background image

NORA ROBERTS

MIŁOŚĆ I PARAGRAF

Tytuł oryginału: The Law In a Lady

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Merle   T.   Johnson   siedział   na   podartym   skajowym   siedzisku   stoika   w   kafejce   „U 

Annie”, osiem kilometrów na północ od Friendly.

Popijał ciepłe piwo korzenne i jednym uchem słuchał trzeszczącego kawałka w stylu 

country, dobiegającego z przenośnego radyjka Annie.

„Kobieta   rodzi   się,   by   cierpieć”,   lamentowała   najnowsza   wschodząca   gwiazdka 

Nashville. Merle nie wiedział o kobietach dostatecznie dużo, aby się z tym nie zgodzić.

Wracał do Friendly z jednego z okolicznych rancz, którego właściciel niedawno złożył 

skargę.

Kradzież   owiec,   pomyślał   z   obrzydzeniem,   przełykając   kolejny   łyk   piwa.   Gdyby 

chociaż coś się za nią kryło. A zresztą Potts tak się posunął w latach, że już sam nie pamięta, 

ile właściwie miał tych owiec. Szeryf od razu wiedział, że ta sprawa będzie nudna jak flaki z 

olejem, rozmyślał posępnie Merle. No i w konsekwencji teraz, w obskurnej małej kafejce, 

otoczony   powietrzem   ciężkim   od   zapachu   hamburgerów   i   smażonej   cebuli,   bolał   nad 

niesprawiedliwością tego świata.

Największą atrakcją w miasteczku Friendly w Nowym Teksasie był stary Silas, który 

co sobota upijał się i zaczynał rozrabiać, tak że trzeba go było holować do miejscowego 

aresztu.   Merle   T.   Johnson   urodził   się   za   późno.   Gdyby   to   były   lata   osiemdziesiąte 

dziewiętnastego   wieku,   a   nie   osiemdziesiąte   wieku   dwudziestego,   ścigałby   desperados, 

uczestniczył  w konnych pościgach i pojedynkował się z rewolwerowcami - innymi słowy 

robiłby to, co zastępca szeryfa robić powinien.

A   tu   proszę   -   ma   już   prawie   dwadzieścia   cztery  lata,   a   najbardziej   spektakularne 

aresztowanie,   jakiego   udało   mu   się   dokonać,   to   zgarnięcie   bliźniaków   Kramer,   którzy 

zdemolowali salę bilardową.

Merle podrapał się po górnej wardze, nad którą bez większego powodzenia usiłował 

wyhodować przyzwoicie wyglądające wąsy, które dodałyby mu powagi. Tak, najlepsze lata 

ma już za sobą, pomyślał fatalistycznie. Do końca swoich dni będzie zastępcą szeryfa w 

zapomnianym przez Boga i ludzi małym miasteczku, gdzie głównym zajęciem jest uganianie 

się za nieistniejącymi złodziejami owiec.

Gdyby   chociaż   raz   ktoś   napadł   na   bank.   Rozmarzony   wyobraził   sobie   szaleńczy 

pościg i strzelaninę, rzecz jasna, z jego udziałem. O tak, to już by było coś.

W gazecie ukazałoby się jego zdjęcie, może z jakąś powierzchowną raną ramienia. 

Ten   pomysł   bardzo   przypadł   mu   do   gustu.   Przez   kilka   dni   musiałby   chodzić   z   ręką   na 

background image

temblaku. Gdyby tylko szeryf pozwolił mu nosić broń...

- Merle, zapłacisz wreszcie za to piwo czy będziesz tu przesiadywał przez cały dzień i 

marzył o niebieskich migdałach?

Merle zerwał się na równe nogi. Annie stała, opierając dłonie na krągłych biodrach, i 

świdrowała   go   wzrokiem.   Miała   małe   ciemne   oczy,   zaczerwienioną   skórę   i   szopę 

niesamowitych, wściekle rudych włosów, niemalże w odcieniu truskawki.

- Muszę wracać - wymamrotał, nerwowo szukając portfela. - Szeryf czeka na mój 

raport.

Annie prychnęła pogardliwie i wyciągnęła rękę. Zaledwie zmięty banknot znalazł się 

w jej spoconej dłoni, Merle wyszedł, nie prosząc o wydanie reszty, i odruchowo zmrużył 

oczy.

Rozjarzone i oślepiające słońce zastygło wysoko na niebie.

Nieruchome rozpalone powietrze miało smak pyłu - zdawało się falować nad jezdnią 

niczym połyskliwa ciecz. Droga była równa i prosta niczym wstęga, a po jej bokach nic tylko 

skały, piach i kilka spłachetków szorstkiej trawy.

Ani jedna chmurka nie przełamywała surowego, twardego błękitu nieba, nie łagodziła 

bieli   słonecznego   światła.   Merle   nasunął   na   czoło   rondo   kapelusza   i   ruszył   w   stronę 

samochodu, żałując, że jednak nie poprosił o tę resztę. Kiedy chciał otworzyć drzwi, jego 

koszula była mokra od potu i kleiła się do ciała.

Słońce odbijało się od przedniej szyby i chromów samochodu, który nadjeżdżał  z 

naprzeciwka. Musi być jakiś kilometr stąd, ocenił Merle i szukając w kieszeni kluczyków, z 

roztargnieniem patrzył, jak auto zbliża się długą prostą drogą.

Nagle oczy mu się rozszerzyły.

Ale bryka! Z podziwu niemal gwizdnął.

Jedno z tych wymyślnych zagranicznych cacek, czerwone i krzykliwe. Śmignęło koło 

niego, nawet nie zwalniając, a Merle obejrzał się za nim i wtedy gwizdnął, uśmiechając się 

szeroko.

Marzenie! Dla takiego auta sto, sto dwadzieścia kilometrów na godzinę to pestka. 

Pewnie ma taką sprytną deskę rozdzielczą z...

Moment, moment! Ponad sto na godzinę?!

Wskakując do samochodu, Merle wetknął kluczyki do stacyjki, wystawił koguta na 

dach i ruszył, wzniecając fontanny żwiru i paląc gumy.

Był w siódmym niebie.

Phil nie schodził poniżej stu trzydziestu kilometrów na godzinę.

background image

Na początku podróży odbył  nerwową  rozmowę telefoniczną z producentem z Los 

Angeles, był rozdrażniony i zmęczony. Zakurzony pejzaż i niekończąca się, prosta jak drut 

droga rozdrażniły go jeszcze bardziej. Jak dotąd wyjazd okazał się kompletną stratą czasu. 

Phil   zdążył   rozejrzeć   się   w   pięciu   miasteczkach   południowo   -   zachodniego   Nowego 

Meksyku, ale żadne się nie nadawało. Jeśli w końcu mu się nie poszczęści, będą musieli 

mimo wszystko zbudować plan, a to zupełnie nie w jego stylu.

Kiedy Phillip Kincaid reżyseruje  film, maniakalnie pilnuje, aby nie brakowało mu 

autentyzmu. Obecnie szukał małego zakurzonego miasteczka, które już dawno zapomniało o 

lepszych   latach.   Marzyła   mu   się   łuszcząca   farba   i   trochę   brudu,   ot,   taka   dziura   zabita 

dechami, z której wszyscy zamierzają się wyrwać i ani im się śni kiedykolwiek wracać.

Szukał przez trzy długie upalne dni, ale nic mu się nie podobało.

Owszem, znalazł parę miasteczek  wrośniętych  w piach, trochę  wyblakłych,  trochę 

podniszczonych, ale czuł, że to nie to. Jako reżyser - odnoszący rozliczne sukcesy reżyser 

amerykańskich filmów - Phillip Kincaid zawsze polegał na intuicji. Potrzebuje miasteczka, 

którego widok zwali go z nóg. A czasu ma coraz mniej.

Hoffman,   jego   producent,   już   zachowuje   się   tak,   jak   gdyby   go   mrówki   oblazły, 

domaga się, by ruszyli z kręceniem scen w studiu.

Mijając kafejkę Annie, Phil przeklinał swoją głupotę. Sam powinien był podjąć się 

produkcji. Zdołał odwlec początek zdjęć o kolejny tydzień, ale jeśli wkrótce nie znajdzie 

miasteczka, które wyglądałoby tak, jak ma wyglądać New Chance - Nowa Szansa - będzie 

musiał zdać się na miejscowego kierownika produkcji.

Ściągnął   brwi,   patrząc   na   bezkres   drogi.   O   wszystkim   decydował   sam,   co   do 

najmniejszego szczegółu. I właśnie to - oraz bezdyskusyjny talent - pozwoliły mu odnieść 

sukces w wieku trzydziestu czterech lat. Był twardy, cyniczny i wybuchowy, ale każdy ze 

swoich filmów traktował  jak  ukochane dziecko, wymagające  ciągłej  opieki  i bezbrzeżnej 

cierpliwości.

Wycie   syreny   przyjął   z   nikłym   zainteresowaniem.   Zerknął   w   lusterko   i   zobaczył 

brudny, poobijany wóz policyjny, który mógł niegdyś być biały. Doganiał go w piorunującym 

tempie.

Phil zaklął, zastanowił się przelotnie, czy nie wdepnąć gazu do dechy i nie zostawić 

tego   uprzykrzonego   pojazdu   daleko   za   sobą,   w   chmurze   spalin   i   kurzu,   a   potem 

zrezygnowany zjechał na pobocze.

Żar, który aż buchnął do kabiny, zaledwie uchylił szybę w oknie, nie poprawił mu 

humoru. Ohydne miejsce, pomyślał, gasząc silnik.

background image

Brudna, zakurzona dziura. Marzył o swoim basenie imitującym lagunę i o zimnym 

drinku w wysokiej szklance.

Merle radośnie wyskoczył z samochodu, dzierżąc w dłoni bloczek z mandatami. O 

kurczę, pomyślał, ale auto! Najbardziej rasowa fura, jaką widział w życiu, nie licząc tych w 

telewizji.

Mercedes...   czyli   francuska   marka,   uznał   po   namyśle.   Kurka   wodna,   pomyślał 

zachwycony   sobą.   Właśnie   zatrzymał   drogą   francuską   brykę   niecałe   trzy   kilometry   od 

miasteczka. Wieczorem będzie miał o czym opowiadać przy piwie.

Kierowca trochę go rozczarował. Nie wyglądał na cudzoziemca ani nawet na bogacza. 

Merle był taki pochłonięty oglądaniem jego dżinsów i zwykłej bawełnianej koszulki, że jego 

uwadze umknął złoty szwajcarski zegarek, a nawet gdyby go zauważył, to Merle i tak nie 

miał pojęcia o jego wartości.

Może to, jak mu tam, ekscentryk, uznał w końcu. Albo najzwyczajniej rąbnął komuś 

ten wózek. Na samą myśl o tym zastępca szeryfa dostał wypieków. Przeniósł wzrok na twarz 

kierowcy.

Była pociągła i lekko arystokratyczna, o wyrazistych rysach i o długim prostym nosie. 

Usta   nie   uśmiechały   się,   raczej   zastygły   w   grymasie   znudzenia.   Mężczyzna   był   gładko 

ogolony,   więc   nic   nie   maskowało   pierwszych   zmarszczek.   Jego   włosy   miały   odcień 

zgaszonego brązu, były dość długie i kręciły się na skroniach. Jednak w tej opalonej twarzy 

od razu uwagę przykuwały oczy: przejrzyste i błękitne jak woda w strumieniu. Malowały się 

w   nich   zarazem  znudzenie,  rozdrażnienie  oraz   chłodna   obojętność.   Gdyby  Merle   znał   to 

słowo, zapewne określiłby mężczyznę jako zblazowanego. W każdym razie nie odpowiadał 

jego wyobrażeniu zdesperowanego złodzieja zagranicznych aut.

- Tak? - spytał mężczyzna lodowato.

- Prawo jazdy i dowód rejestracyjny - zażądał Merle, a kiedy Phil sięgnął do skrytki, 

zajrzał przez okno. - O raju, ale deska rozdzielcza! Czego tu nie ma? Jest wszystko i jeszcze 

więcej. Telefon, najprawdziwszy telefon. Ci Francuzi to łebscy goście.

Phil rzucił mu obojętne spojrzenie.

- Niemcy - poprawił, wyciągając dowód rejestracyjny.

- Niemcy? - Merle zmarszczył czoło. - Jest pan pewny?

- Tak. - Phil czekał, aż zastępca szeryfa weźmie prawo jazdy.

Merle założyłby się, że mercedes to jednak francuskie auto.

- To pański wózek? - spytał podejrzliwie.

- Wystarczy sprawdzić, czyje nazwisko widnieje w dowodzie rejestracyjnym - odparł 

background image

chłodno Phil.

Powoli tracił cierpliwość. A Merle jak to Merle: czytał słowo po słowie.

- Jechał pan jak ostatni war... - Urwał, przypominając sobie, że szeryf nie pochwała 

przeklinania na służbie. - Przekroczył pan prędkość. Grzał pan sto piętnaście na godzinę, 

wiem, bo zmierzyłem.

Założę się, że w tej bryce nawet pan tego nie poczuł.

- Tak się składa, że rzeczywiście nie poczułem.

- Może gdyby nie był taki wściekły, gdyby na dworze nie było tak cholernie gorąco, 

Phil   rozegrałby   to   całkiem   inaczej.   Oczy   mu   się   zwęziły.   -   A   skąd   mam   wiedzieć,   czy 

naprawdę pan cokolwiek zmierzył?

- Akurat wychodziłem od Annie, kiedy śmignął pan ulicą - odparł pogodnie Merle, 

marszcząc czoło i mozolnie stawiając kolejne litery. - Gdybym poczekał na resztę, nawet bym 

pana nie zobaczył.

Proszę   się  podpisać  -  dodał,  oddzierając   mandat  z  bloczka.  -  Grzywnę  może  pan 

zapłacić w najbliższym mieście.

Phil wysiadł z samochodu. Słońce wydobyło  z jego włosów czerwonawy odcień i 

patrząc na nie, Merle pomyślał o mahoniowej serwantce matki.

Przez   chwilę   stali   twarzą   w   twarz,   dwóch   wysokich   mężczyzn,   jeden   chudy   i   ze 

skłonnością do garbienia się, drugi szczupły, muskularny i wyprostowany.

- Nie - oznajmił stanowczo Phil.

- Nie? - Merle zamrugał, patrząc pod słońce. - Ale co „nie”?

- Nie podpiszę.

- Nie podpisze pan? - Merle zerknął na mandat.

- Ale pan musi podpisać.

- Nie,   nie   muszę.   -   Phil   poczuł,   jak   strumyczek   potu   spływa   mu   po   plecach,   i 

rozzłościło go to jeszcze bardziej. - Nie podpiszę tego świstka i nie dam ani pensa jakiemuś 

zaściankowemu sędziemu, który napycha własne konto pieniędzmi, jakie z porządnych ludzi 

zdziera drogówka.

- Zdziera? - Merle był nie tyle urażony, ile zaskoczony. - Panie!

Miałeś   pan   grubo   ponad   sto   dziesięć   na   liczniku,   a   ograniczenie   jest   do 

dziewięćdziesięciu. Każdy to wie. Na znaku ma pan czarno na białym: dziewięćdziesiąt.

- A kto mówi, że jechałem szybciej?

- Sam mierzyłem.

- Pańskie słowo przeciw mojemu - odparł zimno Phil. - Ma pan świadków?

background image

Merle rozdziawił usta.

- No,   niby   nie,   ale...   -   Zsunął   kapelusz   z   czoła.   -   Słuchaj   pan,   ja   nie   potrzebuję 

świadków, jestem zastępcą szeryfa. Niech pan podpisze i cześć.

Phil nie miał pojęcia, z jaką prędkością wtedy jechał, i specjalnie go to nie obchodziło. 

Droga była prosta i opustoszała, myślami był w Los Angeles, wciąż jednak ani mu się śniło 

sięgnąć po popękany długopis, który podawał mu zastępca szeryfa.

- Nie.

- Człowieku, ale ja już wypisałem mandat. - Merle spojrzał na zaciętą twarz Phila i 

zmienił ton: - W takim razie zabieram pana do aresztu. Szeryfowi to się nie spodoba.

Phil uśmiechnął się pogardliwie i wyciągnął przed siebie ręce.

Merle wpatrywał się w nie przez chwilę, a potem bezradnie patrzył to na jeden, to na 

drugi samochód. Philowi niemal było go żal.

- Pojedzie pan za mną - oznajmił Merle, chowając do kieszeni jego prawo jazdy.

- A jeśli odmówię?

- Cóż - odparł przyjaźnie Merle - pojedzie pan ze mną, a to cacuszko tu sobie zostanie. 

Może będzie w jednym kawałku, kiedy podjedzie po nie laweta, ale kto to wie...

Chcąc nie chcąc, Phil wrócił do swojego samochodu, a Merle wskoczył za kierownicę 

radiowozu,   wyobrażając   sobie,   jak   fajnie   będzie   jechać   przez   miasteczko   przed   taką 

fantastyczną czerwoną bryką.

Dotarli do Friendly w sennym tempie. Co pewien czas mijali jakichś ludzi, którzy 

zamierali wpatrzeni w czerwone auto jadące za policyjnym wozem, a Merle pozdrawiał ich 

dostojnym skinieniem głowy. W końcu wystawił rękę za okno i zahamował przed biurem 

szeryfa.

- No dobrze, zapraszam do środka. - Merle, nagle oficjalny, wyprostował się sztywno. 

- Szeryf pewnie zechce z panem porozmawiać. - Otworzył drzwi i czekał, aż więzień sam 

wejdzie do środka.

Phil zobaczył niewielkie pomieszczenie z dwiema celami, tablicą ogłoszeń, paroma 

rachitycznymi krzesłami i starym obdrapanym biurkiem. Pod sufitem obracał się wiatrak i 

skrzypiąc, powoli bełtał gorące wilgotne powietrze. Na podłodze leżała kupa burego futra, 

która okazała się śpiącym psem. Na biurku zawalonym książkami i sterami papierów stały 

dwa kubki z kawą.

Nad tym bałaganem pochylała się ciemnowłosa kobieta i pisała coś w notatniku z 

żółtymi kartkami. Podniosła wzrok.

Phil osłupiał. Była taka piękna, że bez wahania mógłby ją obsadzić w trzech różnych 

background image

filmach. Jej twarz miała klasyczny owalny kształt, kości policzkowe lekko rysowały się pod 

skórą o odcieniu miodu. Nos miała mały i delikatny, usta dość szerokie, o pełnych wargach, 

niesamowicie   zmysłowych.   Rozpuszczone   czarne   włosy   spływały   swobodnie   na   plecy 

miękkimi lśniącymi falami. Spod uniesionych brwi patrzyły na niego ciemnozielone oczy 

okolone siecią rzęs. I lekko rozbawione.

- Merle?

Głos miała gardłowy, leniwy i seksowny. Jak czarny jedwab, pomyślał. Znał mnóstwo 

aktorek, które dałyby się zabić za taką barwę. Jeśli tylko nie sztywnieje na widok kamery i 

jeśli ciało ma równie piękne jak twarz...

Opuścił wzrok na jej piersi i zafascynowany wpatrzył się w małą metalową odznakę.

- Przekroczenie prędkości na siedemnastce, szeryfie.

- Oo? - Z lekkim uśmiechem czekała, aż spojrzenie Phila na powrót powędruje ku jej 

twarzy. - Nie miałeś długopisu, Merle?

- Długopisu? - Zdziwiony zajrzał do kieszeni.

- Nie chciałem podpisać mandatu - Phil podszedł do biurka, by przyjrzeć się twarzy 

kobiety - pani szeryf.

Można by ją filmować z każdego możliwego kąta i zawsze wyglądałaby cudownie, 

podsumował w duchu. Chciał jeszcze raz posłuchać jej głosu. Spokojnie odwzajemniła jego 

spojrzenie.

- Rozumiem. Z jaką prędkością jechał, Merle?

- Sto szesnaście na godzinę. Tory, musisz zobaczyć jego auto! - zapomniał się Merle.

Patrząc na Phila, wyciągnęła rękę, a zastępca szybko podał jej mandat.

Miała   piękne   dłonie,   długie,   wąskie   i   eleganckie.   Paznokcie   miała   pomalowane 

lakierem o odcieniu pudrowego różu. Co ona tutaj robi, do cholery? - zastanawiał się Phil, 

któremu łatwiej byłoby ją sobie wyobrazić w Beverly Hills.

- Cóż, wygląda na to, że wszystko się zgadza, panie... Kincaid. - Kiedy podniosła na 

niego wzrok, zauważył, że oczy ma podkreślone konturówką, rzęsy muśnięte tuszem, ale poza 

tym nic, ani pudru, ani szminki. Pożałował, że nie ma pod ręką aparatu fotograficznego i paru 

oświetlaczy. - Należy się czterdzieści dolarów - powiedziała leniwie. - Gotówką.

- Nie zamierzam płacić. Zacisnęła usta, a po chwili oznajmiła:

- Albo czterdzieści dni. Sądzę, że mniejszą niedogodnością dla pana byłoby zapłacić 

mandat. Nasze warunki lokalowe nie przypadną panu do gustu.

Chłodne rozbawienie w jej tonie podziałało na niego jak płachta na byka.

- Nie zapłacę. Ani mi się śni. - Oparł dłonie na biurku i pochylił się w jej stronę. 

background image

Poczuł nikłą woń subtelnych, drogich perfum. - Myślałaś, że uwierzę, że jesteś szeryfem? Co 

za numer próbujecie mi wykręcić z tym typkiem?

Merle   chciał   odpowiedzieć,   ale   zaledwie   zerknął   na   Tory,   zamknął   usta.   Kobieta 

podniosła się powoli, dzięki czemu Phil mógł się przekonać, że jest wysoka i bardzo szczupła. 

Ma ciało modelki, pomyślał, smukłe i wiotkie jak trzcina. Zwykłe dżinsy i kraciasta koszula 

wyglądały na nim jak ekskluzywna kreacja, Phil zaś nie mógł się nie zastanawiać, jakie cuda 

się pod nimi kryją.

- Każdy   ma   prawo   do   swoich   przekonań,   panie   Kincaid.   Zechce   pan   opróżnić 

kieszenie.

- Nie ma mowy - obruszył się.

- Stawianie oporu podczas aresztowania. - Tory uniosła brwi. - Będziemy musieli pana 

zamknąć na sześćdziesiąt dni.

Phil warknął coś półgłosem, ale Tory tylko się uśmiechnęła.

- Do celi z nim, Merle.

- Chwila, moment, do ciężkiej cholery...

- Lepiej jej nie denerwuj - szepnął Merle, popychając go lekko. - Potrafi być naprawdę 

wredna.

- Jeśli pan nie chce, żebyśmy odholowali pański samochód, i to na pański koszt - 

dodała - odda pan Merle'owi kluczyki. Merle, odczytaj mu jego prawa.

- Znam swoje prawa, psiakrew! - Pogardliwie strącił z siebie dłoń zastępcy. - Chcę 

zadzwonić.

- Oczywiście. - Tory uśmiechnęła się czarująco. - Jak tylko odda pan kluczyki.

- Niech mnie pani... - zawahał się - szeryf posłucha. Chyba nie myśli pani, że nabiorę 

się na taką starą sztuczkę? Ten tutaj - wskazał kciukiem Merle'a - czatuje na kierowców spoza 

miasta, a jak się jakiś trafi, usiłuje wyrwać z niego czterdzieści dolców. Na takie numery jest 

paragraf.

Tory słuchała go z zainteresowaniem.

- Przyjmie pan mandat, panie Kincaid?

- Nie. - Oczy mu się zwęziły.

- W takim razie przez pewien czas będzie pan naszym gościem.

- Skazywać to może sędzia... - zaczął gniewnie Phil, ale Tory wpadła mu w słowo.

- Sędzia pokoju - oznajmiła, stukając różowym paznokciem w certyfikat oprawiony w 

ramki.

Phil odczytał nazwisko: Victoria L. Ashton. Posłał jej przeciągłe, oschłe spojrzenie.

background image

- To pani?

- Tak. Bardzo to praktyczne, nie uważa pan?

- Przechyliła   głowę.   -   Sześćdziesiąt   dni   aresztu,   panie   Kincaid,   albo   dwieście 

pięćdziesiąt dolarów.

- Ile?!

- Kaucja wynosi pięćset dolarów. Życzy pan sobie skorzystać z takiej możliwości?

- Telefon - wycedził przez zęby.

- Kluczyki - odparła pogodnie.

Klnąc pod nosem, rzucił jej kluczyki. Złapała je w locie.

- Ma pan prawo do jednej rozmowy miejscowej, panie Kincaid.

- To będzie zamiejscowa. Mam kartę kredytową.  Wskazała mu aparat  na biurku i 

podeszła do Merle'a.

- Dwieście pięćdziesiąt? - szepnął ze zgrozą. - Nie jesteś dla niego zbyt surowa?

Tory prychnęła jak kotka.

- Pan   Gwiazdor   z   Hollywood   potrzebuje   porządnego   kopniaka   w   ego   -   odparła 

półgłosem. - Dobrze mu zrobi, jak trochę się pokisi w ciasnej celi. Odprowadź jego samochód 

do warsztatu Bestlera.

- Ja? Mam odprowadzić jego auto?

- Zamknij je i wróć z kluczykami - dodała Tory. - Tylko niczego nie dotykaj.

- O rany, Tory! - jęknął.

- O rany, Merle - powtórzyła i odprowadziła go pełnym sympatii spojrzeniem.

Phil niecierpliwie czekał przy telefonie. W końcu się doczekał.

- Przyjmuję wiadomości dla panów Shermana, Millera oraz Steina. Słucham?

- A gdzie Lou, do cholery? - warknął.

- Pana   Shermana   nie   ma   w   biurze   do   poniedziałku   -   odparła   sucho   operatorka.   - 

Pańska godność, j jeśli można?

- Phillip Kincaid. Dzwoń do Lou i powiedz mu, że utknąłem w...

- Rzucił Tory gniewne spojrzenie.

- Witamy we Friendly w Nowym Meksyku - podpowiedziała uczynnie.

- We   Friendly   w   Nowym   Meksyku.   W   areszcie,   niech   to   szlag,   pod   jakimś 

wymyślonym zarzutem. Niech łapie walizkę i wskakuje do samolotu, byle szybko.

- Tak, panie Kincaid. Spróbuję jakoś się z nim skontaktować.

- Nie   próbuj,   tylko   się   skontaktuj   -   wycedził   przez   ściśnięte   gardło   i   odłożył 

słuchawkę.

background image

Kiedy wybierał następny numer, Tory podeszła i spokojnie rozłączyła rozmowę.

- Jeden telefon - przypomniała.

- Cholera, dodzwoniłem się tylko do sekretarki.

- A to pech. - Posłała mu olśniewający uśmiech, który w tym samym stopniu urzekł 

go, co i rozwścieczył. - Pański apartament już czeka, panie Kincaid.

Phil odłożył słuchawkę.

- Nie umieści mnie pani w tej celi.

Zatrzepotała rzęsami.

- Nie?

- Nie.

Przez  chwilę  wyglądała   na skonsternowaną.  Potem  podeszła  do  niego  z  uroczym, 

zmysłowym westchnieniem.

- Po co pan wszystko utrudnia? Chyba nie sądzi pan, że wepchnę tam pana na siłę. 

Nawet gdybym chciała, jest pan takim postawnym mężczyzną...

Ta nagła zmiana tonu wydała mu się najzupełniej zrozumiała.

- Pani Ashton... - zaczął.

- Pani szeryf - poprawiła, wyjmując z szuflady czterdziestkę piątkę. Wciąż promiennie 

uśmiechnięta, spojrzała na Phila, który nie odrywał wzroku od dużego, masywnego pistoletu. 

- Jeśli nie chce pan mieć na koncie kolejnego zarzutu dotyczącego stawiania oporu władzy, 

grzecznie przejdzie pan do tamtej celi. Czeka na pana świeża pościel.

Phil był zaskoczony, ale i rozbawiony.

- Chyba pani nie sądzi, że uwierzę, że byłaby pani w stanie tego użyć.

- Już panu mówiłam. Ja nikomu nie odmawiam prawa do własnych przekonań. - Nie 

mierzyła do niego, ale odbezpieczyła broń.

Wpatrywał się w nią przez dobrą minutę. Jej spojrzenie było przenikliwe i aż nazbyt 

spokojne. I już nie wątpił, że równie spokojnie wpakowałaby w niego kulkę - w część ciała, 

którą uznałaby za mało istotną, on zaś był do wszystkich jednakowo przywiązany.

- Jeszcze mnie popamiętasz - wymamrotał, kierując się do celi.

Śmiech też miała piękny. Phil aż się odwrócił. Pomyślał, że gdyby nie ten pistolet, 

chętnie by się z nią trochę posiłował, a potem, wściekły na siebie, maszerował za kraty.

- Sądziłam, że ta kwestia brzmi: „Niech ja się ino wyrwę z tej puszki, szeryfie. Świat 

jest zbyt mały dla nas obojga”.

Tory zdjęła z kołka pęk kluczy i zatrzasnęła drzwi, aż zadźwięczało. Phil krążył po 

celi, usiłując się nie uśmiechnąć. Usiadł na pryczy i rzucił kobiecie cierpkie spojrzenie.

background image

- Może być i blaszany kubek, byle była w nim kawa.

- Kawa jest gratis, Kincaid. Masz we Friendly darmowe lokum, wikt i opierunek.

Patrzył,  jak podchodzi od biurka i chowa pistolet. Sposób, w jaki się poruszała, i 

widok jej długich nóg przyjemnie podniósł mu ciśnienie.

Zaproponowała   cukier   i   śmietankę,   ale   odmówił.   Nalała   mu   kawy,   świadoma,   że 

aresztant ją obserwuje. Gardziła tym typem mężczyzn, playboyami zepsutymi do szpiku kości 

i   rozkochanymi   w   wielkomiejskim   blichtrze,   lecz   Kincaid   równocześnie   i   bawił   ją,   i 

intrygował. Nie próbował niczego na niej wymóc, podpierając się nazwiskiem czy opinią, nie 

dał upustu złości, przez którą trafił do tej celi.

Jest po prostu za bogaty, zbytnio popularny i zbyt przystojny, ot co. A może i zbyt 

utalentowany. Kręci błyskotliwe filmy. Ciekawe, skąd czerpie inspirację? Cóż, może będzie 

miała okazję się tego dowiedzieć, zanim „gość” opuści te skromne progi.

- Czarna, zgodnie z zamówieniem - oznajmiła, podchodząc do celi z dwoma kubkami.

Obserwował sposób, w jaki się poruszała, leciuteńko kołysząc biodrami. W innych 

okolicznościach uznałby ją za wspaniałą kobietę, lecz teraz była dla niego przede wszystkim 

jednym wielkim źródłem irytacji. Milcząc, wstał z pryczy i sięgnął po kubek, który podała mu 

między prętami krat. Ich palce spotkały się na chwilę.

- Jesteś piękną kobietą, Victorio L. Ashton - powiedział półgłosem. - I męczącą jak 

cholera.

Kiedy przytaknęła mu z uśmiechem, roześmiał się rozbawiony.

- Co ty tu robisz, u diabła? Po co ta zabawa w szeryfa?

Do biura wpadł rozradowany Merle.

- Kurczę blade, panie Kincaid, to nie auto, to marzenie! - Rzucił szefowej kluczyki i 

oparł się o kratę.

- Jak słowo daję, cały dzień mógłbym w nim przesiedzieć.

Bestlerowi mało gały z orbit nie wyskoczyły, jak wjechałem do warsztatu.

Phil wydał zdławiony pomruk i obrócił się w stronę małego zakratowanego okna. 

Patrzył   na  miasteczko,   gniewnie   marszcząc   brwi.  Co   za   dziura,   pomyślał   zrezygnowany. 

Zakurzone małe nic.

Wszystkie kolory jak sprane. Albo raczej wyblakłe od słońca, poprawił się w myślach, 

gdy po plecach spłynęła mu kolejna strużka potu.

Jak okiem sięgnąć, tylko bury brąz - nielicznych wyschłych płaskowyżów w oddali i 

suchego jak pieprz piachu. Brązowe były budynki, każdy w innym odcieniu, ale wszystkie 

spłowiałe, jak gdyby od zawsze prażyły się w bezlitosnym słońcu. W tej cholernej dziurze 

background image

wciąż mają drewniane chodniki. Za to ani jednego sklepiku, którego fronton nie straszyłby 

wieloma warstwami popękanej, łuszczącej się na potęgę farby.

Miasteczko   wyglądało   na   potwornie   zmęczone,   jak   gdyby   właśnie   po   raz   ostatni 

zaczerpnęło tchu i już tylko czekało, aż nadejdzie koniec.

Było szorstkie i beznadziejnie smutne, jednak miało charakter, którego nie zdołała 

ukryć gruba warstwa kurzu i apatii, miejsce, w jakim zostają jedynie ci, którzy nie mają się 

gdzie podziać, albo ci, którzy wiedzą, że w zewnętrznym świecie nic na nich nie czeka.

Wracają do niego, gdy już stracą nadzieję na lepszy los. A on utknął tutaj, w dusznej 

małej celi... I nagle go olśniło.

Wpatrując się w zmęczone wystawy sklepów i chodniki z wklęśniętych desek, nagle 

zobaczył to wszystko jak w obiektywie kamery. Zacisnął palce jednej ręki na kracie okna i 

wyobrażał sobie kolejne sceny. Gdyby nie był taki wściekły, zauważyłby to od razu.

Oto Next Chance.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Przez dwadzieścia minut Tory nie zwracała uwagi na więźnia, który stał wpatrzony w 

okno, ściskając w dłoni kubek ze stygnącą kawą. Robił wrażenie całkiem zadowolonego. 

Tory odesłała Merle'a do domu i zabrała się do pracy.

Była inteligentna, rzeczowa i uparta - i właśnie te cechy pomogły jej zdobyć tak dobre 

wykształcenie. Zawsze dostawała najlepsze stopnie, jednak nie zawsze była lubiana przez 

nauczycieli i wykładowców. Jej ulubione pytanie brzmiało: „Dlaczego?”. Z dociekliwością w 

parze szedł charakterek, który z potulnej dziewczyny zmieniał ją czasem w zielonooką furię, 

przez   co   uważano   ją   za   „trudną”   uczennicę,   a   potem   studentkę.   Niektórzy   ze 

współpracowników uważali ją za przeraźliwą męczyduszę - z reguły wtedy, kiedy znaleźli się 

w sądzie po przeciwnej stronie. W wieku dwudziestu siedmiu lat Victoria L. Ashton była 

bowiem bardzo przebiegłą i powszechnie cenioną adwokatką.

W   Albuquerque   miała   małe   skromne   biuro   w   olbrzymiej   starej   kamienicy   ze 

szwankującą   kanalizacją.   Dzieliła   je   z   księgowym,   pośrednikiem   w   obrocie 

nieruchomościami oraz prywatnym detektywem. Przez prawie pięć lat mieszkała na drugim 

piętrze   w   dwóch   wielkich   jak   stodoły   pokojach   nad   biurem.   To   rozwiązanie   było   tak 

wygodne, że Tory nie miała zamiaru przeprowadzić się gdziekolwiek indziej, nawet kiedy już 

było ją na to stać.

W   pracy   lubiła   wyzwania   i   konieczność   zapanowania   nad   wszystkim,   aż   po 

najmniejsze szczegóły. W życiu prywatnym była znacznie mniej przedsiębiorcza. Nikt nie 

określiłby   jej   jako   osoby   leniwej,   jednak   krótką   drzemkę   zawsze   przedkładała   nad   małą 

przebieżkę dla zdrowia. Cała jej energia znajdowała ujście w biurze albo w sali sądowej - 

oraz, przejściowo, w gabinecie szeryfa w miasteczku Friendly w Nowym Meksyku.

Dorastała w tym miasteczku i odpowiadał jej jego senny rytm.

Po ojcu odziedziczyła poczucie sprawiedliwości, które skłoniło ją do podjęcia studiów 

prawniczych. Jednak nie marzyła o pracy w którejś z prestiżowych kancelarii adwokackich na 

jednym czy drugim wybrzeżu ani też o zamieszkaniu w którymś z wielkich miast między 

nimi.

Chciała być niezależna, więc założyła własną firmę.

Niebotyczne   honoraria   nigdy   jej   nie   nęciły.   Wcześnie   nauczyła   się   gospodarować 

pieniędzmi,   tak   aby   na   wszystko   jej   wystarczyło   -   umiejętność   tę   przekazała   jej   matka. 

Interesowali ją ludzie oraz to, jak prawo może służyć na ich korzyść bądź niekorzyść.

Pochylona   nad   biurkiem   w   swoim   gabinecie   we   Friendly,   pisała   wstępną   wersję 

background image

umowy między dwoma tekściarzami. Niełatwo jest prowadzić sprawę na odległość, ale dała 

im   słowo.   Jesienią   wróci   do   Albuquerque   i   odznakę   zamieni   na   wypchaną   aktówkę. 

Tymczasem powoli zbliża się weekend. I wyplata.

Tory   uśmiechnęła   się   lekko:   w   sobotnie   wieczory   Friendly   nieco   się   ożywia. 

Miejscowi wypijają o jedno piwo więcej niż zazwyczaj. W warsztacie Bestlera mają spotkać 

się pokerzyści, o czym oficjalnie nie miała pojęcia. Tory miała wyczucie, wiedziała, na co 

można przymknąć oko. Jak by powiedział jej ojciec, każdy potrzebuje odrobiny rozrywki.

Odchyliła się na krześle i oparła o biurko stopę obleczoną w kowbojski but. Kiedy 

czytała, nawijając na palec kruczoczarny loczek, który ciągle opadał jej na oko, więzień nagle 

ocknął się z letargu.

- Muszę zadzwonić! - wykrzyknął przejęty, doskakując do zakratowanych drzwi.

Tory doczytała do końca akapit, a potem niespiesznie podniosła wzrok.

- Już pan dzwonił, panie Kincaid. Niech pan odpoczywa. Może warto wziąć przykład 

z Dynamita?

- Pomachała w kierunku rozłożonego na podłodze psa.

- Uciąć sobie drzemkę?

Phil potrząsnął kratami.

- Kobieto, ja muszę skorzystać z telefonu. To ważna sprawa.

- Jak zawsze - mruknęła Tory i znowu pochyliła się nad dokumentem.

Phil warknął gniewnie.

- Proszę mnie posłuchać, ja już podpiszę ten mandat. Tylko niech mnie pani wypuści.

- Mandat   może   pan   podpisać   -   odparła   uprzejmie   -   ale   o   wyjściu   nie   ma   mowy. 

Stawiał pan opór podczas aresztowania.

- Och, ty nadęta, zadufana...

- Mogłabym panu dorzucić zarzut zakłócania porządku publicznego - zastanawiała się 

głośno, a potem uśmiechnięta zerknęła na aresztanta.

Stał sztywno wyprostowany, usta miał zaciśnięte, oczy mu płonęły. Patrząc na niego, 

nieoczekiwanie poczuła dziwne drgnienie w dole brzucha. O tak, od razu widać, dlaczego 

jego   nazwisko  wiązano   z  nazwiskami  najatrakcyjniejszych  kobiet  świata.   Tory  nigdy  nie 

widziała przystojniejszego faceta. Ten jego arystokratyczny chłód w połączeniu z uderzającą 

urodą i gwałtownym usposobieniem tworzą zabójczą mieszankę.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Jego spojrzenie było kamienne, jej pełne 

spokoju.

- No dobrze - mruknął. - Ile?

background image

- Proponujesz mi łapówkę, Kincaid? - Uniosła brwi.

- Nie. Mówię o mandacie... pani szeryf.

- Dwieście   pięćdziesiąt   dolarów.   -   Przerzuciła   włosy   z   pleców   na   jedno   ramię.   - 

Ewentualnie może pan uiścić kaucję. Pięćset dolarów.

Piorunując ją wzrokiem, sięgnął po pieniądze. Niech tylko stąd wyjdę, pomyślał z 

groźbą, już ja się rozliczę z tą ślicznotką. Zajrzał do portfela i zaklął: do kaucji brakowało mu 

grubo ponad setkę. Tory czekała cierpliwie, uśmiechnięta. Mógłby ją udusić gołymi rękami, 

ale tylko zmienił taktykę. Jeszcze się taka nie urodziła, która oparłaby się jego urokowi.

- Pozwoliłem   się   ponieść   emocjom,   pani   szeryf   -   zaczął   posyłając   jej   uśmiech,   z 

którego   zdążył   zasłynąć:   jeden   kącik   ust   był   uniesiony   odrobinę   wyżej   niż   drugi.   - 

Przepraszam za to. Jestem w trasie od kilku dni, a pani zastępca potrafi grać człowiekowi na 

nerwach. - Tory wciąż się uśmiechała. - Jeśli powiedziałem coś niestosownego, proszę mi 

wybaczyć. Po prostu nie wygląda pani na małomiasteczkowego stróża prawa i porządku. - 

Uśmiechnął się czarująco, wypisz wymaluj Tomek Sawyer przyłapany z obiema rękami w 

cukiernicy.

Tory uniosła drugą nogę i skrzyżowała ją z tą opartą o blat biurka.

- Trochę ci brakuje, co, Kincaid?

Phil zacisnął usta, żeby czegoś nie odburknąć.

- Wolę nie nosić przy sobie zbyt dużej kwoty, zwłaszcza w trasie.

- Bardzo mądrze. Ale kart kredytowych niestety nie przyjmujemy.

- Cholera jasna, ja muszę się stąd wydostać! Tory obserwowała go beznamiętnie.

- Na klaustrofobię się nie nabiorę. Czytałam, jak wcisnąłeś się do półmetrowej rury, 

żeby sprawdzić, czy kamera jest ustawiona pod dobrym kątem. Na planie „Nocy rozpaczy” 

bodajże.

- To wcale nie była... - Oczy mu się zwęziły. - To ty mnie znasz?

- Och, zdarza mi się pójść do kina, raz czy dwa razy w roku - odparła beztrosko.

- Jeśli to próba wymuszenia czegoś na mnie... - zaczął, ale przerwał mu jej gardłowy 

śmiech.

- Widać, jaki z ciebie bufon. - Wstając, zobaczyła jego zdumioną minę i znowu się 

roześmiała.   -   Kincaid,   nie   obchodzi   mnie,   kim   jesteś   i   z   czego   żyjesz.   Dla   mnie   jesteś 

awanturnikiem, który złamał prawo i wszystkim się naprzykrza. - Podeszła do celi, a Phil 

znowu poczuł subtelną woń perfum. - Moim obowiązkiem jest przypomnieć ci, gdzie jest 

twoje miejsce w szeregu.

Wobec jej urody na chwilę zapomniał o złości.

background image

- Boże, ta twoja twarz. Mógłbym jej poświęcić, cholera, cały film.

Tory zdawała sobie sprawę, że jest atrakcyjna. Słyszała tysiące komplementów, lecz to 

nie był zwykły komplement.  Coś w jego tonie, w jego oczach, sprawiło, że przebiegł ją 

dziwny dreszcz. Nie zaprotestowała, kiedy wyciągnął rękę przez kraty i przesiał przez palce 

grube pasmo jej włosów, nie odrywając spojrzenia od jej twarzy.

Zrobiło   jej   się   gorąco,   jak   gdyby   z   chłodnego,   mrocznego   pomieszczenia   wyszła 

prosto w słońce. Stała nieruchomo i chłonęła jego ciepło.

W jego oczach błysnęło pożądanie. Potem usta mu drgnęły jak do uśmiechu.

- Kotku - powiedział, uśmiechając się szeroko.

- Mógłbym zrobić z ciebie gwiazdę.

Cel osiągnął: Tory znowu się roześmiała.

- Och, panie Kincaid - wyszeptała drżącym głosem - czy naprawdę mogę przyjść na 

zdjęcia próbne?

Nieoczekiwanie, z wielką dramaturgią, niemalże rzuciła się na dzielące ich kraty i 

powiedziała ochryple:

- Będę na ciebie czekała, Johnny. - Usta jej drżały, w oczach lśniły łzy. - Choćby i do 

końca świata.

- Objęła go kurczowo. - Będę do ciebie pisać - przysięgała łamiącym się głosem. - 

Każdego dnia. Każdej nocy będę o tobie śniła.

