background image

- 1 -

Marcin Przybyłek

Sprzedawcy Lokomotyw

Gamedec tom 2

Wydanie oryginalne 2006

Marcinowi  Wrońskiemu,  Sławkowi  i  Mikołajowi  Pacholczykom  dziękuję  za  rozmowy,  Magdzie

Kapale, Esterze Wawrzyniak i Lilianie Pawelczak za podarowaną mi wiedzę o kobietach, Profesorowi
Tadeuszowi Kobierzyckiemu za przyjaźń i wiedzę, Ojcu i Matce za wiarę, żonie Annie i córce Kalinie
za wszystkie wspaniałe chwile

Prolog

 

1

1. Pandora

 

3

2. Doom Day

 

36

3. Wieża bogów.

 

69

4. Shadow Zombies

 

94

5. Bestia

 

119

6. Dwa skrzydła motyla

 

142

Słownik neologizmów i trudnych terminów

 

153

Osoby

 

157

Prolog

Peter  ”Crash"  Kytes  stał  przed  holowystawą  sklepową  przedstawiającą  najnowsze  walktele  i

doskonalsze  od  nich  nadgarstkowe  omniki.  Szczerze  mówiąc,  nie  bardzo  wiedziałem,  dlaczego  go
interesują. Moc obliczeniowa jego motomba wielokrotnie przewyższała te zabawki. Może powodowało
nim przyzwyczajenie z czasów, kiedy posiadał ciało?

Przysiadłem na ławce obok fontanny i wciągnąłem w nozdrza poranny zapach Warsaw City: ulotny

powiew czystości i ledwie wyczuwalną nutę sosnowych olejków eterycznych. Czy wolność objawia się
tym, że człowiek może bez strachu poddać się nastrojowi chwili? Jeśli tak, to w tym momencie byłem
nieskończenie  wolny.  Mimowolnie  uśmiechnąłem  się  do  losu  i  tajemnic,  które  skrywała  przyszłość.
Moje  policzki  owiało  chłodne  powietrze  i  przez  ułamek  sekundy  miałem  wrażenie,  że  było  to
muśnięcie skrzydeł aniołów. Poprawka. Anielic.

Otworzyłem oczy. Nieopodal przystanęły dwie panie z pieskami. Przyglądały się bacznie mojemu

towarzyszowi.

-  Co  za  monstrum!  -  szepnęła  niższa  brunetka.  -  Budzi  lęk,  prawda?  -  Wyższa,  choć  nie

szczuplejsza blondynka skinęła głową.

-  Oczywiście  ja  wiem,  że  to  zwykły  człowiek,  ale  wie  pani,  co  on  potrafi?  -  Niższa  rozmówczyni

ubrana w popielaty kostium ściszyła konfidencjonalnie głos. - Prześwietlić!

Blondynka wytrzeszczyła oczy:
- Chce pani powiedzieć, że on nas widzi bez ubrania?
- Żeby tylko! - Brunetka zacisnęła usta i znacząco przymknęła oczy.
Podniosłem się z ławki, prostując zastałe kości i lekko napiąłem rozleniwione mięśnie. Rozejrzałem

się  dookoła  poszukując  cienia  seraficznych  skrzydeł,  lecz  nie  dostrzegłem  ich  konturu  ani  w  puchu
wysokich altocumulusów, ani w neogotyckich kształtach pobliskich budowli. Wiedziałem, że ich wzór
gdzieś  się  ukrywa,  tylko  jeszcze  nie  potrafię  go  dostrzec.  W  końcu  jakże  mogłoby  być  inaczej?
Westchnąłem  nostalgicznie,  przetarłem  oczy,  wyrównałem  fałdy  płaszcza  i  podszedłem  do
rozmówczyń, szczerząc zęby w jowialnym uśmiechu.

background image

- 2 -

-  Nie  mogłem  się  oprzeć,  żeby  nie  podsłuchać  tej  interesującej  konwersacji.  -  Ukłoniłem  się.  -

Panie pozwolą, że się przedstawię, Torkil Aymore.

Po ich twarzach przegalopował rumieniec.
- Ten z virtuality show?
- Ten sam. - Chrząknąłem. - Tamten droid - wskazałem Pete'a - to mój przyjaciel.
Dałem im chwilę na przetrawienie informacji. Niepewnie się poruszyły Zostały wszak przyłapane na

plotkowaniu.

- Pragnę zapewnić - podjąłem - że nie potrafi zobaczyć pań nagich, jeśli o to się boicie.
- Jak to? A te wszystkie promienie? - Brunetka nie dawała za wygraną.
A to ci tupet. I to ma być słaba płeć? Obgadują Bogu ducha winnego człowieka i jeszcze skruchy

nie  okazują!  Zerknąłem  na  niego.  Naprawdę  tak  go  interesowały  te  omniki  czy  udawał,  że  nas  nie
słyszy? Przełknąłem ślinę i skupiłem się na temacie.

-  Może  ich  użyć,  by  zobaczyć,  czy  panie  są  zdrowe,  czyli  przeprowadzić  coś  w  rodzaju  skanu

medycznego - ciągle się uśmiechałem. - Ale nie jest w stanie tak po prostu zdjąć kiecki.

- E, zalewasz pan. Dzisiaj wszystko jest możliwe. - Niższa pani najwyraźniej nie zamierzała ustąpić

bez walki.

Zdumiała mnie myśl, że... może i miała rację! Z drugiej strony nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że

po prostu chciała być podglądana.

-  Zastanówmy  się  -  przerwałem  ten  tok  myśli.  -  Pete  rzeczywiście  może  używać  fal,  które

przechodzą z niejednakową sprawnością przez różne rodzaje materii, a skoro tak, to potrafi zapewne
dokonać trójwymiarowej rekonstrukcji poszczególnych warstw...

- Ha! A widzi pan? - Brunetka mrugnęła do towarzyszki.
- Czyli teoretycznie może zobaczyć was nago. - Zboczeniec! - zatrwożyła się blondynka.
-  Lecz  trzeba  zaznaczyć  -  wyciągnąłem  rękę  w  uspokajającym  geście  -  że  taka  projekcja,

pozbawiona  światłocienia,  połysku  i  koloru  skóry,  wszak  pod  ubraniem  jest  ciemno,  nie  jest  już  tym
samym co widok golasa, to raczej rzeźba...

- Co pan powie - uśmiechnęła się krzywo brunetka.
-  Rodzaj  odtworzenia  -  tłumaczyłem.  -  Gdyby  mógł  dodać  źródło  światła,  wygenerować  barwy  i

lśnienia, nadałby obrazom pozór realności.

- Czyli jednak - stuknęła obcasem w chodnik, ciesząc się zwycięstwem.
-  Ale  wtedy  byłby  przenośnym  studiem  animacji  cyfrowej,  nie  tylko  człowiekiem  w  zbroi  -

rozłożyłem ręce.

- Ja tam w to wierzę. Nie ma rzeczy niemożliwych. A ten jego strój to Doom. Najdroższy - oceniła

okiem znawcy.

Uniosłem brwi.
- Mój syn się fascynuje - wyjaśniła.
- Jeszcze coś przyszło mi do głowy - wtrąciłem.
- Tak?
- Panie z pewnością mają na sobie bieliznę?
- No wie pan?! - spłoniła się blondynka.
-  Standardowe  figi,  biustonosze,  coś  jeszcze?  -  Wypytywanie  o  części  garderoby  sprawiło  mi

perwersyjną przyjemność.

Teraz zarumieniła się brunetka. - Pończochy...
-  Właśnie.  Tak  więc  nawet  gdyby  Pete'owi  udałoby  się  panie,  jak  to  określacie,  rozebrać,  na

waszych  ciałach  pozostałyby  dziwnie  wyglądające  odciski  staników,  zagniotki  od  majteczek,  niezbyt
zachęcający widok, nieprawdaż?

Zalały się wściekłą czerwienią.
- Jak pan może?! - wychrypiała brunetka, chwyciła drugą pod łokieć i pociągnęła za sobą.
- A dla pana informacji - rzuciła przez ramię wciąż zgrubiałym głosem - biobielizna nie wrzyna się w

ciało. - Potrząsnęła głową dodając sobie animuszu. - Gratuluję starożytnych galotów!

Uśmiechnąłem się półgębkiem, podziwiając przyciężkie figury.
- Jakieś dwadzieścia kilo mniej i byłyby z was całkiem ponętne amazonki...
- Co tam mruczysz? - podszedł Pete. Jego stalowa głowa wisiała pół metra nad moją.
Zawsze uważałem, że szanujący się gamedec powinien mieć sto osiemdziesiąt pięć centymetrów

wzrostu, nie sto osiemdziesiąt.

- A nic. Potrafisz je prześwietlić?
Skierował detektory na oddalające się kobiety. - Tych nie zeskanuję nawet za pieniądze.
-  A  z  innymi  to  robisz?  -  wytrzeszczyłem  oczy.  -  Żebyś  widział  moją  kolekcję...

Stłumiłem-komentarz, bo w tym momencie zobaczyłem anielicę. Unosiła się na szerokich skrzydłach
niedaleko  śnieżnej  mieszkalnej  wieży  i  obdarzała  mnie  życzliwym  uśmiechem.  Od  jej  ciała

background image

- 3 -

rozchodziły  się  we  wszystkich  kierunkach  promienie,  jakby  była  istotą  z  czwartego  wymiaru,  która  z
trudem się mieści w naszym płaskim trójwymiarowym świecie. I wtedy cała historia z paniami wydała
się nieistotna.

- Pete? - wychrypiałem po dłuższej pauzie. - Hm?
- Znasz dobrego psychiatrę?

1. Pandora

- Kocham was, oglądacze, za to, że wciąż ze mną jesteście! Cal Galahad z Global Network News,

zawsze  gotowy,  zawsze  w  akcji!  Tak,  tak,  wiem,  że  nie  lubicie  tych  głupich  tekstów,  ale  ja  za  to  je
uwielbiam. Pamiętacie mój slogan? „Z kiczem mi do twarzy!" Z dzisiejszym wywiadem wylądowaliśmy
w  najbanalniejszym  ze  światów,  czyli  w  Brahmie.  Rozmawiam  ze  znanym  zoeneckim  ekonomistą,
Wacławem Ciokiem. Witaj, Wacławie.

- Dzień dobry, Cal.
- Wytłumacz mi, jak to możliwe, że w Brahmie czy Wisznu płacimy za buty, które realnie nie istnieją.

- W realium jest podobnie. Często płacimy za coś, czego nie ma.
- Naprawdę?
-  Oczywiście.  W  dzisiejszych  czasach  z  reguły  uiszcza  się  opłatę  za  własność  intelektualną,  nie

fizyczną.

- Przykłady?
- Weź komputer z łączem do sieci.
- To przecież przedmiot! Dotykalny!
- Zgoda. Kupuję skrzynię z nanotroniką, stawiam w pokoju i używam jako stolika do kawy.
- Bez sensu. - Dlaczego?
- Bo komputer służy do czegoś innego!
- Do czego?
- Do grania, komunikowania się, oglądania holowizji, wiadomości, kupowania...
- O? A która z tych rzeczy jest namacalna?
- No... muszę przyznać, że mnie złapałeś.
- Czyż nie jest tak, że kupując przedmiot, nabywamy efekty, jakie ze sobą przyniesie? Na przykład

frajdę z grania czy wygodę zakupów?

- Chyba tak.
-  Więc,  jak  widzisz,  w  realium  również  płacimy  za  byty  nierealne:  holofilmy,  gry,  ubezpieczenia,

muzykę... nawet wiele namacalnych, mechanicznych przedmiotów pełni wirtualną funkcję.

- Doprawdy?
-  Kiedy  byłem  organiczny,  miałem  w  domu  żaluzje.  Prawie  nigdy  ich  nie  dotykałem.  Myła  je

gosposia. A używałem ich bardzo często, za pośrednictwem pilota rzecz jasna, jakoś nigdy nie chciało
mi się wydawać poleceń głosowych.

- Doskonale cię rozumiem, mnie też jest łatwiej nacisnąć jakiś przycisk niż gadać do przedmiotów...
-  Wróćmy  do  żaluzji.  Przysłaniałem  nimi  światło,  odsłaniałem,  opuszczałem,  podnosiłem,  ale  nie

dotykałem. Zupełnie jakby fizycznie nie istniały. Czy twoje gierczane buty... zaraz, jaka to firma, niech
się przyjrzę... ach tak. Czy twoje adniki są wygodne?

- Bardzo.
- Wygodniejsze od innych marek?
- Tak.
- Jesteś zadowolony?
- Jak najbardziej.
- Zatem warto było zapłacić?

***

Dalekowschodnie  przysłowie  mówi,  że  jedyną  stałą  jest  zmiana.  Biznesmeni  twierdzą,  że  zmianę

trzeba zaakceptować, a nawet pokochać, bo stymuluje rozwój. Ludzie, którzy ukuli te hasła, musieli
być wielkimi twardzielami. Pamiętam zmiany, których wolałbym nigdy nie doświadczyć.

background image

- 4 -

Ich  pierwsze  zwiastuny  można  było  zauważyć  jeszcze  przed  pamiętnymi  wydarzeniami.

Społeczność zoenetów przekroczyła pięćdziesiąt tysięcy, w Wolnych Stanach Ameryki powstał plant
Zoenet  Labs  zarządzany  przez  cyfrowych  ludzi  i  dla  nich  produkujący  motomby  Liczba  diginetów,
według  nieoficjalnych  źródeł,  wynosiła  ponad  dziesięć  tysięcy  Potaniały  gamepille:  po  wygaśnięciu
patentu  na  nanobota  produkcją  zajęły  się  firmy  generyczne,  wchłaniane  z  kolei  przez  koncerny
nanotroniczne.  Wprowadzono  odpowiednik  tego  specyfiku  w  postaci  roztworu  dodawanego  do
standardowych zasobników, co wydłużyło maksymalny czas przebywania w sieci do tygodnia, zaś po
tym,  jak  korporacje  biomeblowe  wylansowały  nowy  typ  łóż,  okazało  się,  że  w  światach  można
przebywać  nawet  dziesięć  dni.  Wkrótce  Novatronics,  a  zaraz  potem  konkurencja  ogłosili  przełom  w
produkcji  dibeków,  obniżając  cenę  o  połowę.  Firmy  odzieżowe,  pneumobilowe,  farmaceutyczne,
budowlane, a nawet ubezpieczeniowe otwierały wirtualne filie w Brahmie, Wisznu i innych światach. A
to był dopiero początek.

***

Tego dnia Konon Eim, syn Pauline, obchodził dziesiąte urodziny Byliśmy umówieni o siedemnastej

w  restauracji  „Flying  Saucer"  na  ulicy  Curie,  w  Brahmie  rzecz  jasna.  Tymczasem  była  piętnasta  i
spacerowaliśmy alejami jednego z niższych poziomów górnej warstwy Warsaw City Po mojej lewicy
stąpała Ann Sokolovsky, która przeszedłszy wiele prób i błędów w drodze stawania się człowiekiem
wyewoluowała  w  fantastyczną  babkę,  po  prawicy  maszerowała  jak  zwykle  elegancka  i  pociągająca
mama solenizanta, a tuż obok niej Harry Norman, mój przyjaciel i współpracownik, od jakiegoś czasu
zatrudniony  podobnie  jak  Pauline,  w  Novatronics.  Zgodnie  z  prośbą  Anny,  mieliśmy  soczewki  na
rogówkach, by zamiast jej mechanicznej powierzchowności widzieć bogatą w powaby blondynkę.

Miasto  podziwiane  z  niższych  kondygnacji  prezentuje  się  nadzwyczaj  okazale:  nad  głową  ciągną

się estakady chodników, łączniki wieżyc i wzgórz budynków, w perspektywie niebotycznych drapaczy
chmur i odległych linowców przesuwają się powietrzne ciągi pneumobili, ze wszystkich stron otaczają
przechodnia transportowe i spacerowe platformy, a pod spodem sapią aurokary oraz tuby transportu
publicznego.

Był  to  pierwszy  spacer  całej  czwórki.  Starałem  się  nie  widzieć  zdawkowych,  chłodnych  spojrzeń

Pauline  skierowanych  w  stronę  mechanicznej  rywalki.  Niewiele  mówiliśmy  i  to  mi  właśnie
odpowiadało. Słuchałem odgłosów miasta: gwaru ludzkiej mowy, pogłosów reklam, szumu pojazdów i
silników transportowców. Uwielbiam te brzmienia.

Drogę zagrodził nam grawitacyjny automat reklamowy.
- Paszoł! - Harry machnął ręką.
Cyborg  zgrabnie  uniknął  ciosu,  wykonał  błyskawiczny  skan  naszych  identyfikatorów  i  wyświetlił

półprzezroczysty sześcian. Usłyszeliśmy entuzjastyczny głos:

Bądź człowiekiem! Bycie orga jest cool! Prawdziwy dotyk...
Zobaczyliśmy  męskie  i  kobiece  ręce  zapinające  biozłączki  ubrań,  palce  zwalniające  spusty

samorozsmarowujących  się  kremów:  żelowate  twory  błyskawicznie  rozprzestrzeniały  się  i  wchłaniały
w ogorzałe policzki.

