nie będą chcieli słyszeć o pokoju i raŜąc „ogniem i mieczem", wedrą się do galaktyki
dokładnie tak, jak wdarli się do Miasta Pierścieniorbity.
— Czyim rozkazom podlegamy, będąc juŜ na dole?
— spytała pani pułkownik, swą obcesową otwartością
ponownie lekcewaŜąc wcześniejsze sugestie Valdavii.
Dyplomata okazał zniecierpliwienie, lecz Susarma Lear zignorowała go.
— Działaniami będzie kierował Tulyar-994 — od
parła Carmina. — Mieszkał przez pewien czas na Asgar-
dzie i zna dobrze miasto. Pani, oczywiście, dowodzi swymi
gwardzistami, ale prosimy z całym szacunkiem o pow
strzymanie się od wszelkich posunięć nie uzgodnionych
wcześniej z Tulyarem-994.
Czyli, innymi słowy, rób, co ten facet kaŜe. Susarma Lear nie zgłosiła sprzeciwu.
—
Jaki sprzęt zabieramy na dół? -- spytała.
Carmina-1125 dość miała w sobie bystrości, by skoja
rzyć „sprzęt" z eufemistycznym określeniem broni.
84
— UwaŜamy, Ŝe istniejące warunki nie zezwalają na
uŜycie broni — wyjaśniła. — Głównym naszym celem jest
nawiązanie przyjaznych stosunków z najeźdźcami, a wasza
misja temu właśnie ma słuŜyć. Pragniemy uniknąć wszel
kich wrogich aktów. Powinniście za wszelką cenę starać się
działać potajemnie, nie ściągać na siebie uwagi, a przede
wszystkim nie zabijać.
Zdziwiło mnie lekko, kiedy Susarma Lear z kamienną twarzą skinęła tylko głową.
Valdavia musiał ją przestrzec przed Tetrami twardo stojącymi na tym stanowisku i pewnie
nakazał jej, by się nie buntowała. Nie dała po sobie poznać, Ŝe w razie konieczności stać ją
na podjęcie samodzielnych działań. Była teraz pułkownikiem, a pułkownicy szczególnie
muszą się wystrzegać otwartego okazywania niezadowolenia. Miała swoje rozkazy i
wiedziała — jeśli przyjdzie co do czego, będzie musiała przystać na wszystko, czego zaŜyczą
sobie Tetrowie.
Jeszcze jedna ofiara na ołtarzu Matki Ziemi.
Nie byłem pułkownikiem. Znaczyło to, Ŝe nie miałem prawa głosu, nie mówiąc juŜ o
własnym zdaniu. Zostawiłem to na inną okazję.
— Interesy obu naszych ras i całej galaktycznej spo
łeczności są w tym względzie identyczne — dorzucił
Alpheus-871, którego rola sprowadzała się pewnie do
potakiwania.
Mój dawny znajomy, Scarion-74, „przytakiwacz" jeszcze niŜszego rzędu, dodał na tę samą
nutę:
— Jest naszym obowiązkiem słuŜyć jak najlepiej.
Nie bardzo wiedziałem, jak przetłumaczyć to na normalny język. Według mnie brzmiałoby
to tak:
85
— Jesteśmy na posyłki, ty i ja, i nie mamy wyboru.
Miałem uczucie, Ŝe pewnie ma rację. Uśmiechnąłem się
w odpowiedzi, ale chyba nie zorientował się, w czym rzecz.
— Najbardziej poŜądane byłoby — przemówiła Car-
mina-1125, pozornie zwracając się do Valdavii — gdy
byśmy mogli wyprowadzić część naszych ludzi z Miasta
i ustanowić szlak, po którym przemieszczaliby się w obie
strony niezauwaŜeni. Śluzy powietrzne, stanowiące główne
drogi wylotowe z Miasta, są bez wątpienia ściśle strzeŜone,
ale nietrudno chyba będzie znaleźć jakieś ustronne przej
ś
cia prowadzące do niŜszych poziomów.
Ta niezręczna przemowa miała po prostu na celu wywołanie pytania.
— Czy to jest wykonalne? — spytał mnie Valdavia.
Wzruszyłem ramionami.
— Miasto ciągnie się na trochę niŜszych poziomach
— powiedziałem. — Centrala bez przerwy przywracała do
uŜytku nowe obszary. Otworzyła tam na dole olbrzymie
pola produkcyjne zaopatrujące Miasto w Ŝywność. Obroń
cy mają więc do obstawienia rozległe tereny. Śluzy powiet
rzne są tylko na powierzchni, głębiej natomiast łącza
między podziemiami miasta a zamarzniętymi biostrefami
tworzą rozległą i nieregularną sieć plastikowych kopuł
ciśnieniowych. Niektóre zapory postawione zostały w ciem
nych zakamarkach i, choć nie moŜemy sforsować ich
z marszu bez włączenia alarmu sygnalizującego nieszczel
ność, moglibyśmy się przedostać, gdybyśmy zbudowali za
sobą własną plastikową ścianę. PrzecieŜ wszędzie nie
wystawili straŜy, choć z pewnością patrolują okolicę. A co
z pracownikami Centrali w rozproszonych wysepkach; nikt
86
nie kazał im tego spróbować? Mają cały potrzebny sprzęt gotowy do uŜytku.
— Nie byliśmy skłonni wydawać poleceń dotyczących
tego rodzaju operacji — odparł Tulyar-994. — Zresztą,
grupy pozostające jeszcze na wolności oddalone są znacz
nie od Miasta, prócz dwóch przebywających właściwie
w róŜnych halosystemach. Sądziliśmy, Ŝe najlepiej będzie
nie ściągać uwagi na grupę przebywającą najbliŜej Miasta
do czasu sprowadzenia posiłków.
Tłumaczyło się to mniej więcej tak: „Takiego wala. czekaliśmy na was, frajerzy".
— Kolejnym celem wyprawy — dodała Carmina-1125
— będzie przemycenie do Miasta róŜnych wymyślnych
urządzeń do prowadzenia inwigilacji, byśmy mogli kon
tynuować gromadzenie bieŜących danych nawet wtedy,
kiedy zawiodą wszelkie inne sposoby. O ile wiem. jest
z wami człowiek obeznany z Miastem i mający pewną
praktykę w obsługiwaniu tego typu urządzeń.
Nie od razu połapałem się, o co jej chodzi. Zamyśliłem się nad implikacjami rzuconej
przez nią mimochodem uwagi o „wszelkich innych sposobach, które mogą zawieść". Potem
uświadomiłem sobie, Ŝe musi mieć na myśli Johna Finna. Przypomniałem sobie teŜ, co
mówił o wykorzystaniu pobytu na Asgardzie do nauczenia się czegoś o tetrańskich
systemach zabezpieczających. Miałem zamiar to skomentować, ale nie dano mi szansy.
•
Kiedy wyruszamy? — spytała pani pułkownik, raz jeszcze błyskając swym wrodzonym
talentem przebijania się taranem przez gąszcz biurokratycznych ceregieli.
•
Jak najszybciej — poinformował ją Tulyar-994.
87
— Poczyniliśmy juŜ niezbędne przygotowania. Jestem
do pani dyspozycji. Kiedy pańscy ludzie będą gotowi...
— zwrócił się bezpośrednio do mnie.
Susarma Lear spojrzała na mnie z ukosa.
Zdołałem przywołać nikły, szyderczy uśmiech i mruknąłem:
— Do boju, kamikadze.
Powiedziałem to, oczywiście, po angielsku. Pangalak-tyczny parole nie przewiduje tego
rodzaju wyraŜeń. W gruncie rzeczy, to Tetrowie wymyślili parole, a oni zawsze wykorzystują
do swych celów innych jako kamikadze.
10
Z
ostaliśmy podzieleni na trzy grupy, z których kaŜda miała być przewieziona na powierzchnię
oddzielnym wahadłowcem. Te powinny wylądować poza linią horyzontu Miasta, w pobliŜu
włazu umoŜliwiającego łatwy dostęp do poziomu pierwszego. Takich miejsc było mnóstwo,
odnalezionych i pieczołowicie odrestaurowanych przez grupy robocze Centrali. Prowadziły z
Miasta do biostrefy poziomu pierwszego, gdzie zostało zbudowane. Susarma Lear i ja
znaleźliśmy się w jednej grupie. Crucero objął dowodzenie oddziałem Gwardii w drugiej i tu
przydzielono teŜ Finna. Jego usposobienie gwałtownie się polepszyło na wieść o tym, Ŝe
Tetrowie o nim nie zapomnieli i uznali jego znajomość urządzeń do prowadzenia podsłuchu
za wystarczającą, by udzielić mu dalszego
88
szkolenia i przydzielić dodatkowe obowiązki. Podbudowało to jego miłość własną, która w
ciągu ostatnich paru tygodni bardzo musiała ucierpieć, do poziomu nieznośnej dla otoczenia
zarozumiałości.
DruŜyną Crucero dowodził Alpheus-871. Tulyar-994 i Scarion-74 przydzieleni zostali do
mojej grupy, co potwierdzało przypuszczenie, Ŝe Tetrowie uznają nas za trzon operacji i
przyznają największe szanse na powodzenie.
KaŜda ekipa przyszłych wywiadowców posiadała w swym składzie paru doświadczonych
szperaczy. W mojej byłem ja oraz pewien Turkan o imieniu, które w najlepszym razie byłem
w stanie wymówić jako — Johaxan. Nie spotkałem go wcześniej, ale był starym
pracownikiem Centrali, działającym na poziomach nawet dłuŜej ode mnie. Kiedy
Pierścieniorbita została roztrzaskana, on przebywał akurat na satelicie.
Przez większą część swej przedrozumnej fazy rozwoju Turkanowie musieli zamieszkiwać
lasy, poniewaŜ wciąŜ jeszcze mają długie ręce i zgięte nogi obdarzone sprawnymi palcami.
Nie noszą zbyt wiele przyodziewku. Ciała mają lekko owłosione, ich sierść zdobi dziwaczna
pstrokacizna brązu i zieleni. Niewiele człekopodobnych ras wykazuje tego typu ubarwienie
ochronne, gdyŜ z reguły są one wystarczająco proste, by nie chować się po kątach przed
drapieŜnikami. Turkanowie jednak nadal przejawiają „umy-słowość ofiary" — cierpią na
dość ostre urojenia lękowe i bardzo wystrzegają się walki. Aczkolwiek myliłby się ktoś,
określając ich jako istoty zupełnie pozbawione instynktu agresji. Na swój sposób potrafią
bronić swoich
89
racji i cieszą się reputacją najlepszych kieszonkowców w galaktyce.
Jeśli chodzi o sprzęt, byliśmy całkiem dobrze wyposaŜeni. KaŜdy posiadał termoskafander.
trochę części zapasowych i wystarczającą na przetrwanie kilkunastu dni ilość pakietów
Ŝ
yciodajnych.
Powiedziano nam, Ŝe w razie potrzeby otrzymamy dalsze zrzuty. Mieliśmy teŜ róŜne
narzędzia do cięcia, sprzęt do stawiania bańkopuł i sanie, czyli wszystko, co potrzeba, by
szybko się przemieszczać.
Nim wyruszyliśmy, Susarma Lear zdołała widocznie odbyć z kimś rozstrzygającą rozmowę
na temat uzbrojenia, bowiem wydano nam broń, ale nie ostrą. Całe szkolenie w posługiwaniu
się bronią, jakie przeszedłem na pokładzie „Leoparda Sharka"' poszło na marne. KaŜdy z nas
otrzymał paralizator. W głębi poziomów nie będzie z nich większego poŜytku niŜ z
pistoletów na wodę. Jednak w Mieście, zakładając, Ŝe w ogóle do niego dotrzemy, będziemy
mogli obronić się, nie wyrządzając nikomu trwałej krzywdy. Było to kolejne małe
przypomnienie naszego celu — zaprowadzenia pokoju i harmonii na Asgardzie, w
galaktycznej społeczności i w całym wszechświecie.
Albo przynajmniej tak nas zapewniano.
Pani pułkownik raz tylko wyraziła swoje zdanie — na osobności — Ŝe nie naleŜy do końca
ufać Tetrom i Ŝe nie ma zamiaru brać wszystkiego, co mówią, za dobrą monetę. Był to objaw
choroby zawodowej w najczystszym wydaniu, ale musiałem przyznać, Ŝe z Tetrów są
szczwane lisy i nie cofnęliby się przed popełnieniem po kryjomu jakiejś nie-
90
godziwości, gdyby pozwoliła im na to sytuacja. Zachowałem swój sąd dla siebie.
Desant kosztował mnie sporo nerwów, zwłaszcza lądowanie. Ciśnienie atmosferyczne na
powierzchni Asgarda jest niskie i nie moŜna było w Ŝaden sposób wyrzucić nas z
wahadłowca na spadochronach. Statek musiał nam towarzyszyć do samego końca,
wykorzystując atomowe silniki do osłabienia wstrząsu przy lądowaniu. Choć wahadłowiec
nie był duŜy, i tak jakikolwiek obiekt sunący w pobliŜu powierzchni planety z ryczącymi
silnikami trudno uznać za dyskretny. Wspaniale jest po wylądowaniu znaleźć się za linią
horyzontu, ale opadając na spadochronie niełatwo jest się ukryć. Liczyliśmy na to, Ŝe
najeźdźcy nie dysponują sprzętem do wykrywania obiektów latających, a Tetrowie z
pewnością im w tym nie pomogą. PrzecieŜ radar i tym podobny sprzęt nie jest potrzebny
armii, która większość walk toczyła pod dwudziestometrowym sklepieniem, ale nerwy
nagminnie odmawiają poddania się nakazom logiki.
Po wylądowaniu musieliśmy oddać Tetrom sprawne naprowadzenie nas na cel.
Znaleźliśmy się praktycznie na pokrywie włazu, a zejście do podziemi zabrało nam dziesięć
„godzin" (w jednostkach miejscowych).
Pozostawiliśmy statek bez opieki. Pierwszym naszym celem było dotarcie do kolejnego
włazu, o dwa dni wędrówki w kierunku Miasta, gdzie mieliśmy rozstawić anteny
transmisyjne i załoŜyć coś w rodzaju trwałej bazy wypadowej. Sądziliśmy, Ŝe dzięki temu,
nie będzie miało większego znaczenia, jeśli najeźdźcy jakimś cudem odkryją nasz statek.
91
Oczywiście, z powrotem musielibyśmy zabrać się autostopem, kiedy przyjdzie czas stąd
się wynosić.
Pierwszy etap okazał się łatwy. Właz sprowadził nas na przelotową trasę poziomu
pierwszego. Wysłaliśmy na zwiady dwóch gwardzistów i ruszyliśmy, ciągnąc za sobą sanie
ś
rodkiem drogi, ślizgając się po cienkiej skorupie lodu. Poziom pierwszy jest, rzecz jasna,
stosunkowo łagodny, temperatura rzadko spada poniŜej dwustu trzydziestu Kelvinów, a
czasem podnosi się prawie do temperatury krzepnięcia.
Gdybyśmy podąŜali tą trasą do samego jej końca, obralibyśmy kurs prowadzący w prostej
linii do centrum Miasta, ale nie zamierzaliśmy posuwać się tak daleko. Po osiągnięciu
rubieŜy Miasta, chcieliśmy przeniknąć po kryjomu do jego zapomnianych bocznych uliczek.
Oświetlaliśmy sobie drogę reflektorami umieszczonymi na saniach, oszczędzając lampy na
hełmach. Wszyscy ciągnęliśmy kolejno sanie, łącznie z panią pułkownik i dwoma Tetrami.
Na tej wycieczce nie było pasaŜerów. UłoŜyliśmy juŜ plan odpoczynków. Kiedy
zatrzymywaliśmy się na postój, jedna osoba szła naprzód, aby zastąpić któregoś ze
zwiadowców. Wszystko grało jak w zegarku.
Pierwszego dnia nie napotkaliśmy Ŝadnych trudności — najeźdźcy nie korzystali z tej
trasy, a jeśli wystawili na niej straŜe, to patrolowały one odcinek bliŜej Miasta.
Drugiego dnia nie poszło nam juŜ tak gładko.
Około 37.50 (przyjęliśmy czas wzorcowy Miasta, choć nie mieliśmy Ŝadnej pewności, czy
zachowało ono swój dawny podział czasu od chwili przybycia nowych lokatorów) nasi
zwiadowcy donieśli o wykryciu czujnika świetl-
92
nego. Powiedzieli, Ŝe urządzenie jest dość prymitywne, lecz spełnia swoje zadanie.
Mieli powody przypuszczać, Ŝe uruchomili czujnik, patrząc po prostu na niego i Ŝe
przekazał on Miastu informację o naszym nadejściu. Natychmiast musieliśmy zejść z trasy.
Nie była to w Ŝadnej mierze klęska, bo znajdowaliśmy się wciąŜ daleko od Miasta i
dotarcie stamtąd patrolu trwałoby kilka godzin, nawet w szybkim pojeździe kołowym. Do
tego czasu pozostanie po nas tylko wspomnienie. Jednak odnieśliśmy wraŜenie, Ŝe pierwszy
punkt na tablicy wyników został zaliczony na korzyść przeciwnika.
Późnym popołudniem znajdowaliśmy się juŜ dostatecznie blisko, by zejść na poziom
drugi, gdzie temperatura przewaŜnie opada do odstraszających stu trzydziestu Kel-vinów.
Nie zamierzałem zapuszczać się niŜej. Nie miało sensu naraŜanie na szwank ludzi i sprzętu w
naprawdę mroźnych regionach.
Obrałem sobie poziom trzeci jako miejsce odwrotu w razie wystąpienia trudności. Nie
miałem, oczywiście, pojęcia, czy najeźdźcy są w stanie sprawnie działać na poziomie trzecim
i czwartym. MoŜe przywykli do operowania na ciepłych i jasno oświetlonych poziomach i
nie są otrzaskani z naprawdę zimnymi warunkami. Trudno jednak za bardzo liczyć na tę
ewentualność — przed atakiem na Miasto ich armia mogła na jakiś czas przyczaić się na
trzecim i czwartym poziomie.
Cała nasza wiedza sugerowała, Ŝe najeźdźcy z powodzeniem spędzają swe letnie wakacje
w rejonach zamarzniętych.
93
Co do mnie, wracając do krainy srebrzystych ścian i oblodzonych dróg, czułem się, jak
gdybym wracał w rodzinne strony. Miałem lepsze samopoczucie, przebywając na poziomie
drugim niŜ na pokładzie „Leoparda Sharka". Johaxan równieŜ czuł się swobodnie i robił
swoje, podnosząc na duchu gwardzistów, którym te nowe warunki były obce i nieprzyjazne.
MoŜna by sądzić, Ŝe kaŜdy, kto większą część Ŝycia spędził na pokładzie statku kosmicznego,
nie powinien być podatny na klaustrofobię, ale strefy Asgarda potrafią wzbudzić specyficzny
dla siebie niepokój. Co najdziwniejsze, najbardziej przestraszony wydawał się Scarion-74, a
przecieŜ spędził wiele lat w Mieście, łącznie z jego podziemnymi odgałęzieniami. Jednak
nigdy przedtem nie zapędził się tak daleko w strefę głębokiego mrozu.
Ś
ciągnęliśmy z powrotem naszych zwiadowców i poruszaliśmy się gęsiego przez
niegdysiejsze ,.pola uprawne" poziomu drugiego. Sklepienie, zawieszone na wysokości około
piętnastu metrów, pocięte było siecią potęŜnego kiedyś elektrycznego oświetlenia. W Złotym
Wieku Asgarda światła te zalewały swym blaskiem dywany ze sztucznej fotosyntetycznej
substancji, miejscami urozmaicone jeziorami fotosyntetycznego płynu. Pod dywanami i
wokół wód znajdowały się maszyny przetwórcze gromadzące produkty sztucznej
fotosyntezy, a jeszcze niŜej rozciągała się kolejna warstwa aktywnej fotosyntetycznej
substancji. Wszystko to w sumie składało się na skomplikowaną organiczną technologię, w
której istoty Ŝywe odgrywały jedynie znikomą rolę. Nie trzymano nawet zwierząt
hodowlanych — wytwarzanie mięsa dla potrzeb mieszkańców było od początku do końca
wyłącznie sprawą organicznej fotosyntezy
94
— jeśli produkt tego rodzaju syntezy moŜna nazwać „mięsem" w jakimś innym, poza
metaforycznym, sensie.
Teraz, rzecz jasna, cała maszyneria stała zdewastowana. Sprzęt niemal w całości został
rozgrabiony, zanim jeszcze wynieśli się stąd pierwotni uŜytkownicy, a cały system przestał
działać na długo przed „wielkim zamroŜeniem". Pozostały resztki, wciąŜ świadczące o
wysoce rozwiniętym biotechnicznym systemie produkcji, którego były reliktami. Tetrowie
równieŜ posiadali na swej ojczystej planecie wiele podobnych systemów i słyszałem teŜ, Ŝe
na poczciwej starej Ziemi powoli przeznacza się jałowe tropikalne pustynie na rozwój tego
rodzaju technologii.
Część kupujemy, oczywiście, od Tetrów, ale sami musimy prowadzić większość prac
badawczo-rozwojowych, poniewaŜ nie mamy zbyt wielu atrakcyjnych rzeczy na wymianę.
Drugiej nocy przetrząsaliśmy okolice w poszukiwaniu ustronnego miejsca na rozstawienie
małej bańkopuły. Przeszukaliśmy kilka małych „osad", dawniej kwater mieszkalnych,
rozmieszczonych w cztero- i pięciopiętrowych blokach sięgających sklepienia. JuŜ wiele razy
zdąŜyłem się przekonać, Ŝe nie nadawały się do rozbicia „obozu". Dawne siedziby
„halowców" z reguły bywały brudne i zapaskudzone, pokoje ogołocone, jak wszystko
dookoła, i pozostawione w stanie jeszcze większego rozkładu. Z otwarciem drzwi zawsze
były problemy, bo mechanizmy zamykające, zacięte od niepamiętnych czasów, nie dawały
się uruchomić. Mam za sobą wieloletnią praktykę w przecinaniu drzwi po to tylko, by
przekonać się, Ŝe po drugiej stronie nic ciekawego nie ma.
95
Najdogodniejsze warunki do zatrzymania się na noc oferował, jak uznaliśmy, leŜący na
uboczu budynek, słuŜący kiedyś przypuszczalnie za coś w rodzaju stodoły lub magazynu. W
ś
rodku było dostatecznie przestronnie do wzniesienia małej bańkopuły. Udało nam się
znaleźć zakątek otoczony zewsząd słupami i blokami, więc byliśmy z większej odległości
niewidoczni. Nigdzie w halach nie ma takiej otwartej przestrzeni, jak na powierzchni, po-
niewaŜ cała konstrukcja musi być zabezpieczona przed zawaleniem, ale pola produkcyjne są
na tyle przestronne, Ŝe moŜna przeŜyć cięŜkie chwile, usiłując na nich się ukryć. Przezornie
wyszukaliśmy miejsce zapewniające dobre schronienie.
Mieliśmy ze sobą wystarczającą moc, aby podnieść temperaturę w środku plastikowej
bańki, jednak postanowiliśmy oszczędzać tlen i nie chcieliśmy zuŜyć całego jego zapasu na
stworzenie wewnątrz warunków do oddychania. Z tego powodu przygotowanie noclegu to
niezupełnie to samo, co rozbicie namiotu. Pozostaliśmy w termoskafand-rach, pakiety
chemiczne na plecach dostarczały naszym ciałom niezbędnych składników.
Nadal porozumiewaliśmy się przez radio na wspólnym paśmie, trudno więc było zachować
dyskrecję (wcześniej uzgodniliśmy z Susarmą Lear kilka zastrzeŜonych częstotliwości, Ŝeby
w razie konieczności naradzić się ze sobą w tajemnicy przed Tetrami). To była prawdziwa
ulga móc wreszcie odłoŜyć sprzęt, a następnie połoŜyć się samemu w warunkach
sprzyjających na tyle, na ile moŜna było w tej sytuacji liczyć.
— Czy najeźdźcy mogą nas wyśledzić, obierając za
96
punkt wyjścia miejsce, w którym uruchomiliśmy ich czujnik alarmowy? — spytał
mnie Tulyar-994, kiedy rozłoŜyliśmy się wygodnie.
•
To mało prawdopodobne — wyjaśniłem. - Nie sądzę, Ŝeby domyślili się, gdzie
zeszliśmy z trasy przelotowej. Oczywiście, zostawiliśmy za sobą ślady, ale po
poziomie pierwszym w ciągu ostatnich dwudziestu lat przemieszczało się tylu
galaktyków, Ŝe nie sposób odróŜnić ich tropów od naszych. Ze znakami, jakie
zostawimy przy schodzeniu na niŜsze poziomy, będzie inna historia. Wtedy naleŜy
zachować szczególną ostroŜność.
•
Mamy powody sądzić, Ŝe pola produkcyjne będą działać normalnie — zauwaŜył
Scarion. — Będą na nich pracować robotnicy z wielu galaktycznych ras. Kiedy
pozbędziemy się skafandrów, nie powinniśmy rzucać się w oczy.
Z pewnością próbował pocieszyć bardziej siebie niŜ kogoś z nas. Tulyar wyznaczył
go do grupy mającej przeprowadzić pierwszy wypad w dolne rejony miasta. Nie był
teraz właściwy czas na podsycanie niepokojów, zachowałem więc swe mniej krzepiące
wnioski dla siebie. Zresztą, Tulyar postąpił chyba dobrze. Nasz plan na dzień pierwszy
zakładał jedynie nawiązanie jakichś wstępnych kontaktów, próbę przesłania
wiadomości do waŜniejszych osób w Mieście i unikanie najeźdźców. Program ten
prezentował się dość skromnie, choć zawsze istniało niebezpieczeństwo, Ŝe nasze
komunikaty zostaną przechwycone, a my zdemaskowani.
Mieliśmy za sobą długi dzień, napracowaliśmy się solidnie. Zasnęliśmy w swoich
hamakach snem, eufemistycznie
6 - Najeźdźcy / Centrum
97
zwanym snem niewinnych. Tylko czemu nie byliśmy winni, dokładnie nie wiedziałem.
11
N
ie mieliśmy kłopotów z dotarciem do Miasta na poziomie drugim. Wybraliśmy wcześniej na
mapie dogodne miejsce do wejścia na jego obszar i nie zakłóciły tego Ŝadne incydenty. Do
Miasta przeniknąć mieliśmy, korzystając z wąskiego korytarza zaślepionego w połowie
długości plastikową ścianą. Wchodziliśmy na poziomie pierwszym, poniewaŜ róŜnice
temperatury i ciśnienia nie były tu tak znaczne, jak na drugim. Oznaczało to, Ŝe zapory do
sforsowania nie są zbyt trwałe i łatwo się z nimi uporamy.
Był to najbardziej ryzykowny etap naszej operacji. Po postawieniu za sobą ściany
uwięzimy się praktycznie w pułapce bez wyjścia. Jeśli ściągniemy uwagę podczas usuwania
zapory, nie będziemy mieli gdzie się podziać. Po pokonaniu przeszkody pozostaną do wyboru
róŜnego rodzaju komory wentylacyjne, ale jeśli zostaniemy wykryci wcześniej, to po nas.
Drugie wielkie niebezpieczeństwo polegało na tym, Ŝe kiedy wejdziemy na teren Miasta,
jakiś zabłąkany patrol moŜe wykryć nasze dzieło, umoŜliwiając najeźdźcom zastawienie
zasadzki.
Postanowiliśmy, by w pierwszym wypadzie do Miasta wzięły udział cztery osoby. Tulyar-
994 i Susarma Lear zostali wyłączeni, zgodnie z zasadą, Ŝe nie naleŜy naraŜać
98
juŜ w pierwszym starciu własnej kadry dowódczej. Turkman teŜ nie brał udziału,
poniewaŜ jemu przypaść miało zadanie poprowadzenia grupy z powrotem, gdyby mnie
coś się przytrafiło.
W ten sposób objąłem dowodzenie grupą wypadową składającą się ze Scariona-74,
sierŜanta Serne'a i gwardzisty o nazwisku Vasari. Vasari był juŜ wcześniej na
Asgardzie. Dostał wtedy pierwszorzędną robotę: kiedy zeszliśmy w głąb poziomów,
pilnował pojazdów. Praktycznie więc pod powierzchnię Asgarda nigdy nie trafił.
Wróciliśmy na poziom pierwszy zwyczajnym przejściem działającym na zasadzie
ś
luzy powietrznej. Zabezpieczenia w tego typu przejściach to przewaŜnie proste
urządzenia mechaniczne, więc czas ani zimno nie wyrządziły im większej szkody i
łatwo było pracownikom Centrali przywrócić je do stanu uŜywalności. Tysiące takich
przejść zostało naniesionych na mapę w promieniu kilku kilometrów wokół peryferii
Miasta, choć zdecydowana większość łączyła poziom pierwszy i drugi. Ze
schodzeniem na trzeci jest trochę inaczej. Dodatkowo w tym rejonie bardzo trudno jest
dotrzeć do strefy czwartej, bo bezpośrednio pod Miastem nie ma Ŝadnych większych
hal i na ile Centrala Koordynacji Badań zdołała ustalić, tamtejsze obszary wydają się
wypełnione.
Zaślepienie korytarza poszło nam szybko. Byliśmy stłoczeni w komorze wielkości
kabiny statku kosmicznego i musieliśmy rozpychać się przy posługiwaniu się sprzętem.
Taka ograniczona przestrzeń pozwala na oszczędne zrównowaŜenie temperatury i
ciśnienia, ale zwiększa niebezpieczeństwo wypadku przy cięciu. Większą część pracy
6»
99
wziął na siebie Serne — działał szybko i sprawnie. Kiedy przeszliśmy na drugą stronę,
bardzo zręcznie ściągnął do siebie krawędzie rozcięcia. Trzeba by bardzo blisko podejść, by
dostrzec, Ŝe coś tam było robione. Pracowaliśmy przy świetle reflektorów — korytarz był
mroczny. Znajdowaliśmy się w dawnej dzielnicy mieszkaniowej, nie odbudowanej przez
przybyłych później kolonizatorów z galaktyki. Na polach produkcyjnych światła paliły się
bez przerwy, ale to miejsce było pewnie najbardziej opuszczonym zakątkiem, jakie
oferowało Miasto. Zdjęliśmy skafandry i zostawiliśmy je w komorze razem z resztą sprzętu.
Wyciągnięcie przewodów, a zwłaszcza kroplówek odŜywczych okazało się kłopotliwe i
bolesne. Pod pewnymi względami wygodniej i łatwiej byłoby pozostać w skafandrach. Lecz
bez nich mieliśmy wszelkie szanse uchodzić za mieszkańców Miasta, gdyby wypatrzył nas
patrol nowych jego władców.
Ubraliśmy się w rzeczy, które zabraliśmy ze sobą — nijakie kombinezony khaki, dość
luźne, Ŝeby zamaskować paralizatory za pasem oraz brązowe buty wykonane przy uŜyciu
tetrańskiej organicznej technologii. Z radością odkryłem, Ŝe były wyjątkowo wygodne i
dopasowane do ludzkiej stopy. Próbowałem kiedyś nosić buty zaprojektowane na tetrańską
nogę, okazało się to niemoŜliwe. Nie widziałem nigdy stopy Tetra, ale sądzę, Ŝe ich palce
muszą być dziwacznie uformowane.
Wszyscy odpowiednio się odzialiśmy i ostroŜnie ruszyliśmy mrocznym korytarzem przed
siebie. Drogę oświetlała nam wiązka z pojedynczego reflektora.
Przebyliśmy zaledwie trzydzieści metrów, gdy wystraszył nas jakiś szelest. Zamarliśmy.
100
— Tam ktoś jest! — wykrzyknął Scarion, zanim zdąŜyłem nakazać milczenie.
Serne i Vasari wiedzieli, oczywiście, Ŝe lepiej nie otwierać ust w takiej sytuacji.
Reflektor nie wykrył niczego szczególnego, kiedy biegliśmy w stronę źródła dźwięku.
Barwa odgłosu sugerowała, Ŝe mogliśmy mieć do czynienia z jakimś gryzoniem. Na
statkach kosmicznych podobno nie ma szczurów, ale niektóre galaktyczne ludy lubią zabierać
ze sobą w podróŜ inne formy Ŝycia, pewnie w charakterze pupilków. Miasto Pierścieniorbity
istniało juŜ dostatecznie długo, by nabawić się własnej zbieraniny zdziczałych czworonogów,
Ŝ
ywiących się odpadami z pól produkcyjnych i chowających w zakazanych miejscach,
dokładnie takich, jakie szczególnie nadawały się do naszych celów.
Po pewnym czasie usłyszeliśmy dalsze odgłosy. Tym razem teŜ nic nie wypatrzyliśmy i nie
byłem w stanie określić, czy wydawało je jakieś małe stworzenie pierzchające w popłochu,
czy coś, a moŜe nawet ktoś, większego. Mógł to być uciekinier z Miasta, który wziął nas za
najeźdźców.
Spojrzałem na Serne'a, Ŝeby zasięgnąć jego rady, ale on tylko wzruszył ramionami. Nie
miało sensu wszczynanie pogoni. W końcu ruszyliśmy dalej — mieliśmy zadanie do
wykonania.
Dotarliśmy wreszcie do skraju strefy mroku i wyłączyłem reflektor. Wyjrzeliśmy z ukrycia
na rozległą połać organosyntetycznej substancji przypominającej pole sztucznej trawy,
pocięte liniami torów i chodników na sektory
101
w kształcie rombów. Sklepienie olbrzymiej hali jarzyło się jaskrawym światłem na
wysokości piętnastu metrów.
Wszystko zdawało się funkcjonować normalnie. Odcinki ściany nośnej zasłaniały nam
widok, lecz poprzez odstępy sięgaliśmy wzrokiem na kilkaset metrów w głąb hali. W oddali
ujrzeliśmy automatycznie sterowaną kolejkę wlokącą się po szynach, przystającą co jakiś
czas, by zabrać ładunek. W zasięgu wzroku nie było Ŝadnej ludzkiej istoty.
Wzięliśmy ze sobą ulotki z wiadomością zapisane w języku Tetrów, które mieliśmy
przekazać jakiejkolwiek budzącej zaufanie osobie, mimo to, nie oburzyła mnie ani trochę
dotychczasowa nieobecność sprzyjających nam tubylców. Im dłuŜej się rozglądaliśmy, tym
lepiej.
•
Dałoby się jakoś wskoczyć na ten pociąg? — spytał Serne.
•
Pewnie — odparłem. — Ale mógłby nas zawieźć prosto w ręce najeźdźców. Mamy
dwie moŜliwości: wyruszyć pieszo chodnikami, co moŜe wystawić nas na pewne
niebezpieczeństwo albo zejść pod powierzchnię do tuneli przecinających termosyntetyczne
zasobniki. Ja opowiadam się za chodnikami, po drodze będzie wiele sposobności do
zniknięcia z pola widzenia, pod warunkiem, Ŝe pierwsi dostrzeŜemy przeciwnika.
Zaczęliśmy posuwać się przez pola produkcji Ŝywności, kierując się do centrum Miasta,
choć nie mieliśmy zamiaru tak daleko się zapuszczać. Niebawem dostrzegliśmy pierwsze
istoty, robotników obsługujących zautomatyzowane urządzenia. Wyglądali na galaktyków,
kilku było Zabara-nami. Pilnowałem jednak, Ŝeby nie dać się zwieść po-
102
zorom. Nie wiedzieliśmy na pewno, czy wszyscy najeźdźcy przypominali wyglądem ludzi.
Być moŜe tylko wojska uderzeniowe składały się z ludzi wykonujących najbardziej
niewdzięczne zadanie dla chlebodawców, których wyglądu nie mogliśmy znać.
Staraliśmy się nie rzucać w oczy do chwili osiągnięcia dogodnego stanowiska do
prowadzenia obserwacji obwodnicy okalającej peryferie Miasta. Obwodnica tętniła Ŝyciem
— przewaŜały zautomatyzowane pojazdy transportowe
przetykane wozami bojowymi. Opancerzone samochody
przejeŜdŜały w oddali w nieregularnych odstępach, ale czy
były to wozy patrolowe, czy teŜ stanowiły część jakiegoś
przypadkowego przegrupowania wojsk, pozostawało w
sferze domysłów.
Podeszliśmy trochę bliŜej i kiedy przechodziliśmy obok urywka muru, ujrzeliśmy
stojącego na torach humanoida sprawdzającego silnik zepsutego elektrowozu. Przyjrzeliśmy
mu się z ukrycia. Scarion-74 zidentyfikował go jako Ksyliana. Zetknąłem się z tą rasą
wcześniej — mieli śniadą cerę, odstające uszy i duŜe czarne, zawsze wyraŜające smutek,
oczy. Niewiele o niej wiedziałem.
— Lepiej ja do niego podejdę — powiedział Scarion.
— Ciebie z pewnością wziąłby za jednego z najeźdźców.
— O'kay — zgodziłem się. — Ruszaj.
Tetr wyszedł z ukrycia i wspiął się na chodnik prowadzący do torów, po których jeździła
kolejka. Ujrzawszy go, Ksylian rozejrzał się niepewnie wokoło. Rozmawiali około piętnastu
minut, przez cały czas przygryzałem wargi w zniecierpliwieniu, potem Scarion odwrócił się i
przywołał nas. Nie sposób było poznać po zupełnie obcym wyrazie
103
twarzy Ksyliana, jak zareagował na nasz widok. Zdołaliśmy przycupnąć za kolejką, stając się
praktycznie niewidoczni dla przypadkowych przechodniów, po czym nastąpiła błyskawiczna
wymiana informacji.
— On mówi, Ŝe w Mieście panuje spokój — powiedział Scarion. — W pierwszych
godzinach inwazji stawiano krótkotrwały opór, ale oficerowie wojsk pokojowych otrzymali
od przełoŜonych rozkaz złoŜenia broni i zakończył się rozlew krwi. Początkowo najeźdźcy
wypędzili wszystkich galaktyków z domów i ustawili w szeregu na ulicach, później pozwolili
niemal wszystkim powrócić do zwykłych zajęć. Zatrzymali ruchome chodniki i zamknęli
kilka innych systemów Miasta. Mówi, Ŝe co najmniej dwadzieścia lub trzydzieści tysięcy,
ogromna siła, najeźdźców brało udział we wstępnych bojach. Od tamtej pory mogli
przerzucić do Miasta następne dwadzieścia tysięcy, ale nie moŜemy za bardzo polegać na
jego zdaniu. Przejęli część kwater mieszkalnych i wielu mieszkańców Ŝyje teraz po trzech
lub czterech w jednym pokoju. Mówi, Ŝe bariera językowa sprawiała z początku olbrzymie
trudności. Nadal stwarza wiele problemów. Obcy potrzebują jego i innych galaktyków,
poniewaŜ nie znają się na urządzeniach. Boi się, Ŝe nie potrafi zrozumieć, czego od niego
oczekują. Najeźdźcy tak naprawdę nie zdołali jeszcze rozgryźć, kto co robi i jakie prace są
niezbędne do kierowania Miastem. Mówi, Ŝe są głupi i w ogóle nie rozumieją tetrańskiej
techniki; Tetrowie najwidoczniej nie chcą z nimi współpracować. Mają wielkie problemy z
utrzymaniem funkcjonowania Miasta, a ich własna technika jest prymitywna.
To mnie zdziwiło. Zakładałem, Ŝe mimo aparycji nean-
104
dertalczyków Asgardyjczycy muszą być przynajmniej tak rozwiniętą rasą, jak Tetrowie. Jeśli
Ksylian się nie mylił, to wyłącznie przewaga liczebna umoŜliwiła najeźdźcom opanowanie
Miasta. A teraz, kiedy juŜ nim zawładnęli. nie mieli pojęcia, jak nim zarządzać.
•
On uwaŜa, Ŝe zginęło więcej ludzi, niŜ wymagała tego sytuacja — ciągnął Scarion. —
Podobno zastrzelono tysiące ludzi, ale nie jest pewny, na ile moŜna tym pogłoskom wierzyć.
Wielu mieszkańców, zwłaszcza Tet-rów, wywieziono na niŜsze poziomy, nikt nie wie dokąd.
Ta zsyłka trwa, choć na to, Ŝeby wywieźć całą ludność Miasta, trzeba lat. Prawdopodobnie
najeźdźcy chcieliby całkowicie przejąć kontrolę nad Miastem, ale galaktycy są im niezbędni,
poniewaŜ znają się na obsłudze urządzeń. Mówi, Ŝe nie sprawia mu większej róŜnicy, czy
pracuje dla Tetrów, czy dla intruzów, ale tych ostatnich się boi.
•
Jaki sprzęt dowoŜą na powierzchnię? — spytałem, kierując pytanie wprost do
Ksyliana.
Mówił parole z dziwnym akcentem, lecz nie mieliśmy problemów z wzajemnym
zrozumieniem.
•
Wozy opancerzone, duŜo broni. Mocno główkują, próbując nauczyć się obsługi całej
maszynerii. Wielu z nich uczy się parole, wykorzystują do tego mieszkańców jako
nauczycieli.
•
Czy wszyscy wyglądają tak jak ja, czy są wśród nich jakieś inne rasy?
•
Wszyscy widziani przeze mnie byli podobni do ciebie. Choć słyszałem o innych ludach
zmuszanych do niewolniczej pracy na ich rzecz.
•
Człekopodobne?
105
•
Tak, ale nie wiem, do jakiej galaktycznej rasy są najbardziej zbliŜone. Nie widziałem
Ŝ
adnego z nich, a przy-najmniej nie zwróciłem uwagi.
•
Jak łatwo jest poruszać się na powierzchni? Czy moglibyśmy wyjść na ulice bez
naraŜenia się na schwytanie?
•
To raczej trudne. Starają się trzymać ludzi z dala od ulic. Wydają przepustki wypisane
dziwnym alfabetem. PoniewaŜ nikt nie rozumie ich języka, trudno te przepustki podrobić.
•
Czy rozmowy telefoniczne są bezpieczne, czy teŜ są w stanie nas podsłuchać?
•
Nie wiem. Nie znają się na tetrańskich systemach łączności, ale posiadają własne
telefony.
JuŜ wcześniej domyśliliśmy się, Ŝe rozmowy telefoniczne mogą być ryzykowne.
— Czy bezpieczne jest poruszanie się tu na dole?
Ksylian potrząsnął głową i nie byłem pewien, jak ten
gest zinterpretować.
— MoŜe — odparł niezobowiązująco. — Pozwalają
ludziom pracować. Rozpaczliwie starają się utrzymać
i usprawnić produkcję Ŝywności. Odkryli, jaki pokarm
najlepiej im słuŜy i próbują zwiększyć jego produkcję, ale
nie wiedzą jak. Tetrowie nie chcą im pomóc.
Większość Ŝywności wytwarzanej na polach produkcyjnych składa się z rozmaitych
gatunków „manny" — wieloskładnikowej odŜywki ściśle dopasowanej do potrzeb Ŝy-
wieniowych poszczególnych grup humanoidów. W Mieście Pierścieniorbity przebywało
wiele gatunków istot człeko-podobnych, tak Ŝe niezbędna stała się produkcja ośmiu do
dziesięciu rodzajów „manny". Jeśli kierować się wyglądem
106
zewnętrznym, najeźdźcom potrzebna była stara odmiana manny, produkowana w znacznie
mniejszych ilościach od ulubionej odŜywki Tetrów, czy odmiany specjalnie przeznaczonej
dla istot wyłącznie mięsoŜernych jak vormyro-wie, albo ścisłych wegetarian jak Sleathowie.
•
Jest sposób na to, Ŝeby rozejrzeć się na powierzchni — powiedział Serne.
•
Mianowicie? — spytałem.
•
Zatrzymać wóz bojowy, załatwić załogę i przebrać się w ich mundury. Potem
moglibyśmy najeździć się do woli.
•
Zbyt melodramatyczne. MoŜe później.
•
Proszę, idźcie juŜ — odezwał się Ksylian, sądząc, Ŝe jeśli doszliśmy juŜ do etapu, na
którym mogliśmy rozmawiać między sobą, powinniśmy zabrać się stąd i przestać
przyprawiać go o zawał serca.
•
Czy mógłbyś przekazać wiadomość jakiemuś Tet-rowi na powierzchni? — spytałem.
— Najlepiej jakiemuś o wysokim numerze.
Ksylian zastanowił się. Chyba chciał odmówić. Jednak jego pierwszym obowiązkiem była
lojalność wobec Tetrów i pomyślał, Ŝe Tetrowie najprawdopodobniej tu powrócą i znów
obejmą władzę. Kiedy ten czas nadejdzie, o wiele bezpieczniej będzie być tym, który
pomógł, niŜ tym, który odmówił.
— Spróbuję — powiedział, ponownie kiwając głową.
Scarion wyciągnął zawczasu przygotowany zapisany
tekst w języku Tetrów. Ksylian nie był w stanie odczytać go w większym stopniu niŜ
najeźdźcy. Sądziliśmy, Ŝe tak będzie bezpiecznie — Ksylian będzie w stanie wymyślić tuzin
powodów, dla których znalazł się w posiadaniu
107
kawałka papieru z niezrozumiałym tekstem, jeśli ktoś go o to spyta.
Niczym nie ryzykował, podejmując się jego doręczenia.
Ja takŜe nie byłem w stanie tego tekstu odczytać, ale Tulyar wyjaśnił, Ŝe było to
zaproszenie na spotkanie i prośba o szczegółowe dane dotyczące sytuacji w Mieście.
Zakładaliśmy, Ŝe Tetrowie pozostający w Mieście nadal gromadzą informacje, choć kanały
ich przekazywania zostały zablokowane.
Ksylian schował kartkę do kieszeni, wiedząc, Ŝe była to cena za pozostawienie go w
spokoju.
Nie mieliśmy zamiaru stawiać wszystkiego na jedną kartę, więc ruszyliśmy dalej, by
nawiązywać kontakty w mniej więcej taki sam sposób. Nie dowiedzieliśmy się wiele
nowego, poza kilkoma zasłyszanymi pogłoskami, raŜąco niewiarygodnymi, ale uzyskaliśmy
potwierdzenie spostrzeŜeń Ksyliana. Wszyscy nasi rozmówcy byli zgodni co do tego, Ŝe
najeźdźcy pod względem technicznym byli prymitywnym ludem i Ŝe mieli cholerne kłopoty,
próbując rozgryźć, w jaki sposób przejąć kierowanie maszynerią pozostawioną przez Tetrów.
Najeźdźcy nie byli Ŝyczliwie usposobieni do Tetrów, poniewaŜ ci nie kwapili się z pomocą.
Zaniepokoiło mnie to. Tetrowie referujący nam zagadnienie musieli o tym wiedzieć, lecz
pominęli to. Zakładałem, Ŝe bali się najeźdźców z powodu ich domniemanej przewagi
technicznej, ale teraz wyglądało na to, Ŝe martwią się o swych ludzi tkwiących w rękach
barbarzyńców. Sądziłem teŜ, Ŝe inwazja była odpowiedzią na moje wtargnięcie na niŜsze
poziomy, lecz nie było jak dotąd
108
Ŝ
adnego dowodu na to, Ŝe między najeźdźcami a biotech-nicznie ukierunkowanymi
superistotami, które przygarnęły Myrlina, istnieje jakiś związek. MoŜe najeźdźcy byli tylko
pionkami — jeśli tak, to dlaczego gracze nie ujawnili się, by pomóc im przezwycięŜyć
techniczne problemy?
Mieliśmy jeszcze zbyt wiele zadań do wykonania, Ŝebym mógł dłuŜej nad tym się
zastanawiać. Wręczyliśmy kilka następnych zaproszeń do przekazania Tetrom na powierz-
chni — jedno Zabaranowi, drugie Turkanowi. Nie zauwaŜyliśmy Ŝadnych Tetrów ani nie
zbliŜyliśmy się na tyle do najeźdźców, by nas dostrzeŜono.
Kiedy zbieraliśmy się w drogę powrotną do bazy, uwaŜałem, Ŝe moŜna uznać ten dzień za
umiarkowanie udany. Około sześć godzin spędziliśmy na plantacjach. Nie znaleźliśmy do
zjedzenia nic, co odpowiadałoby mnie, Sernowi czy Vasariemu, chociaŜ Scarion znalazł
sobie kilka przekąsek.
W drodze powrotnej przekonani byliśmy, Ŝe nic gorszego, nie po naszej myśli, nie moŜe
się zdarzyć. Wybiegałem myślą w przód do następnego niebezpiecznego etapu — do
wyruszenia na umówione spotkanie w celu wybadania, co z tego wszystkiego wyszło.
Ale, jak zauwaŜyłem wcześniej, plany mają okropną skłonność do wypaczania się.
Kiedy dotarliśmy z powrotem do szczeliny, przez którą wyszliśmy, nie było dwóch z
naszych czterech termo-skafandrów.
12
N
ie trzeba było być geniuszem, by domyślić się, co się stało. Słyszeliśmy nawet, jak ktoś się
porusza, kiedy przeszliśmy na drugą stronę. Wyrzucałem sobie, Ŝe tak łatwo dałem wtedy za
wygraną. Spojrzałem na Serne'a Słyszałem niemal, jak mówi sobie w duchu, Ŝe powinniśmy
byli zostawić straŜ. Teraz to było aŜ za bardzo oczywiste, ale wówczas na to nie wpadłem ani
on mi tego nie podsunął.
To tyle, jeśli chodzi o wartość szkolenia Gwardii Gwiezdnej.
•
Jakiś samotny szperacz — stwierdziłem rozgoryczony — ukrywający się przed
najeźdźcami.
•
Musiało być ich dwóch — powiedział Scarion. — Zniknęły dwa skafandry.
•
Nie — obstawałem przy swoim. — Gdyby było dwóch, stracilibyśmy wszystko. Ten
zabrał tylko przyrząd do cięcia i dwa skafandry, tyle mniej więcej jest w stanie udźwignąć
jeden człowiek.
W pewnym sensie mieliśmy szczęście. Bystrzejszy złodziej ukryłby dwa skafandry i
przyrząd w jakiejś ciemnej norze i wrócił po resztę. MoŜe ten nie miał tyle tupetu.
Najprawdopodobniej ucieszony porwał łup i czmychnął, upewniając się, Ŝe kiedy powrócimy
na scenę przestępstwa, on będzie juŜ daleko, daleko stąd.
Uświadomiłem sobie nagle, Ŝe jego odejście w popłochu nie oznacza wcale, Ŝe nie wróci
wkrótce po resztę zdobyczy. Oznaczało to jedynie, Ŝe nie przybędzie sam.
Wystarczającym nieszczęściem było juŜ to, Ŝe nasz kanał
111
przerzutowy do Miasta stał się bezuŜyteczny. Teraz na dodatek musieliśmy pogodzić się z
tym, Ŝe moŜe okazać się magnesem ściągającym wszystkie okoliczne męty.
Wobec utraty dwóch skafandrów i dalszych kłopotów w zanadrzu, nasze moŜliwości
działania były ograniczone. Mogliśmy pozbierać resztę sprzętu i iść dalej, próbując znaleźć
inny, bezpieczniejszy przesmyk prowadzący do Miasta, ale to wydawało się bezcelowe.
Uznałem, Ŝe czas się rozdzielić. Dwóch z nas, odciętych w ten sposób od bazy, zostanie w
Mieście, podczas gdy druga dwójka podąŜy z niewesołą nowiną do pani pułkownik i Tulya-
ra-994.
— Te skafandry nie przydadzą mu się na nic — skarŜył
się Scarion. — Kroplówka nie będzie pasować do jego
metabolizmu, jeśli nie naleŜy do jakiegoś gatunku blisko
spokrewnionego z moim albo twoim.
Po zbadaniu okazało się, Ŝe wśród skradzionych skafandrów znalazł się skafander
Scariona. Drugi naleŜał do mnie.
— MoŜe nie będzie nim w pełni zachwycony — odpar
łem — ale ten skafander jest w stanie podtrzymać go przy
Ŝ
yciu dość długo, by zafundować mu podróŜ w głąb
poziomów, jeśli taki jest plan złodzieja. Właściwie kaŜdy
humanoid przeŜyłby kilka dni w twoim lub moim skafan
drze. Ale złodziej nie będzie chyba sam z nich korzystał.
Podejrzewam, Ŝe zrobił to z myślą o czarnym rynku.
Najbardziej idiotyczne jest to, Ŝe pewnie sprzeda je komuś
stojącemu po naszej stronie, komuś, komu bardzo zaleŜy
na przekazaniu informacji z Miasta, do którejś z kopuł
Centrali w nadziei, Ŝe stamtąd zostanie nadana do Tetrów
111
na orbicie. Jeśli nabywca zorientuje się, skąd pochodzą te skafandry...
