background image

STEFAN ŻEROMSKI

DZIENNIKI

TOM I

background image
background image

POP REDAKCJĄ.

STANISŁAWA P1GONIJV
WSTĘP

HENRYKA MAKKIEWIC2A •

-

PRZEDMOWA

Wiadomość o młodzieńczych Dziennikach Stefana Żeromskiego kursowała w kołach 
literackich już w dwudziestoleciu międzywojennym. Wspomina o nich Stanisław 

Piołun-Noyszewski w książce Stefan Żeromski. Dom, dzieciństwo  i  miodość  
(1928),  gdzie czytamy o „pamiętniku" notowanym „codziennie"  (s. 109), i o tym, 

że „pamiętniki, kreślone [...] piórem bezwzględnej szczerości, pisane były tylko 
dla siebie" (s. 4). Stamtąd też pochodzi informacja, że „pamiętniki swe autor 

Popiołów pisał krótko i tylko w latach młodzieńczych", że „jest ich zeszytów 
kilkanaście, kreślonych z młodzieńczym entuzjazmem i ogromną, zwykłą Żeromskiemu 

starannością zewnętrzną. Są tam i próby literackie, i uczniowskie, pełne 
idealizmu erotyki, i powklejane listy" (s. 4).

Dalsze losy Dzienników Żeromskiego nie przedstawiały się tak jasno. Wiadomo 
było, że zostawił je pisarz w Kielcach, w domu macochy, Antoniny z Zeitheimów, 

która — szczegół nieobojętny — prowadziła stancję uczniowską. Odtąd zniknęły z 
oczu autora na lat dwadzieścia z okładem. Co się z nimi wówczas działo, 

niepodobna dociec. Po latach wypłynęły z zapomnienia na pewnej pensji żeńskiej w 
Kielcach, gdzie stały się lekturą dorastających dziewcząt. Rzecz działa się 

jeszcze przed pierwszą wojną światową, kiedy większość osób opisanych w 
Dziennikach żyła. Można sobie wyobrazić,  jak niezdrowe sensacje budziła taka 

lektura wśród młodzieży.
Pisarz dowiedział się o tym w roku 1912 za pośrednictwem swego siostrzeńca, 

Stanisława Noyszewskiego. Postanowił  odebrać  stare zeszyty „z rąk tak mało 
dyskretnych", „rąk iście kieleckich" — jak pół gniewnie, pół żartem pisał do 

Noyszewskiego dnia 30 grudnia 1912 r. „Być może — dodawał jeszcze — że tam być 
mogą jakie listy pisane do mnie, albo jakieś, młodociane grzechy literackie; 

radbym to wycofać i zniszczyć, albo przynajmniej odebrać..." (s.   113—114). 
Równocześnie,  biorąc  pod uwagę,   że  Noyszewski był wówczas młodzieńcem 21-

letnim, pisarz zwrócił  się  do  star-
DZIENNIKI

szej od siebie ciotecznej siostry, Marii Albrechtowej, z prośbą o pośrednictwo w 
sprawie wyegzekwowania Dzienników z rąk nieprawej posiadaczki. Do tej prośby 

załączył też upoważnienie do odbioru pamiętnika, w formie listu, którego 
autograf zachował się szczęśliwie w Muzeum Świętokrzyskim:

„Wielmożna Pani!
Od osób przyjaznych mi powziąłem wiadomości, że w posiadaniu Wielmożnej Pani 

znajduje się mój notatnik z r. 1882, kiedy byłem uczniem gimnazjum kieleckiego. 
Nie wiem, jakim sposobem to pismo znalazło się. w ręku Wielmożnej Pani, a 

nieznajomością mego adresu tłumaczę sobie fakt, iż Wielmożna Pani nie raczyła mi 
go zwrócić. Pragnąc Jej to ułatwić, uprosiłem moją krewną, panią Marię 

Albrechtową, oraz mego siostrzeńca, p. Stanisława Noyszewskiego, ażeby raczyli 
udać się do Wielmożnej Pani i prosić Ją o wydanie im wymienionej książeczki, a 

również wszelkich moich rękopisów i listów, które by w Jej posiadaniu znaleźć 
się mogły podobnie jak dziennik, aczkolwiek nie miałem nigdy przyjemności znać 

osobiście Wielmożnej Pani.
W nadziei, że Wielmożna Pani nie odmówi zwrócenia mi mej własności, najbardziej 

godnej tego określenia, gdyż zawierającej osobiste, dziecięce niemal zwierzenia 
i notatki, dla samego siebie tylko pisane i nigdy nie przeznaczone do 

czyjegokolwiek posiadania, a tym mniej do publikacji w jakiejkolwiek formie, 

background image

upraszam o wydanie w ręce oddawców niniejszego pisma zarówno dziennika, jak i 
innych papierów pisanych moją ręką, o ile się znajdują w posiadaniu Wielmożnej 

Pani.
Sługa powolny

Stefan Żeromski
Zakopane, d. 30 XII 1912."

Ten list, utrzymany w stylu wytwornej grzeczności, acz nie bez akcentów 
przejrzystej ironii, oraz ustne przedłożenia Albrechtowej i Noyszewskiego — 

wywarły oczekiwany skutek. Dawne pamiętniki wróciły do Żeromskiego. „Witał je — 
czytamy u Noyszewskiego — wielki pisarz z rozrzewnieniem, jak wiernych, 

powracających przyjaciół." (s. 4). Z tejże książki pochodzi informacja, że 
pisarz „pamiętnika, po odebraniu z Kielc, nie zniszczył. [...] O ile wiadomo 

jednak, wyrwał zeń niektóre karty, których nie chciał nikomu przekazywać. A kart 
takich było tam, zdaje się, wiele." (s. 114) Już sama stylizacja tych twierdzeń 

biografa nakazuje ostrożność w przyjmowaniu ich za pewniki. Skądinąd wiadomo, że 
pis/.ąc

PRZEDMOWA
swoją książkę Noyszewski nie miał Dzienników do dyspozycji, oglądał je tylko 

przez krótki czas po odebraniu „z rąk tak mato dyskretnych".
Po zgonie Żeromskiego w roku 1925 Dzienniki — naturalną rzeczy koleją — były 

przechowywane przez rodzinę pisarza. Na przeszkodzie udostępnieniu ich dla badań 
naukowych stało ustne zastrzeżenie autora, który wobec rodziny wyraził 

przekonanie, że tekst nie powinien być ogłoszony przed upływem pięćdziesięciu 
lat od jego śmierci. Analogiczną granicę wyznaczyli w swoim czasie Goncourtowie 

dla publikacji swoich poufnych journaux. Ale ani oni, ani sam Żeromski nie mógł 
przewidzieć techniki przyszłych wojen i rozmiarów zniszczeń. Te sprawy z 

przerażającą suge-stywnością ukazały się dopiero podczas ostatniej wojny.
Ponieważ przez całą okupację willa „Świt" w Konstancinie była zajęta przez 

zmieniające się co pewien czas oddziały Wehrmachtu, spadkobierczynie pisarza 
uznały za pewniejsze locum Bibliotekę Narodową, gdzie też tomiki Dzienników 

złożono w charakterze depozytu. Odtąd dzieliły los innych zbiorów 
bibliotecznych: wywiezione wraz z najcenniejszymi zasobami przez hitlerowców do 

Austrii, zostały po zakończeniu wojny w 1945 r. rewindykowane przez Armię 
Radziecką, a następnie zwrócone Polsce. Oczywiście, mię sposób dziś ustalić, w 

jakim miejscu tych burzliwych peregrynacji zaginęło sześć tomików z pierwotnej 
liczby dwudziestu jeden. Równie dobrze mogły przepaść wszystkie.

W tym stanie rzeczy zainteresował się Dziennikami w r. 1947 prof. Wacław Borowy, 
który po pewnym czasie uzyskał zgodę dyrekcji Biblioteki Narodowej na naukowe 

opracowanie dokumentu i ewentualne przygotowanie go — w całości lub częściowo — 
do publikacji. Jednakże z postępem normalizacji życia kulturalnego w Warszawie 

ujawniło się, że autograf nie jest własnością Biblioteki, lecz tylko depoizytem, 
wskutek czego sprawa ogłoszenia Dzienników uznana została za dyskusyjną. Prof. 

Borowy porozumiewając się z rodziną pisarza użył najsłuszniejszego w tym wypadku 
argumentu: od daty śmierci Żeromskiego upłynęło już nie pięćdziesiąt, ale sto 

lat, bo tak trzeba mierzyć czas kataklizmu wojennego i ogrom przemian w Polsce 
Ludowej. Wyniki swoich wstępnych badań nad dwoma początkowymi zeszytami 

Dzienników prof. Borowy referował w dniu 22 maja 1950 r. na posiedizemiu 
Wydziału I Towarzystwa Naukowego Warszawskiego. 1

1 Pośmiertna  rekonstrukcja tego  odczytu z  brulionowych  notatek  w  
opracowaniu  niżej podpisanego drukowana  była  w  „Zeszytach  Wrocławskich",   

1950,  nr  3/4.
8

DZIENNIKI
Równocześnie, dzięki pomocy finansowej Instytutu Badań Literackich, prof. Borowy 

mógł zaangażować piszącego te słowa w charakterze stałego pomocnika od wiosny 
1950 r. W trakcie licznych narad, odbywanych w miesiącach wiosennych i letnich 

tegoż roku, ustalone zostały ogólne zasady edycji Dzienni/ców, stopień 
modernizacji pisowni, rodzaj i zakres przypisów etc. Przepisane też zostały na 

maszynie trzy początkowe tomiki autografu, z których dwa dokładnie 
skolacjonowano i przygotowano całkowicie do druku. „Ale to dopiero wstępna część 

roboty — pisał Wacław Borowy w jednym z listów. — Trzeba jeszcze wykryć 

background image

wszystkie (w setki i tysiące idące) aluzje, skomentować legiony nazwisk, 
zidentyfikować mnóstwo tytułów wymienionych bez autorów..."

Niestety, nie było dane prof. Borowemu czuwać do końca nad tą pracą. Zmarł nagle 
w dniu 16 października 1950 r. na atak serca. W przygotowaniu naukowym 

publikacji Dzienników nastąpiła wówczas kilkumiesięczna przerwa aż do czasu, gdy 
z początkiem roku 1951 naczelną redakcję objął prof. Stanisław Adamczewski, 

autor znanej monografii o Żeromskim pt. Serce nienasycone. Prof. Adamczewski nie 
wprowadził zasadniczych zmian do ustalonych już zasad edytorskich. Jedynie w 

zakresie notek wydawniczych wewnątrz tekstu — był zwolennikiem częstszego ich 
stosowania. W ciągu półtorarocznej pracy zdołał przygotować do druku tekst ośmiu 

następnych tomików (od III do XV w numeracji oryginału), nie szczędząc poiza tym 
fachowych konsultacji przy opracowywaniu przypisów. Niestety, i w tym wypadku 

ciągłość mozolnej pracy została dramatycznie przerwana. Prof. Stanisław 
Adamczewski zmarł nagłe dnia 2 sierpnia 1952 roku w Opaozy pod Warszawą.

Cztery końcowe tomiki oraz fragmenty t. XXI, które niespodziewanie odnalazły się 
w Archiwum Głównym Akt Dawnych między osiemnastowiecznymi rękopisami, 

pochodzącymi ze spalonej Biblioteki Zamoyskich, przygotował do druku niżej 
podpisany. Ostatecznie DzienniW wydane zostały nakładem SW „Czytelnik" w latach 

1953—1956, w trzech pękatych woluminach, obejmujących łącznie przeszło 1900 
stronic formatu dużej ósemki. Przedmowę do całości napisał Andrzej Wasilewski, 

przypisy opracował Jerzy Kądzielą. Redaktorami merytorycznymi byli: z ramienia 
Instytutu Badań Literackich PAN — Ewa Korzeniewska, z ramienia SW „Czytelnik" — 

Janusz Wilhelma (wól. I—II) oraz Wanda Jedlicka (wól. III). Ponadto recenzentami 
opracowania poszczególnych części Dzienników byli: prof, Wiktor Hahn, Jarosław 

Iwaszkiewicz, prof. Stanisław Pigoń i prof. Zygmunt Szweykowski.
PRZEDMOWA

Reakcja krytyki na pierwsze wydanie Dzienników Stefana Żeromskiego była szybka i 
przeważnie entuzjastyczna. Jeden z najwybitniejszych pisarzy starszego 

pokolenia, Jarosław Iwaszkiewicz, wyraził pogląd, że „Dzienniki Żeromskiego są 
pozycją nader wartościową, nie tylko rzucają światło na młodość wielkiego 

pisarza, ale są same w sobie dziełem sztuki pisarskiej bardzo wysokiej klasy — o 
wiele wyższej niż pierwsze, pisane w tej epoce utwory czysto literackie 

Żeromskiego." 2 Zgadzał sią z tym poglądem fachowy polonista średniego 
pokolenia, Lesław Eustachiewicz, zwracając uwagę, że „Żeromski pisał swe notatki 

na gorąco, bez spekulacji na późniejszy ich rezonans. Mimo to, bezwiednie 
tworzył dzieło sztuki, więcej — jedno ze swych szczytowych arcydzieł 

narracyjnych". 3 Przedstawiciel zaś młodszego pokolenia krytyków, Zbigniew Ża-
bicki, stwierdzał krótko, że „Dzienniki — to największa księga namiętności, jaką 

w wieku XIX stworzyła polska literatura!" 4
Tak wyraźnie zdeklarowanej jednolitości opinii krytycznych próżno by szukać w 

innych kwestiach literackich, a nawet — w stosunku do dojrzałej twórczości 
Żeromskiego. Dzienniki stanowią zatem swoisty wyjątek na tle „pokoleniowych" 

dyskusji i polemik literackich ostatniego piętnastolecia, a także w dziejach 
recepcji utworów wielkiego pisarza, które znaczone były w równej mierze wyrazami 

gorącego uznania i hołdowniczego zachwytu, co namiętnymi oskarżeniami i 
gwałtownymi inwektywami.

Na czym polega ta wyjątkowa pozycja najwcześniejszego, choć najpóźniej 
udostępnionego czytelnikom, dzieła Żeromskiego? — Wydaje się, że pierwszą 

przyczyną powszechnego uznania Dzienników za dzieło wybitne jest stosunkowo 
rzadkie połączenie jour-nal intime z notatnikiem pisarskim, dziennika lektury z 

komentowanym sprawozdaniem z wydarzeń, w których autor uczestniczył. Opis 
najbardziej obiektywnych faktów zewnętrznych załamuje się tu zawsze w pryzmacie 

bogatej osobowości autora, nacechowany jest jego indywidualnym gustem, opatrzony 
własnym komentarzem, nierzadko zużytkowany natychmiast w gorączkowej pracy 

pisarskiej. Dzięki temu połączeniu Dzienniki można odczytywać w dwojaki sposób: 
jako dokument czasu i jako powieść, której narrator jest zarazem bohaterem, 

czyli — pod kątem widzenia poznawczym
1 ,,Nowa Kultura",  1954,  nr  48. •"' ,,Tygodnik Zachodni",  1957,  nr 41. 4 

„Nowe Książki",  1960, nr 6.
10

DZIENNIKI

background image

PRZEDMOWA
11

i estetycznym. Dla obydwu tych odczytań tekst dostarcza bogatych możliwości.
Walory poznawcze Dzienników nie były dotychczas w pełni wykorzystane dla badań 

nad życiem i twórczością Żeromskiego. Uderzające jest przede wszystkim bogactwo 
realiów z życia młodego pisarza, mnóstwo informacji arcyważnych dla korektur 

wcześniejszego okresu biografii autora Syzyfowych prac. Począwszy od daty 
urodzenia (autor Dzienników zawsze z największą pewnością podaje datę 14 

października 1864 r., nie l listopada, jak w metryce zapisano), poprzez datę i 
okoliczności matury (zdawanej w r. 1886, nie w 1887 — jak twierdził Noyszewski — 

i „obciętej" nie wskutek trudności z matematyki, lecz z powodu choroby 
uniemożliwiającej stawienie się na egzaminy), poprzez sytuację głodującego na 

bruku warszawskim studenta weterynarii (który jednak nie mieszkał wspólnie z 
Romanem Dmowskim i nie kreślił „w studenckim azylum pierwszego ramowego programu 

wszechpolskiego" — jak twierdził Noyszewski, s. 159), aż do guwernerskich 
wędrówek po dworach w Sieradowicach, Oleśnicy, Łysowie i Nałęczowie — co krok 

spotykamy nowe fakty i nowe oświetlenia faktów skądinąd znanych.
Tak np. okoliczności pobytu Żeromskiego w Kurozwękach, opisane w t. XVIII 

Dzienników, są jawnie sprzeczne z relacją Stanisława Piołun-Noyszewskiego (s. 
163—173). Do Kurozwęk, gdzie administratorem majątku Popielą był cioteczny brat 

pisarza, Józef Saski, przyjechał Żeromski z Kielc, a o uwięzieniu w Warszawie od 
kwietnia do czerwca 1888 r. nie ma w Dziennikach najdrobniejszej wzmianki. W 

Kurozwękach przebywał Żeromski nie przez rok, lecz od lipca do października 1888 
r. z krótkimi przerwami, w czasie których bawił u innych krewnych. Od 21 

października do 10 listopada 1888 r. Żeromaki mieszkał w Warszawie, ale nie przy 
ul. Kruczej, jak podaje Noyszewski, lecz przy ul. Zgoda. Z Warszawy wyjechał 

wprost do Oleśnicy. Nie przebywał zatem wiosną 1889 r. w szpitalu warszawskim, 
ani nie chorował na tyfus głodowy, nie korzystał też z ponownej gościny w 

Kurozwękach latem 1889 r. Wreszcie — nie był polecany Zaborowskim w Oleśnicy 
przez Józefa Saskiego, łec« został zaangażowany w charakterze korepetytora w 

Warszawie, 6 listopada 1888 r. przez Jarosława Zaborów -skiego, byłego 
pensjonariusza stancji Antoniny z Zeitheimów Że-romskiej, któremu już w 

gimnazjum kieleckim udzielał korepetycji.
Oto najważniejsze sprostowania do jebanego tylko roku biografii pisarza, jakie 

wynotować można z tekstu Dzienników. Łatwo byłoby je pomnożyć w trójnasób. Obok 
bowiem tendencji do tworzenia legend martyrologicznych, Noyszewski przejawiał 

także skłonność
do modelowania przeżyć intymnych Żeromskiego według schematu „Adama i Maryli". 

Stąd szeroko rozbudowany wątek krótkiego flirtu sztubackiego z Ludwiką Dunin-
Borkowską, która wkrótce wyszła za mąż za inż. Karola Zlasnowskiego, a 

pominięcie milczeniem kilkuletniego romansu z młodszą siostrą macochy, Heleną z 
Zeitheimów Radziszewską. W tym wypadku zresztą przemilczenia biografa są 

bardziej zrozumiałe i uzasadnione: przed czterdziestu laty, kiedy zbierał 
materiały do swej książki, wszystkie te sprawy były jeszcze zbyt świeże, a wiele 

osób zainteresowanych żyło.
W ogóle nie chodzi tu o krytykę książki Stanisława Noyszew-skiego, która ma 

niemałe zasługi jako praca pionierska. Inne biografie — Władysława Pobóg-
Malinowskiego, Stanisława Adam-czewskiego — nie mówiąc już o licznych artykułach 

w czasopismach, z niej przecież czerpały wiadomości i również informowały 
błędnie. Idzie o to, że zniekształcenia i pomyłki biografii prymarnej były 

później wielokrotnie powielane w podręcznikach szkolnych i opracowaniach 
popularnych, uzyskały szeroki rezonans społeczny, weszły niejako do podstawowego 

zasobu sądów obiegowych. Warto więc uwydatnić przełom w naszej wiedzy o młodości 
Żeromskiego, bogactwo nowych faktów, jakie wnosi publikacja Dzienników.

Jest to przełom zarówno ilościowy jak i jakościowy, nie dotyczy też bynajmniej 
tylko korektur faktów biograficznych. Dzienniki\ w sposób wyjątkowy w całej 

literaturze polskiej XIX wieku uka- ' żują dzień po dniu proces formowania się 
osobowości pisarskiej autora Syzyfowych prac. proces ten obserwować można na 

kilku zachodzących na siebie płaszczyznach. Na płaszczyźnie ideologicznej 
punktem wyjściowym jest tradycjonalizm wiary katolickiej i szlacheckiego 

wychowania, jakie młody Żeromski wyniósł z domu rodzinnego. Ale dom Wincentego 

background image

Żeromskiego, dzierżawcy Ciekot, nie był domem bogacza, a codzienne w nim 
bytowanie niewiele się różniło od losu okolicznych chłopów. Toteż stosunkowo 

wcześnie dostrzec można u przyszłego autora Ludzi bezdomnych objawy solidarności 
z tymi „ludźmi ubogimi, braćmi moimi".

Tradycjonalizm w początkowych tomikach Dzienników przejawia się najczęściej w 
prostodusznej religijności, jak na osiemnastoletniego młodzieńca zadziwiająco 

naiwnej w formach (np. wiara w interwencję Matki Boskiej przy odpowiadaniu na 
lekcji, 29. IX. 1882 r.). Niebawem jednak Żeromski pod wpływem ulubionego 

profesora języka polskiego, Antoniego Gustawa Bema (z którego podniety zaczął 
też prowadzić systematyczne zapiski Dziennika) ora?: na skutek lektur 

publicystów pozytywistyczjiych z Aleksandrem Świętochowskim na czele, zacznie 
się skłaniać ku wolnomyśliciel-

12
DZIENNIKI

stwu. Szczególną rolę odegrał tutaj Bem, ten „mistrz młodych lat i nigdy nie 
zapomniany dobroczyńca duchowy", z którym Żeromski dyskutował nie tylko ,,na 

dalekich samowtór spacerach", lecz także bywał u niego w domu. Bem, jakiego 
poznajemy z Dzienników Że-romskiego, to człowiek pełen sprzeczności: porywający 

nauczyciel i recytator poezji romantycznej, a zarazem trzeźwy racjonalista, 
zwolennik pozytywistycznego programu pracy organicznej, przeciwnik jakiejkolwiek 

konspiracji; sceptyczny weredyk i guber-nialny ateusz, a jednocześnie 
uczuciowiec, „nerwowiec", człowiek głąboko nieszczęśliwy z przyczyn osobistych. 

Te sprzeczności nieobce były także Żeromskiemu, który sam siebie nazywał 
„romantykiem realizmu" lub „romantykiem w kapeluszu poizy ty wisty". Stąd 

zwiększona jego podatność na wpływ myśli anty tradycyjne j, wol-
nomyślicielskiej.

Wolnomyślicielstwo młodego Żeromskiego przejawiało się początkowo w formie buntu 
przeciwko wykładom szkolnego katechety, ks. Teodora Czerwińskiego, który twardą 

ręką dzierżył „rząd dusz" w gimnazjum kieleckim. Z czasem dopiero przybrało ono 
kształt poważniejszy, na podstawach naukowych oparty. Wiąże to sią z powstaniem 

kółka samokształceniowego wśród młodzieży kieleckiej w klasie VII (rok szkolny 
1884/85), kółka zajmującego się szeroką problematyką literacką, historyczną i 

filozoficzną. Oprócz czytania rzeczy „zabronionych" z literatury, uczono się 
forsownie historii, zwłaszcza najnowszej, „historii rewolucji i upadków, 

prawdziwej historii czynów ludu, a nie jego rządu" — jak to po latach zreferuje 
sam Żeromski w autobiograficznej powieści Syzyfowe prace. Studiowano poza tym 

„świetnie ustawione paradoksy genialnego samouka" Henryka Tomasza Buckle'a w 
jego Historii cywilizacji w Anglii, która wraz z drugą książką: Johna Williama 

Drapera Historia umysłowego rozwoju Europy stała się „od razu ewangelią myślenia 
pewnej grupy młodzieży". Czytano ponadto dzieła Spencera i Renana, oraz tegoż 

Drapera Dzieje stosunku wiary do rozumu, które wyszły właśnie w 1883 r. w 
przekładzie Jana Karłowicza. Najzacieklej jednak studiowano Buckle'a w 

przekładzie rosyjskim Bestużewa-Riumina i Tiblena. „Trzeba być tak stałym jak 
Jaś — pisze Żeromski pod datą 8. XI. 1884 r. — i powiedzieć sobie: nie będę nic 

czytał dotąd, dopóki nie przeczytam, zrozumiem i przetrawię należycie Buckle'a."
Z takim bagażem doświadczeń, lektur i przemyśleń stanął Żeromski jesienią 1886 

r. w Warszawie, przed gmachem Szkoły Weterynaryjnej na ul. Smolnej, aby odtąd 
przez parę lat godzić obowiązki studenta z koniecznością zarabiania na życie, 

nocne prace
PRZEDMOWA.

13
pisarskie z ożywioną działalnością społeczną za dnia. Wybór kierunku studiów był 

dość przypadkowy: tylko w Instytucie Weterynarii przyjmowano kandydatów już po 
sześciu klasach gimnazjum, bez świadectwa maturalnego. Żeromski zamierzał 

studiować medycynę, co Wiązało się zapewne z propagowanymi przez pozytywi- -stów 
wzorcami osobowymi: lekarz, inżynier, ekonomista i technik mieli być przecież 

awangardą postępu, bohaterami „pracy u podstaw". Weterynarię uznał za coś 
najbliższego nieosiągalnej na razie specjalizacji medycznej. W rzeczywistości 

jednak zaniedbywał systematyczne studia na rzecz literatury i działalności w 
konspiracyjnym Kole Kielczan, a potem, przygnieciony ustawicznym niedostatkiem, 

nędzą i głodem, zrezygnował z nich całkowicie.

background image

W Warszawie rozpoczął się nowy etap rozwoju ideowego pisarza. Stosunkowo 
wcześnie w jego zapiskach pojawia się narastające zniechęcenie do haseł 

„organicznikowskich", do idei lojalizmu i bogacenia się za wszelką cenę. W 
dostatnich domach mieszczańskich i w salonach zbogaconych parweniuszy mógł — 

jako korepetytor — obserwować na co dzień karykaturalne rezultaty tych haseł. Na 
niezliczonych zebraniach studenckich słyszał ciągle o konieczności „pracy 

organicznej", „obrony biernej" i „zachowania potencjału narodowego". W rok po 
przyjeździe do Warszawy dał tym wszystkim ideologom odprawę w swoim Dzienniku 

(14. IX. 1887);
„Naród żyje, tworzy, pracuje, sięga tam, «gdzie wzrok nie sięga* — wtedy 

jedynie, gdy w nim kipi żądza swobody, gdy go nurtuje od piwnic do poddaszy — 
lawa miłości rodzinnej ziemi. W jarzmie się tylko zdycha. Przyprawcie pracy 

organicznej skrzydła, którymi niech leci do niepodległości — wtedy wam uwierzę. 
Bez nadziei wolnego jutra — jesteśmy żołnierzami, co to nie myślą być 

generałami."
Zgodnie z tymi poglądami rozwija się też działalność społeczna Żeromskiego na 

terenie Kółka Kielczan, grupującego absolwentów kieleckiego gimnazjum z 
wszystkich wydziałów Uniwersytetu Warszawskiego, oraz — pośrednio — w Kole 

Delegatów, będącym zjednoczeniem prezesów akademickich kół terytorialnych i nie-
pficjalną reprezentacją studiującej młodzieży polskiej. Nie była to działalność 

konsekwentna, jednolita od początku do końca. I sam Żeromski — w przeciwieństwie 
do swego ówczesnego przyjaciela, Jana Wacława Machajskiego — nie był typem 

działacza politycznego o jasno określonym programie, i zamęt ideologiczny wśród 
studentów przybrał wtedy znaczne rozmiary. Na przełomie lat 1886 i 1887 terminem 

„socjalizm" posługiwano
DZIENNIKI

się nader często, określając nim czasem kierunki ze sobą sprzeczne. W tekście 
Dzienników „socjalistami" nazywa się sympatyków rosyjskiego narodnictwa, 

liberalnych kosmopolitów, ludowców różnych odcieni, a także współpracowników 
„Głosu", wśród których obok przedstawicieli radykalnej lewicy (jak Ludwik 

Krzywicki czy Wacław   Nałkowski)   byli   również   przyszli   przywódcy   
stronnictwa narodowego   (Jan Ludwik Popławski,  Zygmunt  Wasilewski).  Ten 

chaos poglądów i postaw ideologicznych, konglomerat najsprzecz-niejszych  
tendencji  wśród  młodzieży   akademickiej   był   odbiciem aktualnej   sytuacji 

polskiej   myśli   politycznej.   Dopiero   w.   ostat-   . nim   
dziesięcioleciu  XIX  wieku   nastąpi   krystalizacja   zasad  programowych, 

formowanie się pryncypialnych założeń zarówno w PPS i SDKP, jak też w Lidze 
Polskiej, przekształconej w 1893 r. w Ligę

Narodową.
Na razie utworzona w 1887 r. Liga Polska, tajna organizacja emigrantów 

szwajcarskich i studiującej  za granicą młodzieży, przejawiała  aktywność 
poprzez kolportaż do  ośrodków  akademickich w  Królestwie  broszury  Teodora  

Tomasza   Jeża   Rzecz   o   obronie czynnej i Skarbie Narodowym, a także przez 
swoją konspiracyjną ekspozyturę młodzieżową — Związek Młodzieżowy Polskiej  

,,Zet". Solidarystyczno-narodowy program „obrony czynnej", po raz pierwszy od 
czasu powstania styczniowego sformułowany jednoznacznie przez Jeża, w zasadzie 

odpowiadał Żeromskiemu, zgodny był z jego własnymi przemyśleniami, z jego 
nastawieniem emocjonalnym. Występując  przeciwko  lojalizmowi  stańczyków  i  

kierunkom  ugodowym w Królestwie, opowiadając się za liberum conspiro i 
proponując utworzenie skarbu narodowego na cele przyszłej walki zbrojnej o 

niepodległość — Zygmunt Miłkowski trafił w centrum zainteresowań i dążeń tego 
odłamu młodzieży, który — jak studenckie Kółko Kielczan, gdzie przewodzili 

Machajski i Zeromski — na czele swego   programu   stawiał   zagadnienie   
patriotyzmu,   a   w   dalszej przyszłości również walki o niepodległość 

ojczyzny.
Zeromski  nie   poprzestaje  więc  na  hasłach   „samokształcenia" i „oświaty 

dla ludu", które dotychczas zespalały członków kółek studenckich. Zbiera  
składki na skarb narodowy, kolportuje broszurę Jeża, urządza wykłady historii 

Polski dla rzemieślników, na zebraniach studenckich i podczas obchodów rocznic 
narodowych recytuje patriotyczne wiersze, wreszcie — prowadzi nie kończące się 

dysputy na temat charakteru i zadań Koła  oraz  obowiązków narodowych i 

background image

społecznych młodego pokolenia. Argumenty Żerom-skiego skierowane są w tych 
dyskusjach na dwa fronty: tak przeciw zwolennikom „pracy organicznej", jak 

przeciwko szermierzom
PRZEDMOWA 15

„socjalizmu" wszelakich odcieni. Nie ma co ukrywać — także przeciw zasadom 
socjalizmu naukowego. „Trzeba zabić w kolegach teorią Marksa, tj. zniszczyć 

»nienawiść klas pracujących dla niepracujących* — pisze autor Dzienników pod 
datą 19. II. 1887 r. — i w tych słowach brzmi echo solidarystycznego programu 

narodowego Jeża. Programu, który Zeromski streszczał w starym haśle Zygmunta 
Krasińskiego: „Z szlachtą polską polski lud."

Ale równocześnie codzienne doświadczenia „inteligenckiego ple-bejusza" zadawały 
kłam tym solidarystycznym teoriom. Sytuacja osobista Zeromskiego, trudna do 

opisania nędza, jaka towarzyszyła mu przez cały niemal czas pobytu w Warszawie, 
zbliżała go do pozycji warstw upośledzonych społecznie. Z drugiej strony 

tradycje dworku szlacheckiego, z którego wyszedł, cały styl życia i związki 
kulturalne — dzieliły go od proletariatu, uniemożliwiały mu zrozumienie 

problematyki walki klasowej. Odzwierciedlenie tych rozmyślań, wahań i niepokojów 
znajdujemy niejednokrotnie na kartach Dzienników.

„Praca. — Tak, praca! Czemuż ta praca nie otrzymuje zapłaty? Dlaczego mój 
dłużnik je obiad, a ja ogryzam na obiad paznokcie? Dlaczego ja spędzam noc 

bezsennie na pisaniu, a cały ten świat przewala się z hukiem w błyszczącej 
karecie, bawi się w salonie lub pije z omszonej butli? Tak, bo już nie 

myślicielstwo gada przeze mnie, ale szary tłum głodnych, zmiażdżonych, 
odepchniętych od stołu. Więc komunizm? — Spróbujcie, wszyscy wy najedzeni 

panowie, nie widzieć go tu, u nas, w otchłani!" (27. V. 1888 r.) A kiedy indziej 
pisał jeszcze dobitniej:

„Cóż łączy tych łamiących sobie głowy nad wymyśleniem nowych potraw, nowych 
sukien, nowych ekscytatorów stępiałych uczuć, zdławionych onanizmem pożądań 

nawet — z walką nędzarzy? Czy ci i tamci mają choć jeden punkt styczny, czy 
łączy ich nawet polskość? — Nie. Więc — tłumić się trzeba, bo z tych poglądów 

niedaleko do Marksa." (22. II. 1887 r.)
Następnym etapem doświadczeń społecznych Zeromskiego była kilkuletnia wędrówka 

po dworach ziemiańskich w charakterze guwernera. Szulmierz w Ciechanowskiem, 
Oleśnica w Kieleckiem, Łysów na Podlasiu, Nałęczów w Lubelskiem — oto kolejne 

postoje w tej wędrówce. Obserwacje zebrane w tym okresie mają dla rozwoju 
poglądów Zeromskiego i dla rozwoju jego twórczości znaczenie jeszcze większe niż 

nad wyraz ciężkie, cierniowe doświadczenia studenckie. W Warszawie — jak sam 
pisał — „cały świat obserwacyjny dla mnie stanowi auditorium, Tania Kuchnia, 

pokój

16
DZIENNIKI

nasz i ulica". Tymczasem „niepodobna być nowelistą nie znając życia" (30. IX. 
1887).

O ile życie i praca robotników w mieście były dla niego czymś obcym, o tyle z 
pracą i powszednimi sprawami ludu wiejskiego stykał się od dzieciństwa. Teraz 

mógł gruntownie poznać życie elity ziemiańskiej tamtych czasów. Jako nauczyciel, 
„przyjaciel" synów właścicieli dworów, korzystał z wszelkich upra"wnień swego 

stanowiska: osobny pokój, usługa lokaja, wierzchowiec do konnej jazdy, wspólny 
stół z domownikami, wspólne rozrywki i dyskusje. Nie krępowano się przy nim, 

jako przy szlachcicu „dobrego" pochodzenia, aczkolwiek „wysadzonym z siodła" i 
zubożałym, wygłaszać otwarcie swych poglądów, które świadczyły nie tylko o 

uległości wobec władz i braku jakichkolwiek aspiracji patriotycznych, ale także 
o nicości moralnej tego środowiska, o jego stanowym egoizmie, ciasnocie myśli i 

płytkości wykształcenia, pokrywanej blichtrem salonowej ogłady towarzyskiej.
„Dwór w Oleśnicy nie jest typem szlachectwa, ale jest zbiorem wszystkiego gnoju, 

jakie wydzieliło kiedykolwiek szlachectwo. Nikczemność moralna, zbiór 
wszystkiej, najgruntowniejszej, najwszechstronniejszej głupoty, nicość 

patriotyczna, ślamazarność i przykład, zaczyn, rozsadnik nierządu na sześć wsi 
okolicznych, jak chwali się pan Jan... Padalcy!" (12. XII. 1888 r.)

background image

Hrabia Popiel „za zajem ze szkody — skarży do sądu, jeśli mu nie zapłacą tyle, 
ile chce. Idzie ręka w rękę z rządem. Przysądzoną karę w połowie oddaje na 

kościół. Czy o nim myślał Krasiński, wołając »z szlachtą polską — polski 
lud«...? Duma, skąpstwo, stań-czykostwo składają się na to, że pan ten jest li 

tylko cesarsko-kró-lewskim Austriakiem. Krwi Sołtyków, portretami których się 
szczyci — nie ma w nim. To nie Polak. Klnie tylko po polsku, bo polskie chamy po 

francusku nie umieją, trenuje konie na sposób angielski, a modli się na sposób 
papieski." (2. VIII. 1888 r.)

Liczbę tym podobnych cytatów można by znacznie pomnożyć; wystarczy jednak 
stwierdzić, że w żadnym ze swoich dojrzałych utworów Żeromski nie przekroczy tej 

granicy zaciekłej, demaskatorskiej pasji w charakterystyce kasty ziemiańskiej, 
jaką osiągnął już w Dziennikach. Najczęstszym motywem w tych późniejszych 

dziełach będzie rozdwojenie w psychice bohatera (i zarazem porte--paiole'a 
twórcy) — rozdwojenie między świadomym potępieniem takiego życia pustego, acz 

swobodnego, dostatniego i wytwornego, a instynktownym podziwem dla niego, typowa 
dla Żeromskiego dialektyka surowego poczucia obowiązku i kuszącej „urody życia". 

W Dziennikach jednak autor nie dba o układ dramatycznych
PRZEDMOWA

17
\f

sprzeczności, jest kronikarzem zdarzeń, które komentuje na gorąco, porywczo i 
szczerze. Tym większa ich wartość i jako dokumentu epoki, i jako zwierciadła 

ewolucji świadomości społecznej pisarza. Poza bramą dworską rozciągała się wieś, 
drugi teren doświadczeń społecznych Żeromskiego. Wieś pogrążona w ciemnocie i 

nędzy, uzależniona od dworu i żandarma, zamieszkana przez ten „lud prostaczy", w 
którym największe nadzieje na przyszłość pokładał Żeromski. Lud wyzwolony z 

jarzma niedoli i głodu, lud oświecony
1 podniesiony do poziomu świadomego współuczestnika budowy wolnej Polski — oto 

ideał piastowany w marzeniach pisarza. Ideał ten pozornie tylko zgodny był z 
hasłami propagowanymi przez publicystów „Głosu" w początkowej fazie działalności 

pisma: „Nie przez naród dla ludu, lecz przez lud dla narodu". Żeromski dość 
wcześnie spostrzegł, co się kryje za radykalnymi frazesami „głosowiczów":

„»Głos« zaczął naiwnie paplać — pisze pod datą 31. I. 1887 r. — Nazwał się w 
prospekcie pismem postępowym, zapowiedział, że chce »podporządkować interesy 

oddzielnych warstw interesom ludu«. Pięknie, cudownie, przecudownie. Cóż wykazał 
dotąd? Ani jednego faktu — gdzieby podporządkowywał interesy oddzielnych warstw 

interesom ludu. Nie zrobił nic."
I dlatego, mimo iż nie zaprzestanie starań o popularne broszurki dla ludu, mimo 

iż będzie kształcił bezpłatnie zdolniejszych synów chłopskich — Żeromski 
dochodzi powoli do zrozumienia prawdy, że zasadniczą przemianę doli chłopskiej 

przynieść może dopiero rewolucja społeczna, nie filantropia szlachty bądź 
mieszczaństwa.

„Dlaczego jestem smutny wśród tych ludzi, dlaczego wracam od nich do siebie z 
nieopisaną goryczą w sercu? Wszak już zgodziłem się na to, że »działanie« na 

nich jest absurdem, że trzeba pozostawić ich losowi, że nie powinien człowiek 
uczciwy wszystkiej niedoli ludu poddawać jednej litości szlachcica, że ludowi 

trzeba nagrody za wszystko wycierpiane, a tej nie da u nas ewolucja, o czym Jeż 
marzy, lecz rewolucja społeczna." (6. IV. 1889 r.)

Nie zawsze zresztą stosunek szlachty do chłopów oparty był na litości i dobrej 
woli. Wiele scen w Dziennikach dowodzi bystrej obserwacji antagonizmów między 

chatą włościańską, a dworem, bezwzględnego wyzysku ekonomicznego. Oto stary 
chłop przez godzinę stoi z odkrytą głową przed rządcą, skomląc o podwyższenie 

płacy, bo „dzieci ma małe". Oto dziedzic nie chce darować drobnej kradzieży ze 
swego lasu, mimo iż chłopu spaliła się chałupa, a zrozpaczona żona z dziećmi 

zostaje na pogorzelisku, gdy mąż musi iść do „kryminału". Oto naturalistyczna 
scena bicia fornala przez „jasnego pana", walenieHsiczyskiem, pięścią po twarzy,

/Btn
2 — Dzienniki t. I

l/
18

DZIENNIKI

background image

PRZEDMOWA
19

kopania obcasami za to, że podczas ulewnego deszczu fornal .schował sią pod 
snopek zamiast zwozić pańską pszenicę. Oto finał sporu o serwituty przed sądem: 

chłopi oskarżeni o samowolą i przewracanie furmanek dworskich wywożących drzewo 
z lasu wolą pójść na siedem dni do ,,kozy", niż przystać na niesprawiedliwe 

warunki ugody (zwiezienie tegoż drzewa własnymi furmankami). I taki ko-. mentarz 
autorski:

„Przytoczyłem tutaj przebieg tej sprawy, bo jest to akwarelka stosunków »dworu 
do chaty«. Między nimi stoi pan kunwisarz, sąd, gubernator, naczelnik powiatu. 

Przez tych tłomaczów rozmawiają dwór i chata, i ci tłomacze zgodą między nimi 
utrzymują. To nie prawo reguluje stosunki, ale władza polityczna. Zgoda tu nie 

istnieje, bo jest różność interesów, różność dążności, mających na celu własne 
podwórza." (30. III. 1889 r.)

Czasami zresztą — wstyd to przyznać — właśnie prawo zaborcy powściąga zapądy 
niektórych arystokratów. Świadczy o tym aforyzm pana Jezierskiego'-

„Gdyby nie to przeklęte prawo, to czyby to czasami każdy z nas nie palnął w 
zadek chłopu drobnym śrutem? Co do mnie, zrobiłbym to nieraz z gustem, gdy mi 

sią jakaś bestyja zanadto nawija pod ręką." (26. I. 1889 r.)
Dopiero podczas dokładne] lektury Dzienników uprzytamniamy sobie, jak bogate 

złoża obserwacji i doświadczeń społecznych zgromadził Żeromski przed 
przystąpieniem do pisania takich nowel, jak Zmierzch czy Zapomnienie. Dotyczy to 

również roli kleru na wsi. Pomimo licznych deklaracji wolnomyślicielskich autor 
Dzienników nie zajmował w stosunku do księży zdecydowanie negatywnego 

stanowiska. Początkowo nawet, w okresie studenckim, usiłował wykorzystać swe 
znajomości w tej sferze dla szerzenia idei patriotyzmu i propagowania broszury 

Jeża. Tą działalność wyperswadował mu listownie Antoni Gustaw Bem, spotkała ją 
zresztą fiasko wskutek braku chętnych pomocników spośród dawnych kolegów 

gimnazjalnych. W okresie prowincjonalnych guwernerek Żeromski oceniał księży bez 
uprzedzeń, w zależności od funkcji społecznych, jakie pełnili. O ile z 

oburzeniem piętnował zbyt ugodowo wobec władz carskich nastawionych proboszczy, 
o ile parskał złośliwością i ironią na tych, którzy sprzeciwiali się niesieniu 

oświaty na wieś i burzyli jego dzieło — biblioteczką ludową, o tyle z uznaniem 
podnosił cywilną odwagę i poświęcenie tych księży na Podlasiu, którzy mimo 

grożących kar nie wahali sią pełnić obowiązków duszpasterskich wśród unitów.
W ogóle sprawa oporu unitów podlaskich przeciw prawosławiu

ukazała Żeromskiemu położenie wsi w nowym świetle. Autor Dzienników bystro 
dostrzegł i trafnie zinterpretował ten mążny opór jako walką przeciwko 

wynaradawianiu. Religia stanowiła dla unitów (podobnie jak dla późniejszych 
bohaterów nowel Poganin i Do swego Boga) synonim przynależności narodowej. Opór 

przeciw prawosławiu był konsekwencją ich patriotyzmu. W tej sytuacji, kiedy 
opuszczony pr-zez wszystkich prosty lud dawał heroiczne dowody wierności i 

przywiązania do swej ziemi, kiedy setki i tysiące rodzin podlaskich wywożono — 
jakąż goryczą przepełnione są słowa autora Dzienników, charakteryzujące stosunek 

łysowskich posesjonatów do tej jątrzącej sprawy:
„Czasami jednak słowa goryczy wyrywają sią same wtedy, gdy słuchać trzeba 

napaści poniżających usta tego,- kto je wygłasza — na lud podlaski. Dawniej 
szanowałem patriotyzm arystokratyczny, obecnie przybyło mi bólu i z tego 

względu, że gardzę tym patriotyzmem. Dla nich dobry jest naczelnik Kutanin, 
ponieważ »dla szlachty ma szacunek — on sobie tylko chłopów dusił i ciągnął na 

prawosławie: ale to trudno...*" (11. II. 1890 r.)
Z odmiennych pozycji patrząc na tę sprawą, do analogicznych wniosków wobec 

prześladowania chłopów „guberni siedleckiej" dochodzili matadorzy „Głosu". 
Podczas „dysputy akademickiej" z Marianem Bohuszem za pobytu Żeromskiego w 

Warszawie wywiązał sią następujący dialog:
,,— Idzie o to — mówił Żeromski — że na Podlasiu np. niepodobna nie bić w łeb 

socjalisty. Tam zdarza się czasami, że chłop umączony karami za wiarę — 
przechodzi na prawosławie sam, dobrowolnie. Ja, jeżeli mam uczciwość w sercu, 

winienem krzepić jego duszą katolicką.
— W imię czego — replikował Bohusz. — Zadaj sobie pan pytanie: w imię czego? W 

imię jakiejś grupy etnicznej...? Ja ze spokojem patrzeć mogę na wynarodowienie 

background image

Podlasia, a za lat piętnaście, gdy ta choroba minie, gdy będziemy mieć do 
czynienia z chłopem już ruskim, wtedy...

— Wtedy weźmiemy się 'do niego socjalistyczną metodą... Ale tu leży różnica 
socjalizmu z patriotyzmem: serce by pękło patrzeć na wynarodowienie.

— Myślisz też pan sercem, nie rozumem." (20. I. 1890 r.) I oto znajdujemy się u 
końca drogi rozwoju ideowego młodego pisarza. Obdarzony niepospolicie wyczuloną 

wrażliwością na krzywdą społeczną i nędzę mas ludowych, trafnie dostrzegał 
konflikty społeczne i ich dramatyczne skutki dla życia narodu w niewoli, ostro 

krytykował nadużycia ustroju społecznego, a często i ,Je9°
podstawy — na miejscu naczelnym stawiał jednak zagadnienie wyzwolenia 

narodowego, sprawę odzyskania niepodległości ojczyzny. Dla tego celu najwyższego 
trzeba maksymalnie zjednoczyć sprzeczne siły społeczeństwa, trzeba zacierać 

przeciwieństwa, poniechać sporów. Rola przewodnika w tym trudnym dziele przypada 
inteligencji. Nie szlachcie, bo ją oślepia stanowy egoizm, nie duchowieństwu, bo 

zbyt ortodoksyjne i ugodowe, nie chłopstwu, bo zgnębione nędzą i ciemnotą, nie 
robotnikom, bo ich ideologowie na plan pierwszy wysuwają rewolucję socjalną. 

Dopiero w oswobodzonym państwie należy przystąpić do zmiany ustroju społecznego 
w oparciu o zasady równości i sprawiedliwości.

Taki schemat programu, jasny i wyraźny w liniach generalnych, bardziej 
mgławicowy w szczegółach i w praktycznych zaleceniach, da się odczytać z wielu 

scen przytoczonych w Dziennikach i z licznych autorskich komentarzy. Będzie się 
on odtąd przewijał poprzez całą dojrzałą twórczość autora Ludzi bezdomnych aż do 

Turo-, nią i Przedwiośnia włącznie.
Łatwo z perspektywy dzisiejszych doświadczeń historycznych wskazywać słabe 

punkty tego programu, a zwłaszcza jego utopijny charakter. Łatwo wysuwać 
twierdzenie, że między dążeniami naro-dowo-wyzwoleńczymi a walką mas ludowych o 

zwycięstwo rewolucji nie ma istotnych sprzeczności, że siłą społeczną, która 
mogłaby osiągnąć obydwa cele, był proletariat w sojuszu z chłopstwem, a nie 

samotni inteligenci. Ale przecież nie wolno zapominać, że takiego wyraźnie 
sprecyzowanego, słusznego programu społecz-no-politycznego nie miało wówczas 

żadne z istniejących ugrupowań politycznych. Nic dziwnego, że nie miał go 
również młody pisarz, „nerwowiec", „romantyk w kapeluszu pozytywisty", dla 

którego program był czymś zbliżonym do ideału, mieścił się raczej w sferze 
poezji i marzeń niż w rejonach rzeczywistości i czynu.

Dramatyczne rozdarcie w poglądach Żeromskiego widoczne jest jasno przy każdej 
próbie konfrontacji jego zasadniczych tez. ideologicznych. Zniechęcony próbami 

mechanicznego przenoszenia na grunt polski haseł narodników rosyjskich, 
zaniepokojony potajemną penetracją ,,Zetu" w szeregi studenckie, myślał poważnie 

o odłączeniu Kółka Kieleckiego od Koła Delegatów w celu ratowania idei 
„szczerego patriotyzmu". Pisał wtedy:

„Nie chcę pod żadnym pozorem nigdy należeć do walki klas, dlatego że chcę walki 
narodu. Walki klas burzą w narodzie jedność, a ja chcę jedności, chcę zbierać do 

kupy rozstrzelone na tysiące kierunków nici, aby kłębkowi przypomnieć 
przyrodzoną naturze ludzkiej ideę: patriotyzm." (17. X. 1887)

Ale w parę lat później, pod wpływem lekcji rzeczywistości na wsi ówczesnej pisał 
inaczej:

„Zwolna, milczkiem zstępuję do zasad, z jakimi się biłem. Nie przyznam się do 
nich jawnie nigdy, bo w wątpliwość podają to, co mi jest wszystkim, nawet naszej 

cywilizacji, zdobytej w niewoli, znaczenie. Jak się to dzieje, że się zmieniam — 
nie wiem. Nie książka żadna, nie przekonanie czyjekolwiek, nie żadna teoria, nie 

statystyka nawet to sprawia, lecz to, że tracę grunt pod nogami, że nie mam się 
na czym oprzeć. Nieraz, rozmyślając do późna w noc, przebieram wszystkie moje 

argumenty, jakimi się broniłem w Warszawie — i widzę jasno, że liche to są 
argumenty, że tamci mieli racją, choć na ślepo mówili. Najbardziej zwycięża to, 

że widzę, jako mówili prawdę. Zdawało mi się, że »różność interesów* to frazes 
pusty, a teraz już nie powiem nigdy, że »wspólność« — to idea warta życia i 

śmierci, bo to frazes. Z chłopów może być wszystko, ze szlachty nic a nic. [...] 
Jeżu, Jeżu, stary nasz ojcze — do czego my dożyli! Skłamałeś, że »z szlachtą 

polską polski lud«... Złudzenia twoje urodziła taka miłość ojczyzny jak nasza, 
dla niej uwierzyłeś w kłamstwo »stawania się szlachty ludem« — i nas prowadziłeś 

background image

za sobą, tak ci wierzących... A gdzieśmy doszli? Teraz albo stać się socjalista, 
albo się rozpić. Nie ma dróg na tej ziemi innych." (25. II. 1889)

Jak widać, broszura Rzecz o obronie czynnej i Skarbie Narodowym przestała być 
dekalogiem wiary politycznej Żeromskiego. Ale nadal trwał nieostygły, płomienny 

patriotyzm pisarza, nadal istniała we wszelkich jego rozważaniach tragiczna 
antynomia między dążeniem do integracji narodowej przeciwko uciskowi zaborców a 

jasną świadomością dezintegracji społecznej i jej przyczyn. Doświadczenia i 
refleksje młodości złożyły się w Dziennikach na ukształtowanie pewnego modelu 

światopoglądowych reakcji, które z niewielkimi odstępstwami powielać będzie 
później autor konstruując postaci powieściowe. Dla pewnej grupy najbliższych 

autorowi postaci, które Stanisław Adamczewski nazwał „sobowtórami", ta dynamika 
przeciwieństw ideologicznych stanie się siłą moto-ryczną ich działań, ich 

sukcesów i klęsk.
I na tym właśnie polegają główne walory poznawcze Dzienników. Z jednej strony — 

w ciągu prawie dziesięciu lat życia, od VI klasy gimnazjalnej do momentu 
publikacji pierwszych opowiadań w prasie — ukazują one proces formowania się 

pisarza oraz drogi rozwoju jego światopoglądu; z drugiej strony — stanowią 
nieoceniony, najbardziej wiarygodny dokument dla badacza genezy jego dzieł 

dojrzałych.
l

22
DZIENNIKI

PRZEDMOWA
23

•Nie jedyne to zresztą walory Dzienników. Wiele innych sugeruje uważna lektura 
tekstu. Wobec zniszczenia Archiwum Oświecenia i tylu archiwaliów 

prowincjonalnych — historyk oświaty uzna niewątpliwie Dzienniki Żeromskiego za 
dokument bezcenny dla historii szkolnictwa w Królestwie Polskim ostatniej 

ćwierci XIX wieku. Mało w ogóle szkół polskich może się poszczycić dokumentami 
tak barwnymi i żywymi, a tak przy tym autentycznymi, jak gimnazjum kieleckie z 

owych lał. Historyk teatru tamtego okresu nie może obojętnie pominąć licznych 
trafnych recenzji z poszczególnych przedstawień kieleckich i warszawskich, 

wnikliwych charakterystyk gry aktorskiej, rozsianych na kartach Dzienników, tym 
bardziej że — jaik to wykazała np. monumentalna bibliografia Wiktora Hahna 

Shakespeare w Polsce — o niektórych spektaklach tylko w Dziennikach zachowała 
się wiadomość. Historyk kultury i obyczaju znajdzie tu mnóstwo informacji o 

wybitnych przedstawicielach literatury i sztuki tamtych czasów, o różnych 
instytucjach kulturalnych, o koncertach, wystawach malarskich, o polemikach 

matadorów prasy ówczesnej, a są to najczęściej informacje zakulisowe lub 
anegdotyczne, jakie najtrudniej wyszukać w .źródłach oficjalnych. Wreszcie — 

sięgnie po Dzienniki z pożytkiem również socjolog, interesujący się recepcją 
idei społeczno-politycznych oraz dóbr kulturalnych w tamtej epoce. Znajdzie tu 

bowiem bogatszy niż gdzie indziej przekrój opinii rozmaitych warstw społecznych: 
od rzemieślników do magnatem i od studentów do chłopów.

Historyka literatury zaciekawia przede wszystkim rozwój poglądów estetycznych i 
zmiany poetyki samego autora Dzienników. Chodzi o to, jak się kształtowała 

świadomość estetyczna Żeromskiego i w jakim stopniu te założenia teoretyczne 
znajdowały wyraz w praktyce pisarskiej. Niekoniecznie w próbach literackich, 

które sarn autor przeznaczał do druku, ale także w narracji Dzienników, które 
wbrew spodziewaniu pisarza — a w zgodzie z powszechną opinią krytyków — stały 

się pierwszym wielkim dziełem sztuki pisarskiej Żeromskiego.
Zaczynał swą drogę twórczą — jak prawie każdy piszący — od naśladownictw. Liczne 

wiersze i poematy dramatyczne pisane na ławie szkolnej — to rzeczy wtórne, 
naiwnie dziecinne (nawet biorąc pod uwagę wiek autora), będące przeważnie echem 

drugorzędnych pisarzy romantycznych, tak w typie przedstawianych konfliktów (np. 
obsesyjnie powracający motyw „poeta; i świat"), jak

i w warstwie styMstycznej, wzorowanej na koturnowej prozie Krasińskiego lub na 
retorycznych wierszach Ujejskiego. "Z romantyzmu też przejął młody pisarz 

zainteresowania historyczne, w szczególności odnoszące się do legendarnych 
dziejów Słowiańszczyzny, pradziejów Polski i okresu średniowiecznych walk 

pogańskiej Litwy w obronie swej niezależności. Takie ukształtowanie tematyki 

background image

wczesnych prób literackich Żeromskiego miało przyczyny zarówno w bardziej 
szczegółowym omawianiu tych spraw w ówczesnym kursie gimnazjalnym, jak i w 

obfitych lekturach, wśród których na miejsce naczelne wysuwał się Kraszewski z 
wielotomowym cyklem powieści historycznych. Nie sposób przy tym twierdzić, żeby 

stosunek autora Dzienników do tych zapalczywie i bez wyboru pochłanianych 
książek był w tym okresie dostatecznie krytyczny. Wyrazami najwyższego zachwytu 

i uznania kwitowane są niejednokrotnie dzieła mierne, o których sam Żeromski 
zmieni później zdanie.

Niestety, skromne zapiski Dzienników, podające często tylko tytuł bądź temat 
młodzieńczych utworów, są jedynym źródłem umożliwiającym charakterystykę i 

ogólną ocenę tych prób, gdyż teksty ich się nie dochowały. Sądząc po 
przytaczanych w tekście utworach wierszowanych, jak np. cykl miłosnych inwokacji 

do Heleny Skierskiej, były to rzeczy nieporadne artystycznie i bardzo słabe 
nawet w ramach konwencji epigońsko-romantycznej. Słusznie więc A. G. Bem 

odradzał młodemu Żeromskłemu kontynuowanie takiego rymotwórstwa. ,,W powieści za 
to — mówił 20. IV. 1883 r. — jesteś pan na właściwym gruncie, masz pan talent 

powieściopi-sarski." Przyznać tu trzeba odkrywczą wnikliwość krytykowi, ponieważ 
egzaltowane utwory powieściowe gimnazjalisty, podobnie jak i ówczesne zapiski 

pamiętnikarskie, nie znamionują jeszcze w niczym przyszłej wielkości pisarza.
Wpływ Bema ujawnia się również w zmianie tematyki następnych prób pióra. Kolejna 

praca malować ma „kierunek respu-blikański, jaki on we mnie rozbudził". W 
związku z tym wzbogaca się galeria bohaterów historycznych Żeromskiego o 

postacie przywódców rewolucyjnych ruchów ludowych i walk naro-dowo-
wyzwoleńczych. Cola di Rienzi, Sayonarola, Jan Hus, Garibaldi, Petofi, 

Kościuszko, Scłegienny — oto postacie najchętniej wspominane przez pisarza, 
będące przedmiotem jego admiracji i literackich studiów. I tu jednak objawia się 

raczej kult wielkich ludzi, romantyczna idealizacja wybitnej jednostki walczącej 
ze złymi potęgami świata, aniżeli trafne zrozumienie skomplikowanych procesów 

społecznych.
24

DZIENNIKI
W kategoriach romantycznych zamykała się też teoria estetyczna młodego 

Żeromskiego. Twórczość literacka rozumiana jest przez niego nade wszystko jako 
erupcja natchnienia, jako wynik „rozkoszy upajającej, ekstazy bez granic". 

Niekontrolowane porywy natchnienia wynoszą poetą wysoko ponad tłum szarych 
zjadaczy chleba.

„Nie ma dla mnie ziemi, muszą po niebiosach latać koniecznie! Jam poeta, a mnie 
skrzydeł przypiąć nie dają sobie, a mnie każą gndć w błocie. Precz z ludźmi, mam 

moją wolę, jam pan siebie! Dosyć już długo giąłem kark. Chcę polecieć i latać, 
latać, póki skrzydeł wystarczy. Choćby potem jak Ikar upaść — ale dziś chcą 

lecieć!" (26. II. 1884)
Po wielu latach, wspominając własne początki literackie i aspiracje aktorskie 

swego przyjaciela, Jana Wacława Machajskiego, który połową wielkiego repertuaru 
romantycznego deklamował z pamięci, Żeromski pisał żartobliwie w szkicu Wybieg 

instynktu:
„Długie włosy bardziej niż temu prymusowi — byłyby »śpilowały« mnie samemu, 

gimnazjalnemu, kieleckomiejskiemu, jedynemu na powiat, a kto wie czy nie na 
gubernię, poecie, autorowi sławnych na całą naszą klasę i cieszących się 

zasłużoną poczytnością dramatów Cola di Rienzo, Savonaiola, Zbrodnia na 
Radostowie i bardzo wielu innych — brulionów grubych jak słownik Knapskiego, 

pełnych poematów w »dwunastu pieśniach*, liryk, »przenikliwych« studiów, krytyk, 
inwektyw, polemik, filipik. Jan Wacław mógł sobie pozwolić na długie włosy. 

[...] Ja strzygłem swe kędziory, byleby choć w ten sposób zażegnywać licho, Jan 
Wacław marzył o zagraniu wielkiej roli. — Raz zagrać wielką rolą i skonać! — 

wyło się wówczas, wyciągając ręce do wiernego współtowarzysza, księżyca, na 
szosie warszawskiej i powierzając temu cierpliwemu słuchaczowi skargi, inwektywy 

i szyderstwa ukochanych poetów z niemałym krzykiem."
Ten okres wstępnego terminowania literackiego, wspominany później z rzewnym 

humorem, trwał u Żeromskiego stosunkowo krótko. Miądzy trzema pierwszymi 
tomikami Dzienników a piątym, szóstym i następnymi dostrzec można dość znaczne 

różnice. Zapiski pamiętnikarskie przybierają inne barwy, inny ton. Następuje 

background image

przegrupowanie akcentów w doborze opisywanych spraw, obserwacje zaczynają sią 
pojawiać w formie sproblematyzowanej, a fakty jednostkowe służą za tło dla sądów 

ogólniejszych. Zamiast suchej relacji kronikarskiej z wąskiego kręgu wydarzeń w 
szkole i na stancji pojawia się teraz coraz częściej typowy dla Żeromskiego 

język lirycznej ekspresji, nasycony intensywnymi porównaniami i meta-
PRZEDMOWA

25
forami. Ten styl najczęściej stosuje autor do wyrażenia subtelnych odcieni uczuć 

miłosnych i do opisów urody ziemi ojczystej.
Trwająca przez kilka lat miłość do Heleny z Zeitheimów Radzi-szewskiej, młodszej 

siostry macochy Żeromskiego, kobiety zamężnej i matki kilkorga dzieci, jest 
jednym z najsilniejszych przeżyć młodego pisarza; wywarło ono wyjątkowo głęboki 

wpływ na jego świadomość, poglądy, na całą przyszłą twórczość. Liczne karty, 
poświęcone tej miłości w Dziennikach, odbiegają daleko od szablonu chłopięcych 

sentymentów, z jakim początkowo opisywał swe sztubackie zakochania w Ludwice 
Dunin-Borkowskiej czy Helenie Skierskiej. W życie 21-letniego gimnazjalisty, 

potem studenta borykającego sią z biedą i chorobą, z obojętnością ludzką i 
samotnością, weszła kobieta piękna i dojrzała, w której przywiązanie, dobroć i 

szlachetność wierzył niezachwianie. Dawała mu poczucie szczęścia, przywracała 
wspomnienia ciepła rodzinnego, utraconego już na zawsze. Ale jednocześnie to 

uczucie namiętne niosło ze sobą groźne wiry i dramatyczne spięcia. Konieczność 
stałego udawania, maskowania się przed światem i przed mężem, przeżywanie 

szarpiących uczuć uwielbienia i zazdrości, porzucenia i tęsknoty, spalanie się w 
nieustannej namiętności i zgryzocie — stwarzało sytuacje przywodzące niekiedy 

Żeromskiego na skraj rozpaczy i obłędu. Dawał temu wyraz niejednokrotnie w 
zapiskach Dzienników oraz listach do Heleny, z których tylko jeden się dochował.

„Wierz tym słowom — pisał Żeromski 11. XII. 1886 r. — bo to nie miłosne 
zaklęcia, nie przysięgi na wierność — to mowa zranionego człowieka, który 

utraciwszy Ciebie utraci wszystko, ale wszystko absolutnie: matkę, siostrę, 
przyjaciela i gwiazdą życia, gwiazdę świętą, a tak wielką, że obok niej, jak 

wiesz, żadne i nigdy światło błyszczeć nie mogło i nie może. Ty o tym wiesz 
dobrze, 'Ty czujesz to, że Cię nikt nie kochał moją miłością, tym wszystkim, co 

jest w człowieku: dobrem i złem, namiętnością i platoniz-mem, rozumem i wolą. 
Jestem ja typem chorobliwośoi, newralgii, anomalii, fałszywym tonem w tym 

społeczeństwie — zdałem sobie z tego sprawę i rozumiem, że na miłość 
bezgraniczną nie ma we mnie nic, że na nią niczym nie zasłużyłem i nie 

zasługuję; tymczasem Ty polubiłaś tę mętną falę, to wieczne burzenie się moje, 
podobno — pokochałaś nawet. Szczególna to rzecz: od miłosnego szeptu do wyżyn 

romansu — przeszliśmy wszystko... Zdawało się, że to musi się wyczerpać i 
pęknąć. I nie!"

W świetle wyznań autora Dzienników, spisywanych ze szczerością przypominającą 
Jana Jakuba Rousseau, nie może ulegać wątpliwości fakt pogłębienia doświadczeń 

wewnętrznych Żeromskiego-
DZIENNIKI

26___________________________
-człowieka  i przyspieszenia  dojrzałości Zeromskiego-artysty  pod wpływem tego 

wielkiego uczucia. W tym pierwszym wybuchu młodzieńczej pasji miłosnej, 
złączanej ściśle z wszelkimi odcieniami cierpienia, odkrywamy dziś źródło 

żywiołowego erotyzmu postaci powieściowych  autora  Urody   życia,  źródło   
czyste,  nie   skażone jakimkolwiek dydaktyzmem ani „literackim 

przystosowaniem", jak to się później, niekiedy ze szkodą dla jednolitości 
dzieła, zdarzało. Równocześnie z rozwojem namiętnego uczucia do Heleny 

zaobserwować można znamienne przemiany w stosunku Ż,er Dońskiego do własnych 
prób pisarskich. Opisując dzień po dniu romans, jaki mu ,   zgotowało życie,  

autor Dzienników umyślnie  zarzuca na pewien czas pisanie romansów literackich. 
Wzrasta jego samokrytycyzm, dostrzega pierwotne naiwności i brak wykształcenia w 

zakresie estetyki. Obok nazwisk Buckle'a, Drapera i Spencera zaczynają sią teraz 
pojawiać na kartach pamiętnika nazwiska Taine'a i Brandesa oraz liczne tytuły 

ich prac. Prócz tego Żeromski śledzi uważnie bieżące spory i dyskusje 
literackie,  czytuje recenzje  i artykuły krytyczne   Bema,   Chmielowskiego,   

Swiętochowskiego   i   innych. Żywo reaguje ha piękno wielkich dziel literatury, 

background image

nie tylko bystro komentując czytane na świeżo utwory klasyków: Szekspira, 
Mickiewicza, Słowackiego, (Puszkina, Lermontowa,] ale także starając się T. ich 

dzieł wysnuć ogólne prawidła estetyczne, przydatne dla własnej pracy twórczej.
Szczególnie  doniosłe  znaczenie" miała  pod  tym  względem  lektura 

(Turgieniewa^ który  „nad  artystami  Europy   stoi  jeden  zawsze,   wieczny   
filozof,   znawca   człowieka,   smutny   mędrzec"   (19. VIII.   1887).   O   

ile   bliżsi   podówczas   Żeromskiemu   pisarze,   jak Szewczenko, Jokai, 
Dostojewski, W. Hugo, mogą go zainteresować tematycznym aspektem swych  dzieł,  

o tyle u Turgieniewa  ceni nie tylko typ Insarowa, reprezentanta ideałów 
narodowo-wyzwo-leńczych w powieści W przededniu, czy głębokie obserwacje życia 

ludu rosyjskiego w Zapiskach myśliwego, ale także poetykę realistycznej prozy, 
którą stara się sobie przyswoić, którą po prostu naśladuje zarówno w 

poszczególnych scenach Dzienników, jak też
w pierwszych nowelach.

Ten wpływ żywego wzorca, a nie teoretycznych postulatów, wiąże się z wzrastającą 
niechęcią Zeromskiego do obydwu .aktualnie modnych i zwalczających się nawzajem 

kierunków w prozie mieszczańskiej: pozytywistycznego i naturalistycznego. 
Warszawa lat 1885—1890 jest areną ścierania sią grupy krytyków naturalistycz-

nych, skupionych wokół „Wędrowca", z reprezentantami zasady tendencyjności w 
sztuce, spod znaku „Prawdy" i „Przeglądu Ty-

PRZEDMOWA
godniowego". Żeromski początkowo występuje przeciw tendencyjności literatury 

pozytywistycznej w imię realizmu. Używając wymiennie pojęć „tendencja" i „idea", 
pisze jednak niedwuznacznie,

o co mu chodzi:
„Prawda, że idea zrodziła się na widok ludzi, ale powstała absolutnie, skądinąd, 

nie wypłynie z charakteru twych kreacyj. Utwór twój będzie stworzonym a 
priori... A więc — już przez to skazany zostanie na zagładę. Tak nie tworzył ani 

Homer, ani Michał Anioł, ani Szekspir, ani Goethe, ani Mickiewicz. Trzeba więc 
tak ukryć ideę, aby jej nie odszukał wzrok pospolity. Co za szarlataneria, co  

za głupota,  co  za  idiotyczne  stawanie na koturnach!  Sztuka jest prostą jak 
wylew wody, jak przypływ morza — my robimy z niej  reakcję chemiczną.  [...] Tak 

czynią beletryści wychowani w szkole pracy organicznej. To się nazywa uczciwa 
tendencja, a jest to kiszka napchana grochem, z napisem: nadzwyczaj pożyteczna 

dla zdrowia kiszka." (24. III. 1888) A w innym miejscu:
„U nas jest tylko tendencja społeczna, polityczna, filozoficzna, jaka zresztą 

chcecie — ale zamazująca utwory sztuki. Jest to sztuka stosowana, dekoracje 
potrzebne do uwydatnienia tej lub innej myśli. Kierunek ten do absurdu 

doprowadził Swiątochowski. Co w jego utworach jest prócz stylu, jakiego w Polsce 
nie posiada nikt prócz niego? — Nic, żadnej prawdy." (3. VI. 1888)

Przeciwstawieniem tego tendencyjnego schematyzmu wydawał się Zeromskiemu przez 
pewien czas „obiektywny" naturalizm, którego teoretycy głosili postulat wiernej  

obserwacji życia oraz fotograficznego odtwarzania jego stron dodatnich, jak i — 
przemilczanych dotąd — stron ujemnych. Porzuciwszy tematykę historyczną Żerom-

ski pragnął w tym czasie tworzyć typy i obrazki z życia współczesnego, 
rozpoczyna nawet powieść — „malowidło szerokie i gadające • naturalistycznie". 

Ale realizacje tych planów nie zyskują uznania w oczach redaktorów czasopism 
warszawskich. Opowiadanie Z feki obiekfywisty, odtwarzające spotkanie brata i 

siostry w domu publicznym, zostaje odrzucone przez redaktora „Przeglądu 
Tygodnio-' '       wego", Adama Wiślickiego. Komentując w Dzienniku negatywną 

odpowiedź Wiślickiego, Żeromski stwierdza:
„Prawdopodobnie w owym zawyrokowaniu, że obrazek jest »w najdrobniejszych 

-szczegółach prawdziwy« — tkwi ojcowskie napomnienie i ironia. Dla mnie jednak 
jest to pochwała w najwyższym stopniu. Chcę, żeby był prawdziwy, i o to mi 

chodzi głównie. Dlaczego młodzi lubują się w brudach? [...] Odtwarza się brudy, 
bo je odtwarzać potrzeba, bo one domagają się tego, bo jeżeli w da-

28
DZIENNIKI

nej epoce takie brudy są i stanowią olbrzymi szmat narodowego życia, to 
literatura, która jest obrazem życia, odtwarzać potrzebuje wszystko — więc i 

brudy." (15. II. 1887)

background image

Obrazek Dla jutra, przesłany do „Prawdy", zostaje odrzucony przez 
Swiętochowskiego, a list uzasadniający tę decyzję zaczyna się od słów: „Szanowny 

Panie. Idei obrazka pańskiego wcale nie rozumiem"... Na co Żeromski replikuje w 
Dzienniku: „Nie mógł jej rozumieć, bo idei, czyli tendencji — tam nie ma." (12. 

I. 1887)
Wreszcie studium patologiczne U wrót obłędu, złożone do rąk Jana Kantego 

Gregorowicza, redaktora konserwatywnego „Tygodnika Mód i Powieści" nie doczekało 
się żadnej odpowiedzi. To był już pomysł chybiony zupełnie. A przecież do tej 

historii „maniaka miłości" przywiązywał autor pewne znaczenie. Uwagi o tworzeniu 
tej noweli dowodzą dużego samokrytycyzmu, ale i dużej samo-wiedzy pisarskiej:

„Czasami latam po pokoju jak wściekły, targam włosy, płaczę. Ach, to nie 
obiektywizm i nie studium — to poezja. Widzę i cierpię z człowiekiem, jakiego 

rysuję. Tylko — że to tak zwykle u mnie wychodzi: bez początku i końca, oderwany 
skądś ładny, śliczny kawał mozaiki. Ludzi w tym nie dopatrzysz — tylko ich 

uczucia. Jeśli mówię, jaka jest twarz, to wtedy, kiedy ta twarz kurczy się od 
namiętności lub bólu." (20. V. 1887)

Urzeczenie teorią naturalizmu trwa u młodego pisarza stosunkowo długo. Jeszcze w 
Kurozwękach planuje naturalistyczną powieść o środowisku szlacheckim, która 

miałaby cechy demaskatorskie.
„Nie braknie mi fantazji ni odwagi, nie braknie piekielnej ironii, z jaką opiszę 

ich całych, od stóp do głów, z bydlęctwem i głupotą — nie zawaham się przed 
hańbą i smrodem tej gnojowicy, w jakiej unurzałem moje niewinne serce z ich 

łaski. Naturalizm! Zola, Mau-passant, Alexis, Goncourtowie, Dostojewski — 
wszyscy zamrużą oczy wobec cudownych szczegółów mojej muzy. Nie obwinie nikogo — 

opiszę ich tylko. [...] Utwór mój musi być do przesady obiektywny, bez cienia 
tendencji." (19. VII. 1888)

Tak pisał autor Dzienników w momencie gwałtownego wybuchu uczuciowego. Ale w 
chwilach spokojnej refleksji coraz częściej wyraża się o naturalizmie 

krytycznie. Zrazu tylko w stosunku do własnej twórczości. Oto przykład:
„Drugi rozdział powieści skończyłem wczoraj w nocy. Co za wyrafinowane świństwo! 

To się ma nazywać: naturalizm. To jest pa-wianizm i basta. Zamiast typów — 
karykatury, rysowane za pomocą podłych dowcipów. Jestem pawian!" (2. XI. 1888)

PRZEDMOWA
29

Równocześnie niemal ten krytyczny stosunek przenosi się także na utwory 
koryfeuszy modnego kierunku. Tak np. lektura powieści Paula Bourgeta Kłamstwa 

zakończona jest następującym komentarzem:
„Jakże męczącą jest atmosfera jego powieści! Dlaczego nie ma tam żadnego 

światła, żadnego cienia piękna — samo jedno cudzołóstwo, podniesione do 
najwyższej potęgi. U Turgieniewa znajdę ludzi, przyrodę, dobrych i złych — u 

tego jedynie występek i dla kontrastu wprowadzone manekiny cnoty." (19. X. 1888)
W tym miejscu zamyka się drugi etap rozwoju poglądów teore-

tyczno-literackich Żeromskiego. Autor Dzienników coraz wyraźniej
uświadamia sobie, że do stworzenia prawdziwego dzieła sztuki nie

wystarczy ani romantyczne natchnienie i bujna fantazja, ani dro-
j biazgowa, naturalistyczną obserwacja, że potrzebna jest nade wszy-

1 stko głęboka wiedza o rzeczywistości społecznej i narodowej. Są
to zasady poetyki realizmu, do której autor Dzienników dochodzi

w  okresie  prowincjonalnych   guwemerek,   w   okresie   stabilizacji
swych poglądów ideologicznych.

Jeszcze za pobytu w Warszawie pisał trafnie na ten temat:
„Niepodobna być nowelistą nie znając życia. Dla powieściopi-sarza aulą 

rzeczywistego ukształcenia — jest aula życia, podróże, nieustanne obcowanie ze 
sztuką, wyrabiającą smak krytyczny i budzącą instynkta estetyczne. [...] Chcąc 

coś napisać muszę mimo chęci zwracać się do wyobraźni, z niej wyciągać temata i 
sztucznie je szlifować, smażyć dowcip, wytwarzać sztuczną, nowelistyczną 

prawdziwość, nie mającą z prawdą żadnej styczności. Żywość szkicu wytwarza — 
życie, dowcip wytwarza — życie, obrazowanie wytwarza — życie. Chcąc te trzy 

rzeczy a jedną nowelę — wysmażyć w głowie, preparuje się zlepek jak mój ostatni. 
Ostatecznie — są w nim miejsca ładne, ale ładnymi są właśnie miejsca 

zaobserwowane; wszystko wypełniające całość, klej powieściowy, a nawet, w 

background image

sekrecie mówiąc, i idea — śmierdzi tandetą. [...] Cały świat obserwacyjny dla 
mnie stanowi — auditorium, Tania Kuchnia, pokój, nasz i ulica." (30. IX. 1887) \

Po doświadczeniach wiejskich, po poznaniu ziemiaństwa, szlachty i chłopów, po 
wniknięciu „czującym wiedzeniem" w problemy nędzy, wyzysku i niewoli, Żeromski 

jeszcze dobitniej wypowiedział swoje credo realisty w następujących 
sformułowaniach:

„Chcąc napisać powieść polską — trzeba naprzód całą Polskę przewędrować, 
zobaczyć, zrozumieć i odczuć. W głębi życia istnieją tajemnicze prawidła, poznać 

które trzeba samemu, samemu ocenić i na światło dzienne wynieść. [...] Pojęcia 
moje o sztuce wzrastają

i
DZIENNIKI

30
i krystalizują się w trwale zasady równocześnie z obserwowaniem życia 

wiejskiego. \Nie książkowe zasady krytyczne, nie teorie estetyczne Brandesa, 
Taine'a, Paula Bourgeta, Turgieniewa i Zoli wyrobiły we mnie zasady realizmu — 

lecz obserwacja jedynie.?Obrazy same, prawa same stwarzają się kolosalnie na tle 
tych poi. Życie wiejskie,  postacie na wsi dające  się widzieć,  przystępniejsze 

są dla oka i umysłu nierównie bardziej niż wszelkie typy miasta. Odgadujesz ich, 
bo chodzą bez masek — a dla każdego niezmiernie będą ciekawe, jeśli ich 

odmalować z całą rzetelna, beztendencyjną prawdą. Nie  godzę się jednak,  jako  
Polak,  na Zoli  »sztukę jako skrawek życia, widziany przez pryzmat 

temperamentu*. Sztuka polska musi w państwie naturalizmu wykreślić pewne 
granice. Wyjaśnimy, dlaczego. Przyjmuję za pewnik zdanie Goncourtów, iż »po-

wieść jest historią tych, którzy do historii nie należą«. Z założenia tego 
płynie konieczność prawdy bezwzględnej; że jednak, jako Polacy, dbać musimy o 

siebie najbardziej, trzeba nam więc nieustannie kontrolować siebie samych, pisać 
własną historią w powieściach, gryźć jej zębami. Powieść nasza winna być głosem 

narodu całego  do pojedynczych  jednostek mało narodowych — a więc w wyborze 
tematu, w oświetlaniu pewnych zjawisk naszego życia musi tkwić satyra, skarga, 

bicz. Nie chcę biczować nigdy i nikogo wychodząc z punktów etycznych, jak to się 
czyni u nas, ani z punktów postępu czy zacofania — jedynie ginąca narodowość, 

nasze »ja« zanikające będzie mieć we mnie trybuna. [...] Powieść nasza powinna 
być naszym rachunkiem sumienia. Sztuka nie powinna nic na tym tracić, zyska 

tylko tę cechą, jaka ją wyróżni z szeregu kosmopolitycznego — będzie polską. 
[...] Oto, co rozumiem o naszej sztuce: realizm, prawda, zestawienia 

beztendencyjne charakterów, jak w statystyce zestawia się rażące fakty."
Zaraz po tych uogólnieniach autor Dzienników notuje konkretne plany pisarskie, 

choć — jak wynika z dalszych tomików — żadna z zamierzonych powieści nie wyszła 
poza sferę projektów.

„Gdyby mi wystarczyło życia, sił, środków obserwowania* i wytrwałości — w 
romansie Zwiastun przedstawiłbym walkę przeszłości szlacheckiej i 

arystokratycznej z socjalizmem jako przyszłością. W romansie pt. My 
przedstawiłbym wszystkie warstwy narodu, aby wykazać, czy co jesteśmy warci. Tam 

i tu chcę schwytać na uzdę charakter narodu na tle absolutnie współczesnym. 
Chciałbym pisać tak, aby francuski krytyk czytając Rudina Turgieniewa i mój 

romans poznał, że tam pochwycony jest charakter rosyjski, tu — polski." (8. 
VIII. 1888)

Żadna z tych powieści- nie została napisana — to prawda. Ale
PRZEDMOWA

31
jednocześnie warto zauważyć,  że  same Dzienniki w tych latach stają się 

powieścią. Autor odbiegł już daleko od ekshibicjonizmu zwierzeń  kieleckich  i 
warszawskich.  Dziennik traktuje  on teraz jak warsztat prób pisarskich, 

dokonując świadomego wyboru „materii powieściowej" nadającej się do artystycznej 
obróbki, dbając o kompozycję i pointę przedstawionego epizodu, dążąc do 

funkcjonalności wprowadzanych opisów przyrody, wzbogacając zasób słownictwa  
(np. z zakresu terminologii muzycznej)  dla natychmiastowego użycia w 

niecodziennych,  odświeżonych  zestawieniach leksykalnych itp. Wszystkie te 
zabiegi sprawiają, że z pola widzenia znika powoli bezwzględnie szczery autor 

Dziennika, a na jego miejscu pojawia się narrator i bohater powieści w jednej 

background image

osobie, który wygłasza apostrofy do „czytelnika" i dla ćwiczeń literackich 
wciela się kolejno w role człowieka idei, dekadenta, nauczyciela, zalot-nika,  

szlachcica,  działacza  oświatowego,  bawidamka  etc.  Trzeba sobie zdawać 
sprawę z tego,  że im bliżej  debiutu Żeromskiego, tym bardziej udział fikcji 

literackiej w odtwarzaniu „prac i dni" autoia zwiększa się. Oczywiście, nie 
chodzi tu o wulgarne zmyślanie faktów nieprawdziwych, lecz o modelowanie przeżyć 

rzeczywistych z  punktu widzenia  potrzeb  artystycznych,  w  sposób odmienny od 
mechanicznej relacji. Tak np. okres romansu z Anielą Rzążewską i Natalią 

Fayttową w Łysowie i Patkowie wiosną 1890 r. jest* zamkniętą   całością   
kompozycyjną,   którą   można   by   wydać osobno jako opowieść sentymentalno-

awanturniczo-humorystyczną. Pasja społeczna autora Dzienników, pobudzona 
obserwacją gnuś-nego  życia w  dworach  ziemiańskich,  wyładowuje  się  nie  

tylko wprost, w spiętrzeniu epitetów pełnych złości, pogardy i szyderstwa, ale 
również w sposób literacko bardziej skomplikowany — poprzez trafne stosowanie 

mowy pozornie zależnej w celach bezpośredniej   charakterystyki  postaci,   
poprzez   stosowanie  techniki kontrastów i światłocienia, wreszcie poprzez nowe 

formy wyrazu artystycznego: persyflaż,  ironię,  groteskę,  satyryczną 
karykaturę. Nie sposób tutaj przytaczać całych scen dla przykładu, niemniej 

jednak porównanie nieporadnych zapisek szóstoklasisty z ukształtowanymi 
literacko nowelami czy epizodami tomików końcowych unaoczni każdemu ogrom 

przemian, jakie przeszedł Żeromski w tej dziesięcioletniej szkole pisarstwa, 
której na imię Dzienniki.

Naturalnym zakończeniem tego procesu przekształcania się notatnika intymnych 
zwierzeń w utwór literacki jest przerwanie codziennych zapisek i przejście do 

normalnej pracy twórczej. U Żeromskiego odbywa to się jakby w dwóch etapach. 
Początkowo, zrażony poprzednimi niepowodzeniami, wycina fragmenty z Dzień-

DZIENNIKI
nika i po niewielkiej przeróbce posyła do redakcyj, Taka jest geneza opowiadania 

Psie prawo i dużych partii Zapomnienia. Zmiany polegają tu przede wszystkim na 
zaOiStrzeniu wymowy społecznej utworów wskutek uwydatnienia ironii narratora 

wobec „moralności szlacheckiej". Później, kiedy Żeromski staje sią autorem 
znanym i cenionym, po wydrukowaniu w „Głosie" cyklu Odruchów, a zwłaszcza 

Siłaczki, która wywołała szeroką i burzliwą dyskusję —
Dzienniki zamierają.