Och, Johnny... - Kruczoczarne rzęsy zatrzepotały. - Pocałuj mnie na pożegnanie!

Zafascynowany Phil chciał skwapliwie przychylić się do tej prośby, lecz zanim zdążył 

bodaj musnąć jej usta, odsunęła się i parsknęła śmiechem.

- I jak mi poszło, panie Hollywood? Dostanę rolę? Spojrzał na nią z rozbawieniem. 

Szkoda tylko, że nie zdążył skosztować tych słodkich usteczek.

- Trochę przedobrzyłaś, ale jak na amatorkę całkiem nieźle.

Tory zachichotała i oparła się ramieniem o kraty.

- Zwariowałeś.

- Tak? A próbowałaś trochę posiedzieć w takiej klatce? - zirytował się Phil.

- Tak się akurat składa, że miałam tę przyjemność.

- Uśmiechnęła się swobodnie. - W znacznie mniej sympatycznych okolicznościach. 

Zrelaksuj się, Kincaid. Twój kolega przyjedzie, to cię stąd wykupi.

- Burmistrz - oznajmił Phil w natchnieniu. - Chcę mówić z burmistrzem. Mam dla 

niego propozycję.

- Och. - Tory zastanawiała się. - Cóż, wątpię, żeby w sobotę cię wysłuchał. W soboty 

background image

zwykle jeździ na ryby. Może mnie o niej opowiesz?

- Nie.

- W porządku. A zmieniając temat, to za ostatni film powinieneś dostać Oscara. W 

życiu nie widziałam czegoś równie pięknego.

Zbity z tropu, przyglądał się jej twarzy, lecz wyczytał w niej jedynie szczerość.

- Dzięki.

- Taki mądry, prawdziwy i pełen emocji film. Kto by się tego po tobie spodziewał?

Zaśmiał się bez przekonania i przegarnął włosy.

- To też miał być komplement?

- Niekoniecznie. Po prostu wyglądasz na kogoś, kto non stop holuje za sobą harem 

biuściastych gwiazdeczek. Jak znajdujesz czas na pracę?

- Ja? Jakoś sobie radzę - odparł mrukliwie.

- Musi cię to kosztować mnóstwo energii.

- Co? - Uśmiechnął się. - Filmy czy biuściaste gwiazdeczki?

- Chyba sam to wiesz najlepiej. Aha, tylko nie mów Merle'owi, że jesteś reżyserem. - 

Posłała mu kolejny olśniewający uśmiech. - Zacznie chodzić jak John Wayne i doprowadzać 

nas do szału.

Przez chwilę patrzyli na siebie nieufnie.

- Szeryfie - zagadnął przyjaźnie Phil - tylko jeden telefon. Okaż miłosierdzie.

Uśmiechnęła się. W tej samej chwili drzwi otworzyły się na oścież.

- Szeryfie!!

- Tu   jestem,   panie   Hollister.   -   Przeniosła   wzrok   z   krępego,   czerwonego   ze   złości 

jegomościa na chudego, przerażonego nastolatka, którego holował za kołnierz. - Co się stało?

Wróciła do biurka.

- Te smarkacze... - zaczął zasapany. - Czy ja nie ostrzegałem, że tak będzie?

- Bliźniaki Kramer? - Tory usiadła na biurku i spojrzała na tłuste paluchy wbijające się 

w kościste ramię. - Może pan usiądzie, panie Hollister? A ty - spojrzała na chłopaka - jesteś 

Tod, zgadza się?

Przełknął ślinę.

- Tak, pani szeryf. Tod Swanson.

- Przynieś panu szklankę wody, Tod.

- Wymknie  się tylnymi  drzwiami, zanim zdąży pani splunąć - oznajmił zaperzony 

Hollister, ocierając czoło kraciastą chusteczką.

- Nigdzie się nie wymknie - odparła spokojnie Tory, przysuwając mężczyźnie krzesło. 

background image

- Proszę spocząć. Niechże się pan tak nie unosi, jeszcze się pan rozchoruje z tych nerwów.

Kiedy chłopak pobiegł po wodę, Hollister ciężko opadł na krzesło.

- Rozchoruje?! Ja już jestem chory. Przez tych... przez tych gnojków.

Czekała   cierpliwie,   aż   skończy   długi   i   dość   mętny   wywód   na   temat   dzisiejszej 

młodzieży. Phillip zaś robił w tym czasie to, do czego miał przyrodzony talent: obserwował.

Hollistera  ocenił  jako  zapalczywego  starego  bigota   z niechęcią   do młodych   ludzi. 

Pomstował na nich, pocąc się obficie i ocierając chusteczką spocone czoło i kark. Koszulę 

miał spłowiała i „przyozdobioną” kilkoma starymi plamami. Był czerwony jak burak, otyły i 

męczący. Tory zachowywała się wobec niego z szacunkiem, ale z rozdrażnieniem popukiwała 

w kolano palcem wskazującym.

Chłopak wrócił z wodą - i z dwiema szkarłatnymi plamami na policzkach. Minę miał 

taką, jak gdyby rzeczywiście marzył tylko o wymknięciu się tylnymi drzwiami. Wyglądał na 

trzynaście lat i ewidentnie umierał ze strachu. Miał gładką ładną twarz, strzechę ciemnych 

włosów i olbrzymie brązowe oczy.

Kiedy   podawał   Tory   szklankę   drżącą   rękę,   uścisnęła   ją,   krótko,   ale   mocno.   Phil 

pomyślał, że zaczyna ją lubić.

- Proszę. - Tory podała szklankę Hollisterowi. - Niech się pan napije, a potem opowie 

mi, co się stało.

Hollister przełknął zawartość dwoma gigantycznymi łykami.

- Te smarkacze znowu kręciły się za moim sklepem.

Przeganiałem ich stamtąd już dziesiątki razy. Włażą do środka i kradną, co tylko im 

pod łapy podejdzie.

- Bracia Kramer? A co takiego przeskrobali tym razem?

- Wytłukli mi kamieniem szybę. - Poczerwieniał wręcz niepokojąco. - Ten tutaj też z 

nimi był, ale najwolniej biega.

- Rozumiem. - Spojrzała na Toda, który wpatrywał się w czubki swoich tenisówek. - 

Kto rzucił kamieniem?

- Nie widziałem, ale tylko jego udało mi się złapać. - Hollister wstał i wetknął mokrą 

chustkę do kieszeni. - Zamierzam wnieść oskarżenie.

Chłopak zbladł. Tory wciąż patrzyła na Hollistera, ale jej dłoń nagle znalazła się na 

ramieniu Toda.

- Posiedź w drugim pokoju, Tod. - Kiedy zamknęły się za nim drzwi, powiedziała: - 

Dobrze   pan   zrobił,   przyprowadzając   go   tutaj,   panie   Hollister.   -   Uśmiechnęła   się.   -   I 

napędzając mu takiego stracha.

background image

- Powinien trafić za kratki! - zagrzmiał mężczyzna.

- Och, ale pańska szyba jak była zbita, tak dalej będzie zbita - tłumaczyła spokojnie. - 

A ten mały stanie się dla Kramerów bohaterem.

- W moich czasach...

- Pan z moim tatą to pewnie nigdy szyby nie zbili - zauważyła niewinnie, uśmiechając 

ją się serdecznie.

Hollister spąsowiał i prychnął jak stary kocur.

- Momencik, Tory...

- Proszę mi zaufać, panie Hollister. Już ja się tym zajmę. - Ściszyła głos. - Przecież 

mógł uciec.

Hollister przestępował z nogi na nogę.

- Nawet nie próbował. Stał jak ten kołek. Ale moje okno...

- Ile pan potrzebuje na wstawienie nowej szyby? Ściągnął brwi i posapywał gniewnie.

- Dwadzieścia pięć dolarów powinno załatwić sprawę.

Tory odliczyła żądaną sumę i podała ją Hollisterowi.

- Ma pan moje słowo: już ja się nim zajmę. Kramerami też.

- Jakbym widział twojego staruszka - mruknął i niezręcznie poklepał ją po głowie. - Ci 

Kramerowie mają się nie plątać przy moim sklepie.

- Dopilnuję tego. Kiwnął głową i wyszedł.

Tory   skrzywiła   się,   wpatrzona   w   swój   lewy   but.   Wcale   nie   jest   taka   jak   ojciec, 

pomyślała. On zawsze wszystko wiedział najlepiej, a ona składa się z samych wątpliwości. 

Phil słyszał jej ciche, zmartwione westchnienie.

- Tod? - zawołała.

Wszedł   blady,   zerkając   ze   zgrozą   w   kierunku   pustego   krzesła,   a   potem   podniósł 

przerażone oczy na Tory. Serce jej miękło, gdy na niego patrzyła,  ale odezwała się dość 

cierpkim tonem:

- Nie spytam, kto wybił tę szybę. Czemu nie uciekałeś?

- Ja nie... nie mogłem. - Przygryzł usta. - Byłem za bardzo przestraszony.

- Ile masz lat, Tod? - Miała ochotę odgarnąć mu włosy z czoła.

- Czternaście, pani szeryf. - Spojrzał na nią, a potem znowu uciekł wzrokiem w bok. - 

Skończyłem w zeszłym miesiącu.

- Kramerowie mają po szesnaście - stwierdziła łagodnie. - Nie masz kolegów w swoim 

wieku?

Wzruszył ramionami.

background image

- Muszę odwieźć cię do domu i porozmawiać z ojcem.

Spojrzał na nią z taką paniką w oczach, że darowała sobie umoralniające wykłady.

- Błagam - szepnął ledwie słyszalnie.

- Tod, boisz się ojca? - Przełknął ślinę. - Bije cię? - Zaczął się trząść. - Tod. - Głos 

Tory stał się jeszcze bardziej łagodny. - Mnie możesz powiedzieć. Ja ci pomogę.

- On... - wykrztusił chłopak, a potem pokręcił głową. - Nie, proszę pani.

Tory widziała nieme błaganie w jego oczach.

- No cóż. To twoje pierwsze wykroczenie, więc może zostać między nami.

- M - może, psze pani?

- Tod,   zostałeś   zatrzymany   pod   zarzutem   umyślnego   niszczenia   mienia.   Czy 

rozumiesz istotę zarzutu?

- Tak, pani szeryf. - Grdyka zaczęła mu podrygiwać.

- Zasądzam odszkodowanie na rzecz pana Hollistera w wysokości dwudziestu pięciu 

dolarów, które odpracujesz po szkole i w weekendy. Stawka dwa dolary za godzinę. Przez 

okres sześciu miesięcy pozostawać będziesz na zwolnieniu warunkowym, w którym to czasie 

masz  trzymać  się z  daleka od kobiet  lekkich obyczajów,  mocnych  trunków i  bliźniaków 

Kramer. Raz w tygodniu będziesz się stawiać ze sprawozdaniem u poręczyciela, czyli u mnie.

Tod gapił się na nią, jak gdyby nie był pewny, czy dobrze ją zrozumiał.

- To pani... nie powie ojcu?

Tory wstała i oparła mu dłoń na ramieniu.

- Nie. Tylko mnie nie zawiedź. - Miała ochotę go przytulić, gdy tak stal, przełykając 

łzy. - Czekam na ciebie jutro rano. Znajdę ci coś do roboty.

- Tak.   Tak,   pani   szeryf.   -   Wycofywał   się   ku   drzwiom,   zanim   zdążyłaby   zmienić 

zdanie. - Przyjdę na pewno. Dziękuję pani. - I jak strzała śmignął na dwór.

- No, no, pani szeryf. Niesamowita z pani kobieta.

Obejrzała się gwałtownie i po raz pierwszy spojrzała prosto w przejrzyście błękitne 

oczy więźnia. Dziwnie zdeprymowana wróciła za biurko.

- Podobało cię patrzenie, jak sprawiedliwości staje się zadość, Kincaid?

- Nawet bardzo - odparł takim poważnym tonem, że znowu spojrzała w jego stronę. - 

Dobrze zrobiłaś.

Tory przyglądała mu się przez chwilę, a potem wydała przeciągłe Westchnienie.

- Czy aby na pewno? Myślisz, że jutro przyjdzie? Widziałeś kiedyś maltretowanego 

dzieciaka, Kincaid? Założę się o półtora tysiąca, jakie zainwestowałeś w ten swój zegarek, że 

ten mały regularnie bierze w skórę. A ja jestem cholernie bezsilna.

background image

- Od tego jest prawo - odparł, przysuwając się do kraty.

- Tak, ale prawo bywa ślepe. - Westchnęła i zerknęła na drzwi. - Merle, dobrze, że 

jesteś. Zastąp mnie, muszę podjechać do Kramerów.

- Znowu bliźniaki?

- A któż by inny. - Sięgnęła po czarny kapelusz z płaskim rondem. - Zjem po drodze, a 

przy okazji przywiozę coś dla naszego gościa. Gulasz?

- Stek, średnio wysmażony. Sałatka szefa kuchni, z oliwą i octem, oraz przyzwoite 

bordeaux.

- Nie rób takiej wystraszonej miny, Merle - dodała na odchodnym. - Nie słuchaj tego 

francuskiego pieska.

- Jeden telefon! - zawołał za nią Phil.

Z ciężkim westchnieniem wyjrzała zza drzwi.

- Merle   T.,   pozwól   biedaczkowi   skorzystać   z   telefonu.   Raz   -   dodała   stanowczo   i 

zniknęła.

Wróciła po półtorej godzinie z dużym wiklinowym koszem. Phil siedział na pryczy i 

palił papierosa. Merle siedział rozwalony na krześle, z nogami na biurku i z kapeluszem 

nasuniętym na twarz.

Pochrapywał cichutko.

- Już po przyjęciu? - odezwała się Tory.

Phil spojrzał na nią wilkiem, a ona, chichocąc, podeszła do zastępcy i szturchnęła go 

w ramię. Zerwał się z krzesła, zgrzytając obcasami kowbojskich butów o blat biurka.

- Oj, Tory - wymamrotał i podniósł z ziemi swój kapelusz.

- Jakieś kłopoty z tym smutnym panem? - spytała. Merle posłał jej szkliste spojrzenie i 

uśmiechnął się głupawo.

- Oj przestań, Tory.

- Idź coś zjeść, a potem zmykaj do domu. Po drodze zajrzyj do baru Hernandeza i do 

sali bilardowej.

- Do warsztatu Bestlera też? - zapytał, wkładając kapelusz.

- Nie - odparła, myśląc o nielegalnej partyjce pokera. Merle z pewnością poczułby się 

w obowiązku rozgonić wszystkich do domów.

- Już tam dzisiaj byłam.

- No dobra... - Stał, szurając butami i kątem oka zerkając na Phila. - Któreś z nas 

powinno zostać tu na noc.

- Ja zostanę. - Wzięła klucze i podeszła do celi.

background image

- Mam ubrania na zmianę, leżą na zapleczu.

- Niby tak, Tory, ale... - Chciał tylko powiedzieć, że ona bądź co bądź jest kobietą, a 

więzień posyła jej podejrzanie przeciągłe spojrzenia.

- Tak?

- Nic - mruknął, czerwieniąc się, i wyszedł.

- Czy on nie jest uroczy? - odezwała się półgłosem. - Martwi się o moją cześć.

Spojrzała cierpko na Phila, który parsknął śmiechem.

- Nie wie o spluwie z szuflady?

- Oczywiście, że wie. - Tory otworzyła celę.

- Mówiłam mu, że jeśli spróbuje się nią bawić, osobiście połamię mu palce. Głodny?

Phil spojrzał sceptycznie na wiklinowy koszyk.

- Jeszcze nie wiem.

- Och, nos do góry. Chciałeś zadzwonić i zadzwoniłeś, prawda? - spytała takim tonem, 

jakim przemawia się do małych dzieci.

Phil nie zdołał powściągnąć uśmiechu.

- Prawda. - Rozmowa z producentem przebiegła pomyślnie, więc był w nieco lepszym 

humorze. I bardzo głodny. - Co tam masz?

- Średnio krwisty stek, sałatkę, pieczone ziemniaki...

- Żartujesz? - Zerwał się z pryczy i zajrzał do koszyka.

- Z mężczyznami nigdy nie żartuję na temat jedzenia, Kincaid.

Jestem humanitarna.

- Już ja ci powiem, jaka jesteś, ale najpierw coś zjem. - Zabrał się za mięso.

- Nie zażyczyłeś sobie konkretnego deseru, więc wzięłam szarlotkę.

- Może jednak zmienię zdanie na twój temat - wymamrotał z pełnymi ustami.

- Niczego nie rób pochopnie.

- Powiedz   mi   coś,   szeryfie.   -   Przełknął   kęs,   a   potem   wskazał   widelcem 

pochrapującego psa. - Czy to coś nigdy się nie rusza?

- O ile może tego uniknąć, to nie.

- Ale żyje?

- Kiedy ostatnio sprawdzałam, jeszcze zipał - odparła pogodnie.

- No,   przepraszam   za   brak   bordeaux.   To   wbrew   regulaminowi.   Będzie   ci   musiał 

wystarczyć dr pepper.

- Jaki znowu doktor?

- Bierzesz czy nie? - Pokiwała butelką gazowanego napoju.

background image

Phil z wahaniem wyciągnął rękę.

- Co z burmistrzem?

- Zostawiłam mu wiadomość. Prawdopodobnie jutro się z tobą zobaczy.

Phil otworzył butelkę i zmarszczył czoło.

- Chyba nie zamierzasz mnie tu przetrzymywać przez całą noc?

- Masz dziwny stosunek do prawa, Kincaid. Twoim zdaniem powinnam ci opłacić 

pokój w hotelu?

- Twarda z ciebie sztuka, pani szeryf.

- Się wie. - Uśmiechnęła się szeroko i usiadła na skraju pryczy. - Smakuje?

- Tak. Chcesz trochę?

- Nie, jestem już po kolacji. - Przez chwilę przyglądali się sobie nieufnie. - Co Phillip 

C. Kincaid, genialnie dziecko kinematografii, robi we Friendly w Nowym Meksyku?

- Tylko   tędy   przejeżdżałem   -   odparł   oględnie.   Miał   przeczucie,   że   jego   plany   nie 

przypadłyby Tory do gustu.

- Sto piętnaście kilometrów na godzinę.

- No może.

Zaśmiała się i oparła plecami o ścianę. Phil patrzył, jak włosy miękko opadają jej na 

pierś, i pomyślał, że tylko szaleniec zadzierałby z taką kobietą. A on wciąż był przy zdrowych 

zmysłach.

- A co we Friendly w Nowym Meksyku robi Victoria L. Ashton?

I to z odznaką?

- Wywiązuję się z tego, do czego się zobowiązałam - odparła cicho.

- Nie pasujesz mi do tej roli. - Phil patrzył na nią krytycznie. - A rozmawiasz ze 

specem od obsadzania ról.

- Dlaczego tak uważasz? - Z roztargnieniem głaskała się po kolanie.

- Masz zbyt wypielęgnowane ręce. Może nie aż takie delikatne, jak się spodziewałem, 

kiedy zobaczyłem twoją twarz, ale jednak.

- Szeryf nie pracuje rękami - zauważyła Tory.

- Podobnie   jak   nie   używa   perfum,   których   najmniejszy   flakonik   kosztuje   sto 

pięćdziesiąt dolarów. Perfum stworzonych po to, żeby doprowadzać mężczyzn do szaleństwa.

Uniosła brwi i zamyślona przygryzła usta.

- To po to je stworzono?

- Mało który szeryf wygląda tak - mówił dalej - jak gdyby zszedł z okładki „Harper's 

Bazaar”, zastępcę traktuje jak młodszego brata i z własnej kieszeni płaci za szybę, którą zbił 

background image

jakiś chłopak.

- Ojej, ojej - rzekła powoli Tory - aleś ty przenikliwy. Słucham, to w jakiej roli byś 

mnie obsadził?

Phil wzruszył ramionami.

- Kilka chodziło mi po głowie, ale teraz sam już nie wiem. Nie jesteś delikatnym 

kwiatem pustyni. - Widząc jej uśmiech, dodał szybko: - Mogłabyś nim być, gdybyś chciała, 

ale najwyraźniej nie chcesz. Światową femme fatale też nie. Chociaż to także twój wybór. - 

Wziął szarlotkę i usiadł obok niej. - Wiesz, że niejedna kobieta marzyłaby o tym, żeby mnie 

uwięzić i móc opowiadać o swoim życiu przed taką wdzięczną publicznością jak ja?

- Wierzę, że niejedna - przytaknęła sucho. - Może nawet trzy.

Albo i cztery.

- Ranisz moje ego, pani szeryf. - Spróbował szarlotki, a następny kęs podał Tory.

Otworzyła  usta i pozwoliła, by ją nakarmił; nadzienie było kwaskowate, pachnące 

cynamonem i wciąż ciepłe.

- Co chcesz wiedzieć? - zapytała.

- Czemu wtrącasz mężczyzn do więzienia, zamiast łamać im serca?

Roześmiała się srebrzyście, ale i chwilę zawahała. Minęło tyle czasu, odkąd może po 

prostu   z   kimś   porozmawiać.   Z   mężczyzną.   Phil   wydał   jej   się   interesujący   -   i   chwilowo 

nieszkodliwy.

- Tu się urodziłam - powiedziała, jak gdyby to wszystko tłumaczyło.

- Ale stąd wyjechałaś.

Podał jej następny kęs ciasta i nagle przyłapał się na tym, że od dawna nie przebywał 

w towarzystwie kobiety, która niczego od niego nie chce.

- Nie brakuje ci ogłady, Victorio. A we Friendly z pewnością jej nie nabyłaś.

- Skończyłam prawo na Harvardzie.

- Ach. - Z uznaniem pokiwał głową. - To mi do ciebie pasuje.

Już cię z widzę ze skórzaną aktówką, w prążkowanym kostiumie.

Czemu nie praktykujesz?

- Praktykuję.   Mam   biuro   w   Albuquerque.   -   Ściągnęła   brwi.   -   W   prążkowanym 

kostiumie?

- Gołębim,   szalenie   dyskretnym.   Jak   możesz   praktykować   w   Albuquerque   i 

szeryfować we Friendly? - Bezwiednym gestem odgarnął jej włosy z ramienia.

- Chwilowo nie biorę nowych spraw, więc nie powiem, żebym się przepracowywała. 

Głównie siedzę nad aktami, a raz na jakiś czas robię krótki wypad do biura.

background image

- Jesteś dobrą prawniczką? Uśmiechnęła się figlarnie.

- Jestem fantastycznym adwokatem, Kincaid, ale ciebie nie mogę reprezentować. To 

byłoby nieetycznie.

Podał jej następny kęs szarlotki.

- No to co robisz we Friendly?

- Zawsze jesteś taki wścibski?

- Tak.

Parsknęła śmiechem.

- Mój ojciec był tu szeryfem przez długie lata. - Nie zdołała ukryć smutku. - Sądzę, że 

na swój skromny sposób sprawiał, że nasze miasteczko było takie, jakie było. Kiedy zmarł, 

nie wiedzieliśmy, co robić. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale w miejscu, gdzie żyje zaledwie 

garstka ludzi, jeden może wiele zmienić, a on... był wyjątkowym człowiekiem.

Nie spytał, ile czasu minęło od jego śmierci; ta rana jeszcze się nie zagoiła.

- Burmistrz spytał, czy nie zastąpiłabym go, dopóki sytuacja się nie uspokoi, a ja i tak 

miałam tu kilka spraw do załatwienia, więc się zgodziłam. Nikt oprócz Merle'a nie chciał tego 

stołka, a Merle... - Zaśmiała się łagodnie. - On jeszcze nie jest gotowy. Ja znam prawo i znam 

to miasteczko. Starczy?

Jej   skóra   nawet   w   ostrym   świetle   żyrandola   była   nieskazitelna,   oczy   zielone   jak 

szmaragdy. Phil przyłapał się na tym, że znowu próbuje dotknąć jej włosów.

- Nie - odparł cicho, wciąż na nią patrząc, a Tory poczuła, że nagle zasycha jej w 

ustach.

Wstała.

- A   powinno   -   odparła   lekko,   zbierając   puste   talerze.   -   Jutro   chętnie   wysłucham 

historii twojego życia. - Zatrzymał ją, opierając dłoń na jej ramieniu. Spojrzała na jego palce, 

a potem powoli przeniosła wzrok na jego twarz. - Kincaid, jeszcze ci mało kłopotów?

- Przecież drugi raz nie wsadzisz mnie do więzienia - zauważył, obracając ją, tak aby 

stała przodem do niego.

- Ale spokojnie mogę przedłużyć ci wyrok.

- Ile mi grozi za kochanie się z szeryfem? - spytał, obejmując ją ramionami.

- Kara jest bardzo bolesna, o czym przekonasz się, jeśli zaraz mnie nie puścisz.

- Trudno, Tory - rzeki półgłosem, gładząc ją po plecach. - Mimo wszystko zaryzykuję.

Przechyliła głowę, pogardliwie unosząc brwi.

- Pierwszy raz dostajesz kosza, Kincaid? - spytała, siląc się na opanowanie.

W jego oczach błysnął gniew. Czuła jego uda tuż przy swoich, twarde mięśnie ramion, 

background image

szczelnie opasujących jej własne. Na chwilę zamknął oczy, potem puścił ją i odsunął się o 

krok.

- Nie teraz - powiedział cicho. - Nie tutaj. Ale wrócimy do tego.

Z udawanym spokojem zebrała resztę naczyń.

- I znowu dostaniesz kosza.

- Akurat.

Obejrzała   się   rozdrażniona.   Przyglądał   się   jej,   kiwając   się   na   piętach,   udając 

zrelaksowanego, ale nie dała się zwieść.

- Lepiej trzymaj się swoich głupiutkich blondynek - poradziła chłodno. - Tak ładnie 

wychodzą na zdjęciach, uczepione twojego ramienia.

- Odpinasz czasem tę odznakę? - spytał nagle.

- Okazjonalnie.

- Kiedy? - spytał, zawieszając wzrok na małej gwieździe na jej piersi.

- A co to ma do rzeczy?

- Dam ci powód, żeby ją zdjąć. Nawet kilka razy.

- Głupi. Myślisz, że żadna ci się nie oprze?

- Zgadłaś. - Uśmiechał się wesoło. - Uważasz, że się mylę?

- Uważam, że jesteś próżny i zarozumiały. Poczuł się urażony, ale nie przestał się 

uśmiechać.

- Tak? Wypowiadasz się jako prawniczka czy jako osoba prywatna?

- Prywatnie uważam cię za...

Uciszył ją mocnym, niemal brutalnym pocałunkiem. Nie broniła się - najpierw była 

zbyt   zaskoczona,   potem   zbyt   pochłonięta   doznaniami,   które   przypominały   jazdę   kolejką 

górską.   Pocałunek   zmieniał   się   ciągle,   to   łagodniał,   to   znowu   nabierał   tempa,   jego   usta 

uwodziły,   to   delikatnie,   to   władczo.   Tory   poczuła   dotyk   jego   języka   i   w   zapamiętaniu 

odwzajemniła  pieszczotę.   Chciała  poznać  wszystkie  tajemnice   jego  ust,  lecz  nie   zdążyła, 

znowu  bowiem   przejął  kontrolę  nad  tym,  co  się   działo.  Chciał  czuć,   jak  słabnie  w   jego 

ramionach, całkowicie podbita, zwyciężona.

Kiedy   ją   puścił,   nie   była   w   stanie   się   ruszyć.   Patrzyła   na   niego   oszołomionym 

wzrokiem.

- Przyznaję się do winy, wysoki sądzie - rzekł przeciągle i ciężko usiadł na pryczy. - 

Zrobiłem to, ale było warto.

Ogarnęła ją wściekłość. Doskoczyła do niego i złapała go za koszulę. Phil nie bronił 

się. Uśmiechając się bezczelnie, rzucił tylko:

background image

- Przemoc wobec uwięzionego? Nieładnie. Obrzuciła go wyzwiskami, kwieciście i ze 

swadą.

Gdy przerwała, aby nabrać tchu, spytał tonem pełnym podziwu:

- Na Harvardzie cię tego nauczyli?

Tory puściła go gwałtownie, chwyciła kosz i wypadła z celi, trzaskając drzwiami. Po 

chwili huknęły drugie drzwi.

Phil wciąż się uśmiechał. Położył się na pryczy i zapalił papierosa. Może wygrała 

pierwszą   rundę,   ale   druga   zdecydowanie   należała   do   niego.   Leniwie   wydmuchując   siwą 

smużkę dymu, myślał o dalszym ciągu tego niecodziennego meczu.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Kiedy   budzik   zaczął   dzwonić,   Tory   niecierpliwie   strząsnęła   go   ze   stolika. 

Zagrzechotał o podłogę i dalej wrzeszczał, a Tory wcisnęła głowę pod poduszkę. Nie obudziła 

się w najlepszym humorze. Budzik hałasował i hałasował, dopóki nie pacnęła go dłonią i nie 

wyłączyła   alarmu.   Po   spokojnie   przespanej   nocy   bywała   marudna.   Po   bezsennej   była 

niebezpieczna.

A   tej   nocy   głównie   przekręcała   się   z   boku   na   bok,   rozpamiętując   wybryk   Phila. 

Najbardziej rozwścieczała ją myśl, iż jego pocałunek sprawił jej autentyczną przyjemność. 

Przewróciła się na plecy i przycisnęła poduszkę do twarzy, osłaniając się przed natrętnym 

słońcem. Źle się stało, że pozwoliła Philowi takie poufałości.

Owszem,   miło   rozmawia   się   z   inteligentnym   mężczyzną,   ale   to   nie   jest 

wytłumaczenie. Zapomniała o swoich obowiązkach.

Zdegustowana   cisnęła   poduszkę   w   kąt   pokoju   i   zmrużyła   oczy,   oślepiona   ostrym 

słonecznym światłem. W jeszcze gorszym humorze wstała i zaczęła się ubierać.

Phil obudził się obolały. Wyprostował nogi i aż jęknął, pełny pretensji do Tory, jak 

gdyby   to   ona   wyprodukowała   guzowaty   materac   specjalnie   z   myślą   o   nim.   Ostrożnie 

otworzył jedno oko i wpatrzył się w potwornie chrapiącego mężczyznę z drugiej celi. Sąsiad 

spał w najlepsze od wczorajszego wieczoru, kiedy Tory wciągnęła go na pryczę. Nie lada 

zadanie,   zważywszy   że   był   od   niej   dwukrotnie   cięższy   i   zalany   w   pestkę.   Tytułował   ją 

„poczciwą starą Tory”, a ona złościła się dobrodusznie, wpychając go do celi. Po trzydziestu 

minutach jego chrapania, poczucie humoru zaczęło Phila zawodzić.

Nie odezwała się do niego słowem.

Phil obserwował jej zmagania z pijakiem, udając obojętność.

Jednak z przyjemnością odnotował, że wciąż jest podminowana. Do północy wracała i 

wychodziła kilkakrotnie, a potem w milczeniu zamknęła od wewnątrz drzwi biura. Popełnił 

wtedy fatalny błąd: kiedy poszła się położyć w pokoiku na zapleczu, obserwował jej cień na 

ścianie, kiedy się rozbierała. Ta tortura w połączeniu z koszmarnie niewygodnym materacem 

oraz chrapaniem sąsiada sprawiły, że noc nie była dla Phila szczególnie udana. Nie obudził 

się rozszczebiotany jak skowronek.

Usiadł na pryczy i przyjrzał się śpiącemu pijakowi. Miał dość szeroką, zaczerwienioną 

twarz   pucołowatego   cherubinka,   okoloną   pierścieniem   włosów   o   odcieniu   blond.   Phil 

powiódł dłonią po policzku i westchnął, czując szorstki zarost. Tęsknił za brzytwą, gorącym 

prysznicem i czystymi ubraniami. Wstał i podszedł do kraty.

background image

- Tory!   -   zawołał   tonem   kogoś,   kto   jest   przyzwyczajony   do   posłuchu,   ale 

odpowiedziała mu cisza. - Do cholery, Tory, chodź tutaj!

- Zagrzechotał   kratami,   żałując,   że   nie   może   narobić   gorszego   hałasu;   może   przy 

okazji obudziłby tego cholernego pijaczka. - Tory, wyłaź z łóżka i rusz się tutaj! - Zaklął pod 

nosem.

- Jak stąd wyjdę...

Przyszła z garnkiem wody.

- Stul dziób, Kincaid!

- Słuchaj, chcę się wykąpać, ogolić i przebrać. Jeśli zaraz...

- Jeśli się nie zamkniesz i nie dasz mi spokojnie wypić kawy, zaliczysz prysznic, nie 

ruszając się z celi.

- Uniosła garnek. - Umyjesz się, jak wróci Merle.

Zajęła się parzeniem kawy.

- Ależ jesteś jędzowata, kiedy trzymasz kogoś pod kluczem.

- Zawsze jestem jędzowata. Dobrze ci radzę, Kincaid, nie awanturuj się, dopóki nie 

skończę drugiego kubka. Rano potrafię być niemiła.

- Ostrzegam cię. Pożałujesz, że mnie tu zamknęłaś - powiedział z groźbą.

Spojrzała   na   niego   po   raz   pierwszy   tego   ranka.   Ubranie   miał   wymięte,   włosy   w 

nieładzie. Arystokratyczne rysy twarzy przesłonił cień zarostu. Z jego chłodnych błękitnych 

oczu i z całej postawy wyzierał gniew, ale wyglądał lepiej niż kiedykolwiek.

- Będę   żałowała,   jak   przyjdzie   mi   ciebie   wypuścić   -   mruknęła.   -   Chcesz   kawy? 

Wypijesz czy będziesz próbował mnie oblać?

Pomysł wydał mu się kuszący, jednak nie aż tak jak aromat kawy. Tory wypiła pół 

kubka, zanim pofatygowała się do Phila.

- Co chcesz na śniadanie? - spytała, podając mu kawę.

Posłał jej gniewny grymas.

- Prysznic i młotek na tego tutaj.

- Silas   obudzi   się   za   pół   godziny,   świeżutki   i   wesoły   jak   szczygiełek   -   odparła, 

zaglądając do sąsiedniej celi. - Nie dał ci spać?

- On i to bajeczne łoże, na którym leżałem.

- Przestępstwo nie popłaca.

- Uduszę cię, kiedy stąd wyjdę. Powoli i z wielką przyjemnością - oznajmił.

- Tak prysznica sobie nie załatwisz. - Obróciła się i spojrzała na Toda, który właśnie 

stanął w drzwiach. Zmieszany schował ręce do kieszeni. - Dzień dobry.

background image

- Zaprosiła go gestem i uśmiechnęła się. - Wcześnie przyszedłeś.

- Nie   mówiła   pani,   o   której.   -   Wszedł,   zerkając   na   Silasa   i   na   Phila.   -   Ma   pani 

więźniów.

- Mam. Ten tam - kciukiem wskazała Phila - ma paskudny charakterek.

- Za co siedzi?

- Za tragiczną arogancję.

- Ale chyba nikogo nie zabił?

- Jeszcze nie - mruknął Phil, a widząc, że chłopakowi zabłysły oczy, dodał: - Wrobili 

mnie.

- Każdy tak mówi, prawda, pani szeryf? - skomentował Tod.

- Jasne. - Chciała zmierzwić mu włosy, ale odskoczył jak oparzony. - No to bierz się 

do roboty. Na zapleczu znajdziesz miotłę.

Na początek zamieć podłogę. Jadłeś śniadanie?

- Nie, ale...

- Przyniosę ci coś, jak skończę z tym tutaj. Przypilnujesz wszystkiego?

Dzieciak aż rozdziawił usta.

- Tak, psze pani!

- W porządku, teraz ty tu dowodzisz. - Od drzwi dodała jeszcze:

- Gdyby Silas się obudził, możesz go wypuścić. Ten drugi zostaje.

Zrozumiano?

- Jasna sprawa, pani szeryf! - Rzucił Philowi chłodne spojrzenie.

- Mnie nie wywinie żadnego numeru.

Tory starała się nie roześmiać.

Zrezygnowany Phil oparł się o kraty i sączył kawę, patrząc, jak chłopak zabiera się za 

sprzątanie, co pewien czas rzucając ukradkowe spojrzenie w jego kierunku.

- Jesteś tutejszy? - zagadnął Phil. Tod zmierzył go nieufnym wzrokiem.

- Nie.

- Mieszkasz na ranczu?

Znowu zaczął zamiatać podłogę, ale już nieco wolniej.

- Aha.

- Macie konie?

- Kilka. - Ostrożnie zbliżał się do celi. - Pan nie stąd?

- Nie. Jestem z Kalifornii.

- Serio? - Tod przyjrzał mu się uważnie. - Nie wygląda pan na złego człowieka.

background image

- Dzięki.

- No to co pan robi w więzieniu?

- Płacę za wybuch złości - odparł szczerze Phil. Tod parsknął śmiechem.

- Za to nie wsadzają za kratki. Mój tatko ciągle się wścieka.

- Czasami wsadzają. Zwłaszcza jeśli ten, kto się wścieka, kogoś krzywdzi.

Chłopak zamiatał mechanicznie.

- Pan kogoś skrzywdził?

- Tylko samego siebie - wyznał smętnie Phil. - Podpadłem pani szeryf.

- Zac Kramer mówi, że baba szeryf to nie szeryf. Phil zaśmiał się cicho.

- Coś mi się wydaje, że ten Zac nie jest zbyt bystry.

- Podobno szeryf wczoraj u nich była. Kramerowie muszą umyć panu Hollisterowi 

wszystkie okna, od wewnątrz i od zewnątrz. Za darmo.

W tej samej chwili wróciła Tory.

- Śniadanko - oznajmiła pogodnie, stawiając na stole talerz dla Toda. - Naprzykrzał ci 

się?

- Nie, psze pani. - Tęsknie zerkał na jedzenie, ale nie przerwał pracy.

- To dobrze. A teraz siadaj i wcinaj.

- Ja? - Spojrzał na nią z niedowierzaniem.

- Tak, ty. - Wzięła drugi talerz i poszła po klucze do celi. - Potem odniesiesz naczynia 

do hotelu. - O - tworzyła drzwi.

Phil patrzył na twarz Toda.

- Pani szeryf - powiedział cicho, biorąc ją za rękę - jest pani kobietą z klasą.

Przyciągnął do ust jej dłoń i ucałował ją delikatnie.

- Phil - odparła z westchnieniem. - Zajmij się swoim śniadaniem.

Merle niedługo wpadnie tutaj z twoimi ciuchami.

Chciała wyjść z celi, ale ją zatrzymał.

- Tory, nie dokończyliśmy tamtej rozmowy - powiedział cicho.

- Nie ma się co kończyć, bo nic się nie zaczęło - poprawiła, zabierając dłoń.

Zamknęła celę i spojrzała na Toda, który właśnie kończył porcję jajek na bekonie.

- Ty nie jesz? - spytał Phil, sięgając po widelec.

- Nigdy nie zrozumiem, jak można cokolwiek w siebie wmusić o tej porze - mruknęła 

Tory i upiła łyk kawy. - Tod, radiowóz jest brudny aż strach. Zajmiesz się tym?

- Jasna sprawa. - Od razu zerwałby się z krzesła, gdyby nie zatrzymała go, kładąc mu 

dłoń na ramieniu.

background image

- Najpierw dokończ śniadanie - oznajmiła rozbawiona. - Skończysz zamiatać, umyjesz 

auto i na dzisiaj wystarczy. - Usiadła na biurku i patrzyła, jak je z apetytem. - Rodzice wiedzą, 

gdzie jesteś?

- Wszystko,   co   miałem   do   zrobienia,   zrobiłem   przed   wyjściem   -   odpowiedział   z 

pełnymi ustami.

- Hm.

Szczęknęły drzwi. Spojrzała w ich stronę, pewna, że zobaczy Merle'a, i osłupiała.

- Lou! - Phil zerwał się na równe nogi. - Co tak długo?!

- Wiesz co, Phil? Pasujesz do tej scenerii.

Lou   Sherman,   pomyślała   Tory   z   nabożnym   podziwem.   Jeden   z   najlepszych 

prawników w kraju. Śledziła sprawy, które prowadził, podziwiała jego styl, opierała się na 

precedensach, które przedstawiał w sądach.

Olbrzymi   mężczyzna   na   żywo   wyglądał   równie   imponująco   jak   na   zdjęciach   w 

gazetach i w kolorowych czasopismach. Miał ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu, potężną 

budowę   ciała   i   rozwichrzoną   strzechę   siwych   włosów.   Jego   głos   rozbrzmiewał   w   salach 

sądowych od ponad czterdziestu lat. Był nieustępliwy, ekscentryczny i groźny.

Tory   mogła   tylko   patrzeć,   jak   wchodzi   do   jej   biura,   odziany   w   nieskazitelny 

perłowoszary garnitur i koszulę w cukierkowym różowym kolorze.

Phil powitał go niecenzuralnym określeniem, wywołując salwę tubalnego śmiechu.

- Z szacunkiem, mój synu, jeśli chcesz stąd wyjść.

- Mecenas spojrzał na talerz, który stał przed Philem.

- Skończ to, a ja tymczasem pogawędzę sobie z szeryfem. - Obrócił się i z uroczystą 

miną spojrzał na Tory i na Toda. - Z kim mam rozmawiać?

Tory jeszcze nie odzyskała mowy. Tod wskazał ją wzrokiem.

- Z nią - podpowiedział z pełnymi ustami.

Lou zawiesił wzrok na odznace.

- Pani szeryf - podchwycił serdecznym tonem i uśmiechnął się szeroko. - I, proszę mi 

wybaczyć śmiałość, najładniejsza przedstawicielko prawa, jaką kiedykolwiek widziały moje 

oczy.

Tory wstała i podała mu rękę.

- Victoria Ashton. Miło mi pana poznać, panie Sherman.

- Cała przyjemność po mojej stronie, szeryf Ashton - zapewnił z wdziękiem. - Zechce 

mi pani zdradzić, co tym razem przeskrobał ten młody człowiek?

- Lou - zaczął gniewnie Phil, ale mecenas z roztargnieniem machnął ręką i oznajmił 

background image

surowo:

- Jedz   tę   swoją   jajecznicę.   Zrezygnowałem   z   obiecującej   partyjki   golfa,   żeby   tu 

przylecieć. Pani szeryf? - zwrócił się do Tory, pytająco unosząc brwi.

- Pan Kincaid został zatrzymany na siedemnastce za jazdę z nadmierną prędkością - 

zaczęła.   -   Odmówił   przyjęcia   mandatu,   w   związku   z   czym   mój   zastępca   był   zmuszony 

doprowadzić go tutaj. - Ignorując bolesne westchnienie Lou, mówiła dalej: - Przykro mi, ale 

pan Kincaid był wyjątkowo nieskory do współpracy.

- Cały on - westchnął z ubolewaniem Lou.

- Cholera, Lou, nie możesz mnie po prostu stąd wyciągnąć?

- Wszystko w swoim czasie - obiecał mecenas, nie patrząc na niego. - Ciążą na nim 

inne zarzuty, pani szeryf?

- Stawianie oporu podczas aresztowania - stwierdziła, nie starając się ukryć uśmiechu. 

- Grzywna wynosi dwieście pięćdziesiąt dolarów, kaucja pięćset. Kiedy pan Kincaid w końcu 

zrobił się bardziej skory do współpracy, okazało się, że brakuje mu funduszy.

Lou pomasował podbródek. Rubin w sygnecie, który nosił na małym palcu, zalśnił 

efektownie.

- Nie po raz pierwszy - podsumował. Wściekły, że ci dwoje go ignorują i szkalują 

jednocześnie, Phil wtrącił cierpko:

- Groziła mi bronią!

Mecenas skwitował tę informację kolejną salwą śmiechu.

- Niech to licho, a mnie przy tym nie było i nie widziałem jego miny!

- Warta była co najmniej tyle, na ile opiewał mandat - przyznała rozbawiona Tory.

Phil miał ochotę kląć na czym świat stoi, ale przypomniał sobie o obecności chłopaka 

- który przysłuchiwał się chciwie ich każdemu słowu - i ostatecznie tylko zazgrzytał zębami.

- Lou - wycedził - wyciągniesz mnie stąd czy będziesz tu stał i gadał o niczym przez 

cały boży dzień? Nie kąpałem się od wczoraj.