•
Nie jest tak źle wtrącił Serne. W bazie są przecieŜ zapasowe. Chcesz mój? MoŜna w
kilka godzin donieść tu dwa skafandry. A ja poradzę sobie tu tak długo, jak będzie trzeba.
•
Nie zdecydowałem. Pójdziesz ty i Vasari. Alenie wracajcie tu, to zbyt ryzykowne.
Turkan doprowadzi was do drugiego zaplanowanego punktu przerzutowego. Scarion i ja
udamy się tam bezpośrednio stąd, idąc od strony Miasta. To na tym poziomie, nie więcej niŜ
dziesięć kilometrów marszu. Spotkamy się jutro o... ten cholerny miejscowy czas... dokładnie
o 25.00.
Serne zmarszczył brwi.
— Nie mamy pewności, Ŝe ten drugi punkt jest bez
pieczniejszy od tego — zauwaŜył.
Miał rację.
— Czasami — przypomniałem mu — trzeba po prostu
zaryzykować. Zresztą, mając tylko paralizatory do obrony,
nie będziemy w stanie stawiać tutaj oporu. Lepiej stąd się
wynieść. Przebywaliśmy tam cały dzień, na polach jest
stosunkowo bezpiecznie. Wolę działać w pełnym świetle,
niŜ siedzieć jak szczur w pułapce.
Serne nadal miał zastrzeŜenia, ale przyznał mi rację. Kiedy załoŜyli skafandry, Scarion i ja
przeszliśmy na drugą, „miejską" stronę zapory, Ŝeby Serne i Vasari mogli na nowo ją złączyć
przed otwarciem tej zewnętrznej.
— Chyba powinieneś tam pójść — powiedział Tetr.
— Skafander sierŜanta pasowałby na ciebie.
— Coś mi mówi — wyjaśniłem - Ŝe kapitan Gwardii
112
nie powinien zostawiać swej grzęznącej misji na łasce losu. Nie przystoi to chyba
gwardziście.
Ironizowałem, rzecz jasna, ale Tetr wziął to za doskonałą odpowiedź.
— Rozumiem - powiedział.
Kwestie słuŜby i obowiązku są dla Tetrów o niskiej pozycji społecznej aŜ nadto
zrozumiałe.
Zaszeleściło coś nie opodal i kiedy błysnąłem reflektorem, wiązka oświetliła na
ułamek sekundy jakieś kosmate stworzenie czmychające w popłochu. Wypuściłem
oddech, powoli.
— Musimy wydostać się z tuneli — rzuciłem. — Bez
pieczniej będzie w świetle.
Szliśmy z powrotem mrocznym korytarzem, szybko lecz ostroŜnie. Spóźniliśmy się.
Kiedy dotarliśmy do końca tunelu i wyjrzeliśmy z ukrycia na pola produkcyjne, od
razu dostrzegliśmy grupę humanoidów biegnących w naszym kierunku.
— Merde! — zakląłem.
Jedno spojrzenie wystarczyło, bym się upewnił, Ŝe gorzej nie mogliśmy trafić.
Pędziło ku nam trzech vormyrów i trzech Spirellyjczyków. Wyglądali tak szkaradnie i
nikczemnie, jak wszyscy ich ziomkowie. Ogarnęły mnie złowieszcze podejrzenia, Ŝe
nasze szanse na zwerbowanie ich do zaszczytnej walki przeciw obcym najeźdźcom
rysują się kiepsko. Najwidoczniej drań, który podprowadził nam skafandry, spiknął się
jakoś ze swymi kompanami.
Wycofaliśmy się trochę w głąb korytarza. Zastanawiałem się, czy mamy szansę
ukrycia się, ale odrzuciłem ten pomysł. Te hieny mogą być obeznane z terenem, a kiedy
- Najeźdźcy 7 Centrum
113
odkryją, Ŝe zniknęła reszta sprzętu, zaczną nas ścigać. Vormyrowie podobno dobrze widzą w
przyćmionym świetle i nie miałem ochoty bawić się z nimi w ciuciubabkę. Na naszą korzyść
przemawiało jedynie to, Ŝe moŜe nie wiedzieli jeszcze o naszym powrocie. Mieliśmy szansę
wziąć ich przez zaskoczenie.
ś
ałowałem, Ŝe nie ma u mojego boku Serne'a albo Vasariego. Byli bitnymi Ŝołnierzami,
potrafiliby swobodnie rozprawić się z całą tą zgrają. Scarion-74 był tetrańskim oficerem
imigracyjnym i walka zdecydowanie nie leŜała w jego charakterze.
— Musimy urządzić zasadzkę — powiedziałem.
Skinął nerwowo głową.
Czekaliśmy, trzymając paralizatory w pogotowiu. Moje samopoczucie dalekie było od
spokoju wewnętrznego. Jak udało mi się wcześniej dostrzec, jeden z vormyrów miał pistolet
igłowy i byłoby niedorzecznym optymizmem zakładać, Ŝe pozostali są nieuzbrojeni.
Co gorsza, miałem okropne podejrzenia, Ŝe wkrótce mogą się dowiedzieć, z kim mają do
czynienia. Amara Guur nie był typem człowieka otoczonego gronem przyjaciół, ale pojęcie
wendetty wśród vormyrów nie opierało się na więzach przyjaźni. Gdyby mnie rozpoznali,
tym bardziej Ŝarliwie łaknęliby mojej krwi.
— Załatw najpierw trzech vormyrów — szepnąłem do
Scariona. — Spirellyjczycy są niebezpieczni, ale vormy
rowie są gorsi.
Skinął głową na znak zrozumienia. Zaraz kiedy wyłonili się zza zakrętu i ich sylwetki
rysowały się wyraźnie w świetle hali, wystrzeliłem w kie-
114
runku uzbrojonego w iglaka vormyra. Naciskałem spust, starając się zbryzgać mazią,
ilu tylko się da. Scarion-74, zdaje się, w panicznym rozgorączkowaniu raził jeszcze
szybciej.
Sęk jednak w tym, Ŝe efekty raŜenia paralizatora nie zawsze są widoczne od razu.
Johnowi Finnowi strzyknąłem w rozchylone usta, a nawet on zginał się powoli.
Bardziej wstrząs niŜ środek paraliŜujący obezwładnił go na tyle, Ŝe nie mógł odpłacić
mi tym samym, chociaŜ wciąŜ jeszcze zachowywał przytomność umysłu.
Ci natomiast mieli szybki refleks, a poza tym część ładunku musiała przesiąknąć
przez odzieŜ. Wtargnąwszy w mrok korytarza z jaskrawo oświetlonej hali, praktycznie
byli ślepi, ale nie musieli widzieć, by zdobyć się na reakcję.
Posiadacz iglaka został trafiony czysto i nie zdołał z niego wystrzelić, mimo Ŝe
wyrwał go z kabury. Jeden ze Spirellyjczyków dobył staroświeckiego rewolweru. Nim
zdąŜył odwieść kurek, nogi ugięły mu się w kolanach.
Pozostali, niestety, uzbrojeni byli w noŜe i szybko zaczęli wymachiwać ostrzami.
Jeden z vormyrów rzucił się na mnie szczupakiem. Błyskawicznie podrywając nogę,
kopnąłem go w przeponę, poprawiłem cios waląc go z boku kantem dłoni. Czający się
za jego plecami Spirellyjczyk o mały włos by mnie dopadł, ale jego pchnięcie przeszło
obok, poniewaŜ potknął się o ciało vormyra. Uderzyłem go tylko raz, potem dawka
cieczy pozbawiła go przytomności.
Udało mi się, a mogło skończyć się inaczej.
Scarion-74 nie miał tyle szczęścia.
7*
115
Kiedy wszyscy padli, przestałem strzelać. Ładunek od jakiejś chwili i tak był wyczerpany.
Scarion leŜał razem ze szkaradami. Nadzieja, Ŝe on teŜ został trafiony jakimś zabłąkanym
bryzgiem mazi, zgasła we mnie niemal natychmiast. Musiałem wyplątać go z objęć padłego
vormyra. a kiedy kopniakiem strąciłem ze Scariona jego ciało, dostrzegłem, Ŝe śmiertelnie
krwawił z rany zadanej noŜem w pierś. Próbował coś powiedzieć, ale ostrze przebiło płuco i
kaszlnął tylko krwią. Nie byłem w stanie mu pomóc, zmarł w chwilę później.
Wyłuskałem paralizator z zastygłej owłosionej ręki — posiadał jeszcze niewielki ładunek.
Wsunąwszy go za pazuchę, odrzuciłem swój na bok.
Potem skierowałem uwagę na sześciu zbirów. Wszyscy leŜeli bez czucia. Trąciłem
jednego butem, nie chcąc ryzykować zabrudzenia rąk cieczą, która wciąŜ mogła przylegać do
ich odzieŜy. Podniosłem bez przekonania iglaka i rewolwer.
Wiedziałem, Ŝe odejść tak po prostu byłoby z mojej strony lekkomyślnością. Logiczną
rzeczą byłoby naszpikować igłami leŜące ciała i zaciągnąć je potem dalej w głąb mrocznego
korytarza, dostarczając gryzoniom solidnego, smacznego posiłku. Seme nie wahałby się ani
chwili, podobnie Susarma Lear. Istniała przecieŜ moŜliwość, Ŝe natknę się jeszcze kiedyś na
te „ślicznotki", które wcale nie będą miały zamiaru powiedzieć „dziękuję", lecz od razu
skoczą mi do gardła.
Ale nie mogłem tego zrobić, nie mogłem tak po prostu ich zabić, kiedy leŜeli bez czucia.
Przeklinałem siebie za to, Ŝe jestem mazgajowatym głupcem. Nie byłem dumny ze
116
swojej słabości. Wiedziałem, Ŝe przynoszę ujmę mundurowi Gwardii.
Zabrałem iglaka i rewolwer i zostawiłem ich. Ŝeby to odespali.
To krótkie, brutalne starcie osłabiło mnie. Nogi uginały mi się w kolanach i nie mogłem
opędzić się od widoku tryskającego krwią torsu Tetra. Dobrze, Ŝe od dłuŜszego czasu nie
miałem nic w ustach. Czułem się wystarczająco fatalnie i bez tego, choć wiedziałem, Ŝe
wymiotować nie będę.
W miarę jak posuwałem się szybko naprzód wąskim chodnikiem, którym wcześniej
szliśmy razem, mdłości ustąpiły miejsca palącemu pragnieniu. Musiałem wetknąć głowę w
jeden z kanałów nawadniających sztuczne pola uprawne, Ŝeby łyknąć trochę nasyconej
minerałami wody. Rozjaśniło mi to nieco umysł i przypomniało, Ŝe hieny nie są jedynym
zagroŜeniem, którego naleŜy się strzec. Nic dobrego nie mogło wyniknąć z lekcewaŜenia
najeźdźców.
Usadowiłem się w rowie na skraju pola, Ŝeby poukładać sobie wszystko w głowie.
Próbowałem skupić się na odtworzeniu z pamięci planu Miasta, nad którym tyle ślęczeliśmy
z Tulyarem.
Miejsce wybrane przez nas jako drugie najdogodniejsze do przeniknięcia na obszar Miasta
było, jak powiedziałem Serne'owi, odległe o niecałe dziesięć kilometrów. Mógłbym to
przejść w kilka godzin. Byłem przekonany, Ŝe odnajdę to miejsce nawet w ciemnościach.
Przy odrobinie szczęścia poszłoby łatwo, lecz nadmierna pewność siebie to głupota. Jeśli
rabusie byli tu, mogli być równieŜ tam. Nie sposób ustalić, ilu mieszkańców pierzchło przed
inwazją w mrocz-
117
ne zakamarki Miasta. Poza tym, stale musiałem wystrzegać się najeźdźców.
Ruszyłem dalej z bardziej rozsądnym nastawieniem, kierując się do umówionego z
Sernem punktu.
Samopoczucie miałem kiepskie. Pogorszyło się jeszcze, kiedy przeklinałem swego pecha,
zadając sobie pytanie, czym zasłuŜyłem na tak złe traktowanie ze strony okrutnego losu.
Resztki optymizmu wykruszyły się, teraz oczekiwałem najgorszego.
Jak wiele z mych smętnych przeczuć, tak i to miało się wkrótce ziścić.
13
D
rugie miejsce, z góry wyznaczone przez nas jako dogodny punkt przeniknięcia do podziemi
Miasta, bardzo przypominało pierwsze. Był to zaślepiony tunel w labiryncie korytarzy na
skraju pola produkcyjnego.
Tetrowie przywrócili tutaj pola do uŜytku dokładnie tak jak w okolicach naszego
pierwszego punktu przerzutowego. Na bazie systemu pozostawionego przez halowców
zbudowali własny, ale nie wykorzystali w Ŝaden sposób kwater mieszkalnych na skraju pola.
Zostawili je w stanie dewastacji, nie instalując Ŝadnego oświetlenia. Według naszych
obliczeń, korytarze te powinny być równie opustoszałe teraz, jak od niezmierzonej ilości lat.
Ale nie były. Kwatery zajęli najeźdźcy.
JuŜ z daleka dostrzegłem, Ŝe chodniki i drogi kolejowe
118
roją się od umundurowanych neandertalczyków. Zszedłem niŜej, do ciasnych tuneli pod
warstwą fotosyntetycznych dywanów, gdzie zbierano plon całej produkcji, ale i tam było
mnóstwo najeźdźców. Powęszyłem trochę po okolicy. Podchodziłem moŜliwie jak najbliŜej,
nie naraŜając się na ryzyko zdemaskowania, nim zrozumiałem, dlaczego jest ich tak wielu.
Był to zakątek pola uprawnego, moŜe jedyny w swoim rodzaju, gdzie Tetrowie zwykli
wytwarzać odmianę manny najlepiej nadającej się na ludzki pokarm. Ludzie nie byli jedyną
rasą, która odŜywiała się tą wersją jednoskładnikowej diety. SpoŜywali ją równieŜ bardzo do
nas podobni Kythajczycy. Dla wielu innych ras była ona niestrawna. W zasadzie kaŜdy
gatunek preferował smaki i konsystencje stosowane we własnej odmianie manny.
Ksyliański informator uprzedził nas, Ŝe najeźdźcy mają kłopoty z wytwarzaniem Ŝywności.
Jeśli w tym zakątku wytwarzany był najbardziej odpowiadający im pokarm, nic dziwnego, Ŝe
zjeŜdŜali się tutaj, usiłując wykombinować, w jaki sposób przestawić inne działy systemu na
produkcję ludzkiej odmiany manny.
Najeźdźcy mieli chyba cholerne kłopoty z wyŜywieniem wojsk. PodróŜ na górę z
poziomów, które zamieszkiwali, była pewnie udręką, a ich elewatory — przeciąŜone wielką
ilością przerzucanej Ŝywności, a takŜe wozów bojowych i Ŝołnierzy. Jeśli chcieli utrwalić
swoją władzę nad Miastem i sprawnie nim zarządzać, musieli zacząć produkować Ŝywność
na miejscu. Naglącą potrzebą chwili musiało być dla nich opanowanie zarówno
wykorzystywanej tu tetrań-skiej biotechniki, jak równieŜ systemów sterujących trans-
119
portem i dystrybucją manny. Garstka kolejek automatycznych, posapując łagodnie,
obsługiwała obszary połoŜone poniŜej wielkich punktowców, stanowiących trzon dzielnicy
mieszkaniowej Miasta. Z pewnością wystarczała do przewozu Ŝywności dla dwóch setek
ludzi, pięciuset Kyth-najczyków i kilku reprezentantów innych ras na dokładkę. Ale
najeźdźcy chcieli wprowadzić do Miasta dziesiątki tysięcy Ŝołnierzy, a kaŜdy wie, Ŝe armia o
pustym Ŝołądku nie wałczy.
ZauwaŜyłem kilku Tetrów w towarzystwie agresorów. Ich obecni panowie, zdaje się,
usilnie starali się z nimi porozumieć, lekcje języka zaczynały dawać pierwsze wyniki.
Przynajmniej niektórzy spośród najeźdźców potrafili posługiwać się parole. Ale znajomość
natury Tetrów podpowiadała mi, Ŝe problemy ze słownym kontaktem nie zostaną tak szybko
przezwycięŜone. Jak mówi stare przysłowie: MoŜesz doprowadzić konia do wody, ale nie
zmusisz go, by pił. MoŜna nauczyć się rozmawiać z Tet-rami, ale nie moŜna zmusić ich, Ŝeby
rozumieli. Gotów byłem się załoŜyć, Ŝe Tetrowie starali się być jak najbardziej grzeczni i
skorzy do pomocy, nie dopuszczając jednak nigdy do tego, by najeźdźcy uzyskali od nich
potrzebne im informacje.
Im dłuŜej ich obserwowałem i im więcej widziałem ich własnej techniki, tym słuszniejsze
wydawało mi się stwierdzenie Ksyliana: najeźdźcy byli prymitywnym ludem. PoniewaŜ tak
bardzo byli do nas zbliŜeni wyglądem, łatwo było wziąć ich za ludzi z naszej przeszłości.
Wszystko wskazywało na to, Ŝe nie są nawet tak rozwinięci jak my. Mogliby zabłąkać się z
naszego dwudziestego, a najwyŜej
120
dwudziestego pierwszego wieku. Batalion Gwardii wyposaŜony w standardową broń
rozniósłby na strzępy trzy-ałbo czterokrotnie przewyŜszający go liczebnie oddział
neoneandertalczyków.
Rachunek ten nie dawał mi spokoju. Łatwo było zrozumieć, w jaki sposób armia
barbarzyńców wykorzystując przewagę zaskoczenia, zdołała zawładnąć Miastem Pierś-
cieniorbity. Nie posiadało ono obrony w pełnym tego słowa znaczeniu, nie licząc małego
korpusu oficerów pokojowych. Ale nie mogłem pojąć, jak taka armia mogłaby utrzymać
panowanie nad Miastem, gdyby Tetrowie przeprowadzili odpowiednio zaplanowane
powstanie. Zacząłem zastanawiać się, czy wyznaczone nam zadanie otwarcia linii
komunikacyjnych nie jest sposobem na ustanowienie szlaków do przemycania na obszar
Miasta chemicznej lub biologicznej, czy teŜ innej broni w celu wsparcia zbrojnego buntu.
Jeśli istotnie tak było, nic dziwnego, Ŝe Tetrowie nie wspomnieli o tym. Nie mogłem
opędzić się od podejrzeń co do sposobu, w jaki wyrobili w nas przekonanie, Ŝe najeźdźcy są
o wiele bardziej rozwinięci, niŜ okazali się być w rzeczywistości. Musieli znać prawdę, o ile
otrzymywali informacje z Miasta przez jakiś czas po inwazji. Coś w sposobie
zorganizowania tej operacji wyraźnie nie grało. Cała sprawa śmierdziała na kilometr.
Znalazłem kryjówkę za stertą pustych skrzynek pod połacią fotosyntetycznego dywanu.
Miejsce wydawało się korzystne z racji przechowywania tu Ŝywności, a ja zaczynałem
odczuwać głód. Niestety, wyglądało na to, Ŝe trudno mi będzie zdobyć coś do jedzenia,
poniewaŜ
121
magazyn tętnił Ŝyciem. Na skraju otwartej przestrzeni mieścił się końcowy przystanek
kolejowej linii. PodjeŜdŜały tam po ładunek pociągi, a w pobliŜu znajdowała się wielka
konsola komputerowa, poprzez którą były ustalane trasy pociągów. Był to jedynie mały
podsystem. Główne centrum kontroli ruchu dla całości odległe było o trzydzieści kilometrów.
Ale kaŜdy system komunikacji tej wielkości wymaga wielu wejść wprowadzających
informację oraz pomniejszych systemów kontroli dokładnie z tego samego powodu, dla
którego system nerwowy nie moŜe się obejść bez pęków komórek czuciowych i zwojów
nerwowych. Wcale więc nie zaskoczył mnie widok grupy umundurowanych najeźdźców
stojących przed ekranem i pogrąŜonych w rozmowie z dwoma galaktykami.
Galaktycy byli Kythnajczykami. Dziewięćdziesiąt procent galaktycznych ras utrzymuje, Ŝe
nie potrafi odróŜnić ludzi od Kythnajczyków, choć nam wzajemnie nie sprawia to kłopotów.
TuŜ po wylądowaniu na Asgardzie usłyszałem z ust swego rodaka, Ŝe podobieństwo
Kythnajczyków do nas nie jest jeszcze wystarczającym powodem, by im ufać. MoŜe tamci
mówili to samo o ludziach.
W kaŜdym razie, moje własne doświadczenia z Kythnajczykami nie nastrajały do nich
przychylnie. Ostatnim, z jakim miałem do czynienia, była Jacinthe Siani, pracująca dla
Amary Guura. ZwaŜywszy to, wydało mi się niemal pewne, Ŝe Kythnajczycy są wobec
najeźdźców o wiele bardziej usłuŜni niŜ Tetrowie.
Po krótkiej obserwacji pogrąŜonej w rozmowie przy konsoli grupki, doszedłem do
przekonania, Ŝe współpraca najeźdźców z Kythnajczykami nie przynosi zbyt wiele
122
korzyści. Ci ostatni prawdopodobnie niezbyt znali się na tetrańskiej technice. MoŜe nauczyli
się obsługiwać systemy na powierzchni, przydatne w codziennym Ŝyciu, ale ten świat był im
całkowicie obcy.
Próbowałem zbliŜyć się do nich, by podsłuchać, o czym mowa, kiedy przybyła następna
grupa. Składało się na nią dwóch najeźdźców w bardziej strojnych mundurach, pewnie
oficerskich, i cywil, którego początkowo teŜ wziąłem za okupanta. Dopiero kiedy usłyszałem
urywek rozmowy prowadzonej w parole, zorientowałem się, Ŝe to człowiek. Nie znałem go,
ale tak samo nie znałem dwustu pięćdziesięciu ludzi przebywających na Asgardzie, więc
mnie to nie zdziwiło.
Widok człowieka podniósł mnie trochę na duchu, po raz pierwszy od dłuŜszego czasu.
Miałem nadzieję, co zakrawa na paradoks, Ŝe okaŜe się on skończonym kolaborantem,
nikczemnym zdrajcą galaktycznej sprawy. Jeśli rzeczywiście nim był, prawdopodobnie mógł
się swobodnie poruszać w pojedynkę. Oznaczało to, Ŝe i ja mógłbym dojść, dokąd chcę, nie
ryzykując, Ŝe zostanę aresztowany czy rozstrzelany na miejscu.
Kiedy wytęŜałem słuch, Ŝeby usłyszeć choć trochę z rozmowy, mój entuzjazm nieco
przygasł. Rodak nie kwapił się do pomocy. Bardzo grzecznie usiłował wytłumaczyć swym
rozmówcom, Ŝe nie jest inŜynierem-biotechnikiem, lecz pilotem statku kosmicznego i nie ma
zielonego pojęcia o wytwarzaniu manny.
Nastąpiła wymiana zdań między nowo przybyłymi a resztą. Potem wszyscy się oddalili,
przechodząc do początku linii kolejowej. Do pociągu doczepiony był wagon pasaŜer-
123
ski. Najeźdźcy wsadzili do niego Kythnajczyka i człowieka pod eskortą sześciu straŜników.
Oficerowie, którzy przyprowadzili człowieka, pozostali na miejscu.
Patrzyłem, jak podchodzą z powrotem do konsoli. Sądzę, Ŝe się kłócili. Pomyślałem, Ŝe nie
mogą znaleźć nikogo, kto potrafił lub chciałby wyjaśnić, jak zrobić to, na czym im tak bardzo
zaleŜało. Tracili z tego powodu cierpliwość, a bali się kombinować przy komputerze na
własną rękę, by nie zawalić całej operacji ani nie sknocić czegoś w inny sposób. Do tej pory,
zdaje się, opanowali ręczne sterowanie pociągami i to wszystko.
Nie jest łatwo przejąć wysoce zautomatyzowane miasto, kiedy nie rozumie się języka ani
urządzeń. Z drugiej strony, ci faceci przez wszystkie te miesiące nie poczynili chyba Ŝadnych
postępów. Głupi — tak nazwał ich Ksylian. Teraz łatwo było zrozumieć, dlaczego tak sądził.
Ciekawe, na ile byłbym w stanie im pomóc, gdybym się tego podjął. Człowiek szybko
przyzwyczaja się do techniki, jak do najnormalniejszej rzeczy pod słońcem, zwłaszcza Ŝe do
dyspozycji jest zawsze tetrański mechanik. Przyszła mi do głowy myśl, która mnie
zatrwoŜyła: ze swymi zainteresowaniami pewnymi rodzajami systemów elektronicznych
człowiek pokroju Johna Finna mógłby się okazać o wiele przydatniejszy dla najeźdźców niŜ
ja.
Zerknąłem na zegarek. Z oburzeniem odkryłem, iŜ czas płynie szybciej, niŜ sądziłem. Była
22.50 i do naprędce ustalonego spotkania z Sernem brakowało nieco ponad pół godziny.
Czy mam jakąś szansę, zastanawiałem się, mimo wszystko dotrzeć tam na czas?
124
Naszła mnie okropna pokusa, Ŝeby popełnić coś rozpaczliwie nierozwaŜnego. W
paralizatorze Scariona było jeszcze dość ładunku na załatwienie obu oficerów.
W mundurze najeźdźców, pomyślałem, mógłbym przedrzeć się przez tłum i dostać do
korytarzy.
Istniała szansa, Ŝe wiodący do zapory odcinek tunelu nadal jest ciemny i porzucony. MoŜe
tylko tak sobie wmawiałem. A tu nadarzała się wyjątkowa okazja do wywołania jakiegoś
zamieszania dla odwrócenia uwagi. Podobnie jak mój nieszczęsny rodak, przesłuchiwany
przez najeźdźców, nie byłem inŜynierem-biotechnikiem, ale o wiele łatwiej jest uszkodzić
automatyczny system, niŜ zmusić go do działania po naszej myśli. Jak John Finn na stacji
„Goodfellow", pomyślałem o stworzeniu małego zagroŜenia.
Chyba moja osobowość przesiąkła w końcu duchem powierzonej mi misji i zaczynałem
rozumować jak komandos Gwardii. Zresztą miałem juŜ dość chowania się po kątach. Teraz
odezwała się utajona dotąd, ale zawsze istniejąca we mnie Ŝyłka ryzykanctwa, inaczej w
ogóle nie przyleciałbym na Asgard.
Dwóch oficerów za bardzo pochłoniętych było rozmową, by zauwaŜyć moje podejście. A
kiedy jeden z nich dojrzał mnie kątem oka, było juŜ za późno. Oddałem dwa czyste strzały
wprost w ich obnaŜone twarze. Jeden jęknął, kiedy strzyknąłem mu mazią w oko, obaj usiło-
wali dobyć szabli, ale ich systemy nerwowe skapitulowały, nogi ugięły się pod nimi i obaj
padli u mych stóp.
Najpierw skierowałem się do konsoli i przestudiowałem klawisze oraz wyświetlone na
ekranie symbole. Udało mi
125
się przywołać schemat całej sieci z naniesionymi w postaci światełek pozycjami pociągów na
powierzchni i pod ziemią. Miałem na tyle rozsądku, Ŝeby nie próbować spowodować
prawdziwej katastrofy. Chodziło o to, Ŝeby oszukać urządzenia, iŜ stało się coś strasznego,
chciałem uruchomić wszystkie systemy awaryjne.
Wprowadziłem sygnał ratunkowy i poinformowałem komputer, Ŝe tuŜ przed jednym z
pociągów wyrósł zaślepiony tunel. Odpowiednie światełko znieruchomiało: komputer
włączył automatyczne hamulce. Potem zawiadomiłem go o wybuchu poŜaru w podziemiach,
zagraŜającym Ŝyciu wielu istot. Nie musiał mi uwierzyć na słowo, miał własne czujniki
przeciwpoŜarowe, ale nie został zaprogramowany do podejmowania ryzyka. Interweniował
do czasu sprawdzenia informacji.
Gdzieś w oddali rozdźwięczały się dzwonki alarmowe.
Próbowałem wymyślić coś innego — głębokie pęknięcie na poziomie drugim... wypadek
wymagający pomocy medycznej .
Zacząłem juŜ spoglądać lękliwie w stronę głównego pomieszczenia magazynu, gdzie w
którymś z kilku przejść lada chwila mogli pokazać się ludzie. Uznałem, Ŝe nie czas na dalsze
ceregiele. Wyjąłem iglaka zabranego jednemu z zabójców Scariona. Odsunąwszy się na
bezpieczną od rykoszetów odległość, nacisnąłem spust. Naszpikowałem metalowymi
drzazgami całą konsolę: klawiaturę, ekrany, skrzynki rozgałęziające.
W tę awarię uwierzył na pewno. We wściekłym jazgocie rozdzwoniły się wokół mnie
sygnalizatory alarmowe. Zata-szczyłem ciało jednego z oficerów za skrzynki, Ŝeby zyskać
126
kilka minut, nim zrobi się zbiegowisko. Ściągnąłem mu bluzę i spodnie. Okazało się to
nadspodziewanie trudne, bo miałem do czynienia z bezwładną masą, na dodatek o
nieporęcznym kształcie. Kiedy zacząłem wdziewać na siebie jego strój, nie zadając sobie
trudu ściągnięcia wpierw swojego, z drugiego końca magazynu zaczęli nadciągać gapie.
Zostawiłem całą broń nieprzytomnego najeźdźcy, oprócz szabli oficerskiej, i wyszedłem z
ukrycia krokiem człowieka zdecydowanego, który wie, dokąd idzie. Wszędzie było mnóstwo
Ŝ
ołnierzy okupanta, poza tym paru cywilów i garstka galaktyków. Pomaszerowałem po
prostu do bocznych drzwi i wyszedłem. Nikt nie pisnął ani słowa. Wątpię, czy w ogóle ktoś
mnie zauwaŜył. Uwaga wszystkich skupiona była na potrzaskanej konsoli i oficerze.
Na górze nikt nie miał pojęcia, co się dzieje. Ludzie biegali po chodnikach we wszystkich
kierunkach. Nie chciałem być gorszy, więc równieŜ zacząłem biec, tylko Ŝe ja wiedziałem
dokąd. Przedostałem się przez pola do korytarzy przecinających jednolitą masę, na której
wspierały się wierzchnie warstwy Asgarda. Rozmyślnie przebiegłem obok oddziału
Ŝ
ołnierzy, starając się ze wszystkich sił, by wyglądać jak człowiek wysłany z pilną misją,
którego nie naleŜy pod Ŝadnym pozorem zatrzymywać.
Szło jak po maśle przez całe dziewięć dziesiątych dystansu dzielącego mnie od miejsca
spotkania. I wtedy, w wąskim korytarzu uniemoŜliwiającym wyminięcie, wpadłem wprost na
całą gromadę wrogich Ŝołnierzy. WyróŜniało się wśród nich dwóch z tak fantazyjnymi
ozdobami na kurtkach, Ŝe z pewnością bili o głowę mizerotę, którego mundur sobie
przywłaszczyłem.
127
Właśnie jeden z nich: wielki, łysy jak kolano męŜczyzna, warknął coś do mnie. Nie wiem,
co powiedział i wszystko, na co się mogłem zdobyć, to stanąć i udawać głupiego. Nie miałem
dokąd uciec, nie moŜna było przecisnąć się bokiem. Kiedy zbierałem się do odwrotu,
dowódca warknął na mnie po raz drugi.
Poczułem na sobie chwyt i mocne szarpnięcie do przodu. Sposób, w jaki na mnie patrzył,
zdradzał jednoznacznie, Ŝe łysy wysnuł właściwy wniosek. Miałem za mało wystające łuki
brwiowe, co tym bardziej rzucało się w oczy, Ŝe nie byłem w stanie zareagować na jego
wezwanie. Nie bez znaczenia był teŜ pewnie fakt, Ŝe zajmował się przewozem ludzi na dół.
Domyślił się szybko, Ŝe muszę być przedstawicielem gatunku homo sapiens.
Do tej pory dumny byłem ze swej śmiałości. W Ŝyłach buzowała adrenalina, szczyciłem
się swą błyskotliwością. Ale nagle zrobiło mi się niedobrze i zacząłem czuć się bardzo,
bardzo głupio.
Wokół wyrosły lufy karabinów i zewsząd otoczył mnie wrogi tłum. Wyrzuciłem puste ręce
do góry w gorączkowej nadziei, Ŝe odczytają właściwie tę oznakę kapitulacji. Pozwoliłem
odpiąć szablę od pasa, nie próbując nawet po nią sięgać.
Nie cackali się ze mną, szturchańcami popychali do przodu. MoŜe byli głupi, ale potrafili
zliczyć do dwóch na tyle dobrze, by domyślić się, kto odpowiedzialny jest za wszystkie
alarmy, nadal rozbrzmiewające wokoło. Nie mogli wiedzieć, dokąd się kierowałem, więc
Serne powinien być względnie bezpieczny, ale ja miałem być potraktowany jak dywersant.
128
Kiedy popędzali mnie naprzód, rozmyślałem, w jaki sposób najeźdźcy postępują z
dywersantami. Przypomniałem sobie, Ŝe na Ziemi kiedyś ich rozstrzeliwano.
14
N
a koniec, rozdziawszy mnie uprzednio z przywłaszczonego munduru, wepchnęli mnie do
kiepsko oświetlonego pomieszczenia, w którym stał stół i para krzeseł. Nie obchodzili się ze
mną zbyt grubiańsko. Dowiedzieli się juŜ chyba, Ŝe nie zabiłem oficera, któremu zabrałem
mundur. Obszukali mnie, ale nie miałem przy sobie nic, co mogłoby posłuŜyć jako
wskazówka w ustaleniu toŜsamości albo pochodzenia.
Przesłuchanie zaczęło się dopiero mniej więcej po godzinie. Nie mogłem się zorientować,
czy chwilowy chaos, którego byłem sprawcą, nadal przysparzał im kłopotów. Taki brutalny
atak nie zdołałby w całej rozciągłości wyeliminować systemu Tetrów. Przypuszczałem
jednak, Ŝe Tetrowie nie będą skorzy do pomocy w tym niewdzięcznym zadaniu poskładania
całego galimatiasu z powrotem do kupy. Zdawałem sobie sprawę, Ŝe mimo to moja osoba nie
będzie najeźdźcom miła, zwłaszcza Ŝe uderzyłem prosto w kluczowy dla nich cel.
Na przesłuchaniu zjawiły się dwie osoby, nie dlatego Ŝe chciały odgrywać przede mną
Pixie i Dixie, ale ten, który mówił parole, musiał przekazywać wszystko drugiemu, który tym
językiem nie władał. Nie przeszkadzało mi to, wszystko z tego powodu przeciągało się.
8 - Najeźdźcy z Centrum
129
Mimo Ŝe przesłuchanie musiało odbywać się w zwolnionym tempie, atmosfera daleka była
od sielanki.
Nie obce im było poczucie wystudiowanej dramaturgii. Na wstępie cisnęli na stół
rozładowany paralizator, dając do zrozumienia, Ŝe za pomocą swych małych sprytnych
móŜdŜków dokonali przynajmniej pierwszego kroku w kierunku rozszyfrowania kim jestem,
co przeskrobałem i na czyją szkodę.
— Jak się nazywasz? — zapytał ten władający parole.
Był mniej więcej w moim wieku i mojego wzrostu, miał
bladą cerę, jasne włosy i jasnoniebieskie oczy. Kompan był starszy, siwowłosy, a jego oczy
miały ciemniejszy odcień. Ziemskie niebo i morze znałem jedynie z kaset video, ale zacząłem
nazywać ich w myślach „Morskooki" i „Niebieskooki". Gdyby nie ten drobny szczegół,
moŜna by wziąć ich za braci.
•
Jack Martin — odparłem, niemal bez namysłu.
•
Gdzie mieszkasz?
•
Przedtem mieszkałem w punktowcu w sektorze trzecim, ale ostatnio nie bywam w
domu.
•
A gdzie?
•
Tu, na dole. Kiedy wjechały czołgi, uznałem, Ŝe lepiej się gdzieś zaszyć.
Srogo na mnie spojrzeli, ale nie nazwali prosto z mostu kłamcą.
•
Z czego Ŝyjesz?
•
Byłem szperaczem, schodziłem na dół, na trzeci i czwarty poziom, szukając
zachowanych artefaktów. Ale ostatnio dół wypadł z obiegu. Nie sądzę, Ŝebyście chcieli
utrzymać Centralę Koordynacji Badań, odkąd przejęliście tu władzę.
130
Kiedy jasnowłosy przekazywał moje słowa kompanowi, obaj zachowywali kamienne
twarze. Nie byłem pewny, czy potrafią wyczuć sarkazm. Niemal wszystkie
człekopodobne rasy posiadają takie pojęcie, ale trudno jest nawet dwóm ludziom,
wywodzącym się z róŜnych kręgów kulturowych, być na sto procent pewnym, czy
druga strona kpi, czy teŜ nie. Morskooki wyjął plik kartek z kieszeni i obaj studiowali je
jakąś minutę. Usiłowałem zachować spokój, wmawiając sobie, Ŝe muszę, jak na
kapitana Gwardii Gwiezdnej przystało, znosić cierpienia z godnością.
•
Jesteś człowiekiem? — padło następne pytanie.
•
Tak.
•
Twoja rasa bardzo przypomina naszą — zauwaŜył Niebieskooki. — Ale
słyszałem, Ŝe przywędrowaliście tu z jakiegoś odległego świata.
•
O jakieś tysiąc lat świetlnych — poinformowałem go. Wiedziałem, Ŝe pojęcie
„roku świetlnego" będzie dla niego dość mgliste, tym bardziej Ŝe jego krajanie muszą
mieć zupełnie inne wyobraŜenie wszechświata. Nie zaŜądał dalszych wyjaśnień,
widocznie słyszał to wcześniej.
•
Sporządziliśmy listę wszystkich ludzi, o których wiadomo, Ŝe są mieszkańcami
Miasta. Nie ma wśród nich Ŝadnego Jacka Martina.
Wytrzymałem spokojnie jego spojrzenie.
— Nikt nie wie, ilu ludzi przebywa w Mieście i nikt nie
zna wszystkich nazwisk. Szperacze przychodzą i odchodzą.
Tak naprawdę Tetrowie znali chyba dokładną liczbę i nazwiska wszystkich Ŝyjących
tu ludzi. Ale musiałem zaryzykować i przyjąć, Ŝe najeźdźcy nie uzyskali swobodnego
dostępu do kartotek Urzędu Imigracyjnego. Nie
8*
131
drąŜyli dalej tego tematu. JuŜ bardziej czułem się panem sytuacji, choć moi rozmówcy nadal
gniewnie marszczyli brwi.
•
Dlaczego ukradłeś mundur i zniszczyłeś komputer?
•
Chciałem dostać się do waszych magazynów, musiałem jakoś odwrócić uwagę.
Potrzebowałem Ŝywności, broni, odzieŜy. Byłem zdesperowany. śycie tam na pustkowiu jest
cięŜkie. Kręci się mnóstwo paskudnych typów: vor-myrów, Spirellyjczyków i im podobnych.
Zetknęliście się chyba z vormyrami?
Odbyli w związku z tym krótką naradę.
•
Czy jeszcze wielu Ŝyje... tam na pustkowiu, jak to ująłeś? — spytał ten o jaśniejszych
oczach.
•
Pewnie setki. Miasto rozpościera się na wielkim obszarze. Na dole jest wiele
mrocznych zakamarków, nie wykorzystanych przez Tetrów. Mnóstwo terenów wymarzonych
na kryjówki.
•
Czy tam właśnie ma swoją siedzibę ruch oporu sprzeciwiający się naszej okupacji?
Czy tam planuje się akcje dywersyjne?
•
Wątpię — odparłem spokojnie. — Trzymam się z dala od innych ras. Ukatrupiliby
mnie pewnie równie chętnie jak wy.
Po krótkiej wymianie zdań ponownie skierowali na mnie swój zatroskany wzrok.
— Rzeczywiście, rozstrzeliwujemy dywersantów, panie
Martin — rzekł Niebieskooki. — W przeszłości trak
towaliśmy członków twojej rasy wielkodusznie. Wierzy
liśmy, być moŜe był to błąd, Ŝe z uwagi na tak ścisłe
podobieństwo, będziemy mogli bez przeszkód nawiązać
132
braterskie stosunki. Powiedziano nam, Ŝe Tetrowie uciskali was i nie macie powodów, by
dochować im wierności. Mimo tych zapewnień, nie uzyskaliśmy ze strony ludzi Ŝadnej
prawdziwej pomocy. A teraz łapiemy ciebie, jak usiłujesz wykoleić pociągi dowoŜące nam
Ŝ
ywność. Podaj choć jeden istotny powód, dla którego mielibyśmy wstrzymać twoją
egzekucję?
Miło z ich strony, Ŝe dali mi szansę, ale nie byłem pewien, czy potrafię spełnić ich
Ŝ
yczenie.
— Wkroczyliście do Miasta, strzelając na prawo i lewo.
Słyszałem pogłoski, Ŝe wywozicie ludzi gdzieś na dół do
jakichś obozów koncentracyjnych. Nic dziwnego, Ŝe się
przed wami ukryłem. Gdybym miał pewność, Ŝe będę
dobrze traktowany, jeśli okaŜę się wam przydatny, moŜe
zgłosiłbym się dobrowolnie, ale jak miałem taką pewność
zdobyć? Pomyślałem, Ŝe spróbuję przetrwać na własną
rękę, zobaczę, co z tego wszystkiego wyniknie. KaŜdy
z was postąpiłby podobnie na moim miejscu. Ale jeśli
jest coś, w czym mogę być wam przydatny, oczywiście Ŝe
wolę to, niŜ zostać rozstrzelany.
Nie mogłem opędzić się od przeświadczenia, Ŝe zaprezentowany argument wypadł marnie
w porównaniu z tym, co Ŝyczyłbym sobie powiedzieć. Ale pierwszego lepszego Jacka
Martina trudno podejrzewać o bardziej błyskotliwą obronę.
•
Czy ukrywałeś się w nadziei, Ŝe Tetrowie rozpoczną kontrofensywę? — spytał mój
rozmówca.
•
Raczej nie — odparłem zdawkowo. — To nie w ich stylu. Będą starali się przekonać
was, byście zostali przyjaciółmi i pewnie im się to uda. KaŜdego udaje im się nakłonić do
przyjaźni, prędzej czy później.
133
•
A czy ty masz wielu przyjaciół wśród Tetrów?
•
W ogóle mam mało przyjaciół. Nie jestem przyjacielskim typem.
Starałem się zagrać nieszkodliwą i całkowicie niegroźną jednostkę, choć nie chciałem, by
byli o tym do końca przekonani. Mogło się to okazać niewłaściwą taktyką. MoŜe
powinienem był wkraść się w ich łaski, zapewniając, jak wiele jestem w stanie dla nich
uczynić. Rozumowałem jednak w następujący sposób: to obudzi w nich podejrzenia, a mnie
chodzi przede wszystkim o to, aby to oni przedłoŜyli mi jakąś propozycję. Podejrzewałem, Ŝe
to dość prawdopodobne. Wyraźnie polowali na kolaborantów pośród ras najbardziej
zbliŜonych do nich wyglądem. Zdradzali w ten sposób szowinizm, który Tetrowie bez
wątpienia uznaliby za barbarzyński. Zastanawiałem się, jakie ten fakt mógł rzucić światło na
zagadnienie róŜnorodności ras występujących na niŜszych poziomach.
Tymczasem Morskooki i Niebieskooki ponownie się naradzali. Chyba niezupełnie się
zgadzali. Na podstawie dotychczasowych znikomych doświadczeń z najeźdźcami, skłonny
byłem uwaŜać ich za kłótliwą nację.
•
Ten pistolet został wyprodukowany przez ludzi? — spytał Niebieskooki, kiedy
przerwali swą cichą sprzeczkę.
•
Zgadza się.
•
Nie zabija?
•
Nie zabija istot z naszym typem metabolizmu. Niektóre, bardziej odmienne rasy źle
znoszą ten anestetyk.
•
Mimo Ŝe nie zabiłeś oficera, do którego strzelałeś — rzekł jasnowłosy waŜąc słowa —
nadal pozostajesz winny przestępstwa karanego śmiercią. Zgodnie z naszym prawem,
powinienem kazać cię rozstrzelać.
134
Z wdzięcznością odnotowałem słowo „powinienem".
— CóŜ — rzekłem tonem człowieka zdecydowanego grać
bohatera do końca. — I tak nie miałem przed sobą większej
przyszłości. Wiedziałem, czym ryzykuję. C'est la vie.
To ostatnie powiedziałem, oczywiście, po francusku. Jasnowłosy poprosił o wyjaśnienie i
udzieliłem mu go. Kiedy przekazał to kompanowi, odniosłem wraŜenie, Ŝe siwowłosemu
zaimponował mój fatalizm.
Pogratulowałem sobie, dyskretnie, załoŜenia dobrej przynęty, choć daleki byłem od
okazania pewności siebie. Zawsze mogli wziąć mnie za słowo i rozstrzelać.
Morskooki wygłosił dość długie przemówienie w swym ojczystym języku. Jego towarzysz
kiwał tylko głową i od czasu do czasu chrząkał przytakująco. Następnie, zwracając się do
mnie, Niebieskooki rzekł:
•
To dla nas bardzo dziwne miejsce, zamieszkałe przez wielu dziwnych ludzi.
Rozumiemy, Ŝe dokonaliście podboju naszego świata w całkowitej nieświadomości. Dlatego
staramy się przeciwstawić mu raczej w dość wywaŜony sposób. Lecz Tetrowie, podobnie jak
wszystkie inne galaktyczne rasy, muszą zrozumieć, Ŝe Asgard naleŜy do nas. Jesteśmy
gotowi go bronić. Zamierzamy nawiązywać, w miarę moŜliwości, przyjazne stosunki z
innymi rasami. Do tego potrzebna jest pomoc. Mimo Ŝe dopuściłeś się zbrodni, jesteśmy
gotowi okazać łaskawość. Jeśli zgodzisz się na pełną współpracę z nami, unikniesz śmierci.
Ale ostrzegam, musisz pomagać nam ze wszystkich sił, Ŝebyśmy puścili w niepamięć twoje
wykroczenia. Czy zgadzasz się na to?
•
Dlaczego nie? — odparłem lekko. — Oczywiście, Ŝe tak.
135
•
Czy wiesz, jak naprawić szkody, które wyrządziłeś?
•
Nie bardzo — przyznałem. — Ale od lat korzystam z tetrańskiej techniki i mam głowę
na karku. Potrafię pomóc wam dojść do ładu z Miastem i jego systemami. Poza tym, znam
Tetrów na tyle, by pomóc wam odpowiednio się nimi zająć.
•
Mamy juŜ sposoby na wyciśnięcie z Tetrów tego, o co nam chodzi — wycedził przez
zaciśnięte usta.
Domyślałem się, Ŝe juŜ dość się cackali i zaczynają stosować surowsze metody
przesłuchiwania. Tetrowie, jak wszyscy, są wraŜliwi na ból. Opanowanie sytuacji przez
najeźdźców pozostawało teraz tylko kwestią czasu. Ciekawe, czy Tetrowie planują jakieś
kroki w celu uchronienia swego ludu przed torturami czy zagładą. MoŜe ich pojęcie
obowiązku jednostki wobec ogółu było tak przemoŜne, Ŝe usprawiedliwiało w ich oczach
bierność i czynienie jedynie dalszych wysiłków dyplomatycznymi kanałami w celu
nawiązania przyjacielskich stosunków.
— Pierwszym twoim zadaniem — rzekł jasnowłosy
męŜczyzna — będzie odpowiedzieć na wiele pytań, które
dotąd pozostały nie wyjaśnione. Stawiamy czoła całkowicie
nowej dla nas sytuacji. We wcześniejszych doświadczeniach
nie było Ŝadnej zapowiedzi tego, na co natrafiliśmy w
Mieście, ani tego co, jak wiemy, istnieje poza kopułą.
Wiele jeszcze musimy poznać, a ty moŜesz nas sporo
nauczyć. Ale ostrzegam, nasza cierpliwość wyczerpuje się.
Nie obchodzi nas za bardzo, czy będziesz Ŝył, czy nie.
Jeśli odkryjemy, Ŝe nie pomagasz nam ze wszystkich sił,
zostaniesz rozstrzelany na miejscu. Inni teŜ nam po
magają, a im więcej się od nich dowiemy, tym mniej
przydatny stajesz się dla nas ty. Pojmujesz?
136
— Pojmuję — przyznałem obojętnie. — Ale lepiej
odpowiada mi się na pytania, kiedy w brzuchu nie burczy
mi z głodu.
Nie bardzo spodobał mu się mój ton, ale jego niezadowolenie złagodziło trochę
zrozumienie.
•
Jesteś głodny i chciałbyś coś zjeść?
•
Tak jest — było to chyba moje jedyne całkowicie prawdziwe stwierdzenie.
•
W takim razie zaprowadzę cię do kantyny. Spotkasz tam kilku innych, którzy dla nas
pracują. Potem zaczniesz spłacać zaciągnięty u nas dług wdzięczności.
Niebieskooki wstał i rozmawiał przez kilka minut z nadal siedzącym siwowłosym
męŜczyzną. Następnie, uzyskawszy widocznie aprobatę dla swej propozycji, ręką wskazał
drzwi, proponując tym samym, Ŝebym wyszedł pierwszy.
Zaraz za drzwiami natknąłem się na lufy karabinów dwóch straŜników. Cofnąłem się o
krok, by puścić mego oprawcę przodem.
Rozluźnili się, kiedy przemówił do nich, ale nie odsunęli broni na bok. Ruszyli za nami,
wpadając w rytm naszych kroków, kiedy odchodziliśmy korytarzem.
Zainstalowane przez okupantów prowizoryczne oświetlenie rzucało intensywnie Ŝółty
blask, odmienny od ulubionego przez Tetrów jaskrawobiałego. Przyjrzałem się Ŝarówkom
nanizanym na przyczepiony do sufitu kabel. Niebieskooki uznał to za krytykę.
— Liche to — przyznał. — Ale to są odłączone po
ziomy, gdzie nie moŜemy korzystać z systemów zasilają
cych naszych przodków. Godne poŜałowania. BliŜej Cent-
137
rum rzeczy wyglądają o wiele inaczej, tam motorem napędowym cywilizacji jest moc
naszych przodków.
Z przyjemnością kontynuowałbym tę rozmowę, poniewaŜ chciałem mu zadać co najmniej
tyle samo pytań, ile on mnie. Dochodziliśmy jednak do większego pomieszczenia,
zaadaptowanego na kantynę, z tuzinem podłuŜnych stołów i setkami składanych krzeseł.
Panował w nim niesamowity gwar. Kantyna była wypełniona po brzegi Ŝołnierzami.
Domyślałem się, Ŝe muszą jadać na zmiany. Z ogromnych waz serwowano gorące potrawy:
porcje smakowitej manny z kilkoma dodatkami mającymi zbliŜyć wydawane tu jedzenie do
potraw, jakie pewnie w domu gotowały im matki. Gdy poczułem zapach, obficie pociekła mi
ś
linka. Kuchnia Tetrów nigdy na mnie tak nie działała, nawet kiedy bywałem wściekle
głodny. Na tej podstawie moŜna było wysnuć rozsądny wniosek, iŜ najeźdźcy, a zwłaszcza
ich fizyczne i biochemiczne ustroje, istotnie mają z nami wiele wspólnego. Od zejścia z
pokładu „Leoparda Sharka" nic porządnego nie jadłem. Termoskafandry wprawdzie są tak
zaprojektowane, aby przez jakiś czas podtrzymać przy Ŝyciu, ale nie są w stanie zaspokoić
estetycznych zachcianek podniebienia.
Skręcało mnie w środku na myśl o wielkim Ŝarciu, ale wiedziałem, Ŝe muszę się pilnować,
dopóki na nowo nie wpadnę w nawyk jedzenia.
Tłum był tak gęsty, a umysł miałem na dodatek zaprzątnięty innymi sprawami, Ŝe nie
zwróciłem większej uwagi na grupę siedzących przy jednym ze stołów Kythnaj-czyków.
Dopiero kiedy jeden, a właściewie jedna z nich, wstała i utkwiła we mnie wzrok,
spojrzałem na nią
138
z roztargnieniem. Nie bardzo wiedziałem, co się święci, dopóki oskarŜycielsko nie
wycelowała na mnie palca. Wzięła pod rękę Niebieskookiego i odciągnęła na bok.
Ś
ciszonym głosem nadawała mu coś gorączkowo do ucha.
