background image

Andrzej Pilipiuk

                            

Pogotowie

Jakub Wędrowycz dreptał w zadumie ulicami obcego miasta. Coś mu nie 
pasowało. To chyba nie była Warszawa. W stolicy był już kilka razy. Nie umiał 
powiedzieć co jest nie tak. Domy były niby podobne, ludzie też chodzili normalnie 
poubierani, nawet mówili tym samym językiem... 

- Kurde - skwitował. - Idę na dworzec, kupie bilet do Chełma i spróbuje 

jeszcze raz od tamtej strony... 
Przysiadł na skwerku i wyciągnąwszy z kieszeni piersiówkę pociągnął solidny łyk. 
Nieoczekiwanie przed ławką na której siedział zatrzymała się karetka. 

Skoraja pomoszcz - odcyfrował bezbłędnie czerwony napis cyrylicą 

zdobiący bok pojazdu. Drzwi uchyliły się gościnnie.

- Zdrastwójte gospodin, wy by chotieli pojebać? - rozległo się nad jego 

uchem.
Pielęgniarka miała na oko dwadzieścia lat. Nosiła biały fartuch coniebądź 
rozpięty tu i ówdzie. Pod fartuchem też była ubrana - w pas do pończoch. I nic 
poza tym. 

- Wot te na! - krzyknął radośnie egzorcysta i wskoczył do środka. 

Wewnątrz karetki jedna dziewczyna właśnie robiła reanimację metodą usta - 
usta jakiemuś gogusiowi w garniturze, ale trzy pozostałe obdarzyły staruszka 
szerokimi uśmiechami. 

- Miniutoczku - egzorcysta wyciągnął z kieszeni paczkę podrabianej 

ukraińskiej viagry i od razu połknął połowę tabletek. 

- Muuu!!! - zawył jak wściekła krowa i rzucił się do dzieła. 

Karetka chybocząc się na wszystkie strony pędziła przez miasto. Pierwszy 
wyskoczył nagi biznesmen w krawacie. Potem pojazd opuściły skacząc w biegu 
wszystkie trzy dziewczyny. 

- Cholera - mruknął Jakub patrząc na pobojowisko. 

Wszędzie poniewierały się podarte pończochy, fartuchy i inne części garderoby. 
Pojazd ciągle jechał więc zajrzał do szoferki.

- Co je tak wymiotło? - zapytał szofera. 

Ten nic nie odpowiedział. Wpatrywał się zdumiony w przyrodzenie egzorcysty 
sterczące z rozporka... Wiele w życiu widział ale...

- A pal diabli - mruknął klient, dziewczyny uciekły to chodź ty. Jebat' 

choczetsja - dodał po rosyjsku. 
Kierowca porzucił swoje miejsce pracy i oddalił się kłusem. 

- Ni to nie - wzruszył ramionami Wędrowycz. Schował ptaka do nogawki a 

wystający kawałek umieścił w cholewie gumofilca. Kurtkę od ortalionowego dresu 
jak się okazało podarł w całym tym zamieszaniu ale na podłodze poniewierała 
się marynarka biznesmena. Ubrał się w nią z obrzydzeniem i wysiadł z pojazdu.

- Dobra a teraz na dworzec - warknął. 

Coś poruszyło się w jego lewej cholewie ale przyładował kopa i ruchy ustały. 

background image

Viagra powoli parowała i egzorcysta mógł już normalnie myśleć. Ruszył 
spiesznym krokiem przez miasto. Niebawem otarł do dużego węzła drogowego. 
Nie namyślając się wiele wszedł na asfalt. Przecież go nie rozjadą... Nie 
przewidział ze te bardzo duże ciężarówki z przyczepami mogą mieć problemy z 
hamowaniem...
W karetce pogotowia zagdakał interkom.

- Mengele? - rozległ się głos dyspozytora. - Jest coś dla ciebie. Facet z 

wypadku, wpadł pod tira, jeszcze żyje ale...

- Się rozumie - uśmiechnął się lekarz. - Dwadzieścia procent dla ciebie. 
- Trupiarz dalby dwadzieścia pięć... 
- Ale on jest frajer, co byś zrobił gdyby jego klient przeżył? Gówno byś 

dostał. A u mnie nie ma strachu... 

- Też racja. Ale podnieś mi stawkę..
- Będzie trzeba to podniosę... Ja też muszę chłopakom dolę odpalać - 

wyłączył mikrofon ucinając dyskusję. -  Długo nie pociągnie. Duchołap gaz do 
dechy - polecił kierowcy, -  a ty Skórołapka, przygotuj sprzęt...
Denat w garniturze i gumofilcach leżał na poboczu. Kierowca tira robił mu 
masarz serca.

- Żyje? - zafrasował się Mengele.
- Na to wygląda - powiedział kierowca. -  Nie wiem jakim cudem, miałem z 

80 na liczniku jak wylazł mi pod koła. Miotnęło nim ze dwadzieścia metrów... 
Zderzak do wymiany...

- Spoko, teraz my się nim zajmiemy...

Załadowali egzorcystę na nosze i ruszyli z piskiem opon. Kierowca uruchomił 
radio i rozpoczął negocjacje.

- Dom Pogrzebowy "Wesoła Wdówka"? Ile dacie za skórę? 1800? Mało... 

"Ostatnia posługa"? Mamy dla was sztywniaka. 1700? wypchajcie się. "Uśmiech 
losu"? Mamy truposza... Dwa tysiące? Ok. dorzućcie jeszcze dwie setki i jest 
wasz... Załatwione - zwrócił się do szefa.

- Jak tam nasz ptaszek? - ten zwrócił się do Duchołapa.
- Jeszcze dycha... Sukinsyn. Może mu pavulonu strzyknąć?
- Szkoda dobrego środka. Zatkaj mu czymś gębę i po kłopocie.

Pielęgniarz spróbował ręką. Nieoczekiwanie zawył.

- Odgryzł mi palec pierdolony...
- W łeb go czymś ciężkim, zanim się obudzi! Z wypadku jedzie, nikt się nie 

przyczepi do obrażeń...
Podwładny wyciągnął z szafki specjalnie naszykowaną cegłę i przyładował 
leżącemu w głowę.

- Bez skutku, ciągle oddycha.
- Złam podstawę czaszki,. Co ty, pierwszy dzień jeździsz w pogotowiu?

Jakub dał się odwrócić... Pielęgniarz zdzielił o z całej siły tuż poniżej potylicy. 
- Kurde - egzorcysta opędził się jak od komara.

- Nie skutkuje
- Siły nie masz, daj to mi. 

Lekarz przeszedł na tył i własnoręcznie przydzwonił pacjentowi w czachę.

- No już nie wstanie - mruknął uspokojony.

background image

Jakub jakby wbrew jego słowom uniósł dłoń i zaczął przecierać zaspane oczy.

- Gdzie ja jestem? - rozejrzał się wokoło.
- W karetce - warknął Mengele. - Trzy -  cztery, dusimy! 

Przygnietli głowę Jakuba kawałem gumy. Płuca przestały pracować.

- Ufff - odetchnął Duchłoap opatrując nadgryziony palec. 
- Sprawdź pracę serca - polecił drugi pielęgniarz. Rozerwali koszulę na 

piesi leżącego.

- Nie oddycha ale serce bije!
- Bredzisz niemożliwe! 
- Kaftan bezpieczeństwa, znowu się budzi!

Musieli zjechać na pobocze. Do okiełznania siły starca potrzeba było trzech 
silnych mężczyzn. Viagra czyni cuda. 

- Co z nim roimy? - zapytał Skórołpaka.
- Kroplówka - zadecydował lekarz. 
- A co do środka? Formalina?
- Nie, za łatwo wykryć. Ale gdyby tak pół litra! Wódy! Z solą fizjologiczną. 

Powie się że wykorkował z przepicia... 

- Od pół litra?
- A coś ty myślał nieuku, żołądek rozkłada 90 procent alkoholu, Pół litra w 

krwiobiegu to tak jakbyś 5 litrów wypił... 
Dwadzieścia minut później zrobili kolejny postój. 

- Ciągle oddycha ale serce nie bije - zameldował Duchołap.

Wspólnymi siłami wyciągnęli nosze z przywiązanym egzorcystą i zanieśli do 
pobliskiego parku. Zaraz z brzegu znajdowała się sadzawka z fontanną. 
Rozhuśtali i wrzucili nosze do wody. Schowały się całe.

- Ja ci pooddycham bydlaku - Mengele skakał o trupie pilnując aby w 

żadnym miejscu nie wystawał na powierzchnię. 

- A co panowie tu robią? - zagadnął przechodzący policjant.
- Wieziemy chorego cierpiącego na zakażenie gronkowcami - powiedział 

Duchołap. - Skoczyła mu gorączka musimy natychmiast schłodzić bo 
wykorkuje...

- Ale nie trzymajcie go za długo w wozie bo się zaziębi - zafrasował się 

gliniarz. 

- Spokojna głowa - Mengele przestał deptać ciało - Znamy się na tym, nie 

pierwszyzna nam... 
Po kwadransie wyciągnęli trupa z sadzawki.

- No wszystko w porządku - powiedział zadowolony Skórołapka badając 

ciało stetoskopem. - nie oddycha, serce nie pracuje... Nie przyczepią się że 
mokry?

- Pochmurno dzisiaj powiemy że na autostradzie deszcz padał - pouczył 

go zwierzchnik. - Dobra wieziemy go, i tak dużo czasu zmarnowaliśmy... 
Pięć minut później powrócił oddech. Trzy pary oczu spojrzały na lezącego z 
nienawiścią

- Tu trzeba zastosować radykalne metody - mruknął kierowca. 

Zatrzymał się w zaułku. W skrzynce z narzędziami znalazł się zwój miedzianego 
drutu. Zaczepili o do trakcji tramwajowej.

background image

- No to raz dwa trzy - polecił Duchołap. 

Przytknęli druty do skroni nieboszczka.

- Jasna cholera! - zawył egzorcysta szarpiąc się na noszach.

Zaraz jednak oklapł i zwiotczał.

- Dobra, już p o nim - ucieszył się lekarz. - Do prosektorium.

Wędrowycz otworzył jedno oko i popatrzył na niego po czym przezornie je 
zamknął...
 
***

Dyżurny w prosektorium już czekał.

- Widzę że przywieźliście pięknego sztywniaka...
- Dwie stówy dla ciebie. Rano będą ci ze "Szczęśliwego trafu". Trochę 

trzeba go będzie podmalować żeby się rodzina nie czepiała...
Na obu skroniach Jakuba widać były wielkie plamy kopcia po porażeniu prądem. 
Dyżurny przełożył zwłoki na wózek i nakrył prześcieradłem. 

- Nie mogliście jakoś delikatniej - skrzywił się. 
-   Cholernie   żywotny   był.   Ledwo   daliśmy   radę   -   mruknął   Duchołap.   - 

Robimy jutro grila. Może wpadniesz?

- Jasne... Gdzie tym razem?

Ciało przykryte całunem lekko drgnęło jakby nastawiło ucha. 

***

Czterej konowałowie wracali z grila dużym fiatem. Wypili po kilka piw, prowadziło 
im się bardzo dobrze, śpiewali sobie nawet momentami. Pocisk pancerfausta 
uderzył w tył wozu i pojazd fiknął koziołka... Minutę później koło wraku 
zatrzymała się wyjąc syreną karetka reanimacyjna. Jedyny świadek wydarzenia 
był zachwycony szybkością z jaką służba zdrowia przyszła rannym z pomocą. 
Zdziwiło o tylko że nieprzytomnych do pojazdu wrzucał tylko jeden zupełnie siwy 
sanitariusz w gumofilcach... 

- Co się stało? Mengele z trudem otworzył oczy.

Był   we   wnętrzu   karetki   reanimacyjnej.   Jego   kumple   też   powoli   dochodzili   do 
siebie. Sylwetka za kierownicą wydała im się dziwnie znajoma.

- Mieliście wypadek, ale udało wam się przeżyć - powiedział sanitariusz 

siedzący za kierownicą. - Ale nie bójcie się do kostnicy jeszcze daleka droga, 
mamy masę czasu. No i parę rzeczy do obgadania. Tylko zjadę tu w bok do lasu 
żeby nam nikt nie przeszkadzał... 

***

Radiowóz zatrzymał się koło porzuconej karetki. Na boku pojazdu czerwienił się 
piękny napis cyrylicą "skoraja pomoszcz". Dwaj policjanci wysiedli i podeszli do 
pojazdu.

- No siostrzyczki, mamy was. Koniec kariery - wyższy zapukał w karoserię 

pistoletem. - Wysiadka...

background image

Drugi szarpnął drzwi. Widok wewnątrz był naprawdę drastyczny. Przez chwilę 
obaj czytali krwawy napis na ścianie. 

- O kurde - młodszy policjant policjant szarpnął się do tyłu.
- E, lipa - powiedział jego szef. - Hannibal nie pisze się przez "ch".

A potem też zemdlał. 

Koniec.  

Andrzej Pilipiuk

Pola trzcin

Mały biały pałacyk stał w ogrodzie. Na krzewach nieśmiało pojawiały się 

pierwsze   liście.   Wiosna   pod   Moskwą   była   chłodna...   Wódz   spoczywał   na 
szezlongu opatulony w koce. Wychudł przez ostatnie tygodnie i jego łysa głowa 
przypominała   czaszkę.   Skóra   opinała   drżące   dłonie   niczym   zbyt   ciasna 
rękawiczka. Z capiej bródki wypadały ostatnie włosy. Tylko skośne mongolskie 
oczy patrzyły jak dawniej - chytrze i czujnie.

-   Towarzyszu   Lenin,   uczyńcie   mnie   waszym   następcą.   -   Kandydat   na 

nowego wodza, klęcząc na tarasie, pokornie ucałował rękę nauczyciela.

-   Ech,   Józwa   -   wymamrotał   Włodzimierz   Iljicz   -   przecież   ty   się   nie 

nadajesz...   Ot,   szaszłyki   robisz   świetne,   wypić   z   tobą   można,   pogadać 
przyjemnie, organizator też z ciebie niezgorszy. A, i jeszcze gdybym chciał kogoś 
stuknąć po łbie, nie prosiłbym kogo innego. Ale wódz byłby z ciebie do niczego...

- Jak to? - Stalin udał, że płacze rzewnymi łzami.
- Starałeś się, trzeba ci przyznać. Pomysł z kołchozami i obozami pracy 

był pierwsza klasa. Ale brak ci rewolucyjnej bezwzględności - wybełkotał Lenin. - 
Za miękki jesteś... Nie, moim następcą zostanie Lew Dawidowicz.

- Trocki? - Na twarzy Stalina odmalowała się cała gama uczuć. Paskudne 

to były uczucia. Lecz Wódz nic nie zauważył.

- Żeby rządzić Rosją, a w przyszłości całym światem, potrzeba naprawdę 

twardej ręki. l serca jak kamień...

- Toż ja mam serce jak kamień - burknął Józef. A potem wstał z klęczek i 

udusił Lenina poduszką.

* * *

background image

- Tfu! - Włodzimierz Iljicz wypluł dobrą garść dziwnego pyłu.

Coś go przygniatało, dusiło, odbierało oddech. Szarpnął się rozpaczliwie i z ulgą 
strząsnął z siebie warstwę gleby. Na szczęście płytko zakopali.

- Co oni,  żywcem mnie pogrzebali? - Klnąc otrzepywał  się z  piachu.  - 

Feliks Edmundowicz zrobi z nimi porządek. A zacznie od...

Odległe wycie szakala przerwało jego gniewną tyradę. Oderwał wzrok od 

zakurzonej marynarki i rozejrzał się wokoło.

- Wot te na - wyszeptał. W jednej chwili zrozumiał, że tu, gdzie trafił, nawet 

Dzierżyński nie zdoła mu pomóc...
Rozległe pole pokrywała warstwa ni to pyłu, ni to popiołu. Wszędzie dookoła ziały 
dziesiątki dołów podobnych do tego, z którego on sam się wygrzebał. Niektóre 
były głębokie, wyraźnie świeże, inne dawno już zasypał niesiony wiatrem pył. 
Nad pustynią wisiało upiorne, ciemnopurpurowe niebo. Gigantyczny żuk toczył 
po nim czerwoną kulę.

- Przecież nie ma życia pozagrobowego? - zdziwił się Wódz. - Ki diabeł? 

A. jasne. To robota Stalina, musiał mi jakiegoś świństwa do jedzenia dosypać.

Uszczypnął się w ramię.  Zabolało  jak cholera.  Potarł  czoło dłonią,  aby 

zebrać myśli. Jego palce utknęły w czymś dziwnym, ale znajomym. Obmacał 
pospiesznie czaszkę.

-   Mam   włosy!   -   ucieszył   się.   -   Odrosły...   A   lekarze   mówili,   że   syfilis 

powoduje trwałe wyłysienie.
Zaraz wszakże ponownie popadł w zadumę.

- Mówili, że do końca życia nie odrosną - westchnął.
- Czyli jednak nie żyję. Stalin ścierwo, to jego robota... Tylko gdzie ja u 

licha jestem? Niebo to chyba nie jest, piekło też nie. Ech. on by pewnie wiedział, 
kształcił się w seminarium. A polazł gdzieś, akurat kiedy jest potrzebny! Pewnie 
żyje sobie sukinsyn i może nawet, cholera, wodzem zostanie - rozżalił się. - A jak 
pomyślę, że mogłem go posłać przodem, żeby drogę przebadał...

Wycie szakala rozległo się teraz znacznie bliżej. Wódz obmacał kieszenie 

w poszukiwaniu jakiejś broni, ale nic nie znalazł.

- Niech to szlag! - zaklął. - Dupy wołowe ci towarzysze z politbiura! Mogli 

mi dać chociaż nóż albo pistolet na drogę w zaświaty. Tylko wrócę na ziemię, już 
ja im pokażę. Ruski miesiąc popamiętają...
Wycie się urwało, a w półmroku zamajaczyła czyjaś sylwetka. Przybysz wyglądał 
na człowieka, tylko głowę miał jakby wilczą.

- Jestem w Egipcie - ucieszył się Włodzimierz Iljicz. - A może raczej w 

egipskich zaświatach... - Wiadomości, które w szkole nauczyciel wbijał mu linijką 
po łapach, stopniowo się przypominały.

- Witaj, synu - odezwał się psiogłowy.
- Anubis? - zgadł ożywieniec.
-   Owszem.   -   Strażnik   krainy   zmarłych   wyciągnął   skądś   kajet.   -   Imię, 

nazwisko, zawód?

-   Włodzimierz   Iljicz   Ulianow   -   przedstawił   się   Lenin   -   zawodowy 

rewolucjonista, dziennikarz...

- Źródła utrzymania?
- Mamusia mi przysyłała, a jak się nieboszczce zmarło - tu uronił fałszywą 

background image

łzę - brałem pieniądze od Stalina.

-   Czyli   osobiście   nie   pracował?   -   Dłoń   z   piórem   zawisła   nad 

kwestionariuszem.

- No skąd! Jak się robi rewolucję, to nie ma człowiek czasu na głupoty.
- Zawód lub stanowisko? 
-   Skoro   nie   pracowałem,   tylko   z   zasiłku   żyłem   bezrobotny   chyba...   A 

ostatnio przywódca światowego proletariatu.

- Co to jest „proletariat”? - padło pytanie. W mózgu Lenina zapaliły się 

ostrzegawcze lampki.

- Wiesz co? Wpisz zawód: faraon - powiedział - To dużo uprości.
- Faraon? Sprawdzimy... - Anubis naskrobał coś w kajecie. - Wyznanie?
- Marksista.

Psiogłowy   wytrzeszczył   oczy.   Potem   sprawdził   w   kieszonkowym   leksykonie 
religii.

- Nigdy nie słyszałem o takiej wierze... 

Lenin zrozumiał, że chyba palnął gafę.

- Jak każdy faraon zmuszałem ludzi by cześć oddawali przede wszystkim 

mnie - uściślił.

- Znaczy się, bóg?
-   Boga   nie   ma   -   odruchowo   odpowiedział   Wódz.   -To   znaczy 

chrześcijańskiego nie ma - postanowił się podlizać.

- Przykro mi, ale wedle naszych danych jest. - Strażnik zamknął zeszyt.
- To czemu tu trafiłem?
-   Bo   zostałeś   zmumifikowany.   Każdy   zabalsamowany,   jeśli   nie   jest 

chrześcijaninem,   trafia   do   nas...   Na   sąd   Ozyrysa   trzeba   iść   w   tę   stronę.   - 
Wskazał   dłonią   jakieś   budowle   majaczące   na   horyzoncie.   -   Po   drodze   są 
oczywiście pewne próby i pułapki, ale jako faraon - uśmiechnął się sarkastycznie 
- z pewnością sobie poradzisz. W razie czego sprawdzaj w „Księdze umarłych”.

- A jeśli nie zdam? - Chytre oczka zamrugały.
-   Karą   jest   naturalnie   ostateczne   zatracenie   ciała   i   duszy   w   jeziorze 

płomieni - wyjaśnił Anubis i powoli rozpłynął się w powietrzu.
Lenin pogrzebał po kieszeniach, ale „Księgi umarłych” oczywiście nie znalazł.

-   Kolejny   punkt   ujemny   dla   chłopaków   z   politbiura   -   warknął,   a   potem 

zamyślił   się   głęboko.   Warto   by   jakoś   dać   znać   na   ziemię,   żeby   dosłali   mu 
potrzebne instrukcje. Tylko jak?

* * *

Wódz przeklinając na czym świat stoi człapał ubitym traktem. Po drodze 

co jakiś czas mijał szyby wydrążone w skale. Zajrzał do kilku. Głęboko, głęboko 
pod ziemią, wewnątrz wielkiej jaskini przetaczały się ogniste fale... Budowle na 
horyzoncie ogromniały z każdym jego krokiem.

- Pułapki? - mruknął rozeźlony. - A to się wpakowałem.
- Jak śliwka w kompot - powiedział ktoś za jego plecami.

Lenin odwrócił się na pięcie. Stojąca przed nim istota przypominała człowieka, 
tylko głowę miała inną.

background image

- Hmmm, podobny jest pan do Anubisa, ale sądząc po godnej postawie... - 

Włodzimierz Iljicz na wszelki wypadek wolał się znowu podlizać.

- Jestem Set - przedstawił się przybysz. - Bóg chaosu, wojny, destrukcji, 

pan zachodniej pustyni...

- Bardzo mi miło, jestem...
- Wiem. I wiem, co narozrabiałeś na ziemi. Ale nie przejmuj się, twoja 

postawa życiowa i poglądy budzą moją najżyczliwszą aprobatę.

- Miło mi to słyszeć. - Wódz odetchnął z ulgą.
-   Mamy   wspólny   problem.   Cholernie   byś   mi   się   tu   przydał,   ale   bez 

znajomości haseł nie przejdziesz przez bramy...

- Anubis wspominał coś o „Księdze umarłych”...
- Masz. - Bóg wręczył mu zwój papirusu. - Nagniemy trochę przepisy. Ale 

nie mów nikomu, od kogo dostałeś...

- Jasne. - Lenin uśmiechnął się z wdzięcznością. -Tylko jak to odczytam? 

Nie znam hierogłifów...
Ale Seta już nie było. Włodzimierz Iljicz zajrzał do zwoju i zarechotał w duchu.

-   No,   to   rozumiem   -   powiedział.   -   Wreszcie   komuś   chciało   się   chwilę 

pomyśleć.
Papirus dostał w wersji rosyjskojęzycznej.

* * *

Lenin pchnął pięknie rzeźbione dwuskrzydłowe drzwi i wkroczył do sali 

podwójnej   prawdy.   Jej   centralny   punkt   stanowiła   wielka   waga.   Wokoło 
zbudowano trybuny. Siedziała tam cała masa dziwnych istot. Przy wadze krzątał 
się jakiś typek z głową ibisa. Sprawdzał działanie mechanizmu.

Urządzenie chyba od dawna nie było używane, bowiem na szalkach leżała 

gruba warstwa kurzu. Anubis gawędził z jakąś nieletnią kicią ubraną w bardzo 
przejrzystą halkę. Dziewczyna miała na głowie opaskę, a za nią wpięte jedno 
strusie pióro.

„Ale lalunia” - pomyślał Wódz. - „Zważywszy na jej strój, można by sądzić, 

że wyzbyła się burżuazyjnych przesądów...”

Pogładził   się   z   zadowoleniem   po   odrośniętej   czuprynie.   Z   tego   co 

pamiętał,   w   młodości   był   niezłym   przystojniakiem,   te   lekko   mongolskie   rysy 
twarzy robiły wrażenie na towarzyszkach rewolucjonistkach. Skoro włosy odrosły, 
to może i inne części ciała zjedzone przez syfilis będą działały jak trzeba? I naraz 
poczuł, jak młodzieńcza energia napełnia jego lędźwie.

Opodal   wagi   stał   złocisty   tron,   chwilowo   pusty.   W   kącie   siedziało   coś 

dziwnego,   paskudna   krzyżówka   hipopotama   i   krokodyla...   Na   szczęście   ktoś 
przykuł bestię do ściany grubym złotym łańcuchem.

-   Jakim   cudem   tu   dotarłeś?   -   zagadnął   psiogłowy,   podchodząc   do 

Włodzimierza Iljicza.

- Pokonałem wasze pułapki.
- No i jak, gotów?
- Jasne. A co tu się będzie działo?
- Sąd Ozyrysa. Zważymy twoją duszę i ocenimy, czy wolno ci powędrować 

background image

na pola trzcin, czy nie...

- Jak można zważyć coś, czego nie ma? - zdumiał się podsądny. - Pola 

trzcin? - upewnił się. 

- Owszem. To kraina mlekiem i miodem płynąca, gdzie dni pędzi się na 

rozkosznym   trudzie   siania   i   zbierania   plonów.   Wszyscy   pracują   od   rana   do 
wieczora we wspólnym wysiłku...

- I ja niby mam...
-   Jeśli   przejdziesz   sąd.   -   Psiogłowy,   jak   na   gust   Lenina,   zbyt   często 

ironicznie się uśmiechał.

-   To   pomyłka!   -   zaprotestował  Wódz.   -   Przecież   nie   po   to  wymyśliłem 

kołchozy, żeby dać się w czymś podobnym zamknąć!

Anubis zmarszczył nos z dezaprobatą.
-   Ale   jeszcze   jedno,   kim   jest   ta   cizia?   -   Włodzimierz   Iljicz   spojrzał   na 

kobietę z piórem. - Aktoreczka jakaś z kabaretu, czy kokota?

- Nie bluźnij! - warknął strażnik. - To bogini sprawiedliwości, Maat.

Lenin  zrozumiał,  że znowu paskudnie podpadł. Zaklął pod nosem i w panice 
zaczął sobie przypominać, czego nauczył się na studiach prawniczych.

* * *

Zabrzmiał   złoty   gong   i   na   tronie   zmaterializował   się   władca   Krainy 

Zmarłych. Długą chwilę panowało milczenie, wszyscy patrzyli na rewolucjonistę 
wyczekująco.

- Wyjmijcie mu duszę - polecił wreszcie Ozyrys. Bóg Tot wyciągnął tylko 

rękę i już trzymał w niej serce Wodza.

- O kurde? - zdziwił się Włodzimierz Iljicz, spoglądając na swą pierś.

Tot położył narząd na szali. Teraz do wagi podeszła bogini Maat. Wyjęła zza 
przepaski pióro i umieściła je na drugiej szali.

-   Eeee?   -   zdziwił   się   Wódz.   -   Chyba   wam   kociołek   nie   gotuje   - 

zasugerował   niepoczytalność   składu   sędziowskiego.   -   Przecież   serce   zawsze 
będzie cięższe od puchu.
Waga pokazała to, co było do przewidzenia.

- Winny - orzekł Tot.

Lenin pospiesznie zajrzał do papirusu.

- Diabli nadali, przegapiłem mowę obrończą. - Teraz dopiero połapał się, 

co powinien był zrobić.
Ozyrys patrzył na Lenina zaciekawiony.

-   Nie   wygląda   na   jakiegoś   wielkiego   drania   -   powiedział   wreszcie.   - 

Odczytajcie, co tam napisane...
Anubis rozerwał serce i zajrzał do środka.

- Obalenie legalnej władzy, rabunek miliardów rubli w złocie, obrócenie 

150 milionów ludzi w niewolników, zlecenie likwidacji 30 milionów takich, którym 
się to nie spodobało...

- Hmm... Zaludnienie ziemi musiało wzrosnąć ostatnimi czasy - zauważyła 

bogini Maat.

- Czy masz coś na swoją obronę? - zapytał Ozyrys oskarżonego.

background image

- Byłem faraonem...
- Do tego nielegalne posługiwanie się tytułem - mruknął psiogłowy.
- To tylko kwestia nazewnictwa - zaprotestował Włodzimierz Iljicz - może u 

nas to się inaczej nazywa, ale faraonem byłem. I to znakomitym. Co należy do 
obowiązków władcy? - Powiódł wzrokiem po zgromadzonych. - Wyrwałem mój 
lud z ręki ciemięzcy i sam go uciemiężyłem, zakończyłem krwawą wojnę i zaraz 
wszcząłem kilka kolejnych. To prawo wodza prowadzić wojny - uśmiechnął się 
triumfalnie. - Nakładałem podatki, i to najwyższe na świecie. Piramid ani świątyń 
budować nie nakazałem, ale rozwalanie tysięcy cerkwi też łatwe nie było...

- Starczy - burknął Ozyrys. - Wrzućcie go do jeziora płomieni...
- Chwileczkę, braciszku - odezwał się jakiś głos. Set zmaterializował się 

koło wagi. - Co ci się znowu nie podoba?

- Faraon uzurpator Ulianow - uśmiechnął się krzywo władca zaświatów.
-   Jak   rozumiem,   wszyscy   faraonowie   zażywający   rozkoszy   na   polach 

trzcin objęli swoją władzę legalnie? Świetny dowcip, muszę go opowiedzieć takiej 
na przykład królowej Hatszepsut...

- Zniewolił kilka narodów - zaprotestowała bogini Maat.
- Moja droga, pokaż mi faraona, który nie prowadziłby wypraw przeciw 

Libijczykom,   Kuszytom,   a   nawet   Palestynie...   Może   nie   wszystkim   udało   się 
samo zniewolenie, ale plany mieli ambitne...

- No ale 30 milionów ofiar? - zaprotestowała.
- Kociaczku śliczny, sama mówiłaś, że ludność ziemi radykalnie wzrosła. 

Za dawnych czasów wystarczyło zabić tysiąc wrogów, by rozgromić całą armię, 
teraz   trzeba   dziesiątki   milionów   posłać   do   piachu,   żeby   ludzie   w   ogóle   to 
zauważyli. Dobrze mówię? - zwrócił się do Lenina.

- W rzeczy samej. Niektórzy, zwłaszcza za granicą, nie wierzyli nawet, że 

tylu wykończyliśmy... - zapewnił Wódz.

- Sami widzicie, faraon całą gębą... - podsumował Set.
- Ręczysz za niego? - Ozyrys spojrzał na brata.
- Oczywiście. - Bóg destrukcji uśmiechnął się promiennie. - To przecież 

mój wyznawca!

* * *

Józef   Wissarionowicz   Stalin   wygrzebał   się   z   lessowego   pyłu.   Przetarł 

załzawione oczy i wykaszlał z pół kilograma ziemi.

- Gdzie ja jestem? - wymamrotał i rozejrzał się wokoło.

Spoczywał na rozległym polu pokrytym tysiącami dziur. Po szkarłatnym niebie 
gigantyczny żuk toczył czerwoną tarczę słoneczną.

- A niech mnie - mruknął. - I po jaką cholerę kazałem się zmumifikować?