Mimo   że   autor   zaprzestał   prowadzić   systematyczne   notatki, Dzienniki 
pozostały kopalnią materiałów, wykorzystywanych w dalszej twórczości. Chodzi tu 

nie tylko o powracającą w dziełach dojrzałych,  aż  do  Przedwiośnia włącznie,  
tematyką  dworu  szlacheckiego, o opisy przeżyć miłosnych zharmonizowane 

najczęściej z opisami przyrody, o  charakterystyki  osób podpatrzonych  z 
natury, o fragmenty dialogów niegdyś zanotowanych, czy o poszczególne ulubione 

sformułowania stylistyczne. Tego rodzaju analogie wyliczać  można  dziesiątkami. 
Wiadomo,   że  opowiadania   W  sidłach niedoli, Oko za oko, Pocałunek,  „Ach, 

gdybym kiedy dożył  tej pociechy..." a w znacznej mierze i Mogiła są literackimi 
parafrazami rozmaitych fragmentów Dzienników. W ogóle stwierdzić można, że w 

pierwszych czterech książkach Żeromskiego — Opowiadania, Kozdzióbią nas kruki, 
wrony..., Syzyfowe prace i Utwory powieściowe — niezmiernie często spotykamy się 

z przetworzonymi motywami Dzienników. Szczegółowa egzemplifikacja tych 
pokrewieństw i zależności znajduje się w przypisach do niniejszego wydania.

Jednakże, jeśli krytycy mówią, że tomy nowel i powieści Żeromskiego — to jego 
fikcyjna autobiografia, że rzadko który epik był w takim stopniu epikiem 

własnego życia duchowego, że właściwie cała  dojrzała twórczość  autora  Ludzi  
bezdomnych mieści się  in crudo w Dziennikach — to chodzi tutaj nie tylko o ten 

fakt najprostszy artystycznego rozwijania motywów Dziennika, w -utworach 
przeznaczonych do druku. Chodzi przede wszystkim o to, że już w Dziennikach 

występują siły napędowe jego twórczości, warunkujące także dynamikę jego dzieł 
dojrzałych.  Jest to znamienna dla Żeromskiego antynomia ukochania ziemi 

ojczystej i czujnego dostrzegania krzywd społecznych dziejących się na tej 
ziemi, często w imię patriotyzmu i jedności narodowej, antynomda upojenia życiem 

i goryczy  życia,  radości  i  cierpienia,  miłości  i nienawiści, podłości  i 
bohaterstwa.  Wyróżniającą  cechą  epiki Żeromskiego, a  także  niektórych  

background image

dzieł  dramatycznych,   jest  zazwyczaj   trudna i złożona dialektyka wolności i 
konieczności w specyficznych, pol-

PRZEDMOWA.
33

skich warunkach. Najczęściej jest to wielka miiłość i swoboda uczuć osobistych, 
która zderza się z koniecztiościaml społecznymi lub obywatelskimi. Kiedy indziej 

wielkość czynów i wzniosłość charakterów splata się nierozłącznie z bólem i 
tragizmem. Pomysły reformatorskie upadają wskutek potęgi ciemnoty. Walka o 

przyszłość zagrożonego zagładą narodu wymaga rezygnacji z osobistego szczęścia 
człowieka. Te antynomie tragiczne, występujące w całej twórczości Żeromskiego, 

mimo wszelkie uwarunkowania społeczne mają charakter moralny. Wynikają one ze 
starcia sprzecznych wartości. Zharmonizowanie przeciwieństw nie jest możliwe, 

przynajmniej poza sferą sceptycyzmu. Następuje nieuchronny konflikt i 
konieczność wyboru, która zawsze jest klęską dla jednej ze stron, a czasem dla 

obydwu.
Podobnie rzecz się przedstawia w dziedzinie dialektyki historii. Żeromski 

uznawał, że Polacy po rozbiorach mieli jedną tylko drogę do wolności: drogę 
współpracy z Napoleonem, który obiecywał utworzenie niepodległego państwa. Ale 

ta konieczność z kolei zmuszała ich do uczestniczenia w podbojach, do odbierania 
wolności innym narodom. Szturm i zdobycie Saragossy w Popiołach straszny jest 

nie tyle przez nagromadzenie okrucieństw i rozpasanie bestialstwa (znamy to w 
wydaniu nowoczesnym, stokroć groźniejszym), ile przez poczucie tragicznej 

konieczności tego, co się działo. 5
Stąd też dominującym typem bohatera jest u Żeromskiego człowiek pełen 

wewnętrznych konfliktów, rozdzierany sprzecznościami. Właśnie taki, jakim był 
sam autor, jakim był bohater Dzienników Z tym tylko zastrzeżeniem, że o ile 

egzaltację i nieprawdopodobne poczynania jego bohaterów powieściowych skłonni 
jesteśmy dzisiaj traktować jako skazę na konstrukcji artystycznej postaci, o 

tyle w prawdziwość i bezprzykładną żarliwość uczuć dwudziestoparoletniego 
młodzieńca wierzymy bez zastrzeżeń.

Oprócz tej cechy naczelnej w Dziennikach pojawiają się również
5 Dramatyczne spięcia w dziejach narodu polskiego ze szczególną siłą fascynowały 

wyobraźnię pisarza przez całe życie. 7. III. 1910 r. pisał do Stanisława 
Witkiewicza: ,,Tu w Paryżu mogę znaleźć źródła nieocenione do trzech momentów, 

to jest Rok 31, Rok 46 i Rok 63 — co będzie stanowić całość: Popioły. Stara 
ramotka z czasu Napoleona będzie rodzajem przedmowy do tego obrazu przeszłości, 

w którym tragedia roku 46, tragedia Towarzystwa Demokratycznego, które kona pod 
nożem Szeli — przerasta swym ogromem wszystko, co było w Polsce straszliwego..." 

Jak wiadomo, projekt trylogii o powstaniach XIX wieku został zrealizowany w inny 
sposób l tylko częściowo (Turoń, Wierna nęka), ale w obydwu utworach 

decydującym, a przynajmniej ważnym momentem jest dialektyka różnych racji 
historycznych. Najwartościowsi ze szlachty są poniewierani lub giną z rąk tych 

samych chłopów, o których wolność walczą. Chłopi zaś korzystają z pierwszej 
sposobności, aby sobie wymierzyć sprawiedliwość za wielowiekowy ucisk i 

poniżenie.
3 — Dzienniki t. I

pewne chwyty formalne, które wejdą na stałe w skład gospodarstwa poetyckiego 
pisarza. Jest to najpierw sam schemat konstrukcyjny dziennika, zastosowany 

później w Mogile i w pamiętniku Joasi z Ludzi bezdomnych. Ale nawet wtedy, gdy 
kolejne epizody nie są opatrzone datą kalendarzową, jak w tych dwu dziełach, 

schemat konstrukcyjny w istocie rzeczy niewiele się zmienia. Bohater powieści 
czasem z przyczyn prawdziwych (jak np. w Promieniu czy w Nawracaniu Judasza), 

czasem z przyczyn urojonych (jak w Dziejach grzechu) zmienia miejsce pobytu, 
wchodzi w nowe środowisko społeczne, przeżywa to zetknięcie z wyjątkową siłą, a 

następnie z materiału bezpośrednich, świeżych obserwacji buduje swoje 
uogólnienia, wnioski i oceny. W ten sposób skonstruowana jest większość powieści 

Żeromskiego. 6
Drugą cechą występującą już w Dziennikach i przeniesioną następnie na sobowtóry 

powieściowe są dwie przeciwstawne tendencje psychiczne i odpowiadające im dwie 
metody obrazowania. Z jednej strony mamy zamiłowanie do idealizacji pewnych 

spraw, do fantazjowania, budowania utopijnych programów, z drugiej — do 

background image

konkretności i precyzji, do szacunku dla faktów. Odpowiednikiem tej pierwszej 
tendencji jest styl patetyczny i nastrojowy, odpowiednikiem drugiej — styl 

potocznej mowy ze skłonnością do barba-ryzmów czy wyrażeń gwarowych, 
charakterystycznych dla osoby mówiącej.

Na te przemiany dwóch stylów w twórczości Żeromskiego zwrócił już uwagę 
Stanisław Adamczewski. Ujmował on zagadnienie w ciągu rozwojowym, pokazując jak 

opanowanie i prostota stylistyczna wczesnych nowel zastąpiona zostaje po 
Ludziach bezdomnych natarczywie lirycznym „stylem-żywiołem", który z kolei 

wskutek świadomego wysiłku pisarza jest „ujarzmiany" w ostatnich utworach. Takie 
oscylowanie „między biegunami ekstazy i abnegacji" — jak mówił Piotr Rozłucki — 

widać jednak nie tylko w ewolucji całej twórczości pisarza, lecz również w 
poszczególnych dziełach. Ileż to razy krytycy narzekali, że w tej czy owej 

powieści Żeromskiego poematy liryczne sąsiadują z publicystycznymi referatami 
lub scenkami rodzajowymi, składając się na całość „niemal introligatorską". Tak 

znamienne dla Żeromskiego przemieszanie gatunków i technik artystycznych wywodzi 
się niewątpliwie z dziesięcioletniej praktyki prowadzenia własnego diariusza.

O zatarciu różnicy między narratorem a bohaterem w końcowych tomikach Dzienników 
już się wyżej mówiło. Podobne utożsamienie

' Zauważyła to już Ewa Korzeniewska w artykule O ,,Dziennikach" S/e/ono 
Zeromskięga* „Pamiętnik Literacki" 1954, z. 3.

autora z Judymem czy Nienaskim obserwujemy w powieściach. Autor często ze szkodą 
dla prawdy psychologicznej postaci (exem-plum: Rafał Olbromski) obdarza swych 

bohaterów nadmiernym bogactwem własnych uczuć i przemyśleń. Równocześnie jednak 
trzeba zwrócić uwagę na to, co już w Dziennikach występuje wyraźnie, a w 

przyszłości się jeszcze pogłębi: umiejętność odtwarzania charakterów kobiecych. 
Na tle prozy XIX-wiecznej, przedstawiającej uczucia i przeżycie bohaterek dość 

konwencjonalnie, ze stereotypowym sposobem reagowania na bodźce zewnętrzne — 
ujecie tych spraw w Dziennikach, a potem w nowelach i powieściach było 

olśniewającą nowością. Uczucie miłości uwikłane jest w przeciwieństwa: w pociągu 
zmysłowym znajduje się prawie zawsze domieszka odpychającej obcości, albo z 

powodu zazdrości o „tego trzeciego" (Dzienniki, Przedwiośnie), albo z powodu 
różnic narodowych (Uroda życia), najczęściej zaś z powodu różnic społecznych 

(Popioły). Takie oparcie przedstawienia namiętności miłosnych na starciach 
różnokierunkowych dążeń psychicznych bohaterów daje wrażenie niezwykłego 

bogactwa.
W Dziennikach także wydoskonalony został pewien typ narracji „nie wprost", znany 

potem z wczesnych nowel realistycznych oraz z Mogiły. Polega on na przemieszaniu 
toku lirycznego z ironicznym, na apelowaniu do domyślności czytelnika poprzez 

aluzje, delikatne odcienie określeń (zwłaszcza w odtwarzaniu uczuć), na pozornej 
autokompromitacji bohatera-narratora, która ma go podnieść w oczach czytelnika, 

na hamowaniu wzruszenia poprzez młodzieńcze dezynwoltury lub dowcipy itp. Ten 
typ narracji jest znowu czymś zdecydowanie odmiennym od praktyki Kraszewskiego, 

a nawet Prusa, stanowi indywidualną zasługę Żeromskiego w rozwoju prozy 
polskiej.

Wymienione   tutaj   cechy,   najbardziej   uderzające,   najbardziej 
charakterystyczne,   są   zaledwie   drobnym   ułamkiem   ogromnego i 

skomplikowanego zagadnienia stosunku Dzienników do całej twórczości Żeromskiego. 
Jest to temat do dużej rozprawy. Już jednak te fragmentarycznie naszkicowane 

uwagi mogą dać wyobrażenie o wielkości i znaczeniu Dzienników jako samoistnego 
dzieła sztuki, w którym skrystalizowały się zarówno ideologiczne jak artystyczne 

poglądy pisarza oraz wykształciły się nowatorskie na swój czas sposoby ujęcia 
oryginalnej, własnej problematyki. Streścił ją autor w pragnieniu, zapisanym pod 

datą 26. XI. 1889 r.: „Napisać muszę\ książkę, gdzie wypowiem, że historia mego 
czasu była przedmiotem T badania i bólu mego serca." Taką książką,  wbrew 

spodziewaniu t autora, są właśnie Dzienniki.
36

DZIENNIKI
Zakończyć wypada te rozważania wnioskiem paradoksalnym, ale w sądach tego 

rodzaju ukrywa się zawsze drobne ziarno prawdy. Paradoks ów został wypowiedziany 
z okazji pierwszej publikacji III tomu Dzienników. „To co powiem — cytują — może 

zadźwią-czeć w uszach historyków i krytyków literatury dziwacznie i brzmieć jak 

background image

przepowiednia dalekiej pogody. Przypuszczam, że w przyszłości czytać się będzie 
większość prozy powieściowej Żeromskiego jak odnośnik do jego Dzienników, jak 

objaśnienie i rozwinięcie stanów duchowych, których autentyczny głos dały 
Dzienniki, jak ozdobny komentarz literacki, obszerny przypisek do przeżytego 

życia..."
Są to słowa poety, Juliana Przybosia.7

Drugie wydanie Dzienników, wychodzące w siedmiu woluminach jako seria V 
oprawnych Dzieł Stefana Zeromskiego pod naczelną redakcją prof. Stanisława 

Pigonia, jest_edycją krytyczną w znacznie wyższym stopniu niż wydanie pierwsze. 
Przede wszystkim dlatego, "ze przynosi tekst pełniejszy i poprawniejszy od 

wydania z lat 1953—1956. Już po wydrukowaniu pierwszego wydania filologowie 
radzieccy odnaleźli, zidentyfikowali i zwrócili Polsce (wraz z innymi 

wartościowymi rękopisami, przeważnie z okresu późnego średniowiecza i renesansu) 
autograf V tomiku Dzienników, uważany dotychczas za bezpowrotnie zaginiony 

podczas ostatniej wojny. To odkrycie pozwala żywić nadzieję na odszukanie w 
przyszłości pozostałych brakujących tomików Dziennika.

Jak wiadomo, było ich ogółem dwadzieścia i fragmenty t. XXI, z czego obecnie, w 
depozycie złożonym przez rodzinę pisarza w warszawskiej Bibliotece Narodowej 

(dział rękopisów <nr I. 7584) znajduje się tomików szesnaście (licząc wraz z 
fragmentem tomiku końcowego). Brak więc w zachowanym zespole tomików 

następujących: IV, VII, VIII, X i XVI. W obecnej edycji nie wprowadzono — jak w 
pierwszym wydaniu — podwójnej numeracji tomików, zachowując jedynie numerację 

autorską, co uwidacznia luki w dzisiejszym stanie rękopisu.
Dzienniki prowadzone systematycznie przez Żeromskiego między osiemnastym a 

dwudziestym siódmym rokiem życia obejmują okres od 19. V. 1882 r. do 11. X. 1891 
r. Są to tomiki formatu sporych

PRZEDMOWA
37

„Przegląd Kulturalny"   1957, nr 40.
notesów kieszonkowych różnych rozmiarów (od 13J/2 do 17 cm długości i od 9J/2 do 

11 cm szerokości), oprawnych z reguły w gładkie czarne, dziś zrudziałe, płótno 
(z wyjątkiem t. I i XX, oprawnych w kartonowy „marmurek" z płóciennym grzbietem, 

oraz t. IX, oprawnego ozdobnie w ciemnozielone groszkowane płótno z glan-
sowanymi tłoczeniami). Objętość tych tomików jest różna: od 75 do 223 kartek 

dwustronnie zapisanych; nieoprawny fragment tomiku ostatniego zawiera 30 kartek. 
Papier nieco pożółkły jest dobrze zachowany, pismo atramentowe (przeważnie 

czarne, rzadko Ula, czerwone lub zielone) jest czytelne, mało wyblakłe; pismo 
ołówkowe trafia sią rzadziej, nie przekraczając w poszczególnych tomikach od 

kilku wierszy do paru stronic tekstu. Tomiki są szczelnie wypełnione drobnym 
pismem bez marginesów i bez paginacji, pismem starannym, wyraźnym, niemal 

kaligraficznym, niezmiernie rzadko nastręczającym jakieś wątpliwości przy 
odczytywaniu. W jednolitym dukcie gęstego tekstu prawie zupełnie nie spotyka się 

poprawek, skreśleń, uzupełnień czy wstawek,
W obecnym wydaniu starano sią osiągnąć jak najdalej idącą zgodność tekstu 

drukowanego z autografem. W tym celu ponownie wykonano od podstaw pracę 
skolacjonowania tekstu wszystkich tomików Dziennika z rękopisami, co w sumie 

przyniosło szereg emendacji i poprawek w stosunku do składu drukarskiego 
pierwszego wydania. Jednakże ze względu na czytelność tekstu zrezyg^ nowano (w 

zgodzie z zasadami wydawania tekstów XIX-wiecznych) z wiernego odtwarzania 
pisowni, interpunkcji i wszystkich osobliwości graficznych autografu. t Tak więc 

modernizując przestań-^ kowanie "oszczędniejsze w druku niż bardzo obfita 
interpunkcja autografu, zachowano tylko pewne indywidualne upodobania autora do 

rzadszych znaków przestankowych, jak myślnik i wielokropek.
Pisownię w zasadzie zmodernizowano według norm dziś obowiązujących, zachowując 

jednak takie osobliwości autografu, które są odbiciem cech wymowy regionalnych, 
czy to kieleckich czy ogól-nomałopolskich. Dotyczy to zwłaszcza występowania ó w 

takich formach jak: klasztor, profesor, anioł, dorożka, do Ciekót, dzióbie, 
ochłódła, ktoś, mogłem, społecznych. I na odwrót: zaniechano w druku o 

kreskowanego tam, gdzie autor (bardzo staranny w stawianiu znaków 
diakrytycznych) konsekwentnie pisze o rap.: padół, próbować, tłomaczyć, mówię, 

chórów, wlókłbym się, do ogrójca, bólów. Natomiast usunięto w druku bardzo 

background image

obficie w autografie stosowane e pochylone (z wyjątkiem tych pozycji, gdzie 
znajdowało się w parze rymowej), należało ono bowiem wówczas do powszechnie sto-

38
DZIENNIKI

sowanych w piśmie i mowie reguł językowych, zarówno w końcówkach (-eć w 
bezokolicznikach, -ej w dopełniaczach form przymiotnikowych i w stopniowaniu 

przysłówków), jak i w częściach rdzennych wyrazów (n>p. wie, śpiewać, pieniądze, 
świeca, powie, biedny, nie ma, dopiero). Tego e pochylonego nie zachowano w 

druku nawet tam, gdzie zdaje się mieć charakter gwarowy (Sandomierz, każdego, 
śmiech), bo i w tych osobliwszych wypadkach jest to raczej ogólnopolska cecha 

ówczesnej pisowni i wymowy niż regionalizm kielecki. Wyjątek zrobiono tylko dla 
takich form, które Żeromski pisał przez y, dając tym wyraźne świadectwo wymowy, 

np. popod-kryślał, nieokryślonych, podejrzywać.
Z ówczesnych ogólnopolskich właściwości językowych zachowano te, które stanowią 

zjawiska fonetyczne lub fleksyjne wykraczające poza konwencję ściśle 
ortograficzną. A więc utrzymano w druku charakterystyczny dla epoki biernik na 

-ą od rzeczowników rodzaju żeńskiego na -ja lub -ia z poprzedzającą spółgłoską w 
takich formach jak: lekcją, historią-, biernik, który konsekwentnie stosowany 

jest w autografie przez ciąg sześciu początkowych tomików. Gdy jednak w tomikach 
dalszych pojawia się czasem dzisiejsza forma na -ę (lekcję, historię) — 

oboczność tę utrzymano też w druku. Podobnie zachowano i inne oboczności 
fleksyjne autografu: biernik jedną obok jedne, tę i tamtą, dopełniacze: szkica, 

kręga, klaszto-ra, sztandara, mundura obok światu, jałowcu, a także występującą 
niekiedy oboczność w formach orzecznika przymiotnikowego: fest taka obok jest 

taką, jest donioślejsza obok jest donioślejszą. W zakresie odmiany czasowników 
zachowano w druku stałą końcówkę pierwszej osoby liczby mnogiej -emy (bez 

względu na typ koniu-gacyjny czasownika), a więc: mów Jemy, widziemy, robiemy, 
sie-dziemy, laziemy, zobaczemy, musiemy, potrafiemy, prosiemy, jak również 

największą osobliwość języka Dzienników w zakresie czasownikowym — niewątpliwie 
typu regionalnego — polegającą na stwardnieniu końcowej spółgłoski tematu w 

formach takich jak; drapę, szczypę, skłamę, zlapę, czerpę. Ponadto utrzymano w 
druku indywidualne odrębności fleksyjne i leksykalne autora: trocha, trochy — w 

znaczeniu zaimkowym; stały wołacz — ziemi moja; tyli, -a, -e w znaczeniu — tak 
wielki; tzw. dopełniacz cząstkowy — pożyczyć książki, grać komedii itp., 

wreszcie rzadkie użycia przysłówków w funkcji rzeczownikowej, np. puszcza 
głucha... z dzikością i ciemnem.

W zakresie fonetyki zachowano także formy oboczne: zaselam obok zasyłam, mieszać 
obok mieszać, a tym bardziej formy utrzymujące się w autografie początkowych 

tomików konsekwentnie:
PRZEDMOWA

39
zwycięzca, gałęź, zrucać, auditorium, kawiarenka, z mietły, mustra, szlub, 

litośny, śpilka. Pozostawiono w druku osobliwe formy gwarowe o zdwojonych 
partykułach: jakowe j ść, jakimsić, jakiegosić, a także regionalne zmiękczenia: 

Rokkiemu (od Rokke), zwią, przyj -mią. Nawet jawne błędy, które A. G. Bem 
zwalczał jeszcze w listach kierowanych do Warszawy, pozostawiono w druku jako 

świadectwo wymowy ówczesnej pisarza: umią, lozumią itp. Tym bardziej zachowano 
takie formy, które gramatycy (np. A. Małecki) zalecali wtedy jako poprawne: 

punkta, teatra, kajeta. W zakresie składni i frazeologii również utrzymano 
osobliwości pisarza: pomóc do przepiynie-nia, bardziej jak dawniej, poza nim nie 

dopatrujące nic, dziś a jutro skończę, wyszedłem w miasto, położyć się w łóżko, 
dajmy wolę opowiadaniu.

Oddzielnym zagadnieniem jest sprawa rusycyzmów ówczesnej mowy, jak np. ioksal 
(dworzec), wysz7ę, teorema, uniata, amalgam, pustosz, ustaw, miejscowy, treść 

których shiżyć wzorem, zamienić czym itp. Zdarzały się one jeszcze w pierwszych 
pracach książkowych autora Dzienników-, w następnych wydaniach trzebił je z 

żelazną konsekwencją. Mimo to zdecydowano się pozostawić je bez zmian, nawet 
tam, gdzie brzmią rażąco.

Błędy pisowni polskiej, niezmiernie rzadko pojawiające się w autografie i mające 
najwyraźniej charakter omyłek wynikłych z pośpiechu lub nieuwagi, w druku 

poprawiono. Niektóre z nich zresztą mogą stanowić dla przyszłego badacza języka 

background image

Żeromskiego interesujący materiał. Tak np. raz jeden słowo dzióbie zostało 
napisane przez -u-, co nie pozostawia już żadnych wątpliwości co do wymowy 

młodego pisarza. Dość często oznacza też autor Dzienników miękkość końcowej 
spółgłoski w wyrazach typu karp', czerw', głąb', czego w druku nie 

reprodukowano.
Zmodernizowano oczywiście „starą" pisownię dość licznych w autografie tekstów 

rosyjskich. Poprawiono także — wbrew praktyce pierwszego wydania — ortografię 
wszystkich nazwisk obcych oraz błędy ortograficzne i gramatyczne występujące w 

cytatach greckich, łacińskich, francuskich, angielskich, niemieckich, włoskich i 
ukraińskich. Dla nielicznej grupy badaczy, pragnących się zaznajomić ze stopniem 

opanowania tych języków przez Żeromskiego, dostępny jest autograf i mikrofilm 
Dzienników. W związku z tym wszystkim znikła potrzeba stosowania znaku [!], 

którym w poprzednim wydaniu oznaczano osobliwości językowe autografu i błędy w 
cytatach i nazwiskach obcojęzycznych.

Opuszczenia tekstu najoczywiściej nieumyślne (sylaba w wyrazie, łatwo domyślny a 
niezbędny wyraz w zdaniu) zostały w druku

DZIENNIKI
40

uzupełnione w nawiasach prostokątnych. Nieumyślne a oczywiście zbędne 
powtórzenie dwukrotne tego samego wyrazu w  autografie — usuwa się w  druku bez 

adnotacji. Poza tym opuszczono w druku wypisy z powszechnie znanych i dostępnych 
tekstów klasyków literatury polskiej, jak np. z Grobu Agamemnona Słowackiego, z 

Psalmów przyszłości Krasińskiego, z Hani Sienkiewicza, notatki z rosyjskich 
wykładów w Kielcach i w Warszawie, jeśli nie miały za przedmiot literatury ani 

nie wiązały sią z tokiem rozumowania autora, oraz nieliczne partie autografu,  
dotyczące najbar^ dziej osobistych spraw autora. Opuszczenia te zostały w 

odpowiednich  miejscach  zaznaczone  wielokropkiem  w  nawiasach  prostokątnych 
[-..].8 Pominięto również w druku własnoręczne rysunki Żeromskiego, które 

zostały opisane pod tekstem. Zaopatrzono natomiast Dzienniki w materiał 
ilustracyjny o  charakterze dokumen-

tarnym.
Zupełnie odmienny niż w pierwszym wydaniu jest układ tekstu i komentarza do 

Dzienników. Całość tekstu zawarta jest w sześciu woluminach, mieszczących po 
trzy lub dwa tomiki Żeromskiego, oddzielone od siebie kartami tytułowymi 

złożonymi na wzór autografu. Pod tekstem umieszczone są tylko uwagi autora, 
oznaczone literkami, oraz noty edytorskie zawierające opis tekstu (uszkodzenia,  

wypustki itp.)   oznaczone  cyferkami,   a  ponadto  wyróżnione mniejszą 
czcionką. Wszystkie inne komentarze znajdą się w woluminie siódmym, który 

zawierać będzie przypisy do sześciu tomów tekstu, słowniczki: nazwisk, nazw 
geograficznych i czasopism, chronologiczny wykaz napisanych lub zamierzonych 

utworów Żeromskiego z okresu Dzienników z adnotacją co do ich dalszych losów, 
wreszcie  indeks  osobowy do wszystkich tomów.  Odsyłaczem  do przypisów  jest w 

tekście  zawsze  jedna  gwiazdka.  Nie  dotyczy to — rzecz jasna — słowniczków, 
które mają układ alfabetyczny. W przypisach, których ilość — w stosunku do 

pierwszego wydania— starano sią wydatnie zmniejszyć, uwzględniono przede 
wszystkim następujące sprawy: konfrontacje danych biograficznych, zawartych w 

Dziennikach, z danymi pochodzącymi z innych źródeł; wiadomości o zdarzeniach 
historycznych, wzmiankowanych w Dziennikach, szczególnie o mało znanych lub 

mających znaczenie lokalnej
8 Opuszczeń tych jest znacznie mniej niż w pierwszym wydaniu Dzienników. 

Przywracając większość intymnych partii tekstu wydawcy mieli na uwadze fakt, że 
sam autor liczył się z możliwością czytania jego zapisek przez osoby postronne i 

przez potomnych, o czym świadczą rozsiane w Dziennikach liczne zwroty typu: „gdy 
po mojej śmierci oko jakieś spocznie na tych kartkach...", a nawet bezpośrednie 

apostrofy do przyszłego czytelnika.
PRZEDMOWA

41
komentarze bibliograficzne i historycznoliterackie do nazwisk i tytułów z 

zakresu lektury autora Dzienników; wskazanie źródła przytoczeń spotykanych w 
tekście Dzienników; porównanie zacytowanych utworów i wyjątków z drukowanymi ich 

źródłami pod względem pełności i poprawności; wyjaśnienia dziś już zapomnianych 

background image

szczegółów   ówczesnego   obyczaju,   techniki   i   potocznych   spraw życia; 
objaśnienia słownikowe form gwarowych, wyrazów, które wyszły z użycia, nazw 

regionalnych, rusycyzmów, terminów specjalnych itp.; przekład na język polski 
zacytowanych w Dziennikach tekstów obcojęzycznych; konfrontację  opisanych 

wydarzeń, osób, sytuacji, zamierzeń pisarskich, użytych zwrotów — z 
analogicznymi tematami lub motywami w późniejszej,  dojrzałej  twórczości 

Żeromskiego.
Słowniczki stanowią uzupełnienie przypisów i mają głównie na celu uniknięcie 

powtarzania informacji lub odsyłania do wcześniejszych tomów.
Słowniczek nazwisk zawiera przede wszystkim możliwie wyczerpujące informacje o 

osobach z najbliższego otoczenia i ze środowiska Żeromskiego, nie uwzględnia 
natomiast znanych postaci historycznych, które znaleźć można w każdej podręcznej 

encyklopedii. Podobnie słowniczek nazw geograficznych obejmuje głównie 
miejscowości i zabytki z okolic, w których toczy się akcja Dzienników. Ostatni 

wreszcie słowniczek zawiera krótkie informacje o kierunkach i redakcjach 
ówczesnych czasopism.

W nowym opracowaniu tego wielostronnego komentarza wykorzystano rezultaty 
własnych dalszych poszukiwań, recenzje publikowane w prasie oraz uwagi nadesłane 

przez licznych czytelników, którzy dostarczyli wielu cennych informacji, 
zwłaszcza z terenu Kielecczyzny. Wszystkim tym czytelnikom i krytykom składam 

serdeczne podziękowanie.
JERZY KĄDZIELA

background image
background image

DZIENNICZEK

STEFANA   ZEROMSKIEGO
TOMIK   I

(od   dnia   19   maja   1882   roku do dnia 15 grudnia 1882 roku)

.
Dzienniczek taki będzie jakby stróżem każdego kroku, będzie rozwijał myśl i 

kiedyś w starości przedstawi obfity materiał do zaczerpnięcia i przypo-m[nie]nia 
tysiąca faktów z szczęśliwych lat młodości

A. G. BEM
(słowa zachęty wyrzeczone na lekcji do pisania dzienniczka.) *

1 Motto wpisane na karcie tytułowej recto.

KILKA WSPOMNIEŃ  Z  LAT ; MEGO   DZIECIŃSTWA
[I]

Urodziłem się dnia 14 października * 1864 roku we wsi Strawczynie z rodziców 
Wincentego i Józefy z Katerlów. Rodzice moi dzierżawili wówczas wieś Strawczyn o 

kilkanaście wiorst od Kielc oddaloną. Wieś tę dzierżawili rodzice do czasu 
powstania, tj. do roku 1863 — mówię do roku 1863, gdyż od tego czasu ojciec 

zaczął szukać innej dzierżawy z powodu znacznych strat majątkowych, poniesionych 
w wspomnianych wyżej latach. Po przemieszkaniu w Strawczynie około roku 

rodzic[e] przenieśli się do wsi Wola Kopcowa także w bliskości Kielc położonej. 
Po przebyciu tutaj lat trzech, straciwszy więcej jeszcze na nieintratnym tym 

majątku, przeniesiono się do wsi Krajna — a stąd w końcu do obecnie jeszcze 
zamieszkiwanych przez ojca — Ciekot.

Co wspominać o latach mego dzieciństwa? Czyż nie byłem, jak wszystkie dzieci, 
krzykaczem naprzód małym, potem urwisem, dokuczającym wszystkim, którego znać w 

każdym miejscu — o nie... od czasu, jak przyszedłem do tego wieku, że oddano mię 
do szkół, byłem zawsze samotnym i ponurym. Lubiłem zawsze i zawsze samotność. 

Sam się sobie dziwię nieraz, jak mogłem tak wystarczyć sobie, jak mogłem obyć 
się 'zupełnie bez towarzystwa nie tylko rówieśników, ale nawet w ogóle ludzi.

Od dzieciństwa, od lat ośmiu wieku mojego zapamiętałem treść Córy Piastów *, 
którą matka czytała. Dziś jeszcze jakna jawie widzę śp. matką moją czytającą, 

słyszę, zda mi sią, głos jej drżący... Boże mój, Boże, i ją targały może te same 
uczucia, którym ja na wieki na pastwę oddanym...

Oddano mię w końcu do gimnazjum do klasy wstępnej. Stałem na stancji u ciotki 
mej p. Saskiej *. Tam przeczytałem Jan Kaźmierz i Kasper Karliński, dramata 

Syrokomli*, treść których na zawsze mi także w pamięci została. Jak ja zawsze 
lubiłem czytać książki!... to ma jedyna zabawa od dzieciństwa. Dostałem promocją 

do klasy pierwszej. Tu uwiązgłem: łacina i matematyka wzięły mię silnie za bary 
i zasadziły powtórnie na ławy klasy pierwszej. Drugi rok był szczęśliwszy, byłem 

trzecim uczniem w klasie — dostałem promocją do klasy drugiej, lecz tu znowu 
stanąłem. Po przezimowaniu w klasie drugiej i promocji do trzeciej przyjeżdżam 

na wakacje.
Och! bolesne, bolesne wspomnienia pozostały na całe życie z tych dwu miesięcy: 

matka od czternastu lat słaba na piersi,, zapadła już zupełnie — od sześciu 
miesięcy nie powstawała z łóżka — były to suchoty. Wakacje zbliżały się do końca 

i przyszedł dzień 15 sierpnia, dzień tak przeze mnie lubiany *, dzień prawdziwie 
szczęśliwy zawsze dla mnie i dzień dziś dla mnie najsmutniejsze chowający w 

sobie wspomnienia... Matka umarła!... * Święty cień jej znikł tak cicho i 
spokojnie, jakby śmierć była dla niego nagrodą za cierpienia tu wycierpiane. 

Cicho pojednana z Bogiem zasnęła bez bólu, bez skargi, jakby szczęśliwa, że duch 
jej z dotkliwie gniotącego ciała uleciał

do celu swojego...

background image

A ja... a ojciec, mój biedny, ukochany ojciec i dwie siostry zostaliśmy sami,  
sami nad mogiłą, nad mogiłą ukochanego naszego anioła... Młodszą siostrę wzięła 

do siebie ciotka, starsza wróciła do domu, a ja do gimnazjum. Ale stąd w ciche 
noce zawsze ulatowałem duchem do tej mej ukochanej mogiły zarysowanej wyraźnie 

na horyzoncie życia całego, do tej, co mię z całego rodzeństwa najbardziej 
kochała, co może tymi pieszczotami chciała wynagrodzić zimne szyderstwo, jakie 

na wieki zgotowane mi u świata... O! ona jedna, jedna zrozumiałaby
K.ltLV,c,   i———

pewno cierpienia i radości biednego jej syna, ona jedna uroniłaby łzę 
współczucia nad tym, co zawsze szyderstwa ma. tylko doznawać.

II
Przyjechałem do gimnazjum; profesorem języka polskiego naznaczony był wówczas p. 

A. G. Bem. Od pierwszej lekcji jego, od przeczytania przez niego Maratonu 
Ujejskiego inna epoka, inna era zaczyna się w życiu moim. Odtąd to zacząłem 

rachować godziny między jedną a drugą godziną jego lekcji, odtąd ulubionym moim 
przedmiotem był mój ukochany język rodzinny. I przeszedł rok, dostałem promocją 

do klasy czwartej, przepędziłem wakacje z ukochanym tatkiem moim i p. Kar-
pińskim, sąsiadem, przepędziłem z dubeltówką na ramieniu — o, bo szalenie prawie 

pokochałem polowanie! Gdzie ja nie byłem z tą flintą ojcowską, ile razy 
przemierzyłem w najrozmaitszych kierunkach przyległe wiosce mej lasy...

Znów do gimnazjum. Znów mój ukochany profesor na katedrze, znów czyta... ach! 
czyta, czyta, porywa tym swoim głosem, za którym poszedłbym choć w piekło...

Stałem na stancji już rok drugi u p. Czaplickiej *-, w połowie roku stanął tamże 
kolega mój, Stefan Wojtasiewicz. Dowcipny, wesoły, z pamięcią lokalną — od razu 

przypadł mi do serca... Razu jednego siedzimy wieczorem. Mój Wojtek, jak go 
nazywano ogólnie, ni stąd ni zowąd proponuje mi, bym napisał wiersz jaki. 

Przystaję.
Będąc raz na Świętym Krzyżu, doznałem niezrównanego wzruszenia na widok 

odwiecznych murów starożytnej świątyni i rozburzonego klasztoru — uczucia te 
odtwarzam w wier-szydełku pt. Na zwaliskach Sw. Krzyża. Wierszyk ten pokazano p. 

Bemowi... *
Powstał tym sposobem pierwszy mój wierszyk, za nim poszedł drugi: Na mogile 

matki itd. i odtąd zaczęła się ta szczę-śli[wa] czy raczej nieszczęśliwa era 
życia mojego, w której

tyle doznałem szczęścia i radości i tyle nieraz rozpaczy i boleści...

Przeszedłem do klasy piątej. Porzuciłem wszystko, opuściłem się zupełnie w 
naukach, gdym usłyszał płody nieśmiertelnych mistrzów naszych, deklamowane przez 

ukochanego mojego profesora. Cały poświęciłem się tym dwu tygodniowo godzinom, 
wyczekiwałem ich Bóg wie z jaką niecierpliwością — i cóż powiedzieć o tym, czym 

było każde słowo dla mnie, wyrzeczone przez p. Bema?! On był moim ideałem — 
wyrocznią. Z własnej już woli podałem mu raz kajet mych lichych wierszydeł... 

Przeczytał je, zganił częstochowszczyznę, ale powiedział, że znać uczucie w 
wierszyku pt. Do rolników. Jakże mię ucieszyły te słowa, słowa pochwały z ust 

tego, który sądził twory nieśmiertelnych mistrzów naszych...
Razu jednego po przedyktowaniu życiorysu Mickiewicza wspomniał coś p. Bem o 

Towiańskim i o rozprawie napisanej przez siebie o towianizmie. * Zaintrygowany 
do wysokiego stopnia, proszę p. Bema, by mi pożyczył jej. Pożyczył z chęcią. Po 

przeczytaniu tych kilku stronic „Przeglądu Tygodniowego" zmieniłem się w mych 
przekonaniach zupełnie: z pobożnego stałem się za wiele myślącym... Rozprawa ta 

zabała-muciła mi głowę do najwyższego stopnia. Zdawało mi się, że wszystkie 
punkta, wskazane przez mistrza Andrzeja, zgadzają się w zupełności z 

przekonaniami moimi, z moimi usposobieniami... W obałamuceniu tym umysłu trwałem 
aż do czasu spowiedzi  wielkanocnej...   Spowiedź  ta,   słowa  czcigodnego 

księdza Tajlora, wpłynęły tak uspokajająco na mój umysł, że zapomniałem zupełnie 
o błędnych ideach, wygłaszanych przez szarlatana i znów stałem się szczęśliwym w 

objęciach mej ojczystej matki-religii... Nadchodzi wreszcie dzień 19 maja, dzień 
poznania się mego z Edwardem Łuszczkiewiczem, takim samym jak ja marzycielem i 

wierszokletą.

background image

Dzień   19  maja. Poznajemy się. Zapomniawszy o wszystkim pędzimy przez górę 
Karczówkę i nabłąkawszy się po polach późną już nocą wracamy do domu. Czy kto 

może zrozumieć radość, ogarniającą serce wtenczas, gdy się spotyka
- serce, które jedno umie zrozumieć to, co uwielbia drugie,

• jednego człowieka, co myśli jak ja, co przynajmniej nie wyśmieje? O, to 
rozkosz, to szczęście prawdziwe. Dzień ten na

\ zawsze zapisany w mej pamięci! Odtąd codziennie obaj szczęśliwi i zadowoleni 
ze siebie i sobą tylko zajęci, odbywaliśmy długie spacery... O, jak mi te złote 

chwile pamiętne!...
26  maja. Na lekcji języka polskiego pan Bem wspomniał coś o panu Protaszewiczu, 

magnetyzerze, który przyjechał do Kielc i stanąwszy w domu drą Strawińskiego 
pragnął spróbować siły swej. Kilku z mych towarzyszy wraz ze mną udało się do 

domu wspomnianego wyżej  doktora. Gdy  ja przyszedłem, doświadczenia już się 
zaczęły — lecz bezskutecznie. Na żadnym z mych kolegów wzrok p. P. nie robił 

żadnego wrażenia. Wiedząc z doświadczenia, że byłem nerwowym, postanowiłjem] 
poddać się doświadczeniu: podałem więc ręce; pan P. kazał mi położyć sztywnie 

wyprężone dłonie na swoje i wpatrzył się we mnie swymi dużymi oczyma. Z początku 
uczułem jakiś nieopisany przestrach, że z bojaźnią spoglądałem w ogromne oczy 

magnetyzera. Następnie dziwny ból w kręgach karku, osłabienie zupełne nóg i 
dziwny jakiś szum w głowie zmusiły mię do tego, że bezwładny prawie usiadłem na 

krześle. Przybliżywszy się do mnie p. P. począł przeprowadzać leciuchno końcami 
palców po brwiach i powiekach — za każdym takim pociągnięciem czułem, że powieki 

coraz bardziej opadać mi poczęły i dziwne jakieś osłabienie owładnęło mię 
całego. Czułem, że nie mógłbym się już podnieść... lecz myśl, że otacza mię 

grono towarzyszy i profesorów, ciągle stawała mi na myśli i ona to, jak się 
później dowiedziałem z ust pana Protaszewicza, sprawiła, że nie zasnąłem 

zupełnie. Z dziwnego tego i męczącego mię odrętwienia zbudziło mię w końcu i 
otrzeźwiło dmuchnięcie w oczy przez P. Uczułem się znów w stanie zupełnie 

normalnym.
4 — Dzienniki t. I

50
DZIENNIKI, TOMIK I

J!
l

ii
Drugim z kolei, skutecznie poddającym się magnetyzmowi, był uczeń gimnazjum 

Lipiński. Ten długi czas znajdował się w stanie odrętwienia, odpowiadał na 
pytania p. P. i poddawał zamagnetyzowaniu różne części ciała, jak na przykład 

prawą nogę, która za ruchami ręki magnetyzyra podnosiła się stopniowo do góry. 
Zaintrygowany do wysokiego stopnia tymi siłami natury udałem się

dnia 27 maja do mieszkania pana Protaszewicza i tu także doznałem tychże samych 
uczuć odrętwienia, w większym tylko stopniu. Czułem, mając zamknięte już oczy, 

jak pan P. przeprowadzał mi ręce z daleka przed twarzą. Jakiś niedy-skretny 
kolega hotelowy nucił potężnym basem jakieś piekielne arie, które przez drzwi 

słychać było aż nadto donośnie. Z początku krzyk ten raził mię, potem zaczął w 
uchu mym słabnąć i czułem, że usypiam, gdy wtem pan P. — sądząc, że się nie uda 

— dmuchnął mi w oczy i znów otrzeźwiałem., Z wrażeń dwu tych dni pozostały mi 
dziwne wrażenia: byłem smutny i dziwnie jakoś ociężały przez kilka dni, ciągle 

myślałem o tej dziwnej sile przyrody, zmuszającej człowieka do wyznania 
najtajniejszych czasem zbrodni i będącej jakby ostatnim środkiem, za pomocą 

którego można wyświetlić najbardziej nawet ukrytą na ziemi prawdę.
Dzień 5 czerwca. W maju jeszcze z namowy Edka Łuszczkiewicza podałem dwa me 

wierszyki pt. Do sosny i Piosnka rolnika * do „Tygodnika Mód". W kilka dni 
później dwa tłomaczenła z Lermontowa: Modlitwa i Pragnienie *. Dnia 5 czerwca w 

„Przyjacielu Dzieci", po długim i naturalnie niecierpliwym oczekiwaniu, 
odebrałem odpowiedź następującej treści: „Wierszyki będą pomieszczone w piśmie". 

* Odpowiedź ta, stosująca się do tłomaczeń Lermontowa, ucieszyła mię 
niezmiernie. Był to jeden — ze smutnych dni mojego życia — najweselszy.

KIELCE,   1882
51

Dnia 12 czerwca. Druga odpowiedź * na poemacik pt. Termopile:

background image

Treść do poemaciku pt. Termopile piękna i wzniosła, ale bardzo trudna do ujęcia 
jej w formę poetyczną. Wykonanie dość zręczne — ale forma to szata, a 

obrazowanie dopiero pod nią przedstawione wartość całej pracy nadaje. Niemniej 
jednak wybór treści ucieszył „Przyjaciela", bo wydał pochlebne bardzo świadectwo 

o zdolnościach i sercu piszącego.
Jakże jestem wdzięczny za te poczciwe słowa panu Grego-rowiczowi! W dwa tygodnie 

później odpowiedź na dramacik pt. Janusz i Marta, * a w końcu na obszerniejszy 
już dramat pt. Barbara Giżanka. Nastąpiły wakacje i z nimi... poprawka z 

geometrii po wakacjach.
Nigdy nie lubiłem matematyki. Od klasy wstępnej była ona przedmiotem 

najuciążliwszym dla mnie. Tym bardziej więc w tym roku, w roku zajmowania się 
jedynie tylko mym ulubionym językiem, zapomniałem o matematyce zupełnie — i 

przyszła też kryska na Matyska... Trzeba było w przeciągu całych wakacyj wyrzec 
się zupełnie swobody umysłu, bo przeszkodą temu była zawsze myśl o formułach 

geometrii, które jak hydra straszliwa wychylały się spoza wszystkich zabaw 
wakacyj.

Dzień 26 lipca. Byłem w Kielcach. W tym właśnie dniu przeczytałem odpowiedź na 
Barbarę Giżanka, brzmiącą mniej więcej w tych wyrazach: Odpowiedzi na nadsyłane 

wierszyki pomieściłem w „Przyjacielu Dzieci". Proszę więc przejrzeć ostatnie 
tego pisma numera. Co się tyczy nadesłanego dramatu pt. Barbara Giżanka, to choć 

mieści on w sobie miejsca z prawdziwie poetyckim polotem, to jednak z powodu 
niejakich drażliWiOści i braków utworów tego rodzaju, drukowaną być nie może. Z 

powodu niewiadomości adresu nie mogłem porozumiewać się listownie i dlatego 
pomieszczałem odpowiedzi w „Przyjacielu Dzieci".*

W tymże dniu byłem w domu pana Bema, a to z tego powodu, że nie mogłem się 
dowiedzieć, czy nadeszła już odpo-

l
DZIENNIKI, TOMIK I

a^__________________
wiedź od kuratora Okręgu Naukowego Warszawskiego* na prośbę gimnazjum o 

pozwolenie mi składania egzaminu z geometrii po wakacjach. Poczciwy mój profesor 
czytał już wierszyk mój pt. Pragnienie (tłomaczenie z Lermontowa) drukowany w 

„Tygodniku Mód" i odpowiedź na Giżankę.
Mówił mi dużo, dużo, o stanowisku poety w dzisiejszych

czasach...
„Słowacki i Mickiewicz już byli, mówił, trzeba więc albo im dorównać, a nawet 

przewyższyć ich, bo poeta powinien i musi być koniecznie pierwszym, bo drugim mu 
być nie wolno ł drugim być — nie warto!" *

Dnia 30 lipca. Z panią Karpińską i pp. Gronkowskimi udaliśmy się do kościoła Sw. 
Katarzyny, a następnie piechotą na szyt Łysicy. Powracając stamtąd przy źródle 

Sw. Franciszka spotykam samotną cudną mą nieznajomą* z klasztoru Sw. Katarzyny. 
Zapłoniona ucieka w las, a ja, ja z mym towarzystwem ku  domowi. Wymyślam  

pretekst podpisania  się w samotnie stojącej w lesie kapliczce * i uciekam, by 
raz choć jeszcze zobaczyć ją. Widziałem... I odtąd na próżno spacerowałem z mą 

flintą, robiąc nota bene na ten cel kilkowiorstówę spacery pod murami klasztoru 
— ale na próżno... Nie sądzono mi było obaczyć jej po raz drugi... Raz tylko w 

życiu... raz! Dnia   19   sierpnia. Egzamin pomyślny z geometrii. Jestem uczniem 
klasy szóstej! Od dnia 9 sierpnia, tj. od czasu zaziębienia   się  na  

polowaniu,   chorowałem  na   dyzenterią. W chorobie tej leczył mię doktor 
Romuald Łatkiewicz, przybyły do nas z Baku kaukaskiego. Poczciwa żona jego 

pielęgnowała mię z całą troskliwością i serdecznym współczuciem, jakie chyba 
matka względem dziecka okazać może — a że ja dawno już nie wiem, co to uścisk 

macierzyński, więc zrobiło mi się tak jakoś tęskno i rzewnie, i zapamiętałem te 
chwile na zawsze, na zawsze, a imię jej na wieki wyryte w mym sercu, a obok 

niego napisano^ „kobieta — anioł pocieszycie!".
26 sierpnia. Spotkanie z Edkiem Ł.; znowu szczęśliwy. Dzień to smutny, bardzo 

smutny z powodu stosunków domowych...
2 września. Na lekcji matematyki napisałem dramatyczną scenę pt. Przed świtem. 

Scena to uliczna, bardzo często w dzisiejszych czasach powtarzająca się.
O znaczeniu teatru, sprawozdanie z odczytu profesora Stru-vego.* Sprawozdanie to 

przeczytałem u Edka. Oto ważniejsze słowa profesora:

background image

Prelegent wyszedł z zasady, że jedną z najpotężniejszych potrzeb ludzkości jest 
potrzeba idealizowania i upiększania naszego bytu, przy czym słusznie zganił 

jednostronność tych, którzy w imię praktyczności i realizmu i pozytywizmu za 
pierwsze zadanie uważają ustalenie materialnego dobrobytu ludzkości, odkładając 

na później nauczanie, umoralnienie i idealizowanie ludzi. Społeczeństwo włada 
różnymi środkami pielęgnowania pierwiastku idealnego ludzkości, które dają sią 

sprowadzić do trzech głównych środków, jakimi są: nauka, religia i sztuka, 
popartych trzema potężnymi instytucjami: szkołą, kościołem i teatrem.

Z częstego zastanawiania  się nad usposobieniami moimi wyprowadziłem ten 
wniosek: cała moja istota wewnętrzna składa się z dwu natur, z dwu duchów 

niejako, z Czerń- i Bieł-boha. * Jedna z tych natur wzniosła, jeden duch 
unoszący mię niekiedy w błogosławione szczęścia krainy na skrzydłach poezji, 

duch czyniący mię zdolnym do poświęcenia, pozwalający mi kryślić bogate obrazy 
przyszłości, śród których na pierwszym miejscu widać postać mego poświęcenia dla 

braci, duch w ogóle czyniący mię człowiekiem, jakim człowiek być powinien — 
prototypem człowieka. A druga... druga natura, strącająca wszystkie bogate 

zdroje marzeń w przepaść odrętwienia, na miejsce poświęcenia przedstawiająca 
zysk osobisty, na miejsce uwydatnionej w boskich kształtach przez Biełboha cnoty 

niewinności rozpasaną ze śmiechem szatańskim na ustach —
rozpustę...

Dwaj ci bogowie, dwa te duchy toczą we mnie bój zacięty,
bój wściekły i nigdy, nigdy jeden drugiego zwyciężyć nie może. Używają więc 

różnych sposobów i fortelów, i przechylają szalę zwycięstwa to na jedne, to na 
drugą stronę. Podszeptom obu tych bogów ulegałem i ulegam... Czernboh roztaczał 

swe władanie przez czas pobytu mego w klasie trzeciej i użył za pośrednika do 
działania kolegę mego N. Biełboh panuje chwilami i używa za pośrednika to Edka, 

to pana Bema, to księżyca wypływającego spokojnie na niebo, to muzyki, to 
deklamacji pana Bema, to widoku cmentarza i trumny, to widoku nędzy 

rzeczywistej, to w końcu widoku... Ach! gdybyż to, gdyby Biełboh odniósł 
zwycięstwo! o, złożyłbym wtenczas nawet Czernbohowi kontrybucją z mego życia, z 

nauki, z bogactwa, nawet, nawet z jedynego mego bożyszcza na świecie — ze 
sławy...

Dzień drugiego września to dzień mych imienin. Otrzymałem kilka powinszowań, 
między którymi najserdeczniejszym było od mego kochanego Edka. Oto jego 

brzmienie:
Czyż wiem, czego tobie trzeba? Zdrowia, szczęścia, pomyślności? Eh! to wszystko 

znikomości — Tobie lauru — wieńca z Nieba!...
Wieczorem około godziny dziesiątej czytałem w nr 3 „Wieńca" z r. 1872 artykuł p. 

Każmierza Kaszewskiego pt. Scena. Oto głównie j sze punkta:
Ile jest strun, ile odcieni, uzewnętrzniających tę uroczystą i przerażającą 

tajemnicę stworzenia, jaką jest życie ludzkie w jego indywidualnych i 
społecznych objawach — tyle form i interesów przywłaszcza sobie scena.

Od czasu, jak literatura zstąpiła z akademickich piedestałów, przestała ona być 
dziełem wyjątkowych ludzi, ale rozszerzyła się na szersze przestrzenie i przez 

to stała się chlebodajną, od tego czasu rozgościł się w niej szarlatanizm ł 
fabrykat. I stało się, że dziś gust obałamucony nie potrafi już wybrać między 

prawdziwym utworem sztuki a fabrykatem szarlatanerii; szuka w sztuce nie już 
nektaru olimpijskiego, ale haszyszu odaliskj to dlań smakowitsze, co mocniej 

pobudza rozwiedziony system nerwowy; przechodząc z ekscytacji w ekscytacją pada 
nareszcie w delirium iremens

u nóg „pięknej Heleny". Wiek dziewiętnasty ma tę zasługę, że pierwszy do 
literatury i sztuki wprowadził orgię, której wrzawa zagłuszyła głos krytycznego 

rozsądku.
To pewna, że scena, mając do czynienia z człowiekiem i tylko z człowiekiem, 

garnąc na swe terytoria wszystkie przejawy społeczne, wkracza z konieczności w 
dziedzinę czynników instrukcyjnych i obyczajowych. Jest ona obrazem życia i 

zarazem jego krytyką; ona przedstawia i zarazem sądzi czyny ludzkie wraz z ich 
duchowymi pobudkami, przebacza i rozgrzesza, potępia i pochwala — słowem, 

wyrokuje o wartości zasad, czynów i charakterów ludzkich. Oprócz zatem zadania 
estetycznego, które dotychczas nie jest jeszcze rozstrzygniętym w zasadzie swej, 

background image

ma ona aż nadto widzialne zadanie moralne, którego zasada jest jasną i 
niewyczerpaną.

Słusznie tedy utrzymuje Szyller, że die Schaubuhne als eine moialische Anstalt 
betrachtet, że scena jest do pewnego stopnia szkołą życia i praktycznej 

mądrości; ileż to więc samemu mądrości tej piastować potrzeba, ażeby godnie 
mistrza urząd piastować! Wyroki sceny zaczynają się tam, gdzie kończy się zakres 

prawa zwyczajnego. Kiedy prawo ma charakter raczej prohibicyjny i załatwia się z 
zewnętrznymi tylko zjawiskami — scena dobiera się do najtajniejszych dźwigni 

serca ludzkiego, ona sposobem genetycznym rozwija całą historią psychicznego 
zjawiska, czynu, odbywa z człowiekiem rachunek sumienia, uczy go poznawać samego 

siebie i drugich, podając tysiączne wskazówki do wnioskowania po owocach o 
drzewie. Kto więc roztropny, niechaj korzysta ze wskazówek, jakie daje scena.

Ale sprawą jej nie same przestrogi: ona daje cały świat zachęt i bodźców do 
dobrego. To, co piękna religia nakazuje w pięknych zasadach, co zdrowa moralność 

wpaja w człowieka przepisem i nauczaniem, scena rozwija wrażeniami, 
wstrząsającymi całym organizmem człowieka tak, ażeby pamięć tych wrażeń 

pozostała mu na całe życie. Są to niewątpliwe korzyści moralne z działania sceny 
takiej, która wysoko trzyma chorągiew swego posłannictwa — ma ona bowiem środki 

tak potężne, jakich żadna inna działalność ludzka nie posiada. Prawda, sama 
prawda jest silną sama przez się — cóż dopiero, gdy wzmoże się ona 

najdzielniejszymi środkami, na jakie zdobyć się może estetyczny zmysł człowieka! 
Działanie też sceny jest nieprzeparte, silne do tego stopnia, że człowiek 

uczestniczący zostawia w teatrze cząstkę samego siebie a zabiera cząstkę inną, 
tę, którą weń wpoiła moralna atmosfera sceny.

Cztery są czynniki, składające się na scenę: poeta, aktor, zarząd i publika; 
wszystkie one jednak dadzą się sprowadzić do tej ostatniej, z której powstają 

trzy pierwsze i która wreszcie nadaje kamerton całej scenicznej harmonii. 
Zrozumiejmy to, że scena jest w innych nieco warunkach

56

DZIENNIKI, TOMIK I
KIELCE, 1882

jak trybuna lub kazalnica: tu żadne stosowanie się miejsca mieć nie może, tu 
rządzą gołe zasady, tu nie ma warunku przypodobania się. Scena musi się starać o 

ten warunek, inaczej pozostanie martwą i pustą.
Niechaj sobie wielkie stolice zapisują z Paryża lub fabrykują u siebie te 

trucizny i brzydoty moralne; nasze społeczeństwo i nasza scena ich nie 
potrzebuje. Nasza scena nie jest frymarką, wyzyskującą głupotę i zepsucie 

ludzkie, ani spekulacją pieniężną. Nasza scena jest instytucją drogą sercu 
naszemu i poczciwej ludności służącą, ma w niej wdzięcznego i powolnego ucznia, 

ona powinna w nim same tylko dobre rozwijać instynkta.
KA2MIERZ KASZEWSKI

Dzień 3 września. Dzień bogaty w wrażenia. Kazanie księdza Domagalskiego o „Bogu 
i mamonie", liczne cytaty z Kraszewskiego, Sępa Szarzyńskiego i innych. Po 

południu spacer z Edkiem i Wacławem Halikiem pod Karczówkę. Spotkanie z Ludwinią 
Borkowską... *

Wacław Halik. Dziwna to i zagadkowa osobistość; obok poglądów nader 
filozoficznych na świat i jego urządzenie, nawet obok takich polotów myśli jak 

rzucanie się na tajemnice stworzenia i istnienia świata, na tajemnice Boga, 
mieści on w sobie zagadkowe usposobienia. Dziś na przykład czyta nam bardzo 

zręczny wierszyk pt. Takie moje przeznaczenie, odznaczający się tendencjami 
zupełnie bajronowskłmi, zupełnym znudzeniem i przesytem. Pytanie, co w tak 

młodym człowieku rozwinąć może podobnego rodzaju zapatrywania się na świat? Oto, 
jak sam mi mówił — choroba i stosunki jego z osobami, zajmującymi się 

materialnymi jego potrzebami. „Od klasy trzeciej, powiada, czułem zarodki 
choroby piersiowej, męczące mię nieustannie. Myśl ta, że uczę się i uczę się 

dlatego, by w której bądź klasie śmierć przecięła pasmo mego życia, wywołała tę 
apatią, to znudzenie, to wreszcie szarpanie się na niesprawiedliwego, jakoby, 

Boga."/Drugim z tych punktów był sposób obejścia się brata. „Wychowywany prawie 
przez niego, mówi on dalej, nigdy nie doznałem serca, nigdy się nie ogrzałem 

miłością braterską, nadającą człowiekowi siłę

background image

57
1 Tu w autografie wytarte dwa krótkie wyrazy.

i hart, doznawałem zawsze zimna i zimna tylko." Dwa te czynniki tak silnie 
oddziaływały na Wacława, że niejednokrotnie, powiada, szukał ostatecznego 

lekarstwa w zupełnym o wszystkim zwątpieniu, w podejrzywaniu sceptycznym 
wszystkich prawd, a niekiedy nawet stawała mu myśl — o samobójstwie. 

Odtworzywszy wszystkie te swoje zapatrywania się w kilku wierszach, podał takowe 
panu Bemowi. Poczciwy profesor podarł w oczach Wacława wszystkie wiersze, 

nacechowane tym dwuwierszem:
Dla mnie jedna droga:

Albo do pistoletu, albo też do Boga *
i doniósł o zapatrywaniach się jego bratu.

Dziś coraz bardziej rozwijająca się myśl usuwa po trochu wszystkie niedorzeczne 
fantazje, a na ich miejsce wprowadza kwestie rzeczywiście filozoficznej wartości 

i każe wróżyć wiele o myślicielu już w osiemnastym roku. Po pożegnaniu się z 
Wacławem, błądziłem jeszcze długo, długo po ulicach miasta i poza miastem, gdyż 

napadła na mnie ta, jak się wyraża poeta rosyjski Czarski, „3Ta apam," *. Och, 
gdybyż to, gdyby częściej przychodziły te boskie chwile, co prawdziwie 

uszczęśliwiają człowieka!... Owocem dzisiejszych marzeń jest scena pierwsza 
nowego obrazu dramatycznego na tle historycznym.

Dnia 4 września. Dawno już wpadł mi w ręce nie wiem czyj pamiętnik, w którym 
znalazłem wiele prześlicznych myśli i uczuć. Dziś wpadła mi w oczy następująca, 

nie wiem przez kogo wypowiedziana myśl o kobietach Słowackiego i Krasińskiego... 
*

Słowacki jest poetą fantastycznej strony w naturze kobiecej. Tę cechę wspólną z 
różnymi odcieniami smutku, melancholii, zbrodni, sentymentalizmu, chorobliwości, 

obłąkania noszą na sobie Ksieni, Eloe, Aldona, Rogneda, Maria, Laura, Anna, 
Beatrix, Balladyna, Alina, Lilia Weneda, obie Amelie, obie Salomee, Judyta, 

Idalia, Sybilla, Księżniczka, Pycha, wreszcie Goplana. W szczegółach są to 
natury różne, zarówno w stopniu

58
DZIENNIKI, TOMIK I

natężenia namiętności, jak i w stopniu szlachetności lub nikczemności 
dopełnianych przez nie czynów; w zasadzie, w sposobie przedstawienia, w tle 

ogólnym są jedne i też same.
Najważniejszym czynnikiem w ich duszy, skłaniającym do czynu, barwiącym uczucia, 

nasuwającym myśli, jest fantazja. -
...Krasiński był w wysokim stopniu idealistą. Duch panował u niego nad ciałem, 

treść nad formą. W obserwacją się nie bawił, rzeczywistością mało zajmował. 
Uczucie swoje wyidealizował w nieszczęściu, w silnym przejęciu się klęskami 

ogólnymi, wobec których nikły jego bóle indywidualne. Tym się właśnie wyróżnia 
od Słowackiego, w którym na pierwszym względzie stała zawsze jego osobistość; to 

nadaje cechę dodatniości wszystkim poezjom Krasińskiego.
...Kobiety Krasińskiego to wyjątki nieszczęśliwe, powołane do życia 

nieszczęśliwym położeniem, rozstrojem stosunków, zamętem wyobrażeń, 
rozgorączkowaniem uczuć, brakiem myśli przewodniej w postępkach życia 

rodzinnego. Żyjąc wysokim, podniesionym życiem duchowym, są szlachetne po 
większej części i wielkie względnie, ale właśnie dlatego, że usiłowały zerwać z 

naturalnym uczuć rozwojem, popełniały niekonsekwencje i nieszczęścia na siebie i 
innych ściągały. (Kobiety samoistnej nie znajdujemy w utworach naszych 

wieszczów). Miłość u niego jest czynna, powściągliwa, cicha, pokorna przed 
Bogiem, dumna wobec ludzi. Jeżeli cierpi, cierpi świadomie, mając wielki jakiś 

cel na oku, nie dla zadowolenia uczucia próżnego — popisu przed światem.
„Milcz, powiada Pitagoras, albo powiedz coś takiego, co jest lepszym od 

milczenia." ,,Mów mądrze, radzi Jerzy Herbert, albo milcz mądrze". Po mowie jest 
na świecie potęgą największą — milczenie.

Rodzina to pierwsza i najważniejsza szkoła charakteru., Wzory do kształcenia się 
natury dziecinnej są niezmiernego znaczenia i jeśli chcemy mieć piękne 

charaktery, to musimy im bezwarunkowo piękne przedstawiać wzory. Matka jest 
wzorem, który najprzód i najwybitniej stoi przed oczyma dzieciny. Przykład dobry 

uczy więcej niż najpiękniejsze słowa. Nauka stojąca w sprzeczności -t czynami 

background image

jest więcej szkodliwą jak nie-pożyteczną, bo uczy najpotworniejszego z występków 
— obłudy.

(Maryla Mickiewiczowi w dzień ślubu swego:)
„Człowiek nie jest stworzony na łzy i uśmiechy." Pomyśl o kraju, o ludziach, 

twoich współbraciach, pracuj dla nich, zapomnij o swoim zmar-
KIELCE, 1882

59
twieniu, zważ na to, że w życiu masz spełnić wzniosłe zadanie. Ta myśl wielka   

pomniejsze   zapały   przystudzi!
Charakterów realnych jest bardzo mało, zarówno w królestwie natur łagodnych jak 

i demonicznych. Słowacki przekracza granice życia codziennego, i to nie tylko w 
tym stopniu, jaki zazwyczaj poetom się przyznaje, ale w stokroć powiększonym. 

Nadludzkość i nadzmysłowość jeszcze silniej uwydatniła się pod wpływem 
mistycyzmu. *

(Krasiński. Munich 1841 r.:)
Widziałem za mych czasów zbłaźnie[nie] wszystkiego i zaczyna mi być smętno w 

duchu... Tym się jedynie pocieszam, żem, zda mi się, doszedł ukrytej sprężyny 
wszystkich tych zjawisk. Zowie się ona brakiem dumy, a przesytem próżności. Jak 

cud jest pewnym rodzajem niepracy w naturze, pieczonym gołąbkiem, co spada znad 
chmur do gąbki, tak i w duchu ludzkim próżność jest pewną żądzą chwały bez pracy 

— kiedy duma, wbrew przeciwnie, jest wieczną żądzą chwały, lecz za pomocą 
olbrzymiego trudu. Kto dumny, ten i pokorny zarazem. Duma połączona z pokorą 

stanowi wielkość człowieka. Duma bez pokory — to próżność, pokora bez dumy — to 
podłość!... Na pozór tylko sprzeczne władze duszy, a w istocie wielkość 

prawdziwa bez nich obejść się nie może. Pokora powinna objawiać się w środkach — 
duma w celu. Tym, że duch nigdy nie zadowolni się tym, co już uczynił, tym, że 

dalej iść i piękniejszego czynu dorwać się pragnie, tym, mówię, pokorę swoją 
pokazuje, bo ma się ciągle za niższego od ideału. Stąd tęsknota, smutek, a 

czasem — zwątpienie. Tym zaś, że dalej stąpa, że karmi się wiarą 
urzeczywistnienia w końcu piękna, które pojął, że gardzi wszelką skończonością i 

poczuwa się do pobratymstwa z nieskończonością, że uznaje się niezwalczonym i 
wolnym od śmierci — tym jest dumnym i boskim. Lecz nie mógłby takim być, gdyby 

zarazem nie był ludzkim i pokornym, bo bezpokorny duch stanąłby na pierwszym 
lepszym stanowisku osiągniętym i nazwałby to doskonałością, końcem wszystkiego i 

dopełnieniem, wiecznością, wielkością, pięknem i zaraz by tym samym okrutnie się 
zbłażnił. *

Dzień 5 września. Dzień bogaty we wrażenia. Rano i na niewiele mię zajmującej 
lekcji niemieckiego czytałem powieść Kraszewskiego pt. Król i Bondarywna. * 

Ostatnią lekcją był język polski. Znów wracają te chwile tęsknoty i oczekiwania, 
liczenia godzin do mego ukochanego języka. Pan Bem, mówiąc coś o lirykach 

KrćJodvorsldej i Zelenohor-
50

DZIENNIKI, TOMIK I
sklej Rukopisi * i wspomniawszy, że niektóre z nich nie są jeszcze przełożone, 

radził mi, bym ja to uskutecznił. Poczciwy mój, ukochany profesor!... Jego rada 
dla mnie wyrocznią...

Jeden z moich kolegów, Stanisław Moll, pożyczył mi pierwszego tomu krakowskiego 
wydania dzieł Słowackiego, * między którymi jest i ów dawno przeze mnie 

upragniony: Grób Agamemnona. Zdziwienie było większe, gdy zobaczyłem tamże i 
Anhellego, i Dumę o Wacławie Rzewuskim, i Hymn, owe „Bogarodzicę", ubóstwianą 

przeze mnie „Bogarodzicę". Po przyjściu do domu z niecierpliwością szaloną 
rzuciłem się do Grobu Agamemnona. Dziwne szaleństwo ogarnęło mię całego, ręce 

zaczęły mi drżeć i, Boże mój, Boże, jakżem ja wtenczas był szczęśliwy!...
Dziwny ten nastrój powtarza się ze mną zawsze, gdy słyszę p. Bema deklamującego 

albo gdy sam deklamuję. Gdy sam deklamowałem raz u Halika scenę 2 aktu IV z 
Marii Stuart wobec kilku kolegów, po wyjściu na ulicę uczułem zupełny zawrót 

głowy. Czułem, że jeśliby dłużej potrwała deklamacja, zemdlałbym niechybnie. To 
samo, w mniejszym lub większym stopniu, powtarza się po [każdej] deklamacji.

W klasie jeszcze piątej p. Bem deklamował na jednej lekcji Grób Agamemnona, List 
do MatW * i Ojca zadżumionych Słowackiego. Gdy począł deklamować List do mafJki, 

background image

czułem, że nie jestem sobą, że się coś dziwnego ze mną dzieje, że mię ogarnia 
szał jakiś... a gdy począł deklamować Grób Agamemnona i przyszedł do miejsca:

Na Termopilach ja się nie odważą Osadzić konia w wąwozowym szlaku, Bo tam być 
muszą tak patrzące twarze, Ze serce kruszy wstyd w każdym Polaku, Ja tam nie 

będę stał przed Grecji duchem Nie — pierwej skonać, niż tam iść — z łańcuchem —* 
Brawoł

1 Słowo dopisane obcą ręką.
KIELCE, 1882

61
łez nie mogłem już utrzymać i coś, jakby wielki kamień, jak ciężar spadł mi z 

serca, gdy śród szyderstwa kolegów serdecznie, serdecznie zapłakałem... Nad czym 
i za czym?... Bóg jeden, Bóg tylko wiedzieć to może, Bóg, co stworzył serca 

tych, co stworzeni „do wieńca z cierni i do palmy chwały". Trudno mi nie zapisać 
sobie na zawsze tego, com tak serdecznie ukochał, co całym sercem uwielbiam!...

GRÓB AGAMEMNONA
l

Dzień 6 września. Czytałem AnheJJego. Nie wyjawię tu wrażenia, jakie sprawił na 
mnie, moimi słowami, bo i jak ja mógłbym to wyrazić, lecz przytoczę to, co się z 

moimi zupełnie zgadza zapatrywaniami, a co napisał o AnheJIim Krasiński w liście 
do Juliusza. *

Zaprawdę trzeba potęgi uroczej, jenialnej, nadzwykłej, aby Sybiru otchłań tak 
wystroić w alabastry śniegów i sine oczy gwiazd. Gdym czytał — wzdychałem — 

tęschno mi było, żal się. mnie Boże, do Sybiru! Przez kilka nocy Sybir śnił mi 
się jak Eden melancholijny.

Boże mój, jak często smutno nad przyszłością zadumać się przychodzi! Gdzie mnie 
zaniesie ten prąd, co mię w nurty swe porwał? Czy do błogosławionych gdzieś 

krain, pod jasne nieba promienie, do koła ludzi, co mię z uwielbieniem otoczą, 
czy gdzieś na bezludnej wyspy skaliste wybrzeża, czy może gdzieś na cuchnące 

zgnilizną błota zaniesie, pogrąży i zatopi?! Och, gdybyż to prędzej zaniósł do 
mogiły, do spokojnego na bezludnym miejscu stojącego kurhanu, pod spoinie 

złączone struny brzęczące dwu sióstr-brzóz płaczących! — Ach, jakżeby słodko, 
jak spokojnie było wtenczas spać samemu pod cichym kurhanem!... *

1 Grób Agamemnona przepisany w całości.
DZIENNIKI, TOMIK I

Dzień 7 września. Na lekcji języka greckiego wpadła mi w oczy następująca myśl 
Ksenofonta, wyrzeczona na obronę spotwarzonego Sokratesa: „TOWTOC 8e TI< av 

aXA<>> ma-TSi)fjLioLiLv Y) 8-sw" (SLvócpomoL 'ATto[AV[iovLu[i<XTa)". Mówi on: 
„Któż bowiem będzie wierzył komukolwiek więcej niż bogu?"* „Bogu" mówi, a nie 

„bogom". Toż samo wyrażenie spostrzegać się daje w pismach Sokratesa.
Dziś zaczynam czytać pożyczoną od kolegi Antoniego Czar-neckiego rozprawę: O 

rozwoju umysłowym Europy przez Dra-pera — tłomaczenie z angielskiego Korzona.
Po południu przyjeżdża kuzyn mój K. Saski i siostra jego Kaźmiera. Z nią idziemy 

do Ludwini. Nie ma jej w domu. Odszukujemy ją na wizycie u państwa R. i 
wędrujemy po mieście za najrozmaitszymi sprawunkami. Dziś dopiero poznałem 

dokładnie charakter Ludwini. Jakież to poczciwe i szlachetne dziecię! W tym już 
roku nastąpiły pomiędzy nami nieporozumienia z powodu pewnego przeze mnie 

napisanego do niej listu, w środku którego był list napisany do mnie przez 
dawnego kolegę R. C. *, treścią którego uwielbienie dla niej. List ten wpadł w 

ręce przełożonej i biedna Ludwinia przecierpiała z mej przyczyny wiele, wiele.
W wakacje ona sama mię przeprosiła. Dziś zaś przejęty jestem ku niej, nie 

skłamę, gdy powiem — uwielbieniem! Poczciwe serce, jedno z niewielu na ziemi, co 
mię zrozumiało, co bije tak samo jak moje... Przeczytała me wierszydła, 

przeczytała ten nawet mój pamiętnik — z powagą profesora zganiła wiele i nieco 
pochwaliła...

Ile tam marzeń, ile niewinnych pragnień, ile poczciwych uczuć, ile współczucia 
dla braci i ile w końcu natchnienia. O, wiele, wiele wrażeń pozostawił mi ten 

dzień, zapisany on na zawsze w mej pamięci, bo w nim odkryłem o jedno więcej 
poczciwe serce.

Nie pisz podobnych rzeczy.1
ie dopisek Ludwiki Borkowskiej.

63

background image

Dzień 8 września. Nabożeństwo u Sw. Wojciecha. Śród mszy zaczyna śpiewać solo 
kolega mój, o jedne klasę niżej będący — Oktawian Bilczyński. Śpiew ten, śpiew 

ulubionej mej Zdrowaś Mary/o, Boga-rodzico rozrzewnił mię, tym bardziej, że 
śpiew był czysty, rzewny z przymieszką tej okrasy, tego upiększenia, co się 

uczuciem nazywa.
Nie było się czym zachwycać. *

W rozmowie z Oktawianem dowiaduję się, że już od roku uczy on się grać na 
fortepianie. W przeciągu tego czasu zrobił tak olbrzymie postępy, że dziś gra 

już niektóre sztuczki Chopina, a nawet Beethovena. Dawny to mój i serdeczny 
koleżka. Od klasy wstępnej zawsze byliśmy jak najserdeczniejszymi przyjaciółmi, 

pomimo nawet różnicy charakterów, gdyż on — niezrównany  dowcipniś,   
anegdocista,   ja  zaś  zawsze  byłem i jestem ponurym. Przyjaźni naszej nie 

rozłączyły te tak widoczne czynniki, nie rozłączyła różnica klas, nie rozłączy 
więc może nic na świecie!

Dziś otrzymałem od Ludwini różę i wierszyk umieszczony przez nią w dalszych 
stronicach pamiętnika. Różę zasuszyłem.

Poczciwa moja  siostrzeniczka L.2
Dzień 9 września. Czytam powieść historyczną Kraszewskiego — Dziś i lat temu 

trzysta. Oto, co mówi o rozszerzających się „nowinkach" niemieckich:
Była to właśnie chwila, gdy tak zwane nowinki religijne zajrzały do Polski, a 

długo katolicki kraj nasz, zrazu olśniony pozorem błyskotliwym nauki, która się 
czysto Chrystusową mieniła, żywo się jął reformy. Przyczyna tego nierozważnego, 

ale ze szlachetnego pochodzącego błędu zda mi się bardzo jasna. W szczerości i 
dobrej wierze Polaków szukać jej potrzeba. Strona piękna i jasna, jaką przybrała 

reforma, uderzyła serca poczciwe i umysły pragnące prawdy. Kościół niewątpliwie 
pod owe czasy

1 Prawdopodobnie dopisek Ludwiki Borkowskiej.
2 Ostatnie trzy zdania wyróżnione wcięciem i drobnym pismem.

64
DZIENNIKI, TOMIK I

skutkiem długiego pokoju dotknięty w swych członkach zdrętwiałością, potrzebował 
odnowicieli i bodźca do życia nowego. Nie zastanawiano się nad następstwami 

nauki, nad tym, do czego zmierzała, brano słowa jej za prawdę i błąd nawet był 
dowodem gorącej wiary. Co było poczciwszego a słabszego umysłem, przylegało do 

nowinek. Lecz zarazem wszyscy osobiście niechętni duchowieństwu, skażeni 
duchowni, wolniejszego życia kler, rozmaite przybłędy i hołysze, wydrwigrosze i 

hałastra skupili się przy reformatorach.
Po południu spotkawszy się z Halikiem poszliśmy za ogród, pod cmentarz i 

spotkaliśmy tam Ludwinię z p. Saską. W wieczór już ja sam spotkałem ją 
powracającą do domu. Odprowadziwszy do domu, odebrałem kajeta z wierszami i różę 

dla Ciebie.1 Czy ja ją kocham? Czy to miłością zwać się może — to uczucie 
nieopisanej tęsknoty, jaką czuję, gdy jej nie widzę? Trzeba się wyrzec na zawsze 

tych uczuć, zamordować je w sobie! Tak, trzeba energii, ażeby nie okazać jej 
tego, nie widzieć jej długo i — zapomnieć!... Czy ona się domyśla, jak ja ją 

uwielbiam? Nie, ja nie uwielbiam jej, ja uwielbiam jakąś atmosferę, ducha, który 
niekiedy przybiera jej kształty. Czasem zapominam jej rysów, a czczę i tęsknię 

do jakiejś mary, co oświecona jasnym płomieniem... Nie pragnę wzajemności, nie 
pragnę niczego, jestem tylko szczęśliwym, ach! bardzo szczęśliwym, kiedy w tak 

słodkie zatapiam się marzenia.
Dziś wieczorem, po długim błąkaniu się około jej okien napisałem wierszyk: Do 

Ludwini...
Dzień 10 września. Czytałem w „Wieńcu" sprawozdanie z przedstawienia z dnia l 

maja 1872 r. Marii Stuart Słowackiego. * Oto ważniejsze ustępy:
Poezja niechętnie zwraca się ku epoce panowania Marii, poprzedzającej rokosz 

Murray'a, i uwięzienia królowej. Okres ten dostarcza raczej tła do romansu. 
Dlatego też obdarzony czułym artystycznym smakiem Szyller

1 Wyraz ten został dopisany najprawdopodobniej ręką Ludwiki na miejsce jakiegoś 
wyskrobanego słowa.

KIELCE,  1882
65

background image

wybrał dla swego dramatu epokę drugą, a mianowicie chwile przed wykonaniem 
wyroku, skazującego Marią na śmierć. Jest to, jak mniemamy, jeden z wielu 

dowodów, że oprócz daru natchnień twórczych i doskonałego władania formą, poeta 
posiadał jeszcze w wysokim stopniu filozofią sztuki. Czuł on, że nie każdy 

krwawy wypadek może być użytym za temat do obrazu, który należy uczynić i 
zajmującym, ł wiernym prawdzie historycznej. Zdarzają się bowiem rzeczy 

niezwykłe, a jednak próżne interesu lub zdolne sprawić efekt, lecz znikome, gdy 
są wzięte dorywczo — bo nie wyrażają logiki, którą ukrywa w sobie całość. Taką 

treść przedstawia niezaprzeczenie dramat Szyllera.
Za przykładem niemieckiego mistrza nie poszedł poeta nasz Słowacki, już może z 

tej racji, że uważał przedmiot za zbyt wyczerpany przez swego poprzednika, już 
to przez zbytnie lubowanie się w analizie namiętności tajemniczych i 

graniczących często z chorobliwym szałem. Przyjąć można za prawdopodobne, że 
obie pobudki wpłynęły na plan utworu Słowackiego. Nikt bardziej nad Juliusza nie 

przejmował się wzorami, jakie znajdował u innych wielkich pisarzy, o czym 
świadczą mnogie ustępy w jego kompozycjach żywcem naśladowane lub trzymane w 

tonie Shakespeare'a, Byrona, Mickiewicza i Krasińskiego zapożyczonym ł nikt 
zapewne usilniej nad niego nie dbał o wyróżnienie się oryginalnością pomysłów i 

kolorytu. Ta nie zawsze wsparta siłą ambicja ukazania ludziom „posągu człowieka 
na posągu świata" bądź w samym sobie, bądź w dziełach swoich — ta 

nieprzezwyciężona żądza prześcignięcia potężniejszych od siebie współzawodników, 
wiodąca go czasem na oślep, byle „iść gdzie indziej", jak się wyraził w 

apostrofie do Mickiewicza — dała powód do niejednego dziwactwa, które wyszło 
spod pióra Słowackiego.

Nie chcemy uwłaczać tą pobieżną wzmianką znakomitemu poecie. Błędy były w 
istocie wielkie, lecz dodać trzeba, że stokroć przewyższyły je zalety. Tych 

ostatnich w Marii Stuart znajduje się wprawdzie szczupła ilość, bo też Słowacki 
napisał swój dramat, będąc jeszcze bardzo młodym, chociaż mniej tu także i wad, 

które w późniejszych jego utworach napotykamy. Dążąc zatem „gdzie indziej" poeta 
nasz uniknął spotkania się z Szyllerem w Marii Stuart, ale zarazem wyzuł się z 

pomocy, jaką mu nasuwały dzieje. Odtąd już dla podniesienia dramatyczności w 
utworze wypadło zrobić Marią spólniczką zbrodni Botwela, i to spólnictwo 

(jeśliby nawet można było je uważać za fakt autentyczny) oprzeć nie na 
lekkomyślności (co zmniejszałoby okropność występku), lecz na „czarnym sercu" 

bohaterki. Słowem, zaszła konieczność rozminięcia się nie tylko z Marią Stuart 
Szyllera, ale i z Marią Stuart historii. W tej to właśnie niezgodności widzimy 

Marią Stuart u Słowackiego.
5 — Dzienniki t. I

DZIENNIKI, TOMIK

)_________ ___________
Kazanie u Sw. Wojciecha ,,O wychowaniu młodzieńców; matka jako czynnik 

zwracający niejednokrotnie zepsutego młodzieńca na drogą cnoty".
Znów widziałem Ludwinią. Otrzymałem wczoraj różę dla M. B. nie.l Róża ta była u 

mnie przez noc i zda mi sią opromieniła mi ciche me schronienie... A jednak ta 
róża nie była dla mnie, była dla innego!... Ha, trudno! Rozkaz jej — światy! 