...Prawdziwy zapach...
Projekcja ukazała szyszki sosen skryte wśród zroszonego igliwia.
Natura...
Góry otulone kołdrą złotych i czerwonych drzew, pomiędzy nimi wyspy ciemnozielonych iglaków.
Przygoda...
Grupa wędrowców podczas przeprawy przez kamienisty strumień.
Realium to świat dla ludzi z krwi i kości. To świat dla ciebie.
Zbliżenie na rumiane, uśmiechnięte twarze turystów i turystek, rozwiane włosy, iskry w oczach.
Ludzie orga odróżniają fikcję od prawdy. Nie chcą żyć na niby.
Na miejskim lądowisku przyziemia orbitalny śmig. Otwiera się właz. Turyści patrzą ma metropolię

oczami zwycięzców. Zjeżdżają po trapie.

Chcą wyzwań, zwycięstw i nie boją się klęsk.
Wykres biznesowego planu z pnącą się krzywą.
Nie daj się oszukać! Bądź ORGA!
Realium - świat dla ludzi, którzy mają głowę na karku!

Znów  roześmiana  grupa  -  tym  razem  w  służbowych,  biznesmeńskich  ubraniach.  Trzymają

wzniesione kciuki.

background image

- 5 -

Błysnęła  lampka  kontrolna  na  korpusie  cyborga.  Ekran  zdematerializował  się  z  ledwo  słyszalnym

piskiem. Maszynka odleciała szukając kolejnych ofiar.

- Widzisz, Aniu? - odezwałem się do diginetki. - Wiesz, jak fajnie jest mieć żołądek i serce? A gdy

człowiek upadnie, to tak świetnie jest patrzeć, jak tworzy się siniak...

Roześmiała się.
- Ja czuję serce - wyznała. - Jak się denerwuję, szybciej bije.
- Naprawdę? - zainteresowała się Pauline.
- No - cmoknął Norman, podziwiając jej sylwetkę. - Jak człowiek, to człowiek.
- Ciekawe, czy... - zaczęła brunetka, lecz nie skończyła, widząc kolejnego reklamowego natręta.
- Won! - Harry podjął nieskuteczną próbę odpędzenia automatu.
Z rezygnacją patrzyliśmy jak rozwija się trójwymiarowy ekran. Próba uniknięcia prezentacji mogła

się  skończyć  potrąceniem  innych  przechodniów,  władowaniem  się  na  barierkę  albo  marszem  w
kierunku  przeciwnym  do  zamierzonego.  Wolność  reklamy  ograniczała  wolność  obywateli.  „W  końcu
to dzięki sile nabywczej konsumentów nasza cywilizacja może się rozwijać", perorowali specjaliści od
marketingu. „Nie możemy podcinać gałęzi, na której siedzimy".

Po co harować, odkładać z trudem zarobione pieniądze na porządny wóz, kiedy w Realium 2 masz

go na dzień dobry?

Ujrzeliśmy  świat  sensoryczny  będący  piękną  utopią:  megamiasto  zanurzone  w  morzu  zieleni,

podobne  do  Nowego  Tokyo  czy  Miami.  Błyskawiczny  najazd  na  jeden  z  milionów  tarasów
mieszkaniowych. Uśmiechnięty gracz obejmuje kobietę, stoją na platformie naprzeciwko wiszącego w
powietrzu, lśniącego nowością gravillaca sigma, samochodu, na który było mnie stać tylko raz w życiu
(tyle,  że  zamiast  niego  kupiłem  życie  i  mieszkanie  Anny).  Na  wspomnienie  swojej  szlachetności
wypiąłem dumnie pierś.

Po co kupować meble, działkę, dom, nawet gravillę, kiedy niewielkim wirtualnym wysiłkiem możesz

to wszystko mieć w grze?

Ci  sami  gracze  przeciągają  się  na  przeziernych  poduchach  grawitacyjnych  leżaków.  Dookoła

piękny  ogród:  srebrne  i  złote  świerki,  himalajskie  sosny,  kwitnące  magnolie,  krzewy  róż,  jałowce
różnych  kształtów,  puchate  kule  lawendy,  stożki  szmaragdowych  żywotników,  ukwiecone  głogi  i
miniaturowe  dęby.  W  tle  unosi  się  letnia  rezydencja.  Za  nią  gigantyczne  maszty  sekwoi  i  sędziwe
korpusy  baobabów  ozdobionych  naturalnym  wzorem  czerwonych,  pomarańczowych  i  żółtych
grzybów.

Grając  wraz  z  partnerem  oficjalnymi  skinami,  możesz  przeżyć  dziewięćdziesiąt  procent  życia  w

świecie sensorycznym, w realium robiąc jedynie to, na co zasługuje: zalewając je moczem i defekując
na jego „twarde zasady"!

Animacja ukazała wnętrze łazienki. Szczęście, że bez dosłownych przedstawień.
Nie  doznasz  zaników  mięśniowych,  bo  łoże  zrobi  ci  stymulację,  nie  utyjesz,  bo  zasobniki  najlepiej

wiedzą, jak regulować przemianę materii, będziesz żyć dłużej, bo bez stresów...

Kobieta  i  mężczyzna  wstają  z  łóż  i  podziwiają  umięśnione  sylwetki  przed  lustrem.  Ze  śmiechem

padają sobie w ramiona i się całują. No, tutaj przesadzili. Każdy wie, że po kilku dniach spędzonych w
sieci lepiej tego nie robić. Chyba, że wprowadzili jakiś nowy kosmetyk.

Czasy się zmieniły! Zmień się i ty! Realium 2! Gra dla nowej generacji! Gra dla wirtualnych ludzi!
No właśnie. Realium 2. Nie widziałem tej gry Nie nadążam za zmianami? Animacja zwinęła się i

wessała do projektora. Droid odleciał. Przez chwilę patrzyliśmy za nim skonsternowani.

-  Pewnie  śledził  poprzedniego  -  skomentował  Norman.  -  Zobaczył,  że  jesteśmy  indoktrynowani

przez konkurencję, więc wykonał kontrofensywę.

-  Zacznę  nosić  pistolet.  -  Poruszałem  ramionami,  raptem  mi  zdrętwiały.  -  Będę  do  skurczybyków

strzelać.

-  Swoją  drogą  -  Pauline  rozglądała  się  za  rampą  dla  spacerowców  -  ciekawe,  jaka  część

społeczeństwa żyje w grach.

- Dużo - zawyrokował Harry. - Wystarczy, że cię stać na łoże, kupujesz gamepill...
-  Niektórzy  nie  używają  prochów  -  przerwała  Anna.  -  Tam  jest  przystanek  -  wskazała  brunetce

kierunek.  -  Nalucharze  -  ciągnęła.  -  Zakładają  naluszki  dla  dorosłych,  takie,  jakie  stosują  starcy  z
problemem nietrzymania stolca.

- Błe - Pauline skrzywiła się z obrzydzeniem.
Stanęliśmy  na  rampie.  Podpływała  do  niej  antygrawitacyjna  łódź.  Na  tle  kremowych,  złotych  i

śnieżnych  wież  Warsaw  City,  odcinających  się  od  burzowych  chmur,  wyglądała  jak  bajkowy  okręt,
który  za  chwilę  zabierze  nas  w  sam  środek  fantastycznej  historii,  gdzie  młodzieńcy  wymachują
miedzianymi bułatami, a śliczne dziewice pobrzękuj ą bransoletkami.

background image

- 6 -

-  Z  gównem  między  nogami.  -  Z  rozmarzenia  wyrwał  mnie  dziwnie  chrapliwy  głos  gamedekini.  -

Dziękuję.  -  Podeszła  zdecydowanym  krokiem  do  automatu  i  skasowała  kartę  za  cztery  osoby.  -
Pewnie mają puste, śmierdzące mieszkania. Żyją z datku dla bezrobotnych, a w grach udają bossów!

-  Do  tego  są  gry...  -  skwitowałem  filozoficznie,  ładując  się  na  pokład  powietrznej  dżonki.

Wpasowałem się w zamszowy puchaty fotel i przymknąłem oczy Pokład delikatnie zadrgał, jak skóra
delfina,  gdy  głaszczesz  go  po  boku.  Generatory  anty-g  cichutko  mlasnęły,  dźwięk  ten  z  trudem
utorował  sobie  drogę  wśród  miękkiego  szumu  miasta.  Oparcie  siedziska  ugniotło  mnie  w  lędźwie.  I
uniosłem się w anielskie przestrzenie: miałem wrażenie, że mijam warstwy chmur, z których życzliwie
zerkają  cheruby  i,  rzecz  jasna,  cherubinie.  To  tu  zagubił  się  ślad  ich  skrzydeł  -  za  zasłoną  powiek.
Wziąłem  głęboki  wdech  przekonany,  że  wciągam  w  płuca  zapach  ambrozji.  Spędziłem  tak  kilka
cudownych chwil, po czym przywołałem się do teraźniejszości i mężnie otworzyłem oczy.

Nasz  pojazd  kierował  się  do  centrum  sieciowego  w  Wieży  Słonia,  najwyższej  budowli  w

śródmieściu  i  jednej  z  najpotężniejszych  w  mieście,  jeśli  nie  liczyć  podmiejskich  linowców,  które
teoretycznie  mogły  sięgać  do  stratosfery  Centrum  sieciowe  mieściło  setki  łóż,  z  których  korzystali
przygodni gracze. Postanowiliśmy wejść w wirtualia w jednym pomieszczeniu, a nie jak dotychczas z
własnych mieszkań, bo mieliśmy uczestniczyć tylko w pierwszej części przyjęcia. Potem Konon chciał
spędzić  czas  z  przyjaciółmi.  Wcale  mu  się  nie  dziwiłem.  W  tym  wieku  dzieci  nie  przepadają  za
towarzystwem  opiekunów.  Po  powrocie  z  Brahmy  planowaliśmy  holokino  lub  inną  atrakcję,  z
wyjątkiem  jedzenia,  ma  się  rozumieć.  Anna  czułaby  się  nieswojo.  Dżonka  przecinała  powietrze  nad
łukami deptaków i mijała ruchome poziomy, żeglujące w różnych kierunkach.

- Wysiadamy - zakomenderowałem, gdy cumowała przy pomoście białawej baszty.
- Dlaczego centrum sieciowe nazywa się „kawiarenka"? - zdziwiła się Anna, czytając trójwymiarowy

szyld.

- Dawne czasy - odparła Pauline, ruszając z miejsca. - Gdy nie było łóż, gracze używali do zabawy

holomonitorów. . .

- Poważnie? - Sokolovsky roześmiała się.
Z  przyjemnością  słuchałem  perlistego  dźwięku.  Rozbrzmiewała  w  nim  beztroska  najbardziej

niewinnych  obszarów  humanitaryzmu.  To  tak,  jakby  w  głosie  zawrzeć  wspomnienia  z  zalanego
słońcem  dziecięcego  pokoju.  Jasne  oblicze  Anny.  Tak  samo  nierealne,  jak  wszystko,  co  mnie
otaczało.  Potarłem  oczy.  Torkil,  co  się  z  tobą  dzieje?  Jeszcze  raz  na  nią  zerknąłem.  Kobiecie
poczętej w grze trudno pojąć, że kiedyś światy były jedynie ekranowymi wizjami...

-  ...wtedy  -  kontynuowała  gamedekini  -  w  podobnych  centrach  stały  setki  stanowisk,  przy  których

ludzie mogli się napić kawy.

- Ciekawe - skwitowała diginetka, rozglądając się po wnętrzu.
Dotarło  do  mnie,  że  ludzie,  którzy  podczas  spaceru  dziwnie  nam  się  przyglądali,  w  istocie

obserwowali tylko ją - stalowego motomba. Tańsze modele, jak Oscar, Neo czy Digit, widywało się od
czasu  do  czasu,  ale  luksusowe  Doomy  zdarzały  się  niezwykle  rzadko.  Zdaje  się,  że  sama  zupełnie
zapomniała o swoim rzeczywistym imidżu, podobnie zresztą jak my.

Pauline podeszła do konsoli, żeby opłacić łoża.
- Anno? - spojrzała na blondynkę. - Jak wchodzisz w sieć?
- Och, mam tu wtyczkę.
Cichutko syknęło. Dziwnie się poczułem widząc, jak z jej biodra wysuwa się elektrozłączka.
- Podłączam ją w miejsce kasku. Operatywę mam wirtualną - zająknęła się. - To znaczy wy jej nie

widzicie.  Wykonuję  ją  na  ekranach,  które  postrzegam  tylko  ja.  Oczywiście  w  tym  czasie  się  nie
ruszam.

Taak. Niby wszystko logiczne i zrozumiałe, a mimo to czasem gubię się w tych operacjach. Ania

„wychodzi"  z  siebie  i  wykonuje  czynności,  nie  ruszając  stalowego  ciała.  Dotyka  nieistniejących
struktur.  Ciągle  będąc  w  realium.  Tak  to  właśnie  wygląda,  panie  doktorze,  i  daję  słowo,  że  nię
zwariowałem.

- Potrzebujesz usiąść? - spytała Eim.
- O, tak, nawet się położę - odparła Sokolovsky.
Zauważyła zdziwiony wzrok Harry'ego.
- Jeszcze by mnie ktoś potrącił, straciłabym równowagę. . .
Atawistyczny  lęk.  Serwomechanizmy  zbroi  nie  dopuściłyby  do  przewrócenia  motomba.

Atawistyczny... Cicho parsknąłem. U kobiety, która praktycznie nie ma przodków. Torkil, ocknij się, bo
z tego roztargnienia coś popsujesz. Ruszyłem za nimi do urządzeń.

***

background image

- 7 -

-  Dzień  dobry  państwu,  Cal  Galahad,  Global  Network  News.  Witam  w  kolejnym  odcinku  „Życia  w

grach!"  Dzisiaj  odwiedzamy  specyficzny  świat  o  niezbyt  poetycznej  nazwie:  „Kolonia  na  Europie".
Przebywają  w  nim,  uwaga,  nie  gracze,  ale  naukowcy!  A  w  zasadzie,  żeby  już  zupełnie  ściśle  się
wyrazić,  gracze  -  naukowcy,  którzy  przeprowadzają  albo  tylko  im  się  wydaje,  że  przeprowadzają,
naukowe eksperymenty. Oto jeden z nich, John Jadas. Witaj, John!

- Cześć, Cal.
- Zacznę z grubej rury, bo za to kochają mnie oglądacze. Jesteście naiwni. Cały ten świat to tylko

imaginacja!

-  Mylisz  się.  To  najprawdziwsze  środowisko.  Prawdą  jest,  że  nie  odkryjemy  niczego,  czego  nie

wykryły sondy, ale i tak jest to spełnienie moich marzeń. Nie miałbym szans na realną podróż na ten
księżyc.  Jestem  na  to  za  stary.  Widzisz  ten  kosmodrom?  Po  zbadaniu  globu  planujemy  wyprawę  w
prawdziwy  kosmos.  Nie  jakiś  tam  Dream  Space  czy  inny  Privateer  3000.  Będziemy  przebywać  w
najprawdziwszych, matematycznie wyliczonych przestrzeniach.

- Najprawdziwszych w pewnym sensie.
- Kiedy wejdziesz do realium, też będziesz tam tylko „w pewnym sensie".
- Nie rozumiem.
- Myślisz, że widzisz rzeczywistość? Oczywiście, że nie. Postrzegasz tylko jej mapę: barwy, cienie,

dźwięki,  temperaturę.  To  interpretacje  konkretnych  zjawisk  fizycznych:  fal  elektromagnetycznych,  fal
mechanicznych  oraz  energii  kinetycznej  atomów.  W  realium  chodzisz  po  mapie,  myśląc,  że  to
rzeczywistość.

- Że jak?
- Czym zatem różni się twoja mapa od mojej? - Słucham?
- Tym, że moją wytworzyły wielkie myślące maszyny, a twoją twój mózg.

***

Konon  patrzył  spod  oka,  usadowiony  w  szczycie  długiego  stołu.  Sporo  urósł  od  czasu,  kiedy

widziałem go po raz ostatni. Może ujmę to inaczej: program Brahmy zmodyfikował jego osobisty skin,
żeby  odpowiadał  wiekowi  oraz  kodowi  genetycznemu.  W  końcu  takie  było,  między  innymi,  zadanie
tego  świata.  Zapowiadał  się  wcale  przystojny  młodzieniec.  Dookoła  blatu  wrzeszczała  czereda
kolegów  i  koleżanek.  Trudno  ocenić,  którzy  byli  graczami,  a  którzy  enpecami.  Z  pewnością  miał
przyjaciół wśród jednych i drugich.

- Wszystkiego najlepszego, Konon! - Harry zmiażdżył mu rękę.
- Pomyślności. - Objąłem ponurego dryblasa i przemagając jego opór, ucałowałem w policzki.
- Żyj wiecznie, synku - przytuliła go mama.
- Winszuję - Sokolowsky wyciągnęła smukłą dłoń. Jedynie ją obdarzył uśmiechem. Powstrzymałem

się od wyszczerzenia zębów. Miał oko do kobiet.

- Prezent. - Norman postawił na obrusie pudło z gigantyczną kokardą.
Hałastra  rzuciła  się  na  pakunek  i  pod  dowództwem  Eima  rozdarła  opakowanie  na  strzępy.  Płaty

kolorowej  folii  latały  jeszcze  niczym  dziwnokształtne  motyle,  gdy  mały  przywódca  zanurkował  do
środka.

- But? - zdziwił się, wyciągając moduł, który bezsilnie usiłował dostosować swój kształt do jego rąk.

Wyglądał jak jakiś nieznany rodzaj kraba, próbujący wyrwać się z rąk poławiacza.