Wstał   i   otrzepał   mundur.   Sprawdził   wiszącą   na   piersi   samotną   gwiazdkę 
Bohatera Związku Radzieckiego. Od razu spostrzegł, że zamiast ze złota odlano 
ją z tandetnego plastiku. 

- Beria, ty złodziejskie nasienie, czekaj, tylko wpadniesz w moje ręce!!! - 

zacisnął kułaki.
Na horyzoncie majaczyły jakieś konstrukcje, więc ruszył w tamtą stronę. Baraki, 

background image

druty kolczaste, wieżyczki strażnicze...

- Zupełnie jak u nas na budowie kanału Biełomorskiego - uśmiechnął się. - 

Zatem   i   tu   żyją   komuniści.   To   dobrze,   z   komunistami   zawsze   można   się 
dogadać...

Idąc wzdłuż płotu dotarł do furki. Pchnął ją i wszedł na teren obozu. Po 

wewnętrznej stronie ogrodzenia stała budka wartownicza. Siedział w niej jakiś 
człowiek w postrzępionym waciaku i studiował „Księgę umarłych”.

- Mogę wejść? - zagadnął ożywieniec.
- Jasne. - Wachman odłożył zwój. - Co za niespodzianka, nasz wódz i 

nauczyciel we własnej osobie! - rzekł z podziwem na widok gościa. - Proszę iść 
tą   ścieżką,   do   tego   baraku   tam   -   wskazał   coś   w   rodzaju   stodoły   ozdobionej 
czerwoną gwiazdą. - Lenin oczekuje.

- Lenin? - ucieszył się Józef Wissarionowicz. - To on też tu jest?
- Oczywiście - uśmiechnął się strażnik. - I to od bardzo dawna.

W jego głosie było coś znajomego. Stalin spojrzał mu w twarz pokrytą bliznami 
po odmrożeniach.

- Czy ty czasem nie jesteś...?
-   Jasne.   Widzę,   że   sobie   przypominasz,   sam   mnie   zesłałeś   do   łagru. 

Nawiasem mówiąc zresocjalizowałem się tam do tego stopnia, że wyciągnąłem 
nogi.

- To kto cię zmumifikował? - zdumiał się wódz.
-   Dziadek  Mróz,   a   konkretnie  wieczna   zmarzlina  pod  linią   kolejowa  do 

Norylska. No już, biegnij, przecież na ciebie czekają.
Stalin się zadumał. Przeczuwał pewne problemy... Poszedł ścieżką i pchnąwszy 
drzwi wszedł do szopy. Wnętrze wyglądało znajomo. Zupełnie jak sala trybunału 
orzekającego.   Stół   nakryty   zielonym   suknem,   trzy   karafki,   trzy   szklanki,   trzy 
krzesła. Czerwony goździk w wazoniku. Tylko portret wiszący na ścianie był inny. 
Zamiast   Lenina   przedstawiał   jakiegoś   kolesia   z   łbem   dziwnego   bydlęcia.   Za 
stołem siedzieli jacyś dwaj goście, trzecie krzesło było puste. Pierwszy wyglądał 
jak Dzierżyński, tylko miał wszystkie zęby z przodu. Drugi przypominał Lenina, 
ale był imponująco kudłaty.

- Imię i nazwisko? - zażądał włochacz.
- Wołodia! - wykrztusił Stalin. - Towarzyszu, czego się wygłupiacie? Co 

wy, nie poznajecie mnie? Ale piękna fryzura. To peruka czy włosy wam odrosły?

- Ty się Józek, Wodzowi nie podlizuj - odezwał się ten drugi. - Poznaliśmy 

cię łachmyto, ale procedura musi być zachowana.

- Jaka znowu procedura?
- Trafiłeś do ośrodka dla zmartwychwstańców. Zanim bogowie zadecydują 

o waszym losie, robimy wstępną selekcję...

- Jacy znowu bogowie? - zdziwił się przybysz. - Przecież Boga nie ma.
- Jest. Nazywa się Set. - Włodzimierz Iljicz z szacunkiem wstał i ukłonił się 

przed portretem wiszącym na ścianie.

- Zaraz, zaraz i dużo macie...
- Nietrudno policzyć. Z samej Kołymy przez dwadzieścia lat waliły tu dzikie 

tłumy.   Skierowaliśmy   ponad   osiem   milionów   komunistów   do   kołchozów   na 
polach trzcin - powiedział z dumą Lenin. - A konkretnie trafili tam wszyscy, którzy 

background image

uważali,   że   ja   byłem   dobrym   ojczulkiem   rewolucji,   a   ty,   Józwa,   spieprzyłeś 
wszystko. Ci, którzy we mnie nie uwierzyli, do piachu.

- A co z tymi, którzy twierdzili, że ja byłem dobry, a łagry to robota Jagody, 

Jeżowa i Berii? - zainteresował się podsądny.

- Ci poszli do jeziora płomieni. - Dzierżyński uśmiechnął się drapieżnie. - 

Sam rozumiesz. Lenin dobry, Stalin zły... A ze złymi nie należy się patyczkować.

-   Feliksie   Edmundowiczu,   no   co   wy?   Pogadajmy   jak   przyjaciele. 

Towarzysze...

- Guś kabanu nie towariszcz! - ryknął Dzierżyński. - Nie dość, że mnie 

wykończyć   kazałeś,   to   jeszcze   w   gazetach   pisali,   że   zawał   serca   miałem!   A 
obdukcja co wykazała? Samobójstwo trzykrotnym strzałem w potylicę, do tej pory 
się ze mnie śmieją!

- Przyjaciele, wybaczcie! - Stalin padł na kolana.
-   Ależ   oczywiście.   Nie   będziemy   wredni.   -   Lenin   rozciągnął   usta   w 

szerokim   uśmiechu.   -   Twoje   winy   puścimy   w   niepamięć.   Jednakże   sam 
rozumiesz, że wódz może być tylko jeden. A zresztą, czy to nie ty napisałeś, że 
wrogowi   można   wprawdzie   wybaczyć,   ale   profilaktycznie   należy   go   potem 
zlikwidować...
Stalin zrobił się blady jak ściana.

- Co ze mną zrobicie? Zabijecie umarłego?!
- Nie, wyślemy cię do jeziora płomieni... Wedle dostępnych nam danych, 

łączy się ono z prawosławnym piekłem, więc, można powiedzieć, trafisz gdzie 
twoje miejsce - rzekł Feliks Edmundowicz.

-   Jak   to,   ateistę   do   piekła?!   -   zdumiał   się   Stalin.   -   Mam   tu   pewne 

wątpliwości natury teologicznej. Jak wiecie, studiowałem w seminarium. A więc z 
racji mojego wykształcenia...

- Szczegóły wyjaśnią ci na dole. - Włodzimierz Iljicz uciszył go gestem.

A   potem   nacisnął   dzwonek.   Do   wnętrza   weszli   czterej   łagiernicy.   Musieli 
otrzymać instrukcje już wcześniej, bowiem bez słowa obalili więźnia na ziemię i 
wykręciwszy   mu   ręce,   spętali   drutem.   Pośrodku   obozu   znajdował   się   szyb 
nakryty metalową zapadnią. Ustawili na niej wodza. Kat położył dłoń na wajsze 
zwalniającej blokady.

Józef   Wissarionowicz   przetoczył   przerażonym   spojrzeniem   po   placu   i 

teraz dopiero spostrzegł rozpięty pomiędzy barakami transparent:

TYM RAZEM NA ZBUDOWANIE KOMUNIZMU MAMY CAŁĄ WIECZNOŚĆ

- Gówno! I tak wam się nie uda! - wrzasnął.

Klapa szczęknęła mu pod nogami. Lenin się nie pomylił. Resztę wątpliwości 
teologicznych wyjaśniono Stalinowi na dole.

KONRAD LEWANDOWSKI I ANDRZEJ 

background image

PILIPIUK

  

ROSYJSKA RULETKA

Redaktor naczelny Obleśnych Nowinek wyjechał akurat na urlop, więc przybyły z 
ulicy młodzieniec o wyglądzie przeuczonego wiecznego studenta, z rodzaju tych, 
co to w kółko zmieniają wydziały i nie mogą poprzestać na jednym ani nawet 
trzech fakultetach, został skierowany do jego zastępcy. Z równym skutkiem 
mógłby zostać wysłany na rozmowę ze ślepym o kolorach. Zastępca, pucołowaty 
człowieczek w drucianych okularach, z bokobrodami, był bez wątpienia 
wytrawnym potakiwaczem, jakich wielu wyprodukowała świeżo miniona epoka 
PRL-u, jednak rozmowa z interesantem zdecydowanie przerastała jego 
możliwości intelektualne. Zwłaszcza że wisiało nad nim widmo podjęcia 
samodzielnej decyzji.

         - Może zaproponuje pan listę tematów, którymi chciałby się pan zająć? My 
rozpatrzymy i damy odpowiedź...

         - A jakich tekstów potrzebujecie? - Młody człowiek zdecydowanie odmawiał 
okazania zrozumienia dla kompetencyjnej męki zastępcy naczelnego.

         - Ma pan coś gotowego?

         - Nie. Napiszę artykuł na wskazany temat - tłumaczył cierpliwie 
młodzieniec.

         - Na każdy?

         - Tak.

         Pełniący obowiązki naczelnego ciągle nie rozumiał.

         - Ale o czym chciałby pan pisać?

         - A czego w tej chwili potrzebujecie?

         - No, ale co chciałby pan nam zaproponować, panie...

         -Tomaszewski . RadosławTomaszewski ...

         - Skoro nie wie pan, co pan chce napisać... - Zastępca zmarszczył niskie 
czółko, omal mu druciane bryle nie spadły. Powoli zaczynał dochodzić do 
wniosku, że ma do czynienia z sabotażystą nasłanym przez konkurencję.

background image

         - Szukam pracy. - Młodzieniec zaczął z innej beczki.

         -Aaa , to trzeba było tak od razu! Nie mamy wolnych etatów.

         - Dlatego chciałbym zacząć od stałej współpracy. Czy macie 
zapotrzebowanie na jakiś temat?

         - Nasi dziennikarze sami szukają tematów - odrzekł wyniośle zastępca 
naczelnego.

         - Myślałem, że je wymyślają...

         - Co proszę?

         W tym momencie postanowiła interweniować sekretarka, przysłuchująca 
się rozmowie przez szparę w uchylonych drzwiach. Weszła do gabinetu i zaczęła 
coś szeptać szefowi do ucha. DoTomaszewskiego dotarły słowa "stażysta", 
"egzorcyzmy" i "lubelszczyzna".

         - Tak, ale przecież tamten nie wrócił... - zaoponował zastępca redaktora 
naczelnegoObleśnych Nowinek i w tym momencie w jego oczach zapłonął 
wreszcie błysk inteligencji. On i sekretarka jak na komendę spojrzeli 
naTomaszewskiego i uśmiechnęli się czarująco...

Drzwi ozdobione sugestywnym napisem WITAMY W KRAINIE, GDZIE OBCY 
ZGINIE otworzyły się ze zgrzytem nigdynieoliwionych zawiasów. Jakub oderwał 
mętne spojrzenie od kufla z perłą i popatrzył w stronę wejścia. W drzwiach 
stanęła wysoka sylwetka odziana w mundur rosyjskiej kawalerii z pierwszej 
wojny światowej.

Jakub rozpoznał we wchodzącym swojego druhaSemena . Posunął się kawałek, 
robiąc miejsce na ukradzionej z parku ławce. Stary kozak zmrużył oczy 
podrażnione dymem papierosów najpośledniejszego gatunku.

Wnętrze knajpy, jak zwykle w dzień targowy, wypełniał tłum ludzi. Jedni oblewali 
udane interesy, inni przepijali zarobione pieniądze. Ci, którym handel poszedł 
kiepsko, pili na zeszyt. Teraz, trochę po północy towarzystwo osiągnęło 
odpowiedni stopień napojenia. Ajent za ladą z zadowoleniem liczył zyski. Tego 
dnia naprawdę poszaleli. Z płynnego towaru został mu tylko denaturat i 
truskawkowapryta na siarce.

Semen z rozmachem klepnął koło Jakuba i wydobył zza pazuchy słoik po 
ogórkach. Przyjaciel ostrożnie przelał mu połowę zawartości swojego kufla.

         - Co cię sprowadza? - zapytał.

background image

         - Ano, dwie sprawy. - Przybysz zdjął papachę i otarł rękawem czoło. - Duża 
i mała.

         - No to zacznij od dużej - uśmiechnął się egzorcysta, pociągając łyk piwa.

Kozak też zwilżył gardło.

         - Kudłacz znowu wlazł w szkodę - powiedział. - Ludziska ze Starego 
Majdanu cię szukali w tej sprawie.

         - A ja, widzisz, tu na trochę zakotwiczyłem - powiedział Jakub. - Od czasu 
do czasu trzeba nerki popłukać...

         - Kotwiczysz w tej knajpie już trzeci dzień - mruknął kozak. - Co zamierzasz 
z tym zrobić? O kudłaczu mówię...

         - A co, beze mnie sobie nie poradzili?

         - Pogonili go pochodniami, ale zaszył się w lesie i pewnie jeszcze wróci.

Egzorcysta kiwnął głową.

         - Przelazłsukinkot przez wąwóz. Małpy nie upilnowali.

- Nie wiem, dawno nie zaniosło mnie do Dębinki - mruknąłSemen . - Nie lubię tej 
krainy latających siekier.

         - A czego ode mnie chcą? - Jakub znowu stracił wątek..

         - Chcą, żebyś wykończył kudłacza. Kilkaset złotych zebrali na nagrodę dla 
ciebie. No i balanga będzie jak zwykle. Stawiają napoje.

Brwi egzorcysty uniosły się z uznaniem.

         - Znaczy, bardzo im za skórę zalazł - mruknął. - Jakie straty?

         -Josifowi poszalał na plantacji truskawek. Z ćwierć hektara wydeptał, ile 
zeżarł, trudno powiedzieć. Markowirozpierniczył tartak. Przeszedł po suszącej się 
tarcicy, dwadzieścia metrów sześciennych dechy diabli wzięli. Na opał to się już 
tylko nadaje. Tomaszowi wlazł do stodoły. Zeżarł coś z pięć metrów kartofli, 
wysuszył zacier z beczki i rozwalił aparaturę. Pawłowi ze spichrza wyżarł ze trzy 
worki owsa, a potem jeszcze rozdeptał warchlaka... U mnie czochrał się o traktor. 
Będę musiał kupić nowy... O przewróconych płotach nie wspomnę... Zniszczenia 
tak czy siak wielkie.

background image

Wędrowycz kiwnął ponuro głową. Strasznie mu się nie chciało wychodzić z 
knajpy.

         - A u ciebie - dorzucił kozak - jabłonkę złamał i część śliwek poobrywał. 
Zielonych. Może mu zaszkodzą?

         - Kudłacze mają odporność na różne takie - powiedział Jakub. - Pamiętam, 
jak kiedyś taki oskubał dwie grusze z owoców i popił surową wodą. Człowieka by 
zabiło, a on dwa dni potem raczył się jeszcze chmielem z plantacji i też nic. 
Żołądek jak koza. Nawet gazety z kiosku potrafi wyżreć, jak go głód przyciśnie. 
Więc chcecie, żebym go skasował?

         - Tak.Miszczuk nawet wspominał, że ci pancerfausta użyczy.

         - E... - machnął ręką egzorcysta. - Zrobię tradycyjnie. Dawno nie było 
okazji, to trzeba z honorem pójść. Tak jak za ojców to robiono. Dzidą i szabelką...

Semen skinął głową.

         - Takaż i moja wiedza - powiedział. - I ludziska też tak myślą, dlatego 
wynajęli ciebie, boJózwa chciał iść z pepeszą... Ale mu nie dali.

         - Znam tę jego pepeszę - uśmiechnął się Jakub. - Pamiętam, jak poszedł z 
nią na dzika. Ledwo go wtedy odratowali. Wpakował cały talerz amunicji, a ani 
jeden pocisk nie trafił do celu... A ta druga sprawa?

         - Facet do ciebie przyjechał. Z Warszawy.

Brwi Jakuba uniosły się w lekkim zaskoczeniu.

         - A on niby kto? - zapytał. - Klient czy może pacjent?

         - Ani to, ani to. Mówił, że dziennikarz czy jeszcze nie dziennikarz. Sam 
wiesz, że ja tego miejskiego akcentu nie trawię. Nie szło po prostu wyrozumieć.

         - I co on? Poszedł w diabły?

         - Nie. Najpierw robił zdjęcia we wsi, ale go pogonili, a teraz czeka na 
ganku, aż wrócisz.

         - No cóż. W takim razie trzeba iść - mruknął Jakub, wstając zza stolika.

Dopił piwo i trzasnął kuflem o ścianę. Na szczęście.

         - Barman! - zakrzyknął.

background image

         - Jestem ajentem - jęknął ajent zza lady. - Tyle razy cię, Jakub, prosiłem...

         - Konia!

         W pięć minut później osiodłana chabeta czekała przed lokalem.Wędrowycz 
zręcznie wskoczył na siodło i pokłusował w ciemność.

         Klacz, uderzona w boki obcasamigumofilców , zręcznie przeskoczyła płot i 
opadła na podwórze. Jakub zeskoczył z siodła. Nieznajomy siedział na ganku. 
Drzemał wyraźnie. Staruszek uśmiechnął się lekko, wyciągnął zza paska 
odrapany rewolwer i strzelił dziennikarzowi nad uchem. Ten poderwał się, a 
widząc przed sobą uzbrojoną postać w czarnej esesmańskiej kurtce, przeżegnał 
się odruchowo.

         -Hy , znaczy, religijny człowiek - mruknął Jakub.

         Gość, otrząsnąwszy się z pierwszego wrażenia, wyciągnął dłoń na 
powitanie.

         - Jestem RadosławTomaszewski ...

         - A ja jestemWędrowycz , JakubWędrowycz - oświadczył gospodarz z 
godnością.

         Złapał gościa za rękę, uścisnął, a potem odwrócił ją grzbietem do dołu i 
popatrzył na linie.

         -Hy . Ciekawe rzeczy tu napisane. Ale to i owo trzeba by poprawić - 
mruknął... - Najlepiej brzytwą albo kawałkiem szkła...

- Napisałem list, że przyjadę.

         - A, list - mruknął egzorcysta. Z kieszeni wydobył strasznie pomiętą 
kopertę. Była jeszcze ciągle zaklejona. W cholewy buta wyciągnął bagnet i 
rozpruł ją artystycznie. Przez chwilę wpatrywał się w równe rządki liter.

         - To znaczy twój list? - Pokazał papier przybyszowi.

         - Nie, to z urzędu skarbowego. -Tomaszewski rzucił okiem na blankiet. - Tu 
piszą, że przyślą policję.

         - A niech spróbują. - Egzorcysta rzucił papier na ziemię i jął przeszukiwać 
kieszenie. Niebawem znalazł kawałek następnego pisma.

         - To chyba był twój - mruknął. - Dobry papier do skrętów. Cholera, chyba 
zapomniałem wcześniej przeczytać... Najlepiej opowiedz własnymi słowami. I nie 

background image

stójmy tak. - Nacisnął klamkę otwierając drzwi.

         Z wnętrza domu powiało wonią dawnoniepranych skarpetek, ogryzionych 
kości, rdzy oraz myszy. Jakub zapalił światło i myszy uciekły. Reszta została na 
miejscu, chociaż skarpetkom niewiele brakowało, by pobiec śladem gryzoni.

         - To jaka gazeta cię nasłała? - zagadnął gospodarz.

         - TygodnikObleśne Nowinki - odpowiedział natychmiast przybysz.

         - Obleśne nowinki... - wycedził Jakub. -Hmmm . Dawno nie zrobiłem nic 
specjalnie obleśnego, ale jeśli przywiozłeśviagrę , to tu po sąsiedzku mieszkają 
takie młode dupcie...

         - Mam coś bardziej ekologicznego. -Tomaszewski sięgnął do torby i 
wydobył butelkę z żółtawym płynem, w którym pływały drewniane szczapki.

         - Bimber? -Wędrowycz ocenił zawartość okiem fachowca.

         - Sam destylowałem - pochwalił się gość.

         - De... co?

         - Pędziłem. -Tomaszewski spopularyzował termin fachowy.

         - Pędzi, znaczy, swój... - mruknął do siebie Jakub i popatrzył życzliwiej na 
gościa. Bez słowa postawił na stole dwie musztardówki i wziął butelkę od 
dziennikarza.

         - Po co te patyki? - Popatrzył pod światło.

         - To dębowe drewno, dodaje smaku - wyjaśniłTomaszewski .

         - Zobaczymy... - Jakub wprawnym cięciem bagnetu odrąbał szyjkę butelki 
razem z korkiem. Nalał.

         - Za interes - wzniósł toast dziennikarz.

         - Niech będzie interes. -Wędrowycz wypił i mlasnął. - Czysty ten bimber, 
prawie jak sklepowa wódka - stwierdził.

Tomaszewski spokojnie opróżnił swoją musztardówkę.

         - Musi być czysty - odparł. - Destylowałem według matematycznego 
wzoru...

background image

         Jakub omal się nie zakrztusił.

         - Mogę zapisać. - Dziennikarz nie zwrócił uwagi na gospodarza. Wyjął 
kartkę, długopis i zrobił sobie trochę miejsca, przegarnąwszy kości na środek 
stołu. Napisał: "C=-0,0984T2+13,78T-389,7".

         - Co to takiego? -Wędrowycz z powagą podrapał się w głowę.

         - Na podstawie tego wzoru, mierząc temperaturę pary zacieru na wejściu 
do chłodnicy, obliczamy moc skraplającego się w danej chwili destylatu w 
procentach masowych - wyjaśnił Radosław. - Potem trzeba to jeszcze uśrednić 
albo lepiej scałkować metodą trapezów i uzyskujemy moc gotowego bimbru. To 
równanie kwadratowe, zwane ParaboląPrzewodasa , jest fragmentem krzywej 
równowagi fazowej dla układu alkohol-woda. Daje prawidłowe wyniki w zakresie 
temperatur 79-99 stopni Celsjusza.

         Jakub namyślał się chwilę, po czym wreszcie zrozumiał.

         -Nu , znaczy, z matematyki też można pędzić - stwierdził.

         - Tylko z kamienia nie utoczysz... - odrzekł filozoficznie Radosław.

         - Jak to nie?! - zaprotestował Jakub i wyciągnął litr karbidówki.

        Tomaszewski obudził się w sianie.

         Delikatnie mówiąc, czuł się sobie szalenie obcy i bardzo pragnął znaleźć 
się gdziekolwiek, byle z dala od własnej głowy. Albo lepiej, pozbyć się głowy... 
Odzyskawszy zdolność postrzegania rzeczywistości stwierdził, że jego kurtkę i 
spodnie pokrywa jasnobrązowa masa, która pachniała i smakowała jak 
musztarda. Chyba więc musiała być musztardą. Była także w kieszeniach i w 
portfelu... Sam Radosław był w stodoleWędrowycza . Skojarzywszy ten fakt, 
dziennikarz wytoczył się na zewnątrz.

         Jakub trzymał w ustach pęk gwoździ, a w ręku młotek. Mocował wyrwane z 
zawiasami drzwi z powrotem do futryny.

         - Czy to przypadkiem nie ja?... - Gość mozolnie poszukiwał wspomnień. - 
Przepraszam...

-Yyc ...ę nie ...ało- odparłWędrowycz z ustami pełnymi gwoździ.

         - Już myślałem, że mnie przepijesz - powiedział Jakub z uznaniem, gdy 
kwadrans później siedli do śniadania.Tomaszewski patrzył martwym wzrokiem 
na chleb i boczek. -Nu ty naraz zawołałeś, że teraz pokażesz mi, jak pije pismak 
z brukowca, ale zamiast pokazać rozsmarowałeś na kocu słoik musztardy, potem 

background image

się w ten koc zawinąłeś i wybiegłeś na podwórko nie otwierając drzwi...

Radosław z wysiłkiem pokiwał głową i nic nie powiedział.

         - Rozumiem... -Wędrowycz popatrzył na niego krytycznym wzrokiem. - 
Trzeba klina... - Wyjął drugą butelkę karbidówki.

Tomaszewski wykonał gest, jakby chciał uciec, tym razem przez ścianę.

         - Tylko spokojnie - mówił Jakub, zbliżając się z pełną musztardówką do 
przywartego do ściany pacjenta. - Albo się porzygasz, albo ci się rozjaśni we łbie, 
tak czy owak będzie lepiej...

Trafiło się to pierwsze. Pobladły dziennikarz zatykając dłonią usta wypadł na 
podwórko i zawisł na płocie. Tym razem przezornyWędrowycz drzwi pozostawił 
otwarte.

Do miotanego nadciągającymi torsjamiTomaszewskiego zbiegło się stadko kur. 
Stanęły i patrzyły wyczekująco. Gdy chlusnął paw, rzuciły się wydziobywać 
resztki jedzenia. Przede wszystkim z towarzyszki, która podeszła zbyt blisko.

         - Nigdy więcej potrawki z kury... - mruknął do siebie Radosław odzyskując 
humor.

         - No, tośmy jednego demona wypędzili - skwitował egzorcysta na widok 
gościa wchodzącego do izby w znacznie lepszym stanie. Jeśli pominąć 
musztardę. - Możemy zaczynać od nowa...

         - Nie, dziękuję, ja poproszę zsiadłego mleka.

         - Mleka? - zafrasował sięWędrowycz . - Muszę poprosić sąsiadów... hm... 
co oni sobie o mnie pomyślą?Nu trudno, gość w dom... - Wstał i wyszedł.

        Tomaszewski zabrał się za czyszczenie kurtki.

         Jakub zapakował do torby osikowy kołek i młotek. Podostrzył bagnet na 
szlifierce.

         - Tym razem go załatwię - mruknął cicho i mściwie.

         - Kogo chcesz załatwić? - zapytałTomaszewski .

         Egzorcysta uśmiechnął się.

         - Wisielca. Wolisz oglądaćegzorcyzmy czy polowanie na kudłacza?

background image

         - Opisegzorcyzmów wydrukują mi na pewno, polowania nie jestem pewien - 
wyjaśnił Radosław. - W każdym razie wysłali mnie tu, bym zrobił reportaż z 
wiejskichegzorcyzmów .

Jakub zaszedł do szopy i wyciągnął parę czarnych oficerek trochę 
ponadgryzanych przez myszy.

         -Trza lepsze buty założyć - oznajmił. Ściągnąłgumofilce i odkleił od nóg 
onuce. Spod warstwy szarej szmaty błysnęły ogniście zielone, pocerowane 
skarpetki.

        Tomaszewski uniósł brwi.

         - Intensywny kolorek - zauważył.

         -Hy . A ty wiesz właściwie co to za skarpetki? - W głosie Jakuba zabrzmiała 
duma. - Histeryczne! Mój tatko pracował w hotelu w Chełmie, jak zatrzymał się 
tam doktorLasker .

         - Ten słynny szachista?

         - Właśnie. I widzisz, z podłogi gwóźdź sterczał, więc doktordepnął i rozwalił 
sobie nogę razem ze skarpetką. Potem rozerwaną i tę drugą, całą parę 
znaczy,bach do kosza na śmieci. A mój tatko wyciągnął. Szachiści chcieli od 
niego odkupić, ale on się zaparł, że nie. Zapiszę je w testamencie mojemu 
wnusiowi...

         - Dużo z nich do tego czasu nie zostanie. -Tomaszewski przesiadł się, by 
być po zawietrznej.

         -Nu , nieważne... - Egzorcysta zaczął wciągać but.

         - A te buty też takie słynne? - zaciekawił się gość.

         - Buty? Nie wiem. Może i tak, bo właściciel pisał się von coś tam...

         - Skąd je masz?

         - Zabrałem jednemuesesmańcowi , psia jego mać! Małą miał nogę, 
musiałem przez trzy miesiące lać do środka denaturat, zanim się dopasowały do 
mojej.

         - Zabrałeś esesmanowi buty? I nie protestował?

         - A czym miał protestować, jak mu najpierwupitoliłem głowę szablą? - W 
szlufki spodniWędrowycz wsunął nowy, izolowany kabel i zakręcił go przy 

background image

rozporku w fantazyjny węzeł. - Jak jesteś gotów, to możemy ruszać.

         - No to w drogę. -Tomaszewski poderwał się raźno, poprawiając aparat 
fotograficzny.

         Przeszli przez wieś, potem wdrapali się na wzgórze. Tu pod lasem rosło 
rozległe kartoflisko. Znaczy, już nie rosło. W ziemi widać było głębokie wyrwy, 
stratowane kartoflane łęty poniewierały się wokoło. Gdzieniegdzie błyszczał bielą 
nadgryziony kartofel.

         - Co tu się działo? Dziki weszły w szkodę?

         - Nie dziki, tylko kudłacz - powiedział Jakub ponuro i splunął. - Wiele razy 
mówiliśmy tym z Dębinki, żeby ich lepiej pilnowali, ale gdzie tam. Śmieją się w 
żywe oczy, pokraki.Nu i chyba trzeba będzie kudłacza im skasować...

         - Co to ten kudłacz? Niedźwiedź?

         - Szkoda gadać. Póki nie zobaczysz, nie uwierzysz.

         - Dokąd idziemy?

         - Ano, po drodze do Dębinki jest wąwóz... nazywa się Szubienica. - Jakub 
skręcił zręcznie skręta z machorki i zaciągnął się aromatycznym dymem.

         - Szubienica? Ciekawa nazwa.

         - Ano, ciekawa i w pewnym sensie pamiątkowa - powiedział egzorcysta 
spluwając kawałkiem papieru pakowego, który wraz z cugiem dostał mu się do 
ust. - KołoWojsławic są dwie takie, ale to po Żydach, co ich tam wieszali, a tu 
była grubsza spawa.

         - Jak gruba?

         - Ano, przyjechał taki durny inkwizytor żeby ochrzcić Dębinkę. No i umyślił 
sobie, że najpierw musi powiesić kapłana. I dureń go powiesił, choć moi 
przodkowie postulowali na stosie spalić, a popiół osikowymkołeczkiem ... Nie 
posłuchał. A teraz kapłan łazi nawet w biały dzień.

        Tomaszewski pokręcił głową.

         - Znaczy straszy?

         - Ano, można tak powiedzieć. - Jakub znowu splunął. - Ludziska u nas 
mądre, wiedzieli, że kapłana trzeba zneutralizować, ale inkwizytor uparł się, żeby 
go powiesić, bo to niby większa hańba. No i miał za swoje. Coś mu krew wypiło 

background image

drugiej nocy. No, ale potem Dębinkę faktycznie ochrzczono. Więc tak jakby na 
jego wyszło...

         - Zaraz, zaraz. Kiedy to było?

         - Co było? - nie zrozumiał Jakub.

         - No, ten chrzest w Dębince?

         - Gdzieś zaSobieskiego . Nasi pogonili pogan pod Wiedniem i lud tutejszy 
też chciał z pogaństwem powalczyć, no to poszli do Dębinki - wyjaśnił. - 
ŻebySobieski baty zebrał, to do tej pory nic by pewnie z tego nie było. A tak 
świadomość religijna się rozbudziła i katastrofa.

         - A ten kapłan?

         - Co kapłan?

         - Co to była za religia?

Wędrowycz odrzucił peta.

         - No, taka tam, pogańska - cierpliwie tłumaczył. - Mieli taki, znaczy 
kamienny słup z czterema gębami, po jednej z każdej strony, i przed nim ognie 
palili i dzieciaki zarzynali. Tak przynajmniej ludziska mówili - mruknął.

         - Czyli tu jeszcze w końcu siedemnastego wieku byli prawdziwi poganie? - 
zapytałTomaszewski po namyśle. - Jakim cudem się uchowali?