- Straszny maruda - westchnął Lou. - Ma to po ojcu. Jego też raz czy dwa musiałem 

wyciągać z tarapatów. W stanie New Jersey jest takie małe miasteczko... ale to już całkiem 

inna historia. Chciałbym pomówić z klientem, szeryf Ashton.

- Oczywiście. - Tory przyniosła klucze do celi.

- Ashton - powtórzył półgłosem Lou i na moment zamknął oczy.

- Victoria Ashton. To nazwisko wydaje mi się dziwnie znajome. - Pogładził się po 

podbródku. - Od dawna jest pani szeryfem?

- Nie, tylko tymczasowo - wyjaśniła, otwierając celę.

background image

- Jest prawniczką. Adwokatką - wtrącił z obrzydzeniem Phil.

- Już wiem! - Lou spojrzał na nią z satysfakcją. - Wiedziałem, że gdzieś słyszałem to 

nazwisko. Sprawa Dunbartona. Fantastycznie się pani spisała.

- Dziękuję.

- Sędzia Withers był na panią cięty - przypomniał sobie Lou. - Obraza sądu. Jak go 

pani nazwała?

- Pompatycznym kabotynem. Lou zachichotał zachwycony.

- Piękny dobór słów.

- Kosztował mnie noc w areszcie.

- Ale sprawę pani wygrała.

- Szczęśliwie sędzia Withers nie żywił do mnie urazy.

- Wygrała pani dzięki umiejętnościom i ciężkiej pracy - poprawił Lou. - Gdzie pani 

studiowała?

- Na Harvardzie.

- Słuchajcie  no - odezwał się  gniewnie Phil.  - Poplotkować to  sobie  możecie,  ale 

później, przy drinkach.

- Gdzie twoje maniery, Phil? - Lou uśmiechnął się do Tory. - Proszę nam wybaczyć, 

szeryf Ashton. Phil, poczęstuj mnie muffinem i opowiedz o kłopotach.

Tory zostawiła ich samych. Zanim Merle zdążył wnieść do biura walizkę Phila, do 

pomieszczenia   wpadł   Dynamit,   ułożył   się   na   swoim   ulubionym   miejscu   na   podłodze   i 

natychmiast zasnął.

- Postaw to przy biurku, Merle - odezwała się Tory. - Załatwię sprawę z Kincaidem i 

pójdę do domu. Przez dwie godziny będę nieosiągalna.

- Okay. - Zerknął na pochrapującego Silasa. - Mam go stąd wykopsać?

- Kiedy się obudzi. - Spojrzała na Toda. - Tod umyje mój samochód.

Wpychając do ust ostatni kęs, chłopak zerwał się z krzesła i pobiegł do drzwi.

- Zaraz to zrobię.

Tory patrzyła za nim, marszcząc brwi.

- Merle, co wiesz o jego ojcu?

Zastępca wzruszył ramionami i podrapał się po mizernym wąsie.

- Swanson   to   odludek,   hoduje   bydło   na   ranczu   kilka   kilometrów   na   północ   od 

miasteczka. Zaliczył ze dwie bójki, ale nic poważnego.

- A jego żona?

- Cicha kobitka. Czasem dorabia sobie sprzątaniem w hotelu.

background image

Pamiętasz jej starszego syna? Wywiało go stąd kilka lat temu i ślad po nim zaginął.

Tory w zamyśleniu pokiwała głową.

- Miej go na oku pod moją nieobecność, dobrze?

- Jasne. Wpakował się w kłopoty?

- Nie   jestem   pewna.   Po   prostu   miej   oczy   szeroko   otwarte,   Merle   T.   -   dodała, 

uśmiechając się z sympatią. - Sprawdzisz, czy znalazł jakieś wiadro? Chyba nie musiałbyś go 

długo przekonywać, żeby wypucował i twoje auto.

Merle zniknął za drzwiami.

- Pani  szeryf?   - Obejrzała   się  w  chwili,  gdy  Lou  wyłonił   się z  celi.  - Mój  klient 

wspomniał, że jest pani także sędzią pokoju?

- Zgadza się, panie Sherman.

- W takim razie chciałbym  złożyć w imieniu mojego klienta wniosek o orzeczenie 

przejściowej niepoczytalności.

- Czarodziej z ciebie, Lou - mruknął Phil i dodał, wskazując swą walizkę. - Czy już 

mogę się wykąpać?

- Na  zapleczu   -   odparła   Tory  i   uśmiechnęła   się   słodko.  -   Tylko   nie   zapomnij   się 

ogolić.

Poszedł po walizkę, posyłając jej przeciągłe spojrzenie.

- Kiedy to się skończy, spokojnie sobie porozmawiamy, pani szeryf.

- Tylko nie poderżnij sobie gardła, Kincaid - odpowiedziała, unosząc do ust kubek z 

kawą.

- To dobry chłopak - odezwał się Lou z ojcowskim westchnieniem, kiedy Phil zniknął 

na zapleczu.

Tory parsknęła śmiechem.

- Może nie do końca chłopak i może nie do końca dobry.

- Cóż, skoro tak pani nie podejdę, to spróbuję inaczej. - Wzruszył  ramionami,  nie 

przestając uśmiechać się ujmująco, i rozsiadł się na krześle. - Co do zarzutu stawiania oporu 

podczas aresztowania - zaczął. - Naprawdę nie chciałbym, aby coś takiego znalazło się w jego 

aktach. Noc w więzieniu była dla niego prawdziwym szokiem kulturowym, Victorio.

- Racja. - Uśmiechnęła się. - Przypuszczam, że ten zarzut mogłabym oddalić, gdyby 

pan Kincaid zapłacił mandat za przekroczenie prędkości.

- Doradziłem mu to - odparł Lou, wyciągając grube cygaro. - Nie był zachwycony, ale 

jestem... - popatrzył na cygaro rozkochanym wzrokiem - dość przekonujący. Podobnie jak 

pani. Co to była za broń?

background image

Tory skromnie splotła dłonie.

- Kaliber czterdzieści pięć. Lou roześmiał się serdecznie.

- Opowiedz mi o sprawie Dunbartona, Victorio. O ile mogę się tak do pani zwracać...?

Koń posłusznie przeszedł do galopu, wzniecając chmurę brązowego pyłu. Tory czuła 

pęd gorącego powietrza, suchego jak ziemia pod jego kopytami. Kapelusz zsunął jej się na 

plecy i zapomniany powiewał na wietrze. Ruchy Tory były idealnie zestrojone z ruchami 

wierzchowca, tak iż nie musiała zastanawiać się nad tym, co robi. Zamierzała wszystko sobie 

przemyśleć, lecz najpierw chciała oczyścić umysł, a jazda konna od dzieciństwa pomagała jej 

w tym najlepiej.

Sport nigdy jej nie nęcił. Nie widziała sensu w odbijaniu piłki albo uganianiu się za 

nią po korcie czy boisku. Zwykła strata energii.

Owszem, czasem lubiła trochę popływać, ale wolała leżeć na płynącej tratwie. Pocenie 

się w siłowni uważała za śmiechu warte, natomiast jazda konna to zupełnie co innego. Tory 

nie postrzegała jej ani jako ćwiczenie, ani jako wysiłek. Dla niej była zajęciem, które na 

krótki czas pozwala uciec przed własnymi myślami.

Przez pół godziny jeździła bez celu, zwalniając stopniowo i przestając ściskać lejce. 

Wiedziała, że koń sam zawróci w kierunku rancza.

Phillip   Kincaid,   pomyślała.   Miała   szczerą   nadzieję,   że   jest   już   w   drodze   do   Los 

Angeles. Musiała niechętnie przyznać, że ją zaintrygował. I pomimo jego kłótliwości oraz 

arogancji naprawdę jej się podobał. Okazał się interesujący, dowcipny i zabawny. Trudno nie 

lubić kogoś, kto potrafi śmiać się z samego siebie. Jeśli teraz wyjedzie, będzie po sprawie.

Czując, jak bezlitosne słońce praży jej głowę, z roztargnieniem założyła  kapelusz. 

Tak, lepiej żeby wyjechał. Kiedy ją obejmował, zapomniała o bożym świecie. Myślała o nim 

pół nocy. Westchnęła ciężko i ściągając brwi, patrzyła na surowy kamienisty krajobraz.

Na domiar złego wciąż o nim myśli, a kobieta w jej wieku nie rozpamiętuje godzinami 

byle pocałunku.

Ma dość do zrobienia podczas krótkiego pobytu we Friendly, by nie zawracać sobie 

głowy   jakimś   typkiem   z   Hollywood.   Obiecała,   że   pomoże   mieszkańcom   przywyknąć   do 

zmiany szeryfa. Musi zająć się Todem. I matką, pomyślała, przymykając oczy.

Tak   wiele   słów   padło   po   śmierci   ojca.   Tylu   rzeczy   wciąż   jeszcze   sobie   nie 

powiedziały.  Dopóki ojciec żył,  był  buforem między Tory a matką. Kiedy go zabrakło i 

zostały same, zrozumiała, że matka jest równie zagubiona jak ona sama. Napięcie między 

nimi   zamiast   zelżeć,  narastało  i  stawały się  sobie  coraz  bardziej  obce,  ale  cóż.  Za  kilka 

miesięcy Tory wróci do Albuquerque i na tym sprawa się zakończy.

background image

Będzie żyć własnym życiem, a matka swoim.

Najmądrzej   będzie   tę   samą   taktykę   obrać   również   wobec   Phillipa   Kincaida. 

Najprawdopodobniej  więcej  się   nie  zobaczą.   I  wcale  tego   nie  żałowała.   Wróżył   kłopoty. 

Potrafił być bardzo czarujący, jeśli chciał, a z jakiegoś powodu - czy z przekory, czy też po 

prostu wpadła mu w oko - gdyby miał więcej czasu, z pewnością spróbowałby ją uwieść.

- Im szybciej wróci do Hollywood, tym lepiej - mruknęła pod nosem i dźgnęła konia 

piętami.

Koń przeszedł do galopu.

Phil zatrzymał samochód i rozejrzał się. Po prawej stronie w niewielkiej odległości od 

zagrody stał niewielki biały dom, skromny dwupoziomowy budyneczek z szeroką drewnianą 

werandą.   Z   boku   rozpięty   był   sznur,   na   którym   suszyło   się   kilka   sztuk   odzieży.   Kilka 

barwnych plam okazało się doniczkowymi kwiatami ustawionymi po obu stronach schodów. 

Trawa była krótko ścięta i sucha jak wiór.

Moskitiera w jednym z okien była podarta, na podwórku za domem widać było kilka 

budynków   gospodarczych   i   zaczątek   ogrodu   warzywnego.   Auto   pani   szeryf   stało   przed 

domem, świeżo umyte, lecz już przykryte warstewką kurzu.

Całość miała w sobie coś urzekającego. Co za odludne, ciche i spokojne miejsce. Bez 

tego   auta   dom  wyglądałby   jak  przeniesiony   żywcem  z   ubiegłego  wieku.  Widać  było,  że 

właściciel o niego dba, lecz nigdy nie zmieni go w rezydencję. Przy odpowiednim oświetleniu 

obraz byłby bardzo wymowny. Phil wysiadł z auta, by obejrzeć posesję pod innym kątem. 

Gdy usłyszał głuche dudnienie kopyt, obejrzał się i zobaczył Tory.

Z miejsca zapomniał o scenerii i zaklął wściekły, że nie ma pod ręką aparatu. Jechała 

na koniu palomino; złotożółta  sierść zwierzęcia stanowiła idealny kontrast z jej karnacją. 

Włosy miała rozpuszczone, siedziała prosto, jej ruchy były perfekcyjnie zgrane z ruchami 

potężnego zwierzęcia. Phil zmrużył oczy i wyobraził sobie tę scenę w zwolnionym tempie.

Właśnie tak by to nakręcił - jej włosy unoszą się, na ułamek sekundy zawisają w 

powietrzu, a potem miękko opadają na ramiona, mięśnie zaś wierzchowca grają, silne nogi 

wzniecają tumany kurzu.

Uosabiali siłę, piękno i władzę człowieka nad zwierzęciem. Phil żałował tylko, że nie 

widzi jej dłoni.

Wiedział, kiedy go zauważyła; mięśnie jej ramion napięły się ledwie zauważalnie. 

Widząc to, aż się uśmiechnął. O nie, jeszcze nie skończyliśmy rozmawiać, pomyślał. Oparł 

się o ogrodzenie i czekał.

Tory zatrzymała się i wciąż siedząc w siodle, rzuciła Philowi przeciągle spojrzenie. Z 

background image

nonszalancką   miną   sięgnął   po   okulary   przeciwsłoneczne   i   założył   je,   co   najwyraźniej   ją 

zirytowało.

- Kincaid - odezwała się chłodno. - Jakiś problem?

- Nie sądzę. - Uśmiechnął się leniwie.

- Sądziłam, że jesteś już w pół drogi do Los Angeles.

- Tak?

Zniecierpliwiona zeskoczyła z konia i zmierzyła mężczyznę wzrokiem.

- Zakładam, że mandat już zapłaciłeś. Pozostałe zarzuty zostały oddalone.

- Wiem.

- I co?

- I nic - odparł uprzejmie, rozbawiony gniewnymi błyskami, które pojawiły się w jej 

oczach.

- Pan Sherman wyjechał? - spytała, rozmyślnie odwracając się do niego plecami.

- Nie, dyskutuje z burmistrzem o muchach i przynętach. - Uśmiechnął się szeroko. - 

Lou jest zapalonym wędkarzem.

- Rozumiem.  - Tory powiesiła siodło na ogrodzeniu. - Swoją sprawę  też zdążyłeś 

omówić z burmistrzem?

- Doszliśmy do porozumienia w nader sympatycznej atmosferze - odparł, patrząc, jak 

Tory wyjmuje koniowi wędzidło z pyska. - On poda ci szczegóły.

Tory klepnęła ogiera w bok, a kiedy zwierzę wbiegło do zagrody, zamknęła ją na 

skobel.

- Po co miałby to robić?

- Powinnaś znać harmonogram i tak dalej, zanim zaczniemy kręcić.

- Wybacz, ale chyba się przesłyszałam.

- Przyjechałem   do   Nowego   Meksyku,   żeby   znaleźć   zapyziałe   miasteczko   na 

pustkowiu, w którym mógłbym nakręcić nowy film.

- I je znalazłeś - podsumowała głucho.

- Dzięki tobie. - Uśmiechnął się z wdzięcznością. - Zaczynamy w przyszłym miesiącu.

- Nie podoba mi się to.

- Tego   się   spodziewałem.   -   Podszedł   do   niej.   -   Ale   będziesz   musiała   jakoś   się 

przemęczyć prawie do jesieni.

- Przywieziesz tu kamery, ludzi i chaos - zaczęła gniewnie. - Friendly ma swój rytm, a 

ty pchasz się tutaj ze swoim stylem życia, którego miejscowi nawet sobie nie wyobrażają.

- Będziemy urządzać bardzo cichutkie orgie - zażartował i roześmiał się, widząc w jej 

background image

oczach furię.

- Tory, nie bądź głupia. Przyjeżdżamy tu pracować, a nie balować. Jak się potrzyma 

aktora przez dziesięć ujęć na takim słońcu, to wieczorem nie będzie rozrabiał. Będzie spał jak 

nieżywy. - Owinął wokół palca kosmyk jej włosów. - Wierzysz we wszystko, co wyczytasz w 

brukowcach?

Odsunęła jego dłoń rozdrażnionym gestem.

- Wiem o Hollywood więcej niż ty o Friendly. Spędziłam trochę czasu w Los Angeles, 

broniłam scenarzystę oskarżonego o napaść. I doprowadziłam do jego uniewinnienia - dodała 

kwaśnym tonem.

- Kilka lat temu umawiałam się z jednym aktorem, byłam też na kilku przyjęciach. - 

Potrząsnęła głową.

- Może i w pismach plotkarskich jest sporo przesady, ale co do systemu wartości i 

stylu życia się nie mylą. To moje miasteczko.

Odpowiadam za jego mieszkańców i za ich spokój. I ostrzegam: jeśli ktokolwiek z 

twoich ludzi coś przeskrobie, na pewno trafi do więzienia.

Oczy mu się zwęziły.

- Mamy własną ochronę.

- Która podlega mnie - odparowała. - Lepiej o tym pamiętaj.

Przez moment w milczeniu piorunowali się wzrokiem. Koń, na którym przyjechała, 

niespokojnie biegał po zagrodzie, na chwilę zerwał się wiatr, który poruszył  rozpalonym 

powietrzem i wzniecił kurz.

- Umówmy się tak - odezwał się Phil - że dopóki będziesz schodziła mi z drogi, ja 

będę schodził z drogi tobie.

- Idealnie - odparła Tory i chciała odejść, ale Phil złapał ją za ramię.

- Mówimy o płaszczyźnie zawodowej.

Kiedy podniosła na niego zimny wzrok, uśmiechnął się.

- Teraz   nie   masz   odznaki   -   zauważył,   zdejmując   okulary.   -   Jest   coś,   czego   nie 

skończyliśmy.

- Kincaid...

- Mów mi Phil - poprawił, obejmując ją powoli.

- Myślałem o tobie, leżąc w tamtej przeklętej celi. I coś sobie obiecałem.

Tory   oparła   dłonie   na   jego   piersi   i   zesztywniała,   ale   nie   próbowała   się   bronić. 

Wiedziała, że jest o niebo silniejszy.

- Twoje przemyślenia i twoje obietnice to nie mój problem. Bez odznaki też jestem 

background image

szeryfem, a ty działasz mi na nerwy. A kiedy się zdenerwuję, potrafię być naprawdę niemiła.

- Założę się, że tak - przyznał półgłosem, zawieszając wzrok na jej ustach. - Będę cię 

miał, Victorio - dodał miękko. - Obiecuję ci, a ja zawsze dotrzymuję słowa.

- Chyba też mam w tej materii coś do powiedzenia.

- Powiedz: „nie” - szepnął i zanim zdążyła się odsunąć, pocałował ją w usta.

Jego wargi były delikatne i uwodzicielskie. Całował ją, czując bicie jej serca, dopóki 

nie westchnęła i nie zacisnęła palców na materiale jego koszuli.

Pachniał   mydłem,   świeżo   i   czysto.   Wdychając   ten   zapach,   objęła   go   za   szyję   i 

przylgnęła do niego całym ciałem, poddając się przyjemności. Usłyszała, jak jęknął cicho, a 

potem przycisnął  usta  do jej szyi.  Szepcząc  coś niezrozumiale,  całował  ją z gorączkową 

niecierpliwością.

Pochyliła się, szukając jego ust, i delikatnie je przygryzła. Gdy przyciągnął jej biodra 

do swoich, oboje wiedzieli, że pocałunki im nie wystarczą. Powiódł dłońmi po jej ciele, a gdy 

musnął   jej   piersi,   pogłębiła   pocałunek,   dopraszając   się   o   jeszcze.   Czuła   miękkość   jego 

koszuli, ciepło jego ust, jego serce tuż przy swoim.

Phil nie spodziewał się, że może tak bardzo jej pragnąć, gorączkowo, do bólu. Nie tak 

to zaplanował, nie tego chciał, lecz nie był w stanie się powstrzymać. Ta kobieta zawładnęła 

jego umysłem i jego zmysłami,  urzekła go swoim smukłym  ciałem, ustami spragnionymi 

pocałunków.   Pozwolił   sobie   na   jeszcze   jedno   dotknięcie,   jeszcze   jeden   gorączkowy 

pocałunek, nim w końcu się od niej oderwał.

Oboje byli wstrząśnięci, ale żadne z nich nie zamierzało się do tego przyznawać. Tory 

serce łomotało w piersi, nogi miała jak z waty.

Phil musiał odczekać chwilę, by odzyskać głos. Gdy trochę ochłonął, założył okulary.

- Nie powiedziałaś „nie” - skomentował.

- „Tak” też nie powiedziałam.

- Nie musiałaś. - Uśmiechnął się. - Wrócę tutaj - dodał i poszedł do samochodu.

Kiedy ruszał, zerknął we wsteczne lusterko: stała tam, gdzie ją zostawił. Gdy wcisnął 

samochodową zapalniczkę, zauważył, że ręka mu drży. Runda trzecia, pomyślał, zaciągając 

się papierosem.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Tory wciąż stała przed domem, gdy opadł kurz spod opon samochodu Phila. Sądziła 

dotąd, że wie, czym jest namiętność, tęsknota, podniecenie, lecz nagle słowa te nabrały dla 

niej nowego znaczenia. Pierwszy raz w życiu działo się z nią coś, nad czym nie była w stanie 

zapanować.

Potrząsnęła głową i odwróciła się od drogi. Nie poznawała samej siebie, zupełnie jak 

gdyby na chwilę stała się kimś innym, kogo słabości i mocne strony Phil doskonale znał i 

potrafił wykorzystać.

Wzięła siodło i popchnąwszy ciężkie drzwi, weszła do stajni. W środku było nieco 

chłodniej niż na dworze, powietrze przesycał zapach zwierząt i siana - zapach jej dzieciństwa, 

który ledwie zauważała.

Odłożyła uprząż na miejsce i zaczęła chodzić w tę i we w tę po kamiennej posadzce, 

zastanawiając się, co się z nią dzieje.

Wszystko przez Phillipa Kincaida, tego, jak na nią działa, oraz faktu, że wcale nie 

wyjeżdża z miasteczka. Fascynacja, jaką w niej budził, była czymś nowym, lecz nie takim 

znowu   dziwnym,   uznała   w   końcu.   To   sympatyczny,   inteligentny   i   zabawny   mężczyzna. 

Nawet jego wady nie są pozbawione swoistego uroku. Okoliczności, w jakich się poznali, też 

nie są bez znaczenia.

Może   właśnie   te   niecodzienne   okoliczności   uczyniły   go   w   jej   oczach 

atrakcyjniejszym.   Ponadto   jest   coś   pociągającego   w   mężczyźnie,   który   nie   przyjmuje   do 

wiadomości słowa „nie”. To irytujące, czasami nawet bardzo, ale i podniecające, Tory zaś 

była szeryfem i absolwentką Harvardu, lecz przede wszystkim kobietą. A jeśli mężczyzna na 

dodatek całuje jak Phillip Kincaid, to jeszcze lepiej, pomyślała.

Mrużąc oczy, wyszła na słońce i ruszyła w kierunku domu. Po drodze zajrzała do 

kurnika; nioski drzemały na grzędach, kryjąc łebki pod skrzydłami.

Najgorsze, że on tu wróci. Będzie musiała sobie z nim poradzić - i z jego małym 

skrawkiem Hollywood, który ze sobą przywiezie.

Cholera,   że   też   wcześniej   nie   wiedziała   o   jego   planach.   Mogłaby   pomówić   z 

burmistrzem i...

Roześmiała się samokrytycznie. To niczego by nie zmieniło.

Bud   Toomey   i   tak   zachłysnąłby   się   prestiżem,   jaki   przyniesie   miasteczku 

hollywoodzka produkcja. A jako właściciel jedynego hotelu we Friendly już zapewne słyszy 

brzęk hotelowej kasy, do której za moment zaczną wpadać hollywoodzkie dolary.

background image

I nic dziwnego. Jej własne obiekcje były dość osobistej natury.

Aktor,   z   którym   kiedyś   się   umawiała,   okazał   się   hedonistą   i   niepoprawnym 

kobieciarzem.   Była   bardzo   młoda,   kiedy   pokazał   jej   Hollywood   od   strony   kulis.   Przede 

wszystkim jednak pojawienie się ekipy filmowej we Friendly zakłóciłoby tutejszy rytm życia 

i odcisnęło swoje piętno na mieszkańcach.

Jak postąpiłby jej ojciec? - zastanawiała się, wchodząc do domu.

I   natychmiast   otoczyły   ją   wspomnienia   jego   donośnego   dźwięcznego   głosu,   jego 

śmiechu, jego prostej i trzeźwej logiki. Jego obecność wyryła trwałe piętno na tym domu.

Dom swój obecny wygląd zawdzięczał matce: czyste białe ściany w salonie, sofę z 

wielokrotnie wymienianym  obiciem, tym  razem w schludny kwiatowy wzorek. Dywaniki 

były czyste i świeże, obrazy równo powieszone; nawet i one dobrane były tak, aby wtapiać się 

w tło. Na parapecie stała kolekcja kaktusów, w powietrzu zapach rozsiewało skomponowane 

przez   nią   potpourri.   Podłogi   i   meble   były   sterylnie   czyste,   czasopisma   pochowane.   W 

smukłym  wazonie na szydełkowej  serwecie stała łodyżka  geranium. Matka dbała o dom, 

jednak to o ojcu myślała Tory, przekraczając ten próg w latach swojego dzieciństwa. Zawsze 

liczył się tylko on.

Jednak   ojciec   już   nigdy   nie   zejdzie   po   tych   schodach,   nie   porwie   jej   w 

niedźwiedziowate   objęcia   i   nie   ucałuje   hałaśliwie.   Umarł   tak   młodo,   pomyślała   Tory, 

rozglądając się ze smutkiem. Na udar umierają starzy i schorowani ludzie, nie mężczyźni jak 

dęby, w sile wieku. Jakie to niesprawiedliwe, pomyślała w bezsilnym gniewie.

Powinien   żyć,   może   wciąż   by   żył,   gdyby...   Z   rozważań   wyrwał   ją   cichy   szmer 

dobiegający z kuchni.

Stanęła w progu i patrzyła, jak Helen wykłada półki czystym papierem. Zamiłowanie 

matki do czystości było powodem wielu nieprzyjemnych spięć w domu, odkąd Tory zaczęła 

dorastać. Helen była filigranową blondynką i nie wyglądała na swoje pięćdziesiąt lat.

Miała na sobie różową podomkę, uprasowaną i lekko nakrochmaloną.

Pachniała mydłem.

Fizycznie   Tory   niemal   wcale   jej   nie   przypominała,   bo   wygląd   i   temperament 

odziedziczyła po ojcu. Nie widziała podobieństwa do kobiety cierpliwie wykładającej półki 

papierem w wesołe kolorowe paski. Mieszkały pod jednym dachem, lecz były sobie obce, a 

wzajemna   nieufność   z   czasem   narastała.   Tory   wynajęła   pokój   w   hotelu   z   tego   samego 

powodu, dla którego jej wizyty u matki były krótkie - ich spotkania z reguły źle się kończyły.

- Mamo?

Helen obróciła się zaskoczona. Popatrzyła na Tory spokojnie, unosząc jedną brązową 

background image

brew.

- Tory. Słyszałam jakiś samochód. Myślałam, że już pojechałaś.

- To był ktoś inny.

- Widziałam,   jak   wyprowadzasz   konia   ze   stajni.   -   Helen   metodycznie   wygładzała 

papier. - W lodówce jest lemoniada.

Strasznie dziś sucho. Co u ciebie, Tory?

- Świetnie - odparła chłodno.

Nalewając lemoniadę z dzbanka w żółte aksamitki, przypomniała sobie noc, kiedy 

zmarł ojciec, złe słowa, które wtedy padły, złe emocje, o których nie potrafiła zapomnieć. 

Nigdy się z matką nie rozumiały, nigdy nie były sobie bliskie, a tamta noc dzieliła je niczym 

przepaść, która z biegiem dni tylko się pogłębiała.

- Co wiesz o Swansonach? - odezwała się, by przerwać niezręczną ciszę.

- O Swansonach? - powtórzyła Helen tonem bez wyrazu; sama nigdy nie zadałaby 

takiego bezpośredniego pytania. - Od dwudziestu lat mieszkają pod miastem. Z nikim się nie 

zadają, chociaż ona kilka razy pokazała się w kościele. On z trudem wiąże koniec z końcem. 

Z   ich   starszego   syna   był   całkiem   przystojny   chłopak.   Wyjechał   stąd,   kiedy   miał   jakieś 

szesnaście lat. - Helen włożyła do szafki zastawę „na co dzień” i zamknęła drzwiczki. - Około 

pięciu lat temu. Młodszy wydaje się całkiem sympatyczny i strasznie nieśmiały.

- Tod.

- Tak. - Helen słyszała troskę w jej głosie, ale nie miała pojęcia, jak się zachować. - 

Słyszałam o oknie pana Hollistera.

Tory spojrzała na nią przelotnie. Ciemnobrązowe oczy matki wyrażały spokój.

- Bracia Kramer.

- A któż by inny. - Na ustach matki pojawił się cień uśmiechu.

- Wiadomo, czemu ten chłopak wyjechał?

- Podobno pan Swanson jest porywczy. Ale to tylko plotka.

- Plotki często opierają się na faktach - stwierdziła Tory.

Milczały, co zdarzało im się często podczas podobnych spotkań.

Lodówka wydała donośny dźwięk, podobny do pstryknięcia, i zaczęła buczeć. Helen 

starannie wytarła mokry ślad po szklance.

- Wygląda   na   to,   że   Friendly   zostanie   uwiecznione   na   filmie   -   zaczęła   Tory.   - 

Przymknęłam na noc niejakiego Phillipa C. Kincaida, a rano słyszę, że zamierza nakręcić 

tutaj ileś scen do swojego najnowszego dzieła.

- Kincaid? - powtórzyła Helen, szukając czegoś w pamięci. - Ach, to syn Marshalla 

background image

Kincaida.

Tory uśmiechnęła się wbrew sobie. Philowi nie spodobałoby się, że jest rozpoznawany 

jako syn swojego ojca, pomyślała i równocześnie zdała sobie sprawę, że zapewne walczy z 

taką etykietką, odkąd tylko zaczął karierę zawodową.

- Tak - przyznała. - Jest świetnym reżyserem, nakręcił wiele kasowych przebojów. 

Trzykrotnie nominowano go do Oscara.

- Czy ja dobrze słyszałam? Powiedziałaś, że go przymknęłaś? - zainteresowała się 

matka.

Tory uśmiechnęła się pod nosem.

- Owszem. Za wykroczenie drogowe - dodała, wzruszając ramionami. - Zrobiła się z 

tego większa sprawa... W każdym razie on zamierza tu wrócić.

- Żeby nakręcić film? - dopytywała się Helen, zafrapowana rozbawioną miną córki.

- Słucham? A, tak - odparła szybko Tory, starając się nie myśleć o jego ustach. - Tak, 

chcą tu nakręcić część materiału, szczegółów jeszcze nie znam. Najwyraźniej rano uzgodnił 

wszystko z burmistrzem.

Ale z tobą nie, pomyślała Helen, lecz powiedziała tylko:

- Ciekawe.

- Zobaczymy - mruknęła Tory i nagle niespokojna, wstała i podeszła do zlewu.

Piaszczysty krajobraz za oknem miał w sobie coś fascynującego.

Ojciec kochał tę ziemię taką, jaka była: surowa i smutna.

Patrząc na córkę, Helen przypomniała sobie, jak jej mąż stawał przy tym samym oknie 

i wpatrywał się w nie z identyczną miną.

Poczuła falę niewyobrażalnego bólu i tęsknoty, ale ukryła je przed Tory.

- We Friendly wreszcie zacznie się coś dziać - powiedziała szybko.

- Oj, będzie się działo, to akurat pewne - mruknęła Tory.

- Przewidujesz kłopoty?

- Nic, z czym bym sobie nie poradziła.

- Zawsze jesteś taka pewna siebie. Ramiona Tory zesztywniały.

- Czyżby, mamo? - Odwróciła się i spojrzała prosto w spokojne oczy Helen. Miały 

identyczny   wyraz,   kiedy   matka   mówiła   Tory,  że   poprosiła   lekarzy   o   odłączenie   ojca   od 

respiratora. Tory na próżno szukała w nich smutku, żalu czy niepewności. Twarz, na którą 

patrzyła, była apatyczna, a słowa, które padły, suche i rzeczowe. I tego Tory nie zdołała jej 

wybaczyć.

Patrząc na siebie w skąpanej słońcem kuchni, myślały o sterylnie białej poczekalni 

background image

śmierdzącej   nieprzyjemnie   potem   i   papierosami,   o   monotonnym   szmerze   klimatyzacji   i 

stukocie butów o wyłożoną terakotą posadzkę w korytarzu.

- Nie! - wyszeptała wtedy Tory, a potem zaczęła krzyczeć: - Nie!

Nie możesz mu tego zrobić! Nie możesz pozwolić, żeby umarł!

- On już odszedł, Tory - tłumaczyła głucho Helen. - Musisz się z tym pogodzić.

- Nie!

Po wielu tygodniach patrzenia, jak aparatura wpompowuje tlen w nieruchome ciało 

ojca, Tory szalała z rozpaczy i ze strachu. Daleka była od pogodzenia się ze straszną prawdą. 

Patrzyła, jak matka spokojnie siedzi przy jego łóżku, podczas gdy ona sama miotała się po 

cichej salce; widziała, jak matka powoli sączy herbatę, a jej przewracało się w żołądku na 

samą myśl o przełknięciu czegokolwiek.

„Śmierć kliniczna” - na dźwięk tych słów szarpały nią mdłości.

Szlochała niepohamowanie przy łóżku ojca, a Helen patrzyła na to suchymi oczami.

- On nic cię nie obchodzi! - oskarżyła  ją wtedy Tory. - Tak ci po prostu łatwiej. 

Wrócisz do swoich ukochanych zajęć i już nikt nie będzie ci przeszkadzał.

Helen spojrzała na wykrzywioną twarz córki i kiwnęła głową.

- Tak naprawdę trzeba.

- Nie pozwolę ci na to. - Zrozpaczona Tory chwyciła się za głowę, próbując zebrać 

myśli. - Są sposoby, aby cię powstrzymać.

Wystaram się o nakaz sądowy i...

- Już   jest   po   wszystkim   -   powiedziała   cicho   Helen.   Krew   uciekła   Tory   z   twarzy. 

Zrobiło jej się słabo: ojciec umarł. Wystarczyło nacisnąć jeden guziczek, aby odszedł. I matka 

ten guziczek nacisnęła.

- Zabiłaś go.

Helen nie wzdrygnęła się, nie skuliła.

- Przecież mnie znasz, Tory.

- Gdybyś go kochała... Gdybyś go kochała, nie zrobiłabyś mu tego!

- A ty z miłości pozwoliłabyś, żeby dalej tak leżał, bezradny i nieobecny, podłączony 

do tej całej maszynerii.

- Ale żywy! - wykrzyczała z nienawiścią Tory. - Niech cię diabli!

Wciąż by żył!

- Odszedł wiele dni temu - odparła Helen, nie podnosząc głosu. - Całe tygodnie temu. 

Pora, żebyś się z tym pogodziła.

- Dla ciebie to bardzo łatwe, co? Nikt ani nic nie zdołało sprawić, żebyś coś poczuła. 

background image

Nawet on.

- Istnieją różne rodzaje miłości, Tory - odparła sucho Helen. - Nigdy nie rozumiałaś, 

że nie wszyscy są tacy jak ty.

- Ty   mi   mówisz   o   miłości?   -   Tory   splotła   ręce,   by   jej   nie   uderzyć.   -   Nigdy   nie 

widziałam, żebyś komukolwiek okazała bodaj cień uczucia. Tato nie żyje, ale ty nie płaczesz. 

Nie obchodzisz żałoby.

Wrócisz do domu i rozwiesisz pranie, bo jak mi Bóg świadkiem, nic nie może zakłócić 

twojego ukochanego uporządkowanego życia.

Helen stała wyprostowana i milcząca.

- Nie zamierzam przepraszać za to, że jestem, jaka jestem.

Podobnie   jak   nie   oczekuję   tego   od   ciebie.   Ale   powiem   ci   jedno:   za   bardzo   go 

kochałaś. I za to cię przepraszam.

Tory objęła się ramionami.

- Och, jakie to było zimne - wyszeptała. - Jaka ty jesteś zimna.

Pozbawiona uczuć. - Rozpaczliwie potrzebowała pociechy, ciepłego słowa, ramienia, 

które by ją objęło, dodało jej sił. Jednak ani Helen nie umiała być komuś wsparciem, ani Tory 

nie umiała o nie poprosić.

- To twoja wina. Odebrałaś mi go. I nigdy ci tego nie wybaczę.

Helen kiwnęła głową.

- Pewnie nie. Zawsze wierzyłaś tylko w swoją prawdę, Tory.

Śmierć człowieka, który był mężem jednej, a ojcem drugiej, wciąż je dzieliła. Obu 

cisnęły się na usta gorzkie, złe słowa.

- Muszę wracać - odezwała się Tory i wyszła z domu.

Helen   przez   chwilę   patrzyła   za   nią   w   milczeniu,   nim   na   powrót   zajęła   się 

porządkowaniem kuchennych szafek.

Basen miał kształt półksiężyca, woda w nim była niemal granatowa. Palmy kołysały 

się łagodnie na wieczornym wietrze. W powietrzu unosiła się woń kwiatów, niemal jak w 

tropikach. Chłodny zakątek osłonięty był drzewami i kwitnącymi krzewami. Wzdłuż brzegu 

basenu ciągnął się wąski taras wyłożony mozaiką lśniącą w świetle księżyca. Głośniki ukryto, 

tak iż muzyka Debussy'ego zdawała się napływać znikąd. Na szklanym blacie stolika na patio 

leżał telefon, obok zaś stała wysoka wąska szklanka z dużą ilością jamajskiego rumu z lodem.

Phil, mokry po niedawnej kąpieli, wyciągnął się na leżaku.

Usiłował zebrać myśli. Cały dzień spędził w studiu, kręcąc dwie najważniejsze sceny 

filmu. Miał trochę kłopotów z Samem Dresslerem, odtwórcą głównej roli.

background image

I nic dziwnego: Dressier nie słynął z anielskiego charakteru ani z genialnej współpracy 

z reżyserami, lecz z tego, że był świetnym aktorem. Phil zaś nie marzył o przyjaźni na całe 

życie, lecz o udanym filmie. Mimo to starcia na tak wczesnym etapie produkcji uważał za zły 

omen.

Przynajmniej z ekipą nie będzie problemów. Bicks, operator, był najlepszy w branży - 

na tyle twórczy, aby wnosić coś nowego, lecz zarazem dostatecznie pragmatyczny, by nie 

upierać  się,   że  każde   ujęcie  musi   stanowić  odrębny przekaz.  Asystent  Phila   był  jak   koń 

roboczy i rozumiał jego artystyczne wizje. Phil ze wszystkimi już kiedyś pracował i każdego 

znał, aż po szefa elektryków i oświetleniowców. A kiedy przeniosą się w plener...

Jego myśli znowu powędrowały ku Tory. Nie będzie zachwycona inwazją filmowców, 

jednak Phil musiał niechętnie przyznać, że nie ma nic przeciwko temu, aby piękna pani szeryf 

zawsze była  w pobliżu. Jeśli  dobrze sobie wszystko  zaplanuje,  ich drogi będą często  się 

krzyżować. O tak, zamierzał porządnie zaleźć szeryf Ashton za skórę.

A   skórę   ma   cudowną,   pomyślał   i   przypomniał   mu   się   zapach   jej   perfum,   ciężki, 

mroczny i zmysłowy, pasujący raczej do haremu sułtana niż do strażniczki prawa w małym 

miasteczku Nowego Meksyku. Wyobraził ją sobie całą w jedwabiach, w szykownej śmiałej 

kreacji okrywającej szczupłe nagie ciało.

Rozdrażniony   nieoczekiwanym   przebłyskiem   pożądania,   jednym   haustem   wypił 

połowę drinka. Znał się na kobietach, umiał je zadowolić, oczarować. Wiedział również, jak 

uniknąć   komplikacji,   jakie   wynikają   z   zadurzenia   się   w   jednej   konkretnej   kobiecie.   Są 

niegroźne, dopóki jest ich wiele - tak brzmiała jego maksyma.

Lubił   towarzystwo   kobiet.   Z   wieloma   pięknościami,   z   którymi   miał   go   rzekomo 

łączyć romans, w rzeczywistości jedynie się przyjaźnił. Fakt, iż przypisywano mu tak wiele 

podbojów, szczerze go bawił. Kiedy miałby pracować, gdyby większość czasu spędzał w 

cudzych  sypialniach? Wprawdzie romansów i tak miał na koncie więcej niż statystyczny 

mężczyzna, jednak zawsze dbał o to, aby były one niezobowiązujące i oparte na czytelnych 

zasadach. I właśnie takie plany miał wobec Tory.

To prawda, że zrobiła na nim większe wrażenie niż jakakolwiek inna kobieta do tej 

pory, ale to dlatego, iż poznali się w dosyć niecodziennych okolicznościach.

Skrzywił się na wspomnienie małej dusznej celi. Jeszcze nie zrewanżował się Tory za 

tę przyjemność, a poprzysiągł sobie, że to zrobi. Nie lubił nikomu się podporządkowywać. 

Przywykł   do   tego,   że   wszyscy   traktują   go   niemal   czołobitnie,   z   szacunkiem,   który 

początkowo zawdzięczał rodzicom, a potem własnemu talentowi. Z pieniędzmi nigdy zbytnio 

się nie liczył, niemniej fakt, że nie mógł się wykupić z tamtej celi, doprowadzał go do szału. 

background image

Był  przyzwyczajony   do  tego,  że   wszyscy  go  słuchają,   Tory  zaś  puszczała  jego   prośby   i 

groźby mimo uszu.

I nie miał tu znaczenia fakt, iż wcale nie lubił, kiedy wszyscy wokół niego skakali. Był 

do tego przyzwyczajony, a ona traktowała go niemal pogardliwie. Komplementowała jego 

pracę, a potem się z niego śmiała.

Chciał więcej o niej wiedzieć. Przez wiele dni bił się z myślami, czy nie kazać komuś 

zebrać informacji na temat pięknej pani mecenas.

Powstrzymał go nie tylko szacunek dla jej prywatności, ale i pragnienie, by samemu 

dokonywać takich odkryć. Kim jest kobieta o twarzy Madonny, o głosie jak whisky z miodem 

i z czterdziestką piątką w szufladzie biurka? Phil zamierzał się tego dowiedzieć, nawet jeśli 

zajmie mu to całe lato.

Popatrzył na niebo. Był zaproszony na przyjęcie, ale wykręcił się, tłumacząc, że musi 

popracować nad sceną, którą zamierza nakręcić z samego rana. Teraz zamiast o filmie myślał 

o Tory i kompletnie stracił poczucie czasu. Powinien wybić ją sobie z głowy, ale nie potrafił. 

Od powrotu z Friendly nie zadzwonił do żadnej z przyjaciółek. Może oszukiwać cały świat, 

ale nie samego siebie: w tej chwili pragnął tylko jej.

Chciał ją pocałować i przekonać się, czy znowu poczuje to, co wtedy. Nie zamierzał 

wymazywać tego wspomnienia, wpadając w ramiona innej kobiety. Trochę go to niepokoiło, 

ale powtarzał sobie, że przelotny romans z Tory wyleczy go z obsesji na jej punkcie.

Gorsze było to, że chciał z nią rozmawiać. Po prostu rozmawiać.

Podniósł   się   z   leżaka.   Jest   zmęczony,   to   wszystko.   A   przed   snem   musi   jeszcze 

przejrzeć zmiany w scenariuszu. Wszedł do domu przeszklonymi drzwiami i wsłuchał się w 

ciszę. Nawet się nie zorientował, kiedy umilkła muzyka.

W   salonie   czuło   się   zapach   cytrynowego   olejku.   Kasztanowa   terakota   lśniła 

czystością. Na przepastnej miękkiej sofie rozrzucono dekoracyjne poduszki z nie - dbałością, 

w której było coś zapraszającego i kojarzącego się z przepychem. We wnętrzu dominowały 

odcienie błękitu, zieleni oraz kości słoniowej, wybrane osobiście przez Phila, podobnie jak 

jedyny obraz, który zdobił ścianę salonu, dzieło któregoś z impresjonistów. Lustra i duża ilość 

przeszkleń   stwarzała   wrażenie   przestrzeni.   Salon   nie   miał   nic   wspólnego   z   wybujałym 

przepychem   rezydencji   z   jego   dzieciństwa,   lecz   mimo   to   roztaczał   taką   samą   atmosferę: 

pieniędzy i sukcesu.

Phil podszedł do łukowatych schodów prowadzących na piętro.

