background image

Mato Grosso

 

Wacław Korabiewicz

 

Czytelnik

 

 
Warszawa 1989

 

 

Opracowanie graficzne Teresa Kawińska 
Zdjęcia ze zbiorów autora 
Redaktor techniczny Alina Szubert-Jarosławska 
© Copyright by Wacław Korabiewicz, Warszawa 1959 ISBN 83-07-01818-8 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 
 

Nieżyjącemu już Tadeuszowi 
to nowe wydanie poświęcam
 

 

background image

Rio de Janeiro 

 
W  głębokiej  a  wąskiej  zatoce  Atlantyku  leży  poszarpana  skałami  dolina.  Na  niej  niby  ogromna 
biała ośmiornica rozpościera się, wplecione pomiędzy górskie zbocza, najpiękniejsze miasto świata: 
Z  każdego  punktu  widać  tutaj  albo  rozległy  lazur  oceanu,  albo  zmierzwioną  wełnę  tropikalnych 
gąszczy pnących się ku skalistym szczytom. Te wiecznie zielone, miękkie od roślinności łańcuchy 
górskie stanowią najbardziej charakterystyczną cechę brazylijskiego krajobrazu. 
Kiedy statek zbliża się do brzegów Afryki, widać przede wszystkim równą linię żółtej gliny, tutaj, 
w Brazylii, ląd wynurza się z oceanicznej toni asymetrią łagodnie zaokrąglonych, nakładających się 
wzajemnie,  wysokich  wzgórz,  pokrytych  aż  po  sam  czubek  puszystą  wełną  szmaragdowych  od-
cieni.  Rio  de  Janeiro  wyłania  się  właśnie  spomiędzy  takich  gąszczy,  aby  szeregiem 
półksiężycowatych  plaż  zstąpić  w  otchłań  oceanu.  Kilkunastopiętrowe  drapacze  chmur,  rzucone 
refleksem zachodzącego słońca na powierzchnię wody, łamią się tu  w kompleks jakiejś  bajkowej 
dekoracji  splątanych  ze  sobą  kwadratów  i  trójkątów,  poprzecinanych  gdzieniegdzie  plamami 
kąpielowych kostiumów. 
Trzy  główne,  parokilometrowe  plaże,  najeżone  bagnetami  latarń,  łączą  średniowieczne  mury 
pionierskich jeszcze fortów. Plaże te rozpostarły się szerokimi półokręgami niby ostrza ogromnych 
kos nastawionych w obronie lądu przed atakiem morskiego przypływu. 
Skrępowane w swoim rozwoju górami, powędrowało sobie miasto wzdłuż ich grzbietów i rozrosło 
się w ten sposób do nieprawdopodobnie kolosalnych rozmiarów. Bez samochodu trudno tutaj żyć. 
Z  biura  do  domu  jedzie  się  godzinę  albo  i  dwie.  Śródmieście  to  dzielnica  handlowa.  Elita 
społeczeństwa zamieszkuje owe długie, zamknięte z obu stron przełęcze, tylko „pospólstwo” pnie 
się  ku  szczytom.  Parę  wzgórz,  dzięki  wcześnie  zbudowanej  tu  kolei  elektrycznej,  zdobyło  sobie 
wyjątkowo  szlachetne  prawo  obywatelstwa,  reszta  zasługuje  na  pogardliwy  ruch  ramion.  Tam 
mieszkają najubożsi Murzyni, stawiając domki z blaszanek od benzyny i innego śmiecia. Wzgórza 
te  leżą  przeważnie  w  środku  najwytworniej  szych  dzielnic.  Stąd  takie  kontrasty,  taka  rozmaitość 
widoków. Obok luksusowego drapacza chmur, tuż pod jego dachem, świecą w słońcu zbite z desek 
i  obwinięte  drutem  szałasy  z  puszek  od  konserw.  Najbardziej  wymyślna  architektura  ostatnich 
czasów  obok  najskrajniejszej  nędzy  i  prymitywu.  Wystarczy  dziesięć  minut  spaceru,  aby  spod 
kryształowych  lampionów  mahoniowej  windy  trafić  w  otoczenie  najnędzniejszych  murzyńskich 
kurników.  Te  dzielnice  są  tak  brudne  i  opuszczone,  że  chyba  tylko  żar  brazylijskiego  słońca 
zapobiega  epidemiom  i  ratuje  ludność  przed  masową  śmiercią.  Słońce  też  wybiela  tu  cudownie 
bieliznę, dzielnice te bowiem utrzymują się przeważnie z prania. Dlatego na klombach i trawnikach 
wszędzie widać kolorowe szmaty porozwieszane i porozkładane, gdzie się tylko da. 
Żadne  chyba  miasto  na  świecie  nie  wrzeszczy  tak  klaksonami  aut,  motorami  samochodów  i 
klekotem  zardzewiałych,  rozpadających  się  tramwajów,  jak  Rio  de  Janeiro.  Istne  piekło  ruchu  i 
zgiełku.  Ambicją  bowiem  każdego  szofera  jest  jak  najwięcej  trąbić  i  jeździć  po  wariacku.  Toteż 
wciąż zdarzają się nieszczęśliwe wypadki. 
Architektura miasta, jak już wspomniałem, jest ogromnie zróżnicowana. Drapacze nieba, czyli tak 
zwane  edyficja,  godne  pierwszej  nagrody  na  światowych  konkursach.  Północnoamerykańska 
edukacja  przy  południowym  temperamencie  dała  Brazylii  doskonałych  inżynierów.  Tak  pięknie 
rozwiązanych,  marmurem  wykładanych  hallów  i  klatek  schodowych  nie  spotkałem  nigdzie  na 
świecie. Ponadto Rio jest ojczyzną żelaznych krat plecionych na wzór krat średniowiecznych. Kraty 
w oknach, kraty w bramach i w ogrodzeniach, pełno asymetrycznych wygibasów, układających się 
w  orientalne  arabeski.  Bez  wątpienia  przyszło  to  niegdyś  od  Maurów,  jak  wiele  innych  cech 
miejscowego budownictwa. 
Rio  rozbudowuje  się  z  dużą  swobodą.  Kto  chce  wymalować  sobie  okna  na  pomarańczowo,  ten 
maluje. Kto chce mieć płot fioletowy, ten go ma. A że gust południowca nie zna reguł, kakofonia 
barw  i  form  prywatnych  willi  jest  bardziej  niż  okropna.  Zdarzają  się  prócz  tego  wybryki 
indywidualne w rodzaju słynnego Pałacu Wdowy. Oto pewnej niewieście przyśnił się którejś nocy 
rodzony  mąż-nieboszczyk.  Biedaczysko  jęczał  przeraźliwie,  jako  że  wszystkie  lucypery  piekła 

background image

znęcały  się  nad  nim  srodze.  Wołał  o  pomoc,  błagał  wierną  swoją  małżonkę  o  natychmiastowe 
wystawienie takiego domu, który by odtworzył dokładnie grozę piekła — dopiero wtedy dusza jego 
będzie mogła być wyzwolona. Dobra kobieta miała więcej pieniędzy niż oleju w głowie, przeto bez 
trudu pokonała opór zdumionych architektów. Jako wynik snu i pieniędzy wyrosło przy chodniku 
jednej z najwytworniejszych dzielnic miasta monstrum, jakiego świat nie widział. Pełno tam rzeźb 
alegorycznych,  nieforemnych  a  straszliwych,  pełno  gzymsów  i  nie  dokończonych  wieżyczek, 
występów i fantastycznych wygibasów. 
Co kraj  to  obyczaj,  a więc i  w Rio swoistych obyczajów nie braknie. Na przykład w tramwajach 
biletów nie dają. Pono przyczyną tego jest nadmierna wrażliwość Brazylijczyka, który nie mógłby 
znieść kwitowania płaconych przez siebie pieniędzy. W rezultacie licznych a burzliwych protestów 
bilety  zniesiono.  Zamiast  nich  konduktor  odbierając  gotówkę  pociąga  za  sznur  od  licznika,  a  ten 
wydzwania  odpowiednią  cyfrę.  Oczywiście,  dla  uproszczenia  roboty,  konduktor  dzwoni  hurtowo. 
Nieszczęśliwy  jest  ten  pasażer,  co  usiadł  pod  dzwoniącym  zegarem.  Jak  odbywa  się  kontrola 
czynności konduktora, tego żaden z tubylców wytłumaczyć nie potrafi. 
W  autobusach  sprawa  ma  się  trochę  inaczej.  Tu  wsiadający  pasażer  otrzymuje  z  rąk  szofera 
ebonitowy  krążek,  którego  kolor  odpowiada  danemu  odcinkowi  jazdy.  Przy  wysiadaniu  krążek 
oddaje  się  z  powrotem  szoferowi,  wrzucając  jednocześnie  do  skarbonki  pieniądze.  Ta  dość 
skomplikowana  czynność  znakomicie  gimnastykuje  umysł.  W  Brazylii  nie  wolno  być 
roztrzepanym.  Zanim  się  Europejczyk  przyzwyczai,  wysiada  zazwyczaj  zamyślony  z  gotówką  w 
kieszeni i ebonitowym krążkiem w ręku. Dopiero gdzieś na trzecim skręcie ulicy łapie go zasapany 
szofer błagając o zwrot  należności. Poza tym  obliczanie kursów autobusowych jest fenomenalnie 
ciekawe.  Oto  jadąc,  dajmy  na  to,  z  punktu  A  do  B,  możemy  zapłacić  trzykrotnie  mniej,  aniżeli 
wracając  tą  samą  drogą  z  punktu  B  do  A.  Zależy  to  od  numeru  autobusu.  Tak  więc  stały 
mieszkaniec Rio może żyć taniej od naiwnego turysty. 
Za  dnia  mało  się  widuje  kobiet.  Zjawiają  się  one  dopiero  około  godziny  piątej  po  południu. 
Wychodzą już wtedy na ulice miasta stuprocentowo gotowe, czyli wymalowane i wygładzone jak 
lalki.  Bez  myśli  i  bez  wyrazu.  Idą  krokiem  statecznym,  pełnym  gracji.  Manekiny  mody.  Wbrew 
słońcu i upałowi. Wbrew zresztą opinii, jaką się o nich wysłuchuje na każdym niemal rogu. Wydają 
się sztywne, bezduszne i nieczułe. Prócz własnego wyglądu i... wystaw sklepowych nie interesuje 
ich  zgoła  nic.  Patrząc  na  piękną  twarz  Brazylijki,  niby  na  kolorową  reklamę  pachnącego  mydła, 
mimo woli szuka się pod jej brodą jakowegoś sznurka, za którego pociągnięciem umalowane wargi 
rozchyliłyby  się  wreszcie  do  żywszego  uśmiechu.  Kobieta  brazylijska  podczas  ulicznego  spaceru 
stanowi uosobienie cnoty. Jest to zapewne wpływ tradycji hiszpańsko-portugalskiego katolicyzmu. 
Towarzyskie  życie  Rio  wydaje  się  natomiast  znacznie  uproszczone.  Na  przykład  nie  są  tu  wcale 
potrzebne dzwonki domowe — łatwiej i przyjemniej stanąć przed drzwiami lub oknem i klaskać w 
dłonie  dopóty,  dopóki  zbudzony  gospodarz  się  nie  odezwie.  Takie  postępowanie  ma  tę  dodatnią 
stronę,  że  po  kilku  już  klaśnięciach  we  wszystkich  okolicznych  drzwiach  i  oknach  zjawiają  się 
próżniaczo uśmiechnięte twarze i z pustej ciekawości zaczynają wypytywać, skąd przychodzisz i do 
kogo, wiele masz lat i co jadłeś na obiad. Po paru wizytach w różnych dzielnicach miasta ma się już 
obszerne  znajomości.  Idąc  chodnikiem,  kłaniasz  się  na  wszystkie  strony  licznym  „serdecznym 
przyjaciołom”. 
Chcąc  wynająć  pokój  można  dać  ogłoszenie  w  miejscowym  „Jornal  do  Brasil”.  Ale  ogłoszenie 
kosztuje. Istnieje więc inna, lepsza i bezpłatna droga. Oto trzeba iść chodnikiem z głową zadartą, 
pilnie  zważając,  co  dzieje  się  w  górze.  Tam,  na  sznurkach  wywieszonych  z  okien,  fruwają 
najprzeróżniejsze  śmieci:  pudełka  od  papierosów,  kawałki  patyków,  szmatki  do  podłogi...  W  ten 
sposób  gospodarz  mieszkania,  bez  opłacania  podatku,  informuje  przechodniów,  że  ma  coś  do 
wynajęcia, a co? — wejdź i spytaj. 
Kawa  brazylijska  nie  zna  konkurencji,  toteż  zyskała  sobie  zasłużoną  popularność.  W  co  trzecim 
domu  (bez  przesady)  znajduje  się  kawiarnia.  Organizacja  obsługi  doskonała.  Można  na  siedząco, 
można na stojąco, jak kto  woli.  Cena ustabilizowana w  całym  kraju  i  nie zależy od klasy lokalu. 
Czekać  na  kelnera  nie  trzeba  —  krąży  bez  przerwy  pomiędzy  stolikami  z  dwoma  imbrykami  w 
ręku.  Z  płaceniem  także  nie  ma  kłopotu.  Zostawia  się  na  stole  standardową  kwotę  i  wychodzi  z 

background image

kawiarni. 
Mieszkam  w  dzielnicy  murzyńskiej.  Co  prawda  nie  w  chatce  z  blaszanek,  tylko  w  przyzwoitym 
domu  —  bo i  takie tu  są  —  w dobrym  punkcie, to  znaczy nie za wysoko  i  nie za nisko, a przede 
wszystkim  za  przyzwoitą  cenę.  Otwarte  drzwi  mego  mieszkania  wychodzą  na  publiczne  schody, 
stanowiące dla mnie nie byle jaką rozrywkę.  Niby na ekranie  egzotycznego filmu przesuwają się 
tędy najprzeróżniejsze typy, ale uwagę moją zawsze przyciąga młoda Mulatka. Od dziecka widać 
nawykła do dźwigania ciężarów, płynie bowiem po stromych schodach, z wiadrem pełnym wody na 
głowie,  zupełnie  bez  wysiłku.  Kołysze  biodrami,  ale  jej  głowa  wraz  z  całą  górną  częścią  ciała 
pozostaje nieruchoma. 
Stała  mieszkanka  Rio  de  Janeiro  nazywa  się  potocznie:  carioca  (stąd  pochodzi  nazwa  tańca),  ta 
dziewczyna  nie  należy  do  sosjety,  więc  nie  zasługuje  na  nazwę  carioca.  Zresztą  carioca  to 
malowana lala, moja Mulatka jest istotą żywą. 
Jak  mówiłem,  Rio  otaczają  łańcuchy  gór  i  aby  trafić  w  inne  zakątki  Brazylii,  trzeba  przebyć  tę 
naturalną zaporę. Kilka zaledwie stacji kolejowych w górę — a upał już znika i lżej jest oddychać. 
Toteż  miejscowa  plutokracja  tutaj  właśnie  posiada  swoje  wytworne  wille,  a  najbardziej  wziętą  i 
modną miejscowością wypoczynkową jest Petropolis. 
Z  otaczających  miasto  skalistych  szczytów  dwa  zdobyły  już  sobie  sławę  wszechświatową: 
Corcovado i Pao de Acucar (Głowa Cukru). 
Corcovado wyróżnia się spośród otoczenia ostrością i wysokością. Dominuje nad całą okolicą. Na 
jego szczycie stoi olbrzymia figura Chrystusa z ramionami rozłożonymi na kształt krzyża. 
Głowa Cukru jest pojedynczą, nawisłą nad oceanem skałą, otoczoną dokoła zieloną łąką. Z tej łąki 
właśnie aż na sam szczyt prowadzi linowa kolejka. Trzeba tam jechać tuż przed zachodem słońca, 
wtedy  bowiem  wszystkie okna ogromnego miasta zapalają się odbiciem  gorejących płomieni i  po 
chwili niebo całe zaczyna szkarłatnieć, a na jego tło występuje biała postać Chrystusa z Corcovado. 
Widok  podniosły  i  uduchowiony,  jedyny  chyba  na  świecie:  Misterium,  które  potrafi  nawet 
rozflirtowanym parkom brazylijskim nakazać ciszę i szacunek. Nikt o tej porze nie krzyczy i nikt 
się  nie  śmieje.  Stojąc  z  kapeluszem  w  ręku  na  szczycie  Cukrowej  Głowy  zamierasz  mimo  woli, 
wpatrzony w szkarłatną dal, jakby urzeczony nadziemskim zjawiskiem. Dokoła próżnia. Pod tobą 
błękit  oceanu.  Jesteś  zawieszony  w  przestrzeni.  Z  dalekiego  horyzontu  na  wprost  ciebie,  trochę 
wyżej, rośnie łuna przecudnym kontrastem purpury, seledynu i szmaragdu. Granice tych barw two-
rzą  zęby  wzgórz  i  z  nich  właśnie  idzie  ku  tobie,  błogosławiąc  wyciągniętymi  ramionami,  biały 
Chrystus, symbol pokoju. 
Przybyszowi  z  dalekiej  Europy,  ogarniętej  wojenną  pożogą,  całe  Rio  de  Janeiro  wydaje  się 
symbolem  pokoju.  Fale  oceanu  głuszą  echa  strzałów  z  odległego  kontynentu.  Przewrażliwiony, 
zgorączkowany, nerwowo chory uchodźca europejski biega chodnikami upalnego miasta miesiąc i 
drugi, dziwiąc się ludziom tutejszym, że chodzą powoli i zawsze mają czas... A manhd (do jutra) — 
to charakterystyczny zwrot brazylijski. „Poczekaj. Nie śpiesz się... A manha”. 
I  oto  biedny,  chory  Europejczyk  przeobraża  się  z  dnia  na  dzień.  Coraz  wolniej  chadza  ulicami, 
coraz leniwiej ociera pot z czoła, coraz częściej się uśmiecha. Coraz mniej wymaga dokładności w 
pracy i coraz mniej widzi tragedii w próżniactwie... 
Piękno  miasta  przełamuje  wreszcie  wszelkie  lody.  Jego  urok  zniewala.  Rio  de  Janeiro  —  bajka 
realnego życia. Bajka, urzekająca każdego, kto tu przybywa. 

 
Dość już miasta 

 
„Jakże to pan, ze swoją włóczęgowską naturą, może tak długo usiedzieć na miejscu?” — pyta mnie 
któregoś dnia jeden z miejscowych Polaków. Ma rację. Już mi się ckni od dawna. Już mam po uszy 
widoku  zbolałych  twarzy  naszych  uchodźczyń,  obnoszących  siebie  niby  symbol  narodowego 
cierpienia.  Już  mam  dosyć  dyrektorskich  brzuszków  utyskujących  przy  piwie  na  brak  gotówki. 
Mam  obrzydzenie  do  kompanii  zdetronizowanych  książąt  i  hrabiów  albo  właścicieli  latyfundiów 
lub  koncernów  sukna.  Dziwnym  zbiegiem  okoliczności  ta  właśnie  kategoria  rodaków  najdalej 

background image

uciekła.  Mniejsze  rybki  nie  potrafiły  przecisnąć  się  poprzez  oczka  formalistycznych  sit:  wizowo-
paszportowych  łapówek,  transportowych  opłat  i...  komitetowych  zasiłków.  Małe  rybki  zostały  po 
bytności  w  obozach  koncentracyjnych  w  Hiszpanii  albo  we  Francji.  Tylko  najgrubsze  dały  sobie 
radę  i....  dopłynęły  do  Brazylii.  Źle  się  czuję  wśród  nich  i  obco.  Pomaga  mi  przypadek.  Oto 
pewnego  wieczoru  w  pewnym  polskim  domu  oglądam  fotografie.  Wśród  nich  trafiają  się  często 
zdjęcia z dzikiego lasu: upolowane pumy, jaguary i krokodyle, a na ich tle, w bohaterskiej zawsze 
pozie, z ręką na karabinie, powtarza się jakiś, wciąż ten sam, jegomość o spiczastym nosie. 
— Kto to taki? — pytam ciekawie. 
—  O,  to  wielki  myśliwy-samotnik.  Mieszka  stale  w  głębi  dziewiczej  puszczy.  Ma  tam  podobno 
swoje łodzie, na których poluje. 
— A z czego żyje? 
—  Podobno  od  czasu  do  czasu  zaprasza  milionerów  amerykańskich  i  ci  płacą  mu  za 
przewodnictwo.  Zresztą  nie  potrafię  poinformować  dokładnie.  Jeżeli  ta  postać  interesuje  pana 
bliżej, proszę udać się do pana L. To jego wielki przyjaciel. 
Oczywiście  zaraz  nazajutrz  udaję  się  na  poszukiwania.  Zresztą  nietrudno  odnaleźć  pana  L.,  jest 
bowiem urzędnikiem naszego konsulatu. 
— Chodzi panu o Stanisława? Ma pan szczęście. Właśnie bawi w Rio, co się rzadko zdarza. Niech 
pan idzie do niego zaraz, bo jeszcze gotów zwiać. Podobno szykuje jakąś nową wyprawę. 
Nie  tracę  czasu,  pędzę  na  Praca  da  Republica.  Nie  znam  dokładnie  adresu,  wiem  tylko,  że  ów 
Stanisław mieszka w podrzędnym,  małym  hoteliku. Ale tych hotelików tutaj  bez liku  i wszystkie 
bliźniaczo  do  siebie  podobne.  Przy  każdym  piwiarnia  z  tłumem  obdartusów.  Klepię  ich  po 
łopatkach,  wypijam  kilka  szklanic  piwa,  byle  pociągnąć  za  język  i  trafić  na  trop.  W  rezultacie 
takiego  postępowania,  po  godzinie  albo  i  więcej,  mocno  trzymając  kieszenie,  znalazłem  się  w 
wąskim i mrocznym korytarzu. Pukam we wskazane drzwi. 
— Entra! 
Otwieram.  Spod  śmieci  nie  widać  podłogi.  Dwa  nie  zasłane  łóżka.  Na  jednym  z  nich  pełno 
skrzynek i tobołów, drugie puste. Parę strzelb opartych o ścianę. Duży stół zarzucony papierami i 
resztkami chleba. Kilka pustych puszek od konserw. 
Zza  stołu  zrywa  się  jakaś  postać  w  płóciennym  ubraniu  khaki  i  podciąga  opadające  spodnie. 
Rozpięta  niechlujnie  koszula,  zmierzwione  w  nieładzie  blond  włosy.  Nie  pierwszej  już  młodości, 
mocno opalona twarz zdradza objawy zażenowania. 
— Pan Stanisław? 
  — Czym mogę służyć? 
— Słyszałem, że się pan wybiera wkrótce w głąb puszczy na polowanie. Chciałem się dowiedzieć, 
jak się to robi? Czy takie same możliwości istnieją dla mnie? Może mi pan łaskawie coś doradzi? 
Stanisław  podskakuje    z    wyraźnym    ukontentowaniem.  W  ogóle  zdradza  niepohamowaną 
nerwowość i chaotyczność. 
 — Czy szanowny pan ma pieniądze i chce za przyjemność płacić, czy też odwrotnie: pieniędzy nie 
ma i chce jeszcze zarobić? 
Ależ  oczywiście  pieniędzy  nie  ma.  Natomiast  jest  żona  i  dziecko.  Ostatni  zaoszczędzony  grosz 
muszę  im  zostawić.  W  paru  słowach  określam  swoje  położenie:  uchodźca,  lekarz  bez  pracy  i... 
żeglarz bez statku. 
W  miarę  mego  opowiadania  Stanisław  zapala  się.  Szeroko  gestykulując  biega  wszerz  i  wzdłuż 
pokoju. Mówi o cudach Mato Grosso, o tym, że on jeden jest prawdziwym znawcą tych dzikich, nie 
deptanych  jeszcze  terenów.  Że  jest  naukowcem-przyrodnikiem,  szanowanym  przez  miejscowe 
uniwersytety.  Że  Muzeum  Narodowe  Brazylii  chce  mu  właśnie  powierzyć  kierownictwo  wielkiej 
naukowej  ekspedycji.  Proponuje  znakomite  warunki  materialne.  Prócz  tego  wszystkie  gimnazja 
dają  zamówienia  na  ptaki.  Lekką  ręką  można  zarobić  tysiące.  W  ciągu  paru  lat  można  stać  się 
bogatym  człowiekiem  i  właśnie  ja,  doktor  Wacław  Korabiewicz,  jestem  tym  wybrańcem 
szczęśliwego losu. Mogę oto natychmiast jechać razem z nim jako zawodowy taksidermista, czyli 
wypychacz zwierząt. 
— Ależ — protestuję — ja nie mam pojęcia o wypychaniu ! 

background image

— Nic nie szkodzi. To żadna sztuka. Jako lekarz krajał pan chyba niejednego człowieka, a więc i 
bydlę potrafi pan skroić. Zresztą ja nauczę pana, bo jestem mistrzem tej sztuki. Poza tym weźmie 
pan kilka lekcji w Museu Nacional, ażeby wypychać modern, rozumie pan: classico. 
Z  dalszego  potoku  słów  wynikało,  że  Stanisław  czeka  na  gotówkę  od  jakiegoś  przyjaciela. 
Przyjaciel ten również ma wybrać się z nami, jako finansujący całe przedsięwzięcie. 
— Pieniędzy, panie, u niego, jak lodu... Największy jednak kłopot z tym, że wyjechał, a tu czas leci 
i gotówka potrzebna. Najlepszy okres myśliwski mija. Każdy dzień drogi. 
Stanisław jest zdenerwowany zwłoką. Cała impreza może wziąć w łeb. Gdyby tak skądś wytrzasnąć 
osiem tysięcy! Najlepszy interes zrobi ten szczęśliwiec, który tę sumę pożyczy. 
Tu  Stanisław  chwyta  ołówek  i  głośno  robi  kalkulację.  Z  kalkulacji  wynika  zupełnie  jasno,  że  po 
pięciu miesiącach polowania i po sprzedaniu wypchanej kolekcji każdy wróci z pięciu tysiącami w 
kieszeni, a wierzyciel otrzyma swoje osiem, plus drugie tyle jako procent od kapitału. 
—  Powiadam  panu:  kokosowy  interes.  Nie  trzeba  złota  szukać.  A  tymczasem  musimy  czekać 
bezczynnie, bo gotówki tej brak. Zanim przyjaciel wróci, najlepszy okres polowania przeminie. 
Gorączkowo  obmyślam,  ile  jeszcze  zostało  oszczędności.  Perspektywa  kolosalnych  zarobków  w 
uchodźczych  warunkach,  a  do  tego  niesamowicie  romantyczne  przygody  w  puszczy  zupełnie  już 
mnie otumaniły. 
—  To  tylko  początek  —  ciągnie  Stanisław  w  zapale.  —  To  tylko  skromny  początek.  Ja  jestem 
dobrym  araigo,  więc  gdy  zżyjemy  się  ze  sobą,  będziemy  organizowali  wyprawę  za  wyprawą. 
Otrzymamy  patent  na  wypychanie  i  dostawę  ptaków  dla  wszystkich  muzeów  świata.  Otworzymy 
wielki  interes,  wielką  firmę.  Prócz  tego  nabierzemy  od  czasu  do  czasu  jakiegoś  milionera,  niech 
płaci. A gdy pan raz pozna Mato Grosso, już więcej pan do Europy nie wróci. Zaręczam panu... Co 
to za kraj, co to za cudowny kraj! 
Już obliczyłem. Mam sześć tysięcy. Dotychczas nie brałem ani grosza z pomocy społecznej, skoro 
więc teraz mam aż tak pewną sposobność zarobku, mogę zabezpieczyć rodzinę w Komitecie, a po 
powrocie z lasu zwrócić pożyczkę. Pokusa jest zbyt wielka, żeby się wahać. 
— Właściwie to  ja mam... sześć tysięcy  — bąkam  nieśmiało  — ale, widzi  pan, to  jest moje całe 
bogactwo. Nie mogę ryzykować. Żona, dziecko... Jeśli będę mieć stuprocentową gwarancję zwrotu 
przynajmniej tej sumy... Czy może mi pan dać taką gwarancję na piśmie? 
— Ależ nie ma nawet o czym gadać! Mnie tu każdy zna. Proszę tylko zapytać, kto to jest Stanisław. 
Zresztą, mój panie, z ołówkiem w ręku udowodniłem zyski. Ja się na tej robocie znam. Już mnie w 
butelkę  nie  nabiją.  To  pana  najświętszy  obowiązek  dać  te  pieniądze,  aby  je  podwoić.  Po  trzech 
miesiącach zacznę już panu spłacać, a w grudniu otrzyma pan zamiast sześciu... dwanaście tysięcy. 
I jeszcze prócz tego będzie pan miał regularny zarobek miesięczny za wypychanie: jeden tysiąc. 
Wszystkie  wątpliwości  pierzchły.  Czułem  się  po  prostu  wniebowzięty.  Urok  przygód  zabarwił 
wszystko na kolor różowy. Co prawda nie znam się na cenach ptaków ani na robocie, ale Stanisław 
jest najlepszym  taksidermistą i  słynnym  myśliwym,  więc jego obliczenia muszą być wiarygodne. 
Zresztą  na  własne  oczy  widziałem  zamówienia  szkół.  Powiada,  że  piętnaście  ptaków  wypcham 
dziennie,  co  —  licząc  minimalnie  po  trzy  milrejsy  od  sztuki  —  wyniesie  45  milrejsów,  czyli 
miesiecznie  1350.  Żaden  urzędnik  brazylijski  tak  dobrze  nie  zarabia.  Układ  więc  staje.  Wręczam 
pieniądze  Stanisławowi,  a  on  mi  daje  kwit,  z  którego  najzupełniej  jasno  wynika,  że  w  grudniu 
otrzymam gotówkę podwojoną. Jutro przystąpimy do organizowania wyprawy. Tymczasem dumny 
jak paw i z sercem na dłoni wracam do domu. 
— Dzień dobry panu — woła ktoś po polsku. Staję zdumiony. Mało mam tutaj znajomych i trudno 
jest  kogoś  spotkać  w  tak  dużym  mieście.  To  pan  W.,  jeden  z  weselszych  i  milszych  rodaków  na 
obczyźnie. Serdecznie ściskamy sobie dłonie. 
— Skąd bogowie prowadzą? 
Opowiadam całą przygodę. Mówię z zapałem o nowej, szczęśliwej znajomości. Oczywiście sprawę 
pożyczki przezornie ukrywam. Po co mają o tym ludzie trąbić? 
—  Więc  widzi  pan,  będę  zarabiać  tysiąc  milrejsów  miesięcznie  i  przy  tym  zwiedzę  całe  Mato 
Grosso. Nauczę się nowego fachu. Co pan na to? Dobry interes? 
Pan W. patrzy na mnie z serdecznym politowaniem i kiwa głową: 

background image

— Tak. Zrobi pan interes, i to nawet doskonały, jeżeli jako pierwszy okaz do wypchania wybierze 
pan  samego  Stanisława.  Obawiam  się  jednak,  że  to  on  pana  wypcha.  Z  niejednym  już  to  zrobił. 
Niech  pan  będzie  z  nim  ostrożny.  Radzę,  panu  trzymać  się  jak  najdalej  od  finansowych  z  nim 
interesów. 
Jestem wściekły. Nie chcę wierzyć. W Brazylii  wszyscy Polacy są ze sobą  skłóceni. Widocznie i 
pan  W.  ma  jakieś  osobiste  porachunki  ze  Stanisławem.  Normalne  zjawisko.  Nie  ma  się  czym 
przejmować. A zresztą... już za późno. 
Następnego  dnia  od  wczesnego  ranka  przystępujemy  do  zakupów.  Przede  wszystkim  hamaki, 
potem  brezentowe  marynarskie  worki  do  pakowania  rzeczy,  latarki  elektryczne  itp.  Prowiant 
zakupimy na ostatnim postoju. Stąd zabierzemy tylko amunicję. Pakujemy ją w małe worki, ażeby 
nie kazali oddawać na bagaż. 
Podczas  zakupów  Stanisław  gada  bez  przerwy.  Mówi  wyłącznie  o  sobie,  o  swojej  sławie 
myśliwskiej,  o  swych  szalonych  stosunkach,  o  tym,  jak  go  wszyscy  szanują  i  jak  bogato 
zaopatrzony jest w sprzęt. Na fazendzie Jose Velhó, ostatniej siedzibie ludzkiej przed puszczą, ma 
flotyllę własnych doskonałych łodzi motorowych oraz arsenał broni. Tam też, pod opieką wiernego 
sługi compadre Lino, który pracuje u senhora Rodriąueza (właściciela fazendy), hoduje się psiarnia, 
jakiej nie ma w całej szerokiej okolicy. 
— A konie, mój panie!  Co za konie! Będziemy  na nich robili ekskursje  w głąb Pantanalu  (część 
nizinna stanu Mato Grosso). Siodeł nie zabraknie, mam ich całą kolekcję. 
Któregoś wieczoru wyjął Stanisław spod poduszki gruby skoroszyt i zaczął z niego czytać urywki 
pamiętnika. Czytał patetycznie, zasłuchany w melodię własnego głosu niby głuszec na tokowisku. 
Mimo  napuszonego  stylu  treść  istotnie  niesamowita.  Znajomość  przyrody  głęboka.  Dosadność 
wyrażeń  doskonała.  Jednym  słowem,  trochę  pracy  korektorskiej,  a  można  z  tego  zrobić 
pierwszorzędnej  wartości  dzieło  podróżnicze.  Główną  wadą  pamiętnika  są  ciągłe  makaronizmy. 
Widocznie  pod  wpływem  przebywania  wśród  kabokli  (mieszkańcy  puszczy,  zwykle  mieszańcy 
białych z Indianami) zatracił autor czystość języka. Przynajmniej jedna czwarta pamiętnika pisana 
jest po portugalsku. 
— Przed drukiem musiałby pan przetłumaczyć to wszystko na język polski. 
— Gdzie tam! Nie można! Straciłoby na wartości. Jakże kaboklo może mówić po polsku? Niechże 
pan  weźmie  na  przykład  tutaj;  compadre  Lino  u  mnie  powiada:  „O,  senhor  esta  muito 
trabalhando”. 
Jakże inaczej to wyrazić? Może: „Pan jest dużo pracujący?” To głupio brzmi. To nie 
oddaje charakteru. 
Trudno  przekonać  Stanisława,  a  widząc  jego  zapał  do  odczytywania  tych  makaronizmów 
oświadczyłem  pewnego  dnia,  że  wolę  tego  dalej  nie  słuchać,  mimo  woli  bowiem  mogę  ulec 
wpływowi  stylu  i  popełnić  później  plagiat.  Patrzył  na  mnie  długo  i  badawczo,  po  czym  odłożył 
skoroszyt z powrotem pod poduszkę. 
— Pan jest człowiekiem uczciwym. To dobrze. 
Na kilka dni przed startem w drogę Stanisław zakomunikował mi, że nie życzy sobie, abym zabierał 
ze sobą aparat fotograficzny. 
— Mato Grosso, mój panie, to moja własność. Nikt do niego nie ma prawa, tylko ja. Ja mam aparat 
i fotografuję. 
Nie kłócę się. Daję spokój.  Jakoś tam będzie, ale moja sympatia do towarzysza z  wolna zaczyna 
przygasać. Przyjaźń z nim wygląda coraz mniej zachęcająco. 
Prócz  nas  dwóch  jedzie  jeszcze  Tadeusz  —  instruktor  pilotażu  z  Krakowa.  Nie  znam  go  bliżej. 
Wygląda śmiesznie: chudy, przygarbiony, ofermowato poczciwy. Boję się, aby nam w drodze nie 
połamał  się  w  kawałki.  Jedzie  jako  siła  pomocnicza  w  wypychaniu.  Pono  już  w  Polsce  tym  się 
trudnił.  W  przeciwieństwie  do  Stanisława  nic  o  sobie  nie  mówi.  Zobaczymy,  co  z  tej  pomocy 
wyniknie. Wygląda, jakby do trzech zliczyć nie umiał. 
Nareszcie  —  wśród  dwudziestu  dwóch  pakunków  —  znaleźliśmy  się  na  peronie.  Wszystko  to 
trzeba  „przeszmuglować”  do  wagonu,  żeby  nie  płacić  bagażowego.  Najdrobniejszy  z  pakunków 
obrywa swoim ciężarem rękę, są to bowiem naboje do karabinów. 
Stanisław  wydaje  rozkazy:  „Zanieś  no  pan  te  paczki  w  lewo!  Tamte  w  prawo,  a  prędko!”  My 

background image

biegamy  posłusznie  jak  pociągowe  osły.  Trwa  to  dobre  pół  godziny.  Wreszcie  udaje  się  nam, 
zasapanym i zziajanym, spocząć na laurach. Zdobywamy przedział. W tymże momencie przychodzi 
mi do .głowy dziwna myśl: dlaczego Stanisław wciąż tylko dyryguje, a my nosimy ciężary? Mamy 
wszakże być towarzyszami jednej i tej samej ekspedycji, na równych prawach. Ba, jestem nawet jej 
finansistą. Gdzież więc owa zapowiadana koleżeńskość? Gdzież ów dobry amigo? Dalej tak być nie 
może. Trzeba się solidarnie bronić. 
Pociąg niemiłosiernie trzęsie. Do mózgu napływają przeróżne refleksje. Niepokoją mnie moje nikłe 
wiadomości z zakresu wypychania. Czy aby podołam trudnemu zadaniu? 
Dwa tylko razy próbowałem tej roboty w muzeum. Dali mi raz świnkę morską, innym razem ptaka. 
Siedziałem nad nimi po kilka godzin i coś tam ostatecznie ku ogólnej uciesze wyszło. Według słów 
Stanisława  sama  dyrektorka  muzeum  zachwycała  się  moimi  zdolnościami,  rokując  świetną 
przyszłość.  Jednakże,  opierając  się  na  tym  pierwszym  smutnym  doświadczeniu,  obliczałem 
dochody  już  nieco  inaczej.  W  ciągu  dwunastu  godzin  intensywnej  pracy  mógłbym  przygotować 
najwyżej cztery ptaki, ale nigdy... piętnaście, stąd i projektowany dzienny zarobek nagle zmalał z 
czterdziestu pięciu milrejsów na... dwanaście. Dzielę się tymi refleksjami ze Stanisławem. 
—  Ależ  co  pan  gada!  To  tylko  początek!  Pierwsze  pana  kroki.  Sama  dona  Eliza  (dyrektorka 
muzeum)  jest  pełna  uznania  dla  pańskiej  pracy.  A  jeżeli  ja  panu  mówię:  piętnaście,  to  znaczy 
piętnaście! — dodał zły. 
Nie wypadało mieć wątpliwości. 
Podróż  tymczasem  zaczynała  się  doskonale.  Pogoda  ani  za  gorąca,  ani  za  zimna.  Co  prawda 
wagonem rzuca bezlitośnie, jakby maszynista uczył się dopiero swojego zawodu. Ale mamy gdzie 
siedzieć, toteż całą noc siedzimy, choć na sztywno, tłumoki bowiem  z nabojami  nie pozwalają na 
wyprostowanie kolan i zmianę pozycji. Nie ma gdzie nóg wepchnąć. Jedziemy drugą klasą, co na 
miejscowe  stosunki  stanowi  wielkie  jaux  pas.  Pół  drzemię,  pół  śnię.  Wyobrażam  już  siebie  w 
hamaku pomiędzy drzewami. Węże dusiciele zaglądają pod moskitierę, a puma porykuje tuż obok. I 
oto  nagle  uderza  mnie  wielka  niesprawiedliwość.  Dlaczego  Stanisław  ma  spać  we  wnętrzu  dużej 
łodzi na sprężynowym łóżku, a my — niedoświadczeni Europejczycy — mamy dyndać pomiędzy 
drzewami, narażeni na wszelkie niebezpieczeństwa puszczy? Do Stanisława poprzez wodę nie trafi 
żadne zwierzę, podczas  gdy do nas droga otwarta. Pragnienie przygód i  awantur zagłusza jednak 
wkrótce te niepokoje. Niech będzie, co ma być... 
— Panie Stanisławie! — odzywam się sennym głosem. 
— A czego? A czego? — zrywa się przerażony. 
— Czy  aby  będzie  pan  miał  wystarczającą  ilość broni dla nas wszystkich? Czy dostanę dobry 
karabin? 
—  Niech  pan  teraz  śpi  i  nie  zawraca  głowy.  Mówiłem  już  panu,  że  w Jose  Velho  wszystko  jest, 
czego tylko dusza zapragnie. 
—  Oby  tak  nie  było  jak  z  tym  koleżeństwem!  —  mruczy  Tadeusz,  a  świat  roztapia  się  nam  w 
jakowąś ojrę-mojrę. Coś szarpie mną i targa, ale już nie wiem, czy to wagon kolejowy, czy onca 
(jaguar). Mniejsza z tym. Jakoś tam będzie. Majaczy mi się znowu hamak. Okropne! Taka wisielcza 
pozycja nie odpowiada memu pojęciu o wypoczynku. „Głupi! — upominam sam siebie — wszakże 
nie będzie ci gorzej aniżeli teraz na paczkach z amunicją.” Racja. Zasypiam wreszcie. Ale nie na 
długo. Czarne niemowlę drze się wniebogłosy. Rozglądam się. Publiczność żywcem przeniesiona z 
ulic Rio de Janeiro, może nawet trochę bielsza. Więc czemu uważa się klasę drugą za upośledzenie? 
W tej chwili odpowiedź przychodzi sama: pociąg wpada w pierwszy tunel, a potem już bez przerwy 
z  jednego  tunelu  w  drugi.  Okien  nie  ma.  Gryzący  dym  wciska  się  do  wnętrza.  Robi  się  szaro  i 
duszno. Oczy bolą. Dostaję ataku kaszlu. Już przestaję dziwić się czarnemu dziecku, ja darłbym się 
na jego miejscu jeszcze rozpaczliwiej. Gdzieś z mglistej oddali dobiega głos Stanisława: 
— W klasie pierwszej są okna, tam można wytrzymać... 
Tak.  Teraz  rozumiem.  Dopłaciłbym  każdą  cenę,  byleby  tej  męczarni  nadszedł  kres.  Tchu  już  nie 
mogę złapać. 

 

 

background image

Ucieczka od cywilizacji 

 
Mato  Grosso  jest  drugim  z  kolei,  co  do  wielkości  stanem  Republiki  Brazylijskiej.  Nie  byle  co: 
około  milion  trzysta  tysięcy  kilometrów  kwadratowych  powierzchni.  Tylko  niewielka  część  tego 
stanu  jest  zaludniona.  Olbrzymią  resztę  stanowi  las  zamieszkały  przez  zwierzęta  albo  dzikie 
szczepy  Indian.  Mówiąc  ściśle,  tak  zwany  Wielki  Las  (Mato  Grosso)  pokrywa  jedynie  północną 
część stanu o tej nazwie, granicząc ze stanem Amazonas. Na południu rozpościerają się moczary i 
tak zwane Compos Cerrados, czyli suche stepy. 
Klimat  Mato  Grosso  —  ze  względu  na  olbrzymi  teren  —  jest  niejednolity:  na  północy,  blisko 
równika  —  podrównikowy,  tropikalny,  w  centrum  —  zwrotnikowy,  a  ku  południowi  — 
umiarkowany. Zresztą na całej przestrzeni zależny od dwóch pór roku: tempo seco (pora sucha) i 
tempo das aguas (pora deszczowa). 
Z chorób endemicznych trzy są najbardziej rozpowszechnione: malaria, trąd i choroba Chagasa. Ta 
ostatnia stanowi prawdziwą plagę. Roznosi ją pluskwiak zwany tu popularnie barbeiro (golarzem), 
jako że przeważnie gryzie w okolicę brody. Żyje w szparach podłogi i glinianych ścian tubylczych 
kaboklerskich  ranchos.  Roznoszony  przez  te  pluskwiaki  pasożyt  wywołuje  objawy  kretynizmu. 
Chorobę tę kabokle nazywają papo albo papudo. 
Stolicą  Mato  Grosso  jest  dzisiaj  miasto  Cuiaba.  Założone  zostało  przed  dwoma  wiekami  przez 
poszukiwaczy złota. Do  niedawna jeszcze było  skromną osadą i  dopiero  w ostatnich latach nagle 
dźwignęło się dzięki przeniesieniu tu stołecznych urzędów. Dawniejsza stolica, Villa Bella de Mato 
Grosso, założona została w 1752 roku nad brzegami rzeki Guapore. Już wtedy w epoce kolonizacji 
liczyła dziesięć tysięcy mieszkańców, posiadała piękne kościoły i bogate wille. Wszystko to nagle 
zamarło.  Na  rozkaz  wszechwładnego  dyktatora-prezydenta  przeniesiono  stolicę.  Powodem  tych 
przenosin był zabójczy klimat i wielka odległość od centrum kraju. Dziś Villa Bella znajduje się w 
kompletnej  ruinie.  Bujna  roślinność  zaległa  porzucone  domy.  Węże  i  małpy  stały  się  głównymi 
mieszkańcami.  Można  tam  kupić  wytworny  pałac  dosłownie  za  parę  groszy.  Z  ludności  zostało 
ledwie  kilkuset  Murzynów.  W  życiu  potocznym  Villa  Bella  nosi  nazwę:  Cidade  Morta,  czyli 
Martwe Miasto. 
Północno-wschodni  róg  prowincji  Mato  Grosso  to  jedna  z  ostatnich  białych  plam  mapy  świata. 
Tereny jeszcze nie badane, leżące pomiędzy Rio  das Mortes i  rzeką Xingu. W tych to  olcolicach 
znajdują się podobno owe legendarne, a może naprawdę istniejące stare kopalnie złota, porzucone 
przez pierwszych eksploatatorów z powodu Indian i klimatu. Krążą o tym niesamowite historie: o 
jakichś  ruinach  miast  i  świątyń,  o  niewyczerpanych  bogactwach.  Niejeden  już  awanturnik 
przypłacił ciekawość życiem. Do dziś wyruszają w tamtą stronę wyprawy i najczęściej ślad po nich 
ginie. Rzeka Śmierci pochłania wszelkie tajemnice. Zamieszkały nad nią szczep Indian Chawantes 
nie znosi białych i morduje każdego, kto się odważy zapuścić w tamte strony. Tam właśnie zaginął 
przed  kilkunastu  laty  pułkownik  Fawcett,  w  poszukiwaniu  którego  organizowano  aż  trzy  wielkie 
wyprawy — na próżno (patrz: Peter Fleming „Przygoda brazylijska”). 
Rio das Mortes wypływa spod Cuiaba i biegnie na północ. Nie warto próbować żeglugi tą rzeką, 
znane  jest  bowiem  przypisywane  Indianom  szczepu  Chawantes  powiedzenie:  „Biali  nas  nie 
interesują, ciekawi nas jedynie kolor ich krwi”. Indianie tego szczepu nie poddają się cywilizacji. 
Pojmani w niewolę szybko umierają. Niedaleko zamieszkuje inny szczep: Bororo. Ten, w całości 
już ujarzmiony, dogorywa w rezerwatach. Nikt o tych Indian nie dba. Nikt tu nie chroni wymiera-
jącej rasy. Przeciwnie, Brazylia wstydzi się swoich praojców. Pragnie jak najszybciej oczyścić się z 
zarzutu „dzikiego pochodzenia”. Zakazano  nawet  wysyłać  za granicę pocztówki z fotografiami 
Indian. Murzyni są bardziej bliscy sercu Brazylii. 
Przeznaczeniem  wyprawy  naszej  nie  jest  Rio  das  Mortes  ani  w  ogóle  Wielki  Las.  Dążymy  do 
szerokiego Pantanalu, czyli do nizinnego dorzecza rzeki Paragwaj, ujętego w klamry górami Serra 
do  Amolar  od  zachodu  i  płaskowyżem  Planalto  Central  od  wschodu.  Cały  ten  olbrzymi  obszar  w 
porze  deszczów  stoi  pod  wodą  i  dopiero  teraz,  gdzieś  w  kwietniu,  można  tu  płynąć  łodzią  i 
rozkoszować się polowaniem, jakiego się nie spotka w żadnym innym zakątku świata. Gęste lasy 

background image

Amazonki tłumią zwierzostan, nie ma tam tego rozmachu co w Pantanalu. Zwierzęta kochają wodę 
i przestrzeń — tu właśnie tego nie braknie. 
Wcale nie jest łatwo trafić z asfaltowej jezdni Rio de Janeiro w dziki teren Pantanalu. Trzeba się 
wpierw  solidnie  namordować  w  straszliwie  natłoczonych  pociągach,  na  prymitywnych  rzecznych 
statkach, wreszcie na prywatnych motorówkach  Taką właśnie mordęgę rozpoczęliśmy dzisiaj. 
Stosy  wykarczowanych  pni  zalegają  tory  kolejowe.  Lokomotywy  pochłaniają  niezliczoną  ilość 
drzewa, ale na szczęście zawsze jest go tu w bród. Ponad czuprynami lasów pniemy się ciągle pod 
górę. Temperatura opada szybko. Na  rozgrzewkę małe letniskowe stacyjki  poją nas czarną kawą. 
Znowu gwizd i  znowu jazda. Coraz dłuższe tunele. Coraz bardziej duszące dymem. Dopiero rano 
zaczynamy zjeżdżać w dół na kawowe plantacje stanu Sao Paulo. Oczy moje, nawykłe do zbożowej 
szachownicy  polskich  pól,  obco  się  jakoś  czują  pośród  tego  labiryntu  jednostajnie  zielonych, 
rzędami  płynących  ku  horyzontowi,  nie  owocujących  już  drzewek.  Plantacje  z  czasów 
niewolnictwa. 
— To ziemia zupełnie już wyjałowiona — tłumaczy Stanisław. — Tysiącami akrów ciągnie się aż 
do  samej  granicy  Mato  Grosso.  Plantacje  kawy  przeniesiono  dalej,  na  nowe  tereny.  Tu  się  tylko 
pasie bydło. 
— Jakże można pozwolić na taką rabunkową gospodarkę? — oburzam się. 
—  W  ostatnich  czasach  rząd  zapobiega  temu  energicznie,  ale  przedtem  nikt  się  o  ziemię  nie 
troszczył  —  tłumaczy  dalej  Stanisław.  —  Kawa  rodzi  przeciętnie  lat  trzydzieści,  kiedy  więc 
przestawała  owocować,  “kupowało  się  nowe  tereny.  Trzydzieści  lat  zbiorów  tysiąckrotnie 
amortyzuje kupno ziemi. Po co więc łamać sobie głowę nad płodozmianami, nad jakąś racjonalną 
gospodarką? Łatwiej kupić nowy teren i wyjałowić go jak poprzedni. 
Już  drugi  dzień  jazdy  pociągiem  dobiega  końca  —  pora  opowiedzieć  coś  więcej  o  swych 
towarzyszach. 
Stanisław  jest  agronomem  z  wykształcenia.  Przybył  do  Brazylii  przed  szesnastu  laty  wprost  z 
belgijskiego  uniwersytetu.  Przybył  z  gotówką  w  ręku,  bronią  myśliwską  i...  psami.  Zamierzał 
polować na grubego zwierza. Ale piękne Rio zatrzymało go na czas dłuższy. Zaczął robić „szalone” 
interesy.  Stracił  na  nich  po  kolei:  psy,  strzelby  i  gotówkę.  Potem  dobrnął  wreszcie  do  interioru  i 
rozkochał się w sertonie (dzikie tereny). Odtąd nie porzuca już życia koczowniczego. Z cywilizacją 
zerwał zupełnie. Za ojczyznę obrał sobie Pantanal, a rzekę Piquiri za swoje udzielne królestwo. W 
ostatnich  latach  wpadł  na  doskonały  sposób  zdobywania  gotówki  zapraszając  amerykańskich 
milionerów na polowania. Niewątpliwie dorobiłby się na tym fortuny, gdyby nie wojna. Milionerzy 
zrzekli  się  udziału  w  ostatniej  wyprawie,  motywując  to  potrzebą  pilnowania  zagrożonych 
businessów. 
Prawdopodobnie ze zmartwienia Stanisław ciężko “zachorował i cały rok spędził w okolicy Rio na 
farmie. 
Mam zwyczaj porównywania ludzi do zwierząt. Stanisław należy do ptakopodobnych. Jego ostry a 
długi  nos,  małe  oczka  i  zawsze  skołtuniony  czub  łudząco  przypominają  srokę.  Poza  tym  duże 
rogowe okulary, maleńki wzrost i wiecznie opadające spodnie przypominają jakiegoś krasnoludka z 
filmu „Królewna Śnieżka”. 
Drugi  mój towarzysz, Tadeusz, to  raczej  chomik albo  inny  gryzoń z tych najpoczciwszych, co to 
nikomu  krzywdy  nie  czynią.  Nos,  usta,  wąsiki  i  broda  —  wszystko  do  kupy.  Wygląda  jednym 
słowem  jak  królik  podczas  jedzenia  kapusty.  Charakter  jego  odpowiada  wyglądowi.  Chłop 
najlepszego  serca  i  najczystszej  duszy.  Podczas  gdy  Stanisława  aż  rozsadza  samochwalstwo,  ten 
jest  uosobieniem  skromności.  Podczas  gdy  pierwszy  jest  przedstawicielem  egoizmu,  ten  stanowi 
przykład koleżeńskiego altruizmu. Tak więc kompanów mam dobranych: doskonale się nawzajem 
uzupełniają.  Dwa  kontrasty  połączone  myśliwską  manią.  Na  tym  tle  następuje  całkowite  po-
rozumienie.  O  polowaniu  mówią  zawsze  z  wielkim  zapałem,  energicznie  przy  tym  gestykulując. 
Nie  potrzebują  słyszeć  słów,  żeby  zrozumieć  temat  rozmowy.  W  mimice  i  gestach  obaj  są 
niezrównani.  Stanisław  trzyma  prym  w  gadulstwie.  Jeżeli  jakimś  cudem  nie  ma  nic  do  gadania, 
wówczas z rękami w kieszeniach i z zadartym na potylicę kapeluszem kiwa się na piętach. Jedynym 
strojem, jaki toleruje, są długie spodnie khaki i takaż marynarka. Ma dwa takie garnitury: jeden na 

background image

co  dzień,  drugi  od  święta.  Nie  ma  zresztą  pomiędzy  nimi  żadnej  różnicy:  oba  jednakowo 
pogniecione  i  jednakowo  brudne.  Jedyne,  co  Stanisław  myje  i  myje  starannie,  to  zęby.  Poza  tym 
bojkotuje  zarówno  czystość,  jak  porządek.  Kobiet  nie  uznaje  z  zasady.  Od  jedenastu  lat,  wzorem 
Podbipięty, żyje w absolutnej cnocie, chociaż złośliwe języki mówią inaczej. Co do zoologii mogę 
powiedzieć  śmiało,  że  Stanisław  nadaje  się  równie  dobrze  na  wykładowcę-profesora,  jak  i  na 
muzealny  okaz.  Od  dziecka  pono  siedzi  po  uszy  w  katalogach.  Każde  zwierzę  ukazujące  się  na 
horyzoncie zostaje natychmiast ochrzczone mianem łacińskim. Mimo to, jako człowiek o ciasnym 
zakresie  zainteresowań  i  jako  odludek  spędzający  większą  część  życia  pośród  kabokli,  Stanisław 
nie  robi  wrażenia  inteligenta.  Może  przyczynia  się  do  tego  owa  zewnętrzna  i  wewnętrzna 
niechlujność,  bo  w  głowie  u  niego  wieczny  chaos  sprzeczności.  Jakaś  przedziwnie  rażąca 
dysharmonia: z jednej strony czuje głęboką pogardę dla cywilizacji i idącego stamtąd zakłamania, z 
drugiej  zaś  strony  jest  najpłytszym  snobem.  Niby  samotnik  stroniący  od  ludzi,  a  dba  o  opinię 
najgłupszego  z  kabokli.  Dumny  indywidualista  w  marzeniach  —  płaszczy  się  jak  lokaj  przed 
każdym  ziemskim  autorytetem.  Gardząc  formami  zewnętrznymi  —  lubi  tanie  efekty.  Fotografuje 
się w bohaterskich pozach w specjalnie na ten cel przechowywanym kolonialnym czaku. 
Im  dalej  pociągiem,  tym  coraz  dziwniejsze  typy wsiadają na stacjach: coraz szersze kapelusze 
na głowach, coraz smrodliwszy tytoń w fajkach. 
Już czwarty dzień i czwartą noc tak jedziemy i dopiero jutro przekroczymy granicę stanu Sao Paulo. 
Coraz więcej pasażerów o rysach indiańskich. Czasami wsiądzie Indianin czystej krwi i ten odbija 
swym  wyglądem  od otoczenia. Zwłaszcza piękny  był  starzec o nieco przypłaszczonym,  ale orlim 
nosie, ubrany w szkarłatny płaszcz z wełny. Głowę nosił wysoko i patrzył na nas z góry. 
— Z jakiego szczepu? — spytałem Stanisława. 
—  Terranos.  Z  tego  plemienia  rekrutowali  się  słynni  Indianie  Cavalheiros,  którzy  atakowali 
białych, gdy ci lądowali na wybrzeżu morskim. Dziś pracują przeważnie przy budowie i naprawie 
kolei,  chociaż  to  oni  właśnie  przez  dłuższy  czas  uniemożliwiali  swymi  napadami  budowę  tejże 
kolei.  Losy  się  odmieniają.  Pan  nawet  nie  wyobraża  sobie,  w  jakim  tempie  wyrosły  tutaj 
cywilizacyjne  ośrodki.  Weźmy  jako  przykład  miasto  Bauru,  gdzie  jutro  zmienimy  pociąg.  Przed 
trzydziestu laty była to jeszcze nieprzystępna puszcza. Właśnie tutaj żyli ci niezwalczeni  Indianie, 
którzy wymierają dziś w okolicznych rezerwatach. 
— A co to? — wykrzykuję nagle z wyciągniętym przed siebie palcem. 
—  Osada    poszukiwaczy    diamentów    —    odpowiada  Stanisław.  —  Kiedyś  omalże  i  mnie  nie 
wciągnięto w ten hazard. Nieszczęśliwi ludzie. Nałogowcy. Żyją stale w nędzy, podsycani nadzieją 
lepszego jutra. 
— Czy jeden drugiego nie okrada? 
— Gdzież tam! Zlinczowano by takiego momentalnie. Tu panuje samorząd i samosąd. Prawa ostre i 
bezwzględne.  A  gdy  zdarzy  się,,  że  któryś  znajdzie  większy  diament,  myśli  pan,  że  starczy  na 
długo?  Parę  miesięcy  bumblowania  w  Sao  Paulo  i  już  wraca  w  łachmanach.  Któregoś  roku  był 
jeden  taki  u  mnie.  Przysięgał,  że  więcej  tu  nie  wróci.  A  po  miesiącu  już  uciekł  do  swoich 
diamentów. Tacy oni wszyscy. To jakby miejscowe Monte Carlo. 
Znowu kawa. Bezkresne rzędy krzewów, tym razem jeszcze owocujących. Trochę dalej wypalone 
obszary  lasów,  przygotowane  pod  kawę  karczowiska.  Chatynki  ubogich  pionierów  toną  w 
bananowych gajach. To mrówki, które oczyszczają pole dla nadciągających krezusów. Im dalej w 
głąb,  tym  więcej  stojącego  jeszcze  lasu.  Strusie  podchodzą  pod  sam  pociąg.  Wiele  drzew 
obsypanych  kwieciem  zamiast  liści.  Nareszcie  mijamy  rzekę  Parane  —  naturalną  granicę  stanu 
Mato  Grosso.  Majestatyczna,  szeroka,  podobna  do  naszej  Wisły,  tyle  że  leży  pod  Krzyżem 
Południa. 
Rozpoczyna  się  ów  słynny  Pantanal.  Kędy  okiem  sięgnąć,  aż  po  daleki  horyzont  pokurczone 
drzewa na ubogiej łące. 
— O, patrzcie, panowie, ten sęp z czerwoną głową to cacador (myśliwy), inaczej zwany: minister. 
Jeżeli  on  krąży,  to  znak,  że  tutaj  jest  dobra  zwierzyna.  To  najlepszy,  nieomylny  wskaźnik  dla 
myśliwego — krzyczy Stanisław, a oczy mu przy tym błyszczą. Już go zaczyna brać. Tadeusz coraz 
dzielniej sekunduje. Obaj przywarli do szyby, rozpłaszczyli na niej nosy i czekają. Jeszcze moment, 

background image

a zaczną chyba strzelać z okien. 
Ja nie mogę niestety oddać się bezpośredniej obserwacji przyrody, bowiem  najbliższy mój sąsiad 
pluje mi wciąż pomiędzy  buty i  nie zawsze trafia w wolną przestrzeń. Za chwilę tenże jegomość 
bierze  się  do  obierania  pomarańcz  i  skórki  rzuca  mi  wprost  na  kolana.  Byłbym  zły,  gdyby  nie 
skośne, a wielomówiące spojrzenia jakiejś  ładnej  blondynki.  Właśnie zamierzam  przenieść się na 
jej ławkę, gdy wtem... wielki rumor, wstrząs i pociąg staje. Nic nie zdradza potrzeby tego nagłego 
przystanku. Wysiadamy tłumnie, by odbyć dłuższą debatę z konduktorem. 
— Zamiast pytać o przyczynę, niech senhor idzie i sam zobaczy — odpowiada konduktor z flegmą. 
— Ciekawe zobaczyć. Na przestrzeni kilometra wszystkie mutry ścięte. 
Rzeczywiście. Pług ochronny, który pcha przed sobą lokomotywa, spadł z szyn i wlokąc się obok, 
pościnał śruby przy podkładach. 
— Mogliśmy łatwo skoziołkować, to nie żarty — zauważam. 
— I jeszcze jak — odpowiada konduktor. 
— Ale to tutaj zwykła rzecz — dodaje Stanisław. 
Tracimy  pół  dnia  i  jakoś  przepychamy  się  do  najbliższej  stacji.  Miasteczko  bardzo  ciekawe  i 
typowe. Dwie uliczki pod ostrym kątem wybiegają od dworca, aby utonąć zaraz w dzikim stepie, 
Nic więcej. Owszem, są jeszcze dwie kawiarnie, ale brak jajek, jarzyn i chleba. Brak w ogóle wszy-
stkiego poza jeijao, czyli czarną fasolą, i suszonym mięsem. 
Nazajutrz  pędzimy  innym  pociągiem  i  nową  lokomotywą.  Pędzimy  naprawdę  szybko.  Widocznie 
maszynista chce nadrobić stracony czas. Wagon aż się zatacza. Nawet strusie uciekają. 
— No, no... — mruczy Stanisław i kiwa głową. Jakby w odpowiedzi na to powątpiewanie rozlega 
się okropny pisk hamulców, walizki spadają z siatek, Tadeusz wali głową w mój brzuch i pociąg 
staje. 
— Ano — powiada flegmatycznie nowy konduktor — podobno resor pękł w lokomotywie. 
—  To  zwykła  tutaj  rzecz  —  uspokaja  Stanisław.—  Bez  katastrofy  trudno  jest  przecie  przebywać 
takie przestrzenie. 
Zgoda i na katastrofy, ale jakaż u licha może być gwarancja, że następnym razem nie pęknie cały 
wagon? Patrzymy z Tadeuszem na siebie jak oberwani ze stryczka wisielcy. Może się jeszcze kilka 
razy uda. Rzecz zaczyna być diabelnie ciekawa. Znowu tracimy w polu cały dzień, aż pod wieczór 
przychodzi nowa lokomotywa z nowym prawdopodobnie resorem. Gdzieś koło północy docieramy 
do rzeki Paragwaj. Odtąd popłyniemy już statkiem. 
Kapitan  statku  jest  zły  jak  szerszeń,  bo  z  powodu  opóźnienia  pociągu  zmuszony  był  do  wydania 
pasażerom kolacji. Wściekle zimno. Szczękamy zębami. 
— To jeszcze nic — powiada Stanisław — pewnego razu o tej samej porze wyniesiono z wagonu 
kilka kobiet zamarzłych na śmierć. 
Im dalej od Rio, tym więcej niesamowitych historii opowiada nam Stanisław. Wygląda, jakby nas 
chciał  teraz  odstraszyć.  Miało  być  tak  ciepło,  że  projektowaliśmy  spać  nago.  Dziś  zapytuje  mnie 
nagle, czy zabrałem ze sobą wystarczającą ilość koców. 
— W hamaku bardzo zimno — powiada — straszliwie po plecach mrozi. 
—  Panie  doktorze  —  zaczyna  szeptem  Tadeusz  —  obawiam  się,  że  mi  papierosów  nie  starczy. 
Kupiłem ich duży zapas, ale tyle mi ich Stanisław wypala.    
— Niechże pan nie będzie głupi i niech mu pan nie daje. 
— Jakże mogę odmówić, jeśli się sam tego nie domyśla? 
W tym momencie w otwartych drzwiach kabiny staje nasz miły amigo. 
— Panie Tadeuszu, ma pan papierosika? Zapomniałem rozpakować walizę. 
— Niechże pan ją rozpakuje — wtrącam zirytowanym głosem — na to nigdy nie jest za późno. 
Spojrzał na mnie złym wzrokiem. Czuję, że walka pomiędzy nami zaczyna się na dobre. 
 
 

 
 

background image

Stanisław Myśliwiec 
 

 

Wygnani z ojczystego kraju,  
wodami rzeki Paragwaju  
płyniemy bez celu i przed siebie,  
wpatrzeni w Krzyż, ten Krzyż na niebie. 
 
Na rzeki obcej wstęgę długą  
księżyc srebrzystą rzuca smugę,  
od brzegów leci cykad skrzek,  
jak żabi chór od polskich rzek. 
 
Byśmy nie byli tacy sami  
z naszą tęsknotą i myślami,  
księżyc tu przyszedł — stary druh  
od polskich miedz i polskich dróg. 
 