         - A po lasach pewnie - wyjaśniłWędrowycz . -Nu , nie miel ozorem. 
Niedługo będziemy na miejscu.

         - Czekaj, bo potrzebuję do artykułu informacji... A ten wąwóz... 
Szubienica...

         - To najkrótsza droga do Dębinki - powiedział Jakub niechętnie. - Bo można 
jeszcze od drugiej strony, groblą przez bagna. Tylko tam niebezpiecznie, bo 
szosa wąska. Jak wpadł kiedyś radiowóz, to go dopiero po pięciu latach ci ze wsi 
wyciągnęli.

         - Kiedy straszy w wąwozie?

Egzorcysta westchnął.

         - W wąwozie straszy zawsze o zmroku i w południe. Po zmroku to 
normalnie, duchy zawsze rozrabiają od zachodu słońca aż do wschodu, choć 

background image

niektórzy twierdzą, że jak kur zapieje, to już nie. Kiedyś sam w to wierzyłem i 
mało się nie przejechałem.At , nieważne.

         - A jak ten duch wygląda?

         - A tego właśnie nie wiadomo. Opowiadali jeszcze przed wojną. Jechał 
kupiec z Dębinki, było południe, wjechał do wąwozu od tamtej strony, a z tej 
wybiegł tylko koń z wozem. Koń zupełnie zwariował. Bał się wszystkiego. Słońca, 
wiatru, wystarczył szelest, a ten kładł się na ziemi. No to go w końcu dobili, bo 
nie mogli patrzeć, jak się chudoba stracha.

- A co z kupcem?

- Ano przepadł bez śladu. Przeczesali nasi wąwóz, żadnego znaku, nic. Pogadali 
z tymi z Dębinki, ale oni mówili, że pojechał. Pewnie tym razem mówili prawdę, 
bo na wozie został towar i pieniądze, a oni by tego tak nie zostawili.

- Taka złodziejska wiocha? - zagadnąłTomaszewski .

- Jeszcze jak. - Jakub znowu splunął. - Potem był przypadek zaraz po wojnie. 
Dwaj aktywiści partyjni poszli nawracać małpy na komunizm.

- Jakie znowu małpy?

- A bo my tak przez złośliwość nazywamy tych z Dębinki - wyjaśnił egzorcysta. - 
No więc mieli pecha, poprzez wąwóz szli znowu w południe. Co tam zobaczyli, 
nie wiadomo. Jednego znaleźliśmy przed wieczorem, nie żył już. Lekarz mówił, 
że to serce, znaczy, zawał go powalił na miejscu. A drugi się znalazł na trzeci 
dzień. Siedział nad rzeką, w oczach pustka, siwy jak gołąbek i miał przewieszoną 
przez plecy pepeszę. Talerz pusty, znaczy, wywalił w coś całą serię, ale to nie 
pomogło. Zabrali go do Chełma, do szpitala dla wariatów, po kilku latach doszedł 
do siebie i napisał raport dla partii. Sugerował, żeby wieś i wąwóz zlikwidować 
bombą atomową.Nu , to potem znowu go do wariatów wsadzili. Potem wypuścili. 
Przyjechał tu i poszedł do Dębinki, przez las, naokoło. I nikt go więcej nie widział. 
Ci z Dębinki twierdzili, że nie doszedł, ale czy to prawda? Musi go zabili...

- A nie próbował nikt sprawdzić, co się tam dzieje?

- Ano, durnie tacy też byli. Tam w południe raczej wjechać się nie da, bo konie 
płoszy zaraz koło wejścia, ale jeden próbował traktorem. Znaczy, wrzucił dwójkę 
do jazdy terenowej, zablokował kierownicę i pedał od gazu, i pojechał. To w 
wąwozie nie chciało go widać zabić, bo on po babce był z Dębinki ponoć, 
faktycznie morda trochę nie nasza. Więc na początku zgasł mu silnik. Ale on się 
uparł. Następnego dnia silnik naprawił i pojechał. Gumę złapał. Dopiero na trzeci 
dzień wjechał do środka. No i nawet wyjechał po drugiej stronie. Tylko że dziwnie 
wyjechał. Traktor był okopcony, jakby przez ogień, a zegarek na ręce pokazywał, 

background image

że on tam sześć godzin spędził, a nie dwadzieścia minut.

-Hmm . I co ciekawego opowiedział? - zainteresował sięTomaszewski .

- Nic nie powiedział, bo mu coś głowę urwało. I bebechy trochę bokiem wyciekły 
przez tę dziurę.

- Dziurę?

- No, pod żebrami miał taką ranę, jakby go koparka zaczepiła, ale to raczej nie 
była koparka, boby go z siodełka zrzuciło.

-Hmm . A ty, taki wybitny egzorcysta, nie próbowałeś przewąchać, co się tam 
dzieje?

- A co tu do wąchania? Kapłana powiesili, to on się teraz mści. Tych z Dębinki 
nie rusza, ale obcych kasuje jak leci. Musi dusza spokoju nie może zaznać. Ale 
my ją uspokoimy... - uśmiechnął się ponuro Jakub, macając przez płótno torby 
solidny osikowy kół.

- Daleko ten wąwóz?

Jakub zamiast odpowiedzieć pokazał. Stali u wejścia do potężnejdebry , wymytej 
przez wodę w lessowych wzgórzach. Na szczycie urwiska rósł gęsty, mroczny 
las. Przez wąwóz biegła droga miejscami utwardzana żużlem.

         - No to co, idziesz pisać artykuł czy zawracamy? - zagadnął Jakub. - 
Jeszcze się możemy wycofać.

         - Chodźmy - zdecydował sięTomaszewski .

Odważnie wkroczyli pomiędzy lessowe ściany. Na dnie było zupełnie cicho. 
Powietrza nie poruszał najlżejszy nawet wietrzyk. Ptaki umilkły.

         - Wkrótce południe - powiedział Jakub. Z torby wyjął kuszę i naciągnął ją 
korbą.

.        - Ładna - zauważył Radosław. - Skąd ją wytrzasnąłeś?

- A kupiłem kiedyś od takich łebków, co się bawili w rycerzy. Sukinsyny dużo 
chcieli, ale dobra jest. - Egzorcysta położył na prowadnicy zastrugany osikowy 
kołek, a palce wygodnie oparł na spuście. - To tylko na wszelki wypadek. - Jego 
twarz przyozdobił szeroki, szczery słowiański uśmiech.

Nie uszli kilkudziesięciu kroków, gdy nieoczekiwanie obok drogi na żółtej 
powierzchni dna wąwozu zarysowała się rozległa rdzawa plama.

background image

         -Hmm - mruknął Jakub - co też to mogło być?

Przez chwilę kopał butem. Spod ziemi zaczęło wyłaniać się więcej szczegółów.

         - Motocykl - zauważyłTomaszewki .

Wędrowycz kiwnął głową potwierdzając jego diagnozę.

- Czyli gdzieś tu musi być też motocyklista - powiedział.

Rzeczywiście, parę kroków dalej z ziemi sterczał kawałek skórzanej kurtki. Jakub 
wydobył z torby saperkę i zaczął kopać. Pod kurtką był motocyklista, a raczej to, 
co z niego zostało. A zostało niewiele. Dziennikarz pochylił się nad kupką kości. 
Jako pierwszą wygrzebał pomiętą i zrudziałą legitymację prasową. Na okładce 
całkiem wyraźnie można było odczytać wytłoczony srebrnymi literami 
napis:Obleśne Nowinki .

- To mój poprzednik zwolnił etat... - stwierdził popadając w zadumę. - Ciekawe, 
co też mu zaszkodziło?...

- Może nasz bimber? - rzucił od niechcenia Jakub.

         - W czaszce jest dziura... -Tomaszewski uważnie oglądał szczątki. - To nie 
mógł być tutejszy bimber, chociaż, faktycznie, mocno łupie w czerep. Tu w 
robocie było narzędzietępokrawędziaste , na przykład młot lub obuch siekiery, 
no, może dłuto... Czyżby ktoś chciał się dostać do mózgu?...

         Ujął w dłoń kawałek kości udowej.

         - Ta z kolei została rozłupana wzdłuż jakby dla szpiku... Wygląda na 
kanibalizm, ale na naszych ziemiach uprawiała go po raz ostatni 
kulturaprzeworska , gdzieś w drugim wieku naszej ery... - Dziennikarz sięgnął po 
aparat fotograficzny.

         - Tylko że wtedy ludzie nie jeździli na motorach. - Jakub kopnął pogięte 
blachy wraku.

         - Uśmiech, proszę... -Tomaszewski przesunął czaszkę tak, by żuchwa była 
bardziej na bakier.

Koło silnika błysnęło coś. Radosław schylił się szybko.

         -Tylczak ! - zawołał zachwycony. - Jaki piękny okaz.

         - Coś ty tam znalazł? - OczyWędrowycza zabłysły chciwością.

background image

         - Kamienny grot od włóczni, chyba kulturaoryniacka ... Idealnie 
zachowany... Każde muzeum chętnie wzbogaci swoje zbiory. Na naszych 
ziemiach jak do tej pory znaleziono tylko kilka sztuk. Wiem, bo w zeszłym roku 
pracowałem jako kopacz na wykopaliskach. Douczyłem się przy okazji.

         - To jakie to jest stare? - zagadnąłWędrowycz .

         - Paleolit.

         - A na nasze?

         - Ma gdzieś sześćdziesiąt, no, może czterdzieści tysięcy lat.

Egzorcysta pokiwał głową.

         -Nasi to zrobili?

         - Niezupełnie, neandertalczycy.

         - Ruszajmy dalej - ponaglił go egzorcysta. - Zbliża się południe...

         Powędrowali dnem wąwozu. Jakub pilnie rozglądał się wokoło.

         - Czego szukamy?

         - Niedużego ceglanego fundamentu, który był kiedyś podstawą szubienicy - 
wyjaśnił Jakub. - Pewnie zostało z niego tylko parę cegieł... Ale znaleźć musimy.

         W tym momencie Radosław pochylił się ponownie.

         - I co tym razem?Eee , znowu kamień...

         - Tłuk krzemienny, tak zwanypięściak . Bardzo masywny, też 
prawdopodobnie kulturaoryniacka .

         Jakub obejrzał znalezisko.

         -Phi - mruknął pogardliwie. - Wywal w cholerę. Jak byś chciał, to 
ładniejszych nazbieramy.

         - Macie tu tego więcej?

         - W Dębince na kopy się tego wala.Nu , my tu nie na badania 
archeologiczne przyszliśmy, tylko chciałeś mieć artykuł oegzorcyzmach .

background image

         - Wszystko mnie interesuje - mruknąłTomaszewski . - Charakter już taki, a i 
nie codziennie znajduje się tak cenne okazy...

         - Znaczy ty z tych, co to ciągle z nosem w książkach siedzą? A nie szkodzi 
to aby na rozum?

         - Wiedza jak spirytus, tylko tęgiej głowie służy...

         Ruszyli naprzód. Jakub omiatał wzrokiem ściany wąwozu, a kusza 
dzierżona twardą spracowaną ręką obracała się za jego spojrzeniem.

         - Kawałek cegły - zameldował jego towarzysz, który w poszukiwaniu 
kolejnych zabytków wciąż badał ziemię.

Wędrowycz z rezygnacją wzniósł oczy ku niebu.

- Chyba dość stara, bo są na niej takie rowki jak od palców. Chyba była ręcznie 
wygładzana. Ostatnie takie robiono u nas w czasie baroku, czyli zaSobieskiego .

         Kawałków cegły pojawiało się stopniowo coraz więcej, aż wreszcie wśród 
leśnej ściółki zarysował się spory prostokąt.

         - Mamy fundament - powiedziałWędrowycz . - To ani chybi domek kata, a 
szubienica pewnie była tam. - Wskazał gestem kilka cegieł tworzących coś w 
rodzaju kominka.

Pośrodku, w otworze tkwiły jeszcze resztki przegniłego drewna.

         - Co teraz chcesz zrobić? - zapytałTomaszewski .

         - Ano, trzeba ustalić, gdzie tego bydlaka pogrzebano. Pewnie na zachód od 
szubienicy. -Wędrowycz wbił saperkę w pylisty lessowy grunt.

         - Tu nie ma i tu też nie - mruczał coraz bardziej zdenerwowany, kopiąc 
fantazyjnie pozawijaną transzeję.

Dziennikarz siadł wygodnie na fundamencie i zaczął rozglądać się po okolicy. 
Wszędzie było spokojnie. Ani śladu duchów albo upiorów.

         - Nie śpij, bo ci głowęupitolą - poradził muWędrowycz . - Która godzina?

         - Jedenasta trzydzieści. Sądzisz, że duchy znają się na zegarkach? 
Dlaczego miałyby grasować akurat punkt dwunasta?

         - Lepiej dla nas, żeby się znały...

background image

         - Może reagują na hejnał mariacki? -Tomaszewski dostrzegł dziwną 
sylwetkę siedzącą na drzewie po drugiej stronie wąwozu.

         - Zobacz, małpa - zwrócił uwagę Jakuba. - Spora jakaś. Goryl czy co? 
Czyżby z cyrku uciekła? Może wyznaczono nagrodę...

Egzorcysta uniósł głowę i przez chwilę wpatrywał się w tajemnicze zjawisko.

         - A, to - mruknął. -Eee , nic takiego. Człowiek, można powiedzieć.

         - Gdzie tam człowiek, popatrz no, jak siedzi...

         - Nie mędrkuj, tylko trochę pokop, podobno i na tym się znasz. - Wcisnął 
dziennikarzowi saperkę. - Ja będę pilnował. Stary już jestem, kręgosłup boli...

        Tomaszewski zabrał się do roboty, a jego towarzysz usiadł ciężko na murku 
i pociągnął niewielki łyk z bidonu, który miał za pazuchą. Kuszę na wszelki 
wypadek położył obok siebie, żeby mieć ją na podorędziu.

 Radosław podniósł się i otarł pot z czoła.

         - Nadal nic - powiedział. - O, więcej małp...

Na drzewach widać było już co najmniej pięć sylwetek.

         - Która godzina?

         - Za dziesięć dwunasta.

         - Dobra. Chyba pora się zbierać. Wrócimy po południu i jeszcze 
popracujemy...

         - Dziwne te małpy, bez ogonów...

         - To nie są małpy - powiedział Jakub ponuro.

         - Przecież ludzie nie chodzą po drzewach.

         - To miejscowe łepki nam się przyglądają - wyjaśnił egzorcysta. - Nie 
widzieli jeszcze archeologów przy pracy, to ciekawość ich bierze.

         - A czemu wyglądają tak pokracznie?

         - Bo pod kurtki nawpychali kradzionych jabłek. Wracamy. Bierz jeszcze 
kuszę, ja dość się nadźwigałem.

background image

         - I nogi mają jakieś krzywe... - Dziennikarz ujął broń.

         - To od alkoholizmu rodziców i braku substancji azotowych w glebie. W 
drogę!

        Tomaszewski popatrzył dziwnie na towarzysza i bez słowa wsunął saperkę 
za pas. Skierowali się w stronę Starego Majdanu. W tym momencie zza zakrętu 
wyłoniła się kilkunastoosobowa grupa pokracznych indywiduów, odcinając im 
powrotną drogę. Wszyscy mężczyźni mieli przypłaszczone dziurki od nosa, 
cofnięte brody, mocno zarysowane wały nadoczodołowe i bardzo niskie czółka. 
Szli powoli na pałąkowatych nogach, przygarbieni. W potężnych owłosionych 
łapach trzymali kijebejsbolowe , pręty zbrojeniowe,gazrurki , widły, a najstarszy, 
całkiem posiwiały, dzierżył krzepko włócznię z kamiennym ostrzem.

         Jakub szarpnąłTomaszewskiego za ramię, wyrywając go z poznawczego 
transu.

         - Chodu!

         Rzucili się do ucieczki przez wąwóz w stronę Dębinki. Pogoń, początkowo 
depcząca im po piętach, szybko została z tyłu.

         - Kiepsko biegają na tych krzywych girach! - wysapał Jakub. - Na dłuższy 
dystans można sobie poradzić.

         - Kurcze! - zawołał rozentuzjazmowany Radosław.

         - Pewnie, że pokurcze - zgodził sięWędrowycz .

         - Przecież to rasowi neandertalczycy! Jak z obrazka...

         - Gdzie tam. - Jakub machnął ręką. - To odCzarnobyla się porobiło.

         - Kamienne ostrza kulturyoryniackiej też odCzarnobyla ? O, w mordę!

         - Upiór nie zaczekał na hejnał - stwierdził ponuro egzorcysta.

W poprzek drogi, pomiędzy ścianami wąwozu powietrze zafalowało jak od 
wielkiego gorąca. Droga przestała być widoczna, pociemniało. W drgającej tafli 
zamajaczył cień, raczej sylwetka...

         - To jakby brama między światami... - stwierdziłTomaszewski . - Kto tam...

         - Kuszę! - syknąłWędrowycz . - Wyłazi...

         Dziennikarz nie zdążył oddać broni. Obłok mroku pomknął ku nim z 

background image

niesamowitą szybkością.

         - Strzelaj ty! - wrzasnął Jakub.

        Tomaszewski , składając się do strzału, potknął się o koleinę i w chwili gdy 
naciskał spust, kusząchybotnęło ku dołowi. Warknęła cięciwa i osikowy kołek 
poleciał w ciemność. Zabrzmiało przeraźliwe, upiorne wycie, od którego mógłby 
zmącić się rozum, gdyby nie pobrzmiewająca w skowycie nuta boleści. Falujące 
powietrze razem z postacią z mroku zwinęło się momentalnie w okrągły wir, ten 
skurczył się w punkt i zniknął. Znów było widać las i drogę przez wąwóz.

         -Nu , więcej szczęścia niż rozumu - pokiwał głową 
zdegustowanyegozorcysta . - Dobrze, że kołek urokiem obłożyłem, boby poleciał 
Panu Bogu w okno.

         - Przecież trafiłem i za...zabiłem. - Radosław dopiero teraz zaczął szczękać 
zębami ze strachu. -Zabił-łemdddemona !

         - Ech ty, nie zabiłeś.

         - Przecież trafiłem.

         - Ale nie w głowę ani nie w serce.

         - A gdzie? W brzuch?

         - Jeszcze niżej. Strzał poniżej pasa, można by rzec...

         - Osikowy kołek w... -Tomaszewski odruchowopomasował własne krocze. - 
O rany! I co teraz...

         - A bo ja wiem? - wzruszył ramionamiWędrowycz . - O czymś takim nawet 
najstarsi egzorcyści nie słyszeli. Musi go jednak osłabiło, bo zniknął...Nu i 
dobrze.

Na drodze pojawiła się ścigająca ich banda.

         - Potem będziemy myśleć. Chodu!

Znów zostali prześladowców daleko w tyle. Potem zaszyli się w krzakach koło 
wylotu wąwozu i nasłuchiwali.

         - To neandertalczycy! - oznajmił stanowczoTomaszewski .

         - Dobra - mruknął Jakub. - Powiem prawdę. To brakujące ogniwo. No i się 
odnalazło. Mało tego, właśnie szuka nas...

background image

         - Zawsze sądziłem, że to my mamy szukać brakującego ogniwa....

         - Tak to już w życiu bywa - uśmiechnął się egzorcysta. - Nie koń dowoza , 
to wóz do konia...

         Krzewy zadrżały smagnięte dzikim skowytem. Znowu rzucili się do ucieczki. 
Po kilku minutach zatrzymali się na szczycie wzgórza. Z krzaków u podnóża 
zaczęli wyłazić neandertalczycy. W powietrzu świsnęła włócznia i upadła u 
stópTomaszewskiego . Podniósł ją do oczu i zdumiony wpatrzył się w ostrze.

         - No i co tym razem? - zagadnął egzorcysta złośliwie.

         - Znowu ostrzetylczakowe , tyle że z jakiegoś dziwnego kamienia...

         - Pokaż. - Jakub ujął dzidę. - Ach, tak. To porcelanka od transformatora.

         Dzikusy zaczęły wspinać się na pagórek.

         - Won! - wrzasnąłWędrowycz . - Epoka paleolitu już się skończyła! Małpy 
na drzewa! Dziennikarze do pióra!

         W odpowiedzi nadleciało kilka wulgarnych epitetów i kolejne włócznie.

         - Cholera, to oni umieją po polsku? - zdumiał sięTomaszeski .

         Zbiegli po drugiej stronie szczytu i ukryli się w krzakach na skraju wsi.

         - A dlaczego mieliby nie umieć? - zapytał egzorcysta.

         - Sądzi się, że neandertalczycy nie byli zdolni do wydawania 
artykułowanych dźwięków.

         - To ty jesteś od artykułów, więc powinieneś wiedzieć - mruknął Jakub. - 
Ale przez czterdzieści tysięcy lat zdążyli się widać nauczyć. Bluzgają nie 
najgorzej...

         - Ciekawe, jaki mają iloraz inteligencji?

Jakub zamrugał świńskimi oczkami.

         - Co to jest iloraz? Bo o inteligencji słyszałem, tej pracującej miast i wsi, 
polityczni na pogadankach mówili...

         Wystawił ostrożnie głowę z krzaków i kolejna dzida strąciła mu beret 
zantenką . Chyląc się do ziemi, wbiegli pomiędzy chałupy.

background image

         - Mają szkło w oknach - zauważyłTomaszewski . - Tylko brudne te szyby, 
nieprzejrzyste jak dykta. Chyba od nowości ich nie myli...

         - A coś ty myślał. Małpa, jak człowieka poobserwuje, to i spodnie założyć 
potrafi - zauważył filozoficznie jego towarzysz. - Pobiegniemy przez wieś, bo 
większość odcina nam drogę do wąwozu, i wyjdziemy na groblę. Nadłożymy ze 
dwadzieścia kilometrów, ale na wieczór będziemy w domu.

         - Cała wieś neandertalczyków... - wysapał w bieguTomaszewski . - To 
przecież niemożliwe! Ludzie by gadali!

         - A gadali, gadali, ale nikt nam nie wierzył. Ani ci z powiatu, ani z centrali... 
Okarwia !

         Drogę do grobli odcinało im spore stado. Za plecami słyszeli tętent pościgu.

         - Czego oni właściwie od nas chcą?! - zirytował sięTomaszewski .

         - Zawsze mieli słabość doHomo sapiens , bo mamy smaczniejsze mózgi. 
Na dodatek ten upiór to miejscowe bóstwo, a ty go im sprofanowałeś... Do 
pałacu! - zadecydował.

         Nie zdołali się przemknąć. Nim przebiegli sto kroków, ścigający osaczyli ich 
na środku wiejskiej ulicy. Byli z przodu, z tyłu i za płotami. Nie mieli gdzie dalej 
uciekać.

         - Ot i wybiła ostatnia godzina... - westchnął Jakub odbezpieczając 
rewolwer.

         W tym momencieTomaszewski zrobił coś, czego egzorcysta w zupełności 
nie spodziewał się po miastowym mądrali. Radosław jednym susem dopadł płotu 
i wyrwał sztachetę.

         - Zapomnieliście już oCrô-Magnon ?! - wrzasnął rzucając się do ataku.

Neandertalczycy w popłochu umknęli na boki, zanim doszło do pierwszego 
starcia. Dziennikarz i egzorcysta przebiegli przez lukę w obławie i wydostali się 
za opłotki.

         Na szczycie jednego ze wzgórz górujących nad okolicą sterczały dumnie 
ruiny sporego dworu. Niebawem uciekinierzy zatrzymali się na szczycie. 
Małpowaci wyleźli z domów i otaczali ich luźnym pierścieniem. Było ich 
kilkudziesięciu.

         - Słuchaj, o co chodzi z tymCrô-Magnon ? - zapytał Jakub, gdy tylko złapał 

background image

oddech.

         - To miejsce paleolitycznej bitwy pomiędzyHomo sapiens a 
neandertalczykami. Pierwszej bitwy w dziejach ludzkości. Dlaneandertali była 
ostatnia. Widać do tej pory mają kompleks...

         - Znaczy, nasi wygrali, a co z małpami?

         - Zostały zjedzone, jednak sądząc po śladach archeologicznych, 
smakowały także Chińczykom i Serbom. W serbskiej Krainie w jednej jaskini 
znaleziono kilkuset zeżartychneandertali ...

         - No, dobra. Musimy wytrzymać do nocy. Oni kiepsko widzą w 
ciemnościach. Wtedy spróbujemy się wymknąć - powiedziałWędrowycz .

         - Nocą przez wąwóz? Sam mówiłeś, że tam straszy...

         - Przejdziemy naokoło lasem, a upiór to pewnie już trochę się nas boi...

         - Tam jest chyba kościół. -Tomaszewski wskazał gestem budynek ukryty 
wśród kasztanów.

         - Ano jest - mruknął Jakub. - Tyle że nieczynny. Ostatniego proboszcza 
zjedli, a nowych jakoś kuria nie przysyła... Widać żaden ksiądz się chwilowo nie 
naraził...

         - To oni są katolikami?

         - Formalnie tak. Po tym jak inkwizytor skasował kapłana, zostali ochrzczeni. 
Potem przyjechał pan dziedzic, nałożył na nich pańszczyznę i z pomocą 
hajduków zagonił do budowy kościoła. Zbudowali, a potem zjedli dziedzica i 
hajduków... Co jakiś czas wieś kusiła i przed wojną osiadł tu jeszcze jeden 
dziedzic... A po wojnie wiadomo.

         - Reforma rolna i zabrali mu ziemię?

         - Reforma była neandertalska, ale z grubsza na to samo wyszło. Dziedzica 
zjedli, pałac spalili, a ziemię zabrali...

         - Czekaj, bo jeszcze nie wszystko jest dla mnie jasne. Inkwizytor skasował 
tu kult Światowida?

         -Nu , takiego bałwana z czterema gębami. Może to nawet byłSwarożyc ...

         -Hmm . A dlaczego neandertalczycy wierzyli w Światowida?

background image

Jakub westchnął ciężko.

         - Aleś tyniekumaty . WidaćPrasłowianie też ich nawracali...

Za pałacem widać było niewiele lepiej zachowane zabudowania gospodarcze, a 
pośród nich, w otoczeniu kilku wiekowych dębów stała kaplica w całkiem dobrym 
stanie.

         - Tam się ukryjemy - wskazał egzorcysta. - Drzwi mocne, kraty w oknach. 
Jeśli nie podpalą, możemy się długo bronić.

         Wbiegli do środka i zatrzasnęli solidne, dębowe wrota.Tomaszewski 
rozejrzał się dookoła. Kaplicę chyba jeszcze przed wojną zamieniono na skład 
maszyn rolniczych. Leżały pod ścianami w różnych stadiach zdezelowania. 
Niektóre wyglądały na sprawne.

Jakub zmierzył sobie puls i pociągnął zbidonka solidny łyk. Stanęli przy oknie i 
obserwowali ruchy wroga.

         - Za stary jestem na takie zabawy - mruknąłWędrowycz . - Cholera, chyba 
nie napiszesz tego artykułu. Jak się wymkniemy, będą pilnować wąwozu...

         - Nic nie szkodzi. To jest lepszy temat. -Tomaszewski wskazał gestem 
wioskę.

         - Co, ta banda zawszonych australopiteków ma być lepszym materiałem na 
artykuł niż moje zdolności?! - obraził się Jakub.

         W tym momencie, wybijając szybkę w witrażu, wpadła do środka długa 
dzida.

         - Tylko kijami umiecie machać! - wydarł się Jakub. - Za sto milionów lat 
ewolucji może się ucywilizujecie! Małpy!

         W odpowiedzi rozległ się huk wystrzału... Ołowiana kula uderzyła o ścianę i 
potoczyła się do ich stóp.

         - Muszkietowa - zauważyłTomaszewski . - Trzeba przyznać, że 
niepokojąco szybko się cywilizują.

         Jakub podrzucił kulę w dłoni.

         - Albo mi się wydaje, albo słyszę silnik samochodu - powiedział.

         Radosław uchylił wrota i ostrożnie wyjrzał.

background image

         - To policja - powiedział z ulgą. - Chyba jesteśmy uratowani.

Wędrowycz pokręcił przecząco głową i splunął.

         Radiowóz podjechał bliżej i zaparkował w pewnym oddaleniu od kaplicy. 
Teraz dopiero dziennikarz zobaczył, że pojazd jest pokryty rdzawymi plamami, 
jakby długo leżał w wodzie. Wysiedli z niego trzej neandertalczycy w policyjnych 
mundurach. Mundury wisiały na nich jak worki.

         - To oni mają własną policję?

         - Nie, tylko jak się tamci gliniarze zwalili z grobli, to ich po kilku latach 
wyciągnęli i postanowili zastąpić...

        Tomaszewski w panice zatrzasnął wrota. Jeden z gliniarzy podszedł i 
zastukał.

         - Jakub, to nie ma sensu - powiedział ochrypłym, gardłowym głosem. - 
Proponujemy ci układ...

         - Czego? - zagadnął egzorcysta.

         - Wypuścisz nam tego swojego kumpla do zjedzenia, a my darujemy ci 
życie.

         - To oni nadal jedzą ludzi? - przeraził sięTomaszewski .

         - Tylko rytualnie - uspokoił goWędrowycz . - Nie częściej niż raz na 
kwartał...

         - To jak będzie? - zapytał gliniarz.

         - W życiu. To odważny człowiek - zaprotestował Jakub. - Nie może 
pozwolić, żeby zjedli go tchórze.

         - Nie jesteśmy tchórzami - zaprotestował drugi z paleolitycznych gliniarzy. - 
My jesteśmy odważni!

        Wędrowycz uśmiechnął się lekko.

         - To udowodnijcie - zaproponował. - W rosyjską ruletkę.

         - Dobra. Niech będzie i tak!

         - Chcesz z nimi grać w rosyjską ruletkę? - zagadnął Radosław. - Dlaczego?

background image

         - To na tyle prosta gra, że są w stanie zrozumieć zasady. Poza tym mają 
genetycznie uwarunkowaną skłonność do hazardu... To dobra okazja, żeby ich 
wyeliminować...

         Egzorcysta otworzył wrota i wpuścił całą trójkę do środka.Tomaszewski 
cofnął się głębiej w kąt, ale i tak obmacali go łakomymi spojrzeniami. 
Natychmiast zablokował drzwi.

Egzorcysta i policjanci usiedli na ziemi. Jakub wyciągnął swój obdrapany 
rewolwer.

         - Pięć kul w bębenku, jedna pusta - zaproponował reguły.

         - My i tak mamy tylko cztery...

         - Spoko. Kule dostarczę ja.

Kiwnęli głowami.Tomaszewski przyglądał się im z profilu. Jak na 
neandertalczyków mieli chyba zbyt cofnięte czoła.Homoerectus ? A może jakaś 
krzyżówka?

         Jakub wyłuskał z bębenka jedną kulę, po czym zakręcił nim i przystawiwszy 
lufę do skroni pociągnął za spust. W ciszy kaplicy rozległ się suchy trzask iglicy 
uderzającej w próżnię.

         - Teraz ty. - Oddał broń gliniarzowi.

         Ten przystawił sobie lufę i do głowy i ostrożnie pociągnął cyngiel. Broń 
wypaliła i ciało runęło na bok.Wędrowycz wyłuskał ze stygnącej dłoni rewolwer i 
przyłożył ponownie do swojej skroni. Znowu iglica uderzyła w pustkę. Oddał 
spluwę kolejnemu.Tomaszewski zacisnął zęby oczekując strzału i nie pomylił się. 
Mózg chlapnął aż na ścianę.

         - No i jak? Strach obleciał? - zapytałWędrowycz ostatniego małpoluda.

         - Mnie, strach?! - wściekł się neandertalczyk.