-  Dżetboard!  -  wrzasnął  roztrzepany,  czerwony  z  podniecenia  blondynek  w  przykrótkiej

podkoszulce. - Oddaj! - Solenizant wyrwał mu kolorową deskę poznaczoną liniami złączy.

Urządzenie wyczuło blat stołu i - wypuszczone z małych rączek - ustawiło się dziesięć centymetrów

nad lśniącą powierzchnią, sygnalizując gotowość do jazdy cichym piskiem silniczków i zielenią nagle
rozjarzonych linii pozycyjnych.

- Uu! - sapnęło stadko z uznaniem.
Konon  zajrzał  jeszcze  do  wnętrza  kartonu,  gdzie  leżał  kompletny  strój  do  jazdy  wraz  z  kaskiem  i

cyfrowymi goglami. Na pierwszy rzut oka rozpoznałem najwyższy możliwy gatunek oprzyrządowania.
Nierealny, bo nierealny, ale bardzo drogi podarunek.

- Ruch fizyczny jest niezwykle ważny, kochanie - odezwała się matka. - Powinieneś ćwiczyć. Być

może  niedługo  wprowadzą  bezmózgi,  wtedy  wyhodujemy  jednego,  wyjmiemy  twój  mózg  z  sejfu  w
motombie, wszczepimy go w organiczne ciało i będziesz mógł żyć w realium jak normalny człowiek.

Konon spuścił głowę. Miałem wrażenie, że chce coś powiedzieć, lecz powstrzymuje się ze względu

na uroczystość.

- Czas na tort! - Harry wjechał do sali, pilotując stolik dźwigający piętrowe ciasto.

background image

- 8 -

Na szczycie migotała holoprojekcja syna Pauline gnającego na dżetboardzie. Spojrzałem na nią z

uznaniem. Niezła motywacja.

- Hurra! - gromada rzuciła się na jadło.
-  Powoli.  -  Harry  temperował  zbiegowisko  jak  wyszkolona  przedszkolanka.  -  Każdy  dostanie

kawałek. - Rozdawał talerzyki. - Nie pchać się, dzieciarnia. . .

Na  końcu  i  nam  dostało  się  po  słodkim  wycinku.  Kiedy  ostatni  raz  jadłem  urodzinowy  tort?  -

zastanawiałem  się,  żując  przesycony  rumem  biszkopt.  Przypomniałem  sobie  przyjęcia  w  ciasnym
mieszkanku,  zakalcowate  ciasta  pichcone  przez  ojca,  załzawione  wzruszeniem  oczy  matki,
podniecenie podczas bitew na jaśki (dwie wściekłe armie walczyły o górne łóżko)... I marne prezenty,
z których cieszyłem się jak szalony tylko po to, żeby zrobić rodzicom przyjemność. Syn Pauline nie
odczuwał potrzeby rozweselania mamy.

- Ten tort jest niedobry - oświadczył grobowym głosem.
- Ależ kochanie... - zaprotestowała Pauline.
- Wzdyma - wyjaśnił.
Kątem oka zobaczyłem, że Anna odsuwa talerz. Dotknęła brzucha.
- Mamo... - Z twarzy chłopca zniknął gniew, pojawiła się obawa.
- Rzeczywiście coś jest nie tak - stwierdziła Sokol owsky.
- Ja nic nie czuję. - Harry zlizał z ust bitą śmietanę.
- Ja również - Pauline podeszła do syna. - Kochanie, jesteś pewien, że...
- Ratunku! - krzyknął, spadając z krzesła. - Mamo! Pomóż!
W ramię stuknęła mnie diginetka. Na jej twarzy malowała się panika.
- Wyjdź ze mną - wydusiła, wskazując wzrokiem balon rosnący pod ubraniem.
- Nie wytrzymam! - darł się chłopiec, wierzgając nogami i tłukąc rękami w podłogę.
Dookoła  zgromadził  się  bezradny  tłum.  Pauline  klęczała  przy  dziecku  i  wystukiwała  na  walktelu

numer pogotowia.

Usłyszałem jęk Anny, a zaraz potem głuchy odgłos walącego się ciała.
- Mają takie same objawy! - krzyknąłem do Pauline. Zerknąłem na wijącą się diginetkę. - Potworne

wzdęcie, bóle...

- Aaaa! - przerwały mi agonalne krzyki dobywające się z dwu gardeł:
Napięta do granic możliwości biała koszula Anny nagle powilgotniała.
- Wynieśmy ich - poradził Harry.
- Co się... - rozchyliłem bluzkę blondynki.
Skóra  była  rozerwana.  Z  wnętrza  rany  wydobywała  się  ciastowata  substancja  pachnąca  wanilią.

Zdobiły ją szkarłatne żyłki krwi. Zrozumiałem, że galareta musi mieć właściwości żrące. Nie tak łatwo
rozerwać  powłoki  brzuszne,  nawet  wirtualne.  Anna  powinna  najpierw  wymiotować,  a  nic  takiego  się
nie stało. Poczułem nudności.

- On pękł! - rozpaczała Pauline, wyciągając dziecko na ulicę.
Nad sylwetkami poszkodowanych pojawił się migający, trójwymiarowy napis:
Fatal skin error! Log out!
Pierwszy  raz  widziałem  w  Brahmie  oznakę,  że  to  świat,  nie  realium.  Rozejrzałem  się  za

najbliższym azylem.

- Torkil... - jęczała Anna. Z rozerwanego brzucha wypływała kipiąca masa.
-  Zanim  podjedzie  karetka,  nabawią  się  jakiegoś  urazu!  -  Harry  nie  stracił  przytomności  umysłu.

Pamiętał, że oboje są zoenetami, więc nie grozi im realna śmierć.

- Do azylu! - zgodziła się Eim. - Dzieci! - spojrzała na spanikowaną trzódkę. - Pomóżcie mi! Goście

pochwycili cierpiącego chłopca.

- Tam! - wskazałem białą budkę, nad którą unosił się znak wylogowania.
- Pomogę ci! - Norman chwycił Annę pod drugą pachę.
- Co ja zjadłam? - bełkotała, oglądając krwawą pianę ciągnącą się jej śladem. - Muszę uważać ze

słodyczami.  Od  tego  się  tyje.  Tori?  -  Spojrzała  zamazanym  wzrokiem.  -  Ale  będziesz  mnie  jeszcze
kochać?  Bo  ja...  O,  kurwa,  ile  tego  jest  -  przerwała  na  widok  gwałtownej  erupcji:  przez  chwilę  rana
wyglądała jak wulkan strzelający lawą.

Otarłem z twarzy ciepłą maź.
-  To  smakuje  jak  tort  -  cmoknął  Harry.  Pokręciłem  głową.  Tylko  programista  mógł  się  tak

zachowywać. Jasne. Jeśli dotąd nie odczuliśmy negatywnych skutków uczty, nic nam nie grozi.

-  Tak...  głęboko...  -  bredziła  półprzytomna  Anna  -  ...tak...  dawno...  -  Targnęły  nią  torsje,  wypluła

część posiłku. - Tak... pięęęęknie.

Głowa opadła do tyłu, lecz oczy wciąż były przytomne. Z ust skapywała słodka masa.
- My pierwsi - poprosiła Pauline, wchodząc do pomieszczenia. - On strasznie cierpi.

background image

- 9 -

Serce  matki,  pomyślałem.  Zniknęli  w  azylu.  Nad  broczącym  ciałem  Sokolowsky  ciągle  migał

komunikat  o  błędzie.  Kod  Brahmy  nie  rozumiał,  co  się  stało.  Ciało  zostało  rozerwane  przez  ciasto,
które nie powinno się tak zachować. Zatem był to wirus. Organik już dawno doznałby wstrząsu i może
umierałby gdzieś na łożu. Anna odczuwa ból agonii, ale przeżyje, bo nie ma ciała.

Jeśli umrze, to i tak będzie żyła. Uderzył mnie paradoks wirtualnego bytowania. Lampka na azylu

oznajmiła, że jest wolny. Weszliśmy

- Wylogujemy na stronę główną - wydałem dyspozycję na konsoli.
Ująłem jej palec i wcisnąłem guzik. Obraz rozwiał się.
- Harry, teraz ty.

***

Wyłoniliśmy się tuż obok nich.
- Co to było?! - Eteryczna Pauline gładziła głowę łkającego syna.
- Wstrząsające przeżycie... - Ann dotknęła płaskiego, nieuszkodzonego brzucha.
-  Zaatakował  was  nielegalny  program.  –  Harry  zaczął  się  przechadzać.  -  Złośliwe  ciasteczko,  w

którym była instrukcja, żeby powiększyć objętość.

- I chyba żrące - dodałem. - Mamo, boję się.
Twardziel  Konon  po  raz  pierwszy  okazywał  dziecięce  uczucia.  Może  to  prawda,  że  cierpienie

wyzwala ludzkie odruchy?

- Cicho, synku, już po wszystkim.
- No to jestem człowiekiem bardziej, niż myślałam - odezwała się Anna. - Nie przypuszczałam, że

śmierć wygląda właśnie tak... - przytuliła się do mnie. - Popłaczę później - szepnęła mi do ucha.

Drżała.  Wstyd,  że  dotyk  jej  dygoczącego  ciała  wywołał  we  mnie  najpierw  podniecenie,  a  dopiero

potem współczucie. Czy powinienem przejść przez szkolenie uczące kolejności uczuć?

- Pieprzony haker, który przemycił to gówno, odpowie za swój czyn - usłyszałem własny głos. Dotąd

cyfrowi włamywacze jawili się jako partnerzy: inteligentni, ale nie łamiący zasad. Z ulgą poczułem, jak
podniecenie odchodzi, zastąpione przez narastającą wściekłość, spotęgowaną poczuciem winy.

-  Jestem  z  tobą.  -  Harry  stanął  obok  mnie,  jakbyśmy  za  chwilę  mieli  rozpocząć  szarżę  na  linie

wroga.

- A jedzenie jest takie przyjemne - zasmuciła się Ann. - Nie wiem, kiedy znowu się odważę.
Udawała  dzielność  czy  rzeczywiście  taka  była?  Przyjrzałem  się  jej  źrenicom,  rumieńcowi  na

policzkach, ruchom palców...

- Muszę wyjść i odetchnąć - odwróciła się bokiem.
Odetchnąć?  Istotnie  była  stuprocentowym  człowiekiem.  Zerknąłem  na  Pauline.  Skupiła  się  na

pocieszaniu przerażonego dziecka, które we własne urodziny otarło się o śmierć.

- Mieliśmy szczęście, że nas nie rozpuczyło - zauważył blondyn.
- Właśnie...
- Zostanę dłużej z Kononem - odezwała się Pauline. - Opłaćcie za mnie łoże, żebym nie musiała

bulić  za  nadgodziny  I  wymieńcie  zasobnik  na  ten  z  roztworem  z  gamepilla.  Aha  -  zerknęła  na
Harry'ego. - Powiedz w firmie, że biorę urlop na dzień. W razie czego znają mój numer.

- Ależ Pauline, mając takie stanowisko, nie możesz...
- Jesteś moim zastępcą - przerwała ostro. - Nie zostawię syna.

***

Ciągle  gnieździsz  się  w  metropolii  bądź  megamieście?  Wmówili  ci,  że  to  jedyny  sposób  na  życie?

Spójrz  na  biosiedla  firmy  Ekologos.  Badania  przeprowadzone  na  dziesięciu  tysiącach  ochotników
udowodniły,  że  żyjąc  w  biosiedlu  masz  dwukrotnie  mniejsze  szansę  zachorowania  na  chorobę
nowotworową. Żyjesz o dwa procent dłużej. Prawdziwe, nie filtrowane powietrze. Wiatr temperowany
przez bariery grawitacyjne tylko w przypadku tornad. Zamknięte systemy pozyskiwania żywności bez
usprawniaczy. Tlen. Przyroda. Biosiedla Ekologos. Tak blisko natury, jak to możliwe.

Biosiedla  Ekologos  mieszczą  się  wyłącznie  w  obrębie  barier  ABB  i  podlegają  opiece  Centrum

Kontroli Mutacji.

***

Kiedy  zdjąłem  kask,  pierwsze  spojrzenie  zwróciłem  na  Annę.  Miałem  wrażenie,  że  lekko  się

chwieje. Teoretycznie serwomechanizmy motomba nie powinny na to pozwolić. A jednak...

background image

- 10 -

-  Do  roboty  -  Harry  wypiął  nanowtyczkę.  -  Proponuję  podział  ról.  Najpierw  poszukajmy  w  swoich

źródłach. Na własną rękę. Potem się spotkamy. Zszedł z łoża i zaczął rozpinać kombinezon.

- Nie zapomnij o zasobniku Pauline - przypomniała Anna.
- I o opła...
- Bracie! - krzyknął podniecony gracz, który właśnie podnosił się z sąsiedniego łoża.
- Widziałeś to?! - Ze snu zerwał się drugi.
Zdjęli hełmy, ukazując rozentuzjazmowane oblicza.
- Gały wyszły mu całkiem na wierzch!
- Od komara! Ale koleś miał jazdę! Zmienił się w galaretę!
- Genialne!
- Przepraszam - wtrąciłem się. - Czy panowie byli świadkami jakiegoś niezwykłego zjawiska?
- Ba! - Oczy podrostków błyszczały - W Deep Past World! Niby komarek taki.
- Z kłujką - dodał drugi.
- Usiadł na kolesiu, paladynie, na szyi. Dziabnął, a tamten jak nie zacznie się zwijać!
- Fantastyczne! Chyba byli zboczeni.
- W ciągu kilkunastu sekund zapadł się i niemal rozpłynął!
- Miał szczęście, że zoenet! He!
- A obok ujawnił się agent...
- Bezpieczeństwa? - spytałem.
- Tak, administrator, wiesz, od ochrony Jezu, jak biadolił! To mój przyjaciel, krzyczał, pedzio, rzecz

jasna.

- He, w zoenecie zakochany...
- Hi, hi, musimy tam wrócić. Czegoś takiego jeszcze...

-  I  witam  ponownie,  Cal  Galahad,  Global  Network  News.  Tym  razem  witajcie  w  gorącej  grze

Skaters chal, o, tu naprawdę można stracić głowę i poczucie kierunku. Poznajcie szalonego zoneneta
na dżetboardzie, Jamesa Krayewsky'ego. Piącha, James!

- Czółko.
- Co sądzisz o realium?
- Realium to przeżytek dla staruchów nie mających breins.
- No, nie przesadzaj...
-  Neurów  im  braknie,  imaginacji  nie  mają,  siur?  Nie  rozumieją,  że  rzeczywistość  to  miejsce  dla

dinów. Zwiędłe druty, bracie, nosotoki.

- Taa...
- W mojej czaponośce już dawno respawnowała idea: każdy myślak, ale myślak, frater, nie nosotok,

wcześniej czy później zostanie zoenczłekiem, kupi motomba i, bracie, jak będzie musiał, popracuje w
realium, gdzie wszystko jest do kosza, śmierdzi, wszędzie długo i daleko. A jak już porobota, wraca w
sieć i jest, frater, coolskaterem albo innym lamerem!

- Masz ciało?
- Only breins, bracie. W netombie. Ale zamiaruję w motomba się kopsnąć.
-  A  nie  boisz  się,  że  cię  ktoś  odłączy?  W  końcu  jakiś  zdesperowany  biedak,  jakiś  rewolucjonista

moźe wtargnąć do willi twoich starych i zrobić masakrę.

- Rong, man. Rong. Mam okna podglądu. Sterowane wieżyczki, radar, prześwietlacz, widzę chałupę

i okoliczność. Noł łej.

- To wszystko jest zasilane energią. W przypadku odcięcia...
- Kotlet, bracie, kotlet. Ale organicy też potrzebują błysku. Brak błysku, brak życia. I tu, i tam.
- Lecz jak sobie poradzisz... Czekaj, jakiś komar ci usiadł... James? James? Dobrze się czujesz?!

Chryste! Wyłączcie te kamery! James!!! Wyloguj!!!

***

Wcale  nie  musiałem  gromadzić  danych.  Media  same  o  to  zadbały.  W  kilkudziesięciu  grach

dokonano  sabotażu:  ofiarami  padali  zoeneci  bądź  digineci.  Wirusy  ulokowane  były  w  różnych
miejscach: począwszy od puchnących ciasteczek, poprzez złowieszcze komary, pszczółki, szerszenie
i pająki wsączające cyfrowy jad, który powodował agonię w najróżniejszych obrzydliwych odmianach,
kończąc  na  glistowatych  pasożytach  wpełzających  w  ciało  wszelkimi  dostępnymi  otworami  czy
ożywających  ubraniach  i  pojazdach,  które  miażdżyły  w  swych  wnętrzach  nieszczęsnych

background image

- 11 -

użytkowników.  Wyglądało  to  na  erupcję  talentu  jakiegoś  hakera.  Chłopak  chciał  się  popisać  i
obwieszczał światu: oto jestem. Robił to w prymitywny, lecz bardzo skuteczny sposób. W końcu jak
się wybić w anonimowym społeczeństwie? Zdarzały się już takie przypadki, może nie tak drastyczne,
ale o podobnej skali.

Po  tygodniu  fala  terroru  ucichła.  Psychopata  zaspokoił  żądzę  sławy  i  dał  spokój,  myślałem.

Podobnie uważali Pauline i Harry Jedynie Anna była niespokojna, twierdząc, że w tych zamachach,
jak je nazywała, był jakiś porządek.