PIEŚŃ PARAGWAJU 

 
 
Kabina wcale wygodna. Cztery łóżka na trzech. Jedno więc zamieniamy w skład amunicji. W krąg 
zielono. Żadne wyższe drzewo nie wystrzeli ponad zmierzwioną płaszczyznę. Krokodyle stanowią 
tu jeszcze sensację, toteż pasażerowie wypatrują ich ciekawie. Rzeka szeroka. Płyniemy samym jej 
środkiem.  Kapitan  gdzieś  z  górnego  mostku  strzela  do  krokodyli  i  wciąż  pudłuje.  Stanisław 
podekscytowany lata od burty do burty, wykrzykując na widok każdego nowego ptaka. Rozumiem 
go doskonale. Nie był w tych stronach od dwu lat i oto teraz wraca. Cenię w nim to przywiązanie 
do pierwotnej natury i to go w moich oczach wybiela. 
Właśnie  mijamy  dwa  krokodyle  wygrzewające  się  na  błotnistym  występie.  Leżą  od  nas  w 
odległości może stu, może więcej metrów. Tadeusz chwyta karabin i strzela od oka. Jeden z gadów 
podrzuca  komicznie  łeb  w  górę  i  zostaje  w  miejscu,  drugi  zsuwa  się  pospiesznie  do  wody.  Na 
pokładzie wybucha entuzjazm. Najbliższa Brazylijka omal że nie zawisa Tadeuszowi na szyi. Tylko 
Stanisław jest wściekły,  że  to  nie on zabił. Nie potrafi ukryć swojej  dziecinnej zazdrości. Aż mu 
szczęki latają. 
— Widzę, że pan umie strzelać — mówi do Tadeusza protekcjonalnie łaskawym tonem. — Będę 
miał z pana pociechę. Chociaż to był bardzo łatwy strzał, ale zawszeć wymagał trochę umiejętności. 
Na drugi dzień dobijamy do portu rzecznego Corumba  — jednego z większych miast stanu Mato 
Grosso. Mamy tu spędzić trzy dni na zakupach. Są to ostatnie sklepy na naszym szlaku. Stanisław 
oczywiście gdzieś ginie. Widocznie odwiedza przyjaciół, my z Tadeuszem łazimy noga za nogę w 
poszukiwaniu  jakowychś  przygód.  Trudno  tu  jednak  coś  ciekawszego  znaleźć.  Typowa 
kolonizacyjna  tandeta:  kościółek  w  standardowym,  dominikańsko-barokowym  stylu,  klasztor  ze 
szkołą, no i wrzeszcząca dzieciarnia. 
Wściekła nuda wciąga nas do środka. Może coś zobaczymy? Może z kimś pogadamy? 
Zakonnik w białym habicie szablonowo się uśmiecha. Trzeba go pozdrowić, ale jak? Słowa obcego 
języka z trudem się nam jeszcze układają. 
— Senhores estrangeiros?  (panowie cudzoziemcy?) — zapytuje. 
Coś bąkamy onieśmieleniem głuchoniemych. 
— Niemcy? 
— Nie. 
— Anglicy? 
— Ależ nie! 

background image

— Więc? 
— Polacy. 
I oto zachodzi rzecz niebywała, zjawisko, jakie potrafi wycisnąć łzy u najodporniejszego człowieka. 
Ksiądz wyciąga ramiona i serdecznie, po bratersku nas ściska. 
— A bodajby was, niechże was nie znam! — woła najczystszą polszczyzną. — Skądże aż w takim 
zapadłym kącie? 
Okazuje  się,  że  jest  ich  tutaj  trzech:  ks.  Płonka,  ks.  Paczkowski  i  ks.  Walaszek.  W  Cuiaba  pono 
pracuje  jeszcze  jeden.  W  przyjacielskiej  atmosferze  wędrujemy  do  saloniku-poczekalni,  gdzie 
gawędzimy  wesoło.  Ks.  Paczkowski  rwie  się  do  wojska  na  kapelana.  Jest  pełen  patriotycznego 
zapału.  Nie  wie  tylko,  czy  go  zakon  puści.  Opowiadają  nam  jeden  przez  drugiego  wiadomości  z 
radia. Każda klęska aliantów cieszy, że to niby nie my jedni doznaliśmy porażki, że i silniejsi ucie-
kają.  Odchodzimy  z  żalem,  niby  z  rodzinnego  domu.  Obiecujemy  odwiedzić  go  w  drodze 
powrotnej. 
— Dlaczego pan nic nam  nie mówił o polskich zakonnikach w Corumba?  — pytamy Stanisława 
przy kolacji. 
— Bo nie mam z nimi nic wspólnego — pada odpowiedź sucha i krótka. 
Później  stwierdziliśmy,  że  Stanisław  wyraźnie  zapobiega  naszym  spotkaniom  z  jego  znajomymi, 
jakby się bał ich opinii o sobie. Podobno z misjonarzami także miał jakieś przykre historie. 
Po przespaniu się w obskurnym hotelu idziemy na zakupy. Nie są one zbyt skomplikowane: cukier, 
ryż, fasola i farinha (tu: mąka maniokowa). Patrzymy na siebie z Tadeuszem coraz mniej wesoło. 
Wreszcie zbieram się na odwagę i proszę Stanisława o kupienie sucharów. 
— Kabokle tego nie jedzą   — pada odpowiedź. 
— Może kabokle nie jedzą, ale ja to jem... 
— Jeśli pan chce, może pan kupować. Ja tego nie kupię. 
Byłem całkowicie zdany na łaskę lub niełaskę Stanisława. On miał moje pieniądze. Nie posiadałem 
żadnej  sankcji.  Gdybym  teraz  porzucił  wyprawę,  cała  wina  za  materialne  jej  niepowodzenie 
spadłaby  na  mnie  i  stałaby  się  pretekstem  do  rzekomej  niemożliwości  spłacenia  długu.  Byłem 
głęboko przekonany, że Stanisław tylko czeka na takie zakończenie sprawy. Wiedziałem już, że nie 
zależy  mu  bynajmniej  na  jakimś  wypychaniu,  tylko  na  zabawie  w  polowanie.  Zabawę  miał 
zapewnioną, a więc teraz moja obecność tylko ciążyła. 
Składamy się z Tadeuszem na spółkę i  kupujemy worek sucharów. Chowamy je na dnie naszych 
kuferków. Kto wie, co jeszcze nas czeka? Im bliżej poznajemy współtowarzysza, tym na większe 
gotujemy się niespodzianki. 
O czwartej po południu Stanisław zamawia wózek konny na bagaż, który ma przybyć o szóstej. 
— Ja wychodzę, ale wrócę na czas. Niech panowie zaczekają i beze mnie nie ładują. 
Stanisław starannie strzepuje odświętną marynarkę. Czyni to ruchem majestatycznym i teatralnym. 
Domyślamy  się:  rozpocznie  zaraz  swoje  chełpliwe  opowiadanie.  Z  pewnością  nie  wytrzyma. 
Rzucając  na  siebie  porozumiewawcze  spojrzenia  czekamy,  aż  zacznie.  Kąciki  warg  drżą  nam  od 
śmiechu. 
— Idę, panowie, na obiad do samego kapitana portu — rozpoczął prostując się dumnie. 
Już kilkakrotnie przedtem ogłaszał tę wielką nowinę i ani razu nie spadliśmy z krzeseł. Przeciwnie, 
udajemy obojętność. Więc dalej otrzepuje marynarkę: 
— Oho! Kapitan portu to nie byle jaka figura, to capitao da fregata. Nie każdy ma do niego dostęp, 
a ja... na obiad. To mój wielki przyjaciel. Wrócę o szóstej. Muszę teraz śpieszyć, bo capitao czeka. 
To nie byle jaki honor. Oho! 
W najpoczciwszym człowieku tkwi pewna doza złośliwości, więc nawet Tadeusz nie wytrzymał i 
spokojnym a słodkim głosem zaczyna: 
—  W  Polsce  było  tak  samo.  Każda  prowincjonalna  dziura  miała  swoich  dygnitarzy:  ksiądz 
proboszcz, aptekarz, komendant posterunku, no i jako czwarty do brydża... agronom albo dziedzic. 
Tutaj w Corumba dochodzi do towarzystwa kapitan portu. 
W  tym  momencie  Stanisław  przekraczał  już  próg  pokoju  i  nagle  nad  nim  skamieniał.  Po  prostu 
zatkało go z oburzenia. 

background image

— Co pan gada! Pan nic nie rozumie! Co poczta i co apteka? Kapitanowi podlegają wszystkie porty 
Mato  Grosso,  cała  prawie  rzeka  Paragwaj.  Do  niego  byle  kto  nie  chodzi.  On  z  byle  kim  nie 
rozmawia.  Tylko  ja,  bo  mnie  tu  ludzie  znają  i  szanują...  Poczta...  apteka...  Tak  powiedzieć  może 
tylko taki laik jak pan... Ignorante! 
Stanisław im bardziej się denerwuje, tym więcej pakuje makaronizmów, czasami zapomina się na 
dobre i wali na całego po portugalsku. Mamy wówczas pyszną zabawę. Nie przerywamy mu nigdy. 
Punktualnie  o  szóstej  zajechał  przed  hotel  zamówiony  wózek,  ale  Stanisław  jeszcze  nie  wrócił. 
Woźnica, chłop barczysty i srogi, nie chciał słyszeć o żadnym czekaniu. Nie ma czasu - trzeba albo 
ładować natychmiast, albo płacić za stracony czas. Nie mając innego wyjścia zgarniamy wszystko 
do walizek i ruszamy na przystań. 
Nagle  w  perspektywie  ulicy  ukazuje  się  rozczochrana  postać.  Z  czerwoną  twarzą,  kogucim 
truchtem goni Stanisław. Z rąk zwiesza mu się para zielonych spodni, odebranych z pralni. 
— Co panowie robicie najlepszego?! Jakże można! Co ja teraz zrobię? Ze spodniami przez miasto, 
taka  hańba!  Jeszcze  mnie,  Boże  broń,  sam  capitao  zobaczy.  Jak  ja  teraz  wyglądam!  Kapitan 
przyjdzie na statek mnie odprowadzić. Taka figura, panowie rozumieją, co za honor. 
  — Ależ rozumiemy, rozumiemy... 
— Gdy on przyjdzie na statek, to wówczas wszyscy staną tak! — Tu Stanisław przyłożył dłoń do 
czapki  i  stuknął  obcasami.  Przy  swojej  małej  figurze  wygląda  w  tej  wojskowej  postawie  tak 
komicznie, że obaj z Tadeuszem parskamy wesołym, nie hamowanym śmiechem. 
Chwilę patrzy na nas, jakby nic nie rozumiał, wreszcie opuszcza dłoń i biegnie dalej. 
Port  Corumba  to  zwykłe  gliniane  klepisko,  stopniowo  opadające  ku  wodzie.  Wygląda  jak  nasze 
swojskie  poidło  dla  bydła  i  koni.  Kilka  prymitywnych  łodzi  przewozi  bagaże  i  pasażerów  na 
zakotwiczony opodal statek. 
Stanisław biega i wrzeszczy. Co chwila chwyta się to za spodnie, to za beret na głowie. Należy do 
tego  rodzaju  ludzi,  co  mając  wielkie  pretensje  do  geniuszu  organizatorskiego,  wnoszą  jedynie 
zgiełk, chaos i chorobliwy pośpiech. Na wszelkie moje uwagi pada zawsze ta sama odpowiedź: 
— Nie pan mnie będzie uczył. U mnie organizacja to grunt. Ja wiem, co robię. 
Miały  być  na  statku  zarezerwowane  kabiny.  Statek  stał  sobie  w  porcie  aż  trzy  dni,  było  więc 
dostatecznie  dużo  czasu.  Okazuje  się  w  ostatniej  chwili,  że  biletów  nie  mamy.  Tylko  z  łaski 
pozwalają  nam  wnieść  manatki  na  pokład.  Siedzimy  więc  skromnie  na  tobołkach,  podczas  gdy 
Stanisław krzycząc biegnie na brzeg po bilety. Coraz nowi pasażerowie wybierają sobie najlepsze 
kabiny. Za dziesięć minut statek ma ruszyć. Co to będzie? Może nas wyrzucą? 
Jakiś poważny jegomość podchodzi do nas i pyta uprzejmie o Stanisława. Domyślam się, że to ów 
osławiony kapitan portu. Tak więc szczyt snobistycznych marzeń Stanisława obrócił się wniwecz. 
Honorowa osoba nie została podjęta „honorowo”. Na szczęście gość jest dostatecznie miły i wyro-
zumiały, a zresztą przybył tu wcale nie dla Stanisława, lecz by dokonać swej służbowej powinności. 
Nikt  nie  pada  przed  nim  plackiem  i  nikt  nie  zrywa  się  na  baczność.  Demokratyczne  stosunki 
Brazylii i tutaj obowiązują. Więc „wielki” kapitan klepie się przyjacielsko po łopatkach z byle kim i 
co krok. Na parę minut przed podniesieniem kotwicy, z portkami w rękach, wpada Stanisław. 
— Ach, ekscelencjo! — płaszczy się w ukłonach. — Nie mogłem. Ekscelencja przebaczy. 
Capitao  nie  gniewa  się,  jest  wyrozumiały.  Poklepał  także  i  Stanisława.  Wysiadł  przed  samym 
odbiciem statku, nawet nie patrząc w naszą stronę. 
Kurtyna  pochylonych  nad  wodą  drzew  jęła  się  szybko  cofać.  Zakryła  wnet  niknący  plan 
rozrzuconego  na  wzgórku  miasta.  Poprzez  chaos  liści  mrugają  od  czasu  do  czasu  świetliste  żuki 
ulicznych latarni. Są coraz dalsze, coraz migotliwsze, aż wkrótce stopią się w różową chmurkę ni to 
pozachodniej łuny, ni to świtania księżyca. 
Nierównym  stukotem  wgryzamy  się  oto  w  miąższ  rzeki.  Wleczemy  za  sterem  pokarbowany  tren 
połyskującej  wody.  Ostrodziobe  czółna  rybaków  niby  ogromne  cielska  krokodyli  czają  się  w 
przybrzeżnych szuwarach. Coraz ich mniej zresztą na szlaku. Odchodzą ku miastu. Przyciemniona 
mrokiem  nocy  zieleń  tropikalnym  gąszczem  oplotła  nam  wzrok.  Uzbrojeni  w  najsilniejsze  szkła 
pryzmatycznych  lornetek,  stukonny  silnik  Diesla  i  stalowy  pancerz  statku,  stajemy  się  oto  nagle 
niewolnikami  pierwotnej  natury.  Lornetka  w  nocy  straciła  swą  moc.  Silnik  nie  może  rozpędzić 

background image

biegu.  Pancerz  pęknie  jak  łupinka  orzecha  pod  naporem  pierwszej  lepszej  skały.  A  tu  rzeka 
złośliwie  się  kręci,  jakby  właśnie  chciała  pokazać    swoją  moc  zdradziecką  i  łaskę  wielką,  że 
pozwala nam płynąć. 
Wyspy  ruchomych  zielsk  i  kwiatów,  oderwanych  od  macierzy  ziemi,  niby  rusałki  wodne  łudzą 
biednego sternika, ocierając się lubieżnie o burty statku, szeleszcząc i kusząc ku szuwarom. 
Od Pantanalu leci skrzek cykad. Powietrze nasiąkło aromatem wodnych lilii. 
— Panowie! — woła Stanisław natchnionym jakimś głosem. — Panowie, to balsam, to balsam! Tu 
się dopiero czuje prawdziwe życie! Nie oddam tego za milion knajp! 
Tym okrzykiem zasłużył w oczach moich na odpuszczenie wszystkich dotychczasowych świństw i 
grzechów. Pal go sześć! Nędzny jest, bo nędzny, ale się zna na dobrych rzeczach. 
Od  Corumba  do  fazendy  Jose  Velho  czeka  nas  jeszcze  podróż  trzydniowa.  Nudna  i  monotonna. 
Wśród  brzegów  bliźniaczo  do  siebie  podobnych.  Nawet  ptaki  wciąż  te  same,  a  krokodyle  w 
dalszym ciągu uciekają. 
Dopiero  drugiego  dnia  podszedł  do  nas  łańcuch  gór,  malowniczo  pognieciony,  niby  sztuka 
jedwabiu w wystawowym oknie. 
Niestety, jak rzeka, tak i statek zrezygnowały z przebijania się na drugą stronę. Poszły więc sobie 
boczkiem dokoła. Uniknęliśmy w ten sposób porohów. 
Stanisławem owładną tymczasem stan ekstazy. Zbudził nas już o czwartej w nocy i odtąd skacze z 
miejsca na miejsce, bez przerwy coś nam pokazując. 
  — Patrz pan, tam dwa kajmany! 
— Patrz pan, jak się tam gotuje woda, to piranie kogoś pożerają! 
— Patrzcie panowie, tam tuiuiu, bocian brazylijski, jaki wielki! 
Z  końcem  drugiej  doby  weszliśmy  w  rzekę  Cuiaba,  wstrętnie  żółtą  od  płynącej  gliny.  Krokodyle 
nabrały  śmiałości.  Stukot  statku  już  ich  nie  przeraża.  Leżą  po  trzy  albo  i  po  cztery  razem,  z 
pootwieranymi  paszczami.  Niektóre  wywindowały  się  na  kilka  metrów  w  głąb  lądu  i  błyszczą 
stamtąd wilgotną czernią obrzydliwych cielsk. Jedne przyległy zdradziecko do wywróconych pni, 
inne, do połowy zanurzone w wodzie, parą kaprawych oczek śledzą ruchy najbliższej czapli. Czaple 
jednak najwyraźniej kpią sobie z tego niebezpiecznego sąsiedztwa. Widocznie dufne w moc swoich 
skrzydeł, kołują nad paszczą potwora, jakby złośliwie prowokując jego cierpliwość. A może istnieje 
nie  znany  nam  pakt  o  nieagresji?  Mądrość  Księgi  Dżungli  przemawia  tu  z  każdego  kąta.  Na 
przykład owocożerna, tłusta i  smaczna ryba pacu spokojnie i  bezpiecznie pływa tuż obok piranii, 
będących  postrachem  brazylijskich  wód,  nie  stanowi  bowiem  dla  nich  żadnej  konkurencji.  Nato-
miast  olbrzymia  dorada  —  wagi  120  kg  —  bardzo  często  pada  ofiarą  małych,  żarłocznych, 
mięsożernych piranii. 
Stanisław  zna  Księgę  Dżungli  i  dlatego  pomimo  małego  wzrostu  czuje  się  tu  bezpiecznie.  My  z 
Tadeuszem coraz bardziej tchórzymy. 
Im dalej w głąb, tym więcej niespodzianek, tym więcej informacji mrożących krew w żyłach. Może 
taką  metodę  straszenia  obrał  sobie  Stanisław,  żeby  nas  ostatecznie  zrazić  i  zniechęcić?  Jednakże 
osiąga  tym  wręcz  przeciwny  skutek.  Dziś  podczas  obiadu  pyta  nagle,  czy  latarki  nasze  są  dosta-
tecznie silne. 
— O co panu chodzi? — wołamy obydwaj. 
— A bo gdy jaguar zacznie krążyć koło waszych hamaków, czymże mu w nos zaświecicie? 
— Tam do licha! Przyznam się, że możliwość taka nie przychodziła mi jeszcze do głowy. Kiedy w 
Rio de Janeiro wahaliśmy się: jechać czy też nie, wówczas Stanisław zapewniał o nadzwyczajnym 
bezpieczeństwie,  o  cieple,  o  słońcu, o arsenale broni do dyspozycji. Teraz opowieści o jaguarach 
mnożą się z dnia na dzień. 
—  Cóż  mi  latarka  pomoże,  kiedy  nie  mam  karabinu  —  zaczynam  chytrze,  ażeby  wyłudzić  raz 
jeszcze potwierdzenie owego arsenału. 
— Po co panu broń, skoro Tadeusz będzie spał obok, a dla niego cośkolwiek może się i znajdzie. 
Podrywam  się  na  nogi.  Własnym  uszom  nie  wierzę.  Więc  nie  otrzymam  broni?...  Wśród  dzikich 
bestii w lesie bez karabinu? Ale daję spokój. Opanowuję nerwy. Na miejscu zobaczymy. To pewno 
taki żart. 

background image

— Czy tylko jaguar atakuje? Tylko jaguar jest niebezpieczny w nocy? 
—  Kto  ich  tam  wie  —  odpowiada  flegmatycznie  i  ziewając  Stanisław.  —  Kto  ich  tam  wie. 
Wszystko zależy od szczęścia i humoru. Tapiry na przykład nie znoszą, gdy się im na drodze stanie. 
Dziki przychodzą na szczekanie psa. Anakonda pełza przy wodzie, a hamaki wasze będą właśnie 
przy wodzie... 
Miałem  już  tego  dość.  Brak  środków  obrony  i  zależność  całkowita  od  łaski  antypatycznego 
człowieka  zaczynały  mnie  naprawdę  niepokoić.  Dobrze  mówić  Stanisławowi,  kładącemu  się  na 
swoje  sprężynowe  łóżko  trzy  metry  od  brzegu,  w  bezpiecznej  łodzi.  Ostatecznie  dobrze  będzie  i 
Tadeuszowi z karabinem w dłoni, ale ja z gołymi rękami, niby jagnię na pożarcie... Dziękuję! 
— Jakże więc mam się przed tym wszystkim bronić? — pytam siląc się na spokój. 
Stanisław chwycił się za nos i mocno zań pociągnął: 
— Węch, mój panie.  Pratica do mato  (doświadczenie leśne). Oto co. Posiedzi  tam pan parę lat i 
nauczy się, a bez tego... ignorante. 
Z rzeki Cuiaba wpadamy z kolei w rzekę Sao Lourenco. 
W  pewnym  miejscu  Cuiaba  rozwidlając  się  obejmuje  długą  wyspę,  zamieszkałą  w  całości  przez 
wymierający  już  szczep  Indian  Guato.  Dzisiaj  nie  są  już  oni  obiektem  ciekawym  dla  badań 
etnograficznych. Dawne obyczaje i rękodzielnictwo ustąpiły całkowicie żebraczej tandecie. Chodzą 
w  łachmanach  jak  kabokle,  ale  rysy  ich  twarzy  wyróżniają  się  godnością  i  powagą.  Jakiś 
melancholijny smutek wyziera z ich skośnych, mongolskich oczu. 
Sensacja. Oto Stanisław ukazał się na pokładzie w przekomicznie żółtych portkach ze skóry jelenia. 
Pono  ma  to  być  przedmiot  marzeń  prawdziwego  myśliwego  wielkiej  zwierzyny.  Jak  sztubak, 
któremu wydaje się, że cały świat patrzy na jego po raz pierwszy włożone długie spodnie, tak teraz 
Stanisław podchodzi kolejno do każdego pasażera i po kilku słowach zwraca uwagę na spodnie, że 
to  nie  byle  co,  że  to  jeleń,  że  to  prawdziwy.  Jest  przy  tym  ogromnie  podniecony  i  nienaturalny. 
Krzyczy i głośno gestykuluje. 
— No — mówi Tadeusz kiwając z politowaniem głową — teraz to z niego prawdziwy myśliwiec. 
Myśliwiec!. Co za znakomita nazwa dla Stanisława. Odtąd już go inaczej nie będziemy nazywali. 
Myśliwiec  jest  wielkim  dzieckiem.  Może  po  prostu  przewróciło  się  biedakowi  w  głowie  od 
długoletniego  przewodzenia  intelektualnego  w  gronie  analfabetów  puszczańskich.  Wciąż  słychać 
jego skrzeczący głos. Obnosi swoje artykuły, czyta je patetycznym tonem, pokazuje fotografie, przy 
tym każde opowiadanie kończy okrzykiem: 
— Ja to ślicznie opisałem w pewnej gazecie! Bez łez nie potrafi pan słuchać. Cudowny opis! A co 
za forma, co za styl! 
Nabijamy  się  z  niego  coraz  bardziej.  Od  samego  Rio  na  przykład  zapraszał  nas  na  piwo,  a  po 
wypiciu ulatniał się i nie płacił. 
Postanowiliśmy  dać  mu  odpowiednią  nauczkę.  Tu  na  statku  piwo  jest  w  trójnasób  droższe. 
Zaprosiliśmy  więc  go  któregoś  wieczora  i  gdy  rachunek  wzrósł  do  odpowiednich  rozmiarów, 
zostawiliśmy biedaka samego. Niechaj chociaż raz zapłaci. 
Odtąd co  godzina proponujemy mu piwo, ale nic nie słyszy,  głuchy jest  jak pień. Odzwyczaiłem 
także Tadeusza od częstowania papierosami. 
Nareszcie mijane brzegi  urosły do poziomu przyzwoitych lasów. Czasami ten zbity, zielony mur, 
splątany lianami i storczykami, przerywa się nagle, prześwitując wodą. Są to tak zwane lagoa, czyli 
rozlewiska  rzeki  na  kształt  jezior.  Takie  laguny  połączone  są  zazwyczaj  z  macierzystą  rzeką  wą-
skim przesmykiem wody. Gdzieniegdzie leżą tutaj olbrzymie liście Victoria regia. 
Gdyby  nie  kpiny  z  Myśliwca,  byłoby  nam  doprawdy  nudno  na  statku.  Podróżni  nieciekawi. 
Przeważnie pastuchy bydła. Mają tylko ładne, szerokie spodnie, wyszywane po bokach kolorowym 
sznurkiem. 
Toteż pożegnanie statku przeszło bez sentymentalnych westchnień. Po długiej desce przerzuconej 
na brzeg wyszliśmy przed ganek schludnej fazendy. Ma to być kres cywilizacji, a zarazem siedziba 
największego  przyjaciela  Myśliwca.  Należy  oczekiwać  rozczulających  scen  powitania.  Niestety, 
nikogo nie widać. Czyżby gospodarze wyjechali? 
Nie. Oto zbliża się powolnym krokiem sędziwy senhor, a za nim dzieciarnia. Zbliża się obojętnie, a 

background image

raczej  niechętnie.  Łaskawie  czyni  gest  w  stronę  pokojów.  Natomiast  Stanisław  rozpoczyna  już 
wokół niego swój służalczy, jak zwykle, taniec. 
To  Jose  Velho.  Tutaj  znajdziemy  ów  arsenał  bogatej  broni,  psiarnię,  jakiej  nikt  na  świecie  nie 
posiada,  konie  do  jazdy,  no  i  wiernego  sługę  —  compadre  Lino,  który  ma  nam  towarzyszyć  w 
wyprawie. Tutaj też stoi więc ta flotylla cudownych łodzi. 

 
 
W hamakach

 

 
Fazenda  Jose  Velho,  jedno  z  ostatnich  siedlisk  ludzkich  na  szlaku  dziewiczych  terenów,  nie 
wygląda  bynajmniej  tak  źle.  Dom  okazały,  murowany,  wystawiony  został  pono  za  cenę  skór 
zwierząt upolowanych w jednym tylko szczęśliwym sezonie. Od domu prowadzi do rzeki szeroka 
polana,  a  na  niej  kilka  starych  palm  królewskich.  Tuż  obok,  za  kolczastym  drutem,  szereg 
zapuszczonych,  tandetnie  skleconych  i  zmurszałych  już  krzyży  świadczy,  że  ludzie  miejscowi  — 
ludzie natury — śmierć traktują normalnie, bez tragicznych wstrząsów. Tu się wszystko rozwiązuje 
prościej: był — nie ma. Kłopot niewielki. Wynieść ciało parę kroków za płot, a samemu wrócić do 
powszedniego życia. 
Gospodarz,  senhor  Rodriguez,  pełen  królewskości  w  ruchach  i  starej  jakieś  portugalskiej  rasy  we 
krwi, zaprasza na skromne śniadanie. Mięso na pierwsze, mięso na drugie, mięso na trzecie danie i 
byłoby jeszcze na czwarte, gdyby nie nasz energiczny protest. 
Ktoś nawykły do polskich warunków wiejskiego bytowania zapyta zdziwiony: „Gdzież oni kupują 
tyle  mięsa?”  Nie  zapominajmy.  Jesteśmy  w  Pantanalu,  nizinie  stepowej,  bodaj  najlepszym 
pastwisku  świata.  Nasz  senhor  Rodriguez  posiada  około  dwóch  tysięcy  wołów  i  mniej  więcej  co 
trzy  dni  bije  jednego  z  nich.  Poza  tym  półdzikie  świnie  uganiają  stadami  prawie  pod  samym 
domem.  O  ptactwie  —  lepiej  nie  mówić.  Bez  końca,  bez  liku.  Tylko  jarzyn  nie  ma.  Gleba  nie-
urodzajna,  a  ludzie  leniwi.  Jedyną  postać  węglowodanów  stanowią  maniokowa  mąka  i  czarna 
fasola, narodowy przysmak brazylijskich kaboklów. Wodę do picia bierze się oczywiście z rzeki. 
Mętna jest, ale dobra. Tu już bowiem żadna rura ściekowa nie trafia. 
Posiłek  celebruje  sam  gospodarz  domu.  Czyni  to  z  taką  godnością,  jakby  odprawiał  religijne 
misterium. Sam własnoręcznie napełnia nam talerze. 
Senhor Rodriguez nie umie czytać, ale jest podobno najmądrzejszym człowiekiem w całej szerokiej 
okolicy.  Gdybyśmy  go  posadzili  na  katedrze  profesorskiej  uniwersytetu,  nie  raziłby  swoim 
wyglądem  nikogo.  Pięćdziesięcioletnia  pani  Rodriguezowa  nosi  na  twarzy  resztki  niepośledniej 
urody, a w łonie — niezbite dowody żywotności. Od czasu do czasu staje za progiem, pytając, co 
ma  z  kolei  podać  na  stół.  Zwyczaj  kaboklerski  bowiem  każde  niewiastom  jadać  osobno.  Wpływ 
Maurów sięga poprzez wieki i przez oceany. 
Tak więc gospodyni nasza ma przy dzielnej pomocy starego Rodrigueza porodzić dziecko. Ale to 
nikomu tu nie imponuje, bowiem ojciec Rodrigueza, popularnie zwany coronel (pułkownik) jeszcze 
w  wieku  lat  dziewięćdziesięciu  i  dwóch  nie  zaniedbywał  swoich  obowiązków  małżeńskich  w 
stosunku do trzech domowych kobiet. Dwie z tych kobiet pochodziły z plemienia Guato, więc nie 
wywoływały zazdrości. 
Należy  przyznać,  że  dziewczyny  tego  plemienia  Indian  szalenie  przypadały  mi  do  gustu.  Gotów 
byłbym zmienić się w owego dziadka coronel. Jedna z jego kochanek, dziś licząca lat dwadzieścia 
pięć, dziewczyna o przepięknych chińskich oczach i lamparcich ruchach, od czasu do czasu ukazuje 
się  na  naszym  podwórku.  Pono  żyje  teraz  z  bratem  Rodrigueza.  Ten  szczęśliwy  spadkobierca 
pułkownika spłodził z Indianką śliczną córeczkę. Ona to właśnie pęta mi się wciąż pod nogami. Nie 
znoszę  małych  dzieci,  ale  dalibóg  zaadoptowałbym  tę  żabę  bez  namysłu.  Co  za  oczy,  co  za 
kokieteria w tym dziecku! A przy tym uderza w niej jakaś tajemnicza kultura: spadek po Aztekach 
czy Atlantydzie... Tajemnica ta nadaje jej buzi wyraz mądrości, jakiej z pewnością nie posiada. 
Co  za  wspaniały  widok!  Pędzi  oto  polaną  wprost  na  mnie  konny  vaqueiro  (pastuch  bydła  — 

background image

cowboy)  i  na  trzydziestometrowym  lasso  prowadzi  byka.  W  takiej  że  odległości  za  bykiem  goni 
drugi vaqueiro, przytrzymując rozszalałe zwierzę liną od tyłu. Oba lassa wplątały się w bawole rogi 
i próżno biedak miota się na boki, próżno podrzuca wściekle łeb do góry. Da susa naprzód, to go od 
tyłu szarpią. Co się osadzi zadem, to go naprzód ciągną. Praez cały czas tej walki obie linki napięte 
są niby cięciwy łuku. Trudna robota i niebezpieczna. Od maleństwa trzeba się do niej zaprawiać. 
Niejeden taki vaqueiro zginął od rogów. 
Wspaniałym galopem mija mniej jeździec pierwszy i zakręca dokoła drzewa tak, aby napięte o pień 
lasso  przyciągnęło  doń  rogi  byka.  W  tym  czasie  drugi  vaqueiro  zatoczył  koniem  w  przeciwnym 
kierunku, obwijając lasso parokrotnie koło pnia. W ten sposób zwierzę znalazło się w potrzasku, z 
drzewem pomiędzy rogami. 
Vaqueiros  zsiedli z koni i  powolnymi ruchami biorą się do kręcenia papierosów. Nie byle  jaka to 
robota  skręcić  papieros  brazylijski.  Więc  przede  wszystkim  należy  odciąć  z  wiszącej  przy  pasie 
kiełbaski kawałek tytoniu zwanego guano. Nazwa zresztą całkowicie odpowiada wyglądowi. Takie 
guano kraje się ostrym nożem na cieniutkie plasterki. Plasterek kładzie się na dłoni i drugą dłonią 
kruszy się tak długo, aż wszystkie włókna dobrze się porozdzielają. Gdy to nastąpi, wówczas palacz 
sięga  do  drugiej  kieszeni  i  wyciąga  stamtąd  liść  kukurydzy.  Od  tego  momentu  rozpoczyna  się 
właściwe  zawijanie,  które  trwa  do  pięciu  minut  i  stanowi  prawdziwą  rozkosz  dla  prawdziwego 
mateiro (leśny człowiek). Guano jest tak mocne, że zabija każdego najjadowitszego gada. Na wła-
sne  oczy  widziałem,  jak  maleńka  kuleczka  nikotyny  wyjęta  z  kaboklerskiej  fajki  i  włożona  w 
paszczę urutu, powodowała u gada natychmiastowe śmiertelne skurcze. 
Podczas  gdy  młodzi  vaqueiros  kręcili  papierosy,  konie,  śledząc  bacznie  każdy  ruch  pojmanego 
byka, coraz mocniej napinały lassa. 
Puściwszy  ostatnie  dymy  vaqueiros  wrócili  do  przerwanego  zajęcia.  Z  przezornej  odległości 
zarzucili  bykowi  sznur  na  tylne  pęciny,  następnie  ciągnąc  ten  sznur  w  jedną  stronę,  mocnym 
szarpnięciem za ogon w stronę przeciwną powalili byka na ziemię i nie upłynęła minuta, jak biedny 
więzień nie mógł już poruszyć się ani w prawo, ani w lewo. A przy tej całej robocie nie znać było 
najmniejszego wysiłku obu pastuchów — jakby rzecz odbywała się nie na łączce fazendy Sao Jose 
Velho, lecz na żółtej arenie cyrku. 
Gdy vaqueiros siedli z nami przy stole, okazało się, że są to synowie Rodrigueza. Przypomniałem 
sobie  zachwyty  Stanisława  nad  ich  dzielnością  w  polowaniu  na  jaguary.  Jeden  liczy  lat 
dziewiętnaście, drugi dwadzieścia parę. Każdy już ma za sobą po kilkanaście skór tych zwierząt. 
Kiedy myliśmy ręce w rzece, Myśliwiec zwraca się do mnie: 
— A czemuż to pan nie popływa trochę? 
— Bo pan sam przed kilku dniami nastraszył mnie piraniami i krokodylami. 
— No bywa, ale tu wszyscy się kąpią i jak dotąd nic się nikomu nie stało... 
Nie wiem, co mam o tym myśleć. Na wprost poprzez rzekę leżą dwa krokodyle. Piranie łapiemy na 
wędkę tuzinami. Opowiadają o nich niesamowite historie. Pokazują obgryzione ofiary. No, ale mnie 
do kąpieli  nie trzeba namawiać, ściągam  ubranie i  już jestem  w wodzie. Walczę z prądem,  który 
pcha mnie ku środkowi. Czuję się dość niepewnie. Dziwna metoda: najpierw straszyć, a potem kpić 
z nieśmiałości. 
Wylazłem  jakoś  na  brzeg  cały  i  zdrów.  To  zachęciło  do  kąpieli  w  dniu  następnym.  Dopiero  na 
trzeci dzień pyta mnie Myśliwiec z głupia frant: 
— Pan się kąpie w rzece? 
— Chyba pan sam to widzi. 
— Nie radzę, nie radzę. Właśnie przed chwilą mówiono mi, że w tym miejscu widziano dużą rybę 
rają, a to nie żarty. To gorsze od piranii. Rają ma kolec jadowity. Straszny ból, nie do wytrzymania. 
— Więc czemuż pan mnie do tej kąpieli tak namawiał? 
Tadeusz twierdzi, że Myśliwiec chce się mnie pozbyć i szuka po temu wszelkich sposobności. Nie 
wierzę jednak w taką perfidię. 
Dziś podchodzi do stołu duży pies i łasi się do moich nóg. Podaję mu kawał mięsa. Długo wącha, 
jakby się namyślał, wreszcie nagłym ruchem wyrywa mi kęs z ręki. 
— Panie — powiadam do Myśliwca — ten pies omal mi ręki nie odgryzł. 

background image

—  To  nie  ze  złości.  Trudno  mu  brać  delikatnie,  skoro  nie  posiada  języka.  Piranie  odgryzły  mu 
język, gdy pił wodę z rzeki. 
Znowu piranie, wszędzie piranie — zmora tego kraju. 
—  Jutro  pokażę  panom  konia  z  obgryzionymi  nozdrzami  —  dodaje  Myśliwiec  złośliwie.  — 
Przyzwyczai się pan. Trochę cksperiencji. 
— Czy i z ludźmi zdarzają się podobne wypadki? Myśliwiec aż się żachnął: 
—  Wiele  pan  tylko  chce!  Obok  na  fazendzie  zeszłego  roku  piranie  pozbawiły  chłopca  męskości. 
Czyż nie tak było, senhor Rodriguez? 
Gospodarz roześmiał się szeroko i jowialnie: 
— He, he, he... si, senhores. 
Tak  więc  wszelkie  groźby  Mato  Grosso  co  pewien  czas  wracają  w  większym  nasileniu,  a  potem 
znowu wszystko jakoś przycicha. Człek zapomina, włazi do wody, kąpie się jak w Wiśle i jest mu z 
tym dobrze. Chodzi po lesie boso, wdrapuje się na drzewa i jest także dobrze, chociaż nie zawsze. 
Istnieją bowiem takie gatunki drzew, do których nie wolno podchodzić. Tu, od głównego pnia aż po 
najcieńszą  gałązkę,  krążą  tunele  wypełnione  żółtymi  mrówkami,  zwanymi:  novato.  Mrówki  te 
uzbrojone  w  kleszcze  gryzą  wściekle  i  zajadle.  Wystarczy  tylko  dotknąć  palcem  gałązkę  drzewa 
zwanego  także  novato,  a  posypią  się  stamtąd  tysiące  napastników  i  zagryzą,  zadręczą  na  śmierć. 
Jaja  tych  mrówek  stanowią  ulubiony  przysmak  małp,  które  siadając  bezpiecznie  na  sąsiednim 
drzewie wyciągają rękę po gałązkę novato i poty nią trzęsą, aż ostatnia mrówka spadnie, wówczas 
wybierają jaja. 
Pewien  niemiecki  myśliwy  został  osaczony  przez  stado  dzików,  a  wiedząc  z  doświadczenia,  że 
jedyną  ucieczką  w  takim  wypadku  jest  wdrapanie  się  na  drzewo,  uczynił  to  natychmiast.  Miał 
biedak nieszczęście trafić na... novato. Wytworzyła się sytuacja tragiczna: w dole stado dzików, a 
na nim tysiące gryzących mrówek. Przesiedział tak, wrzeszcząc wniebogłosy, zaledwie parę minut, 
ale to wystarczyło. Zdjęto go nieprzytomnego i omal w szpitalu życia nie zakończył. 
Przygotowania do wymarszu naszej ekspedycji trwają bez przerwy. Inwentarz zastaliśmy w stanie 
opłakanym. Osławiona „flotylla” składa się z czterech drążonych w pniu canoe i to najpodlejszego 
gatunku. Piąta łódź praktycznie gorsza jest od najzwyklejszego koryta. 
Zapowiadanego „arsenału” broni odszukać nie potrafiliśmy. Widocznie zjadły go szczury. 
Poza  psem  Rodrigueza,  któremu  pirania  odgryzła  język,  innych  psów,  czyli  owej  znakomitej 
„psiarni” Stanisława, także nie było. O koniach — lepiej nie mówić. Szkoda słów. Ulotniły się. 
Dziś po raz pierwszy spaliśmy w hamakach. 
Hamak marynarski naśladuje łóżko. Napina się go ze wszech stron, aby można było jakoś ułożyć 
pościel i przybrać mniej więcej normalną pozycję ciała. 
Brazylijski  hamak  —  wprost  przeciwnie,  wiesza  się  jak  worek,  luźno.  Sypia  się  w  nim  na  skos. 
Wówczas kręgosłup skręca się w spiralę, ręce i nogi wyginają się w przeciwne strony, a lewe ucho 
zjeżdża  na  prawą  łopatkę.  W  tej  przemiłej  pozycji  człowiek  zaczyna  wypoczywać,  czyli  mówiąc 
dosadniej: czeka na błogosławiony świt. 
Poza przedziwną właściwością gimnastykowania znieruchomiałych artretycznie stawów ma jeszcze 
hamak  tę  znakomitą  zaletę,  że  najmniejszy  wietrzyk,  a  zwłaszcza  przejmujący  chłód  poranka 
odczuwa się rozkosznie na obnażonych plecach. Poza tym sen w łóżku jest montonnie jednak i nud-
ny. Hamak zaś, przy najmniejszej próbie zmiany położenia ciała, usiłuje przeszkodę wyrzucić. Daje 
to rozrywkę i trenuje w równowadze. Jednym słowem, nie masz to nad hamak. Niech żyją wygoda i 
komfort! 
Kiedym się dziś obudził, poranek już stał w pełni, cichością urzeczony. Niziutko po wodzie pełzła 
lekka mgła, chłonąc w siebie jaskrawe barwy wschodu. Po obu stronach rzeki stał mur tropikalnych 
gąszczy. Pod nimi dekoracyjnie porozmieszczały się aligatory. Od czasu do czasu górą przeszybuje 
czerwonogłowy minister. Nie pracuje skrzydłami, lecz nastawiwszy lotki na wiatr i przeginając się 
na boki, to wzbija się, to znów opuszcza bezszelestnie, niby duch Pantanalu. 
Żaden głos nie mąci omglonego poranku. Nawet smukła canoe bez szmeru sunie wzdłuż brzegu. To 
stary Rodriguez wypłynął na wczesny połów. Zasłania go olbrzymi ciernisty kapelusz, spleciony z 
palmowych  włókien.  Ostropióre  jak  grot  indiańskiej  dzidy  wiosło  miarowo  zagłębia  się  w  wodę. 

background image

Półksiężycowate  fale  biegną  w  ślad  każdego  ruchu,  wlokąc  za  sobą  powłóczysty  tren.  Zapach 
rześkiej a świeżej wilgoci paruje ku wysuszonej słońcem ziemi. Każdy liść, każda trawa srebrzą się 
rosą i piją, chciwie piją, drżąc przed widmem zabójczego gorąca. 
Z wolna mgła niknie. Opada miękkim dywanem rozpylonych kropel. Słońce wstaje. Pomarańczowa 
kula brutalnie się wyrywa z objęć ziemi. 
Jakiś ptak zaczyna nagle kwilić tragicznym wołaniem. Mato Grosso budzi się do walki o byt. Komu 
nie  powiodły  się  nocne  łowy  —  teraz  wychodzi  na  żer.  Gromada  żółtodziobych  tukanów, 
komicznie podrygując skrzydłami, ciągnie ku bananowym plantacjom. Za nimi, frywolnie trzepiąc 
ogonkiem, rzuciły się do roboty maleństwa różnorakie a śmieszne: jasie-gliniarze, co gniazda lepią 
z gliny, i jasie-stolarze, jasie-tkacze i jeszcze inne Jasie, których bez liku jest w Brazylii. 
Jakiś ladaco naśladuje tykanie zegarka, inny — ten zegar nakręca. Wesoło się naraz robi. Wesoło i 
buńczucznie. Mam już wyłazić z hamaka, gdy nagle chmara czarnych komarów opadła mnie i nuże 
w moskitierze szukać dziury. Nie znalazły. Okutałem się szczelniej. 
—  Panowie!  Szanowni  panowie!  Słońce  dawno  już  wzeszło,  a  wy  śpicie!  —  krzyczy  Myśliwiec 
trawiony gorączką niepokoju. 
Od  najwcześniejszego  już  ranka  biega  truchtem  koło  łodzi  i  smaruje  coś  smołą.  Myśliwiec  to 
geniusz brudzenia się. Osmolony od czubka włosów aż po pięty, wiecznie coś robi. Nocami tłucze 
się z latarką. Przekłada manatki z miejsca na miejsce. We dnie lata od chatki do chatki i zewsząd 
słychać  jego skrzekliwy zrzędny głos. Co robi — robi po dyletancku. 
Byle jak i byle prędzej. Sam o swojej robocie sądzi jak najlepiej. Tylko przede mną przestał się już 
chwalić, bo wie, że trafi na kpiny. W kaboklach ma lepszych słuchaczy, więc woli iść do nich. 
Oto  siedzę  w  tej  chwili  na  skrzynce  z  benzyną  i  pochylony  nisko,  mieszam  łopatką  cukier,  żeby 
prędzej wysechł na słońcu. Gdy wyschnie, zacznę go zsypywać w blaszanki. Oślepiająca jego biel 
wpełza mi po nerwie ocznym aż do mózgu. Świdruje do bólu. Jest mi przy tym słodko. 
Cała  nasza  prowizja  musi  być  lutowana  w  puszkach,  inaczej  mrówki  oraz  inne  bichos  zjedzą 
wszystko,  zanim  my  spróbujemy.  W  tym  kraju  prawo  do  życia  wydziera  jeden  drugiemu  bez 
żadnego pardonu. Nie zginie tylko ten, kto umie się bronić. 
Moją żmudną pracę z cukrem urozmaicają chowane przez Rodriguezów, na wpół oswojone ptaki. 
Żyjąc na wolności, co chwila zlatują z gałęzi do ręki, aby poszczebiotać przyjaźnie i sprawdzić, jak 
idzie robota. Olbrzymi, zielonopióry kaczor” piżmowy kiwa się poważnie na boki, czując się wy-
brańcem losu pośród stada kaczek domowych. Dwie oswojone arancuangi przerzucają mi szpilki i 
ołówki  w  poszukiwaniu  czegoś  dla  nich  pożyteczniejszego.  Czarny  wieprzek,  którego  co  chwila 
odpędzam  od cukru, nosi  na swym  grzbiecie długą  grzywę, a z pyska sterczą mu  kły. Ale z tych 
wszystkich  trzpiotów  stanowczo  bezkonkurencyjny  jest  w  sympatyczności  jasio-kurczę: 
pomarańczowo-czarna,  puszysta  kulka  przekomicznie  trzepie  skrzydłami  i  kłótliwie  skrzeczy  na 
znak  protestu,  że  to  niby  taki  duży  człowiek  i  mądry,  a  odpędza  ją  od  takiej  dużej  kupy  cukru. 
Trzeba  przyznać  kurczakowi  rację,  więc  pozwalam  mu  psocić.  Odganiam  go  jedynie  dla  za-
chowania  mego  prestiżu.  Od  czasu  do  czasu  jasio-kurczę  skacze  mi  na  ramię,  co  niezmiernie 
przeszkadza w robocie. Wówczas, ażeby nie straszyć milusińskiego, zamieram na dłuższą chwilę, 
niechaj  sobie  poswawoli  przy  uchu.  W  rękę  nie  da  się  szelma  złapać.  Jest  chytry  i  zwinny.  Z 
wszelkich moich zakusów najwyraźniej drwi. 
Gdyby nie jasio-kurczę, przesypywanie cukru byłoby nudne nie do zniesienia. 
Czasami przychodzą do  mnie najbliżsi  sąsiedzi, kabokle albo  Indianki ze szczepu Guato.  Pierwsi 
ubrani  są  w  długie  skórzane  fartuchy,  ozdobione  frędzlami.  Fartuch  taki  stanowi  symboliczny 
mundur  zawodowego  pastucha,  a  w  życiu  codziennym  służy  do  ochraniania  spodni  przed 
uderzeniem ostrych traw podczas uganiania się konno za bydłem. Wszyscy zatrzymują się ciekawie 
nade mną, popatrzą, pogadają trochę i odchodzą. Rozmowa nie klei się z tej prostej przyczyny, że 
nie znam portugalskiego. 
Tadeusz nie ma przekonania do piranii i w ogóle do wszystkiego, co tutaj pływa w wodzie. Żadna 
siła  nie  zdołała  go  dotychczas  zmusić  do  kąpieli.  Dziś  jednak  dał  się  jakoś  wyjątkowo  namówić. 
Tłukł przy tym biedaczysko rękami i nogami, aby tylko odstraszyć krokodyle. Gdy wylazł na brzeg, 
był blady z emocji. 

background image

—  Ja,  panie  doktorze,  nie  jestem  taki  tchórz,  na  jakiego  może  wyglądam,  ale  widzi  pan,  każdy 
człowiek  ma  swoje  słabostki.  Miewałem  w  życiu  niejedną  awanturę.  Butelki  od  piwa  latały  koło 
głowy jak te komary. A ja nic, w sam środek zawsze lazłem. A beczkę, panie tego, to na osiemdzie-
siąt metrów nad ziemią wykręcę (Tadeusz jest również pilotem), ale istnieją na świecie takie różne 
małe  licha,  przed  którymi  za  nic  nie  ustaję,  nie  wytrzymam  ze  strachu  i  zwieję.  Ot,  na  przykład, 
kiedy  idzie  na  mnie  taka  mizerota,  takie  chucherko,  taki  sobie  niepozorny  dentysta  w  białym 
fartuchu,  trzymając  w  ręku  szczypce  do  rwania  zębów.  Pan,  panie  doktorze,  nie  uwierzy,  ale  ja 
wówczas naprawdę mdleję albo uciekam oknem. Taki to już ze mnie dziwny człowiek. 
Tadeusz  lubi  mówić  szczegółowo,  długo  i  powoli.  Przy  tym  zatrzymuje  się  często  pomiędzy 
jednym  zdaniem  a  drugim,  gubiąc  przerwaną  myśl.  Wówczas  wołam  do  niego:  „zapłon!”  Jako 
lotnik, orientuje się w mig i płynie dalej. 
  —  Piranie,  panie,  o  zupełnie  jak  ten  dentysta.  Jeszcze  chwilka,  a  zemdlałbym  w  wodzie  z 
przerażenia. 
Hamaki nasze z powodu braku odpowiednio rozstawionych drzew wiszą tuż obok siebie. Tadeusz 
wisi nieco wyżej  i  musi wdrapywać się do swojego po blaszance  od benzyny. Ja dyndam  tuż nad 
ziemią. 
Z  wieczora  odbywa  się  wyłapywanie  komarów  pod  zamkniętą  już  moskitierą.  Ani  dowcip,  ani 
doskonałość metod nic tu nie pomogą. Te małe bestyjki zawsze wynajdą drogę do środka. Tadeusz 
jest wyjątkowo wrażliwy na ukąszenia, dlatego nienawidzi komarów i poluje na nie ze szczególną 
zawziętością.  Natychmiast,  gdy  któregoś  złapie,  wydaje  tryumfalny  okrzyk,  wówczas  ja  z  kolei 
odpowiadam mu strofką marsza pogrzebowego. 
Jedno  z  drzew  podtrzymujących  nasze  hamaki  stoi  nad  samym  brzegiem  rzeki.  Pod  nim  właśnie 
upodobał  sobie miejsce jakiś większy krokodyl.  Znamy  go jedynie z basowego porykiwania. Jest 
poza tym tchórzliwy i przebiegły. Nie daje się nam ani rusz podejść. Tej nocy urządzimy na niego 
specjalną zasadzkę. 
Żal mi Tadeusza. Nogi w okolicy kostek ma pokryte ranami. Podczas śniadania i kolacji komary tną 
nas pod stołem wyłącznie w te miejsca. Ostatnio wpadliśmy na doskonały pomysł i wkładamy do 
skarpetek  gazetę  —  chroni  od  ukąszeń.  Poza  tym  w  moskitierze  Tadeusza  jest  dziura.  Dziś  ją 
dopiero  z  radością  wynalazł.  Ta  właśnie  dziura  była  powodem  paru  bezsennych  nocy.  Dziś  rano 
orzekł głosem spokojnym i flegmatycznym: 
— Wszystkich Niemców po wojnie należy tutaj skierować, bo Brazylia jest prawdziwym czyśćcem. 
Byłem  nawet  skłonny  uwierzyć  w  te  jego  słowa,  kiedy  biorąc  z  wieszaka  płaszcz  kąpielowy 
zostałem nagle silnie ukłuty w udo. Bezwiednie chwytam się za bolące miejsce, a wówczas zaczyna 
mnie coś ciąć raz po razie. Zrozumiałem: przyczyna mieści się w kieszeni płaszcza. Gorączkowym 
ruchem  wytrząsam  z  niej  całą  zawartość.  Razem  z  chustką  do  nosa  wypada  na  ziemię  tłusta, 
pokryta  kępami  zbitych,  rudych  włosów  gąsienica.  Przyzwyczajony  już  do  niespodzianek  tego 
kraju,  pędzę  co  tchu  do  Myśliwca  z  pytaniem,  jak  prędko  umrę.  Na  szczęście  tym  razem  obawy 
moje  są  płonne.  Ukłucia  liszki  tatarany  powodują  tylko  kilkudniowy  wyprysk  i  obrzęk.  U  mnie 
nawet takie objawy nie wystąpiły. Po paru już minutach czułem się zupełnie dobrze. 
W związku z tą przygodą powstała zaraz pieśń: 
 
Ledwie oczy przetrzesz z rana, już cię kłuje tatarana. 
Chcesz się napić z rzeki wody, już cię chwyta wpół krokodyl. 
Siedzisz sobie na walizie, 
już cię mrówka w tyłek gryzie. 
Skromnie siedzisz na tłumoku, już lavolho lezie w oko. 
Tu swawolny Tadeuszek 
nie powinien łapać muszek. 
Lepszą frajdę znajdzie tato, gdy go w zadek dźgnie novato. 
 
W czyśćcu brazylijskim człek ani minuty nie może być pewny siebie. Słusznie jeden z miejscowych 
kaboklerskich filozofów, co to nie umie ani pisać, ani czytać, powiedział raz do Myśliwca: 

background image

— Doktor z miasta to żaden doktor. W Mato Grosso doktorami jesteśmy my: Indianie i kabokle. 
Noce  mamy  jasne,  księżycowe.  Krzyż  Południa  urzęduje  nad  naszymi  hamakami.  Nie  podnosząc 
głowy  widzę  go  poprzez  muślin  moskitiery.  Wieczory  dłużą  się  niesamowicie  z  powodu  braku 
przyzwoitej  lampy.  Ani  blask  ogniska,  ani  suchotniczy  płomyk  sztormówki  nie  usposabiają  do 
umysłowej pracy. Nawet kilka wierszy pamiętnika trudno mi jest sklecić. Już o godzinie wpół do 
ósmej leżymy w hamakach, gawędząc o wszystkim i o niczym. Słońce zachodzi o szóstej, więc te 
półtorej  godziny  wydają  się  wiekami.  Spędzamy  je  zwykle  w  canoe  na  rzece.  Myśliwiec  bardzo 
niechętnie  patrzy  na  te  eskapady,  prawdopodobnie  obawiając  się  o  całość  czółna.  Rzeczywiście, 
pomimo  wielkiej  mojej  praktyki  włóczęgowsko-wodnej  nie  czuję  się  na  tym  chybotliwym, 
drążonym pniu całkowicie bezpieczny. Miejscowi kabokle wiosłują na stojąco, czego ja nie mogę 
zrozumieć, bo sam wpełzam doń na czworakach. 
Z powodu wartkiego prądu musimy wracając trzymać się tuż przy brzegu. Ze względu na wielką 
ilość  drzemiących  krokodyli  takie  ocieranie  się  o  przybrzeżne  zielska  nie  jest  ani  przyjemne,  ani 
bezpieczne. Co chwila z pluskiem i łomotem wali się niewidzialne cielsko. Z biegiem czasu oswoi-
my się pewnie. Teraz jednak wygląda to niesamowicie. Pod wieczór zjawia się vento do sul (wiatr z 
południa).  Potrafi  on,  według  relacji  Myśliwca,  w  parę  minut  oziębić  temperaturę  powietrza  z 
trzydziestu  pięciu  stopniu  Celsjusza  do  zera.  Tym  razem  na  szczęście  nie  jest  tak  źle.  Powitanie 
wiatru wypadło nawet zupełnie przyjemnie, jako że chmary nieznośnych moskitów nie zjawiły się 
wcale. 
Kiedyśmy  wychodzili  od  Rodrigueza  po  kolacji,  drzewa  szumiały  już  na  dobre.  Luźno 
porozwieszane płótna obozowiska łopotały na alarm. Dokuczliwy ziąb przeszył aż do szpiku kości. 
Wciągam  na  siebie  kolejno  wszystko,  co  mam  pod  ręką.  Dopiero  teraz  oceniamy  w  całej  pełni 
złośliwość hamaków. Diabelski to wymysł. Proszę sobie wyobrazić siebie zawieszonego w worku i 
nago w szalonym jakim przeciągu. Dlaczego nago? — rzecz prosta. Cała złośliwość polega właśnie 
na tym, że nie można zasłać pościeli. W chwili wpełzania do środka, wszystko, co przedtem ułożyło 
się  tam  w  jakim  takim  porządku,  zbija  się  w  chaotyczny  bigos.  Próżno  byś  usiłował  tę  kocowo-
prześcieradłową kulę jakoś rozwikłać. Bywali mądrzejsi i bardziej doświadczeni, a też nie potrafili 
tego dokonać. Szaleńcze! Lepiej nie zaczynaj. Posłuchaj rady starszych: wdziej na siebie wszystkie 
koszule,  jakie  posiadasz,  potem  piżamy,  potem  swetry,  a  na  to  ubrania  i  płaszcze.  W  tych 
warunkach człowiek kulturalny, nawykły do zmiany bielizny, nie może czuć się w hamaku dobrze. 
Stanisław natomiast, którry zielonych swoich spodni  zdaje się nigdy  nie zdejmować,  wyśpiewuje 
hymny  pochwalne  na  cześć  hamaka,  bo  hamak  prawdopodobnie  usprawiedliwia  go  we  własnym 
sumieniu z wrodzonego niechlujstwa. 
Szczękając  zębami  z  przeraźliwego  zimna,  dla  rozgrzewki  podkładam  kolejno  to  prawą,  to  lewą 
rękę  pod  krzyż.  Noc  pełznie  w  nieskończoność.  Oka  nie  zmrużyłem.  Nad  ranem  dziwny  chlip 
dobiega moich uszu. Takiego dźwięku nie wydaje ani krokodyl, ani ptak-zegarmistrz, ani żaden z 
małych  jasiów.  Sięgając  po  nóż  od  marchewki,  spoglądam  w  podejrzanym  kierunku.  Chlipnięcie 
powtarza się tuż obok mnie, a bezpośrednio po nim następuje mocne utarcie nosa. 
Domyśliłem się. 
Tadeusz jest chłopem nadzwyczaj  sentymentalnym.  Przypomniał  więc sobie biedaczysko, że dziś 
właśnie są imieniny jego żony i że ona tam głoduje w okupowanej Polsce. 
Znam te jego troski. Nierzadko ustaje, nagle w pracy i trzeba go wtedy jakoś otrzeźwić, by odwrócił 
wzrok  i  nie  patrzał  w  jeden  punkt  nieruchomo.  Więc  odchylam  czym  prędzej  moskitierę.  Oczy 
mego przyjaciela są naprawdę mokre, a z wąsa właśnie spływa na usmarowany smołą palec ostatnia 
łza. Cóż mu w takiej chwili mówić? Czyż my Polacy mamy jakieś argumenty na pociechę? 
Od  szeregu  dni  jesteśmy  wybrudzeni  jak  nieboskie  stworzenia,  bo  z  rozkazu  Myśliwca  flotyllę 
pokrywa się smołą. Oczywiście najwięcej pracuje przy tym Tadeusz. Dziś jednak wyjątkowo robota 
mu się nie klei. Co chwila odchodzi na bok, aby tęsknie wygrać jakąś melodię ze wspomnień. Ta-
deusz jest wirtuozem w grze na ustnej harmonijce. Wlewa w nią całą swoją płaczliwą duzę. Dlatego 
dzień imienin naszych żon (Janiny) wygląda jak rzewny, nieprzerwany koncert. 
Od  południa  pogoda  zaczęła  się  psuć.  Z  horyzontu  wyrósł  porwany  czub  gradowych  chmur,  a 
bezgłośne błyskawice szarpią nam nerwy. Świat zamarł w oczekiwaniu czegoś wielkiego, co ma na 

background image

pewno  nastąpić.  Ptactwo  pochowało  się  gdzieś  do  przedwczesnego  snu  i  tylko  jakaś  samotna, 
opóźniona czapla, skrzecząc głośno, ciągnie w poprzek rzeki. 
Wiatr ustał. Najdrobniejsze gałązki drzew zwisły w bezruchu. 
— Ciężko na duszy — zawyrokował Tadeusz kręcąc papierosa. — Jestem przesądny. Musi im tam 
być bardzo źle teraz, skoro taka sobacza pogoda. 
— Głupstwo — pocieszam,  jak mogę  — co ma  pogoda w  Brazylii  do stanu rzeczy w Polsce? A 
zresztą, czego pan chce od pogody: cisza, spokój... 
Jakby  w  odpowiedzi  na  te  słowa,  rozległ  się  głuchy  pomruk  dalekiego  grzmotu  i  nagle  przygnał 
Pędziwiatr  Tuwima.  Zakręcił  piaskiem  nadbrzeżnym,  aż  wiosła  frunęły  z  miejscowych  canoe. 
Frunęły  także  blaszanki  od  benzyny,  kilka  worków,  desek  i  paczek.  Stuk,  brzęk,  łopotanie 
zwariowanych  płacht.  Krzyk  troski  o  marnowany  dobytek  i  nagła,  podświadoma  jeszcze  trwoga 
przed  czymś  nieopanowanym,  potężnym  a  niezależnym  od  naszej  woli.  Serce  zabiło  szybciej  i 
gwałtowniej, jakby po silnej dawce kofeiny. 
— Cukier zmoknie! Przykryć cukier! 
— Linki od brezentu wzmocnić! Linki pękną! 
— Siodła pod dach! Siodła pod dach! 
Wrzask, rwetes, tupanina. A pędziwiatr tymczasem ścichł. Przywarł za drzewami, patrzy na swoje 
dzieło  i  czeka.  Znowu  ładna  pogoda,  jakby  nigdy  nic.  Słońce  zaszło.  Noc  tropikalna  jak  zwykle 
raptownie  zapadła  kurtyną,  tylko  gwiazdy  tym  razem  nie  zapaliły  się  wcale.  Niebo  zakryła 
deszczowa powłoka szarzyzny. 
Idę po latarnię, ale już za późno. 
Potężny  wstrząs  rzucił  mną  o  najbliższy  pień  drzewa.  Jęczący,  przeciągły  gwizd  przeszedł  po 
wierzchołkach  i  oślepiająca  jasność  ukazała  nagle  pęknięte  linki,  latające  hamaki,  toczące  się 
kuferki  i  chaos  różnych  nierozpoznawalnych  przedmiotów  płynących  wspólną  rzeką  z  wiatrem. 
Bezładne ludzkie krzyki zagłuszył straszliwy grom tuż nad moją głową. W tymże momencie lunął 
z/nieba  potok.  Popielata,  ruchoma  zasłona  wody  zakryła  wszystkich  i  wszystko.  Takiego  deszczu 
jeszcze nie widziałem. W równych, szybkich odstępach, niby kanonada diabelskiej  artylerii, walą 
teraz grzmoty, poprzedzane zygzakami rażących błyskawic. 
Chcąc  ratować,  co  się  jeszcze  da,  pochylony  do  przodu,  prawie  na  czworakach,  pełznę  pod  prąd 
wiatru i wody. Niestety! Zerwany brezent oddał już wszystko na pastwę. Po omacku wyławiam to 
ten, to inny przedmiot, ale w stanie beznadziejnym. Daję więc wreszcie spokój. Wicher zbija mnie 
co  chwila  z  nóg.  Mój  „nieprzemakalny”  płaszcz  przemókł  do  cna.  Nie  mam  już  na  sobie  suchej 
nitki. Pędzę co sił do domu Rodrigueza myśląc o biednym Tadeuszu. Pewnie Myśliwiec zaprzągł 
go do jakieś roboty na deszczu, a Tadeusz nie potrafi nikomu odmówić. 
Z  trudem  otwieram  drzwi.  Miłe  ciepło  bucha  z  oświetlonej  izby.  Cała  rodzina  w  komplecie. 
Wszyscy, skupieni dokoła stołu, aż pokładają się od śmiechu. Przy stole ociekający wodą Tadeusz 
częstuje  rozbawione  towarzystwo  lampkami  cachasy.  Spryciarz  nawet  w  ciemności  potrafił 
wyłowić butelkę i uratował ją od rozbicia. Niestety, senhora i jej piękna młodsza siostra opuszczają 
pokój.  Nie  wypada  im  zbyt  długo  przestawać  z  mężczyznami.  Uczę  starego  Rodrigueza  układać 
pasjanse z kart. 
Mato Grosso 
— Ten pasjans — powiadam do niego — nazywa się Grób Napoleona. 
— Aha — potakuje mi ze zrozumieniem — Tumulo na Polonia (Grobowiec w Polsce). 
Nie  przyszło  mi  do  głowy,  że  może  być  na  świecie  człowiek,  który  nie  słyszał  nawet  o  istnieniu 
Bonapartego. 
Spędzamy noc pod dachem Rodrigueza. Rano przy śniadaniu jeden z synów głosem obojętnym, jak 
gdyby  mówił  o  polepszeniu  się  pogody,  komunikuje  nam,  że  obok  na  pastwisku  dwa  jaguary 
pożarły  tej  nocy  krowę.  Sądząc  z  miny  opowiadającego,  wypadek  ten  musiał  należeć  do 
najpowszedniejszych.  Dziwny  świat  i  dziwni  ludzie.  Pewnie  i  my  się  do  tego  wkrótce 
przyzwyczaimy. 
Cały dzień schodzi na reperacji zamokłego dobytku. Straciłem kilka książek i cały papier listowy. 
Na szczęście suchary wyszły z pogromu cało. 

background image

Pod  drzewem,  gdzie  wiszą  nasze  hamaki,  złapaliśmy  czarną  wdowę  —  największego  pająka 
Brazylii. Ma fioletowo-czarne, piękne futro i potrafi pono zatruć człowieka na śmierć. Swoją drogą 
ta  Brazylia  to  cudowny  kraj!  Ciągła  zabawa  w  ciuciubabkę:  ukąsi  czy  nie  ukąsi?  Podczas 
dzisiejszego snu dzielił mnie od tego pająka zaledwie jeden metr. Któż może wiedzieć, co za licho 
przyjdzie  tu  jutro?  Nauczyłem  się  po  tej  tataranie  i  po  tym  pająku  przetrząsać  co  rano  kieszenie 
ubrania. Zaglądam pod każdą fałdkę i do pantofli. „Eksperiencji”, jak mówi Myśliwiec, nabywa się 
z czasem. 
Nie ma takiej czynności w Mato Grosso, która by nie pociągała za sobą ryzyka: jeżeli nie kalectwa, 
to  przynajmniej  bólu.  Nawet  spełnianie  potrzeb  fizjologicznych  wymaga  tutaj  wyższej  filozofii. 
Gąszcze kłujących zielsk i lian uniemożliwiają biednemu człowiekowi przysiad. Już zda się wszy-
stko w porządku, a tu cię znowu coś rani. Poza tym obejrzyj dokładnie okolicę. Czy aby nie siedzi 
gdzie  w  pobliżu  mucha  mamangaba,  której  ukąszenia  wystrzegaj  się.  Albo  pająk-ptasznik,  albo 
czerwona  maleńka  koralówka.  Może  gałąź,  pod  którą  siedzisz,  pochodzi  z  drzewa  novato?  Patrz 
dobrze, czy tatarana nie spadnie ci za kołnierz albo gniazdo os nie zwisa nad głową. Gdy cała ta 
dokładna inspekcja wypadnie pomyślnie i z westchnieniem ulgi ponawiasz swój przysiad, nagle z 
wyciem  bólu  rozpoczynasz  skoki  —  to  maleńkie,  czarne  mrówki  naszły  cię  po  bucie.  Chodzą 
gęsiego, strumieniem i biada temu, kto im na drodze stanie. 
Nareszcie  zrozumiałem,  dlaczego  Rodriguez,  wybierając  się  za  ścianę  domu  po  drzewo  na  opał, 
przypasuje  rewolwer.  Strzeżonego  Pan  Bóg  strzeże.  Chociaż  tych  najgorszych,  tych  przeróżnych, 
takich jak tatarana, mamangaba czy złośliwe mrówki, żadna kula nie ubije. 
Myśliwiec  wymyśla  coraz  nowe  preteksty,  aby  tylko  odwlec  dzień  startu.  Z  jego  nieostrożnych 
półsłówek  domyślić  się  łatwo,  że  jeszcze  w  Rio  umówił  się  na  spotkanie  z  owym  doktorem  w 
określonym miejscu i w określonym terminie. Teraz więc pragnie jakoś do tego dnia dociągnąć. 
Wszystkie  manatki  dawno  już  załadowane.  Odnowiona  „flotylla”  przycumowana  do  brzegu. 
Motory tylko czekają na pociągnięcie rozpędowego sznurka. 
Nie mając żadnej  konkretnej roboty płyniemy z Tadeuszem  na polowanie. On ze strzelbą w ręku 
klęczy na dziobie, ja zaś jednostronną łopatką wiosłową prowadzę łódź we wskazanym kierunku. 
Tak błądzimy długi czas po przybrzeżnych szuwarach. Zwierzęta i ptaki są jednak nadzwyczaj czuj-
ne  i  nie  dają  się  podejść.  Dopiero  po  godzinie  albo  i  więcej  udaje  się  nam  przydybać  śpiącego 
krokodyla. Celny strzał w oko kładzie go trupem na miejscu. Jest to pierwszy — nie licząc tego na 
statku  —  krokodyl  w  życiu  Tadeusza,  zapałał  więc  ku  niemu  wielkim  sentymentem  i  postanowił 
wziąć go do czółna. Próżno tłumaczę mu, że to wariacja, że krokodyl niewiele mniejszy od czółna i 
wywrócimy się jak dwa razy dwa jest cztery. Nie. Uparł się przy swoim, nie pojedzie inaczej. Jakoś 
więc, z trudem i mozołem układamy nieboszczyka na dnie kajaka. Płyniemy. 
Nagle,  ku  memu  przerażeniu,  zabity  krokodyl  podnosi  się  na  cztery  łapy  i  złośliwie  otwiera 
paszczę. Tadeusz stoi do niego plecami i nic nie widzi. 
— Panie Tadeuszu! — wołam nieswoim głosem. — Krokodyl żyje! 
W tym momencie łódka się mocno przechyla — to na dobre już ożyły potwór próbuje przesadzić 
burtę. Jeszcze kilka takich prób, a będzie po nas. Nie wiem, co mam robić, bo oto bestia otwiera 
szeroko  paszczę  i  z  chrapliwym  sykiem  posuwa  się  ku  mnie.  Bezwiednym  odruchem  pakuję  mu 
wiosło  w  zęby.  To  pobudza  go  do  nowego  skoku.  Canoe  przechyla  się  gwałtownie,  nabieramy 
pełno wody, ale śliskie cielsko nareszcie wypada. 
— Co pan najlepszego wyprawia! — krzyczy Tadeusz obracając ze złością głowę i w tejże chwili 
kamienieje. 
Odtąd  pojęcie  zimnego  potu  przestaje  być  dla  mnie  abstrakcją.  Nie  możemy  z  Tadeuszem 
wykrztusić słowa. 
Wracamy  milcząc.  Dość  na  dzisiaj.  Niespodzianki  Mato  Grosso  przekraczają  najśmielsze 
przypuszczenia. A przecież to tylko początek. Jeszcześmy nie dotarli do dziewiczej puszczy. 
— Niech pan patrzy! Co to?! — woła Tadeusz wskazując na gałąź, gdzie przytulony nieruchomo 
leży metrowej długości jaszczur z kogucim grzebieniem wzdłuż grzbietu. 
—  To  iguan  —  szepczę  z  przejęciem.  —  Nie  wiem  na  pewno,  ale  prawdopodobnie  iguan. 
Zielonych jaszczurów nie ma. 

background image

Włazimy ostrożnie na pień drzewa. Iguan udaje, że nas nie widzi. Dzieli mnie od niego zaledwie 
jeden  metr.  Już  zamierzam  chwycić  go  za  kark,  gdy  nagłym  sprężystym  skokiem  odrywa  się  od 
gałęzi i z wysokości co najmniej czterech metrów spada do rzeki. 
Przygoda  z  krokodylem  i  iguanem  poprawiła  nam  mocno  humory.  Wiemy  już,  ze  warto  dalej 
jechać. Im dalej, tym będzie ciekawiej. Niepewność jutra zaczyna nęcić. Oby tylko Myśliwiec nie 
odłożył wyprawy. Mamy wystartować nazajutrz wczesnym rankiem. 