Nie miały barierek, stopni nie wyłożono wykładziną. Wchodząc na górę, myślał o 

tym, co przyniósł dzień.

background image

Phil   był   zadowolony,   podobnie   jak   Huffman,   którego   zachowanie   wyraźnie   się 

zmieniło.   Rzadziej   pomrukiwał   o   ubezpieczycielach   i   przekroczeniu   budżetu.   Poza   tym 

ewidentnie spodobał mu się pomysł kręcenia większej części filmu w plenerze.

Zawarł  korzystną  umowę  z  burmistrzem   Friendly,   a  nic  szybciej  nie  wywoływało 

uśmiechu na jego twarzy jak wizja zarobku, pomyślał kwaśno Phil, idąc do łazienki.

Była olbrzymia. Po części to właśnie ona skłoniła Phila do zakupu samotnego domu 

wysoko na wzgórzach. Jedną ścianę zajmował prysznic z dwiema dyszami rozpylającymi 

wodę w postaci drobnej mgiełki. Kiedy lustra zaczęły zachodzić parą, Phil zdjął kąpielówki i 

wszedł pod wodę, przypominając sobie, jak mył się tamtego upalnego ranka we Friendly.

Tory kąpała się chwilę wcześniej; mydło wciąż było mokre.

Przedziwnie się czuł, namydlając się śliską kostką, która tak niedawno dotykała jej 

skóry. Zanim zdążył się opłukać, skończyła się ciepła woda. Wściekły wyskoczył wtedy z 

kabiny, przeklinając Tory i jej pragnąc.

Teraz instynktownie sięgnął po słuchawkę.

- Proszę mnie połączyć z Friendly w Nowym Meksyku - powiedział operatorce. - Z 

biurem szeryfa. - Czekał w kłębach białej pary; telefon buczał i brzęczał, aż wreszcie w 

słuchawce odezwał się damski głos:

- Biuro szeryfa, słucham.

- Pani szeryf. - Słysząc ją, aż się uśmiechnął. Tory zmarszczyła czoło.

- Tak?

- Phil Kincaid.

W słuchawce zapadła cisza. Tory poczuła przyjemny dreszczyk i wyprostowała plecy, 

zła na siebie za tę dziecinną reakcję.

- Co się stało? Zapomniałeś szczoteczki do zębów? - zażartowała.

- Nie. - Brakowało mu słów. Gorączkowo szukał w myśli czegoś, co tłumaczyłoby 

telefon   o   tak   później   porze.   -   Wszystko   idzie   zgodnie   z   harmonogramem.   W   przyszłym 

tygodniu będziemy we Friendly. Wolałem cię uprzedzić, żeby nie było problemów.

- Kierownik planu jest w kontakcie ze mną i z burmistrzem.

Macie wszystkie zezwolenia. Zarezerwowaliście pokoje w hotelu.

Musiałam walczyć o ten, w którym mieszkam. Kilka osób prywatnych wywraca do 

góry nogami swoje domy, żeby przyjąć was pod swój dach. - Nie musiała dodawać, że ten 

pomysł nie przypadł jej do gustu; jej ton mówił sam za siebie.

- Dalej się boisz, że zarazimy twoje miasteczko rozpasaniem? - spytał, uśmiechając się 

pod nosem.

background image

- Ty i twoi  ludzie nie  będziecie robić  żadnych  numerów, chyba  że chcesz  znowu 

odwiedzić swój dawny pokój w moim biurze, Kincaid.

- Jestem wzruszony, że wciąż na mnie czeka. A ty?

- Czy na ciebie czekam? - Parsknęła śmiechem. - Z utęsknieniem, jak Egipcjanie na 

kolejną plagę.

- Ach, Victorio, masz niecodzienne poczucie humoru.

Tory ściągnęła brwi, wsłuchując się w dziwny szmer w słuchawce.

- Co to za hałas?

- Jaki znowu hałas?

- Jakbym słyszała wodę.

- Bo słyszysz. Jestem pod prysznicem.

Na dobrych dziesięć sekund zapadła cisza, potem usłyszał salwę śmiechu.

- Phil, czemu dzwonisz do mnie spod prysznica?

- Bo akurat o tobie pomyślałem. Oparła się o biurko.

- Och?

- Przypomniałem   sobie,   jak   kąpałem   się   w   twojej   gościnnej   łazience   i   w   połowie 

skończyła mi się ciepła woda. - Odgarnął włosy z oczu. - Wtedy nie byłem w nastroju, żeby 

składać oficjalną skargę.

- Mam rozumieć, że robisz to teraz? Przekażę ją komu trzeba. - Uśmiechnęła się. - Nie 

spodziewajcie się, że w hotelu  będzie bardziej luksusowo.  Nie ma obsługi hotelowej  ani 

aparatu w łazience.

- Jakoś przeżyjemy.

- To się jeszcze zobaczy - odparła sucho. - Twoja świta może przeżyć prawdziwy 

szok, kiedy okaże się, że nie ma jacuzzi.

- Naprawdę uważasz nas za takich mięczaków? - Rozdrażniony przełożył słuchawkę 

do drugiej ręki. - Może tego lata nauczysz się czegoś o filmowcach, Victorio. Chętnie będę 

twoim nauczycielem.

- Niczego nie chcę się od ciebie uczyć.

- A szkoda, bo dobrze by ci to zrobiło. - Uśmiechnął się, wyobrażając sobie gniewne 

błyski w jej oczach.

- Przestrzegajcie zasad, to nie będzie żadnych problemów.

- Przyjdzie taki czas, Tory, kiedy to ja będę ustalał reguły - wyszeptał w słuchawkę. - 

No i wciąż muszę dotrzymać obietnicy, którą ci dałem.

- Tylko nie zapomnij umyć uszu - odparła złośliwym tonem i odłożyła słuchawkę.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Kiedy przyjechali, Tory była w biurze. Skończyła wypełniać formularz i wstała zza 

biurka. Oczywiście wcale nie śpieszyło jej się, by znowu zobaczyć Phila, lecz musiała w 

końcu dopilnować, by najazd ważniaków z Hollywood przebiegał we względnym porządku.

Zanim   zdążyła   podejść   do   drzwi,   wpadł   przez   nie   Tod   z   oczami   jak   talerze   i   z 

wypiekami na twarzy.

- Tory, oni już tu są! Przed hotelem! Mnóstwo ludzi! Są samochody, półciężarówki i 

wszystko!

Uśmiechnęła się. Zapominał się i zwracał do niej po imieniu tylko wtedy, kiedy był 

czymś wyjątkowo przejęty. Podeszła do niego, a kiedy oparła mu dłoń na ramieniu, nawet się 

nie skulił.

- Chodźmy to zobaczyć.

- Tory...  Pani  szeryf  -  poprawił  się  szybko  -  myśli  pani,   że  ten   facet   pozwoli  mi 

patrzeć, jak będą kręcić ten film? No wie pani, ten, którego pani wtedy zamknęła?

- Wiem. Czemu miałby nie pozwolić? - odparła z roztargnieniem.

To, co działo się przed hotelem, tak dziwnie wyglądało w sennym Friendly, że Tory 

omal się nie roześmiała. Wszędzie stały samochody, kręcili się jacyś ludzie. Na chodniku stał 

burmistrz i rozmawiał ze wszystkimi naraz. Kalifornijczycy rozglądali się z zaciekawieniem, 

identyczne miny mieli przyglądający się im mieszkańcy miasteczka.

Dwa różne światy, pomyślała Tory i uśmiechnęła się, lecz uśmiech spełzł jej z ust, 

zaledwie zobaczyła Phila.

Był   ubrany   dość   skromnie,   podobnie   jak   reszta   ekipy,   lecz   nie   sposób   było   nie 

zauważyć, że to on o wszystkim decyduje. Nawet wtedy, gdy wydawał się pilnie słuchać słów 

burmistrza, wydawał polecenia, natychmiast wykonywane przez jego ludzi. Odnosili się do 

niego z sympatią i szacunkiem.

- No, no! Ale sprzęcior! A w tych pudłach to na bank są kamery.

Może mi dadzą popatrzeć.

- Uhm - mruknęła Tory, patrząc, jak Phil się śmieje.

A potem ją zauważył.

Jego   uśmiech   zmienił   się   nieznacznie.   Przez   pewien   czas   mierzyli   się   wzrokiem, 

podczas gdy filmowcy kręcili się przy sprzęcie, a miejscowi przyglądali im się i szeptali. Tory 

stała wyprostowana, obejmując Toda, Phil zaś stwierdził, że dzieje się z nim coś dziwnego: 

patrzenie na nią sprawiało mu ból.

background image

Wydawała   się   chłodna,   zdystansowana,   i   patrzyła   w   jego   kierunku.   Na   jej   piersi 

połyskiwała metalowa odznaka. W ten upalny suchy dzień była jak mocne wino - kuszące i 

niebezpieczne. Ktoś z ekipy mówił coś do niego, lecz Phil zareagował dopiero za drugim 

razem.

- Co...? - Nie odrywał wzroku od Tory.

- Huffman prosi cię do telefonu.

- Powiedz mu, że do niego oddzwonię - mruknął, ruszając w jej stronę.

Ścisnęła ramieniem Toda, który spojrzał na nią pytająco i zmarszczył brwi.

Phil zatrzymał się tuż przy chodniku.

- Szeryf Ashton.

- Kincaid - odparła chłodno. Phil uśmiechnął się do chłopaka.

- Cześć, Tod. Jak leci?

- W porządku. - Nastolatek wpatrywał się w niego spod szopy potarganych włosów. - 

Czy mógłbym... - zaczął, nerwowo przestępując z nogi na nogę. - Myśli pan, że mógłbym 

obejrzeć wasz sprzęt?

- Jasne. - Phil uśmiechnął się przelotnie. - Podejdź do nich i spytaj o Bicksa. Niech ci 

pokaże kamerę, powiedz mu, że ci pozwoliłem.

- Serio? - Przez chwilę wpatrywał  się w Phila uszczęśliwiony,  a potem niepewnie 

spojrzał na Tory.

Uśmiechnęła się i uściskała go lekko. Oho, pomyślał Phil, patrząc, jak zmienia się 

wyraz jego oczu, jak policzki mu czerwienieją, a potem stają się pąsowe.

- Śmigaj - zachęciła.

Phil odprowadził nastolatka spojrzeniem, zanim przeniósł wzrok na Tory.

- Widzę, że dokonałaś kolejnego podboju. Jestem pełny podziwu dla jego gustu. - 

Kiedy wpatrzyła się w niego bez wyrazu, potrząsnął głową. - Boże drogi, Tory, nie widzisz, 

że ten dzieciak jest w tobie zakochany?

- Nie bądź śmieszny. To jeszcze dziecko.

- Nie powiedziałbym. Jest dostatecznie duży, żeby zadurzyć się w pięknej kobiecie. - 

Uśmiechnął się, widząc jej zmartwioną minę. - Ja też miałem kiedyś naście lat. Byłem młody 

i niewinny.

Zirytowana, że sama wcześniej tego nie zauważyła, spojrzała na niego gniewnie.

- Młody? Być może. Ale z pewnością nie taki niewinny.

- To prawda - przytaknął zgodnie. - Cieszę się z naszego ponownego spotkania, pani 

szeryf.

background image

- Czyżby? - spytała przeciągle.

- Mówię szczerze. Byłem ciekawy, czy naprawdę jesteś taka piękna, czy tylko to sobie 

wyobraziłem.

- Przyjechałeś z grupą - stwierdziła, puszczając tę uwagę mimo uszu. - Rozumiem, że 

to jeszcze nie wszyscy?

- Dojedzie kilka osób. Ktoś musi sfilmować miasteczko i okolicę. A za jakieś dwa dni 

pojawią się aktorzy.

Kiwnęła głową.

- Samochody odstawcie do Bestlera. Jeśli planujecie wykorzystać do zdjęć czyjś dom 

albo sklep, najpierw dogadajcie się z właścicielem. W zwykle dni bar Hernandeza jest czynny 

do   jedenastej,   w   soboty   do   pierwszej.   Picie   alkoholu   w   miejscach   publicznych   podlega 

grzywnie w wysokości pięćdziesięciu dolarów.

Odpowiecie za ewentualnie uszkodzenie własności prywatnej.

Wszelkie   zmiany,   jakich   wymaga   scenariusz,   uzgadniajcie   indywidualnie   z 

właścicielami mienia, którego owe zmiany mają dotyczyć. Każdy, kto po dwunastej spróbuje 

zakłócać spokój w hotelu czy na ulicy, zostanie ukarany grzywną i aresztem. To twoje małpy 

i twój cyrk, Kincaid, i to ty odpowiadasz za to, żeby nikt z twoich ludzi nie naruszył żadnej z 

zasad.

Słuchał tego wywodu z pozornym zainteresowaniem.

- Umów się ze mną na kolację. Z trudem powstrzymała uśmiech.

- Nie ma mowy. - Chciała pójść dalej, ale ją zatrzymał.

Nie strząsnęła jego ręki, ale spojrzenie, które mu rzuciła, nie było zbyt serdeczne.

- Phil, każde z nas ma pracę. Nie komplikujmy sprawy.

- Święta racja.

Zastanawiał się, co by się stało, gdyby znowu ją pocałował, tu i teraz. Chciał tego 

bardziej   niż   czegokolwiek   innego   od   lat,   ale   wiedział,   że   nie   byłoby   to   najmądrzejszym 

posunięciem.

- A gdybyśmy to nazwali służbową kolacją?

Tory roześmiała się.

- Nie lepiej nazywać rzeczy po imieniu?

- Nie, bo wtedy się nie zgodzisz, a ja naprawdę chcę z tobą porozmawiać.

- O czym?

- O kilku sprawach. - Palce aż go świerzbiły, by dotknąć jej twarzy, poczuć jedwabistą 

gładkość skóry. - Między innymi o moim przedsięwzięciu w twoim miasteczku. Czy nam 

background image

obojgu nie byłoby łatwiej, gdybyśmy ustalili między sobą kilka spraw?

- Być może.

- Umówmy się na kolację w moim pokoju - zaproponował, a kiedy tylko uniosła brwi, 

dodał szybko: - Który chwilowo jest również moim gabinetem. Wolałbym nakręcić ten film w 

spokojnej atmosferze. Jeśli mamy się kłócić, pani szeryf, róbmy to na osobności.

- Niech będzie. Siódma?

- Zgoda.   Jeszcze   jedno,   pani   szeryf...   -   Uśmiechnął   się   szeroko.   -   Pistolet   niech 

zostanie w szufladzie, dobrze? Może nie straciłbym życia, ale apetyt na pewno.

Parsknęła śmiechem.

- I bez niego dam sobie z tobą radę.

Tory   przeglądała   zawartość   szafy.   Początkowo   zamierzała   pójść   na   tę   kolację   w 

służbowym stroju, z odznaką szeryfa na piersi, ale doszła do wniosku, że to nie w jej stylu. 

Czubkiem   palca   dotknęła   sukienki   ze   szmaragdowego   jedwabiu.   Miała   prosty   krój:   była 

wąska, zapinana z przodu na guziki, których rządek kończył się na wysokości talii, i miała 

stójkę, więc nie była wydekoltowana. Odpowiednia i zarazem ładna.

W miasteczku było cicho i spokojnie. I oby to się nie zmieniło, zwłaszcza że tego 

wieczoru miał ją zastąpić Merle. Ludzie siedzą pewnie po domach albo w barze i dyskutują o 

nowym filmie, który od tygodni stanowi w miasteczku temat numer jeden, przebijając upał, 

brak deszczu i wybryki  braci Kramer. O tak, pomyślała Tory, każdy potrzebuje odrobiny 

rozrywki, a pojawienie się filmowców jest największym wydarzeniem we Friendly od wielu 

lat. Będzie musiała to tolerować. Przynajmniej do pewnego stopnia.

Włożyła sukienkę, czując, jak jedwab zmysłowo muska jej ciało.

We Friendly nie musiała się zastanawiać nad wyborem stroju. W Albuquerque bardzo 

dbała o wygląd - w sali sądowej to, jak się wygląda, jest niemal równie ważne jak to, co się 

mówi, zwłaszcza kiedy proces odbywa się z udziałem ławy przysięgłych.

Sukienka podkreślała jej figurę, nie krępując ruchów. Tory przejrzała się w lustrze 

toaletki, potem wspięła się na palce i obróciła, niezadowolona, że nie może zobaczyć się cala.

Machinalnie spryskała się perfumami, poniewczasie przypominając sobie, co o ich 

zapachu mówił Phil. Zrezygnowana odstawiła flakon na toaletkę. Usiadła na łóżku i wzięła do 

ręki pantofel. Z Philem sobie poradzi, to akurat nie problem. Tory nie należała do kobiet, 

które   łatwo   uwieść   czy   oczarować,   szczególnie   takiemu   mężczyźnie   jak   Phil   Kincaid. 

Rozpieszczonemu. Zbyt afektowanemu jak na jej gust.

Dorastał w cieplarnianych  warunkach, w świecie blichtru. Był przyzwyczajony,  że 

zawsze dostaje, czego chce. I dotyczyło to także kobiet.

background image

Tory dorastała w domu, w którym szanowało się każdego dolara, w świecie zwykłych 

ludzi i zwykłych problemów. Ona także wierzyła, że będzie tak, jak ona chce - o ile wcześniej 

sama   się   o   to   postara.   Ta   kolacja   może   mimo   wszystko   okazać   się   całkiem   ciekawa, 

pomyślała.

Wiedziała, że Phil z rozmysłem poprosił o sąsiedni pokój, ale nie zamierzała o tym 

wspominać. Zapukała i czekała na reakcję.

Zaledwie Phil otworzył drzwi, zapomniał, co chciał powiedzieć.

Chciał   zobaczyć   ją   w   jedwabiach   i   zobaczył   -   no   i   dosłownie   zaniemówił. 

Zjawiskowa, pomyślał, nie mogąc wydobyć z siebie głosu.

I zrozumiał, że musi ją mieć, albo do końca swoich dni będzie miał obsesję na jej 

punkcie.

- Victorio...

Wyraz jego oczu, jego ochrypły głos sprawiły, że serce zaczęło jej bić mocniej, ale 

uśmiechnęła się cierpko i powiedziała:

- Phillipie, wpuścisz mnie czy mam jeść na korytarzu?

Ocknął się, wziął ją za rękę i wprowadził do pokoju, a potem zamknął drzwi na klucz.

Tory rozglądała się po małym pomieszczeniu zastawionym niepasującymi do siebie 

meblami. Na biurku piętrzyły się stosy papierów, obok leżała krótkofalówka.

Okna   były   zasłonięte,   a   całe   wnętrze   skąpane   w   blasku   świec.   Tory   zerknęła   w 

kierunku składanego stolika nakrytego hotelowym obrusem i uniosła brwi. Podeszła i ujęła 

otwartą butelkę wina, by przyjrzeć się etykiecie.

Chateau haut - brion blanc - przeczytała nienaganną francuszczyzną. - U nas takiego 

trunku raczej nie kupiłeś.

- Kiedy jadę w plener, zawsze wożę ze sobą kilka takich drobiazgów. Uprzyjemniają 

życie.

- A świece?

- Kupiłem tutaj.

- Na służbową kolację?

- Kaprys reżysera - odparł, napełniając winem dwa kieliszki. - My zawsze myślimy o 

scenerii. Choroba zawodowa. - Podał jej jeden i wzniósł toast. - Za sympatyczną znajomość, 

pani szeryf.

- Współpracę - poprawiła i upiła łyk. - Bardzo dobre.

Omiotła   Phila   spojrzeniem.   Miał   na   sobie   nieskazitelnie   skrojone   luźne   spodnie   i 

rozpiętą pod szyją kremową koszulę. W świetle świec w jego ciemnych włosach pojawiły się 

background image

rdzawe błyski.

- Teraz   bardziej   wyglądasz   na   reżysera   niż   wtedy,   kiedy   cię   poznałam   - 

skomentowała.

- Z tobą jest odwrotnie. Teraz znacznie trudniej uwierzyć, że jesteś szeryfem.

- Doprawdy?

Przeszła   się   po   niewielkim   pomieszczeniu:   dywanik   był   miejscami   przetarty   do 

osnowy, wezgłowie łóżka było porysowane, szafka nocna była trochę koślawa.

- Jak ci się podoba twoje nowe lokum, Kincaid?

- Ujdzie w tłoku.

Zaśmiała się, unosząc kieliszek do ust.

- Poczekaj, aż zaczną się upały.

- To to jeszcze nie jest upał?

- Naiwny.

Z wysiłkiem oderwał wzrok od smukłego ciała pod jedwabną sukienką.

- Chcesz zobaczyć, jak ludzie z Hollywood rozpływają się w słońcu?

- Nie - odparła, obracając się i patrząc na jego uśmiechniętą twarz - wolę trzymać 

kciuki, żebyś mimo wszystko się nie rozpłynął.

Lubię twoje filmy.

- Nawet jeśli nie zawsze zachwycają cię okoliczności, w jakich powstają, tak?

- Być może - przyznała. - Czym zamierzasz mnie nakarmić?

Milczał przez chwilę, szukając w jej oczach drwiny, lecz wypatrzył tylko rozbawienie.

- Menu jest dość skromne.

- Pieczeń rzymska? - spytała z powątpiewaniem, wiedząc, że właśnie to danie stanowi 

specjalność hotelowej restauracji.

- Uchowaj Bóg. Kurczak z kluseczkami.

- W takim razie zostaję. - Usiadła przy stoliku. - Porozmawiamy o interesach, Kincaid, 

a może boisz się, że przyprawię cię o niestrawność?

Roześmiał się i wziął ją za rękę.

- Niesamowita z ciebie kobieta, Tory. Tylko czemu nigdy nie zwracasz się do mnie po 

imieniu? Boisz się?

- Czego miałabym się bać? - odparła z wahaniem.

- Czyli po prostu nie chcesz?

- Nieważne. - Delikatnie zabrała rękę. - Informowano mnie, że zdjęcia mają trwać 

około sześciu tygodni. To pewne?

background image

- Zdaniem naszych gwarantów tak - mruknął Phil, sięgając po kieliszek.

- Gwarantów?

- Tyco   Incorporated,   towarzystwo   ubezpieczeniowe,   które   dało   nam   gwarancję 

ukończeniową.

- Ach, tak. - Tory dźgała widelcem kawałek kurczaka. - Słyszałam o tym. Taka firma, 

która odpowiada za to, żeby produkcja skończyła  się w terminie,  a wydatki zmieściły w 

budżecie, a w razie czego sama ponosi wszystkie dodatkowe koszty. I zdaje się, że może cię 

nawet zwolnić.

- Mnie, producenta, obsadę, wszystkich - przyznał Phil.

- Rozsądne podejście.

- Ze szkodą dla filmu - odparł z irytacją.

- Z twojego punktu widzenia zapewne - powiedziała zamyślona.

- Ale   z   perspektywy   inwestorów   bardzo   sensowne.   Twórcom   często   trzeba 

przypominać, że istnieją pewne granice.

- Granice często okazują się dość elastyczne - rzekł z uśmiechem.

- Wrócimy  do tego,  kiedy przyjdzie  do kręcenia nocnych  ujęć,  przy których  będę 

potrzebował   twojej   pomocy.   Wracając   do   samej   produkcji,   mieszkańcy   Friendly   mogą 

przyglądać się naszej pracy, byle się nie wtrącali i nie plątali pod nogami. Aha, przywieźliśmy 

trochę bardzo drogiego i delikatnego sprzętu. Mamy ochronę, ale pomyślałem, że jako szeryf 

mogłabyś wszystkich uprzedzić, żeby trzymali się od niego jak najdalej.

- Twój sprzęt to twój problem, ale wydam stosowne zarządzenie.

Zanim przymierzysz się do tych nocnych zdjęć, zgłoś się do mojego biura.

- Po co? - spytał, zerkając na nią spod oka.

- Skoro zamierzasz pracować w środku nocy w środku miasteczka, muszę wiedzieć o 

tym z wyprzedzeniem.

- Kilka razy będę musiał prosić o zablokowanie ulicy i usunięcie z niej samochodów i 

sprzętów.

- Podeślij mi notatkę - odparła. - Z datą i godzinami. Życie we Friendly nie stanie w 

miejscu dla twojej wygody.

- I tak niewiele mu do tego brakuje.

- Żyjemy, jak jeździmy: powoli. Chyba już zdążyłeś się o tym przekonać.

Uśmiechnął się lekko.

- Będę też potrzebował statystów i kilku osób do epizodycznych rólek.

Tory przewróciła oczami.

background image

- Boże,   sam   się   prosisz   się   o   kłopoty.   Śmiało.   -   Wzruszyła   ramionami.   -   Urządź 

casting, ale lepiej znajdź jakieś zajęcie każdemu, kto się zgłosi.

- Zainteresowana? - rzucił pozornie lekkim tonem.

- Hmm?

- Ty byłabyś zainteresowana?

Śmiejąc się, podsunęła mu pusty kieliszek.

- Nie.

- Mówię serio, Tory. Chciałbym, żebyś wystąpiła w moim filmie.

- Nie mam na to czasu ani ochoty.

- Ale masz odpowiedni wygląd i, mam nadzieję, talent.

Uśmiechnęła się rozbawiona.

- Phil, jestem prawniczką. To mój wymarzony zawód.

- Czemu?

To pytanie zbiło ją z tropu. Przez chwilę wpatrywała się w niego milcząco.

- Bo prawo mnie fascynuje - odparła w końcu. - Bo je szanuję.

Bo pochlebiam sobie, że odgrywam pewną rolę w tym, aby sprawiedliwości zawsze 

stawało się zadość. Ciężko pracowałam, żeby dostać się na Harvard, a odkąd go skończyłam, 

pracuję jeszcze ciężej.

To dla mnie bardzo ważne.

- Mimo to na pół roku zrezygnowałaś z zawodu.

- Nie całkiem. - Zmarszczyła czoło. - Zrobiłam, co musiałam, ale po moim powrocie 

nie zabraknie spraw do poprowadzenia.

- Chciałbym cię zobaczyć w sali sądowej - powiedział półgłosem, patrząc, jak oczy jej 

błyszczą w blasku świec. - Założę się, że jesteś fantastyczna.

- Wyjątkowa   -   przyznała   i   uśmiechnęła   się   do   niego.   -   Asystent   prokuratora 

okręgowego szczerze mnie nienawidzi. A ty? Czemu wolałeś reżyserować niż grać?

- Aktorstwo nigdy mnie nie kręciło. - Phil pomyślał, że mógłby na nią patrzeć bez 

końca,  wdychać  zapach   jej  perfum,  wsłuchiwać  się  w  jej  kojący   głos. -  I chyba  zawsze 

wolałem wydawać rozkazy, niż je wykonywać. Reżyser może zmienić całą scenę, nastrój, 

ustala   tempo,   w   jakim   toczy  się   akcja.   Aktor   ma   tylko   swoją   rolę,   choćby   i   najbardziej 

skomplikowaną.

- Rodziców nie obsadziłeś w żadnym ze swoich filmów - zauważyła.

Kiedy się uśmiechnął, przyłapała się na tym, że chce dotknąć jego twarzy.

- Nie. - Dolał sobie wina. - Chociaż media oszalałyby ze szczęścia, nie sądzisz? Cała 

background image

nasza trójka pracująca przy jednym filmie. Rodzice rozwiedli się ćwierć wieku temu, ale 

kolorowe pisma wciąż za nimi szaleją.

- Mógłbyś nakręcić dwa filmy.

- To prawda. Gdyby trafiły się odpowiednie scenariusze... - Nagle potrząsnął głową. - 

Zastanawiałem się nad tym, nawet miałem dwie propozycje, ale nie jestem pewny, czy to 

dobry pomysł.

Niecodzienna   z   nich   para.   -   Uśmiechnął   się   krzywo.   -   Oboje   z   temperamentem, 

wybuchowi, a przy tym najlepsi aktorzy dramatyczni ostatnich pięćdziesięciu lat.

- Zawsze ich podziwiałam - wyznała Tory. - Najbardziej kiedy grywali razem. Aż 

iskrzyło między nimi na ekranie.

- Poza nim też - odparł półgłosem Phil. - Zawsze mnie zdumiewa, jak wytrzymali ze 

sobą niemal dziesięć lat. Ich wcześniejsze małżeństwa miały znacznie krótszy żywot. Problem 

polegał na tym, że nieustannie ze sobą rywalizowali. Do filmów wnosiło to emocje, za to w 

domu rodziło kłopoty. Trudno z kimś żyć, bojąc się, że ten ktoś okaże się odrobinę lepszy.

- Są ci bardzo bliscy, prawda? To widać.

- Bardzo,   ale   im   nie   dowierzam.   Oboje   potrafią   być   straszni.   Nie   raz   i   nie   dwa 

doprowadzili przy kolacji jakiegoś biednego producenta do płaczu. Mój ojciec wcielał się w 

każdą graną przez siebie postać.

Kiedy grał psychotycznego furiata, bałem się wejść do łazienki.

- „Obsesja”. Tysiąc dziewięćset pięćdziesiąty siódmy - powiedziała z uznaniem Tory.

- Brawo. Jesteś fanką moich rodziców?

- No pewnie. Po raz pierwszy pocałował mnie chłopak, kiedy oglądałam Marshalla 

Kincaida w „Podróży bez końca”. Ten film zapamiętałam na dłużej.

- Kiedy on powstawał, ty łapałaś równowagę na nocniku - zażartował.

- A wiesz, co to jest powtórka? W nocy często puszczają stare filmy.

- O tej porze młode dziewczęta już dawno powinny być w łóżkach.

Tłumiąc śmiech, podparła twarz dłońmi.

- A młodzi chłopcy?

- Rzadziej pakowaliby się wtedy w kłopoty - dokończył.

- Akurat. Jeśli pamięć mnie nie myli, ty rozpocząłeś podboje w dość wczesnym wieku. 

Jak się nazywała ta aktoreczka, z którą widywano cię, kiedy miałeś szesnaście lat? Ona była 

po dwudziestce, jeśli dobrze pamiętam...

- Może jeszcze wina? - Phil próbował zmienić temat.

- Potem była córka aktora komediowego. A może kabareciarza?

background image

- Ona była dla mnie jak kuzynka.

- Czyżby? - Spojrzała na niego z powątpiewaniem. - Potem była jedna tancerka... Ach 

tak: Nicki Clark.

- Fantastycznie się poruszała - odparł Phil, uśmiechając się szeroko. - Mam wrażenie, 

że pilniej śledzisz moje... podboje niż ja sam. Na studiach w każdej wolnej chwili wertowałaś 

czasopisma filmowe?

- Moja   współlokatorka   miał   kręćka   na   punkcie   kina.   Była   na   teatrologii   i   miała 

specjalizację z aktorstwa. Czasem widuję ją w reklamach. Potem poznałam kogoś z branży 

filmowej. Twoje nazwisko często wymieniano na przyjęciach.

- Tego aktora, z którym się umawiałaś.

- Fenomenalna pamięć - stwierdziła nieco skrępowana. - Zdumiewasz mnie.

- W moim fachu dobra pamięć to konieczność. Jak się nazywał?

Tory przez chwilę przyglądała się zawartości kieliszka.

- Chad Billings.

- Billings?   -   Niemile   zaskoczony   Phil   zmarszczył   czoło.   -   Podrzędny   aktorzyna   i 

pasożyt. Nie sądziłem, że ktoś taki może być w twoim guście.

- Nie? - Popatrzyła mu prosto w oczy. - Był zabawny i... można się było dużo przy 

nim nauczyć.

- Czego? Jak zdradzać żonę?

Wzruszyła ramionami.

- Jeśli patrzysz  na branżę jego oczami, to aż dziwię się, że nie postawiłaś blokad 

drogowych, żeby uniemożliwić nam przyjazd do miasteczka.

- Przemknęło mi to przez myśl - zażartowała i uśmiechnęła się.

Jednak Phil wciąż przyglądał jej się ze zmarszczonym czołem.

- Skrzywdził cię? - spytał tylko.

- Nie - odparła zaskoczona. - Chociaż pewnie skrzywdziłby, gdybym na to pozwoliła. 

Prowadziłam w Los Angeles jedną sprawę.

- Czemu masz biuro akurat w Albuquerque? - zastanawiał się głośno Phil. - Lou nie 

może się ciebie nachwalić, a na nim trudno zrobić wrażenie. Powinnaś pracować w Nowym 

Jorku, mieć piękne biuro w szklanym wieżowcu, skórzane meble...

- Nie znoszę korków - odparła, patrząc, jak wino wiruje w kieliszku. - I pośpiechu.

- A Los Angeles?

- Nie gram w tenisa. Parsknął śmiechem.

- Umiesz człowieka rozbawić. A co robisz, kiedy nie stoisz na straży prawa?

background image

- Głównie to, na co mam ochotę. Sportu nie lubię, ale bardzo lubię spać.

- Ale konno jeździsz, sam widziałem.

- To zupełnie co innego. - Wino poprawiło jej nastrój; nawet nie zauważyła, że świece 

powoli się dopalają. - Jazda pomaga mi się zrelaksować. Przestać myśleć.

- Czemu mieszkasz w hotelu, skoro masz dom pod miastem?

Odrobinę mocniej ścisnęła kieliszek.

- Tak jest wygodniej. A ty co robisz, kiedy akurat nie kręcisz filmu?

- Czytam scenariusze. Oglądam filmy.

- Chadzasz na przyjęcia - dodała domyślnie Tory.

- To też. Tak wypada.

- Nie jest ci ciężko? Żyć w wielkim mieście, gdzie jest tyle obłudy...

Wstała i podeszła do okna. Podniosła roletę i zobaczyła, że słońce zdążyło już zajść. 

Za horyzontem znikały ostatnie czerwone promienie, niebo czerniało, pojawiały się pierwsze 

gwiazdy.

- Merle robi obchód - powiedziała nagle. - Znowu ma tę swoją urzędową minę. Założę 

się, że marzy o karierze filmowej. Nie może być nieustraszonym szeryfem z ubiegłego wieku, 

ale wystarczyłoby mu, gdyby mógł go zagrać. - Rozległ się pisk hamulców. - O Boże, znowu 

bliźniaki!  -  westchnęła,  patrząc,  jak  Merle   zawraca  i   rusza   w   kierunku  samochodu   braci 

Kramer, który zatrzymał się przed salonem bilardowym. - Nie ma spokoju w tym mieście, 

odkąd tych dwóch dostało prawa jazdy. Chyba powinnam się do nich przejść i trochę ostudzić 

ich temperamenty.

- Merle nie da sobie rady z dwójką dzieciaków? Tory zaśmiała się pod nosem.

- Nie znasz Kramerów. Merle właśnie prawi im kolejne kazanie.

- Umyli te okna w sklepie Hollistera? - spytał Phil, podchodząc do okna.

- Skąd o tym wiesz? - zdziwiła się.

- Tod   mi   mówił.   -   Wyjrzał   przez   okno:   bracia   Kramer   byli   do   siebie   bliźniaczo 

podobni, lecz poza tym wydawali się całkiem nieszkodliwi. - Który to Zac?

- Och, ten po prawej... Chyba. A czemu pytasz?

- „Zac Kramer mówi, że baba szeryf to nie szeryf - zacytował Toda.

Tory uśmiechnęła się pod nosem.

- Tak mówi?

- Słowo w słowo. - Dotknął jej włosów. - Jak widać, chłopak nie jest zbyt bystry.

- Okazał   się   dostatecznie   bystry,   żeby   nie   zapomnieć   o   umyciu   okien   w   sklepiku 

Hollistera - poprawiła Tory z rozbawieniem. - I żeby raz nazwać mnie „seksiastą lasencją”, 

background image

kiedy myślał, że nie usłyszę.

Chyba że to był Zeke.

- Seksiastą lasencją? - powtórzył Phil.

- Bardzo seksiastą. W jego wydaniu to wyraz największego uznania.

- Łatwo ci zawrócić w głowie - oznajmił. - A gdybym powiedział, że masz twarz jak z 

obrazów Rafaela?

- Powiedziałabym, że naginasz prawdę - odparła z rozbawieniem.

- A twoje włosy są jak noc... Jak upalna letnia noc, kiedy nie można zasnąć i tylko 

leży się, myśli i pragnie.

Kiedy zatopił w nich palce, odwróciła się. Roleta opadła na swoje miejsce, odcinając 

ich od świata.

- Phil... - szepnęła, ale nawet jej nie słyszał.

- Twoja skóra jest jak jedwab... - szeptał, muskając ustami jej policzek, a kiedy go 

objęła, spytał cicho: - Wiesz, jak często o tobie myślałem?

- Nie. - Nie opierała się; chciała znowu poczuć słodycz  jego pocałunków. - Nie - 

powtórzyła i zarzuciła mu ręce na szyję.

- Piekielnie często. Za często - szepnął i nie dał jej dłużej czekać.

Zawładnęła nimi gorączkowa, gwałtowna namiętność.

Serce biło jej jak oszalałe, krew szybciej krążyła w żyłach, przez jej umysł przewijały 

się tysiące myśli. Gdy z jękiem odchyliła głowę, zaczął całować ją po szyi. Zapach jej skóry i 

zmysłowa woń perfum doprowadzały go do szaleństwa. Zaczął mocować się z obciągniętymi 

jedwabiem guzikami, chcąc jak najszybciej dotknąć jej nagiego ciała.

A potem wsunął dłoń pod jej sukienkę.

Jędrna pierś idealnie mieściła mu się w dłoni. Tory wsunęła mu palce we włosy i 

przyciągnęła go do siebie, pozwalając, by niecierpliwymi dłońmi poznawał jej ciało. Czuła na 

skórze jego oddech i domyśliła się, że coś szepcze, lecz słyszała go jak przez mgłę. Miała 

wrażenie, że w pokoju robi się coraz goręcej i marzyła o tym, aby zrzucić z siebie sukienkę i 

poczuć ulgę... oraz rozkosz.

Przygarnął  ją do siebie.  Gdy znowu pocałował ją w usta, oboje zrozumieli,  że to 

dopiero wstęp. Phil od początku liczył na taki finał kolacji, ale nie przypuszczał, że może 

czuć taką desperacką żądzę.

Chciał przyjemności, a nie pożądania, które sprawia fizyczny ból.

Pocałunek miał być zaledwie preludium, a nie niszczącą siłą.

- Tory... - Oderwał się od jej ust. - Chodź do łóżka. Pragnę cię.

background image

Poczuła się tak, jak gdyby stała na krawędzi urwiska. Chciała z niego skoczyć, chciała 

polecieć, ale wiedziała, że na to jeszcze za wcześnie.

- Phil? - Odsunęła się od niego, drżąca, i oparła o parapet. - Ja... nie...

- Tak - szepnął, przyciągając ją do siebie. - Nie udawaj, że nie pragniesz mnie równie 

mocno jak ja ciebie.

- Nie. - Odepchnęła go. - Nie udaję. Ale nie robię wszystkiego, na co mam ochotę. To 

jedna z większych różnic między nami.

Spojrzał na jej rozpiętą sukienkę.

- Ale jest coś, co nas łączy.

- Nie - powtórzyła,  szybko  zapinając  guziki.  - To się nie  powinno  było  stać.  Nie 

chciałam tego.

- Ja chciałem. Ale wyobrażałem to sobie zupełnie inaczej.

Spojrzała   mu   w   oczy,   doskonale   wiedząc,   co   miał   na   myśli:   że   on   także   nie 

spodziewał się takiej obezwładniającej namiętności.

- To będzie długie lato - westchnęła.

- Prędzej czy później będziemy razem, Tory - powiedział i podszedł do stolika, żeby 

napić się wina. - Nie zamierzam odpuścić.

- Dla mnie to za wcześnie.

- Potrafię być bardzo cierpliwy, kiedy to konieczne. Najchętniej siłą zaciągnąłby ją do 

łóżka.   Sięgnął   po   papierosa,   powtarzając   sobie   w   myślach,   że   jest   człowiekiem 

cywilizowanym.

- Skoncentrujmy się na pracy, dobrze? - stwierdziła chłodniejszym tonem. - No to do 

zobaczenia, Kincaid.

- Żebyś wiedziała, że jeszcze się zobaczymy, do cholery - mruknął bezgłośnie, kiedy 

szła do drzwi.

- Unikaj kłopotów - dodała od progu, uśmiechając się lekko, i zamknęła drzwi.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Phil   siedział   przy   operatorze   na   „kranie”,   jak   filmowcy   nazywają   potężne   ramię 

kamerowe, które uniosło ich na wysokość pięciu metrów.

Świtało. Ulice były puste, niemniej przy metalowym żurawiu zebrał się spory tłum 

gapiów. Phil załatwił, aby drogi do Friendly zostały zablokowane, tak aby jakiś przejezdny 

nie zepsuł mu ujęcia.

Chciał, by oddawało smutek i zmęczenie budzącego się dnia.

Zerknął na Bicksa, który sprawdzał oświetlenie i kąt kamery.

Duże spoty były ustawione tak, aby doświetlać scenerię. Phil przemyślał wszystko, 

nawet to, gdzie i jak mają padać cienie. Do tego ujęcia zamierzał wystąpić w roli pierwszego 

asystenta operatora i samodzielnie ustawić kompozycję kadru.

Przeniósł uwagę na opustoszałą ulicę. Chciał ją sfilmować w momencie, kiedy zacznie 

wschodzić słońce, tak aby uchwycić jak najwięcej naturalnego światła. Spojrzał w obiektyw i 

zmienił fokus.

Najpierw widzowie zobaczą ujęcie horyzontu i wschodzącego słońca, potem odjazd 

kamery   i   cała   główna   uliczka   ukaże   się   w   planie   ogólnym.   Chciał   pokazać   szarą, 

rzeczywistość Friendly, kurz na oknach wystawowych sklepów.

Zadowolony   Phil   zaznaczył   kawałkiem   taśmy   kąt   ujęcia   kamery   i   dał   znak 

asystentowi.

- Cisza na planie.

- „New Chance”, scena trzecia, ujęcie pierwsze.

- Akcja!   -   rzucił   Phil   i   czekał,   mrużąc   oczy   i   wyobrażając   sobie,   co   widzi   w 

obiektywie operator.

Światło  jest  idealne, pomyślał.  Chciał  nakręcić co najmniej  trzy ujęcia,  zanim się 

zmieni, żeby nie bawić się w zakładanie filtrów.

Czuł,   jak   ramię   kamery   odjeżdża   powoli   w   linii   prostej:   widzowie   zobaczą   serce 

miasteczka   w   jednym   długim   ujęciu:   łuszczącą   się   farbę,   wypaczone   deski   chodników, 

podarte moskitiery. Potem cięcie, a na etapie post - produkcji doda się scenę z głównym 

bohaterem wychodzącym z dworca kolejowego. Wraca do Friendly, bo nie ma dokąd iść. I 

zastaje miasteczko takie samo, jakie było przed dwudziestu laty, kiedy je opuszczał.

- Cięcie i przechodzimy do kolejnego ujęcia. Odjazd kamery z tą samą prędkością.

Tory   przyglądała   się   temu   zza   tłumu   gapiów.   Nie   była   zachwycona,   że   przez 

filmowców musiała zerwać się z łóżka o świcie, ale przeważyło poczucie obowiązku i po 

background image

części ciekawość.

Phil komenderował całym sztabem ludzi i było widać, że czuje się w tej roli całkiem 

swobodnie. Z drugiej strony jego praca nie wydawała się taka znowu trudna. Tory przesunęła 

się   nieco   i   usiłowała   przyjrzeć   się   scenie,   którą   filmowała   kamera.   Horyzont   pysznił   się 

odcieniami różu i złota, ale na ulicy i budynkach kładła się szara mgła. Miasteczko wydaje się 

zmęczone, pomyślała, z niepewnością wita nowy dzień.

To   był   pierwszy   dzień   zdjęć   w   samym   miasteczku.   Dotąd   Phil   filmował   tylko 

okoliczne krajobrazy, o czym Tory dowiadywała się na bieżąco z niezliczonych raportów 

Merle'a, rozentuzjazmowanego i szczęśliwego, że wreszcie ma coś do roboty.

Od służbowej  kolacji przy świecach  minęło  wiele dni - i wiele długich  nocy.  By 

uniknąć  spotkania z Philem, Tory pracowała  sumienniej  niż kiedykolwiek,  jednak  dzisiaj 

pokusa zobaczenia go okazała się zbyt silna.