-  Oczywiście  -  ripostowałem  -  ofiary  wywodziły  się  wyłącznie  z  cyfrowego  ludu.  Gość  nie  chciał

nikomu wyrządzić krzywdy.

Kręciła śliczną główką. - To nie to...

***

- Witam was, kochani. Mam nadzieję, że otrząsnęliście się po ataku podłego hakera. Ja w każdym

razie  nie  zamierzam  się  przejmować  tą  gówniarską  demonstracją.  Cal  Galahad  jest  zawsze  z  wami,
zawsze w grach. Ale, jak zwykle, kochani, advocatus diaboli! Tylko dzięki temu, że atakuję gry, światy
ciągle  się  rozwijają.  Robię  to  z  miłości,  wiecie  przecież.  Dzisiaj  rozmawiam  z  socjologiem  Robertem
Wronskym. Witaj, Robercie.

- Pozdrawiam.
- Dlaczego ludzie odchodzą do gier? Przecież to ucieczka.
-  W  światach  nie  ma  chorób,  śmierci,  starości...  A  poza  tym...  Kilka  dni  temu,  przebywając  w

realium, kupiłem w markecie makowiec. Bardzo ładny egzemplarz. Może nie jestem smakoszem, ale
umiem  odróżnić  ciasto  stare  od  świeżego  i  dobrze  oczyszczony  mak  od  spleśniałego.  Niestety,  gdy
kupowałem towar, nie mogłem go na miejscu spróbować.

- Ale o co ci chodzi...
- Gatunek ludzki jest, by tak rzec, naturalny. Mam na myśli, że tyle w nim dobra co zła. W grach jest

pozbawiony tej drażniącej cechy.

- Tendencji do oszukiwania?
- Mechanika światów najczęściej na to nie pozwala. - To go odczłowiecza!
- I, kurwa, bardzo dobrze. Kto powiedział, że to gatunek idealny? Wytniecie to „kurwa”; prawda?

***

W  ciągu  następnego  tygodnia  gierczana  brać  zapomniała  o  hakerskim  popisie,  nie  pierwszym

wszak i nie ostatnim. Nie dostałem zlecenia, a mogłaby to być ciekawa sprawa. Chętnie wyśledziłbym
żartownisia. Miałbym zapewne nielichą satysfakcję schwytawszy ptaszka... Trochę żałowałem. Stałem
w  oknie  swojego  apartamentu  i  kiwałem  głową  nad  szklanką  Danielsa.  Zdaje  się,  że  w  tym  mniej
więcej czasie uświadomiłem sobie, że świat nie kręci się wokół mnie, gamedeków jest jak mrówek, a
virtuality  show,  które  kiedyś  dało  mnie  i  Pauline  sporą  reklamę,  dawno  uleciało  z  ludzkiej  pamięci.
Pojawiła się masa innych programów, wylansowano dziesiątki bardziej medialnych bohaterów.

Zlecenia  były,  tylko,  że  ja  ich  nie  dostawałem.  Co  i  raz  słyszałem  bądź  widziałem  przedstawicieli

mojego zawodu, brylujących umiejętnością rozwiązywania logicznych zagadek, górujących nade mną
intelektem, błyskotliwością, wyglądem, zasobnością portfela... Starzeję się, skonstatowałem, patrząc
we  własne  odbicie  w  szybie.  Podniosłem  rękę  do  drobnej  blizny  na  prawym  policzku.  Tyle  jeszcze
zagadek czeka na rozwiązanie...

Wytężyłem wzrok, starając się dostrzec wieżyce Ursynou. Lubiłem zabawiać się selekcjonowaniem

ich  stylów  i  wysokości.  Wielka  odległość  sprawiała,  że  nigdy  nie  byłem  pewien,  czy  policzyłem
wszystkie. Kiedy zliczyłem mniej więcej połowę, do szyby podpłynął reklamowy aparacik. Parsknąłem
obserwując, jak rozwija ekran. Jeszcze nie słyszałem o natrętach wyszukujących klientów przez okna,
zwłaszcza na takiej wysokości.

Projekcja ukazała standardowe łoże...
...a na nim rozkładające się ciało, po którym pełzały setki białych larw. W tle unosił się napis:

ŁOŻE ŚMIERCI
.
Centrum  Kontroli  Mutacji  donosi  o  pojawieniu  się  w  regionie  Podola  nowej  odmiany  mosquito

lethalis, którą opatrzono symbolem MLS2k01. Według prognoz gatunek rozprzestrzeni się na obszarze
Europy w ciągu pięciu miesięcy. Testy dowiodły, że filtry ABB, podobnie jak w przypadku wszystkich

background image

- 12 -

poprzedników,  nie  przepuszczają  jego  przedstawicieli.  Osoby  udające  się  poza  obręb  ABB
zobowiązane  są  wykonać  standardowy  wszczep,  który  można  zamówić  na  stronie  CKM.  Tam  też
zainteresowani  znajdą  szczegóły  dotyczące  2k01.  Przypominamy,  że  pobyt  na  zewnątrz  filtrów  jest
bardzo niebezpieczny.

***

Następnego dnia wirusy zaatakowały wszystkie multiplayerowe gry, bez wyjątku.
- To apokalipsa! - podniecali się spikerzy w holowizji. - Jeszcze nigdy wirtualny świat nie przeżywał

tak  zmasowanego  ataku!  Proszę  państwa!  Nie  jesteśmy  świadkami  zabawy  kilku  wyrzutków!  To
wojna!

Tym razem wśród ofiar byli organicy. Już rano informowano o kilkunastu zgonach w szpitalach lub

na  łożach.  Fenomen  wirtualnej  śmierci  opiera  się  na  dość  prostych  zasadach.  W  procesie
dewitalizacji  hełmy  odcinają  od  ciała  układ  motoryczny,  czuciowy  i  kinestetyczny,  pozostawiając
organizmowi  prawie  całą  część  wegetatywną  odpowiedzialną  za  bicie  serca,  temperaturę,  trawienie
oraz, wśród wielu innych czynności podtrzymujących homeostazę, regulację ciśnienia krwi. W chwili
wirtualnego  urazu,  gdy  gracz  odczuwa,  że  uszkodzeniu  uległy  ważne  dla  życia  organy,  realne  ciało
reaguje zgodnie z fizjologicznymi regułami - wydaje mu się, że krwi ubywa, więc podnosi ciśnienie do
granic  wytrzymałości,  wywołując  zawał  lub  wylew,  albo  odwrotnie  -  zachowuje  się  jak  we  wstrząsie
anafilaktycznym: krew spływa do naczyń brzusznych, a w reszcie ciała zaczyna jej brakować.

Media zawrzały od domysłów: w ciągu jednego dnia wyroiła się masa uczonych potakujących bądź

zaprzeczających teoriom, które zaczęły się mnożyć jak bakterie na agarowych pożywkach; nieznane
postacie  wyrosły  na  światowych  ekspertów,  nonszalancko  udzielających  wywiadów  najeżonych
naukowym  slangiem.  Przekazy  z  gier  ukazywały  światy  sensoryczne  zamienione  w  cyfrowy
Armagedon:  pełne  jadowitych  owadów  i  innych  dziwnych  stworzeń,  budzących  swoim  wyglądem
strach  bądź  odrazę.  Oka  wścibskich  kamer  z  eksplorerską  radością  filmowały  ciała  uduszone
toksynami, rozłożone przez enzymy czy rozerwane przez jedzenie.

Patrzyłem  na  transmisję  i  raptem  przypomniałem  sobie  dziwną  reklamę  za  oknem.  Czy  ktoś

próbował mnie ostrzec?

***

-  Dzień  dobry,  Amanda  Sanchez,  witam  w  programie:  „Audiatur  et  altera  pars".  Dzisiaj  gościmy

profesora filozofii Antonia Mastrojaniego. Dzień dobry, panie profesorze.

- Witam panią, witam państwa.
- Co pan sądzi o ostatnich wydarzeniach w sieci?
- Nie bywam w tym miejscu, ale relacje zdają się podpowiadać, że stało się to, co musiało się stać.
- Czyli?
-  Człowiek  ma  naturalne  zdolność  stwarzania  sobie  wrogów.  W  rzeczywistości  wirtualnej  zdarzyła

się powtórka tego, co od wielu lat obserwujemy w realium.

- A bliżej?
-  Przyroda  jest  naszym  wrogiem.  Schroniliśmy  się  za  barierami  i  filtrami,  bo  inaczej

nieprzewidywalna  pogoda  oraz  przedstawiciele  fauny  i  flory  zagrażałyby  naszemu  życiu.  W  sieci
wyroiły się jakieś muszki, insekty... O ile mi wiadomo, inne rodzaje wirusów, takie jak zatrute jedzenie
czy  żywe  przedmioty,  stanowią  margines.  Co  prawdopodobnie  nieprzypadkowe,  homo  realium  jest
również najbardziej zagrożony przez owady.

- Lecz...
- Niech mi pani pozwoli skończyć. Jesteśmy skazani na ekosystem, bo dostarcza tlenu i pożywienia,

ale  tak  naprawdę  żyjemy  w  klatce.  W  sieci,  tak  jak  w  realium,  natura  obróciła  się  przeciwko
człowiekowi na skutek jego własnej działalności. Widać rodzaj ludzki inaczej nie potrafi.

***

-  Fala  trwała  dwa  dni  i  pochłonęła  z  górą  pięćdziesiąt  ofiar  -  perorował  Harry  podczas  „zebrania

wojennego" w moim apartamencie.

- Myślę, że mamy do czynienia z atakiem na gry. - Anna kiwała się na fotelu.
„Matryca joginki zasnęła czy jak?", zastanawiałem się. Osoba kontrolująca odruchy nie powinna się

tak bezmyślnie kołysać.

- Co na to Pauline? - zwróciłem się do Harry'ego.

background image

- 13 -

-  Chyba  myśli  podobnie.  Nie  wiem  dokładnie,  bo  nie  wychodzi  z  pracy.  Jako  szef  wirtualnego

bezpieczeństwa Novatronics ma pełne ręce roboty.

- Tobie udało się wyrwać? - Strzepnąłem pyłek z koszuli.
- Puściła mnie tylko na to spotkanie. Potem wracam do biura.
-  Gratuluję  -  nie  zdołałem  powstrzymać  sarkazmu.  Pomyśleć,  że  kilka  lat  temu  był  porządnym

błękitnym  ptakiem,  a  teraz  stał  się  biurkowcem.  No,  może  raczej  naukowcem,  ale  zależnym.
O, tempora! O, mores!

Puścił uwagę mimo uszu:
-  Programy  obronne  usunęły  niebezpieczeństwo.  Ale  istnieje  realna  szansa,  że  przyjdzie  trzecia

fala, a za nią następne. Musimy się dowiedzieć, kto za tym stoi.

- Harry - spojrzałem na niego - trzeba tam wejść, rozejrzeć się, pogadać, wybadać grunt. Tylko z

wnętrza gry możemy dotrzeć do sprawców. W realium to jak szukanie igły w stogu siana.

Skinął głową.
-  Ale  kto  to  zrobi?  -  spytał.  -  Ja  wracam  za  ekran.  Pauline  jest  niewolnicą.  Anna  -  spojrzał  w  jej

stronę - nie ma doświadczenia.

- Pozostaję ja - stwierdziłem lakonicznie.
Nie  byłem  zaskoczony  W  dodatku  zrobię  to  za  darmo,  pomyślałem  ze  złością.  Z  gamedeka

przeistaczałem się w krzyżowca. Dlaczego nie dostałem, do diabła, zlecenia?

- Nie puszczę cię samego - oznajmiła Sokolowsky.

***

- Dzień dobry, Matylda Aslaksen, Global Network News. Wszyscy jesteśmy wstrząśnięci ostatnimi

wydarzeniami,  jednak  dziwne  wypadki  się  mnożą,  oto  bowiem  jeden  z  graczy  przysłał  do  naszej
redakcji osobliwą przepowiednię sieciową, która, jak twierdzi, pojawiła się w serwerze gry Crying Guns
niecały tydzień przed pierwszą falc wirusowych ataków. Oto jej treść:

W świecie, którego nie ma
Pojawią się ziarna zniszczenia
Które urodzą w zaświatach bestię
I pojawi się człowiek
W nie swoim ciele
Widzący cudze myśli
Który zstąpi do tych
Co wstali z martwych
I pokona nieprzyjaciela
Tu i tam
Bo będzie mu znany
Logarytm Algorytmu
Mózgu Antagonisty

-  Przyznacie  państwo,  że  to  dość  kuriozalny  tekst.  Czyżby  nieznany  prorok  nazwał  ziarnami

zniszczenia wszechobecne wirusy? Co oznacza określenie „człowiek w nie swoim ciele"? Może chodzi
o  zoeneta  w  motombie?  Czym  może  być  „widzenie  cudzych  myśli"?  Czyżby  jasnowidz  miał  na  myśli
rozszerzone  umiejętności  dibekowców?  A  może  jest  to  zwykły  żart,  jakich  wiele  w  sieciowych
rzeczywistościach? Odpowiedzi należy szukać w przyszłości. W popołudniowym serwisie „Co nowego
w sieci" mówiła Matylda Aslaksen.

***

O ile inne gry prawie zupełnie zostały osierocone przez bojaźliwych graczy, ulice Brahmy kipiały od

tłumów. Trwały wiece, wygłaszano przemówienia i wstrząsające oświadczenia. W końcu świat ten b;
domem  zoenetów.  Posiadacze  motombów  mogli  na  jakiś  czas  zrezygnować  z  wirtualiów  i
przeczekać,  w  realium,  ale  dla  większości  jedyną  alternatywą  przebywania  w  grach  był  wymuszony
sen w sejfie.

Z  ilości  zgromadzonych  można  było  wnieść,  że  nikomu  nie  chce  się  spać  ani  wałęsać  po

prawdziwym: świecie.

-  To  wina  diginetów!  -  darł  się  z  naprędce  skleconej  mównicy  brunatny  paskud,  który  kiedyś

zaczepił;  nas  na  plaży  Na  tle  turkusowego,  bezchmurnego{  nieba  i  sterylnie  czystych  wież  wyglądał
jak  popsute,  poronione  wcielenie  Adolfa  Hitlera.  -  Liga  Prawdziwych  Ludzi  sprzeciwia  się  produkcji

background image

- 14 -

tych  podejrzanych  istot!  Twierdzimy,  że  to  właśnie  oni  odpowiadają  za  serię  bestialskich  ataków  na
cyfrowe światy. Ta zaraza...

- Chodźmy dalej - szepnąłem do Anny. - Znamy poglądy tego cymbała.
Spojrzała uważnie na człowieczka.
- To nie taki cymbał - pokręciła głową. - Obawiam się, że jeszcze nam zaszkodzi.
Widok  lidera  LPL  paradoksalnie  wywołał  wspomnienia.  Jak  to  było  dawno...  Dzień,  gdy  szliśmy

brzegiem  morza  przy  dogasającym  słońcu,  a  Sokolowsky  była  jeszcze  programem...  Właśnie  wtedy
podbiegło do nas to indywiduum.

Przerwałem potok wspomnień. Jesteś w pracy, Torkil. Chociaż gratisowej.
Mijała nas dyskutująca para. Wyłowiłem strzęp wypowiedzi:
-  Nie,  kochany.  To  kościół.  Na  pewno.  Pamiętasz,  jak  się  sprzeciwiał  budowie  Brahmy?  Zupełnie

nie rozumiem, dlaczego w końcu uległ...

Uśmiechnąłem  się.  Ja  wiedziałem.  Pauline  też.  Przełknąłem  ślinę.  Stary  draniu,  najpierw

rozczulasz  się,  wspominając  romantyczne  chwile  z  blondyną,  a  za  chwilę  toniesz  w  wyuzdanych
ramionach brunety? Znowu poczułem to nieznośne wewnętrzne rozdarcie. Zacisnąłem oczy, żeby nie
dopuścić do świadomości obrazu rudowłosej Steffi, która tylko czekała, żeby wyrwać dla siebie trzecią
część mojej jaźni.

- Ktoś tym wszystkim steruje - perorował łysawy jegomość w owalnych okularach.
Jego  donośny  głos  przywrócił  mnie  rzeczywistości.  Wokół  kremowej  fontanny,  z  której  cokołu

przemawiał,  zgromadziła  się  grupka  zoenetów.  Wyglądali  jak  turyści  słuchający  przewodnika,
rozprawiającego  o  kunszcie  programisty,  który  powołał  do  życia  wyskakujące  za  jego  plecami
wieloryby. Potężne cielska rozbryzgiwały wirtualną wodę, tworząc kilkunastometrowe gejzery wrzącej
piany.  Trybun  stał  bezpiecznie  przed  kurtyną  szafirowej  wody  spływającej  po  zaporach
grawitacyjnych. Zatrzymaliśmy się.

- Nie ulega wątpliwości - ciągnął - że ta akcja ma swój cel i przyczynę. Ale niezależnie, czy winien

jest  kościół,  digineci  czy  inna  grupa  terrorystyczna,  powinniśmy  założyć  coś  w  rodzaju  obrony
cywilnej. Oto mój plan...

Ruszyliśmy  Cóż,  skwitowałem  w  myślach,  mijając  baraszkujące  płetwale,  jak  na  razie  widzimy

typowy  obraz  społeczności  rozdartej  między  dziesiątkami  idei.  Skierowaliśmy  kroki  ku  kompleksowi
parkowemu. Żadnego klucza nie dostrzegałem...