Róża doszła swego przeznaczenia, a ja na pamiątką dnia tego •^chowałem dla 
siebie trzy suche listki oderwane od róży!...

i-„i.„ ,q,irnria  nawet nie spoj-
Uia iuu*^,,   .- ^

Róża doszła swego przeznaczenia, a ja na pcum^-^ zachowałem dla siebie trzy 
suche listki oderwane od róży!... Po południu znów ją widziałem: była dumna, 

nawet nie spojrzała na mnie! Och! smutno, smutno zaczyna mi sią robić na 
sercu...  jam bardzo,  bardzo  nieszczęśliwy!...  Lecz  powierzchowność moja 

możeż wzbudzić wzajemność? — Nie, nigdy! Ona kocha innego; — ja jej tego nigdy 
nie powiem, że ją tak serdecznie uwielbiam... Szczęść jej Boże! Dla mnie będzie 

ona wspomnieniem kilku smutnych chwil, jakie mi w ciągu całego zgotowane 
żywota... Domine, Domine, miserere meil... Dnia 11 września. Jeszcze ze starego 

pamiętnika: Miłość  potrzebuje właściwego  określenia:  jest miłość—kochanie,  
jest miłość—namiętność  i  miłość—fantazja.  Pierwsza  tłomaczy   się  w   życiu 

świętością, druga nieszczęściem, trzecia — grzechem.

background image

...Boleść nie wyczerpuje ducha, póki jest nadzieja ulżenia drugim, zbo-gacenia 
ich, choćby własną największą nędzą, poty jest uświęcenie boleści, lecz gdy nas 

to zadrażni, co nawet innym na jeden uśmiech pustoty się nie zda, gdy nam to 
dokuczy, co innym także zawadą lub zgorszeniem padnie, wtedy jest ból prawdziwy, 

okropny, bezrozumny jak zwierzę, bezbożny jak piekło! *
Którym z tych rodzajów miłości ja uwielbiam mojego anioła? Czy tą, która 

„tłomaczy się w życiu świętością", czy tą „co sią kończy grzechem"? Bóg Jeden 
wie... Bóg, tylko

Bóg!...
Wczoraj w kościele widziałem ją samą: płakała! Ja myśla-

1 Ostatni wyraz dopisany ręką Ludwiki.
2 Ostatni akapit wyróżniony większym pismem.

67
łem,   że   ci   tylko   nieszczęśliwi,   których   duch   obleczony w 

obrzydliwy kadłub Ezopowy... * Nie... i ci, którym powiedziano: zachwycaj ludzi 
pięknością swojego ciała — także płaczą. Biedna, i ona nieszczęśliwa, i jej los 

jak mnie nie dał matki; może to więc była tęsknota za tym duchem opiekuńczym, 
brak którego nieraz,  nieraz wywołuje skądsić,  spod serca serdeczne łzy 

tęsknoty... Gdyby to ona zachowała na zawsze te przecudnie urocze uczucia i 
pociągi serca, jakie teraz w niej uwielbiam. Ja o to codziennie do mej modlitwy 

do Matki Boskiej ,,o natchnienie i sławę" dołączam modlitwę do jej Anioła-
stróża, by jej taką czysto[ś]ć serca na wieki dać raczył!

Dzień 12 września. Rano jak zwykle idę do kościoła, na zwykłe me modlitwy do 
Najświętszej Panny i Anioła-stróża za ojca, za duszę matki, o natchnienie i 

sławę, o zamiłowanie w pracy i za L. Potem udaję się do ogrodu i przeszedłszy 
raz wracam znów do kościoła, aby zobaczyć L. Widziałem ją. Z daleka raz tylko 

spojrzawszy, poszedłem... Duch i tym się
zadowolił!...

Łacina, rosyjski, niemiecki (z niemieckiego dostaję 3), grecki. Na greckim ze 
wspomnianego wyżej pamiętnika notuję sobie myśl następującą:

Przekleństwo tym Niemcom panteistom!  Oni chcą, by materia i duch jedno było, by 
zewnątrz świata, by za naturą już nic nie było, by organizm świata był Bogiem 

żyjącym na ciągłej przemianie, na ustawicznym umieraniu cząstek swoich. 
Przeklęci, przeklęci!... Oni chcą nas pozbawić uczucia piękności! Bo jeśli to 

prawda, żeśmy błaznami dni kilka, a potem prochem,  gazem, infuzoriami idącymi  
się zrosnąć w  inne jakie błazeństwo organiczne;  bo  jeśli  prawdą,  że  świat  

tylko  nieśmiertelny,  a wszystka cząstka jego śmiertelna bez żadnej  
indywidualności! jeśli Bóg to otchłań tylko  przemian bez końca,  to wieczność  

śmierci  i urodzeń,  to  łańcuch nieskończony o pryskających ogniwach, to ocean, 
w którym każda fala wspina  się,  by  kształt  dostać,   i   opada  natychmiast  

bez   kształtu!   Ach! powiedz mi, gdzie piękność, gdzie poezja, bo poezji nie 
ma bez nieśmiertelności ducha, bo poezja — to losy duchów naszych w przeszłości 

i przy-
5*

DZIENNIKI, TOMIK I
uw ____

szłości w porównaniu z naszym nędznym stanem dzisiejszym; bo poezja moja i 
każdego to to, że kiedyś był gdzieś i że będzie kiedyś gdzieś, ale ten sam — 

ona, on — zawsze czy na ziemi, czy na pięknej komecie, czy w raju, czy w piekle, 
czy w czyśćcu, czy w polach Elizejskich, czy na Walhalli — byle to on był, on. 

Bez tego już mi i oczy mojej kochanki, już mi i promienie słońca niemiłe...  
Ach!  przeklęte Niemcy filozoiy!... * Język polski. Pan Bem czyta kronikę 

Dytmara. Powziąłem zamiar zebrania w  jedno wszystkich słów mego profesora i 
ułożenia z nich jednej całkowitej całości. Ale, ale... Edek powrócił z Zagaja i 

przywiózł mi masę rozmaitych wiadomości o swej I. Szczęśliwy! jego zachwycają 
tak naiwne sielanki... Szczęśliwy!

Dziś Ludwini nie widziałem prawie, a przynajmniej tylko
z daleka... Ciągle smutna i zamyślona.

Dnia   13   września.   Nie zanotowałem sobie jeszcze moich kolegów... Trzeba to 
uskutecznić — a więc: Bolesław Augustowski, Franciszek Brudzyński,  Stefan 

Bieske, Stanisław Rokke, Mikołaj Orłowskij,   Edward  Otto, Franciszek Zaremba, 

background image

Tadeusz Radzikowski, Stanisław Bielnicki, Kaźmierz Wojna,   Roman   i   
Bronisław   Łąccy,   Tomasz  Ruśkiewicz, Edward Filipkowski,  Stanisław  Moll, 

Józef  C z a j k o w-s k i,   Szczepan Czech, Teofil Leśkiewicz, Leon Rudzki, 
Franciszek Zientara, Chonowski, Stanisław Piątowski, Bronisław Piasecki, 

Wincenty Decka, Ryszard Słabowski, Adolf Zarzycki, Szczęsny Wodzyński, P a w e l 
s k i, Henryk Hegstremm, Stanisław Łaganowski, Wojciech Pisula,   H a l i k  

Wacław, Antoni  Czarnecki,   Szczęsny  Mikułowski,    Otton   Pławiński, Józef 
Wabner, Leon Lichterowicz, Frank Józef, Ludwik Ko-walczewski,  Marian 

Wilkoszewski, Stanisław Markowski, Ignacy Steliński,   Edmund   Swierczewski, 
Bernard Krzyż-kiewicz, Maciej Hónigman, Aleksander Jemieljanow, Antoni 

Tłuchowski,   Szczęsny  Dewitz,   Jan  Nowiński,   Włodzimierz Drzewiecki, 
Lucjan Kowalewskł.1

1 W autografie niektóre nazwiska lub imiona kolegów są podkreślone.
KIELCE, 1882 _______________________________________________________69

Do klasyków w ogóle należeć mogą: Nowiński, Wojna, Rokke, Frank, Ruśkiewicz.
Matematycy: Łącki, Steliński, Wojna, Ruśkiewicz, Rokke, Kowalczewski, 

Czajkowski, Czech, Bielnicki, Nowiński, Lichterowicz, Pławiński, Wilkoszewski.
Literaci: Halikj (Ruśkiewicz, Rokke, Zaremba, Krzyż-kiewicz, Kowalczewski, ze 

względu na mniej więcej obszerniejsze poglądy i oczytanie).
Rysunek: Halik, Drzewiecki, Hegstremm, Wodzyński, Otto, Decka, Kowalczewski, A. 

Czarnecki.
Muzyka: Br. Łącki (fortep.), Kowalczewski (skrzyp.), Hónigman (fortep.), 

Wilkoszewski (fort.).
Śpiew:   Moll (tenor), Piasecki  (bas), Dewitz  (bas), Wodzyński (tenor), 

Czajkowski (alt), Ruśkiewicz (alt), Markowski (alt), Słabowski (tenor). 
Deklamacja:  Tłuchowski.

Oto wiadomości statystyczne. Najserdeczniejszymi moimi przyjaciółmi są: Halik, 
Radzikowski, Rokke itd.

Na lekcji francuskiego widziałem L. i byłem z nią sam na sani w mieszkaniu pp. 
Koczanowiczów. Nagadaliśmy się do woli... Może już raz ostatni!...

Lekcja matematyki: mówię na pierwszego i dostaję trzy. Może Bóg da, że jakoś 
lepiej matematyka iść mi będzie!... Wszystko to jest skutkiem mych porannych 

modlitw w kościele do Matki Najświętszej!*
Łuszczkiewicz przyniósł mi nowy swój utworek pt. Rozłączeni, poczynający się od 

słów:
Byliśmy razem przez kilka tygodni Oboje radzi, oboje szczęśliwi — Twarz jej 

jaśniała rumieńcem pogodniej, Pierś wydawała  jej  tchnienia ruchliwiej głupie.1
1 Dopisek Ludwiki Borkowskiej.

71
DZIENNIKI, TOMIK I

Ładne to — lecz on nie może sią nigdy oduczyć od tych już nudzących mią wierszy 
erotycznych. Zawsze erotyczne i erotyczne, a nigdzie nie widać zastanowień się 

nad sobą i światem teraźniejszym, nad rzeczywistym celem poezji — nie ma 
filozofii!... A szkoda! Mógłby zajść daleko, gdyby chciał spożytkować tak wielki 

talent, jakim jego obdarzył Bóg!
A nie zajmować się błahostkami, a przeciwnie nauką; to wtenczas przyda

mu się jego talent, co daj Boże amen.
Proszę, zaprzestań podobnie myśleć, o to Cię. błaga Twoja bardzo bliska

kuzynka, która Cię bardzo kocha (to się tyczy do Stefcia).
*

Wiem, że głos mój przeminie
Jak głos liry w dolinie, Jak młodzieńcze marzenie, Jak serdeczne westchnienie.

LB>
13 wrz. 1882 r.

Kochany Stefciu!
Zasmuciłeś mię; bo co Ci z tego przyjdzie? (z czego, wiesz). Oddaj się szczerze 

nauce, temu światłu rozjaśniającemu ciemnie rozumu i uczuć, a mogę Cię zapewnić, 
że marności tego świata Cię odstąpią i nie będziesz

miał nimi głowy nabitej.
Ach, czemu ja żyję, czemu, żebym ja tyle zgryzot społeczeństwu przynosiła. Boże 

wysłuchaj moje modły i ...................

background image

Kochajmy   się  nadal   —   ale   po   bratersku Twoja siostra.
Proszę moi mili,

Podrzyć tę kartkę w tej chwili. 2
Fiat yoluntas tua/... rada jej świata... Tak tak! „oddaj się szczerze nauce, 

temu światłu rozjaśniającemu cienie rozumu" i dojdź w końcu do tego, że zwątpisz 
o wszystkim, nawet

sceptycznie podejrzywać będziesz, że „nauka rozjaśnia cienie rozumu"!... Lecz 
ja, szaleniec, żądam czegoś innego oprócz wzgardy i szyderstwa... A więc precz, 

z daleka od tych, co mną pogardzają, z daleka od wszystkich! Do nauki, do mej 
ukochanej poezji, do mych kajetów... Z daleka od świata!

Dnia   14  września.   Lekcja historii. Znów ze starego pamiętnika:
Człowiek z duszą ognistą lubi najwięcej rzeczy, które serce mocno zajmują. W 

dobrych nawet przymiotach przebiera miarkę; zbyt spiesznie uogólnia, stąd 
niedojrzałość i niedoskonałość jego wyobrażeń ogólnych, z małej liczby sądzi o 

wszystkim, szczegółami długo zajmować się nie może. Jeśli rozum nigdy innych 
władz umysłu owładać nie może, ima-ginacja wysila się nadaremnie, trawi, 

wyniszcza. Jeśli dojrzewającemu i coraz bardziej na siłach wzmagającemu [się] 
rozumowi powodować się daje — jest nadzieja, że z duszy ognistej geniusz się 

wywiąże, że...
Złe albo zaniedbane kształcenie rozumu ludzi ognistej duszy robi uro-jeńcami. 

Namiętnościami wodzą i rozbudzają je zewnętrzne wrażenia, nigdy wewnętrzne 
natchnienie. Geniusz każdy jest osobną w sobie jednostką i nie powtarza się 

nigdy. Znakomity autor Charakterów rozumów ludzkich * pojęcie geniuszu tak 
nakreślił:

„Wielka rozłożystość, moc i dzielność wszystkich władz umysłu, głęboki i silny 
rozum, nowe sobie torować i wyrąbywać lubiący drogi i tworzyć nowe pomysły; 

który spomiędzy powszednich daw_no znanych myśli całe familie nowych prawd 
wyprowadzić umie; dusza ognista, bujna i rozłożysta imaginacja i nieunoszona 

czułość serca jest cechą, przyznaką, znamieniem geniusza. Geniusz więc nie jest 
władzą umysłu, lecz najwyższą jego i najbujniejszą doskonałością, przymiotem 

osobistym, wrodzonym
niebios darem."

Geniusz wszystkie roboty umysłowe szybko odbywa, między najodleglejszymi 
rzeczami dostrzega podobieństwa, a wielkie podobieństwa łatwiej niż drobne 

różnice. Człowiek z geniuszem ma mocniejsze od innych czucie, które za każdą 
myślą z szybkością błyskawicy aż do głębi serca dochodzi; rozleglejsze od 

rozumnego objęcie i właściwy sobie sposób poj-
2 List Ludwiki jest wklejony do dziennika. Końcowy dwuwiersz znajduje się na 

odwrocie kartki.
1 Cały ten ustęp wpisany ręką Ludwiki.

DZIENNIKI, TOMIK I
mowania rzeczy. Wszystko,  co go otacza, mocniejsze na nim czyni wrażenie; każda 

większa myśl zapala go i unosi. Geniusz nie ulega wpływowi panujących uprzedzeń, 
po cudzych śladach chodzić nie lubi, woli przepaść niż kolej, w łamaniu 

trudności wielkie ma upodobanie. Nad językiem panuje, wyobrażeń swoich i myśli 
łamać, ścieśniać i obcinać mu nie dając. We wszystkich tworach geniuszu widać 

wielkie bogactwo pamięci,  ognistą imaginacją, która obficie farb do malowania 
myśli dostarcza, i w ogólności bujność umysłu, która przestrogami roztropności 

jak małością jaką pogardza. Przemysł jest zaletą rozumu,  geniuszu przymiotem — 
wynalezienie. Rozum oświeca, geniusz podnosi duszę i zdumiewa. Utwory geniuszu 

to mają do siebie, iż w nich zawsze coraz nowe piękności dostrzegać się dają; bo 
wynikają z głębi  duszy,  są  objawieniem  się wewnętrznego  natchnienia, 

mocnego  czucia i przekonania. Człowiek z geniuszem wyższy nad próżność, nie 
ubiega się za oklaskami, najsłodszą nagrodę w sobie znajduje, zwykle do jednego 

rzędu myśli, do jednej jakiej rzeczy miewa wyłączny pociąg. Geniusz jest 
wyższością, która dziwi, lecz nie wznieca miłości. *

Dzień 15 września. Na lekcji łaciny odbieram list od p. Jana Kantego 
Gregorowicza, który kończy się tymi słowy:

Jestem stary i doświadczony człowiek. Kocham naszą młodzież i rad bym jej, jak 
to mówią, nieba przychylić; cieszę się i raduję, gdy widzę prawdziwe gdzieś 

objawiające się zdolności, ale i drżę z obawy, aby na marność nie wyszły. Aby 

background image

się to nie stało, dziś ucz się, kochany panie Stefanie, o ile czas pozwoli, 
czytaj, obznajmiaj się z naszą literaturą poetyczną i naukową, ale z pisaniem 

wstrzymaj się jeszcze.
Wszyscy radzą jedno: i mój ukochany profesor, i p. Kocza-nowicz, i ten w końcu 

poczciwy starzec, który raczył spracowaną swą rękę trudzić dla mnie — 
wszyscy/Ale nie pisać... nie — nie mam siły! Gdzie podziać te złote mary, te 

chwile boskie, w czasie których jedynie zapominam, żem człowiekiem, zapominam o 
cierpieniach, które mię ciągle gniotą, zapominam o wszystkim i  sam już nie 

wiem,  czym jestem \/ A jeśli ja umrę, jeśli koniec mój, który ciągle 
przeczuwam, ma nadejść za kilka miesięcy albo choćby za lat kilka? Stary 

Salustiusz powiedział, że człowiek powinien starać się zawsze
KIELCE,  1882

73
i wszędzie, aby nie przeprowadzić życia w milczeniu. * Gdzie-by się podziały 

moje marzenia o tym, bym mógł rozweselać albo raczej rozrzewniać smutnych zawsze 
ziomków mych... Lecz cóż począć? Próżną by była walka z losem! Los mój widać 

taki, by przejść w ciągu krótkiego mego, jak się spodziewam, życia, jak smutny 
cień, nie zostawiający po sobie nic, jeno szyderstwo i śmiech, a nad grobem 

dostać nagrobek, na którym wielkimi czarnymi literami napisano: „głupiec!"
Dzień 16 września. Lekcja historii. Z historii Iłowaj-skiego — sztuki. 

Najznakomitszymi bazylikami są: Sw. Pawła w Rzymie i Sw. Apolinarego w Rawennie. 
Z pierwotnej bazyliki, przy ciągłym rozwoju i odmianach jej, wywiązały się dwa 

style: wschodni i zachodni, czyli bizantyjski i romański. Zabytkami stylu 
bizantyjskiego, oprócz Sw. Zofii są Sw. Wit-telego w Rawennie * i Sw. Marka w 

Wenecji.1
Styl romański utrzymał formę dawno-chrześcijańskiej bazyliki z trzema nawami, 

rozdzielonymi rzędami kolumn, połączonych między sobą łukowatymi arkadami. Styl 
ten kwitł przeważnie w X i XII wiekach. Znakomitym wzorem stylu romańskiego 

służy katedra w Pizie ze swą pochyłą wieżą. Ze stylu romańskiego rozwija się tak 
zwany — gotycki, powstały w północnej Francji. Kwitnie w całym przeciągu wieków, 

szczególnie zaś w XIII, XIV, XV wiekach. Znakomitymi wzorami stylu gotyckiego 
służą: katedra w Strasburgu, Sw. Stefana w Wiedniu, N.M.P. w Paryżu i opactwo 

Westminster w Londynie.
/Od dnia 14 września coraz bardziej wzmaga się ból — nie-^znośny podczas 

oddechu. Ból ten każe mi przyjść do wniosku,
1 Jedna kartka oddarta. Połowę jej strony recto zajmowały notatki o stylach 

architektury, przepisane na następnej stronie. Drugą połowę — notatki dotyczące 
spraw rodzinnych. Na stronie verso koniec wpisu obcą ręką.

że wywiąże się zeń wielka jakaś choroba, a spoza niej wygląda — śmierć. Rzecz 
dziwna: idąc do klasy widzą codziennie wyrysowaną na szyldzie jakiegoś stolarza 

— trumnę. Nieraz się do niej jak do starej znajomej uśmiechałem... Sam śmiałem 
się niedawno z Halika i z jego bajronowskich zasad, a dziś sam jestem bardziej 

od Wacława zrozpaczonym!.../
Dzień 17 września. Rano czytał mi Halik bardzo ładny swój wierszyk. Bardzo — 

bardzo mi się podobał. Po południu a raczej wieczorem byłem w ogrodzie na 
loterii fantowej (Edek należał do orkiestry ochotniczej), po skończeniu której 

byliśmy do godziny Ilu niego. Deklamowałem trochę. Ale prawda... po skończeniu 
zaraz nabożeństwa byłem u Oktawiana Bilczyńskiego. Grał mi śliczne kujawiaki, 

śpiewał Halkę, CzaTtowską ławę * i wiele innych ładnych rzeczy. Po południu i w 
wieczór w ogrodzie widziałem Ludwinię...

Dzień 18 września. Balladyna, odczyt p. Bełcikow-skiego * („Biesiada Literacka" 
z 1879 r.):

Słowacki pisał ten fantastyczny dramat pod wpływem Shakespeare'a. Niedościgły 
pierwowzór sprawił, że poeta, olśniony tu i ówdzie olbrzymimi pomysłami i 

efektami wieszcza Albionu, dał się im unieść w dziedzinę niemiarkującego się 
naśladownictwa, które jednakże bardziej do formy niż do treści się odnosi. Stąd 

jest w Balladynie pewne przeładowanie treści, natłok środków, z których każdy, 
oddzielnie i niejednocześnie użyty, posłużyć by mógł za wątek do osobnej sceny. 

Ten nawał efektów zagłusza je wzajemnie. Sama też postać Balladyny fantazyjna 
jest, nieprawdopodobna i psychicznie fałszywa. Pan Bełcikowski porównywa ją z 

Lady Makbet i Gonerilą w Learze i znajduje, iż tamte obie stoją na gruncie 

background image

prawdy, mają w sobie pierwiastki człowieczeństwa i kobiecości — gdy Balladyna 
jest tylko uosobieniem zbrodni bezpłciowym, gruchocze wszystko po drodze bez 

wahania i bez żalu, nie ma serca, nie ma uczucia, nie ma sumienia.
Balladyna jest dramatem narodowym?... Nie! Słowacki nie odzwiercia-dlił w niej 

ducha swojego społeczeństwa, jego sposobu zapatrywania się na sprawy życiowe, 
jego pojmowania i odczuwania zagadek wszechludz-kich. Wyżej stanął w tym utworze 

niż Wiktor Hugo jako dramaturg, ale
Calderon, Shakespeare a nawet Schiller górują nad nim o głowę. Balladyna 

natomiast, mimo usterek psychicznych, mimo przeładowania efektami, mimo siły 
niestosunkowej do pewnych studiów formy i treści — jest tragedią sceniczną, 

budzi zapał w tłumie widzów, jest stworzona do plastycznego życia, a samą 
treścią i przeprowadzeniem pozostawia za sobą Mazepę i Beatrix Cenci.

Po południu u Wacława. L. widziałem z daleka. Nie ma teraz sposobności nawet 
porozmawiać, bo w kościele nie bywa... Smutno, och, smutno!...

19 września. Ma przyjechać Friderici-Jakowicka. Oczekuję z największą 
niecierpliwością czwartku, bo we czwartek ma być koncert.

20 września. Postanowiłem tłumaczyć kilka powiastek z rosyjskiego p. 
Woskriesienskiego; mianowicie: Klasztor Bw. Urszuli i wiele innych. Przyszedł mi 

z pomocą Halik: on sam przetłomaczył kilka stronic; mamy zamiar drukować je w 
„Gazecie Kieleckiej." * Gdybyż się to udało!

Z domu nie było nikogo...
21 września. Dalszy ciąg tłomaczenia powiastki. Po południu spacer z Wacławem i 

Edkiem. W ogrodzie Bilczyński pokazał mi panią Jakowicką. Jakieś uszanowanie 
zdjęło mię na widok tej artystki Polki, której imię czczą aż kędyś daleko! Jutro 

koncert!
Przed wieczorem ze St. Mollem spacerowaliśmy długo pod... oknami Ludwini. Ona 

grała na fortepianie, pan Koczanowicz zaś na klarynecie. Byłem znów rozmarzony 
trochę! Każdy dźwięk muzyki robi na mnie ogromne wrażenie. Wieczorem pisałem 

ćwiczenie: „Charakterystyka Bolesława Chrobrego na podstawie kilku epizodów z 
kroniki Dytmara". Z Historii narodu polskiego Naruszewicza poczerpnąłem wiele 

szczegółów
76

DZIENNIKI, TOMIK I
do owych właśnie epizodów, bo charakterystykę, oparłszy ją na tych epizodach, 

wykończyłem i umieściłem na końcu rozprawki.
22 w r/.e ś nią. Coraz bardziej zaczyna mię zajmować SeMÓ9ovToś 

'A7io[jLVL(jLovLutJiaTQc. * Spotykam tam prześliczne na każdym kroku Sokratesa 
myśli o bogu, o astrologii jako nauce bezmysłej i wiele, wiele tych myśli, 

poloty których pogańskiego filozofa podnosiły aż do prawd religii Chrystusa. 
Każda taka myśl coraz bardziej, zbliża mego ducha do nóg boskiego Zbawcy!

Boże mój, panie mój! umocnij mię, niech zamrę dla świata — byleby tylko żyć i 
karmić się nauką, a nigdy, nigdy nie wyczytać nic takiego, co by mię przeciwko 

Tobie usposobiało, co by od nóg Twych, od podnóży Twojego krzyża odtrąciło. 
Niech na ostatniej stronicy każdego dzieła wyczytam jako punkt kulminacyjny, na 

który nawiniętymi zostały myśli człowieka — Twe imię, panie mój wielki!
Mnie wszystko zawodzi na świecie; wszystko, co świat szczęściem nazywa, kruszy 

mi się w ręce — niech więc przynajmniej nauka nie zawiedzie, niech nie wyczytam 
w niej wyrazu, co najstraszniejszy dla człowieka: zwątpienie!

Wieczorem koncert! * Z jakąże ja niecierpliwością pędziłem nań! I nie zawiodłem 
się. Jak harfa Eola brzmią i łączą się te wszystkie dźwięki, drżą, płaczą, 

krzyczą, jęczą, wyją — a wszystkie się ze sobą łączą i jedne całość stanowią. 
Jak mi się tęskno czy wesoło na sercu zrobiło, gdym usłyszał Dumką 

Sowińskiego... Boże, mój Boże! jakżem ja był wtenczas szczęśliwy! Wkoło mnie 
słychać się ciągle dawały profanow-skie uwagi kolegów; nie wiedziałem co czynić, 

chciałem uciec od tych uwag...JBóg wie, co się tam wówczas w sercu mym działo! 
O, jeden to znowu z piękniejszych dni żywota mojego! Ile wtenczas nasuwa się 

wyobraźni planów, myśli, marzeń! Nie jestem wówczas człowiekiem... czy to więc 
nazywa się natchnieniem?! Cześć ci, Polko mistrzyni! Chwilę, gdym cię

KIELCE, 1882
77

background image

usłyszał, zapamiętałem dobrze! Szczęśliwym, żem zasłyszał tę, której imię, 
której śpiew słychać i pod bezchmurnym niebem Italii! Cześć ci, cześć, Polko! z 

całego serca składam u stóp z tymi bukietami uznania, co się do nóg twych 
sypały. Cześć ci, mistrzyni!...

23 września. Nauka! Dziś, teraz dopiero rozumiem rzeczywiście, czym jest 
rzeczywiście nauka. Dotąd nie rozumiałem jej, a przynajmniej widziałem ją z 

innej strony. Literatur^ i poezja kazały mi zapomnieć o wszystkich innych 
naukach! Ale czy rzeczywiście znalazłem zaspokojenie tej wewnętrznej trawiącej 

gorączki, tego pragnienia czegoś, tego niesmaku, gdym na chwilę zapomniał o 
poezji i literaturze? Boć zapomnieć trzeba było koniecznie. Nawet i taki 

przedmiot dla mnie jak literatura musiał się wyczerpać choćby tylko na chwilę, a 
gdy zapomniałem o nich, gdy się one sprzed oczu mych usunęły, nie widziałem nic 

oprócz czarnej, niesmacznej próżni. Takie zajęcie się sobą umysłowe, 
jednostronne nie miało podstawy, gruntu. Zajmowałem się wyłącznie literaturą, 

inne zaś nauki, nie skłamę, gdy powiem, śmiech szyderstwa wzbudzały we mnie. 
Literatura była dla mnie nektarem, który piłem nierozważnie i stąd urósł 

niesmak. Wszystkimi innymi naukami gardziłem, mówię, a rozumiejąc jako ideał 
jedne tylko me ulubione przedmiota, rosłem w jakąś pychę, rozdętość. Każde słowo 

pochwały mego ukochanego profesora podnosiło mię na skrzydłach pychy nad poziom 
zwykłych śmiertelników — dumny byłem. Dziś — dziś! Za sprawą mej królowej Marii, 

zapewne, w niebiosach, przejrzałem! Zobaczyłem naukę, poznałem, czym ona dla 
człowieka. Nie traktuję jej teraz jako suchych prawideł, ale rozpatrując się 

coraz dalej w jej niezgłębionych tajnikach, zaczynam uczuwać coraz większy 
spokój na duchu, zaczynam pojmować, że nauka to strażnica każdego kroku 

człowieka, że nauka to rozkoszna jakaś kraina, w której błądzisz i nie znasz jej 
rozkoszy, a coraz bardziej postępując, choć kaleczysz nogi i ręce, widzisz w 

oddali po-
,0 DZIENNIKI, TOMIK I

wstające i powiększające światełko, co ci rozwidnia rozkosze kraju tego, ale 
rozjaśnić zupełnie, w całej pełni południa, nigdy nie może, boby ś — oszalał!

, Jakże słodko teraz od suchej  geometrii polecieć  czasem myślą ku Grobowi 
Agamemnona, ku Hymnowi o zachodzie słońca, ku Ojcu zadżumionych. Ach! teraz to 

prawdziwa rozkosz, teraz mi zajaśnia blask tego boskiego ognia,  co  się poezją 
nazywa. /Teraz, gdy oderwę oczy od ulubionych kart poezji, nie ujrzą już poza 

sobą pustej przestrzeni, w której kiedy niekiedy chuć ziemska się przesuwała, 
lecz widzę postać jakowąś o wyjaśnionym pogodnie obliczu, z zmarszczonym czołem, 

a przy niej drugą, młodą, z wieńcem lauru w ręce
i harfą...

Na piersiach jednej napisano: Nauka, a na piersiach drugiej: Poezja. Połączonymi 
zgodnie głosami wołają do mnie: „Pójdź do nas, my rodzone siostry, my cię 

utulim, pójdź do nas!" Matko Mario niebieska, prowadź mię do nich, prowadź!...
Porządek dnia: Rano o 81/a w kościele pod chórem. Spotykam tam zawsze staruszka 

jakiegoś, który, gdy ja przychodzę, klęczy już w kąciku i modli się. Ja mu nie 
przeszkadzam: po cichu klękam opodal, po modlitwie wychodzę, a on dalej 

klęczy... Nieraz stawały mi na myśli, widząc tego starca, typy praojców naszych, 
co tak się cicho modlić umieli na kolanach, choć ośm może krzyżyków na barki mu 

legło! Dziś już nie spotkać pobożności takiej! *
Potem idę do klasy. Po powrocie do domu zaraz do lekcyj, aż do późna. A potem 

pisze się coś, tłumaczy z rosyjskiego, czasem za sprawą Marii wyleję trochę 
uczuć na papier — i oto dzień mój teraźniejszy.

24 września. Historia. Dewiza religii mahometańskiej:
,,La alaha illallahu wahaduhu Ja szaryka lahu". („Nullus

est Deus, nisi unicus, cui non est socius"). * Kochany mój pan
YlELCE,  1882

79
Bem! Czego on nie wie? Spróbuj z nim po mahometańsku — będzie ci ciął jak stary! 

Ach, gdyby to jemu kiedy dorównać!
Grecki: mówiłem z gramatyki — dostałem 34-. Bóg zaczyna wynagradzać mą pracę. 

Dziwne mi czasem przychodzą myśli do głowy: zdaje mi się czasem, że cokolwiek 
staje się ze mną, dzieje się to nie ze mnie samego, lecz działa przeze mnie 

jakaś istota. Cokolwiek działam, źle czy dobrze, działać tak muszę, bo inaczej 

background image

działać nie mogę. Jest to może sposób zagłuszania wyrzutów sumienia, gdy mi ono 
coś wyrzuca. Tak, teraz rozumiem siebie! Gdy coś dobrego zrobię, gdy postąpię 

tak jak należy, nie przypisuję tego tej jakowejść istocie, lecz mówię: Dobrze 
zrobiłem! Gdy zaś postępuję źle, gdy wydarzy mi się coś złego, co jednak wynika 

z mego niedbalstwa, próżniactwa lub w ogóle z mej własnej przyczyny, mówię: Od 
losu się nie wyłamać, nie ja winienem, winien los. Takim sposobem zbywam, zda mi 

się, sumienie.
Po południu byłem z Wacławem u Edka. Pożyczył mi Kraszewskiego Łza w niebie, 

Szaławiła, Podłóż do miasteczka. *
Lza w niebie! jakież to cudne, prześliczne! Ileż tam fantazji poetyckiej, ile 

natchnienia, nie z ziemi pochodzącego! Kraszewski jest poetą! Jakże on 
przecudnie maluje niebo:

Tam panuje cisza — mówi — i spokój wieczny, śród wiekuistego żywota; niezmienny 
byt, byt pełny, byt jedyny, w którym drga wszystko co żyje! Albowiem w 

niebiosach łączymy się z Bogiem: tam całość, tam jedność. Wszystkie barwy 
zbiegły się w jedne barwę niezgasłego światła; wszystkie dźwięki w jeden śpiew 

harmonijny; wszystkie linie w najcud-niejsze kształty, wszystkie myśli w jedne 
myśl żywota wiecznego. Tam każdy pojedynczo żyje we wszystkich, wszyscy w 

każdym; duch wszelki jest .ogółem i jest sobą, a myśl rodzi się jedna wszędzie i 
obie[ga] koło duchów, jak dźwięk rozlewa sią w powietrzu. W pośrodku niebios 

króluje Bóg! Wśród uroczystego milczenia słychać powolną harmonią, zawsze jedną, 
coraz inną, będącą jakby oddechem żywota niebieskiego. Ta pieśń złożyła się z 

tysiąca, a brzmi jednogłośnie.
DZIENNIKI, TOMIKJ

l________________________
I coraz dalej, zda się rozkoszując się tym swoim niebem, krysli nam jasne jego 

obrazy! Szczęśliwy być musiał, gdy to pisał! Dalej, gdy mówi o losie łzy anioła 
przemienionej w anioła i spadłej na ziemię, gdy ta zwróciła się do nauki:

Wielkie, bezbrzeżne jest nauki morze, a przepłynąć je bezpiecznie ten tylko 
potrafi, kto sią na nie puszcza ze światłem, co je przyniósł z nieba. Ci, co je 

zgasili w sobie, płyną bijąc sią z falami, a nigdy nie ujrzą brzegu, chyba je 
wiatry nań wyrzucą.

Cudna to, cudna fantazja!
25 września. Cały dzień prawie byłem w domu ucząc się.  Nad  wieczorem   

spacerowaliśmy   trochę  z  Wacławem, a później udaliśmy się na koncert p. 
Jakowickiej. Znów kilka godzin jaśniejszych w życiu moim! Śpiewała 4 akt Halki, 

Ży- < dówkę, * Marzenie dziewczyny Żeleńskiego i po raz drugi słyszaną przeze 
mnie Dumkę Sowińskiego:

Gdy tak serce rozpacza, Lutnio moja tułacza, Dzwoń mi piosnką, dzwoń!
O tej cudnej krainie,

Gdzie szeroko Dniepr płynie!...
O dzięki ci, stokrotne dzięki, mistrzyni, za tę dumkę! Tylko ten, co sercem 

zrozumiał ją, oddać ją potrafić może tak, jak ty ją oddałaś! Tylko talent 
prawdziwy tak serce rozkołysać może, jak ty moje rozkołysałaś tą piosnką! Dałaś 

mi w życiu mym jedne godzinę jaśniejszą, a za nią ci cześć, cześć, 
mistrzyni!!... /   Rozmarzony długo jeszcze po koncercie błądziłem po ulicach,

nie mogąc sobie znaleźć miejsca! Ciasno mi było wszędzie,
aż w końcu krew oełiłódła i przyszedłszy do domu wziąłem

się do — algebry! /
KIELCE, 1882

26 września. Rano czytałem powieść Kraszewskiego pt. Szaławiła. Oprócz zręcznie 
przeprowadzonej intrygi osobli-wszego nic tam zauważyć się nie da. Więcej  

interesującą, a przynajmniej pewną dążność zawierającą, jest pomieszczona w 
tymże tomie bajka pt. Droga do miasta. * Myśl wielka, a mianowicie stosująca się 

do posłuszeństwa względem starszych i rodziców, ukryta jest w formie bajki. Całe 
życie człowieka lekkomyślnego przeprowadzone jest pod obrazem nieposłusznego 

radom ojca młodzieńca. Tak jak chłopiec ten, i człowiek — wtenczas, gdy pozna, 
że od świata nic oprócz szturchańców, obrzucenia błotem, kradzieży, szyderstwa, 

nie dostanie nic, zwraca się dopiero do kościoła i dzwoni do miłosierdzia — 
Boga.

background image

Na lekcji religii opowiadałem o rozszerzeniu pierwiastkowego Kościoła, 
mianowicie o działalności św. Pawła. Mówiłem dobrze, zdaje się, że dostałem 4. 

Mówiłem też i z łaciny i dostałem — 2. Sprawiedliwie, bardzo sprawiedliwie, bo 
wczoraj uczyłem się tylko religii i greckiego, o łacinie zaś nie pomyślałem 

nawet. Jak Bóg sprawiedliwy! Za to, że uczyłem się —
dostaję dobry stopień!

/ Dziś już nie będę obwiniał „losu", że „od niego się nie 'wyłamać", winienem 
sam — sam cierpieć muszę.

Dawno już nie widziałem Ludwini. Raz tylko z daleka przez okno — słyszałem, jak 
grała przy akompaniamencie pana Koczanowicza na klarynecie.

Dziś pożyczam od A. Czarneckiego Listów protestanta o katolicyzmie w polityce i 
społeczeństwie przez Lorda Fitz-Wil-liama (tłomaczenie z francuskiego Adama 

Morawskiego). *
6 — Dzienniki t. I

DZIENNIKI, TOMIK I
l_______________________

Rano udają się do kościoła, potem po nauczeniu się lekcji idę do Wacława i z nim 
razem idziemy do p. Bema. Bawiliśmy tam ze dwie godziny. Poczciwy profesor! o 

czym on nam nie mówił! Pożyczył mi do przetłomaczenia tomik wydania Hanki 
Wacława pt. Rukopis Kralodvorsky i jine spevopravne bdsne slovne i verne v 

póyodnem starem jazyku (yydane jedenacte VacesJava Hanky v  Prazej *. Chciałbym  
jak najdokładniej przetłomaczyć coś z tych zajmujących pieśni lirycznych!

Wracając od p. Bema spotkałem się z ojcem. Ukochany mój tatko! Tak go już dawno 
nie widziałem! Odjechał dopiero

o szóstej.
Po odjeździe ojca dowiedziałem się, że jest do mnie odpowiedź w „Tygodniku Mód" 

na przesłane niedawno wierszyki pt. Anioł stróż, Brzoza płacząca itd. * Jak 
zwykle nie przyjęte, ze słusznych zresztą powodów. Dziwi mię tylko to, dlaczego 

p. Gregorowicz pisał do mnie wpierw list, jakby sąd ogólny o mych wierszach, a 
teraz znów tak szczegółowe daje odpowiedzi. Nic już chyba z mych wierszy nie 

będzie pomiesz-czonel
Wieczorem  tłomaczyłem  w   dalszym   ciągu  Klasztor   Sw. Urszuli do godziny 

11. Gdyby mi się choć to udało. Gdybym to mógł dobrze to przetłomaczyć. Po 
przetłomaczeniu tego biorę się do zaczętego tłomaczenia Sejmu grodzieńskiego. * 

28 września.   Lekcja   druga   —   historia.   Wskazówka p. Bema, co się tyczy 
poety mahometańskiego Firdusi. Józef Kowalewski, znakomity nasz orientalista, 

mówi pan B., wskazał, że poeta ten nie nazywał się, jak go zowie p. Iłowajski, 
Firdusi, lecz Firdehsi. Wskazówka ta przyjętą być powinna. * Wczoraj   jeszcze  

skończyłem Listy  protestanta   o  katolicyzmie. Główną osią dziełka tego jest 
zastanawianie się autora

ELCE, 1882
83

nad zniesieniem klasztorów jako krzewicieli oświaty; wykazuje szkody, jakie 
każde społeczeństwo, kraj każdy, mianowicie zaś Anglia, poniosły po zniesieniu 

klasztorów. Przeważnie zastanawia się on nad Anglią. Wykazuje skutki postępków  
-Henryka VIII, wykazuje stan wszystkich krajów reformowanych po wyrugowaniu z 

nich katolicyzmu, jednym słowem — stawia katolicyzm jako punkt kulminacyjny, 
jako oś, około której nawija się szczęście, bogactwo, spokój i wielkość krajów. 

Przytacza na to dowody; wykazuje, że żadna z najpotężniejszych monarchii 
starożytności nie wyrównała pod względem długotrwałości żadnemu z państw 

katolickich Europy. Wykazuje na koniec błędy religii reformowanych, pod względem 
szczególniej  przyjmowania  Najświętszego  Sakramentu i sakrament ten nazywa 

bodźcem, zmuszającym każdego człowieka do religijnego porządku.
29 września. Mówiłem z algebry. Przed zaczęciem lekcji jakby przeczuciem jakim 

wiedziony pomodliłem się do Matki Najświętszej. Pan Szperl wyrwał mię. Stojąc 
już przy tablicy westchnąłem do mej Matki — i poszła lekcja wybornie. Być może, 

iż jest to jakiś zabobon, ale teraz tak stale wierzę w opiekę mej matki nade 
mną, że nikt mię z tego toru zbić nie może.

Wieczorem po dawnym niewidzeniu rozmawiałem trochę przez okno z L.; ma wyjechać 
do Suchedniowa albo brać tutaj korepetycje od pana Bema; ach! jakby to dobrze 

było!

background image

30 września. Czytałem, a raczej przeglądałem w dzieciństwie jeszcze czytaną 
powieść pt. Czarne diamenty — Jokaia. To powieść w całym tego słowa znaczeniu. 

To połączenie wszystkich nauk w najśliczniejszą treść powieści. Iwon czy to nie 
prototyp człowieka? Czy nie takim człowiek być powinien? Ile on wyświadczył 

dobra ludzkości gasząc pożar kopalni węgla! — Tak, ale to ideał fantazji poety! 
Takich ludzi nie ma na świecie! Śliczna myśl zawarta jest w rozdziale 

,,Apoteoza":
g

84 DZIENNIKI, TOMIK l
Ten, co wszystko stworzył, jedną ręką zmazał z powierzchni ziemi piękny świat, w 

którym węgiel kamienny zieleniał jeszcze dziewiczymi lasy, a praszczur słonia, 
mamut, królował bezpiecznie — a drugą zaludnił ziemię plemieniem, co się rodzi 

„nagim na nagiej ziemi" i któremu jako jedyny położył przykaż:
„Tyłem ja stworzył, ty twórz dalej".

I człowiek dalej też przeprowadza dzieło Boże! To mu jest nagrodą. j  A przy tym 
pozostaje zawsze człowiekiem. To jego pociechą. Bo być ^ Bogiem to myśl, co 

ścina krew lodem. Wiedziały to już bóstwa klasycznej starożytności i, ilekroć 
mogły, zstępowały z Olimpu, by czuć, kochać i boleć ludzkim sercem, l Bóg  

Starego Testamentu wziął w Nowym na siebie postać Boga-człowieka. Duch ludzki 
nie może sobie wyobrazić Boga bez twarzy ludzkiej i ludzkich uczuć. Nawet gwebr, 

co się modli do słońca, maluje to słońce z rękoma i nogami wędrujące po 
niebieskim   przestworze.   Bogowie   szukają   antropomorfozy; czemuż   więc   

ludzie   szukają   apofeozy?   Cóż w tym widzą tak dobrego? Cóż to ponętnego, 
gdy komuś powiedzianym:

Kochaj wszystkich, kochaj świat cały, ale nie miej nikogo, którego byś ukochał 
wyłącznie, nikogo, do którego ty tylko miałbyś miłości prawo. Czyń  dobrze  

tysiącom,  ale  niech  ci  sława wystarczy;   słuchaj,   jak  cię każdy wielbij 
przyjmuj wieńce, którymi obrzucają twój tryumfalny rydwan, bądź bogatym — ale 

nie miej uśmiechniętej twarzy u twego  stołu, nie posłysz nigdy szczebiotu 
dziecinnych głosików, witających cię na progu domu, nie przyjmuj nigdy z 

ukochanej ręki fiołka, by go zatknąć w dziurkę od guzika.
Zbieraj wieńce od całego świata, choćby ci się pod nimi udusić przyszło — ale 

nie otrzymasz nigdy jednego kwiatka od jednej istoty.
Tysiące przesyłać ci będą od ust pocałunki, ale żadne usta nie dotkną cię nigdy 

rzeczywistym miłości pocałunkiem. Niechaj cię obsypie deszcz złocisty, ale 
niechaj się nikt nie dowie, żeś spragnion jednej  jałmużny, jałmużny miłości, 

miłości co jest udziałem nędzarzy, robaków żyjących w prochu, ale której 
odmówiono tobie. Ten nędzarz idzie w dzień świąteczny z dalekiej przechadzki 

pieszo do domu i na ręku dźwiga swe dziecko, co znużone zasnęło w drodze, 
podczas gdy ty go mijasz w bogatej karecie. Wita cię, boś ty wielkim, znanym, 

znakomitym, a on prostaczkiem. Ty mu na pokorny ukłon odpowiadasz łaskawym głowy 
skinieniem, boś ty bogacz, boś sławny — ale w sercu ty jemu zazdrościsz, a on 

nie zazdrości tobie! *
l  października. Wieczorem tłomaczyłem z Rękopisu KróJodworskiego — poemacik pt. 

Zbyhoń, piosenką liryczną
85

pt. Opuśtena, Skrivanek, Piseń pod Yyśehradem. Najlepiej chyba udało mi się 
tłomaczenie piosenki Opuśtena. Tłomacze-nie powiastki Klasztor Sw. Urszuli — już 

skończone.
2 października. O godzinie 8 rano byłem u spowiedzi w kościele Sw. Wojciecha u 

księdza Domagalskiego. Nigdy jeszcze święty ten obrządek nie wywarł na mnie 
takiego wrażenia jak dziś! Szczęśliwy jestem, jak tylko człowiek ze spokojnym 

sumieniem szczęśliwym być może!...
Po południu Wacław dał p. Bemowi tłomaczenia z czeskiego.

3 października. Odpowiedź udzielona mi przez p. Bema po rosyjsku w gimnazjum: 
„IlepeBOAŁi BauiM ne yAOBJieTBOpw-TejiŁHBi. Jlynuie BCCBO nepese^ena necnb: 

Opuśtena są MCKJIIO-neHMeM BTopoił CTpodpbi." * Sam czuję nieudolność tych 
tłoma-czeń, gdy porównam je z tłomaczeniem nawet Zaleskiego, choć tamte nie 

uważane są wcale za wzorowe. Nie miałem słownika i kierowałem się tylko rozumem, 
nie mogło więc nic dobrego się wywiązać.1

background image

4 października. Po południu przyszedł do mnie Wacław i wyciągnął na miasto, choć 
jeszcze nie umiałem historii. Za-ledwo wyszliśmy — spotykamy L. Nie mogłem już 

wrócić! Tym bardziej, że przyszła z pp. Saskimi do ogrodu. Bawiłem tam aż do 
godziny 71/2. Wieczorem przepisywałem sobie ze starych kajetów zrobione jeszcze 

w klasie czwartej i piątej notatki ze stylistyki i literatury, dyktowane przez 
pana Bema. Chciałbym zebrać razem całą pakę zasad i poglądów na polach wyżej 

wspomnianych, wygłaszanych przez pana Antoniego Gustawa, aby po ukończeniu, da 
Bóg doczekać, klasy ósmej sformować z nich jedne, harmonijną całość. Bądź co 

bądź będzie to praca dosyć ważna. Postaram się wypełnić ją przykładami i 
definicjami, mogącymi ułatwić zrozumienie całości.

1 Tu wycięte dwie kartki nie zapisane.
DZIENNIKI, TOMIK I

i
5 października. Dałem Edziowi do przetlomaczenia Ru-kopis Kidlodvoisky. Chce on 

z porady pana Bema przetłoma-czyć Rdze, Snem lub coś podobnego rodzaju.
Widziałem w ogrodzie L., ale z daleka, bo nawet się nie

ukłoniłem.
Czytałem w ,,Bibliotece Warszawskiej" wyjątek z powieści

Eleonory Sztyrmer Frenofagiusz i Frenolesty. * Tu, gdzie te kartki łączą swe 
ramiona I obraz stawią niezłomnej przyjaźni, Myśl moja w kraje marzeń zaniesiona 

Zbierała słodycz z kwiatków wyobraźni.      v~-
Ludwika Borkowska, dnia 8'września 1882 r.1

Dwie osobistości zwiedzają szpital i spotykają tamże w celi pod numerem IX osobą 
zupełnie zdrową i rumianą. Jedna z tych osobistości zdziwiona jest takim zdrowym 

stanem chorej, wtenczas druga, marszałek, zapytuje:
— Co znaczą łzy płynące po twarzy?

— Rozumie się, że żal — odpowie drugi.
— Więc kto kochał matką i stracił ją, ten płacze?

— Niezawodnie!
— A jeśli ją więcej kochał jak drugi?

— To więcej jeszcze płacze.
— A jeśli ją więcej jeszcze kochał?

— To jeszcze więcej płacze.
— Otóż widzisz, że nieprawda! — zawołał marszałek — wtedy człowiek   nie   

płacze,   ale   stoi   nad   trupem   z   wytrzeszczonymi  oczyma, które nic nie 
widzą,  z głową pełną  dum, która   o   niczym   nie   myśli,   i   sercem   

pełnym   tysiąca uczuć,   które   jednak   czuje   jeden   tylko   wielki,    
głęboki,   wszystkie   inne   uczucia   pokrywający   żal!   Wtedy    człowiek   

stoi    jak    słup    albo    leży    jak    kamień, i   gdyby   nie   był   
człowiekiem,   to    jest   istotą,   którą nic  długo  nie  zajmuje,  umarłby  

z  tego  żalu.
— No! — a jeśli człowiek jeszcze więcej kochał matkę?

— A, to już nie wiem, co może robić.
— Co? mój łaskawco? — czy nie wierzysz? Wtedy człowiek się śmieje.

1 Wcześniej przez Ludwikę wpisany czterowiersz ujęty jest w ramką, po nim 
dopiero następują cytaty z powieści Ludwika Sztyrmera.

87
— To być nie może!

— Może być, mój przyjacielu! — Człowiek istotnie się śmieje i klaszcze w dłonie, 
śmieje się znów i tańczy wokoło trupa: ale nie jest to śmiech i taniec balowy, 

nie tak on klaszcze w dłonie jak wy, kiedy uwielbiacie pas de deux jakiej 
baletniczki — o, nie! Jest to śmiech i taniec, i bicie w dłonie, na widok 

których krew ci zlodowacieje w żyłach i śmiertelny pot wystąpi na czoło. Jeśli 
czytałeś Hamleta, to pojmiesz mnie!

Dalej opisuje, jakim sposobem Frenolestes (złodziej rozumów) pozbawił ona 
nieszczęsną rozumu. -Alma była piękną kobietą, miała ośmioletniego syna. Razu 

jednego będąc na przechadzce spotkała kulejącą kobietę, która wiozła na sankach 
obraz jakiś. Kobieta ta, którą był Frenolestes, prosi Almy, aby kupiła obraz. 

Alma kupuje i odsyła do domu. Po powrocie do domu znajduje obraz zawieszony już 
na ścianie.

background image

Obraz przedstawiał scenę męczeństwa pierwszych chrześcijan: na obszernym placu 
okolony ludem i liczną strażą stał prokonsul rzymski, olbrzymiej postaci z 

surową twarzą, a przed nim kilku chrześcijan średniego wieku i maleńki chłopczyk 
przeznaczony na katusze. O, jakże blada, przestraszona   i   ściągnięta   

przeczuciem   boleści   była   twarz   tego   biednego dziecka!...   Rzekłbyś,   
że  malarz   niezawodnie   płakał   i   często  przerywał swoją robotę, kiedy 

charakteryzował tego aniołka; jednakże była na tym płótnie  twarz  druga,  
nierównie  na większą  zasługująca  uwagę —  twarz matki tego chłopczyka, która 

z załamanymi rękoma przedzierała się przez tłum i straże na ratunek swego 
dziecka i schwycona od żołdaków stanęła na miejscu, jakby wrosła w ziemię. Na 

tej twarzy zdało się, jakby zatrzymał się w pędzie szalony uragan 
najboleśniejszych macierzyńskich uczuć i wpiętnował w nią wszystek żal, strach i 

rozpacz, które z serca zionęły do  głowy. Patrząc  na  nią  powiedziałbyś,  że 
tu  życie nagle zamarło  we wszystkich rysach, że tu skonała wszelka nadzieja i 

zachwiała się wiara nawet w niebo!... O, wierz mi, wypędzlować taką twarz i nie 
umrzeć pod brzemieniem takiego pomysłu — albo  nie  oszaleć — mógł tylko 

Frenolestes!
Alma zemdlała, gdy spojrzała na obraz, bo chłopczyna, skazany na śmierć, był to 

żywy portret jej syna. W krótkim cza-
DZIENNIKI, TOMIK I

się władza dowiedziała się, że Alma zabiła swe dziecko. Wysłano do niej lekarza; 
Alma rozmawiała najprzyzwoiciej, dopóki lekarz nie wspomniał jej o synu.

Wtedy ożywiła się jej twarz, obłąkana radość strzeliła z jej oka, zbliżyła się 
do doktora i rzekła: — Muszę WPanu opowiedzieć, jak szczęśliwie wybawiłam mego 

synka od męczeńskiej śmierci. Jutro Rzymianie mieli go ukrzyżować! A czy 
pojmujesz WPan okropność tej męki? Wiesz-li, że sam Chrystus błagał Ojca 

niebieskiego, ażeby ten kielich od niego odwrócił! że siedem mieczów boleści 
przeszywało  serce Matki,  gdy pod krzyżem stała? Ja modliłam się do Matki 

Boskiej i Matka zlitowała się nad matką! Powiedziała mi, że zachować go nie 
podobna, ale można mu skrócić męki. Domyśliłam się natychmiast, co to znaczy. O! 

dla  matki  nie  masz zagadek   na   świecie,   kiedy   chodzi 'o   los   
dziecięcia, ona rozwiąże najszczytniejszy węzeł gordyjski.  Wzięłam kamień do 

ręki... rozumiesz WPan? Trzymałam go pod chustką, ale długo nie mogłam wykonać 
swego zamiaru, bo dziecię me stało przy mnie i patrzyło mi w oczy. Czas upływał, 

nareszcie słucham, aż tu Rzymianie idą już po wschodach!... Co tu począć? co tu 
począć, o Boże! — myślałam sobie, a oni go natychmiast schwycą, jeśli ich nie 

uprzedzę. A chłopczyna ciągle patrzał mi w oczy, uśmiechał się do mnie i tak 
mile szczebiotał, że aż mi się serce krajało z rozpaczy. Nareszcie przyszła mi 

myśl szczęśliwa: dziecię moje, rzekłam mu, pograj  sobie w piłkę! — i dobry, 
posłuszny mój synek zaczął natychmiast biegać z piłką po pokoju. Chodziłam koło 

niego z kamieniem pod chustką, nieodstępna jak cień — bo Rzymianie byli już w 
przedpokoju — śledziłam wszystkie jego poruszenia, starając się zajść mu w tył, 

ażeby nie mógł patrzeć w me oczy, schwyciłam moment...  i  jednym uderzeniem w  
ciemię wybawiłam  go  od krzyżowej męki! Ledwie padł na ziemię, weszli Rzymianie 

do pokoju, ale cha, cha, cha, cha, cha! było już za późno!...
O! biedna, nieszczęśliwa kobieta, pomyślałem sobie; gdyby jej wrócić rozum, 

oszalałaby na nowo, dowiedziawszy się, co zrobiła!... Okropniejszej wariacji nie 
można sobie wystawić!

Czytałem wieczorem ZameJt kaniowski Goszczyńskiego. Znów popadłem w tę chwilę, 
co ją natchnieniem zowią. Obleciałem kilka ulic, przeszedłem koło kościoła Sw. 

Wojciecha, pomodliłem się tam ukląkłszy i powróciłem do domu.
KIELCE,  1882

89
6 października. Rano widziałem w kościele L. Gdy potem wychodziłem spod chóru — 

już jej nie było. Mówiłem z greckiego — znów poleciłem się przed lekcją 
Najświętszej

i dostałem 3.
Na łacinie dostałem od A. Czarneckiego maleńką kartkę z imaginowanym monumentem 

Homera. Śliczne on ma pomysły!

background image

7 października. Znów dwa rysunki od A. Czarneckiego. Przed wieczorem widziałem 
L. W ogrodzie byłem do godziny 8. Wieczorem przepisywałem literaturę ze starych 

kajetów.
Czytam Margiera * Zajmujące nader sytuacje i ten wiersz Syrokomloski 

nieporównany, a tyle uczucia. Przy końcu pierwszej księgi wiersz następujący:
O, duszo ty młoda!

Miękkość twoja każdemu wrażeniu się poda. Czemuż pieczęć na tobie kładą na 
przemiany Dziś  Pańscy  aniołowie,  a  jutro  szatany?

Czyż nie mógłbym użyć tego wiersza za dewizę mojego serca? Tak, to ja, taki sam; 
dziś z aniołami — jutro z szatany!...

8 października. W kościele Świętego Wojciecha L. nie było. Po południu widziałem 
się z Józefem Trepką i poznałem jego żonę.

9 października. Przeczytałem do końca Margieia. Nie ma tam tego, co u 
Krasińskiego, Słowackiego i Mickiewicza spotykamy: polotów natchnienia, 

podnoszącego się aż do natchnionego proroctwa, nie ma tak genialnych pomysłów, 
lecz jest takie jakieś serdeczne ciepło, jest rym taki, są obrazy takie, co cię 

muszą za serce pochwycić i zmuszą do serdecznego temu naszemu nadniemeńskiemu 
lirnikowi oklasku. W nocy od 8 do l pisałem ćwiczenie polskie pt. „Włady-

91
sław II i Mieczysław III Stary — dwie pokusy samowładcze w rodzinie Bolesława 

Krzywoustego". Zdaje mi sią, że się wywiązałem zeń należycie, lecz zawsze tak 
bywa, że co ja uważam za najgorsze, po większej części doskonałym bywa, co ja 

zaś za dobre uważam, nie ma żadnej wartości.
Chciałbym przetłumaczyć jaką dumkę Szewczenki,  poety ukraińskiego. Sliczneż bo 

są niektóre, np. ta:
Dumy moi, dumy moi

Licho mene z wami — Czemu stali na papieri Sumnymi nadany? Czom was witer nie 
rozwijaw

W stepu, jak pilinu Czom was licho nie prispało Jak swoju dętymi?... *
• ~    lOpaździernika. Lekcja polskiego; opowiadałem napisane   wczoraj   

ćwiczenie.   Wieczorem  Tadeusz  Radzikowski opowiadał mi o losie jednego ze 
swych kuzynów, który będąc już na czwartym kursie medycyny dostał pomieszania 

zmysłów — z głodu. Snuły mi się zaraz przed oczyma kontury dawno już marzonej 
przeze mnie powieści pt. Powiastka bez tytułu. Chciałbym wystawić tam los poety, 

chciałbym zbić niejako wszystkie me o przyszłości marzenia w jedne powieści 
całość. Ale mi się to nie uda. Z marzeń moich, gdy je wylewać zechcę na papier, 

nie pozostaje nic jeno motyl, gdy mu zetrzesz barwy z jego skrzydeł; zamiast 
cudnych barw, zostaje jakaś bezbarwna, bezwonna masa, która przypomina trochę 

zaledwie te jasne i plastyczne postaci, jakie widzę wyraźnie, gdy do pisania się 
biorę. *

11 października. 2 i 3 godzinę lekcyj mieliśmy wolną. Byłem podczas nich w 
kościele na eksportacji rejenta Szcze-panowskiego; wszelkie widoki tego rodzaju 

robią na mnie ogromne wrażenie.
12 października. Z historii dostałem 4. Mówiłem z powtórzeniem o Pepinie 

Krótkim, Bonifacym Świętym (755), Grzegorzu I Wielkim i wielu innych. Kontent 
jestem, że nie zawiodłem pana Bema.

Coraz bardziej zaczynam rozkochiwać się w historii. Jest to nauka niezgłębiona! 
Ona  sama,   sama jedna może  zastąpić wszystkie inne na świecie, ale trzeba się 

do niej rzucić, zagrzebać się pod jej pył wiekowy, utonąć w niej całym sercem! 
Człowiek wówczas staje się z historyka filozofem, bo tysiące wypadków, błędy 

rozumu ludzkiego, jego zdobycze, jego rozwój i jego zezwierzęcenie nieraz muszą 
z człowieka koniecznie zrobić filozofa. Już czym się zajmuje mój ukochany 

profesor, musi być zajęcia godnym.
13 października. Polski. Pan Bem, przesłuchawszy kilkunastu moich kolegów, 

zwraca się do mnie i mówi: „Panu mogę postawić stopień bez pytań" i stawia mi 
celujący.

Boże mój, Boże! jakże ja muszę pracować, aby tej jego ufności położonej we mnie 
nie zawieść! Tak i do grobowej deski trzeba tak żyć i tak pracować, aby nie 

zawieść nadziei mego prototypu profesora. Dziś ośmielę się powiedzieć, niech kto 
chce i jak chce o mnie sądzi, że go kocham!

background image

Dawno już temu, bo w czwartej jeszcze klasie, pisałem coś w rodzaju pamiętniczka 
i wspomniałem tam o tym już dawniej odczuwanym uwielbieniu dla pana Bema. Razem 

z innymi i  to  doszło  do  rąk profesora.  Powiedział mi  on  wtenczas, o! 
dobrze pamiętam, co mi powiedział: „Mógłbym pochwałę wynurzoną dla mnie w 

pamiętniczku pańskim uważać za pragnienie przylizania mi się, bo piszesz pan 
pochwałę dla mnie i podajesz mi ją". Dziś niechby mi tak powiedział! Niechby 

powiedział. Przyjąłbym to i zmilczałbym — niechby co chciał on i cały świat 
powiedział: kocham go, uwielbiam jak profesora i jak przyjaciela, jak mi się, w 

czasie jednych moich odwiedzin   nazywać   pozwolił.   Takiego   przyjaciela   
żaden uczeń nie miał w profesorze! Bóg tylko chyba, co mię na wiel-

J
92

DZIENNIKI, TOMIK I
kiego człowieka wyprowadzić pragnie, postawił mi na drodze życia taki 

drogowskaz! Profesorze mój! Chyba śmierć wydrze mi z serca uwielbienie, jakim ja 
dla ciebie na wieki, na wieki przejęty jestem! *

Wczoraj przeglądałem powieść Kraszewskiego pt. Sfinks. * Znów mi krew w żyłach 
zawrzała. Znów zapłakałem nad dolą Jana! Boże! Boże! wszystko co szlachetne, co 

piękniejsze i wznioślejsze nad ten stary szyderski świat, cierpi tak boleśnie! 
Trzeba być mistrzem, ale tego wyrazu za mało — trzeba być Kraszewskim, żeby 

napisać Sfinks! Trzeba być Janem, trzeba cierpieć, ażeby tak dolę jego opisać. A 
dziwny ż ten doktor Fantazus?Co to za postać? Jak rozumieć te na przykład słowa:

Świat przeszły jest, jako był, żyje! Ja to wiem. Każdy, kto do niego znalazł 
drogę, może tam pójść i zajrzeć. Żadna chwilka nie zapadła w nicość. Co żyło, 

żyje może trwałej niż to, co się jeszcze dziś przerabia i co zowiemy dzisiaj 
życiem. Prorok zagląda w przyszłość, prorok może być i w przeszłości, albowiem 

wszystko, co było, co jest i co będzie, jednym tylko jest opisać można. W środku 
tego nieruchomego czoła przebiega czas, który z wysoka nieporuszonym się zdaje, 

z bliska pędzi szybko!
Co

znaczy Sfinks? oto jak go Fantazus określa:
.. Sfinks to symbol całej ery pogańskiej. Twarz prześliczna znaczy pojęcie 

piękności, uczucie wdzięku materialnego, cześć kształtów i formy, skrzydła 
znaczą poetyczną tej epoki wzniosłość, filozoficzne jej marzenia; ciało 

zwierzęce jest to brak ducha. Sama postać, samo monstrualne połączenie dwu natur 
mówi ci wyraźnie, że starożytność czyniła po trosze z człowieka bydlę. Od 

Chrześcijaństwa dopiero zaczyna się człowiek-duch!
Jan, Jan — ideał artysty! Czy oni wszyscy tak natchnieni, czy oni wszyscy tak 

cierpią? Mój Boże, jak nie zapłakać nad dolą biedaka? Cierpiał on w wysokim 
stopniu, cierpiał jak człowiek-artysta, poeta duchem wysoko natchniony cierpieć 

może dopóty, dopóki „nie pokrył kapturem dumnych myśli, nie posypał popiołem 
zgasłych nadziei — na wieki!" Gdy wstąpił pod dach klasztoru, gdy wstąpił do 

celi klasztornej, gdy z heretyka i niedowiarka wrócił na łono Boga —
KIELCE,  1882

93
Nieprędko ciężki smutek zszedł mu z czoła rozchmurzonego — ale zszedł nareszcie! 

Wiara i modlitwa uzdrowiła go, spokój zamieszkał serce, a jasna pogoda otoczyła 
oblicze. Wesele ziemskie, cielesne, co przypada nagle i odbiega niedognane, za 

którym idą łzy i rozpacze, nie zajrzało do niego więcej j ale przyszło owo inne 
wcale, stałe, nieprzełamane niczym i trwające w sercu chrześcijanina, który 

pogląda tylko na niebo i idzie ku niemu powolnie!
14 października. Dziś skończyłem lat ośmnaście! Lat ośmnaście przeżyłem i cóż 

dobrego zrobiłem na świecie? Szyl-ler w ośmnastym roku napisał Zbójców, a ja? 
Czy napisałem co, co by godnym było imienia utworu? Mój Boże, mam lat ośmnaście, 

jestem w wieku, gdy wszyscy go zazdroszczą, w złotym wieku, w pełni siły marzeń, 
jestem młodzieńcem i cóż mi zostanie ze spędzenia tych lat? Och! oby tylko nie 

wspomnienie chwil na próżno zmarnowanych, oby tylko nie pozostała mi przeszłość 
smutna! Wśród serc bijących szczęściem, marzeniami niezaćmienionymi prozą życia, 

sam z sercem gwałtownie bijącym, jakżem szczęśliwy!
Ile ja przez te lat ośmnaście przeżyłem! Najpierw dzieciństwo pod okiem matki, 

potem wstąpienie do gimnazjum, potem śmierć matki, potem poznanie pana Bema, 

background image

potem zwrócenie się do poezji i literatury, poznanie się z Edkiem, Hali-kiem 
itd. To przeszłość, a gdzie i jaka przyszłość? Gdzie? — Może na laurach, a może 

w zapoznaniu, może w nędzy, a może w niedalekiej mogile? Ha! bądź co bądź z 
drogi, jaką mi los wytknął, nie zwrócę się nigdy.

15 października. Na mszy rano w naszym kościele śpiewał solo Oktawian Bilczyński 
psalm pokutny:

O Panie, co losy ludzkości
Dzierżysz w dłoni Twej, Stających na brzegu wieczności

Do łona przygarniać chciej!..*
m

94
DZIENNIKI, TOMIK I

Podobało mi się to bardzo, ale koledzy moi!... Co tylko piękniejsze, co 
wznioślejsze, wzbudza w nich zazdrość i krytykę naturalnie. Ale cóż to za 

krytyka? Jednemu nie podoba się jego postawa, drugiemu — roztwieranie ust itd. 
Śpiewa ładnie, a głównie to, że śpiewa z uczuciem.

Wieczorem byłem u pp. Czaplickich. Byli tam: Moll, Radzi-kowski, Piaseccy, 
Węgliński i Czaplicki. Śpiewano rozmaite rzeczy; a potem zmuszono mię do 

deklamowania. Rzadko tak dobrze jak wówczas deklamowałem. Mówiło się: Hymn o 
zachodzie słońca Słowackiego, Czarny szal Ujejskiego, * Powieść WajdeJoty 

Mickiewicza, z Ojca zadżumionych Słowackiego. Im więcej osób mię słucha, tym 
lepiej deklamuję.

16 października, poniedziałek. Przeglądałem dawniej czytaną powieść 
Kraszewskiego pt. Powieść bez tytułu. * Znów beczałem! Ale bo jak nie płakać na 

widok takich obrazów, co "zda się mówią do ciebie! Sam znajduję się w takim 
samym jak Szarski położeniu, gdy więc to czytam, zdaje mi się, że swój życiorys 

i że swą przyszłość czytam. Cała ta powieść wysnuta, jak sam autor mówi, z 
wyobraźni jedynie, a jednak musi tam być trocha krwi z własnego autora 

rozranionego serca. Niepodobna nie cierpieć z Szarskim, gdyby się nie zrozumiało 
dawniej tych bólów niepojętych dla profana, bólów poety.

Oto jak określa stanowisko, powołanie i los poety pierwszy Szarskiego na drodze 
poezji drogowskaz, profesor literatury w gimnazjum:

Poeta długo się i pożywnie karmić musi, nim światu zaśpiewa... Ciężka to rzecz 
stanąć przed ludźmi i poruszyć ich serca, zmuszając szyderców do współczucia; 

świat nie poddaje się łatwo, a depcze ochoczo. Ciężka to droga — cierniem 
wysłana, zarzucona skałami... trudno być pierwszym a nie wolno drugim i drugim 

nie warto. Musisz być u szczytu lub spaść w otchłanie na długie męczarni e... 
lepiej nie myśleć o poezj i... Każdemu prawie młodemu zalśni coś w głowie, 

zakołacze coś w sercu i chciałby śpiewać,
KIELCE, 1882

95
ale gdy przyjdzie z pieśnią pójść przed ludzi, zabraknie myśli i słowai O! 

pracować potrzeba, pracować nawet tym, którym Bóg dał wiele od razu, a tym 
więcej może. Nic bez pracy, dziecię moje! wszystko się nabywa w pocie czoła, w 

serca pocie. Pamiętaj! A po wiekach, które nas poprzedziły, po wieszczach, 
którzy im śpiewali, po arcydziełach, co nas karmią tchnąć życiem przeszłości, 

którego są najwyższym wyrazem, jakże to wiele potrzeba, ażeby ośmielić się 
stanąć na scenie, ująć lutnię i zwołać ku sobie słuchaczy! Ten tłum, któremu 

śpiewać będziesz, składa się z tysiąca ludzi, a każdy z nich przychodzi inszym, 
a dla nich wszystkich jest pieśń jedna! Musisz skrępować ich, pociągnąć, 

przekształcić, zmusić, ażeby weszli w ciebie i poszli za tobą. Czymże musi być 
śpiew, który musi zwyciężyć tysiące miłości własnych i złamać lody wstrętów 

obojętności, odrętwień?... Jakiej to potęgi potrzeba, aby wyjść z tej walki 
zwycięzcą!... Ile życia wyszafować, ile łez wylać, ile własnych piersi 

naszarpać!
Człowiek oddany myśli i pióru musi być najprzód wyższym od ogółu, którego chce 

być przywódcą, tłomaczem, pocieszycielem, kaznodzieją... Dwojakie więc zadanie: 
i jako kapłan musisz stanąć na świeczniku, i sukni twego domowego żywota nic 

splamić nie powinno i bo ten, co się w imię najwznioślejszych uczuć odzywa, sam 
pierwszy obowiązany mieć je w piersi i na ręku... jako piastun ducha i myśli, 

powinien być o stopień wyżej, o krok naprzód przed ludem, który za nim idzie, 

background image

musi odgadnąć przyszłość, ku której dąży, uczucie, którym jutro serce jego 
zabije, kierunek boży na jutro... Wiele tu pomaga geniusz, talent, instynkt i 

duch Stwórcy, który w kolebce jeszcze wionął na czoło dziecięcia, ale nasionko 
dane ci w posagu ty sam tylko wypielęgnować musisz i powinieneś. Nauczyciele, 

księgi, świat — są to słupy gdzienie[gdzie] porozstawiane po stepie, śród 
którego wieść się potrzeba samemu okiem, sercem i głową... O! pracować musisz, 

pracować wiele!... Bóg ci da myśl i uczucie, ale one nie przemówią z ciebie, 
dopóki ich nie rozpowijesz, nie rozwiniesz ich skrzydeł, nie rozwiążesz ich 

pracą żelazną... W młodej piersi rwą się niecierpliwie zarodki idei i uczuć 
nasiona, stukając o ściany ciasne jak zwierz zamknięty w klatce; ale niejeden, 

niejeden zamorzył w sobie, co przyniósł z drugiego świata, nie karmiąc myśli, 
wysuszając ją pragnieniem i głodem, a z uczucia robiąc bydlęce narzędzie 

głupiego, powszedniego życia. Patrz, co masz przed sobą: masz nauczyć się całego 
świata, pokochać go, poznać siebie, poznać ludzi, a potem jeszcze zbadać mądrość 

przeszłą, wszystko, co ludzie kiedy utworzyli, żeby nie powtórzyć słabiej, co 
wprzód gorąco już wypowiedziane było... W ostatku to narzędzie twoje, język i 

literaturę, na której skibę pot twego czoła ma upaść, musisz przeniknąć, musisz 
się ich wyuczyć... O tak! uczyć się, uczyć! uczyć choćby dlatego, aby się

przekonać, że nauka jest niewyczerpanym źródłem rozkoszy, pokarmu i zawodów. 
Powiedzą ci później niedowarzeni mędrkowie, że nauka i ślęczenie zabijają 

natchnienie, niszczą oryginalność, zacierają indywidualność... To fałsz! to 
fałsz! Sobą być można zawsze, panem pracy i myśli, a pracować i myśleć potrzeba. 

Praca tylko może dać skrzydła na- >
tchnieniu.

Daj się ludziom śmiać z ciebie, daj się im śmiać i wyśmiać, oni cię, sami o tym 
nie wiedząc, uczą cierpliwości, której każdemu na świecie v wiele, a w życiu i 

pracy naszej ogromnie, ogromnie potrzeba. Z kogo się śmieją nie dlatego, że 
głupi, ale dlatego, że inny od tłumu lub widzi to wszędzie, czego nie dopatrzą 

drudzy... ten ma przyszłość przed sobą!...
Powieść bez tytułu! niedościgły ideał dla mnie. Całe życie moje ze wszystkimi 

jego odcieniami, ze wszystkimi bólami i dniami szczęścia wlane na te karty. Więc 
nie jam jeden taki! więc takich jest wielu i bardzo wielu! Więc ja nie jestem 

dziwakiem i szaleńcem, bo istnieje cała kasta podobnych mnie. Z kogo się śmieją 
nie dlatego, że głupi, ale dlatego, że inny od tłumu, że widzi tam, czego nie 

spostrzegą inni — ten ma przyszłość przed sobą!
Wielkie, święte słowa! Zapisałem was na zawsze w mym

sercu!
Gdybym ja to mógł doścignąć choć połowy tego, co wyśpiewane w tej epopei życia 

wieszcza, gdybym choć połowę wysnuł mych marzeń w mej marzonej Powiastce bez 
tytułu. Lecz nie! Kraszewski, gdy pisał tę powieść, już przeżył wszystkie bóle, 

już był doświadczonym na drodze boleści, a ja — ja dopiero wstępuję weń. On 
pisał ją z natury, wysnuwał z rzeczywistej przeszłości, opierał na filarach 

rzeczywistości, na tym, co własnymi widział oczyma — a ja? ja bym wyśpiewał to, 
co ulata w sercu mym w marzeniu tylko, w snach, w niedościgłych marach!

17   października. Nieszczęśliwy jest jakiś dla mnie ten tydzień. Dziś na 
przykład na lekcji języka polskiego jeden

KIELCE, 1882_________ _______  97
z moich kolegów, Marian Wilkoszewski, pilny i pracowity, lecz zazdrosny do 

najwyższego stopnia, dokuczył mi do żywego. Gdy bowiem czytał on ćwiczenie swoje 
pt. „Władysław II i Mieczysław III Stary — dwie pokusy samowładcze w rodzinie 

Krzywoustego", pan Bem zrobił mu uwagę, że ćwiczenie to nie jest napisane na 
podstawie kroniki Kadłubka, lecz jest po prostu  streszczeniem wspomnianego 

wypadku z pierwszego lepszego podręcznika historii. Nie mogący znieść 
upokorzenia kolega rzecze z ironią: „To i Żeromski także korzystał z 

podręczników". — „Tak, ja wiem, że i Żeromski musiał także korzystać z czegoś" — 
odrzekł pan Bem. Później znów pan Bem mówił, że nie może poprawiać wszystkich 

ćwiczeń, bo nie miałby w takim razie ani chwili wolnej. — „Trzeba by mi mieć — 
mówił — jakiegoś alter ego, który by mógł załatwiać te czynności". — „To 

Żeromski mógłby być tym alter ego" — rzekł Halik. „Żeromskiemu nie powierzyłbym 
nigdy tego rodzaju czynności, gdyż on sam pisze źle, jak pod względem 

gramatycznym, tak i stylistycznym" — odrzekł profesor. *

background image

Bóg wie, ile mi ta lekcja sprawiła boleści! Miłość własna moja z najdotkliwszej 
strony zadraśniętą była, przyznaję. Ale bardziej bolało mię to, że słowa te 

wyszły z ust profesora ubóstwianego przeze mnie i że stosowały się do mnie, do 
mnie, co całą przeszłość i całą przyszłość poświęcam, poświęcałem i poświęcać 

będę ulubionym moim przedmiotom!... Powiedzieć to do profana, smarkacza takiego 
jak Wilkoszewski, trzeba albo pogardzać kimś, albo mieć do niego żal jakiś...

Ale mniejsza już o to! Cierpieć trzeba, to trudno! Dziś także pan Czaplicki 
zwrócił się do mnie ze słowami, bym napisał do ojca, by mi poszukał innej 

stancji, bo on nie może mię trzymać dłużej z powodu nieregularnej ze strony ojca 
wypłaty. Jestem w rozpaczy! Tyle ciosów na raz — to za wiele!... Składam to 

wszystko na nieszczęśliwy tydzień, czy na fatum jakieś, czy już sam nie wiem na 
co!...

7 — Dzienniki t. I
P

18 października. Kiedyś jeszcze byłem u Halika z kolegami Dewitzem i Pławińskim. 
Tam Halik wniósł projekt, by przyjść z pomocą materialną jednemu z naszych 

kolegów, Lag. *, który ma ogromne zdolności i ochotę do pracy, lecz nie ma ani 
książek, ani czym stancji zapłacić, ani nic... Obowiązek zbierania od kolegów po 

15 kopiejek na cel wspomniany włożono na mnie. Są więc śród nas serca poczciwe,  
szczerze poczciwe, co kochają braci i mają ochotę iść im z pomocą... 

Szlachetność i uczynność braterska nie wygasła jeszcze z serc młodocianych nawet 
Wśród zmaterializowanego XIX wieku.

19 października. Robiliśmy w klasie ćwiczenie z algebry. Nie zrobiłem.
Wieczorem, gdyśmy spać się już położyli, Radzikowski opowiadał mi o jednym z 

kuzynów swoich, Włodzimierzu Gru-nercie, który zwariował na czwartym kursie 
medycyny. Snuły mi się tysiączne wzory do mej marzonej powieści pt. Powiastka 

bez tytułu. Och, gdybyż to uwydatnić te postaci tak, jak ja je widzę w mych 
marzeniach! Byłyby to arcydzieła! Ile widzę znakomitych, nowych myśli 

filozoficznych, sytuacji najwybitniejszych, a gdy przyjdzie stworzyć z tego 
realizm na papierze — wyjdą dziwolągi z postaci, spaczone pojęcia z 

najwznioślejszych myśli i robi się do niczego niepodobna mazanina... Edek 
napisał znów 3 wierszyki pt. Pierścionek, Łza, Las. Dwa ostatnie posłał do 

„Biesiady Literackiej".
Przepisywałem ćwiczenie z języka rosyjskiego pt. „ coflepscamie coHMHeHMfl 

UyuiKMHa nofl sarjiaBneM »yTonjien-HMK« n Tb noHeiwy OHO HasbiBaercH 
6ajuiafloił." *

20 października. Coraz rzadziej zwracam się do mego dzienniczka. Dawniej co 
wieczór siadałem doń nieodzownie,

a teraz tydzień przejdzie, a nie wspomnę o nim nawet. Dziś znów zabolało mię 
serce! Byłem wczoraj u Halika i widziałem, że cały dzień powtarzał historią. 

Słuchałem go wszystkiego i wszystko umiał nieźle, nie umiał tylko o Mahomecie i 
jego następcach. Na drugi dzień przychodzi do klasy; wyrywa go pan Bem i akurat 

każe mu opowiadać o następcach Mahometa. Ani w ząb! Postawił mu więc 2 na 
kwartał. Żal mi go się zrobiło serdecznie! Los, jak gdyby mu się na złość 

zaśmiał szydersko! Wstaję więc i proszę pana Bema, by go był łaskaw zapytać raz 
jeszcze. „Proszę nie być jego adwokatem, ja wiem, co robię!" — odparł mi mój 

profesor. Smutno mi się i żal zrobiło Halika... Ha, widać cały tydzień tak 
nieszczęśliwy!

21 października. Robiliśmy ćwiczenie w klasie z geometrii; nie zrobiłem.
22 października. Byłem u kolegi Piaseckiego. Przypo-i  mniało mi się tam zabawne 

jedno zdarzenie z lat mego dzieciństwa. Gdy miałem lat ośm i byłem jeszcze w 
domu, na wiosnę :   suszono raz w ogrodzie i przewietrzano meble. Między innymi 

stał tam i stary duży kufer ojca. Przyszło mi do głowy dziwne pytanie: jak też 
tam musi być w środku kufra tego, gdy go się zamknie? Włażę więc w kufer i 

spuszczam pomalutku wieko; na koniec układam się zupełnie, tak, że wieko spada, 
zatrzaska się zamek i jestem rzeczywiście w środku kufra! Próbuję podnieść wieko 

— ani rusz! Zaczyna mi być duszno, gorąco!... Wiercę się na wszystkie strony, 
krzyczę nareszcie i krzyczeć już nie mogę — duszę się prawie!... Wtem nadbiega 

mały chłopiec, syn mej mamki, Antek, i uwalnia mię z tego grobu. Chłopak ten, 
syn mamki mej, Małgorzaty, która czternaście lat od czasu urodzenia mojego w 

domu rodziców służyła i zwana była pospolicie „mamką", bawił się podczas 

background image

doświadczeń moich w ogrodzie, usłyszawszy zaś stłumiony krzyk mój, przybiegł i 
wyratował mię od śmierci. Pamiętam go tak doskonale! Śliczne to było dziecko! 

Blondyn, oczy ogromne, niebieskie,
nos, usta, wszystko w ogóle klasycznie piękne! Pamiętam nieraz: mróz na dworze, 

śnieg, zawieja, zaledwie ktoś przejeżdżał koło domu, mój Antek pędzi w koszuli 
tylko, boso; wiatr pod-wiewa koszulę, bose nogi całe prawie więzną w śniegu — ze 

psami razem zobaczyć, kto jedzie. Później wpada do kuchni, pakuje nogi i ręce 
pod blachę, w ogień prawie — i żeby też choć raz ten chłopak zakasłał! Co nieraz 

było śmiechu z niego! Jedna krowa kupiona została przez ojca od sąsiada naszego, 
pana Karpińskiego, zwała się więc po prostu Karpińska. Razu jednego była u nas 

pani Karpińska; siedzimy wszyscy przy herbacie, wtem wpada Antek i na całe 
gardło recytuje: „Prose pana, Karpińsko się urwała i pobodła bydło; trza by 

koniecznie na nio powroza abo łańcucha"! To znów był zwyczaj, że przychodził on 
zawsze, gdy szedł spać, do pokoju i mówił pacierz przy śp. matce mej. Razu 

jednego było u nas kilkanaście osób — wtem wpada Antek w koszuli, pada na kolana 
przed matką i zaczyna recytować: „Ojcze nasz" itd. Po śmierci matki odeszła ze 

służby Małgorzata i nie wiem, gdzie się teraz obraca. Dziwne to i śmieszne może, 
że wspominam tutaj tę osobistość, a jednak, jednak tak mi lekko jakoś na sercu, 

gdy sobie wspomnę te chwile szczęścia, gdym jeszcze nie znał, co ból, gdym miał 
jeszcze matkę! Nie wiedziałem wówczas, ile trzeba będzie wycierpieć, żyłem pod 

okiem istoty, która mię nad wszystko, nad siostry, nad ojca kochała! Na 
wspomnienia mojego imienia, gdym był do szkół później oddany, łzy stawały w jej 

oczach.,; Mój Boże, a teraz, teraz jeden chyba ojciec, a więcej nikogo, 
nikogo!... Chciałaś mi miłością twoją, matuchno moja, wynagrodzić cierpienia, 

jakie mi serce gniotą, o! i jakże mi słodko, że była na świecie istota, co mię 
nad życie kochała!... Teraz, teraz jej mogiła poza mną i siwy ojciec w niedoli, 

a przede mną co? Może droga bogactwa? — Nigdy. Sławy? Och! Boże, Boże, gdybyż to 
sławy, gdybyż to choć droga dobrego w sercach ziomków wspomnienia, ale może 

pogarda i obojętność!... Nie umiem być realnym, jestem marzycielem, nikt inię 
nie rozumie, nikt, nikt... Ani Edek, ani Halik, ani

Ludka, ani pan Bem, sam jestem, cierpię. — Och, czemu ja nie miał matki?! Ona 
jedna, ona tylko zrozumiałaby moje cierpienia!!... y

/
23 października. Byłem u Halika, a później długo spacerowaliśmy z Bilczyńskim.