 
 

Start 

 
Oto skład naszej  flotylli: środkiem  płynie na motorze, jako wół pociągowy, obciążona bagażami, 
drążona  z  jednego  olbrzymiego  pnia  canoe  —  „Anjanga”.  Jeśli  się  zważy  jej  rozmiary,  jest 
naprawdę imponująca, ale mimo swej wielkości okropnie chybotliwa i przejście z jednego jej końca 
na drugi wymaga nie byle jakiej zręczności. 
„Anjangę”  pokrywa  brezent  zgniłej  barwy,  mocno  już  zmurszały  i  jak  wszystko  co  należy  do 
Myśliwca, utrzymany w żałosnym stanie. 
Metrowej  długości  odcinki  dzioba  i  rufy  wolne  są  od  balastu.  Na  dziobie  siedzi  nasz  camarada, 
Joao. Do pasa nagi, w kapeluszu z wielkim rondem wygląda jak jeden z czterdziestu rozbójników 
Ali  Baby.  Camarada  udaje  obserwatora.  Funkcja  ta  praktycznie  jest  mało  potrzebna,  Myśliwiec 
bowiem stale ciągnie samym środkiem rzeki, a rzeka jest dostatecznie szeroka i głęboka. Camarada 
zresztą doskonale ocenia korzystną dla siebie sytuację i lekko pochrapując, mocno drzemie. 
Ciągnie nas motor „Penta”, który odznacza się tą właściwością, że po parogodzinnej gorliwej pracy, 
zwłaszcza gdy tropikalne słońce trochę go przygrzeje, nabiera oślej mądrości wschodu i... nie daje 
się  już  więcej  eksploatować.  Na  pokładzie  „Anjangi”  powstaje  wówczas  niebywała  konsternacja. 
Kto żyje, chwyta za drągi,  fachowo zwane tu  zingami, i  nastawiwszy je bojowo ku najbliższemu 
lądowi, czeka na zderzenie. 
W  tym  czasie  Myśliwiec  ciągnie  osła  za  ogon,  to  znaczy  ciągnie  za  specjalny  sznurek,  ażeby 
wprowadzić w ruch rozpędowe koło motoru. Ale „Penta” nie jest taka głupia, ma czas i... poczeka. 
Brzegi porośnięte są przeważnie gęstym lasem, którego rozłożyste i splątane korony daleko wystają 
ponad  krawędź  wody.  Pędzona  bezwładem  impetu,  kawalkada  łodzi  wrzyna  się  w  taką  zieloną 
czuprynę,  zanim  ostrza  zing  zdołają  uchwycić  jakikolwiek  punkt  oporu.  Zderzenie  takie  może 
uszkodzić  niejeden  cenny  przedmiot,  a  nawet  strącić  któregoś  z  nas  do  rzeki.  Tak  więc  przeżycia 
załogi,  związane z takim protestem motoru, zależą od ilości i wielkości spotkanych przed chwilą 
krokodyli. 
Po  obu  stronach  statku  „Anjangi”,  uczepione  doń  łańcuchami,  płyną  jeszcze  cztery  łodzie.  Tuż z 
lewej,  burta  w  burtę,  sunie  łódź  równoważna,  pokryta  wodoszczelnym  pokładem  i  posmarowana 
smołą.  Z  racji  czarnego  koloru  i  ponurego  kształtu  łódź  tę,  ku  rozpaczy  Myśliwca,  nazwaliśmy 
„Trumną”. Za „Trumną”, po tej samej stronie, na luźnym  holu  dynda się najmilszy nasz pupilek, 
zawsze uprzywilejowany, bo pozbawiony bagażu, ratowniczy kajaczek. 
Teraz  przejdźmy  na  prawą  burtę.  Jako  pierwsza,  równolegle  z  „Trumną”  płynie  „Zmora”,  czyli 
dziurawe paskudztwo, wiecznie reperowane i wiecznie cieknące.  Niesie  ona na swym  karku dwie 
paki z benzyną, mówiąc z brazylijska: gazoliną. Pod ich ciężarem „Zmora” topi się co chwila i ta 
właśnie chęć ucieczki pod wodę przyniosła jej haniebne imię. 
W ogonie „Zmory” płynie „Kalosz”, zwany szumnie ślizgaczem. Jest on najczęstszym i ulubionym 
tematem  gadulstwa  Myśliwca.  Ujmując  rzecz  technicznie  —  to  fantastyczny  zlepek  niezliczonej 
ilości  warstw  blachy  i  drzewa.  Te  warstwy  powstawały  chronologicznie,  co  roku,  w  miarę 
wykrywania nowych przecieków. Tak więc bez większego trudu można określić wiek tej łodzi, jak 
według rogów określa się wiek krowy. 
„Znakomita”, konstrukcja „Kalosza” stawia tak wielki opór wodzie, że posuwa się on na motorze 
niewiele szybciej od całej flotylli razem wziętej. 

background image

Dla uzupełnienia opisu dodam, że na rufie „Anjangi” przy sterze motoru siedzi zawsze Myśliwiec, a 
przed  jego  nosem  rozpoczyna  się  brezentowy  dach  „Anjangi”,  pokrywający  mieszkalną  część 
statku. Tu, na stosie przeróżnych skrzyń z amunicją i żywnością oraz na bałaganie starego żelastwa, 
stoi  łóżko  siatkowe  z  moskitierą.  Do  przeciwległego  jego  końca  przytyka  stolik  z  radiem  i 
budzikiem.  Na  tym  kończy  się  kajuta,  czyli  pokój  sypialny.  Dalej  rozpościera  się  skład 
aprowizacyjny, inaczej: ładownia statku. 
Słowo „prowiant” mogłoby z łatwością wprowadzić każdego w błąd. Jest to bowiem pojęcie zbyt 
wyraźne i w znaczeniu swoim nazbyt komfortowe. Po prostu jest ono zbyt dalekie od zobrazowania 
naszego  przyszłego  menu.  W  dziale  prowiantowym  naszego  magazynu  znajdują  się:  ryż,  czarna 
fasola,  farinha,  czyli  tarte  trociny  z  korzenia  manioku,  wreszcie  cukier  oraz  sól.  To  wszystko. 
Gdybyśmy chcieli ten spis urozmaicić, zostałaby nam tylko jedna jedyna droga — napisać wszystko 
w odwrotnym porządku, to znaczy: sól, cukier farinha, ryż. 
Farinha,  feijao  i  ryż  stanowią  przeklętą  trójcę  sertonu  brazylijskiego.  Jest  to  jedyne  pożywienie 
przeciętnego kabokla oraz przedmiot kulinarnych marzeń naszego Myśliwca. 
Jak u dorastającego młodzieńca papieros i długie spodnie są miernikiem mądrości i dojrzałości, tak 
trójca  owych  brazylijskich  delikatesów  w  pojęciu  Myśliwca  stanowi  próbę  i  chrzest  wielkiego 
wtajemniczenia puszczy. 
Ze swej strony nie mogę zrozumieć popularności tych produktów. Ważą dużo, gotują się długo, a 
po  zjedzeniu  dają  niesamowitą  ociężałość.  Jedynym  usprawiedliwieniem  chyba  jest  ich  taniość. 
Owsiane płatki na przykład, przy lekkości i smaku, są już znacznie wygodniejsze, a makaron gotuje 
się przecież dosłownie pięć minut. W pojęciu Myśliwca jednak samo myślenie o tych produktach 
jest najwyższym przestępstwem i hańbą. 
Przy  zakupach  w  Corumba  próbowaliśmy  podsunąć  projekty  pewnych  urozmaiceń.  Odpowiedź 
była zawsze jedna i niezmienna: 
— Żaden kaboklo tego nie jada. 
Argument ten przygniatał nas swoim ciężarem, opuściwszy więc ze wstydem oczy milkliśmy. 
Gdzieś około południa spoza zakrętu rzeki wyłoniła się jakaś osada. 
—  Tu  mieszka  mój  przyjaciel  Lino  —  przejętym  głosem  powiada  Myśliwiec.  —  Jest  to  ostatnia 
fazenda  na  drodze.  Należy  do  Ireneo,  do  niego  sam  Getulio  Vargas  przylatuje  w  gościnę 
samolotem.  Ireneo  to  wielki  człowiek.  On  mnie  nadzwyczajnie  szanuje.  Tutaj  będziemy  zwozili 
ptaki po wypchaniu. 
Lądujemy przy wysokim, urwistym brzegu. Jakiś kaboklo staruszek szoruje piaskiem garnek. 
—  O  właśnie,  to  mój  Lino,  wierny  sługa!  —  wykrzykuje  Myśliwiec  radośnie,  wychylając  się  z 
czółna. — Lino, Lino! Compadre, como vai? (jak się masz, kumie?). 
Staruszek podnosi leniwie głowę, prostuje plecy, przykłada flegmatycznie dłoń do czoła, po czym 
stwierdziwszy przyczynę tego wołania schyla się z powrotem do przerwanej pracy. Myśliwiec jest 
najwyraźniej skonfundowany. Wszakże to  ów przywiązany do niego jak pies compadre  Lino,  ów 
kandydat  do  współpracy  z  nami,  oddany  na  śmierć  i  życie,  który  według  słów  Myśliwca  miał  za 
nim pognać aż na kraj świata. O nim to wszakże mówił tak dużo jeszcze w Rio de Janeiro. 
Myśliwiec  nie  daje  za  wygraną.  Ledwieśmy  przybyli,  już  biegnie  do  Lina.  Obserwujemy  z 
Tadeuszem rozmowę tych dwojga „przyjaciół”. Uśmiechamy się przy tym złośliwie, Lino bowiem 
nie  okazuje  najmniejszego  zadowolenia.  Robi  nawet  wrażenie,  jakby  się  chciał  odczepić  od 
przyjacielskich poklepywań i  wrócić czym  prędzej  do mycia swojego  garnka. Rozmowa nie trwa 
długo. 
—  Lino  ogromnie  zmartwiony  —  tłumaczy  po  powrocie  Myśliwiec  —  nie  może  niestety  z  nami 
płynąć. Ireneo, właściciel tych terenów, przymusza wszystkich do pracy dla siebie. Oni nienawidzą 
tego Irenea, ale to wpływowy człowiek i wiele od niego zależy. Przykro patrzyć na biednego Lina, 
jak on rozpacza, że nie może ze mną iść — mówi Myśliwiec, a my z Tadeuszem krztusząc się od 
tłumionego śmiechu porozumiewamy się wzrokiem. 
Ta  rozmowa  Myśliwca  z  compadrem  Lino  i  wyjazd  w  dalszą  drogę  stały  się  momentem 
przełomowym w stosunkach wewnętrznych wyprawy. Myśliwiec w naszej opinii skończył się już 
całkowicie.  Przestaliśmy  go  odtąd  traktować  poważnie.  Wszystkie  dotychczasowe  zapewnienia  i 

background image

obietnice okazały się jedną wielką blagą. Zdawaliśmy sobie doskonale sprawę, że o każdy szczegół 
będziemy musieli starać się samodzielnie i co sobie wywalczymy, będzie nasze. 
Jednakże świadomość wystrychnięcia mnie na dudka truła w dalszym ciągu nerwy. Nie mogłem już 
zawrócić.  Musiałem  dalej  pełnić  rolę  wypychacza,  aby  zapewnić  Myśliwcowi  jak  największy 
zarobek.  Tylko  takie  postępowanie  mogło  jeszcze  zagwarantować  nikłe  nadzieje  odzyskania 
pożyczonych pieniędzy. 
A Myśliwiec doskonale zdawał sobie sprawę, że trzyma mnie w ręku. Nie przejmował się zbytnio 
ani pracą, ani losem wypchanych okazów. Gdyby nie troska Tadeusza, stracilibyśmy wszystko. On 
to tylko z pieczołowitością i oddaniem chował ptaki przed deszczem, chronił przed robactwem i je-
mu  zawdzięczamy  wszystko,  cośmy  do  muzeum  zdołali  przywieźć,  a  co  w  rezultacie  dało 
Myśliwcowi pieniądze i sławę zoologa, nam zaś satysfakcję ze spełnionego obowiązku. 
Odpłynęliśmy z fazendy Irenea ciężkim sercem. Niewesoło wyglądała nasza przyszłość. 
— Panie doktorze! 
— Co? 
— Pluń pan na interes. Grunt, że jesteśmy w Mato Grosso, a to przecież coś znaczy. 
Ma  rację  Tadeusz.  Trzeba  brać,  co  się  daje.  Nie  każdy  może  tu  trafić.  Marzenia  włóczęgowskiej 
duszy spełnione. Wpływamy oto w teren zupełnie dziki. Ostatnia zamieszkana placówka poza nami. 
Rozpoczyna się nowy świat i nowe życie. Pieniądze to wszakże głupstwo. Wiwat! Niech żyje Mato 
Grosso! 
Odbiliśmy dziś wczesnym rankiem, a celem naszym jest ujście rzeki Piquiri. Tam mamy czekać na 
przybycie jakiegoś doktora, rzekomego przyjaciela Myśliwca. 
Właściwie  nie  mogę  dotychczas  zrozumieć,  jaką  rzeką  płyniemy.  Każdy  z  tubylców  inaczej 
tłumaczy. Jedni mówią, że to Paragwaj, drudzy kategorycznie temu przeczą. Mapy Mato Grosso nie 
są dokładne. Tak na przykład rzeka Piquiri, do której zdążamy, nie figuruje na nich w ogóle, albo 
zjawia się w zupełnie innym miejscu. Ustaliłem dwie możliwości: albo płyniemy Paragwajem, albo 
rzeką  Sao  Lourenco.  Zresztą  cóż  to  ma  za  znaczenie?  Woda  jak  woda,  wszędzie  jednakowa: 
pachnie wilgocią i ajerami. Brzegi monotonne. Plątanina karłowatych drzew albo słoniowej trawy. 

 
 
Pierwszy chrzest

 

 
Przez cały dzień nic nie jemy. Myśliwca to jednak nie wzrusza. Jest święcie przekonany, że tak jak 
jest  —  jest  najlepiej.  Monotonny  warkot  „Penty”  przyprawia  o  mdłości.  Nie  znoszę  motorów  w 
ogóle. Jestem żeglarzem, a nie maszynistą. Szczególnie źle działa warkot na pusty żołądek. Paro-
krotnie próbuję przypomnieć Myśliwcowi, że nie zaszkodziłoby trochę przegryźć. 
— Jak pan sądzi, może by się tak zatrzymać na kwadransik? 
— Już pan mnie nie będzie uczył. Wszystko doskonale obmyślone. 
Ano,  jak  obmyślone  —  to  obmyślone.  Dlatego  pewnie  dobijamy  dopiero  o  zmroku.  Stromym, 
błotnistym brzegiem wspinamy się na małą polankę, gdzie w otoczeniu dzikich gąszczy stoi jakieś 
opuszczone rancho. Nikt w nim nie mieszka. Siad niedawnego ogniska świadczy o tym, że czasem 
ktoś  tu  jednak  zagląda.  Połowę  rancha  tworzy  dach  na  słupach,  bez  ścian.  Pod  nim  właśnie 
rozpinamy hamaki. Robimy to już po omacku, włażąc co chwila jeden na drugiego. Z ogniskiem na 
szczęście  nie  mamy  kłopotu.  Kupy  suchych  liści  opadłych  z  olbrzymich  palm  zalegają  dokoła. 
Jeden  taki  liść  mierzy  chyba  z  pięć  metrów.  Joao  roznieca  stos.  Jasny  płomień  dopomaga  nam 
ostatecznie przy uwiązaniu hamaków. 
Nocne  ptaki  zaczęły  już  kwilić.  W  odblasku  szkarłatnego  ognia  korony  drzew  spowite  lianami  i 
warkocze  nawisłych  nad  nami  chwastów  przybrały  formy  jakichś  koszmarnych  strachów. 
Jeszcześmy  się  nie  oswoili  dostatecznie  z  niesamowitością  dzikiego  otoczenia.  Cała  polana  ma 
najwyżej pięćdziesiąt kroków wszerz i tyleż wzdłuż, otoczona dokoła nieprzystępnym murem lasu. 
Wszystko  w  krąg  szeleści  i  porusza  gię,  jakby  tysiące  płazów  pełzło  ku  nam  i  tysiące  jaguarów 

background image

skradało się zdradziecko. 
Dżungla tętni  życiem.  Dlatego idziemy spać wcale nieodważnie. Różnica między tym  pierwszym 
noclegiem naszej wędrówki a noclegami w Jose Velho tak jest ogromna, jak ogromna jest różnica 
pomiędzy tym pierwszym noclegiem a następnymi w szczerym, nie deptanym jeszcze Mato Grosso. 
Ale stopniowo człowiek się hartuje. Co w dzieciństwie przeraża, na starość śmieszy. 
Gdzieś  koło  północy  zbudził  nas  straszliwy  rejwach.  To  Myśliwiec  lata  jak  opętany.  Przyjechał 
wielki  gość.  Ponieważ  przewidywaliśmy  rolę,  jaką  w  tej  całej  komedii  miał  odegrać  doktor,  nie 
spieszymy z powitaniem. Poznamy go dopiero z rana. 
Jegomość  o  poczciwie  nalanych  policzkach  i  okrągłym  brzuszku,  ubrany  w  komplet  sportowo-
myśliwski,  obwieszony  wszelką  bronią  według  katalogu  firmy  mundurującej  bogatych  maniaków 
— oto sławetny a honorowy gość Myśliwca, wielki Doktor Cezar. Na jego wybitnie wypuczonym 
brzuszku  spoczywa  lornetka.  Na  szerokim  pasie  naboje  i  nóż.  Z  tyłu  nowiutki  rewolwer.  Na  obu 
ramionach po jednej strzelbie. Słowem, arsenał nie byle jaki, a niebezpieczny i dla otoczenia, i dla 
właściciela. 
Już  od  świtu,  natychmiast  po  starcie,  Doktor  rozpoczyna  strzelaninę  do  przeróżnych  żywych 
obiektów. Na szczęście przez cały dzień tej zwariowanej pukawki nie trafił do żadnego z nich. W 
końcu  krokodyle  i  ptaki  przestały  się  nim  interesować,  jako  że  biuro  informacji  Mato  Grosso 
pracuje  sprawnie  i  sądzę  —  pracuje  lepiej  nawet  od  wszystkich  europejskich  radiostacji.  Każdy  o 
wszystkim wie. Nawet ryby. Ale o tym potem. . 
Doktor przywiózł sporą ilość pomarańcz, zajadamy je więc przez całą drogę. Oszukiwany żołądek 
nie  daje  się  jednakże  podejść.  Nie  tylko  nam,  ale  i  Doktorowi  zrzedła  mina.  Już  czwarta  po 
południu, a my wciąż płyniemy bez przerwy. Myślałem, że wczorajszy dzień był wyjątkiem. Teraz 
widzę,  że  to  taka  reguła.  Próbuję  znowu  tłumaczyć  Myśliwcowi  nonsens  jego  postępowania. 
Wszakże  za  dwie  godziny  będzie  zupełnie  ciemno.  Zanim  hamaki  się  rozwiesi,  zanim  się  strawę 
ugotuje, zanim... 
— Pan mnie nie będzie uczył. 
Nie  wiadomo,  czym  by  się  ta  cała  historia  skończyła,  gdyby  nie  nasz  mądry,  cudowny  osioł 
„Penta”. Pyknął kilka razy i stanął. 
Płaczący lianami brzeg i groźnie powykręcane ramiona podmytych wodą konarów czekały tylko na 
zabawę z płótnami „Anjangi”, worami prowizji i resztą drobiazgów porozkładanych na pokładzie. 
Szczęściem, przytomny zawsze camarada chwycił się węzłowego splotu korzeni i oporem tarzano 
wy ch mięśni zatrzymał całą flotyllę w miejscu. 
Myśliwiec  tymczasem,  wycierając  pot  z  czoła,  to  zdejmuje,  to  znów  zakłada  sznurek  na  motor. 
Mięsień  policzkowy  drga  mu  coraz  szybciej  na  znak  wzrastającej  irytacji.  Wiemy,  że  nie  o  nas 
troszczy się on w tej chwili, tylko o los znakomitego gościa, zwanego Ekscelencją. Gniewa nas obu 
z  Tadeuszem  to  płaszczenie  się  przed  tym  brazylijskim  poczciwcem.  Domyślamy  się,  że  na 
znajomości tej buduje Myśliwiec swoje przyszłe plany finansowe. 
Na zakotwiczonym statku panuje grobowa cisza, tylko nieudane warknięcia upartej „Penty” drażnią 
nam  nerwy.  Trwa  to  dobre  pół  godziny.  Nagle  przerywając  swoje  kręcenie  motoru  Myśliwiec 
wersalskim gestem i z przemiłym uśmiechem zwraca się do Doktora: 
— Niedaleko stąd jest doskonały nocleg. Ekscelencja życzy sobie kawy czy herbaty? 
W  beznadziejnej  naszej  sytuacji,  kiedy  nie  możemy  zapalić  motoru,  pytanie  to  ma  w  sobie  tyle 
komizmu,  że  nawet  poczciwy  Brazylijczyk  uśmiecha  się  żałośnie,  a  my  z  Tadeuszem  parskamy 
śmiechem. Myśliwcowi policzki zadrgały jeszcze szybciej. Chwycił się sznurka, jak tonący słomki, 
i znowu motor warknął, lecz na krótką tylko chwilę. 
Głód  skręca  nam  kiszki.  Głowa  pęka  z  bólu.  Człowiek  marzy  o  solidniejszym  pokarmie,  a  ten 
znowu z kawą wyjeżdża! Po dzisiejszej rannej kawie, po wczorajszej wieczornej herbacie odważa 
się jeszcze z taką propozycją wystąpić. 
Słońce zachodziło już za korony drzew. Od rzeki zawiał wilgotny chłód. Ryby zaczęły pluskać na 
powierzchni. 
—  Nie  ma  innej  rady      —  odzywa  się  skruszony  Myśliwiec  —  trzeba  zapalić  mały  motorek. 
Zawiozę Ekscelencję na najbliższą plażę, a sam potem wrócę, żeby uruchomić „Anjangę”. 

background image

„Mały  motorek”  —  przedmiot  chełpliwych  przechwałek  Myśliwca,  znudził  się  już  nam,  jako 
nieustanny temat gadulstwa. „Mały motorek” — najlepszy i najdroższy, specjalnie odstąpiony przez 
jakąś firmę ze względu na „szaloną” reklamę, jaką Myśliwiec swoim sławnym imieniem tej firmie 
przyniesie.  „Mały  motorek”  —  ideał  wynalazków  amerykańskich,  o  którym  Myśliwiec  mówił 
każdemu, kogo tylko w drodze spotkał. 
Przesiadamy  się  do  „Kalosza”,  a  Myśliwiec  zakłada  sznurek  na  swego  pupila.  Zakłada  go 
flegmatycznie, poprawia, celuje, aby dobrze trafić w rowek, wreszcie, spojrzawszy na nas, z całej 
siły  pociąga.  Nic.  Nawet  warknięcia  brak.  Cudowny  Jonson  nie  chce  ruszyć.  Może  przez 
solidarność dla starszej wiekiem „Penty”? 
Chichoczemy z Tadeuszem jak dwaj sztubacy. Stosunek nasz do towarzysza ekspedycji ułożył się 
już zdecydowanie negatywnie. Nie mamy z tego tytułu najmniejszych wyrzutów sumienia. 
Po  piętnastominutowym  bezskutecznym  kręceniu  przesiadamy  się  z  powrotem  na  „Anjangę”. 
Słońca już dawno nie ma. Las spochmurniał. Ptaki znikły znad wody. 
— Motor pewnie wystygł — zawyrokował Myśliwiec. 
I wtedy właśnie zaterkotał... 
Karłowata roślinność brzegów tworzy po obu stronach rzeki dwa  ciemne, monotonnie jednakowe 
wały.  Płyniemy  szybko,  szeleszcząc  burtami  po  liściach  kamelotów.  Coraz  ich  więcej  i  więcej. 
Coraz szersze platformy, coraz bardziej liliowe. Czasami zdaje się, że dziób łodzi uderzy w brzeg, a 
to tylko wyspa kamelotów. 
—  Ekscelencja  widzi  tam  daleko  czuby  wyższych  drzew?  To  armadory.  Tam  przenocujemy  — 
uspokaja Myśliwiec swojego gościa. 
Nie  rozumiem,  co  to  znaczy  „armador”.  Nie  śmiem  jednak  pytać  o  to  teraz.  Grunt,  że  będziemy 
wkrótce jedli i spali. 
Joao pierwszy wyskoczył na nieponętny a kłujący zielskami brzeg. Olbrzymim ostrzem wielkiego 
noża, zwanego fakonem, jął kosić trawę, z której podniosła się od razu niezliczona chmara much i 
komarów, gryząc niemiłosiernie nasze białe ciała. Wyczyszczona w ten sposób polana mierzyła naj-
wyżej pięć metrów średnicy. Dokoła napierał zielony mur lasu, którego jeden tylko bok przeświecał 
koronkowo ku srebrzystej rzece. 
Czułem  się  w  tym  dzikim  otoczeniu  pnącej  roślinności  jak  omotany  w  sieć,  żywcem  rzucony  na 
pożarcie jaguarom, a może włochatym pająkom. Jedyna jeszcze ucieczka — to pachnąca świeżością 
rzeka. Z jakąż dziką rozkoszą wpełzłbym teraz w jej chłodną toń, ale gdzież tam! Oto lecą stamtąd 
ryki  licznych  krokodyli  witających  ciemnię  nocy,  a  wraz  z  nią  najlepszą  porę  żeru.  Gdzież  więc 
masz  się  obrócić,  biedny  człowieku?  Zewsząd  czyha  śmierć.  Znalazłeś  się  oto  w  pułapce  bez 
wyjścia.  Lekkomyślne  pragnienie  zabawy  i  przygód  sprowadziło  cię  tu  nieoględnie,  w  zasadzkę 
najczystszej  prawdy,  najszczerszej  walki  o  prawo  do  życia.  Stanąłeś  nagle  twarzą  w  twarz  wobec 
szranków śmiertelnych i nie na żarty. 
Tuż obok czai się może złośliwy jaguar, śledzi cię już od godziny i bada każdy twój ruch, a ty o tym 
nie wiesz, ty go nie widzisz. Zechce ci skoczyć na pierś — uczyni to w jednym mgnieniu oka. Nie 
zdążysz  nawet  pomyśleć  o  swojej  dwururce.  Trzeba  tu  mieć  oczy  przenikliwe,  dla  których  ani 
gąszcz, ani mgła, ani noc nie znaczą nic. Tu trzeba mieć węch, czuć zapach krwi krążącej w żyłach. 
Trzeba umieć wyczuwać złą myśl, aby się w czas zasłonić przed nią. 
Słabyś, przybyszu z Europy. Nazbyt długo dałeś się tam za rękę wodzić po asfaltowych równiach 
ulic  i  posadzkach  lśniących  korytarzy.  Zbyt  pieczołowicie  otulano  cię  tam  w  puch  i  kuszono 
zapachami perfum. Zatraciłeś wszystko, w co matka natura pierwotnie cię obdarzyła, i oto kiedyś 
przypadkiem do niej wrócił, drżysz przy każdym szeleście liścia i nie wiesz, niezdaro, co masz dalej 
czynić. 
  — Głupstwo! — mówię do siebie półgłosem, ściskając rękojeść kuchennego noża, jedynej broni, 
jaką mi Myśliwiec raczył dać w prezencie. 
A  jednak  wierzę  w  prawo  dżungli,  wierzę,  że  mnie  żadne  zwierzę  nie  napadnie.  Imię  człowieka 
dostatecznie  Jest  straszne,  aby  dotrzeć  nawet  tu,  w  głąb  Mato  Grosso,  i  przerazić.  Nawet 
niezwyciężona onga krąży nieśmiało dokoła ogniska, zawsze w przepisowej odległości i zawsze z 
należnym  szacunkiem.  Największy z kajmanów unosi się na mój widok i  z trudem  wlokąc tłusty 

background image

brzuch po piasku, wciska się czym prędzej w lśniącą gładź rzeki. 
To nic, że nie lubię strzelać. Broni mnie sam fakt przynależności do gatunku „Homo sapiens”. Nie 
zaszkodzi oczywiście na wszelki wypadek dorzucić trochę drzew do ogniska — płomień doskonale 
zabezpiecza przed napadem dzikich zwierząt. 
— Może by pan ten ogień na całą noc jakoś wykombinował? — mówi Doktor z hamaka, usiłując 
głosowi swemu nadać pozory spokoju i obojętności. 
Każdy z nas, nowicjuszy, odgrywa jeden przed  drugim komedię. W rzeczywistości taki pierwszy 
nocleg  na  bezludziu,  pełnym  nieokreślonych  odgłosów  i  pełzań,  przerywanych  basowym  rykiem,  
przyprawia  o  niemiły  strach  i  Wówczas,  o  dziwo,  mądry,  edukowany  wielce  człowiek  staje  się 
nJgłuP” szym ze strusi. Zjawia się w nim bowiem nie opanowane niczym pragnienie wpakowania 
się jak najprędziej  w  hamak i tam z głową pod kocem, uszami na ramieniu czuć się bezpiecznym 
jak u Pana Bogiem za piecem. 
Vem pra qui, vem pra od!... Nao voltar! (Idź tędy, idź tutaj!... Nie wracaj!) — drze się tymczasem 
arancuanga (rodzaj  bażanta). Powtarza się ten krzyk sztafetą wzdłuż rzeki,  wciąż dalej i  dalej, aż 
ginie  w  nieskończonej  perspektywie  kłócącego  się  ze  sobą  echa.  Najpierwotniejszy  tam-tam  to 
Mato Grosso, chronologicznie wyprzedzający wszelkie sygnały murzyńskiej Afryki. 
Vem pra qui, vem pra a&!... Nao voltar! — przeraźliwie skrzeczy arancuanga tuż nad moją głową i 
natychmiast podchwytuje ten głos najbliższy ptasi sąsiad. 
Kogóż one do licha tak tu zapraszają? Czy straszliwą anakondę, drzemiącą opodal nad wodą? Czy 
pumę  zaszytą  w  pantanalskie  trawy?  Czy  owego  pająka,  co  wspina  się  może  fałdami  mojej 
moskitiery? Pająka, którego ukąszenie przyprawia o śmierć? 
Daleki, ledwie słyszalny krzyk wstrząsnął lasem i natychmiast zamarł. 
— Panowie słyszeli? — zapytuje półgłosem Myśliwiec. — To albo jeleń, albo małpa duszona. 
Tylko  w  naszym  spaczonym  pojęciu  śmierć  oznacza  konanie  męczące  i  długie.  W  krainie 
Wielkiego Lasu to zaledwie jedno mgnienie oka, jeden błysk świadomości, jeden krzyk rozpaczy. 
Jeden i już... beznadziejny. 
Nikt  na  ratunek  nie  śpieszy,  nikt  nie  posyła  karetki  pogotowia.  Jeno  ogromny,  czarny  sęp  urubu 
wspaniałym, szybowniczym lotem pędzi na miejsce wypadku i nieruchomo rozpostarłszy skrzydła 
krąży cierpliwie, aż i na niego przyjdzie wreszcie kolej. 
Owinąwszy  ubranie  w  sztywne  płótno  worka  żeglarskiego,  aby  się  doń  żadne  bicho  nie  dostało, 
wciągam  nogi  do  wnętrza  hamaku.  I  oto  rozpoczyna  się  codzienna  walka  z  kocami.  Tak  zwana 
walka o wygodną pozycję. Odbywa się ona oburącz i obunóż. Czasami pomaga się tu i głową, ale 
zawsze  na  ślepo.  W  wyniku  tej  walki  oczywiście  jestem  przegrany,  ale  nie  o  to  wcale  chodzi. 
Celem  jest  właśnie  ostateczne  umęczenie.  Dopiero  osiągnięcie  tego  stanu  pozwoli  biednemu 
Europejczykowi usnąć w byle jakiej pozycji, może głową w dół, a może nogami w rozkroku. 
Tak właśnie jakoś spałem do chwili, kiedy coś ostrego dziobnęło mnie silnie gdzieś pod piąte żebro. 
Na zwykłym przyzwoitym łóżku usiadłbym tylko z przerażenia, ale tu na ten luksus nawet pozwolić 
sobie  nie  można.  Hamak  bowiem  ma  tę  przedziwną  własność,  że  wyrzuca  z  siebie  każdą 
nieostrożną zawartość. 
Ukłucie pochodzi od strony sąsiedniego hamaka i ta świadomość od razu mnie uspokaja. 
— O co chodzi? — pytam Tadeusza półszeptem. 
—  Pan  nic  nie  słyszy?  Proszę  dobrze  posłuchać.  Nasłuchuję.  Chór  cykad.  Daleki  gwizd  nocnego 
ptaka. Poza tym nic. Śmiertelna cisza. 
— Zawraca pan głowę! — burczę złowrogo. 
— Niech pan lepiej słucha — nalega Tadeusz. Znowu parę chwil cierpliwego nadstawiania ucha. 
Nagle, tuż nad moją głową, tuż blisko, rozpoczyna się zbiorowe czmychanie, jakby stu gruźliczych 
starców rozkaszlało się na drzewie i jęło rzucać do siebie piłkami. Szelest liści, nerwowa ruchawka 
gałęzi, raz tu, to znowu tam... 
Tadeusz, nie uchylają moskitiery, puszcza snop światła latarki na drzewo pionowo w górę. Teraz 
widzę nad sobą szybko skaczące z drzewa jakieś nieokreślone cienie, których kształtu ani wielkości 
nie mogę uchwycić. 
— To nocne małpy, macacos da noite — wyrokuję tonem znawcy, a serce wali mi w piersi. Zresztą 

background image

nie jestem wcale pewny, jedynie pragnę za takiego uchodzić w oczach Tadeusza. O małpach myślę 
na  podstawie  charakterystycznego  bardzo  czmychania  i  zwariowanej  ruchliwości,  jakiej  nie  ma 
żadne inne zwierzę. 
Obie  nogi  podjechały  gdzieś  wysoko  w  górę,  aż  pod  sam  sznur  wiążący  hamak  do  drzewa,  i  w 
momencie  gdy  snop  światła  elektrycznej  latarki  myszkuje  za  małpami,  w  dalekiej  perspektywie 
zwężającej  się  moskitiery  ujrzałem  własne  stopy,  a  obok  kilka  utuczonych  już  krwią  moją 
komarów.  Unieszkodliwione  łapczywością  będą  tak  drzemać  poczciwie  aż  do  dnia  następnego. 
Chwała więc Bogu, będę już spał spokojnie aż do samego rana. 
Zdeterminowanym  ruchem obracam się na bok i  hamak chwyta się pretekstu, aby mnie wyrzucić. 
Nie daję się jednak. Pagórkowate fałdy wrzynają mi się pomiędzy nogi. Kula z koca gniecie kark. 
Wałek piżamowej nogawki dawno już zatrzymał obieg krwi. Mały Jasiek skręca palce lewej stopy 
w  prawo,  a  prawej  w  lewo.  Przednie  guziki  puloweru  wciskają  się  gdzieś  pod  bok  i  doprawdy 
trzeba nadludzkiego zmordowania, żeby w takich warunkach ponownie usnąć. 
Basowym, wstrętnie chrapliwym rykiem szczeknął niedaleko krokodyl i natychmiast odpowiedziały 
mu inne. Nie podobała się im widocznie nasza ludzka rozmowa o małpach. 
Głowa moja wisi chyba najwyżej sześć metrów od głowy krokodyla. 
—  Panie  doktorze  —  szepcze  Tadeusz  —  pamięta  pan  tego  wczorajszego,  co  wyszedł  do  nas  z 
głębi lasu? Może i ta bestia aż pod hamak podpełznie. 
— Milcz pan! — burczę wściekłym tonem. — Mógłby też pan coś weselszego na noc wymyślić. 
Nowy  basowy  pomruk  rozlega  się  tuż  obok  mojego  łóżka.  Tym  razem  zupełnie  jakiś  inny,  w 
brzmieniu  cichszy,  ale  groźniejszy.  Znam  go  z  zoologicznych  ogrodów.  Wstrzymuję  dech  i 
wytężam słuch. Cisza. Zda się własny puls słyszę. Pomruk powtarza się w tejże odległości. Onca! 
— Pan słyszy? 
— Cicho! — strofuję szeptem. Wydaje mi się bowiem, że zwierzę stoi tuż obok mojego hamaka. 
Wydaje mi się, że najmniejszy głos, najmniejszy ruch z naszej strony spowoduje krwiożerczy jego 
skok. Cała moja nadzieja w broni Tadeusza. Ja nie posiadam nic, nawet kuchennego noża. 
Jakby  w  odpowiedzi  na  moje  ukryte  myśli,  błyska  nagle  snop  światła  i  w  jego  uchwycie  widzę 
wymierzoną przed siebie lufę Tadeuszowego pistoletu. 
Nowy  pomruk,  tym  razem  daleko  głośniejszy  przeszywa  powietrze.  Warkocze  jakoś  gardłowo  i 
raptem przechodzi w świszczący dyszkant. 
— Tfu! Psiakrew! — krzyczy Tadeusz. — To Doktor chrapie. 
Śmiejemy się na głos, a małpy aż się krztuszą nam do wtóru. Mocniej zawijam głowę w koce, żeby 
nie doznawać już innych omamień. Tracę wreszcie świadomość niebezpieczeństwa. Mato Grosso 
przestaje istnieć. 

 
 
W Krokodylej Zatoce

 

 
Poranny  chór  arancuang  rozbrzmiał  jak  zwykle,  przywołując  nas  do  rzeczywistości.  W  kościach 
łamie. Krzyż boli, jak gdybym całą noc dźwigał ciężary. W pęcinach swędzą komarowe bąble. 
Pierwsza puszczańska noc minęła szczęśliwie. Pierwszy nasz chrzest. W uszach brzmią mi odgłosy 
lasu z filmu „Trądy Horn”. Wczoraj słyszałem to samo. 
Siedząc  w  miękkim  fotelu,  z  przechyloną  wygodnie  głową  i  przymrużonymi  oczami,  łatwiej  jest 
jednak  przeżywać  niesamowite  emocje  egzotyki.  Słyszałem  nieraz  gromy  rzucane  na  głowy 
różnych  pisarzy  podróżników  za  ich  patos,  przesadę,  nieprawdopodobieństwa  opisywanych 
przygód.  Sam  podzielałem  wówczas  poglądy  krytyków.  Po  przebyciu  wielu,  wielu  najdzikszych 
włóczęg zmieniam dziś zdanie. 
Najbardziej  egzotyczne  filmy,  najbardziej  emocjonująca  lektura  nie  zdołają  oddać  grozy, 
wzruszenia, momentów upadającej radości czy załamania — słowem: smaku prawdziwej przygody 
przeżywanej w rzeczywistości. 

background image

Joao,  ta  istna  małpa  leśna,  prócz  porwanych  portek,  koszuli  i  kapelusza,  nie  posiada  nic.  Nie 
marznie nigdy i nigdy się nie poci. Gdy siedzi w kucki na własnych piętach, czuje się szczęśliwy. 
W  tej  pozycji  może  wytrwać  aż  do  wieczora.  Komary  go  nie  tną.  Nie  widziałem,  aby  się 
kiedykolwiek  przed  nimi  opędzał.  Na  chybotliwym  czółnie,  wymachując  wiosłem,  stoi  jak 
linoskoczek  z  parasolem  i  lawiruje  pomiędzy  korzeniami  drzew  na  najszybszym  prądzie.  Po 
wysokiej,  kłującej  trawie  Pantanalu  kroczy  bosą  nogą  tak,  jakby  tam  nigdy  żadnych  gadów  nie 
było. Drapieżne kolce traw nie czepiają się jakoś jego lśniącej skóry. Europejskie wojny tyleż go 
obchodzą, ile owe niewidoczne węże. Wszelkie dyplomatyczno-socjalne racje niedostępne są jego 
pierwotnej naturze. Żyje, aby żyć, to znaczy: jeść, spać, oddychać i jeszcze... uśmiechać się poczci-
wie do każdego napotkanego amigo i klepać go przyjaźnie po ramieniu. 
Ekscelencja Doktor zaprotestował przeciwko głodówkowej modzie podróżowania. Wylądowaliśmy 
przeto  dzisiaj  już  w  samo  południe.  Myśliwiec  bez  trudu  zastrzelił  arancuangę.  Należy  mu 
przyznać, że trafia doskonale. 
Joao  wziął  się  do  kucharzenia.  Ma  być  ryż  w  rosole  z  arancuangi  i  —  jak  zawsze  —  feijao  na 
drugie. Zanim to nastąpi, bierzemy z Tadeuszem małe canoe i płyniemy w stronę najbliższej zatoki, 
słynnej z ogromnej ilości krokodyli. Stąd pochodzi jej nazwa: Bahia dos Jacares. 
W  porze  deszczów  cały  Pantanal,  czyli  olbrzymi  teren  dorzecza  Paragwaju,  zawarty  pomiędzy 
płaskowyżem  Planalto  Central  i  łańcuchami  gór  Serra  do  Amolar,  zamienia  się  w  Polesie.  Kędy 
okiem  sięgnąć  —  woda,  woda  i  woda.  Tylko  najwyższe  pagórki  zielonymi  czubami  karłowatych 
krzaków  wystają  nad  powierzchnię,  tworząc  wyspy  i  wysepki,  niby  arki  Noego  dla  biednych 
zwierząt.  Podobno  w  okresie  tym  pomiędzy  zwierzętami  najróżniejszego  gatunku  następuje 
zawieszenie  broni.  Kozły,  kapiwary,  jelenie  i  pumy  wspólną  gromadą  cisną  się  na  suchy  ląd,  a 
krzywdę czynią sobie jedynie dla nasycenia głodu. 
— Co w tym czasie robią jaguary? — pytam któregoś dnia Myśliwca korzystając z szalonej okazji 
łaskawego humoru. 
— Płyną do wysp. 
— Wszakże jaguary należą do rodziny kotów, a koty unikają wody — zauważam zdziwiony. 
— Bieda uczy wynalazków — odpowiada Myśliwiec. — Pan kiedyś zobaczy ślady jaguara po obu 
stronach rzeki jako dowód, że tędy właśnie przepłynął. Onca w Mato Grosso to jeden z lepszych 
pływaków. 
Z  początkiem  marca  Pantanal  zaczyna  wysychać.  Coraz  więcej  zielonych  wysp,  a  coraz  mniej 
wody. Wreszcie zostają tylko  jeziora i  zatoki. Te ostatnie biegną czasami kilkanaście kilometrów 
wąskim  a  wysokościennym  korytarzem,  udając  do  złudzenia  rzekę.  Zjawiają  się  tu  nawet  słabe 
wsteczne prądy. W miesiącach późniejszych, gdy wody znacznie opadną, zatoczki bywają odcięte 
od rodzinnych rzek, tworząc jak gdyby wąskie jeziora. Jak przedtem w okresie deszczów do wysp, 
tak  teraz  w  okresie  suszy  i  gorąca  —  do  wody  ciągną  wszystkie  zwierzęta.  Taka  bahia  staje  się 
przytuliskiem dla fauny i flory. To jest właśnie najcudowniejszy raj Mato Grosso, 
Czasami  zatoka  wysycha  zupełnie  i  biedne  krokodyle  odbywają  wówczas  lądową  wędrówkę 
poprzez  las  i  pola  ku  najbliższej  wodzie.  Podobno  te  bestie,  obdarzone  jakmiś  nie  znanym  bliżej 
zmysłem orientacji, nigdy nie błądzą. 
Bahia dos Jacares oddzieliła się w ten sposób od rzeki Piquiri niewielką płycizną piasku. Musimy 
wysiąść, aby przepchać czółno na drugą stronę. Brazylijskie canoe nie jest bynajmniej tak lekkie, na 
jakie  wygląda.  Drążony,  namokły  pień  drzewa  przedstawia  ciężar  nie  lada  i  trzeba  się  solidnie 
namordować,  zanim łódeczkę taką przeforsuje się z jednej wody na drugą. 
Oczom naszym przedstawił się widok niesamowity. Pod czystym, lazurowym sklepieniem nieba, w 
obramowaniu świeżej zieleni młodziutkiej, jakby strzyżonej trawy, rozpościera się oto przed nami 
kilometrowej średnicy jezioro, a na nim tysiące czarnych, nieruchomych kropek. Kropkami tymi są 
łby chłodzących się w ten sposób krokodyli. To ich królestwo, to ich niczym niezmącony raj. 
Spojrzeliśmy z Tadeuszem po sobie na znak solidarnego niezdecydowania i solidarnego wstrętu. A 
jednak Myśliwiec mówił, że po tym jeziorze pływał łodzią. Nie bardzo się nam chce wierzyć. Tak 
często potrafi zmyślać. 
— Jak pan sądzi? Czyżby to prawda?... Czyżby to możliwe?... — pyta Tadeusz i kręci głową. 

background image

— Buja na pewno jak we wszystkim dotychczas — odpowiadam spokojnie. 
— Co będzie jednak, jeżeli to prawda, a my stchórzymy? 
W  odległości  najwyżej  trzech  kroków  przed  dziobem  naszego  canoe  żywa  barykada  z  kajmanów 
broni dostępu do ich wodnego królestwa. Kaprawe oczy patrzą na nas zimno, jak gdyby czekając 
tylko  na  okazję  do  walki.  Poprzez  kryształową  powierzchnię  wody  przeświecają  grzebieniaste 
ogony głębiej zanurzonego bractwa. 
— Próbujmy — mówi Tadeusz nieswoim głosem, chwytając z rezygnacją za burtę łodzi. 
— Próbujmy — odpowiadam takimże głosem czyniąc to samo. 
Dziób canoe przekracza niedozwoloną granicę. Pierwszy szereg krokodyli, zdumiony bezczelnością 
wroga, wycofuje się powoli w głąb wody. 
Bojąc się zanurzyć stopy wskakujemy czym prędzej do wnętrza. Nagły ten skok omal nie wywraca 
łodzi. Energicznie wymachując wiosłami ratujemy równowagę. Na szczęście strach kajmanów jest 
większy od naszego. Tłukąc wodę ogonami, nikną gdzieś w głębi. My posuwamy się coraz dalej i 
dalej naprzód. 
—  Panie  Tadeuszu!  Lepiej  zawróćmy!  Niech  no  pan  tylko  spojrzy,  ile  ich  tam  przed  nami.  Co 
będzie, jeśli zaatakują? 
— Niech pan patrzy lepiej poza siebie — odpowiada na to Tadeusz i jeszcze mocniej wiosłuje. 
Rzucam  okiem  we  wskazanym  kierunku  i  mrowie  przebiega  mi  skórę.  Nie  ma  już  odwrotu. 
Wszystkie zanurzone przed chwilą krokodyle, jakby czyniąc strategiczny manewr, wypłynęły teraz 
za  nami  na  powierzchnię.  Nie  mamy  więc  wyboru.  Trójkątne  łby  powolnym,  sennym  ruchem 
zwracają się ku nam i gapią się niewzruszone. Niektóre z nich większe są od łodzi. Próbując naszej 
odwagi,  groźnie  syczą,  a  gdy  i  to  nie  pomaga,  warczą  jak  drażnione  psy.  Dopiero  uderzenie 
wiosłem po łbie kładzie kres tym eksperymentom i zostaje po nich tylko skłębiony ogonem wir i 
rozchodzące się kręgi wody. 
Stopniowo przyzwyczajamy się do tego otoczenia. Coraz mniejszą uwagę zwracając na krokodyle 
rozglądamy się po okolicy. Już po kilkunastu minutach stają się one dla nas rzeczą tak zwykłą i tak 
powszednią  jak  gołębie  na  miejskim  placu.  Szkoda,  nie  mamy  przy  sobie  chleba,  ażeby  im  pod-
robić. 
Zobojętniali na niebezpieczeństwo wody, podnosimy oczy ku niebu. W żadnym kraju nie spotka się 
tak  różnokolorowego  ptactwa  jak  tu.  Żółtozielone  tukany  z  obręczą  szkarłatną  na  brzuchu, 
niebieskie arary i seledynowe papużki, maleńkie jaśki przeróżne, to czarne, to szkarłatne, i kolibry 
mieniące się w słońcu niby świętojańskie żuki. A każdy leci inaczej, jakby patenty sobie zastrzegły. 
Ten podryguje komicznie, tamten jednostajnym ruchem ciężko tłucze powietrze, inny znowu igra z 
przestrzenią jak latawiec z wiatrem. 
Utopiłem wzrok w niebie, zapominając o świecie. 
— Niech pan mocniej wiosłuje, bo krokodyle coraz bliżej — ostrzega Tadeusz. 
Po prawej stronie mamy wyspę, niedostępną, oplecioną lianami. Na wprost rozpościera się typowy 
Pantanal z kępkami różnorakich drzew i krzewów, rzadko w tym samym kolorze, a nigdy w tym 
samym  odcieniu.  Gama  barw  odpowiada  ptakom,  jest  tylko  bardziej  pastelowa.  Kierujemy  się  w 
lewo,  ku  seledynowej  przestrzeni  otwartej  szeroko  łąki.  Tu  krokodyli  coraz  więcej.  Chcąc 
widocznie  przyjrzeć  się  nowemu  dziwadłu,  jakim  dla  nich  jesteśmy,  zbliżają  się  gromadnie. 
Siedzimy  na  dnie  koryta  z  łokciami  tuż  nad  powierzchnią  wody.  Łódź  przy  tym  jest  wąska 
dosłownie  oblega  nam  biodra.  Im  bardziej  się  denerwuję,  tym  mocniej  się  kajak  chybocze.  Na 
wszelki  wypadek  ściskam  kolanami  długi  fakon,  ale  wątpię,  czy  starczy  czasu  na  jego  użycie. 
Pamiętam  nieprawdopodobne  historie  czytane  kiedyś  w  tomiku  Brehma  o  zwinności  atakujących 
krokodyli. Pocieszam się, że to było w Indiach, tutaj, w Mato Grosso, pewno jest inaczej... Tłukę 
wiosłem coraz silniej i coraz szybciej, a Tadeusz dzielnie mi w tym sekunduje. Jeden z krokodyli 
podejrzanym ruchem zawraca nagle wprost na nas. 
— Spójrz no pan, atakuje! — woła rozpromieniony Tadeusz nastawiając lufę do strzału. 
„Oczywiście  —  myślę  sobie  —  atak  trafi  nie  na  dziób,  tylko  na  rufę,  czyli  prosto  na  mnie,  a  ja 
właśnie nie mam rewolweru”. Głośno jednak „cieszę się” razem z Tadeuszem, przekładając wiosło 
na zagrożoną stronę. 

background image

Krokodyl niegłupi. Zatrzymał się w odległości kilku metrów, wyszczerzył zęby, syknął złośliwie i 
już chciał dać nura, ale nie zdążył. 
Padł  strzał  i  jego  prawe  oko  zalało  się  krwią.  Raz  tylko  klapnął  łbem  o  wodę,  więcej  się  już  nie 
pokazał. 
Ani ten strzał, ani dziwna śmierć nie uczyniły na kajmanach żadnego wrażenia. W dalszym ciągu 
pływają sobie leniwie, pełne wzgardy i lekceważenia. 
— Ach! — woła Tadeusz z wściekłością przez zęby — ja tym skurczybykom pokazałbym, gdzie 
rak zimuje, gdyby tak z tysiąc nabojów więcej! 
Wierzę. Teraz już wierzę w Tadeusza i jego strzały. 
Lądujemy  na  trawie  angielskiego  parku  Mato  Grosso.  Gdzieniegdzie  prześwitują  rudoczerwone 
łysiny  piasku,  jakby  naumyślnie  rozsypane  tutaj  dla  zabicia  monotonii.  Na  nich  bieleją  w  słońcu 
czaszki krokodyli i blaszki rozsypanych przez wiatr ich pancerzowych kostek. 
Co spowodowało śmierć tych potworów? Czy starość, czy słońce, czy onca? Odpowiedzieć na to 
zdoła jedynie mądry, stary urubu, najlepszy informator Pantanalu. 
Dobrze znany przeraźliwy skrzek wyrywa nas z zamyślenia. To dwie przytulone na gałęzi drzewa 
arary protestują chórem, żeśmy zmącili im czułe  tete d tete. Nie umykają bynajmniej, jeno kraczą 
głośno,  przekrzywiwszy  duże  dzioby.  Widocznie  mają  pierwszeństwo  do  tej  wygodnej,  poziomej 
gałęzi. Słuszność po ich stronie. 
Tadeusz jest sentymentalny, zna honor myśliwego. Nie strzela do zwierząt, które pokładają w nim 
zaufanie. A jednak złośliwość ludzka bierze w nas górę. Klaskaniem w dłonie straszymy flirtującą 
parę.  Nie  ustępują  łatwo.  Kłócą  się  jeszcze  z  nami,  jak  mogą.  Trzepoczą  skrzydłami,  a  gdyby 
umiały po polsku, powiedziałyby z pewnością: „Durnie!” Na szczęście papugi Pantanalu nie są tak 
uczone. 
Koliber jak rozkręcona sprężyna zawirował  tuż przed moim  nosem i  usiadł na liliowym  kwieciu. 
Fioletowe  gołąbki  wielkości  wróbli,  u  nas  nie  znane,  frunęły  całą  rodziną  na  sąsiednie  drzewo.  I 
znowu  jakieś  ptaki  tu  i  tam:  tęczowe,  dziwaczne  w  kształtach,  grubodziobe,  długonogie, 
niewspółmierne w proporcjach, a jednak jakoś szybujące. Prawdziwy rozlatany festyn kolorowych 
kwiatów. Bengalskie ognie bożego, słonecznego dnia. 
— Siady tapira! — pochyla się Tadeusz nad odciskami w piasku. 
Skąd on to wie? Dla mnie są to tylko foremne, nic nie mówiące dołki. Tadeusz nigdy tutaj nie był. 
Nigdy nie widział tapira, a oto wyrokuje teraz niby urodzony kaboklo. Widocznie w prawdziwym 
myśliwym siedzi atawistyczny instynkt tropiciela. Chociaż nie wie nic, ale nosem już czuje. Wierzę 
mocno w dziedziczność zamiłowań. 
— O, tędy znowu szła onca! 
—  Niech  sobie  idzie  na  zdrowie,  byleby  nie  przyszła  do  mnie  —  odpowiadam  spokojnie  i  ta 
obojętność  drażni  Tadeusza.  Obserwuję  przemianę,  jakiej  Tadeusz  podlega  na  widok  zwierzyny 
albo na widok jej tropu. Oczy mu błyszczą, ręce drżą. 
— Chodźmy lepiej  na ryż i feijao, bo kiszki mi marsza grają — mówię flegmatycznie. 
Ale kto by tam Tadeusza od strzelby odciągnął. Nie słyszy mnie nawet. Coś znowu węszy i trbpi. 
— Panie Tadeuszu! — wołam głośniej. — Chodźmy wreszcie jeść! 
— Jeszcze tylko momencik. Niech pan sobie płynie, ja pójdę wzdłuż brzegu. 
Łatwo powiedzieć: „Niech pan sobie płynie”. Samemu tak wśród krokodylich łbów i bez broni. Nie 
przyznaję się jednak do strachu. Płynę. Jak dotąd kajmany są grzeczne i nie gryzą. Tadeusz każe mi 
co  chwila  przybijać  do  brzegu,  bo  znalazł  już  tam  coś  nadzwyczajnego.  Co  prawda  nie  było 
wypadku, abym żałował tej swojej fatygi. 
— Patrz pan, co za koczkodany! — woła Tadeusz i aż tańczy z uciechy. Komiczny z niego chłop, 
stary a dziecinny. Reaguje na wszystko spontanicznie i bezpośrednio. Podpływam do krzaków, pod 
którymi leżą dwa małe  krokodylki, najwyżej  dwadzieścia centymetrów każdy. Tadeusz przyciska 
jednego z nich patykiem do ziemi, ja zaś chwytam go palcami za kark. Rozdziawił szeroko paszczę 
i skrzeczy po swojemu: „Mamo!” Serca nasze odporne są jednak na krokodyle skargi. Przedziwnie 
nie  znosimy  tych  bestii.  Ulitowałbym  się  nad  każdym  stworzeniem,  tylko  nie  nad  krokodylem. 
Zaglądam mu sadystycznie w gardło, a on za każdym takim ruchem usiłuje bronić się zębami. 

background image

— Zabierajmy szczeniaki i w nogi, bo jeszcze matka gotowa przyjść w obronę  — mówi Tadeusz 
wsiadając szybko do łodzi. Jakby w odpowiedzi ukazuje się tuż niedaleko duża trójkątna głowa. 
Ryż  był  znakomity.  Woda  z  Piquiri  jeszcze  smaczniejsza.  Joao  zdał  dziś  egzamin  ze  sztuki 
kulinarnej. Arancuanga ma mięso białe i delikatne, łudząco podobne do naszego indyka. 

 
 
Już wypycham

 

 
 
 
 

Zielony las — dziewiczy las  
na rzece Piquiri.  
Nie było nas — ten sam był las  
na rzece Piquiri. 
 
W splątaniu lian i piór palmowych ciemni  
ponura noc ukryła moc tajemnic.  
Bojową pieśń wróg niewidzialny śpiewa,  
czai się śmierć z każdego niemal drzewa. 
 
Zielony las — dziewiczy las  
na rzece Piquiri.  
Nie było nas — ten sam był las  
na rzece Piquiri. 
 
Co chwila ryk i jakieś dziwne szumy.  
To sucuri splotami dusi pumę,  
to urubu szponami chwyta węża,  
bo prawem tu: kto silny, ten zwycięża. 
 
Drapieżny świat, łakomy świeżej krwi,  
nas śledzi z brzegów rzeki Piquiri. 
 