-  Nienawidzą  nas  -  kręcił  głową  niemłody  mężczyzna,  siedzący  na  ławce  w  cieniu  sędziwego

kasztanowca. - Nienawidzą...

Stanęliśmy przy nim. Wydawał się zajmujący. - Kto, proszę pana?
Spojrzał bystrymi oczkami. Zbyt bystrymi jak na zrzędę.
-  Organicy,  panie,  organicy  Oni  będą  żyli  wiecznie,  mówią  i  zazdroszczą.  A  zazdrość,  panie,  to

największe przekleństwo.

Podniósł się i zaczął wygrażać.
- Zazdrościcie nam, mokrzy ludzie! Zazdrościcie! I wpuszczacie swoje smrody! Won! - zamierzył

się. Uskoczyłem. Obok mojego ramienia furknęła, niczym głownia samurajskiej katany, ciężka laska.
Zdjęło mnie grozą na myśl, że mógłby trafić. Taka laga...

- Chodź - syknęła Anna i energicznie odciągnęła mnie w bok.
Ochoczo przyjąłem jej sugestię i odsunąłem się na bezpieczną odległość.
- Poznaję cię! - krzyknął.
- Nic tu po nas - mruknąłem do towarzyszki. Zaczęliśmy biec.
-  Poznaję  cię,  ty  śliski,  cuchnący,  wodny  organiku!  -  darł  się  za  nami.  -  Ty  sportowcu  błotny!  Ty

gamedeku  siorbany!  Poznaję  cię!  Ludzie!  -  wrzasnął  na  całe  gardło.  -  Już  wiem!  To  gamedecy!  To
oni, psiesyny, to rozpętali! A któżby inny miał taką głowę?! Zabij gamedeka! Zabij…

Na  szczęście  wmieszaliśmy  się  już  w  tłum  na  centralnym  placyku  parku,  gdzie  do  swoich  idei

nakłaniała słuchaczy siwa kobieta wsparta o jakiś pomnik.

- Tam - wskazałem bar po przeciwnej stronie bulwaru.
W  końcu  gdzie  detektywi  znajdują  pierwszy  ślad?  Gdzie  starzy  wyjadacze  zasięgają  języka  w

pierwszej  kolejności?  W  barze.  I  nie  ma  znaczenia,  czy  barman  jest  robotem,  kosmitą  czy
programem. Bar to bar.

- Potrzebne mi informacje - szepnąłem konfidencjonalnie do wbitego w bordową kamizelkę otyłego

garsona.

- Moja specjalność - rozpromienił się. Zapiszczała przecierana szklaneczka. - Podać coś?
- Martini! - ożywiła się Anna. - A dla pana?
Skrzywiłem się. Nie miałem ochoty na alkohol. - Kawę.
Wydął usta jak zdziwione dziecko.

background image

- 15 -

-  No  co  pan?  -  Przyjrzał  mi  się  dokładniej.  -  Taki  wspaniały  typ:  trencz,  kapelusz,  rozluźniony

krawat, rozpięta koszula, zrezygnowane spojrzenie, gamedec jak malowany! I „kawa"? - Rozciągnął
wargi w sztucznym półuśmiechu. - Niech mi pan zrobi przyjemność!

Rozbawił mnie i połechtał moją próżność. - Niech będzie po irlandzku.
- Ha! To rozumiem! - Sięgnął po whisky. Grzecznie poczekałem, aż uwinie się z trunkami. - Kręcą

się tu jakieś podejrzane typki? - spytałem, zanurzając usta w gorącym aromatycznym napoju. - Wie
pan, kolesie, których wcześniej pan nie widział?

Nachylił się i zerknął na rozgadanych gości.
- Jest kilka nowych twarzy Wcześniej tego nie kojarzyłem, ale rzeczywiście...
- Na przykład?
Zacisnął usta i zmrużył jedno oko. Widać pomagało mu to w koncentracji.
- Hmm... tak. Jest taki jeden. Pojawił się krótko przed pierwszym atakiem.
- Gdzie siedzi? - Pod ścianą.
Dopiłem kawę i zerknąłem na Annę. Jej kieliszek był pusty Szybka bestia.
- Świetnie - spojrzałem na niego. - Jest pan zoenetem?
- Dorabiam - usprawiedliwił się.
Taak...  W  sieci  o  długości  życia  decyduje  zasobność  portfela.  Kto  chce  żyć  wiecznie,  musi

wiecznie pracować.

- Nie boi się pan ciasteczek? - sondowałem. Uśmiechnął się dzielnie.
- Przeżyję.
- Jest pan pewien?
Zmrużył  oczy,  dostrzegłem  w  nich  błysk  stali.  Poczułem  znajomą  tęsknotę  i  żal,  że  nie  mogę

poznać  jego  historii,  podobnie  jak  życiorysów  tysięcy  innych  ludzi,  którzy  mogliby  podzielić  się
doświadczeniami.

- W takim razie niech pan zrobi konfidencjonalną minę, zerknie tam kilka razy i udaje, że mówi na

jego temat.

Był  wniebowzięty  Z  twarzą  zaczął  wyczyniać  takie  wygibasy,  że  nie  byłem  pewien,  czy  gra

komedię, czy dramat.

-  Poszła  Ola  do  przedszkola  -  wysapał,  wywracając  oczy  -  zapomniała  parasola,  a  parasol  był

zepsuty  -  spojrzał  groźnie  na  podejrzanego.  Wrócił  wzrokiem  do  mnie.  -  I  zostały  -  zwęził  wargi  i
obnażył zęby - same dliuty.

- Co? - wytrzeszczyłem oczy.
Odpowiedział takim samym wytrzeszczem.
- Tak mówił mój synek, gdy miał trzy lata.
Stłumiłem śmiech.
- Dzięki.
- Proszę bardzo. Zerknąłem na Ann. - Wychodzimy.
- Jeszcze jedno - szepnął barman. - Jak cię zwą?
Trzepnąłem palcem w rondo.
- Torkil Aymore.
Rozpromienił się. Błysnęła bezlitośnie tarta szklaneczka.
- Wiedziałem. Pamiętam cię z tego show. Jesteś idolem mojego syna.
Obdarzyłem  go  życzliwym  uśmiechem.  Kto  powiedział,  że  mężczyźni  nie  potrzebują

komplementów?  -  A  on?  -  przywołała  mnie  do  przytomności  Anna,  wskazując  wzrokiem  na
cichociemnego.

- Pójdzie za nami.
Jeszcze raz skinąłem głową barmanowi. Gdy wychodziliśmy, uświadomiłem sobie, że nie poznałem

Jego imienia.

Wracaliśmy  deptakiem  w  stronę  głównego  placu,  gdzie  królowała  fontanna  z  wielorybami  i  inne

fantastyczne  holorzeźby  Szpicel  powinien  już  wyjść.  Postanowiłem  skontaktować  się  z  Normanem.
Trzeba było człowieka namierzyć. Zanim to zrobiłem, odezwał się sygnał walktela. Założyłem okulary.

- Torkil? - Z trójwymiarowego ekranu patrzył zaniepokojony Harry. Siedział w realnym biurze firmy

Novatronics.

- A któżby inny? Przecież mój numer wybrałeś? Właśnie miałem do ciebie dzwonić, słuchaj...
- Nie pora na dyskusje. Napływają informacje od świadków pierwszej fali.
- No i?
- Mam na razie szkic, ale zdaje się, że coś ich łączy.
- Ofiary?
- Nie, chodzi o osoby, które widziały skutki działania wirusów.

background image

- 16 -

Zatrzymałem się. Anna zamrugała. Niedaleko rozbrzmiewał gwar tłumu.
- Możesz powiedzieć jaśniej?
Twarz blondyna zmarszczyła się z wysiłku.
- Tacy jak ty, Pauline czy ja pracujemy w ochronie gier, prawda?
- W pewnym sensie.
- Jeśli chodzi o ciebie, to bez nich nie masz pracy, więc jesteś ich obrońcą, czyż nie?
Sokolowsky skinęła głową. Sama stanowiła dowód, że gry znaczyły dla mnie bardzo wiele.
- A więc - ciągnął - według danych, pierwsza fala wirusów zaatakowała cyfrowe osoby związane z

takimi ludźmi, jak ty czy Pauline. Zdarzyły się też zniszczenia wirtualnych zwierząt.

Zatkało mnie.
- Więc to była... prezentacja przeznaczona dla naszych oczu?
- Właśnie.
Przypomniałem  sobie  podnieconą  rozmowę  dwóch  podrostków  z  kawiarenki:  „To  mój  przyjaciel,

krzyczał, pedzio rzecz jasna. He, w zoenecie zakochany...

- Ale dlaczego? Po co?
- Ostrzeżenie? - zastanawiała się Anna. Harry przygryzł wargi.
- Jakby wiadomość: „Zobacz, co może cię spotkać".
- Albo: „Nie wtrącaj się, bo tak skończysz" - zaproponowałem, rozglądając się za tajniakiem.
- Lub jeszcze coś innego - Sokolowsky kiwała głową.
- No? - spytaliśmy z Harrym.
-  Sam  fakt,  że  jako  pierwsi  zobaczyli  to  ludzie  po  drugiej  stronie  barykady,  może  być  znaczący.

Spojrzałem na blondyna. Czytał moje myśli:

- Ile masz IQ? - zwrócił się do diginetki. Zadarła podbródek i przeczesała włosy. - Chciałbyś wie...
Poczułem ukłucie na szyi i świat stał się skośny: wydłużał się jak odbity w spływającej kropli rtęci.

Zablokowało  mi  głos.  Mózg  rozciągnął  się  na  kształt  robaka.  Bardzo  przytulnie  było  na  podłodze,  to
jest na chodniku, tylko Pauline, znaczy Anna coś bełkotała, okropnie dysonując z otoczeniem, które
jednakowoż  niezmiernie  było  miłe,  ten  szybki,  rozmazany  wziął  mnie  pod  pachy  skąd  ja  znam  ten
chwyt,  i  porwał  do  białej  budki.  Gdy  już  odchodziłem  w  stronę  światła,  czułem,  jak  naciska  moim
palcem jakiś pieprzony guzik...

Ocknąłem się w różowej sali.
- Ptaszek się budzi! - miękki głos mężczyzny w białym kitlu.
To lekarz! Za moment pochyliły się nade mną dwie robocie gęby. Doom żeński i męski.
- Przy nas nic ci nie grozi - baryton Petera „Crasha" Kytesa.
-  Kochanie,  jak  się  czujesz?  -  alt  Sokolowsky.  Gdzie  moje  soczewki?  Zostały  w  Stockomville.

Sucho w ustach. Ciekawe, czy to daleko stąd?

- Zaatakował cię komar - wyjaśniła Anna. - A Peter - spojrzała na droida - uratował cię. Ale w jakim

stylu…

-  Cii...  -  męski  motomb  przytknął  chromowany  palec  do  mechanicznych  ust.  -  O  tym  w  domu.  -

Panie doktorze! - podniósł głowę. - Pacjent chyba już może wyjść?

***

-  Dzień  dobry,  Erica  von  Braun,  poranne  wiadomości  Warsaw  City.  Dziś  gościmy  w  studiu

przedstawiciela transportowego konsorcjum Mobillenium Ltd., Jeremiasza Hala. Witam pana.

- Dzień dobry pani, dzień dobry państwu.
- Czy to prawda, że Mobillenium prowadzi badania nad napędem hiperprzestrzennym?
- Tak.
- Jak zaawansowane są prace?
- Tego, niestety, nie mogę ujawnić.
-  Czy  gdyby  udało  się  skonstruować  silnik  umożliwiający  skok  w  czwartym  wymiarze,  miałaby

znaczenie masa pojazdu, do którego byłby przymocowany?

- Raczej nie.
- Wynika z tego, że moglibyście wysłać do gwiazd nawet największy statek wycieczkowy?
- Takie mamy plany.
- A może wypatrzyliście już jakieś planety do skolonizowania? Krążą plotki, że Mobillenium buduje

wielkie machiny terraformujące.

- Jest pani zaskakująco dobrze poinformowana.
- Odpowie pan na pytanie?
- Nie.

background image

- 17 -

-  Nieoficjalne  źródła  donoszą,  że  z  tajnych  laboratoriów  Mobillenium  zbiegł  profesor  Sergio  Lama,

obok  Anatolija  Mirova  jeden  z  głównych  naukowców  zaangażowanych  w  produkcję  silnika
hiperprzestrzennego, czy mógłby pan ustosunkować się do tej informacji?

- Nie jestem upoważniony do ujawniania tego typu treści.
- Podobno w poszukiwania zaangażowana jest tajna komórka Biura Ochrony Państwa, znana pod

kryptonimem Omega?

- Nic o tym nie wiem.
-  Dziękuję  za  rozmowę.  Gościliśmy  dzisiaj  bardzo  tajemniczego  przedstawiciela  Mobillenium  Ltd.,

pana Jeremiasza Hala. Zapraszam na solarną prognozę pogody...

***

Na widok mieszkania Kytesa powróciły wspomnienia: nauka rzemiosła Goodabads i sławetny mecz

ze Sprawiedliwymi. Wnętrza nie zmieniły się: te same cienie, zapach kadzideł i tajemnicza atmosfera.
Tyle, że gospodarz ze zwiędłego gnoma przeistoczył się w budzącą postrach machinę.

- Miałeś szczęście, że Norman przydzielił mnie do twojej ochrony.
Spojrzałem w bok, próbując sobie przypomnieć, czy coś o tym wiedziałem.
- Nie zdążył ci powiedzieć - wyjaśnił. Podał mi kubek z parującą miksturą.
- Łyknij tych ziół. Miałeś prawdziwy wstrząs.
-  Byłeś  w  stanie  terminalnym  -  weszła  mu  w  słowo  Anna.  Dziwnie  wyglądała,  moszcząc

mechaniczne  plecy  w  oparciu  biofotela.  -  Gdyby  nie  to,  że  mieszkamy  obok  siebie,  mógłbyś  nie
przeżyć.  Wtłoczyłam  w  ciebie  trzy  zasobniki,  a  ciśnienie  wciąż  spadało.  -  Zrobiła  pauzę,  jakby
wciągała w płuca powietrze. - Kombinezon zrobił ci ucisk na nogi, łoże ułożyło się głową w dół, a tobie
wciąż było mało.

Czy w jej głosie pojawiła się płaczliwa nuta?
- Myślałam, że padnę trupem, zanim przyleci pogotowie.
Uśmiechnąłem się.
- Chciałabyś...
Popiłem  paskudnych  ziółek.  Miałem  wrażenie,  że  Pete  już  kiedyś  mnie  nimi  częstował.  A  może

tylko mi się zdawało?

- Czyli w realium uratowałaś mnie ty, a w Brahmie Peter?
Przytaknęła.
- Ale jak to zrobiłeś? - spojrzałem na „Crasha". Widziałem rozmazaną postać, zupełnie jakbyś przy

spieszył.

- Bo przyspieszyłem.
- Złamałeś przepisy?! Przecież wiesz, że w Brahmie nie można stosować cheatów...
Pokręcił głową. Mechaniczna twarz ułożyła się w pobłażliwy uśmiech.
- Nie rozumiemy się, Torkilu. Nie zwolniłem czasu, tylko naprawdę przyspieszyłem.
Przez  chwilę  trzymałem  .obrzydliwy  napar  w  ustach.  Przełknąłem.  Miniaturowy  zielony  smok

spłynął przełykiem do żołądka. Zawsze dziwnie się czułem w towarzystwie „Crasha".

- Dibeki mają trwalszą strukturę od mózgów organicznych - podjął - i pozwalają na wzrost napięcia

neuronalnego.  Byłem  królikiem  doświadczalnym  w  Novatronics.  -  Jakby  zacisnął  usta.  Nie  byłem
pewien, bo w zasadzie jego twarz nie uwzględniała takiego grymasu. - Zaimplementowali mi program,
dzięki któremu mogę szybciej myśleć, postrzegać, poruszać się i reagować. Jedynym ograniczeniem
`  jest  wytrzymałość  wirtualnych  kości  i  mięśni.  A  w  realium  spoistość  struktury  motomba.  -  Uniósł
rękę; widząc, że chcę przerwać. - Nie jest to cheat, więc w Brahmie jest legalny.

Zdumiewające. Przypomniałem sobie pierwsze reklamy dibeków: „W przyszłości planujemy rozwój

ludzkich możliwości!" Oto obietnica stała się ciałem. Dibekowcy wyraźnie górowali nad organikami.

-  Zastanawiałeś  się  kiedyś,  dlaczego  mucha  tak  szybko  lata?  -  ciągnął,  widząc,  że  milczę.  -

Zakręca, zawraca, a jeśli próbujesz ją odgonić, może zrobić pętlę wokół twojej ręki, śmiejąc się prosto
w oczy? Bo ona szybciej myśli. Starożytna żarówka, która dla ludzi świeciła stałym światłem, migała
w  istocie  z  częstotliwością  pięćdziesięciu  herców.  Przodkowie  dzisiejszych  much  widzieli  to.  Jak
przyspieszę, staję się trochę taką muchą.

Spojrzałem na Sokolowsky. - Anna też to potrafi?
- Kytes wgrał mi już program. - Uśmiechnęła się. - To naprawdę fascynujące.
Pierwszy raz żałowałem, że mam organiczny mózg.