Stałem jak wryty. Nic innego nie mogłem w tej sytuacji uczynić. Lufy karabinów obstawy,
zatoczywszy łuk, mierzyły w moją pierś. Uświadomiłem sobie, Ŝe po raz kolejny pech spłatał
mi cholernego psikusa. Kythnajską kobietą była Jacinthe Siani — okaz domorosłej
zdrajczyni, jeśli gdziekolwiek się takowa uchowała. Wiedziała aŜ za dobrze, kim naprawdę
jestem. Mogła teŜ wiedzieć, Ŝe odleciałem z Asgarda jeszcze przed inwazją. Moja obecność
„tutaj" i „teraz" stanowiła więc dla niej niespodziankę najwyŜszej klasy. Gorączkowy szept
przycichł, a oczy Niebieskookiego nie wydawały się juŜ blade, kiedy przeszył mnie
zdumionym wzrokiem. Spoglądały na mnie bardzo, bardzo surowo.
•
CóŜ, panie Rousseau — przemówiła mściwie Jacinthe Siani. — Tym razem, zdaje się,
moje zeznania nie oczyściły ciebie z zarzutów.
•
To jeszcze nic pewnego — odparowałem z całą zuchwałością, jaką mogłem z siebie
wykrzesać. — Ja teŜ sądzę, Ŝe nie mogę nic dobrego o tobie powiedzieć.
Nie mogłem jednak zapanować nad swym przeraŜeniem. Całe ich zaufanie tak
pieczołowicie przeze mnie budowane legło w gruzach. Wyglądało na to, Ŝe nic juŜ nie
uchroni mnie przed rozstrzelaniem. Albo czymś jeszcze gorszym.
139
15
S
posób, w jaki obchodzili się ze mną teraz, zdradzał wyraźną natarczywość. Co dziwne, nie
wyprowadzili mnie z kantyny, tylko odciągnęli w róg pomieszczenia i posadzili za stołem, na
którym postawili obiecany posiłek. Niebieskooki nie zasiadł ze mną do jedzenia. Odszedł
pobzykując jak rozdraŜniony szerszeń wraz z nie-odstępującą go na krok Jacinthe Siani.
Kiedy jadłem, straŜnicy bacznie mi się przyglądali. Nie pozwoli sobie na luz. Widocznie
otrzymali surowe rozkazy nie spuszczania ze mnie oka.
Na długo przed końcem posiłku zjawił się z powrotem Niebieskooki, a oprócz niego
starszy, niŜszy męŜczyzna z wysadzonymi łukami brwiowymi, które nawet według ich miary,
musiały być wydatne. Wyglądał na naprawdę grubą rybę. Jadłem dalej, podczas gdy oni
omawiali zaistniałą sytuację. Pomyślałem sobie, Ŝe jeśli mam zginąć, to nie muszę umierać o
pustym Ŝołądku. Apetyt jednak nie za bardzo mi dopisywał. Nie zdąŜyłem zjeść wszystkiego,
kiedy dali znak, Ŝe czas się zabierać.
Popędzili mnie z powrotem korytarzem, a potem na otwartą przestrzeń, gdzie na
najbliŜszym odcinku torów stał podstawiony wagon pasaŜerski. Wepchnęli mnie bez-
ceremonialnie do środka. Ze mną weszli Niebieskooki, nowy dostojnik, Jacinthe Siani oraz
dwóch Ŝołnierzy.
•
Czy nie prościej byłoby rozstrzelać mnie na miejscu? — zwróciłem się do męŜczyzny
o bladoniebieskich oczach, gdy ruszyliśmy.
•
Nie zamierzamy pana zabijać, panie Rousseau —
140
oznajmił. — Posiada pan zbyt wiele cennych informacji. Ale moŜemy traktować pana
jedynie jak szpiega i wroga. Zabrzmiało to złowieszczo, jak zapowiedź tortur.
•
Wróciłem, bo poprosili mnie o to Tetrowie — pospieszyłem z wyjaśnieniem. — Tak
samo jak szpiegiem, jestem teŜ ich rzecznikiem. Tetrom bardzo zaleŜy na nawiązaniu
dialogu. Pragną przyjaźni, nie rozumieją, dlaczego ignorujecie ich wezwania. Kiedy
dotrzemy na powierzchnię, będę więcej niŜ szczęśliwy, mogąc wystąpić w roli pośrednika,
jeśli chcecie.
•
Nie jedziemy na powierzchnię, panie Rousseau — odparł. — ZdąŜamy w odwrotnym
kierunku. Nie chcemy pospiesznych kontaktów z kimkolwiek spoza Asgarda. Kiedy
naleŜycie się przygotujemy, będzie mnóstwo czasu na zajęcie się Tetrami. Tymczasem
martwią nas inne pilne kwestie. Z pewnością zainteresuje nas, co ma pan do powiedzenia i
zaręczam, Ŝe wyśpiewa pan wszystko, co pan wie.
Zaczynałem juŜ oswajać się z myślą, Ŝe jestem interesującą osobą. Jakby wszyscy
mieszkańcy wszechświata zapragnęli nagle rozmawiać z Michaelem Rousseau, nie
przyjmując do wiadomości jego odmowy. Zdałem sobie sprawę, Ŝe Jacinthe nie
zdemaskowała mnie jedynie jako tetrańskiego szpiega, ale jako faceta, który spenetrował
niŜsze poziomy i rozmawiał z supernaukowcami.
Moje dotychczasowe obserwacje najeźdźców utwierdzały mnie w przekonaniu, Ŝe według
standardów galaktyki są oni wiejskimi burkami. Musieli juŜ odkryć, jacy z nich
prostaczkowie w porównaniu z innymi rasami galaktyki. Wiedzieli, Ŝe Tetrowie wyprzedzają
ich o niebo, choć czynili, zdaje się, wszelkie wysiłki, by wieść o tym nie
141
dotarła do Tetrów z zewnątrz. Jacinthe Siani powiedziała im, Ŝe mają sąsiadów we wnętrzu
Asgarda, o wiele bardziej rozwiniętych od Tetrów. To pewnie spowodowało, Ŝe grają na
zwłokę, odrzucając propozycje dialogu z Tetrami. śywią nadzieję, iŜ uda im się pozyskać
sprzymierzeńców, z pomocą których będą trzymać w szachu cały wszechświat.
Przekonani byli, Ŝe kiedy zmuszą mnie do mówienia, będę im w tym dziele pomocny.
Niestety, nie uwierzą chyba w niewielką ilość rzeczy, które mogę im ewentualnie
zaoferować... a ich niewiara moŜe mnie drogo kosztować, jeśli posuną się do przemocy jako
ś
rodka perswazji.
Zastanawiałem się, jak bardzo zbici z tropu i zaniepokojeni są ci pyszni zdobywcy
Asgarda. Musieli przeŜyć mocny wstrząs, najpierw odkrywając wszechświat, a potem
dowiadując się, Ŝe nie są jedynym pasoŜytem w trzewiach tego makroświata.
— Nie macie chyba pojęcia, kto zbudował Asgard, co?
•
zagadnąłem jasnowłosego, patrząc mu prosto w twarz.
•
Na ilu poziomach moŜecie działać? Dziesięciu... dwudziestu?
— Nie docenia nas pan, panie Rousseau — odparł
spokojnie, odwracając wzrok, by przyjrzeć się mijanym
polom uprawnym za oknem pociągu. — Kontrolujemy
ponad sto biostref na ponad pięćdziesięciu poziomach. To
prawda, Ŝe nie zdołaliśmy właściwie oszacować wielkości
Asgarda, zanim niespodziewanie wyszliśmy na powierz
chnię. Nawet teraz nie wiemy, w jaki sposób ustalić, jak
daleko w głąb sięgają poziomy. Wiemy jednak, Ŝe to nasi
przodkowie zbudowali Asgard. Odzyskanie dostępu do ich
142
wiedzy to tylko kwestia czasu. Istnieje prawdopodobieństwo, Ŝe wy i my mamy wspólnych
przodków i Ŝe, tak jak my, równieŜ utraciliście dostęp do posiadanej przez nich wiedzy. Jeśli
to prawda, okazuje się, Ŝe nasze interesy się pokrywają. Powinniście czynić wszelkie
starania, by pomóc w skontaktowaniu się z naszymi wspólnymi kuzynami, których ty juŜ
spotkałeś w głębiach Asgarda.
Zerknąłem na Jacinthe Siani. Jak większość Kythnaj-czyków, miała oliwkową skórę i
sztywne czarne włosy. Jej oczy były ciemnobrązowe. To ona odstawała od reszty
towarzystwa, mimo Ŝe wielu zrodzonych na Ziemi ludzi bardziej róŜniłoby się od
Niebieskookiego i jego ziomków niŜ ona.
— Czy wasi przodkowie są równieŜ jej przodkami?
— spytałem.
•
Całkiem prawdopodobne — przyznał Niebieskooki.
•
A Tetrów?
•
To mało prawdopodobne.
•
Obawiam się, Ŝe nie — uświadamiałem go. — Mamy powody sądzić, Ŝe wszyscy
jesteśmy rodzonymi braćmi i siostrami. Nasz wspólny przodek róŜni się od nas tak bardzo jak
przodek łączący twoją lub moją rasę z Tetrami.
Albo przodek, pomyślałem, którego ja dzielę razem z krową, z rodzaju tych bez skrzydeł.
— Nie znam się na tych sprawach — powiedział.
— Jestem tylko Ŝołnierzem. Będzie miał pan okazję
wkrótce porozmawiać z osobami, które się na tym znają.
Ponownie zabrzmiała w jego głosie groźba.
— Tetrowie wiele wiedzą na ten temat — zapewniałem
go. — Gdybyście tylko chcieli nawiązać właściwe stosunki,
143
moŜna by zorganizować wymianę poglądów między waszymi i tetrańskimi ekspertami.
Gdybyście połączyli swój i ich potencjał, na pewno bylibyście w stanie rozgryźć, kto
zbudował Asgard, kiedy i po co. Tego wszyscy pragnęlibyśmy się dowiedzieć.
— Nie mnie o tym decydować — uciął rozmowę.
Następnie przekazał starszemu męŜczyźnie dokładną
treść rozmowy. Przeniosłem swoje zainteresowanie na Jacinthe Siani.
— Dobrze cię traktują? — spytałem.
Uśmiechnęła się, dziwnie przypominała w tym kotkę.
— Nieźle. Lepiej niŜ wśród niektórych starych znajo
mych.
Nie zdziwiło mnie to wcale. Sporo wiedziałem na temat osób, z jakimi zwykła się
zadawać.
— Cholera — ulŜyłem sobie. — Czy musisz być tak
bezwstydnie dumna z tego, Ŝe mnie w to wpakowałaś?
Nigdy nic ci nie zrobiłem. To ty kiedyś chciałaś mnie
załatwić, pamiętasz?
— Pamiętam wszystko — zapewniła mnie.
Uznałem, Ŝe po prostu nie pała do mnie zbytnią
sympatią. Tak jak paru innych. Mogę z tym Ŝyć.
Z pojazdu szynowego przesiedliśmy się na kołowy, który powiózł nas na przełaj ze
znacznie większą werwą. Mknął bezgłośnie, prawdopodobnie na jądrowych komórkach
paliwowych. Podejrzewałem, Ŝe najeźdźcy nie wynaleźli tych komórek. Zacząłem nawet
przypuszczać, Ŝe w gruncie rzeczy sami niewiele stworzyli. Pomyślałem, Ŝe to rzeczywiście
barbarzyńcy, a ich technika na macierzystych poziomach opiera się głównie na odkrytych
przez nich elemen-
144
tach gotowych, które nauczyli się wykorzystywać do swych celów. Przyznanie swoim
przodkom zasługi urządzenia świata, w którym Ŝyli, było wybiegiem dla ratowania
twarzy. Nawet w głębi Asgarda byli po prostu małymi zagubionymi chłopcami. Bez
względu na to, ile biostref zdąŜyli podbić w trakcie swoich wypraw.
Kiedy się odkryje, jakim w istocie są prymitywnym ludem, nietrudno sobie
wyobrazić, jak nędznie muszą się prezentować światy, nad którymi sprawują pieczę.
Po takiej konkluzji nie dziwiło mnie juŜ wcale, Ŝe nasza podróŜ w głąb poziomów
nie przebiegała bynajmniej gładko. Nie było Ŝadnego szybu komunikacyjnego pro-
wadzącego bezpośrednio na dół aŜ do miejsca naszego przeznaczenia. Opuszczaliśmy
się o trzy, cztery poziomy naraz, po czym ponownie przesiadaliśmy do samochodu lub
pociągu, który dowoził nas do kolejnego punktu zjazdowego. Wszędzie panował duŜy
ruch i zacząłem sobie zdawać sprawę, jakim niesamowitym wyczynem musi być w tych
warunkach przerzucanie wojsk, a przez to, jak bardzo naraŜone na niebezpieczeństwo
są ich oddziały w Mieście Pierścieniorbity.
Od chwili osiągnięcia poziomu dwunastego (o ile nie pomyliłem się przy liczeniu
poziomów, które przeskakiwaliśmy) nie zauwaŜałem juŜ Ŝadnych skupisk
galaktycznych jeńców. Gdziekolwiek by spojrzeć, byli tylko i wyłącznie najeźdźcy,
nieprzebrane ich rzesze: sami, z małymi wyjątkami, męŜczyźni w mundurach, wszyscy,
bardzo bladzi. Nie mogłem opędzić się od wspomnienia Myrlina i bio-techniki, która go
stworzyła: przyspieszony wzrost, przymusowe faszerowanie umysłu. Doskonały sposób
na wy-
9 - Najeźdźcy z Centrum
145
hodowanie własnych Ŝołnierzy. Zaciekawiło mnie przelotnie, czy w taki właśnie sposób
zostali wyprodukowani ci Ŝołnierze, naszpikowani iluzjami na temat swego pochodzenia i
natury. Ale to nie miało sensu. Nic w zachowaniu neoneandertalczyków nie wskazywało na
to, Ŝe kieruje nimi jakaś rasa panów.
W drodze na dół obejrzałem małe wycinki około trzydziestu róŜnych poziomów.
Ostatecznie wylądowaliśmy chyba na pięćdziesiątym drugim. MoŜliwe, Ŝe pomyliłem się o
dwa w jedną lub drugą stronę. Wierzchnie warstwy były zupełnie wymarłe, brakowało oznak
Ŝ
ycia. Piąty i szósty poziom przypominały pierwszy i drugi. Były bardzo zimne, choć nie tak
jak trzeci i czwarty. Nie sposób upewnić się co do temperatury panującej na zewnątrz
hermetycznych pojazdów, w których przemierzaliśmy obszary na tych poziomach, ale
musiało być dobrze poniŜej temperatury krzepnięcia.
P
oziomy oznaczone przeze mnie jako trzydzieste róŜniły się od dwudziestych jaskrawym
oświetleniem i gęstością zaludnienia. Za kaŜdym razem, po opuszczeniu któregoś z
budynków kryjących w sobie szyby komunikacyjne, wyjeŜdŜaliśmy na ruchliwe ulice miast
— na szerokie drogi z fasadami wysokich po sklepienie domów po obu stronach,
chodnikami, sklepami. Domyślałem się, Ŝe stanowiły one serce imperium najeźdźców. Były
to poziomy,
146
które podbili i skolonizowali w zamierzchłej przeszłości. Nie potrafiłem rozpoznać ich
macierzystego poziomu, a moje pytania pozostawały bez odpowiedzi. Niebieskooki
posprzeczał się ze starszym oficerem i siedział z nadąsaną miną i zaciśniętymi ustami.
Jacinthe Siani trzymała mnie na dystans, pragnąc pokazać swym nowym przyjaciołom,
Ŝ
e twardo stoi po ich stronie.
Bardzo rzadko dostrzegałem na ulicach przedstawicieli innych ras, choć z pewnością
widziałem teraz znacznie więcej kobiet i cywilów. Pod względem fizycznym gatunek
neoneandertalczyków wykazywał niezwykle małe zróŜnicowanie. Przypuszczałem, Ŝe
wszyscy oni wywodzili się z ograniczonego zasobu genów. Pasowało to do popularnej
teorii, w myśl której Asgard był Arką, a jego liczne środowiska zostały zawczasu
urządzone do zasiedlenia przez potomków kilku wybranych jednostek. MoŜe wszyscy
najeźdźcy pochodzili od jednej pary, od jakiegoś Adama i Ewy. Teraz jednak byli tak
liczni, Ŝe musieli zająć kilkanaście nowych środowisk, prócz tych wyznaczonych im
pierwotnie jako ich Eden.
Rzecz jasna, kolonizacja nie polegała jedynie na zajmowaniu dziewiczych obszarów.
Gdyby odkrywali tylko puste tereny, teraz dysponowaliby moŜe ledwie milionem
wozów bojowych i armią złoŜoną z dziewięćdziesięciu dziewięciu procent męskiej
populacji. Nie natrafiłem jednak na ulicach na Ŝadne świadectwa zdradzające los
ujarzmionych ras. Kilku egzotycznych osobników, jakich widziałem, mogło być ich
niewolnikami albo znaturalizo-wanymi niedobitkami zgładzonej rdzennej ludności.
Kiedy krąŜyliśmy po ulicach miast, umilałem sobie czas odrobiną spekulatywnej
matematyki.
9*
147
Przypuśćmy, Ŝe bladoskórzy pseudoneoneandertalczycy niedawno zasiedlili dwadzieścia
halosystemów, kaŜdy o powierzchni nie mniejszej od wszystkich lądów Matki Ziemi. Przy
wydajnej produkcji Ŝywności mogliby podwajać liczbę ludności co czterdzieści lub
pięćdziesiąt lat, więc do końca następnego stulecia musieliby zająć kolejne sześćdziesiąt
halosystemów, z końcem drugiego stulecia następnych czterysta osiemdziesiąt. Ile czasu
zabrałoby im zasiedlenie całego Asgarda? Kiedy natrafiliby na kogoś, kto połoŜyłby kres ich
grze? A skoro Asgard rzeczywiście liczył sobie miliony lat, dlaczego któraś z jego ras nie
rozprzestrzeniła się na tyle, by zapełnić cały ten makro-świat?
Próbowałem poruszyć tę kwestię z mymi oprawcami, ale jasnowłosy męŜczyzna siedzący
z nadętą miną nie kwapił się do rozmowy. Uprzytomniono mu w sposób dobitny, Ŝe jego
zadaniem jest konwojowanie mnie do miejsca przeznaczenia, a nie oświecanie mego umysłu.
PoniŜej czterdziestego poziomu nastąpiły dalsze zmiany. Agresorzy, zdaje się, mieli takie
same kłopoty ze zjazdem na dół ze swych macierzystych poziomów, jak z podróŜą w górę.
Ponownie ich miasta wchłonęły ubogie zabudowania ciągnące się wzdłuŜ dróg
przecinających mało zachęcające tereny. Ale te niŜsze poziomy nie były ciemne i ponure.
Wręcz odwrotnie, wiele z nich jaśniało i kipiało Ŝyciem. Jeśli wierzchnie warstwy Asgarda
moŜna przyrównać do tundry lub stepu, te stanowiły dŜunglę, mokradła i sawannę.
W czasie jednej z dłuŜszych podróŜy (około sześćdziesięciu kilometrów) od jednego
szybu do drugiego,
148
pociłem się tak obficie, Ŝe zatęskniłem za skafandrem izotermicznym z jego wywaŜoną
kontrolą temperatury. Jechaliśmy wozem bojowym, jak na większości poziomów do końca
nie ujarzmionych, gorące światło z wysokości trzydziestu metrów tak rozpalało metalowy
pancerz, Ŝe czułem się jak w piekarniku.
Tereny po obu stronach drogi spryskano jakimś herbicydem, a nowa roślinność dopiero
nieśmiało wypuszczała pędy pośród zbrązowiałych i wysuszonych okazów dawnej flory.
Dostrzegaliśmy jednak w pewnej odległości sięgające niemal sklepienia drzewa,
rozpościerające swe olbrzymie dłoniaste liście. Liście te, tworząc gęsty baldachim, wchła-
niały obfite promieniowanie niemal u jego źródła. Do niŜszych pięter docierało ono w
postaci zwichrowanych zygzaków wąskich promieni światła. Nie mogłem uwierzyć, Ŝe
dziwne, bujne poszycie podtrzymywane było przy Ŝyciu jedynie przez to rozproszone
ś
wiatło, które widocznie w zupełności wystarczało. Doszedłem do wniosku, Ŝe większość
przygruntowej roślinności miała termosynte-tyczne właściwości i czerpała energię z samego
podłoŜa.
Nigdy przedtem nie widziałem naturalnego systemu organicznego. Dziwiłem się, Ŝe
rośliny nie są białe, jak się naleŜało spodziewać, lecz pokryte wzorami i barwami
tworzącymi najrozmaitsze niesamowite zestawienia. Jak kwitnące rośliny na Ziemi, tak i
termosyntetyczne ich odpowiedniki zewoluowały w ścisłej współpracy z owadami. Zwabiały
zapylające je owady na wszelkie moŜliwe sposoby, oddziaływując na ich wzrokowe i
węchowe zmysły.
Był to gwarny las, rozbrzmiewający trelami, które początkowo brałem za nawoływanie
ptactwa. Ale w trakcie
149
jednej z niezmiernie rzadkich rozmów z Jacinthe Siani dowiedziałem się, Ŝe w tym
ekosystemie nawet rośliny były obdarzone głosem. Tutejsze ptaki, jak mówiła, spasione i
nieruchawe, naśladowały kwiaty, imitując ich wygląd zewnętrzny i śpiew, by zwabić ofiary
do swych wygłodzonych dziobów.
Zastanawiałem się, czy najeźdźcom udało się odszukać urządzenia sterujące temperaturą w
tych biostrefach. A jeśli tak, to dlaczego po prostu nie przykręcili trochę termostatów, aby
tereny stały się dla ludzi bardziej dostępne? Czy jak zagorzali konserwatyści, pozostawili
sprawy ich własnemu biegowi, nie chcąc swą ingerencją doprowadzić do ekologicznej
katastrofy? Bardziej prawdopodobne było, Ŝe zostawili tak ten system, bo nie wiedzieli, jak
go zmienić. Naprawdę przypominali gromadę neandertalczyków, która niespodziewanie
trafiła na ulice Nowego Jorku XXI wieku. Mogliby uchodzić za miejscowych,
przywdziewając odzieŜ, a nawet Ŝyć z rozboju, wykorzystując swą toporną broń, ale nie
mieliby pojęcia, jak cokolwiek działa.
Ale gdzie podziewali się straŜnicy Zoo, którzy nie powinni dopuścić do wyrwania się tych
dzikusów z przeznaczonych dla nich klatek? GdzieŜ, ach gdzieŜ są panowie Valhalli?
Kiedy przemierzaliśmy kolejny tropikalny rajski ogród, zastanawiałem się, przez jakiego
rodzaju istoty rozumne jest on zamieszkany? Biostrefy nie są chyba tylko gigantycznymi
wiwariami, chociaŜ jak dotąd nie widziałem ani jednej człekopodobnej istoty przemykającej
w zaroślach. Najeźdźcy, co prawda, nie wywarli na tych terenach swego
150
kolonizacyjnego piętna, ale łatwo mogli wyrobić sobie wśród miejscowej ludności opinię
okrutników i ci ostatni woleli nie pokazywać się im na oczy. Przychodziły mi do głowy
wyobraŜenia łagodnych pigmejów, plemion Ŝywiących się kwiatem lotosu, bystrych facetów
wymyślających instrumenty muzyczne do zwabiania motyli i pszczół.
Im głębiej zjeŜdŜaliśmy, tym wszystko stawało się dziwniejsze. Z zadowoleniem
odnotowałem fakt, Ŝe rozmieszczenie poziomów nie odpowiada prostej zasadzie: im dalej,
tym goręcej. Gdyby tak było, poziomy zaczynałyby się od absolutnego zera, a przy
pięćdziesiątym byłoby za gorąco dla jakiejkolwiek formy Ŝycia. Marnie rysowałyby się w
takiej sytuacji szanse napotkania dalej czegoś ciekawego.
Ale ciąŜenie ledwo zaczynało słabnąć i wiedziałem, Ŝe kojąca kraina, w której stoczyłem
pojedynek z Amara Guurem, znajduje się o wiele niŜej.
Pod tropikalnymi biostrefami rozciągały się nieco chłodniejsze, których ekosystemy nie
były tak rozbuchane. Niektóre wyglądały na nadające się juŜ do podbicia, choć nie zdradzały
więcej śladów obecności najeźdźców niŜ tropikalne cieplarnie powyŜej. Ci, których udało
nam się dojrzeć, nosili maski oraz odzieŜ ochronną. My nie musieliśmy, chronił nas
nieprzepuszczalny, jak sądziłem, pancerz pojazdu.
Towarzysze podróŜy nie chcieli wyjaśnić, dlaczego poziomy czterdziesty trzeci i piąty,
mimo swego niewinnego wyglądu, nie nadają się do kolonizacji. Maski i szczelne
kombinezony przywodziły na myśl pogłoski szerzone przez galaktycznych badaczy o
pysznych światach, które okazywały się śmiertelnymi biochemicznymi pułapkami. Kiedy
151
zbierze się kilku galaktyków, przytaczane przez nich opowieści podróŜników nie są warte
funta kłaków. Co najwyŜej jedna na sto kryje w sobie ziarno prawdy. Wysłuchałem ich
wiele: bawiły mnie, a takŜe oddawały jakieś poczucie tajemniczości wszechświata.
MoŜna by sądzić, Ŝe poniewaŜ wszystkie planety typu Ziemia opierają się na takim samym
biochemicznym ustroju i posiadają bardzo zbliŜone zasadnicze grupy form Ŝycia, bardzo są
do siebie podobne. OtóŜ, to tylko częściowo prawda. Choć nawet wytrawni podróŜnicy
często przez całe Ŝycie nie natrafiają na świadectwa wskazujące, Ŝe tak nie jest. Niewiele ras
humanoidalnych odwiedza się nawzajem na swych ojczystych planetach. Co prawda, od-
wiedzają swoje macierzyste układy, ale w cywilizowanych układach rzadko kiedy występuje
potrzeba schodzenia na dno studni grawitacyjnej. Doświadczony podróŜnik zwiedza
dwanaście do piętnastu światów, lecz rzadko zdarza się turysta, który rzeczywiście postawił
stopę na więcej niŜ trzech planetach.
Naprawdę egzotyczne światy to — rzecz jasna — te, na których Ŝycie się nie rozwinęło
albo rozwinęło, lecz w całkowicie odmiennych warunkach. Światy te są często dla
zwiedzających niedostępne. Nie dlatego, Ŝe tubylcy miotają w nich włóczniami; tamtejsze
związki organiczne są dla nich śmiertelną trucizną. Biostrefy mijane przez nas, według mych
obliczeń, na poziomie czterdziestym trzecim i piątym mogły naleŜeć do tego właśnie rodzaju.
Nie mogłem jednak, mimo najszczerszych chęci, dostrzec Ŝadnych oznak wskazujących,
dlaczego są one tak niebezpieczne. Roślinność zachowała zielony kolor, a przewaŜająca jej
część wciąŜ wyglądała na drzewa, trawy, krzewy i kwiaty.
152
Natomiast poziomy czterdziesty siódmy i czterdziesty dziewiąty uległy intensywnej
kolonizacji. Na poboczach dróg kwitły skupiska najeźdźczej ludności, mimo Ŝe panujące
temperatury nadal zaliczały się do rzędu wysokich. Pięćdziesiąty, choć dane nam było ujrzeć
jedynie jego wyrywki, okazał się prawdziwym cudem. Jego oświetlenie, było jednolite i
bardzo przyćmione. Przypominało raczej mglisty zmierzch niŜ gwiaździstą noc. Ale panujące
tu ciepło zrodziło bogate Ŝycie, przypuszczalnie opierające się niemal wyłącznie na
termosyntezie.
Niełatwo wyobrazić sobie rodzaj planety, lub tylko jej połaci, na której mogłyby zaistnieć
podobne warunki. MoŜe byłoby to dopuszczalne na planecie ze stromym nachyleniem
osiowym, spowitej mgłą, na wykazującym znaczną aktywność obszarze wulkanicznym. Ale
trudno sobie wyobrazić, aby tereny takie nie ulegały zmianom wystarczająco długo, by
mogło rozwinąć się na nich Ŝycie w postaci bogatej flory i fauny.
MoŜna by sądzić, Ŝe w tego rodzaju ekosystemie nie występują Ŝadne barwy —
przyćmione światło sprzyja jedynie powstawaniu róŜnych odcieni szarości. Ale w tym
przypadku to się nie sprawdzało. Wiele tutejszych roślin wypuszczało kolorowe kwiaty i
rodziło kolorowe owoce, którym same dostarczały światła. Była to kraina gwiazdkowych
choinek obsypanych mnóstwem własnego wytworu bioluminescencyjnych bajecznych
lampionów. RównieŜ wiele owadów obnosiło ze sobą swe własne światełka. Gdziekolwiek
by spojrzeć, przelatywały roje świetlików, a na „ziemi" jarzyły się wstęgi świecących
robaków.
153
Zdałem sobie sprawę, Ŝe to co się tu działo, było w pewnym sensie odwróceniem
charakterystycznego dla Ziemi ukierunkowania procesów Ŝyciowych. Tam, paliwem,
ź
ródłem energii było dla niŜszych form Ŝycia światło, natomiast wyŜsze organizmy
wytwarzały swą własną ciepłotę. Tu zaś podstawowym paliwem było ciepło, a naj-
inteligentniejsze organizmy posługiwały się światłem do przekazywania informacji. MoŜe
przychodziło im to tak lekko jak ziemskim stworzeniom wydzielanie zapachów. Nigdy o
czymś takim nie słyszałem i byłem oczarowany. Natomiast moi towarzysze podróŜy,
znudzeni, ledwie zerkali przez szczelnie zamknięte okna pojazdu. Minęliśmy po drodze kilka
budowli, ale Ŝadnych przechodniów. Pomyślałem, Ŝe to moŜe kolejna biostrefa, w której
moŜna oddychać bezpiecznie wyłącznie poprzez maski filtrujące.
Ani męŜczyzna o bladoniebieskich oczach, ani Jacinthe Siani nie chcieli udzielić mi
wyjaśnień na temat tego zjawiska, Zdałem sobie sprawę, Ŝe jedyna jej uwaga, o muzykalnych
roślinach, prawdziwie świadczyła, ile trzeba, by obudzić jej ciekawość. Co do najeźdźcy,
mimo iŜ był „tylko" Ŝołnierzem, zdawał się całkowicie obojętny na piękno i czar właściwy
tajemnicom, jakie kryl w sobie Asgard. Dla niego wszystko wydawało się oczywiste, nic nie
znaczyło w kategoriach nawiedzonych teorii na temat Asgarda i boskich istot, które go
zaprojektowały.
Prymitywna umysłowość, rozmyślałem, zapatrzona w mądrość domniemanych przodków,
nie dbająca o postęp swej własnej wiedzy. A mimo to ludziom tym moŜe powieść się
przepędzanie Tetrów z Asgarda i spustoszenie rozległych obszarów tego makroświata.
154
Jeśli kiedykolwiek brałem powaŜnie moŜliwość zdradzenia Tetrów i oddania swego losu w
ręce najeźdźców, teraz wiedziałem, Ŝe nie mógłbym tak postąpić. Potrzebowałem
sprzymierzeńca, któremu prawdziwie leŜało na sercu zgłębienie tajemnic Asgarda.
Po migawkach ekosystemów na poziomie pięćdziesiątym nie mogłem doczekać się
dalszych widoków. Następny etap zjazdu doprowadził nas, według moich obliczeń, do
poziomu pięćdziesiątego drugiego. Był równie niesamowity, a kiedy zmieniliśmy środek
lokomocji przed pokonaniem skomplikowanej śluzy powietrznej, wiedziałem juŜ, Ŝe
atmosfera jego pozbawiona jest tlenu. Pojazd, do którego wsiedliśmy, przypominał
hermetyczny miniaturowy statek kosmiczny.
Na zewnątrz pieniło się Ŝycie bujniejsze niŜ w poprzednich środowiskach wodorowych.
Tam, oprócz bagnistej powłoki na powierzchni, przewaŜały formy lotne. Natomiast na tym
poziomie występowało wiele form drzewiastych w kształcie dendrytów. Wzdragam się przed
uŜyciem słowa „drzewa", poniewaŜ bardziej przypominały twory koralowe, poskręcane i
wijące się we wszystkie strony, pozbawione listowia. Nie tworzyły lasu, bowiem rosły w
odstępach, ale część z nich, na wzór lotnego środowiska na poziomie pięćdziesiątym, rodziła
coś w rodzaju świetlistych owoców. Występowały teŜ latające lub, ściśle mówiąc, szybujące
stworzenia, bowiem nie dostrzegałem ani nie słyszałem niczego, co przypominałoby trzepot
skrzydeł, kiedy przefruwały z jednego koralowca na drugi.
Rosło teŜ jakieś poszycie, na które składały się przewaŜnie kulkowate twory róŜnej
wielkości, często skupione
155
w grona. Nie wyobraŜałem sobie, na jakim metabolizmie opierają się te organizmy.
Wiedziałem o istnieniu w konwencjonalnych ekosystemach bakterii rozwijających się
wyłącznie w środowisku beztlenowym, ale nie słyszałem o Ŝadnych tkankowcach, wyŜej
zorganizowanych bytach, obywających się bez tlenu. Musiało tu natąpić radykalne
odwrócenie podstawowego mechanizmu DNA, jeśli ten rodzaj Ŝycia miał cokolwiek
wspólnego z naszym.
Krótko jechaliśmy przez te tereny, ledwie kilka kilometrów. Dotarliśmy w końcu do
ogromnego muru z oknami, ciągnącego się w obie strony w mrok. Przedostaliśmy się przez
system śluz, ale zamiast przed kolejnym wielkim elewatorem zaparkowaliśmy nasz pojazd w
nawie. Kiedy wysiadaliśmy, naprzeciw nam wyszli uzbrojeni Ŝołnierze. Zdałem sobie
sprawę, Ŝe dalej nie pojedziemy. Byliśmy u celu.
Czasomierz na nadgarstku pokazywał czas w jednostkach miejscowych, ale licząc w
ziemskich godzinach, podróŜ nasza trwała prawie dwa dni.
Przy takim mnóstwie atrakcji za oknem nie docierało do mnie w pełni, jak bardzo jestem
zmęczony. Dopiero teraz z wolna zacząłem sobie zdawać sprawę, Ŝe spałem ledwie sześć w
czasie czterdziestu ośmiu godzin jazdy.
Początkowo dziwiło mnie, Ŝe cel naszej podróŜy znajduje się w tak wrogim otoczeniu. Ale
wkrótce zrozumiałem, jaką logiką kierowali się najeźdźcy. Jakie miejsce lepiej nadawało się
na więzienie ścisłego nadzoru niŜ budynek otoczony zewsząd atmosferą, w której nie moŜna
oddychać? Na pewno zniechęcało to do podejmowania wszelkich prób ucieczki.
156
Po dotarciu na miejsce nie mogłem uwolnić się od natrętnej świadomości beznadziejności
mego połoŜenia. Na głębokości pięćdziesięciu poziomów nie mogłem Ŝywić najmniejszej
nadziei na uwolnienie przez Tetrów. Susarma Lear nigdy nie będzie w stanie mnie odszukać,
nawet gdyby chciała wraz z Gwiezdną Gwardią pospieszyć mi na ratunek. Jak gdyby nie dość
było mych męczarni, podejrzewałem, Ŝe moi oprawcy zaŜądają ode mnie o wiele więcej
informacji, niŜ jestem w stanie im udzielić. Z pewnością nie zamierzali pobłaŜliwie
traktować niedostateczności mych odpowiedzi.
17
P
óźniej przekonałem się, Ŝe więzienie było bardzo zatłoczone, choć zaraz po przyjeździe tego
się nie widziało. Korytarze zionęły pustką, wszyscy siedzieli pozamykani w swych celach.
Nawet straŜników kręciło się niewielu. Chyba nie trzeba było ich duŜo, zwaŜywszy, Ŝe
wszelkie marzenia o buncie lub ucieczce z góry skazane były na niepowodzenie.
Warunki obozowe były skromne, tyle byłem w stanie po drodze dostrzec. Ściany lśniły
zimnym, metalowym blaskiem, drzwi celi, nie kończące się szeregi w odstępach ledwie
sześciometrowych, niczym między sobą się nie róŜniły.
Przyszłość rysowała się w czarnych barwach, kiedy tak szedłem prowadzony pod eskortą
do wyznaczonego mi miejsca. Ale gdy otworzywszy drzwi, straŜnicy wepchnęli
157
mnie do środka, z ulgą stwierdziłem, Ŝe nie jest aŜ tak źle, jak myślałem. Pacjenci tej dziwnej
instytucji rozmieszczani byli po dwóch w jednej celi. Naszym oprawcom starczyło na tyle
pomyślunku, by kojarzyć swych ze swymi. W obozie przebywał tylko jeden człowiek, więc
natychmiast zaprowadzono mnie do jego celi.
Kiedy zatrzasnęły się za mną drzwi, człowiek ów spojrzał na mnie z nieskrywanym
zdumieniem, jakby moje zjawienie się graniczyło z cudem. Ucieszyłem się na jego widok.
Pomyślałem, Ŝe w tej zabitej dechami dziurze stanowi on najlepszą moŜliwą namiastkę
przyjaznej duszy.
— Cześć, Alex — przywitałem go. — Mały ten wszech
ś
wiat, co? O której godzinie podają do stołu?
Przyjemnie było popatrzeć, jak przez jego twarz przebiegają, jeden za drugim, grymasy
całkowitego zaskoczenia.
•
Rousseau! — wybąkał wreszcie, jak gdybym był co najmniej świętym Mikołajem albo
diabłem wcielonym.
•
MoŜesz mi mówić Mike — zachęciłem go.
•
PrzecieŜ wyjechałeś jeszcze przed inwazją — stwierdził głupawo. — Powinieneś być
juŜ na Ziemi.
UŜywał parole: angielski nie był jego ojczystym językiem i nie posługiwał się nim
nieproszony. Rozejrzałem się czujnie dokoła.
— Czy to miejsce jest na podsłuchu? — spytałem po
angielsku.
Pokręcił znuŜony głową, bardziej w oszołomieniu niŜ przecząco.
— Wątpliwe — odparł w tym samym języku. — Moim
skromnym zdaniem, to barbarzyńcy. Jeśli pominąć tech-
158
nikę, którą bezrozumnie przejęli, stoją mniej więcej na poziomie ludzi z pierwszej
połowy XX wieku.
•
CóŜ — stwierdziłem. — Teraz to i tak bez znaczenia. Po prostu nie jestem do
końca pewny, ile ci neandertalczycy o mnie wiedzą, ani ile powinienem im powiedzieć.
Jacinthe Siani wskazała mnie jako faceta, który dostał się na dół zapadnią Saula
Lyndracha. Spaliła historyjkę, którą dla niepoznaki zmyśliłem na miejscu. Interesują się
mną z powodu mych odkryć w głębi Asgarda. Tylko to ich chyba powstrzymuje przed
rozstrzelaniem mnie jako tet-rańskiego szpiega. Staram się nie puszczać pary z ust, ale
nie wiem, co zamierzają oni. Co ty im powiedziałeś?
•
Zapewniam cię — oznajmił sztywno — Ŝe nie powiedziałem im absolutnie nic i
nie zamierzam w przyszłości zmieniać zdania. Mogą, ze względu na powierzchowne
podobieństwo, traktować mnie jako najbliŜszego krewnego swego gatunku, ale to
dowodzi jedynie, jak
bardzo są nieokrzesani.
Nie mogłem się z tym nie zgodzić. Zawsze moŜna było polegać na poczuciu godności
Aleksandra Sovorova. Podobnie znana teŜ była jego awersja do półśrodków. Jeśli
postanowił milczeć, nie pisnął ani słowa do sądnego dnia.
Usiadłem na wolnej pryczy i wierzchem dłoni otarłem czoło. Byłem zgrzany, trochę
bolało mnie gardło. Dotąd przypisywałem swe nie najlepsze samopoczucie zmęczeniu,
ale teraz zaczęły dokuczać zatoki.
— Masz jakąś chusteczkę? — spytałem. — Chyba się
przeziębiłem, a przejechałem co najmniej z pół świata.
Tutejsze zaplecze medyczne nie odpowiada zapewne tet-
rańskim normom?
159
•
Raczej nie — podał mi ostroŜnie chusteczkę. Nie miało sensu unikanie bezpośredniego
kontaktu; jeśli mieliśmy dzielić celę, będziemy musieli podzielić się teŜ wirusami.
•
Domyślam się, Ŝe któryś z ziemskich znajomych wydał ciebie jako kogoś, kto
najprawdopodobniej zna się na technice Tetrów? — dociekałem. — Zwrócili się więc o
pomoc, nie spodobała im się twoja aspołeczna postawa i zesłali cię na dół na małą
resocjalizację.
•
Coś w tym stylu — potwierdził.
•
Torturowali cię?
•
Nie. Do tej pory próbowali pozyskać mą współpracę za pomocą argumentów i
przekupstwa. Najstraszniejsze groźby ciskają pod adresem Tetrów. Chyba przekonali się, Ŝe
nie wiem zbyt wiele.
•
UlŜyło mi. Mam tylko nadzieję, Ŝe zastosują podobną taktykę wobec mnie. Argumenty
i przekupstwa mogę znieść.
•
Mam nadzieję — odezwał się lodowatym tonem — Ŝe nie zamierzasz współpracować z
tymi niecnymi mordercami.
•
To zaleŜy, co będą chcieli wiedzieć. Jestem w pewnym stopniu upowaŜniony do
rokowań. Który z Tetrów ma najwyŜszy numer w obozie?
•
Jest jeden o nazwisku Vela-822 — odparł nieco podejrzliwie.
•
Czy jest jakaś moŜliwość dotarcia do niego?
•
Oczywiście. Dwa razy dziennie odbywają się zajęcia ruchowe i więźniowie bez
przeszkód mogą się ze sobą kontaktować. Czy są jakieś szczególne powody, dla których
chcesz się z nim widzieć?
160
•
Mówiłem ci. Jestem szpiegiem Gwardii Gwiezdnej. Tetrowie wynajęli mnie,
a takŜe Susarmę Lear i oddział gwardzistów, do zbadania sytuacji na dole i
ustanowienia linii komunikacyjnych.
•
A jak spodziewasz się przesłać swój meldunek z powrotem? — spytał
zgryźliwie. — Nadzór w obozie jest rozluźniony, ale wcale nie musi być ścisły.
Nawet gdybyś zdobył skafander próŜniowy, nie miałbyś dokąd się udać, chyba Ŝe
do szybu. A gdyby udało ci się pojechać w dół lub w górę, w obu przypadkach
napotkasz okupowane przez najeźdźców poziomy.
•
Więc nikt nie ucieka?
•
Nikt nawet nie próbuje — zapewnił mnie.
•
W takim razie — stwierdziłem — będę musiał wydostać się stąd drogą
perswazji. A jeśli pociągnie to za sobą konieczność podzielenia się z nimi mą
wiedzą, pójdę na to. Musimy przygotować się do ponoszenia ofiar.
Nim zacząłem, nie zdawałem sobie sprawy, Ŝe będę musiał poczynić plany mniej
więcej w tym guście. W gruncie rzeczy jeszcze w ogóle nic nie planowałem. Ale
Alex Sovorov zawsze draŜnił swym nieznośnym sposobem bycia i nie miałem
zamiaru zdradzać się, Ŝe nie wiem, jak trzeba lub moŜna postąpić.
Spojrzał na mnie niepewnie, nie do końca przekonany, czy powinien okazać
dezaprobatę. Miał przed sobą nowy dylemat. W przeszłości, ilekroć się stykaliśmy,
był święcie przekonany, Ŝe zasługuję na naganę.
•
Pracujesz dla Tetrów? — dopytywał się.
•
Zgadza się. Mają kłopoty z nawiązaniem kontaktu z naszymi sympatycznymi
gospodarzami. Wysłali na po-
10 - Najeźdźcy z Centrum
161
wierzchnie trzy grupy zwiadowców, by dowiedzieć się, co jest grane. Miałem pecha i
wpadłem jeszcze na pierwszym etapie. Miejmy nadzieję, Ŝe innym dopisało szczęście. Ale
tak dla mej własnej satysfakcji, byłbym ci wdzięczny, gdybyś zechciał podzielić się ze mną
swą wiedzą. Zakładam, Ŝe twoje postanowienie ignorowania najeźdźców nie dotyczy
zwracania uwagi na inne rzeczy?
•
Oczywiście, Ŝe nie — zapewnił mnie. — Niestety, nie udało mi się dotychczas
zgromadzić zbyt wielu danych. O ile bardzo chciałbym porozmawiać z rdzennymi Asgar-
dyjczykami, na przeszkodzie stanął tu brak wspólnego języka. Niektórym z nich zaleŜy na
nauczeniu się parole nie mniej niŜ najeźdźcom, ale mają ograniczone moŜliwości. Część z
nich poczyniła postępy w czasie zajęć ruchowych, ale lingwiści okupantów obcują z
kolaborantami przez całą dobę i lepiej opanowali parole.
•
Nie szkodzi — powiedziałem. — Nie oczekuję cudów. Zacznijmy od obozu. Ilu
przebywa tu więźniów i kim oni są?
— Nie zdołałem poczynić dokładnych obliczeń...
Jego pedanteria działała na mnie trochę zniechęcająco.
Zastanawiałem się, czy nie lepiej połoŜyć się teraz spać i spróbować sensowniejszej
rozmowy rano. Zaczynała mnie boleć głowa, ale nie dawałem za wygraną.
•
Daj spokój, Alex. Po prostu chcę się zorientować w sytuacji. Co to za miejsce?
•
CóŜ — zaczął. — Sądzę, Ŝe przebywa tu ze dwa tysiące osób. Zdecydowana większość
to przedstawiciele ras pozagalaktycznych. Według moich obliczeń jest ich co najmniej
tuzin. Jedną dziesiątą stanowią galaktycy,
162
w większości Tetrowie. Zdaje się, Ŝe najeźdźcy sprowadzili tu przynajmniej po jednym
przedstawicielu kaŜdej rasy występującej w Mieście Pierścieniorbity. Jest to w równej
mierze ośrodek kształcenia jak i miejsce odosobnienia. Całkiem prawdopodobne, Ŝe ściągają
tu kaŜdego, kogo chcą przez dłuŜszy czas przesłuchiwać. Przypadki znęcania się nad
więźniami nie są częste, ale nie jestem w stanie określić pełnego zakresu przeprowadzanych
tu czynności śledczych. Na razie wyciąganie wniosków byłoby przedwczesne.
•
O, merde — mruknąłem. Mogłem się tego spodziewać. PołoŜyłem się i spojrzałem na
niego, podkładając pod głowę poduszkę.
•
Jesteś zmęczony — zauwaŜył.
Miło było widzieć, Ŝe nie jest całkowicie niezdolny do wyciągania wniosków.
•
Nie powiedziałeś, o której tu podają do stołu — przypomniałem.
•
Działamy w oparciu o cykl dobowy nieco dłuŜszy od tetrańskiej normy. Najeźdźcy,
zdaje się, dzielą dobę na czterdzieści jednostek. Nie mam pojęcia dlaczego. Światła włączane
są o jednostce zero, gasną o dwudziestej piątej. Jadamy w czasie pierwszej, jedenastej i
dwudziestej pierwszej jednostki. Ćwiczymy między piątą a szóstą i piętnastą a szesnastą
jednostką.
•
Spróbuję zapamiętać — obiecałem.
Po dłuŜszej chwili, kiedy dotarło w końcu do jego zakutego łba, Ŝe nie jest dla mnie zbyt
Ŝ
yczliwy, odezwał się łagodniejszym tonem:
— Co z nami będzie, Rousseau? Czy Tetrom uda się
doprowadzić do naszego uwolnienia?
10*
163
•
Dlaczego Tetrowie mieliby się tak tobą przejmować? — spytałem odwzajemniając
trochę jego złośliwą zgryź-liwość. — Mimo twej cennej pracy na rzecz Centrali, Tetrowie
mają ciebie w nosie. A teraz, kiedy zawiodłem w powierzonej mi misji, pewnie i ja obchodzę
ich niewiele więcej. Na twoim miejscu, Alex, zacząłbym główkować, jak samemu sobie
pomóc. To właśnie mam zamiar zrobić.
•
Aha — odparł beznamiętnie. — W takim razie Ŝyczę ci szczęścia.
Potrafię wyczuć, kiedy ktoś nie jest ze mną szczery. Niestety, pomyślałem, moŜe potrzeba
mi będzie szczęścia, i to mnóstwo, a takŜe czegoś więcej. Przymknąłem oczy, próbując
pomyśleć, jaką obrać taktykę, kiedy znowu zaczną się pytania, co bez wątpienia wkrótce
nastąpi. Nie mogłem zebrać myśli. Byłem wyczerpany, pociągałem nosem, daremnie
próbując oczyścić zatoki.
Ze wszystkich głupich miejsc na złapanie przeziębienia, pomyślałem, musiało się to
przytrafić akurat tutaj, gdzie nie mogę liczyć na właściwą opiekę lekarską.
Los wciąŜ zdawał się rozdawać mi najgorsze karty. Zdałem sobie sprawę, Ŝe chyba
powiedziałem Alexowi prawdę. Wypadliśmy z rozgrywki na dobre i nie było nikogo, kto
chciałby nas wprowadzić do niej z powrotem. Jeśli nie rozegram tej partii właściwie,
pomyślałem, mogę spędzić tu długi, długi czas.
18
D
ruga faza przesłuchania rozpoczęła się o wiele przyjemniej od pierwszej. Nowy rozmówca
lepiej władał parole od mego starego znajomego o oczach koloru ziemskiego nieba i z
pewnością nie był „tylko Ŝołnierzem". Nawet mi się przedstawił. Nazywał się Sigor Dyan.
Ubrany był na czarno, jak wszyscy męŜczyźni noszący mundury, ale nie miał epoletów, co
delikatnie podkreślało, Ŝe był wystarczająco waŜną osobistością, by stać ponad wojskową
hierarchią. Skórę miał białą, przeciętne jasne włosy, ale interesujące oczy, o lekko
purpurowym odcieniu, barwy pośredniej między jasnoniebieską a typową dla albinosów
róŜową. Jego łuki brwiowe nie były zanadto wysadzone, miał stosunkowo proste czoło, co
wszystko razem nadawało mu bardzo ludzki wygląd.
Przyjął mnie w gustownym pomieszczeniu. Poprosił, Ŝebym spoczął na sofie, sam zaś
usiadł na kanciastym krześle z podwyŜszonym siedzeniem. W rezultacie spoglądał na mnie z
góry, mimo Ŝe byłem od niego wyŜszy o dobre trzy centymetry. Między nami stała niska
ława ze szklanym blatem, a na niej dwie filiŜanki i imbryk z parującym napojem.
Bez pytania nalał nam obu po filiŜance i podsunął mi jedną. Posmakowałem ostroŜnie.
Napój był zielony i słodki, jak herbata miętowa z cukrem. Złagodził trochę ból gardła, który
ostatnio bardzo mi dokuczał. Była to, oczywiście, pora, w której obchodzono się ze mną jak
w jedwabnych rękawiczkach, ale wiedziałem, Ŝe muszę wystrzegać się Ŝelaznej pięści.
165
•
Nazywa się pan Michael Rousseau? — zaczął.
•
Zgadza się — wychrypiałem.
•
Pochodzi pan z planety zwanej Ziemią?
•
To kolebka mego gatunku. Ja urodziłem się w mikroświecie w pasie planetoidów. To
rzadkie skupisko ogromnych skał, jeszcze bardziej oddalonych od naszej gwiazdy niŜ
macierzysta planeta. Wiecie coś o gwiazdach słonecznych?
•
Uczymy się. Asgard, jak sądzę, dzieli od pańskiego macierzystego świata ogromna
odległość, tak wielka, Ŝe nie jestem w stanie tego sobie wyobrazić. Przywykliśmy do
wyraŜania odległości raczej w małych jednostkach. Odkryliśmy, Ŝe nasze horyzonty myślowe
są bardziej zawęŜone, niŜ moglibyśmy przypuszczać.
•
Mam nadzieję, Ŝe wasi Ŝołnierze nie cierpią na agorafobię?
Uśmiechnął się.
•
Niestety, tak. Wielu z nich praca na powierzchni sprawia trudności. Wydaje się nam,
Ŝ
e nawet kopuła Miasta Pierścieniorbity przykrywa niesamowicie rozległą przestrzeń. Zaś
poza kopułą... moŜe jest pan w stanie sobie wyobrazić, jakim wstrząsającym przeŜyciem jest
pierwsze spojrzenie na niebo.