Na znak Phila ramię kamery się obniżyło, tłum wokół Tory zaczął brzęczeć niczym 

chmara   pszczół.   Jakieś   dzieci   narzekały,   że   muszą   iść  do   szkoły.   Tory  zauważyła   Toda, 

uśmiechnęła się i przywołała go gestem.

- Ale czad, nie? - westchnął, stając przy niej. - Chciałem się tym przejechać, ale pan 

Kincaid mówił coś o ubezpieczeniu. Za to Steve pozwolił mi popatrzeć w kamerę. Używają 

taśmy, która ma trzydzieści pięć milimetrów, i różnych bajeranckich obiektywów.

- Steve?

- To ten facet, który siedział obok pana Kincaida. Operator. Jest super, no nie?

- Steve? - spytała z uśmiechem Tory.

- No tak, on też, ale chodziło mi o pana Kincaida. - Aż westchnął. - Jest taki mądry. 

Na wszystkim się zna. I kurczę blade, jak oni go słuchają. Tylko coś powie, to zaraz lecą. No i 

słyszałem, jak pan Bicks mówił do Steve'a, że nie wyobraża sobie pracy z żadnym innym 

reżyserem, chociaż twardy z niego skurczy... - Urwał i zaczerwienił się. - Znaczy się, mówił, 

że jest twardy, ale najlepszy w branży.

Spojrzała   na   Phila,   który   pochłonięty   rozmową   z   operatorem,   gestykulował 

zamaszyście.   Wreszcie   może   mu   się   przyjrzeć   -   jest   taki   zaabsorbowany   pracą,   że   nie 

dostrzega tłumu ludzi wlepiających w niego wzrok i rozmawiających szeptem za barierką.

Był ubrany w dżinsy i bladoniebieski bawełniany podkoszulek.

Przy pasku miał futerał z okularami przeciwsłonecznymi i krótkofalówkę. Pracował w 

skupieniu, mówił szybko, podkreślając słowa gestami. Raz czy dwa przerwał w pół zdania, by 

wydać polecenie oświetlaczom.

Perfekcjonista,   pomyślała   bez   zaskoczenia.   W   końcu   we   wszystkich   jego   filmach 

background image

wyczuwało   się   dbałość   o   szczegóły.   Kiedy   podszedł   do   niego   jakiś   tęgi   mężczyzna   w 

bejsbolówce, żujący wielką gumę do żucia, i zaczął coś mówić, Tod wyjaśnił nabożnym 

szeptem:

- To pan Bicks. Operator obrazu. Dostał dwa Oscary.

Phil go wysłuchał  i pokręcił głową. Bicks przekonywał  go przez chwilę, a potem 

wzruszył   ramionami   i   szturchnąwszy   go   w   bark,   ruszył   dalej.   Twardy   skurczybyk? 

Najwyraźniej.

Z roztargnieniem zmierzwiła Todowi włosy.

- Lepiej biegnij do szkoły.

- Ale...

- Żadnych ale. Niedługo zaczynają się wakacje. Oni jeszcze tu będą.

Burknął   coś   pod   nosem,   ale   kiedy   na   nią   spojrzał,   wzrok   miał   maślany.   Oho, 

pomyślała. Jak mogła wcześniej tego nie zauważyć?

Będzie musiała dyskretnie zainteresować go kimś w jego wieku.

- Przyjdę po szkole - powiedział, uśmiechając się promiennie, i zniknął, pozostawiając 

ją niewesołym rozważaniom.

- Szeryf Ashton.

Okręciła się gwałtownie i stanęła twarzą w twarz z Philem.

Uśmiechnął się przeciągle, zakładając okulary. Irytowało ją to, że nie widzi jego oczu.

- Jak idzie, Kincaid?

- Dobrze. Tutejsi są bardzo mili.

- Twoja ekipa też - przyznała łaskawie. - Przynajmniej na razie.

Znowu błysnął zębami w uśmiechu.

- Po południu spodziewamy się przyjazdu obsady. Kierownik produkcji uzgodniła z 

tobą sprawę parkingu dla przyczep i tak dalej?

- Jest bardzo operatywna. Wszystko układa się po twojej myśli?

- Jeśli  chodzi  o film,  to tak  - odparł po namyśle,  po czym  dotknął  jej  odznaki.  - 

Ostatnio jesteś bardzo zapracowana.

- Ty też.

- Nie aż tak, żeby nie zostawić ci kilku wiadomości.

- Wiem.

- Kiedy się ze mną zobaczysz?

- Teraz się widzimy - odparła, unosząc brwi, a kiedy zbliżył się i oparł dłoń na jej 

karku, spojrzała na niego chłodno. - Kincaid, takie sceny możesz robić, ale na planie. Za 

background image

napaść na funkcjonariusza trafisz do celi, a stamtąd trudno reżyserować film.

- Odznaka cię przede mną nie obroni, Victorio - powiedział półgłosem.

Była pewna, że zaraz ją puści, lecz on znienacka ją pocałował.

Kiedy się odsunął, jej zielone oczy płonęły.

- Do zobaczenia, pani szeryf - rzucił wesoło i wrócił do ekipy.

Tory zaszyła  się w swoim biurze, wściekła.  Co pewien czas słyszała  głos Phila i 

wiedząc, że filmuje teraz poszczególne budynki, trzymała się z dala od okna. Musi wziąć się 

do pracy. Poza tym ten film wcale jej nie interesuje.

Powinnam była go aresztować, pomyślała, upijając łyk zimnej już kawy, i skrzywiła 

się z niesmakiem. Zaklęła i poszła po świeżą.

Zerknęła   w   kierunku   okna.   Za   moskitierą   znowu   coś   się   działo,   słyszała   szmer 

rozmów, które milkły, zaledwie kamera poszła w ruch.

Niedawno minęło południe i panował piekielny skwar. Phil pracował już od wielu 

godzin   i   Tory   musiała   przyznać   z   niechętnym   szacunkiem,   że   to   człowiek,   który   pracę 

traktuje bardzo serio. Wróciła za biurko i zajęła się swoją robotą.

Dwie godziny później do biura wpadł Merle. Zgrzana, zmęczona i rozdrażniona, że jej 

przeszkadza, chciała go zbesztać, ale nie zdążyła.

- Już tu są! - wykrzyknął.

- Bomba - wymamrotała, opuszczając wzrok na swoje notatki. - Kto?

- Aktorzy. Z lotniska przywiozły ich długie czarne limuzyny.

Widziałem też pięć czy sześć wielkich samochodów kempingowych, w których mają 

być   przebieralnie   i   tak   dalej.   A   w   środku?   Telefony,   telewizory,   wszystko.   Musisz   to 

zobaczyć.

- Widzę, że nie próżnowałeś, Merle T. - wtrąciła z ironią, ale nawet jej nie usłyszał.

- Sam Dressier - mówił dalej, drepcząc tam i z powrotem. - Sam Dressier, tu, we 

Friendly. Widziałem wszystkie filmy, w jakich grał.

Uścisnął mi rękę - dodał, z niedowierzaniem patrząc na swoją spoconą dłoń. - Wziął 

mnie za szeryfa. - Zerknął na Tory. - Oczywiście wyjaśniłem mu, że jestem tylko zastępcą.

- Oczywiście   -   powtórzyła   rozbawiona;   nie   umiała   złościć   się   na   Merle'a.   -   Jak 

wyglądał?

- Jak   na   filmach   -   zachwycał   się   Merle.   -   Męski,   opalony,   a   na   palcu   sygnet   z 

brylantem, że aż człowieka oślepia. Rozdawał autografy każdemu, kto poprosił.

- Ty poprosiłeś?

- Jasna sprawa. - Uśmiechnął się i wyciągnął z kieszeni bloczek mandatowy. - Tylko 

background image

to miałem pod ręką.

- Bardzo pomysłowo. - Zerknęła na autograf i zauważyła drugi. - Marlie Summers - 

przeczytała i przywołała obraz ociekającej erotyzmem aktorki.

- Najpiękniejsza kobieta, jaką w życiu widziałem - oświadczył cicho Merle.

Gdyby   powiedział   to   ktokolwiek   inny,   nie   zwróciłaby   na   to   uwagi.   Spojrzała   na 

Merle'a, którego mina aż nazbyt żywo przypominała jej wyraz twarzy Toda, kiedy na nią 

patrzył.

- Naprawdę? - zapytała ostrożnie.

- Jest taka drobniutka - mówił Merle, wpatrzony w elegancki autograf. - Jasne włosy, 

różowe ciuszki. Jak laleczka. Ma olbrzymie błękitne oczy i najdłuższe rzęsy, jakie... - Urwał i 

zazdrośnie schował bloczek do kieszeni.

Tory   powtarzała   sobie,   że   jest   niepoważna.   Żadna   hollywoodzka   księżniczka   nie 

spojrzy nawet na Merle'a T. Johnsona.

- Cóż, ciekawe, kogo będzie grała - powiedziała lekko.

- Opowie mi o tym wieczorem. - Merle poprawił kapelusz.

- Co?

Z szelmowskim uśmiechem przyklepał kapelusz i przygładził mizerny wąs.

- Umówiliśmy się na randkę.

- Na   randkę?   -   powtórzyła   po   jego   wyjściu   Tory,   patrząc   na   drzwi   osłupiałym 

wzrokiem.

W tej samej chwili rozdzwonił się telefon.

- O co znowu chodzi? - spytała ze złością.

- Tory... Szeryf Ashton? Mówi burmistrz Toomey.

- Tak, Bud?

- Zapraszam do mojego gabinetu, pani szeryf. Jest u mnie kilka osób z obsady. Pan 

Kincaid uważa, że powinna ich pani poznać.

- Z obsady?  - powtórzyła,  myśląc o Marlie Summers. - Bardzo chętnie się z nimi 

przywitam.

Odłożyła słuchawkę i pełna czarnych myśli, opuściła biuro i przeszła na drugą stronę 

ulicy. Dopóki ona tu jest, żadna pusta hollywoodzka gwiazdeczka nie złamie serca Merle'owi. 

I da jej to jasno do zrozumienia.

Wpadła   do   hotelu,   rzucając   ołowiane   spojrzenia   ludziom   z   ekipy   Phila,   którzy 

odpoczywali   w   holu.   Bicks   uniósł   daszek   bejsbolówki   takim   gestem,   jakim   uchyla   się 

kapelusza, i uśmiechnął się do niej.

background image

- Moje uszanowanie.

Uśmiechnęła się zdawkowo i pobiegła do gabinetu burmistrza.

Za jej  plecami  Bicks wzniósł  oczy do nieba  i przycisnął  czapkę  do piersi.  Kiedy 

wchodziła   do  gabinetu,   padło   jeszcze   kilka   komentarzy   na   temat   korzyści,   jakie   płyną   z 

łamania prawa akurat we Friendly.

Malutki gabinet pękał w szwach, klimatyzator okienny pracował pełną parą, lecz na 

nic to się nie zdało. Ignorując fakt, iż wszyscy wlepiają w nią wzrok, odszukała spojrzeniem 

Marlie. Aktorka przysiadła na poręczy fotela, na którym siedział Phil. Była ubrana w różowe 

spodnie i skąpy topik zawiązany na szyi, idealnie podkreślający jej godne pozazdroszczenia 

kształty. Włosy miała w malowniczym nieładzie, piękną intrygującą twarz, rzęsy jak firany i 

usta   pomalowane   cukierkową   różową   szminką.   Wyglądała   bardzo   młodo,   niemal   jak 

nastolatka, którą zaprasza się na colę i lody.

Tory spojrzała prosto w jej błękitne oczy - z taką miną, że Phil uśmiechnął się pod 

nosem. Pochlebiał sobie, że jest o niego odrobinę zazdrosna.

- Pani szeryf! - Burmistrz natychmiast wszedł w rolę gospodarza. - Spotkał nas nie 

lada zaszczyt. Oczywiście poznaje pani pana Dresslera.

- Bardzo mi miło - odezwał się aktor aksamitnym tonem, ujmując jej dłoń w obie ręce. 

- Cóż za nieoczekiwana przyjemność - dodał, błądząc wzrokiem po jej twarzy.

- Podziwiam pańską grę, panie Dressier. - Uśmiechnęła się szczerze.

- Proszę mi mówić Sam. - Nadal miał piękny, młodzieńczy głos.

- Pani ma na imię Victoria, prawda?

- Tak - odparła z sympatią i znowu się uśmiechnęła.

- Dzięki Budowi czujemy się tu jak w domu - mówił Dressier, poklepując burmistrza 

po ramieniu. - Może dołączysz do nas? Napijesz się drinka?

- Wystarczy mi napój imbirowy.

- Pani   szeryf   jest   na   służbie   -   odezwał   się   Phil.   -   A   ona   pracę   traktuje   bardzo 

poważnie.   -   Dotknął   odsłoniętego   ramienia   Marlie.   -   Victoria   Ashton,   Marlie   Summers, 

poznajcie się.

- Witam, pani szeryf. - Marlie posłała jej olśniewający uśmiech, a na jej policzkach 

pojawiły się maleńkie dołeczki. - Phil uprzedzał, że jest pani wyjątkowa. I jak widzę, znowu 

miał rację.

- Doprawdy? - Tory obejrzała ją uważnie. Marlie, przyzwyczajona do przeciągłych 

męskich spojrzeń i kobiecego chłodu, spokojnie wytrzymała jej wzrok.

- Doprawdy. Zdążyłam poznać pani zastępcę.

background image

- Słyszałam.

Więc to tak, pomyślała Marlie, sącząc powoli sangrię z lodem.

Bud przedstawił Tory resztę obsady, od naturszczyków po ekranowych weteranów. 

Była dziewczyna, którą Tory kojarzyła z kilku reklam, wiekowy mężczyzna, który grywał 

jeszcze   w   czarnobiałych   filmach,   gogusiowaty   aktor,   może   dwudziestokilkuletni,   jak 

stworzony do pojawiania się na plakatach i łamania dziewczęcych serc. Tory zachowywała 

się uprzejmie, odsiedziała tyle, ile musiała, żeby burmistrz się nie obraził, a potem dyskretnie 

się wymknęła.

Zaledwie wyszła na dwór, poczuła, jak ktoś kładzie dłoń na jej ramieniu.

- Szeryf Ashton nie lubi przyjęć? Powoli obróciła się w stronę Phila.

- Nie wtedy, kiedy jestem na służbie. Wyglądał na rozanielonego. Koszulę i włosy na 

skroniach miał mokre od potu, lecz mimo to nie wyglądał na zmęczonego.

- Napracowałeś się dzisiaj - zauważyła cicho.

- Podobnie jak ty. Co powiesz na małą przejażdżkę?

- Nie mogę, mam inne zajęcia. - Chciała zmienić temat. - Twoja Marlie zrobiła wielkie 

wrażenie na Merle'u.

Phil zaśmiał się.

- Marlie na każdym robi wrażenie.

- Z Merle'em to zupełnie inna historia - odparła poważnym tonem.

- To duży chłopiec, Tory.

- Ale wciąż chłopiec. Nigdy nie widział kogoś takiego jak twoja przyjaciółka. Nie 

pozwolę, żeby cierpiał.

Phil westchnął ciężko.

- W   skład   obowiązków   szeryfa   wchodzi   udzielanie   porad   zakochanym?   Zostaw 

chłopaka w spokoju. Traktujesz go jak głupiutkie szczenię, które nie reaguje na tresurę.

- Nieprawda. To słodki chłopak, który...

- To mężczyzna - poprawił cicho Phil. - Nie rób z niego maminsynka.

- Nie wiem, o czym mówisz - odparła z irytacją.

- Doskonale wiesz, do diabła. Nie możesz mu matkować jak Todowi.

- Znam Merle'a od dziecka - powiedziała gniewnie. - Po prostu trzymaj tego swojego 

cukiereczka jak najdalej od niego, Kincaid.

- Jakaż ty jesteś pewna siebie. Zawsze wszystko wiesz najlepiej?

Krew odpłynęła jej z twarzy. Spojrzała na niego z takim bólem, że bezwiednie dotknął 

jej ramienia.

background image

- Tory...?

- Zostaw mnie. - Strząsnęła jego rękę. - Po prostu... zostaw mnie w spokoju.

Odwróciła się i poszła prosto do służbowego samochodu. Phil zaklął, zawracając w 

stronę hotelu, a potem zaklął jeszcze raz i ruszył za nią. Tory jechała już na północ.

Miała mętlik w głowie. Była wzburzona i chciała z kimś porozmawiać, lecz jedyny 

człowiek, który naprawdę ją rozumiał, odszedł na zawsze.

Boże,  ona  i pewność   siebie?  Czuła   się odpowiedzialna   za  tyle   osób,  za  Toda,  za 

Merle'a, za braci Kramer, za pana Hollistera. Za swoją matkę. Chciała spokoju, czasu, żeby 

uporać się z własnym życiem i z tym, co zaczynała czuć do Phila.

Dopiero gdy zatrzymała samochód, zobaczyła, że dotarła do cmentarza. Westchnęła i 

oparła głowę o kierownicę. Pora tam pójść, pora pogodzić się z tym, o czym nie chciała 

myśleć od owej nocy w szpitalu. Wysiadła i ruszyła po suchej trawie w kierunku grobu ojca.

Dziwne,   że   tutaj   wieje   wiatr,   pomyślała,   patrząc   na   dalekie   góry   i   wielką   pustą 

przestrzeń, na wszystko, byle nie na ziemię. Powinni tu posadzić jakieś drzewa, żeby był cień, 

pomyślała, obejmując się ramionami. Powinnam była przynieść kwiaty, pomyślała i spojrzała 

w dół.

WILLIAM H. ASHTON

Z jej ust wyrwał się cichy szloch. - Och, tato.

To niesprawiedliwe. To po prostu niesprawiedliwe. Leży w ciemnościach, on, który 

tak bardzo kochał słońce?

- Nie, nie - powtarzała szeptem, walcząc ze łzami. - Nie wiem, co robić. Nie radzę 

sobie z tym wszystkim. Wciąż cię potrzebuję, tato.

Phil zatrzymał się za jej samochodem i cicho wysiadł. Stała między grobami, taka 

samotna i zagubiona. Chciał do niej podejść, pocieszyć ją, ale nie śmiał. Stal przy niskiej 

bramie z kutego żelaza i czekał.

Tak wiele chciała ojcu powiedzieć, zadać mu tyle pytań, lecz nie zdążyła. Gdy umarł, 

w jednej chwili runął jej świat. To takie niesprawiedliwe, pomyślała z głuchą furią. Był taki 

młody, taki dobry.

- Tak   bardzo   za   tobą   tęsknię   -   szeptała.   -   Za   naszymi   rozmowami   i   cichymi 

wieczorami na werandzie. Zawsze kopciłeś te swoje okropne cygara na dworze, żeby matka 

się nie złościła. Zawsze byłam z ciebie taka dumna. Nie jestem godna nosić tej odznaki. Ale 

nie chcę popełnić błędu, dopóki ją noszę, bo była twoja. - Zacisnęła na niej palce. Poczuła się 

przeraźliwie samotna, bezradna, opuszczona. Już nie czuła gniewu, ale wciąż nie pogodziła 

się ze śmiercią ojca. Jednak skoro płacze, to chyba zrobiła już pierwszy krok ku temu?

background image

Ze smutkiem wpatrywała się w napis wyryty w granicie.

- Chciałabym, żebyś żył - wyszeptała. - Nienawidzę tego, że nic nie mogę zrobić.

Z posępną miną odwróciła się od grobu. Doszła do połowy cmentarza, gdy zauważyła 

Phila. Zatrzymała się w pół kroku i patrzyła, jak do niej podchodzi.

Przez chwilę wpatrywali się w siebie. Usta jej zadrżały, a potem bezradnie pokręciła 

głową. Phil objął ją bez słowa, a ona zadrżała, a potem ukryła twarz w jego koszuli.

- Och, Phil, ja tego nie wytrzymam... - I rozszlochała się po raz pierwszy od dnia, 

kiedy zmarł jej ojciec.

Tulił   ją   w   milczeniu,   przepełniony   czułością,   jakiej   nigdy   dotąd   nie   doświadczył. 

Głaskał ją po głowie, pocieszał bez słów. Widok jej cierpienia sprawiał mu ból. Objął ją 

mocniej i czekał, aż się uspokoi.

W   końcu  ucichła,   ale   dalej  stała   z  twarzą   przytuloną   do   jego   piersi.   Słaba,   ale   z 

dziwnym poczuciem ulgi, pozwoliła podprowadzić się do małej kamiennej ławeczki. Phil 

usiadł obok niej i objął ją opiekuńczym gestem.

- Dasz radę o tym porozmawiać? - spytał łagodnie.

- Kochałam go. Matka twierdzi, że za bardzo. - W gardle znowu jej zaschło. - Był 

takim dobrym człowiekiem. I takim mądrym.

Nauczył mnie, że oprócz czerni i bieli są jeszcze tysiące odcieni szarości. - Oparła 

głowę na jego ramieniu. - On zawsze wiedział, co robić. Był dla nas opoką. Dla mnie też, 

kiedy   chodziłam   do   college'u,   kiedy   przeprowadziłam   się   do   Albuquerque...   Zawsze 

wiedziałam, że mogę na niego liczyć.

Pocałował ją w skroń.

- Jak umarł?

- Miał   masywny   udar   mózgu.   Nic   go   nie   zapowiadało.   Nie   pamiętam,   żeby 

kiedykolwiek   chorował.   Kiedy   przyjechałam,   był   w   śpiączce.   Wszystko...   -   Głos   jej   się 

załamał. - Wszystko inne też się posypało. Jego serce po prostu... przestało bić. Podłączyli go 

do respiratora. Tygodniami oddychała za niego ta cholerna maszyneria. A potem moja matka 

kazała ją wyłączyć.

- Musiało jej być bardzo ciężko.

- Nie - odparła Tory głucho. - Nie wahała się, nie płakała.

Podjęła tę decyzję sama. Dowiedziałam się o wszystkim, kiedy to już się stało.

- Tory. - Phil obrócił ją w ramionach, żeby na niego spojrzała. - Nie powiem ci, czy 

postąpiła dobrze, czy źle, bo tego nie da się rozstrzygnąć. Ale wiem, że w życiu każdego 

człowieka nadchodzi taki moment, kiedy trzeba pogodzić się z czymś, co wydaje się nie do 

background image

zaakceptowania.

- Gdybym   tylko   mogła   wierzyć,   że   zrobiła   to   z   miłości,   a   nie...   dla   wygody   - 

powiedziała i poprosiła szeptem, by ją objął. - Ostatniej nocy w szpitalu powiedziałyśmy 

sobie z matką wiele gorzkich słów.

Wiem, że ojciec bolałby nad tym, że się kłócimy, ale nie mogłam się powstrzymać. 

Wciąż tego nie potrafię.

- Potrzebujesz czasu. - Pocałował ją w czubek głowy. - Wiem, że to brzmi banalnie, 

ale to prawda.

- Czasami dopada mnie paniczny strach - wyznała półgłosem.

- Ciebie? - spytał zaskoczony.

- Każdy myśli, że skoro jestem córką Willa Ashtona, to ze wszystkim sobie poradzę. 

A sprawiedliwość nie jest czarno - biała.

- Jesteś świetna w tym, co robisz.

- Jestem dobrą prawniczką.

- I dobrym szeryfem. - Uśmiechnął się do niej.

- Mówi ci to ktoś, kogo sama wsadziłaś za kratki. Oczywiście przy ludziach tego nie 

powtórzę.

- Phil, czasem potrafisz być bardzo miły.

- To cię dziwi?

- Może trochę - przyznała cicho i odsunęła się z westchnieniem.

- Czas wracać do pracy.

Wstali oboje.

- Odwiozę cię. Przyślemy kogoś po twój samochód.

- Nie trzeba, już mi lepiej. - Musnęła ustami jego usta. - Dziękuję ci. Potrzebowałam 

takiej rozmowy.

- Przyjdziesz do mnie, jeśli znowu będzie ci ciężko?

- Nie   wiem   -   odrzekła   po   dłuższym   namyśle.   Phil   puścił   ją   i   patrzył,   jak   powoli 

odchodzi.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Operator   zrobił   zbliżenie   Sama   i   Marlie.   Phil   chciał   skontrastować   młodość   z 

dojrzałością, niezadowolenie z akceptacją.

To była kluczowa scena, pełna napięcia i powściąganego erotyzmu.

Kręcili ją w barze „U Hernandeza”, gdzie postać grana przez Marlie pracowała jako 

kelnerka. Phil nie wprowadził w sali niemal żadnych zmian. Blat baru był porysowany, lustro 

za nim u dołu pęknięte. W powietrzu unosiła się woń potu i zwietrzałego piwa. Phil chciał 

przenieść ten zapach do filmu za pośrednictwem obrazu.

Okna   były   przysłonięte   papierem,   który   nie   przepuszczał   promieni   słońca,   a   przy 

okazji uniemożliwiał cyrkulację powietrza.

Lampy grzały się niemiłosiernie i w barze panowała taka duchota, że na twarzy Sama 

perliły się krople potu, które powstały bez pomocy charakteryzatorki. Kręcili szóste ujęcie i 

atmosfera robiła się nerwowa.

Sam pomylił tekst i zaklął siarczyście.

- Cięcie. - Phil otarł przedramieniem spocone czoło, starając się trzymać nerwy na 

wodzy.

- Słuchaj, Phil. - Sam zdarł z głowy wyświechtanego stetsona i cisnął go na podłogę. - 

Nic z tego nie będzie.

- Wiem. Wyłączyć  lampy - rzucił. - A ty leć po piwo dla pana Dresslera - polecił 

człowiekowi   z   obsługi,   zatrudnionemu   specjalnie   po   to,   aby   usługiwać   kapryśnemu 

gwiazdorowi. - Usiądź na chwilę, Sam. Ochłońmy. - Poczekał, aż Sam usiądzie z piwem przy 

przenośnym wentylatorze, i wyjął puszkę dla siebie.

- Ale gorąco - zauważyła Marlie, opierając się o bar.

Phil zauważył smużkę potu znikającą w dekolcie jej obcisłej bluzki. Podał aktorce 

schłodzone piwo.

- Dobrze sobie radzisz.

- To piekielnie trudna rola - stwierdziła, upijając łyk. - Od dawna na taką czekałam.

- Wracając do ujęcia... - Phil zmrużył oczy. - Kiedy mówisz ten kawałek o pocie i 

kurzu, złap go za koszulę i przyciągnij do siebie.

Marlie zastanowiła się i odstawiła puszkę.

- O tak? „W tej dziurze nie ma nic” - w jej głosie brzmiało rozgoryczenie i gniew - 

„nic oprócz potu i kurzu”. - Chwyciła go za koszulę. - „Zakurzone są nawet marzenia”.

- Dobrze.

background image

Marlie uśmiechnęła się do niego.

- Lepiej uprzedź Sama. On nie lubi improwizacji.

- Ej, Phil! - zawołał od drzwi Steve. - Ten mały czeka przed barem z panią szeryf. 

Pyta, czy mogą popatrzeć.

- Mogą usiąść z tyłu sali.

Minęły dwa dni od ich spotkania na cmentarzu, ale na następne albo nie pozwalały jej 

obowiązki, albo najzwyczajniej go unikała.

Wchodząc, powitała go skinieniem i usiadła z Todem przy stoliku pod ścianą.

- Strażniczka prawa tej ziemi - odezwała się Marlie takim tonem, że Phil aż się na nią 

obejrzał. - Niezwykła osoba, nie uważasz?

- Owszem.

Marlie uśmiechnęła się przekornie.

- Zdaniem Merle'a ta kobieta to największe cudo od czasów wynalezienia krojonego 

chleba.

Phil wyjął papierosa.

- Ostatnio dosyć często widujesz się z zastępcą szeryfa. To chyba nie w twoim stylu?

- To miły facet - odparła i roześmiała się. - Za to jego szefowa najchętniej przegnałaby 

mnie stąd na cztery wiatry.

- Jest opiekuńcza.

Marlie mruknęła coś pod nosem i przegarnęła palcami potargane włosy.

- Z początku byłam pewna, że coś ich łączy. - Kiedy Phil parsknął śmiechem, uniosła 

cienkie, podkreślone ołówkiem brwi. - Oczywiście to było, zanim zobaczyłam, jak na nią 

patrzysz.

Teraz to ona się zaśmiała, rozbawiona obojętną miną rozmówcy.

- Niech cię diabli, Phil, czasami wyglądasz zupełnie jak twój ojciec. - Odstawiła pustą 

puszkę. - Poprawka makijażu!

- Mają po cztery kilowaty mocy - opowiadał Tory Tod, wskazując lampy.  - Okna 

muszą   zakrywać   tymi   papierami,   żeby   światło   słoneczne   nie   popsuło   ujęcia.   Do   ujęć 

studyjnych, takich jak to, potrzebują oświetlenia o natężeniu około tysiąca ośmiuset, tysiąca 

dziewięciuset luksów.

- Zaczynasz gadać jak fachowiec.

- Steve pozwolił mi nakręcić krótką sekwencję, a pan Kincaid dał ją do wywołania w 

przewoźnym   laboratorium.   Powiedział,   że   dobrze   mi   poszło.   Że   są   szkoły,   w   których 

mógłbym się uczyć o kręceniu filmów.

background image

Zerknęła na Phila.

- Ostatnio spędzasz z nim sporo czasu.

- O ile akurat nie pracuje. Chyba mu nie przeszkadzam?

- Jestem pewna, że nie. - Uścisnęła jego rękę. Tod odpowiedział jej tym samym.

- Wołałbym spędzać czas z tobą - powiedział cicho.

- Tod... - zaczęła Tory.

- Cisza na planie!

Z westchnieniem spojrzała w stronę baru. Przyszła tutaj wyłącznie na prośbę Toda. 

Uważała, że zainteresowanie sprawami technicznymi  wyjdzie mu na dobre. Od kilku dni 

obserwowała go dyskretnie. Nie wydawało się, by któryś z filmowców miał coś przeciwko 

jego obecności czy odpowiadaniu na jego pytania.

Przeciwnie,   traktowali   go   trochę   jak   maskotkę.   Szybko   zaczął   używać   żargonu 

filmowego - jak gąbka chłonął fachową terminologię.

Interesowała go sama produkcja, a nie profity płynące z przynależności do branży 

filmowej.

Zresztą   mocno   przereklamowanej,   pomyślała   kwaśno.   Praca   w   dusznym   parnym 

pomieszczeniu,   w   powietrzu   przegrzanym   od   lamp   i   cuchnącym   tanim   piwem,   wszędzie 

pełno sprzętu, lamp, kamer. Jak ci dwoje mogą grać w takich warunkach?

Postać grana przez Marlie dręczyła tę, w którą wcielił się Sam, ironizowała, że wraca 

do miasta jako człowiek przegrany, kpiła z niego. Emanowała z niej szorstka siła: robiła 

wrażenie kobiety, która wpadła w pułapkę okoliczności, ale za wszelką cenę zamierza się z 

niej  wyrwać.  Sprawiała,   że  różnica  wieku   między   nimi  stawała   się  nieistotna.  Widzowie 

poczują do niej szacunek, potem sympatię, a zanim się obejrzą, będą trzymać za nią kciuki. 

Ciekawe, czy Dressier wie, że w tej scenie to nie on będzie prawdziwą gwiazdą.

Jest   świetna,   pomyślała   Tory.   Daje   swojej   postaci   siłę,   charakter   i   zarazem 

rozbrajającą bezradność.

- Cięcie! - zawołał Phil. - Dobra robota. Piękna aktorka westchnęła z ulgą.

- Machnijmy jeszcze kilka przebitek, Marlie. Kiedy wszystko było gotowe, spojrzał w 

kamerę, kazał aktorce się przesunąć, spojrzał jeszcze raz i kiwnął głową.

- Kamera, klaps!

Pracowali przez kolejne pól godziny. Tory miała okazję przekonać się, że sam talent 

to za mało, że nakręcenie filmu wymaga znajomości całego mnóstwa technicznych niuansów 

oraz nużących powtórzeń. Kiedy Phil zarządzał dubel, nikt nie narzekał, nikt o nic nie pytał. 

Wszyscy myśleli tylko o efekcie końcowym: o filmie. Może dlatego, że wiedzą, iż wciąż 

background image

będzie istniał, kiedy ich już zabraknie. Da im względną nieśmiertelność.

- Cięcie   i...   -   zerknął   na   zegarek   -   dwugodzinna   przerwa,   potem   plan   do   sceny 

sześćdziesiątej trzeciej.

Zaledwie zgasły lampy, w barze zrobiło się chłodniej.

- Zobaczę, co robi pan Bicks - odezwał się Tod i popędził w stronę operatora.

- Pani szeryf?

Spojrzała na Marlie, która podeszła do jej stolika.

- Właśnie podziwiałam pani grę. Robi wrażenie.

- Dzięki. - Marlie dosiadła się, nie czekając na zaproszenie. - Teraz przydałby mi się 

trzygodzinny   prysznic   i   będę   jak   nowa.   -   Przez   chwilę   patrzyły   na   siebie   w   milczeniu. 

Aktorka   odezwała   się   pierwsza.   -   Ma   pani   niesamowitą   twarz.   Gdybym   taką   miała,   nie 

musiałabym walczyć o ambitne role. Niestety moja wygląda jak landrynka.

Tory zaśmiała się.

- Panno   Summers,   jako   szeryf   muszę   pani   przypomnieć,   że   kradzież   jest 

przestępstwem. A w tej scenie całkowicie przyćmiła pani Sama i skradła serca widzów.

- Jest pani niezwykle przenikliwa, już rozumiem, czemu Merle uważa panią za ósmy 

cud świata - odparła rozbawiona Marlie.

Tory spojrzała na nią chłodno.

- Merle to bardzo naiwny i bardzo wrażliwy młody człowiek.

- To prawda. - Marlie odstawiła szklankę. - Lubię go. Proszę posłuchać, obie jesteśmy 

atrakcyjne. Nie pochlebia pani, kiedy mężczyzna lubi z panią rozmawiać, pani słuchać?

- Oczywiście, że tak. Chociaż prawdę powiedziawszy, nie wyobrażam sobie, czym 

Merle mógłby panią zainteresować.

Marlie parsknęła śmiechem.

- Nie docenia go pani. Zaczęłam robić karierę, mając osiemnaście lat. Poznałam wielu 

mężczyzn, ale Merle jest inny.

- Jeśli się w pani zakocha, będzie cierpiał.

- Nie zakocha się - odparła w końcu Marlie. - Co najwyżej zadurzy. A potem oboje 

będziemy milo to wspominać. - Zauważyła Phila. - Wszyscy potrzebujemy czasem czyjejś 

bliskości, nieprawdaż?

Tory podążyła za jej wzrokiem i spojrzała prosto w oczy Phila.

- Tak, to prawda.

- Pójdę się wykąpać. - Marlie wstała. - To dobry człowiek.

Tory nie musiała pytać, kogo ma na myśli.

background image

- Chyba tak.

- Tory? - Phil oparł dłoń na jej ramieniu. - Co słychać?

- W porządku. - Uśmiechnęła się ciepło. - Jesteś twardszy, niż myślałam, Kincaid. 

Wytrzymałeś w takim gorącu.

- To pewnie jest komplement? - Odwzajemnił uśmiech, rozbawiony.

- Tylko niech ci nie uderzy do głowy. Jesteś spocony jak mysz.

- Poważnie? - odparł cierpko. - Nie zauważyłem.

- Wiesz co, wyobrażałam sobie, że reżyser ma znacznie mniej roboty na planie.

- To mój film - powiedział tylko, chwytając ją za rękę. - Tory, chcę się z tobą spotkać, 

sam na sam.

- Ty masz swój film, a ja sprawę do załatwienia.

- Wieczorem - nalegał. - Weź wolne.

- Dobrze. Jeśli tylko będę mogła. Znam pewien uroczy zakątek - dodała z uśmiechem. 

- Półtora kilometra na południe stąd. Kiedy byłam mała, chodziliśmy się tam kąpać.

- O zachodzie słońca?

- Niczego nie obiecuję - odparła, po czym zawołała Toda.

- Czy to nie jest super, Tory? Normalnie nie do pobicia!

Gdybym mógł, zabrałbym się z nimi, kiedy będą wyjeżdżać. - Spojrzał na nią. - Ty nie 

chciałabyś wyjechać, Tory?

- Do   Hollywood?   Och,   to   nie   w   moim   stylu.   Poza   tym   niedługo   wracam   do 

Albuquerque.

- Chcę jechać z tobą - powiedział jednym tchem.

- Tod... - zaczęła łagodnie, kładąc dłoń na jego policzku.

- Ja ciebie kocham. Mógłbym...

- Tod, nie tutaj. - Kiedy weszli do jej biura, popatrzyła na niego poważnie. - Ja... Och, 

Tod, nie wiem, co ci powiedzieć.

- Jesteś mądra i piękna. Kocham cię, Tory. Kocham cię jak nikogo na świecie.

- Ja też ciebie kocham - odparła, biorąc go za ręce. - Ale musisz zrozumieć, że istnieją 

różne rodzaje miłości.

- Wiem tylko, co do ciebie czuję.

- Tod, ja rozumiem, że to dla ciebie trudne, ale czasem po prostu ludzie nie są dla 

siebie stworzeni.

- Tylko dlatego, że jestem młodszy? - oburzył się.

- Po części tak - przyznała. - Wiem, że czujesz się jak mężczyzna, ale wciąż jesteś 

background image

chłopcem. Tak wiele musisz jeszcze doświadczyć, tyle się nauczyć. Dorosnąć.

- Ale kiedy już dorosnę...

- Twoje uczucia do mnie się zmienią - przerwała mu łagodnie.

- Wcale nie! - Chwycił ją za ramiona. - Nie zmienią się, bo ja tego nie chcę. Poczekam 

na ciebie, jeśli muszę. Kocham cię, Tory.

- Wiem. Naprawdę ci wierzę. Wiek nie ma dla serca żadnego znaczenia. I ty też jesteś 

mi wyjątkowo bliski. Stałeś się ważną częścią mojego życia.

- Ale mnie nie kochasz. - Głos drżał mu z gniewu i z rozczarowania.

- Nie w tym sensie, w jakim byś chciał.

- Ciebie to bawi - zauważył z pretensją w glosie.

- Nie. To było wzruszające. Pochlebiło mi, bo wiem, na jakiego człowieka wyrośniesz. 

I zasmuciło mnie, bo cierpisz.

- Ty nic nie rozumiesz. Nic cię nie obchodzę.

- Rozumiem. Tod, proszę...

- Nie. - Zatrzymał ją pełnym furii spojrzeniem. - Nie rozumiesz.

I wyszedł z godnością, która rozdzierała jej serce.

Zachodziło słońce. Tory usiadła na wyschniętej trawie nad wodą. Przyciągnęła kolana 

do  piersi   i  patrzyła,   jak  płonąca  tarcza   skrywa  się  za   horyzont.   Na  ciemniejącym  niebie 

dogasały strzępy gorących barw.

Tory   miała   mętlik   w   głowie.   Najchętniej   skreśliłaby   i   zapomniała   cały   dzisiejszy 

dzień. Po rozmowie z Todem czuła się zmęczona i rozdrażniona. W efekcie nie przykładała 

się do pracy tak, jak to miała w zwyczaju. A przed wyjściem z biura zdążyła jeszcze ofuknąć 

Merle'a. Gdy patrzyła na swoją odznakę, miała ochotę ją zerwać i cisnąć do wody.

Problem w tym, pomyślała z bladym uśmiechem, że od kilku tygodni po prostu nie 

była   w   stanie   się   zrelaksować.   Pora   zacząć   na   nowo   doceniać   uroki   błogiego   lenistwa, 

pomyślała, wyciągnęła się na plecach, zamknęła oczy i niemal natychmiast zapadła w sen.

Obudziła się, kiedy ktoś delikatnie dotknął jej policzka.

Westchnęła sennie i zastanawiała się, czy otworzyć oczy.

Uniosła   powieki   i   spojrzała   w   niebo:   nic,   ani   chmur,   ani   gwiazd,   tylko   wielki 

bezkresny baldachim nieba, które miało głęboki odcień granatu. Chciała się przeciągnąć, gdy 

nagle ktoś chwycił ją za rękę i ucałował. Obróciła się i zobaczyła, że obok siedzi Phil.

- Cześć.

- Patrzyłem, jak się budzisz - powiedział cicho.

- Nawet kiedy śpisz, jesteś seksowniejsza od wszystkich kobiet, które oglądałem już 

background image

po przebudzeniu. Zaśmiała się sennie.

- W spaniu zawsze byłam świetna. Długo tu siedzisz?

- Niedługo. Zdjęcia trochę się przeciągnęły. - Wyprostował plecy i uśmiechnął się. - 

Jak ci minął dzień?

- Fatalnie.   -   Usiadła   z   westchnieniem.   -   Po   południu   rozmawiałam   z   Todem.   Nie 

przyjął tego najlepiej . Cholera. Nie chciałam go zranić.

- Tory, to było nieuniknione. - Pogłaskał ją po głowie. - Dzieciaki są twardsze, niż 

myślisz. Pozbiera się, zobaczysz.

- Wiem, ale to taki wrażliwy chłopak. Znienawidzi mnie. Zresztą może tak będzie 

najlepiej.

- Nie znienawidzi cię. Zbyt  wiele dla niego znaczysz  - zapewnił Phil. - Z czasem 

nabierze do tego dystansu. Ale pewnie na zawsze pozostaniesz jego pierwszą miłością.

- Próbowałam mu to wytłumaczyć, ale chyba mi nie uwierzył.

Ale   na   tym   nie   koniec   -   dodała.   -   Potem   jeszcze   nawarczałam   na   jednego   z 

poczciwszych  ludzi w tym  miasteczku, wydarłam się na jednego farmera i powiedziałam 

kilka przykrych słów Merle'owi. - Zaklęła pod nosem. - Wiedziałam, że zaraz zacznę się nad 

sobą użalać, więc wolałam położyć się spać.

- Mądry wybór. Ja omal nie udusiłem mojego ekonoma.

- Ekonoma? Ach, mówisz o tej firmie ubezpieczeniowej? - Tory zaśmiała się. - Czyli 

oboje mieliśmy uroczy dzień.

- Wypijmy za to. - Phil sięgnął po butelkę szampana.

- No, no. - Tory zerknęła na etykietę. - U ciebie wszystko musi być pierwsza klasa, 

Kincaid?

- Bezwzględnie. - Napełnił dwa kieliszki musującym trunkiem. - Za koniec dnia.

- Za koniec dnia! - Upiła łyk i z lubości aż przymknęła oczy. - Dobry. Znakomity.

Popijali szampana w przyjaznej ciszy, dopóki nie zapadł mrok.

Na niebie zabłysły pierwsze gwiazdy, księżyc rozpoczął swoją powolną wędrówkę. 

Noc była upalna, sucha i bezwietrzna, tafla wody nieruchoma i płaska jak stół. Phil podparł 

się łokciem, podziwiając profil Tory.

- O czym myślisz?

- Cieszę   się,   że   wzięłam   wolne.   -   Uśmiechnęła   się,   zwracając   ku   niemu   twarz. 

Srebrzyste światło księżyca podkreślało piękno jej rysów.

- Tory - szepnął ledwie słyszalnie - muszę mieć twoją twarz na filmie.

Roześmiała się radośnie.

background image

- No to sfilmuj mnie amatorską kamerą, Kincaid.

- Pozwoliłabyś mi?

Napełniła szampanem oba kieliszki.

- To już jakaś obsesja - oznajmiła poważnym tonem.

- Fakt, nie mogę przestać o tym myśleć. - Milczał chwilę. - Nie byłem pewny, czy 

przyjdziesz.

- Ja   też.   -   Popatrzyła   na   swojego   szampana.   -   Jeszcze   jeden   kieliszek,   a   może 

przyznam, że miło spędzać z tobą czas.

- Zostało pół butelki.

- Nie tak szybko. - Wzruszyła ramionami. - Z drugiej strony chyba coś już się między 

nami zaczęło.

- To cię martwi? - spytał, gładząc wierzch jej ręki. Zaśmiała się smutno.