***

background image

- 18 -

-  Nie  jesteś  bezpieczny  ani  u  mnie,  ani  u  siebie  -  tłumaczył  Peter,  prowadząc  limuzynę.  -

Namierzyli cię i już nie popuszczą. Prawdopodobnie twój apartament jest zabugowany, przeszukany,
śledzony,  że  tak  powiem,  aż  śmierdzi  od  organicznych  i  cyfrowych  tajniaków.  Przykro  mi,  bracie,
ale...  -  spojrzał  na  mnie  szerokokątnymi  sensorami  optycznymi  -  ...musisz  się  pożegnać  ze  swoim
mieszkaniem.

Siedziałem sztywno na tylnej kanapie i przez dłuższą chwilę nie mogłem wydobyć głosu.
- Ale kto mnie namierzył? Kto za tym wszystkim stoi? - wykrztusiłem w końcu banalne, sztampowe

zdanie.

-  Ba.  Liczę,  że  to  ty  odpowiesz  na  to  pytanie.  Opadłem  na  oparcie.  Ja  mam  odpowiedzieć?

Posługując  się  mózgiem,  który  przybrał  konsystencję  kawałka  drewna?  Wziąłem  płytki  wdech  i
zacisnąłem oczy. Mój apartament... Trzysta czterdzieste drugie piętro... Cotomou... Te wszystkie lata,
chude i tłuste... Wieczory, gdy sącząc whiskey, przyglądałem się bajkowej panoramie Warsaw City...

- A my? - głos Anny wyrwał mnie z zamyślenia. - Też nie jesteśmy niezniszczalni.
Kytes  skinął  głową.  Zmienił  korytarz  na  szlak  międzymiastowy  Właśnie  przelatywał  przez

zewnętrzny  pierścień  linowców,  za  którym  ustawiona  była  przeciwwiatrowa  bariera  grawitacyjna,
sprzęgnięta  z  błoną  ABB,  czyli  Anty  Bios  Barrier,  broniącą  mieszkańców  przed  niebezpiecznymi
zwierzętami  i  roślinami.  Kontrolka  powiadomiła  o  możliwości  rozwinięcia  prędkości  podróżnej.  Pod
nami szumiała ciemnozielona puszcza.

- Dlatego przenosimy się do tajnej kwatery - odparł i wcisnął pedał akceleracji.
Wgniotło  mnie  w  poduchy.  Znów  zamknąłem  oczy  i  pogrążyłem  się  w  stanie  będącym  mariażem

depresji i zmęczenia.

- Blokujesz sygnały radarowe? - usłyszałem głos Petera.
- Cały czas - potwierdziła Sokolowsky.
- Dobrze. Miejmy nadzieję, że nas nie wykryją. Jestem w mocy dwóch potworów, rozmyślałem na

granicy  świadomości.  Gdzie  są  moje  soczewki?  Gdzie  moje  okulary?  Podniosłem  ciężkie  powieki  i
spojrzałem  we  wsteczny  ekran.  Bez  trudu  rozpoznałem  za  mazany  odległością  linowiec.  Zostały  w
Stockomville.

***

Rok dwa tysiące sto dziewięćdziesiąty dziewiąty jest dedykowany Podwodnej Republice Sri Lanki,

jedynemu państwu na Ziemi, którego cały obszar znajduje się pod powierzchnią oceanu. Z tej okazji
hotele  i  uzdrowiska  URSL  zapewniając  wyjątkowe  atrakcje  i  upusty  dla  swoich  gości.  Szczegóły  na
stronie Underwater Republic of Sri Lanka.

***

Wylądowaliśmy  w  centrum  Puszczy  Białej,  na  małej  polance,  przy  rozłożystej  chacie  gajowego.

Obok  schludnych  zabudowań,  utrzymanych  w  rustykalnym  stylu,  stały  trzy  mocno  odrapane
opancerzone  automaty  konserwacyjne,  które  dbały  o  integralność  przebiegającej  w  pobliżu  bariery
ABB.

Ledwie wygramoliłem się z pneumobilu, dwuskrzydłowe odrzwia domostwa otworzyły się.
- Levi Chip? - otworzyłem szerzej oczy.
A  jednak  wciąż  umiałem  się  dziwić.  Na  progu  leśniczówki  stał  uśmiechnięty  łysawy  mężczyzna,

współtwórca  Anny  z  Blue  Whales  Interactive.  W  ręce  trzymał  automat  do  szczepień.  Prawda.
Jesteśmy  blisko  filtrów,  a  pojawił  się  kolejny  owadzi  krwiopijca.  Nie  miałem  czasu  sprawdzić,  jaki
rodzaj choroby proponował ten, jak mu... SLMk201 czy jakoś tak.

- Ciężkie czasy mobilizują i konsolidują - skwitował. - Wchodźcie. Tak jak prosił Norman, mam dla

Torkila prezent.

- A nawet dwa - zachichotał Peter.

***

- To jest twój nowy kask. - Chip trzymał w rękach standardowe urządzenie gracza.
- O nie, dzięki. Już raz miałem przyjemność...
-  Spokojnie  -  uśmiechnął  się.  -  Chyba  nie  przypuszczasz,  że  zostałem  tu  sprowadzony  wyłącznie

dla towarzystwa? Wspólnie z Harrym trochę go przerobiliśmy... Znaczy, on przekazał mi kilka uwag,
ciągle siedzi w firmie...

Przez chwilę obracał urządzenie w dłoniach.

background image

- 19 -

-  Nie  będę  ci  mącił  w  głowie,  powiem  tylko,  że  zdezaktywowaliśmy  obszar  czuciowy:  dotyk,  ból,

temperatura, czucie głębokie, to wszystko będzie niedostępne.

Moja twarz pojaśniała. - Więc nic mi nie grozi!
- Właśnie. Nawet jeśli cię rozerwie na strzępy, nie dojdzie do wstrząsu, bo będziesz to tylko widział

jak  w  holowizji.  Możesz  nawet  wyparować.  Dopóki  pozostanie  ci  jeden  palec,  którym  ktoś  z
przydzielonej  ci  ochrony  wciśnie  w  azylu  guzik,  będziesz  bezpieczny.  Jeśli  palca  zabraknie...  -
chrząknął - zdejmiemy kask na twardo.

Skrzywiłem się. - Cudownie...
-  Mam  nadzieję,  że  rozumiesz  sytuację.  Rozejrzałem  się  za  siedzeniem.  Wnętrze  leśniczówki

urządzono  gustownie  i  bogato.  Wielkie  fotele,  sofy,  stoliki,  lampki,  autoluksy,  mobilne  holoekrany,
dwa  kamienne  kominki,  na  ścianach  skóry,  łowieckie  trofea,  nawet  jakieś  herby,  broń  palna  i  biała,
jednym  słowem  siedziba  dygnitarza.  Wybrałem  najbliższy  skórzany  bujak  i  pogrążyłem  się  w  jego
wibrującym wnętrzu. Natychmiast podjechał autobarek i wyświetlił listę dostępnych drinków. Chciałem
ucałować  bezmyślne  urządzenie.  Zamówiłem  podwójnego  bourbona.  Odezwałem  się  dopiero,  gdy
pierwszy łyk błogosławionego płynu spłynął do brzucha, promieniując dobroczynnym ciepłem.

- Właśnie że nie - odparłem.
Levi,  który  cierpliwie  przez  cały  ten  czas  czekał,  odstawił  kask  na  dębowe  biurko  stojące  pod

oprawionym w złote ramy obrazem, który przedstawiał ułana na rączym rumaku.

- Wciąż nie znamy napastnika. Żeby go namierzyć, musimy zrobić jeszcze jedną konfrontację, ale

- uśmiechnął się - na naszych warunkach. Musisz tam wejść ponownie.

Przełknąłem ślinę. Wyszczerzył zęby: - Tym razem się uda.

***

Jestem  blondynką.  Podobają  ci  się  moje  włosy?  Za  dużo  w  nich  słońca?  Wolisz  barwę  zachodu?

Nie ma problemu, bo mam Hairstant. Za godzinę się zmienią. Co? Za proste? Nic nie szkodzi. Mam
Hairstant.  Za  godzinę  będą  kręcone.  Słucham?  Jednak  wolisz  rude?  Ależ  bardzo  proszę!  Mam
Hairstant. Za godzinę stanę się płomienną czarownicą. Jednak czarne? Ach, ci mężczyźni. Dla ciebie,
kochanie,  wszystko,  zwłaszcza  że  mam  Hairstant.  Pytasz,  co  to  takiego?  Hairstant  to  tajemnica
włosów nowoczesnej kobiety. Hairstant: wymarzona faktura i kolor w ciągu godziny. Co godzinę. Przez
całą dobę. Od Nanobody Laboratories.

***

- Ty też widziałeś reklamę ŁOŻE ŚMIERCI? - spytałem Normana, idąc ulicą Brahmy.
Jego  półprzezroczysta  głowa  majaczyła  na  tle  Przechodzących  zoenetów,  lecących  pneumobili  i

majaczących w tle fantastycznych budowli. Te w Warsaw City mogły spalić się ze wstydu.

- Tak.
- Sprawdzałeś, skąd się wzięła?
Ominąłem pędzących dżetboardowców. Błysnęli bajeranckimi szkłami narogówkowymi, z tego, co

zdążyłem  zauważyć,  oczy  jednego  świeciły  błękitnym  blaskiem,  a  drugi  ciął  powietrze
pseudolaserowymi rubinowymi klingami.

- Miałem wrażenie, że to po prostu medialna zabawa...
- A może ostrzeżenie?
- E...
Zbliżyłem  się  do  wejścia  baru.  Pod  latarnią  stała  w  wyzywającej  pozie  kurtyzana  odziana  w

biociuchy, które z przypadkową częstotliwością robiły się na ułamek sekundy przezroczyste. Ludność
Brahmy  korzystała  z  dobrodziejstw  technologii  tekstylnej  jakby  chętniej  niż  mieszkańcy  realium.
Powstał  nawet  niepisany  zwyczaj,  że  nowości  najpierw  testowano  tu,  a  dopiero  potem  w
rzeczywistości. Na chwilę przystanąłem. Bieliznę miała szałową. Chrząknąłem i spojrzałem na drzwi.
Torkil, jesteś, bracie, w pracy.

-  Uważaj,  wchodzę  do  tego  lokalu  -  chrypnąłem.  Wyłączyłem  się.  Gdzieś  w  pobliżu  ukrywali  się

Pete  i  Anna.  Byli  w  tym  dobrzy,  bo  ich  nie  widziałem.  W  tym  momencie  uzmysłowiłem  sobie,  że
Sokolowsky musiała widzieć, jak obserwuję panienkę. Ale wstyd...

- To pan? - zdziwił się barman, wyrywając mnie z mentalnego autobiczowania. - Ależ ma pan jaja!

- ściszył głos. - Słyszałem, co się panu przydarzyło... - Et, lekko zasłabłem.

-  Taa,  zasłabłem  -  błysnął  zębami  pod  czarnym  wąsem.  -  To  od  firmy  -  postawił  na  blacie

szklanicę. - Dobry towar.

Spojrzałem na szkło, w którym mienił się płyn o barwie whiskey Wiedział, co lubię.

background image

- 20 -

- Dlaczego? - spytałem mechanicznie, niemal czując już, jak trunek gryzie mnie w język.
- Nie każdy ma szansę zacząć życie od nowa, prawda?
- Dzięki - sapnąłem opróżniwszy szkło.
To  rzeczywiście  była  whiskey,  dobra  jej  odmiana.  Dziwne,  że  system  finansowy  Brahmy

uwzględniał  kontrabandę.  Ten  świat  nigdy  nie  przestał  mnie  szokować.  Niby  kopia  realium,  a  jakże
fascynująca.

Już  miałem  zapytać,  co  piłem,  gdy  dostrzegłem  błysk  w  oczach  wąsacza.  Odwróciłem  się  i

zobaczyłem  w  drzwiach  chowający  się  cień.  Wybiegłem  na  ulicę.  Piętnaście  metrów  dalej,  na  tle
dostojnych topoli, stał nieduży człowiek ubrany w szary garnitur. Mierzył do mnie z dziwnego pistoletu.
Przetoczyłem się w bok. Usłyszałem bzyk komara. Machnąłem ręką. Chybiłem. Lufa osobliwej broni
syknęła  ponownie.  Teraz  były  dwa  komary  Biegłem  w  kierunku  obcego  jak  szalony,  próbując
paskudztwo  odpędzić,  ale  jakie  ma  szanse  niezdarny  człowiek  przeciw  nieomal  niewidocznemu
wrogowi? Lufa syknęła po raz trzeci. Wprawdzie ja nie miałem szans, ale rozmazany cień Anny łatwo
sobie poradził. Usłyszałem trzy krótkie pacnięcia. Bzyczenie ustało. Napastnik odwrócił się na pięcie i
pobiegł w kierunku azylu, którego biała bryła majaczyła na końcu ulicy. Jednak nie mógł się równać z
Peterem.  Lider  Bezbolesnych  dopadł  go  i  przygniótłszy  do  ziemi,  wyłączył  przyspieszenie.  Jego
kontury nabrały ostrości.

-  Mamy  agenta  -  wysapał,  gdy  dobiegliśmy.  Właśnie  wtedy  po  raz  pierwszy  ujrzałem  jego

gierczaną,  nieschorowaną  twarz.  Był  siedemdziesięciolatkiem  o  regularnych,  inteligentnych  rysach.
Kasztanowe  włosy,  pojedyncze  srebrne  włókna,  przedziałek  z  boku.  Ciemne,  prawie  czarne  oczy.
Brak  zielonkawych  worów  pod  oczami  i  ciemnych  plam  na  skórze.  Cera  gładka,  ładnie  zarysowana
żuchwa, oblicze nieobwisłe, zwarte... Przystojny facet!

Wyrwałem  się  z  zauroczenia  (zawsze  pociągały  mnie  myślące  męskie  twarze)  i  spojrzałem  na

pojmanego:

- Dla kogo pracujesz?
Mężczyzna był blady. Patrzył z wyrazem zwierzęcego przestrachu na nijakiej twarzy.
- Nie mogę powiedzieć.
- Gadaj, bo obijemy - zagroził Pete.
Do naszej grupki z wolna zaczęli się zbliżać gapie.
- Nie powiem.
- Gadaj, skurwielu! - Kytes przyłożył mu do boku dziwne urządzenie.
Błysk elektrycznego wyładowania wyprężył ciało schwytanego. Jęknął. Na jego czole błyskawicznie

skroplił się pot.

- Męczą tu człowieka! - krzyknął ktoś z tłumu. Niemal czułem na plecach oddech gawiedzi.
- Może terroryści!
- Proszę państwa... - Anna podniosła się, prezentując nienaganną sylwetkę.
To był błąd.
- Jest wręcz odwrotnie, my ich szukamy... Korpulentna kobieta zmierzyła ją wzrokiem. - Akurat. Ta

zdzira wygląda na diginetkę. - Tfu! - młody mężczyzna splunął pod nogi. Agent złapał spazmatyczny
oddech. Wyładowanie musiało niemiłosiernie boleć. Z kącików oczu płynęły łzy, wsiąkając w ciemne
włosy za uszami.

- Powiem - zipnął - pracuję dla...
Guzik  przy  kołnierzyku  jego  koszuli  ożył:  czarne  kółko  przekształciło  się  w  pająka,  który

błyskawicznie  podbiegł  do  szyi  i  wtopił  się  w  nią.  Mężczyzna  wyprężył  się  i  zagulgotał.  Spomiędzy
zaciśniętych warg wyciekła piana. Całe jego ciało zaczęło drżeć. - Do azylu! - krzyknął Pete.

Chwycił  go  pod  pachy.  Anna  złapała  nogi.  Gasnący  wzrok  cichociemnego  biernie  obserwował  ich

czynności.  Czuł  wdzięczność?  Być  może.  Wspomniałem  własne  odczucia,  gdy  uciął  mnie  tamten
komar. Nie, nic nie odczuwałem. Wszystko stało się zbyt szybko.

Przyspieszyli  ze  świstem  rozcinanego  powietrza.  Obejrzałem  się  i  stanąłem  oko  w  oko  z  ponurą

grupą. - No i co pan powiesz? - spytała prowodyrka. - Męczycie człowieka? Trujecie go? Zapylacie jak
maszyny? Terroryści! Wirusy!

Nie  miałem  ochoty  na  pogawędkę.  Rzuciłem  się  do  ucieczki  śladem  ultraszybkich  towarzyszy.

Szczęście, że nie czułem ciosów torebek, parasoli, pięści i celnych rzutów butami. Przepychałem się
przez tłukący mnie tłum jak przez miękkie poduchy.

***

- Nie udało się - Peter kręcił głową w menu Brahmy.
- Stracił przytomność, zanim go dowlekliśmy i... nie wiem. Może zdjęli mu kask na twardo. Tak czy

owak zniknął - wyjaśniła Anna.

background image

- 21 -

- Coś powiedział?
Kytes rozciągnął usta w smutnym uśmiechu. - Tylko bredził.
Przysiadłem  na  bloku  reklamowym.  Nie  lubiłem  spraw  stojących  w  miejscu.  Rozejrzałem  się  po

portalu.  Informacje,  wejścia,  przepisy.  Żadnych  wskazówek.  Raptem  spłynęła  na  mnie  samotność
nieudacznika  otuliła  szarym  płaszczem  niemocy.  Czy  wszystkie  sprawy,  które  dotąd  rozwiązałem,
były tylko snem?

