background image

 

WIESŁAW WERNIC 

 

 

 

ŁAPACZ 

Z SACRAMENTO 

 

 

 

background image

Stary traper 

 

Huk ogłuszył go na kilka sekund, a błysk prawie oślepił. Znajdował się przecież 

w półmrocznej ciaśninie górskiej, w której każdy dźwięk zwielokrotniało 

gromowe echo. 

Gdy oszołomienie minęło, zdał sobie sprawę z oczywistego teraz faktu: strzelono 

tuż nad jego głową, a owoc tej palby spoczywał teraz na skalnym rumowisku, 

kilka kroków przed nim — złocisto-brązowy kuguar, czyli puma. Zwierz runął w 

chwili, w której podrywał się do skoku. Gdyby zdążył... 

Irvin oczami wyobraźni ujrzał siebie leżącego tak samo nieruchomo jak Betsy, 

gniada klacz z białymi łatami na karku i kłębach. 

— Już po wszystkim. 

Odwrócił się raptownie, usłyszawszy te słowa. 

— Już po wszystkim, synu... 

— Po wszystkim... — powtórzył jak automat. 

“Jeszcze chwila, a zwariuję" — pomyślał. Poczuł w nogach niepokojące drżenie, 

więc usiadł na najbliższym głazie. I nagle całe ciało ogarnęła gwałtowna fala 

słabości. Z trudem powstrzymał wybuch histerycznego śmiechu. Broń, wy-

śliznąwszy mu się z dłoni, cicho stuknęła o ziemię. Z wysiłkiem uniósł głowę, by 

wreszcie przyjrzeć się nieoczekiwanemu wybawcy. 

Tamten stał nie opodal, z rękami opartymi na długiej lufie dwururki, w jakimś 

dziwnym stroju, pomiętym, pofałdowanym na wysokiej i chudej postaci. 

— Dziękuję — powiedział Irvin starając się ukryć drżenie głosu. Nie bardzo mu 

się to udało wobec klęski tak nieoczekiwanej, tak katastrofalnej. 

Dopiero teraz zauważył brodę białą jak śnieg i wąsy tej samej barwy. Nad wąsami 

— twarz spalona górskim słońcem i wiatrem rozległych przestrzeni, pokryta 

siatką drobniutkich zmarszczek. Niebieskie, wyblakłe oczy spoglądały trochę 

background image

badawczo, trochę kpiąco. Nie mógł znieść tego wzroku, więc dźwignął się ciężko 

i podszedł do Betsy. Zwierzę leżało pośród krzepnącej krwi. 

— Betsy... Betsy... — wyszeptał. — Co teraz będzie?... 

Pochylił się i począł zdejmować uprząż. Chrzęszczały rzemienie, pobrzękiwały 

błyszczące jak srebro strzemiona. Kiedy odwrócił się, zobaczył, że siwowłosy 

traper — bo chyba to był traper — klęczy nad złocistym futrem pumy, z nożem w 

ręku. Ostrze migotało w blasku słońca. 

— Niewiele teraz warta ta skóra... — zaczął i zaraz dorzucił ochrypłym głosem: 

— Nie ma tu jakiego konia? Muszę mieć konia... 

— Tu są tylko góry, synu — usłyszał. — Tylko góry i doliny, skały, lasy i... 

drapieżniki. Nic więcej. Powędrujesz na własnych nogach, ale najpierw 

odpoczniesz u mnie. Nie odmówisz, prawda? Przyda ci się taki odpoczynek, 

sądzę... 

Nie odpowiedział. Zwalił na jeden stos rzemienie i siodło, którego ciężar wydał 

mu się teraz nie do uniesienia. Po cóż zresztą dźwigać, gdy nie ma wierzchowca? 

Siadł na tym skrzypiącym stosie i ukrył twarz w dłoniach. 

— Nie mógłbyś mi pomóc, synu? 

Mimo woli uśmiechnął się. 

— Pomogę — odparł krótko.  

Z zadowoleniem stwierdził, że głos jego brzmi już normalnie. 

Nie miał wielkiej wprawy w ściąganiu skór. Starzec od razu to zauważył, ale 

tylko coś mruknął do siebie, a potem wypowiadał zwięzłe polecenia: “Mocniej 

trzymaj!... Teraz ciągnij, synu... dosyć". 

Mdły odór buchał mu prosto w twarz, więc kiedy wreszcie (jakże długo to trwało) 

futro, podobne do zwiotczałego worka, spoczęło na sąsiednim głazie, zerwał się z 

klęczek i odszedł kilka kroków, aby wciągnąć w płuca podmuch rzeźwego wiatru, 

tak cudownie pachnącego górskim lasem. Nie dane mu było jednak długo od-

poczywać. 

— Idziemy, synu. 

background image

— A co będzie z Betsy? — spytał. 

— Betsy? Ach... tak nazywał się twój koń. Cóż? Spójrz w niebo. 

Uniósł głowę. Wysoko, wysoko ponad turniami, na niebieskim tle wśród 

niewielkich białych chmurek dwa czarne, ruchome punkty zataczały koła. Po 

chwili przyłączył się do nich punkt trzeci. Zniżały się coraz bardziej, aż dojrzał 

sylwetki potężnych ptaków. 

— Sępy — mruknął siwowłosy traper. — Chodźmy. 

— Nie! 

Skoczył ku usypisku drobnych kamieni spływających niby nieruchomy strumyk  

ze żlebu przekreślającego stromą ścianę. Począł zgarniać żwir na leżące szczątki 

konia, gorączkowo, pośpiesznie, nie bacząc, że poczynają mu krwawić dłonie. 

Zasypać Betsy tym żwirem — to praca na długie godziny. Poczuł nagle 

szarpnięcie tak mocne, że o mało nie upadł. 

— Oszaleliście! — wrzasnął. Odpowiedzią był grzmot — głos staroświeckiej 

dwururki. Dopiero po nim nastąpiły słowa: 

— Popatrz, człowieku. Niewiele brakowało, a spocząłbyś obok swej Betsy. 

Spojrzał. Na szarym piargu leżał kształt długi a wąski, czerwonorudy. Kula 

prawie go przepołowiła tuż przy nasadzie trójkątnej, złotawej głowy. 

Poczuł krople potu na czole. Zbyt wiele wrażeń jak na tak krótki okres czasu. 

— Miedzianogłowa * — wyjaśnił traper. — Sporo tu żmij, pamiętaj o tym. 

— Drugi raz uratowaliście mi życie... 

— Ale nie wiem, czy udałoby się to za trzecim razem, więc chodź! 

Cała energia nagle go opuściła. Zarzucił siodło na plecy i poczłapał jak automat 

za przewodnikiem. Posuwali się początkowo skalistym wąwozem, później 

skręcili raptownie w miejscu, w którym pionowa ściana przechodziła w łagodną 

pochyłość. Wspinali się powoli, uważnie, bo chwilami płaskie głazy  

przypominały taflę lodową, tak wygładziły je wiosenne wody. Stopy nie 

znajdowały oparcia, dłonie nie miały czego się chwycić. Idącemu mogło się 

wydawać, iż pochyłość nie ma końca, że sięga wiszących nad odległą granią 

background image

obłoków. Tak dotarli do poprzecznie biegnącej ścieżki. Za nią dźwigała się szara 

turnia, niedostępna ani dla człowieka, ani dla zwierzęcia. Jakiś czas szli tą 

ścieżką, aż skała rozstąpiła się, jakby przerąbana gigantycznym toporem. 

Zagłębili się w jej przełom i ruszyli dalej po piargach, jakby w mrocznym  

tunelu. Na koniec słoneczny blask padł im pod nogi. Zniknęły skały, ścieżka 

zginęła w zieloności górskiej hali. Przybyszowi wydała się wielką, chociaż w rze-

czywistości była małym spłachciem urodzajnego gruntu otoczonego zębatym 

wieńcem gór. Po przeciwległej stronie, u podnóża niedostępnego zbocza wznosił 

się kształt dziwaczny, ni to chatka, ni szałas. Szpiczastym dachem przypominał 

namiot, prostymi ścianami — dom. 

— Jesteśmy na miejscu — stwierdził siwowłosy traper. — Ot, i moje rancho! 

Przeszli przez łączkę, a wówczas wędrowiec zauważył drugi, jeszcze dziwniejszy 

budynek: bez okien, z dachem poziomym, na którym bujnie rosło  

zielsko. Drzwi składały się z drewnianej ramy, w którą włożono nierówno 

poprzycinane belki. Żeby wejść, należało te szczapy, jedną po drugiej, 

powyjmować. Błysk nadziei przemknął mu przez głowę. 

— Macie konia? — zapytał podnieconym głosem. 

— Konia? Nie. Coś znacznie lepszego w tych górach, muła. Pilnuję go jak oka w 

głowie. Widzisz to zamknięcie? Długo rozmyślałem, ale takich drzwi nie 

wyłamią nawet puma i niedźwiedź. Chodź. 

Stanęli przed dziwaczną chatką. Pociągnięte wrota skrzypnęły zgrzytliwie, z 

wnętrza buchnęła fala chłodnego powietrza. 

— Sprzedajcie muła albo... pożyczcie.  

Siwowłosy jakby nie usłyszał. Popchnął lekko gościa w głąb mrocznego wnętrza, 

wprost za stół wbity w glinianą polepę tuż obok legowiska pełnego futer o 

nastroszonych włosach. 

 

Miedzianogłowa (Copperhead) — żmija jadowita, sięga 76 cm długości. 

 

background image

— Witaj w moich progach. Nazywam się Abraham Lamb i jestem rzeczywiście 

łagodny jak baranek.* Siadaj, chłopcze. 

— Irvin. Vincent Irvin — mruknął przybysz. 

— Westman? Nie wyglądasz na to. Raczej... farmer. 

— Macie bystry wzrok. 

— Żadna sztuka. Im rzadziej ogląda się ludzi, tym łatwiej odgadnąć ich zawód, a 

ja od sześciu miesięcy nie widziałem żadnego dwunoga. Aż do wczoraj. Dwójka 

urwisów, żeby nie powiedzieć gorzej. 

Irvin drgnął i spojrzał pytająco: 

— Kto to był? 

— Nie przedstawili się. Głodny jesteś? 

— Czy któryś z nich nie był rudy jak marchew? 

— Dobrze określiłeś. Jeden rudy, drugi czarny jak kruk. Jeśli to twoi przyjaciele, 

poradź im, aby nie zaglądali do cudzych stajni. Mieli konie  

zmęczone, ale to nie powód, by kraść muły- 

— Ukradli? 

— Gdzie tam! Wydaje mi się, że jednego lekko zraniłem, ale nie mogłem 

sprawdzić. Uciekali dość szybko. 

— Lamb, pożyczcie mi swego muła! 

— Ho, ho! Co za nieoczekiwana propozycja! Jakże to sobie wyobrażasz? 

Abraham Lamb daje nieznajomemu swego jedynego muła! A co ja pocznę bez 

zwierzęcia? 

— Zwrócę, przysięgam... 

— Daj spokój... Skąd ty właściwie jesteś? 

— Z Teksasu. 

— Tu jest także Teksas, jeśli się nie mylę. Te góry zwą się Sacramento.* Chyba 

wiesz o tym? 

Lamb (ang) — baranek, jagnię. 

Nie mylić z miastem Sacramento, stolicą Kalifornii. 

background image

— Wiem. 

— No więc... skąd przybywasz?   

— Z północnego Teksasu. 

— Wcale niezła wycieczka. Dookoła pustyni. 

— Nie. Jechałem przez Llano *... 

— Lubisz niebezpieczne przejażdżki? 

— To nie ja. To oni. Co za piekielny teren. Nigdy jeszcze czegoś podobnego nie 

oglądałem. 

Kiedy to mówił, stanął mu przed oczami kraj płaski i bezludny, znaczony 

gdzieniegdzie kępami kaktusów. Szarymi od kurzu, o kolcach jakby z żelaza. 

Ujrzał wysokie i nagie niby słupy telegrafu pnie jukki, a na ich czubach stercząca 

twarde, wąskie i długie, ostre jak sztylety liście. W górze — słońce, w dole — ani 

krzty cienia. 

— Ryzykowałeś, chłopie. Widziałem ja kości ludzkie na piaskach Llano. 

Niejeden raz. Mogłeś łatwo zabłądzić. 

— Nie mogłem. Trop był świeży i wiódł prosto ku Pecos.* 

— Gonisz przyjaciół? 

— Ścigam ludzi, którzy właśnie tędy uciekali. Tych dwu: rudego i czarnego. 

Pewno nie wiecie, co oni zmajstrowali. 

— Na pewno — zgodził się siwowłosy. — Ale mnie przestały obchodzić wasze 

ludzkie spory. Tu się liczy tylko niedźwiedź, kozica, antylopa i jeszcze to, czy 

słońce świeci, czy pada deszcz. 

— Nie pojmuję, jak tak można żyć — mruknął Irvin i wzruszył ramionami. —  

Ci dwaj, którzy wam chcieli ukraść muła, mają na sumieniu coś więcej.  

 

Llano Estacado (hiszp.) lub Staked Palin (ang.) — Pustynia Palikowa, bezwodny obszar o pow. 130 tys. 

km-, rozciąga się na terenach stanów; Teksas i Nowy Meksyk, między rzekami Canadian i Pecos. Jest to 

płaskowyż wysokości 1000-1500 m. Nazwą jego niektórzy wywodzą od palików wbijanych w piasek 

dla wyznaczania dróg, inni — od pni rosnącej tam gdzieniegdzie jukki,  

przypominających pale. 

background image

Rozesłano za nimi listy gończe. Od szeryfa do szeryfa, jak świat długi i szeroki. 

Abraham Lamb roześmiał się cicho: 

— Tu nie dotarły. 

— Ale ludzie potrafią dotrzeć wszędzie, nawet w to pustkowie. 

Jak ja, jak tamci dwaj. Aż dziwne, że poprzestali tylko na próbie kradzieży, bo 

mogli się wziąć za was... 

— Wówczas i ty byś nie żył, mój synu. Najpierw puma, później żmija. Jak na 

jednego kiepskiego strzelca... to zbyt wiele. Daj spokój ściganiu. Oni nie mają nic 

do stracenia, a ty drugi raz się nie urodzisz. 

Odszedł w kąt mrocznej izdebki i coś tam przewracał wśród naczyń, bo Irvin 

słyszał pobrzękiwanie. 

— Masz — powiedział po chwili i wsunął mu do ręki twardy i wielki jak talerz 

podpłomyk, na którym leżał kawał mięsa. — Spróbuj. 

Irvin poczuł ostry zapach ziół. Pieczeń miała smak nieznany. 

— Nigdy czegoś podobnego nie jadłem — wyznał szczerze zdumiony. 

— Takie niedobre? 

— Takie wspaniałe! Jak to przyrządzacie? . 

— Trzeba znać się na roślinach. Upiec polędwicę potrafi byle partoła, ale 

przyprawić ją to dopiero sztuka. 

Irvin jadł powoli i rozmyślał, ale jakoś leniwie. Strata wierzchowca pozbawiła go 

energii. Albo po prostu był bardzo zmęczony. A gdyby tak siłą zabrać muła? 

Może podstępem? Nie znał się na podstępach. Nie był traperem, chytrym jak 

tropione zwierzęta, ani zwiadowcą skradającym się po tropach czerwonoskórych, 

ani kowbojem pilnującym stad przed dwunożnymi i czworonożnymi 

napastnikami. Był tylko rolnikiem, 

— Nie strzelam źle — rzekł bez związku, byle coś powiedzieć. — Ujrzałem 

strumień, więc zeskoczyłem z konia, żeby się ochłodzić. Puma zbliżyła się tak 

cicho...  

— One zawsze nadchodzą cicho. 

background image

— I dopiero jak usłyszałem kwik Betsy... 

— Widziałem wszystko. Mało nóg nie pogubiłem zbiegając z góry. Popełniłeś 

duży błąd rzuciwszy broń daleko od siebie. 

— Byłem tak zmęczony, że nie zważałem na nic — westchnął głęboko. — Kiedy 

skoczyłam do strzelby, puma znajdowała się tak blisko, że wydało mi się 

niemożliwością spudłować. Więc nawet nie celowałem... 

— I to był błąd drugi. Należało sekundę odczekać, konia już nic nie mogło 

uratować. Pamiętaj o tym na przyszłość, zwłaszcza jak będziesz wędrował 

piechotą. I omijaj Llano. Przejechałeś, ale nie przejdziesz. 

— Nie mam zamiaru.  Llano wcale mi nie po drodze. Przecież ja ich muszę 

dognać! — wykrzyknął. — Przepraszam — zmitygował się. Strzepał okruszyny 

ze spodni. — Dziękuję. To było wyśmienite. 

— Cieszę się. Ci ludzie musieli mieć z tobą na pieńku. Chyba się nie mylę. 

Napadli? Okradli? 

— Nic podobnego. Nie zabrali mi nawet guzika od spodni. 

— Czyżbyś był szeryfem? 

— I to nie... Siwowłosy pokręcił głową. 

— Gadasz wielce tajemniczo, ale to twoja sprawa. Na piechotę nigdy ich nie 

dogonisz. 

— Pożyczcie mi muła. Na tydzień. 

— Ani na jeden dzień. Cóż bym począł bez zwierzęcia? I skąd mogę wiedzieć, jak 

daleko pragniesz pojechać? 

— Muszę ich złapać przed granicą meksykańską. Tydzień mi starczy. Jeśli się 

spóźnię, wszystko na nic. 

— Powiadasz, że musisz. Co to za “mus"? — spojrzał na Irvina przenikliwie: — 

Tylko nie myśl, że muła zabierzesz siłą. Tamci także próbowali... 

Przybysz pochylił głowę, poczuł, że krew mu napływa do twarzy. Ten starzec 

dobrze czytał w cudzych myślach. 

— Nie ukradnę — odparł — chociaż... o tym myślałem — wyznał szczerze. 

background image

— Wierzę. Powiedz: po co ich ścigasz? Czy jesteś ich towarzyszem? A może i za 

tobą rozesłano listy gończe? Chodźmy na łąkę. 

Wyszedł pierwszy z nieodstępną dwururką w garści. Położył się na trawie. 

— Siadaj — rozkazał. 

Pachniało ziołami. Z okolicznych wysoczyzn spadał wiatr niosąc woń leśnej 

żywicy. Dokoła głośno buczały trzmiele. 

— Prawda, jak tu przyjemnie? 

— Nie wytrzymałbym nawet tygodnia w tej samotni. 

— Taka to radość żyć wśród ludzi? Nie wyglądasz na szczęśliwego. Szczęśliwcy 

nie gonią po wąwozach Sacramento. 

— To prawda — mruknął w odpowiedzi. — Ale dotychczas żyłem w gromadzie. 

— Po co ich ścigasz? 

— Ciągle pytacie. Co was to obchodzi? 

— Nic a nic. Mnie interesuje tylko muł. Rozumiesz? 

— Jakoś nie... 

— Lubię ludziom pomagać, chociaż od nich uciekam. Coraz dalej i dalej. 

Wędruję aż znad Missisipi. A tu już chyba zostanę. Rolnik mnie nie przepędzi, 

złota i srebra nie ma w tych górach. 

Irvinowi ta paplanina wydała się całkiem niepotrzebna, ale słuchał nie 

przerywając — widocznie siwy samotnik musi się wygadać. On sam nie czuł 

chęci do zwierzeń, mimo że przez tyle dni wędrował tylko w towarzystwie Betsy. 

Betsy... leży teraz martwa za skalną ścianą. I co dalej? Pieszy marsz? A może 

Lamb zdecyduje się jednak pożyczyć muła? 

— Czy tamci mieli konia jucznego? — zapytał niespodziewanie dla samego 

siebie. 

— Tamci? Ach, masz na myśli moich wczorajszych gości. A jakże, mieli. 

Wszystkie trzy zwierzęta piekielnie zmordowane. Dlatego próbowali zamienić. 

— Nie mówili, dokąd jadą?  

Traper roześmiał się cicho: 

background image

— Nikt u mnie nie zostawia swego adresu, a ja się o nic nikogo nie pytam. Bo i po 

co? Sam powiadałeś, że kierują się ku granicy Meksyku. 

— Mogę się mylić. 

— Chyba się nie mylisz. — Lamb podniósł się i wyciągając rękę powiedział: — 

Tam właśnie leży Meksyk. Jeśli prosto jechać tą steczką, na którą trafiłeś, 

dojedziesz do El Paso * nad Rio Grandę, a po drugiej stronie masz Ciudad Juarez. 

Już w Meksyku. Ale droga niełatwa. Można się zapchać w jakiś diabelski kąt i 

zabłąkać na amen. Trzeba uważać na ścieżkę, jechać ostrożnie. Jeśli ci, których 

gonisz, nie znają tego przejścia... 

— Nie wiem, czy znają, czy nie — przerwał mu Irvin — ale na pewno nie wiedzą, 

że ich ścigam. 

— Jak to? 

— To taka dziwna historia, długo o niej gadać. Gdybym miał wierzchowca... 

— Ale nie masz. Tym lepiej dla ciebie. Sądzę, że tamci są gorsi od pumy. 

Irvin zerwał się z ziemi i krzyknął: 

— Cóż możecie wiedzieć?! Tylko ja znam prawdę. 

— To czemu ją przede mną ukrywasz? Boisz się? Wstydzisz? 

— A dacie muła? 

— Do niczego cię nie zmuszam, synu. I niczego nie obiecuję. 

Irvin usiadł. Już się uspokoił. Podkulił nogi, wsparł głowę na rękach. 

— Nie ma innej rady — szepnął. — Powiem wam. Ukradłbym muła, ale nie 

potrafię. Więc muszę opowiedzieć. 

— Szczery jesteś. To dobrze o tobie świadczy... 

Irvin tylko machnął ręką. 

— Będę się streszczał — zaczął. — Długa to opowieść, ale jakoś sobie z nią 

poradzę... 

Starzec skinął głową. 

El Paso — graniczna miejscowość Stanów, położona nad rzeką Rio Grandę del Norte. 

… 

background image

Historię spotkania na odludziu, w sercu gór Sacramento, opowiedział mi po 

latach, po bardzo wielu latach, sam Vincent Irvin. Wówczas już 

nie farmer, ale szeryf Fort Benton — małego miasteczka leżącego blisko granicy 

Stanów i Kanady. Półtora tysiąca mil od chatki siwego trapera, który nosił dziwne 

nazwisko (a może przezwisko) — Lamb. 

Co wydarzyło się przed opisanym spotkaniem, co nastąpiło później — o tym 

dowiedziałem się nie tylko z ust Irvina. Bardzo mi pomógł w zaspokojeniu 

ciekawości Karol Gordon, ongiś młodziutki westman, później farmer, jeszcze 

później traper, a w końcu — mój serdeczny przyjaciel. 

Tak oto narodziła się — a raczej została odtworzona — opowieść o człowieku, 

który stracił wszystko, lecz nie zgubił (jak wielu innych w podobnej sytuacji) 

swej życiowej ścieżki. 

Nieco w tej historii dodałem od siebie, aby sprawa stała się bardziej zrozumiała. 

Musiałem się wczuć w sytuację, o których Irvin mówił półgębkiem — były zbyt 

przykre dla niego, chociaż tak już odległe w czasie. 

Wreszcie rzecz całą — gdy już została utrwalona na papierze — odczytałem (z 

pewnym strachem) obu głównym bohaterom. Przyznali zgodnie, iż to, co 

napisałem, nie mija się z prawdą. To mi wystarczyło. 

background image

Początek początku 

 

Noc była duszna i parna. Karol kładł się więc spać z nadzieją w sercu. Wszystko 

zapowiadało burzę. Kiedy zasypiał, wydało mu się, nawet, że słyszy dalekie 

grzmoty nadciągającej nawałnicy. Wczesnym świtem wyskoczył na dwór pełen 

radosnego oczekiwania. Spodziewał się ujrzeć dokoła czarne kałuże i nie wyschłe 

jeszcze błoto. 

Ranek był przyjemnie chłodny, słońce dopiero czerwonym rąbkiem wyjrzało 

ponad horyzont, ale dokoła, przed domem i dalej, leżała ta sama co wczoraj 

płaszczyzna zeschniętej w skorupę ziemi, spękanej w malutkie przepaście i 

kaniony. Od studni, wznoszącej się między stajnią a domem, przyczłapał chudy 

wyrostek w rozpiętej koszuli, z piersią spaloną na brąz i z twarzą jeszcze 

ciemniejszą. 

— Napoiłeś konia? 

Chłopak brzęknął metalowym wiadrem. 

— Same błoto — powiedział. — Nic się nie da nabrać. 

— Idź do Irvinów. Tam chyba jeszcze coś znajdziesz. Weź dwa wiadra. Tylko nie 

rób hałasu, pewnie jeszcze śpią. 

Spojrzał w niebo, które powoli zmieniało barwę. Ustępowała szarość, błękit 

stawał się coraz bardziej intensywny. Karol westchnął. Zapowiadał się dzień taki 

sam, jak wszystkie poprzednie tej wiosny: suchy i gorący. 

— Ani jednej chmurki — mruknął do siebie. — Ani jednej chmurki — powtórzył 

i zawrócił do chaty. Wziął mały kubeczek, z osmolonego czajnika nalał nieco 

wody i stanąwszy przed lustrem począł się golić. Wolno, metodycznie. Nic go nie 

nagliło. Nie było nic do roboty w polu. Skawalona gleba nie poddawała się ani 

motyce, ani łopacie. Ostrze pługa, gdy z trudem wbiło się w ziemię, odwalało 

tylko zeschłe bryły, twarde jak kamienie. Jakiż sens rzucać ziarno w taką rolę? 

background image

— Chyba należy stąd wiać — powiedział ścierając palcem mydło z lśniącego 

ostrza brzytwy. 

Ale powiedziawszy to, zdziwił się sam sobie. Nigdy dotąd nie zaświtała mu w 

głowie taka myśl. Odkąd osiadł w tych stronach. To znaczy — zastanowił się 

chwilę — przed pięcioma, nie, przed czterema laty. Właśnie wówczas przybył tu 

z gromadą innych, w czasie gdy zielony step ciągnął się milami od nowiutkich 

jeszcze, kolejowych torów hen, zdawałoby się, w nieskończoność. Ziemia była 

tania, prawie za darmo. Towarzystwo kolejowe otrzymało olbrzymie obszary 

położone po obu stronach żelaznego szlaku i starało się ściągnąć przyszłych 

pasażerów i producentów płodów rolnych, które miała transportować. 

Tak narodziła się osada w południowo-zachodnim Teksasie * w roku głośnego na 

całą Amerykę powstania Dakotów, zwanych Siouxami, pud wodzą Sitting Bulla 

*. Chociaż walki te nie toczyły się na terenie Teksasu, lecz znacznie dalej na 

północ, w rejonie Czarnych Gór, na pograniczu Montany i Południowej Dakoty, 

ich zakończenie wydało się niektórym początkiem ery wiecznego pokoju. 

Osada powstała z... niczego. Najpierw przybysze mieszkali w prymitywnych 

ziemiankach o ścianach skleconych z grubej darni. W takich samych budowlach 

gnieździły się konie i krowy. Nikt nie oczekiwał zresztą wygodnego życia 

i nikt nie myślał zaczynać od wygód. Mieszkało się byle jak, jadło byle co, 

maksimum energii poświęcając ziemi. Wczesną wiosną ostrza pługów po raz 

pierwszy w dziejach tej krainy zagłębiły się w twardą glebę. Ciężka to była orka i 

dosłownie potem ludzkim zroszona. Za to jesienią! 

Cudowne było wtedy lato: w miarę suche, w miarę mokre. Ale jeszcze  

 

Sitting Bull — wódz plemienia Dakotów (Siouxów), przywódca powstania. W 1876 r. rozbił oddziały 

generała Custera w bitwie nad rzeczką Little Bighorn. 

Teksas — drugi co do wielkości stan Ameryki Płn. Ponad 692 tys. km, Prawa stanowe uzyskał już w 

1845 r. 

 

cudowniejszą okazała się ta ziemia. Pszenica obrodziła, dając kłosy wielkie i 

background image

ciężkie, jakich nigdy przedtem nie widzieli przybysze ze wschodu. A kolby 

kukurydzy przypominały — jak zauważył któryś z osiedleńców — pękate flaszki 

whisky. 

Potem nadszedł drugi rok, równie wspaniały. I trzeci, nie ustępujący dwom 

poprzednim. Farmerskie wozy, załadowane plonami, ciągnęły długim szeregiem 

do kolejowego przystanku odległego stąd o cztery mile. Kupcy płacili gotówką, 

farmerzy zbierali w swych kuferkach brzęczące i szeleszczące pieniądze, 

towarzystwo kolejowe odbijało sobie na transporcie wartość za bezcen 

odstąpionych gruntów. Wtedy nadano osadzie nazwę i wybrano szeryfa. 

Przedtem nikt na takie głupstwa nie miał czasu. Miejscowość nazwano — przy 

zgodnym aplauzie wszystkich mieszkańców — Green Field, ale z tych dwu słów 

utworzono natychmiast jedno: Greenfield *. Nazwa była jak najbardziej 

odpowiednia. Okoliczne pola każdej wiosny pokrywały się zieleniejącą runią 

młodych siewów. Przez te kilka lat zmieniało się wszystko. Ze wzrostem 

zamożności rosły potrzeby. Pękate mieszki farmerów sprawiły, że w Greenfield 

powstał pierwszy saloon, luksusowo wyposażony jak na tutejsze warunki. Prawie 

w tym samym czasie otworzono duży skład, oferujący nabywcy rozmaite towary, 

od pługów aż po bieliznę damską. Któż to dawniej o takiej “rozpuście" myślał? W 

przeciwieństwie do saloonu, stanowiącego własność Brian Fullera (rodem z 

dalekiego Kansas City nad Missouri), skład był wynalazkiem jakiejś kompanii 

handlowej ze znacznie bliższego Houston nad Zatoką Meksykańską. Zarządzał 

nim agent mający do pomocy żonę Mulatkę i dwoje niedorostków o nieokreślonej 

barwie skóry. Agent nazywał się — zabawny zbieg okoliczności! — bardzo 

podobnie do właściciela saloonu, a mianowicie: Fulk Bryan. Stanowiłoby to na 

pewno okazję do nieporozumień * gdyby nie fakt, że nazwisk tych używano 

potocznie bardzo rzadko, wystarczały: “saloon" i “skład". 

Green field (ang.) — zielone pole. Brian (imię) i Bryan (nazwisko) wymawiają się identycznie. 

Przez pierwsze miesiące istnienia obu handlowych placówek Brian Fuller 

obrotami bił na głowę Fulk Bryana. Wyposzczeni farmerzy musieli odbić sobie 

background image

lata niedosytu, mimo że saloon nie udzielał kredytu, a skład — wręcz przeciwnie 

— przy większych zakupach rozkładał należność na raty. Gdy jednak 

odpowiednia suma gotówki została przepita, atrakcyjność nowych narzędzi 

rolniczych i nowych strojów odniosła decydujący sukces. Do przegranej saloonu 

przyczyniła się również niespodziewana konkurencja w postaci tak zwanej 

“drug-story", jednej z tych zdumiewających placówek handlowych, znanych 

chyba tylko w Ameryce. Są to sklepy stanowiące 

coś pośredniego między apteką, drogerią a barem. Nabyć w nich można 

lekarstwo, pachnące mydło, cukierki, ale również... wypić koktejl z piorunującej 

mieszaniny wysokoprocentowych trunków. Te ostatnie cieszyły się w Greenfield 

dużym powodzeniem, póki nie przestały być nowością. 

Jednocześnie z powstawaniem placówek handlowych zmieniało się oblicze 

osiedla. Znikały budy-ziemianki. Pojawiały się domki, ba, nawet wille z 

werandkami i kolumienkami — powielane wzory drewnianej architektury 

miasteczek dalekiego wschodu Ameryki. Wzrastała zamożność i nie sprawdzały 

się przepowiednie pesymistów, że Teksas jest krajem wyłącznie uprawy bawełny, 

a nie zboża, i że wszelkie próby zmiany charakteru płodów rolnych zakończyć się 

muszą klęską gospodarczą. Właśnie pszenica stała się źródłem rozwoju 

Greenfield. Wszystko jej tutaj sprzyjało. W pobliżu nie istniały gospodarstwa 

hodowlane, nie przepędzano tędy wielkich stad bydła tratujących zasiewy, co 

stawało się przyczyną zatargów (niekiedy kończących się krwawo) między 

rolnikami a gromadami półdzikich kowbojów strzegących bydła. Tradycyjne już 

szlaki przepędu, o ustalonych nazwach: “Zachodni" i “Chisholm" biegły na 

wschód i na zachód od Greenfield. Całe szczęście. 

Ludzi w okolicy nie było wiele, mimo że ziemie Teksasu zamieszkiwało już 

prawie 700 tysięcy białych i Murzynów, nie licząc plemion indiańskich. Cóż to 

jednak znaczyło wobec 267 tysięcy mil kwadratowych * powierzchni? Tak więc 

Greenfield leżało na uboczu od niebezpieczeństw grożących osadzie ze strony 

zwierząt i ze strony włóczęgów. Zapowiedź klęski przyszła niespodziewanie, 

background image

zupełnie nieoczekiwanie przez farmerów. Zdawało im się, że poznali już 

doskonale klimat i nabyli umiejętności przepowiadania pogody nie tylko na 

najbliższe dni, ale na tygodnie, na miesiące. Aż nastała wiosna, prawie 

bezdeszczowa. Siewów dokonano, później jednak gleba stwardniała na kamień. 

Ani jedno ziarno nie zakiełkowało. Przez długie miesiące nie spadła z pogodnego 

nieba nawet kropla deszczu. Sytuację poprawiły burze topniejącego natychmiast 

gradu. Niestety, wydarzyło się to dopiero w połowie teksaskiej zimy, przy 

temperaturze 32 stopni *. Ziemia nieco rozmiękła, ale nie poprawił się humor 

farmerom. Wprawdzie nie popadli w rozpacz. Nadal mieli w swych spichrzach 

pełno dorodnego ziarna, którego nie pozbyli się zgodnie z tradycją 

zapobiegliwego i przewidującego gospodarzenia, przekazaną im jeszcze przez 

ojców we wschodnich stanach. Gdy jednak podobna sytuacja meteorologiczna 

powtórzyła się w roku następnym, troska o jutro zaciążyła nad umysłami 

mieszkańców Greenfield. Skamieniała gleba nie nadawała się do uprawy. 

Otaczające osadę dalekie przestrzenie prerii zmieniły swą barwę. Z zielonych 

stały się brudnobrązowe. Szumiące trawy przeobraziły się w twardy jak kamień 

pokrowiec skołtunionych, wbitych w ziemię uschłych łodyg. Skończyła się 

świeża pasza. Trzeba było powybijać krowy i owce. Oszczędzano tylko koni. Na 

suszy wyszły one najlepiej, otrzymując teraz zamiast siana cenną kukurydzę i 

jeszcze cenniejsze ziarno pszeniczne. Ale cóż poczęliby farmerzy bez koni, 

gdyby wreszcie spadły strumienie wody na bezpłodną ziemię? 

Sygnałem gospodarczego kryzysu stała się likwidacja “drug-story". Nastąpiła bez 

żadnej zapowiedzi, z dnia na dzień. Któregoś ranka mieszkańcy Greenfield  

 

Dokładnie 267 333 mil', co równa się ok. 692 tys. km. 

Mowa o termometrze Fahrenheita. 32 stopnie F — to 0 stopni Celsjusza. 

 

ujrzeli drzwi i okna sklepu na głucho zamknięte, ale dopiero w kilka godzin 

później osiedle obiegła wieść o wyjeździe właściciela i pomocnika. Do 

background image

kolejowego przystanku odwiózł ich na swym wozie stary Abel Meredith. 

Opowiadał później, że bagaży mieli niewiele. Wyglądało więc na to, że powrócą, 

kiedy się czasy poprawią. Klęska suszy skłoniła ludzi do oszczędności, 

“drug-story" stracił klientelę na długo przed likwidacją. 

Zawiadomiony o wydarzeniu szeryf przybył natychmiast pod domek, raczej 

barak z werandką, w którym mieścił się sklep. Stwierdził, że wszystkie okna 

zabito deskami, a na drzwiach zawieszono potężnych rozmiarów kłódkę. Fakt nie 

ulegał wątpliwości. Odtąd szeryf codziennie odwiedzał opuszczony budynek, 

może w nadziei, że ujrzy go na nowo zamieszkałym przez dotychczasowych 

użytkowników, a może dlatego, że pragnął skontrolować stan okien i drzwi. We-

wnątrz przecież musiały się znajdować towary. Tak zresztą powszechnie 

sądzono, ale nikomu nie przyszło do głowy łasić się na te “skarby". Greenfield 

przez lata mogło służyć za przykład najbardziej spokojnego osiedla ze wszystkich 

najbardziej spokojnych osiedli całego świata. 

Likwidacja (raczej: samolikwidacja) “drug-story” nie była przecież tragedią. 

Tragedia narodziła się wtedy, gdy mieszkańcom Greenfield poczęło brakować 

jedzenia, poczęło brakować pszenicy i pieniędzy. Gdyby nie Fulk Bryan, który 

okazał się człowiekiem dobrego serca i chyba dobrym kalkulatorem, połowa 

ludności przymierałaby głodem. Oto Fulk Bryan rozszerzył kredyt, chociaż nie 

odwożono już ziarna do kolejowych wagonów. Wręcz przeciwnie: 

transportowano mąkę, kukurydzę i szereg innych artykułów spożywczych ze 

stacji do osady. W ten sposób przetrwano jako tako okres zimy. Wszyscy 

farmerzy zadłużyli się u Bryana “po czubek nosa". Ale nie było wyjścia z tej 

sytuacji, chyba ucieczka w inne strony kraju. Wówczas nikt tego jeszcze nie 

pragnął. 

Właściciel saloonu — “bezkredytowy" Brian Fuller postanowił naśladować Fulk 

Bryana. Uznał, że lepiej handlować na kredyt niż wcale. Ludzie nie świecili 

groszem, za to saloon coraz częściej świecił pustką. Zamknięcie “drug-story" nie 

przysporzyło klienteli saloonowi. Co prawda i otwarcie kredytu nie zapełniło 

background image

przestronnej sali oberży tłumem rozkrzyczanych farmerów. Jednakże w sobotnie 

wieczory i późne niedzielne popołudnia ściągała tu garstka desperatów uważając, 

że nic im nie pomoże ani nie zaszkodzi, czy dług będzie większy, czy mniejszy o 

kilka dolarów. Byli to przeważnie ludzie młodzi i samotni, gotowi — jeśli 

sytuacja nie ulegnie poprawie — pierwsi czmychnąć z Greenfield, zostawiając na 

łasce losu ziemię, budynki i sprzęt gospodarski. Bo nawet nikt nie marzył, że zna-

lazłby się nabywca ich nieruchomości. Tak więc w saloonie weselono się, jak kto 

jeszcze potrafił, a kiedy gospodarz zamykał lokal na noc, spóźnieni wędrowcy, 

wracając do domowych pieleszy, zadzierali głowy, by ujrzeć na niebie uprag-

nione chmury. Niestety, świeciły gwiazdy. Bardzo jasno, przeraźliwie ostro, 

beznadziejnie... 

Karol Gordon, chociaż samotny jak kaktus na pustyni, nie odwiedzał już od 

dawna saloonu. Był w ogóle nieco dziwnym człowiekiem. W maleńkim 

Greenfield, w którym ludzie zdążyli dobrze się poznać i poinformować 

wzajemnie o wszystkim, co przeżyli, a także o swych planach na przyszłość — o 

przeszłości Karola Gordona nikt nic pewnego nie wiedział. Szeptano, że nawet 

jeśli kiedykolwiek zajmował się uprawą roli, to już dawno zdążył o tym 

zapomnieć. Jednak wystarczyło tylko przyjrzeć się obmawianemu, aby dostrzec 

oczywisty nonsens tego twierdzenia. Gordon był zbyt młody. Może nigdy nie orał 

i nie siał?... Mówiono — nie wiadomo na jakiej podstawie — że Gordon jeszcze 

jako chłopak włóczył się po Dzikim Zachodzie, wprawiał w strzelaniu do 

futerkowej zwierzyny i tylko dlatego zerwał z zawodem, że zniechęcił go do 

tamtych stron tragiczny koniec wyprawy generała Custera w roku 1876, kiedy to 

w walce z Dakotami Sitting Bulla zginął i generał, i cały oddział kawalerii, 

którym dowodził *. Złośliwi dodawali, że nie wiadomo, po której stronie brał 

udział w walce: białych czy czerwonych. W tamtych czasach, gdy dobrze 

pamiętano krwawą historię, która się rozegrała nad brzegami mało przedtem 

znanej rzeczki, postawienie publicznego zarzutu współuczestniczenia w 

masakrze białych było sprawą niebezpieczną albo dla pomawianego o taki 

background image

postępek, albo dla pomawiającego. Ponieważ jednak farmerzy z Greenfield 

należeli do kategorii ludzi spokojnych, nie znoszących burd i awantur — nikt 

głośno nie powtarzał plotki. 

Na uprawie roli Karol Gordon istotnie niewiele się znał. Będąc jednak zdolnym 

naśladowcą i chętnym słuchaczem, po kilku latach nauczył się korzystać z rad 

doświadczonych rolników. Najwięcej pomógł mu bliski sąsiad, Vincent Irvin, 

młody farmer, który sprzedał swe podupadające gospodarstwo w Północnej 

Karolinie i wraz z żoną powędrował na południowy zachód szukać szczęścia. 

Tak to wszystko wyglądało aż do pamiętnego ranka, w którym Gordon stwierdził, 

że i w jego studni, wykopanej przed domem, nie ma ani kropli wody. Wtedy po 

raz pierwszy pomyślał o opuszczeniu Greenfield. 

— Hallo, boss! * — zawołał z głębi sieni ciemnowłosy chłopak. — Jest woda! 

— Świetnie. Przynieś tutaj i nalej do miski. 

— Nie będzie się pan mył na dworze? Zanosi się na upał. 

— Wielka mi nowina. Od tygodnia pieczemy się żywcem. Nalej do miski i idź 

napoić konia. 

Usłyszał brzęk wiadra, plusk wody, potem oddalające się kroki. Skończył 

golenie, przeszedł do sionki i zaczął się myć w dużej blaszance, pełnej wody. 

Woda była zimna. Od razu poczuł się lepiej. 

 “Co począć z Robertem? — rozważał w dalszym ciągu projekt opuszczenia 

Greenfield. — Brać go z sobą na niepewne? A jeśli nie będzie chciał? Zostawić 

samego?..." 

 

 

Była to bitwa nad rzeczką Little Bighorn w dn. 26 czerwca 1876. Padło w niej 276 żołnierzy i oficerów 

siódmego pułku kawalerii. 

Boss — można przetłumaczyć: szef. 

Zreflektował się nagle: “Po co mam stąd uciekać, do licha? Co mi do głowy 

strzeliło? Wszystko przez tę parną noc. Przecież to nie ma sensu. Zapytam 

background image

Roberta, co o tym sądzi... Nie, nie będę pytał. Chłopak się przestraszy." 

Z Robertem spotkał się zupełnie przypadkowo przed laty, gdy przyłączył się do 

karawany ludzi, wozów i bydła, ciągnącej ku południowemu zachodowi. 

Zdarzyło się to niedaleko Abilene, w Kansas, gdzie kończył się wielki szlak 

przepędu bydła, zwany Szlakiem Chisholm, wiodący z południa aż do Rio 

Grandę. Robert właśnie przewędrował ten szlak jako jeden z kowbojów i 

znajdował się u kresu sił. Wyglądał tak, jakby mu pozostało tylko parę godzin 

życia. Gordon zainteresował się chłopakiem, po krótkiej rozmowie Robert został 

umieszczony, jako dodatkowy pasażer, w jednym z farmerskich wozów. Później, 

na ziemiach przyszłego Greenfield, okazał się nieocenionym pomocnikiem 

świeżo upieczonego farmera. Gordon dowiedział się o nim tylko tyle, że nazywa 

się Dreer. Chłopak był skryty i nigdy nie mówił za wiele. Być może, iż fakt ten 

zjednał Robertowi przychylność Gordona, który nie znosił plotkarzy i gadułów. 

Znowu metalicznie zabrzęczało wiadro. Robert pojawił się w jasnym prostokącie 

drzwi. 

— Jeszcze raz idę po wodę — zakomunikował. 

— Dobrze, ale zostaw trochę dla Irvina.  

Rozległ się cichy śmiech: 

— Nie zabraknie, bo w dołku... 

Rzeczywiście, posiadłość Irvina leżała we wklęśnięciu gruntu i podziemne źródła 

musiały sobie torować tam drogę. 

Gordon wytarł się szorstkim ręcznikiem, przywdział koszulę i zajrzał pod 

palenisko kuchennego pieca. Nie potrzebował rozgrzebywać wczorajszego 

popiołu, już tlił się mały ogienek rozniecony przez Roberta. Dorzucił kilka 

patyków, a potem zajął się przyrządzaniem jajecznicy na boczku i przygotował 

pszenne suchary (wszystko dzięki kredytowi Fulk Bryana). 

— Słyszał już pan, szefie? 

— Nie wrzeszcz. Wejdź i powiedz, o co chodzi. Chłopak ukazał swe 

zaczerwienione oblicze. 

background image

— Spotkałem starego Abla. Gadał, że Hamm Harris i Jim Perry znikli tej nocy. 

— Plotka. 

— Abel wie na pewno. Chodził do nich. Gordonowi zrobiło się jakoś przykro. Ci 

dwaj ludzie siedzieli w Greenfield od samego początku. A teraz... zwiali. Mogło 

to się stać sygnałem do masowej ucieczki. Zresztą... 

— Oni byli mocno zadłużeni u Bryana — powiedział półgłosem. 

Chłopak roześmiał się. 

— Nie widzę powodu do radości. Jak tak dalej pójdzie, Bryan zamknie kredyt. 

Wówczas nie będzie innego wyjścia... Chciałbyś stąd wyjechać? 

— Nie. 

— Więc widzisz, że nie ma się z czego cieszyć. Może to jednak nieprawda? Co 

więcej słyszałeś? 

— Pan Irvin już wstał. 

— Żadna nowina. 

— Powiedział, że weźmie konia, strzelbę i pójdzie polować. 

Z kolei roześmiał się Gordon. 

— Też ma pomysły? W ciągu kilku lat potrafiliśmy wystraszyć stąd wszystkie 

zwierzaki. 

— Pan Irvin mówił, że teraz zaczną ciągnąć na północ bizony. 

— Bizony! Wielki Boże! Już ja mu wybiję to z głowy. Przecież on nigdy nie 

polował na bizony! No, idę — zdecydował się nagle. — Jakby zaczęło padać... 

Chłopak zachichotał: 

— ... to zaraz postawię naparstek, żeby nałapać deszczówki. 

Gordon wcisnął na głowę podniszczony kapelusz i wyszedł na szeroką drogę, 

twardą i spękaną w grube rysy tak jak cała ziemia dokoła. Zatrzymał się w 

miejscu, gdzie droga spadała łagodnie ku nizinie przypominającej kształtem 

gigantyczną miskę. W środku tej miski wznosiły się zabudowania otoczone 

półokręgiem wysokich drzew. Nad kominem największego z domostw pięła się 

ku beznadziejnie czystemu niebu wąska nitka dymu. Zwiastowała pogodę, 

background image

przeklętą pogodę. 

Gordon westchnął i przyspieszył kroku. Skręcił w prawo, minął furtkę w płocie, 

który otaczał Irvina — co uważano za luksus nawet w zamożnym dotąd 

Greenfield — potem studnię z korytem do pojenia bydła. Zajrzał w otwór. 

Głęboko, głęboko widniało odbicie nieba. Znak, że jest jeszcze woda. 

— Halo, Karolu! Chcesz się utopić? 

— Właśnie. Dlatego kawał bizoniej pieczeni we. — Jutro może być już za późno. 

U mnie studnia wyschła. 

— Ale ta nie wyschnie. Mierzyłem wczoraj, nic a nic nie ubywa. Gdzieś tu jest 

źródło. Na szczęście. Co nowego, Karolu? 

Gordon uśmiechnął się do wysokiego, szczupłego mężczyzny o spalonej na brąz 

twarzy, niebieskich oczach i jasnych włosach. — Gdyby nie twoja studnia, nie 

mógłbym się dziś umyć. Nie wiem, jak sobie radzą inni... 

— Nie jest tak źle. Tu w dole wszyscy mają wodę. 

— Słuchaj, Vincent, mówił mi Robert, że się wybierasz na polowanie. Czy to 

prawda? 

— Myślałem o tym. Widzisz... moje długi u Bryana wciąż rosną. Z przerażającą 

szybkością. 

— Mnie również zbrzydło solone mięso, ale trudno domagać się czegoś lepszego 

w takiej sytuacji... — machnął ręką Gordon. 

— Właśnie — odpowiedział podnosząc głowę —-bardzo by się przydał. A skórę 

można sprzedać. 

— Kto tu kupi? 

— Może Bryan. 

— Wybij sobie z głowy bizonie mięso. Będzie teraz chude i żylaste, jeśli w ogóle 

będzie. 

— Opowiadałeś o bizonich szlakach, czy tak trudno je odnaleźć? 

— Szlaki bizonie istnieją, ale... 

Między kolumienkami ganku ukazała się kobieca głowa. Melodyjny głos 

background image

zawołał: 

— Jak się masz, Karolu! Nie odchodźcie, zaraz przygotuję śniadanie. 

Znikła w głębi budynku. 

— Ale co? — podjął przerwaną rozmowę Irvin. 

— To, że bizony szukają dla swego marszu terenów obfitujących w paszę i w 

wodę. Doprawdy nie wiem, gdzie takich szukać. A jeśli chodzi o inne zwierzęta, 

zdążyliśmy przepłoszyć wszystkie płowe czworonogi. Nawet antylopy się stąd 

wyniosły. Raz tylko jeden daleko, daleko stąd widziałem pieski preriowe.* 

— Nie kpij. 

— Ani mi to w głowie. Jestem pewien, że bizony także zmieniły swój szlak. 

— Ostatecznie deszcze muszą gdzieś padać. 

— I mnie się tak wydaje. Tylko gdzie? O tym nie wiemy ani ty, ani ja. A prócz 

tego, Vincent, nie jesteś przecież dobrym strzelcem. Z antylopami to żadna bieda, 

po prostu zmarnujesz nieco ładunków, a zwierzęta czmychną. Ale z bizonami, 

jeśli na nie trafisz, może być kłopot. Zraniony byk staje się niebezpieczny. Nie 

podoba mi się twój projekt. 

— Wybierzemy się razem. 

— Po to, aby cię pilnować na każdym kroku? Nic nie wyjdzie z takiego 

polowania. 

W drzwiach domu ukazała się kobieca głowa. 

— Chodźcie... 

Weszli do sporej izby, której środek zajmował prostokątny stół, zastawiony 

połyskującymi w smudze słońca talerzami. Przy jednym z nich, na wysokim 

stołku, siedział chłopczyk trzy-czteroletni, o rumianej buzi i jasnej jak bawełna 

czuprynie. Jadł właśnie owsiankę, ale na widok wchodzących zerwał się: 

Pieski preriowe— amerykańskie świstaki. 

— Dzień dobry, wuju Karolu, dzień dobry, wuju Karolu! — zaśpiewał jakąś 

swoją własną melodię. 

— Dopóki nie zjesz — odparł sztucznie poważnym głosem Gordon — nie będę z 

background image

tobą rozmawiał. 

— Siadajcie — poprosiła gospodyni. 

— Dziękuję, Becky — odsunął nieco talerz. — Jadłem już. Ale jeśli mnie 

poczęstujesz kubkiem dobrej kawy, na pewno nie odmówię. A nawet nie musi 

być dobra. I gorszą wypiję. Bryan się psuje. Mięso coraz bardziej słone. Nie 

uważacie, że przydałoby się zmienić dostawcę? 

Irvin uśmiechnął się, a jego żona przytaknęła pół serio, pół żartem: 

— Właśnie, może ty byś go zastąpił, Karolu? — A po chwili dodała poważnie: — 

Nie można narzekać na człowieka, dzięki któremu wszyscy, jak tu jesteśmy, nie 

umieramy z głodu... 

— Poddaję się, Becky. Nie powiem więcej złego słowa na Bryana, chociaż 

zdziera z nas dziesiątą skórę. 

— Znowu zaczynasz? Jaki on jest, taki jest, ale właśnie... jest! Nie wyjechał. 

— Niewiele ryzykuje, to przecież tylko agent. 

— Jednak ma nie zapłacone kwity — wtrącił się Irvin — będzie odpowiadał 

przed swym przedsiębiorstwem. 

— Słyszeliście, że Harris i Perry znikli tej nocy? Oni byli u Bryana porządnie 

zadłużeni. 

— No właśnie! Masz, Karolu, kawę, i może nie będzie taka zła. 

Podała Gordonowi kubek, podsunęła mężowi talerz z jajecznicą i siadła przy 

malcu, który zaraz począł szybciej obracać łyżką. 

Karol spojrzał na kobietę kątem oka. Becky Irvin, jego zdaniem, nie pasowała na 

żonę farmera. Bardzo różniła się od żon innych rolników, jakie spotkał na swej 

życiowej ścieżce. Tamte — pionierki osadnictwa Dzikiego Zachodu — były 

zazwyczaj wysokie, mocno zbudowane, o silnym głosie, a nierzadko silnej... 

pięści. Obeznane z bronią palną, jeździły konno jak najlepszy kowboj i dosłownie 

trzymały w garści całe gospodarstwo. A Becky? 

Szczupła, drobna, o głowę niższa od swego małżonka, niezbyt zaradna, zdająca 

się ze wszystkim na decyzję Vincenta. 

background image

W kilka miesięcy po przybyciu na te pustkowia urodził im się syn. Gordon — 

jako najbliższy sąsiad — mimo woli stał się współuczestnikiem radości i 

zmartwień rodzinnych. Bywał częstym gościem u Vincenta, który nie skąpił mu 

życzliwych, gospodarskich rad, zwłaszcza w pierwszym okresie pobytu, 

najtrudniejszym. Przybyli tu przecież wczesną wiosną, aby zdążyć jeszcze z 

siewami jarymi. Ale przed tym należało jako-tako domy urządzić; postawić 

choćby prymitywne lepianki, budynki gospodarcze, studnie, zagrody dla bydła i 

koni. Roboty było huk. Karol Gordon — z wdzięczności za fachowe porady — 

zaczął pomagać Irvinom. Na orce i siewie znał się tyle co kura na pieprzu. Za to 

budowniczym i kucharzem okazał się doskonałym. Gdy więc Vincent Irvin zabrał 

się do orki, Gordon stanął u boku pani Becky i wraz z Robertem oporządzał 

inwentarz, sprowadzał drzewo na opał, nosił wodę dla obu gospodarstw. A przede 

wszystkim wzniósł dwa budynki mieszkalne: dla Irvinów i dla siebie. Później, 

gdy przyszedł na świat mały Clem, Karol nadal był wiernym pomocnikiem 

sąsiadów. W czasie żniw, sianokosów i młocki pracował za trzech, ale nauczył się 

przez to tyle, ile nie dałby mu najlepszy wykładowca najlepszej szkoły rolniczej. 

Więc nie uważał czasu poświęconego sąsiadom za zmarnowany. 

— Będzie z ciebie znakomity farmer — stwierdził już po kilku miesiącach Irvin. 

— Jeszcze roczek, a poznasz tajniki gospodarki. Tylko żonę musisz sobie 

poszukać. Bez kobiecego oka nie upilnujesz wszystkiego, kiedy ci się go-

spodarstwo rozrośnie. A że się rozrośnie, to już teraz widać. Co za szczęście, 

żeśmy się tu przenieśli! 

Gordon odparł na to, iż na ożenek ma czas, a do pomocy chłopaka, i to tak 

tęgiego, jak Robert Dreer. Pomyślał przy tym, że małżeństwo Irvina nie jest 

znowu takim wielkim szczęściem i pomocą w pracy. Po narodzinach Clema 

Becky Irvin bardzo długo nie mogła wrócić do sił. Dopiero późną zimą zajęła się 

gospodarstwem. Ale gdy nadeszła kolejna wiosna, gdy nadciągnęły tropikalne 

upały, Becky znów poczuła się źle. Karol dostrzegł to szybciej od Vincenta i pod 

pozorem, że się śmiertelnie nudzi, śpieszył z pomocą Irvinowi albo osobiście, 

background image

albo przysyłając Roberta. Lecz stan zdrowia Becky Irvin wciąż pogarszał się. 

O tym wszystkim rozmyślał Karol siedząc za stołem Irvinów, pijąc kawę i 

stwierdzając, że pani Becky nie zdołała nic a nic opalić się w słońcu, przeciwnie: 

wydawała się coraz bledsza. 

background image

Nieznajomi 

 

Vincent Irvin dobrze pamiętał dzień, w którym musiał rozstać się z długorogim 

teksaskim wołem. Nie starczało paszy na okres zimy. W kilka miesięcy później 

sprzedał jednego ze swych koni, a z końcem drugiego roku suszy — krowę. 

Mimo że Karol odradzał mu, decydując się nawet sprzedać własnego konia, by 

odstąpić część paszy sąsiadom. Ofiara nie została przyjęta. Żywy inwentarz obu 

sąsiadujących ze sobą gospodarstw zmniejszył się do liczby trzech koni, z których 

jeden stanowił własność Roberta. Deszcz wreszcie spadnie, a bez zwierząt nie 

można przecież uprawiać roli. Lepiej więc zadłużyć się u Bryana i karmić 

czworonogi drogą kukurydzą. Tak zresztą postępowali wszyscy farmerzy 

Greenfield. I chyba słusznie. Szło więc pod nóż bydło, konie oszczędzano. Pod 

koniec trzeciego roku suszy nie było w osadzie ani krów, ani owiec, ani świń. 

Drób został zjedzony już wcześniej, więc gdyby nie kredyt Bryana, nie 

pozostałoby nic innego, jak uciekać z osady albo... umrzeć z głodu. 

Pogrążony w niewesołych myślach szedł obok Gordona milcząc. 

— Już i drzewa poczynają schnąć — Karol wskazał na wątłe drzewko o 

pokurczonych, zżółkłych, powiędłych listkach. — Czyż cała ta część Teksasu ma 

się zamienić w pustynię? Dokąd wtedy pójdą ludzie, i tak już doprowadzeni do 

bankructwa? 

Przed nimi ciągnęło się pole, spopielała i spękane. Dalej widać było domy i 

domki osiedla, a przed nimi tu i tam stojących bezczynnie ludzi. Rzecz nie do 

pomyślenia w dawnych, normalnych dniach wiosny, gdy każdy niemal dwoił się i 

troił przy pracy w polu. 

— Dokąd tak wędrujecie? — zagadnął ich Abel Meredith. 

— A tak, przed siebie, dowiedzieć się, co słychać... 

— Czy to prawda — zapytał Gordon — że Harris i Perry wyjechali? 

background image

— Raczej znikli, jak mary. Jeszcze wieczorem ich widziałem, rano... ani śladu! 

Pewne jest jedno: już nie wrócą. Bo i po co? Wolni są jak ptaki, gdzie indziej 

sobie gniazda uwiją. Nie tak, jak my — stwierdził z lekką nutką goryczy. — Ale i 

ty także — stuknął Karola w piersi kościstym palcem — nie masz nic do 

stracenia. 

— O nie, ojcze, ja się stąd nie ruszę! Chyba... — dodał po chwili — gdyby Bryan 

odmówił dalszego kredytu. 

Abel Meredith spojrzał na niego uważnie. Był najstarszym wśród mieszkańców 

osady. Kiedyś w saloonie Fullera, po którejś tam szklaneczce (Abel nie stronił od 

rozgrzewających napojów) oświadczył zebranym, że mógłby być ojcem ich 

wszystkich. Od tej pory poczęto go nazywać “ojcem". Najpierw dla żartu, później 

z przyzwyczajenia. Meredith przyjął ten zwyczaj jako coś naturalnego, należnego 

jego wiekowi. Wielu zresztą wątpiło, by mógł mieć — jak zapewniał — 

dziewięćdziesiąt lat, bo Abel potrafił nie tylko dobrze wypić, ale i świetnie 

trzymał się na siodle, a strzelał do celu jak sam szatan. Oczywiście tylko do 

martwego celu, gdyż — rzecz zadziwiająca — nikt w Greenfield nie nosił przy 

pasie ani wielostrzałowych coltów, ani żadnej broni palnej. Wszyscy byli 

spokojnymi rolnikami (poza Karolem Gordonem i Robertem) ze wschodnich 

stanów, gdzie od pokoleń nie groziły ludzkiemu życiu ani tomahawki 

czerwonoskórych, ani strzelby półdzikich awanturników. A ponieważ w 

Greenfield i w najbliższej okolicy — rzecz jeszcze dziwniejsza — nie wydarzył 

się żaden napad, nic nie zmuszało rolników do obciążania swych pasów, pleców 

czy kieszeni niepotrzebnym żelastwem. Strzelby, sztucery i dubeltówki, nabyte 

przed wyruszeniem w długą drogę na zachód, wisiały sobie spokojnie w izbach, 

elegancko — trzeba przyznać — wyczyszczone i naoliwione. Gdy Lucasa 

Fawkesa wybrano miejscowym szeryfem — bardziej z poszanowania dla tradycji 

niż z potrzeby (bo szeryf nic nie miał tu do roboty) — był jedynym człowiekiem 

w Greenfield noszącym za pasem dwa colty, ale jedynie od parady i dla podkre-

ślenia godności. 

background image

Gordon i Vincent chcieli już odejść, gdy Abel tajemniczo na nich skinął i 

stłumionym szeptem oznajmił: 

— Jedyna okazja. Idźcie zaraz do saloonu Fullera. 

— A cóż to za nowy kawał? — zaśmiał się gorzko Irvin. 

— Dlaczego ostatnia okazja? — Gordon poważniej potraktował informację. 

— Bo Brian Fuller zwija budę. Nikt jeszcze o tym nie wie, a on sam udaje, jakby 

tu chciał zostać do końca świata. 

— Nie do wiary — mruknął Irvin. — Chce stracić tyle pieniędzy? 

— Sza, nie tak głośno. Fuller widać uznał, że susza nieprędko się skończy, więc 

postanowił skończyć z handlem. Jutro już go nie zobaczycie. No, idźcie. 

Poszli, bardziej zdziwieni wieścią niż zmartwieni, bo z kredytu w saloonie nie 

korzystali. 

— No tak — mruknął Vincent — wczoraj Harris i Parry, jutro Fuller. Ludzie 

zaczynają uciekać i innym dadzą przykład. 

— Nic na to nie poradzisz. 

— A jeśli i Bryan się stąd wyniesie? 

— Wtedy i my będziemy musieli odejść... Wyjedziemy razem. 

— Może Abel tylko nas nabiera? 

— Abel nie ma takiego zwyczaju. Pamiętasz, Vincent, jak Abel opowiadał o 

szlaku przepędu bydła? Nazwał go szlakiem Goodnightloving *. Myśleliśmy, że z 

nas kpi, i ryczeliśmy ze śmiechu, a przecież Abel mówił prawdę. Sprawdziłem. 

Taki szlak istnieje od 1866 roku. Ciągnie się przez nasz Teksas, od górnej Brazos 

do Pecos *, a stamtąd prościutko na północ do Denver i Cheyenne.* 

Good night (ang.) — dobranoc; loving (ang.) — kochający. Nazwa tego szlaku pochodzi od dwu, nieco 

zabawnych nazwisk ludzi, którzy szlak wytyczyli: Goodnighta i Lovinga. 

Rzeki przepływające przez Teksas. Brazos wpada do Zatoki Meksykańskiej, Pecos jest dopływem rzeki 

Rio Grandę del Norte, stanowiącej w swym środkowym i dolnym biegu granicę między Stanami 

Zjednoczonymi a Meksykiem. 

Denver i Cheyenne — miasta w północnych stanach. 

— Skąd ty o tym wiesz? — zdziwił się Vincent. 

background image

— Pojechałem kiedyś na stację razem z Bryanem odbierać towary. Wtedy 

spotkałem jakiegoś włóczęgę, który pomógł nam załadować wóz. Kiedy już 

wszyściutko zostało pięknie ułożone, Bryan zaprosił nas do tej budy, tuż obok 

przystanku. Wiesz, przecież... 

— Nie wiem. Przed trzema laty nie było tam żadnej budy, a od tamtego czasu nie 

mam po co jeździć na stację — westchnął. 

— Mniejsza z tym, dość że teraz stoi buda, kilka jardów od toru, z płaskim 

dachem i napisem na wielkiej desce: “Green Saloon". 

— Piliście? 

— Bardzo skromnie. Bryan nigdy nie był hojny. Nasz pomocnik zaczął się 

wówczas chwalić, że był kowbojem i pędził bydło z Teksasu. Przypomniałem 

sobie wtedy, co opowiadał Abel, i zagadnąłem o ten śmieszny szlak. Wszystko się 

zgodziło. Drogę przepędu przetarli Karol Goodnight i Oliver Loving. 

Tak gwarząc doszli pod zabudowania Fullera. Przed saloonem stała grupa 

farmerów, a kiedy zajrzeli do wnętrza, zdumiał ich ścisk dawno nie oglądany na 

tej sali. Wycofali się przed budynek. 

— Wydaje się — zauważył Vincent — że Abel nie tylko nam zdradził tajemnicę. 

A może to zmowa z Fullerem, aby mu napędzić gości? 

— Przecież wiesz sam, że Abel by tak nie postąpił. Może wstąpimy na piwo? 