•
Być moŜe — przyznałem. Ale nie mogłem, przyszedłem na świat w pasie planetoidów,
wzrastałem pod niebem, przy którym wszystkie inne wydają się niegroźne.
•
Co pana sprowadziło na Asgard, panie Rousseau? — spytał uprzejmie.
Nie chciałem go zraŜać. Zbyt marnie się czułem na dyskusję, ale starałem się zachować
dziarską minę i opanować swoje dolegliwości.
166
•
śą
dza przygód — wyjaśniłem. — W którymś momencie przychodzi taki czas, Ŝe stać
cię na kupno statku kosmicznego i nagle cała galaktyka staje otworem. Mikro-świat zaczął
mnie męczyć swą zaściankowością, a pas planetoidów niewiele ma do zaoferowania, poza
milionami krąŜących po orbicie głazów. Miałem przyjaciela, który pragnął odbyć
romantyczną wyprawę. Asgard jest Romantyczny, i to przez duŜe ,,R": największy i najdziw-
niejszy świat w całym poznanym kosmosie. Wieści o jego istnieniu ledwie zaczęły do nas
wtedy docierać. Stanowił wielką tajemnicę, ostateczną zagadkę. Ludzie zrodzeni w kosmosie
wyglądają na zewnątrz... rzadko wracają na Ziemię. Dla nich Ziemia to zamknięta
przeszłość... społeczność galaktyczna, oto przyszłość. A co was sprowadziło tutaj?
•
Pewien talent do języków. Ale moŜe nie chodziło panu o mnie, moŜe pyta pan, co
sprowadziło tu mój lud?
•
Warto byłoby wiedzieć — przyznałem.
•
Początkowo — zaczął — konieczność odkrywania nowych obszarów, poza tymi, które
przydzielono nam w rdzennej biostrefie, wypływała z prostych napięć demograficznych.
Zajmowaliśmy pierwotnie biostrefę o powierzchni około trzydziestu milionów kilometrów
kwadratowych, ale nic w sposób znaczący nie hamowało naszego przyrostu naturalnego. Nie
wiemy, jak liczni byliśmy na początku, ale kiedy odkryliśmy sposób na dotarcie do innych
ś
rodowisk, było juŜ nas sześć miliardów. Groziło podwojenie populacji w czasie nie
dłuŜszym niŜ Ŝycie jednego człowieka. Przez większą część naszej historii, a właściwie
prehistorii, jako Ŝe nie mamy Ŝadnych zapisów
167
z tego dłuŜszego okresu naszego tutaj pobytu, braliśmy nasze otoczenie za rzecz zupełnie
normalną. Dopiero za Ŝycia ostatnich generacji zabraliśmy się do nauki, by dowiedzieć się,
jak wykorzystać technikę, która się za nią kryje... Sądziliśmy, Ŝe rozwijamy się w bardzo
szybkim tempie, gdy zapuszczaliśmy się poniŜej i powyŜej naszego ojczystego poziomu. Nie
napotkaliśmy Ŝadnych zamieszkałych poziomów równie rozwiniętych jak nasz. Odkryliśmy
wiele praktycznie bezludnych poziomów. Poziomy takie jak ten stanowiły dla naszej
ekspansji w dół powaŜną przeszkodę. NiŜej rozciągają się podobne. Łatwiej i korzystniej
wydawało się więc pójść w górę, dopóki nie natknęliśmy się na zamarznięte poziomy.
Wyglądało na to, Ŝe będzie to bariera nie do przezwycięŜenia, ale dotarliśmy do niŜszych
poziomów Miasta. Wydawało się, Ŝe to upragniona furtka... Nie mogliśmy przecieŜ wiedzieć
przed wysłaniem tam wojsk, jakie przykre rewelacje nas tam czekają.
Umilkł wyczekująco. Nie chciałem go zawieść, podjąłem więc wątek jego wywodów.
— Odkryliście, Ŝe mimo wszystko nie jesteście panami
Stworzenia. I nie wiecie teraz, jak sobie z tym poradzić.
— Jesteśmy... niezdecydowani — przyznał.
Sprawiał wraŜenie czekającego na coś więcej. Uznałem,
Ŝ
e nie zaszkodzi, jeśli to rozwinę.
— Będę strzelał — powiedziałem. — Niewiele wiecie
o Asgardzie, nie mówiąc juŜ o wszechświecie. Nie macie
pojęcia, skąd się tu wzięliście. Kiedy wasi pradziadowie
zaczęli pomału orientować się, w jakim Ŝyją świecie,
naturalnie przyjęli, Ŝe został on w całości stworzony dla
168
nich, urządzony dla potrzeb ich rosnącej populacji. Oddawali tę zasługę swym przodkom.
Wasze wyprawy i podboje mogły niektórych spośród was nastawić wobec tego sceptycznie,
ale nic nie burzyło waszej wiary w uprzywilejowaną pozycję... dopóki nie wkroczyliście do
Miasta Pierś-cieniorbity. Weszliście z zamiarem posiekania na kawałki garstki barbarzyńców
pędzących, jak wy, pasoŜytniczy Ŝywot w oparciu o pradawną technikę, po czym
uświadomiliście sobie, Ŝe to zupełnie inna para kaloszy. Ale musiał to być wstrząs...
„Para kaloszy" niezupełnie dawała się przetłumaczyć na parole, ale wyczuł, o co chodzi.
•
Przenikliwy z pana człowiek, panie Rousseau — przyznał. Chyba szczerze się ucieszył.
MoŜe doskwierał mu brak intelektualnej konwersacji, skoro Alex Sovorov ani Tetrowie nie
chcieli z nim rozmawiać.
•
Dlaczego nie nawiązujecie rokowań z Tetrami? — spytałem prosto z mostu. — Nie są
skorzy do odgrywania patetycznych aktów zemsty. Potrafią wybaczyć błąd popełniony w
nieświadomości. W gruncie rzeczy naprawdę zaleŜy im na rozstrzygnięciu pokojowym, ko-
rzystnym dla obu stron.
•
Tak teŜ zapewniali nas nasi tetrańscy goście — powiedział. — Ale musi pan spojrzeć
na sprawy z naszego punktu widzenia. Co by się stało, gdybyśmy zawarli pokój z Tetrami?
Chcieliby uzyskać dostęp do poziomów, nad którymi sprawujemy pieczę, by móc
kontynuować swe pokojowe badania. Niewątpliwie, w zamian obdarzyliby nas swą techniką,
podzielili wiedzą. ZaangaŜowaliby się w nasze przedsięwzięcia, zainteresowali naszymi
biostre-
169
fami. JuŜ teraz uwaŜają się za panów Asgarda, poniewaŜ dzięki swej technice potrafią
budować na jego powierzchni miasta, penetrować jego wnętrze. Jeśli damy im wolną rękę i
pozwolimy dotrzeć, gdziekolwiek zechcą, i robić, co im się podoba, Asgard stanie się
naprawdę ich. To oni nauczą się posługiwać i kierować techniką naszych przodków. To nie
będzie w porządku. My jesteśmy spadkbbier-cami, wszystko to naleŜy do nas. Musimy
czynić, co tylko w naszej mocy, by utrzymać nad tym władzę.
Ponownie urwał wyczekując. Zachowałem się fair i spróbowałem spojrzeć na sprawy z
jego punktu widzenia. Musiałem mu oddać pewną słuszność.
•
Jeśli pozwolicie Tetrom przejąć stery nad waszymi poziomami — zacząłem powoli —
będą mieli większe szanse niŜ wy, by rozszyfrować, na jakiej zasadzie działa Asgard.
Technika jego twórców, zawarta w samej konstrukcji tego makroświata jak i w systemach
dostarczających biostrefom energii, o niebo przewyŜsza tetrańską... A jeśli równocześnie z
Tetrami przystąpicie do tego dzieła, i tak oni odkryją to wcześniej. Rozumiem teraz, dlaczego
wszystko chcecie zatrzymać dla siebie. Otacza was zewsząd najwymyślniejsza i
najpotęŜniejsza w całym wszechświecie technika... gdybyście tylko potrafili ją zrozumieć i
opanować, wyprzedzilibyście nie tylko Tetrów, ale kaŜdego. Sęk w tym, Ŝe jej nie
rozumiecie, nie rozumiecie nawet techniki, którą przejęliście po Tetrach w Mieście Pierś-
cieniorbity, prawda?
•
Asgard naleŜy do nas — rzekł Sigor Dyan. — Tutaj jest nasze miejsce. Mieszkańcy
Miasta mówią chyba o nas jako o „najeźdźcach", ale to nieprawda. Tak naprawdę, to oni są
przybyszami w naszym świecie. Czy tak nie jest?
170
•
Rozumiem, Ŝe tak musi to wyglądać z waszego punktu widzenia — przyznałem
ostroŜnie.
•
O ile się nie mylę, pańska rasa toczyła niedawno wojnę z innym gatunkiem, zwycięską,
nawiasem mówiąc — powiedział. — Czy to prawda?
•
Tak.
•
O co toczyła się ta wojna? Uśmiechnąłem się do niego krzywo.
•
Chodziło o „roszczenia terytorialne" — bąknąłem.
•
Waszym przeciwnikiem była, jak sądzę, rasa człeko-podobna, ale powiedziano mi, Ŝe
nie przypominała waszej tak ściśle jak nasza?
•
To teŜ prawda — potwierdziłem czujnie.
•
Jeśli byliby podobni do was tak jak my, czy nie sądzi pan, Ŝe obie rasy mogłyby w
pokojowy sposób przezwycięŜyć spór?
•
Wątpię — odparłem sucho. Była to ciekawa kwestia, ale nie chciałem udawać, Ŝe mam
na nią gotową odpowiedź.
•
Twój gatunek stoi niŜej pod względem techniki od Tetrów. Bez wątpienia, jesteście
bardziej rozwinięci od nas, ale musicie znaleźć sobie miejsce w społeczności galaktycznej
zdominowanej przez Tetrów. Czy, bazując na tym, co pan wie o tej społeczności, uwaŜa pan,
Ŝ
e ludzkość kiedykolwiek dorówna Tetrom, Ŝe pozwolą oni, zwaŜywszy ich obecną pozycję
hegemona, kiedykolwiek dogonić się innej rasie?
Przełknąłem łyk zielonego płynu. Wywody Dyana były w sumie aŜ za mądre. Jego pytania
naleŜały do takich, na które najlepiej odpowiadać dalszymi.
171
•
Jak pan sądzi, jakie macie szanse, jeśli dojdzie do konfliktu zbrojnego? — zapytałem.
— Tetrowie szczycą się łagodnością, ale załoŜyłbym się, Ŝe potrafiliby ściągnąć tu jakąś
niesamowitą broń, jeśli zostaną do tego zmuszeni.
•
Nie wątpię — odparł Dyan. — Jeśli w opowieściach ludzi o waszej Gwardii
Gwiezdnej tkwi choć połowa prawdy, to nie wątpię, Ŝe moglibyście obrócić w perzynę
Miasto Pierścieniorbity, a my nie bylibyśmy w stanie go utrzymać. Ale czy Tetrowie
naprawdę będą chcieli zbombardować Miasto, gdzie Ŝyje tak wielu ich rodaków. Jaki mieliby
z tego poŜytek? Na niŜszych poziomach mamy dwadzieścia miliardów ludzi. Odbicie Miasta,
bez jednoczesnego zniszczenia, byłoby trudne. Nie mówię, Ŝe niemoŜliwe, choć nie bardzo
widzę, jak moŜna by tego dokonać. A nawet gdyby Miasto Pierścieniorbity padło, co potem?
Nadal mamy dwadzieścia miliardów ludzi. Jak pan sądzi, ile czasu zajęłoby waszym
najeźdźczym armiom dotarcie do dziesiątego poziomu... nie mówiąc juŜ o pięćdziesiątym?
Z pewnością myślał o tym dłuŜej niŜ ja. Jego argumenty wydawały się podejrzanie mocne.
Gdyby galaktycy próbowali zająć siłą małe imperium najeźdźców, mieliby na karku kupę
roboty. Odbicie Miasta to jeszcze nie wszystko, co potem? Czy Tetrowie mogliby wysyłać
swych badaczy w głąb poziomów zamieszkałych przez wrogo nastawione obce istoty?
Wiedziałem aŜ za dobrze, jak cięŜko było Centrali przetrzeć szlak w dziele poznania ludu
ongiś zamieszkującego wierzchnie warstwy Asgarda, mimo iŜ jej jedynym przeciwnikiem
było zimno. Być moŜe, pomyślałem, neandertalczycy są w stanie zyskać czas
172
potrzebny im do nadrobienia zaległości. MoŜe są w stanie trzymać Tetrów w szachu, nawet
nie przez lata, ale przez całe pokolenia, samemu ze wszystkich sił dąŜąc do opanowania,
prawdziwego opanowania techniki otaczającej ich na kaŜdym kroku, wrośniętej w samą
tkankę ich ograniczonego wszechświata.
•
W porządku — zgodziłem się — Nie wpuścicie Tetrów do Miasta... i na poziomy,
które kontrolujecie. Ale nie macie Ŝadnego wpływu na to, co dzieje się gdzie indziej,
prawda? Wasze imperium rozciąga się jedynie w linii prostej z góry na dół. Jeśli dojdzie do
konfliktu zbrojnego, Tetrowie zaczną szukać we wszystkich pozostałych biostrefach poziomu
pierwszego. Sprowadzą o wiele więcej ludzi, niŜ kiedykolwiek skierowali do pracy w
Centrali. MoŜecie przewyŜszać ich liczebnie nawet milion do jednego, ale sam pan przyznał,
Ŝ
e są duŜo od was bystrzejsi. Mogą ten wyścig wygrać, a jeśli wyjdziecie wszyscy, by ich
powstrzymać, kosztować to was będzie mnóstwo ofiar, moŜe nawet dwadzieścia miliardów
istnień. Czy naprawdę chcecie takiej wojny?
•
Przywykliśmy do walki — oświadczył zimno. — Poddanie się obcym przybyszom i
wyrzeczenie się dziedzictwa byłoby nikczemną zdradą naszych przodków.
Korciło mnie, by zakwestionować jego załoŜenie dotyczące, tak zwanych, „przodków", ale
nie chciałem go draŜnić. Milczałem, próbując złagodzić trochę pogłębiający się w
następstwie zaciętej dyskusji ból głowy.
— W kaŜdym razie — kontynuował aksamitnym gło
sem Sigor Dyan — trzeba uwzględnić jeszcze inne czynniki
sytuacji, prawda? Wiemy o istnieniu zamieszkującej As-
173
gard rasy o wiele bardziej rozwiniętej od Tetrów lub od nas. Całkiem moŜliwe, Ŝe nasi
przodkowie jeszcze Ŝyją, głęboko pod nami, w sercu jego świata. Gdyby wyłonili się
nagle, spiesząc nam z pomocą, sytuacja uległaby radykalnemu przeobraŜeniu, prawda,
panie Rousseau?
Wówczas uświadomiłem sobie, być moŜe poniewczasie, dlaczego mój widok tak
ucieszył najeźdźców, kiedy Jacin-the Siani zdemaskowała mnie jako człowieka, który
spenetrował poziomy. Jak to sobie wykoncypował Sigor Dyan, byłem tym, który
rozmawiał z ich praojcami, mesjaszem komunikującym się z ich bogami. Do tej pory
nastawiałem się na rodzaj przymierza, przy załoŜeniu, Ŝe najeźdźcy widzą w swych
sąsiadach z dołu potencjalnych sojuszników. Nie dotarło do mnie, Ŝe ich sposób patrzenia
na sprawy przydawał mi znacznie większego znaczenia. Nie uśmiechała mi się rola
mesjasza. Ze wszech miar, to niebezpieczne zajęcie.
O mało bym się wygadał, Ŝe Aleksander Sovorov i co i najmniej tuzin Tetrów
przebywających w obozie równieŜ zna połoŜenie zapadni Saula Lyndracha, ale ugryzłem się
w język.
Nie wiedziałem, ile im do tej pory powiedziano. Jeśli wszystkie informacje pochodziły od
Jacinthe Siani, wówczas ich wiedza na ten temat była Ŝałośnie niepełna. Prawdopodobnie nie
wiedzieli, jaki układ zawarłem z Centralą, mogli teŜ nie mieć pojęcia, Ŝe droga do Myr-
linowskich superbiotechników została odcięta na dobre. Nie wolno mi było zapominać o
maksymie, Ŝe nierozwaŜna paplanina drogo kosztuje, a jej ceną mogło być, między innymi,
moje Ŝycie. Musiałem bardzo uwaŜać do czasu,
174
kiedy dowiem się, czego ode mnie oczekują i ile dokładnie w ich opinii jestem w stanie
przekazać.
•
Nie macie Ŝadnych istotnych powodów, by przypuszczać, Ŝe istoty Ŝyjące tam na
dole to wasi przodkowie — zacząłem niepewnie. — MoŜe są po prostu kolejną rasą
wszczepioną w środowisko tak jak wy. Ich techniczna wyŜszość nic nie znaczy. Niech
pan spyta sam siebie, panie Dyan, jeśli są tylko jeszcze jedną osadzoną tu rasą, czy
lepsza okaŜe się współpraca z nimi, czy z Tetrami?
•
Na tego rodzaju pytania, panie Rousseau, mamy nadzieję, pan udzieli odpowiedzi
— odparł głosem słodkim jak napój, którym mnie częstował, napój, który po wypiciu
pozostawiał w ustach dziwny, nie do końca przyjemny posmak.
19
W
czasie najbliŜszych zajęć ruchowych, kiedy jeszcze wolno mi było swobodnie się poruszać,
pewnie abym miał czas wszystko sobie przemyśleć, znalazłem okazję, by zamienić kilka słów
z Velą-822.
Spotkaliśmy się przy jednym z wielu okien widokowych. Rozmawiając mogłem więc
przenosić wzrok z pomarszczonej twarzy Tetra na rozciągające się za oknem tajemnicze
pustkowie. Kłębiasta, oleista mgła ograniczała widoczność do dziesięciu, moŜe piętnastu
metrów, ale dostrzegałem w pobliŜu kępy drzewiastych tworów. Widać teŜ było, choć
niewyraźnie, niewielkie stworzenia pomyka-
175
jące pośród gałęzi. Barwne światełka, ozdabiające drzewiaste twory, wysyłały w mgłę ciepły
blask, tworząc tęczowe smugi, w których pląsały i ulatywały roje świetlików. Dlaczego to
tutaj jest?, zastanawiałem się. Czy jest czymś tak niezwykłym w dziele stworzenia, Ŝe stało
się przez to cenne?
Vela-822 wykładał mi zasady polityki przyjętej przez Tetrów z Miasta Pierścieniorbity.
•
Zasadniczo, strategia nasza opiera się na spokoju i rozwadze z domieszką wytrwałości
i pewnego kuszącego oddziaływania. Staramy się jasno przedstawić korzyści, jakie zarówno
rasy galaktyki, jak i mieszkańcy Asgarda odnieśliby ze zbliŜenia stanowisk. Jednocześnie
podkreślamy niezbędne normy zachowania, by złoŜona galaktyczna społeczność mogła trwać
w harmonii i pokoju. Odmawiamy udzielenia najeźdźcom informacji na temat naszej
techniki, naszych odkryć na Asgardzie, czy połoŜenia pozostałych naszych baz pod
powierzchnią. Najeźdźcy muszą wpierw zawrzeć z nami układ i przywrócić sprawną łączność
ze statkami w przestrzeni.
•
CóŜ — uznałem, Ŝe mogę spróbować przydać sobie prestiŜu, sypiąc nazwiskami —
Carmina-1125 i Tulyar-994 przewidzieli waszą strategię, starając się dopasować do niej swe
własne posunięcia. Kłopot w tym, Ŝe najeźdźcy ignorują wezwania. A bez dalszych
informacji trudno się zdecydować na kierunek działań. Przy odrobinie szczęścia jedna z
naszych grup zdoła niebawem przywrócić łączność, więc wasi ludzie na orbicie o wszystkim
się dowiedzą. Ale niełatwo przewidzieć, co dalej. Pan lepiej potrafi rozstrzygnąć, czy
Carmina-1125 uzna za właściwe rozpoczęcie pewnych kroków wojennych.
176
Nie ma sensu ciągnąć Tetrów za język. Nie dadzą się złapać na przynętę załoŜoną
jedynie przez człowieka.
— Bez wątpienia, Carmina-1125 podejmie najtrafniej
szą decyzję — odpowiedział. — Czy moŜemy przyjąć, Ŝe
pan, podobnie jak doktor Sovorov, zastosuje się do
naszych zaleceń w tej materii? Wielu pańskich rodaków
aktywnie współdziała z najeźdźcami. Całe szczęście, Ŝe
ledwie paru Kythnajczyków czy ludzi jest w stanie udzielić
im skutecznej pomocy.
Nie mogłem wyczuć, czy miał na myśli, Ŝe ja teŜ nie jestem kompetentny, ale było
mi to obojętne. Przez chwilę przypatrywałem się kłębiastej mgle, zastanawiając się, czy
takŜe ta biostrefa rozciąga się na powierzchni dziesiątków milionów kilometrów
kwadratowych i jakie niesamowite zróŜnicowania moŜna by w tym ekosystemie
napotkać, przemierzając całe to terytorium.
Wreszcie otworzyłem usta.
— Ze współpracy moŜna wyciągnąć pewne korzyści
— powiedziałem. — Jak sam pan zauwaŜył, niewielu mych
rodaków potrafi objaśnić najeźdźcom waszą technikę, tak
więc nie moŜemy wyrządzić wiele zła. Natomiast spróbu
jemy zdobyć zaufanie tych ludzi. Musimy pamiętać, Ŝe
poczynione w czasie zajęcia Miasta mimowolne odkrycia,
zburzyły cały ich światopogląd. Kiedy moja rasa wyruszyła
po raz pierwszy poza obręb układu słonecznego, wiedzieliś
my juŜ sporo na temat wszechświata, a przede wszystkim,
Ŝ
e jest on zamieszkały. Kontakt z galaktyczną społeczno
ś
cią nie był zupełnym zaskoczeniem. Ci ludzie przeŜyli
wstrząs na znacznie większą skalę. MoŜe podnosi ich na
duchu fakt, Ŝe są tak bardzo do nas podobni. MoŜe przez
11 - Najeźdźcy z Centrum
177
kontakt z naszą rasą stopniowo oswoją się z myślą o kontakcie z całą galaktyką. MoŜe
kładziemy teraz zasadnicze podwaliny pod to zbliŜenie.
Dumny byłem z siebie. UwaŜałem, Ŝe moja przemowa ze swym wyrafinowaniem i
chytrością godna była Tetra. Vela-822 z pewnością nie przyzna mi racji, jak kaŜdy Tetr nie
przyzna zręczności komuś innemu.
— To niebezpieczny kurs, panie Rousseau — zauwaŜył.
— Nie wolno zapominać, Ŝe wy, ludzie, nie macie wprawy
w zabiegach dyplomatycznych. Lepiej chyba milczeć, niŜ
próbować polityki przyjaźni, która łatwo moŜe przynieść
więcej szkód niŜ korzyści.
Innymi słowy: „Nie próbuj być za sprytny, człowieczku. Za mały jesteś".
— Nie jestem pewny, czy będą bez końca traktować
was uprzejmie — odparłem, nie bez pewnej mściwości.
— Sądzę, Ŝe jesteście naraŜeni na powaŜne niebezpieczeń
stwo. MoŜe naleŜy udzielić tym ludziom kilku odpowiedzi,
a tym samym odwieść ich od zamiaru wydobycia infor
macji przemocą od was.
Twarze Tetrów nie są pozbawione wyrazu, ale niełatwo z nich czytać nawet komuś, kto
spędził wśród nich wiele czasu. Nie mogłem zorientować się, czy był rozczarowany,
zirytowany, czy teŜ mówił sobie w duchu, Ŝe tego właśnie naleŜało się spodziewać po
parszywym barbarzyńcy.
Nagle u mego boku wyrósł Aleksander Sovorov. Zdawał się wiedzieć, o czym właśnie
mówiłem, choć wypowiadając te słowa, z pewnością znajdowałem się poza zasięgiem jego
słuchu.
— To niezwykle waŜne, Rousseau — rzekł surowo
178
— wiedzieć dokładnie, wobec kogo ma się zobowiązania.
Przez swoją lekkomyślność zaprzepaściłeś niegdyś jedyną
okazję porozumienia się z wysoce rozwiniętą rasą Ŝyjącą
na niŜszych poziomach. Byłoby nieszczęściem, gdybyś
i teraz nieodwracalnie nadweręŜył naszą pozycję w galak
tycznej społeczności.
Celowo odwróciłem się od nich, by spojrzeć przed siebie za okno. Przysunęli się
nieznacznie, przysłaniając mi widok z obu stron, jak para zasłon.
— Chodzi o to, Alex — odezwałem się z całą wyrozu
miałością, jaką mogłem w sobie zebrać — Ŝe nie jesteś
w stanie dostrzec całości obrazu. Zresztą, jestem teraz
w Gwardii i lekkomyślność to moja specjalność.
Sovorov i Vela-822 spojrzeli na siebie. Tetr lekko skłonił głowę i odszedł.
•
Vela i ja gawędziliśmy trochę wczoraj, kiedy byłeś na przesłuchaniu — zaczął
Sovorov. — Staraliśmy się ustalić, jak najlepiej mógłbyś w tej sytuacji postąpić.
•
To bardzo miło z twojej strony — mruknąłem ochryple. — Tetr o wie muszą być
z ciebie dumni. Ze swego ludzkiego „przytakiwacza" numer jeden. Bardzo lubią
przytakiwaczy. Kiedyś nadadzą ci pewnie honorowy numer. MoŜe nawet aŜ trzynasty.
•
Nie chce mi się wierzyć — rzekł lodowatym tonem
— Ŝe Tetrowie wybrali ciebie na szpiega. Musieli być
naprawdę zdesperowani.
— Zgadza się — potwierdziłem. WciąŜ patrzyłem po
nad jego ramię na poskręcane dendryty z barwnymi
lampionami i na ruchliwe ogniki pląsające wśród gałęzi.
•
Czy ten rodzaj Ŝycia oparty jest na DNA, Alex?
•
spytałem.
n«
179
•
Tak sądzę — odparł sztywno, niezadowolony ze zmiany tematu.
•
Daj spokój, Alex. Jesteś przecieŜ naukowcem. Musi cię to intrygować. To
niesamowite i zarazem piękne zjawisko. MoŜe jesteś tu dość długo, by przywyknąć do tego
widoku, ale chyba nie opuściła cię zupełnie ciekawość?
Wzruszył ramionami.
•
Ładne to — przyznał. Ale moŜemy tylko się temu przyglądać. Jeśli chcesz danych na
temat jego biologii, zwróć się do swych nowych przyjaciół. O ile, oczywiście, zadali sobie
trud zbadania tego. Mam wraŜenie, Ŝe tylko ogień broni palnej jest zdolny na dłuŜej przykuć
ich uwagę.
•
Czasami, Alex, sprawiasz takie wraŜenie, jakby zagubiła się gdzieś nie tylko twoja
mądrość, lecz na dodatek twój urok osobisty. Obawiam się, Ŝe grozi ci niebezpieczeństwo
stracenia z oczu zasadniczego powodu swego tutaj przybycia. Przyleciałeś na Asgard, aby
poznawać, prawda? Przyleciałeś się uczyć. Wiem, Ŝe irytują cię fantastyczne opowieści o
Centrum, ale twoja postawa, zdaje się, całkowicie wytłumiła wyobraźnię. Czy nie zadajesz
sobie nigdy pytania, po co w ogóle istnieje Asgard i jaką rolę odgrywa w wielkim
powszechnym dziele stworzenia?
•
Nie ma sensu stawianie pytań przed uzyskaniem danych umoŜliwiających
sformułowanie odpowiedzi — odparł zachowawczo.
Być moŜe kompletnie się myli, pomyślałem. Trzeba najpierw stawiać pytania, a im
większe, tym lepiej.
— Czy wiesz — spytałem — Ŝe na orbicie wokół Uranu
krąŜy stacja badawcza zajmująca się wydzielaniem z jego
atmosfery i pierścieni organicznej materii? Wydobyli tony
180
tego: DNA we wszystkich zestawieniach. Według pewnego tetrańskiego naukowca, z którym
miałem przyjemność rozmawiać, znajduje się ono tam od pierwszych dni istnienia naszego
układu słonecznego. Wówczas przez krótki czas było tam ciepło. śycie jest starsze od
naszego układu, Alex, a moŜe nawet całej galaktyki. Tkwi w obłokach pyłu
międzygwiezdnego. Czasem ulega zamroŜeniu, ale to nic mu nie szkodzi. Kręci się po prostu
w pobliŜu, aŜ nastaną w okolicy dogodne warunki do rozmnaŜania się i rozkręca się na nowo.
Spływa na dno wszystkich studni grawitacyjnych wszechświata, a gdziekolwiek natrafia na
sprzyjające warunki, mnoŜy się i mnoŜy, najszybciej jak potrafi, pozwalając naturalnej
selekcji wybrać najsprawniejsze formy do miejscowego uŜytku. Gdziekolwiek moŜe
przyczynić się do powstania ekosfery, tam ona powstaje. Uzgadnia własną gospodarkę
energetyczną z dominującym środowiskiem fizycznym, doprowadzając do pewnego rodzaju
chemicznego kompromisu.
Tetr ten uwaŜa, Ŝe DNA powstało samorzutnie w niesamowicie zamierzchłej przeszłości,
mam na myśli dziesięć miliardów lat, i rozmnaŜało się tak długo, aŜ osiągnęło etap, na
którym owoc jego twórczego wysiłku przenika cały wszechświat. Według niego podstawowy
ludzki garnitur genów wykształcił się bardzo dawno temu w jakimś zakątku wszechświata, a
do naszej galaktyki przywędrował w postaci ogromnego obłoku setki milionów lat temu, by
obsiać wszystkie lokalne układy gwiezdne mniej więcej w tym samym czasie.
W związku z tym Asgard musi być dziełem oddzielnego stworzenia, zrodzonym w jakiejś
innej galaktyce w nie-
181
wyobraŜalnie dalekiej przeszłości. A mimo to jego mieszkańcy, a moŜe nawet twórcy, są
naszymi, a takŜe Tetrów, najbliŜszymi kuzynami. Jeśli tak, to jaką funkcję moŜe spełniać?
Czy został wysłany, by obsiać galaktyki? Czy zawiera te pierwotne kompleksy genów, które
następnie rozproszyły się po całej galaktyce? Czy teŜ zjawił się tutaj, uciekając przed czymś?
Czy uchronił w ten sposób tysiące ekosfer nieznanych światów przed jakąś niewyobraŜalną
zagładą? Gdzie podziewają się jego budowniczowie? Dlaczego pozwalają, by cały ich piękny
makroświat ulegał zdziczeniu, a całe jego poziomy wymarciu lub opuszczeniu? Dlaczego
pozwalają, by zjawiały się zastępy ołowianych Ŝołnierzyków śniących o wielkich podbojach?
Co tu jest grane, Alex? PrzecieŜ obchodzi cię to, prawda?
Po tym wszystkim miał przynajmniej tyle przyzwoitości, Ŝe nie zadarł nosa burcząc: —
Nie wiem.
— Nic nie słyszałem o Uranie — usłyszałem. Tak więc
pytanie, czy galaktyka została obsiana, postawił w zupełnie
innym świetle. Teoria zbieŜnej ewolucji zaczęła wyglądać
podejrzanie.
Wskazałem głową zagadkowy las na zewnątrz, na jego cudowne bajeczne światełka.
— Tam zbieŜna ewolucja niewiele zdziałała — po
wiedziałem. — Jest to jakieś...
Urwałem w połowie zdania i przełknąłem ślinę. So-vorov wpatrzony był w moją twarz, nie
w las. Musiał odwrócić się, by ujrzeć to, co ja. Nie zdąŜył. Za późno spojrzał we właściwym
kierunku.
•
Co to było? — spytał.
•
Jeśli to, co myślę — wyjaśniłem — mamy do
182
czynienia ze zbieŜną ewolucją. Wydawało mi się, Ŝe między drzewami widzę sylwetkę
humanoida.
— Nie — stwierdził. — Tam nic takiego nie ma. Ten system opiera się na niskim
poziomie energii. Nie byłby w stanie utrzymać Ŝadnej ruchliwej formy większej niŜ twój
palec. Niedostateczna wydajność ekologiczna, bardzo słabe łańcuchy Ŝywieniowe.
Jego uwagi dowodziły, Ŝe mimo wszystko dokonał pewnych przemyśleń na temat swego
otoczenia. Przywrócił mi wiarę w naturę ludzką i jej ciekawość poznawczą. Nadal byłem
przekonany, Ŝe przez chwilę widziałem człekopodobną istotę. Z powodu mgły trudno było
ocenić odległość, podobnie jak wielkość, ale odniosłem wraŜenie, Ŝe widziałem coś duŜego i
masywnego, bardziej przypominającego wielką małpę niŜ człowieka.
Otworzyłem usta, by zapytać Alexa, czy straŜnicy nie mieli zwyczaju wałęsać się po
okolicy w skafandrach próŜniowych, ale nie było mi to dane. Podeszło do nas dwóch
neandertalskich Ŝołnierzy i bez zbędnych ceregieli kiwnęli, bym z nimi poszedł. Widocznie
oczekiwał mnie Sigor Dyan. Tym razem, podejrzewałem, zaŜąda odpowiedzi.
Niestety, nadal nie wiedziałem, jakich udzielić odpowiedzi. Niemiłosiernie łupało mnie w
głowie, ilekroć próbowałem wymyślić jakąś sensowną strategię.
Niewiele brakowało, bym lada chwila padł bez czucia, zostawiając cały ten Ŝałosny
interes. Ale szedłem dalej ze swą obstawą na spotkanie z inkwizycją.
20
K
iedy z powrotem doprowadzili mnie przed oblicze Sigora Dyana, wszystko wyglądało tak jak
poprzednio, z wyjątkiem płynu, jaki dał mi do picia. Nowy napój był brązowy i mętny,
przypominał trochę zupę z małŜy. Opiłem się dość sporo tej zupy w młodości, poniewaŜ
zamknięte ekosfery mikroświatów na planeto-idach, nie urozmaicone jeszcze wtedy
importowaną tetrań-ską biotechniką, często wykorzystywały w swych obiegach
przetwórczych sztucznie hodowane skorupiaki. Mięczaki, zdaje się, przewyŜszają pod
pewnymi względami inne organizmy. Ich smak pozostawia jednak wiele do Ŝyczenia, nigdy
nie przepadałem za zupą z małŜy.
Pociągnąłem parę łyków z filiŜanki i odstawiłem ją na dobre. WciąŜ odczuwałem mdłości
i miałem podwyŜszoną temperaturę. Łudziłem się, Ŝe moŜe zaczynam dochodzić do zdrowia,
ale gorączka nie ustępowała i nadal ciekło mi z nosa. Ból głowy zdawał się wciąŜ miarowo
narastać.
— Osobiście — powiedziałem Sigorowi Dyanowi —
nie przywiązuję specjalnego znaczenia do tego, po której
jestem stronie. Nie odpowiada mi sposób prowadzenia
interesów przez Tetrów, ale mogę z nimi pracować. Z wami
chyba teŜ bym mógł. Powiem wam, gdzie szukać zapadni
prowadzącej do niŜszych poziomów, o której wspomniała
wam Jacinthe Siani.
Sigor Dy an uśmiechnął się wyrozumiale.
— Znamy juŜ połoŜenie wszystkich baz załoŜonych
przez Centralę Koordynacji Badań, włącznie z tą zbudo
waną wokół szybu, o którym pan mówi, od poziomu
184
trzeciego w dół. MoŜe w oczach Tetrów jesteśmy dzikusami, ale nie jesteśmy głupi.
Potrafimy odczytać znalezione w siedzibie Centrali mapy. To tyle, jeśli chodzi o zachowanie
tajemnicy.
•
Więc do czego jestem wam potrzebny? — spytałem bez owijania w bawełnę.
•
Niestety, poza mapami, niewiele jesteśmy w stanie pojąć. Nie potrafimy odczytać
pisma Tetrów, nie umiemy poradzić sobie z ich systemami przechowywania danych. Wiemy
tylko tyle o pańskich odkryciach w czasie tej wyprawy, ile powiedziała nam Jacinthe Siani.
Dlaczego Tetrowie nie nawiązali kontaktu z napotkaną przez pana rasą, jeśli istotnie miało to
miejsce?
•
To oni nie chcieli się z nami porozumieć. Podobnie jak wy, byli zaskoczeni,
dowiadując się o istnieniu wszechświata. Pan pewnie jest w stanie lepiej ode mnie zrozumieć
wstrząs, jaki przeŜyli. śyli w styczności z poziomem, do którego doprowadził nas ten szyb,
ze zdziczałą ekosferą, zaludnionym przez prawdziwych dzikusów. Po spotkaniu z nami
postanowili się wycofać i odciąć. Tak przynajmniej powiedzieli.
•
Jak wyglądali? Przypuszczam, Ŝe przypominali ludzi?
•
Ja teŜ tak sądzę, choć rozmawiałem tylko z pośrednikiem.
Pospiesznie przytoczyłem historię Myrlina, który, jak wyjaśniłem, został przez nich
przygarnięty. Starałem się maksymalnie uprościć całą opowieść, ale pod naciskiem jego
pytań musiałem uzupełnić ją szczegółami. Nie kłamałem, a odpowiedziawszy na wszystkie
pytania, powiedziałem praktycznie całą prawdę, jaką znałem. Nie oznaczało to, Ŝe we
wszystko uwierzył.
185
•
Z tego, co pan mówi — podjął wątek mojego wywodu — wynika, Ŝe istoty te wiedzą
niewiele więcej od nas na temat twórców Asgarda?
•
Tak mi powiedzieli — zapewniłem go. — I nie ma najmniejszego powodu
przypuszczać, Ŝe są waszymi przodkami. Całkiem moŜliwe, Ŝe są jeszcze jedną rasą, taką jak
wy, która osiągnęła po prostu większy postęp w zrozumieniu otaczającej ich techniki.
•
To pan tak twierdzi. I nie wie pan jak nawiązać z nimi kontakt? Bardzo to wygodne,
jak gdyby starał się pan za wszelką cenę przekonać nas, Ŝe nie usłyszymy od pana Ŝadnych
rewelacji.
•
Nie wiem, czy zyskacie coś, kontaktując się z tymi istotami albo z jakąkolwiek inną
rasą Ŝyjącą poniŜej waszego imperium. MoŜe zdobędziecie sprzymierzeńca, który stanie po
waszej stronie przeciw Tetrom. MoŜe odnajdziecie nawet waszych przodków. Sami dobrze
wiecie, Ŝe nie ma co do tego Ŝadnej pewności. Nie istnieją Ŝadne boskie gwarancje, Ŝe
wyjdziecie z tego zwycięsko.
Chyba zdawał sobie z tego sprawę. Z pewnością nie chciał wdawać się w trudną dyskusję
na temat domniemanych przodków. W kwestii pochodzenia swego gatunku był raczej
agnostykiem, bez względu na to, w co wierzyła reszta. Po krótkiej przerwie sprowadził
rozmowę na bardziej praktyczne tory.
•
Ta broń, którą posiadają, „wyciszacz", jak ją pan nazwał, czy galaktycy posiadają coś
podobnego?
•
Owszem. Podobnym wynalazkiem dysponują Tet-rowie, a takŜe parę innych ras. Nie
działa na wszystkich humanoidów, czasem trzeba ją dostroić do szczególnych
186
właściwości mózgu danego gatunku. Zasadniczo, polega ona na uŜyciu błyskawicznie po
sobie następujących bodźców oddziaływujących na zmysły w celu wywołania reakcji
obronnej ofiary. To wzrokowy odpowiednik zastrzyku wywołującego narkozę. Ale ta broń
paprze i razi, kogo popadnie. Nie potrafi namierzyć pojedynczej osoby i nie moŜna tak po
prostu wyświetlić jej na ekranie telewizyjnym. Trzeba naprawdę ją odpalić. Za drugim razem
ś
wietnie wykorzystali do tego całe niebo. Pierwszym razem do zadania ciosu uŜyli czegoś w
rodzaju robota.
•
Gdzie w Mieście Pierścieniorbity moŜna znaleźć powiększone wersje tej broni?
•
Teraz pewnie juŜ ich nie znajdziecie. Wyciszacze wmontowane były w systemy
zabezpieczające. Podejrzewam, Ŝe obróciliście je w złom, gdy zniszczyliście Pierś-
cieniorbitę...
•
Jedno mnie w pańskiej opowieści niepokoi — wyznał. — Zastanawiam się, czy ocucili
pana tylko po to, by wysłuchał pan opowieści swego przyjaciela. MoŜe pana okłamali?
•
Nie wiem — odparłem. — To wszystko mogły być kłamstwa.
•
Mogły być, istotnie — zauwaŜył tonem zdradzającym, Ŝe nie do końca mi ufa.
Ja równieŜ nigdy nie byłem do końca pewny całej tej historii, choć nie lubiłem się do tego
przyznawać. Wróciłem z głębin Asgarda przeświadczony, Ŝe nie ma faceta bystrzejszego ode
mnie. Byłem dumny ze swego małego sekretu. To oni mogli zrodzić we mnie to anielskie
samopoczucie, w ten sam sposób, w jaki dorośli prze-
\f
kupują dzieci cukierkiem. MoŜe Myrlin naprawdę nie Ŝył, a ja okazałem się frajerem.
Wysmarkałem się i wierzchem dłoni otarłem brwi. Pociłem się obficie. Miałem wraŜenie,
Ŝ
e mój mózg poraziła łagodna dawka „wyciszacza".
•
Dziwi mnie jeszcze jedno — odezwał się Dyan po krótkiej przerwie, w trakcie której
popijał swoją porcję brązowej zupy. — Jeśli istoty te tak bardzo nas wyprzedzają w rozwoju,
dlaczego nie wiedziały nic o wszechświecie? Dlaczego nie zbadały gruntownie Asgarda, jeśli
juŜ od tak dawna potrafią przemieszczać się między poziomami? Byłoby niezwykłym
zbiegiem okoliczności, gdyby okazało się, Ŝe podobnie jak my dopiero od niedawna
penetrują poziomy i dotychczas zbadali ich niewiele.
•
Niekoniecznie — sprzeciwiłem się. — Trzeba pamiętać, Ŝe ich macierzysta baza
znajduje się wiele niŜej od waszej. Poza tym, Myrlin sugerował, Ŝe są nieśmiertelni.
Oznaczać to moŜe, Ŝe juŜ dawno przestali się rozmnaŜać. Raczej wątpliwe, Ŝeby
nieśmiertelnej rasie zagraŜały tak trywialne problemy jak niebezpieczeństwo przeludnienia.
Jeśli ich populacja na macierzystym poziomie jest ustalona, nie mają Ŝadnego praktycznego
interesu w ekspansji na inne poziomy. Ciekawość poznawcza nie stanowi tak silnego napędu
jak Ŝądza podbojów. MoŜe zajmują się penetracją poziomów od czasu obejmującego
dziesiątki tysięcy waszych pokoleń, ale do tej pory zdołali zbadać tylko tyle poziomów co
wy.
Skinął w zamyśleniu głową, popijając z filiŜanki.
— Niech pan jeszcze spróbuje — zachęcił mnie. — Przy
188
takiej gorączce powinien pan duŜo pić. Czy poprosić lekarza, aby pana zbadał? To moŜe
przynieść ulgę.
•
Nic mi nie jest — mruknąłem. — To zwykłe przeziębienie.
•
Czy czuje się pan na siłach odpowiedzieć na kilka dalszych pytań?
•
Chyba tak — powiedziałem i zaraz tego poŜałowałem.
•
Postaram się ograniczyć do sedna sprawy. Wdzięczny jestem panu za to, Ŝe zechciał
podzielić się ze mną tymi wszystkimi informacjami. Ale są teŜ inne kwestie, o które chcę
zapytać. Chciałbym, aby opisał pan szczegółowo wszystkie plany, ustalone z pracodawcami
przed powrotem na Asgard. Potrzebujemy potwierdzenia tego, co juŜ wiemy na temat grup
zwiadowczych zrzuconych z orbity: ich składu osobowego, celów, baz, jakie zamierzały
wykorzystać, punktów przerzutowych do Miasta. Jest pan w stanie temu podołać?
Gdybym nie czuł się tak fatalnie, z pewnością wstrząsnęłoby mną. Ale w tej sytuacji
niewiele mnie to obeszło.
•
Więc Jacinthe Siani wiedziała, Ŝe odleciałem z As-garda — powiedziałem
zrezygnowany.
•
Nie, ale został pan ujęty jako pierwszy z całej grupy. Schwytaliśmy juŜ pozostałych i
niektórzy z nich poszli na współpracę. Informacje o waszej misji doszły mnie dziś rano.
Część pańskich towarzyszy dołączy do pana jutro. Sądzę, Ŝe wiemy juŜ dość, by zgarnąć
pozostałych, ale, gwoli sprawdzenia, byłbym zobowiązany, gdyby zechciał pan napisać
wszystko, co pan wie.
Popatrzyłem na niego naburmuszony, Ŝałując, Ŝe jestem w nienajlepszej formie do
podjęcia decyzji.
189
— Jako oficer Gwardii Gwiezdnej — rzekłem w końcu
— nie mogę powiedzieć nic, co naraziłoby mych towarzy
szy na niebezpieczeństwo. To kwestia wojskowego honoru.
Tylko trochę ironizowałem. Susarma Lear mogła nie być mą ulubienicą we wszechświecie,
ale wzbraniałem się przed wydaniem jej.
— Jak pan uwaŜa — odparł lekko, zdradzając, Ŝe
posiadał juŜ te informacje. — W gruncie rzeczy, nie czuje
się pan chyba najlepiej do podjęcia tak pracochłonnego
zadania. Sądzę, Ŝe mimo wszystko poproszę lekarza, aby
pana zbadał. Nie chcemy przecieŜ, Ŝeby...
Nagle opuściła go cała niefrasobliwość. Teraz patrzył na mnie zupełnie inaczej. Mogłem
czytać z jego twarzy jak z ludzkiej. Sprawiał wraŜenie poraŜonego nagle jakimś wyraźnie
paskudnym domysłem.
Przełknąłem ślinę. Bolało mnie gardło. Zaczynało kręcić mi się w głowie. Pot ściekał z
czoła na brwi i spływał w kąciki oczu, zlewając się w gorzkie łzy. Musiałem oprzeć się o
skórzane obicie sofy.
— Całkiem moŜliwe, panie Rousseau — odezwał się
głuchym głosem — Ŝe wasi tetrańscy zwierzchnicy wysłali
was po to, byście zostali złapani.
Chciałem otworzyć usta i zaprzeczyć, ale „nie" uwięzło mi w gardle, bynajmniej nie
dlatego, Ŝe mnie bolało. Zaczynało kiełkować we mnie straszliwe podejrzenie.
Wiele razy stawiałem sobie pytanie, jak Tetrowie zamierzali walczyć ze zdobywcami
Miasta Pierścieniorbity. Próbowałem rozwaŜyć wszelkie moŜliwości. Ale zapomniałem, Ŝe
Tetrowie róŜnią się od nas, ludzi. Nie gustują w cięŜkim sprzęcie. Lubują się natomiast w
biotechnice.
190
Przede wszystkim rozumują kategoriami broni i wojny biologicznej.
Przyszło mi do głowy, niestety poniewczasie, Ŝe najlepszym sposobem na wprowadzenie
broni wirusowej pod kopułę, moŜe nawet jedynym, jest uŜycie Ŝywych nosicieli. A jeśli dany
wirus miał być starannie dobrany do określonego ustroju biologicznego, by porazić wroga o
wiele dotkliwiej niŜ samych Tetrów, wówczas nosiciele musieli być maksymalnie zbliŜeni do
celów.
Nagle mnóstwo elementów zagadkowej układanki zaczęło do siebie pasować. Tetrowie
otrzymywali informacje przez kilka dni po ataku, posiadali zdjęcia, a moŜe nawet wyniki
genetycznej analizy tkanki najeźdźców. Pewnie dysponowali juŜ wszystkim do
przeprowadzenia szybkiego i skutecznego kontrataku, poza grupą sprytnych nosicieli, którzy
mieli wprowadzić zarazę do Miasta.
Wiedzieli, jak prymitywni są najeźdźcy, jak dalece nie przygotowani do zwalczenia
epidemii wirusowej. Wiedzieli, jak łatwo będzie ich własnym ludziom przejąć władzę nad
Miastem, gdyby siły okupanta uległy totalnemu osłabieniu.
Więc wykorzystali nas. Wynajęli Gwardię Gwiezdną, wynajęli mnie, karmiąc tą na wpół
wiarygodną historyjką o potrzebie ustanowienia łączności, gromadzenia danych... podczas
gdy potrzebowali nas jedynie do roli zainfekowanych koni trojańskich.
— O, merde — zakląłem ostro. — To dranie.
Widziałem po wyrazie twarzy Sigora Dyana, Ŝe nie do końca wierzy w mą niewinność.
Wydawało mi się, Ŝe nadarza się wspaniała okazja, by przerwać tę nierówną
191
walkę i odpuścić sobie. Poddałem się więc zawrotom głowy i gorączce, pogrąŜając się w
nieświadomość.
21
M
oje wspomnienia późniejszych wydarzeń są, rzecz jasna, nieco mgliste. Gorączka nie
wywołała wprawdzie majaków, nie dręczyły mnie zwariowane sny. Wywierała jednak na
mym organizmie takie piętno, Ŝe ciągle popadałem w stan półśpiączki.
Najeźdźcy usiłowali zadać mi kilka pytań, ja usiłowałem na nie odpowiedzieć. Nie byłem
jednak zbyt elokwentny i nie sądzę, Ŝeby mieli z tego jakąś frajdę. Nie odstawiono mnie z
powrotem do celi, lecz przeniesiono do czegoś w rodzaju izolatki. Wszyscy, którzy mnie
teraz dotykali, nosili gumowe rękawiczki i maski chirurgiczne. Nawet w swym Ŝałosnym
stanie wiedziałem dobrze, Ŝe to musztarda po obiedzie. Odkąd trzasnąłem pierwszego ich
Ŝ
ołnierza, przechodziłem przez ręce mnóstwa innych. Zaraza pewnie juŜ spokojnie
dojrzewała w wielu organizmach. Jeśli Tetrowie istotnie wszczepili mi biologiczną bombę
zegarową, w co nie wątpiłem, zadbali o to, by miała ładny zapalnik z opóźnionym działaniem
i nie ujawniła się przedwcześnie. WciąŜ wyrzucałem sobie, Ŝe nie przejrzałem ich perfidnych
knowań.
Tetrańska biotechnika na usługach medycyny osiąga świetne rezultaty i nie wątpiłem, Ŝe
broń wirusowa okazałaby się skuteczna nawet wobec ras zbliŜonych do ludzkiej.
192
Najeźdźcy natomiast nie potrafią pewnie leczyć jej objawów. Tak więc ja, nieszczęsna Ŝywa
broń, miałem cierpieć wraz z nimi.
Musiałem leŜeć w łóŜku, znosząc skutki gorączki przez dobrych kilka dni. Początkowo nie
zauwaŜałem nawet, kiedy przywoŜono nowych pacjentów. Stopniowo, poma-lutku, docierało
do mnie, Ŝe znam tylko jedną osobę o bujnych blond włosach takich jak te, które porastały
głowę rzucającą się i kręcącą na poduszce nie dalej niŜ pięć metrów ode mnie.
W ten sposób rozwiązał się problem zdemaskowania Susarmy Lear przed najeźdźcami.
Została juŜ wydana, prawdopodobnie zgodnie z zamysłem Tetrów, by zacząć szerzyć swe
zarazki na prawo i lewo.
Pamiętam, niezbyt składnie pomyślałem wtedy, Ŝe to wielka szkoda, gdyŜ kawaleria USA
nie pospieszy mi juŜ na odsiecz.
Na pewnym etapie musiałem być na tyle przytomny, by obejrzeć pozostałych dwóch
pacjentów tu przywiezionych, bo gdy odzyskałem pełnię władz umysłowych, wiedziałem
kim są.
Byli to Seme i John Finn.
Chciałbym pochwalić się, Ŝe okazałem się najtwardszy i pierwszy zwalczyłem skutki
choroby, ale tak nie było. Prawdę mówiąc, jeszcze cierpiałem bardzo, kiedy inni zaczęli
dochodzić do siebie. Wiele wysiłku kosztowało panią pułkownik wyrwanie mnie którejś
nocy ze snu.