PIESN PIQUIRI 

 
 
Po trzech tygodniach męki dziś po raz pierwszy mogę powiedzieć, że w nocy spałem. Oto wbrew 
pogardliwym ruchom ramion Myśliwca i wbrew jego zapewnieniom, że kabokle będą się ze mnie 
śmiali,  odważyłem  się  na  najwyższy  nietakt  wobec  tutejszych  obyczajów.  Napiąłem  hamak  po 
swojemu,  to  znaczy  po  marynarsku,  na  sztych  z  poprzeczkami.  Umożliwiło  mi  to  nareszcie 
wyprostowanie  moich  długich  nóg.  Jak  dotąd  budziłem  się  każdej  nocy  przynajmniej  z  dziesięć 
razy. Tej nocy jeden tylko raz, i to z powodu Tadeusza. Trącił mnie trzonkiem latarki, abym zrzucił 
ze swojej  moskitiery... żabę. Jeszcze chwila, a wdrapałaby się do środka. Ze wszystkich zwierząt 
brzydzę  się  najbardziej  żaby  i  właśnie  ona  jak  na  ironię  losu  poczuła  do  mnie  taką  sympatię. 
Wychylam się z hamaka, trzęsąc co sił połami muślinu. Tuż spod samej ręki basowym klapnięciem 
spada olbrzymia, wielkości  co najmniej dużej  męskiej dłoni żaba i kica  dalej. Dlaczego wszelkie 
paskudztwa czują do mnie pociąg? Te różne tatarany, mrówki i żaby! Węża jeszcze brakowało do 
kompletu! 
— No, chwała Bogu   — powiada Myśliwiec w dziesięć minut po wystartowaniu naszej flotylli z 

background image

noclegu. — To był ostatni punkt nawiedzany jeszcze przez cywilizację. Teraz przez pięć miesięcy 
nie zobaczycie panowie ani jednego człowieka. 
— A kogóż to wczoraj albo i przedwczoraj widzieliśmy? — zapytuję zdumiony. 
—  Istniała  jednak  możliwość,  bo  tu  docierają  czasami  rybacy.  Dalej  dzicz  zupełna.  Mogę  dać 
panom gwarancję na piśmie, że o parę kroków w bok od rzeki noga ludzka jeszcze nie stanęła. 
Takie słowa wywierają głębokie wrażenie. Mimo woli obracam głowę i szukam czegoś innego, jak 
gdybym  przekraczał  w  tym  momencie  granicę  dwóch  różnych  światów.  Tymczasem  wokół  nas 
panuje ta sama monotonia Pantanalu, jak wczoraj i jak przedtem. Jak na morzu: tam stalowy błękit, 
tu bezkresna zieleń. 
Wszystkie głosy puszczy stały się już nam znajome, a nawet po trochu zaczynają nużyć. Chciałoby 
się,  aby  wyjce  zmieniły  melodię,  a  tukan  przestał  tak  komicznie  drygać  małymi  skrzydełkami. 
Dlaczego  nie  poszybuje  przykładem  tuiuiu?  Zawsze  ten  sam  wysoki,  gliniasty  brzeg,  najeżony 
kolcami  niedostępnej  trawy.  Czasami  przyjdzie  nad  jego  krawędź  ciekawy  termitnik  i  obrócony 
szpikulcem ku niebu, grozi nam niby  palec bożej przestrogi. Gdy zniknie ten wysoki, żółty brzeg, 
znajdziesz  go  natychmiast  po  przeciwnej  stronie  rzeki.  To  tylko  takie  changement  des  places 
podyktowane  zakrętem  rzeki.  Teraz  widzimy  z  kolei  zmierzwioną  wełnę  błotnistych  krzewów  z 
połyskującą linią czarnej ziemi, nakrapianej często przecinkami krokodyli. 
Próżno byś szukał na niebie jakiejś chmury. Zwycięskie słońce praży i oślepia. Siedzimy w łódkach 
kompletnie nadzy i nawet trochę wstydzę się tych głupich papug. Rozplotkują może po całym Mato 
Grosso. Rozgadają Bóg wie co o mojej bezwstydności: nudysta!... ekshibicjonista!... Wiadomo   — 
papugi! 
Siedzę oto nad samym brzegiem rzeki na pniu podmytego drzewa i piszę pamiętnik. W odległości 
najwyżej trzech metrów leżą dwa duże krokodyle i patrzą mi w oczy. Czujemy do siebie wzajemną 
antypatię. 
Im dalej w głąb Pantanalu, tym zwierzęta mniej reagują na naszą obecność. Groźny pan i władca 
świata powoli schodzi tu do roli kozła albo innego jaszczura, takiego zwykłego sobie ich leśnego 
kolegi.  Szczególnie  krokodyle,  nawykłe  do  panowania  w  wodzie,  patrzą  na  nas  z  wyraźnym  lek-
ceważeniem. My też przestajemy reagować na takie czy inne sąsiedztwo. Pilnujemy jedynie swoich 
własnych spraw i tego, aby się nam krzywda jaka nie działa. 
Joao na przykład, czyszcząc ryby, musi oganiać się nożem przed kajmanami, żeby te dranie ryb mu 
nie  kradły.  Tadeusz  dzisiaj  rano  okazał  się  mniej  sprytny,  dlatego  jakaś  ryba  porwała  mu 
szczoteczkę do zębów. 
Przez cały  dzień pracowaliśmy nad urządzeniem obozu. W tym  celu  oczyściliśmy  plac z  gałęzi  i 
traw, doprowadziliśmy potrzebne ścieżki oraz zbudowaliśmy stoły, krzesła i pomost w głąb zatoki, 
celem umożliwienia mycia nóg. Stanisław oczywiście nie rozumie tej całej pracy, uważając ją za 
marnowanie czasu. 
Wszelkie  czynności  wymagają  tu  podwójnego  wysiłku,  a  to  z  powodu  niedostępnych  gąszczy. 
Musimy torować sobie drogę fakonem, a nierzadko nawet siekierą. Szczęściem drzewa tutejsze są 
przeważnie kruche i słabo trzymają się gleby. Wystarczy oprzeć się łokciem o gruby pień, a już leci 
, na ziemię. Najgorsze są liany. Elastycznie umykają spod uderzenia noża, oplatają się dokoła ciała i 
w ogóle kpią z bezsilności ludzkiej. 
Z  wolna  przeistaczamy  się  z  Tadeuszem  z  naiwnych  nowicjuszy  w  starych  praktyków  leśnych. 
Daleko nam jeszcze do ideału, którym jest zawsze niedosiężny w pojęciu Myśliwca... kaboklo. 
W  zatoce,  nad  którą  rozbiliśmy  obozowisko,  jest  znacznie  mniej  krokodyli  aniżeli  w  Bahia  dos 
Jacares.  Nie  przeszkadza  to  jednak  Tadeuszowi  w  pierwszym  zaraz  dniu  zabić  ich  dwadzieścia 
kilka. 
Najadłem  się  dziś  niemałego  strachu.  Oto  łapiąc  z  kajaka  ryby  na  wędkę  spostrzegłem  nagle 
zbliżający się ku pływakowi wyjątkowo duży łeb krokodyla. Tadeusz sięgnął  po rewolwer i  padł 
strzał, ale tym razem zamiast w oko, potwór dostał kulą w sam środek czoła. Nabój zrykoszetował, 
a  przerażony  krokodyl  z  otwartą  szeroko  paszczą  ruszył  wprost  na  nas  do  ataku.  Działo  się  to 
wszystko  w  odległości  najwyżej  pięciu  metrów,  trzeba  było  działać  błyskawicznie.  Gdyby  na 
miejscu  Tadeusza  znalazł  się  gorszy  jakiś  strzelec,  sprawa  nasza  byłaby  przegrana.  Natychmiast 

background image

jednak  padł  drugi  strzał  i  to  w  chwili  gdy  głowę  bestii  dzielił  od  nas  zaledwie  metr.  Woda 
zbałwaniła się pod uderzeniem potężnego ogona, a ciało gada jęło kurczyć się w szaleńczym salto 
mortale. Nasza łódź zatańczyła obertasa w miejscu. Krokodyl to chował się, to znów pojawiał się na 
powierzchni, lawirując jakoś to po jednej, to po drugiej stronie. Parę razy odbiliśmy go wiosłem od 
burty, parę razy trzasnęliśmy go mocno po łbie, ale jak z jego strony, tak i z naszej były to tylko 
podświadome  samoobronne  odruchy.  Wreszcie  ostatni  krąg  skotłowanej  wody  zamarł.  Nastąpił 
moment denerwującego wyczekiwania. 
Siedzimy  milcząc  i  głupkowaty  uśmiech  nie  chce  zejść  nam  z  twarzy.  Zdajemy  sobie  doskonale 
sprawę,  że  w  tej  właśnie  chwili  wycofaliśmy  swoje  życie  z  ryzykownej  loterii.  Tadeusz  drgnął  i 
mruknął przez zęby: 
— Dużo przeżyłem samowolnych kraks, a żadnej nie zląkłem się tak bardzo, jak tego drania. Tak, 
tak — dodał po chwilowym namyśle — alem przypieprzył skurczybykowi. 
Zauważyłem, że krokodyle straciły jakoś animusz. W bliskości naszego obozowiska już ich w ogóle 
nie  widać,  a  przed  łodzią  czują  odpowiedni  respekt.  Z  grubsza  licząc  padło  ich  tutaj  w  ciągu 
pierwszych trzech dni z sześćdziesiąt sztuk. 
Nie wiem, jak się to nawet stało, bo Tadeusz kule oszczędza i na krokodyle nie marnuje, ot, tylko 
tak czasami, od niechcenia. 
Z dniem dzisiejszym rozpoczyna się nasza rzeczywista praca, to znaczy wypychanie ptaków. Mam 
być  głównym  mistrzem  tej  sztuki,  chociaż  dalibóg  nie  czuję  w  tym  kierunku  najmniejszego 
powołania.  Rozgoryczony  na  cały  świat,  babrzę  się  w  cuchnącym  mięsie  zdechłych  ptaków,  a 
poczciwy Tadeusz sekunduje mi w tym wiernie, od czasu do czasu pocieszając miłym słowem. 
Jastrzębie i sępy przyglądają się nam ze wszech stron, kracząc przekomicznie. Wiedzą szelmy, że 
za  chwilę  stracę  cierpliwość  i  rzucę  wszystkim  o  ziemię.  Wówczas  nastąpi  dla  nich  moment 
radosny, wyczekiwany od dawna, moment smakowitej uczty. 
Jestem  wściekły  na  cały  świat,  a  najbardziej  na  siebie  samego.  Jakżem  mógł  podjąć  się  takiej 
wstrętnej,  hyclowskiej  roboty!  Pode  mną  leży  kupa  powyrywanego  pierza,  a  na  stole  straszliwie 
ogołocone, z powykręcanymi skrzydłami  i  nogami trzy ptasie tułowia. Na szczęście nie mogą mi 
już czynić wyrzutu wzrokiem, albowiem ich gałki oczne zostały zjedzone przed chwilą przez duże 
czarne mrówki. 
Trzy nie heblowane deski od skrzynek z benzyną, oparte na czterech badylach wkopanych w ziemię 
—  to  mój  stół  do  pracy,  moje  laboratorium.  Stół  nieostrożnie  umieściłem  poza  obrębem 
obozowiska i na domiar wszystkiego od strony najdzikszego lasu. Najczęściej jestem zupełnie sam, 
bo  Tadeusz  musi  polować.  Dostał  od  Myśliwca  jakiś  stary,  przewiązany  sznurkiem  napoleoński 
karabin,  nabija  go  patykiem  od  góry  i  jakoś  strzela.  Gdyby  nie  Tadeusz,  nie  mielibyśmy  żadnej 
roboty.  Myśliwiec  z  Doktorem  bawią  się  tylko  w  spacery,  a  dostarczone  przez  nich  ptaki 
przedstawiają  obraz  nędzy  i  rozpaczy:  połamane  nogi,  połamane  skrzydła  i  wszystkie  pióra  we 
krwi. 
Tak więc siedzę przeważnie samotnie i bez żadnej dosłownie broni. Przedzielony jestem od ogniska 
rozwieszonymi hamakami. Trochę przyzwyczaiłem się już do wiecznych szelestów za plecami, ale 
to  nie  pomaga  mi  w  pracy.  Jak    stwierdziłem,  najwięcej  hałasu  robią  kurki  leśne,  grzebiące  w 
liściach.  Raz  wypadł  na  polanę  duży  jeleń  i  nagle  zobaczywszy  mnie  bardzo  się  przestraszył. 
Komicznie podrzucił rogi, stanął dęba i jednym susem znikł w gąszczu. 
W  pierwszych  jeszcze  dniach  obracałem  głowę  za  każdym  głośniejszym  szelestem.  Później 
nastąpiło  zobojętnienie.  Dziś  zamiast  obracać  głowę,  kurczę  się  tylko  w  sobie  i  zamieram  na 
dłuższą chwilę, oczekując, kiedy ten tajemniczy skok wreszcie nastąpi. 
Kury  i  jastrzębie  najłatwiej  się  oswajają.  Kilka  z  nich  znamy  już  i  wołamy  na  nie  po  imieniu. 
Jastrząb Kuba wykazuje największą inteligencję i w nagrodę za to, mimo swych pięknych piór, nie 
trafił dotąd do naszej kolekcji. Wabikiem dla ptaków jest wyrzucane przez nas mięso. Kury łażą mi 
po nogach, podbierając zrzucone kawałki. 
Przez  cały  dzień  siedzę  z  watą  w  uszach  i  z  okularami  na  oczach.  Wata  i  okulary  chronią  mnie 
przed  lavolhos,  czyli  muszkami  mikroskopijnej  wielkości,  wdzierającymi  się  w  przewody  uszne  i 
pod powieki. Pomimo juz znacznego oswojenia się z tą dziką sytuacją, czuję się, jakbym siedział w 

background image

zoologicznym  ogrodzie,  gdzie pijany  dozorca powypuszczał  z klatek na  wolność wszystkie lwy i 
tygrysy. 
Kiedym wykręcał właśnie skrzydło ostatniemu ptakowi, Tadeusz, zajęty w tym czasie gotowaniem 
obiadu, podniósł nagle wielki krzyk. Musiało tam coś zajść naprawdę niebywałego. Nie tracąc więc 
ani  chwili  czasu  i  przecierając  okulary  w  pędzie,  lecę  na  miejsce  wypadku.  Już  Tadeusza  przy 
ognisku  nie  ma.  Widzę  go  z  daleka,  jak  w  gorączkowym  pośpiechu  ładuje  się  razem  z  Joao  do 
łodzi. Nie krzyczą już więcej, przeciwnie, zachowują myśliwskie milczenie. Z kalibru broni, jaką ze 
sobą biorą, widzę, że się zanosi na grubszą robotę. 
Podnoszę  lornetkę  i  patrzę  w  kierunku  drzewa,  za  którym  nikną.  Niezupełnie  jeszcze  podmyte, 
pochyliło  się  nad  lustro  wody  zasłaniając  sobą  widok  na  przeciwległy  brzeg.  Wyłapując 
przezroczyste plamy zieleni, ciekawie gonię wzrokiem po krzakach, ale niestety, nic jakoś zobaczyć 
nie mogę. 
Zielona  równina  wysokiej  trawy,  dalej  stłoczone  niby  barany  w  słońcu  karłowate  krzewy  i 
przerywana linia wżerającej się w tę trawę wody — to wszystko. Powoli i systematycznie posuwam 
się lornetką wzdłuż brzegu i badam uważnie każdy szczegół. 
Oto  ibis  czerwonodzioby  duma  na  swoim  długim  szczudle.  Tam  czapla  śnieżnobiała  rozwala 
skrzydła  na  kształt  wyskubanego  orła  z  austriackiego  herbu  i  wietrzy  sobie  pióra.  Dalej  gromada 
kajmanów  wyleguje  się  w  bezpiecznym  oddaleniu,  a  tu  znowu  dwa  ogromne  a  niezdarne  tuiuiu 
rozkiwanym krokiem biegają po plaży, jakby dwóch kłócących się ze sobą starców. 
Patrzę  przez  szkła  coraz  obojętniej,  nie  wierząc,  aby  te  co  dzień  spotykane  grupki  mieszkańców 
Mato  Grosso  mogły  tak  zdenerwować  moich  towarzyszy.  Posuwam  się  więc  perspektywą 
powiększających  szkieł  dalej,  trochę  w  głąb  lądu  i  zatoki.  Wpełzam  nad  słoneczną  polanę  lasu, 
zbiegającą  złocistym  piaskiem  ku  liliowym  kwiatom  kamelotów.  Aż  nagle...  zrozumiałem 
wszystko,  a  gdy  zrozumiałem,  zrobiło  mi  się  niewymownie  smutno.  Gdybym  znał  w  tej  chwili 
język puszczy, krzyknąłbym na cały głos, aby tysiącznie odbitym echem ostrzec wszystkie biedne 
zwierzęta przed grożącym niebezpieczeństwem — niebezpieczeństwem zdradzieckiego człowieka. 
Z wyciągniętą przed siebie szyją, na szeroko rozstawionych racicach, z nozdrzami przy wodzie stoi 
oto spokojnie ogromny jeleń błotny. Raz po raz wznosi rosochate rogi i  rozejrzawszy się dokoła, 
znowu  pije.  Czasem  zbrzydzi  sobie  zmąconą  nieostrożnie  wodę  i  wolnym,  poważnym  krokiem 
przechodzi nieco dalej, to znów bliżej i znowu pije... pije. 
Wiem, że za chwilę nastąpi strzał i czuję, jak mi krew odbiega od skroni, puls przestaje bić. Walczy 
w tej chwili we mnie miłość do przyrody z solidarnością członka ekspedycji myśliwskiej. Skórom 
się już raz wybrał do lasu, aby kolekcjonować zwierzynę, śmieszną wydaje się zabawa w dziecinne 
sentymenty.  A  jednak  to  oczekiwanie  na  strzał  z  zasadzki  przekracza  wytrzymałość  moich 
pacyfistycznych nerwów. 
Wzywam  się  w otaczający mnie nastrój  beztroskiej ciszy. Odczuwam  i  rozumiem  doskonale stan 
ufnej  radości  życia,  jaka  ożywia  duszę  jelenia.  Świeżo  jest  mu  i  bujnie,  ochoczo  i  pewnie  ze 
świadomością potęgi rogów. Ryknie buńczucznie i zaraz odpowie mu z oddali łania. Przyjdzie w 
lękliwym  zażenowaniu,  udając,  że  niby  niechcący.  Przyjdzie  tutaj  na  liliowy  dywan  kamelotów  i 
przytuleni do siebie poczną odtąd pić razem. W aksamitnie wilgotnych nozdrzach odbijają się im 
najsubtelniejsze  tchnienia  zapachów.  Symfonia  mdłych  oparów  miodu,  wiecznie  otwartego  w 
gościnnych  dziuplach  niegryzących  brazylijskich  pszczółek.  Może  nawet  zapach  zachodzącego 
słońca, może nawet  zapach chmur. Wszystko  to nagle zaczynam  teraz rozumieć tym  lepiej  i  tym 
boleśniej, im bliższy jest ów śmiertelny strzał. 
Nagle jeleń wysoko podniósł rogi. Słucha, węszy. 
Gdybyż to była prawda! Gdybyż on słyszał i uciekł! 
Tymczasem  minuty  dłużą  się  w  nieskończoność,  a  lornetka  drży  w  moim  ręku.  Wieleż  to 
przemyśleć człowiek zdoła w ciągu tych paru minut oczekiwania! 
Jest. 
Brutalne, ostre, dalekie szczęknięcie stali. 
Jeleń nagłym ruchem podrzuca głowę i patrzy. Nie rozumie, że ten gorący ból, co przewiercił mu 
na  moment  piersi,  to  jest  koniec.  Koniec  beztroski,  koniec  radości,  koniec  wszystkiego.  Postąpił 

background image

więc parę kroków naprzód, jakby się chciał przekonać, czy boli jeszcze i tu... zachwiał się. Klęknął 
przed niewiadomym i nie rozumiał dalej. Aż przyszedł drugi strzał i ten położył kres. 
Tadeusz  jest  ostrożny.  Nasłuchał  się  myśliwskich  opowieści,  chociażby  tej  ostatniej  Myśliwca, 
który przeleżał pod nie dobitym jeleniem, wtłoczony rogami w błoto, aż do dnia następnego. Przez 
długą  więc  chwilę  jeleń  leży  sam,  myśliwych  nie  widać.  Rozlega  się  jeszcze  jeden  huk, 
prawdopodobnie na wszelki wypadek. Dobicie. 
Opuszczam lornetkę i odchodzą w głąb obozowiska. Nie jestem ciekaw tego, co ma nastąpić dalej. 
Dosyć  mam  już  codziennych  mordów  i  tej  kąpieli  we  krwi.  A  to  zaledwie  trzeci  dzień 
biwakowania. 

 
 
Step płonie

 

 
„Anjanga” stoi przy brzegu przymocowana rufą i dziobem , do pobliskich drzew. Z lądem łączy ją 
poza tym deska, która od czasu do czasu pod ciężarem przechodzącego po nią Myśliwca wpada z 
pluskiem  do  wody.  Na  dzień  wszystkie  płótna  odsłania  się  dla  wentylacji.  W  nocy  natomiast  w 
obawie  przed  muchami  i  komarami  szczelnie  dopina  się  wszystkie  guziki.  Myśliwiec  siedzi 
najczęściej przy swoim stoliku do późnego wieczoru, studiując gatunki mrówek. Czyni to naturalnie 
nie przez naukową ciekawość, tylko przez chciwość. Biedak uwierzył, że na tych mrówkach zarobi 
kokosy, bo od setki płacą kilka groszy. 
„Anjanga”, oświetlona od wnętrza latarnią, wygląda niby  chińska dżonka.  Lubię pływać po nocy 
kajakiem. Jest nastrojowo. Zwłaszcza nastrojowo powraca się z ciemnej nocy mając za cel gorejącą 
za brunatnym płótnem latarnię Myśliwca. 
Któregoś  popołudnia  siedziałem  jak  zwykle  przy  pracy,  gdy  sześć  słodkowodnych  wydr  zaczęło 
głośno  prychać  tuż  przy  samym  brzegu.  Były  widocznie  zdumione  tak  dziwaczną  zmianą,  jaka 
zaszła w ich okolicy. Raz po raz uśmiechniętym pyskiem spoglądają nam z bliska w twarz. Nie ma 
w nich ani krzty obawy, tylko straszliwe zdziwienie. Rozpoczynają rodzinną zabawę. To jedna, to 
druga  niezdarnie  wpełza  przy  pomocy  płetw  na  skośnie  zanurzone  a  zwisłe  z  brzegu  gałęzie,  po 
czym jeszcze niezgrabniej wali się za chwilę z powrotem do wody, a cała reszta wydr, serdecznie 
popiskując, śmieje się chóralnym, ludzkim prawie śmiechem. 
Oczywiście  pierwszą  myślą  człowieka  jest  mord.  Mimo  rządowego  zakazu  polowania  na  wydry 
krwiożercza żyłka zwycięża. Myśliwiec porywa karabin i strzał za strzałem kładą kres ciekawości 
zwierzęcej. Wydry nikną pod powierzchnią. Joao z całą pewnością wytrawnego znawcy twierdzi, 
że  tylko  trzy  z  sześciu  uszły  żywo,  resztę  znajdziemy  nazajutrz,  gdy  w  żołądkach  ich  powstaną 
trupie gazy i spowodują wypłynięcie ciał. 
Istotnie,  w  ściśle  określonym  czasie  jedna  z  wydr  wypłynęła.  Niestety,  mocno  już  nadszarpnięta 
przez piranie. Dwie inne zostały widocznie pożarte przez krokodyle. Czyż warto było psuć nastrój 
prymitywnej ufności zwierząt dla tak nikłego efektu?... 
Joao rozwiesza płaty skóry na słońcu, a Myśliwiec krąży dokoła i zaciera wszelkie ślady, aby broń 
Boże tajemnica kłusowniczego strzału nie dotarła do policji.  Najwidoczniej dręczy  go sumienie i 
jeszcze większy strach. 
Trzymetrowej  wysokości  trawa  uniemożliwia  naszym  myśliwym  polowanie.  Toteż  podpalają  z 
trzech  odległych  od  siebie  stron  Pantanal,  który  purpurową  łuną  ognia  idzie  z  wiatrem.  Trzask 
pękających  od  żaru  pni  drzewnych  imituje  armatnie  strzały.  Gdy  patrzę  na  to  niebywałe  u  nas 
zjawisko, przychodzą mi na myśl płonące stepy Dzikich Pól, podpalanych niegdyś przez Tatarów. 
Analogia  ogromna:  my  także,  jak  owi  Tatarzyni,  najechaliśmy  obcy  kraj  spokojnie  żyjących 
zwierząt, tępiąc je niemiłosiernie ogniem i nożem. Gałązka draśnie nam ramię, już tniemy fakonem. 
Młode drzewko nieostrożnie stanie w drodze i oto jednym cięciem topora walimy je na bok. Takie 
tu  tego  niezliczone  bogactwo,  bezpańskie  i  niczyje.  Żadna  ustawa  nie  broni.  Żadne  oko  nie 
dopilnuje.  Jedno  potarcie  zapałki  i  słup  ognia  na  szerokość  dziesiątków  i  kilometrów.  Tysiące 

background image

mniejszych  i  większych  istnień  poniesie  |śmierć  w  płomieniach.  Ognista  granica  posuwa  się 
naprzód  i  nikt  jej  nie  zdoła  zatrzymać.  Chyba  że  litościwa  rzeka  stanie  na  drodze  albo  ulewny 
deszcz spadnie niespodziewanie — poza programem. Teraz panuje pora sucha. 
Czy zatrzyma się ten ogień i gdzie się zatrzyma, to dla nas, niszczycieli, jest rzeczą drugorzędną. 
My  mamy  piękny  widok  nocą.  Wielkopański  festyn  fajerwerków.  Neronowe  świece  z  płonących 
stworzeń. 
Gromady urubu i jastrzębi ściągają zewsząd jak na pole bitwy. W niskim, koszącym locie porywają 
raz  po  raz  umykające  z  ognia  płazy  i  szczury.  Na  tle  płomiennych  języków  i  popielatoróżowych 
kłębów  dymu  czarnymi  kręgami  ponurej  zasadzki  zawisły  te  ptaki  niby  pętle  diabelskiego  lassa. 
Żaden  wąż  nie  ujdzie  ich  szponom,  żadna  żaba  nie  ukryje  się  w  błocie.  Suchy  trzask  parzącej 
lawiny  posuwa  się  konsekwentną  a  upartą  obławą  okrutnie  i  bezwzględnie,  powoli  a  perfidnie. 
Jeszcze jest daleko, ale piędź po piędzi przyjdzie tu na pewno. Trzeba umykać z rodzinnych gniazd, 
dziupli i nor. Trzeba opuścić stare termitniki, z takim mozołem budowane przez lata. Tyle żmudnej 
a  zmarnowanej  pracy.  Jedynie  sprytny  tatu-pancernik  niczego  się  nie  lęka.  Jego  dom  to  głęboki 
labirynt podziemnych korytarzy. Nic dla niego nie znaczy wędrujący ogień. Dopóki zgliszcza nie 
wystygną, przesiedzi gdzieś na dolnych piętrach, aby się znowu wytoczyć na chłodną powierzchnię, 
niby zwycięski wagonik pancerny — zapowiedź nowoczesnej techniki. 
Niesamowicie piękna jest dzisiejsza noc z łunami palących się traw dokoła. I woda cicha, uśpiona 
już woda, szkarłatem odbić parująca. 
Subtelnie  przezroczysty  obłok  różowego  dymu  ściele  się  po  ziemi  i  wodzie,  niby  celowo 
rozrzucony  przed  komarami  miękki  muślin.  A  nad  tym  misterium  dzikiego  średniowiecza 
tropikalne niebo zaległo  granatowym półkolem i rojem zapalonych już gwiazd. Poprzez cieniutką 
warstwę  niewidzialnej  sadzy  księżyc  przybiera  barwę  ciemnej  pomarańczy,  jakby  symulował 
zachodzące słońce. 
Pokurczone korony karłowatych drzew Pantanalu na tle otaczającej purpury wyglądają niby cienie 
apokaliptycznych bestii, skamieniałych w lęku przed niebezpieczeństwem ognia. 

 
 
Krokodyl przeszkadza

 

 
Z wędkami w ręku siedzimy z Tadeuszem na samym środku rzeki. Milczymy. 
Ulegliśmy  urokowi  chwili.  Nieokreślone  jakieś,  pijane  myśli  krążą  po  naszych  łbach  i  plotą  się 
mimo  woli  w  rymy  niewesołych  piosenek  —  ni  to  tęsknoty  za  czymś  realnym,  ni  to  tęsknoty  za 
czymś  nierealnym.  Żale  spełnione  i  marzenia  nigdy  nie  dosięgłe  mglistym  odbiciem  chaotycznie 
postrzępionych  obrazów  migoczą  na  połyskującym  szkarłacie  wody.  A  my  do  bólu  rozwarłszy 
źrenice, bezmyślnie patrzymy w to zaczarowane migotanie. 
Tadeusz jest zły. Nazwano go dzisiaj fuszerem, nie rybakiem. Jego, który ze skromnej, urzędniczej 
pensji wynajmował pod Krakowem rybne stawy, żeby tylko móc przesiedzieć niedzielę z wędką w 
ręku.  Jego,  który  studia  psychologiczne  przeprowadzał  nad  życiem  szczupaka  i  wyhodował  dzie-
siątki  rybołówców.  Jego  nazwano...  fuszerem.  Upokorzenie  piekące  bólem  niesprawiedliwości. 
Obelga najgorsza, jakiej najpoczciwsza nawet dusza nie zniesie. Zawziął się więc oto w tej chwili, 
aby pokazać całemu światu, co potrafi. 
Ale co tu gadać! Warunki wędkowania u nas i w Brazylii to dwa najzupełniej odmienne zjawiska. 
Joao położył się obok na dnie drugiego czółna i za każdym naszym niepowodzeniem zarykuje się 
od śmiechu. Nie mam osobiście najmniejszej pretensji do znajomości sztuki wędkarskiej. Tadeusza 
jednak rani ten śmiech. Z każdą wyciągniętą przez nas piranią Joao wykrzykuje ironicznie: 
— Bom pacu! Muito bom pacu! 
Pacu  jest  to  najlepsza  z  miejscowych  ryb:  tłusta,  delikatna  i  zupełnie  bez  ości.  Piranię  natomiast 
traktujemy  jako  ostateczność.  Mięso  jej  jest  suche,  twarde  i  straszliwie  ościste.  Zresztą  piranię 
każde dziecko potrafi złapać, byle gdzie i byle czym, nawet na strzępek gałganka. 

background image

Sztuka łowienia ryb w  Brazylii  polega na tym,  ażeby dobra ryba przyszła, a pirania przynęty nie 
wzięła. Każda ryba ma tutaj swoje gusta i te gusta właśnie należy znać. Jedna lubi mięso, inna tylko 
owoce. Jedna chwyta przynętę na powierzchni, a druga na określonej głębokości. Jedna stojącą, a 
druga tylko w ruchu. Jedna chwyta rano, a druga wieczorem. Znawcą tych wszystkich sekretów jest 
każdy kaboklo albo Indianin, a z nich chyba najlepszy to nasz Joao. 
Tego  wieczoru  ja  pierwszy  złapałem  rybę,  ale  niestety,  nie  potrafiłem  jej  zdjąć  z  haczyka.  Prócz 
ostrych  zębów  i  zwykłych  a  znanych  nam  skrzeli,  miała  po  obu  bokach  tułowia  dwa  długie, 
podobne  do  palców  rogi  najeżone  igłami,  jak  piła.  Za  każdym  zbliżeniem  ręki,  rogi  te  nagłym  a 
silnym ruchem przyciskały się do tułowia, grożąc zmiażdżeniem palca. Tadeusz pomagał mi w tej 
robocie, aż wreszcie złożyliśmy jakoś potwora na dno łodzi. Przez cały czas dzisiejszego wędko-
wania  przeszkadza  nam  wyjątkowo  duży  i  wyjątkowo  bezczelny  krokodyl.  Zwabiony  zapachem 
przynęty stara się nas podejść. Gdyby tak połknął mi haczyk, dopiero miałbym historię! W pewnej 
chwili,  jakby  podrażniony  ruchem  mojej  wędki,  krokodyl  rusza  do  ataku.  Zawsze  opanowany 
Tadeusz tym razem nie wytrzymuje nerwowo i szybko. ucieka wzdłuż łodzi po wiosło. 
— Muito bom... bardzo dobrze! — zawyrokował Joao, celnie rzucając wiosłem  w łeb krokodyla. 
Nic go nie wyprowadzi z równowagi. Jest zawsze na miejscu i zawsze przytomny. 
Skruszony  Tadeusz  wraca  na  dawne  stanowisko,  a  razem  z  nim  wyłania  się  łeb  tegoż  samego 
krokodyla.  Tym  razem  jednak  nie  reagujemy  już  na  jego  obecność.  Co  ma  być  —  niech  będzie. 
Mamy także swoją ambicję i swój honor. Krokodyl zrozumiał nasze dobre intencje i też dał spokój. 
W przedziwnej odtąd zgodzie patrzymy wszyscy trzej na sznurek czekając, co się tam teraz kolejno 
ukaże. I oto nagle coś mocno szarpnęło. 
— Panie Tadeuszu! Ratunku, bo nie dam rady! — wrzeszczę ciągnąc wędkę do góry. 
— Nie tak ostro, bo pęknie   — poucza mnie zamiast udzielić pomocy. — Na miłość boską, nie tak 
raptownie i płasko... do siebie. 
W tej chwili duża, różowa ryba plusnęła nad powierzchnią i w dzikich skokach jęła rzucać się na 
boki. Trwa to zaledwie kilka sekund. Cicho i nad podziw zręcznie podpływa krokodyl i zerwawszy 
sznurek znika razem z naszą rybą w głębinach. Spojrzeliśmy z Tadeuszem na siebie, a miny mu-
siały być bardzo głupie, skoro Joao potężnym basem ryknął swoje „muito bom” i padł na dno łodzi 
trzymając się za brzuch od serdecznego śmiechu. 
Dość mamy na dzisiaj tych kompromitujących eksperymentów. Idźmy lepiej spać. 
—  Panie  doktorze!  Czy  aby  to  nie  nasz  krokodyl?  —  pyta  Tadeusz  wskazując  palcem  pod  ster 
„Anjangi”. 
— Rzeczywiście — odpowiadam z wściekłością i już biegnę po oszczep. 
Zrzucamy  obuwie  i  pokładem  „Anjangi”  boso  skradamy  się  na  jej  rufę.  Tym  razem  już  nam  nie 
ujdzie. Nie przeczuwając zasadzki  leży sobie spokojnie tuż pod sterem. Stojąc nad nim nabieram 
rozmachu i z całej siły walę ostrzem prosto w środek obrzydliwego łba. Czuję moc własnego ciosu i 
zgrzyt  ześlizgującej  się  po  kości  stali.  Woda  oblewając  mnie  od  stóp  do  głowy  zabulgotała  pod 
uderzeniem ogona. 
— Jak pan myśli? Gotów? — pytam dumnie. 
I jakby  w odpowiedzi  na to,  kilkanaście metrów dalej wyłania się z wody  tak dobrze nam  znana 
głowa. 
—  To  Rasputin  —  zawyrokował  Tadeusz  spluwając  pogardliwie.  —  Żadna  siła  go  nie  weźmie, 
lepiej dajmy spokój. Nie będę doń więcej strzelał. Szkoda kul. Niech zostanie naszym przyjacielem. 
Odtąd bezczelny kajman stał się naszym... Kubą. 
Kuba  —  to  najczulsze  przezwisko,  najwyższa  pieszczota  Tadeusza.  Mamy  już  Kubę-jastrzębia. 
Mamy Kubę-leśną kurę. Teraz przybył do tej grupy wiernych przyjaciół Kuba-krokodyl. 
— Dlaczego kto tylko jest dla pana sympatyczny, ten zaraz staje się Kubą? — zapytuję. 
— Bo miałem w Polsce takiego psa. Był nadzwyczajnie mądry i dobry. Postrzelili mi go źli ludzie. 
Prawdopodobnie  w  Kubie-krokodylu  pokutuje  ludzka  dusza.  Dziś  dokazał  on  cudów  odwagi  i 
zręczności. Jak wierny pies przy nodze, towarzyszył mi przy łapaniu ryb na wędkę. Przykuty nosem 
do sznurka, czekał cierpliwie, aż ryba zapluszcze. Musiałem śpieszyć z podnoszeniem wędki, ażeby 
łajdak  zdobyczy  mojej  nie  zdążył  ukraść.  Tak  więc,  bez  najmniejszej  zresztą  do  siebie  urazy, 

background image

rywalizowaliśmy ze sobą o pierwszeństwo w szybkości działania. Na początku, kiedy nie miałem 
wprawy, zerwał  mi parę ryb, ale teraz rzadko ta  sztuka mu  się udaje. Kilka razy dostał  wędką po 
pysku i groźnym sykiem dał znać, że się mu to nie podoba. Jednakże nie ustąpił z zajętej pozycji. 
Prawa do rybołówstwa są tutaj dla wszystkich jednakowe. Protekcji się nie uznaje. 
Ponieważ  nie  zdradzał  już  wobec  mnie  zamiarów  wojowniczych,  nie  otwierał  pyska  i  nie  ryczał, 
przeto dałem mu spokój. Przyzwyczaiłem się nawet do jego towarzystwa. 
—  Wie  pan  co  —  mówi  Tadeusz  —  zostawiajmy  sobie  tylko  dobre  ryby,  a  jemu  oddawajmy 
wszystkie piranie. 
Odtąd  sprawiedliwie  dzielimy  się  zdobyczą.  Mądry  krokodyl  zrozumiał  widocznie  naszą  umowę. 
Odsunął się teraz troszkę dalej i czeka. Rzuconą rybę bierze w zęby flegmatycznie jak należną mu 
ratę  i  za  każdym  razem  niknie  po  chwili  w  głębinach,  aby  znów  się  ukazać  w  tym  samym  co 
przedtem miejscu. 
Urocze są krokodyle oczy w nocnym mroku, kiedy się rzuci na nie snopem światła latarki. Błyszczą 
rdzawozłociście jak para lecących żuków. 
Tadeusz miewa czasami wspaniałe koncepty. Oto gdy nasycony piraniami nasz Kuba-krokodyl nie 
chwycił którejś ryby, poczciwy Tadeusz zaproponował, abym podał mu ją na widelcu. 
—  Niech  pan  lepiej  pójdzie  po  talerz  —  odpowiadam  na  to  bijąc  wędką  po  trójkątnym  łbie. 
Zanurzył  się  i  znowu  jest  przy  nas.  Wygląda  jakby  to  lubił.  Jakby  nadstawiał  się  na  podrapanie 
głowy. 

 
 

Fabryka bohaterów 

 
 Trzeba  zmienić  miejsce  postoju.  Samiśmy  temu  winni.  Co  najmniej  ze  dwadzieścia  ustrzelonych 
krokodyli  prześwieca  na  płyciznach  wydętymi  brzuchami,  śmierdząc  niemiłosiernie.  Z  tej  racji 
coraz dalej musimy płynąć po wodę do picia. 
Poza  tym  leniwy  Joao  wyrzuca  resztki  ptasie  do  wody,  twierdząc,  że  piranie  wszystko  zawsze 
pożrą. Słowo „resztki” brzmi nadzwyczaj  skromnie. W praktyce te  resztki przedstawiają pokaźną 
ilość mięsiwa. Jako przykład niech posłuży kalkulacja z dnia poprzedniego. Tak więc wyrzucono 
do wody: jelenia — 75 kg, dwa mutum (rodzaj głuszca) — 10 kg, jedną kaczkę piżmową — 4 kg, 
jedną arancuangę — 1,5 kg, czternaście piranii — 7 kg, jedną wydrę — 30 kg, jednego jastrzębia 
— 2 kg, dwie czaple — 3 kg. W sumie więc na dnie spoczęło w dniu wczorajszym 132,5 kg mięsa. 
Oczywiście nie każdego dnia mamy wydrę i jelenia, ale na ich miejsce przychodzą inne zwierzęta, 
jak kapiwary, dziki, jeżozwierze i tak w kółko Macieju. 
Więc coraz mniej przyjemnie pić wodę z zatoki, a leniwy Joao nie lubi odpływać daleko. Dla niego 
jest  rzeczą  całkowicie  obojętną,  skąd  pochodzi  woda.  On  może  ją  pić  spod  brzucha  zdechłego 
krokodyla. 
Ostatnio  jesteśmy  świadkami  niebywałych  komedii.  Oto  poczciwy  nasz  ekscelencja  Doktor  przy 
pomocy  usłużnego  Myśliwca  robi  w  krąg  siebie  atmosferę  wielkiego  bohaterstwa.  Im  bliżej 
przyglądam  się  temu  widowisku,  tym  większej  nabiera  ono  głębi  psychologicznej.  Tak  właśnie 
należy żyć i tak robić autoreklamę. 
Jeszcze  zanim  poznałem  Doktora,  już  Stanisław  pokazał  mi  pięknie  wydaną  broszurę  z 
górnobrzmiącym tytułem: 
„Doktor Cezar jako lekarz, mąż stanu i literat”. 
Na pierwszej stronie widniała fotografia z twarzą i gestem Mussoliniego. Ten sam teatralny wyraz 
koncentracji woli i energii. Gdy zestawię poczciwe a safandulskie oblicze Doktora z owym marsem 
Mussoliniego, ogrania mnie śmiech pusty. 
Owa książka zawierała cztery artykuły podpisane czterema odmiennymi nazwiskami. Każdy z nich 
traktował  o  innej  dziedzinie  „wielkich  zasług”  Doktora  Cezara.  Patetyczny  ton  panegiryków 
przejrzyście  zdradzał  autoreklamę.  Podstawione  nazwiska  przyjaciół  nie  przemawiały  do 

background image

przekonania. Na przykład na zakończenie artykułu chwalącego Doktora jako sławę lekarską widniał 
szereg nazwisk, a wśród nich trzy z tytułem: „Student medycyny”. Tak więc ów sławny profesor 
zbierał opinię o sobie wśród swoich własnych uczniów!... Po przejrzeniu książki spodziewałem się 
ujrzeć snoba z zadartym podbródkiem, ale nie przewidziałem takiej zabawy i tak wielkiej uciechy, 
jaka dziś właśnie nastąpiła. 
Nasz  Myśliwiec,  pełen  płaszczącego  się  szacunku,  w  niskich  ukłonach  pomaga  Doktorowi  przy 
zapinaniu jego niezliczonych pasów. To ubieranie się na bohatera trwa chyba dobre pół  godziny. 
Dostojny  brzuch  bowiem  nie  pozwala  na  zbytni  pośpiech.  Biedny  Cezar  aż  sapie  ze  zmęczenia, 
kiedy  korkowe  czako  uwieńczyło  wreszcie  jego  bojowy  rynsztunek.  Gdy  tak  bogato  obwieszony 
siadł  na  dnie  wąskiego  czółna,  już  nie  było  mowy,  aby  się  mógł  tam  poruszyć.  Na  szczęście  nie 
chodziło  mu  zupełnie  o  to.  Miał  inne  cele.  Oto  Myśliwiec  szykował  swój  olbrzymi  aparat 
fotograficzny, ustawiał go na brzegu niby filmowy jupiter na zdjęciach Hollywoodu. Gdy wszystko 
już  było  gotowe  i  aparat  miał  za  chwilę  prztyknąć,  nagle  Doktor  podnosi  niesamowity  wrzask. 
Skonfudowany  Myśliwiec  w  lot  zrozumiał,  o  co  mu  chodzi,  kopnął  się  ku  namiotowi  po 
zapomnianą  tam  lornetkę.  Jakże  kompromitująco  doprawdy  wyglądałby  na  fotografii  nasz  Cezar 
bez zawieszonej na szyi myśliwskiej lornetki! 
Po  dokonaniu  zdjęć  płyniemy  wszyscy  na  niewielką  przejażdżkę.  Z  czołobitną  uniżonością,  co 
chwila  tytułując  ekscelencją,  Myśliwiec  uczy  Cezara,  jak  należy  trzymać  broń  w  ręku.  Tak 
dobijamy do pobliskiej plaży, gdzie leży już od dnia wczorajszego zabity przez Tadeusza krokodyl. 
Żeby groźniej wyglądał, wsadza mu Myśliwiec między zęby patyk, a Doktor w tym czasie próbuje 
różnych teatralnych póz. Wystawia więc nogę tuż przed ziejącą paszczę potwora i ślicznym, w róg 
oprawnym  nożem  odważnie  dziobie  trupie  oko.  Jednak  nie  podobała  mu  się  ta  pozycja,  więc 
chwytając  oburącz  pysk  krokodyla,  klęka  obok.  Myśliwiec  biega  w  ukłonach  dokoła  i  wciąż 
fotografuje. 
Mniej więcej to samo odbyło się po chwili w naszym obozowisku. Tam od rana już czekał wielki 
stos pomordowanych ptaków. Do kolekcji były one niezdatne, próżnośmy więc z Tadeuszem łamali 
głowę, jaki może być  cel  tego makabrycznego stosu. Teraz sprawa się całkowicie wyjaśniła. Oto 
bohaterski Cezar stanął przed ptakami jako największy myśliwy, najlepszy profesor i najmądrzejszy 
mąż  stanu  Mato  Grosso.  Do  jego  książki  przybył  w  ten  sposób  nowy  dział:  „Doktor  Cezar  jako 
myśliwy”. Tak to się fabrykuje wielkich podróżników. 
Przypomniała mi się teraz pewna scena sprzed kilkunastu lat, kiedy w gościnie u doktorowej X... w 
Kurytybie zauważyłem przerzucone poprzez poręcz salonowej kanapy dwie śliczne skóry jaguarów. 
— Pan chyba poznaje te skóry? — pyta mnie uprzejma gospodyni. 
— Jakże mogę poznać, wszak po raz pierwszy jestem w pani domu — odpowiadam zdumiony. 
Na  to  pani  doktorowa  bierze  skóry  z  kanapy,  wynosi  do  ogrodu,  wiesza  je  na  poziomej  gałęzi 
rozłożystego drzewa i pytająco patrzy na mnie. 
— No, a teraz nic panu te skóry nie mówią? 
— Dalibóg, nic — odpowiadam w zażenowaniu. 
Wówczas doktorowa przynosi książkę jednego z najpopularniejszych polskich pisarzy podróżników 
i  pokazuje  tam  wydrukowaną  fotografię.  Widzę  oto  przed  sobą  zgrabną  sylwetkę  myśliwego  w 
bohaterskiej pozie, z ręką na karabinie, a za nim jako tło... oczy przecieram, sam sobie nie wierzę, 
ale nie ulega najmniejszej wątpliwości, stoi to samo rozłożyste drzewo, z tą samą poziomą gałęzią, 
a  na  niej  te  same  dwie  skóry  zdjęte  z  salonowej  kanapy.  Pod  fotografią  napis:  „Autor  w  sercu 
dżungli na tle zdobycznych trofeów”, czy coś podobnego, dosłownie nie pamiętam. 
— Dał pani w prezencie? — mruczę, aby coś powiedzieć. 
— Ależ broń Boże! Te skóry leżały tutaj znacznie wcześniej, zanim on do nas zawitał. 
Tak się więc robi autoreklamę. Uczmy się żyć, panie Tadeuszu, uczmy się od Doktora Cezara i od 
owego autora. 
Ptaki, które w tej chwili leżą na stosie tworząc tło do snobistycznej fotografii, są to biedne urubu, 
czaple i jastrzębie, kury i kaczki, których setki można tutaj nabić nie tylko ze strzelby, ale po prostu 
uderzeniem kija w łeb.  Bywają naprawdę takie  momenty, kiedy się podchodzi  do stada urubu na 
odległość  trzech  kroków,  a  one  tkwią  w  miejscu  nieruchome,  z  szeroko  rozwartymi  od  gorąca 

background image

skrzydłami, bez najmniejszego objawu strachu. 
Takie  to  właśnie  najtrudniejsze  trofea  zebrał  poczciwy  nasz  bohater  Mato  Grosso  na  cierpliwe 
klisze  aparatu  i  powiezie  je  ze  sobą  dla  żądnej  wrażeń  prasy  wielkiego  miasta.  Najgrubszymi 
czcionkami  umieści  swoje  nazwisko  i  swoje  korkowe  czako,  i  twarz  zmarszczoną  na  wzór 
Mussoliniego. 
Biedny  nasz  skromny  Joao  namęczył  się  solidnie  przy  ściąganiu  pomordowanych  przez  Tadeusza 
krokodyli. Zwalił je początkowo na kupę, a potem pozawieszał za ogony na drzewie. To utworzyło 
znowu odmienne a tak frapujące tło do nowej fotografii. Na tym tle stają teraz kolejno to Cezar, to 
Myśliwiec, wzajemnie się fotografując. A że obaj nie znają systemu aparatu Leica, więc za każdym 
prztyknięciem głośno czytają przepisy. Czy to nie może doprowadzić do wściekłości? 

 
 

Widmo jaguara 

 
Ognisko  nasze  wygląda  makabrycznie  i  ponuro.  Nad  dogorywającymi  głowniami  tkwi  z  lekka 
pochylony, obłupany spory patyk, przenizany na wylot przez ćwiartkę klatki piersiowej jelenia. 
Świeże  jeszcze  mięso  kapie  krwią,  a  przez  jego szkarłat  przeświecają  białe  żebra.  Przypomina  to 
ochłapy nie dokrojonych ludzkich ciał w prosektorium uniwersyteckim albo obrazki z ludożerczych 
powieści Mayne Reida. 
Przypalona  pieczeń  bez  soli  pachnie  mdłym  ścierwem  i  nosi  romantyczną  nazwę  surasco.  Nie 
brałem jeszcze udziału w ludożerczych festynach, jestem jednak głęboko przekonany, że panujący 
tam  nastrój,  łącznie  z  tym  miłym  zapachem,  nie  odbiega  daleko  od  nastroju  chwili,  jaką 
przeżywam. 
Amatorzy  mięsa  powiadają,  że  surasco  z  jelenia  pieczone  na  rożnie  to  delikates,  jakich  nie  ma 
więcej na świecie. Rzecz to możliwa. 
Jestem bardzo, ale to bardzo głodny. Od trzech dni wiszą przy ogniu te ścierwa, a ja modlę się, aby 
wreszcie zgniły lub po prostu spaliły się na węgiel. 
Farynia, a dosłownie trociny, z których tak niedawno śmiałem się serdecznie, stała się teraz moim 
jedynym  pożywieniem  i  jedynym  przysmakiem.  Prawdopodobnie  wkrótce  zacznę  zjadać  świece 
stearynowe, jak odkrywcy bieguna północnego. 
Chwała  Bogu,  poradziłem  sobie  jakoś  z  moskitierą  i  sypiam  już  nieźle.  Wszelaka  mądrość  w 
puszczy przychodzi stopniowo. Zanim się ją posiądzie, trzeba koniecznie spłacić pewien okup. 
Hamak  myśliwski  jest  wnizany  w  trochę  szerszy  od  niego  muślinowy  worek.  Ten  worek  opada 
dwiema fałdami na metr poniżej dolnej linii hamaka. Obie fałdy mają tendencję do zamykania się w 
kierunku środkowym. Procedura układania się do snu wygląda w ten sposób, że po owinięciu nóg w 
koce,  po  ułożeniu  poduszek  ostatnią  czynnością  jest  wychylenie  ręki,  by  złączyć  pod  sobą  fałdy 
moskitiery tak, ażeby jedna weszła w drugą. W ten sposób hamak zostaje idealnie odseparowany od 
świata zewnętrznego. Oczywiście należy przyjąć zasadę, że na wszelkie nasze sposoby — komary 
mają także swoje. I nie było wypadku, żeby kilka komarów nie wlazło do środka. 
Jak dotąd, nigdy jeszcze w życiu nie cierpiałem na reumatyzm. Teraz łamią mnie wszystkie kości, a 
zwłaszcza nie mogę zupełnie rozprostować palców. Dopomaga do tego arszenik,  w którym  przez 
cały dzień pracy moczę dłonie. Dokoła paznokci porobiły mi się rany i nie chcą się ani rusz zagoić. 
— Panie Tadeuszu, bądźmy jednak ostrożni z tym arszenikiem — mówię którego dnia, a on na to 
jak na lato, odkłada nóż, bierze strzelbę i ginie od razu w krzakach. Mądry sobie, a z czym ja teraz 
pójdę? 
Komary nie znają miłosierdzia. Tadeuszowi ropieją już nogi i biedak wpada w rozstrój nerwowy, 
szaleje. Myśliwiec spogląda na nas jak na maminsynków. Pogardliwie wzrusza ramionami. Istotnie, 
on  mniej  jakoś  cierpi.  Sądzę,  że  powodem  tego  jest  brud.  Z  reguły  mało  się  myje  i  od  czasu  do 
czasu dostaje jakichś wysypek. Na przykład jako stali goście w jego stopach mieszkają bichosdepe 
(pchełki  drążące).  My  z  Tadeuszem  jakoś  ich  unikamy,  również  unikamy  przeklętych  kleszczy, 

background image

których tutaj jest zatrzęsienie. Wiszą na drzewach jak roje pszczół i za lekkim trąceniem spadają. 
Lekarski  instynkt  naprowadził  mnie  na  doskonały  wynalazek.  Oto  codziennie  przed  zachodem 
słońca szorujemy się z Tadeuszem piaskiem rzecznym aż do czerwoności skóry, następnie naciera-
my  się  rozczynem  kreoliny.  Chociaż  i  tak  po  każdej  kąpieli  jeden  drugiemu  zdejmujemy  z  ciała 
kleszcze. 
Znowu  ślady  jaguara.  Krążył  dookoła  hamaków,  zaledwie  parę  metrów  od  ogniska.  Myśliwiec, 
udając wielkiego znawcę, twierdzi, że to wciąż ten sam jaguar i że trzeba go koniecznie zabić, bo 
się zanadto rozzuchwala. 
— To nie żarty, panowie. Onca, która raz zasmakuje krwi ludzkiej, już człowiekowi nie przepuści. 
Cały  dzień  przeszedł  pod  znakiem  tego  jaguara.  Pod  wieczór  Myśliwiec  jął  coś  majstrować  przy 
swoim  „Kaloszu”.  Założył  motor,  a  na  dziobie  ustawił  reflektor.  Tuż  przed  zachodem  słońca 
zawołał na nas, abyśmy się gotowali do drogi. 
— Musimy koniecznie złapać tę bestię, gdy przyjdzie pić wodę. 
Płyniemy wolno pod prąd rzeki. Mija godzina. Już ściemniało się na dobre. Wreszcie zawracamy 
zapalając reflektory. 
Rażący snop światła przenika gąszcze wybrzeża. Miedziane ogniki krokodylich oczu błyszczą tu i 
tam.  Posuwamy  się  teraz  bez  motoru,  nadając  kierunek  tylko  wiosłem.  Suniemy  zaledwie  parę 
metrów od brzegu. Każde przewrócone drzewo, każda zawisła nad wodą liana lub wgryzająca się w 
las łączka — wszystko staje się tajemnicze i jakby żywe. Ta mimowolna personifikacja przyrody 
wkrótce  zaczyna  mnie  męczyć.  Dość  mam  już  tych  wilków,  jaguarów  i  węży,  chociaż  nie 
widziałem jeszcze ani jednego z nich. Marzę o prędszym powrocie do hamaka, marzę o zmrużeniu 
znużonych  światłem  elektrycznym  powiek.  Moi  towarzysze  zachowują  się  inaczej.  W  nich  gra 
instynkt mordu i gonitwy za tym mordem. Dlatego są wyraźnie podekscytowani. Ręce im drżą i raz 
po raz nerwowo podrzucają strzelby. Szepczą półgłosem swoje myśliwskie spostrzeżenia i pokazują 
palcami wciąż dalsze i dalsze zakręty rzeki: 
— Tam coś na pewno będzie. Jaguary lubią takie drzewa. 
— Na takich plażach powinny siedzieć kapiwary. 
— Patrz pan, głowę dam za to, że to sucuri tam leży... 
Już  biwak  dawno  został  poza  nami,  już  dziesiątki  przypuszczalnych  sucuri  i  spodziewanych 
jaguarów minęliśmy bezpiecznie, a mrok nocy kpi najwyraźniej z wszelkich myśliwskich zakusów. 
Wreszcie z rezygnacją zarządzono odwrót. 
Łowy  na  osławionego  jaguara  nie  powiodły  się.  Oczywiście  winę  tego  niepowodzenia  zwalą 
pewnie na mnie, jestem bowiem laikiem, a więc złą maskotą w polowaniu. 
Po powrocie zastajemy  w domu  wielki niepokój. Oto palący się Pantanal  przyszedł  z wiatrem  aż 
nad sam brzeg zatoki, gdzie leży na przeciwległym brzegu nasz obóz. Stanisław przestraszył się o 
los „Anjangi”. Poradziłem mu, aby zmoczył płótno, co też natychmiast z zapałem jął czynić. My z 
Tadeuszem chwytamy czym prędzej czółno, aby zaobserwować z bliska linię płomieni. Właściwie 
znamy  już  to  zjawisko.  Tym  razem  jednak  siła  ognia  jest  daleko  większa.  Palą  się  już  nie  tylko 
trawy, ale cały las galeriowy biegnący wzdłuż rzeki. Trzask pękających pni i pąsowy żar napełnia 
nas  podświadomym  lękiem  istot  słabych,  stojących  wobec  nieopanowanej  potęgi  żywiołu.  Gdyby 
nie zaplecze pozostawionych niedaleko łodzi, nie czulibyśmy się wcale pewnie. 
Idziemy tak długo, jak długo skóra twarzy na to pozwala. Nad głową krążą płatki sadzy i olbrzymy-
ptaki.  Traktują  nas  prawdopodobnie  jako  zbiegów  przed  ogniem,  którzy  za  chwilę  staną  się  także 
jego ofiarami. 
Tadeusz podnosi broń i strzela. Duży brunatny jastrząb ciężko wali się do naszych stóp. Jest ranny 
w  skrzydło.  Podchodzimy  doń  ostrożnie  z  nadstawioną  strzelbą,  przygotowani  każdej  chwili  do 
obrony.  Szarpnął  się  na  nasz  widok  do  lotu,  lecz  zaraz  upadł  na  grzbiet.  Rozstawiwszy  szeroko 
skrzydła otwarł dziób i nastawił szpony. Czeka. 
— Oho, tak go nie weźmiemy — mruczy Tadeusz i okiem znawcy ogląda skrzydła. — Nic już z 
niego nie będzie, trzeba dobić. 
— A może? — bronię go jeszcze. — A może skrzydła zeszyję? 
Zamiast odpowiedzi pada strzał z rewolweru. Parę śmiertelnych drgawek i ptak cichnie na zawsze. 

background image

Wracamy  do  obozu.  Rzeka  wstrzymała  już  pożar.  Namiotom  naszym  nic  nie  grozi.  Myśliwiec, 
świecąc  latarką,  myszkuje  po  krzakach.  Co  chwila  nachyla  się,  to  znów  przysiada.  Na  cieniu 
wygląda jak krasnoludek z bajki. 
— Wiecie panowie, kto tu przed chwilą był? — pyta nas po dłuższym milczeniu. 
— Kto? — rzucamy obojętnie i na odczepnego. 
— Ta sama onca co zwykle. O, proszę tylko spojrzeć, świeżutki ślad! 
—  Więc  podczas  gdy  my  szukaliśmy  jej  po  dalekich  brzegach  rzeki,  ona  przyszła  sobie 
najspokojniej tutaj. 
Tadeusz ukląkł i patrzy. Oczom własnym nie wierzy. Istotnie. Ale czegóż ona od nas chce?... 

 
 
Zły duch w potrzasku

 

 
Wypychanie ptaków to rzecz wcale niełatwa. Przede wszystkim pomiędzy ptakiem europejskim a 
ptakiem tropikalnym istnieje zasadnicza różnica. Ptak tropikalny nosi lekkie suknie, to znaczy ma 
cieniutką  i  bardzo  delikatną  skórę,  którą  łatwo  rozszarpie  każdy  nieostrożny  ruch  palca,  a  tym 
bardziej noża. Jeden z takich ptaszków, szczególnie piękny, jakby się uwziął na mnie. Ani rusz nie 
mogłem go spreparować. Namęczyłem się, napociłem, nazłościłem! Szyłem, cerowałem, lepiłem i 
sztukowałem, aż wreszcie ze łzami w oczach trzasnąłem biedakiem o ziemię i poszedłem spać. 
Dziś od samego rana trzyma się mnie dobry humor i ptaki jakoś idą. 
Nie znoszę ptasiego mózgu ani w przenośni, ani w realnym życiu wypychacza. Zasmarowany nim 
cały stół i ręce, i dusza. Pomyśleć tylko: palcami w mózgu. To brzmi gorzej nawet niż: kaloszami w 
duszy. 
Nie  znoszę  imitacji  ani  odtwarzania  przyrody  w  sztuce.  Wszelkie  kwiaty  na  obrazach  albo  tak 
zwana  martwa  natura  dla  mnie  nie  istnieją.  Czymże  innym  jest  wypychanie  ptaków,  jak  tylko 
nieudaną  symulacją  życia?  Całe  szczęście,  że  nie  wypycham  na  drutach  i  nie  jestem  zmuszony 
kazać  nieboszczykom  śpiewać  albo  latać.  Nasze  wypychanie  jest  wypychaniem  naukowym, 
wyłącznie  do  użytku  muzeum.  Dlatego  wszystkim  ptakom  nadajemy  ten  sam  szablonowy  kształt 
lotu ze złożonymi skrzydłami, nogami w krzyż i dziobem przed siebie. Owijamy je w watę, niby 
egipskie  mumie.  Piszemy  znak  hieroglifu  i  wkładamy  do  skrzyni.  Co  parę  tygodni  Tadeusz 
rewiduje stan zbiorów i zawsze coś niedobrego znajdzie: to łapki się zatłuściły, to nozdrza wyjadły 
mrówki (zbyt mało arszeniku), to znów zmierzwiły się pióra. 
Wypychanie  jest  bardzo  ciężką  pracą,  zwłaszcza  gdy  trafi  się  na  jastrzębia.  Nie  ma  tu  obawy  o 
przebicie skóry. Mocna jest bowiem jak podeszwa, ale za to przyrosła do mięśni i nie daje się łatwo 
oddzielić. 
A urubu? O tych lepiej nawet nie wspominać! Nie będzie nam obiad smakował. Niech Bóg strzeże 
przed zadraśnięciem jego żołądka lub  jelit. Cuchnąca padlina rozłożonych już zupełnie krokodyli 
wypada wówczas na ręce i ohydną mazią wylewa się na stół. 
Papugom  znowu  nie  można  darować  ich  olbrzymich  dziobów,  z  powodu  których  nie  daje  się 
ściągnąć  skóry  ze  łba.  Ze  szczególnym  kunsztem  trzeba  wtedy  nacinać  szyje  i  przez  otrzymany 
otwór przeciągnąć dzioby. 
Co tu  długo gadać:  wypychanie to  podły  fach! Wypychamy obaj  z Tadeuszem.  On to  robi daleko 
kunsztowniej ode mnie, ale strasznie powoli. Robi to nawet z wyraźnym zamiłowaniem. Chucha w 
pióra i dmucha, gładzi i patrzy pod światło, jakby wytwarzał jakieś pieścidełka. 
Wieczorem zwykle łapiemy ryby w towarzystwie Kuby-krokodyla, który  życie swoje zawdzięcza 
bezczynności. 
Dziś  rozmowa  nie  klei  się  jakoś.  Jesteśmy  bardzo  zmęczeni  po  całodziennym  dniu  pracy. 
Nadmierna  porcja  zastrzelonych  ptaków  zmusza  do  pośpiechu.  Przy  panujących  obecnie  upałach 
psują, się ogromnie prędko, a z nieświeżych ptaków pióra zaraz wyłażą. 
Tak więc jesteśmy zmęczeni i źli. Z Jego nastroju korzysta skwapliwie Kuba i podbiera nam ryby. 

background image

Komary  tną  niemiłosiernie,  jakby  na  potwierdzenie  przysłowia,  że  na  pochyłą  brzozę  wszystkie 
kozy skaczą. Nagle... co to? 
Gdzieś za naszymi plecami, w głębi lasu, rozlegają się basowe tupnięcia dużego zwierza. 
Nadstawiamy  uszy.  Cisza.  Znowu  głuchy  odgłos,  ale  już  znacznie  bliżej.  Jak  gdyby  jacyś 
niewidzialni zapaśnicy walczyli ze sobą. W nieregularnych odstępach słychać uderzenia o ziemię, 
to słabsze, to znów mocniejsze, przeplatane chrzęstem łamanych gałązek. Teraz jesteśmy już pewni. 
Słuch nie myli. Więc Tadeusz pędzi co sił po karabin, a ja do Myśliwca na „Anjangę”. 
— Panie Stanisławie, panie Stanisławie, coś idzie! 
Myśliwiec  nie  dowierza  laikom.  Wyszedł  bez  strzelby  na  pokład  i  słucha.  W  tej  chwili  parę 
słabszych  uderzeń  rozlega  się  tuż-tuż  blisko.  Myśliwiec  i  tego  nie  słyszy.  Ma  bowiem  słuch 
przytępiony.  Drażni  mnie  to  ogromnie.  Znowu  tętent.  Tym  razem  jakby  sto  nosorożców  pędziło 
wprost na nas. Ten huk poderwał nareszcie Stanisława, chwyta broń i gonimy przed siebie. Tadeusz 
pełznie jakiś dziwnie skurczony, jak myśliwski pies na tropie. Staram się opanować szybki, nerwo-
wy oddech. Stąpania i odgłosy zajadłej walki zbliżają się wciąż ku nam. Nietrudno zorientować się 
w  kierunku.  Za  chwilę  tam  będziemy.  Jeszcze  najwyżej  dziesięć  kroków  dzieli  nas  od  owych 
tajemniczych bestii. Karabiny podniesione do  strzału. Nagle wytryska snop elektrycznego światła. 
Przed nami pusta polana. Nikogo nie ma. 
Przyczajamy się. Czekamy. Coś musi być. Nie ma cudów. 
Nagle  jakiś  mały  przedmiot  podskakuje  z  ziemi,  tłucze  się  na  wszystkie  strony  jak  opętany, 
sprawiając  niesamowity  hałas.  Chwilę  stoimy  jak  wryci,  nie  rozumiejąc  nic  a  nic.  Po  czym 
Myśliwiec rzuca się naprzód i z głośnym śmiechem przypada do ziemi. 
To  gamba  —  mały  workowaty  gryzoń.  Złapała  się  ogonem  w  nastawiony  przez  nas  potrzask  i  w 
obłąkańczych  susach  usiłuje  biedaczka  wyrwać  się  z  żelaznej  klamry,  klepiąc  deską  o  ziemię. 
Biedna, poczciwa, niewinna mała gamba tak niemiłosiernie nastraszyła wielkich ludzi. 

 
 
Królewski sęp

 

 
Przedmiotem marzeń Myśliwca jest urubu-rei, czyli sęp królewski. Od pierwszego dnia przybycia 
do puszczy wypatrujemy go wszyscy. Ma to być podobno nadzwyczaj rzadki i piękny okaz, którego 
nie posiadają jeszcze muzea brazylijskie. 
Każdego zabitego przez nas krokodyla otacza od razu stado sępów. Skaczą ociężale po wydętym 
brzuszysku,  wbijając  dzioby  pomiędzy  kostki  pancerza.  Niełatwe  to  musi  być  zadanie  i  niemało 
namęczy się biedny ptak, zanim się da wywiercić pierwszy otwór i smrodliwa masa rozkładających 
się  wnętrzności  rozkosznie  połechce  jego  nozdrza.  Wówczas  szeroko  rozstawiwszy  łapy, 
wczepiony mocno szponami, tłucze sęp dziobem niby  górnik  kilofem,  a echo tych głuchych ude-
rzeń rozchodzi się szeroko po całej okolicy. 
Makabryczne uczty sępów stały się dla nas widokiem najzupełniej powszednim i nikt by na to nie 
zwracał najmniejszej uwagi, gdyby nie stałe poszukiwanie urubu-rei. 
Królewskiego  sępa  znamy  doskonale  z  opisów  Myśliwca.  Ma  pomarańczowy  czub  na  głowie  i 
takiegoż  koloru  dziób.  Zwykły  sęp-śmieciarz  jest  brązowoszary.  Prócz  tego  urubu-rei  nosi  białą 
kamizelkę  i  biały  kołnierzyk.  Wielkością  przerasta  znacznie  inne  ptaki.  Według  zapewnień 
Myśliwca sęp królewski nie lubi się pospolitować. Lata samotnie i samotnie jada. A kiedy zjawia 
się na horyzoncie, wszystkie inne prostackie sępy ustępują mu natychmiast miejsca przy trupie. 
Niestety upłynęło już tyle dni, a urubu-rei nie ukazał się. Tadeusz wprost umiera z niecierpliwości. 
Jego ambicją jest ujrzeć ptaka, zanim spostrzegą go inni. 
Jeszcze  cenniejszy  obiekt  naszych  marzeń  stanowi  jastrząb  marevo,  którego  nie  posiada  nawet 
Narodowe Muzeum  w Rio  de Janeiro. Widzimy  go codziennie. Krąży  w odległości kilometra, ale 
nigdy bliżej. Przy moim złym wzroku nie mogę nawet rozróżnić jego indywidualnych cech. Marevo 
jest nieuchwytny, czujny i mądry, przebiegły i ostrożny, nie dający się nikomu podejść. Marevo to 

background image

duch Mato Grosso. 
Próżno bym silił się na jakieś górnolotne określenie, próżno bym kruszył pióro o piękno opisu... nie 
potrafię. Nie potrafię oddać tej radości, tej dumy, tego zdenerwowania w głosie, z jakim Tadeusz 
dzisiaj wrzasnął: „Urubu-rei!” 
Nawet  Myśliwiec,  zawsze  leniwy  i  nieprędki  do  wyskakiwania  z  „Anjangi”  podczas  swej 
poobiedniej drzemki, na dźwięk tego magicznego słowa, podtrzymując opadające spodnie, pędzi co 
sił do Tadeusza. 
— Gdzie?... Gdzie?... 
—  Tam    —    szepcze    Tadeusz    pokazując    kierunek  najbliższej  krokodylej  padliny.  Dlaczego 
Tadeusz  szepcze,  zamiast  mówić  pełnym  głosem,  tego  nie  rozumiem.  Gromada  sępów  siedzi 
wszakże od nas co najmniej w odległości pół kilometra. A więc nawet strzał z dubeltówki niełatwo 
je  spłoszy.  Najwidoczniej  jednak  nadmiar  emocji  odebrał  Tadeuszowi  głos.  Zresztą  obaj  z 
Myśliwcem szepczą teraz do siebie na ucho, jakby konspirowali jakiś niebezpieczny zamach. 
Wszyscy  trzej  podkradamy  się  ku  upragnionemu  celowi.  Zaczyna  się  dobrze  mi znana  z  obozów 
harcerskich  gra  w  podchodzenie.  Wykorzystujemy  oto  każdą  zasłonę,  tylko  od  czasu  do  czasu 
wychylając  łeb  spoza  czupryny  krzaków.  Stado  sępów  jest  coraz  bliższe  i  nawet  ja  przez  swoje 
okulary  potrafię  odróżnić  dwa  ptaki  odmienne  od  reszty  pospolitaków.  Wbrew  twierdzeniom 
Myśliwca urubu-rei nie trzyma się w odosobnieniu. Niezależnie od klasowego pochodzenia i nieza-
leżnie od koloru szyi wszystkie sępy zgodną kompanią rozdzierają cuchnące ścierwo. Początkowo 
bardzo  krytycznie  nastawiony  do  Tadeuszowego  odkrycia,  teraz  już  nie  wątpię  w  jego 
prawdziwość. Widzę wyraźnie dwa królewskie olbrzymy. Obrzydliwa funkcja trupożerców, jaką w 
tej  chwili  pełnią,  nie  potrafi  im  ująć  królewskiego  majestatu.  Bezkonkurencyjne  są  w  piękności, 
dumne jakieś i pańskie. 
Tymczasem następuje koło mnie walka o pierwszeństwo. Obaj myśliwi stracili panowanie nad sobą 
i coraz prędzej, coraz mniej ostrożnie biegną naprzód, byleby wyprzedzić jeden drugiego. Tadeusz 
zwycięża w tym biegu. Padł strzał z napoleońskiej flinty i w odpowiedzi załopotały skrzydła. Szary 
obłok zwyczajnych sępów poderwał się do lotu, a jeden z królewskich ptaków drga przed nami na 
ziemi. 
Brutalnym tupotem nóg dopadają myśliwi swojej ofiary. Ani ohydny widok porozciąganych dokoła 
krokodylich  flaków,  ani  zabójczy  smród  gnijącego  ścierwa  nie  zdoła  przyćmić  piękna  obrazu  ani 
rozkoszy zwycięstwa. 
Tadeusz  stoi  dumnie  wyprostowany  ściskając  oburącz  białą  szyję  sępa.  Duże,  w  pomarańczową 
obwódkę  ujęte  oczy  ptaka,  już  bezsilne,  patrzą  na  nas  rozszerzoną  źrenicą.  Po  śnieżystobiałych 
piórach  płynie  strugą  krew,  pokrywając  niby  czarnym  płaszczem  żałoby  bezwładnie  obwisłe 
skrzydła. 
Tadeusz  jest  małego  wzrostu,  trzymany  więc  przezeń  ptak  dotyka  łapami  ziemi  i  wygląda,  jak 
gdyby stał obok. 
— Nie ma czasu, panowie, nie ma czasu! — oglądając się na strony, gorączkowo woła Myśliwiec. 
— Ten już nie ucieknie, trzeba szukać drugiego! Z całą pewnością jest gdzieś niedaleko. On nigdy 
nie zostawi towarzysza w niedoli. 
„Jakże to pięknie brzmi — pomyślałem. — Gdybyż tak było między ludźmi.” 
Kroczymy szeroką tyralierą, skradając się po cichu wzdłuż koryta rzeki. I trzeba takiego pecha, że 
właśnie  ja,  prawie  ślepy,  musiałem  natknąć  się  pierwszy,  nosem  w  nos,  na  biednego  zbiega. 
Siedział sobie na białej gałęzi trudno dostrzegalny. 
Zły  jestem  na  siebie,  któż  bowiem  widział  dobrowolnie  przysparzać  sobie  tyle  kłopotu.  Wszakże 
urubu-rei to jeden z najtrudniejszych do wypychania okazów. Skóra przyrośnięta do mięśni, a przy 
tym  białe  pióra  —  prawdziwa  zmora  wypychacza.  Szkarłatna  krew  nie  chce  się  z  nich  ani  rusz 
wyprać, nie pomaga ani benzyna, ani  utleniona  woda.  I ja właśnie ujrzawszy królewskiego ptaka 
instynktownie musiałem krzyknąć. Krzyk ten sprowadził myśliwych i zabili mi go na miejscu. 
Teraz  od  samiutkiego  już  rana  harujemy  razem z Tadeuszem. Na specjalnej żerdce obok nas 
wiszą  inne  zaniedbane  ptaki,  niby  wisielcy  z  przekrzywionymi  łbami  i  wydłużonymi  szyjami. 
Potworny  ten  obraz  nabiera  jeszcze  bardziej  makabrycznego  wyrazu,  gdyż  dla  oszczędzenia  piór 

background image

owijamy ptaki w prześcieradła. 
Z  Tadeusza  prawdziwy  sportowiec.  Zna  się  na  prawie  myśliwskim,  a  przy  tym  ma  dobre  serce. 
Strzela  tylko  wówczas,  kiedy  naprawdę  potrzeba.  Wyjątek  od  tej  zasady  stanowią  jedynie 
krokodyle,  których  nienawidzi  z  całego  serca.  Gdyby  mu  dać  dostateczną  ilość  amunicji,  to  w 
przeciągu krótkiego czasu na całym ogromnym Pantanalu zostałby tylko jeden żywy krokodyl — 
Kuba. 
Aby nie zasmarować krwią białych piór mojego urubu-rei, siedzę na nim jak na koniu. Preparuję 
szyję i głowę, a cały tułów wisi w ten sposób poza mną. Wyglądam niczym lajkonik krakowski albo 
i sam pan Twardowski na kogucie. 
Kończymy robotę około jedenastej w nocy. Oba królewskie sępy, owinięte pieczołowicie w watę, 
leżą na stole operacyjnym jak dwie mumie przeznaczone do sarkofagów. 
— Chodźmy wymyć ręce — mówi Tadeusz ponuro. Są to pierwsze jego słowa w dniu dzisiejszym. 
Jesteśmy zmęczeni i wściekli. Pochylnią udeptanej trawy schodzimy powoli ku brzegowi. Piękny 
nów księżyca i miliardy tropikalnych gwiazd srebrzą wodę i oto na tym romantycznym tle, niesiony 
prądem,  mija  nas  bezszelestnie  wydęty  jak  bania  brzuch  martwego  krokodyla,  a  na  nim  niby  na 
tratwie siedzi nieruchomo smutnie zadumany wielki... — urubu-rei. 
Widok tak niesamowicie posępny i tak niesamowicie złośliwy, że patrząc zastygliśmy w miejscu. 
Ten rzadki okaz, na który czekaliśmy tygodniami, którego niełatwo jest zobaczyć nawet we dnie, 
płynie sobie teraz mimo nas, drwiąc ze wszelkich obaw, niby nocna mara, niby duch wypychanych 
przed chwilą braci. 