         Przystawił sobie lufę do skroni i aby zademonstrować odwagę pociągnął za 
spust trzy razy pod rząd. Dwie kule dosięgły celu. Trzecia zrykoszetowała od 
złomu w kącie.

         Gdy ustały drgawki, Jakub wstał i odebrawszy wierną broń, troskliwie ją 
załadował, po czym wetknął za pasek.

         - Masz wyjątkowe szczęście - powiedział Radosław, a w jego głosie 
szacunek graniczył z osłupieniem. - To statystycznie niemal niemożliwe...

background image

         - Szczęście? - zdziwił się Jakub. - Zawsze mówiłem, że statystyki to 
najgorsze kłamstwa.

         - Prawdopodobieństwo, że wyjdziesz z tego żywy, było jak 1 do 206.

         -Hy ,hy - roześmiał się egzorcysta, a potem rozdziawił usta i podważył 
językiem sztuczną szczękę. Proteza klapnęła o zęby, wydając dźwięk, który do 
złudzenia przypominał odgłos iglicy uderzającej w pustą komorę. - Szczęściu 
czasem trzeba pomagać - powiedział z wyższością.

         Podszedł do rozbitej głowy jednego z małpoludów i rozgarnął mózg 
czubkiem buta.

         - Tak jak myślałem. Za mało szarych komórek - powiedział. - Dobra. 
Umiesz prowadzićglinowóz ?

         - Jasne.

        Wędrowycz grzebał przez dłuższą chwilę po kieszeniach nieboszczyków. 
Wyciągnął zardzewiałą policyjną blachę, unieruchomiony przez korozję pistolet, 
ale kluczyków nie znalazł. Nieoczekiwanie wrota zadrżały jak uderzone 
taranem.Tomaszewski wspiął się do okna i ostrożnie wyjrzał na zewnątrz. 
Maczuga ciśnięta jakąś zbrodniczą łapą zafurkotała mu nad głową.

         - Chyba atakują - powiedział. - Przydźwigali skądś belkę, taką jak od wrót 
stodoły...

         - Pomóż. - Jakub złapał pod pachy pierwszego nieboszczyka. - Oknem go!

         Wyrzucili.

Z zewnątrz buchnął dziki skowyt.

- Czy to rozsądnie? Teraz dopiero się wściekli.

         - To okrzyki radości - mruknął ponuro Jakub. - Bierzemy się za 
następnego...

         Parę minut później siedzieli na posadzce usiłując piaskiem zetrzeć posokę 
z dłoni.

         - Co dalej? - zapytał Radosław.

         - Czekamy. Do rana nas nie ruszą, a jak się najedzą, to może pójdą spać... 
Kluczyki pewnie są w drzwiczkach albo w stacyjce...

background image

         - Najedzą?

         - A wyjrzyj sobie oknem. I fotografii możesz trochę zrobić do artykułu.

        Tomaszewski wyjrzał i pozieleniał. Omal nie wypuścił z rąk aparatu 
fotograficznego. Jakub zerknął mu przez ramię.

         -Nu , pełna cywilizacja... - stwierdził. - Musieli gdzie w telewizji podpatrzyć. 
- A co ty, miastowy? - Szturchnął oniemiałego towarzysza. - Nigdy nie widziałeś 
wątróbki zgrila ?

         Pięćdziesiąt metrów od kaplicy rozstawiono trzy wielkie, ogrodowegrile . 
Musiały być nowe, bo nawet z daleka lśniły niklem i świeżą farbą. Wokół uwijało 
się kilku małolatów z miechami. Paru przygarbionych kucharzy fachowo 
ćwiartowało ciała niedawnych przeciwnikówWędrowycza . Wątroby już dymiły na 
rusztach. Ci, dla których nie starczyło zajęcia, krążyli dookoła budynku 
potrząsając bronią i pohukując. Pewnie był to rytualny taniec. Zanosiło się na 
porządną, całonocną imprezę.

        Tomaszewski opanował drżenie rąk i robił jedno zdjęcie po drugim. 
Tańczący musieli to zauważyć, bo nagle pojawiło się kilkuneandertali 
trzymających włócznie oraz nieco krótsze kije zakończone pętlami z szerokiego 
rzemienia.

         - Mają miotacze oszczepów - stwierdził dziennikarz. - Dodatkowa dźwignia, 
przedłużająca ramię i zwielokrotniająca siłę uderzenia...

        Wędrowycz spojrzał z uwagą.

         - Wiem, co to jest, a ty schowaj tę swoją mądrą głowę!

         Zniknięcie obu celów oblegający przyjęli wyciem zawodu, ale z 
demonstracji siły nie zrezygnowali. Naraz rozległ się potężny łomot i trzask 
pękającego drewna. Włócznia z krzemiennym grotem z łatwością przebiła grube, 
dębowe drzwi kaplicy i utknęła w nich w połowie długości drzewca.Aaapo 
sekundzie tuż obok wyszedł drugi i trzeci pocisk.

        Tomaszewski podszedł bliżej i popatrzył na kamienne ostrza.

         - O, znówtylczakoryniacki - stwierdził. - A to będzie chyba 
kulturamagdaleńska ...

         Trzeciego grotu zidentyfikować nie zdążył.Wędrowycz złapał go za kołnierz 
i szarpnął do tyłu. Czwarta włócznia przeleciała w całości przez nadwątloną 
poprzednimi pociskami deskę, przemknęła dokładnie w miejscu, w którym przed 

background image

chwilą stał dziennikarz i utknęła w resztkach snopowiązałki.

         - No tak... -Tomaszewski wyraźnie się zdenerwował. - Skoro to był pokaz 
szczytowych możliwości techniki paleolitycznej, w wykonaniuHomoneandertalis , 
wypadałoby odpowiedzieć czymś na miarę gatunkuHomosapiens !

         Zaczął krążyć po kaplicy, uważnie przepatrując wszystkie kąty i grzebiąc w 
rupieciach. Na zewnątrz uczta trwała w najlepsze..

         - O, proszę! - zawołał Radosław po kwadransie. - Stary napęd elektryczny 
do maszyn gospodarczych. Chyba jeszcze z początku XX wieku... - Przetarł 
rękawem tabliczkę znamionową. - Silnik bocznikowy prądu stałego... - 
odcyfrował. - Doskonale! Gdyby tak jeszcze mieć zasilanie... Wtedy musiała być 
do tego lokomobila z prądnicą...

         - Prąd mają tu. - Jakub wskazał gniazdo na ścianie kaplicy. - Jak była 
elektryfikacja, to ze zjedzeniem monterów zaczekali, aż skończą robotę.

         - To prąd zmienny, trójfazowy... -Tomaszewski popatrzył na instalację. - 
Bez prostownika ani rusz... - myślał głośno. - Gdyby jednak znalazł się 
półprzewodnik...

        Wędrowycz bez słowa zaczął wysupływać kabel podtrzymujący mu spodnie.

         - Mogę ci dać połowę... - zaofiarował się.

         - Nie o to chodzi - powstrzymał go dziennikarz rozglądając się dookoła. - 
Skoro to kaplica, powinna być w niej krypta?

         - Tam jest wejście - pokazał Jakub.

         - Są w niej miedziane trumny?

         - Są.

         - Dobra nasza! - Dziennikarz zatarł ręce. - Potrzebny będzie witraż, 
miedziane wieko od trumny i małe ognisko! Masz nożyce do metalu?

         - Mam. - Egzorcysta sięgnął do torby.

         - To do roboty!

         Pracowali bez wytchnienia przez popołudnie i całą noc.          
Przygotowania zakończyli po świcie, tuż przed wschodem słońca. W porę, bo 
oblegający zaczynali się już zwoływać do szturmu.

background image

         - Silniki bocznikowe prądu stałego wycofano w użycia, bo miały jedną 
paskudną wadę - tłumaczyłTomaszewski . - Rozbiegały się.

         - Jak króliki?

         - Jeśli przypadkiem przerwano uzwojenie stojana, prędkość obrotowa 
zaczynała wzrastać teoretycznie do nieskończoności. Praktycznie siły 
odśrodkowe rozrywały silnik, zanim do tego dochodziło.

         - Wybuchały, znaczy, same z siebie? - sprecyzował Jakub.

         - No właśnie, i na tym polega nasza niespodzianka...

Kończyli już wiązać łańcuchami brony, pługi i zardzewiałe kosy, którymi obłożyli 
przygotowany do rozruchu silnik.Wędrowycz wetknął w to wszystko jeszcze 
kilkanaście zebranych po kątach podków.

         - Na szczęście - powiedział krzywiąc się paskudnie. - Tylko jak my 
wyjdziemy z tego cało?

         - Nic nam się nie stanie, jeżeli będziemy stać dokładnie za silnikiem. Siły 
odśrodkowe rozrzucą całe żelastwo na boki.

         - Dobra, podłączaj te swoje kanapki! - Jakub pokazał na prostownik 
zrobiony z wyżarzonych w ogniu miedzianych płytek, poprzekładanych 
plasterkami ołowiu ze stopionych witraży. - Tamci zaraz zaczną!

         - Uwaga, na drutach nie ma izolacji! Wsadziłeś gwoździe zamiast 
bezpieczników?

         - Rób swoje! - Jakub odryglował drzwi.

        Tomaszewski zetknął druty, które trzymał przez szmaty. Sypnęły skry, 
anieoliwiony od co najmniej pół wieku silnik zaskrzypiał przeraźliwie, zadymił i 
zaczął się kręcić.Wędrowycz szeroko otworzył wrota.

         - Hej, małpy, technika do was przybywa! - przekrzyczał jazgot silnika i 
pomógłTomaszewskiemu wytoczyć na zewnątrz piszczącą i dygoczącą machinę.

         Postawili silnik o pięć kroków za progiem, bo dalej nie starczyło 
improwizowanych kabli.

         - Do tyłu! - syknął Radosław.

         Stanęli dokładnie za silnikiem, który chwilowo osłaniał ich przed 
ewentualnymi pociskami. Gromada neandertalczyków stłoczyła się półkolem 

background image

przed wejściem do kaplicy. Wyraźnie wahali się zbliżyć do jęczącej kupy 
żelastwa.

         - Muszą podejść bliżej - mruknąłTomaszewski .

         - Małpy! Tchórzliwe małpy! - wrzasnął Jakub ile tchu w płucach. - Zaraz 
wszystkie uciekniecie!

         Hordaneandertali z rykiem runęła do kaplicy. Radosław rozłączył dwa z 
czterech przewodów połączonych z silnikiem.

         Dokuczliwy pisk pracującej maszyny przeszedł w narastający, rozsadzający 
uszy, wręcz urywający głowy piekielny wizg. Zakołysała się ziemia, a 
doprowadzające prąd druty w okamgnieniu rozpaliły do czerwoności. Silnik 
zaryczał jak startujący odrzutowiec, podskoczył w górę i zamienił się w kulę 
skłębionych błyskawic, płomieni i iskier. Huk pękającego metalu zlał się w jedno 
z chrzęstem rozcinanego mięsa i wyciem neandertalczyków.

         - Wiejemy!!! -Wędrowycz z rewolwerem w ręku skoczył w środek jatki.

Za nim ruszyłTomaszewski z saperką. Z tyłu, z prostownika zbudowanego 
własnym przemysłem trysnął fontanną stopiony ołów. Huknął strzał z rewolweru. 
Neandertalczyk z odrąbanymi obiema nogami i bez jednej ręki, ocalałą dłonią 
chwycił za kostkę biegnącego dziennikarza. Radosław uwolnił się, tnąc go 
saperką w kark.Wędrowyczowi nogi zaplątały się w wyprutych jelitach i stracił 
równowagę. Byłby zginął, ale małpowatemu, który szykował się do zadania 
ciosubejsbolem , wskutek zbyt gwałtownego ruchu wypadł mózg z rozłupanej 
głowy. Rozchlapując krew i inne płyny ustrojowe, obaj przyjaciele wydostali się z 
drgającej masy ciał i dopadli samochodu. Kluczyki istotnie były w stacyjce.

        Tomaszewski zapalił silnik, a Jakub strzałami z rewolweru pozbył się kilku 
natarczywych niedobitków. Ruszyli. Z nieba dopiero teraz zaczęły spadać 
podkowy.

         Samochód niemiłosiernie podskakiwał na wertepach. Wkrótce dotarli do 
wylotu wąwozu.

         - Popatrz do tyłu, bo nie ma lusterka - mruknął Radosław. - Nie gonią nas?

         - Najpierw musieliby poprzyszywać sobie nogi.

         - Ci, co przeżyli, chyba nie dadzą rady przejeść reszty...

         - Zrobią weki.

         Tuż koło szubienicy droga biegła pod konarami rozłożystego 

background image

dębu.Tomaszewski dodał lekko gazu. W tym momencie coś łupnęło w dach.

         - O cholera! - zaklął.

         Przerdzewiały sufit napiął się i nieoczekiwanie rozdarł z chrzęstem. Do 
środka pakowała się łapa uzbrojona wpięściak .

        Wędrowycz uniósł rewolwer i pociągnął za spust. Rozległ się skowyt i 
łapazniknęła . Samochód podskoczył na kolejnym wyboju.

         - Małpa z wozu, koniom lżej - powiedział egzorcysta wesoło.          
Przemknęli przez feralny wąwóz. Na skraju lasu porzucili auto i pieszo dotarli do 
domu Jakuba.Tomaszewski popatrzył na zegarek. Szósta rano. Pora spać...

         Wieczorem na podwórzuWędrowycza zebrał się spory tłum.

         - A co to za zbiegowisko? - zdziwił się gospodarz wychodząc z chałupy. - 
Czego, ludziska, chcecie?

         Przed gromadę wyszedł sołtys.

         - Jakub, myśmy zebrali pieniądze na kudłacza.

         - A, faktycznie - mruknął. -Semen wspominał.

         - Chłopaki z pochodniami już czekają. Urządzimy nagonkę. Jak za 
dawnych czasów. Drewno na opał, pręty na rożen, zioła, chleb i kartofle już 
naszykowane. Parę flaszek też się znajdzie...

Jakub uśmiechnął się do swoich wspomnień...

         - Balanga - mruknął.

         - Tak. Jak w osiemdziesiątym pierwszym. Pamiętasz, jak gliniarze piekli 
...co... nakoksowniku ?Poświętujemy sobie tej nocy.

- Gdzie jest? - Jakub przeszedł do konkretów.

         - Po południu buszował u mnie w malinach - powiedział ponuro ktoś ukryty 
w tłumie.

         - A teraz dobiera się do mojegosilosa z rzepakiem - uzupełnił równie 
ponuro ktoś inny.

         - Pożycz tegotylczaka - zagadnął JakubTomaszewskiego .

background image

Dziennikarz wyjął z torby grot od włóczni.

         -Semen ! - zawołał kłusownik.

         - Tu jestem. - Stary kozak przepchał się przez tłum.

         - Skocz do swojego tartaku po piły. Weź ze dwie łańcuchowe, to szybciej 
pójdzie.

         - Już naszykowane. Czekaliśmy tylko na ciebie... Żeby nie zaczynać roboty 
bez fachowca.

         - Masz jakiś mocny flesz? - zapytałWędrowycz Radosława.

Ten kiwnął głową.

         - To zabierz ze sobą. Dzieciakom fotek na pamiątkę narobisz, to kupę 
forsypałuczysz .

         Jakub wyniósł z szopy długie drzewce i drutem przymocował do niego 
znalezione w wąwozie krzemienne ostrze. Potem przypasał szablę.

         - Naprzód! - zakrzyknął.

Ruszyli przez wieś.

         - Nagonka, zapalić pochodnie. Pięćdziesięciu dołem, a reszta niech go 
otoczy z drugiej strony. Kombajnista!

         - Jestem!

         - Leć po maszynę. Jak by chciał przedrzeć się w stronę lasu, wąwozem, to 
postraszysz go kombajnem.

         - Tak jest!

         - To wy na dziki chodzicie taką bandą? - zdumiał sięTomaszewski .

         - Jakie dziki? - nie zrozumiał Jakub.

         - No, tego kudłacza... Chyba, że to niedźwiedź?

Egzorcysta parsknął śmiechem.

         - Dziki? Cholera, też masz pomysły... O, jest kudłacz!

background image

         Wielki kudłaty mamut właśnie poradził sobie z pokrywą silosu i zanurzył 
trąbę w rzepaku.

         - Cofnij się i rób zdjęcia! Chcę być w gazecie - przykazał surowo kłusownik.

         Pomiędzy chałupami pojawiła się nagonka z pochodniami.

         - Oj, będą trupy - mruknąłTomaszewski .

         - No, czasem się zdarza - westchnął Jakub. - Choć kudłacze zazwyczaj 
boją się ognia... Chyba, że trafi się jakiś naprawdę złośliwy.

Ruszył śmiało naprzód, potrząsając włócznią. Mamut zauważył go. Nabrał trąbą 
rzepaku i dmuchnął w stronę wroga. Egzorcysta przedramieniem osłonił oczy 
przed gradem pocisków i pchnął włócznią przed siebie. Mamut obejrzał się, 
zabawnie kuląc uszy. Nagonka obstępowała go ze wszystkich stron. Zatrąbił 
wściekle, chwycił trąbą pokrywę elewatora imiotnął w najbliżej stojących. 
Zakotłowało się, a rozpaczliwe wrzaski świadczyły, że nie wszyscy wyjdą z walki 
bez uszczerbku. Jakub wykorzystał chwilę nieuwagi i ukłuł mamuta w owłosioną 
pierś. Kudłacz zaryczał i machnął trąbą. Staruszek wbiegł mu między nogi i z 
niebywałą zręcznością przeciął szablą ścięgno na lewej zadniej. Zwierzę 
zatańczyło wściekle, usiłując go rozdeptać. Dźgnął je włócznią w brzuch i 
przeciął kolejne ścięgno. Zwierz stojąc na dwu całych nogach spróbował 
dosięgnąć go trąbą, aleWędrowycz pacnął ją włócznią i wykorzystując moment 
zaskoczenia przeciął jeszcze jedno ścięgno. Zwierzę zachwiało się.

Kudłacz zatańczył na pokaleczonych nogach usiłując rozdeptać namolnego 
dwunoga. Wreszcie, nie mogąc go inaczej dosięgnąć, usiadł z rozmachem - 
prosto na podstawioną dzidę.Tomaszewski w pierwszej chwili pomyślał, że 
Jakub zginął, ale zobaczył go obok. Mamut wydał bolesny skowyt, aWędrowycz 
doskoczył i jednym pchnięciem wbił mu szablę przez ucho do mózgu. Zwierzę 
zatrąbiło po raz ostatni i zwaliło się na bok. Wokół rozległy się okrzyki radości. 
Jednocześnie powietrze przeszył trzask desek odrywanych od płotów.

Jakub uśmiechnął się i wyciągnął zakrwawioną klingę.

- Raz jeszcze udało się przeżyć - powiedział z zadowoleniem.

         Pozbroczu ściekała kropla gęstej czerwonej krwi.

         Wielkie kawałymamuciny piekły się na rożnach zaimprowizowanych z 
prętów zbrojeniowych. Kobiety posypywały mięso ziołami, mężczyźni przynosili 
butelki z mętną zawartością.Semen wędrował wzdłuż cielska z piłą łańcuchową i 
odcinał ładne, grube kawały mięsa. Na chwilę przerwał wędrówkę i odpiłował oba 
zagięte siekacze.Tomaszewski wstał nieco chwiejnie od stołu skleconego z wrót 
od stodoły i podszedł do Jakuba, który akurat sączył z lubością jakiś płyn 

background image

czerpany kubkiem z blaszanego kanistra.

         - Dręczy mnie jedno pytanie - powiedział.

Brwi egzorcysty uniosły się.

         - No, pytaj.

         - Skąd wiedziałeś, jak się poluje na mamuty? Przecinanie ścięgien stosują 
Pigmeje z Kamerunu, kiedy polują na słonia...

         Jakub popatrzył na niego zdziwiony.

         - Dziadek mnie nauczył... - wyjaśnił. - Chociaż trzeba oddać sprawiedliwość 
tym z Dębinki, że miotacze oszczepów to lepszy sposób. Tak wyrzucone 
włócznie wchodzą w kudłacza jak w masło i nie trzeba zbyt blisko podchodzić. 
Ech, było nam pożyczyć sprzęt, jak nadarzyła się okazja, ale w całym tym 
zamieszaniu nie pomyślałem. Ano, trudno...

         - Często macie tu takie atrakcje?

         - Kiedyś kudłacze wchodziły częściej w szkodę. Jeszcze przed wojną było 
ze dwadzieścia sztuk, ale teraz może zostało już tylko parę. Trochę łykowate to 
mięso, bo stary był... Dziadunio dziesięć położył... Kość sprzedawaliśmy do 
Radomia do fabryki pianin...

         W tej chwili pomiędzy chatami zabłysło złowróżbne błękitne światło. 
Zbliżało się pulsując. Wreszcie koło stołu zatrzymał się radiowóz. Trzasnęły 
drzwiczki i z wnętrza wygramolił sięBirski .

         - No, Jakub - powiedział. - Co to zaimprezka ? Mi to wygląda na nielegalne 
zgromadzenie i konsumpcjęmięcha zkłusowniczego uboju...

- Siadaj z nami - Jakub nalał mu kubek. - I nie miel ozorem.

Birski minął go obojętnie i podszedł do powalonego kudłacza.

         - Co to jest? - odwrócił się pobladły.

Jakub uśmiechnął się bezczelnie.

         - To jest urojenie maniakalne - powiedział.

Policjant klepnął pokrytą futrem nogę.

-Hmmm . To zwierzę jest materialne, więc nie może być urojeniem...

background image

         - Napij się - Jakub podał mu kubek - i zapamiętaj sobie raz na zawsze. 
Włochatych słoni nie ma.

         - No, faktycznie nie ma. - Uspokojony gliniarz wychylił kubek, a potem 
przysiadł się do stołu.

Jakub nalał mu kolejną porcję.

         - Do rana zapomni, jak się nazywa - powiedział doTomaszewskiego . - 
Zresztą jak by zapamiętał, to i tak nikt mu nie uwierzy... Tobie w redakcji też nie 
uwierzą...

         - W tej gazecie w nic wierzą, nawet w dowody. - Radosław klepnął aparat 
fotograficzny.

Do rana mamut był już prawie zjedzony. Dziennikarz i egzorcysta szli objęci na 
przystanek pekaesu. Grupki ludzi ciągnęły do domów niosąc spore ochłapy 
mięsa.

Nad Starym Majdanem powoli wstawał świt. Spokojny jesienny świt końca 
dwudziestego wieku. Gdzieś za wzgórzami neandertalczycy lizali rany i peklowali 
wędliny... Pomiędzy chałupkami niosła się pieśń:

 Do widzenia, już idziemy

Za kolędę dziękujemy

Ażebyście zdrowi byli

Wiaderkami wódkę pili

A kubkami nabierali

I do gęby przytulali...

 RadosławTomaszewski poczuł się szczęśliwy. Co najmniej tak szczęśliwy jak 
JakubWędrowycz , egzorcysta, kłusownik,bimbrownik , pogromca ostatniego 
kudłacza na świecie, no, może przedostatniego alboprzedprzedostatniego . 
Nieważne. Grunt, że teraz to już na bank dadzą mu etat wObleśnych Nowinkach 
. Trzeba będzie tylko wymyślić bajeczkę o tym, jak udało mu się spreparować tak 
przekonywające zdjęcia. Najlepiej powiedzieć, że w roli mamuta wystąpił lokalny 
zespół folklorystyczny...

background image

Warszawa, luty -czerwiec 2000

Jakub Wędrowycz
Wojna Światów

(na podstawie pomysłu Andrzeja Pilipiuka)

AUTOR : Sebastian R. Chosiński
HTML : ARGAIL

 

 
1.
Burza śnieżna, która przeszła w środku lipca nad Wojsławicami, wyrządziła we wsi 
znaczne szkody. Gdzieniegdzie zerwała dachy ze stodół lub kurników, połamała drzewa, 
doszczętnie zniszczyła lśniące na polach łany zboża. Mieszkańcy biadolili i biegali do 
kościoła, gdzie na przemian złorzeczyli bądź też błagali Stwórcę o pomoc.
Po niedzielnej mszy, podczas której w trakcie pełnego podniosłych słów kazania ksiądz 
proboszcz starał się wyraźnie powiązać niedawny kataklizm z grzesznym i 
nieobyczajnym życiem niektórych mieszkańców wsi, zebrała się przed kościołem, wokół 
sołtysa, grupka najbardziej niezadowolonych.
– Ksiądz rację ma, że źle się u nas dzieje! – grzmiał najstarszy we wsi, pamiętający 
jeszcze najazd pierwszych bolszewików, Anton Horoszczuk. Jego siwa broda, pożółkła 
przez lata od tytoniowego dymu, podnosiła się i opadała wraz z każdym, niezwykle 
głośno, wypowiedzianym przezeń słowem. Horoszczuk poważanie miał we wsi od czasu, 
kiedy to w 1920 samego Budionnego sprzed swojej chałupy przepędził, gdy ten na czele 
hordy krasnoarmiejców pofatygował się do najbogatszej w Wojsławicach zagrody konie 
rekwirować.
– Coraz gorzej – wtórował mu sołtys Labuda, który do wsi przywędrował w 1944 na tych 
samych bagnetach, które dwadzieścia kilka lat wcześniej przepędzał Horoszczuk. 
Sołtysem został jednak dopiero niedawno, gdy rozwiązano pegeery. Wtedy też zaczął co 
tydzień chodzić na poranną mszę w niedzielę, a wieczorami grywał z proboszczem w 
„bośkę”.
– Ale kogo ksiądz proboszcz miał na myśli, mówiąc, że się nieobyczajnie prowadzi? – 
spytał najmłodszy w całym gronie, ale i tak już grubo ponad czterdziestoletni, Roman 
Kozaczko.
– Może córkę Ławrynowicza? – podpowiedział sołtys. – Baby, które do miasta na targ 
jeżdżą, mówiły, że niejeden raz ją tam widziały w drogich samochodach. Przez otwartą 
szybę głupie miny do nich robiła…
– Eee, tam… – machnął ręką Kozaczko. – Proboszcz kogo inszego musiał mieć na myśli. 
Ławrynowiczówna kurew już była, gdy jeszcze we wsi mieszkała. Za stodołę ojca 
chłopów zwabiała i kieckę podkasywała…

background image

– A ty skąd to wiesz? – spytał Labuda. – Sam żeś musiał tam chodzić!
– Raz czy dwa przypadkiem tamtędym przechodził, to i podsłuchałem – tłumaczył się, 
mocno zaczerwieniony na twarzy, Kozaczko.
– Chodził, nie chodził, sprawa to nie nasza… – odezwał się wreszcie głosem biblijnego 
patriarchy Horoszczuk. – Prawda taka jest, że za przepędzenie Ławrynowiczówny Bóg 
nam powinien kaszę mannę z nieba zesłać, a nie gradobicie. Przyczyn gniewu Bożego 
gdzie indziej więc szukać należy.
– Może ty co wiesz? – zwrócił się Kozaczko, z twarzy którego rumieniec wciąż zejść nie 
chciał, do Labudy. – Proboszcz czego tam przy kartach nie powiedział?
– Może i powiedział…
– Co?! – spytali chórem pozostali uczestnicy narady.
Sołtys zamyślił się i dopiero po dłuższej chwili milczenia zaspokoił ciekawość 
zebranych.
– Tak dziwnie jakoś mówił. Zrozumieć żem go do końca nie mógł. – Przerwał i wzrok 
swój utkwił gdzieś w oddali. – Razu pewnego, gdy karta szła mi jak nigdy wcześniej, 
proboszcz poderwał się ni stąd, ni zowąd z fotela, talię rozsypał na stole i krzyknął: 
„Diabła w parafii mamy! Wilka do owczej zagrody wpuściliśmy!” Wystraszyłem się nie 
na żarty i pytam księżulę, kogo ma na myśli, bo to oskarżenia poważne, oooj, poważne…
– A on co na to?
– Że my dobrze wiemy, tylko oczy nam bielmem zarosły i widzieć prawdy nie chcemy.
– Powiedział, że wiemy?! – chciał się upewnić stary Anton.
– …a potem padł na fotel i zasnął jak zabity – dokończył Labuda.
– Może proboszczowi wino mszalne odrobinę zaszkodziło? – spytał, stojący dotychczas 
w milczeniu nieco na uboczu, znany w całej wsi ze swego zamiłowania do samogonu, 
Rusłan Poniatowski, który nazwisko, jak mówiła legenda, zawdzięczał swojej 
praprababce. Nie żeby ona z książęcego rodu była, ale ponoć za dziewkę służebną przy 
armii księcia służyła, a jedyne, co jej po tej służbie na starość zostało, to bękart 
Poniatowskim od tamtego czasu zwany. – Sam miewam czasami czkawkę, zwłaszcza 
gdy wino nieco przeterminowane.
– A kiedyś ty, Poniatowski, wino w swoim życiu pił?! – zdenerwował się sołtys, któremu 
znudziło się już ciągłe zaprzeczanie, jakoby ksiądz proboszcz nadmierne zamiłowanie do 
napojów trunkowych przejawiał.
Rusłan, nie wiedząc co odpowiedzieć, schował głowę w ramiona i odszedł na bok. 
Pocieszał się jedynie myślą, że w nieużywanym latem piecu kaflowym udało mu się 
jeszcze przed babą litrową butelkę berbeluchy schować.
– A potem już księdza nie pytałeś, co miał na myśli proroctwo swoje wygłaszając? – 
spytał Anton Labudę.
– Pytałem, a jakże – odparł sołtys. – Zaraz następnego dnia. Ale proboszcz niczego nie 
pamiętał, jakby kto nad nim czary poczynił, żeby mu pamięć do cna oczyścić.
– Musi to być sztuczka diabelska – zawyrokował Horoszczuk, a na wszystkich innych 
strach blady padł. – Nie inaczej!
2.
Gdy dokładnie tydzień po śnieżnej burzy nad Wojsławicami tornado przeszło i z 
kościelnej wieży dzwon żeliwny zerwało, ksiądz proboszcz podczas niedzielnej mszy już 
otwarcie o diable, który w społeczności wiejskiej zamieszkał, mówił.
Z powiatu komisja przyjechała, żeby straty ocenić. Przewodniczący jej stanął nad 

background image

zakopanym do połowy w ziemi dzwonem i w ten deseń do proboszcza uderzył:
– Z dzwonu to wy już, dobrodzieju, pożytku żadnego mieć nie będziecie – powiedział 
przymilnym tonem. – Kłopot jedynie, bo na wysypisko śmieci trzeba go będzie odwieźć, 
a to i daleko, i drogo was transport wyniesie. Dajcie nam ten dzwon.
– A co wy z nim zrobicie? – spytał ksiądz, którego od rana czkawka odejść nie chciała.
– My go na pomnik przetopimy i w mieście na rynku postawimy…
– A komu to pomnik chcecie wystawić? – zainteresował się proboszcz.
– Zasłużonemu komuś dla powiatu. Staroście może…
– Przecie on sekretarzem za Gierka był, zgody na rozbudowę kościoła nie wystawił… – 
Ksiądz stracił oddech i słowa uwięzły mu w gardle.
Na szczęście rozmowę podsłuchał kręcący się nieopodal Labuda. Ze wsi chłopów zwołał, 
którzy na trzy wiatry komisję przegonili. Nie rozwiązało to jednak żadnego problemu. 
Diabła zidentyfikować się nie udało, a z powiatu zgoda na wypłacenie odszkodowań dla 
mieszkańców Wojsławic nigdy już nie nadeszła.
„O kataklizmie, jak twierdzicie, mowy być nie może – napisano w oficjalnym liście 
skierowanym do sołtysa. – Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej żadnej burzy 
śnieżnej ani tornada w tym rejonie nie stwierdził…”
– I co dobrodziej na to? – spytał Labuda przy kartach, wymachując proboszczowi listem 
przed nosem.
Ksiądz uśmiechnął się tylko leciutko pod nosem.
– Że rację mam, w tym mnie to utwierdza – odparł enigmatycznie.
– O jakiej ksiądz racji mówi?
– Że sztuczka to diabelska być musi, skoro nawet urząd państwowy niczego się nie 
doszukał.
– Może to i diabeł… – stwierdził sołtys. – Ale gdzie go w takim razie szukać?
– Między sobą szukajcie. Między sobą… – odpowiedział słabnącym głosem proboszcz i 
chwilę później, zmęczony, zasnął na obitym skórą fotelu.
Labuda, nie trwoniąc czasu, natychmiast do starego Antona się udał. Zapukał trzy razy w 
okiennice, bo pora późna już była i pewność miał, że walenia w drzwi Horoszczuk nie 
dosłyszy. Pierwsza obudziła się stara Antonowa.
– Kto tam po nocy spać nie daje? – zapytała.
– To ja, Labuda.
– Czego chcecie?
– Ze starym waszym porozmawiać.
– Przecie on śpi o tej porze.
– Od księdza proboszcza wracam. – Nie dawał za wygraną sołtys.
– I co z tego?
– Ksiądz proroctwo kolejne miał. I o diable mówił…
– O diable, rzekliście, sołtysie?
– O diable! – potwierdził Labuda.
– Poczekajcie więc – odparła kobieta. – Spróbuję dobudzić starego. Do drzwi idźcie i 
czekajcie.
Labuda czekał piętnaście minut, nim otworzył mu, ubrany w same gacie do kolan, 
siwobrody Horoszczuk. Gdy tylko siedli przy stole, Antonowa wystawiła butlę samogonu 
i rozlała mętnawy płyn do dwóch, mocno przybrudzonych, musztardówek.
Sołtys streścił Horoszczukowi swoją rozmowę z proboszczem.