•
Dalej, cholera jasna — powiedziała potrząsając mną brutalnie.
•
Pozwól mi umrzeć — wyrzęziłem.
193
12
- Najeźdźcy z Centrum
•
Nie umrzesz, ty cholerny głupcze. Co wolisz: Ŝebym strzeliła cię w pysk, czy oblała
zimną wodą?
•
Ani to, ani to — odparłem zatroskany.
•
Więc weź się w garść.
Podrzucała moją głową na wszystkie strony, najwyraźniej próbując wskrzesić we mnie
trochę czucia.
— Na litość boską, przestań — jęknąłem.
Przestała i odetchnąłem z ulgą. Włączyła lampkę nocną
i wycelowała wąski promień światła prosto w moją twarz, sprawdzając, czy jestem teŜ
obecny duchem i uwaŜam.
•
JuŜ w porządku? — spytała. — Serne na razie odpada, ale wygląda na to, Ŝe obaj z tym
chłystkiem Finnem przeŜyją. Czy najeźdźcy powiedzieli ci, Ŝe podejrzewają Tetrów o
posłuŜenie się nami do przemycenia wirusa do Miasta?
•
Byłem przy tym, jak doszli do tego wniosku.
•
Czy to prawda?
•
Wiesz tyle co i ja — wyznałem. — Ja w to wierzę. A ty nie?
•
Czy to miejsce jest na podsłuchu?
•
Jezu Chryste, Susarma, nie mam pojęcia. Alex So-vorov uwaŜa, Ŝe są na to za głupi, ale
to ciemniak. Poza tym, oni nie znają angielskiego, przestań, psiakrew, udawać Jamesa Bonda.
Czy mamy w ogóle coś do ukrycia?
•
Tylko jedno — zapewniła mnie. — Przed odlotem z układu dostałam polecenie
zbadania, czy jest moŜliwość dogadania się z najeźdźcami, jeśli przyniesie nam to większe
niŜ propozycje Tetrów korzyści. Jeśli rzeczywiście posłuŜyli się nami do wszczęcia wojny
biologicznej, skłon-na jestem zrewidować swe stanowisko w kwestii, po której stanąć stronie.
194
•
Wydaje mi się — powiedziałem — wedle wszelkich znaków na niebie i na ziemi,
Ŝ
e nie warto zdradzać teraz Tetrów. Najeźdźcy tej wojny nie wygrają, choćby nawet
było ich dwadzieścia miliardów.
•
Salamandryjczycy stale próbowali z nami takich sztuczek. Nauczyliśmy się sobie
z nimi radzić. Jeśli wiesz, z czym masz do czynienia, nie jest trudno się obronić. MoŜe
najeźdźcy mogliby wygrać, z naszym poparciem.
•
Nie z Tetrami — upierałem się. — Mogło być przecieŜ jeszcze gorzej. To tylko
grypa, a nie francuska choroba. MoŜe to i podły numer, ale mogli rozegrać to jeszcze
podlej. Ich celem nie było zabicie, lecz unieszkodliwienie najeźdźców.
•
UwaŜasz, Ŝe pomyślane to było jako uderzenie ostrzegawcze, by pokazać
najeźdźcom, jak dalece ich przewyŜszają?
•
Co to ma za znaczenie? — jęknąłem. Zastanawiałem się, czy obudziła mnie po
prostu na przyjacielską pogawędkę, czy miała do obgadania coś naprawdę waŜnego.
Ciało ciąŜyło jak ołów i łupało mnie w głowie.
Chyba dostrzegła, Ŝe nie czuję się najlepiej, bo przeszła do sedna.
— Przywieźli nas od razu tutaj — zaczęła. — Nie
widzieliśmy zbyt wiele równieŜ w czasie końcowego etapu
naszej podróŜy. Ile ty zdołałeś zaobserwować? Jakie są
szanse ucieczki stąd?
Zdobyłem się na pusty śmiech. Z perspektywy czasu wydaje mi się, Ŝe trudno byłoby
mi się wtedy zdobyć na coś innego.
— Nie pilnują za bardzo drzwi — wyjaśniłem. — Mo-
12*
195
glibyśmy po prostu wyjść na zewnątrz. Sęk w tym, Ŝe atmosfera pozbawiona jest wolnego
tlenu. Nawet gdybyśmy mieli skafandry, nie mielibyśmy dokąd pójść, chyba Ŝe do szybu,
którym zjechaliśmy. A wokół szybu, miliony najeźdźców.
Nie wystraszyła jej za bardzo moja wizja.
•
Gdybyśmy tak mogli udać najeźdźców — zaczęła i urwała. — Ilu ludzi jest jeszcze
tutaj? — spytała po chwili.
•
Tylko Alex Sovorov, ale on nie nadaje się do niczego. Zresztą, za dzień lub dwa na
pewno zachoruje, dzieliliśmy jedną celę. Nigdy mi tego nie podaruje.
Spojrzała na pozostałe łóŜka.
•
MoŜemy jemu zaufać? — spytała pokazując głową na Finna.
•
Prędzej mi kaktus na dłoni wyrośnie, niŜ mu zaufam. — Pewnie wygadał juŜ wszystko,
co wie i wysłali go tu, by regularnie składał im meldunki o nas. MoŜe nie znają się na
podsłuchu, ale mając Finna nie muszą. To kapuś do szpiku kości.
Jej twarz przybrała znany mi juŜ wyraz zawziętości pomieszanej z obrzydzeniem. Znowu
spojrzała na mnie. Ze zdumieniem odnotowałem zmianę na jej twarzy. MoŜe nie była to
przyjazna mina, takowej nie miała w swym repertuarze, ale zdradzała oznaki zatroskania
mym samopoczuciem.
— Prześpij się trochę — zarządziła głosem, w którym
dało się wyczuć wielkie zmęczenie. — Rano udawaj
nieprzytomnego. Nie chcę, Ŝeby wiedzieli, Ŝe wracamy do
zdrowia.
Uznałem, Ŝe nietrudno będzie grać chorego, nie wierzyłem w mój powrót do zdrowia.
196
Rano czułem się jednak o wiele lepiej. Po przebudzeniu odkryłem, Ŝe ból i uczucie
dezorientacji wreszcie ustąpiły. Wprawdzie radością Ŝycia nie tryskałem, ale nie czułem się
jak po przepuszczeniu przez szatkownicę. Czułem, Ŝe stać mnie na w miarę składne
rozumowanie i zacząłem dostrzegać wokół siebie rzeczy.
Po raz pierwszy zauwaŜyłem pielęgniarkę, która karmiła mnie łyŜką przy śniadaniu i
delikatną, wprawną ręką poiła. Nie naleŜała do rasy najeźdźców, wywodziła się z któregoś z
pozostałych gatunków zamieszkujących As-gard, podobnie jak większość pomocniczego
personelu tego więzienia. Nie odezwała się ani słowem, a z pewnością zauwaŜyła, Ŝe po raz
pierwszy jestem w pełni świadomy. Mało prawdopodobne, by choć trochę mówiła parole.
Jednak odniosłem wraŜenie, Ŝe mnie zrozumiała, kiedy podziękowałem za pomoc przy
jedzeniu.
ZauwaŜyłem teŜ lekarza, który rano mnie badał, sprawdzając tętno i temperaturę,
oglądając w świetle latarki moje źrenice. Starałem się, jak mogłem udawać chorego, ale moje
ciało nie potrafiło chyba oszukiwać. Zaraz po wyjściu lekarza odwiedził mnie Sigor Dyan.
Zerknął przelotnie na Susarmę Lear i przysunął sobie krzesło do mego łóŜka.
•
Cieszę się, Ŝe z panem juŜ lepiej — rzekł obojętnie.
•
Dzięki — odparłem słabym głosem.
•
Daje to nadzieję, Ŝe nasi Ŝołnierze teŜ wyzdrowieją. Na razie wirus dziesiątkuje szeregi
naszych wojsk w Mieście. Sam zaczynam odczuwać jego skutki na sobie. Za dzień, dwa
wyląduję w tym albo podobnym łóŜku.
•
A gdzie ja wyląduję?
Pokręcił głową, dając do zrozumienia, Ŝe nie powziął jeszcze decyzji.
197
—
O niczym nie wiedzieliśmy — tłumaczyłem. — Jeśli
Tetrowie istotnie zrzucili nas w celu wywołania epidemii,
postąpili tak bez naszej wiedzy.
— Chciałbym panu wierzyć. Ale nie mam pewności.
Jeśli nasi ludzie zaczną umierać...
Zrozumiałem, co ma na myśli.
— Chcemy odpowiedzieć atakiem na atak — oznajmił.
— Bardzo dotknęło nas to, co się stało. Jeśli mówi pan
prawdę, to musi czuć się tak samo dotknięty. Jeśli chce
pan odzyskać nasze zaufanie, musi nam pan powiedzieć,
jak zaatakować Tetrów.
Rozumiałem jego stanowisko. Z całym prawdopodobieństwem potrafiłem lepiej ich
zrozumieć niŜ Tetrowie. Planując to uderzenie, Tetrowie myśleli nie tylko o ułatwieniu
przewrotu w Mieście. Obmyślili je równieŜ jako sposób na ostudzenie ich gorących głów i
pokazanie, Ŝe prędzej czy później będą się musieli z Tetrami dogadać Nie było to zbyt
mądre. Tetrowie zawsze wyszydzali głupotę barbarzyńców, ale kiedy trzeba było
przewidzieć moŜliwą reakcję tych, tak zwanych, barbarzyńców, nie błysnęli wcale
inteligencją.
Z drugiej jednak strony to, Ŝe rozumiałem jego stanowisko, nie oznaczało, Ŝe je
podzielałem. Nic dobrego nie mogło wyniknąć z objęcia represjami więzionych tu Tetrów,
czy wyrŜnięcia ich w Mieście Pierścieniorbity.
— To niezbyt mądry pomysł. To wyście przecieŜ zaczęli,
prawda? Dlaczego nie moŜecie uznać, Ŝe jesteście z Tetrami
kwita? Nie pozwolą, by ich lekcewaŜono. To dla nich tez
sprawa honoru. Jeśli ich zaatakujecie, całkiem moŜliwe, Ŝe
was zmiaŜdŜą. DuŜo rozprawiają o rozkoszach pokoju
198
i harmonii, ale to dlatego, Ŝe świetnie wiedzą, iŜ nie mają się czego obawiać i Ŝadna forma
zbrojnego wystąpienia nie jest w stanie im zagrozić.
Popatrzył na mnie osowiały. Sądząc po jego spoconym czole, nie czuł się zbyt dobrze.
MoŜe to mąciło mu jasność osądu. Ale dwudziestomiliardowe imperium to nie błahostka i
rozumiałem, dlaczego nie pociągała go perspektywa ugięcia się przed kilkoma tysiącami
Tetrów.
— Panie Rousseau — powiedział. — Niech pan się
lepiej zdecyduje, po której jest pan stronie. I niech pan
będzie gotów to okazać. O poddaniu się nie ma mowy.
Kiedy wyszedł, spojrzałem na Susarmę Lear. Podciągnęła się na łokciach i utkwiła we
mnie zamyślony wzrok. Za tymi duŜymi niebieskimi oczami przebiegało właśnie intensywne
myślenie.
•
Jeśli nie będziemy ostroŜni — powiedziałem — wpadniemy jak garść ziarna między
Ŝ
arna.
•
Trzeba postępować tak, jak pozwalają okoliczności — zauwaŜyła. — MoŜemy
sprawiać wraŜenie, jakbyśmy byli po ich stronie, a będziemy tylko po swojej własnej.
Był to jedyny moŜliwy do przyjęcia punkt widzenia i nie zamierzałem go podwaŜać.
Chwilę później powróciła pielęgniarka, niosąc szklankę wody. Usiadłem w łóŜku, Ŝeby się
napić. Nie miało sensu dalsze udawanie. Stała przy łóŜku, czekając cierpliwie. Miała
niebieskawą cerę, duŜe oczy, szpiczaste uszy, a zamiast włosów mysie futerko. Jej twarz
budziła we mnie zaufanie. Sprawiała wraŜenie jedynej osoby w całym mym otoczeniu, ze
strony której mogłem się absolutnie niczego me obawiać. Uśmiechnąłem się z wdzięcznością
i z powaŜaniem skłoniłem głowę, oddając szklankę.
199
Odbierając ją ode mnie, przekazała mi w zamian zwiniętą kartkę. Zachowałem
przytomność umysłu. Mimo zaskoczenia schowałem ją w zaciśniętej dłoni i wsunąłem pod
koc. Rozwinąłem ją powoli ukradkiem, nie mając najmniejszego pojęcia, czego się
spodziewać.
Wiadomość była prosta: cztery skafandry i urządzenie naprowadzające będą czekać na
was przy dziesiątej śluzie trzy jednostki po wygaszeniu świateł. Ktoś po was wyjdzie. Będzie z
wami dwóch Tetrów. Zastosujcie się do poleceń, a wszystko będzie dobrze.
Wiadomość nie była podpisana.
Nie naleŜało się temu dziwić.
Zastanowiło mnie natomiast, Ŝe była napisana w języku angielskim.
22
P
amiętacie zapewne wymienione przeze mnie cztery kryteria, od spełnienia których zaleŜy
powodzenie podejmowanej próby ucieczki. OtóŜ, jestem przekonany, Ŝe potraficie, sobie
wyobrazić, ile trudności nastręczało mi rozpatrzenie naszego połoŜenia w więzionym szpitalu
neo-neandertalczyków pod kątem tych właśnie kryteriów.
Jeśli chodzi o dwa pierwsze wymogi, od razu spostrzegłem, Ŝe sprostanie im powinno
pójść dość gładko. W przeciwieństwie do mieszkańców ,,Goodfellowa", najeźdźcy dość
niewolniczo przestrzegali rozkładu dnia i po zapadnięciu zmroku nie zadawali sobie trudu
zachowywania
200
nadmiernej czujności. Co więcej, epidemia, którą ze sobą przywlekliśmy, zaczynała juŜ
zbierać Ŝniwo wśród naszych sympatycznych gospodarzy, wywołując w ich szeregach
znaczne zamieszanie. Wierzyłem bardzo, Ŝe zdołamy dotrzeć do wskazanej śluzy łatwo i
bezpiecznie.
Jednak trzecie i czwarte kryterium w tej grze były wielkimi niewiadomymi. Czy mogliśmy
znaleźć jakieś przytulne i bezpieczne schronienie? Czy w ogóle mieliśmy dokąd pójść?
Jakiego rodzaju to dokądś mogłoby być? Miło ze strony naszego tajemniczego
korespondenta, Ŝe zapewnił nas o przydzieleniu nam, oprócz czterech skafandrów mających
ustrzec nas przed wrogą atmosferą, równieŜ urządzenia naprowadzającego, ale dokąd miało
nas ono doprowadzić?
Jakby nie dość było zagadek, kolejną niewiadomą, nad którą łamałem sobie głowę, była
toŜsamość naszego wybawcy. Spoza naszej izolatki wiedziałem tylko o jednej osobie z
całego obozu, która potrafiła pisać po angielsku. Był nią Alex Sovorov. Jednak nie
przychodził mi na myśl nikt mniej od niego nadający się do roli mózgu takiej operacji. W
zawodach Ŝyciowych nieudaczników Alex Sovorov mógłby samemu Johnowi Finnowi
poplątać szyki, a nawet go zwycięŜyć. Ale Finn był przynajmniej chytrym krętaczem,
natomiast za Alexem nie przemawiała nawet nieuczciwość.
Przy pierwszej sposobności wysunąłem się z łóŜka i przekazałem kartkę Susarmie Lear tak
ukradkowo, jak ją otrzymałem. Zerknąłem w stronę Finna, dzieląc się z nią swymi
podejrzeniami, Ŝe naleŜy zachować dyskrecję nawet wśród swoich. Finn nie podniósł jeszcze
swej szpetnej gęby
201
i nie zwracał na nas uwagi, ale sądząc ze sposobu, w jak; przyjmował pokarm, nie był w
gorszej formie ode mnie Oznaczało to, Ŝe udawał tylko nieprzytomnego. Krętactwo
przychodziło mu tak lekko i naturalnie jak oddychanie Kiedy Susarma Lear czytała
wiadomość, wsunąłem się między nią a Finna, aby mogła poruszać ustami bez obawy, Ŝe
podejrzy ją Finn. W ten sposób, jak sądziłem nie będzie w stanie podsłuchać prowadzonej
szepten, rozmowy.
•
Kto to przysłał? — padło na wstępie oczywiste pytanie.
•
Nie wiem — wymamrotałem. — O ile nie nadszedł w tym czasie świeŜy transport
więźniów mówiących po angielsku, mógł ją przesłać tylko Alex Sovorov. Ale nic chce mi się
wierzyć, Ŝe to on się za tym kryje, choć moŜe być pośrednikiem. Gdybym miał zgadywać,
powiedziałbym, Ŝe tę ucieczkę zorganizowali Tetrowie, a on po prostu przekazał od nich
wiadomość.
•
Dlaczego Tetrowie mieliby nas uwalniać? — spytała
•
Kto wie? MoŜe z wdzięczności? Posiadają silne poczucie obowiązku, nawet wobec
swych niewolników i innych róŜnej maści królików doświadczalnych.
•
Naprawdę w to wierzysz?
•
Nie jest to takie łatwe. Spotkałem się wcześniej z Velą-822 i nie zrobił na mnie
wraŜenia zdolnego do obmyślenia całej tej operacji. Ale z Tetrami nigdy nic nie wiadomo.
Jednak ktoś ją przysłał. Czy naprawdę mamy tak wiele do stracenia?
Wydęła usta. Na to pytanie było więcej niŜ jedna z moŜliwych odpowiedzi.
202
•
Jeśli zdecydujemy się na skok, czeka nas skok w ciemność. Musimy zadać sobie to
zwyczajowe pytanie, jak źle jest nam w tym deszczu i pod jaką rynną moŜemy w rezultacie
wylądować.
•
Idziemy na to? — spytałem.
Po raz pierwszy z kimś się w jakiejś sprawie konsultowałem. To chyba słuŜba w
Gwiezdnej Gwardii zaczynała wywierać na mej duszy piętno. Zamiast podjąć własną
niezaleŜną decyzję, ja, wolny elektron, czekałem na wskazówki od przełoŜonego. Choroba
naprawdę moŜe dokonać spustoszeń w człowieku.
•
Psiakrew, jasne, Ŝe tak — postanowiła. — Jak inaczej, cholera jasna, dowiemy się, co
jest grane? Powiem Sernowi.
•
A co z nim? — skręciłem głowę lekko w tył, wskazując faceta za plecami.
Obdarzyła mnie jednym ze swych najznakomitszych piorunujących spojrzeń.
•
UwaŜam, Ŝe nie moŜna temu skurczybykowi ufać — wyraziła swą opinię,
niedwuznacznie dając do zrozumienia, Ŝe bez względu na to, czy Finn wyzdrowieje, czy nie,
nie zostanie na tę wycieczkę zabrany.
•
MoŜe właśnie dlatego lepiej go zabrać — sugerowałem. — Póki jest z nami, moŜemy
mieć go na oku. Jeśli go zostawimy, kto wie, jaki numer wywinie?
Wzruszyła ramionami.
— Chyba wciąŜ jeszcze pozostaje pod moim dowódz
twem. Nie wiem, jak długo był w ich rękach, nim wysłali
go tu na dół, ani co zdąŜył wyśpiewać. Niepotrzebnie
w ogóle go zabraliśmy, mimo całego jego obycia z po-
203
ziomami i domniemanej wiedzy na temat tetrańskich systemów inwigilacji. Trzeba było go
wysłać do kompanii karnej, gdzie jego miejsce.
Nie chciałem tego podwaŜać. Gdybyśmy tylko wtedy wiedzieli, dlaczego Tetrowie nas tak
potrzebują...
•
Jak myślisz, co się dzieje teraz na powierzchni? — spytała.
•
Pewnie toczy się tam walna bitwa. Tetrowie oraz wszyscy ich poplecznicy starają się
jak najlepiej wykorzystać epidemię w Mieście Pierścieniorbity. Mieli całe miesiące na
rozpracowanie systemu zaopatrzenia najeźdźców i jego czułych punktów. Na powierzchni
lądują juŜ pewnie statki z pomocą. Z tego co wiem, Tetrowie opracowali sposób na przejęcie
władzy na dziesięciu do dwudziestu poziomach poniŜej Miasta. MoŜe nawet znają sposób na
dotarcie tu na dół i uwolnienie nas. Nie przeceniałbym raczej ich zdolności do prowadzenia
skutecznej walki, juŜ nie.
•
A my sądziliśmy, Ŝe moŜe będą chcieli wynająć Gwardię Gwiezdną — stwierdziła
rozŜalona.
•
Zawsze wiedzieliśmy, co sądzą o Gwardii — przypomniałem jej. — ,,Banda
niezdarnych barbarzyńców*".
Nie musiałem dodawać, Ŝe wiedzieliśmy juŜ, do czego w ich oczach nadawała się nasza
Gwardia. Wypominanie tego teraz nie miało sensu. Wyobraziłem sobie, jakie targają nią
uczucia. Susarma Lear przesiąknęła Gwardią do szpiku kości, a zniewaga ze strony Tetrów
musiała zapiec o wiele dotkliwiej niŜ jakikolwiek fizyczny ból. Jej duma sprawi, Ŝe odtąd
będzie nienawidzić Tetrów. A nienawiść ta miast osłabnąć, z pewnością nasili się, jeśli
204
wiadomym będzie, Ŝe to Tetrowie, bez specjalnego wysiłku, zadbali o ułatwienie nam
ucieczki. Tetrowie postąpili tak, jak postąpili, powodowani wyłącznie własną dumą.
Wróciłem do łóŜka, dręczony niewesołym przeczuciem, Ŝe ktoś po prostu nas nabiera.
Trudno było doszukać się jakiegoś sensu w tej propozycji ucieczki, a rozmyślanie nad tym
groziło powrotem bólu głowy. Postanowiłem zdrzemnąć się trochę, by odzyskać siły. Mimo
wszystko, w słowach Susarmy Lear tkwiło trochę prawdy. Chcąc dowiedzieć się, co jest
grane, musimy pójść za piłką.
TuŜ przed zaśnięciem przypomniała mi się postać, którą dojrzałem z okna w czasie
rozmowy z Alexem Sovorovem. Nagłe przypuszczenie, Ŝe mógł to być człowiek w skafan-
drze, nabrało pokrzepiającej wymowy. Czy to moŜliwe, Ŝe mamy tam przyjaciół?
Zbudziłem się na wieczorny posiłek i po raz pierwszy rzuciłem się na jedzenie z wilczym
apetytem. Była to niezawodna oznaka mego prawdziwego powrotu do zdrowia. Pielęgniarka,
zdaje się, z zadowoleniem przyjęła tę zmianę — nie musiała juŜ mnie karmić, wręczyła mi
tylko talerz i łyŜkę. Spostrzegłem, Ŝe wszyscy trzej moi współtowarzysze niedoli siedzą
przytomni w łóŜkach. Posiłek stanowiła zupa, którą karmili mnie od początku - pływało w
niej trochę nieznanych warzyw i kawałki podłego mięsa. Ale po raz pierwszy nie
przeszkadzał mi jej smak.
Po jedzeniu pozostałem w pozycji siedzącej i zastanawiałem się, czy moŜna by nawiązać
jakąś niewinną pogawędkę. Serne wstał z łóŜka. Śmiesznie wyglądał w przy-kusej koszuli,
ledwie zakrywającej mu uda. Ciekawe, czy
205
przed ucieczką będziemy mogli zaopatrzyć się gdzieś w jakąś odzieŜ?
Sprawdziłem pod łóŜkiem i ucieszyłem się, znajdując na miejscu swoje tetrańskie buty ze
sztucznie hodowanej tkanki. Brakowało natomiast kombinezonu. Powędrował pewnie do
prania. Myśl o ucieczce w koszulach nocnych, butach i skafandrach była tak niedorzeczna, Ŝe
aŜ za-bawna, choć mało zachęcająca.
Serne podszedł do Susarmy Lear i zaczął z nią roz-mawiać. Finn równieŜ wstał,
postanowiłem więc dołączyć do nich. Nagle otworzyły się drzwi i Finn drgnął w po-czuciu
winy. Serne spojrzał tylko za siebie — jego twarz pozbawiona była uczuć — na dwóch
posługaczy, którz\ wtoczyli do pokoju piąte łóŜko. W ślad za nim pojawił się Alex,
wyglądający tak, jakby za chwilę miał się przewrócić. Posłał mi jadowite spojrzenie, pełne
nieskrywanej odrazy, podczas gdy dwaj posługacze pomagali mu ściągnąć spodnie i załoŜyć
koszulę. Nie zraŜony, poczekałem, aŜ się oczyści pole i podskoczyłem go przywitać.
•
Przykro mi, Alex — powiedziałem. — Skąd mogłem wiedzieć?
•
Chodzą słuchy, Ŝe to akt zemsty ze strony Tetrów — wychrypiał. — Czy to twoja
sprawka?
•
Niezupełnie — wyjaśniłem. — Sami to wykombinowali, bez naszej wiedzy.
•
To nie moŜe być prawda — zastrzegł się.
•
Pewnie. Złapaliśmy z Finnem wirusa na stacji „Goodfellow" — pokpiwałem. — Czaił
się w pierścieniach Uranu przez miliardy lat, czekając, aŜ przeleci tamtędy ktoś, kogo będzie
mógł zarazić. Teraz jest wreszcie wolny.
206
Wybawiony ze sromoty wyczekiwania w stanie głębokiego zamroŜenia, aŜ słońce stanie się
nową.
Mówiąc to, spojrzałem za siebie na Finna, ale on akurat patrzył pilnie w przeciwną stronę.
Korzystając z okazji, mruknąłem zduszonym głosem:
— Kto kazał ci przekazać nam wiadomość?
Jego kiepski stan w znacznym stopniu udaremnił mu oddanie na twarzy wyrazu tępego
niezrozumienia, ale starał się, jak mógł.
— Jaką wiadomość? — spytał.
Na szczęście pytanie nie zabrzmiało głośno, głos miał ochrypły i płytki oddech.
— śadną — uciąłem szybko. — Nie ma o czym mówić.
Obróciłem się i stanąłem twarzą w twarz z Susarmą
Lear. Obserwowała mnie niczym jastrząb. Mimo Ŝe nie słyszała naszej rozmowy, jej
umiejętność wnioskowania pozwoliła domyślić się jej rezultatu.
•
A propos — dodałem. — Czy przybyli do obozu jacyś nowi? Na przykład, ktoś z
Gwiezdnej Gwardii?
•
Nie widziałem nikogo — zapewnił mnie. — Naprawdę jest mi to obojętne.
•
Wyświadczysz mi przysługę, Alex? PołóŜ się spać, po prostu połóŜ się spać i zapomnij
o wszystkim, co się dokoła dzieje.
•
Mam taki zamiar — przyznał Ŝałośnie.
Patrząc na niego, nie moŜna było mieć co do tego wątpliwości.
Zaczekałem na następną okazję, by porozmawiać z Susarmą, kiedy Finn leŜał w łóŜku i nie
zwracał na nas uwagi. Odgadł chyba, Ŝe coś się święci, ale nie wiedział co.
207
Wtajemniczenie go nie było chyba mądrym posunięciem.
•
To nie Alex przesłał tę wiadomość — poinformowałem ją, potwierdzając jej
wcześniejsze domysły.
•
Nie zmienia to w niczym naszej sytuacji — zauwaŜyła. — W dalszym ciągu musimy
czekać. MoŜe są tu inni. o których ani ty, ani on nic nie wiecie. Psiakrew, to moŜe być jeden
z naszych. Nie wiem, ilu zgarnęli, gdzie i kiedy Serne i ja wpadliśmy w zasadzkę razem z
Johaxanem. kiedy szliśmy na spotkanie w zaznaczonym na jednej z tych głupich ulotek
miejscu. Wiedziałam, Ŝe to poroniony pomysł.
Miała, oczywiście, rację. Mogli być jacyś inni. Z pewnością znaleźli się tacy, którzy
współpracowali z najeźdźcami, albo tylko udawali. MoŜe Sigor Dyan miał tu jeszcze innych
informatorów, którzy próbowali grać podwójną rolę, jak ja. Kiedy zaczęła się zabawa, w
Mieście Pierś-cieniorbity przebywało około dwustu ludzi. Istniała szansa, Ŝe ktoś z nich miał
dość oleju w głowie, by odegrać rolę dobrej wróŜki. Jeśli tak, to nie mogłem się doczekać, by
go poznać. Nie wątpiłem, Ŝe we właściwym czasie dowiemy się prawdy.
Tymczasem jednak, nie pozostawało nam nic innego jak leŜeć do góry brzuchem i zbierać
siły na cięŜką przeprawę.
23
P
rzez całe godziny panowała cisza i mrok, kiedy czuwaliśmy, udając śpiących. Czasem
ucinałem sobie nawet drzemkę, ale ilekroć łapałem się na zbytnim fol-
208
gowaniu sobie, natychmiast otrząsałem się ze snu. Budziłem się na najlŜejszy odgłos.
Dwa albo trzy razy byłem pewien, Ŝe się otwierają drzwi, ale to tylko ponosiły mnie
nerwy. Na długo przed nadejściem wyznaczonej godziny zniecierpliwiło mnie to
wyczekiwanie.
Kiedy drzwi wreszcie się otworzyły naprawdę, jedyne światło, jakie rozbłysło,
pochodziło z maleńkiej latarki, trzymanej przez osobę praktycznie dla nas niewidzialną.
Ów nieznajomy skierował na mnie światło, bym mu się przyjrzał i wręczył mi ubranie.
Biorąc je, lekko otarłem ręką palce niewidocznego ofiarodawcy. Były owłosione i
zakończone szponami. Nie naleŜały ani do człowieka, ani do najeźdźcy.
— ZałóŜ to — przemówił obcy mrukliwym szeptem. Mówił parole z cięŜkim
akcentem, a więc barbarzyńca, nie Tetr.
Spostrzegłem więcej skaczących promyków światła i domyśliłem się, Ŝe mieliśmy
więcej gości. Nie mogłem dokładnie policzyć ilu, poniewaŜ promyki co chwila zanikały
przesłaniane ciałami osób trzymających latarki. Wcisnąłem na nogi spodnie i zmieniłem
koszulę nocną na coś lŜejszego. Potem lekko zsunąłem się z łóŜka i po omacku
zacząłem szukać butów.
Kiedy byłem gotowy, owłosiona ręka wzięła mnie pod ramię i poprowadziła do
drzwi. Reszta teŜ była juŜ chyba gotowa. Zabierali Susarmę, Serna i Finna. Słyszałem,
jak Serne ostrzega Finna, Ŝe skończy jako trup, jeśli będzie hałasował, opóźniał lub
robił cokolwiek ponad to, co mu kaŜemy. Serne potrafi być groźny, kiedy wpada w taki
nastrój. Nie wątpiłem, Ŝe Finn go posłucha. Zresztą, mogło mu zaleŜeć tak samo, jak
nam na wydostaniu się stąd.
- Najeźdźcy z Centrum
209
— Ja prowadzę — odezwał się jeden z kosmatych przybyszów. — Za mną, szybko.
Zachować milczenie.
Korytarz na zewnątrz był mroczny, ale ogniki latarek stanowiły dla nas pewien punkt
odniesienia. W tej części więzienia nie było Ŝadnego oświetlenia, ale niebawem dotarliśmy
do zakręcającego korytarza prowadzącego wzdłuŜ okien widokowych, przez które sączyły się
blade smugi kolorowych świateł.
Przemykając pod oszkloną ścianą spostrzegłem, Ŝe nasi przewodnicy byli wysocy i
szczupli, z wydłuŜonymi kończynami jak u gibbonów. Widziałem paru przedstawicieli tej
rasy w czasie zajęć ruchowych, nim złoŜyła mnie choroba. Domyślałem się, Ŝe naleŜą do rasy
ujarzmionej i wypartej przez najeźdźców, kiedy ci ostatni rozszerzali swe małe imperium. Ich
doskonałe więzienie nie wydawało się juŜ takie doskonałe, a ich panowanie nad rasami,
których biostrefy zagarnęli, moŜe równieŜ nie było tak niezachwiane.
Dotarliśmy do odpowiedniej śluzy, gdzie jak nam obiecano, znaleźliśmy pewną ilość
skafandrów. Nie były to wysokowydajne skafandry ciśnieniowe, jakich się uŜywa w próŜni
kosmicznej, ale lŜejsze i luźniejsze plastikowe kombinezony. Ich regulatory składu powietrza
i systemy usuwania odpadów nie były szczególnie skomplikowane. KaŜdy z nich posiadał po
prostu dwie butle tlenu podlegającego recyrkulacji. Ich widok nie napełnił mnie entuzjazmem
ani wiarą w przyszłość. Zapas tlenu starczy moŜe na cztery godziny, nie więcej. Po upływie
tego czasu musimy znaleźć się w miejscu, gdzie moŜna juŜ bezpiecznie oddychać powietrzem
atmosfery.
210
Nagle, perspektywa wyprawy we wrogiej atmosferze do nieznanego celu — nie
wiedzieliśmy nawet dokąd w ogóle się udać — przestała mnie pociągać.
•
O co w tym wszystkim chodzi? — zagadnąłem włochatego humanoida, który nas
tu doprowadził. — Dokąd się wybieramy?
•
Nie ma czasu — odparł, a moŜe odparła? Odniosłem wraŜenie, Ŝe jej (jego)
znajomość parole była nieco ograniczona.
•
Zakładać skafandry! — rozkazała chrapliwym szeptem Susarma. Rzuciła
wszystko na jedną szalę i nic nie mogło jej teraz powstrzymać. Była to filozofia
Ŝ
yciowa, która uczyniła z niej bohaterkę juŜ za Ŝycia. Miałem nadzieję, Ŝe tym razem
nie uczyni z niej martwego bohatera.
Musiałem ściągnąć buty, by załoŜyć skafander, ale potem włoŜyłem je z powrotem na
plastikowe stopy kombinezonu. Być moŜe czekała nas długa wędrówka i nie chciałem
pokaleczyć sobie nóg. Kiedy zmagałem się ze skafandrem, śluza wypełniła się jeszcze
bardziej. Przybyło kilku nowych i choć z powodu panującego mroku trudno było
zgadnąć kto, przypomniałem sobie, Ŝe w notatce była mowa o Tetrach.
Wewnętrzne wierzeje śluzy zawarły się i rozbłysło światło. Mrugałem jak oszalały,
walcząc z oślepiającym blaskiem, usiłując rozeznać się w sytuacji. Zgodnie z obietnicą
było z nami dwóch Tetrów, którzy właśnie gramolili się do swych kombinezonów,
kosmate zaś istoty pozostały na zewnątrz. Niełatwo odróŜnić jednego Tetra od drugiego,
ale jeden z nich zwrócił na mnie uwagę i zareagował tak, jakby mnie poznał.
13*
211
— Tulyar? — strzeliłem, nie do końca pewny, czy to
rzeczywiście on.
Niebezpiecznie jest przypisywać Tetrowi jakieś uczucia na podstawie jego miny, ale ten
spojrzał na mnie tak, Ŝe odniosłem wyraźne wraŜenie, Ŝe z pewnością nie jest tu panem
sytuacji. Wyglądał na zagubionego, a nawet wystraszonego.
•
Rousseau! — odezwał się, wybaczając mi nietakt, jaki popełniłem zwracając się do
niego po imieniu, pomijając numer.
•
Czy wiesz...?
Mogło to być fascynujące pytanie, ale Tulyar urwał je w połowie, kiedy rozdzwoniły się
nagle sygnały alarmowe. Obaj Tetrowie szybko wdziewali na siebie kombinezony, a na
dźwięk dzwonków w panice jeszcze przyspieszyli. Wywnioskowałem, Ŝe Tulyar-994 i jego
towarzysz nie lepiej ode mnie wiedzą, co jest grane. Więc za tą ucieczką nie kryli się
Tetrowie.
Odwróciłem się, by podzielić się mym cennym domysłem z Susarmą, ale ona była
zaabsorbowana czym innym. Głowiła się nad przedmiotem, który tuŜ przed zniknięciem
wcisnęli jej do odzianej w plastik ręki kosmaci nieznajomi. Jak na urządzenie
naprowadzające, nie było zbyt wymyślne. Był to po prostu stary, poczciwy kompas z
rozkołysaną igłą, zawsze wskazującą jeden kierunek, choćby nie wiem jak mocno kręciło się
obudową. Wiedziałem, Ŝe ta nie pokazuje bieguna północnego.
Ś
luza działała w oparciu o dwa cykle — wpierw ziemska atmosfera wymieniana była na
azot, a następnie na mieszankę panującą na zewnątrz. Tłoki pracowały sprawnie,
212
ale sekundy wlokły się bez końca. Nawet w hełmach i odgrodzeni komorą słyszeliśmy
nieustannie jazgoczące dzwonki. Serne nerwowo przyglądał się swym rękom, Ŝałując pewnie,
Ŝ
e nic nie moŜe nimi zdziałać. Zapiąłem kombinezon, podobnie jak Tetrowie. Choć
mogliśmy się słyszeć podnosząc głos, szanse na prowadzenie zrozumiałej konwersacji były
znikome. Spojrzałem Tulyarowi w twarz, próbując coś z niej wyczytać, ale w jego oczach nie
malowało się juŜ nic, co moŜna by uznać za wyraz jakiegoś uczucia.
Wreszcie zostały zwolnione zewnętrzne wierzeje, które dopchnęliśmy do końca,
przeciskając się na drugą stronę. Pobiegliśmy szukając osłony we mgle i wśród „drzew".
Z początku liczyłem na to, Ŝe mamy kilka minut przewagi, nim śluza zakończy następny
cykl, ale zapomniałem, Ŝe są przecieŜ inne, i to mnóstwo. Neoneandertal-czycy mogli
wcisnąć się do którejś z nich.
Nie upłynęły więcej niŜ dwie minuty, kiedy drzewiasty twór po lewej nagle się rozprysł,
obsypując nas swymi szczątkami. Trafiła go zaledwie pojedyncza kula, ale trzon tej
„rośliny" był pewnie kruchy jak szkło — nie musiała ona przy normalnym trybie Ŝycia
stawiać czoła jakimkolwiek ostrym naciskom z zewnątrz.
Kiedy zapuściliśmy się głębiej w las, oddaliśmy przewodnictwo Susarmie, która posiadała
jedyne urządzenie wskazujące nam drogę. Z początku lawirowała między poskręcanymi
rozgałęzieniami dendrytów, obsypanych przeróŜnymi barwnymi lampionami. Lecz kiedy
odgarniała na bok czubki gałęzi i te pękały, nie hamując w niczym jej pędu, obrała mniej
zygzakowaty kurs. Nadal nie mogła
213
przedzierać się środkiem splątanych zarośli, ale mniej juŜ zwracała uwagi na sterczące
końcówki, choć ostre odłamki nadal stanowiły pewne zagroŜenie dla skafandrów. Biegnąc,
dosłownie wyrąbywaliśmy sobie drogę. Na myśl o spustoszeniu, jakie sialiśmy w tym
kruchym, niemal kryształowym świecie, czułem się nieswojo. Ale szkody wyrządzane przez
wymierzone w nas kule najeźdźców były dziesięciokrotnie większe. Więcej więc było we
mnie złości niŜ poczucia winy.
Zewsząd napierały na nas przypominające owady szybujące stwory, które jakby wydawały
się niezdolne do zejścia nam z drogi. W zmąconym półmroku odnosiło się wraŜenie, Ŝe
brniemy przez zwały miotanych wichrem liści i skaczących ogników. Kiedy dendryty
rozpadały się, ich światełka nie znikały nagle jak wyłączone, lecz gasły powoli rozpływając
się w nicość, a więc ślad, jaki za sobą zostawialiśmy, stopniowo przechodził w szarość.
Ucieszyłem się niezmiernie, kiedy wynurzyliśmy się z kolorowego lasu, wychodząc na
teren, na którym nie musieliśmy juŜ dokonywać aktów tak jawnego wandalizmu. Ale ze
względu na pościg, któremu staraliśmy się ujść, zmiana nie wyszła nam na dobre. Mgła
zrzedła, a grunt stał się miękki i grząski, przez co zwolniliśmy. Na naszą korzyść
przemawiała jedynie zamiana drzewiastych dendrytów na wielkie, bulwiaste kopce, które
mogły skryć nas przed wzrokiem tropiących nas najeźdźców.
Mało było wokół barw — w tym monochromatycznym pejzaŜu przewaŜały odcienie
szarości. Bioluminescencyjne „kwiaty" naleŜały tu do rzadkości — rosły w małych
przysadzistych kępach pośród grzybiastych wzgórków. Nie
214
miałem Ŝadnych wątpliwości co do tego, Ŝe te kopce są formą Ŝycia, poniewaŜ ich skórę
przebiegały lekkie zmarszczki. Poza tym lśniły jak skóra Ŝaby. Rosło tu ledwie kilka
drzewiastych tworów, na których nie wykształciły się Ŝadne światełka. Gałęzie ich obwisały
martwo, a ich bladość sugerowała, Ŝe są uschnięte. Nie było jednak podstaw, by
przypuszczać, Ŝe coś, co w innym systemie uchodziło za objaw choroby, tu nie mogło
oznaczać zdrowia i Ŝywotności.
RównieŜ fruwających stworzeń było tu mniej. Mniejsze stwory, przypominające świetliki,
trafiały się bardzo rzadko, a większość tutejszej fauny stanowiły szybujące stwory wielkości
rozpostartej dłoni, przywodzące na myśl wycięte z krepy motyle i waŜki.
Strzały padały rzadziej. Naszym prześladowcom trudniej było nas dojrzeć. A kiedy opadły
w nich pierwsze lekkomyślne porywy, zaczęli oszczędzać amunicję. Serne, który z pewnością
baczniej ich obserwował, pokazał mi na palcach, Ŝe jest ich tylko sześciu. Ale Susarma, na
przemian kurcząc i prostując palce lewej ręki, przypomniała nam, Ŝe wkrótce nadciągną
posiłki. Mogliśmy porozumiewać się ze sobą krzykiem, nawet mimo plastikowej osłony
hełmów, ale trudno byłoby cokolwiek zrozumieć, poprzestaliśmy więc na języku migowym,
jakim posługują się ludzie pracujący w próŜni kosmicznej. Znać było po minie Susarmy, Ŝe
martwi ją lepkość podłoŜa. Nietrudno było zgadnąć dlaczego. Jeśli najeźdźcy wprowadzą do
akcji czołgi, to o wiele łatwiej niŜ my pokonają tego rodzaju teren.
Problemy nasze powiększało jeszcze dodatkowo to, Ŝe
215
Tulyar oraz drugi Tetr juŜ teraz nadąŜali za nami z widocznym wysiłkiem. Nawet Finn był na
tyle sprawny i szybki, by dotrzymać kroku Susarmie. Tetrowie nie oddają się jednak
ć
wiczeniom ciała, a przynajmniej Tulyar był cywilem nawykłym do wszelkich wygód, jakie
niesie ze sobą wysoko rozwinięta cywilizacja. Widziałem, jak Susarma dwukrotnie spojrzała
na nich z namysłem. Domyślałem się, co chodzi jej po głowie.
Do jakiego stopnia sami mogliśmy się naraŜać, by Tetrowie mogli pozostać z nami? Jak
bardzo obeszłoby nas, gdyby się odłączyli, a co za tym idzie, zgubili, zwaŜywszy, Ŝe my
mieliśmy jedyny kierunkowskaz?
Nie spojrzała na mnie po radę. Nie wierzyłem w jej chęć pomocy Tetrom. Sam nie byłem
pewny, czy i mnie na tym zaleŜało. Kto by się ośmielił zarzucić, Ŝe zawdzięczałem
cokolwiek Tetrom, a zwłaszcza Tulyarowi-994?
W czasie pierwszej godziny nic na lepsze się nie zmieniło. Strzelanina ustała, ale nie
mieliśmy powodów sądzić, Ŝe wymknęliśmy się naszym prześladowcom. Nie gnaliśmy juŜ
przed siebie, tratując wszystko, co stawało nam na drodze, ale wciąŜ zostawialiśmy widoczny
ś
lad. Czasem szary muł był tak miękki, Ŝe zakrywał odciski stóp zaraz po naszym przejściu.
Czasem był twardy jak polistyren, więc nie wydeptywaliśmy w nim Ŝadnych widocznych
ś
ladów, ale przewaŜnie był w stanie pośrednim. Najeźdźcy prawdopodobnie nie mieli
doświadczenia w tropieniu, ale nie trzeba było być Cochisem, by odczytać znaki i
powiedzieć im, którędy iść.
Pod koniec pierwszej godziny maszerowaliśmy raźnym krokiem. Tulyar z drugim Tetrem
nadal się nas trzymali,
216
objawiając jednak wyraźne oznaki wyczerpania. Otaczały nas teraz białe, kulkowate twory, z
których wiele pokrytych było zawiłymi wzorami ciemnej szarości i czerni. Trudno było
określić, czy te ciemne ornamenty były wyspecjalizowaną tkanką naleŜącą do tego samego
organizmu, czy jakąś pasoŜytniczą naroślą.
Bulwy te ani nie spoczywały na podłoŜu, ani z niego nie wyrastały, będąc raczej zlepkiem
protoplazmatycznej papki, po której stąpaliśmy, a której ciepło czułem nawet przez
podeszwy. Miałem wraŜenie, jakbym stąpał po jakiejś olbrzymiej powłoce pokrytej
marmurkiem, która nabrzmiewała w nieregularnych odstępach, tworząc wielkie purchawki.
Łatwo było sobie wyobrazić, Ŝe jesteśmy jak maleńkie pasoŜyty przemieszczające się po
skórze ogromnej, pokrytej łuskami bestii. Z właściwą sobie fantazją próbowałem tę iluzję
podkreślić, wyobraŜając sobie, Ŝe bulwiaste twory to brodawkowe naroślą na skórze jakiegoś
potwora --albinosa. Kule te miały od jednego do trzydziestu metrów średnicy, największe
wznosiły się wysoko ponad głowami, dotykając niemal przyćmionego sufitu.
Nie odwaŜyliśmy się zatrzymać dla odsapnięcia. Serne zrównał się z Susarmą. Stykali się
od czasu do czasu hełmami, by zwiększyć swą słyszalność. Ich głosy dochodziły mnie w
postaci stłumionych pomruków. Umykała mej uwagi równieŜ większość gestów, jakie sobie
przesyłali. Ale domyślałem się, Ŝe rozwaŜają taktyczne moŜliwości działania. Serne pragnął
chyba zdobyć dla nas jakąś broń. Był zdania, Ŝe dwóch wytrawnych komandosów z łatwością
dorówna sześciu dzikusom uzbrojonym w nędzne pukawki.
217
Domyślałem się, Ŝe pomysł ten mógł Susarmę coraz bardziej pociągać, w miarę, jak
posuwaliśmy się dalej naprzód, nie napotykając Ŝadnych oznak świadczących, Ŝe zbliŜamy
się do celu. Wiedziała jednak, Ŝe nie ma czasu na urządzanie wymyślnej zasadzki. Nie
mieliśmy pojęcia, ile jeszcze przed nami drogi, a zapasu tlenu starczało jeszcze na trzy
godziny.
Gdybym był w pełni sił, tempo marszu nie sprawiałoby mi kłopotów, ale dopiero co
wykaraskałem się z ostrej gorączki i czułem, jak nogi słabną mi w kolanach. śołądek zaczął
odmawiać mi posłuszeństwa, bałem się, Ŝe zwymiotuję w środku plastikowego kombinezonu,
a to Ŝadna przyjemność, poza tym moŜe być groźne. Nie trzeba beztlenowej atmosfery, by
zadławić się na śmierć, kiedy ciało zaczyna kombinować na własną rękę.
Po Susarmie Lear i Sernie nie znać było, Ŝe dokuczały im podobne dolegliwości, ale po
pewnym czasie spostrzegłem, Ŝe zwolnili nieco. Mogli w ten sposób dawać Tetrom szansę,
ale bardziej prawdopodobne było, Ŝe równieŜ u nich choroba zaczęła zbierać swe pokłosie.
Ku memu oburzeniu, Finn nie zdradzał oznak niedomagań.
Wkrótce opadło mnie wyraźne uczucie deja vu, kiedy przypomniały mi się okoliczności
mej ostatniej ucieczki na stacji „Goodfellow". Szybko zacząłem Ŝałować, Ŝe w ogóle
opuściłem przytulne i bezpieczne zacisze mej celi. Tłumaczyłem sobie, Ŝe najeźdźcy gotowi
byli traktować mnie jak dobrego przyjaciela, dopóki nie zniechęciła ich plaga, którą
bezwiednie wśród nich rozpętałem. Teraz, z powodu niewdzięczności, jaką okazałem
wyrzekając się ich gościnności, gotowi byli mnie zabić. I to za co? Nadal nie miałem pojęcia,
dokąd zmierzamy, ani po co.
218
Nagle ujrzałem wyraziście całe swoje Ŝycie, odkąd z Susarmą po raz pierwszy utknęliśmy
w trzewiach As-garda, mając na karku pogoń, jako jeden wielki, niesamowity sen.
Być moŜe, pomyślałem, za chwilę się obudzę z bólem głowy po tym głupim wyciszaczu i
przekonam się, Ŝe z powrotem jestem w punkcie wyjścia.
Niestety, tak się nie stało. Natomiast cały odcinek nieba sfałdował się nagle i zaczął po
kawałku spadać na grzybiastą dŜunglę niby czarna ulewa. Przez ułamek sekundy naprawdę
wyglądało to jak działanie wyrafinowanego wyciszacza, jakiego uŜyli przeciw nam
przyjaciele Myrlina, ale to nie było to. Huk i wstrząs, jaki nastąpił tuŜ po strzaskaniu
sklepienia, pozwalały się domyślać przyczyny. Najeźdźcy wystrzelili do nas pocisk z czegoś
w rodzaju czołgu. Źle wyliczyli kąt nachylenia lufy i kula, zatoczywszy odrobinę za wysoki
łuk, rąbnęła w niebo.
Dotknęło mnie to do Ŝywego jako wysoce niespor-towe zagranie — to tak, jakby się
chciało łowić ryby w wannie ościeniem. Ale nie naleŜało raczej wątpić w skuteczność tej
metody, nawet gdyby tylko dalej walili w niebo, zwalając na nasze nieszczęsne głowy tony
złomu.
PrzeraŜenie dodało mym nogom sił, o jakie wcześniej się nie podejrzewałem i zacząłem
biec. Pobiegliśmy wszyscy. Są takie chwile, kiedy trzeba po prostu dać się ponieść panice i
zawierzyć przyszłość kapryśnemu losowi, nawet jeśli dobrze wiemy, Ŝe los chce nam
dokopać.
219
24
C
hyba dopiero czwarty wybuch zwalił mnie z nóg, choć łoskot, wstrząsy i czarna nawałnica
odłamków zaczynały juŜ mi się zlewać przed oczami w jeden nieustający zamęt. Głowa tak
mnie bolała, Ŝe myślałem, iŜ rozsadzi mi czaszkę i mózg tryśnie niczym szary wulkan.
Padłem na wznak, twarzą w białawą papkę, która przylgnęła do mych kończyn jak lep na
muchy. Przez dłuŜszą chwilę usiłowałem się poderwać, ale niedaleko rozerwał się kolejny
pocisk, strącając kawał sklepienia.
Miałem juŜ tego dość, próbowałem wetknąć głowę w kleistą, protoplazmatyczną maź w
nadziei, Ŝe pochłonie mnie całego. Było mi obojętne, czy mnie oblepi, udusi, czy strawi.
Znowu gdzieś grzmotnęło, dalej niŜ poprzednim razem. Poczułem, jak głowa leci mi na
boki, kiedy coś rąbnęło w mój hełm. Maź oblepiła mi przyłbicę, przesłaniając wszelką
widoczność. Uniosłem lekko głowę i zacząłem zeskrobywać błoto palcami. Coś odtrąciło mą
rękę na bok i przycisnęło głowę z powrotem do „ziemi".
— Nie podnoś się, psiakrew, ty cholerny głupcze!
Słowa zabrzmiały z pogłosem, jakby docierały do mnie głęboko pod wodą. Mimo
niskiego, głuchego tonu basso profundo zdołałem rozpoznać osobisty wdzięk i poetycki
język mego dowódcy.
Strzelanina przycichła. Poczułem, jak podpełza bliŜej i nasze ciała się zetknęły. Potem
objęła mnie, jakby chciała się przytulić. Nie był to z jej strony wylew uczuć, chciała po
prostu, Ŝeby nasze hełmy się zetknęły, umoŜliwiając przeprowadzenie bez większych
przeszkód narady wojennej.