 
 
Tadeusz mruczy

 

 
Od  dłuższego  czasu  zastanawia  nas  jakiś  dziwny  odgłos,  ni  to  basowe  mruczenie,  ni  to  buczenie 
wody na wbitym w dno rzeki drągu. Szukamy przyczyny, przykładamy ucho do ziemi (nauka pana 
Wołodyjowskiego), ale zabiegi te nie dają żadnych rezultatów. Najniespodziewaniej w świecie dziś 
właśnie tajemnica wydała się sama. Oto nad brzeg naszej zatoczki przyszło stado strusi i zaczyna w 
tenże sam sposób mruczeć. Stanisław stoi przy nas i wcale się temu głosowi nie dziwi. A przecież 
nieraz pytaliśmy go o to. 
— Więc te strusie tak burczą — powiadam. 
—  A  tak,  podobno  wydają  one  jakieś  dźwięki,  nigdy  jednak  nie  udało  mi  się  ich  usłyszeć  — 
odpowiada spokojnie Stanisław. 
Patrzę nań i nie bardzo rozumiem. Czy żartuje, czy się w ten sposób natrząsa ze mnie. Wyraźny, 
wibrujący  ton  leci  ponad  wodą,  jak  gdyby  wielki  bumerang  został  w  tej  chwili  wypuszczony  w 
powietrze. 
— On przecie głuchy — szepcze Tadeusz. — Głuchy jak pień — dodaje złośliwie. 
Strusie napiły się wody  i  tanecznym  krokiem odeszły.  Gdzieś koło  południa przypłynął  zasapany 
Joao z prośbą o wydanie korkowego czaka. 
— Po co? — pytamy zdziwieni — po co tobie korkowe czako? 
— Senhor Doktor zabił jelenia i teraz chce się fotografować, ale nie ma czaka. 
— Jakoś nie bardzo mi się chce wierzyć, aby Doktor potrafił zabić jelenia. 
— No nie, to ja go zabiłem, ale Doktor chce sfotografować się, że to niby on zabił. 
Joao wcale nie jest taki głupi, skoro zrozumiał już komedię tej gry w bohatera. Jak się przekonałem, 
Joao nie tylko Doktorowi strzela zwierzynę. Myśliwiec także lubi się nim posługiwać. Myśliwiec, 
głuchy  i  ślepy,  widzi  zwierzynę  dopiero  wówczas,  gdy  się  mu  ją  palcem  pokaże.  Ale  wówczas 
strzela celnie. Tadeusz pęka wprost ze śmiechu, gdy się wybiorą razem na polowanie. Według jego 
słów, Myśliwiec zgięty wpół pędzi przed siebie, wpatrzony w jakiś punkt, a ptaki jeden po drugim 
uciekają mu sprzed nosa. 
Krokodyl Kuba zaczyna nabierać bardzo niebezpiecznych manier. Dziś na przykład wylazł z wody i 

background image

wszedł aż w sam środek obozu, aby porwać resztki jeleniny. Cieszę się z tego ogromnie, bowiem 
mniej będzie tego przeklętego surasco. 
Myśliwiec ostrzegł mnie dzisiaj, abym nie śpiewał nocami na rzece, bo ten śpiew może ściągnąć na 
nasze  głowy  Indian  Nietoperzy.  Ma  to  być  jakiś  specjalny  szczep  wędrujący  tylko  po  nocach. 
Jestem  głęboko  przekonany,  że  żadnych  podobnych.  Nietoperzy  nie  ma  i  Myśliwiec  tylko  w  ten 
sposób  straszy. Ale opowieść robi swoje i  odtąd przez kilka dni z rzędu rozpalamy z Tadeuszem 
większe ogniska. 
Tadeusz  jest  typowym  neurastenikiem.  Miewa  dnie  boleściwe  i  wówczas  twierdzi,  że  umiera. 
Kładzie się do hamaka i jęczy — żadna siła nie zdoła go wówczas postawić na nogi. Jako lekarz, 
wiem doskonale: nic mu właściwie nie jest. Opanowuję się całą siłą woli, aby go nie zrugać, bo z 
jakiejże  racji  mam  wypychać  za  dwóch.  Nie  wyjawiam  jednak  swoich  myśli  głośno,  a  nawet 
przeciwnie, daję „choremu” aspirynę. 
Tadeusz jest również straszliwie sentymentalny i sentymentalizm ten nachodzi go falami na zmianę 
z  owym  bolesnym  cierpieniem  lub  dziecięcą  radością.  Jednego  dnia  wygrywa  wesołe  półeczki, 
podrygując przy tym do taktu, innego znowu dnia harmonijka jego płacze tak rzewnie i tak tragicz-
nie, że nawet niewrażliwy Stanisław popada w ciężką zadumę. 
Dziś Tadeusz, kładąc się spać, nagle z zadartą wysoko głową znieruchomiał. Nie wiedziałem, co ten 
teatralny gest ma znaczyć. Wreszcie ponure jak noc westchnienie wydobyło się z jego piersi: 
— A jednak to nie nasze niebo! 
Nocami  koło  mięsa  coraz  bezczelniej  uwija  się gamba.  Skoro  raz  złapana  za  ogon  potrafiła  się  z 
pułapki jakoś oswobodzić, gwiżdże teraz widocznie na wszelkie niebezpieczeństwa. Ślepe szczęście 
tak ją ośmieliło. 
Znowu zostałem sam w obozie. Tadeusz popłynął dokądś łódką. Obozowisko nasze leży w ostrym 
kącie  pomiędzy  korytem  rzeki  a  odnogą  zatoki.  Gdyby  nie  okalające  nas  gąszcze,  widzielibyśmy 
dokoła biwaku krąg wody. 
Siedzę tak sobie jak zwykle pochylony nad stolikiem pracy, aż nagle gdzieś niedaleko rozlega się 
groźne mruczenie, jakieś obce i dotychczas zupełnie nie słyszane. Chwytam karabin (wyjątkowo mi 
z  łaski  przez  myśliwych  zostawiony)  i  posuwam  się  w  podejrzanym  kierunku.  Jestem  głęboko 
przekonany, że podchodzę w tej chwili samego jaguara. „Byłby kapitalny kawał — myślę sobie — 
gdybym  ja,  laik  myśliwski,  pogardzany  i  lekceważony,  ja,  nieszczęsny  okularnik,  miłujący 
zwierzęta  i  brzydzący  się  ich  mordowaniem,  gdybym  ja  właśnie  zabił  jaguara”.  Z  bijącym  więc 
sercem podkradam się coraz ciszej i coraz bliżej, a pomruk tajemniczej bestii nie ustaje. Już zaraz. 
Już jest przede mną. Teraz skoczy. 
Nie. Nie skoczył. 
Poprzez gałęzie ujrzałem lustro osłonecznionej wody i nasze canoe, a w nim Tadeusza mruczącego 
żarliwie. 
— Co pan tu robi? — zapytuję skonsternowany. 
—  Wabię  krokodyle  —  powiada  Tadeusz.  Przez  całą  resztę  dnia  próżnujemy.  Jest  bowiem  nie-
dziela. Pogodne słońce prześwietliło czystą wodę Piquiri aż do samego jej dna, umożliwiając nam 
obserwację ryb. Zachowują się zupełnie inaczej niż u nas. Obecność wielkiej ilości piranii stwarza 
potrzebę  wiecznie  czujnej  samoobrony.  Tak  więc  tylko  największe  i  najsilniejsze  okazy,  jak  na 
przykład dorada, chodzą w pojedynkę, reszta rybiego plebsu krąży kluczami niby gęsi po niebie. Na 
czele  takich  kluczy  i  po  bokach  ciągną  czujki  wywiadowcze.  Ryby  dobierają  się  wiekiem.  Oto 
młode, całkiem jeszcze nie wyrośnięte, krzyżują drogę gromadom starszych i od czasu do czasu z 
nagła a niespodziewanie błyśnie srebrną wstęgą pirania, jak gdyby próbowała, czy warto atakować 
naprawdę.  Za  każdą  taką  próbą  ryby  momentalnie  zmieniają  szyk,  gotowe  do  zażartej  walki. 
Najwięcej tu ryb różowych i wysmukłych, zwanych preaputangi. To jedna z nich właśnie ukradła 
kiedyś Tadeuszowi szczoteczkę do zębów. 
Brazylijski  bocian  tuiuiu  nie  ma  piór  na  szyi.  Szyja  ta  jest  niezdarnie  gruba  i  tworzy  pośrodku 
butelkowate  rozszerzenie.  W  trakcie  łykania  ryby  zgrubienie  to  sięga  karykaturalnych  wprost 
rozmiarów. Podobno z tej szyi ptaka można uszyć ładną zamszową torebkę damską. Umawiamy się 
z  Tadeuszem,  że  przygotujemy  po  jednej  takiej  skórce  dla  naszych  małżonek.  Oczywiście 

background image

umawiamy się po cichu, aby broń Boże nie usłyszał tego Myśliwiec. Podobno zabijanie tuiuiu, jak 
zabijanie  jelenia,  jest  zabronione  ustawą.  Myśliwiec  bardzo  dokładnie  przestrzega  praw,  jeśli 
dotyczą one Tadeusza, sam natomiast zabija i wydry, i jelenie. 
Tuiuiu kpią z naszych umów i poważnym krokiem łażą koło obozowiska po drugiej stronie zatoki. 
Prawie  codziennie  składają  nam  wizytę  jelenie,  ale  już  nikt  ich  nie  bije.  Ślady  najmniejszych 
kawałków ich skóry i sierści Myśliwiec starannie wyzbierał. 
Oczekujemy  jak  zbawienia  zapowiedzianego  wyjazdu  Doktora.  Stanisław  ma  go  podobno 
odprowadzić  aż  do  samego  statku.  Potrwa  to  dobrych  kilka  dni.  Czekamy  na  tę  miłą  okazję 
samotności. Dopieroż będzie raj! 

 
 

Huragan 

 
Hamaki nasze wiszą pod gołym niebem. Ufam słowom Myśliwca, że w porze suchej, zwłaszcza w 
lipcu, o deszczu mowy być nie może. 
A  gdyby  nawet  stał  się  taki  cud  i  niespodziewany  deszczyk  przyszedł,  to  najwyżej  mały 
kapuśniaczek, krótkotrwały i niewinny. 
Wierzyliśmy. 
Tymczasem,  jak  się  okazało,  Myśliwiec  mówiąc  tak.  żałował  tylko  brezentów  namiotowych.  To 
właśnie była najwyższa racja tych przekonywali. Sam schowany pod dachem „Anjangi”, gwizdał na 
wszelkie przeciwności przyrody, był bezpieczny jak u Pana Boga za piecem. 
Około jedenastej w nocy zbudził mnie przeraźliwy rejwach. Przez sen słyszę wołanie Myśliwca: 
— Panowie! Huragan idzie, lepiej być ostrożnym, bo taki huragan o tej porze to nie przelewki. 
— Przecież pan sam zapewniał,  że przyjść może tylko kapuśniaczek. 
— Nie czas na gadanie — odburknął zły. 
Biorę  się  do  roboty.  Tadeusz  już  zwinął  swój  hamak,  a  teraz  z  kolei  gorączkowo  uwija  się  koło 
sprzątania  wypchanych  ptaków.  Jego  gorączka  daleko  odbiega  od  powszednio  przyjętego  trybu 
postępowania.  Tadeusz  bowiem  jest  największym  guzdrałą,  jakiego  kiedykolwiek  spotkałem  w 
życiu. 
Kilka metrów od hamaków, pomiędzy gałęziami czterech drzew, na wysokości dwóch i pół metra 
wisi olbrzymia brezentowa płachta napięta, ku rozpaczy Myśliwca i wbrew jego woli, dla ochrony 
suszących się ptaków przed słońcem. Wszystko byłoby więc dobrze, gdyby deszcz zechciał padać 
normalnie jak u nas, w Polsce. Tymczasem zanosiło się na coś wręcz odmiennego. 
Przede wszystkim spadł nagle na nas potężny wicher. Wszystkie garnki, wiosła, łodzie i blaszanki 
jednym  dmuchnięciem  zmiótł  z  horyzontu.  Zasypało  nas  piaskiem  tak,  że  bolących  powiek  nie 
można otworzyć. 
Zaraz  przytoczył  się  grzmot  nie  z  nieba  chyba,  ale  z  piekła  rodem.  Zagłuszył  wszelkie  wrzaski. 
Przytłoczył nasze serca kamieniem do ziemi. 
Błyskawica piękna, gruba jak brazylijskie sucuri przemknęła ponad głowami, a za nią nowy wicher 
jeszcze  potężniejszy  i  jakiś  szum  głuchy,  jednostajny,  jakby  ocean  wylewał  się  z  brzegów  i 
kilkupiętrową falą miażdżył las pędząc ku nam. 
Zanim  zdążyliśmy  coś  pomyśleć,  zanim  resztki  skrzyń  z  prowiantem  znalazły  się  pod  płótnem, 
spadł  na  nas  potok  siekającej  wściekle  wody.  Przyszedł  bynajmniej  nie  z  góry,  tylko  od  strony 
huraganowego wiatru. Gdzieś zupełnie z boku. 
Rzucam się do układania ciężkich skrzyń w barykadę. Może osłoni? Może choć jedną suchą nitkę 
zostawi? 
Tadeusz  tymczasem  powrócił  do  swojej  zwykłej  flegmy  i  kończy  wiązać  napięty  hamak  tuż  pod 
samym dachem na wysokości dwóch metrów od ziemi. Śmieszną mi się wydaje ta czynność, ale nie 
krytykuję. Czekając zmiłowania  losu  przykucam za wałem ustawionych skrzyń razem  z kocami i 
ptakami. 

background image

Tadeusz flegmatycznie pakuje się do swego hamaka pod niebo.  I teraz dopiero wyjaśnia się jego 
manewr, teraz dopiero rozumiem, ze wojnę z deszczem on właśnie wygrał. 
— Spryciarz z pana jednak — burczę dzwoniąc zębami. 
— A widzi pan. To i w wojsku nieraz tak samo ze mną bywało. Ja, panie, powoli, nie spiesząc się, a 
swoje zrobię. Raz przysłano nową eskadrę awionetek. Mówię panu, jak cukierki, prosto z fabryki. 
Postawili wszystkie jak na pokaz szeregiem na lotnisku, klinki powkładali pod koła, żadnego umo-
cowania. A tu patrzę: chmura czarna jak cholera na horyzoncie. 
„Panie  pułkowniku  —  mówię  —  niech  pan  lepiej  samoloty  zabezpieczy,  bo  huragan  idzie”. 
Spojrzał  w  niebo,  skrzywił  się  lekceważąco  i  nuże  na  mnie  wsiadać:  „Nie  wtrącać  się,  swego 
pilnować, nie rezonować” itp. Pan to zna. 
Nie rezonowałem więc, ale serce mi się krwawiło. Powiadam panu, jak przyszedł wiatr, ot, taki, jak 
teraz, jak zabrał nam te ptaszki, to tylko wióry leciały. Calutka eskadra w strzępy. Co za lament, co 
za krzyki! Ja, widzi pan, powoli robię, ale z sensem. Ot i teraz. Pan tam skulony zębami szczęka, a 
ja sobie śpię jak długi. Dobranoc — dodał złośliwie. 
— No, a co z tym pułkownikiem zrobili? — pytam ciekawie. 
—  Z  pułkownikiem?  —  Tadeusz  zerwał  się  z  posłania  wyjątkowo  energicznie.  —  O,  tym 
skurczybykom nigdy nic nie jest. Gdyby nie oni... 
Przerwał. 
Tadeusz  lubi  zatrzymać  się  w  połowie  zdania  i  trwać  tak  czasem  długą  chwilę,  ale  potem  wraca 
zwykle do tematu. Tym razem błyskawica wyjątkowo rażąca oślepiła całą naszą budę, wykazując 
jakiś techniczny błąd w wiązaniu płótna. 
Tadeusz organicznie nie znosi niedoskonałości. Jest  pedantem i  na poprawki nie żałuje czasu  ani 
energii. Wstał więc, aby coś mocniej podwiązać. 
— No i „breguety” poszły, a pułkownik został, jak zwykle, jak zawsze. 
W  tej  chwili  u  nas  pod  namiotem  nastąpiło  coś  podobnego.  Wicher  wpadł  i  wygiął  dach  w  górę 
niby spadochron. Dziw, że nie wylecieliśmy w powietrze. Zatrzeszczało w krokwiach, a sąsiednie 
drzewo, bardziej odsłonięte i podmyte rzeką, z głuchym pluskiem poszło w wodę. Grom przetoczył 
się po nim, a las odpowiedział echem. 
Cisza zaległa świat. Cisza oczekiwania czegoś gorszego. 
Jak w teatrze przed podniesieniem kurtyny. 
— No — mówi spokojnie Tadeusz — tym razem to widzi mi się, mokro panu doktorowi będzie, bo 
wiatr właśnie zmienia kierunek. 
Skąd on to wszystko wie? Rzeczywiście, cała Niagara przyszła wprost na mnie. Nie było już sensu 
uciekać,  skuliłem  się  więc  tylko  we  dwoje,  aby  mi  było  nieco  cieplej.  Z  początku  namokły 
skarpetki, potem nogawki piżamy. Po nagim brzuchu ciekły chłodne strumyki, a ja podsuwałem się 
pod osłonę Tadeuszowego hamaka, ale bezskutecznie. 
— Jak się pan czuje? — pyta szelmowskim głosem Tadeusz. — Żałuję niezmiernie, że w hamaku 
nie ma miejsca na dwóch. 

 
 
Myśliwiec odpłynął

 

 
W  egoizmie  i  skąpstwie  Myśliwiec  przeszedł  dziś  samego  siebie.  Oto  chciał  nas  zostawić  w 
puszczy bez kawałka broni. Wsiedli z Doktorem do łodzi i załadowali wszelkie strzelby, jakie tylko 
były w posiadaniu Myśliwca. Poczciwy Tadeusz przyszedł do mnie z żalem w oczach, ale sam nie 
protestował. Jemu można zrobić każde świństwo. Dopóki sprawa dotyczy tylko jego osoby, milczy. 
Gdy zaś przybiera charakter publiczny, wówczas Tadeusz zamienia się w Katona i Don Kichota w 
jednej  osobie i  walczy  w obronie pokrzywdzonych. Był  pono delegatem  od żołnierzy do  generała 
Sikorskiego we Francji i za to został sromotnie zbesztany. W Polsce przed wojną także nie mógł 
zrobić kariery, bo wytykał swoim przełożonym wszystkie ich społeczne grzechy. Jednym słowem, 

background image

Tadeusz umie walczyć imię cudzej krzywdy. Tym razem jednak, jak powiadam, sprawa dotyczyła 
wyłącznie  nas  samych  i  dlatego  wystąpić  na  widownię  musiałem  ja,  a  nie  Tadeusz.  Z  początku 
wyczekiwałem  patrząc  spokojnie  na  przygotowania  Stanisława  do  odjazdu.  Nie  wierzyłem  aż  w 
taką jego złośliwość. Sądziłem, że to żart. Być nie może, aby cena karabinu wyższa była od ceny 
naszego  życia.  Dopiero  gdy  Stanisław  naprawdę  zapuścił  motor  do  jazdy,  wystąpiłem  naprzód  i 
głosem  kategorycznym  zatrzymałem  go  w  miejscu.  Gdyby  nie  obecność  Brazylijczyka,  rzecz 
przybrałaby  inny  zupełnie  obrót.  Tym  jednak  razem  panuję  nad  sobą,  jak  mogę.  Zebrała  się  we 
mnie  cała  pogarda,  cała  niechęć  do  tego  człowieka.  Wyłożyłem  mu  w  słowach  dobitnych  a 
głośnych  wszystko,  cośmy  z  Tadeuszem  myśleli  o  nim,  a  na  zakończenie  wyraziłem  swoje 
zdziwienie, że on, doświadczony myśliwy, może pozwolić na zostawienie towarzyszy w głębi Mato 
Grosso bez strzelby i bez najmniejszego środka samoobrony. Powiedziałem mu jeszcze, że Kuba-
krokodyl  przy  nim  wygląda  jak  symbol  piękna  i  szlachetności.  Na  zakończenie  tej  górnolotnej  i 
wielce salonowej przemowy kazałem mu natychmiast wyjść z łodzi i wręczyć Tadeuszowi jeden z 
karabinów.  Widocznie  wyraz  mojej  twarzy  był  wówczas  tak  stanowczy  i  tyle  zawarło  się  w  nim 
ostatecznej  determinacji,  że  Myśliwiec  nie  namyślał  się  ani  chwili  i  milcząc  wykonał  rozkaz. 
Odpłynęli. Ja jednak przez dłuższy jeszcze czas nie mogłem wrócić do równowagi. 
— Czy przypomina pan sobie, jak niedawno opowiadał nam Myśliwiec o jaguarze, który odwiedził 
go kiedyś w obozowisku? I teraz w kilka dni potem, śmie nas zostawiać samych bez kawałka broni! 
— Szkoda słów! — mówi Tadeusz. — Cieszymy się z kilkudniowego wypoczynku. Co za rozkosz 
pomyśleć:  jesteśmy sami. 
Uświadomiłem  sobie  pełnię  tej  wielkiej  radości  i  szczęścia.  Dopiero  teraz  przez  tych  kilka  dni 
poznamy naprawdę życie puszczy. Jesteśmy sami! 
— Pluń pan na ptaki. Zasłużyliśmy dawno na odpoczynek. Płyńmy lepiej w świat! — woła Tadeusz 
chwytając za wiosła. 
Ma rację. 
Las galeriowy (wzdłuż dróg wodnych Pantanalu) to przede wszystkim plątanina korzeni biegnących 
po wymytej powierzchni ziemi. Korzenie te tworzą mocną pajęczynę, fantastycznie poprzeplataną, 
a przypominającą kłębowisko węży i  żmij.  Trochę dalej od brzegu korzenie zagłębiają się  — za-
miast  nich  widać  już  tylko  dywan  z  uschłego  zielska,  liści,  powojów  i  lian.  Ponad  tę  sprężyście 
miękką  warstwę  wybijają  się  pokracznie  wygięte  pnie  karłowatych  drzew.  Nie  dziwię  się  zresztą 
ich takiej, a nie innej formie. Przez pół roku topione wodą, przez drugie pół palone ogniem, dziw, 
że  do  tej  pory  przed  śmiercią  się  jakoś  ustrzegły.  Gdy  odratujemy  w  myśli  ten  pokraczny  las 
niezliczoną  ilością  kolczastych  i  gładkich  lian,  gdy  wstawimy  w  pozostałe  jeszcze  luki  piękne 
bukiety  kolczastej  palmy  tucum,  otrzymamy  prawdziwy  obraz  niedostępnej  dżungli,  przez  którą 
przebić  się  można  jedynie  fakonem.  Od  czasu  do  czasu  przez  ten  zielony  mur  przebiega  ponury, 
cienisty tunel udeptanej przez zwierzynę drogi. Tunelem takim człowiek spacerować może tylko na 
czworakach. 
Z początku  nawierzchniowe korzenie  galeriowego lasu napawały mnie  nieustannym  strachem,  bo 
przy  krótkim  wzroku  nie  mógłbym  ich  odróżnić  od  węża,  jeśliby  tam  przypadkowo  trafił.  Toteż 
wędrówki moje przez las trwały znacznie dłużej. Dzisiaj skaczę na oślep, całkowicie obojętny, czy 
to korzeń, czy kark anakondy. Tadeusz nazywa to formą dziecinady. Może tak jest w istocie. Cóż 
jednak mam robić? Czyż mam w ogóle wyrzec się przyjemności spacerów? 
Tadeusz  jest  kapitalny  ze  swoimi  sentencjami,  które  wygłasza  podczas  naszych  wspólnych 
przepraw poprzez gąszcze. 
— Widocznie pan nie kocha ani żony, ani córki; jakże można tak na ślepo deptać, co się da i gdzie 
się da. Lepiej uwiązać kamień do szyi i skoczyć w głębię. Po co się męczyć? 
Najbardziej irytuje Tadeusza moja chorobliwa miłość do wody. Kiedy się kąpię, on jak kokosz nad 
kaczątkiem biega po brzegu i gdacze wciąż morałami. Jest do przesady ostrożny z wodą. Mimo że 
przezroczysta  jak  kryształ  i  widać  przez  nią  czysty  piasek  dna,  on  za  Boga  nie  wejdzie  nawet  w 
najpłytsze miejsce. 
Niedaleko  obozu  rzeka  raptownie  zakręca  tworząc  śliczną  mieliznę.  Szybki  prąd  wypłukał  tutaj 
piasek ze wszelkich gałęzi i zielsk. Każdą wolną chwilę spędzam tam, zagłębiony po pas, pluszcząc 

background image

się  jak  małe  dziecko.  Kiedym  po  raz  pierwszy  zawiózł  tam  Tadeusza,  patrzył  na  mnie  z  brzegu 
wzrokiem  ponurym  jak  noc  i  długo  z  politowaniem  kiwał  głową.  W  swoich  pogniecionych  i 
wypiętych  na  kolanach  spodniach,  w  wypuszczonej  na  wierzch  koszuli,  z  nie  ogoloną  a  chudą 
twarzą, wyglądał jak gruźliczy męczennik. Żałowałem go z całej duszy; że przez głupi upór poci się 
oto w brudnej odzieży zamiast rozkoszować się urokiem zimnej wody. 
— Pan, panie doktorze, nie wróci już z tej wyprawy — zawyrokował po chwili smętnie. 
Ani  tego  dnia,  ani  dni  następnych  nie  udało  mi  się  namówić  go  do  kąpieli.  Dopiero  po  tygodniu 
jakoś  przekonał  się  i  zamoczył  stopy.  Z  początku  długo,  bardzo  długo,  stojąc  golutki  na  suchym 
brzegu,  mydlił  się.  Widocznie  odsuwał  w  ten  sposób  niemiły  moment  przykrej  decyzji.  Potem 
nagłym  a  szybkim  kroczkiem  wbiegł  po  kostki  do  wody  i  badawczo  oglądając  powierzchnię 
przeświecającego piasku padł jak długi, czyniąc przy tym niesamowity tumult rękami i nogami dla 
odstraszenia  wszelkich  ewentualnych  potworów,  po  czym  natychmiast  zerwał  się  jak  oparzony  i 
jeszcze szybciej wybiegi na brzeg. Tak wyglądała jego pierwsza kąpiel. 
Opisuję  ten  epizod  bynajmniej  nie  po  to,  by  ośmieszyć  mego  towarzysza,  lecz  by  wiernie 
odtworzyć nastrój  tamtych dni  w Mato Grosso. Tadeusz bowiem  jest przecież odważny, tylko  do 
wody  czuje specjalną idiosynkrazję. Na chybotliwej  canoe podkrada się  do krokodyli łeb  w łeb i 
drażni  je  z  bliska,  jak  gdyby  się  bawił  z  niewinnymi  szczeniątkami.  Nieraz  siedząc  za  nim,  aż 
drętwieję  z  przerażenia.  Tadeusz  tylko  się  śmieje.  A  poprzez  gąszcze  dżungli  przedziera  się  tak 
pewnie, jakby szedł po parkietowej posadzce. Ale pirania i sucuri  — to dwa słowa paraliżujące w 
nim odwagę. Co tu długo gadać, nie lubi tych stworzeń. Nikt nie wytłumaczy mu, że nie ma racji. 
Na nieszczęście, obie te bestie zamieszkują wodę. Stąd więc pochodzi wstręt do kąpieli. 
Co do sucuri,  to  żyłka  myśliwska powoli  zaczyna w Tadeuszu zwyciężać nad strachem.  Wczoraj 
bowiem  dowiedział  się  od  Stanisława,  że  ten  wąż  zapuszcza  się  bardzo  daleko  w  głąb  lądu  i 
niekoniecznie siedzi zawsze pod wodą. Nowina ta ośmieliła Tadeusza. Ba, nawet go zachęciła do 
poszukiwań sucuri, jak niegdyś urubu-rei. Dziś Tadeusz oświadczył mi wyraźnie, że nawet pragnie 
spotkać tego węża. 
— Najlepiej będzie — powiada — gdy go spotkam wiszącego na gałęzi, wówczas przyceluję ot tak: 
(tu parę teatralnych ruchów demonstracyjnych) — paf! w sam pysk... i skóra moja. 
Jaguar  stał  się  w  naszym  pojęciu  postacią  legendarną.  Gdyby  nie  jego  cętkowane  futra  widziane 
poprzednio  na  łodziach  kaboklerskich,  nie  wierzyłbym  w  ogóle  w  istnienie  tych  zwierząt.  Wciąż 
tylko się słyszy: 
— Onca była w obozie. 
— Dwie spacerowały na plaży. 
— Trzy pożarły jelenia. 
Bardziej    przekonały  mnie  świeże  ślady,  na  które  sam  wczoraj  kąpiąc  się  trafiłem.  Nie  ulega 
najmniejszej  wątpliwości,  że  wyjątkowo  duży  jaguar  tędy  właśnie  przespacerował.  Któż  inny 
mógłby stawić metrowy krok kocim tropem? Dziś znowu taki sam ślad pięciu pazurów zauważyłem 
przy samym obozie, ale ten był znacznie mniejszy — widocznie tylko ocelot. 
Płyniemy z Tadeuszem wzdłuż zatoki. Linia brzegów fantastycznie porwana wygina się co chwila 
pod nawisłą koroną wywracających się drzew. Seledynowe  łączki wkradają się pomiędzy ciemny 
szmaragd  starszej  już  roślinności.  Ptaków  niezliczone  mnóstwo.  Bezszelestnie  sunąca  canoe  nie 
straszy  ich  wcale.  Najczęściej  występują  biguatingi  —  futerkowe  nurki  o  łabędzich  szyjach  i 
pokropionych srebrem skrzydłach. 
W zapale myśliwskim Tadeusz każe mi milczeć i co chwila odwraca się z palcem na wargach. Na 
szczęście nie może długo wytrzymać w tym milczeniu i raz po raz wyrywa się z jakimś okrzykiem. 
No bo jakże tu milczeć, gdy z głębi Pantanalu doleci basowy pomruk stada strusi — albo — jakby 
na  złość  zgłodniałym  żołądkom  —  z  pobliskiego  gdzieś  drzewa  zabuczy  smakowity  mutum. 
Drzewo stoi tuż przy brzegu, ale za wałem kolczastych krzewów. Chytry mutum wie na pewno o tej 
przeszkodzie  i  dlatego  właśnie  buczy.  Chce  najwidoczniej  podrażnić  biednego  Tadeusza.  To  nie 
jeden mutum. Siedzi tam ich więcej, całe rozgdakane stado, drwiąc z naszej niezdarności. 
Wałęsając  się  za  Tadeuszem,  poznałem  już  wszystkie  jego  gesty  i  bez  słowa  wyczytuję  z  nich 
ważność lub nieważność chwili. Oto właśnie podnosi palec ku górze i coś pokazuje. Duży zielony 

background image

iguan  czai  się  na  gałęzi  do  niewidzialnej  muchy.  Unosi  łapkę  i  wydłuża  szyję,  wywraca 
karykaturalnie gały oczne, leniwie i powoli jak na zwolnionym filmie, aby nagle wystrzelić długi 
język i znowu go zwinąć w zdradziecki rulon, wsadzając złapaną muchę w worek przełyku. Nawet 
nie drgnął przy tej czynności, nie zmienił pozycji. 
Różowy, duży ptak zrywa się sponad wody i leci nad naszymi głowami, dajemy mu jednak spokój. 
Zbyt  wielki jest  na wypychanie, a niesmaczny do jedzenia. Z jego różowych piór miałyby korzyć 
tylko europejskie strojnisie. 
Fala  straszliwego  smrodu  oblewa  nagle  canoe.  To  ustrzelony  przed  kilku  dniami  krokodyl  płynie 
wodą wprost na nas, a na nim jak zwykle kilka zadumanych urubu. 
Czepiając  się  rękami  lian,  przyciągamy  się  do  brzegu.  Tu  właśnie  zahuczały  przed  chwilą 
smakowite  mutum.  Korzystamy  z  możliwości  przejścia.  Mijamy  wąski  pas  gąszczów  i  przed 
oczami  otwiera  się  szeroka  przestrzeń  stepu.  Jakże  inaczej  wyglądał  ten  step  przed  paru  jeszcze 
tygodniami. Wówczas bez pomocy fakonu nie mogliśmy się przedrzeć. Teraz, kędy okiem sięgnąć, 
hen,  aż  do  dalekiego  horyzontu,  biegnie  przed  nami  czarna  spopielała  równina,  najeżona 
gdzieniegdzie szpikulcami spalonych termitierów. 
Lawa  ognistego  żaru  pochłonęła  wszystko.  Bujną  roślinność  przemieniła  w  ponure  pole  śmierci. 
Cmentarz czarnych pomników. Dawniej najostrzejszym toporem nie rozbiłbyś gniazda termitów, a 
teraz  lekkim  kopnięciem  buta  rozwalać  je  można  w  proch.  Nieprzebyta  zapora  trawy  została 
pokonana jednym potarciem zapałki. Kroczymy swobodnie niby po gładzi asfaltowego chodnika. 
— Nie mamy tu co robić — mówi Tadeusz — wracajmy! 
Ma rację. Trzeba poczekać, aż nowa trawa wyrośnie. To czarne pole ma w sobie tyle smutku, jest 
tak makabryczne, że mimo woli przyśpieszamy kroku, już prawie biegniemy z powrotem ku życiu. 
I  znowu  za  chwilę  chybotliwa  canoe  pruje  toń  niby  kozacka  czajka  na  wodach  Zaporoża.  Pięć 
kajmanów przegrodziło drogę. Trzeba przenieść łódź poprzez mieliznę. Dalej znowu głęboko. Kto 
by się tam dziś  zastanawiał  albo  liczył  z kajmanami! Przeszły  czasy naszych niemowlęcych stra-
chów. Jesteśmy już dziś prawdziwymi kaboklami. 
—  Co  to?  —  pytam  Tadeusza  wskazując  cętkowane,  długie  cielsko,  wtulone  w  błyszczącą  glinę 
wybrzeża. Głosowi swemu staram się nadać ton spokojny, ale w duszy jestem pewien, że to sucuri. 
Tadeusz  nie  widzi.  Już  minęliśmy  owo  miejsce,  krzaki  je  przysłoniły.  Wolałbym  nie  wracać. 
Ambicja  jednak  bierze  górę  nad  strachem.  Z  wolna,  nie  pluszcząc  wiosłami,  zbliżamy  się. 
Cętkowane ciało tkwi tam gdzie przedtem. Tadeusz podnosi karabin, a ja z zamarłym tchem ocze-
kuję,  co  ma  dalej  nastąpić.  Wyobrażam  już  sobie  straszliwe  mącenie  wody  pod  skaczącym 
olbrzymem. 
—  To  tylko  ogon  krokodyla  —  mówi  Tadeusz  opuszczając  lufę.  Uderzymy  w  burtę  łodzi  dla 
postrachu. Rzeczywiście ogon powoli wsuwa się pod powierzchnię wody. 
Słońce  chyliło  się  ku  zachodowi,  kiedyśmy  z  pustymi  rękami  wracali  do  domu.  Spoza  zakrętu 
wyłoniła się szara „Anjanga” na tle pstrych koszul Tadeusza, suszących się po wielkim praniu. 
Ciszę  wieczoru  przerwał  krzyk  arancuangi.  Czy  do  snu  nawołuje  innych  swoich  towarzyszy,  czy 
tylko hołd oddaje szkarłatnemu słońcu? Jest to ostatnia jego pieśń. Padł strzał. Załopotały skrzydła, 
ciężki łomot skruszył kilka gałęzi. Kogut liczy sześćdziesiąt pięć centymetrów długości, jest rzad-
kim okazem. Mamy znakomity rosół i dobrą skórkę do wypychania. 
Dzisiejsza  wichura  rozdmuchała  nie  dopalone  jakieś  węgle  i  z  dalekiego  horyzontu  Pantanalu 
wyrósł  znowu  potężny  czub  purpurowy.  Oto  dwie  łuny:  wschodzący  pożar  i  zachodzące  słońce. 
Walka  człowieka  z  naturą.  W  miarę  posuwających  się  wskazówek  zegarka  słońce  gaśnie,  a  łuna 
ognia  zwycięsko  rozpiera  się  na  ciemniejącym  niebie.  Wreszcie  zachód  przechodzi  w  odcienie 
pasteli  i  roztapia  się  wśród  zapalonych  już  gwiazd.  Brutalny  pożar,  hucząc  basowo  strzałami 
pękających pni, idzie coraz jaskrawszym słupem, wprost na nas. 
Kładziemy się spać mając po trzech stronach wielkie ogniska. Przy jednym z nich piecze się — tak 
wiernie piejąca nam jeszcze wczoraj swoje „vem pra qui, vem pra ci” — arancuanga. Może nawet 
ta  sama,  co  mnie  dzisiaj  zbudziła?  W  Mato  Grosso  życie  obojętne  jest  na  wszelkie  sentymenty. 
Odurzeni  pieśnią  lasu,  zasypiamy.  Wszystko  się  dziś  raduje,  że  Myśliwca  nie  ma.  Cykady 
rozgwizdały się jak zwariowane. 

background image

Noc wyjątkowo ciemna pomimo tylu gwiazd. Uświadamiam sobie nagle, że ogniska nasze ułożyły 
się dokładnie w trzech kierunkach świata i tylko jedna północ została w mroku. Tam właśnie leży 
nasza Europa. 

 
 

Ryba woła ratunku 

 
Hamak mój wisi bardzo wysoko, muszę się doń wspinać po skrzynkach od benzyny. Joao nazywa 
go avion. Wygrywam na tej wysokości, bo fałdy moskitiery nie dotykają ziemi, są przez to zawsze 
czyste, a i żaba nie zechce już wędrować do wnętrza ani... „kłująca tatarana nie zbudzi mnie już z 
rana”. 
Gdy  spuszczam  nogi  z  hamaka,  długo  muszę  kombinować,  o  co  je  można  oprzeć,  aby  jakoś 
szczęśliwie wylądować na ziemi. 
Dziś wyjątkowo nie spieszę się z tym lądowaniem. Wschód słońca, jakiego dawno  oczy moje nie 
oglądały, urzekł siłą swojego piękna. Fosforyzujący błękit powlókł brzaskiem prześwitujące niebo. 
Mlecznopómarańczowy obłok dyskretnie znaczy miejsce, skąd za chwilę wytoczyć się ma ognista 
kula.  Wilgotne  opary  osnuły  świat  muślinem,  nadając  wszystkim  barwom  ton  pasteli.  Z  rzadka 
porozrzucane krzewy i drzewa, nie dopalone jeszcze ostatnim pożarem, odbijają od tego jasnego tła 
rudą  czerwienią.  Chłodny  stalowy  seledyn  brzasku  z  wolna  rozgrzewa  się  niewidocznym  jeszcze 
słońcem i mięknie. Coraz więcej w nim ciepła. Rumieńce dnia okraszają horyzont. Jak dotąd jestem 
samotny w tej obserwacji. Tylko  barwy się budzą. Aż oto  nagle jakiś jeden, pierwszy krzyk zdzi-
wienia,  jakby  pobudka  do  pracy.  Za  nim  natychmiast  cały  las,  cały  Pantanal  ożył,  rozruszał  się, 
zawołał. Sztafetą poszło wołanie arancuangi, potem zakrakały czaple. Chór wyjców odpowiedział 
bałagańskim rozhoworem i krokodyle warknęły na znak solidarności. Czarnymi plamami śpiące po 
suchych  gałęziach  gołoszyje  urubu  drgnęły  z  odrętwienia  i  nuże,  ciężko  przebierając  kosmatymi 
łapami,  kiwać  się  ku  sobie.  Bocian  tuiuiu  zatoczył  piórami  wiraż  niziutko  ponad  zatoką  i 
bezszelestnie  opadł  na  liście.  Jedyny  na  świecie  śpiewający  jastrząb  począł  kwilić  z  początku 
ostrożnie, jakby nie wierząc sam sobie, że umie, a potem coraz głośniej, coraz śmielej przechodząc 
w opętańczy jęk ni to skargi, ni to groźby. Najtragiczniejszy głos Pantanalu. 
Za chwilę pozostał już ze mną tylko  wymyty dniem, wypoczęty i jasny błękit zbudzonego nieba. 
Wszelkie odcienie namiętnej czerwieni znikły. Złociste i rażące słońce wystrzeliło szybko w górę. 
Radosny  świat  rozsrebrzył  się  czystością  wody  i  łuskami  pluszczących  się  ryb.  Mistrzyni  sportu, 
wysmukła dorada skacze na metr w górę i zatoczywszy salto mortale, potężnym klapnięciem ogona 
daje  znak,  że  się  rozkoszuje,  że  bawi  się  życiem.  Najedzone  krokodyle  wciągają  leniwie  pękate 
brzuszyska na łysiny  piasku i  coraz ich więcej dokoła.  Ibisy, czaple, kormorany  i  inne przeróżne 
kurki  wodne,  nurki  i  kaczki  z  dziwacznie  pokręconymi  dziobami  zbierają  się  zewsząd  barwnie  a 
krzykliwie. Kulami lecą z nieba ku błyszczącej wodzie, aby za chwilę wynurzyć się z niej i wrócić 
na  pierwotny  posterunek  obserwacji.  Zimorodki,  podobne  do  naszych  polskich,  mienią  się  w 
słońcu, a ostroskrzydła  mewa drażni przypomnieniem Helu. Gdyby chociaż jeden śpiew ptasi był 
tutaj  dla  ucha  miły.  Brazylijskie  ptaki  skrzeczą  bez  melodii,  a  niektóre  drą  się  niemiłosiernie, 
naśladując skrzyp nie smarowanych drzwi. 
Wybieram  się  na  ryby.  Serce  mi  mówi,  że  wrócę  dzisiaj  z  tuzinem  dorad  i  co  najmniej  dwoma 
tuzinami pacu. 
Zakotwiczam się na głębinie, gdzie największy jest prąd. Z doświadczenia już wiem, że tu właśnie 
lubią bawić się dorady. Wędka taka sama jak u nas, z tą tylko niewielką różnicą, że wyciąłem ją 
własnoręcznie z kępy bambusów, nie płacąc za to nikomu ani też nie pytając o pozwolenie. Dziób 
canoe  uwiązałem  mocno  do  lian  i  siedząc  na  rufie,  czekam  cierpliwie  na  przepowiedziany  dobry 
rezultat. Pływaka na sznurku nie mam, tubylcy bowiem twierdzą, że miejscowe ryby tego nie lubią. 
De gustibus non est disputandum. Tu podobno trzeba uważać nie na pływak, tylko na to, żeby ryba 
całej  łodzi  nie  wywróciła  i  nie  odgryzła  haczyka.  Nie  wierzę  tym  wszystkim  banialukom,  na 

background image

wszelki jednak wypadek koło haczyka zawiązałem poczwórny sznurek. 
Siedzę tak sobie, siedzę dobre pół godziny. Wreszcie mam już tego dość i wyciągam wędkę. Idzie 
w górę gładko jak nigdy. Patrzę, a na końcu mego sznurka zamiast stalowego, najlepszego haczyka, 
jaki posiadałem, wisi pędzelek pociętej zębami pakuły. 
„To wszystko piranie — pomyślałem — przeklęte piranie”. 
Mądry  Polak  po  szkodzie.  Zakładam  z  kolei  nowy  hak,  tym  razem  na  skręconym 
trzydziestocentymetrowej długości drucie. Tego przynajmniej już nie odgryzą. 
Siedzę  tak  sobie,  siedzę.  Czas  dłuży  się  od  wyczekiwania.  Wreszcie  tracę  znowu  cierpliwość  i 
ciągnę wędkę w  górę.  Znowu idzie bez najmniejszego oporu. Tym  razem  sytuacja się odmieniła: 
razem  z  haczykiem  poszedł  i  cały  mój  skręcony  drut.  Wściekły  jestem  jak  sto  diabłów.  Każdy 
stracony  haczyk  to  dla  nas  katastrofa.  Mam  ich  w  ogóle  bardzo  mało  i  do  końca  wyprawy  nie 
będzie żadnej okazji uzupełnienia braków. 
Słońce  już  zaszło.  Mrok  zatuszował  szczegóły  konturów.  Niewyraźne  pasma  jaśniejszej  nieco 
szarzyzny — to plaże. Czarne kłęby — to zmierzwiony nadbrzeżny las. Pokrzywione pokracznie na 
tle nieba zygzaki — to pewno nie dopalone suche pnie. Łódź moja tkwi na samym środku zatoki, w 
odległości  trzydziestu  metrów,  może  więcej,  od  brzegu.  Wystarczyłoby,  abym  przy  moim  złym 
wzroku  stracił  orientację  kierunku...  Ale  nie  kierunek  jest  w  tej  chwili  rzeczą  najważniejszą. 
Ważnym  natomiast  staje  się  przeświadczenie  o  grożącym  niebezpieczeństwie  od  strony  tego 
tajemniczego  a  niewidzialnego  lądu.  Któż  bowiem  wie,  co  czai  się  tam  w  ciemności?  A  może 
właśnie na gałęzi, pod którą wiatr moją łódkę wpakuje, wisi dwunastometrowy anakonda-dusiciel? 
Może  chwycę  się  ręką  jego  śliskiego  ciała?  Może  ta  spiralnie  skręcona  gałąź,  odbita  wraz  z 
gwiazdami na lustrze wody, nagle ożyje i zwinie się dookoła mojej szyi? W tym dziwnym kraju nie 
ma niemożliwości. 
Boję się więc brzegu i żarliwie łowię uchem, czy aby zwodniczy prąd nie zbliżył nas do siebie. I 
oto,  gdy  napięcie  słuchu  i  nerwów  dochodzi  do  szczytu,  raptem  tuż  przy  burcie  kajaka  ogromna 
dorada  skoczyła  salto  mortale  i  waląc  ogonem,  oblała  mnie  całego.  U  nas  w  Europie  wywrotka 
łódki to wesoły epizod. Tutaj — ryzyko utraty życia, zwłaszcza teraz, w porze krokodylich łowów. 
Szelma  dorada  oblała  mnie  nie  tylko  wodą,  ale  i  zimnym  potem.  Długo  nie  mogę  przyjść  do 
równowagi i jeszcze niezupełnie do niej wróciłem, kiedy wędka szarpnęła mną tak silnie, że o mały 
włos nie wpadłem do wody. Przeciwstawiam się rybie, jak mogę. Wędka wygina mi się w pałąk, a 
sznur  napina  jak  cięciwa  łuku.  Ryba  trzepocze  gdzieś  tam  w  głębi,  a  ja  czekam  tylko  momentu, 
kiedy  sznur  albo  bambus  pęknie  i  wówczas  niechybnie  wywrócę  się  na  wznak,  razem  z 
chybotliwym  canoe.  Jednakże  zwyciężam.  Trzymam  już  rybę  w  ręku.  Ale  cóż  za  niespodzianka! 
Oto  basowym,  chrypliwym  głosem  woła  ratunku.  Gniewa  się  na  mnie  za  podstęp.  Mówi,  że  to 
zbrodnia  dotąd  w  Mato  Grosso  nie  tolerowana,  że  taki  haczyk  w  przynęcie  to  tchórzliwe,  niecne 
oszustwo. Ryba woła na cały głos, skrzeczy i prostuje. 
Ma oczywistą  rację i  dlatego nie  chcę słuchać jej obrzydliwych krzyków. Szukam  po omacku na 
dnie  łodzi  swojego  noża  do  marchewki,  ale  oczywiście  gdzieś  się  zapodział.  A  ryba  wrzeszczy 
niesamowicie, coraz głośniej. 
Wreszcie nóż jest. Wpycham go więc między zęby skrzeczącej gadule. Próbuję wyjąć haczyk. W 
tej  chwili  spostrzegłem  tuż  pod  swoim  ramieniem  fosforyzujące  źrenice  krokodyla.  Zwietrzył 
szelma  rybę  i  czeka  na  nią,  a  może  czeka  na  mnie?  Kto  go  tam  wie!  Przyzwyczaiłem  się  już  do 
krokodyli, ale taka nocna niespodzianka, tuż pod samą pachą, nie usposabia pogodnie. Zapominam 
więc chwilowo o rybie,  chwytam wiosło i  walę nieproszonego  gościa po łbie. Gwałtowny tumult 
ogonem  —  i  już  po  wszystkim.  Uspokojona  ryba  znowu  się  rozgadała.  Ostrożnie  wpycham  palce 
pomiędzy  skrzela,  aby  tym  uniemożliwić  jej  chwyt  za  rękę  i  trzymając  ją  w  ten  sposób,  ruszam 
haczykiem. Gryzie wściekle, a śliczne jej, białe jak perły zęby kruszą się na stali. Z tym jedynym 
trofeum wracam do Tadeusza. Straciłem na rybołówstwie wiele godzin i nie mam ani tuzina dorad, 
ani dwóch tuzinów pacu. 

 
 

background image

Sucuri i raja

 

 
Kąpiel w rzece nie jest tu ani wskazana, ani bezpieczna. Pierwszy wróg to pirania, drugi — rają, 
trzeci  —  sucuri,  czwarty  —  krokodyl...  Chyba  czwórki  tej  wystarczy  dla  odebrania  ochoty  do 
kąpieli.  A  jednak  dzień  spędzony  przy  cuchnącym  mięsie  i  pod  promieniami  słońca  robi  swoje. 
Człowiek  znajduje  się  między  młotem  a  kowadłem.  Sądzę  nawet,  że  gdyby  do  wymienionych 
potworów dodać jeszcze samego bazyliszka wileńskiego, to i on nie potrafiłby mnie odstraszyć od 
wody. 
Woda  w  Piquiri  jest  smaczna,  chłodna  i  przezroczysta,  słowem  ideał  dla  takiego  pływaka  jak  ja. 
Zresztą  na  pociechę  trzeba  podkreślić,  że  wszelkie  zbliżające  się  niebezpieczeństwo  można  w 
przezroczystej  wodzie  łatwo  spostrzec.  Poza  tym  zwierzęta  wodne  nie  lubią  atakować  na 
płyciznach.  Tak więc potrafiłem sobie jakoś logicznie wytłumaczyć potrzebę codziennej kąpieli  i 
regularnie  przed  każdym  zachodem  słońca  wyruszamy  z  Tadeuszem  szorować  się  piaskiem. 
Tadeusz, jak już opisywałem przedtem, myje się na brzegu,  a kładzie się w wodę  tam,  gdzie mu 
nawet pleców nie pokrywa. 
Wczoraj była niedziela, więc kąpiel nasza odbywała się wyjątkowo w południe. Odpłynęliśmy też 
czółnem znacznie dalej niż zwykle, aż do szerokiej, bardzo pięknej plaży przybrzeżnej. Pływałem 
długo i odważnie. Tadeusz w tym czasie pedantycznie mydlił sobie ciało. 
Nagle zupełnie bez żadnych powodów zjawia się we mnie lęk przed krokodylem. Nic nie zdradza 
jego  obecności.  Woda  w  krąg  spokojna  i  przezroczysta.  Nie  mogę  jednak  opanować  lęku,  jak 
najszybciej wybiegam na brzeg i oto  gdy mijam białego od mydlanej piany Tadeusza, słyszę jego 
przerażony szept: 
— Panie doktorze... panie doktorze... 
Obracam głowę. Tadeusz stoi jakby skamieniały z podniesioną przed siebie ręką, a tam, najwyżej 
dziesięć metrów od nas, wypełza powoli z wody na brzeg olbrzymi sucuri, największy wąż świata. 
Głowę trzyma wysoko, haczykowato zadartą, patrząc gdzieś w przeciwnym od nas kierunku. Peł-
znie majestatycznie, nie spiesząc się. Już z sześć metrów grubego cielska wyłoniło się z rzeki, gdy 
nagle  spostrzegł  nas,  stojących  bez  ruchu,  więc  jednym  potężnym,  sprężystym  skrętem  zawrócił i 
znikł w wodzie. 
Stoimy, długą chwilę milcząc, jak urzeczeni. Wreszcie Tadeusz bąka: 
— Patrz pan, karabin stoi obok, a ja głupi, ja idiota, zbaraniałem do reszty. Taka okazja! 
— To, że pan zbaraniał, to głupstwo. Ale ja przecie w tym samym miejscu przed chwilą pływałem. 
— Zawsze ostrzegałem pana. Mówiłem, że pan nie wróci. Jaka różnica, czy dziś, czy jutro. 
Czułem się dumny. Nie tylko dlatego, że udało mi się wreszcie zobaczyć sucuri na własne oczy, ale 
właśnie  dlatego,  że  razem  z  nim  pływałem  w  rzece  i  nic  złego  mi  się  nie  stało.  To  był  dopiero 
chrzest Mato Grosso. 
W kilka dni po tym wypadku Tadeusz zastrzelił anakondę (druga nazwa sucuri). Przywlókł go do 
obozu, bo wąż nie był dostatecznie wyrośnięty. Miał około pięciu metrów. Zaskoczył go Tadeusz 
podczas drzemki nad brzegiem rzeki, niedaleko naszej codziennej plaży. Stare egzemplarze anakon-
dy  sięgają  dwunastu  metrów.  Taką  właśnie  skórę  oglądałem  raz  na  ścianie  w  Kurytybie. 
Opowiadano  mi  w  Paranie  historię  niesamowitą,  trudną  wprost  do  uwierzenia.  Oto  pewnego  razu 
znikł  bez  śladu  pewien  jeździec.  Według  wszelkich  domysłów  został  ściągnięty  z  konia  podczas 
przeprawy przez las. Koń bowiem wrócił sam do domu. W kilka miesięcy później zabito w tejże 
okolicy  dwunastometrowego  sucuri  i  po  zdjęciu  skóry  znaleziono  w  nim  resztki  długich  butów  z 
ostrogami;  przy  czym  jedna  ostroga  przebiła  skórę  na  wylot:  Sucuri  nie  jest  jadowity.  Należy  do 
grupy węży-dusicieli. W przeciwieństwie jednak do boa-constrictora, węża lądowego, sucuri prze-
bywa prawie stale w wodzie lub nad wodą. Pożywieniem jego są ryby, krokodyle i ptactwo wodne. 
Skóra sucuri nie jest tak ładna jak boa, można ją łatwo nabyć u kabokli za niewielkie pieniądze. 
Podczas gdy wąż-boa jest najlepszym przyjacielem tubylców zamieszkujących dorzecze Amazonki 
— spełnia bowiem w domostwach tamtejszych rolę kota zjadającego myszy i widzi się go bardzo 
często owiniętego pieszczotliwie dokoła szyi gospodarzy — to anakonda nie daje się oswoić i nie 

background image

cieszy się zresztą najmniejszą sympatią ludzi. 
Tadeusz wymyślił nowy sport, którym emocjonuje się coraz bardziej. Jest nim polowanie na ryby 
dzirytem.  Wysoko  unosząc  kolana,  baletniczym  krokiem  skradamy  się  wzdłuż  linii  brzegu, 
wypatrując  śpiące  w  mule  ryby.  Ja  świecę  latarką,  a  Tadeusz  poluje.  Wykazał  wielki  talent  w 
rzucaniu  dzirytem.  Mało  która  ryba  ujdzie  z  życiem.  W  ten  sposób  zapewnił  nam  ostatnio  kilka 
wspaniałych kolacji. 
Ze względu na krokodyle, leżące przeważnie w kamelotach, taka nocna wędrówka brzegiem nie jest 
stuprocentowo  bezpieczna.  Najwięcej  strachu  jednak  przysparzają  kręte  korzenie  wypełzające 
zdradliwie  aż  w  głąb  wody.  Jakież  oko  może  je  w  nocy  odróżnić?  Co  krok  więc  podskakujemy 
nerwowo, tracąc na moment panowanie nad sobą. 
Snop światła latarki myszkuje po tej plątaninie cieni zwisających i cieni unoszących się z podłoża. 
Czasami jakaś liana oplecie ramiona, jakby uścisk żyjących bestii, czasami kolec agawy albo palmy 
tucum chwyci za ubranie i ciągnie ku sobie z niemym uporem nocnej zjawy. Wszystko to przy nor-
malnym stanie nerwów nie czyniłoby z pewnością większego wrażenia, ale teraz, gdy uwaga nasza 
skupiona jest na jednym punkcie światła, kiedy oczy aż z orbit wyłażą w pościgu za rybą, a każdy 
szelest  przeraża,  takie  dodatkowe  niespodzianki  złośliwiej  przyrody  sprowadzają  na  człowieka 
zimny dreszcz lęku. 
Mało jest przebić rybę dzirytem, trzeba ją umieć wyjąć z wody. Dziryt wyślizguje się bardzo łatwo 
z przebitego ciała, a ranna ryba ucieka w głąb. Tak więc po wbiciu ostrza należy natychmiast dziryt 
położyć na ziemię i z tej pozycji dźwigać powoli ostrzem w górę. 
Przez  długi  czas  Tadeusz  był  niezmiernie  dumny,  że  to  on  jest  pierwszym  wynalazcą  w  Mato 
Grosso  łapania ryb na dziryt.  Joao parę razy chodził za nami jak cień, przypatrywał  się robocie i 
nigdy nic nie mówił. Dziś podchodzi do mego stolika pracy i powiada: „Muito bom araia, muito 
bom!”
 
Araia,  czyli  rają,  jest  to  potwór  morski  z  rodziny  rekinów,  ale  do  nich  nic  a  nic  niepodobny. 
Nazwałbym tego potwora raczej nietoperzem wodnym albo flądrą ze skrzydłami. Jednym słowem 
ni to ptak, ni to samolot, ni to ryba. Olbrzymie trójkątne skrzydła, dwoje chytrych ślepi w niewi-
docznym łbie, a z tyłu zamiast ogona dwa białe ościste szpikulce. Rają niebezpieczna jest właśnie z 
powodu  tych  zatrutych  ostrzy,  które  wbija  w  nieostrożnie  postawioną  obok  nogę.  Raje  leżą 
zazwyczaj  na  płask  tuż  przy  brzegu  albo  na  mieliznach,  przy  czym  są  zagrzebane  do  połowy  w 
piasku i  przez to  prawie niewidoczne. Obok piranii stanowią największą  grozę rzek brazylijskich. 
Według  słów  Myśliwca  zraniony  przez  raję  człowiek  już  po  kilku  minutach  zaczyna  wyć  z 
okropnego bólu oddając pod siebie kał i mocz. Niewielka pozornie ranka natychmiast gangrenuje i 
pacjent spędza długie miesiące w szpitalu, a gdy tego szpitala w pobliżu nie ma, zdarzają się wy-
padki śmierci. 
Muito bom araia okazała się naprawdę wielkości fenomenalnej. Rozpiętość skrzydeł wynosi półtora 
metra. Leży oto na piasku, przebita zaostrzonym patykiem. Jest koloru szarożółtego, w ciemniejsze 
cętki. Przypomina trochę czapkę muchomora. 
Biedny Tadeusz krąży jakoś koło mnie smutny i bez humoru. 
— Co się z panem stało? — pytam. 
— Ano, ten gałgan Joao upolował raję. 
— Więc cóż, zazdrości mu pan? 
— A pewnie — odpowiada Tadeusz ze złością — bo wie pan, czym on ją zabił? 
— No? 
— Dzirytem — odpowiada wściekły. 
— Pewnie się tego od pana nauczył — odpowiadam na pocieszenie. 
Tadeusz  spojrzał  na  mnie  nieufnie.  Rozumiałem,  że  ambicja  wynalazcy  została  w  nim  boleśnie 
dotknięta. Odtąd dziryt poszedł w zapomnienie. Mniej było ryb na kolację. 