background image

– „Między sobą szukajcie”, miał powiedzieć ksiądz dobrodziej?…
– Nie miał powiedzieć, ale tak właśnie powiedział – poprawił go Labuda.
– I ani słowa więcej?…
– Ani, ani. Znów padł na fotel, jakby jaka siła wroga moc mu całkowitą odebrała.
Stara Antonowa, przysłuchująca się rozmowie w kącie pokoju, przeżegnała się 
odruchowo i splunęła przez ramię trzy razy, na ścianę.
– Może jutro z rana księdza spytać powinniśmy, o kogo konkretnie mu się rozchodzi… – 
zaproponował Anton.
– Darmo tylko strzępić język będziemy. Raniutko proboszcz pamiętać już o niczym nie 
będzie – zaprotestował Labuda. – To drugie ostrzeżenie, jakie nam dał. Czekać już nie 
ma na co. Trza sprawę wziąć we własne ręce i diabła po nocy, choćby ze świeczką, 
szukać.
– Ale gdzie?
– Gdzie diabeł, tam i zapach siarki być musi…
– Toż z Jakubowej chaty siarką cuchnie jak z fabryki zapałek! – wtrąciła Horoszczukowa 
i dla pewności raz jeszcze przez ramię splunęła.
– Nie może być – stwierdził siwobrody. – Wędrowycz jest kanalia, znam go przecie od 
lat, ale żeby z diabłem paktował, pierwsze słyszę.
– A ja wam mówię, że wasza stara wiele racji ma w tym, co gada! – zagrzmiał Labuda, 
który na Wędrowycza parol zagiął w starych jeszcze czasach, gdy Jakub do kołchozu 
zapisać się nie chciał i po wsi rozpowiadał, że Labuda to w kozach i owcach bardziej 
gustuje, niźli w dziewkach. Udowodnić nikt nikomu nic nie udowodnił, ale prawda taka 
jest po dziś dzień, że Labuda ni żony, ni nawet dzieci nieślubnych się nie doczekał.
Zamyślił się Horoszczuk i rzekł:
– Krzywdy chłopu nie zrobimy, jeśli wybierzemy się do niego z rana, by szczerze 
pogadać…
– Pogadać!? – nie dowierzał własnym uszom sołtys. – Wiadro wody święconej mu na łeb 
wylać trzeba, kiedy on sam diabeł. Niech się spali w świętej posoce!
Horoszczuk, na ostudzenie rozpalonych głów, dolał jeszcze po szklanicy bimbru. Kiedy 
wypili, odbiło mu się głośno, a Labuda powiedział:
Na zdrowie!
3.
Jakuba obudziło przeczucie. Czuł, że coś się dzieje, choć pojęcia nie miał najmniejszego, 
co to może być. Z trudem zwlókł się z barłogu, odchrząknął zieloną flegmą na podłogę 
tak mocno, aż mu w jednej chwili świat cały zawirował w głowie.
– Ki diabeł pić mi to kazał – mruknął do siebie pod nosem. – Ale mocne paskudztwo! We 
wsi niewielu chętnych na to znajdę. Do miasta trza będzie jeździć i ruskim zamiast 
denaturatu wciskać… – biegało mu po głowie, w której wciąż odczuwał ogromny mętlik.
Pod ścianą na wyrze wiercił się ktoś niespokojnie.
Jeśli ma sny tak paskudne, jak to, co ze sobą przywlókł, to mu współczuję – stwierdził 
Wędrowycz. A że zrobiło mu się duszno, postanowił wyjść na podwórze.
Gdy tylko otworzył drzwi, przywitały go złowrogie spojrzenia mieszkańców Wojsławic. 
Stanęli półkolem wokół sieni i nic nie mówili, tylko patrzyli. Jakub na moment zamknął 
oczy, mając nadzieję, że gdy otworzy je ponownie, zwidy znikną. Ale nie znikły; co 
więcej: ich twarze stały się jeszcze bardziej zacięte. Rozpoznał Labudę, dzierżącego w 
lewej ręce sierp, i starego Horoszczuka, który pod długą siwą brodą skrywał kindżał, jaki 

background image

mu w 43-cim ofiarował służący w Wafen-SS Tatar z Kazania za to, że Budionnego ze 
wsi przegonił.
– Przyjaciele, czy wy tu naprawdę w gości do mnie zaszliście, czy też jedynie omamem 
jesteście, jak te, nie przymierzając, myszki białe? – spytał, najgrzeczniej jak potrafił, 
Wędrowycz.
– Myszek ty swych ulubionych więcej możesz już nie zobaczyć, Jakubie! – krzyknął doń 
Labuda.
Pies cię trącał, czerwono zarazo – pomyślał o sołtysie Wędrowycz; dużo bardziej 
martwiła go obecność w tym gronie starego Horoszczuka.
– I ty, Antonie, mego wroga z siebie robisz? – zwrócił się do wiejskiego patriarchy 
egzorcysta.
Horoszczuk słowa nie powiedział, jeno mocno wciągnął powietrze do nosa.
– I co? i co? – spytał „młody” Kozaczko, podskakując z nerwów na jednej nodze.
– Prawdę rzekła moja stara – zawyrokował Anton. – Siarkę czuć!
Pomruk nienawiści przetoczył się przez zebrany przed chatą Wędrowycza tłumek.
Powariowali od rana, czy co? – zamyślił się Jakub. – Albo to ze mną jest już tak źle… – 
Postanowił jednak negocjować. Najbardziej upoważnioną osobą wydał mu się z tamtej 
strony Horoszczuk.
– Antonie – zaczął przymilnie Wędrowycz. – Powiedzże ty mi, co was do mnie naprawdę 
sprowadza.
– Po prawdzie – odparł starzec, starszy jeszcze od samego Jakuba – to my cię ubić 
przyszli.
Jakubem zatrzęsło.
– Ubić?! – ryknął na całe gardło, aż się świnie w chlewie przebudziły i, równie mocno 
jak Jakub wystraszone, chrząkać zaczęły. – A czym ja się tak wszystkim wam naraziłem?
– Siarką z twojej chałupy cuchnie?
– Cuchnie – przyznał Wędrowycz.
– Choć całą wieś najpierw burza śnieżna, a potem tornado spustoszyło, z twojej chałupy, 
mimo że najmarniejsza we wsi, nawet strzecha nie spadła…
– Nie spadła – odparł Jakub z zadowoleniem.
– I chcesz nam wmówić, że nie wiesz, co to wszystko znaczy? – zapytał Horoszczuk.
– Wiem! A jakże inaczej?!
Widząc zadowoloną twarz Wędrowycza, Labuda machnął mu sierpem przed nosem. 
Niewiele brakowało, by i Kozaczko rzucił się na starego z pięściami. Jednakże 
Horoszczuk podniósł do góry rękę, na znak, by wszyscy, jak jeden mąż, ucichli.
– To znaczy, żeś ty z diabłem pakt podpisał – wyjaśnił Jakubowi Anton. – Ksiądz 
proboszcz miał widzenie.
– Niech więcej tego miastowego śmiecia pije, a jeszcze głupsze będzie miał proroctwa.
– Ty na księdza dobrodzieja nie pluj, Wędrowycz, bo ci kości porachujem – zagroził 
Labuda, tym razem jednak chowając sierp za plecami.
Horoszczuk postąpił krok naprzód i stanął teraz twarzą w twarz z Wędrowyczem. Jego 
siwa broda niemal dotykała koszuli Jakuba. Staruszkowie wadzili się wzrokiem, kto 
silniejszy.
– Musisz prawdę powiedzieć, Jakubie, bo ci chatę z dymem chłopy puszczą i nawet ja ich 
przed tym nie powstrzymam – wyszeptał Anton tak, by go tylko Wędrowycz mógł 
usłyszeć.

background image

– Nie mam ja przed wami nic do ukrycia – powiedział głośno Jakub. – Różne świństwo 
w chacie się u mnie zalęgło, ale diabła tam ni ma…
– Wpuść nas więc, to sami sprawdzimy! – rozkazał Labuda.
– Ciebie bym nawet do chlewa nie wpuścił, bo byś mi świnie ochwacił!
Kozaczko w ostatniej chwili chwycił sołtysa, który już z sierpem na Wędrowycza chciał 
pognać.
Jakub, nie chcąc już bardziej zaogniać sytuacji, przybliżył się do Antona i wprost mu do 
ucha wyszeptał:
– Gościa pod swój dach przyjąłem. Paskudny on trochę. Jak własne odbicie w lustrze 
zobaczył, wstydzi się komukolwiek na oczy pokazać. Ogniem zieje!
– Kto on zacz?
– Chodźcie! Wam pokażę, bo śpi jeszcze…
Horoszczuk poprosił mieszkańców Wojsławic, by poczekali chwilę cierpliwie, kiedy on 
chatę Wędrowycza w poszukiwaniu diabła przeszukiwać będzie.
– A jeśli ty nigdy już stamtąd nie wyjdziesz? – spytał Labuda.
– Wiecie tedy, co robić! – odparł Anton, posyłając jednocześnie srogie spojrzenie 
Jakubowi.
Gdy drzwi się za Wędrowyczem zamknęły, w izbie zapanowała ciemność absolutna. 
Odór siarki był nie do wytrzymania.
– Jak ty tu możesz mieszkać? – spytał Horoszczuk.
– Ja już nic nie czuję – odparł Jakub, jakby na potwierdzenie swych słów pociągając 
nosem.
– I gdzie on jest, ten gość twój?
– Ano leży tam, pod ścianą.
Gdy oczy siwobrodego przyzwyczaiły się do ciemności, ruszył on w poprzek pokoju do 
wyra, gdzie skręcana bólem nie opisania wierciła się jakaś istota.
– Chory on?
– Sny ma takie – wyjaśnił Wędrowycz. – Ziemski bimber wyraźnie mu nie służy.
Coś obróciło się właśnie na lewy bok i ukazało Horoszczukowi swoje potworne oblicze. 
Starzec odruchowo cofnął się o kilka kroków i wpadł na Jakuba.
– Ładny to on nie jest – stwierdził egzorcysta.
– Co-o-o-o to?
– Dogadać się z nim nie mogę – stwierdził Jakub. – Będą dwa tygodnie jak w jakiejś 
puszce blaszanej na pole za stodołą spadł. Bełkotał coś, więc żył, no to go do chaty 
wziąłem.
– On ci z kosmosu spaść musiał.
– Zielony nie jest, czerwony też nie. Za dnia to się odrobinę szary wydaje.
– Przywiózł co ze sobą?
– Tylko ichni termos, a w nim berbelucha tak paskudna, że się boję, że mi wątroba do cna 
sparcianieje…
– Pić nie musisz – zauważył Horoszczuk.
– Kiedy to honorowa sprawa – zaperzył się łowca wampirów. – Ja piję z jego zapasów, 
on z moich. Kogo pierwszego szlag trafi, ten drugiemu planetę we władanie oddaje…
– A gdzie ta jego planeta?
– Jednej nocy palcem na niebie pokazywał, ale mnie się te wszystkie gwiazdy przed 
oczyma kręcą…

background image

Nagle kosmita poderwał się z łóżka i jak w transie przegalopował na trzech nogach przez 
pokój, przewracając po drodze stół i krzesło, trącając przy tym ogonem zawieszony na 
ścianie zegar z kukułką.
– Suszy go – wyjaśnił Wędrowycz. – Schowajmy się lepiej za piecem – dodał, ciągnąc za 
sobą Horoszczuka.
Zza pieca obserwowali kosmitę, który niemal jednym łykiem opróżnił dwie 
dwudziestolitrowe kanki najlepszego wędrowyczowego bimbru, po czym dopadł do 
okna, ogonem wywalił trzymające się już tylko na jednym zawiasie okiennice i zaczął 
ziać ogniem.
– Kultury go zdążyłem nauczyć – pochwalił się Jakub.
Ziemia trzęsła się jak podczas najprawdziwszego wstrząsu, niebo natychmiast pokryło się 
ciemnymi chmurami, z których lunęły na Wojsławice hektolitry wody. Kosmita, 
zmoknięty, wypadł przez otwarte okno do ogrodu.
Jakub z Antonem pochylili się nad nim. Przybysz nie zdradzał żadnych objawów życia.
– Musi być czysta woda go wykończyła – podsumował Wędrowycz.
– Ty więc wygrałeś zakład – stwierdził Horoszczuk, klepiąc Jakuba po ramieniu.
A deszcz lał przez czterdzieści dni i nocy.
24-25 luty 2002

Jakub Wędrowycz
Pogromca Pierścienia

(na podstawie pomysłu Andrzeja Pilipiuka)
AUTOR : Sebastian R. Chosiński
HTML : ARGAIL
 

 
1.
W chałupie panował zaduch nie do wytrzymania. Na piecu spał, kręcąc się niespokojnie, 
Jakub Wędrowycz. Poprzedniego wieczora do spółki z Semenem próbowali bimbru 
pędzonego według nowej, przywiezionej z Ukrainy przez krewnych Kozaka, receptury. 
Alkohol był rzeczywiście mocny, szybko uderzał do głowy, a jego skutkiem ubocznym 
były przychodzące w nocy koszmary. Z tymi Jakub sobie jakoś radził, trudniej było 
jednak coś poradzić na suchość w gardle. Choć wstawał w nocy kilka razy i popijał 
bimber „zza Buga” przyzwoitą wojsławicką berbeluchą, której przepis odziedziczył po 
swoim, świeć Panie nad jego duszą, ojcu Pawle, zgaga nie przechodziła. Na dodatek, 

background image

jakby nieszczęść było mało, o świcie ktoś zaczął natarczywie dobijać się do drzwi 
wędrowyczowej chaty. A każde uderzenie potrójnym echem odbijało się w głowie 
Jakuba.
Wściekły, zwlókł się z pieca i, chwiejąc się nieco to na lewo, to na prawo, ruszył 
otworzyć drzwi, z mocnym postawieniem zrugania nieproszonego gościa. Gdy jednak 
uchylił wrota, nie zobaczył nikogo.
– Cholera! – zaklął tak głośno, aż pobudziły się wrony śpiące w konarach ostatnich 
ocalałych przez zimę w gospodarstwie Jakuba drzew. – Żartów się komuś zachciewa.
Ze złością zatrzasnął drzwi i obrał kierunek na spiżarnię, gdzie – jeśli go pamięć nie 
myliła – miał jeszcze kankę wypędzonego w ubiegłym tygodniu bimbru. Nie zdążył go 
wprawdzie wydestylować, ale co tam, nie takie trunki w swoim życiu pijał. Razu 
pewnego odwiedził go po kolędzie ksiądz proboszcz i, chcąc przyciągnąć Jakuba na łono 
kościoła, wina mszalnego lał mu do musztardówki. Wędrowycz pił, choć mu po prawdzie 
nie smakowało. A następnego dnia obudził go tak potworny ból głowy, że solennie sobie 
przyrzekł, iż z proboszczem do czynienia więcej mieć nie będzie.
Kiedy uchylił drzwi spiżarni, pukanie rozległo się ponownie.
– Job twoju mać! – ryknął, tym razem budząc spokojnie jeszcze śpiące w kącie pokoju 
myszy. Gryzonie z piskiem rozbiegły się po chałupie.
Jeśli to znowu głupi żart, ukatrupię jak mumię Lenina – przyrzekł sobie, a w rodzinie 
Wędrowyczów słowo droższe było od honoru.
Ale i tym razem po otwarciu drzwi nie ujrzał nikogo. Jedynie w oddali najbliżsi sąsiedzi 
Jakuba jechali na pole, bo właśnie zaczął się okres żniw. Już chciał wrócić do pokoju po 
zawieszony na ścianie topór i wybiec na podwórze w poszukiwaniu dowcipnisia, gdy 
poczuł jak coś ciągnie go za onucę i drapie w łydkę. Nie była to pluskwa ani nawet wesz, 
te jedynie gryzły, to coś natomiast wyraźnie go drapało.
Gdy spojrzał w dół, podskoczył jak oparzony. Jak słoń się boi myszy, tak samo Jakub 
wystraszył się małego mocno owłosionego stworzenia, niewiele wzrostem 
przewyższającego krasnoluda. Wyglądało, nawet jak na standardy przyjęte w 
Wojsławicach, wyjątkowo paskudnie. Gapiło się w górę i bełkotało coś śpiewnie w 
niezrozumiałym języku.
Wędrowycz z obrzydzeniem zamachnął się nogą, jakby chciał kopnąć piłkę, stwór 
oderwał się od kalosza i poleciał wysoko w powietrze. Lądowanie miał wyjątkowo 
twarde, walnął bowiem łbem w drzwi chlewika. Przez chwilę leżał bez ruchu, potem 
podniósł się, zachwiał i znowu padł na ziemię.
– Teraz mi nie uciekniesz, mały gnojku – ucieszył się Jakub, wielkimi susami doskakując 
do nieprzytomnego stworzenia.
Z obrzydzeniem podniósł go za ogonek i spojrzał prosto w kudłatą mordę. Splunąć 
musiał, bo poczuł nagle jak całe wczoraj skonsumowane przy piciu bimbru żarcie 
podchodzi mu do gardła. Wypuścił małego z rąk i instynktownie wytarł dłonie w 
poplamioną kufajkę. Stwór jęczał z bólu, gramoląc się u stóp Jakuba. Wędrowycz znów 
chciał mu dokopać, ale malec błagalnym tonem wyszeptał:
– Oszczędź mnie!
– To ty mówisz po naszemu? – zdziwił się egzorcysta.
– Mówię w wielu językach – wyjaśnił kudłaty. Każde wypowiedziane słowo sprawiało 
mu ból; był potłuczony jak piłka do bejsbola.
– Co cię tu sprowadza?

background image

– Jakuba, Wędrowyczem zwanego, poszukuję. Zgodnie z moim planem… – wyjął zza 
pazuchy mały rulonik, rozwinął go ostrożnie i począł uważnie studiować – …tu gdzieś 
powinna znajdować się jego włość.
– Że co?
– Włość! – powtórzył stwór, wielce zdziwiony, że człowiek, choć tak wielki, tak niewiele 
rozumie z tego, co się do niego mówi.
– A co ty od niego, Wędrowycza znaczy się, chcesz? – spytał podejrzliwie Jakub.
– O pomoc przyszedłem go prosić – wydukał kurdupel. – W nim nasza ostatnia 
nadzieja…
O pomoc – powtórzył w myśli, mile połechtany, Jakub. Więc moja sława już do 
zamorskich krajów dotarła. Nie wiedzieć bowiem czemu, Wędrowycz przekonany był, że 
niecodzienny gość przybył doń zza Oceanu.
– Znasz go, panie? – spytał kudłaty.
– A, znam.
– Prowadźże więc do niego, a zobaczysz, że ci to wynagrodzić potrafię!
Jakub, nie namyślając się długo, chwycił małego za futerko i posadził sobie na ramieniu. 
Wniósł go do chałupy i rzucił na barłóg na piecu. Stwór, skomląc jak myszka, zatkał nos, 
bojąc się, że smród może go zabić.
– Nigdzie się nie ruszaj! – rozkazał Wędrowycz i znikł w drugim pokoju.
Gdy wrócił stamtąd kilka minut później, zmieniony był nie do poznania. Na kufajkę 
naciągnął barani kożuch, szyję owiązał długim wełnianym szalem, a na głowę założył 
trofiejną uszankę, którą lat temu osiemdziesiąt, będąc jeszcze dzieckiem, z 
krasnoarmiejca, który Wojsławice z Budionnym najechał, razem ze skalpem ściągnął. W 
prawej dłoni trzymał siekierę, w lewej natomiast dzierżył osikowy kołek.
Kudłaty spoglądał na niego podejrzliwie, profilaktycznie chowając się za piecem.
– Znowu się w ciuciubabkę bawisz? – spytał egzorcysta. – Uważaj, bo jak cię dorwę, to 
wypatroszę, jakem Wędrowycz!
– Ty jesteś Wędrowycz? – spytał z niedowierzaniem malec, wychynąwszy ostrożnie zza 
pieca.
– He!
– Jakub Wędrowycz?
– Ano!
– To musiała zajść jakaś pomyłka…
– Nie ma żadnej pomyłki! – zagrzmiał Jakub. – Szukasz egzorcysty i ja nim jestem. 
Znanym w całym chrześcijańskim świecie pogromcą wampirów. Jeszcze żaden się 
przede mną nie uchował!
Kudłatemu zawirowało w głowie i padł, zemdlony.
2.
Jakub ostrożnie strzykawką poił małego gościa swoim najlepszym, jeszcze nie 
przedestylowanym bimbrem. Krople życiodajnego nektaru spłynęły strużką po 
zarośniętym pyszczku, gdy nieznajomy się zakrztusił. Kasłał długo, a gdy doszedł do 
siebie, siedział nadąsany w milczeniu.
– Jeżeli mam ci pomóc, musisz mi powiedzieć, skąd i po co przychodzisz – przekonywał 
go Wędrowycz tak długo, aż malec ustąpił.
– Nazywam się Baggins. Bilbo Baggins. Mieszkam w Bag End.
– A gdzie to jest? Musi być, gdzieś za morzem.

background image

– Nie za żadnymi morzami, nie za górami, ale w Śródziemiu – wyjaśnił Bilbo, sadowiąc 
się wygodniej na pożartym przez szczury i inne gryzonie, śmierdzącym kocu. – Mój 
młody krewniak Frodo, hobbit jak ja, wysłany został w długą i niebezpieczną drogę. Miał 
się nim opiekować czarodziej, Gandalfem Szarym zwany, ale jak się okazało to hulaka 
jakich w całym Śródziemiu wielu nie znajdziesz. Podróż opóźnia, bo się w każdej 
karczmie do nieprzytomności upija i burdy wszczyna. W głowie zupełnie mu się już 
pomieszało, więc jego czary całkowicie odwrotne skutki przynoszą… – żalił się malec.
Gandalf, Gandalf! – powtarzał w myśli Jakub, nie mogąc sobie jednak przypomnieć 
nikogo takiego w, sięgającym swymi korzeniami starożytności, rodzie Wędrowyczów.
– A sprawa jest, że tak powiem, wagi państwowej. O uratowanie naszej krainy chodzi…
– A przed kim to ratować ją trzeba? – spytał Jakub, śmiejąc się rubasznie na samą myśl, 
że wreszcie po wielu tygodniach nieróbstwa przyjdzie mu dobry uczynek spełnić.
– Przed Sauronem, który pragnie Pierścień posiąść…
– Pierścień, mówisz? – wtrącił Wędrowycz.
– Pierścień – przytaknął Bilbo. – Gdy go zdobędzie, zapanuje po wsze czasy nad całym 
Śródziemiem.
– A z czego on, znaczy się, ten pierścień, zrobiony został?
– Z najszczerszego złota – wyjaśnił Baggins.
– Wiele on wart?
– Jest bezcenny dla tego, kto go posiada…
Ho, ho! – ucieszył się Wędrowycz. Widzę, że tu dwa dobre uczynki spełnić można. – I 
nie czekając dłużej, poderwał się z krzesła.
– Chodźmy więc, nie ma na co czekać! – zakomenderował.
– Nie spieszy się – odparł hobbit, po czym trochę nieśmiało, wskazując na strzykawkę, 
spytał: – Czy mógłbyś mnie jeszcze odrobiną tej naleweczki poczęstować?
Hobbit, choć pił niewiele, zaimponował Jakubowi.
Prawie jak koliber. Tyle, co waży. Nawet ja nie byłbym mu w stanie dorównać – 
pomyślał Wędrowycz, klepiąc się po pokaźnym brzuszysku, które ostatnimi czasy 
powiększyło się jeszcze bardziej.
Następnego dnia obudzili się koło południa. Bilbo ściągnął Jakubowi z nóg kalosze i 
łaskotał go po stopach. W żaden inny sposób dobudzić go nie byłby w stanie.
– Zapomniałeś? – hobbit wrzasnął Wędrowyczowi prosto do ucha.
– O czym to niby miałem zapomnieć?
– Środziemie ratować musisz!
– A gdzie ono jest?
– Pójdź, to cię zaprowadzę.
I wyszli przed chałupę Jakuba, a słońce dotarłszy w swej codziennej wędrówce na szczyt 
nieboskłonu, niemiłosiernie prażyło. I szli przez zachwaszczony ogródek i zaniedbany 
sad, by wyjść na pole, całe pokryte kretowiskami.
– Tędy – powiedział Bilbo, wskazując swym niewielkim owłosionym paluchem mały 
kopczyk – prowadzi droga do Śródziemia.
Jakub popatrzył na niego z niedowierzaniem. Baggins aż cofnął się, przestraszony.
– Tędy przyszedłem, więc i tędy można wrócić – wyjaśnił.
– A nie pomyślałeś o tym, że ja jestem kilka razy od ciebie większy?
– Gandalf nic nie mówił o twoich rozmiarach…
Wrócili do chałupy po łopatę dla Jakuba i dużo odeń mniejszą miedzianą nabierkę do 

background image

zupy dla Bilba. Kopali aż do zachodu słońca, często posilając się przy tym bimbrem i 
przygryzając słoniną. Kiedy skończyli, hobbit nie był już w stanie utrzymać się na 
nogach.
Widocznie nie jest przyzwyczajony do poprawiania klinem – zauważył z radością 
Wędrowycz.
Gdy tylko słońce skryło się za horyzontem, wskoczył do powiększonego do jego 
rozmiarów kretowiska i pociągnął za sobą Bagginsa. Hobbit wyrwał mu się jednak z rąk i 
wyskoczył na powierzchnię.
– Idź sam – powiedział. – Ja tutaj poczekam na ciebie. Dosyć już mam wałęsania się po 
świecie. Spokój lubię.
– Tylko mi zacieru nie wypij! – Pogroził mu palcem Jakub.
– Tu masz plan Śródziemia! – krzyknął Baggins, rzucając w dziurę niewielkich 
rozmiarów rulonik. – Czytać umiesz? – Nie czekając na odpowiedź, machnął ręką i 
dodał, tym razem już tylko do siebie: – A zresztą, język masz, spytać możesz.
– Gdzie go szukać, tego twojego krewniaka? – zawołał Jakub z dołu.
Bilbo zastanowił się chwilę, policzył coś na swoich owłosionych palcach i odpowiedział:
– Biorąc pod uwagę, że zmarudziłem u ciebie całe dwa dni, powinien już dotrzeć do 
karczmy „Pod Rozbrykanym Kucykiem”…
– Kucykiem – powtórzyło echo. – Brzmi nieźle.
3.
Śródziemie niczym szczególnym Jakuba nie zaskoczyło. Może poza tym, że wszystko 
wydawało mu się tutaj jakby trochę mniejsze. A może to on był wyższy niż wszystkie 
inne zamieszkujące ten świat istoty. Podrapał się za uchem i zajrzał do planu, który dał 
mu Bilbo. Może by i co z niego wyczytał, ale plan był tak mały, że doszukać się w nim 
literek graniczyło z cudem.
Przydałyby się okulary księdza proboszcza – przyszło na myśl Wędrowyczowi. Księżulo, 
zawsze gdy po mszy przeliczał składkę, zakładał najgrubsze szkła, by nawet grosika nie 
przegapić. Ale ksiądz proboszcz razem z jego binoklami był daleko i w niczym Jakubowi 
pomóc nie mógł. Cisnął więc Wędrowycz mapę w rosnące u brzegu krętej ścieżki krzaki 
i postanowił zdać się na swój, nigdy do tej pory go nie zawodzący, instynkt egzorcysty.
Gdy żegnał się z Wojsławicami, nadchodziła noc, tutaj najwidoczniej był poranek, bo 
słońce dopiero powoli pięło się po szczytach odległych gór.
Pięknie tu – pomyślał Jakub, zrywając spod nóg niezwykle wonny kwiat. Podniósł go do 
nosa i powąchał. – Ach, siąść jak w dzieciństwie na łące, popaść krowy, popić dziadkowy 
bimber – wrócił myślami do jakże odległych czasów.
Nieznana kraina nastroiła go romantycznie. Czuł się młody i lekki. Szedł tanecznym 
krokiem i nucił coś po nosem. Nagle, z oddali, dobiegł go dziewiczy śpiew. 
Podświadomie przyspieszył kroku i niebawem oczom jego ukazała się piękna niewiasta.
Jakub ukłonił się szarmancko i uśmiechnął jak najszczerzej; promienie słońca, odbite od 
równej szuflady złotych zębów, na moment oślepiły kobietę. Gdy jednak tylko doszła do 
siebie, ryknęła przerażona i zerwała się do ucieczki. Wędrowycz stał przez chwilę 
zdezorientowany, po czym rzucił się za nią w pogoń, przez cały czas trzymając w ręku 
zerwany kwiat, który nagle zapragnął jej podarować.
Dopadł ją u wejścia do chaty. Przygwoździł łapami do drzwi i, nadal zachowując 
serdeczny ton, zapytał:
– Dlaczego uciekałaś, piękna dziewico?