- Powiedzmy, że czuję, się niezbyt komfortowo. Usiadł i objął ją lekko.

- Lubię noc. Tylko wtedy mam czas, żeby wszystko sobie przemyśleć. - Pozwolił, by 

oparła głowę na jego ramieniu. - Za dnia tyle się dzieje, że nawet myśli się w biegu.

- Zabawne. - Splotła palce z jego palcami. - W Albuquerque najlepiej mi się myślało 

właśnie w nocy przed rozprawą. - Musnęła ustami jego usta. - Naprawdę miło mi z tobą.

Odwzajemnił pocałunek.

- Niepotrzebnie przyniosłem tego szampana?

- Cóż. Z pewnością nie zaszkodził. - Kiedy się zaśmiał, znowu ułożyła głowę na jego 

ramieniu.  - Zawsze uwielbiałam to miejsce. W naszych  stronach trudno o wodę, więc ta 

sadzawka to taki nasz mały skarb. Nie jest duża, ale miejscami jest naprawdę głęboka. Tutejsi 

nazywają ją jeziorem. Kiedy byłam mała, przychodziliśmy tu czasem w wyjątkowo gorące 

dni. Rozbieraliśmy się i wskakiwaliśmy do wody. Oczywiście, kiedy mieliśmy po kilkanaście 

lat, dorośli krzywo na to patrzyli, ale my i tak robiliśmy swoje.

- Ach, ta nasza dekadencka młodzież.

- To była zwykła zabawa, nic nieprzyzwoitego, Kincaid.

- Ach, tak? Może mi zademonstrujesz?

Widząc w jego oczach wyzwanie, uśmiechnęła się szeroko.

- Chcesz się ścigać? Proszę bardzo. - Zaczęła zdejmować buty. - Kto ostatni w wodzie, 

przegrywa.

Zaczął ściągać koszulę. Kiedy mocował się z pierwszym butem, Tory biegła w stronę 

sadzawki bez ubrania. Światło księżyca srebrzyło jej skórę i włosy, które opadały na plecy 

lśniącą kaskadą.

background image

Phil zatrzymał się jak wryty, nie mogąc oderwać od niej wzroku.

Okazała  się jeszcze  piękniejsza,  niż  sobie  wyobrażał.  Dopiero  kiedy zanurkowała, 

stojąc w wodzie po talię, otrząsnął się z transu i ruszył za nią, rozbierając się po drodze.

Woda była cudownie chłodna. Phil aż westchnął, zanurzając się po ramiona. Kąpiel w 

małym jeziorku na środku pustkowia była wspanialsza niż w najlepszym jacuzzi, gdyż obok 

była Tory. Mokre włosy przylgnęły do jej głowy, krople wody na jej twarzy połyskiwały 

srebrzyście. Syrena, pomyślał z zachwytem, gdy otworzyła oczy. Były szmaragdowe i lśniły 

w półmroku jak kocie ślepia.

- Aleś ty powolny, Kincaid.

Pożądanie, które w nim budziła, sprawiało mu fizyczny ból, lecz nie chciał niczego 

popsuć zbytnim pośpiechem.

- Nie miałem pojęcia, że możesz być taka szybka - odparł lekko, idąc w jej stronę.

- Oszczędzam energię. - Utrzymywała się na powierzchni lekkimi ruchami nóg.

- Czyli następne wyścigi odpadają? Posłała mu przeciągłe spojrzenie.

- Chyba żartujesz.

- Nie sądzę, żeby trudno było cię pokonać, ty chudzielcu.

- Wcale nie jestem chuda. - Ochlapała go wodą.

- Kilka miesięcy w siłowni i może dorobiłabyś się jakiejś muskulatury. - Uśmiechając 

się, wytarł mokre oczy.

- Wystarczy mi taka, jaką mam.

Odwróciła się i zaczęła płynąć ku brzegowi, ochlapując go potężną fontanną wody. 

Phil  uśmiechnął  się i  ruszył za nią.  Dopłynęła  pierwsza i  czekała na niego  przy brzegu, 

śmiejąc się i wyciskając wodę z włosów.

- Lepiej sam się wybierz do siłowni, Kincaid.

- Oszukiwałaś.

- Wygrałam. Tylko to się liczy.

Patrzył na nią, rozbawiony i zdziwiony, że nawet się nie zasapała.

- Takie słowa z ust kobiety, która stoi na straży prawa?

- W tej chwili nie noszę odznaki szeryfa.

- Zauważyłem.

Tory znowu się zaśmiała i leniwie wróciła na środek jeziorka.

- W sumie też jesteś w nie najgorszej formie... jak na reżysera z Hollywood.

- Co ty powiesz? - Podpłynął do niej, obserwując jej leniwe, spokojne ruchy.

- Nie masz piwnego brzuszyska. Na razie - dodała roześmiana.

background image

Phil oparł dłoń na jej głowie i na chwilę wepchnął ją pod wodę.

- Takie sztuczki ci w głowie? - mruknęła i zanim się obejrzał, udami unieruchomiła 

jego nogi i lekko uderzyła go w pierś.

Zaskoczony przewrócił się do tyłu i wylądował pod wodą.

Wynurzył  się i odgarnął włosy z oczu. Tory zdążyła oddalić się o kilka metrów i 

śmiejąc się, płynęła dalej.

- Podstawy samoobrony, technika sto pierwsza - wyjaśniła rzeczowo. - Tylko trzeba 

uwzględnić fakt, że woda amortyzuje upadek.

Tym   razem   Phil   popłynął   szybciej.   Zanim   Tory  znalazła   się   przy  drugim   brzegu, 

chwycił ją za kostkę. Szarpnął, przyciągając ją do siebie pod wodą. Wynurzyła się już w jego 

ramionach. Usiłowała się uwolnić, ale tylko przyciągnął ją bliżej. Gdy przestał się uśmiechać, 

milczała, czując mocne bicie jego serca.

Powoli   pocałował   ją   w   usta,   a   ona   bez   wahania   odwzajemniła   pocałunek. 

Podtrzymywał  ją, tak że stopami nie dotykała  piaszczystego  dna. Czuła się podniecająco 

lekka, niemal bezcielesna.

Dotykał jej twarzy, całował mokre policzki, obracając się z nią w ramionach, dopóki 

woda wokół nich nie zaczęła falować i cicho szemrać. Tory uwolniła ręce i zarzuciła mu je na 

szyję.   Przylgnęła   do   niego   i   w   nagrodę   usłyszała   zdławione   westchnienie,   poczuła,   jak 

przebiega go dreszcz. Już nie był w stanie dłużej hamować niecierpliwości. Pocałował ją 

mocno, obejmując ją w talii ramieniem, drugą ręką wodząc po jej śliskim ciele.

Gdy   otarła   się   o   niego   zmysłowo,   zanurzyli   się   pod   wodę,   spleceni   w   uścisku. 

Wynurzyli się, wciąż się całując, a potem zaczerpnęli powietrza. Potem Tory wsunęła palce w 

jego włosy i jeszcze tęskniej, z jeszcze większym pośpiechem, przyciągnęła go do siebie.

Phil gwałtownie przechylił ją do tyłu, tak że jej włosy dotknęły tafli wody, i nakrył 

dłonią jej pierś. Jej jęki rozpaliły go jeszcze bardziej. Przyciągnął ją do siebie i zaczął ją 

całować, dopóki drżąca nie chwyciła go za ramiona. Była taka rozpalona, że nogi się pod nim 

ugięły.   Ona   też   nie   czuła   zimna,   zatraciła   się   w   doznaniach,   których   źródłem   była   jego 

bliskość. Słyszała echo swojego oddechu, pragnęła wykrzyczeć, aby wziął ją tu i teraz, lecz 

głos odmawiał jej posłuszeństwa. Oplotła go udami. Aż się zachwiał, a potem kurczowo 

chwycił ją za biodra, przyjmując jej zaproszenie. W głowie jej szumiało, jak gdyby nagle 

zerwał się wiatr. Kiedy skończyli, miękko osunęli się do wody.

- Lepiej wyjdźmy na brzeg, bo się potopimy - rzekł zdławionym głosem, tuląc ją do 

siebie.

- Czemu nie? - odparła, opierając głowę na jego ramieniu.

background image

Z drżącym śmiechem wziął ją na ręce i wyniósł na brzeg.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Położył ją na trawie i wyciągnął się przy niej na plecach. Przez pewien czas ciszę 

zakłócał jedynie szmer ich oddechów. Gwiazdy świeciły jasno, księżyc stał wysoko na niebie. 

Zbliżała się pełnia.

- Mówiłaś chyba, że woda nie jest twoim żywiołem - odezwał się Phil.

Tory zaśmiała się, najpierw cicho, potem pełną piersią.

- Mogłam się mylić.

Phil zamknął oczy, a ona westchnęła i przeciągnęła się błogo.

- To było cudowne.

- Zimno ci? - spytał, przygarniając ją do siebie.

- Nie.

- Ta trawa...

- Wiem, jest okropna. - Śmiejąc się, wdrapała się na niego.

Leniwie gładząc ją po plecach, wpatrywał się w jej twarz. Włosy otulały jej głowę, jej 

skóra była nieskazitelnie gładka i jasna niczym marmur. Na jej rzęsach wciąż połyskiwały 

kropelki wody.

- Pięknie wyglądasz, kiedy jesteś mokra - powiedział i pocałował ją już bez pośpiechu, 

czule.

- Ty też. - Kiedy zaśmiał się, powiodła palcem po jego policzku.

- Podoba mi się twoja twarz. Te arystokratyczne rysy masz po ojcu.

Nic dziwnego, że był fenomenalny w rolach amantów, których grywał na początku 

kariery. - Zmrużyła oczy. - Nie przeszkadza mi nawet, kiedy robisz tę swoją wyniosłą minę.

- Wyniosłą? - Przyklepał źdźbło trawy, które kłuło go w bark.

- Świetnie ci to wychodzi. A twoje oczy mają wtedy taki wyraz, jak gdybyś chciał 

powiedzieć: „najmocniej przepraszam”, a myślał:

„idź   do   diabła”.   Łatwo   to   zauważyć,   zwłaszcza   kiedy   rozmawiasz   z   tym   niskim 

facecikiem w małych okularkach.

- Tremaine - mruknął Phil. - Współproducent i wyjątkowo upierdliwy człowiek.

Tory zachichotała i pocałowała go w brodę.

- Nie lubisz, kiedy ktoś się wtrąca do twojego filmu?

- Jestem   egoistą.   Co   moje,   to   moje.   -   Chciał   tylko   musnąć   ustami   jej   usta,   lecz 

skończyło się gorącym pocałunkiem.

Kiedy się odsunął, ich spojrzenia się spotkały, potem Tory opuściła głowę.

background image

- Chyba oboje wiedzieliśmy, że prędzej czy później do tego dojdzie.

- Chyba tak.

- Tylko żeby to niczego nie skomplikowało - dodała, przygryzając usta.

Leżeli   w   milczeniu   i   patrzyli   na   gwiazdy.   Usiłowali   uporać   się   ze   smutkiem   i   z 

poczuciem straty. Jesteśmy dorośli, rozmyślała Tory.

Podobamy się sobie. Niemożliwe, żeby to było coś poważniejszego.

Niemożliwe.

- Cóż - odezwała się pogodnie. - No to opowiedz mi, co z twoim filmem. Dzisiejsza 

scena była genialna.

Phil uśmiechnął się z przymusem.

- Widziałaś ostatnie ujęcie - odparł sucho. - Wcześniejsze szły jak krew z nosa.

Tory sięgnęła po szampana.

- Na moje oko Marlie Summers wybiła się na pierwszy plan - zauważyła, napełniając 

kieliszki.

- To świetna aktorka.

- Tak, ja też tak uważam, ale wolałabym, żeby trzymała się z dala od Merle'a.

- Boisz się o jego cnotę, Tory? - spytał cierpko. Rzuciła mu poirytowane spojrzenie.

- Będzie cierpiał.

- Czemu? Bo piękna kobieta chce z nim spędzić trochę czasu?

Posłuchaj mnie, ty go widzisz na swój sposób, ale jest możliwe, że ktoś inny postrzega 

go inaczej.

- Pomyśl, jak będzie się czuł po jej wyjeździe. - Upiła następny łyk.

- To już jego problem i on będzie musiał się z nim uporać - stwierdził cicho Phil. - On 

dobrze wie, jak to się skończy.

Ich   spojrzenia   spotkały   się,   lecz   Tory   natychmiast   uciekła   wzrokiem   w   bok.   To 

zupełnie co innego, pomyślała. Dla niej i dla Phila istnieją ważniejsze rzeczy. Kiedy się 

rozstaną, nie będą niczego żałować, nie będą cierpieć.

- Z czymś takim niełatwo się pogodzić - szepnęła, chcąc wierzyć, że wciąż mówi o 

Merle'u.

- Obu stronom. Wpatrywał się w nią uważnie.

- Sądzę, że tak będzie najlepiej... dla wszystkich. - Uśmiechnęła się blado. - Wiesz, jak 

się wszyscy cieszą na te zdjęcia ze statystami?

Kramerowie od całego tygodnia nic nie przeskrobali.

- Jeden pytał, czy w filmie nie mogłoby się znaleźć jego zbliżenie.

background image

- Który?

- A kto ich tam wie? Ten, który łaził za Marlie. Tory parsknęła śmiechem, omal nie 

ochlapując go szampanem, który miała w ustach.

- Jak nic Zac. Jest nieznośny. I co, zrobisz mu to zbliżenie?

- Zrobię  mu  na  czterech  literach  siniak  w  kształcie   mojego  buta,  jeśli  jeszcze  raz 

spróbuje majstrować przy „kranie” - mruknął Phil.

- Oho. O tym nie słyszałam. Phil wzruszył ramionami.

- Uznałem, że napuszczanie na niego policji nie jest konieczne.

- Nie aresztowałabym go, chociaż nie ukrywam, że pomysł jest dość kuszący - odparła 

rozbawiona. - Trzymanie w ryzach braci Kramer urosło we Friendly do rangi sztuki.

- Poprosiłem jednego z naszych ochroniarzy, żeby napełnił go duchem bojaźni bożej - 

zażartował bez humoru. - Najwyraźniej poskutkowało.

- Słuchaj,   Phil,   jeśli   ktoś   z   miasteczka   wam   przeszkadza,   chcę   być   o   tym 

informowana.

Z westchnieniem wyjął jej z ręki źdźbło trawy i rzuciwszy je na bok, przetoczył się na 

nią.

- Dzisiaj szeryf ma wolny wieczór. Nie będziemy o tym teraz rozmawiać.

- Poważnie? - Objęła go za szyję. - To o czym?

- W   ogóle   nie   chcę   rozmawiać,   do   cholery   -   powiedział   kategorycznym   tonem, 

pochylając się nad nią.

Jej usta miały smak szampana, skóra była ciepła i sucha, włosy wciąż miała wilgotne i 

przyjemnie chłodne po niedawnej kąpieli. Tym razem, pomyślał, nie będzie pośpiechu. Chciał 

się nią nasycić, jej smukłym szczupłym ciałem, jego jedwabistą gładkością, smakiem.

Powiódł  wargami  po jej  szyi,  głaszcząc ją,  muskając  piersi.  Już  był  gotowy,  lecz 

zapanował nad pożądaniem, chcąc dalej poznawać jej ciało. Wygięła plecy w łuk, próbując 

przygarnąć go do siebie, zachwycona jego powolnymi zmysłowymi pocałunkami. Drżała na 

całym ciele, jękliwie powtarzała jego imię, ponaglała.

Stopniowo przesuwał się coraz niżej. Zaczęła gładzić napięte mięśnie jego ramion, 

jego plecy, a on zadrżał i z jękiem sięgnął ku jej ustom. Aż wstrzymał oddech, kiedy go 

dotknęła, lecz wyszeptał tylko:

- Jeszcze nie. Jeszcze nie teraz.

Powiódł ustami po jej ciele, wdychając zapach skóry. Tory nie czuła już szorstkości 

trawy pod plecami, liczyły się tylko jego niecierpliwe usta i dłonie. A potem poczuła pierwsze 

dotknięcie jego języka i jęknęła, znowu wyginając plecy w łuk. Jej ciało stało się ciężkie, w 

background image

głowie miała pustkę. Bezradnie chwytała się suchej trawy, drżała, choć noc była upalna. I 

znowu doprowadził ją na skraj rozkoszy.

- Phil... - wyszeptała. - Ja ciebie... chcę.

Wiedział, że będzie gorąco, lecz mimo to, szykując się do kolejnych zdjęć w plenerze, 

przeklinał   bezlitosne   słońce.   Oświetlacze   rozstawili   zastawki   -   stalowe   ramy   obciągnięte 

czarnym materiałem - żeby zrobić trochę cienia. Operator stał pod olbrzymim pomarańczowo 

-   białym   parasolem   i   pocił   się   niemiłosiernie.   Aktorzy   mogli   co   pewien   czas   na   chwilę 

schronić się w cieniu, lecz Phil niemal nie schodził z palącego słońca, sprawdzając kierunek 

ujęć,   oświetlenie,   kąt   padania   cienia.   Na   miejscu   były   ekrany   odbłyśnikowe,   odbijające 

promienie słoneczne, oraz lampy wyładowcze wypełniające tło. Rozebrany do pasa technik 

zakładał na lampę niebieski filtr żelowy. Phil liczył na taki bezchmurny słoneczny dzień, lecz 

wcale nie czyniło to jego pracy przyjemniejszą.

Zarządził początek następnego ujęcia. O dziwo, Dressier znosił upał lepiej niż młodsi 

członkowie   ekipy.   I   ku   zadowoleniu   Phila,   im   bardziej   rywalizował   z   resztą   obsady, 

szczególnie z Marlie, tym lepiej grał.

O tak, pomyślał Phil, gdy Dressier obrócił się przodem do młodszego aktora, który 

grał   jego   alter   ego.   Swoje   kwestie   wypowiadał   powoli.   Gdyby   mówił   odrobinę   wolniej, 

można by mu zarzucić, że w filmie będą dłużyzny. Wyglądał jak ktoś, kto jest zmęczony 

życiem i udziela rad niechętnie, bez przekonania, że ktoś się do nich zastosuje czy bodaj ich 

wysłucha. Niemal tak, jak gdyby mówił sam do siebie.

Phil  na  chwilę  zapomniał  o  męczącym   upale,   pełen   podziwu  dla  doświadczonego 

aktora,   który   doskonale   uchwycił   istotę   granej   przez   siebie   postaci   -   starzejącego   się 

człowieka, którego już nic nie obchodzi, który chce tylko spokoju i wie, że nigdy go nie 

zazna. Jego pięć minut przeminęło, zostało rozgoryczenie i litość dla młodszego mężczyzny, 

w którym widział siebie samego sprzed lat. W końcu Dressier odwrócił się i odszedł. Kamera 

śledziła go przez całe trzydzieści sekund.

- Cięcie!   Idealnie!   -   oznajmił   Phil   i   oparł   dłoń   na   ramieniu   młodszego   aktora.   - 

Zmykaj z tego słońca. Za pół godziny zrobimy dokrętki. - Podszedł do Sama. - Piekielnie 

dobra robota.

Sam uśmiechnął się i otarł czoło.

- Ktoś musi pokazać tym małolatom, jak to się robi. Scena miłosna z Marlie też będzie 

interesująca. Ciągle myślę o niej, że jest w wieku mojej córki.

- Łatwiej wczujesz się w rolę.

Sam zaśmiał się, przegarniając szpakowate włosy.

background image

- Cóż, ta dziewczyna to już doświadczona aktorka. Ten film da jej sławę. A nam po 

Oscarze.   -   Poklepał   Phila   po   ramieniu.   -   Nie   patrz   na   mnie   takim   wzrokiem,   synu. 

Rozmawiasz z kimś, komu ta cholerna statuetka kilka razy przeszła koło nosa. Możesz się 

zarzekać, że nagrody nic dla ciebie nie znaczą... ale to nieprawda. A ja chcę tego cholernego 

Oscara   nie   mniej   niż   ty.   -   Pogłaskał   się   po   brzuchu.   -   Teraz   napiję   się   piwka   i   trochę 

odpocznę.

Phil odprowadził go wzrokiem. Dressier trafił w dziesiątkę.

Istotnie marzył o Oscarze. Chciał robić dobre filmy, doceniane przez krytyków oraz 

widownię, i zgarnąć małą złotą statuetkę, będącą największym wyróżnieniem dla każdego 

reżysera.   Dressier   grał   w   filmach,   jeszcze   zanim   Phil   się   urodził,   lecz   wciąż   czekał   na 

swojego Oscara. Philowi ani się śniło czekać następnych trzydzieści pięć lat.

- Ej, Phil? - Bicks przyczłapał bliżej, wycierając spoconą twarz. - Słuchaj, musisz coś 

zrobić z tą kobietą.

- Z którą? - spytał, wyjmując papierosa.

- Z panią szeryf. - Bick wepchnął do ust następną gumę do żucia.

- Seksowna babka. Chodzi tak, że nie sposób nie gapić się na jej... - Urwał, widząc 

minę Phila. - Tak sobie gadam.

- I co ja mam poradzić na to, jak ona chodzi, Bicks?

- Nic, a broń cię Boże. Człowiek musi czasem nacieszyć oko.

Ale do cholery, wlepiła mi mandat i dwieście pięćdziesiąt dolców grzywny.

Phil westchnął ciężko.

- Za co?

- Za śmiecenie.

- Za śmiecenie? - Parsknął śmiechem.

- Dwie i pół stówy za to, że rzuciłem na ulicę papierek po gumie.

- Bicksa wcale to nie bawiło. - Nie dało się z nią gadać. Przecież podniósłbym  i 

przeprosił. Dwie i pół stówy za papierek po gumie, Phil. Chryste.

- Dobrze,   dobrze,   porozmawiam   z   nią.   -   Zerknął   na   zegarek.   -   Zaczynamy   za 

dwadzieścia minut.

Tory siedziała przy biurku z nogami opartymi o blat, usiłując odczytać raport Merle'a. 

Kiedy wszedł Phil, spojrzała na niego z uśmiechem.

- Wyglądasz na ugotowanego.

- Bo jestem ugotowany. - Spojrzał na skrzypiący wiatrak pod sufitem. - Czemu tego 

nie naprawisz?

background image

- Biuro straciłoby swój klimat.

Phil przestąpił nad śpiącym psem i usiadł na rogu blatu.

- Będziemy kręcić sceny ze statystami. Przyjdziesz popatrzyć?

- Jasne.

- Co powiesz na mały występ gościnny? - Uśmiechnął się szeroko.

- Nie, dzięki.

- A na kolację w moim pokoju?

Pozwoliła się pocałować i odwzajemniła uśmiech.

- A będą świece?

- Ile tylko chcesz.

- Umiesz przekonać kobietę. - Przyciągnęła jego twarz i znowu się pocałowali.

- Tory, pozwoliłabyś, żebym któregoś razu sfilmował cię, jak jeździsz konno?

- Phil, na litość boską...

- Amatorską kamerą.

- Skoro to dla ciebie takie ważne - skapitulowała z westchnieniem.

- Jasne. - Wyjął papierosa. - Słuchaj, podobno ukarałaś Bicksa za śmiecenie.

- Zgadza   się.   -   Przerwała,   żeby   odebrać   telefon.   Phil   zauważył,   że   jej   ton   uległ 

subtelnej zmianie.

Słuchając lawiny prawniczego żargonu, zaczął myśleć  o jej życiu w Albuquerque. 

Takie kobiety nie spędzają samotnie każdego wieczoru, a co dopiero nocy.

- Phil?

Wyrwał się z niewesołych myśli i spojrzał na nią.

- Tak?

- Wspomniałeś coś o Bicksie.

- Ach, tak... Bicks.

- No i co z nim?

- Dwieście pięćdziesiąt dolarów za zaśmiecanie ulicy.

- Tak, tyle wynosi grzywna.

- Tory, bądź rozsądna.

- Rozsądna, Kincaid? - Zmrużyła oczy.

- To dość wygórowana kwota jak za zwykłą gumę do żucia.

Wzruszyła ramionami.

- My tu nie uzależniamy wysokości grzywny od rodzaju śmieci.

Za puszkę kawioru zapłaciłby tyle samo.

background image

- Słuchaj no, pani szeryf... - zaczął, dotknięty do żywego.

- Skoro już mówimy o śmieceniu, to uprzedź swoich ludzi, że jeśli nie zaczną po sobie 

dokładniej sprzątać, to posypią się kolejne grzywny. - Uśmiechnęła się lekko. - Niech we 

Friendly będzie chociaż czysto.

- Nie będziesz prześladowała moich ludzi.

- Nie będziecie mi tu śmiecili.

W tym momencie otworzyły się drzwi. Tory tylko spojrzała na wielki siniec na skroni 

Toda i w bezsilnej furii aż zacisnęła pięści.

Podeszła do niego i delikatnie ujęła jego twarz w obie dłonie.

- Skąd to masz? - spytała.

Wzruszył ramionami, ale dalej unikał jej spojrzenia.

- To nic.

- Ojciec ci to zrobił? Pokręcił głową.

- Przyszedłem pozamiatać - powiedział cicho i próbował się odsunąć, ale złapała go za 

ramiona.

- Tod, popatrz na mnie.

- Mam jeszcze pięć dolarów do odpracowania - odparł zdławionym głosem.

- Ojciec nabił ci tego siniaka - rzekła, a kiedy tylko opuścił wzrok, potrząsnęła nim 

szorstko. - Odpowiadaj.

- Rozzłościł się, bo ja znowu... - Skulił się, widząc wyraz wściekłości na jej twarzy.

Odsunęła go i ruszyła w stronę drzwi.

- A ty dokąd? - odezwał się Phil, stając u jej boku.

- Do Swansonów.

- Nie! - krzyknął przeraźliwie Tod. - Nie idź! On się wścieknie!

- Porozmawiam z twoim ojcem - oświadczyła spokojniej Tory. - Wytłumaczę mu, że 

nie ma prawa cię bić.

- Bije tylko jak się rozzłości. - Uczepił się jej ręki. - On nie jest złym człowiekiem. Nie 

chcę, żeby poszedł do więzienia.

- Tylko z nim porozmawiam.

- Wpadnie w szał. Nie chcę, żeby tobie też zrobił krzywdę.

- Nic   mi   nie   zrobi,   nie   martw   się.   -  Uśmiechnęła   się   do  niego.   -   Bierz   się   za   to 

zamiatanie. Niedługo wrócę.

- Tory, proszę...

- Śmigaj.

background image

Kiedy zniknął na zapleczu, Phil oznajmił krótko:

- Nigdzie nie idziesz.

Tory rzuciła mu zimne spojrzenie i otworzyła drzwi. Zatrzymał ją i odwrócił.

- Powiedziałem: nigdzie nie idziesz.

- Prawo to prawo. Nie wtrącaj się, Kincaid.

- Pal diabli prawo! - Rozwścieczony przyparł  ją do ściany.  - Jeśli myślisz, że cię 

puszczę, to chyba zwariowałaś!

- Jestem szeryfem, a Tod Swanson mieszka w moim miasteczku - wycedziła.

- Ktoś, kto bije dzieciaka, nie zawaha się uderzyć i ciebie. Nie uchroni cię ten kawałek 

blachy.

- To co mam zrobić? Udać, że niczego nie widziałam?

Phil zaklął głucho.

- Ja pójdę.

Spokojnie odwzajemniła jego spojrzenie.

- Nie jesteś przedstawicielem prawa. Ty nawet nie jesteś stąd.

- To poślij Merle'a.

- Baba szeryf to nie szeryf, Kincaid?

- Do cholery, Tory. To nie są żarty.

- Oczywiście. To moja praca. Puść mnie już, Phil. Patrzył wściekły, jak podchodzi do 

samochodu.

- Tory? - zawołał za nią. - Jeśli cię tknie, to go zabiję!

Odjechała, nie oglądając się za siebie.

Jechała wolno, chcąc się uspokoić, zanim zacznie rozmawiać ze Swansonami. Musi 

być obiektywna, pomyślała, ściskając kierownicę tak mocno, że palce jej zbielały.

A jeśli źle to rozegra? - pomyślała bliska paniki. Jeśli jej interwencja poskutkuje dla 

Toda   dodatkowymi   kłopotami?   Jednak   zaledwie   zobaczyła   przed   sobą   dom,   zaczęła   się 

uspokajać. Od dziecka wierzyła, że wszystkie krzywdy można naprawić, trzeba tylko być 

cierpliwym i przestrzegać prawa. Nie godziła się z myślą, że może być inaczej.

Zaparkowała samochód przy poobijanym pikapie Swansona i wysiadła. Pies, który 

drzemał na werandzie, zaczął zanosić się ochrypłym, groźnym ujadaniem. Tory przyjrzała mu 

się, czujna, jednak najwyraźniej nie zamierzał ruszyć się z koślawej werandy.

Psisko wyglądało na stare i zaniedbane, zupełnie jak dom, którego pilnowało.

Rozejrzała się pełna współczucia dla Toda. Było widać, że jego rodzina żyje na skraju 

nędzy. Rodzina Tory także musiała zaciskać pasa, lecz w ich domu zawsze było czysto i 

background image

schludnie, a ranczo miało swój urok. Tutaj czuło się tylko smutek i beznadzieję. Nikt nie 

posadził  kwiatów, nie poustawiał doniczek. Spod łuszczącej się farby przeświecało  nagie 

drewno.   Na   werandzie   nie   było   nawet   najzwyczajniejszego   krzesła,   niczego,   co 

wskazywałoby na to, że ktoś z domowników ma czas albo ochotę posiedzieć na dworze i 

podziwiać widok.

Pies szczekał, ale nikt nie podszedł do drzwi. W końcu zza domu napłynął gniewny 

krzyk i pies przestał ujadać, poprzestając na głuchym powarkiwaniu. Tory poszła w kierunku, 

z którego dobiegał głos.

Swanson naprawiał ogrodzenie pustej zagrody. Koszulę na plecach miał mokrą od 

potu,   kapelusz   nasunął   na   twarz,   by   nie   oślepiało   go   słońce.   Był   niski   i   krępy,   miał 

umięśnione ramiona człowieka pracującego fizycznie. Tory pomyślała, że Tod i posturę, i 

charakter musiał odziedziczyć po matce.

- Panie Swanson?

Obejrzał   się   gwałtownie.   Młotek,   którym   przybijał   brakującą   deskę,   zawisł   w 

powietrzu.   Mężczyzna   miał   szorstką,   porysowaną   zmarszczkami   twarz   człowieka,   który 

większość życia spędza na dworze. Zmrużył oczy i podejrzliwie zerknął na jej odznakę.

- Szeryf Ashton - mruknął, wbijając gwóźdź.

- Chcę z panem porozmawiać.

- Taa? - Ze starej puszki po kawie wyjął następny gwóźdź. - A o czym?

- O Todzie.

- Wpadł w tarapaty?

- Najwyraźniej - odparła uprzejmie.

- Już ja mu przemówię do rozumu. Co przeskrobał?

- On? Nic, panie Swanson.

- No to przeskrobał coś czy nie? - Swanson wbił w deskę kolejny gwoźdź. - Bo nie 

mam czasu na gadanie po próżnicy.

- Znajdzie pan czas, panie Swanson - odparła spokojnie. - Porozmawiamy tutaj albo w 

moim biurze.

- Czego pani chce? - rzucił, mierząc ją nieufnym spojrzeniem.

- Chcę   z   panem   pomówić   o   siniaku   na   twarzy   pańskiego   syna.   -   Patrzyła,   jak 

serdelkowate paluchy zaciśnięte na rękojeści młotka bieleją.

- Nic pani do tego. To mój dzieciak.

- Jest pan jego ojcem, ale to nie daje panu prawa, żeby się nad nim znęcać.

- Nie mam pojęcia, do czego pani pije, psiakrew.

background image

- Jego twarz niepokojąco się zaczerwieniła.

- Doskonale   wiem,   że   już   wcześniej   zdarzało   się   panu   podnieść   na   niego   rękę   - 

powiedziała chłodno.

- Prawo bardzo szczegółowo precyzuje kroki, jakie mogę podjąć, aby chronić dziecko 

przed takim traktowaniem. Jeśli nie są panu znane, radzę skonsultować się z adwokatem.

- A na czorta mi jakiś cholerny adwokat... - zaczął podniesionym głosem, gestykulując 

ręką, w której wciąż ściskał młotek.

- Będzie   panu   potrzebny,   jeśli   zaraz   pan   tego   nie   odłoży   -   odparła.   -   Napaść   na 

funkcjonariusza to poważne przestępstwo.

Spojrzał na młotek i cisnął go na ziemię.

- Baby bym nie uderzył - mruknął.

- Tylko dzieci?

Łypnął na nią łzawiącymi od słońca oczami.

- Mam prawo dać mu czasem w skórę. Muszę myśleć o moim ranczu. - Muskularnym 

ramieniem wskazał żałosny spłachetek ziemi.

- A on znika Bóg wie gdzie, jak tylko na chwilę spuszczę go z oka.

- Powody mnie nie interesują. Obchodzą mnie tylko skutki pańskich działań.

Podszedł do niej z twarzą wykrzywioną ze wściekłości, ale się nie cofnęła.

- Lepiej wskakuj do samochodu i zabieraj się stąd - wycedził. - Nikt mi nie będzie 

mówił, jak mam wychowywać własnego dzieciaka.

- Mogę się postarać, żeby stracił pan prawa rodzicielskie.

- Nie odbierzesz mi mojego syna.

- Nie? - Popatrzyła na niego spod uniesionych brwi.

- Mam swoje prawa - powiedział zaperzony.

- Podobnie jak Tod.

Odwrócił się i podniósł z ziemi młotek i gwoździe.

- Nie oddam mojego dziecka.

Coś w jego tonie sprawiło, że zmiękła.

- Nikt go nie chce zabierać - powiedziała ciszej.

- Syn uważa pana za dobrego człowieka, prosił, żebym pana nie zamykała. Pan go 

bije, a on wciąż pana kocha.

Zesztywniał. Młotek wypadł mu z ręki, gwoździe rozsypały się po suchej trawie.

- Ja nie chciałem go zbić. Cholerny smarkacz, powinien był naprawić płot, jak mu 

kazałem. - Ukrył twarz w dłoniach. - Nie chciałem go uderzyć. - Podniósł na nią wzrok. - 

background image

Niech się pani rozejrzy. Haruję od rana do nocy, żeby związać koniec z końcem, a niczego się 

nie   dorobiłem.   To   ranczo   to   wszystko,   co   mam,   a   od   Toda   słyszę   tylko,   że   chce   stąd 

wyjechać, chce pójść do szkoły, ciągle tylko „chcę” i „chcę”, zupełnie jakbym słyszał...

- Jego brata?

Twarz Swansona skamieniała.

- Nie chcę o nim gadać.

- Panie Swanson, ja wiem, jak to jest, kiedy mieszka się na ranczu. Ale pański gniew, 

pańskie zawiedzione ambicje to nie powód, żeby maltretować syna.

- Musi się wszystkiego ode mnie nauczyć.

- I tak go pan uczy? Pięściami?

- Przecież mówiłem, że nie chciałem. - Obrócił się wściekły. - Nie chciałem go bić jak 

mnie kiedyś mój stary. Wiem, że tak nie można, ale kiedy mnie sprowokuje... Więcej tego nie 

zrobię.

- Wcześniej obiecywał pan sobie to samo, prawda? I jestem pewna, że szczerze pan 

chciał   przestać.   Panie   Swanson,   nie   jest   pan   jedynym   rodzicem,   który   ma   problem   z 

panowaniem nad sobą. Są grupy wsparcia, instytucje, które mogą panu pomóc.

- Nie pójdę do psychiatry.

- Mówię o ludziach takich jak pan.

- Nie będę prał brudów przy obcych. Sam sobie poradzę.

- Nie, panie Swanson, nie poradzi sobie pan. I nie ma pan wyboru. Albo straci pan 

drugiego syna, albo zgłosi się po pomoc dla siebie i dla syna, który tak pana kocha. Niech się 

pan zastanowi, co dla pana ważniejsze: duma czy syn.

Swanson wpatrywał się w pustą zagrodę.

- Jego matka nie przeżyłaby, gdyby on też wyjechał.

- Podam panu numer do kogoś, z kim powinien pan porozmawiać, kto pana wysłucha. 

Zapiszę go Todowi na kartce.

Wzruszył ramionami.

- Nie lubię stawiać ludzi pod ścianą, ale jeśli Tod codziennie się u mnie nie pokaże, 

przyjadę do pana. I uprzedzam, panie Swanson, jeśli zobaczę na nim choćby jednego siniaka, 

aresztuję pana, a Tod trafi pod kuratelę sądu.

Mężczyzna zmierzył ją uważnym spojrzeniem i kiwnął głową.

- Ma pani wiele ze swojego ojca.

Tory uśmiechnęła się po raz pierwszy, odkąd tu przyjechała.

- Dziękuję.

background image

Odwróciła  się  i ruszyła  w  stronę samochodu.  Dopiero  kiedy zniknęła mu z  oczu, 

odważyła się wytrzeć o dżinsy mokre od potu dłonie.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Zatrzymała się przed blokadą, zgasiła silnik i wysiadła, widząc, że w jej stronę idzie 

jeden z ochroniarzy Phila.

- Przykro mi, pani szeryf, ale główna ulica jest nieprzejezdna.

Trwają zdjęcia.

Wzruszyła ramionami i oparła się o maskę samochodu.

- Nic nie szkodzi. Poczekam.

Stojąc przy samochodzie, widziała filmowców i ludzi z miasteczka, debiutujących dziś 

w roli statystów. Aż się uśmiechnęła, patrząc, jak Hollister przechodzi za dwójką aktorów; 

będzie się przechwalał przez całe lata. Kilkunastu innych mieszkańców Friendly kręciło się 

po ulicy albo czekało na chwilę, gdy będą mogli przemknąć przed kamerą. Phil filmował 

ujęcie za ujęciem.

Miała nadzieję, że ich spotkanie nie skończy się kolejną kłótnią.

Zostało im tak mało czasu. Chciała go wykorzystać jak najlepiej, to dla niej ważne. 

Może zbyt ważne, pomyślała. Przy Philu przestawała logicznie myśleć, przyszłość rysowała 

się mgliście, liczyła się tylko teraźniejszość.

A na to nie mogła sobie pozwolić. Nie tak się umawiali. Mają tylko to lato, a potem 

się rozstaną. Przecież oboje tego chcą.

- Szeryf... ee, szeryf Ashton? Tory wpatrzyła się w ochroniarza.

- Co...? Tak?

- Pomyślałem, że dobrze to pani zrobi - odezwał się mężczyzna, podając jej puszkę 

schłodzonego napoju gazowanego.

- Dzięki. - Otworzyła napój. - Długo to jeszcze potrwa?

- Niii. Pracują nad tą sceną od ponad godziny.

- Niech mi pan powie, panie... - zawahała się.

- Benson. Chuck Benson.

- No   to   jak,   panie   Benson,   miał   pan   jakieś   kłopoty   z   miejscowymi?   -   spytała   z 

uśmiechem.

- Nic, o czym warto by mówić - odparł, opierając się o maskę jej samochodu. - Dwóch 

dzieciaków trochę się naprzykrzało. Bliźniaków.

- No tak - przyznała ze zrozumieniem.

- Chcieli,   żebym   dał   im   się   przejechać   na   kranie   kamerowym.   A   jakie   głupoty 

opowiadali! - Zaśmiał się pobłażliwie. - Sam mam dwójkę takich urwisów.

background image

- Jestem pewna, że świetnie pan sobie radzi. - Posłała mu olśniewający uśmiech. - 

Mimo   to   proszę   mnie   informować,   gdyby   ktokolwiek   utrudniał   panom   pracę.   Zwłaszcza 

gdyby chodziło o Kramerów.

Benson zachichotał.

- Z tymi dwoma pewnie się pani nie nudzi.

- Czasami mam  z nimi tyle  zajęć, że starczyłoby na cały etat. A pańska dwójka? 

Opowie mi pan o nich?

Kiedy Phil skończył zdjęcia, miał pracy z amatorami po dziurki nosie. Niemniej z 

każdym zamienił parę słów, zanim odprawił ostatniego do domu. Chciał nakręcić jeszcze 

jedną scenę i już wydał odpowiednie instrukcje. Zmiana scenografii zajmie godzinę, ale przy 

odrobinie szczęścia powinni zdążyć, zanim zmieni się światło.

Zniecierpliwiony przytknął do ucha krótkofalówkę i burknął:

- Kincaid, słucham?

- Tu Benson. Jest przy mnie szeryf. Mogę ją przepuścić?

Phil wyłowił spojrzeniem postać Tory.

- Niech jedzie. - Już wiedział, że nic jej się nie stało, i najchętniej udusiłby ją gołymi 

rękami.

Kiedy zaparkowała przed biurem, ruszył w jej kierunku. Był w połowie drogi, gdy z 

biura wybiegł Tod.

- Nie... Nie aresztowałaś go? - spytał niespokojnie.

- Nie. - Oparła mu dłonie na ramionach i poczuła, że aż się trzęsie.

- Nie rozzłościł się na ciebie ani nie... - Popatrzył na nią bezradnie.

- Tylko porozmawialiśmy. Wie, że nie ma prawa cię krzywdzić.

I chce przestać.

- Bałem się o ciebie, ale pan Kincaid mówił, że wiesz, co robisz, i że wszystko będzie 

dobrze.

- Tak ci powiedział? - Popatrzyła na Phila, którego mina nie wróżyła najlepiej. - Cóż. 

Miał rację. - Uścisnęła Toda i dodała: - Wejdź na chwilę. Zapiszę ci numer telefonu, który 

dasz ojcu. Napijesz się kawy, Kincaid?

- Niech będzie kawa.

Podeszła do biurka i wyjąwszy elegancką, oprawioną w skórę książeczkę adresową, 

która dziwnie nie pasowała do skromnego biura, przepisała numer.

- Idź do domu i porozmawiaj z ojcem, Tod. Musi wiedzieć, że go kochasz.

Złożyła kartkę i włożyła mu ją do kieszeni. Chłopak wlepił wzrok w blat biurka.

background image

- Dziękuję.   Aha...   I   przepraszam   za   to,   co   wtedy   mówiłem.   No   wiesz   za   co...   - 

wymamrotał.

- Nie przepraszaj, Tod. Nie ma za co. - Poczekała, aż odwzajemni jej spojrzenie. - Już 

dobrze?

- Aha. Dobrze. - Zaczerwienił się i zebrawszy się na odwagę, cmoknął ją w policzek i 

wybiegł na ulicę.

Zaśmiała się, dotykając policzka.

- Jak słowo daję, gdyby był chociaż o piętnaście lat starszy...

Phil złapał ją za ramiona.

- Nic ci nie jest?

- Wyglądam, jak gdyby coś mi było? - fuknęła.

- Do cholery, Tory!

- Phil. - Ujęła jego twarz w stulone dłonie i krótko, mocno pocałowała go w usta. - 

Niepotrzebnie się martwiłeś. Todowi mówiłeś, że wszystko będzie dobrze?

- Bo był przerażony. - I nie on jeden, dodał w myśli, porywając ją w ramiona. - Co się 

tam działo?

- Rozmawialiśmy.   To   biedny   człowiek,   z   problemami.   Chciałam   czuć   do   niego 

nienawiść, ale nie byłam w stanie.

- A gdyby podniósł na ciebie rękę?

- Poradziłabym sobie.

- Nie możesz tak ryzy...

- Phil - przerwała mu stanowczo - ja ciebie nie pouczam. Nie ucz i ty mnie.

Potrząsnął nią szorstko.

- Tylko że mnie nikt nie uderzy.

- Nawet jeśli wkurzysz jakiegoś aktora? Oczy mu pociemniały.

- Nie rób sobie żartów.

- Lepiej żartować, niż się kłócić - odparła. Podszedł do okna.

- Zależy mi...

Tory wpatrywała się w jego plecy.

- Wiem - powiedziała w końcu. - Mnie też. Odwrócił się powoli.

Przez moment patrzyli na siebie w ciszy, którą zakłócało jedynie skrzypienie wiatraka 

pod sufitem.