 
 

background image

Śmierć arary 

 
Raz, dwa, trzy, cztery... — liczy Tadeusz kroki zbliżając się od wody ku mojemu hamakowi — ... 
jedenaście! 
— Co: jedenaście? — pytam go zaspanym jeszcze głosem. 
— Jedenaście  kroków  od  pana  spacerował  sobie przez caluteńką noc nasz tajemniczy jaguar. 
Mimo woli szybkim ruchem opuszczam nogi z hamaka. 
—  Niech  pan  patrzy,  ot  tutaj  świeżutkie  ślady,  a  my  jako  te  święte  jagniątka,  rzucone  na  ofiarę, 
chrapiemy niewinnie, zapomniawszy nawet o rozpaleniu ogniska. 
Teoretycznie  ognisko  było  rozpalone  według  wszelkich  myśliwsko-kaboklerskich  metod,  ale  nie 
wiem czemu ta teoria w praktyce nie wygląda poważnie i ogień się nie pali. Układamy go długim 
wałem  w  kierunku  wiatru,  spryskujemy  wodą,  aby  się  nie  skończył  za  prędko,  i  wszystko 
przemawia  za  tym,  że  winien  się  tlić  przez  całą  noc.  Parokrotnie  udało  się  nam  jakoś  ten  ideał 
osiągnąć. Zwykle jednak drugą połowę nocy spędzamy w zupełnej ciemności. O drzewo tutaj bar-
dzo  łatwo,  tylko  o  dobre”  drzewo  —  trudniej.  Najgorzej  przedstawia  się  sprawa  z  transportem. 
Kłujące liany szarpią skórę i biją po twarzy. Dłonie zajęte dźwiganiem kłód nie mogą się bronić. Po 
kilku takich transportach drzewnych odechciało się nam bezpieczeństwa, a obecność jaguara stała 
się od razu milsza i bardziej swojska niż przedtem. Kto by tam chciał głowę sobie nim zawracać! 
Byle  trochę  chrustu  na  ugotowanie  herbaty  i  stworzenie  w  chwili  zasypiania  oszukańczej  świa-
domości, że jednak jakiś tam płomyk migocze. Co potem, to obojętne. 
Pomiędzy hamakami wieszamy na sęku przyćmioną latarnię sztormową, licząc w błogiej a naiwnej 
nadziei, że może zastąpi ognisko. Niestety, według zgodnej opinii kabokli, żadna latarnia jaguarów 
nie odstrasza. 
— Czemuż pan tak zaniemówił? — pyta Tadeusz. — Wszakże jaguar już poszedł i do następnego 
wieczoru nie wróci.  Póki  jeszcze żyjemy, chodźmy wypychać ptaki. Jest  ich dzisiaj  porcja dosyć 
duża. 
Zachody  słońca  coraz  piękniejsze  i  coraz  niesamowitsze.  Wzniecane  przez  naszych  myśliwych 
szerokie pożary Pantanalu pokryły  całe niebo subtelną mgłą sadzy. W ciągu dnia przy świetle nie 
widzi  się  jej  wcale,  dopiero  gdy  nastąpi  wieczór  i  słońce  opuści  się  do  poziomu  tych  mgieł, 
wygląda, jakby się chowało za przezroczystą, fioletową kurtynę. Normalnie — rażące oczy, teraz 
daje się oglądać bez zmrużenia powiek. 
Olbrzymi,  szkarłatny  lampion  chiński,  zawieszony  na  tle  fioletu  —  oto  słońce  nad  płonącym 
Pantanalem. Jak każde niezależne od woli ludzkiej, a rzadko tylko spotykane zjawisko naprowadza 
ten widok na człowieka niesamowity jakiś dreszcz niepokoju, że coś dzieje się na opak, nie tak, jak 
powinno  się  dziać  normalnie.  Takie  uczucie  miewa  się  zwykle  podczas  zaćmienia  słońca  lub 
patrząc na potężne błyskawice w czasie burzy. 
Od  kilku  dni  wstaję  bardzo  wcześnie,  jeszcze  przed  brzaskiem.  Wtedy  jest  najpiękniej.  Dziś  na 
przykład rozśpiewał się poranek wyjątkowo głośno. Arancuangi kompletnie powariowały z radości. 
Obsiadły  gremialnie wszystkie okoliczne drzewa. Powodem  ich radości są chyba kwitnące piuva. 
Specjalnie słodkie muszą być te kwiaty, skoro tak się o nie dobija cały świat ptasi. Od szeregu dni 
zamiłowanie  to  stwierdzam  podczas  krwawej  sekcji.  Gardziele  ptaków  zamieniły  się  w  worki 
barwnych confetti. Płatki koloru różowolila dominują, są to właśnie kwiaty drzewa piuva. 
Od  połowy  lipca  Pantanal  zaczyna  kwitnąć,  co  kilka  dni  zmieniając  kolor.  Drzewa  wkładają  na 
siebie  kwiaty    zamiast  liści.  Tak  więc  dzisiaj  mamy  tydzień  lila,  potem  przyjdzie  kolor  żółty,  po 
nim ciemnofioletowy i wówczas zwariują z kolei kolibry. Potem będzie biało i tak w koło. 
Siedzę z pochyloną  głową nad  rozprutym  żwaczem  ptasim i  jest mi niezmiernie smutno. Barwne 
pączki  połkniętych  kwiatów  sypią  się  na  moje  palce  niemym  wyrzutem  popełnionej  zbrodni. 
Nikomu wszakże te ptaki nie uczyniły krzywdy, nikomu nie przeszkadzały, zbierały sobie kwiaty, a 
kwiatów tych aż za dużo, cały Pantanal różowy. Czemuż więc im żałować, za co je zabijać? 
Gdy tak dumam sobie smętnie z odłożonym na bok nożem, nagle ponad głową moją rozgadały się 
dwie  arary.  Nie  spotykałem  ich  dotąd  w  tej  okolicy.  Prawdopodobnie  przyleciały  także  do  piuvy. 

background image

Dlaczego jednak usiadły właśnie nad moją głową? Papuzia ciekawość. Papuzia ciekawość i tyle. 
Arary Pantanalu należą do największych i najrzadszych. Ich granatowe upierzenie z żółtą obwódką 
dokoła  oczu  nie  ma  tej  tandetnej  pstrokacizny,  jaka  cechuje  inne  papugi  tego  gatunku  znad 
Amazonki. Są one, że tak powiem, bardziej rasowe i bardziej „z towarzystwa”. 
Skrzek  arary  nie  jest  sympatyczny.  Drą  się  ochryple,  zgrzytliwie  i  głośno,  nie  wiadomo  nigdy, 
dlaczego i po co. Przekrzywiają przy tym swoje potężne dzioby, jak urodzeni krótkowidze. 
Przytulone  czule  do  siebie,  siedzą  oto  nade  mną  i  gapią  się.  Są  nieprzyzwoicie  natrętne.  Samca 
można łatwo poznać, jest bowiem znacznie większy od swojej połowicy. 
W tym momencie przychodzi mi raptem myśl do głowy. Wszakże obok nas, zaledwie dwadzieścia 
metrów  stąd,  tkwi  „Anjanga”,  a  w  niej  Myśliwiec.  Po  cóż  więc  te  głupie  ptaki  tak  się  drą 
niemiłosiernie? Nie rozumieją, że śmierć tuż obok tylko czyha na szaloną okazję. Jakże je uspokoić 
teraz  —  jakże  im  wytłumaczyć  naiwną  dziecinadę?  Wszakże  człowiek  należy  unikać.  Wie  o  tym 
każde  stworzenie  dżungli,  wie  o  tym  nawet...  Kipling,  a  te,  durne,  przyleciały  właśnie  tutaj  nad 
samą  naszą  głowę  i  krzyczą.  Szybko  wstaję,  aby  je  w  porę  jeszcze  odstraszyć.  I  już,  już  mam 
dyskretnie  klasnąć  w  dłonie,  gdy  płótno  „Anjangi”  nagle  się  odsłania  i  wychodzi  stamtąd 
rozczochrany  jak  zwykle,  w  swoich  nigdy  nie  zdejmowanych  i  nie  dopiętych  portkach  Stanisław 
Myśliwiec. 
Za  późno.  Karabin  trzyma  w  ręku.  Tak  wygląda  brutalna  rzeczywistość.  Boso,  w  rozchełstanej 
koszuli  na  włochatej  piersi,  podkrada  się  uzbrojona  po  zęby  ludzka  pokraka  do  pięknych, 
granatowych ptaków, a one jeszcze bardziej są ciekawe, jeszcze bardziej zdumione, przekrzywiają 
najspokojniej  swoje  wielkie  łby  na  boki  i  patrzą.  Patrzą  i  myślą  sobie  pewno:  „Swoją  drogą 
śmieszne bydlę z tego człowieka, ni to pająk duży, ni to ibis długonogi, ni to krokodyl na sztorc”. 
Nie  odlatują  biedne  ptaki.  Wychodzą  prawdopodobnie  ze  słusznego  założenia,  że  skoro  krzywdy 
nikomu nie czynią, w drogę nikomu nie wchodzą, owoców nie kradną (bo ich tutaj  nie ma), więc 
czemużby się miały bać? 
Pająkowaty potwór ludzki ma jednak swoiste upodobania i swoiste prawa uczciwości. Strzał padł i 
mniejsza  z  papug  zachwiała  się  niezdarnie.  Zatrzepotała  błękitem  piór  i  ciężko  lecąc  poprzez 
gałęzie, spadła do naszych nóg. Pozostały, zdrowy jeszcze towarzysz odpowiedział jej mocniejszym 
krzykiem zdumienia, przekrzywiwszy dziób patrzy na dół zdziwiony, co się takiego mogło jej nagle 
przydarzyć. Nie myśli wcale uciekać. Któż by zostawił ukochaną bez pomocy! Nie rozumie, co się 
stało. Spadła z gałęzi nagle i bez powodu, a teraz leży na trawie. Pochylił się więc i pyta. Kracze 
dziwnie chrypliwie i smutno, a z dołu odpowiada mu ranna towarzyszka. Rozmowa nie trwa długo. 
Myśliwiec  podnosi  karabin.  Gruchnął  drugi  strzał  i  skrzydła  wielkiego  ptaka  obwisły  bezwładnie 
(że  też  Stanisław  ma  talent  w  ich  łamaniu!).  Następuje  krótkotrwała  walka  o  utrzymanie 
równowagi.  Zdrowe  skrzydło  tłucze  się  niezdarnie  o  gałąź.  Myśliwiec  spuszcza  broń  i  patrzy  z 
jakąś  sadystyczną  satysfakcją  w  górę.  Zauważyliśmy  już  dawno  z  Tadeuszem,  że  polowanie 
Myśliwiec zdaje się traktować przede wszystkim jako przyjemność zabijania, bez sensu, bez celu, 
bez żadnego prawa. 
Myśliwiec nie spieszy się. Więc tragiczne krakanie trwa. Samiec wciąż jeszcze nie ustępuje. Spadł 
o parę gałęzi niżej i tu zawisł szponami w górę, a głową na dół. Krew ścieka mu ze skrzydła dużymi 
kroplami.  Na  nic  wysiłek.  Jeszcze  parę  rozpaczliwych  szarpnięć  i  biedny  ptak  wali  się  ciężko  na 
trawę.  Rzucamy  się  naprzód.  Żałosna  dotychczas  nuta  krakania  przechodzi  nagle  w  ton  bojowy. 
Obie papugi leżą na plecach, gotowe do obrony. Rozwarły olbrzymie dzioby, nadstawiły pazury i 
czekają  na  atak.  Naiwne  po  raz  drugi.  Sądzą, że  człowiek  zacznie z  nimi  uczciwy  i  prostolinijny 
bój.  Dzięki  potężnym  mięśniom  szczęki,  zdolnym  zmiażdżyć  palec  aż  do  kości,  są  pewne 
zwycięstwa. Tymczasem chytry a tchórzliwy człowiek ani myśli ryzykować. Na wszystko zna on 
podstępne sposoby. Podnosi z ziemi suchy patyk i zbliża go do rannego ptaka, a ten, głupi, chwyta 
go  zajadle  pazurami  obu  łap  i  dziobem,  wgryza  się  weń  aż  do  miąższu.  Tego  tylko  właśnie 
potrzeba,  aby  jednym  nagłym  ruchem  chwycić  ptaka  za  szyję  i  uchronić  się  w  ten  sposób  przed 
niebezpiecznym zgryzem. Szponów można się już nie bać. Naiwny ptak nie wypuści dobrowolnie 
kija. 
W  ten  sposób,  łapami  wsparta  na  patyku,  chwycona  za  kark,  może  być  arara  transportowana 

background image

bezpiecznie. Myśliwiec niesie jedną, a ja w tenże sposób drugą. Obie podczas drogi nie przestają się 
wzajemnie nawoływać jakimś dziwnie rozumnym krakaniem. Wydaje mi się, że w niedługim czasie 
mógłbym ten ich języku zrozumieć. 
Tadeusz  ma  pono  wielką  praktykę  w  hodowaniu  dzikich  zwierząt;  poza  tym  —  kobieco  tkliwe 
serce.  Myśliwiec  kocha  przyrodę  chyba  tylko  jako  ulegalizowane  źródło  emocjonującego  mordu. 
Doniósł więc teraz swoją ararę do stołu operacyjnego, gdzie rzucił ją silnie na ziemię z obojętnością 
i  okrucieństwem  tak  charakterystycznym  dla  jego  duszy.  Ma  być  wypchana,  takie  jest  jej 
przeznaczenie, a kiedy i jak umrze, to go zupełnie nie obchodzi. 
Porozumiewamy  się  z  Tadeuszem  i  wiemy  już,  co  trzeba  czynić.  A  więc  przede  wszystkim 
lekarskie  oględziny.  Kładziemy  z  początku  samca  na  stół.  Trzymając  ostrożnie  dziób  i  pazury, 
rozgarniam  mu  pióra  na  karku  i  skrzydłach.  Jedno  skrzydło  jest  połamane  w  kilku  miejscach. 
Niestety, nawet przy najszczerszych staraniach nic się już nie da z nim zrobić. Stan beznadziejnie 
ciężki. Ze smutkiem odstawiamy pacjenta na stronę. Z kolei idzie na stół jego małżonka. 
Dziwna rzecz. Ptaki jakby rozumieją naszą dobrą intencję. Pierwszy jeszcze niby się troszkę broni, 
ale bez żadnej zaciętości. Drugi natomiast poddaje się torturom z całą świadomością koniecznej ich 
potrzeby.  Wlepia  we  mnie  jakby  pytający  wzrok,  czy  aby  da  się  jeszcze  coś  zrobić.  Za  każdym 
boleśniejszym  ruchem  moich  palców  pojękuje  z  cicha  jak  ciężko  ranny  żołnierz.  W  ten  sposób 
zeszywam na żywca pięć dużych ran. Kula bowiem przebiegła wzdłuż kości ramieniowej, tworząc 
wloty i wyloty na zgięciach skrzydeł, gruchocząc po drodze wszystkie stawy. 
Wreszcie z dumą odkładam skalpel. Dokonałem zabiegu legę artis. Życie ptaka zależy jedynie od 
ilości utraconej przedtem krwi. 
Pod osłoną worka leży teraz na stole spokojny, jakby oczekując dalszego losu. Przymrużone z lekka 
powieki  drżą.  Przy  bandażowaniu  obracamy  go  z  Tadeuszem  bez  najmniejszych  już  obaw.  Nie 
próbuje  nawet  mścić  się  za  doznany  przed  chwilą  ból.  Przytwierdzamy  oba  skrzydła  do  tułowia 
mocnym bandażem. W ten sposób arara przybiera postać zbiedzonej babuliny wiejskiej, owiniętej 
na krzyż chustą. 
Obie  papugi  razem  wiążemy  na  długich  sznurach,  umieszczając  obok  siebie.  Obserwujemy  je  z 
daleka.  Pierwszą  ich  myślą  jest  wyswobodzić  się  z  tych  krępujących  więzów.  Kładą  się  więc 
ostrożnie na wznak i leżąc w tak nienaturalnej pozycji, cierpliwie a flegmatycznie gryzą dziobami 
supełki na nogach. Z tej żmudnej pilności wyziera tyle samozaparcia, tyle uporu i wiary, jak gdyby 
była to już nie pierwsza ich niewola i nie pierwszy tego rodzaju fortel. Zmieniam wkrótce sznury na 
drut.  Nie podobało  się to wyraźnie papugom.  Po paru nieudanych próbach ponownego  gryzienia, 
rezygnują.  Opodal  stoi  rozłożyste  drzewo.  W  gęstwinie  jego  liści  postanowiły  teraz  szukać 
schronienia. Pomagając sobie dziobami, ciężko i nieudolnie jęły się drapać na pochyłą gałąź. Praca 
idzie mozolnie. Co chwila spadają pojękując cicho z bólu. Po godzinie jednak zastajemy je obie na 
wysokiej gałęzi. Na wpół drzemiąc siedzą oparte o siebie, zrezygnowane i ciche. 
Za każdą naszą próbą zbliżenia się do nich powstaje chóralny skrzek niepokoju. To nas ogromnie 
martwi  i  peszy.  Krążymy  dookoła  jak  urzeczeni,  dręczeni  wyrzutami  sumienia.  Łamiemy  wciąż 
głowę, jak by tu biedakom przyjść z pomocą. Biorę na próbę blaszankę od skodensowanego mleka, 
napełniam  ją  wodą  i  ostrożnie  podsuwam  pod  dziób  najbliższego  ptaka.  Jestem  ostrożny  i 
przygotowany  na  szybki  ruch  ogromnego  dzioba,  który  zmiażdżyłby  mi  w  jednej  chwili 
nadstawiony palec. Ale papuga powoli przekrzywia łeb, krytycznie spogląda to na blaszankę, to na 
mnie i z najwyższym  spokojem zaczyna pić wodę. Groźny jej  dziób mija moje drżące jeszcze ze 
strachu palce tam i z powrotem, ani myśląc czynić mi krzywdy. 
Ośmielony tą pierwszą próbą, napełniam łyżkę ryżem i podsuwam ją pod dziób ptaka. Jak przedtem 
tak  i  teraz  nie  namyśla  się  długo.  Badawczym  wzrokiem  lustruje  podany  przedmiot,  po  czym 
ruchem pełnym rezerwy bierze kilka ziarnek, dusi je i smakuje czarnym językiem. Niestety, ryż nie 
przypada do gustu. Zwyczajnie i po ludzku... wypluwa. Powtarzam próbę z fasolą. Wynik ten sam. 
Wówczas  posuwam  się  już  do  granic  najwyższego  ryzyka,  biorę  jedno  ziarno  fasoli  i  podaję  je 
papudze palcami pod oczy. Przestraszony Tadeusz szepcze mi do ucha, że zostanę bez ręki, że nie 
ma szpitala, a on się na ranach nic a nic nie zna. 
Tadeusz stał dalej od ptaka i dlatego nie mógł zrozumieć jego smutnych spojrzeń. Nie mógł z nich 

background image

wyczytać tej ufności, którą wyczytałem ja. Widocznie jakiś szósty zmysł działa pomiędzy nami bez 
słów i bez dotyku. Biedne ptaszysko ostrożnym, jakby uczonym, subtelnym ruchem wyjęło ziarno 
fasoli z moich palców i przegryzłszy je na pół, wypluło z niesmakiem. 
— Jak idiotycznie przedstawia się człowiek wobec takiego biedactwa — roztkliwiał się tymczasem 
Tadeusz. — Z czegóż możemy być dumni, my ludzie? 
— Lepiej  niech mi  pan poradzi,  co mamy  dalej robić. Skąd wziąć jedzenie? Wyczerpaliśmy już 
wszystkie możliwości naszej bogatej spiżarni. Poddałem jeszcze ostatecznej próbie cukier, ale i ten 
zakwalifikowały papugi jako świństwo. 
—  Po  cóżeś,  głupia,  przyleciała  aż  tutaj?  —  pytam  ararę  na  głos,  a  Tadeusz  obok,  milcząc,  żuje 
papierosa i przestępuje z nogi na nogę, co zwykł czynić w najwyższym zdenerwowaniu. Bezsilność 
w stosunku do czyjegoś cierpienia nie ma żadnej logiki. Jest to uczucie gnębiące zarówno na widok 
rannego  psa,  jak  tysiąca  umierających  ludzi.  Litość  jest  uczuciem  czystym  a  bezkrytycznym  i 
dlatego smutek nasz nie był wówczas ani śmieszny, ani czułostkowy. Przed nami było cierpienie, 
które nas obwiniało. Tej winy nie byliśmy w stanie naprawić i to było najważniejsze. 
Poszliśmy spać na głodno. Papugi i my. 
Gdzieś  koło  północy  zbudziła  mnie  nagła  myśl:  „czekolada”.  Resztki  jej  leżą  gdzieś  na  dnie 
pudełka. Nowa nadzieja podrywa mnie z hamaka. Mieszam  proszek z wodą i  cukrem,  a Tadeusz 
milcząc  pomaga.  Raz  po  raz  rzucamy  z  czułością  wzrok  na  drzemiącą  obok  papugę.  Jakby  nas 
wyczuła. Otwiera oczy i przekrzywia łeb. Mój Boże, dałbym wszystko w tej chwili za uratowanie 
jej życia. Już nie skrzeczy nawet, gdy się do niej zbliżamy. Nie odsuwa się na drugi koniec gałęzi 
jak przedtem. Przeciwnie. Jakby czekała na nowy nasz poczęstunek. Bez namysłu zanurza dziób w 
czekoladowym  płynie,  ale  tylko  raz.  Więcej  nie  próbuje.  Zrezygnowani  i  przybici  wracamy  do 
swoich hamaków. 
— Panie Tadeuszu, chodźmy spróbować eksperymentu z drugą papugą, może będzie mądrzejsza. 
Może się okaże mniej wybredna. 
Idziemy świecąc przed sobą snopem światła elektrycznej latarki. Z daleka już widnieje suchy badyl, 
a  na  nim  przepiękny,  olbrzymi,  niebieski  samiec.  Ptak  nie  jest  zabandażowany  i  robi  wrażenie 
zupełnie  normalne.  Jeszcze  z  pięćdziesiąt  metrów  dzieli  nas  od  niego.  Za  chwilę  zacznie  w  nie-
pokoju,  przeraźliwie  kracząc,  kiwać  się  na  boki.  Zacznie  przemierzać  łapami  długość  gałęzi. 
Podchodzimy  z  Tadeuszem  powoli,  coraz  wolniej,  aby  go  nie  straszyć.  Nieruchomo  zastygła 
postawa papugi  czyni  na nas coraz bardziej przygnębiające wrażenie. Nie mówimy do siebie,  ale 
każdy  o  jednym  i  tym  samym  myśli.  Zachowanie  się  papug  podczas  operacji  i  potem  w  czasie 
karmienia,  ich  mądrość  i  wdzięczna  łagodność  zdołały  w  nas  wzbudzić  przywiązanie. 
Przyspieszamy  kroku.  Już  biegniemy.  Papuga  w  dalszym  ciągu  nie  zmienia  swojego  położenia. 
Przekrzywionym  dziobem  trzyma  górną  gałąź,  a  palce  nóg  kurczowo  się  opierają  na  dolnej. 
Szkliste,  martwe  już  oczy  lśnią  w  odbiciu  latarki.  Stoimy  jak  wryci.  Zaskoczeni  jesteśmy  tym 
zupełnie  dla  nas  niespodziewanym,  a  tak  dziwnym  zakończeniem  męki.  Wzniesiony  do  poziomu 
naszych twarzy ptak patrzy oto z bliska niemą skargą. 
Ostrożnie  i  niemal  z  czułością  dotykam  olbrzymiego  dzioba.  Ruchem  wahadłowego  bezwładu 
zakiwała  się  błękitna  głowa.  Pod  badylem  na  trawie  rdzawi  się  szeroko  plama  zakrzepłej  krwi. 
Biedny ptak musiał tak gasnąć powoli, zaciskając dziób na gałęzi, aby z niej broń Boże nie upaść. 
Siłą gasnącej woli bronił się przed hańba upadku z wolności ptasiej na niewolną ziemię. 
Każda  śmierć  ma  swój  specyficzny  wyraz.  Ta  była  uosobieniem  ciszy  i  tragicznego,  a  raczej 
smętnego spokoju i  rezygnacji. Ten smutek  właśnie udzielił się nieuchwytnym  fluidem  nam  obu. 
Tadeusz  dawno  już  zgasił  latarkę,  ale  oswojony  z  ciemnością  wzrok  doskonale  odróżnia  cień 
wiszącego przed nami ptaka. 
W tej chwili doleciał nas szelest kulejących kroków i miarowy brzęk łańcucha. Zdumieni obracamy 
głowy. 
Wlokąc  za  sobą  kawałek  łańcucha,  obandażowana  na  krzyż  poplamioną  chustką,  dużym  i 
niezdarnym  rozkiwanym  krokiem  idzie  ku  nam  powoli  nasza  druga  zraniona  arara.  Czyżby 
przeczuła  zgon  towarzysza?  Nie  chciałem  czekać  na  to,  co  miało  teraz  nastąpić.  Sam  nie  wiem, 
czemu zdawało mi się, że ta papuzia niema boleść tysiąckrotnie może być głębsza od wszystkich 

background image

ludzkich łkań i teatralnych krzyków i że to bezgłośne i tragiczne spotkanie nierozłącznej dotąd pary 
puszczańskich przyjaciół starga mi do reszty nadszarpnięte nerwy i ja, człowiek dorosły, zbłaźnię 
się w dobie klęsk i prawdziwych nieszczęść głupim sentymentalizmem. 
Zawracamy obaj szybkim krokiem do swoich hamaków. 
Cały  dzień  następny  schodzi  nam  na  wytężonej  pracy.  Nie  mam  czasu.  Wypychanie  pochłania 
uwagę i pamięć. Ogromny tuiuiu przypadł mi dzisiaj w udziale. Przy najlepszych nawet chęciach 
nie skończę go do późnego wieczoru. Powiesiłem ptaka za dziób na gałęzi i w ten sposób wywle-
kam  go  ze  skóry.  Mierzy  dwa  metry,  czyli  jest  wyższy  ode  mnie.  Największą  trudność  przy 
wypychaniu  sprawiają  śnieżystobiałe  pióra.  Ani  się  spostrzeżesz,  jak  krople  krwi  popsują  ci  całą 
robotę.  Za  każdym  cięciem  muszę  okrywać  pióra  workiem  i  wyczyniać  istne  akrobacje.  Dopiero 
wieczorem idę napoić moją biedną papugę. Jakże mogłem dotąd nie pomyśleć o tym! Z blaszanką 
w ręku kieruję się ku badylowi. W tymże momencie przychodzi mi do głowy myśl, że dawno już 
mojej papugi nie ma, wszakże zapomniałem ją przywiązać. Trudno przecież wymagać od dzikiego 
ptaka,  żeby  siedział  całą  dobę  w  oznaczonym  ściśle  miejscu.  A  zresztą  może  to  i  dobrze,  że 
zapomniałem przywiązać. Znajdzie sobie jakiś owoc i prędzej wykuruje sobie skrzydła. Nałożone 
szwy nie dopuszczą już do krwotoku. Tak medytując zbliżam się do badyla. Przytulone do siebie 
głowami i nieruchome, siedzą obie papugi. Czyżby i ta druga już nie żyła? Wstrzymałem oddech. 
Podchodzę. Dwa miłujące się ptaki, ogromne, nierołączne, z obwisłymi bezsilnie skrzydłami, patrzą 
oto w szkarłatną łunę zachodzącego słońca. 
Chór  arancuang  zagrzmiał  nagle  harmonijnym  wołaniem  i  pognał  jak  zwykle  w  dal.  Krokodyle 
warknęły od niechcenia i na ten wrogi głos jedna z papug sennym, poważnym ruchem obraca głowę 
i  nasłuchuje.  Więc  jednak  żyje!  Radość  porwała  mnie  z  miejsca.  Podbiegłem  do  niej  z  czułym 
słowem,  jak  do  bliskiej  już  sobie  istoty,  podsuwam  miskę  z  wodą  pod  same  oczy.  Łapczywie 
siorbie  wodę  bez  namysłu  i  przymykając  rozkosznie  powieki,  zadziera  raz  po  raz  w  górę  swoje 
straszliwie niezdarne dziobisko. Dobry mój, rozumny ptak! Może mu będzie jednak lepiej. Może w 
końcu wynajdziemy coś do jedzenia. 
— Zabiorę cię na inny jakiś krzak. Nazbyt smutno tutaj tobie, prześpisz się, zapomnisz. Chodźmy. 
Pieczołowicie zdejmuję papugę z gałęzi. Nie stawia najmniejszego oporu i nie protestuje głosem. 
Niosę ją przytuloną do boku jak niemowlę w pieluszkach. Wybieram  wygodne drzewo niedaleko 
obozu  i  sadzam  ją  tam  na  poziomej  gałęzi,  dobrej  do  chwytu.  Daję  spokój  wszelkim  sznurkom. 
Zechce uciekać — wola boska. Niech robi tak, jak jej lepiej, jak wygodniej. 
W parę  godzin  później siedzimy sobie wszyscy trzej  przy kolacyjnym  stole. Mato Grosso  dawno 
już śpi. Rzeka zastygła w srebrze księżyca i prześwieca ku nam postaciami duchów uformowanych 
czupryną  liści.  Chór  żab  i  cykad  wyciąga  jeszcze  ostatnie  akordy  nocnej  symfonii.  Przyczajona 
cisza zwierzęcych łowów za chwilę ma się rozpocząć. 
Jao  —  nocny  potępieniec,  wygwizduje  co  kilka  minut  swój  trójdźwiękowy  sygnał.  On  nigdy  nie 
zamilknie..  To  jego  los,  jego  przeznaczenie  gonić  tak  nocami  poprzez  dżunglę  i  szukać, 
beznadziejnie wołać, skamleć monotonnym gwizdem o litość. 
Poza  tym  nic  już  nie  słychać.  Chyba  jeszcze  ciężki  plusk  krokodyla  wciągającego  swój  obżarty 
brzuch do wody albo jakiś nadprogramowy a krótkotrwały wrzask duszonej ofiary, ale to rzadko, 
bardzo rzadko się zdarza. 
Pijemy herbatę znużeni gorącem dnia i komarami. Marzymy o hamaku. Czasami od niechcenia ktoś 
rzuci słówko. Tadeusz właśnie zakończył którąś z opowieści myśliwskich czy też lotniczych. Nie 
słyszałem  jej  wcale.  Myśl  moja,  ciężka  i  osowiała,  nie  chce  się  jakoś  czepiać  banalnych  historii. 
Postrzelone tak niezręcznie ptaki wracają mi wciąż przed oczy nużącym wyrzutem. 
Raptem  ciszę  naszego  zadumania  przerywa  jakiś  donośny  i  tragiczny  jęk.  Jęk  tak  przeraźliwie 
smutny  i  chrypliwy,  tak  wymowny,  że  dreszcz  przerażenia  wstrząsnął  naszą  trójką.  Mimo  woli 
kierujemy  wzrok  ku  Myśliwcowi.  On  chyba  wie.  On  nam  zaraz  wyjaśni.  Może  to  łkanie 
pojedynczego szakala? A może lobo, wilk brazylijski, wpadł krokodylowi w paszczę? 
To nie ptak. To żaden ze znajomych krzyków. 
Zamarliśmy nadstawiając uszu. Coś musi się stać. Coś, co rozwikła tajemnicę. 
I  oto  dziki  jęk  powtarza  się  nagle  jeszcze  bliżej,  donośniej  i  ostrzej.  Jakby  wołanie  o  pomoc,  o 

background image

zrozumienie męki. Trwa przez kilka długich sekund, po czym załamuje się w chrypliwy, duszący 
skrzek. 
— Nie wiem — powiada Myśliwiec z namysłem i chce dalej o czymś głupim gadać, ale Tadeusz 
innego jest widocznie zdania. Bo oto zrywa się raptem od stołu i zdecydowanym a szybkim ruchem 
biegnie w stronę usłyszanego przed chwilą głosu. Idę w ślad za nim. I oto w drodze uświadamiam 
sobie  nagle,  nabieram  pewności,  że  ten  krzyk,  to  nocne,  tragiczne  wołanie  przeznaczone  było 
właśnie dla nas. Boję się sprawdzić, czy rodzące się w duszy przypuszczenia są słuszne. Stajemy 
pod wysoką gałęzią, rzucając na nią snop światła. 
Oto leży nad nami arara z głową opuszczoną, ze smutnym gestem rezygnacji i wzrokiem zasnutym 
już śmiertelną mgłą patrzy nam w oczy. 
Wołała,  więc  przyszliśmy.  Stoimy  bezradni  wobec  śmierci.  Uniosła  dziób  o  parę  centymetrów  w 
górę,  jak  gdyby  pragnąc  przekazać  nam  swoją  wdzięczność  za  to,  swój  ptasi,  nieskomplikowany 
testament,  i  zbrakło  jej  siły.  Głowa  opadła  w  omdleniu  jeszcze  niżej,  dziób  chwyta  gałąź  dla 
zachowania równowagi. 
Dziwny jest ten instynkt zachowywania wysokości u ptaków. Widocznie upadek na ziemię hańbi je 
nawet po śmierci. Jak gdyby po ciężkiej fizycznej pracy, opuściwszy ramiona, wracamy milcząc do 
obozu. 
Papugi zostały na swych posterunkach. Jutro rano zdejmie się z nich skórę. 
Niestety,  gdy  przyszło  do  roboty,  wszystko  okazało  się  na  nic.  Skrzydła  połamane  nie  dały  się 
zreperować. Kłakami wyrwane pióra, to  zwykła robota Myśliwca. Strzela bez planu i myśli. Gdy 
Tadeusz przyniesie jakiegoś ptaka, to można z góry przysiąc, że jest cały i do wypychania dobry. 
Tadeusz, zanim kulę zepsuje, krąży koło swojej ofiary, tam spojrzy, tu podceluje i często odchodzi 
bez zdobyczy. 
— Czemu  pan nie  strzelał,  wszakże to było tak blisko? 
— A, bo widzi pan, niezręcznie się jakoś ustawiłem. Gdybym zastrzelił, połamałbym ptaka. 
Tak więc nie było  najmniejszego sensu w zabiciu papug.  Z jednej Tadeusz spreparował  sobie na 
pamiątkę  czaszkę,  a  z  drugiej  pozostawiłem  sobie  parę  długich,  niebieskich  piór  z  ogona.  To 
wszystko. Czyż warto było tak strzelać? 
Biedne arary! 

 
 
Jaszczury i jaja

 

 
Swoją drogą człowiek to jest wielki leń i wielki drań. Każdą sytuację potrafi wykorzystać tak, aby 
ktoś  lub  coś  za  niego  pracowało.  Nawet  w  dzikim,  bezludnym  Mato  Grosso  po  paru  tygodniach 
postoju wyręczamy się w pracy. Tak więc krokodyle i sępy oczyszczają nam śmietniki. Jastrzębie 
pożerają nadmiar mięsa. Nic nie gnije i nic nie zasmradza powietrza. Mrówki pięknie oczyszczają 
kości potrzebne dla muzeum. Największą jednak pomoc mamy z maleńkich rybek, które tysiącami 
roją się na naszym mieliźnianym brzegu. Po jedzeniu wkładamy po prostu talerze i miski do wody i 
w ciągu godziny wszystko jest objedzone i wylizane na czysto. 
Dziś mieliśmy kapitalne widowisko. Oto nad spopielonym Pantanalem, czyli mówiąc z brazylijska: 
nad  Cemadą,  wyrosły  nagle  dwa  olbrzymie  czarne  słupy.  Po  chwili  wierzchołki  tych  słupów 
rozrzuciły się wysoko na niebie w świetliste czuby i zaczęły szybko posuwać się ku nam. 
—  O  psiakrew!  —  wrzeszczy  Stanisław  i  spiesznie  zapina  brezent  nad  „Anjangą”.  —  Panowie, 
prędzej wszystko poprzykrywać, zaraz nas zarzuci popiołem! 
— Trąby powietrzne — wytłumaczył domyślnie Tadeusz. 
— Sam to widzę — odrzekłem obrażony.  Poucza mnie jak dziecko. 
Z odległości paru mil trąby przygnały z wiatrem tuż przed nasz obóz i nie wiem dlaczego, raptem 
zawirowały szerzej i coraz większym kołem jęły opadać na ziemię. 
— No, chwała Bogu, nasze szczęście, inaczej bylibyśmy czarni jak kominiarze — westchnął z ulgą 

background image

Myśliwiec. 
Wracam do przerwanej pracy. Na warsztacie mam iguana. Śliczny okaz, wyjątkowo długi i pięknej, 
seledynowej barwy. 
— Ależ grubas! — powiada Tadeusz, gdy właśnie przecinam skalpelem obrzuszną i dalsze błony 
jaszczura. Spod tych błon wyłania się jakaś dziwna wstęga ni to nabojów karabinu maszynowego, 
ni to warszawskich parówek. Żółte, owalne gałki, połączone ze sobą przezroczystą, bardzo mocną 
błoną.  Początkowo  nie  mogłem  sobie  tego  zjawiska  wytłumaczyć.  Dopiero  praktyczny  Tadeusz 
przyszedł z pomocą w rozwiązaniu zagadki. 
—  To  jaja  —  powiada  flegmatycznie,  jak  gdyby  szelma  od  urodzenia  takie  jaja  jadał.  Jeżeli 
Tadeusz czegoś nie wie, to jego bujna fantazja myśliwska zawsze dopowie resztę. 
Przewiesiłem  jajową  taśmę  jaszczura  poprzez  gałąź  najbliższego  drzewa  i  dalej  pracuję  nad  jego 
skórą. Tadeusz znikł jak zwykle w gąszczach w gonitwie za ptakami. I oto normalnie szeleszczącą 
puszczę przejął jakiś niepowszedni tumult. Ten tumult pędził w moim kierunku. Nie czekając, aż 
nieszczęście  spadnie  mi  na  kark,  chowam  się  do  namiotu.  Strusia  mądrość  każe  mi  zawsze  kryć 
głowę w piasek. Innej wszakże obrony nie mam. Karabiny mi zabierają, a mały skalpel w żadnym 
wypadku broni nie zastąpi. 
Wściekłe tupotanie ustało, a po chwili ciężkie westchnienie Tadeusza rozległo się tuż koło mnie. 
— Co u licha? — pytam wychodząc z namiotu, jakby nigdy nic. 
— Biegnij pan, szybko, szybko! 
Nie daję sobie tego powtarzać i pędzę co sił w nogach. Tadeusz leży już na brzuchu i zagląda w 
jakąś dziurę. 
— Bestia umknął mi przed samym nosem, ot tu. Musi na pewno siedzieć niedaleko. 
— Co za bestia? — pytam ciekawie. 
— Jaszczur. Wyjątkowo duży jaszczur. A może wąż, nie zauważyłem. 
— Skoro jaszczur, to go weźmiemy żywcem. Dawaj pan tu łopatkę. 
Tym razem ja z kolei udaję mędrca. Łapałem już bowiem jaszczury i znam doskonale obyczaje tych 
gości. 
Przynajmniej  zemszczę  się  na  Tadeuszu  za  jego  wieczne  mędrkowanie.  Choć  raz  ja  będę 
nauczycielem.  Stoję  więc  nad  karkiem  Tadeusza  i  dumnie  rozkazuję.  On  klęczy  tymczasem  na 
ziemi i cierpliwie rozkopuje norę według moich wskazówek. 
— Nie w głąb, tylko wzdłuż i ostrożnie. Niechże pan uważa — pouczam — bardzo łatwo odrąbać 
ogon. 
— Stój! — krzyczę zadowolony, bo właśnie spod łopaty wyłonił się ostry czubek szarego ogona. 
—  Teraz  dawaj  pan  dwa  grubsze  patyki,  ułóżmy  je  wzdłuż  ogona,  żeby  go  zabezpieczyć  przed 
uderzeniem łopaty. 
Powoli posuwamy się naprzód w głąb, tak dochodzimy do kurczowo czepiających się ziemi tylnych 
łapek. 
—  Teraz  dosyć.  Niech  pan  weźmie  oburącz  za  tułów  przy  samych  łapkach  i  z  całej  siły  ciągnie 
jaszczura do siebie, aż on zacznie słabnąć. Wówczas jedną ręką proszę chwycić mu szyję, ale tak, 
żeby nie zdążył ugryźć. Drugą ręką w dalszym ciągu proszę wyciągać go w ten sposób z nory. 
Stopniowo, centymetr za centymetrem jaszczur wyłania się z dziury. Wreszcie Tadeusz podnosi się 
z  ziemi,  tryumfalnym  gestem  trzymając  złapanego  jaszczura  za  kark.  Wisi  bezwładnie  i  ma 
zamknięte oczy. 
— Ojej! Zdechł! — szepcze Tadeusz. — Ale czymże go mogłem zranić? 
—  Niczym  go  pan  nie  zranił,  jest  to  zwykła  jaszczurza  sztuczka.  Proszę  tylko  nie  kłaść 
mniemanego  nieboszczyka  na  ziemię,  bo  zwieje  panu  jednym  susem.    Strasznie  chytry  naród  te 
jaszczury — tłumaczę nie bez przechwałki w głosie. 
Myjemy zdobycz w zatoce, rozglądając się przy tym na boki, czy aby Kuba-krokodyl nie czatuje 
blisko. Wkrótce jaszczur idzie na stół operacyjny, niech się teraz Tadeusz nim martwi, bo ja mam 
jeszcze swojego iguana. 
—  O  Boże!  Panie  Tadeuszu,  ratuj  pan!  —  drę  się  wniebogłosy  biegnąc  co  sił  przed  siebie.  Oto 
taśma  z  jajami  iguana  fruwa  ku  górze  niesiona  w  dziobie  przez  drugiego  Kubę,  Kubę-jastrzębia. 

background image

Usiadł  ladaco  na  wyższej  gałęzi  i  stamtąd  filuternie  do  mnie  mruga.  Całe  szczęście,  że  porwana 
taśma  wagą  swoją  przewyższa  możliwości  niewielkiego  ptaka.  Do  tego  jeszcze  koniec  wstęgi 
zaczepił się o sęk i biedak próżno się teraz szarpie. Już jedno jajo wyciekło i kapie nam na głowy. 
— A huź, stary draniu! — woła Tadeusz strasząc rękami i dziwi się, że ptak go się nie boi. 
Tadeusz w swoich na pół krótkich, na pół długich, szerokich hajdawerach, nie golony przy tym od 
trzech  tygodni,  z  szalikiem  na  uszach,  jest  tak  dalece  nieponętny,  że  na  miejscu  jastrzębia  dawno 
bym już uciekł. 
Na  szczęście  nie  wszystkie  jaja  powyciekały.  Większą  część  wstęgi  udało  się  uratować. 
Natychmiast wziąłem się do wypieku placków. Kukurydziana mąka już dawno się marnuje, więc co 
za  szalona  okazja,  nareszcie  będziemy  mieli  świeże  ciasto.  Ani  żółtko,  ani  białko  niczym  się  nie 
różni od kurzego i placki wypadły znakomicie. Nawet Myśliwiec, początkowo nieufny (że to niby 
kabokle tego nie jedzą), spałaszował ich kilka, aż mu się uszy trzęsły. 
Odtąd  wypiekałem  świeży  chleb  na  śniadanie  co  rano,  przez  pięć  kolejnych  dni,  na  tyle  bowiem 
starczyło mi jajek. Bądź co bądź to nie byle jakie urozmaicenie naszego puszczańskiego menu. 
Jak nie było urubu-rei, tak nie było, a teraz już trzeci wisi na płotku. Tadeusz go tam jak zwykle 
powiesił,  więc  idę  zrobić  urzędowe  pomiary  dla  rejestru.  Zaglądam  w  oczy  i  zimny  dreszcz 
przebiega mi skórę. Oto wiszący na stryku ptak patrzy na mnie błyszczącym, najzupełniej żywym 
wzrokiem  i  ciężko  wzdycha.  Szeroko  rozwarte  oczy  mają  w  sobie  tyle  ludzkiego  smutku,  że 
nieświadomym jeszcze, instynktownym ruchem zdejmuję biedaka z pętli układając na ziemi. Byłem 
pewien, że się teraz zerwie do ucieczki, a on nawet nie drgnął. Niczym nie skrępowany leży oto na 
wznak i dalej smutno patrzy, pełen cierpiącej rezygnacji. 
— Panie Tadeuszu — wołam zdumiony — niechże pan patrzy, czy on żyje, czy nie? 
Tadeusz  przełożył  głowę  ptaka  z  ręki  do  ręki,  spojrzał  uważnie,  pomacał  mu  powieki,  po  czym 
spokojnie zawyrokował: 
—  Paraliż  kręgosłupa.  Długo  nie  będzie  się  męczył,  lepiej  jednak  dobić.  On  wszystko  czuje  i 
wszystko rozumie, tylko... 
— Powiedzieć nie umie — dodałem szybko. 
Tadeuszowi każde głupstwo podpowiedzieć można, zanim swoje sentencje wystęka. Mądry z niego 
chłop, ale okropnie powolny. 
Od  paru  dni  szalejemy  z  Tadeuszem  nad  wyrobem  główek  piranii.  Oto  ten  pomysłowy  człowiek 
wpadł  na  dowcip  i  spreparował  jedną  główkę  na  pokaz.  Oczyścił  z  mózgu  i  mięśni,  wyjął  gałki 
oczne,  a  całą  resztę  włożył  w  mrowisko.  Nazajutrz  głowa  ryby  aż  lśniła  od  czystości.  Mrówki 
wyjadły  wszystko,  co  się  tylko  dało  wyjeść.  Pozostała  jedynie  czaszka,  obciągnięta  srebrzystą 
łuską, wyszczerzona drapieżnie sterczącymi zębami. 
W ten sposób spreparowana pirania wyglądała naprawdę strasznie, zwłaszcza gdy Tadeusz obnażył 
jej  nieco  dziąsła.  Czarne  czeluście  oczodołów  i  jakieś  inne  otworki  naśladujące  nozdrza  oraz 
wysmukły kształt łba obok wystawionych krwiożerczo szczęk, wszystko to nadawało główce nie-
samowicie dziki wyraz. 
—  Zobaczy  pan,  co  ja  z  tego  jeszcze  później  zrobię  —  dodaje  znacząco  Tadeusz.  —  Wstawię 
szklane oczy, wygipsuję wnętrze i pomaluję paszczę na czerwono. 
—  Wie  pan  —  wpadam  z  kolei  na  dowcip  —  a  może  by  tak  nazbierać  tych  główek,  a  potem 
sprzedać? Niezły mógłby być interes. 
Tadeusza aż podrywa się z miejsca. Chwyta harmonijkę i nuże wygrywać wesołe półeczki. Potem 
nagłym ruchem obejmuje mnie i wycałowuje policzki. 
—  Naprawdę  znakomita  myśl,  genialna  myśl!  Myśliwca  szlag  trafi  z  zazdrości.  My  na  tych 
piraniach  bez  najmniejszego  wkładu  pracy  wyjdziemy  lepiej  aniżeli  on  na  swoich  ptakach  i 
mrówkach. 
Tegoż jeszcze dnia złapaliśmy każdy po kilkanaście piranii i uciąwszy głowy, złożyliśmy je między 
korzenie  rozłożystego  drzewa.  Tam  zwykły  łazić  wielkie,  brązowe,  mięsożerne  mrówki.  Nasz 
biedny  Kuba-krokodyl  poszedł  dziś  spać  na  głodno.  Próżno  wyczekiwał  wieczornej  porcji 
pogardzanych dotychczas ryb. Trudno, życie jest życiem. Co dla jednego na dobre — to innym na 
złe wychodzi. 

background image

Nazajutrz, zacierając dłonie, pędzimy z Tadeuszem do tegoż drzewa po owoc całonocnej mrówczej 
roboty i... o dziwo! Ani jednej mrówki i ani jednej czaszki. Zachodzimy w głowę, co to być może. 
Kto je zabrał? Wyliczamy nawzajem wszystkie możliwe zwierzęta i wreszcie dochodzimy do jed-
nego  wniosku:  nikt  inny  tylko  Myśliwiec  podpatrzył  robotę  i  z  zazdrości  postanowił  zniszczyć 
dzieło w zarodku. 
— A to gałgan! 
— A to nędznik! 
Szkoda mu było widocznie czasu, jaki tracimy. 
Jednakże  nie  dajemy  za  wygraną.  Wieczorem  znowu  łapiemy  kilkanaście  sztuk  piranii  i,  bacznie 
oglądając się na boki, wkradamy się w gąszcz lasu. Za opuszczonym płótnem „Anjangi” błyszczy 
lampa,  na  jej  tle  wyraźnie  rysuje  się  ostry  profil  Myśliwca.  Tym  razem  więc  nie  uda  mu  się  nas 
podpatrzyć. Wkładamy główki pomiędzy korzenie drzewa i pokrywamy od góry suchym listowiem. 
Mrówki na pewno znajdą, byleby Myśliwiec nie trafił. 
Już o wczesnym świcie pędzimy na miejsce. Liście rozrzucone, a piranii znowu ani śladu. Jedno na 
drugiego  spoglądamy,  oczom  własnym  nie  wierząc.  Cały  gmach  wielkich  nadziei  kokosowego 
interesu runął wniwecz. Ba, ale co to jest, komu to zawdzięczamy? 
W tej właśnie chwili odpowiedź sama spadła z nieba. Nad głowami zaszeleściły gałęzie. Podnosimy 
wzrok. Z przekrzywioną wdzięcznie główką siedzi tam nasz przyjaciel Kuba-jastrząb, a w dziobie 
trzyma jedną piranię. 
— A kysz, złodzieju! — rzucił się Tadeusz. — Macie go niecnotę! To taka wdzięczność? Za dobre 
serce, za dobrą sprawę, za to, żeśmy go nie ustrzelili dla muzeum, za to, żeśmy go nie wypchali na 
lalkę! Taka to podłość u .ptaka. Idę po strzelbę. 
— Pluń pan — powiadam — a u nas, u ludzi, to niby inaczej. 
— Prawda — szepcze Tadeusz ze zmienioną twarzą. A po chwili dodaje poważnie: 
— Nędzny świat, głupi świat. Jeden drugiemu w paradę wchodzi, jeden drugiemu buty szyje. I w 
Krakowie,  pamiętam...    Byłem    wówczas    kapralem.    Żona,    dwoje    dzieci.  Bieda  aż  trzeszczy. 
Słowo daję, że czasem nie miałem za co chleba kupić. Więc zasadziłem sobie ogródek  warzywny 
przed oknami, a dom był w obrębie lotniczych zabudowań. Przedtem nikomu niepotrzebny śmietnik 
i dzika trawa. Zaorałem to wszystko własnymi rękami, a moi chłopcy pomagali. Wkrótce miałem 
trochę buraków, trochę kartofli, ot tyle, żeby obiad urozmaicić. I co pan powie? Pułkownikowi się 
nie podobało, że to niby on nie ma, a ja mam. Po paru tygodniach kazał dróżkę prowadzić przez 
sam środek mojego ogródka. Jakby mu pola brakło. Ot, dla szykany... Jak ten Kuba teraz... 
Robiliśmy  jeszcze  kilka  prób  z  piraniami,  ale  ten  pierwszy  zapał  do  roboty  pierzchł  razem  z 
sentencjami.Tadeusza  na  temat  podłości  świata.  I  w  rezultacie  kilka  główek  trafiło  do  naszych 
walizek. 
Któregoś  wieczoru,  a  była  to  wyjątkowo  piękna  i  gwiaździsta  noc,  noc  zadumania,  której  żaden 
ptak i  żadne zwierzę niepotrzebnym  krzykiem nie naruszy, kiedy świerszcze i  żaby  nawet  tłumią 
swój rechot, w taką właśnie noc gawędziliśmy we trójkę wyjątkowo zgodnie i wyjątkowo przyjaź-
nie. Myśliwiec skrobiąc policzek wywlekał historyjki z puszczańskiego życia. Tadeusz „odwalał” 
korkociągi  na  swoich  ćwiczebnych  samolotach.  Rozmawialiśmy  wszyscy  trzej  cicho,  poddani 
nastrojowi chwili. Nie było słychać nawet plusku ryb. Widocznie tuliły się gdzieś na mulistym dnie 
rzeki. Wiatr zupełnie ustał. Najmniejszy nawet ruch gałązki nie zdradzał niepokoju. 
Pomiędzy  jednym  opowiadaniem  a  drugim  trwaliśmy  w  długim,  milczącym  zawieszeniu.  Nie 
spieszno nam było do hamaka ani do gadulstwa. Flegmatyczna ociężałość szła od gwiazd, a opary z 
rzeki przymgliły jakoś temperamenty. 
Wreszcie  Myśliwiec  wstał  i  wolnym  krokiem  począł  zstępować  z  górki  ku  „Anjandze”,  a  my  za 
nim. Tadeusz kończył jeszcze jakąś historyjkę. Myśliwiec wszedł na deskę łączącą łódź z brzegiem 
i tu nagle coś sobie przypomniał. Stojąc tak w rozkroku na desce, tłumaczy plan jutrzejszych łowów 
i  jutrzejszej  pracy.  Trwa  to  sporą  chwilę.  Dzisiejszego  wieczoru  mówi  głosem  przytłumionym, 
jakby w kościele. Stoimy z Tadeuszem tuż niedaleko, na samym brzegu. 
Deska łącząca „Anjangę” z brzegiem  biegnie tuż-tuż  nad powierzchnią płytkiej  wody. Myśliwiec 
chcąc zapalić papierosa sięga do kieszeni po zapałki. W tym celu opuszcza głowę i raptem wszyscy 

background image

trzej  jak  na  komendę  wrzasnęliśmy  wielkim  głosem.  Ten  głos  nie  pasował  do  nastroju  wieczoru, 
cóż mieliśmy jednak innego zrobić ujrzawszy pomiędzy nogami Myśliwca, pod samiuteńką deską, 
na  której  stał,  spokojnie  wylegującego  się  naszego  Kubę-krokodyla.  Myśliwiec  skoczył  jak  na 
sprężynie, a przestraszony nagłością ruchu krokodyl jął spokojnie sobie spod deski wypełzać. 
— No — szepnął Tadeusz z uznaniem — któż by się ośmielił, jak nie mój kochany Kuba? 
Przygoda ta zepsuła od razu całe misterium gwiaździstej nocy. Z głośnym już śmiechem idziemy 
spać.  Myśliwiec  na  krokodylu  wyglądał  przekomicznie.  Cieszyło  nas  jego  przerażenie  i  ten 
akrobatyczny  skok.  Złośliwość  nasza,  gromadząca  się  od  tak  długiego  czasu,  wybuchła  teraz 
wesołym chichotem. 
Swoją drogą kawalarz z tego Kuby. 

 
 

Ucieczka 

 
Myśliwca  nie  było  przez  kilka  dni.  Popłynął  z  pierwszym  transportem  skrzyń  wypchanych  już 
ptaków.  Postanowiliśmy  odstawić  je  ratami  do  pewniejszego  i  suchszego  miejsca,  bo  w  lesie,  a 
zwłaszcza  nad  curicho,  wyschłą  zatoką,  zbyt  jest  wilgotno.  Poza  tym  różnego  rodzaju  mrówki  i 
inne bichos zakradają się wciąż do eksponatów, wyjadając ptakom powieki. 
Skrzynie  Stanisław  powiózł  na  fazendę  Irenea,  który  —  Jak  już  wiemy  —  jest  jego  „wielkim 
przyjacielem”. 
Projekt  odjazdu  Myśliwca  z  transportem  skrzyń  podtrzymaliśmy  gorąco.  Zresztą  on  rwał  się  do 
niego  nie  mniej  od  nas.  Podczas  tych  kilku  dni  wypoczęliśmy  od  widoku  jego  niesympatycznej 
twarzy, a przy tym pozwoliliśmy sobie na niejeden spacer w terenie. 
Myśliwiec  wrócił  nieoczekiwanie  prędko.  O  kilka  dni  za  wcześnie.  Wypadł  z  łodzi  jak  bomba  i 
przyzywając nas gestami palców pognał w głąb lasu, a my za nim. Tu, przyciszając głos do szeptu i 
trwożliwie  oglądając  się  na  boki,  zaczął  nam  tłumaczyć  potrzebę  natychmiastowego  zwijania  bi-
waku i całkowitego zrezygnowania z dalszych łowów. 
—  To  nie  żarty,  panowie,  musimy  natychmiast  wracać  —  prawił  drżącym  ze  strachu  głosem.  — 
Ireneo jest zły, a to bardzo niebezpieczny człowiek. Widocznie musiał mu ktoś donieść o tym, że 
zabiliśmy jelenia i do tego w miejscu należącym jeszcze do jego fazendy. Omyliłem się, sądziłem, 
że jesteśmy daleko. To curicho należy do Irenea. Co teraz robić?... Co robić? Wszystko przepadło! 
Stanisław  biega  po  polanie  zgięty  wpół  i  wpatrzony  w  ziemię,  jak  uosobienie  najwyższego 
tragizmu. Jest jednak złym aktorem. Z ruchów jego wyziera teatralność i blaga. Nie bierzemy więc 
dramatu do serca, przeciwnie, od razu przychodzi nam do głowy, że to z jego strony jakiś podstęp. 
Ma  widocznie  dosyć  naszego  poważnego  traktowania  pracy  i  chce  za  wszelką  cenę  od  nas  się 
odczepić, aby samotnie przebumblować resztę moich pieniędzy. 
— Dokąd więc zamierza pan teraz płynąć? — pytam ze wściekłym spokojem. 
— W górach, niedaleko Corumba, jest przepiękne jezioro. Tam nikt jeszcze nie polował, bo trzeba 
mieć specjalne pozwolenie od konsula Paragwaju, ale on mój wielki przyjaciel... 
— Wiemy, wiemy... — wykrzyknęliśmy chórem — znamy już pańskich przyjaciół! 
— Ja się stąd nie ruszę przynajmniej z kilka dni —   oświadczyłem kategorycznie, robiąc zwrot na 
pięcie. 
Stanisław pobiegł za mną, próbując mnie przekonać, że każdy dzień pobytu tutaj to ryzyko życia. 
Ireneo bowiem wysłał już na pewno ludzi, aby nas zamordowali. 
—  Panowie  nie  znacie  praw  Mato  Grosso  —  krzyczał,  żywo  gestykulując  —  tu  każdy  każdego 
może  zabić,  a  potem  wytłumaczy,  że  to  onca  pożarła  albo  i  krokodyl.  Nikt  prawdy  nie  będzie 
dochodził. 
W  głowie  nam  się  nie  mogło  pomieścić,  z  jakiej  racji  kulturalny  Ireneo,  dotąd  tak  wielki 
„przyjaciel”  Myśliwiec,  miałby  nagle  wszystkich  nas  zamordować.  Historia  zaczynała  przybierać 
charakter tragikomiczny. Nie wierzyliśmy Stanisławowi, ale cóż robić. Zależni byliśmy wyłącznie 

background image

od  jego  łaski  i  fantazji.  Smutek  więc  wstąpił  w  nasze  serca  na  myśl  o  prędkim  powrocie.  Każdy 
ptak,  każdy  krokodyl  i  każde  niemal  drzewo  przeobrażały  się  teraz  we  współczujących  nam 
serdecznych  przyjaciół,  z  którymi  trzeba  się  oto  żegnać.  Ciężar  gniótł  nam  piersi.  Rozumieliśmy 
doskonale, że tracimy jedyną w życiu okazję pobytu w Mato Grosso i że nigdy już prawdopodobnie 
tutaj nie wrócimy. Wszystkie obiecywane w tej chwili jeziora to mglista i nieprawdopodobna bajka. 
Skończyło się nasze bajeczne Piquiri! 
Tak  więc  po  paru  dniach  płyniemy  znowu  na  motorze,  ale  na  małym,  byleby  tylko  nadawać 
kierunek  łodziom.  Silny  prąd  rzeki  niesie  nas  dostatecznie  szybko.  Krokodyle  masami  zalegają 
brzegi, bo nie odstrasza ich już głośne warkotanie nawet silniejszej znacznie „Penty”. 
Parokrotnie  jesteśmy  świadkami  gremialnej  ucieczki  w  las  stada  kapiwar,  ale  Myśliwiec 
powstrzymuje się od strzałów. Groźny Ireneo wisi wciąż nad jego głową niby ponura jakaś zmora. 
Idąc  z  prądem  wartkiej  rzeki  taką  ciężką  a  niezdarną,  powiązaną  linami  flotyllą,  trzeba  pilnie 
uważać,  na  zakrętach  się  odpychać,  bo  jedno  uderzenie  o  brzeg  równoznaczne  jest  z  porwaniem 
wszystkich sznurów i pogubieniem manatków. 
Krajobraz w niczym się nie zmienił. Pantanal szablonowo ustalił wszystkie swoje dekoracje na całej 
przestrzeni  tysiąca  kilometrów.  Prowadzą  nas  dwa  wysokie  wały  skołtunionej  zieleni,  zabłądzić 
trudno. Gdzieniegdzie tylko leży na poprzek, samobójczo rzucony, nadpróchniały pień drzewa, aby 
się stać pomostem dla niezliczonych pędów wybujałej, kwitnącej storczykami zieleni. Dzień jeden, 
dwa i nie widać już siwizny jego kory, leży jak girlandami okręcony słup tryumfalnej bramy. 
Na  tych  pniach  nad  wodą  zwykły  siadywać  długonogie  czaple,  skrzeczące  ibisy  albo  lśniące 
czarnym  futrem,  baletniczo  wysmukłe  biguatingi,  jeśli  nie  ubiegł  ich  już  przedtem  któryś  ze 
zgrabniejszych i wiekiem młodszych kajmanów. Przekomicznie wygląda taki wygrzewający się na 
pniu, zawieszony zda się w powietrzu, kwiatami spowity... krokodyl. 
Te  na  pół  zatopione  drzewa  z  tragicznie  powykręcaną  koroną  stanowią  najwdzięczniejsze  dla 
myśliwych tło do polowań. Ustrzelona zwierzyna łatwo się daje złapać, bo spada do wody. Inaczej 
jest w gąszczu niedostępnych brzegów, gdzie bez śladu może zginąć każdy zabity ptak. Kto nie pró-
bował  wspinać  się  od  strony  wody  na  stromy  brzeg  brazylijskiej  rzeki,  ten  myśliwskim 
opowieściom nigdy nie uwierzy. Bez pomocy ostrego fakona i kroku nie postąpisz. 
Gdzieś koło południa nasza flotylla utknęła na piasku. Oczywiście, smutna byłaby dola, gdyby taka 
ciężka  kolubryna  jak  „Anjanga”  zechciała  całym  ładunkiem  osiąść  na  mieliźnie.  Nie  pomogłyby 
wówczas  nasze  słabe  ramiona.  Dlatego  nie  należy  się  dziwić  zdenerwowaniu  Myśliwca  ani  tej 
szybkości, z jaką wpadł po pas w wodę. Tak samo błyskawicznie skoczyłem i ja, żeby przepychać 
łódki bokiem, póki jeszcze nie za późno. Nawet Tadeusz pchał razem z nami. Ambicja instruktora 
pilotażu przemogła wszelkie uprzedzenia, a przecież co krok groziły nam zęby piranii, kolce rai lub 
sploty anakondy. Woda była tu mętna i niepewna. 
Na  szczęście  żadna  z  tych  bestii  nie  zechciała  atakować,  co  utwierdziło  mnie  ostatecznie  w 
głębokim przekonaniu, że żadne zwierzę nie atakuje człowieka bez widocznej agresji z jego strony. 
Wyjątek stanowią rekiny. 
O  żadnej  chyba  rybie  na  świecie  nie  krąży  tyle  niesamowitych  legend,  co  o  piranii.  Zwyczaje 
piranii  najlepiej  znają  i  miejscowe  psy  i  konie.  Pijąc  wodę  z  rzeki  wyginają  się  całym  ciężarem 
ciała  ku  tyłowi  i  z  wzrokiem  utkwionym  badawczo  przed  siebie,  wyprężywszy  nogi,  chłepczą 
szybko, nerwowymi rzutami zanurzając język i pysk tylko na ułamek sekundy. A gdy przed nosem 
błyśnie pirania, jednym susem cofają się na brzeg. Kiedy dyrektorka muzeum w Rio, płynąc łodzią, 
chciała  opłukać  sobie  dłoń  i  zanurzyła  ją  do  wody,  straciła  palec.  Na  szczęście  ani  nam,  ani 
Tadeuszowi w tej pierwszej przymusowej kąpieli nic się nie stało. 
Płyniemy  jak  zwykle  na  głodno  aż  do  wieczora  i  teraz  dopiero,  przed  samym  zachodem  słońca, 
zaczyna się Myśliwiec oglądać za armadorami (są to silne drzewa, zdolne utrzymać rozwieszone na 
nich hamaki). 
Złośliwy  los  jak  zwykle  płata  figle.  Przed  godziną  mijaliśmy  szeregi  doskonałych  miejsc  do 
lądowania,  teraz,  kiedy  zaszła  tego  konieczność  i  chylące  się  do  snu  słońce  nie  pozwala  już  na 
dalszą zwłokę, zaczęły się grząskie bagniska albo prostopadłe urwiste ściany. 
Słońce wkrótce znikło za zielonym murem Pantanalu i mrok otulił szybko ziemię. Myśliwiec usiadł 

background image

na popie i kręci nerwowo „Pentę”. Zawracamy, ażeby idąc z powrotem pod prąd, tracić na próżno 
energię  i  czas.  Na  tym  właśnie  polega  genialna  organizacja  Myśliwca!  Lądujemy  w  kompletnej 
ciemności, ale wyjątkowo szczęśliwie. Na piasku witają nas liczne ślady grubej zwierzyny. 
—  Jeleń  błotny,  jeleń  leśny,  ocelot,  kapiwary...    —  czyta  głośno  Tadeusz  wielce  już  uczony  w 
Księdze Dżungli. 
Na  wprost  przycumowanej  „Anjangi”  biegnie  w  głąb  lasu  szeroka  droga,  udeptana  do  wodopoju 
przez tapiry. Korzystając z niej nie potrzebujemy kosić trawy. 
—  Panie  Stanisławie  —  odzywam  się  ostrożnie  —  co  mamy  robić,  gdy  nas  na  przykład  tapiry 
napadną? 
—  Zawiesić  hamaki  jak  najwyżej,  to  przejdą  bezpiecznie  pod  wami.  One  strasznie  są  uparte  i 
głupie. Nie znoszą przeszkody na swojej drodze. 
Przeszkodą  jesteśmy  w  tej  chwili  właśnie  my,  czyli  ja  z  Tadeuszem,  bo  Stanisław  nie  wchodzi 
zupełnie w rachubę. On śpi jak król na swojej „Anjandze” i czując się bezpiecznie daje mądre rady. 
Mija spora chwila. Leżymy już w hamakach. Cisza, tylko Joao pochrapuje. 
— Panie doktorze — szepcze Tadeusz. 
— Co? 
— Może by tak jeszcze wyżej podwiązać hamaki? Tapiry wszak to duże bestie. 
Jesteśmy  przedziwnie  zgodni  w  takich  wypadkach.  Wstajemy  i  wspólnym  wysiłkiem  dźwigamy 
hamaki o pół metra wyżej. Teraz to już prawdziwe — ,,aviony”. Przy tej okazji idziemy jeszcze w 
las po grubsze kłody drzewa celem zabezpieczenia ogniska. Z opałem nie ma kłopotu. To nie zgniła 
Europa — nikomu zań płacić nie potrzebujemy. 
Od  czasu  wyruszenia  w  dziki  Pantanal  pierwszy  raz  spotykamy  prawdziwie  tropikalne  lasy. 
Zwartym  pierścieniem  otaczają  nas  doborowo  piękne  gatunki  palm.  Gigantyczne,  pierzaste  ich 
cienie  rzuca  nam  pod  nogi  srebrzysty  księżyc.  Z  niektórych  palm  zwisają  pałąkowate  łodygi  z 
kiśćmi orzechów. Są to łodygi acuri, znane w całym Mato Grosso z ogromnych usług, jakie oddają 
w  walce  z  komarami.  Łodygę  taką  wkłada  się  na  chwilę  w  rozżarzone  węgle,  a  potem  na  gorąco 
obtłukuje  dookoła  kijem.  Rozdzielone  tym  sposobem  włókna  tworzą  niby  koński  ogon.  Ogonem 
takim biją się kabokle po plecach, odganiając roje much i komarów. 
Gdzieś w środku nocy zbudził mnie okropny ziąb. Drzewa szumiały koronami, moskitiera szarpała 
się na wichrze, a górą wyła wichura. 
Vento  do  sul  zjawia  się  zawsze  nieoczekiwanie  szybko.  Poza  szumem  gałęzi  nie  słychać  wtedy 
żadnego głosu. Cały bowiem las zamiera. Nawykłe do tropikalnego żaru biedne zwierzaki chowają 
się  trwożliwie  po  norach  i  dziuplach.  Rozhuśtane  palmowe  wachlarze  papierowym  szelestem 
napędzają  trwogę  w  ptasie  serduszka.  Nawet  krokodyle  wolą  głębinę  jeszcze  nie  ostygłej  wody. 
Uciekają czym prędzej, bo wściekle czubiaste, nastroszone fale, idąc wzdłuż rzeki, walą o podmyty 
brzeg, jak gdyby w zemście za jego nieugięty opór. Krokodyle nie znoszą gwałtownych prądów. 
Vento do sul tchnieniem swoim zmroził nawet nas — ludzi śniegów i lodu. Zwierzęcym instynktem 
tulę się w wałniane koce aż po same uszy, aż po wierzchołek czupryny i dopiero silniejsza od vento 
do sul 
troska zrywa mnie nagle na równe nogi. Ptaki! — co z naszymi ptakami? Zjawia się lęk, aby 
ich  nie  zmarnować,  nie  zmarnować  całej  dotychczasowej  pracy.  Wszak  prowizorycznie,  tylko  z 
gałązek, zbite skrzynie leżą tuż ponad wodą. 
— Panie Tadeuszu! — krzyczę jak najgłośniej. — Jak można tak mocno spać! 
Tadeusz  z  reguły  budzi  się  wściekły  na  cały  świat  i  trudno  go  wtedy  udobruchać.  Tym  razem 
szczególnie mało się śpieszy, coś niewyraźnie mruczy, po czym dobitnie określa miejsce, gdzie ma 
wszystkie  ptaki  razem  ze  mną,  obraca  się  na  drugi  bok  i  znowu  chrapie.  Cóż  miałem  robić? 
Sprawdziłem tylko brezenty i liny. Przykryłem, co trzeba było, i poszedłem w jego ślady. 
Stalowy,  pochmurny  ranek,  tak  obcy  w  kolorycie  dla  tego  kraju,  spowił  dziś  świat  lodowatym 
nastrojem.  Opatulony  w  trzy  pary  portek  i  pięć  swetrów,  namówił  mnie  Tadeusz  do  spaceru. 
Oczywiście, nie był to spacer długi., Tak zawsze bywa, kiedy z wytrawnym myśliwym wybierze się 
do kompanii człowiek normalny, czyli nienałogowiec. 
Po kilku skokach i bardzo bolesnych upadkach na kłujące łodygi — myśliwy zaczyna dawać znaki, 
aby siedzieć cicho. Sam natomiast zmienia się w węszącego wyżła. Oczy mu błyszczą, ręce drżą, 

background image

kończyny  dolne  zastygają  w  anormalnej  pozycji  psiej  stójki.  Brakuje  mu  tylko  ogona,  by  go  po 
psiemu wyprężył, jak napiętą strunę. 
Jak rozkaz, to rozkaz. Stoję więc bez ruchu, zły na cały świat i na siebie samego za ten bezcelowy 
spacer. Nudzę się. Nie interesuje mnie zgoła owo jakieś niewidzialne „coś”, za którym węszy mój 
opętany przyjaciel. Szukam wkoło siebie tematu, jaki by mnie rozerwał w tej monotonii czekania. 
Dwa gniazda termitów zawisły nad głową, oglądam więc je z obawą w sercu, czy może to gniazda 
os  leśnych?  Lada  chwila  runie  stamtąd  chmara  natrętnych  owadów,  wplącze  mi  się  we  włosy,  w 
sweter  i  rękawy,  zmusi  do  sromotnej  a  hałaśliwej  ucieczki.  Wówczas  nie  pomoże  nawet  rozkaz 
Tadeusza, bo wypłoszę mu swoim dzikim wrzaskiem ptaki z całej okolicy. 
Gdzieś bardzo blisko padł strzał. Mogę nareszcie swobodnie się poruszyć. 
Ale nie! Oto ukazuje się na tle gałęzi przerażona twarz Tadeusza i palcem na ustach nakazuje mi 
ciszę. Czego on jeszcze chce? Nie tobie rezonować, laiku sakramencki. Lepiej milcz i czekaj. Stercz 
w miejscu niby niepotrzebna tyka. Nie przeszkadzaj innym w gonitwie za śmiercią. Tkwij w miej-
scu  niezdarnie,  skoro  cię  Bóg  pokarał  nadmiernie  czułym  sercem.  Nie  potrafisz  radować  się 
odgłosem padającego ciała. Stój dalej, nieużyteczny kiju! 
Drugi strzał, za nim gruchot łamiących się gałęzi i tak dobrze znany głuchy pomruk mutum. 
„No,  tym  razem  przynajmniej  chociaż  widomy  pożytek”  —  przemknęła  mi  przez  głowę 
egoistyczna  myśl,  wlewając  do  przełyku  kieliszek  łakomej  śliny.  Mutum  bowiem  kojarzy  się  z 
pojęciem najsmaczniejszego rosołu. 
„A gdzież twoje zasady, obżartuchu przebrzydły, smakoszu nędzny?  — zawstydziłem sam siebie. 
—  Czyżby  wspomnienie  smacznej  pieczeni  usprawiedliwiało  już  mord?”  Utonąłem  w  dziurawej 
filozofii  chaotycznie  poplątanych  myśli  i  śledzę  sobie  prążki  liścia  palmy  acuri.  Wiodą  mnie  one 
strzelistą,  prostą  drogą  ku  błękitowi  nieba.  Nie  słyszę  dalszych  strzałów,  zapominam  o  Tadeuszu. 
Dobrze  mi  jest  tak  w  samotności,  a  beztroska  błogość  wstępuje  mi  w  duszę.  Jakże  daleki  jest  ten 
dziwny  świat  od  grozy  wojny.  Oto  koliber  podryguje  mi  tuż  przed  nosem  —  chochlikowaty, 
łobuzerski  wiatraczek.  Mrówki  obrały  drogę  przez  nieruchomy  mój  łokieć  —  pozwalam,  niech 
sobie idą. Komu to szkodzi? W Mato Grosso zabija się przecież tylko dla zaspokojenia głodu, nigdy 
dla zabawy. Ja mrówek nie lubię. Ale Mato Grosso nie zna krzywdy przez pustą złośliwość... 
—  Proszę!  —  z  odcieniem  dumy  rzuca  mi  Tadeusz  kilka  ptaków  pod  same  nogi.  —  Niech  pan 
spojrzy, jaki ten ładny. Ani jedno pióro nie złamane — mówi Tadeusz chełpliwie. 
— Tak,  tak  —  potwierdzam  jak  najuprzejmiej i przypominam, że pora już iść do pracy. Wkrótce 
ruszamy dalej, bo ptaki mogą się zepsuć do wieczora. Przynajmniej skórę trzeba z nich ściągnąć, 
pióra obmyć w wodzie i zatamponować rany. Przemykamy się z powrotem do łodzi. 
Tadeusz  toruje  drogę.  Nagle  daje  palcem  znak.  Znów  cisza.  Nowa  stójka.  Cóż  u  licha?  Wszak 
dosyć już mamy ptaków. 
Tym  razem  jednak  szykuje  się  coś  grubszego.  Tadeusz  przypada  aż  do  ziemi  i  czai  się  teraz  na 
łokciach.  Ślepy  jestem,  nie  widzę  nic  bez  okularów.  Uniósłszy  ptaki  do  góry,  bocianim  krokiem 
skradam się za pełznącym Tadeuszem. Czas dłuży się, a tu bez zmiany taż sama cisza przed nami i 
za nami. Zaczyna mnie ta sytuacja śmieszyć: 
— Panie Tad... 
— Cyt! 
Nic nie zrywa się do ucieczki. Nic nie łopocze skrzydłami. Nic nie mruczy i nie ryczy. Doprawdy, 
nudni są ci myśliwi. Jakiś maniacki, chory naród. 
— Co też pan widzi? 
— Cyt! 
Palec na wargach i zgorszony moją niecierpliwością wyraz twarzy Tadeusza. A niech go wreszcie 
licho  porwie,  dość  mam  tych  wszystkich  akrobacji!  Popychadłem  jestem  czy  niewolnikiem  od 
noszenia bagażu? Już się na dobre gniewam: 
— Kto idzie? Czy pan coś słyszy? — staję do walki o prawa wolnego człowieka. 
— Tam! — pada słowo krótkie, pędzące w kierunku wytkniętego gdzieś w przestrzeń palca. — Coś 
jest, lecz sam nie wiem, co. 
Skoro sam Tadeusz nie wie, to już nikt wiedzieć nie może. Podążam dalej wytrwale, uspokojony w 

background image

sumieniu. 
—  Małpa!  —  woła  nagle  Tadeusz  zrywając  się  do  biegu.  —  To  z  tych,  cośmy  strzelali  w  nocy. 
Pewnie biedaczka ranna. 
W tym momencie puszysta kula zrywa się z liściastego posłania, toczy się niezdarnie kilka kroków i 
znowu zamiera w lękliwym skuleniu. Podbiegamy. Małe, śliczne małpiątko wtula głowę pomiędzy 
łapki,  jakby  czekając  na  miłosierdzie  losu.  A  los  właśnie  jest  okrutny.  Już  w  dniu  wczorajszym 
dokonał  swego.  Teraz  za  późno.  Jedna  kula  przeszyła  lędźwie,  a  druga  strzaskała  obie  przednie 
łapki.  Małpka  nie  była  w  stanie  pójść  śladem  skaczących  szybko  towarzyszy.  Gdzieżby  mogła 
zdążyć  za  szybowniczym  ich  lotem  z  gałęzi  na  gałąź,  z  czuba  na  czub?  Biedne  zwierzątko,  nie 
większe od kociaka, z twarzą cierpiącego człowieka, spadło z wyżyn i zostało samotne na pastwę 
męczeńskiego konania. Nocni bracia banderlogu śpią w tej chwili na wyższych piętrach drzew, bez-
pieczni i wolni. A nad nią stoją oto dwie obce, nieznane małpy i kiwają głowami. Macaco ma duże, 
wybitnie  duże,  smutne  oczy  i  w  sarkastycznym  uśmiechu  wyszczerza  zęby.  Gdy  podnosimy  ją 
ostrożnie z ziemi, nie broni się wcale. Jedwabiście miękka dłoń bezwładnie zwisa. Za najmniejszym 
poruszeniem twarzyczka małpy marszczy się bólem i ledwie słyszalny pisk rozlega się skarżące 
Małpka musi być bardzo osłabiona, skoro nie próbuje nawet walczyć z napastnikami. Przeciwnie, 
wydaje się być rada z ciepłego przytułku w moich ramionach. W ciągu nocy vento do sul zmroził 
biedaczkę i teraz drży na całym ciele. Pakuje pyszczek pod moją pachę. 
Oglądam rany. Są śmiertelne. Pomoc wykluczona. Musi umrzeć. Biorę więc drewnianą skrzynkę, 
wyściełam  ją  miękką  trawą,  z  wierzchu  gałgankami  i  kładę  tam  małpę.  Zwija  się  od  razu  w 
bezwładny kłębek przymykając znużone cierpieniem oczy. Odchodzimy pełni szacunku dla powagi 
śmierci. 
Przez cały dzień nie zaglądamy do skrzyni, aby zwierzątka nie niepokoić. I tak do życia już jej nie 
powołamy. 
Dopiero  nazajutrz  otwieramy  ostrożnie  wieko.  Małpka  leży  w  tej  samej  co  przedtem  skulonej 
pozycji, z twarzą na chorej łapce, ale już nie oddycha. Stała się już tylko obiektem do preparowania 
i  niczym  więcej.  Za  chwilę  wypycham  go  i  będzie  leżał  przede  mną  na  desce  jak  żywy  z  tą 
nieznaczną  tylko  różnicą,  że  zamiast  dużych  piwnych  oczu  wytrzeszczy  ku  mnie  białe  gały  z 
higroskopijnej waty. 