24 października. Dziś pan Naruszewicz, profesor języka rosyjskiego i gospodarz 
klasy VI, przeczytał nam stopnie na kwartał. Ja mam trzy dwójki: z geometrii, 

algebry i łaciny. Boże mój, Boże! Z matematyk obydwu miałem trójki, lecz nie
zrobiłem ćwiczenia.

Ksiądz prefekt Czerwiński w pauzę zaproponował nam, aby ktoś przyjął stancją u 
pani Pasierbińskiej do czterech uczni. Ja się zgodziłem. Trudno, trzeba się brać 

do pracy, i to pracy surowej. Morduj się ze źle wychowanymi smarkaczami, znoś 
najrozmaitsze przykrości — lecz by ulżyć ojcu, na wszystko jestem gotów. Wśród 

takich okoliczności mają się rozwijać zdolności moje! Mnie miejsce korepetytora? 
Lecz stało się — to trudno. Cały dzień dzisiejszy taki mi jakiś bolesny! Na 

każdym kroku łzy mi stają w oczach! Przyzwyczaiłem się do mojej stancji, gdyż 
trzy lata na jednej stać, z jednymi ludźmi chleba łamać kawałek, to trzeba się 

koniecznie do nich przywiązać. A ja jeszcze, ja, co gdy się do czegoś przywiążę, 
to gdy przyjdzie mi to opuścić — serce mi się rozrywa. Ktoś uważać może takie me 

dziwactwa za lenistwo po prostu. I tak jest może w rzeczywistości, lecz jest tu 
i tego serca mojego nieszczęśliwego trocha, którego bóle zawsze odkruszają 

kawałek.
25 października. Oddałem panu Bemowi Rukopis Kra-Jodvorsky. Dziś oddałem go 

dopiero, gdyż wziął go Łuszczkie-wicz i dziś mi zwrócił dopiero. Gdym go 
oddawał, pan Bem zawołał mię i powiedział pod sekretem, że jeden z profesorów, 

mianowicie pan Matulewicz, profesor łaciny, zrobił to, że posta-
102

DZIENNIKI, TOMIK I
wiono mi 4 ze sprawowania. Jedynym powodem do tego było to, że panu M. nie 

podobał się „ponury wyraz mej twarzy", z czego szanowny profesor przyszedł do 
wniosku, że muszą się źle prowadzić. Gdy mi to powiedział mój poczciwy 

przyjaciel, nie wiedziałem co się ze mną dzieje... Tyle boleści na raz — to za 

background image

wiele chyba. Gdy mię pożegnał, prosząc, by nie zdradzać sekretu, rozbeczałem się 
na ulicy. Mój Boże, mój Boże! Co ten człowiek może mieć do mnie? Ja złego 

prowadzenia? Ja, którym sobie postanowił za cel życia nosić imię poety! Sam 
złego prowadzenia, sam niskiego charakteru, mnie — ten chłop litewski Matulajtes 

— coś podobnego zarzucić! Nie, co to za bolesny dla mnie ten tydzień — to 
ludzkie pojęcie przechodzi. Złe stopnie, porzucenie starych przyjaciół i jeszcze 

tak bolesny zarzut — o, to bolesne, bolesne!
Po lekcjach byłem u p. Pasierbińskiej i zgodziłem się za tego korepetytora. 

Nieporządnie, brudno! Sam tylko Bóg wie, jak mi smutno. Szczęście jeszcze, że 
naprzeciwko zaraz mieszka Halik, dalej koledzy: Tłuchowski, Pisula, Nowiński i 

inni. Wieczorem pisałem jeszcze to tłomaczenie Klasztoru Sw. Urszuli nieznośne.
Są chwile, że wszystko na mnie uderza, wszystko się łamie w rękach, wszystko 

zawodzi. Skądś niespodzianie zjawiają się bóle i targają serce. Najmniej 
znacząca dla innego okoliczność mnie o sercowe łzy przyprawia.

26 października. Czytałem na lekcji niemieckiego rozprawę Libelta O odwadze 
cywilne;. Oto na przykład określe-

rno miłnćri  rnp^ir^mr'
±     —     T.

nie miłości ojczyzny:
Miłość sama jest ślepa, powiedzie cię w imię miłości ojczyzny, którąś ukochał, i 

pod chorągwie jej prawdziwych obrońców, i pod sztandary jej gnębicieli i 
ukrytych zdrajców. Należy, abyś sprawę, którąś uczuciem objął, rozumem pojął, 

wolę twoją silnym przekonaniem ustalił i dopiero na tych silniach ducha twego 
wsparty, nieugi .te, niewzruszone zajął stanowisko i wyrzekł z Rzymianinem: et 

si fractus illabafur orbis, impavidum ferient ruinae *.
KIELCE,  1882

103
Wielkie, nieugięte i nieskalane charaktery, jak Cyneasze, Brutusy, Katony na 

tych dwu filarach oparli hart duszy swojej: na przekonaniu i miłości wolności, a 
przez nią sprawy publicznej.

-    Dalej znów:
Miłość prawdziwa w czynie się objawia i prowadzi do czynu. Miłość bez czynu nie 

jest miłością, ale s a m o lu b s tw em, najbrudniejszym egoizmem. W miłości 
powstaje odwaga i prowadzi do czynu.

27 [października]. Mówiłem z fizyki, dostałem 2. Polski: dalszy ciąg o filozofii 
nominalistycznej i o Długoszu.

28 października. Skończyłem przepisywanie na czysto Klasztoru Sw. Urszuli. 
Oddano nam cenzury. Okropnie mam złe stopnie! Raz tylko w klasie II miałem tak 

złe stopnie. Religia 4, ruski 3, grecki 3, łacina 2, matematyka 2 (geom. i 
alg.), niemiecki 3, historia 4, polski 5. Ze sprawowania 5, z uwagi i pilności 

3. Lekcji żadnej nie przepuściłem. Okropnie złe stopnie!
Po południu czytałem Wspomnienia lat ubiegłych przez Go-czałkowskiego. * Ładna 

to rzecz ze względu na serdeczny patriotyzm z każdej wiejący stronicy. Wieczorem 
przepisywałem o Długoszu do ogólnego kajetu.

29 października. Oddałem Halikowi rękopis z tłoma-czeniem Klasztoru Sw. Urszuli, 
gdyż on miał go za pomocą brata swego do redakcji „Gazety Kieleckiej" oddać. Po 

południu i w wieczór czytałem w dalszym ciągu Wspomnienia lat ubiegłych 
Goczałkowskiego. Mój Boże, jakiż to poczciwy człowiek! Ile on przeżył, ile 

przebolał, a wszystko dla świętej matki w ofierze! O, cześć takiemu mężowi! Na 
każdym kroku tylko dobro spółbraci mając na celu, żył i działał zawsze poczciwie 

i poczciwe też matce-ziemi oddał posługi. W tylu bitwach, na wygnaniu, w 
więzieniu, w biedzie, a zawsze dla ziemi, dla rodaków z miłością. Doprawdy takim 

się uwielbieniem dla tego człowieka przejąłem, bo nie dla samochwalstwa, nie dla 
zysku,

104
DZIENNIKI, TOMIK I

ale z potrzeby skreślił on te poczciwe, skromnością i patriotyzmem tchnące 
karty, z potrzeby wylania się przed ziomkami z bólów, nadziei, szczęścia i 

rozpaczy. Przyjemnie mi było czytać te niewymuszone i tak serdeczne, i prawdziwe 
— bo że prawdziwe, tom przekonany — dzieje chłopaka. Kształcił się tam, gdzie i 

mój poczciwy ojciec, tj. w liceum Sw. Anny w Krakowie — stąd też z opowiadań 

background image

ojca [zapo] znany już byłem trochę z obyczajami i profesorami tego zakładu. 
Później spotykam tam imię stryja mej matki, Stanisława Katerli, o którym tak 

pisze autor:
Sławny był na całą armią nasz major Katerla, krakowianin, ideał ułana, pierwszy 

jeździec w całej kawalerii, lubiany od wojska, pieszczoch fortuny; z gwardii 
strzelców konnych dlatego, że kijem bilardowym wybił markiera, za karę do ułanów 

przeniesiony został, ale nic na tym nie stracił, bo ułaństwo, które mu 
nadzwyczaj do twarzy było, przyniosło mu w zysku milionową potem żonę.

Później znów o nim wspomina:
Do najtęższych oficerów w naszym pułku i najwięcej przez żołnierzy lubionych 

należeli: major Katerla, który z żalem całego pułku w początku kampanii 
przeszedł na podpułkownika do 4 pułku strzelców konnych...

Miałem jeszcze lat 8 najwyżej, gdy mi nieraz moja śp. matka mówiła o nim. Oto co 
zapamiętałem z tych opowiadań. Razu jednego dziadek Stanisław był na 

wspominanych przez autora posyłkach. Trzeba było w całym pędzie lecieć na koniu 
i dopiero o dwa kroki przed księciem Konstantym osadzić konia tak, aby ani 

drgnął. Gdy tak dziadek mój pędzi, a najlepszym był w armii jeźdżcem, i osadza 
nagle konia, popręgi pękają u siodła i — bach! W przeciągu sekundy zrywa się z 

ziemi, chyta na szablę cugle i wskakując na konia z tyłu, salutuje przed 
księciem. Książę poklepał go po ramieniu, a mimo to musiał odsiedzieć 48 godzin 

w kozie. Był to prześliczny podobno mężczyzna. U nas w domu jest jego portret, 
lecz wtedy miał już lat blisko ośmdziesiąt. Ożenił się bogato.

Książka ta obznajmiła mię z wielu rzeczami, ze stanem woj-/"" ska polskiego za 
Konstantego, ze szczegółowymi faktami rewo- ? łucji w 31 roku, z wypadkami w 

roku 1848, ze stanem ówczesnym Galicji i w ogóle z wieloma, wieloma zakrytymi 
nawet dla historii faktami. A ile razy zakipiała krew w żyłach mocniej, ile razy 

łzy kapnęły na te poczciwe kartki, wie to tylko Ten, co stworzył me biedne serce 
tak biednym...

30   października.   Mówiłem na pamięć z greckiego i dostałem 4. Nie uczyłem się 
wczoraj wcale i pomimo to...

Po południu czytałem w „McTopiiHecKOM BecTHMKe" artykuł pt. „IIoJiŁCKMe CMy-rbi 
nepeM TO^OM 1831". * Szczegółowe nader wyliczenie wypadków obznajmiło mię z tymi 

chwilami. Trudno, jednak jest wiedzieć coś rzeczywistego z owych czasów, jeżeli 
bowiem wpadnie coś w ręce — to albo rosyjskie, albo zakazane. Pierwsze mówi bez 

wątpienia z przesadą i przekręcaniem, w innym zresztą duchu — drugie zaś ze 
zbytnim patriotyzmem najczęściej, który nie powinien mieć w podobnych razach 

miejsca. W tej na przykład rozprawie autor nazywa Lelewela „uosobieniem zła", 
reHMeM Bcero nopoHHoro, * jak powiada.

Wczoraj czytałem w ,,Gazecie Kieleckiej" nekrolog Franciszka Kuleszyńskiego, 
dalekiego kuzyna mojego. Urodził się w roku 1804. Po ukończeniu uniwersytetu 

przez 36 lat dzierżawił dobra Kurzelów, gdzie teraz mieszkają wujostwo moi 
Kozłowscy, a ostatecznie mieszkał przy familii. Był to nieposzlakowanej 

poczciwości człowiek! Przecierpiał wiele, w życiu jak wszyscy, co serce tkliwsze 
i duszę poczciwszą/ chowają w piersi.

Cześć popiołom twym, czcigodny starcze!
Wieczorem byłem u Halika i wziąłem od niego Klasztor Sw. Urszuli, gdyż brat jego 

wyjechał. Napisałem list do pana Sienickiego i posłałem go wraz z rękopisem 
przez Henryka

106
DZIENNIKI, TOMIK I

Winnickiego, ucznia II klasy, razem ze mną na stancji mieszkającego. Kazał 
odpowiedzieć, aby się zgłosić doń za tydzień! Ciekawym, co to będzie z tego!

Wieczorem zacząłem przepisywać Sejm grodzieński do osobnego kajetu.
Już to więc ostatnia noc spędzona pod dachem państwa Czaplickich! Mój Boże, 

smutno mi i żal czegoś bardzo!
31 października. Czytałem dziś rozprawę po rosyjsku pt. „O K)JIHH CjiOBaiiKOM." 

* Jest to niezła sobie rozprawka o Mazepie i Ojcu zadżumionych. O Mazepie mówi 
nieźle, rozbiera po kolei każdą z postaci i trafnym dosyć odznacza się poglądem, 

lecz co się tyczy Ojca zadżumionych — ogranicza się opowiedzeniem tylko wypadków 
i przetłomaczeniem, naturalnie nieudolnym, prozą Ojca zadżumionych na rosyjski. 

Nie jest to nic ważnego dla nas naturalnie, lecz dla Rosjan o tyle jest ważnym, 

background image

o ile jest rzeczą obznajmiającą ich z przedmiotem zupełnie im nieznanym. Bądź co 
bądź, cieszy mię to, że coraz częściej zdarza się czytać rozprawy o nas, o 

naszych "wieszczach, pisarzach, po rosyjsku pisane.
Pan Naruszewicz czytał nam komedią Gogola pt. Rewizor. Prześlicznie czyta, z 

takimi odcieniami, że zdaje się, iż jesteś na najlepiej odegranej komedii, z 
takim komizmem umie oddać każdą rolę.

Ciągle cierpię i cierpię! Dziś miałem się przenieść na nową stancją, lecz 
ponieważ ojciec nie przyjechał, nie mogłem tego uskutecznić, przeniosę się 

dopiero we czwartek. Ach, jakże ja bym chciał pozostać na starych moich 
śmieciach!

Wieczorem pisałem epizod z marzonej epopei z życia pierwiastkowych chrześcijan. 
Chciałbym uwydatnić jak najplas-tyczniej życie w katakumbach i cyrkach!

l listopada. Kolega mój S. Bielnicki chce się zgodzić z T. Radzikowskim, 
teraźniejszym korepetytorem u pp. Czaplickich, ażeby się przemienić na stancje. 

On ma iść do p. Pa-
KIELCE, 1882

107
sierbińskiej, Radzikowski na jego miejsce, a ja bym się w takim razie został na 

miejscu. Och, mój Boże, dopomóż, dopomóż, by to przyszło do skutku!
Na mszy u nas grała orkiestra z uczni złożona pod dyrekcją pana Wabnera, 

profesora języka greckiego.
Oczekuję z największą niecierpliwością dnia jutrzejszego, gdyż on ma rozwiązać 

wszystko. Daję Radzikowskiemu 6 rs., aby mi tylko ustąpił — ach, gdyby się to 
udało!

2 listopada. Heu! * Ha, los mię głaska i to bardzo łaska- j wie! Bielnicki 
oświadczył, że zostanie się na miejscu, a Radzikowski nie chce się przenieść do 

p. Pasierbińskiej — więc wszystkie moje nadzieje runęły! Więc nic dla mnie, nic 
oprócz boleści! Dziś, w dzień Zaduszny, do godziny jedenastej byliśmy w 

kościele, a później do klasy. Taki byłem już zrozpaczony w kościele, że doprawdy 
przychodziła mi myśl o samobójstwie! Wszystko na mnie, wszystko mię boli, nic, 

najmniejszej rzeczy los mi nie udzieli na moje żądanie — wszystko, czego ja 
pragnę, spełnić się nie może! Jak mi co jeszcze dokuczy — to doprawdy odbiorę 

sobie życie! Bo czyż nie lepiej, pytam, usnąć sobie spokojnie jak cierpieć i 
ciepieć tak wiele i ciągle! Powiedzą później, żem leniuch, że nie chcę pracować, 

lecz mniejsza już o to — ale wyrzuty własnego sumienia, ale boleść własnego 
serca — to milion razy boleśniejsze! Bo niechaj sobie będzie co chce, ale dłużej 

tak cierpieć — to ludzkie przechodzi pojęcie!!... Nie, ja się zamorduję!!! muszę 
się zamordować! Nie ma Boga! nie ma; nie ma; nie ma! Jest szatan jeden.; teraz 

więc jego pomocy poszukam! Nie wierzę w nic; jeżeli mi więc i szatan nie pomoże 
— to sobie w łeb palnę! Ja się modliłem tak gorąco — klęczałem przed Marią — i 

nic, i nie ulitować się cierpieniu mojemu — nie, nie ma nic! Szatanie, biesie, 
na pomoc cię zowę! Pomóż mi lub daj broń do ręki... Dzisiaj przekonałem się, że 

nie ma Boga; a jeśli jest,
1 Wyraz wpisany drobnymi literkami w poprzek.

108
DZIENNIKI, TOMIK l

to jest nielitościwy i straszny okropnie! Dzień 2 listopada to kulmen nowego 
życia lub śmierci! Bywaj zdrowe, stare życie; poezjo, marzenia, panie 

profesorze, Ojcze, Ojcze ukochany, bywajcie zdrowi; jam samobójca, bo nie mogę 
boleści i zgryzot sumienia przeżyć! Zegnaj ini na wieki, ziemio; mogiło matki, 

ojcze, przyszłości — bywajcie zdrowi — jam samobójca!...
Panu Bemowi proszą oddać wszystkie moje kajety, które ja zbiorę i zwiążę w jeden 

pakiet — niech je podrze lut) zrobi z nimi, co chce — lecz jemu je oddać trzeba. 
Książki porozdzielam i napiszę, która któremu z kolegów ma być oddaną: Halikowi, 

Edkowi, Rokkiemu, Czarneckiemu i Czarkowskiemu. Bilczyńskł weźmie sobie kilka 
poezji wydania ,,Mrówki" *. Do ojca napiszę list, do pana Bema, do Gregorowicza 

i do Ma-tulewicza (o, do Matulewicza napiszę list z przekleństwem...), do 
kolegów, do ziemi, do ojczyzny, do przyszłości i przeszłości. — Do ojca... Boże! 

a co powie ojciec, gdy zobaczy trumnę, na której nie wolno będzie narysować 
krzyża. Niech tam — wiem, że umrze, ale prędzej się spotkamy — ja w piekle 

Danta, a on w niebie Danta... Ale czy jest niebo i piekło? Wszystko mi jedno — 

background image

czy w niebie, czy w piekle, czy na polach Elizejskich, czy na Walhalli, czy w 
raju Mahometa, Zoroastra — wszystko mi jedno... byle nie na tej piekielnie 

gorącej i zimnej zarazem ziemi, byle nie tu, śród grobów i małp, co mają 
pretensją do tego, żeby się ludźmi nazywać. Cha — cha— cha! Bywaj zdrowa, ziemi! 

Witaj Sahielu, * witaj Belzebubie... Cha, cha — dopiero to rum zrobi się 
pomiędzy kielczanami, gdy ja palnę sobie w łeb w ogrodzie... Zbiegną się... 

ksiądz, księża, te bałwany, barany, próżniaki, darmozjady. Będą mówić 
przekleństwa na głowę — a ja? Ja sobie pojadę w lepsze krainy. — Po co się 

męczyć, po co? Po co żyć na to, by wyszarpywać sępowi dać serce?* Po co żyć na 
to, aby być całe życie Lao-koonem? Być całe życie lalką, oszukiwać ludzi i 

oszukiwać siebie — być zbrodniarzem?... Po co, po co? Lepiej otwarcie ze 
śmiercią postąpić. Czyż to nie wielkość ducha, aby nie cofnąć ręki przed tym, od 

czego ludzie uciekają z całej siły? To
KIELCE, 1882

109
mi wielkość, to mi wielkość, to hart duszy, to waleczność prawdziwa... I po co 

ja bym żył? — Aby być poetą? — Głupstwo! Jam zbrodniarz, nie poeta! Mnie kajdany 
na ręce! nie, i [na] głowę — nie wieniec z lauru! Rzucą w dół za cmentarnym 

murem wykopany, obejrzą się z przestrachem, czy trup nie wstaje z grobu, 
powiedzą: głupiec, i pójdą — a trup zgnije sobie i kwita. Duch jest, jest 

bezwarunkowo — ale Boga nie ma, boby się ulitował nade mną!
3  listopada.  Ha, ja jeszcze żyję! — Doprawdy, że wiem, jak teraz zdać sobie 

sprawę z szaleństw dnia wczoraj- ' szego. Wczoraj,  jednym słowem, napadł na 
mnie obłęd — i a dziś jestem przy zdrowych zmysłach,  chwała Bogu. Tak, ^ Bogu, 

a nie szatanowi — jakem to wczoraj paplał. Dziś jestem korepetytorem u mych 
starych znajomych pp.  Czaplickichl Szczęśliwy jestem niewypowiedzianie! Mam do 

korepetycji czterech poczciwych chłopaków: Henryka Winnickiego z klasy drugiej,  
Jasia Winnickiego z pierwszej, Seweryna Winnickiego i Antoniego Wajze ze 

wstępnej. Wszystko dobrzy matematycy i w ogóle dobrze się uczący — z poczciwymi 
sercami. Radzikowskiemu dałem 10 rs. odstępnego i ipnzeniósł się do 

Pasierbińskiej... Ach, doprawdy szczęśliwy jestem! Na starych śmieciach z 
poczciwymi znajomymi! A wszystko to za sprawą... Marii! Marii! Jest Bóg!   

Wieczny,   nieśmiertelny   i  litościwy! A ja niegodnym okropnie jestem! Gdy mię 
trochę ból zadrasnął, upadłem w głupiej, halucyna-cyjnej, ateistycznej 

wariacji!...
4 listopada. Byłem rano w kościele, następnie w klasie. Mówiłem z łaciny i 

dostałem 2. Na łacinie pokłóciłem się z Halikiem o to, że jednemu memu koledze, 
Pławińskiemu, widząc, że ten nie umie lekcji, zaczął dokuczać docinkami. 

Matulewicz wyiwał już innego — Krzyżkiewicza — wtem Halik woła, wiedząc, że Otoś 
Pławiński nic nie umil e]: ,,Pła-

wiński prosi, aby go wyrwać!" I Mat/ulewicz wyrywa chłopaka, który bierze 
naturalnie 2. Nie mogłem się już powstrzymać! Powiedziałem mu głupstwo, on mi 

drugie — i pokłóciliśmy się.
Po południu byłem z moimi uczniami na spacerze, a wieczorem tłomaczyłem Życiorys 

Andrzeja Zamoyskiego, przez Mikołaja Berga napisany. * Głównie tłomaczę to 
dlatego, że znalazłem tam kilka błędów, wołających o pomstę do nieba. Tak np. 

mówi, że przodkiem rodu Zamoyskich jest jakiś Florian Sariusz, choć on zwał się 
po prostu Szary. Następnie ten, według niego, Sariusz w jednej bitwie, pewno 

autor nie wiedział, że przy Płowcaoh, ten Sariusz miał powiedzieć do Łokietka: 
„Ja nie z roli, ani z soli, tylko z tego, co mnie boli" *. Cóż za absurdum! Cóż 

za absurdum! Albo na przykład mówi, że Jan Zamoyski ożenił się z jakąś Gryzwidą, 
zamiast Gry-zeldy itd.

Przyszła mi fantazja napisać krytykę na tę rozprawkę. Spróbuję. Pokażę panu 
Bemowi i schowam sobie cna pamiątkę później.

5 listopada. Po kościele byłem cały dzień w domu. Czytałem powieść Kaczkowskiego 
pt. Murdelio, w tłomacze-niu rosyjskim*. Nigdy tłomaczenie nie dorówna 

oryginałowi.,
Chciałem dowiedzieć się, czy będzie pan Sienicki drukował me tłomaczenie w swej 

„Gazecie Kieleckiej" — i nie mogłem jakoś. Przyszedłem o 12, lecz pan redaktor 
spał. O dwunastej spał! To ci redaktorskie życie! To ci to święte życie!

background image

Posłałem potem elewa mego H. Winnickiego — to go znów nie było, i tak ciągle. 
Uroiłem sobie stąd, że sprawa ta dobry obrót przyjmie względem mnie. W wieczór 

widziałem się z wujostwem Schmidtami.
6 listopada. Przeczytałem powieść Murdelio. Coś nienaturalnego, coś strasznie 

niewyraźnego w powieści tej i nic
KIELCE, 1882

111
więcej. W ogóle myśli żadnej wydatniejszej nie dostrzegłem. Brak czasu, bo to 12 

już godzina w nocy, nie pozwala mi wspomnieć nic o tej powieści. Nie byłem dziś 
nigdzie. Wieczorem pisałem tłomaczenie z roś. o Ań. Zamoyskim. Do dwunastej 

musiałem się uganiać z lekcjami moich elewów.
7 listopada. Język polski: o Grzegorzu z Sanoka. Mówiąc o jego zdaniu, co się 

tyczy poezji, że poezja jest głównym punktem, głównym środkiem, za pomocą 
którego można poznać prawdę — p. Bem powiedział: „Dziś już zdanie takie żadnej 

nie może mieć wagi. Dziś już każdy wierzy w to, że poezja zależy od filozofii a 
nie filozofia od poezji, że mędrco-wie władać mogą i powinni światem, a nie 

poeci. Poeci władać mogą o tyle, o ile poeta filozofem jest". *
Po południu był mój najukochańszy Tatuś. Tak już dawno go nie widziałem! Coraz 

to mizerniejszy! Mój Boże! Już ani śladu tego prześlicznego mężczyzny, za którym 
szalały kobiety! Ta twarz, tak podobna do wszystkich portretów Jana Sobieskiego, 

dziś pożółkła już i zwiędła! Och, nie ten to już człowiek co dawniej! Ani śladów 
dowcipu, wesołości, od której pamiętam, gdym był dzieckiem, całe się pokładały 

od śmiechu towarzystwa! Mój Boże, i jego losy przybiły do ziemi. I jego! Ale nad 
czyją głową tyle się bólów i burz przeniosło, kto tyle wycierpiał co mój ojciec, 

tego twarz powiędnąć, a głowa posiwieć musiała!
Gdybym ja to miał takie jak ojciec mój usposobienie! Najboleśniejszy wypadek, 

najstraszliwsze nieszczęście wywołało przelotną zaledwie łzę na jego oko, a 
potem zapomniał, potem się już uśmiechał! Czy to hart duszy w tak wysokim 

stopniu, czy to najważniejsze zwycięstwo nad sobą, nad własną boleścią, czy 
zimne serce — nie wiem! Ale to drugie nigdy! Nie! To moc, to hart, to 

bohaterstwo ducha! Skryć boleść w głębi serca tak, aby jej żadne oko, oprócz 
boskiego nie dojrzało — oto charakter ojca mojego! Mój Boże! Czy są jeszcze na 

świecie ludzie tacy jak on? Dobroć, dobroć, która przyprawiła go
112

DZIENNIKI, TOMIK I
o stratę majątku, dobroć zbytnia względem dzieci, względem służących, względem 

sąsiadów, względem wszystkich — oto jego przymiot!
Sprawiłem sobie łóżko żelazne i szafkę plecioną z wikliny. Tak mi teraz 

doskonale! Ułożyłem sobie wszystkie książki i cała szafka o czterech półkach się 
zapełniła. Okazało się, że mam dosyć już znaczną jak na mnie biblioteczkę. Tatuś 

odjechał o 8.
8 listopada. Posłałem Henryka Winnickiego do redakcji, aby się dowiedzieć 

ostatecznie, czy będzie lub nie drukowane moje tłomaczenie, i oto znów zawód. 
Nie będzie, gdyż jest zbyt słabą [rzeczą] — odrzekł p. Sienicki i prosił, ażeby 

przyjść do niego jutro.
Po odrobieniu korepetycyj wyszedłem na miasto, aby się przejść trochę i iść do 

pana Koczanowicza z prośbą o pożyczenie mi Szajnochy Władysława Łokietka, co 
będzie mi potrzebne do sprawozdania z życiorysu Andrzeja Zamoyskiego. Idę więc 

na ulicę Pocztową i przechodząc koło domu państwa Koczanowiczów spojrzę w okno — 
a tu!... Ludwinia! Boże mój! Jakże się ucieszyłem!...

Wieczorem pisałem dalej tłomaczeaiie życiorysu Zamoyskiego.
9 listopada. Przyszła mi chęć spisać sobie profesorów; otóż więc: Dyrektor 

gimnazjum: Seweryn Woronkow. Inspektor: Faustyn Kostecki (prawosł.). Prof. mate-
m a t,: Gracjan Czarnecki, Stanisław Szperl i Karol Strawiński. Język grecki i 

łacina: Woronikow, Robert Kremer
CBHfllłTS JTbCTBO

«tty«rtx*n, EUoąni
•FIAMETU  •SMŁMII

thMmuie
Hpuesub

IlncMule

background image

<bu« upoayataiiuiii ypuon
Ho fUfufmrf aamy

Ł  n.
i

M)

J

&U.
.r

J

IV.
V

'•'jis/ts''- 0 <><* jitf'^'   +ły ~ "
Bf.

u
///

ir
ŚWIADECTWO SZKOLNE ZEROMSKIEGO z KLASY TRZECIEJ

KIELCE, 1882
(luteranin), Józef Wabner (katolik i — literat), Jan Matulewicz (katolik — 

Litwin z pochodzenia), Antoni Gustaw Bem (katolik, ateusz * — literat, krytyk), 
Feliks Rybarski (katol. — literat). Historia:   Rybarski,  Bem,  Hejsler,  

Naruszewicz.   Geografia:   Karol Strawiński, Piotr Naruszewicz i A. G. Bem. 
Język  rosyjski:   Faustyn Kostecki, Piotr Naruszewicz, Strawiński. Niemiecki: 

Klemens Wahren. Francuski: Potrykowski.   Polski:   A. G. Bem, Kirchner, F. 
Rybarski, Wabner, Matulewicz. Gimnastyka: Józ. Wabner. Śpiew: organista   

Warchalski.   Religia:   (katolicka)   ks.   Teodor Czerwińskir (prawosł.) 
IIpoTowepeil IleTp OPJIOBCKMM*; (pro-

tekst.) pastor Hefke.
Pomocnicy gospodarzy klas*: Czerwiński i Brzeziński.  Pedel:  Teodor Tylkowski.

Przypominam sobie dawnego profesora historii i języka rosyjskiego, Mikołaja 
Sperańskiego. Był to człowiek wysoko wykształcony, znakomity historyk, wybornie 

literaturę znający profesor, ale pod względem obchodzenia się z uczniami nie 
mający energii i nie umiejący zająć względem nioh poważnego stanowiska. Co się 

działo na jego lekcjach — to Bogu samemu wiadomo: krzyk, hałas nie do opisania! 
Ani zważano, że on siedzi w klasie! Wyrywa na przykład ucznia, ten wychodzi i 

zaczyna opowiadać lekcją, wtem gdzieś w ostatniej ławie powstaje tupanie, 
świstanie, krzyk. Nasz „Bufon", jak go zwaliśmy, zeskakuje z katedry i pędzi ku 

ostatniej ławie, a tymczasem wyrwany daje co siły ducha do ławki. Profesor wraca 
na katedrę, ale już dawno zapomniał, że wyrwał kogoś, i tamtemu się upieką. Co 

ja się nacierpiałem od tego człowieka! Od drugiej klasy czuł do mnie nienawiść. 
Sam nawet nie wiem, z jakiego powodu, bo ani dokazywałem tak, ani nic, a jak 

tylko spojrzał na mnie — stawiał mi, bez najmniejszej winy z mej strony nieraz, 
znak nieuwagi Z. Nie byłem czasem

Wyraz kilkakrotnie przekreślony.
— Dzienniki t. I

114
DZIENNIKI, TOMIK I

w klasie — a dostałem to nieszczęsne Z. Zaledwie krzyk powstawał w klasie, choć 

ja czasem najspokojniej w pierwszej ławie siedziałem, bufon woła: „SKepOMCKaii, 
na Te6e flser!" Nieraz ze łzami go prosiłem, aby mi powiedział aby, za co tak 

cierpię. — ,,He-r! YJK TBI y MCHH 6par nofljieuj" była jedyna jego odpowiedź. 
Wyrywał mię często do lekcji i, choć nieraz daleko lepiej od innych umiałem, 

dostawałem nieodzownie 2 najwyżej. ,,2KepOMCKaii, TLI mnę 20 cpyHTOB KPOBM 
McnopTHJi, nofl-Jieii! — Te6e 3 HUKor^a!" * — odpowiadał mi zwykle.

A co się to działo na jego lekcjach. Biłczyński właził zawsze za moje plecy i 
darł się na całe gardło: „Bufora, niegodiaj!" * — a wszystko to szło na karb 

mnie. Ha, cóż było robić! Raz, pamiętam, wyrwał go do lekcji i kazał mu 

background image

opowiadać o Karolu Wielkim. Bilczyński zaś umiał tylko o Oldze, księżnie 
ruskiej, mruga więc na Dobrowolskiego, łobuza jakich mało, aby zaczął dokazywać 

w ławce i gdy ten wyskakuje tam, Sperański leci do niego, a gdy powraca na 
katedrę — Bilczuś już głośno zaczyna opowiadać o zwycięstwach Olgi, o jej 

mądrości i bierze naturalnie 4. Miał ten nasz bufon przyzwyczajenie, że gmerał 
zawsze w uchu patykiem, wywleczonym z mietły. Raz wchodzi na lekcją, a tu 

wszyscy z patykami, ale już ogromnej wielkości, gmerzą w uszach; to znów wchodzi 
do klasy, a tu nie ma nikogo, wszyscy pod ławami; i nieskończone, nieskończone 

wyrządzano mu figle. Ja na kwartał miałem zawsze, jak zapisał, 2 z historii!
Pamiętam znów, jak w drugiej klasie siedziałem przez caluteńką niedzielę w kozie 

— a znów o Bilczusia. Zaciągnął on mię do ostatniej ławy na lekcją kaligrafii — 
pana Górnickiego, starowiny poczciwego z kościami. On bestia, jak zaczął 

gwizdać, skakać, piszczeć w przeraźliwy sposób, sprowadził burzę na mnie i na 
siebie. Górnicki widząc, że ja siedziałem z Bilczyńskim, poskarżył na nas obu 

przed inspektorem ówczesnym Janowskim, surowym ogromnie Moskalem. Po lekcjach 
zjawia się inspektor i zapytuje Bilczyńskiego, dlaczego pisnął na lekcji 

kaligrafii.
KIELCE,   1882

115
,,Bo mi, panie Inspektorze — odpowiada bez namysłu — Zeromski przyskrzybnął 

ławką palec."
,,To zostaniecie się, i ty, i Zeromski, na całą niedzielę w kozie."

Bagatela! Posadzili mię samego o godzinie 10 rano w niedzielę do osobnej klasy, 
a przez ścianę siedział Bilczuś. Przez dwie godziny siedziałem tak sam. 

Przeczytałem jakąś ruską gramatykę, co leżała zapomniana na piecu, od deski do 
deski, obejrzałem wszystkie kąty, wlazłem na piec, gwizdam, śpiewam — ale cóż? 

Nudy, że to coś strasznego. Zaczynam tłuc obcasem w ścianę z całej siły... 
Słucham, a tu Bilczuś wali tak samo... Ano, więc walimy, walimy — ale cóż z 

tego? Przyszedł po dwu godzinach pedel i posadził nas w jednej klasie od ulicy. 
Co on tam wyrabiał bestia!... Przesiedzieliśmy tak caluteńki dzień; wieczór 

nadszedł — Bilczuś powiada: „Wiesz co, Kawka (bo tak mię zwano), * piszmy 
wiersze." Pisaliśmy więc kredą na tablicy ogromne wiersze o tej naszej kozie,.. 

Kto by się spodział, że wiersze... Lecz mniejsza o to! Puszczono nas w końcu. 
Ciemno już było, jak zjawiłem się na stancją do panny Antoniny Zeitheim — 

teraźniejszej mojej macochy. Jak tu powiedzieć? — Obełguję tak i owak — a wydało 
się wszystko...

Stałem wówczas w łazienkach należących do p. Ań. Zeitheim i tarn to nauczyłem 
się złego, tam dowiedziałem się o brudach świata; ten pobyt w przeciągu roku w 

tym miejscu wywarł okropny wpływ ujemny na całe moje życie. Patrzyłem ciągle na 
występek i stąd dowiedziałem się o jego istnieniu w naj-obrzydliwszej jego 

szacie...
10 listopa da. Język polski: o humanistach XV wieku.

Po południu czytałem pożyczoną mi od oczytanego kolegi Tomcia Ruśkiewicza 
książkę pt. Doktryny ultramontańskie przez ks. Stojałowskiego. * Przecudna to 

broszurka! W cudnie plastyczny sposób maluje położenie religii katolickiej w 
dzi-

116
DZIENNIKI, TOMIK I

siejszej polskiej ziemi. Pisał to filozof, pisał literat, myśliciel, historyk i 
najpokorniejszy sługa Jezusowy! Cudna broszurka! *

11 listopada. Wieczorem tłomaczyłem dumką Tarasa Szewczenki i przetłomaczyłem 
nieźle (według mnie):

Dumki moje, dumki moje,
Smutny los mój z wami...

Czemu mkniecie po papierze Równymi rządami?
Czemu wicher was nie rozwiał

Po stepie w perzyną? Czemu boleść nie zabrała
Jak własną dzieciną?

Jedne może oczy, jedne
Znajdą oczy czarne, Co opłaczą dumki biedne —

Jąć wiącej nie pragną.

background image

Z czarnych ocząt łez mi dwoje —
Jam pan nad panami... Dumki moje, dumki moje —

Smutny los mój z wami... itd. itd.
12 listopada. Niedziela. Byłem na kazaniu ks. Domagal-skiego u Sw. Wojciecha. 

Dość było zajmujące ze wzglądu na sam przedmiot, mówił bowiem o pismach 
antykatolickich i o antykatolicyzmie w ogóle. Przytaczał z tego powodu myśl

1 Tu jedna kartka wycięta, jej strona recto została dalej przepisana w całości, 
natomiast po ocalałych szczątkach wyrazów nie sposób tego stwierdzić co do 

strony verso.
KIELCE, 1882

117
Kraszewskiego z powieści Poeta i świat: „Więcej jeden osioł zaprzeczy, niż stu 

filozofów dowie-d z i e." Na myśli tej oparł i rozwinął całe kazanie z właściwym 
mu talentem.

Po południu siedziałem w domu, a wieczorem przepisywałem na czysto Życiorys 
Andrzeja Zamoyskiego.

13 listopada. Mówiłem z greckiego i dostałem 3. Po południu siedziałem w domu, a 
wieczorem przepisałem do kajetu literatury o Stanisławie Ciołku, Adamie Śwince i 

Konradzie Celtesie. Później od 9 do 11 przepisywałem dalej Życiorys Zamoyskiego.
14 listopada, ojca nie było.

Widziałem się z panem Karpińskim —
15 listopada. Cały dzień siedziałem w domu; wieczorem pisałem III scenę mego 

dramatu i pisałem dalej tłomacze-nie na czysto.
16 listopada. Wieczorem pisałem IV scenę dramatu. W ogóle dramat ten nie ma 

żadnego znaczenia. Co do strony wewnętrznej [dramatu], to ten jest zrozumiały 
dla mnie tylko — bo strona zewnętrzna jest w najwyższym stopniu rozrzuconą i 

niezrozumiale głupią.
17 listop [a d a]. Rzecz śmieszna zdarzyła mi się dzisiaj. Stoję ja sobie na 

korytarzu, gdy wtem pędzi dyrektor. Nie obejrzałem się jeszcze, gdzieby uciec, 
gdy wtem ten postrach nas wszystkich wpada na mnie i... wymyśla mię; o co?... O 

to, że noszę jasne spodnie. Śmiać mi się zachciało — i uśmiech jakiś szyderczy 
wydostał mi się na usta. Zauważył to dyrektor i wpadłszy nagle na mnie powtórnie 

woła: ,,fl sac Bbiromo! H sac BbiroHio! ecjiM BBI By^eTe CMeHTbca nas 
flMpeKTOpoM1." *

I oto spodnie ile mi przyczyniły śmiechu i szyderstwa kolegów, a mnie smutku na 
cały dzień!... Cały dzień łzy mi stawały w oczach... sam nie wiem czego.

18 listopada. Byłem wieczorem z Tomciem Ruśkiewi-czem w księgarni Goldhara. * 
Tam oglądaliśmy wiele książek, między innymi herbarz Niesieckiego, gdzie 

wyczytałem i swe nazwisko. * — Dawniej byłoby mię to zachwyciło, ale dzisiaj... 
wszystko mi już jedno. Gdy tak oglądamy książki, wchodzi p. Bem. Kupował sobie 

jakieś pamiętniki. Chciałem, aby mi pożyczono X tomu herbarza Niesieckiego, 
gdzie jest wybornie ród Zamoyskich opisany, lecz nie chciano. A przydałoby mi 

się to bardzo do marzonej na Berga krytyki!
19 listopad.a. Po kościele i kazaniu u Sw. Wojciecha byłem u pp. Koczanowiczów, 

chciałem bowiem pożyczyć sobie herbarza, albo przynajmniej historii Lelewela lub 
Szajnochy. Wchodzą, a tam lekcja muzyki, gdyż p. K. uczy się grać na' flecie. 

Przy fortepianie siedzi... L. Mój Boże! z jakim mię ona serdecznie ,,braterskim" 
powitała uśmiechem... Przez tę godzinę znów byłem nieswój!... Pożyczono mi 

historii Moraczew-skiego *, lecz ta, o ile mi się zdaje, nie na wiele mi się 
przyda. Ale, ale... Biedna Ludwinia! — Ojciec jej umarł na galopujące suchoty. 

Ona nie znała go zupełnie nigdy i o śmierci ojca rodzonej córki nawet nie 
zawiadomiono. Biedna istota! Ja na jej miejscu już bym sobie dawno był w łeb 

palnął!
Jaka ona piękna! To cudo — anioł!... Śliczna! Gdybym choć miał jej fotografią, 

bym mógł się swobodnie patrzyć w jej oczęta, bo tam, bo na salonie jestem 
niezgrabny, nie umiejący się znaleźć — drągal.jednym słowem. Na dobitkę złego 

przyszli tam jeszcze pp. Sascy (on jest moim bratem ciotecznym), * do których 
czuję szczególniejszą jakąś a[nty]patią...

Gdy sobie przypomnę moją Ludwinię, gdy zobaczywszy mię zawołała: „Stefan!" znów, 
znów jestem ten sam, co dnia 13 września! Gdzie nas los rozpędzi? Gdzie ona 

zostanie wielką

background image

119
panią? A ja, a ja? Nie zapomniała o dzienniku! Prosiła, aby go pokazać. Ale czyż 

podobna przedstawiać jej oczom takie brudy jak dzień 2 listopada? Niepodobna!
Wieczorem skończyłem przecież to tłomaczenie Berga. Ale skąd materiały do 

krytyki? — Bóg wie! Pożyczyłem od kolegi Leśkłewicza Sejmu grodzieńskiego —
nowa praca.

Zawsze mi staje na myśli ta moja ulubiona teraz dumka
Szewczenki:

Durni moi, durni moi
Licho mini z wami! Na szczo stali na paperi

Sumnymi riadami?
Czom was witier nie rozwijaw

W stepu jak pilinu? Czom was gore nie prispało
Jak swoju dętymi?

Jednu łezku z karich oczu
I pan nad panami... Durni moi, durni moi

Licho mini z wami... *
Och, gdybyż to nad moimi dumkami jedną łezkę z ocząt mojej Ludwini... jam pan 

nad panami!
20 listopada. Trzeba zapisać sobie, co do tego czasu napisałem. Klasa czwarta: 

1) Na zwaliskach Sw. Krzyża (pierwszy mój wierszyk). 2) Ranna wyprawa. 3) Na 
mogile matki. 4) Wiersz na imieniny p. Karpińskiego.

Klasa V: 5) Spowiedź zbrodniarza. 6) Dwie ofiary. 7) Rzeź humańska. 8) Przeróbka 
sielanki Brodzińskiego pt. Wiesław na dramat. 9) Przekłady z Puszkina: Róża, 

Słowik, Do cudzoziemki. 10) Syn baniiy (próbka powieści). 11) Początek nie do-
120

DZIENNIKI, TOMIK I
kończonego dramatu pt. Wirginia. 12) Do sosny. 13) Do rolnika (Piosnka rolnika 

druków, w „Przyjacielu Dzieci"). 14) Gdzie moja chatka? 15) Kara. 16) Do Matki 
Boskiej. 17) Pragnienie („Gdyby pszczółką być"...). 18) Początek nie dokończonej 

powieści pt. Powiastka bez tytułu. 19) Termopile. 20) Przekłady z Lermontowa: 
Pragnienie („Ach, czemum nie krukiem, nie ptakiem stepowym..." drukowane w 

„Tygodniku Mód"). 21) Z Lermontowa: Modlitwa. 22) Pod Twoją obronę! 23) Janusz i 
Marta (obraz dramatyczny w trzech aktach). 24) Barbara Gi-żanka (obraz 

dramatyczno-historyczny w 5 aktach). 25) Anioł stróż. 26) [a] Do brzozy 
płaczącej. 26) [b] Wiersz na imieniny p. Schmidta. 27) Polot ducha. 28) Puchar 

życia (z Lermontowa). Klasa VI: 29) Wierszyk Do Ludwini. 30) Klasztor Sw. 
Urszuli (powieść — tłomaczenie z Woskriesienskiego, z rosyjskiego). 31) Z 

czeskiego przekłady: z Rukopisi Kralodvor-skiej — Zbyhoń (wierszem). 32) Z 
czeskiego: Opuszczona. 33) Z czeskiego: Skowronek. 34) Z małoruskiego: ,,Dumi 

moi, durni moi..." Tarasa Szewczenki (druków, w Lirze Polskiej) *. 35) Dumka z 
małoruskiego — Szewczenki. 36) Tłomaczenie z rosyjskiego broszurki N. W. Berga 

pt. Życiorys hi. Andrzeja Za-moyskiego. 37) 4 pierwsze sceny nowego dramatu.
Wieczorem, choć bez żadnych podręczników, napisałem lekką krytyczkę na Życiorys 

Zamoyskiego. Pokażę ją jutro p. Bemowi.
21 listopada. Dałem p. Bemowi moje tłomaczenie życiorysu. Ciekawym, co powie.

Czytałem na niemieckim w „Bibliotece Warszawskiej" rozprawę K. Kaszewskiego pt. 
Pneumatologia i fizjologia, * rozbierającą dzieła p. de Goldstaube pt. O 

rzeczywistości duchów i dzieło p. Debay pt. Historia naturalna mężczyzny i 
kobiety. Zadaniem pierwszego jest ukazać nam człowieka w pozaświe-

KIELCE, 1882
121

cię, a zadaniem drugiego jest zupełna niezgoda z Genezą, a nawet tradycjami 
Persów i Indian, tj. wystawienie za protoplastę rodu ludzkiego najpiękniejszego 

orangutanga afrykańskiego.
, -a-roc1  = tchnienie, oddech, duch. = nauka o duchu.

natura, przyroda. <puoioXoyi'a — nauka o przyrodzie, naturalnym
stanie człowieka. iSea  = idea.

Po południu widziałem się z tatusiem.
22 listopada. Co to jest plastyczność? Jest to najcha-rakterystyczniejsza cecha 

przede wszystkim rzeźbiarstwa, a następnie każdej sztuki, po której poznajemy 

background image

prawdziwego mistrza; wyraz ten pochodzi od: TiXa<TCTa>, T&ĆĆTTW — urabiam, 
formuję. Wyraz ten może być zamieniony polskim: rzeźbiar-skość.

(Z rozprawy p. Ant. Gustawa Bema pomieszczonej w „Biesiadzie Literackiej.") *
23 listopada. Na lekcji historii p. Bem zwrócił mi moje tłomaczenie Życiorysu 

ZamoysWego. Popodkryślał trochę — nie całe nawet przeczytał. Smutno mi się 
zrobiło bardzo: to, co ja wypracuję, na co serdeczne pokładam nadzieje — nic 

najczęściej nie warto. Coraz bardziej przychodzę do przekonania, że jeżeli pisać 
co, to pisać dla siebie — bo, aby pisać dla ludzi, trzeba być czymś więcej niż 

mną.
Kolega Bolesław Augustowski powiedział mi, że jest w „Gazecie Kieleckiej" jakieś 

tłomaczenie z rosyjskiego. Rozcieka-
122

DZIENNIKI, TOMIK I
wiony byłem, bo myślałem, że to moje — ale naturalnie, że to było marzenie 

tylko! Gdzieby się mnie co spełniło?
24 listopada. Ha! Głaskają nas moskiewscy bracia! Dziś na przykład wchodzi p. 

Bem na lekcją polskiego i ogłasza postanowienie kuratora: z języka polskiego 
mamy na każdą lekcją tłomaczyć wyjątki z wypisów Dubrowskiego (części trzeciej). 

* Co się zaś tyczy literatury — to ograniczać się ona ma konspektem, który 
układać mają uczniowie z wykładów profesora. Profesor zaś ma opowiadać uczniom 

po rosyjsku treść dzieł autorów polskich. Profesor mówić powinien po rosyjsku na 
lekcji koniecznie. Główną część ma stanowić tło-maczenie — a podrzędną tylko 

literatura. Nędznicy, szelmy!
Wyszedłem wieczorem na miasto — i spotkałem się akurat z Ludwinią. Wiele się, 

wiele dowiedziałem rzeczy — a naj-główniejszą z nich była ta, że Ludwinia... 
idzie za mąż! Ach! Boże, Boże!...

W przeszłą niedzielę po moim odejściu od pp. Koczanowi-czów, przyjechał tam p. 
Karol Zlasnowski, inżynier z Suche-dniowa, i oświadczył się o jej rękę. Przyjęto 

go naturalnie! Ślub ma być za rok. On ma lat 27, ona 18! Stosowna para: on 
przystojny, ona cudna! Szczęść im, szczęść jej, szczęść Boże!...

A ja, a biedny poeta?...
25 listopada. Dziś w nocy obudziłem się nagle. Księżyc prościutko posłał ku mnie 

tak cudnie piękne promienie swoje, że te padały mi w oczy i zbudziły nagle. Noc 
była cudownie piękna... * Ach, ileż ja wówczas wymarzyłem! Moja Ludwinia, mój 

ukochany ideał stanął mi przed oczyma... Ona już nie moją, ona już innego...
Gdzieś ty, jasny ideale, madonno moja? Rozwiał cię, eteryczny wyobraźni tworze, 

powiew zimnej rzeczywistości.
KIELCE, 1882

123
O, ujdź z mojego serca, ideale, niechaj sam zostanę, bo żyć z tobą razem, byś mi 

wieczne łzy wyciskał — to za boleśnie.
Jam sam został — tyś nie moja,

Idź Ludwino z serca precz, Ciężka, ciężka moja dola,
Więc marzeniem wrócę wstecz.

W jasne moje dni młodzieńcze,
Kiedym nie znał, co jest ból, Gdym marzenia tkał pajęcze,

Gdym niewinne tkanki snuł,
Gdyś ty siostrą, a ja bratem

Razem dziećmi byli tam... Tyś mi teraz srogim katem,
A ja z bólem sam, ach, sam.

Sam z mym bólem — niech nikt nie wie.
Żeś mi była drogą tak. Niech się ból mój w sercu krzewi —

Lecz niech biegnie miłość wspak...
Wieczorem byłem u kolegi Stasia Molla. Był tam geometra p. Stanisław Trembicki, 

poeta także trochę. Rozmawialiśmy długo o polowaniu, gdyż to zapalony myśliwy, o 
Ludwini, o poezji, o różnych w ogóle rzeczach. Wieczór ten przyjemnie bardzo 

spędziłem. Po powrocie do domu poszedłem spać zaraz, ale długo jeszcze, długo 
marzyłem... O, bo marzenie to jedyna moja pociecha, jedyne moje szczęścia 

chwile... Gdyby nie marzenie, ja bym dawno już skamieniał z boleści!
26 listopada. Niedziela. Byłem u Sw. Wojciecha, a potem w domu. Nad wieczorem 

przyszedł do mnie Tomcio Ruś-

background image

124
DZIENNIKI, TOMIK I

kiewicz, a później Wincenty Decka. O godzinie 9*/2 przyszedł Moll. Biedny 
chłopak! I on wprzężony do rydwanu Ludwini! Przechodząc koło Koczanowiczów 

zobaczył, jak narzeczony całował rączęta Ludwini — i biedak przyleciał do mnie 
wyspowiadać się. Mnie się spowiadają wszyscy — a ja, ja, nikomu!... Wieczorem 

napisałem dwie sceny dalej do dramatu Po-pieliszcze. Rozmarzony dziś jestem 
ogromnie!

27 listopada. Napisałem krytykę na wypisy Dubrow-skiego, gdzie pod niebiosy 
wynoszę p. Bema.

28 lis t[ opada]. Z domu nie było nikogo. Dziś na polskim deklamowałem Bajdary 
Mickiewicza.

29 listo p[ada]. Wieczorem wyszedłem na spacer z Mol-lem i spotkałem się z 
Ludwinią. Prosiła mię, aby przyjść do nich jutro.

30 listopada. Byłem u pp. Koczanowiczów. Wchodzę — państwo młodzi siedzą na 
kanapce, zrywają się naturalnie ujrzawszy mnie... Ludwinia serdecznie mnie 

bardzo powitała. Kontent jestem przynajmniej, że narzeczony jej taki miły 
chłopak! Poczciwy być musi. Pokłóciliśmy się trochę o Słowackiego... On mówił, 

że wyżej stawia Krasińskiego — ja obstawałem za Juliuszem. Wykształcony 
bardzo... Później przyszła tam pani Wawrykiewicz — dawna moja znajoma. Od niej 

dowiedziałem się, że ma być wkrótce teatr amatorski. Spełni się więc jedyne moje 
marzenie: deklamowanie Maratonu Ujejskiego w teatrze. Ludwinia fotografowała się 

— och! jakaż śliczna! — prosiła mię, by napisać do Romana Czerwieckiego, który 
ma jej fotografią z lat ośmiu. Muszę go więc prosić, by ją odesłał. O godzinie 9 

wyszliśmy z p. Zlasnowskim na miasto. Przez drogę rozmawialiśmy o historii, 
mianowicie o Bo-brzyńskim i Smółce. Trafne ma poglądy — przyjemny bardzo 

chłopak! Pokochałem go od razu.
KIELCE, 1882

125
1 grudnia. Polski. Cośmy sobie nakpili z dyrektora gimnazjum, p. Woronkowa! 

Wczoraj przyszedł on na język polski do klasy VII. Wchodzi do klasy, rzuca futro 
swoje na katedrę, przed nos p. Bemowi; potem pyta się uczniów, czego się uczą z 

polskiego, i każe pokazać kajeta, w których mamy pisać literaturę po rosyjsku. 
Żaden z nich nie ma nic podobnego po rosyjsku — wszyscy po polsku. Rozwścieczony 

rzuca się do p. Bema i zaczyna mu wymyślać, że źle uczy, że on poda go do 
dymisji itd. Oto przyjemności profesora języka polskiego!

Dziś nas p. Bem prosił, aby nikt nie pisał po polsku, gdyż ,,naczalstwo" 
przyjdzie z pewnością i do klasy szóstej. Ten wyraz „naczalstwo" posłużył nam do 

niezliczonych kpin i drwi-nek z łysego ,,naczalstwa", z niedowidzącego 
„naczalstwa" itd., itd.

2 grudnia. Czytałem wieczorem Dzieje umysłowego rozwoju Europy. Cały dzień 
siedziałem w domu.

3 grudnia. Niedziela. Na mszy rano grała u nas muzyka z uczniów złożona. 
Rzępolili niemiłosiernie. — Pan Bem był w kościele. Jakże się też śmiał, wiercił 

i niecierpliwił, gdy brano jaki fałszywy ton. Wieczorem przepisałem napisaną na 
wypisy Dubrowskiego krytyczkę i posłałem do „Gazety Kieleckiej". Ciekawym, czy 

też pomieszczą.
4 grudnia. Mówiłem z religii. Opowiadałem o stanie religii chrześcijańskiej za 

panowania następców Konstantyna Wielkiego. Ktoś drugi opowiadał o Julianie 
Apostacie. Ksiądz prefekt Teodor Czerwiński powiedział: „Takich Julianów nie 

potrzeba szukać daleko — jest ich dosyć i za dni naszych. Tak samo jak i za 
Juliana dają nam za profesorów nie pogańskich, lecz i nie jednowierców, tak samo 

zabierają majątki, z tą tylko różnicą, że Julian nie karał śmiercią 
nieposłusznych, a u nas, kto nie słucha — to go w łeb niezwłocznie!" Popzciwy 

ksiądz.
126

DZIENNIKI, TOMIK I
5 grudnia. Był u nas na języku polskim dyrektor. Pan Bem wyrwał Kowalczewskiego, 

który opowiadał dosyć dobrze o Grzegorzu z Sanoka. Potem wyrwał Brudzyńskiego i 
pyta go, jakiego pochodzenia był Krzycki.

— Krzycki, Krzycki — jąka się wystraszony Franuś — był Niemiec z pochodzenia...

background image

— Jak to, Krzycki Niemiec? A Dantyszek?
— Dantyszek — był Włochem...

— Proszę usiąść!
Później mówił Rokke o Janickim i Dantyszku i dobrze się dosyć popisał. Nie wiem, 

czemu mnie p. Bem nie wyrwał.
Po południu widziałem się z wujostwem Schmidtami i macochą. Odjechali o ósmej.

6 grudnia. Byłem przed wieczorem ze Stasiem Czar-kowskim (bratem dwu cudnych 
panienek, które podobały mi się i podobają bardzo). Byliśmy w kościele na 

pogrzebie Stanisława Świeckiego, byłego prezesa trybunału w Kielcach. Na trumnie 
tego szanowanego powszechnie starca juryści kieleccy złożyli wieniec z 

nieśmiertelników z odpowiednim napisem. Znów mię to trochę rozrzewniło. 
Siedziałem z uczniami moimi aż do drugiej w nocy, gdyż nie mogli się nauczyć 

lekcy j.
7 grudnia. Lekcja historii: Hus i husyci. Słowa pana Bema o Husie: — ,,Był to 

bohater, człowiek z charakterem niezłomnym! Trzeba być pewnym swej sprawy, 
trzeba wierzyć niezłomnie w ideały i [mieć] przekonanie niezłomne, by nie 

zadrżyć przed śmiercią, by się jej nie ulać w najobrzy-dliwszej jej postaci — na 
stosie!" Stanisław Rokke: — „Ten sam hart duszy okazywali pierwsi męczennicy 

pogaństwa". Pan Bem: — „Tak, a więc Hus jest odbiciem tego samego hartu ducha. 
Musiał on być tak przekonanym o swych ideach,

KIELCE,  1882
127

jak były tamte bohatery na arenach Rzymu. Można być najlepszym katolikiem, ale 
trudno nie ugiąć kolana przed tym uosobieniem wielkości charakteru. Dajmy 

zresztą pokój Hu-sowi jako reformatorowi i spójrzmy na czyny jego jako patrioty 
czeskiego i znakomitego lingwisty. Wiadomo, że do przekonań religijnych Husa 

dołączały się przeważnie jego dążności antyniemieckie, znana jest wreszcie 
osobistość jego jako autora grafiki języka czeskiego, będącej w użyciu do 

naszych nawet czasów. Tak na przykład nasze rz — f, cz — ć, sz — ś itd. Jednym 
słowem jest to postać kolosalna, ideał człowieka!"

8 grudnia. Chciałbym deklamować w organizującym się teatrze amatorskim Maraton 
Ujejskiego. Jest to naturalnie marzenie, które nigdy do skutku przyjść nie może. 

Ale że ja w marzeniu tylko jestem szczęśliwy, więc marzę ochotnie!... 
Wieczór...1

9 grudnia. Przy końcu lekcji historii wyrwał mię pan Bem, ale nie dokończyłem 
lekcji. Potem spytałem go o zdanie, czy mogę deklamować. Nie radził mi wcale. 

Trzeba podawać prośbę do gubernatora, do dyrektora gimnazjum i prosić jeszcze p. 
Jundziłła, dyrektora Banku Polskiego, gdyż on zajmuje się urządzeniem teatru. 

Wątpię, czy co będzie z tego... Spróbuję jednak.
Idąc do klasy spotkałem się z Edkiem. Mój Boże! tacy dawniej przyjaciele — dziś 

jesteśmy obojętni prawie nawzajem. A, to nie ten idealny mój przyjaciel, poeta, 
czysty młodzieniec, kochający piękno — nie! To zepsuty łobuz, dowcipniś — nie, 

to już nie mój Edek. Czego się tylko dotknę, wszystko się łamie w mych rękach. Z 
takimi przyjaciółmi jak Halik i Edek jestem teraz zimny, nie znamy się zupełnie. 

Wszystko robię na gorąco, dorywczo, bez rozwagi. Pokochałem tych moich
1 Tu następuje znak } z jakimiś nieczytelnymi znaczkami wewnątrz.

128
DZIENNIKI, TOMIK I

KIELCE, 1882
129

przyjaciół całym uczuciem serca — a potem... Jeszcze Halik ma brzydki charakter, 
ale Edzio, mój ukochany Edzio — ja go i teraz kocham jeszcze, choć on już nie 

moim Edkiem. Jeden tylko Bilczuś, co zawsze moim serdecznym druhem zostaje. On 
na przykład zgadza się ze mną iść do p. Jundziłła, by prosić o to deklamowanie. 

Poczciwy chłopak!
10 grudnia. Niedziela. O godzinie jedenastej byłem z Bilczyńskim u pana 

Jundziłła, prosząc go [o] pozwolenie deklamowania. Zgodził się z ochotą, ale 
zalecił, aby iść do dyrektora gimnazjum. Naturalnie, że te burki * nie pozwolą, 

może mi każą deklamować po rusku — ale figę. Jaki to grzeczny człowiek ten pan 
Jundziłł. On to głównie zajmuje się urządzeniem teatrów na korzyść niezamożnych 

background image

uczniów. Chcę napisać komedyjkę z naszych okolic i naszych czasów, i poświęcić 
ją panu Jundziłłowi.

Po południu widziałem p. Marią Albrecht, cioteczną siostrę moją — z daleka.
11 grudnia. Mówiłem z algebry i dostałem trzy z ,,mi-nem". Dobre i to. Boleś 

Augustowski powiedział mi, że jest do mnie odpowiedź w „Gazecie Kieleckiej". 
Wypędzam więc Antka Czarneckiego do domu i przynosi mi on gazetę. Czytam, co 

następuje:
P.S.Ż. w Kielcach: Poklask pański byłby szkodliwy. Są drapieżne sępy. 

Najtrwalsze pomniki buduje się w sercach słuchaczy.*
Wychwalałem tam pana Bema, do niego to więc stosuje się to, że prawdziwą 

wdzięczność zyskuje się w sercach słuchaczy. Na pauzę mówiłem panu inspektorowi 
Kosteckiemu:

— Czy mogę deklamować?
Pyta mię: — Co takiego?

— Maraton Ujejskiego.
— Zdaje mi się, że to tłomaczenie z Góthego.

— Nie, to oryginalny utwór.
— Nie wiem, nie wiem, zapytam dyrektora. A może by co innego lepiej? — na 

przykład Sierota * lub coś takiego. Ja pozwalam, ale czy dyrektor pozwoli — nie 
wiem.

Czekam z niecierpliwością rezultatu.
12 grudnia. Deklamować nie wolno! Dyrektor nie pozwolił. Po południu widziałem 

się z ojcem. O, mój Boże, mój Boże! Bodajem go był nie widział wcale! Chory 
bardzo na astmę. Wybladły, chwiejący się, już ledwo, ledwo dyszący! Boże mój, 

Boże, za co ty mię karzesz tak srogo? Chyba cię nie ma na niebie...
Ojciec... tak mi powiedział: „Stefanie! Ja, ja już może umrę, pamiętaj ty o 

siostrach!" Nic więcej! O, mój Boże, mój Boże, jakżem ja nieszczęśliwy! Zostaw 
mi tego ojca, jeśli jesteś na niebie — bo gdybyś mi go zabrał, to ja nie wiem — 

alebym zrobił coś okropnie strasznego!...
Ach! cóż to za dzień, cóż to za dzień dziś okropny! Jeden z najsmutniejszych w 

mym życiu! O, bo ja tak kocham tego starca szalenie, że gdyby mi go wydarto, 
tobyrn chyba skamieniał z boleści!... Dzień ten wyrył jedne z najgłębszych rys 

na krysztale mojego serca! — takich więcej, a trzeba by w La-okoona się 
zmienić...

Och! bo w serca głębi Pisk taki, jak gołębia pod dziobem jastrzębi.*
Wieczorem pisałem 7 scenę fantazji dramatycznej pt. Po-pieliszcze.

13 grudnia. Cały dzień zaprawiony goryczą — bo tam ojciec chory! Robiliśmy 
ćwiczenie z geometrii — zrobiłem go.

9 — Dzienniki t. I
130

DZIENNIKI, TOMIK I
Wieczorem pisałem pierwszy rozdział szkica pt. Szkic niewyraźny.

14   grudnia.   Robiliśmy ćwiczenia z algebry, zrobiłem, ale kiepsko. Ciekawym, 
co będę miał z algebry.

Dwa tygodnie temu wypędzono z gimnazjum ucznia klasy piątej Adama Ulanickiego za 
to, że jest unitą. Dyrektor wszedł do klasy i zawołał:

HflHTe  H3  ypOK   33KOHa   EOJKMH   HO  HpaBOCJiaBHOMy
MJIH   BOH  H3   ruMHasHH.   B   pyccKOM   rocyflapcTBe :   npaBOcjiasHaa,   

KaTOJiHHecKaa,    eBpeiłcKaa,
n npoiecTaHTCKHe soo6me — HO HMKaKoił ymiaTCKOH pe-

JIHFHH   H6T!   ECJIM   XOTHTe,   MO5KeT6   Ce6e   nOeSHCaTfa   B   ABCTPUK),   
HO   3fl6CB

ynnaTa Mecra Hei"! **
Biedny chłopak zabrał książki i poszedł — napisał list do rodziców, co ma robić, 

a gdy ci dali mu odpowiedź, by się nie ważył przechodzić — pojechał do domu. 
Przeciąć komuś możność nauki dlatego, że jest uniatą — no, to chyba te brysie na 

to się zdobyć mogą! Czemu ja nie jestem unitą — bobym chyba łeb rozwalił takiemu 
chochłowi, * gdyby mi zrobił podobną propozycją!

Postanowiłem sobie, że nic co będzie tworem mojego uczucia, co będzie 
dziecięciem ran mego serca i łez — tego nie tylko nie będę nigdzie do druku 

posyłał, ale nie będę nikomu a nikomu pokazywał. Bo co ludzi bez serca, zimnych 

background image

egoistów i sybarytów obchodzić mogą łzy głupie, łzy nad czymś nieokreślonym, łzy 
poety? Wzbudzić tylko przeciwko sobie szyderstwa — na co to, na co? Czyż nie 

lepiej cierpieć dla siebie i być szczęśliwym w sobie? Nie pisać mi — nie 
podobno, bo bez tego nie żyłbym, w duchowym znaczeniu tego wyrazu, ale

KIELCE, 1882
jeżeli pisać, to pisać dla siebie. Trzy już przeżyłem ducha mojego epoki: epokę 

tworzenia z pobudek nieokryślonych, epokę tworzenia z natchnienia dla pozyskania 
imienia „poety" i epokę teraźniejszą — tworzenia z natchnienia dla siebie! 

Nikomu, nikomu, a tym bardziej profanom dzieci mego ducha nie pokażę! Poeta 
pisze dla siebie, bo jeżeli pisze dla ludzi, poetą nie jest; jest nim wówczas, 

gdy jest i filozofem zarazem, gdy twory jego są potrzebą ludzkości, a jeżeli 
tworzy tak sobie — to jest samolubem, niczym więcej, gdy ze smutków tylko chwali 

się przed światem!
Po południu byłem u Rokkiego, który pożyczył mi wszystkich poezyj Krasińskiego. 

Dziś przeczytałem Agaj-Hana. Odurzony jestem i nieswój. Czuję małość moją!
15  grudnia.

NIE-BOSKA KOMEDIA
Chciałbym wzlecieć wysoko, lecz się upaść boję! Nie wzlatuj, jeśliś słaby — 

takie zdanie moje. *
]*

1 Dwuwiersz  wpisany  współcześnie  obcą  ręką,  ujęty  z  lewej   strony w 
klamrę.

9*
DZIENNICZEK

STEFANA  2EROMSKIEGO [TOMIK   DRUGI]
od dnia 16 grudnia 1882 r. do dnia l września 1883 r.

Dnia 16 grudnia (sobota). Czytałem dalej Krasińskiego. Przeczytałem już: Agaj-
Hana, Nie-boską komedią, Noc letnią i pierwszą część Irydiona. Czytałem do 

dwunastej w nocy.
17 grudnia (niedziela). Musiałem oddać Rokkiemu Krasińskiego, gdyż to nie jego, 

lecz p. Huannickiego własność. Obiecał mi, że mi przyśle na święta pocztą; 
ciekawym, czy też dotrzyma słowa.

18 grudnia (poniedziałek). Galówka i imieniny profesora fizyki p. Gracjana 
Czarneckiego. Cała klasa była u niego z powinszowaniem.

19 grudnia (wtorek). Zacząłem pisać mój wymarzony Szkic bez tytułu. Napisałem 
dwa rozdziały.

20 grudnia (środa). Piszę wciąż. Przejąłem się tak Krasińskim, że ciągle piszę 
pod wpływem natchnienia. Dziś pisałem rozdział o znaczeniu poezji. Byłem 

ogromnie rozmarzony: słowa same lały się na papier! Sam nie wiedziałem, co 
piszę. Na drugi dopiero dzień, przeczytawszy, zobaczyłem, że to było śliczne.

*
21 grudnia (czwartek). Napisałem ósmą scenę Pepe-liszcza. * Brakuje jednej tylko 

jeszcze, ale ta musi być śliczną. Czekam natchnienia.
22 grudnia (piątek). Rozdano nam cenzury: mam 2 z łaciny i algebry, cztery ze 

sprawowania — wybornie! 5 z poi-
136

DZIENNIKI, TOMIK II
skiego, 4 z historii. Wieczorem przyjechał ojciec. Chwała Bogu, że zdrów. 

Byliśmy przez wieczór u p. Kłodnickiego, męża siostry mojej macochy. Był tam 
doktor Stępkowski z bratem. Doktor ten żeni się z panną Malinowską — ogromnie 

brzydką, lecz bogatą panną.
23 grudnia (sobota). Jedziemy na święta do Radoszyc, do ciotki macochy, pani 

Magdaleny Romer. Wyjechaliśmy o 9 rano. Przed wyjazdem spotkałem się z Romkiem 
Czerwiec-kim, dawnym adoratorem Ludki, a moim koleżką. Łobuzowali się z 

Łuszczkiewiczem. Zajechaliśmy do Radoszyc na wilią. Przy pani Romer mieszka brat 
jej, prałat kapituły sandomierskiej, chory od dwu lat. Na wilii był wikary ks. 

Krajewski z matką i bratem, uczniem klasy VI gimnazjum radomskiego; i ksiądz 
Antoni Grudziński, drugi wikary miejscowy. Nocowałem u tego ostatniego. Cóż to 

za wesoły chłopak. Ma 24 lata. Śliczny jak malowanie. Pokochałem go jak brata. 
Wykształcony jest bardzo. Zaczęliśmy mówić o Darwinie. Dowodził mi bardzo 

gruntownie. Jest on byłym uczniem pana Bema, chodził bowiem do Hillera w 

background image

Kielcach, gdy pan Bem dawał tam łaciny i greckiego. Siedzieliśmy zawsze do 11 i 
dłużej czasem, gawędząc.

24 grudnia. Byli na plebani! państwo Bińkowscy, a przed' obiadem państwo 
Eksnerowie, właściciele Radoszyc. On jest zawołanym myśliwym i gra ślicznie na 

skrzypcach. Rezydentem u państwa Eksnerów jest pan Franciszek Lada, brat Kaź-
mierza Łady, autora cudnych krakowiaków i kujawiaków. Była tam także panna 

Apolonia, jakaś krewna Eksnerów, dosyć przystojna, lecz nadzwyczaj romansowa 
dama. Ściskała mię za ręce przy pożegnaniu, aż trzeszczało.

25 grudnia. Wszyscy byliśmy u księdza Grudzińskiego. Co on tam nie naprawił 
rozmaitości. Popoił wszystkich.

KIELCE, 1882—83
137

26 grudnia. Czytałem życiorys ks. Bulińskiego, znakomitego profesora historii 
seminarium sandomierskiego, autora Historii Kościoła w 6 tomach, Historii 

Kościoła w Polsce — 3 tomy, monografii Sandomierza — l tom.
Wieczorem byliśmy u Bińkowskich. Deklamowałem Hymn o zachodzie słońca. Znów 

romansowa panna Apolonia ściskała mię za ręce i ja jej naturalnie odpłacałem tą 
samą monetą. Był tam jakiś pan Białkowski, podleśny — głupi jak but, a pragnący 

uchodzić za coś. Co sobie z niego ks. Grudziński nie nakpił. Rozmawialiśmy 
jeszcze ze dwie godziny po powrocie do domu.

27 grudnia. Zabrał mię ksiądz Grudziński na odpust do Pałkowa — o trzy mile od 
Radoszyc. Był tam ksiądz Żmu-dowski, sławny myśliwy, który polował z dzisiejszym 

cesarzem w Przedborzu, ksiądz Kubik, Bukiewicz i inni — wszyscy sławni kpiarze — 
a szczególniej Bukiewicz. Ks. Grudziński miał tam kazanie.

28 grudnia. Wyjechaliśmy z ojcem do Kielc — macocha została. Tak mi smutno było 
żegnać się z moim kochanym księżulkiem.

29, 30, 31 grudnia siedzieliśmy w domu odwiedzając niekiedy państwa Karpińskich.
1 stycznia 1883 roku. Byliśmy w Górnie u Schmidtów.

2 stycznia.  U Karpińskich.
3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10 stycznia. Siedziałem ciągle w domu. Dokończyłem powieść 

pt. Szkic bez tytułu; dokończyłem dramat Pepeliszcze; napisałem drugi rozdział 
fantazji poetycznej pt. Z cieniów katakumb. Natchnienie było. Powieść pt.

138
DZIENNIKI, TOMIK II

Szkic bez tytułu zajęła gruby kajet. Opowiedziałem tam wszystko, com marzył, com 
czuł... Odpowiedziała ona marom moim. Jest to pierwsza z prac moich szerszego 

pomysłu. Ciekawym, czy co warta?
11  stycznia. Byłem w Górnie. Od tego dnia...1

12 stycznia. W ciągłym smutku i niepokoju. Byłem na polowaniu sam... Las szumiał 
do mnie pieśni nieskalane — a ja byłem tak bardzo nieszczęśliwy.

13 stycznia. Na wieczór pojechaliśmy do Górna. Wieczór spędziłem u pani Rokke.
14 stycznia. Wyjeżdżamy do Kielc: ja, Włodek Schmidt i ciotka. Tak mi smutno 

było, tak smutno, żegnać się z tatu-siem. Dziecko ze mnie takie jeszcze... 
Wieczorem, po odjeździe ciotki byłem w teatrze na Czartowskiej ławie. Wzruszył 

mię znowu śpiew:
Stała chatecka za ciemnym borem, Ukryta w listkach powoi...

15 stycznia (poniedziałek). Już na lekcjach!... Po powrocie do domu dowiedziałem 
się od pana Czaplickiego, że pan Winnicki niezadowolony ze mnie, że się nie 

umiem obchodzić z jego synami... Tak mi było smutno, że dzień ten jest jednym z 
najsmutniejszych, najboleśniejszych w mym życiu... Za taką pracę, za tyle serca, 

ile ja okazywałem dla tych chłopców... boleśnie mi nad wyraz!...
Tak mi smutno, że nie wiem, czy kiedy w życiu cierpiałem tyle, a przy tym... 2

1 W autografie długi szereg kropek oraz symbole rysunkowe.
2 W autografie te same znaki symboliczne.

KIELCE, 1883
139

16 stycznia (wtorek). Nie było z domu nikogo. Ciągiem smutny niewypowiedzianie.
17 stycznia (środa). Byłem o godzinie 4 po południu u pana Wokulskiego. 

Lekarstwo kosztowało 4 złote. Ach, jak ja cierpię!
Rokke pożyczył mi Krasińskiego. Irydiona czytałem dziś na lekcjach.

SEN CEZARY

background image

Z IRYDIONA
l

18 stycznia (czwartek). Święto Trzech Króli u Rosjan. Byłem na tej ich paradzie 
poświęcania wody ze Stasiem Czar-kowskim. Po południu siedziałem w domu i 

czytałem Krasińskiego. Wieczorem czytałem także. Przeczytałem już Irydiona, Trzy 
myśJi tj. Syn cieniów, Sen Cezary i Legenda. W pierwszym tomie było: Agaj-Han, 

Nie-boska komedia.
19 stycznia (piątek). Polski. Nie wolno uczyć literatury — tylko tłomaczyć z 

tego nieznośnego Dubrowskiego. P. Bem, którego ulubionym zajęciem jest 
rozwiązywanie trudności pod każdym względem, musi tłomaczyć — to okropne. Sam 

powiedział, że „rola moja godna pożałowania dzisiaj — czuję co innego, a działać 
muszę co innego".

20 stycznia (sobota). Pożyczyłem od Jana Zaglenicz-nego Fizjognomiki i 
frenologii, streszczonej z dzieła Lavatera, Galia i Carusa przez Noskowskiego.* 

Chciałem tego dawno już dostać. Oto na przykład, co mówi o guzie poezji:
1 Sen Cezary Krasińskiego oraz fragmenty Irydiona przepisane w autografie z 

drobnymi opuszczeniami i podkreśleniami autora Dzienników.
140

DZIENNIKI, TOMIK II
Rzecz to powszechnie wiadoma, że ten tylko jest poetą, kto się poetą narodził, i 

że największa praca ani nadludzkie wysiłki woli nie nadadzą talentu poetycznego 
temu, kto go z sobą na świat nie przyniósł. Dar poezji objawia się nie zawsze 

jednakowo: niekiedy w jedenastym roku życia, częściej zaś w piętnastym lub 
szesnastym. Na czaszce uwydatnia się w postaci dwóch nabrzmiałości ponad 

skroniami, powyżej wypukłości artystycznej. Po ustaleniu zasad frenologii 
spostrzeżono, że na posągach największych poetów starożytności, mianowicie 

Homera i Pindara, guz poezji jest bardzo wydatny: zaiste, ówcześni rzeźbiarze 
nie mogli tego robić przez wzgląd na zasady Galia. W ogóle czoła genialnych 

poetów mają kształt odrębny, wyróżniający ich od innych ludzi. Np. czoło 
Shakespeare'a.

W dzieciach dziesięcło- lub dwunastoletnich objawia się niekiedy łatwość do 
wierszowania; jest to zabawka niebezpieczna, którą powstrzymywać należy, dar 

bowiem dobierania rymów zależy wyłącznie od ,,pamięci wyrazów" i nie ma żadnej 
łączności z talentem poetycznym — a nie będąc hamowany wytwarza zgubną mierność 

i równie zgubny rozwój próżności. Jeżeli dziecko posiada istotnie dar poezji, to 
zostanie poetą pomimo wszelkich przeszkód, i to poetą wielkim, wieszczem 

nieśmiertelnym po wszystkie wieki. Strzeżmy się natomiast wzbudzać wierszopisów, 
odznaczających się zwykle jałową płodnością: jest ich zbyt wielu na świecie.

Głowa poety i człowieka w ogóle rządzącego sią wyobraźnią — ma kształt mniej 
więcej taki.1

Wieczorem byłem w teatrze na Chatce pod lasem, dramacie w 8 odsłonach p. Soulie 
*. Śliczna to rzecz! Naturalna w całym znaczeniu tego wyrazu — a piękna i 

rzewna! Znów beczałem jak dziecko — a wkoło mnie śmieli się do rozpuku koledzy i 
starsi uczniowie z najidealniejszych miejsc. Napisałem też o nich artykuł do 

„Gazety Kieleckiej".
Nie pisałem jeszcze nic po przyjeździe — snuję tylko! Na dramacie tym stanęła mi 

przed oczyma postać Nicolao di Rienzi. Marzę o niej, chcę stworzyć z niej wielki 
dramat, co by imię moje unieśmiertelnił... — ale to mary! z tego kolosu bę-

KIELCE, 1883
141

1 Tu w autografie atramentowy rysunek czaszki ludzkiej z zaznaczonymi 
wypukłościami. "

dzie gar czek gliniany najprędzej. Tak zawsze bywa. A jednak co by to za scena 
była przedstawić go zadumanego na gruzach Colizeum! — lub opowiadającego 

narodowi o sławie nieśmiertelnej Romy! — Ale to mary! Chciałbym wziąć skąd 
podręcznika odpowiedniego — bo cóż, zrobić go ideałem? — niepodobna — trza mu 

dać pod stopy grunt historyczny, by stanął na nim stopą niewzruszoną na 
wieki!...

21 stycznia (niedziela). Byłem po kościele u Rokkiego i pożyczyłem sobie Obrazu 
historii powszechne;, tłomaczo-nego z niemieckiego przez Leona Rogalskiego.* Ale 

o Rien-zim nie było tam nic. Cały dzień siedziałem w domu. Nad wieczorem dopiero 

background image

poszedłem do kolegi Szczęsnego Dewitza. Razem z nim stoi na stancji u pani 
Rymkiewicz Jan Szczukin, dawniejszy mój kolega — Rosjanin. Przyszedł tam później 

Stach Moll. Śpiewał on, ja deklamowałem wiele rzeczy i wesoło w ogóle spędziłem 
tam kilka godzin. Dewitz naprawił nam mnóstwo anegdot i dowcipów. Wieczorem już 

po powrocie do domu napisałem do „Gazety Kieleckiej" artykuł o grze aktorów p. 
Puchniewskiego i zachowaniu się kolegów moich wobec sceny.

22 stycznia (poniedziałek). Czytałem pierwszą część Fausta Goethego. * Nie 
zachwyciło mię to jednak tak, jakem się spodziewał. Jest tam poezji wiele, 

prawda — ale jest i szyderstwa, krytyki, bajki i chęci wykazania erudycji wiele.
Postać tylko Małgorzaty podobała mi [się], podobała mi się także scena 

następująca:
Pokój Małgorzaty

MAŁGORZATA
(przy kołowrotku sama)

Mój spokój uleciał
Na sercu, ach, ciężki znój!

DZIENNIKI, TOMIK II
Nie wróci już nigdy, Spokój nie wróci mój.

Bez niego — wszędzie Grobem  świat mi będzie; Dla mnie ziemia cała Żółcią się 
zalała.

W biedną mą głowę Wskroś obłęd zawiewa, Stargała się myśl-, O, ja nieszczęśliwa!
Mój spokój uleciał! Na sercu — ciężki znój! Nie wróci już nigdy, Spokój nie 

wróci mój,
Za nim ja tylko Z okna wychylani głowę, Na jego  spotkanie Opuszczam alkowę.

Ach, ta postać wspaniała, Majestatyczny krok! A uśmiech tych ustek, Urzekający 
wzrok!

A mowa jego, ten zdrój, Czarem płynący jak sen! A uściśnienie ręki, A pocałunek 
ten!

A tu w piersiach wre, Aby się z nim rozczulić, Chwycić  go w objęcia, A trzymać, 
a tulić!

Całować, całować Ile mych żądz i tchu, I tak całując społem W uściskach skonać 
mu.

Albo znów scena taka:
MAŁGORZATA

(zaczyna śpiewać rozbierając się)
Był król w Tulijskim pomorzu, Wierność do grobu w nim trwała; Temu na 

śmiertelnym łożu Luba złoty puchar dała.
W części dar kochanki żyje, Na ucztach się święci; Ile razy z niego pije, W 

oczach łza mu się kręci.
Ot, śmierć kroczy, ponocnica, Ile miast, obszaru, Wszystko zdaje na dziedzica, 

Nie zdaje pucharu.
Zasiadł przy biesiadnym stole W spółrycerskim kole, W sali ojców, starym dworze, 

Gdzie Tulijskie morze.
I staruszek toast bratni Spełnił raz ostatni I rzucił swój puchar święty W 

podmorskie odmęty.
Patrzy — puchar w głąb się chyli W bezdenne przestworza, Oczy zwarły się po 

chwili — Już nie pije król pomorzą.
Albo na przykład: (Faust podnosi czarę do ust. Słychać bicie w dzwony i śpiew 

chóralny)
CHÓR ANIOŁÓW

Zmartwychwstał Chrystus Pan! W grzechach osiadłym,
144

DZIENNIKI, TOMIK II
W nędzach pobladłym, W prochy zapadłym Wesela znak jest dań.