220
— Nie wiedzą dokładnie, gdzie jesteśmy — powiedziała.
— Ale wiedzą, w jakim kierunku się posuwamy. Podej
rzewam, Ŝe dranie chcą zwalić na nas całe sklepienie,
podziurawić nam skafandry odłamkami.
Podjąłem następną próbę zeskrobania mazi z przyłbicy. Na zewnątrz było duŜo ciemniej,
moŜe dlatego, Ŝe odcinek sklepienia nad naszymi głowami przestał w ogóle świecić.
Doznałem przelotnej wizji, w której cały ten kram walił się nam na głowy. Ujrzałem, jak
makroarchitektura całego tego świata dokonuje nieskończenie drobnej poprawki, miaŜdŜąc i
eliminując poziom pięćdziesiąty drugi z labiryntu Asgarda na zawsze. WyobraŜałem sobie,
Ŝ
e po zwaleniu sklepienia pozostanie jedynie cienka warstwa organicznej papki
zakleszczonej w imadle o przeraŜającej trwałości. Oczywiście, to się nie mogło wydarzyć.
Mizerny pocisk wystrzelony z działa nie mógł wyrządzić większej szkody poza strąceniem z
wierzchniej warstwy kilku odłamków. Pod tą cienką warstwą kryła się absolutnie nie-
naruszalna substancja.
— Teraz wprowadzą do walki piechotę, Ŝeby nas dobić.
Trzymaj się, Rousseau odezwała się po minucie.
Na tym urwał się nasz bliski kontakt i Susarma Lear mnie zostawiła.
Usiadłem, by się rozejrzeć. Trudno było cokolwiek zobaczyć — sklepienie nad nami nie
działało. W powietrzu fruwały rozmaite szczątki, a mgły dodatkowo zasnuwał jeszcze czarny
dym. Jednak wbrew znanemu przysłowiu, Ŝadnego ognia nie było. Do ognia trzeba wolnego
tlenu.
Z wysiłkiem dźwignąłem się na nogi, ciągle przecierając przyłbicę.
221
Ze zmąconego półmroku wyłoniła się jakaś postać, sześć, siedem metrów ode mnie. Mogła
być kimkolwiek, gdyby nie trzymała w ręku karabinu. Musiała spostrzec mnie w tym samym
czasie co ja ją. Zareagowała błyskawicznie, przykładając karabin do ramienia. Nie dane mi
było dowiedzieć się, czy ten ktoś chciał mnie osłonić, czy odstrzelić mi głowę. Z lewej strony
skoczyła ku niemu inna postać, wymachując ogromnym odłamkiem o ostrych krawędziach.
Niczym topór wojenny, odłamek zatoczył łuk, niemal odrąbując nieznajomemu głowę.
Karabin zakręcił się, ale nie wystrzelił. Susarma Lear rzuciła się na niego jak drapieŜca na
łup. Cisnęła we mnie maczugą, wskazując kierunek, w którym się posuwaliśmy. Palcem
wskazującym natarczywie kłuła powietrze, aŜ wreszcie pojąłem, Ŝe kazała mi stąd czym
prędzej zjeŜdŜać.
Kiedy chwiejąc się, zacząłem niezdarnie biec, usłyszałem za plecami wystrzał. W kaŜdej
chwili spodziewałem się, Ŝe się odezwie czołg. Wizje wybuchającego sklepienia, rojące mi
się w głowie, gnały mnie naprzód. Niezdolny juŜ byłem do składnego myślenia,
przechodziłem gehennę. Zapomniałem o Ŝołądku, o tym, Ŝe mogę zwymiotować, za-
pomniałem o męczarniach osłabionych nóg. Ciągle łupało mnie w głowie. Krew łomotała mi
w skroniach, ale nie przyszło mi na myśl, Ŝe to wszystko minie, kiedy tylko przestanę biec.
Zostawiłem za sobą ciemność i dym, wracając na twardszy i mniej pofałdowany teren, nad
którym sklepienie nadal się jarzyło. Z perspektywy czasu, była to szczęśliwa zmiana.
Gdybym dłuŜej krąŜył między złowróŜbnymi kopcami pokrytymi czarnymi wzorami, cał-
222
kowicie straciłbym poczucie kierunku, wytyczonego przez Susarmę Lear.
Sprawy jednak potoczyły się tak, Ŝe z powrotem znalazłem się pośród drzewiastych
tworów, ale nie był to lekko oświetlony gąszcz, jak ten rosnący wokół więzienia. Te
„drzewa" były znacznie większe i bardziej kanciaste, niczym sięgające sklepienia sterty
złomu przystrojone wymyślnie w kolczaste gałęzie. Na szczęście nie rosły blisko siebie, a
najszerzej rozpostarte gałęzie znajdowały się wysoko ponad moją głową.
Wyglądało to tak, jakbym biegł w jakiejś ogromnej krypcie pośród gigantycznych
zdobionych filarów, a przez to, Ŝe drzewa wypuszczały korzenie na dole i u góry, sklepienie
zdawało się opuszczać niŜej.
Raz czy dwa spojrzałem za siebie w obie strony, ale — na ile mogłem ustalić — nikt mnie
nie gonił. Nadal docierał do mnie od czasu do czasu trzask broni palnej, ale teraz wydawał
się słaby i odległy. Nie byłem w stanie zastanawiać się nad tym. Po prostu biegłem dalej
przed siebie. Ze trzy lub cztery razy przewróciłem się, ale za kaŜdym razem podnosiłem się i
ruszałem dalej.
Biegłem, póki nie natrafiłem na mur.
Na poziomach Asgarda znajduje się wiele ścian — coś przecieŜ musi je podtrzymywać. Na
wierzchnich poziomach, najlepiej przeze mnie poznanych, mury zwykle rozgraniczały
miasta, posiadały wiele otworów, poniewaŜ nośne filary dziurawiły liczne przesmyki. Tam
jednak nawet otwarte przestrzenie występowały w mniejszej skali, co krok przecinane
odcinkami materiału nośnego w strukturalne kwartały. Na tym poziomie było więcej otwartej
223
przestrzeni, była rozleglejsza, a wsporniki równieŜ wydawały się grubsze. Mur, jaki przede
mną wyrósł, był gładki i czarny. Nie było widać na nim śladu okien ani drzwi, czy
czegokolwiek w promieniu trzydziestu metrów, bo tak daleko sięgałem wzrokiem.
ZbliŜyłem się chwiejnie do ściany i przywarłem do niej, jak gdyby modląc się, by mnie
wessała i w sobie rozpuściła. Była twarda jak diament i zastanawiająco zimna. W
przeciwieństwie do podłoŜa, które — według mnie — miało mniej więcej temperaturę ciała,
ś
ciana była odpychająca jak lód. Wzdrygnąłem się i odsunąłem, znieruchomiałem, nie mając
pojęcia, co dalej.
Oddychałem głęboko, spazmatycznie, serce dudniło mi w piersiach. Nie odczułem Ŝadnej
poprawy, kiedy odwróciłem się do tyłu, aby spojrzeć, skąd przybyłem. Wyczerpanie w końcu
mnie zmogło, opadłem na kolana, potem osunąłem się na bok. Na wpół siedząc rozciągnąłem
się i podparłem tułów lewą ręką. W prawej ręce nadal dzierŜyłem zaimprowizowaną
maczugę, którą rzuciła mi Susarma Lear, nim kazała biec. Dźwigałem ją zupełnie bezwiednie
przez całą drogę od sceny rzezi.
Nie wiem, ile czasu upłynęło. Zacząłem bać się, Ŝe lada chwila zabraknie tlenu.
Recyrkulator pracował bez zarzutu, mimo uszczerbku, jakiego doznałem. Ale nie moŜna było
sprawdzić, jak długo będzie jeszcze działał, nim wyczerpią się jego zapasy.
Moja skłonność do mądrych rozwaŜań ograniczała się jedynie do stwierdzenia, Ŝe mam
trzy moŜliwości wyboru. Mogłem iść wzdłuŜ ściany na prawo, mogłem iść wzdłuŜ ściany na
lewo, albo zostać tam, gdzie byłem.
224
Zostałem na miejscu. Teraz jestem w stanie podać ze trzy lub cztery powody,
dlaczego mogło to okazać się słusznym wyborem. Ale. szczerze mówiąc, nie wiem, czy
jakiś z nich skłonił mnie do tego. Postąpiłem tak, poniewaŜ byłem całkowicie i
doszczętnie wyczerpany. Pewnie nie doceniałem swoich sił, przecieŜ nie pierwszy raz
tak się czułem, ale za nic w świecie nie mogłem stanąć.
Nie mogłem nawet wstać, kiedy między kolczastymi słupami ukazały się jakieś
sylwetki w kombinezonach, najpierw jedna... potem druga... w sumie naliczyłem sześć.
Patrzyłem, jak pierwsza przystaje, odwraca się, przyklęka na jedno kolano i strzela
dwukrotnie, odrzucając następnie na bok przypuszczalnie pusty karabin, i podchodzi do
mnie. Jedna z pozostałych postaci padła, reszta odpowiedziała ogniem, ale strzelanina
nie trwała długo. Część napastników trzymała się z tyłu. Brak amunicji dotknął
widocznie wszystkich.
Pierwsza dopadła mnie Susarma Lear. Obrzuciła mnie spojrzeniem i wyciągnęła rękę
po maczugę. Ledwie byłem w stanie ją unieść, by ją podać Susarmie. Kiedy odwróciła
się ode mnie, spostrzegłem, Ŝe jej jedynej powiodło się z całej grupy. Brakowało
Serne'a i Finna, nie było widać Tetrów. Wszystkie pozostałe postacie były naszymi
wrogami.
Wiedzieli, Ŝe zapędzili nas w kozi róg, nie biegli juŜ... rozstawili się i podchodzili
powoli tyralierą. Domyśliłem się, Ŝe czekają na posiłki. Było ich pięciu, ale trzymali się
mniej więcej trzydzieści, trzydzieści pięć metrów od nas. Nie pochlebiało mi uznanie,
jakie w ten sposób okazywali memu bohaterskiemu dowódcy.
Najeźdźcy 7 Centrum
225
Sekundy wlokły się i nic się nie działo. ZbliŜający się neoneandertalczycy przystanęli,
widocznie tak samo wyczerpani jak my. Nie zmieniałem pozycji. Susarma Lear stała obok w
pogotowiu, ściskając topór. Zastanawiałem się, czy wyjdzie im naprzeciw, jeśli rozsądek nie
pozwoli najeźdźcom zbyt szybko podchodzić.
Potem zobaczyłem czołg lawirujący między filarami. Był wielki i szkaradny, poruszał się
na gąsienicach, a u góry miał niedorzeczną plastikową wieŜyczkę. Stanął w odległości około
czterdziestu metrów. Pokrywa włazu uniosła się i z wieŜyczki wypełzł odziany w skafander
Ŝ
ołnierz, a za nim jeszcze dwóch. Uzbrojeni w rewolwery, szli swobodnym krokiem w
naszym kierunku. Patrzyłem, jak podchodzą. Ich leniwy, miarowy chód raŜąco kontrastował
z chwiejnymi krokami, jakie resztką sił stawiali przy końcu długiej pogoni ich towarzysze.
Susarma Lear czekała nieporuszona, aŜ zbliŜyli się na trzy, cztery metry. Stała lekko
przygarbiona, jakby skapitulowała.
Ale nie poddawała się.
Cisnęła z całej siły maczugą w jednego z podchodzących Ŝołnierzy. Ugodziła go prosto w
pierś. Padł do tyłu, wypuszczając rewolwer. Rzuciła się na następnego. Mimo Ŝe poruszała
się zadziwiająco szybko po tym wszystkim, co przeszła, teraz jakby odrobinę zabrakło jej sił.
ś
ołnierz okazał się szybszy i nacisnął spust.
Kula, wystrzelona bez celowania, musiała przebić jej udo. Widziałem, jak z rany tryska
krew, zalewając przestrzeń między przezroczystym plastikiem skafandra a nogawką spodni.
Usłyszałem bolesny krzyk. Rzuciłem się
226
w jej kierunku, rozpaczliwie usiłując zatkać dziurę w kombinezonie. Wiedziałem, Ŝe
umrze w ciągu kilku minut, i to nie od rany postrzałowej, jeśli nie załatam jej skafandra.
Ale moje wysiłki spełzły na niczym — nie miało znaczenia, Ŝe facet ugodzony
maczugą wstał wściekły i zdzielił mnie rewolwerem po hełmie. Tak naprawdę, gdyby
wystąpili z czymś w rodzaju łaty albo opaski uciskowej, byłoby to ich najlepsze
posunięcie, aby się mnie pozbyć i samemu przeprowadzić skuteczną akcję.
Ale nie zaleŜało im na udzieleniu pierwszej pomocy. Z radością przyglądali się, jak
dogorywamy. Cios trafił mnie w okolice szczęki, miejsce wcześniej nadweręŜone przez
gwardzistę Blackledge'a, ale tym razem odczułem to tak, jakby naprawdę pękła mi kość.
Padłem na bok, podczas gdy mój oprawca szykował się do zadania następnego ciosu.
Widziałem, Ŝe nie mają zamiaru kiwnąć palcem w sprawie Susarmy. Jeden z nich
próbował nawet odtrącić ją nogą na bok. Przyglądałem się właśnie jemu, a nie
drugiemu, więc kolejne uderzenie spadło na mnie jak grom z jasnego nieba, wgniatając
mi hełm z drugiej strony.
Gdyby tworzywo było sztywne, pękłoby, ale miękki plastik mógł znieść wiele takich
ciosów — w przeciwieństwie do aparatu cyrkulacyjnego. Ujrzałem, jak coś w środku
chrupnęło i wiedziałem, Ŝe następnych kilka oddechów będzie ostatnimi, jakie
przyniosą mi jakąkolwiek prawdziwą korzyść. Próbowałem uderzyć stopą, ale na nic nie
natrafiłem. Przeturlałem się na plecy, sapiąc z braku powietrza, którego juŜ nie
starczało. Nade mną, na tle jarzącego się nieba, rysowały się trzy hełmiaste głowy.
I wówczas nastąpiło coś, co wtedy uznałem za halucy-
14*
227
nację podyktowaną Ŝądzą zemsty: trzy hełmiaste głowy rozpłynęły się w czarną mgłę.
Przez kilka sekund było tylko samo niebo. Potem w pole widzenia wpłynęło coś jeszcze.
Było srebrzyste i nawet w słabym świetle tego okropnego podziemnego świata skrzyło się i
błyszczało jak jakiś magiczny, cudowny wynalazek. Mon Dieu, pomyślałem, a więc jest
ś
wiatłość po śmierci.
I wtedy wydawało mi się, Ŝe umarłem.
25
N
ie zdziwi was zapewne, Ŝe wtedy nie umarłem. Gdyby tak było, jakŜe mógłbym teraz
opowiadać wam tę historię? Jednak wówczas nie mogłem z góry przewidzieć, co będzie
dalej. Obudziłem się z uczuciem pewnego zaskoczenia, a wstrząsu, jakiego przy tym do-
znałem, nie łagodziły bynajmniej okoliczności zewnętrzne.
Unosiłem się.
Z początku wziąłem to za czysto subiektywne doznanie. Później przypuszczałem, Ŝe
przebywam w stanie niewaŜkości. W końcu jednak dopływające do mego mózgu bodźce, z
oporem ułoŜyły się w pewną składną całość i uzmysłowiłem sobie, Ŝe dosłownie się unoszę
na jakiejś gęstej cieczy, która mnie nie moczyła. Jedyną znaną mi cieczą, jaka nie moczyła,
była rtęć. Ale, jak na rtęć, byłem zbyt głęboko w niej zanurzony.
Moje uszy rejestrowały jakiś dźwięk, cieniutki szmer białego szumu.
228
Próbowałem otworzyć oczy, ale przychodziło mi to z trudnością — nie dlatego, Ŝe
zmęczenie nie pozwalało mi jeszcze unieść powiek. Nie mogłem otworzyć oczu, poniewaŜ do
powiek przytwierdzone były końcówki przewodów. Musiałem wyrwać rękę z lepkiego płynu,
by je odczepić. Do czoła i czaszki przymocowane były dalsze przewody. Nie były po prostu
przyklejone, lecz w jakiś szczególny sposób zapuszczały w mą skórę korzenie. Wyrwałem je
wszystkie, nie dbając o to, jakiego rodzaju czujniki tkwiły u ich końców. „Korzonki" puściły
łatwo, powodując jedynie łagodne podraŜnienie, zostawiając lekkie uczucie swędzenia na
skórze. Kiedy wyrwałem przewody z uszu, biały szum się urwał i zapanowała cisza.
Początkowo niewiele korzyści dawało mi otwarcie oczu. Światło było równie nijakie i nic
nie mówiące, jak wcześniej szum w uszach. Pole widzenia wypełniła mi szarość.
Wyciągnąłem rękę i dotknąłem jakiejś powierzchni przed sobą, to znaczy nad sobą,
zwaŜywszy, Ŝe unosiłem się na wznak. Powierzchnia była wklęsła.
Wiedziałem juŜ, gdzie się znajduję. Nie w piekle, na pewno takŜe nie w niebie. Byłem w
komorze deprywacji sensorycznej.
Zacząłem przeć na wklęsłą płaszczyznę, która nie wydawała się ani zimna, ani ciepła w
dotyku. Siła parcia, zgodnie z trzecim prawem Newtona, pogrąŜyła mnie z powrotem w
cieczy, która chlupiąc, wypchnęła mnie na powierzchnię. Płaszczyzna nie ustąpiła pod
naciskiem. Zwinąłem rękę w pięść i zastukałem w wieko zbiornika. Ciecz ponownie
zachlupotała wzburzona moimi ruchami. Próbowałem zmienić swoje połoŜenie. Wyrzuciłem
nogi
229
na dół i dotknąłem dna komory, równieŜ wklęśle zakrzywionego.
Jestem uwięziony w jakimś cholernym jaju!, próbowałem wzbudzić w sobie oburzenie,
albo sztucznym super-łonie.
Przypomniałem sobie wtedy, Ŝe nie powinienem czuć się zbyt dobrze. Poruszałem szczęką
w obie strony, potem dotknąłem palcami miejsca, gdzie powinna być rana. Nie było Ŝadnego
pęknięcia, Ŝadnego śladu siniaka.
W tym momencie wiedziałem juŜ, co to moŜe być za miejsce. Pozostało mi ostatnie
przypuszczenie, a — jak zwykł mawiać Sherlock Holmes — po odrzuceniu wszystkich
niemoŜliwości, ostaje się jedynie prawda, jakkolwiek by się wydawała nieprawdopodobna.
WciąŜ jednak chciałem wydostać się na zewnątrz. Nie cierpię na klaustrofobię, ale w tej
cieczy było coś, co bardzo mi nie odpowiadało, a na dodatek mój stan deprywacji ustąpił,
byłem świadomy.
Umysł miałem jasny i sprawny.
Komora deprywacyjna nie jest właściwym miejscem dla kogoś, kto chce na nowo zacząć
Ŝ
yć.
Załomotałem ponownie w spód wieka i nagle poczułem, jak się przesuwa. Wieko zaczęło
obracać się w bok po łuku swej krzywizny. Wyglądało to tak, jakby górna, przezroczysta
połowa jaja, kręciła się wokół środkowej osi, znikając w dolnej, nieruchomej części.
Wyrwałem się z cieczy, zupełnie suchy. Byłem nagi, ale powietrze ani mnie ziębiło, ani
grzało.
Na zewnątrz paliło się równie nijakie i szare światło. Z ledwością dostrzegałem kształt
pomieszczenia. Ściany
230
wydawały się całkowicie bezbarwne i pozbawione jakichkolwiek cech szczególnych.
Spojrzałem za siebie na połówkę jaja — płyn w środku juŜ zastygł. Przewody zwisające z
krawędzi zbiornika ciągnęły się w cieczy. Było ich więcej, niŜ myślałem. Nie wyglądały na
metalowe, sprawiały raczej wraŜenie organicznych. Jajowaty zbiornik przypominał teraz
ogromną, leŜącą na grzbiecie stonogę z mnóstwem wrzecionowatych odnóŜy.
Poza ciałem nie czułem nic, a nawet ono wydawało się lŜejsze niŜ przedtem. CiąŜenie
róŜniło się tu od ziemskiego czy od Asgardyjskiego panującego w górnych warstwach.
Zacząłem zastanawiać się, gdzie są drzwi, kiedy szarość ścian nagle się zmąciła. Zaczęły
ukazywać się białe obłoki, niewyraźne, niemal bezkształtne. Działo się to nie tyle na
ś
cianach, co w nich oraz poza nimi, jakby ściany te stały się oknami wyglądającymi na krainę
zjaw.
Obłoki przybrały kształt ludzkich twarzy, dziwnie rozmytych. Ich wyrazistości nie
sprzyjało bynajmniej to, Ŝe oblicza zachodziły na siebie i przenikały się wzajemnie,
przesuwając się wokół pokoju. Było to fascynujące widowisko, które ani mnie zbytnio
przestraszyło, ani zaskoczyło. Ściany były, oczywiście, ekranami, a mgliste oblicza czymś w
rodzaju wideo-holograficznego pokazu. Hologramy wyglądały na toporne i prymitywne, ale
nie odniosłem wraŜenia, Ŝe kryje się za nimi kiepska technika, będąca przyczyną ich
niezborności.
Kryło się za tym coś innego, coś niedobrego.
Głos, który przemówił, był równie zamazany, w pewnym sensie nawet jeszcze bardziej
niezborny i rozmyty, jak gdyby wiele osób próbowało mówić naraz i nie mogło zgrać swych
głosów w czasie.
231
•
R-rrr-ouss-ss-ss-eau — odezwały się.
•
Sztuczki z duchami nie zdadzą się na nic — zwróciłem się do ścian, starając się
nasączyć głos zimną pogardą. — Wiem, co to za miejsce, wiem teŜ, kim jesteście. Co
chcecie, do diabła, udowodnić?
Twarze były olbrzymie: od brody do czoła mierzyły około dwóch metrów. I pokój zdawał
się kurczyć, kiedy się ze sobą na przemian zlewały i rozdzielały. Stopniowo stawały się
wyraźniejsze, wydawały się bardziej wiarygodnymi imitacjami ludzkiej twarzy - kobiecej
twarzy. Ale nie wiedziałem, czemu to przedstawienie ma słuŜyć. Niemal bezwiednie
policzyłem twarze, było ich dziewięć. Dziewięć nie jest zbyt okrągłą liczbą, policzyłem
jeszcze raz, Ŝeby wyszło dziesięć, ale było dziewięć.
•
Pp-rr-rr-o-szsz-ę zzz-aa-czcz-ekk-aććć — słowa wymawiały wolno i przeciągle.
Mówiły po angielsku. Mimo mych wcześniejszych uwag efekt był dość niesamowity, ale nie
z powodu charakteru zjaw, ale dlatego, Ŝe to wszystko było bez sensu.
•
Jak długo?
Odczekałem chwilę na odpowiedź. Kiedy przemówiły ponownie, zaczęły z innej beczki.
— Pp-rz-rz-e-pr-rr-a-szsz-a-mmm-y. pp-rz-rz-y-kkk-rrr-o
nn-a-mm. Cz-cz-y od-pp-o-ww-i-esz-sz nna-mm nna
ppp-y-tt-anie?
ZnuŜyło mnie mocno czekanie na koniec tej wypowiedzi, ale uznałem, Ŝe mam mnóstwo
wolnego czasu.
— Pewnie.
— Cz-cz-y jj-e-ss-tt-e-śś ss-ss-a-mm-ott-nny?
Osłupiałem. To naprawdę nie miało sensu. Usiłowałem
232
skupić się na którejś twarzy, zakładając, Ŝe patrzy na mnie, próbując napotkać jej wzrok.
Wydało mi się, Ŝe kogoś mi przypomina. Nie była zbyt wierna pierwowzorowi, ale jej rysy z
pewnością przypominały twarz Susarmy Lear. Przejrzałem szybko pozostałe w celu
potwierdzenia mej hipotezy. Nie były identyczne. Wyglądało to nawet, jakby usiłowały być
róŜne, a to sprawiało im pewne trudności, jako Ŝe miały wspólny pierwowzór. Ich zmienność
nie była jednak przypadkowa — jak gdyby zapoŜyczały fragmenty jakiejś innej twarzy.
Usiłowałem przypomnieć sobie swoje odbicie w lustrze, szukając cząstek swej twarzy, ale
nie skutkowało. Musiałem mocno wytęŜać umysł, nim zrozumiałem, z czyjej twarzy
zapoŜyczały, aby odróŜnić swe oblicza wzorowane na Susarmie z twarzy Johna Finna.
— Samotność mi nie dokucza — odparłem. - Ale teraz
pragnę czyjegoś towarzystwa. Wiem, Ŝe moŜecie to załat
wić. Zadowolę się Myrlinem lub którymś z waszych
kosmatych przyjaciół. Byłem tu juŜ kiedyś, ale wtedy
przygotowaliście znacznie ciekawsze efekty specjalne. Pej
zaŜe z lwami, jasny, ostry obraz, nie było wówczas Ŝadnych
ś
cian. To jest chyba wasza siedziba. Nie musicie dla mnie
przybierać ludzkiej twarzy. Nie będzie mi przeszkadzać,
nawet jeśli okaŜe się, Ŝe macie wygląd olbrzymich pająków.
Zapadło milczenie, przerwane po chwili:
— Mm-u-sssi-mm-y pp-o-rr-o-zz-mm-a-ww-i-a-ćć, ccc-
-i-e-kk-a-ww-i...
Nie mogłem zgadnąć, skąd dobywa się głos. Nie widać było mikrofonu, poza tym głos był
rozproszony, podobnie jak cała reszta, jakby mieli problemy ze skupieniem go.
— Ja teŜ jestem was ciekaw — odparłem. — Ale mam
233
wraŜenie, Ŝe wcale nie potrzebujecie ze mną rozmawiać Ostatnim razem wysondowaliście mi
chyba mózg do cna, a te przewody wskazują, Ŝe znowu tego próbowaliście.
— N-n-n-ie mm-o-ŜŜŜ-e-mm-y cz-cz-cz-y-tt-a-ćć mm-y-
-śś-ll-i. Tt-y-11-kk-o tt-o zz o-ss-o-bb-y cc-o ww nn-i-e-ji
śś
-ww-i-a-dd-o-mm-e. N-n-i-e mm-o-ŜŜ-e-mm-y zz-rr-o-
-zz-u-mm-i-e-ćć ss-a-mm-o-tt-nn-o-śś-ćć-ci.
Nie dano mi szansy wyjaśnić, co to jest samotność. Wreszcie otworzyły się drzwi. Nie
spostrzegłem, czy to jedno skrzydło wsunęło się w drugie, czy po prostu w ścianie ukazał się
otwór. Przez chwilę nic się nie działo, potem ukazał się czarny, ponad dwumetrowy
prostokąt.
Mimo to mój gość przy wchodzeniu musiał się schylić. Na szczęście wziął ze sobą moje
rzeczy, a nawet me wygodne buty.
— Mały ten wszechświat, co? — zagadnąłem go, na
kładając spodnie.
Twarze na ścianach nie znikały, dryfowały nadal wokół pokoju, zlewając się i dzieląc. Nie
musiały omijać drzwi. Po prostu znikały z jednego końca i pojawiały się u drugiego. Coś w
ich niewidzących oczach było nie w porządku. Potrafiły wykreować ludzką twarz, ale
nadanie jej rysom ludzkiego wyrazu przerastało ich umiejętności. Nie zgadzali się z mym
wyobraŜeniem superistot.
•
Witam, panie Rousseau — odezwał się Myrlin.
•
MoŜesz mówić mi Mike — zachęciłem go, nie po raz pierwszy zresztą. — Zwłaszcza
po tym, jak uratowałeś mi Ŝycie. Wnioskuję, Ŝe uratowałeś teŜ Susarmę Lear. Czy Serne
przeŜył?
•
Nie, ale mamy jednego z Tetrów.
234
•
Tulyara-994?
•
Tak. Drugim był Vela-822. Podobnie jak Serne, był juŜ nieodwracalnie martwy, kiedy
do niego dotarliśmy.
Nie po prostu martwy, zauwaŜyłem, ale „nieodwracalnie martwy".
•
Przypuszczam, Ŝe to właśnie o Tulyara naprawdę wam chodziło — miałem juŜ na sobie
koszulę i spodnie i właśnie zakładałem buty.
•
Tak moŜna by to nazwać — przyznał.
Odsunął się na bok, wskazując, bym pierwszy przeszedł przez drzwi. Wyszedłem na
mroczny korytarz, oświetlony maleńkimi elektrycznymi Ŝarówkami nanizanymi na kabel.
Mocno przypominało mi to prowizoryczne oświetlenie przezornie załoŜone przez
najeźdźców w ciemnym zakątku, gdzie zostałem pojmany. Ściany korytarza były czarne i
nijakie. Korytarz wił się na lewo i prawo, mijaliśmy po drodze zakręty, naroŜniki,
skrzyŜowania, ale Myrlin prowadził mnie przez ten labirynt bez cienia wahania.
•
Dlaczego mnie uwolniłeś? — spytałem.
•
Z dwóch powodów — wyjaśnił. — Po pierwsze, uwaŜałem, Ŝe nadal mam wobec
ciebie dług wdzięczności. Po drugie, oni są naprawdę tobą zainteresowani. Tobą i twymi
towarzyszami. Mieli ciebie juŜ zapisanego, ale zapisy uległy uszkodzeniu. Okazja do
ponownego przyjrzenia się tobie, miała dać im nie tylko sposobność do odświeŜenia
znajomości, ale takŜe do oceny rozmiarów uszkodzenia.
•
Czy z nimi jest coś nie w porządku? — Nie byłem pewny, ale zdawały się potwierdzać
moje pierwsze wraŜenia.
235
•
I to bardzo. Nadal działają, ale... Później ci opowiem. A ten czwarty, którego
uwolniliśmy, kto to?
•
Nazywa się John Finn. Podobno niezły elektronik. Zabraliśmy go tylko dlatego, Ŝe
mógłby przydać się najeźdźcom, gdybyśmy go zostawili. Oni teŜ są nim zainteresowani?
•
O, tak.
•
Czy pozostali się juŜ obudzili?
•
Jeszcze nie. Nadal sondują Tetra i Finna. Z panią kapitan sprawa trochę się
przeciągnie. Jest ranna w nogę. poza tym nastąpiło u niej obumarcie tkanki.
Korytarze zdawały się ciągnąć bez końca. Część bocznych odnóg pogrąŜona była w
mroku, wyglądała tak. jakby nigdy nie była oświetlona.
•
Chyba nie nawaliła ta zamierzchła technika, co? — spytałem. — W tych korytarzach
nigdy nie było światła?
•
Oni rzadko korzystają z widzialnego światła. W kaŜdym razie, nie tutaj. Oświetlenie
jest specjalnie dla nas. Dawniej sami mogli oświetlać sklepienie, ale utracili tę zdolność wraz
z innymi umiejętnościami.
•
Właściwie mogłem się ciebie spodziewać — powiedziałem. — Ta wiadomość... A ja
głupi myślałem, Ŝe pochodziła od Alexa Sovorova. Twoi szefowie, super-naukowcy,
obserwowali chyba bacznie poczynania najeźdźców. Mogłem się tego domyślać.
Potrząsnął głową.
— Właściwie dopiero co zaczęliśmy obserwować Miasto
Pierścieniorbity. Tak samo byliśmy zaskoczeni zjawieniem
się Scarydów jak Tetrowie. Nie mogliśmy wtedy inaczej
zareagować. Coś wcześniej się popsuło. Miałem wiele
236
spraw na głowie. Musimy porozmawiać z Tetrami, ze Scarydami teŜ. Scionowie, których
umieściłem w więzieniu, by zbierali informacje, juŜ się chyba zdradzili. Ale wirus Tetrów
zdołał juŜ przerwać ciągłość dowodzenia tam, a takŜe w samym Mieście. Wielka szkoda, Ŝe
zaraziłeś tak waŜną osobistość jak Sigor Dyan. Szkoda teŜ, Ŝe tak szybko włączył się alarm.
Mogło to utrudnić zadanie scionom.
•
To nie moja wina — przypomniałem mu. — Kim są scionowie?
•
To te kosmate humanoidy. Stworzyła je Dziewiątka. Tak jak Salamandryjczycy
stworzyli mnie na podobieństwo jednej z ras wypartych przez Scarydów ze swego
ś
rodowiska. Nietrudno było umieścić ich w więzieniu, kiedy odkryliśmy drogę na
pięćdziesiąty drugi poziom. Nasza trasa jest niezawodna i prowadzi tam bezpośrednio. Jest
wiele takich tras, trzeba tylko znać do nich dostęp.
Wyszliśmy wreszcie z labiryntu na otwartą, jak na warunki Asgarda, przestrzeń. Ale nie
przypominało to wyjścia na świeŜe powietrze. Na wysokości trzydziestu metrów rozciągało
się sklepienie oświetlone w najbardziej zwariowany sposób, jaki moŜna sobie wyobrazić —
przez skupiska srebrzystego światła, kłębiące się i dryfujące jak chmury na tle szarego nieba.
Pod tym ponurym niebem nie było Ŝadnych pól, nawet takich opartych na sztucznej
fotosyntezie, jakie odbudowali Tetrowie pod Miastem Pierścieniorbity. Droga oraz tory
kolejowe ciągnęły się równolegle, ginąc w mroku. Wznosiły się teŜ domy przypominające
stalowe igloo, ale nie było Ŝadnych oznak Ŝycia.
237
Uświadomiłem sobie, poniewczasie, Ŝe „niebo" nie róŜniło się niczym od „ścian" pokoju,
w którym się ocknąłem. Przypominało ogromny ekran wideo, a obłoki na nim się poruszające
ś
wiadczyły o zachodzących zjawiskach elektronicznych. Nagle uprzytomniłem sobie, Ŝe tego
pamiętnego dnia panowie Myrlina, kiedy wykopali mnie ze swego zakątka sztucznego raju,
nie wykorzystali wcale nieba jako wielkiego wyciszacza.
Panowie Myrlina byli niebem, podobnie jak całą resztą w tym niesamowitym świecie.
Byli wszechobecni.
Nic dziwnego, Ŝe trudno im ukazać się w jakimś jednym miejscu. I nic dziwnego, Ŝe nie
rozumieją samotności, pomyślałem.
Odwróciłem się, by spojrzeć Myrlinowi w twarz, dobrze teraz widoczną, mimo słabego
oświetlenia.
•
Uczynili cię nieśmiertelnym? — spytałem.
•
Tak.
•
A więc moŜe i mnie by wyświadczyli podobną przysługę?
•
JuŜ to zrobili — zapewnił mnie.
Wszystko moŜe się zdarzyć, kiedy jest się igraszką losu. W jednej chwili myślisz, Ŝe po
tobie, w drugiej moŜesz Ŝyć wiecznie.
26
N
ie wyglądało jednak to tak świetnie, jak z początku zabrzmiało. WciąŜ mogłem zginąć
tragicznie. Mogłem zostać zadźgany, uduszony, otruty, spalony
238
lub wysadzony i w kaŜdym z tych przypadków byłoby po mnie, chyba Ŝe błyskawicznie
zostałbym wsadzony do któregoś z tych reanimacyjnych zestawów. Ale nie będę się starzeć.
Naprawili tę drobną usterkę w mej konstrukcji. Lub przynajmniej tak utrzymywał Myrlin.
Nie czułem się ani odrobinę inaczej.
•
Mogą jeszcze więcej dla ciebie zrobić — zapewnił mnie. — Z czasem.
•
CóŜ, jeśli chcą paktować z Tetrami i najeźdźcami, mają do zaoferowania atrakcyjną
przynętę. Ale czy naprawdę chcieliby dać nieśmiertelność dwudziestu miliardom
najeźdźców?
Znaleźliśmy się w bardziej swojskim otoczeniu. Stalowe igloo okazały się domami
Myrlina i jego włochatych przyjaciół. Były porządnie oświetlone, umeblowane i wyposaŜone
we wszelkie wygody. Myrlin zaproponował coś do jedzenia, ale nie czułem jeszcze głodu.
Kiedy przebywałem w komorze, zaspokojono me wszystkie potrzeby, a nawet więcej, jeśli
brać powaŜnie rewelacje Myrlina na temat mych nowo nabytych zdolności.
•
Sytuacja jest dość skomplikowana — zaczął rozsiadając się w ogromnym fotelu. —
Postaram się ograniczyć do tego, co niezbędne. Najlepiej zacznę od początku.
•
Bardzo proszę — zachęciłem go.
•
Nazywają się Isthomi, są jaźniami zakodowanymi w komputerach. Czymś w rodzaju
sztucznych inteligencji, choć powstały w wyniku próby powielenia umysłów konkretnych
humanoidalnych jednostek. Ci człekopodobni przodkowie Ŝyli w zamkniętym środowisku,
niewiele róŜniącym się od tego, ale Dziewiątka nie wie, czy znajdowało
239
się ono na Asgardzie, czy w jakimś innym sztucznym świecie.
- Dziewiątka? przerwałem mu, wspominając swe obliczenia. — JuŜ poprzednio ich tak
nazwałeś. Czy to znaczy, Ŝe jest ich tylko dziewięciu?
— Zgadza się, tylko dziewięciu — potwierdził. -Przodkowie Dziewiątki rozwinęli się ze
stanu pierwotnej niepiśmienności, przebywając wewnątrz swego zamkniętego świata. Ich
podania mówiły o odległych protoplastach zamieszkujących zupełnie inny świat. Ale od
czasu odkrycia wszechświata Dziewiątka uwaŜa, Ŝe legendy te nie pokrywają się z faktami.
Rozwój Isthomi w ich ograniczonym świecie podąŜał w kierunku coraz większej
technicznej doskonałości, w czym nie róŜnili się zbytnio od Scarydów, z jednym
zastrzeŜeniem: nigdy nie znaleźli drogi wyjścia ze swego odciętego królestwa. Nie mieli
większych powodów przypuszczać, Ŝe światło na niebie i ciepło na „ziemi" zostały
stworzone dla nich, by utrzymać ich przy Ŝyciu, niŜ ludzie na Ziemi, by sądzić, Ŝe Słońce
powstało tylko po to, by oświetlać Ziemię. Nie studiowali za bardzo swego mikro-kosmosu.
Ludziom podobni Isthomi toczyli wiele wojen i mimo niewystarczających zasobów
pewnych cięŜkich metali, zdo-łali rozwinąć imponującą technikę zniszczenia. Nadszedł taki
czas, Ŝe w ich rękach znalazła się potęga zdolna zniszczyć cały ich świat. Szczęśliwie, udało
im się tej ewentualności uniknąć, zjednoczyli swe narody i odłamy w jedną światową
wspólnotę i przestawili się na myślenie biotechniczne. Rozwinęli teŜ wymyślną technikę
infor-
240
matyczną opartą na krzemie, ale u nich przebiegało to wolniej niŜ u innych kultur, jak
na przykład, u ludzi, którym postęp w nieorganicznej technice ułatwiła znaczna obfitość
odpowiednich surowców.
Isthomi wykształcili technologię inŜynierii genetycznej, która znalazła zastosowanie
w przemianie komórek somatycznych w dojrzałe organizmy oraz w sterowaniu pro-
cesami zachodzącymi w komórkach jajowych. Ich eksperymenty w tworzeniu,
modyfikowaniu i powielaniu osobowości doprowadziły w końcu do prób odtwarzania
jaźni w innych formach, włącznie z przepisywaniem ludzkich umysłów na
elektroniczne systemy informatyczne oparte na krzemie. Tak powstali „software"
Isthomi.
Nie sposób ustalić, jak dokładnymi kopiami umysłów humanoidalnych istot była
Dziewiątka w swym dziecięcym okresie. Ale kwestia ta szybko straciła znaczenie.
Umysłami była na pewno i od chwili wcielenia rozpoczęła całkowicie nowy proces
wzrastania, dojrzewania i ewolucji. Bardzo się zmieniła, kiedy rozwoju nie krępowały
juŜ materialne ciała. Dziewiątka zamieszkiwała olbrzymi system połączonych urządzeń,
dzieląc „przestrzeń Ŝyciową" z niezliczoną ilością programów niemyślących, jak
równieŜ sama ze sobą.
Jednak na pewnym etapie swej historii Dziewiątka, albo moŜe ułamek oryginalnej
Dziewiątki, została usunięta ze swego pierwotnego środowiska i umieszczona w
nowym, którego była jedynym rozumnym mieszkańcem. Środowisko to, jak się zdaje,
zaprojektowane zostało specjalnie po to, by dać jej schronienie. W jej pamięci nie ma
zapisów mówiących, co się jej przydarzyło. Isthomi nie wiedzą,
5 - Najeźdźcy z Centrum
241
dlaczego tak się stało, w jaki sposób ani kto się za tym kryje.
Nie wiedzą, jak długi przedział czasu został z ich pamięci wymazany. Nie są przekonani,
czy mogą wierzyć części swych wspomnień ze swej egzystencji przed przybyciem tutaj.
Wiedzą, jak łatwo stworzyć nowego osobnika, automat czy androida, ze sztucznie
wykreowaną przeszłością. Zastanawiają się, czy sami nie zostali stworzeni w podobny
sposób, z wszczepioną, sfabrykowaną historią. Ale zasadniczym pytaniem pozostaje, przez
kogo i w jakim celu?
Isthomi są z natury cierpliwi. Zwykle Ŝycie ich toczy się wolno. Sen i inne transowe
czynności mogą u nich obejmować okresy równające się Ŝyciu wielu pokoleń istot
człekopodobnych. Nie odczuwali wewnętrznego nakazu, by byli płodni i się rozmnaŜali, by
zaludnili świat, w którym się znaleźli. Ale zaczęli go poznawać, by ostatecznie go wypełnić.
Ich mechaniczne ciała potrafiły wytwarzać przedłuŜenia w postaci robotów i w ten sposób
Isthomi coraz bardziej się rozprzestrzeniali. Przystąpili do procesu kolonizacji
porównywalnego z przedsięwzięciem, w którym garstka humanoidów zabrałaby się do
zaludnienia całego świata i stworzenia cywilizacji. Tyle Ŝe Isthomi nie stwarzali nowych
osobników, lecz po prostu przedłuŜali swe ciała i nadawali im coraz bardziej złoŜoną
strukturę. Ich ruchome roboty były częścią większej całości. MoŜe kojarzy ci się to z
organizacją mrowiska, ale taka analogia jest myląca. Słuszniej wydaje się porównać roboty
do ruchliwych białych ciałek we krwi.
Proces ekspansji trwał tysiąclecia. Dziewiątka nigdy ze
242
sobą nie rywalizowała, lecz zawsze pracowała w zgodzie. KaŜdy z nich nade wszystko
cenił sobie towarzystwo pozostałych ośmiu. Isthomi nie skupiają się zanadto nad swym
„ja", wręcz przeciwnie, obawiają się samotności i nadmiernej indywidualności. Ponad
wszystko stawiają społeczność, wspólnotę. To nie tyle Dziewiątka, co Dzie-więciu-w-
Jednym.
Z takim usposobieniem, pomyślałem, z łatwością dogadają się z Tetrami. Ale nie
mogłem powstrzymać się od podejrzeń, Ŝe mogą wydać się Tetrom zbyt inteligentni, by
być mile przez nich widziani.
— Na pewnym etapie — ciągnął Myrlin — Isthomi dokonali zatrwaŜającego
odkrycia, Ŝe ich ciasny świat nie jest jedynym, jaki istnieje. Poza nim, ponad nim i
poniŜej rozciąga się wiele innych środowisk.
Odkryli teŜ, Ŝe ich świat przenika starsza od nich samych technika, spajająca
wszystkie poziomy, dostarczająca im energii w zorganizowany, kontrolowany sposób.
Domyślali się, Ŝe człekopodobni Isthomi równieŜ musieli Ŝyć w jakimś zbliŜonym do
tego sztucznym środowisku, które być moŜe znajduje się gdzieś niedaleko. Przypusz-
czali, Ŝe kiedy juŜ je znajdą, dowiedzą się, dlaczego zostali usunięci z tamtego świata i
umieszczeni w tym.
Przystąpili naturalnie do zbadania techniki wykorzystanej w projekcie i konstrukcji
Asgarda, przystąpili równieŜ do zbadania sąsiednich poziomów, w charakterystycznym
dla siebie tempie, które naszemu gatunkowi wydałoby się nieco ślamazarne.
Nie znaleźli ojczyzny Isthomi, być moŜe istnieje ona gdzieś w głębiach Asgarda.
Odkryli natomiast wiele po-
15«
243
ziomów zamieszkałych przez człekopodobne rasy, w większości przypadków mocno
podupadłe. Po gruntownych studiach doszli do wniosku, Ŝe sąsiednie poziomy przypominają
ich własny. Na kaŜdy z nich wprowadzono w odległej przeszłości po kilku przedstawicieli
cywilizowanych ras, pozostawiając ich zdanych na własne siły. Nie napotkali jednak Ŝadnych
zbliŜonych do siebie istot, jedynie człekopodobne i cielesne stworzenia.
Wiele pośród tych humanoidalnych gatunków poczyniło pewne postępy w odtwarzaniu
cywilizacji, z których przypuszczalnie zostały wyrwane. Jakiekolwiek dziedzictwo w postaci
wspomnień przynieśli ze sobą pierwotni kolonizatorzy, szybko zostało zapomniane, ich
potomkowie szybko cofnęli się do stanu pierwotnej dzikości, utrzymując się z prostej uprawy
roli, polowania czy zbieractwa. U większości ras po początkowym upadku następowała
poprawa, tak więc, kiedy dostatecznie się rozrastały, by zapełnić cały swój świat, ponownie
wkraczały na drogę postępu technicznego. Ale w Ŝadnym z tych przypadków Dziewiątka nie
znalazła gatunku, który postąpił podobnie jak ona i zachował dziedzictwo, z jakim przybył do
nowego świata.
NajwyŜszym poziomem spośród tych zamieszkałych był ten, do którego znalazł dojście
Saul Lyndrach. Dojście, którym wpierw podąŜyłem ja, potem zaś ty. Wiesz, co tam
odkryliśmy, upadłą populację, Ŝyjącą wśród ruin budowli wzniesionych przez odległych
przodków, w ciągłym zagroŜeniu ze strony drapieŜników, które pod silnym naciskiem
konkurencji rozwinęły się z mniej agresywnych stworzeń. Wiesz równieŜ, Ŝe Isthomi zaczęli
zaopatrywać miesz-
244
kańców tamtego poziomu w surowce w obawie, Ŝe inaczej mogliby ulec zagładzie. Program
ten, podobnie jak inne projekty opracowywane przez Dziewiątkę, byl programem
długofalowym, którego plany przygotowywano z wyprzedzeniem na całe tysiące lat.
Nasze przybycie raptownie zmieniło ich światopogląd. To, co mogłem opowiedzieć im o
wierzchnich warstwach Asgarda i o wszechświecie poza nim, stanowiło dla nich
wstrząsającą rewelację, której ogromu nie sposób przecenić. My, ludzie i Tetrowie, jako
stosunkowo młode gatunki, przywykliśmy do niespodzianek, są dla nas chlebem
powszednim. Natomiast Isthomi, jako istoty niezmiernie sędziwe, musieli wprowadzić wiele
zasadniczych poprawek, chcąc uporać się z nowo nabytą wiedzą o wszechświecie, tak róŜną
od ich wcześniejszych wyobraŜeń.
Ich pierwszą reakcją, jak wiesz, było odcięcie się. Chcieli zyskać czas na przemyślenie i
przedyskutowanie tego problemu. Zapowiedzieli, Ŝe odetną poziom, na który dotarłeś i słowa
dotrzymali. Ale pozostawili na tym poziomie swe przedłuŜenia, by nadal gromadziły infor-
macje. Poza tym ustanowili nowe linie komunikacyjne między poznanymi poziomami a tymi
powyŜej.
Isthomi nie przygarnęli mnie tylko dlatego, by wykorzystać mą osobę jako źródło cennej
wiedzy na temat wszechświata rozciągającego się poza Asgardem. Zaczęli teŜ
wykorzystywać technikę, za pomocą której zostałem stworzony, do konstruowania dalszych
humanoidalnych istot. Nazwałeś mnie androidem. Przypuszczam, Ŝe scionów równieŜ
uwaŜasz za androidy, ale nazwa ta nie jest w obu przypadkach adekwatna. Ja jestem
prawdziwym człowie-
245
kiem, wykształconym z ludzkiej komórki jajowej, aczkolwiek w dość niezwykły sposób. Moi
towarzysze są równieŜ prawdziwymi człekopodobnymi istotami. Osiągnęły dojrzałą postać
zaledwie w kilka miesięcy i mimo Ŝe ich umysły są skróconymi wersjami umysłów
Dziewiątki, w pełni zasługują na miano ludzi. Ze względu na genezę noszą dziewięć imion, a
rozróŜniają się za pomocą liczb jako odmienne wersje tej samej macierzystej osobowości.
Ponownie uderzyło mnie, jak bardzo okoliczność ta pozwalała się spodziewać pomyślnego
przebiegu rokowań Isthomi z Tetrami. Moja podejrzliwość skłaniała mnie do rozwaŜań, jak
dalece posunęła się juŜ Dziewiątka w przygotowaniach do tego przymierza. Tetrowie mają
za sobą długą historię wodzenia pozostałych galaktycznych ras za nos. Nie martwiło mnie
wcale, Ŝe wkrótce mogą zakosztować silnej dawki swej własnej broni.
— Isthomi — mówił Myrlin — bardzo poruszyły niedawne wydarzenia na górnych
poziomach. Scarydowie są, jak widać, wyjątkową rasą. Choć nie udało im się w pełni
uniknąć powielenia wzoru, który sprowadził większość osadzonych tu gatunków do stanu
zdziczenia, zdołali wznieść się ponad swą prymitywność szybciej niŜ ich sąsiedzi. Szybciej
się mnoŜyli i kontynuowali ekspansję poza swój ojczysty poziom. Do tej pory nie napotkali
na swej drodze Ŝadnej powaŜniejszej przeszkody. Teraz wiedzą dobrze, Ŝe czeka ich
rozpaczliwa walka z górującym nad nimi technicznie przeciwnikiem, którego sami wyzwali.
Niełatwo będzie ich przekonać, Ŝe ekspansja osiągnęła kres.
Isthomi wiedzą, Ŝe to trudne zadanie. Zbudowanie
246
społeczności złoŜonej z trzech odłamów, tak się od siebie róŜniących: imperium Scarydów,
społeczności galaktycznej i poziomów poznanych przez nich samych. Ale musieli pogodzić
się z tym, Ŝe stawką jest przyszłość Asgarda i muszą odegrać jakąś rolę w nadaniu tej
przyszłości określonego kierunku. Wtedy zdecydowali się na bardzo śmiały eksperyment.
— I od tamtego czasu — wtrąciłem — wszystko zaczęło
się psuć?
Powoli skinął głową.
•
Na czym polegał ten eksperyment?
•
Próbowali podłączyć się do software samego Asgarda, wypuścić przedłuŜenia poza
urządzenia sterujące tą biostrefą i wniknąć do urządzeń sterujących całym makro-światem.
Swoją zbiorową jaźń wprowadzili do systemu operacyjnego całości, tkwiącego w strukturze
Asgarda. Systemy zawiadujące poszczególnymi biostrefami są, rzecz jasna,
nieskomplikowane i regulują jedynie dopływ ciepła i światła. Isthomi załoŜyli jednak, Ŝe
moŜna przez nie uzyskać dostęp do dalszych, bardziej złoŜonych i zamieszkałych przez
podobne im, zakodowane jaźnie. Wierzyli, Ŝe zdołają nawiązać kontakt z tymi
osobowościami, śląc swą zbiorową jaźń w wewnętrzną przestrzeń software całego Asgarda.
•
Sądzili, Ŝe uda im się ustanowić gorącą linię z jego Twórcami — zauwaŜyłem.
•
Zasadniczo tak — zgodził się. — Mieli nadzieję, Ŝe dowiedzą się chociaŜ czegoś na
temat rzeczywistego rozmiaru i natury „elektronicznej" jaźni Asgarda.
•
Co w takim razie zawiodło? — spytałem.