 
 
Biwakowe reminiscencje

 

 

No,  nareszcie  umknęliśmy  szczęśliwie  z  zasięgu  morderczych  obław  Irenea.  Piquiri  została  już 
daleko poza nami. Trzeba jednak bezstronnie przyznać, że nowe nasze obozowisko w niczym nie 
ustępuje  poprzednim.  Nawet  przeciwnie,  jest  to  najpiękniejszy  i  najbardziej  romantyczny  z  tych 
wszystkich  zakątków,  jakie  dotychczas  spotykałem  w  swoich  licznych  włóczęgach.  Mamy  tu 
wszystko  pod  ręką,  doskonale  rozplanowane:  hamaki,  jak  zwykle  obok  siebie,  pod  osłoną  koron 
ogromnych armadorów, nad nimi zawieszona płachta brezentu. Od strony wody Tadeusz ułożył wał 
kolących gałęzi. Tuż koło hamaka urządziliśmy pokój stołowy. Dowcipne jakieś drzewo położyło 
się  umyślnie,  aby  nam  ułatwić  sporządzenie  ławki.  Przed  tym  pniem  stoi  stół  jadalny,  zbity  z 
pokrywek od skrzyń z benzyną. Oczyszczona z lian i kolców, wygodna ścieżka zbiega serpentyną 
ku  „Anjandze”.    Niewielką  polankę,  z  ogniskiem  pośrodku,  okala  mur  wyjątkowo  dzikiego  i 
wysokiego lasu. Za tym murem z prawej strony leży spory gaj palmowy. Tu panuje wieczna noc. 
Pierzaste liście acuri splotły się w mocny, zupełnie nieprzejrzysty pułap i na błądzącym pomiędzy 
pniami człowieku sprawiają wrażenie mrocznego podziemia o tysiącach słupów. Od czasu do czasu 
urozmaica  ten  dziwny,  bajkowy  las  olbrzymia  kiść  bananów    Nie,  to  nie  są  banany,  to  tylko 
imitacja, bo są to orzeszki acuri, zresztą bardzo smaczne. Nie ma tu patków. Nie ma życia. Opary 
gnijących  liści  aż  odurzają  mdławym  zapachem  tropiku.    Duszno.  Ani  jednego  kolca,  ani  jednej 
liany.  Spaceruje  się  dokoła  niby  w  arkadach  wielkiej,  naturalnej  świątyni.  Czy  to  Egipt,  czy  Ba-

background image

bilon? 
Kiedyśmy wylądowali tu po raz pierwszy, Myśliwiec znalazł świeży ślad jaguara. Niedawno .pił tu 
wodę. Myśliwiec ostrzegł więc nas, abyśmy byli ostrożni. 
— Tu, moi panowie, nie ma żartów. Nic nie widać w krąg, łatwo wpaść w zasadzkę. 
Stary  Joao,  kiedyśmy  przepływali  jego  fazendę,  mówił,  że  zeszłego  tygodnia  jaguar  napadł  na 
dwóch  Indian  Guato,  dziesięć  metrów  od  ich  domostwa.  Indianin  podobno  bronił  się  dzidą,  ale 
zwierzę  odtrąciło  tę  broń  łapą  i  wówczas  rozpoczęła  się  walka  wręcz.  Guato  miał  jeszcze  nóż  w 
ręku. Towarzysz jego stał za drzewem skamieniały z przerażenia. Walka trwała krótko. Obaj: jaguar 
i  Indianin  padli  bez  czucia.  Jeden  z  przebitym  gardłem,  drugi  z  połamanymi  żebrami.  Guato  żył 
jeszcze, kiedy nadbiegła pomoc. Zmarł dopiero w parę dni potem w szpitalu. 
Zauważyliśmy, że ostatnimi czasy Myśliwiec szczególnie często opowiada nam straszące historie o 
dzikich zwierzętach. Widocznie sądzi, iż tą metodą zrazi nas do dalszego pobytu w terenie. Należy 
przyznać,  że  pomimo  już  nabytego  doświadczenia  opowieści  takie  robią  swoje.  Jesteśmy 
ostrożniejsi i wrażliwsi na szelesty. 
Pod wieczór, gdy myłem ręce w rzece, nagle tuż przede mną powstaje w wodzie tumult. Po chwili 
wyłania się łeb krokodyla, który rzucając się na wszystkie strony, ochrypłym jękiem woła ratunku. 
Znam już ten jęk. To anakonda dusi swoją ofiarę. Kilkakrotnie wynurzał się jeszcze potworny łeb, z 
okrutnym rzężeniem. 
— Będą tak walczyć ze sobą przez trzy dni — zawyrokował lakonicznie Stanisław. 
— Trzy dni?! — wykrzykujemy niedowierzająco. 
— A cóż myślicie, panowie, że krokodyl to serdelek? Oprócz anakondy nikt nie może mu dać rady. 
Jaguar potrafi odgryźć jedynie ogon. 
Wokół  naszego  nowego  obozowiska  specjalnie  rojnie  wylegują  się  krokodyle.  Szczególnie 
umiłowały sobie najbliższą wysepkę, gdzie dziesiątki ich porykują już od wczesnego ranka. Druga, 
większa wyspa leży od nas w odległości kilometra, tam co wieczór zlatują się łyżkonose flamingi, 
różowe,  pasowo  nakrapiane.  Co  rano  liczne  ich  klucze  z  donośnym  krakaniem  ciągną  nam  nad 
głowami, aby wieczorem znowu tym samym szlakiem powracać. Wyglądają niby lecące po niebie 
anioły.  Po  ich  przelocie  zbieramy  na  plaży  pióra,  długie,  wysmukłe,  z  ciemnoszkarłatną  łodygą. 
Niejedna dama pozazdrościłaby nam takiej zdobyczy. 
Najzabawniejszą  cechą  tych  ptaków  jest  ich  płaski,  ogromny  dziób,  kształtu  łyżki  do  zupy. 
Dziobowi też temu zawdzięczają swoją nazwę: colhereiry (colher — łyżka). 
Przeżywamy  obecnie  piękną  porę  Pantanalu,  kiedy  kwitną  jednocześnie  trzy  różnorakiej  barwy 
drzewa. Liście ustąpiły miejsca kwiatom. Tak więc mamy znane już drzewo lilaróżowe  — piuva, 
mamy  inne,  ciemnofioletowe  —  paruma  i  trzecie,  to  złośliwe  drzewo  novato,  kwitnące 
kremowobrunatnie, nieładnie, ale oryginalnie. 
Pracujemy  z  zapałem,  milcząco.  Ręce  uwalane  krwią  po  łokcie.  Przede  mną  stoi  pudełko  pełnej 
tłustej wody, na której powierzchni pływają kawałki mięśni i kilka różnobarwnych gałek ocznych. 
Obok  stolika  wiszą  jak  zwykle  z  przekrzywionymi  główkami  ptaki-wisielce.  Oto  nasz  codzienny 
warsztat pracy... 
Pogoda  ponura  i  co  chwila  siąpi  deszcz.  Grzmoty  toczą  się  gdzieś  daleko,  ale  przejdą 
prawdopodobnie  obok  nas.  Ta  spodziewana  w  każdej  chwili  wizyta  burzy  powoduje  gorączkowy 
pośpiech w wykańczaniu roboty. Żeby jeszcze zdążyć wypatroszyć wnętrzności i uciec pod namiot. 
Nie chcemy zanieczyszczać wnętrza naszych mieszkań padliną. 
—  Wkrótce  otrzymam  list  od  żony  —  powiada  mi  ni  stąd,  ni  zowąd  Tadeusz.  I  znowu  zapada 
milczenie. 
W  tej  chwili  jestem  zajęty  mozolnym  odwracaniem  skrzydła.  Kilka  opornych  piór  nie  chce  się 
ułożyć  w  należytym  kierunku.  W  pierwszym  momencie  nie  zauważyłem  bezsensu  tego 
lakonicznego zdania. Dopiero po dłuższej chwili bąkam obojętnie: 
— Skądże taka pewność? 
— Śnił mi się dziś gołąb pocztowy. 
Parskam  serdecznym  śmiechem.  Skupiona  i  poważna  mina  Tadeusza  w  zestawieniu  z  naiwną 
treścią wypowiedzianego zdania usposabia mnie szczególnie humorystycznie. 

background image

— Mój kochany, może się wyśni panu przekaz dolarowy. 
Tadeusz powoli, a z premedytacją kładzie swego ptaka na stół i ... wybucha: 
— Może pan wierzyć lub nie, a ja mam dowody. Sny nie kłamią. Jeśli zaś chodzi panu o pieniądze, 
to trzeba, żeby śniły się wszy. Wesz jest nieomylnym znakiem gotówki. 
— O czym mówicie? — pyta Myśliwiec podchodząc nagle do stolika. 
—  Pan  Tadeusz  tłumaczy  mi  swoje  sny.  Podobno  ma  otrzymać  grubszą  forsę,  bo  się  jemu  pan 
dzisiaj przyśnił w nocy. 
—  At,  głupstwo!  —  machnął  pogardliwie  ręką  przysiadając  obok  na  ławce.  —  Opowiem  lepiej  
panom pewną prawdziwą historię, jaka mi się właśnie w tej chwili przypomniała. Mam przyjaciela 
w jednym z miasteczek prowincji Sao Paulo. Otóż zjawia się któregoś dnia w jego domu pewien 
jegomość,  o  którym  mówiono,  że  jest  Niemcem,  i  prosi  go  po  polsku  o  znalezienie  pracy.  „Pan 
Polak?”  —  pyta  zdziwiony  przyjaciel.  „Tak”  —  pada  odpowiedź.  „Czemuż  więc  pan  podaje  się 
wszędzie  za  Niemca?”  „Ano,  widzi  pan  —  odpowiada  przybysz,  w  zażenowaniu  drapiąc  się  po 
potylicy — bo widzi pan, jest to rzecz wielce skomplikowana i do tego... patriotyczna. Ja nikomu 
tego nie mówię, ale panu w zaufaniu powiem. Pan, jak słyszę, jest człowiekiem porządnym. Podaję 
się za Niemca, bo z zawodu, to ja jestem, widzi pan... złodziej. Po co więc mają o mnie mówić, że 
jestem Polak?” Przyjaciela mego ujęła ta szczerość i przyjął owego złodzieja do pracy, postawiwszy 
mu  tylko  warunek,  że  nie  będzie  uprawiał  swojego  zawodu  na  własnym  terenie.  Układ  stanął  i 
rzeczywiście złodziej okazał się najuczciwszym i najsumienniejszym pracownikiem. 
—  Z  biguatingi  zrobił  pan  jastrzębia  —  mówi  Tadeusz  patrząc  wzgardliwie  na  owoc  mojej 
parogodzinnej pracy. — Jakże można tak kurczyć szyję? Biguatinga to przecie ptak wodny, nurek. 
Ma szyję wysmukłą i długą. Tymczasem niechże pan tylko spojrzy, ile pan napchał waty do środka. 
Niech  pan  ją  jak  najprędzej  wyjmie.  Wszystkiemu  winna  pogoda.  Gdy  słońce  przyświeca, 
wszystkie szyje wypadają u mnie zgrabnie i Tadeusz nie robi żadnych uwag. 
Z  godziny  na  godzinę  staje  się  coraz  chłodniej.  Przeklęty  vento  do  sul  rozpętał  się  na  całego.  W 
nocy zerwał olbrzymią suchą gałąź i zrzucił ją z drzewa na hamak Tadeusza. Biedak klnie teraz na 
czym świat stoi, bo ratując olinowanie namiotu musi zrąbać całą resztę drzewa. Kto zna Tadeusza, 
ten wie, jak ciężko mu wstać z hamaka. 
Pracować dziś nie można. Wicher nastroszył pióra ptakom, a nawet wyrywa je z rąk. Poza tym co 
chwila pada deszcz. 
Tadeusz  wykańcza  rozpoczętą  wczoraj  „duszę  kota”  (alma-de-gato)  —  brązowego  ptaka  o 
puszystym  i  bardzo  długim  ogonie  (stąd  widocznie  owa  śmieszna  nazwa).  Taką  samą  nazwę 
stosujemy do innego ptaka, który od czasu do czasu miauczy w lesie. Myśliwiec zapewnia, że jest 
to  genialny  a  sławny  naśladowca  wszelkich  dźwięków.  Podobno  ten  mały  łobuz  potrafi 
wyprowadzać  w  pole  najstarsze  powagi  Mato  Grosso,  raz  bowiem  meczy  jak  samica  mutum,  to 
znów wydziera się jak arancuanga, a podobno potrafi nawet mruczeć niby jaguar. Dusza kota ma 
piękne czerwone obwódki dokoła oczu i przeogromne, ciemne rzęsy, jak u gwiazdy filmowej. 
Prócz  duszy  kota  istnieje  jeszcze  opisywana  przeze  mnie  kilkakrotnie  dusza  zabłąkana,  czyli  po 
prostu  jao.  To  ptak  nieszczęśliwy.  Jakaś  fatalna  reinkarnacja.  I  w  dzień,  i  w  nocy  biega  to 
maleństwo po ziemi, nawołując kogoś płaczliwie żałosnym gwizdaniem. Łatwo go bardzo ustrzelić, 
biegnie  bowiem  na  każdy  gwizd  na  oślep,  bez  pamięci  i  dopiero  przed  samą  lufą  otrząsa  się  z 
zadumy, że to nie zguba i nie zaginiony skarb, którego szuka, a tylko chytry i złośliwy człowiek. 
Biedny  ptak  ma  blade,  fioletowe  mięso,  tak  kruche,  że  rozłazi  się  pod  dotykiem  palca,  a  przy 
gotowaniu  bieleje  całkowicie  i  smakiem  przewyższa  wszystkie  napotykane  gatunki  jadalnych 
ptaków. Nawet osławiony mutum mu nie dorównuje. 
Tadeusz  ma  dla  jaó  specjalny  sentyment.  Za  każdym  jego  nowym  gwizdem  ciężko  wzdycha  i 
powtarza: 
— Nieszczęsny ptak! Nieszczęsny ptak! 
Z tym twierdzeniem nie może się zgodzić jedynie Myśliwiec. On ujmuje rzecz całkiem zwyczajnie 
i  całkiem  realistycznie.  Uważa  jao  za  szczególnego  wybrańca  losu,  bo  i  dniem,  i  nocą  ptak  ten 
jednakowo dobrze widzi, a skoro bezustannie gwiżdże, widocznie jest mu z tym dobrze. A zresztą... 
— Czyżby tak pan gwizdał, gdyby był nieszczęśliwy? 

background image

Nieskomplikowane a pełne logiki pytanie Myśliwca, zdaje się, uspokoiło trochę Tadeusza. 
Któregoś z najbliższych wieczorów Myśliwiec wyjątkowo się rozgadał i nareszcie usłyszeliśmy od 
niego prawdziwą historię jao. Oto dwoje młodych Indian rozkochało się niegdyś w sobie na śmierć 
i życie. Sielanka jednak trwała krótko. Żli biali ludzie przepłynęli aż na drugi brzeg Rio das Mortes 
(granica  jeszcze  nie  podbitych  dotychczas  szczepów)  i  porwali  piękną  Indiankę  właśnie  w  czasie, 
kiedy  oczekiwała  umówionego  gwizdania.  Długo  Jaó-Indianin  wypatrywał  powrotu  ukochanej. 
Siadywał  wieczorami  nad  urwistym  brzegiem  rzeki  i  gwizdał  swój  monotonny  umówiony  znak. 
Nikt  jednak  nie  przychodził.  Zrozpaczony  skoczył  wreszcie  w  głąb  rzeki  i  nagle  dusza  jego  siłą 
przeogromnego kochania i tęsknoty przeistoczyła się w małego szarego ptaszka tejże nazwy. Błąka 
się odtąd po świecie, wciąż gwiżdżąc, w poszukiwaniu ukochanej, jaó-pokutnik, tęskniący ptak. 
Biguatinga — miejscowy nurek, ma futerko czarne, nakrapiane srebrem. Pono Ameryka Północna 
szaleje  za  tym  futerkiem  na  damskie  kołnierze.  Na  skutek  wielkiego  popytu  Brazylia  zabroniła 
zabijać  biguatingi.  Kto  by  tam  jednak  słuchał.  Dziesiątki  skórek  odchodzi  do  miast  w  każdym 
sezonie. 
Ostatniej  nocy  majaczyły  mi  się  pół-sny,  pół-mary,  w  wyniku  których  wyobraziłem  sobie  jak 
najwyraźniej,  że  do  hamaka  mego  wkradł  się  oślizły,  zielony  wodorost-potwór,  coś  w  rodzaju 
roślinnego  iguana  i  pakuje  mi  się  pod  poduszkę.  Tadeusz  w  tym  czasie  uwijał  się  obok z lampą, 
więc  krzyknąłem  na  niego,  aby  czym  prędzej  pomógł  mi  w  wyrzuceniu  tej  zielonej  bestii. 
Wywiązała  się  krótka  a  jak  zwykle  dosadna  rozmowa.  Tadeusz  bynajmniej  nie  spieszył  się  z 
przyjacielską usługą. Wolał pierwej zaopatrzyć się na wszelki wypadek w rewolwer i nóż. 
Niecierpliwiłem  się  ogromnie,  byłem  bowiem  pewien,  czułem  najwyraźniej,  jak  ów  obrzydliwy 
potwór to się zwija, to się znów rozwija tuż pod moją głową. Powtórzywszy więc tragiczne wołania 
o pomoc, a nie mogąc czekać dłużej, chwyciłem płaza oburącz i mocnym szarpnięciem wyrzuciłem 
ga  z  hamaka.  Jednocześnie  uprzytomniłem  sobie,  że  owym  spadającym  na  ziemię  potworem  jest 
tylko moja własna, niewinna poduszka. Zdarzenie to świetnie ilustruje stan nerwów i przemęczenie 
psychiczne, w jakim znajdowaliśmy się po pięciomiesięcznym już biwakowaniu w Mato Grosso w 
atmosferze ciągłego niepokoju. 
Takie zmory nocne prześladowały mnie już nieraz podczas innych wędrówek po świecie i zawsze 
tylko w momentach kulminacyjnego napięcia nerwowego. Na przykład w drodze kajakiem do Indii 
często  zrywałem się nocami do ataku na niewidzialnego wroga i  dopiero  żona chwytając za poły 
piżamy sprowadzała mnie do rzeczywistości. 
Nawet  w  Polsce  trafiła  mi  się  podobna  a  ciekawa  przygoda.  Oto  podczas  kajakowej  eskapady  z 
Wilna  do  Poznania  ulokowano  mnie  z  dwoma  towarzyszami  na  podłodze  w  jakimś  majątku.  Za 
posłanie  służyła  nam  cienka  warstwa  słomy,  pokryta  żaglowym  płótnem.  Noc  lipcowa  i  gorąca 
spowodowała, że spaliśmy zupełnie nago. W pewnej chwili, ni stąd ni zowąd siadłem na posłaniu, 
oczy miałem otwarte i zda się, rozumowałem najzupełniej przytomnie. Przede mną na tle absolutnej 
ciemni fosforyzowało tajemnicze światło. Próchniejący pień czy świętojański robaczek? Ależ nie. 
Skądże by pod tym światłem stał stolik ze świecą? Zimny pot oblał mnie na myśl o pułapce. Oto 
zawlekli  nas  w  jakąś  matnię  leśną.  Mimo  woli  opuszczam  ręce  i  trafiam  nimi  w  miękki  podkład 
słomy,  to  już  do  reszty  mnie  przeraziło.  Równocześnie  spostrzegam  obok  siebie  nieruchomo 
rozwaloną, nagą postać przyjaciela. „Zamordowany?” — przemyka mi przez myśl. Tłukę go w bok 
dla sprawdzenia. 
— Stefek! — wołam na cały głos. — Co tobie? 
Zbudzony kuksańcem przyjaciel otwiera szeroko oczy i automatycznym, nawykowym ruchem obu 
swoich pustych pięści zaczyna wiosłować. Pięści rytmicznie uderzają o brezent wywołując szelest 
podobny do plusku wody. Ta opanowana i codzienna czynność uspokaja mnie nerwowo. Siedzimy 
tak obok siebie dobrą chwilę. Ale to światło?... Skądże u licha takie światło? 
— Stefek — zwracam się do wioślarza — co tam za światło? 
Stefek  nie  spuszczając  dłoni  od  piersi,  przerywa  wiosłowanie  i  ciekawie  patrzy  we  wskazanym 
przeze mnie kierunku. 
— Tobie się tylko tak wydaje, nie ma żadnego światła — odpowiada flegmatycznie, wracając do 
przerwanego wiosłowania. 

background image

Znowu siedzimy obok milcząco, ale światło nie daje mi spokoju. Więc uderzam pięścią drugiego 
towarzysza. 
— Dorek, spójrz w tamtą stronę! Co to za światło? Drugi przyjaciel budzi się najzupełniej trzeźwy, 
więc 
metodą sztubacką podaje mi adres, dokąd mam się zwrócić z podobnie głupim pytaniem, sam zaś 
odwraca  się  do  mnie  tyłem  i  głośno  chrapie.  Na  jego  trzeźwość  odpowiedziałem  również 
trzeźwością. Cała przeżyta przed chwilą historia  wydała mi się ogromnie śmieszna, zwłaszcza że 
Stefek  wciąż  jeszcze  i  bez  przerwy  wiosłował.  Pchnąłem  go  w  pierś,  a  on  padł  bezwładnie  na 
pościel i natychmiast zawtórował chrapaniem. 
Nazajutrz obaj nie pamiętali o nocnym zdarzeniu. Dziś żałuję ogromnie, że pozwoliłem wówczas 
Stefkowi zasnąć, może by tak przewiosłował aż do samiutkiego rana. 
Podobne  halucynacje  zdarzały  mi  się  bardzo  często  po  wyczerpujących  kajakowych  żeglugach 
przez otwarte przestrzenie mórz. 

 
 
Pająki

 

 
Precyzyjnie  i  ze  zwykłą  flegmą  rozpina  Tadeusz  na  wacie  ogromnego  pająka  ptasznika.  Mimo 
tygodniowej głodówki pająk ten ma jeszcze dosyć siły, aby raz po raz wyswobadzać kudłatą łapę z 
nakładanych mu więzów. 
,  Nasza  „naukowa”  ekspedycja  nie  posiada,  niestety,  najniezbędniejszej  rzeczy,  jaką  jest  eter.  W 
wyniku  więc  tej  „doskonałej”  organizacji  Myśliwca,  wszystkie  nie  dobite  zwierzęta  trzeba 
sadystycznie dusić albo głodzić. 
Jak  już  rzekłem,  pomimo  głodówki,  ptasznik  nie  daje  się  dobrowolnie  upozować  pomiędzy 
szpilkami.  Tadeusz  należy  jednak  do  ludzi  przedziwnie  upartych  i  konsekwentnych,  toteż 
cierpliwie, po raz dziesiąty może, podpiera tę samą umykającą wciąż nóżkę, kładąc ją pedantycznie 
na przeznaczone miejsce. Po każdym takim ruchu podnosi deseczkę z pająkiem i przygląda mu się z 
uwagą. Oczywiście przez ten czas pająk znowu nogę wystawi — i tak w koło, Macieju. 
Staram  się  nie  patrzeć,  strasznie  mnie  to  irytuje.  Rzucam  robotę  i  odchodzę  na  dłuższy  spacer. 
Wracam dopiero po godzinie. 
Pomiędzy  szpilkami  nad  pająkiem  rozpościera  się  teraz  wykończony  już  labirynt  nitek.  Mają  mu 
one  nadać  odpowiednią  pozycję,  w  ten  sposób  będzie  konał  śmiercią  męczennika.  To  narzędzie 
pajęczej  tortury  przypomina  mi  obrazek  z  książki  „Podróże  Guliwera”,  gdzie  w  roli  pająka  leży 
zaplątany w nici olbrzym ludzki, a na brzuchu jego tańczą krasnoludki. 
—  Nie  myślałem  nawet,  że  pan,  panie  Tadeuszu,  potrafi  być  aż  do  tego  stopnia  sadystą  — 
zauważam chłodno. 
— Tak, a wieleż krwi on się napił w swoim życiu. Przestańże pan wreszcie udawać Chrystusa! 
Może racja. Staram się wyobrazić sobie krwiożerczość pająka, żeby przestać się nad nim litować. 
Na pająki ptaszniki polujemy z Tadeuszem wieczorami już po kolacji. Jest to polowanie nie mniej 
emocjonujące od łapania ryb na dziryt. Pająki wyłażą na nocne żerowisko, czatując na swoje ofiary 
pomiędzy korzeniami  dużych drzew. Czasami można je znaleźć w ciemnych norach na zboczach 
urwisk. Niejeden wieczór upłynął nam na myszkowaniu w plątaninie tropikalnych korzeni, zawsze 
w  napięciu  nerwowym,  bo  licho  wie,  co  z  tych  wszystkich  dziur  może  wyskoczyć.  Wżeramy  się 
elektryczną latarką w każdy podejrzany zakątek. Nierzadko musimy nawet wpełzać pod rosochate 
kłody drzewne. Drapiemy przy tym ręce, a często nawet i policzki do krwi. 
Oślepiony światłem pająk nieruchomieje w miejscu, a wówczas można go z łatwością przycisnąć 
patykiem do ziemi i następnie lekarską pincetą ująć wpół. Ptasznik jest bardzo odważny. Z wściekłą 
determinacją atakuje zbliżający się doń koniec kija. Taki bojowy wypad na kij psuje mi ogromnie 
nerwy. Często zapominając o ludzkiej przewadze uciekamy co sił w nogach. Pająk ma w sobie coś 
z  bazyliszka,  hipnotyzuje  wzrokiem  nie  tylko  małe  muszki,  ale  i  mnie,  ogromnego  człowieka. 

background image

Czymże innym mógłbym tłumaczyć moje stałe podekscytowanie podczas tych polowań? 
W  ten  sam  mniej  więcej  sposób  schwytany  został  przez  nas  największy  i  najpiękniejszy  z 
dotychczasowych  okazów.  Byliśmy  zeń  dumni  rokując  świetną  przyszłość  dalszym  zbiorom.  Ale 
cóż, kiedy szelma potrafił w ciągu jednej  nocy przegryźć  grubą kopertę,  w której  siedział, potem 
pudełko od papierosów, w którym leżała ta koperta, i drapnąć sobie, gdzie pieprz rośnie. 
Ten pająk, którego przed chwilą Tadeusz tak zgrabnie omotał, także niemało dał się nam we znaki. 
Przede wszystkim  za mieszkanie obrał  sobie nie  korzenie drzewa, tylko  gliniastą, głęboką norę w 
zboczu pobliskiego wzgórza. Jedynie sokole oko Tadeusza potrafiło go tam wyśledzić. Ja w ogóle 
żadnych pająków nie widzę, dopóki mi ich Tadeusz wyraźnie nie pokaże. Według niego najłatwiej 
zobaczyć błyszczące w świetle latarki oczy pająka. 
Chociaż pająk został w tej gliniastej norze wykryty, kwestia wydobycia go stamtąd bynajmniej nie 
była łatwa. Poprzez wąski otwór nie mogliśmy wsadzić ręki, a zresztą kto by tam chciał narażać się 
na jadowite ukąszenie. Długo więc łamaliśmy sobie głowy, jaki wynaleźć sposób. Jak go stamtąd 
wystraszyć?  Wszelkie  próby  z  kijami  zawiodły.  Pająk  zaszył  się  gdzieś  w  najodleglejszy  kąt. 
Postanowiliśmy wreszcie przebić się do nory idąc prostopadle od góry. Odmierzyliśmy w tym celu 
głębokość poziomego tunelu. Liczył półtora metra. Następnie zmierzyliśmy grubość górnej ściany, 
mierzyła  pół  metra.  Ziemia  zbita  i  twarda  jak  kamień  utrudniała  kopanie.  Jako  jedyne  narzędzie 
służył  nam  do  tego  topór.  Tłuczemy  nim  na  przemian,  aż  wreszcie  trafiamy  w  próżnię.  Pająk  w 
dalszym ciągu nie porusza się, nic sobie z nas nie robi. Straszenie patykami także nie daje żadnego 
rezultatu. Najgorsze jest to oczekiwanie na skok pająka w niespodziewanym kierunku. 
Wreszcie  przedsiębiorczy  zawsze  Tadeusz  wpada  na  doskonały  pomysł:  wykurzyć  łajdaka  wodą. 
Biegnę do rzeki, podczas gdy Tadeusz stoi na posterunku. Zastawiamy teraz dolny otwór siatką, a 
przez górny wlewamy dwa wiadra wody. Mętny, żółty wodospad wyrywa się wprost na Tadeusza, 
ale pająka w nim nie ma. 
Następuje  chwila  konsternacji.  Cóż  u  licha?  Czyżby  uciekł?  Pochylam  twarz  usiłując  zajrzeć  do 
groty.  Tadeusz  oświetla  ją  przez  dolny  otwór.  I  oto  nagle  wbrew  wszelkiej  logice  i  wszelkim 
przewidywaniom,  kosmate  paskudztwo  błyskawicznym  ruchem  wypada  prostopadle  w  górę,  pod 
moją  twarz.  Zapominając  o  wszelkich  ambicjach,  odskakuję  w  bok.  Szczęściem  pająk  także 
ogłupiał i zamiast wykorzystać szczęśliwą dla siebie okazję do ucieczki, zatrzymał się niezdecydo-
wany na krawędzi studni. 
Wówczas bohaterski Tadeusz z wrzaskiem tryumfu zarzucił nań siatkę. 
Swoją  drogą  te  polowania  na  pająki  mają  w  sobie  nieprzeparty  urok.  Nie  mówię  tu  ani  o 
nastrojowym księżycu, ani o harmonijnym  graniu cykad, ani o tropikalnej duchocie idącej na nas 
spomiędzy  korzeni  palm  —  ot,  zwykła  ilustracja  naszego  codziennego  tutaj  życia.  To  wszystko 
przestaje się wreszcie widzieć, a przypomni się dopiero wtedy, gdy będzie utracone. 
Nie w gwiazdach więc leżał urok polowania na pająki, tylko w tej emocji związanej... z dziuplami. 
Od wczesnego dzieciństwa czyniły na mnie wrażenie czegoś tajemniczego, bałem się ich, a jednak 
mnie  pociągały.  Dawniej  wmawiali  we  mnie,  że  tam  siedzą  krasnoludki,  potem  —  że  złośliwe 
skrzaty. Z kolei zagnieździły się tam różne nietoperze i gady. A właśnie w Brazylii każda szczelina, 
każdy  otwór  w  ziemi  są  zamieszkałe.  Bogata  kolekcja  jadowitych  węży,  ogromne  jaszczury, 
pancerniki i mrówkojady, czarne wdowy — największe pająki świata — wszystko to wkopuje się w 
ziemię i najniespodziewaniej wyskoczyć ci może stamtąd na szyję. 
Tadeusz  idzie  zawsze  pierwszy  jako  szperacz.  Idzie  cicho,  nieco  przygarbiony,  jak  kłusownik  za 
niedozwoloną zwierzyną. Stawia nogi, wysoko i zawsze na palcach, aby nie zaczepić o wystające 
korzenie.  Kroczę  za  nim  niby  skromny  giermek,  choć  zamiast  miecza  niosę  tak  potrzebny  kij 
bambusowy, zamiast szyszaka zwykłą blaszankę od konserw. 
Tadeusz ma kocie oczy, więc nic nie umknie jego uwagi. Nawet zgubioną szpilkę w mig odnajdzie. 
Na rzece Cuiaba nie jesteśmy sami. Tu wieczorami od przeciwległego brzegu dolatuje rytmiczny, 
rumbowy  takt  gitar  i  różnych  tykwowych  grzechotek.  Od  czasu  do  czasu  rytm  ten  splata  się  w 
wysoki dyszkant i ponad możliwość własnego głosu wyciąga jodłowaniem kaboklerskie piosenki. 
To pastuchy bydła urozmaicają sobie nudne bezrobocie. 
Bezludne przestrzenie  Piquiri zostały daleko poza nami.  Odzwyczailiśmy się od ludzkich głosów. 

background image

Rażą dzisiaj nasze uszy. Stanowczo wolimy pająki. 

 
 
Deszcz z pogodnego nieba

 

 
Nie  znam  nic  piękniejszego  nad  wyschłe  łożyska  tropikalnego  ruczaju.  Idzie  się  po  nim  jak  po 
wygodnej  dróżce  angielskiego  parku.  Miejscami,  w  zagłębieniach,  gdzie  została  jeszcze  woda, 
tworzą  się  malownicze  jeziorka,  spowite  w  skołtuniony  gąszcz  sitowia  i  wodnych  kwiatów.  W 
przeciwstawieniu  do  wyschłej  od  słońca  i  wymęczonej  żarem  reszty  dalszego  lasu,  nad  curicho 
takim skupiają się wszelkie odcienie świeżej, soczystej roślinności. Cała przebogata flora Brazylii 
zbiega  się  tutaj  w  ucieczce  przed  posuchą.  Wygląda  jak  gdyby  na  pokaz  przygodnym  turystom 
boski  ogrodnik  nasadził  wszelkie  możliwe  gatunki  drzew  i  krzewów,  a  potem  splątał  je  ze  sobą 
sznurami  lian  i  storczykowych  bukietów.  Czasami  ten  kwiecisty  mur,  pozwalając  oczom  na 
wypoczynek, przerywa się daleką perspektywą innych jezior i stepów. Kilkunastometrowe kity opa-
dają z wysokich drzew, tworząc luźno obwisłe brązowe kurtyny, przez które trzeba się przedzierać. 
Każda nowa scena to żywy pokaz dziewiczego życia puszczy, być może nie deptanej jeszcze przez 
człowieka  cywilizacji.  Wszechpotężne  prawo  silniejszego  znajduje  tu  pełnię  wyrazu.  Wał  zieleni 
piętrzy się zachłannie ku otwartemu nad curicho błękitowi nieba. Nic to, że kilka słabszych palm 
usycha w cieniu rosochatego fikusa. Nic to, że stary, podmyty prądem pień na próżno usiłuje puścić 
świeże pędy. Pora mu umrzeć. Kto może, niech zdąża ku słońcu, depcząc słabych i niedołężnych. 
Życie  tryska  i  upaja.  Zmurszałe  i  zgniłe  formy  nie  trwają  długo.  Żar  tropikalnego  słońca,  potop 
deszczu i miliardy różnorakich stworzeń przeobrażają tutaj śmierć w życie. 
Zielony, kędzierzawy las fryzuje sobie czuprynę. Liany omotane równoległą falą powoju toczą się 
ku ziemi. Jakby najlepszy niebieski fryzjer ułożył im wieczną ondulację. Tam znowu kokieteryjnym 
łukiem  ciemniejszego  szmaragdu  przerzucił  się  jakiś  olbrzym  drzewny  na  drugą  stronę  curicho  i 
chcąc nie chcąc musisz teraz, dumny człowieku, zginać kark, aby prześliznąć się poprzez mroczny, 
świeżością pachnący tunel. 
Łatwo  jest  wykonywać  podobne  akrobacje  w  naszych  polskich  lasach,  ale  tutaj  każdy  spacer 
wyczerpuje nerwy. Tu trzeba mieć karabin w pogotowiu. Trzeba mieć oczy przed sobą, a uszy za 
sobą. Trzeba umieć rozróżniać kształt i barwy gałęzi, rozróżniać szelesty i piski. Jednym słowem, 
trzeba  znać  Księgę  Puszczy.  Pamiętaj,  że  mały  koliberek  więcej  czyni  szumu  aniżeli  największa 
anakonda  wisząca  na  drzewie.  Brazylijska  puszcza  ani  na  chwilę  nie  przestaje  gadać  i  język  jej 
należy  sobie  dobrze  przyswoić.  Powtarzam:  spacer  dnem  curicho  to  spacer  dróżką  angielskiego 
parku  z  niewielką  poprawką,  że  w  parku  tym  pootwierano  klatki  z  dzikimi  zwierzętami. 
Pootwierano także olbrzymie klatki z kolorowym ptactwem i to ptactwo oszalało nagle z radości: 
świergocze, gwiżdże i kracze, fruwa, pluszcze się i skacze. Mieni się w słońcu dziką jaskrawością 
piór. 
Przecudne jest brazylijskie curicho... 
Dziś  właśnie  korzystamy  z  okazji,  że  vento  do  sul  uniemożliwił  nam  pracę.  Idziemy  więc  z 
Tadeuszem na przechadzkę. On jak zwykle uzbrojony, od buta aż po zęby, niesie karabin, rewolwer 
i  nóż.  Ja  idę  sobie  skromnie  z  tyłu  i  niosę  życzliwie  uśmiechnięte  serce  włóczęgi,  no  i...  nóż 
kuchenny, taki sobie zwykły, do skrobania marchewki. 
Tadeusz wyżywa się. Gra rolę wielkiego i doświadczonego myśliwego, a przede mną ma szerokie 
pole do popisu. 
Wietrzy nosem, maca tropy palcami i zawsze mądrze gada. 
Pewnego  dnia  postanowił  koniecznie,  ale  to  koniecznie  upolować  jaguara.  Widocznie  w  jego 
myśliwskim  pojęciu  onca  odgrywa  takąż  samą  rolę,  jak  Cape  Horn  w  życiu  żeglarza.  Gdy 
„przepłynie” swojego pierwszego jaguara — odbierze chrzest. Słyszał, że jaguary lubią psy. Więc 
od  kilku  dni  Tadeusz  bez  przerwy  szczeka.  Wczoraj  znowu  Myśliwiec  opowiedział  nam  jakąś 
historyjkę  o  rozszarpanych  owcach.  Więc  dzisiaj  Tadeusz  bez  przerwy  beczy.  Jak  dotąd  jednak 

background image

wszystkie jego starania spełzają na niczym. Cieszę się ogromnie, bo tak z uśmiechem w sercu i z 
kozikiem do marchewki chodzić po dzikim lesie potrafił tylko święty Franciszek z Asyżu, a ja nim 
nie jestem. 
Vento do sul wystraszył wszystkie zwierzęta. Tylko szop-pracz napatoczył się nam pod same nogi. 
On ma ciepłe futro, kpi więc z wszelkich chłodów. 
Późnym wieczorem  gawędzimy sobie z Tadeuszem o tym i owym. Stoimy pod koronami dużych 
starych  drzew,  niedaleko  płonącego  ogniska.  Ani  jednej  chmurki,  ciepło.  Nagle  z  gwiaździstego, 
pogodnego  nieba,  tuż  przed  naszym  nosem  zaczyna  się  lać  ciurkiem  woda.  W  zdumieniu 
podnosimy wzrok. Nic jednak nie zdradza deszczu. Stoimy tak z zadartymi głowami czas dłuższy, 
sami nie wiedząc, co to  może być. Wreszcie wracamy do przerwanego wątku. Gawędząc przesu-
wamy się o kilka kroków dalej, aż oto znowu przed nami zaczyna lać się woda. 
— Cóż to u licha może być? 
— Nic nie rozumiem — powiada Tadeusz. 
W  tym  jednak  momencie  gdzieś  bardzo  wysoko  ponad  głowami  zaczyna  się  coś  gwałtownie 
kołysać.  Koronami  drzew  poszedł  szum.  Bez  wątpienia  jakiś  duży  zwierz  wędruje  z  miejsca  na 
miejsce. 
—  A  złośliwa  szelma,  to  on  nas  tak  chciał  urządzić  —  krzyczy  Tadeusz  biegnąc  po  karabin.  — 
Poczekaj, ananasie, pokażę ja ci nieprzyzwoite kawały! 
— To pewnie jaguatirica! — woła Stanisław pokładając się ze śmiechu. 
Świecimy latarką w niebo. Nic nie widać. Czekamy  cierpliwie, aż się coś znowu poruszy. Cisza. 
Raptem gdzieś znacznie już dalej zaczyna padać obfity deszcz. 
— Ma szelma spust — mówi z uznaniem Tadeusz. 
— Pierwszy raz coś podobnego mi się przytrafia — odpowiada Stanisław biorąc także karabin. 
— Przecież to nie panu się przytrafiło, tylko jemu — flegmatycznie zauważa Tadeusz. 
Parskamy śmiechem i w tejże chwili ciężki szelest toczy się na nowo koronami drzew. Pędzimy za 
nim. 
Jesteśmy  w  bajecznych  humorach.  Ubawił  nas  ten  figlarz.  Świecimy  trzema  latarkami,  ale  nie 
możemy go smugą złapać. 
— To pewnie pana kolega samolotem tak leci — sili się na dowcip Stanisław. 
— Mam, mam! — woła Tadeusz. — O, tam coś dużego, pewnie małpa. 
Krążymy  koło  wskazanego  miejsca,  ale  wciąż  bezskutecznie.  Nic  nie  widać.  W  końcu  Stanisław 
mówi: 
— To nie małpa. Małpa nie potrafi tak spokojnie siedzieć. 
Tymczasem znowu zaczyna lać, tym razem jeszcze głośniej i jeszcze więcej. 
— Może on ma wiadro w ręku — śmieje się Tadeusz. 
—  To  ze  strachu,  panowie  —  mówi  tym  razem  poważnie  Myśliwiec  i  jednocześnie  podnosi 
strzelbę. Pada strzał i nagle - deszcz ustaje. 
— O, widzę! Zwiesił łeb. Trafiony! — krzyczy gorączkowo Tadeusz. 
— Ale jakoś nie spada — mówię złośliwie, a uwaga moja podjudza obu. Odtąd zaczynają strzelać 
na  przemian,  bez  przerwy  i...  bez  rezultatu.  Tajemnicza  małpa  została  gdzieś  na  najwyższych 
gałęziach. 
— Wlezę na górę — wyrywa się Tadeusz — popróbuję ją strząsnąć. 
Pomagamy  mu  w  tej  mozolnej  robocie.  Drapie  się  coraz  wyżej,  aż  ginie  w  cieniu  koron  niczym 
druga, jeszcze nie zastrzelona małpa. Czekamy pełni emocji. Tadeusz silnie trzęsie drzewem i coś 
ciężkiego, chrzęszcząc metalicznie, spada niedaleko nas na ziemię. To jeżozwierz, czyli poczciwy 
uriso,  jedno  z  najłagodniejszych  stworzeń  brazylijskich.  Tylko  kabokle  z  niewiadomych  zupełnie 
przyczyn boją się go ogromnie. Opowiadają o nim nieprawdopodobne banialuki: między innymi, że 
potrafi  wyrzucać  ze  swego  ciała  ostre  igły,  które  przebijając  skórę  wroga  wędrują  pomiędzy 
mięśniami, najczęściej do serca. Oczywiście to bzdury, z których jedno jest tylko prawdą, że igły po 
obu  końcach  jednakowo  ostre  i  natłuszczone,  trzymają  się  rzeczywiście  bardzo  słabo  skóry 
jeżozwierza. 
Uriso jest mądry. Na przykład ulubionym jego przysmakiem jest owoc goiaba. Gdy się naje tych 

background image

owoców do syta, zabiera resztę do domu na zapas, a nie mając kieszeni ani odpowiedniego worka, 
czyni to w sposób ogromnie dowcipny: mianowicie włazi na drzewo i strząsa owoce na ziemię; na-
stępnie, najeżywszy kolce, tarza się po owocach i nabija na szpikulce. 
Po  chwili  nasz  uriso  piecze  się  na  rożnie.  Myślę,  że  niedługo  i  psa  skosztujemy.  Vento  do  sul 
uniemożliwia polowanie, trzeba więc jeść, co się tylko da. 
Rano  przy  pracy  Tadeusz  gwiżdże  poloneza  As-dur.  I  oto  nad  głowami  naszymi  ktoś  powtarza 
dokładnie pierwszą zwrotkę tej melodii. Nie wierzymy własnym uszom. Po chwili jednak znowu to 
samo. Pędzimy więc do Stanisława i przyprowadzamy go za poły. Przysłuchuje się czas dłuższy, a 
że  jest  głuchy,  trudno  mu  jakoś  z  tym  idzie.  Tadeusz  prowokuje,  gwiżdżąc  ponownie  zwrotkę 
poloneza. Widzimy, jak mały ptaszek otwiera dziób i powtarza. Wprost nie do wiary! 
—  To  irauna-do-bico-branco,  naśladowca  dźwięków,  o  którym  już  kiedyś  panom  mówiłem  — 
tłumaczy  Myśliwiec.  —  Nie  tylko  on  jest  taki  mądry.  W  Mato  Grosso  wiele  zwierząt  potrafi 
naśladować  cudze  głosy.  Nie  wiem,  czy  to  prawda,  ale  kabokle  twierdzą,  że  jaguatirica  potrafi 
gwizdem wabić do siebie biednego jaó, który biegnie prosto w jej paszczę. 
Zdumiewający jest świat przyrody. Nieprawdopodobnie dziwny świat Mato Grosso. 
Po chwili siedzimy znowu przy pracy. 
—  Wie  pan  —  mówię  do  Tadeusza  w  głębokim  zamyśleniu,  wyjmując  jednocześnie  z  kubka 
trzonkiem cynowej łyżki potopione mrówki. — Według mnie istnieją tylko ludzie zbłąkani, nie ma 
leniwych  i  nie  ma  niedołęgów.  Każdy  przynosi  ze  sobą  na  świat  drzemiące  gdzie  w 
podświadomości wielkie zamiłowanie do czegoś. I oto rozpoczyna się gra w loteryjkę życia, czyli 
takie normalne i powszednie nasze bytowanie. Wszystko teraz zależy od szczęścia, czy trafimy na 
okazję wyzwolenia naszych zamiłowań, czy też nie. Większość ludzi nie trafia na właściwą drogę i 
od  razu  zniechęca  się.  Stąd  pochodzą  wszelkie  melancholie,  neurastenie,  histerie  i  w  ogóle  tak 
zwane nieszczęścia. Jeżeli więc ktokolwiek źle i niewydatnie pracuje, to znaczy, że robota go nie 
interesuje.  Nie  trafił  na  odpowiedni  dla  siebie  kierunek.  Wprowadziłbym  do  wszystkich  szkół 
średnich  w  ostatnim  roku  nauczania  obowiązkowe  informatorium.  Przez  osiem  miesięcy 
prowadziłbym tam seminarium na temat wszelkich możliwości pracy, wszystkich istniejących szkół 
wyższych i wydziałów i tym sposobem... patrz pan, psiakrew... tym sposobem... co wyjmę mrówkę, 
to mi mucha wpadnie. No i co pan na to? Jakże tu pić herbatę? 
Tadeusz  przez  cały  czas  moich  zawiłych  wywodów  bezmyślnie  miesza  w  swoim  kubku  i 
bezgranicznie  dobry,  a  smutny  wzrok  zatapia  gdzieś  w  jakiś  jeden  punkt  zielonego  lasu.  Byłem 
przekonany, że mnie słyszy. Teraz na skutek mego pytania oderwał wzrok od tego punktu i mówi 
poważnie a cicho: 
— Łotry. 
  — Kto?  — zdziwiłem się ogromnie. 
— Jak to, kto? Oczywiście Szwaby. Przekroczyli linię Dniepru i pójdą teraz niby w masło. Wojna 
się przedłuża... 
— Jeden do Sasa, drugi do Łasa — mruczę wściekły. — Gadaj tu z takim. 
Milkniemy  na  dłuższy  czas.  Na  najbliższą  gałązkę  wtoczyła  się  tymczasem  czarna,  aksamitna, 
puszysta  kulka  i  uniósłszy  purpurowy  dziobek  jęła  wywodzić  trele.  Bico-de-lacre,  miły  ladaco, 
jedno  z  najgłupszych  ptasząt,  co  nie  boi  się  człowieka.  Jest  inne  jeszcze,  nazywa  się  surucua. 
Najbarwniejszy z ptaków, mieniący się zielenią o szkarłatnym brzuszku. 
Tym  razem  nie  nadużywamy  ptasiego  zaufania.  Bico-de-lacre  przestał  już  nas  interesować. 
Wypchaliśmy  pełny  komplet  tych  ptaszków,  czyli  osiem  sztuk.  Surucua  zaś  nie  ma  amatora  ze 
względu na straszliwie cienką skórkę. Mistrz Tadeusz potrafił wypchać tylko jedną, a ja zepsułem 
kilka i więcej nie próbuję. 
Dziś mieliśmy trochę niepokoju. Oto Myśliwiec, który poszedł do lasu na kilka godzin, przez dwa 
dni nie wracał. Wiedzieliśmy, że nie wziął ze sobą prowiantu, musiało się coś stać. 
Do tego stopnia obrzydził nam ten człowiek życie, że myśleliśmy teraz wyłącznie o kłopotach, jakie 
spadną  na  nas  w  razie  jego  śmierci.  Gotowi  nam  jeszcze  nie  uwierzyć  i  posądzać  później  o 
morderstwo.  Podobno  w  Mato  Grosso  istnieje  zwyczaj  legitymowania  się  z  czyjegoś  zniknięcia 
fotografią zwłok na dowód, że ten ktoś został rozszarpany przez dzikie zwierzę. 

background image

— A jeśli Myśliwca krokodyl pożarł? Jak go pan sfotografuje — pyta Tadeusz. 
—  Milcz  pan  lepiej  i  nie  zawracaj  głowy.  Musimy  płynąć  na  poszukiwania.  Byłoby  to  nie  po 
koleżeńsku zostawić go w puszczy bez pomocy. 
Zgodnie bierzemy się do wioseł i płyniemy wzdłuż zatoki w kierunku, dokąd według wszelkiego 
prawdopodobieństwa musiał  się Myśliwiec udać.  Upływa pół  dnia. Docieramy wreszcie do końca 
zatoki,  i  spoza  krzaków  wyłania  się  motorowe  canoe,  ale  puste.  Serce  zatłukło  nam  żywszym 
tempem. A więc naprawdę coś się stało. Prawie jednocześnie rozlega się gdzieś niedaleko strzał, a 
zaraz za nim drugi. Przybijamy do brzegu nawołując radośnie, co sił starczy w płucach. Spoza kępy 
drzew  przedziera  się  ku  nam  czarne  czupiradło.  Tak  brudnego  jeszcześmy  nikogo  nie  oglądali. 
Twarz  Myśliwca  ginie  pod  grubą  warstwą  sadzy  czy  węgla.  Ubranie  przedstawia  obraz  nędzy  i 
rozpaczy. Spodnie bez guzików podtrzymuje jak zwykle ręką. 
— Niepokoiliśmy się o pana — mówię, aby coś powiedzieć — zaglądaliśmy do błaszanek, czy aby 
dużo naboi pan ze sobą zabrał. Trudno się jednak było zorientować... 
Myśliwiec  pobladł,  jeżeli  w  ogóle  ktoś  zblednąć  potrafi  pod  warstwą  sadzy  i  węgla.  Nerwowym 
głosem szybko wypytuje: 
— Jak głęboko panowie zaglądali do blaszanek? Jak głęboko... 
Obaj  z  Tadeuszem  zrozumieliśmy,  że  tam  na  dnie  owych  blaszanek  pod  warstwą  naboi 
przechowuje się jakaś tajemnica, najprawdopodobniej pieniądze. O Myśliwcu krąży uparcie fama, 
jakoby  posiadał  grubszą  gotówkę,  do  której  się  nie  chce  przyznać.  Ja  ze  swej  strony  nie  bardzo 
wierzę tym wszystkim plotkom. Aczkolwiek poznałem go z najgorszej strony, niemniej przekonany 
jestem  głęboko,  że  jego  nałóg  myśliwski  i  rozmiłowanie  się  w  Pantanalu  przewyższają  znacznie 
chciwość  na  gotówkę.  Nie  wierzę  na  przykład,  aby  Stanisław  mógł  wysiedzieć  aż  dwa  lata  w 
mieście, mając pieniądze na drogę do Mato Grosso. Tymczasem, jak wiemy, siedziałby on tam do 
dziś dnia, gdyby nie moja naiwna pożyczka. W jednej z blaszanek leżało prawdopodobnie te parę 
tysięcy  moich  milrejsów,  które  Myśliwiec  chował  na  dalsze  swoje  życie  w  okresie  deszczowym. 
Oczywiście wobec mnie udawał, że już wszystko dawno wydał. 
Tak więc przygoda skończyła się szczęśliwie i nie potrzebowaliśmy fotografować zwłok. 

 
 

Nocna wyprawa 

 
Słońce dopiero co wystartowało do dziennego lotu i jeszcze nie widać go spoza gęstych palmowych 
piór. Coraz nowe ptasie gwizdy rozlegają się dokoła, a saracura — nasz codzienny przyjaciel i gość 
— już przyszła po swoją porcję mięsa. 
Materia nie ginie. Jest to święta prawda. Co zamordujemy jednego dnia, to staje się źródłem nowej 
siły  w  dniu  następnym.  Zastępy  przeróżnych  stołowników  ściągają  do  nas  od  wczesnego  ranka  i 
krążąc badawczo, wyzyskują każdą okazję. 
Ledwie  skończę  patroszyć  ptaka,  a  już  z  pobliskich  gałęzi  patrzą  na  moje  ręce  dwa  jastrzębie 
caracarai.  Saracura  najbezczelniej  w  świecie  grzebie  suche  liście  pomiędzy  moimi  stopami  i  od 
czasu  do  czasu  powietrzem  wstrząsa  suchy,  basowy  warkot  ni  to  samolotowego  śmigła,  ni  to 
motoru  łodzi.  To  urubu-myśliwiec,  stuliwszy  lotki,  spada  z  wysokości  paruset  metrów,  aby 
naocznie sprawdzić, czy robota moja zbliża się już do końca. 
Maleńkie, brązowe mrówki też nie próżnują. Drapią się pośpiesznie po nogach stołu, aby wgryźć 
się w nozdrza albo powieki spreparowanych ptaków. 
Czarny okrągły żuczek, dobrawszy sobie wierną towarzyszkę życia, drąży po cichu kanał wzdłuż 
martwych ścięgien ptasich nóg, aby tam właśnie, w wolnej przestrzeni kolanowego stawu, założyć 
miłe a przytulne gniazdko. Za parę dni wylęgną się tam białe, tłuste liszki i te dopiero pokażą nam, 
co potrafią. Te dopiero dadzą się nam we znaki wyżerając nasady wszystkich piór i niszcząc całą 
pracę bezpowrotnie. 
Nie trzeba mrówek. I bez niszczycielskiej roboty praca się nam jakoś nie klei. Noc zeszła prawie 

background image

nie przespana. 
W  kościach  łamie  i  głowa  boli,  a  wszystkiemu  winne  są  owe  colhereiry,  które  obrały  sąsiednią 
plażę  na  swoje  nocne  sejmiki.  Tysiące  ich  ciągną  nad  naszymi  głowami  regularnie  każdego 
wieczoru, aby nie milknącym kłótliwym rozhoworem zmącić nocną ciszę. Gwar ten słyszalny jest 
na parę mil dookoła. 
Dziś w nocy zapolowaliśmy na nie z reflektorem. Oczywiście Myśliwiec nie wziąłby mnie ze sobą, 
gdyby nie strach przed odmową Tadeusza. 
Nie  miałem  zamiaru  brać  czynnego  udziału  w  mordowaniu  biednych  ptaków,  a  jednocześnie  nie 
chciałem być zawalidrogą dla zwariowanych strzelców, przeto wybrałem się jako widz-świadek w 
oddzielnej, małej i chybotliwej łódeczce. 
Ruszyliśmy o zmierzchu przed samym zachodem słońca. Sławetny „Kalosz” idąc na motorze wziął 
mnie na hol i tym sposobem w niespełna pół godziny znaleźliśmy się na miejscu, to znaczy parę mil 
powyżej  sejmikowej  plaży.  Było  jeszcze  zbyt  jasno,  musieliśmy  więc  poczekać,  aż  się  zupełnie 
ściemni. Przyczepieni do czupryny przybrzeżnych kamelotów, schowani pod nawisłą koroną drzew, 
trwamy tak w milczącym przyczajeniu. 
Na zachodzie gaśnie łuna zmęczonego dnia. Olbrzymie dorady, tłukąc raz po raz wodę stukilowym 
ciężarem srebrzystych cielsk, rozpoczęły swój wieczorny taniec z prysiudami. Czasem wybuchnie 
tumult zbełtanej przez piranie wody. Plaża colhereirów rozbrzmiewa coraz silniejszym wrzaskiem. 
Coraz  nowy  klucz  różowych  ptaków  opada  z  nieba.  Jak  zastępy  tatarskiej  konnicy  spadają 
zgiełkliwe gromady ptasie na to żółte, prawdziwe dzikie pole, aby radzić tam nie wiedzieć o czym i 
odlecieć za chwilę nie wiadomo dokąd. Na tle krzykliwego chóru łatwo można odróżnić piskliwy 
skrzek cyranek, których kilka stad przyplątało się nie wiadomo czemu. 
— Będzie co do kotła włożyć — mruczy oblizując się Tadeusz (człowiek, który bez mięsa żyć nie 
może). 
Colhereiry nie są jadalne. Nawet my, których los okrutny nauczył już każde świństwo wkładać do 
ust,  nie  możemy  się  ani  rusz  zdecydować  na  ich  mięso.  Jadałem  czaple,  jeżozwierza,  krokodyli 
ogon (przysmak  Indian  Guato), jadłem  jaja iguana i  niejedno jeszcze paskudztwo skosztowałbym 
dzisiaj, ale colhereiry, mimo różowego koloru piór, nie trafiają do przekonania swoim straszliwie 
cuchnącym i jak purchawka dmuchanym mięsem. 
— Już ciemno  — zadecydował  Myśliwiec biorąc reflektor i  karabin  w ręce. Prawie jednocześnie 
Tadeusz i ja wypuszczamy z rąk warkocze kamelotów, trzymających nas do ej chwili w miejscu. 
—  Ach!  —  krzyczy  Tadeusz,  a  spod  jego  łokcia  wysuwa  się  głowa  krokodyla,  bezszelestnie 
zagłębiając się w wodę. 
— Widział pan coś podobnego? Leżał sobie niecnota ledwie dwa centymetry od mojej ręki. I nic mi 
nie zrobił! 
Zwykła  brazylijska  niespodzianka.  Jeszcze  jeden  dorad  szlachetności  zwierząt.  Bez  potrzeby  nie 
czynią nikomu krzywdy, a może to Kuba podążył za nami aż tutaj? Nie ma czasu na zastanawianie 
się.  Płyniemy  już  z  prądem.  Wkrótce  zostaję  sam.  Łódź  moich  towarzyszy  niknie  gdzieś  w 
mrocznym srebrze rzeki. Pracuję wiosłem jak najciszej, tak aby tylko dziób canoe kierować zawsze 
do  przodu.  Szybki  prąd  zbliży  mnie  i  tak  do  celu.  Ptasi  wrzask  rośnie  i  już  prawie  ogłusza.  Nie 
wiem,  z  której  strony  przyjdą  strzały,  bo  nie  widzę  myśliwych.  Raptem  wpełzam  w  oczerety  i 
giętka  liana  obwija  mi  się  w  krąg  szyi.  Drętwieję  jak  Zagłoba  pod  „zdobytym”  sztandarem. 
Wstydzę  się  sam  siebie,  odpycham  się  wiosłem  —  i  znowu  oczerety.  Wpadłem  w  pułapkę  bez 
wyjścia. Trzeba wracać na wiosłach pod prąd. Towarzysze moi muszą już być na plaży. Jakby w 
odpowiedzi  na te przypuszczenia tuż obok błyska snop elektrycznej  latarki  i  prawie jednocześnie 
uderzam dziobem w ich łódkę. 
— Niech pana diabli porwą — warczy Myśliwiec. — Alboż pan mnie nie widzi? 
Pytanie  kapitalne.  Oni  mnie  widzą,  bo  jestem  na  tle  srebra  rzeki.  Ich  łódka  stoi  w  plątaninie 
przybrzeżnych korzeni. 
— Niech pan pomoże nam wyplątać się z tej matni. 
Okrążam  ich  dookoła,  odczepiam  jakąś  gałąź  i  znowu  spływamy  razem  burta  w  burtę.  Te  parę 
kilometrów  nocnej  eskapady  trwa  zda  się  wieczność,  a  ptaki  tymczasem  drą  się  w  tym  samym 

background image

wciąż miejscu. 
Ledwie ich odczepiłem, a już znowu znikli. Tak smolistej nocy już dawno nie pamiętam. Gdyby nie 
zbawczy prąd, błądzilibyśmy do rana. Do chóru colhereirów tak przyzwyczailiśmy się, że po prostu 
przestaliśmy go słyszeć, jak się nie słyszy w tropikalnych krajach codziennego skrzeku cykad. I oto 
nagle z tego harmonijnego pogwaru wyrasta tęskne a ponure wołanie puchacza: „jaó murucututu”. 
Odpowiedziały mu natychmiast inne takież wołania gdzieś bardzo daleko i cały sejm colhereirów 
na moment zaniemówił. Cisza. Szelest trzcin. Powiew wiatru po czubach drzew. 
Cisza. 
I znowu ozwał się wódz colhereirów, a za nim cały tysiączny obóz swobodnie się rozgadał. 
Zatrzymuję  canoe  na  piasku  mielizny,  tuż  prawie  przy  samych  ptakach.  Oczekiwanie  na  strzały 
zaczyna mnie już męczyć. Gdzież są ci myśliwi? Może się znowu wplątali i czekają na mój ratunek. 
Jakby  w  odpowiedzi,  od  strony  sejmiku  zrywa  się  basowy  grzmot,  a  raczej  chóralny  pomruk,  i 
toczy  się  ponad  moją  głową.  Łudząco  przypomina  oklaskiwanie  aktorów  przez  natłoczoną  po 
brzegi  salę  olbrzymiego  teatru.  To  colhereiry,  spłoszone  jakimś  stukiem,  zerwały  się  do  lotu. 
Widocznie  niezdarny  Myśliwiec  spłoszył  je  uderzeniem  wiosła.  Prawie  jednocześnie  na 
bezgwiezdne  niebo  pada  snop  oślepiającego  światła  z  reflektora.  Tysiące  różowych  mgiełek 
łopoczą w powietrzu. Wyglądają jak ogromne motyle. 
Na  szczęście  nie  padł  ani  jeden  strzał  Widocznie  brak  odpowiednich  po  temu  warunków.  Przed 
chwilą gwarna jeszcze plaża opustoszała teraz w jednej chwili. Ale snop latarni nie rezygnuje, nie 
gaśnie. Gorączkowo biega to tam, to tu po piasku. Szpera w ciemnościach, myszkuje po kępkach 
krzaków,  topi  się  w  zatoczkach  rzeki,  wydłuża  w  nieskończoną  perspektywę,  aż  oto...  stop. 
Zahipnotyzowany niespodziewanym słońcem, stoi różowy ptak na nogach i patrzy przed siebie w 
jasność. 
Snop  reflektora  wydłużył  się,  wyprężył  jak  myśliwski  pies  do  skoku  i  już  nie  odchodzi,  już  nie 
puszcza ofiary. Widzę cień lufy i słyszę suchy, metaliczny trzask. Ptak rozłożył szeroko skrzydła i 
przypadł  piersią  do  piasku.  Potem  zerwał  się  i  w  kulawych  podskokach  śpieszy  ku  najbliższej 
wodzie. 
— Prędzej! Prędzej, bo ucieknie! — drze się ochryple Myśliwiec i tak jak stoi, w długich swoich 
portkach, wpada po pas do rzeki. Dziobiąc przed sobą długą laską, komicznie podrygując, biegnie, 
a przed nim — kontrastowo wspaniały — pędzi na oślep różowy ptak. Tadeusz trzyma ich obu w 
orbicie reflektora, niby baletmistrzów na wielkiej  scenie życia. Zdrowy a brutalny człowiek góruje 
nad chorym a subtelnym ptakiem. Zaraz go schwyci za skrzydła. 
W  tej  chwili  uświadamiam  sobie,  że  jestem  złym  towarzyszem  do  polowań.  Oto  najwyraźniej 
trzymam stronę przeciwnika. Brak mi tylko piór, ażeby razem z tym biednym colhereirem zacząć 
uciekać i razem z nim przeklinać człowieka. 
W snopie światła niby tryumfator staje przede mną Myśliwiec, trzymając w pięści puszystą szyję 
zbiega. Różowe skrzydła obwisły. Głuchy stuk. To pada martwy ptak, bezlitośnie rzucony na dno 
łodzi, bez czułostkowych sentymentów i bez straty czasu. 
Znowu srebrny wąż światła zdradziecko pełza i węszy po piasku plaży. Znowu zagląda w szpary, 
wspina  się  na  drzewa  i  przenika  gąszcze.  Jak  na  kinowym  ekranie  wyświetlane  są  kolejno 
fragmenty  tropikalnej  przyrody.  Tu  pióropusze  acuri.  lam  gęstwa  tucum,  a  pomiędzy  nimi  i  pod 
nimi  mosiężne,  połyskujące  guziki  —  to  oczy  krokodyli.  Ale  nic  nie  odbija  równie  jasno 
elektrycznych  promieni,  jak  różowe  pióra  colhereira.  Próżno  chciałby  się  biedak  ukryć,  próżno 
chciałby  się  zapaść  w  tej  chwili  pod  ziemię,  już  go  Tadeusz  trzyma  na  celu,  już  go  ma. 
Oszołomiony ptak skamieniał w miejscu i patrzy. Jakby oczarowany ową świetlną drogą, co go za 
chwilę ku śmierci poprowadzi. Tadeusz nie celuje długo. Jego strzał jest nieomylny. W srebrzystej 
smudze reflektora, z głową pomiędzy rozwartymi do lotu skrzydłami, leży różowy martwy ptak. 
Głupie, pozostałe jeszcze na plaży ptaki cierpliwie oczekują swojego losu.  Szczekanie karabinów 
nie wywiera na nich najmniejszego wrażenia. Nie rozumieją. Jeden po drugim giną od kul. Historia 
gonitwy powtarza się do obrzydzenia. Wieziemy już ze sobą siedem ofiar. 
—  Jeszcze  nie  jest  późno  —  powiada  Myśliwiec  —  może  byśmy  tak  pomyszkowali  światłem 
wzdłuż brzegu rzeki? 

background image

Tadeuszowi  nie  trzeba  takiej  propozycji  powtarzać.  Oczy  błyszczą  mu  jak  u  krokodyla.  Chwyta 
reflektor,  nastawia  i  oto  już  mamy  przed  sobą  film.  Żywe  obrazy  przesuwają  się  kolejno  jak  na 
wstędze. Obrazy tropikalnego lasu. 
Nic nie umknie przed tym srebrzystym wężem. Każdy zakątek lądu, każda nora są teraz widoczne. 
Myśliwiec  trzyma  palec  na  cynglu.  Możliwości  są  tu  ogromne,  jeno  trzeba  siedzieć  z  palcem  na 
ustach  cichuteńko,  cichuteńko  i  broń  Boże  wiosłem  nie  plusnąć.  O  tej  porze  zwierzęta  ciągną  do 
wodopoju, ścieżkami do wybranych plaż. Mijamy szereg takich tunelowych wylotów, ale wszystkie 
puste.  Niektóre  z  tych  otworów,  jakby  wywiercone  w  prostopadłej  ścianie  lasu,  wiszą  na  kilka 
metrów  ponad  powierzchnią  rzeki.  Chcąc  napić  się  wody  biedne  zwierzęta  muszą  spełzać 
brzuchami po korzeniach i piąć się po nich z powrotem. 
W takiej właśnie komicznej pozycji znalazł się wilk brazylijski lobo, kiedyśmy go chwycili w krąg 
światła.  Przywarłszy  brzuchem  do  wyśliganej  pochyłości,  z  zadem  wysoko  uniesionym  w  górę, 
chłeptał chciwie wodę. 
Raptem poruszone językiem kręgi zaczęły jarzyć się oślepiająco. Zdumiony lobo podniósł wzrok i 
skamieniał. Oto znad rzeki wyrastało ku niemu słońce. Mądry lobo w podobne wybryki natury nie 
wierzył.  Niedawno  pożegnał  jedno  słońce,  a  do  drugiego  miał  jeszcze  długą  noc  szczęśliwych 
łowców. Wołał więc bezpieczny mrok od niepewnego słońca. Wfuliwszy puszysty ogon jął wspinać 
się ku leśnej swojej kryjówce i gdy pazury tylnych łap mocno uchwyciły normalny poziom ziemi, 
dopiero  wówczas  ciekawość  przezwyciężyła  w  nim  budzący  się  lęk.  Odwrócił  się  i  nastawiwszy 
ostre  uszy  spojrzał  raz  jeszcze  w  tę  dziwną  tarczę  nie  widzianego  dotąd  słońca.  Ta  właśnie 
ciekawość omal go nie zgubiła. Padł strzał i coś straszliwie gwizdnęło mu przy pysku. Przerażony 
wilk  uniósł  przednie  łapy  w  górę  i  zamarł  w  pozycji  grzecznego  pokojowego  pieska.  W  tym 
momencie  Tadeuszowi  ręka  drgnęła  i  snop  światła  skoczył  w  górę.  Wilk  oprzytomniał,  jednym 
susem skrył się za kotarę lian. Huknął drugi strzał, ale już za późno. 
— Psiakrew! — zaklął Myśliwiec. 
—  Szkoda,  wyjątkowo  piękny  okaz  —  rzekłem  złośliwie,  ale  w  duchu  byłem  rad  z  tej  jego 
ucieczki. 
Widmo  wilka  i  nieudane  strzały  podnieciły  moich  towarzyszy.  Co  chwila  pochylają  się  teraz  ku 
sobie  i  szepczą  coś  gorączkowo.  W  nerwowych  drgawkach  pęta  się  srebrzysty  krążek  światła  po 
leśnych gąszczach, wierci je wciąż, chcąc ukraść tajemnicę, a woda niesie łódkę coraz niżej i niżej, 
coraz dalej od naszych hamaków i naszej kolacji. 
— Nie wystarczy gazoliny, trzeba wracać — mruczy Myśliwiec. 
Zmarzłem.  Vento  do  sul  daje  się  dobrze  we  znaki.  Nie  ma  zresztą  we  mnie  tego  cieplika,  który 
działa na moich towarzyszy. Nie ma we mnie emocji myśliwskiej, rozgrzewającej krew. Zacieram 
ręce,  wcale  się  nie  martwię  powrotem.  Mam  zresztą  głębokie  przekonanie,  że  poza  szczęśliwym 
wilkiem  nie  napotykamy  już  nic.  Vento  do  sul  nie  jest  przecież  odpowiednią  porą  na  polowanie. 
Cały świat siedzi wtedy skulony w norach. 
Motorek  pociągnięty  z  nagła  za  sznurek,  budząc  się  z  dotychczasowego  odrętwienia,  warknął 
gniewnie.  Reflektor  zmienił  funkcję.  Ze  szpicla  stał  się  szlachetnym  nawigacyjnym  pilotem. 
Skoncentrowana plama sunie teraz przed dziobem canoe, w porę oświetlając zdradziecko sterczące 
pnie  albo  żółtym  mętem  prześwitując  przez  mielizny  piasku.  Myśliwiec  ma  wprawę  i  z  tej  racji 
nazywa  siebie  marinheiro.  Głównie  koryto  rzeki  znaczą  niesione  bystrym  prądem  kępki 
kamelotów. W promieniach światła migoczą one teraz żywym srebrem, stwarzając bajkowy jakiś i 
niesamowity nastrój. 
Kontury „Anjangi” wyłaniają się spoza zakrętu. A nad dogasającym żarem ogniska paruje kocioł z 
rosołem mutum. 