Pewno ostatni raz tutaj... 

— Jeśli Fuller rzeczywiście zwieje... Czulibyśmy się jak złodzieje. 

— On tu wróci, nie ma obawy. 

— Taki jesteś pewien? Jeżeli trafi gdzie indziej na popłatniejszy interes, machnie 

na wszystko ręką. Zresztą, jutro się okaże. 

Jakoż i okazało się! 

Brian Fuller zniknął, jak duch. Prawdopodobnie opuścił osadę przed świtem albo 

późno w nocy. Wszyscy żywo komentowali ten wyjazd: jedni, ci najbardziej 

zadłużeni, żartowali z Fullera, inni martwili się szczerze, uważając zamknięcie 

saloonu, w którym tyle długich zimowych wieczorów przebyli, za złą prognozę 

background image

na przyszłość. 

Tak samo tę sprawę ujął Vincent Irvin podczas rozmowy z szeryfem, Lucasem 

Fawkesem, i z ojcem Ablem. 

— Może i masz rację — odparł Meredith — a może nie masz. 

Irvin zaśmiał się. 

— Nie śmiej się, chłopcze (to “chłopcze", niekiedy: “synu" — było ulubionym 

zwrotem Abla, stosowanym do wszystkich mężczyzn bez względu na wiek). Zbyt 

wiele widziałem w swym życiu, aby bawić się w przepowiednie. Może za 

przykładem Fullera pójdą inni, a może nie. Zawsze jednak ktoś zostanie.  

— A wy, ojcze? 

— Wiesz, synu, że nie gospodarzę. Siedzę tu z Jerrym (to był syn Mereditha), 

jego żoną i z wnukami. Pójdą oni, pójdę i ja. 

Wszystko to była prawda. Abel Meredith nigdy nie zajmował się rolą, lecz 

polowaniem na skórki. W ostatnich latach zaprzestał wędrówek po Górach 

Skalistych i osiadł przy rodzime. Prawdopodobnie to on namówił syna, aby rzucił 

nędzny spłacheć gruntu w Marylandzie i ruszył na zachód. Słowo “zachód" 

działało jak magnes na człowieka, który tyle lat na tym Dzikim Zachodzie 

spędził. 

 

Tak więc rozmowa z Ablem nic nie wyjaśniła, nikogo o niczym nie przekonała. A 

co sądzili inni? Sporo znalazło się takich, którzy ani martwili się, ani cieszyli. 

Poczęli coś tam kalkulować, obliczać, nie mówiąc o wynikach tych obliczeń 

nikomu. Ale wyniki wkrótce same dały znać o sobie. Wkrótce po ucieczce Fullera 

wyjechali — nie żegnając się z nikim — trzej młodzi, samotni farmerzy. W kilka 

tygodni później uciekły dwa młocie, bezdzietne małżeństwa. Widać mieli 

nadzieję, że uda im się znaleźć przyjemniejsze miejsce pod amerykańskim 

niebem. Niebo wiszące nad Greenfield było bezlitosne. Słońce nadal spalało pola 

i drogi, gwiaździste noce nie dawały ochłody. Wilgotne koryto rzeczki zmieniło 

się w smugę piachu. I tylko w dole, tam gdzie znajdowało się gospodarstwo 

background image

Vincenta Irvina, lustro wody jakimś cudem nie opadło. Kiedy w ciągu następnego 

miesiąca znów uciekły dwie rodziny, szeryf zwołał ogólną naradę mieszkańców 

Greenfield. 

— Możecie stąd odjechać wszyscy — powiedział po kilku słowach wstępu. — 

Każdy może odjechać — powtórzył;— i nikt go nie będzie zatrzymywać. Więc 

po cóż te ucieczki nocą, w sekrecie, w tajemnicy? 

Głos szeryfa buczał coraz donośniej. Rzecz niezwyczajna, bo Fawkes uchodził 

zawsze za człowieka spokojnego i nikt nigdy nie widział, by był aż tak 

zdenerwowany. 

— Po co uciekają nocą, jak złodzieje? No? — rozejrzał się dokoła. — Nie wiecie? 

Ojcze Meredith, może wyjaśnicie tym niewiniątkom, o co chodzi? 

Siwowłosy ekstraper skinął głową. 

— Brian Fuller był winien Fulkowi Bryanowi pieniądze — stwierdził spokojnie. 

— I... nie zapłacił. Ale Fullerowi winni byli Harris i Perry. Uciekli nocą. Tak, tak, 

moi ludzie — natężył głos — wy wszyscy, jak tu stoicie, wiecie o tym bardzo 

dobrze. Tylko wstyd wam mówić. Czterech następnych, którzy wyjechali, raczej 

uciekli jak tchórze, było zadłużonych u Bryana po dziurki nosa. Powiedzcie, czy 

to nieprawda? 

Rozległ się potakujący szmer. 

— Cóż jeszcze, szeryfie? 

— Dziękuję, ojcze. To wszystko, czego od was chciałem, ale z innymi jeszcze nie 

skończyłem. Ludzie! — wrzasnął. — Czy jesteśmy bandą złodziei? Czy 

Greenfield to zbójeckie gniazdo? 

— Tak źle nie jest — zaprotestował ktoś z tłumu. 

— Kto to powiedział? Ach, to ty, Rowlison. Twierdzisz, że nie jest tak źle? 

Pewnie, jeszcze nikt nie napadł na skład Bryana. Dopiero go okradziono. 

Przerwał, a po chwili mówił już spokojniejszym tonem: 

— Oświadczam wam, że każdy może opuścić Greenfield. Śmiało, w biały dzień. 

Nie jak tchórz kluczący w ciemnościach, Ale niech najpierw spłaci długi, niech 

background image

jakoś ureguluje swe pieniężne zobowiązania. Jeśli dalej tak będzie się działo jak 

dotąd, Bryan zamknie nam kredyt i sam wyjedzie. A ja palcem nie ruszę, by mu w 

tym przeszkodzić. Czy chcecie go zrujnować za to, że wszystkim pomaga? Wstyd 

mi za was. Wybierzcie sobie innego szeryfa. Nie chcę, żeby później i mnie 

mówiono: “Patrzcie! To Lukas Fawkes z Greenfield, on był szeryfem tej bandy, 

która zniszczyła Fulk Bryana i o mało sama przez to z głodu nie zdechła". 

Czy mówił szczerze? Karol nieco w to powątpiewał, ale na słuchaczach groźba 

rezygnacji wywarła wrażenie. 

— Bryan robi na nas dobry interes — powiedział ktoś półgłosem, a że akurat 

nastała cisza, słowa zostały usłyszane przez wszystkich, zapewne nawet wbrew 

intencji mówiącego. Natychmiast rozległ się szmer, nie wiadomo: aprobaty czy 

sprzeciwu. 

Wtedy stary traper przedostał się poprzez tłum na malutki, pusty krąg, gdzie stał 

szeryf. Popatrzył na zgromadzonych i otarł pot z czoła. 

— Są tu między nami tacy — zaczął — którzy chętnie zajęliby miejsce Fawkesa. 

— Nie! Nie! — rozległy się protesty. 

— Wiem ja coś o tym. Dlatego powiadam, iż nie znajdziecie nikogo tak dobrego 

dla nas, jak właśnie Lucas Fawkes. Ja się znam na ludziach. 

Nastąpiły stłumione potakiwania. 

— No, właśnie! Sami to dobrze rozumiecie. Przed chwilą szeryf powiedział, że 

zrzeknie się stanowiska, jeśli tak dalej będziecie się prowadzić. Słyszałem, jak 

ktoś krzyknął, że Fulk Bryan robi na nas interes. Teraz wszyscy muszą u niego 

kupować. Pewnie! Ale komu się to nie podoba, niech kupuje u innych. Nie ma 

przymusu. 

Z głębi tłumu buchnął śmiech. Powiedzenie Abla uznano za żart, wprawdzie 

niezbyt wesoły. Któż by im sprzedał teraz żywność? W całym Greenfield może 

dałoby się zebrać w sumie kilka dolarów najwyżej. 

Meredith odczekał, aż gwar ucichnie. 

— A teraz wam powiem: jeżeli Bryan zamknie swój skład, nie będziecie mogli 

background image

pozostać tu nawet kilku dni. Bo co tu jeść? Już i trawa nie rośnie... 

— Ale zostały jeszcze kamienie! — krzyknął ktoś. 

Znów tłum rozweselił się — nic dziwnego, zbyt rzadko śmiano się ostatnio w 

Greenfield, aby nie pofolgować sobie przy okazji. 

— Życzę ci — odparł Meredith — abyś tych kamieni zawsze miał pod 

dostatkiem. Zamiast chleba. 

Znowu się roześmiano. 

— Ale dla tych, którzy nie kamieniami się żywią, mam radę: jeśli Greenfield ma 

znowu stać się “green field", a nie pustkowiem walących się chałup i porośniętej 

chwastami roli, nie wolno naciągać Bryana na pożyczki, których nie ma się 

zamiaru zwrócić. Kto chce jechać — niech jedzie, lecz najpierw trzeba zwrócić 

pieniądze. Ja tu zostanę. Przeżyłem wiele i niejeden raz oglądałem spalone 

słońcem pola i opuszczone domy. Ale powiadam wam, spotykałem i takie, 

których mieszkańcy przetrwali i dziś są znowu zamożnymi farmerami, nie 

obawiając się suszy. 

— Zawarli układ z chmurami — wyrwało się komuś. 

Tym razem nikt się nie roześmiał, przeciwnie zaraz go uciszono: “Nie 

przerywać!" 

— Dowcipniś i mądrala — zauważył Abel. — Mniejsza z nim. Otóż tamci rolnicy 

zbudowali głębokie studnie, zmontowali pompy, przeprowadzili przez swe pola 

rowy, które można napełnić wodą. Stary to sposób, stosowany przez dawną 

ludność tych ziem, jeszcze przed naszym przybyciem. Nie zapominajcie o tym, 

gdy znowu spadną deszcze i Greenfield się zazieleni. 

Ostatnie słowa zabrzmiały jak proroctwo. Nikt nie odważył się już dowcipkować. 

Lucas Fawkes uścisnął dłoń Mereditha. Meredith poklepał szeryfa po ramieniu. 

Ludzie zaczęli się powoli rozchodzić. 

Zebranie było tematem rozmów przez kilka następnych dni. Nazajutrz w domu 

Irvinów również komentowano wystąpienie ojca Abla. 

— To zapobiegnie ucieczkom — stwierdził Vincent. — Ludzie się zawstydzili, a 

background image

i mnie jakoś zrobiło się raźniej. 

Rzeczywiście, przez następne tygodnie nikt nie opuścił Greenfield. Ani jawnie, 

ani potajemnie. Niestety, do domu Irvina zawitało nowe, boleśniejsze 

nieszczęście. Zachorowała pani Becky. Osłabła tak bardzo, że nie mogła zająć się 

gospodarstwem i dzieckiem. Karol Gordon raz jeszcze okazał się wiernym 

przyjacielem. Nikt się nie dowiedział, w jaki sposób tego dokonał, ale udało mu 

się pożyczyć od Bryana okrągłą sumkę dolarów. Pojechał do Amarillo i 

sprowadził lekarza. Doktor zbadał sumiennie chorą. 

— Cóż, proszę pana — powiedział Irvinowi — choroba jest poważna i 

przewlekła. Tutejszy klimat nie sprzyja zdrowiu pańskiej żony. Radzę przenieść 

się gdzie indziej. Tymczasem należałoby ją umieścić w szpitalu. Proszę 

przywieść chorą do Amarillo. Pod dobrą opieką dojdzie do siebie, W tej chwili to 

jeszcze nic groźnego, ale tu przecież nie ma warunków, by ją leczyć. 

Abel Meredith odwiózł doktora na stację swą staroświecką bryką i pewnie 

wówczas dowiedział się o wszystkim. 

Vincent Irvin nadrabiał miną w obecności żony, ale kiedy się znalazł sam na sam 

z Karolem, nie ukrywał przerażenia. Wysłać Becky do Amarillo? A skąd 

pieniądze? Trzeba by niemałej sumy: na podróż, na opłacenie szpitala... Obaj 

przyjaciele długo nad tym radzili, wreszcie zdecydowali się sprzedać konia. 

Zamiar okazał się jednak nie do wykonania, bo jedyny człowiek, o którym 

sądzono, iż posiada nieco gotówki, czyli Fulk Bryan, odmówił kupna. 

— Chyba, że dostarczycie mi siana i owsa na pół roku... 

Karol uznał słuszność tego argumentu. Próbował więc namówić właściciela 

składu na kolejną pożyczkę, tym razem jednak chodziło o sumę znacznie 

większą. 

Czy Fulk Bryan istotnie nie rozporządzał taką kwotą, czy bał się ryzyka — trudno 

sprawdzić. Dość, że wyraził żal, iż tym razem nie może służyć pomocą. 

Irvin i Gordon udali się z kolei do szeryfa. Tam po krótkiej naradzie doszli do 

wspólnego wniosku, że w Greenfield nie sposób zdobyć kilku setek dolarów. 

background image

Wrócili więc do domu przygnębieni i przez kilka następnych dni żaden promyk 

nadziei nie rozjaśnił czarnych myśli obu przyjaciół. Niespodziewanie zdarzył się 

wypadek, który zaważył na dalszych losach Irvina i Gordona. 

Któregoś wieczoru Karol usłyszał stukot końskich kopyt po stwardniałej, 

kamienistej drodze, który ucichł nagle przed jego domem. Wyszedł na podwórko 

i ujrzał Roberta stojącego obok wyschłej studni. Przy nim — dwu mężczyzn, a 

parę kroków dalej — trzy wierzchowce, dwa osiodłane, trzeci dźwigał juki. 

— Co takiego? 

— Szukają wody — powiedział Robert. 

— Wodę ma sąsiad — wyjaśnił Karol. — Zaprowadzę was. 

— Daleko? — zapytał wyższy z nieznajomych. Głos miał dźwięczny, melodyjny, 

a oblicze mile uśmiechnięte. 

— U sąsiada — powtórzył Karol. — Kilka kroków. Przejdziemy piechotą. 

Zawrócili konie i ruszyli prowadząc je za uzdy. Na końcu człapał Robert 

zaciekawiony niespodzianą wizytą. Nieczęsto trafiali do Greenfield przyjezdni z 

dalekiego świata. 

Przed zagrodą Irvina uwijał się tylko mały Clem w towarzystwie dwojga dzieci 

któregoś z farmerów. Na widok tylu ludzi przerwali zabawę i uciekli za narożnik 

domu. 

— Robert — polecił Karol — poproś o wiadro. 

Chłopak znikł w sieni, a po chwili pojawił się na progu razem z Irvinem. Wodę 

nabierano aż pięciokrotnie. Dwa pierwsze wiadra posłużyły do napełnienia 

skórzanych worów, jakie mieli ze sobą przybysze. 

— Nie ma tu w pobliżu rzeki? — zagadnął ten wyższy. 

Robert roześmiał się. 

— Wszystko spalone na popiół — wyjaśnił Irvin. — Wszystkie rzeczki i 

strumienie dawno wyschły. Nigdzie w pobliżu nie znajdziecie wody, chyba w 

górach, ale to kawał drogi. 

— Jakoś damy sobie radę.  

background image

— Jedziecie na noc? 

— To najlepsza pora. No, czas na nas. 

— Daleko? — zdążył jeszcze zapytać Karol. Zamiast odpowiedzi — 

nieokreślony ruch ręką, który równie dobrze mógł wskazywać północ, południe, 

wschód lub zachód. Wskoczyli na siodła i wkrótce znikli w tumanie kurzu. 

Stali we trzech ciągle jeszcze wpatrzeni w bury obłok kotłujący się nad drogą. 

— Dziwne — powiedział Gordon. 

— Co masz na myśli? 

— Wygląda na to, że przybyli z południa i odjechali na... południe. 

— Szukali wody. 

— Tak. Podejrzewam jednak, że przybyli z północy i okrążyli Greenfield. 

Dlaczego? Myślę, że zawrócili spostrzegłszy wyschniętą rzeczkę. To jednak 

dziwne, gdy na takim bezludziu unika się osad ludzkich, a przede wszystkim 

zajazdu. 

— Nasz saloon i tak zamknięty, Karolu. 

— Ale oni o tym nie mogli wiedzieć. Powiadam ci, Vincent, ta dwójka przed kimś 

ucieka i czegoś się lęka. Dlatego unikają ludzi. 

Irvin wzruszył ramionami: 

— A cóż to może nas obchodzić? 

— Przypatrzyłeś się ich twarzom? 

— Tak. Nie dostrzegłem nic ciekawego. 

— A mnie się nie podobały. 

— To chyba nie ma żadnego znaczenia — machnął ręką Irvin i odwrócił się w 

stronę domu: — Ciem, wracaj, już na ciebie pora! 

background image

Próba ratunku 

 

— Vincent! Jesteś tam? 

Głowa Irvina wynurzyła się z mrocznego wnętrza sionki. 

— To wy, ojcze? U mnie jeszcze wszyscy śpią. Czy coś się stało? 

Abel Meredith oparł się o poczerniałe belki studziennej cembrowiny. 

— Chodź tu bliżej, Vincent. Wstałem dziś wcześniej, żeby nikt nie zauważył, że 

do ciebie idę. 

— O co chodzi, ojcze? 

Abel począł grzebać w rozlicznych kieszeniach swej sfatygowanej kurty. 

— Gdzieś mi się zapodziało — mruknął. — A przecież musi być. O, jest! 

Wydobył jakąś pomiętą złożoną kartkę. Gdy ją rozwinął, okazała się sporej 

wielkości, jednostronnie zadrukowanym arkuszem. 

— Jest — powtórzył starzec. — Pamięć mam dobrą i wiem, gdzie co trzymam. 

Irvin uśmiechnął się. 

— Nie śmiej się, synu. To ważna sprawa. Wiesz, co to takiego? — zapytał 

zniżając głos do szeptu. 

Farmer wzruszył ramionami. 

— Taki papier nazywa się listem gończym. Niejeden raz miałem z tym do 

czynienia. No, popatrz. Tu na dole podpisany szeryf z Lubbock. Po tysiąc 

dolarów nagrody za dostarczenie żywych lub martwych, ot, tu... Popatrz. Za 

odzyskanie łupu... dwa tysiące. Rozumiesz? 

— Nie bardzo — wyznał Irvin. — Dajcie mi to, ojcze, niech sam przeczytam. 

— Masz, czytaj! 

Wręczył mu druk, ale dalej tłumaczył, podniecony: 

— Widzisz? Napadli na urząd poczty w Lubbock. Dyliżans z Wichita przywiózł 

pieniądze do banku. Czterdzieści tysięcy. Rozumiesz, chłopie? Nie pojmuję, 

background image

dlaczego nie napadli na dyliżans w drodze. Może się spóźnili? Dopiero jak 

pocztmistrz wynosił torby z pieniędzmi z wozu, skoczyli przed budynek poczty. 

Jak tam było dokładnie, tego nie wiem. Woźnica został trafiony, pocztmistrz 

również i zdaje się jeszcze ktoś. Godzina była ranna, przechodniów mało, więc 

napastników nikt nie mógł zatrzymać. 

Vincent oderwał wzrok od zadrukowanej kartki. 

— O tym nic tu nie ma. Skąd tak dobrze wiecie, ojcze? 

— Od ludzi, synu. Od ludzi. 

— Można sądzić, że Greenfield leży na rojnym szlaku, a przecież od miesięcy 

poza tymi dwoma, co tu przedwczoraj prosili o wodę, nie widziałem nikogo 

obcego, 

— Tak, tak, i właśnie o nich mi chodzi... 

— Mówicie bardzo zawile. 

— Jak ci się, zdaje, Vincent: skąd szeryf w Lubbock dowiedział się nazwisk 

napastników? 

— Nic mi się nie zdaje. 

— A więc, mój chłopcze, napastnicy nie zasłonili twarzy, a pocztmistrz ich znał. 

Źle to o nich świadczy, bardzo źle. 

— Dlaczego? — zdumiał się Vincent. 

— Dlatego, że widać mieli zamiar pomordować wszystkich świadków. Bo jak 

wytłumaczyć inaczej? 

— Mało mnie to obchodzi — odparł Irvin zniecierpliwionym tonem. — Mam 

ważniejsze kłopoty na głowie. 

— Mylisz się, synu. Chyba przydałoby ci się dwa tysiące dolarów? 

— O czym wy mówicie, nie rozumiem... 

— Zastanów się chwilę, a zrozumiesz. 

— Jak to, wy uważacie, że powinienem ruszyć za nimi? Chyba żartujecie? To tyle 

co gonić wiatr po polach. Żebym ich chociaż kiedy przedtem spotkał! 

— A spotkałeś, spotkałeś. Nawet im pozwoliłeś konie napoić. 

background image

— Co?! — krzyknął farmer. — Więc to byli oni? Skąd wiecie? To niemożliwe. 

— Możliwe. Przyjrzałeś się im dokładnie, chłopcze? 

— Tak. 

— No, to porównaj rysopisy. Pocztmistrz został tylko raniony i wszystko opisał. 

Irvin znowu uniósł papier ku oczom. Czytał po raz drugi i bardziej uważnie. 

— Niby się zgadza — odezwał się po chwili. — I kolor włosów, i z grubsza 

wygląd twarzy. Ten pocztmistrz to bystry chłop! 

— Już ci mówiłem, że ich znał. 

— Jeśli nawet... Przecież takich ludzi mogą być miliony. Znaki szczególne — 

pochylił głowę nad arkuszem — James Coffin... — Przerwał czytanie i spojrzał 

na Abla. — To chyba przezwisko. Coffin! * Brr, aż mnie ciarki przechodzą. 

Dobry musi być gagatek. 

— Czytaj dalej. 

— Znaki szczególne: głęboka szrama na prawej piersi, prawdopodobnie od cięcia 

nożem. Włosy czarne. Rzeczywiście! Wystarczy teraz nakazać ludziom, aby 

chodzili bez kurtek, ojcze Ablu, a w mig znajdziemy pana Coffina! 

— Nie kpij. Zobacz, co dalej. 

— Edwin Wong. Znaki... brak środkowego palca u lewej dłoni. Hm, to już lepiej. 

Włosy rude. Nieźle, chociaż rudych można liczyć na tysiące. W sumie... tyle, co 

nic. Nie wróżę sukcesu poszukiwaczom, jeśli nie znają osobiście obu gagatków. 

Dziękuję, ojcze. Nic mi z tego — westchnął i oddał arkusz Ablowi. 

— Nie, nie, zatrzymaj sobie. I dobrze się namyśl, Vincent. Z całego Greenfield 

tylko ty jeden ich widziałeś. 

— Gordon ich widział również. I jego chłopak. Jeśli to są oczywiście ci sami 

ludzie. — Zamyślił się chwilę: — Wiecie co, ojcze? Wpadnijmy do Gordona. 

Abel nie dał się prosić. Ruszyli pod górkę, a potem przez mostek. Po drodze 

minęli się z Robertem gnającym z pustymi wiadrami. Gordon siedział na 

ganeczku i ćmił fajkę. 

Coffin (ang.) — trumna. 

background image

— Co nowego? — zaniepokoił się widząc Irvina o tak wczesnej porze. 

— I wiele, i nic. Niech ci ojciec Abel opowie, ale najpierw popatrz na to — 

wsunął mu w rękę list gończy. 

Gordon przeczytał pobieżnie: 

— Chyba nie zamierzacie ich ścigać? 

— Tysiąc dolarów postawiłoby mnie na nogi — odparł Vincent — ale... 

— Ale nie ruszysz się stąd. Nie możesz zostawić Becky samej. Też pomysł! 

— Zastanówcie się — powiedział Abel Meredith. — Nikt jeszcze, poza naszym 

szeryfem, o tym nie wie. A tamci nie odjechali daleko. 

I powtórzył to, o czym już rozmawiał z Irvinem. Karol pokiwał głową. 

— Może to oni, może nie oni. Historia prawie beznadziejna. Bardzo wam jestem 

wdzięczny, ojcze, ale żaden z nas nie wplącze się w taką awanturę. 

Ojciec Abel nic na to nie rzekł. Poklepał jednego i drugiego po plecach i odszedł. 

Siedzieli w milczeniu, obserwując oddalającą się sylwetkę starego trapera. 

Pierwszy odezwał się Karol: 

— To jednak interesująca sprawa. Może należałoby sprawdzić, kim byli ci dwaj 

spragnieni wędrowcy? Nie mam tu nic do roboty, po prostu nudzę się. Myślę, że 

gdyby tak spróbować... Przypomniałbym sobie dawne lata. 

— Boss — odezwał się Robert zbliżywszy się niepostrzeżenie. — Abel się nie 

myli. 

— Patrzcie go! A ty skąd wiesz? 

— Ojciec Abel pytał się mnie, czy któryś z tamtych ludzi nie miał... palca u ręki. 

I rzeczywiście, nie miał! Zauważyłem, kiedy brał wiadro. 

— Trzymaj język za zębami — zwrócił się Karol do Roberta. — Nikomu ani 

słowa. 

— Pan mnie z sobą zabierze, prawda? 

— To i o tym już wiesz? Nie, mój chłopcze. Za bardzo cię lubię. Zostaniesz, żeby 

pilnować domu, a teraz idź napoić konia. 

— Karolu, to nie ma sensu — szepnął Vincent, gdy Robert znikł im z oczu. 

background image

— Sam się nad tym zastanawiałeś. 

— Prawda. Mógłbym umieścić Becky w szpitalu. 

— Pomyślałem o tym samym. Ty jednak... wybacz... kiepsko strzelasz, nie znasz 

się na tropach, zabłądzisz i wrócisz z niczym. W najlepszym wypadku. Bo jeżeli 

to są naprawdę oni i jakimś cudem byś ich dognał, mogłoby być gorzej. 

— Przesada. Po końskich śladach nie zabłądzę, a co się tyczy strzelania... 

Pamiętasz? Dwa lata temu zająłem pierwsze miejsce w konkursie strzeleckim 

Greenfield. 

— Ale ja nie brałem w nim udziału. Jeśli nawet jesteś wśród farmerów 

najlepszym strzelcem, to jeszcze nie powód do dumy. Byle zabijaka ma 

pewniejszą rękę od ciebie. I lepsze oko. Wybij sobie to z głowy. Nie pojmuję, jak 

Abel, zdawałoby się taki rozsądny człowiek, mógł ci podobną myśl podsunąć? 

Widać się starzeje. 

— Po prostu zna moje kłopoty. 

— Dlatego wysyła cię na tak wątpliwą wyprawę? A niech go... Co mu 

odpowiedziałeś? 

— Że to beznadziejna sprawa. 

— Słusznie! A teraz zmieniłeś zdanie. Polowanie, na które mnie namawiałeś, to 

dziecinna zabawka, w porównaniu z tym... 

— Karolu — przerwał gwałtownie Irvin — to może ostatnia szansa dla mnie! 

Coraz lepiej to dostrzegam. Nie pojmujesz? 

— Tylko bez paniki! Pośpiech to zły doradca, a strach... jeszcze gorszy. 

— Wskaż mi jakieś inne wyjście z sytuacji. 

— Będziesz je miał. Moja w tym głowa. 

— Uczyniłeś dla nas wystarczająco dużo. Teraz kolej na mnie. Zrozum, od 

wizyty doktora ja tu miejsca sobie nie mogę znaleźć. Jeśli mnie nie puścisz, 

zabieram Becky i Clema i wyjeżdżam. 

— Uspokój się, Vincent. W zdenerwowaniu zaczynasz gadać głupstwa. Dokąd 

wyjedziesz, za co wyjedziesz? Zastanów się! 

background image

Irvin odetchnął głęboko, chwilę siedział w milczeniu, potem podniósł się z ławy: 

— Przepraszam cię. Wszystkiemu winne gorąco. Idę już, muszę to przemyśleć... 

Gdy zniknął na drodze, Karol przywołał Roberta. 

— Słuchaj — powiedział — wygląda na to, że będziemy musieli się rozstać. Nie 

rób takiej grobowej miny. To na krótko. Może na tydzień, może na dwa. Przez ten 

czas będziesz pomagał Irvinowi. Pani Becky jest chora, jeśli spadnie deszcz, Irvin 

nie da sobie rady z robotą w polu. 

— Czy to pana ostatnie słowo, boss? 

— Nie ostatnie, ale najważniejsze. 

— A gdybym wyruszył za panem? 

— Zapomnij o tym. Musielibyśmy się rozstać raz na zawsze. To poważna sprawa, 

Robercie. Nie pora na żarty. Musisz trzymać język za zębami aż do mego 

powrotu. Tylko Irvin może wiedzieć, dokąd wyruszyłem, innym gadaj, że na po-

lowanie. A teraz oczyść konia i obejrzyj mu dobrze nogi. 

Robert pomaszerował do stajenki, a Karol zamknął się w izbie. Otworzył wielki 

drewniany kufer i z jego wnętrza wydobył od dawna nie używany pas i dwa 

rewolwery, a potem zdjął ze ściany swój czternastostrzałowy winchester. 

Rozebrał broń na części, oczyścił starannie, uważnie złożył. Należałoby 

wypróbować, jak ta broń się spisuje — nie używał jej od lat. Po krótkim namyśle 

zrezygnował jednak z zamiaru. Huk strzałów ściągnąłby ciekawskich. Schował 

więc rewolwery do skrzyni, sztucer z powrotem umieścił na gwoździu i poszedł 

do stajni, gdzie Robert w pocie czoła szczotkował Karolowego bułanka. Gordon 

obejrzał konia od pęcin po kark i pokiwał smętnie głową: koń zbyt rzadko był 

wyprowadzany, no i niewiele wart jest koń, którego używa się i pod siodło, i do 

zaprzęgu. 

— Jakoś to będzie — mruknął. 

— Co pan mówi? 

— Mówię, że to nie najlepszy mustang — odparł żartobliwie. — Zbyt często 

chodził przed pługiem. 

background image

— I ja tak myślę. — Robert westchnął. — To niech już pan weźmie mojego. On 

się jeszcze nie odzwyczaił od galopu. 

Chłopak mówił prawdę. Jego koń nigdy nie był używany do robót w polu. Robert 

często na nim jeździł, aby wierzchowiec — jak mówił — “nie zastał się". 

— Nie będziesz żałował? 

— Niech pan bierze, inaczej nie można... 

W drugim kącie stajni stał konik, którego bez trudu można by rozpoznać wśród 

tysiąca innych: czarny w białe łatki. Obejrzeli go dokładnie, potem ściągnęli 

siodła wiszące pod pułapem i równie dokładnym poddali oględzinom. 

Wieczorem Karol odwiedził Irvina i jak najbardziej swobodnym tonem 

oświadczył, że jutro o świcie wyrusza. Zaskoczyła go, a nawet zaniepokoiła, 

reakcja przyjaciela. Irvin przyjął wiadomość bez protestu, prawie apatycznie. 

— Kazałem Robertowi mówić, że wyjechałem na polowanie. O to samo ciebie 

proszę. A teraz czas na mnie, muszę się dobrze wyspać. 

Wyszli na drogę. 

— Karolu, jak widzisz, nie spieram się więcej. Ale musisz mi przyrzec, musisz mi 

dać słowo, że jutro przed samym wyjazdem wpadniesz do mnie. 

— Ruszam przed świtem. 

— Nie szkodzi. I tak będziesz tędy przejeżdżał. 

— Ale o co chodzi? — zaniepokoił się Gordon. — Może ty chcesz ze mną jechać? 

— Nie. Obiecuję ci to. Więc przyrzekasz?  

Gordon zdziwiony przyrzekł, ale później nie spał pół nocy rozmyślając nad 

dziwnym żądaniem przyjaciela. Jeszcze o szarówce zerwał się i polecił Robertowi 

osiodłać konia. Sam pognał wśród mroku do zagrody Irvina. Na drzwiach domu, 

na głucho zawartych, wisiała biała kartka. Zerwał ją, przysunął do oczu i z trudem 

odczytał: 

“Idź koniecznie do szeryfa. Opiekuj się Becky i Clemem. Powiedziałem im, że 

ruszam na polowanie. Nie zdradź mnie. Vincent." 

W Karola jakby grom strzelił. Przeczytał kartkę kilka razy, sądząc, że go wzrok 

background image

myli. Nie budząc nikogo wrócił do domu. Irvin wyruszył ścigać bandytów! To 

jasne! Ale nie mógł odjechać daleko. Wystarczy popędzić konia, aby doścignąć 

wariata (tak go Karol w myślach nazwał) i zawrócić z wariackiej wyprawy. Ale 

najpierw — szeryf. Karol zdecydował się iść do Fawkesa natychmiast. Każda 

minuta jest cenna. 

Długo łomotał do drzwi — Lucas Fawkes miał mocny sen. Wreszcie przebudził 

się. Wyszedł rozespany, z wielkim coltem w prawicy. Sądził, że to napad, 

bowiem nigdy mu się w Greenfield nie zdarzyło, aby go ściągano z łóżka przed 

świtem. 

— Gordon! — krzyknął zaskoczony. — Co się stało? 

— Przepraszam, szeryfie — odezwał się Karol możliwie najspokojniejszym 

głosem. — Rzeczywiście, pora trochę zbyt ranna... 

— Ranna! — wybuchnął Fawkes. — Przecież to jeszcze noc. 

— Noc — zgodził się potulnie Karol — ale na drzwiach domu Irvina znalazłem 

przed chwilą kartkę, której treść mocno mnie zaniepokoiła. 

Podał szeryfowi papier. Ten przetarł oczy, przeczytał. 

— Wiem o tym — stwierdził. — Wszyscy powariowali. Jeden budzi mnie w 

środku nocy, drugi w kilka godzin później. 

— Co z Irvinem? 

— Pojechał ścigać tych bandytów. 

— Jak mogliście, szeryfie, zgodzić się na to? 

— On się mnie nie pytał o pozwolenie. 

— Przecież to samobójstwo! — zirytował się Karol. — Muszę go dogonić. 

Fawkes pokiwał głową: 

— Szukaj wiatru w polu. Nie dogonisz. Wyjechał przed północą. Zresztą... myślę, 

że Irvin nie dogoni tamtych. Na to najbardziej liczę. Bo, prawdę mówiąc, Irvin to 

kiepski strzelec i kiepski traper. 

— Muszę go dogonić — powtórzył Gordon. — Nie wiecie jeszcze, szeryfie, że to 

ja właśnie miałem jechać... 

background image

— Hm, to by bardziej pasowało. Żebym wiedział... 

— Ruszam za nim natychmiast. 

— Nie rób tego, Gordon. Jesteś nie tylko jego sąsiadem, ale i jego przyjacielem. 

Pani Becky nie da sobie rady bez twojej pomocy. Irvin, jak tu był w nocy, prosił, 

abym ci o tym przypomniał. Prosił również, by o prawdziwym celu wyprawy 

nikomu nie mówić, nawet jego żonie. 

— Sądzę, że dognam go w ciągu kilku godzin i zawrócę. Do zobaczenia, szeryfie! 

Nie czekał na odpowiedź i pognał do swej zagrody. Stracił już sporo cennego 

czasu. 

— Robercie — powiedział zadyszanym głosem, wskakując na siodło — Irvin 

ruszył ścigać bandytów. Jadę za nim. Jeśli go dziś dopadnę, zmuszę do powrotu. 

Powiedz pani Becky, że pojechałem popolować i ani słowa więcej nikomu. 

Kopyta zadudniły po stwardniałym gruncie. Początkowo jechał stępa, dopiero 

kiedy minął ostatnie gospodarstwo, zmusił konia do galopu. Jechał prosto na 

południe, na los szczęścia i na własne — jak to sam określił — wyczucie. Ciągle 

jeszcze otaczał go mrok. Dzień walczył z nocą. Raz po raz nad ziemią 

przepływały tumany ciemności przesłaniające wszystko dokoła. Wówczas Karol 

hamował bieg konia. Wiejska droga dawno już się skończyła, a samotny jeździec 

gnał teraz ledwie wydeptaną ścieżką albo zupełnym bezdrożem, prerią, na której 

łatwo trafić na zryte przez świstaki nory. I gdyby koń wpakował nogę w taki dół... 

Karol spocił się na samą myśl o tym. Niebo i ziemię poczęła wreszcie rozjaśniać 

przedranna szarówka. Zatrzymał wierzchowca. Zeskoczył. Schylony, przyglądał 

się spopielałym trawom i ceglastej glebie. Kolumna czerwonego blasku 

wystrzeliła zza horyzontu — jak okiem sięgnąć, ciągnęła się przed nim bezkresna 

przestrzeń koloru krwi. Przystanął, przeszedł kilkadziesiąt kroków raz w prawo, 

raz w lewo.,. Gdyby był zwykłym farmerem nic by nie zauważył, ale młodość 

Gordona nie upłynęła na orce, bronowaniu i siewach. Dlatego potrafił dostrzegać 

to, co uchodziło oczom innych. Tak właśnie i teraz: o jakieś dwa jardy w bok 

ujrzał stratowany pas ziemi. Odbicia kopyt nie znalazł, gleba była zbyt sucha, ale 

background image

skamieniała glina została pokruszona. Ślad ten biegł w południowo-zachodnim 

kierunku. Deszcz zatarłby go natychmiast, burza piaskowa by go zasypała, tak był 

nikły. Ale Karol stwierdził, że był to ślad nie jednego konia. A ilu? Na takie 

pytanie nawet najdoskonalszy tropiciel nie potrafiłby odpowiedzieć. A czy ślad 

prowadził z Greenfield? Zbyt daleko musiałby się wracać, aby to sprawdzić. 

Liczył jednak na odrobinę szczęścia i postanowił trzymać się tego tropu, jedynego 

zresztą, na jaki trafił. 

Dzień wstawał jasny i zapowiadał gorące godziny. Białe obłoczki na niebie 

odpływały coraz dalej i dalej, jakby w panicznej ucieczce przed nadciągającym 

słońcem, które podnosiło się nad tą wymarłą krainą. Gdzieś o sto mil ku 

południowemu zachodowi zaczynały się granice  Llano Estacado — obszaru 

jeszcze bardziej wrogiego człowiekowi. Czy wydeptany szlak powiedzie w głąb 

tej pustyni, czy też okrąży ją — od tego zależało bardzo wiele. Karol 

przewidywał, że bandyci kierują się ku granicy meksykańskiej. Przecież tylko w 

ten sposób zdołaliby uratować swe głowy i skorzystać z łupu. Każdy inny 

kierunek prowadził w głąb bezdroży, na których można było ukrywać się 

nieskończenie długo, ale gdzie pieniądz nie przedstawiał żadnej wartości. A listy 

gończe, mimo że wędrowały powoli, musiały wreszcie dotrzeć do wszystkich 

szeryfów Teksasu, a nawet sąsiednich terytoriów i stanów: Nowego Meksyku, 

Arkansasu, Luizjany. Każdy przybywający na te rzadko zaludnione ziemie musiał 

zwrócić uwagę zasiedziałych tu mieszkańców. Tak więc bezpieczne życie cze-

kało rabusiów tylko na drugim brzegu Rio Grandę del Norte, a najbliższa do tej 

rzeki droga wiodła właśnie przez pustynię  Llano, przez koryto Pecos i dzikie 

pasmo gór Sacramento. Gdyby jednak bandyci z obawy przed zbłądzeniem 

wybrali szlak okrężny, dłuższy, miałby więcej szans, by ich doścignąć, a przede 

wszystkim podążającego za nimi Irvina. 

Niestety, nadzieja zawiodła. Dobrze już po południu Karol zauważył, że smużka 

pokruszonej gliny wiodła wprost ku  Llano. W dwie godziny później dostrzegł na 

horyzoncie, tuż nad ziemią, pasemko szarości. Światło słoneczne zbladło, niebo 

background image

zaciągnęło się ciemną mgłą, a w końcu dmuchnął suchy i gorący wiatr. 

Nadciągała burza piaskowa. 

Karol natychmiast zawrócił. Gładka płaszczyzna nie dawała żadnego schronienia. 

Zmusił konia do galopu, lecz huragan doścignął go i ogarnął. Musiał zeskoczyć z 

siodła, usiąść na ziemi tyłem do wiatru i czekać. Nic, tylko czekać. Jak długo? 

Godzinę, dwie, trzy... cały dzień, całą noc? I co chwila strząsać z siebie warstwę 

dokuczliwych, miałkich jak mąka ziarenek, które wciskały się za ubranie, 

zatykały uszy, zalepiały oczy. 

Miał jednak szczęście. Po trzech godzinach huragan minął, rozwidniło się. Ale to 

było ostatnie szczęście Karola podczas tej wędrówki. Gdy wiatr ucichł, 

powierzchnia ziemi wyglądała jakby dokładnie omieciona gigantyczną szczotką. 

Znikła wydeptana ścieżka, znikły pod warstwą pyłu wszelkie ślady. 

— Chciało mi się płakać — stwierdził Karol opowiadając Irvinowi po wielu, 

wielu dniach historię swego pościgu. — Gdybym cię wówczas spotkał, rzuciłbym 

się chyba na ciebie z pięściami! Taki byłem wściekły, taki zrozpaczony! 

Trudno się dziwić. Burze piaskowe nie tylko zacierają wszelkie ślady, ale 

wywołują w człowieku niesłychane napięcie nerwowe, zwiększają pobudliwość. 

Jeszcze przez kilka godzin Karol krążył tu i tam, bez rezultatu. Późną nocą kopyta 

jego konia na nowo zatętniły na ubitej drodze Greenfield. Kiedy zeskoczył z 

siodła, nogi się pod nim ugięły. Siadł na obramowaniu studni, niezdolny do 

zrobienia jednego nawet kroku. Odpoczywał tak, dysząc, aż otworzyły się drzwi 

domostwa i Robert stanął na progu. 

background image

Spotkanie 

 

Gdy skończył opowiadać, Abraham Lamb przez dobrą minutę milczał i kiwał 

głową. 

— Pokaż mi swą pukawkę, synu — odezwał się wreszcie. 

Wziął strzelbę, popatrzył, otworzył zamek, zajrzał do środka. 

— Nabij i chodź ze mną.  

Irvin spełnił żądanie. 

— Stań tutaj. Widzisz tamtą plamkę? 

Zatrzymali się na środku zielonej hali. Plamka była niewielkim, czerwonym 

kółkiem występującym na szarym tle litej, pionowej skały, ograniczającej 

kotlinkę. 

— Spróbuj trafić. Chcę wiedzieć, jak strzelasz. 

Irvin złożył się i pociągnął za cyngiel. Pierwszy pocisk chybił. Wpadł w ścianę 

poza czerwonym rąbkiem plamy. Drugi poszedł śladem pierwszego, dopiero 

trzeci musnął skraj czerwonego kółka. 

— Jeszcze raz — rozkazał Lamb. 

Irvin znowu przycisnął kolbę do ramienia. Teraz kula przebiła sam środek celu.  

— Dosyć. Na cztery strzały tylko jeden taki, jaki być powinien. Co z tego za 

wniosek? 

— Nie wiem — odparł farmer i uśmiechnął się. Po raz pierwszy odkąd tu przybył. 

— Jesteś zdolny, masz dobre oko i żadnej wprawy. Po miesiącu ćwiczeń stałbyś 

się niezłym strzelcem, ale teraz... 

— Ale teraz? — powtórzył Irvin i uśmiechnął się po raz drugi. 

— Nie powinieneś ich ścigać, bo możesz doścignąć tylko własną śmierć. Bądź 

wdzięczny pumie, że pozbawiła cię konia. Tak, tak — Lamb bacznie spoglądał na 

Irvina. — Więc co masz zamiar czynić, mój synu? 

background image

Uśmiech zniknął z twarzy farmera. 

— Jeśli mi nie dacie muła, ruszę dalej piechotą — odparł twardo — i nigdy wam 

tego nie zapomnę. 

— Uparty — mruknął traper. 

— Wracać piechotą czy iść naprzód to jeden trud. Może właśnie w ten sposób 

zdobędę konia? Jakże mógłbym bez niego wlec się przez piaski  Llano? 

— Lepsze to niż śmierć. 

— Nie wrócę. Mój powrót niczego nie zmieni. 

— Powiadałeś, że twój przyjaciel... 

— Mówiłem — przerwał gwałtownie Irvin — i dlatego właśnie... — odetchnął 

głęboko. — Nie potraficie zrozumieć? Karol chciał jechać zamiast mnie i na 

pewno tak postąpi, jeśli przerwę pościg, ale wówczas będzie za późno. Zanim 

dowlokę się do Greenfield, minie kilka dni. 

— Prawda. Słuchaj, synu... — traper jak gdyby rozważał każde słowo. — Ja ci... 

pożyczę muła. 

— Poważnie mówicie?! — Irvin nie mógł uwierzyć w nagłą zmianę decyzji. 

— Tak. Dasz słowo, że na tym mule wrócisz do Greenfield. Wierzę, że mnie nie 

oszukasz. Zgoda? 

— Nie! — Irvin krzyknął, aż echo poszło po skałach. 

— Co za upór, co za upór? Hm, podobno upartym szczęście sprzyja. Chodź. 

Podniósł się z ziemi i skierował się ku drzwiom prymitywnej stajenki. 

— Zabieraj muła. Mam już ciebie dosyć! Ale pamiętaj: jeśli nie zwrócisz, 

skrzywdzisz mnie, a ta krzywda kiedyś na tobie się zemści. 

Irvin zaniemówił na chwilę. 

— Pożyczacie? — szepnął zdławionym głosem. — Niech we mnie piorun strzeli, 

jeśli wam nie zwrócę! 

— Bardzo się z nim zżyłem. To może się wydawać nieprawdopodobne, ale ja 

wolę to zwierzę niż człowieka. 

W ciemnym wnętrzu stajenki rozległo się potupywanie. 

background image

— Przyjrzyj mu się, Irvin. Widzisz, chciałem cię przekonać, nawet nastraszyć. A 

teraz wierzę, że ruszyłbyś w pościg piechotą, bezsensownie i głupio. Wyprowadź 

muła i jedź. Do zachodu masz sporo godzin. 

Pomógł osiodłać zwierzę i napełnić skórzane wory wodą. A później, gdy Irvin 

znajdował się już na siodle, rzekł: 

— To tresowany muł. Gdy go będziesz chciał przywołać, gwizdnij. Ot, tak — 

wykrzywił śmiesznie wargi i wydał wysoki, przenikliwy, tremolujący ton. — 

Ładnie, co? To nie jest zwykłe gwizdanie i dlatego nie każdy potrafi przywołać 

mego muła. Spróbuj. Nie, nie tak. Posłuchaj... 

— Nie szkoda czasu? Chciałbym już ruszyć. 

— Nie szkoda. Zbyt małą wagę przywiązujesz do drobiazgów. Takie gwizdanie 

uratowało mnie kiedyś od pala męczarni. Wpadłem w łapy Komanczów. Związali 

tak, że czubkami palców nie mogłem ruszać. Rankiem planowali ćwiczyć się na 

mej skromnej osobie w strzelaniu z łuków i rzucaniu tomahawków. Rozumiesz, 

nie mogłem na to przystać. I zanim ranek wstał, byłem wolny i daleko, daleko od 

nich. W nocy począłem przywoływać swego muła. Cicho, cichuteńko, ale 

przecież usłyszał. Podszedł do mnie i po-przegryzał rzemienie. On to potrafi. No, 

spróbuj gwizdnąć. O... znacznie lepiej. Teraz posłuchaj... 

Z kim innym Irvin nie robiłby ceregieli, po prostu zaciąłby wierzchowca i skoczył 

przed siebie. Nauka gwizdania była śmieszna i denerwująca równocześnie, a 

jemu tak się spieszyło! Jednakże wobec Lamba — któremu przecież zawdzięczał 

i życie, i możność pościgu — musiał uzbroić się w cierpliwość i tyle razy 

próbował oryginalnego gwizdu, aż go wargi rozbolały. Doczekał się wreszcie 

pochwały. 

— Nieźle. Możesz ruszać. Uważaj: zjedziesz tym samym wąwozem aż do 

miejsca, w którym leży twoja klacz. Później prosto, prosto. Zresztą tam nie ma 

gdzie skręcić. Bywaj, synu! 

— Dziękuję... Nikt dla mnie tyle nie zrobił... 

— Nie przesadzaj — Lamb klepnął muła po zadzie. 

background image

Irvin ruszył w poprzek hali. Kamienistym wąwozikiem wśród rozpękłych skał aż 

ku znajomej ścieżce. Muł stąpał pewnie po wyślizganych głazach. Irvin odwrócił 

głowę, aby nie widzieć Betsy. Usłyszał łopot potężnych skrzydeł. “Sępy" — 

pomyślał. Muł zastrzygł uszami. Po pewnym czasie skalista ściana, wyrastająca z 

lewej strony, urwała się raptownie, odsłaniając widok na rozległą, zieloną 

równinę. Drzewa rosły kępkami, a im dalej, tym było ich więcej. Ku odległym 

szczytom górskim ciągnął się już jednolity gąszcz leśny. Wszystko to mieniło się 

w słońcu tysiącem odcieni. 

Vincent Irvin nigdy dotąd nie zapuszczał się w głąb gór, był mieszkańcem 

równin. Dlatego zachwycił go ten widok tak różny od monotonnych płaszczyzn 

otaczających Greenfield. A powietrze? Jakże inne, przesycone wilgocią i wonią 

jakichś roślin. 

Jechał kłusa, głęboko oddychając. Ścieżka znowu poczęła się zwężać, więc 

posuwał się teraz stępa, ciągle obserwując daleką łąkę i daleki las, tam w dole. 

Śladów nie dostrzegał, dróżka była kamienista, ale — jak twierdził Lamb — 

jedyna, która wiodła tędy na południe. 

Ileż to już dni minęło, odkąd opuścił Greenfield? Przebył  Llano Estacado po 

wyraźnych tropach dwóch uciekających. Widział chmurę piaskowej burzy, która 

go ledwie musnęła bokiem, a później wspinał się na płaskowzgórze omywane 

przez wody Pecos, gdzie odciski kopyt były wyraźne, a czarny krąg wypalony 

ogniem świadczył o miejscu obozowiska. Jeszcze cztery razy napotykał takie 

czarne koliska, wokół których walały się kości, resztki sucharów i fusy po kawie. 

Na koniec wjechał w węzizny gór Sacramento i to była ostatnia droga Betsy... 

“A jednak los mi sprzyja — pomyślał i nadzieja wstąpiła w jego serce. — 

Spotkanie z Abrahamem Lambem to cud prawdziwy i chyba najgorsze już 

minęło." 

Przynaglił muła do biegu, ale wkrótce znów ściągnął cugle, zaskoczony nowym 

widokiem. Tam w dole daleką ścianą lasu przerzynała biała wstęga, u stóp której 

połyskiwała srebrna smuga rzeki, ciśnięta jak kowbojski pas między zielone 

background image

trawy łąki. Mgła unosiła się nad wodospadem i wydało się Irvinowi, że czuje na 

policzkach kropelki wilgoci. A wyżej, półkolem, oba krańce boru łączył 

powietrzny most — siedmiobarwna tęcza. Farmer odwykł od takich widoków. 

Zapomniał o nich na równinach Greenfield, w spiekocie bezwodnych, 

bezlistnych, beztrawiastych lat suszy. Wpatrzony w daleki obraz, oglądał 

szczegół po szczególe, aż dostrzegł coś nowego. Niżej, znacznie niżej tęczowego 

mostu i wodnej kurzawy, na tle ciemnej zieleni drzew płynęła ku niebu szara, 

wąska smużka. Ktoś o słabszym wzroku na pewno by jej nie zauważył. Ala Irvin 

miał oczy sokole. W następnej chwili wykryły malutkie ciemne punkciki 

ruszające się to tu, to tam i wśród traw. 

“Konie — pomyślał. — A ludzie? Chyba siedzą przy ognisku." Policzył ciemne 

punkciki. Siedem. A więc to nie ci, których ścigał. Indianie czy biali?... “Do licha! 

Tracę tylko czas. Czy to biali, czy Indianie, nic mi zrobić nie mogą. Zbyt są 

daleko." 

Klepnął muła po szyi i ruszył naprzód. Raz szybciej, raz wolniej, w zależności od 

stanu drogi. Zielona płaszczyzna niedługo towarzyszyła mu w wędrówce. 

Podbiegły ku niemu zbocza porośnięte czarnym lasem. Jednocześnie z prawej 

strony dźwignęła się stroma ściana, a ścieżka poczęła spadać w dół, aż zgubiła się 

w bezdrożach pierwotnego boru. Owiał go wilgotny oddech puszczy. W głębi, 

wśród gęsto rosnących drzew i krzewów panował półmrok. Irvin zatrzymał 

wierzchowca, spojrzał za siebie i dostrzegł dalekie wierzchołki gór, za które krył 

się powoli czerwony krąg słońca. Postanowił rozbić obozowisko na skraju 

puszczy. Nie miało sensu jechać dalej. Już teraz gęstniała wokół nieprzenikniona 

ściana ciemności. 

Rozsiodłał muła, przywiązał go na długim rzemieniu do pnia, strzelbę — 

nauczony bolesnym doświadczeniem — wetknął pod pachę i zajął się 

przyrządzaniem wieczornego posiłku. Muł szczypał sobie raz trawę, raz liście. 

Irvin wygasił ognisko, podsunął siodło pod głowę, a lufę strzelby pod ramię i 

usiłował zasnąć, ale sen nie nadciągał. Tak działo się każdego wieczoru, kiedy po 

background image

trudach dnia zaczynał myśleć o swoich bliskich pozostawionych w Greenfield. 

Jak Becky znosi tę nagłą rozłąkę? Powiedział jej, że wybiera się na polowanie. 

Czy szeryf nie wydał tajemnicy? Bo Karola był pewien. Ale nie przewidział, że 

pościg będzie trwał tak długo... Dopiero teraz uświadomił sobie, jak bardzo się 

pomylił w obliczeniach. Cóż, nie miał doświadczenia. Wędrówka ze wschodu na 

zachód, w wielkiej gromadzie ludzi — och, to było zupełnie co innego! Teraz 

mógł liczyć tylko na siebie... 

Zapatrzony w srebrny rąbek księżyca, długo jeszcze nie mógł się opędzić od 

niewesołych myśli. Wreszcie zapadł w sen bez marzeń i widziadeł. 

Obudził go dziwny, nieznany głos ptaka, do złudzenia przypominający tony 

drewnianej fujarki. Dostrzegł muła stojącego spokojnie pod sąsiednim drzewem, 

dostrzegł na wschodzie różowe zorze bijące ku niebu zza gór. Wyszedł na skraj 

lasu, rozejrzał się. Było pusto i cicho. Nawet ptak umilkł. Poczuł chłód w 

kościach, bo noc była zimna jak zwykle w górach. Rozpalił ognisko, napoił muła, 

pokrzepił się gorącą kawą i postanowił spenetrować głąb puszczy. Jeśli nie ma 

innej drogi wiodącej ku granicy Meksyku, oni musieli również tędy jechać. Szedł 

brzegiem lasu, wytężając wzrok i przywołując w pamięci wszystkie skromne 

doświadczenia nabyte podczas wielkiej wędrówki na Dziki Zachód. W pewnej 

chwili dostrzegł złamaną gałązkę, a kilka kroków dalej, na gęstym poszyciu, 

widniał pas zdeptanych traw i mchów. Ślady wydawały się zupełnie świeże. Ale 

Vincent Irvin zdawał sobie sprawę, że nie jest doświadczonym traperem — co 

zresztą stawiało go wyżej od innych, słabo doświadczonych, lecz zadufanych w 

sobie — i zbytnio nie ufał swym oczom. W każdym razie był to nieomylny znak, 

że idzie dobrą drogą i za dzień, za dwa dopadnie uciekinierów. A wówczas? Co 

wówczas? 

Dziwne, ale Irvin nie zastanawiał się nad tym dotychczas. W chwilach 

odpoczynku myślał o Greenfield, o tych, których opuścił, a nie o tych, z którymi 

ma się spotkać. A podczas jazdy uwagę jego zajmowało wyłącznie śledzenie 

tropów. 

background image

Osiodłał muła, zadeptał ognisko i ruszył w głąb lasu. Otworzyła się przed nim 

zielona brama. Gdy ją przekroczył, znalazł się w świecie cieni i blasków, 

zielonych smug przesączających się przez liście i między konarami. Jechał 

wolno, z oczami utkwionymi w ziemię. Tropy to nikły, to pojawiły się na nowo. 

Dobrze już po południu wybrnął z leśnej plątaniny na skraj małej polanki, której 

środek zajmowało jeziorko o toni czarnej jak atrament. Po przeciwległej stronie 

bez trudu odnalazł ciąg dalszy wydeptanej kopytami ścieżki — uciekający nie 

zatrzymywali się. Jechał więc tak, aż kolumny pni poczęły się stapiać w 

nieprzenikliwą ścianę ciemności. Irvin z niepokojem pomyślał, że przyjdzie mu 

nocować w tym gąszczu, gdy dojrzał w niewielkiej odległości różowawy blask 

zachodzącego słońca. Drzewa rzedły, w końcu Irvin wstrzymał wierzchowca. 

Kilka jardów przed nim ciągnęła się długa, piaszczysta wydma, dalej pluskała 

drobną falą szeroko rozlana rzeczka, czerwona od blasku wieczornej zorzy. 

Przeciwległy brzeg dźwigał się gwałtownie i stromo znad nurtu, cały porośnięty 

starodrzewem. Na skraju wydmy Irvin odnalazł, wyraźne jak nigdy dotąd, odciski 

butów i podków, wielokrotnie krzyżujące się z sobą. Prawdopodobnie pojono tu 

konie, a jeźdźcy również zaspokajali pragnienie i nie rozbijając obozowiska 

wjechali w rzekę. Tak głosiły tropy urywające się dopiero na granicy lądu i wody. 

Czy jednak uciekinierzy pojechali prosto do przeciwległego brzegu, czy ruszyli 

środkiem nurtu? Abraham Lamb wspominał o jednej tylko drodze wiodącej na 

południe. Ba, ale tu nie widać nawet śladu drogi. Po drugiej stronie rzeczki brzeg 

był zbyt stromy, aby go można sforsować konno. Niestety, zapadła noc i farmer 

musiał odłożyć do następnego ranka zbadanie brzegów. Na drugi dzień wjechał w 

pluszczącą, chłodną wodę i ruszył z biegiem nurtu, upatrując dogodniejszego 

miejsca. Na koniec dostrzegł malutki parów zbiegający ku rzece łagodną 

pochyłością. Wjechał szybko pod górę między szpalerem drzew rosnących na 

krawędziach piaszczystych ścian. Ściany te malały z każdym krokiem, wreszcie 

znikły. Irvin wydostał się na obły, nikłą trawą porosły pagórek i wówczas — 

zamiast ruszyć galopem — szarpnął gwałtownie cugle. Ujrzał po drugiej stronie 

background image

pagórka, w leśnej przerywce, grupę ludzi na małych, chudych konikach z długimi 

grzywami. 

“Indianie!" — pomyślał. 

W pierwszym odruchu chciał zawrócić, ale zaniechał zamiaru. Wiedział, że 

zanimby osiągnął przeciwległy brzeg rzeki, zostałby pojmany. Nie sięgnął po 

broń, to nie miało sensu. Podniósł rękę z otwartą dłonią — tradycyjny znak 

pokojowych zamiarów. Jadący na czele kawalkady zatrzymał się tak blisko 

Irvina, że farmer poczuł ostrą woń końskiego potu, źle wyprawionej skóry i 

dymu, którym nasiąkła odzież czerwonoskórego. Irvin ujrzał oczy badawczo weń 

wpatrzone, a nad nimi czoło przewiązane zbrudzoną chustą. Twarz poradlona 

głębokimi bruzdami nic nie wyrażała: nieruchoma jak wyrzeźbiona w kamieniu. 

Pierś okrywała bawełniana licha koszula, poplamiona i miejscami naddarta, 

przewiązana w pasie czymś, co przypominało kowbojski rzemień, i chyba tylko 

mokasyny były dziełem indiańskich rąk. 

Wszystko to dostrzegł Irvin w mgnieniu oka, ale że nie znał się nic a nic na 

indiańskich plemionach, nie mógł odgadnąć, kim byli napotkani wojownicy. 

— Dokąd jedziesz? — Pytanie padło nagle, wypowiedziane w zupełnie 

poprawnej angielszczyźnie, głębokim, gardłowym głosem. 

Farmer uznał, że najlepszą odpowiedzią będzie stwierdzenie prawdy. Po cóż miał 

ją ukrywać? 

— Do Meksyku. 

— Pójdziesz z nami. 

Irvin nie należał do ludzi bojaźliwych, ale przy tym posiadał odpowiednią dozę 

rozsądku, co strzegło go przed bolesnymi skutkami porywczości. Więc i tym 

razem, chociaż go ogarnął uzasadniony gniew na to bezczelne żądanie, zapytał 

bardzo spokojnie: 

— Dlaczego? 

— Blade twarze napadły na moich wojowników, żeby im porwać konie. 

— Nie kradłem waszych koni — zaprotestował farmer. 

background image

— Pojedziesz z nami — powtórzył Indianin — tak rozkazał... 

Tu padło niezrozumiałe dla Irvina i trudne do zapamiętania słowo. Najpewniej 

imię jakiegoś wojownika, ale Irvin nic się nie znał na indiańskich dialektach. 

Otoczyli go podczas tej rozmowy, ujęli muła za cugle i powiedli z powrotem ku 

rzece w zupełnym milczeniu. Irvin również się nie odezwał rozmyślając, jak by tu 

się wymknąć. Nie sądził jednak, aby cokolwiek mogło mu zagrażać. 

Przebyli koryto rzeczki, przejechali złocistą plażę, aż zatrzymali się w cieniu 

pierwszych drzew. Jadący na czele krzyknął coś niezrozumiale, wojownicy 

zeskoczyli z wierzchowców. Irvin poszedł za ich przykładem. Paru Indian 

zaprowadziło zwierzęta do rzeczki, inna grupa przyniosła z lasu naręcza suchych 

gałęzi. Farmer siadł pod pniem, mając widok na rzekę, na plażę i na uwijających 

się czerwonoskórych. Ilu ich było? Starał się policzyć, ale że znajdowali się w 

ciągłym ruchu, rachunek mylił się. Począł więc rozmyślać. Co to byli za złodzieje 

indiańskich koni? Może w ogóle nie istnieli? Może to tylko pretekst dla grabieży? 

Nabrał takiego podejrzenia stwierdziwszy, iż napastnicy wyglądali na gromadę 

łachmaniarzy, konie mieli chude, broń byle jaką i robili wrażenie głodomorów. 

Słowem — w niczym nie przypominali nieledwie elegancko odzianych Apaczów, 

z którymi Irvin spotkał się przypadkowo podczas wędrówki na nowe ziemie. 

Wówczas rozstano się pokojowo. Być może dlatego, że osadników była spora 

gromada, a wszyscy dobrze uzbrojeni; być może dlatego, że napotkani 

wojownicy nie mieli zamiaru staczać walki. Ale ci? Dotychczas wprawdzie nie 

związano go i nie odebrano broni. Irvin nieraz jednak słyszał o luźnych watahach 

czerwonoskórych, złożonych ze zbieraniny uciekinierów z rozmaitych plemion, 

ludzi wyjętych spod prawa za czyny uznane przez współplemieńców za 

przestępcze. Karol Gordon, mimo że młody, a przecież obieżyświat, nieraz 

opowiadał o takich “bezplemiennych" grupach Indian stanowiących groźne 

niebezpieczeństwo nawet dla większych gromad wędrowców. Cóż, byli to zwykli 

rabusie żyjący z dnia na dzień. Niekiedy wśród takich zbójeckich watah znaj-

dowali się Metysi, Mulaci, ba, nawet biali — 

background image

obiboki nie wiadomo z czego i jak żyjący. Może właśnie napotkany oddział 

należał do tej “bezplemiennej" zbieraniny? 

“Jeżeli zabiorą mi broń i muła — rozumował Irvin — to znaczy: skażą na śmierć 

z głodu." 

Rozejrzał się dokoła. Nikt go nie pilnował. Wojownicy nadal znosili chrust i poili 

mustangi. Zauważył jednak, że pod sąsiednim drzewem siedział wódz tej 

zbieraniny, ze strzelbą między kolanami. Kiepsko. Irvin nie zdążyłby podbiec do 

swego muła, żeby nie wywołać alarmu. Niby go nie pilnowali, a przecież na 

pewno każdy jego ruch był bacznie śledzony. 

— Czego ode mnie chcą moi czerwoni bracia? — zapytał. 

Twarz Indianina nawet nie drgnęła. 

— Nie zrobiłem nic złego żadnemu wojownikowi. 

Cisza. Irvin zaciął zęby i postanowił wytrwać w milczeniu do niewiadomego 

końca. Oparł się jeszcze wygodniej o pień i przymrużonymi oczami spoglądał na 

mieniące się w słońcu lustro rzeki. Indiańskie konie wytarzały się na piaskowej 

ławicy i teraz pociągnęły gromadą na skraj lasu, parskając i szczypiąc rzadkie 

kępki traw. Ognisko już się paliło, a zapach pieczonego mięsa docierał aż tutaj. I 

nagle... Zagrzmiał głos strzału, echo poszło po wodzie, odbiło się o ścianę lasu i 

zgasło. Sekunda ciszy i wrzask czerwonoskórych. 

Irvin zerwał się i skoczył za pień. Zagrzmiało po raz drugi i trzeci. Farmer ujrzał, 

jak siedzący pod drzewem wódz pochylił się na bok, a później wolno rozciągnął 

na ziemi. Strzelba o długiej lufie upadła na piasek. 

background image

Old Gun 

 

Cóż to za dziwny człowiek! Nigdy do tej pory Irvin takiego nie spotkał. 