background image

– Wcale nie jestem dziewicą – odparła kobieta. – Nazywają mnie tutaj Złotą Jagódką, 
jeśli jesteś sobie w ogóle w stanie wyobrazić, co to oznacza, obwiesiu!
– A ja jestem najsławniejszym egzorcystą na świecie! – krzyknął jej prosto w twarz, 
zionąc przy tym odorem nie przetrawionego jeszcze alkoholu, Wędrowycz.
– Możesz mnie wziąć siłą, ale – ostrzegam! – ja żadnej przyjemności z tego mieć nie 
będę – powiedziała gniewnie, choć oczy jej zdawały się przeczyć każdemu słowu.
– Gdzie mi tam cię brać – odparł Jakub. – O drogę spytać chciałem.
– O drogę? – powtórzyła z niedowierzaniem. – Tylko to?
– Tylko – potwierdził Wędrowycz. – Szukam takiego jednego, mały jest i podobno 
zarośnięty, zupełnie jak jego krewny, który właśnie teraz u mnie w chałupie resztę 
zapasów berbeluchy opróżnia…
– Dziwnym mówisz językiem – stwierdziła Złota Jagódka, podkasując spódnicę tak, aby 
Jakub mógł zawiesić wzrok na jej smakowitym udzie.
Egzorcystą jestem, a nie bawidamkiem – skarcił się w myśli Wędrowycz i odwrócił 
wzrok od kusicielki.
– W karczmie „Pod Rozbrykanym Kucykiem” ponoć na mnie czeka – powiedział głośno. 
– Daleko to?
– Wystarczy jeno przejść przez Mogilne Kopce.
– Mogilne, mówisz? – uśmiechnął się Jakub do swoich myśli, podświadomie mocniej 
ściskając w dłoni osikowy kołek.
Coraz bardziej mi się tutaj podoba – pomyślał.
– A jeśli będziesz jeszcze kiedyś w tych okolicach, zajrzyj do mnie. Toma ciągle nie ma 
w domu, a samotnej kobiecie źle – zawołała za nim Złota Jagódka. Jakub zaś obiecał 
sobie dokładnie zapisać w pamięci drogę, którą będzie się oddalał od jej domostwa.
Im bardziej pić mu się chciało, tym przyspieszał kroku. Świadomość, że karczma może 
znajdować się gdzieś niedaleko, on zaś błądzi, doprowadzała go do wściekłości. Niestety, 
nie nawinął się nikt, na kim mógłby ją wyładować.
W myśli coraz częściej przeklinał Bagginsa i własną głupotę, bo kto to widział w tak 
daleką i niebezpieczną drogę się udawać bez odpowiednich zapasów trunku. Siekiera i 
kołek ciążyły mu coraz bardziej, już zastanawiał się, czy gdzieś w pobliżu w trawie na 
noc legowiska sobie nie wymościć, gdy kątem oka dostrzegł w oddali nikłe światełko.
– Niech mnie wampir zagryzie, jeśli to nie karczma! – krzyknął uradowany i ruszył ze 
zdwojoną siłą ku swojej ziemi obiecanej.
4.
Instynkt łowcy podpowiadał mu, że powinien być ostrożny. Zwolnił więc kroku i wytężył 
słuch. W pobliżu karczmy – był już tego pewien – czaiło się Zło. Szedł na paluszkach, 
będąc przekonanym, że godnie stawi mu czoło dopiero wtedy, gdy pokrzepi się nieco 
jakimś miejscowym, najlepiej własnej roboty, trunkiem. Już miał położyć dłoń na 
klamce, gdy usłyszał za plecami tętent i rżenie koni. Kiedy się odwrócił, oczom jego 
ukazała się gromada jeźdźców w czarnych pelerynach i takiegoż samego koloru 
kapotach. Podjechali tak blisko, że Jakub czuł zapach końskiego potu, który smrodem 
przewyższał jego własny.
– Dokąd to, wędrowcze? – spytał jeden z nich.
W Jakubie krew się zagotowała. Zrobił krok w przód i pociągnął za pelerynę. Gdy 
jeździec upadł na ziemię, egzorcysta wprawnym ruchem przebił mu serce kołkiem. Ale 
że miał tylko jeden, wyciągnął go natychmiast i rzucił się na następnego. Po pięciu 

background image

minutach sześć ciał ułożył równo obok siebie. Chciał już odejść, by napić się wreszcie 
czegoś w karczmie, kiedy usłyszał ciche jęki. Któryś z jeźdźców żył jeszcze. Jakub 
odszukał go i pochylił się nad nim.
– Dlaczego? – spytał słabnącym głosem mężczyzna w czarnej pelerynie.
– Nie lubię, gdy ktoś przekręca moje nazwisko – odparł Wędrowycz i odrąbał mu łeb 
siekierą.
W karczmie niewielu było gości. Mała grupka tłoczyła się w kącie, przysypiając nieco. 
Gdy jednak otwarły się skrzypiące drzwi, wszyscy przytomnym wzrokiem powiedli w 
kierunku Jakuba. Wędrowycz siadł na długiej dębowej ławie i uśmiechnął się do 
karczmarza.
– Obojętnie, co masz, byle szybko! – rozkazał, tonem nie znoszącym najmniejszego 
sprzeciwu.
– To najlepsze piwo, jakie mamy – zachwalał karczmarz, stawiając przed Jakubem 
potężny kufel.
– Piwo? – zamruczał, niezadowolony, Wędrowycz . – Cóż, jak się nie ma, czego się chce, 
trza pić, co ci dają – odparł zdumionemu karczmarzowi i jednym łykiem opróżnił kufel. 
W taki sam sposób obszedł się z dziesięcioma kolejnymi, które właściciel z trudem 
nadążał przynosić. Dopiero kiedy mu się głośno odbiło, zażądał „czegoś do żarcia”.
Minęło kolejne pół godziny, nim uporał się z potężną porcją mięsiwa, oczywiście przez 
cały czas popijając je piwem. W miarę przyswojonego alkoholu poprawiał mu się nastrój. 
Serdeczniejszym wzrokiem spoglądał w stronę pozostałych gości karczmy, choć powoli 
zaczęło mu już się mylić, ilu ich tam, pod ścianą, siedzi. W pewnym momencie jeden z 
nich, niewielkiego wzrostu i cały zarośnięty, podszedł do niego i zagadał.
– Jeśli mnie przeczucie nie myli, pan musi być imć Jakub Wędrowycz – powiedział 
malec, kłaniając się niemal do podłogi, co przy jego wzroście wielkim wyczynem nie 
było.
– A ty jesteś krewniak tego, co się u mnie w chałupie zalągł! – odparł Jakub.
– Nie wierzyliśmy staremu Bilbo, kiedy w kółko powtarzał pańskie nazwisko, 
przekonując, że tylko pan może nas, w razie niedyspozycji Gandalfa, od Czarnych 
Jeźdźców ochronić.
– Masz na myśli, mały, tych facetów na koniach, co się kręcą po okolicy? – spytał 
Wędrowycz.
Hobbita na samo wspomnienie o Czarnych Jeźdźcach przeszedł dreszcz.
Jakub sięgnął po kolejny kufel piwa i wtedy dopiero, w świetle stojącej na ławie świecy, 
dostrzegł zawieszony na szyi kudłatego złoty pierścień.
O tym pierścieniu tyle paplał ten cholerny Baggins – przypomniał sobie.
Zrobił zapraszający gest ręką i po chwili hobbit siadł obok niego na ławie.
– Nazywam się Baggins. Frodo Baggins – przedstawił się. – Prawdę mówiąc, myślałem, 
że Bilbo przybędzie tu z panem…
– Ach, Bilbo! – krzyknął Jakub w uniesieniu. – Mój stary przyjaciel Bilbo! Zbliżyliśmy 
się do siebie tak bardzo, że postanowił zostać u mnie nieco dłużej – słowa te z trudem 
przeciskały się przez mocno ściśnięte gardło Wędrowycza. – Uroczy człowiek, to znaczy, 
tfu… hobbit.
Frodo zaprosił Jakuba, by przysiadł się do reszty towarzystwa. Tyle alkoholu co tej nocy 
„Pod Rozbrykanym Kucykiem” nigdy jeszcze nie wypito! Nie przyzwyczajeni do 
spożywania nadmiernej ilości piwa hobbici, padli pierwsi; zaraz pod nich wyzionęły 

background image

ducha krasnoludy, a tuż przed świtem padł ostatni człowiek. Wędrowyczowi nie 
pozostało nic innego, jak ruszyć z powrotem do domu. Opuścił karczmę i, odwiedzając 
po drodze samotną Złotą Jagódkę, wrócił do Wojsławic. W rodzinnej wsi Jakuba 
zaczynała się właśnie noc.
Bilbo, zmożony alkoholem, spał na stole, obok przewróconej kanki z wędrowyczowym 
bimbrem. Jakub zawył ze wściekłości i rzucił się do spiżarni. Wszystkie zapasy zostały 
opróżnione. Jedyne co znalazł, to piersióweczka, którą musiał zgubić Semen. Opróżnił ją 
do ostatniej kropli i legł, wycieńczony, na piecu.
Gdy tylko zasnął, zaczęły się koszmary. Jakubowi przyśniło się, że w drzwiach chałupy 
stanął stary siwy człowiek z fajką w ustach.
– Wstawaj, Wędrowycz! – powiedział.
– Nie wstanę, odczep się.
– Wstawaj natychmiast, bo cię na odwyk wyślę.
– Możesz mnie co najwyżej w dupę pocałować – odparł Jakub, przewracając się na drugi 
bok. Ścisnął mocniej powieki, ale postać staruszka nie znikała.
– Załatwię, że ci esperal wszyją!
Tego już było za dużo. Nawet koszmary nie mogą być tak bezczelne.
– Czego chcesz? – spytał Wędrowycz, siadając na piecu.
– Oddaj to, co należy do mnie, a więcej mnie nie zobaczysz!
– A co tu należy do ciebie? – Jakub był tyle zaskoczony, co nieprzytomny.
– Ten tam – staruszek wskazał na smacznie chrapiącego na stole Bilba. – Zakała 
hobbickiego rodu!
– A bierz go sobie – ucieszył się Wędrowycz. – Mnie on tu potrzebny, jak barchanowa 
koszula w pewnym intymnym miejscu…
– I to jeszcze nie wszystko – nie dawał za wygraną starzec.
– Czego jeszcze chcesz?
– Pierścień oddaj!
– Jaki pierścień?
– Ten, który zabrałeś Frodowi, gdy zasnął po tym, jak go upiłeś!
– Nie mam żadnego pierścienia – tłumaczył Jakub, ale był mało przekonywujący. Na 
jawie radził sobie nie z takimi cwaniakami, ale we śnie był bezradny.
– Jutro rano odeślesz Bilba z powrotem do Śródziemia, zrozumiano?! Razem z 
pierścieniem. Jakem Tolkien! – wrzasnęła zjawa i rozpłynęła się w ciemności.
Wędrowycz poderwał się z barłogu. Świtało. Hobbit spał jeszcze, unurzany w kałuży 
własnego moczu. Jakub chwycił go za kark i zaniósł na pole.
– Co robisz? – krzyknął Bilbo po oprzytomnieniu.
– Wyprawiam cię do domu!
– Nie możesz – powiedział hobbit, próbując się wyrwać. A kiedy mu się to nie udało, 
ugryzł Jakuba w palec. – Ja nie chcę tam wracać. Dość mam użerania się z trollami, 
orkami i wszelkim innym paskudztwem. Tutaj mi się podoba.
– Ale tutaj ja mam dosyć użerania się z tobą, degeneracie! – odparł Wędrowycz, 
wrzucając Bilba do przepastnej dziury, która pozostała po rozkopanym kretowisku.
Chwilę później, w ślad za Bilbem, wpadł do niej pierścień.
Epilog
Wojna o pierścień zakończyła się zwycięstwem Saurona, który zdołał przechytrzyć Froda 
i jego kompanów. Doprowadzając hobbita do męczeńskiej śmierci, ściągnął z jego szyi 

background image

Pierścień Jedyny, nim ten zdołał wrzucić go do Szczelin Zagłady. Jakież jednak było 
zdziwienie Saurona, gdy okazało się, że pierścień ten nie daje mu władzy nad 
pozostałymi.
Dopiero po latach sługa Melkora odkrył tajemnicę pierścienia. Gdy starł się już mosiądz, 
na ołowianej obręczy pojawił się inny napis w nie znanym mu – zapewne starożytnym 
języku – „Wojsławice wioska mała, w dzień zwycięstwa się pochlała…”

Andrzej Pilipiuk

Jak pisać fantastykę naukową - krótki poradnik

Wstęp

Co to jest fantastyka naukowa - każdy widzi. Podobnie jak każdy przeciętnie 

inteligentny czytelnik rozumie czym jest horror, lub fantasy. Mniej rozgarniętym 

wyjaśniam, że w opowieściach fantasy człowiek z mieczem posiłkując się magią 

robi pure' ziemniaczane ze swoich wrogów, a w horrorze mamy do czynienia z 

dalszymi przygodami faceta z mieczem, tyle że dla odmiany jest on martwy. W 

fantastyce   naukowej   facet   zamiast   miecza   ma   laserowy   pistolet   lub   równie 

rozwiniętą   technologicznie   broń.   Oczywiście   zamiast   faceta   może   wystąpić 

kobieta,   dziecko,   dziewczyna,   robot...   (niepotrzebne   skreślić).   Wrogowie   nie 

muszą koniecznie być ludźmi a w niektórych przypadkach nawet nie powinni 

nimi być. Czytanie fantastyki naukowej, fantasy, horroru oraz rozmaitych ich 

odmian jest przyjemne, a jeśli nie jest przyjemne należy książkę odłożyć i sięgnąć 

po następną. Jeśli i ona w czytaniu nie dostarczy przyjemności należy zapisać się 

do bandy półmózgów, którym fantastyka nie leży lub do półanalfabetów którym 

leży   fantastyka   na   wideo,   ale   czują   wstręt   do   słowa   pisanego.   Do   tego   że 

fantastyka nam się nie podoba nie należy się przyznawać, zwłaszcza miłośnikom 

gatunku, gdyż nierozważne chlapanie ozorem grozi jego postradaniem razem z 

zębami. Lepiej brać przykład ze mnie, ja nikomu się nie przyznaję, że nie lubię 

fantasy.

W pewnej chwili czytając dochodzimy do wniosku że tekst jest dobry ale za 

krótki   i   co   gorsza   nie   ma   dalszego   ciągu.   Jeśli   dodatkowo   zaczniemy   się 

zastanawiać, co w danym tekście jest niedopracowane, oznacza to że umysł nasz 

uległ   zwyrodnieniu.   Choroba   z   naukowego   punktu   widzenia   wywołana   jest 

przez   niekontrolowany   rozrost   części   odpowiedzialnej   za   wyobraźnię. 

Stopniowo   pojawiają   się   dziwne   myśli   całkowicie   nie   przystające   a   nawet 

znajdujące   się   w   jawnej   opozycji   do   otaczającej   nas   rzeczywistości.   Potem 

background image

choroba   zaczyna   się   rozszerzać.   Myśli   stają   się   coraz   bardziej   pogmatwane, 

pojawiają się w najbardziej nieodpowiednich momentach, na przykład podczas 

lekcji lub wykładów, w pracy, w domu, na randce, w kinie... Za którymś razem 

po szczególnie ciężkim ataku otumaniony umysł podejmuje decyzję aby rodzące 

się myśli trochę uporządkować i zapisać.

W zależności od siły choroby zapisanie pomoże na zawsze albo na krócej. W 

skrajnych   przypadkach,   np.   Jack   London,   ataki   choroby   spowodują   pisanie 

trzech   tysięcy   wyrazów   dziennie.   Nadmiernie   rozbudzony   talent   literacki 

doprowadzić może do ciężkich depresji (w przypadku gdy nikt nie zechce czytać 

tego co napiszemy), a nawet (w przypadku gdy porzucimy pracę sądząc że uda 

nam   się   przeżyć   za   honoraria)   do   śmierci   głodowej.   Leczenie   nadmiernej 

wyobraźni jest stosunkowo poste: Od sąsiadki miłośniczki szczegółów z życia 

innych ludzi, pożyczamy lub odkupujemy po znacznie obniżonych cenach dużą 

ilość kolorowych ilustrowanych magazynów. Z braku sąsiadki wygrzebujemy je 

ze śmietnika, (nie polecam kupowania w kiosku, gdyż kuracja jest dość długa, a 

co   za   tym   idzie   mogła   by   nas   dodatkowo   zrujnować   finansowo).   Następnie 

siadamy   sobie  i   zaczynamy   je  dokładnie  studiować.  Po   mniej  więcej  setnym 

zauważymy   pierwsze   korzystne   zmiany.   Umysł   nasz   skoncentruje   się   na 

problemach zdrowej części społeczeństwa, tj. rozwiedzionych matek, mężatek 

popełniających zdrady małżeńskie, facetów maltretowanych przez teściowe etc. 

Kuracja   będzie   znacznie   efektywniejsza   jeśli   połączymy   ją   z   oglądaniem 

teleturnieji   i   sympatycznych   filmów   wieloodcinkowych   kręconych   na   terenie 

Brazylii   i   Wenezueli.   Po   upływie   około   trzech   -   czterech   miesięcy   z   ulgą 

przekonamy się że wyobraźnia nasza została wypalona jak laserem (choć pewnie 

nie   będziemy   już   wiedzieli   co   to   jest   laser),   a   nadmiernie   rozrośnięte   części 

mózgu   wyraźnie   się   skurczą.   Wówczas   należy   zaprzestać   kuracji.   Dalsze   jej 

kontynuowanie   grozi   całkowitym   zniszczeniem   centralnego   ośrodka 

nerwowego! Gdy kuracja nie skutkuje powinniśmy poddać się i przystąpić do 

pisania.

I.

TYTUŁ

Istnieją dwie metody pisania opowiadań i dłuższych form literackich.

Po pierwsze można wymyślić efektowny tytuł a następnie do gotowego tytułu 

dopasować odpowiedni pomysł. Drugi sposób polega na napisaniu opowiadania 

a   dopiero   na   końcu   zaopatrzenia   go   w   tytuł.   Można   też   nadać   dziełu   tytuł 

roboczy,   napisać   do   niego   opowiadanie   a   następnie   zmienić   go   na   inny.   Tę 

metodę stosował np. Janusz A. Zajdel i jak się wydaje jest ona najlepsza.

Opublikowany swojego czasu na łamach Fantastyki artykuł  „Siedem grzechów 

głównych   polskiej   SF”  surowo   piętnował   rozpowszechnioną   w   latach 

osiemdziesiątych   manierę   stosowania   tytułów   jednowyrazowych   w   rodzaju 

„Kontakt”,   „Inwazja”,   „Test”,   etc.   Ja   w   swojej   pracy   przyjąłem   zasadę   zgoła 

odmienną.   Wedle   mojego   mniemania   tytuł   powinien   być   raczej   krotki   i 

background image

dźwięczny, a przy tym wpadający w ucho i ciekawy. Dla przykładu  „Hiena”, 

„Szambo”,   „Głowica”,   „Tunel”  Oczywiście   można   było   by   ubrać   powyższe 

rzeczowniki w odpowiednie przymiotniki tworząc tym samym tytuły w rodzaju: 

„Hiena Cmentarna”, „Szambo Podmoskiewskie”, „Głowica Atomowa”, „Tunel 

do Australii”, jednakże wyjaśniając zbyt wiele już w tytule utworu ryzykujemy 

że czytelnik przedwcześnie zorientuje się w naszych zamiarach a tym samym 

pozbawi się dużej części zabawy. Oczywiście niekiedy złożone tytuły stają się 

koniecznością, trudno bowiem jednym słowem streścić myśl zawartą, znowu 

sięgnę do swoich dokonań, w tytule „Święty Mikołaj spotyka Dziadka Mroza”. 

(Opowiadanie to nosiło tytuł roboczy  „Wigilijna Rozgrywka”, fajny, nie?). W 

ostateczności   możemy   zastosować   jeszcze   jedną   metodę   wymyślenia   tytułu. 

Metoda ta jest średnio etyczna, ale przynieść może ciekawe efekty. Jest to tzw.

„Odgrzewanie tytułów”. Bierzemy tytuł uznanego dzieła literackiego po czym 

wymieniamy w nim wszystkie elementy, zachowując konstrukcje gramatyczne 

oraz liczbę rodzaj  i przypadek wyrazów występujących w wersji pierwotnej. 

Oczywiście zastosowane wyrazy muszą w jakiś sposób odnosić się do naszego 

utworu, a nie tego z którego tytuł kradniemy.

Dla przykładu:

Tytuł pierwotny:

Tytuł po przeróbkach:

Ogniem i Mieczem

Sierpem i Młotem

Pan Tadeusz

Forrest Gump

Baba Jaga

Księżniczka Marsa

Czerwony Kat 

Zielony Mars

Et  cetera.   Metoda   jest   jak   widać   prosta   i   nie   wymaga   szczególnego   wysiłku 

umysłowego.

II.

Pomysł

W opowiadaniu najważniejszy jest pomysł. Po wymyśleniu pomysłu należy go 

od razu zapisać, aby nie uciekł. Nawet jeśli w chwili obecnej wyda nam się mało 

ciekawy, to za parę lat, gdy na skutek codziennej ogłupiającej pracy twórczej 

lotność naszej wyobraźni zaniknie, będzie jak znalazł. Po zapisaniu pomysłu 

należy dokładnie się nad nim zastanowić. Być może ktoś już wcześniej wpadł na 

taki sam. (Istnieje teoria naukowa mówiąca, że wszystko co da się wymyślić w 

Fantastyce Naukowej wymyślił już Stanisław Lem, ale ja osobiście daleki jestem 

od tak pesymistycznych teorii). Jeśli stwierdzimy, ze pomysł nasz jest całkowicie 

dziewiczy,   należy   skonsultować   ten   zdumiewający   fakt   ze   wszystkimi 

znajomymi. (za wyjątkiem tych którzy sami piszą, przymierzają się do pisania, 

lub istnieje podejrzenie, że nasz pomysł mógłby ich natchnąć do pisania.

Tacy   znajomi   mogą   go   po   prostu   ukraść!).   Konsultacja   taka   pozwoli   nam 

background image

sprawdzić, czy na nasz pomysł nie wpadł już wcześniej jakiś inny pisarz, którego 

utworów   nie   czytaliśmy.   Jeśli   pomysł   jest   autentycznie   nowy   siadamy   do 

pisania.

W razie całkowitego braku własnych pomysłów możemy postąpić na trzy różne 

sposoby:

Odgrzewanie pomysłów

Bierzemy pomysł cudzy a następnie zmieniamy w nim wszystko co się da, tak 

aby stał się całkowicie nierozpoznawalny, zachowując drobne elementy które 

sprawiły   ze   przerabiane   dzieło   zostało   uznane   za   genialne.   Na   przykład 

bierzemy na warsztat  „Hobbita”.  Głównego bohatera zamieniamy w ufoludka, 

jego   norkę   we   wnętrze   stacji   kosmicznej,   magiczny   pierścień   w   artefakt 

starożytnej cywilizacji etc. Poza popadnięciem w grafomanię grozi nam że nas na 

tym przyłapią. Z drugiej strony... Seweryn Goszczyński splagiatował  „Zamek 

Kaniowski”   z   „Hajdamaków”   Tarasa   Szewczenki.   „Ogniem   i   mieczem”   w 

niektórych   miejscach   przypomina   „Córkę   Kapitana”  Aleksandra   S.   Puszkina, 

sam   Sapkowski   po   opublikowaniu   pierwszego   opowiadania   o   wiedźminie 

oskarżony został na łamach pewnego kultowego miesięcznika o oparcie się na 

pewnym anglosaskim pomyśle...

Pisanie ostrożnych parodii

Bierzemy uznany utwór literacki i stawiamy go na głowie, najlepiej wypaczając 

maksymalnie   świat   przedstawiony.   (Tak   jak   Karol   Marks   wyrwał   Heglowi 

zdrowe   jądro   i   postawiwszy   je   na   głowie   stworzył   marksizm).   Dla   lepszego 

zrozumienia konspekt:

Tytuł roboczy: Hans Kloss - powieść political fikction. Czas akcji: 1939r.

Treść:   W   ostatnich   dniach   sierpnia   1939-go   roku   wywiad   polski   odkrył 

zdradzieckie   plany   Hitlera.   Polacy   uprzedzając   atak   niemiecki   zaatakowali 

niespodziewanie zgromadzone na granicy wojska Wermachtu. W ręce polskie 

wpadły   ściągnięte   nad   granice   rezerwy   broni,   amunicji,   paliwa   i   żywności. 

Niemcy  uciekać  muszą   na   piechotę,  a   nasi   gonią   ich   tygrysami   i   panterami. 

Gdzieś na przedpolach Berlina Niemcy jakimś fartem biorą do niewoli polskiego 

oficera sztabowego Janka. Po wywiezieniu go na tyły frontu stwierdzają że jest 

on bardzo podobny do kapitana Hansa Klossa. Kloss mówi dobrze po polsku, 

postanawiają więc podsunąć go Polakom...

Oczywiście można napisać jeszcze jedno wesołe opowiadanie osadzone w tych 

realiach   tym   razem   o   czterech   dzielnych   wermachtowcach   który   na   czołgu 

Rotekopf   z   pomocą   owczarka   alzackiego   Scharika   wypierają   polskich 

agresorów...

Metoda Słownikowa

background image

Sposób   wymyślania   opowiadań   z   zastosowaniem   metody   słownikowej   jest 

bardzo prosty. Bierzemy dowolny słownik lub encyklopedię (najlepiej gdyby 

były   to   dzieła   jednotomowe),   po   czym   otwieramy   na   dowolnej   stronie   i 

zapisujemy dowolne słowo, najlepiej to które pierwsze wpadnie nam w oko. 

Potem otwieramy słownik w drugim dowolnym miejscu i jeszcze raz lub dwa. 

Przyjmijmy   że   uzyskaliśmy   ciąg   słów:   atom,   Afryka,   wywiad,   ciastko.   Przy 

odpowiednio sprawnie działającym umyśle możemy opracować na tej podstawie 

co najmniej pięć scenariuszy opowiadań:

-   Afrykański   dyplomata   przewoził   atomowe   sekrety   w   walizce,   ale   polski 

wywiad otruł go ciastkiem dla ich przechwycenia.

- Afrykański wywiad dodał uranu (atom) do ciastek aby kogoś otruć.

- Szalony naukowiec wyizolował nieznany izotop z ciastka kupionego w Afryce

-   Dzielni   wywiadowcy   opracowali   bombę   atomową   wielkości   ciastka   i 

poczęstowali nią afrykańczyka. W chwili gdy ten leciał samolotem bomba w jego 

żołądku...

-   Ukraińska   mafia   szmuglowała   uran   dla   afrykańskich   reżimów   w   postaci 

proszku dodanego do ciastek.

- Dzięki napromieniowaniu wyrzuconych na śmietnik ciastek wywiad odkrył, że 

w willi afrykańskiego dyplomaty znajduje się ukryta bomba atomowa.

Sadzę, że ta próbka możliwości wystarczy dla zareklamowania metody.

Powyższe   scenariusze   pasują   wprawdzie   bardziej   do   książki   sensacyjnej   niż 

fantastyczno   naukowej,   ale   wystarczy   zastosować   raz   jeszcze   odgrzewanie   i 

zamiast  „Afryka”  użyć   słowa  „Mars”,   a   wywiad   zastąpić   bandą   małych 

zielonych ludzików. Gdyby w trakcie pisania zabrakło pomysłu co ma być dalej 

należy ponownie sięgnąć do słownika.

III.

Bohater

Bohater   naszego   dzieła   powinien   być   sympatyczny.   Sylwetkę   bohatera 

tworzymy   następująco.   Z   kolorowego   magazynu   dla   gospodyń   domowych 

wycinamy   nożyczkami   odpowiednie   foto.   Naklejamy   je   na   tekturkę.   Obok 

piszemy dane takie jak wzrost, wiek ulubione potrawy, napoje, defekty fizyczne 

których   nie  widać  na   zdjęciu  etc.   Dzięki   takiej  ściągawce   możemy  w   każdej 

chwili sprawdzić kolor jego oczu włosów czy ulubione drinki bez konieczności 

mozolnego wertowania własnych dzieł. Broń Boże nie radzę ufać swojej pamięci. 

Podobnie   postępujemy   z   bohaterkami.   Metoda   wycinankowa   jest   niezbędna 

zwłaszcza przy pisaniu dzieł w których występuje cały legion postaci.

Bohater   musi   się   jakoś   nazywać.   Nazwisko   bierzemy   z   książki   telefonicznej, 

najlepiej otwierając ją na chybił trafił, (jeśli się nam nie spodoba otwieramy po 

prostu w innym miejscu). Upatrzone nazwisko będzie posiadało imię. Należy 

background image

znaleźć jakieś inne, zaniedbanie tej ostrożności grozi procesem o zniesławienie. 

Możemy też wymyślić własne oryginalne nazwisko w rodzaju Wędrowycz, czy 

Paczenko.   Jeśli   potrzebujemy   nazwiska   zagranicznego   nie   bierzemy   go   w 

żadnym   wypadku   z   książki   innego   polskiego   autora.   (W   większości   dzieł 

naszych rodaków Hiszpanie noszą nazwisko Alwarez). Najlepiej puścić sobie 

brazylijską telenowelę a potrzebne nam dane zaczerpnąć z listy płac. (w Brazylii 

mówi   się   po   portugalsku,   ale   nazwiska   portugalskie,   argentyńskie,   czy 

hiszpańskie nie różnią się między sobą specjalnie) Odnośnie imienia postępować 

tak jak w przypadku książki telefonicznej. Oczywiście jeśli główny bohater jest 

Amerykaninem nazwisko bierzemy z listy płac filmu amerykańskiego.

Takoż  postępujemy  w  przypadku  innych  narodowości.  Przygody bohaterowi 

wymyślamy sami, lub posiłkując się słownikiem, co opisano wyżej.

IV.

Miejsce akcji

Akcję zasadniczo osadzamy w miejscu które jest nam znane. Niestety grzechem 

większości początkujących pisarzy jest umieszczanie akcji poza granicami kraju 

w   nadziei   że   nikt   nie   sprawdzi   szczegółów.   To   błąd.   Jeśli   nie   mamy   innej 

możliwości  przed  napisaniem  dzieła gromadzimy materiały, tj.  plany obcych 

miast, mapy, fotografie witryn sklepowych, budek telefonicznych etc. Ponoć tego 

typu drobiazgi można znaleźć w internecie, ja nie próbowałem. W razie braku 

dostępu   do   internetu   gromadzimy   zagraniczne   magazyny   ilustrowane, 

ewentualnie   idziemy   do   kina   i   starając   się   ignorować   wartką   akcję   badamy 

potrzebne   nam   szczegóły   występujące   na   drugim   planie,   za   kłębiącymi   się 

ciałami, płonącymi radiowozami i innymi takimi rozpraszającymi naszą uwagę 

detalami.

V.

Czas akcji i realia epoki

Akcja   powinna   zasadniczo   rozgrywać   się   w   epoce   która   znana   jest   nam

 

własnego   doświadczenia.   W   razie   gdy   akcja   musi   rozgrywać   się   w

 

epokach 

innych sięgamy do literatury fachowej. Swojego czasu wydano

 

u nas serię „Życie 

codzienne”, (sam posiadam jeden tom traktujący o

 

Brazylii w czasach Pedra II-

go, ale nie miałem jeszcze przyjemności

 

z niego w ten sposób korzystać). Seria 

liczy sobie kilkanaście tomów

 

co daje dość szeroki wachlarz epok. Można jej 

szukać   w

 

antykwariatach   lub   bibliotekach   wojewódzkich   i   czytelniach 

naukowych.   Z   braku   tej   literatury   sięgamy   do   dzieł   innych.   Na

 

potrzeby 

krótkiego opowiadania wystarczy przeczytać dwie, trzy

 

pozycje aby wyrobić 

sobie   pewien   pogląd   na   opisywaną   epokę.   Po

 

napisaniu   najlepiej   dzieło 

przedstawić fachowcom z prośbą o

 

recenzję. Z wesołych kwiatków:

 

„Stary John wyszedł z jaskini i popatrzył na lodowiec.

- Oho wiosnę czuć - powiedział. - Interglacjał się zbliża”.

background image

/interglacjał - trwająca często tysiące lat epoka międzylodowcowa/.

Kwiatek  powyższy   zaczynał   pięćsetstronicowe   dzieło   nadesłane   do   Instytutu 

Archeologii U.W. z prośbą o recenzję.