 

Saracura 

 
Saracura  podobna  jest  do  gładko  uczesanej  popielatej  kulki,  z  brązowym  podbrzuszem  i  ostrym 
ogonkiem  komicznie  zadartym  w  górę.  Ogonek  ten,  podobnie  jak  u  młodych  psich  szczeniąt,  u 

background image

saracury także kiwa się na boki i jest wyrazem smutku albo radości. 
Saracura  należy  oczywiście  do  ptactwa  dzikiej  brazylijskiej  puszczy,  ale  dzięki  wrodzonej  swej 
naiwności i pokrewieństwu z kurą daje się niezmiernie prędko i łatwo oswoić. Zresztą z początku 
żadne  szanujące  się  zwierzę  nie  zwraca  najmniejszej  uwagi  na  człowieka.  Nawet  jeleń  błotny, 
wielce z natury bojaźliwy i prawie zawsze zażenowany, patrzy prosto w oczy, dopóki pierwsza kula 
nie nauczy  go  rozumu.  Krokodyle przez czas dłuższy mijają czółno  tuż przy burcie i  dopiero  gdy 
liczne  ich  trupy  smrodliwym  wieńcem  obiegną  okoliczne  mielizny,  a  na  ich  wydętych,  białych 
brzuchach zaczną sobie pływać stada urubu, wówczas krokodyl — krokodylowi, ryba — rybie, ptak 
—  ptakowi  solidarnie  i  po  przyjacielsku  przyniosą  ostrzeżenie.  Wówczas  prostolinijny  a  szczery 
świat prymitywu chowa się w głębsze gdzieś gąszcze przed podstępną a obłudną kreaturą. Skryją 
się niedawni przyjaciele. Skryją się wszyscy oprócz surucua w szkarłatnym futerku, bico-de-lacre, 
tej leśnej kokietki z kolorową plamką przy dziobie, i jeszcze kilkorga drobiazgów najmniejszych, 
nikomu niepotrzebnych, świergocących beztrosko a głupio. 
Nie ucieknie także i sroczka niebieskopióra, i szary jastrząbek caracarai. Nazbyt zainteresowane są 
tymi resztkami mięsa na stole. Złodziejaszki-niecnoty kradną spod ręki, co się tylko da. 
Sarscura  też  nie  ucieknie,  ale  ona  nie  kradnie,  jest  bezinteresowna  w  swojej  naiwności.  Zarówno 
uczciwa, jak głupia, wiadomo... kura. 
Przede wszystkim  nie umie zjawiać się cicho.  Nie leci  i  nie płynie, tylko zawsze idzie pieszo po 
ziemi,  a  raczej  po  suchych  liściach.  Nie  stara  się  bynajmniej  ukrywać  swej  obecności.  Instynkt 
grzebania  każe  jej  przewrócić  wszystko  do  góry  nogami.  Saracura  jest  ogromnie  prostolinijna  i 
otwarta, niczego nie robi w sekrecie. 
Po  raz  pierwszy  saracura  podeszła  do  obozu  w  czas  przedwieczorny,  kiedy  byłem  sam  i 
wypychałem  ptaki.  Chaotycznie  jakieś  i  złe  myśli  męczyły  mnie  wówczas,  więc  nie  usłyszałem 
nawet szelestu dziwnych kroków za moimi plecami. A tymczasem szelest narastał, jak gdyby ktoś 
ogromnie  ciężki  podkradał  się  z  zamiarem  śmiertelnego  skoku.  Zimny  pot  oblał  mi  skórę,  kiedy 
usłyszałem  ten  szelest.  Nastawiłem  właśnie  ucha,  gdy  tuż  za  plecami  pękła  grubsza  gałązka. 
Zerwałem się wówczas na równe nogi. Onca! Któż by inny? 
Chwytam  jedyną  broń,  jaką  mi  z  litości  sporządził  w  dniach  ostatnich  poczciwy  Tadeusz  — 
oszczep. Nastawiam bohatersko ostrze w kierunku niebezpieczeństwa i w tej pozycji zamieram w 
oczekiwaniu. 
Kroki  tymczasem  oddalają  się,  to  znów  zbliżają,  jakieś  dziwne,  czające  się  i  niepewne. 
Zdecydowanym  ruchem  odgarniam  gałęzie  na  bok,  aby  skrócić  oczekiwanie.  Co  ma  być,  niech 
będzie. 
Grunt w tym miejscu ostrym zboczem przechodzi w nizinną polanę. Wytężam wzrok. Serce wybija 
hołubce,  dłuższa  cisza  wzmaga  nastrój  niebezpieczeństwa.  I  oto  gdzieś  u  moich  stóp  rozlega  się 
nowe szurganie po suchych liściach. Patrzę w tym kierunku. Szara, śliczna kulka kiwa dobrodusz-
nie ogonkiem na boki. Klasnąłem lekko w dłonie. Wówczas truchcikiem odtoczyła się niespokojnie 
trochę dalej i znowu grzebie. 
Następna  wizyta  powtórzyła  się  po  paru  dniach.  Po  tygodniu  zaś  saracura  zdecydowała  się  na 
odwiedziny oficjalne. Weszła mianowicie po pochyłej desce na statek „Anjangę”. 
Tadeusz oniemiał z zachwytu. 
— A mojeż ty śliczności! — wołał rozrzewnionym głosem. Bał się przy tym nogą ruszyć. Zamarł w 
miejscu, tak jak stał, ale kura nie zdradzała najmniejszej obawy. Przeciwnie, czuła się na pokładzie 
..Anjangi” jak we własnym domu. Powybierała ze szpar pokładu resztki okruszyn mięsnych i za-
darłszy wysoko dziób przełykała je powoli, przymrużając oczy. 
Rozanielony Tadeusz usiadł w kucki i jął po polsku słodkim jak miód głosem przywoływać ptaka: 
— Cip, cip, cip! 
Niestety, saracura nie rozumiała po polsku i nie przyszła. 
Tadeusz pobiegł czym prędzej do worka po ziarno i wrócił niebawem z pełną garścią. Tym razem 
próba została uwieńczona nadspodziewanym powodzeniem. Ptak bez wahania podszedł tuż-tuż do 
naszych kolan, a po zjedzeniu  sporej  porcji skierował  się zrównoważonym  krokiem ku rzece, aby 
się tam napić wody. 

background image

Spojrzeliśmy po sobie głupkowato i niedowierzająco jak ludzie, którym przed chwilą spłatano figla. 
Odtąd  ta  saracura  stała  się  naszym  domownikiem.  Nie  wiedziała,  biedaczka,  że  tej  właśnie 
bezgranicznej  swojej  naiwności  i  ufności  zawdzięcza  życie.  Bowiem  w  tym  czasie  mądrzejsze 
nieco i ostrożniejsze jej koleżanki ginęły jedna za drugą od naszych kul i szły do kolekcji. 
Dziś  rano  saracura  przyprowadziła  ze  sobą  mniejszą  i  nędzniejszą  towarzyszkę,  Obie  weszły  na 
pokład  „Anjangi”  i  gdyby  miały  ręce,  jestem  przekonany,  weszłyby  tam  objęte  wpół.  Nerwy 
nowicjuszki nie wytrzymały jednak tej próby, na pierwszy odgłos moich kroków, mimo gdaczącego 
nawoływania przyjaciółki, zerwała się natychmiast i uciekła. 
Saracury są najlepszym barometrem Mato Grosso. Gdy słyszy się ich zbiorowy kłótliwy krzyk: tri-
pote,  tri-pote...  pote...  pote...  
(trzy  garnki,  trzy  garnki...  garnki...  garnki...)  —  oznacza  to  z  całą 
pewnością, że w dniu następnym vento do sul vento do sul i temperatura jak zwykle nagle spadnie z 
upalnego żaru prawie do mrozu. 
Saracura nigdy nie oszukuje, jest solidna i uczciwa we wszystkich swoich poczynaniach. 
Arkady  Fiedler  nie  kłamie.  Ryby  naprawdę  śpiewają  w  Ukajali  i  nie  tylko  tam,  śpiewają  w  całej 
dzikiej Brazylii. Milkną dopiero w zetknięciu z cywilizacją. Gdy wieczorami pływa się czółnem po 
głębinie, słychać najwyraźniej w świecie jakieś jęki, szepty, dziwne wołania — chóralny rozhowor, 
chwilami  tak  silny,  że  aż  dno  łodzi  wibruje  rezonansem.  Czyni  to  na  człowieku  niesamowite 
wrażenie, jakby duży, bajkowy kot siedział pod nami czy też pod łodzią. 
Ryby śpiewają przed samiutkim zachodem słońca, kiedy się szkarłat kładzie na wodę, a wiatr idzie 
już spać. 
Ryby  w  dziewiczych  rzekach  Brazylii  sięgają  kolosalnych  wprost  rozmiarów  i  prawie  wszystkie 
gatunki są zaopatrzone przez naturę w mocne uzębienie. 
W  słoneczną  pogodę  na  Piquiri  widziało  się  tysiące  korowodów  rybich.  Jak  na  baletowej  scenie 
tańczyły przed nami poloneza, zmieniając szyki, splatając się w kolumny ćwiczebne: różowe, sine i 
błękitne. 
Gdy się rybę złapie na wędkę, zaczyna głośno protestować. Drze się na cały głos. Szczególnie pod 
tym  względem  odznacza  się  kłótliwością  batuado,  ryba  błotna  o  szerokim  i  mało  sympatycznym 
wąsatym pysku, zamiast  płetw ma kolczaste  wyrostki. Pirania także wrzeszczy,  ale nie tak przej-
mująco i nie tak charakterystycznie. Z żywotnością tej ostatniej robiliśmy ciekawe doświadczenia, a 
mianowicie: głowa jej w dziesięć minut po odcięciu od tułowia potrafiła jeszcze na wylot przegryźć 
gruby  patyk.  Zęby  piranii,  trójkątne  i  straszliwie  ostre,  są  śnieżnobiałe  i  połyskują  niby 
najprzedniejsza  emalia.  Szczęka  jej  wygląda  jak  piła,  zaś  po  złapaniu  na  wędkę  rzuca  się 
histerycznie i wściekle gryzie haczyk. Dlatego niezmiernie trudno zachować czaszkę tej ryby z nie 
uszkodzonym uzębieniem. Większość zębów kruszy się na haczyku. 
Nieraz  spędzamy  z  Tadeuszem  wolny  czas  na  obserwacji  ryb  w  głębinie.  Przekonany  jestem,  że 
legenda  o  niebezpieczeństwie  piranii  jest  mocno  przesadzona.  Wszakże  i  wydry,  i  kapiwary,  a 
czasem i jaguary pływają bezpiecznie. Zresztą dodajmy już dziś do tego kompletu zwierząt także i 
mnie. 
Pirania kocha krew, stąd biada stworzeniu rannemu. W kilka minut małe rybki oczyszczą człowieka 
do  kości.  Niedawno  byłem  naocznym  świadkiem  żarłoczności  piranii.  Płynęliśmy  w  trzech 
kajakach, gdy nagle z głębi rzeki wyłoniło się stado kapiwar. Padły dwa strzały, trafiając w pysk 
jedno  ze  zwierząt.  Krew  zabarwiła  wodę.  I  oto  w  mgnieniu  oka  zakotłowało  się  w  krąg.  Setki 
srebrzystych  pyszczków  wpiły  się  w  policzki  i  brodę  biednego  zwierzęcia.  Zszarpały  na  naszych 
oczach głowę w strzępy. Zanim zdążyliśmy dopłynąć do nieszczęsnej ofiary, już cały jej pysk był 
zjedzony,  nie  było  oczu,  nie  było  języka,  tylko  biało  uzębione  szczęki  z  otworami  oczodołów. 
Próżno ranne zwierzę ratowało się zadzieraniem głowy ponad wodę. Nic nie pomagało. Raz ucze-
piona  pirania  uparcie  trzyma  się  kawałka  mięsa  i  dopiero  gdy  go  odgryzie,  spada  razem  z  nim  z 
powietrza w wodę. Chwilami szarpiący się na boki pysk rannej kapiwary oblepiony był lśniącymi 
rybami tak, że tworzył nad powierzchnią jedną wielką srebrzystą kulę. 

 
 

background image

Dionizy 

 
Joao porzucił nas już dawno, jeszcze na Piquiri. Jego miejsce zajął Dionizy. 
Dionizy  pochodzi  z  ojca  —  Murzyna  i  matki  —  Indianki  ze  szczepu  Guato.  Jest  on  typowym 
kaboklem.  Zawsze  mile  uśmiechnięty  i  beztroski,  stara  się  usilnie  zrozumieć  moje  stękające 
portugalskie słowa, poparte obfitą gestykulacją rąk. 
Tadeusz w ciągu trzech miesięcy złapał z pięć małych rybek, ale twierdzi, że był najsławniejszym 
rybakiem  w  Polsce.  Dionizy  nie  ma  pretensji  do  żadnej  sławy,  nie  hodował  też  nigdy  ryb  w 
specjalnych stawach pod Krakowem, bo nie ma po temu najmniejszej potrzeby. Gdy przed obiadem 
albo  kolacją  wypłynie  na  pół  godziny,  powraca  zawsze  z  dziesięciokilogramową  doradą  albo  i 
doskonałą w smaku rybą palmito. 
Dziś  znowu  vento  do  sul  wypłoszył  wszystkie  stworzenia  do  dziupli  i  na  dno  rzeki.  Krokodyle  i 
ryby  wpełzły  gdzieś  w  muł.  Dionizy  więc  nawet  nie  próbuje  wypływać  z  wędką.  Chociaż  nie 
studiował książek, zna tutejszą przyrodę jak nikt inny. Jego oczy dojrzą to, czego my przez długi 
jeszcze czas nie widzimy. Zajęty przebieraniem czarnej fasoli nagle wskazuje palcem jakiś daleki 
krzak i powiada spokojnie: 

„Gamba”.

 

I rzeczywiście za chwilę wystraszamy stamtąd tego małego amerykańskiego „kangurka”. 
Dionizy  chodzi  po  chybotliwej  canoe  niby  wytworny  elegant  po  salonowym  parkiecie,  ja  zaś 
pomimo pięciu miesięcy pobytu w Mato Grosso pełzam wciąż jeszcze brzuchem po dnie łodzi w 
wiecznej  obawie,  że  za  chwilę  się  wywrócę.  Przy  każdej  próbie  wstawania  kolana  mi  drżą  jak  u 
paralityka  i  nie  mogę  opanować  strachu.  Miejscowe  canoe  są  przerażająco  wywrotne,  wystarczy 
dosłownie dmuchnięcie... 
Przy  łapaniu  ryb  Dionizy  wygląda  jak  aptekarz.  Na  dnie  łodzi  leżą  koło  niego  przeróżne  gatunki 
przynęt,  a więc:  kulki misternie lepione z maniokowej  mąki, kawałki  ryb, kawałki innego mięsa, 
jakieś leśne owoce, orzeszki i Bóg raczy wiedzieć, co jeszcze. Wszystko to mierzy okiem znawcy, 
chwilę duma, skrobie się w potylicę, po czym flegmatycznym ruchem coś z tego wkłada na haczyk. 
Nigdy nie założy byle czego i bez wyboru. Tylko odpowiedni pokarm dla odpowiedniej ryby i w 
odpowiednim czasie. 
Pacu  na  przykład,  najbardziej  tłusta  i  najsmaczniejsza  z  ryb,  lubi  małe,  okrągłe,  podobne  do 
cytrynek  owoce,  rosnące  zazwyczaj  na  drzewach  pochylonych  tuż  nad  powierzchnią  rzeki.  W 
okresie owocowania pod koroną takiego drzewa aż się roi od pacu. Spadające cytrynki łapane są już 
w powietrzu. Tu więc, a nie gdzie indziej, należy zakotwiczyć łódkę i od czasu do czasu rzucać taki 
owoc,  ale  już  na  haczyku.  Podrywać  rybę  należy  zdecydowanie  i  szybko,  ażeby  krzykiem  nie 
zdążyła przerazić swoich towarzyszek. Ryby Pantanalu są ogromnie przebiegłe. Po kilku połowach 
cała reszta wynosi się gdzieś dalej i wraca dopiero po paru godzinach. 
Dionizy pełni oczywiście rolę kucharza i wywiązuje się z tego zadania znakomicie. Specjałem zaś 
jego są właśnie ryby. 
Dochodzę  do  przekonania,  że  najpodlejszą  rasą  w  świecie  jest  rasa  białych,  a  z  niej  szczególnie 
gatunek europejski. Nasz ociężały, wielkopostny a ponury zawsze chłop nie da się przyrównać do 
kabokla. Ten ostatni pisać nie umie i nie słyszał nigdy o istnieniu radia, ale gdy idzie, to gracja wy-
raża  się  w  każdym  jego  ruchu,  kiedy  przyjmuje  gościa  w  domu  jako  gospodarz,  to  zda  się  nauki 
pobierał  w  Wersalu,  gdy  jedzie  konno,  to  jak  na  królewskiej  defiladzie.  Co  za  godność  i  co  za 
powaga!  Dostojność  i  duma,  honor  i  ambicja  —  Dionizy  przoduje  w  posiadaniu  tych  wszystkich 
cech. 
Podczas vento do sul temperatura spada prawie do zera. Ten nagły spadek trudny jest do zniesienia. 
Zdawałoby  się,  że  właśnie  my,  ludzie  północy,  przyzwyczajeni  do  chłodów,  powinniśmy  być 
bardziej odporni — ale gdzież tam! 
Dziś  spałem  w  ciepłej  bieliźnie  i  w  wełnianym  swetrze,  na  to  wszystko  gruby  flanelowy 
kombinezon, a z wierzchu wełniany koc. Nie powiem, aby mi było za ciepło. Co chwila budziłem 
się z wędrującym po plecach niemiłym dreszczem chłodu. 
Dionizy spał w perkalowej koszuli na gołym ciele, ale z powodu vento do sul wyjątkowo przykrył 

background image

się starą moskitierą. Zapytany rano o samopoczucie, odpowiada jak zwykle pogodnie uśmiechnięty, 
że  czuje  się  nadzwyczajnie,  bo  noc  była  ciepła  jak  w  raju.  Trzeba  mu  wierzyć,  nie  robi  bowiem 
wrażenia człowieka zziębniętego. 
Przed zachodem słońca musimy koniecznie przykrywać nogi i ręce, inaczej czeka nas męczarnia nie 
do zniesienia. Komary tną niemiłosiernie. Tadeusz przez cały dzień i całą noc jęczy. Wsuwamy w 
skarpetki papier, ale i to nie bardzo pomaga. Nie ma bowiem takiego materiału, którego by tutejszy 
komar nie przegryzł. 
Na ciele Dionizego nie udało mi się ani razu spostrzec komara. Pośród brzęczącej ich chmary siedzi 
sobie  z  najspokojniejszą  miną  w  kucki  i  dziwi  się  naszym  wariackim  wymachiwaniom. 
Prawdopodobnie odstrasza je idący z jego czarnoczerwonej skóry zapach. Szczęśliwy człowiek. 
Dionizy  nosi  palmowy,  szerokopoły  kapelusz,  który  zagiął  sobie  po  bokach,  i  wygląda  niczym 
ambasador  republiki  murzyńskiej  z  czasów  Napoleona.  Dowodem  jego  czarnego  dziedzictwa  są 
włosy  zmierzwione  w  dywanową  wełnę.  Dionizy  nie  usiłuje  stwarzać  sztucznych  pozorów.  Nie 
smaruje czupryny olejem i nie wyprowadza na głowie przedziału. Jest mu najzupełniej obojętne, co 
o  nim  ludzie  pomyślą.  Ludzie  puszczy  są  liberalniejsi  i  mądrzejsi  od  swoich  współbratymców  z 
miasta. Tutaj ani różnica rasy, ani przynależność do klasy nie odgrywają najmniejszej roli. Również 
i katolicka płytka dewocja — dość silna jeszcze w Rio czy też w Sao Paulo — tutaj w głębi Mato 
Grosso przybrała formę wolnego wyznania. Ilość misjonarzy nie wystarcza dla wymaganych obrzę-
dów, więc ludzie chrzczą się i grzebią o własnych siłach. Każda rodzina ma jakiś obrazek swojego 
świętego i ten święty właściwie zajął miejsce rzeczywistego Boga. Do świętych modlą się zarówno 
o  pogodę,  jak  i  o  zdrowie  dła  bydła.  Dzieci  chrzczą  imionami  najzupełniej  dowolnymi.  Tak  na 
przykład  spotkałem  piękną  kaboklerkę  imieniem  Cafeaspiryna  (tabletki  od  bólu  głowy  Bayera)  i 
spotkałem  młodzieńca  imieniem:  Salvarsan  (powszechnie  znany  lek  w  Brazylii).  Do  niedawno 
najpopularniejszym tu imieniem było wielce „chrześcijańskie” imię: Hitler, ale po wybuchu wojny 
prezydent  Getulio  Vargas,  na  dowód  swojej  solidarności  alianckiej,  nakazał  przechrzcić  owe 
kompromitujące dzieci. 
Tak więc Dionizy nie potrzebuje tutaj ukrywać swojego murzyńskiego pochodzenia. Natomiast w 
miastach  biedne  Mulatki  starannie  przyprasowują  zdradzieckie  kędziory,  namaszczając  je 
smarowidłami wszelkiego rodzaju, upinają szpilkami, choć nie zawsze im się to udaje. Każdy włos 
sterczy osobno: jeden jeszcze w stronę Afryki,  a drugi  już ku Europie. Brat  Dionizego ma włosy 
proste  i  grube,  podobne  do  lśniących  strączków,  typowe  dla  Indian.  Odziedziczył  je  pewno  po 
matce Guato, siostra zaś Dionizego... Ach, o niej lepiej nie mówić! To Wenus Mato Grosso... 

 
 
Krokodyle i wampiry

 

 
Pogoda  jakoś  się  ułożyła,  to  znaczy  wiejący  od  kilku  dni  uento  do  sul  nareszcie  ustał  i  słońce 
zarumieniło  okoliczne  piaski.  Woda  w  curicho  zaczęła  szybko  opadać.  Zwierzęta  powyłaziły  ze 
swoich  kryjówek  i  z  rozkoszą  prostując  kości,  jęły  rozglądać  się  za  żerowiskiem.  Przed 
kilkunastoma  właśnie  dniami  zaczęliśmy  wiosnę.  Niestety,  nie  mogę  wykryć  najdrobniejszego 
nawet  znaku,  który  by  mógł  zwiastować  przełom  pory  roku.  Otaczająca  zieloność  coraz  bardziej 
traci w moich oczach na temperamencie i wyrazie. Jakiś obłudny zdawkowy uśmiech, niezmienny i 
monotonny, do którego lepiej nie zbliżać się, bo ukłuje do krwi cierniami kolców. 
Płyniemy  z  Tadeuszem  na  polowanie.  Jak  zwykle  wiosłuję  na  popie,  a  on  trzyma  karabin.  Nie 
potrzebuję chyba dodawać, że obaj jesteśmy w stroju adamowym. Nawet listek figowy nie jest nam 
potrzebny. Bo i po co? W ten sposób lepiej harmonizujemy ze szczerym i bezpośrednim, pozbawio-
nym  wszelkiej  pruderii  światem  prymitywu.  Co  prawda,  humorystycznie  trochę  wyglądają 
inteligenckie, chude łopatki Tadeusza, sterczące mu z ramion niby skrzydła huzarii XX wieku. Ale 
cóż robić, nie od razu mieszczuch przeistacza się w Indianina. 
Zresztą pokraczna postać i pozorna słabość fizyczna Tadeusza zadają kłam rzeczywistości. Bowiem 

background image

tuż  przed  jego  kolanami,  oparty  o  burtę,  leży  nabity  karabin.  Krokodyle  rzeki  Piquiri  oraz 
okolicznych jezior nie znały  właściwości karabinu i  dlatego  ginęły setkami.  Natomiast krokodyle 
rzeki Cuia-ba dobrze już znają człowieka. O, nawet zbyt dobrze. Więc z odległości trzystu metrów 
zmykają  w  głąb  wody  ruchem  szybkim  i  zdecydowanym.  Czasami  któryś  zapomni  na  chwilę  o 
grożącym  niebezpieczeństwie,  przymknie  kaprawe  powieki  i  zdrzemnie  się,  a  gdy  w  ostatnim 
momencie spostrzeże nadpływające czółno, wówczas z obłąkanego przerażenia traci biedak głowę. 
Galopadowym krokiem pędzi do najbliższej wody i biada człowiekowi, który stanie mu na drodze. 
Niektórzy w opowiadaniach swoich nazywają taką oszalałą ucieczkę „atakowaniem człowieka”. Ja 
raczej określę to zjawisko „przebijaniem się ku wolności”. 
Najłatwiej  dają  się  podejść  krokodyle  śpiące  w  kamelotach.  Kwiaty  zakrywają  wówczas  canoe. 
Należy tylko płynąć z prądem przy brzegu, nie wiosłując. Krokodyl nas nie widzi, a i my go też nie 
widzimy.  Niebezpieczeństwo  więc  grozi  obopólnie  i  sprawiedliwie.  Z  wielką  łatwością  można 
wówczas wskoczyć na ogon śpiącej bestii, co się przytrafiło właśnie niedawno Tadeuszowi. Dziób 
canoe  został  podrzucony  tak  gwałtownie,  że  niewiele  brakowało,  a  biedak  wykąpałby  się 
przymusowo  obok  krokodyla.  Po  tym  wypadku  przyjaciel  mój,  którego  wielkie  zamiłowanie  do 
wody już poznaliśmy, przez czas dłuższy nie wypływał w ogóle na rzekę. 
Podczas  takiego  bezszelestnego  spływu  zachodzą  różne  nieprzewidziane  przygody.  Na  przykład 
jakiś  mądry,  stary  krokodyl,  usłyszawszy  podejrzany  szmer,  postanowił  na  wszelki  wypadek 
odpłynąć  na  środek  rzeki.  Źle  jednak  obliczył  wynurzając  się  z  głębi  tuż  pod  moją  rękę.  W 
pierwszej chwili błędu swego nie spostrzegł, był odwrócony bowiem grzbietem do kajaka. Dopiero 
kiedym go trzasnął z całej siły wiosłem, narobił wściekłego tumultu. 
Naprawdę  niebezpieczny  staje  się  krokodyl  dopiero  wówczas,  gdy  się  go  zrani  na  prądzie 
rzecznym, kiedy łódź znajduje się poniżej. Prąd znosi go wtedy wprost na myśliwych. Obłąkany z 
bólu i przerażenia, rzuca się na oślep i w straszliwych konwulsyjnych skrętach wali ogonem. Ruchy 
jego  są  nieobliczalne  i  bezplanowe.  Wynurza  się  nieoczekiwanie  po  to  tylko,  aby  wywrócić 
straszliwego  kozła  i  znowu  zniknąć.  Łódkę  uważa  za  nieprzyjaciela  i  niewątpliwie  zatopiłby  ją, 
gdyby  nie  sparaliżowane  kulą  członki,  odmawiające  posłuszeństwa.  Zamiast  płynąć  tam,  gdzie 
chce,  bezwładnym  a  opętańczym  świdrem  kotłuje  wodę,  nadając  całej  walce  jakiś  niesamowicie 
histeryczny  charakter.  Myśliwi  są  najzupełniej  bezradni.  Nurt  rzeczny  bowiem  niesie  na  nich 
skaczącego potwora zbyt  szybko. Nie ma mowy o celowaniu,  a zresztą  śmiertelne skoki rannego 
krokodyla są nieobliczalne w kierunku: raz nad wodą, raz w głębinie. Jedyną troską myśliwych jest 
ucieczka z drogi i utrzymanie w równowadze zbyt wąskiej i nazbyt chybotliwej „duszehubki”. 
Dziś  ustrzelony  krokodyl  dostał  od  Tadeusza  nabój  „przepisowy”,  to  znaczy  w  sam  środek  oka. 
Oszalały z bólu, wyskoczył w pierwszym momencie wysoko w górę, po czym zatoczywszy białym 
brzuchem  salto  spadł  w  wodę  i  tu,  niezdarnie  kręcąc  łapami  i  ogonem,  jął  szybować  doskonałą 
śrubą wprost na nas. Tadeusz chwycił rewolwer, a ja bosak. 
Nawet bierne zderzenie się z krokodylem w takich warunkach oznacza niechybną wywrotkę. Taka 
właśnie wywrotka na pewno by się nam zdarzyła, gdyby nie szczęśliwy przypadek. Oto widząc w 
ostatniej  chwili  tuż  pod  swoją  pachą  biały  brzuch  potwora,  najzupełniej  bezwiednie, 
samoobronnym  odruchem  wbiłem  weń  ostrze  bosaka.  To  spowodowało  nagły,  konwulsyjny  rzut 
krokodyla w głąb wody. Wynurzył się natychmiast, ale już po drugiej stronie łódki. Zdzieliłem go 
jeszcze  raz  po  łbie,  a  Tadeusz  wystrzelił  z  rewolweru.  W  odpowiedzi  powstał  wściekły  wir. 
Krokodyl słabnącym, ostatecznym już ciosem trzepnął ogonem w dziób łodzi. Może smutny byłby 
nasz los, gdyby nie przygodna liana nad moją głową. Chwyciłem się jej w ostatnim momencie, gdy 
do  połowy  zalane  canoe  tańczyło  obertasa.  Zadarłszy  komicznie  nogi  Tadeusz  upadł  na  dno. 
Szczęściem krokodyl był już za nami. 
Jeszcze  kilka  razy  zabielił  się  jego  brzuch  na  powierzchni  rzeki,  a  szeroko  rozcapierzone  palce 
tłustych łap coraz niezdarnie], coraz leniwiej machają w powietrzu. 
— Psiakość! Szkoda, rzeka go uniosła — mówi Tadeusz plując wodą. — Tak chciałem mieć jego 
zęby. 
—  Może  zaczepi  się  gdzieś  w  kamelotach  —  pocieszałem  od  niechcenia,  wiedząc  doskonale,  że 
Tadeuszowi  na  tym  krokodylu  nie  zależy.  Powiedział  tak  tylko  dla  wykazania  swojej    „zimnej 

background image

krwi”.  Oto w momencie, kiedy nasze życie zawisło na włosku, a on pokryty wodą krztusił się na 
dnie  łodzi,  w  takim  właśnie  momencie  on  —  wielki  myśliwy  brazylijskiej  puszczy  —  myślał 
wyłącznie  o...  zdobyciu  zębów  krokodylich.  Rzeczywiście  od  kilku  dni  zbieramy  takie  zęby  do 
naszyjników dla naszych żon. Zęby i kosteczki z pancerza wybielone na słońcu stanowią doskonały 
materiał  na  wyroby  biżuteryjne.  Żałuję,  że  pomysł  ten  tak  późno  przyszedł  nam  do  głowy.  Tyle 
cudownych  okazji  zostało  zmarnowanych.  Dziesiątki  krokodylich  pancerzy  bezużytecznie 
rozsypało się po plażach Piquiri. 
Początkowo  zajęci  byliśmy  wyszukiwaniem  zębów  i  kostek  w  przybrzeżnych  piaskach. 
Przekonaliśmy  się  jednak,  że  są  one  nieładne,  zniszczone  działaniem  słońca  i  wody.  W  ostatnich 
więc  dniach  postępujemy  inaczej:  po  zabiciu  krokodyla  odcinamy  głowę  i  kawałki  grzbietu, 
wrzucając  to  wszystko  do  blaszanki  po  benzynie.  Nazajutrz  rano,  po  całonocnym  gotowaniu, 
zarówno zęby, jak i kostki dają się bez trudu wyłuskać, zachowując przy tym nieskalaną biel. 
Drugie ryzykowne polowanie na krokodyle wypadło inaczej. Tym razem drzemał on na błotnistym 
brzegu,  obrócony  pyskiem  do  rzeki.  Gdy  kula  przebiła  mu  zamkniętą  powiekę,  zerwał  się 
przerażony i pomknął na oślep przed siebie. Właśnie tam, na jego drodze, stała nasza łódź. Gdybym 
instynktownie  nie  pchnął  jej  wiosłem  do  przodu,  nastąpiłoby  nieuniknione  zderzenie,  tymczasem 
rozszalały  krokodyl,  podrzucając  zbolałym  łbem,  przewalił  się  tuż  za  naszą  rufą.  Tyleśmy  go 
widzieli. 
Trzecia i ostatnia z przygód wypadła tegoż dnia wieczorem. Wyjątkowo duży gad czekał na nas jak 
na przeznaczenie. Może liczył na potęgę swego ogona, może starcza zarozumiałość przewróciła mu 
we łbie, słowem, mimo plusku wioseł i naszej głośnej rozmowy ani myślał uciekać. Kiedyśmy byli 
tuż-tuż,  blisko,  leniwie,  a  niezdarnie  obrócił  kaprawy  łeb  i  przez  nie  domknięte  szparki  powiek 
najspokojniej śledził, co z tego wyniknie. 
Tymczasem  czółno  z  dwojgiem  śmiesznie  pokracznych  białych  istot  sunęło  mu  wprost  na  ogon. 
Tyle  miejsca  dokoła,  tyle  głębokiej  wody,  tyle  piasku,  a  te  głupie  i  uparte  małpy  przyczepiły  się 
właśnie do jego ogona. Od dziesiątków lat przyzwyczaił się sypiać zawsze na tym samym miejscu i 
każde bydlę o tym wie. Nikt i nigdy nie śmiał go niepokoić. Zły był staruszek i leżałby tak sobie 
dalej na złość całemu światu, gdyby nie podejrzany ruch błyszczącego patyka. Już kiedyś widział 
taki patyk i znał jego tajemnicę. Na wszelki więc wypadek, powoli, nie spiesząc się, jął zawracać od 
brzegu  do  wody.  Tak  więc  łódka  i  krokodyl  mijały  się  teraz  niespełna  trzy  kroki  od  siebie.  Stary 
potwór  nie  spuszczał  wzroku  z  obrzydliwego  patyka.  Nagle  usłyszał  stamtąd  dwa  głuche 
szczeknięcia,  jakby  wielki  tuiuiu  zgrzytnął  swym  ogromnym  dziobem.  Po  każdym  szczeknięciu 
padał wściekły krzyk: 
  — Psiakrew! Niewypał! 
Na co odpowiadał flegmatyczny głos z tyłu: 
— A widzi pan, do d... z taką amunicją. 
Krokodyl  dość  miał  już  tego  wszystkiego.  Mruknąwszy  pogardliwie,  zanurzył  głowę  w  zmąconą 
wodę rzeki, a widząc nad sobą cień długiej canoe plunął złośliwie. 
— Tutaj wykąpiemy się — zawołał nagle Tadeusz, rozzłoszczony niepowodzeniem. 
Wlokąc  za  sobą  szeroki  tren  prześwitującego  piasku  wżerała  się  w  koryto  rzeki  ostra,  czysta 
mielizna. Wartki prąd wypłukał ją ze  wszystkich lżejszych części i  nawet  rają nie potrafiłaby się 
tutaj utrzymać swoimi mackami. Słowem, na środku rzeki Cuiaba dwoje mieszczuchów czułą się 
bezpieczniej aniżeli przy brzegu w otuleniu  dyskretnych, tropikalnych  gąszczy. Kąpiel zresztą nie 
polega bynajmniej na pływackim wyścigu. Leżymy oto na wznak w płyciutkiej wodzie, pluszcząc 
się jak małe dzieci i ciesząc się, że czysta woda oblewa nam prawie cały brzuch. Pozwolilibyśmy 
sobie  na  głębszą  kąpiel,  gdyby  rzeka  zmieniła  romantyczną  nazwę  Cuiaba  na  zwykłą  sobie  i 
prozaiczną, dajmy na to: Wisła. 
— Panie doktorze. 
— Co? 
  —  Myśliwiec  opowiedział  mi  wczoraj  historię  o  częrwonoskórych.  Wie  pan,  skąd  ta  nazwa 
pochodzi? 
— Skąd? 

background image

— Ze znanej nam palmy urucum. Wydziela ona sok szkarłatnej barwy, który podobno znakomicie 
chroni  skórę  przed  komarami.  Niektóre  szczepy  Indian  smarowały  się  na  czerwono  i  tak 
umalowanych spotkali pierwsi odkrywcy. 
— Dziwne, że Stanisław nigdy mnie nic podobnego nie opowiadał. 
— To z zazdrości, żeby pan tego w książce nie opisał. Od czasu gdy pan mu przeczytał urywek ze 
swego pamiętnika, przestał udzielać informacji. 
Słusznie. Teraz dopiero rozumiem jego postępowanie. A nawet tę całą ucieczkę z rzeki Piquiri. Nie 
chciał  mi  pokazać  dalszej  jej,  podobno  stokroć  piękniejszej  części,  schował  ją  zazdrośnie.  Od 
dłuższego  też  czasu  nie  odpowiada  na  pytania  dotyczące  miejscowych  zwyczajów  i  legend. 
Zabronił mi również używać aparatu fotograficznego. Twierdzi, że zdjęcia Pantanalu do niego tylko 
należą. Nie chcę robić o to awantur, mam i bez tego dość tematów. 
Tegoż dnia wieczorem rozpoczęliśmy z Tadeuszem. zwykłe nasze codzienne polowanie na pająki. 
Myszkujemy światłem pomiędzy korzeniami, aż w pewnej chwili, zapewne przypadkowo, oświetla 
Tadeusz górną część olbrzymiego fikusowego pnia, gdzie spostrzegamy czarną otchłań wyjątkowo 
dużej  dziupli.  Żeby  zajrzeć  do  jej  wnętrza,  musimy  piąć  się  na  wysokość  co  najmniej  trzech 
metrów.  Przy  pomocy  więc  mego  ramienia  Tadeusz  drapie  się  do  góry.  Trzymam  go  mocno  za 
nogi, aby nie zleciał. Ze zwykłą sobie flegmą wkłada zapaloną latarkę do środka. Chwila ciszy. 
— No, i co pan tam widzi? 
Zamiast odpowiedzi, nagłym szarpnięciem Tadeusz zlatuje mi z ramion i pada jak długi na ziemię. 
— Co się stało? — pytam zaniepokojony. 
— Nie wiem. Albo gniazdo jadowitych żmij, albo innych jakichś potworów — mówi zmienionym 
głosem,  usiłując  opanować  przyspieszony  oddech.  Przy  tym  raz  po  raz  spogląda  w  górę,  jakby 
oczekując czyjejś napaści. Robi mi się także nieswojo. Po co pchać się do tej jakiejś wstrętnej dziu-
ry. Lepiej odłożyć polowanie do ranka. Tadeusz jest jednak odmiennego zdania. Ma po prostu bzika 
na punkcie szperania po dziuplach i norach. 
Pakujemy się więc obaj głowami w otwór. Błysk latarki. W głębi dziupli połyskuje mrowie małych, 
ruszających się parzystych punkcików. 
— Czyjeś oczy — szepce z przejęciem Tadeusz. 
— Ale czyje? — pytam także szeptem, bardzo podekscytowany. 
— Licho wie — odpowiada Tadeusz, nieufnie posuwając latarką. Nagle powstaje przed nami szum 
i  zgiełk.  Ogniki  zadygotały  nerwowo.  Jakieś  skrzydła,  jakieś  pazury;  ni  to  zęby,  ni  to  ogony,  a 
ponad wszystkim świdrujący powietrze cieniutki chóralny pisk. 
Latarka  uparcie  i  coraz  głębiej  wypatruje  ciemności.  Chyba  Tadeusz  szuka  guza.  Raptem  jak 
oparzeni  spadamy  na  ziemię.  Tuż  obok  naszych  głów  muskając  nam  włosy  i  uszy  lecą  jakieś 
stworzenia. 
— Nietoperze! 
Ale naturalnie. Że też wcześniej nie przyszło nam to do głowy. Kamień spadł z serca. Wróg został 
rozpoznany.  Któż  by  się  bał  nietoperzy?  Znamy  je  dobrze  z  Polski.  Więc  Tadeusz  drapie  się  z 
powrotem na pień drzewa i śmiało już pakuje głowę do dziupli. 
— Ależ ich tu co najmniej setka! — woła zadowolony. 
— Niech pan chwyta pierwszego lepszego — mówię podając mu długą pincetę. 
Tadeusz posłusznie wkłada rękę, ale w tymże momencie koło jego ramion, głowy i uszu zaczyna 
się sypać istny rój nietoperzy. Ruchami dłoni strącam kilka z nich. Niby kamienie padają do moich 
stóp. Nagle Tadeusz drze się wielkim głosem: 
— Ratunku! Atakuje, gryzie!... 
Opędzamy się od napastników, które lecą na nas całą chmarą. Machamy rękami na oślep. 
— Widział pan, jakie kły? To wampiry — mówi nerwowo Tadeusz. 
Chwytam  jednego  z  nich  przy  pomocy  pincety.  Podnoszę  do  światła.  Szczerzy  do  mnie  zęby  z 
antypatycznej,  psiej  mordy.  Nagłym  obrotem  szyi  usiłuje  chwycić  mnie  za  palec,  ale  to  się  nie 
udaje. Przez czerwoną błonę skrzydeł prześwieca latarka. Wrzucam potworka do blaszanki. Siedzi 
już  tam  jeden  iguan,  jedna  jaszczurka,  dwa  pająki  ptaszniki  i  pirania.  Nie  ma  co,  dobrane 
towarzystwo. 

background image

Podczas  gdy  my  zajęci  jesteśmy  więzieniem  zdobyczy  i  pochyleni  nad  pudłem  układamy  to  całe 
bractwo  na  wspólną  kupę,  z  dziupli  nad  nami  wciąż  wylatują  nowe  wampiry,  jakby  nie  było  im 
końca, jakby całe ich krocie zalegało pień. 
Tadeusz ni stąd, ni zowąd ściąga kapelusz z głowy i tnąc nim na odlew niby pan Podbipięta swoim 
Zerwijkapturem, zbija na ziemię parę ich dziesiątków. 
— Co pan z tym będzie robił? 
—  Ano  nic.  Niech  szelmy  najedzą  się  tego  strachu,  cośmy  się  przez  nich  najedli  przed  chwilą. 
Niech  popróbują,  jak  to  smakuje...  —  odpowiada  Tadeusz,  wysoko  unosząc  nogi,  aby  któregoś 
niechcący nie rozdeptać. Swoją drogą dobry z niego chłop! 

 
 

Powrót 

 
Po  całodziennej  nieobecności  wrócił  przed  chwilą  Myśliwiec  z  fazendy  Jose  Velho  i  znowu,  jak 
ongiś na Piquiri, jął tragicznie biegać po polanie leśnej, chwytając się za głowę. To siadał, to zrywał 
się, wzdychając przy tym i jęcząc niesamowicie. Jednym słowem napraszał się, abyśmy w końcu 
wzięli udział w tym jego szalonym zmartwieniu. 
— Co się  stało? — spytałem w końcu obojętnie i chłodno. 
— Musimy  i  stąd jak najprędzej  uchodzić.  Ireneo zawziął się na nasze życie. Podobno wysłał  aż 
tutaj przekupionych ludzi. Musimy uciekać na Paragwaj. Tam są jeziora. Śliczne jeziora. Zobaczą 
panowie, co to za raj. A tymczasem trzeba jechać na Jose Velho. 
Odgrywana komedia była zbyt naiwna i zbyt przejrzysta. Ciągłym przenoszeniem się z miejsca na 
miejsce ptaków nie wypchamy. Już od tygodnia Stanisław zabrania Tadeuszowi strzelać, tłumacząc 
to także obawą przed właścicielem terenu. Gdybyśmy dotarli rzeczywiście do tych jakichś jezior, z 
pewnością  wymyśliłby  nowe  przeszkody.  Najwyraźniej  chce  się  ode  mnie  odczepić,  aby 
zrzuciwszy wszelkie obowiązki, bawić się w polowanie. 
Jestem  bezsilny.  Skoro  się  już  raz  dałem  nabrać,  nie  pozostaje  nic  innego  jak  ustąpić  z  pola 
nierównej  walki  i  poddać  się.  W  każdym  wypadku  pieniądze  swoje  uważałem  za  stracone. 
Postanowiłem  najbliższym  statkiem  wracać  do  Rio  de  Janeiro.  Na  szczęście,  będąc  przezorny, 
zachowałem trochę gotówki na drogę powrotną. 
Tadeusz, chociaż z pewnością niełatwa to była dla niego decyzja, nie chce przyjąć proponowanej 
pożyczki  —  zostaje.  Może  w  swej  kryształowej  uczciwości  czuje  się  zobowiązany  wywiązać  z 
umowy  do  końca?  A  może  jego  żyłka  myśliwska  nie  pozwoliła  mu  zrezygnować  z  dalszego 
tropienia dzikich bestii w brazylijskiej puszczy? 
W ostatnich dniach Myśliwiec zaczął skupować od okolicznych kabokli skóry rozmaitych zwierząt. 
Wczoraj  nabył  dwa  prześliczne  młode  jaguary.  Prosiłem  go  o  odstąpienie  jednego  z  nich.  Po 
półrocznej  pracy  chcę  bowiem  przywieźć  żonie  przynajmniej  ten  upominek.  Odpowiedział,  że 
upominki go nic nie obchodzą, a skóry są potrzebne do handlu. 
Poczciwy Tadeusz, uosobienie łagodności, wiecznie ustępliwy, zawsze koleżeński, jednym słowem 
gołębie serce, przychodzi wczoraj pod wieczór do mnie jakiś nienaturalnie blady i drżący: 
— Panie doktorze, niech pan mi poradzi, co robić. 
— Co się stało? — pytam zdziwiony. 
— Stanisław namawia  mnie, abym popłynął  z nim na krokodyle. Wiem  na pewno, że  chce mnie 
zamordować. To mu z oczu patrzy. Ja się na  takich namowach znam. Mnie on nie oszuka. Chce, 
abym usiadł z przodu. Wpakuje kulę w plecy, a potem wyrzuci. 
Zaśmiałem się głośno, ale śmiech mój nie wypadł naturalnie. 
— Co z panem! Takie głupstwa przychodzą do głowy! Wszakże Myśliwiec pana lubi. Pan to nie ja. 
Niech pan płynie i nie zawraca sobie nonsensami głowy. 
— Wpierw spławi mnie jako świadka, a potem to samo zrobi z panem. 
— Głupstwo! Jeszcze raz mówię panu, że głupstwo. Niech się pan nie zastanawia dłużej i płynie — 

background image

nadrabiam miną popychając Tadeusza w kierunku łodzi. 
— Na wszelki wypadek — mówi Tadeusz spuszczając wzrok — niech pan... niech pan się ze mnie 
nie  śmieje,  ale  gdyby  tak  naprawdę,  to  jeżeli  pan  wróci  z  tej  wyprawy  żywy,    a  ja  nie,  proszę 
odszukać kiedyś żonę albo synków i dać im ten list. 
Parskam  ponownie  śmiechem.  Nie  wierzę  w  te  majaczenia.    Myśliwiec    wszakże    miał    stokroć  
lepsze    okazje    w  prawdziwie  bezludnym  Mato  Grosso,  jeszcze  na  Piquiri.  Wówczas  byliśmy 
zupełnie  w  jego  ręku.  Jako  doświadczony,  mógł  z  nami zrobić  co  tylko  żywnie  chciał.  Gdzieżby 
więc  teraz,  niedaleko  mieszkań  ludzkich!  Dziecinne  obawy.  A  zresztą  Myśliwiec  jest  raczej 
komiczny aniżeli zły. 
Piszę o tym wszystkim tylko i wyłącznie dla ilustracji nastroju i stanu naszych nerwów. Oczywiście 
Tadeusz wrócił cały, zadowolony i uśmiechnięty. 
Sentymentalne  było  pożegnanie  z  Tadeuszem,  który  zdecydował  się  pozostać.  Żałuję  go  z  całej 
duszy. Obawiam się też, aby jego dobroć nie została zbytnio wyzyskana przez Myśliwca. 
Wieczór. Pomarańczowe skry lecą z komina. Topią się w granacie nieba. Stukot maszyn zagłusza 
tropikalny  gwar  mijanych  brzegów.  Jednostajna  zieleń  galeriowego  lasu  sprawia  wrażenie, 
jakbyśmy stali  w miejscu. Ot, taka sobie morska żegluga po zielonej nieskończoności. Z dolnego 
pokładu dolatuje rytm murzyńskiej samby. 
To  dziwne.  Im  bliżej  do  cywilizacji,  tym  silniej  przygnębia  myśl  o  wojnie.  W  głębi  dziewiczego 
lasu potrafiłem tygodniami trwać w oderwaniu od wszystkiego, co pozostało. Teraz truję się, coraz 
bardziej truję. 
Wnętrze  statku  rozbiło  się  na  trzy  segmenty.  Pośrodku,  przy  improwizowanym  stole  zasiadła 
gromada  kabokli  i  rżną  w  karty.  Są  ubrani  w  piękne,  szerokie,  po  bokach  wyszywane  spodnie 
pastuchów  Mato  Grosso.  Spoza  kolorowych  pasów  wymykają  się  im  śnieżnobiałe,  koszule.  Z 
fantazją pozawijali rękawy. Grają pogodnie, chociaż krzykliwie. Tłuką pięściami w stół, raz po raz 
wybuchając  rubasznym  śmiechem.  Pochłania  ich  ta  gra  całkowicie.  Nie  obchodzi  ich  zgoła  ani 
daleka  wojna,  ani  czyjaś  nędza,  ani  opisywany  w  gazetach  głód.  Wieczorny  wiatr  mile  odświeża 
zgrzane  upałem  ciała,  a  filiżanki  wybornej  czarnej  kawy  odmładzają  osłabione  serca.  Delikatny 
papier kart aż się wygina pod dotknięciem mocnych paluchów. 
Na  dziobie  statku  jeszcze  weselsza  gromada  wyzyskała  wolną  platformę,  zakładając 
improwizowaną orkiestrę. Bębny i grzechotki obok prawdziwych gitar tworzą jazgot nie gorszy od 
najwytworniejszej  muzyki  brazylijskiego  karnawału.  Cały  okalający  tłumek  załogi  i  gości 
podryguje  teraz  zgodnie,  wykrzywiając  do  siebie  twarze  w  dziecięcej  błazenadzie.  Nikogo  w  tym 
tańcu  nie  brak.  Klepią  się  nawzajem  po  ramionach  i  biodrach  dla  zadokumentowania  wspólnoty 
uczuć bezmyślnych, ale... życzliwych. 
Patrzę na to z goryczą słowiańskiego pesymizmu, dziurawej filozofii i wrodzonego krytycyzmu. Tej 
filozofii  ciągłych  a  niepotrzebnych  i  niezdrowych  porównań  oraz  niczym  nie  uzasadnionego 
poczucia wyższości intelektualnej. 
Bosman z gębą stuprocentowego marynarza, krępy a rubaszny, z którym na wszelki wypadek lepiej 
jest żyć zawsze w zgodzie, walnął mnie po ramieniu, aż mimo woli przysiadłem, i mruga filuternie 
okiem: 

— Polonez, va dancar!

 

Nie idę. Sam nie wiem, dlaczego. Żałoba?... Smutek?... Nie wypada?... Diabli wiedzą, jakie jeszcze 
reminiscencje pokutują w człowieku, pozbawionym prostych i bezpośrednich form życia. 
Wiem z całą pewnością, że gdybym w tej chwili zatańczył solo, popisując się hołubcami na samym 
środku platformy,  gdybym  gwizdnął  parę razy na palcach, ot,  tak sobie, dla pustej  tylko  uciechy, 
zyskałbym  mir  i  poważanie  u  zebranych  tutaj  ludzi.  Wiem  na  pewno,  że  żaden  z  nich  nie  po-
myślałby źle o stanie mojego umysłu, nie uczyniłby pogardliwego ruchu ramion, a co najciekawsze 
nigdy nie posądziłby mnie ani o niskie urodzenie, ani o kompromitację doktorskiego tytułu. 
Odmówiłem  jednak  i  nie  tańczę.  Natomiast  oni  czynią  to  z  dzikim  zapałem  za  mnie  i  za  siebie. 
Właśnie  zerwał  się  Murzyn  od  głównego  bębna,  właściciel  bardzo  eleganckiego  garnituru  i 
wyczynia  biodrami  komiczne  wygibasy.  Pasażerowie  pierwszej  klasy,  dziewczyny  z 
najporządniejszych brazylijskich domów, przytupują mu do taktu obcasami, wyśpiewując przy tym 

background image

piskliwie z nadmiaru uciechy. Co kilka minut, jakby dla ożywienia tej teatralnej akcji, przesuwa się 
przed oczami biały kelner z tacą piwa. 
Tu  zgiełk  przy  kartach,  tam  wrzaskliwy  jazgot  orkiestry  na  tle  miarowego  gdakania  maszyn  i 
chlupotu  bocznych  kół  pędnych  statku.  Parne  gorąco  tropików.  Czasem,  gdy  cały  ten  bałagan  na 
chwilę się uciszy, od lądu leci harmonijna melodia żab, cykad i usypiających już ptaków. 
Jestem samotny jak nigdy. Oderwany i obcy. Daleko bardziej oderwany, niż byłem przedtem tam, 
na  Piquiri. Czołgi  pełzną mi poprzez powieki  i  ciążą ołowiem wystrzelonych pocisków.  Realnie i 
dotkliwie czuję cały bezsens wylewanej w tym momencie krwi i niczym nie usprawiedliwioną, tak 
krzywdzącą  nędzę  mojego  narodu.  Dlaczego  ludzie  się  mordują  na  rozkaz  zdegenerowanych 
dyplomatów?  Rodzi  się  we  mnie  głębokie  przekonanie,  że  ginąca  dziś  młodzież  obu  walczących 
stron mogłaby przecież wspólnie tańczyć na tym statku czy na innym podobnym taką samą dziką 
sambę,  a  niemiecki  robotnik  i  niemiecki  bosman  klepaliby  przyjacielsko  po  ramieniu  swoich 
polskich kompanów... 
Wróciłem do Rio. 
W wygodnym fotelu, na plaży luksusowej Copocabany czytam gazetę: 
„...10.000 jeńców rosyjskich zamorzono głodem w jednym z obozów Finlandii.” 
„...Setki internowanych Polaków palą dziennie w obozach koncentracyjnych w specjalnie na ten cel 
zbudowanych krematoriach...” 
„...Wojskom alianckim udało się otoczyć dywizję niemiecką i wytłuc ją do nogi...” 
„...Na  ulicach  miast  Niemcy  organizują  łapanki  i  uprowadzają  młode  kobiety  na  uciechę 
żołdactwu...” 
Obok mnie w takimże samym fotelu czyta tę samą gazetę jakiś otyły Brazylijczyk i chwytając się za 
brzuch, serdecznie się śmieje. 
. — Czemu się pan tak śmieje? — zapytuję zdumiony. 
— Ano, myślę sobie, wiele ci ludzie zarabiają na takiej wojnie, na tych wszystkich sensacyjnych 
wiadomościach.  Są  może  tacy,  co  naprawdę  wierzą,  że  te  okropności  istnieją,  a  przecież  to 
idiotyczne. 
Ma rację: idiotyczne! 
Słońce przestało już parzyć dziennym upałem. Chyli  się za Corcovado. Wietrzyk idzie od oceanu. 
Tramwaje dzwonią jak co dzień, jak wczoraj i dawniej. Dzieciaki wracają w piżamach z kąpieli w 
morzu.  Pięknie  wymalowane  panie  czekają  na  limuzyny  zajeżdżające  pod  chodnik.  Z  otwartych 
drzwi  kawiarni  dolatują  wesołe  melodie.  A  na  tle  łuny  zachodu,  na  tle  purpury,  biały  Chrystus 
patrzy z góry na miasto pokoju, na cud cudów, na Rio de Janeiro. 
Przymrużam oczy. Odkładam gazetę na bok. Tak, ma chyba rację ten Brazylijczyk... gazety kłamią. 
Czyżby to wszystko mogło być prawdą? Wszakże ludzie nie mogą być gorsi od zwierząt... 
Bo w Mato Grosso w tej chwili panuje spokój. Krokodyle poszły już spać, a rozbiegane małpy, jeśli 
przyjdą  w  nocy,  nikomu  nie  uczynią  krzywdy.  Poczmychają  ciekawie  nad  głową,  zajrzą  nam  w 
twarz,  uśmiechną  się  komicznie  i  pójdą  dalej.  Onca  zacznie  krążyć  dokoła  ogniska  jak  zwykle  i 
odejdzie  sobie  na  własne  legowisko.  Arancuangi  usadowiły  się  do  snu  i  jutro  o  wschodzie  słońca 
zbudzą mnie do pracy. Mato Grosso nie krzywdzi nikogo bez potrzeby... 

 
 
 

Epilog 

 
Co  się  stało  z  Tadeuszem?...  Czy  Myśliwiec  pieniądze  zwrócił?...  Co  słychać  z  kolekcją 
wypchanych ptaków?... 
Pytania nieważne, nieistotne, niepotrzebne. 
W  książce  tej  wzajemny  stosunek  ludzi  był  tylko  i  wyłącznie  tłem  niezbędnym  dla  odtworzenia 

background image

nastrojów naszej wyprawy, która dziś wydaje się prawie bajką. Gdyby ktoś spytał: „Co się stało z 
saracurą?” albo: „Czy jastrząb caracarai zwrócił wreszcie ukradzione główki piranii i co słychać z 
Kubą-krokodylem?” — zastanowiłbym się wówczas nad tą zasadniczą kwestią i byłoby mi smutno, 
bo  zdałbym  sobie  sprawę,  że  owe  przyjaźnie  pozostały  już  tylko  wspomnieniem.  Że  ci  druhowie 
nasi z Piquiri odeszli na zawsze i wątpię, czy kiedykolwiek, nawet gdybym tam wrócił, spotkałbym 
ich.  Nie  smućcie  się  jednak.  Zawsze  znajdzie  się  tam  jakiś  Kuba,  może  jeszcze  lepszy,  jeszcze 
wierniejszy? 
Jesteście uparci. Pytacie mnie wciąż o Myśliwca i pieniądze. Ależ... 
Ależ  tak,  sam  przyszedł  do  mnie,  zażenowany  a  skromny,  i  opuszczając  wzrok  przyznaj  że  jest 
najgłupszym z ludzi, że nikt go pewnie nie szanuje i w ogóle... nie ma żadnych przyjaciół. 
Zaprosił  nas  Myśliwiec  na  piwo  i  wszystkie  rachunki  natychmiast  popłacił.  Uprzejmym  gestem 
proponował  wciąż  Tadeuszowi  papierosy.  Zapytał  mnie,  czy  nie  potrzebuję  czasem  karabinu,  i 
pozwolił mi fotografować wszystko, co tylko dusza zapragnie. Podzielił się z nami po koleżeńsku 
zarobkiem ze sprzedanych ptaków... 
Nie pytajcie więcej. Wszystko zakończyło się najlepiej, najszczęśliwiej. 
Wracaliśmy  z  knajpy  we  trzech      —  trzech  najserdeczniejszych  przyjaciół.  Nogi  się  nam  trochę 
plątały  w  takt  samby  „Aurora”,  a  na  wargi  natrętnie  pchały  się  słowa  pieśni  Piąuiry.  Zwyczajem 
brazylijskim klepaliśmy się serdecznie po biodrach i łopatkach. 
Taki  był  nasz  „happy  end”  —  tak  bowiem  winna  się  kończyć  każda  Księga  Miłości,  a  za  taką 
właśnie uważam Mato Grosso. Nie wolno jej plamić troską o byt powszedni, o jakieś tam — jakże 
mało ważne! — pieniądze. Takie to głupie, takie małe, taki nic nie znaczący drobiazg. 
Wznieśmy wzrok wyżej, ku słońcu, które właśnie świeci nad Pantanalem i... w każdym z nas. 

 
Lusaka (Afryka Centralna) 1944 r.

 

 

Spis rozdziałów 

 
Rio de Janeiro

 

Dość już miasta

 

Ucieczka od cywilizacji

 

Stanisław Myśliwiec

 

W hamakach

 

Start 
Pierwszy chrzest

 

W Krokodylej Zatoce

 

Już wypycham

 

Step płonie

 

Krokodyl przeszkadza

 

Fabryka bohaterów

 

Widmo jaguara

 

Zły duch w postrzasku

 

Królewski sęp

 

Tadeusz mruczy

 

Huragan 
Myśliwiec odpłynął

 

Ryba woła ratunku

 

Sucuri i raja

 

Śmierć arary

 

Jaszczury i jaja

 

Ucieczka 
Biwakowe reminiscencje

 

Pająki 
Deszcz z pogodnego nieba

 

Nocna wyprawa

 

Saracura 
Dionizy

 

Krokodyle i wampiry

 

Powrót 

background image

Epilog 

 

 
„Czytelnik”. Warszawa 1989. Wydanie IV.

 

Nakład 19 800 + 200 egz. Ark. wyd. 12,5; ark. druk. 13,75 + 0,75.

 

Papier offset, kl. IV, 71 g, 61 X 86 cm.

 

Oddano do składania w sierpniu 1988 r.

 

Podpisano do druku w maju 1989 r.

 

Druk ukończono w maju 1989 r.

 

Zakłady Graf. w Toruniu, ul. Katarzyny i

 

Zam. wyd. 419; druk. 1866. U-70.

 

Printed in Poland