Siedzieli obaj przy niewielkim ogieńku, pod skalną ścianą, od której padał szary 

cień zachodu. 

— Można się było obejść bez takiej strzelaniny — powiedział farmer nawiązując 

do przerwanej rozmowy. — Czterech zabitych, jeśli nie więcej. Okropność! 

Nieznany towarzysz spojrzał nań, a twarz wykrzywił mu lekki grymas. Nie 

otworzył ust, ale Irvin poznał po oczach, że śmieje się jakimś dziwacznym, 

bezgłośnym śmiechem. Nieznajomy jakby odgadł jego myśli. 

— Nie dziw się — powiedział. — Takiego śmiechu nauczyłem się na Dzikim 

Zachodzie. Niekiedy dźwięk ludzkiego głosu równa się kuli albo strzale 

wypuszczonej z łuku, a przecież nie zawsze można się powstrzymać od 

wesołości, gdy przy wieczornym ognisku zbierze się gromada i pocznie gadać, i 

to jak gadać! Boki zrywać. Wówczas trzeba się śmiać... po cichu. Nauczyłem się 

tego doskonale. Jakem Old Gun *. 

Old Gun? Aha, to przezwisko nieznajomego — Irvin skierował oczy na jego 

strzelbę. Old Gun natychmiast to zauważył. 

— Tak mnie nazwali jeszcze w Montanie — wyjaśnił. — Trochę dlatego, że 

strzelałem, nie chwaląc się, wcale nieźle. Ale przede wszystkim z powodu tej 

pukawki, bardzo starej. Zobacz. 

Od pierwszej chwili spotkania Old Gun mówił na “ty", co zresztą Irvina wcale nie 

zaskoczyło. 

 

Old Gun (ang.) — dosłownie: “Stara Strzelba". 

 

 

Broń była ciężka, cięższa od wszystkich — nielicznych zresztą — strzelb, jakie 

background image

farmer dotąd przykładał do ramienia. Ale broń Old Guna wprawiłaby w 

zdumienie nawet doświadczonego trapera. I to nie z powodu wagi, gdyż kolba 

była tak potężna, że jej uderzeniem można chyba było zabić bizona. Uwagę 

zwracała lufa! Ściśle: trzy lufy zespolone z sobą w kształt trójkąta. Wszystkie 

nabijane z przodu, wyposażone w kurki i dające iskrę zapalającą proch. 

— Nie uwierzysz — mówił Old Gun — że kiedy zima nastała i złapała mnie w 

tych przeklętych górach, a zabrakło kul, strzelałem kamykami. Nie sposób 

chybić. 

Irvin żywił nieco wątpliwości, czy rzeczywiście tak łatwo trafić z tej kolubryny, 

ale nie zaprzeczył. 

— A gdy skończył mi się proch — ciągnął dalej traper — sam go sobie 

przyrządziłem. 

Irvin roześmiał się. 

— Wcale nie żartuję. Od dawna znałem miejsce, w których znajdują się pokłady 

siarki. Znalazłem przez zwykły przypadek nieco saletry, a węgiel drzewny sam 

wyprodukowałem *. 

Farmer nic na to nie odrzekł, bowiem na wyrobie prochu znał się tyle samo co na 

topografii... księżyca. 

— Cały kłopot wynikł na samym początku. Moja pukawka nie zawsze strzelała, 

niekiedy strzelała z sekundowym opóźnieniem. A zwierzęta nie lubią czekać na 

kulę. Później zacząłem mieszaninę przyrządzać lepiej i jakoś przetrwałem do 

wiosny. Za skórki nabyłem proch fabryczny. Jest jednak dużo lepszy, a ołowiane 

kule niosą także lepiej od najbardziej wygładzonych kamyków. Ale pewnie ciebie 

nudzę? 

 

Jest to tak zwany proch dymny. Do jego wyrobu służą istotnie trzy wymienione i w odpowiedniej 

proporcji bardzo dokładnie zmieszane składniki. 

 

Irvin zaprzeczył. 

background image

— Jesteś rolnik. To widać, mimo że włóczysz się po górach. W jakim celu? No i 

dałeś się złapać tej bandzie! 

— Zaskoczyli mnie — odparł farmer. A mówiąc to znów zobaczył przed oczami, 

jak siedzący pod drzewem Indianin wali się na ziemię, jak jego towarzysze skaczą 

między zarośla, inni gnają na plażę chwytać rozbiegłe mustangi, jak ponownie 

ozwał się głos strzelby, jeden z wojowników padł twarzą w piach, a pozostali 

nurknęli w las. Nawet nie próbowali odpowiedzieć strzałami na strzały, taki 

ogarnął ich popłoch. W istocie rzeczy nie było jednak do kogo strzelać. Prze-

ciwległy brzeg wydawał się zupełnie wymarły i tylko błękitny dymek ścielący się 

nad wodą świadczył, że ktoś użył tam palnej broni. 

Irvin zastanawiał się, co ma uczynić. Jego muł osiodłany, ze strzelbą wepchniętą 

w futerał zwisający z kulbaki, przyplątał się nie wiadomo kiedy i stanął spokojnie 

w pobliżu. Cóż, można by wskoczyć na siodło, zmusić zwierzę do galopu i 

szybko wycofać się z pola walki... Jednakże to zbyt wielkie ryzyko, pędząc po 

otwartej przestrzeni łatwo oberwać kulę w plecy od czerwonoskórych albo dostać 

ładunek w piersi od nieznanego strzelca. Rozejrzał się dokoła. Indianie pochowali 

się, żadnego nie było widać. Zaczął więc ostrożnie przemykać się w bok, od 

drzewa do drzewa. Nie było to łatwe, bo musiał jednocześnie ciągnąć muła za 

uzdę, a zwierzę szło opornie, jakby w przeczuciu grożącego niebezpieczeństwa. 

Po mozolnym przebyciu paru jardów Irvin usłyszał tępe stuknięcie, po nim 

drugie, trzecie... Padł na ziemię. Dwie pierzaste strzały utkwiły w pniu drzewa, 

które przed chwilą minął. Puścił cugle i począł czołgać się, ale zaniechał takiej 

wędrówki, bowiem muł nie ruszył jego śladami. Został w tyle, wraz z jedyną 

bronią, jaką Irvin posiadał. Irvin leżał więc bez ruchu, na próżno starając się 

wymyślić inny sposób wybrnięcia z sytuacji. Wówczas ujrzał, jak z 

przeciwległego brzegu wypadł jeździec i skoczył w koryto rzeczki, aż srebrzyste 

bryzgi zasłoniły na chwilę i człowieka, i konia. Zanim zdołał przebyć nurt, 

zeskoczył z wierzchowca, który natychmiast położył się na piasku, tworząc jakby 

żywą tarczę dla strzelca, trzykrotnie zagrzmiał głos strzelby. Do kogo mierzono? 

background image

Irvin nie mógł się zorientować. Teraz zobaczył, jak kryjący się za koniem 

człowiek w paru susach dopadł drzew, niedaleko miejsca, gdzie spoczywał. 

Znowu huknęła strzelba, a zaraz po niej ozwał się głos jej właściciela: 

— Zabieraj się stąd! Skacz na siodło i wiej za rzekę. Ja przytrzymam tę bandę. 

Irvin podniósł głowę. 

— No, ruszaj się! Do ciebie mówię! Szybciej! 

Łatwo mu było wołać, ale Irvin pamiętał o strzałach utkwionych w pniu drzew... 

Wówczas przypomniał sobie rady Abrahama Lamba. Zagwizdał. Udało się — 

muł podbiegł. Irvin podniósł się ostrożnie. Idąc tuż przy głowie zwierzęcia 

znalazł się na granicy lasu. Wskoczył na siodło i w panicznym galopie przebył 

piaszczystą łachę. Oblała go fontanna wody tryskającej spod kopyt wierzchowca. 

Zupełnie przemoczony wjechał w parów i zatrzymał się dopiero za wzgórzem, w 

tym samym miejscu, w którym spotkał Indian. Zaraz usłyszał huk strzału, wrzask 

czerwonoskórych, tętent kopyt, plusk wody, znowu tętent, na koniec rozkazujący 

głos: 

— Naprzód, kolego! Naprzód! 

Zaciął muła i ruszył prosto przed siebie. Tak to wówczas wszystko się odbyło. 

Później jechali jeszcze bardzo długo, klucząc wśród zarośli, przekraczając 

rzeczkę raz i drugi, aż dobrze nad wieczorem zaniechali wreszcie dalszej 

wędrówki. 

— Ta banda — powiedział Old Gun — ma na sumieniu wielu samotnych 

wędrowców. Nie musisz żałować czterech zabitych. 

— Jeśli było ich tylko czterech — wyraził wątpliwość Irvin. 

— Na pewno — stwierdził traper. — Ja się nie mylę. Tamte strzały w las oddałem 

dla postrachu. To tchórzliwa banda, ale że z ciebie, jak widać, prawdziwy 

greenhorn, nie wywinąłbyś się cało z tej zabawy. 

— Obchodzili się ze mną dobrze. Ani mnie nie związali, ani nie zabrali muła. 

— Wiem, wiem. Przypadkowo byłem świadkiem waszego spotkania. Zjawiłem 

się w samą porę, a nawet mi nie podziękowałeś. 

background image

Irvin zawstydził się: ale takie to wszystko było niespodziewane... 

— Dziękuję... Jednak myślę — dodał przekornie — że wkrótce puściliby mnie. 

Ten ich dowódca podejrzewał, że brałem udział w napadzie na ich konie. Wkrótce 

wszystko by się wyjaśniło. 

— Och, ty naiwniaku! — Old Gun znowu zaśmiał się swym bezgłośnym 

śmiechem. — Te konie to tylko pretekst mający usprawiedliwić zwyczajny 

zbójecki napad. 

— Nie rozbroili mnie — protestował Irvin. 

— Uczyniliby to nieco później i bez ryzyka. Zostawiłeś przecież fuzję przy 

siodle. Było to największe głupstwo z wielu innych, jakie musiałeś popełnić 

przedtem. 

— Mówicie bardzo pewnie — obruszył się farmer — ale co możecie wiedzieć o 

mnie? 

— Że jesteś spokojnym rolnikiem i że niepotrzebnie wyruszyłeś w te przeklęte 

góry. 

— A wy? Co tu robicie? 

— Och, to zupełnie inna sprawa. Ja się ciebie nie pytałem, co tu robisz. 

Irvin skromnie przyznał rację. 

— No widzisz. Ale wracam do rzeczy: kolejne głupstwo popełniłeś nie 

nadstawiając uszu. Indianie byli tak samo zaskoczeni spotkaniem, jak ty. Miałeś 

takie same szansę, ale ich nie wykorzystałeś. Oni się szybko zorientowali, jaka 

łatwa zdobycz wpada im w łapy. 

— Zdobycz? — zdziwił się farmer. 

— Pewnie. Wszystko, co masz na sobie, stałoby się ich łupem, a na dodatek muł z 

uprzężą i broń. Może i puściliby cię żywego, ale bez odzienia, butów, strzelby. 

Oni niczym nie gardzą. To najzwyklejsi zbóje. 

— Z jakiego są plemienia? 

— Z jakiego plemienia? — powtórzył traper przedrzeźniając głos Irvina. — Z 

żadnego, mój niespodziewany towarzyszu. Ta banda się rozdzieliła przed kilku 

background image

dniami. Jedna grupa przeszła na meksykańską stronę próbować szczęścia. 

— Dziwne — wyznał farmer. 

— A dziwne, dziwne, mój ty naiwniaczku. Irvin pominął przytyk: 

— Więc z tym gadaniem o napadzie na konie to było tylko kłamstwo? 

— Prawie kłamstwo. 

— Jak to: prawie? 

— Widzisz, to właśnie oni, nie dalej jak wczoraj, chcieli zrabować konie i 

zdmuchnąć jeźdźców. Ale się im nie udało. Tamci byli szybsi. Dali błyskawicznie 

drapaka. To nie lada sztuka, gdy ma się ze sobą jucznego konia. 

— Juczny koń! — wykrzyknął Irvin. 

— Nie tak głośno — ostrzegł Old Gun. — Cóż cię tak zdziwił juczny koń? Wiele 

jucznych koni stąpa po tej ziemi. 

— To prawda — uspokoił się Irvin. — Widzieliście tamtych ludzi? 

— Niezbyt dokładnie. Dwu ich było i trzy konie. 

Irvin o mało nie krzyknął. Głos rozsądku kazał mu jednak zachować ostrożność 

wobec człowieka poznanego zaledwie przed kilku godzinami. Więc udając 

obojętność zapytał: 

— A jak oni wyglądali? 

— Interesują cię tamci ludzie? 

— Interesuje mnie każdy spotkany na tym bezludziu. Chyba zrozumiałe? 

— Słusznie. Widzisz, ja się od nich znajdowałem na odległość strzału mej 

trójrurki. 

— Braliście udział w walce? 

— Nie było potrzeby. Wszystko przebiegło błyskawicznie. Tu biali, tam 

czerwonoskórzy. Paf. paf! Dwu Indian wali się na ziemię, a tamci w galop. 

Musieli jechać wprost na południe, na meksykańską granicę, ale skręcili 

natknąwszy się na tę bandę. Byli czujniejsi od ciebie, mój poczciwy człowieku. 

— Nie jestem “poczciwym człowiekiem" — żachnął się Irvin — ale i wy nim nie 

jesteście. 

background image

— Czemu to? 

— Bo przyglądaliście się walce dwu ludzi przeciw całej gromadzie. Ja jestem 

zwyczajnym farmerem i znam się tylko na uprawie roli, ale w takim wypadku nie 

potrafiłbym być biernym widzem. 

— I palnąłbyś głupstwo. Nie było potrzeby. Indianie wcale ich nie ścigali. Moja 

interwencja nic by nie pomogła, a tylko ściągnęła na mnie nieszczęście. Ty zaś 

leżałbyś teraz na piachu, martwy jak kamień, albo szczękał zębami golutki jak 

nasz praojciec Adam. 

— A jednak wystąpiliście w mojej obronie. 

— Bo dla ciebie nie było ratunku. Nie potrafiłeś uciec, a ja nie potrafię przyglądać 

się, jak kogoś łupią ze skóry. Rozumiesz? 

Irvin nie mógł odmówić słuszności takiemu rozumowaniu, więc umilkł. 

— Dlaczego nie nosisz rewolwerów? — zagadnął Old Gun. 

— Nigdy ich nie miałem. 

— Pokaż swą pukawkę. 

Farmer wyciągnął z kulbaki lśniącą broń. Old Gun obejrzał strzelbę. 

— Ładna — powiedział tonem, w którym brzmiała drwina. — Pewnie jeszcze nie 

używana. 

— Miałem ją ze sobą podczas wędrówki na zachód. Od tamtego czasu wisiała u 

mnie w domu na ścianie. 

Traper zachichotał: 

— Znakomity użytek z broni, no, ale jak na rolnika... W każdym razie jesteś 

nieźle wyposażony. Czternastostrzałówka. 

— Winchester. 

— Widzę, ale nie zamieniłbym się, chociaż czternaście kul to nie byle co. Bo 

moim zdaniem lepsza jedna kula, byle trafiła do celu, od setki robiących tylko 

dziury w powietrzu. Nie wiem, jak strzelasz, ale próbować teraz nie będziemy. 

Zbyt głośne tu echo. 

Przez cały czas tej gadaniny twarz Old Guna, poczerniała od wichru i słońca, 

background image

wyrażała zupełną powagę, tylko siwe oczy błyskały wesołością. Nie przestając 

mówić, nie przestawał jednocześnie strugać małym kozikiem patyka, który 

trzymał w lewej dłoni. 

— Taki już mam zwyczaj — wyjaśnił dostrzegłszy zaciekawione spojrzenie 

farmera. — Żeby ręce nie próżnowały. Nauczyłem się tego podczas bezsennych 

nocy, właśnie po to, żeby nie zasnąć. Zbyt mi się podobają moje włosy, aby je 

narażać na niebezpieczeństwo. 

Po tych słowach zsunął na tył głowy pomięty i poplamiony kapelusz. Istotnie, 

czuprynę miał bujną, lekko szpakowatą, spadającą na czoło gęstymi kosmykami. 

— Nie rozumiem — wyznał Irvin. 

— A to proste. Przecież można się obudzić bez skalpu. 

Farmer wzdrygnął się lekko. 

— Ale mam i inne rozrywki — opowiadał Old Gun. — Układam piosenki. To też 

zapobiega drzemce. 

Irvin uśmiechnął się tylko. 

— Od lat myślę o kupnie gitary. 

Słuchacz zmierzył krytycznym wzrokiem pocerowane, pełne łat spodnie trapera, 

nie mniej sfatygowaną kurtkę i prawie rozlatujące się buty. Jedynie wielkie, 

meksykańskie ostrogi wyglądały imponująco, błyszcząc jak srebro i pomyślał, że 

Old Gun nieprędko będzie mógł sobie nabyć gitarę. Ale myśli tej nie wyjawił, 

rzekł tylko: 

— Pewnie ostatniej zimy nie udało się polowanie na skórki? 

— Skórki? Hm, uważasz, że nie obłowiłem się i dlatego taki kiepski noszę 

przyodziewek? Rzeczywiście, ostatniej zimy niezbyt się napracowałem. 

Uciekłem w cieplejsze strony. Do Meksyku. A wiesz dlaczego? Pewnie, że nie — 

odpowiedział sam sobie. — Skądbyś mógł wiedzieć? Znalazłem inną skórkę. 

Zobaczysz. 

Dźwignął się z ziemi z młodzieńczą lekkością, a potem ukląkł przy siodle i długo 

gmerał w jukach. 

background image

— Masz — powiedział i rzucił długi, pękaty przedmiot. 

Farmer schwycił ciężki woreczek. 

— Co to? 

— Rozwiąż. 

Irvin z trudem rozsupłał rzemienny węzeł, sięgnął w głąb dłonią i wydobył na 

wierzch parę kanciastych, żółtych bryłek. Największa sięgała rozmiarów 

włoskiego orzecha. 

— Złoto? — zapytał zdumiony. 

— Nugget. Najprawdziwsza żyła-samoródka. Wcale jej nie szukałem, sama mi 

wlazła w ręce. 

— Ile to warte? 

— Trudno ocenić bez wagi, ale myślę, że ze dwa tysiące dolarów. 

— Dwa tysiące!... — westchnął Irvin. 

W pogoni za dwoma tysiącami dolarów wjechał w ten dziki i obcy mu świat, a 

końca sprawy nie widać. Ileż to już dni? 

Old Gun zrozumiał westchnienie. 

— Nie musi się u ciebie przelewać — stwierdził — chociaż broń masz 

piękniejszą od mojej, a jeden twój but jest więcej wart niż wszystkie moje łachy. 

Ciągle się zastanawiam, dokąd ty jedziesz? 

— Do Meksyku. 

— Do Meksyku przez Sacramento? Można i tak, ale raczej należało skierować się 

bardziej na południe — pokiwał przecząco głową. — Nie, nie. W tym tkwi coś 

innego, ale to twoja sprawa. Posłuchaj. 

Tu przyciszonym, nieco chrypliwym, ale przyjemnym głosem zanucił: 

 

Gdzie wiatr, gdzie wiatr wiosenny dmie  

I wali kamienie w żlebach,  

Tam noc, tam noc, gdy cicho śpią,.  

Rozpala gwiazdy nieba. 

background image

 

Już płomień błyska na nowo, 

Żarzy się węgiel jak wiśnie. 

Leżę pod drzewem z siodłem pod głową 

I czekam, co mi się przyśni... 

 

Przerwał i spojrzał na Irvina. 

— No co? — zagadnął. — Jak ci się podoba? 

— Nadzwyczajnie — odparł farmer pełen szczerego podziwu. — Ja bym tak nie 

potrafił. 

— Potrafiłbyś, potrafił. Trzeba się tylko do rzeczy przyłożyć. Spróbuj. Z 

początku pójdzie ci nieco trudno, ale potem... 

— A skąd melodia? 

— Trzeba posłuchać, jak szumi wiatr i jak trzaska drewno w ogniu. Z tego się 

rodzi moja melodia. Gdy ktoś ma kapinkę tego, co nazywają słuchem, szybko da 

sobie radę. 

— Możecie śpiewać w takich różnych lokalach w mieście — stwierdził z 

przekonaniem Irvin. — Pewnie zresztą tam powędrujecie. Ta żyła złota, to muszą 

być grube pieniądze. 

— Do miasta? Chyba po zakup prochu i kul i tej mojej gitary. Ale na dłużej? Cóż 

bym tam robił? — Zajął się na nowo obstrugiwaniem patyka. 

— Zaśpiewajcie jeszcze — poprosił farmer. 

— Nie teraz. Późno już, a jutro czeka mnie daleka droga. Ciebie również, jak się 

domyślam. 

Przeniósł siodło pod potężny pień, położył się i otulił nieco dziurawym kocem. 

Irvin również zajął się moszczeniem swego legowiska. 

— Usiądź przy ogniu. Nie powinniśmy spać obaj. Ktoś musi czuwać. 

— Po co? Tamci już nas nie dogonią. 

— Na pewno — przytaknął traper. — Wątpię, czy nawet próbowali ścigać po 

background image

takiej nauczce, ale... — ziewnął — mogą znaleźć się inni. 

— No, to co robicie, jak jesteście sami? 

— Trochę drzemię, trochę czuwam i uważam na swą starą. 

— Na kogo? 

— Tak nazywam klacz. Bestia ma wyostrzony słuch. Nic jej nie ujdzie. Potrafi 

parskaniem zbudzić mnie z najgłębszego snu albo łapie za but i ciągnie. No, 

dosyć gadania. Jak zobaczysz księżyc nad tamtym szczytem — wskazał palcem 

— obudź mnie. Uważaj na moją starą. Jakby zaczęła się niepokoić, rób alarm. I 

dokładaj do ognia, nie za wiele, ale i nie za mało. Noce są tu chłodne. 

Udzieliwszy tylu praktycznych rad, Old Gun przewrócił się na bok i jeszcze raz 

otulił kocem. Irvin pozostał samotny, (wydany na pastwę własnych myśli i 

kłopotów, o których zapomniał słuchając paplaniny trapera. Teraz na nowo 

opadły go wątpliwości. Pierwsza: w jaki sposób odnaleźć zagubiony trop 

uciekinierów? Old Gun powiódł go przecież gdzieś w bok i tak poplątał drogę, że 

Irvin nie potrafiłby wrócić do rzeczki. Druga: czy należy poprosić trapera, aby 

pomógł? Ale wówczas wyjdzie na jaw, że kogoś ściga. Czy wolno się z tym 

zdradzić? 

Z kolei myśli jego zwróciły się ku dalekiemu Greenfield, do żony i syna. Co 

porabiają, jak żyją? Karol na pewno dba o nich i zabiega o żywność u 

szczodrobliwego wierzyciela, Fulk Bryana. Ale pewno niepokoją się o niego. 

Dwa tysiące dolarów... Gdyby tak Old Gun pożyczył tę sumę? I zaraz zadrwił z 

tej myśli. Podobna propozycja wyglądałaby na kpinę! Może jednak poprosić, aby 

traper podprowadził go kawałek ku zagubionym tropom... 

Dorzucił wiązkę patyków do ognia, a później zerknął na szczyt skały. Gwiazdy 

mrugały na bezksiężycowym niebie, a Irvinowi wydawało się, że wartuje od 

wielu godzin. “Jak to on śpiewał? — wspomniał zadzierając głowę. — Chyba 

tak..." 

Gdzie wiatr, gdzie wiatr wiosenny dmie  

I wali kamienie w żlebach,  

background image

Tam noc, tam noc, gdy cicho śpię,  

Rozpala gwiazdy nieba. 

 

Nucąc tak bezgłośnie, obszedł wielokrotnie ognisko, zataczając coraz większe 

kręgi, aż znalazł się w zupełnych ciemnościach lasu. Przystanął, słychać było 

tylko narastający szum wiatru spływającego ze szczytów ku dolinom. Wysoko w 

górze gięły się niewidoczne czuby drzew. Kamienna iglica, ostra jak grot 

indiańskiej strzały, zamigotała srebrzystym blaskiem. Z przeciwległej strony 

dźwigał się po niebie okrągły talerz księżyca. Czas zbudzić Old Guna. 

Zawrócił. Przeszedł obok kościstej szkapy trapera, która stała nieruchomo z 

pochylonym łbem. Muł zdawał się również drzemać w odległości paru kroków 

dalej. 

— Przywiąż go na lince — radził Old Gun. — Moja stara jest wybredna i nie 

znosi nieproszonego towarzystwa. 

Sprawdził teraz linkę, czy aby mocno trzyma jego wierzchowca w bezpiecznym 

oddaleniu od wybrednej klaczy, a w myślach słał najlepsze życzenia dla 

Abrahama Lamba. Bez jego pomocy szybko i katastrofalnie zakończyłaby się 

wędrówka: puma, żmija, no i ten muł... W sumie — bez przesady — warte 

dozgonnej wdzięczności. 

Irvin dotknął lekko ramienia śpiącego trapera. 

— Co? — siadł natychmiast i zapytał półgłosem. — Trochę za wcześnie — 

stwierdził spojrzawszy na niebo. — Jeszcze cały księżyc nie wylazł zza skały, ale 

niech tam... Kładź się na moim miejscu, dobrze je wygrzałem, a ranek będzie 

chłodny. 

Irvin nie potrzebował zachęty. Przysunął własne siodło, a gdy otulał się pledem, 

Old Gun powiedział nieoczekiwanie: 

— Nie trap się. Jutro podprowadzę cię kawałek, a potem zobaczymy… 

Farmer zdumiał się — Old Gun chyba czytał; w jego myślach! 

background image

Znowu samotny 

 

Irvin otworzył oczy. Ujrzał słońce wiszące nad lasem, czerwony płomień ogniska 

i trapera z poczerniałym garnkiem w ręku. 

— Jakże się spało, towarzyszu niedoli? Nie budziłem, chociaż słonko wysoko. 

Odpoczywaj, bracie, bo czeka nas droga daleka i trudna. Później się rozstaniemy. 

Irvin wstał, przeciągnął się, ziewnął i zajął miejsce po drugiej stronie ogniska. 

Ciągle jeszcze był tak senny, że sens słów trapera dopiero po chwili dotarł do jego 

świadomości. 

— Zdaje się — powiedział niezbyt pewnym głosem — mówiliście wczoraj, że 

chcecie mnie podprowadzić? Nie znam dobrze drogi do Meksyku, a teraz 

wszystko przez tych Indian jeszcze bardziej mi się poplątało. 

— Do Meksyku? 

Traper coś mieszał w garnku, aż dokoła rozszedł się mocny zapach kawy. 

— Dzisiaj będzie uczta — dodał bez żadnego związku z poprzednim pytaniem. 

— Normalnie jadam na śniadanie mięso, ale ostatnio nie upolowałem. Daj no jaki 

garnczek, to naleję. 

Gdy kawa została rozdzielona, a również i suchary, Old Gun wrócił do 

poprzedniego tematu: 

— Powiedziałeś, że się wybierasz do Meksyku. Ale teraz twoja droga powiedzie 

w nieco innym kierunku. 

— Jak to? 

— Nic mnie nie obchodzi, dokąd się udajesz. Może być Meksyk, może nie być 

Meksyk. Ale... przecież ty jedziesz za tamtą dwójką, a oni skręcili w bok. 

— Co wam przyszło do głowy? — Irvin był zaskoczony. 

— Przyszło, przyszło. O nic się ciebie nie pytam. Nie potrzebujesz kłamać, ale 

przecież sam się wygadałeś. Nie zaprzeczaj. Ścigasz tamtych dwu. Może jesteś 

background image

ich przyjacielem i dlatego oburzyłeś się, że nie ruszyłem im z pomocą. 

Doprowadzę cię do ich tropów, później się rozstaniemy. Zgoda? 

— Ja, ich przyjacielem! — powiedział z goryczą Irvin. — Nawet nie wiecie, co to 

za typki, ale... wyjaśnię. 

— Po co? 

— Nie chcę, aby ktokolwiek sądził, że jestem ich wspólnikiem. 

Pogrzebał po kieszeniach swej kurty i wydobył pomiętą, poszczępioną, złożoną 

we czworo kartkę. 

— Przeczytajcie — podał ją traperowi. 

— List gończy — Old Gun gwizdnął przeciągle. — Przeczytaj. Moje oczy 

odwykły już od liter. 

Irvin skwapliwie spełnił prośbę. 

— To właśnie oni — powiedział na zakończenie. 

— Hm, to dużo i mało równocześnie. Skąd wiesz, że uciekający są tymi, których 

wymienia list gończy? 

Irvin odetchnął głęboko. Zbyt późno było się cofnąć. Opowiedział więc o 

przypadkowym spotkaniu rabusiów w Greenfield. Old Gun nie przerwał mu ani 

razu, chociaż opowiadanie wypadło dość rozwlekle. Dopiero gdy farmer skończył 

swą relację, zauważył: 

— Najprawdopodobniej są to właśnie oni. Wieją do Meksyku. To zupełnie 

możliwe. Gdyby ich chwycili czerwonoskórzy, nie miałbyś po co dalej 

wędrować. Ale tak się nie stało. Hm, co cię skłoniło do tej pogoni? Nie masz 

wobec nich żadnych szans. Zjedzą cię na surowo. Czy z twojej osady nikt inny nie 

złakomił się na nagrodę? 

Irvin zawahał się. Nie wie, lecz sądzi, że nie... 

— To ta twoja osada jest mądrzejsza, niż można by sądzić z postępowania 

jednego jej przedstawiciela — tu oskarżającym ruchem wyciągnął palec w stronę 

Irvina. — Mają rację twoi sąsiedzi nie goniąc za dolarami. Rolnik niech pilnuje 

swej zagrody, a pogoń za przestępcą pozostawi szeryfowi, ostatecznie: 

background image

westmanom. Oni się znają na tych sprawach. 

— Nasz szeryf — odparł Irvin — zna się na tym nie lepiej niż ja, więc... 

— Przekaż mu wyrazy mego uznania, jeśli zdołasz wrócić. To musi być bardzo 

rozsądny człowiek. Dziwię się tylko, że ciebie puścił. 

— Nie miał prawa zatrzymać. 

— Pewnie, pewnie. Ale są inne sposoby. Gdybym ja był waszym szeryfem... ech, 

co tu dużo gadać! Co cię skłoniło do tej wariackiej wyprawy? Siedzisz tutaj, a tam 

pewnie twoje pole jeszcze nie obsiane. 

— Nie obsiewamy od paru lat. 

— Oo... — mruknął traper — to coś nowego? Od ciebie trzeba słowa wyciągać 

jak ryby z sieci. I za każdym razem nowa niespodzianka. Czemu to zaniechaliście 

uprawy roli? 

Więc Irvin powrócił myślami do pierwszych lat suszy, gdy jeszcze się łudzono, że 

lada dzień spadną deszcze i ziarno rzucone w ziemię wyda, jak przedtem, 

stokrotne plony. Ale ziarno więdło i przepadało w glebie, która coraz bardziej 

zamieniała się w twardą, gliniastą polepę. 

Old Gun wysłuchał opowieści w milczeniu. 

— Rozumiem. Nie bardzo miałeś z czego żyć. Jednakże lepiej było wywędrować 

w jakieś deszczowe strony niż ryzykować życiem za marne dwa tysiące dolarów. 

Irvin wyjaśnił, że wszyscy tak bardzo się zżyli i przywiązali do tamtej okolicy, że 

nikt nie przypuszczał, aby susza mogła trwać tak długo, więc postanowili 

przeczekać zły okres. Tu wtrącił parę słów o pomocy, jaką niósł osadnikom Fulk 

Bryan. 

— Tym bardziej nie miałeś powodu wyjeżdżać zamiast siedzieć we własnej 

chałupie, na własnym gruncie. Z tego, co mi powiedziałeś, widzę, że nie groziła ci 

głodowa śmierć. Tak się złakomiłeś na nagrodę? 

Farmer energicznie zaprzeczył. 

— Coraz mniej rozumiem. Jesteś kawalerem, przypuszczam. 

— Nie. 

background image

Wyraz zdziwienia na twarzy trapera skłonił Irvina do mniej zwięzłych 

odpowiedzi. 

— Mam żonę i dziecko — wyjaśnił.  

Old Gun znów gwizdnął przeciągle. 

— Zostawiłeś ich na łasce losu — powiedział surowym tonem. — Przyznaj się, 

po prostu zwiałeś! 

— Nie uciekłem przed rodziną — zaprzeczył energicznie Irvin. — Uciekłem... 

dla rodziny. 

— To brzmi bardzo tajemniczo. Jeśli pragniesz, abym ci pomógł, powinieneś 

teraz wszystko wyśpiewać do końca. Tylko bez bajek. Zaraz się na nich poznam. I 

mów szybko, czas upływa, a nie mamy go obaj za wiele. 

Irvin zdecydował się błyskawicznie. Streścił historię minionych dni i czekał z 

niepokojem, co na to odpowie. Ale Old Gun nic nie odpowiadał. Wstał i rzucił 

zdecydowanym tonem:, 

— Siodłaj muła. Jesteś greenhorn, ale z tych greenhornów, z których wyrastają 

prawdziwi mężczyźni. 

Dopiero gdy kopyta wierzchowców pocięły stukać na kamieniach ścieżki, dodał: 

— Gdybym był twoim przyjacielem, bez względu na powodzenie czy na 

niepowodzenie wyprawy, sprałbym cię po powrocie do Greenfield tak, żebyś 

przez dwa dni ani ręką, ani nogą nie mógł ruszyć. Rozumiesz? A twojego szeryfa 

także bym zbił, że cię nie zatrzymał! 

— Miałem swoje powody... 

— Miałeś, miałeś, ale teraz nie gadaj. Jedź za mną i postępuj dokładnie tak, jak ja. 

W milczeniu posuwali się skrajem lasu. Skała o czubku zaostrzonym w iglicę 

została daleko poza nimi, gdy Old Gun, zamiast skręcić w głąb boru, jak tego 

oczekiwał Irvin, skierował konia wprost na kamienisty żleb, jaki otworzył się tuż 

przed nimi. Spod kopyt poczęły się obsuwać drobne kamyki, z grzechotem tocząc 

się w dół. 

Irvin spojrzał ku górze. Nad kamiennym wałem piętrzyły się jedna przy drugiej i 

background image

jedna nad drugą szare krzesanice poprzegradzane czarnymi plamami krzewów. 

“Tędy nie przejedziemy — pomyślał czując, jak kopyta jego muła obsuwają się 

na ruchomych piargach. — Za chwilę runiemy obaj." 

Coraz wyżej dźwigał się przed nim kościsty zad traperskiej klaczy. “Stara" 

stąpała jak górska kozica, a jej pan puścił cugle zdając się całkowicie na 

roztropność zwierzęcia. Spojrzał za siebie i aż znieruchomiał z wrażenia. Las, 

którego skrajem jechali, znajdował się obecnie bardzo, bardzo nisko, jakby 

bezkształtna, ciemna plama. Na prawo i na lewo, poza granicami żlebu leżała 

gładka i stroma lita skała, rozgrzana słońcem i dmuchająca ciepłym oddechem. 

Jeden fałszywy krok zwierzęcia groził jeźdźcowi niechybną śmiercią. Irvin 

postanowił nie patrzeć ani za siebie, ani na boki. 

Robiło się coraz gorącej. Od tego gorąca, ale również i z wysiłku grzbiet muła 

począł lśnić wilgocią. Na szczęście dotarli na platformę, za którą łagodne już 

zbocze, porosłe rzadkimi krzakami i trawą, wiodło ku przełęczy dzielącej całe 

pasmo górskie. Zdobyli tę przełęcz, gdy słońce sięgnęło szczytu, a w jego blasku 

Irvin ujrzał krainę daleką, porzniętą wąwozami, poprzecinaną srebrnymi nitkami 

strumieni, nad którymi — tu i ówdzie — wisiała kurzawa wodospadów. Na prawo 

i na lewo dźwigały się zielone połoniny, a odległy horyzont zamykały postrzę-

pione turnie. Old Gun zeskoczył z konia. 

— Trzeba dać odsapnąć zwierzętom — powiedział. 

Irvin usiadł ciężko na wielkim głazie. Czuł w kościach trud wspinaczki, w 

łydkach nieprzyjemne drżenie. 

— Popatrz — ręka trapera zakreśliła półkole. — Za tamtym lasem płynie nasza 

rzeczka, a za rzeczką powinniśmy odnaleźć zagubiony trop. No cóż? Cieszysz się, 

stary chłopie? 

— Sam nigdy bym do niej nie trafił. 

— Pewnie. Ale też nigdy nie objechałeś całego pasma Sacramento jak ja. Gdy 

pobędziesz tu dłużej... 

— Och nie! Za skarby świata. 

background image

— Marzysz już o powrocie do Greenfield? Możemy zawrócić. 

— Nie! — Irvin krzyknął. 

— Nie wrzeszcz, lepiej połóż się i odpoczywaj, 

Po pół godzinie zaczęli zjeżdżać w dół. Ciągle w dół, aż ku dolinie, środkiem 

której sennie ciurkał płytki strumyczek. Tu rozbili obozowisko. Irvin zajął się 

zbieraniem patyków i uschłych traw. Old Gun wyciągnął swą trójrurkę i począł 

krążyć tu i tam, po obu brzegach strumienia, wreszcie zawrócił. 

— Znalazłem bardzo ciekawy trop — oświadczył. 

— Ludzie? 

— Kozice i antylopy. Nie mam ani kawałka mięsa. Tobie również przydałby się 

kęs pieczeni. Siedź tutaj, oczy miej otwarte, a broń pod ręką. Przede wszystkim 

zwracaj uwagę na moją starą. Gdyby parsknęła, łap za pukawkę i chowaj się w 

krzaki. Wrócę za dwie, trzy godzinki. 

Machnął ręką i począł się oddalać, wolniutko, wolniutko, aż zmalał w oczach 

Irvina do wielkości małego punkcika poruszającego się daleko w górze. Na 

koniec i punkcik zniknął. 

Irvin tak zdążył się przyzwyczaić do obecności trapera, że teraz poczuł się bardzo 

samotnie. Zgromadził sporo paliwa, ale ognia nie rozniecił. Obejrzał muła: 

sprawdził kopyta, podkowy, obmacał nogi. Z kolei w ten sam sposób chciał zająć 

się klaczą trapera, ale zaledwie do niej podszedł, położyła uszy po sobie, uniosła 

głowę szczerząc pożółkłe zęby. Natychmiast odstąpił od zamiaru. Znał się na 

koniach przynajmniej tyle, że dobrze wiedział, czym mogą grozić tego rodzaju 

objawy końskiego humoru. Kiedyś narowisty koń chwycił go zębami za ramię i 

gdyby nie gruba kurta, pewnie złamałby kość. Zapamiętał to sobie dobrze. Więc 

teraz odsunął się pospiesznie od zwierzęcia. 

Powałęsał się tu i tam, na koniec — z nudów — wspomniał piosenkę trapera i 

spróbował sklecić jakąś własną. Wyszła koślawo i niezdarnie. Począł ją 

poprawiać męcząc się, jakby wykonywał ciężką, fizyczną robotę. Od tego trudu 

oderwał go dźwięk strzału, ani daleki, ani bliski. Zahuczał echem nad doliną i 

background image

rozpłynął się w górskiej ciszy. Strzał najprawdopodobniej pochodził ze znanej 

mu trójrurki, ale mógł być również sygnałem niebezpieczeństwa. Spotkanie 

Indian uczyniło Irvina podejrzliwym. Przykucnął pod krzakiem i ze strzelbą w 

ręku tkwił tam przeszło godzinę. W końcu ujrzał Old Guna schodzącego po 

zboczu. Traper szedł mocno pochylony, jakby coś niósł na plecach. Irvin ruszył 

pomóc i... osłupiał: Old Gun dźwigał antylopę. Dwu ludzi z trudem dałoby sobie 

radę z takim ciężarem. 

Przyskoczył, chwycił zwierzę za tylne nogi i tak donieśli je do rzeczki. 

— Do licha! Gdybym nie widział, nie uwierzyłbym. Ale z was siłacz! 

Traper chwilę oddychał ciężko i ocierał pot z czoła. 

— Mogłem wykroić tylko polędwicę, jest najsmaczniejsza, ale żal mi było 

zostawiać tyle mięsa sępom i pumom. No, rozpal ogień. Widzi mi się, że dziś 

niedaleko już ujedziemy. 

— Oni uciekną — zmartwił się Irvin. 

— Nie uciekną. Jak byś ich ścigał, nie mając czego do gęby włożyć? A na 

polowanie nie starczy ci czasu. Bierz się do ognia, ja ściągnę skórę. 

W pół godziny później na zastruganych patykach wędziły się i równocześnie 

piekły długie pasy krwistego mięsa. Old Gun rozpalił jeszcze dwa ogniska, a przy 

nich umieścił dalsze zaimprowizowanie rożny. Mięso suszyło się przez całą noc, 

kolejno go pilnowali. Gdy świt rozjaśnił niebo, juki siodeł wypełniły twarde jak 

deski, szczerniałe i pokurczone kawałki antylopiej szynki, antylopiej polędwicy, 

antylopiego podgardla, nie różniące się zresztą w tej postaci ani wyglądem, ani 

smakiem. Lecz tak przyrządzone mięso znosiło świetnie zarówno gorąco, jak 

mróz, nie psuło się nigdy. Można je było gotować we wrzątku, można było żuć, 

odłamując drobne kęsy. 

Ze śniadaniem uwinęli się prędko i nim zorze zgasły, jechali kłusem wzdłuż 

brzegu, z biegiem strumyka. Strumyk doprowadził ich do większej rzeczki, 

toczącej fale wśród piasków i kamieni. Tu zdjęli wierzchowcom uprząż, aby 

mogły wytarzać się w wodzie, i znów ruszyli dalej. 

background image

— Jesteśmy prawie u celu — stwierdził Old Gun, gdy znaleźli się na 

przeciwległym brzegu. — Teraz poznajesz tę rzeczkę? 

Irvin nic nie poznał. Takich rzeczek mógł spotkać mnóstwo i nie odróżniłby 

jednej od drugiej, powiedział tylko: 

— Ale to nie tamto miejsce. 

— Oczywiście — zgodził się traper. — Jeszcze mamy kawałek drogi do 

“tamtego", jak powiadasz, miejsca. Nie będziemy tak daleko się zapuszczać. 

Nieroztropnie. 

— Indianie? 

— Właśnie. Pewnie kręcą się po okolicy i szukają naszych tropów. Jestem 

pewien, że tych twoich bandytów znajdziemy bliżej. A teraz patrz pilnie w 

ziemię, jeśli nawet nic nie dostrzeżesz, przyda ci się taka wprawka. 

Farmer wziął to do serca i jadąc krok w krok za klaczą trapera przyglądał się 

każdemu krzaczkowi, każdej trawce, każdej kępce mchu. Wkrótce zwątpił w 

możliwość doszukania się czegokolwiek, a gdy Old Gun wstrzymał konia, do-

szedł do wniosku, że i jego przewodnik również nie odnalazł tropów. 

Znajdowali się wówczas na środku naturalnego amfiteatru — płaszczyzny 

otoczonej koliście pasmem wzniesień. 

— Popatrz no, znakomity rolniku. Coś tak wygląda, jakby tu tańcowało stado 

bizonów. 

Irvin spojrzał we wskazanym kierunku. Ziemia między dwoma iglastymi 

drzewkami była mocno zdeptana. 

— Znaleźliśmy trop — radośnie stwierdził farmer. 

— Na pewno, ale czy to jest ich trop? Jak myślisz? Chyba warto sprawdzić? 

Irvin dobrze wiedział, że jego opinia w niczym nie wpłynie na decyzję trapera. 

Więc tylko mruknął pod nosem, że “słusznie" i ruszył za Old Gunem. 

Ślady kopyt wikłały się, to z prawej, to z lewej strony, jednak nadal były zupełnie 

wyraźne, aż dotarli do miejsca, w którym jeszcze ich przybyło. 

— To właśnie tu — stwierdził Old Gun. — Tu się spotkali. 

background image

— Ci dwaj i Indianie? 

— A któż by inny? Zapamiętałem sobie to miejsce. Jakby dobrze poszukać, 

znalazłyby się i plamy krwi, ale po co nam to? Wracamy. 

— Dlaczego? — nie wytrzymał Irvin. 

— Żeby skrócić drogę. 

Cofnęli się kilkanaście jardów, wjechali w bór, ale wkrótce zarośla poczęły 

rzednąć, coraz mocniejszy blask słońca roztapiał leśny półmrok, aż wreszcie 

twarze jeźdźców owiał ciepły wiatr przesycony wonią kwiatów i traw. Otworzył 

się widok na łąkę. Puścili wierzchowce galopem. Irvin znów ujrzał stary trop. 

Pomyślał, że Old Gun jest chyba jasnowidzem, jeśli potrafił tak bezbłędnie 

odgadnąć kierunek ucieczki tamtych ludzi. 

Po godzinie pospiesznej jazdy traper zatrzymał klacz. 

— Co się stało? Nie jedziemy dalej? 

— Owszem, jedziemy. Tylko każdy w inną stronę — uśmiechnął się traper. 

— Jak to? 

— Obiecałem, że podprowadzę kawałek. Więc podprowadziłem. Masz trop tak 

wyraźny, że ślepy by dostrzegł. Pędź teraz na skrzydłach wiatru, a osiągniesz cel, 

nim jutrzejszy dzień minie. Jeśli będziesz miał tyle szczęścia, ile dotychczas, 

capniesz jednego, albo nawet obu, i wrócisz w blasku chwały i ku podziwowi 

wszystkich zacnych rolników. Ruszaj! 

— Myślałem... — zaczął Irvin. 

— Nieważne, coś myślał. Dalej nie będę ci towarzyszyć. No, bywaj! 

Spiął konia ostrogami i zawrócił w miejscu. Irvin przyglądał się pędzącej 

sylwetce jeźdźca, aż znikła w głębi lasu. 

“Szkoda — westchnął. — Nie mógł jechać ze mną?" 

Ale natychmiast zawstydził się tej myśli. Jakież miał prawo domagać się 

czegokolwiek od człowieka, który tak bardzo mu pomógł? Stwierdził ze 

zdziwieniem, że góry Sacramento pełne są dobrych ludzi i wcale nie takie puste... 

Widać szczęście mu sprzyja. 

background image

Uderzył muła piętami. Nadal ciągnęła się przed nim płaszczyzna łąki znaczona 

ścieżką tropów tak wyraźnych, że można było pędzić galopem bez obawy. I tak 

też Irvin postąpił. Zwolnił biegu dopiero wówczas, gdy zwierzę poczęło chrapać 

ze zmęczenia. Pozwolił mu więc na lekki kłus, nawet na jazdę stępa. Ale po 

jakimś czasie znów wrócił do galopu. Paliła go niecierpliwość. Niech się wreszcie 

rozstrzygnie! 

Zakończył jazdę niespodziewany widok czarnego kręgu wypalonych traw. 

Dokoła rośliny zostały powyrywane, widać było suchą, piaszczystą glebę. Irvin 

zeskoczył z siodła, ukląkł i dotknął dłonią popiołu. Gdy ją uniósł, była pokryta 

czarną warstwą spalenizny niby błotem — a więc gospodarze obozowiska zaleli 

ogień wodą, a wilgoć jeszcze nie wyparowała. Mimo gorącego dnia! 

Stwierdzenie to wprawiło Irvina w stan podniecenia. Jakże blisko musieli 

znajdować się uciekinierzy! Wspomniał Old Guna i westchnął. Ten by wiedział, 

jak teraz postąpić. Jechać dalej? Zatrzymać się do wieczora? Na otwartej 

równinie nie było gdzie się skryć. 

Rozsiodłał muła, bez większego trudu odkrył małe jeziorko wśród traw i 

zdecydował spędzić tu noc. 

Obudził się rankiem pełen przerażenia, że zasnął tak mocno w bliskim 

sąsiedztwie wrogów. Cóż, nie był przecież traperem, lecz rolnikiem, uczciwie 

przesypiającym noce we własnym łóżku. 

Szybko zagotował wodę, napoił muła, pracowicie przeżuł kawał wysuszonego 

mięsa i ruszył w drogę. Słońce określiło kierunek jego jazdy. Pasma gór malały 

oddalając się coraz bardziej. Pędził teraz na wschód, nie na południe, nie w stronę 

granicy Meksyku. Szczęśliwie się złożyło, że ścigani przestępcy zmienili trasę. 

Gdyby nie spotkanie z Indianami znajdowaliby się zapewne już poza Rio Grandę, 

na ziemi, na której nie obowiązywały zarządzenia szeryfów, gdzie nic nie znaczył 

list gończy, jeśli nie został potwierdzony przez miejscowe władze. 

Upływały godziny, minął dzień, a na horyzoncie nie dostrzegł ruchomej sylwetki. 

Następnego dnia ujrzał znów ślad ogniska — i nic więcej. Tak minął jeszcze 

background image

jeden i jeszcze... Skończyła się łąka, zrzedły trawy, coraz częściej kopyta muła 

grzęzły w sypkim, czerwonym piachu. Ukazały się kaktusy — samotni strażnicy 

jałowej gleby. Dokoła krajobraz prawie pustynny, smutny, przypominający 

beznadziejne przestrzenie  Llano Estacado. Piach, raz twardy, kiedy indziej sypki 

tak bardzo, że nogi muła zapadały się w nim po pęciny, uniemożliwiał szybszą 

jazdę. Irvin przypomniał sobie zasłyszaną niegdyś (już nie pamiętał, od kogo) 

opowieść o ruchomych piaskach pochłaniających — bez żadnych możliwości 

ratunku — konia wraz z jeźdźcem. Wzdrygnął się. Ale przecież jego poprzednicy 

tędy przejechali... 

Wieczorem czekał go znowu — jak kartka kalendarza — kolejny ślad po ognisku. 

Niewiele różnił się od poprzednich, tyle że otoczenie było odmienne. Bardziej 

zielone, pełne krzewów. Nałamał gałązek i począł je układać na starym 

popielisku. I nagle przerwał zajęcie — tuż przy czarnym kręgu, wśród rzadkiej 

trawy, leżał mały stosik ostróżyn. 

Zdumiony, drżącymi palcami począł zbierać białe ścinki, cienkie i wąskie. 

Znalazł ich pełną garść. Potem zbadał jak najdokładniej odciski stóp i kopyt. Nie 

był mistrzem w tej dziedzinie, ale przecież zorientował się, iż obozowało tu kilku 

ludzi, nie jeden. A dokoła pasło się kilka koni. Cóż więc porabiał w tym miejscu 

Old Gun? Tak. Old Gun! To on, to przecież on miał zwyczaj, siedząc przy ogniu, 

strugać kozikiem patyczki. Czyżby to miało znaczyć, że traper przyłączył się do 

bandytów? 

Odkrycie było przerażające. Stary traper wyprzedził Irvina, jadąc inną drogą, i 

teraz znajdował się przed nim, nie za nim. Na pewno zawiadomił uciekających o 

pogoni! 

“Cóż za łotr! — pomyślał. — Odebrał mi wszystkie szansę..." 

Tak, teraz nie pozostawało nic więcej do zrobienia, jak tylko zawrócić. Jeden 

przeciw trzem? I to przygotowanym na wszystko i nie cofającym się przed 

niczym. Czyżby nie istniała już żadna możliwość wygranej? Kiedy tak zapytywał 

sam siebie, powziął ostateczną decyzję. Właśnie, że nie zrezygnuje! Nie zawróci! 

background image

Niech się dzieje co chce. On już pokaże tym bandytom! A przede wszystkim temu 

zdrajcy Old Gunowi. 

Rozsiodłał muła, zajął się rozpalaniem ogniska. I zaraz ogarnęły go wątpliwości. 

Czy to możliwe, aby traper był wspólnikiem bandytów? Wobec tego po co 

pomagał Irvinowi? Czemu zaopatrzył go w żywność na dalszą drogę i 

naprowadził na szukany trop? A może po prostu chciał przywieść do zguby? 

A gdyby Old Gun sam zamierzał schwytać zbiegów? To wyglądało bardziej 

prawdopodobnie. Złakomił się na pieniądze, które zrabowali. Cóż za wstrętny 

człowiek! I pewno da sobie radę. A potem czmychnie do Meksyku lub 

gdziekolwiek indziej. Któż będzie o tym wiedział, kto go będzie ścigał? Ale co w 

takiej sytuacji czynić? 

Dumał nad tym długo podczas nocy. Podświadomie odczuwał, że jego zarzuty i 

podejrzenia jakoś nie pasują do osoby Old Guna, fakty jednak same oskarżały. A 

może Irvin błędnie je tłumaczył? 

— Ach, gdyby tu znajdował się Karol! — westchnął. — A chociażby Abraham 

Lamb, poczciwy samotnik. 

background image

Jeszcze jedno spotkanie 

 

Następny dzień zapowiadał się ponuro od samego ranka. Niebo, zaciągnięte 

szarymi, nisko wiszącymi chmurami, zdawało się przygniatać ziemię i samotnego 

jeźdźca. Począł siąpić drobny, przenikliwy deszczyk, widoczność jeszcze 

bardziej zmalała. Irvin jechał poprzez drżącą zasłonę wilgoci, rozpostartą między 

niebem a ziemią, gęstniejącą w dali w ciemną, nieprzeniknioną oponę. Po 

godzinie i farmer, i jego muł wyglądali tak, jakby wyszli właśnie z wody. 

Kraina była pagórkowata, sprzyjająca rozmaitym niespodziankom. Irvin zdawał 

sobie z tego sprawę; rozglądał się uważnie dokoła i objeżdżał niebezpieczne 

wzniesienia. Czujność przydała się. Dostrzegł w dali siną, bardziej siną od 

deszczowej mgiełki smugę wijącą się od ziemi ku niebu. Co pewien czas smuga 

nikła, aby po chwili wybuchnąć kłębami prawie czarnego dymu. Ktoś rozpalił 

ognisko bardzo mokrym drzewem. No bo gdzież tu znaleźć choćby kawałek 

suchego patyka? 

Irvin z palcem na cynglu przebył z pół mili, aż dostrzegł wśród deszczowej 

szarugi daleki, przymglony pas wody. Wtedy dopiero zeskoczył z siodła i klucząc 

między pagórkami obserwował coraz wyraźniejszą smugę dymu. Niemal już czuł 

ostry zapach spalenizny. Zatrzymał się. Uwiązał muła na bardzo krótkiej lince, a 

sam schylony i baczny na wszystko, począł posuwać się ostrożnie między 

nierównościami gruntu. Nagle usłyszał odgłos wystrzału, przytłumiony 

deszczową mgłą, a przecież wyraźny i bliski. Nurknął w zarośla, przeczołgał się 

poprzez gąszcz i ostrożnie wysunął głowę już po przeciwnej stronie. 

Pas zarośli kończył się na wysokim brzegu rzeki, nad obrywem, za którym bardzo 

nisko, na samym skraju rzecznego nurtu, leżał szmat piachu. Na takiej to właśnie 

plaży dymiło ognisko, a obok — trzech ludzi. Jeden leżał nieruchomo jak pień 

zwalonego drzewa, z rękami wyrzuconymi na boki, z głową dziwnie przekrzy-

background image

wioną. Drugi klęczał obok, grzebiąc w jukach siodła. Trzeci stał ze strzelbą w 

ręku, z gołą głową, która świeciła jak płomień. Miał włosy rude, niemal 

czerwone. 

Irvin poczuł gwałtowne bicie serca. Pojął, że nadeszła z dawna oczekiwana 

chwila. Rudzielcem był jeden z dwu bandytów ściganych gończym listem. 

Ukryty w krzakach, gorączkowo myślał, jak ma teraz postąpić. 

— No, co tam? — usłyszał głos, ten sam głos, który pytał o wodę pamiętnego 

wieczoru w Greenfield. 

— Oni, oni... — szepnął do siebie. — Ale kim jest ten trzeci? 

— Co tam? — powtórzył rudzielec. — Znalazłeś? 

Klęczący przy siodle podniósł się. W ręku trzymał sporej wielkości przedmiot, 

przypominający wypchany woreczek. 

— Nie odgadniesz — odparł. 

— Co takiego? 

— Złoto. Stary musiał trafić na żyłę. 

— Mamy szczęście. 

Rudy roześmiał się. W uszach Irvina ten uśmiech zabrzmiał przerażająco. Tak 

cieszyć się mogli tylko diabli w piekle. 

Teraz farmer zrozumiał wszystko. Leżąca postać — to Old Gun. Ciężko ranny 

albo zabity. Jak to się stać mogło, że doświadczony westman dał się podejść 

bandytom? Zamiast zabrać im łup — sam stracił wszystko. “Oto do czego 

prowadzi chciwość" — szepnął w głębi swej duszy farmer. Jednakże próba 

morderstwa tak jak morderstwo jest przestępstwem zasługującym na najwyższą 

karę, a Irvin zrządzeniem losu stał się teraz jedynym, choć nieoficjalnym, 

przedstawicielem sprawiedliwości. Poczuł na sobie ciężar odpowiedzialności, a 

jednocześnie jakby uczucia dumy. Strach go opuścił. Musi przystąpić do akcji. 

Przeczekał, aż człowiek z woreczkiem zbliży się do człowieka o rudej głowie. 

Teraz miał ich obu na muszce. Wolniutko wyszedł z zarośli, z kolbą przyłożoną 

do ramienia. Chybić było niepodobieństwem, ale nie miał zamiaru strzelać. 

background image

Wykalkulował sobie, że pod groźbą lufy zmusi jednego z opryszków do 

związania drugiego, a pierwszego sam skrępuje. Plan był niesłychanie prosty... 

— Ej, wy tam! Ręce do góry! 

Nie zawahali się ani sekundy. Może mieli doświadczenie, a może... po prostu nic 

do stracenia. Rudy okręcił się bokiem, na pół schylony. 

To trwało mgnienie oka. W tym ruchu musiał wyszarpnąć rewolwer zza pasa, bo 

grzmotnął strzał, kula bzyknęła nad uchem farmera. Nim huk przebrzmiał Irvin 

trzykrotnie, a może czterokrotnie pociągnął za cyngiel. To był raczej odruch, a nie 

przemyślany akt woli. Po latach wspominał o nim Irvin, bardziej wstydząc się 

swego czynu, niż stawiając go za przykład odwagi — Dziś postąpiłbym inaczej 

— stwierdzał za każdym razem. 

Ale to “dziś" dzielił od tamtego zdarzenia długi okres nabytych doświadczeń w 

rozmaitych nie mniej groźnych okolicznościach. 

Po pierwszym strzale “rudy" zachwiał się, po drugim — zwalił na ziemię. Wielki, 

lśniący colt wypadł mu z dłoni i zarył w piasku. Wówczas człowiek trzymający 

woreczek wrzasnął przeraźliwie i rzucił się w bok. Irvin zeskoczył z urwiska, ale 

uczynił to zbyt późno. Tamten już gnał przed siebie z szybkością antylopy 

ściganej przez pumę. Farmer — za nim. Ale nogi miał zesztywniałe po 

całodziennej jeździe. Dał się wyprzedzić o kilka jardów. Dostrzegł osiodłane 

konie. I to zadecydowało o ostatecznej przegranej. Uciekający wskoczył w biegu 

na wierzchowca i ruszył galopem. Jeszcze odwrócił się, strzelił dwukrotnie. 

Później i jeźdźca, i konia zakryły nierówności gruntu. Zawrócił. Przy ognisku 

spoczywały nieruchomo dwa ludzkie ciała. Cóż za okropny widok! 

Ukląkł przy traperze, poszukał rany. Kula przebiła kapelusz i utkwiła w tyle 

głowy. Old Gun był martwy. Rudy bandyta również nie dawał znaku życia. Irvin 

powstał z klęczek. 

 

Oto koniec wyprawy. Nie przypuszczał, że będzie tak tragiczny. Należało zająć 

się pochówkiem. 

background image

Piasek plaży był sypki, ale czym go kopać? Farmer wdrapał się na wysoki brzeg 

w poszukiwaniu jakiegoś grubszego patyka, który mógłby zastąpić łopatę. Nie 

była to jednak prosta sprawa — wszystkie gałązki krzewów uginały się pod 

naciskiem dłoni. Na nic. 

Szukał bezskutecznie, wędrując wzdłuż zielonego urwiska. Nagle zawrócił, 

prawie pędem, bo przeraziła go nieoczekiwana myśl, że podczas jego 

nieobecności mógłby tu przybyć jakiś samotny wędrowiec, albo grupa 

wędrowców. Mogli zabrać konie... Pod Irvinem nogi zadygotały. Strach 

przeniknął go od czubka głowy do pięt. Ale plażę ujrzał pustą i cichą. Siadł, raczej 

osunął się na zboczu skarpy, cały mokry od potu, z trudem łapiąc oddech. 

Przecież gdyby ktokolwiek zjawił się teraz, widok dwu martwych i jednego 

żywego świadczyłby niechybnie przeciw niemu, jako sprawcy zbrodni. Czy 

potrafiłby się wytłumaczyć? Czy uratowałby go list gończy? 

Co za szczęście, że nie ma nikogo! Szara, zamazana przestrzeń wypełniona 

kropelkami deszczu: ni ludzi, ni zwierząt. Czuł jednak, że się nie uspokoi, póki 

nie oczyści pobojowiska, póki — wreszcie stąd nie odjedzie. Ukląkł na plaży i rę-

kami począł kopać głęboki dół. Trwało to bardzo długo, tym bardziej że co kilka 

minut przerywał robotę, wdrapywał się na wysoki brzeg i bacznie obserwował 

horyzont. 

Kiedy wreszcie dopełnił smutnego obowiązku, poczuł się tak słaby, że przez 

dłuższy czas nie miał siły dźwignąć się z klęczek. 

Potem znów wdrapał się na skarpę i wytężał oczy, czy w dali nie dostrzeże 

jeźdźca zdążającego ku rzece. Cóż to była za rzeka? Jeśli go zapytają, gdzie ich 

dopadł, cóż odpowie? Mimo że tyle lat przesiedział w Teksasie, nie orientował się 

w geografii tego stanu. Karol na pewno potrafiłby bezbłędnie określić nazwę tej 

rzeki. Irvin wiedział tylko tyle, że dużych rzek nie było w tych stronach wiele. Ta 

— kto wie? — to chyba Kolorado. Południowa Kolorado wpadająca do Zatoki 

Meksykańskiej. Zresztą, pal licho! Nagle przyszło mu na myśl, że uciekający ban-

dyta mógł zabrać wszystkie zrabowane pieniądze. Pognał na plażę, dopadł koni. 

background image

Stały spokojnie, choć nie były spętane. Prawdopodobnie bandyci gotowali się do 

drogi, gdy ich zaskoczył. Założył kawałki rzemieni na przednie nogi jucznego 

podjezdka i drugiego, przeznaczonego do jazdy wierzchem. Kościstą szkapę 

starego trapera odnalazł ukrytą w krzakach. Nie była osiodłana, podobnie jak i 

luzak. Zostawił ją w spokoju i począł przeglądać zawartość juków. Najpierw 

rozwiązał tobołki. Znalazł w nich dwie pary nowiutkich butów, kompletny i 

chyba jeszcze nie noszony strój traperski. Wyciągnął kilka pudełek nabojów 

rewolwerowych i ładunków do winchestera, dwie butelki whisky, spory zapas 

suszonego mięsa, sucharów i kilka puszek zmielonej kawy, sól, ba, nawet cukier! 

Była to istna spiżarnia. Ale obfitość zapasów wcale nie poprawiła nastroju Irvina. 

Wśród tych przedmiotów nie znajdowało się przecież to, co mogłoby w oczach 

szeryfa wyglądać na dowód tożsamości zabitego bandyty. A więc ta cała wypra-

wa nie przyniesie mu żadnych korzyści... 

Przerażony, drżącymi ze zdenerwowania dłońmi począł badać wnętrze drugiego z 

juków. Odetchnął z ulgą, gdy wyciągnął pierwszy z brzegu pakuneczek, dość 

ciężki, owinięty grubym papierem, z wyglądu przypominający sporej długości 

kiszkę. Końcem noża rozpruł opakowanie. Na piach posypały się czerwonozłote 

krążki. Monety! Powtórnie sięgnął dłonią do wnętrza skórzanej torby. Jeszcze raz 

i jeszcze raz. Pełna była złota. Dlaczego rabusie wieźli łup w jukach luźnego 

konia, a nie przy sobie? Odpowiedzi na to pytanie udzieliła mu dokładna rewizja 

siodła drugiego wierzchowca. Zostało ono dosłownie nafaszerowane 

papierowymi banknotami i paroma funtami srebrnych dolarówek. Ile tego było? 

Przeliczenie skarbu postanowił Irvin odłożyć na później. Szybko pochował 

pieniądze, założył uprząż na luzaka i przywiązał go do siodła swego muła. Co 

miał uczynić z pozostałymi dwoma końmi? Dla każdego rolnika koń przedstawia 

dużą wartość, ale prowadzenie takiego stada czworonogów musiałoby znacznie 

przedłużyć powrót. Zdecydował się więc na zabranie tylko jednego, najlepszego 

wierzchowca. Za takiego uważał, wbrew zewnętrznym pozorom, klacz Guna. 

Niestety, próba jej osiodłania spełzła na niczym. Zwierzę kładło uszy, szczerzyło 

background image

zęby, wspinało się niebezpiecznie. Trzykrotnie ponawiał próbę i trzykrotnie 

musiał odstępować. To była dzika bestia. 

Podszedł do drugiego z wierzchowców, rozsiodłał go i mocno klepnął po zadzie. 