- Muszę wracać. - Wsadził ręce do kieszeni, żeby jej nie dotknąć. - Kolacja?

- Jasne.   -   Chciała   się   uśmiechnąć,   lecz   jej   usta   wcale   nie   chciały   ułożyć   się   do 

background image

uśmiechu. - Może koło ósmej?

- Dobrze. To do zobaczenia.

- Pa.

Kiedy   drzwi   się   za   nim   zamknęły,   westchnęła   ciężko.   No   to   pięknie,   pomyślała. 

Czuła, że ziemia ucieka jej spod nóg. Przecież nie może się w nim zakochać. Wszystko tylko 

nie to. Nie chciała zobowiązań.

Wstała i włączyła czajnik elektryczny.  Może kiedy zrobi sobie kawy i usiądzie do 

pracy, wreszcie przestanie dumać o niebieskich migdałach.

Phil długo nie wychodził spod prysznica. Miał za sobą dwanaście godzin harówki. 

Wprawdzie był przyzwyczajony do pracy w najdziwniejszych godzinach i zwykle nie robiło 

to na nim wrażenia, ale nie tym razem.

Gorąca woda jakoś nie chciała złagodzić napięcia, które czuł, odkąd Tory ruszyła w 

kierunku rancza Swansonów. A jeszcze gorzej czuł się od tamtej rozmowy w jej biurze.

Miała   rację,   pomyślał,   zamykając   oczy.   Nie   powinien   wtrącać   się   do   jej   pracy, 

podobnie jak do żadnego innego aspektu jej życia.

Nie mają wobec siebie żadnych zobowiązań i podobnie jak ona, wcale mieć ich nie 

chciał. Po prostu musi spojrzeć na swoją znajomość z Tory z innego punktu widzenia.

Komu powinno to przyjść łatwiej niż reżyserowi? - pomyślał kwaśno, zakręcając kran 

nadgarstkiem. Pozwolił, aby scena zrobiła się zbyt melodramatyczna, pora na dubla, uznał, 

łapiąc   ręcznik.   Jakimś   cudem   zapomniał   o   podstawowych   zasadach:   nie   komplikować 

sprawy, dbać o lekki ton. Komuś z jego doświadczeniem powinno to przychodzić bez trudu.

Owinął się w pasie i sięgnął po drugi ręcznik, żeby wytrzeć włosy. Tory nie oczekuje 

od   niego   deklaracji,   nie   szuka   trwałego   związku,   miłości,   małżeństwa.   Oboje   mieli 

dostatecznie dużo rozsądku, żeby trzymać się od nich jak najdalej.

O   nie,   wykluczone.   Nie   jest   w   niej   zakochany   i   nie   zakocha   się,   nie   ma   mowy. 

Oczywiście   obchodzi   go   jej   los,   bo   to   wyjątkowa   kobieta,   silna,   piękna,   inteligentna, 

niezależna. I taka urocza...

Z rozważań wyrwało go pukanie do drzwi.

- Kto tam?

- Obsługa hotelowa.

Uśmiechnął się, rozpoznając głos Tory.

- No cześć - odezwała się, gdy otworzył. - Nie odebrałeś zamówienia, Kincaid.

- Straciłem rachubę czasu. - Spojrzał na tacę, którą przyniosła. - To nasza kolacja?

- Buck dzwonił, że nie odebrałeś, a że umieram z głodu, postanowiłam przyśpieszyć 

background image

sprawy.

Odstawiła tacę i objęła go w pasie.

- Mmm, ale jesteś spięty. Ciężki dzień? Pachniał świeżo - mydłem, szamponem i wodą 

kolońską. Kolacja nagle wyleciała jej z głowy - jemu najwyraźniej też.

- Połóż się - szepnęła.

- Szybka jesteś.

- Zrobię ci masaż - oznajmiła. - A ty mi opowiesz, jak ci paskudni aktorzy nie potrafią 

poznać się na twoim geniuszu.

- Pokazać ci, jak się traktuje takie mądrale u nas na wybrzeżu?

- Na łóżko, Kincaid.

- No cóż. - Wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Skoro nalegasz.

- Kładź się na brzuchu - poleciła, kiedy próbował pociągnąć ją za sobą.

- W chłodziarce czeka butelka wina. - Z westchnieniem wyciągnął się na łóżku. - 

Chryste, co za miejsce na pięćdziesięcioletniego burgunda.

- Nie bądź snobem. No, dużo dziś zdziałałeś?

- Nie   tyle,   ile   powinienem.   -   Aż   zamruczał,   kiedy   zaczęła   ugniatać   mięśnie   jego 

ramion. - Cudownie.

- W salonie masażu chłopaki zawsze prosili o Tory. Podniósł głowę.

- Co?

- Sprawdzałam   tylko,   czy   mnie   słuchasz.   Leżeć,   Kincaid.   -   Zaśmiała   się   cicho.   - 

Miałeś problemy ze sprzętem czy z charakterkiem?

- I to, i to. - Zamknął oczy. - Uszkodzone dwu - kolorowe filtry szklane, ale nowe 

powinni przysłać jutro. Jak coś miało się schrzanić, to głównie podczas scen grupowych. 

Tutejsi lubią szczerzyć  się do kamery - dodał sucho. - Myślałem, że jeden zaraz zacznie 

machać.

Uklękła na łóżku, podnosząc dół sukienki, dzięki czemu Phil mógł zerknąć na jej udo.

- Nie   zdziwiłabym   się,   gdyby   burmistrz   postanowił   zbudować   kino   tylko   po   to, 

żebyśmy mogli obejrzeć twój film. Pomyśl, o ile zwiększy ci się widownia.

- Merle przeparadował przed kamerą takim krokiem, jak gdyby ostatni miesiąc spędził 

w siodle.

- Merle wciąż się umawia z Marlie Summers.

- Tory.

- Ja tylko staram się podtrzymać rozmowę - odparła lekkim tonem, ugniatając jego 

mięśnie odrobinę energiczniej.

background image

- Au!

- Nie bądź mięczakiem, Kincaid. - Zaśmiała się i pocałowała go w plecy. - Na razie 

wszystko zgodnie z planem?

- Jak na zdjęcia w plenerze, to idzie nam po prostu świetnie. Za jakieś cztery tygodnie 

powinno być po wszystkim.

Umilkli, nagle przygnębieni.

- Przynajmniej nie musisz martwić się o gwaranta - zauważyła.

- Będzie mi wiercił dziurę w brzuchu, dopóki nie skończę tego filmu - mruknął Phil. - 

Trochę bardziej w prawo, o tu...

- Szkoda, że nie masz kosztownych wonności ani olejków.

Rozczarowałeś mnie, Kincaid. Sądziłam, że ważniacy z Hollywood zawsze mają przy 

sobie cały zapas.

- Uhm.

Nie odpowiedział, zbytnio rozpraszał go dotyk jej chłodnych palców, bliskość nóg w 

cienkich pończochach. Czuł zapach jej włosów, gdy pochylała się nad nim, było mu ciepło i 

dobrze: zbyt dobrze, by miał siłę się ruszyć. Na dworze zachodziło słońce, wypełniając pokój 

złotym blaskiem.

Tory wodziła dłońmi po jego plecach, przekonana, że zasnął. Ma takie piękne ciało, 

pomyślała, umięśnione i opalone. Gdy się przesunęła, skraj sukienki powędrował w górę po 

jej biodrach.

Westchnęła   rozdrażniona   i   ściągnęła   ją   przez   głowę;   w   halce   będzie   znacznie 

wygodniej.

Podobało   jej   się,   że   jest   taki   umięśniony.   Stopniowo   schodziła   coraz   niżej,   ku 

biodrom, pośladkom okrytym ręcznikiem, udom i łydkom, a on leżał w błogim milczeniu, 

niezdolny się poruszyć i coraz bardziej podniecony.

Z westchnieniem oparła policzek o jego bark. Pragnęła go; serce biło jej jak oszalałe, 

po jej ciele rozlała się fala ciepła.

- Phil? - szepnęła mu do ucha. - Pragnę cię. Przez chwilę potulnie pozwalał się pieścić, 

a potem objął ją ramieniem i przygarnął do siebie, wyciskając jej powietrze z płuc. Zanim 

ochłonęła, już się całowali, a on całym ciężarem przyciskał ją do łóżka. Milczała odurzona 

dotykiem jego ciepłych, miękkich warg, ciężarem jego ciała, gdy nagle podniósł głowę i 

spojrzał jej w oczy.

- Moja kolej - szepnął.

Zaczął ją rozbierać. W ślad za jego palcami podążały ciepłe usta, znacząc ognisty 

background image

szlak   na   jej   nagiej   skórze.   Gdy   dotarły   poniżej   pępka,   Tory   poczuła   się   tak,   jak   gdyby 

znalazła się w oku cyklonu. Pieszcząc jej uda, powoli zsunął z niej pończochy. Z jękiem 

zgięła nogę w kolanie. Przez jedną upojną chwilę całował ją po udzie, a potem czubkiem 

języka utorował sobie drogę pod skraj jedwabnych majteczek. Gdy owiał ją jego oddech, 

bezwiednie wygięła plecy w łuk, lecz nie pocałował jej tam, gdzie płonęła. Niecierpliwie 

sięgnął ku jej ustom, a ona odwzajemniła pocałunek i przyciągnęła go do siebie, wijąc się z 

rozkoszy.

Pocałował   ją   w   szyję   i   spojrzał   na   jej   piersi.   Językiem   musnął   stwardniałe   sutki, 

wsłuchany w jej urywany oddech. Nawet nie zauważyła, kiedy zdjął z niej halkę. Do pokoju 

wpadały ostatnie promienie słońca, wnętrze zdawało się tonąć w czerwonej mgle.

Zachwycony egzotycznym odcieniem, którego nabrała jej skóra, powoli zdejmował z 

niej majteczki.

Aż przestał oddychać, kiedy go dotknęła. Poczuła, jak przebiega go dreszcz.

- Jeszcze - szepnął, pochylając się nad nią.

- Teraz. - Uniosła biodra, gotowa na jego przyjęcie.

Wyczerpani leżeli w milczeniu, gdy do pokoju wpadły pierwsze promienie księżyca. 

Phil wiedział, że powinien się ruszyć, przestać ją przygniatać, lecz tak dobrze było z nią leżeć, 

z ustami przyciśniętymi do jej piersi, z placami w jej włosach, móc głaskać ją z tą senną, 

leniwą   łagodnością.   Mijały   kolejne   sekundy,   kolejne   minuty,   a   oni   milczeli,   nie   czując 

potrzeby,   by   przerwać   kojącą   ciszę.   Jej   serce   biło   coraz   spokojniej   i   bardziej   miarowo. 

Leniwie musnął językiem jej pierś.

- Phil - jęknęła słabo. Zaśmiał się cicho.

- Zmęczona? - spytał, pieszcząc ją delikatnie.

- Tak - jęknęła. - Phil, nie mogę.

Nie słuchał jej. Chciał ją tylko pocałować, zanim położy się obok niej, lecz zanim się 

obejrzeli, w obojgu namiętność odżyła z nową siłą.

- Robimy dubla - wymruczał.

Wziął ją szybko, a potem jeszcze długo tulili się spoceni i zdyszani w pokoju, którego 

ściany srebrzył milczący księżyc.

- I co mi powiesz? - odezwał się znacznie później.

- Zadziwiasz mnie.

Roześmiał się i ucałował ją w skroń.

- Ty mnie też. Cóż, kolację raczej będziemy jedli zimną.

- Uhm. A co zamówiłeś?

background image

- Nie pamiętam.

Ziewnęła i przytuliła się mocniej.

- Nie pamiętam? To dobrze, bo to na zimno znacznie lepsze.

- Nie jesteś głodna?

Kiedy powiódł dłonią po jej plecach, przeciągnęła się niczym głaskana kotka.

- Musisz wcześnie wstać? - zapytała.

- O szóstej.

Jęknęła i zamknęła oczy.

- Rozwiewasz   moje   złudzenia   -   powiedziała   z   wyrzutem.   -   Żaden   szanujący   się 

casanowa z Hollywood nie zrywa się z łóżka o szóstej rano.

Parsknął śmiechem.

- Jeśli akurat kręci film, to musi.

- Po powrocie też pewnie będziesz musiał się nad nim porządnie napracować?

Mieli identyczne miny: zmarszczone czoła, poważne oczy.

- Jest sporo do nakręcenia w studiu, potem montaż. Żałuję, że nie mam więcej czasu.

Wiedziała, co miał na myśli.

- Od początku wiedzieliśmy, że tak będzie. Wyjeżdżam stąd raptem kilka tygodni po 

tobie. W Albuquerque mam mnóstwo zaległości.

- Na szczęście taki układ nam obojgu odpowiada. - Phil wpatrywał się w sufit i bawił 

się kosmykiem jej włosów. - Byłoby gorzej, gdybyśmy się w sobie zakochali.

- Tak - przyznała Tory, otwierając oczy. - Żadne z nas nie ma na to czasu.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Tory   zaparkowała   samochód   przed   domem.   Jej   wzrok   przykuło   geranium   matki: 

rośliny o kwiatach białych albo różowych były rozdzielone bardziej pospolitymi, kwitnącymi 

na czerwono, w taki sposób, iż całość przypominała ładny, przemyślnie utkany kolorowy 

kobierzec. Na podartej moskitierze pojawiła się cera, a z boku budynku, jak zawsze, suszyło 

się pranie. Tory wcale nie miała ochoty wejść do środka.

Poczucie obowiązku było silniejsze. Co najmniej raz w tygodniu spędzała z matką 

męczące pół godziny. Od przyjazdu ekipy filmowej matka tylko dwa razy pokazała się w 

miasteczku.   Za   każdym   razem   zaglądała   do   Tory,   lecz   były   to   krótkie   i   dla   obu   kobiet 

krępujące wizyty. Czas, zamiast zbliżać je do siebie, jeszcze bardziej je rozdzielał.

Zazwyczaj   Tory   odwiedzała   ją   w   niedzielne   popołudnia.   Tym   razem   postanowiła 

pojechać o dzień wcześniej ze względu na Phila.

Na samą myśl o nim usta rozciągnęły jej się w uśmiechu. W końcu zgodziła się na 

występ w jego „amatorskim filmie”. Miał wpaść na ranczo z jedną z zapasowych kamer. Nie 

rozumiała, czemu tak bardzo mu na tym zależy, ale uznała to za nieszkodliwy kaprys. Poza 

tym   inaczej   nie   przestałby   wiercić   jej   dziury   w   brzuchu,   pomyślała   kwaśno.   Niech   się 

nacieszy swoim nagraniem, a ona jazdą.

Widząc Tory, izabelowaty ogier  zaczął niespokojnie rżeć.  Darł kopytami  ziemię  i 

stawał   dęba.   Gdyby   się   zniecierpliwił,   z   łatwością   przeskoczyłby   ogrodzenie.   Kiedy 

wierzgnął, roześmiała się.

- Nie gorączkuj się tak, Kodeks. Zaraz wystąpisz w filmie.

Z westchnieniem ruszyła w stronę domu.

Wchodząc, poczuła nikłą woń pszczelego wosku i cytryny; matka musiała niedawno 

wypastować   podłogi.   Przypomniała   sobie   dzień,   gdy   ojciec   przyniósł   matce   elektryczną 

polerkę - matka ucieszyła się jak z bezcennych brylantów. Odtąd szyby w oknach lśniły.

Jak   ona   to   robi?   -   zastanawiała   się   Tory,   błądząc   spojrzeniem   po   nieskazitelnie 

utrzymanym wnętrzu. Czy treścią życia może być wycieranie kurzu? Czy naprawdę matka nie 

oczekuje nic więcej?

Jeśli chciała czegoś dla siebie, to tylko nowych pokrowców na meble albo materiału 

na   zasłonki.   Może   byłoby   jej   łatwiej,   gdyby   córka   ją   rozumiała   -   albo   ona   córkę.   Tory 

pokręciła głową i zajrzała do kuchni, przekonana, że zobaczy matkę przy kuchence.

Jednak kuchnia była pusta. W mocnym dziennym świetle białe sprzęty aż lśniły, w 

powietrzu unosił się zapach świeżo pieczonego chleba. Dla kogo matka go piekła? Już nikt 

background image

nie pochwali jego smaku, nie odłamie sobie dużego kawałka, ściągając na siebie jej gniewne 

mknięcie. Do diabła, czy ona w ogóle rozumie, że wszystko się zmieniło?

Tory okręciła się na pięcie i wyszła na korytarz.

Dopiero teraz uświadomiła sobie, że w domu panuje niezwykła cisza. Helen musi 

gdzieś tu być, przecież widziała jej małe stare auto.

Tory doszła do wniosku, że matka jest pewnie w którymś z budynków gospodarczych, 

lecz jeśli tak, czemu nie pokazała się, kiedy usłyszała jej samochód? Tknięta niepokojem, 

spojrzała w kierunku schodów.

Chciała zawołać matkę, lecz nagle zmieniła zdanie i na palcach weszła na górę.

Na piętrze przystanęła na chwilę w korytarzu: miała wrażenie, że z sypialni rodziców 

dobiega jakiś dźwięk. Drzwi były uchylone. Tory pchnęła je lekko i weszła do środka.

Na łóżku siedziała Helen w świeżo uprasowanej żółtej podomce.

Włosy   miała   zebrane   w   kucyk  i   przewiązane   chustką.   W   rękach   ściskała   jedną   z 

roboczych   koszul   ojca,   jego   ulubioną,   niebieską,   spłowiała   od   słońca,   o   wystrzępionych 

rękawach. Helen powtarzała, że nadaje się tylko na szmaty. Teraz tuliła ją do piersi, kołysząc 

się łagodnie i szlochając z taką cichą rozpaczą, iż Tory nie była w stanie dobyć głosu.

Mogła się tylko wpatrywać. Nigdy nie widziała matki płaczącej.

To ojcu zwilgotniały oczy, kiedy kończyła szkołę średnią i college. To on płakał jak 

dziecko, kiedy zdechł pies, którego miała od szczeniaka.

Matka smutki i radości przyjmowała z takim samym spokojem.

Jednak w twarzy kobiety, na którą Tory teraz patrzyła, nie było spokoju. Był bezdenny 

żal, rozpacz, która czyniła ją ślepą i głuchą na wszystko prócz jej własnej żałoby.

Zniknął   gniew,   żal,   wzajemne   urazy.   Serce   Tory   przepełniło   współczucie   i 

zrozumienie.

- Mamo...

Helen   podniosła   na   nią   szkliste,   zaczerwienione   oczy   i   pokręciła   głową,   próbując 

stłumić szloch.

- Nie. - Tory podbiegła do niej i otoczyła ją ramionami. - Nie zamykaj się przede mną.

Helen zesztywniała, lecz Tory tylko objęła ją mocniej. I nagle Helen poddała się: 

oparła głowę na ramieniu córki i rozszlochała się niepohamowanie.

- Och, Tory, Tory, czemu nie mogłam być pierwsza? Nie Will, nie mój Will. To ja 

powinnam była umrzeć.

- Nie mów tak. - Gorące łzy płynęły po jej twarzy. - Nie możesz tak nawet myśleć. 

Tato by tego nie chciał.

background image

- Przez tyle tygodni, przez tyle koszmarnych tygodni modliłam się o cud. - Objęła 

córkę kurczowo. - Powiedzieli, że nie ma nadziei.

Żadnej nadziei. Boże, jak ja chciałam krzyczeć. On nie mógł umrzeć... beze mnie. 

Tamtej nocy w szpitalu, zanim... wróciłam do jego sali.

Błagałam,  żeby do  mnie  wrócił,  pokazał  im,  że  się  mylą,   ale...  on  już  odszedł.  - 

Jęknęła; osunęłaby się, gdyby Tory jej nie podtrzymała. - Już mnie opuścił. Nie mogłam go 

tak zostawić, podłączonego do tej strasznej maszyny. Nie mogłam tego zrobić, nie jemu, nie 

mojemu Willowi.

- Och, mamo. - Kołysały się nawzajem. - Tak mi przykro. Nie wiedziałam. Myślałam, 

że... Tak mi przykro.

Helen wydała długie, urywane westchnienie. Powoli zaczynała się uspokajać.

- Nie   wiedziałam,   jak   ci   powiedzieć,   jak   wytłumaczyć.   Nie   jestem   najlepsza   w 

mówieniu o uczuciach. Wiedziałam, jak bardzo kochasz ojca, ale było we mnie za dużo żalu, 

za dużo bólu, żeby dzielić go z tobą. Chyba chciałam, żebyś mnie atakowała. Wtedy łatwiej 

mi było znaleźć siłę, mimo że wiedziałam, że cię krzywdzę.

- To już nieważne.

- Tory...

- Naprawdę, mamo. - Objęła ją i spojrzała w jej mokre od łez oczy. - Tamtej nocy 

żadna   z   nas   nie   próbowała   zrozumieć   drugiej.   I   obie   postąpiłyśmy   źle,   ale   już   za   to 

zapłaciłyśmy.

- Tak bardzo go kochałam - wyszeptała  Helen drżącym  głosem i wpatrzyła  się w 

pomiętą koszulę. - Nie mogę uwierzyć, że już nigdy nie przejdzie przez te drzwi.

- Wiem. Szukam go zawsze, kiedy wchodzę do domu.

- Tak bardzo go przypominasz. - Helen z wahaniem dotknęła jej policzka. - Czasami... 

patrzenie na ciebie rozdziera mi serce. Zawsze byłaś bardziej jego niż moja, odkąd zaczęłaś 

dorastać. Z mojej winy - dodała szybko. - Zawsze mnie trochę przerażałaś.

- Ja? Ciebie? - Tory zdobyła się na blady uśmiech.

- Byłaś taka mądra i wymagająca. Tory... - Wzięła ją za ręce. - Nigdy nie próbowałam 

się do ciebie zbliżyć. To nie leży w mojej naturze.

- Wiem.

- Ale to nie znaczy, że cię nie kocham. Tory uścisnęła jej dłonie.

- To też wiem. Ale dla nas obu to on zawsze był najważniejszy.

- Tak. - Helen przygładziła koszulę. - Myślałam, że już się z tym uporałam. Chciałam 

posprzątać w szafie, znalazłam to i... On tak bardzo ją lubił. Wciąż widać na niej dziurki w 

background image

miejscu, gdzie przypinał odznakę.

- Mamo,   pora,   żebyś   zaczęła   wychodzić,   spotykać   się   z   ludźmi.   -   Kiedy   Helen 

pokręciła głową, mocniej uścisnęła jej ręce. - Zacznij znowu żyć.

Matka uśmiechnęła się przez łzy.

- Może pomieszkasz u mnie przez jakiś czas po moim powrocie do Albuquerque?

- Och, Tory, sama nie wiem.

- Zastanów się nad tym. Może byłoby miło popatrzeć, jak twoja córka doprowadza 

opornego świadka do płaczu?

Helen zaśmiała się, ocierając oczy.

- Może i tak. Obrazisz się, jeśli powiem, że czasami martwię się, że jesteś sama?

- Nie.   -   Poczuła   się   przeraźliwie   samotna.   -   Każdy   potrzebuje   czegoś   innego   do 

szczęścia.

- Każdy potrzebuje drugiego człowieka, Tory - poprawiła Helen.

- Nawet ty.

Tory popatrzyła jej w oczy i odwróciła wzrok.

- Wiem, ale czasami ten drugi człowiek... - Urwała, znowu myśląc o Philu. - Jeszcze 

mam na to czas. Chcę jeszcze wiele zrobić, zanim się... z kimś zwiążę.

Helen czuła, że ten „ktoś” ma bardzo konkretne imię, ale nie chciała być natarczywa. 

Poklepała córkę po ręce.

- Nie czekaj zbyt długo - powiedziała. - Życie mija zadziwiająco szybko.

Wstała i podeszła do otwartej szafy; nie umiała znieść bezczynności.

- Nie spodziewałam się ciebie dzisiaj. Wybierasz się na przejażdżkę?

- Tak. Prawdę mówiąc, to na prośbę reżysera filmu. - Podeszła do okna. - Koniecznie 

chce mnie sfilmować na Kodeksie. Odmówiłam wystąpienia jako statystka, ale zgodziłam się 

na kilka ujęć, kiedy jeżdżę konno.

- Musi być bardzo przekonujący. Tory zaśmiała się cicho.

- O tak, wyjątkowo.

- Ten reżyser to syn Marshalla Kincaida - stwierdziła Helen. - Jest podobny do ojca?

Tory uśmiechnęła się, myśląc, że matkę bardziej interesuje Kincaid ojciec niż Kincaid 

syn.

- A   wiesz,   że   tak?   Takie   arystokratyczne   rysy,   chłodne   niebieskie   oczy.   -   Tory 

wypatrzyła na drodze samochód. - Już tu jedzie, więc jeślibyś chciała go poznać...

- Och, ja... - Helen dotknęła napuchniętych oczu.

- Nie jestem w formie, żeby się komuś pokazywać.

background image

- Jak uważasz - odparła Tory, podchodząc do drzwi. Od progu spytała: - Już ci lepiej?

- O   tak.   Tory?   -   Podeszła   do   córki   i   ucałowała   ją   w   policzek.   -   Cieszę   się,   że 

porozmawiałyśmy. Naprawdę bardzo się cieszę.

Phil   zaparkował   samochód   przed   zagrodą.   Koń   przygalopował   do   ogrodzenia   i 

wyciągnął łeb. Phil podszedł do niego i poklepał go po silnej, złocistej szyi. Zauważył, że 

ogier jest wyraźnie zainteresowany zawartością kieszeni jego koszuli.

- Hej! - Zaśmiewając się, odsunął się od zagrody.

- Tego szuka - oznajmiła Tory, schodząc po schodach i pokazując okazałą marchew.

- Twój   przyjaciel   powinien   trafić   do   aresztu.   To   kieszonkowiec   -   oznajmił   na   jej 

widok Phil. - Tory...

- Złapał ją za ramiona. - Płakałaś.

- Nic mi nie jest. - Odwróciła się i uniosła rękę, pozwalając, by koń wyjął z niej 

marchewkę.

- Co się stało? - nalegał, przyciągając ją do siebie.

- Co ci jest?

- Moja matka...

- Jest chora? - wpadł jej w słowo.

- Nie. - Uśmiechnęła się blado. - Po prostu rozmawiałyśmy. Tak od serca.

Wydawała się taka krucha i smutna jak tamtego dnia na cmentarzu. Bez słowa otoczył 

ją ramionami.

- Wszystko w porządku?

- Tak, w najlepszym. - Z westchnieniem oparła głowę na jego ramieniu. - Naprawdę. 

Teraz będzie mi znacznie łatwiej.

- Cieszę się. - Pocałował ją czule. - Jeśli nie masz ochoty na to filmowanie...

- Nic   z   tego,   Kincaid.   -   Uśmiechnęła   się   weselej.   -   Obiecywałeś,   że   mnie 

unieśmiertelnisz, to unieśmiertelniaj.

- Najpierw idź poprawić makijaż, a ja wszystko przygotuję.

Zanim weszła do domu, zawołał:

- Ale uprzedzam, żadnych dubli! Ma być perfekcyjnie za pierwszym razem!

Słuchając jej śmiechu, poszedł do samochodu po kamerę i rejestrator dźwięku.

Tory skrzywiła się, zobaczywszy to po chwili.

- Miał być film. O dźwięku nie było mowy.

- To jeszcze nie film, tylko taśma. Osiodłaj wreszcie tego konia - mruknął.

- Jesteś piekielnie arogancki, kiedy stajesz za kamerą, Kincaid.

background image

Szybko i sprawnie włożyła koniowi wędzidło do pyska i założyła mu siodło.

Urodzona aktorka, pomyślał Phil. Zachowuje się naturalnie przed kamerą, żadnych 

nerwów, żadnych przesadnych gestów.

Obchodząc ją powoli, szukał idealnego kąta.

- Umówisz się ze mną na kolację?

- Nie wiem. Zimny stek, którym mnie wczoraj częstowałeś, nie był zbyt apetyczny.

- Dzisiaj zamówię półmisek zimnych mięs i piwo - zaproponował. - Nie będziemy 

musieli się martwić, że wystygnie.

Tory uśmiechnęła się do niego.

- Umowa stoi.

- Zapowiada się na tanią randkę - zażartował.

- Aha, akurat. - Objęła konia za szyję. - Liczę na butelkę francuskiego szampana. 

Może teraz dla odmiany dałbyś mi się trochę pobawić kamerą?

- Wsiadaj.

Tory pokręciła głową.

- Uparty z ciebie człowiek, Kincaid. - Jednym płynnym ruchem wskoczyła na konia. - 

Co teraz?

- Pojedź kawałek w kierunku, z którego wtedy wracałaś, ale niezbyt daleko. Wróć 

galopem. Ignoruj kamerę, po prostu jedź.

- Ty tu jesteś szefem - odparła zgodnie. - Przynajmniej w tej chwili.

Dźgnęła konia piętami i popędziła przed siebie.

Natychmiast poczuła się szczęśliwa. Koń chciał się wybiegać, a ona pozwalała mu na 

to, czując, jak owiewa ją gorące powietrze. Tak jak ostatnio kierowała się ku górom, jednak 

tym razem przed niczym nie uciekała. Rozkoszowała się pędem.

Robiąc zbliżenie, Phil pomyślał, że Tory jeździ z niewymuszoną gracją, bez brawury, 

ze   spokojną   pewnością   siebie.   Koń   galopował,   lecz   jej   ciało   wydawało   się   niemal   nie 

poruszać.

Kiedy zawróciła, ogier przez chwilę tańczył w miejscu, a potem, potrząsając łbem, 

stanął dęba. W rozpalonym nieruchomym powietrzu nagle rozbrzmiał jej śmiech.

Jest wspaniała, pomyślał, robiąc maksymalne zbliżenie. Nie patrzyła w jego stronę, 

chyba naprawdę zapomniała o obecności kamery. Twarz miała zwróconą ku niebu. Chwilę 

później koń płynnie przeszedł do galopu, wzniecając tumany pyłu.

W tle widać było tylko suchą kamienistą ziemię i ostre kontury gór w oddali. Oto 

Ewa, pomyślał Phil. Jedyna kobieta na świecie.

background image

Może   jej   raj   był   srogim   i   samotnym   miejscem,   lecz   ona   panowała   w   nim 

niepodzielnie.

Tylko   raz,   zupełnie   jak   gdyby   zapomniała   o   jego   obecności,   spojrzała   prosto   w 

obiektyw i uśmiechnęła się - jej twarz wypełniała niemal cały kadr. Phil poczuł, że pocą mu 

się dłonie. Ktoś, kto miałby taką kobietę, nie pragnąłby niczego innego. Jedyną kobietę na 

świecie.

Nagłym ruchem ściągnęła lejce i zatrzymała się w miejscu.

Machinalnym gestem poklepała konia po szyi.

- I jak, panie Hollywoodzki? Phil wciąż ją filmował.

- Tylko na tyle cię stać?

- A o czym myślałeś?

- Nie zrobisz jakiejś sztuczki? - spytał, filmując ją pod innym kątem.

Tory posiała mu rozbawione spojrzenie.

- Jeśli chcesz zobaczyć, jak ktoś stoi na siodle na jednej nodze, lepiej wybierz się do 

cyrku.

- Wystarczyłoby mi kilka niewysokich skoków... o ile się odważysz.

Parsknęła śmiechem, mierzwiąc jasną grzywę ogiera.

- Miała być jazda, a nie woltyżerka - wypomniała z uśmiechem i zawróciła konia. - 

Ale niech ci będzie.

Koń jednym długim susem przesadził ogrodzenie.

- Może być? - zawołała, wracając.

- Jeszcze raz - polecił Phil, przyklękając na kolano.

Tory wzruszyła ramionami i ponownie podprowadziła konia do zagrody.

- Skoro jest taki skoczny, to co go trzyma w zagrodzie? - spytał, opuszczając kamerę i 

osłaniając oczy przed słońcem.

- Wie,   że   nigdzie   nie   będzie   mu   lepiej   -   stwierdziła,   pozwalając   ogierowi   trochę 

podreptać w miejscu, i znowu poklepała go po szyi. - Popisuje się przed kamerą. Starczy ci, 

Kincaid?

- Nie masz już nic ciekawego do pokazania? - spytał, unosząc kamerę.

- Cóż. - Tory zastanawiała się przez chwilę, potem uśmiechnęła się przeciągle. - A co 

powiesz na to?

Jedną ręką trzymając wodze, drugą zaczęła rozpinać bluzkę.

- Podoba mi się. Poprzestała na trzech guzikach.

- Nie chciałeś filmu tylko dla dorosłych, prawda? - zażartowała, przesuwając nogę nad 

background image

siodłem, i zsunęła się na ziemię.

- To moje prywatne nagranie - przypomniał. - Cenzorzy nigdy go nie zobaczą.

Zaśmiała się.

- Odłóż tę zabawkę, Kincaid - powiedziała, gdy ją okrążał, wciąż z kamerą.

- Popatrz na mnie. - Uśmiechnął się lekko. - Boże, jaka ty jesteś piękna. Musisz zagrać 

w moim filmie.

- Nie ma mowy. Chyba że zaczniesz filmować rozprawy sądowe.

- Potrafię być bardzo stanowczy.

- Raczej uparty. - Wpuściła konia do zagrody. Phil odniósł sprzęt do auta i wrócił do 

Tory. Objęli się bez słowa i pocałowali.

- Gdybyśmy mogli wymknąć się stąd choć na kilka dni, tylko we dwoje - zamruczał.

- Obowiązki, Phil - odparła cicho. - Każde z nas ma swoje obowiązki, swoją pracę.

Chciał powiedzieć: pal sześć pracę, nie jest najważniejsza, ale nie śmiał. Nie tak się 

umawiali.

- Gdybym do ciebie zadzwonił, do Albuquerque, spotkałabyś się ze mną?

Zawahała się.

- Tak - odparła, uświadamiając sobie, że czuje ból. - Phil, pocałuj mnie.

Dotyk jego ust pomógł stępić cierpienie. Wciąż mają tych kilka tygodni, pocieszała się 

w myślach, zarzucając mu ramiona na szyję.

Wciąż   mają   czas,   zanim...   Z   jękiem   przylgnęła   do   niego,   chcąc   o   wszystkim 

zapomnieć.

- Muszę odłożyć uprząż - odezwała się po chwili, odetchnęła głęboko i odsuwając się 

od niego, uśmiechnęła się drżąco. - A może zachowasz się jak prawdziwy macho i poniesiesz 

siodło?

- Reżyserzy nie są od noszenia sprzętu - zażartował, próbując przyciągnąć ją do siebie.

- Łap się za to siodło, Kincaid - odparła, podając mu lejce. - Wytęż te swoje wielkie 

muskuły.

- Wielkie, powiadasz? - Uśmiechnięty wziął siodło i ruszył za nią do stajni, myśląc, że 

Bicks miał rację: kiedy szła, było na czym zawiesić oko.

- Tu je połóż. - Powiesiła lejce na drewnianym kołku.

Phil pozbył się siodła i rozejrzał się. Stajnia była duża, przyjemnie chłodna, drewniany 

strop był wysoko nad ich głowami.

- A gdzie zwierzęta? - spytał, podchodząc do pustego boksu.

- Matka   ma   tylko   kilka   sztuk   bydła   -   wyjaśniła   Tory.   -   Teraz   się   pasą.   Kiedyś 

background image

mieliśmy więcej koni, ale matka rzadko jeździ. Kodeks ma całą stajnię praktycznie do swojej 

dyspozycji.

- Nigdy nie byłem w stajni.

- Biedaczek. Obejrzał się zdziwiony.

- Nie   sądziłem,   że   tu   będzie   tak   czysto.   Roześmiała   się,   a   potem   jej   śmiech 

podchwyciło echo.

- Moja   matka   wypowiedziała   prywatną   wojnę   brudowi   -   odparła   rozbawiona; 

przyjemnie było myśleć o Helen bez goryczy. - Gdyby ojciec jej pozwolił, nawet w oknach na 

strychu wisiałyby zasłonki.

Phil zatrzymał się przy drabinie i sprawdził, czy utrzyma jego ciężar.

- Co jest na górze?

- Siano. Wiesz, co to jest? - spytała sucho Tory.

- Nie   bądź   taka   zadowolona   z   siebie.   -   Zafascynowany   wdrapał   się   na   strych.   - 

Niesamowity widok - powiedział, stając w miejscu, z którego można było podziwiać całą 

okolicę.

- Kiedyś często tu przychodziłam. - Stanęła za nim i wyjrzała zza jego ramienia.

- Po co?

- Patrzyłam na świat albo spałam. Zaśmiał się cicho i obrócił w jej stronę.

- Tylko ty potrafisz zrobić ze spania dziedzinę sztuki.

- Poświęciłam temu sporą część życia - przyznała, biorąc go za rękę.

Wciągnął ją w ciemny kąt.

- Zawsze chciałem zrobić na strychu jedną rzecz - oznajmił.

- Phil, w domu jest moja matka.

- Tutaj jej nie widzę. - Złapał ją za bluzkę i przyciągnął do siebie.

- Phil...

Popchnął ją lekko, tak iż wylądowała na stercie siana.

- Ej, czekaj no chwilę - protestowała, podnosząc się na łokciach.

- Ta   sceneria   ma   w   sobie   coś   podniecającego.   -   Przycisnął   ją   własnym   ciałem.   - 

Gdybym reżyserował tę scenę, zaczęłaby się tak. - Pocałował ją, mocno, gorąco, aż jęknęła. - 

Oświetlenie ustawiłbym tam, żeby wyglądało tak, jak gdyby promień słońca padał właśnie 

tutaj. - Powiódł palcem po jej szyi. - Wszystko inne miałoby matowy odcień złota, zupełnie 

jak twoja skóra.

Trzymała go na wyciągnięcie ramion, chociaż jej serce także zaczęło bić szybciej.

- Phil, to nie jest właściwy moment.

background image

Lekko ucałował kąciki jej ust. Podniecała go myśl, że musi ją przekonywać. Jego dłoń 

ostrożnie wśliznęła się pod rąbek jej bluzki i odnalazła ciepłą pierś. Oczy jej pociemniały, 

dłonie, które opierały się na jego ramionach, przestały go odpychać.

- Uwielbiam patrzeć, jak reagujesz na mój dotyk - powiedział. - To doprowadza mnie 

do szaleństwa.

Wiedział, że nie byłby w stanie niczego jej odmówić. Nie był w stanie przestać o niej 

myśleć. Nie potrafił zapanować nad drżeniem rąk, ilekroć jej dotykał. Teraz też drżą, choć to 

przecież nie jest pierwszy raz, kiedy się kochają. Sądził, że przestanie jej tak rozpaczliwie 

pragnąć,   a   za   każdym   razem   pożądanie   stawało   się   coraz   silniejsze,   narastało,   dopóki 

całkowicie się w niej nie zatracił.

Czuł woń siana, subtelny i podniecający zapach jej perfum, słyszał jej cichy szept, gdy 

ściągała z niego koszulę. Nie czuł słońca, które padało na jego nagie plecy, liczyły się tylko 

niecierpliwe dotknięcia jej rąk.

Całując ją, zaczął mocować się z zapięciem dżinsów. Ona była naga, jeśli nie liczyć 

małego   skrawka   materiału   trzymającego   się   nisko   na   biodrach   dzięki   dwóm   wąskim 

paseczkom. Zaczął zsuwać z niej majteczki, centymetr po centymetrze, składając pocałunki 

na jej rozpalonej skórze.

Niemalże zdarła z niego spodnie i usiadła na nim, całując go po szyi. Chwycił ją za 

biodra i uniósł lekko. Krzyknęła, gdy w nią wszedł, i odchyliła głowę do tyłu. Kiedy doszła, 

na jej skórze połyskiwały kropelki potu. W gorączkowym pośpiechu przewrócił ją na plecy i 

przygniatając ją swoim ciężarem, dał jej nową rozkosz, silniejszą niż za pierwszym razem.

Gdy leżeli przytuleni, mokrzy, z trudem łapiąc oddech, było jej tak dobrze, że łzy 

zakręciły jej się w oczach. Zamrugała i pocałowała go w ramię.

- Okazuje się, że na strychu można nie tylko spać.

Phil zaśmiał się miękko. Przewrócił się na plecy i przyciągnął Tory mocno, by jeszcze 

przez chwilę mieć ją tylko dla siebie.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Jedną z ostatnich scen w filmie  miała  być  pełna napięcia sekwencja  przed barem 

Hernandeza. Phil wolał kręcić w nocy raczej niż za dnia, przy użyciu filtrów - aktorom łatwiej 

będzie wczuć się w atmosferę, a film zachowa brutalny realizm, na którym mu zależało.

Od samego początku wszystko szło nie tak.

Dwa   razy   dźwiękowcom   popsuł   się   sprzęt.   Doświadczona   aktorka   drugoplanowa 

notorycznie myliła tekst, aż wreszcie zeszła z planu, klnąc pod nosem. W lampie wybuchła 

żarówka, zasiewając plan okruchami szkła, które trzeba było dokładnie wyzbierać. A z Marlie 

po prostu nie sposób się było dogadać.

- Słuchaj - powiedział w końcu Phil. - Co się z tobą dzieje, do cholery?

- Nic mi nie wychodzi - stwierdziła wściekła, kopiąc jakiś kamyk. - Niech to szlag, coś 

mi tu nie pasuje.

- Mordujemy się od ponad dwóch godzin. Wszyscy powoli mają serdecznie dość tej 

sceny.

Jego cierpliwość także była już na wyczerpaniu. Najpóźniej za dwa dni musi wracać 

do   Kalifornii.   Powinien   się   cieszyć,   że   film   będzie   już   na   ukończeniu,   a   był   spięty, 

rozdrażniony i tylko szukał kogoś, na kim będzie mógł wyładować swoją złość.

- Weź się w garść i zrób to jak należy - oznajmił cierpko.

- Chwila, moment! Nie narzekam na cholerne duble, na ten parszywy śmierdzący bar, 

na   tę   dziurę,   do   której   mnie   zawlokłeś,   bo   wierzę   w   ten   scenariusz.   Haruję   jak   koń 

pociągowy, bo wiem, że mnie potrzebujesz. Ta rola jest dla mnie przepustką do pierwszej ligi, 

ja to po prostu czuję.

- Chcesz przepustki? - odparł gniewnie Phil. - To na nią zapracuj.

- Już na nią zapracowałam - oznajmiła podniesionym głosem.

Kilka osób obejrzało się, ale nikt nie odważył się podejść. - Nie zamierzam tolerować 

twoich fochów tylko dlatego, że masz problemy osobiste.

Oczy mu się zwęziły.

- Będziesz musiała je tolerować.

- Coś ci powiem, Kincaid. - Dźgnęła go palcem w pierś. - Ja nic nie muszę, bo wnoszę 

do tego filmu co najmniej tyle  co ty.  Ludzie mają gdzieś to, czyje  nazwisko pojawi  się 

pierwsze. Gwiazdą tego filmu jest Kate Lohman, a Kate Lohman to ja. Nie zapominaj o tym i 

nie odstawiaj mi tutaj takiego ważniaka.

Kiedy chciała odejść, Phil chwycił ją za ramiona. Jego oczy stały się zimne jak lód. 

background image

Przez chwilę patrzył na jej zaciętą twarz i złagodniał.

- A niech cię, Marlie - westchnął. - Aleś się wczuła w rolę. No dobrze, słucham, co ci 

nie pasuje?

Uśmiechnęła się lekko.

- Chciałam   z   tobą   pracować,   bo   nie   znam   lepszego   reżysera.   Nie   sądziłam,   że   w 

dodatku cię polubię. No dobrze - spoważniała - kiedy Sam wychodzi za mną z baru i łapie 

mnie, przestaje nad sobą panować. Jest wściekły, ostro i szorstko mówi wszystko, co dusił w 

sobie przez lata.

- Nie dajesz mu żyć, odkąd wrócił do miasteczka - przypomniał Phil. - Ma tego dość. 

W następnej scenie idzie za tobą do twojego pokoju i kochacie się. Więc wygrałaś.

- Czyżby? - zastanowiła się Marlie. - Kate to twarda kobieta. I nie bez powodu. Ale na 

pewno nie jest popychadłem.

- No i co z tego?