247
•
Systemy, do których próbowali się podłączyć, same są uszkodzone. Isthomi nie
próbowali przesłać po prostu wiadomości, przesłali samych siebie do hardware Asgarda. całą
swą Dziewiątkę, poniewaŜ, choć róŜni, są zasadniczo nierozłączni. Gdyby systemy Asgarda
były proste i automatyczne, Dziewiątka po prostu by je w siebie wchłonęła. Gdyby zaś
posiadały własną wyrafinowaną sztuczną inteligencję, kontakt zostałby nawiązany,
aczkolwiek nie ma dla tego rodzaju kontaktu Ŝadnych gotowych analogii. Nie wyglądałoby to
zapewne jak spotkanie dwóch huma-noidów przy stole konferencyjnym. Bardziej by przypo-
minało zlanie się dwóch cieczy, nie dających się wymieszać. Isthomi nie upatrywali w tym
dla siebie Ŝadnego zagroŜenia, choć nie mogli wiedzieć, jakie przyjęcie zgotuje im
inteligencja, z którą chciały nawiązać kontakt. Mylili się.
•
Co się wtedy stało?
•
Nie jestem do końca pewien, a Dziewiątka nie potrafi mi tego wyjaśnić. Nie wiem, czy
padli ofiarą zamierzonej wrogości, czy niefortunnych okoliczności. Ale czymkolwiek to coś
było, wstrząsnęło do głębi ich elektronicznymi jaźniami, jak wybuch bomby, raniąc ich
cięŜko. Nie zginęli i nie utracili wszystkich zdolności, ale są powaŜnie uszkodzeni. MoŜe
utracili pewne aspekty swych oryginalnych osobowości albo, co nie wróŜy nic dobrego,
bezwiednie nabyli cechy innych. Nie są juŜ zupełnie spójni. Znowu trudno o analogię, ale to
tak, jakbyś się obudził czując się jakoś niesamowicie, odcięty od pokaźnych zasobów swej
pamięci, robiąc czasami coś, nie wiedząc dlaczego, słysząc jakieś głosy, jakby umysł nie
potrafił juŜ
248
nad samym sobą i nad ciałem zapanować, a w mózgu tkwiły odłamki innych jaźni.
Zastanawiałem się przez chwilę, starając się to wszystko ogarnąć. Niezupełnie dawało się
to poskładać w jakąś zborną całość. Chyba domyślałem się, co ma na myśli, choć obraz był
dziwny i mętny, jak te rozmyte twarze, jakie przybrali ukazując mi się. W kaŜdym razie,
wyglądało na to, Ŝe ci software supermeni nie są juŜ tacy super. Sprawy mogły się bardzo
skomplikować, jeśli ich dąŜeniem nadal było przywrócenie pokoju i harmonii w całym
Asgardzie.
•
Wnioski płynące z nieszczęsnego eksperymentu Ist-homi nie są do końca jasne —
powiedział Myrlin. — Ale obawiam się, Ŝe moŜna go interpretować dwojako: i w Ŝadnym
wypadku wynik nie jest pokrzepiający.
•
Mów — ponagliłem go.
•
Jeśli — zaczął z naciskiem, by dać do zrozumienia, jak waŜne jest to „jeśli" — twórcy
Asgarda lub pozostawiona przez nich inteligencja sprawująca nad nim pieczę, jest bytem
podobnym do Isthomi, a nie do gatunków humanoidalnych, wówczas to, co się przytrafiło
Isthomi przy próbie kontaktu, moŜna rozumieć dwojako: albo jest usposobiona wrogo, albo,
jak cała reszta w tym makroświecie, powaŜnie zdegenerowana, szalona, stetryczała i
nieudolna. Jeśli słuszna jest pierwsza hipoteza, wszyscy moŜemy być w powaŜnych
tarapatach: ty, ja. mieszkańcy Asgarda i rasy zamieszkujące galaktykę. Nie moŜna się w
Ŝ
aden sposób czemuś takiemu przeciwstawić. Jeśli prawdą jest drugi wniosek, sytuacja
wygląda jeszcze gorzej. Wszyscy wymienieni wciąŜ mogą być w tarapatach, sam Asgard teŜ.
249
•
Niekoniecznie — sprzeciwiłem się.
•
No, nie — przyznał — niekoniecznie. Ale pomyśl tylko: jeśli Isthomi doświadczyli
tego zetknięcia jako czegoś w rodzaju wybuchu, który niemal ich sparaliŜował, jak według
ciebie odebrała to druga strona? Jeśli, „znowu to wielkie jeśli", jeśli podobnie zareagowały
na to tutejsze systemy, Asgard mógł odnieść niepowetowane szkody. A wiesz, jak potęŜna
siła musi tkwić w Centrum, skoro potrafi wytwarzać energię obsługującą wszystkie poziomy,
prawda?
Istotnie, wiedziałem. W fizycznym środku Asgarda. pomijając to, co wokół niego
zbudowano, musiała znajdować się mała gwiazda. Największy sztuczny reaktor
termojądrowy w całym znanym wszechświecie.
•
I myślisz, Ŝe...
•
Nie wiem — przerwał mi. — Ale wiem jedno, Ŝe musimy podjąć wszelkie starania,
aby się dowiedzieć.
27
P
óźniej Myrlin musiał mnie opuścić. Tulyar-994 miał się wkrótce przebudzić i Myrlin chciał
być przy tym obecny, aby rozpocząć na nowo swe długie wyjaśnienia. Chciał jak najszybciej
skontaktować Tulyara bezpośrednio z Dziewiątką, aby Tulyar bezzwłocznie przystąpił do
dzieła przywracania pokoju i harmonii na górnych poziomach Asgarda.
— Mam nadzieję, Ŝe scionowie przyprowadzą tu nie-
250
bawem kilku przywódców Scarydów poinformował mnie. — Scarydowie, oczywiście, będą
musieli oddać się w ręce scionów i zostawić u siebie całą broń. Jeśli mają jakąkolwiek
ś
wiadomość realiów sytuacji, przyjdą. MoŜemy ich tu sprowadzić chyŜo i bez przesiadek.
Jedyną korzyścią, jaką Isthomi odnieśli ze swej wyprawy w software Asgarda, było
uzyskanie dokładniejszego obrazu połączeń między poziomami. Mówiłem ci, mamy dostęp
do szybu prowadzącego stąd bezpośrednio na poziom pięćdziesiąty drugi, ze sprawnym
elewatorem.
•
Co wobec tego ja mam robić?
•
Na razie nie mieszaj się do tego. Ale Isthomi naprawdę chcą z tobą rozmawiać. Przyślą
tu pewnie dwóch scionów jako swych rzeczników, ale będą wszystko słyszeli. Nie obawiaj
się scionów, uosobiają częściowo jaźnie poszczególnych osób Dziewiątki, przystosowane do
Ŝ
ycia w humanoidalnej postaci. Robią trochę niesamowite wraŜenie, ale poczynili ogromne
postępy w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Na razie nie moŜemy więcej ich wytwarzać, nie
bylibyśmy w stanie skutecznie wypełnić im umysłów. Nie śmieliśmy ryzykować stwarzania
szaleńców. To wielka szkoda. Trzeba było wyprodukować setki scionów, kiedy była po temu
okazja. MoŜemy ich potrzebować. Przy okazji: Finn powinien się zaraz przebudzić, moŜe
wolałbyś, abyśmy przetrzymali go w komorze?
•
Nie trzeba, wypuście go. Będę na niego uwaŜał. A co z Susarmą?
Potrząsnął głową.
— Moim zdaniem, jeszcze dwadzieścia cztery godziny.
Gdy Myrlin odszedł, złoŜyli mi wizytę kosmaci scio-
251
nowie. Było ich dwóch i rzeczywiście sprawiali trochę niesamowite wraŜenie.
•
Nazywamy się Thalia-7 i Calliope-4 — przemówiła na wstępie jedna z nich, zerkając
na mnie ogromnymi, brązowymi oczami. Obie bardziej przypominały Tetrów niŜ ludzi, ale
ich sierść była bardziej kudłata i duŜo jaśniejsza, a twarze nie tak drobne. Miały szerokie usta
i mięsiste wargi, przywodziły na myśl orangutany o cofniętych czołach i wysuniętych
szczękach.
•
Thalia i Calliope? — upewniłem się.
•
Isthomi nie noszą imion, nie ma takiej potrzeby. Stwarzając nasze cząstkowe
osobowości, nadali nam imiona, które podsunął im blisko z wami spokrewniony Myrlin i
ponumerowali na wzór waszych dalszych krewniaków, Tetrów.
Usiadły razem na sofie, poruszając się niemal w unisono. Łatwo moŜna by je wziąć za
bliźniaczki. Trzymały się tak blisko siebie, Ŝe nasuwało to podejrzenia, Ŝe są róŜnymi
wersjami tej samej jaźni. Ale równie dobrze mogły reprezentować dwie róŜne, poza tym
przypomniałem sobie, jak bardzo nie lubią samotności. Nie mogłem ustalić ich płci, ale z
uwagi na ich imiona greckich Muz i sposób, w jaki się przedstawiły, uznałem, Ŝe muszą
reprezentować płeć „nadobną".
•
Dlaczego się mną interesujecie? — spytałem. — Choć zakrawa to na paradoks, Myrlin
przechowuje w swym umyśle więcej z dorobku całej ludzkiej wiedzy ode mnie, mimo Ŝe
nigdy nie był w układzie słonecznym.
•
Ale ty lepiej poznałeś wszechświat i wiesz więcej o Asgardzie niŜ on. W kaŜdym
razie, dobrze jest teŜ
252
rozmawiać, nie tylko wiedzieć. Wyrazić wiedzę to — szukała odpowiednich słów — to jak
powołać do istnienia byt. Spojrzałem na nie nieswojo, uświadamiając sobie, Ŝe te istoty są o
wiele bardziej nam, ludziom obce niŜ wszelkie humanoidy, jakie dotąd spotkałem na swej
drodze.
— Myślałem, Ŝe sondy Dziewiątki zgłębiły mój mózg
do samego końca. Myślałem, Ŝe wiecie o mnie więcej niŜ
ja sam.
Calliope potrząsnęła głową, wyraźnie nadając temu gestowi znaczenie przeczenia.
— Wiemy sporo — zapewniła mnie —- ale w jakimś
sensie wiemy teŜ mało, tak bardzo mało. MoŜemy ciebie
poznać jedynie przez wysłuchanie twej własnej o sobie
relacji. W pewnym sensie jest to jedyny prawdziwy obraz.
jaki moŜna uzyskać. Czy pojmujesz, co mam na myśli?
Uznałem, Ŝe tak. Prawdziwą osobą jest osoba działająca, myśląca, mówiąca. Tylko ja
mogłem im o sobie opowiedzieć. Wiedzę tę naleŜało przelać w słowa, nie moŜna jej uzyskać
podłączając do mózgu neuronowe przewody. MoŜe jakoś zdołali skopiować software mego
mózgu, ale to nie to samo, co poznanie osoby do niego przyporządkowanej.
— Co chcecie wiedzieć? spytałem.
Okazało się, Ŝe sporo. Począwszy ode mnie samego poprzez historię ludzkości, ewolucję
Ŝ
ycia na Ziemi do kosmologii i kosmogonii. W pewnym sensie poznały juŜ to, ale nalegały,
aby to usłyszeć. Było wiele spraw, o których nie mogłem nic im powiedzieć i wielu rzeczy
nie Potrafiłem naleŜycie wyrazić, z uwagi na swą ignorancję i brak fachowej wiedzy, ale
starałem się, jak mogłem.
253
Przez cały czas mi się przyglądały. Wyglądało to tak. jakby mnie studiowały, uczyły się,
jak być człowiekiem... jak być humanoidem.
Pytania zadawały grzecznie, jak duŜe, przejęte dzieci Ŝądne zastrzeŜonej wiedzy o
dorosłym Ŝyciu.
W końcu, rzecz jasna, zapytały mnie o Asgard: Kto moŜe być jego twórcą, po co w ogóle
go stworzył, co ja o tym sądzę i jak rozumuję.
Powróciliśmy więc do sedna sprawy, która wszystkich nas, bez wyjątku, fascynowała. Z
tym, oczywiście, Ŝe sprawa ta dalej się komplikowała, kiedy teraz równieŜ Isthomi mogli
dołoŜyć swe niefortunne doświadczenia do bogatego rejestru kłopotliwych świadectw.
Rozmawialiśmy długo i duŜo z tego, o czym była mowa. obejmowało dawne sprawy,
tylekroć wałkowane. Opowiedziałem im o rasach galaktyki, o przedmiocie mej dyskusji z
Nisreenem-673 na pokładzie „Leoparda Shar-ka". Była to dla nich zupełna nowość.
Czuliśmy, Ŝe zbliŜamy się do pełnego obrazu zagadnienia, ale nadal, niestety, mieliśmy zbyt
mało danych, by złoŜyć z tego logiczną całość.
— Koncepcja Arki wydaje się najbardziej prawdopodobna — powiedziałem im. — Tak
jak sobie to wykombinowałem, na podstawie mych obserwacji w drodze do więzienia,
budowniczowie Asgarda pomyśleli go jako schronienie dla tysięcy środowisk, odtwarzając
warunki całej galaktyki wypełnionej zamieszkałymi światami. Z kaŜdego świata zaczerpnęli
po kilka ekosystemów wraz z garstką okazów lokalnych populacji. Ale to, co Myrlin
opowiedział mi o Isthomi, nie całkiem się z tym zgadza.
254
W tym przypadku, zdaje się, macierzysta kultura zamieszkiwała makroświat podobny do
Asgarda, nie zachowując Ŝadnych wspomnień bytowania w jakimkolwiek świecie. Tak więc
Asgard moŜe być pochodnym makroświatem odtwarzającym strukturę i zróŜnicowanie
wcześniejszego modelu. Jednak pozostaje pytanie: czy ten pierwowzór był Arką, czy mamy
do czynienia z nieskończonym regresem?
•
Bardziej martwi nas katastrofa, jaka dotknęła Asgard. Nasze odkrycia w wierzchnich
warstwach stanowią dla nas zagadkę. Jedno jest pewne: wierzchnie warstwy osiągnęły
stopień rozwoju technicznego rzadko spotykany wśród niŜszych poziomów, mimo Ŝe zostały
porzucone bardzo dawno temu. Dokąd udali się jego mieszkańcy, na pewno nie na poziomy
leŜące bezpośrednio pod nimi, nie jest moŜe aŜ tak istotną kwestią w porównaniu z tajemnicą
spowijającą motywy ich odejścia.
•
Tradycyjna teoria — podjąłem wątek — głosi, Ŝe Asgard utracił większość swej
atmosfery, przechodząc przez zbity, zimny obłok i z tego powodu ewakuowano górne
poziomy. Zawsze zakładaliśmy, Ŝe wierzchnie poziomy, w przeciwieństwie do połoŜonych
głębiej, były uzaleŜnione od zewnętrznego źródła energii, raczej od słońca na orbicie niŜ
gwiazdy kryjącej się w środku.
•
Istnieje taka moŜliwość — przyznała Calliope-4, scionowie zdawali się zabierać głos
na zmianę — ale zwaŜywszy, Ŝe poziomy leŜące tuŜ pod powierzchnią są przystosowane do
pobierania energii z systemu rozdzielczego zawartego w strukturze makroświata, trudno
przypuszczać, Ŝe wierzchnie warstwy nie przetrwałyby tego rodzaju katastrofy. Poza tym,
nie moŜemy zrozumieć.
255
dlaczego temperatura spadła tam tak nisko. Nie mogło to się stać za sprawą naturalnego
procesu. Skłaniamy się w stronę wyjaśniania, Ŝe zostały one rozmyślnie oziębione, a
poziomy, na których temperaturę obniŜono niemal do absolutnego zera, pomyślane zostały
jako pewnego rodzaju zapora obronna.
— Zapora przeciw czemu?
Inwazji — odezwała się Thalia
nie ze strony
bytów takich jak ty lub my, ale mikroskopijnych stworzeń, wielkości bakterii czy wirusów.
Przypomniałem sobie bakterie zamroŜone w pierścieniach Uranu od czterech miliardów
lat, nadal Ŝywotne. Ale tam temperatura sięgała jednak dziesiątek stopni Kelvina. Zimno
zachowuje, ale nie absolutne zimno. MoŜe łatwiej było zamrozić wierzchnie warstwy, niŜ je
ogrzać lub napromieniować do takiego stopnia, aby unicestwić mikroskopijnych intruzów.
Ale trudno mi było w to uwierzyć. Bakterie nie stanowią zagroŜenia dla zaawansowanej bio-
techniki, podobnie moŜna teŜ zwalczać wirusy — Myrlin zapewnił mnie, Ŝe ani on, ani ja nie
mamy się czego obawiać ze strony takiego ataku.
Wyjaśniłem im, Ŝe jest jeszcze inny aspekt zagadnienia, bardzo mnie interesujący, a
istnienie tworów w rodzaju Asgarda mogłoby przyczynić się do rozwikłania kwestii.
dlaczego wszystkie przemierzające kosmos rasy są mniej więcej tego samego wieku.
Podkreśliłem, Ŝe łatwo moŜna teorię dotyczącą Asgardów odwrócić — wolno juŜ chyba było
uŜywać liczby mnogiej. Zamiast upierać się, Ŝe zostały one zaludnione przede wszystkim
przez okazy zapoŜyczone z ekosystemów istniejących światów, moŜna załoŜyć, Ŝe
256
było odwrotnie: ekosystemy istniejących światów zostały zaludnione przez okazy
zapoŜyczone z Asgardów. Wyniszczyłem im swą analogię siewców: Asgard mógł być
rozsad-nikiem, szkółką, jego twórcy — siewcami, zaangaŜowanymi w plany uprawy na
skalę milionów lat. Teoria ta była im bardziej w smak niŜ Nisreenowi, bardziej dla nich
do przyjęcia, ale oni przywykli do idei osobowości wpisanych w nieoŜywiony sprzęt,
których koncepcja czasu róŜni się bardzo od tej przyjętej przez istoty humanoidalne
zrodzona na planetach.
Galaktycy zawsze wyobraŜali sobie twórców Asgarda na swe podobieństwo, w czym
utwierdzały ich odkrycia, Ŝe przejściowi mieszkańcy górnych poziomów byli istotami
zbliŜonymi do ludzi. Isthomi z kolei zawsze upodobniali ich do samych siebie.
WyobraŜali ich sobie jako istoty, których jaźnie mogły rozprzestrzeniać się przez
systemy całego makroświata. Ta hipoteza była bardziej do przyjęcia od pierwszej —
kiedy juŜ poznałem taką moŜliwość
— gdyby nie dwa zastrzeŜenia. Jak moŜna wytłumaczyć
to, co przytrafiło się Isthomi przy próbie kontaktu z hi
potetycznymi supertwórcami? I dlaczego istoty podobne
do Dziewiątki byłyby zainteresowane obsianiem całych
galaktyk takim DNA, które w efekcie doprowadziło do
powstania istot humanoidalnych?
— Jeśli chronologia Isthomi jest choć trochę dokładna
— zauwaŜyłem — to nie mógł to być ten Asgard, który
obsiał naszą galaktykę genami mych odległych przodków.
pierwotnych ssaków. MoŜe to ten, który przepadł. Nie
moŜna wykluczyć, Ŝe istnieją gdzieś w galaktyce inne
Asgardy, nawet w lokalnych zakątkach przestrzeni kos-
NajeŜdźcy z Centrum
257
micznej, tak niedokładnie do tej pory zbadanych. Jeśli zaś znajdują się poza układami
słonecznymi, nie mamy najmniejszej szansy na ich wykrycie. PodróŜujemy od układu do
układu w norach kompresyjnych, z tego, co wiemy, w głębi międzygwiezdnej przestrzeni
moŜe roić się od Asgardów. MoŜe odkryliśmy ten, poniewaŜ stało się z nim coś złego?
Moglibyśmy tak rozmawiać godzinami, ale przerwało nam pukanie. Był to dziwnie
swojski odgłos jak na takie dziwaczne otoczenie.
— To pewnie Finn — powiedziałem idąc do drzwi.
NaleŜał mi się celujący z domyślności. Otworzywszy drzwi, istotnie, ujrzałem Finna
stojącego w progu, ale nie takim spodziewałem się go zastać.
Po pierwsze, trzymał rewolwer, wycelowany w moją pierś, a sądząc po wyrazie jego
twarzy, nie była mu niemiła myśl o uŜyciu go. Poza tym, nie był to paralizator, lecz
rewolwer, jakiego uŜywali najeźdźcy. ZwaŜywszy to, kolejna niespodzianka idealnie
zazębiała się z pierwszą. Obok sciona, którego Myrlin przypuszczalnie wyznaczył na ich
przewodnika, Finn miał ze sobą trzech Scarydów. Był wśród nich mój dawny przeciwnik o
oczach koloru nieba.
Wszyscy byli uzbrojeni.
To tylko Ŝołnierz, pomyślałem, czując bolesny ścisk w Ŝołądku. On jest tylko Ŝołnierzem.
Wyglądało na to, Ŝe nasi wrogowie niezupełnie dojrzeli do porozumienia na ustalonych
przez nas warunkach. Tak naprawdę, w ogóle nie wyglądali na szukających porozumienia.
258
28
K
iedy wszyscy znaleźliśmy się juŜ w środku i drzwi na powrót się zasunęły, odetchnąłem
nieco. Nie dlatego, Ŝe nasza sytuacja sprzyjała odpręŜeniu — błysk w oczach Finna
zdradzał, Ŝe z przyjemnością wyprułby ze mnie flaki. Nadal o wszystko obwiniał mnie.
Trzech najeźdźców wyglądało na spiętych, ale nie podejrzewałem ich o to, Ŝe mają
choć najmniejsze pojęcie, co naprawdę jest grane.
Thalia-7 i Calliope-4 zerwały się spłoszone.
— Co się stało? — spytała jedna z nich.
Oficer najeźdźców spojrzał na nie, ale zbył pytanie milczeniem. Czuł się wyraźnie
nieswojo, jakby wszystko to pozbawione było dla niego sensu. Trudno było się temu
dziwić.
— Co się dzieje w obozie? — spytałem. — Rokowania
między scionami a waszymi zwierzchnikami juŜ się chyba
zaczęły?
Uzyskałem jedynie puste spojrzenie. Nie wiedział nic o Ŝadnych rokowaniach. Nie
wiedział, Ŝe Thalia i Calliope i całe ich rodzeństwo to scionowie, twory Dziewiątki.
Wyglądały na przedstawicieli jednej z podbitych ras i nie mógł pojąć, co tutaj robią.
Sytuacja przerastała jego moŜliwości intelektualne.
— Kto was tu sprowadził? — starałem się przejąć
inicjatywę w trudnej, na jaką się zapowiadała, rozmowie,
w nadziei, Ŝe wszystko uda mi się wytłumaczyć.
— Tak naprawdę, to ty — odparł Finn.
Spojrzałem na niego ze zdziwieniem, wybity z rytmu.
16»
259
Wyszczerzył zęby w uśmiechu, z którego biło perfidne zadowolenie. Byłem całkowicie
zdany na jego wyjaśnienie.
— Miałeś rację co do mnie. Wiem, co powiedziałeś
blondynce, kiedy leŜeliśmy chorzy w szpitalu. „Nie moŜna
mi ufać". Święta prawda. Nie zawdzięczam niczego Gwiez
dnej Gwardii, Matce Ziemi, czy całej ludzkiej rasie, nie
mówiąc juŜ o Tetrach. Kiedy mnie schwytali, powiedzia
łem im wszystko, co chcieli wiedzieć, a nawet więcej.
Opowiedziałem im o małych gadgetach, w jakie mnie
zaopatrzyli Tetrowie. Wiedziałem o nich trochę więcej, niŜ
im się zdawało. Powiedziałem Scarydom, jak zacząć szukać
juŜ zainstalowanych urządzeń do podsłuchu. Znaleźliśmy
ich całe mnóstwo, a nawet kilka w najbardziej nieoczeki
wanych miejscach. Dopiero po pewnym czasie uświadomi
łem sobie, Ŝe ja równieŜ noszę urządzenie namiarowe, ale
w końcu domyśliłem się. Z obcasów moich butów wycie
kała jakaś organiczna substancja, zostawiając wykrywalny
węchem ślad. Zgadnij, kto jeszcze ma parę takich butów?
Przypomniałem sobie czas, kiedy uciekałem przed pogonią w głąb Asgarda.
— O, merde! — zakląłem. — Znowu!?
Finn skinął głową.
•
A dlaczego? Jaki sens miałoby dla Tetrów inwigilowanie własnych agentów?
•
MoŜe ci nie ufali. Chcesz znać moje zdanie? Według mnie, spodziewali się, Ŝe
przejdziemy na stronę przeciwnika, jeśli nie natychmiast, to zaraz po odkryciu, co naprawdę
ze sobą nieśliśmy. Wiedzieli, Ŝe będziemy w opałach, kiedy najeźdźcy zorientują się, Ŝe
jesteśmy nosicielami wirusa. Spodziewali się, Ŝe wybierzemy oczywiste
260
rozwiązanie. Chcieli się w ten sposób upewnić, Ŝe po wojnie nas dostaną.
Choć brzmiało to dość przekonywająco, nie dawałem temu wiary. Ściąganie nas nie
przyniosłoby Tetrom Ŝadnych korzyści. Na mój gust, Tetrowie oznakowali nas dla naszego
dobra, aby móc uchronić nas przed gniewem najeźdźców, jeśli nadarzy się po temu okazja.
Tetrowie stosują chwyty poniŜej pasa, ale naprawdę kierują się tym dziwnym poczuciem
obowiązku i na swój osobliwy sposób przestrzegają przepisów gwarantujących ład i porządek
moralny. Ale dla człowieka pokroju Finna rzeczy pozostałyby i tak niepojęte, nie
próbowałem więc się z nim sprzeczać. Zresztą, nie skończył jeszcze się przechwalać, jaki to
on jest sprytny.
— Scarydowie nie znają się zupełnie na elektronicznych
zabezpieczeniach — zwracał się do wszystkich — ale nie
zabrało mi duŜo czasu wprowadzenie ich we wszystko, co
się działo w Mieście. Byłem bardziej pojętnym uczniem,
niŜ podejrzewali Tetrowie. O, tak. Potem zachorowałem
i zwieźli mnie na dół razem z resztą. Kiedy się wy
swobodziliśmy, Scarydowie przekonali się, jak cenne wska
zówki im przekazałem. Doszli naszym śladem tu, nie więcej
niŜ dwa dni drogi za nami.
Brzmiało to nawet ciekawie, na swój sposób, ale odwracało uwagę od istoty rzeczy.
— Sytuacja uległa zmianie — zwróciłem się do Nie
bieskookiego. — Isthomi w obozie...
Pewnie, Ŝe tak — wtrącił Finn, chciał być tu najwaŜniejszy, wodzić rej. — Miasto
Pierścieniorbity przeszło z powrotem w ręce Tetrów, którzy ściągają środki do walki
najszybciej, jak mogą.
261
Zignorowałem go i dalej przemawiałem do jasnowłosego najeźdźcy:
— Po obu stronach pada wiele ofiar. Tetrowie was
zmiaŜdŜą, jeśli się nie poddacie. Nie znajdziecie tu Ŝadnej
pomocy, a zwłaszcza takiej, o jaką wam chodzi. Te istoty
nie są waszymi przodkami, nie mogą was obdarować
cudowną superbronią, która przewaŜy szalę zwycięstwa na
waszą korzyść. Stać ich tylko na zawarcie we własnym
imieniu pokoju z Tetrami, a mają wiele do zaoferowania
Rozpoczęli juŜ rozmowy z politykami na waszym pozio
mie. MoŜecie tylko wszystko sknocić, wymachując pu-
kawkami. Uwierz mi, nie mamy na to Ŝadnego wpływu.
To nie miało sensu, on był tylko Ŝołnierzem, moje słowa odbijały się od niego jak groch
rzucany o ścianę. Nie chodziło o to, Ŝe mi nie wierzył — to wszystko brzmiało dla niego jak
czysty bełkot. Musiałbym bardziej się postarać, ale nie wiedziałem, od czego zacząć.
Zerknąłem na bok na Finna, pragnąc, aby nagle zniknął i przestał wszystko komplikować.
•
Co właściwie zamierzacie zrobić? — spytałem najłagodniejszym tonem, na jaki
mogłem się zdobyć.
•
Chcemy broni — odparł Niebieskooki, jakby to było jasne jak słońce. — Chcemy
wyciszaczy, których działanie opisałeś Dyanowi. Chcemy potęŜnej broni, która umoŜliwi
nam powstrzymanie Tetrów i wyparcie ich z naszego świata. Chcemy przejąć władzę nad
Asgardem i ją utrzymać!
•
I jak zamierzacie tego dokonać? — spytałem, tłumiąc zgryźliwość w głosie.
Obróciłem się na chwilę w stronę scionów, którzy wydawali się ubawieni całą sytuacją.
Miałem wraŜenie, Ŝe
262
Z przyjemnością zdają na razie wszystko w moje ręce. Ich zaufanie pochlebiało mi, ale nie
mogłem uwierzyć, Ŝe ąaprawdę osiągnąłem cokolwiek w tej zwariowanej dyskusji.
•
Chcemy się porozumieć z nieśmiertelnymi — przemówił jasnowłosy w swym
najlepszym heroicznym stylu. — Chcemy, abyście zaprowadzili nas do istot władających tą
biostrefą.
•
Nie potrzebujemy was do nich prowadzić — wyjaśniłem. — One są tu, nie tylko Thalia
i Calliope, ale równieŜ ściany, podłoga, sufit. Nie są ludźmi takimi jak ty lub ja, są
elektronicznymi jaźniami. Myślącymi programami. Pozbawione są ciał, o jakich myślicie.
Jego puste spojrzenie mówiło, Ŝe nic z tego do niego nie dociera.
— Pragnąłbym ze swej strony, aby bardziej czynnie
włączyły się w to wszysko — ciągnąłem — i nie miałbym
absolutnie nic przeciwko, gdyby uśpiły nas teraz wszyst
kich za pomocą jednej ze swych wymyślnych sztuczek,
abyśmy mogli rozstrzygnąć sprawę bez tych rewolwerów,
którymi wymachujecie nam przed nosem.
Liczyłem, oczywiście, na to, Ŝe Dziewiątka przez cały czas się nam przygląda, podobnie
jak stała spokojnie z boku, kiedy podczas mego ostatniego tu pobytu Gwiezdna Gwardia
załatwiała swe porachunki z Amara Guurem. Liczyłem na to, Ŝe Isthomi są całkowicie
panami sytuacji, a ci kowboje zostali wykryci i poddani bacznej obserwacji od chwili
wdarcia się na ten poziom. A przed działaniem powstrzymuje ich tylko świadomość, Ŝe nie
ma powodów do paniki. Pragnąłem jednak, aby pojęli aluzję.
263
Ale nic się nie wydarzyło i nie mogłem powstrzymać się od rzucenia niespokojnego
spojrzenia na Thalię i Calliope. Uświadomiłem sobie, Ŝe nie wiem naprawdę, jak cięŜkie
odniosła obraŜenia Dziewiątka w tym starciu na software. MoŜe akurat nie uwaŜała, kiedy
zakradli się tu Ŝołnierze Scarydów. Wiedziałem, Ŝe teraz powinna uwaŜać, poniewaŜ Myrlin
powiedział, Ŝe będą przysłuchiwać się mej rozmowie ze scionami. Ale panowała jedynie
cisza i bezruch.
Czy to moŜliwe, rozmyślałem, Ŝe Isthomi nie sprawują juŜ dostatecznej władzy nad swymi
systemami, aby przedsięwziąć skuteczne kroki przeciw intruzom? A jeśli tak, to gdzie, ach
gdzie podziewa się Myrlin?
•
Nie macie prawa stawiać Ŝądań — oświadczyłem Niebieskookiemu. — Z pewnością
zdajecie sobie z tego sprawę.
•
Tak się stało — odparł — Ŝe mamy większe prawo, niŜ ci się wydaje. Jak sądzę,
przywieźli cię tu rannego i nie widziałeś urządzeń ani szybu łączącego ten poziom z wyŜ-
szymi. To bardzo głęboki i niezwykle szeroki szyb. Nie wiem, na jaką głębokość sięga, ale
powyŜej rozciągają się setki poziomów. Łączna jego objętość musi być ogromna,
•
I co z tego?
•
To, Ŝe w środku jest próŜnia — wtrącił Finn szyderczo. — Wprawdzie tablice
ostrzegawcze nie są wypisane w Ŝadnym znanym języku, ale ten kto je wymyślił, zadbał aby
były zrozumiałe dla kaŜdego, kto posiada choć odrobinę inteligencji. PodróŜ na dół trwała
długo i mieliśmy kupę czasu na rozszyfrowanie ich treści. Winda chodzi gładko w dół i w
górę próŜniowego szybu, który jest dość głęboki, by zassać z tej biostrefy ogromną masę
powietrza.
264
Trzeba tylko odpowiedniej ilości materiału wybuchowego, by wysadzić śluzę. MoŜemy
wyrządzić duŜo strat jednym „trrrach". A jeśli mieszkające tu istoty lubią powietrze, lepiej
niech z nami pogadają, o'kay? Pokręciłem z niedowierzaniem głową.
— PrzecieŜ wy nic z tego nie rozumiecie! — wykrzyk
nąłem. — Nie macie pojęcia, na jakim świecie Ŝyjecie!
Nie wiem, czy istotnie macie dość ładunków, by wyrąbać
dziurę w tej biostrefie, moŜe tak. Ale nie moŜecie zranić
Isthomi. Powietrze nie jest im potrzebne do szczęścia
bardziej niŜ światło. Moglibyście latami ich wysadzać i
nie wyrządzić im Ŝadnych szkód. Czy do Ŝadnego z was
nie dotarło jeszcze, Ŝe broń palna na nic się tu nie zda?
Spojrzeli na swe rewolwery, wciąŜ mierzące w mą pierś.
Ponownie zwróciłem się do Thalii i Calliope, apelując o jakieś wsparcie. Czułem, Ŝe
zrobiłem juŜ wszystko, co w mej mocy, a teraz kolej na nie. Miałem niepokojące
podejrzenia, Ŝe wciąŜ przyglądały się urzeczone interakcją dziwnych obcych istot, jakby
obserwowały przez mikroskop kulturę bakteryjną dotkniętą jakimś strasznym kryzysem.
MoŜe nawet nie przyszło im do głowy, Ŝe powinny się wtrącać.
— MoŜemy was zaprowadzić do miejsca, skąd będzie
cie mogli rozmawiać bezpośrednio z Dziewiątką — po
wiedziała Calliope.
Nie byłem pewny, o co jej chodzi. Dziewiątka była przecieŜ tutaj: w ścianach, na niebie.
Słyszała kaŜde słowo. Nie trzeba było nigdzie chodzić. A moŜe to ja czegoś nie rozumiałem?
Nie miałem jednak podstaw, by się Ŝalić.
265
Byłem ledwie Bogu ducha winnym postronnym obserwatorem.
•
Nie widziałeś ich jeszcze, Finn? — spytałem. — Kiedy się obudziłeś, nie było Ŝadnych
duchów?
•
Nie wiem, o czym mówisz.
•
Powinienem był przestrzec Myrlina, by nie kusił złego. Myrlina chyba spotkałeś?
•
Tego wielkiego faceta, który wyprowadził mnie z labiryntu? Pewnie! Poszedł zaraz z
powrotem, chwilę przedtem, nim spotkałem swych przyjaciół.
•
Oni nie są twymi przyjaciółmi, John — przeszedłem na angielski. — W porównaniu do
tych facetów, Gwardia to dla ciebie rodzona matka. MoŜe jest z ciebie kawał gnojka, ale
gnojka pod dowództwem Susarmy Lear. Jej moŜesz ufać. Dla tych neandertalczyków strzelić
komuś w plecy to tak jak splunąć.
Niebieskooki potrząsnął rewolwerem na znak, Ŝe mu się to nie podoba.
•
Zamknij się, Rousseau — uciął Finn w parole.
•
śą
dam, aby zabrano mnie do kogoś, kto tu sprawuje władzę — przemówił
Niebieskooki.
Wtedy wmieszała się do rozmowy Thalia i zaczęła rozmawiać z najeźdźcami w języku,
który musiał być ich rodzimym narzeczem. Oficer odpowiedział uprzejmie i nagle został
wciągnięty w rozmowę ze scionami. Poczułem się uraŜony z powodu wyłączenia mnie z
grona, a nawet nieco zaniepokojony. Najprostszym wytłumaczeniem przejścia na inny język
było to, Ŝe towarzysze Niebieskookiego, nie władający parole, mogli wreszcie zrozumieć, o
czym mowa. Ale nękały mnie wątpliwości, czy przypadkiem nie chodzi-
266
ło teŜ o to, abym z kolei ja teraz nic nie rozumiał. Powiedziałem sobie, Ŝe mimo iŜ z
wyglądu scionowie przypominają powiększone pluszowe niedźwiadki, to nie wiadomo,
czy choć trochę ich obchodziło, co się stanie ze mną.
Po upływie około trzech minut przeszli z powrotem na parole. To Calliope zwróciła się
do mnie:
— Zrobimy tak, jak sobie ten człowiek Ŝyczy — po
twierdzając w ten sposób tę na pierwszy rzut oka nie
dorzeczną propozycję, jaką złoŜyła wcześniej. — Popro
wadzimy go przez korytarze, aby mógł się porozumieć
bezpośrednio z Dziewiątką.
Jeśli chciała przesłać im wiadomość, nie miałem nic przeciwko temu. Ten świat naleŜał
do Isthomi, a cała nasza grupa wydawała się równie mało znacząca, co wszy —
choćbyśmy byli nie wiem jak bardzo interesujący. Dziewiątka panowała nad sytuacją, nie
wątpiłem w to ani przez chwilę, i gotów byłem przystać na wszystkie jej polecenia.
— W porządku. Jeśli tak trzeba...
Wyruszyliśmy więc w me ślady, ale w przeciwnym kierunku, przez labirynt korytarzy
stanowiących jedną drobinę ciała Isthomi. W drodze dokuczała mi świadomość, Ŝe za
plecami mam Finna, który z dziką satysfakcją trzyma mnie na muszce. W myśli
pocieszałem się odrobiną występnej radości, jedyną jaka mi pozostała. Jeśli przedtem
Finnowi upiekło się i nie stanął twarzą w twarz z duchami, teraz, jak sądziłem, z
pewnością go to nie minie.
267
29
B
y przejść przez wąskie korytarze musieliśmy nieco pochód wydłuŜyć. Thalia i Calliope szły
razem na czele, za nimi Niebieskooki z jednym ze swych chwackich chłopaków, obaj z
groźnie sterczącymi rewolwerami w ręku. Potem byłem ja, z Johnem Finnem na karku, który
wciąŜ miał radochę z tego, Ŝe moŜe mnie trochę postraszyć. Dwóch nowych Ŝołnierzy
zamykało pochód — przed domkiem Myrlina czekały posiłki. Jeszcze dwóch Ŝołnierzy
pozostało na zewnątrz, teoretycznie zabezpieczając tyły ekspedycji.
Kiedy maszerowaliśmy przez gmatwaninę korytarzy, spodziewałem się w kaŜdej chwili, Ŝe
ś
ciany z jednej albo drugiej strony oŜyją nagle i w jednym pysznym przebłysku wyciszacza
Isthomi z dziecinną łatwością przejmą kontrolę nad sytuacją z rąk naszych oprawców. Ale
nic się nie działo i zaczęły kiełkować we mnie wątpliwości. Gdzieś przed nami znajdowali
się Myrlin i Tulyar, ale nie miałem pojęcia, czy zostali ostrzeŜeni. Czy Dziewiątka po prostu
rozsiadła się wygodnie, niczym widownia w teatrze, czekając na to, kto padnie pierwszy?
Raz, kiedy mijaliśmy mroczną odnogę korytarza, przyszła mi na myśl ucieczka. Ale Finn
za bardzo deptał mi po piętach, a jego ochotę, by skarcić mnie przy najlŜejszym
nierozwaŜnym kroku, aŜ nadto dawało się odczuć.
Ś
ciany po obu stronach pozostawały niezmiennie czarne — ani cienia zjaw. Kryjące się w
nich Ŝycie było całkowicie niedostrzegalne, jakby zadowalało się zachowywaniem incognito.
Scionowie pewnie i bez ociągania prowadzili nas
268
przez labirynt. ZauwaŜyłem, Ŝe Niebieskookiemu zrzedła nieco mina, kiedy spostrzegł, Ŝe
nigdy o własnych siłach się stąd nie wydostanie. Dwukrotnie przykładał do ust krótko-
falówkę, by nawiązać łączność ze swymi ludźmi na zewnątrz, upewniając się, Ŝe nadal jest z
nimi w kontakcie. Nadal nie mogłem rozstrzygnąć, czy historyjka Finna o próŜni i ładunkach
wybuchowych była czymś więcej, niŜ podyktowanym rozpaczą głupim bluffem. Ale oficer
zdawał się traktować to dostatecznie powaŜnie, by zadać sobie trud sprawdzenia, czy w razie
czego będzie mógł przesłać sygnał do swych ludzi, by uzbroili bombę.
Sądziłem, Ŝe Dziewiątka w kaŜdej wybranej przez siebie chwili będzie mogła zagłuszyć
transmisję, więc gdyby przyszło co do czego, wiadomości nie będzie moŜna przekazać, ale
pozostawał jeszcze cień wątpliwości.
Bogowie i obcy chadzają tajemniczymi ścieŜkami, jak zapewnia nas znane przysłowie.
Szukałem pociechy w Ŝartobliwym wytłumaczeniu, Ŝe po Dziewięciu Muzach naleŜy
przecieŜ spodziewać się znakomitego wyczucia dramatycznego napięcia i trzymania widza w
niepewności. Są jednak chwile, kiedy moje poczucie humoru nie bawi mnie zbytnio.
W końcu doszliśmy do ustalonego przez Thalię i Calliope celu. W ścianie wyrósł nagle
otwór, wystarczająco efektownie, by Niebieskooki na widok takich czarów drgnął z
zaskoczenia. Mogliśmy wszyscy przejść do owalnego pomieszczenia, którego sufit jarzył się
bladym perłowym blaskiem.
Thalia i Calliope weszły do środka, natomiast Niebieskooki został z tyłu, poŜerając
wzrokiem tajemniczy
269
portal. W końcu przezeń przeszedł, ale nakazał Ŝołnierzom zamykającym pochód, by zostali
na zewnątrz i strzegli wejścia. Teraz pozostawało z nami tylko trzech uzbrojonych
przeciwników, ale nadal szanse powodzenia były zbyt nikłe, bym czegokolwiek próbował.
Na scionach nie moŜna polegać w tego typu walce. Co innego, gdyby była ze mną Susarma
Lear i Serne.
Nie było w pomieszczeniu komór deprywacyjnych, natomiast stały trzy fotele, obstawione
zewsząd wszelkimi rodzajami elektronicznego sprzętu. Wyglądały mi na fotele uŜywane
przez lekarzy do przeprowadzania odczytów EEG i wysyłania sond mózgowych, albo w
pełnowymiaro-wym treningu biofeedbacku*. Oplatane były zwisającymi niczym czułki
przewodami, podobnymi do tych, które wypuściły w mą czaszkę cieniuteńkie nitki, kiedy
przebywałem w komorze.
Domyślałem się, Ŝe były to wymyślne łącza, za pomocą których świadoma istota
humanoidalna mogła dostroić się do systemów Dziewiątki. Pośredniczyły zapewne w naj-
intymniejszym obcowaniu scionów z ich rodzicielskimi komputerowymi jaźniami, stanowiły
teŜ środek, za pomocą którego Dziewiątka mogła uczestniczyć w szczerej i otwartej
wymianie zdań z Myrlinem i Tulyarem-994, czy jakimkolwiek ochotnikiem.
Tulyara i Myrlina zastaliśmy juŜ na miejscu, wygodnie usadowionych w fotelach. Nie
poruszyli się ani nie otworzyli oczu, kiedy wchodziliśmy. Nawet kiedy dotknąłem
* (ang.) biologiczne sprzęŜenie zwrotne.
270
ręki Myrlina, nie dał Ŝadnego znaku, Ŝe jest świadomy mej obecności.
W tym momencie zacząłem się powaŜnie martwić, uprzy-tomniwszy sobie, Ŝe musiało
zajść coś strasznego i milczenie Dziewiątki nie jest jedynie oznaką jej cierpliwości i
ciekawości.
Niebieskookiemu, sądząc po jego minie, ani trochę nie podobała się ta sytuacja. Wyraźnie
malowało się na jego twarzy zaniepokojenie — w porównaniu z mrokiem korytarzy
pomieszczenie było jasno oświetlone. Ściany przypominały ekrany, ale panowała na nich
niezmącona szarość. Przy fotelach nie było Ŝadnej konsoli sterującej ich działaniem.
Wszystko to kryło się w obszernych kapturach. w które przyszli komunikanci musieli
wetknąć swoje głowy. Niebieskooki nigdy przedtem czegoś takiego nie widział i nawet on
zdawał sobie sprawę, Ŝe nienaturalny spokój Myrlina i Tulyara nie wróŜy nic dobrego.
Odsunąłem się, kiedy jasnowłosy oficer podszedł do Myrlina, by za mym przykładem
dotknąć jego ręki. Spojrzałem na Calliope, ale ona wpatrywała się w twarz siostry. Na ich
obliczach malowała się niemal identyczna mina, wiele mówiąca nawet na tak obcej twarzy.
Nie było to przeraŜenie, ale ich wygląd wszystkim nam jasno sugerował, Ŝe coś, czego juŜ się
zaczęły obawiać, teraz manifestowało się wyraźnie w całej swej tragiczności.
Jeśli kołatały we mnie jakieś wątpliwości, rozproszył je ostatecznie wyraz ich twarzy.
Czepiałem się do tej pory wszelkich moŜliwych złudnych przesłanek, ale stało się coś
strasznego. Nie miało to nic wspólnego z czymś tak trywialnym i absurdalnym jak
wtargnięcie Niebiesko-
271
okiego i jego wymachujących bronią marionetek. Było to coś prawdziwie rozpaczliwego.
Nie przejmując się Finnem, ująłem nadgarstek Myrlina i zbadałem puls. Choć ciało nie
było zimne, nie wyczuwałem śladów bicia serca. Kiedy rozchyliłem powieki, ujrzałem tylko
białka oczu.
Podszedłem do Tulyara. Nie wiem, jakiego rodzaju rozstrzygające testy naleŜy
przeprowadzić w celu stwierdzenia, czy Tetr jest Ŝywy lub umarły, ale on równieŜ nie miał
wyczuwalnego tętna. Spojrzałem za siebie na Myrlina, wspominając jego zapewnienia
zaledwie sprzed paru godzin, Ŝe jestem tak samo nieśmiertelny jak on.
— Co się stało? — spytałem Thalię.
Potrząsnęła głową na znak, Ŝe nie wie.
•
Co tu się dzieje? — domagał się wyjaśnień Niebieskooki.
•
Myślę, Ŝe nie ma tu Dziewiątki — zwróciła się do niego.
Nie był w stanie pojąć, co tych kilka słów oznaczało. Nadal spodziewał się jakiejś
władczej porywczej persony w rodzaju Sigora Dyana, która miała wyjść z ukrycia mówiąc:
„W czym mogę wam pomóc, chłopcy?"
Był w stanie przełknąć to, Ŝe Myrlin i Tulyar prawdopodobnie nie Ŝyją. Ale to, Ŝe coś
załatwiło Dziewiątkę — co juŜ samo przez się świadczyło o naturze i mocy tego „coś" —
brzmiało dla niego jak czysty nonsens.
Spojrzałem po szarych ścianach. Martwe? Czy to wszystko moŜe być martwe?,
zastanawiałem się. Nie tylko grupa osób, ale cały ten świat?
— Chcę wiedzieć, co się tu dzieje! — zaŜądał Niebiesko-
272
oki. Mało brakowało, by niczym rozkapryszone dziecko tupnął ze złości nogą.
— Nasi gospodarze są niedysponowani — oznajmiłem.
•
Wcześniej odnieśli obraŜenia w zetknięciu z czymś, co znajduje się w Centrum. Nie
sądzę, Ŝeby próbowali tego ponownie, więc musiało zajść coś odwrotnego. To coś
podąŜyło za nimi. MoŜe przybyło, by ich zniszczyć. MoŜe usiłowało tylko dokonać tego
samego... nawiązać kontakt. Dziewiątki tutaj nie ma, ale... — spojrzałem na milczące,
puste ściany, spodziewając się, Ŝe lada chwila gwałtownie oŜyją. — MoŜe ktoś jest —
dokończyłem ściszonym głosem.
•
MoŜe ktoś jest.
Reakcja Niebieskookiego w swej bezmyślności była wręcz Ŝałosna. Zrobił trzy kroki
w mym kierunku i chlas-nął mnie rewolwerem przez twarz. Poleciałem za ciosem, ale
mimo to mocno mnie zabolało. Prawa strona mojej szczęki zdawała się przyciągać tyle
agresji. Ciekawe, czy widniał na niej jakiś cel.
— Jeśli nie skończysz z tymi bredniami, wezmę się za
ciebie ostro — zagroził.
Thalia i Calliope wyglądały na wstrząśnięte tym wybuchem. Przysunęły się jeszcze
bliŜej do siebie. Nie miałem w nich Ŝadnego oparcia. Nie dziwiło mnie to. ZagraŜała im
samotność tak, jak nigdy dotąd. Z ich punktu widzenia unicestwienie rodzicielskich
jaźni było najgorszą rzeczą, jaką mogły sobie wyobrazić.
Kusiło mnie, by doradzić odwrót, by powiedzieć tym niedorozwiniętym
barbarzyńcom, Ŝe znajdują się wewnątrz czegoś całkowicie im obcego i nie znanego, co
mogło Ŝywić wobec nich wrogie zamiary i nawet jeśli zaczną pojmować,
- Najeźdźcy z Centrum
273
co się wokół nich dzieje, nie przestaną zmykać, póki nie znajdą się z powrotem w domu.
Byłoby to nierozwaŜne. Jeśli jakaś niewiadoma persona opanowała systemy Dziewiątki,
nie było mowy o jakiejkolwiek ucieczce. Jeśli zaś nastąpiło tylko niszczące uderzenie,
wszelkie Ŝycie w systemie uległo zagładzie i nie było potrzeby ucieczki.
Spojrzałem na trzecie krzesło, wolne łącze. Tam mogło kryć się rozwiązanie. Zerknąłem z
powrotem na scionów, przekonując się, Ŝe i one przyglądają się krzesłu, lecz bez większego
entuzjazmu.
Ale oto John Finn, jak mu się zdawało, rozgryzł juŜ, co jest grane i wziął na siebie cięŜar
wytłumaczenia swym przyjaciołom, w czym rzecz.
— Tak, jak ja to widzę — zaczął — całością kierują te komputery. To maszyny naprawdę
tu rządziły, a te kosmate dziwolągi to ich sługusy. Ten Tetr dobijał z nimi targu, kiedy stało
się coś niesamowitego. Wygląda na to, Ŝe myślące maszyny zostały pokiereszowane, a przy
tym oberwało się tym dwóm. Rousseau uwaŜa, Ŝe to coś nadal tu jest. Cholera wie, czy ma
rację, czy nie. To wszystko moŜe być lipa, ale nie sądzę. Chyba lepiej będzie, jak stąd
spłyniemy.
Niebieskooki obrzucił go lodowatym spojrzeniem, ale ani drgnął. „Bycie tylko
Ŝ
ołnierzem" w jego armii zakładało dziewięćdziesiąt dziewięć procent odwagi i jedynie jeden
procent udziału mózgu. On chyba został dodatkowo przez przypadek oszukany przy rozdziale
rozumu. Niestety, wymyślenie jakiejś alternatywy działania sprawiało mu najwyraźniej wiele
trudności.
274
— To wszystko jakieś sztuczki! — przemówił wreszcie.
Niezły pomysł, ale chciałbym w to wierzyć. Nawet
Finnowi trudno to było przełknąć, choć wydawał się mistrzem w dawaniu wiary
wszystkiemu, co mu było w danej chwili wygodne. Scaryda wskazał pusty fotel.
•
Czy to urządzenie słuŜy do porozumiewania się z maszynami?
•
Pewnie — potwierdziłem. — Trzeba tylko usiąść, a zaczną ci krzyczeć prosto do
ucha, jeśli w ogóle jeszcze mogą mówić. MoŜe dostaniesz za to medal, moŜe nawet
pośmiertny, ale takie są najbardziej zasłuŜone.