Zwierzę wierzgnęło i ruszyło kłusem brzegiem rzeki. Teraz Irvin dosiadł muła i z 

luzakiem na lince ruszył ku zachodowi, mimo że dzień się kończył, a do 

zapadnięcia zmroku niewiele brakowało. Nie chciał nocować w tym miejscu. 

Jechał zresztą niezbyt długo i po kilku milach rozbił obozowisko nad brzegiem tej 

samej rzeki. Rozpalając ogień myślał, że dwa pozostawione konie na pewno 

lepiej sobie dadzą radę od niego: albo przyłączą się do stadka mustangów, jeśli 

takie w tych stronach istnieją, albo same staną się mustangami. Mimo wszystko 

żałował utraconej zdobyczy, która — jak sądził — słusznie mu się należała. W 

przeciwieństwie do pieniędzy. Ciągle jeszcze nie wiedział, ile ich było, nie to 

jednak wydawało mu się najważniejsze. Nie to. Stanowiły przecież niezbity 

dowód, że zwycięsko zetknął się z rabusiami. Gdyby nawet nie dano wiary, że 

zabił jednego z bandytów, na pewno otrzyma nagrodę za odzyskanie 

zrabowanych pieniędzy. Może nawet wyższą od ogłoszonej w liście gończym? 

Bardziej to Irvinowi odpowiadało. Bo chociaż działał we własnej obronie, 

niemiłą wydawała mu się nagroda za taki czyn. 

Rozkulbaczył konie, zagotował kawę na ogniu i pozwolił sobie na sutą wieczerzę, 

składającą się z sucharów i mięsa. Pogrążony w zadumie rozmyślał nad losem 

Old Guna. Już teraz nie żywił do niego żalu. Ale nadal nie mógł pojąć, jak to 

mogło się stać, że odkrywca złotej żyły, człowiek gardzący miejskimi uciechami, 

nagle złakomił się na zrabowane pieniądze. Po co mu były potrzebne? Czyżby 

Old Gun grał przed nim komedię? A może... 

Irvina nagle zaskoczyła myśl nowa, pozornie nieprawdopodobna, nie do wiary. A 

przecież, przecież... możliwa. Bo jeśli Old Gun zapragnął Irvina wyręczyć? 

Odebrać bandytom zdobycz, pojmać ich samych i przekazać farmerowi? Któż 

odgadnie, co zaplanował sobie stary traper? 

Do tych myśli Irvin powracał wielokrotnie. Jednakże ani teraz, ani później, po 

background image

latach, nie zdołał sobie wyrobić jasnego poglądu. 

Całą noc przesiedział czekając z niepokojem, czy drugi bandyta nie powróci. Na 

szczęście nie doczekał się. Przestępca albo uwiózł z sobą część łupu, albo nie 

chciał ryzykować życiem. Prawdopodobnie pieniądze znalezione w jukach siodeł 

stanowiły jedynie część zrabowanej sumy. A zagarnięty woreczek ze złotem 

zapewne wyrównał stratę. Rano Irvin czym prędzej ruszył w powrotną drogę. 

Przypominał ją sobie dokładnie, więc mógłby nawet posuwać się szybko, gdyby 

nie juczny koń. Ale Irvin nie mógł go się pozbyć. Po pierwsze dlatego, że 

zamierzał zwrócić muła Abrahamowi Lamb; po drugie — ponieważ odzyskana 

kwota pieniędzy nie zmieściłaby się w jukach jednego siodła bez opróżnienia ich 

z pokaźnej części zapasów żywności. 

Stary trop, ciągle jeszcze widoczny, poprowadził farmera na nowo w góry. Tu 

ślady znikły zmiecione przez wiatr. Odtąd należało orientować się tylko przy 

pomocy krajobrazu. A pamięć okazywała się zawodna. Już, już Irvin sądził, że w 

tym właśnie miejscu poprzednio się zatrzymał, że tą ścieżką jechał — gdy nagle 

jakiś nieznany szczegół zmuszał do zatrzymania się z obawy przed zbłądzeniem. 

Kłopoty z odnalezieniem właściwego kierunku mnożyły się. Wielokrotnie musiał 

zawracać, trafiając na wąwozy bez wyjścia lub na dolinki zamknięte pniami 

drzew powalonymi przez wichury albo lawinami kamieni. 

Być może Vincent Irvin wyjechałby wreszcie z tego labiryntu szczytów i 

przepaści, nagich skał i pierwotnych borów. Być może nie wyjechałby nigdy, 

zmożony wysiłkiem ponad ludzką wytrzymałość. Ale raz jeszcze los się doń 

uśmiechnął. I to w najodpowiedniejszej chwili, bo po dniu niezwykle 

wyczerpującym, podczas którego aż trzykrotnie trafił na zawalone skalnym 

piargiem ścieżki, zmuszające do nadkładania drogi o wiele mil, aby znowu trafić 

na plątaninę naturalnych szlaków i zastanawiać się długo, który z nich wybrać. 

Było to coś w rodzaju loterii. Każda ścieżka kryła niespodziankę. 

Pechowego dnia, gdy zmrok począł okrywać ziemię, a farmer rozglądał się, gdzie 

by najlepiej rozbić biwak, ujrzał daleki blask ognia. Początkowo sądził, że padł 

background image

ofiarą złudzenia. Chyboczący płomyczek to ukazywał się, to nikł w 

przedwieczornej szarówce jak duch gór. Dopiero gdy zjechał ze ścieżki w małą 

dolinę, ujrzał go zupełnie wyraźnie. Każdego innego wieczoru Irvin — na taki 

widok — zawróciłby konie i czym prędzej się oddalił, pamiętając o jukach 

pełnych pieniędzy. Każdego innego wieczoru, ale nie po tak morderczej 

wędrówce! Irvin ledwo trzymał się na siodle, był ociężały, senny, zrezygnowany. 

Bał się, że lada chwila pogrąży się w niebezpiecznej drzemce. A ognisko 

wyglądało tak zachęcająco! Ruszył wprost na nie. Potem zsiadł z muła i z ręką 

opartą na kolbie rewolweru (zdobycznego rewolweru) wolno pomaszerował 

przed siebie aż do miejsca, w którym blask ognia padł na jego buty. Przy 

malutkim ognisku siedział jeden tylko człowiek. 

— Dobry wieczór — powiedział siląc się na beztroski i rzeźwy ton głosu. 

— Dobry wieczór. Siadajcie. Mnóstwo tu miejsca, a i na ząb także coś się 

znajdzie. Spóźniony towarzysz lepszy od żadnego. Obserwowałem was od dawna 

i zgadywałem: przyjdzie, nie przyjdzie... 

Irvin bez słowa, jak automat, zdjął uprząż, złożył przy ognisku. 

— Jest tu gdzie woda? — zapytał. 

— Mnóstwo wody. Konie wskażą wam do niej drogę. Popatrzcie. 

Farmer odwrócił się. Jego oba wierzchowce biegły lekkim truchtem w kierunku 

krzaków na skraju dolinki. Natychmiast pospieszył za nimi. Strumień płynął 

bezszelestnie zaraz za zieloną zagrodą. Poczekał, aż zwierzęta zaspokoją 

pragnienie, później kilka razy zanurzał głowę w nurcie. Odeszła go senność. 

Wstał i pognał konie z powrotem. 

— Weźcie je na linki — poradził nieznajomy. — W pobliżu znalazłem ślady 

pumy. Cieszę się, że noc spędzimy razem. Sam jeden nie mógłbym oka zmrużyć. 

— A wasz koń? 

Nieznajomy wskazał palcem za siebie. 

— Siadajcie. 

Farmer osunął się na ziemię i oparł plecami o zwaloną uprząż i siodło. 

background image

— Teraz sobie podjemy — mówił nieznajomy. — Czekałem na was z pieczenią. 

Wstał. Irvin spostrzegł, że przypadkowy towarzysz był wyjątkowo małego 

wzrostu. Żeby nie glos, twardy i męski, można by go wziąć za chłopca. 

Przyjął płat dymiącego mięsa rozłożony na wielkim liściu. Spopielały z wierzchu, 

ale soczysty i pachnący pod skorupą spalenizny. A smak? Jakże różnił się od tej 

zupki na suszonym mięsie, którą przez tyle dni się żywił! 

— Znakomite — stwierdził nie mogąc ukryć zadowolenia. 

— Wygłodnieliście?. 

— Nie trafiła mi się żadna zwierzyna, a suszone mięso to niezbyt przyjemna 

potrawa. 

— Z daleka droga prowadzi? 

— Jadę do Greenfield — odparł Irvin, co nie było odpowiedzią na zadane pytanie, 

ale widać zadowoliło nieznajomego. 

— Nie wiem, gdzie to jest — stwierdził. — W Teksasie? 

Farmer skinął głową. 

— Na wschodzie, na zachodzie? 

— Na północy. 

— Byliście już tam kiedy? 

— Ja mieszkam w Greenfield. 

— I cóż porabiacie w tym Greenfield? 

— Jestem rolnikiem. 

— Ho, ho! Kto by myślał? Spotkało się dwu rolników. 

— Tak? — uradował się Irvin. — Gdzie macie gospodarstwo? 

— Teraz to już... nigdzie. Zajmowałem się rolą do czasu, aż cisnąłem ją w diabły! 

— Susza? — zagadnął Irvin mając na myśli przyczynę swych nieszczęść. 

— Jaka tam susza! Wody miałem cały czas pod dostatkiem. Co innego mnie 

wygnało. Ech, farma była zupełnie dobra. W Albercie. W Kanadzie — dodał. — 

Ziemia jak złoto, pszeniczna. I gdyby nie tamta piekielna pogoda... 

— Deszcze? 

background image

— Nie deszcze. Ani deszcze, ani susza. Coś znacznie gorszego. 

— Nie ma nic gorszego od suszy — stwierdził Irvin z całą powagą. 

— Jest, jest. 

Zamilkł i zajął się gorliwie ogrzaniem wielkiej kości obrośniętej mięsem. 

— To kozica — wyjaśnił. — Wolę antylopy, ale ich ostatnio w tych stronach nie 

spotkałem. Chyba z powodu tej pumy. Włóczy się za mną bestia od trzech dni. 

Jak się nie odczepi, wezmę pukawkę i zrobię porządek. 

— Więc co to było w Albercie? — nawiązał Irvin do przerwanej rozmowy. 

— W Albercie... W tych stronach nikt mi nie wierzy. I wy nie uwierzycie. Ale 

powiem. Tam jest taki dziwny klimat. Niczego, człowieku, nie potrafisz 

przewidzieć. Same niespodzianki, co jedna to gorsza. 

Przerwał. Irvin cierpliwie czekał, aż skończy ogryzać kość i rzuci ją w sam środek 

żarzących się głowni, z których natychmiast wystrzelił czerwony język ognia. 

— Wyobraź sobie, towarzyszu, że siejesz pszenicę. Gdzieś w kwietniu. Ciepło, 

ziemia w sam raz, deszcz pokropi, słonko przygrzeje. I ani się spostrzeżesz, a tu 

zieleni się dokoła twoja rola. Zmordowałeś sie, bo zmordowałeś, ale teraz możesz 

czekać spokojnie do żniw. Zbierzesz ziarno, pojedziesz do miasta i wypchasz 

pieniędzmi wszystkie kieszenie. Tak właśnie wtedy myślałem. Nadszedł 

czerwiec. Widzę, łodygi wysokie na pięć stóp, a na nich kłosy na pięć cali długie 

Zacieram ręce. Jeszcze miesiąc, półtora i zacznę sypać ziarno do worków. 

Każdego ranka gnałem na swoje pole, żeby popatrzeć, jak zboże rośnie a rośnie. 

Moje zboże! A któregoś ranka, z różowym świtem, co pogodę zapowiada, 

wybiegłem z chałupy i nogi mi wrosły w ziemię. Czy to sen? Oczy przecieram, 

ale nic się dokoła nie zmienia. Cóż to za diabelskie figle? Przez cale moje złote 

pole przeszedł jak gdyby ciężki walec, jakim ubijają kamienie na drogach. Co za 

dziw? Na prawo i na lewo równą linią stoją kłosy, jak wojsko na paradzie. A 

środek, szeroko na trzy jardy, zboże leży. Zdeptane, wbite w ziemię. splątane 

łodygi. Zacząłem je podnosić. Na nic. Tylko poczułem pod palcami jakby szron. 

Skąd szron w lipcu? Nie mogłem zrozumieć. Dopiero: później mi wytłumaczono. 

background image

Gdzieś od północy, w samym środku upalnego lata, przyleci taki piekielnie zimny 

wiatr i zwarzy na swej drodze wszystko, co napotka. Zwarzy, połamie, wdepcze 

w grunt i pogna dalej. 

— Dziwne — mruknął Irvin nie wiedząc, czy opowiadanie uznać za żart. 

— Piekielny klimat — mówił dalej nieznajomy. — Nadal nie pojmuję, jak to się 

dzieje, że ten mroźny wiatr dmie jakby przez tunel. W środku takiego tunelu 

kilkadziesiąt stopni mrozu, po bokach kilkadziesiąt ciepła. 

— Ale całej pszenicy nie wymroził przecież — wtrącił się Irvin. 

— Tym razem. Bo w tydzień później nadleciał innym szlakiem i położył drugą 

partię zboża. Z ocalałej resztki zebrałem mniej niż zasiałem. W roku następnym 

wszystko powtórzyło się bardzo dokładnie. Machnąłem ręką na gospodarkę i 

uciekłem. Prawdziwy rolnik długo tam nie wytrzyma. Bo na przykład... Na 

przykład jest zima siarczysta i palisz w piecu. Kładziesz się spać i nakrywasz 

kożuchem na dodatek. Jest luty, sam środek tamtejszej zimy. Mróz. Budzisz się 

nad ranem. Duszno i gorąco, cały jesteś oblany potem. Ani chybi choroba. Więc 

nakrywasz się jeszcze szczelniej, żeby wypocić z siebie gorączkę, i pocisz się 

jeszcze bardziej aż do samego świtu. Wreszcie wychodzisz na dwór. I co widzisz? 

Kiedy kładłeś się spać, twoją chatę otaczała bezkresna płaszczyzna śniegu, 

wysokiego na chłopa. A teraz? Myślisz, żeś znalazł się na wyspie. Dokoła woda, 

prawie sama woda. Płyną strumienie i rzeki pochyłościami gruntu. A w 

zagłębieniach jeziorka, stawy, jeziora. Błoto się lepi do butów, a w twarz dmie 

gorący wiatr. Wydaje ci się, żeś przespał zimę. Zrzucasz z siebie jeden 

przyodziewek po drugim, aż zostajesz w samej koszuli. I już wiesz, że w nocy 

wcale nie chorowałeś, że to po prostu chinook, o którym ci kiedyś ktoś mówił. 

Ale albo zapomniałeś, albo nie wierzyłeś. 

— Co to jest: chinook? — zagadnął Irvin. 

— Wiatr, który w samym środku zimy potrafi dmuchnąć warem. Zrywa się od 

zachodu, od Gór Skalistych. W ciągu godziny może podnieść temperaturę o 

dziewięćdziesiąt stopni *. Takie są tamte strony. Dlatego przeniosłem się gdzie 

background image

indziej. 

— Aż tu? 

— O, nie! Po drodze zawadziłem o kilka innych miejscowości... 

Rozgadał się na dobre. A Irvin uznał, że będzie najlepiej przeciągnąć rozmowę do 

świtu, bo bał się zasnąć z powodu swych “skarbów". 

Nieznajomy przerwał na chwilkę, wydobył fajkę. 

— Palicie? 

Na przeczącą odpowiedź schylił się nad ogniem, wygrzebał czerwony węgielek i 

palcami położył go na główce fajki. Zaciągnął się i wypuścił kłąb dymu. 

— Różnie się bywało i w różnych stronach — nawiązał do przerwanej opowieści. 

— Opowiadano mi o złocie. Trochę było w tym łgarstwa, ale i nieco prawdy. 

Słyszałem o takim, który w Brytyjskiej Kolumbii * znalazł nugget * wagi 60 

funtów*. Tkwił w szczelinie skalnej. A inny znowu farmer, jadąc wozem w 

prowincji Victoria, wjechał na głaz sterczący z ziemi. Zatrzymał konie, żeby 

obejrzeć, czy nie uszkodził koła. I wówczas zwrócił uwagę na dziwnego koloru 

rysę, jaką koło wyżłobiło w kamieniu. Spróbował kamień wydobyć. Machnął 

łopatą raz, drugi i zrobił dwie dodatkowe rysy, żółtej barwy. To był dziwnie 

miękki kamień. Wykopał go. Zawiózł do domu. No i co powiecie? Bryła złota 

ważąca ponad dwieście funtów! Nasłuchałem się takich historyjek, a 

nasłuchałem. I postanowiłem sam poszukać szczęścia. Ale nie w Kanadzie. 

Zbrzydła mi do cna. Zasłyszałem, że w Kalifornii odkryto w kilku miejscach 

złotonośne żyły. Postanowiłem tam się wybrać, ale że z pieniędzmi było krucho, 

powędrowałem najpierw na północ. Zimą. Wróciłem z tobołem  

 

Mowa o skali termometru Fahrenheita.  

Brytyjska Kolumbia — prowincja Kanady.  

Nugget — bryłka rodzimego złota. 

Funt angielski równa się 0,453 kg. 

 

skórek, a było wśród nich kilka srebrnych lisów. Za jedną taką skórkę płacono 

background image

wówczas w mieście 50 dolarów. Dopiero nakupiłem żywności, broń, konia jak się 

patrzy, siekierę, patelnię i tak obładowany ruszyłem na południe. Trochę prerią, 

trochę górami. Namęczył się wtedy człowiek i nagłowił nieraz. 

Westchnął. Kawałkiem patyka począł czyścić fajkę. 

— No i co? Znaleźliście złoto? 

— Znalazłem i nie znalazłem. Długa to historia. 

Irvin spojrzał w niebo. Świeciły gwiazdy, jedna przy drugiej. Nocna cisza 

rozpostarła się dokoła. 

— Opowiedzcie — poprosił, ciągle myśląc o swym “skarbie" i o tym, aby nie 

zasnąć. 

— Niech tam! Opowiem. Ta włóczęga tylko na dobre mi wyszła. Każda włóczęga 

napędza człowiekowi rozumu. Jak sobie dłużej pojeździ, zaraz innymi oczami 

spogląda na świat. Spróbujcie kiedy. 

— Nie, nie! — zaprotestował Irvin. — Nie mam zamiaru nigdzie więcej jeździć, 

chyba do stacji kolejowej, żeby zboże dostawiać. 

— No to po co wybraliście się na te pustkowia? — zagadnął znienacka. 

Irvin na chwilę zapomniał języka w ustach. Coś jednak należało powiedzieć. 

Więc zaczął od suszy, jaka gnębiła Greenfield, i znalazł wdzięcznego słuchacza, 

który zrozumiał go i współczuł. 

— Wybrałem się na polowanie, żeby trochę mięsa przywieźć do domu — 

zakończył niezręcznie. 

— I niczego nie upolowaliście. 

— Niewiele. Ledwie samemu starczyło. 

— Hm, to ta wasza osada gdzieś niedaleko musi leżeć, co? 

Irvin zląkł się. Jeśli tamten zacznie go wypytywać, zapłacze się w kłamstwach 

albo wygada. Aż się spocił z przejęcia. Na szczęście nieoczekiwane wydarzenie 

przerwało rozmowę. Nieznajomy szybko dorzucił drzewa do ogniska, buchnął 

wysoki płomień. 

— Słyszeliście? — zapytał półgłosem. 

background image

— Nie. 

— Koń parsknął. Ta puma znowu się tu włóczy. Chodźmy — powiedział sięgając 

po fuzję. — Dobrze strzelacie? 

Irvin przyznał, że nie jest mistrzem w tej sztuce. 

— Wobec tego nie możemy się rozdzielać. 

Poszli w czarniejszy od nocy gąszcz krzaków. W ciszy stuknęły kopyta. 

— Tam stoi mój koń. Idziemy dalej.  

Poczęli pomykać między zwartą ścianą zarośli a górskim zboczem. 

— Ona gdzieś tu krąży — zauważył szeptem mały traper. — Nie róbcie tyle 

hałasu! — syknął, gdy Irvin nieopatrznie nastąpił na suchą gałąź. 

— Widzę ją. Kładź się i nie strzelaj. 

Irvin ukląkł za niewielkim wzniesieniem gruntu. Wytrzeszczył oczy, ale niczego 

nie dojrzał. Mały traper rozciągnął się obok, ze strzelbą przyłożoną do ramienia. 

Nadal trwała cisza, tylko wiatr szeleścił w liściach. Na koniec ten sam wiatr 

przyniósł na swych skrzydłach woń ostrą, cuch zwierzęcy. Dopiero teraz farmer 

spostrzegł cień kroczący to tu, to tam. Teraz — z lewej — parsknęły konie. Po 

chwili — niby odzew — nadpłynęło z mroku krótkie, przytłumione warknięcie. 

Irvinowi mocniej zabiło serce. Cień ogromniał. Wiatr dął od strony zwierzęcia i 

drapieżnik nie wyczuł obecności ludzi. Zbliżał się. Szedł w stronę koni zwrócony 

bokiem do myśliwych. Pochylony ku ziemi łeb, nabrzmiały kark, przygięte łapy. 

— Teraz — szepnął traper. 

Irvin zobaczył błysk, cienkie pasemko ognia, a zaraz po nim głos strzału, 

przypominający pęknięcie uschłego konaru! Raczej trzask niż huk. Przycisnął 

kolbę do ramienia, nacisnął cyngiel. 

Raz, drugi, trzeci... Czternastostrzałowy winchester stwarzał ogromne 

możliwości! Po pierwszym strzale puma ryknęła ochrypłym basem, podskoczyła 

i runęła drapiąc pazurami ziemię. Po czwartym — znieruchomiała. 

— Dosyć — zakomenderował mały traper. Zerwał się i z bronią skierowaną w 

stronę zwierzęcia wolno, wolniutko ruszył ku bezkształtnej, szarej masie. Irvin 

background image

stąpał tuż za nim. 

— Martwa jak głaz — stwierdził traper trącając lufą nieruchomy łeb. — Jeśli jej 

nie położyłem na miejscu, to wy dostatecznie naszpikowaliście ją kulami. Futro 

podziurawione pewnie jak sito, ale i tak o tej porze mało warte. Chyba że chcecie 

je zabrać... 

Irvin odmówił. Wrócili do ogniska. Traper dorzucił kilka patyków. 

— Trzeba się nieco przedrzemać — stwierdził, po czym owinął się kocem i legł z 

nogami zwróconymi ku ognisku. — A wam radzę to samo — dodał. — Nic nas 

już nie będzie niepokoić, do ranka niedaleko. Patrzcie, gwiazdy gasną. 

Ziewnął i odwrócił się bokiem. 

— A jak było z tym złotem? — zapytał Irvin. 

— Nie teraz. Jutro. 

Ale farmer nigdy nie dowiedział się o eksplorerskich wysiłkach nieznajomego. 

Zapewne nie dały nadzwyczajnych "rezultatów, jeśli ten dziwny rolnik nadal 

włóczył się po bezdrożach gór Sacramento szukając... właściwie nie wiadomo 

czego. 

Irvin siadł w bliskości dogasającego ogniska, oparł się plecami o siodła. Myślał, 

myślał, aż mu się myśli zmieszały i... zasnął. 

background image

Napad 

 

Siwy wieczór opadał na ziemię po dniu gorącym jak wnętrze piekarskiego pieca. 

Rozżarzone powietrze drgało. 

Irvin wracał w rodzinne strony. Coraz lepiej rozpoznawał krajobraz. Wiedział, że 

za godzinę, dwie, nim noc rozjaśni niebo gwiazdami, ujrzy pierwsze zabudowanie 

Greenfield. 

Wbrew złowróżbnym prognozom Karola Gordona, Abrahama Lamba i — na 

koniec — Old Guna wracał osiągnąwszy cel. Bo chociaż nie wiózł żadnego ze 

sprawców napadu na pocztę, to przecież w jukach koni spoczywała poważna 

suma odzyskanych pieniędzy. Jechał i dumał nad tym, jak go przyjmą w rodzinnej 

osadzie. Jechał i układał w myślach plan działania na przyszłość: Becky umieści 

w szpitalu, Clema zatrzyma przy sobie, spłaci długi... Gdyby katastrofalna susza 

trwać miała nadal, opuści niegościnną ziemię. Może Karol również da się na-

mówić? Spłaci także długi zaciągnięte u Bryana przez Karola. Będą obaj mogli w 

biały dzień, nie chyłkiem i nocą, opuścić Greenfield. Odtąd wszystko się zmieni 

— przekonywał sam siebie. Na zachodzie leżą jeszcze odłogiem dziewicze 

grunta. Łatwo wybrać teren pod zagospodarowanie. Najlepiej w pobliżu większej 

rzeki, która nigdy nie wysycha, i w niedużej odległości od kolejowej linii. Tam, 

gdzie klimat mniej ostry, a niebo łaskawsze dla rolnika. Marzył o złocistych 

łanach pszenicy, o worach ziarna, o stadzie krów pasących się wśród bujnej 

zieleni łąk. Do licha z Greenfield! Odżałuje tę ziemię. Zostawi ją, bo nie łudził 

się, że komukolwiek mógłby sprzedać. Nie znajdzie amatora ani na stwardniały 

jak kamień ugór, ani na budynki. Spośród mieszkańców Greenfield nikt się na to 

nie połasi. 

Tak przedstawiał się życiowy plan Irvina. Układał go podczas ostatnich dni 

podróży, nadal pełnych niespodzianek. 

background image

Mały traper obiecał wyprowadzić Irvina z plątaniny ścieżek gór Sacramento. 

Nęcąca propozycja! Ale Irvin nie mógł na nią przystać, chyba że droga miałaby 

prowadzić obok chatki Abrahama Lamba. Musiał przecież zwrócić pożyczonego 

muła. Dlatego na propozycję odpowiedział odmownie, nie kryjąc zresztą 

przyczyny tej odmowy. 

— Abraham Lamb! — wykrzyknął mały traper. — Przecież go znam. 

Polowaliśmy razem, a któregoś roku spędziłem z nim calusieńką zimę. Moja 

najbezpieczniejsza droga właśnie niedaleko jego chałupy wiedzie. 

I tak oto Irvin doprowadzony został do celu drogą najkrótszą. Lamb, gdy go 

ujrzał, tylko pokiwał głową. 

— Widzę, że się udało — powiedział. — Konik wcale niezły. A co z resztą? 

Irvin zerknął nieznacznie na swego towarzysza. 

— Nie chcesz, nie mów, ale nim się nie krępuj. 

Ręczę jak za siebie. 

— Tyle wam zawdzięczam... — zaczął farmer. Lamb machnął ręką: 

— Bez takich wstępów. Rozkulbaczcie konie. Pogadamy później. Cóż tam u 

ciebie słychać, stary włóczęgo? — zwrócił się do towarzysza Irvina. 

Objęli się ramionami i weszli do chatki. Tę chwilę samotności farmer postanowił 

wykorzystać. Zdjął uprząż z muła, zdjął siodło ze zdobycznego konia. Rozłożył 

na trawie jedno obok drugiego i począł przekładać pieniądze do swoich juków. 

Należy pozbyć się zbędnych drobiazgów, a nawet części żywności. Ale decyzja, 

co należało wyrzucić, by cały skarb zmieścić w jednym siodle, nie była wcale 

łatwa. Aż spocił się z wysiłku. Klęczał nad swym dobytkiem, ocierając wilgotne 

czoło i zastanawiając się, jak rozwiązać skomplikowany problem, gdy Abraham 

Lamb z towarzyszem stanęli nad nim. 

— U licha! Co za fura pieniędzy? Żebym wiedział, jakiego milionera prowadzę... 

— To co? — zaśmiał się Lamb. 

— Policzyłbym sobie za każdy dzień drogi. Sądzę jednak, że teraz milioner okaże 

się hojny dla biednego przewodnika. 

background image

Irvin podniósł się z klęczek. 

— Mylisz się, Little. To nie są jego pieniądze. Nic ci się nie należy poza dobrym 

wspomnieniem. Wierz mi, Little*. 

Jakże to nazwisko — może przezwisko — pasowało do “małego".  

Irvin odetchnął z ulgą i rzekł do Lamba: 

— Dziękuję. 

— Można zdradzić tajemnicę, Irvin? Należy mu się chyba wyjaśnienie. 

Farmer kiwnął głową. Przysiedli na trawie, a Vincent zajął się na nowo 

pakowaniem swego dobytku. Rozkładał i układał, wyjmował i dopasowywał, nie 

bardzo zwracając uwagę na to, co Lamb opowiada. Na koniec rozłożył ręce w 

bezradnym geście: 

— Nie dam rady — poskarżył się głośno. Rozmowa została przerwana. 

— Dostaniesz worek, Irvin — odezwał się Lamb. — Piękny worek z koźlej skóry. 

Jeden warunek: powiesz, jak zakończyła się twoja wyprawa. 

Spełnił żądanie. O świcie obaj odprowadzili go jeszcze szmat drogi, a przed 

samym rozstaniem Lamb zapowiedział surowym głosem: 

— Pamiętaj, Irvin! Gdybyś jeszcze kiedy zawitał w te strony... 

— Będę pamiętał! — odkrzyknął i ruszył galopem, dokładnie poinformowany, 

którędy ma jechać, by ominąć  Llano Estacado. 

I oto teraz nadchodził kres wędrówki. Zakurzona droga, zakurzone pola, skwar 

wiszący nad ziemią i posępny, czerwonoszary krajobraz. Teraz to wszystko 

wydawało mu się rajskim widokiem. Becky, Ciem, Karol, Abel Meredith, szeryf 

Fawkes, Robert Dreer, Fulk Bryan — ileż czasu ich nie widział? Dopieroż to 

zaczną wypytywać! Klepać po plecach, ściskać dłonie i szczycić się, że w 

Greenfield znalazł się taki śmiałek. A przecież nigdy nie dokonałby 

przedsięwzięcia,  

 

Little (ang.) — mały. 

 

background image

gdyby nie Lamb, który mu nie ocalił życie; gdyby nie Old Gun, który wybawił od 

niewoli, a może nawet... śmierci. Dziwny Old Gun, pochowany na przybrzeżnym 

piasku Kolorado. Czemu ruszył za bandytami? 

Dwu ludzi tak bardzo mu pomogło, ale przecież on sam w tej zwariowanej 

wyprawie odegrał główną i decydującą rolę. Miał prawo być dumny! 

Ukazała się czarna linia zabudowań, a na skraju tej linii — jego własna zagroda. 

Popędził konia. Na drodze nie spotkał nikogo. Osadził wierzchowca tuż przed 

studnią. Zeskoczył z siodła. Cóż tu tak cicho? Podszedł do drzwi. Żelazna kłódka 

wisiała na skoblu. Zajrzał przez okno: pusto. 

“Chyba przenieśli się do Karola" — pomyślał, ale równocześnie niepokój ścisnął 

mu serce. 

Ujął konia za uzdę i prawie biegnąc dotarł do sąsiedniej zagrody. Wtedy usłyszał 

znajomy głos: 

— Pan Irvin przyjechał! 

To Robert. Biegł w jego stronę. 

— Myśleliśmy, że pan już nigdy nie wróci. Wszyscy się niepokoili, a najbardziej 

mój boss... 

— Przecież wróciłem — zdobył się na uśmiech, bo niepokój rósł w nim z każdą 

chwilą. — Gdzie moja żona? 

Robert otworzył usta i zamknął je. 

— Gdzie Clem? Odpowiadaj! — zdenerwował się Irvin. 

— To już mój boss panu powie. 

— Karol! Gdzie on? 

Irvin ciągle jeszcze nie mógł nic zrozumieć. Czemuż to dopiero Karol miał go 

poinformować o losach rodziny? 

A wtedy otworzyły się drzwi domostwa Gordona: 

— Vincent! Jakże się cieszę! Witaj, stary druhu. 

Ale głos Karola nie zabrzmiał radośnie... 

Piszę o tym, jak już poprzednio wspomniałem, po latach, po wielu łatach, które w 

background image

pamięci uczestników, aktorów wydarzeń, przytępiły ostrość odczucia. 

Wiedziałem o tym, jednak nie starczyło mi odwagi pytać Irvina o tamten wieczór. 

Opowiedział mi o wszystkim Karol Gordon. 

— Nie było sensu niczego dłużej ukrywać — mówił wracając do starych 

wspomnień. — Niepełne informacje mogłyby być jeszcze boleśniejsze. Ech, 

Becky Irvin do końca wierzyła, że jej mąż udał się tylko na polowanie i że 

wkrótce wróci. Dziwiła się, że mu nie towarzyszyłem. Odparłem, że polowanie 

może potrwać kilka, nawet kilkanaście dni, a ja zostałem właśnie na prośbę 

Vincenta, aby jej służyć pomocą. Po pewnym czasie poczęła się niepokoić. 

Uspokajałem, jak mogłem, bagatelizując niebezpieczeństwa wyprawy, chociaż 

sam pełen byłem najgorszych myśli. W drugim tygodniu nieobecności Vincenta 

Becky poważnie się rozchorowała. Nie wstawała już z łóżka, chwilami traciła 

przytomność i poczynała majaczyć. Posadziłem przy niej Roberta, a sam 

poleciałem do Abla Mereditha po pomoc. Ten stary miał najtęższą głowę w 

naszej osadzie. Przejął się moją informacją i w mig zorganizował kobiece dyżury 

przy chorej. Ale nie mogły one zastąpić leczenia. Od dawna wiedziałem, że 

Becky Irvin cierpiała na płuca i że upały Greenfield nie służyły jej zdrowiu. A 

przecież brak pieniędzy nie pozwalał na wypełnienie poleceń lekarza. 

Sądzę, że Abel Meredith odczuwał wyrzuty sumienia. I ja też nie czułem się 

najlepiej, chociaż nieco tłumaczyła mnie przeklęta piaskowa burza. Gdyby nie 

ona — ściągnąłbym Vincenta z powrotem do Greenfield. Czy jednak ten fakt 

przywróciłby zdrowie Becky? Przecież nie! Tylko zmalałaby moja 

odpowiedzialność. Tak sobie wówczas rozmyślałem, chociaż dziś rozumiem, że 

nie miało to żadnego sensu. Katastrofa nastąpiła szybciej, niż można było 

przypuszczać. Czwartego dnia choroby Becky Irvin dostała krwotoku i zmarła. 

Myślałem, że ziemia rozstąpiła się pode mną. Tak oto zaopiekowałem się żoną 

przyjaciela! Okropny to, zaiste, dramat, gdy z braku pieniędzy człowiek traci 

życie. 

Pochowaliśmy Becky Irvin zaraz za granicami Greenfield, w samotnej mogiłce. 

background image

Na pogrzeb stawili się wszyscy. Takiej solidarności w żałobie i współczuciu nie 

wykazali rolnicy Greenfield już nigdy później... 

Małego Clema przyjęła do siebie rodzina Abla Mereditha. Chłopcu potrzebna 

była przecież kobieca ręka. 

Nie zdążyliśmy jeszcze oprzytomnieć po tamtej katastrofie, gdy rozeszła się nowa 

wieść: Clem zachorował. Dziecko bardzo tęskniło za matką, cały dzień ponure i 

ciche, kryjące się po kątach. Straciło dawne rumieńce, a wreszcie tak osłabło, że 

trzeba je było nosić. Gromada kobiet rodziny Mereditha debatowała, jakie by tu 

zastosować lekarstwo. Obmyślano najrozmaitsze wywary z najrozmaitszych ziół, 

stosowane jakoby od setek lat i zawsze niezawodne w skutkach. Ale gdzie 

znaleźć zioła na spalonej ziemi? 

Wraz z Ablem Meredithem i szeryfem Fawkesem udałem się do Fulk Bryana 

molestować go o pieniężną pożyczką. To był porządny człowiek. Miał prawo 

wyrzucić nas za drzwi, a przecież pożyczył! Pognałem na stację, złapałem pociąg 

i pojechałem znowu do Amarillo. Zmitrężyłem tam dwa dni i dwie noce, czekając 

na lekarza, który został wezwany na jakąś odległą farmę. Wróciłem z nim dnia 

trzeciego. Za późno. Clem zmarł. Dziś mówię o tym spokojnie, ale wówczas... 

Nie, nie będę tego wspominał. Kobiety Meredithów chodziły z zapłakanymi 

oczyma, Abel zaś — głowa rodziny — chociaż to człek twardy i niejedno w 

swym długim życiu widział, łaził ponury jak noc i milczący jak głaz. Tak go 

wzięło! 

W kilka dni później zjawił się Vincent. 

Pamiętam, gdy mnie wysłuchał, jego twarz, pobladłą nagle, zszarzałą, w jednym 

momencie postarzałą o lata całe. Cichym głosem zapytał tylko, gdzie są groby, i 

zaraz poszedł na ten maleńki cmentarzyk. Zostawiłem go samego. Uznałem, że 

tak będzie lepiej. Pamiętam... razem z Robertem zajęliśmy się koniem Vincenta. 

Oczyścili, napoili i zaprowadzili do stajni. Konik prezentował się wcale nieźle, 

był tylko mocno zmordowany i chudy. Nie wiedziałem jeszcze, skąd Irvin go 

wziął i co zrobił ze swoją Betsy. 

background image

Wkrótce Abel Meredith przywlókł się do mej chałupy. 

— Irvin wrócił? Jak mu się udało?  

Wzruszyłem ramionami. 

— Tyle wiem co i wy, ojcze. Zgubił gdzieś swą klacz, a przyprowadził karego 

konika. Poza tym nosi przy pasie colta. 

— Nie pytałeś, gdzie go zdobył? 

— Jeszcze na to nie pora. 

— Słusznie. Jakby wydarzyło się coś nowego, daj mi znać. 

I odszedł. 

Siodło Irvina jeszcze leżało na progu. Podniosłem, aby przenieść do izby. Wydało 

mi się niezwykle ciężkie. Kiedy cisnąłem je na ławę — zadźwięczało metalicznie. 

Coś tam Vincent naładował, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, by zajrzeć do 

juków. Pomacałem tylko pękaty woreczek z koźlej skóry, przymocowany 

rzemieniami w tyle siodła. Był twardy jak żelazo. Czyżby natrafił na złotą żyłę? 

Eee, gdzie tam, Vincent nie był przecież eksplorerem i nic się nie znał na skarbach 

ziemi. Należało uzbroić się w cierpliwość. 

Aż dziwne, że w mej pamięci utrwaliło się tyle szczegółów z tamtego dnia. 

Pamiętam, że razem z Robertem zajęliśmy się pitraszeniem obiadu. Kiepskiego. 

Na dobry nie było nas stać. Co tu dużo gadać! Cała ludność Greenfield po prostu 

dziadowała. 

Irvin zjawił się dopiero o zmierzchu, ponury jak gradowa chmura. Siadł za stołem 

i razem spożyliśmy nasz jałowy posiłek. W całkowitym milczeniu. Dopiero gdy 

Robert sprzątnął miski, Vincent powiedział: 

— Muszę iść do szeryfa. Pójdziesz ze mną? 

— Oczywiście. 

— Hm... gdyby tak szeryf zechciał przyjść do nas, byłoby jeszcze lepiej. Może 

spróbujesz go namówić. 

Odparłem, że zaraz pójdę do Fawkesa i poproszę go tutaj. Wówczas sądziłem, że 

Irvin po prostu nie chce pokazywać się ludziom, lękając się może ich 

background image

współczucia. Jednakże wkrótce okazało się, że przyczyna była inna. 

Lucas Fawkes ze swą gwiazdą szeryfoską i dyndającym u pasa coltem niezbyt 

pewnie wkroczył do domostwa Gordona. W swym niezdecydowaniu wybrał 

formę powitania w danym wypadku najlepszą z najlepszych, uścisnął przybyłemu 

dłoń i dodał: 

— Jesteśmy wszyscy z tobą, Vincent... 

Później siadł ciężko za stołem, nie bardzo wiedząc, po co go wezwano. Wówczas 

Irvin przeniósł siodło z ławy na stół. 

— Karolu — poprosił — niech Robert popilnuje drzwi i nikogo nie wpuszcza. 

Albo... niech nas zamknie od zewnątrz. 

Zdziwili się obaj. 

— O co chodzi? — spytał Fawkes. — Jakaś tajemnica? 

Irvin skinął głową. 

— Musimy pewną sprawę załatwić bez świadków. Dlatego was tu poprosiłem, 

szeryfie. 

Robert wytrzeszczył oczy: 

— Co to ma znaczyć, boss? 

— Sam nie wiem — mruknął Gordon. — Załóż kłódkę na skobel i w razie czego 

mów, żeśmy wyszli. 

Kiedy z łoskotem zatrzaśnięto drzwi, Irvin odwiązał koźli woreczek od siodła, 

rozsupłał rzemyki i począł wykładać na stół szare ruloniki papieru. Z jednego, na 

pół przedartego, wysypały się na deski złote monety. Fawkes i Gordon aż 

podnieśli się z ławy. 

— Znalazłeś skarb... — stwierdził przejętym głosem szeryf. 

— Żaden skarb — zaprotestował właściciel. — To są pieniądze zrabowane na 

poczcie. Ile ich? Nie wtem. Nie miałem okazji przeliczyć. 

— Ale... ale jakim sposobem... — Fawkes nie mógł opanować zdziwienia. 

— Później opowiem. Teraz musimy sprawdzić, ile tego jest. 

Opróżniwszy woreczek, otworzył z kolei skórzane klapy juków. Stół pokryły 

background image

równym rzędem poukładane paczki banknotów oraz stos srebrnych dolarowych 

monet. Gordon obserwował w milczeniu ruchy przyjaciela. Przez cały czas nie 

otworzył ust. Gdybyż ta góra pieniędzy znalazła się na tym samym stole przed 

kilku tygodniami! 

— Liczmy — zarządził Irvin. 

Zabrali się do tej żmudnej roboty, lecz ukończyli ją szybciej, niż ktokolwiek 

mógłby przypuszczać. Okazało się bowiem, że rulony zawierały po jednakowej 

liczbie monet każdy, a paczki banknotów również były jednakowe. Więcej roboty 

przysporzyło segregowanie monet srebrnych. Po dwukrotnym sprawdzeniu 

rachunku okazało się, że w sumie Irvin przywiózł dziewiętnaście tysięcy pięćset 

dolarów, a więc prawie połowę zrabowanych pieniędzy. 

— Schowaj to, Karolu. Potem szeryf zadecyduje, co dalej robić. 

— Chyba odtąd nie będę mógł opuścić domu na krok. To niebezpiecznie duża 

suma, jak na Greenfield. W jaki sposób to zdobyłeś? 

— Sprzątnij wszystko, a później niech nas Robert odrygluje. 

Gdy żądania zostały spełnione, Irvin dokładnie streścił historię swej wędrówki. 

Słuchali nie przerywając. Milczeli, nawet gdy skończył opowiadać. Tak 

nieprawdopodobnie zabrzmiały w ich uszach dzieje samotnej wyprawy. Skromny 

farmer urastał do postaci dzielnego westmana. Ale przecież wiadomo, że Vincent 

Irvin nie kłamał ani nawet nigdy nie koloryzował. Nie był blagierem. Więc co 

opowiedział, musiało być prawdą. 

— Pamiętam — kończył opowieść — jeszcze ten wiersz: 

 

Gdzie wiatr, gdzie wiatr wiosenny dmie  

I wali kamienie w żlebach.  

Tam noc, tam noc, gdy cicho śpię,  

Rozpala gwiazdy nieba. 

 

— Zmęczony jestem — dodał przygaszonym głosem. — Zabiłem człowieka. 

background image

Zapewne przeze mnie zginął Old Gun. I wszystko na nic... 

Opadł na ławę, zgarbił się, zwiesił głowę na piersi. 

— Vincent — odezwał się szeryf — człowieku, wiesz, czegoś dokonał? Tego nie 

powstydziłby się najbardziej doświadczony tropiciel śladów! To ty powinieneś 

być szeryfem w Greenfield, nie ja! 

— Dajcie spokój — szepnął farmer. — Nie chcę być ani szeryfem, ani 

tropicielem śladów. Moja robota nikomu nie przyniosła szczęścia. Bodajbym 

nigdy nie ruszał w drogę. Miałeś rację, Karolu... Wszystko na nic, ale nagrodę 

muszę otrzymać. Nie dla siebie. Co mi tam teraz po pieniądzach... Trzeba 

Bryanowi zwrócić swoje i wasze pożyczki... 

Przerwał i znowu popadł w zadumę. 

— Lękam się — zaczął niepewnie szeryf — czy tam w Lubbock nie zażądają 

stwierdzenia tożsamości. 

— Jakże to! — oburzył się Karol. — Czy miał wieźć ze sobą trupa? 

— Oczywiście, że nie — zaprzeczył skwapliwie Fawkes — i nie to miałem na 

myśli. Inaczej nie sposób było postąpić, ale w Lubbock mają tępe głowy. Mogą 

zażądać okazania zwłok, albo innych dowodów, że zabity był właśnie 

poszukiwanym listami gończymi przestępcą. A tego przecież Vincent nie ma. 

Słyszysz, Vincent? Obudź się! 

Irvin spojrzał niewidzącymi oczyma na szeryfa: 

— To wszystko doprawdy nie miało sensu — stwierdził jakimś drewnianym 

głosem. 

— Nie, nie, Vincent. Nie masz racji. Opanuj się, chłopie. Działałeś za moją 

zgodą, niejako z mego polecenia, i moja w tym głowa, aby nie stała ci się 

krzywda. I albo oni wypłacą ci nagrodę za odzyskane pieniądze, albo... ja tych 

pieniędzy im nie oddam. Jutro ruszymy do Lubbock. We trzech. Taki skarb 

wymaga odpowiedniej opieki. No i oczywiście, nikt poza nami nie może 

dowiedzieć się o tych pieniądzach. Słowo? Do czasu aż załatwimy cały interes. 

Zgodnie przyrzekli, jednak Karol wyraził wątpliwość: 

background image

— Był tu już Meredith. Na pewno zjawi się znowu i zacznie pytać. Jest chytry jak 

lis i nie zadowoli się byle czym. 

— Okażemy się jeszcze chytrzejsi — stwierdził Fawkes. — Wszystko mu 

opowiesz, Vincent... 

— Nie! — zaprotestował zagadnięty. — Niech mi dadzą spokój! 

— Dobrze. Wobec tego Gordon ciebie wyręczy. Opowie wszystko zgodnie z 

prawdą, ale o odzyskaniu pieniędzy ani słówka! Zgoda? 

— Zgoda — odpowiedział Karol. 

Na tym się rozstali. Fawkes obiecał dnia następnego o świcie zajechać wozem 

przed dom Gordona, zabrać skarb, obu przyjaciół i ruszyć na kolejową stację. Na 

wniosek Karola dobrano do towarzystwa jeszcze Roberta, aby dopilnował wozu, 

który mieli pozostawić na stacji. 

Fawkes odszedł do swej zagrody wielce zamyślony i z tajemniczą miną. Odkąd 

wybrano go szeryfem, nic podobnego nie wydarzyło się w Greenfield. Cóż za 

niebywała historia! A z Vincenta jaki zuch! Delektował się w myślach, jak to 

będzie opowiadał w gronie znajomych, przy kuflu piwa i kolejce whisky, gdy 

wrócą stare, dobre czasy! A że wrócą — szeryf nie miał wątpliwości. Jeszcze 

zazielenią się łąki, a nowy przedsiębiorca otworzy nowy saloon w osadzie. 

Wyczyn Irvina opromieni również i jego — szeryfa — osobę, doda mu 

poważania. Dowiedzą się w Lubbock, jakich to Greenfield ma ludzi. Tak 

dumając, ledwo dostrzegł mijaną właśnie grupkę gwarzących o czymś w 

wątpliwym cieniu bezlistnego drzewa. Zauważył tylko, że Abel Meredith zmierza 

w jego stronę. Fawkes postanowił nie dać się zaskoczyć ani wciągnąć w 

rozmowę. Kiedy więc sędziwy farmer zaczepił go swoim: “Halo, szeryfie, 

podobno Irvin wrócił!" odparł krótko: 

— A wrócił, wrócił, ale ja się bardzo spieszę — i wyminął zaskoczonego starca. 

Szeryf nie przeczuł, że swą odpowiedzią wcale nie wywiódł w pole chytrego 

farmera, lecz tylko zaostrzył jego ciekawość. W lakonicznym odezwaniu się 

szeryfa Abel Meredith wyczuł jakąś tajemnicę i natychmiast ruszył prościutko do 

background image

chaty Gordona. Robert Dreer ujrzał go na drodze. 

— Wyjdę i zagadam go — zaproponował Karol. 

— Przecież nie zabronisz mu wstępu? 

— Chcesz z nim rozmawiać? 

— Nie. Ucieknę oknem. Że też nie chcą dać mi spokoju... 

— Bądź co bądź to wydarzenie, jak na naszą osadę — usiłował wytłumaczyć 

Karol. 

Ale Irvin już przesadził okienny parapet i zniknął za węgłem domostwa. W 

ostatniej dosłownie sekundzie, bo oto już na progu stanął stary farmer. 

— Halo, Gordon! Co tam nowego? 

— Nie wiem, co macie na myśli — odparł gospodarz zastanawiając się 

jednocześnie, jak by tu najszybciej pozbyć się nieproszonego gościa. 

— Można? — zagadnął stary przekraczając próg. 

— Proszę... 

— O... myślałem, że zastanę u ciebie Irvina. Gdzie on? 

— Nie wiem — skłamał Gordon. — Włóczy się gdzieś, unika ludzi. 

Meredith pokiwał głową: 

— Pewnie, pewnie. Wcale mu się nie dziwię. Ale przede mną nie potrzebuje się 

ukrywać. Wszyscy współczujemy Vincentowi w jego nieszczęściu. Gdybyż mu 

się chociaż udała ta wyprawa... Powiedz mi, synu, jak tam było? 

Gordon westchnął z rezygnacją. 

— Siadajcie — podsunął ławę. — Powiem wam tyle, ile mi Vincent wyjawił. 

— Był u was szeryf — stwierdził Abel. — Czego to chciał? 

— Tego samego, co i wy. 

— Aha, no to słucham. Gadaj, synu, dokładnie i niczego nie ukrywaj. Przecież to 

ja go namówiłem na tę jazdę i teraz trochę mi głupio... — westchnął. — Ale któż 

mógł przewidzieć? Opowiadaj. 

— Więc — zaczął Karol — kiedy wróciłem z pogoni, gdy mnie burza piaskowa 

zaskoczyła, o tym już wiecie... 

background image

— Wiem wiem... 

— ...więc Irvin zdołał jakoś ją ominąć. W ogóle miał szczęście w tym całym 

nieszczęściu... 

Teraz streścił, jak mógł najskładniej, dzieje wyprawy przyjaciela, nic jednak nie 

wspominając o odzyskanych pieniądzach. Wyszło więc na to, że usiłowania 

Irvina spełzły na niczym. Abel Meredith mocno się zasępił. 

— I co na to szeryf? — zapytał. 

— Powiada, że mogą nie uwierzyć w zabicie jednego z rabusiów i nie wypłacić 

nagrody. 

— Tak mówi szeryf? 

— Właśnie tak. 

— Obawiam się, że ma rację. 

Stwierdziwszy ten smutny fakt Meredith wyszedł na drogę ze spuszczoną głową. 

Czuł się współwinnym nieszczęściu Irvina, a teraz na pewno podwójnie. 

Karolowi ciężar spadł z serca. Wywiązał się z misji, jak umiał najlepiej. Poszedł 

odszukać Irvina. Przesiedzieli do wieczora już tylko we dwóch, a świtem 

zaturkotały koła bryczki. Szeryf Fawkes okazał się słownym. Przemknęli przez 

śpiącą jeszcze osadę, potem pognali ledwie przetartym pustkowiem do miejsca 

nazwanego szumnie kolejową stacją. Był nią wydeptany stopami ludzkimi i 

kopytami koni wąziutki pas zszarzałych traw, ciągnący się wzdłuż kolejowych 

torów. Na drewnianym słupie widniała tabliczka z napisem “Greenfield". 

Nieświadomy rzeczy pasażer, popatrzywszy dokoła, nawet by nie podejrzewał, że 

parę mil od tego napisu istnieje rzeczywiście osada o nazwie “Greenfield". Kiedy 

wznoszono pierwsze chaty-lepianki, kolej znajdowała się dopiero w budowie i 

mieszkańcy osady (jeszcze bez nazwy) sądzili, że żelazne tory przebiegną tuż 

obok pierwszych jej domostw. To im obiecywano, oferując równocześnie za 

bezcen, ile kto chciał, akrów ziemi. Później się okazało, że tory minęły Greenfield 

w sporej odległości. Bardzo na to sarkali, ale musieli pogodzić się z losem. W 

porównaniu z przebytą drogą ze wschodu na zachód odległość między osadą 

background image

Greenfield a stacją Greenfield praktycznie nie liczyła się. Urodzajne pola sypały 

co roku złocistym ziarnem, które transportowano na tę niby-stację, gdzie czekały 

już towarowe wagony i kupiec czy agent z portfelem wypchanym pieniędzmi. W 

tych warunkach łatwo było przeboleć kiepski żart, jaki im wyrządziło 

towarzystwo budowy żelaznego szlaku. Dopiero później, w bezdeszczowe lata, 

znikły z torów towarowe wozy, przestali przyjeżdżać agenci i kupcy. Nikt już tu 

nie wysiadał z wagonów i nikt do nich nie wsiadał. Właśnie dlatego Gordon, Irvin 

i Fawkes byli jedynymi ludźmi czekającymi na pociąg, a Robert Dreer — jedyną 

osobą odprowadzającą podróżnych. 

Czekali jeszcze z godzinę, zanim w dali ukazał się czarny słup dymu. Otoczona 

obłokiem pary, mała lokomotywa z wielkim kominem minęła ich z wolna i 

zatrzymała się piszcząc hamulcami. Palacz wychylił się przez okienko, kierownik 

pociągu zeskoczył ze stopni wozu pocztowego i donośnym głosem obwieścił: 

“Greenfield!" 

Odpowiedziała mu cisza przerywana poświstywaniem wiatru, pędzącego po 

spalonej ziemi chmurki kurzu. Trzy czy cztery głowy wyjrzały ciekawie z okien 

dwu pasażerskich wagonów, bo tyle ich liczył pociąg. 

Wsiedli. Parowóz zagwizdał i smutny krajobraz prerii począł się przesuwać, 

coraz szybciej uciekać do tyłu. 

W wagonie znajdowało się zaledwie kilka osób. Senne, zakurzone — 

przypominały zapomniane eksponaty muzealne. Gordon rozejrzał się ciekawie. 

Dwu pasażerów należało na pewno do licznego jeszcze wówczas klanu łowców 

skórek. Można było poznać, że ich kurty uszyte były ze skór upolowanych 

zwierząt. Trzymali rusznice między kolanami — traperski zwyczaj nie 

rozstawania się z bronią — i drzemali kołysani rytmicznym stukotem kół po 

szynach. 

Nieco dalej, w kącie wagonu, tkwił jakiś obszarpaniec o twarzy nałogowego 

pijaka, o złośliwym spojrzeniu malutkich oczu, zaciętych ustach. Karol pomyślał, 

że nie chciałby spotkać takiego typa w ustronnej okolicy. 

background image

Tuż obok siedział podróżny ubrany na czarno, w czarnym kapeluszu o płaskim 

denku, przewiązanym srebrzystą wstęgą spadającą na lewe ramię. Elegant! 

Czarne spodnie, czarna kurta, rozpięta i ukazująca równie czarną kamizelkę, 

kończyła się w pasie srebrzyście mieniącym się szalem, poniżej którego opadał 

luźno na biodra szeroki pas skórzany z dwiema kaburami, z których sterczały 

hebanowej barwy głowice rewolwerów. Zaiste odzież jak gdyby przed chwilą 

zdjęta z wieszaka magazynu mód. 

Gordon obserwował przybysza. Czarno odziany zerkał raz po raz ku oknu, a jego 

prawa dłoń poruszała się to w jedną, to w drugą stronę ruchem półkolistym, który 

powodował bądź nawijanie się, bądź rozwijanie ze wskazującego palca krótkiego, 

srebrnego łańcuszka, zakończonego malutkim, błyszczącym kluczykiem. 

Właściciel kluczyka musiał dostrzec spojrzenie Gordona, bo nie przestając 

poruszać dłonią wstał z ławki. 

— Pozwolicie, dżentelmeni? — zapytał. — Widzę, że tu jest wolne miejsce, a 

mnie już się znudziła samotna jazda. 

Nie czekając na odpowiedź usiadł naprzeciw. Szeryf poruszył się niespokojnie i 

zerknął na zawiniątko spoczywające na półce, tuż nad jego głową. Tam przecież 

znajdował się majątek, którego nie dało się upakować po kieszeniach. 

— Daleko jedziecie, panowie? — zagadnął elegant. 

— Do Wichita Falls — odparł Gordon. 

— Zauważyłem, jak wsiadaliście w Greenfield. Myślałem, że nikt nie mieszka na 

takim pustkowiu. 

— To nie pustkowie — obruszył się Fawkes. — Trzy mile od stacji leży 

prawdziwe Greenfield i mogę zaręczyć, że wcale niezła to miejscowość. 

— Kto by myślał? Coraz więcej ludzi ciągnie na zachód i tam, gdzie przed rokiem 

była preria, teraz pługi znaczą ziemię, a domy wyrastają jak grzyby. Dziwny to 

kraj — mówił nie przestając kręcić łańcuszkiem. — Jedziesz na wiosnę pustym 

stepem i szukasz bizonich tropów, wracasz w to samo miejsce na jesieni i zamiast 

śladów stada znajdujesz wcale niezłe miasteczko. Bardzo ci się podoba. W 

background image

następnym roku postanawiasz je odwiedzić. I co znajdujesz? Jak sądzicie, 

dżentelmeni? — uczynił efektowną pauzę. Ba, któż by odgadł? Domy stoją, jak 

stały, ale wewnątrz tych domów... nikogo! Żadnego stworzenia w stajniach, puste 

stodoły i cisza. Tylko wiatr szeleści piaskiem. Wiele widziałem takich 

miasteczek. Nazywają je miastami duchów. 

— A gdzież się podzieli ludzie? — zagadnął Irvin. 

— Odeszli. 

— Dokąd? 

— Kto ich tam wie? Niekiedy na skrzydłach wiatru przyleci sygnał odkrycia 

złotonośnych żył i spokojni rolnicy poczynają wariować. Zaprzęgają konie do 

wozów, ruszają po skarby. Odjedzie jeden, po nim drugi, trzeci, aż wreszcie cała 

ludność gna na złamanie karku w poszukiwaniu tego, co nazywamy szczęściem. 

W ciągu kilkunastu dni osada pustoszeje, nikt już do niej nie wraca. I tylko 

przypadkowy wędrowiec natrafi na takie wymarłe miasto. Dziwi się 

opuszczonym domostwom, pozostawionym meblom * sprzętom gospodarskim, a 

potem wskakuje na siodło i galopem ucieka. Powiadają, że w takich miasteczkach 

straszą duchy pomarłych osadników. 

— A tamci? — wtrącił się Irvin przypomniawszy sobie woreczek Old Guna pełen 

nuggetów. — Znajdują złoto? 

— Jeden na tysiąc coś znajdzie, jeden na sto tysięcy dorobi się niezłego majątku, 

ale zaledwie jeden na milion potrafi mądrze gospodarować odkrytym złotem i 

zapewnić sobie i rodzinie niezłe życie. Inni przeważnie przepijają albo 

przegrywają złoty piasek. Później szukają go na nowo i tak bez końca. Kogo złoty 

diabeł opętał, temu niełatwo wyrwać się z jego szponów. Ech. naprawdę złote 

interesy robią wcale nie odkrywcy złota, ale ci, którzy po prostu handlują żyw-

nością i zaopatrują w nią poszukiwaczy skarbów. 

— A pan nie próbował? — zagadnął znowu Irvin. 

— Nie, nigdy. I nigdy nie będę próbował. Widziałem kości ludzkie na 

przełęczach Gór Skalistych, połamane wozy i szkielety końskie. Wielu przedarło 

background image

się nad Pacyfik, ale wielu pozostało w drodze na zawsze. Padło na niedostępnych 

ścieżkach szukając złotych żył. Jednych zaskoczyła zima, innych brak wody, 

jeszcze inni pomarli z głodu lub od indiańskich strzał. Ci ryjący w ziemi są tak 

opętani, że braknie im czasu na polowanie. Później płacą po pięć, dziesięć dola-

rów za funt mięsa, za kilka funtów mąki. Po kilkanaście centów za szczyptę soli. 

Gdy skończą się pieniądze, mrą z głodu i wyczerpania. Przecież ginęły całe 

rodziny. Okropność! Znałem i takich, którzy wysupłali się z resztek gotowizny i 

wędrowali do miast po byle jaką robotę, żeby zebrać nieco dolarów i znowu 

wyruszyć na eksplorerską mordęgę. A przecież istnieje tyle lepszych sposobów, 

by dojść do majątku! 

— Jakich to? — spytał podejrzliwie Fawkes. 

— Bardzo rozmaitych. Można na przykład hodować bydło w Teksasie, a później 

pędzić je na północ, chociażby do takich górniczych osad. Zarobek pewny i wcale 

nielichy. Nie ma nic gorszego jak pogoń za złotym piaskiem, wierzcie mi, 

panowie. 

Wygłosiwszy tak pouczające stwierdzenie umilkł i począł wyglądać przez okno, 

za którym nadal przesuwała się wciąż ta sama, monotonna płaszczyzna. 

— Od jednego z takich nieszczęśliwych eksplorerów — czarny elegant odwrócił 

twarz od szyby i znów nawiązał do przerwanej rozmowy — otrzymałem nie byle 

jaki prezent. W podzięce za to, że wydobyłem go z nie byle jakich tarapatów. 

Wyciągnął z kabury lśniący srebrzyście colt. 

— Proszę obejrzeć — powiedział wręczając broń Gordonowi. 

Rewolwer na pozór nie różnił się niczym od innych tej samej marki fabrycznej. 

Ale tylko na pozór. Bowiem kolba wykładana była mahoniem obrzeżonym 

sznurkiem pereł — rzecz niespotykana. Broń przewędrowała przez trzy pary rąk i 

wróciła do właściciela. Nie wepchnął jej jednak do kabury. Przekręcił 

magazynek, sprawdzając, czy tkwią w nim wszystkie naboje. Dokonawszy tego 

wydobył drugi bliźniaczy colt. 

— No — powiedział wesoło — pogadaliśmy sobie, a teraz czas na robotę. 

background image

Siedząca na tej samej ławce trójka ujrzała nagle przed sobą dwa czarne otwory 

dwu luf. 

— Ręce do góry! 

Zgodnym ruchem unieśli dłonie. Gordon dojrzał, jak w przeciwległym krańcu 

wagonu przebudziło się dwu drzemiących traperów, jak poderwali się z ławy, ale 

przygwoździł ich okrzyk: 

— Rzucić pukawki! Siedźcie spokojnie! Nic wam się nie stanie. Ktokolwiek się 

ruszy, zastrzelę! 

To wołał ten obszarpaniec z pijacką twarzą. Trzymał po jednym rewolwerze w 

każdej dłoni. 

— Odwróć się — rozkazał Gordonowi czarny elegant. — Nie opuszczaj rąk. Tak, 

dobrze. A teraz zdejmij z półki zawiniątko. Muszę tam zajrzeć. 

Karol wyprostował palce:  

— Nie dosięgnę — odparł. 

— Wejdź na ławę. Szybko! 

Karol natychmiast wykonał polecenie. Sięgnął na półkę, ale równocześnie jego 

prawa noga ugięła się w kolanie i ciężki but wylądował na piersi Czarnego. 

Kopnięcie było tak silne, że uderzony zachwiał się, upuścił jeden z rewolwerów i 

zwalił się na podłogę. W tej samej prawie chwili z krańca wagonu ozwały się 

jednocześnie dwa strzały. Irvin odwrócił się błyskawicznie, schylił, podniósł 

leżący rewolwer, a drugi wytrącił z dłoni dźwigającego się napastnika. Z końca 

wagonu dobiegł rumor, trzasnęły drzwi, ktoś krzyknął: 

— Uciekł! 

Szeryf Fawkes schwycił Czarnego za ramię, ale otrzymał cios pięścią prosto w 

szczękę, upadł na Gordona, z kolei Karol zatoczył się na Irvina. 

Czarny wykorzystał ten moment: skoczył do drzwi, szarpnął za klamkę, wybiegł 

na platformę wagonu. Wszystko to rozegrało się w ciągu kilku zaledwie sekund. 

Irvin zerwał się, dwukrotnie pociągnął za cyngiel zdobycznego colta. Parowóz 

przeraźliwie zagwizdał i pociąg zwolnił biegu. Irvin, stojąc na stopniach strzelił 

background image

jeszcze dwa razy w kierunku czarnej sylwetki kluczącej wśród płaszczyzny prerii, 

aż znikła mu z oczu za jakimś wzniesieniem. Teraz zapiszczały hamulce i pociąg 

stanął. Grupka pasażerów stłoczyła się na platformie, w oknach ukazały się 

głowy. Przybiegł kierownik pociągu. W chaotycznej wymianie słów wyjaśniono 

mu przebieg wypadków. Okazało się, że strzały, które padły z końca wagonu, 

oddał ze swej broni siedzący tam obdartus. Gdy rzucili się nań obaj traperzy, 

wyrwał się im z rąk, wybiegł na platformę i skoczył. Tak to w skrócie wyglądało. 