CHÓR NIEWIAST
Maścią — a wonią

Pod służek dłonią
Lśnił się przenajświętszy trup,

W opony lniane
Ciało ubrane

Płacząc układłyśmy w grób.

background image

O, nędzo, o, krwawa łzo!
Już nie ujrzymy Go!

CHÓR ANIOŁÓW
Z grobu podźwignął się wzwyż!

Przed Bogiem luby,
Kto cierpień śluby,

Kto święte próby,
Kto zniósł wytrwale krzyż!

CHÓR UCZNIÓW
Zasnąwszy zbożnie,

Owo: z pogrzebu,
W glorii ku niebu,

Wzbił się wielmożnie
Ku odrodzenia stronie,

W przybytek twórczej chwały
I tu po zgonie

Na łzy zostawił nas.
Nas, stadem tułaczem,

O! Chryste! Nas na poziemiu tym, O, Rabbi! płaczem, Rabbi, za szczęściem Twym.
CHÓR ANIOŁÓW

Zmartwychwstał Chrystus Pan! Nicestwa nić przecięta; Radośnie rwijcie pęta, Z 
ciężkich otchnijcie ran.

KIELCE, 1883
145

K' woli wszem wiernym, Wszem miłosiernym Z miłością bratnią, Wiarą dostatnią,
Chlebem łamiącym Słowo głoszącym, Mistrz po wszystek czas Stoi w pobliżu was!...

23 stycznia (wtorek). Poezja orficka — poezja pochodząca od Orfeusza, mitycznego 
poety. Miał on tworzyć w duchu religijno-mistycznyin, poeci więc ducha tego 

zowią się kapłanami poezji orfickiej. (Lekcja języka polskiego).
Wieczorem przerzuciłem powieść de Kocka pt. Zawsze ten człowiek. * Wszędzie to 

samo niechlujstwo, bezwstyd. Żałowałem mocno potem, żem na to okiem nawet 
rzucił. A jednak taki autor zdobył sobie sławę i wziętość. Ale taką sławą niech 

się cieszą pisarze francuscy — dla nas dosyć będzie, gdy zasłużymy na poczciwe 
imię i przydomek: czcigodny.

24 stycznia (środa). Kilka dni temu panika ogarnęła całe nasze gimnazjum: w 
skórę biją! * — Chryste Jezu! — za najmniejszą łobuzerkę tryszczą do komory i 

nasz Teodor wali aż się kurzy.
Kiedyś wytrzepali skórę Chamskiemu, uczniowi klasy IV. Wczoraj o mało nie 

sypnęli Stasiowi Czarkowskiemu — kto wie, czy i do nas nie dojedzie?
Teraz znów klasa VI nową sobie wynalazła niebezpieczną zabawkę: cetno-licho na 

dychy! * Orłowskij, syn popa, przynosi co dzień po pełnej kieszeni dziesiątek i 
gra się zaczyna. Największe szczęście ma Halik, którego przeprosiłem dn. 14 

stycznia. Całymi garściami wygrywa dziesiątki od Orłowskie-go — wygrał już dziś 
ze trzy ruble. Ja nie gram!

Przejrzałem Wiadomość o Gimnazjum kieleckim za role szkolny 1881/2 — podał 
Feliks Rybarski, nauczyciel gimna-

10 — Dzienniki t. I
146

DZIENNIKI, TOMIK II
zjum. Na pierwszej stronicy jest rysunek gimnazjum skreślony przez Eug. 

Wozniesienskiego, byłego ucznia gimnazjum — a dalej statystyka gimnazjum, lista 
uczniów przeszłych do klasy wyższej itd.

Moll obiecał mi pożyczyć Historii powszechnej Cezara Cantu. * Ma być ogromna — 
lecz trzeba ją odnaleźć, bo leży tam gdzieś na górze w sąsiedztwie szczurów. Ja 

bym taką rzecz na pierwszym miejscu położył — a oni dają to [na] obiad szczurom! 
Och! gdybyż to dostać tej Historii — jaki ja bym był szczęśliwy, gdybym znalazł 

odpowiednie wiadomości o Rienzim...
25 stycznia (czwartek). Nie drukował Sienicki artykułu mojego. Dobrze zrobił!

Czy ja też stworzę co z moich mar o Rienzim? Wczoraj przyszła mi myśl, aby 
zamiast Savonaroli, którego nie będzie można wprowadzić do Rienziego, gdyż 

popełniłbym anachronizm, stworzyć drugi dramat pt. SavonaTola. Trzeci zaś będzie 

background image

Jan Hus. Trzy te postaci złożą się na trylogią; będzie pomiędzy nimi związek 
logiczny. Wszystkie te trzy postaci jeden mają cel, wszystkich działanie zgadza 

się z moim sposobem myślenia, wszystkie dążą do szlachetnych a wielkich ulepszeń 
w dobrobycie i moralności ludzkości — a wszystkie upadają, podcięte kosą losu... 

Czczę ich, więc muszę im poświęcić kawałek mojego serca... Muszę napisać!
26 stycznia. Leon Lichterowicz, kolega, pożyczył mi Kościuszki pod Racławicami 

Lasoty. * Znów beczałem! — jakież to cudne! Na każdym kroku to, co najświętsze 
dla nasi Oto na przykład z oddziału ostatniego:

KIELCE, 1883
147

KOŚCIUSZKO
Teraz kolej na bohatera wczorajszej bitwy. Bartoszu Głowacki, wystąpi (da/e 

znak) %
WODZICKI

Baczność! Prezentuj broń!
(Bartosz występuje z szeregu i staje przed Kościuszką)

KOŚCIUSZKO
Bartoszu Głowacki! Nadludzką odwagą okazaną wczoraj dałeś przykład włościanom, 

jak za Ojczyznę walczyć należy. Wiekopomni królowie nasi nagradzali waleczność 
włościan wynoszeniem ich do stanu szlacheckiego. Nieśmiertelnej pamięci król 

Stefan Batory za męstwo okazane pod Wielkimi Łukami Marcina Wielocha, 
włościanina, wyniósł do stanu szlacheckiego.

Ja, Tadeusz Kościuszko, naczelnik sił zbrojnych j władz cywilnych narodu 
polskiego, z mocy mi służącej mianuję ciebie, Bartoszu Głowacki, porucznikiem 

kosynierów (werbel) i wynoszę cię wraz z twoim potomstwem do stanu szlacheckiego 
(werbel). Czynię to nie dlatego, ażebym stan włościański uważał za nikczemny, 

ale aktem tym uroczystym pragnę wznowić piękny obyczaj ukochanych naszych 
monarchów, a ciebie uwolnić od pańszczyzny i ciężarów włościan przytłaczających. 

Na koniec, aby cały naród wiedział o tym, że kto szlachetnie służy ojczyźnie, 
ten jest prawdziwym szlachcicem.

Wiwat!
WSZYSCY

BARTOSZ
Jasny Nacelniku, pod twoją komendą tak się będzłewa bili, ze nie na-starcys 

robić ślachciców. Niech żyje ten, co piersy uznał, ze chłop polski może kochać 
Ojcyznę i potrafi za nią zginąć.

Wiwat!
Bóg z nami!

WSZYSCY
KOŚCIUSZKO (uroczyście wznosząc oczy do nieba)

10*
148

DZIENNIKI, TOMIK II
Sonet Mickiewicza przez Ługowskiego *

* JlroSjiio H, onepiiiHCb na cKajiti Ankara, CMOTpeTfa, KaK neuaica, rpeMH B 
CBOMX pa,ąax, CoMKHyTwe BaJiw, M B,ąpyr saSpbBKHseT anara To cneroM cepeBpa, TO 

B paayjKHbix iiBeTax.
Baji rpaHyjica o Mejib; na sojiHbi OH flpo6nTCH,

KaK apMKH KHTOB, oSjieriiiM 6epera,
C TpnyMĆpoM MX 6epeT| Toinac nasaa cipeMUTca,

M6T6T  TbMy paKOBMH,   KOP3JIJIOB,
TaK cTpacTM najieiaT rposoro

Ha cepsrje lonoe noaia Mojiofloro;
Ho jiniiib OH apcpy BSHJI — Seryi yKpbirbca CHOBa

B rjiySb saGBGHMa, ne csejiasiiiH spe^a, Be3CM6TpHbix necen pan ponaiOT iyix.e 
cseiy; Ms neceH Tex BCKa njieiyT BBHOK no3Ty.

27 stycznia (sobota). Kilka już dni temu Stach Moll pożyczył mi Cezara Cantu 
(dziewiątego tomu), gdzie w całej glorii uwydatnia postać Savonaroli. Najpierw 

więc trzeba napisać obraz Śavonarola — który jest drugim czynnikiem. Brakuje mi 
ubrania, dekoracji, akcji w ogóle pobocznej — sama postać świętego męczennika 

widna jest, ale nie możnaż jego samego postawić na scenie dramatu, a 

background image

osobistości, które tam można będzie wprowadzić, nie będą miały związku z główną 
postacią. Trzeba więc dobrze nad tym przedmiotem się zastanowić. Mam stworzyć 

dramat, mam postać świętego męczennika ubrać w szatę nieśmiertelnej aureoli — 
nie wolno mi więc postaci tej ubrać w lada jakie szaty!

Wieczorem byłem z Halikiem, Tłuchowskim, Pisulą, Dewi-tzem u Korczaka, 
dawniejszego kolegi, a teraz farmaceuty z Piotrkowa. Wieczorem byłem w teatrze 

na sztuce pt. Hinko. * Jest to dzieło sceniczne z czasów Wacława I, króla 
czeskiego. Przesadzone i nienaturalne.

KIELCE,  1883
149

28 stycznia (niedziela). Wczoraj wieczorem dostałem od Rokkiego Krasińskiego 
wszystkich trzech tomów. Czytałem więc znów po kościele. Po południu znów byłem 

u Halika, a potem u Korczaka. Opowiadano najrozmaitsze facecje o naszym Bufonie 
— a szczególniej Dewitz. Po powrocie do domu czytam i przepisuję Psa7my 

przyszłości. Czytałem u Halika w Encyklopedii, że Rienzim zachwycał się już 
Asnyk i napisał tragedią pt. Cola di Rienzi.

PSALM WIARY
29 stycznia (poniedziałek).

PSALM NADZIEI
30 stycznia (wtorek).

PSALM MIŁOŚCI
31 stycznia (środa). Czytałem powieść A. Bronikow-skiego tłumaczoną z 

niemieckiego pt. Kaźmierz Wielki i Es-terka. * Nic tam zajmującego nie ma.
l lutego (czwartek). Jeszcze z

PSALMU MIŁOŚCI
2 lutego (piątek). Najsmutniejszy, najboleśniejszy dzień w moim życiu! 

Przyjechał ojciec. Powiedziano mu, że mam
1 Krasińskiego  Psalm wiary i Psalm nadziei w  autografie przepisane w całości; 

Psalm miłości w obszernych wyjątkach z drobnymi usterkami.
115

m
trzy dwójki, że nigdy nie siedzą w domu, że sią łotrują, że

biją chłopców, że...
Powiedziałem ojcu, że sobie w łeb strzelał Nie pożegnałem sią z nim i uciekłem 

do domu! Ojciec płakał! Na mnie! Rozpaczy!...
Myśl o samobójstwie prowadzi mię! — Ona mię pociesza i uspokaja. Gdzie spojrzą, 

widzą naokoło siebie zdrady i prze-niewierstwa. — Śmierć stała sią dla mnie 
ideałem! Dnia tak okropnego nie miałem jeszcze w życiu! Wycierpiałem wiele, ale 

dziś w przystąpię szaleństwa popełniłem czyn okropny — obraziłem ojca! Ja, ja! 
O, gdyby prędzej skończyć to życie okropne!

3 lutego (sobota).
Przed życiem czują, nie przed śmiercią, trwogą — I tym umieram, że umrzeć nie 

mogą!...*
Świat ten smątarzem z łez, ze krwi i błota! Świat ten jak wieczna każdemu 

Golgota
Darmo sią duch miota,

Kiedy ból go zrani!
Na burze żywota

Nie ma tu przystani!
Los z nas szydzi w każdej chwili! Dzielnych strąca do otchłani — Giną świąci — 

giną mili — Żyją niecierpiani!
Wszystko sią plącze — i nierozgmatwanie! Śmierć w pobliżu — a w oddali Gdzieś na 

wieków późnej fali Zmartwychwstanie!
(KRASIŃSKI Resurrecfuris) •

4 lutego (niedziela). Siedziałem cały prawie dzień w domu.
KIELCE, 1883 151

5 lutego (poniedziałek). Byłem u Halika, a po powrocie do domu pisałem szóstą 
czy siódmą scenę obrazu historycznego pt. Cola di Rienzi. Uskuteczniam moje 

marzenia. — Ale nie to to jest, o czym marzyłem... to tylko zeschły kwiatek w 
porównaniu z róż bukietem, jaki miałem w sercu!

background image

6 lutego (wtorek). Radosny dzień w życiu: po powrocie z klasy zastałem list od 
mojego ukochanego tatusia nie z przekleństwem, lecz z miłością ojcowską... 

Szczęśliwy jestem niewypowiedzianie! Jeden to ze złotych dni życia mojego... 
Dzięki Ci zań, Boże nieśmiertelny!...

Po południu byłem z kolegą Janem Nowińskim u Halika.
7 lutego (środa). Popielec. Pierwszy raz byłem na tym nabożeństwie, bo zawsze 

jeździło sią do domu — a teraz trzeba siedzieć nad książką. Od godziny 12 
poszliśmy do klasy na

łaciną i fizykę.
Po południu wychodząc do Halika zobaczyłem jadącą w powozie... L. Ukłoniłem się 

z daleka... Znów bieda z mym sercem. Po powrocie od Halika pisałem dalej 
Rienziego. W krótkim czasie go ukończę i biorę się zaraz do Savonaioli. Wejdzie 

tam Aleksander VI, syn jego Cezar Borgia, Lukrecja Borgia (córka papieża), 
wejdzie ich miłość kazirodna, a obok Machia-vellego, obok rodziny Borgia odbijać 

będzie nieśmiertelnie wielka i święta postać Savonaroli. Obok dążności 
monarchicz-nych i kazirodztwa — odbijać będą dążności ubóstwiane przeze mnie, 

dążności respublikańskie i świętość zakonnika. Zakochałem  się  w  tej   świętej 
postaci   zakonnika  Girolamo* i umarłbym doprawdy z  ochotą,  byleby tylko  

stworzyć tą epopeję! Nie chciałbym nic — tylko stworzyć to dzieło; na ofiarę mu 
przyniósłbym życie nawet...

Napisawszy jedne scenę z Rienziego, poszedłem spać o jedenastej.
Tu wyciąta jedna karta nie zapisana.

152
DZIENNIKI, TOMIK II

KIELCE, 1883
153

8 lutego (środa)1. Byłem po południu od 5 do 7 u Halika. Rozmawialiśmy Bóg wie o 
czym, o Helenie Winkler, o tym jak on całował ją w czasie podróży od Sw. 

Katarzyny do Kielc, o Ludce i o różnych różnościach. Helena jest kuzynką Halika.
9 lutego (czwartek). Pisałem wieczorem jedne ze scen Rienziego. Jest on już na 

ukończeniu. Co dzień chodzę wieczorem do Halika. Gadamy długo, zawsze o 
rozmaitościach.

10 lutego (piątek). Znów pisałem wieczorem jedną scenę.
11 lutego2 (sobota). Mówiłem z geometrii. Mieliśmy zadane na lekcją trzy zadania 

— ja miałem wszystkie wypisane w nowym kajecie, który nie był jeszcze podpisany. 
Antek Czarnecki nie miał kajetu, a że bał się, by Szperl nie zobaczył tego -r- 

łap więc mój kajet. Gdy rnię wyrwano, spostrzegłem mój kajet przed Antkiem, 
biorą go więc i niosę. Szperl widział to, pyta mię więc, czyj to kajet. Ja mu 

twierdzę, że mój, cała klasa potwierdza, Antek także — ale podejrzenie cięży 
zawsze na mnie. Umiałem teoremę wybornie, byłbym pewno dostał 4, gdyby nie ten 

głupi wypadek. Kazał nam obydwu przynieść i pokazać na przyszłą lekcją geometrii 
ka-jeta.

Nadeszła czwarta lekcja — łacina. Matulewicz przyniósł kajeta. Pisałem sam to 
ćwiczenie i było napisane dobrze — odbieram kajet, a tu 1... i wypisane oprócz 

tego, że ćwiczenie to ściągnięte od Ruśkiewicza. Smutno mi się zrobiło ogromnie. 
Ponieważ zaś najpierw postawiono tam trzy, a później dopiero przerobiono na l, 

pytam się więc, jaki to stopień?

1 Pomyłka autora Dziennika: zapis poprzedni informuje, że środa była 7 lutego. 
Błędne oznaczanie dni tygodnia ciągnie się odtąd aż do 29 lutego, kiedy 

datowanie zostaje uporządkowane przez dodanie dnia fikcyjnego. W rzeczywistości 
28 lutego była środa, a 29 lutego nie było, ponieważ rok 1883 nie był rokiem 

przestępnym.
2 W autografie omyłkowo: 11 listopada.

M. — PasyMeeicH, HTO e,HMHHu,a.

——  IIOHeMy  3TO  T3K?
——  IIOTOMy,   HTO  Bbl  CDMCaJIH.

— Bbi na KascflOM mary npecjieayeTe MBHH n noTOMy TaK
— HTO STO snaHMT?  Karoie flOBOflbi MMeeie na TO, HTO H Bać npe-

H6   flOJIJKHbl

background image

— Bcer^a roBopHTe na MCHH Ha coaeTaK, noiOMy BOT.
— Bti STO oTKyfla snaeTe?

— TaK Mnę roBOpwT   Moe BHyTpeHHee y6ejK,ąeHHe.
——  3TO  HTO  SHaHMT,  KaK  Bbl  CMe6T6?   3TO...

——  Bbl   TOJK6   TOBOpMTe   BaiUM   MHeHMa   O0O   MH6   T3M,    T
roBopMTb HHHero no;ąo6Horo, T. e. B noHTOBoft Kapeie.

— Ew 06 OTOM OTKyfla saaeTe?
——  TOBOPUJ!  MH6  ORHH  M3   TOBapMmeft,  MM6HHO  TajIHK.

—— TaK HTO5K6?
— To, HTO H SJiaroflapro sac są TaKMe coseibi. ECJIM 6w BH HSBO-JIMJIH CKasaTb 

Mnę B rJlasa, HTO TW HJIOKO nocTynaeuib, H HPMHHJI 6bi sam COB6T c BeJinHataień 
6jiaroflapHOCTbio, HO roBopMTb KaKne TO ynpeKM jiimaM ne snaiomMM Mena, a 

CHMTaro ynpeKOM ^JIH ce6n.
——  H  #OJIO5Ky  O6O   BC6M  3TOM  MHCneKTOpy ——   a   Bbl  OCTEHbTeCb   B

i;epe — a npMfly K san m toTflft TOJibKo noroBopiiM c Bawtii.
— Cnyiuawcb. *

Przy końcu lekcji cała klasa poszła do katedry i poczęła prosić za mną, aby 
zwrócił uwagę na to, że byłem ogromnie rozdrażniony, że nie wiedziałem ze 

wzruszenia, co mówią, że taka jest moja natura itd. Zbliżyłem się i ja. 
Matulewicz zwrócił się do mnie wtenczas i rzekł:

— H BaM xoTeji flaib coBeT OT flo6poro cepflija — a BW HMM sjio-ynoTpe6jiaeTe.   
SnańTe, HTO  BW  c  BauiMMM  cnocoSnocTaMM  nponaaeTe, Hę   noHflCTe   TBM   

nyien,   KOTOpbifi   npojioazMJiM   BejiHKwe cero, T. e. nyieM nayKM. *
2al mi sią serdecznie zrobiło, być może, żem go niesłusznie potępiał. Wziąłem go 

więc za rękę i pocałowałem, mówiąc:
— IIpocTHie MCHH, HO SHaftie, HTO npoiuy y sac nporąeHMH Hę HS są CTpaxa 

HaKasaHwa — a noTOMy, HTO Buscy, MTO H HJIOXO nociynMJi. *
154

DZIENNIKI, TOMIK II
Matulewicz  pocałował mię  wówczas  w  usta  kilka  razy i rzekł:

Ilpomaio,  npomaio,  noTOMy, HTO  snący,  HTO BŁI roHOiua  c  cep/meM. JIro6io 
sac c Tex nop n

Być może, żem dziś zgrzeszył, ale ten człowiek dokuczył mi nieraz bardzo — Bem 
by nie kłamał! * Bądź co bądź zgrzeszyłem dziś bardzo. Beczałem ze dwie godziny 

śród śmiechu kolegów...
Wypadek ten rozniósł się niezwłocznie po całym gimnazjum, a nawet po mieście. 

Wszyscy trzymali moją stronę, oprócz Józka Wabnera.
12 lutego (niedziela). Byłem w teatrze na Błędnych ognikach Staszczyka. *

13 lutego (poniedziałek]). Mieliśmy święto, gdyż umarła żona dyrektora. Byłem na 
panichidzie * i pogrzebie.

14 lutego (wtorek). Skończyłem Rienziego. Dziwna rzecz: czytałem pożyczony od 
Jasia Nowińskiego dramat O zmroku Pieńkowskiego i Wybrana, dramat także, 

skończone 14 lutego, dwadzieścia lat temu. * Śliczny to dramacik!
15 lutego (środa). Galówka.* Czytałem broszurę ks. Podolskiego pt. Pius 7X — 

obrońca Polski. * Znakomita broszurka! Szkoda, że wszystko przesadzone...
Pisałem pierwszą scenę Savonaroii.

16 lutego (czwartek). Czytałem powieść Orzeszkowej Zygmunt Łowicz w ,,Ateneum".* 
Czytałem także tam rozprawę pt. Demokracja socjalna w Niemczech; oraz Obraz 

filozofii spółczesnej we Włoszech. *
Oto na przykład okry sienie metafizyki: Zadaniem metafizyki jest wynajdowanie 

hipotez, które potem nauka ma sprawdzać.
KIELCE, 1883

155
17 lutego (piątek). Czytałem pamiętniki Leona Dembowskiego. * Wieczorem pisałem 

dalej Sayonaroię.
18 lutego (sobota). Byłem wieczorem w teatrze na komedii dwuaktowej pt. 

Inżynierowie ;adq.' St. Skarbka-Borow-skiego, sąsiada mojego. * Jest to rzecz 
dowcipna, ale bez tendencji i celu.

Lud. z narzeczonym była w teatrze. Z drugiej sztuczki drap-nąłem do domu.
Po powrocie pisałem Savonaro]ę.

19 lutego (niedziela). Byłem u Dewitza z Mollem. Wieczorem pisałem Savonaroię.

background image

20 lutego (poniedziałek). Pisałem Savonaro/ę.
21 lutego (wtorek). Kończę już Savonaro/ę, a potem biorę się do obrazu ludowego 

z naszych okolic, który chciałbym sprzedać p. Puchniewskiemu, a tym sposobem 
spłacić długi. Będzie to robota niewolnicza i sprzeciwiająca się moim poglądom, 

ale cóż robić — „wiele ten czyni, co musi!"
22 lutego (środa). Skończyłem SayonaroJę. Jutro daję cały kajet panu Bemowi. 

Nikomu nie pokażę więcej, ale bądź co bądź muszę wiedzieć, czy to warto co, czy 
nie.

Po południu byłem u Halika z Otosiem Pławińskim i Wilko-szewskim. Halik darował 
mi na pamiątkę: Franciszka z Assisu Syrokomli * i obraz liryczny Henryka 

Merzbacha pt. Antoni Malczewski. * Czytałem je wieczorem i szczególniej ostatnie 
podobało mi się bardzo. Dał mi także Halik doskonałą fotografią Lermontowa. 

Słodki dla mnie dzień dzisiejszy!
Ciekawym, co pan Bem powie na moją pracę; zostawiłem naumyślnie jedne kartkę, by 

zapisać na niej wyrok p. B.
156

DZIENNIKI, TOMIK II
:0

^       ( l '
23 lutego (czwartek). Po lekcjach Moll dał panu Bemowi Savonarolę i Rienziego. 

Jutro polski — wszystkiego się dowiem. Po południu byłem u Dewitza. Wieczorem 
napisałem Dumkę (z Szewczenki), Opuszczona (z Rękop. Kiólodw.) i moją Piosnkę 

rolnika i posyłam do Liry Polskiej.
24 lutego (piątek). Mówiłem na pamięć 20 wierszy z Odysei Homera z księgi 

drugiej, poczynającej się od słów: ^o? o^YjprfŚYeioc cp<xv7)...*
Na łacinie śliczna myśl Cycerona wpadła mi w oko z Oratio pro Armio MiJone z 

rozdziału XXXVI:
i"   Ex omnibus proemiis virtutis, si esset habenda ratio proemiorum, amplis-

simum esse proemium — gloriami esse hanc unam, quae brevitatem vitae 
posteritatis memoria consolaretur, quae efficeret, ut absentes adessemus, mortui 

viveremus i h a n c denique esse, cuius gradibus etiam in caelum homines 
viderentur ascendere. *

Na języku polskim następujące słowa wyrzekł do mnie p. Bem: „Kochany Stefanie! 
Zajmuj się literaturą, pisz obrazki historyczne — ale głównie ucz się łaciny ł 

matematyki. Nie skończywszy uniwersytetu, poeta nie dojdzie do żadnych celów". 
Kajetu nie oddał mi jeszcze, gdyż nie przeczytał wszystkiego. Zdziwiła go jedna 

i taż sama dewiza z Pisma świętego. Ja obiedwie te postaci uważałem za pokrewne 
duchem między sobą, tymczasem pan Bem mówi, że nie mają między sobą nic 

wspólnego. Muszę pomówić z nim jeszcze w tym przedmiocie.
Cały wieczór uczyłem się historii i geometrii.

25 lutego (sobota). Po południu czytam sobie najspokojniej Dziecię wieszczek 
Heysego, * gdy wtem dają mi znać, że jakieś panie czekają na mnie... Wybiegam: 

Ludka i Kazia Sa-
KIELCE, 1883

157
ska. Proszę ich dalej — nie chcą. Poszedłem z nimi i chodziliśmy długo, jeszcze 

potem byliśmy u p. Gogolewskiej. Wróciłem o 7.
Czytałem Niewiastę polską Wójcickiego, * pożyczoną od Ruśkiewicza. Przytoczony 

tam jest wyjąteczek z Karpińskiego, który mię zachwycił. Doprawdy — nic mię, 
mogę powiedzieć, nie uniosło tak jeszcze w krainę pojęcia rzeczywistego uczucia 

miłości nieskalanej jak muza tego skromnego wieszcza:
Potok płynie doliną,

Nad potokiem jawory,
Tam ja z tobą, Justyno,

Słodkie pędził wieczory.
Noc się krótką zdawała,

Żegnamy się z świtaniem,
Miłość sen nam zabrała,

Miłość żyje niespaniem!
Nikt nie widział,  nie  szydził,

Niebo — świadek jedyny!

background image

Jam  się nieba nie wstydził:
Miłość była bez winy!

Jakże te proste dźwięki spajają się w dźwięczną harmonią z dźwiękami serca 
mojego dzisiaj!

Jam się nieba nie wstydził: Miłość była bez winy!
Nic mię tak w życiu nie zachwyciło, jak te wonne kwiaty cichej muzy 

Franciszka... Płakałem rzewnie nad tymi dźwięki... Szczęśliwy, szczęśliwy, kto 
może sobie zaśpiewać:

Miłość była bez winy!
26 lutego (niedziela). Chodziłem po południu z Kazia. Ludka siedziała w domu. 

Przed wieczorem chodziłem długo ze Stasiem Czarkowskim i Piątowskim.
DZIENNIKI, TOMIK II

58_______________________
27 lutego (poniedziałek). Byłem u Halika i pożyczyłem sobie od niego Gogola. 

Ładna tam jest fantazja pt. YToruieH-
HMija. *

Po powrocie do domu dokończyłem Niewiastę Wójcickiego i napisałem pierwszy 
rozdział fantazji poetycznej pt. Nostalgia. Duch mój był ze mną...

28 lutego (wtorek). Nie było z domu nikogo. Moll pożyczył mi Sienkiewicza. * 
Czytałem — nie, ja pożerałem te cudne powieści, tą poezją cudowną... Czytałem 

dziś Przez stepy. Trzeba pióra genialnego, by napisać scenę taką jak śmierć 
Lilian... Zachwyciło mię to!... Jestem jak oczarowany! Czytałem także scenę 

dramatyczną pt. Czyja wina? * — Czyż i to nie jest cudownym?... Doprawdy, że 
rzadko, rzadko zdarzyć się może,

by zachwycać się tak...
Poszedłem spać o 12... i długo jeszcze nie mogłem usnąć, bo stała mi przed 

oczyma postać tej Lilian, tak cudnej, tak świętej, tak niewinnej...
29 lutego (środa). Czytałem na francuskim* Orso, co mi się nie tak bardzo 

podobało, i Za chlebem.
Płakałem i doprawdy nie wiem, co się działo ze mną! Ile tam uczucia, ile poezji, 

ile prawdy, ile naturalności!... Jest to arcydzieło! w moich oczach...
Oczarowany byłem tym poematem Za chlebem/ Autor zdaje się mówi wesoło, szyderczo 

nawet o swych bohaterach — ale znać łzy, znać boleść pod tymi słowy... Co za 
prześliczne sceny, tendencja i styl, i wszystko, wszystko czarujące. Pod wpływem 

tych utworów napisałem 3 rozdział mojej Nostalgii. — Byłem rozrzewniony i 
wzruszony jak rzadko.

O 6 poszedłem do Dewitza. Był tam Moll i Swierczewski. Co robić? — tańczyć. 
Pokoik macieńki, ale to nic nie szkodzi. Moll ze Swierczewskim, Dewitz z poręczą 

od stołka — w braku damy.
Mazur! Kontredans.

Świecy nie ma. Szczukin robi takowe z papieru, a cały dom aż się trzęsie od 
hołubców. Wyszedłem o 7. Chciałem pożyczyć od kogo Historii, ale nie mogłem. 

Uczyłem się chronologii naszej.
l marca (czwartek). Dostałem z historii a, za to, że chciałem podpowiedzieć 

Wabnerowi, że Henryk Plantagenet nie był synem Tomasza Becketa, jak ten 
twierdzić zaczął. Zły był p. B. jak... diabli wiedzą co!

Radzikowski zgodził się wziąć palto za 61/* rubli. Pozostaje mi jeszcze zapłacić 
mu 3 rs.

-ov
1) Mizantropia = ( [UCTO?, -sco? = nienawiść i

=  człowiek)   =   [uaow&pcoTua =  nienawiść ku ludziom; mizantrop — człowiek 
nienawidzący ludzi (odludek) ;

2) paradoks = racpa i 8oxśw = prawda jednostronna, z jednej strony rozpatrująca 
twierdzenie, np. Sapientem soJum felicem esse (tylko mędrzec jest szczęśliwym). 

O 7 byłem znów u Dewitza. Wchodzimy z Otosiem Pławiń-skim — Dewitz w białych 
rękawiczkach, Szczukin z ogromnym brzuchem, z fajką, a cały pokój oświecony 

blaskiem 20 sza-basówek. Pośrodku pokoju wisi żyrandol, urządzony z miednicy 
zawieszonej na sznurku i obstawionej świeczkami.

Fajerwerki etc., etc. Później znów tańce, pantominy — Bóg wie nie co! *
Wieczorem pisałem dalej Nostalgią moją. Gdy tylko skończę to, biorę się do 

rzeczywistej powieści, którą myślę drukować.

background image

160
DZIENNIKI, TOMIK II

2 marca (piątek). Cycero na drugie. * Prześliczne są dwie ostatnie części 
Orationis pro Armio Milone. Oto na przykład, co za dar wymowy:

O me misemm, o me inlelicem! Revocare tu me in patriam, Milo pofu-isti per hos, 
ego te in patria per eosdem retinere non patero? Quid respon-debo liberis meis, 

ąui te parentem alterum putant? Ouid tibi, Ouinte iiater, qui nunc abes, 
consorti mecum (emporum illorum? Mene non potuisse Milonis salutem fueri per 

eosdem, per guos nosfram ille servasset? At m gua causa non potuisse? Quae est 
grata gentibus... non potuisse, lis, ąui maxime P. Clodii morte acguierunt? Quo 

deprecante? — Me.
(O, ja biedny, ja nieszczęsny! Milonie! ty mogłeś mnie sprowadzić za tych 

pomocą, a ja cię z pomocą tychże w ojczyźnie zatrzymać nie mogę? Co ja dzieciom 
moim odpowiem, które cię za ojca uważają drugiego? Co odpowiem tobie, bracie 

Kwintusie, coś był towarzyszem czasami onymi, a który teraz jesteś daleko? — Oto 
to, że nie mogłem zwrócić swobody temu przez tych, którzy za jego pomocą nas 

wybawili? I w jakiejże to sprawie nie mogłem? — W takiej, która dla narodów jest 
przyjemną... nie mogłem! dla tych nie mogłem, którzy najbardziej po śmierci P. 

Klodiusza spoczęli! Na czyją prośbę nie mogłem? — Na moją!) :
Na 6 lekcji pan Bem zwrócił mi kajet z tymi słowy: „Styl dobry, liryki wiele, 

kierunek taki sam, jaki ja podzielam — za wiele może dramatycznych wykrzykników: 
ha, ha itd. Błędy gramatyczne i stylistyczne zdarzają się — ale mimo to znać, że 

będziesz pisał."
Wielowieyski, uczeń klasy 8, nieznany mi, a wykształcony pod każdym względem, 

prosił mię o pożyczenie mu moich wierszy — a on w zamian pożyczył mi poezyj 
Ujejskiego i Gar-czyńskiego. Dałem mu Rienziego.

Wesoły byłem cały dzień.
KAPLICZKA  POD   ŁYSICĄ   Z  PODPISEM   ZEROMSKIEGO   NA   MURZE

KIELCE, 1883
161

3 marca (sobota). Ciągle stoi mi przed oczyma to wczorajsze wyrażenie pana Bema: 
„Będziesz pisał — ale dziś brakuje podstawy naukowej. Za lat kilka sam się 

przekonasz!" — Uczyłem się wiać historii na dziś w okropny sposób o walce 
Monomachowiczów z Olgowiczami. Mimo to nie wyrwano mię. Wieczorem dokończyłem 

Nostalgią]
4 marca. Byłem na kazaniu ks. Czerwińskiego. Dziś poznałem, jak to wykształcony 

ksiądz! Mówił śmiało, nawet za śmiało! Po południu byłem na pasji w kościele 
dużym. * Rozrzewnia mię zawsze ten śpiew z tysiąca piersi wydobywający się:

A gdy rzekł ostatnie  słowa, Zwisła mu z ramienia  głowa, Zasłona  się 
potargała, Ziemia drży, łamie się skała... *

Wieczorem pisałem do księdza Czerwińskiego ćwiczenie pt. ,,O bezżeństwie 
duchownych". Posługiwałem się dziełkiem Papież i wolność, Encyklopedią 

Powszechną i Cezarem Cantu. Ciekawym, co powie nań?
5 marca (poniedziałek). Oddałem księdzu moje ćwiczenie. Na drugiej lekcji 

dostałem 2 z algebry — nie umiałem wielu tajemnic logarytmów.
6 marca (wtorek). Jutro robiemy ćwiczenie z geometrii. W strachu jestem 

okropnym. Z domu nie było nikogo. Po południu byłem u Dewitza z Otosiem 
Pławińskim — powtórzyliśmy trochę geometrii. Wieczorem byłem u Pławińskiego. 

Poznałem się tam z Bigielmajerem, siostrzeńcem profesora Wab-nera. Wieczorem 
pisałem powiastkę pt. Z natury.

11 — Dzienniki t. I
7 m a r ca (środa). Pisaliśmy to świńskie ćwiczenie. Rysunek był taki:1 A treść 

następująca: okryślić powierzchnią i objętość każdej z części, składających 
figurę niniejszą.

Zrobiłem tylko połowę zadania. Ciekawym, co z tego będzie?
Po południu byłem znów u Dewitza. Przyszedł tam Moll, Czarnecki, Swierczewski i 

inni.
8 marca (czwartek). Ćwiczenie z algebry. Zadania nikt nie zrobił. Z historii nie 

mówiłem.
9 marca (piątek). Pisałem na francuskim moją powiastkę Z natury.

background image

10 marca (sobota). Galówka. Wieczorem byłem na koncercie amatorskim. Składał on 
się z następujących sztuczek:

Orkiestra z amatorów złożona. Solo śpiew panny Gidlew-skiej, solo śpiew panny 
Bierzyńskiej, solo śpiew pana Zagrodz-kiego. Duet na skrzypcach Edka 

Łuszczkiewicza i Kos[s]o[w]-skiego. Duet na fortepianie i skrzypcach panny 
Łuszczkiewicz i pana Ryczą. Solo pana Ryczą na skrzypcach. Solo śpiew panny 

Gidlewskiej wreszcie. Najbardziej podobało imi się solo pana Ryczą i panny 
Bierzyńskiej. Na koncercie była Ludka z narzeczonym, Koczanowiczową i 

Albrechtową. Ślicznie wyglądała.
l l m a r c a (niedziela). Zawiązałem na nowo dawno rozerwane stosunki z Edkiem. 

Poprawił się i wziął do pióra. Jak ja kocham go nawet w upadku moralnym! Dziwne 
jakieś przywiązanie: gotów bym zrobić dlań wszystko, a gdy jeszcze teraz wszedł 

na dobrą drogę — kocham go na nowo.
Dziś skończyłem powiastkę Z natury. Rano pisałem ćwiczenie dla Stasia 

Czarkowskiego pt. „Czarna śmierć". Rozniosła
Tu następuje rysunek przedstawiający stożek i kulę wpisane w walec.

się o mnie fama po wszystkich pensjach jako o poecie i dekla-matorze. Boję się, 
boję się ogromnie, by nie wpaść w próżność. Wiem, że by mię ona zabiła. Trzeba 

się strzec ogromnie i pozostać skromnym, jak to miało miejsce dotąd.
Czytałem już poezje Garczyńskiego i Ujejskiego. Wacław * zrobił na mnie ogromne 

wrażenie. Ujejskiego pożyczyłem Augustowskiemu, a drugiego tomu Dewitzowi. 
Ujejski podoba mi się więcej niż Garczyński. Zanotuję sobie odę umieszczoną na 

czele dziennika Wacława:
Geniuszu! ty jeden nie opuść mię w życiu! Skrzydłem twym boskim obwiewaj mą 

duszę, A śpiewać będę i śpiewem poruszę Siły tajemne, choć w piekła ukryciu!
Kiedy chmury, jak duchy powietrznego gmachu, W olbrzymich kształtach, odzieniem 

ciemnoty Niebo zakryją — zadrży świat w przestrachu, , Niechaj mię wzniosą 
skrzydeł twych poloty

Tam w chmury czarne —
Pieśń i tam dżwięczy; A okiem tęczy,

Chmury w krąg ogarnę!
Geniuszu! gdy burza ześle wiatry mściwe I niebo morzem ognia się zapali, Chcę 

jak rumaka schwycić fali grzywę, I twoim skrzydłem popędzić na fali!
Niechaj  nadpowietrzne żagle

Serce moje, duszę wzmogą;
Wiatry zdepcę moją nogą

I do jarzma wiatry znaglę!
Geniuszu! gdy ludzie uśpieni bezwładnie

Od burzy legną, co zmysły ich głuszy,
Śpiew ty mój natchnij! a z duszy [do duszy]

Jak słońce w oko, śpiew mój błyszcząc wpadnie,
164

DZIENNIKI, TOMIK II
Wszystkie siły wstrząśnie na dnie, Wstrząśnie cały świat uśpiony, Jako lutni 

mojej strony, .^ Kiedy nimi ręka władnie!
Geniuszu! ty i piersi natchniesz zemsty pieśnią, I śpiew mój będzie czuły jak 

płacz matki, Mściwy jak w piekle zemsty sobie nie śnią, I ludzie, niebo — staną 
mu na świadki: Jako sercu — myśl wysoka, Jako myśli — czynów dzielność, Jako 

czas — pieśniom proroka, Jako prawdzie — nieśmiertelność!
A gdy przyjdzie godzina, wieszcz słaby zaginie, Geniuszu! ty i śmierci bądź moim 

aniołem! Niech życie kończę, jak życie zacząłem, Życie i śpiew mój, ach, w 
jednej godzinie! Niech ostatnie głosy moje, Jak dźwięk lutni w echa brzmieniu, 

We śnie miłym tam dostroję, Tam dosłyszę — w przypomnieniu!
SMUTNO NAM, BOŻE!

(Ujejskiego)
Od Twego ludu, co w mękach umiera, Ostatnia może dochodzi cię skarga, Bo nas już 

robak toczy i pożera
I serce targai

Bo tylko próchno świeci w naszej korze... Smutno nam, Boże!
Choć nas Twój palec ostrzega strażniczy, Dzieci-słeroty błądzimy śród grzechów. 

Ależ my, Panie! wypili goryczy

background image

Krocie kielichów, Ależ my, Panie! wyleli krwi morze,
Smutno nam, Boże!

Na naszych braci palące się stosy,
Na naszych synów pragnących na palu,

Gromy dorzucasz... miast chłodu i rosy,
KIELCE, 1883

165
Och, toż my w żalu Wołamy gardłem zakutym w obrożę, Smutno nam, Boże!

Pełni jesteśmy płaczu i żałoby,
Że domy nasze wróg kiedyś posiądzie

I znieważając wodzów naszych groby
Plwać na nie będzie; Że nasze kości po świecie rozorze...

Smutno nam, Boże!
Że dotąd dębom, kołysanym nocą, Ojczyste słowa szeleszczą nad głową, Że w całej 

ziemi jaskółki świegocą
Rodzinną mową, A wielu synów pogardza nią może,

Smutno nam, Boże!
Ze wszelkie ptactwo, co w obcy kraj leci, Wiosną, łańcuchem pieśń powrotu nuci, 

A z naszych braci pędzonych w zamieci
Żaden nie wróci! Ciałami tylko wytyczą bezdroże...

Smutno nam, Boże!
Że wróg w lichwiarskie porwał nas objęcie:

Łzami, perłami naszymi frymarczy,
A my bezsilni! — i znać już pęknięcie

Na naszej tarczy; Ze wrogów na niej nie kruszą się noże...
Smutno nam, Boże!

I już więc nigdy, Panie, nie pocieszysz Lud twój pokutny? — więdniemy jak liście 
Pod Twoim okiem, a ty nie przyśpieszysz

Zbawienia przyjście?! Toż choć przed Tobą klękamy w pokorze,
Smutno nam, Boże!

12 marca (poniedziałek). Byłem u Dewitza razem z Edziem. Poczęła mię opanowywać 
znowu mania ku niemu. Pożyczył mi nowego swojego poemaciku epicznego. Łatwość

166
wierszowania ma ogromną, ale brak ogromny podstawy naukowej i tendencji.

13 marca (wtorek). Pożyczyłem sobie od Zientary historii literatury 
Kuliczkowskiego.* Czytałem ją z najżywszym zajęciem.

14 marca. Posłałem do redakcji „Gazety Kieleckiej" szkic mój pt. Z natury. 
Zmusiły mię do tego ostatecznego

kroku okoliczności.
Pisałem na lekcjach powinszowanie na dzień imienin dla

profesora Wabnera.
Przed wieczorem u Dewitza z Edkiem. Zakochała sią w nim córka pr[of]. Wabnera, 

Maria, i prosiła Edka, by sią jej wpisał do pamiętnika. Napisał tak:
Wiara,    nadzieja,   miłość   —

to życia ogniwa. Wierz,   kochaj,   miej   nadzieją,
a będziesz szczęśliwa!

Rozszalała się w nim do tego stopnia, że chodzi za nim, naznacza mu rendez-vous, 
zaczepia na ulicy, siada przy nim itd. itd. A on? — ani mu sią śni! Dewitz 

chciałby pośredniczyć między nimi, gdyż panna W. jest mu pomocną w jego sielance 
z Romka Stodółkiewicz.

Szkoda  dziewczyny,  jeżeli  tylko nie  jest kokietką naturalnie.
15 marca (czwartek). Nie zapłaciłem jeszcze wpisu i czekam lada chwila,  że mię 

wygonią. Na algebrze napisałem wiersz następujący:
ŚRÓD STEPÓW SAHARY O Boże, ______ — — — — — __ —

bezdroże ' przed okiem mym wciąż!
167

Gdzie nasze — — — pałasze?
gdzie wódz nasz, gdzie mąż?

Daleko — — — — — — — — — — —
hen cieką

roztoki tych burz —

background image

O, Wielki... _ — — — __ — — —
kropelki!

zadusi mię kurz!
O, nie ma!... — — — oczyma

na próżno hen precz
Wybiegam — — — — -spostrzegam

w mym oku tę ciecz:
To łzy me — — — -rodzime,

to modły do chmur
O, Wielki!... ______ — __ — — — _

kropelki
z tych nieba daj gór!

O, Panie, o, Boże — o, Wielki — tyś Bóg?
Daj drogę, — — — — — — — — — — — — —

nie mogę
odnaleźć mych dróg,

Daleko, szeroko step wije się tam —
Ja jeden, — — — — — — — — — — — — — —

tam Eden!...
ja sam tu, ach, sam! Tam Polska!... — — — — — — — — — — — —

Eolska
tam harfa brzmi w świat

Do Pana:
Hosana! —

poezji tam kwiat
DZIENNIKI, TOMIK II

Miłości   — — — — — — — — — — — — — —
ludzkości

złorzeczą ci tu!... W samumie!... — — — — — — — — — — — —
i kurzu

brakuje mi tchu
O Panie,

o, Wielki!...
nie proszę cię, nie!

Przekleństwo
z spieczonych

tchem śmierci ust ślę!...
1) Michał Grabowski, ur. 1805, wykszt. w Humaniu. Opuściwszy Warszawą, mieszkał 

w Aleksandrówcej zmarł w 1863 roku, bądąc dyrektorem komisji wyznań.
Prace:

1) Literatura i krytyka.
2) Korespondencja literacka.

3) Korespondencja literacka.
4) Artykuły liter. kryt. i artyst.

5) Sfannica hulajpolska.
6) Pamiętniki domowe. \ 7) Pan starosta Zakrzewski.

8) Opowiadanie Kurennego.
9) Zamieć w stepach.

2) Maurycy Mochnacki, ur. w roku 1803 w Bojańcu w Galicji. Po ukończeniu 
uniwersytetu, w 1831 roku musiał się udać do Francji. Zmarł dnia 20 grudnia 1835 

w Auxerre.
Prace:

1) O literaturze polskiej w dziewiętnastym wieku.
2) O powstaniu narodu polskiego 1830 i 1831 roku.

3)  Aleksander Tyszyński, ur. w r. 1811 w Petersburgu. Kształcił się w akad. 
wileń. (1828). Do 1838 roku mieszkał w Miassocie na Litwie.

169
Od roku 1866 był prof. hist. liter, w Szkole Gł. warsz. do jej zniesienia! odtąd 

mieszkał stale w Miassocie.
Prace:

1) Amerykanka w Poisce.

background image

2) Rozbiory i krytyki.
3) Pierwsze zasady krytyki.

4) Wizerunki polskie.
5) Rys historyczny oświecenia Słowian.

6) Morena — pow/ieści/ blade.
4) Julian Klaczko, ur. 1823, w Wilnie. Pisał po polsku i hebraj-sku poezje. 

Przełożył na hebrajski Mnicha Korzeniow. i Ballady Mic. Uniw. ukończył w 
Heidelb.

5) Wojciech Cybulski
6) Franciszek Dobrowolski

7) Antoni Małecki
8) Stanisław Tarnowski

9) Henryk Lewestam
10) Piotr Chmielowski

11) El. Orzeszkowa
12) Marian Gawalewicz

13) A. G. Bem
14) Wal. Morzkowska

15) Ed. Lubowski
16) Kaźmierz Kaszewski

17) Tadeusz Korzon
18) Michał Bobrzyńskł

19) Wł. Nehrlng
20) Kazimierz Jarochowski

21) Wład. Smoleński
22) Henryk Struve itd. itd.

HISTORIA LITERATURY
1) Michał Wiszniewski, ur. 1794 w Firlejowie. Ksz. we Lwowie, Krzemieńcu, we 

Włoszech i Francji. W Edynburgu ukończył uniw. Od 1830—1846 wykładał w Krak. 
hist. pow., lit. powsz. i lit. poi. Um. w Nicei 1865.

170
DZIENNIKI, TOMIK II

Napisał:
a) Bakona metoda tlomaczenia natury.

b) Charaktery rozumów ludzkich.
c) Historia lit. polskiej.

2) Lesław Łukaszewicz
3) K. Wł. Wójcicki

4) Jan Majorkiewicz
5) Wacł. Aleks. Macłejowski

6) Wł. Nehring
7) Jul. Bartosz[ewicz]

8) Leonard Sowiński
9) Kondratowicz

HISTORIA
1) J ó z. S z u j s k i, ur. 1835 w Tarnowie, zmarł — 1883. pisał:

1) Poważne chwile Jerzego Prawdzica
2) Śmierć proroka

3) Sługa grobów
4) Obr/ona/ Częstochowy drani.

5) Halszka z Ostroga
6) Kurdwanowski

7) Królowa Jadwiga
8) Jerzy Lubomirski

9) Twardowski
10) Zborowscy

11) Adam Smigielski
12) Dzieje Polski

13) Roztrząsania i op. łiist. * •SrW^— • .»•-•
17 marca (sobota). Dano nam cenzury. 2 al. 2 geom. 2 niemiecki, 3 hist. 4 pols. 

3 relig. ...

background image

18 marca (niedziela). Byłem na galówce. Dziwne, nieznane uczucie, szalona 
mrzonka ogarnęła serce.

Wielkie turkusowe w śniadej oprawie oczy — włosy długie blond. Helena. * Śród 
smutku i bólu jak anioł mi się zjawiła.

CIEKOTY, 1883
171

Oj — oczy, oczy, niebieskie oczy, Spod blondynowych lśniące warkoczy Strzałami 
serce razicie...

Chabrowym blaskiem świecąc spod czoła Czynicie z Halki mojej anioła, Co mi 
odebrał me życie...

U Dewitza. Z Edkiem. Ojciec. Jadę do domu. Przyjeżdżamy do Górna. — Znów to samo 
życie. Niebieskich ocząt para wstrzymuje mię od myśli kusicielek.

19 marca. O dziesiątej wyjeżdżamy do domu. Po przyjeździe czytałem Janka 
muzykanta Sienkiewicza. Później Sfory sługa i Hania. Od zmysłów odchodziłem 

doprawdy w zachwycie. Cóż to za geniusz?! Hania! Hania! — arcydzieło! Nie wiem 
doprawdy, czy która z powieści Kraszewskiego może iść w porównanie z tymi 

obrazkami pod względem cieniowania. A treść, a sytuacja! Muszę sobie zapisać 
kilka z tych mistrzowskich myśli:

z HANI
Oto są. Cześć ci ode mnie, geniuszu! * Kto tak umie rozpoznać serce człowieka, 

kto tak otwarcie rozwiązuje zagadki życia — ten ma zupełne prawo na nazwę 
geniusza. Niczym są wszystkie te straszliwotomowe powieści w porównaniu z tymi 

obrazkami serca... Wszystko, cokolwiek czułem, wszystko, co uważałem za moją 
indywidualną własność ducha, za mój sposób myślenia — odgadł ten mistrz 

nieporównany! Ja tam jestem w postaci tego Henryka — ja! Od każdego zawodu ' i 
rozczarowania bronię się pesymizmem i niewiarą tak, jak to z nim ma miejsce. Mam 

ten ścigający inię zawsze przymiot, to upodobanie w rozdrapywaniu ran własnych, 
w szukaniu i upo-

172
DZIENNIKI, TOMIK II

dobaniu jakimś w tych jego kołach udręczeń — a w ostatku miłość rozumiem tak jak 
on, szukam tak samo jak on ostatniego na ból serca remedium w wyrazie: śmierć. 

To ja — to ten sam mój charakter!
Cześć ci, mistrzu Henryku!

20 marca (wtorek). Czytałem powieść Ecksteina pt. Klaudiusze* Tłomaczona z 
niemieckiego przez Jadwigę Zeitheim, stryjeczną siostrę mojej macochy. Erudycja 

ogromna, sytuacje świetne, autor opiera się na wielu pisarzach starożytnych, 
znać tam gruntowną wiedzę i zdolności ogromne — a jednak... Ani w setnej części 

nie sprawiła na mnie ta trzytomowa powieść takiego wrażenia jak powiastka 
Sienkiewicza. Być może, że to moje dziwactwa, ale taki już mój nałóg,_aby szukać 

w powieści siebie, oddźwięku swych uczuć, a nie gwałtownej intrygi powieściowej. 
Całymi godzinami siedzę w domu i nie ruszam się nigdzie. Marzę o szafirowych 

oczętach, o bohaterze Hani, o nowej powieści mojej, która będzie uwieńczeniem 
mych respublikańskich zapatrywań się na świat itd.

Smutek mię trapi, gdy wspomnę na moją przyszłość; — czeka mię praca z pióra...
Ale niech i tak będzie.

21 marca (środa). Czytałem rozprawę tłomaczoną z niemieckiego pt. O umiejętności 
języka. *

22 marca.  Byłem w Wilkowie prawie przez cały dzień.
23 marca. Także w Wilkowie.

24 marca. Jedziemy do Radoszyc. W przejeździe przez Kielce byłem w kościele. 
Były tam panny Czarkowskie, ale H. nie widziałem. Wieczorem już przyjechaliśmy 

na miejsce. Ksiądz Grudziński przyszedł dopiero później. Ucałowaliśmy [się] i 
gwarzyliśmy jeszcze długo. Nocowałem u niego. Opowiadał mi o wszystkich swoich 

kłopotach.
KIELCE, 1883

173
25 marca (niedziela, Wielkanoc). Byłem na rezurekcji, a potem je się, pije się. 

— Spiłem się jak sztok, dzięki księdzu Grudzińskiemu.

background image

26 marca (poniedziałek). To samo co wczoraj. Byłem u państwa Ungrów, aptekarzów. 
Potem u kolegi mojego Po-cieja w aptece, potem u państwa Kobylańskich, potem na 

ple-banii — a wszędzie piło się wińsko jak gąbka. O dwunastej poszliśmy spać.
27 .marca (wtorek). Wyjeżdżamy do Kielc. Ja, ojciec i p. Kłodnicki. Na drodze 

pod Mniowem spotkałem się z Ruś-kiewiczem i Łąckimi. Przyjechaliśmy do Kielc o 
9. Nocowałem u Kłodnickich.

28 marca (środa). Ojciec wyjechał o 12. Smutno mi znowu jak dawniej, jak zawsze 
słabym charakterom bywa smutno. Byłem już w klasie. Po południu byłem u Dewitza 

i Nowiń-skiego. Staś Czarkowski prosił mię, by mu napisać dla siostry jego 
ćwiczenie pt. „Streszczenie poematu Goszczyńskiego pt. Król zamczyska".

29 marca (czwartek). Posłałem do Liry Polskiej trzy wierszyki: tłomaczenie dumki 
Szewczenki pt. Dumka, tłomaczenie z Królodworskiego Rękopisu pt. Opuszczona i 

mój oryginalny wierszyk pt. Piosnka rolnika. *
30 marca (piątek). Uczyłem się historii starożytnej i średniowiecznej o 

Giedyminitach. Byłem chwilkę u Dewitza.
31   marca  (sobota). Sobota na historii:

Po śmierci Mindowe nastały w kraju spory i nieporządki; panował Trojden, 
Lutuwer, ale nie Litawor, bohater Grażyny. Lutuwer, o którym mowa, panował 

między rokiem 1383—1392.
174

DZIENNIKI, TOMIK II
l

1 kwietnia. Zacząłem pisać nową powieść. Będzie ona wieńcem tego, co napisałem 
dotąd. Tytułu nie dałem jej jeszcze. Będzie ogromna i podzielona na dwie części; 

pierwsza z nich będzie powieściowa, druga dramatyczna. Wyprowadzę tam ubóstwianą 
moją ideę — socjalizm w całej pełni.

Po południu Franuś Brudzyński oddał mi Cola di Rienzi i krytykę pana 
Wielowieyskiego na Cola di Rienzi, Savona-rolę. Wiele tam myśli trafnych bardzo 

i całość oceniona świetnie. Schowałem ją na pamiątkę.*
Na naszej mszy oryginalne działy się rzeczy. Kilku uczniów źle się prowadziło w 

kościele. Ksiądz Czerwiński zgromił ich surowymi słowy. Po nauce wyszedł. Antek 
Czarnecki wyszedł sobie na dwór jak zwykle, ksiądz go spotyka na podwórzu, każe 

mu iść do kościoła; ten mówi, że nie może z pewnych przyczyn. Idzie więc, a 
powracając z kl... spotyka się ze znajomą mu panią, która go prosi o pokazanie 

jej mieszkania ks. Sławety. Wtem wychodzi ksiądz i zaczyna go wymyślać, wreszcie 
siły używa do wpędzenia go do kościoła. Gdy tam wlazł wreszcie, pyta go się 

ksiądz, czy ma książkę?
— Nie mam.

— Więc wynoś się z kościoła, skoro się nie modlisz.
Gdy ten opierał się jeszcze, siłą zmusił go do opuszczenia świątyni.

Po skończonym nabożeństwie całą tę scenę, bez wymienienia nazwiska, ksiądz 
wypowiedział zgromadzonym w świątyni. W kościele był Czarnecki, profesor 

matematyki, ojciec Antka, a przyjaciel księdza Czerwińskiego. Okropność, co się 
dzieje!

Wieczorem pisałem dalej moją powieść. Sprawia mi to taką, rozkosz, że 
opowiedzieć to trudno.

2 kwietnia (poniedziałek). Na mszy było to samo, co wczoraj, w gorszej tylko 
jeszcze szacie. Ksiądz wymienił nazwiska tych, którzy wyszli podczas nabożeństwa 

i włóczyli się po ulicach. Byli nimi: Rychłowski (kl. VII), Lipski (VII),
KIELCE, 1883

175
Zahorowski (VIII), Witkowski (II) i Fabijański (I). Podczas tych wyliczeń na 

chórze, gdzie się znajduje klasa VII, dały się słyszeć chrząkania i tupanie 
nogami. Po nabożeństwie Zahorowski poszedł do księdza i rzekł:

— Ksiądz robi ze służby bożej komedią; komedia dobra jest w teatrze, ale nie w 
kościele.

Całymi kupami uczniowie włóczyli się po ulicach ze złowrogimi obliczami.
Po południu pisałem ćwiczenie dla panny Zofii Czarkow-skiej pt. Król zamczyska. 

Ćwiczenie było dosyć trudne, szczególniej charakterystyka wariata Machnickiego. 
Nie wiem, czym się wywiązał z mego zadania. Wieczorem, po pogrzebie profesora 

Potrykowskiego, pisałem dalej powieść moją. Poszedłem spać późno.

background image

3 kwietnia (wtorek). Pierwszy raz od czterech lat pobytu mojego w gimnazjum nie 
poszedłem do klasy. Bolała mię ogromnie głowa i słaby byłem bardzo. Po południu 

wstałem i poszedłem na miasto. Spotkawszy się z Tomciem Ruśkiewi-czem, 
dowiedziałem się od niego, że p. Bem pytał się o mnie i zadziwił się, że mnie 

nie ma. Poczciwy! On jeden nie zapomni o mnie nigdy!
Ojca nie było, nikogo nie było. Z Górna przysłali święconego trochę. Napisałem 

powinszowanie dla ciotki Schmidto-wej i poszedłem się przejść trochę. Pod 
Karczówką spotkałem się z pannami Czarkowskimi. Usiadły na przeciwległej 

ławeczce, potem poszły trochę dalej, znów wróciły i usiadły. Poszły później do 
ogrodu. Gdy ja przyszedłem tam, spotkałem się z Rudzkim i Bilczyńskim. 

Chodziliśmy jeszcze długo z Bil-czusiem.
Wieczorem pisałem dalej powieść. Napisałem już 74 stronice. Tydzień ten cały 

taki jest szczęśliwy dla mnie, że nie
KIELCE, 1883

177
wiem, ale to chyba wynagrodzenie za długie cierpienia tego roku całego.

4 kwietnia (środa). Cały ten tydzień jest tygodniem rozkoszy w mym życiu. Idąc 
do klasy spotkałem Z.C.* Na drugiej lekcji oddano mi list od pana Lesmana. 

Dziękuje mi najprzód za chęć podtrzymania Liry, potem dodaje, że jeżeli ja 
uważam za stosowne, aby pomieścić w Lirze Polskiej tłoma-czenia Szewczenki, to 

on gotów się na to zgodzić. Przy tym prosi, by mu przysłać więcej tłomaczeń tego 
pieśniarza, a przy tym dodaje, żebym był łaskaw przyjąć od niego pierwsze cztery 

tomy Liry Polskiej po wyjściu IV.
Łatwo się domyślić, jak mię ten list ucieszył.

Na pauzie ksiądz przywołał Kazia Wojnę i kazał mu wybrać z naszej klasy dwu 
najenergiczniejszych i najrozumniejszych, aby ci przyszli do niego. Wybrano mnie 

i Wodzyńskiego. Wchodzimy tam: był tam już Wielowieyski, Lipiński (VIII), 
Łuszczki ewicz i Skowroński (VII).

Ksiądz zaczął się usprawiedliwiać przed nami ze swego postępowania.
„Zmuszony byłem do tego ostatecznością, mówił, inaczej postąpić nie mogłem. 

Ponieważ zaś doszły mię z różnych stron głosy, a dziś ostrzeżony zostałem także 
bezimiennym anonimem, że spotka mię nieprzyjemność i kompromitacja, wezwałem 

więc was, byście wy wpływem swoim uspokajać się starali tego rodzaju wydarzenia. 
Tu, w Krakowskiem naszym, od czasów Jagiełły był kulmen naszego życia 

narodowego, tu najpierwsza kolebka obrony naszej ziemi całej — i to Krakowskie 
miałoby dziś zmazać się taką plamą? Pamiętajcie, że ja nie boję się bynajmniej 

żadnych zaczepek. Sam chodzić będę wszędzie, sam stanę przeciwko takim wyrzutkom 
z żelaznym czołem, ja Jan[em] Chrzcicielem, Jeremiaszem, obywatelem kraju i 

kapłanem będę!
Proszę was, byście wy wpływem waszym wstrzymali te rozruchy, bądźcie wy 

katolikami i obywatelami naszej ziemi, opamiętajcie szalonych! Jeżeli nie będę 
widział poprawy, postępować będę jak przedtem, i powtarzam, że będę Janem 

Chrzcicielem, Jeremiaszem i Chryzostomem!"
Pożegnaliśmy go i obiecali, że o ile to od nas zależeć będzie, starać się 

będziemy, by powstrzymać wszelkie rozruchy. Przekonany teraz jestem o jego 
prawości zupełnie i przyjmuję jego stronę w zupełności. Sam widzę, że na 

postępowanie uczniów gimnazjum teraz nie ma środka innego. Starać się będę, by 
spełnić włożony na mnie obowiązek. Bądźmy Polakami dobrymi i katolikami dobrymi, 

a nie będzie tego rodzaju afer hańbiących nas!
5 kwietnia (czwartek). Imieniny mojego ukochanego Tatusia! Wczoraj był, 

powinszowałem mu, a oprócz tego napisałem powinszowanie.
Mówiłem z historii. Znowu nie jesteśmy dobrze z p. Bemem1.

6 kwietnia. Byłem u spowiedzi u księdza Tajlora. Najważniejsza sprawa 
załatwiona. Po spowiedzi spotkałem się z Edziem i poszliśmy do Dewitza. Gdyśmy 

stamtąd wracali, spotkałem się z H.* Powiedziano mi, że rodzice jej wyprowadzili 
się z Kielc, ucieszyłem się więc jak nigdy. Na spokojne sumienie moje upadły 

znowu te jej oczęta, wielkie jak morze lazuru... Obejrzała się kilka razy.
Po południu byłem pod Karczówką z Piątowskim, Miku-łowskirn i Czaplickim. Po 

powrocie stamtąd szedłem do domu i dostałem od Stasia Czarkowskiego bukiecik 
fiołków. Spotkałem się z Edziem i obaj spotkaliśmy znów Ludkę. Szła do domu, 

odprowadziłem ją więc i dałem jej fiołki. Podziękowała mi serdecznie, gdyż 

background image

założyła się z p. Zlasnowskim, że on jej pierwszy ich da bukiecik. Przegrał 
więc. Rozmawialiśmy dosyć długo.

Wieczorem pisałem moją powieść, którą poświęciłem moje-
12 — Dzienniki t. I

178

DZIENNIKI, TOMIK II
mu ukochanemu profesorowi. Jest to najpierwsza obszerniejsza moja praca, 

malująca moje dążności i kierunek respubli-kański, jaki on we mnie rozbudził.
7 kwietnia (sobota). Byłem pod Karczówką. Były tam i p[anny] C. Spotykamy się 

tam codziennie. Wieczorem byłem w teatrze na sztuce pt. Biedni miasta Warszawy.* 
Jest to dobre bardzo, postać Żyda (p. Jejde) oddaną została mistrzowsko. Przed 

teatrem byłem u Halika. Jeszcze nikt nie powiedział mi prawdy tak otwarcie jak 
on. Przedstawił mi całe moje położenie w jasnym świetle. Wdzięczny mu jestem za 

to do śmierci. Postanowiłem wziąć się szczerzej do realnej pracy.
8 kwietnia (niedziela). Po kościele uczyłem się religii. O 5 wyszedłem na 

miasto. Spotkałem tam Helenę. Znowu te modre oczy mię ścigają! Później byłem pod 
Karczówką. Wieczorem pisałem dalej powieść. Dawno już nie miałem takiego 

natchnienia. Gdym się położył spać o llJ/2 — dziwny mię na pół sen, na pół jaw 
opanowały. Słyszałem jakiejś muzyki, jakichś śpiewów oddalonych dźwięki, a takie 

czarowne, takie cudne... Łzy mi płynęły po twarzy — nie wiem, co mi było?
Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się coś podobnego. Tak mi było słodko — tak 

rozkosznie. Chciałbym był tak żyć wiecznie i muzykę tę boską słyszeć...
Usnąłem tej muzyki ukołysany dźwiękami... Sny mię cudne, złote ścigały: 

widziałem oczęta niebieskie, patrzące na mnie tak, że niebo całe i ziemi 
piękności widziałem w nich odbite... Co to było? — nie wiem. Nagroda może z ręki 

Bogarodzicy za walkę ze sobą, za zwycięstwo cnoty nad zmysłowymi hydrami!
Umrzeć śród snu takiego — nie pragnąłbym więcej niczego...

9 kwietnia (poniedziałek). Pisałem do końca powieści część pierwszą.
KIELCE, 1883

179
10 kwietnia (wtorek). Był Tatuś. Znowu słaby na astmę. Był u Wokułskiego.

Mówiłem z polskiego o Górnickim, dostałem 5. Kiedyś Edek oddał panu Bemowi przez 
Ruśkiewicza [swoje wiersze]. Dziś oddał kajet z ,,psalmami bólu", i rzekł: 

„Proszę powiedzieć autorowi, aby przeczytał najpierw gramatykę Małeckiego, 
stylistykę Mecherzyńskiego, historią Szujskiego i logikę Stru-vego. Zdaje się, 

że autor unikał w tym, co pisał, umyślnie spotkania się z logiką. To, co pisał 
Żeromski, nosi na sobie ślady zarodku talentu, a tu nie tylko talentu, ale 

logiki najmniejszej nie widać. Autor ten należy do całej falangi marzycieli-
patrio-tów, nie znających zupełnie historii i nie znających logiki". Żal mi 

serdecznie Edka. Jak tu jemu powiedzieć o tym wyroku? — Zmartwi się chłopaczysko 
ogromnie...

11 kwietnia (środa). Byłem po południu pod Karczówką, a wieczorem uczyłem się 
historii Rosji i powszechnej.

12 kwietnia (czwartek). Byłem u Halika po południu. Potem pod Karczówką. 
Spotkałem tam Ludkę. Zmierzyła mię dziwnie jakoś wyniosłym spojrzeniem. 

Ciekawym, czy nie zawiniłem czym znowu?
Wracałem do domu i spotkałem H. Znów mię ścigają blaski tych niebieskich 

ocząt...
Jak do obrazka Niepokalanej Tak ja do ciebie modlitwę ślę... Tyś mi nieznana, ja 

ci nieznany, A jednak dobrze, dobrze znam cię...
Och! — bo masz takie oczy chabrowe, W takie anielskie błyszczące blaski, W tak 

cudnych skrętach włosy twe płowe Spod ściągającej płyną opaski,
12*

180
DZIENNIKI, TOMIK II

Że gdym raz oczy przykuł do ciebie Już ich oderwać — nie w mojej mocy.., Takie 
oczęta chyba gdzieś w niebie W gwiazdek postaci błyszczą śród nocy...

Kocham, ach, kocham twoje oczęta, Płowych warkoczy twych kocham sploty Całą twą 
postać, niewinna, święta, Kocham... umieram bez cię z tęsknoty.

background image

Gdybyś, anielska moja, wiedziała, Jaka radości błyska jutrzenka l W sercu mym 
biednym, gdy twoja biała Przemknie przed okiem śliczna sukienka.

Pod niebios kloszem, wielkim, sklepionym, Gdy sam zostanę z mymi dumkami — Widzą 
tam tylko w sercu zmęczonym Oczęta twoje, zalane łzami...

Przebacz, kochana, sercu pieśniarza, Że cię piosenką smutną unudzi, Lecz zrób tę 
łaskę: niech się rozżarza Miłość w tym sercu, śmianym przez ludzi.

Ja nic nie pragnę; nic, nic, Heleno, I wzajemności nawet nie życzę — Dozwól mi 
tylko: niechaj mię żeną Harpie miłości czyste, dziewicze...

Lira ma prosta, z prostego drzewa, Kiedy mi brzdąknie twoim imieniem, Dumka mi 
jakoś sama się śpiewa, Boleść opada z serca kamieniem.

1 Tu jedna karta wycięta, lecz w tekście nic nie brakuje.
KIELCE, 1883

181
Dozwólże lirze — niech sobie brzęczy, Niechaj imieniem twoim rozbrzmiewa, Niech 

sobie złoci blaskami tęczy Głowę lirnika, co dumkę śpiewa.   .
Liroż ty moja, liro strunista, Brząkaj mi o tych kosach splecionych, O tych 

oczętach... wszak taka czysta Miłość nie splami strun twych święconych.
13 kwietnia  (piątek).

Jak cień mgły, jak lube sny
Przelata przed okiem jej cień, Ściga mię w marzeniu, w śnie,

W nocy mię ściga i w dzień...
Jak gwiazd chór, zza czarnych chmur

Świecący ziemi padołom, Lube oczęta, ta postać święta
Do mnie się wdzięczą wesoło —*

Wieczorem poszedłem do Dewitza po Historią. Był tam Edward. Pod sekretem 
opowiedział mnie i Feliksowi o formującym się w Galicji tak zwanym wojsku 

polskim,* którego on jest członkiem. Zadaniem tego stowarzyszenia jest 
rozbudzanie patriotyzmu w sercach młodzieży. Gdy takim sposobem ma być 

ugruntowana podwalina — zbierać się ma ciało organizujące, mają nastąpić mustry, 
zbieranie sił, marsz na Petersburg, wzięcie Petersburga etc. etc. i mnóstwo tym 

podobnych mrzonek. W takiej zapalonej głowie, jak Edka, mogły się pomieścić tego 
rodzaju głupstwa. Mógłby mnie ktoś posądzić o nie-patriotyzm, muszę się więc 

wytłomaczyć:
1 Poniżej nieco zamazany ołówkowy rysunek, przedstawiający samotną palmę na 

pustyni.
182

DZIENNIKI, TOMIK II
KIELCE, 1883

183
Szczęście naszej ojczyzny, zbawienie tego kraju widzę jedynie w socjalizmie 

rosyjskim.* Żadne głupie, w całym znaczeniu tego wyrazu głupie, myśli o 
powstaniach, mających na celu przywrócenie wolności ziemi naszej, uważam za 

prowadzące ją wprost do zguby, do zguby zupełnej, do zniknięcia, wynarodowienia 
zupełnego. Mocarstwo rosyjskie jest tak silne, że bodaj bym był fałszywym 

prorokiem, ale ono pobije Europę, jeśli w przeciągu lat 10 Europa nie wypowie mu 
wojny. Jeśli tylko po podziale Turcji Rosja dostanie Konstantynopol i Darda-nele 

— wynaradawia nas zupełnie, zabroni mówić po polsku, zmieni religią jednym aktem 
woli. Da bowiem chłopom resztę dóbr szlacheckich i każe im przejść na 

prawosławie — chłop bez zastanowienia będzie posłuszny. Bodaj bym był fałszywym 
prorokiem — powtarzam — ale dziś to już w mikroskopijnych widzieć się daje 

rozmiarach: chłopa uczą w szkole wiejskiej czytać i pisać, mówić po rosyjsku, 
modlić się za cara po rosyjsku — po polsku nic. Od tego jeden krok do zmiany 

religijnej!
Jedyna nadzieja na poprawienie smutnego losu braci naszej w sukmanie leży — w 

księdzu! Pisma i ludzie Polacy, szerzący filozoficzne zapatrywania się na rzeczy 
religij — nie są Polakami, nie są patriotami zupełnie. Nie widzą, co czeka 

chłopa, gdy mu religią odbierzem. Dziś już jest on tak niemoralny, że nie ma na 
wsi dziewczęcia cnotliwego (przynajmniej w wiosce mojej), chłop nie uważa za nic 

żadnej władzy, wierzy tylko w swój grunt, syn wypędza ojca, kradzieże dochodzą 
do nie-uwierzeriia, na każdym kroku znać niemoralność — ginie lud nasz! Czymże 

więc będzie dla niego religia, jeżeli mu dadzą grunt? Jeżeli zaś lud nasz zginie 

background image

— giniemy i my zupełnie! Dziś przynajmniej powłnnibyśmy przejrzeć i przekonać 
się, gdzie leżała zguba, ruina nasza — powinni byśmy wiedzieć, jak Polacy po 

szkodzie przynajmniej, że zguba nasza leżała w tym, iżeśmy lud odtrącili od 
siebie. Ruina nasza leżała w naszej szlacheckiej bucie i dumie. Gdybyśmy byli 

mieli lud za ple-cyma, nie bylibyśmy przyszli do ruiny. Ale zaledwie przej-
rzano w dniu 3 maja — wnet szczęście i przyszłość całą zburzyły trzy szlacheckie 

głowy przekupione.
Państwo nasze zgubiło nas — panowania żądza, duma, próżność. Największy z 

bohaterów naszych, wieszcz nasz, nasz ukochany spod Racławic zwycięzca — 
wiedział, gdzie nasze strony ujemne, gdzie nasze zbawienie wiedział także: w 

wieśt niaczą siermięgę się przebrał! On jeden wiedział, gdzie nasza zbawienie! 
On jeden spośrodka wszystkich, co jak za półbo-; giem szli w ślady Napoleona — 

zrozumiał tego człowieka, ocenił go i — wzgardził! On jeden, a po nim może nikt 
aż do dni naszych nie zrozumiał, że prawdziwa wolność w respu-blice, ale nie w 

takiej respublice, gdzie każdy głupi szlach-ciura krzyczy na całe gardło: veto — 
nie! — w respublice idealnej, w takiej jak Stany Zjednoczone, w takiej, gdzie 

każdy obywatel równy jest każdemu innemu, w takiej, gdzie wszyscy są równi — 
jedną są Boga na ziemi owczarnią! Kościół katolicki i socjalizm zbawić nas mogą 

— więcej nic! Teraz trzeba nam milczeć uparcie i czekać — aby zaś czasu nie 
tracić, uczmy się, pracujmy, pokażmy światu, że duch nasz nie umarł jeszcze, że 

żyjem! Oddajmy światu zasługi, uczmy się — i czekajmy!
Ludzkość musi przejrzeć — anusi! Głupota średniowieczna wiecznie trwać nie może 

— to niepodobna! Jeżeli już tyle zdziałano — to wielka idea, której imię 
socjalizm, musi przyjść do celu — musi Europę całą w respublikę zamienić. 

Wówczas dopiero, gdy z granitów Kapitolu zabłyśnie dla całego świata blask wiary 
jednej, gdy się narody wszystkie w jeden naród zbiorą, połamią pałasze i podadzą 

sobie dłonie wiecznego pokoju — wtenczas nie zapomną i o narodzie, co wydał 
jednego z największych bohaterów świata: Kościuszkę! Jeżeli zaś teraz rzucać się 

będziem z motyką na słońce, zwiążą nas, zabiją trzy sępy w cesarskich koronach i 
do trupiarni umarłych wrzucą narodów! Zabiją nam lud, odbierając mu to, co miał 

polskiego — religią, a wówczas — powtarzam — nie istnieją Polacy! Rozpędzeni po 
obszarach świata, wygnańcy z tej

o.
o

184
DZIENNIKI, TOMIK II

wielkiej naszej, niesfornej Jerozolimy — pójdziem na wieczne tułactwo za grzechy 
ojców i nasze — i zginiemy wśród tłumów obcych narodów. Milczeć i czekać! — to 

nasze hasło. Kto go szanować nie chce i nie umie — ten krótkowidz, ten odpowie 
przed sądem potomności, która jeśli będzie polską, to pewno nie będzie taką, 

jakimi byli jej nierozważni przodkowie. Milczeć, czekać i uczyć się!... Do 
socjalizmu nie przystępować — to by nas zgubiło! Gdy przyjdzie pora — rzucić się 

w ten wir, z którego ma wyjść przyszłość szczęśliwa, ale Jteraz nawet do 
wallenrodyzmu, do lizania nóg Moskalom posunąć się musim, karku ugiąć musim — 

ale i dla nas musi jeszcze nastąpić szczęśliwej, świętej, pod ramionami krzyża 
wolności godzina!

14 kwietnia.
SEN

Po pustyni żywota Sam błądziłem sierota Z lirą tylko strunistą... Równość, 
wolność i wiara, Z starych błędów ofiara — Nuciłem wciąż...

Wieczystą
Równość braci nuciłem. Ciemno było dokoła, Miasta spały i sioła — Ciemno było i 

w duszy, Cierpień pełnej, katuszy! Nic nie było widać w dali... Wtem pomału z 
pomroki Słup się ognia wysoki Wzniósł ku niebiosów fali... Postać jakaś 

zabłysła, Z czoła światłość jej trysła.,
KIELCE, 1883

185
Owinięta w chmur cienie,

Cudna niby marzenie —
Szła wciąż naprzód, wciąż ku mnie —

A gdy bliżej stąpała,

background image

Ciemność chmur się rozwiała:
Szła wciąż patrząc w dal dumnie...

Białą szatą odziana,
W blaskach ognia skąpana,

Z wieńcem lilij i myrtu na skroni,
Przyszła do mnie i ręką

W struny liry z piosenką
Uderzyła... Po błoni

Dźwięk się rozszedł cudowny,
Blask zajaśniał czarowny...

Jam uklęknął w zachwycie —
Chciałbym słuchać tak wiecznie

Pieśni, co tak serdecznie
Z ust jej, z piersi płynęła tak skrycie:

,,Idź, bohaterze przyszłości —
Wielkością zadziwiaj twoją!

Idź, twórco wspólnej równości,
Idź — jam przyszłości dziewoją...

Jam wiara, nadzieja, kochanie,
Jam duch równości i zgody

Z pieśni mej przyszłość powstanie,
Ze mnie powstaną narody.

Tyś jeden spośrodka tłumu
Wolą niebieską zrozumiał,

Tyś władcą tajnie rozumu,
Tyś prawdy w piersi nie stłumiał —

Tobie więc, tobie jednemu
Tajników nieba dam klucze,

Ciebie, jak ludowi biednemu
Zaradzać — ciebie nauczę.

DZIENNIKI, TOMIK II
Idź więc, na ustach z pieśniami Wolności, zgody, równości — Stań nad tej ziemi 

tłumami, Bądź bohaterem ludzkości..."
Ukląkłem w cichej pokorze, Słuchałem pieśni z pokorą... Ona się wzniosła ku 

górze I znikła za chmurną korą... Gdym się obudził z uśpienia, Nad głową 
gwiazdka błyszczała;

Chmur już nie było, ni cienia,
Jutrzenka w dali wstawała.

Lira drgała jeszcze wciąż,
Struny brzdąkały wciąż jeszcze,

Struny brzdąkały, wiąż nas, wiąż —
Serce kołatało wieszcze...

Wziąłem mą lirę kochaną I znikła za chmurną korą... W dal siną biegłem, 
nieznaną, Zimy okrytą śniegami. Na wschód, Na wschód! Na zimy chłód Leciała 

pieśń!
Precz z carem, w imię wolności! Obudź się ze snu, ludzkości, Ożyw tę wzgardę, co 

pierś przenika,
Zakrzyknij śmiało:

Res-publica!
Przed wieczorem spotkałem się z Ludka i chodziliśmy długo. Mówiła mi, że był u 

nich Szperl i na pytanie p. Koczanowicza, czy ja dostanę promocją — 
odpowiedział:

187
„Popadł on w jakieś uśpienie poetyczne, z którego budzi się jak ze snu, gdy go 

wyrwą do lekcji. Nie wiem nic jeszcze." Wieczorem byłem w teatrze na Halce* 
Kiepsko śpiewali.

15   kwietnia   (niedziela). Byliśmy w kościele katedralnym, gdyż czytano nam 
manifest o dniu koronacji.* W kościele była H...

Wstążkę pąsową wplotła we włosy, W jedyny warkocz splątane,
W oczęta skryła całe niebiosy, Wszystkie uroki wiośniane.

I takim cudnym anielskim wdziękiem

background image

Twarzyczka jej się odziała, Żem do niej wołał modlitwy dźwiękiem:
Święta ma! — cześć ci, cześć, chwała!

A ona klęcząc wparła oblicze W oblicze Chrysta cierpiące,
Przesłała dźwięki ducha dziewicze Pod stopy Jego krwią lśniące...

Chrystus popatrzał w serce jej czyste, Czyste jak krynic kryształy,
Pobłogosławił... szczęście wieczyste Obiecał w Królestwie chwały.

Ja, świętokradzca, znieważać śmiałem
Świętość jej modlitw mym wzrokiem,

Chciałem uwielbiać, porwany szałem, Anioła — człowieka okiem...
Po południu widziałem ją znowu w ogrodzie, ona cudnie piękna!

Ach, jakżeż
188

DZIENNIKI, TOMIK II
Nie wiem, co ze mnie robi to jej kochanie. Stałem się lepszym, cnotliwszym. 

Żadna myśl grzeszna nie zatrzyma się na moim mózgu, ale za to bardziej jeszcze, 
niż przedtem, rozmarzonym, niezdolnym do życia. Wiecznie jej oczy mię ścigają, 

wiecznie...
Ja nigdy jeszcze nie kochałem, to pierwsza moja miłość w życiu, która mię tak 

uświęca, uszlachetnia... Co ze mną będzie?
Wieczorem o 8 byłem u pana Sienickiego. Przyjął mię bardzo grzecznie, udzielił 

wiele rad. Prosił mię, aby, gdy pojadę na święta, napisać sprawozdanie spod Sw. 
Krzyża, by pisać sprawozdania i z miasta i okolicy. Powieści mojej nie 

przeczytał jeszcze, a o resztę moich powiastek prosił także. Byłem tam godzinę. 
Po powrocie do domu pisałem drugą część (dramatyczną) mojego szkica nie-

historycznego.*
16 kwietnia (poniedziałek). Idąc do klasy spotkałem mego anioła. Z daleka 

patrzałem na nią, by później marzyć o tej mojej ukochanej westalce.
Gwiazdeczko moja, kraso Edemu, Hello! — podobna kwiatu złotemu, Co w siódmym 

niebie oddycha, Czysta westalko, wonna liii j o Drżąca nad wodą, co jej kielicha 
Dotyka piersią... Ach, czyją, Czyją ty krasą ubrałaś lica, Czyimi włosy odziała 

skronie — Czy ci Przeczysta wlała dziewica Blask boski, co w oczach płonie?
17 kwietnia (wtorek). Znowu szczęśliwy dzień w moim życiu. Mówiłem z 

niemieckiego i greckiego i dostałem dobre
KIELCE, 1883

189
stopnie. Po południu byłem u wujostwa Schmidtów w hotelu. Dowiedziałem się od 

nich, że ojciec był słaby bardzo, ale teraz jest już daleko lepiej. Wieczorem 
uczyłem się fizyki i geometrii i pisałem dalej część drugą powieści.