Wskazałem głową na złowieszczo nieruchome postaci Myrlina i Tulyara. Na swoje
nieszczęście, musiałem wysłowić się dość niezręcznie. Niebieskooki uznał, Ŝe próbuję
się stawiać. Sarkazm jest zawsze niebezpieczną bronią, nawet wobec istot
wyglądających jak nasi neandertalscy przodkowie. Albo pozostaje niezrozumiały, albo
pojmowany jest zupełnie na opak. Niebieskooki nie chciał rozstawać się ze swym
wytłumaczeniem, Ŝe to wszystko sztuczki, nie podobało mu się, Ŝe się z niego
wyśmiewam. W tym momencie, jak sądzę, podobnie jak Finn, zraził się do mnie
ostatecznie.
— Świetnie — rzekł. — A więc, z łaski swej, ty
spróbujesz tego pierwszy.
Finn roześmiał się.
— MoŜe lepiej będzie, gdy mnie zastrzelisz? — po
wiedziałem rozkładając szeroko ręce. Był to akt brawury
wynikły z desperacji. Chciałem jak najszybciej przestać być
przedmiotem powszechnego zainteresowania, chciałem po-
n«
275
wrócić na pobocze sceny, gdzie moje miejsce. Ale nie było nikogo, kto by mnie zastąpił w
głównej roli. Myrlin był „kaput", a Susarma Lear, jeśli jeszcze Ŝyła, nadal spała w komorze
deprywacyjnej, tracąc cały ten ubaw.
- Jeśli nie siądziesz na tym krześle — zapewnił mnie
Niebieskooki — naprawdę cię zastrzelę, moŜesz być tego
pewny.
Było jasne, Ŝe miał mnie dość. Nie uwaŜał nawet, Ŝe mogę się jeszcze na coś przydać.
— Co mi tam, psiakrew — oświadczyłem rozgoryczony.
— I tak pogodziłem się ze śmiercią, kiedy mnie, dranie,
dostaliście w swoje łapy. A co się odwlecze, to nie uciecze.
Na pewno nie chciałem mu dać przyjemności zastrzelenia mnie ani nie chciałem czekać, aŜ
z ochotą pomoŜe mu w tym Finn. Myrlin i Tulyar wyglądali na dość spokojnych, na ich
twarzach nie było widać Ŝadnych oznak, Ŝe zginęli bolesną śmiercią. Zacząłem nawet się
pocieszać, Ŝe nie ma wcale pewności, Ŝe w ogóle zginęli. Jeśli dopisze mi szczęście, siądę na
krześle, uruchomię urządzenie i nic
— nic się nie stanie.
Myślę, Ŝe szczęście szczęściu nierówne. Oczywiście, nie skończyło się to dla mnie
tragicznie — „oczywiście" odnosi się do twojego punktu widzenia, szanowny czytelniku —
ale to, czego doświadczyłem, bardzo odbiegało od tego „nic", którego się spodziewałem.
Zostałem podłączony w tej samej chwili, kiedy usiadłem, zanim zdąŜyłem się rozejrzeć za
jakimś rozrusznikiem. Urządzenie nie potrzebowało mego udziału, by zacząć działać: było
gotowe i tylko czekało. Neuronowe korzonki zaczęły wwiercać się w skórę czaszki, szukając
wypustek
276
osiowych, przez które mogły podłączyć się do centralnego układu nerwowego. Po raz
pierwszy przeŜyłem coś takiego świadomie i wywołało to w mym buntującym się
Ŝ
ołądku odruchy wymiotne. Uczucie tego rodzaju penetracji jest jednym z najbardziej
przykrych, jakie znam, mimo Ŝe nic nie boli. Nawet nie łaskocze.
To co się dzieje potem, moŜe być oczywiście bolesne, gorsze nawet niŜ ból, jakiego
doznajemy w naturalny sposób przy poraŜeniu nerwów, kiedy ulega obraŜeniom ciało.
Zgrzytałem zębami w oczekiwaniu bólu, ale to co nastąpiło, sprawiło, Ŝe zabiegi te
okazały się Ŝałosne. Poczułem, jak rozsadza mi głowę, a me myśli rozdziera palący,
agonalny podmuch.
Co gorsza, zawsze znajdzie się jakaś idiotyczna drobnostka, zdolna nawet
najkoszmarniejsze przeŜycie uczynić jeszcze potworniej szym — ostatnią rzeczą, jaką
słyszałem, nim poŜegnałem się z tą rzeczywistością, był wystrzał z rewolweru.
30
W
yobraziłem sobie, Ŝe jestem Prometeuszem przykutym do skały. Czułem, jak orle pazury
szarpią i rozdzierają mi Ŝebra, jak szpony zatapiają się w serce. Przeistoczyłem się w Sir
Everarda Digby, zepchniętego z szafotu, potem na ziemię, kiedy przecięto sznur. Byłem
wciąŜ świadomy, kiedy zbliŜał się do mnie kat, by mnie
277
wykastrować i wypruć wnętrzności. Zlałem swe doznania z męczarniami Damiensa,
łamanego kołem, któremu przypalano członki rozgrzanymi do czerwoności hakami, dręczono
polewając rany ciekłym ołowiem, wrzącym sadłem, płonącą smołą, siarką. Czułem, jak konie
z całych sił rwą ciało, które nie daje się rozerwać...
Nie był to bynajmniej bulwarowy horror, lecz akt psychicznej samoobrony. Tylko w ten
sposób mogłem uporać się z niebezpiecznie wybuchowym poŜarem neuronów — przez
wtłoczenie tego najbardziej krańcowego z doznań w ramy jakiejś opowieści, nadanie mu w
wyobraźni spójności.
Nie wiedziałem, co robię, ale w ten sposób ratowałem Ŝycie i jaźń przed wstrząsem, który
w przeciwnym wypadku mógłby się skończyć tragicznie.
Podobno, choć jest to z pewnością wytwór chorej wyobraźni brukowych pismaków, trzeba
było dziesięciu koni i kilku godzin, by wyrwać Damiensowi członki, mimo Ŝe oprawcy
wcześniej nadweręŜyli mu biodra i barki, nacinając wiązadła. Po tym wszystkim ów człowiek
podobno jeszcze Ŝył, choć nie był w stanie wydać z siebie głosu, przez co nie mógł wyrazić
Ŝ
alu za grzechy i otrzymać ostatniego namaszczenia.
Kiedy ja odgrywałem w wyobraźni jego dramat, cała historia mogła być, i była, prawdą.
Sprawozdawcy utrzymują równieŜ, Ŝe Everard Digby nie stracił przytomności, kiedy go
ć
wiartowano.
Ale musi być to wyraz nadmiernego dąŜenia obserwatorów do wyciśnięcia za wszelką
cenę z opowieści ostatniej kropli sensacji po to, by udowodnić słuchaczom,
278
Ŝ
e nikt nigdy nie cierpiał ani nie mógłby cierpieć, tak jak rzeczony nieszczęśnik. Ja zaś, kiedy
przeobraziłem się w Sir Digby'ego, stałem się legendarnym Digbym i ograniczenia
wiarygodności nie obchodziły mej rozbuchanej wyobraźni.
Rzecz jasna, nie było Ŝadnych naocznych świadków męczarni Prometeusza, więc nikomu
nie zaleŜało na nadaniu temu zdarzeniu większego rozgłosu. Być moŜe łatwiej było przez to
być Prometeuszem.
Niniejszy opis mych przeŜyć nie jest tworzony z punktu widzenia naocznego świadka, lecz
ofiary. Zaś mnie samemu wydaje się, Ŝe me dąŜenie do odtworzenia owych przeŜyć,
niekoniecznie w celu nadania im większego rozgłosu, kryje w sobie paradoks. OtóŜ, pamięć
tych doświadczeń jest wybiórcza. Nie mogę sobie przypomnieć męczarni, muszę je sobie za
to wyobraŜać. A teraz, kiedy wiem, Ŝe w jakimś sensie nie były to rzeczywiste męczarnie
(nic, koniec końców, nie stało się mym realnym członkom ani sercu), trudniej mi je sobie
wyobrazić niŜ wtedy.
Z pewnością wyda się to przesadą zwaŜywszy, Ŝe wyszedłem z tego cało. Niemniej, mogę
was zapewnić, Ŝe cierpiałem, lub — jeśli wolicie — wyobraŜałem sobie, Ŝe cierpię straszliwe
katusze, i w istocie przelotnie utoŜsamiałem się z tymi upiornymi próbami opisu najokrop-
niejszych męczarni, jakich kiedykolwiek doświadczył człowiek.
Jeśli chcecie, moŜecie mnie nazwać hipochondrykiem.
Ból, z jakim się zmagałem, sprawił, Ŝe ze wszystkich sił zapragnąłem zmaleć, skurczyć się
i w tej znikomości ukryć. Próbowałem zagrzebać się w swej własnej materii, niczym robak
poŜerający swój ogon z wściekłym apetytem. Próbo-
279
wałem przepaść w fałdzie przestrzeni niczym statek kosmiczny w norze kompresyjnej, albo
drobina krąŜąca wewnątrz atomu w swej ulotnej postaci, dumnie pokonująca nieskończenie
drobny odcinek w tkance przestrzeni w ciągu niewyobraŜalnego ułamka pikosekundy.
Zadziwiające, ale ten tchórzliwy wybieg skutkował.
Ból ustępował, kiedy malałem, a kiedy w wyobraźni stałem się nie większy od atomu,
zniknął bez śladu. Odczuwałem dziwną swobodę: byłem mikroskopijną drobiną i mój czas
rozciągnął się w wygodną wieczność. Przez chwilę nie zwracałem uwagi na to, co się działo
poza mną.
Jeśli chcecie, moŜecie mnie nazwać egocentrykiem.
Potem, niczym bohater dawnej powieści „inner space", doznałem pewnego rodzaju
percepcyjnego wstrząsu, wskutek którego uległy odwróceniu pojęcia wielkości i maleri-
kości. Łagodnym, posuwistym przejściem, jak podczas gimnastyki w stanie niewaŜkości,
przeobraziłem się w cały wszechświat utkany z przestrzeni i wypełniony gwiazdami.
Rozszerzając się płynąłem, obleczony w cieniutką warstwę galaktyk, których prędkość
ucieczki względem mego nieruchomego serca wahała się wokół magicznej granicy ,,c".
Wewnątrz mnie, niczym ameboidalna protoplazma, przepływał strumień nasiennego płynu
mgławicowych oparów, pragnących zatracić się w wirującym tańcu, który by je porwał i
przemienił w gwiezdne spermatydy. A bicie mego serca było biciem Boskiego Serca —
tętnem i pul-sacją Stworzenia. Tu równieŜ nie było miejsca na ból, panował stan
krystalicznej ekstazy muzyki sfer.
Osiągnąwszy w ten sposób stan bezpiecznej stabilności, jako persona wyzwolona z
okowów ciała i umysłu, gotów
280
byłem przybrać jakąś hipotetyczną postać, w której bym mógł stawić czoła innym istnieniom,
w której moŜna by ze mną nawiązać kontakt.
Taki był przecieŜ cel tego wszystkiego.
W urokliwych opowieściach Starej Ziemi, tego rodzaju zbliŜenia, do którego ja się właśnie
sposobiłem, nie krępują Ŝadne ograniczenia językowe. Kiedy bogowie przemawiają w
głowach herosów, kiedy obcy porozumiewają się telepatycznie z naukowcami dwudziestego
pierwszego wieku, kiedy myślące programy po raz pierwszy ścierają się ze swymi
wodnistocielesnymi twórcami, zakłada się zwykle, Ŝe wszelkie bariery językowe znikają.
Umysł bohatera potrafi automatycznie tłumaczyć na angielski wysyłane do niego informacje.
Czasem jest to łamany angielski, dla wzmocnienia efektu dramatycznego, ale jednak
angielski.
W rzeczywistości, niestety, myśl nie potrafi się wznieść ponad język. Kiedy spotykają się
dwie humanoidalne istoty, mimo Ŝe nie mają Ŝadnego wspólnego języka ani Ŝadnych
zrozumiałych dla obu stron słów, wciąŜ mogą liczyć na porozumienie za pomocą gestów lub
mimiki. Ale kiedy spotyka się człowiek z obcą istotą za pośrednictwem łącza sztucznych
neuronów, nie oko w oko, lecz szarą komórką wychodząc naprzeciw krzemowemu Ŝetonowi,
porozumienie nie jest łatwe. Jest chyba jeszcze trudniej, kiedy jedna ze stron dąŜących do
nawiązania kontaktu nie ma pojęcia, co począć w takiej hipotetycznej macierzy - tak róŜnej
od starej poczciwej czasoprzestrzeni — ani jak się do tego zabrać.
Wierzcie mi na słowo — porozumienie z obcą inteligencja, przez bezpośrednie połączenie
się neuronów to trochę
281
tak, jakby zaraz po narodzeniu zostało się wezwanym do udziału w quizie telewizyjnym, a za
niewłaściwe odpowiedzi wymierzano straszliwe kary.
Zacząłem ponownie postrzegać siebie jako coś o wielkości zbliŜonej do człowieka. Czym
się stałem, nie jestem w stanie powiedzieć. Sądzę, Ŝe nie nadano mi Ŝadnej postaci ani
formy: miałem być tylko punktem widzenia. Nie potrafię określić, do jakiego stopnia ma
własna wyobraźnia wpłynęła na kształt otoczenia, które przepływało wokół mnie.
Podejrzewam, Ŝe stworzone zostało specjalnie dla mnie, choć ci, którzy powołali je do istnie-
nia w celu pouczenia mej pseudozmysłowej świadomości, czerpali z zasobów mej pamięci i
wyobraźni.
Było to coś w rodzaju snu, jeśli chcecie, i w ten sposób podległe jakiejś psychologicznej
analizie. Gdybym tylko wiedział, jak do niej przystąpić?
Dajmy więc na to, Ŝe śniłem.
Ś
niłem, Ŝe znajduję się na pustyni, ongiś będącej morzem, a formy Ŝycia kiedyś
zaludniające jego wody wytrąciły się w krystaliczne postaci. W nocy były nieruchome i
białe, jak z lodu, ale w dzień pod wpływem ciepła sublimowały, stając się tajemniczymi
oparami i emana-cjami.
Ś
niłem, Ŝe znajduję się pośród stalagmitycznych skał. pozbawionych ostrych krawędzi i
wygładzonych na skutek erozji, ale obrysowanych przez liczne krzywizny, jak gdyby były
stopionymi posągami. W srebrzystym brzasku zwiewne byty budziły się z nocnego
odrętwienia, wzbijały się ku górze, wykręcały, bezustannie, lecz daremnie usiłując zastygnąć
w ustalonym kształcie.
282
Ruszyły w ponury, złowieszczy taniec wokół koralowych słupów pod purpurowym
słońcem z wolna rozjaśniającym się w fiołkowy róŜ. Lśniące widma rozpaczliwie pragnęły
formy, stałości, ale ich tęsknoty były próŜne. Nie zwracały na mnie uwagi, bez reszty
pogrąŜone w sobie, pochłonięte własnymi skrytymi dąŜeniami.
Skały ubarwione były szaro i zielono, ale za dotknięciem efemerycznych, mglistych istot
powstawały na nich smugi. Ulotna czerwień zaczęła się z nich sączyć, jak gdyby
wyciekając z rdzenia kaŜdego słupa przez porowaty naskórek. Bardziej oddalone skały
zanikały, jak gdyby wchłonięte przez gęstniejące tumany barwnej mgły, ale działo się to
jakby ukradkiem na uboczu.
Przyrównawszy podmuch ciepłego powietrza do niegdysiejszej wody, skalisty las zaczął
błyskać Ŝyciem w postaci maleńkich iskierek, nietrwałych ogników naśladujących blask
słoneczny rozbity na tysiące refleksów migocących drobnych łusek. W swych
wspomnieniach pustynia nie potrafiła przywołać masy wód ani form poprzednich swych
mieszkańców, choć wyryły one na niej swe cienie. Ale miała ducha morza i wiedziała, jak
czuje się morze, kiedy jest morzem.
Patrzyłem na to obojętnie. Nic z tego, zdaje się, nie było przeznaczone dla mnie. Czułem
się niemal jak intruz wkraczający do samoródczego królestwa. Odnosiłem wraŜenie, Ŝe sen
pustyni zasadniczo zawiera w sobie samotność.
I wtedy ujrzałem czworo gorejących oczu, płonących jak rozŜarzone węgle, zerkających
na mnie z cienia. Ich wewnętrzny blask jednakowo przyćmiewał słoneczne światło i
wspomnienia pustyni.
283
Kiedy przesuwały się ze skraju pola widzenia coraz bliŜej środka, zdawało się, iŜ pustynia
burzy się i szemrze, skarŜąc się na najście. Oczy rozjarzyły się i krwista łuna ich blasku
poraziła las niczym gorący podmuch, ścierając się z jego zwidami i rozpędzając je.
Rozgniewana pustynia powstała do walki. Wzbiły się wirujące tumany, próbując
pochłonąć gorejące oczy, lecz daremnie. Wijące się węŜe usiłowały je połknąć, okręcić się
wokół nich i zdławić w śmiertelnym uścisku. Potoki czarnej ulewy chlusnęły z nieba,
błyskawice raz po raz raziły ogniste oczy, ale bez skutku.
Oczy wyszukały mnie, ale ich spojrzenie nie było spojrzeniem Meduzy obracającym w
kamień, wręcz przeciwnie, pod jego wpływem poczułem, Ŝe mogę się roztopić lub ulotnić,
zatracić wszelką cielesność.
PoniewaŜ byłem nikim i nigdzie, po prostu wyodrębnioną obecnością, wzrok tkwił we
mnie i poza mną.
Pustynia westchnęła, nie zatraciłem się. Odwieczne sny oceanu, który dawno przeminął,
poczęły ukradkiem na nowo się formować. Spęczniałe skaliste słupy wciąŜ krwawiły, ich
krew parowała i w locie przeobraŜała się w zwiewne potwory, smoki i gryfy. Krwiste smoki
przepływały przeze mnie. Czułem, Ŝe jeśli kiedykolwiek w mych Ŝyłach popłynie znowu
krew, Boskie Serce pośle tamtędy owe smoki, by krąŜyły w mym jestestwie na wieczność.
Policzyłem słupy — było ich dziewięć. Po raz pierwszy świadomie zaczął pracować mój
umysł, usiłując dociec znaczenia, znaleźć klucz do tej symboliki.
Nagle zalała mnie fala emocji, jak gdyby pękało we mnie metaforyczne serce. Nie
potrafiłem określić, jakiego
284
rodzaju są to uczucia. Nie potrafiłem odróŜnić gniewu od litości, smutku od radości. Byłem
wzruszony, ale nie mogłem znaleźć przyczyny mego wzruszenia ani jak miałem je rozumieć.
Uczepiłem się jednego wniosku.
Dziewiątka Ŝyje!
Tłumaczyłem sobie, Ŝe straciła panowanie nad sobą i swymi systemami, jakby w
nieświadomości lub odrętwieniu, ale nie zginęła. Myśl ta okazała się kluczowa. Sprawiła, Ŝe
przypomniałem sobie, kim jestem i w jakiej znalazłem się sytuacji. Pytania „gdzie jestem?" i
„jaką przybrałem postać?" pozostać miały nie wypowiedziane i bez odpowiedzi. Wiedziałem
tylko, Ŝe oto jest Dziewiątka i Czwórka; Dziewiątka nie zginęła, a Czwórka wciąŜ jest
obecna, starając się dopiąć swego, nie wiedząc jak.
Uświadomiłem sobie wtedy, Ŝe nie tylko ja borykam się z trudnościami w nawiązaniu
kontaktu i porozumienia. Dziewiątka i Czwórka miały do przezwycięŜenia własne bariery,
własne mury niezrozumienia do sforsowania. Nie potrafiły inaczej zaznaczyć swej obecności
jak przez namiastkę bólu i tajemniczą symbolikę. Przy pierwszym zetknięciu omal nie
rozsadził ich obu druzgocący wstrząs, ich drugie spotkanie było nie mniej niszczące w
skutkach. Ale teraz być moŜe ich poraŜone jaźnie ciągnęły ku sobie, lgnęły do siebie,
szukając oparcia, moŜe nawet pragnąc się zespolić. Próbowały sięgnąć do najgłębszych
swych pokładów tak, by niemal stać się jednym. Ale to, o czym się przekonały, było
niebezpieczne.
Gorejące oczy zbliŜyły się do mnie, rozdzieliły na dwie pary wpatrujące się we mnie z obu
stron, mimo Ŝe ja nie
285
miałem oczu, nie mogłem odwzajemnić ich wejrzenia. Z hipnotyczną natarczywością nadal
słały fale uczuć, ale ciągle nie potrafiłem określić ich charakteru. Uczucia te zaczęły jakby
uosabiać lęk, ale jednocześnie odebrałem dla przeciwwagi silną sugestię, Ŝe się mylę.
NatęŜenie częściowo zelŜało, jakby oczy usiłowały się oddalić, odsunąć. Ogarnęło mnie
przeraŜenie, poczułem ból. Naszła mnie znowu nieodparta chęć zatracenia się. skurczenia,
znalezienia bezpiecznego schronienia w świecie atomu. Ale jednocześnie odczuwałem coś
przeciwnego do bólu i lęku.
Zastanawiałem się, czy nie byłoby lepiej wyrazić owe uczucia słowami, gdybym tylko
wiedział jak.
Nie zadawaj bólu! Nie lękaj się!
Czy to przemawiała do mnie Czwórka? A moŜe Dziewiątka? Czy Czwórka i Dziewiątka
nadal się ze sobą zmagały: Muzy walczące z Porami Roku o narzucenie temu intymnemu
wszechświatowi ram interpretacji?
Ból nie wrócił. Nie nasuwały mi się juŜ Ŝadne przekazy tortur, by niepokoić i ratować mą
duszę. Ale lęk nie ustępował. To wzbierał, to odpływał, jakby starał się przeistoczyć swą
wymowę, ale nie potrafił osiągnąć takiego wyrazu, jakiego pragnął.
Włączyłem się, próbując pomóc.
Czyj lęk?, zastanawiałem się. MoŜe nie chodzi o mój. MoŜe...
Myśl ta wniosła coś nowego do układu potencjalnych moŜliwości. Uczucie nabrało
pewności, bliŜsze znaczeniu, jakie chciało osiągnąć.
I wtedy mnie olśniło.
286
To znaczenie, do którego dąŜycie — mówiłem sobie, moje myśli były dla nich tak samo
trudne do zrozumienia, jak ich dla mnie — to potrzeba. Jesteście w potrzebie!
Kiedy juŜ było to jasne, uczucie przesycone lękiem wyostrzyło się, jak gdyby juŜ nie
zmagało się o nadanie wyrazu. Tu nastąpił kontakt. Nawiązałem łączność z jaźnią, która
mogła być równie dobrze jaźnią całego Asgarda, co światka zawartego w którymś z jego
licznych poziomów — drobną, uwięzioną w nim istotą. Ani w jej umyśle, ani w moim nie
było Ŝadnego aparatu pojęciowego umoŜliwiającego nam wymianę myśli — w
przeciwieństwie do Dziewiątki, która pamiętała swe ludzkie wcielenie i była odpowiednio
wyposaŜona, by porozumiewać się z takimi istotami jak, na przykład, ja. Umysł ów (czy
grono umysłów) w swej naturze był całkowicie obcy i mnie, i Dziewiątce. Nauczył się
„wypowiadać" ledwie jedno słowo.
Ale wydawało mi się, Ŝe je pojąłem. Modliłem się, Ŝeby tak było, bo inaczej wszystko
byłoby na nic.
Znowu stałem się wszechświatem uosabiającym Stworzenie. Przybrałem pozór cielesnej
postaci wypełniającej cały kosmos. Było we mnie czworo oczu i dziewięć kości. Oczy były
ogniem, kości skałami wieków, serce Sercem Boskim, ma krew kipiała jadem smoków, a
nasienie duchami tych, którzy byli, i tych, którzy będą...
Rzeczy wielkie stały się małymi... i ujrzałem ten wszechświat wyraŜony w bycie niŜszego
rzędu, znacznie odeń niniejszym, uwięzionym w bezsensownym ciele. To było coś więcej niŜ
Stworzenie. To było Spotkanie, a jego Początkiem było Słowo.
287
A słowem tym, jak sądziłem, było: „pomóŜ".
Albo właściwiej: POMÓś!
POMÓś!
POMÓś!
To nie ze mnie wydzierał się ów krzyk. To wołało coś o wiele straszliwszego i bardziej
bezradnego.
Tak krzyczał Prometeusz i Pan w agonii. Zawarte w nim było przebudzenie się Brahmy z
odwiecznego snu, cierpienie Odyna, kiedy wydarł sobie oko — okup swej boskiej mądrości.
W tym przeraźliwym wołaniu było tchnienie Zmierzchu Bogów przybyłe, by przegnać mróz
zimy, zakłócić spokój Valhalli i zawezwać samych bogów na spotkanie z przeznaczeniem.
Lecz kiedy bogowie wołają o pomoc, cóŜ władni są uczynić dla nich zwykli śmiertelnicy?
31
O
cknąłem się i wypręŜyłem odruchowo do przodu, wyszarpując głowę z kaptura i krępującej
pajęczyny jego natrętnych łączy. Przewody puściły, wywołując tępe, rwące doznanie.
W głowie szumiało mi od natłoku wraŜeń. Poczułem, Ŝe ktoś mnie przytrzymuje, ale nie
chciałem z powrotem opaść na krzesło. Rzucałem się do przodu i upadłbym, gdyby mnie nie
podtrzymały czyjeś ręce, które pomogły mi stanąć. Wtedy przypomniałem sobie wystrzał i
zacisnąłem zęby na myśl o doznaniu autentycznego bólu, ale nic nie poczułem.
288
Więc to nie do mnie strzelano.
Otworzyłem oczy i rozejrzałem się. Ujrzałem utkwniony we mnie jasnoniebieski
wzrok, promieniujący ciepłem. Spostrzegłem teŜ włosy koloru słomy, rosnące w
wielkiej obfitości.
Mrugnąłem osłupiały. Nie spodziewałem się tych oczu ani tej okazałej czupryny
blond włosów. Zmierzyłem ją spojrzeniem od stóp do głowy, by upewnić się, Ŝe to
naprawdę ona. Wszystkie wypukłości się zgadzały. Nie pasował do nich tylko
okrywający je mundur wojskowy najeźdźców, o wiele za luźny.
Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Oficer Scarydów leŜał na wznak, z rękami
załoŜonymi pod boki, z dziurą od kuli pośrodku czoła. Drugi najeźdźca, teŜ martwy,
spoczywał w kałuŜy krwi, która całkiem niedawno musiała wylać się z jego
rozszczepionej piersi.
John Finn stał kilka metrów dalej i przyglądał się oparty o krzesło (juŜ puste), na
którym przedtem spoczywało ciało Tulyara-994. Nie ściskał w ręku rewolweru, a z jego
twarzy zniknął wyraz bezwstydnego samouwielbienia. Nie wyglądał na zachwyconego,
widząc mnie całym i zdrowym.
To była czysta rozkosz móc wreszcie przemówić, prawdziwymi angielskimi słowami:
•
Co się, do cholery, stało?
•
Załatwiłam tych dwóch na zewnątrz — wyjaśniała Susarma Lear. — PoŜyczyłam
sobie mundur i dwa rewolwery. Ci dwaj nawet nie obserwowali wejścia. Tego teŜ bym
rozwaliła, ale nie byłam do końca pewna, po czyjej jest stronie, więc miał czas rzucić
broń i się poddać. Sprytne posunięcie.
18 - Najeźdźcy z Centrum
289
•
Jak wydostałaś się z komory? Myrlin twierdził, Ŝe trzeba ci jeszcze co najmniej
dwudziestu czterech godzin.
•
Chyba nastąpiła awaria zasilania. To mnie zbudziło. Przez kilka minut myślałam, Ŝe
jestem uwięziona na dobre, ale potem udało mi się odsunąć pokrywę. Wyszłam na korytarz i
zaczęłam sprawdzać. Natknęłam się na tych dwóch Ŝołnierzyków przez czysty przypadek.
•
Ale przecieŜ nie miałaś broni — upierałem się. — Nawet nie byłaś ubrana.
•
To właśnie zadziałało na moją korzyść. Gdybyś tam był, zobaczyłbyś pułkownika
Gwardii. A oni widzieli tylko bezradną nagą kobietę. Nie mieli szans.
Pokręciłem głową oszołomiony. Biedni, głupi barbarzyńcy. Rozejrzałem się po
pomieszczeniu jeszcze raz.
•
A gdzie nasze Lelum Polelum? Nie mówiąc o Tetrze i... — nie dokończyłem.
•
Chodzi ci o Myrlina?
•
Tak — przyznałem.
•
Myślałam, Ŝe jest martwy — oznajmiła tonem złowieszczo serdecznym.
•
A nie jest? — zdobyłem się na wątpliwość.
•
Sytuacja była krytyczna. Twoi kosmaci przyjaciele zanieśli go w pośpiechu do jednego
z tych magicznych jaj. Tulyara teŜ. UwaŜają, Ŝe są duŜe szanse na przywrócenie ich do
zdrowia, mimo obecnego stanu.
•
Są w tym dobrzy — potwierdziłem wyplątując się ze stalowego uścisku, kiedy
poczułem, Ŝe mogę stać o własnych siłach. — Czy powiedziano ci juŜ, Ŝe jesteś nieśmier-
telna?
•
CzyŜby? — ściągnęła z niedowierzaniem brwi.
290
Kiedy przytaknąłem, zwróciła się twarzą do Finna.
— On chyba teŜ. Przygnębiające, co?
Finn patrzył na nas, jakbyśmy sobie z niego pokpiwali. Wieść ta powinna podnieść go na
duchu, ale chyba był nie w humorze. Później, kiedy to do niego dotrze, kiedy zacznie w to
wierzyć, poczuje się, jak sądziłem, wniebowzięty, zwłaszcza kiedy wspomni, jak niewiele
brakowało, by Susarma rozwaliła mu łeb.
Szare ściany pokryły się mgiełką. Powróciły duchy. Widać było po Susarmie i Finnie, Ŝe
czują się nieswojo, kiedy srebrzyste zjawy zaczęły przepływać wokół pokoju, ale ja
powitałem je z radością. Dziewiątka odzyskała panowanie (częściowe przynajmniej) nad
swym ciałem. śeglujący po tajemniczych morzach losu, teraz juŜ w bezpiecznym porcie.
Miałem nadzieję, Ŝe nic jej juŜ nie grozi, choć zdawało się, Ŝe nie odzyskała jeszcze swej
uprzedniej potęgi i wewnętrznego spokoju.
— Rrr-rousseau — odezwał się szeptem głos, tak samo
niewyraźny jak przedtem. — T-tt-e-rr-a-zz jjuŜ ćć-cię
zz-nnn-a-mmy.
Chyba była juŜ bezpieczna, choć z pewnością nie otrząsnęła się jeszcze po tych strasznych
przejściach. Smugi światła usiłowały zebrać się w kształt twarzy — dziewięciu twarzy
zachodzących na siebie i przenikających się wzajemnie, wypełniających swym ogromem cały
pokój.
Ale teraz nie były to podobizny Susarmy Lear.
Tylko moje.
Usłyszałem, jak Susarma Lear bierze szybki oddech. Spojrzałem na Finna, który w
milczeniu błagał o pomoc
291
jakiegoś nie istniejącego anioła miłosierdzia. Uśmiechnąłem się. WraŜenie było imponujące,
poczułem się z tego powodu dziwnie dumny. Potem zastanowiłem się nad ich słowami. Teraz
juŜ mnie znali. Wtargnęli do mego wnętrza i w jakiejś dziwnej postaci nadal we mnie
pozostawali. Przebiegły mnie ciarki. Oczekiwałem niemal, Ŝe zaraz przemówią w mej głowie
obce głosy, Ŝe me nie wyartykułowane myśli przekształcą się w upiorny dialog albo, jeszcze
gorzej, w wieŜę Babel krzyŜujących się rozmów. Ale nic takiego nie nastąpiło. Nie tak
przejawiało się to „bycie-we-mnie". WciąŜ pozostawałem sobą i, na ile mogłem stwierdzić, tą
samą osobą co zawsze. O cokolwiek wzbogaciła się moja jaźń w trakcie tych przeŜyć, nie
manifestowało się jeszcze w postaci hałasujących we mnie obcych duchów. Choć nie
wątpiłem, Ŝe kiedyś w końcu wyjdzie to na jaw.
Jak Szaweł z Tarsu w drodze do Damaszku, dostąpiłem objawienia, zostałem nawrócony.
Duch był we mnie i słowo było we mnie. A słowem było...
Zakręciło mi się w głowie i Susarma drugi raz musiała mnie podtrzymać. Patrzyła na mnie
ze szczerą troską, jakby darzyła mnie sympatią. W to nie chciało mi się wierzyć. ZaŜyłem juŜ
swą dawkę sześciu niemoŜliwych nieprawdopodobieństw przed jedzeniem i byłem teraz
najbardziej twardogłowym sceptykiem ze wszystkich.
•
Co z pozostałymi najeźdźcami? — zwracałem się do Dziewiątki, ale Susarma juŜ
szykowała się do odpowiedzi, kiedy jej przeszkodził głos:
•
Sytuacja opanowana — zapewnił mnie.
Nie draŜniło mnie juŜ ich jąkanie. Wiedziałem, jak
292
trudnym zadaniem moŜe okazać się przekazywanie wiadomości.
— Jakie wieści o bitwie w Mieście Pierścieniorbity?
To, zapewniła mnie (nie próbuję juŜ odtwarzać struktury
jej słów, by typograficzne dziwactwa nie zdenerwowały czytelnika), jeszcze trochę potrwa.
Na to, niestety, nie miała wpływu.
Przeciągnąłem się. Wszystkie kończyny były w świetnym stanie — takie odniosłem
wraŜenie i nie było powodów wątpić, Ŝe jest tak istotnie. Choć z pewnym zdziwieniem, nad
którym nie potrafiłem zapanować, odnotowywałem ich sprawność.
•
JuŜ w porządku? — spytała Susarma. — MoŜemy stąd iść?
•
Musimy poczekać na scionów — wyjaśniłem. — Przepraszam, mam jeszcze coś do
załatwienia — dodałem po chwili z roztargnieniem.
Wyglądała na zdziwioną, ale odsunęła się, jakby chciała mnie przepuścić do wyjścia.
Odwróciłem się w przeciwną stronę, gładko i zadziwiająco sprawnie przy tak lekkiej
grawitacji. Kopnąłem Finna w krocze. Kiedy odbił się od ściany za plecami, zdzieliłem go
przez gębę otwartą ręką. Czułem, Ŝe łamię mu nos, ale ani się skrzywiłem. Nie miałem
ochoty się rozczulać. Kiedy padł, dołoŜyłem mu jeszcze dwa kopniaki, wkładając w to
wszystkie swe siły.
Potem klęknąłem przy nim.
— To był tylko przedsmak — syknąłem, zniŜając głos
do właściwego melodramatycznego szeptu. — Chcę, Ŝebyś
wiedział, Ŝe jeśli kiedykolwiek spróbujesz mnie wykiwać,
tak cię urządzę, Ŝe mnie, kurwa, popamiętasz do końca
Ŝ
ycia. A to moŜe być bardzo długo.
293
Wstałem, napotkałem wzrok Susarmy Lear, która patrzyła na mnie niemal przeraŜona —
nie tym, co zrobiłem, ale Ŝe to właśnie ja zrobiłem. To dziwne, poniewaŜ wcześniej dałbym
głowę, Ŝe sprawię jej przyjemność choć raz w Ŝyciu, postępując tak, jak na bohatera Gwardii
przystało. Czasami trudno jest się domyślić, jak komuś dogodzić.
•
Jezu Chryste, Rousseau! — powiedziała tylko. Nic szczególnego nie czułem. Nie
czułem absolutnie nic.
•
Jeszcze nie doszedłem do siebie — wyjaśniłem. Ale to nieprawda, czułem się jak
najbardziej sobą. Po
prostu uznałem, Ŝe wolno mi choć raz zachować się inaczej.
Zresztą, byłem przecieŜ bohaterem, nie w metaforycznym sensie, jak ona, lecz
prawdziwym herosem. Zostałem zawezwany przed oblicze bogów, albo czegoś, co mogłoby
za boga uchodzić w naszym gruntownie zeświecczonym wszechświecie. Przeznaczenie juŜ
dawno odcisnęło mi swój znak na czole i kiwało teraz na mnie kościstym paluchem. Nie
miałem co do tego najmniejszych wątpliwości, juŜ nie.
— CóŜ, myślę, Ŝe teraz wszystko zaleŜy od nas —
stwierdziłem. — Starczy juŜ chyba tych przykrych nie
spodzianek.
Patrząc na leŜącego Finna, który krwawił i stękał, zauwaŜyłem zimno, Ŝe chyba trochę za
mocno oberwał, ale oczywiście nie gorzej, niŜ sobie zasłuŜył. To samo dotyczyło oficera
Scarydow, który wyniósł daleko poza swe normalne horyzonty pojęciowe niebezpieczne i
niedorzeczne przekonanie, Ŝe moŜna dostać, co się chce, groŜąc ludziom bronią. Nadchodzi
kiedyś taki czas, Ŝe nie
294
wystarczy tylko być Ŝołnierzem. śarliwie pragnąłem, aby pojęli to jego przełoŜeni, aby nie
trzeba było im tego tak dobitnie uświadamiać.
Jak się okazało, pojęli to w końcu. Odkryli jedyny moŜliwy rodzaj obrony przed
górującym nad nimi technicznie przeciwnikiem.
Skapitulowali.
Następnie zasiedli wraz z Tetrami i Isthomi, by spróbować przezwycięŜyć wszelkie
istniejące przeszkody utrudniające porozumienie, by zobaczyć, co mogłoby stać się
przedmiotem ich wspólnej rozsądnej dyskusji.
Co uchodzi za szczęśliwe zakończenie w sytuacjach, jak ta, w której znaleźliśmy się
wszyscy.
32
P
óźniej, oczywiście, zaczęły wkradać się wątpliwości. Te cudowne chwile całkowitej
pewności nigdy nie trwają długo. Jak zauwaŜyłem wcześniej, prawdziwa pewność jest
nieosiągalna, trzeba zadowolić się tym, co jest.
To zaś, co jest, to, niestety, świadomość własnej ułomności. Tak naprawdę, człowiek
nigdy właściwie nie wie, czego chce, pomijając kwestię, dokąd wyruszyć.
Po raz pierwszy, odkąd zakończyłem spisywanie pierwszego tomu wspomnień, sprawy
przez jakiś czas toczyły się gładko. Naczelne Dowództwo Scarydów opamiętało się. Isthomi
wyrwali Tulyara-994 i Myrlina z objęć śmierci, we wszechświecie, jakiego miałem zaszczyt
doświadczać, przywrócono równowagę.
295
Nie trzeba było wiele, by przekonać mego dowódcę, Ŝe w naszym najlepiej pojętym
interesie leŜy pozostanie tam, gdzie byliśmy. Wiele moŜna było się nauczyć od Isthomi, co
potem mogło okazać się niezmiernie cenne dla Matki Ziemi i ludzkości. Susarma szybko
spostrzegła, Ŝe całkowite zdanie współpracy z Isthomi w ręce Tetrów zakrawałoby na
intelektualną zdradę. Dała się przekonać, Ŝe konieczność maksymalnego wykorzystania
okoliczności znalezienia się tu, gdzie przez przypadek rzucił nas los, z nawiązką
wynagradzała takie drobne „ale", jak jej irytacja na wieść, Ŝe pamięć ją zawiodła i Myrlin
Ŝ
yje, i ma się dobrze.
Liczyłem na to, Ŝe z czasem moŜe nawet go polubić, kiedy pogodzi się juŜ z tym, Ŝe nie
powinna po raz drugi próbować go zabić.
Ja teŜ musiałem ponieść pewne ofiary. Nawet Johna Finna trzeba było zaprząc do pracy.
Wiedziałem dobrze, Ŝe gdy tylko wchłonie cząstkę tej nowej wiedzy, leŜącej tu przed nami
otworem, w swym zadufaniu znowu stanie się nieznośny.
Nieuchronnie zacząłem Ŝałować, Ŝe złamałem mu nos. Wspomnienie tego wciąŜ dawało
mi pewną satysfakcję, jak równieŜ poczucie wniesienia własnego wkładu w zachowanie
równowagi moralnej we wszechświecie. Wiedziałem jednak, Ŝe muszę się mieć na baczności,
aby przypadkiem nie utkwił mi między łopatkami jakiś zabłąkany sztylet.
Mimo tych drobnych przykrości, wkrótce zacząłem dobrze się bawić. Na powrót w swym
Ŝ
ywiole, mogłem do woli szperać w dziwnych miejscach w poszukiwaniu nie-
296
znanego. Obecność innych juŜ mi nie przeszkadzała — w gruncie rzeczy byłem samotny ze
swą nienasyconą ciekawością, jedyną panią mego serca.
Nie znaczy to, oczywiście, Ŝe zupełnie nie obchodziły mnie polityczne wydarzenia
najwyŜszej rangi, jakie wokół się zarysowywały. Z naleŜytym entuzjazmem przyjąłem fakt,
Ŝ
e po raz pierwszy Asgard i wszechświat zgodzili się ze sobą rozmawiać. Napełniła mnie
optymizmem wieść, Ŝe Scarydowie i społeczność galaktyczna uznali, Ŝe muszę jeszcze wiele
się nauczyć i Ŝe obie strony mogą duŜo zyskać z wzajemnej wymiany. Tetrowie (w imieniu
całej galaktycznej społeczności) przyrzekli wprowadzić Scary-dów w rozkosze cywilizacji,
Scarydowie obiecali udostępnić Tetrom wszystkie poziomy Asgarda, nad którymi
sprawowali pieczę. Dziewiątka, mimo Ŝe czekała ją syzyfowa praca odbudowania swej
dawnej świetności, zgodziła się nie odcinać od obu stron i postanowiła utrzymać trójstronne
porozumienie w mocy.
Wszystko to, moim zdaniem, bardzo piękne.
W ten oto sposób zostały rozwiązane wszystkie ogólne problemy, w których kontekście
rozpoczął się ten rozdział historii mego Ŝycia. Niestety, bardziej osobiste problemy, jakie w
trakcie wyrosły, pozostały nietknięte. Podobnie nie udzielono teŜ odpowiedzi na odwieczne
pytania będące Wielką Niewiadomą, jeszcze zanim ja wkroczyłem do akcji.
Wyszedłszy cało z przygód, jakich doświadczyłem w wyobraźni, nawiązując łączność z
obcymi umysłami, miałem wszelkie powody do zadowolenia, i w pewnym sensie byłem z
siebie zadowolony. Przez jakiś czas wypełniał
297
mnie Ŝarliwy zapał i uczucie ogromnej dumy. Przekonany byłem, Ŝe dokonałem czegoś
wielkiego przez to, iŜ spotkanie to przeŜyłem, a takŜe z powodu znaczenia, jakie jemu
nadawałem.
To sam Asgard zawezwał mnie, bym go ocalił.
Jednak kiedy spadł mi poziom adrenaliny, nie mogłem opędzić się od podejrzeń co do
znaczenia i własnej roli, jaką miałem w tej sytuacji odegrać.
Wtedy naprawdę zaczęły zŜerać mnie wątpliwości.
Jedno było pewne: coraz słabiej wierzyłem, Ŝe spotkanie to w ogóle coś oznaczało. Skąd
mogłem wiedzieć, czy w istocie i autentycznie doświadczyłem czegoś znaczącego? Jaką
miałem pewność, Ŝe ten sen nie był tylko snem, a poczucie waŜności, banalnym urojeniem?
A jeśli nawet naprawdę coś się wydarzyło, skąd mogłem wiedzieć na pewno, co to było?
Nawet jeśli nie myliłem się, wierząc, Ŝe odebrałem wysłaną wiadomość, na jakiej podstawie
mogłem twierdzić, Ŝe odczytałem ją właściwie?
Z kolei, jeśli to wszystko stało się naprawdę i coś w głębi makroświata — coś wielkiego,
wspaniałego i niepojętego — zawołało do mnie o pomoc, cóŜ, do licha, mógł zdziałać zwykły
ś
miertelnik chcący nieść pomoc istotom tak od niego róŜnym i przewyŜszającym go daleko
swymi umiejętnościami?
Co w ogóle moŜna było uczynić?
Rozpocząłem ten rozdział mego Ŝycia ze strasznym uczuciem niepewności, nie wiedząc,
co dalej począć, ale uczucie to zrodziła we mnie nuda i płytkość przyziemnych perspektyw.
Teraz miałem uporać się z kolejną niewiadomą: co wobec tego wszystkiego mogę lub
powinienem
298
uczynić — niewiadomą nieskończenie straszliwszą w swym wymiarze.
Było co najmniej moŜliwe, Ŝe wyznaczony zostałem do wielkich rzeczy. Ale nie miałem
najmniejszego pojęcia, jak się do nich zabrać.
Ja i tylko ja stałem niewzruszenie ramię w ramię z Dziewiątką, kiedy w głębi Asgarda
wezbrało to udręczone wołanie o pomoc, by przetoczyć się po nas niczym gorący wicher.
Myrlin i Tulyar-994 tuŜ po nawiązaniu kontaktu doznali głębokiego wstrząsu, który przeniósł
ich do krainy cieni. Wkrótce mogłem się upewnić, kiedy doszli do zdrowia, Ŝe nic nie
pamiętali z czasu, kiedy byli „na łączach". Jeśli ich jestestwo zostało skaŜone naleciałościami
obcej duszy, nic im o tym nie było wiadomo, nie objawiały się w nich Ŝadne symptomy tego
rodzaju infekcji.
To, Ŝe mi się powiodło, nie przynosiło szczególnej chluby. Przychylałem się do
wyjaśnienia, Ŝe kiedy ja wkroczyłem do akcji, „stworzenia" objawiające się w postaci
gorejących oczu nauczyły się juŜ delikatności i złagodziły kurs, sprawiając, Ŝe zetknięcie z
nimi nie przerastało juŜ moŜliwości wątłego i kruchego humanoidalnego umysłu.
Zwróciłem się, oczywiście, do Dziewiątki w nadziei, Ŝe doznam oświecenia, ale ona
równieŜ niewiele potrafiła wyjaśnić. Zetknięcie to odbiło się na niej nie mniej boleśnie niŜ
na Myrlinie i Tulyarze, a w pewnym sensie jej obraŜenia były nawet powaŜniejsze. Nie
mogła ani zaprzeczyć, ani potwierdzić mej interpretacji kontaktu jako wołania o pomoc.
Nawet kiedy ponownie podłączyłem się
299
do systemów Isthomi, aby pełniej udostępnić im me wspomnienia i interpretacje owego
doświadczenia, nie potrafili osądzić, co takiego przed nimi wyłoŜyłem. Ich wiedza, jak moja,
była niepewna, ich sceptycyzm nie mniej drąŜący.
Być moŜe gdyby Isthomi byli w lepszej formie, potrafiliby uruchomić swe potęŜniejsze
władze umysłowe, ale przy tych obraŜeniach zmuszeni byli niemal całą uwagę i wysiłki
poświęcić sprawie przywrócenia swej dawnej świetności.
Oczywiście, teraz pozostawałem w szczególnych stosunkach z Dziewiątką, tak róŜnych od
tych, jakie łączyły ją z Myrlinem. Dzieliliśmy sekrety, a okoliczności zadzierzgnęły między
nami więź, więź bynajmniej nie metaforyczną. W pewnym sensie Isthomi byli we mnie —
podobnie jak gorejące oczy i świadomość za nimi się kryjąca.
Nie miało znaczenia, Ŝe trudno mi było pojąć Isthomi — jakimi są istotami, jak
postrzegają świat. Naturalnym biegiem rzeczy wybrali moją twarz do swych nowych
wizualnych projekcji. Zaakceptowali to, Ŝe w jakiś subtelny, acz zasadniczy, sposób
wymieniliśmy się cząstkami naszych jaźni. Teraz ja Ŝyłem w nich, a oni we mnie. Ich
akceptacja była kamieniem węgielnym naszego zaufania i, być moŜe, wspólnego dąŜenia.
Ale oni, podobnie jak ja, równieŜ nie mieli pojęcia, co moŜna i naleŜy uczynić w
odpowiedzi na wezwanie, które z wszelkim prawdopodobieństwem odebrałem.
W naszej niepewności wahaliśmy się, czekając, jak sądzę, na jakieś nowe wydarzenia. Nie
chodziło o to, Ŝe Ŝywiliśmy nadzieję na trzecie spotkanie. Isthomi czuli, Ŝe kolejne tego
300
rodzaju krańcowe doświadczenie jest juŜ zbyteczne. Bardziej spodziewaliśmy się, Ŝe dopełni
się we mnie jakaś wewnętrzna przemiana.
Baliśmy się, ale jednocześnie liczyliśmy na to, Ŝe owe przeŜycia mogły pociągnąć za sobą
jakieś konsekwencje, które jeszcze we mnie się nie uwidoczniły.
Odczuwałem przecieŜ wyraźnie, Ŝe jestem inny niŜ przedtem, choć niełatwo opisać, w
jakim sensie się róŜniłem od swego dawnego „ja".
Na jawie byłem sobą, a kiedy uleciało ze mnie początkowe uniesienie, wydawałem się tą
samą osobą, jaką byłem zawsze: upartą, samowystarczalną, często kpiarską, czasem
grubiańską, ale z sercem na właściwym miejscu.
We śnie jednak nieraz odkrywałem dziwne odczucia w głębszych pokładach jaźni, nie
róŜnych od tych, które mi były znane i wchodziły w codzienną interakcję ze światem zjawisk.
Nigdy nie trafiłem z powrotem na śniącą pustynię ani nie ujrzałem wygładzonych monolitów
czy gorejących oczu, ale odczuwałem jakieś doznania, a nawet więcej niŜ doznania. Czasem
słyszałem słabe głosiki przemawiające zrzędliwym szeptem, które, jak mi się zdawało,
szukały wyrazu, jak gdyby chcąc sobie przypomnieć, albo po prostu się stać.
Zacząłem się obawiać, Ŝe sny te w końcu zaczną rzutować na rzeczywistość. Czekałem,
lecz nic się nie działo.
Powracałem często do pomieszczenia, w którym stały okryte kapturami fotele, by
ponownie połączyć się z ranną Dziewiątką i śnić na jawie sny bardziej egzotyczne od tych,
jakie śniłem po nocach. Ale jak zauwaŜyłem wcześniej, niełatwo jest przystąpić do
powaŜnego dzieła komunikacji.
301
Mimo Ŝe Isthomi znali parole, angielski teŜ, nadal istniało wiele ograniczeń dla specjalnego
języka niezbędnego w tym dziwnym, pozbawionym przestrzeni „świecie" elektronicznej
informacji. Ale Isthomi pragnęli rozmawiać — w gruncie rzeczy pragnęli mnie zbliŜyć do
swej społeczności. Nie mogli mnie w Ŝaden sposób włączyć jako Dziesiątego, ale chcieli
mnie poznać od zupełnie innej strony, niŜ dotąd poznali Myrlina.
Myślę, Ŝe czekanie, i dzieło, jakiego się w trakcie podjęliśmy, okazało się cenne. Sądzę, Ŝe
nawet niepewność na swój sposób przyniosła nam korzyści, zmuszając do nieustannego
poddawania w wątpliwość tego, co mieliśmy uczynić.
Tym razem jednak nie mogłem, ot, tak rzucić tego wszystkiego i ruszyć w drogę powrotną
do domu. Choć ani Isthomi, ani ja nie wiedzieliśmy, co takiego mieliśmy uczynić — ani jaka
była moja w tym rola. Wiedzieliśmy jedno: aby posunąć się naprzód, trzeba zejść w głąb i
odnaleźć to, co kryło się w sercu Asgarda.
Jak powiedział kiedyś pewien mędrzec: „Gdyby Boga nie było, naleŜałoby go wymyślić".
Mógł rozwinąć swą myśl i dodać, Ŝe przychodzi kiedyś taki czas, Ŝe nie wystarczy po prostu
wymyślić. Trzeba teŜ spojrzeć mu w oczy. Nawet jeśli sami stworzyliśmy sobie bogów, mi-
mo to musimy dowiedzieć się, czego od nas wymagają.
Tak więc, po skończeniu drugiego tomu mych przygód — które spisywałem, przyznaję
szczerze, nie tylko z myślą o uporządkowaniu wspomnień, ale równieŜ o zabawieniu
czytelnika — zamierzam wyruszyć ponownie w podróŜ do Centrum, by przekonać się, czy
istotnie w halach Valhalli
302
czeka na mnie miejsce, a takŜe zadanie, którym zasłuŜę sobie na ten zaszczyt.
Jak zawsze będę „niechętnym" bohaterem — i wam pozostawiam osąd, czy bohater taki
naleŜy do najlepszych, czy najgorszych.
KONIEC