— Co chcecie teraz, panowie, robić? — zapytał kolejarz. — Pociąg jest 

spóźniony, nie możemy czekać... 

— Na nich? — powiedział ktoś z gromadki. — Oni nie wrócą! 

Zabrzmiał śmiech. Szeryf Fawkes zabrał głos: 

— Każdemu z nas jednakowo się spieszy. Myślę, że nie będziemy ich ścigać. 

Gdybyśmy chociaż mieli konie... ale tak... Niech pan każe maszyniście ruszać — 

dla potwierdzenia wagi swych słów dodał: — Jestem szeryfem z Greenfield — tu 

odsłonił, zakrytą dotąd kurtką, srebrną gwiazdę przypiętą do koszuli na lewej 

piersi. — No, dżentelmeni — powiedział — zapraszam wszystkich do szeryfa w 

Lubbock, żebyście złożyli zeznania. A jak nie będzie chętnych, sam zrobię to za 

was. 

Taka decyzja bardzo przypadła obecnym do gustu. Dalszą część drogi do 

Lubbock należało odbyć dyliżansem. Komuż mogła się uśmiechać taka 

wędrówka, jeśli do Lubbock się nie wybierał? I nikt się jakoś nie zapytał, czemu 

to zeznania trzeba złożyć aż w Lubbock, a nie w Wichita Falls, krańcowej stacji 

kolejowej. Nie zapytał, ponieważ w ogóle nie było chętnych do stawania przed 

obliczem jakiegokolwiek szeryfa. Po prostu — strata czasu, a może i inne 

nieprzyjemności? 

Parowóz zagwizdał, wagony drgnęły. 

— Jakem szeryf — powiedział Fawkes zajmując na nowo miejsce przy oknie — 

jeszcze nic podobnego mi się nie wydarzyło... 

Istotnie, ale w Greenfield w ogóle przecież nic się nie działo (chociaż o tym już 

background image

nie wspomniał). 

background image

Czarny Jack 

 

Krótka przerwa w podróży miała swoje konsekwencje. Ostatni dyliżans z Wichita 

Falls do Lubbock umknął im dosłownie przed nosem. Trzeba było czekać do 

najbliższego ranka. Bardzo to popsuło całej trójce humory, bo i wzrastały koszty 

podróży, i tracili bezpłodnie czas, i byli już zmęczeni. 

— To chyba, szeryfie, złożymy zeznania o napadzie tutaj — zaproponował Irvin. 

— Myślę, że tak nawet wypada. Wichita leży bliżej miejsca napadu od Lubbock.. 

Ale Fawkes zaprotestował energicznie. 

— Od razu proponowałem Lubbock — odparł. — Sądziłem, że zdążymy na 

dyliżans, ale i teraz, chociaż dyliżans już odjechał, upieram się przy Lubbock. 

— Dlaczego? 

— Dlatego, że trochę się poznałem na szeryfoskiej pracy. Jeśli trafimy na 

skrupulanta, może nas tu przytrzymać i dwa dni. Po co to nam? A w Lubbock i tak 

musimy przecież iść do szeryfa, więc za jednym zamachem... 

Irvinowi nie bardzo to trafiło do przekonania, ale ponieważ Karol go nie poparł, 

ustąpił. Teraz należało przede wszystkim postarać się o nocleg. Ruszyli więc na 

poszukiwanie hotelu czy jakiegoś przyzwoitego zajazdu. Irvin szeroko 

wytrzeszczał oczy na wspaniałości miasteczka, w porównaniu z którym 

Greenfield przedstawiało się jako najnędzniejsza osada ze wszystkich 

najnędzniejszych i zaniedbanych. Cóż to za luksus w tej Wichita Falls! Kiedy 

zmrok zapadł, rozbłysły na drewnianych słupach naftowe lampy, a przed dwoma 

budynkami hoteli i czterema lokalami saloonów zapalono dodatkowe światła. 

Bez specjalnych trudności wynajęli pokój w hotelu “Pod Gwiazdą Południa" i 

tam złożyli swój drogocenny bagaż. Niestety, na dalsze zwiedzanie miasta 

Fawkes się nie godził. Posiłek w saloonie jedli we dwóch: szeryf i Irvin. Karol 

stróżował w pokoiku, aż go zluzowano, a kiedy wrócił, położyli się spać. 

background image

Irvin leżał z otwartymi oczyma. Wypadki ostatnich kilku godzin przytłumiły w 

nim na pewien czas pamięć minionych wydarzeń. Teraz wróciła, jak fala 

morskiego przypływu, świadomość życiowej klęski. Ujrzał na nowo wszystko, co 

doprowadziło go aż do Lubbock. Zdał sobie, nie pierwszy już raz, sprawę ze swej 

całkowitej samotności, zmarnowania połowy życia i westchnął na wspomnienie 

skromnego kawałka roli tam, na wschodzie. Gdzie można było żyć spokojnie, bez 

takich kłopotów i klęsk, jakie nań spadły w Greenfield. Feralny to musiał być 

dzień, w którym zdecydował się przyłączyć do gromady wędrującej na zachód. 

Nie mógł zasnąć przez całą prawie noc i dopiero przed samym świtem nieco się 

zdrzemnął. Wstał, energicznie zbudzony przez bardzo energicznego tego ranka 

Fawkesa, w jeszcze gorszym humorze, z którego nie wyrwała go nawet 

szklaneczka whisky, w przypływie nagłej hojności postawiona przez szeryfa. 

Zjedli po porcji boczku z fasolą, za co wypadł rachunek tak wysoki, że Fawkes 

pożałował swej rozrzutności (chociaż wydatki pokrywali oczywiście ze 

zdobytych przez Irvina pieniędzy). Potem wgramolili się do wnętrza zakurzonej 

budy, którą ciągnęły dwie pary koni. Stary wehikuł, trzeszcząc w spojeniach, 

ruszył na utarty szlak do Lubbock. Oprócz naszej trójki jechało jeszcze dwu tylko 

podróżnych: jeden przypominający z wyglądu duchownego, drugi — jak się sam 

wygadał — handlarz bydłem. Minęli ostatnie domostwa Wichita Falls, woźnica 

trzasnął z bicza, gwizdnął przeraźliwie, konie nabrały tempa i dyliżans zaczął 

podskakiwać na nierównościach drogi. Pierwsze pół godziny minęło w ciszy 

przerywanej tylko tupotem końskich nóg i trzeszczeniem pudła, zapewne jeszcze 

pamiętającego czasy indiańskich napadów w tych stronach. Wspomniał o tym — 

ni z tego, ni z owego — Karol Gordon. Handlarz widać tylko czekał na okazję, bo 

natychmiast się rozgadał. 

— Tak, tak — powiedział. — Czerwonych już w tych stronach nie ma. Wynieśli 

się bardziej na zachód, ale co się tyczy napadów... ho, ho, tego nam wcale nie 

brakuje. Jechałem wczoraj pociągiem do Wichita i wyobraźcie sobie, 

dżentelmeni, dokonano napadu na pociąg! 

background image

— Był pan tego świadkiem? — zagadnął Fawkes. 

— Prawie. Siedziałem w następnym wagonie, ale sprawa tak szybki wzięła obrót, 

że nie zdążyłem przyjść z pomocą napadniętym. Zresztą, sami sobie dali radę. 

Napastników było pięciu, ale źle się wybrali. Trafili na śmiałków i zostali 

wyrzuceni z pociągu. Uciekali, aż się za nimi kurzyło. Była nawet pukanina i dwu 

bandytów raniono. Myślę, że nieszkodliwie. Tak, tak, moi panowie. Zawsze mam 

lekkiego stracha, bo nigdy nie wiadomo, z kim się jedzie — tu spojrzał na 

 

nich wymownie. Szeryf odczuł to jako coś w rodzaju obelgi, bo natychmiast 

rozpiął kurtkę ukazując gwiazdę. 

— A napastników było dwu, nie pięciu — oświadczył. 

— Doprawdy, szeryfie? — ucieszył się handlarz. — Był pan przy tym? 

— A jakże. 

— Wyrzuciliście ich oknem? 

— Nic podobnego. Wyskoczyli sami nie przez okna, to zbyt trudne, lecz przez 

drzwi i z platformy wagonu. Czego to ludzie nie wymyślą! 

— Właśnie, właśnie. Więc jakże się to stało?  

Fawkes wcale nie miał zamiaru relacjonować przebiegu zdarzeń. Kto wie, kim 

naprawdę jest ten jegomość podający się za handlarza? I gdyby podróż trwała 

krócej, na pewno trzymałby aż do końca język za zębami. Ale droga, mimo 

szaleńczego galopu koni, zdawała się nie mieć końca. Wewnątrz budy czyniło się 

coraz goręcej, a nuda krajobrazu przesuwającego się za oknami była nie do 

zniesienia. I Fawkes począł gadać. 

Zrazu niechętnie, cedząc słówko po słówku, ale stopniowo rozgrzał się własnym 

opowiadaniem i odmalował cały przebieg napadu bardzo jaskrawymi barwami. 

Być może właśnie ta jaskrawość nieco zmieniła obraz wypadków. Irvin słuchał 

tego ze zdziwieniem, a Gordon raz po raz nieznacznie się uśmiechał. Cóż, Fawkes 

dał się unieść temperamentowi i nieco wyolbrzymił własną rolę, nie zapomniał 

jednak i o towarzyszach. W sumie opowieść wypadła imponująco. Poruszony do 

background image

głębi kupiec zapomniał — jak to się mówi — języka w gębie i kiedy szeryf 

skończył, długo przyglądał się całej trójce z nieukrywanym podziwem. 

Korzystając z przerwy Karol szepnął Irvinowi: 

— Nigdy dotąd nie podejrzewałem naszego szeryfa o takie zdolności. 

Wreszcie handlarz odzyskał mowę. 

— Wszyscy trzej braliście udział w tej awanturze! Kto by pomyślał? To 

nadzwyczajne! Mało teraz takich ludzi, jak wy. Dopiero będę miał o czym 

opowiadać. Cała Wichita się dowie! Bandyta w czarnym ubraniu! Powiadacie, że 

elegant. Zaczną go szukać, a jak znajdą, cała zasługa spadnie na was, szeryfie. 

Fawkes pomarkotniał. Zorientował się, że nieco przesolił. Należał bowiem do 

gatunku ludzi spokojnych i nie lubił zbytniego rozgłosu. Zwłaszcza takiego, który 

mógł nań ściągnąć nieprzewidziane kłopoty. Gdyby wieść, że to on właśnie stał 

się pogromcą bandyty, dotarła do uszu zainteresowanego, czarny elegant na 

pewno starałby się zmyć plamę niesławy. W jaki sposób? O tym Fawkes nawet 

nie chciał myśleć. Pocieszał się, że Greenfield leży na uboczu wielkich traktów. 

Chociaż... takie ciemne typy lubią wszelkie ubocza. Niech to piorun strzeli! 

Szeryf postanowił rzecz jakoś naprawić i począł tłumaczyć handlarzowi, że 

sprawa wcale nie wymaga rozgłosu, że — wręcz przeciwnie — wskazane jest 

zachowanie najgłębszej tajemnicy. Zbytnia gadatliwość może zaszkodzić 

gadającemu. A że współpasażer wydał mu się w końcu nastraszony, odzyskał 

humor. Nie pomyślał jednak, że po paru dniach handlarz o strachu zapomni, 

natomiast dobrze zapamięta sobie barwne opowiadanie, no i swą obecność jako 

świadka napadu. Cóż za temat do gawęd w pierwszym lepszym gronie 

podróżnych: w wagonie, dyliżansie, czy wnętrzu saloonu, gdzie przy kolejce whi-

sky zawsze się znajdzie łakomych na nowinki słuchaczy. 

Do Lubbock dotarli wieczorem. Miasteczko nie było tak imponujące jak Wichita 

Falls, ale w porównaniu z Greenfield przedstawiało się okazale. Pożegnali się 

szybko z handlarzem bydła i z drugim pasażerem o wyglądzie duchownego, 

który przez cały czas jazdy nie odezwał się ani słówkiem. 

background image

Biuro szeryfa Lubbock wskazał im pierwszy napotkany przechodzień. 

— Mc Intosh — powiedział. — Pójdziecie prosto, jak strzelił. Parterowy domek z 

czerwoną tabliczką i mocnymi okiennicami. 

Podziękowali i ruszyli przed siebie. Niezbyt zresztą daleko, ale na próżno. Był 

domek, była tabliczka, tylko że drzwi i okna zaryglowane, a na pukanie nikt nie 

odpowiedział. Wrócili z nosami spuszczonymi i chociaż w zajeździe podano im 

domowy adres szeryfa, zdecydowali, że jest już zbyt późno, by niepokoić w 

domowych pieleszach przedstawiciela miejscowej sprawiedliwości. Uczynili to 

dopiero rankiem. 

Mc Intosh przyjął ich bez zwłoki w wielkiej izbie o okratowanych oknach. 

Wysłuchał w milczeniu najpierw relacji Fawkesa, później Irvina. O przygodzie w 

pociągu nie pisnęli ani słówkiem, uzgodniwszy, że przede wszystkim należy 

załatwić sprawę, dla której tu przybyli. 

Szeryf Lubbock zapytał zwięźle: 

— A gdzie pieniądze? 

— Czy nikt nam tu nie przeszkodzi? — zaniepokoił się Fawkes zerkając na nie 

domknięte drzwi od ulicy. 

Mc Intosh wrzasnął w głąb lokalu: 

— Hawley! Chodź no tu! — a kiedy skrzypnęły wąskie drzwiczki, dodał: — 

Zamknij wejście od ulicy na rygiel, stań przy oknie i jakby się kto dobijał, 

powiedz, że jestem zajęty. Niech przyjdzie za godzinę. 

Gdy polecenie zostało wykonane, Fawkes złożył na biurku pękaty skórzany 

woreczek i drugie zawiniątko. Oba związane jednym i tym samym lassem. Z kolei 

cała trójka opróżniała kieszenie swych kurtek. Powierzchnię biurka zapełniły ru-

lony monet i paczki banknotów. 

— Że też nie baliście się wieźć takiej fury pieniędzy! 

— Owszem, baliśmy się, nawet bardzo — odpowiedział milczący dotąd Gordon. 

— Ale to jest już zupełnie inna historia. 

— Co takiego? 

background image

— Jak załatwimy, szeryfie, pierwszą sprawę, przejdziemy do drugiej — odezwał 

się Fawkes. — Nie należy pakować zbyt wielu różności do jednej miski, bo 

potrawa stanie się niejadalna. 

Mc Intosh uśmiechnął się: 

— Nie bardzo rozumiem, ale niech tak będzie. Więc powiadacie, że tu leży 

dziewiętnaście tysięcy. 

— Dziewiętnaście tysięcy pięćset — sprostował Fawkes. — Tyle było wczoraj. 

Dziś trochę mniej, trzeba sprawdzić. 

— Jak to? — zaniepokoił się szeryf. — Zgubiliście? Ukradli wam? 

— Ani jedno, ani drugie. W całym Greenfield nie można było zebrać ani dolara na 

koszty podróży. Wzięliśmy z tej sumy na przejazd koleją i dyliżansem i na 

noclegi w hotelach. To się potrąci z nagrody. 

— Nie bardzo w porządku — zatroskał się Mc Intosh. — To nie wasze pieniądze, 

ale poczty. Nie mieliście prawa. A co się tyczy nagrody... Hm, muszę przecież... 

posiadać dowód, że ten rudy drab, jak się on nazywał? Aha! Edwin Wang, został 

naprawdę przez was zastrzelony... 

— Miałem wieźć trupa? — oburzył się Irvin. 

— No... nie. Oczywiście, że nie. Trochę daleko. Ale jakieś inne dowody... 

— Jakie? 

— Hm... rzeczywiście, może coś, co widzieli u niego inni? Takie, jak to się 

nazywa, świadectwo tożsamości. 

Gordon wzruszył ramionami i mruknął: 

— A cóż on takiego mógł mieć? 

— Jako szeryf Greenfield zaświadczam, że zeznanie Vincent Irvina jest zgodne z 

prawdą — poważnym głosem stwierdził Fawkes. 

— Ja wam wierzę, ale inni mogą nie uwierzyć. Jak się wieść rozniesie, co dzień 

będę tu przyjmował różne typy twierdzące, że zlikwidowały takiego lub innego 

przestępcę, poszukiwanego listami gończymi. Nie, moi panowie, to na nic! 

— Nie jesteśmy żadne “różne typy" — wtrącił się znowu Gordon. 

background image

— Oczywiście, że nie — pośpiesznie wycofał się Mc Intosh. — Nie was miałem 

na myśli. Kłopotliwa sytuacja i doprawdy nie wiem, jak postąpić? 

— A pieniądze? — wtrącił Fawkes. — A te pieniądze — powtórzył — o niczym 

nie świadczą? Zresztą... niech tam! Nie będziemy żądali nagrody za tego tam 

Wanga. To nawet nieprzyjemnie brać zapłatę za wyprawienie człowieka na 

tamten świat. Prawda, Vincent? — i nie czekając na odpowiedź mówił dalej: — 

Więc mniejsza z tym Wangiem. Kto chce, niech wierzy, że on jeszcze żyje i niech 

go... ściga. Nie będziemy się o to spierać, chociaż znamy prawdę. 

— Więc o cóż jeszcze chodzi? — zdziwił się 

takim nieoczekiwanym zwrotem w sprawie Mc Intosh. 

— O drobiazg: wypłacenie nagrody za odzyskane z rabunku sumy. 

— Ależ... — zakłopotał się szeryf Lubbock — ja nie mogę o tym decydować. To 

są pieniądze poczty. 

— Tak? Dobrze. Pójdziemy do sędziego, niech on rozstrzygnie. Już dosyć 

straciliśmy czasu na nie swój interes. 

— No, trochę swój. Przecież chodzi wam o nagrodę, a poza tym jesteście 

szeryfem i to był wasz obowiązek. 

— Nikt nie ma prawa uczyć mnie obowiązków — obruszył się Fawkes i począł 

starannie ładować rulony monet z powrotem do worka. — Zabieramy się, 

chłopcy. Jak nam sędzia nie pomoże, trafimy i do gubernatora. 

Na Irvinie skóra ścierpła — jeszcze jedna, i to znacznie dalsza wędrówka aż do 

odległej stolicy Teksasu! A poza tym... ogarniało go coraz większe obrzydzenie. 

Handel trupami! Tfu! Przeliczanie jego, Irvina, ryzyka na pieniądze! 

— Ludzie, co robicie? — zaniepokoił się Mc Intosh widząc, jak Fawkes i Gordon 

pakują pieniądze. 

— Zabieramy się z całym bagażem — oświadczył Fawkes. 

— Dokąd? Napad wydarzył się w Lubbock, więc cała sprawa podlega mnie. Po 

co w to mieszać gubernatora? Zastanówcie się! A obrażać się nie ma o co. 

— Znajdźcie jakieś rozsądne rozwiązanie, a rozstaniemy się w zgodzie — odparł 

background image

Fawkes. — Sprawa jest przecież dla każdego oczywista. Wypłacicie nagrodę za 

odzyskaną część pieniędzy. Dziesięć procent, zgodnie z prawem. To znaczy: 

tysiąc dziewięćset pięćdziesiąt dolarów, a od tego potrącicie koszty naszego 

przejazdu, żeby nie było sporu. Chociaż, prawdę mówiąc, tę naszą wędrówkę 

powinniście pokryć z własnych funduszów, szeryfie. 

— Raczej wy macie chyba na ten cel jakieś fundusze w Greenfield. 

— Już mówiłem, że nie mieliśmy na koszta podróży. 

— To z czego wy tam żyjecie? 

Gordon zorientował się, że rozmowa zbacza w zupełnie nie odpowiednim 

kierunku. Postanowił ją przerwać. 

— Szeryf Fawkes mówi prawdę — wtrącił szybko. — A z czego my żyjemy, to 

nie ma nic do rzeczy. Wypłaćcie nagrodę i rozstańmy się w zgodzie. 

— To są pieniądze poczty — wahał się Mc Intosh. — Jakże mogę je naruszyć? 

— Poczta na pewno potwierdzi wypłatę. Przecież w ten sposób odzyska prawie 

połowę straty. 

— Łatwo wam to mówić. Wy odjedziecie, a ja zostanę. Ciężka jest dola szeryfa 

— westchnął. 

— Ciężka, ciężka — potwierdził Fawkes. — Wiem coś o tym. Zwłaszcza teraz. 

No, więc jak będzie? Kończmy szybciej, bo mamy wam przekazać jeszcze jedną 

interesującą wiadomość. 

— Jeszcze coś nowego? — zaniepokoił się Mc Intosh. 

— Ale nie ma żadnego związku z naszą nagrodą. 

— Decydujcie się, szeryfie! — ponaglił Gordon. 

— Muszę się poradzić sędziego. Najlepiej zaraz pójdziemy. 

— Nigdzie nie pójdziemy — sprzeciwił się Fawkes. — Najwyżej na stację 

dyliżansów... I z pieniędzmi. 

Mc Intosh podrapał się w głowę. 

— Mógłbym was zatrzymać... — powiedział, ale niezbyt pewnym głosem. 

— Spróbujcie — wsparł Fawkesa Gordon. — Spróbujcie zatrzymać szeryfa 

background image

Greenfield. Za dwa dni będziecie mieli na karku całą naszą osadę. Chcecie 

awantury? 

Była to czcza pogróżka, ale o tym wiedziała tylko trójka przybyłych. Mc Intosh 

przestraszył się. 

— Hawley! — wrzasnął na człowieka wartującego przy oknie. — Słyszałeś? 

— Słyszałem. 

— Jak byś postąpił na moim miejscu? 

— Wypłaciłbym. 

— Tyle, ile żądają? 

— Właśnie tyle. Nie potrzebujecie się lękać, szeryfie. Sprawa jest jasna jak 

słońce. 

— Ale co na to powie poczta? 

— Będzie musiała zgodzić się. A jak się nie zgodzi, nie oddacie ani centa. Znam 

dobrze sędziego, przyzna wara rację. A jeśli sprawa trafi do gubernatora, może 

być dużo kłopotów. 

Ta ostatnia groźba poskutkowała. 

— Dobrze — westchnął Mc Intosh. — Opiszmy to wszystko, dla porządku. 

Opisywanie trwało bardzo długo. Drobiazgowe liczenie pieniędzy — równie 

długo. Na koniec szeryf odczytał protokół, podsunął do podpisania i wypłacił 

kwotę tysiąca dziewięciuset pięćdziesięciu dolarów minus koszty przejazdu. 

— To wszystko — stwierdził nie bez ulgi, lokując “skarb" w głębinach swego 

biurka. — Któż wie, jakie kłopoty ściągam na swą głowę? — stwierdził 

melancholijnie. — Być może poczta będzie chciała odebrać od was nagrodę. 

Nic na to nie odpowiedzieli, tylko Gordon mruknął pod nosem: — Niech no tylko 

spróbuje... 

Szeryf Lubbock dźwignął się z fotela: 

— Tośmy wszystko załatwili. 

— Nie wszystko — sprzeciwił się Fawkes. — Posłuchajcie... 

I opowiedział o przygodzie w pociągu. Mc Intosh bardziej się zakłopotał niż 

background image

zdziwił. 

— Słyszysz, Hawley? 

— Czarny Jack — odparł zapytany. — Dawno nie słyszeliśmy o nim. Myślałem, 

że się przeniósł w inne strony albo że go zabili. 

— A tymczasem wrócił — wnikliwie zauważył szeryf Lubbock. — Ale, ale, 

dlaczego — tu zwrócił się do trójki gości — zawiadamiacie mnie właśnie? To się 

wiąże z koleją, a u nas kolei ani śladu. Czy daliście znać szeryfowi Wichita Falls? 

Nie? To bardzo niedobrze! 

— Nie mieliśmy czasu — skłamał Fawkes. 

— Z tego wynikła niepotrzebna zwłoka. Źle. Czarny Jack to diabeł wcielony. 

— Interesujący jegomość — wtrącił się Gordon. — Wyglądał wcale, wcale 

porządnie, 

— On wszystkich łapie na swój wygląd — odezwał się spod okna Hawley. 

— Kto to jest? — zapytał Fawkes. 

— Elegancik, który ma na sumieniu więcej przestępstw niż ja włosów na głowie. 

Były za nim rozsyłane listy gończe. Niejeden raz. 

— Nigdy takiego nie otrzymałem — stwierdził Fawkes. 

— Jakieś niedopatrzenie. Ale teraz to już wiecie. 

— A jego nazwisko? — zagadnął Gordon. — Bo, że czarny, tośmy stwierdzili 

własnymi oczami. 

— Kto tam wie, jak się on nazywa. Ale wszyscy wiedzą, że zawsze się na czarno 

nosi, hiszpańską modą. Na przykład ja — stwierdził Mc Intosh — nie oglądałem 

tego gagatka, ale poznałbym go z opisu. Jest elegancki, czysty, schludny. Jakby 

nie włóczył się po prerii, ale przebywał w wielkim mieście. 

— A ten drugi? Jego pomocnik? — zapytał Gordon. 

Mc Intosh wzruszył ramionami. 

— Zapewne przygodny pomagier. Przypadkowo schwytaliśmy kilku takich 

wspólników Jacka. I co się okazało? Nigdy nic o nim nie wiedzą! Właśnie dlatego 

tak trudno go schwytać. Działa zawsze sam, nie ma przyjaciół ani znajomych. 

background image

Niekiedy werbuje różne podejrzane typy, ale tylko do konkretnej roboty. Potem 

wynagradza ich częścią łupu i znika. Słyszałem, że kiedyś zastrzelił przygodnego 

pomocnika tylko dlatego, że tamten uparł się iść za Jackiem. To straszny 

człowiek. Wszystko, co mówiliście o nim, zgadza się z ogólną opinią. Jest 

grzeczny, miły w obejściu, potrafi się zachować jak dżentelmen. W 

rzeczywistości to bezwzględny okrutnik, nie dający się niczym wzruszyć. 

Dlaczego was wybrał na ofiary? Myślę, że pewnie gadaliście w wagonie o swym 

skarbie. Przyznajcie się? 

— Nic podobnego — zaprzeczył Fawkes. — O pieniądzach i o naszej podróży nie 

wiedział nikt w Greenfield, a w drodze nie zdradziliśmy się ani słówkiem. 

— Hm, może to tylko zbieg okoliczności? Czarny Jack widać uznał was za ludzi 

majętnych. Musiał być w potrzebie, kiedy poszedł na takie ryzyko. Zresztą, po 

was zająłby się innymi pasażerami. 

— Taki z niego kolejowy złodziej? — zapytał Fawkes. 

— Owszem, owszem. Ma w swym dorobku kilka napadów na pociągi, ale równie 

często poluje na dyliżanse i na samotnych gości hotelowych. No, opiszmy tę całą 

historyjkę. 

Począł skrobać piórem po papierze, po czym odczytał swoje dzieło i podsunął do 

podpisania. Uścisnąwszy dłoń szeryfa wyszli na zakurzoną ulicę. Fawkes był 

bardzo z siebie zadowolony, Gordon zamyślony, a Irvin w posępnym nastroju. 

Pieniądze nic a nic nie poprawiły mu humoru. Wzdrygał się wiedząc, że teraz 

udadzą się do Greenfield. Chętnie by tam nie wracał, ale cóż miał czynić? 

Zdążyli złapać popołudniowy dyliżans do Wichita Falls, a w Wichita — ten sam 

malutki pociąg, którym tu przybyli. 

Na przystanek kolejowy w Greenfield przybyli późnym wieczorem, a do osady — 

gdy księżyc osiągnął szczyt nieba. Musieli wędrować piechotą. Miało to i swą 

dobrą stronę: Greenfield spało od wielu godzin. W ten sposób uniknęli zbędnych 

pytań i plotek. 

Nazajutrz Irvin pognał do Fulk Bryana, brzęcząc kieszeniami pełnymi dolarów. 

background image

Bryan mieszkał w niepozornym domku, dokoła którego jeszcze można było 

dostrzec ślady kwiatowego ogródka. Tylko ślady, bo wszystkie rośliny wypaliło 

słońce. Obok domu wznosił się barak ze sklepem i magazynem towarów. Teraz 

prawie zawsze na głucho zamkniętym. Odwiedziny klientów zdarzały się rzadko i 

nie napełniały kupca radością. Powodowały przecież tylko wzrost kredytu 

udzielanego kupującym, już niebezpiecznie dla Bryana wysokiego. W pierwszym 

roku suszy udzielał go licząc na szybką zmianę sytuacji. W drugim — wysłał 

obszerne pismo do centrali przedsiębiorstwa, którego był agentem, z zapytaniem, 

co ma czynić. Jednakże przedsiębiorstwo robiło złote interesy w innych częściach 

wielkiego kraju i uznało, że wolno zaryzykować. W roku trzecim — udzielanie 

kredytu stało się dla Bryana koniecznością. Gdyby go cofnął — uciekłaby z 

Greenfield cała ludność, oczywiście nie spłaciwszy długów. A tak istniała 

przecież nadzieja. Ba, Bryan nawet pocieszał się, że im dłużej trwa susza, tym 

pewniejsze są deszcze. Kto mógłby przypuszczać, że okoliczna preria może się 

zmienić w jałową pustynię? Już teraz, gdy zrywał się upalny, porywisty wiatr, 

kłęby kurzawy wisiały nad ziemią jak nieprzenikliwa zasłona, z krańca po kraniec 

horyzontu. 

Tego ranka jak zwykle Bryan stał przed swym domkiem, z głową zadartą, 

wypatrując obłoków. Nie tych białych, kłębiastych, wróżących długotrwałą 

pogodę, ale tych sunących nisko nad ziemią, szarych i ciężkich, mogących lada 

godzina zlać ziemię rzęsistymi strugami wody. Ale niebo było jasnoniebieskie. 

— Halo, Irvin! — zawołał na widok farmera. — Powiadają — zaczął ni z tego, ni 

z owego — że pożary ściągają deszcze. Gdyby tak podpalić step? Co sądzisz o 

tym? 

— Żeby spalić Greenfield? Dziwne, że do tej pory samo nie spłonęło. Drewno jest 

suche jak pieprz. 

— Można by zaorać dokoła szeroki pas. 

— Ale preria się nie zapali. Więcej na niej piachu niż traw. 

Bryan westchnął ciężko. 

background image

— Co u ciebie słychać? — zmienił temat rozmowy. — Opowiadano, że wróciłeś 

z wyprawy? Jak się powiodło? 

— Chcę uregulować długi. 

— Cooo? — agent szeroko otworzył usta ze zdumienia. 

— No więc? — ponaglił Irvin. 

— Poczekaj, nie chce mi się wierzyć... Poczekaj, pójdę po klucze do kantorka. 

Tam będzie spokojniej. 

To ostatnie stwierdzenie zapewne wiązało się z gromkim wrzaskiem chłopięcych 

głosów dobiegających z wnętrza domu, przerywanym basowym ujadaniem dwu 

psów, które na noc agent przywiązywał na długich łańcuchach przy magazynie. 

Irvin poczuł ucisk serca słysząc ten gwar. Jego dom był pusty, głuchy, samotny. 

Cmentarz pogrzebanych nadziei. 

— Chodźmy — Bryan pojawił się podzwaniając pękiem kluczy. 

Przeszli do magazynu. Agent odemknął dwie wielkie kłódki, a potem otworzył 

solidne, wzmocnione żelaznymi sztabami drzwi. Za nimi widniała sklepowa lada, 

za ladą — mroczna przestrzeń. Pachniało kurzem, skórą, mąką, jakimiś ziołami. 

Było duszno i gorąco. 

Bryan wydobył spod lady wielką księgę dłużników. Przewracał z szelestem karty, 

aż odszukał stronę, na której widniało nazwisko Irvina. 

— Czy wszystko chcesz uregulować? 

— Wszystko. 

Agent wyciągnął ćwiartkę papieru, coś zapisywał, podliczył, wreszcie podał 

papier Irvinowi. 

— Sprawdź. To jest suma z procentami. Irvin uważnie przejrzał kolumienkę cyfr. 

— Dobrze — stwierdził. — A teraz proszę policzyć, co jest winien Gordon. 

Bryan nic nie rzekł, tylko brwi uniosły mu się nad oczami na znak niepomiernego 

zdziwienia. Natychmiast pochylił głowę nad kartkami księgi, w której począł 

szukać nazwiska Gordona. W końcu i to obliczenie zostało dokonane. Irvin 

jeszcze raz sprawdził. 

background image

— Teraz Fawkes — powiedział. 

— Co takiego?! 

— Fawkes, powiadam. Ale chodzi mi tylko o tę sumę, którą pożyczył podczas 

mojej nieobecności, na wyjazd Gordona. 

— Rozumiem... 

Znowu szelest kart, już bez kolumienki cyfr, bo rzecz dotyczyła tylko jednej 

pozycji. Wreszcie Irvin zapłacił, odebrał kwity dłużne wystawione przez siebie, 

Gordona i Fawkesa, pożegnał się spiesznie i wyszedł. Lękał się, że Bryan pocznie 

mu składać kondolencje lub wypytywać o szczegóły wyprawy. Wrócił do 

zagrody Gordona i wręczył przyjacielowi plik skryptów. 

— Zapłaciłem za ciebie i za siebie, za Fawkesa również to, co pożyczył na wyjazd 

do Amarillo. 

— Jestem twoim dłużnikiem, Vincent. Ale po coś to zrobił? Jeszcze za szeryfa... 

rozumiem, ale za mnie? Będę się teraz kłopotał, z czego ci oddać. 

— Nie martw się, zostało mi kilkaset dolarów. Powinno starczyć do najbliższych 

deszczów, a jeśli nie starczy, wskoczymy na konie i pognamy, dokąd wiatr nas 

skieruje. Skoro uregulowałem rachunki, możemy wyjechać każdego dnia i nikt 

nie powie, że uciekamy. 

Gordon nigdy więcej nie poruszył tej sprawy. A Irvin? Wymykał się z domu, 

biegł w zakurzoną prerię, byle uniknąć natrętnych pytań, byle usunąć się sprzed 

oczu ciekawskich, dla których stał się obecnie jakimś cudacznym eksponatem, 

jakie w małych miasteczkach pokazują gapiom wędrowni sztukmistrze. 

Abel Meredith znowu przywędrował przed drzwi domostwa Gordona. 

Dowiedział się o spłaceniu długów przez Irvina, a Fawkes uznał, że nie ma co 

dłużej zachowywać tajemnicy. Rozniosła się wieść po całym Greenfield o 

nieprawdopodobnym sukcesie Irvina. Pędziła z zagrody do zagrody na 

skrzydłach wiatru, obrastając po drodze w szczegóły, zależnie od humoru 

opowiadającego i od łatwowierności kolejnego słuchacza. W ostatecznym 

wyniku powstało kilka odmiennych wersji. Cóż więc dziwnego, że prawie 

background image

każdy chciał dowiedzieć się prawdy z ust samego bohatera. 

Nastąpiło wiele, wiele wizyt i trwało tak chyba przez tydzień. Można sobie 

wyobrazić, jakie to było przyjemne dla Irvina. Parokrotnie nie zdążył ukryć się 

przed ciekawskimi i został wystawiony na mękę wysłuchiwania rozmaitych pytań 

i rad. Odpowiadał krótko, prawie niegrzecznie, aż ludzie się poobrażali. 

Gromadne wędrówki do chaty Gordona ustały. Obaj przyjaciele odetchnęli. Ale 

na krótko. 

Znaleźli się w Greenfield ludzie zazdrośni. Częściowo o sławę Irvina, częściowo 

o pieniądze. Złe języki zapoczątkowały złośliwą robotę. Czego to nie 

wymyślono? Że Irvinowi w głowie się przewróciło, że stał się dumny, 

nieprzystępny... Dziwnie szybko zapomniano o tragedii farmera. Ba, znaleźli się i 

tacy, którzy twierdzili, że Irvin dorobił się majątku na... morderstwie, że wcale nie 

oddał, komu należy, wszystkich odzyskanych pieniędzy. Szeryf, gdy usłyszał 

pierwszą tego rodzaju plotkę, wybuchnął słusznym gniewem. Zgromił 

przypadkowego informatora, aż ten, zawstydzony, unikał odtąd spotkań z 

Fawkesem. Ale plotkujących było wielu i chociaż ten i ów spośród 

rozsądniejszych brał w obronę Irvina, chętniej wierzono w kłamstwo niż w 

prawdę. 

Karol, gdy po raz pierwszy dowiedział się o wszystkim, o mało nie pobił śmiałka, 

który, ubolewając nad “złymi ludźmi", wyraził wątpliwość, czy Irvin słusznie 

otrzymał nagrodę “za zabicie człowieka". Zapomniano, kim w rzeczywistości był 

“zabity człowiek". Za to świetnie pamiętano o fakcie spłacenia przez Irvina 

długów. Potem zaczęto analizować charakter Irvina. Bo chyba “krwawy, okrutny 

charakter" musiał mieć człowiek, który przez nikogo nie zmuszony podjął się — 

w zastępstwie szeryfa — pogoni za przestępcą. Taka opinia była zresztą w 

tamtych czasach niemal powszechna na ziemiach Dzikiego Zachodu. Gdy szeryf 

chwytał lub w jakikolwiek inny sposób unieszkodliwiał przestępcę, spotykał się z 

powszechnym uznaniem. Jeśli jednak zupełnie to samo czynił ktokolwiek inny, w 

najlepszej nawet intecji, poczynano uważać go za... mordercę, tyle tylko, że 

background image

zalegalizowanego, a pieniądze wypłacone w nagrodę — za ,,brudne, hańbiące 

pieniądze". I tak właśnie się stało. Najpierw Irvina uznano za bohatera Greenfield, 

ale bardzo szybko tym bohaterem być przestał. Dopóki unikał ludzi, nie oriento-

wał się w sytuacji. Jednakże później, kiedy zaczął pokazywać się na głównej i 

jedynej ulicy osady, stwierdził ze zdumieniem, że role się zmieniły: gdy on 

przestał unikać ludzi, ludzie poczęli unikać jego. Próbował dojść przyczyny. 

Uzyskiwał wyjaśnienia wykrętne, zaprzeczające rzeczywistości. Zdenerwowany i 

zły, udał się do starego Abla Mereditha. Ten mu wreszcie wyjaśnił, co się stało. 

— Nie przejmuj się tym, synu — dodał na zakończenie. — Jest tu trochę ludzi 

mądrych i oni nigdy nie uwierzą plotkom. A głupcy? Pluń na nich. Zresztą głupcy 

szybko zapomną o swych głupstwach. 

— Cóż więc mi radzisz, ojcze? 

— Hm... jak by tu powiedzieć? Nie szukaj towarzystwa durniów, unikaj ich przez 

pewien czas. 

Irvin spokojnie wysłuchał rady, ale kiedy o niej opowiadał Karolowi, aż trząsł się 

z oburzenia. 

— Zupełnie jakbym to ja popełnił przestępstwo, a nie tamci... A może lepiej by 

było zniknąć stąd? 

— Co masz na myśli? 

— No, choćby wycieczkę. Dokądkolwiek. Chcę zejść ludziom z oczu. 

— Pomysł niezły. Pojadę z tobą. Irvin przecząco pokręcił głową: 

— Nie gniewaj się, Karolu. Może innym razem skorzystam z twej propozycji, ale 

teraz... teraz chcę być sam. Żeby wrócić do równowagi. 

— I dokąd to masz zamiar... 

— Pojadę do Wichita, może do Lubbock. Przyszło mi do głowy, że gdyby tak 

znalazł się amator na moje gospodarstwo... 

— Chcesz porzucić Greenfield? 

— No... nie wiem. Wciąż jeszcze nie wiem... 

— Nie będziemy omawiać tej sprawy. Przemyśl wszystko. Jak wrócisz, 

background image

pogadamy. Może i ja się zdecyduję na sprzedaż? Pamiętaj, lepiej z rozmysłem 

popełnić głupstwo niż dokonać mądrego czynu bez zastanowienia. 

Irvin uśmiechnął się: 

— To jakaś dziwna filozofia. 

— Rzecz polega na tym, aby jak najlepiej wszystko przewidzieć i uniknąć 

zaskoczenia. Kiedy chcesz ruszać? 

— Jak najprędzej. Kupię jeszcze trochę żywności na drogę u Bryana, a później na 

siodło i w świat! 

background image

W Wichita Falls 

 

Lokal szeryfa w Wichita Falls nie miał sobie równego w bliższej i dalszej okolicy. 

To był luksus! A jakże. Dla wielu — szczyt wytworności, wobec którego stawali 

onieśmieleni. 

Gdy po trzech stopniach wchodził do wnętrza, przybysza wcale nie witała typowa 

w tamtych stronach obskurna izba, prymitywne umeblowana, z szeryfem 

rozpartym niedbale za niezbyt czystym stołem (niekiedy — za biurkiem, co już 

świadczyło o wyższym stopniu szeryfoskiej elegancji). 

W Wichita Falls było zupełnie inaczej! Izba, owszem, dość przestronna. Pod 

trzema ścianami stały proste ławy, między nimi krzesło z poręczami. Na tym niby 

fotelu siedział zazwyczaj młody człowiek w szerokoskrzydłym kapeluszu na 

głowie, w kolorowej koszuli i długich spodniach opadających fałdami na żółte 

buty o wysokich obcasach. Buty zawsze lśniły jak słońce — podobno tak je 

czyszczono na żądanie samego szeryfa, który nie cierpiał zaniedbania i 

niechlujstwa. 

Irvin, wkroczywszy do izby, stanął zaskoczony jak każdy nowy interesant. Długo 

stał niezdecydowanie. 

— O co chodzi? 

Młodzieniec z krzesła podciągnął nogi, aż zadzwoniły srebrne koła ostróg 

przypiętych do olśniewających butów. 

— Czy jest szeryf? 

— Szeryf zajęty.  

— Na długo?  

Wzruszenie ramion. 

— Poczekam — rzekł Irvin siadając na ławie. 

— To potrwa bardzo długo. 

background image

— Nie szkodzi. A czy ty, młodzieńcze, także masz interes do szeryfa? 

Zagadnięty poczerwieniał na twarzy i wyprostował się na krześle. 

— Ja jestem człowiekiem szeryfa — powiedział dumnym głosem — a nie 

żadnym... interesantem. 

— Przepraszam. Nie wiedziałem. Trudno poznać po ostrogach pomocnika 

szeryfa. Nie dostrzegam gwiazdy. 

Chłopak poczerwieniał jeszcze bardziej. 

— Dostanę za kilka dni. 

Spostrzegł, że się tłumaczy, więc żeby jakoś zatrzeć wrażenie swej słabości — jak 

uważał — dodał szybko: 

— Co was to obchodzi? Szeryf jest zajęty i zakazał wpuszczać. 

Irvin kiwnął tylko głową i wpatrzył się w ścianę. Zapanowała cisza mącona 

jedynie odgłosami ulicy. Nie trwało to jednak długo. Młodzieniec z krzesła albo 

nudził się setnie, albo też pragnął podkreślić wagę swej funkcji. 

— Mogę wam poradzić — rzekł niedbałym głosem — nie warto ze wszystkim 

chodzić do szeryfa. 

— Lękam się — odparł Irvin — że mógłbyś się rozchorować, a szeryf straciłby 

tak cennego pomocnika. 

— Rozchorować? 

— Tak. Z nadmiernego wysiłku. Moja sprawa nie jest łatwa i wymaga tęgiej 

głowy. 

— Co takiego?! — wrzasnął chłopak i zerwał się z krzesła. — To obraza! 

— Nie. Nauka, aby nie zadzierać nosa powyżej własnych możliwości. 

— Wynoście się! 

— A jeśli tego nie uczynię? 

— Wyrzucę was! 

— Spróbuj. 

Chłopiec wyciągnął rewolwer, ale wyglądało na to, że nie wie, co dalej robić. 

— Chcesz strzelać? Niedobra to sprawa. Morderstwo w biurze szeryfa? 

background image

— Wynoście się! 

Irvin nie zdążył odpowiedzieć. Ujrzał bowiem, jak w bocznej ścianie 

bezszelestnie otworzyły się drzwi. 

— Co to za krzyki, Bob? Wiesz, że tego nie znoszę. 

Chłopak odwrócił się plecami do Irvina. 

— Ten człowiek mnie obraził. On mówi... 

— Nie kończ. 

Człowiek stojący w uchylonych drzwiach uniósł rękę gestem sprzeciwu. 

— Przypadkowo słyszałem całą rozmowę. Nie była zbyt przyjacielska, ale Bob... 

sam sobie jesteś winien. Nie czyń ze mnie próżniaka i nie zmuszaj ludzi za 

każdym razem do czekania na- 

 

wet wtedy, gdy łapię muchy na ścianie. Ale i wy — zwrócił się do Irvina — nie 

należycie do kategorii grzecznych, jeśli się nie mylę. Macie do mnie sprawę? 

— Do szeryfa. 

— No właśnie. Wejdźcie. 

Przepuścił farmera i cicho zamknął drzwi. Ten pokój jeszcze bardziej zdumiał 

przybysza. Przede wszystkim dlatego, że od progu do stojącego daleko, daleko w 

głębi biurka wiódł szeroki, ciemnoczerwony, włochaty chodnik. Jeśli ktoś 

nosił przesadnie duże ostrogi, musiał uważać, by nie zaczepić o chodnik i nie 

upaść. Zdarzyło się to już kilku interesantom wpadającym zbyt pospiesznie do 

gabinetu szeryfa. Tak więc włochaty chodnik był elementem uspokajającym i 

wcale nie przypadkowym. Biurko szeryfa również wyglądało niezwykle. 

Olbrzymie, lśniące jak lustro, a na nim wspaniała lampa z metalowym 

zbiornikiem i kulistym kloszem. Dwa ciężkie, kryte skórą fotele utrudniały dostęp 

do tego biurka, a okazała szafa pod przeciwległą ścianą prezentowała poprzez 

szyby drzwiczek grzbiety pokaźnych tomów ustawionych na półkach. 

— Siadajcie. 

Irvin skorzystał z zaproszenia i zapadł się w głębinach fotelowej przepaści. 

background image

— Słucham. 

— Będziecie na pewno zdziwieni, szeryfie... 

— Ja się niczemu nie dziwię. Mówcie bez wstępów. 

— Otóż... chodzi o to... Nie śmiejcie się ze mnie... 

— Śmiało, śmiało. Ani mi to w głowie. Mam nadzieję, że nie przyszliście 

opowiadać mi dowcipów? 

— Na pewno nie — pospieszył z odpowiedzią Irvin. — Ja, szeryfie, przyszedłem 

zapytać się, czy nie poszukujecie ludzi. 

— Nie bardzo rozumiem. Mam was przyjąć do pracy? 

Irvin energicznie pokręcił głową. 

— Pytam o ludzi poszukiwanych listami gończymi. 

— Ooo... 

Wydało się farmerowi, że pociągła, sucha, jakby ptasia twarz szeryfa wydłużyła 

się jeszcze bardziej, a głębokie bruzdy biegnące od policzków do ust stały się 

jeszcze głębsze. 

— Kogóż to szukacie? 

— Nikogo, specjalnie... Tak w ogóle. 

— Tak w ogóle — powtórzył szeryf i nagle rzucił tonem pytania: — Kandydat 

na... łapacza? Kto was do mnie skierował? 

— Nikt. 

— Mieszkacie w Wichita Falls? 

— Nie. 

— Skąd przybyliście? 

— Z Greenfield. 

— Greenfield... Greenfield... Gdzie to jest? 

Irvin postarał się w przybliżeniu określić położenie osady. Czy szeryf coś z tego 

zrozumiał, czy nie — trudno było odgadnąć. Dość, że nie pytał więcej. 

Zainteresował się natomiast zawodem przybysza. 

— Rolnik? — zdumiał się usłyszawszy odpowiedź. — Straciliście ziemię? — 

background image

zawyrokował. 

— Mam ją nadal. 

— Co u licha? Teraz to już niczego nie pojmuję. Początkowo sądziłem, że 

jesteście jednym z takich, co to z wiatrem w zawody idą, raz tu, raz tam. U nich 

się zdarza, ale żeby farmer?! Co wam do głowy strzeliło? 

— Każdy ma prawo ścigać przestępcę. 

— Pewnie, ale ja wam odradzam. Gra idzie o wielką stawkę: o własną głowę. 

Trzeba mieć doświadczenie, a jakież doświadczenie w tej sprawie może posiadać 

rolnik? 

— Schwytałem jednego, za którym rozesłano listy gończe. Schwytałem go — 

Irvin zaciął się — to jest... zabiłem go. 

— Taak? No proszę, kto by się spodziewał? 

Z samego tonu głosu wynikało, że szeryf nie wierzy informatorowi. 

— To się stało po napadzie na pocztę w Lubbock — pospieszył wyjaśnić farmer. 

— Dognałem obu, jeden zdołał uciec, drugi został na miejscu. 

Szeryf poruszył się niespokojnie. 

— Nam zależy raczej na chwytaniu przestępcy niż na jego śmierci — zauważył 

surowym głosem. — Nie lubię rewolwerowców. 

— Gdybym nie użył broni, nie siedziałbym teraz przed wami. On strzelił 

pierwszy. 

— Ach tak... I gdzież się to wydarzyło? 

— Nad Kolorado. Południową Kolorado. Odzyskałem część zrabowanych 

pieniędzy. Szeryf z Lubbock może poświadczyć. 

— Znam tę sprawę. Przepraszam, jak się nazywacie? 

— Vincent Irvin. 

— Vincent Irvin — powtórzył szeryf. — Vincent Irvin... Przypominam sobie. A 

co to była za historia z Czarnym Jackiem? Mc Intosh lubi dużo mówić. Jego 

słowa są jak gąbka pełna wody, gdy ją wycisnąć, niewiele zostaje. 

Irvina zaskoczyło pytanie, ale musiał odpowiedzieć. Więc opisał przygodę w 

background image

pociągu. 

— Było was tam trzech i żaden nie zgłosił się do mnie. Dziwię się. Przecież napad 

wydarzył się w okolicy Wichita, a nie Lubbock? Dlaczego nie przyszliście tutaj? 

Irvin pomyślał, że odpowiedzialność za to obciąża przede wszystkim Lucasa 

Fawkesa, ale tego nie powiedział. Wyjaśnił natomiast, że obawiali się o 

pieniądze, które wieźli. 

— To mogło przyjść was dwu — zauważył logicznie szeryf. — No, ale przepadło. 

Czarny Jack długo będzie pamiętał o takim spotkaniu. Radzę wam nie kręcić się 

w tych stronach. Licho nie śpi. 

Ostrzeżenie nie trafiło Irvinowi do przekonania. Przecież nie po to tu przyjechał, 

aby się bać Jacka. I zaraz to głośno stwierdził. A na zakończenie dodał: 

— Chcę się dowiedzieć, za kim rozesłano listy gończe. 

Szeryf spojrzał nań tak, jakby chciał go wzrokiem na wylot przewiercić. 

— Szukacie guza — stwierdził. — Ale niech będzie... Zaraz zobaczę. 

Wysunął szufladę, pogrzebał chwilę w jej wnętrzu i wyciągnął plik 

zadrukowanych kartek. 

— To nasz pięcioletni dorobek — wyjaśnił. — Listy gończe z czterech stron 

świata. Najpierw — podniósł arkusik — jakiś Goldwin. Poszukiwany przez 

szeryfa z Pine Bluff. W Arkansasie. Stara sprawa. Jak mi wiadomo, nikt u nas 

tego Goldwina nie widział i mam nadzieję, że nie zobaczy. 

— Co on zrobił? 

Szeryf pochylił swój długi nos nad papierami. 

— Bagatela — mruknął, a potem, podnosząc głowę: — Rabunek połączony z 

podpaleniem farmy. Trzy osoby zastrzelone albo spalone. Co na jedno wychodzi. 

Irvin wzdrygnął się, ale szeryf nie zwrócił na to uwagi. 

— Nie ma co sobie tym głowy zawracać. Goldwina dawno musiało wywiać na 

koniec świata. 

Wziął następną kartkę. 

— A tu szanowny pan Abraham Curtis, szuler. Ale to jeszcze nie wszystko. W 

background image

gospodzie “Pod Jeleniem" w Omaha zastrzelił gracza, gdy usiłował wyciągnąć 

mu karty z rękawa. To się stało przed czterema laty. Gdzie go tam teraz szukać! 

Patrzmy dalej. Ben Josiah, nawet z naszych stron, z Denton. Zabił wspólnika 

podczas przepędu stada. Woły sprzedał i czmychnął. Przed trzema laty. A tu 

znowu... Dawid Humphry: napad na pociąg, raczej na wagon pocztowy. Nie 

udało mu się. Próbował drugi raz i zabił kierownika pociągu pod Shreverport w 

Luizjanie, przed dwoma laty. Co wy na to? 

— Myślę — odparł wolno Irvin — że nasza sprawiedliwość bardzo jest 

nierychliwa. Cóż warte są te wszystkie listy gończe? 

— Warte, warte, człowieku. Wielu nie schwytano, ale równie wielu dzięki tym 

papierkom — tu stuknął palcem w blat biurka — siedzi dziś za kratkami albo... 

gorzej. Że nie wszyscy? Cóż, nie mamy odpowiednich ludzi. Praca szeryfa jest 

ciężka, ochotników do pomocy brak. Taki Bob, na przykład. 

— Kto? 

— No ten chłopak, co sterczy przy wejściu. Pewnie się wyrobi, ale dziś jest 

jeszcze zupełnie zielony. Czy mogę go posłać do jakiej roboty? Każdy z tych 

ludzi, których nazwiska odczytałem, zdmuchnąłby go jak świecę. To właśnie 

dlatego wyznacza się nagrody. Was również złakomiły, co? Nie jest to takie 

dziwne, ale dziwi mnie, że farmer łapie się za coś takiego. Gospodarstwo wam nie 

wystarcza? 

Irvin zaśmiał się gorzko. 

— Dochód z mej farmy da się zmieścić w naparstku j jeszcze coś niecoś można 

tam wetknąć. 

— To tak? 

Szeryf zamyślił się chwilę. 

A co byście rzekli, gdybym zaproponował pracę u mnie? 

Irvin przez sekundę wyobraził siebie w roli chłopaka pilnującego drzwi. 

— Dziękuję — odparł energicznie. — Nie! 

— Moglibyście zostać moim zastępcą. Oczywiście, nie tak od razu. 

background image

— Nie. 

— Wolicie występować jako łapacz? Ano, cóż? Co kto lubi. 

Słowo “łapacz" nie było Irvinowi obce. Słyszał je kiedyś i wiedział, że nie jest 

pochwałą ani nawet określeniem obojętnym uczuciowo. Ale teraz zadźwięczało 

jakoś wyjątkowo pogardliwie. Aż skrzywił się zabawnie. 

— Widzę, że wam ta nazwa nie smakuje. Więc jednak może... 

— Nie — zaprotestował Irvin po raz trzeci. — Siedzieć w Wichita Falls? To 

prawie to samo co tkwić w Greenfield. A ja muszę jeździć. Nie potrafię usiedzieć 

w jednym miejscu. 

— To coś nowego. Praca na roli przestała was interesować? 

Irvin z ironicznym uśmieszkiem wyjaśnił, jak obecnie wygląda “rola" w 

Greenfield. 

— O do licha! Rzeczywiście niewesoło. Powinniście przenieść się w inne strony. 

Nie wszędzie jest susza, a o ziemię nietrudno. 

— Może to uczynię, ale nie teraz. Nie potrafiłbym ani orać, ani siać, ani żąć. 

— Przesada. Najgorsza nawet posucha... 

Przerwał i wpatrzył się w twarz farmera. 

— W tym waszym Greenfield wydarzyło się chyba coś gorszego. Coście tam 

zrobili? Może się da naprawić? 

— Nie w ludzkiej to mocy odmienić, szeryfie. 

— Aż tak źle? 

— Znienawidziłem... znienawidziłem tych łotrów! — krzyknął Irvin w porywie 

pasji. — To przez nich! Gdyby nie napad w Lubbock, nie ruszyłbym się z 

Greenfield. I ciągle mi się wydaje, że... uratowałbym swoją rodzinę — dokończył 

już cichszym głosem. — Dlatego postanowiłem na pewien czas, o, nie na zawsze, 

zostać łapaczem. Wcale nie dla pieniędzy. Dlatego żeby jakoś... żeby jakoś... — 

umilkł nie mogąc znaleźć odpowiednich słów. 

To był krzyk rozpaczy. Tak go ocenił — i trafnie — szeryf z Wichita Falls. Wiele 

tragedii oglądał w swym życiu, a oto teraz miała się rozsunąć kurtyna i ukazać mu 

background image

nawy dramat człowieczy. 

— Czy możecie mi to jakoś wyjaśnić? 

Irvin oddychał głośno, a wargi mu lekko drgały. Szeryf wolno podniósł się z 

krzesła, wolno pomaszerował w kierunku szafy. Odemknął szklane drzwiczki, 

spoza równego szeregu książek wyciągnął kwadratową butelkę i dwie szklanki o 

zielonkawym połysku. Postawił na biurku, ostrożnie wyciągnął korek. Złotawy 

płyn zabulgotał dźwięcznie. 

— Wypijcie — podsunął szklankę gościowi. Irvin skinął głową, przytknął szkło 

do ust i wypił powoli, aż do dna. Odstawił puste naczynie. 

— No co, lepiej? — zainteresował się szeryf. 

— Dziękuję... — Irvin poczuł w żołądku miłe ciepło, a w głowie miły szmerek. 

— To świetne lekarstwo na wszelkie bóle i choroby. Byle użyć w odpowiedniej 

chwili i nie za często. Wtedy przestaje skutkować i robi z człowieka wariata. A 

teraz słucham. 

Opowieść wypadła zwięźle. Szeryf pojął wszystko, bo czego zabrakło w relacji 

farmera, tego się domyślił. Westchnął lekko i począł przewracać zadrukowane 

kartki udając, że czegoś w nich szuka. W ten sposób dał czas Irvinowi, by 

przyszedł do siebie. I cel ten osiągnął. Może szklanka whisky, może chwila 

szczerej rozmowy, a najprawdopodobniej jedno i drugie razem przywróciło 

Irvinowi równowagę ducha i umysłu, bo zapytał już zupełnie spokojnym głosem: 

— Więc jak ze mną będzie, szeryfie? Znajdzie się jakiś list gończy? 

— Znajdzie się, uparty człowieku, jeśli... — kiwnął głową nie kończąc zdania. — 

No więc — zaszeleścił papierami — któż tu jeszcze jest? Aha, Ben Bendick. 

Przezwano go “dwa be". Mieszkaniec Wichita Falls. Świetnie faceta pamiętam. 

Mały, chudy, drobny. Nie dałbyś centa za niego. Nie wiem, jak on to zrobił, aż 

trudno uwierzyć, ale w gospodzie “Czarny Bizon" przewrócił bufet wraz z całą 

zastawą. Siedział u mnie później i pewnie miałby do czynienia z sędzią, gdyby się 

nie ugodził z Bennet Heywoodem, właścicielem “Bizona". Bendick zapłacił co do 

centa za wszystkie zniszczenia. I to wydało mi się podejrzane. Bendick nigdzie 

background image

nie pracował. Niekiedy, chyba dla fantazji, wynajmował się jako poganiacz bydła 

przy przegonach z Teksasu do Deadwood w Południowej Dakocie. Potem zawsze 

tu wracał. Aż w końcu wszystko się wydało. Poznali go podczas napadu na kantor 

bankierski w Shreverport w Luizjanie. Miał dwu pomocników, cała trójka 

zamaskowana, jak to zwykle bywa. Zorganizowali wszystko starym sposobem: 

jeden pilnuje wejścia, drugi ludzi na sali, trzeci kasjera. Tak właśnie wszystko się 

odbyło. Ale Bendick jednego nie przewidział: że chustka zawiązana pod oczami 

rozpłacze się i spadnie. A spadła, gdy wkładał pieniądze do torby. Kasjer 

krzyknął, Bendick strzelił i chybił. Tak się tym zdenerwował, że uciekł. Może 

zresztą sądził, że kasjer go nie poznał, ale grubo się pomylił. Ten urzędnik 

bankowy pracował przed tym w Wichita Falls i niejeden raz spotykał Bendicka. 

Poszły listy gończe, ale od roku o Bendicku nic nie słychać. Chcesz go odszukać? 

— To na nic. Musiałbym chyba przewędrować cały kraj. Dużo zrabował? 

— Około sześćdziesięciu tysięcy. 

— Starczyło na wyjazd do Kanady lub Meksyku. 

— I ja tak myślę, ale — znowu zaszeleścił kartkami — nic lepszego nie mam. 

Ostatnio nie zdarzyło się nic poważniejszego. 

— Poza Czarnym Jackiem — zauważył Irvin. 

— Czarny Jack nie dla ciebie. 

— Już się z nim spotkałem. 

— Miałeś szczęście zaiste wyjątkowe. Przy drugim spotkaniu, jeśli cię pozna, nie 

wymigasz się. Pomyśl o tym. 

Irvin coś mruknął do siebie. 

— A jak ze strzelaniem? Pokaż no swoją broń. 

Farmer niechętnie wydobył srebrnego colta i położył na biurku. 

— To twój? Potakujące skinienie głowy. 

Szeryf ujął rewolwer za lufę i bacznie przyjrzał się rękojeści. Po czym cicho 

gwizdnął. 

— Jeśli się nie mylę, słyszałem o tych coltach. Srebrne colty Czarnego Jacka, nie? 

background image

— Zgadza się. 

— Czemuś tego nie oddał szeryfowi w Lubbock? Widział kto kiedy takiego 

wariata? Nikt tu nie posiada podobnej broni. Jeśli Jack ciebie nie pozna, to pozna 

rewolwer. Gdzie jest drugi? 

— W Greenfield. Podzieliliśmy się zdobyczą. Szeryf położył colt na biurku. 

— Wyrzuć to. Prawie jakbyś śmierć przy sobie nosił. Jeśli nie chcesz wyrzucić, 

zostaw u mnie. Dam ci inny. Zgoda? 

— Nie, szeryfie. To musi być dobra broń. 

— Jak dla kogo. Chętnie wypróbowałbym... Wyciągnął z kieszeni gruby zegarek 

przyczepiony do błyszczącej dewizki. 

— Dzisiaj już nie. Zagadaliśmy się, ale jutro rankiem gotów jestem sprawdzić, 

jak strzelasz. No? Jeśli się zgodzisz, opowiem ci coś o zwyczajach Czarnego, a 

może nawet o tym, gdzie go szukać. Ręczę słowem, że ci się przyda. Nawet jeśli 

go zaniechasz. Nigdy nic nie wiadomo. 

Podniósł się zza biurka. 

— Czekam cię jutro o szóstej. 

— Będę — odparł farmer. 

— Świetnie. Idź już, a po drodze przyślij mi Boba. 

Irvin opuścił gabinet, pełen najsprzeczniejszych uczuć. W hallu nadal tkwił 

samotny chłopak, rozwalony niedbale na krześle. Klepnął go po ramieniu, a kiedy 

tamten poderwał się, rzekł: 

— Słuchaj, jak on się nazywa? 

— Murphy, Denis Murphy... 

— Doskonale, A teraz idź do szefa. Wiesz, co ci powiem? Twój szeryf jest całym 

wodospadem mądrości. Jeśli choć kropla spadnie z niego na twą łepetynę, 

wygrasz wielki los na życiowej loterii. 

Bob wybałuszył oczy. 

— No, idź do szeryfa. Później się zastanowisz nad tym, co ci powiedziałem. A 

przemyśl dobrze! 

background image

Reszta dnia upłynęła Irvinowi dość nudno. Odnalazł hotel, ten sam, w którym 

uprzednio we trzech nocowali, wynajął pokój i umieścił wierzchowca w 

hotelowej stajni. Potem pogadał z właścicielem na temat ewentualnej sprzedaży 

gospodarstwa w Greenfield. Hotelarz zanotował sobie wszystko, ale niczego nie 

obiecał. Irvin nie nalegał, nie był jeszcze zdecydowany na sprzedaż. Wrócił do 

swego pokoju, położył się w ubraniu na łóżku, nogi oparł na poręczy i począł 

dumać nad obecną sytuacją. 

Następnego ranka zgodnie z umową stawił się przed szeryfowskim lokalem. 

Boba nie było, ale przed drzwiami stał szeryf. Kiwnął głową na powitanie i 

powiedział krótko: 

— Chodźmy. 

Przeszli przez miasteczko, prawie jeszcze puste o tej porze, a później skręcili w 

bok wąską drożyną, wiodącą polami prościutko ku rzece. Szeryf wiódł gościa 

samym brzegiem wód Wichita (od niej przyjęło nazwę miasteczko), aż natrafili 

na strome urwisko spadające ku pokrytej żwirem plaży. 

— Jesteśmy na miejscu — stwierdził Murphy, nieco natężając głos, jako że szum 

wody zagłuszał słowa. — To wodospady — dodał tonem wyjaśnienia. 

Wydobył z kieszeni ćwiartkę papieru, przybił ją patykiem do piaskowej ściany. 

Potem odmierzył krokami odległość, na koniec ustawił Irvina na samej krawędzi 

plaży. 

— No, możemy zaczynać. Nikt nam tu nie przeszkodzi. Widzisz ten punkt? — 

wskazał palcem na czarne kółko wymalowane pośrodku kartki. 

— Nie jestem ślepcem — obruszył się Irvin. 

— No, to staraj się trafić. 

Farmer wydobył srebrny colt. Jeżeli kiedy w życiu posługiwał się bronią, to tylko 

strzelbą, ale nawet o tym nie wspomniał. 

— Na co czekasz?  

Irvin strzelił. 

— Dalej! 

background image

Nacisnął cyngiel jeszcze trzy razy. 