„Król Popiel przyłożył czoło do chłodnej szyby i popatrzył na wzburzoną taflę 

Gopła” (Z dzieła nadesłanego do redakcji Fenixa, cytat z pamięci).

Tytułem   wyjaśnienia:   Gomułki   (placki   szklane)   służące   do   szklenia

 

okien 

pojawiły się na naszych ziemiach gdzieś w dwunastym wieku.

Gomułki  takie  były  dość przejrzyste,  ale  nie na  tyle by podziwiać

 

przez nie 

wzburzone fale. Szkło taflowe pojawiło się w jakieś pięć

 

wieków po czasach 

Popiela. Swojego czasu miałem też dużo radości

 

czytając opowiadanie z życia 

polskich „partyzantów” polujących na

 

Krzyżaków za pomocą kamiennych (sic!) 

toporów. Przecież tak nie

 

można! Literatury fachowej mamy w bród i należy 

korzystać.

Odnośnie szczegółów uzbrojenia jeśli już jesteśmy w średniowieczu -

 

polecam 

słownik terminologi uzbrojenia pióra dr. Nadolskiego.

Miłośnicy   zamków   zapoznać   się   powinni   ze   słownikiem   terminologii 

architektury obronnej. w ostateczności można skorzystać z kolorowych

 

albumów 

w rodzaju „Patrzę, podziwiam poznaję”, czy „Niesamowite

 

Przekroje”. Pozwoli 

to   wyeliminować   część   najbardziej   rażących

 

błędów.   A   propos'   w   dziele 

literackim powszechnie nazywanym

 

„Trylogią” (chodzi o tę Sienkiewicza, a nie 

Tolkiena), bohaterowie z

 

zapamiętaniem klepią się po głowniach szabli. Nasz 

wybitny   kolega   po

 

fachu  zamiast  sięgnąć  do  literatury  przedmiotu  opisywał 

siedemnasty

 

wiek wedle własnej fantazji, a głownia to nie jest rękojeść, ale

 

wręcz 

przeciwnie: ostrze broni siecznej. Tzw. wyposażenie dodatkowe,

 

lampy, kielichy, 

lichtarze, stoły i krzesła poznawać należy albo w

 

muzeach, albo w najgorszym 

wypadku na reprodukcjach dzieł malarzy

 

żyjących w danej epoce. Ale niech 

Ręka   Boska   broni   opisywać

 

uzbrojenie   krzyżackie   na   podstawie  „Bitwy   pod 

Grunwaldem”   Jana

 

Matejki.   Odnośnie   zachowań   przy   stole   etc.   nie   radzę 

korzystać z

 

Pana Tadeusza jeśli nasze opowiadanie dzieje się dajmy na to w 

piętnastym wieku. Czasy się zmieniają, zachowania takoż. Na

 

szczęście istnieje 

odpowiednia literatura. (np. J Bystroń „Dzieje

 

obyczajów w Polsce”, Wł. Łoziński 

„Życie polskie w dawnych wiekach” etc.).

Uwagi powyższe nie odnoszą się do opowiadań których akcja rozgrywać

 

się ma 

w   przyszłości.   Całą   przyszłość,   wnętrza   mieszkalne,

 

przemysłowe   etc. 

wymyślamy sami, śmiało żonglując prawami fizyki.

(Byle bez przesady, to wszystko musi być jeszcze logiczne). Jeśli

 

piszemy fantasy 

osadzone w światach wymyślonych od A do Z, używać

 

powinniśmy tak samo 

naszej ziemskiej terminologii uzbrojenia i

 

ufortyfikowania aby nie mylić rapiera 

z mieczem dwuręcznym, kuszy z

 

łukiem, a blockhauzu z basteją. Niektórym 

background image

czytelnikom   takie   błędy

 

przeszkadzają   ponoć   w   czytaniu.   Oczywiście 

zachowanie   choć   śladowej

 

logiki   jest   głęboko   wskazane.   Nie   należy   składać 

miecza   i   chować   go

 

do   futerału   od   skrzypiec,   tylko   raczej   niezłożony   do 

odpowiednio

 

większego. O trzymaniu napiętych kuszy w jukach w ogóle nie 

będę

 

wspominał.  Uzupełnienie: Jeśli  już  koniecznie  chcemy opisywać  dawną 

broń,   sugerowałbym   odwiedziny   w   Muzeum   Wojska   Polskiego.   (w   czwartki 

chyba bezpłatnie).

VI.

Kompozycja utworu.

Dzieło   niezależnie   od   jego   długości   powinno   mieć   wstęp,   rozwinięcie

 

zakończenie. Odradzam wszelkie eksperymenty w tym względzie, bo

 

dzieła nie 

posiadające   początku,   lub   końca   z   reguły   trafiają   do

 

redakcyjnych   koszy   na 

makulaturę. Utwory długie warto podzielić na

 

rozdziały, ułatwia to i pisanie i 

czytanie.

VII.

Jak zacząć.

W   utworze   właściwie   najważniejsze   jest   pierwsze   zdanie.   Spora   grupa 

czytelników gdy pierwsze zdanie utworu im się nie spodoba przerywa

 

czytanie i 

do utworu już nie wraca. Jeszcze liczniejsza grupa

 

zniechęca się po przeczytaniu 

pierwszego akapitu. (np ja.).

VII.

Drobiazgi formalne.

Dzieła należy wysyłać w postaci znormalizowanego maszynopisu tj. 30

 

linijek po 

60 znaków graficznych (liter lub przerw między

 

literami!), na stronie. Papier 

powinien być zapisany jednostronnie.

Strony najlepiej ponumerować na wypadek gdyby się rozsypały a na

 

stronie 

tytułowej   umieścić   poza   tytułem   także   swoje   imię   i   nazwisko,

 

oraz   adres   i 

telefon.   Dane   te   można   na   wszelki   wypadek   powtórzyć   na

 

końcu.   (czasem 

początek   może   się   redaktorom   zgubić...)   Redakcje

 

czasopism   („Fenix”, 

„Fantastyka”)   preferują   utwory   o   objętości   od

 

10-ciu   do   30-tu   stron 

maszynopisu. Można trochę krócej raczej nie

 

należy dłużej. Jeśli słownik, lub 

wyobraźnia   dostarczają   zbyt   wielu

 

pomysłów   na   raz,   należy   napisać   drugie 

opowiadanie, lub cykl opowiadań.

VIII. Co pisać?

Wszystko   co   przyjdzie   do   głowy.   Nie   należy   raczej   pisać   polskich

 

ciągów 

dalszych utworów zagranicznych np. były próby stworzenia

 

polskiego Conana. 

(Autorowi nie będę robił krzywdy po nazwisku).

Jeśli   w   trakcie   pisania   stwierdzimy,   że   lepiej   wychodzi   nam

 

rysowanie   niż 

pisanie   nie   poddajemy   się   i   zamiast   opowiadania

 

tworzymy   komiks.   Na 

rysowaniu komiksów się nie znam, więc tu rad nie

 

będzie.

IX.

Jak pisać.

background image

Pisać należy wówczas gdy ma się natchnienie. Jeśli akurat nie ma

 

się natchnienia 

a nie chce się tracić czasu można poprawiać błędy

 

ortograficzne, interpunkcyjne, 

rzeczowe, logiczne etc. w tym co

 

się napisało wcześniej. Jeśli nic się jeszcze nie 

napisało a

 

natchnienie nie przychodzi należy poczytać sobie coś, albo zająć

 

się 

nauką. Można też iść na spacer i poszukać natchnienia wśród

 

drzew.

Na początek doradzam pisanie ręczne. Pozwala wyrobić pewien styl,

 

komputer 

czy maszyna do pisania bardzo przeszkadzają w skupieniu

 

myśli. Ja osobiście 

mam tysiąc osiemset stron rękopisów których

 

teraz nie mam czasu przepisać. 

Jeśli   pisanie   nam   nie   idzie,

 

potrafimy   natomiast   wyrażać   myśli   słownie 

nagrywamy swoje monologi

 

na dyktafon i przepisujemy potem, wygładzając.

To   co   napiszemy   należy   przeczytać   na   głos.   Pozwala   to   wyłapać

 

większość 

potknięć i niezręczności językowych. Jeśli czytamy na

 

głos znajomym możemy 

przy okazji sprawdzić czy będzie się to

 

podobało czytelnikom.

Pisząc powinniśmy zachować pewien naturalny rytm pracy, stąd

 

pisanie przy 

muzyce jest wysoce niewskazane. Rozpraszanie uwagi

 

fatalnie wpływa na jakość 

i wydajność.

Pisać należy zawsze gdy ma się czas. A zwłaszcza wtedy gdy nie ma się czasu. 

Presja mobilizuje.

Od czasu do czasu nie zawadzi poczytać co piszą inni. Jeśli piszą

 

gorzej niż my 

to można się cieszyć, jeśli piszą lepiej trzeba

 

wkładać więcej pracy.

Kariery literackiej nie należy rozpoczynać od pisania

 

siedmiotomowego dzieła z 

życia rosyjskich emigrantów w Norwegii i

 

prześladującego ich KGB. (Jak ja.). 

Zaczynać należy od opowiadań,

 

większe szanse publikacji.

X.

Uwagi końcowe:

- Pisanie daje satysfakcję. Satysfakcję ma się wtedy gdy drukują

 

(jednak jest to 

dobre, skoro  wzięli), jak również gdy nie drukują

 

(takie dobre, że odrzucili z 

zawiści).

- Człowiek zdolny zawsze znajdzie swoich czytelników musi tylko

 

odpowiednio 

genialnie pisać.

- Jeśli nikt nie chce drukować tego co napiszemy nie należy się tym

 

zrażać. Mało 

komu uda się za pierwszym razem.

- Wyrobienie sobie odpowiedniego stylu jest trudne, kosztuje dużo

 

wysiłku i 

początkowo   nie   przynosi   specjalnych   efektów.   Od   chwili   gdy

 

postanowiłem 

zostać pisarzem do chwili gdy zaczęto mnie drukować

 

minęło osiem lat. Jak już 

coś napiszemy i sądzimy, że jest to dobre

 

należy to gdzieś posłać. W liście do 

redakcji nie umieszczamy

 

następujących informacji:

 

- Że już posyłaliśmy to do 

konkurencji i nie wzięli.

- Że jest to tylko próbka naszych możliwości.

- Że napisaliśmy rzeczy znacznie lepsze od tego co posyłamy.

- Że wiemy, iż to co piszemy jest do niczego, ale może jednak...

Teksty   posyłamy   w   jedno   miejsce   naraz.   Po   upływie   miesiąca   jeśli   nie

 

ma 

background image

odzewu należy zadzwonić i zapytać jak im się podobało. Nie

 

wykluczone, że 

każą zadzwonić jeszcze za jakiś czas, ale należy o

 

sobie przypominać.

POŁAMANIA PIÓR GRAFOMANI!

 

Andrzej Pilipiuk

Piszemy bestsellera

 
 
Witajcie drodzy kandydaci na grafomanów. W dzisiejszym odcinku zajmiemy 

się trudnym zagadnieniem: jak pisać, by czytelnik nie był w stanie oderwać się od 
naszego dzieła.

Zadanie   to   nie   jest   przesadnie   trudne.   Z przesadną  skromnością  (a 

pamiętajmy, że przesadna skromność  to naturalna cecha każdego prawdziwego 
grafomana)   nadmienię  że   moje   "dzieła"   uchodzą  za   napisane   lekkim   piórem. 
Niniejsza więc garść porad wynikała będzie głównie z mojego doświadczenia.

Po pierwsze, pisać należy językiem prostym. Co to oznacza? Czym jest język 

prosty w odbiorze?

Jeden z moich kumpli, odbywający staż  w redakcji kolorowego pisemka dla 

blondynek, zetknął się z fantastycznym programem komputerowym służącym do 
upraszczania   tekstów.   Program   ten   zaznaczał  wszystkie   słowa,   które   nie 
mieściły   się  w słowniku   standardowym,   i proponował  ich   prostsze   wersje. 
Natrafiwszy   w artykule   na   słowo   "wykusz",   podkreślał  je   i szukał  synonimu 
zrozumiałego nawet dla idiotów – np. okno.

Czy mamy w ten sposób masakrować nasz tekst? W żadnym wypadku! Czym 

więc jest tekst prosty w odbiorze? Jest to tekst, który można  łatwo pochłonąć 
i przyswoić. Który czyta się bez trudu – a zatem:

Unikamy   zdań  złożonych.   Im   więcej   jest   członów,   tym   trudniej   zrozumieć 

treść. Jeśli najeżymy tekst zdaniami wielokrotnie złożonym, wyjdzie nam fatalny 
w odbiorze bełkot. Ogólnie rzecz biorąc: im dłuższe zdania, tym gorzej.

Starajmy   się  pisać  w miarę  możliwości   jasno,   bez   dygresji,   bez   tworzenia 

skomplikowanych   konstrukcji   logicznych,   których   rozplątanie   zabiera   czas 
i kosztuje masę niepotrzebnego wysiłku. Piszmy konkretnie.

Zastanówmy się pięć razy zanim użyjemy jakiegoś wymyślonego przez siebie 

neologizmu lub przenośni. Czy to, co piszemy, jest zrozumiałe tylko dla nas, tylko 
dla naszych kumpli, czy też dla wsjech?...

To   samo   tyczy   się  wstawek   w językach   obcych   –   tzw.   makaronizmów. 

Rzucenie słowa czy zdania znanego czytelnikom z licznych filmów nie jest tu 
poważnym utrudnieniem percepcji. Jeśli wstawimy słowo czytelnikowi nieznane, 

background image

ale którego znaczenia może się domyślać przez kontekst – nie jest to szczególnie 
niebezpieczne. Byle nie było ich za gęsto. Jednak już  umieszczania  łacińskich 
sentencji, długich na trzy linijki, lub fragmentów angielskich piosenek może być 
śliskie.  Nie  każdy  ma   w domu   słownik,   nie  każdy  zna  język  tych   kolesiów do 
hamburgerów i coca-coli. Nie każdemu wreszcie będzie się  chciało sprawdzać. 
Jeśli dajemy przypisy, zadbajmy, by znalazły się  u dołu strony a nie na końcu 
książki. Szanujmy czytelnika, który nas utrzymuje.

Problem   nazw   krajów   i nazwisk   bohaterów.   Jeśli   tworzymy   krainy   własne, 

zadbajmy o to, by ich nazwy, podobnie jak nazwy miast, zaczynały się na różne 
litery. Słowa najczęściej rozpoznaje się  bardziej po układzie graficznym niż 
czyta   po   kolei   ich   literki.   Jeśli   jeden   władca   będzie   się  nazywał 
Nabuchodonozor   a drugi   Cyrus   –   problemu   nie   ma.   Jeśli   jednak   jednego 
nazwiemy   Ascharodon   a drugiego   Assurbanipal,   to   czytelnikowi   poplącze   się 
wszystko   w trymiga.   A jeśli   mu   się  poplącze,   straci   część  przyjemności 
z lektury. Zamiast szybko ślizgać się wzrokiem strona po stronie – będzie pełzł 
z mozołem, zastanawiając się, o którego z bohaterów chodzi.

Generalna uwaga jest taka: podobnie jak przy szukaniu błędów językowych, 

napisany tekst trzeba koniecznie przeczytać na głos. Wsłuchać się w melodię 
swoich słów i w razie czego wyciągnąć wnioski.

Mamy oto garść podstawowych wskazówek. Wiemy już z poprzednich lekcji, 

że w naszym utworze musi być bohater i powinno coś się dziać. Co dalej?

Sprawa jest jednocześnie prosta i skomplikowana. Nasz utwór – obojętne, 

czy opowiadanie, czy powieść – zawierać musi jakąś akcję. Bohaterowie dążą 
do   czegoś,   przeżywają  przygody,   walczą  z wrogiem   i przeciwnościami   losu. 
Zwarty tekst składa się z elementów składowych – czyli scen. Gdy Jules Verne 
w końcu XIX wieku pisał  powieść  Rozbitkowie z Chancellora, stworzył  w niej 
konstrukcję,   w której   każda   następna   scena   była   mocniejsza   i bardziej 
przerażająca  niż  poprzednia.  Bohaterowie  płynęli  statkiem.  Wybuchł  pożar. 
W jego   trakcie   okazało   się,  że   w ładowni   znajduje   się  kontrabanda   –   silny 
materiał  wybuchowy.   Jakby   tego   było   mało,   wybuchł  straszliwy   sztorm. 
Wreszcie  statek  wyrzucony   został  na bezludną  wyspę. Naprawili go i ruszyli 
w dalszą  drogę, ale zaczął  tonąć. Zbudowali tratwę. Skończyło się  jedzenie. 
Okazało się,  że nie mają  wody – w beczkach był  roztwór siarczanu miedzi. 
Powiesił się ochmistrz. Został zjedzony. Nie było już nic do żarcia, rzucili losy, 
kto ma zostać zabity i pożarty przez resztę...

Ciągłe podkręcanie napięcia, niestety, ma swoją wadę. Czytelnik powoli się 

przyzwyczaja.   Dlatego   w kolejnych   scenach   trzeba   uderzać  w niego   coraz 
mocniej. To pomaga, ale tylko do pewnego momentu.

Dużo lepszą  metodą  jest przeplatanie scen dynamicznych, scen, w których 

dużo się dzieje, i scen statycznych. Kończymy rozdział efektownym wybuchem, 
następny zaczynamy opisem przyrody. Potem, gdy czytelnik z jednej strony jest 
roztrzęsiony, bo nie wie, co się stało z bohaterami, z drugiej poziom adrenaliny 
opadł  mu   przy   czytaniu   sceny   statycznej,   znowu   wracamy   do   wydarzeń 

background image

zapoczątkowanych lub zakończonych eksplozją.

Sceny   dynamiczne   oczywiście   nie   składają  się  z samych   fajerwerków. 

Znowu   odwołam   się  do   własnej   prozy.   Mamy   w powieści  Kuzynki  scenkę 
bijatyki z dresiarzami:

Zrzuciła   szlafroczek   i zaczerpnęła   miskę  wody.   Przyjemnie   poczuć  na 

nagiej   skórze   uderzenie   wiatru.   Zmoczyła   włosy   i natarła   je   szamponem. 
W zimnej wodzie nie chciał się pienić, ale chwila tarcia i detergent zrobił swoje. 
Spłukała.   Wodę  wylała   do   dołka   dwa   metry   od   strugi.   Szkoda   truć  rybki 
chemią.   Zanurzyła   się  w rzeczce.   Położyła   w wodzie,   pozwoliła,   by   ją 
uniosła. Bliższy kontakt z mułem na dnie uznała za raczej niewskazany. Palce 
u stóp   zaczęły   drętwieć.   A zatem   koniec   kąpieli.   Wyskoczyła   na   pomost 
i starannie roztarła ręcznikiem. Zawiązała go na głowie w węzeł, lodowaty 
wiatr w połączeniu z mokrymi włosami może być niebezpieczny. Owinęła się 
w szlafrok   i ruszyła do  domku.  Przyjemnie  będzie  dla  odmiany  zanurzyć  się 
w ciepłe wnętrze... I w tym momencie ją dopadli. 

Jak   widzicie,   zacząłem   od   uśpienia   czytelnika.   Naga   dziewczyna   bierze 

kąpiel. Wokoło "okoliczności przyrody". Zasugerowałem chłód i czekające na 
nią  schronienie   –   zagrałem   na   archetypach  świata   zewnętrznego   i domu. 
Czytelnik rozpoznaje schemat – prowadzanie bohaterki od gorszych warunków 
ku lepszym. Z zimna w ciepło... Już  sobie wyobraża, jak dziewczyna zanurza 
się w chatce, i w tym momencie wykonuję woltę:

Czterech   osiłków   o tępych   gębach   i mięśniach   podhodowanych   na 

sterydach.   Wykorzystali   krótką  chwilę  jej   zamyślenia.   Nie   przewidzieli   kilku 
szczegółów... Nie zdążyła sięgnąć  po sztylet. Dwaj skoczyli jej na plecy, by 
przewrócić,   wgnieć  w trawę,   wykręcić  ręce.   Cios  łokciem   w tył,   w splot 
słoneczny.  Trafiła,  chrupnął  mostek,  co  najmniej cztery  żebra też  poszły. 
Cios do przodu, drobną pięścią prosto w nalany dresiarski ryj. Chciała trafić tak, 
by  zawiasy  wyrwanej  szczeki  uderzyły w węzły chłonne za uszami, jednak 
żuchwa złamała się od razu. Ech, dzisiejsza młodzież, kości jak z tektury...

Ano   rzucili   się  na   nią,   mamy   więc   kawałek   bardzo   dynamiczny,   całe 

dziewięć linijek. Czytelnikowi serce zaczęło mocniej bić, ciekaw jest, co dalej – 
więc stosuję zwolnienie akcji. Wrzucam sobie beztrosko retrospekcję. Zwalniam, 
aby tym bardziej rozpalić jego ciekawość!

Kiedyś w górach Kaukazu wpadła w ręce gruzińskiego księcia – rozbójnika 

Ilika... To był prawdziwy twardziel, dopiero czwarty cios powalił go na kolana. 
A ci, jak z łajna ulepieni. 

Czytelnik złapał oddech, no to zasuwamy dalej z akcją.
Wyłamywane   górne   siekacze   poraniły   jej   wierzch   dłoni.   Trzeci   zdążył 

wykręcić  jej przedramię. Szarpnął  ostro do góry. Straciła równowagę. Krótki 
łuk   i uderzyła   czołem   w kolano   kolejnego.   Aż  ją  na   chwilę  zamroczyło. 
Tymczasem   ten   najsprytniejszy   ciągle   trzymał  jej   nadgarstek.   Jego   kompan 
złapał  podobnie. Na ułamek sekundy miała przed sobą  udo napastnika. Za 
daleko dla zębów, ale chlasnęła go ssawką.

background image

I znowu trzeba dać  opisik, który rozbije nam dynamiczną  scenę  na krótsze 

i łatwiejsze do przełknięcia kawałki.

Cóż,   końska   skóra   jest   grubsza   niż  ludzka,   nawet   okryta   błyszczącym 

dresikiem. Ssawka zawsze trafia w najgrubszą żyłę lub tętnicę. Pokrywający ją 
śluz   powoduje   błyskawiczne   zasklepienie   rany,   gdy   nie   jest   już  potrzebna. 
Chyba że wyrwie się natychmiast z powrotem. Wtedy w tkance powstaje dziura 
wielkości mysiej nory. 

I wracamy znowu do sceny dynamicznej.
Splunęła z obrzydzeniem ludzką krwią i mięsem. 
Tego typu zabawy grożą  nam tym,  że czytelnik się  wkurzy. On chce akcji, 

akcji, akcji, a my dajemy mu placek, pół na pół mięcha i trocin. A jednak dzięki 
temu nasz tekst lepiej zapadnie mu w pamięć. Nie da się  cały czas wytężać 
wyobraźni. Nie da się w nieskończoność podkręcać dynamiki na coraz wyższe 
obroty.

Jeśli   tak   będzie   Wam  łatwiej,   wyobraźcie   sobie   sinusoidę  lub 

elektrokardiogram. Fala to – na przemian – akcje dynamiczne i statyczne. Każda 
scena   dynamiczna   składa   się  z maleńkich   falek   –   elementów   bardziej 
dynamicznych i przerywników.

Na   zakończenie  jeszcze  jedna  uwaga  –  może  najważniejsza  z dzisiejszej 

lekcji.   Sceny   dynamiczne   piszemy   krótkimi,   nierozwiniętymi   zdaniami.   Po 
wojskowemu, konkretnie i surowo. To musi się  czytać  szybko! Natomiast ceny 
statyczne, opisy przyrody i temu podobne przerywniki, możemy pisać powolutku, 
rozwlekle, długimi, złożonymi zdaniami.

Oto wszystko, co powinniście wiedzieć o robieniu złota.

                                                                          

Andrzej Pilipiuk

SPOTKANIE Z 

PISARZEM

Jakub Wędrowycz pogwizdując wesoło wskoczył do autobusu jadącego na dworzec. Z 
kieszeni wyciągnął wymięty, wielokrotnie skasowany bilet i wpuścił go w szczelinę 
kasownika. Na bilecie przybyło dziurek, a jedna jego część odpadła i została wewnątrz. 
Było już dość późno, nad Warszawą zapadł ciepły sierpniowy zmrok. 
Na następnym przystanku wsiadł wampir. Jakub rozpoznał go od razu. Zresztą nie było 
to trudne. Wampir miał na sobie długi czarny płaszcz na czerwonej podszewce, 
nienaturalnie bladą cerę i dziwnie wyglądające zęby. Jakub cofnął się odruchowo a jego 

background image

dłoń wsunęła się za pazuchę i namacała stalową linkę hamulcową zaopatrzoną w pętlę. 
W autobusie było jednak sporo ludzi. 
-Zaatakuję go to się na mnie rzucą - mruknął sam do siebie. - Trzeba czekać. 
Przejechali sześć przystanków, po czym wampir przesiadł się do innego autobusu. 
Egzorcysta przeskoczył zręcznie za nim. Przejechali jeszcze kilka przystanków i wysiedli 
na jakimś wygwizdowie. Koło wiaty wampir spotkał kilku kumpli. Jakub już miał 
zaatakować, ale zawahał się. 
-Przewaga sześć do jednego - mruknął - Trochę dużo. Trzeba będzie po jednym 
szczypać. 
Ruszył za nimi wzdłuż płotu jakiejś budowy. Niebawem zakręcili w ciemną uliczkę. 
Sześć wampirów weszło do okazałego budynku podpartego kolumnami. 
-Wydział Matematyki - przesylabizował Jakub napis na tabliczce koło drzwi. W drzwiach 
stali jacyś dwaj wachmani, którzy zażądali akredytacji. Takowej nie posiadał przemknął 
się od tyłu. Zgodnie z jego przewidywaniami natrafił na okienko od piwnicy. wślizgnął 
się zręcznie do środka. W piwnicy stały jakieś metalowe beczki. Beczki miały 
niepokojąco znajomy kształt. Jakub odszukał kontakt i zapalił sobie światło. No tak. 
Przeczucie go nie myliło. W beczkach było piwo. Odbił pokrywę. Napój pozbawiony był 
bąbelków, więc włożył do środka rękę i przez chwilę bełtał nią złocistą ciecz. Potem 
przypiął się do rantu beczki i wypił duszkiem ze cztery litry. Rozejrzał się po piwnicy i 
zauważył porzuconą przez kogoś szklankę. 
-Trzeba kulturalnie - mruknął sam do siebie. - A nie tak z gwinta beczki obalać. 
Dwie godziny później, gdy poziom płynu opadł o połowę a pod ścianą pojawiło się 
jedenaście brzydko pachnących kałuż Jakub doszedł do wniosku, że wypadałoby zająć 
się działalnością podstawową. Niezbyt sobie wprawdzie przypominał po co tu przyszedł, 
ale ufał, że mózg włączy mu się w odpowiednim momencie samoczynnie. Właśnie 
przeciągał się gdy zazgrzytał w zamku klucz. Egzorcysta zamarł w kącie. Do wnętrza 
wszedł wysoki szczupły młodzieniec. 
-O cholera - zaklął na widok rozbitej beczki. - Jakiś proletariat się wdarł. 
Zapewne dokonałby jeszcze wielu interesujących spostrzeżeń, ale w tym momencie 
Jakub trzasnął go od tyłu pokrywą beczki w głowę. Rozciągnął powalonego wroga na 
podłodze. Sprawdził długość jego zębów, ale jak się okazało były zupełnie normalne. W 
kieszeniach nie było nic nadzwyczajnego, ale na piersiach powalonego przyczepiono 
plakietkę z napisem "Organizator". 
-Chy! Przepustka - wydedukował egzorcysta. 
Przypiął ją sobie do kurtki po czym pobrzękując pęczkiem kluczy ruszył w głąb budynku. 
Wszedł po schodkach na parter. Natrafił na niedużą salę w której jakieś szczeniaki 
suwały figurkami po makietach. Zaraz potem na korytarzu natknął się na chłopaka w 
kolczudze, który podążał dokądś z kuszą malowniczo przewieszoną przez ramię. 
-Sprzedaj - zagadnął Jakub. 
Chłopak pokręcił przecząco głową i dopiero widok złotej piętnastorublówki go 
zmiękczył. Egzorcysta zajrzał do kolejnej sali, gdzie jakiś człowiek mówił o czymś 
otoczony przez gromadkę słuchaczy. Pod jednym z siedzących Jakub wypatrzył 
odpowiednie krzesło. Podszedł i bezceremonialnie wyciągnął je. 
-Co jest? - wściekł się słuchacz. - Oddawaj! 
Jakub musnął palami identyfikator. 
-Prezes kazał - zełgał. 

background image

Słuchacz ustąpił i przesiadł się na inne krzesło stojące pod ścianą. 
W drzwiach Jakub obejrzał się jeszcze na przemawiającego. Ich spojrzenia spotkały się. 
-Jakub? - zdziwił się prelegent. 
Egzorcysta zaczął się zastanawiać. Skądś znał tę szczerą szeroką słowiańską twarz. 
Chyba? Ależ tak. To wredne oblicze widniało na rozlepianych nocą w Wojsławicach 
listach gończych. Z kieszeni wyjął wymiętą ulotkę. 

Za szkalowanie ojczystej ziemi, 

a w szczególności rodzinnej wsi 

Poszukiwany! 

Andrzej Pilipiuk

Żywy lub martwy, (najlepiej martwy). 

Nagroda sto litrów samogonu! 

Mieszkańcy wsi Wojsławice

Uniósł kuszę, ale przypomniał sobie że nie ma pocisków. Wybitny literat pomachał do 
niego radośnie. 
-Następnym razem grafomanie - warknął z nienawiścią Jakub. 
Błysnął złotymi zębami i zatrzasnął drzwi. Wycofał się do piwnicy z piwem. Ogłuszony 
zaczął przychodzić do siebie, więc związał go i zakneblował. Krzesło roztrzaskał o 
ścianę. Zza cholewki kamasza wyjął bagnet i zręcznie wystrugał dziesięć bełtów. 
-Prawdziwe osikowe drewno - mruknął. - Teraz się zabawimy. 
Wszedł na piętro i przyszpilił do ściany ogłoszenie: 

Uwaga! Wszystkie wampiry proszone są na naradę. 

Piwnica nr. 06.