18 kwietnia. Dostałem od Frania Zaremby Quincunx Orzechowskiego w wydaniu z roku 
1564. Jest tam także i Fi-delis subditus i Apokalipsa.* Biorę się zaraz do 

czytania! Aby tylko znaleźć chwilę czasu. Mówiłem z geometrii i dostałem 3. 
Umiałem lekcją dobrze, w powtórzeniu tylko kilku formuł dawniejszych pomyliłem 

się. Szperl powiedział mi:
— H 3Haio, MTO BHI yHMiecb, HO HyjKHo STO Bce npwcBOHTb ce6e WHbiM cnoco6oM, 

MMCHHO yHCHMTb ce6e nponcxo3KAeHne KajKflOH (t>n-rypbi, a Tor^a Sy^ere noMHHTb 
sce 310 xopomo. *

Mówiłem o hiperboli.
Ten tydzień znowu jest dla mnie słodkim, spokojnym, szczęśliwym. Wynagrodzenie 

to z rąk Matki za zwycięstwa odnoszone nad sobą. Takim spokojny, szczęśliwy, 
tylko jej nie widziałem już tak dawno...

Wieczorem byłem u p. Wabnera, profesora greckiego, gdyż prosił mię, by mu 
przepisać komedią Plauta, przełożoną na język polski przez niego. Byłem więc i 

muszę się wziąć do tej podłej roboty, ale bądź co bądź będzie z tego jakaś 
korzyść — poznam Plauta. Komedia ta nosi tytuł: Trzygroszniak.*

Po powrocie do domu napisałem koniec mojej powieści. Nie wiem, jaki jej nadać 
tytuł. Nie to to jednak, o czym marzyłem...

19 kwietnia (czwartek). Był ojciec i macocha. Ojciec zdrowszy, ale jeszcze 
kupował lekarstwa. Chodziliśmy z ojcem po mieście i spotkałem Helenę. Od 

czterech już dni nie widziałem jej. Uderzony zostałem widokiem jej i nie mogłem 
ukryć wzruszenia nawet przed ojcem.

background image

Na ostatniej lekcji Ruśkiewicz wyrwał mi z rąk kajet z moją beztytułową 
powieścią. Boję się czegoś, bo przeczuwam, że nie tylko potępi moje zapatrywania 

się na socjalizm, ale że z tego może wyniknąć między nami niezgoda. Zajęty 
jestem ciągle tą myślą.

Po odjeździe ojca długo marzyłem o aniele moim...
Nie takie palma, wichry kołysana,

Smutki i żale zawodzi, Jak moja dusza tęsknotą miotana
Do mego szczęścia powodzi...

Gdzieżeś ty, słonko moje, jaśniejące
Nad życia mego krańcami, Gdzieżeś ty, imię cicho brząkające

Liry mej biednej strunami?
Szczęście me znikło! — Twoje to oczy

Zabrały mi je na zawsze. Życie się bardziej niż dawniej mroczy
I bardziej niż dawniej — łzawsze.

Nigdy mi szczęście nie lśniło z czoła,
Zawszem był smutku dzieciną, I teraz serce przeczuciem woła,

Ze dni me smutniej popłyną...
Czemuż, och, czemu, święty aniele,

Stanąłeś mi w drodze życia? Czemuś udawać kazał wesele,
Czemuś mię wywiódł z ukrycia?

Sam z moim smutkiem żyłbym gdzie w cieniu,
Nieznany z ludzi nikomu, Przespałbym życie w boleściwym śnieniu,

Śród tłumu ludzi przeszedł po kryjomu.
A teraz, teraz... Dołóż moja biedna,

Wszedłem na świata bezdroże — Wzięła mi serce ta dziewica jedna,
A swego mi dać nie może...

Ona mię cieszy, ona — moja lira,
Widokiem swoim już samem Ucisza serce, co boleścią wzbiera,

Piosenki cichej balsamem...
20 kwietnia. Na lekcji polskiego pan Bem zeszedł do mnie z katedry i rzekł: 

,,Bądż pan łaskaw przyjść do mnie dziś o godzinie 4 — mam do niego interes".
Zjadłszy obiad udałem się tam zaraz. Spotkałem się z Hali-kiem i obaj poszliśmy 

w stronę mieszkania profesora. Ponieważ nie było jeszcze 4, poszliśmy więc 
kawałek w pole za miasto. Znalazłem tam 5 kop. na ziemi. Dziwnym mi się wydało 

to proste zdarzenie: w tak ważnej chwili, jak sąd o moich ideach, znajduję 
pieniądz — co to może znaczyć?

O czwartej poszedłem.
Najpierw zapytał mię, co mi służyło za podstawę do tego

obrazu.
— Nic.

— Tylko na wyobraźni oparte?
— Tylko.

— Nie  podoba   mi   się  najpierw  tendencja.   Do  kwestyj Wschodu my mieszać 
się nie możemy — nie powinniśmy! Myśmy starsi! W roku 1831 i 63 od nas 

rozchodziły się promienie patriotyzmu na całą Europę, a my teraz mielibyśmy być 
tak zimnymi, żeby aż z Petersburga ciepła tego pożyczać? — Nigdy! Obawa pańska, 

co się tyczy przyszłych losów naszych, nie jest uzasadnioną: zgnieść nas tak 
bezkarnie nie mogą.i Czasy Karola Wielkiego lub Joanna Wasilewicza III — minęły: 

wysiedlić narodu niepodobna dziś, jak to czyniono wów.-czas. Zgnieść naród, 
naród, który ma swoją przeszłość dość

l
świetną, teraźniejszość bogatą w zdobycze umysłu, a przyszłość przed sobą może 

ma i bardzo świetną — to niepodobieństwo! Naszym zadaniem pracować teraz, 
pracować, pracować — i być porządnymi! — To nasze zadanie. Ja sam uwielbiam do 

pewnego stopnia Żelabowa i jego towarzyszy * — ale uwielbiam w ciszy. My mamy 
swoje drogi, po których krążyć powinniśmy — my ku zachodowi ciągnąć więcej 

winniśmy, niż ku północy. Dajmy na to, że zrucimy z tronu cara i ogłosimy 
respublikę — będzie to respublika rosyjska, a nie polska. My mamy, powtarzam, 

swoje tory.
Tyle, co się tyczy dążności. Nie podobała mi się także, bardzo mi się nie 

podobała dewiza z Sienkiewicza: „do rządzenia światem i do wywierania potężnego 

background image

wpływu na całą ludzkość człowiek najzdolniejszy jest pomiędzy ośmnastym i 23 
rokiem życia." *

Jest to paradoks, paradoks nędzny! Ja gdybym podobne zda-I nie wygłosił, nie 
mógłbym spać spokojnie. Muszę przy sposob-I ności wytknąć Sienkiewiczowi ten 

wielki błąd. i    Między ośmnastym i 23 rokiem życia człowiek jest jeszcze i 
dzieckiem. Rzadko w tej porze człowiek tworzy co genialnego. j Najznakomitsi 

ludzie świata, co najgenialniejszego stworzyli, \ po roku życia trzydziestym to 
stworzyli. Weźmy Mickiewicza, ;  Shakespeare'a,   Goethego,   Schillera,   

Chrystusa  wreszcie  — wszyscy cokolwiek zdziałali, zdziałali po roku życia 30.
Co człowiek stwarza między 18 a 23 rokiem życia genialnego — może być wybrykiem 

niespodziewanym, ale nigdy stałym geniuszem. Między tymi latami najwięcej się 
błądzi, unosi nas bowiem wyobraźnia, a rozum wówczas najczęściej milczy. Dewiza 

nie podobała mi się bardzo.
;      Dalej: próbki wierszowane są słabymi bardzo — w powieści

;  za to jesteś pan na właściwym gruncie, masz pan talent po-
I  wieściopisarski. Akcja idzie -może zbyt żywo — popełniono tu

i kilka nienaturalności, niezgodności z charakterem głównego
bohatera, Dymitra — ale w powieści, powtarzam, jesteś pan

na właściwym gruncie.
ANTONI   GUSTAW   BEM

KIELCE,  1883
193

Co się tyczy zewnętrznej strony, to styl jest dobry, nawet ładny — więcej tylko 
staranności, więcej wykończenia. Czemuż nie być starannym?

Widzę, że pan wierzysz w zmartwychwstanie dusz, jak to widać z drugiej części 
(dramatycznej), gdzie duch matki błogosławi Dymitra. Ja w te rzeczy nie wierzę; 

być może, że nie jestem katolikiem, że nawet nie jestem chrześcijaninem w tym 
znaczeniu tego wyrazu, w jakim to rozumieją księża — bądź co bądź jestem 

człowiekiem szlachetnym, jestem prawym obywatelem kraju i z tego punktu widzenia 
zapatruję się na świat.

Wybacz pan, że mu powiedziałem prawdę. Nie wątpię, że jesteś przekonany, że nie 
powoduje mną ani zazdrość, ani nienawiść; pragnę ci szczęścia — a wiem, że 

pochlebstwem bym cię zgubił. Przyjm ją pan i bądź przekonany, że z 
przyjacielskiego serca pochodzi.

Uściskał mię ze łzami serdecznie, po ojcowsku, po bratersku!... Pożyczył mi też 
książki pt. Wspomnienia znad Wilii i Niemna przez Edwarda Pawłowicza. * Po 

powrocie do domu przeczytałem ją jednym tchem, tyle tam bowiem serdecznego 
patriotyzmu, tyle rodzimego uczucia. Oto na przykład zdanie:

Pracować,  czuwać  z  wiarą  w  tryumf  prawdy, w  sprawiedliwość   przedwieczną 
—  i  czekać —  to dziś nasze zadanie.    „N iech   każdy   w   pokorze   ducha  

stara    się   by lepszym   i   uczynić   lepszym   wszystko,    co    go    
otacza.  7> W  tym   tylko   —   i   w   tym   tylko   jedynie   leży   kamień 

węgielny    przyszłego    odrodzenia    naszego"    —   powiedział Lorenzo 
Bussoni przed odrodzeniem Włoch...

Wizyta dzisiejsza zrobiła na mnie nieprzeparte wrażenie. Mówiono o moich ideach, 
co było tajemnicą moją zawsze. Bądź co bądź idee moje są święte. To samo mi 

powiedziano, o czym marzyłem. Pisałem bowiem 13 kwietnia to samo, co p. Bem 
powiedział mi wczoraj. — Bardziej tylko niż p. Bem pesymistycznie patrzyłem i 

patrzę na stan nasz. Pozostaję przy swoich ideach, którym obcinam trochę 
skrzydeł:

13 — Dzienniki t. I
194

DZIENNIKI, TOMIK II
WILKÓW, GÓRNO, 1883

195
~->

Milczeć, czekać, pracować, nie mieszać się do świata, iść swoją drogą, 
przyklaskiwać postępowi, trzymać się gruntu realnego! Pamiętać, że dwa a dwa — 

to cztery. Że łokieć większy od cala.
21 kwietnia (sobota). Szedłem na pauzę o 12 i spotkałem się z p. Sienickim. 

Prosił mię powtórnie o korespondencją, powieść moją przeczytał już, radził 

background image

zmienić kilka jaskrawych obrazów. Pożegnał mię bardzo grzecznie i prosił o 
ciągłe korespondencje. Widziałem się także z p. Koczanowiczową, która była 

bardzo zaniepokojoną chorobą ojca. Wspomnienia znad Wilii i Niemna oddałem już 
p. Bemowi.

Po południu jedziemy z Włodkiem Schmidtem do Górna.
22 kwietnia. Powróciwszy do domu, byliśmy wieczorem u państwa Karpińskich. Ja 

zostałem tam z powodu nieznośnego bólu głowy. Rozmawialiśmy długo z panem 
Karpiń-skim o .moich ideach.

Rano wyjechaliśmy do Bodzentyna. Droga okropna. Smutno mi patrzeć na ten lud, 
kłócący się i targujący ciągle w sądzie... Smutno...

23 kw[ietnia]. Byłem w Bodzentynie z p. Karpińskim, Obejrzałem kościół i zamek. 
W kościele znalazłem pomnik biskupa Krasińskiego. * Nad grobowcem z brunatnego 

marmuru stoi napis:
In duobus periculosis inteiregnis ecclesiae Cracoyiensi praeiuit.

Widziałem także w zakrystii ołtarz polowy, wojenny, przeniesiony tutaj z Kielc. 
* Z zakrystii wszedłem po jakichś wschodach na górę kościoła. Leżało tam mnóstwo 

zapleśnia-łych mszałów starych, a pomiędzy nimi jeden pisany alfabetem 
starożytnym, słupowym, po dwie szpalty na stronicy. Oprócz tego pisana treść 

fizyki przez księdza jakiegoś za-
pewne, po łacinie,- a oprócz tego mnóstwo starych książek starożytnego druku. 

Obawa, aby mię [nie] zamknięto, zmusiła mię do pobieżnego tylko obejrzenia 
nagromadzonych tam szpargałów. Pan Karpiński obiecał mi, że poprosi ks. Woźnia-

kowskiego o darowanie mi owego mszału. Tam leży on zapleś-niały, a mnie może się 
na coś przydać.

24 kwietnia. Byłem w Wilkowie. Rozmawiałem z p. Karpińskim o stanie naszym 
dzisiejszym. Takie same ma pojęcia jak i ja.

25  kwietnia.  — Także w Wilkowie.
2 6. Powróciłem do domu. Przyjechał rewizor akcyzny: * Makowski i Krajewski.

2 7. Do Górna. Byłem w chacie cudownej dziewczyny, której miała się ukazać Matka 
Boska. Zdaje mi się, że to albo bujna wyobraźnia, albo kłamstwo.

2 8. Był w Górnie podleśny Borkowskł i sędzia gminny To-mal (poeta).
29.

Ach, jak mi smutno!
Mój anioł mię rzucił, W daleki odbiegł świat...

I próżno  wołam,  ażeby powrócił Stargany marzeń kwiat...*
30 kwietnia. Nie chciano mię puścić. Sadziliśmy kwiaty w ogrodzie. Co fiołków, 

co fiołków... Gdyby to tak H. tu była...
l   maja.   Zostaliśmy sami z Włodkiem. Wujostwo pojechali do Kielc.

196
DZIENNIKI, TOMIK II

KIELCE, 1883
197

2 maja (środa). Powróciłem do domu. Ojciec słaby na serce. Macochy nie ma. 
Smutno — ach, smutno!...

3 maja (czwartek). W kościele u Sw. Katarzyny. Potem w Wilkowie. Rano byłem nad 
strumykiem... * Ach, jakże on cudny, nie zachwycałem się nim tak nigdy jeszcze. 

Cudowny...
4 m a j a (piątek). Ojciec słaby ogromnie. Nie spał całą noc. Smutno mi i ponuro 

ogromnie...
5 maja (sobota). Byłem znowu w Górnie. Wieczorem w Wilkowie. Ojcu lepiej dziś. 

Tak mi tęskno do aniołka mego... Wieczorem wyszedłem. Spokojnie było i cicho i 
tylko dwie gwiazdki na dalekim błyszczały horyzoncie... To ja i Helena... Gdyby 

to tak dwoje nas było na świecie — gdyby...
O Panie, Panie, miej litość nade mną...

6 maja (niedziela). Wyjechaliśmy do Kielc z ojcem o 11. Nie widziałem Heleny. 
Wieczorem byłem w teatrze na trzech komedyjkach. W jednej z nich pt. Partia 

szachów występował p. Wincenty Rapacki, artysta warszawski. *
Co za artyzm, co za sztuka cieniowania myśli, ruchy, charakterystyka...

Śpiewał także p. Bruszewski, artysta petersburski, Śpiewaka z obcej strony * i 
Zadumanego. Głos silny i ładny.

background image

7 maja (poniedziałek). Nie widziałem jej, choć codziennie miała bywać na 
nabożeństwie majowym... Los mi i ujrzenia jej nawet po czterotygodniowym 

niewidzeniu odmówił... Stąpam po ziemi jak po rozpalonych pochodniach — spokoju 
nigdzie, chwili szczęścia nigdy!

Smutno tu, tęskno i ponuro
Na biednej ziemi mnie... Gwiazda ma, zakryta chmurą,

Nieznana mi w dal mknie.
I gdyby, gdyby chociaż tyle

Los mi udzielił w smutku mem,
Bym szczęścia mego gnał motyle, By przespać życie snem...

Nie — nie! cierpienie mi
Na wieczne czasy wytknął los, Cierpienie, boleść, łzy —

Ponury wiecznie pieśni głos.
CZEMU?

Czemu Bóg ci dał Tak czarowne oczy? Czemu budzi szał Piękność twych warkoczy?
Czemu blaski gwiazd Tak cudnie nie świecą Jak twych pukli blask, Co okala lico? 

*
8 maja (wtorek).

Czemu, czemu, Boże mój, Nie widziałem jej?
Czemu czarnych myśli rój Roi w piersi mej?

Czemu, czemu — ach!
Smutek ciśnie piersi toń?

1 Tu dwie karty wycięte.
Czemu oczy w łzach, Czemu tęsknię doń?

O, tęsknoto, siostro łez, Jam sierotą bez niej — bez Ocząt jej...
Sny we łzach

Rzeczywistość w marzeń snach, A marzenia do niej mkną Do niej, do niej wciąż... 
O, tęsknoto — wspomnień łzą Zwiąż marzenia moje — zwiąż...

Widziałem ją na majowym nabożeństwie. O, jakżem ja szczęśliwy... Jakaż ona 
prześliczna, co za oczy, co za oczy!

Poszła do ogrodu.* Nie mogłem się oprzeć pokusie: musiałem iść za nią. O, 
gwiazdko mojego życia, cherubinie mój, dzięki ci, tysiąckrotne dzięki za te 

kilka spojrzeń anielskich!
Wieczorem byłem na sparodiowanej sztuce Shakespeare'a

pt. Kupiec wenecki.
Rapacki występował w roli kupca-Zyda Shyloka i nieszczególnie się popisał.

9 maja.  Napisałem powiastkę pt. Antek. Helena nie była na majowym 
nabożeństwie...

10 maja (czwartek). Wczoraj wieczorem wpisałem wszystkie wiersze ,,do Heleny" w 
jeden kajet, poświęcony Tomciowi Ruśkiewiczowi. Pisałem do 11 w nocy. Wczoraj 

śpiewano na majowym nabożeństwie mą ulubioną pieśń Zdrowaś Mary/a... Jakże 
żałowałem, że nie było Heleny... Wieczorem czytałem powieść Jokaia pt. Synowie 

człowieka o kamiennym sercu.* To mi powieściopisarz w całym znaczeniu tego 
wyrazu! Powieść jego to hymn narodowy, to epopea! A treść: ta sama co moja. 

Trudno się oprzeć sympatycznemu wzruszeniu czytając te stronice...
11   maja   (piątek).

Trzy kładą warunki, Wszak prawda, że skromne?
Kochaj  Boga,  ojczyznę

I pamiętaj o mnie
Tomasz Ruśkiewicz lł Kielce, d. 11 maja 1883 r.

Dziś jeszcze jestem pod wrażeniem wczoraj przeczytanej powieści. Słyszę niemal 
te okrzyki radości, tak mistrzowsko skryślone, gdy Węgrzy Peszt zajęli:

„Eljen a Haza!" (niech żyje ojczyzna!)
Boże, mój Boże! I my kiedyś mogliśmy swobodną piersią tak

wołać.
Co znaczy okrzyk taki dla piersi, przez długi czas stopą tyrana gniecionej, 

zrozumieć może ten tylko, kormfna piersi wróg stopą bolesne ślady wycisnął...
Zacznę teraz pisać dramat historyczny z czasów Ukrainy. Marzyłem już o nim 

dawno. Śniły inł się już nieraz postaci, które wprowadzić pragnę do niego... 
Hetman kozaczy, Wojewoda, syn jego, Cecylia, stary lirnik...

Rzecz tę chciałbym poświęcić mojej ukochanej...

background image

Tak dawno już nie widziałem anioła duszy mej, tak dawno nie widziałem... A tak 
tęskno do niej, tak tęskno...

Wieczorem czytałem Historią rewolucji w roku 1794 przez Józefa Zajączka.* 
Prześliczne dziełko! Bezstronne byłoby zupełnie prawie, gdyby wdzięczność dla 

Branickiego, jednego z założycieli konfederacji targowickiej, nie zmuszała 
autora do niektórych względem niego słów uznania. Na resztę wypad-

1 W autografie wpisane obcą ręką.
200

DZIENNIKI, TOMIK II
ków, których wszystkich autor naocznym był świadkiem, ma zdrowy pogląd i sąd 

bezstronny. O sobie nawet mówi zupełnie bez uprzedzenia i nawet godności 
osobistej. Z całego toku broszurki znać patriotę rozumnego, demokratę. Potępia 

on w zupełności Stanisława Augusta; mówi na przykład:
Jakże mogli się przekonać, że człowiek w występkach zsiwiały może w końcu 

nikczemnego życia bohaterem [się] okazać? Nie powinniż byli miarkować, że równie 
rzetelne jego zbrodnie, jak i pozorne cnoty wypływały z jednegoż sromotności 

źródła i że chęć utrzymania się na zhańbionym przez niego tronie będzie zawsze 
prawidłem jego sposobu postępowania? Nikczemna dusza jego byłaby się 

najpodlejszych chwytała środków.
W podobnież niepochlebny sposób wyraża się o ką. Józefie Poniatowskim. Tak na 

przykład mówi o nim:
Młodzieniec ten bez doświadczenia i znajomości sztuki wojennej, która 

jakośkolwiek brak pierwszego zastąpić może, mógłby niejakie odnieść korzyści, 
gdyby się był wcześniej o niemożności zwyciężenia nie uprzedził. Płochy 

Poniatowski te tylko znał położenia, w których posterunki rozłożonymi były, a 
zamiast narodu samych tylko pochlebców.

Świetne to są charakterystyki! Sam nieraz chciałem potępić tego naszego 
ostatniego niedołęgę-intryganta w koronie. Książę Józef, choć tak bohatersko 

kończący pod Lipskiem, w roku 1794 nie okazał się tak, jak na bohatera-wodza, 
jakiego Polsce w owym czasie potrzeba było, przystało. Był on przede wszystkim 

do najwyższego stopnia żądnym sławy i zostaje w zupełnym przeciwieństwie z 
prawdziwym bohaterem wieku, Polski, Europy i wszechświata — Kościuszką! Przy 

bohaterze tym niknie on zupełnie. Poniatowski nie miał tych przymiotów, jakie 
cechują bohaterów świata. Gdyby był bohaterem rzeczywiście, nie poszedłby był za 

dumnym rozdętkiem Napoleonem w roku 1812. Kościuszko — to mi bohater jasnowidz! 
On jeden, jeden godzien jest wieńca nieśmiertelności spomiędzy nas wszystkich!

Że autor jest respublikaninem, stwierdza następujące zdanie:
KIELCE, 1883

201
Jerzy Grabowski bronił Wilna, stolicy tej prowincji, z wielkim męstwem i dał 

dowody bohaterstwa samym tylko respubli-kanckim duszom właściwego, a które 
nikczemni szaleństwem nazywają; słowem wszędzie można było [widzieć] największe 

usiłowania i nieopracowaną gorliwość.
12 maja (sobota). Czytałem do końca wspomnianą broszurkę. Na każdym kroku znać 

jasną bezstronność, patriotyzm bez uniesień, a jednak znać, że stały jak granit, 
wieczny, niezmienny. Pierwsze to jest dziełko, które mię dokładnie, bez zbytnich 

naszych nierozumnych uniesień, obznajmiło z wypadkami epoki wspomnianej. Sejm 
grodzieński Iłowajskiego, pisany przez Rosjanina, nie mógł zdziałać tego, co 

należało, gdyż inne tam są zapatrywania i inna zupełnie sytuacja i uwydatnianie 
wypadków. Dziełko to tłomaczone jest z oryginału francuskiego przez H. 

Kołłątaja.
Znów nie widziałem Heleny. Wieczorem czytałem życiorys bardzo obszerny 

Kościuszki przez Falkensteina.* Co za obrazy f do dramatu, a gdy je się jeszcze 
podsyci uwielbieniem, jakie czuję dla bohatera tego!... Trzeba będzie 

skorzystać.
13 maja (niedziela). Zielone Świątki. Co za dzień szczęśliwy dla mnie: widziałem 

ją! Tak blisko w kościele, później w ogrodzie... Widziałem, widziałem mojego 
anioła... Ach! jakże mi serce bardzo kołatało, gdym ją zobaczył w tym jej 

kapeluszu tyrolskim, jakżeż ona urocza, jak urocza... W ogrodzie usiadła z matką 
na przeciwległej ławce. Mogłem blisko pół godziny patrzeć w oblicze mojej 

ukochanej Elsinoe... I zdało mi się to snem, marą, urokiem... Wołałem doń:

background image

Góralko ma,
W Tyrolu cór Uroczy strój odziana,

Twarzyczka twa
W tyrolskich gór Urokach okąpana.

202
DZIENNIKI, TOMIK II

Oczęta twe —
To blaski gwiazd, Rzęsami chmur zasłane,

W marzenia mgłę,
Znad orlich gniazd Wstającą — pozamglane;

A włosów pęk —
To borów cień, Alpejski brzeg zdobiących;

A mowy dźwięk — *"
To kaskad szmer Z alpejskich skał dzwoniących.

Góralko ma,
W Tyrolu cór Uroczy strój odziana...

Po południu widziałem ją znowu na nabożeństwie majowym, a potem w ogrodzie. 
Chodziłem z Włodkiem Schmidtern i Łuszczkiewiczem. Włodek zakochany w Helenie. 

Sprawdza się treść Dymitra Pocieja. Te same zupełnie sytuacje, ale czy rezultat 
ten sam?

Tak więc miłość moja to rodzaj jakiegoś bolesnego śnie-nia — miłość bez 
wzajemności...

Miłość, miłość — kochanie... Szukasz, szukasz litośnego wejrzenia, szukasz, 
kołaczesz — a tam pusto, cicho, ponuro, żaden ci głos nie odpowie i tylko własne 

serce samemu sobie kołace przeczuciem: straciłeś Hellę — straciłeś... Ten 
malowany farbami Rafaela w sercu obrazek, ten idealny kwiatek, wonny jak fiołek, 

piękny jak wodna lilia — trzeba złożyć na ofiarę rzeczywistości!...
I jakżeż się nie smucić, jak nie uchylać w ponurości czoła? O, smutku wieczna 

kraino, ponury cieniu rozpaczy — nigdyz
mego biednego nie opuścisz czoła? — Wiecznież ci mam być

ofiarą?
Nigdzie, nigdzie od losu radośniejszego uśmiechu, wiecznie tylko smutek, 

wiecznie ponurość i nawet kochanie takiego anioła musi się odziać w szaty 
pogrzebu...

Każdy inny ma prawo iść w świat, śmiać się, kochać, żyć — ja tylko zawsze sam, 
zawsze, zawsze, zawsze...

Jakże potrzebuję być kochanym, jakie to szczęście kochać i być kochanym, a jaka 
rozpacz, jaka śmieszność kochać — samemu kochać... O, kocham cię, kocham cię, 

aniele mój, choć może miłość ta zaprowadzi mię na dno rozpaczy, do stóp 
śmierci...

A mowy dźwięk — To kaskad szmer Z alpejskich skał dzwoniących...
A mowa ta nie powie nigdy jednego cichego wyrazu: kocham... Jam go nigdy nie 

słyszał jeszcze — i nie usłyszę już nigdy... Raz kocham dziś — nigdy nie 
kochałem, a od tej, którą kocham, wyrazu tego nie usłyszę nigdy... Pesymizm, 

pesymizm — nawet w kochaniu! Któż wie? Myśl ta siada mi jak boska jaskółka na 
mózgu i szczebioce, i kwili...

Któż wie? Wszak serce jej głęboko tam ukryte, wszak nie powiedziała mi: 
pogardzam! Któż wie?

Wszak Matka Chrystusowa na niebie jest jeszcze...
Królowo serc, uczuć królowo,

Do Ciebie, Matko, modłę ślę: Ubierz jej serce w suknię godową,
Ześlij mi łaski, łaski skrę...

Bo gdy uciśnie serce cierpienie, Gdy z oka zwisnie perlista łza,
DZIENNIKI, TOMIK II

204
Gdzież znaleźć słodkie pociechy tchnienie, Jeśli jej łaska nie poda Twa?...

Pociechy udziel w smutku, niedoli, Balsamu łaski udzielić spiesz — Zagój mi 
ranę, co bardzo boli, A jaką ranę — Ty sama wiesz...

14 maja1  (poniedziałek).
Biedne serce, kołacz sobie, W smutku kołacz ton, Dźwięk ten brzmi tak, jak na 

grobie J Pogrzebowy dzwon...

background image

Cóż wesele wzbudzić może, Co rozbudzić śmiech? —
Tęskno wkoło... Boże, Boże,

Niech raz skończą — niech!
Toż nad moją nikt mogiłą

Nie uroni łzy, Sam tam będę — to aż miło:
Sam będę i Ty!...

Co mi po łzach, po szlochaniu?
Wszystkie zwodzą łzy... Tam mi słodko przy posłaniu

Pachnieć będą bzy,
Słowik piosnkę złoży w maju

I zadźwięczy w nią, Szemrać będzie toń ruczaju
Pod wieczoru mgłą...

1 W autografie omyłkowo:  14 marca.
205

Może ona tam zabłądzi
I uroni łzę — Darń na grobie oporządzi,

Co rozsunie się...
Och, jak lubo wówczas w grobie,

Jak to luby sen — Ja tak wkrótce zasnę sobie
Nieprzespanym snem...

Po południu byłem na majowym nabożeństwie. Kazanie miał ks. Czerwiński, mówił 
prześlicznie o wychowaniu. Helena była w kościele, potem w ogrodzie. Chodziłem z 

Włodkiem.
Wieczorem byłem na wieczorze wokalno-deklamacyjnym. Grał na skrzypcach pan Rycz, 

śpiewał ślicznie p. Bruszewski, śpiewał p. Mikusiński, Czartoryjski, Majdrowicz, 
Jejde. Deklamowali: p. Halicki Straszną noc Ujejskiego, p. Orsetti Ha-gar na 

puszczy,* p. Rapacki Zaścianek z Pana Tadeusza i p. Jejde Miłość kobiety 
Zmichowskiej. P. Halicki pojęcia najmniejszego nie ma o deklamacji, p. Orsetti 

deklamuje nieźle, ale po aktorsku, z gestami a bez uczucia. P. Rapacki czyta, 
lecz nie deklamuje w ścisłym znaczeniu tego wyrazu, a p. Jejde deklamuje chyba 

najlepiej. W ogóle deklamacja nie udała się zupełnie. Już ja bym tysiąc razy 
lepiej zadeklamował.

15   maja   (wtorek). Puszczono nas dla powtórzenia.* Był ojciec.
16 maja (środa). Powtarzałem od 5 rano Cycerona. Wieczorem czytałem życiorys 

Kościuszki do końca. Nie mam nawet czasu zapisać sobie wielu ślicznych miejsc, 
takich na przykład, jak przywitanie z Washingtonem: My dear iather, do you know 

not youi son? * albo ostatnich chwil wielkiego bohatera...
Uwielbienie moje względem niego posunięte jest teraz do

najwyższych granic. Czczę go jak bóstwo!...
Prawdopodobnie promocja moja przejdzie w dziedziną my-thów. Przysłużył mi się 

zapewne pod tym wzglądem p. Matu-lewicz. Straciłem już prawie zupełnie nadzieją. 
Mówiono mi, że mi postawił ogólny stopień roczny 2 — nie ma wiać czego sią 

spodziewać. Dziś ma być sesja. Czekam rezultatu...
17 maja (czwartek). Jeszcze nic nie wiem. Pisać, jakie uczucia miotają mną — 

trudno.
Mknie przede mną myśl nowa, świetlana: rok ten będzie może rokiem odrodzenia sią 

mojego ku cnocie i pracy...
Daj to, Królowo niebios!

w'
18 maja (piątek). Widziałem sią z panem Bemem. Chciał za mnie zapłacić zaległy 

wpis. Za chwilą weselszego promyka nadziei, który zdawał mi sią świtać od 9 do 
9Va, muszą z pewnością grubo odpokutować!

Pisałem do Schmidtów...
Jakie moje życie — wiesz Ty, co mi zsyłasz tyle naraz boleści!

19 maja (sobota). Nadzieja nawet zniknąła — została rzeczywistość, a ja 
rzeczywistością żyć zupełnie nie umiem. Pozostaje mi jedna tylko droga! Modliłem 

sią tak gorąco, tak gorąco, żyłem cnotliwie — a Bóg odrzucił wszystko: pogardził 
mną! Ukochana istota dla mnie na ziemi — ojciec — doznawała często z mej 

przyczyny smutków: nie jestem w stanie zasmucić go dziś po raz ostatni!
Ta, która by mi była udzieliła pociechy — matka — śpi dawno nieprzespanie. Ten, 

którego kochałem jak ojca, jak brata — dobroczyńca mój, ukochany profesor p. 

background image

Antoni Gustaw Bem — nie kontent ze mnie: pogardził mną! Nie miałem nigdy 
przyjaciela żadnego, byłem samotny zawsze...

Ta, którą kochałem całą potągą młodzieńczego uczucia, ukochana moja Helena 
Skierska — pogardza mną.

Byłem nędzarzem zawsze i nędza mi się tylko w przyszłości uśmiecha... Chciałem 
być podporą mojej rodziny, a mogę być ciężarem jej tylko — tego znieść nie mogę! 

Znosiłem długo, cierpiałem długo upokorzenia, zapoznanie, hańbę — a dziś już raz 
niech koniec temu będzie!

Byłem zawsze cnotliwy, a cnota tak się niewdzięcznie odpłacała zawsze... Ja nie 
zasłużyłem na tyle cierpień — o, nie! Chciałem kochać koniecznie, chciałem 

bardzo kochać świat, naturę, Boga, ludzi — a wszyscy mię odepchnęli ze wzgardą! 
Szukałem biedny litośniejszego spojrzenia — nie było go nigdzie! Wszystko mi 

szeptało dokoła: tyś przeklęty! I za co?
Za to, że nie umiesz żyć rzeczywistością, że za wiele kochać pragnąłeś!... Więc 

cóż mam robić śród tego wszystkiego, co mną pogardza? — Kochać? — kochałem. 
Pomimo pogardy kochałem! — Ale w końcu przyjdzie zostać mizantropem, czyli po 

prostu wariatem!
' Czyż nie kochałem wszystkimi uczuciami ojca? Czyż nie czciłem matki popiołów? 

Czyż nie uwielbiałem mojego profesora? Czyż nie kochałem jej? Czyż nie kochałem 
Edka? Ojczyzny czyż nie kochałem?/

Kochałem, choć nigdy nie szepnięto mi słowa litośniejszego, choć odwracano się 
ze wstrętem od mojej Ezopowskiej postaci. Zewsząd, zewsząd wysuwała się ku mnie 

ciemność rzeczywistości — a mary moje, różowe aniołki, uciekły z nią. Kazano mi 
żyć w tej ciemności — duszno w niej, gorąco takie — nie mogłem tam żyć! Żaden 

wiatru powiew nie chłodził mego rozpalonego cierpieniami czoła, gorąco mi było, 
byłem sam, opuszczony, samotny, niczyja dłoń dłoni mej nie dotknęła, stąpałem po 

rozpalonych kamieniach. /1 krew zawrzała we mnie: Przekleństwo wam! — chciałem 
zawołać, ale nie mogłem... Żyjcie szczęśliwi i przebaczcie biednemu 

szaleńcowi... ''
Myśli takie tłoczyły me biedne czoło w ogrodzie po przeczytaniu mi okropnego 

wyroku. Poszedłem później do domu. Myśli okropne mną miotały: com wycierpiał 
dziś — tego nie

cierpiałem nigdy jeszcze w życiu! Cierpiałem wiele, ale dziś wypiłem chyba 
gorycz najokropniejszą — gdybyż to tylko był już tego strasznego napoju 

ostatek...
O 12V2 wyszedłem znowu do ogrodu. Miałem przy sobie przeszły tomik pamiętnika i 

obecny. Otworzyłem pierwszy i zobaczyłem słowa: Słowackiego zadaniem było ukazać 
światu posąg człowieka na posągu świata bądź w dziełach swoich, bądź w sobie!

Zadrżałem! Ja mam sobie odebrać życie?
Niel"

Ukażę światu posąg boleści w osobie mojej, w życiu moim! Muszę być więc wyższym 
od targających mię boleści — teraz takim nie jestem — trzeba mi się więc 

odrodzić. Trzeba mi się ' odrodzić pod każdym względem! Droga, wskazówka tego 
odro-' dzenia, przemknęła przede mną: w głębokim uczuciu religijnym szukać będę 

ratunku na cierpienia idealne. W nauce — na cierpienia realne; w mizantropii i 
pesymizmie — na ludzkie występki względem mnie popełniane. Zamknę się w sobie, 

żyć będę sobą i ideałem mojej miłości (nie rzeczywistością miłości — ta dla mnie 
nie istnieje). Nauka, praca serdeczna realna i marzona idealna w chwilach 

wolnych będzie mi towarzyszką.
Pokażę światu, że człowiek nawet z sercem tak jak moje wrażliwym i bólu nie 

znoszącym — wyższy jest nad smutki i bóle. Wszystkie bóle skoncentruję w mym 
sercu i pokażę, że ono się nie ugnie przed nimi — pokażę światu posąg boleści na 

piedestale cnoty!
20 maja  (niedziela). Za życie bez mozołu, bez trudu serdecznego, realnego, 

tylko taka nagroda czekać mię mogła.
21 maja (poniedziałek). Był ojciec słaby ogromnie u doktora. Nie widziałem się z 

nim, gdyż byłem na korepetycji u p. Troczewskich. Dziś dopiero zapłaciłem wpis.
209

22  maja   (wtorek). Żyję nudą, pustką, smutkiem, żalern, wyrzutami sumienia...

background image

23 maja. Spotkałem się z p. Bemem. On jeden udzielił mi pociechy, rady i 
zachęty. On jeden nie rzucił na mnie kamieniem! On jeden znalazł się taki, co 

oprócz mnie samego nawet — nie potępił mnie!
24 maja (czwartek). Boże Ciało. Deszcz padał ogromny. Byłem w kościele.

25   maja   (piątek). Zientara pożyczył mi O charakterze Smilesa.* Po 
przeczytaniu tego poznałem, czym jestem. Czym jestem, ja, com się miał za coś, 

com śnił o sławie? Proch, błoto, nicość więcej może mieć wartości ode mnie. 
Jestem _tak nikczemny w porównaniu z ideałem człowieka, jaki tam jest skry-   ~~ 

słony, że nie godzien jestem, nie godzien siebie samego! Sława mi się miała 
uśmiechnąć wtenczas, gdy całe te tajniki nieskończone, źródła cnoty, charakteru 

były dla mnie zasłonięte głupotą, próżniactwem, pychą...
I to ja byłem taki, jaki byłem? — Ja?

Muszę być innym, muszę się pozbyć tego uczucia pychy z próżniactwa płynącej, 
jakiej ofiarą jestem teraz! Odrodzenia mi, odrodzenia! __^

Wskazówką nowego dla mnie życia będzie religia i rozprawa Smilesa. Chwalić jej 
nie będę, wyjątków wypisywać nie będę — całe życie moje od tej chwili poczęte 

świadczyć będzie  o  potędze filozofijnych rozpraw  Smilesa,   a  wyjątki ukażą 
się w całym świetle, ożywione, przedstawione widocznie na scenie mojego życia. 

Smiles będzie mię prowadził po drodze życia. Dzięki jemu muszę zajaśnieć cnotą i 
charakterem!

Muszę być takim, jakim on człowieka wystawia być winnym — muszę, muszę! Ani 
jednego warunku nie opuszczę, wszystkie w sobie zjednoczę, a może przecież zmyję 

kiedy
14 — Dzienniki t. I

•r?
o

210
DZIENNIKI, TOMIK II

></ •
hańbą, jaką na siebie postępowaniem moim ściągnąłem. Starałem się zawsze być 

cnotliwym, występku nikt mi nie dowiedzie — ale w porównaniu z tym życiem, jakie 
rozpocznę, dawniejsze jest występnym, hańbiącym mię! Smiles nauczy mnie żyć! 

Wówczas wyjdę dopiero z cienia i staną przed światem nagi, bez sławy, bez pychy 
— ale pokażą światu posąg człowieka na piedestale cnoty, człowieka-Polaka, 

człowieka takiego, jakiego przyszłe pokolenia naśladować mają ku chwale i 
potędze swojej! Wówczas powiem światu: to ja! Wówczas nie będę tym, czym jestem 

dziś!...
26 maja (sobota). Tłomaczą dumki Szewczenki z oryginału, pożyczonego od p. 

Rakoczi, i czytam Smilesa.
„Jestem jak człowiek znużony snem i łzami"...* Mam być lepszy, ale jeszcze takim 

nie jestem, a teraz jestem znudzony, jest mi nieznośnie ciężko, gorzko i 
ponuro...

27 maja (niedziela). Koronacja! Mnóstwo myśli tłoczy mi głowę. Chodzą śród tych 
uroczystości jak głupi. Pewnej wiadomości, czy już ukoronowany — nie ma. 

Oczekuję — oczekuję niecierpliwie! Może się spełnią moje marzenia.
28 maja (poniedziałek). Już ukoronowany! Skończone wszystko. Byłem na paradzie i 

wówczas, gdy to wszystko bj^dłp^wyłg^Jouiia! — ja imu życzyłem, żeby spuchł, 
skisł, zdechł, zaśmierdział si<^,~ "zgnił!...~ ~ -—" ~————"

Wieczorem wszyscy poszli do teatru za darmo, ja, chwała Panu na wysokościach, 
biletu nie dostałem, uniknąłem więc wszystkiego. Wieczorem byłem w ogrodzie 

oświeconym rzęsiście. Helena była...
29 maja  (wtorek). Znów to samo. Chłopstwo nie dostało nic — cieszy mię to 

niewymownie. Sołdaci tylko piją i hulają, • włażą na drągi,* biją się i 
wrzeszczą.

KIELCE, 1883
211

Za ciężko wyduszony grosz z biednego obywatela tłuszcza wyprawia sobie orgie. 
Powiedzieli jej, że to cesarz jej dla wesołości wszystko to urządza. Nie ma co 

mówić — co państwo to państwo.
Wieczorem z ciotką Schmidtową przeszedłem raz przez ogród, a później 

siedzieliśmy w numerze. Helena chodziła z Czarkowskimi. 10 000 złotych wydano na 

background image

karuzele, słupy, lampiony i tym podobne głupstwa. A bieda wre, niejeden z 
poddanych tego wielkiego pana, co się tak weselić za cudze pieniądze rozkazuje — 

zdycha jak pies, opuchły z głodu i nędzy... Ale jemu wszystko jedno, on 
potrzebuje być panem — a przecież nie darmo dali jemu i przodkom jego przydomek: 

najmiłościwszy! Niech mu Bóg policzy to wszystko w poczet jego uczynków na 
ziemi!

30 maja. Rano czytałem Sienkiewicza Listy z podróży* Potem pisałem rozdział 
Piotra Doroszeńki, obrazka dramatycznego, poświęconego Helenie, i czytałem 

Smilesa, potem byłem na korepetycji, potem na nabożeństwie majowym, a wieczorem 
u Włodka i w ogrodzie z 10 minut. Helena była na nabożeństwie...

31 maja (czwartek). Czytam do końca Listy z podróży. Sienkiewicz jak zawsze 
zachwyca mię. Co za styl wściekły: raz śmieje się sam z siebie i drugich, a 

drugi raz tak serdeczną łzą zapłacze, że płakać z nim musisz koniecznie... A 
poglądy

co za świetne!
+

Takie na przykład miejsce:
Bywa, że kiedy w pogodne letnie wieczory taka cisza robi się w pogodnych 

wioskach flandryjskich, iż żaden listek nie zaszemrze na drzewie, wówczas starcy 
odkrywają posrebrzone głowy i mówią: „to Chrystus przechadza się po wiosce." 

Otóż jak Belgia długa i szeroka, wszędzie tak jest spokojnie, tak jakoś cicho i 
szczęśliwie, że słusznie można by powiedzieć: Chrystus przechadza się po całym 

kraju. Bez przesady mówiąc, jest to.najszczęśliwszy kraj na świecie.
DZIENNIKI, TOMIK II

Albo inne miejsce:
Uczucia religijne, wessane z mlekiem matki, choćby najbardziej nawet rozproszone 

w zgiełkowej pogoni życia, odnajdują się na widok tego gmachu, oblanego światłem 
księżyca jak pogubione perły. Nie są to łagodne i słodkie poruszenia serca, niby 

jakieś wewnętrzne głosy anielskie, budzące wspomnienia dzieciństwa, jakich się 
doświadcza na przykład w naszych kościołach wiejskich w czasie nieszporów, kiedy 

siwy pleban czyta modlitwy litanii, chłopi odpowiadają mu chórem, jaskółki 
świegocą pod drewnianym sklepieniem, a brzoza cmentarna, poruszana wiatrem, 

szeleści i dzwoni w okna. Mimo woli przychodzi ci na myśl, że nie ma tu miejsca 
na inna modlitwy, jak chyba na pieśń suplikacyjną:

Święty Boże, święty mocny, Święty a nieśmiertelny...*
Wszędzie spotkać można tak śliczne wyjątki, a całość ileż w sobie zawiera 

uroku... Jest on republikaninem i w ślicznym .świetle wystawia Amerykę. Oprócz 
tego mam kilka wyjątków przytoczonych z Listów z podróży w „Niwie",* mianowicie 

o jego pojęciach panteistycznych.
1 czerwca (piątek). Czytałem Smilesa. Po przeczytaniu każdej stronicy staję się 

lepszym, gdyż coraz bardziej uczu-wam moją nicość. Książka ta zdolna jest zrobić 
człowieka poczciwym w całym znaczeniu tego wyrazu. Jest to najlepsze, 

wzruszające, przenikające do głębi duszy kazanie, jakiego nie powiedziała żadna 
religia. Wszystkie wady i strony dodatnie człowieka uwydatnione tam są w całej 

pełni. Kupię sobie egzemplarz tego dzieła i według niego urządzą życie pracy i 
cnoty.

2 czerwca (sobota). Byłem rano w ogrodzie i czytałem Smilesa. Później napisałem 
4 scenę z Doroszeńki. W starym pamiętniku * znalazłem wyjątek z Chattertona, 

poety angielskiego, pt. Chatteiton.* Jest to dramat, ja czytałem akt 4. 
Przecudny dramat. Wystawia on tam siebie. Beczałem nad tym,

KIELCE, 1883
213

gdyż dziwnym zbiegiem okoliczności sytuacje tam podobne są do moich jak dwie 
krople wody. Wszystko to samo, wszystko. Naucz.ę się tego na pamięć.

3 czerwca (niedziela). Byłem na mszy w dużym kościele. Przyszła Helena. Przez 
kilka minut byłem wielkim poetą. Powróciła chwila 13 maja. Myślałem, że ja jej 

już nie kocham... A jednak ta blada i biała jest mi tak drogą, jak nic na 
świecie... Dwie w życiu miałem tylko takie chwile...

Ona jest moim natchnieniem,
Ona marzeń mych szczytem,

Ona mym marzeniem,

background image

Mej duszy zachwytem.
Ona różą krasną, ona lilią białą,

Jej oczy błękitne jak dwa siwe kwiatki.
O, ja ją kocham sercem, duszą całą,

O, ja ją kocham, jej oczy bławatki!!!...
4 czerwca (poniedziałek). Byłem rano u kolei.* Robi tam ze 60 Litwinów. Gdym się 

przypatrzył ich pracy, uczułem doprawdy nicość moją w porównaniu z nimi. Gdyby 
mnie przyszło pracować tak — jakże bym narzekał na los, na Boga, na świat etc.

Potem pisałem ćwiczenie dla Jasia Winnickiego.
5 czerwca (wtorek). Był ojciec i macocha. Wie już o wszystkim. Słaby jest, nogi 

puchną, był u drą Łuszczkie-wicza. Cwirko leczył na astmę, tymczasem ojciec 
chory jest na serce. Powiedział, że serce tak jest poszarpane, że trzeba by nowe 

chyba włożyć na jego miejsce, by życie trwać
mogło.

Biedny mój ojcze! I ja na ciebie ciskam kamieniem postępowania mojego!...
Jakżem nikczemny!

214
6 czerwca (środa). Byłem z Zientarą w Białogonie. Byliśmy u Otosia Pławińskiego, 

który tam mieszka. Po powrocie czytałem Smilesa. Byłem w ogrodzie. Myśli o 
poprawieniu , się zajmują mią ciągle. Bądź co bądź poprawić się muszą ze 

wszystkiego... Takie świetlane krainy rozsuwają się przede mną teraz już, cóż 
dopiero, gdy się je w życie wprowadzi.

Sy czerwca (czwartek). Pisałem piątą scenę z Doroszeń-ki. Rzadko teraz zjawia 
się natchnienie, ale za to gdy przyleci — jest tak potężne jak dnia 3 czerwca.

Dziś po południu była w ogrodzie Helena. Coraz bardziej zbliżam się do tego 
życia poprawy. Nie patrzę już tak okropnie pesymistycznie na świat — owszem, 

widzę, że ziemia, a szczególniej nasz ziemi kawałek zasługuje na t'o, by żyć na 
nim. O śmierci więc, o samobójstwie nie ma mowy ni myśli! Poprzysiągłem sobie, 

że nigdy w samobójstwie nie będę szukać na cierpienia ratunku. Zastąpi je 
religia, głęboka, kochająca, poczciwa religia.

v      Tak   gorąco   pragnę   być   cnotliwym   i   pracowitym,   taką /   
świętością otaczają się dla mnie brzmienia tych wyrazów, że ^   na ich 

wspomnienie już lepszym jestem. O, przybądź do mnie marzona kraino cnoty, 
zamieszkaj progi mojego serca... Otulę cię, ułożę, będziesz mi matką, prowadzić 

będziesz jak anioł stróż przez życie aż do grobu... Nie pragnę od ciebie nic: 
daj mi skon taki, jakiego udzieliłaś Washingtonowi i Kościuszce, Z oczyma 

utkwionymi w niebo, z dłonią w dłoni przyjaciela zasnąć  i zostawić po  sobie 
imię  „świętej  pamięci". Czyż   ziemia   nie   warta,   by   żyć   na   niej?   

Czyż   ona   nie piękna? Czyż na to rodzić się mają Polacy, by się zabijać?
Nie, nie!

L      Cnoty i pracy trzeba! — a więc do cnoty, a więc do pracy
w imię Boga! Gdy mi przyjdzie myśl o samobójstwie, pójdę

do szpitala, do lepianek nędzarzy — napatrzeć się na pracę,
nędzę, wysiłki nadludzkie i na głód!

Tam się ucz, tam patrz, a nie upadniesz! Z siłą wyjdziesz
stamtąd i podniesiesz czoło, myśl zniewolisz do pracy, serce ofiarujesz Bogu!

Pamiętaj, że człowiek, co chce, uczynić może! Nawet zostać wielkim matematykiem 
w twojej jest mocy! Pamiętaj o tym!/

8 czerwca (piątek). Czytam Nędzarzy Wiktora Hugo.* Jestem zachwycony! Bóg 
litościwy zsyła mi takie książki: wszystko prowadzi mię do cnoty. Cnota, 

cnota... jakżeż to rozkoszne marzenie. Wieczorem czytam Ujejskiego: ————
Daj mi blaski, daj mi burzę, Niechaj w nich się choć wynurzę

Żalem i tęsknotą; Niechaj pieśni z ciebie płyną, Niech jak tęczą mię obwiną
Natchnieniem   i   cnotą!

— woła on w Marszu pogrzebowym * a ja za nim do mej Heleny powtarzam... Cnota i 
cnota... szczęśliwy jestem, gdy słyszę koło siebie wymówiony ten wyraz!

W ogrodzie spotkali mię koledzy i oświadczyli, że w niedzielę zbiorą na imieniny 
p. Bema 20 rs. Kupilibyśmy mu Długosza,* ale tu nie ma tego dzieła — zapewne 

więc kupi się Lilię Wenedę w ozdobnym, ilustrowanym wydaniu.* Ach! jakżem im 
wdzięczny! Marzenia moje przyjdą więc może do skutku: choć okruszyną uznania 

wypłacą mu się może przecie. Wdzięczny im za to jestem do grobu!

background image

Znów kilka chwil jaśniejszych w mym życiu. Ofiaruję je tobie, Heleno!
Tobie daję szczęścia chwilę,

Tobie daję, siostro moja, Szczęście moje — to motyle,
To na bóle jedna zbroja...

216
DZIENNIKI, TOMIK II

N'
O godzinie 10 wieczorem padał deszcz. Wyszedłem, gdy ustał: gdzieniegdzie 

błyszczały gwiazdki, chmury czarne kryły niebiosa. Uczułem, żem mały wobec całej 
tej wielkiej natury, uczułem, żem jednym atomem wobec Boga. Gdybym mógł być aby 

lilią czystą, co wonią kielicha swego chwali miłosierdzie wielkiego Ojca w 
Niebiesiech w taką noc czerwcową...

9 czerwca (sobota). Wieczorem przyjechał ojciec i macocha. Ojciec chory 
ogromnie. Siedziałem całą noc przy nim w hotelu. Rano był u spowiedzi, a potem 

przyszedł dr Andrze-jewski. Poszedłem do kościoła, gdyż nie mogłem się oprzeć 
pokusie zobaczenia Heleny. Jestem nikczemny! W takiej chwili myśleć o tym — to 

podłość!
10 czerwca (niedziela). Macocha pojechała do domu, ojciec został. Cały dzień 

siedziałem przy nim.
11 czerwca (poniedziałek). Ciężko muszę pokutować za chwilę radości piątkowej. 

Jestem tak biedny na widok cierpień Jego!...
Po południu przyszedł profesor Wabner. Mówił dużo o wychowaniu młodzieży tu i w 

Poznańskiem, o dawniejszych zakładach jezuitów, których bronił zawzięcie. Zdaje 
się, że patriota. Zelabowa uwielbia. Poglądy postępowe. Mówił dużo o pracy.

Znów całą noc przy ojcu.
12 czerwca (wtorek). Co ja bym dał, aby cierpieć za Niego lub nie patrzeć na te 

cierpienia! Ach, jakżem nieszczęśliwy!
Wyszedłem o 12 do gimnazjum. Pedel oddał mi tomik IV Liry Polskiej od Lesmana. 

Upokorzenia na każdym kroku!
KIELCE, 1883

217
13 czerwca (środa). Imieniny profesora. Poszliśmy doń o 8. Wczoraj kupiliśmy z 

Radzikowskim Starą baśń Kraszewskiego z ilustracjami Andriolłego* za 12 rs. O 
7llz podpisaliśmy się, wszyscy na ostatniej stronicy.

Nie chciał przyjąć podarunku tego w żaden sposób.
Dajcie mi imiona wasze wypisane na kartce, a sprawią mi one bezwarunkowo większą 

przyjemność niż ten podarunek.
Na usilne jednak prośby przyjął wreszcie.

Na wszystko proszono mię, abym powiedział coś oddając mu podarunek. Powiedziałem 
sobie, że nie! Jest to już krok ku zaparciu się siebie. Oddał Augustowski. O 

drugiej ojciec pojechał do domu. Troszeczkę dziś było lepiej, ale nogi puchną 
coraz bardziej.

14 czerwca (czwartek). Znalazłem w przysłanym mi tomiku Liry wiele ładnych 
ustępów Słowackiego, jak np. Wschód słońca nad Salaminą, albo Marzyciel 

Ujejskiego. Np.
Nieraz się rzucam zaślepiony w wierze, Gdzie mnie zawabi blask jasnego czoła, 

Gdzie mnie głos srebrny do siebie przywoła. Zaczynam   kochać   i   zamiast   
anioła Znajduję   potem   półzwierzę!

albo inne miejsce:
I wiecznie tęsknię za jakąś istotą,

Co by mą głowę do piersi stuliła,
I jako miękki powój się owiła

O moją duszę —   i   równą   mi   była
Sercem,   natchnieniem  i  cnotą.

A jeśli wieniec cierniowy mi splotą,
A ból do grobu zepchnie mię przedwcześnie,

To żeby ona złamana boleśnie
Przy mojej urnie — świeciła mł we śnie

Jak anioł z koroną złotą, *
218

DZIENNIKI, TOMIK II

background image

Śliczne są to dźwięki. Darmo mówić, że odnalazłem w nich siebie. Szczególniej w 
zwrotkach, które zanotowałem. ^-Wieczorem czytałem Smilesa.

Noc była cicha, blade niebiosa, Gwiazdki błyszczały śród nieba dróg, Na nocnych 
kwiatach błyszczała rosa, W ciszy po ziemi przechodził Bóg.

Ucichły ludzkie gwary i jęki, Znużone ludzie umorzył trud, Kędyś w oddali 
xiźwiękiem piosenki Wietrzyk roznosił wieczorny  chłód.

Sam byłem w ciszy. Z mego okienka Patrzałem długo w ciemności tło, Szukałem 
czegoś... Daremna mąka — Nie ma jej... Oczy spłynęły łzą...

Darmo jej szukać! Z innego świata
Ona; z jakiegoż ja? Praca i cnota, miłość dla brata,

Oto jest droga twa!
Zapomnij, potargaj ody, Coś ich nabazgrał huk... W pracy, nauce szukaj osłody, A 

zeszłe resztę Bóg!
Zapomnieć się silę,

A jednak na chwilę
Zapomnieć nie mogę, nie mogę,

Więc zostań, aniele,
Na duszy wesele,

Pociechę,  podporę, wspomogę!
KIELCE, 1883

219
Bądź stróżem aniołem, Natchnieniem — sokołem, Bądź moją Italią, Hesboną,1 * 

Gdzie trudem znużony, Cierpieniem zwalczony, Kryć będę mą duszę strapioną...
Owioniesz mię duchem,

Natchnienia łańcuchem,
Dasz myśli dwa skrzydła spowitej

I śpiewać ją będę,
Z innymi zasiędę

Do pieśni — pociechy niezbitej...
Więc bądź mi aniołem,

Natchnieniem — sokołem,
Więc prowadź przez życia rubieże,2

Bądź wzorem kobiety —
Anioła... Niestety!

Tyś tylko kobieta"-półzwierzę!...xX^
15 czerwca (piątek). Byłem na egzaminie z historii.* Znów poczynają mię 

niepokoić wyrzuty na widok pracy i mozołu kolegów, a próżniactwa mojego.
Ha, trudno! Da Bóg, że się to wszystko da naprawić.

16 czerwca (sobota). Po południu na korepetycji rozmawiałem długo z p. Marianem 
Troczewskim, ociemniałym 24-letnim człowiekiem. Był on maszynistą w Rosji, miał 

świetne stanowisko, urodę, przyszłość. Zakochał się i dlatego rzucił się dla 
znalezienia lepszej posady w głąb Rosji i tam od mrozów i zmiany światła i 

ciemności stracił wzrok zupełnie. Teraz siedzi w domu, przesuwa się jak widmo z 
kąta

1 W autografie skreślone „czarowną", wpisane „Hesboną".
2 W autografie pierwotne „bezdroże" poprawione na „rubieże".

220
DZIENNIKI, TOMIK II

KIELCE, 1883
221

w kąt i wspomina te dni świetlane, kiedy mu wolno było na świat spoglądać. Całą 
swoją historią opowiedział mi sam. Żal mi go było serdecznie. Czymże są moje 

cierpienia w porównaniu z tą okropną męką niewidzenia świata.
17 czerwca (niedziela). Byłem świadkiem niezwykłych ceremonij: ingresu biskupa 

Tomasza Teofila Kulińskiego i erekcji katedry kieleckiej. Dotychczas kościół 
nasz był tylko kolegiatą — obecnie^zamieniony został na katedrę. Wczoraj 

przyjechał na tę uroczystość biskup ks. Kaźmierz Wnorowski, świeżo nominowany na 
biskupstwo lubelskie.

O godzinie 91/2 w towarzystwie gubernatora i naszego biskupa przybył on do 
ślicznie na ten cel przystrojonego kościółka Sw. Trójcy. Przywitano serdecznie 

tego znanego patriotę i zasłużonego kapłana. On też dziękował serdecznie w 

background image

pełnych rzewności wyrazach. Biskup Wnorowski w roku 1850 wysłany był do 
Wielikawo Ustjuga i przebywał tam do roku 1856. W Kielcach cieszył się zawsze 

szczerą życzliwością, na jaką sobie sprawiedliwie zasłużył. Dziś o 10 odprawił 
on nabożeństwo w obecności ks. biskupa Kulińskiego i następnie obaj biskupi z 

kościoła Sw. Trójcy udali się do kościoła katedralnego w uroczystej procesji.
Uroczysty to był widok, coś majestatycznego, coś średniowiecznego mający w 

sobie. Na mnie widok biskupa w infule sprawia zawsze potężne wrażenie. Czuję się 
małym i nic nie znaczącym wobec tych sług ołtarza.

W kościele katedralnym przeczytano bullę papieską, najpierw po łacinie, a 
następnie po polsku. Złożono życzenia nominatowi, na które on odpowiedział 

serdecznym podziękowaniem. Czytano potem list pasterski biskupa do wiernych 
diecezji, a potem odbyło się nabożeństwo i uroczysta do pałacu procesja.

Szukałem na nabożeństwie H. — Nie było jej...
18   czerwca.  Poznałem się z Bugłakowem.

19   czerwca. Nie było z domu nikogo.
20 czerwca (środa). Gdy ci przyjdzie myśl o wielkości, gdy się będziesz chciał 

nad drugich wynosić — spójrz na ten znak!1 Chcesz być godnym Heleny?!!...
/ 2 l   czerwca. Czym byłem i czym jestem? Szedłem po vA ''drodze   prowadzącej  

na   wyżyny   doskonałości   anielskiej, a dziś jestem niższym nad wszystkie 
zwierzęta.

Czytałem Słowackiego: Kordiana i Beniowskiego. Przepisywałem Trzygroszniak dla 
p. Wabnera.

22 czerwca. Pisałem cały dzień prawie. Czytałem Księdza MarAa Słowackiego. 
Wieczorem o 9 poszedłem z Piątow-skim i Mikułowskim na Karczówkę. Noc cudowna. 

Usiedliśmy na górze pod klasztorem. Księżyc ogromny wynurzył się z łona chmur, w 
oddali szarzały Kielce, nad nami wieża i mury klasztora — Bóg był wokoło. 

Rozmawialiśmy o ojczyźnie i co jej się tyczy, o socjalizmie i powstaniu — byłbym 
szczęśliwy, gdyby nie ten znak przeklęty! Ileż jedna chwila w życiu znaczyć 

może! Ona jest cyfrą straszliwą, a reszta życia, choćby najcudniejsza — jest 
zerem! Pamiętaj na ten znak, a nie upadniesz w pychę!

Mikułowski odprowadził mię do domu. Cóż to za poczciwy chłopak! Sarmata 
prawdziwy. Silny, a patriota-zapaleniec. Chodzi do Litwinów, pracujących przy 

kolei, i rozpowiada im o braterstwie z nami, daje patriotyczne książki. Chłopom 
podczas uroczystości koronacyjnych otwierał oczy etc. etc. Poczciwy!

23 czerwca. Pisałem cały dzień Trzygroszniak p. Wabnera.
1 Tu  narysowany  jest  pogrubiony  znak  }.   Następne  zdanie  wpisane z lewej 

strony rysunku w poprzek.
222

DZIENNIKI, TOMIK II
24 czerwca (niedziela). Kazanie ks. Domagalskiego na temat ,,Żal mi tego ludu". 

* Później ćwiczenie dla klasy piątej pensji pani Ziemlińskiej pt.
Tyle  szczęścia,  co  człek prześni, Tyle życia, co jest w pieśni. *

Po południu drugie ćwiczenie dla klasy IV* pt. ,,Czy majątek, znakomite 
urodzenie i wysokie stanowisko w świecie — stanowi o wewnętrznej wartości 

człowieka".
Obydwa musiałem pisać naprędce u Piątowskiego, wobec kilku kolegów. Pierwsze 

było trudne dosyć. Grał Łącki na fortepianie i ćwiczenie samo się pisało. 
Wieczorem pod Kar-czówką z Piątowskim, Bilczyńskim i Halikiem.

24 czerwca (poniedziałek).1 Zientara darował mi Pomoc własną Smilesa.* Czyż może 
mię kiedykolwiek spotkać przyjemniejszy podarek? Znów cały dzień pisałem 

Trzygroszniak, mimo to zostało mi się jeszcze cztery arkusze.
O 6 wyszedłem na nabożeństwo czerwcowe. Były tam p[anny] C. — czy to przyjaźń, 

czy prosta sympatia?
Wieczorem byłem sam. Ostatni to już wieczór mój na starych śmieciach. Choć tu 

przecierpiałem tyle, choć przeżyłem tu ten rok okropny cierpienia, choć mię 
serce zabolało nieraz, a jednak, gdym spojrzał z mojego ulubionego okna w ogród 

przeciwległy, odbijający konturami drzew od błękitnego tła niebiosów — smutno mi 
się zrobiło i tęskno. Chciałbym tu żyć i cierpieć dłużej jeszcze z mymi 

kochanymi uczniami. Kto wie, gdzie żyć przyjdzie i z jakimi ludźmi? A ze starymi 
przyjaciółmi zrosłem się tak jakoś i cierpiałbym dłużej. Gdzie

background image

1 Pomyłka autora Dziennika: 24 czerwca była niedziela (jak to wyżej zostało 
zanotowane). Odtąd aż do 8 lipca dni tygodnia w Dzienniku są błędnie oznaczane, 

skutkiem czego wypadły obok siebie dwie niedziele: 7 i 8 lipca. W rzeczywistości 
7 lipca była sobota.

CIEKOTY, 1883
223

mnie los rzuci, tam się zaszczepiam i gdy przyjdzie mię przesadzić, trzeba albo 
wyrwać z korzeniami, albo rozedrzeć i pokrwawić... Jutro będę już gdzie indziej. 

Kto wie gdzie?
Najpiękniejsza pieśń w naszej poezji — to pieśń:

Święty Boże, święty mocny, Święty a nieśmiertelny...
25 czerwca (wtorek). Od 6 rano pisałem Tizygroszniak. Skończywszy o 10 poszedłem 

do gimnazjum. Po nabożeństwie solennym dano cenzury. Stopnie na ostatni kwartał 
miałem niezłe, z łaciny tylko dwa.

Nie pożegnałem się nawet z p. Bemem, gdyż nie śmiałbym iść teraz do niego. 
Oddawszy wszystkie książki popożyczane prócz Fausta i Nędzarzy, wyjechałem do 

domu z macochą o 5. W domu byli pp. Karpińscy. Ojciec znacznie lepiej. Ach, nie 
tak się to dawniej wracało na wakacje, nie tak witało stare śmiecie, do których 

się przywiązało jak pies!... Jaka praca, taka płaca.
26 czerwca (środa). Siedzę w domu i czytam Smilesa. Chciałbym gdzie znaleźć kąt 

spokojny.
27 czerwca. Łażę po polu, do mojego ulubionego strumyka i marzę, i dumam o 

Helenie.
28 czerwca (piątek). Święto Piotra i Pawła. Byliśmy u Sw. Katarzyny. Była pani 

Wietrzykowska i Schmidtowie. Karpińscy i Schmidtowie byli u nas po południu. 
Ojciec coraz lepiej. W nocy tylko ma malignę. Dziś opowiadał, że mu się zdawało, 

iż pełny pokój jest towiańczyków, którzy przyjechali nawracać go do towianizmu. 
Obudziwszy się nie chciał wierzyć, że nie było nikogo. Siedzi po największej 

części na łóżku
224

DZIENNIKI, TOMIK II
i rozmawia z marami wyobraźni. Złudzenie tak nieraz jest silne, że wstaje i 

idzie do kanapy, na której śni mu się, że siedzi kilka osób. Mimo to wszystko 
widać znaczne polepszenie.

29 czerwca. Śniło mi się, że widziałem cudnie uśmiechniętą Helenę. Była śliczną, 
zdolną wywołać natchnienie, choćby najbardziej było zasypane zgiełkowymi życia 

popioły!
Zwierciadlany sen — o! czuły, Jakieś widma w mig zasnuły — To wyraźne, to 

rozwiewne, Widma ludzkie dobre, rzewne... *
Znów przy strumyku. Patrząc na cuda naszego ziemi kawałka snują mi się śmieszne 

myśli po głowie. Człowiek śród niższej warstwy stworzeń bezrozumnych — jest 
najgorszym, i Wszystko od niego ucieka, bo wie, że z ręki jego płynie śmierć i 

zniszczenie. Czemu to się tak dzieje? Jestli to prawem natury, czy skażeniem 
przymiotów boskich, wlanych [w] człowieka? Jeżeli drugi punkt ma prawo 

obywatelstwa, ja będę się starał naprawić tę naturę człowieka; jeżeli zaś 
pierwszy jest normalnym — ja jestem wariatem.

30   czerwca   (niedziela). W Wilkowie. Wracają czasy ^sielanek arkadyjskich. 
Nie popuszczaj cugli pragnieniom czło-r wieka — wiedz, że mieszka w tobie duch 

boży. Mam pisać , masę rzeczy, a nie piszę nic. Sciegienni mię wołają, Doio-
szeńko się skarży, Dola niedoli płacze, Świat uczucia* barwami tęcz maluje — a 

ja ryby mam łapać ochotę. Od dnia dzisiejszego nie złapę ani jednej ryby, nie 
zabiję ani jednego ptaka ni zwierzęcia, nie zadepczę mrówki, nie zetnę drzewa. 

Żal mi łąk, że muszą, podcięte kosą, wonnego niebu oddawać ducha, żal mi lilij 
wodnych, które dziś zerwałem. Czemu to człowiek nie może głaskać dzikiego 

jelenia,  bawić się z dziećmi tygrysa,   całować   młodych   sarenek?   
Wszystko,   usłyszawszy

WINCENTY   ZEROMSKI,   OJCIEC   PISARZA
CIEKOTY, 1883

225

background image

szelest jego kroków, ucieka! Wieku złoty — gdzieżeś? Czy postęp koniecznie ma 
zabijać? Bóg powiedział do człowieka: pracuj, ale powiedział: „Nie zabijaj!"* 

Wyrzeknę się myślistwa!
l   lipca   (poniedziałek).

I wiecznie tęsknię za jakąś istotą, Co by mą głowę do piersi stuliła, I jako 
miękki powój się owiła O moją duszę i równą mi była Sercem, natchnieniem i  

cnotą.
Czy kobieta jest szczytem utworów natury? Jest — ale w ubiorze szarytki. Kobieta 

w sukni balowej nie jest ideałem natury. A Helena? — Zamilcz serce i działaj 
rozumie: Helena nie jest ideałem natury, społeczeństwa, nie jest ideałem cnoty, 

jest ideałem moim, indywidualnym. Natchnieniem i cnotą, wątpię, czy zdolna jest 
owić się wkoło mej duszy. Mimo to rozum niknie pod uderzeniami serca, mimo to 

Helena pozostaje dawnym aniołem, jest to sama święta Elsinoe moja!...
Gdyby mię tak zobaczono, gdy ja sam gdzie w polu deklamuję lub kry ślę rolę dla 

moich dramatów! Jestem istotą nadzwyczaj śmieszną.*
2 lipca (wtorek). Wczoraj przed wieczorem czytałem O przyjaźni Alojzego 

Kaczyńskiego. Cóż to za rzecz śliczna! unosiłem się nad tym cudownym stylem, nad 
tendencją. Bóg zsyła mi książki przez ludzi natchnienia i cnoty pisane. Czytałem 

w polu pod krzakiem, nie widziany od nikogo. Zastanawiałem się nad sobą: kogo 
mam przyjacielem? Bilczyńskiego, Piątowskiego, Czarkowskiego, Czaplickiego, 

Troczewskiego, p. Karpińskiego, p. Bema etc. — ale żaden z nich nie jest mną,
15 — Dzienniki t. I

226
DZIENNIKI, TOMIK II

nie jest drugim ,,ja". Muszę sobie znaleźć przyjaciela, który by był mi bratem, 
wodzem, doradcą, pocieszycielem, sędzią.

Wieczorem w Wilkowie. Znów sielanki arkadyjskie, ale przewodniczy im słowo: 
cnota, trumna, grób, sąd, natchnienie, Helena, c;eń matki, Bóg!

Dziś macocha i p. Kłodnicka pojechały do Kielc. Siedzieliśmy cały dzień z ojcem 
w domu. Czytałem znów dalej O przyjaźni i Pomoc własną.

Rozkochałem się w Naturze! Dziś wstałem przed wschodem słońca. Chłodny był 
ranek; tysiące ptactwa śpiewały. Nie przesadzam tu wcale: literalnie wszystko 

dokoła śpiewało. I czymże jest człowiek? Gorszym od tych niewinnych Boga 
śpiewaków, bo może nie zmówi modlitwy ni jednej, witając

} wschodzącego słońca uroki.
^

Człowiek nie jest panem, nie jest władcą; atomem jest w tworów Boga rodzinie — 
podnosić się zaś może przez cnotę, przez zrozumienie tego, żenfest atomem. 

Inaczej sam się stawia w rzędzie sług. Ci, co na ostatnich ławach przy uczcie 
Chrystusa zasiedli, na pierwsze miejsce posadzonymi zostali. A więc 

rozpromieniajmy tę myśl bożą, urzeczywistniajmy boże marzenie — aż atomów 
ideałami cnotliwej wielkości i powagi się staniem. Pamiętać będę zawsze, gdy 

mnie duma załechce, że jest ode mnie coś potężniejsze, coś idealniejsze: natura 
i twórca Jej, ideał ideałów, który Jeden jest.

3 lipca (środa). Byłem ciągle przy zbiorze siana. Zaczynam być gwałtownie 
realno-gospodarczym. Ciekawym, jak to długo potrwa?

Przedsięwziąłem napisać rozprawkę krytyczną pt. „Kuchci-kiewicz we Wnuczętach 
Kaczkowskiego i Sączek w Próżniaku Dzierzkowskiego". * Czytam ciągle 

Dzierzkowskiego. Śliczną jest, choć nienaturalną powiastka pt. Lekarz 
magnetyczny.* Styl mistrzowski. Ja stylu tego zazdroszczę Dzierzkowskiemu. Lubię 

go, choć konserwatysta.
CIEKOTY, 1883

227
4 lipca (czwartek). Znowu przy zbiorze siana. Nie pisałem już kilka tygodni nic 

a nic. Bo też nie mam ani chwili czasu.
5 lipca (piątek). Oryginalne się dziś w nocy działy rzeczy. Musiałem wypędzać 

amantów służącej, natrętnych [J.VY]<J-TŚpou? * tłustej Apolonii, którzy 
hałasowali koło kuchni. Zaledwie położyłem się spać, zobaczyłem na ścianie 

odbicie jakiegoś jaskrawego światła. Przekonany, że to wschodzi księżyc, a 
pragnąc to ulubione moje zjawisko zaobserwować po raz już może tysiączny, 

wyjrzałem z okna mego pokoiku: o jakie pół wiorsty paliły się budynki we wsi 

background image

Krajno. Cóż za przerażająco-majestatyczny widok! Słychać krzyki i lamenty po 
nocnej rosie, światło, jak olbrzymia, sięgająca niebios a zakończona 

bezgraniczną łuną pochodnia, odbija się w przezroczach stawu; dokoła wszystko 
widać jak na dłoni, a noc-matka zaciemnia wszystko ciemności swojej oponą... 

Wybiegłem na dwór i długo patrzyłem na ten obraz bolesny niedoli brata w 
sukmanie. Zapewne ręka zbrodnicza spopieliła jego mienie! Zasłona nocy pokryła 

wreszcie ciemnością dogorywające zgliszcza. Wstałem przed wschodem słońca. Znów 
monotonne dzienne zajęcia.

6 lipca (sobota). Po południu poszedłem do Wilkowa. Poszliśmy z panem Karpińskim 
na ryby. Była olbrzymia burza, deszcz lał strumieniami; pomimo zimna 

wieczornego, gdyż było to już około 10, rybacy nasi nie wychodzili z wody. Toteż 
plon był sowity: blisko ćwierć raków* i dosyć ładnych ryb. Znów zachwycałem się 

majestatem burzy. Nocowałem w Wilkowie.
7 lipca (niedziela). U Sw. Katarzyny. Znów podniośle jsze uczucia. Nowe obrazy 

do Doroszeńki. Po południu w Wilkowie. Sielanki i sielaneczki... Córka młynarza 
naszego jest dziwnie podobną do Heleny: takie same włosy i rysy, tylko

Uli
w

oczy ani podobne. Któż uwierzy, że boję się jej, nie śmiem przemówić do niej 
słowa i pełen jestem uszanowania, choć to tylko odbłysk, promyczek słaby, cień 

idealnej piękności mojego anioła. Siedząc na wsi i nie widząc tak już dawno 
ukochanej, z rozkoszą prawdziwą spoglądam niekiedy na jej odbicie, ^hoć i 

niewierne. Dawne płomienie trawić mię poczynają, czuję siłę w sobie, zbliżają 
się chwile, co je zowią natchnieniem. Rzucę się wkrótce w świat literacki, by w 

nim odżyć!
8   lipca   (niedziela). Znów siano.  Słucham ciągle pieśni grabiarek przy 

robocie i zaczynam coraz bardziej rozumieć
romantyzm.

Jakże  się nie mieli  zachwycać Burns,  Moore,  Klopstock, Mickiewicz  etc.  
romantyzmem?  Toż  tu  poezja  prawdziwa! Nie oprawna w wyszukane słowa Horacego 

i Boileau, ale czysta,  jasna, prosta jak muza Karpińskiego.  Skąd  się  zrodzą 
rymy tak nieraz udatne w sercu i ustach dziewczyny, która nie wie, co to litera? 

Co je tam sieje? — Natchnienie. A więc ono  tu  w  ustach  wiejskiej   
dziewczyny,   która  przy  pracy znojnej utrudzoną myśl weseli piosnką o 

ukochanym Jasieniu. Nieraz, dawniej, gdym jeszcze nie chodził do szkół, pytałem 
się sam siebie, skąd one mają tyle wierszy. Koniecznie zdawało mi się, że one 

przechowały się od Jana Kochanowskiego,   o  którym  coś  wówczas  zasłyszałem.  
Dziś  słucham z   rozrzewnieniem   dźwięków   naszej   prawdziwie   ludowej, a 

nawet narodowej muzy romantycznej. Jakże wielkimi są ci koryfeusze romantyzmu, 
co spod zapylonej powierzchni wydobyli brylant poezji i świat zadziwili jego 

pięknością! Lud więc stworzył poezją, a poeci ją podnieśli do ideału.*
9 (poniedziałek). Ciągle myślę o pierwszej mojej rozprawce filozoficznej pt. 

Świat uczucia przed dwudziestym rokiem. Potrzeba mi jednak wielu dzieł, których 
nie mam pod ręką.

10   (wtorek).   Czytałem jeszcze O przy jaźni.
11 lipca (środa). Ciągle przy okopywaniu kartofli. Monotonnie płynie dzień za 

dniem. Nie bywam nigdzie. Siedzę i myślę.
12 lipca (czwartek). Dzień obfity we wrażenia. Byłem poetyczny i bardzo 

poetyczny dzisiaj. Postanowiłem napisać wiersz pt. Marko Botzaris, z czasów 
oswobodzenia Grecji (1828). Natchnienie w całym znaczeniu tego wyrazu tłoczyło 

mi piersi. Potem poszedłem do mego ukochanego strumyka. Byłem poetą! Zachwycać 
się musiałem tą cudowną doliną. Gałązki 'kalin zwieszały się i kąpały w jego 

pienistych falach, lejących się to z szumem po ostrych kamykach, to łagodnie po 
gliniastym gruncie pełznących. Jakże nie miałem śpiewać o kalinie? Cudowna to w 

życiu mym chwila: byłem poetą!
Wieczorem wyszedłem. Jest już księżyc, którego tak bardzo pragnąłem. Słońce 

zaszło już dawno. Księżyc kąpie się w wodzie. Kontury dworku naszego tak się 
cudownie, otulone w lip ramiona, od zachodniego słońca odbijały, żem go nie 

poznał. Uczułem, jak bardzo miejsce to kocham, uczułem, że miłość do tego 
gniazda mojego jest niezmierzoną. Modrzew, mój ukochany modrzew, przedmiot moich 

zachwytów, kołysał się tak poważnie, staw, w którym łagodnie siwo zarysowana 

background image

odbija się Łysica, ujęty w ramiona tatarakowych zarośli, nad którym stare 
wierzby i olbrzymie olchy w niebo strzelają, był tak cichy, kiedy niekiedy tylko 

płetwą ryby trącony, że zdał mi się jedną srebra* bryłą,  zwierciadłem 
odbijającym cuda  natury.* Dworek nasz biały odbił się w tym zwierciedle 

całkowicie z swym gankiem, tak prześlicznie dzikim obrośniętym winem, z swymi 
błyszczącymi oknami, z lipami, modrzewiem, wierzbami i gruszą... Świętojańskie 

robaczki migały koło mnie, daleko na wsi świeciły się ognie jak błędne ogniki — 
a ja sam byłem nad stawem, sam, w ciszy, w samotności, których tak bardzo 

pragnąłem w Kielcach. Uczułem,  że Bóg jest wkoło
mnie. Co czułem — wyjawić trudno: byłem poetą! Żaden z poetów nie czuł więcej 

jak ja wczoraj — a więc i ja jestem poetą!
Byłem tak szczęśliwy jak nigdy, jak chyba dnia 13 maja! Byłem na kawałku ziemi, 

gdzie mnie widziano ośmioletnim dzieckiem, gdzie miałem matkę, gdzie ojciec mój 
przeżył lat jedenaście, gdzie tyle było szczęścia, tyle szczęścia i boleści 

tyle!... Schylony, klęczący sam wśród natury, nie miałem innych słów do 
wyrażenia mych uczuć, jak tylko tę modlitwę do Miłosiernego Boga: „Ojcze nasz, 

który jesteś w niebie..."
13 lipca (piątek). Jak mało teraz kwiatów w naszym ogródku przed oknami! Pomnę, 

ile ich było, gdy żyła moja matka... Ile astrów, ile balsamin, lewkonij, rezedy, 
bratków, lilij, georglnij, róż i niezliczone innych mnóstwo... Wszystko to było 

tak cudowne, tak wonne! Wśród tych kwiatów stał nasz biały dworek, a w dworku 
wśród kwiatów zapachów mieszkało nasze szczęście... Dziś kwiatów nie ma, bo nie 

ma szczęścia, a szczęścia nie ma, bo nie ma matki...*
Ach, czemuż ona nie żyje, czemu? Jakże ja bym był wielkim poetą! Coraz częściej 

zjawiają się cnotliwie poetyczne uczucia. Jestem szczęśliwy, kocham naturę, 
jestem filantropem, czuję chęć i siłę do pracy. O, poetą jestem!

14 lipca (sobota). Czytałem po raz trzeci Czarne diamenty Jokaia. Teraz dopiero 
zrozumiałem ją! Na obraz Iwona Berenda chciałbym coś utworzyć. Późno wieczorem 

chodziłem ponad stawem. Ile uczuć, ile planów, ile jak bohatersko wielkich 
postaci rysuje się! Szczęśliwy to dla rnnie tydzień! Taki jak tamten, 

poczynający się 2 kwietnia.
15 lipca (niedziela). Byłem u Sw. Katarzyny. Jakże niecierpliwie wyczekiwałem 

tego anielskiego „Święty Boże!"...
Pamiętam, że kiedy jeszcze śp. matka moja żyła, śpiewem tym zachwycała się 

dziecięca moja wyobraźnia. Bo i cóż to
za hymn! Prosta dusza, dla której ciągłym widokiem jest niska, odymiona strzecha 

w ziemię zapadłej chaty, znalazłszy [się] w świątyni, w obliczu Boga, nie 
znajduje innej modlitwy, jak tylko tę upokorzonego robaka przed panem... Kto ją 

stworzył? Wielki jakiś poeta! Stworzył w ekstazie, w uniesieniu, w porwaniu 
ducha religijnym, kiedy korząc się przed Panem Mocnym i Nieśmiertelnym zanucił 

ją z głębi piersi, schylony. A potem modlitwa do Matki: „Matko uproś, Matko 
ubłagaj"...

Ileż uczucia! Oni wiedzą, do jakiej to matki wołają. Pieśń ta jest arcydziełem 
poezji religijnej. Żadna się z nią równać nie może. Stworzona jest przez prostą 

duszę, ale uniesioną przez ogień boskiego natchnienia! Jakże nie kochać naszego 
ludu?

Ja więc już bardzo temu dawno byłem poetą. Natchnienie moje wówczas było 
silniejsze niż teraz — ale ja o tym nie wiedziałem: słuchałem, drżałem, łzy mię 

gdzieś paliły... byłem już wówczas poetą.
Po nabożeństwie pojechaliśmy do Górna. Czytałem kilka artykułów w „Kraju" i 

„Kurierku"'.*
16 lipca (poniedziałek). Inny chyba tydzień się zaczął: mniej marzeń, a więcej 

niepoczciwego realizmu. Pocałunki zabiły natchnienie. ^
17 lipca (wtorek). Czytałem: Rok 93 *. Hugo i Jokai są ulubionymi moimi 

mistrzami w powieści. Rysują, a rzeźbią raczej, posągi bohaterów na kolumnach 
cnoty, nauki, poświęcenia, miłości kraju i ludzkości. Postępowcy.