— Dosyć! Zastanawiam się — rzekł Murphy — jakim to nadzwyczajnym 

sposobem zabiłeś tamtego bandziora? 

— Wtedy miałem strzelbę. 

— A ja myślę, że po prostu urodziłeś się pod szczęśliwą gwiazdą, ale w spotkaniu 

z Czarnym Jackiem nic ci ona nie pomoże. Popatrz teraz. 

Wyszarpnął błyskawicznym ruchem rewolwer z pochwy u pasa. Nie mierzył. 

Błysk i huk nastąpiły jednocześnie z podniesieniem dłoni. 

— No?. 

— W sam środek — przyznał Irvin nie kryjąc zdziwienia. — Takich, jak wy, 

szeryfie, nie ma chyba wielu? 

— Bardzo wielu i jeszcze lepszych. Do roboty! 

— Co? — zdumiał się farmer. 

— Przecież muszę cię nauczyć. Wyciągnij rękę. Nie tak, zupełnie źle. W ogóle 

nie umiesz celować. 

Stanął z boku i ujął farmera za przegub. 

— Patrz, ot tak. Strzelaj.  

Irvin pociągnął za cyngiel. 

— No widzisz. Już lepiej, chociaż to pewnie przypadek. Kula trafiła w skraj 

plamy. 

— Przed dwoma laty — odezwał się Irvin podniesiony na duchu skromnym 

sukcesem — zająłem pierwsze miejsce w konkursie strzeleckim. Co prawda 

najlepszy strzelec nie brał w nim udziału. 

— A wszyscy inni byli najgorsi — stwierdził nieco złośliwie szeryf. — Gdzież się 

to odbyło? 

— W Greenfield. 

— Daj spokój. Zwycięzca! A niech cię. Myślę, że jesteś najlepszym strzelcem 

wśród rolników i najlepszym rolnikiem wśród strzelców. No, jazda, jeszcze raz! 

Nauka trwała tak długo, aż zabrakło naboi. 

background image

— Na dziś będzie dosyć — zawyrokował Murphy. 

— Na dziś... — stropił się farmer. 

— Na dziś. Jutro będziemy znów próbować. Nie wyobrażaj sobie, że cię tak 

puszczę. Nie zwykłem wrzucać małych kociąt na głębinę. A z tobą byłoby jeszcze 

gorzej. 

— No to co będzie? — zafrasował się Irvin. 

— Nauczysz się strzelać. 

— Przez dwie godziny dziennie. A co z resztą dnia? Tyle zmarnowanego czasu. 

— Lepiej marnować czas niż stracić życie. Zresztą gdzież ci tak pilno? Do twojej 

skamieniałej roli? Nauczę cię różnych sztuczek, a poza tym masz się ćwiczyć 

sam. Człowieku! Zrozum, że jako strzelec jesteś zupełnie zielony. No, wracamy. 

Wydostali się na wysoki brzeg i ruszyli ku miasteczku. Szeryf pogwizdywał, 

Irvin szedł ponury i milczący. 

— Nie mogę tak siedzieć bezczynnie — odezwał się nagle — za dwa dni nie 

będzie mnie tutaj. Nie macie prawa... 

— Prawa nie mam — odparł wesoło Murphy — ale bez żadnego prawa potrafię 

tak cię zbić, że tydzień poleżysz w łóżku. To nie przelewki, mój drogi. Zresztą... 

nie będę cię zatrzymywał, jeśli dasz mi słowo, że prosto z Wichita udasz się do 

swojego Greenfield. Zgoda? 

— Łatwowierni jesteście, szeryfie. Mógłbym dać słowo i wcale go nie dotrzymać. 

— Wiedziałem, że tak odpowiesz. Ale ja troszkę znam się na ludziach. Należysz 

do tych uczciwych z kościami. Zresztą... bez mojej pomocy nie odnajdziesz 

Czarnego. Nie przypuszczałem, że tak kiepsko strzelasz, i dopóki się nie 

nauczysz, dopóty niczego nie powiem o Jacku. Czekam cię jutro o szóstej. Jeśli 

się nie zjawisz, możesz więcej nie przychodzić. 

I tak się rozstali. Szeryf nadal wesoło pogwizdujący, Irvin nadal ponury. Co miał 

teraz czynić? Opuścić Wichita Falls? Na własną rękę poszukiwać Czarnego 

Jacka? Wracać do Greenfield czy tkwić tutaj nie wiadomo jak długo? A może 

nauka strzelania ma na celu jedynie zniechęcenie go do planowanej wyprawy? 

background image

Jaka szkoda, że nie ma tu Karola! Ten znalazłby radę. Do licha z tym wszystkim! 

Zdesperowany wszedł do pierwszego spotkanego po drodze saloonu. Już na 

schodkach spostrzegł szyld: “Czarny Bizon". Przypomniał sobie opowieść 

szeryfa. To właśnie tu jakiś tam Bendick przewrócił bufet. Skierował się prosto 

do tego bufetu. 

Kazał nalać szklaneczkę whisky i dopełnić ją wodą sodową, czym wywołał błysk 

zdziwienia w oczach sprzedawcy. Potem siadł przy stoliku w pustej sali. O tej 

rannej godzinie mieszkańcy Wichita Falls załatwiali swe interesy handlowe, a 

obiboki i lenie odsypiali nocne zabawy. 

Wysączył zawartość szklaneczki i podszedł do bufetu. 

— Jeszcze raz — powiedział — ale może coś lepszego. 

— Ma pan jakąś ulubioną markę? 

Irvin zastanowił się chwilę, ale nic mu nie przyszło do głowy. 

— Nie, ale to jest... bardzo kiepskie. Butelka z inną nalepką pojawiła się na ladzie. 

Szklaneczka została napełniona. Irvin oparł się, jak mógł najwygodniej, o 

metalowy blat. 

— Znaliście Bena Bendicka? — zapytał. 

— O co chodzi? 

— Głupstwo. Powiadają, że przewrócił ten bufet. 

— Wie o tym całe miasto. 

— Nie jestem tutejszy. 

— Tak sobie od razu pomyślałem. A może widzieliście Bena? — zagadnął 

zniżając głos. — Możecie mówić śmiało. Nie jestem papla. 

Irvin roześmiał się. 

— Nie znam Bena, nigdy go nie widziałem. 

Podobno był małym, szczupłym człowieczkiem, dlatego dziwię się, że dał radę 

temu bufetowi. 

Z kolei roześmiał się karczmarz. 

— Prawda — przytaknął. — Na oko Ben ważył tyle, co mucha, ale wówczas taki 

background image

był ścisk przy ladzie, że to raczej ludzie niż on zwalili ten cały interes. Ben 

zapłacił jednak wszystko, bardziej za innych niż za siebie. Honorowy z niego 

chłopak. 

Po wyjściu z saloonu Irvin począł zwiedzać miasteczko. Przewędrował kilka 

uliczek przystając przed witrynami sklepu i obserwując przechodniów, osiołki 

czekające nie wiadomo na kogo, kowbojów przejeżdżających na narowistych 

rumakach, jakichś traperów w zupełnie fantastycznych ubraniach, obdartusów i 

elegantów w lśniących cylindrach, farmerów w długich butach i zakurzonych 

opończach, którzy ściągali tu, by dokonać niezbędnych zakupów i zabawić się. 

Wreszcie natrafił na warsztat rusznikarza, który nie tylko reperował, ale i 

sprzedawał broń nową i używaną, wszelkiego rodzaju i kalibru. Zajrzał do 

wnętrza. Rusznikarz okazał się człowiekiem gadatliwym. Pokazał przybyszowi 

pełny asortyment towaru i usiłował sprzedać cudaczny, trójlufowy pistolet. Ale 

Irvin kupił tylko kilka paczek nabojów do colta, w związku z “nauką strzelania". 

Nazajutrz stawił się punktualnie o szóstej w umówionym miejscu, nad rzeką. 

Tym razem miał strzelać nie do czarnego kółka na białym papierze, ale do 

błyszczącej, blaszanej puszki wbitej w stromą ścianę. Blacha migotała w słońcu, 

Irvin trafił dopiero przy czwartym strzale, co wywołało na twarzy szeryfa grymas 

niezadowolenia. 

— Okropność — stwierdził. — Takiego ucznia dawno nie miałem! Nie puszczę, 

dopóki sześć razy nie podbijesz tego pudełka w górę. 

— Niby jak? 

— A tak. 

Wyciągnął blaszankę z piachu, cisnął ją ku niebu i nim spadła zdążył wyszarpnąć 

rewolwer. Strzelił sześć razy i za każdym strzałem spadająca puszka 

podskakiwała. 

— Widziałeś? 

— Wspaniale! Nie jestem ślepy. 

— Mam nadzieję, chociaż... sądząc z twojej umiejętności trafiania do celu... Ech, 

background image

Irvin, staraj się, człowieku, aby mój czas nie został zmarnowany. 

— Przecież nie prosiłem... — burknął Irvin pod nosem. 

— Wiem, wiem i na kogo innego machnąłbym ręką, ale ty jakoś mi przypadłeś do 

serca. Nie mogę puścić cię tak bardzo bezbronnego. 

Znów wetknął blaszankę w piasek, a Irvin podjął swe strzeleckie ćwiczenia. 

Skutek był raz lepszy, raz gorszy, aż wreszcie szeryf uznał, że na dziś dosyć. 

— Jutro przyjdziesz o tej samej porze — zarządził. 

Irvin nie zaprotestował. Na podobnej pukaninie zeszedł ranek następny i 

popołudnie. Irvin nabrał humoru — szeryf już nie kiwał nad nim głową tak 

żałośnie. Po kilku dniach stwierdził: 

— jesteś zdolny. Inny nie doszedłby do takich rezultatów. 

— Będę mógł wyruszyć? 

— Oho, nie tak zaraz. Bo widzisz, celnie strzelać to jeszcze nie wszystko. 

— Szeryfie — odezwał się Irvin, a twarz mu się wydłużyła. — Któregoś dnia 

zrezygnuję z waszych wiadomości o Jacku i po prostu ucieknę z Wichita. 

— Czy nie rozumiesz, chłopie, że czuwam nad twoim życiem? 

— Jak duch — mruknął farmer i skrzywił się zabawnie. 

— No właśnie, ale musisz przyznać: dobry duch. A teraz zrobimy jeszcze jedną 

próbę. Jeśli wypadnie pomyślnie... 

Ustawił Irvina na skraju wody, naprzeciw blaszanki. 

— Uważaj — powiedział. — Dam znak i natychmiast masz strzelać. 

Farmer sięgnął po rewolwer. 

— Nie, nie, mój kochany. Opuść rękę, opuść! — Wydobył z kieszeni wielki 

zegarek z sekundnikiem. — Strzelaj! — zawołał. 

Irvin szarpnął za uchwyt broni i nacisnął cyngiel. Kula ugrzęzła gdzieś w piasku. 

— Sam widzisz, jak źle... Zbyt długo i kulą w plot! Przez taki czas twój 

przeciwnik mógłby cię trafić ze trzy razy. 

— Przestańcie mnie straszyć! W kółko jedno i to samo, a to: “trafi cię", a to 

“zabije cię" — rozżalił się Irvin. — Albo chcecie ze mnie uczynić tchórza, albo... 

background image

— zawahał się. 

— Albo kogo? 

— Wyszkolonego mordercę. Nie odpowiada mi ani jedno, ani drugie. 

— Raczej rewolwerowca — chciałeś powiedzieć. 

— Na jedno wychodzi. 

— Kto chce się mierzyć z rewolwerowcami, musi posiąść ich umiejętności, Irvin. 

To znaczy: dorównać szybkością i celnym okiem. Pamiętaj, chłopcze, że ja cię do 

niczego nie namawiałem i nie namawiam. Raczej odradzam. 

— Dobrze, już dobrze. Mówiliście już o tym... 

— Nigdy nie za wiele. A teraz popatrz. Stanął odwrócony plecami do blaszanki. 

— Licz głośno. 

Irvin powiedział: “Jeden", “dwa" już nie zdążył, bo w tej krótkiej chwili szeryf 

odwrócił się i strzelił. Nawet nie dostrzegł, kiedy wyciągnął broń zza pasa. Strzał 

był celny. 

— Ja się takiej sztuczki nigdy nie nauczę — oświadczył zdesperowany farmer. 

— Nauczysz się, nauczysz. Już powiedziałem, że jesteś zdolny, tylko brak ci 

wprawy. No, do roboty. Teraz nie będziesz strzelał, tylko wyjmował colta. Na 

czas. 

I zaczęła się nowa lekcja, i trwała tak długo, aż Irvinowi dłoń omdlała. Szeryf to 

zauważył. 

— Na dziś dość. Irvin odetchnął: 

— Tylko nie myślcie, że po tej całej szkole przystanę do was na służbę. 

— Może się jeszcze przekonasz. Taki wybór byłby najmądrzejszy. Ale nie będę 

nalegał. 

— Kiedy wreszcie dowiem się czego o Czarnym Jacku? 

— Za kilka dni, myślę. Jak się lepiej wprawisz. Wracamy. 

Irvin widać wprawił się, bo szeryf dotrzymał obietnicy. I tak oto zakończył się 

pobyt farmera w Wichita Falls. Ale ani szeryf, ani Irvin nie przypuszczali, że jego 

rolnicza kariera została właśnie przez to raz na zawsze zakończona. 

background image
background image

Noc w jarze 

 

To był stary trakt. Bardzo stary. Gdyby go nawet Denis Murphy o tym nie 

uprzedził, Irvin zauważyłby to swym doświadczonym okiem farmera. Bo rolnik 

może się nie znać na tropach płowej zwierzyny, ale w mig pozna drogę, po której 

toczyły się wozy ciągnione przez woły, stratowaną końskimi kopytami. 

Zwłaszcza taki rolnik, który przebył szlak wielkiej wędrówki ludów ze wschodu 

na zachód, A przecież stary trakt nie tak łatwo dostrzec. Po roku, po dwu latach, 

jeśli nikt już tamtędy nie jeździ, pokrywa się trawą. Pod kobiercem zieleni znikają 

odciski podków, koleiny po kołach i wydeptane stopami tysięcy wędrowców łyse 

placki ubitej ziemi. I na pozór nic nie przypomina uczęszczanej niegdyś drogi. 

Ale Irvin nie dał się zwieść. Na starym trakcie, na podłożu rozmytego deszczami 

końskiego i krowiego nawozu wyrosła trawa nieco wyższa niż w sąsiedztwie i 

bujniejsza. Nie każdy by to dostrzegł, ale farmer natychmiast zauważył różnicę. 

To była właśnie ta droga, o której mówił Murphy, zanim się rozstali. Rozmowa 

była długa i przeciągnęła pobyt Irvina w Wichita Falls o cały dzień. Ale tego dnia 

farmer nie uważał za stracony. Zresztą, żeby szczerze wyznać, nie żałował i dni 

poprzednich, mimo że tyle razy denerwowały go przestrogi, rady i rozkazy 

szeryfa. “Strzelaj, odwróć się, wyciągnij broń..." — i tak zdawałoby się bez 

końca. Teraz miał to już za sobą. Potrafił wyszarpnąć colta w mgnieniu oka i 

prawie natychmiast nacisnąć cyngiel. Poczuł coś w rodzaju dumy, a jednocześnie 

zabolało serce na wspomnienie wydarzeń, które przywiodły go do gabinetu 

szeryfa w Wichita Falls. 

Zatrzymał konia na pustkowiu zapomnianego szlaku i pomyślał, że ta droga, 

wiodąca nie wiadomo skąd i nie wiadomo dokąd, dziwnie pasuje do jego sytuacji. 

Jak to mówił Murphy? 

— ...później trafisz na przetarty niegdyś szlak*. Uważaj, Irvin, wytrzeszczaj oczy, 

background image

abyś nie prześlepił. 

— Drogi nie zauważę? — oburzył się wówczas Irvin. 

— To była droga przed laty. Dzisiaj niewiele z niej zostało... 

Cmoknął na konia. 

Szeryf mówił prawdę. Niewiele śladów zostało, ale jak dla Irvina — 

wystarczająco dużo. Byle tylko nie zjechać w bok. 

— Ona biegnie ku Górom Skalistym — wyjaśnił wtedy Murphy. — A gdzie się 

kończy.., któż to wie? A gdzie się zaczyna... też nie mam pojęcia. Od lat nikt 

tamtędy nie jeździł. 

— To może w ogóle nie ma tej drogi? — wtrącił wówczas Irvin. 

— Jest. Jak słońce na niebie. Przebyłem jej spory odcinek, więc wiem. 

Ta droga musiała więc być jedynym przewodnikiem, wiodącym Irvina do celu. 

— Tylko uważaj — znowu wspomniał słowa szeryfa — nie przeocz jej, bo 

zaczniesz się kręcić jak kot wokół własnego ogona. 

Irvin dobrze wiedział, że zdać się musi wyłącznie na własne oczy. Miał odnaleźć 

na tym gładkim pustkowiu, na tej bezkresnej równinie — zapadlinę, jar. Sprawa 

pozornie łatwa. No, bo jeśli teren gładki jak stół, to jak można nie zauważyć 

wąwozu  

— Nic nie zauważysz — przestrzegał go szeryf. — Będziesz się znajdował o 

kilka jardów od uskoku, nadal przekonany, że przed tobą równe pole aż po 

horyzont. Opowiadano mi o takim, który w biały dzień skręcił kark zwaliwszy się 

w dół. Jechał pewno kłusem, a może galopem, i zbyt późno dojrzał krawędź. 

Mówiono mi o takich, którzy krążyli dokoła jaru, a później opowiadali, że nic nie 

znaleźli, że z tym jarem to bajka... 

Więc teraz Irvin uważnie rozglądał się dokoła, zwłaszcza w drugiej połowie dnia. 

Szeryf zapewnił go, że powinien dotrzeć do celu, zanim mrok okryje ziemię. Jeśli 

będzie jechał normalnie, to znaczy: raz stępa, raz kłusem, raz galopem. 

— W ten sposób możesz gnać od świtu do wieczora i nie zmęczysz konia. Wie o 

tym każdy westman — dodał szeryf. 

background image

Niestety, Irvin nie był westmanem. I dlatego właśnie lękał się, że przy zbyt 

powolnej jeździe nie dotrze do jaru przed wieczorem. Przy zbyt szybkiej, minie 

go... Ten przeklęty jar miał się znajdować po prawej stronie zapomnianego traktu, 

w odległości kilku jardów. A w jarze? 

Rzecz dotyczyła właśnie Czarnego Jacka, który — według słów szeryfa — nie 

był “takim sobie zwykłym" bandytą. 

— Widzisz — tłumaczył Irvinowi — tak jakoś się składa, że teksański 

rewolwerowiec z reguły ma wygląd odpychający. A twarz taką, jakby na niej 

wycisnęły swe piętno wszystkie dokonane przestępstwa. Ci ludzie to stali 

bywalcy saloonów, zapici nałogowcy, okrutnicy o odrażającym obliczu. 

Wystarczy spojrzeć, a już wiadomo, czego po takim typie można oczekiwać. A 

poziom umysłowy? A sposób wyrażania się? Co dwa słowa to trzy plugawe 

przekleństwa. Ale Czarny Jack? Ho, ho! On jest zupełnie inny. Elegancko ubrany, 

gładki w słowach i w sposobie bycia. Prawdziwy, zdawałoby się, dżentelmen. 

Dlatego tak mu się wszystko udaje. Któż by podejrzewał człowieka 

wyglądającego na zamożnego ranczera czy posiadacza tysięcy akrów urodzajnej 

ziemi za bandytę? Dzięki temu potrafi dotrzeć wszędzie. Była taka głośna 

historia, Czarny Jack dostał się do salonki któregoś ze wschodnich miliarderów. 

Przez połowę przebytej pociągiem drogi czarował jegomościa swym miłym 

głosem, a później... ulotnił się z wagonu wraz ze szkatułką zawierającą grubszą 

gotówkę. To zostało bardzo elegancko wykonane. Ale nie sądź, Irvin, że Jack jest 

zawsze taki łagodny. Potrafi być okrutnikiem, potrafi mordować na zimno. Ci, 

którzy mieli nieszczęście z nim się zetknąć, twierdzą, że Jack to prawdziwy 

diabeł, na ludzkie nieszczęście wypuszczony z piekła, i że dlatego ubiera się na 

czarno. 

Irvin, słuchając tych słów, poczuł dreszcz trwogi. No, bo jeśli Czarny Jack 

zapamiętał sobie jego twarz? 

— Gdybyś z nim jechał sam — zastanawiał się głośno szeryf — powiedziałbym, 

że cię na pewno rozpozna, ale was było tam trzech. Cała historia nie trwała długo. 

background image

Sądzę, że musiałby bardzo dokładnie przyjrzeć się twojej twarzy, aby móc 

rozpoznać towarzysza podróży. Za to... z całą pewnością zwróci uwagę na twego 

srebrnego colta. Takie rewolwery to u nas rzadkość. 

Tak, Irvin nie musi być od razu poznany i to daje mu pewną przewagę. Ale... 

— To nie jest prawdziwy, rzetelny westman — przypomniał sobie słowa szeryfa. 

— Wbrew pozorom. To nie westman, powtarzam, który nie strzeliłby w plecy, bo 

taki czyn uważa za haniebny. To nawet nie rewolwerowiec, który wyzwie cię na 

pojedynek wobec świadków. Nic z tych rzeczy. Czarny Jack zastrzeli cię i nawet 

nie będziesz wiedział, kiedy. To właśnie on przed czterema laty podpalił farmę 

Winkfielda. Wiesz, dlaczego? Dlatego, że farmer miał kiedyś nieszczęście 

spotkać go w Wichita, w saloonie Billa Havaya. Rozpoznał Jacka i głośno o tym 

powiedział. Jack nie mrugnął okiem. Wybiegł z lokalu, skoczył na konia i 

odjechał. Najbliższej nocy podpalił jego dom, a kiedy przerażeni mieszkańcy, 

zbudzeni ze snu, wybiegli na dwór, powystrzelał wszystkich: starego farmera, 

jego żonę i dwu synów. Jeden tylko parobek nocujący w stajni zdołał uciec. Stąd 

wiem o wszystkim. 

— Potwór! — wykrzyknął Irvin. — Jednak nie pojmuję jednej sprawy... 

— Czego? 

— Czarny Jack był tu, pod waszym nosem. Nie potrafiliście go zatrzymać? I w 

ogóle... jak on ośmielił się przyjść do Wichita, jeśli go wszyscy znają? 

— Otóż mylisz się, Irvin. Nie wszyscy go znają. Najlepszy dowód, że ty go nie 

poznałeś ani twoi towarzysze. Ośmielę się nawet powiedzieć, że mało kto potrafi 

go rozpoznać. Zaledwie kilka, może kilkanaście osób go widziało, i to przelotnie. 

Stąd utarło się przekonanie, że Jack zawsze ubiera się na czarno i stąd jego 

przydomek, bo nazwiska nikt nie zna. Cóż w tym dziwnego, że zjawił się w 

Wichita Falls? Mało to osób ubiera się na czarno? A że go nie zatrzymałem? 

Dobre sobie! Zła sława Jacka obezwładnia ludzi jak jad grzechotnika. Wtedy, w 

saloonie Billa, nikt nawet palcem nie ruszył. Winkfield zrobił głupstwo. Pewnie 

sądził, że cała gromada rzuci się i obezwładni łotra. Na pewno daliby radę, ale ich 

background image

strach sparaliżował. O tym wypadku powiadomili mnie dopiero w godzinę 

później. Podobno ludzie bali się wyjść na ulicę, wyobrażając sobie, że tam czatuje 

na nich Czarny Jack z rewolwerem w dłoni. 

— I nigdy nie ścigaliście go? 

Szeryf przymrużył jedno oko. 

— ścigałem... nie ruszając się z miejsca. Ja idę tylko na pewniaka, Irvin, 

zapamiętaj to sobie. 

— W ten sposób musicie odnosić wielkie sukcesy. To nawet całkiem bezpieczne. 

— Nie kpij. Nic nie rozumiesz. W Wichita Falls skończyły się napady bandyckie 

i nawet Czarny Jack niczego już nie będzie tu próbował. Zbyt wiele ma rozsądku. 

Niestety. 

— Gadanie... — zniecierpliwił się farmer. 

— Tak sądzisz? A ja o Czarnym Jacku wiem więcej niż ktokolwiek inny. Chociaż 

go nigdy nie spotkałem. Można mieś uszy i oczy nie tylko własne. 

— Nie rozumiem. 

— Widzisz, cóż ze mnie byłby za szeryf, gdybym nie wiedział nie tylko o tym, co 

się dzieje w Wichita Falls, ale i w dalszej okolicy? Pomocników mam zaledwie 

trzech, i to wliczając tego chłopca, Boba. Ale są inni. 

— Kto taki? 

— Po co mam cię wtajemniczać w szczegóły? Wystarczy, że są znajomi i znajomi 

znajomych. Są ludzie, którym wyświadczyłem taką lub inną przysługę, a oni w 

zamian za to potrafią zbierać potrzebne wiadomości. 

— Spryciarz z was, szeryfie — przyznał Irvin. 

A teraz pomyślał: nie tylko spryciarz, ale i człowiek rozumny. Zatrzymał po raz 

drugi konia. Siady drogi nagle urwały się. Zeskoczył z siodła. Badał uważnie 

ziemię, krążył dokoła jak pies gończy. Na koniec znalazł. Po prostu trakt skręcał 

raptownie. Może kto inny, stwierdziwszy ten fakt, beztrosko pojechałby dalej. 

Irvin był bardziej przezorny. Pomyślał: dlaczego trakt skręca tak raptownie, jeśli 

dokoła nie widać żadnej przeszkody, którą musiałby ominąć? 

background image

Ujął konia za cugle i począł posuwać się linią kolistą. To była żmudna wędrówka, 

ale doprowadziła do celu. Nieoczekiwanie. 

“Jakże łatwo mogłem skręcić kark!" — pokiwał głową, gdy na krok przed nim 

urwała się płaszczyzna prerii. Położył się i spojrzał w dół. Stroma ściana spadała 

głęboko, przerażająco głęboko. To był właśnie jar! 

— Tam właśnie musisz powędrować — mówił szeryf. 

— Dlaczego? 

— Powiadają, że Czarny Jack jest tak nieuchwytny, ponieważ potrafi nagle 

zniknąć. Na całe tygodnie, ba... na miesiące. Zastanawiałem się nad tym i 

doszedłem do prostego wniosku: jeśli znika, to musi mieć jakąś kryjówkę nikomu 

nie znaną. No, i gdzieś przecież magazynuje swe łupy. Dowiedziałem się. 

— O czym? 

— O tym, że Jack ma swoje kryjowiska. I wcale nie jest tak samotny, jak 

powiadają. Posiada wspólników, a raczej podwładnych, może nawet nie zawsze 

wtajemniczonych, komu służą i czym się trudni ich chlebodawca. Dobrze wiesz, 

Irvin, bo już o tym mówiłem, że Czarny dokonuje napadów albo sam, albo w 

towarzystwie przygodnych pomocników, po czym natychmiast z nimi się 

rozstaje. To jedna z przyczyn, dla których tak trudno go schwytać. Któraś z 

kryjówek Jacka znajduje się o dzień drogi do Wichita Falls. 

Tak mówił Denis Murphy, a później opisał bardzo dokładnie wnętrze jaru. 

— Byliście tam? — zagadnął Irvin. 

— Oczywiście.  

— I co? 

Szeryf roześmiał się. 

— I nic. Przypuszczam, że jegomość, który tam stale mieszka, poznał we mnie 

szeryfa. Dlatego drugiej wizyty nie składałem. Czarny Jack na pewno zostałby 

wówczas uprzedzony, jeśli to już się nie stało. 

— A kto jest tym mieszkańcem jaru? 

— Powiedział, że trudni się traperstwem. 

background image

— A jeśli to prawda? Może w tym jarze Jack nie bywa? 

— Za kogo mnie masz, Irvin? Taki naiwny to ja nie jestem. 

Teraz farmer leżał z głową wysuniętą poza krawędź przepaści i patrzał. Jak tam 

się dostać? Przeciwległe zbocze było równie strome, a po lewej stronie przepaść 

kończyła się półkolistą, pionową ścianą. Natomiast na prawo Irvin nie mógł 

dostrzec kresu rozpadliny. Nie pozostało mu nic innego, jak tylko wędrować 

skrajem urwiska. Nie przewidział jednak, że wędrówka potrwa bardzo długo. W 

końcu odnalazł wąską ścieżynkę spadającą w głębiny jaru. Począł nią schodzić 

prowadząc konia za cugle. Wolał nie ryzykować jazdy po tak nieznanej i 

niepewnej drodze. 

Na dole znajdziesz taki niby-domek, niby-blokhaus, podobny do tych, jakie 

stawiali pogranicznicy. W nim mieszka stary traper. 

Tak mówił Murphy. I w rozmowie z szeryfem wszystko wydawało się bardzo 

proste. Ale jak teraz ten niby-domek odnaleźć? 

Wolno, wolniutko schodził. Ciemniało coraz bardziej. Dotarł do samego dna jaru. 

Skąpa trawa i sporo piasku. Nie było tu nawet krzaczka, za który — w razie czego 

— można by uskoczyć. 

Wydostawszy się na równą, gładką drogę, szedł teraz śmiało i rozglądał się 

dokoła w nadziei, że dostrzeże opisany przez szeryfa blokhaus. Zgodnie z planem 

— miał odegrać rolę wędrowca przypadkowo zbłąkanego i szukającego 

bezpiecznego noclegu. Ściemniało się coraz bardziej. Brnął więc przed siebie w 

mroku. O radości! Ujrzał wreszcie czerniejącą ścianę, a w chwilę później 

wąziutkie wycięcia okiennych otworów, które tym tylko różniły się od strzelnic 

pogranicznej fortalicji, że miały szyby w oknach. Farmer zastukał, raz, drugi, 

potem załomotał do drzwi. Na koniec pociągnął za zwisający skobel. Skrzypnęło 

przeciągle i głośno. Wsunął głowę w szparę. 

— Jest tu kto? — zapytał. 

Milczenie. Pewnie tajemniczy traper wyruszył na łowy, a odwiecznym 

zwyczajem panującym na preriach nie zaryglował wejścia. Stare prawo 

background image

gościnności, skrupulatnie w tych stronach przestrzegane, wymagało, aby 

strudzony wędrowiec mógł znaleźć dach nad głową nawet podczas nieobecności 

gospodarza. Chowano więc lub zabierano tylko broń. Sprzętów kuchennych, 

opału, a nawet żywności nikt nie zabezpieczał, aby niespodziewany gość mógł z 

nich korzystać. I żeby oddać sprawiedliwość ludziom Dzikiego Zachodu, nie 

zdarzył się wypadek nadużycia takiej gościnności. Napadano i rabowano 

samotnych wędrowców i całe karawany, ale nigdy nie okradziono domu, którego 

właściciel pozostawił otwarte drzwi. 

Irvin doszedł do wniosku, że należy noc spędzić możliwie wygodnie. Pusty 

blokhaus bardzo do tego zachęcał. Bieda, że panowały tam nieprzeniknione 

ciemności. Wszedł omackiem i począł krążyć po izbie w poszukiwaniu kawałka 

drewna. Gdy wzrok nieco oswoił się z czarnym mrokiem, począł rozróżniać 

szczegóły. Odnalazł suchą szczapę. Bardziej dymiła, niż świeciła, ale 

poszukiwanie naftowej lampki nie dało rezultatów. Wetknął zaimprowizowane 

łuczywo między kamienie paleniska i rozejrzał się po izbie. Prymitywny stół 

wbity w ziemię, ława... Wyglądało na to, że nikt tu nie mieszkał, i to już od 

dawna. Jakiś stęchły, niezdrowy zapach, aż wiercił w nosie. Nagle usłyszał, że nie 

domknięte drzwi przeciągle, głośno zgrzytnęły. Odwrócił się błyskawicznie. 

Cisza. Nikogo. Pociągnął za skobel — drzwi nie ustąpiły. Szarpnął raz i drugi. Na 

próżno. 

— Co u licha? — mruknął i naparł na belki całym ciężarem ciała. Ani drgnęły. — 

Bez głupich kawałów — powiedział głośno. — Otwórz! 

Cisza. Zbadał jedno z trzech wąskich okienek. O przedostaniu się — ani marzyć. 

Znowu powrócił do drzwi. Kto zamknął go w tym starym blokhausie. A może z 

dachu zsunęła się jakaś belka i tak niefortunnie zatarasowała wyjście? Dach! 

Pułap nie znajdował się wysoko. Gdy podniósł rękę, dotykał palcami 

chropowatych, nierównych desek. Ostrożnie wszedł na stół, dostrzegł szpary 

między deskami, przez które przeciskały się grudki ziemi. Na deskach leżały 

zapewne płaty darni — najlepsze zabezpieczenie przed pożarem, a jednocześnie 

background image

doskonała ochrona przed deszczem. Irvin dobrze znał takie dachy. Swój pierwszy 

domek w Greenfield też tak zbudował. 

Stercząc na stole, zastanawiał się, czym podważyć deski. Najporęczniejsza do 

tego celu byłaby siekiera, w ostateczności długi nóż myśliwski, ale miał przy 

sobie tylko rewolwery. 

Z energią wetknął między deski lufę colta. Nacisnął raz i drugi, aż drewno trzasło. 

Szpara powiększyła się, mógł zmieścić w niej dłoń. Szarpnął — odpadł kawał 

spróchniałego drzewa, posypała się ziemia. Kiedy obluzował sąsiednią deskę, 

kawał darni stoczył się do wnętrza izby. Ujrzał nad głową czarne, znaczone 

gwiazdami niebo. Dźwignął się na rękach i wypełzł na wierzch. Leżał chwilę, 

głęboko oddychając. Patrzał i słuchał. Nic. Nikogo. Zeskoczył na ziemię lekko, 

prawie bez szmeru. Ściskając w prawicy kolbę rewolweru, wolniutko, ostrożnie, 

tuż przy samej ścianie podsunął się do drzwi. Były na pół uchylone. Zdumiał się. 

Szarpnął za skobel i jednym skokiem znalazł się we wnętrzu. 

— Brawo, Irvin! Spisałeś się doskonale. No, cóż cię tak zatkało? 

— To wy, szeryfie? 

— Pewnie że ja, a nie mój duch. 

— Żebym nie spotkał Czarnego Jacka, pomyślałbym teraz, że to wy przebieracie 

się w jego skórę. Co to wszystko znaczy? 

— Pytanie rzeczowe, owszem. Widzisz, jeszcze przed tobą tutaj przybyłem, nie 

przypuszczając, że tu nikogo nie ma. Doszedłem bowiem do wniosku, że narażam 

ciebie na zbyt wielkie niebezpieczeństwo. Stwierdziłem już, że blokhaus jest 

pusty, a dokoła ni żywej duszy. Wówczas zawróciłem, aby zobaczyć, jak sobie 

dajesz radę. I jestem pełen uznania. Mówię poważnie. 

— I co dalej? — zapytał farmer przez zaciśnięte zęby. 

Przecież to wszystko wyglądało na kpiny! Jak to? Szeryf trzyma go w Wichita 

Falls, uczy strzelać, wtajemnicza w sprawy Czarnego Jacka, potem kieruje na 

nieznaną drogę ku nieznanemu jarowi, a kiedy Irvin pokonuje wszystkie 

trudności, okazuje się nagle, że to, co uczynił, nie miało żadnego sensu! Lucas 

background image

Fawkes nigdy by nie pozwolił sobie na coś podobnego. Szanował ludzi. 

— I co dalej? — powtórzył. 

— Poczekałem, aż zejdziesz na sam dół — opowiadał spokojnie Murphy — a 

później krok w krok za tobą. Potrafię stąpać bardzo cicho. Kiedy tu wszedłeś, 

znajdowałem się zaledwie kilka kroków dalej. Przyszło mi do głowy, aby cię 

zamknąć... 

— Co to za kpiny? — Irvin zadał pytanie głosem, w którym słychać było 

hamowaną wściekłość. 

— Kpiny i nie kpiny jednocześnie — odparł poważnym tonem szeryf. — 

Chciałem sprawdzić, na ile cię stać, Irvin. Czy dałbyś sobie radę w podobnej 

sytuacji. Pamiętaj, że będziesz miał do czynienia z Czarnym Jackiem, a to diabeł 

wcielony. Potrafi różne sztuczki wyczyniać. Ale... dałeś radę. Jeden tylko 

popełniłeś błąd: nie należało tak szybko i z takim hałasem zeskakiwać. 

Gdyby tu stał Jack, łatwo by cię zdmuchnął. Rozumiesz? 

Irvin, mimo całego szacunku dla szeryfa, zerwał się gwałtownie. Ale zaraz opadł 

na ławę. Rozumiał, że jeśli spowoduje awanturę, nie pozostanie mu nic innego, 

jak tylko wracać do Greenfield albo wędrować do innych miasteczek w 

poszukiwaniu innych szeryfów rozporządzających gończymi listami. Stłumił 

wybuch gniewu, ale warknął przez zęby: 

— Dobra zabawa dla szeryfa, co?  

Szeryf wzruszył ramionami: 

— Wierz mi, Irvin, albo nie, ale daleki byłem od takiego zamiaru. Jeśli jednak 

zrezygnujesz z poszukiwania Czarnego Jacka, nie zmartwię się tym. Masz 

wspaniałe zadatki na westmana. Za rok, za dwa, po dalszej wprawie, mógłbyś 

zostać doskonałym szeryfem. Już ci raz proponowałem. 

— Nic z tego. Ani szeryfem, ani szeryfowskim pachołkiem! 

— Ho, ho! Aż tak ostro? Taki “szeryfowski pachołek", jak mówisz, bardziej jest 

ceniony przez ludzi niż zwykły łapacz, jakim upierasz się zostać. 

Nie było tonu urazy w słowach Murphy'ego, ale Irvin nawet tego nie zauważył. 

background image

— Zakpiliście ze mnie — stwierdził raz jeszcze. — Czy zasłużyłem na to? 

Mydliliście mi oczy tym Czarnym Jackiem, nie wiem po co. 

— Uspokój się, Irvin. Tak nie dojdziemy do ładu. Jeszcze chwila, a powiesz, że 

chronię Czarnego. 

— Przepraszam, szeryfie — opamiętał się wreszcie. 

— Mniejsza z tym. Dam dowód, że nie próbowałem wyprowadzić cię w pole, 

tylko pomóc. Ode mnie nikt się nie dowie o dzisiejszej wyprawie. Bo i nie byłoby 

to bezpieczne. Czarny Jack ma długie uszy. A ta chata to naprawdę jego 

schronisko, jedno z wielu. Zabierajmy się stąd. Szczapa już gaśnie, a poza tym... 

— podniósł się z ławy — poza tym wolę nocować gdzie indziej. Mimo, że w tej 

chwili w jarze nie ma nikogo oprócz nas. 

Rzekłszy to ruszył ku drzwiom. 

background image

Przyjaciel Denisa 

 

Każdy nieświadomy rzeczy musiałby zdumieć się na widok takiego budynku. Nie 

dlatego, że wznosił się w szczerym polu. Na Dzikim Zachodzie trafiają się 

samotne domy farmerskie. Ale na tym domu widniał napis: “Saloon". Kogóż u 

licha obsługiwał właściciel samotnego lokalu? 

Pytanie takie zadał sobie Vincent Irvin, gdy ujrzał napis. Zeskoczył z konia, 

zatupotał butami na drewnianych stopniach wejścia. Przez chwilę podejrzewał, że 

nikogo tu nie ma, a budynek przetrwał jako ostatni relikt kwitnącego ongiś 

miasteczka, które znikło bez śladu. Zdarzały się przecież takie wypadki. Albo — 

jeszcze dziwniejsze — kiedy ruchome osiedla, wyrastające nagle przy budowie 

kolejowego szlaku, przesuwając się w miarę jak przedłużały się szyny, 

rozrastając się lub kurcząc, gubiły po drodze pojedyncze swe budowle. Ten 

właśnie saloon mógł być takim zagubionym elementem większej całości. Tylko 

że w pobliżu nie było ani śladu kolejowego nasypu, ani szyn, no i ten saloon 

posiadał szyby w oknach. Wcale nie wyglądał na opuszczone domostwo. 

Stwierdziwszy to wszystko pchnął drzwi i odetchnął z ulgą: nie ulegało 

wątpliwości, dom był zamieszkały. Na szczęście. Bowiem w przeciwnym 

wypadku musiałby wracać do Wichita Falls, a zaprawdę miał tego dosyć. 

Wędrował do samotnego saloonu wypatrując znaków. Niekiedy drogowskazem 

był potężny głaz, niekiedy — samotne drzewo lub bagnisty strumień ciurkający 

sennie dnem malutkiej dolinki. Takich “drogowskazów" musiał się Irvin nauczyć 

na pamięć. Denis Murphy i pod tym względem okazał się nieubłagany. 

Niefortunna wyprawa do jaru nie stała się bowiem — wbrew przypuszczeniom 

Irvina — kresem poszukiwań Czarnego Jacka. 

Gdy o świcie farmer i szeryf wracali — każdy oddzielnie do miasteczka, Irvin 

pełen już był nowych nadziei. Wybaczył szeryfowi wszystko. Murphy nie tylko 

background image

przekonał Irvina o słuszności swego postępowania, ale przekazał mu dalszą część 

swej zadziwiającej wiedzy o Czarnym Jacku. Kolejna informacja dotyczyła 

pewnej karczmy, położonej o trzy dni jazdy z Wichita Falls, prosto na południe. 

— Nazywa się “Old Bison". Maleńka klitka z paskudnymi napojami. Ale przecież 

nie po to tam jedziesz — wyjaśniał na poły poważnie, na poły żartobliwie Denis 

Murphy, kiedy opuścili jar. 

A później zatrzymał konia. 

— Nikt nas już nie powinien widzieć razem. Zaczną się niepotrzebne domysły. 

Wiadomo, jak to u ludzi. Kto odgadnie, co z tego może dotrzeć do Czarnego 

Jacka? Wiesz już wszystko, Irvin. Wrócimy do Wichita osobno. Objedziesz 

miasteczko dokoła, wjedziesz z przeciwnej strony. I więcej nie pokazuj mi się na 

oczy bez istotnej przyczyny. Bywaj! 

Później był i głaz, i drzewo, i strumyk rozdeptany racicami jakichś wielkich 

czworonogów. Wszystko się zgadzało z informacjami szeryfa. A na koniec 

wędrówki: saloon “Old Bison"* 

Koniec? Bodajby to koniec! Irvin nie łudził się ani na sekundę. “Old Bison" miał 

być jedynie przystankiem w drodze. 

— Podejdziesz do karczmarza — przykazywał szeryf — i powiesz: “Denis, szary 

bizon cię pozdrawia". Zapamiętasz? 

— Szary bizon? — powtórzył Irvin. — Może to wasze przezwisko? 

— Nie słyszałeś o szarych bizonach? 

— Nigdy. 

— Ludzie powiadają, że to bajka, że to indiańska legenda. Bo czerwonoskórzy 

wierzą, że od czasu do czasu wśród bizonich stad pojawiają się pojedyncze sztuki 

nie brązowej, lecz siwej barwy. To mają być duchy prerii. Wyobraź sobie, że 

natrafiłem na takiego “ducha" i położyłem go jednym strzałem. Polowałem 

wówczas z tym właścicielem “Old Bison" i on o tym nie zapomniał. Ile razy 

przesyłam mu jakąś poufną wiadomość, każę posłańcowi powiedzieć: “Denis, 

szary bizon cię pozdrawia". 

background image

Izba, do której wszedł Irvin, była pusta. Z boku, tuż obok jednego z dwu okien, 

stał szynkwas, tyle że bez blatu krytego blachą, bez błyszczących kranów od piwa 

i tym podobnych wspaniałości. Ot, po prostu zbity ze starych desek, bardzo 

wysłużony sprzęt. Pod ścianą półki, na nich zaledwie kilka butelek. Po przeciwnej 

stronie. 

 

 równie nędzny stół, na oko jakiś koślawy. I to było wszystko. 

Irvin chrząknął raz i drugi, a kiedy nie poskutkowało, zawołał: 

— Halo? Jest tam kto? 

Dopiero teraz usłyszał kroki. Otworzyły się małe drzwiczki i na progu stanął 

człowiek chyba w wieku szeryfa z Wichita Falls. Ale cóż to był za człowiek! 

Prawdziwy olbrzym i — najprawdopodobniej — siłacz. Przerastał Irvina 

o głowę, a przez postrzępioną koszulę widać było mięśnie atlety. Taki 

rzeczywiście mógł prowadzić saloon na odludziu i gwizdać na największych 

zabijaków. 

— Co podać? 

— Cokolwiek... Denis, szary bizon cię pozdrawia. 

Ani słowa odpowiedzi. Irvin ujrzał potężne bary olbrzyma, gdy — odwrócony — 

sięgał po butelkę. Brzękły dwie szklanki postawione na ladzie. Płyn zabulgotał w 

przejmującej ciszy. 

— Napiję się z wami. 

Irvin spróbował i zakrztusił się. Ogień przepłynął mu przez gardło, a oczy zaszły 

łzami. 

— Mocne, co? Innych nie trzymam. Dla moich gości to jeszcze za słabe. 

Farmer wypił do dna. Bardziej dla honoru, niż dla przyjemności, a że nic prawie 

nie miał w ustach przez cały dzień, poczuł zawrót głowy. 

— Co u Denisa? — zagadnął karczmarz sięgając powtórnie po butelkę. 

Irvin pośpiesznie odsunął szklankę: 

— Od rana nie jadłem — wyjaśnił. 

background image

— O, to tak? Zaraz coś upitraszę. 

Znowu zniknął za drzwiami, a Irvin, któremu nagle zrobiło się bardzo wesoło, 

usiadł na ławie za koślawym stołem. Położył kapelusz obok, a strzelbę, roztropnie 

zabraną z siodła, umieścił między kolanami. Przez zamazaną szybę okienka 

widział teraz swego wierzchowca, jak szczypał trawę przywiązany do kołka. 

Przyjemnie było tak siedzieć, odpoczywając po długiej jeździe, 

i rozmyślać o wszystkim i o niczym. 

“On ci powie, gdzie masz szukać Czarnego Jacka — wspomniał słowa szeryfa. — 

On ci powie... jeśli Czarnego wcześniej nie spotkasz. Wszystko jest możliwe, 

Irvin i dlatego właśnie na wszystko musisz być przygotowany..." 

W tej chwili farmer wcale nie czuł się “przygotowany", raczej — zmęczony. Poza 

tym wściekle głodny, więc gdy na stole pojawiła się spora miska jajecznicy i 

bochen chleba, zabrał się ochoczo do jedzenia. Kiedy dokładnie wyskrobał 

naczynie, karczmarz zapytał: 

— Jeszcze? 

— Dosyć. Co się należy? 

— Jak powiadacie? 

— Pytam, ile mam płacić? 

— Nic. Kto przybywa od Denisa, jest moim gościem. 

— Chyba się wam nie przelewa... 

— Czy się przelewa, czy nie, to tylko moja sprawa. Ale nie martw się, chłopie, 

niech cię nie zwodzi dzisiejsza pustka. Trafiłeś w taką porę. Spróbuj na wiosnę 

albo jesienią. Nie mógłbym cię wówczas tak dobrze obsłużyć ani pogadać. W tej 

izbie jest wtedy ciasno, że szpilki nie wsuniesz. Człowiek o człowieka plecami się 

opiera. A dym, a gwar! 

— Na tym bezludziu? — zdumiał się Irvin. — Tu nawet nie ma drogi. 

— Bo nie zauważyłeś. Zresztą trawa już zdążyła się podnieść. Przecież tędy 

wiedzie szlak. 

— Jaki szlak? — powtórnie zdziwił się przybysz, bo mu szeryf nic a nic nie 

background image

wspominał o żadnym szlaku. 

— Człowieku! Gdzieś się narodził? Chyba nie w Teksasie? 

— A nie. 

— No to wiedz, że tędy przebiega droga przepędu bydła. 

— Goodnight-Loving — przypomniał sobie Irvin opowiadanie starego Abla 

Mereditha. 

— Więc jednak coś słyszałeś. Ale nie Goodnight-Loving. On ciągnie się bardziej 

na południe stąd. Tu mamy Szlak Zachodni. Z San Antonio przez Fort Griffin, 

Dodge w Kansasie aż do Deadwood w Dakocie. I tu się zawsze zatrzymują. 

Tysiące sztuk bydła: krowy i długorogie woły teksaskie. Widziałeś kiedy? Nie? 

To żałuj. Dzień, dwa bawią się kowboje w tej chałupie, aż ściany trzeszczą, a 

później ruszają w świat. Potem nadciąga druga, trzecia, czwarta partia. Nim zima 

nadejdzie, już mam puste półki i ogołoconą spiżarnię, chociaż oni więcej piją niż 

jedzą. A teraz gadaj: co u Denisa? 

Siadł po przeciwnej stronie stołu, aż ława zatrzeszczała. Irvin pragnął jak 

najlepiej wywiązać się z zadania, ale cóż? Wichita Falls mało znał, a szeryfa 

Murphy'ego — właściwie też niewiele. Nawet nie wiedział, czy jest kawalerem, 

czy żonaty... Czy ma dzieci, czy nie? Odparł więc tylko tyle, że szeryf cieszy się 

znakomitym zdrowiem, że przesyła pozdrowienia, a jego — Irvina — poleca 

specjalnej opiece karczmarza. Ta krótka relacja niezbyt zadowoliła gospodarza. 

Coś tam mruknął do siebie, a głośno zauważył: 

— Ale rozmowny to ty nie jesteś. Mniejsza z tym. Na pewno nie na rozmowę tu 

przyjechałeś. Gadaj, o co chodzi. 

— Nie ma tu nikogo więcej? — upewnił się Irvin. 

— Nikt nas nie usłyszy, chyba wiatr na prerii. 

Irvin zawahał się chwilkę, nabrał odwagi i rzekł półgłosem: 

—Denis powiedział, że znacie miejsce pobytu Czarnego Jacka. 

Karczmarz gwizdnął cicho. 

— Gdyby to kto inny przysłał ciebie z taką sprawą, wyleciałbyś za drzwi. Nie 

background image

wiem, kto jesteś, i nie chcę wiedzieć. Myślę, że im krócej tu zabawisz, tym lepiej 

dla nas obu. 

— Boicie się? Sądziłem — dodał tonem nie pozbawionym złośliwości — że taki 

olbrzym jak wy potrafi jednym palcem rozłożyć Czarnego Jacka. 

— Myślałeś... Wolno myśleć. Widziałeś go? 

— Tak. 

— Jak strzelał? 

— Nie. 

— A szkoda. Nikt nie jest szybszy od niego. Nikt na świecie. Pewnie, gdybym go 

tknął, rozleciałby się. Bieda z tym, że nim zdążyłbym go ruszyć, już leżałbym 

cięższy o jedną kulę z jego srebrnego colta. 

Irvin już chciał się pochwalić — a miał powód do dumy — że Jack stracił oba swe 

rewolwery, ale powstrzymał się. Mruknął tylko: 

— Taką ma dobrą broń? 

— Świetną, a oko jeszcze lepsze, a rękę tak chybką jak huraganowy wiatr. Strzela 

z prawej lub z lewej, albo dwiema jednocześnie. Znajdź drugiego takiego! 

Irvina nieco rozzłościły te słowa. Co u licha? Przecież widział sławnego Jacka, 

gdy zmykał z pociągu jak zając! 

— A ja myślę — odparł powoli — że to ludzka przesada. Ludzie lubią 

przesadzać, a Czarny Jack na pewno sam się postarał umocnić tę wiarę, że jest 

niepokonany. Czegóż on takiego dokonał? Szeryf Murphy opowiadał mi o jego 

wyczynach: najzwyklejsze napady rabunkowe na zaskoczonych, podpalenie 

zagrody, rabunki w pociągach. Znowu nie taka to sztuka jak się ma pomocników. 

Olbrzym popatrzał na Irvina z ironicznym uśmieszkiem. 

— Tak uważasz? Dobrze, nie moja sprawa, a Denis wie również, co robi. — 

Przysunął się bliżej farmera. — To duże ryzyko z mej strony, ale skoro Denis... 

Poczekaj. 

Spojrzał w okienko, a później otworzył drzwi, aby zerknąć na dwór. 

— Nie ma nikogo — stwierdził siadając obok farmera. — Słuchaj — powiedział 

background image

ściszonym głosem. — Jack ma w całym Teksasie sporo kryjówek. 

— Wiem o tym. 

— Denis ci mówił? 

— Tak. 

— On zna tylko jedną. 

— W jarze?  

Olbrzym skinął głową. 

— Czarny Jack może się ukryć w każdej chwili. Że on ma niedostępne skrytki, 

wielu się domyśla, ale gdzie się znajdują te skrytki, nikt nie wie. Rozumiesz? 

Znowu spojrzał w okno odwróciwszy się plecami do Irvina i siedział tak dłuższą 

chwilę, jakby nasłuchując. Ale żaden dźwięk dalekiej przestrzeni nie zmącił 

ciszy. 

— Więc gdzie teraz przebywa Czarny Jack? — podjął rozmowę farmer. 

Nie wiem. Nikt chyba nie wie. Słyszałem o nieudanym napadzie na pociąg. Jeśli 

to prawda. Czarny miał pecha albo trafił na godnego siebie przeciwnika. A może 

jego słońce gaśnie? 

— Znasz Czarnego? — zagadnął Irvin. 

— On mnie odwiedza od czasu do czasu i sądzi, iż nie wiem, kim jest. 

— Dawno tu był? 

— Niezbyt dawno. W kilka dni po jego odjeździe kowboje przynieśli mi 

wiadomość o napadzie na pociąg. Czarny Jack, zwykle taki gadatliwy, ostatnio 

był milczący jak skała i ponury jak noc. Wydało mi się wówczas, że jest ranny. To 

znaczy, żadnej rany nie widziałem, ale zauważyłem, że dość niezręcznie rusza 

lewą ręką. Może to zresztą było tylko zwichnięcie? 

— A jego broń? — zapytał Irvin. — Miał broń? 

Olbrzym zaśmiał się cicho: 

— Człowieku! Co ty sobie wyobrażasz? Czarny bez broni? Oczywiście, że był 

uzbrojony. 

— W rewolwery? 

background image

— Rewolwery jak zwykle dyndały mu u pasa. Ta informacja nie zaskoczyła 

farmera. Od dnia napadu na pociąg dość upłynęło czasu, w którym Jack mógł 

zaopatrzyć się w nowe colty. 

— Dokąd stąd ruszył? 

Karczmarz zawahał się. Spojrzał przenikliwie na Irvina. 

— Denis uczynił dla mnie wiele, więc i ja dla Denisa zawsze zrobię wszystko, co 

potrafię. Ale czy tobie można ufać? 

Farmer uznał, że nie należy się ani obrażać, ani zaprzysięgać, jakby na jego 

miejscu uczynił niejeden. Powiedział po prostu; 

— Czy sądzisz, że gdybym był inny, Denis Murphy skierowałby mnie tutaj? 

— Prawda. Człowiek niekiedy głupieje na tym odludziu. Słuchaj: nie znam 

wszystkich kryjówek Czarnego. Nawet nie wiem, ile ich ma. Może trzy, może 

cztery, a może... dziesięć. Na pewno sporo. W przeciwnym wypadku już dawno 

trafiłby za kratę albo musiał uciekać daleko stąd. A tymczasem on ciągle siedzi w 

Teksasie, 

— I cieszy się opinią niezwyciężonego — wtrącił Irvin. 

— Jack potrafi zniknąć na tydzień, na dwa, na kilka miesięcy. Przeczekuje burzę 

po każdym napadzie. Kiedy szeryfowie ochłoną, a ludzie zdążą zapomnieć o 

kolejnym liście gończym, zjawia się na nowo. Nie wiem, co tam Denis zamyśla, 

że ciebie tu przysłał. Denis jest mądry, nawet mądrzejszy od Jacka, chociaż go nie 

złapał. Siedzę tu na odludziu, ale zimą uciekam czasem do Wichita Falls i stąd 

wiem, że Denis uplata jakąś sieć na Czarnego i w końcu go złowi. Kto wie, może 

nawet przy pomocy cudzych rąk? 

Spojrzał pytająco na Irvina, a farmerowi jakby błyskawica rozjaśniała 

najciemniejsze zakamarki mózgu. Nagle zrodziło się w nim podejrzenie, że to, co 

wziął za przejaw życzliwości szeryfa z Wichita, jest tylko cząstką wielkiego, na 

zimno obmyślanego planu. Bo niby skąd nagle ta życzliwość dla zupełnie obcego 

człowieka? Ciekawe, ilu dotychczas zgłosiło się amatorów nagrody wyznaczonej 

w listach gończych? Zapewne wszystkich w podobnie przyjacielski sposób 

background image

traktował szeryf. Dlaczego jednak, jego — Irvina — próbował odwieść od 

zamiaru? Może dlatego, żeby sprawdzić, czy nie jest to tylko słomiany ogień. 

Może, by podniecić ambicję do wytrwania w przedsięwzięciu? Jednak — spra-

wiedliwie trzeba przyznać — szeryf uczynił wieje w tak krótkim czasie, aby 

przysporzyć Czarnemu Jackowi jednego z wartościowszych przeciwników. 

Mocne oczko w tej sieci, o której wspominał karczmarz. Gdzieś tam na prerii i po 

miasteczkach ochotnicy Denisa Murphy'ego polowali na bandytę. 

Irvin poczuł żal do szeryfa. Prawie tak, jak gdyby go tamten okłamał, ale 

równocześnie zdumiał się nad życiową mądrością Denisa. 

— Ależ on ma głowę! — powiedział. 

— Denis? Ba! Zobaczysz, wybiorą go kiedyś gubernatorem i wtedy Teksas 

będzie najbezpieczniejszym stanem w całej Unii. Oby! Ale zanim to nastąpi, 

spełnię jego prośbę. Słuchaj, przybyszu, jak się tam zowiesz... — Nie, nie... — 

uprzedził odpowiedź Irvina. — Nie mów, jak się nazywasz. To zbyteczne. Jeśli 

pojedziesz tym samym szlakiem przepędu, który cię aż tu doprowadził, dotrzesz 

do rzeki. Ona ci przetnie drogę. Dalej posuwaj się z jej biegiem aż do miejsca, 

gdzie płaski brzeg poczyna się dźwigać. Wówczas weź oczy w ręce! Znajdziesz 

się blisko celu. Między wodą a kamienistą skarpą leży piaszczysta plaża. Idź tą 

plażą aż do miejsca, gdzie rośnie samotny klon. Niedaleko drzewa wznosi się 

chatka rybaka. Czarny Jack niekiedy do niej zagląda. 

— A jeśli go tam nie zastanę? 

— Możesz czekać, a możesz wędrować dalej. 

— Dokąd? 

— Za rzekę. Tam jest bród. Po drugiej stronie trafisz na las. Posuwaj się jego 

skrajem, ciągle z biegiem wody. Kiedy samotny klon zniknie ci z oczu, obserwuj 

puszczę. Milę dalej, między pierwszymi drzewami stoi szałas trapera. To jest 

druga kryjówka Czarnego Jacka. 

— A jeśli i tam go nie zastanę? 

— Wówczas wrócisz do mnie, wskażę ci trzecie miejsce. I to wszystko. 

background image

Karczmarz ciężko dźwignął się z ławy. 

— Myślę, że twój koń odpoczął. Jeśli chcesz wody, nabierz jej ze studni. 

Potrzebujesz jedzenia, dam ci je zaraz, ale dłużej nie możesz tu pozostawać. W 

twoim własnym i moim interesie. Ja jestem spokojny człowiek, a Jack należy do 

takich, którzy potrafią nagle się pojawiać, jak spod ziemi. Nie życzę tu sobie 

żadnej strzelaniny. 

— Dziękuję za wszystko. Na waszym miejscu jednak... 

— Ani słowa więcej. Co byś zrobił na moim miejscu, wcale mnie nie interesuje. 

Bywaj zdrów, a jak przeżyjesz, wpadnij tu jeszcze. 

Irvin nic na to nie odpowiedział. Potem jechał bezdrożem, na którym 

gdzieniegdzie tylko zdeptane trawy znaczyły szlak przepędu bydła. 

Minął jeden dzień, minął drugi, trzeci. Wbrew słowom karczmarza nigdzie nie 

mógł dojrzeć ani rzeki, ani drogi. Bezkresna równina ciągnęła się przed nim i za 

nim. Irvin wciąż posuwał się na południe. Szlak przepędu gdzieś zniknął, a może 

stał się tak niewyraźny, że nie sposób go było odróżnić od jednakowo zielonego 

poszycia traw — na lewo, na prawo, na wprost. I nigdzie cienia. Więc gdy na 

horyzoncie zamajaczył jakiś kształt niewyraźny, wyrastający ponad płaszczyznę, 

Irvin popędził konia. Wkrótce stwierdził, że ten niewyraźny kształt to połatane 

dachy domów. Widać je było coraz lepiej. A także zarysy ścian i opłotków. Po 

jakimś czasie zatrzymał się na małym placyku przed domem odsuniętym nieco od 

drogi, obok studni z kołowrotem. Zeskoczył z konia. 

—Hej! — krzyknął w stronę drzwi domostwa — Czy mogę napoić konia? 

Pytanie to stanowiło raczej grzecznościowy zwrot, bo wiadomo, że żaden 

gospodarz na Dalekim Zachodzie nie odmówi ani wiadra, ani wody wędrowcowi. 

Irvin nie czekając więc na odpowiedź, chwycił za wiadro, ale w tym samym 

momencie rozległ się suchy trzask, klepki rozsunęły się i rozpadły. 

— Co u licha? 

Przyjrzał się resztce wiadra, jaka mu wraz z kabłąkiem pozostała w dłoni. Drewno 

było suche, jakby go nigdy nie zanurzano w wodzie. 

background image

Dziwne. Czyżby woda z tej studni nie nadawała się do picia? Podszedł do drzwi 

domu, zastukał, odczekał chwilę, wreszcie pchnął — rozwarły się z przeraźliwym 

piskiem. Z wnętrza buchnęło chłodem. 

— Jest tam kto? Cisza. 

Powtórzył pytanie. Nikt nie odpowiedział. Przekroczył próg. Za tym progiem 

ciągnęła się długa i wąska sionka. Irvin przeszedł aż na zaplecze gospodarstwa, na 

puste podwórko zamknięte wielką długą szopą z szeroko rozwartymi wrotami. 

Zajrzał do wnętrza, zawrócił do sieni. Zapukał do pierwszych drzwi — cisza. 

Pchnął je. Ujrzał pomieszczenie kuchenne: stół, ławy, wystygły piec. 

— Halo! — krzyknął, odczekał chwilę i wrócił do studni. Wziął konia za uzdę i 

postanowił poszukać wiadra w sąsiedztwie. 

Zaledwie kilkadziesiąt kroków dalej stał drugi budynek mieszkalny, a obok 

studni — blaszane wiadro. Podprowadził wierzchowca do koryta dla pojenia 

bydła, opuścił wiadro w głąb studni. Ale gdy je wyciągnął, na brudnej 

powierzchni wody pływały strzępy słomy, gnijące liście, a nawet ziarenka piachu. 

Z tej studni chyba nikt od miesięcy nie czerpał wody — a może wszędzie tu woda 

jest niedobra? 

Zaczerpnął dłonią nieco wilgoci i podniósł ją do warg. Smak normalny, więc 

dlaczego nie korzystano ze studni? 

Zostawił wiadro i ruszył w kierunku domu. Jedno z okien było otwarte. Stuknął 

palcem w szybę — zabrzęczała głośno. Po chwili zajrzał do środka. Nasłuchiwał i 

rozglądał się. Ujrzał wnętrze izby mieszkalnej: typowy stół, kilka drewnianych 

zydli, metalowe łóżko pod ścianą, ale bez pościeli, otwartą szafę, w której widać 

było puste półki. Tu nikt nie mieszkał! Wniosek ten potwierdzała gruba warstwa 

kurzu na meblach i podłodze. Irvin cofnął głowę. Dokoła panowała zupełna cisza. 

I nawet z głębi osady nie dobiegał jego uszu żaden hałas, żaden gwar rozmów, nie 

szczekały psy. 

Zaniepokojony wskoczył na siodło i stępa ruszył szeroką drogą. Koń szarpnął się, 

gdy między opłotkami przemknęło, skacząc, jakieś niewielkie zwierzę. Irvin 

background image

natychmiast poznał dzikiego królika. Dziki królik w samym sercu osady! Czyżby 

wszyscy tu wymarli? 

Przejechawszy kilka jardów znowu zeskoczył z siodła. Dokładnym oględzinom 

poddał trzy kolejne domostwa, stajnie i stodoły. Wszędzie witała go pustka i kurz. 

Dlaczego mieszkańcy nie zabrali ze sobą sprzętów? Ba, w kuchniach zauważył 

nawet garnki, a w stodołach — brony i pługi! Jak to wytłumaczyć? Może jakąś 

paniką powstałą w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa? Ludzie zabrali wozy 

(nigdzie żadnego nie zauważył), rzucili na nie to, co dało się załadować, i uciekli. 

Na meble nie starczyło im czasu, a może i miejsca? 

Cóż stało się przyczyną ucieczki? Napad Indian? Nie, na pewno nie. Nigdzie nie 

widać było śladów walki, żadnych szczątków ludzkich ani zwierzęcych. Więc — 

nie napad. Prawdziwa zagadka, której Irvin nie potrafił rozwiązać. Postanowił 

jednak odpocząć tu po nużącej drodze. Lepszy dach nad głową nawet w bezludnej 

osadzie od noclegu pod gołym niebem na twardej powierzchni ziemi. Począł się 

rozglądać za jakimś porządniej wyglądającym domkiem, w którym — kto wie? 