- A może bredził coś ciekawego? - zapytałem bez większej nadziei.
- Same bzdury - stwierdził Pete.
Na szczęście pozostał mi gniew. Czułem, jak nadpala śluzówkę żołądka, wywołując wrzody.
- Powiedz, spróbuję to sklecić - warknąłem.
„Crash" potrząsnął głową.
- Jakieś brednie, nie pamiętam.
-  Ja  pamiętam  -  odezwała  się  Anna.  -  Najpierw  bulgotał,  potem  rzęził,  następnie  się  zachłysnął,

splunął wydzieliną, zakrztusił się...

-  Aniu...  -  przerwałem,  z  trudem  tłumiąc  rozdrażnienie.  Czy  dibekowcy  muszą  być  tak  bezlitośnie

dokładni?

- ...a tuż przed utratą przytomności - ciągnęła - odchylił głowę i powiedział ekstatycznym głosem:

„Tak głęboko, tak dawno, tak pięęęęęknie".

Zesztywniałem. Miałem wrażenie, że słyszę podniosłe: „Alleluja!"
- To samo mówiłaś ty!

***

Marzeniem większości kobiet jest macierzyństwo. Warto jednak pamiętać, że między zapłodnieniem

i pojawieniem się malca trzeba przejść przez nieprzyjemny okres ciąży i standardowe cięcie cesarskie.
Mało  którą  kobietę  raduje  widok  rozstępów  na  skórze  piersi  i  ud,  rozciągnięty  przez  ciążę  brzuch  i
pępek, rozluźnione powięzie, które już nigdy nie wrócą do stanu pierwotnego. Osłabione mięśnie także
bardzo trudno doprowadzić do poprzedniej sprawności. Kobiety, które nosiły w sobie dziecko, często
nie  mogą  odżałować  ślicznego  płaskiego  brzucha.  Lekarze  nie  mówią  tego  głośno,  ale  po  cichu
przyznają,  że  błogosławiony  stan  rujnuje  organizm  kobiety:  pod  względem  budowy  kośćca
(poszerzona miednica), hormonalnym i strukturalnym. Firma Ovo znalazła na to rozwiązanie. Exuter.
Zewnętrzna  macica.  W  naszych  laboratoriach  doprowadzimy  do  zapłodnienia  in  vitro,  a  następnie
wprowadzimy  zarodek  do  Exutera,  który  doskonale  naśladuje  zachowanie  prawdziwej  macicy!
Obawiasz  się,  że  sztuczne  środowisko  źle  wpłynie  na  dziecko?  Nic  bardziej  mylnego!  Exuter
komunikuje się z twoim organizmem i przekazuje twoje ruchy, dźwięki z wnętrza ciała, mowę, a nawet
nastroje, dzięki czemu płód nie odczuje żadnej różnicy między ciążą naturalną, a pobytem w Exuterze!
Różnicę  odczujesz  ty.  Będziesz  mogła  się  cieszyć  pełnią  zdrowego  życia,  pasjonującym  seksem  i
płaskim  brzuchem!  Mówisz,  że  ciąża  to  poświęcenie?  A  więc  poświęć  swój  czas  i  odwiedź  nasze
laboratoria! (poniżej numer vipresu). Porozmawiaj z konsultantami. Zainwestuj w zdrową, nowoczesną
ciążę. Exuter. Zerwij ze średniowieczem.

***

„Głęboko" to po angielsku „deep", „dawno" znaczy „past", a piękno w greckim brzmi: „kalos". Deep

Past  World  i  świątynia  piękna.  To  było  rozwiązanie  zagadki.  Przynajmniej  jej  części.  Nie  miałem
pojęcia, kto ją stworzył ani po co, ale instynkt podpowiadał, że powinienem podjąć trop. Namówiłem
Petera i Annę, żeby mi towarzyszyli w ekspedycji.

Świat  sensoryczny  znany  ze  sprawy  Jane  Seymour  i  jej  narzeczonego  Henry'ego  Wallace'a  nie

robił już takiego wrażenia jak kiedyś. Mimo upgrade'ów, modów i łat wyraźnie się zestarzał. Krajobraz
pozostał  bajecznie  kolorowy,  ale  jakby  brakowało  mu  głębi  i  realizmu.  Być  może  zmalało
zainteresowanie  graczy  bądź  firma  postanowiła  zainwestować  w  inny  projekt.  Albo  po  prostu  moje
wspomnienia  nasyciły  się  dodatkowymi  znaczeniami.  Prowadziłem  dwójkę  towarzyszy  do  znanej
kapliczki  wśród  wysokich  słoneczników  i  kwiatów  łubinu.  Łąka  mocno  zarosła,  drzewa  dookoła
zgęstniały,  lecz  budowla  wyglądała  tak  samo:  świeża,  biała  i  tajemnicza  jak  za  starych,  dobrych
czasów. Przypomniałem sobie bezskuteczne próby jej otwarcia. Gdzie się podziały te beztroskie lata?

Po  zakończeniu  nierozwiązywalnej  sprawy  nigdy  nie  zdecydowałem  się  na  wizytę  w  sanktuarium.

Aż do dziś.

Podszedłem  do  dębowych  drzwi.  Nacisnąłem  klamkę.  Weszliśmy  do  wnętrza  przypominającego

muzeum: w szklanych gablotach leżały buty, na stojaku wisiała odzież.

background image

- 22 -

- Polisa ubezpieczeniowa? - za przezierną taflą leżał charakterystyczny kryształ.
- A tu jest holoprojekcja domu jednorodzinnego - Sokolowsky lustrowała inną część kolekcji.
- I samochodu - dodał Peter. - A tam dalej to chyba... - podszedł bliżej - ...tak, lekarstwa.
W ostatniej wystawowej skrzyni znajdował się sprzęt audio.
- Panie gamedec, mamy łamigłówkę - uśmiechnął się Peter.
Trochę  żałowałem,  że  czar  wnętrza  już  nie  działał.  Trzeba  było  się  wcześniej  zdecydować,

zrugałem się w duchu.

- Co łączy wszystkie te eksponaty? - spytałem.
- Hm... - Peter podrapał się w brodę. - Użyteczność?
- To też.
- Legalność? - poddała dziewczyna. - Co jeszcze?
Kytes machnął ręką.
- Nie męcz nas, geniuszu. Jak wiesz, to wal.
Wydmuchnąłem powietrze nosem.
- Nie jestem pewien. Mam jakieś przeczucie... Anna podeszła do jednej gabloty i pogładziła szkło.

Odskoczyła, gdy rozbłysła reklama:

Drepty Tiger! Wygodne! Sportowe! Profesjonalne!
Projekcja wyświetliła odkształcający się spód buta.
Biopodeszwa zapewni idealną przyczepność!
Kamera zrobiła najazd na pierścień podkostkowy.
Zabezpieczenie stawu skokowego zapobiegnie skręceniu!
Animacja ukazała termooptyczne prześwietlenie. Dookoła buta świeciła czerwona aura.
Oddychają! Regulują temperaturę i wilgotność! Skarpety są zbędne!
But zamienił się w zgrabną stopę.
Nosząc tigery zapomnisz, że cokolwiek masz na nodze! Tigery! Lepsze od natury!
Holoekran wyświetlił tablicę z linkami.
Zamów teraz! Oto nasze adresy!
Kytes pokręcił głową.
- Bez sensu. Nawet tu się wcisną... - wyciągnął rękę, żeby wyłączyć ekran.
- Czekaj! - powstrzymałem go.
Znowu reklama... W ekranowanej świątyni? W dziele hakera? Przyjrzałem się projekcji. „Oto nasze

adresy..." Machnąłem ręką w klawisz. Sensory optyczne wykryły ruch. Wyświetliła się mapa.

- Chcesz kupić buciki? - zażartował Kytes. - Dobrze, Aniu, że nam nie są potrzebne.
Zarechotał.
- Przestań rżeć i pokaż mi tu sklep Tigera. Zamilkł i zeskanował obraz.
- To przecież... - wydukał.
- Puszcza Peeska - dokończyła Sokolowsky. - I jakiś obiekt zaznaczony w lasach...
Skinąłem głową z satysfakcją.
- Mamy adres.

***

-  Nie  wiemy,  co  się  właściwie  w  Puszczy  Peeskiej;  znajduje,  poza  tym  dotrzecie  tam  omijając

kanały;  powietrzne  i  zahaczając  kilka  razy  o  obszary  poza!  filtrem  ABB,  więc  bezpieczniej  będzie
dodatkowo cię; wyposażyć. Oto twój nowy strój roboczy. - Chip; wskazał nieruchome cielsko Dooma.
Wcisnął  mi;  w  rękę  mnemokryształ.  -  To  jego  indywidualny  pro-;  gram.  Po  wgraniu  go  w  konsolę
dowolnego  łoża  podłączonego  do  tego...  -  Podszedł  do  skrzyni  o  wymiarach  dwudrzwiowej  szafy
oznaczonej  srebrnymi  literami  GWG  w  lewym  górnym  rogu  -  ...będziesz  mógł  nim  sterować  z
każdego miejsca na Ziemi. Fale grawitacyjne przechodzą przez najgęstszą materię jak dźwięk przez
ciało stałe.

- GWG? - przeczytałem. - Niech zgadnę: generator fal grawitacyjnych?
Levi dyskretnie się uśmiechnął.
-  Główka  gamedeka  pracuje?  Zgadza  się.  Spore  urządzenie.  Mamy  erę  miniaturyzacji,  ale  tego

diabelstwa jak dotąd nikomu nie udało się zmniejszyć.

Dziwny jest ten świat. Dotąd o takich machinach słyszałem tylko w newsach. Że niby superdrogie i

wyłącznie do celów rządowych. Raptem, jakby nigdy nic, widzę ją w leśnej chacie. Najdroższy model
motomba kosztuje więcej niż Gravillac Sigma. Teraz ; okazuje się, że wcale nie jest taki nieosiągalny:
ma go Kytes, ma Anna, a sprezentowano go również mnie. Gdzie się podziały Oscary, modele Neo i
Digit? Zeszły do podziemia?

- W katatonię popadłeś? - Levi pomachał mi ręką przed oczami.

background image

- 23 -

Potrząsnąłem głową, próbując nie okazać osłupienia.
- Skąd tyle forsy?
Łysol zaczepnie się uśmiechnął.
- Gdybyś wiedział, kto ci sprzyja...
- A policja? Służby bezpieczeństwa? V-runners? Nic nie robią? To przecież oni powinni...
-  Wierzysz  w  ekipy  rządzące?  Firmy  elektroniczne  mogą  liczyć  tylko  na  siebie.  Prawdziwym

sekretnym żądłem jesteś...

- O nie, o nie, co wy we mnie widzicie? Odczepcie się. - Odwróciłem się do wyjścia. Manewr był

idiotyczny,  bo  za  drzwiami  rozciągała  się  niezmierzona  Puszcza  Biała.  -  Przecież  niczym  się  nie
wyróżniam  oprócz  tego,  że  wszystkich  was  znam  i  doskonale  się  sprawdzam...  -  nagła  myśl
spowodowała, że zbladłem - ...w roli kozła ofiarnego.

Doktor habilitowany filozofii i psychologii wyszczerzył zęby.
- Skoro to już uzgodniliśmy, pozwól, że przedstawię ci zasady obsługi tej machi...
-  Ale  zaraz!  -  przerwałem  pod  wpływem  nagłego  olśnienia.  -  Skoro  tak  pięknie  mnie

dowartościowujecie, to chciałbym wiedzieć, na ile opiewa moje honorarium?

Levi skrzywił się. Nie dawałem za wygraną:
-  Słuchaj,  Chip,  ja  nie  pracuję  w  żadnej  korporacji,  jestem  najemnikiem,  sam  płacę  podatki  i

ubezpieczenie, moje życie już od dawna jest tańcem na linie, skoro zlecacie mi zadanie...

- Ten motomb ci nie wystarczy? Przełknąłem ślinę.
- A... w sumie... po co mi Doom? Jestem organikiem...
- Na razie.
- Straciłem mieszkanie.
- Pomyślimy - Podszedł do leżanki.
Nigdy nie byłem dobrym negocjatorem. Pozwoliłem mu mówić dalej bez uzgodnienia, co i jak, bez

podpisu, bez żadnej deklaracji, taki, w mordę, głupi jestem.

- Będziesz leżał na łożu, zupełnie jak w grze. Tyle, że nie wejdziesz w sieć, ale... wyciągnął rękę w

stronę motomba - ...w to.

-  Zasady  ruchu  są  proste  -  wszedł  mu  w  słowo  Peter  -  zupełnie  jak...  -  zająknął  się  -  jak  w

Goodabads, wiesz.

Mało  brakowało.  Owszem,  byliśmy  w  doborowymi  towarzystwie,  ale  przekręt  z  wcieleniem  się  w

championa Bezbolesnych był oszustwem na dużą skalę i nie należało się nim chwalić.

- Potrenuj trochę - zachęcił Levi. - A my poczekamy na resztę ekipy.
- Słucham?!
- Bezboleśni od dawna są dotowani przez Novatronics.

***

- Jeśli zechcę, by mojego partnera ogarnął namiętny szał, wystarczy, że pomyślę, a pozna rozkosz,

nieporównywalną  ze  standardowymi  doznaniami.  W  moim  brzuchu  jest  chip  Etensex  sterowany
mentalnymi impulsami. Gdy zainstalujesz sobie Etensex,; twój mężczyzna nigdy nie zechce odejść do
innej kobiety.

Etensex pobudza nerwy odpowiedzialne za odczuwanie rozkoszy seksualnej w całym ciele. Dzięki

niemu  ty  i  on  otworzycie  bramy  raju.  Kluczem  do  krainy  szczęśliwości  jest  Etensex.  Jeśli  mogę  ja,
dlaczego nie możesz ty? Nazywam się Lilith Ernal, a mój sekret to Etensex. Teraz znasz go i ty.

***

W sumie nie spodziewałem się miłego przyjęcia, ale kanonada przeciwlotnicza, którą powitała nas

leśna baza, kiedy tylko wychynęliśmy zza grzbietu wzgórza, przeszła moje oczekiwania. Na szczęście
reakcja lidera Bezbolesnych była perfekcyjna. „Motomby w natarciu". Tak nazwę książkę, którą kiedyś
z  pewnością  napiszę.  By  opisać  atak  na  ukryty  leśny  kompleks,  należałoby  co  chwila  używać
wulgarnych  przerywników,  bo  tylko  one  są  w  stanie  oddać  furię  dziesięciu  machin  zagłady.  Dobrze
nazwali  ten  model,  myślałem,  lecąc  wraz  z  Anną  nieco  z  tyłu  i  przyglądając  się,  jak  przyspieszenie
zamienia  skrzące  się  cielska  w  migotliwe  dwumetrowe  komary.  Działka  zamontowane  na  murach
bastionu zostały odstrzelone tak szybko, że dopiero po kilku chwilach zorientowałem się w kolejności
zdarzeń. Peter nie miał najmniejszych trudności z koordynowaniem ruchów komandosów. Byli wszak
jego  kolegami  z  drużyny.  Za  murami  rozpościerał  się  plac,  po  którym  biegali  zdezorientowani
żołnierze, oddający sporadyczne salwy Nałożyłem na rzeczywisty obraz siatkę współrzędnych. Kytes
rozkazał  dwóm  diabłom  zneutralizowanie  żywych  przeciwników,  podczas  gdy  druga  grupa  miała  się

background image

- 24 -

zająć robotami obronnymi. Piętnaście sekund później wojacy leżeli nieprzytomni, ułożeni obok siebie
jak śledzie, a straszliwe bojowe mechy dymiły smętnie, spuściwszy osmalone pyski na kwintę. Muszę
to  potem  odtworzyć  w  zwolnionym  tempie,  pomyślałem.  Moje  organiczne  zmysły  nie  były  w  stanie
prześledzić taktyki starcia.

- Aniu, rozumiesz, co się stało?
Dzięki  odpowiedniemu  oprogramowaniu  zaimplementowanemu  w  moim  Doomie  nareszcie

widziałem  ją  taką,  jaką  była:  anielską  blondynkę  w  bikini,  unoszącą  się  nad  ciemnozielonym
kobiercem drzew.

- Oczywiście.
- Też przyspieszyłaś?
Zaśmiała się.
- Nie było potrzeby.
Zrozumiałem,  czego  obawiali  się  sekciarze  z  Ligi  Prawdziwych  Ludzi.  Wyselekcjonowane

neuronalne struktury ułożone tak, by cieszyć stwórców, dawały nadzwyczajne rezultaty. Digineci byli
nadludźmi, nawet bez opcji przyspieszania.

Podlecieliśmy  bliżej.  Kytes  wraz  z  grupą  uderzeniową  wypalał  we  wrotach  wielką  dziurę.

Prześwietliłem budowlę. We wnętrzu panował ożywiony ruch. Czerwone kleksy ludzi biegały tam i z
powrotem,  łączyły  się  w  grupy  i  rozdzielały.  Ciekawe,  że  gdy  stalowe  monstra  wkroczyły  do  środka,
obrońcy błyskawicznie usiedli przy stanowiskach pracy.

Wysforowałem  się  wraz  z  Anną  na  czoło.  Patrzyły  na  nas  zdziwione  twarze  pracowników

biurowych. - Dzień dobry - odezwałem się. - Niespo...

Ze ścian i sufitu wyskoczyły działka, otwierając okrągłe pyszczki i rozsiewając ziarna zniszczenia.