Przyczaił się za beczkami i czekał. Pierwszy wampir nadszedł po niespełna pięciu 
minutach. Jakub położył bełt na prowadnicy i zwolnił spust. Kołek trafił prosto w serce. 
Odciągnął zabitego za beczki i znowu czekał. Po godzinie liczba kołków zmniejszyła się 
o osiem. Wyciągnął zwłoki przez okienko. Za budynkiem biegł wykop pod jakieś kable. 
Ułożył w nim zabitych i staranie przysypał. Założył na beczkę pokrywę i wyciągnął ją 
przez okienko. 
-To na drogę - mruknął, choć nikt go nie pytał. 
Tocząc beczkę przed sobą ominął budynek. Teraz dopiero zauważył rozpięty nad ulicą 
transparent: 

Polcon Warszawa 1999

-Ciekawe co to takiego ten Polcon - mruknął sam do siebie. - Sprawdzę musi w słowniku. 
KONIEC 

Andrzej Pilipiuk 

background image

             

ZADANIE SPECJALNE

Zmierzchało się. Górskie powietrze było chłodne jak na tę porę roku. Mężczyzna w 
garniturze i czarnym neseseren pod pachą zatrzymał się przed bramą wykonaną z 
drewnianych okrąglaków. Przestrzenie między belkami zasnuto starannie pajęczyną z 
drutu kolczastego. Obok bramy znajdował się solidny żelazobetonowy bunkier. Z 
wąskiego otworu strzelnicy ponuro błyszczały lufy karabinów. Wokoło ciągnęły się 
kilometry zasieków. W zasięgu wzroku, to znaczy do szczytu pobliskich wzgórz 
naliczył ich osiemnaście linii. Pomiędzy zasiekami tkwiły tablice ostrzegające przed 
minami a wycięte z blachy trupie czaszki szczerzyły ponuro swoje zęby. W niektórych 
miejscach tam gdzie deszcz wypłukał ziemię sterczały z piasku wąsy detonatorów lub 
ranty sporych min talerzowych. Metal był w wszędzie. W ziemi na niej i ponad nią. 
Nazwa żelazna kurtyna nabierała przez to całkiem realnego wymiaru. Jedynym 
przejściem przez zasieki była wąska przesieka, ograniczona po obu stronach także przez 
pas pola minowego i zasieki wykonane z drutu kolczastego pod napięciem, biegnąca od 
bramy gdzieś dalej. Tą ścieżką nadchodził właśnie żołnierz. Na jego mundurze nie było 
śladu żadnych dystynkcji. Zatrzymał się po drugiej stronie bramy i przez chwilę 
lustrował gościa wzorkiem, a potem nieoczekiwanie się uśmiechnął. Wszystkie zęby 
które widać było gdy się uśmiechał wykonane były ze złota. Widocznie jego pozycja 
społeczna była wysoka.

-Władymir Iwanowicz Karcew? Z redakcji "Prawdy"?
-Tak to ja - odpowiedział mężczyzna.
-Całe szczęście, że przyjechaliście towarzyszu. Już myśleliśmy, ze 

zlekceważono nasze sugestie. - żołnierz szarpał się przez chwilę z kłódką spinającą 
skrzydła bramy a potem wpuścił Władymira do środka. Tu powitał go wylewnym 
uściskiem dłoni.

-Witamy w specjednostce wojsk ochrony pogranicza - powiedział. - Ale, ale, 

wybaczcie towarzyszu, nie przedstawiłem się. Jestem pułkownik Nikołaj Timofiejewicz 
Gagarin.

-Bardzo mi miło. Z tych Gagarinów?
-Nie, to tylko przypadkowa zbieżność nazwisk. Chodźcie towarzyszu do 

kantyny. Powiedzcie jak wam się podoba w NRD?

-Szczerze mówiąc widziałem ten kraj bardzo przelotnie. Przyjechało dwu 

wysłanników sztabu generalnego wyciągnęli mnie zza biurka i wsadzili do wojskowego 
samolotu. Potem powieźli mnie na wojskowe lotnisko i dalej gazikiem tutaj. Nawet nie 
miałem czasu pomyśleć...

-Wybaczcie towarzyszu, pośpiech był konieczny. KC dopiero wczoraj zezwoliło 

na wpuszczenie tu dziennikarzy. Musieliśmy was sprowadzić jak najszybciej.

-Myślałem, że żelaznej kurtyny na tym odcinku pilnuje enerdowski Wop. 
-Właściwie to nie mylicie się towarzyszu. Tyle tylko, że tego kawałka, jakieś 

dwa kilometry zasieków pilnujemy my. Specjednostka. Towarzysze z NRD są dobierani 
do tej służby niezwykle starannie, ale mimo wszystko tego tutaj muszą pilnować 
najbardziej zaufani. Najlepsi z najlepszych...

-A tak właściwie co tu się dzieje?

Spojrzenie pułkownika uciekło gdzieś na bok.

-Chym, to trudno powiedzieć. Wyjaśnię to po kolacji.

Weszli do niewielkiego bunkra wykonanego z okorowanych belek. Młody sałdat 
ustawiał właśnie na stołach ostatnie przystawki.

background image

-Siadajcie miły gościu z dalekich stron - zachęcił pułkownik.- Strawa żołnierska 

jest prosta i niewyszukana ale za to pożywna.
Dziennikarz omiótł stół zdziwionym spojrzeniem. Szampanskoje, bieługa w ananasie, 
kawior, łosoś.

-Nieźle was tutaj karmią - zauważył.
-No cóż, pełnimy bardzo ważną misję. Bez naszej jednostki nie wiadomo co 

mogłoby się stać.

-Czy ten punkt jest aż tak bardzo ważny ze strategicznego punktu widzenia?
-Strategicznie? Nie, raczej nie. Przez te góry czołgi imperialistów nie dałyby 

rady przejechać. A i piechota miałaby trudności. Ten odcinek jest ważny z zupełnie 
innego powodu.

-Jaki to powód?
-Wszystko we właściwym czasie. Mamy jeszcze jakieś cztery godziny. A potem 

zobaczycie nas towarzyszu w akcji i wyrobicie sobie właściwy pogląd.

-Chym i chcecie, żebym to opisał w artykule.
-Tak. Artykuł na pierwszą stronę "Prawdy".
-Nie wiem czy uda się na pierwszą stronę. Nasz redaktor też może mieć co nieco 

do powiedzenia.

-Jak zobaczy taki bombowy materiał to wypłaci premię. Piwa?
-Nie dziękuję. Szampanskoje wystarczy.
-Niezłe piwko robią te szwaby z miasteczka tam na dole. Weźcie towarzyszu 

parę butelek w prezencie, dacie jednąĺ redaktorowi,  żeby za rok też o was pamiętał.

-To są jakieś doroczne manewry?
-Raczej doroczna bitwa. Sami ocenicie. 
-A wracając do artykułu...
-Widzicie towarzyszu, czytaliśmy wasze artykuły które zaczęły się ukazywać w 

epoce pierestrojki i głasnos'ti. Opisywaliście przypadki łamiących prawo milicjantów, 
defraudacje popełniane przez ludzi na kierowniczych stanowiskach. Myśleliśmy o tym 
od roku. Ale dopiero wczoraj KC wydało zgodę. To bardzo kontrowersyjna sprawa. 
Jeszcze łososia?

-Dziękuję. 
-Dobrze, mamy jeszcze wprawdzie dużo czasu, ale muszę rozdzielić amunicję i 

sprawdzę posterunki. Przejdziecie się ze mną?

-Z udawolstwem.
-Wspaniale, pomożecie mi nieść skrzynkę z amunicją?
-Ależ oczywiście.
-Wobec tego proszę ze mną.

Przeszli do żelazobetonowego bunkra gdzie pułkownik otworzył nieco zardzewiałe 
stalowe drzwi. Znaleźli się w magazynie amunicji.

-Straszny tu kurz - zauważył dziennikarz.
-Nie mieliśmy czasu żeby posprzątać. Zresztą i tak do następnego razu się 

zakurzy. 

-Doroczna impreza?
-Dokładnie tak. Proszę wypatrywać skrzynki magazynków z literami Ag na 

wieku.

-Ag? Awtomat Gałasznikowa?
-Kałasznikowa. Nie to nie jest pomyłka. To skrót z łaciny Argemontium, czy coś 

takiego. Srebro.

-Macie tu naboje ze srebra?
-Aha. Ciężko o ten towar. Jedna firma u nas nam to robi, ale kruszec jest cenny 

za każdym razem sporo idzie, a tam na górze nie wszyscy towarzysze są wtajemniczeni 
więc co roku mamy problemy. Na szczęście jest tu mały zapas, a po waszym artykule 
może znajdą się większe fundusze, bo to po prostu śmieszne, żeby tylko dziesięciu 
żołnierzy pilnowało...Tak ważnej sprawy.

-Nie wiem, jeśli to co robicie jest aż tak podejrzane, to mogą wogóle obciąć 

pieniądze.

background image

-Uchowaj Boże, wtedy bylibyśmy załatwieni na amen. Choć część naszych 

byłaby gotowa pracować dalej społecznie to specjalną amunicję musimy mieć, 
nieobchodzimo!
Gdy wyszli z bunkra żołnierze już czekali w dwuszeregu.

-Iwanow!
-Tak jest!

Weźmiesz swoich ludzi i obsadzacie pierwszą linię.

-Wedle rozkazu!
-Poczykin.
-Tak jest!
-Skalna baszta.
-Tak jest!
-Tichobziejew.
-Obecny.
-Straż tylna. Nie przepuścić ani jednej sztuki.
-Wedle rozkazu!
-Pamiętajcie chłopcy - zwrócił się do żołnierzy. - Strzelajcie tak aby zabić. 

Wiecie o jaką stawkę walczymy.
pokiwali głowami.

-Dobrze. Rozdam wam teraz blaszki. Wódka dopiero po robocie. Nie chcę, 

żebyście tak spudłowali jak ostatnim razem. Smirnoff, was się to tyczy w szczególności. 
Nie myślcie, że jak macie takie nazwisko to możecie szaleć.

-Tak jest.

Przeszedł się wzdłuż szeregu i każdemu wręczał niewielki lśniący przedmiot.

-Dla was też towarzyszu dziennikarzu - wręczył Karcewowi.
-Co to jest?
-Amulet chroniący przed czarami.
-Wolne żarty.
-Załóżcie na szyję, tak jak żołnierze.
-Po co?
-Nie kłóćcie się proszę. Tak trzeba.
-Jestem marksistą-leninistą i mam światopogląd materialistyczny!
-Nie przeczę, lepiej jednak byłoby towarzyszu...
-Jak trzeba to trzeba. Teraz dobrze? - zawiesił sobie blaszkę na szyi.
-Idealnie. Chodźmy na stanowiska. Koledzy z ochrony radarowej powinni nas 

ostrzec syreną, ale zawsze lepiej być przygotowanym o jakąś godzinkę wcześniej.
Ruszyli ścieżką. Zapadał już mrok. Dotarli na wąską półkę skalną z której rozciągał się 
rozległy widok na dolinę. Nieco niżej zajmowali właśnie miejsca żołnierze Iwanowa.

-Dobrze, mamy kilka minut to zacznę wyjaśniać o co w tym wszystkim chodzi. 

Proszę popatrzeć na mapę. Tu jest nasza pozycja, a ta wyniosła góra, - machnął ręką w 
stronę majaczącego nad horyzontem szczytu -to Blocksberg.

-Nic mi to nie mówi.
-Jak to?
-Nie znam się na geografii.
-Czytał pan bajki w dzieciństwie?
-Wolałem opowiadania o Leninie.
-Co za ciemnota. Dobrze wyjaśnię to łopatologicznie. Na Blocksbergu od 

niepamiętnych czasów odbywają się sabaty czarownic.

-Co pan bredzi. Jeśli ta góra jest po ich stronie to co nam do tego jacy wariaci 

urządzają sobie tam balangi i co  tam się dzieje?

-Idioto czarownice zlatują się tam z całego świata...

W tym momencie rozległ się ryk syreny.

-Za późno, żeby tłumaczyć. Umiesz strzelać?
-Pan mnie obraża!
-To bierz kałasza i krop. Cel zaraz pojawi się nad tamtym wzgórzem. Lataja 

tendy od stuleci. Nie możemy pozwolić żeby przeleciały nad granicą.

background image

-Kto..?

Zza lasu wyskoczyło kilka ciemnych kształtów. Leciały niewysoko nad ziemią z dość 
znaczną szybkością.

-O job twoju - wymamrotał dziennikarz.- Przecież czarownic nie ma.
-Jak to nie ma! Masz sześć sztuk jak na dłoni. Ognia!

Pułkownik sam strzelał już od dobrej chwili z karabinu snajperskiego. Dziennikarz 
przełknął nerwowo ślinę i pociągnął za spust. Żołnierze też strzelali. Czarownice 
zbliżały się. W dłoni jednej z nich pojawiła się kula światła.

-Padnij - krzyknął pułkownik na Karcewa.- Rzucają uroki! 

Po chwili czarownice przeleciały nad nimi i skryły się za górą. Palba karabinowa która 
rozległa się z tamtej strony świadczyła o tym, że dalsze posterunki przejęły zadanie na 
swoje barki. Pułkownik Gagarin popatrzył z niechęcią na niedużą zieloną żabę 
zaplątaną w pasek od automatu.

-Kum kum?
-Widzisz durniu na co ci się przydał twój światopogląd?
-Kum!
-Mówiłem, żebyś zawiesił sobie amulet na szyi a ty co? Musiałeś do kieszeni 

chować?

-Kuuummm kummm kummmm.
-No dobra, nie łam się. Wyślemy cię na zachód pocztą dyplomatyczną.
-Kum?
-A gdzie u nas bałwanie znajdziesz prawdziwą księżniczkę, żeby cię 

odczarowała?

                                                             Koniec.

 

Andrzej Pilipiuk

ZAMEK

Pociąg pędził przez zamieć z oszałamiającą szybkością. Reflektory wyławiały z 
mroku tumany śniegu. Gdzieś w połowie składu nieoczekiwanie otworzyły się boczne 
drzwi. Ciemny kształt oderwał się od pędzącego wagonu i przeleciawszy w 
powietrzu kilkanaście metrów zarył artystycznie w zaspę. Noga konduktora cofnęła 
się do wnętrza i drzwi zatrzasnęły się. W ciągu kilkunastu sekund pociąg zniknął 
bez śladu w śnieżnym tumanie. 
Zaspa drgnęła, śnieg nawiany wiatrem osypał się na dwie strony i na wierzch 
wygramolił się Jakub Wędrowycz. Pomasował obolały od kopniaka tyłek. 
-Czekaj cholero, już ja cię urządzę - mruknął. Złożył odpowiednio palce i 
wyszeptał w wyjącą wiatrem ciemność kilka słów po starocerkiewnosłowiańsku. 
Dwadzieścia kilometrów dalej konduktor wszedł do ubikacji. Nieoczekiwanie sedes 
bluznął fontanną szamba pokrywając go od stóp do głów fekałem. 
Jakub uśmiechnął się złośliwie, a potem rozejrzał się wokoło. Sytuacja wyglądała 
niewesoło. Pole było cudownie puste. Nigdzie w oddali nie płonęło żadne 
światełko, mogące wskazywać na obecność ludzi, ciepła, schronienia, pożywienia i 
napoju. 
-Aha - wydedukował Jakub. 

background image

Wiatr zawył triumfalnie. 
-Rumunia - mruknął egzorcysta. - Dzicz. Cywilizacji nie ma. Trzeba się ratować 
surywalcem. 
Ruszył na oślep w lodowate piekło. Należy w tym miejscu wyjaśnić skąd Jakub 
wziął się w środku zimy w środku Rumunii. Po prostu pewnego dnia odwiedził go 
znajomy dziennikarz i przy kilku butelkach jakubowych wynalazków opowiedział 
wrażenia z podróży na Bałkany. Jakuba zafascynowała informacja że w Rumunii 
wódka jest tańsza niż na Węgrzech woda mineralna. Fascynacja była tak silna, że 
po paru tygodniach duchowych rozterek egzorcysta wyruszył w podróż, żeby 
naocznie sprawdzić, czy to prawda z tymi cenami. Z zakupieniem w Warszawie 
biletu do Bukaresztu nie było problemu, natomiast zakupienie w Bukareszcie 
biletu do Warszawy przekroczyło możliwości językowe Jakuba. Podróż na gapę nie 
udała się, za sprawą wścibskiego rumuńskiego konduktora który wykopał egzorcystę 
z pociągu. Ale przynajmniej cena wódki okazała się prawdziwa. Jakub wędrował 
niestrudzenie przez zaspy. Zaczynało mu być zimno. 
-Oj, nie obejdzie się bez suriwalcu - mruknął. - Zastanówmy się logicznie. Ciało 
to woda i inne takie. Tak przynajmniej gada Semen, a on jest człowiekiem 
wykształconym. Wody tej jest zdaje się sto siedemdziesiąt procent. Woda zamarza, 
krew przestaje krążyć i od tego się umiera. Wodę w ciele można podgrzać, albo 
zapobiec jej zamarzaniu. Są na to dwa sposoby. Po pierwsze, woda posolona 
zamarza znacznie wolniej. 
Zza pazuchy wyłowił plastikową butelkę węgierskiej wody mineralnej. (Był ciekaw 
co to za cudo, skoro jest droższa niż wódka w Rumunii i dlatego kupił na dworcu 
w Budapeszcie). Zerwał zębami plastikową nakrętkę i wypił kilka łyków. 
-Złodzieje - stwierdził. - Niby mineralna a tu wcale minerałów nie czuć. Nawet 
nie jest słona! 
Rzucił ją w ciemność. 
-Istnieje druga metoda powstrzymania wody i innych cieczy przed zamarzaniem - 
powiedział w zadumie. - Jeśli do płynu hamulcowego w traktorze doda się alkoholu 
to on wtedy nie zamarza. 
Zza pazuchy wyłowił litrową butlę rumuńskiej wódki i zmienił skład chemiczny 
wody zawartej w jego ciele. Od razu poczuł się znacznie lepiej. 
-W sztuce przetrwania ważne jest zdobywanie pożywienia - zacytował swojego wnuka 
Maciusia. - Z tym akurat nie będzie problemu. 
Wyłowił z kieszeni tabliczkę czeskiej czekolady i zjadł ją razem z opakowaniem. 
Dochodziła dwudziesta gdy wreszcie natrafił na pierwsze ślady cywilizacji. 
Wdrapał się właśnie na sporą górkę, przed sobą spostrzegł kolejną, a na jej 
szczycie zamek. 
-O cholera - wyraził zdumienie. - Niezły kurnik. 
Zbliżył się do zamku. Krata w bramie była opuszczona, ale wewnątrz, na starannie 
odśnieżonym dziedzińcu parkowało kilkanaście luksusowych aut. Z podziemi 
dobiegały dźwięki muzyki. Jakub wyjął spod podeszwy buta żydowski włos - 
cieniutką piłkę ze specjalnie hartowanej stali i w niecałe pół godziny wypiłował 
sobie odpowiednią dziurę w kracie. Właśnie rozglądał się po podwórku, gdy ktoś 
wyszedł drzwiami. Jakub schował się za najbliższą limuzyną. Nieznany wróg 
obszedł podwórze wokoło i ponownie zniknął wewnątrz budynku. Egzorcysta podniósł 
się i wówczas spostrzegł, że w drzwiach limuzyny od jego strony nie spuszczono 
bezpiecznika. Nacisnął na klamkę i otworzyły się zachęcająco. Wpełzł do ciepłego 
przestronnego wnętrza i wyciągnął się wygodnie na tylnej kanapie. 
-Świat nie jest taki zły - stwierdził. - Odpocznę sobie trochę, a rano ruszę 
dalej. Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, to zobaczę papierza a potem zabiorę 
się z polskimi pielgrzymami do kraju. 
A potem odkrył dziwną skrzyneczkę. Otworzył ją z ciekawości i zamarł zdumiony. 
Wewnątrz skrzynki znajdowały się butelki i buteleczki w liczbie kilkudziesięciu. 
Były też szklaneczki. Jakub wyciągnął pierwszą butelkę. 
-Martini - przesylabizował. - Cholera zupełnie jak na filmie. 

background image

Pociągnął z gwinta po czym zainteresował się kolejną butelką. 
-Bacardi - wydukał. - To pewnie francuskie. 
Zawartość miała przyjemnie rozgrzewający smak. Następna butelka nosiła zagadkową 
nazwę Napoleon. 
-To chyba ten król Francji co go car ściął na gilotynie - wydedukował staruszek. 

Napoleon przypadł mu do gustu. W bocznej skrytce odkrył cygara. Wybrał 
najgrubsze, przypalił i zaciągnął się porządnie. Walonki oparł o śnieżnobiały 
zagłówek siedzenia kierowcy. 
-Tak się żyje jak się ma pieniądze - mruknął sam do siebie. - Ja też mam 
pieniądze a jakoś nie pomyślałem. Zaraz, co robili ci ludzie na filmie, com go u 
syna oglądał? Aha, drinki. Mieszali takie kolorowe. 
Wziął wysoką szklankę. 
-Zobaczmy. Na początek tego Napoleona. Teraz Martini, Bacardi i jeszcze jedno 
Martini, tym razem czerwone. A to co? Puszka Coca Coli. Napój amerykańskich 
imperialistów produkowany z rozgniecionej stonki ziemniaczanej. Przepiórki też 
jedzą stonkie i są bardzo smaczne, znaczy amerykańcy wiedzą co robią. No to 
dolejemy trochę coli. Wodą sodową nie ma co paprać, od tego napój traci 
procenty. Nie zaszkodziło by oliwek. 
Znalazł słoiczek i hojnie wsypał od razu połowę zawartości. 
-Teraz lód w kostkach. 
Lodu w walizeczce nie było, więc otworzył drzwi i zaczerpnął garść śniegu prosto 
z karoserii. Utoczył z niego kilka kulek i wrzucił do drinka. Zabełtał palcem, 
wypił zawartość duszkiem i połknął oliwki. 
-Mmm. Małmazja. No to może teraz spróbujemy innej kombinacji. Likier 
czekoladowy, likier miętowy, wiskhy i Napoleon. Hmm.. To jest gorsze. Aha lodu 
nie dodałem. O oliwki się skończyły. No to teraz... Co to? Malibu. Z palm? A z 
kokosów. I jeszcze Martini. O! Ktoś tu zgubił flaszkę Smirnoffa. Dziadek 
opowiadał, że pijał to przed rewolucją. Wódka widać dobrego rocznika. Blady 
trochę ten drink. Co by tu jeszcze Chateau? Rocznik 1968. Młode winko. A w 
smaku? E, pryta truskawkowa lepsza, ale niech będzie. Niezła kombinacja. Znowu 
zapomniałem śniegu. A teraz spróbujemy tak. Red Rum, likier miętowy, coca cola, 
śnieg, cholera jakieś brudy z karoserii, ale to nic, alkohol wszystko 
dyzenfekuje. Co to, denaturat? Nie to jakieś jagodowe. A to? Goldwaser? To chyba 
po żydowsku, jak Goldstein. Nigdy nie piłem żydowskiej wódki. Drink niczego 
sobie. Cholera, nie ma gołego spirytusu? To czym podnoszą moc? 
Dochodziła północ gdy Jakub nieco wstawiony opuścił limuzynę za potrzebą. Z 
piwnicy gdzieś pod zamkiem nadal dobiegały odgłosy muzyki. 
-Imprezka jest? - zdziwił się egzorcysta. - I mnie, cholera nie zaprosili? 
Zawrócił do samochodu, ubrał się w znaleziony w bagażniku garnitur, przetarł 
twarz śniegiem i ruszył w stronę piwnicy. Odemknął ciężkie dębowe drzwi i wszedł 
do niewielkiej sieni. Prowadziły z niej gdzieś w dół schody. Widok sali 
zasłaniała kotara. Jakub odsłonił ją sobie ostrożnie i włosy stanęły mu demba na 
głowie. Zawrócił do samochodu po okulary. Uzbrojony w optykę zajrzał jeszcze 
raz. Duża sklepiona piwnica przystrojona została na czarno i czerwono. Stoły 
uginały się od jadła i flaszek. Wokoło stołów stały trumny pełniące rolę ław. Na 
kamiennej posadzce w rytm muzyki tańczyli goście. Mężczyźni byli bladzi na 
twarzach, ubrani w czarne płaszcze lub fraki. Kobiety także blade jak upudrowane 
nosiły suknie z dekoldami i peruki. Większość tańczących miała zęby wystające aż 
na brody. Inni mieli krótsze, widać było je tylko wtedy gdy się uśmiechali. Na 
ścianach wisiało kilka luster, ale odbijała się w nich pusta sala. Na honorowym 
miejscu wisiał portret hrabiego Drakuli. Tego typka Jakub poznał, bo widział go 
kiedyś na obrazku w książce. Wycofał się po cichutku. 
-Wampiry. Zafajdane wampiry - mruknął. - Niech to cholera weźmie. Co najmniej 
czterdzieści sztuk. I co tu robić? Jestem ostatecznie egzorcystą. Ludzkość mi 
zaufała. 

background image

Zajrzał jeszcze raz. Jedyne wyjście z piwnicy prowadziło przez drzwi którymi 
wszedł. 
-Sukinsyństwo - stwierdził. - Można poczekać do rana aż posną, ale wtedy 
większość zwieje, bo jest tu najwyżej dziesięć trumien, a ich cała kupa. Zresztą 
samochody z przyciemnionymi szybami też nie bez powodu... Trzeba działać. 
Rozejrzał się po podwórzu i spostrzegł nieduży dystrybutor paliwa. Pokręcił się 
po zamku i niebawem wrócił zaopatrzony w parciany wąż od hydrantu. Podczepił go 
jednym końcem do dystrybutora, a drugi spuścił w dół do piwnicy. Uruchomił 
maszynę. Benzyna popłynęła w dół rzeką. Z kawałka gazety skręcił ciasny zwitek i 
umoczywszy jego koniec w paliwie odpalił od cygara. Stał przy drzwiach czekając. 
Nagle ze środka buchnął okrzyk. Ktoś zauważył co się święci. 
-Smażcie się w piekle sukinsyny - krzyknął po polsku i cisnął gazetę. 
Podmuch wyrzucił go aż na podwórze. Poderwał się jednak niemal natychmiast i 
podbiegłszy do drzwi zatarasował je kamieniem. 
-Trzeba wiać - mruknął do siebie. 
Popatrzył w zadumie na kratę w bramie. Wybrał solidnie wyglądającego Jeepa 
Cheroke i rozpędziwszy staranował kratę. Jeep rozwalił się przy okazji na 
kawałki. Egzorcysta wyczołgał się z wraku i zasiadł za kierownicą znajomej 
limuzyny. Urwał stacyjkę spiął druty na krótko i wyjechał z zamku. Pożar 
oświetlał mu drogę. 

*

Dwa dni później Jakub siedział w pekaesie pędzącym do Wojsławic. Pod pachą 
piastował walizeczkę ze smętnymi resztkami luksusowych alkoholi. Zapadał już w 
drzemkę gdy niespodziewanie kierowca podkręcił nieco głośniej radio, żeby 
wysłuchać wiadomości. 
-Służby bezpieczeństwa narodowego Rumunii nadal poszukują zwyrodniałego 
mordercy. Przypomnijmy że w noc sylwestrową na północ od Bukaresztu zginęło 
trzydziestu młodych rumuńskich biznesmenów bawiących się na balu zorganizowanym 
przez sponsorowane przez nich Towarzystwo Miłośników Księcia Vlada Palownika, 
bardziej znanego jako Drakula. Zwyrodniały bandzior wykorzystując brak ochrony i 
odpowiednich wyjść ewakuacyjnych... 
Jakub pociągnął sobie z plastikowej flaszki drinka. 
-Niedobrze wyszło - zauważył. - Musiałem dać za mało Martini. 
KONIEC

ZATOKA

Pewnego letniego dnia z drzwi ambasady CHRL w Warszawie wyszedł powłócząc nieco 
nogami niski wymizerowany Chińczyk. Nazywał się Ciang Li i pracował tamże jako 
palacz w kotłowni. (zajmował się zazwyczaj paleniem tajnych dokumentów oraz różnych 

background image

innych niewygodnych materiałów). Właśnie tego dnia po pięcioletnich staraniach 
otrzymał dwa tygodnie urlopu. W ręce niósł walizkę w której miał siekierę, zapas 
jedzenia na trzy dni oraz nieco materiałów propagandowych celem nawracania 
przygodnie spotkanych tubylców na komunizm. Na miejsce urlopu wybrał sobie 
wybrzeże Bałtyku. (Chciał sobie przypomnieć jak się pływa). Niebawem dotarł do 
dworca i wsiadł do pociągu. Razem z nim wsiadło trochę skinów i trochę punków, jak to 
nad morze. Do pierwszej bijatyki doszło zaraz gdy tylko pociąg ruszył. Skini chcieli 
pobić Chińczyka, punki chcieli pobić skinów. Druga bijatyka wybuchła gdy Ciang zaczął 
rozpowszechniać materiały propagandowe z walizki. Trzecia nastąpiła gdy zapragnął 
usunąć jakiegoś menela który zajął jego miejsce w przedziale. Czwarta miała miejsce gdy 
nadeszła ochrona sprawdzać bilety. Ciang znał karate, więc we wszystkich bijatykach 
nieźle sobie poradził. Na peron w Gdańsku wysiadł niemal bez szwanku, tylko krew z 
wyciętej żyletką na czole pięcioramiennej gwiazdy trochę mu zalewała oczy. 

* * *

- Maniek frajerze gdzie te ścieki lijesz?
- Spoko szefie, na zawietrzną, burty nie zafajdają.
- Uch ty, tylko by tego brakło, toż to prawie sam kwas, zeżarłoby blachi. A te radioopady 
z ładowni to trza wywalić zara się wyjmiem, a i ryba od nich świeci!
- Ryba świci to też trza wywalić.
- Uch drny, rybe bedzie wywalał. Ja ci mówił nie brać tych zafajdanych beczek, niech by 
sobie naukowce sami to kasowali.
- Ale dali po dziesięć złotych od beczki, żeby walnąć daleko od brzegu. Tam som takie 
silnie mutogenne pirwiastka.
- Te!
- Co szefie.
- A kuter czyj? A ty robisz geszeft na własną ręke! Opalaj połowę, bo jak nie to w ryło.
- Dobra,dobra, nie skika się szef. A te rybki to może do smażalni, turysty wszysko 
zeżrom!
- Ty popatrz Maniek jakie to zaraza fajne beczki. Musi blacha żelazna trzy milimetry.
- Nu.
- A może by tak wylać te mutogenne a beczki zachować?
- I na co?
- Uch idioto, a z czego łaty do spawania burt? Trza by kupolić a tu darmo i jeszcze forsę 
wzioł.
- Nu to odbijamy wieko.

* * *

UWAGA STACJA KONTROLI EKOLOGICZNEJ OSTRZEGA!

W WODZIE BAŁTYKU WYKRYTO ZNACZNĄ ILOŚĆ NIEZNANEGO ZWIĄZKU 
CHEMICZNEGO O SILNYCH WŁAŚCIWOŚCIACH MUTAGENNYCH. ZAMYKA 
SIĘ DLA KĄPIELI WSZYSTKIE PLAŻE W OBRĘBIE ZATOKI. ZAMYKA 
SIĘ DO ODWOŁANIA DLA POŁOWÓW NASTĘPUJĄCE AKWENY...

background image

* * *

Ciang pogwizdując maszerował w stronę morza. Dzikie tłumy umykające w popłochu 
trochę go dziwiły, ale z racji słabej znajomości języka polskiego nie bardzo wiedział o co 
chodzi. wreszcie wyszedł na wydmy i nieco rozjaśniło mu się w głowie. Grupa żołnierzy 
ustawiała tablice z trupimi czaszkami.
- Aha - wydedukował. - Ćwiczenia.
Woda wyglądała dziwnie. Była żółtawa zupełnie jak w jego rodzinnych stronach. 
Rozebrał się, rzucił walizkę na piasek i spokojnie zanurzył się w oleiste odmęty.

* * *

- Halo, baza? Tu helikopter. Wedle wskazań instrumentów pokładowych jesteśmy nad 
plamą mutagenu. Zdryfowało ją prawie na sam brzeg w dodatku wydaje się że środek 
trochę paruje. Aha jeszcze jedno w morzu ktoś pływa. Tak, on żyje. Mamy go ratować? 
Jak to nie? Dobrze już zwracamy. Halo? Baza mamy kłopot. Zęby nam wypadają. Co? 
Włosy też. Też! Co? Mamy tu zostać? Jesteśmy już niepotrzebni? Halo, halo?

* * *

Ciang wynurzył się z wody. Skóra jego pokryta delikatną łuską mieniła się w słońcu. 
Wyczulony węch pozwolił pochwycić zapach drzemiącego za wydmą pijaczka. 
Uśmiechnął się odsłaniając długie zęby wampira. A potem ruszył na południe. Ku 
ludziom.