— może nawet znajdzie sprężynowe łóżko? Śmieszna zachcianka, a jednak... 

Szedł drogą między zabudowaniami różnej wielkości, różnego kształtu i różnej 

barwy, aż ujrzał domek, który uznał za najbardziej odpowiedni: z dużą werandą 

obrośniętą zielonymi pnączami. Wyglądał miło i schludnie. 

Przywiązał konia do słupka werandy, wkroczył do wnętrza. Oczywiście, jak się 

tego spodziewał, i tu było tak samo pusto, a kurz tak samo pokrywał sprzęty i 

deski podłogi. Irvin zawędrował aż do kuchni, w której wśród licznych garnków, 

kotłów, misek i warząchwi znalazł blaszane wiadro. Skoro woda dobra, trzeba 

zaspom koić pragnienie i napoić konia. Trzykrotnie nabrał wody ze studni i 

trzykrotnie ją musiał wylać — tyle było w niej śmiecia i brudu. Dopiero czwarte 

wiadro zaniósł koniowi. Potem siadł na stopniach werandy, wpatrzony w pustą 

drogę, w puste domy po przeciwległej stronie. O tej osadzie ani słówkiem nie 

wspomniał mu szeryf. Czy nie wiedział, czy po prostu Irvin zmylił drogę? 

Wszystko wyglądało raczej na tę drugą możliwość. Dlatego musiał teraz 

background image

zastanowić się, jaki obrać kierunek dalszej wędrówki, gdzie poszukać 

informatora? Ważne pytania, na które nie znajdował odpowiedzi. Chyba tylko 

liczyć na szczęśliwy traf. 

Wstał, ujął wierzchowca za cugle i zaprowadził go na tyły domostwa, do stajni, 

której ubita, gliniana polepa pokryta była rozsypanym ziarnem kukurydzy i 

pszenicy. Jeszcze jeden dowód pośpiechu, z jakim wyprowadzali się stąd 

gospodarze. Zdjął uprząż i przeniósł do kuchni. Tu zajął się pitraszemem posiłku 

w warunkach... niemal luksusowych. Uśmiechnął się — rozporządzał nie tylko 

kuchennym piecem, ale i naczyniami, a nawet sporym stosem wyschniętych 

szczap. Z zadowoleniem zauważył, jak woda wrze w garnku. Wyjął suchary, 

kawę, suszone mięso, i siadł przy oknie, mając widok na podwórko i stajnię, w 

której umieścił wierzchowca. 

background image

Celia Canning 

 

Kiedy odstawiał kubek, wydało mu się, że słyszy czyjeś kroki. Lekkie i delikatne, 

a przecież zupełnie wyraźne. Czyjeś buty uderzały cicho w zakurzone deski 

podłogi. Na sekundę zastygł w bezruchu, po czym wyciągnął rewolwer z kabury i 

w dwu susach znalazł się za framugą drzwi. Odgłos kroków rozbrzmiewał coraz 

bliżej, aż wreszcie Irvin dojrzał jednym okiem postać idącą z głębi domostwa. 

Natychmiast schował broń i wyszedł z ukrycia. 

To była kobieta. Skąd się tu wzięła? Czyżby jak on, z prerii? Sama? Dostrzegła 

go. Stanęła. 

— Halo! Co pan tu robi? 

Miała na sobie sutą, kolorową spódnicę, opadającą na cholewy długich butów. 

Bluzka była równie kolorowa, o barwie czerwieni przechodzącej w purpurę. Tyle 

dostrzegł Irvin już z daleka. A z bliska, gdy podeszła, ciemną twarz i czarne oczy 

spoglądające nań nieufnie, mimo że usta się uśmiechały. Nad oczami ciemne 

włosy opadające na czoło. 

— A co pani tu robi? 

— Mieszkam — odparła wesoło. 

— Tu? 

— Nie, nie w tym domu, ale niedaleko w samym środku Dawn*. 

— Co? 

— Ta osada taką nosi nazwę. 

— Piękną — odparł — ale bardziej pasowałaby Dusk.* Tu nikogo nie ma! Co się 

stało z ludźmi? 

 

Dawn (ang.) — świt, dusk (ang.) — mrok 

 

 

background image

— Przecież ja jestem. A co się tyczy innych, rzeczywiście, odeszli. 

— Dlaczego? Czyżby woda była zła? Piłem ją, ja i mój koń, ale jakoś czujemy się 

dobrze. 

— Zła woda? Cóż za pomysł? 

— Zaglądałem do kilku studni. We wszystkich pełno śmieci i kurzu. 

— Ach, to dlatego. Myślał pan, że nie czerpano wody, ponieważ nie nadaje się do 

użytku. To nie dlatego. Po prostu nie miał kto jej czerpać. 

— A mieszkańcy? Gdzież się podzieli? 

— Wyjechali. 

— Zostawiając meble i nawet to...? — wskazał na porzucone na kuchni garnki. 

— Zabrali tylko niezbędne przedmioty. Jak kto siedzi na jednym miejscu przez 

całe lata, to później i dziesięcioma wozami nie wywiezie tego, co nagromadził. 

— Pewnie — przytaknął Irvin. 

— A im się bardzo spieszyło. 

— Dokąd? 

— Do Kalifornii. To się nazywa: gorączka złota. 

Sprawa stała się jasna, ale Irvin nadal nie mógł pojąć, jak można rzucać ziemię, 

własną ziemię, dla mirażu złotego piasku. Przypomniał sobie opowiadanie 

Czarnego Jacka o “miastach duchów". Teraz sam natrafił na takie “miasto": 

niczyje domy, niczyja rola. Gdyby lak przeprowadzić się z Greenfield? Przyjść na 

gotowe? I z myślą o tym, zapytał: 

— A ziemia tu dobra? 

Otworzyła szeroko wielkie, czarne oczy, aż stały się jeszcze większe. 

— Ziemia? — powtórzyła zdziwiona. 

— No ziemia, rola.. 

Wzruszyła ramionami: 

— Nic a nic się na tym nie znam. Dawniej musiało coś tu rosnąć, teraz… tylko 

trawa. 

— A wtedy gdy oni jeszcze mieszkali? 

background image

— Wtedy mnie tu nie było. 

— To skąd pani wie? 

— Od innych, od ludzi, którzy tu przyjeżdżali sądząc, że Dawn w najlepsze nadal 

prosperuje, i od tych, którzy znając historią ucieczki przyjechali popatrzeć, jak to 

teraz wygląda, ale żaden z nich nie został. No — zakończyła raptownie — nie ma 

sensu siedzieć w tym opuszczonym domostwie. Niech pan idzie do nas. 

— Kto tu jeszcze jest? 

— Mój brat. Siedzimy we dwójkę i nie narzekamy, chociaż niekiedy robi się 

bardzo nudno. Proszę zabrać konia — dodała spostrzegłszy siodło ciśnięte na 

podłogę — i chodźmy. 

Irvin zastanowił się chwilkę: 

— Chętnie — odparł — jeśli nie zrobię kłopotu... 

— Głupstwo. Ciekawa jestem, co słychać na dalekim świecie, chyba mi pan 

opowie?. 

— Oczywiście. Zaraz będę gotów. 

Poszedł do stajni po konia, nałożył nań uprząż, spakował swe drobiazgi i ruszył za 

tą dziwną mieszkanką dziwnej osady. 

— Dokąd się pan udaje? — zagadnęła, gdy kroczyli pustą, zasypaną piaskiem 

drogą. 

— Nie zawsze odpowiada się na takie pytanie — zauważył żartobliwie, a w myśli 

począł gorączkowo szukać jakiegoś fikcyjnego celu drogi. 

— Przepraszam, jeśli to tajemnica... 

— Och, nie. Tak sobie powiedziałem. Jadę do Greenfield, ale zdaje się, że 

zabłądziłem. 

— Greenfield? Nigdy nie słyszałam. Może mój brat zna właściwą drogę. 

— Prowadzicie tu gospodarstwo? 

Już mówiłam, że nie rozumiem się na roli. 

— Wiec co pani tu robi? Z czego żyjecie? 

— Trochę z polowania, trochę ze sprzedaży skórek, a najwięcej z przepędu bydła. 

background image

— Tędy wiedzie szlak? 

— Nie, bardziej na wschód, o dzień jazdy.  

Nie ulegało już wątpliwości, że Irvin zjechał ze szlaku, sam nie wiedząc kiedy. 

Ale ta informacja ucieszyła go. Wskazała mu kierunek, w którym powinien 

szukać właściwej drogi. 

Szli wolno, mijając milczące, ciche zagrody domki i jakieś budy bez okien. 

Niektóre z nich miały wejścia na głucho zawarte, inne ukazywały opustoszałe 

wnętrza. 

— Nie rozumiem — zainteresował się Irvin. — Jeśli szlak leży o dzień drogi, jak 

możecie z niego żyć? 

— Brat wynajmuje się jako poganiacz, czasem jako przewodnik. Niekiedy i ja. 

— Pani? — Irvin roześmiał się. — Nigdy nie brałem udziału w takim przepędzie, 

ale wiem jacy to ludzie są zazwyczaj kowbojami. Półdzicy ludzie. 

— Nie zawsze i nie wszędzie, zresztą... potrafię się bronić. 

— Dałbym radę jedną ręką — zażartował. — Chyba nie waży pani więcej niż 90 

funtów? 

— Nigdy się nie ważyłam, ale waga to jeszcze nie wszystko. No, jesteśmy u celu. 

Irvin przyjrzał się bacznie budynkowi, przed którym stanęła. Był mniejszy od 

sąsiednich, za to stał na dużej parceli porośniętej z rzadka owocowymi 

drzewkami. Teraz przekwitały i biało-różowy kobierzec płatków pokrywał 

ziemię. Ogród otaczały sztachety pomalowane na zielono. Mała furteczka 

otwierała drogę wprost ku brązowemu gankowi. Przed tą furtką Irvin zatrzymał 

się niepewnie. 

— Stajnia jest za domem — wyjaśniła. — Proszę poczekać na ganku, zajmę się 

sama koniem. Na tym to znam się bardzo dobrze. 

Kiwnął głową na zgodę. Ujęła cugle. Irvin wkroczył na werandę. 

Coś mu się w tym wszystkim nie spodobało, ale nie wiedział dobrze, co. Uznał 

więc, że takie odczucie jest wynikiem całodziennego zmęczenia i przestał na ten 

temat myśleć. Siadł na ławce i spoglądał na pustą drogę i puste okienne ramy 

background image

domostwa po przeciwnej stronie drogi. 

Kobieta wracała. W ciszy Irvin już z daleka usłyszał skrzyp piasku pod jej 

stopami. 

— Siodło zawiesiłam na belce, a koniowi dałam owsa. 

— Skąd tu owies? 

— Kupujemy od kowbojów. Mamy dwa wierzchowce. Proszę, niech pan wejdzie. 

Z werandy do sionki, a z sionki do pokoju pachnącego miętą, jakimiś kwiatami i 

sianem. Czysto tu i schludnie — stwierdził z zadowoleniem farmer. Nie dała mu 

się zatrzymać, lecz poprowadziła dalej, do obszernej kuchni, gdzie na poczesnym 

miejscu widniała potężna, blaszana miednica. Chlusnęła wodą z wiadra.  — 

Niech się pan odświeży po takiej drodze. 

— Wystarczyło wskazać mi studnię. 

— Tak będzie wygodniej. Mydło leży na oknie, a ręcznik tu — wskazała na długi, 

biały płat zawieszony na gwoździu wbitym w ścianę. 

Wyszła, lekko przymykając drzwi. Irvin zdjął kurtkę, ściągnął koszulę i zanurzył 

zakurzone, brudne dłonie w chłodnej wodzie. Cóż mogło być przyjemniejszego w 

takiej chwili? 

Bryznął sobie na kark, na piersi, aż struga pociekła po czystych deskach podłogi. 

Rozejrzał się za ścierką, ale bezskutecznie. Wilgotnych plam na podłodze 

przybywało, w miarę jak mył się i pluskał. Poczuł się rzeźwo, świeżo i radośnie. 

Nawet wspomnienie Greenfield, które skojarzyło się z widokiem tej kuchni, nie 

przygasiło dobrego samopoczucia. 

Zapinając koszulę przyglądał się bacznie półkom pełnym błyszczących garnków, 

szafce z białymi talerzami. Prawdziwe gospodarstwo farmerskie w tej wymarłej 

osadzie. 

“Ciekaw jestem — pomyślał — czy oni z sobą przywieźli, czy też odziedziczyli 

po poprzednich właścicielach?" 

Wciągnął na grzbiet kurtkę, poprawił pas z rewolwerami. 

“Trzeba obejrzeć stajnię — zdecydował. — A przede wszystkim zabrać strzelbę. 

background image

Nigdy nic nie wiadomo" — przypomniał sobie słowa szeryfa Murphy'ego. 

Ale nie dane mu było spełnić tego zamierzenia, bo gdy otworzył drzwi, ujrzał stół 

przykryty obrusem, a na nim talerze, szklanki, noże i widelce. Gospodyni stała 

przy oknie, wyglądając na dwór. Odwróciła się. 

— Przepraszam — powiedział niepewnie Irvin — rozlałem trochę wody, a 

nigdzie nie znalazłem ścierki. 

— Głupstwo. Proszę siadać. Rzadko trafia się okazja przyjmować ludzi z 

dalekiego świata. 

— Tęskni pani? — zapytał odsuwając krzesło. 

— Niekiedy — zbliżyła się do stołu. — Myślę, że dzisiaj już pan nigdzie nie 

wyruszy? 

Nie czekając na odpowiedź, uniosła dużą czarną butelkę i wlała do dwu szklanek 

nieco złocistego płynu. 

— To dobrze panu zrobi. Mnie również. Niepokoję się o brata. Wyjechał o świcie 

i już dawno powinien był wrócić. 

Irvin wytrzeszczył oczy. W jego farmerskim środowisku kobiety nie piły whisky. 

Zwłaszcza z nieznajomymi. A jeśli już piły — to tylko przy okazji wielkiego 

rodzinnego święta lub zabawy. I zawsze alkohol rozcieńczony wodą. 

— Co się pan tak patrzy? — siadła do stołu. — Z powodu tej kropelki whisky? — 

roześmiała się —Widzi pan, człowiek tu dziczeje i zapomina o tym... — zacięła 

się i twarz jej spochmurniała — o tym, co wypada, a co nie wypada kobiecie. No! 

Stuknęło szkło. Irvin podniósł szklankę do ust — płyn pachniał jabłkami, smak 

miał ostry, a równocześnie nieco słodkawy. Pił wolno, z przerwami, aż odstawił 

puste naczynie. Położyła mu na talerz potężny kawał zimnej pieczeni. 

— Antylopa — wyjaśniła. — Teraz przybyło zwierzyny w tych stronach, odkąd 

ubyło ludzi. 

Jadł zerkając od czasu do czasu na gospodynię. Przypominała mu nieco kobiety, 

jakie można spotkać w niektórych saloonach Dalekiego Wschodu: ubrane w 

krzykliwe suknie, bardzo swobodne w rozmowie i zachowaniu... 

background image

Gdy skończył jeść, sprzątnęła nakrycie. 

— Jeszcze daleko do wieczoru, chce pan zobaczyć, jak wygląda całe Dawn? 

Wyszli na pustą drogę. 

— Nazywam się Celia Canning — powiedziała niespodziewanie — a pan? 

— Vincent Irvin — odparł i jednocześnie pomyślał, ze dziewczyna musiała 

spędzić długie lata w miastach. Któż tu się przedstawia? 

— I pan mieszka w tym, jakimś... Przepraszam, zapomniałam. 

— W Greenfield. 

— Czym się pan zajmuje? 

— Uprawą roli. 

— Ach, farmer — rzekła to takim tonem, że Irvin nie wiedział, czy jest 

rozczarowana, czy zachwycona. I zaraz zapytała znowu: — Skąd pan przybywa? 

Wydało się Irvinowi, że tych pytań jest zbyt wiele, odparł więc bardzo ostrożnie: 

— Och, głupstwo. Zwykła farmerska wyprawa dla zbadania cen bydła i zboża. 

Niech mi pani opowie coś o sobie. To będzie na pewno ciekawsze. 

— Jak na farmera jest pan nieźle uzbrojony: winchester przy siodle, rewolwery 

przy pasie.. Dobrze pan strzela? 

— Dobrze, jak na... farmera. 

— A ja podobno nieźle. Kiedyś z tego żyłam. 

— Ze strzelania? — zaniepokoił się.  

Parsknęła śmiechem: 

— O czym pan myśli? Ja tylko występowałam jako strzelec w cyrku. 

— Strącając butelki ustawione na drabince? Oglądałem to kiedyś. 

— To bardzo łatwe. Miałam trudniejszy cel. Moją koleżankę przywiązywano do 

deski, a ja strzelałam tak, aby kule obramowały jej sylwetkę. 

— Niebezpieczna sztuka! 

— Tylko pozornie. Przywiązana do deski nosiła pod kostiumem koszulkę ze 

stalowych drucików, a rewolwery, z których strzelałam, miały kule zrobione ze 

specjalnie miękkiego metalu. Prochu było niewiele, więc siła uderzenia bardzo 

background image

słaba. Gdybym nawet źle trafiła, mogłam spowodować co najwyżej siniec, 

— i takie kule wbijały się w deskę? — wyraził wątpliwość Irvin. 

— To nie była prawdziwa deska, tylko gruba i miękka tektura imitująca deskę. 

— Ach tak. I nigdy pani nie chybiła? 

— Nigdy, z wyjątkiem... jednego razu. 

— Ja takim doskonałym strzelcem nie jestem. 

— Spróbujmy. Jeszcze dość widno. Tam dalej wznosi się taka stara rudera, 

znakomity cel.  

— Czy nie za wielki? 

— Och, nie będziemy strzelać do ścian, tylko do gwoździ. 

Przeszli w milczeniu jeszcze kilkadziesiąt kroków. 

—To tu — powiedziała przystając. 

Przed nimi stała pokrzywiona, ledwie trzymająca się stodoła. 

— Widzi pan ten ćwiek? 

Irvin chwilę wpatrywał się w poszarzałe od deszczu i słońca deski, wreszcie 

zauważył zardzewiałą główkę potężnego bretnala wbitego w sam narożnik. 

— Widzę — odparł. 

— Teraz niech pan uważa. 

Sięgnęła ręką między fałdy spódnicy, wyciągnęła dłoń i nim Irvin zdążył 

mrugnąć, padł strzał. Czerwonoruda główka gwoździa błysnęła jasną szramą. 

— Świetnie! — stwierdził Irvin. — Z jakiej to zabawki pani strzelała? 

Wręczyła mu broń. Ten rewolwer istotnie przypominał raczej dziecinną zabawkę. 

Nigdy nie widziałem czegoś podobnego — stwierdził szczerze. — Wygląda tak 

niewinnie... 

— Na pumę z nim bym nie wyruszyła, ale gdyby na przykład człowiek na mnie 

napadł... 

Tu spojrzała znacząco na Irvina, a jemu zrobiło się jakoś nieswojo. 

— Wracajmy — powiedział. — Do zmierzchu leszcze parę godzin, a mój koń na 

pewno już odpoczął. 

background image

— Ależ... to nie ma żadnego sensu — zaprotestowała. — Tu pan się wyśpi 

świetnie. Chyba miał pan taki zamiar? 

— Rzeczywiście, ale sądziłem, że będę samotny. 

— Bzdura! — krzyknęła. — Kogo się pan krępuje? Mnie? Od razu widać, że 

farmer. Nigdzie dziś nie puszczę! Nie mówmy więcej o tym. Widzi pan? Obok 

sterczy drugi gwóźdź. Proszę spróbować. 

Nie było sensu się spierać. Irvin wyciągnął srebrny colt. Pierwsza kula chybiła, 

druga — również. Dopiero trzecia trafiła w zardzewiałą główkę gwoździa. 

— Widzi pani? Nie potrafię tak... Pani koleżankę, tę z cyrku, pewnie zabiłbym 

mimo stalowej koszulki. Dlaczego pani rzuciła cyrk? Jeśli to nie tajemnica. 

— Żadna. Dużo o tym było gadania. Ja ją... zabiłam. 

— Co?! 

Irvin poczuł, jak mu zimne ciarki przebiegają po krzyżu. 

— Ach, to był wypadek. Nieszczęśliwy wypadek. Ktoś włożył do pistoletu 

normalny nabój, no i trzeba pecha, ręka mi zadrżała — westchnęła ciężko. — 

Później miałam mnóstwo kłopotów. Szeryf prowadził śledztwo. Mówiono, że 

ja umyślnie... bo się z nią pokłóciłam poprzedniego dnia. 

— I jak to się skończyło? 

—Ano cóż, musiałam rzucić pracę. Nikt nie chciał zostać moim partnerem. Ale 

dajmy temu spokój. Proszę pokazać tę swoją armatę. 

Podał jej srebrny colt. 

— Skąd pan to ma? — zapytała podniesionym nagle głosem. 

Irvin aż drgnął, ale opanował się natychmiast. 

— Kupiłem — odparł spokojnie. 

— Dawno? 

— Nie tak bardzo... ale o co chodzi? 

— Od kogo? — pominęła jego pytanie. 

— Od wędrownego handlarza. O co chodzi? —-powtórzył. 

— Przepraszam. Widziałam kiedyś taki rewolwer i sądziłam, że nie istnieje 

background image

podobny. Widać się pomyliłam. 

Zwróciła mu broń. 

“Czyżby zetknęła się kiedy z Czarnym Jackiem? — pomyślał Irvin. — Gdybym 

tak znalazł w niej sprzymierzeńca... Ale nie. Lepiej nie próbować, to może być 

niebezpieczny sprzymierzeniec. Ta cyrkowa historia..." 

— Chodźmy — powiedziała Celia — chcę zobaczyć, jak preria wygląda. 

Ruszyli wolno, milcząc, aż dotarli do krańców osiedla. Wyznaczały je szczątki 

rozwalonego domu. Dalej biegła pusta przestrzeń, ciemniejąca na horyzoncie od 

nadciągającego wieczoru. Siwa mgiełka powoli zacierała kontury. 

— Na jutro murowana pogoda — stwierdziła. — Wracajmy. 

Zanim doszli do domu, mocno już poszarzało. Celia zapaliła naftową lampkę i 

znikła w kuchni. Irvin słyszał, jak się krzątała pobrzękując talerzami. Ten odgłos 

znowu przypomniał mu rodzinny dom, ale nie czas było teraz na rozmyślania. 

Cicho, jak potrafił najciszej, opuścił jadalnię, wyszedł na dwór, obszedł 

zabudowania dokoła, aż odnalazł stajnię. Stały w niej dwa konie, ale miejsca 

starczyło chyba na dziesięć. Mimo zmroku Irvin natychmiast rozpoznał swego 

wierzchowca, a wierzchowiec — swego pana. Dał znak cichym parsknięciem. 

Farmer obmacał pęciny i kłęby, przesunął dłonią po karku i grzywie. Koń 

dmuchnął mu w twarz ciepłym oddechem, a później opuścił głowę nad żłobem. 

Irvin sięgnął ręką poza deski. 

— Owies i kukurydza — mruknął wyczuwając pod palcami twarde i gładkie 

ziarna. 

Dobrze im musi powodzić się na tym pustkowiu. Mówiła, że kupują od 

kowbojów. A co w zimie? No, mniejsza z tym. Gdzie siodło? Począł szukać 

omackiem. Nigdzie nie zauważył, czyżby schowała? Zirytowany zawrócił i 

spotkał Celię na ganku. 

— Myślałam, że pan uciekł. 

— Chyba na oklep — powiedział nieco ostrym tonem — bo konia nie mam czym 

osiodłać. Gdzie pani schowała uprząż? 

background image

— W bardzo tajemniczej kryjówce — zażartowała. — Po prostu... przeniosłam 

do kuchni. 

— Przepraszam — zmitygował się. 

Weszli do wnętrza. Istotnie, w kącie kuchni leżała zwalona cała uprząż. Schylił 

się i dźwignął siodło z podłogi. 

— Tu nie przeszkadza... 

Potrząsnął głową. 

— Zabieram do stajni. Mam zwyczaj spać obok własnego konia — wyjaśnił. 

Spojrzała na Irvina niezbyt przyjaźnie: 

— A cóż to za pomysł? 

— Bardzo dobry — odparł spokojnie. — Nie jest tu tak bezpiecznie, jak pani 

mówiła. 

— Co się stało? 

— No... jeśli pani sama przyniosła uprząż do domu to znaczy, że ze stajni mógłby 

ją ktoś ukraść. A wobec tego konia też. Nie mam racji? 

Roześmiała się: 

— W stajni są szczury. Kiedyś pocięły moje siodło na kawałki. Ot, i cała 

przyczyna. Chce pan spać ze szczurami? Mamy taki ładny gościnny pokoik. 

Proszę, zaraz panu pokażę. 

— Szczury? Tutaj? — zdziwił się Irvin. — Szczury uciekają razem z ludźmi, bo z 

nich żyją. 

Wzruszyła ramionami: 

— Nie wiem. Może tu są jakieś inne szczury, dzikie. 

Irvin nie oponował dłużej. Wyjął winchestera ź pochwy siodła i poszedł za Celią 

po wąskich, trzeszczących schodach, aż na poddasze. Tam znajdował się mały 

pokoik z drewnianym łóżkiem, siennikiem i stołem. Na więcej nie starczało 

miejsca. 

— Tu będzie panu wygodniej niż w stajni. Światła chyba nie potrzeba — 

zakłopotała się. — U mnie krucho z naftą. 

background image

Podziękował. Kiedy wyszła, dokładnie zbadał drzwi, i to z obu stron. Nigdy 

później nie potrafił wyjaśnić źródła swego niepokoju. “To chyba było przeczucie" 

— opowiadał Gordonowi. 

Na zewnątrz, od strony strychu, drzwi nie miały klamki, ale od wewnątrz 

zaopatrzono je w mocny haczyk. Z kolei zbadał okno i znajdującą się pod nim 

ścianę domu. Była zupełnie gładka, niemożliwa do sforsowania bez pomocy 

drabiny. 

Uspokojony przymknął nieco okno i — na pół tylko rozebrany — rozciągnął się 

na sienniku. 

Jak długo spał? Na pewno kilka godzin, nie więcej. Kiedy się zbudził, trwała 

jeszcze noc. Co go wyrwało ze snu? Chyba blask księżyca wypełniający cały 

pokoik. Siadł na łóżku i nasłuchiwał, ale z wnętrza domu nie dobiegał żaden głos. 

Podszedł do okna i wychylił się. W dole widniały, bardzo wyraźnie, słupki 

ogrodzenia oraz furtka. Za ogrodzeniem leżała pusta droga, a jeszcze za nią — 

ciemna masa domostwa spoglądająca na drogę pustymi oczodołami okiennych 

otworów. Jedyna ulica Dawn lśniła srebrzyście przy księżycu, drzewka ogrodu 

rzucały długie cienie na ziemię. Irvin spojrzał w lewo, spojrzał w prawo — 

pustka, zupełna pustka. Ani człowieka, ani zwierzęcia. Nawet głos kujotów tutaj 

nie dobiegał. Ziewnął półgłosem i postanowił wrócić na siennik. Uczynił 

pierwszy krok w kierunku łóżka i znieruchomiał. Zdawało mu się?:... Powrócił ku 

oknu i znowu słuchał. Nie, nie mógł się mylić. Z dalekich głębin srebrnej nocy 

dobiegł jego uszu niewyraźny, zamazany odgłos końskich podków. Irvin oparł się 

o okienną framugę i czekał. Rozpoznawał już zupełnie wyraźnie galop. Galop 

samotnego jeźdźca. Któż to tak gnał w samym środku nocy? Rytmiczne uderzenia 

biegły na skrzydłach ciszy. Później galop przeszedł w kłus. Nieznany przybysz 

znajdował się coraz bliżej. Irvin wreszcie go dojrzał na szarej wstędze drogi jako 

ruchomy, bardzo jasny punkt. Oto już sylwetka człowieka i zwierzęcia — cień 

skakał po ziemi, wydłużał się i skracał na przemian. W końcu znieruchomiał i 

rozpadł się na dwa cienie: jeździec zatrzymał wierzchowca i zeskoczył z siodła, 

background image

tuż przed furtką. 

“To chyba brat tej Celii — pomyślał i cofnął się pół kroku w bok. — Teraz 

powinien wprowadzić konia. Ciekaw jestem, co to za facet?" 

Mimo niewielkiej odległości i blasku księżyca nie mógł dojrzeć zarysów twarzy. 

Przybysz był średniego wzrostu, szczupły, w kapeluszu rzucającym cień na 

oblicze, w bardzo jasnym ubraniu, bo błyszczało teraz, jakby utkane ze srebra. 

“Wprowadzi konia" — powtórzył w myślach Irvin i... omylił się. 

Usłyszał przeciągły zgrzyt drzwi, tych na dole. Drobna sylwetka ukazała się na 

ścieżce. Poruszała się szybko, jakby biegła. 

“Dobra siostra — pomyślał. — Czekała na brata." 

Celia znalazła się tuż przy koniu i jeźdźcu, A koń nie został wprowadzony, a 

jeździec nie przekroczył progu furtki. Dwie postaci tkwiły nieruchomo, jedna 

obok drugiej. Rozmawiały. Łatwo było odgadnąć po gestykulacji rąk, ale słów 

Irvin nie słyszał. Nagle Celia odwróciła się w stronę domu. Uczyniła to tak 

gwałtownie, aż Irvin przestraszył się, że go spostrzegli. Ale nie. Kobieta 

powróciła do przerwanej na chwilę rozmowy. 

“Opowiada o mnie —- wywnioskował Irvin. — Na pewno musiała powiedzieć: 

on tam śpi na górze, i właśnie wówczas odwróciła się. Ale czemu ten braciszek 

nadal sterczy na dworze?" 

To nie był koniec zdziwienia Irvina. Oto bowiem ujrzał, jak przybysz ujął swego 

wierzchowca za cugle i począł oddalać się drogą. Kobieta pozostała przy 

uchylonej furtce, coś jeszcze zawołała, ale i tym razem Irvin nie dosłyszał, co. 

Idący odwrócił głowę i nie zwalniając kroku pomachał ręką. Oddalał się coraz 

bardziej i coraz bardziej cichło człapanie końskich kopyt, aż wreszcie i konia, i 

jeźdźca zakryła ściana któregoś z mijanych domostw. 

Celia zamknęła furtkę, przeszła ścieżką ku werandce. Irvin usłyszał zgrzyt 

zamykanych drzwi. Nie odchodził od okna, lecz na dworze nie ukazał się więcej 

nikt, a z głębi domu nie ozwał się żaden nowy dźwięk. 

Wrócił do łóżka, siadł na sienniku i zadumał się. Co to wszystko mogło znaczyć? 

background image

Czy nocny przybysz był bratem gospodyni, o którym wspominała, czy kimś 

innym? Dlaczego nie został tu na noc? No i czy to wszystko mogło mieć jaki-

kolwiek związek z jego — Irvina — osobą? 

Wszystko razem — tyle pytań i tyle wątpliwości — wydało się obecnie Irvinowi 

bardzo podejrzane, prawie niebezpieczne. 

Wydobył rewolwery z pasa ciśniętego na stół, sprawdził, czy są nabite, a potem 

położył je w głowach łóżka. Podobnie postąpił ze strzelbą. Umieścił ją między 

łóżkiem a ścianą. Wreszcie zbadał zamknięcie drzwi. Teraz nie wydało mu się 

dostatecznie mocne. Przeniósł więc stół spod okna i postawił go w poprzek 

wejścia. Tę słabą barykadę łatwo było sforsować, ale jaki przy tym powstałby 

hałas! 

Zabezpieczywszy się w ten sposób przed nieprzewidzianymi wydarzeniami, 

jeszcze raz ostrożnie wyjrzał oknem. Nikogo. Cicha, srebrzysta noc rozpostarła 

się nad całym bezludnym osiedlem. Wrócił na siennik. Położył się i zasnął. 

background image

Ranek w Dawn 

 

Musiał spać bardzo mocno, ponieważ nie obudził go ani czerwony brzask 

rannych zórz, ani nawet pierwszy znak dnia — słońce, które poczęło dźwigać się 

nad horyzontem. 

Zerwał się z łóżka dopiero wówczas, gdy w głębi domostwa głośno trzasnęły 

drzwi. Siadł i natychmiast spojrzał na broń. Znajdowała się tam, gdzie ją postawił. 

Stół barykadujący drzwi również stał nie poruszony. Odetchnął z ulgą i podszedł 

do okna. Wyjrzał ostrożnie, by z zewnątrz nikt tego nie mógł zauważyć, ale droga 

była pusta. 

Ubrał się pospiesznie, odstawił stół pod okno i z winchesterem w ręku wąskimi 

schodami powędrował na dół. 

“Ciekaw jestem, czy mi powie o nocnej wizycie? — zastanawiał się. — Jeśli nie, 

to znaczy, że coś się tu knuje." 

W pokoju nie zastał nikogo, ale spoza przymkniętych drzwi kuchni dobiegało 

stukanie garnków. Zapewne Celia przygotowywała ranny posiłek. Po chwili 

usłyszał jej głos: 

— Czy to pan? 

— Ja — odparł. — Dzień dobry. 

— Proszę usiąść i cierpliwie czekać. 

Zanim wykonał polecenie, podszedł do okna — wciąż pod wrażeniem nocnej 

wizyty. Dostrzegł rzędy małych drzewek, parkan z zamkniętą furtką i ponury 

dom po drugiej stronie drogi. Wszystko to tonęło w słońcu i ciszy poranka. 

Pierzaste obłoczki wędrujące po niebie drgały na ziemi ciemnymi plamami, które 

przesuwały się bardzo szybko wśród cieni drzew i płotu. Znudzony, postawił 

strzelbę w kącie pokoju i siadł za stołem, twarzą ku oknu. Rozmyślał teraz o 

drodze, która go czekała, i o przewidywanym spotkaniu z Czarnym Jackiem. 

background image

Jakoś przestał się niepokoić. Zupełnie na zimno układał plan dalszego postę-

powania. Patrzał w okno, a myślami już gnał w przyszłość. Pewnie dlatego 

dopiero po kilku minutach dostrzegł, że za płotem ktoś stoi. Przetarł oczy. To nie 

było złudzenie. “Ktoś" opierał się plecami o ogrodzenie: mężczyzna w jasnym, 

prawie białym ubraniu, w kapeluszu podobnej barwy. Czy ten sam człowiek, 

który był tu w nocy? 

Irvin siedział nieruchomo na krześle i patrzał. 

“Biały jegomość" — pomyślał i natychmiast nazwa ta skojarzyła mu się z 

Czarnym Jackiem. 

A tymczasem “biały jegomość" sterczał nieruchomo jak przydrożny słup i tylko 

jego lewa ręka — tę Irvin widział bardzo wyraźnie — bez przerwy poruszała się 

ruchem półkolistym, raz w jedną, raz w drugą stronę. Irvin wpatrzył się w tę rękę, 

nie potrafił od niej oczu oderwać. Gdzieś już widział takie ruchy... Czarny Jack! 

Przecież to Czarny Jack siedząc w wagonie odwijał i nawijał na wskazujący palec 

długi, srebrny łańcuszek zakończony kluczykiem. 

“Czarny Jack — powtórzył raz jeszcze w myśli. — Czy to on? Mimo białego 

ubrania? Gdyby tak ujrzeć twarz. Może krzyknąć? Wówczas nieznajomy odwróci 

się. Na pewno się odwróci. A jeśli to jest właśnie Czarny? Dlaczego tu sterczy? 

Nie mogę tak siedzieć bezczynnie!" 

Naprężył mięśnie nóg, prawa dłoń powoli obsunęła się ku kolbie rewolweru. 

Postanowił zerwać się raptownie i poprzez sionkę szybko wyskoczyć na dwór. 

Ba, gwałtowność takiego działania na pewno wywoła hałas. To na nic. Trzeba 

działać spokojnie i rozważnie. Nie spieszyć się. Tamten, nieświadomy niczego, 

ciągle jeszcze podpiera płot. 

Farmer wstał powoli, ale znowu siadł. Bo oto za jego plecami cicho skrzypnęły 

drzwi. 

— Podnieś ręce! 

Poczuł pod lewą łopatką mocny ucisk twardego, okrągłego przedmiotu. 

Natychmiast wykonał polecenie Celii Canning. To był jej głos. Ale jakże 

background image

zmieniony? Już nie ten roześmiany, beztroski i miły dla ucha. Głos dobrze 

wychowanej gospodyni przyjmującej gościa. Lecz słowa wypowiedziane ostro, 

szorstko, tonem nakazującym bezwzględny posłuch. 

Jej dłoń wyrwała mu po kolei oba rewolwery tkwiące w futerałach pasa. 

— Opuść ręce. Daj je do tyłu. 

Spełnił żądanie bez sekundy zwłoki i tylko pomyślał: “Ty idioto! Wlazłeś w 

pułapkę jak mysz". 

Poczuł, jak mu wiązano przeguby rąk, jak mocno przykrępowano je do oparcia 

krzesła. Wreszcie ujrzał twarz Celii, pełną napięcia i jakiegoś okrucieństwa, ostro 

zarysowaną. 

“Gdzież ja miałem oczy? — westchnął i równocześnie ogarnęła go złość. — 

Poczekaj... ty... wiedźmo..." 

Ale natychmiast opanował się. Złość jest złym doradcą. Więc zapytał sztucznie 

spokojnym głosem: 

— Czego chcesz? 

Uznał, że osoba tak haniebnie łamiąca uświęcone zasady gościnności nie 

zasługuje, by zwracać się do niej uprzejmiej. 

— Ty głupcze — odparła. — Po co chwaliłeś się swym coltem? Zaraz się okaże, 

czy go kupiłeś, czy ukradłeś. Jack! — krzyknęła w stronę okna. — Chodź! 

,Biały jegomość" odwrócił się, minął furtkę. Irvin słyszał jego spieszne kroki 

tupocące w sieni. Potem uchyliły się drzwi i stanął o krok od związanego farmera. 

Nie było wątpliwości, to Czarny Jack, tyle że na biało ubrany. 

“Wpadłem" — pomyślał Irvin. 

— Obejrzyj, Jack. 

Celia podała srebrny colt. 

— Masz rację — przyznał Jack. — To mój, a gdzie drugi? 

— Miał tylko jeden. Powiada, że go kupił. 

— Kupił? Muszę się przyjrzeć facetowi. 

Na taką zapowiedź Irvin nawet nie mrugnął okiem, ale zimny dreszcz przebiegł 

background image

mu po krzyżu. 

“Koniec — zmroził go dreszcz. — Teraz mi dopiero da łupnia." 

Przyglądanie się nie trwało długo, a jego wynik był zgodny z przewidywaniami 

Irvina. 

— Ten sam — stwierdził Jack. — Kropka w kropkę ten sam pasażer z pociągu. 

Najwięcej ze mną rozmawiał i najbardziej był ciekaw z całej trójki. Może ta 

ciekawość aż tu go przywiodła? Rewidowałaś go? 

— Zaglądałam do juków. Nic interesującego. 

— Hm... ciekawe. Przybył tu samotny. Zbadałem okolicę: tylko pojedynczy trop, 

a szkoda. Chętnie spotkałbym się z twoimi — zwrócił się do Irvina — 

towarzyszami, zwłaszcza z tym, który mnie kopnął. Gdzie twoi kumple? Gadaj! 

O, to już nie był ten uprzejmy towarzysz podróży. 

— Jacy kumple? — powtórzył pytanie Irvin pragnąc w tak mało sprytny sposób 

zyskać na czasie. 

— Nie udawaj półgłówka! — krzyknął Jack i ująwszy srebrny colt za lufę 

machnął nią tuż przed nosem jeńca. — Jeżeli będziesz się wykręcał, dostaniesz 

tym... To mój wypróbowany sposób. Natychmiast przywraca pamięć. 

— Nie ma ich tutaj. 

— Wiem, że ich nie ma. Nie wykręcaj się! Gdzie oni są? 

— W Greenfield — odparł farmer wiedząc, że taką odpowiedzią w niczym nie 

zaszkodzi ani Gordonowi, ani Fawkesowi. — Możesz sprawdzić — dodał kpiąco. 

— Żartujesz? Zaraz ci te żarty wypędzę z głowy. Greenfield — powtórzył. — 

Gdzie to jest? Ach, pamiętam. To tamten przystanek na odludziu. Tam 

wsiedliście do pociągu, A to całe Greenfield jak daleko od przystanku? 

— Ponad trzy mile — mruknął Irvin. 

— A stąd? 

Ile było “stąd" — tego oczywiście nie mógł wiedzieć. Przecież nigdy jeszcze nie 

przebył drogi dzielącej Dawn od swej rodzinnej osady. Ale... chyba piekielnie 

daleko. Uznał jednak, że bezpieczniej będzie mówić niż milczeć, więc 

background image

powiedział: 

— Pięć dni, jak się szybko jedzie. Zdejmijcie mi więzy — odparł — to was 

zaprowadzę. 

Oczekiwał kolejnego wybuchu gniewu, ale Czarny Jack milczał. 

— Co z nim zrobisz? 

To pytała Celia Canning. Siostra Jacka? Co do tego Irvin miał poważne 

wątpliwości. Stali obok siebie i farmer mógł stwierdzić, że nie było mierzy nimi 

nawet cienia podobieństwa. 

— Jeżeli go puścisz — mówiła Celia — trzeba będzie stąd się zabierać. Słyszysz, 

Jack?. 

Milczenie. 

—Ja umywam ręce od wszystkiego, wracam do cyrku. 

Denerwowała się coraz bardziej. 

— Jeśli na to ci pozwolę — odezwał się wreszcie Czarny. 

— Za kilka dni siądą ci na kark wszyscy szeryfowie świata. 

— Przesadzasz. 

Powiedział tylko tyle i nadal świdrował oczami jeńca. Wyglądało to bardziej 

niepokojąco od najbardziej niepokojących słów. Na koniec odwrócił się i począł 

przemierzać pokój od ściany do ściany. Było cicho, a w tej ciszy odgłos kroków i 

pobrzękiwanie ostróg brzmiały w uszach farmera dziwnie złowrogo. 

“Gdyby tak się zerwać... — myślał gorączkowo. — Nogi mam wprawdzie wolne, 

ale ręce?" 

Czuł, jak mu powoli drętwieją ściśnięte przeguby i dłonie. Jak tu “zerwać się", 

będąc przywiązanym do krzesła? Spróbował rozluźnić pęta. Nic z tego. Rzemień 

jeszcze boleśniej werżnął się w skórę. 

— Rozwiąż go — nieoczekiwanie rozkazał Czarny. 

— Co?! — krzyknęła. — Oszalałeś? Prędzej go zastrzelę, niż uwolnię. 

— Nie bądź głupia. Kto ci powiedział, że go chcę uwolnić? No, prędzej, 

rozwiązuj! A ty — zwrócił się do Irvina — siedź spokojnie. 

background image

I lufę srebrnego colta skierował ku jeńcowi. Farmerowi po raz drugi mrówki 

przebiegły po plecach. Od napastnika dzielił go tylko ciężki, masywny stół. 

Celię stracił z oczu, lecz czuł jej palce na swych dłoniach, rozplątujące supły 

rzemienia. Wreszcie więzy opadły, ale zgodnie z poleceniem siedział sztywny i 

nieruchomy. Znowu ujrzał Celię. Obeszła stół, ruszyła w stronę drzwi. Powinna 

była minąć Jacka za jego plecami, popełniła jednak błąd. Na sekundę znalazła się 

między wylotem srebrnego colta a jeńcem. Jack krzyknął na nią, ale za późno. 

Irvin poderwał się błyskawicznie, błyskawicznie uniósł ciężki stół i rzucił nim w 

Celię. Nie byle jakiej wymagało to siły... 

Stół zwalił z nóg i gospodynię, i Jacka. Zawadził jednym rogiem o okno — z 

brzękiem posypały się szyby — i runął przygniatając leżących. Czarny Jack 

zerwał się natychmiast, ale w tej samej chwili otrzymał cios pięścią w szczękę i 

zwalił się na nowo. Irvin chwycił colt, odpiął leżącemu pas, skrępował nim nogi. 

Porwał ciśnięty przez Celię rzemień i jak mógł najszybciej związał bandycie ręce. 

Czarny Jack nie poruszał się. Czyżby zemdlał? 

Irvin przyskoczył więc do Celii leżącej pod zwalonym, połamanym stołem. 

Nieprzytomna, z szeroko rozrzuconymi rękoma, ściskała w garści swój mały 

damski rewolwer. Irvin wyrwał go z jej palców, podniósł leżącą, zerknął na nieru-

chomego Jacka, kopnięciem nogi rozwarł drzwi wiodące do kuchni i tam położył 

Celię na podłodze. Chlusnął jej na twarz strugą wody, raz i drugi, aż otworzyła 

oczy. Chwilę spoglądała nieprzytomnie, po czym szepnęła: 

— Gdzie Jack? 

— Pod oknem. Nic mu nie będzie. Spostrzegł, że odetchnęła głęboko. 

— Aleś nas urządził — stwierdziła, a w głosie jej zabrzmiała nutka podziwu — 

Silny z ciebie chłop... Stół taki ciężki... Możesz teraz jechać, dokąd chcesz... 

— Na pewno pojadę — przytaknął Irvin — ale razem z Jackiem. 

Wytrzeszczyła oczy. 

— Z Jackiem? Dlaczego z Jackiem? Masz z nim jakieś porachunki? Zastanów się. 

Raz ci się udało, ale za następnym razem... 

background image

Farmer roześmiał się: 

— Dwa razy udało się — stwierdził. 

— Prawda — przyznała. — Wtedy, w pociągu. On mi opowiadał. Czy to ty go 

zraniłeś? 

Teraz zdumiał się Irvin. Nic nie wiedział o zranieniu Czarnego. 

— Jack mi opowiadał — powtórzyła Celia — że strzelano, jak wyskakiwał z 

pociągu. Kto ty jesteś? — mówiła dalej Celia. — Kowboj, rewolwerowiec? 

— Pomagam szeryfowi w Wichita Falls. 

— Pracujesz u szeryfa? 

— Aha — mruknął. — Chyba wiesz, że za Jackiem rozesłano listy gończe? 

— Wiem. Czy można tam zajrzeć? — skinęła głową w stronę uchylonych drzwi. 

— Coś ty z nim zrobił? 

— Związałem, ale zajrzę ja sam. Odwrócił się i wychylił głowę poza framugę. 

Ujrzał obok szczątków stołu i kawałków potrzaskanej szyby nieruchomą 

sylwetkę. Ta krótka chwila o mało nie stała się przyczyną zguby — strzał padł w 

tym momencie, gdy Irvin znowu spojrzał na Celię. Błysk, huk i jakby smagnięcie 

biczem w lewe przedramię. Musiała mieć drugi rewolwer. Popełnił głupstwo. 

“Dostałem" — zdążył pomyśleć i błyskawicznie podbił jej dłoń, wyrwał 

rewolwer, schwytał dziewczynę w pasie. Poczęła się szarpać, kopać i próbowała 

nawet gryźć. Ścisnął ją mocniej, aż krzyknęła, i gorączkowo rozejrzał się za 

jakimkolwiek postronkiem. Wpadł mu w oko tylko ręcznik. Nie było sprawą 

łatwą związać ręce wyrywającej się, ale wreszcie dopiął swego. Potem skrępował 

nogi kuchenną ścierką. 

— Jeszcze nigdy nie postąpiłem tak z żadną kobietą — powiedział ciężko 

oddychając — ale na ciebie nie było innej rady. 

Dopiero teraz poczuł ciepłą, nieprzyjemną wilgoć pod lewym rękawem kurty. 

Stanął w drzwiach łączących oba pomieszczenia tak, aby nie tracić z oczu swych 

jeńców, i począł ściągać zwierzchnią odzież. Koszula była mocno zakrwawiona, a 

czerwone krople poczęły teraz znaczyć deski podłogi. Gdyby jakiś czysty 

background image

gałgan... Znalazł coś lepszego — bandaż. Czarny Jack widać naprawdę był ranny, 

jemu miał zapewne służyć. 

Irvin zlał ramię wodą i stwierdził z ulgą, że kula nie naruszyła mięśni, jedynie 

zerwała pas skóry. Krwawiło nadal mocno. Przypomniał sobie o flaszce whisky, 

odnalazł ją wśród szczątków stołu. Była cała i nadal mocno zakorkowana. 

Chlusnął ognistym płynem na ranę — zapiekło wściekle. Obandażował ramię, jak 

mógł najciaśniej. Spróbował poruszyć lewą ręką — bolało. 

— Żmija — mruknął. 

Co teraz począć, u licha! Zasępił się. Przecież nie może ciągnąć ich oboje ze sobą. 

Jeśli jednak zostawi Celię na wolności, wyruszy za nim w trop i dopadnie, gdy 

tego najmniej będzie się spodziewał. Ten dom z pewnością nafaszerowany jest 

bronią. Zbójeckie gniazdo. Miała drugi rewolwer, ma na pewno i trzeci, czwarty 

lub piąty. Siadł na krześle. Ujrzał, jak Czarny Jack poruszył się, a w chwilę 

później otworzył oczy. Irvin już nie czuł do bandyty takiej urazy jak przedtem. 

Cała złość jak gdyby skoncentrowała się na Celii, więc odezwał się: 

— No, jak się czujesz? Musiałem cię stuknąć, ale nie było innego wyjścia. 

Jack zamrugał powiekami. Usiłował wstać i dopiero wówczas spostrzegł, że jest 

skrępowany. Więc tylko odwrócił się bokiem. 

— Czego ode mnie chcesz? — warknął.  

Irvin zaśmiał się gorzko: 

— To ja powinienem pytać. Dwa razy na mnie napadłeś. 

— Ale nie strzelałem. 

— Boś nie zdążył. 

— Zrobiłem głupstwo. Wtedy, w wagonie. 

— Na pewno. Ale ja cię ścigam wcale nie z powodu tamtego napadu. 

— Ty mnie ścigasz? 

W głosie bandyty zabrzmiało nieukrywane zdumienie. 

— Ścigam — powtórzył farmer. 

— Jeśli nie za napad, to za co? 

background image

— Za twe listy gończe... 

— Aha, to tak... Rozumiem. Gonisz za nagrodą. Słuchaj, dam ci ten tysiąc 

dolarów. Odpadnie kłopot chodzenia do szeryfa. Zgoda? 

Irvin roześmiał się po raz drugi: 

— Ja ciebie dobrze poznałem, Jack. Nie miałbym tego tysiąca dłużej od jednego 

dnia. Najbliższej nocy, może nawet we śnie, zostałbym bogatszy o jedną kulę w 

plecach. Ty to umiesz, Jack. 

— Zostawisz mnie związanego. Zanim się uwolnię, będziesz daleko. Pozwalam 

ci związać i Celię. 

— Pozwalasz? Cóż za łaska! Celia już leży związana w kuchni. 

Jack tylko łypnął oczami w kierunku drzwi. 

— Dam ci półtora tysiąca. 

— Nic z tego, pojedziesz ze mną do szeryfa. 

— Dokąd? 

— O tym porozmawiamy w drodze, a teraz... żebyś nie nadwerężał sobie gardła... 

— Dam ci trzy tysiące! 

Farmer tylko wzruszył ramionami. Wstał, urwał kawał pozostałego bandaża, 

zwinął go w kłąb i wepchnął — nie bez trudu — w usta bandyty. Podobnie 

postąpił z Celią. Zależało mu, aby para wspólników nie mogła się porozumiewać 

podczas jego nieobecności. Musiał bowiem ruszyć do stajni, żeby osiodłać konie. 

W mrocznym wnętrzu znalazł ich aż trzy. Wierzchowiec Jacka został więc 

również tutaj przyprowadzony. Zastanowił się chwilkę, na koniec założył uprząż 

całej stadnince i wyprowadził ją na dwór. Postanowił Celii nie zabierać z sobą, ale 

zdecydował, że pozbawi ją konia, na pewien czas. Puści go po pierwszym dniu 

jazdy i zwierzę chyba samo jakoś trafi do Dawn. A jeśli nie? Ano, cóż? Celia nie 

umrze tu z głodu i pragnienia. Zresztą szlak przepędu nie jest zbyt odległy. Trafi 

doń i wreszcie kogoś spotka. 

Tak się uspokajał, ale spokoju nie doznał. 

Tfu, do licha! Czarny takiego musiał sobie dobrać pomocnika! 

background image

Ręka dała znać o sobie, gdy dopinał popręgów. Przywiązał konie do płotu i wrócił 

do izby. Jack leżał nadal bez ruchu, ale Celia spoczywała kilka kroków bliżej 

drzwi. Irvin zrozumiał: przetoczyła się w kierunku pokoju. Widocznie liczyła na 

to, że znalazłszy się jedno obok drugiego, jakimś sposobem zrzucą pęta. 

—Daliby mi szkołę... — westchnął, a jednocześnie żal mu się zrobiło tej kobiety. 

— Celia — odezwał się półgłosem — nic ci nie zrobię, ale musisz zostać w 

pętach. Wiem przecież, że gdybym je zdjął, zastrzeliłabyś mnie, zanim minąłbym 

róg domu. Na pewno masz ukrytą niejedną jeszcze pukawkę. Prawda? 

Spojrzała na niego wściekłym wzrokiem, aż mu ciarki przeszły po plecach. 

— Słuchaj — odezwał się hamując wzburzenie — rozluźnię twoje pęta. Za 

godzinkę będziesz wolna. Przy takim sprycie i takiej zręczności. Aż szkoda! 

Jej twarz nieco złagodniała. Wydało mu się nawet, że dostrzegł przelotny 

uśmiech, a już oczy na pewno się śmiały. Z czego tak się cieszyła? Zastanowił się 

chwilę. I bezbłędnie odgadł. To takie proste. Godzinka zwłoki nie była dla Celii 

żadnym problemem. Na pewno jeździła konno lepiej od Irvina. Godzinkę 

opóźnienia wyrównałaby bardzo szybko i jeszcze przed wieczorem dopędziłaby 

go. Dlatego Irvin, który początkowo chciał poinformować Celię o wypożyczeniu 

jej wierzchowca, teraz postanowił rzecz przemilczeć. Powiadomiona o 

wszystkim, umiałaby z pewnością obmyślić na poczekaniu jakąś inną “sztuczkę", 

której on nie potrafiłby zapobiec. 

— Muszę ci zabrać nieco jedzenia. To, co mam, nie starczy dla dwu. Ale nie 

martw się, nie zginiesz z głodu, taki okrutny nie jestem. 

Nic na to nie odpowiedziała. Począł szukać w kuchennych zakamarkach i nagle 

zorientował się, że Celia bez przerwy wodzi za nim oczami. 

“Ona znowu coś knuje — pomyślał. — Trzeba wzmóc czujność i pospieszyć się." 

Znalazł blaszane pudło pełne fabrycznych sucharów (skąd je mieli na tym 

pustkowiu — nawet nie próbował odgadnąć) i kilka funtów pemikanu — 

suszonego, startego na proszek mięsa. Irvin znał dobrze wartość tego produktu, 

tak drogiego, że farmer zaledwie kilka razy go próbował. Teraz miał go całą furę. 

background image

W coś go trzeba przesypać. Rozejrzawszy się zauważył jakiś skórzany woreczek, 

mocno pękaty. Gdy rozplatał rzemyki, wysypały się, brzęcząc, złote monety. 

Same złote monety! Dostrzegł wtedy oczy Celii wlepione w stos złota. Bandycki 

dorobek. Oto dlaczego tak czujnie go obserwowała. Nie odezwał się. Wypełnił 

worek sproszkowanym mięsem, zabrał suchary i wyszedł na dwór. Pemikan i 

część sucharów upchał w torby własnego siodła, resztę wpakował w juki jednego 

z dwu obcych koni. Zaczerpnął wody ze studni, wypełnił nią skórzane wory 

podróżne, napoił konie, a później całą zdobytą broń: dwa rewolwery Jacka, dwa 

rewolwery Celii i jeden znaleziony winchester — wrzucił do studni. Miał ochotę 

przeszukać jeszcze dom, ale powstrzymał się — nie było czasu. Słońce wspinało 

się coraz wyżej, a Irvin zamierzał jednym tchem dotrzeć do ostatniego 

obozowiska, w którym nocował przed przybyciem do Dawn. To był szmat drogi. 

Liczył się zresztą z tym, że w wymarłym osiedlu mógł zjawić się w każdej chwili 

nieoczekiwany i niepożądany gość. A wówczas komu uwierzy? Irvinowi czy 

Jackowi i Celii? Może właśnie Irvina uzna za przestępcę rabującego dwoje 

niewinnych ludzi, dwoje spokojnych mieszkańców Dawn? 

Należało stąd uciekać, i to jak najszybciej. Wrócił do Celii, rozluźnił nieco jej 

więzy, wyjął knebel z ust. Odetchnęła z ulgą. 

— Mógłbym cię zabrać — powiedział. — Jesteś przecież wspólniczką rabusia i 

wielokrotnego mordercy. Sądzę jednak, że rozmyślnie nikogo nie zastrzeliłaś i 

nie obrabowałaś, że ten cyrk to był istotnie tylko wypadek. Więc cię puszczam 

wolno. Ale przemyśl to sobie dobrze, bo na drugi raz... 

Wydęła pogardliwie wargi, Irvin odwrócił się i wyszedł. 

— Słuchaj uważnie, Jack — powiedział do jeńca — teraz rozwiążę ci nogi. 

Pójdziesz ze mnę. Nie próbuj nawet uciekać. 

Przetrząsnął jeszcze kieszenie leżącego, a później rozciął pęta. 

— Wstawaj i wychodź na dwór. I ciągle uważaj, uważaj, Jack, na swoje zdrowie.. 

No, ruszaj. 

background image

Droga powrotna 

 

Irvin później opowiadał, że w swym życiu raz jeden przebył taką drogę i że nigdy 

jej nie zapomni. W tym twierdzeniu nie było przesady. 

Jazda z jeńcem, który w każdej chwili, korzystając z sekundy nieuwagi dozorcy, 

mógł stać się katem — wymagała spostrzegawczości, szybkiego refleksu i 

błyskawicznych decyzji. A to z kolei wzmagało napięcie nerwów, trudnego do 

zniesienia przez tak wiele dni. 

Czy Czarny Jack również odczuwał coś podobnego — nie sposób było 

stwierdzić. 

Wyjechali przed samym południem. Pierwszy kłusował Jack na koniu, do którego 

Irvin przywiązał linką drugiego wierzchowca. Ta linka uniemożliwiała Jackowi 

szybką jazdę, a więc i nagłą ucieczkę. Irvin jechał nieco z boku i nieco w tyle, 

mając po prawej ręce jeńca, niezbyt blisko, ale i niezbyt daleko. Ostrożność 

wielce wskazana, zabezpieczenie przed ciosem pięścią w głowę lub przed 

ściągnięciem z siodła. 

Mimo to — prowadzili ze sobą rozmowę, ba, nawet niemal przyjacielską 

pogawędkę. 

Na początku drogi, zanim wydobyli się z opłotków Dawn, żaden z nich nie 

odezwał się słowem. 

I później, gdy zapadły za horyzontem dachy domostw, milczeli nadal. Jack 

zapewne dumał nad swym pechem. Irvin pilnie przepatrywał prerię, aby nie 

przeoczyć szlaku. Tym razem taka nieuwaga mogła zakończyć się znacznie 

gorzej niż poprzednio. 

Po godzinie milczącej jazdy Czarny Jack odezwał się zupełnie niespodziewanie: 

— Słuchaj, dam ci trzy tysiące. 

— Co mówisz? — Irvin ocknął się z zadumy. 

background image

— Dam ci trzy tysiące. 

— Aleś uparty! Znalazłem w waszym domu cały worek złotych pieniędzy. 

Pewnie jeszcze tam leżą, jeśli Celia nie rozplatała swych postronków. 

Znowu obaj pogrążyli się w milczeniu. Zielony step przesuwał się pod końskimi 

kopytami, dął wiatr ciepły i niósł zmieszane zapachy ziół. Niekiedy pojawiały się 

zarysy obłych, niskich pagórków. Gdy je mijali, horyzont nagle ogromniał, 

dalekim kołem wyznaczając nieosiągalne krańce świata, łącząc ziemię z niebem. 

A na tym niebie pierzaste obłoczki płynęły poniżej słońca i rzucały wokół 

jeźdźców ruchome cienie. 

— Słuchaj — odezwał się znowu Jack — znam pewną bonanzę *... 

— Kłamiesz. 

— Zawróćmy do Dawn, a pokażę ci próbki złota i dokładną mapkę. 

— Za kogo mnie bierzesz, Jack? Nuggety może i masz. Zdobyte w rabunku, ale 

bonanzę to pewnie tylko na księżycu. 

— Czemu tak sądzisz? 

— Gdybyś posiadał kopalnię złota, nie czyhałbyś na cudze złoto. 

Jack zadumał się chwilę. 

— A może ja to czynię tylko dla przyjemności? 

— Otóż to właśnie. Dlatego nie puszczę cię nawet za sto bonanz. 

— Cóż ci na tym zależy? 

Tyle tkwiło szczerości w tym pytaniu, że Irvin aż zaniemówił. Zdziwienie i 

przerażenie — te dwa uczucia opanowały go całkowicie. Czarny Jack nie był 

normalnym człowiekiem, rozróżniającym jakoś zło od dobra. Nie było w nim ani 

poczucia sprawiedliwości, ani krzywdy wyrządzanej innym. Nic z 

elementarnych, niemal wrodzonych człowiekowi zasad moralnych. 

 

 

Bonanza — wyraz pochodzenia hiszpańskiego, oznaczający żyłę złota. 

 

background image

“On jest gorszy od najgorszego zwierzęcia — pomyślał z przerażeniem Irvin. — 

Nawet puma poluje tylko wtedy, gdy jest głodna. Jack morduje dla chęci mordu, 

rabuje dla samego rabunku i uważa to za coś zupełnie naturalnego!" 

Opanował się i rzekł twardo: 

— Na nic zda się jakiekolwiek tłumaczenie. Ty, Jack, nie rozumiesz. Nie wiesz, 

co to jest zbrodnia i co to jest uczciwe życie. Wierzę, że powiedziałeś prawdę: 

żyjesz tylko dla własnej, okropnej przyjemności. A teraz lepiej zamilcz, bo nie 

dojedziesz cało do Wichita! 

Czarny Jack nie otworzył już ust aż do końca dnia. Być może przestraszył się, być 

może po raz pierwszy w życiu... 

Irvin trafił bezbłędnie na miejsce swego obozowiska. Czarna plama spalenizny, 

kilka krzaczków i sennie ciurkający strumyk. Kawałek niedojedzonego suchara 

leżał wśród niedopałków zwęglonych drewienek. Kazał zejść z siodła Jackowi, 

później uczynił to sam, wreszcie skrępował jeńca. Dopiero wówczas zajął się 

rozkulbaczeniem i pojeniem koni, rozpaleniem ognia i przyrządzeniem 

wieczerzy. Mimo zachowania wszelkich środków ostrożności — prawie nie spał. 

Podrzemywał tylko, z jednym okiem otwartym, pełen nieustającej obawy, że 

więzień jakimś sobie tylko znanym sposobem rozpłacze rzemienie. Myślał 

również o Celii, że lada chwila się pojawi tu na koniu, którego gdzieś potrafiła 

ukryć w Dawn. 

Nie sprawdziły się ponure przewidywania, noc upłynęła w ciszy, ranek przyniósł 

uspokojenie. Irvin doszedł do wniosku, że trzeciego wierzchowca w Dawn na 

pewno nie ma, postanowił więc puścić wolno zbędnego czworonoga. 

— Słuchaj — zwrócił się do Jacka — czy koń tej twojej... — zawahał się — 

...siostry trafi stąd do Dawn? 

— Powinien trafić, ale to nie jest pewne. 

— Pewne, niepewne, ale go puszczę, tyle że bez uprzęży. Jeśli nie odnajdzie drogi 

do Dawn, z siodłem na grzbiecie zmarnuje się. 

Tak zadecydowawszy obarczył swego towarzysza obowiązkiem czuwania nad 

background image

dodatkową uprzężą. Jack usiłował protestować, proponował również porzucenie 

zbytecznego pakunku, ale Irvin powiedział krótko: 

— Albo będziesz dźwigał uprząż i jechał jak normalny człowiek, albo razem z tą 

samą uprzężą przytroczę cię do siodła. Przekonasz się, jak to smakuje. Wybieraj, 

tylko szybko! 

Czarny Jack jeszcze świeżo w pamięci zachował obraz Irvina rzucającego 

ciężkim stołem i... skapitulował. 

Odtąd jechali prawie obok siebie, tylko że teraz Jacka opasywała pętla lassa, 

którego koniec przymocowany był do siodła Irvinowego konia. Każde naprężenie 

rzemienia groziło, że Jack wyskoczy z siodła. A do tego jeszcze uprząż, którą 

bandyta musiał dźwigać na plecach... Kiepsko przedstawiała się jazda z takim 

ciężarem, ale na pewno była wygodniejsza od leżenia brzuchem na grzbiecie 

wierzchowca. 

Koń Celii został odegnany, a oni ruszyli wprost na północ. Jechali tak — jedynie z 

krótką przerwą na południowy odpoczynek — aż do zmierzchu. Noc minęła 

spokojnie, ale rankiem Jack sprawił Irvinowi niemiłą niespodziankę: oświadczył, 

że nie ruszy się stąd ani krokiem dalej. Farmer początkowo uznał to za żart, póki 

rozwiązany już jeniec nie rzucił się do ucieczki. Oczywiście, nie mógłby uciec 

daleko. Irvin, na koniu, dognałby zbiega bez trudu. Chyba więc Czarnemu 

chodziło tylko o opóźnienie wyjazdu. 