Po południu pani Orlińska zaproponowała mi korepetycje. Znów do pracy! Będą po 
mnie przysyłać konie. Ceny nie wiem jeszcze. — Wieczorem marzenia o 

Sciegiennych, jedynie odpowiadających marzeniom o respublikańskich ideałach. 
Żeby tylko być w Kielcach.

18 lipca (środa). Byłem w Wilkowie. Pani Karpińska była u nas później.

background image

DZIENNIKI, TOMIK II
19  lipca   (czwartek). W Bodzentynie z ojcem. Poznałem się z p. Łabęckim, 

Zamojskim (aptekarzem). Wieczorem zwy-N kły spacer ponad stawem.
20 lipca (piątek). W Kielcach: u p. Więckowskiej interes zakończony bardzo 

pomyślnie. Widziałem się ze Stachem Cza-plickim i prosiłem go, aby był łaskaw 
dowiedzieć się od p. Pantoczka o całym biegu spisku Sciegiennego, do którego on 

bezpośrednio należał. Poczciwy Staś obiecał mi we wtorek przysłać całą tę sprawę 
opisaną wraz z historią nowogrecką i tomikiem Syrokomli, który uważałem za 

zupełnie stracony dla mnie, a który znalazł się przecież u pp. Czaplickich. 
Czekam tego wtorku jak kania dżdżu.

Heleny nie widziałem wcale. Kupiłem już kajet na Scie-giennych.
21 lipca (sobota). Byłem u pp. Karpińskich. Znów patriotyczne pogadanki. Po 

południu na korepetycji. Później matematyczne wyliczania taks leśnych, z czym 
mię obznajmił p. Orliński. Wracałem nad wieczorem. Przechodzi się przez wąwóz, 

obrosły prześlicznie brzozami. Cudne to miejsce — po obu stronach piętrzą się 
dwie strome góry: Radostowa i Kamień. Szczególniej Kamień jest piękną. 

Poprzerzynana wąwozami, porosła niezmiernie gęstym lasem brzozowym. 
Majestatycznie jest piękną! Coraz bardziej kocham te miejsca na naszej polskiej 

ziemi. Stałem długo i patrzałem oczyma duszy na te majestatyczne córy matki-
natury. Ileż to uroku w takim marzeniu!

22 lipca.  W Górnie. Włodka nie było.
23 lipca. Jestem słaby na coś w rodzaju diarii. * Oleje, magnezje, sody i 

wszystkie te z piekła rodem lekarstwa. Byłem w Wilkowie.
CIEKOTY, 1883

233
24 lipca. Ojciec słabszy z powodu niepogody. Macocha wyjechała do Radoszyc. 

Siedzę w domu i doświadczam błogich skutków oleju rycynowego. W przerwach między 
tego rodzaju ekstazami czytam Widma Orzeszkowej * i piszę z nich sprawozdanie. 

Karykatura wzniosłych idei.
25 lipca (środa). Te same, co i wczoraj przyjemności. Czytam Polską w pieśni 

Deotymy. Przeczytałem Wo;'nę olbrzymów i Wyszymira. * Po południu na 
korepetycji. Dysputy z ks. Borewiczem.

26 lipca (czwartek). Piszę notatki z Polski w pieśni. Masę rzeczy się znajduje 
wzniosłych. Przeczytałem już i Dwunastu wojewodów. Sprawozdania nie skończyłem 

jeszcze, ale nano-towałem wiele. Zimno, deszcz, słabi jesteśmy obadwaj z ojcem. 
Paskudna sytuacja. Pani Potje z Daleszyc przyjechała i proponowała mi, aby 

jechać na korepetycje do niej. Szkoda, że nie przyjechała wcześniej. Jestem 
trochę zdrowszy.

27   lipca   (piątek). W Wilkowie.
28  lipca   (sobota). Sprawozdanie z powieści Widma Orzeszkowej.

2 9 (niedziela). W kościele u Sw. Katarzyny. Był tam Antoni Schmidt, wzięty na 
Syberią w roku 63. Powrócił w tych dniach. Miał być powieszony w powstanie, stał 

już na szubienicy i stryczek miał na szyi, wyrabiał bowiem trucizny, zatrute 
sztylety itd. Jest aptekarzem. Powrócił patriotą tysiąc razy gorętszym, niż 

pojechał. Jeżeli Europa jest gimnazjum dla takich ludzi — to Sybir 
uniwersytetem.

Po nabożeństwie u Sw. Franciszka.
30   lipca.   Pisałem   powinszowania   dla   wuja   Schmidta prozą i dla p. 

Karpińskiego wierszem.

234
DZIENNIKI, TOMIK II

31  lipca. Byliśmy z Ojcem na imieninach w Górnie. Poznałem żonę p. Antoniego. 
<.

1   sierpnia  (środa). Byłem w Wilkowie.
2 sierpnia (czwartek). Rok temu podpisałem się w kapliczce Janikowskich u Sw. 

Katarzyny. Rok temu... w co to wierzyliśmy, jakeśmy myśleli, cośmy kochali?...
Wszystko to dziś wygląda inaczej!

3 sierpnia (piątek). Czytam cały dzień powieść Jeża pt. Deislaw z Rytwian w 
„Kłosach" z r. 72. Rozprawę Tadeusza Korzona pt. Historyk wobec swego narodu i 

ludzkości

background image

„Tygodniku Ilustrowanym" z ir. 78.
w

4 sierpnia  (sobota). Stoję przy żniwie przez cały dzień.
5 (niedziela). Cały dzień w Wilkowie.

6 (poniedziałek). Znów żniwo. Czytam polemiki Lewentala Z Wiślickim.*
7 (wtorek). Zacząłem pisać nową powieść z okolic naszych pt. Fragment z 

fragmentu (z roku 1863).
8  sierpnia.   Byłem w Wilkowie.

9 sierpnia. Mają przyjechać pp. Gronkowscy — oczekuję ich z niecierpliwością.
10 sierpnia (piątek). Czytam rozmaite artykuły w ,.Kłosach". Np. Stanowisko 

kobiety w rodzinie i społeczeństwie przez Hodiego.*
11 sierpnia (sobota). Bodaj się nie spełniła treść Kęsa chleba Syrokomli nad 

naszą strzechą! *
CIEKOTY, 1883

235
12 sierpnia (niedziela). Przyjechali po południu Gronkowscy.

l 3 (poniedziałek). Żniwo siarczyste! Korepetycje.
l 4 (wtorek). Po południu na polowaniu (pierwszy raz w tym roku). Nie zabiłem 

nic i nie mam serca strzelić do czegokolwiek. Wieczorem po polowaniu w Wilkowie.
15 sierpnia (środa). Rocznica śmierci matki. Pięć lat przebiegło jak sen.* Od 

śmierci matki zaczęła się moja walka z życiem, światem, biedą, z moimi 
uczuciami, od czasu tego jestem ofiarą tej nieszczęsnej manii — poezji. 

Pamiętam, jak ja lubiłem ten dzień zawsze! Wstawałem rano i oglądałem zioła, 
znoszone do nas. Później w kościele ileż to razy zachwycałem się tymi 

poetycznymi obrzędami naszymi religijno-ludo-wymi... Wszystko przeszło niby 
sen...

Byłem z Karpińskimi, Gronkowskimi, panną Emilią Kozłow-ską na Sw. Krzyżu. 
Wyjechaliśmy na górę o 12. Oglądałem to wszystko, niby stare znajome — więc 

obrazy Smuglewicza, pomnik Oleśnickich, wieżę, budujące się więzienie, etc. 
etc.* Robotników pracuje tam codziennie 150, więzienie ma wystarczyć dla 600 

więźniów. Wznoszą gmach dla doktora, szpital, mieszkanie dla dozorcy, wojska 
itd.

Wróciliśmy późno dosyć. Skąpe we wrażenia i mizerne były dzisiejsze odwiedziny 
odwiecznego gmachu.

ELEGIA
Płyną lata mi młodzieńcze, niby morskie płyną fale... Jednym słonko blasku 

życzy, drugim nocne rzuca żale. Nad żalami mi góruje żal odwieczny dla mej duszy 
— To tęsknota, matka żalu, co mi serce szarpie, suszy...

236
DZIENNIKI, TOMIK II

Gdy się księżyc srebrno-biały nad Łysicy szczytem
[wzniesie,

Niby ojciec matki ziemi światło srebrne gdy rozniesie, Gdy ozłoci w blaski 
srebrne chaty naszej białe ściany, Leci do mnie duch ponury doli mojej 

zapłakanej.
Tu w tym dworku, śród zapachów, samo cudnie

[woniejące, Żyło długo srebrnopióre nasze szczęście, nasze
[słońce... A mieszkankiem szczęściu temu była nasza biała

[chatka,
A tym szczęściem, w dworku skrytym, była nasza

[święta Matka...
Chatka nasza prosto w niebo swym urokiem wciąż

[patrzała...
Przeszła burza nielitośna, szczęście nasze rozszarpała... Zgięła czoło chatka 

nasza taka biała, taka dumna, Bo nam lice ukochanej zagrzebała zimna trumna...
Przeleciały długie lata niby morskie harde fale, A nam z szczęścia pozostały 

same smutki, same żale, Bo cóż same my sieroty pośród ludzi rozpędzone 
Rozpoczniemy, kiedy oko ukochanej już zamknione...

Gdybyś żyła w pośrodku nas, matko nasza ukochana, Arcydzieła by tworzyła lira 
Tobą kołysana, Wszystko do stóp bym ci znosił, co by sława mi

[oddała, Byłeś tylko, Święta Matko, lirę moją kołysała...

background image

Dziś me struny milczą głucho, bo i cóż je może
[wzruszyć, Co łzy szczęścia ma wywołać, co łzy smutku ma

[osuszyć,
CIEKOTY, 1883

237
Wszędzie pusto, wszystko wkoło przyodziało się

[w żałobie, Mnie weselej tylko chyba na Twym ukochanym
[grobie.

Płyńcie smutki, płyńcie żale z ukochanej mi mogiły, Gdy się niebios czarne 
sklepy srebrnym blaskiem

[posrebrzyły,
Ukajajcie piersi moje dźwięki pieśni mojej rzewne, Plątajcie się za Jej duszę w 

tony ciche, modlitewne.
Świeć, uroczy synu cieniów, ukochanej mej mogile, Ja gałązki brzóz płaczących 

blaskom twoim sam
[rozchylę...

A Ty w górze czuwający Miłosierny, Mocny Panie, Uśpij wiecznym snem spokoju moją 
Matkę-ukochanie.

16 sierpnia (czwartek). Byłem w Kielcach. Kwestia stancji u p. Więckowskiej jest 
nader wątpliwą. Wątpliwie też i ja wyglądam. Był ksiądz Grudziński, oddaje 

bowiem siostrzeńca do gimnazjum. Jutro ma przyjechać do nas. Wróciliśmy dosyć 
późno.

17 sierpnia. Byłem znowu w Kielcach po księdza. Pan Kłodnicki zaproponował mi 
przyjęcie korepetycyj u p. Radliń-skiego. Byłem tam. Uczniów jeszcze nie ma, 

mimo to życzył sobie mieć mnie bardzo. Chciałbym tam mieszkać. Mieszka on za 
bazarem pod prochownią. Stamtąd jak na dłoni widać moje ukochane góry. Gdy byłem 

mały, a mianowicie byłem w klasie drugiej, i mieszkałem u ciotki Saskiej w 
pobliżu wspomnianego domu, chodziłem często za prochownią i długo patrzałem w 

moje ukochane strony...
Stamtąd lubiłem na miłe  ojczyste  góry  spoglądać...

(KONRAD WALL.)
238

DZIENNIKI, TOMIK II
CIEKOTY, 1883

239
Już więc wówczas mój kąt ukochany kochałem. I później w klasie czwartej, piątej 

— chodziłem tam i deklamowałem sobie wiersz zacytowany. Wracając stamtąd 
spotkałem się z p. Bemem. Wypytywał mię, jakem przepędził wakacje, o ojca itd.

W hotelu już złapał mię p. Troczewski i prosił, by dawać korepetycyj wszystkim 
trzem Zawadzkim. Żałował, że nie zaproponował mi, abym pojechał z nimi w tym 

roku na Ukrainę. Zamówił mię na rok przyszły. Kto zrozumiałby moją radość?! 
Jechać na Ukrainę!!! Ja bym oszalał z radości... Będę pracował jak wół, ale, 

Ojcze niebieski, dozwól się spełnić temu marzeniu...
Zabrawszy księdza ruszyliśmy do domu o 4. Szczęśliwy dzień w mym życiu.

18 sierpnia (sobota). Siedziemy w domu z mym kochanym przyjacielem.
19 sierpnia. Odpust w Leszczynach. Święty Jacek. Byliśmy: ja, ksiądz i macocha. 

Deszcz po południu.
20 sierpnia (poniedziałek). Byłem w Wilkowie. Państwo Gronkowscy mieli być u 

nas. Nie przybyli.
21 sierpnia (wtorek). Wszyscy pojechali do Kielc rano o 4J/2. Sam siedziałem do 

5 po południu, później poszedłem do Wilkowa. Łapano ryby. Wieczorem rysowałem 
„brzozę płaczącą w Wilkowie", gdy przyjechali z Kielc. Przyjechała panna Helena 

Jacob.
Odrysowałem sobie już mój ukochany modrzew i brzozę w Wilkowie. Modrzew — to 

boskie drzewo. Radosną wieść przywiózł mi ojciec: mogę mieć stancją u pana 
Kisielewskiego do jednego chłopca z I klasy. Świetnie! Daj Boże, by to przyszło 

do skutku!
22 sierpnia (środa). Byliśmy w Wilkowie. Wesołe towarzystwo kobiece mię 

otaczało, było bowiem pięć kobiet i ja jeden. Brońże się tu! Po południu 
wróciliśmy. Pisałem rozdział 8 nowej powieści poświęconej Ag....... Boz......

background image

23 sierpnia (czwartek).1 Nie pisałem już tyle czasy dziennika. To, co kry ślę 
tutaj, miało miejsce już dawno, bardzo dawno... Wówczas żył jeszcze starzec mój, 

bóg mój siwowłosy na ziemi. Sądziłem, że rok nowy rokiem szczęścia będzie. 
Niedoświadczony! Szczęście na ziemi?!

Rzucam tu to, co mi pamięć dyktuje.
24 sierpnia (piątek). Byłem z Karpińskim i Gronkow-skim w Kielcach. Kwestia 

stancji jeszcze wątpliwa. Wróciłem do Ciekót dopiero w sobotę, gdyż
25 sierpnia (w sobotę) byłem w Górnie. Jak jestem smutny, to okryślić trudno. 

Wieczorem, wracając do domu, spotykam się i poznaję z pp. Ancem i Stasiną z 
Galicji.

26 sierpnia (niedziela). Znowu w Kielcach. Późno wieczorem wróciliśmy do domu. 
Na drodze zepsuło się koło pod Leszczynami, musieliśmy je naprawiać.

Pan Włodzimierz Anc jest adiunktem przy politechnice lwowskiej, Stasiną zaś 
studentem medycyny w Krakowie. Włodzio dowiedział się o moich poezjach, stąd 

prześladowanie. Późno w nocy zasnąłem. Ach, ile, ile wycierpieć na ziemi 
potrzeba, by doczekać się rezultatu tak nikczemnego jak życie...

27 sierpnia (poniedziałek). Piechotą poszedłem do Górna, by się z Włodkiem do 
Kielc zabrać. Kończy się rok

1 Zapiski od 23 sierpnia do l września zostały zrekonstruowane z pamięci po dniu 
23 września (data śmierci ojca).

DZIENNIKI, TOMIK II

nasz wakacyjny. Gdym wyszedł na górę, skąd jak na dłoni wioskę moją widać było, 
zapłakałem tak serdecznie... Nie pamiętam, czy kiedy w życiu płakałem tak jak 

wówczas. Przeczuwałem, że do wioski mej nigdy już nie powrócą... Z daleka widać 
było na podwórku ojca w krześle, cały ukochany mój dworek, krajobraz tak sercu 

bliski, Wilków, lasy, łąki, Łysi-cę — wszystko, co biedny, sam na świecie, 
przeczuwałem, że żegnam na zawsze... Ach, jakże płakałem... Nie mogłem i nie 

mogłem oderwać oczu... Po raz ostatni w życiu moje ukochania żegnałem... Gdym 
zaszedł do Górna, dowiedziałem się, że konie już odeszły, trzeba było iść po 

naukę do Kielc piechotą.* Wyszedłem o pierwszej, a zaszedłem na szóstą. Ile 
cierpiałem, nie opiszę nigdy; stancji nie miałem, pożegnałem wszystko, sam bez 

nikogo — o, jakże byłem wówczas nieszczęśliwy!
28 sierpnia (wtorek). Stanąłem w hotelu. Wieczorem pisałem do dwunastej 

ćwiczenia. Spotkałem się z Zientarą, był u mnie. Przyjechała macocha. Mam 
przecie stancją u p. Kisielewskiego. O godzinie 9 poszedłem. Mam pokój zupełnie 

oddzielny, stolik, łóżko... Dzięki Ci, Wszechmocny Panie. Spełniły się marzenia 
moje...

29 sierpnia. Łaciny daje u nas dyrektor Woronkow, greckiego — Rybarski, 
matematyki i fizyki — Czarnecki, niemieckiego — Kremer, francuskiego — Evart, 

historii — Hejsler, polskiego — Bem.
Gospodarzem klasy jest Kremer.

Lista uczniów — kolegów nowych:
B a b i c k i1 Matkowski M a c h a j s k i

Tomasiewicz Rozenblat Dawid Bieganik Edmund
1 Podkreślenia nazwisk na tej liście pochodzą od autora Dzienników; tylko 

nieliczni z tych, których nazwiska są podkreślone, odegrali jakąś rolę w 
koleżeńskim życiu młodego Żeromskiego.

CIEKOTY    W   MIEJSCU,   GDZIE   ZNAJDUJE   SIĘ   KAMIEŃ   Z   PAMIĄTKOWĄ   
TABLICĄ, STAŁ   DWOREK   2EROMSKICH

KIELCE, 1883
241

Strożecki
Redych

Kozłowski
Grabowski

L it t au er
Kmita

Jakóbkiewicz
Kurkowski

Zaleski

background image

Wodzyński
Dobrowolski l

Szczukin (Moskale
Mikułowski (brat Felka)

Górnicki
W e l k e Bronek

Łącki Romek
B i e s k e Stefan

Tu w a n
Leśkiewicz Teofil

Jakóbczak
Z ar emba

Pietrzykowski
Stefański

Zydler Konrad
Kiczorowski (arystokrata)

Z i e n t a r a (Franc.)
Malewski

D e w i t z Szczęsny
Remiszewski

Marąuardt
Rutkowski

Wujcik
Orłowski

Kindler
Różycki

H ó n i g m a n   Maciek]
Swierczewski

Krzyżkiewicz Ber.
Pławiński Otoś

Czaplicki Staś
Erct

Lenartowicz Jarosław
Reklewski

Czarnecki Antek
Żukowski

drugo-roczni
Byłem już kilka razy na korepetycji u pp. Troczewskich.

30 sierpnia (środa).1 Przyszedłem tu po naukę piechotą — co z niej wyniosę, jak 
wyjdę? Wszystko, co może być bolesnego, znosiłem i znoszę obojętnie: nędzę, 

poniżenie — wszystko, i chcę tylko wiedzieć, gdzie odpoczynek będzie i kiedy.
1 Pomyłka autora: zapis na poprzedniej stronicy informuje poprawnie, że 28 

sierpnia był wtorek, zatem 30 sierpnia był czwartek, 31 — piątek.
16 — Dzienniki t. I

DZIENNIKI, TOMIK II
31 sierpnia (czwartek). Pracuję jak wół, nie mam chwili czasu. Nigdy w życiu nie 

pracowałem tak jeszcze. Chleba, dla chleba pracuje się tak, bo poza mną nic już 
nie ma.

l września. Ostatni kres starego życia. Stare życie skończone.
Zaczynam Życie   nowe*

Głupi, kto w życie i w cokolwiek, prócz siebie, wierzy.1
dnia 19 czerwca

Następstwo dni nieszczęsnych: 19 maja, 20 czerwca, 21 sierpnia, 22 września 
(śmierć).*

Koniec.
dnia l września.

DZIENNIK s. ż.
TOMIK   TRZECI

Od dnia 2 września 1883 roku do l kwietnia 1884 roku
CTSOCUTÓV!

background image

1 To zdanie jest napisane ukośnie na oddzielnej stronicy, a na jej odwrocie znak 
} i słowa zamykające tomik.

16*
Dnia 2 września 1883 r. Nowa epoka w mym życiu. Dzień odrodzenia. Marzona, 

oczekiwana chwila poprawy. Dzień pierwszy nowego życia. Zacząłem go natchnioną 
modlitwą do Najświętszej Matki. Jestem szczęśliwy! Bo i jakżeż? Mnie z mych 

marzeń nie ziściło się nic nigdy, a dziś jedno z najpierwszych mych marzeń: 
pokoik własny — ziściło się! Sam w nocy siedzę sobie nad książką. Jestem sam z 

mą pracą! Dawniej w dzień mych imienin buntowała się zawsze ta moja hydra- pycha 
i łechtała mię — bolało mię to, że nie składano mi owacy j. Dziś i toć przecie 

śmieszne uczucie złożyłem na stopniach dawnego życia. Jak nowo narodzoną gwiazdę 
witam to nowe życie! Szczęśliwy jestem. Całe życie dzień ten pamiętać będę: 

dzień 2 września, czyli dzień odrodzenia, dzień życia,, dzień duchowych 
narodzin!

Rozłożywszy ręce, rozwarłszy serce, lecę w to życie i wołam: Hej pracy, hej 
nauko, cnoto! — do mnie! Powinszował mi Pisula, p. Kłodnicka i macocha. Nikt 

więcej.
Wieczorem byłem na szlubie p. Hejslera w cerkwi. Wspomniałem ciche chwile 

szczęścia, przeżyte w mej wiosce... Hanka z mej nie dokończonej powiastki 
stanęła mi przed oczyma... Powróciwszy do domu, dowiedziałem się, że przyjechał 

ojciec. Lecę do Kłodnickich. Kto opiszę mą radość?! Był tam generał Ostrowski, 
plenipotent naszej wioski. Ojciec zostaje nadal.* Zdrowy prawie zupełnie, może 

chodzić, wygląda dobrze... Treść Kęsa chleba nie spełni się! — O, radości!
3 września (poniedziałek). Lekcje. Zwykły dnia porządek. Ani chwili wolnej. 

Jestem zawsze weselszy niż dawniej r nie jestem nigdy samotny, jest nas bowiem 
dwoje: ja i moja praca.

246
DZIENNIKI, TOMIK III

4 w r z eś n i a (wtorek). Ani chwili tracić darmo nie wolno! Żywy przykład na 
mej boleści. Precz z zabobonami! Pamiętaj: z każdej chwili zdasz rachunek przed 

Bogiem i własnym sumieniem. Każda chwila nie poświęcona pracy jest 
pierwiastkiem, który sam przez się wyda sześcian kary! — Pamiętaj!

5 września (środa). Dzień do dnia jak fala do fali podobny. Późno, bo o 12, 
kończę me lekcje nocą, korepetycje zabierają mi wszystek czas.

6 września (czwartek). Nie widziałem i nie będę jej chyba widział...
Ach, jak mi smutno!

Mój anioł mię rzucił,
W daleki odbiegł świat...

I próżno wołam, ażeby powrócił
Stargany marzeń kwiat...

Staś Czaplicki pożyczył mi Historii literatury powszechnej, opracowanej przez 
Radlińskiego, Kaszewskiego i innych.* Ach, z jakąż to radością będę czytał w 

święto, w sobotę i niedzielę!
7 w r z eś n i a (piątek). Nauczyłem się wyjątku z Rękopisu Królodworsldego w 

przekładzie Siemieńskiego.
Męże bratnich serc,

Męże ognistych wzroków...
(Zaboi, Slavoj a Ludek) *

Po południu na korepetycjach. Wieczorem czytam Historią literatury chińskiej* do 
godziny 11.

--'8   września (sobota). Święto Matki Boskiej. Na nabożeństwie ślicznie grał na 
skrzypcach Edek z Kosowskim. Po nauczeniu się Wergiliusza (co zresztą zrobiłem 

przez omyłkę,
KIELCE, 1883

247
bo w poniedziałek gramatyka) poszedłem na nabożeństwo, a później do ogrodu z 

Edkiem. Coś ta stara namiętna ku niemu przyjaźń obudziła się znów we mnie — 
powinien bym być odeń z daleka, a ja znów go kocham. Zaprosił mię do siebie i 

grał mi śliczne rzeczy na skrzypkach — rozmarzył mię, rozdrażnił me nieszczęsne 
nerwy. Wieczorem czytałem dalej h[i-storię] lit[eratury] Chińczyków do H,

background image

9 września (niedziela). Smutny nad wyraz dzień. Uczyłem się religii, łaciny do 
g. 4. — Byłem u Włodka, u Zientary. Od Swierczewskiego wziąłem Algebrę. 

Wieczorem czytałem Starą baśń, piszę algebrę. Matematyka włazi mi jakoś do 
głowy... Ach, ta matematyka!...

Heleno, ty niższa od aniołów i wyższa od ludzi istoto, duszy mej ukochanie, czy 
cię kiedykolwiek zobaczę??...

Robię w eleganckim kajecie notatki z hist. lit. Chińczyków.
10 września (poniedziałek). Byłem na korepetycji, jak zwykle, od 4 do 6. 

Wieczorem czytałem Sforą baśń. Zapalam się i wspominam czytaną kiedyś Wo;'nę 
olbrzymów Deotymy. Jak tylko odeszła mi z domu książki, biorę się do 

urzeczywistnienia mych marzeń.
11 września (wtorek). Odesłali Boicie.* Ile cierpiałem — Bogu wiadomo. Biedne 

moje, po tysiąc razy biedne ojczysko! Nie ma bólu, który by nie nawiedzał jego 
biednego serca... Co on tam dziś wycierpi...

Widziałem się ze Schmidtami. Wieczorem od 10 do l pisałem ćwiczenie z ruskiego 
pt. „CicynoM pbin;ap& * Puszkina. Rozbiór krytyczny związku myśli w scenie 2". 

Przedtem pisałem dla Halika ćwiczenie z logiki pt. ,,PacnopaflOK BHeuiHMX
HyBCTB,   BJIHHHM6   MX   Ha   JKMSHb   flyilieBHyK)   M   yMCTBeHHyiO."*

Odniosłem  mu je  o  2.  Księżyc  wśród  drzew  otaczających
248

DZIENNIKI, TOMIK III
KIELCE,  1883

249
teraźniejsze moje siedlisko wygląda anielsko. Znów nadchodzi na mnie kanikuła 

marzycielstwa. Czy ja lunatykiem jestem, czy co u kaduka?! Jakież to szczęście 
pracować!

Przychód dnia dzisiejszego
Wy chód:

3 kajeta po 10 gr. Kajet na powieść Świeca Mydło
zł 3.   10 gr*

zł 1.   — gr
H l-       ——— -

„ — 15 „
„ — 10 „

Gruszki dla Zientary  „ — 10 Papierosy „ —   5
zł 3.   10 gr

12 września  (środa).
Pożyczyłem na bułki od Swierczewskiego gr 10.

Na jutro piekielne lekcje. Ruski. Inspektor ślicznie wykłada tę ich, jak 
nazywają, literaturę. — Co ja się namarzę o mojej nowej powieści... Mój Boże — 

to ja już nigdy nie odczepię się od tej literatury... Wiecznie mi towarzyszy.
13 września (czwartek). Siedziałem znowu wczoraj do l w nocy nad łaciną. Dziś 

wyrwał mię dyrektor. Mówiłem całą godzinę. Tłomaczymy Oratio in Catilinam* 
Dostałem 4. Jest to wynagrodzenie za mą realną pracę... Po południu przyjechali 

rodzice. Ojciec znowu słabszy trochę. Mam fotografią księdza Grudzińskiego.
Przychód — rs.   2 Wychód — gruszki        25 gr

Czytałem Kraszewskiego.
14  września   (piątek).

Zientara oddał mi
Kajet na studia Kajet na lekcje

Gruszki
Bułki

Po południu gruszki
zł 2.20 gr

2.10 „
10 „

2.20 gr
10 „

10 „
10 „

30 gr

background image

Po korepetycjach byłem w ogrodzie. Spotkałem się z Edkiem. Dawne a przygasłe 
rozbudził w mej duszy pragnienia: chce urządzić koncert na niezamożnych uczniów 

i abym ja deklamował. Grać ma on i Michajłow (Moskal), który dawał sam koncert w 
Odessie. Ma grać prześlicznie na skrzypkach. Następnie: panna Bierzyńska ma 

śpiewać solo, orkiestra, dwa dueta Edzia z Michajłowem. Michajłow solo, Edek 
solo. Jednym słowem ma być numerów 12. Chodzi o pozwolenie gubernatora, 

dyrektora etc. etc. etc. Choć dla uwolnienia nie ma ani grosza, cel jest tak 
wzniosły — nie wierzę w skutek: to rzecz z Moskalami.

Zaprosił mię do siebie, zagrał mi. Jak on gra cudownie! Być może, że talent jego 
poetyczny nie jest spotęgowany przez pracę, ale uczucie jego na polu muzyki 

szczególniej, a względnie na poetycznym polu jest olbrzymie. Czuję się małym 
wobec niego. Muzyka jego, jego oczy stwierdzają to. Jak mię porywała ta 

wczorajsza muzyka jego! Szaleję... Ach, jak ja 'kocham tego mojego Edka! 
Zapominam o wszystkich jego wadach — jest mi znów, jak dawniej, drogim. Artyzm 

jego jest wielkim. Jakże ja bym grał, gdyby mi on zagrał coś podobnego! Jeżeli 
złożą się dodatnio okoliczności — deklamowałbym Maraton. Wątpię jednak: sparzyło 

mię już raz w przeszłym roku. Nie wierzą wcale w skutek.
/

-:^X:;S;gjggg^
DZIENNIKI, TOMIK III

15  września   (sobota).
Bułki Gruszki

Skarpetki
10 gr

11   „
21 gr

50   „
2 zł 11 gr

16 września (niedziela). Grał w kościele uczeń klasy VII Michajłow na 
skrzypkach. Cudownie gra. Po południu byłem w ogrodzie na loterii fantowej.

17 września. Mówiłem z greckiego (3) i religii (3). Z religii powinienem był 
dostać więcej. Mój uczeń Genek Zawadzki ślicznie się uczy: łacina 5, religia 4, 

ruski 3+, francuski 4+, polski 4, niemiecki 4.
18 września (wtorek). Była macocha. Ojciec znowu słabszy. Coraz jest gorzej. 

Książek nie przywieziono mi jeszcze.
19 września. Inspektor oddał nam ćwiczenia ruskie. Czterech nas tylko napisało 

dobrze: ja, Zydler, Krzyżkiewicz i Pietrzykowski. Ja mam 4+.
Czytam ciągle Kraszewskiego. Teraz czytam Lubanie.* Prócz tego Szujskiego 

czytam* i robię notatki. Gdybym miał Naru-szewicza, przystąpiłbym teraz do 
marzonej pracy. Mało mam pod ręką rzeczy odpowiednich. Dobrze, że Kraszewski 

rozświetlił cokolwiek ciemne czasy jutrzenki naszego istnienia. Ma się pojęcie 
jakie takie o życiu Słowian domowym, na uwydatnienie którego powieść jest 

środkiem najodpowiedniejszym. Z pracą tą po raz pierwszy chcę stanąć przed 
oczyma ogółu.

20  września   (czwartek). Święto moskiewskie.* Dowiedziałem  się,  że... Helena 
po  śmierci matki dostała melancholii... Cóż tu mówić więcej?...

251
21 września. Czytam w wolnych chwilach, tj. w nocy do 11 po nauczeniu się 

lekcyj, Lubanie. Pisałem coś w rodzaju elegii do Heleny. Kocham ją szalenie.
22 września (sobota). Wczoraj otrzymałem list od Józka Wabnera, dziś od ks. 

Grudzińskiego. Prosi mię o doniesienie mu o nauce Józia itd.1
Dano mi znać o godzinie trzy kwadranse na dwunastą, że ojciec umarł. Jadę. Gdym 

ja spał wczoraj o 12 — On konał. Nie konał, bo tercji* nie trwało jego 
konanie... Sam więc jestem na świecie... Sam, bez Niego...

23 września (niedziela). Konie nie przyszły jeszcze z powodu deszczu wczoraj. 
Dziś siedzę u pp. Kłodnickich. O godzinie 2 przyjechał z Radoszyc ksiądz 

Grudziński i p. Kobylański. Ja i p. Kłodnicka wyjechaliśmy o 4 z Kielc. Jestem 
zupełnie spokojny. Rzecz dziwna. Najzupełniej spokojnie spotykam cios ten... 

Ściemniało się, gdyśmy przyjechali do Cie-kót. Wicher był straszny, kołysał moje 
lipy ukochane i zginał ku ziemi. Okna otwarte. Cztery świece palą się przy 

trumnie, a w trumnie pan tego dworku śpi uśmiechnięty.

background image

Zachwycający mię wiersz błądzi mi po głowie:
Ale w trumnie, w trumnie, w trumnie hetman ukochany. *

Jestem jeszcze spokojny. Chcę się modlić... O — daremnie...
Nagle porywa mię za serce płacz okropny, rzucam się —

nie — nie — nie wiem, czym byłem. Mój Ojcze, Ojcze, Ojcze...
A wicher pożegnalnym głosem pieśń pogrzebową, głosem

— lip ukochanemu grał panu...
Ojcze mój, Ojcze mój, Czemuś mię opuścił! *

1 Następne  zdania wpisane  ołówkiem,  większymi  literami,  z  widocznym 
pośpiechem.

l
Jedziemy dalej — do Wilkowa. No i cóż tu pisać? — Chyba wyrwać to serce, co do 

Jego serca na wieki przywarło — i zakrwawione na kartki te rzucić! — Hej! 
szaleję — szaleję!

24 września   (poniedziałek). Pogrzeb. Dniu boleści, dniu rozpaczy, czemuś nie 
sczezł w ciemnościach! Tyle ludzi, tyle łez... Na dworze wicher piekielny, 

liście z drzew obrywa i ciska... Zamknięto trumnę. Całowałem Jego sczerniałe od 
gangreny palce,  a On nie ucałował mię  już nigdy, jak dawniej... Boże! jesteś 

miłosierdziem,  ale jesteś i bezlitością! Twa prawica jest ręką ojcowską, ale 
dla mnie jest wiecznie rózgą ukarania. Cóżem ja ci1 zawinił? Com ja Ci uczynił, 

ja, robak, co łzami walczy — Tobie, Panie, co targasz węzły życia? Śpiew się 
rozległ żałobny, zatrzaśnięto na wieki drzwi trumny i poniesione na barkach 

ludu, pożegnały dworek nasz  zwłoki męczennicze.  Eksportacja,  mowa  ks.  
Grudziń-skiego serdeczna, msze, śpiewy — przeleciały niby sen, niby łez 

jezioro... Klęczałem i modliłem się łzami — czy mnie usłyszy Bóg ten 
Wszechmogący? — za duszą Jego. Płonąłem łzami jak rozpalona pochodnia — byłem 

bezmyślny, głupi, głuchy, niby uderzeniem obucha w głowę oszołomiony...
Requiem aeternam dona ei, Domine — zabrzmiało, zamknęła się mogiła — wszystko, 

co ukochanym było, co było Bogiem na ziemi, ostatnim głuchym łoskotem ziemi o 
trumny wieko ojcostwa dźwiękiem zabrzmiało... Zgasła rozpalona cnoty pochodnia. 

Byłem bezmyślny tak, że nie wziąłem nawet kawałka na pamiątkę tiulu z grobowej 
poduszki... Było mi smutno, smutno... Pojechaliśmy nazad do Wilkowa. Cóż ja tu 

pisać bądę? Żal taki straszny rozsadza mi piersi, wygadać w słowa się każe, a 
słów nie ma i nic nie ma — pustka, pustka, bezgraniczny step, a na końcu jego 

dwie obok siebie mogiły, obok siebie wzniesione...
1 Oboczna pisownia wyrazu „Bóg" i odnośnych zaimków została zachowana zgodni z 

autografem.
Boże mój, Boże mój, masz mocarzów, a nad nędzarzami się znęcasz! Masz cały 

świat, a mnie znalazłeś jednego do kary otrzymania...
O bądźże mi ty pochwalony, Allah, Szumem pożaru, co miasto zapala, Trzęsieniem 

ziemi, co groby wywraca, Zarazą, która ojce nam wytraca...*
Boże, jesteś bezlitością! Biedna moja głowa marzy bezmyśle jakieś frazesy, 

okryślenia... chciałoby się wypłakać, wyszeptać z żalem i rozpaczą...
25 września. Powrót do Kielc. Pókim był w Wilkowie, byłem zrozpaczony, a teraz — 

nie ma wyższego stopnia. Idź wpośród ludzi obcych z twarzą zapłakaną... Do żalu 
dołącz szyderstwo, obojętność, a będziesz mnie widział.

Przyjechała Olesia.* Nie była na pogrzebie... Ona najbiedniejsza.
Biada jest każdemu ^ Człowieku samemu,

Lecz stokroć samotnej kobiecie.*
26 września (środa). Przyjechała dziś macocha. Wczoraj późno pojechała. Byliśmy 

u Ostrowskiego. Generał przyjął nas grzecznie, ale warunków kontraktu zmienić 
nie może. Pozostaje więc odstąpić ukochaną wioskę generałowi lub komukolwiek 

innemu. Czyż nie sprawdzają się zawsze moje przeczucia? Przeczułem, gdym szedł 
do Kielc, że już tam nie wrócę. Nieprawda! Przecież wróciłem: na pogrzeb. Więcej 

— po cóż więcej wracać? — Nie ma nikogo — jest gniazdo, ale ptaszęta zabite losu 
strzałami. Przyjdzie zapewne Żyd i świątynię mojego szczęścia na dom kupiectwa i 

nikczemnoty obróci. Mój Boże, jakże ta chata drogą i nienaruszalną jest dla 
mnie. Gdybym miał majątek, dziś bym oddał, ile by chcieli

DZIENNIKI, TOMIK III
tylko, by mi kąt mój oddali, a ja bym prochu tam ruszyć nie niechby tak 

skamieniało na wieki.

background image

27 września. Myślałem, że uczucie tęsknoty minie, wróci życie dawne — o, ciężko 
przemija to życie, zbyt ciężko, by je życiem zwać było można... by było warto.

28 września. Tydzień ten jest okropnym dla mnie. Miałem rozmaite już piekielne w 
życiu chwile, ale ten, ten — to ogień piekielny. Żyć śród tego głupiego, zimnego 

świata, obracać się jak lalka w ziemskim wertepie* — to lepiej skamienieć na 
wieki...

29 września — to i sobota. Tydzień minął zapisany łzami... Tydzień przeminął 
żałobny... A starzec mój tydzień śpi już sobie.

30 września. Rok marzony  szczęścia  marzonego!  Co krok to szczęście, co krok 
to zachęta do życia.

l października. Płyń, barko mojego życia, po ciemnej wełnie* życiowej... Puste, 
ciemne morze wzburzone, a ja sam, sam na barce życia...* Wicher szumi, zimno 

mrozi, serce zamiera...  Tylko   odwaga   może  mi   pomóc   do   przepłynienia 
oceanu burz... Ciężko robiąc wiosłami zostawię za sobą burzę i morza wełny  

czarne,  wichrów tęskliwych  siostrzyce.  — Pracą i zapomnieniem o tym, że serce 
boli, że lupus homini

homo* Zamknij się w sobie i pójdź... Zapomnij, że poezją, że
uczucie masz w piersi;  śmiało —  ,, bojowaniem jest życie

nasze"*!
Wesoło żeglujmy, wesoło Po życia burzliwym potoku, Jak orły w gradowym obłoku, 

Choć wichry, pioruny wokoło. Wesoło żeglujmy, wesoło!...*
255

2 października. Dziś dostałem 3 z geometrii. Nad lekcjami siedziałem wczoraj do 
2 w nocy. Kupiłem sobie wszystkie prawie książki. Mogę więc pracować samoistnie 

i nie chodzić po nocach do Zientary. Nieraz bowiem o 12 trzeba było wlec się do 
niego po Geometrią lub Fizykę.*

3 października (środa). Poznałem się u Łuszczkiewicza z Michajłowem, sławnym 
rosyjskim skrzypkiem, uczniem klasy VII. Bardzo grzeczny i wykształcony.

4 października. Umarł na tyfus Staś Rokke, jeden z serdeczniejszego kółka 
przyjaciół moich. Jedna z przyjemności szczęśliwego roku.

5 października (piątek)1
Wkoło trumny, świece, wieńce,

Cyprysowe liście same, Starce kończą i młodzieńce, Święte związki potargane.
6 października (sobota). Koledzy i my, drugoroczni, kupili Stasiowi śliczny 

wieniec grobowy za 10 rs. i kazali grać muzyce wojskowej (rs. 8Va). Ja niosłem 
poczciwego mojego druha z Korczakiem od rogatek na ramionach. Same łzy, groby i 

trupie lica widzę ukochanych dokoła... Na mszy żałobnej grał Michajłow na 
skrzypcach. Po pogrzebie byłem u p. Bema. Pożyczyłem sobie Dytmara. Mówiliśmy 

długo o moich stosunkach domowych, nauce, położeniu. On jeden nie zapomina nigdy 
o mnie...

W nocy czytałem kronikę do 2.
7 października (niedziela). Korepetycja u p. Troczew-skich, z Edkiem 

Kisielewskim — słowem dla siebie mam czas
1 W autografie omyłkowo: czwartek.

257
r

w nocy. Po dziesiątej i kolacji, na której był Kremer i Czer-wiński, siadam do 
lekcji. Nauczywszy się, o 12 czytam Dyt-mara i notują wyjątki charakteryzujące 

Mieszka i Bolesława.* O l*/2 usnąłem zapomniawszy zgasić świecy. Wyspałem sią do 
6 rano na Dytmarze.

8 października (poniedz.). Byłem rano w kościele. Edzio Łuszczkiewicz doniósł 
mi, że wczoraj był wieczorem ślub Ludki. Dobrze i to wiedzieć na te ciężkie 

czasy! Nie wolno mi podobno deklamować — dobrze i to wiedzieć. Przynajmniej po 
tych znakach poznać będę mógł rok szczęśliwy

mojego życia.
Pisałem charakterystykę Mieszka I według kilku epizodów z Dytmara dla p. 

Stefanii Troczewskiej. O 12 poszedłem spać.
9 października (wtorek). Mówiłem o Odysei — 3. Jak się wiedzie — to się wiedzie: 

nie ma co mówić. Pieniędzy na wpis (15 rs.) nie mam. Wesołe czekają mię w tym 
tygodniu chwile, wesołe... Była macocha. Ogłoszono o chęci odstąpienia Ciekot w 

„Gazecie Kieleckiej".* Zgłosiło się kilku już amatorów. Zegnaj, gniazdo moje 

background image

święte, na wieki. Jużeś nie nasze!... Znowu usnąłem nad Dytmarem. Zapisałem 
kilka notatek o Polsce z Ibrahima-Ibn-Jakuba z 960 r. (Żyda, kupca 

hiszpańskiego).*
10 października (środa). Gdzie się to podziała muza moja, moja twórczość? Na co 

bądź zwróciłem oczy — patrzałem oczyma poety, dziś patrzę oczyma zniechęconego 
do

życia...
Gdyby tak wyrwać się z tych kół udręczeń, śród których zostawać muszę, gdyż żyć 

muszę, leciałbym choćby na męczeństwo... Byleby stąd dalej, byleby uciec. Nie 
wabi mię już ani poetycka sława, ani marzona walka za idee, ani nic — chcę snu i 

odpoczynku po utrapieniu wiecznego, odpoczynku nicości.
Świat ten cmentarzem z łez, ze krwi i błota, Świat ten jak wieczna każdemu 

Golgota,
Darmo się duch miota:

Kiedy ból go zrani —
Na burzę żywota

Nie   ma   tu   przystani.*
Cóż bym dał, by być na miejscu Rokkiego. Jakże on szczęśliwy!

1. Nie dostałem promocji
2. Umarł Ojciec

3. Odesłano Boicie
4. Trzeba porzucić gniazdo ojczyste

5. Ciężkie warunki mojego życia na stancji
6. Melancholia Heleny

7. Szlub Ludki
8. Śmierć Stasia

9. Brak pieniędzy na wpis.
Oto konspekt z przebiegu epizodów szczęśliwego roku. Dosyć jest 2, 6 i 8, by 

naczynie rozumowe człowieka rozwalić.
11 października. Czytałem wczoraj i notowałem Dytmara od l do 2 w nocy. Pisałem 

także dokończenie ćwiczenia dla p. Troczewskiej. Dziś notowałem sobie wyjątki z 
Korana przekład Buczackiego,* dyktowane przez prof. Hejslera. Dziś rano czytałem 

Masława* tom I. Przeczytałem Lubonie i rozumiem tę powieść dobrze, przeczytawszy 
Dytmara. Kraszewski korzystał z tego źródła dosyć śmiało. Kiedy ja już zbiorę 

materiały do mego Samona?*
12 października (piątek). Oddałem Dytmara p. Bemowi. Pożyczyłem jakiejś starej 

historii od Bieganika. Czytałem ją do 10V2. Później1
1 W autografie zdanie nie dokończone. 17 — Dzienniki t. I

258
DZIENNIKI, TOMIK III

13 października (sobota). Byłem po południu u p. Wabnera na próbie muzycznej. 
Wróciłem o 10 wieczorem. Grał Michajłow i Łuszczkiewicz.

14 października (niedziela). Otóż i lat 19 mi przeminęło. Zbliża sią rok wstępny 
do życia regularnego, rok 20. — Po południu byłem znowu na próbie. Deklamowałem 

Maraton, gdyż mam należeć znowu do koncertu, jeżeli gubernator pozwoli. Dziwię 
się, że mam głos tak silny. Stracił on jednak wiele na dźwięczności i 

patetyczności: dawniej deklamowałem lepiej i piękniej. Wątpię zupełnie o 
skutecznym zakończeniu tego wszystkiego. Gdzieby Maraton deklamować pozwolono? 

P. Wabner i p. Jaroński chwalili mię tam dosyć. Siedziałem do l nad ćwiczeniem 
ruskim i lekcjami. Ćwiczenie było po mojej myśli: „CeMeiiHbie OTHonieHMH 

pyccKoro napocą no na-
pOflHblM CeMeHHbIM neCHHM." *

15 października. Musiałem opuścić 3 lekcje z powodu tego, że nie zapłaciłem 
wpisu. Na szczęście przyjechała macocha i dała pieniędzy. Wdzięczność moja dla 

niej jest bezgraniczną... Kobieta z sercem prawdziwie macierzyńskim. Boicie mają 
wziąć do siebie Teofilowie Sascy.

Siedziałem wczoraj do l nad lekcjami. Co dzień obiecuję sobie, że się zapamiętam 
na nowo w powieści — daremnie, o l kończę lekcje, pozostaje do snu 4, 5, 

najwyżej 6 godzin. Nie spać wcale — nie mogę, bo w dzień nie śpię także.
Dnia 16 października (wtorek). Wstałem przed świtem o 5, był nawet księżyc 

jeszcze, i poszedłem do spowiedzi. Spowiadał mię dopiero co przybyły z akademii 

background image

ks. To-malski. Bronił Aleksandra VI, radził kupić Tomasza a Kempis. Jestem 
szczęśliwy nieziemskim szczęściem, wzbudzonym niebieskiej promieniem łaski.

Mówiłem z niemieckiego (3). Kupiłem sobie wczoraj Zbójców Szyllera (2 zł).*
KIELCE, 1883

259
Hejże, cienie moje święte

Duchy, ukochania... Kędyś w niebo wniebowzięte
Z padołu konania.

Nad gwiazdami posiadały
Owinięte w chmury, Nad mą ziemią pieśń rozsiały,

Na mą ziemię z góry...
17 października (środa). Jakżeż to życie mozolne i jednostajne. Od 6 do 8 rano 

korepetycja z Edkiem,* od 8—21/2 (3V2) godziny w klasie. Zaledwie zje się obiad, 
korepetycja z Edkiem, od 4 do 6V2 u Troczewskich. Później do 10 z Edkiem. Dziś o 

7 poszedłem na próbę do p. Jarońskiego, ale powróciłem zaraz na korepetycje, o 
9Va poszedłem znowu. Już było po próbie. Poszliśmy do Kossowskiego, który jest 

korepetytorem u p. Rzepiszewskiego, prezesa pałaty.* Poproszono nas na kolacją. 
Było masę arystokracji moskiewskiej, między innymi ładna i zgrabna facetka 

Katierina Izmiestjew. Grali duet Edek* i Michajłow, Zydler grał na fujarze, 
śmiano się, wesoło było aż do 2. O drugiej odprowadziliśmy Kasię do domu. 

Michajłow prowadził panią Izmiestjew, a Edek Kasieńkę. Zazdroszczę Moskalom ich 
prostoty towarzyskiej, taka np. facetka rozmawia z nami jak najśmielej po raz 

pierwszy nas widząc, czego by pewno nie pozwoliła zrobić naszemu dziewczęciu 
naprężona, salonowa konwencja. O 2 wróciłem do domu, siedziałem do 4 w nocy. 

Pierwszy raz po wakacjach napisałem rozdział do zaczętej podczas wakacyj 
powieści. Ag... Boz... stoi mi jeszcze przed oczyma. Pisałem z natchnieniem.

Wstałem o 7.
18 października. Śpiący jestem i znużony. Była macocha. Poszedłem spać o 10.

DZIENNIKI, TOMIK III
KIELCE,  1883

261
19   października   (piątek). Miałem nieprzyjemny dla mnie ze wszech miar spór z 

jednym z mych kolegów. Rzecz się tak miała: zaprzyjaźniłem się serdecznie z 
Konradem Zy-dlerem. Chłopak i do tańca, i do różańca. Wesoły, dowcipny 

nadzwyczaj, trochę muzyk etc. etc., a przede wszystkim poczciwa, szlachetna 
dusza. Nie miał czym wpisu opłacić. Wypędzono go. Musiał posłać list do p. 

Niemojowskiego, obywatela, z prośbą, by mu potrzebnego udzielił funduszu. Ten 
przysłał mu rs. 10 — tymczasem potrzeba było 15, napisałem wiać do kolegów, by 

złożyli te rs. 5. Złożono zaledwie kilka złotych, a na dobitkę p. Wacław 
Wodzyński przysłał mi list, że Zydler, według niego, nie jest godzien 

koleżeńskiej pomocy. Odpisałem mu, zbyt może porywczo, że może zachować dla 
siebie kop. 15 na błędy Zydlerowi wytykane, ale potwarzać go wobec kolegów 

najmniejszego nie ma prawa. Część kolegów z p. Wo-dzyńskim na czele uzbroiła się 
przeciwko mnie w odgróżki... Miałem także ustną rozprawę z p. Wodzyńskim na 

ulicy.
Nie mogłem inaczej postąpić: Zydler — to Nick; * kawałek chleba zmusza go do 

różnorodnych ról. Gdy mi położenie swe opowiedział, nie mogłem postąpić inaczej. 
Przykro mi, że mam w p. Wodzyńskim o jednego nieprzyjaciela więcej, ale dla 

Zydlera zniosą i to... Pożyczyłem pieniędzy od Michajłowa i wpis zapłaciliśmy. 
Poproszę p. Bema, on da Konradowi korepetycje... i jakoś to przecie z Bożą 

pomocą będzie!
20 października. Znowu deklamowałem na próbie u p. Wabnera. Mimo to nie wiem 

jeszcze, czy na koncercie deklamować mi wolno. Byłem później na czekoladzie z 
Michaj-łowem i Edkiem, na herbacie u Edka, na herbacie u p. Wabnera etc. etc. 

Koncert w przyszłą niedzielę.
Tydzień niedoli, realnych i idealnych smutków, wyrzutów sumienia, ciągnący się 

do dn. 26 października zamyka — } — dnia 25 października.
Dnia 27 października (sobota). Deklamowałem na próbie w teatrze Maraton. — Osób 

był pełny teatr. Zdaje mi się, że mówiłem nieźle, choć zawsze z patosem. 
Widziałem się przedtem z p. Bemem i powiedziałem mu, że nie będę plótł na 

próbie, gdyż p. Jaroński i Wabner uprzedzili mię o tym kiedyś jeszcze. Mimo to, 

background image

przyszedłszy do teatru, dowiedziałem się, że deklamować muszę. — Przeczuwam, że 
p. Bem gniewać się będzie.

28  października   (niedziela). Otóż i koncert. Przygotowany jestem do 
wystąpienia. Spotykam się z Bigielmajerem, ten mi donosi, że dyrektor nie 

zgodził się na deklamacją. Czyż ja nie wiedziałem dobrze o tym? Zdawało mi się, 
że będzie to jedna marzona  chwila  szczęścia w mym  życiu. Kłamstwo! Chwil 

szczęśliwych w życiu mym nie ma. Prawda, że byłaby to chwila z samolubstwa 
płynąca, ale to ważniejsza, że gdy tylko zamarzyłem o chwili szczęścia — wnet 

się smutku zjawiła chwila. Nie zrobiło to na mnie wielkiego wrażenia. 
Spodziewałem się niemal tego. Szkoda tylko, że wiele osób wybierających się na 

deklamacją, z woli wszechwładnej p. dyrektora,  zawiedzionymi będą. Dziko to 
wygląda: przedtem pozwolił,  w  afiszach ogłoszono,  na  próbie  deklamowałem — 

i teraz dopiero zabronił. Chodził do niego p. Rzepiszewski, profesorowie, 
Sienicki — na nic. Spotkał mnie i „objawił mi", że mi nie wolno deklamować.

Cały koncert udał się doskonale. Michajłow grał prześlicznie. Jego Słowik, VII 
koncert Beriota, Babuszka etc.* wywoływały sute bis. Schowałem rękawiczki 

koncertowe, afisz i krawat na pamiątkę, że ani jedna chwila dla mnie szczęśliwą
być nie może.

Po koncercie ja, Michajłow, Konrad i Edek zostaliśmy zaproszeni do 
Rzepiszewskich. Byliśmy tam do 2. Była znów Katia etc. etc.

2^9 października (poniedziałek). Przed polskim inspektor zawołał mię do 
kancelarii i tam w obecności profesorów

262
DZIENNIKI, TOMIK III

KIELCE, 1883
263

I'j '
musiałem deklamować Maraton. Dyrektora nie było. Deklamowałem źle, gdyż byłem 

zmieszany ogromnie. Patos wzniósł się do szczytu. P. Bemowi nie podobała się 
moja deklamacja. Przyszedłszy do klasy wyjawił to swoje nieukontentowanie wobec 

kolegów. Rzekł, że szafuję patosem, że zupełnie nie postąpiłem w deklamacji od 
klasy V, że naumyślnie nie byłem u niego i urządziłem tak, aby on nie był na 

próbie. Byłem rozwścieczony. Powiedziałem mu więc, że nie rozumiem go dziś 
zupełnie, a że nie byłem u niego, miałem ku temu ważne powody. Rozgniewało go 

to. Powiedział mi, że powinienem przede wszystkim szanować profesora. Po lekcji, 
ochłonąwszy, poszedłem i przeprosiłem go za me wyrażenie. On także ze swej 

strony dodał, że mnie obraził, mówiąc wobec kolegów to, co mógł mi wybornie 
powiedzieć na osobności. Przyznał się, że on, będąc na moim miejscu, może by się 

bardziej szorstko wyraził, że rozumie mię w zupełności, ale chce, bym ja nie był 
takim ogniem wcielonym jak on, a więc hamuje wszelki patos. Dodał jednak, że 

widzi ze smutkiem, że jestem zarozumiałym. Nie ma mię obchodzić, gdy mówi mi 
wobec profanerii, że nie rozumiem danego miejsca w poemacie.

Wobec profesorów w gimnazjum miałem deklamować dobrze... Widzę tu nie moją winę, 
ale rozdrażnienie profesora z tego powodu, że nie jego, ale profesora Wabnera 

wziąłem za przewodnika, który rzeczywiście nie rozumie Maratonu. Oto ile mię 
kosztuje ten nieszczęsny Maraton. Musiałem obrazić człowieka, którego uwielbiam. 

Przebaczył mi, ale żal i nieukontentowanie pozostało mi po tej aferze na czas 
długi.

30 października (wtorek). Znowu wesoła wiadomość: wszystkim należącym do 
koncertu zmniejszono stopnie ze sprawowania, gdyż miało się to dziać bez wiedzy 

władzy. Tymczasem taż władza udzieliła jak najuroczyściej swego pozwolenia przed 
zawiązaniem się koncertu. P. Wabner, który tyle dobra przyczynił, zajmował się 

całym koncertem, zamiast podziękowania otrzymał od dyrektora wygowor *, że śmiał 
dzia-

^P
łać bez pozwolenia władzy. Otóżjtp jest^zwierzchność, ludzie wskazujący 

młodzieży drogę do cnoty. Najcudniejszy cel: pomoc bratnia — wywołuje takie 
skutki. Otóż państwo, oto rząd, który zowią prawym. Pomoc bratnia — tu występek. 

Czy może być coś brutalnie j szego? Cóż za podłota w ludziach przewodzących. 
Człowiek bez czci! — Zydler, Kindler, Skowroński, Dowiakowski, Bilczyński, 

background image

Orłowski, Bigielmajer, Kossowski, ja, etc. etc. mamy 4 ze sprawowania i zapisani 
jesteśmy w sztrafnoj żuinał.*

31 października (środa). Oddano nam na 5 godzinie cenzury. Mam stopnie 
następujące: sprawowanie 5, uwaga 4, pilność 4, religia 3, ruski 4, łacina 4, 

matematyka 3, fizyka 3, historia 4, polski 5. — Chyba dotrzymałem słowa, danego 
sobie podczas podróży mej do Kielc. Dzięki Bogu, że i uczniowie moi mają stopnie 

niezłe, bo i Kisielewski ma tylko jedne 2. A Genio Zawadzki jest drugim uczniem 
pod p. Bemem.

1 listopada (czwartek). Chodziliśmy po kościelnym nabożeństwie z Edziem i 
Michajłowem do kolei. Później odbyłem korepetycje u Troczewskich, a następnie w 

domu. Po południu byłem u p. Kłodnickich, a około 7 u Rzepiszewskich. Od 7 
czytałem w domu Wiktora Hugo Pracowników morza.* Nie doczytałem się jeszcze do 

zupełnego rozwoju powieści. Usnąłem o llV2.
2 listopada (piątek). Odebrałem od wuja Kozłowskiego rs 3. Dziś także p. Marian 

oddał mi należne za korepetycje rs 7, gdyż na potrzeby koncertowe wziąłem 2 rs. 
Mieliśmy tylko 3 godziny święta.* Później byliśmy w klasie-, o czwartej, jak 

zwykle, byłem na korepetycji. O 5 wyszedłem i chciałem pójść do ogrodu, gdy wtem 
spotkałem się z Kazia Saską. Poszedłem z nią do Koczanowiczów. Była... pani 

Zlasnowska. Żeby się też na^ jotę pod względem charakteru zmieniła. Nic — a nic. 
Tak samo pletliśmy głupstwa jak dawniej. Opowiadała mi o swym

264
DZIENNIKI, TOMIK III

szczęściu, swym gniazdku, mężu — o tych drobnostkach, będących olbrzymami w 
miodowym miesiącu. Przyszedł później „niedźwiedź salonowy" i p. Albrecht. Józio 

Saski zabrał mię później na kolacją. Mam do niego jechać na święta do Kuro-zwęk. 
Kurozwęki leżą o pół mili od Staszowa, gdzie obecnie mieszka Helena. Przyszłe po 

mnie konie i pojadę. Polecę... pofrunę!!
O mój Boże — ileż to szczęścia zobaczyć ją!... Cóż bym dał za to? Popatrzeć na 

nią, raz, raz ją zobaczyć i nie chcę już więcej nic, cały rok będę marzył o tej 
chwili szczęśliwej. Wolę przecież tam jechać, niż do Radoszyc...

O Boże mój, przybliż tę chwilę! — Zobaczę przecież anioła.
3 listopada (sobota). Mówiłem z gramatyki greckiej — dostałem 3 +. O godzinie 10 

w nocy: i
Pisałem rozdział prozą w nowym kajecie. Całą prawie noc nie spałem. O 3V2 

usnąłem. Wstałem o 7.
Dnia 4 listopada (niedziela). Był generał-gubernator warszawski Józef 

Włodzimierzowicz Hurko. O 10 był u nas w gimnazjum. Był z nim Apuchtin. Całą 
uwagę ten ostatni zwrócił na czapki nieforemne.* Jutro mamy święto. Chodziłem z 

wujem Schmidtem.
5 listopada. Była macocha. Czytałem Pracowników morza Wiktora Hugo do 7. Od 7 do 

2 byłem u Rzepiszewskich. Całą naszą czwórkę zaprosiła wczoraj p. Rzepiszewska. 
Tańczyli trochę. Michajłow grał Kujawiaka Łady. Nie grał jeszcze nigdy tak 

ślicznie. Sytuacje do Sciegiennego zjawiły mi się w całej pełni.
6 listopada. Mam + + + +. Otóż to rok szczęścia i cnoty. Mimo woli i mimo wiedzy 

jestem kahornistą.* Ciekawym, czy też sprawdzą się moje obawy. — Poza 
sprawiedli-

Tu w autografie symbole rysunkowe:
KIELCE, 1883

265
wością nie ma nic — powiedział Cimordoin,* a ja patrzę jeszcze w lazurowe niebo, 

czekając czy nie obaczę znaku miłosierdzia...
Chcę być godnym, chcę obaczyć Helenę, będąc w takim ducha nastroju, w takim 

stanie! Trzeba mi dniem i nocą czytać Chattertonal Zrównać się z nim i paść 
twarzą na ziemię, targając włosy w rozpaczy! Prawda! byłem u p. Bema w 

niedzielę... Dziś list od ciotki Trepkowej i Olesi... Miałem sobie kupić mundur. 
Z 12 rubli pozostało 3. — Nie wiem, czy grosz zostanie! Otóż to ja jestem. W 

pełni, jasny, ja, ja, bez maski! — Ja to jestem! Dziś się przyjrzałem sobie, nie 
przez pryzmat samolubstwa — ale jasno! Poeto, poeto — mną jesteś!

7 listopada. Późno w nocy czytałem Pracowników morza. Wyglądam jak Don Kichot 
nad tą księgą. Czytam sobie leżąc w łóżku, przywalony paltami, bundami, kołdrami 

etc. etc. Zawsze usnę, świeca się wypali — i tyła!

background image

8 listopada (czwartek). Pisałem wczoraj na lekcjach kilka kartek z Dziennika 
powstańca. Jest to na ukończeniu.

9 listopada (piątek). Czytałem znowu Pracowników morza do 12Ł/2 i Pod włoskim 
niebem*

10 listopada. Mówiłem z łaciny — 3. Z Eneidy. Wieczorem poznałem się z 
Rychłowskim.

Czytałem Naruszewicza t. L* Później Hugo do 12. Samo — ideał mej powieści:1
11 listopada. U pana Jarońskiego byłem o 11. Rs. 15. Wabner. Pamiętaj na ten 

dzień. Uczyłem się algebry. Wieczorem kończę Pracowników morza. Przylgnąłem 
wzrokiem do tych kartek i drżałem, by się czasem nie zrobiło co, co by mię

1 Tu ołówkowy rysunek przedstawiający profil twarzy mężczyzny w sile wieku, o 
wYsokim czole, wyrazistym oku i orlim nosie, z długą kędzierzawą czarną brodą.

oderwało   od nich.  Porównywam  Gilliatta  z  Madeleine'em i Gauvainem...* Kto 
z nich bardziej bohaterski? — Wszyscy! Ach, gdybym miał choć tysiączną część 

talentu Hugo — jeszcze bym był wielkim pisarzem! Taka scena, jak Gilliatt 
podsłuchuje wyznanie Ebenezera i Deruchetty...* Boże mój, Boże! gdybym całą moją 

młodzieńczość, całą mą siłę zebrał — jeszcze bym karykaturę stworzył. A postać 
tego Gilliatta !]__Gd^-^byż to ludzie tacy istnieli! Muszą, muszą istnieć, a 

przynajmniej noszą na sobie to boskie piętno rzeczywistości pod piórem Wiktora, 
tak jasne noszą, że nie wierzyć trudno. Dziki, szalony talent. Opisać np. takie 

łapanie Gilliatta przez polipa...* Cóż za groza! Zdawało mi się, żem ja tam na 
miejscu Gilliatta. Drżałem z przerażenia i obrzydliwości. Dziki talent! Trzymać  

czytelnika w nieustannej  gorączce  i  przerażeniu. Nowy ideał na widnokręgu 
moim. Cóż za obmyślenie sytuacyj. Najcudowniejsza,   najromantyczniejsza,   

jakaś   rozmarzająca, boska, a tak naturalna scena, gdy Gilliatt jest mimo woli 
świadkiem zwierzenia kochanków* — ukazuje nową, zakrytą dotąd kryjówkę w 

talencie mistrza. Zdradził się. Chciał udawać mechanika, matematyka, marynarza, 
zimnego powieścio-pisarza — i nagle zdradził się... zadźwięczała struna nowa: 

poezja! Ależ jaki to dźwięk! Musiał wspominać pierwszy młodości swej ideał, gdy 
to pisał. A charakter tego młodzieńca, a ta idea, ta święta, wspólna nam idea... 

Jak biskup z Dol* nie zdeptałby był z narażeniem własnego życia mrówki, tak 
Gilliatt nie zabiłby za nic ptaka. Cóż to za sceny! Mewy siadają wkoło niego, 

gdy śpi na skale, jedna siada mu na ramieniu i dzióbie w usta... Jakżeż nie 
płakać... I kościół patrzy groźnie na tego człowieka.* Marszczą się, gdy mówię 

im, że Hugo prowadzi do cnoty. Nawet bez religii — on, „posąg człowieka na 
posągu świata"!* — Scena w ogrodzie Letruga śnić mi się będzie całe życie 

chyba...* \
12 listopada  (poniedziałek). Była macocha i p. Karpiń-ska. Wieczorem położyłem 

się spać o  10. Usnąłem dopiero
267

o 1. Nie mogłem spać, gdyż mary mej powieści męczyły mię nieprzezwyciężenie. 
Musiałem zaświecić świecę i czytać Dziewicze uroczysko,* które sobie wczoraj 

kupiłem za zł. 4. Jest to powieść poetyczna, oparta na wierze i obyczajach 
Słowian. Wszystkie święta słowiańskie znalazły tam miejsce. Pożyteczne mi to 

będzie do Olgi* Kiedy ja się Vezmę do tego?
13  listopada   (wtorek).  Pisałem  ćwiczenie  ruskie  pt.

„BaJKHeHIHMe MOMeHTfcl pyCCKOM HCTOpMHeCKOM 3KM3HM B  CBH3M
c TeppHTOpneJi pyccKoił rocyflapcTseHHOM o6jiacTHM* do godziny 1. Nie czytałem 

nic dzisiaj.
14  listopada   (środa). Czytałem wieczorem Uroczysko dziewicze.

15 listopada (czwartek). Mówiłem z historii. Szczyt moich marzeń osiągnięty! 
Mówiłem o Słowianach. Czyż może być szczęśliwsza chwila? Dostałem 4+. Mówiłem o 

Teofilakcie i Szafarzyku. Wieczorem byłem na imieninach u pp. Kłodni-ckich. 
Musiałem deklamować Maraton. Cóż to za męka!

16 listopada (piątek). Mówiłem z greckiego. Dostałem 4-f. Czwórki plus uwzięły 
się na mnie w tym tygodniu. Wieczorem od 11 do 2 pisałem ćwiczenie ruskie w 

poprawnej edycji. Później czytałem po raz już chyba ósmy Czarne diamenty — i 
znów wariowałem tak samo, jak za pierwszą rażą. Usnąłem nie wiem już o której. 

Uroczysko kończę już. Ileż było korzyści z tego maleńkiego obrazka. Oddałem p. 
Bemowi Lelewela. Stosunki po ostatniej wizycie nadzwyczaj naciągnięte.

background image

17 listopada (sobota). Ułożyłem sobie książki na nowym stoliku. Nie mam tylko 
łóżka, które zabrano. Mają przysłać takowe z domu.

268
DZIENNIKI, TOMIK III

Niedziela 18. Cały dzień zeszedł mi na pracy. Korepetycje i korepetycje — aż 
nudno. Jakaż to realnie mozolna praca! Pracuję mozolnie — mało tylko dla siebie. 

Czytam Pamiętniki nieznajomego* Jakież to szczęście pisać dziennik! Ileż ja 
doznaję szczęścia przeczytawszy to, co rok temu czułem i jakim byłem rok temu. 

Gdy np. wychodzę z kirchy — widzę mą Halkę, której nie widziałem miesiąc. Jak ja 
ją kocham, jak kocham! Żadna kobieta nie zwróciła na się mego oka po jej 

wyjeździe. Ileż bym dał, aby ją raz zobaczyć... Boże mój, Boże, zlituj się nade 
mną: daj mi ją raz zobaczyć!... Gdybym ja zobaczył jej oczęta, te oczy, te 

włosy... O, byłoby to szczęście za wielkie — to nie dla mnie!...
Usnąłem o 1/2 [do] 2 — marząc ornym aniele... Mój biały che-rub — gdzie on, co 

robi, jaki wiatr muska jej włosy i usta i oczy całuje?...
Pożegnałem moją radość, pożegnałem me wesele!... Świat szeroki taki pusty, choć 

tak ludzi na nim wiele, Choć tak ludzi na nim wiele — mnie się zdaje, że
[zostałem

Sam jedyny, opuszczony, jak sierota w świecie
[białem.

Rosły kwiatki dwa na łące zapatrzywszy w niebo
[twarze;

Przeszła burza: jeden przepadł — drugi więdnie
[w słońca skwarze...

Och! czarniejsze niźli burza ludzkie serca złością
[wzdęte

Poszarpały szczęście ciche, jak dziecina
[uśmiechnięte...

KIELCE,  1883
269

Nastrzępiona, czarna chmura falą płynie po
[niebiosach:

Zesmutniało kraśne słonko o promiennych złotych
[włosach...1

l 9 (poniedziałek). Znalazłem między mymi książkami historią narodu roryjskiego 
Łaszniukowa.* Rzuciwszy okiem znalazłem cały zapas not ł cyta: ze starożytnych 

pisarzy. Co za nieocenione odkrycie!
20 listopada (wtorek). Czytałem Pamiętniki nieznajomego. Odnaleźć siebie w 

pieśni młodości — jakież to szczęście! Czytałem sercem, duszą, łzami tą serca 
powieść. Ileż to dźwięków tam bratnich, znanych, niewyraźnie brzmiących w serca 

głębinach.
Wszyscyśmy jednacy biedni marzyciele! Nad tymi kartkami zapaliło się na nowo 

jakoś spokojnie uśpione od pewnego czasu serce me. Czarowne obrazy, uśpione, 
zapomniane — ożyły. Cudowny kalejdoskop zamigotał: matka, ojciec, Helia, wioska 

moja, moja młodość, życie, miłość — wszystko! O, gdyby człowiek samym mógł i 
musiał żyć uczuciem — jakżeby był szczęśliwy i nieszczęsny zarazem! Każdy dźwięk 

cudzy — odzywa się echem w mym sercu brzmiącym... Serce me — to struna. Myśl i 
serce czyjekolwiek: Smilesa, Hugo, Kraszewskiego, Jokaia, Słowackiego, 

Sienkiewicza, Karpiń-skiego — uderzy w klawisz słów lub pióra i uderzy on w 
strunę mego serca. Uderzy wnet organiczny grom i brzmi, dźwię-czy, płacze i 

umiera... Biedne serce człowiecze!... Każdy wiatr ma prawo na tej harfie Eola 
wygrywać jękiem i bólem... Jakże rzadko słodki Zefira powiew radością brzęczy na 

strunach jej... Biedne- bo to serce człowiecze!... Czytałem Pamiętniki od 2 do 
3. Przeczytałem przez godzinę cały tom. Pożerałem — szukałem słów i uczuć. 

Jakłeż-bo to szczęście dowiadywać
1 Ten wiersz znajduje się na osobnej stronicy autografu.

270
DZIENNIKI, TOMIK III

się, że się nie jest wariatem!... Znaleźć uczucia swe, mary swe, wariacje w 
piersi Kraszewskiego — jakaż to radość! Od 3 do 4 w nocy marzyłem zasnąć nie 

mogąc. Cudneż-bo były te mary me święte o mojej Helenie.

background image

Z Pamiętników:
(str. 112. T. I) pod dniem 10 czerwca:

Witaj mi, wielka, niepojęta ideo pracy! Począwszy [od] Bajronowskiego Kaina 
wszyscy narzekają na pracę; ale Bóg, co w biblii przeklął rodzaj ludzki, 

skazując go na nią — przeklinał ojcowskim sercem. Kto się skarży na pracę, ten 
życia nie pojął; ona jest wielką dźwignią, którą się porusza wszystko. Umysł nie 

śpi nigdy. Biada tym, co jak kamienie bezwładne spoczynku potrzebują, bo 
spoczynek — to śmierć, a praca... to życie.

(Str. 151. Tom I).
Kto nie umie znosić nieszczęścia mężnie, ten nie potrafi i szczęśliwym być 

nigdy. Rozpacz jest utratą przytomności i cechą słabych; a kto rozpacza, ten 
głupieje.

(Str. 152. Dzień 30 sierpnia).
" .._-—->—,

Każdy raz w młodych chwilach spotyka w pielgrzymce swej ten ideał, którego obraz 
przyniósł z innego świata; ale raz tylko: szczęśliwy, kto go pochwycić potrafił. 

Kto utracił, ten się z nim drugi raz nie spotka nigdy. Idealna postać owa 
rozpryśnie mu się na tysiące cząstek; w każdej kobiecie upatrywać będzie coś ze 

swojego ideału, ale w żadnej całego. Próżna byłaby nadzieja, drugi raz nigdy już 
tak człowiek nie kocha; pierwsze wrażenia pękły, powtórzyć się mogą, ale będą to 

owe kwiaty późnej pory, co wykwitają na bocznych łodygach blade, wątłe i bez 
zapachu.

...A cóż znaczy życie? Marzenie we śnie? A co śmierć? Może sen bez marzenia, 
może sen z marzeniem, jak Hamlet powiada...

(Str. 155).
...pospolicie młodzi, w   pierwszej   chwili   będzie   sobie   życie   

odbierał,   a   trzeciego   dnia   się   zakocha! Jeśli nie jest złem, to zawsze 
głupstwem jest samobójstwo.

KIELCE, 1883
271

(156 str.) l września.
Boleść, jeśli nie zabija, to podnosi człowieka! Witaj mi, bodźcu wielkich 

czynów, podnieto myśli genialnych, witaj mi boleści, którą sam Bóg Chrystus nie 
wahał się uświęcić, a cóż to mizerne cierpienia nasze przy niezmierzonych mękach 

Zbawiciela?...
(Jakież to śliczne!)

Muzyka to także marzenie, podnoszące człowieka, egzaltujące go, marzenie 
miłosne, a ja jużem się go wyrzekł... Zegnaj mi, mój serdeczny Beethovenie.

(Str. 161).
Wzywam cię, obowiązku, abyś mi świecił na przyszłość!

(Str. 162).
...Ja to uczucie wielkie z Platonem razem [nazywam] anamnezą niebie- ] skich 

widzeń, wcieleniem ideału piękności przyniesionego z innego świata, / czymś raz 
tylko rozgrzać mogącym i unieść w obłoki... * *s

Dnia  21  listopada. Z Syna Jazdona. (T. II, str. 199).
Pustą a dziką i smutną a piękną, jak wszystko co z rąk Bożych dopiero wyszło, a 

ludzie jeszcze popsuć nie mieli czasu — była Litwa...
Do dnia 3 grudnia czytałem: Pamiętniki nieznajomego

Historią o bladej dziew[czynie] spod Ost.[re; Bramy] Osfafni[ego] z 
SieJcierzyńsWch Syna Jazdona Kawał literata* Przeżyłem wiele! Dnia l grudnia = L 

[...] 1.
1 Wyraz nieczytelny.

DZIENNIKI, TOMIK III
Wtorek   dnia   4   grudnia. Byłem wraz z Micha jło-wem proszony do pp. 

Grabowskich na wieczorek wokalno-muzykalny. Poszedłem, załatwiwszy korepetycje, 
do Wasyla. Stamtąd poszliśmy do Kujawskiego, gdyż i on był także zaproszony. Nic 

o tym nie wiedział i był na korepetycjach. Był tam p. Bem. Wasyl grał Babuszkę, 
Kujawiaka Łady etc. O 1/a [do] 10 przyszedł Zygmunt, ubrał się — poszliśmy. Był 

tam p. Bem, Rybarski, Borowski, Swida, Tchurzewski, Bestudzieński, Le-mański, 
Fogt etc. Panny: Kosmowska (Barbara — ten ideał gimnazjum  naszego),   Lemańska, 

Borkowska,   Swida,   Bestu-

background image

dzieńska — i drobiazg.
Doprawdy, że Bóg skarał mię z tą deklamacją! Gdzie przyjdą, męczą mię o nią. 

Wiem, że źle deklamuję — cóż robić? Deklamować  dla kogokolwiek  sprawia  mi  
teraz  przykrość w najwyższym stopniu. P. Bem i Borowski byli. Deklamowałem 

„hymn mój ukochany"* — i koniec Maratonu na prośbę Kosmowskiej. Michajłow grał 
ciągle. Dałbym co za to, by mi raz  dano pokój z tymi deklamacjami. To  dla mnie 

męka. O pierwszej wyszliśmy. Bem czekał na nas. Zwykła tyrada. Gdzie się to 
podział ten mój profesor, człowiek, za którego dałbym się był porąbać? Czy on 

się zmienił, czy ja jestem zarozumialcem? — Nie wiem. Pamiętam każde jego słowo, 
wyrzeczone do mnie dawniej, jak wyrocznia mi świecąca. Dziś da mi radę, ale 

takim tonem ją wyrzecze, tyle wplecie w nią szyderskich ogólników, że mimo woli 
wierzyć muszę, że mówi to człowiek obcy — szyderca. A przecież to Bem, Bem — 

człowiek, dla którego nie mam słów dla wyrażenia uwielbienia, którego kocham! 
Boże mój, Boże, więc nikogo nie mam, żadnego przyjaciela — nikogo! Mniejsza — 

pójdę sam, a będę silniejszym!
5 grudnia (środa). Napisałem zaledwie 14 kartek powieści. Trzeba z nią stanąć 

przed światem. Czyż praca moja nic nie jest warta? Tyle rzeczy przewertowałem do 
tego — przekonam się o mej wartości. Ciekawym, co z tego będzie?

Ważę się. Ja i poeta — czy to być może? Grób w oddali widzę. Gdyby prędzej! 
Ludzie śmiać się umieją — żwawo, żwawo!... Cóż ja, bez serca, udający serce, nie 

mający łez, a łzy wylewający, piorunujący na niecnotę, a zbrodniarz —
czynić tu będę?

Ananke rzuciła mi tę ponuro-głupią muzę moją, jak obrzydliwemu psu kość 
nieogryzioną, i rzekła: idź z nią i udaj, że twoją jest, chwal się nią i broń 

jej. Gdy przyjdzie śmierci godzina, zostanie ten gnat ogryziony — on wart tyle 
co ja. On wart tyle, co walające się w błocie -miazma. Ze mnie dla społeczeństwa 

i muzy mej dla potomności tyle pożytku — co ze zgniłej, zdeptanej, ogryzionej 
kości. Czegóż więc czekać? — Sławy, miłości, szczęścia? — To wszystko nie dla 

mnie — mnie miejsce...1   Wspomnij   pierwszy   grudnia.   Poeta,   poeta,   na 
świecznik wstępujący, świecznik ludzkości! O, na Boga! Śmierć lub życie — ale 

inne, odmienne; godzina zapomnienia a miliony łzów. Gdzie wola? Smilesa czytałem 
— cóż zeń wyniosłem? Nie me miejsce wśród tych, którym wstyd nie rumieni czoła! 

Śmierć — sen z marzeniem, życie — sen bez marzeń... Wioskę" "mi sprzedano — moją 
Golgotę zbezcześci stopa profana, Helenę mi zabrano, zhańbiono mię i ja sam się 

zhańbiłem — Panie, uginam czoła: karz! Idę śmiało — czekam snu z marzeniami jako 
przebudzenia!

6 grudnia. Miałem dziś iść do Kuzniecowa. Nie mam odwagi — drżę.
7  grudnia (piątek). Czytałem Świat i poetę.*

8 grudnia. Byłem u Kuzniecowa. Rs. 1. IKKK. MKKI. TO cpxptxaaov* — zł 2. 
Wieczorem w teatrze na Domu otwartym Bałuckiego.* Była p. Kosmowska i Grabowscy. 

Śpię sobie teraz od 11 do 8.
;

Zdanie w autografie nie dokończone.
18

— Dzienniki t. I
,

DZIENNIKI, TOMIK III
9 grudnia (niedziela). Prosił mię Rychłowski na wieczorek do adwokata p. 

Kietlińskiego. Miał iść Michajłow — tymczasem poszedł na kwartet do Bocheńskiego 
i Ryczą. Miał się wyrwać o 10. Ja poszedłem o 9, czekałem do 11 — nie przyszedł. 

Nie byłem więc. Żałuję mocno.
10 grudnia (poniedziałek). Czym jest teraz mój dziennik? Tym-li, czym był w roku 

przeszłym, świadectwem o mnie, fotografią moją? O, nie! Rzucę tu czasem 
bezmyślne słowo, ogólnik nic nie mówiący — taję się przed sobą i tym, kto by 

dziennik ten mógł czytać. Dziwne to i tak [od] dawniejszego różne. Widocznie nie 
jestem tym, czym byłem dawniej. Minęły te złote  chwile,  gdym czytał Smilesa,  

życiorys Kościuszki, Ujejskiego — gdym całą piersią wołał: Boże, dzięki Ci za te 
książki, wiodące mię do cnoty! Dziennik dawniej był mi bratem. Uciekałem się doń 

niby do przyjaciela, szeptałem mu moje tajemnice, roztwierałem mu serce... 
Mówiłem to wszystko do siebie, a przecież byłem szczęśliwy, gdym się 

wyspowiadał. Myśl leciała w piękniejsze światy, dusza w krainach, a przynajmniej 

background image

w przedsionku cnoty błądziła. Całą piersią oddychałem cudami zachodzącego słońca 
z mego okna... Mój Boże, gdzie te chwile uciekły? Kochałem tak świętą miłością 

mego anioła, wszystko, wszystko mówiło do mnie: bądź cnotliwy. A dzisiaj... Usta 
zamknięte — serce nie ma odwagi wyrwać się i w słowa wylać... Bieda mi bez 

cnoty, tęskno mi,
boleśnie...

W przeddzień wyjazdu na święta byłem u prof. Hejslera z Michajłowem. Dał mi 
Hist. liter, słowiańskich Pypina i Spa-sowicza* i Hist. Bułgarii Ireczka.* 

Później byłem w teatrze.
Stopnie mam niezłe: 5 z ruskiego, historii i polskiego, z niemieckiego 4 i 

resztę trójek.
23 grudnia (niedziela). Nie mogę i nie mogę nigdzie znaleźć koni. Cały dzień 

zszedł mi na tym szukaniu. Chodzić nie mogę.
RUDA, 1883—84

275
24 grudnia (wigilia). Rano wyjeżdżam z najętym za trzy ruble Żydem do Rudy. 

Jakżem szczęśliwy! Nie było nikogo, ale mnie z nimi tak było miło, tak 
spokojnie, uroczysto... Kochana moja Boleczka jakże się ucieszyła!*

25 grudnia (wtorek). Jedziemy do kościoła do Mało-goszcza, czwórką ślicznych 
koni i powozikiem najświeższej mody ja, Bolcia i Teofil. Staroszlacheckie 

przywary budzą się i buntują we mnie.
26 grudnia. Zostałem w domu z Teosiem. Panie pojechały. Czytam Aż do śmierci, 

romans hist. Jokaia.*
27 grudnia. Czytam Spasowicza i Jokaia na przemian. Chciałbym mieć taki kącik 

jak pokój Teofila, ubrany w siodła, baty, janczary, rzemienie najrozmaitsze i 
bronie.

2 stycznia (środa). Byłem w Kielcach z Teosiem. Byłem u Michajłowa i Edka. Późno 
wieczorem powróciliśmy do domu.