- No   a   to,   że   on   przyłazi   za   mną,   wyzywa   mnie   od   najgorszych,   od   zimnych, 

wyrachowanych dziwek, jeśli dobrze pamiętam, a ja siedzę jak to cielę i ocieram zapłakane 

oczęta.

Phil uśmiechnął się wreszcie.

- A jak byś zareagowała?

- Dałabym palantowi w gębę. Roześmiał się dźwięcznie.

- Tak, jestem skłonny w to uwierzyć.

- Rozumiem   łzy,   ale   i   złość.   Jego   słowa   są   niebezpiecznie   blisko   prawdy.   Kate 

nienawidzi siebie samej i jego za to, że jej to wytyka.

Phil już obmyślał, jak wprowadzić zmiany. Zawołał Sama i wyjaśnił mu, o co chodzi.

- Nie poniesie cię? - zwrócił się Sam do Marlie. - Nie ukatrupisz mnie na miejscu?

- Postaram się. - Uśmiechnęła się z cieniem triumfu.

- Kiedy cię uderzy - wtrącił Phil - macie patrzeć na siebie w kamiennym milczeniu 

przez dobre dziesięć sekund. Potem wycierasz usta wierzchem dłoni, wolno, nie przerywając 

kontaktu wzrokowego.

Zacznijmy od ujęcia, kiedy Marlie wychodzi z baru. Biiicks!

- Cisza... Wszyscy na miejsca... Klaps!

Phil stał przy operatorze i śledził rozwój sceny.

Marlie wychodzi na ulicę, sztywno wyprostowana, oczy jej płoną. Idzie chodnikiem. 

Kiedy Sam ją łapie, obraca się i staje z nim twarzą w twarz. Jej ogień musiał widocznie 

udzielić się Samowi, bowiem jego kwestie brzmią jeszcze brutalniej, jeszcze więcej w nich 

background image

emocji. Wcześniej ta scena sprowadzała się do ukazania męskiego gniewu, teraz zauważało 

się także postać kobiecą.

Całość była przesycona erotyzmem.

Kiedy Marlie uderzyła Sama, wszyscy na planie aż wstrzymali oddech - ten gest był 

taki nieoczekiwany, a zarazem idealnie pasował do postaci Kate Lohman. Było widać, że 

partner  chce jej się zrewanżować tym  samym,  lecz po prostu nie jest w  stanie. Kate go 

prowokuje,   ale   równocześnie   widać,   jak   nerwowo   przełyka   ślinę.   On   wyciera   usta,   nie 

odrywając od niej oczu.

- Cięcie! - Phil zaklął z podziwu, podbiegając do Marlie i chwytając ją za ramiona. 

Pocałował ją mocno. - Fantastycznie. - Pocałował ją jeszcze raz. - Fantastycznie!

Roześmiany spojrzał na Sama.

- Precz ode mnie z tymi ustami - ostrzegł Sam, pocierając wargi.

- Piekielnie ciężką rękę ma ta dziewczyna. Słyszałaś kiedyś o markowaniu ciosów? 

No wiesz, to jednak jest showbiznes.

- Trochę mnie poniosło.

- Miałem ochotę ci oddać.

- Wiem. - Śmiejąc się, odgarnęła włosy z twarzy.

- Okej, no to lecimy dalej. - Phil wrócił do operatora. - Wszyscy na miejsca.

- Nie możemy zrobić dubla tego ciosu? - zażartowała Marlie. - Łatwiej byłoby się 

wczuć.

- Żądam dublera! - ryknął Sam.

W biurze Tory zajęła się czytaniem długiego, szczegółowego pisma od prokuratora. 

List napisany był kwiecistym stylem i pełen prawniczego żargonu, lecz przesłanie było jasne: 

sprawa stanie na wokandzie. Może da się odwlec rozprawę o kolejne dwa miesiące, ale do 

ugody nie dojdzie. Tory poczuła przyjemny dreszczyk. Stęskniła się za pracą, poza tym miała 

przeczucie, że po powrocie do Albuquerque będzie potrzebowała jakiegoś skomplikowanego i 

czasochłonnego zajęcia.

Czyli już za jakiś miesiąc. Nie, poprawiła się w myślach.

Pierwszy   wyjedzie   Phil,   jutro,   najpóźniej   pojutrze.   Już   teraz   była   sobie   w   stanie 

wyobrazić, jak trudno będzie zapełnić pustkę, która pojawi się w jej życiu. Musiała sobie 

przypomnieć, że na samym początku ustalili reguły gry. Wciąż ma swoją pracę, swoje życie. I 

swoją samotność, pomyślała, potrząsnęła głową i zaczęła czytać pismo od początku.

Merle chodził nerwowo w tę i z powrotem, rzucając szefowej ukradkowe spojrzenia. 

Umówił się z Marlie, żeby przyszła do niego po pracy. Nie przewidział, że Tory może się tak 

background image

zasiedzieć nad papierami. Nie miał pojęcia, jak taktownie pozbyć się szefowej. Kiedy po raz 

tysięczny   wyjrzał   przez   okno,   zobaczył,   że   lampy   rozstawione   przez   filmowców   kolejno 

gasną. Pochrząkując i przestępując z nogi na nogę, zagadnął Tory:

- Pewnie padasz z nóg.

- U - hm.

- Wieczór taki spokojny, nic się nie dzieje - spróbował jeszcze raz, nerwowo bawiąc 

się guzikami koszuli.

- Aha.

Wniósł oczy ku sufitowi.

- Może dasz sobie spokój i pojedziesz do domu? Tory w dalszym ciągu robiła jakieś 

notatki.

- Chcesz się mnie pozbyć, Merle T.?

- Ee, nie. No coś ty. - Wlepił wzrok w zakurzone noski butów.

- Umówiłeś się na randkę? - spytała łagodnie, nie odrywając się od pracy.

- Coś w tym guście. Tak, chodzi o randkę.

- No to zmykaj, śmiało.

- Ale... - Urwał i gniewnym ruchem wepchnął ręce do kieszeni.

Podniosła wzrok znad dokumentów i przyjrzała mu się uważnie.

Wreszcie doczekał się tych swoich wąsów. Może nie były to wąsiska jego marzeń, ale 

rzeczywiście   przydawały   dojrzałości   twarzy,   która   zawsze   przypominała   jej   mordkę 

pluszowego misia. Wciąż się garbił i rumienił, ale już nie uciekał wzrokiem jak kiedyś. W 

jego spojrzeniu wyczytała zniecierpliwienie i zakłopotanie.

- Z Marlie? - spytała łagodnie.

- Aha.

- Jak będziesz się czuł, kiedy ona wyjedzie? Merle wzruszył ramionami i spojrzał w 

okno.

- Będzie   mi   jej   brakowało.   To   wspaniała   kobieta.   -   W   jego   głosie   nie   brzmiała 

rozpacz, lecz spokój, jak gdyby już dawno pogodził się z myślą o rozstaniu.

Dziwne, pomyślała. Zupełnie jak gdyby zamienili się z Merle'em charakterami.

- Nie musisz tu siedzieć, Merle - powiedziała lekkim tonem. - Jeśli umówiliście się na 

późną kolację, to możesz śmiało...

- Owszem, umówiliśmy się - przerwał. - Tutaj.

- Och.  Już   rozumiem.  -  Nie  zdołała   ukryć  uśmiechu.   -  Wygląda   na  to,   że  komuś 

przeszkadzam.

background image

Przestąpił z nogi na nogę.

- Oj, Tory... - jęknął.

- Nic nie szkodzi. - Wstała zza biurka i powiedziała z udawanym wyrzutem: - Wiem, 

kiedy jestem niemile widziana. Pójdę do mojego pokoju i sama to wszystko dokończę.

Merle był rozdarty.

- Może zjadłabyś z nami? - zaproponował w końcu. Tory odłożyła stertę papierów, 

podeszła do niego i opierając dłonie na jego ramionach, ucałowała go w oba policzki.

- Merle T. - powiedziała miękko - prawdziwy z ciebie skarb.

Gdy uśmiechnął się, mile połechtany, otworzyły się drzwi.

- A   nie   mówiłam,   Phil?   -   odezwała   się   Marlie.   -   Merle   nie   może   się   opędzić   od 

pięknych kobiet. Musi pani stanąć w kolejce, pani szeryf. - Podeszła do Merle'a i wzięła go 

pod rękę. - Dzisiaj ja byłam pierwsza.

- To może ja się nią zajmę? - wtrącił Phil, który wszedł tuż za nią. - Chociaż tak mogę 

ci się odwdzięczyć za to, jak dzisiaj zagrałaś.

- Prawdziwy altruista - westchnęła Marlie. - Zawsze gotowy do poświęceń.

Tory parsknęła jak kotka.

- Może   pozwolę,   żeby   postawił   mi   drinka   -   powiedziała,   pakując   dokumenty   do 

skórzanej aktówki, potem oparła się o rant biurka. - I kolację.

- Może coś na zimno? - zaproponował półgłosem Phil.

Roześmiała się. W tej samej chwili zadzwonił telefon.

- Biuro szeryfa, słucham? - Westchnęła. - Tak, panie Potts. - Merle jęknął i przewrócił 

oczami. - Rozumiem. I co to za hałasy? - Milczała chwilę. - Drzwi i okna pan pozamykał? 

Nie, panie Potts, nie chcę, żeby wziął  pan strzelbę  i wyszedł  na dwór. Tak, zdaję sobie 

sprawę, że mężczyzna musi bronić swojej własności.

- Spojrzała groźnie na Merle'a, który parsknął sarkastycznie. - Już ja się tym zajmę. 

Będę u pana za dziesięć minut. Nie, nie będę hałasować, proszę siedzieć w domu i czekać.

- Złodzieje owiec? - mruknął Merle.

- Włamywacze - poprawiła, wyjmując broń z szuflady.

- I co zamierzasz z tym zrobić, jeśli łaska? - odezwał się Phil.

- Oby nic. - Spokojnie włożyła naboje do magazynka.

- No po co... Chwileczkę: mam rozumieć, że ta broń nie była naładowana?

- Oczywiście. Nikt rozsądny nie trzyma naładowanego pistoletu w otwartej szufladzie 

biurka.

- Zagoniłaś mnie do celi, grożąc mi pistoletem bez nabojów?

background image

Uśmiechnęła się leniwie, wsuwając broń do kabury.

- Żałuj, że nie widziałeś swojej miny. Wyglądałeś przesłodko.

- A gdybym nie ustąpił? - spytał, podchodząc do niej.

- Coś bym wymyśliła. Merle, miej oko na wszystko, zanim wrócę.

- Szkoda twojego czasu.

- To część mojej pracy, Merle.

- Skoro to strata czasu, to po co zabierasz broń?

- spytał Phil.

- Bo wygląda imponująco.

- Tory, nigdzie nie pojedziesz z tą flintą u boku.

- To nie flinta, nie jestem myśliwym, tylko szeryfem.

- Tory, bądź poważna! - Wściekły próbował nie dopuścić jej do samochodu.

- Słuchaj, mówiłam Pottsowi, że będę u niego za dziesięć minut.

I tak będę musiała jechać jak wariatka.

Ani drgnął.

- A jeśli to naprawdę włamywacze?

- Właśnie dlatego tam się wybieram.

- Jadę z tobą.

- Phil, nie mam na to czasu.

- Jadę i koniec dyskusji.

Widząc jego nieugiętą minę, poddała się.

- Okej, chwilowo mianuję cię moim zastępcą. Wsiadaj i rób, co mówię.

Wśliznął się do samochodu.

- Nie dostanę odznaki? - spytał, gdy włączała silnik.

- Użyj wyobraźni - zażartowała.

Ruszyli. Wkrótce opuścili teren zabudowany i choć pewnie trzymała kierownicę, Phil 

z coraz większym niepokojem zerkał na prędkościomierz.

- A jeśli będziesz musiała użyć tego żelastwa? - spytał nagle.

- Zrobię, co będę musiała.

- Ile ci zostało tej zabawy w szeryfa?  Spojrzała na niego, ale nie oderwał wzroku 

odjezdni.

- Trzy tygodnie.

- W Albuquerque będzie ci lepiej - rzekł półgłosem, w duchu dodając: bezpieczniej.

Tory pomyślała o kliencie, który omal nie udusił jej gołymi rękami, zanim oderwali go 

background image

od niej strażnicy więzienni, ale się nie odezwała. Niemal nie zwalniając, skręciła w wąską, 

pożłobioną koleinami drogę. Phil zaklął, uderzając bokiem o drzwi.

- Powinieneś zapiąć pasy - zauważyła z roztargnieniem.

Jego odpowiedź była krótka i zdecydowanie nieuprzejma.

Malutki domek na ranczu jarzył się światłami. Tory zahamowała przed nim z piskiem 

opon.

- Myślisz, że już uciekli? - zagadnął cicho Phil, masując obolałe ramię.

- Najwyżej powyłapuję ich, wracając.

Tory wchodziła już po schodkach prowadzących na ganek.

Zapukała i przedstawiła się przez zamknięte drzwi. Kiedy Phil do niej dołączył, drzwi 

uchyliły się o kilka centymetrów.

- Panie Potts - zaczęła.

- A ten to co za jeden? - spytał niespokojnie pan domu.

- Mój nowy zastępca - skłamała gładko. - Sprawdzimy, co się dzieje na posesji.

Potts uchylił drzwi o kolejnych kilka centymetrów. Z głębi domu wychynęła stareńka, 

poorana zmarszczkami twarz i lśniąca, czarna lufa strzelby.

- Słyszałem ich. Schowali się w tamtych krzakach.

- Zajmiemy się tym, panie Potts. - Dotknęła strzelby. - Może ja ją wezmę?

Potts ani myślał rozstać się z bronią.

- Muszę się czymś bronić.

- Owszem, ale w domu nikogo nie ma, prawda? A mnie ta strzelba naprawdę by się 

teraz przydała.

Niechętnie oddał broń.

- Ale   w   razie   czego   wal   pani   do   nich   z   obu   luf!   Drzwi   się   zatrzasnęły,   potem 

szczęknęły zasuwy w trzech kolejnych zamkach.

- Uroczy staruszek - mruknął Phil. Tory wyjęła naboje ze strzelby.

- Za długo jest sam - powiedziała. - Chodźmy się rozejrzeć.

- Dorwij ich, szefowo. Parsknęła śmiechem.

- Tylko nie plącz mi się pod nogami, Kincaid.

Była  bardzo  skrupulatna.  Z nienabitą  strzelbą  w  jednej  ręce i  z latarką w  drugiej 

zajrzała za każde drzwi i przez każde okno. Phil tak się w nią zapatrzył, że wszedł prosto na 

stos pustych puszek po farbie.

Narobił okropnego hałasu i zaklął pod nosem. Tory poświeciła na niego latarką.

- Poruszasz się jak kot, Kincaid - powiedziała z podziwem.

background image

- Ten facet zabarykadował się tonami śmieci. Włamywacze nie mają szans.

Tory   zachichotała   i  ruszyła   dalej.   Obeszli   dom,   przedzierając   się   przez   ustawione 

przez   gospodarza   zasieki   ze   starych   części   samochodowych,   wypaczonych   desek   i 

pordzewiałych narzędzi.

Nabrawszy pewności, że nikt nie próbował włamać się do tego domostwa co najmniej 

od ćwierćwiecza, zaczęła sprawdzać resztę posesji.

- Szkoda twojego czasu - mruknął Phil.

- Jak coś robić, to porządnie.

Szła dalej, świecąc sobie latarką. Zrezygnowany Phil podążał za nią, myśląc, że zna 

przyjemniejsze  sposoby  spędzania  z  kobietą  ciepłej  letniej  nocy. W  dodatku  była  pełnia, 

księżyc   wydawał   się   zupełnie   biały.   Phil   chciał   się   z   nią   kochać   pod   takim   spokojnym 

milczącym księżycem, w nieruchomym rozgrzanym powietrzu.

- Tory - wyszeptał, opierając dłoń na jej ramieniu.

- Ciii!

Zesztywniała wpatrzona w usychający krzak dokładnie przed nimi. W tej samej chwili 

Phil zauważył, że coś się za nim poruszyło, i odruchowo zasłonił ją własnym ciałem.

Usłyszeli jakiś dźwięk, zaledwie cichutki szelest, jak gdyby ktoś stąpał po suchych 

liściach. Tory sięgnęła do kieszeni i wsunęła dwa naboje do strzelby, potem ją przeładowała. 

Czarny metal połyskiwał srebrzyście. Gdy Phil czekał, gotowy do ataku, Tory wycelowała 

strzelbę w księżyc i wypaliła. Nocnym niebem targnął huk.

Zza  krzaka wyłoniła  się  brudna skołtuniona  owca  i becząc przeraźliwie,  znikła  w 

ciemnościach.

- Kolejny zdesperowany przestępca ucieka stróżom prawa - stwierdziła sucho Tory.

Phil ryknął śmiechem. Śmiał się, dopóki nie poczuł, że uchodzi z niego całe napięcie.

- I to owczym pędem - zażartował.

- Bardzo   śmieszne.   -   Opuściła   broń.   Ręce   jej   drżały,   w   gardle   zaschło.   -   Cóż, 

wracajmy   powiedzieć   Pottsowi,   że   jego   dom   jest   bezpieczny.   A   potem   poproszę   o   tego 

obiecywanego drinka.

Phil oparł dłonie na jej ramionach.

- Wszystko w porządku?

- Jasne.

- Drżysz.

- To nie ja. To ty - odparła i uśmiechnęła się do niego.

- Napędziła ci niezłego stracha - stwierdził.

background image

- No pewnie. - Patrzyła mu prosto w oczy, uśmiechając się coraz pogodniej. - Ty się 

nie bałeś?

- I to jak! - Zaśmiał się i pocałował ją w usta. - Raczej nie nadaję się na zastępcę 

szeryfa.

- No nie wiem. Już pierwszego dnia wykurzyłeś z ukrycia owcę.

- Oddaj temu szurniętemu staruszkowi jego broń i wynośmy się stąd.

Potrzeba było dziesięciu minut i wielkiej dyplomacji, zanim Potts dał się przekonać, 

że niebezpieczeństwo zostało zażegnane.

Ucieszony, iż jego strzelba okazała się użyteczna - bardziej niż z tego, iż intruzem 

okazała się owca - zamknął się w domu.

Tory ruszyła w kierunku miasteczka.

- Tak sobie myślę, że to idealne zwieńczenie mojego pobytu we Friendly - zauważył 

Phil. - Niebezpieczeństwo i emocje ostatniej nocy przed moim wyjazdem.

Tory mocniej zacisnęła palce na kierownicy.

- Jutro wyjeżdżasz.

Doszukiwał się żalu w jej głosie, lecz na próżno. W dalszym ciągu wpatrując się w 

widok za oknem, dodał, siląc się na równie obojętny ton:

- Skończyliśmy zdjęcia na dzień przed planowanym terminem.

Jutro wracam. Chcę być przy Huffmanie, kiedy będzie oglądał ten film.

- Zrozumiałe. - Czuła rozdzierający ból. - Pewnie masz jeszcze dużo roboty, zanim 

będzie skończony.

- Zostały mi jeszcze sceny w studiu - przyznał, usiłując nie okazać smutku. - Potem 

montaż, edycja dźwięku... Ty pewnie też będziesz miała prawdziwe urwanie głowy, kiedy 

wrócisz do Albuquerque.

- Na to wygląda. - Wpatrywała się w snopy światła omiatające szosę. - Zastanawiam 

się, czy nie zatrudnić dodatkowego pracownika.

- To sensowny pomysł. - Czuł dziwne ściskanie w żołądku, ale wmawiał sobie, że to 

tylko głód. - Pewnie masz zaległości i niełatwo je będzie odrobić.

- To fakt, czeka mnie pół roku harówki, zanim nad wszystkim zapanuję. A ty pewnie 

zaraz zabierzesz się za nowy film.

- Casting już trwa - przyznał półgłosem. - Tym razem będę również producentem.

Tory uśmiechnęła się.

- Nikt ci nie będzie wisiał nad głową. Phil odwzajemnił uśmiech.

- Pożyjemy, zobaczymy.

background image

W milczeniu  pokonali  kolejny kilometr.  Nagle  Tory zwolniła  i skręciła w węższą 

boczną drogę. Kiedy samochód się zatrzymał, Phil rozejrzał się wokół, potem spojrzał na 

Tory.

- Co tu robimy?

- Postój. - Odwróciła się i zarzuciła mu ręce na szyję.

- Nie   ma   jakiegoś   paragrafu   na   osoby   wykorzystujące   służbowy   samochód   do 

nieprzyzwoitych celów? - Już szukał ustami jej ust.

- Rano zapłacę grzywnę. - Uciszyła go długim, namiętnym pocałunkiem.

A potem, zupełnie jak gdyby to było wcześniej ustalone, zwolnili tempo. Całowali się 

coraz bardziej podnieceni, niemal się nie dotykając. Tory miała cudowne usta, delikatne i 

słodkie jak miód.

Chciał się nimi nacieszyć, wiedząc, że nigdy nie zapomni ich smaku.

Tory wodziła wargami po jego twarzy. Znała ją lepiej niż własną, kształt policzków, 

podbródka, każdą zmarszczkę. Miała ją przed oczami, nawet kiedy przymrużyła powieki i 

wiedziała,   że   wystarczy   tylko   zamknąć   oczy,   by   za   rok,   za   dziesięć   lat,   mogła   znowu 

przywołać   jego   obraz.   Powiodła   koniuszkiem   języka   po   jego   szyi,   chcąc   zapamiętać   jej 

słonawy smak. Dłońmi już szukała guzików u jego koszuli. Rozpięła ją i przycisnęła dłonie 

do jego torsu, unosząc twarz i czekając na następny pocałunek.

Jej palce znaczyły ognisty szlak na jego skórze. Od jej pocałunków kręciło mu się w 

głowie. Oddech miał przyśpieszony.

Poruszył się, przeklął pod nosem ciasnotę panującą w samochodzie i przyciągnął ją do 

siebie. Przycisnął usta do jej szyi i całował ją, dopóki nie zaczęła pojękiwać. Przez chwilę 

trzymał   dłoń   na   jej   piersi,   a   potem   zaczął   powoli   rozpinać   kolejne   guziki   u   jej   bluzki, 

opuszkami palców gładząc obnażoną skórę.

Poddawała się jego gorączkowym pieszczotom, czując, jak mocuje się z zapięciem jej 

dżinsów.   Jęknęła,   gdy   ciepłe   palce   odnalazły   najintymniejszy   zakątek   jej   ciała.   Była 

podniecona i sfrustrowana, że każe jej tyle czekać. A on pieścił ją, sam nie pozwalając się 

dotykać. To była ich ostatnia wspólna noc. Oboje chcieli, by trwała wiecznie.

Serce waliło mu jak oszalałe, puls rozsadzał skronie. A gdy Tory przestała drżeć i 

znieruchomiała,   wsłuchana   w   swoje   ciało,   pomyślał,   że   nikt   nie   odbierze   mu   tej   chwili, 

poczucia,   że   ona   należy   tylko   do   niego.   Nie   chciała   jego   miłości,   ale   mógł   nasycić   jej 

pożądanie.

I nagle przestał się zastanawiać, przestał analizować. Wiedział tylko, że musi ją mieć, 

natychmiast,  zanim przeminie ten magiczny moment.  I nie chodziło o księżycowy blask, 

background image

który wlewał się przez otwarte okna, ani o dziwną, nieziemską ciszę, która ich spowiła.

Prawdziwą magią było uczucie, przed którym się bronili, którego nie śmieli nazwać po 

imieniu.

W   gorączkowym   pośpiechu   zaczął   rozbierać   i   ją,   i   siebie,   a   potem   wziął   ją   na 

siedzeniu samochodu jak podniecony nastolatek.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Czas   płynął   sennie   i   leniwie.   Światło   księżyca   muskało   jej   zamknięte   powieki, 

chłodne nocne powietrze owiewało nagą skórę.

Tory błądziła gdzieś między jawą a snem, wiedząc, że spoczywa w ramionach Phila, 

czując, jak owiewa jej szyję oddechem.

Mieli do wyboru dwa względnie wygodne łóżka. Mogli spędzić tę ostatnią wspólną 

noc w hotelu, lecz woleli przespać się w samochodzie, na szorstkich fotelach ze skaju. Gdy 

zasypiali, ranek wciąż wydawał się bardzo daleki.

Otworzyła oczy i spojrzała na Phila. W świetle księżyca wydawał się bardzo blady. 

Zanim zdążył się odezwać, Tory zamknęła mu usta pocałunkiem i kochali się jeszcze raz, 

cicho, bez pośpiechu i czulej niż kiedykolwiek.

A potem znowu trochę podrzemali, nie chcąc przyznać, że noc powoli dobiega końca. 

Kiedy Tory się obudziła, niebo zaczynało szarzeć.

Jeszcze kilka godzin i wszystko się skończy, pomyślała.

Siedziała nieruchomo, nie chcąc go obudzić, i patrzyła, jak spokojnie oddycha. Nic nie 

powstrzyma  wschodu słońca ani jej kochanka przed wyjazdem. Po prostu to drugie musi 

przyjmować równie naturalnie jak to pierwsze. Zamknęła oczy, a Phil poruszył się nerwowo.

Śniło   mu   się,   że   chodzi   po   swoim   domu   na   wzgórzach   i   zagląda   do   kolejnych 

pomieszczeń, szukając czegoś nieokreślonego i nie mogąc tego czegoś odnaleźć. Wszystko 

było   takie   swojskie:   kolory,   meble,   bibeloty,   które   sam   kupował,   lecz   wciąż   mu   czegoś 

brakowało.

Coś   mu   ukradziono?   Coś   zgubił?   Szedł   dalej,   wsłuchany   w   głuche   echo   swoich 

kroków, bezradny, wściekły, bliski paniki.

Tory usłyszała, jak niewyraźnie powtarza jej imię, i przylgnęła do niego szczelniej. 

Obudził się natychmiast, zdezorientowany.

Pamiętał, że coś mu się śniło, lecz nie mógł sobie przypomnieć co.

- Już prawie świta - powiedziała cicho. Spojrzał na niebo.

Horyzont zaczynał już jaśnieć odcieniami bladego różu. Zbliżał się dzień, a z nim 

koniec ich ostatniej nocy.

- Kochaj się ze mną - wyszeptała Tory. - Jeszcze raz, zanim nadejdzie ranek.

Popatrzył  na jej błyszczące  podkrążone  oczy i na sekundę zatrzymał  w  myśli  ten 

obraz, by móc go przywołać, gdy inne wspomnienia zdążą w jego pamięci zetleć. Pochylił się 

i złożył na jej ustach słodki, choć zaprawiony goryczą pożegnalny pocałunek.

background image

Niebo   spłowiało   i   stało   się   niebieskie.   Nad   horyzontem   rozbłysła   feeria   barw, 

nieboskłon jarzył się odcieniami złota i szkarłatu.

Wstawał   świt,   gdy   kochali   się   po   raz   ostatni.   Nowy   dzień   zastał   ich   splecionych 

ramionami, udających, że noc jeszcze nie dobiegła kresu.

Gdy skończyli, słońce stało już wysoko na niebie. Prawie się nie odzywając, ubrali się 

i wrócili do miasteczka.

Tory zatrzymała samochód przed hotelem i uśmiechnęła się do Phila.

- Wyspani to my dzisiaj nie będziemy. Zaśmiał się i pocałował ją w policzek.

- Było warto.

- Przypomnij sobie te słowa, kiedy będziesz jechał do Los Angeles i jęczał, że marzy 

ci się gorąca kąpiel.

Wysiedli z samochodu i wzięli się za ręce.

- Będę o tobie myślał - powiedział cicho Phil, gdy weszli i ruszyli w stronę schodów.

- Będziesz zapracowany.

- Nie aż tak zapracowany. - Zatrzymał się na piętrze. - Nie aż tak, Tory.

Uśmiechnęła się do niego.

- Cieszę się. Ja też będę o tobie myślała.

- A gdybym do ciebie zadzwonił...

- Mój numer jest w książce telefonicznej - przerwała. - No, trzymaj  się z dala od 

kłopotów, Kincaid - dodała pogodnie, przekręcając klucz w zamku.

- Tory.

Chciał wejść za nią, ale zatrzymała się w drzwiach.

- Teraz się pożegnajmy.  - Dotknęła jego policzka. - Tak będzie łatwiej. Poza tym 

powinnam się trochę przespać.

Phil także się uśmiechał.

- Jak wolisz.

- Życzę ci dużo szczęścia, Phil - powiedziała i zamknęła za sobą drzwi.

Trzymała się dopóty, dopóki nie położyła się na łóżku, a potem skulona szlochała, aż 

wreszcie zmorzył ją sen.

Gdy się obudziła, było już po południu. Pękała jej głowa. Poszła do łazienki i przez 

chwilę oglądała swoje odbicie w lustrze.

Wyglądała jak zmora: blada, oczy czerwone, powieki napuchnięte.

Ochlapała twarz lodowatą wodą i weszła  pod prysznic,  zastanawiając się, czy nie 

wziąć aspiryny.

background image

Po aspirynie przestałaby ją boleć głowa i zaczęłaby myśleć, a tego nie chciała. Phil 

wyjechał, wrócił do swojego życia, a ona musi zrobić to samo. A że się w nim zakochała? 

Cóż, zwykły pech.

Phil,   powiedziała   bezgłośnie,   zmieńmy   naszą   umowę,   bo   wszystko   się   zmieniło: 

zdążyłam się w tobie zakochać.

Westchnęła ciężko. Niby co miałaby zrobić? Uczepić się jego rękawa i ze łzami w 

oczach powtarzać, żeby jej nie opuszczał?

Tak jest lepiej, pomyślała, ubierając się i przypinając odznakę.

Rozstali się jak ludzie cywilizowani, najwyższy czas wracać do Albuquerque.

Usiłowała wykrzesać z siebie entuzjazm na myśl o pracy, lecz wciąż czuła się rozbita i 

nieszczęśliwa.   Wróciła   do   łazienki,   umalowała   się   starannie   i   uczesała   włosy.   Najpierw 

rozmowa z burmistrzem. Im szybciej załatwi tę sprawę, tym lepiej.

Minęło pół godziny, zanim przekonała burmistrza, że nie żartuje, i kolejny kwadrans, 

zanim uwierzył, iż Merle podoła obowiązkom szeryfa do następnych wyborów.

- Wiesz, Tory - powiedział w końcu Bud - przykro nam się będzie z tobą rozstawać. 

Chyba   wszyscy   mieliśmy   cichą   nadzieję,   że   zmienisz   zdanie  i   zostaniesz.   Byłaś   dobrym 

szeryfem. Równie dobrym jak twój ojciec.

Podziękowała wzruszona i uścisnęła mu rękę.

- Podejrzewam, że przez jakiś czas niewiele będzie się u nas działo. Filmowcy też już 

się zwinęli - dodał z żalem. - Cóż, wpadnij do mnie przed samym wyjazdem.

Rzeczywiście, z miasteczka zniknęły samochody i przyczepy, scenografia i lampy. 

Friendly powróciło do swojego sennego rytmu, jak gdyby ostatnie tygodnie w ogóle się nie 

zdarzyły.   Tory   chciała   przejść   na   drugą   stronę   ulicy,   gdy   nagłe   zatrzymał   się   przy   niej 

samochód. Osłoniła oczy przed słońcem i zobaczyła, że wysiada z niego Tod.

- Pani szeryf, szukałem pani!

- Stało się coś złego?

- Nie. - Uśmiechnął się promiennie. - Same dobre rzeczy, chciałem, żeby pani o tym 

wiedziała. Mój tata... dużo rozmawialiśmy i w końcu pojechaliśmy do tych ludzi, których 

numer nam pani dała.

- I jak było?

- Jedziemy na następne spotkanie. I mama też.

- Bardzo się cieszę. - Lekko pogłaskała jego policzek. Podniósł na nią szeroko otwarte 

oczy.

- On... naprawdę mnie kocha. Nigdy o tym nie wiedziałem. A moja mama pytała, czy 

background image

nie odwiedziłaby nas pani kiedyś. Chce pani podziękować.

- Zobaczymy. - Milczała chwilę. - Niedługo wyjeżdżam. Za parę dni.

Mina mu zrzedła.

- Na zawsze?

- Tu mieszka moja matka, tu leży mój ojciec. Będę czasem wracała z wizytą.

- Ale nie na zawsze?

- Nie. Nie na zawsze - powtórzyła łagodnie. Tod opuścił wzrok.

- Wiedziałem, że kiedyś stąd wyjedziesz, Tory. Wiem, że strasznie się wygłupiłem, 

ale...

- Nie wygłupiłeś się. To, co mi powiedziałeś, wiele dla mnie znaczy.

- Ja wciąż cię kocham, tylko nie bądź na mnie zła.

- Och. - Tory objęła go mocno, czując, że łzy kręcą jej się w oczach. - Będę za tobą 

tęskniła jak wariatka. Pomyślisz, że jestem głupia, jeśli powiem, że chciałabym teraz mieć 

czternaście lat?

Uśmiechnął się, podbudowany.

- Gdybyś miała czternaście lat, pocałowałbym cię na pożegnanie.

Tory zaśmiała się i leciutko ucałowała go w usta.

- No, zmykaj stąd. Szeryf nie może płakać na środku ulicy, bo straci autorytet.

- A będziesz do mnie pisała?

- Tak, tak. Obiecuję.

Odprowadziła go spojrzeniem i poważniejąc, skierowała się w stronę biura. Gdy była 

o metr od drzwi, wychynął zza nich Merle.

- Cześć - powiedział z głupią miną, zerkając to na nią, to na coś za drzwiami.

- Cześć. Awansowało się, co?

- Tory, jest sprawa... Hę?

- Jesteś niebywale wymowny - zaśmiała się. - Złożyłam rezygnację. Do wyborów to ty 

będziesz szeryfem.

- Rezygnację? - powtórzył, patrząc na nią zbaraniałym wzrokiem. - Ale, ale... Jak to?

- Muszę wracać do mojej praktyki. Merle wziął ją za rękę i spojrzał jej w oczy.

- Tory, coś cię martwi?

- Po prostu się wzruszyłam. Przed chwilą rozmawiałam z Todem.

- Pewnie już wiesz, że filmowcy wyjechali - powiedział ostrożnie.

- Tak, wiem. - Nagle złagodniała. - Podejrzewam, że niełatwo było ci się pożegnać z 

Marlie.

background image

- Będzie   mi   jej   trochę   brakowało   -   przyznał   spokojnie.   -   Świetnie   się   razem 

bawiliśmy.

- Bałam się, że się w niej zakochasz.

- Ja? - Zaniósł się gromkim śmiechem. - Kurczę blade, jeszcze do tego nie dojrzałem.

- Czasami   to   nie   jest   kwestia   dojrzałości   -   mruknęła   Tory.   -   Cóż,   skoro   nie 

wypłakujesz oczu nad kuflem piwa, to może zrobimy odprawę? Chcę być w Albuquerque 

przed końcem tego tygodnia.

- Aha, jasne, tylko muszę na chwilę podejść do hotelu - oznajmił. - Zaraz wracam.

Popatrzyła za nim zirytowana i postanowiła spakować swoje rzeczy. Weszła do biura i 

oniemiała.

Przy biurku siedział Phil Kincaid i niedbale oglądał jej pistolet.

- Pani szeryf - odezwał się kurtuazyjnym tonem.

- Phil. - Z trudem wydobyła głos. - Co ty tu robisz?

Oparł stopy na blacie biurka.

- Czegoś zapomniałem. A ty, jak widzę, zapomniałaś rozładować broń.

Nawet na nią nie spojrzała.

- Byłam pewna, że wyjechałeś przed wieloma godzinami.

- Tak? I miałaś rację, ale wróciłem. Cudem zdobyła się na uśmiech.

- To o czym zapomniałeś? Wskazał lufą bliższą celę.

- Jestem ci coś winien - odparł. Tory nie była zbyt rozbawiona.

- Powiedzmy, że jesteśmy kwita.

- Nic z tego - rzekł uprzejmym tonem. - Obróć się, szeryfie.

- Słuchaj, Phil... - zaczęła rozdrażniona i nieszczęśliwa.

- Marsz do celi.

- Oszalałeś. Chcesz zrobić komuś krzywdę?

- Mam ci coś do powiedzenia, ale tam. Marsz do celi.

Oparła dłonie na biodrach.

- Uważaj, Kincaid. Wciąż jestem szeryfem. Za napaść na przedstawiciela władzy grozi 

ci...

- Bądźże cicho i właź do tej celi - rozkazał.

- Najlepiej weź ten pistolet i wsadź go sobie... - Urwała, gdy chwycił ją za ramię i 

wciągnął do celi, potem wszedł za nią i zatrzasnął drzwi.

- Ty idioto! - Bezsilnie potrząsnęła solidną metalową kratą. - I jak my się teraz stąd 

wydostaniemy, do cholery?

background image

Phil wyciągnął się na pryczy i opuszczając broń, podparł głowę łokciem, zadowolony, 

że blef mu się udał.

- Mnie tu całkiem dobrze.

- O co ci chodzi, Kincaid? Powinieneś być w drodze do Los Angeles, a nie grozić mi 

bronią jak zwykły oprych...

- A ja się cieszyłem, że robię to z taką finezją - westchnął obłudnie. - Oczywiście 

wolałbym mieć bardziej stylową spluwę.

Może taką z rękojeścią z macicy perłowej.

- Musisz się zachowywać jak ostatni głupek?

- Widocznie muszę.

- Posiedzisz tu sobie długie miesiące, a jak się uda, to i całe lata, niech tylko stąd 

wyjdę.

- To na nic - zauważył pogodnie, gdy znowu potrząsnęła kratami. - Ja dzwoniłem nimi 

jak wariat i nic nie wskórałem.

Udając,   że   go   nie   słyszy,   podeszła   do   okna   -   na   ulicy   nie   było   żywej   duszy. 

Zapomniała o dumie i zaczęła wzywać pomocy. No pięknie, pomyślała zasępiona. Pani szeryf 

błaga, żeby wypuścić ją z własnej celi.

- No dobra, Kincaid - wycedziła. - Wal prosto z mostu. Po co wróciłeś i po jakiego 

czorta nas tu zatrzasnąłeś?

Ostrożnie ułożył broń na skraju pryczy.

- Wróciłem   -   odparł   innym   tonem   -   ponieważ   znalazłem   się   w   sytuacji   nie   do 

zniesienia.

- Och - odezwała się niepewnie, gratulując sobie błyskotliwej odpowiedzi.

- „Och”? - Phil zerwał się na równe nogi. - Tylko tyle masz mi do powiedzenia? 

Byłem   już   trzydzieści   kilometrów   stąd   i   powtarzałem   sobie,   że   to   koniec.   Ty   chciałaś 

przelotnego   romansu,   ja   też.   Żadnych   komplikacji.   Było   nam   ze   sobą   dobrze,   ale   się 

skończyło.

- Owszem, tak się umawialiśmy - przyznała cicho.

- Do diabła z tym,  jak się umawialiśmy!  - Chwycił  ją za ramiona  i gniewnie nią 

potrząsnął. - Wszystko się skomplikowało. Bardziej już nie mogło.

Puścił ją i zaczął chodzić od ściany do ściany.

- Ujechałem trzydzieści kilometrów, ale nie dałem rady. Jeszcze wczoraj wierzyłem, 

że   tak   będzie   najlepiej,   ty   ruszysz   w   swoją   stronę,   ja   w   swoją.   Zachowamy   piękne 

wspomnienia. Psiakrew, kobieto, mnie wspomnienia nie wystarczą. Chcę więcej. Wiem, że 

background image

właśnie tego chciałaś uniknąć, ja zresztą też, przynajmniej tak wtedy myślałem, ale ja już nic 

nie wiem. Może to się stało, kiedy zobaczyłem cię po raz pierwszy. Może tamtego dnia na 

cmentarzu. Może wtedy nad jeziorem, sam nie wiem. Ale wiem, że cię kocham. I nie mogę 

cię zostawić. Próbowałem, ale po prostu nie jestem w stanie.

Tory westchnęła i oparła głowę o kraty. Jeszcze do niej nie docierało, że naprawdę to 

powiedział.

- Wiem, że masz swoje życie w Albuquerque - mówił Phil, tracąc nadzieję. - Wiem, że 

kariera jest dla ciebie ważna. Ale nie każę ci wybierać. Wszystko można jakoś pogodzić, jeśli 

tylko naprawdę się czegoś chce. To ja złamałem zasady, więc oto co proponuję. Przeniosę się 

do Albuquerque. Ale nie przestanę robić filmów.

- A studio...?

- Kupię samolot i jakoś to będzie. Wielu reżyserów tak robi.

- Samolot. - Zaśmiała się cichutko. - Samolot.

- Tak,   do   cholery.   Samolot   -   powtórzył   niepewnie,   a   potem   dodał   defensywnym 

tonem: - Nie chciałaś, żebym wyjeżdżał. Płakałaś, przecież widzę.

Odwróciła się w jego stronę, już nieco spokojniejsza.

- To prawda. Płakałam. Nie chciałam, żebyś wyjechał. Ale sądziłam, że tak będzie dla 

nas najlepiej.

- Czemu?

- Niełatwo będzie pogodzić twoją pracę z moją i z dbaniem o związek.

- O małżeństwo - poprawił. - Chcę wszystkiego, ślubu, dzieci.

Chcę mieć z tobą dzieci, Tory. Kocham cię. - Potrząsnął nią znowu. - Muszę wiedzieć, 

co do mnie czujesz.

Przez moment patrzyła mu prosto w oczy. Naprawdę ją kocha?

Tak, pomyślała i serce się w niej rozśpiewało. Wątpliwości nagle się rozwiały.

- Ja jestem w takiej sytuacji, odkąd Merle cię tu przyholował - powiedziała cicho.

- Jesteś pewna?

- Że cię kocham? - Na jej ustach pojawił się cień uśmiechu. - Wiem na pewno, że 

kiedy wyjechałeś, myślałam, że umrę. Że pozwoliłam ci odjechać tylko dlatego, że byłam 

równie głupia jak ty.

- Głupia? - Chwycił ją za włosy i przyciągnął do siebie.

- On   ma   swoje   życie.   Umówiliśmy   się,   że   nie   będziemy   sobie   tego   utrudniać. 

Znienawidziłby   mnie,   gdybym   błagała,   żeby   został.   -   Uśmiechnęła   się   weselej.   -   Brzmi 

znajomo?

background image

- Tylko zamiast „on” trzeba by wstawić „ona” - przyznał, biorąc ją w ramiona. - Och, 

Tory, ostatnia noc była taka cudowna... i taka straszna.

- Wiem:   bo   ostatnia.   Ale   od   pewnego   czasu   noszę   się   z   pewnym   pomysłem   - 

wyszeptała.

- Jakim?

- Och, czy nie przeprowadzić się na wybrzeże. Phil ujął jej twarz w obie dłonie.

- Nie musisz tego robić. Mówiłem ci, że mogę...

- Kupić samolot - dokończyła ze śmiechem. - Jestem pewna, że cię na to stać. Ale 

ostatnio coraz częściej myślę o przeprowadzce.

Czemu nie do Kalifornii?

- Później coś ustalimy.

- Później - przytaknęła, zamykając oczy i czekając na pocałunek.

- Tory. - Spojrzał na nią poważnie. - Wyjdziesz za mnie?

Udała, że się zastanawia.

- Może to i dobry pomysł, skoro mamy mieć te dzieci.

- Kiedy?

- Z reguły trwa to dziewięć miesięcy - odrzekła roześmiana.

- Mówię o ślubie!

- Cóż, jak już odsiedzisz cały wyrok... Czyli za jakieś trzy miesiące.

- Wyrok?

- Nielegalne   posiadanie   broni   palnej,   napaść   na   sędziego,   oddawanie   się   czynom 

lubieżnym na terenie aresztu... - Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się jak samo słońce. - 

Uwzględniając   możliwość   warunkowego   zwolnienia   w   nagrodę   za   dobre   zachowanie, 

wyjdziesz z więzienia, zanim się obejrzysz. Pamiętaj, to ja jestem szeryfem, Kincaid.

- O nie! - Zerwał jej z piersi odznakę i wyrzucił ją za zakratowane okno. - I kto ci teraz 

uwierzy?