Irvin był już pewien, że koń Celii zdołał powrócić do Dawn i że Czarny Jack 

dobrze zdawał sobie z tego sprawę. Liczył, że Celia natychmiast wyruszyła w 

pogoń, i to dobrze uzbrojona. Należało jej ułatwić zadanie przewlekając odjazd z 

każdego postoju. Ale w planach Jack nie przewidział reakcji swego dozorcy. 

Prawdopodobnie przypuszczał, że dojdzie do jakiejś dłuższej walki na pięści. I tu 

się pomylił. Irvin dopędził uciekiniera, rzucił lassem, a gdy pętla zacisnęła się na 

barkach zbiega, gwałtownie zawrócił. Potem nie miał już żadnego kłopotu z 

jeńcem. Jack został dostatecznie oszołomiony upadkiem i przebyciem kilku 

jardów w mocno niewygodnej, leżącej pozycji. A potem Irvin po prostu 

background image

przytroczył go do siodła. Po trzech godzinach takiej jazdy Czarny począł błagać o 

powrót do normalnej dla jeźdźca postawy. 

— Zgoda. Nie jestem mściwy, Jack. Mam nadzieję, że sobie dobrze zapamiętasz 

dzisiejszą nauczkę. 

Czarny Jack szybko wrócił do fizycznej i psychicznej równowagi. Tak szybko, że 

aż zadziwił Irvina. Przy wieczornym ognisku zagadał do farmera jak do 

najlepszego towarzysza podróży: 

— Świetnie rzucasz lassem. Zupełnie jak kowboj. I jeździsz znakomicie. Ja 

dawniej również umiałem różne sztuczki robić przy pomocy lassa. Łapałem 

mustangi. Wiesz, jak się to robi? Na pewno nie wiesz. Niektórzy twierdzą, że 

stado można podejść piechotą, ale to bajka. Nawet konno nie zbliżysz się do nich, 

takie są czujne. A w pojedynkę w ogóle nie dasz rady. Trzeba działać we dwu i 

mieć pod ręką zapasowe wierzchowce. 

Irvin nastawił uszu. Sam nigdy w życiu nie gonił za mustangami, a lassa używał 

tylko do chwytania zdziczałego bydła. 

— Każde stado — mówił Jack — ma swego przewodnika. Jeśli go zdołasz 

schwytać albo odpędzić, reszta zwierząt dziwnie głupieje i wtedy właśnie można 

się zbliżyć i łapać wybrane sztuki albo, najlepiej, zapędzić całą gromadę do 

przygotowanej zawczasu zagrody. Ach, to świetny interes! 

— Jeśli taki świetny, czemuś go zaniechał? Nie wiózłbym cię teraz do szeryfa. 

— Dlaczego zaniechałem? Bo mustangów coraz mniej i pewnie wkrótce znikną z 

prerii *. A poza tym wydarzył mi się taki pechowy wypadek. Gnałem za stadem i 

ani rusz nie mogłem odpędzić przewodnika. Liczyłem na to, że mustangi szybciej 

się zmęczą ode mnie, więc nie rezygnowałem. 

— W ten sposób — mruknął farmer — można przejechać pół Ameryki. 

— Nic się na tym nie znasz. Każde dzikie zwierzę ma swój ulubiony teren, 

którego stale się trzyma, wyjątek stanowią chyba tylko bizony, które dwa razy w 

roku wędrują z południa na północ i z powrotem, ale mustangi tak nie czynią. 

Stwierdziłem to wielokrotnie. Stado, nazywają je z hiszpańska “manada", krąży 

background image

zawsze po tej samej przestrzeni, jakieś 25 mil długości, i nigdy jej nie przekracza. 

Ostatnim razem gnaliśmy we dwóch za stadem już drugi tydzień. Niezłe stadko 

było, jakieś trzydzieści sztuk. Nasze zapasowe konie były już do niczego, a mu-

stangi wciąż trzymały się w przyzwoitej odległości. Wreszcie dojechaliśmy do 

jakiejś kotlinki. Już, już zdawało się, że im zamkniemy drogę. Objechałem 

szerokim półkolem, żeby nie dać możliwości odwrotu, i wjechałem między 

osiedle piesków preriowych. Wiesz, co to znaczy? 

— Wiem — odparł Irvin. — Preria zdawałoby się gładka jak stół, a w 

rzeczywistości podziurawiona norami jak rzeszoto. Nawet pieszy, gdy nie uważa, 

może łatwo zwichnąć nogę, a cóż dopiero bydło! 

— Właśnie! — potwierdził Czarny Jack. — Mój wierzchowiec złamał nogę, a ja 

o mało karku nie skręciłem wyleciawszy z siodła jak z procy. Odtąd dałem spokój 

łowom na mustangi. 

— Trzeba było próbować szczęścia z bizonami — zauważył Irvin. — Wszystko 

było lepsze od tego, coś później zaczął. 

— Tak sądzisz? 

— Sądzę — odparł ostro farmer, któremu minęła chęć dalszej rozmowy. Zajął się 

ścieleniem nocnego legowiska. 

— Nie mogę ciebie zrozumieć — wyznał Jack. — Co by ci szkodziło puścić mnie 

wolno? 

— Na własną i innych zgubę. Jesteś jak grzechotnik, albo jeszcze gorzej, bo przed 

grzechotnikiem każdy ucieka, a twoje grzeczne słówka i układna mina to lep na 

muchy. Milcz i kładź się spać. 

Jack nie odezwał się już aż do świtu, co jednak nie przyniosło Irvinowi 

wypoczynku. Zasypiał, budził się i znowu zasypiał. Widma uciekającego więźnia 

i nadciągającej Celii dręczyły go do białego rana. Ciężar spadł mu z  

 

Czarny Jack mylił się. Mustangi żyją po dziś dzień, chociaż już tylko w Newadzie i Montanie. 

 

background image

serca, kiedy ujrzał rąbek słońca na horyzoncie. 

Tego ranka zdecydował się ominąć samotny saloon, w którym mieszkał 

przyjaciel Murphy'ego. Nie dlatego, by nie ufał właścicielowi saloonu, ale 

dlatego, że obawiał się spotkania z gromadą półdzikich kowbojów, co przecież 

mogło się zdarzyć, gdyby przypadkiem trafił na przepęd bydła. Decyzja była 

słuszna, bo jak się okazało, Czarny Jack wiązał jakieś swe nadzieje z samotną 

karczmą. Następnego dnia począł tłumaczyć farmerowi, że “gdzieś blisko" 

znajduje się bardzo wygodny zajazd, w którym można dobrze wypocząć i dobrze 

zjeść. Irvin udał, że o czymś podobnym nigdy nie słyszał i że “nie 

ma zamiaru błąkać się po prerii" w poszukiwaniu nie istniejącej chałupy. Kiedy 

jednak zjechał ze szlaku, którym dotąd posuwali się, Jack zaraz zwrócił na ten 

fakt uwagę. 

— Zboczyłeś. Trzymaj się tej drogi, a zobaczysz, jak prościutko dojedziemy do 

karczmy. 

Powiedziawszy to zatrzymał konia, a lasso, którym był opasany, niebezpiecznie 

się napięło. 

— Naprzód — ponaglił go Irvin. — Moja droga wiedzie prosto. 

— Ależ posłuchaj — usiłował go przekonać więzień. 

— Popędź konia, Jack, bo znajdziesz się na ziemi. 

W obliczu takiej groźby Czarny ustąpił i pogrążył się na cały dzień w ponurym 

milczeniu. Irvin zauważył, że coraz częściej tracił humor. Czy znowu coś knuł, 

czy też zdał sobie sprawę, że tym razem perspektywa więziennych krat staje się 

zupełnie realna? 

Irvin postanowił zdwoić czujność, co było dlań sprawą coraz trudniejszą. Po tylu 

dniach drogi i prawie bezsennych nocach czuł zwiększające się zmęczenie. 

Marzył o zakończeniu wędrówki, o przekazaniu więźnia w ręce szeryfa 

Murphy'ego i o powrocie do Greenfield. Rodzinną osadę wspominał jak utracony 

raj pełen słońca i spokoju. Począł gnać, jak mógł najszybciej i jak na to pozwalały 

warunki, co zmuszało Czarnego Jacka do ciągłej uwagi na przeklęty rzemień łą-

background image

czący go z Irvinowym siodłem. 

“Jeszcze dzień, jeszcze dwa!" — krzepił się nadzieją Irvin, a jednocześnie rosła w 

nim obawa, że pod koniec drogi bandyta zdobędzie się na jakiś desperacki czyn. 

To była jego ostatnia chyba szansa, bo szeryfowski areszt nie dawał już takich 

możliwości ucieczki. 

Czuwał więc farmer nad swym podopiecznym w stałym napięciu. Co wieczór 

krępował jeńca długim i mocnym lassem, każdego ranka pedantycznie 

przestrzegał ustalonych kolejno czynności: siodłał oba wierzchowce i nigdy nie 

pozwolił Czarnemu Jackowi wskoczyć na konia, zanim sam przedtem nie znalazł 

się w siodle. 

Ale wydarzyła się rzecz przez Irvina nie przewidziana. Pewnego ranka, zaledwie 

o dzień drogi od Wichita Falls, gdy obaj tkwili już w siodłach, Irvin z wysokości 

końskiego grzbietu dostrzegł, że ognisko niezupełnie wygasło, że tu i ówdzie 

błyskają rubinowe światełka żarzących się patyków. Niemal odruchowo 

zeskoczył na ziemię — ot, stary nawyk, wdrożona przez lata całe obawa przed 

pożarem prerii. Szybko począł zadeptywać niebezpieczne głownie, ale w tym 

momencie, gdy odwrócił się plecami do towarzysza, usłyszał nagle łomot kopyt. 

Obrócił się — o sekundę za późno. Czarny Jack uciekał na swym wierzchowcu, 

ciągnąc uwiązanego lassem Irvinowego konia. 

background image

Tak się zakończyło 

 

— Schudłeś, ale wyglądasz zdrowo — stwierdził Karol Gordon w pierwszych 

słowach powitania. — Powiem, że wyglądasz wspaniale, Vincent, jak sam wielki 

traper. Wszyscy cię tu opłakiwali, ale ja byłem pewien, że wrócisz. 

— Ja takiej pewności nie miałem. Chwilami. Bardzo mnie zmęczyła ta cała 

eskapada i muszę nieco odsapnąć, a gdzież lepiej się odpoczywa jak nie w 

Greenfield? 

Tu jego uśmiechnięta twarz nagle spoważniała, bo wspomnienia wróciły 

niepowstrzymaną falą. Musiały powrócić, skoro znalazł się w Greenfield, gdzie 

każda stopa wyschniętej ziemi przypominała przeszłość. 

Karol udał, że nie dostrzega tej zmiany, klepnął przyjaciela po ramieniu i kazał 

Robertowi przynieść czym prędzej wody, całą rzekę wody, bo “pan Irvin musi się 

dobrze umyć". Z kolei sam, robiąc przy tym dużo hałasu, zajął się roznieceniem 

ognia w kuchennym piecu. 

— Nic nie padało? — zagadnął Vincent, chociaż już wjeżdżając w zabudowania 

naocznie stwierdził, że nawierzchnia drogi była tak samo beznadziejnie sucha, jak 

przed kilkoma tygodniami. 

— Nic a nic — odparł Karol podsuwając szczapki drewna do małego ogieńka. 

— Studnia jeszcze nie wyschła? 

— Zadziwiające, ale wyobraź sobie, że nie. Na szczęście... — Chciał jeszcze 

dodać, że obecnie mniej osób czerpie z niej wodę, ale w porę ugryzł się w język. 

Robert przydźwigał pełne wiadro, śpiesząc się bardzo, aby jak najmniej uronić ze 

słów Irvina. Przybysz z dalekiego świata na pewno miał o czym opowiadać. 

Chłopak istotnie nie stracił ani słowa, bo Gordon o nic nie pytał przyjaciela, 

czekał cierpliwie, aż Irvin sam zacznie mówić. 

I cierpliwość została wynagrodzona. 

background image

Gdy sprzątnięto ze stołu brzęczące miski, noże i widelce, Irvin się rozgadał. W 

jego opowieści, w jego tonie, Karol dostrzegł jakieś nowe akcenty, dotąd nie 

znane. Zdumiał się wysłuchując opisów przyrody. Gdzież on się tego nauczył? 

— Kiedy opuszczałem Wichita Falls — mówił Irvin — niebo było jeszcze 

czerwone, jakby gdzieś w dali płonęła preria, a później czerwień zmieniła się w 

fiolet, w zieleń, w żółtozłocisty odblask wstającego słońca. Niczego takiego 

dotychczas nie widziałem. 

Gordon chrząknął ze zdziwienia. Z Vincentem przegadał wiele lat, ale nigdy, 

przenigdy w słowach przyjaciela nie było miejsca na kolorowe obrazy. Istniały 

tylko fakty, proste i zrozumiałe, interesujące każdego rolnika, tak bardzo zżytego 

na co dzień z przyrodą, że jej... nie dostrzegał. Ale to nie wszystko: Vincent 

mówił wolniej, znacznie wolniej niż jeszcze przed kilku tygodniami. Jak gdyby 

zastanawiał się nad każdym słowem. Taka maniera przypomniała Gordonowi 

starych traperów-filozofów, którzy zęby zjedli (w przenośni i dosłownie) wśród 

prerii, lasów, równin i gór. Tych zadziwiających ludzi, odkrywców tajemnic 

ziemi i tajemnic pierwotnego jej ludu. Traperów — przyjaciół kolorowych 

plemion, których jedno słowo więcej znaczyło i więcej rozstrzygało niż długie i 

niezrozumiałe decyzje dalekiego Waszyngtonu. To oni, oni właśnie (Karol we 

wczesnej młodości był pilnym ich słuchaczem) gawędzili w taki sposób, 

przyswojony chyba od Indian. Ale co tak zmieniło Irvina? Może samotność 

dalekich wędrówek? “Coś w nim przefermentowało — myślał Karol. — Oby na 

wino, nie na ocet!" 

A Vincent opowiadał. Jego przyjaciel widział barwne obrazy, raz oświetlone 

słońcem, raz księżycem. Wszystkie bardzo wyraźne, bardzo plastyczne. 

— Nigdy nie słuchałem z większym skupieniem i z większą niecierpliwością — 

wyznał Gordon po latach. — I niczego chyba lepiej nie zapamiętałem od tamtej 

rozmowy. Chociaż to nie była rozmowa. Milczałem prawie cały czas. 

Opowieść osiągnęła swój dramatyczny szczyt. Tak to określił później Karol 

Gordon dodając, że wówczas zacisnął pięści tak silnie, aż paznokcie wbiły się w 

background image

dłonie. 

Oto — jeździec próbujący poderwać do galopu dwa konie splątane z sobą lassem 

i piechur zwrócony plecami, do spopielałego ogniska i prawie skamieniały z 

wrażenia.  

— Nie wiedziałem, co począć — wyznał Irvin. — Ten łajdak dobrze wykorzystał 

okazję, przecież nie dlatego, że był łajdakiem. Na jego miejscu postąpiłbym 

podobnie. Mogłem wyciągnąć rewolwer i strzelić. Czarny Jack znajdował się ode 

mnie zaledwie o kilka kroków. Jednak uznałem, że nie mam prawa wymierzać aż 

takiej kary za próbę ucieczki. Wszystkie sprawki tego człowieka należały do 

szeryfa, nie do mnie. Stąd moje wahanie. Ty chyba to rozumiesz, Karolu? Ale 

widać szczęśliwa gwiazda Jacka nagle zgasła. Jedno niepowodzenie po drugim od 

chwili nieudanego napadu na pociąg. Zupełne czary. 

Gordon wtrącił się: 

— Czary polegały na tym, że Jack nigdy nie był naprawdę takim, za jakiego go 

uważano, ale opowiadaj... 

— Stałem z wydobytym coltem nie ważąc się pociągnąć za cyngiel. Strzelać do 

bezbronnego człowieka? Do konia? Wiesz dobrze, Karolu, jak lubię konie. 

Wówczas przypomniałem sobie, że przy moim siodle wisi przecież winchester. 

Wystarczy, aby Jack wyciągnął rękę i jakąż osiągnie nade mną przewagę! Ale nie 

zdążył ujechać daleko. Mój wierzchowiec skoczył nagle w bok. Zdążyłem 

właśnie wsunąć broń za pas, a Czarny Jack, szarpnięty pętlą lassa, zatoczył łuk w 

powietrzu. Dosłownie jakby frunął. Upadł na ziemię jak worek pełen pszenicy i 

poszorował po nierównościach gruntu. Bo mój koń przeraził się tego upadku i 

ruszył kłusem. Pobiegłem. Na szczęście zwierzę zawróciło w kierunku ogniska. 

Schwytałem za cugle i zatrzymałem. Czarny Jack był bardzo oszołomiony i nie 

próbował już oporu. Pojechaliśmy dalej... 

Jak wynikało z dalszych słów Irvina, odjazd nie odbył się tak gładko. Najpierw 

należało schwytać drugiego wierzchowca, spłoszonego upadkiem jeźdźca, a 

później jakoś dodatkowo zabezpieczyć się przed powtórną próbą ucieczki. To 

background image

wszystko zabrało nieco czasu, nie za wiele, ale wystarczająco dużo, aby 

pokrzyżować plany Irvina. Pragnął przybyć do Wichita Falls o świcie dnia 

następnego, kiedy wszyscy by jeszcze spali. Chciał uniknąć, jak się wyraził, 

“ulicznego cyrku" i dotrzeć do siedziby szeryfa przez nikogo nie zauważony. 

Nieprzewidziana zwłoka przekreśliła te zamierzenie. Wieczorem nie zdążył już 

przybyć do zaplanowanego miejsca. Wyliczył, że zjawiłby się w Wichita nie o 

świcie, ale w samo południe. A więc należało przedłużyć jazdę o cały dzień i 

prawie całą noc następną. Na szczęście, kłopotów z Czarnym Jackiem już nie 

miał. Wbrew protestom wiózł go teraz dokładnie przykrępowanego brzuchem do 

siodła. Wieczorem po takiej jeździe Jack nie mógł ruszyć ani ręką, ani nogą. 

Opowiadając o tym zdarzeniu Karolowi dodał: 

— Znasz mnie i wiesz, że nie jestem okrutnikiem, ale w takim wypadku... 

Karol roześmiał się tylko i wzruszył ramionami. 

— Więc nie ustąpiłem — mówił dalej Irvin. — Chociaż Czarny Jack bardziej 

wówczas przypominał ścierkę niż rewolwerowca, przed którym drżał cały świat. I 

nawet nie był czarny ani biały, tylko zupełnie szary. Już ci mówiłem, że w Dawn 

spotkałem go ubranego w niepokalaną biel. Po tylu dniach jasny strój zmienił się 

w brudne łachmany. Elegancki zbój jakby pod ziemię się zapadł i kto go dawniej 

poznawał po czarnym garniturze, musiałby teraz dobrze mu się przyjrzeć, żeby 

się nie pomylić. 

Wreszcie wędrówka dobiegła upragnionego końca. Wczesnym świtem, który 

kładł długie cienie na ściany domostw, na wydeptane uliczki Wichita Falls. 

Klaskały głośno kopyta na kamieniach, budząc śpiące echa, ale nie ludzi. 

Budynek szeryfa drzemał jeszcze za zamkniętymi okiennicami i za żelaznymi 

sztabami drzwi na głucho zawartych. Długo musiał w nie łomotać Vincent Irvin. 

Zielono-czerwono-fioletowe zorze zdążyły już sięgnąć krańców nieba, gdy 

wreszcie uchyliła się okiennica. Odetchnął z ulgą. Mogło się bowiem 

zdarzyć, że w szeryfówce nie byłoby nikogo. Ale spoza krat ukazała się lufa 

strzelby, a za nią znajoma twarz. 

background image

— Bob! — zawołał półgłosem. — Otwórz! Może to preriowy wiatr, a może po 

prostu brud odmienił twarz Irvina, bo tamten tylko wytrzeszczył oczy. — Czego 

chcecie? Szeryfa nie ma. 

— Obudź się, Bob, i przyjrzyj dokładnie. Jeżeli będziesz mnie trzymał przed 

drzwiami, przetrzepię ci skórę przy najbliższej okazji, a szeryf jeszcze mnie za to 

pochwali. No, żywo! 

— Czy to pan Irvin? — wykrzyknął chłopak w zdumieniu. 

— Nareszcie odgadłeś. Otwieraj. Przywiozłem bagaż, który należy szybko 

umieścić za kratkami. 

Poskutkowało. Zawiasy zgrzytnęły, rozespany Bob ukazał się na progu. 

— Szeryfa nie ma — powtórzył. 

— Już to słyszałem, ale ty co tu robisz? 

— Pilnuję — odparł z dumą. — Mamy więźnia. Ach! — coś nagle sobie 

przypomniał. — Pan go musi znać. To ten sam jegomość, który brał udział w 

napadzie na pociąg. Tak twierdzi szeryf. 

— Co? — zdumiał się Irvin. 

Przyszła mu do głowy nieprawdopodobna myśl, że schwytano jakiegoś drugiego 

Czarnego Jacka albo że ten osobnik, którego taszczył z Dawn, wcale nie jest 

Jackiem. 

— Co ty gadasz? 

— Najświętszą prawdę. 

— Niech i tak będzie, a teraz odłóż pukawkę i chodź pomóc. 

Wezwanie było uzasadnione. Jeniec na pół zdrętwiał w swej niewygodnej pozycji 

na siodle i musieli go wnieść do wnętrza budynku. Tam Bob, na żądanie Irvina, 

otworzył kluczem furtkę solidnego pomieszczenia — żelaznej kraty — 

przegradzającej dalekie wnętrze szeryfowskiego lokalu. Za żelaznym płotem 

drzemał na drewnianej pryczy jakiś człowiek okryty po uszy pledem. Czarnego 

Jacka złożyli na sąsiednią pryczę. Nie odezwał się ani słowem i robił wrażenie 

omdlałego. 

background image

Teraz Irvin ostrożnie uchylił koc i przyjrzał się twarzy śpiącego więźnia. Och, nie 

był to sobowtór Czarnego Jacka! Nic a nic niepodobny do bandyty. Ale zarośnięte 

oblicze nie było farmerowi obce. 

— To ten? — upewnił się szeptem. 

— A któż by inny? Trochę włóczęga, trochę złodziejaszek. On pomagał 

Czarnemu Jackowi. 

To rzekłszy Bob z namaszczeniem zamknął drzwi aresztu. 

— Do licha! — Irvin klepnął się dłonią w czoło. — Wszystko przez to, że jestem 

taki zmęczony. Teraz wiem: ten włóczęga siedział w drugim końcu wagonu. Cóż 

za dziwne zrządzenie losu? Pomocnik spotkał swego mistrza. 

— Mistrza? Nie rozumiem. Kogo pan tu sprowadził? Czy szeryf nie będzie się 

gniewał, że go zamknąłem? 

— Ale jednak zamknąłeś, chłopcze. I słusznie. Biorę na siebie pełną za to 

odpowiedzialność. Pilnuj go dobrze, to nie lada ptaszek. Ja muszę odejść, ledwie 

już na nogach stoję, a mój koń podobnie. Jak się prześpię, wrócę. 

— Co mam powiedzieć szeryfowi, gdy zapyta, kto to jest? 

— Nie zapyta. Wystarczy, jak spojrzy. Pozna Czarnego Jacka. 

To powiedziawszy Irvin wyszedł na dwór zostawiając Boba z szeroko otwartymi 

ustami. 

Wkroczył w ciągle jeszcze pustą ulicę, wiodąc konie za uzdy. Skierował się ku 

znanemu sobie hotelowi. 

— Nie masz pojęcia, Karolu, jaki byłem zmachany. Chociaż ostatni etap drogi był 

najkrótszy. Zupełnie jakbym w sobie zmagazynował cały trud przebytej drogi i on 

dopiero w Wichita dał znać o sobie. 

— To jasne — zauważył Gordon. — Tak bywa, gdy nadchodzi nerwowe 

odprężenie, człowiek zaczyna się czuć słaby jak flak. 

Hotel odnalazł Irvin bez trudu, stajnię i pokój w tym hotelu również. Mył się 

długo i dokładnie. Kiedy wreszcie doprowadził swą odzież do jakiegoś porządku, 

na ulicach Wichita Falls poczęły już turkotać pierwsze farmerskie wozy, a pierwsi 

background image

kowboje z wysokości siodeł swych wierzchowców rozglądali się za sklepami, w 

których chcieli dokonać niezbędnych zakupów. A przecież należało jeszcze coś 

przekąsić. Po rannych ablucjach Irvin poczuł głód. Ostatecznie zjawił się w 

siedzibie Murphy'ego gdzieś koło południa. Bob tkwił w drzwiach i wyglądał na 

znacznie mniej śpiącego niż przedtem. 

— Szeryf kazał pana szukać, ale nie wiedziałem, jak... 

— Oczywiście. Przecież w Wichita jest aż tyle hoteli! — zauważył ironicznie 

Irvin. — No, gdzie szeryf? 

— U siebie. Nigdy nie widziałem go tak podnieconego — dodał szeptem. 

— Ba! — powiedział tylko farmer zatrzymując się na sekundę przed zawartymi 

drzwiami szeryfowskiego “gabinetu". 

W tym jednym “ba!" zawarta została spora porcja osobistej dumy. 

— Szeryf był podniecony — opowiadał Irvin — a co ja czułem? Do tamtej 

chwili... nic. Nie miałem czasu na rozważania. Dopiero uwaga Boba rozjaśniła 

moją mózgownicę. Schwytałem nieuchwytnego Jacka. Nawet dla Murphy'ego 

był to powód do dumy, a cóż dopiero dla mnie! Tak to nagle odczułem. 

— Mieliśmy kłopot z nimi — powiedział chłopak. 

— Z kim? — zapytałem. 

— Z Czarnym Jackiem i tym drugim. To heca, panie! Nie wiem, jak się nazywa 

naprawdę Czarny Jack i jak ten drugi. Czy są ludzie bez nazwisk? Jak sobie z tym 

poradzi szeryf? 

— Na pewno sobie poradzi — odparłem. — To nie żaden kłopot. 

— Ale oni się pobili. 

Zdziwiło mnie. Przecież Czarny ledwo się ruszał. 

— Należało ich rozdzielić — powiedziałem. 

— Nie mamy oddzielnych klatek. 

Bob się rozgadał i nieprędko by skończył, gdyby nie otworzyły się drzwi. 

— Znałem go bardzo krótko — opowiadał później Irvin — a przecież wówczas, 

co za nieoczekiwane uczucie!... wydał mi się starym, wiernym przyjacielem. 

background image

Oczywiście, tego po sobie nie pokazałem. Jeszcze by mnie wyśmiał. Przecież on, 

szeryf, a ja farmer na kawałku jałowej ziemi! 

— Nie bądź taki skromny — zauważył Karol tonem nagany. — Możesz zawsze 

zostać takim samym szeryfem, a wątpię, czy ten twój Murphy potrafiłby 

gospodarować na roli. To znacznie trudniejsza sztuka. 

— Irvin — powiedział krótko szeryf — wejdź — i zamknął drzwi przed nosem 

rozgadanego chłopaka. — Siadaj. Wyglądasz znakomicie — stwierdził zajmując 

miejsce po przeciwnej stronie biurka. — Znakomicie — powtórzył. — A teraz 

opowiadaj. Wszystko. Bob! 

Krzyknął tak gromko, że głos musiał dotrzeć poprzez zamknięte drzwi. — 

Słucham, szeryfie. 

— Nie ma mnie dla nikogo. Czy Bentley ich pilnuje? 

— Siedzi za kratą bez przerwy. 

— To dobrze. Idź i nie wracaj, póki cię nie zawołam. 

Kiedy Bob zniknął, szeryf rozparł się wygodnie w fotelu. 

— Teraz zamieniam się w słuch — oświadczył. 

Później, przez cały czas wypełniony opowiadaniem Irvina, nawet się nie 

poruszył. Gdy farmer skończył, Murphy podniósł się, uścisnął mu dłoń. 

— Nie mam słów dla ciebie, Irvin. To było wspaniałe, wprost nie do wiary. 

Zupełnie jak bajka któregoś z tych starych gawędziarzy, gdy wspominają dawne 

dzieje przy ognisku. Aż mi się wierzyć nie chce. A przecież Czarny siedzi za 

kratą, kilka kroków stąd! 

Irvin nigdy dotychczas nie widział szeryfa tak poruszonego, odczekał, aż Murphy 

się uspokoi. Szeryf, jako człowiek zrównoważony, aż ponad przeciętną miarę, 

szybko się opanował. I tym razem praktyczny jego umysł skierował myśli Irvina 

ku aktualnym sprawom. 

— Mówił ci Bob o tej bójce? — zapytał farmera. 

— Tak. Nie sadziłem, że Czarny Jack po tak ciężkiej drodze będzie miał jeszcze 

tyle energii. 

background image

— Czarny Jack? Co ci ten chłopak nagadał? To przecież tamten, rozumiesz? 

Tamten oberwaniec o mało nie zabił twego więźnia. 

— Co?! 

— No tak, właśnie tak! Miał jakieś pretensje do Czarnego. Zdaje się, że o ten 

nieudany napad na pociąg, bo to wspólnik... 

— O tym już mi Bob mówił. 

— Ale coś pokręcił. Jack jest słaby jak mucha i gdyby nie nasza interwencja... 

zresztą mniejsza z tym. Niech się sędzia martwi. Słuchaj, Irvin! Proponuję ci 

stanowisko mego zastępcy, z pensją... 

— Proszę o tym nawet nie myśleć. Czy rzeczywiście w Wichita Falls tak łatwo 

zostać wiceszeryfem? 

— Łatwo! — oburzył się Murphy. — Gadasz głupstwa. Masz za sobą dwa nie 

byle jakie sukcesy: odzyskanie pieniędzy (“części pieniędzy" — wtrącił skromnie 

farmer) zrabowanych poczcie, no i Jacka. Żebym cię tak dobrze nie znał, sądził-

bym, że z ciebie zawodowy łapacz. Ale ty masz jakieś wrodzone zdolności. 

Zdarza się. I szkoda byłoby je zmarnować. Posiadasz nos jak tropiciel śladów, to 

się w naszym zawodzie ciągle jeszcze bardzo przydaje. 

— Być może, ale ja wracam do Greenfield. 

— Na swoją skamieniałą rolę? 

— Wreszcie spadnie deszcz, a przyznam się... jestem odrobinę zmęczony. 

— Oczywiście, że musisz być zmęczony, Irvin. Niejeden na twoim miejscu 

wyciągnąłby nogi. Wcale się nie dziwię, że musisz odpocząć. Mam jednak 

nadzieję, że jeszcze mnie odwiedzisz. 

— I ja tak sądzę — zapewnił Irvin. Chwilowo jednak miał tego wszystkiego 

zupełnie dosyć. 

— Kiedy ruszasz? 

— Chociażby jutro. 

Okazało się to jednak niemożliwe, i to z dwu powodów. Pierwszy — zmęczenie 

konia, który przebył przecież szmat drogi, do Dawn i z powrotem, i musiał kilka 

background image

dni odpocząć, by nie paść w drodze do Greenfield. Co prawda wierzchowca 

można było wymienić (choć Irvin myślał o tym z prawdziwym smutkiem), ale 

drugi powód okazał się przeszkodą nie do usunięcia. Stanowiły ją przepisy 

prawne, bardzo rygorystyczne: otóż trzeba było zaświadczyć przed sędzią, że 

człowiek przebywający w areszcie jest właśnie słynnym Czarnym Jackiem, a nie 

kimś innym! Świadkiem był zresztą nie tylko Irvin. Do Wichita Falls ściągnięto 

kilka osób, które miały nieszczęście spotkać się oko w oko z bandytą, oraz kilka 

innych, które przelotnie go widziały. Rzecz jasna — bohaterem długiego 

przesłuchania był Vincent Irvin, na którego spoglądano z nieukrywanym 

podziwem. 

— Ledwie wytrzymałem do wieczora, mając nadzieję, że mnie wreszcie zwolnią 

— przyznał się Karolowi. 

Nadzieja jednak zawiodła. Nazajutrz wezwano Irvina do sędziego po raz drugi. I 

znów rozmowa przeciągała się, chociaż nie to najbardziej irytowało farmera, ale 

powszechna uwaga, jaką na siebie ściągał. Nawet na ulicy przechodnie kierowali 

spojrzenia w jego stronę. Wieść o złapaniu Czarnego Jacka rozchodziła się coraz 

szerzej, budząc zrozumiałą sensację. Co śmielsi zaczepiali nawet Irvina 

proponując “małą whisky". Wyglądali na bardzo obrażonych, gdy odmawiał. Ale 

w saloonie, dokąd się udał na wieczorny posiłek, sprawa okazała się 

poważniejsza, proponujący “małą whisky" byli bardziej agresywni. 

— Zacząłem się lękać o własną skórę — wyznał później Irvin przyjacielowi. — 

To zabawne i trudno uwierzyć, ale daję ci słowo, że na widok tych zapijaczonych 

twarzy z sympatią wspomniałem Czarnego Jacka. 

— Przesadzasz! 

— Na pewno, zdaję sobie z tego sprawę, ale... rzadko odwiedzałem saloony. 

Pewnie dlatego nie przywykłem do ich atmosfery. Zatłoczona sala w Wichita po 

prostu mnie przeraziła. Przyszedłem dość późno i gościom nieźle kurzyło już się z 

głów. Ktoś mnie poznał i... zaczęło się! To jeden, to drugi, to trzeci poczęli 

przepychać się w moim kierunku. Zanim się spostrzegłem, zostałem otoczony 

background image

żywym murem mniej lub bardziej trzeźwych twarzy, ale raczej... mniej. No, i 

oczywiście jak to zwykle... “kolejka whisky". Jedna, druga... Dla świętego 

spokoju wypiłem dwa razy i miałem zupełnie dosyć. Ale tamci o odmowie nawet 

nie chcieli słuchać. Wrzeszczeli, że zdrowie takiego chłopa jak ja (uważasz, 

Karolu!) należy pić przez całą noc. Począłem zerkać ku wyjściu wiodącemu na 

ulicę. Ale gdzie tam! Zanim przepchnąłbym się do drzwi, moi 

nowi przyjaciele sto razy by to zauważyli. Westchnąłem w tym strapieniu, a tu już 

mi trzecią szklankę pchają w garść. I to pełną po brzegi. Powiadam ci, Karolu, że 

spociłem się jak mysz! Ścisk powstał jeszcze większy, bo akurat na salę 

wkroczyła nowa partia przybyszów. Zrobiło się zamieszanie, a ja, korzystając z 

tego, wylałem całą zawartość szklanki. Bodajże do kieszeni najbliższego sąsiada. 

Tak było ciasno. Ledwie tego dokonałem, a tu pakują mi następną szklaneczkę. 

Przypuszczam, że paru cwaniaków musiało się zmówić, aby mnie jak najszybciej 

upić. Zupełnie nie wiedziałem, co robić. Na szczęście spostrzegłem za 

szynkwasem wąziutkie drzwi. Ściskam szklankę w dłoni i zmierzam ku bufetowi. 

Wolno, wolniutko, żeby się nikt nie domyślił. Przepuścili mnie. Pewnie sądzili, że 

teraz ja zacznę stawiać. Krok za krokiem zmierzałem ku zbawczym drzwiczkom 

udając, że niby kogoś szukam, za kimś się rozglądam. I już, już, bliski byłem 

wolności, gdy spostrzeżono moją ucieczkę. Złapało mnie jakichś dwu pod 

ramiona i wówczas wybawił mnie z opresji jeden jedyny strzał. Nie, nie, Karolu, 

to nie ja strzeliłem ani nie do mnie strzelano. Ktoś tam w przystępie dobrego 

humoru palnął do jednej z lamp wiszących pod sufitem. Mimo gwaru huknęło jak 

z armaty. Niezły musiał mieć kaliber. Posypało się rozbite szkło, gdzieś tam w 

środku zaczęła się szamotanina, co natychmiast odwróciło uwagę moich 

napastników. Dotarłem do drzwiczek, pchnąłem je i znalazłem się w mrocznym 

korytarzyku. Reszta poszła gładko, ale faktem jest, że tamtego wieczoru 

położyłem się spać głodny. Cóż jeszcze dodać? Murphy mnie zwolnił, 

uzyskawszy ode mnie obietnicę, że go odwiedzę. A oto, Karolu, mój łup — 

sięgnął za pazuchę i wyjął zwitek banknotów. — Nagroda. Wahałem się, czy 

background image

przyjąć, ale szeryf ani słyszeć nie chciał o odmowie. Powiedział, że każda praca 

jest wynagradzana, a cóż dopiero taka, podczas której ryzykuje się życiem. 

Przyjąłem. Chyba słusznie? 

— Oczywiście! 

— No, więc już po wszystkim. Jakże z tego się cieszę. 

— Nie ciesz się przedwcześnie.  

— Jak to? 

— Kłopoty wcale się nie skończyły. Powiedz: co zamierzasz dalej? Sam widzisz, 

że w tym roku nic już nie wyrośnie na naszej ziemi. Ta przeklęta susza dojadła 

wszystkim. Ludzie potracili cierpliwość, denerwuje ich byle co. Jeśli jeszcze nie 

doszło do masowej bójki z jakiejś błahej przyczyny, to chyba tylko dlatego, że w 

tym upale trudno się zdobyć na jakikolwiek wysiłek fizyczny. Jednym słowem... 

Greenfield stało się nie do wytrzymania. 

— Kiedy wyjeżdżałem, nie było tu najprzyjemniej. 

— Wierz mi, teraz jest jeszcze gorzej. 

— Wierzę — stwierdził posępnie Irvin. — Łudziłem się, że po kilku tygodniach 

mojej nieobecności sprawy jakoś się ułożą... Karolu — powiedział prostując się 

nagle — to przecież nie ma sensu... 

— Co nie ma sensu? 

— Tkwić tu i czekać na deszcz, który prawdopodobnie nigdy nie spadnie. 

Przeklęta ziemia! 

— Przesadzasz. Zgadzam się jednak z tobą, że dalszy pobyt w Greenfield nic 

dobrego nam nie przysporzy. Trzeba jak najprędzej sprzedać grunta i zmykać. 

Byleby znaleźć nabywcę... 

Irvin znowu pogrążył się w ponurej zadumie. 

— Tak, trzeba sprzedać ziemię — powtórzył — Wracam do Wichita, szeryf 

pomoże znaleźć kupca... 

background image

Aż wreszcie spadł deszcz 

 

Denis Murphy przyjął nieoczekiwanego gościa z otwartymi ramionami. 

— Czarnego Jacka już tu nie ma — oświadczył na powitanie. — Zabrali go do 

Abilene, na sąd. Chcesz tam jechać? 

— Nie. O Czarnym Jacku staram się zapomnieć, ta historia wcale nie była 

przyjemna. 

— Więc co cię sprowadziło? Masz kłopoty? Możesz na mnie liczyć. Jesteś 

najlepszym z moich ludzi, chociaż... nie jesteś. No, gadaj. Wyglądasz jak 

gradowa chmura. 

— Przyjechałem szukać kupca na ziemię. Niewiele ona teraz warta, ale są 

budynki i to się liczy. Dobrze się w nich żyło przez długie lata... 

— Oczywiście, sprzedaj i chodź do mnie! 

— Dziękuję, nie skorzystam z propozycji. Umówiłem się z przyjacielem. On 

również chętnie pozbędzie się swego gospodarstwa. Potem ruszymy na północ. 

— Na północ? Albo tu źle? 

— Dla mnie... źle. Znajdę kawałek gruntu wśród lepszych ludzi i pod bardziej 

pochmurnym niebem. Słońce Teksasu dość mi już dopiekło. 

— Więc to tak — zasępił się szeryf. — Zapamiętaj sobie, Irvin: ludzie wszędzie 

są jednacy. Później możesz żałować... 

— Myślę, że niewielu będę żałował, jednak na pewno was, szeryfie. 

— Zastanów się. Jeśli twój przyjaciel taki sam zuch, jak ty... 

— O, dużo lepszy — stwierdził z zapałem Irvin. — On był kiedyś traperem, 

tropicielem. Bóg wie jeszcze kim! 

— No, właśnie. Chodźcie obaj do mnie! Wichita stanie się najspokojniejszym 

miastem świata. 

Irvin uśmiechnął się. Ponure wspomnienia z Greenfield na chwilę znikły. 

background image

— Uparty z was człowiek, szeryfie. Ale Karol nie przystanie na taką propozycję. 

Ani ja. Skoro mamy się stąd ruszyć, to już daleko, jak najdalej. 

— Długo będziesz w Wichita? 

— Dopóki nie znajdę kupca. Liczę, że mi w tym pomożecie. 

— Zgoda. Bardzo ci pilno? 

— Żeby rzec szczerze: bardzo 

— Hm, pojmujesz chyba, że to się nie da załatwić od ręki... Zejdzie kilka dni. 

Musisz uzbroić się w cierpliwość. 

Irvin westchnął. 

— Nie w smak ci bezczynne czekanie? 

— Zgadliście. 

— Słuchaj... — szeryf przymrużył oczy. — A nie chciałbyś zająć się 

czymkolwiek? Ot, żeby się nie nudzić? 

— O co chodzi? 

— Nie zechciałbyś przypadkiem zabawić się jeszcze raz w... łapacza? 

— Znowu? 

W okrzyku tym zabrzmiał protest, co szeryf natychmiast zauważył. 

— No — powiedział — przecież ja ciebie nie zmuszam. Tylko tak sobie 

wykalkulowałem, że na siodle łatwiej zapomnieć o kłopotach. 

— Nowe listy gończe? I uganianie się tygodniami po wertepach? 

— Tak źle nie będzie. To blisko. Taka mała historyjka. Posłuchaj... 

Historyjka — jak nazwał ją szeryf — sprowadzała się do skutków zatargu między 

dwoma, dotąd sobie obcymi ludźmi. Zetknęli się po raz pierwszy w jednym z 

saloonów Wichita Falls. O co tam poszło — żaden z przygodnych świadków nie 

potrafił wyjaśnić. Otóż niejaki Smitch, stały mieszkaniec Wichita, pokłócił się z 

kowbojem przybyłym z rancho leżącego w odległości paru mil od Wichita. 

— On się nazywa Tom Sidney — wyjaśniał Murphy. — Wyciągnął rewolwer i 

strzelił do Smitcha. Powiadam ci, Irvin: nie będzie spokoju w tych stronach, póki 

broń będzie można kupować w pierwszym lepszym sklepiku. Ale ja na to nie 

background image

mam wpływu... 

— No i co z tym Sidneyem? 

— Chciałeś powiedzieć: Smitchem. Dostał tylko w ramię, na swoje i Sidneya 

szczęście. Chirurg zjawił się w porę, kulę wydobył, a rannego zostawił na 

domowej kuracji. Ale Sidney nie czekał końca. Musiał się dobrze nastraszyć. 

Wskoczył na siodło przekonany, że zabił człowieka, i odjechał. Czy daleko? 

Myślę, że nie. Że co najwyżej do rancho Freda Cartera, u którego pracuje. 

Bliziutko, tylko ręką sięgnąć. Pojedziesz tam uspokoić Sidneya i sprowadzić. Nie 

mogą przecież patrzeć przez palce na jawne naruszenie prawa. Sidney musi 

dostać za swoje, ale niewiele tego będzie. 

— Sprowadzić tego kowboja może również wasz Bob. 

— Czy wiesz, ilu ludzi mam do pomocy? Zaledwie trzech. Dwu w tej chwili ściga 

pewnego fałszerza pieniędzy, a Boba nie mogę nigdzie posłać. Chłopak jeszcze 

nie wyrobiony i zbyt nieopanowany. Powiadam ci, Irvin, spadłeś mi jak z nieba. 

No, nie krzyw się. Daję słowo, że znajdę ci kupca na ziemię. Solidnego kupca, nie 

żadnego oszusta. 

Irvin pojechał, a sprawa była tak łatwa, że nie warto o niej wspominać. 

Skruszonego Sidneya przekazał szeryfowi, pełen nadziei, że teraz wróci do 

Greenfield razem z amatorem jego i Karola ziemi. Ale okazało się, że szeryf 

jeszcze kupca nie znalazł. Może niezbyt gorliwie szukał, a może po prostu tak się 

złożyły okoliczności. 

Na ujęciu Tima Sidneya ochotnicza akcja Irvina wcale się nie zakończyła. Denis 

Murphy potrafił przekonać nie byle kogo i nie byle o czym. Przekonał więc raz 

jeszcze Irvina. Że powinien wolny czas (,,... tylko kilka dni, Irvin! Za znalezienie 

kupca... ręczę!") zużytkować z dobrym skutkiem zamiast — jak powiadał — 

nudzić się i próżniaczyć. Irvin natychmiast się domyślił, co to znaczyło. Wracać 

do Greenfield bez nabywcy ziemi nie chciał, więc raz jeszcze przystał na nowe 

propozycje Murphy'ego. 

Tak więc przyszła kolej na Neda Huddlestona, złodzieja koni, a po nim na Billa 

background image

Cherokee, metysa ściganego za szereg napadów rabunkowych, którego Vincent 

również dostarczył szeryfowi. W końcu uznał, że ma tego dość, że już czeka na 

kupca za długo. Pewnego wczesnego popołudnia zdecydowanym krokiem 

pomaszerował do Murphy'ego. 

Kiedy otworzył drzwi szeryfowskiego budynku, znieruchomiał. Bob i Robert 

Dreer siedzieli jeden obok drugiego, w przyjacielskiej komitywie, zajęci głośną i 

zapewne bardzo interesującą rozmową. Tak interesującą, że nie dostrzegli 

przybywającego. 

— Robert! — krzyknął Irvin. — Co tu robisz? Przez głowę przemknęła mu myśl, 

że w Greenfield wydarzyło się jakieś nieszczęście, że może Karol Gordon uległ 

wypadkowi... 

Odetchnął z ulgą, gdy chłopak oznajmił wesołym głosem, że przybyli do Wichita 

przed godzinką: on i jego “szef". 

— Ale co się stało? 

— Nic się nie stało, proszę pana. Wszystko po staremu. 

— Spadł deszcz? 

— Och, nie. Jest tak sucho, jak na pustym talerzu. 

— A gdzie pan Gordon? 

— Siedzi u szeryfa — uprzedził odpowiedź Bob. — Gadają bez przerwy i pewnie 

im dobrze, bo nie mogą się rozstać. 

Irvin wzruszył ramionami i bez słowa skierował się ku drzwiom gabinetu. Nadal 

nie mógł pojąć, co skłoniło przyjaciela do tak niespodziewanej wizyty. 

— Jak się masz, Karolu? — a równocześnie powitał Murphy'ego podniesieniem 

ręki, indiańskim zwyczajem. 

Tamci dwaj urwali rozmowę w połowie zdania, a Gordon spojrzał na przybysza 

bardzo ponurym wzrokiem. 

— Mam się wściekle — odpowiedział.  

Irvin osunął się na wolny fotel. 

— Nie rozumiem... 

background image

— Przecież miałeś szukać kupca na ziemię, a ty co robisz? 

— Pański przyjaciel bardzo mi pomógł — wtrącił się Murphy. 

— Już mówiliśmy o tym — zauważył ironicznie Gordon. — Gdyby tkwił, jak ja, 

w Greenfield, niecierpliwił się jak ja właśnie i na dobitkę wszystkiego 

doświadczał uszczypliwych uwag sąsiadów... 

— Ależ, Karolu! Bardzo cię przepraszam, doprawdy... Jakim cudem znalazłeś 

mnie tutaj? 

— Cudem? A to dobre. Trafić do szeryfa nie jest znowu tak trudno, a wiedziałem, 

że tu zdobędę najdokładniejsze informacje. Zresztą... stałeś się niezwykle sławny, 

Vincent! Wszyscy o tobie mówią. 

— Nie kpij! 

— Nie kpię, chociaż bardzo bym chciał. Zanim tu dotarłem, nasłuchałem się od 

różnych włóczęgów zadziwiających bajęd o obrońcy uciśnionych i... (słuchaj, 

słuchaj!)... “karzącym mieczu sprawiedliwości". Początkowo nie wiedziałem, o 

kogo chodzi, ale zwróciłem uwagę, że nazywano go: “Łapaczem z Sacramento". 

A kiedy powtarzano mi fantastyczną historię pościgu samotnego jeźdźca za bandą 

rabusiów pocztowych pieniędzy, domyśliłem się, o kogo tu chodzi. 

— Co za bzdura! — wykrzyknął Irvin. — Przecież w górach Sacramento byłem 

tylko raz! 

— Dwa razy — poprawił Gordon. — Opowiadano mi o tym łapaczu jako o 

postrachu przestępców, cwałującym na czarnym rumaku, w czarną noc i 

spadającym na nic nie przeczuwających bandziorów (aż mi ich żal było!) niczym 

jastrząb na jagnię! Jeszcze ci brak, Vincent, długiej, czarnej peleryny i czarnej 

maski na oczach... 

— Karolu! — żachnął się Irvin. 

— Przepraszam, ale to tylko rozwinięcie legendy i jej uzupełnienie: tajemniczy 

mściciel sprawiedliwych. 

— Karolu! — krzyknął Irvin po raz drugi. — Nie zasłużyłem na takie kpiny. 

— Jeszcze raz cię przepraszam. Ja tylko powtórzyłem... 

background image

— I o tej pelerynie? 

— No, nie. To już mój dodatek. Jeśli jednak i w resztę nie wierzysz, zapytaj 

szeryfa. 

— Nie znoszę tego! — rozzłościł się farmer. — Nie przypuszczałem, że stanę się 

bohaterem... niby z kiepskiego romansu... 

— Och, Vincent! Sam opowiadałeś o swych tarapatach w saloonie. To wszystko 

było do przewidzenia. Ale ty nadal jesteś po prostu poczciwym rolnikiem. 

— Takim się urodziłem. Ludzie miasta byli zawsze dla mnie czymś 

niezrozumiałym. 

— Wierzę, ale dajmy temu spokój. Nie przyjechałem tu, aby ci opowiadać bajki. 

Znalazłeś kupca na ziemię? 

— Na pewno się już dowiedziałeś, że nie — odparł Irvin nieco zgryźliwym 

głosem. 

— Wprost przeciwnie, dopiero ty mi o tym mówisz. Przecież przez tyle tygodni,  

które upłynęły od twego wyjazdu z Greenfield... 

Tu urwał i spojrzał groźnie na szeryfa, uznawszy go widać za jedną z przyczyn 

przedłużającej się nieobecności Irvina. Murphy uśmiechnął się. 

— W imię bezstronności — powiedział łagodnie — muszę stwierdzić, że pański 

przyjaciel, panie Gordon, już parokrotnie mnie prosił o narajenie kupca na ziemię. 

To nie było łatwe, ale mam świetną dla was obu wiadomość. Wczoraj wieczorem 

porozumiałem się z pewnym amatorem waszych gruntów. Powiem szczerze: 

przez cały czas namawiałem Irvina, aby przystał do mnie na służbę. Stale 

odmawiał i dlatego już nie nalegam. Przyjdźcie tu jutro, poznacie tego kupca. 

Chyba teraz jesteście zadowoleni? 

Karol natychmiast rozchmurzył się. 

— Jeszcze jak! — odparł. 

Pożegnali się i wyszli zabierając z sobą Roberta, tak zagadanego z Bobem, że 

trzeba go było pociągnąć za rękaw, aby wreszcie zauważył, że “szef" (czyli: Karol 

Gordon) opuszcza lokal. 

background image

— To dopiero jest życie! — odezwał się chłopak, kiedy mu Karol polecił wziąć za 

cugle oba konie i prowadzić je skrajem ulicy. Karol nie zwrócił uwagi na ten 

wykrzyknik, ale Irvin zagadnął: 

— O jakim życiu myślisz? 

— Szeryfa. Tamten chłopak mi opowiadał. O panu także mówił. Że pan taki 

sławny... 

Irvin roześmiał się, ale niezbyt szczerze. 

— Ruszajmy — powiedział. — Mieszkam niedaleko stąd. 

Poszli w trójkę w takt człapiących kopyt koni. 

— Słuchaj, Karolu — Irvin ściszył głos do szeptu. — Co masz zamiar zrobić z 

Robertem? Przecież nie sposób zostawiać go w Greenfield. 

— Na pewno. Myślałem o tym. Jeżeli będzie chciał jechać z nami, bardzo mnie to 

ucieszy. To dobry chłopak, ale wciąż jeszcze potrzebuje opieki. 

— A jeśli nie zechce? 

— Przecież go nie zmuszę! 

— Nawet gdyby się uparł przy pozostaniu w Greenfield? 

— A cóż by tam robił? Nie, nie! Wprawdzie Robert niewiele ma doświadczenia 

życiowego, lecz nie jest aż tak nierozważny. 

— Mówiłeś mu, że chcemy sprzedać ziemię? 

— Mówiłem. 

— I co on na to? 

— Nie zmartwił się zbytnio. Może mu dopiekło siedzenie w jednym miejscu? 

Zresztą... pogadam z nim. 

Poszli do hotelu, w którym zakwaterował się Irvin, i resztę dnia spędzili na 

komentowaniu opowieści Gordona o tym, co się ostatnio działo w Greenfield, i o 

tym, jak wraz z Robertem wędrował do Wichita Falls. Nazajutrz we trzech 

pomaszerowali do szeryfa. 

— Już miałem po was posłać — oświadczył na przywitanie Murphy. — 

Przedstawcie się, panowie! Oto — wyciągnął rękę w kierunku fotela zajętego 

background image

przez nieznanego mężczyznę — pan James Hood, którego wam polecam, 

kandydat na kupno waszych gospodarstw. Ze swej strony gwarantowałem, że 

jesteście posiadaczami ziemi i budynków nie na księżycu, ale w Greenfield. A 

teraz radźcie sobie, jak umiecie. Wrócę za godzinę. Albo później. 

Machnął ręką i skierował się ku drzwiom, bardzo zadowolony z siebie, 

pogwizdując. 

Murphy zatrzymał się, już z dłonią na klamce. 

— W razie czego — powiedział — butelka z whisky stoi w szafie. Zły to interes, 

gdy się go nie obleje. Aha... jeszcze jedno: gdzie wasz chłopak? 

— Na pewno rozmawia z Bobem — odparł Irvin. — Zdaje się, mają wspólne 

zainteresowania. 

— Już o tym słyszałem. No, do zobaczenia! 

Znakomity humor Murphy'ego nie był oczywiście spowodowany znalezieniem 

kupca na ziemię. To wydarzenie nastrajało szeryfa raczej melancholijnie. Zwątpił 

ostatecznie w możność skaptowania Irvina na służbę i wiedział, że tylko tale 

długo potrafi zatrzymać znakomitego “łapacza", jak długo greenfieldzkie 

gospodarstwo nie zmieni właściciela. Źródłem humoru Murphy'ego był list 

otrzymany tego właśnie ranka od gubernatora stanowego, wyrażający 

podziękowanie szeryfowi Wichita Falls za energiczną walkę z przestępczością. 

 

…. 

 

Musieli jeszcze wrócić do Greenfield. James Hood chciał dokładnie obejrzeć oba 

gospodarstwa. Co sobie o nich myślał — pozostanie tylko jego tajemnicą. Stawiał 

fachowe pytania, co skłoniło Irvina do przypuszczenia, że nabywca jest 

rolnikiem, a nie pośrednikiem handlowym. Kiedy jednak doszło do ustalenia 

ceny, James Hood targował się z energią i sprytem właściwym raczej 

handlowcom niż farmerom. Cena zresztą nie była wysoka. I Irvin, i Gordon 

dobrze zdawali sobie sprawę, że lepiej zgodzić się nawet na stratę niż pozostać — 

background image

nie wiadomo jak jeszcze długo — w Greenfield. Zapewne James Hood 

zorientował się w sytuacji podkreślając i nieco wyolbrzymiając skutki suszy. 

(“Przecież to kamień, moi panowie! Skamieniała glina, na której nic nie 

wyrośnie!") 

— Spadnie jeszcze deszcz — bronił siebie i swego przyjaciela Karol Gordon. — 

Proszę się zapytać sąsiadów, jakie z tego kamienia zbierali plony. 

— Wierzę. Jak również w to, że kiedyś spadnie deszcz. Tylko... nie wiadomo, 

kiedy. I na tym właśnie polega moje ryzyko. 

Po jednodniowym pobycie w Greenfield i nocy spędzonej w chacie Gordona we 

czwórkę (Robert Dreer wziął również udział w tej eskapadzie) wrócili do Wichita 

Falls i w obecności szeryfa spisali umowę kupna-sprzedaży. Wreszcie otrzymali 

czek na oddział banku Campbell & Co w Wichita. 

Karol Gordon poweselał, kiedy te czynności zostały przeprowadzone. Usunięte 

zostały wszystkie przeszkody na drodze do opuszczenia Teksasu. Jednakże Irvin 

zwlekał z wyjazdem. Karol początkowo nie nalegał, doskonale rozumiejąc, co 

jest przyczyną tej zwłoki. Niełatwo rozstawać się ze wspomnieniami 

szczęśliwych lat. Milczał więc, chociaż Wichita Falls do cna mu zbrzydła razem 

ze swoimi sklepami, saloonami, awanturującymi się kowbojami i nocnymi 

śpiewkami pijaków. 

Trzeba było jeszcze załatwić sprawę Roberta. Okazało się, że chłopak zapragnął 

przystać na służbę do szeryfa, ale nie starczyło mu odwagi wspomnieć o tym 

Gordonowi. Wobec Murphy'ego okazał się bardziej śmiały. Szeryf — dotkliwie 

odczuwający niedostatek ludzi — sprytnie wybadał chłopca, a uznawszy go za 

dobrze zapowiadający się “materiał", podjął się roli pośrednika. 

Karola wcale nie ucieszyła decyzja Roberta, ale ostatecznie wszystko zostało 

omówione podczas pożegnalnej wizyty u szeryfa Wichita Falls. Robert, wezwany 

do gabinetu, bardzo się zmieszał stanąwszy wobec całej trójki i o mało nie 

rozpłakał, gdy mu “szef" oświadczył, że wie o wszystkim i decyzji chłopca wcale 

nie potępia. Przeciwnie, szeryf Murphy stanowi gwarancję, że Robert nie zboczy 

background image

z uczciwej drogi życia. 

Na drugi dzień po tej rozmowie Karol zdołał namówić Irvina na wyjazd, 

zgadzając się na jego prośbę, by raz jeszcze, ostatni, odwiedzić Greenfield. 

Wyruszyli więc do osady po serdecznym pożegnaniu się z szeryfem. 

(“Pamiętajcie, że zawsze was przyjmę jak starych przyjaciół, a o chłopaka nie 

martwcie się!") i nieco smętnym rozstaniu z Robertem Dreer. 

Podróż trwała w miarę krótko, w miarę długo, bez żadnych niespodzianek. Pobyt 

w Greenfield upłynął prawie wyłącznie na rozmowie z Ablem Meredithem, który 

pierwszy ze wszystkich znajomych odwiedził chatę Karola Gordona, tak 

określając sytuację: 

— Czułem, że do tego wreszcie dojdzie, i muszę wam obu wyznać, że cieszę się i 

martwię jednocześnie. Tak, tak — pokiwał głową. — Widzisz, Vincent — tu 

zniżył głos, chociaż wokół nie było nikogo — dla ciebie będzie lepiej, jak nas 

opuścisz. — A widząc, że Irvin wyraźnie pomarkotniał, dodał szybko. — Wiem, 

wiem i pamiętam, ale ja nie o tym myślałem... Przeszedłeś swoje i już niczego tu 

nie odmienisz. Jedź więc. Będą cię wspominać życzliwe dusze. Dlatego mi 

smutno, Vincent, bo się do nich zaliczam. Dobrze, że Karol z tobą jedzie. 

Wyjeżdżacie dzisiaj? 

— Za godzinę lub dwie — Irvin uprzedził odpowiedź Gordona i dźwignął się z 

ławy. — Mam jeszcze coś do załatwienia, ojcze. Posiedźcie tutaj, zanim wrócę. 

Wcisnął kapelusz na głowę i wolnym krokiem ruszył ku drodze. 

— Okropna to była historia i nigdy jej nie zapomnę — pokiwał głową ojciec 

Abel. 

— Ojcze — odezwał się Karol — myślę, że byłoby mu lżej na sercu opuszczać 

Greenfield, gdyby miał pewność, że ktoś zaopiekuje się... 

— Nie kończ, synu. Wiem, o co chodzi, i daję ci swoje farmerskie słowo, iż obu 

grobów na cmentarzu sam będę doglądał. 

Siedzieli odtąd w milczeniu aż do chwili, w której wielki cień padł na drogę 

błyszczącą do tej pory rudawym odbiciem słonecznych promieni. Cień rozszerzał 

background image

się, wydłużał, a przed nim uciekały jasne plamy światła. Szybko, coraz szybciej... 

Meredith zerwał się z ławy. 

— Karolu! Widzisz? 

— O co chodzi, ojcze? 

— Spójrz w górę! Greenfield nie oglądało takiego nieba od przeszło trzech lat! Co 

za dziwo! Czyżby kończyły się nasze złe dni? 

Starzec tkwił w miejscu z głową zadartą, gestykulując rękami, podobny do 

chudego ptaka próbującego zerwać się do lotu. Gordon spojrzał. Słońce, które 

stało jeszcze dość wysoko, przypominało czerwoną kulę, przesłoniętą ledwie 

przenikliwą powłoką mgieł. A wciąż jeszcze napływały wąskimi pasmami 

postrzępione, coraz ciemniejsze chmury. 

— Deszcz — powiedział Karol. — Deszcz albo burza. 

— I ja tak myślę. Jeśli tylko wiatr nie przegna tego wszystkiego... 

— Nie ma wiatru. Popatrzcie! 

Istotnie, nawet najmniejszy obłoczek kurzu nie unosił się nad rozdeptaną, 

pokruszoną powierzchnią gościńca. 

— Zobaczymy, synu, co z tego wyniknie. Jednak... jeśli dziś macie ruszyć w 

drogę, radzę nie zwlekać, chyba że odłożycie do jutra. 

Karol przecząco potrząsnął głową: 

— Nie, dziś odjedziemy. Czekam tylko na Vincenta. 

Ale Irvin nie nadchodził. Za to przybył szeryf Fawkes, Fulk Bryan, właściciel 

składu towarów, i jeszcze dwu najbliższych sąsiadów. Obsiedli ławy, dopytywali 

się o Irvina i wyrazili żal, że dwu takich “tęgich chłopów" opuszcza Greenfield. 

Gdy ten temat został wyczerpany, pojawił się nowy — dosłownie z nieba — bo 

właśnie niebo poczerniało groźnie. W Greenfield — rzecz nieprawdopodobna. 

Poczęli mówić o deszczu, bo jakże o tym nie mówić, skoro deszcz zapowiadał 

plony, a plony zapowiadały spłacenie długów i inne życie... 

— Czy nie za wcześnie zdecydowaliście się na sprzedaż? — zagadnął Abel 

Meredith Karola. 

background image

— Nie, ojcze. Wiecie dobrze, że nie wyjeżdżamy z powodu suszy... 

 

Ostatnie chaty Greenfield znikły im z oczu. Jechali bez przerwy płaszczyzną 

nakrytą, jak kloszem, czarną kopułą nieba, coraz bliższą ziemi, coraz bardziej 

ponurą, bo i dzień się kończył, i warstwa chmur stawała się coraz grubsza. 

Wreszcie srebrna błyskawica oślepiła jeźdźców i konie, zahuczał daleki grzmot. 

Potem uczyniło się jeszcze ciemniej i jeszcze ciszej. 

Wtedy spadły pierwsze drobniutkie kropelki. Irvin zatrzymał wierzchowca, 

wyciągnął przed siebie dłoń. Natychmiast pokryła się wilgocią. 

— Karolu! Deszcz, prawdziwy deszcz! 

— Deszcz — powtórzył Gordon. — Cóż, musiał w końcu spaść. No, ruszajmy. 

Trzeba poszukać jakiegoś schronienia, będzie ulewa, że ha! 

Ale Irvin odwrócił głowę i długo jeszcze spoglądał za siebie, w coraz bardziej 

gęstniejący mrok. 

Ruszyli. Najpierw stępa, później kłusem. A deszcz padał coraz gęstszy, walił z 

szumem na spaloną glebę, rozmywał wyschłe rozpadliny i pęknięcia, bulgotał 

rwącymi strumieniami poprzez prerię, aż błyszcząca kurtyna zakryła jeźdźców, 

spłukała odciski kopyt, zatarła wszelki ślad. 

Niebo przywracało życiu umączoną ziemię. 

background image

 

 

 

 

 

Spis rozdziałów 

 

Stary traper……………………………3 

Początek początku …………………. 15 

Nieznajomi…………………………..30 

Próba ratunku………………………..41 

Spotkanie…………………………….51 

Old Gun ……………………………..61 

Znowu samotny ……………………...76 

Jeszcze jedno spotkanie ……………...88 

Napad . …………………………….. 101 

Czarny Jack ………………………. .121 

W Wichita Falls……………………. 138 

Noc w jarze . ……………………… .157 

Przyjaciel Denisa……………………168 

Celia Canning……………………… 181 

Ranek w Dawn………………………195 

Droga powrotna ……………………..207 

Tak się zakończyło ………………… 215 

Aż wreszcie spadł deszcz ...................227