3 stycznia (czwartek). Wyjeżdżamy w Sandomierskie o godzinie 7 rano przez 
Chęciny, Brzeziny, Morawicę, Lisów, Chmielnik, Gnojno, Grabki, Szydłów — do 

Kurozwęk. Ileż to uroku ma taka podróż, a podsyca ją jeszcze myśl jedna: z 
Kurozwąk do Staszowa — 5 wiorst, a w Staszowie... w Sta-szowie... * U Józia 

poznałem się z p. Jaglaszem, docentem matematyki w gimnazjum* w Krakowie, i 
Zbierkowskim, kasjerem, synem sławnego niegdyś w Krakowie lekarza. Jaglasz żeni 

się z Kazia.
4 stycznia (piątek). Wyjeżdżamy. Mijamy Staszów... Widzę z daleka miasto, 

kryjące mój skarb. Płacz straszny ściska mi piersi... O, cóż bym dał, by mi 
piechotą tam iść dozwolono! Raz zobaczyć — nie chcę nic więcej.

Wjeżdżamy w sandomierską ziemię, w te śliczne topolowe aleje, w ziemię pszenicy. 
Przyjeżdżamy do Pęcławic, dzierża-

18*
wy Józia Trepki, tego poczciwego, ślicznego chłopaka. Śliczne to miejsce: na 

górze, otoczony ogromnym ogrodem fruktowym i dzikimi świerki stoi dworek 
prześliczny, prześliczny. W podwórzu wznosi się stary jakiś budynek, jak mi 

mówiono, zbór ariański,* z dachówką ceglaną. Coś podobnego widziałem w Łagowie. 
Odnawiamy znajomość z młodą żonką Józia p. Michaliną (z Pancerów). Po obiedzie 

wyjeżdżamy dalej. Przez Klimontów, Janowice, Strączków przybywamy do celu 
podróży: Chobrzan. Wieczór był już, gdyśmy zajechali. Jakże nas serdecznie, jak 

serdecznie witano. Janinka, Kazia, Ignacy,* wszyscy, nawet stara ciotka, 
zarzucali nas pytaniami, na które nawet odpowiedzieć nie było czasu. Do późna w 

noc gwarzyliśmy z Ignasiem. Opowiadał mi swe miłostki z p. Simon, podczas pobytu 
tej w Sandomierzu etc. etc.

5 stycznia (sobota). Rano idziemy z Ignasiem na polowanie. Dzień mroźny, jasny. 
Dokoła widać ze trzydzieści folwarków, a w oddali Sandomierz. Jestem całą duszą 

szlachcicem! Porywa mię prąd, śród którego żyję i płynę. Szał to chwilowy. Za 
lat pięćdziesiąt, a może wcześniej, nie będzie i tu ani dymu, ani popiołu ze 

szlachty. Dziś mały ten ziemi szmat nosi na sobie cechę polskości szlacheckiej. 
Ziemi rsizinna, ziemi ukochana... Każdy twój kamień, grudka ziemi każda jakże mi 

ukochana gorąco!
Powróciliśmy nic nie zabiwszy. Czytałem w „Kłesach" życiorys gen. 

Krzyżanowskiego,* zostającego w służbie amerykańskiej. Dokazuję i robię na złość 

background image

Janince, ślicznej mojej siostrzyczce. Mary szlacheckie ścigają mię na każdym 
kroku, szepcą do ucha: tyś szlachcic, szlachcic, nie wolno ci być od-stępcą... A 

gdzieżeście moje idee, nie odstępujcie mię, ukochane, bo chwieję się i upadam. 
Znowu blisko do 3 w nocy dokazywaliśmy i gadali z Gnatem.

6  stycznia   (niedziela).   Byliśmy  w  kościele.   Szlachty kupa. Lud tu 
piękny jak ta ziemia, cichy i spokojny jak te

sandomierskie żyzne równiny.. Chciałbym mieszkać śród tego ludu, kochać go, 
nauczać i pracować. Po powrocie z kościoła czekamy na Józefów, ale daremnie — 

nie przyjechali. Wieczorem rozmowa — ta serdeczna śród rodziny gawęda, wspomnień 
pełna... Szczęśliwe to były godziny!

7 stycznia (poniedz.). Jedziemy z powrotem. O dwunastej przyjechaliśmy do 
Pęcławic. Ponieważ Wiązownica, którą Teofil chciał wziąć w dzierżawę, wzięta już 

przez kogo innego, a jest tam do wzięcia inny mająteczek, Wierbka, Józio więc i 
Teofil pojechali tam. Ja z panią Józefową zostaję sam. Zabawna sytuacja: ja i 

młoda mężatka, wcale ładna i ognista, zostajemy bez świadków. Od obojętnej 
rozmowy przechodzimy do coraz serdeczniejszych wynurzeń, aż wreszcie pokazała mi 

fotografię dawnego swego ukochanego, ucznia gimn. radomskiego, gdy ona była 
pensjonarką, pamiętnik z mnóstwem uniesień przyjacielskich i miłosnych. I ja 

musiałem wsadzić tam swoje trzy grosze. O dwunastej przyjechali panowie bracia. 
Wirzbka do wzięcia. Wujostwo Trepkowie jadą do Iłży i wezmą dla Teofila wioskę 

tę. Ach, cóż ja bym dał za to, aby mieszkać sobie w takich Pęcławicach... Teraz 
w zimie jest tu ślicznie, a cóż dopiero wiosną i latem. Ogród ogromny, 

mieszkanie śliczne. Cudowne miejsce. Czytałem Obrazki Syberii Niemojowskiego. * 
Styl piękny, obrazy żywe — zbytnie może gonienie za niezwyczajnymi sytuacjami.

Usłano mi posłanie takie, że spałem jak suseł do 9 rano. Aż miło! O 11 
wyjechaliśmy. Z jakimże serdecznym żalem żegnałem to miejsce, gdzie tak 

przyjemnie przemknęły mi godziny. Gdzie tylko spotkam serca choć trochę, 
zostawiam tam cząstkę mojego... Biedna natura, niedołężny charakter: wieczny żal 

za tym, co minęło. Znowu mijamy Bogorią, wjeżdżamy w śliczną aleję świerkową, 
jodłową i topolową, prowadzącą do Staszowa. Znowu mię porywa dzika a bezsilna 

rozpacz. Gdybym był sam, na kolanach bym tam poszedł do mojej Mekki, do 
Jeruzalem mojego serca. Dla skrócenia drogi

278
DZIENNIKI, TOMIK III

mijamy Staszów, Stałem i patrzałem bezsilny a wściekły, jak się bezwiednie 
pastwiono nade mną. Hello moja, Hello moja, żegnaj mi znowu na długo. Dwie 

wiorsty, dwie wiorsty — to okropne! W KuroZwękach bawiliśmy przez wieczór i noc. 
Śliczne to także miejsce, olch, ulubionych mi drzew, mnóstwo, mosty, ustronia, 

altany, a jednak nie oddałbym pęcławickiego dworu za pałac kurozwącki.
8 stycznia (wtorek). Wyjeżdżamy o 8. Taki mię smutek ogarnął, gdy wyjechawszy na 

górę pod Szydłowem zobaczyłem Pęcławice... Biedne me serce... A Staszów, 
Staszów. Tak marzyłem słodko, że ujrzę na chwilkę, raz choćby, mego che-ruba — 

dwie wiorsty mię od niej dzieliły i nie m®§łe się spełnić marzenie tak niewinne. 
Szydłów ze starymi mury i olbrzymią basztą zajął moją uwagę. Stara polska 

ziemia, zakrzepła w ruinach, gada do mnie słowy wyraźnymi. Jam zawsze mały i 
wstydliwy wobec ruin i gruzów. Wyobraźnia niesie mię w mury te, zaludnia je mar, 

z cmentarza powstałych, rojami, daje im mowę i życie, a ja stoję, mizerny 
potomek, jak winowajca. Mijają mię spokojnie, milcząco, pogardliwie. Czuję, żem 

wśród nich obcy i niepotrzebny, oni gardzą mną, bo na czole mym napisano: 
demokrata.

Marzący, przejęty wspomnieniami złotymi, przyjechałem do Chmielnika. Popasłszy 
tam wieczorem już zbliżam się do Chęcin. Ile razy ja już drżałem na widok tych 

ruin. Zdaje mi się, że cała nasza święta, zamarła Polska uosobiła się, odfoto-
grafowała w tej olbrzymiej, przerażająco pięknej ruinie. Marzące piękno, groźna 

postać, niewzruszona potęga, a w gruncie gruz i popiół są podobnymi tak rażąco 
do naszej przeszłej wielkości, z której w rzeczywistości nie ma pożytku ani za 

jeden grosz... Sterczy śród otaczającego ruchu, życia, odrodzenia, skamieniały 
szkielet, potrzebny zda się do zapełnienia krajobrazu, ale który potężny 

przemysłowiec lada dzień na powszedni obróci użytek. Biedne ruiny. Trzeba im 
albo runąć ze sławą, lub ja potargać, by żyć i użytek przynosić. Cóż

RUDA,  1884

background image

279
uczynisz, ruino? Runiesz-li i legniesz harda, nie podbita, wspaniała i podziw 

nawet w upadku wzbudzająca, czy poświęcisz dumę za życie wieczne z nową, inną, 
zasłużoną sławą. Dziś błogosławią cię i uwielbiają poeci, i historycy nad tobą 

zatrzymują wzrok, a wówczas tysiące ludów poniosą imię twoje w sławy 
nieskończoność. Księżyc świecił, ruiny kąpały się w jego blasku... O 9 

przyjechaliśmy do Rudy. Spałem jak suseł.
9 stycznia (czwartek).1 Czytam Spasowicza i „Bibliotekę Warszawską". Marzę o 

Dziwaku.* Drogie moje, poczciwe Bol-cisko. To odbicie matki. Cichy, spokojny, 
nieprzerwany smutek wypisany na jej czole. Poezją przeczuwa i ona, ale musi ją 

zabijać i tłumić. O, jakże ja jestem szczęśliwym! Postaw się w jej położenie: 
nie znać i nie rozumieć poezji, a przeczuwać i rwać się ku jej niewidomej 

postaci, cóż za męka! Piętno to zawisło widać nad naszą rodziną. Biedne dziecko! 
Na zawsze stracona praktycznemu życiu. Taki los istot, co jak mary śród świata 

tego błądzą.
10 stycznia (piątek). Jadę jutro. Smutno mi jak zawsze w podobnych razach. Jam 

zawsze dziecko. Czytałem Męczenników Kraszewskiego.*
11 stycznia. Jadę do Kielc. Witaj mi, nieśmiertelna, olbrzymia ideo pracy! Witam 

cię łzami żalu za minionymi chwilami. Święta te przeszły mi jak sen złoty, 
serdeczny. Byłem w teatrze.

12 stycznia (niedziela). Tęsknię za minionymi chwilami. Byłem u Bronisława. 
Szynel. Upokorzenie zawsze. Czytam patriotyczne broszurki.* Męczy mię ten 

patriotyzm, vld-
1 Między 9 a 20 stycznia figurują w Dzienniku przy datach miesiąca mylne nazwy 

dni tygodnia: 9 stycznia była środa, 10 — czwartek itd. Stąd 19 i 20 stycznia 
pojawiają się dwie obok siebie niedziele.

280
DZIENNIKI, TOMIK III

stenectwo * bez miary i końca nierozumne. Zaprenumerowałem „Tygodnik 
Powszechny", kupiłem album, buty, szafką. Jeszcze nie zacząłem pracować w całym 

znaczeniu tego wyrazu.
13  stycznia.  „Świat ten cmentarzem".

14 stycznia (wtorek). Byłem w teatrze na świetnej komedii Lubowskiego pt. 
Jacuś.*

Środa.  Nudy i spokój.
Czwartek   (16). Byłem na Rewizorze Gogola.*

Piątek (17). Odbieram pierwszy numer „Tygodnika". Cóż to za radość mieć swoje 
pisemko! Mam doskonałą, jak już widzę z początku, powieść Lubowskiego pt. Krok 

dalej* Studia nad Zimorowiczem, Szymonowiczem i wszystkimi w ogóle 
sielankopisarzami naszymi złotego okresu,* kroniką paryską, nowelkę 

Sowińskiego,* dodatek powieściowy etc. etc. etc. Powieść Lubowskiego ciekawie 
się przedstawia. Bohaterem jest Żyd, obywatel.

18 (sobota). Pierwsze posiedzenie nasze literackie *. Ja, Michajłow, Ruśkiewicz, 
Wilkoszewski, Jaś Nowiński, (Kru-szyński, Piasecki) założyliśmy wieczorki 

naukowe. Teraz uczymy się literatury rosyjskiej. Ustawa nasza jest następującą:
1) W każdą sobotę i w wigilią każdego święta zgromadzamy się u Michajłowa o 

godzinie 4 punktualnie. Posiedzenie trwa do 7.
2) Kto się spóźnia, wnosi do kasy zgromadzenia kop. 5. Kto zupełnie nie 

przychodzi (bez ważnej nieobecności przyczyny) płaci kary 30 kopiejek.
3) Przez ciąg zgromadzenia wychodzić nie wolno ani opuszczać posiedzenia 

wcześniej.
KIELCE, 1884

281
Co ja bym dał za to, by można założyć jakie towarzystwo w myśl nasze! — to 

darmo. Gdyby się dowiedziano o czymś podobnym, rozpędzono by nas na cztery 
wiatry. Towarzystwo nauki, cnoty, pomocy — nie dla nas! Mam nadzieję, że i z 

tego potrafię nieznacznie coś wyciosać. Zrobiłem już to, że będziemy trzymać i 
czytać nasze pisma. Ja — „Tygodnik", Tomcio — „Rolę", Chonowski — „Prawdą", 

Michajłow — „Cse-r". Wilkoszewski (na nieszczęście bez uprzedniego porozumienia 
się ze mną) zaprenumerował także „Tygodnik Powszechny", Jaś — „Przegląd 

Katolicki". Pomału, pomału, ja z tego coś zrobię.

background image

Będziemy się wkrótce fotografować.
Dziś czytaliśmy Karamzina powieść Biedna Liza i śliczny szkic historyczny Maria 

Nowgorodzfca.* Rzecz ta, szczególniej mowa Marty, odpowiedź na żądania Iwana 
Wasiljewicza III — jest prześliczną. Żałuję, żem zostawił u Wasyla książką z tym 

wyjątkiem, bo byłbym sobie coś zanotował. Pierwszy krok postawiony był stanowczo 
dobrze. Jaś się spóźnił — święcie dychę zapłacić musiał.

19 (niedziela). Najbardziej — to niedzieli nie lubię. Czas zejdzie jakoś tak 
głupio, niewyraźnie, że tylko niesmak zostanie po nim. Wykierowałem się na 

eleganta. Kupiłem sobie chustę na szyję, bo mię gardło bolało trochę, szynel mam 
tak elegancką, że aż fiu — na czapki zamieniliśmy się z Jasiem. Myślałby kto, że 

prawda.
20 stycznia (niedziela). Byłem u Zientary. Wracałem o 9 — uczyłem się do późna. 

A przecież zaczynam żyć prawdziwie w nauce.
21 (poniedziałek). 6 lekcyj. — Aż się coś dziwnego dzieje-, na francuskim byłem 

z Jakami u Wasyla. Musiałem znów mówić Grób Agamemnona, Pogrzeb poety i Marzenie 
Syrokomli.* Największą przykrość mi wyrządza ten, kto mię zmusza do tego, tak 

zwanego deklamowania. Będę palił masę
282

DZIENNIKI, TOMIK III
papierosów, aby stracić zupełnie głos. Wiedząc, że się źle zupełnie deklamuje, 

słyszeć naiwne pochwały — to męczarnia.
to męczarnia.

22 (wtorek).  Smutny dzień w mym życiu.
23 (środa). Czytałem broszurkę Micheleta pt. Legenda o Kościuszce* Są więc śród 

wrogów, obcych i dalekich tacy, co nas nie potępiają, lecz owszem, pod niebiosa 
wynoszą.

24 (czwartek). Czytam historią literatury czeskiej Py-pina. Dziś nauczyłem się 
od najnowszego okresu. Dostałem od Zientary maleńką gramatyczkę czeską. Uczę się 

z przejęciem. Podoba mi się ten język.
25 stycznia. Przyjechali państwo Mastelscy. Sypiam znowu w mej dziurze. Siedzę 

zawsze nad lekcjami do 12.
26 stycznia (sobota). Boleś Augustowski pożyczył mi poezyj Vajansky'ego Tatry a 

morę* Przetłomaczyłem na fizyce dwa wierszyki: Nóżka, Pociecha. Rzecz dziwna — 
ile śród tych Czechów jest rusofilów. Ten na przykład uwielbia Skobiele-wa, 

Hurkę... Poczekajcie, bracia, dadzą się oni i wam we znaki. Będę się uczył 
gwałtownie czeskiego.

27 niedziela. Hejsler mówił mi, że będę we wtorek mówił z historii. 
Szczególniejsza łaska. Wczoraj byłem na wieczorku. Janek się znowu spóźnił. Z 

jego inicjatywy nie było wczoraj nic. Jestem naprawcą ludzkości! Cha, cha, cha!
Pisałem Noc parli.* Nie mam ani za grosz talentu. Czego oni mię gryzą tym 

„poetą"?
Dziś nie umiem lekcyj, bo goście kazali mi deklamować... A Boże miłosierny, 

kiedyż ja się też będę mógł od tej pracy uwolnić.
KIELCE, 1884

283
28 stycznia (poniedziałek). Siedziałem do 4 na lekcjach. Później na 

korepetycjach. Odebrałem l i 4 numer „Tygodnika", ale nie miałem czasu czytać 
go. Zaniosłem go Zientarze. Marzymy o fakultecie filozoficznym: Praga, 

Heidelberg. Ach, gdyby to dostać się na filozofią! Od dziesiątej do 12 uczyłem 
się lekcyj. Historią Husa i husytyzmu obkułem świetnie, Cy-cerona De imperia 

Gnei Pompei Cap. XIX.* Ciekawym, czy będę mówił?
29 stycznia (wtorek). Mówiłem z łaciny: 3—. Umiałem dobrze. Przypominam sobie 

Milona* Ten rozdział ani w setnej części nie jest tak pięknym i patetycznym jak 
tamto. Mówiłem z historii. Umiałem doskonale. Nie wiem, co mi postawił.

Zmarł dzisiaj brat Tomasza Siemiradzkiego, najpopularniejszego naszego 23-
letniego profesora. Pamiętam, jak po wakacjach chodziłem za dziś zmarłym 

młodzieńcem i nie mogłem się nacieszyć jego pięknością. Ładniejszego mężczyzny 
nie widziałem. Była to tak idealnie piękna twarz, że trudno o niej było 

zapomnieć. Umarł na suchoty galopujące. Miał zdawać w tym roku z klasą ósmą. 
Biedni Siemiradzcy! Gdybym był kobietą, zakochałbym się w nim niechybnie. Duży 

kapelusz, jaki nosił, rozrzucone włosy, dodawały mu idealnego uroku.

background image

30    stycznia.   Opuściła mię moja muza.
31 stycznia (czwartek). Czytałem Wspomnienia ułana z roku 63 przez Sulimę. * 

Jedno wrażenie: Boże! daj mi umrzeć ia moją ojczyznę! Dokończyłem Fragment z 
fragmentu * o 2 w nocy.

Dostałem 4 z Memorabilii.*
l lutego (piątek). Edkowi poświęciłem Fragment z fragmentu. Stoją mi przed 

oczyma te słowa: „pojechał do Krakowa, by powrócić wkrótce i złożyć siwą głowę 
za ojczyznę miłą". Ach, zginąć daj mi Boże, ale się pomścić za naszą hańbę! ~'~

284
DZIENNIKI, TOMIK III

2   (sobota).   Święto. Czytałem Boleszczyce.* Co się ze mną dzieje? Nie modlę 
się ani razu, coraz częściej ironią się przejmuję, grozi mi widmo straszne: 

ateizm. Dość jeszcze jednej iskry, a pożar zagórze w mym sercu. Gdybyż go 
odwrócić i stłumić. Niepodobna!

Nowy ideał. Czyżbym miał o starych zapominać? Wstyd mi spowiadać się przed sobą 
z tego. Ależ tamto córka zdrajcy! Ja Polak, niepokalany w mej miłości, mam 

kochać córkę zbrodniarza, co Sciegiennego skwoź strój przepędził?! * Precz z 
nią! precz z tą występną miłością. Za chwilę może pójdę na miecze i kule — 

czyjeż by mię imię od bagnetów chroniło — córki renegata? Potrzeba mieć imię 
dziewicy czystej i niewinnej — a ona czy duszę ma czystą? Dobrze, że jej nie 

widziałem — musiałbym się czołgać u nóg jej i zostać niewolnikiem na zawsze. 
Oddalenie uleczy mię z tej prawdziwej miłości. Zapanuję nad sobą! Ona tam ma 

ideałów aż nadto w postaci dragońskich oficerów... Czymże ja dla niej — 
fanatyczny poeta (!) W Kielcach jeszcze śmiała się nieraz z mych ide-alno-

rozmarzonych spojrzeń i westchnień — cóż dopiero teraz. A jednak... gdybym ja ją 
zobaczył — oszalałbym na nowo. Może i ona niewinna, może kocha odepchniętą przez 

jej ojca ojczyznę. Matka była poczciwą. O, zapomnieć o niej, zapomnieć — ileż to 
katuszy!

Kobieto, puchu marny!...
Czytam historią Bułgarii Ireczka (2 tomy) w przekładzie rosyjskim. Kupiłem 

Vajansky'ego od Bolesia za 50 kop., dałem do oprawy. Sprowadzę sobie gramatykę 
czeską Tomka * i gwałtownie zacznę się uczyć czeskiego. * Vajansky'ego czytam z 

łatwością. Biedny Słowak! Uwielbia Hurkę i nieboszczyka Skobielewa!! O, sancta 
simplicitas! * Spróbujcie, niech

KIELCE,  1884
285

was przyhołubi moskiewski panslawizm. Będzie wam raj! Próbujcie. Tacy ludzie, 
jak Sztulc — wiedzieli, czym to pachnie. Czytam historią literatury Słowaków. 

Byłem w ogrodzie. Kos-mowska była. Trzeba korzystać z tego modelu i ulepić na 
kształt niego moją Leokadią. Ach, jakże ja mało znam świata! Kupiłem Smilesa 

Oszczędność — wydanie skrócone za 25 kop. * Pożyczyłem Tomaszkowi. Muszę kupić 
Dumania pesymisty Swiętochowskiego * od Halika.

3 lutego (niedziela). Pracuję jak pies nad tym osłem Edkiem. Łuszczkiewicz wydał 
sąd o Fragmencie... Dziecinnie przywiązałem się do tego obrazka. Zdaje mi się, 

że to bardzo dobre. Ach, gdyby tego sentymentalizmu mniej być mogło! Byłem na 
przewybornej komedii Wdowiszewskiego pt. Szam-belani* Cóż za komedia! Tendencja 

postępowa, a splecienie wypadków, dowcip, sytuacje... Nie byłem nigdy na rzeczy 
tak dobrej. _

W kościele widzałem białego Aniołka!... Marią... Czy to miłość, Stefanie? — Nie, 
za bardzo przylgnęła do serca mego tamta.

Kobieto, puchu marny!...
4 lutego   (poniedziałek). Widziałem się z macochą.

5 lutego (wtorek). Czytam życiorys Józefa Hauke-Bo-saka. Wspaniała postać 
Zygmunta Chmielińskiego snuje mi się przed oczyma. Bosak — to respubłikanin do 

szpiku kości, do marzycielstwa, jak mówi Kolumna.* Sam on pisze:
Niech, jak w piastowskiej Polsce, tak i w dziś odradzającej się miano obywatela 

Polski będzie najszczytniejszą godnością dla Polaka, a najwyższą chlubą być 
godnym tego imienia, albowiem nieomylnie rzec można, że w zrozumieniu tego miana 

przez ogół ludzi leży dziś zbawienie nasze.
Światy kraju mój! Nie brakło ci na bohaterach. Rębajło! Pod Iłżą 17 stycznia 63 

r. zdobywa 100 karabinów i rozbija pułk

background image

Suchonina.
O   10  w n o c y.

Cienie bohaterów snują się przed mymi oczyma. Kościuszko, Pułaski, Głowacki, 
Dąbrowski, Chmieliński, Padlewski, Łuka-szewicz, Konarski, Zawisza, Hauke... 

Gdzież koniec tej tragedii i kiedy będzie? — Ach! jakże bym pragnął wiedzieć 
przyszłość. Więc tyle ich ginąć miało daremnie? Chmieliński! Ach, czemuż nie 

jestem poetą-wieszczem! Okiem parii nie obejmę i nie ogarnę cię, ziemi moja, 
sercem wystygłym nie rozpalę!

6 lutego (środa). Czytam poezje Sowińskiego.* Cóż za grobowy talent! Same łzy, 
groźby, mordy, cienie — ale i retro-gradyzm.* Modli się i wierzy w stare idee. 

Szkoda takiego potężnego talentu, ale szkoda go także topić w kieliszku, jak to 
czyni autor. Grozą przejmuje. Najładniejszym poematem jest chyba Satyra. 

Czytałem do 11. Nie spałem prawie noc całą. Smutny idealnie i realnie ten 
dzień... Realnie bardziej jeszcze.

7 lutego (czwartek).^Kupiłem od Halika Dumania pesymisty, pożyczyłem rubla 
Zientarze, odebrałem od oprawy Va-jansky'ego. Czytałem Autorowi Mohorta przez 

Balińskiego.* Chcę kupić Sowińskiego od Krzyżkiewicza za 50 kop.
W sobotę u nas * bal. O, cóż to będzie za męka!

8 lutego (piątek). Czytam powieść Kraszewskiego Komedianci.* Śliczna to powieść. 
Akcja toczy się z szykiem i życiem. Poetyczna postać Wacława wprawiła mię w 

melancholijne dumania.
Poszedłem   spać   o  2.   Jestem   skłonny   do   ateizmu.   Sam

KIELCE, 1884. __________________________________________287
głupi — chcę propagować tę ideę. Zientara jeden — to niewzruszony jeszcze, ale 

reszta... Gdybym chciał, mógłbym sformować ateistyczne nie kółko, ale koło z 
moich kolegów. Cho-nowski (krańcowy czciciel Swiętochowskiego), Wilkoszewski, ' 

Michajłow (obojętny z natury na życie religijne, zakochany w muzyce i w niej 
mistrz, ale poza tym prozaik "i pozioma dusza), Radzikowski, Krzyżkiewicz — 

jeden tylko Zientara stoi jak skała przy wierze.
,,Nie mów mi pan o niewierze, nie chcę, nie potrzebuję! Ja wierzę we wszystko 

niewzruszenie!" Cenię w nim tę stałość i pięknotę charakteru... W porównaniu ze 
zmiennością Edka charakter Zientary jest idealnym.

9  lutego  (sobota). Otóż i bal. Po obiedzie chodziłem po ogrodzie. Wróciłem o 
7. Ubrawszy się czekam gości. Zjawiają się. Stary profesor Czarnecki, 

Grzybiński, Staniszewski, Ka-mudzyński etc. etc. etc. Z facetek przybyły p. 
Piotrowska, Ne-storowicz, Kamudzyńskie, aż wreszcie Pławińskie: Michalina, 

Frania, Maria Dębicka, p. Pawlikowska, Chmielewska, mnóstwo młodych facetów, 
wśród których dominował Wroński i Wyszkowski, Barcikowski, Bacciarelli i inni. 

Ja naturalnie nie tańczyłem. Pławińskie stanowiły okraskę całego towarzystwa. 
Maniusia Dębicka — to kotek zda się malowany przez Pola. Szkoda, że kotki tak 

często drapią. W pąsowym aksamitnym staniku i różowej sukience wygląda jak 
aniołek. A Mi-chasia!... Zdolna zaprowadzić człowieka do piekła. Niebieska jak 

chmurka poranna, a oczy... jak palą, ciskają snopami płomiennymi... Pójdź do 
mnie,  musisz pójść — mówią. Frania zmieniła   się   ogromnie.  Pamiętam   

pierwsze   nasze   miłostki w klasie drugiej. Włodek, ja, Michalczewski, Józek 
Schmidt, Stefan Dobrowolski — kochaliśmy się w Frani jak szaleni. Dziś  z Frani 

pozostał cień brzydki,  a nas wiatry  poniosły w inne całkiem strony. Czymże 
jest taniec? Śmiałem się zawsze z tego skakania, mówiłem, że wolałbym uczyć się 

po cy-gańsku jak tańca. Dziś, gdyby mi dano za tancerkę taką Ma-
288

DZIENNIKI, TOMIK III
niusię, zagrano naszego „białego" — kazano rzucić się w ten wir... może bym się 

śmiał z pierwszego zdania. A urocze zjawiska! Czuć na piersi uwielbianą, ustami 
do jej ust tak się zbliżać śmiało, czuć jej oddech na czole, uściśnienie jej 

dłoni — jakżeż tu nie szaleć?!
Cała zaklęta polskość, my, szlachta, wolni, dumni — uosobili mi się w wirze tych 

strojnych postaci, kręcących się jak ' manekiny na dźwięk mazura. Nasza 
przeszłość tańcem była. •* Wszystko było wybuchem, czarem wywołane. Od boku 

aniołów lecieli na boje, ginęli lub wracali, by tańczyć dalej... Na \ ostatku 
zatańczono poloneza. Rozmarzony winem widziałem w tancerzach sceny Pana 

Tadeusza...

background image

Ach, to już ostatni, co tak poloneza wodzi!... Otoś Pławiński tańczył ogromnie. 
O 8 rano skończono. Poszedłem do kościoła, później do Sw. Wojciecha, gdzie grał 

na skrzypcach Babuszkę Michajłow i śpiewali aktorzy. Potem korepetycje. Po 
południu byłem w ogrodzie. Kosmowska. Młodziutki idealik z Dużej ulicy. Dostałem 

od Edzia na pamiątkę Oszczędność Smilesa. Poszedłem spać o 8. Horrendum!! Nie 
spałem całą noc wczoraj, w dzień nic nie spałem, jestem znużony ogromnie. Śniły 

mi się kotki, aniołki, szatanki, szatynki, w niebieskich, pąsowych, czarnych i 
żałobnych sukienkach. Michasia i Mania ubierały się i poprawiały ubrania w moim 

pokoiku, świeca zgasła, rozmawialiśmy po ciemku, a przy pożegnaniu dostałem 
uściśnienia rączek tak gorące — jakże tu marzyć nie było o kotkach?!...

11 lutego (poniedziałek). Dzień znowu zwykły. Paciorek nanizany na nitkę. Rzadko 
się grube paciorki spotkać zdarzy. Śliczny dzień dzisiaj. Marzyłem, że to maj. 

Chodziłem po ogrodzie na francuskim i marzyłem o wiośnie. Ach, gdybyż to jak 
najprędzej maj przyszedł... to powietrze, kwiatki, liście, śpiewy — byłbym 

poetą. Nie mam ognia wewnętrznego — trzeba go szukać na zewnątrz. Wieczorem 
pomodliłem się serdecznie. Ateizm uciekł. Ach, słaba głowo! — nędzna karłowata 

piersi!...
KIELCE, 1884

289
12 lutego (wtorek). Czytam powieść pt. Komedianci i Dwa światy.* Poszedłem spać 

wcześniej niż zwykle. Byłem u Wilkoszewskiego. Czyta Buckle'a. * Mały ten 
człowieczek będzie kiedyś wielkim ateuszem.

13 lutego. Wieczór. Chodząc z Grabowskim spotkałem tego szatanka z anielskimi 
oczęty. Później poszedłem na podwórko jej. Wyszła. Skakała, szalała — nie mogłem 

się zbliżyć, bo co chwila ktoś przechodził, aż wreszcie musiałem iść do domu z 
bijącym sercem. Pierwszy raz zrozumiałem miłość do ziemskiego sprowadzoną kultu. 

Zawsze miłość u mnie była eteryczną, nieziemską i taką pozostanie na zawsze dla 
Heleny... ale poczynam rozumieć te miłostki, dla których całus nie jest 

grzechem, schadzka nie zbrodnią. Figlarny szatanek wabił mię kusząco. 
Przypomniałem sobie Ludkę... Taką samą była. Gdzie to te czasy — gdzie? Minęły 

bezpowrotnie jak senna mara nasze wieczory pod lipą w Rudzie, nasze róże, 
wyblakły moje do niej wiersze — dym i popiół, łez kilka... Serce — ileż 

tajemnic. Któż uwierzy, że po Helenie mogę kochać kogoś? A jednak, jednak... Ja 
nigdy nie kochałem jeszcze naprawdę... Ach! biedne serce poecie. Gdzie się rzuci 

— przylgnie i zastygnie... Biedne, biedne serce!
Czytałem do 2 w nocy Dwa świafy. O! jakżem płakał serdecznie nad Połą. Doprawdy 

— nie warto się rodzić!...
14 lutego (czwartek). Święto moskiewskie. Lekcja religii. Korepetycje. Michajłow 

spadł z piedestału... Okazała się rzecz brudna: Babuszka nie jest jego utworem. 
Łącki Bronek wykazał, że jest to utwór niemiecki pt. Grossinutterchen.* Polka, 

do autorstwa której się przyznawał, także podobno nie jego. Brudne rzeczy. A! — 
smutno mi! Więc to oszust z trochą talentu!?

Że jest Moskalem — przebaczam, ale tak nikczemnie kraść — to podłota! Od razu 
stracił wziętość u kolegów, naturalnie, straci ją i w mieście, gdy się to 

rozniesie. Ja go nie opuszczę,
19 — Dzienniki t. I -                                                            

31
290

DZIENNIKI, TOMIK III
muszę sią przekonać, nakłonię do przyznania się — można jeszcze wszystko 

naprawić. Szkoda! Z piedestału, na którym wielbiłem artystę, trzeba go 
sprowadzić w koło światowe. Smutna rzecz. Więc Edzio szlachetniejszy!

15 lut e g o (piątek). Czytam jeszcze Komediantów. Kraszewski — to malarz. 
Obraz, któremu nadaje barwę, nie jest jednakże żywym odzwierciedleniem wnętrza 

malarza. Po przeczytaniu Hani Sienkiewicza, czuje się, że tu życie w całej pełni 
w płomieniu namiętności; Kraszewski — to tylko powieścio-pisarz.

Po południu byłem z Michajłowem u Wilkoszewskiego. Wyprowadziliśmy na scenę 
sprawę Michajłowa. Prawie — jakby się przyznał!... Tacyż to są kapłani sztuki! — 

Jednakże nie sądźmy, abyśmy nie byli sądzeni. — Stał wysoko, chciał wzle-cieć 
jeszcze wyżej... Lecz lot bez skrzydeł sprowadza zawsze upadek, a lot z cudzymi 

skrzydłami musi rzucić w błoto poniżenia wcześniej czy później.

background image

O dziesiątej byłem u Otosia po niemiecki. Były znów dwa kotki: Maniusia i 
Michalina... Ach, palą też, palą tymi ognistymi oczyma! Uczyłem się do 12.

16 lutego (sobota). Byłem na operetce pt. Bet tina...* Ach, jakież to świństwo! 
Już nigdy na żadną operetkę nie pójdę. Wracać trzeba późno, licho wie z jakiego 

powodu. Przed teatrem byłem u Pisuli, chodziłem z mym ślicznym Edziulkiem. Nasza 
turkaweczka była w sklepie. Ach, kot też to — kotek.

17 lutego. Taki monotonny ten dzień, taki pospolity. Nic — choćby go jakie 
nieszczęście przerwało. Czytałem Komediantów do ł/2 do 2. Wstałem o lk do 7. 

Czytam i czytam tego Kraszewskiego i buduję powieści, które nigdy zapewne nie 
ujrzą bożego światu... Całe życie na takim szukaniu czegoś, na pomysłach do 

powieści... Och, życie, życie... Rano i w wieczór ucz tego idiotę Edka 
tłomaczenia łacińskiego,

KIELCE, 1884
291

patrz w tę szarą, zimową, bezbarwną dal... nigdzie nic... kwas, pustka, 
zwątpienie, zniechęcenie, zawody wieczne, spadanie z obłoków w błoto — ot, 

wszystko, co me życie składa. Chciałbym raz podlecieć — choćby na skrzydłach 
Ikara! Cóż mi, że kiedyś upadnę w mgłę zapomnienia? Ja chcę dziś żyć, a nie 

wegetować. Jechać do Włoch, do Ameryki, na Wschód, upić się wrażeniami, zapalić 
w sobie ogień i samemu się zapalić...

Darmo staram się wmówić w siebie, że nie ma nade mną tej ananke greckiej... Wisi 
nade mną ten niezbadany, nieodgad-niony los i szydzi, i łzy wyciska. Och! jakże 

gorzkim bywa nieraz życie! Ciężko mi tu żyć, grobowa cisza, senność chorobliwa 
dokoła, a wśród tego ja jeden płonę i trawi mię ten ogień, i dokucza mi.

Zaczynam znów być poetą. Żyję więcej sercem niż głową, a serce tak rzadko bywa 
wesołe — toż śnią mi się marsze pogrzebowe... Cóż mię ukoi? — Gdybym był 

muzykiem... Pieśń, poezja... to tylko prowadzi do rozpaczy. Gdybym był muzykiem, 
zagrałbym sobie marsz pogrzebowy Chopina, Beetho-vena — zapłakałbym i ciężar 

zrucił z serca... Natura odmówiła mi nielitościwie wszystkiego!...
Gdybym choć miał jaką pierś bratnią, jakie serce prawdziwie mię kochające — mógł 

wylać me łzy, utulić serca bicie... Mam przyjaciół, ale oni mię wyśmieją, gdy im 
się z tym zwierzę! Trzeba cierpieć samemu, trzeba być pedantem mnie romantykowi, 

pragnącemu być dzisiaj we Florencji, a jutro na księżycu!
18 lutego (poniedziałek), ^zemuż utraciłem tę gorącą, młodzieńczą wiarę w Boga i 

życie? Czemu nie mogę się jak dawniej modlić u stóp Madonny? Byłem szczęśliwy, 
gdym się pomodlił. Dziś nie umiem, czy nie chcę?...

A gdy nieszczęścia na kogo spadną I postać wzniosłą, szlachetną, ładną Smutek 
nachyli ku ziemi —

19*
292

DZIENNIKI, TOMIK III
O niech na chwilę złość się już schowa, Rany sztyletem nie cuci, Niech choć przy 

grobie zabrzmią te słowa: Wróci   spokojność  —  wróci!*
O, jakże mi się dziś chce płakać... Ja mam tylko serce, a oni mi głową bez serca 

żyć każą. Bolesny dramat hŻy cię na ziemi istot — nie mówię wyższych, ale 
różnych od ogółu ludzi — to dramat, a tak bolesny, tak krwawy. Urodzi się 

człowiek z uśmiechem na ustach i drobne rączęta wyciąga w świat cie-( kawie i 
wesoło. W zwierzęcym mózgu tego stworzonka snują się obrazy i postacie barwne, 

złociste... Och, jakże jest wówczas szczęśliwym człowiek, gdy matki pierś ssie. 
Później zaczyna żyć, uczyć się grać komedii przed sobą i światem... Ciągle się 

uczy i uczy do zamordowania, do śmierci. I na co? By mu sypnięto na piersi garść 
piachu... Raz zda się jest lepszym, raz zagląda w świat czarów, w niebo, gdy 

ujrzy ko-( bietę-anioła i pokocha ją czystą miłością. Później znów jest 
( zwierzęciem, bo i miłość — to także pociąg zwierzęcy. Ide-' alny posąg twego 

ukochania, któryś sobie w sercu wyrzeź-bił — pryśnie, gdy model do tego 
idealnego portretu zawleczesz po ślubie do łóżka, obedrzesz z uroczych barw, w 

jakieś ją marzył ubraną, i po miesiącu zobaczysz zwykłą kobietę — to „niebo dla 
zmysłów, piekło dla duszy, czyściec dla kieszeni". I znowu rozczarowanie. Przy 

grobie dopiero zobaczysz, że życie, zda się, zakrawa na komedią, a tragicznie 
się kończy — a stąd i całe zabarwia się duchem tragicznym. Dramatem to życie, 

dramatem krwawym i przykrym!...

background image

Mówiłem z algebry. Znowu musiałem diabłować te przeklęte logarytmy, 
collogarytmy, diabły... Żeby oni się wściekli z tymi psimi tablicami. Zawsze się 

zaplatam. Ot i dziś... Panie, odpuść. Ouare me lepulisti, Domine, Deus mi?!... *
19 lutego (wtorek). Pisałem wczoraj do 12 ćwiczenie z logiki pt. Divisio * dla 

Fr. Zaremby i Łąckiego. Licho nadało!
KIELCE, 1884

293
Byłem wczoraj nadzwyczaj smutny. Znów mię prześladują te smutki grobowe...

Mówiłem wczoraj z polskiego o Szymonowiczu. Naraz Bem podchodzi do mnie, patrzy, 
patrzy i mówi:

— HTO BBI — cefloii?
— Her.

— Cefloił. BnponeM MHC KasceTCH 6BiTb MoaceT...*
Śmiał się. Ciekawym, czy też to prawda?

Wieczorem byli Kłodniccy. '
Nie pisałem już dawno nic. Olgi nie dokończyłem, Doro-szeńki także... Wszystko 

pierzchło. Mniejsza o to...
Znużony zawsze jestem ogromnie. Wstałem dziś o 1/2 do 7. Tłomaczenie łacińskie, 

zadania arytmetyczne — i tak ciągle i ciągle...
Pracuję ogromnie, bo muszę nieraz zapomnieć o swoich lekcjach i słuchać kilku 

zdań przez godzinę.* Nieraz tak to zmorduje, że wolałbym nic nie mieć, jak ten 
chleb tak cierpki i suchy. Nie chcę wyrzekać ani się skarżyć — ale ciężki to ten 

chleb korepetytorski. Mnie tam wszystko jedno, mogę zapomnieć o tych 
upokarzających mię kolacjach i obiadach... ale trudno nie czuć siebie w sobie 

nieraz. Cóż to za dwuznaczne położenie — coś pośredniego między gościem, 
domownikiem, rezydentem a sługą. Ach, żyć ze swego grosza — jakież to 

szczęście!...
Przed wieczorem znów widziałem nieznajomą. Około Va do 7 szła sama z książkami, 

byłbym z nią rozmawiał, gdyby nie natręctwo dwu śpików*: Machadro i drugiego 
jakiegoś... Byłem później u Schmidtów. Jacyś zagniewani na mnie. O 7 wróciłem do 

domu.
Czytałem hist. literatury Słowaków w Hist. P-ypina i Spaso-wicza. Czekam, czy 

się też dowiem co o moim Yajanskim. Przetłomaczyłbym go, gdybym... miał talent 
poetycki... Poszedłem spać o 1/2 do 1. Pisałem kilka stronic Olgi. Kiedy ja to 

skończę? — Na święty Jury.
Mam dostać od Michajłowa marsz pogrzebowy  Chopina ze słowami Ujejskiego. 

Będziemy sią uczyć z Wasylem.
20 lutego (środa). Jakże niecierpliwie, jak gorąco wyczekują wiosny. Dnie teraz 

pogodne, jasne i budzą marzenia o wiosennych porankach...
Nitimur in vetitum, semper cupimusąue negata...* Czytałem o panslawizmie [u] 

Pypina. O, podłe, nikczemne gadziny! Hipokryty. Dziś się umizgają do Czechów, by 
ich, jak nasz kraj rzucić sobie pod nogi. Dowcipny jest sobie rocno-flMH 

JlaMancKMM,*  radzący   słowiańskim  plemionom  przyjąć w literaturze  język 
jeden,   a najodpowiedniejszym według niego będzie... rosyjski. Panslawizm 

będzie wówczas idealny!!! Literatura czeska i polska cóż to według nich z 
literaturami zachodu — HMineTa.* Płakałem czytając to!

21 lutego (czwartek). Pisałem dziś kilka wierszyków... Budzi się we mnie uśpione 
dziecię mej poezji. O, przyjdź do mnie, przyjdź, ukochana! Czytałem Le 

confederes de Bar Mickiewicza w przekładzie Tomasza Olizarowskiego.* Edek czyta 
Kordiana. Jak ja go kocham serdecznie! Konfederatów dałem Krzyżkiewiczowi.

22   lutego  (piątek). Mówiłem z łaciny. Z Eneidy i z Homera. Byłem smutny. 
Wieczorem pisałem ze łzami wierszyk Zegnaj, me gniazdko!... To me dawno 

pieszczone, ukochane dziecię. Jestem znowu wierszokletą. Kiedyś pisałem wierszyk 
pt. W nocy. Kupię sobie małą książeczkę i wpiszę tam moje perełki. Czytam 

Kobiety Mickiewicza,  Słowackiego  i  Krasińskiego. Zachwyca mię, jak dawniej, 
Elsinoe, Amelia, Rog-neda... * Marzę...

23 lutego (sobota). Kazano nam przynieść podręcznik do Historii Kościoła ks. 
Wapplera i odebrano. Nie przeszła po-

295

background image

dobno przez Ministerium Oświecenia i nie jest zatwierdzoną. Ciekawym, czym się 
to skończy ten ,,Wappleroklazm"... * Kre-mer odebrał wszystkie. Ja miałem 

doskonałą książkę z dopiskami — przepadła. Byłem na Poczciwym łotrze! *
24  lutego (niedziela). Czytałem wieczorem Lądową pieczarę Kraszewskiego. * 

Lubię takie powieści, choć ta nie ma tak doniosłego znaczenia moralnego jak 
inne. Tłomaczę Va-jansky'ego. Nieudolne to jeszcze podobizny, ale mam nadzieję, 

że mi się uda wygładzić to jakoś. Dziś siedziałem od pierwszej po południu do 5 
nad trzema zadaniami arytmetycznymi z moim Edkiem. Musiałem go tego wyuczyć jak 

papugę. Ach, cóż to za męczarnie! Od 6 do dziewiątej znowu toż samo. Tak 
idiotycznej głowy nie spotykałem jeszcze. Był Wyszkowski, p. Kamudzyńska. Ta 

ostatnia grała marsza Liszta, poloneza Chopina, nokturnę i coś jeszcze. Gra 
ślicznie na fortepianie. Kiedy ja usłyszę marzony marsz Chopina? Michajłow 

obiecał mi dostać go. Edek przed wieczorem grał mi Standchen. * Chodziliśmy jak 
dawniej, jak wtedy, gdym był wielkim poetą. Dusze nasze — to dwie wspólne struny 

jednego instrumentu. Tony wydają różne zupełnie, ale jedna drugą dopełnia, jedna 
bez drugiej nie wydałaby dźwięcznego tonu. Różniśmy i charakterami, i 

usposobieniami, i zdolnościami — a żyć bez siebie nie możem. Choć się rozejdziem 
na chwilę — znów nas przyjaźń połączy. Nieraz mówim sobie gorzkie prawdy, 

szydzimy zimno ze siebie — ale my dwaj, to jedna w dwu ciałach dusza; każdy z 
nas tej wspólnej nam istoty stanowi połowę. Jeden bez drugiego istnieć nie może.

25 poniedziałek. Wilkoszewski dał mi Buckle'a Historią cywiiizac/i w Anglii.
26 lutego (wtorek). Byłem z Edziem i Majurem w obozie Cyganów na Kadzielni. 

Dzikie życie, dzicy ludzie. Chciałbym
296

DZIENNIKI, TOMIK III
KIELCE, 1884

297
być Cyganem, przerzucać tak widoki, jak oni to robią... Wieczna włóczęga po 

świecie szerokim, zmienianie nieustanne tego kalejdoskopu, wiecznie nowego, ileż 
rozkoszy! Dziwią się wszyscy, że oni nie umią i nie chcą na miejscu pozostać — 

ależ to ptaki, a my grzyby. Im wieczna wolność się uśmiecha, a my karły, wieczne 
kołki wbite na jednym miejscu i gnijące w nim... O, jakże chciałbym być ptakiem-

Cyganem. Jest tam śliczna Cyganka... Jakżeżby mogło być inaczej. Wróżby. Nie ma 
dla mnie ziemi, muszę po niebiosach latać koniecznie! Jam poeta, a mnie skrzydeł 

przypiąć nie dają sobie, a mnie każą gnić w błocie.
Precz z ludźmi, mam moją wolę, jam pan siebie! Dosyć już długo giąłem kark. Chcę 

polecieć i latać, latać, póki skrzydeł wystarczy. Choćby potem jak Ikar upaść — 
ale dziś chcę lecieć! Cóż mi, że upadnę? Mnie dziś, dziś więcej warto, niż całe 

życie późniejsze. Nie mam nikogo na świecie — nie mam żadnych obowiązków. 
Rodzina? Rodzina mię nie zna, więc i ja jej nie znać potrafię. Jestem szalony, 

ale pan swej woli. Czyż moja wina, żem się wariatem urodził? Trza mię było 
Udusić, gdy byłem w kołysce — teraz jam sobą... Jestem samolubem, bo mnie nikt, 

nikt na świecie prócz matki kiedyś tam zmarłej nie kochał i nie kocha! Mam ja 
poświęcać siebie, mą krwawą, mozolną pracę tym, co się z niej śmieją. Będę żył w 

sobie i dla siebie. Będę aktorem. Ach! — nie!... Gdyby mi to kule wojny koło 
uszu zagrały! Boże, lecieć byle gdzie — ale lecieć, lecieć, lecieć!... Mnie każą 

uczyć zadań arytmetycznych tego idiotę — za głupie barłogowisko? Mnie... Jam 
samolub, w najwyższym stopniu samolub — ale mnie ludzie takim uczynili. Miałbym 

tu przeleżeć i zgnić na jednym miejscu — nie, nie mogę! To wszystko jedno, co 
kazać orłowi mieszkać w psiej budzie. O, wylecieć stąd raz spośród tych 

serwilistów podłej sprawy, manekinów... a skonam chętnie, z uśmiechem. „Ludzie, 
ludzie — pełne fałszu i chytrości krokodyle plemię! Łzy w ich oczach — a serca 

miedziane, na ustach całunki — a sztylety w piersiach!..."
27  lutego   (środa).

Śmiechu trzeba dla ludzi, śmiechu... A jam łzawy cały... Dla nich trzeba 
katarynki, a ja mam cymbały. Jakże tutaj żyć wśród ludzi smutnemu poecie! Lepiej 

zniknąć i zapomnieć, że byłeś na świecie.1
28 lutego (czwartek). Czytam Oksanę — powieść Zbigniewa.* Cyganka — idealna 

postać, nienaturalna, kłamana. To ma być realne ludu dziecię!
29 lutego. Dostałem 2 z łaciny. Pierwsza książka Ora-tionis de legę ManiJia.*

background image

1 marca (sobota). Dostałem 4 z niemieckiego. Byłem na obrzydliwym dramacie pt. 
Córka Fabrycjusza.* Nudny jak lukrecja. Tendencji żadnej. Kotowski grał z 

nadzwyczajnie dramatycznym wysileniem rolę tego Fabrycjusza. Edek zaczął się 
śmiać. Wiem, co znaczy, gdy mi się kto podczas deklamowania roześmieje — cóż 

dopiero takiemu aktorowi dziać się musi. Posprzeczaliśmy się. Smutno mi.
2 marca (niedziela). Chory jestem na febrę czy na coś innego. Jestem słaby tak, 

że kroku postawić nie mogę, w głowie mi się zawraca. Czy już umrę, czy co?
3 marca (poniedziałek). Leżę cały dzień w domu. W klasie nie byłem. Mam gorączkę 

— coś dziwnego się ze mną dzieje.
4 marca. Nie byłem w klasie także. Jest mi trochę lepiej. Przynajmniej głowa mię 

tak nie boli, mogę czytać. Przeczytałem drugi tom Oksany. Kupiłem kamaszki — 5 
rs. z korepetycji. 1/z rubla za Sowińskiego. 15 kop. kajet na... Siedziałem już 

znowu do 1/a do 12 nad geometrią.
1 Czterowiersz ten w autografie jest wpisany w ciągu.

298
DZIENNIKI, TOMIK III

5 marca (środa). Powlokłem się do klasy, choć mię krzyż, ramiona, głowa, nogi — 
wszystko jeszcze boli. Ciągle mam w ustach smak wody salcerskiej.

Posłałem list do Tadzia.* Jestem smutny. Czy to przeczucie rozwiązania zagadek 
życiowych — tej upragnionej marzonej mary z kościanymi oczyma. Jakżeby to dobrze 

było w zielonym odpocząć grobie.
Może na grobie

Jaki fiołek, Stokrotka sobie
Wiośniana

•   Puszczą korzonki,
Bluszcz je oplecie, I polne dzwonki Splotą poecie Wieniec... '

Może aniołek
Jaki Przyleci czasem,

Przyniesie
Rosy krystłowej kropelką,

Podleje ogród
Poety nią...

Może łzą Choć jeden zmoczy ją
Człowiek...

6 marca. Gdybyż to ta wiosna przyszła jak najprędzej. Byłbym może zdrowszy i 
weselszy, bo teraz to ogromnie jestem smutny. Chcę tłomaczyć Vajansky'ego — i 

nie mogę. Nic mi się nie chce. Spracuję się co dzień nad tym Edkiem okropnie. 
Klepałem wczoraj przez cały wieczór z nim 5 krótkich zdań

KIELCE, 1884
299

łacińskich i w końcu ich się nie nauczył. Znużę się, zmacham zawsze, jakbym wóz 
drzewa zrąbał, i idę spać. Takie życie — komuś tam, idiocie, oddaj za kromkę 

chleba wszystek swój czas, a sobie nic!...
Wierzyć czy nie? Czy nie? Cały wiek życia spłynie na tej walce zimnoty z gorącem 

serca. Ja sercem wierzę i sercem nie wierzę. Mój rozum — tu machiną tylko 
elektryzującą serce i kierującą ją tu lub gdzie indziej. Chce mi się modlić... 

Gorące zapały uciekły. Nudy, nudy! Spać mi się chce. Chyba ja będę chorował, tak 
jestem apatyczny, tak żyjący ciałem tylko. Żeby mię to zbudziło z tego snu 

piekielnego. Przylecą boleści i ro-zedrą mi serce! Czuję to, przeczuwam. Żeby 
choć Edka przeprosić, bo bez niego żyć trudno!

7 marca (piątek). Byłem u Michajłowa. Nie słyszałem już dawno gry jego. On taki 
wielki, taki majestatyczny, kiedy gra Babuszkę. Jakżeż smutno pomyśleć, że poza 

tą grą brudny człowiek się kryje. I nie mogę i nie mogę znaleźć przyjaciela! 
Chciałbym koniecznie spocząć i utulić głowę na czyjejś piersi, a piersi takiej 

znaleźć nie mogę i nie mogę... Pokocham kogoś na dwa miesiące i będę się modlił 
doń, kadzideł go nimbusem otaczał, aż wyczerpię tę przyjaźń i lornetkę przyjaźni 

przewracam: przykładam ją do oczu tą stroną, która przybliża. Widzę zamiast z 
dala uwielbianych przyjaźni ideałów — zimne i zbłocone zwierzęta. Cóż robić? — 

zwykła to kolej, zwykły przebieg poszukiwań ideału; zwykła historia poszukiwania 
tego, co nigdy nie zamieszkuje na ziemi.

I wiecznie tęsknię za jakąś istotą,

background image

Co by mą głowę do piersi stuliła
I jako miękki powój się obwiła

O moją duszę i równą mi była
Sercem,  natchnieniem  i  cnotą...*

8 marca (sobota). Byłem na herbatce koleżeńskiej. Byłem u Bisia i Włodka, 
wreszcie na Grubych rybach Bałuckiego*

300
DZIENNIKI, TOMIK III

Była masa osób, gdyż pieniądze z tego spektaklu przeznaczone są na korzyść 
niezamożnych uczniów Gimnazjum naszego.

9 marca (niedziela). Szedłem z kościoła. Patrzę, jedzie ktoś naszym wózkiem i z 
dawnym naszym furmanem Józkiem Michtą.* Wytrzeszczam oczy — to nowy dzierżawca 

p. Zdzi-chowicz... Coś dziwnego działo się ze mną... Łzy mi paliły piersi... Tam 
nic już nie ma, nic naszego, a mnie się zdawało, że to stary pan z Ciekot jechał 

swym wózkiem... Sen, sen mną owładnął. Wspomniałem i musiałem się obudzić! 
Słodko marzyłem, a obudzenie było smutne jak uderzenie w czoło pałką. Ja sam 

jestem na świecie, sam jak palec. Przede mną ludzi tłumy, a za mną mogiły tylko 
zimne, nawet nie porosłe trawą. Czasem pogadam z mogiłami, a o tym świecie 

przepomnę. Otożem pan mej woli. Jeśli się splotą wypadki inaczej — idę w świat. 
Jak Janko Kral biorę kij i idę precz stąd, precz za góry wysokie, za głębokie 

morza przepłynę, do innych zawędruję krajów i gdzieś na szerokiej puszczy 
bezbrzeżnej złożę utrapioną głowę. Cóż mi tu robić? Tu patrzeć i łzy połykać, i 

patrzeć, jak „czyn czyna całuje w ...."* Lepiej umrzeć gdzieś daleko, lecz nie 
serwilistą. Marzę sobie... Tymczasem muszę "uczyć się słówek łacińskich za 

Edka...
Stare przesądy, stary serwilizm, stare grzechy szlacheckie niech się tu duszą, 

niech zabijają wszelki młody, żywy, orzeźwiający popęd — ja pójdę popatrzeć na 
narody nowego świata, na respubliki amerykańskie. Obejdę świat dokoła, a może 

zabiję bijące me serce — kalejdoskopem obrazów... Zniknę jak kamfora i nie 
przyjdę tu już nigdy, nigdy... chyba wiatr zaniesie tu proch mój z piasków Gobi 

lub Kairo... Stań się...
10 marca (poniedziałek). Śliczna noc. Gdyby to być już daleko stąd, gdzie na 

szczytach Himalajów... Byłem na Kar-czówce z Zientarą. Księżyc świecił 
prześlicznie, mgły wisiały nad miastem, wiatr chłodził mą rozpaloną głowę. Pali 

mi się we łbie, jak w piecu kolei żelaznej! Wyszliśmy o 6, a wrócili
KIELCE, 1884

301
o 7. Siedziałem i gadałem z Ludwikiem Mastelskim. Nie mogłem nawet Cycerona 

przeczytać. Czytałem „Tygodnik".
11 marca (wtorek). Wziąłem pałę z greckiego. Nie umiałem na pamięć Homera. Żebym 

ja też o tym zapomniał! Miałem czas wczoraj, ale zapomniałem na śmierć o tych w 
i r s z a c h.

Co się ze mną dzieje, gdy wspominam sobie mą wioskę. A wspomnienia te zjawiają 
się na każdym kroku. Zapominam się często i marzę, że pojadę na święta do 

domu... Budzę się: tam nie ma nikogo.
Nie kochałem tak nic, jak moją wioskę kocham. To dziwna, odrębna, inna całkiem 

miłość od tych, które mi paliły piersi w życiu. Jakieś zwierzęce poczucie 
własności, jakaś namiętność dzika do tych kątów nędznych. Gdy pomyślę, że jadąc 

będę musiał opuścić i minąć ten dworek pod lipami — zdaje mi się, że to 
absurdum, niepodobieństwo... Jak to — tam kto inny? Tam na ławeczce nie siedzi 

mój siwy gołąbek, mój cień opiekun? — Mój strumyk, moje zarośla, tyle pamiątek 
na każdym kroku, każdy krzaczek, każdy wybój, każda grudka ziemi mnie tak 

znajoma, przez lat czternaście deptana — własnością innego... Mój Boże, mój 
Boże, ja nic nie chcę — ani sławy, ani walk — daj mi mieszkać w starym naszym 

pokrzywionym .dworku, śród starych, tak dobrze mi znajomych wieśniaków! Jak oni 
tam żyć będą z tym nowym panem? Stary Krakowiak, Polut,* pod strzechy których 

chodziłem tak często — oni nie zapomnieli może jeszcze o starym, dobrym panu... 
Widziałem ich przy trumnie, jak chłopskie łzy ocierali nad trumną szlachcica i 

pokochałem ich jak braci. Po jednej łzie, co się toczyła po zmarszczonym 
policzku starego Franciszka, poznałem, że go niekłamanie kochali... — Stary pan 

— nie będzie takiego drugiego — szeptali między sobą, pamiętam. Przyszedł który, 

background image

poprosił o kawałek łąki, o krzaki, o szuwary, o pozwolenie pastwiska — poprosił 
i stary dał bez niczego. Zbyt dobry, zbyt

302
DZIENNIKI, TOMIK III

słaby, stary Łagoda * typowy, stracił wszystko przez tę roz-dawność, 
niezaradność — ale nie żal tego. Szczęśliwy, komu nad trumną uronił podwładny, 

chłop, chłopską, pod sercem urodzoną, gorzką jak żal, żalu serdecznego łzę. Spij 
spokojnie, dobry panie!

12 marca (środa). Pisałem 12 rozdział z Olgi. Wolno to idzie, niechętnie jakoś. 
Połamać by to pióro. Uczyłem się na pamięć Homera z IX księgi od słów: KuxXw^, 

ir^, ms olvov ...*
13 marca (czwartek). Szedłem o 8 do klasy. Spotyka mię chłop jakiś i pyta, czy 

teraz są uczniowie w gimnazjum, gdyż on ma jakiś list. Powiedziałem mu, że teraz 
nie ma w gimnazjum jeszcze nikogo, niech więc przyjdzie później; on jednak szedł 

za mną, szedł i wreszcie pyta, do jakiego ucznia ma ten list. Biorę: Wielmożny 
Pan Stefan Żeromski... List od Tadzia. Rs. 8 na wpis. Czyż to nie fatum?

Byliśmy w kościele, boć to rocznica śmierci MMnepaTOpa AjieKcaHflpa II-ro.* 
Trzeba się było modlić. Była Maria. Biała jej prześliczna postać rzuciła mię 

znowu w wir snów. Czemuż jednak drżę, pod powiekami łzy czuję na wspomnienie 
Heleny. Imię mej wioski i imię mej jedynej kochanki wzbudzają we mnie jedynie 

silne, straszne uczucia. Nie mogę pójść do kościoła katedralnego, bo wspominam 
te chwile, kiedy stałem pod chórem czekając na nią... Widzę ją, klęczy przy 

pierwszym ołtarzu, warkocz się zwija w skrętów milionie, oczy w łzach toną... A 
ja, ja śpiewam całą piersią:

Wstążkę pąsową wplotła we włosy...
Pamiętam, gdym ze świąt przyjechał, a ona obdarzyła mię uśmiechem i spojrzeniem. 

Jeden jedyny to był podarunek, który od niej dostałem w życiu wtedy, wtedy... 13 
kwietnia. Uśmiech ten... może wypadkiem, może źle przeze mnie zrozu-

KIELCE, 1884
303

miany, śni mi się i śni, a obudzić się nie mogą! Rok już dobiega, jak ją kocham. 
5 marca... stała przy konfesjonale, a ja szalałem... Mój Boże, mój Boże...

Albo wtedy — szedłem z kirchy, a ona w kapeluszu tyrolskim szła z matką. Chyba 
już nigdy nie wyjdą mi z pamięci te chwile, te uczucia. Znam je i pamiętam tak 

dobrze, a ona — nie wiem czy pamięta, że żyję na świecie... Pamiętam te gwiazdy, 
co się paliły na zachodnim nieba kręgu. Zapalił je Bóg tak blisko siebie — a ja 

marzyłem, że to my. Dziś gwiazdy chyba zagasły, bo ich nie mogę odnaleźć, gdzieś 
tam chyba za chmurami skryte i chmury je rozdarły, i blask ich zgasiły. Niekiedy 

przez chmur zwoje błyśnie blask gwiazd tych, jakby mię wołał: żyję jeszcze, palę 
się jeszcze wciąż, bo nie umieram nigdy. I znowu wierzę, że szczęście 13 

kwietnia anioły mi z niebios przyniosły... Biedny szaleniec!
Zientareczka z ... Ksiądz jucha, ksiądz!;

w Barbareczce K
14  marca (piątek). Galówka. Znowu Maria. Rano byłem u Michajłowa. Wziąłem od 

niego Grubego Kartki biograficzne* Po nabożeństwie i spacerze z Krzyżkiewiczem, 
odbyciu korepetycyj z Troczewskimi i Edkiem zacząłem czytać. Przeczytałem 

życiorysy: Garricka, Seidelmanna i lorda Byrona.* Ileż podobieństwa! Po obiedzie 
wziąłem moje dzienniki, Mazepę i Balladynę, i poszedłem na spacer. Przez pola 

pod Szydłó-wek zaszedłem, aż pod Piaski, potem do linii kolei, po plancie do 
drogi karczówkowskiej, stamtąd na Karczówkę. Przy trzeciej  kapliczce*  zacząłem 

czytać  Improwizacją Mickiewicza ze starego dziennika. Boże! ileż potęgi!
GŁOS DIABŁA

Carem!...
Nie mamże prawa z tym wyrazem na ustach patrzeć w niebo? — Toż mam prawo z mocy 

mojego wieszcza. Obiecał, że głos ten z pokoleń pójdzie w pokolenia... Jednak ja 
cię nie zapytam „Milczysz?..." Ja już nie wierzę, byś mógł nie milczeć. 

Milczysz... boś — carem!
Z Karczówki długo patrzałem na moje góry. Widać stamtąd Leszczyny — a w 

Leszczynach mam przecie rodziców. Cóż mówić o moich uczuciach? Przyszła później 
cała ósma klasa, a za nimi Chonowski, Wilkoszewski i Piątowski. Poszliśmy razem 

background image

do Kielc. Byłem u Krzyżkiewicza. Wieczorem czytałem życiorys Beethovena* i 
uczyłem się lekcy j.

15 marca (sobota). Byłem na trzech sztuczkach w teatrze. Złe ze mną: jestem 
słaby, jestem chory, umieram duszą i ciałem.

16 marca (niedziela). Zaczyna się... Kule i granaty zaczynają pękać u moich nóg. 
Patrz: tam granat się wierci w piasku, za chwilę pęknie i rozerwie mi serce na 

sztuki... Ale kto wojnę i kule wywołał, kto nieszczęść tych rodzicem? — Ach!... 
Ja... .

Wieczorem poszedłem do Zientary po algebrę. Pokazał mi Dziady część trzecią. 
Poprosiłem go, by mi pożyczył tej książki na godzinę. Poszedłem do 

Wilkoszewskiego,  gdyż mię prosił rano. Zastałem tam mnóstwo z siódmej klasy, 
Kruszyń-ski był, Piasecki, Ruśkiewicz, Chonowski, Piątowski, Pisula, Kotowicz,   

Łącki,   Michajłow,   Augustowski.   Grałem   trochę w elbika. Później zaczął 
grać Michajłow, Ruśkiewicz, Kru-szyński (na skrzypcach wybornego Poloneza), 

musiałem i ja mówić Pogrzeb poety... Wesoło płynął czas... wesoło. O pierwszej 
wyszliśmy. Szukam w kuchni Dziadów, przewracam wszystko, rujnuję — nie ma i nie 

ma!!
Kto sobie wyobrazi moją rozpacz?! Jak tu odkupić, skąd wziąć takiej książki! * 

Zientara miał ją oddać jutro rano. Przyszedłem do domu. Zdawało mi się, że 
ziemia rozwiera się pod mymi nogami i widzę śmiejące się ze mnie szatany... Och, 

cóż
to była za noc! Śnię, że mam ją, mam... budzę się! Cicho — i znowu tysiące ogni 

pali mi się w głowie. O, cóż to była za noc, co za noc!...
17  marca. Budzę się wreszcie... Mam iść do klasy i po-* wiedzieć Zientarze: 

zgubiłem Mickiewicza. Nogi się gną pode mną. Poszedłem. Na drugiej godzinie 
Wilkoszewski powiedział mi, że znalazł ją gdzieś pod łóżkiem. Kamień mi spadł z 

serca. O, ileż ja dziś wycierpiałem!
18 marca (wtorek). Wczoraj uczyłem się do 12 Cycerona (VIII, IX, X, XI Pro legę 

Manilia) i fizyki. Na próżno: wypędzono mię, gdyż nie zapłaciłem wpisu. Gdyby 
żył mój ojciec... Dziś nie ma nikogo na całym tym świecie, co by poratował. Idę 

do Kłodnickich. Obiecują pożyczyć, jeśli Bronka uwolnili, lecę do Gimnazjum i 
dowiaduję się od p. Bema, że go uwolniono na rs. 10. Pędzę znów do Pałaty. Nie 

ma Kłodnickiego. Czekam z pół godziny, spotkawszy go wreszcie, idę do Gimnazjum. 
Daje mi 6 rs., a trzy ma mi dać ona. Lecę tam — nie ma jej, czekam godzinę — 

dostaję przecie. Lecę do Gimnazjum, płacę Brzezińskiemu. Jak piorun pada u nóg 
mych wiadomość następująca: pocztylion, który mi oddał list i 8 rs. od Tadzia, 

przyszedł dziś znowu do Gimnazjum, aby mu dać pokwitowanie z odebrania tych 
pieniędzy. Ja nie wiedziałem czego on chce, on zaś mię nie poznał. Przyszło mu 

do łba, że list był adresowany do p. Trepki, a ja go odebrałem. Prowadzano go 
więc po całym Gimnazjum, ażeby ucznia tego poznał. Mnie wtenczas nie było, 

sprawa oparła się o dyrektora, inspektora etc. Znaczy mniej więcej tyle: list 
był adresowany do kogoś innego, a ja go odebrałem, ja ukradłem pieniądze... Idę 

do dyrektora i tłomaczę mu się. Każe mi przynieść ten list. Lecę jak pies do 
domu i przecie znajduję list, a co najważniejsza — kopertę od tego listu. 

Myślałem, że mię krew zaleje, tak pędziłem do Gimnazjum. Już się lekcje zaczęły. 
Dopiero na następnej pauzie poszedłem do kancelarii, pokazałem list. Ach!

20 — Dzienniki t. I
306

DZIENNIKI, TOMIK III
KIELCE, 1884

307
któż zrozumie, kto pojmie, ile ja wycierpiałem, czując wlepiony we mnie pytający 

wzrok dyrektora, gdy mię indagował. Złodziej jestem czy nie? O rozpaczy! 
wszystkie gwiazdy latały mi przed oczyma. Był Szperl, Evart, przyszedł potem 

Bem... a mnie pytają: złodziej jesteś czy nie? Powiadają, że „kto rozpacza — ten 
głupieje"... A ja, ja nie miałżem prawa wznieść pięści do Nieba? Mądrze 

wiedziesz twe sprawy, Panie sprawiedliwy! Powiadają, że można zapanować nad 
wszelką boleścią. O, któż zrozumie — kto pojmie, ile wycierpiałem. Wszyscy będą 

się patrzeć szyderczo...
Otóż i rocznica, jaką dawno w duszy piastowałem. Rok temu zobaczyłem białą 

lilijkę moją. Cierpiałem wówczas, cierpiałem, a w rocznicę...

background image

Są dnie, kiedy szatani pastwią się nad ludźmi, są, kiedy nieszczęśliwe ofiary 
wyszczerzają zęby w przeraźliwym śmiechu. Są dnie, kiedy się czuje zawrót głowy, 

ciągnący gdzieś w przepaście, szepcący: jedna chwila, jeden skok — i wieczny sen 
bez marzeń, i uspokojenia kraina, i odpoczynek po utrapieniu... odpoczynek 

wieczny, odpoczynek nicości poza nią. Ale nie wolno być panem życia i śmierci 
człowiekowi. Natura jednym daje rozum — drugim serce. I mnie dała tylko serce, a 

zimnego rozsądku tak mało. Stąd w takich chwilach jak dzisiejsza lecieć w bój, 
rozwarte piersi na kule i miecze wystawić, umrzeć śpiewając — byłoby rozkoszą, 

ale cywilnej odwagi, tej cichej odwagi, godności poczucia i postawienia na 
piedestale — nie mam. Gotów jestem umrzeć, byleby uciszyć serce, a poświęcić 

serca dla życia nie umiem. Myśl o grobie jak marzenie, jak potrzeba, jak 
konieczność, jak niezbędność, jak ostatni kątek, gdzie ukryć się można, rysuje 

się w mej wyobraźni. Już to nie mrzonka, nie szał chwilowy — to stałe 
postanowienie, to ostatni wynik długiego namysłu.

19   marca   (środa). Imieniny mej matki, że w ten dzień modliłem się za nią.1 
Raz szczególniej, zbiegłszy do naszego 1 Tak w autografie, prawdopodobnie jakieś 

opuszczenie w tekście.
kościółka, długo ze łzami modliłem się za nią i do niej. Dziś tego nie potrafię. 

Dawno już nie modliłem się. Nie umiem — zapomniałem... Za duszę jej trzeba by 
się pomodlić do tego skrwawionego Żyda na krzyżu niewinnie — ale czyż dziś 

wierzę, że on mię jak dawniej wysłucha, że położy mi rękę na sercu i powie: nie 
płacz?! — Nie, nie będę się modlił: musiałbym kłamać. Ja potrzebuję człowieka, 

co by dał na swej piersi wypłakać mi łzy me gorące. A umarli milczą uparcie. 
Gdzie oni tam, moi starzy? Może patrzą tęsknymi oczyma na tę piękną naszą 

wioskę, gdzie żyli lat tyle. Gdyby mi oni powiedzieli kiedy, gdzie są i co 
robią, i czy są? Spijcie w spokoju.

20 marca (czwartek). Siedziałem nad gramatyką łacińską i historią do 12. Od 9 do 
10 jestem zawsze u Zientary. Przez tę godzinę zazwyczaj rozpaczamy. On cytuje 

swojego ulubionego Do nowo narodzonego Kraszewskiego. *
Lepiej się tobie było nie rodzić...

Pesymizm straszny. Kończy się zresztą wszystko na papierosie, jaki 
przyniesie ,,Majur" lub sprokuruje Stefański.

Jakiż to straszny sen to życie... Polucyj pełen, romantycznych marzeń 
rozwierających się co chwila, łez i krwi pełen.

21 marca (piątek). Szukam cię... Ukaż mi się na jedne chwilę, na moment, choć we 
śnie, przejdź koło mnie jak Barbara obok Zygmunta.* Nie chcesz? Zlituj się! Ja 

może umrę — i mamże cię nie ujrzeć? Na tyleż nade mną nie będziesz mieć litości? 
Gardzisz mną? A więc dumna, obejdę się bez twej postaci! Gdy natężę mą 

wyobraźnię, puszczę w galop serce — będę cię miał piękniejszą, niż jesteś, będę 
cię miał moją, tu blisko, na piersi, na sercu. Usta twoje uczuję na moich, twe 

kędziory mię oplotą... Otóż cię mam — tyś moja, moja! Pory-
20*

308
DZIENNIKI, TOMIK III

wam cię, okręcam mymi ramiony, porywani i lecę, lecę... za góry, za morza — za 
stepy, w pustynie. Widzisz, jakem silny, jaki mocarz ze mnie! A więc się ukaż!

Byłem po południu u Marąuardta, bardzo oczytanego kolegi. Ma mnóstwo książek. 
Słowackiego dużo, Krasińskiego... Balzaca, z Biblioteki Najcelniejszych Utworów 

* wiele. Był Dewitz, Remiszewski, Kowalczewski. Marąuardt i Remiszew-ski 
(artysta) — to ateusze spod ciemnej gwiazdy. Nic tak nie lubię, jak takie 

koleżeńskie zebrania. Jestem wśród nich szczęśliwym.
22 marca (sobota). Buckle mię przekonał, że człowiek nie podlega żadnemu losowi, 

że to głupstwo, a jednak staro-grecka <łvotyx>j ma we mnie czciciela... Jestem 
postępowcem i na wszystko zgadzam się w postępie, ale ta [Aoipoc*, jaka mię 

ściga, jaka kieruje we mnie każdym krokiem, robi ze mnie mahometanina 
zagorzałego.* Ten tydzień na bóle był naznaczony widocznie.

^Czytałem mity greckie na lekcji greckiego. Wczoraj kułem Eneidę, fizykę i 
Homera do 12. Nie czytam teraz prawie nic. Hejsler obiecał mi przynieść 

monografią z czasów Nowgorodu Wielkiego. Napiszę tragedią!... Biorę za postać tę 
czcigodną Marfę Borecką.* 'AvdćyxY] tam działać będzie. Tragedie greckie posłużą 

mi za wzór, ale będę oryginalnym. Można oszaleć, zachwycając się tą postacią. 

background image

Sytuacje najzupełniej tragiczne. Wielka postać, czasy tragiczne, boć ginie 
naród, ginie wolna, idealna respublika. A przy tym — toć ona siostra nam... Aby 

tylko prędzej dostać tego Kostomarowa! (Egzamina — a ja pisał będę tragedie... 
Bodajby sobie nie wypisać tragedii.)

Marfa Boreckaja.   TpaytjiSća* — co najmniej w 20 aktach, z prologami, 
epilogami, chórami, epizodami, sprawami * etc.

KIELCE, 1884
309

etc. Zaduszę się chyba pod ciężarem takim. Mężniej, mój duchu! Pomagaj, moja 
muzo! — Rozpal piersi, chcę lotu, a głos skrzydeł słyszę, mówiący piór 

szelestem. Chcę uczcić tę postać moimi śpiewy. Jeszcze żadna kobieta w komedii 
nie była taką! Ona będzie wyższą nad wszystkie. — Nie będzie Ofe-lią — nie! 

piękniejszą — kobieta-mąż prawy, kobieta-anioł, choć z siwymi włosy. Ciekawym, 
jak to będzie wyglądać po napisaniu? 1

Byłem na spacerze z Zientarą. Byliśmy na Karczówce, przelecieliśmy ją jak 
szaleni, byliśmy na górze, gdzie były kopalnie ołowiu,* [gdzie] znaleziono owe 

trzy tradycyjne żyły ołowiu. Później byliśmy u pomnika z napisem odpowiednim. 
Byliśmy także u Trzaskalskiej na kawie. Wieczorem byłem na tym upragnionym moim 

dramacie Na jedne kartę Sienkiewicza. Dość powiedzieć, że to napisał. Nie tylko 
ja, ale Ruśkie-wicz, Wilkoszewski, Chonowski palili się z ciekawości i 

uwielbienia dla uosobienia poczciwego postępu: Antoniego Żuka.* Późno w noc nie 
mogłem usnąć. Widma mię męczyły.

23 marca (niedziela). Pisałem jeden rozdział Olgi. Czytam znowu Swierzbieńskiego 
Wiarę Słowian* Chciałbym raz skończyć tę tragi-powieść.

Dałem do oprawy 36 arkuszy papieru na nowy dziennik. Toż to będzie pisania 
dopiero! Jakby się pojechało na Ukrainę * — cóż by się to nie pisało w moim 

dzienniku! Gdyby-to!...
24 marca. Muszę iść jutro na egzamin do księdza. Dziś powtarzam historią 

Kościoła. Deszcz — ani wyjść gdzie, ani nic. Nudno.
25 marca (wtorek). Święto Matki Boskiej. Ani jednej modlitwy, ani jednego 

westchnienia. Uciekłem z kościoła. Od 12 do 5 uczyłem się trzeciego okresu 
historii Kościoła i katechizmu na klasę V. O l/2 do 6 poszedłem do księdza. 

Byłem
1 Tu w autografie wydarte dwie kartki.

DZIENNIKI, TOMIK III
z Wodzyńskim i Tuwanem. Ja zdałem chyba najlepiej. Mówiłem o Focjuszu, datą 

hierarchij u nas etc. Kontent jestem, że to zrzuciłem z ramion. Spotkałem się z 
Edziem. Byłem u niego. Opowiadał jak zawsze swe sny i marzenia. To więcej jak 

przy-
jaźń — to miłość.

j
26 marca (środa). Mówiłem z Eneidy. Od słów: Hic ait et repetens...* Dostałem 3. 

Powraca trocha szczęścia. Muszę być mahometaninem. Gdyby jak najprędzej otrzymać 
tę monografią z czasów Nowgorodu. Chce mi się gwałtem pisaćl

„Chandra" powraca.
Spór z Zientarą o sztukę. Ksiądz u niego wszystkim, niczym Modrzejewska i 

Królikowski — ksiądz tylko i basta. To się działo na greckim. Rybarski zawracał 
głowę swoim „BOT MMBH-HO, noTOMy HTO, TEK KaK, KaJKAbiM noHMMaeT, ecjiw 6ti — TO 

OAHaKOSŁ" *, a my kłóciliśmy się tymczasem. Po południu znowu żarliśmy się o 
przyjaźń moją z Edziem. Jednak pomimo tych kłótni myśmy  serdeczne  druhy-

wariaty. Kiedyś  lataliśmy po okolicznych górach jak błazny, on kiedyś ze 
Stefań-skim leciał przez cały rynek aż na bazar „co koń wyskoczy" — o godzinie 

11 w nocy.
27   marca   (czwartek). Kułem wczoraj gramatykę łacińską do 1/a do l w nocy. 

Pomimo to nie mówiłem dziś z niczego. Na niemieckim z powodu choroby Kremera był 
Rybarski — musiałem  czytać  przekłady Eschylosa  i  Eurypidesa.*  Aga-memnon, 

Orest i jędze, Klitajmestra, Elektra. Jakaż to cudowna postać ten Orestes, 
Elektra... Zawsze wstaję od tego czytania z zawrotem głowy. Stare mity porywają 

mię w kraje cudów. Cóż może być piękniejszego nad Elektrę, płaczącą na grobie 
ojca Agamemnona i Kassandry.

background image

28  marca  (piątek). Siedziałem nad Eneidą do 1. Później czytałem Syntezę dwu 
światów Struvego.* Czytałem coś do 2.

Notowałem sobie piękniejsze i oryginalniejsze myśli w nowym dzienniku. Były tam 
dopiski p. Bema, gdyż to jego książka.

29 marca (sobota). Byłem w teatrze na czymś tam... Śmiałem się z dramatu p. 
Osmólskiego pt. Ubogie kielczanki,* etc. etc. Wieczorem znów czytałem Struvego. 

Kupiłem dziś Z teki
dziwaka.* Wyborne coś.

Niedziela   (30 marca). Czytałem ten tego... Chodziłem
z Edkiem etc. etc. etc.

31 marca (poniedziałek). Mówiłem z łaciny. Umiałem gramatykę dobrze. Nie wiem, 
co dostałem. Była macocha. Dziś zrobiłem 9 strasznych zadań z arytmetyki. Głowa 

mi pęka... Czytałem do l w nocy Mindowe, jako odnoszące się do historii Litwy, 
którą studiuję na Lelewelu.*

Wypaliłem 10 papierosów — łeb mię bardziej jeszcze rozbolał. Będę aktorem.1
1 Jedna stronica pusta, dziewięć kart nie zapisanych wydarto, na ostatniej 

stronie adnotacja;
Do l kwietnia 1884 r.

SPIS TREŚCI
PRZEDMOWA — napisał Jerzy Kądzielą TOMIK  I   (19  V —  15  XII  

1882)   .      . TOMIK II  (16 XII  1882 —  l  IX   1883) TOMIK III  (2 IX  1883 
—  l  IV  1884)

5
43

133
243

SPIS ILUSTRACJI
Stefan   Zeromski   jako   uczeń   gimnazjum  kieleckiego   (1886) s.   48/49    

Karta  tytułowa  I   tomiku  Dzienników s.    64/65       Pierwsza  strona  
Dzienników

s.    112/113   Świadectwo   szkolne  Zeromskiego   z  klasy  trzeciej s.    
160/161   Kapliczka pod Łysicą z podpisem Zeromskiiego na murze

(fot.   J.   Siudowski,   F.   Gladysz) s.    192/193   Antoni Gustaw Bem s.    
224/225   Wincenty Zeromski,  ojciec pisarza

s.   240/241   Ciekoty
(fot. J.  Sludowski]

STEFAN ŻEROMSKI
NOWELE I OPOWIADANIA.

1. ROZDZIOBIĄ NAS KRUKI, WRONY...
2. OPOWIADANIA • UTWORY POWIEŚCIOWE

3. ARYMAN  MŚCI  SIĘ • GODZINA • POWIEŚĆ O UDAŁYM WALGIERZU • DUMA O HETMANIE
4. SEN O SZPADZIE • SEN O CHLEBIE •   POMYŁKI • WSZYSTKO I NIC • ECHA LEŚNE • 

PUSZCZA JODŁOWA • ELEGIE
5. WIATR OD MORZA • WISŁA • MIĘDZYMORZE

POWIEŚCI
1. SYZYFOWE PRACE

2. PROMIEŃ
3. LUDZIE BEZDOMNI

4—6. POPIOŁY
7—8. DZIEJE GRZECHU 1000127527

9. URODA ŻYCIA
10. WIERNA RZEKA

11—13. WALKA   Z SZATANEM
14. PRZEDWIOŚNIE

DR&MAW
1. ROZA

2. SUŁKOWSKI • TUROŃ
3. GRZECH • BIAŁA RĘKAWICZKA

4. PONAD ŚNIEG        ~~ ~ --""
R.ljrLrt.VV i\-Ł.**.*-m.

UCIEKŁA MI PRZEPIÓRECZKA

background image

PISMA RÓŻNE
1. WSPOMNIENIA

2. PISMA LITERACKIE I KRYTYCZNE
DZIENNIKI

1. DZIENNIKI TOM I