Zalał  nas  migotliwy  deszcz  pocisków.  Motomby  przyspieszyły  i  zaczęły  pacyfikować  automaty
Przyjrzałem  się  Annie  i  zamurowało  mnie.  Śliczna  dziewczyna  w  złotym  plażowym  stroju  zgrabnie
składała się do strzału, a kule odbijały się dwa centymetry od jej skóry, otaczając ją lśniącą poświatą,
jakby  chroniło  ją  energetyczne  pole  ochronne.  Bo  faktycznie  te  wszystkie  pola  wzięte  z  holofilmów
science-fiction to tylko kwestia optyki!, uderzyła mnie myśl. Przecież jeśli coś odbija salwę, to istnieje,
a  że  pola  nie  widać,  to  tylko  wada  naszych  oczu!  Uznałem  więc,  że  w  istocie  Anna  miała  bardzo
skuteczne pole energetyczne. Zanim się zorientowałem, działka zostały zneutralizowane. Przyjrzałem
się swojemu korpusowi. Zarysowali mi lakier.

- Co panowie tu robią?! - odezwał się najbliżej stojący biznesmen, przystojny brunet, kandydat do

roli agenta w kasowym holobrazie. - To bezprawne wtargnięcie na teren prywatnej posesji!

Uśmiechnąłem się szyderczo. Szkoda, że nie widziałem swojej stalowej twarzy.
-  Wszystko  nagrywamy,  więc  licz  się  pan  ze  słowami  tudzież  czynami.  Jeśli  którykolwiek  z

obecnych tu hakerów zginie, pójdziesz pan siedzieć.

Brunet obejrzał się za siebie. Pracownicy siedzieli jak trusie.
-  Ależ  jakich  hakerów?  To  pracownicy  developerskiej  firmy  nanotronicznej  Binary  Digits!  Co  pan

wyprawia? Jak pan śmie? .

Miał refleks. Prawie dałem się nabrać.
-  Ciekawe.  Nie  słyszałem  dotąd  o  firmie  chronionej  przez  najemnych  komandosów,  samobieżne

roboty bojowe i wieżyczki pelot.

- Stopień ochrony nie leży w gestii...
- Skończmy tę dyskusję. Pete, Mike, zabezpieczcie dane.
Doomy wkroczyły na teren open planu. Zbliżyły się do komputerów. Pracownicy grzecznie odsunęli

się od terminali. Biznesmen nie krył odrazy, jaką do mnie odczuwał.

-  Ty  mechaniczny  dupku.  Ty  blaszany  palancie  skrywający  się  za  sztuczną  gębą,  zobaczysz,  jak

wylądujesz.

Już  wylądowałem,  pomyślałem,  wspominając  stracony  apartament.  Prześwietliłem  drania.  Serce

biło mu z iście kolibrową szybkością.

- Zrobiliście rzecz straszną - odezwałem się. Wpuściliście do gier śmierć.
-  Co  ty  bredzisz  -  zrobił  lekceważącą  minę.  Miałem  ochotę  strzelić  go  w  pysk,  ale  w  ubraniu'^,

Dooma mogłem go zabić. Mówiłem dalej:

-  Dotąd,  choć  światy  przedstawiały  obrazy  prze-  mocy,  można  się  było  w  nich  bawić  bez  lęku.

Przez"  was  umarli  prawdziwi  ludzie.  -  Czas  na  dramatyczną  pauzę.  -  Dlaczego  to  zrobiliście?  Dla
pieniędzy?? Kim jesteście?

-  Ty  ciężki  metalowy  idioto.  Zaatakowałeś  nie  to  miejsce.  To  są  zwykli  ludzie,  nie  żadni  hakerzy.

Otwierałem sztuczne usta, by jakoś odeprzeć zarzut, gdy usłyszałem głos Petera:

- Okej. Mamy to. Wygląda na niezły zbiór pluskiew. Zgarniamy towarzystwo i wracamy.

***

background image

- 25 -

Ron Olohson, który podbił niewieście serca, kreując w niezapomnianym Latającym pancerniku rolę

komandora  Stone'a,  dotrzymał  słowa  danego  Gaecie  Imaho,  liderce  one-rockowego  zespołu  Pink
Roses, i dzisiaj rano zawarł z nią ślub w podlondyńskim - meczecie Wschodzącego Słońca. Szczęśliwi
nowożeńcy  spędzą  miodowy  miesiąc  na  Księżycu,  nie  zdradzili  jednak,  w  którym  hotelu  zakosztują
seksu  ;  w  grawitacji  sześciokrotnie  mniejszej  od  ziemskiej.  Nowa  odmiana  kosmetyków  linii
skin-muscle...

***

Byłem tu wcześniej dwa czy trzy razy, ale wielkość siedziby Novatronics doceniłem dopiero teraz, ,j

widząc, jak wiozący nas transportowiec zbliża się do szczeliny lądowniczej, która z daleka wyglądała
we wzgórzu firmowca jak mucha na holobimie, a w - miarę zbliżania urosła do rozmiarów zajezdni dla
aurokarów. Czy to intensywność ostatnich wydarzeń wyostrzyła zmysły?

- Witamy gości! - ucieszyła się Pauline, rozchylając ramiona. Na płycie hangaru wyglądała niczym

gwiazda muzyki adult-pop na scenie.

Pani Eim jako dyrektor... zlustrowałem służbowy żakiet odsłaniający ponętny dekolt i podkreślający

wcięcie w talii. Spódniczka ledwie zakrywała górną ćwiartkę ud. Fiu, fiu...

Zeszliśmy po rampie, prowadząc stropionych więźniów. Tylko brunet zdawał się nieporuszony.
- O? Uriel Tamerlan! - rzuciła kwaśno Pauline, dostrzegłszy jego sylwetkę.
Ciekawe,  skąd  go  znała?  Ze  studiów?  Poczułem  ukłucie  zazdrości.  Stanowiliby  całkiem  dobraną

parę.

- Eim - skłonił się. - Czemu zawdzięczamy tę napaść?
- Spodziewam się, że ty mi powiesz.
Zajmujące.  Będę  musiał  ją  potem  zapytać...  Jaka  szkoda,  że  nie  wiedziała,  pod  którą  zbroją  się

kryję.  Może  otrzymałbym  jakiś  sygnał,  porozumiewawcze  spojrzenie...  No  i  wyszła  ze  mnie  natura
mechadoga ogrodnika. Sam nie biorę i innym nie pozwalam.

- Zabierzcie ich do pokojów przesłuchań - wydała rozkaz. - Zaraz zaczynamy bal.
- Ostrzegam - odezwał się Uriel. - To przemoc, łamanie tajemnicy handlowej, prokuratura...
- Zajmie się wami, zajmie - przerwała z zimnym uśmiechem.
Może  byli  kiedyś  razem,  rzucił  ją  dla  innej  i  stąd  ten  sadyzm  na  jej  twarzy?  Wyglądała  jeszcze

ponętniej.  Nagle  zachwiałem  się  od  wstrząsu.  Dobrze,  że  Doomy  mają  wmontowane  regulatory
głośności, bo wrzask łamanej stali rozdarłby wirtualne bębenki. Spojrzałem w stronę wybuchu. Nasz
transportowiec,  dymiąc,  osunął  się  ze  zgrzytem  na  zwichrowane  podwozie.  Z  wypalonej  za  nim
dziury,  której  krawędzie  jeszcze  płonęły  i  sypały  iskrami,  wysypywali  się  policjanci  odziani  w
pomarańczowe egzoszkielety.

- Stać! - krzyknął ich dowódca, unosząc się w powietrzu i wydając krótkie rozkazy podkomendnym.

Pauline  słaniała  się.  Podleciał  do  niej  szef  grupy  i  z  gracją  wylądował.  Serwomechanizmy
wzmacniaczy  ruchu  cichutko  zasyczały.  Kobieta  sięgała  mu  do  połowy  piersi.  Nie  to,  żeby  był  tak
skandalicznie  wysoki,  po  prostu  machina,  w  którą  był  wmontowany,  przydawała  mu  wzrostu.  Miał
kwadratową,  medialną,  chciałoby  się  powiedzieć,  szczękę,  orli  nos  i  chyba  blond  włosy,  trudno  było
jednoznacznie stwierdzić, bo tylko jakiś kosmyk wystawał spod hełmu.

- Pani Eim?
Zakrztusiła się. Spojrzała bezradnie. Wydawała się ogłuszona.
- Słucham?
- Porucznik Laurus Wilehad z Centralnego Biura Śledczego. Doniesiono o bezprawnym napadzie

na  firmę  Binary  Digits.  Oskarżam  panią  o  kierowanie  napaścią  z  bronią  w  ręku  w  celu  zagarnięcia
tajemnicy biznesowej oraz próbę nielegalnego ograniczania wolności pracowników. Informuję, że ma
pani  prawo  milczeć  oraz  że  wszystko,  co  od  tej  pory  pani  powie  i  zrobi,  jest  nagrywane  i  może  być
użyte przeciwko pani.

Dyrektor  przykładała  dłoń  do  ucha  i  marszczyła  czoło.  Rzeczywiście  miała  uszkodzony  słuch  czy

udawała? Zamachała rękami w wyjaśniającym geście.

- Ależ... to tylko zaproszeni goście...
Porucznik Wilehad nie miał poczucia humoru. Zacisnął mięśnie szczęk.
- Rekwirujemy porwanych. Wszyscy jesteście zatrzymani.
Otoczyła  nas  oranżowa  drużyna.  Oceniłem  szanse.  V  pomieszczeniu  istniało  zbyt  duże  ryzyko

zranienia osób nie osłoniętych metalem...

Co innego na dachowej rampie lądowniczej, na której czekała policyjna barracuda, średniej klasy

opancerzony transportowiec.

background image

- 26 -

-  Coś  tu  śmierdzi  -  przełączyłem  się  na  wewnętrzną  komunikację.  -  Jakim  cudem  tak  szybko  się

pojawili? Dlaczego egzoszkieletowcy? Ci policjanci chyba nie stoją po stronie prawa.

-  Nie  stoją  -  odezwała  się  zza  moich  pleców  Anna,  również  na  kanale  wewnętrznym.  -

Przeanalizowałam  problem.  Wygląda  na  to,  że  chronią  pojmanych  przed  przesłuchaniem  w
Novatronics. Ergo, współpracują z nimi.

- „Crash" - odezwałem się - musimy zwiewać. Jak nas zapuszkują, przegraliśmy.
Skinął  głową.  Na  mapie  zobaczyłem,  jak  bezgłośnie  wydaje  polecenia  drużynie.  Rozpoczął

odliczanie: trzy... dwa...

-  Ratujcie  mnie!  -  sekwencję  przerwał  chudy  roztrzepaniec,  jeden  z  pracowników  Binary  Digits.

Wyrwał się z kordonu i rzucił w stronę najbliższego Dooma.

- Mike, osłoń go! - krzyknął Peter. - Ja biorę dyrektor!
Odpaliłem  silniki  i  ruszyłem  płaskim  lotem  w  stronę  najbliższego  policjanta.  Staranowałem  go.

Anna  powtórzyła  mój  manewr  dwa  razy  szybciej  i  dwa  razy  skuteczniej.  Dwóch  kolejnych  stróży
prawa  sunęło  po  tafli  lądowiska,  sypiąc  dookoła  skrami.  Łącznie  ze  mną  i  Sokolovsky  szóstka
motombów wystartowała w powietrze, niosąc Pauline i uciekiniera. Sześciu Bezbolesnych zostało na
placu, wiążąc walką strażników.

-  Bez  ofiar!  -  krzyknąłem  do  nich.  -  Ostrożnie!  Ciekawe,  że  nie  przyszło  mi  do  głowy,  że  diabły

mogą przegrać. Usłyszałem za plecami silniki egzoszkieletów. Włączyłem wsteczną kamerę. Trzech
pościgowców na tle malejącej siedziby firmy. Na moment zakryły ich pojedyncze strzępy chmur. Za
chwilę  wychynęli  zza  mlecznej  zasłony  z  odbezpieczoną  bronią.  Niedobrze.  Walka  nie  wchodziła  w
grę, nawet ranienie policjanta było bardzo poważnym przestępstwem. Zawinęliśmy ciasne koło wokół
gigantycznej wieży telewizyjnej.

- Torkil na wabia! - zakomenderował Kytes. Niestety, musiałem się z nim zgodzić. Jako jedyny nie

umiałem przyspieszać i w zasadzie w ogóle mnie tam nie było, więc nawet zestrzelenie nie oznaczało
katastrofy.  Najwyżej  finansową.  Dwa  inne  motomby  obciążone  były  żywym  bagażem.  Pozostawała
zatem  para  sprawnych  wojowników  i  Anna  (bez  bojowego  doświadczenia)  przeciw  trzem
policjantom... nadstawiłem ucha... i dwóm wozom pościgowym.

- Psiakrew - zaklął Kytes. - Na szczyt!
Na mapce pojawił się pulsujący purpurowy punkt wskazujący dach drapacza. Pomarańczowi oddali

pierwsze strzały. Żółte smugi zginęły w rzadkich chmurach. Zląkłem się o Pauline.

- Spiralą przy ścianie! - krzyknąłem. - Nie odważą się strzelać!
Nasza  grupa  zbliżyła  się  do  śliskich  powierzchni.  Czułem  się  jak  ptak  lecący  tuż  nad  taflą

połyskliwej  wody...  stalowy  ptak  mknący  z  prędkością  czterystu  kilometrów  na  godzinę  o  metr  od
konstrukcji,  która  podczas  kolizji  pocięłaby  go  na  plastry.  Włączyłem  optyczne  wspomaganie  lotu.
Przed  oczami  pojawiła  się  projekcja  toru.  Trochę  się  uspokoiłem.  Zawyły  syreny  pościgowych
pneumobili. Śmignęliśmy przed ich garbatymi nosami. Zamazaną przestrzeń między lecącymi nade
mną motombami przeplotły pionowe salwy. Spojrzałem w dół. Policjanci lecieli również przy ścianie.
Byli  naprawdę  dobrzy.  Za  nimi  kurczyła  się  praska  część  Warsaw  City,  coraz  bardziej  sina  od
powietrznej  perspektywy.  Wieża  TV  była  bardzo  wysoka.  Za  chwilę  wzlecieliśmy  ponad  warstwę
chmur. Uderzył nas blask słońca pod krystalicznie czystym niebem. W tej scenerii budowla wyglądała
jak magiczny pałac wyrastający z mlecznego morza. W oddali majaczyły szczyty innych najwyższych
gmachów  miasta.  A  w  jeszcze  większej  odległości  drżały  miraże  linowców,  znacząc  granice
metropolii.

- Teraz! - krzyknął Kytes.
Wytrysnęliśmy nad lądowisko mieszczące się na szczycie. Anna i dwa inne Doomy przyspieszyły,

podczas gdy Peter wraz z Mike'em lokowali półżywych pasażerów w bezpiecznym miejscu.

- Włączam zakłócanie radarów - powiadomiła Sokolowsky
-  Przechwytujemy!  -  oznajmili  dwaj  Bezboleśni.  Wiedziałem,  co  robić.  Wisiałem  nad  antenami

wieży  jak  robak  na  haczyku.  Pomarańczowi  zbliżali  się  z  niebezpieczną  szybkością.  Na  tle  białych
obłoków wyglądali jak amfipriony, złoto-białe rybki zamieszkujące rafy koralowe...

. Oddali kilka strzałów.
...może  raczej  jak  dziwaczne  odmiany  piranii.  Wykonałem  zwody  znane  z  Goodabads.

Poskutkowało.  Świetliste  smugi  pomknęły  w  nieograniczony  przestwór  nieba,  przypominając  na
ułamek  sekundy  o  nieskończoności  wszechświata  i  kruchości  każdego  ludzkiego  bytu  w  obliczu
wieczności.  Nagle  dwie  połyskujące  plamy  śmignęły  za  plecy  napastników,  chwyciły  elementy
szkieletów,  szarpnęły  i  sprowadziły  zbaraniałych  funkcjonariuszy  na  dach.  Kilka  sekund  i  cała  trójka
siedziała rozbrojona przy barierce, w zdemolowanych konstrukcjach będących przed chwilą dumnymi
egzoszkieletami.  Teraz  skręcone  struktury  stały  się  więzieniem.  Mężczyźni  szarpali  się  na  próżno.
Oto jak atut może stać się przeszkodą, skwitowałem filozoficznie.

background image

- 27 -

-  Teraz  pneumobile...  -  zanurkowałem  w  kierunku  policyjnych  pojazdów,  wyłaniających  się  z

białego puchu.

- Delikatnie! - ostrzegł Peter. - To nie szkielety Trochę ważą!
-  Stój  !  -  krzyknęła  Anna  unosząca  się  kilkanaście  metrów  za  mną,  na  tle  sterylnej  błękitnobiałej

wieży.

Wyhamowałem dziesięć metrów przed latającymi czołgami. Nie widziałem kierowców za czarnymi

połyskliwymi szybami.

- Co jest?!
- Nie trzeba ich niepokoić... - jej głos był jakby wyższy.
Wozy niepewnie się kołysały. Dlaczego nie atakują?! Prześwietliłem je. Piloci żywo gestykulowali.

Za moment, ku mojemu zdumieniu, pojazdy weszły w ciasny wiraż i z hukiem generatorów znikły w
chmurach.

- No - usłyszałem śmiech diginetki. - Gonią nas, tylko że nie dogonią, bo ścigają duchy.
- Jak to zrobiłaś?
-  Przypominam,  że  stworzyłeś  mnie,  mój  panie,  programistką.  W  dodatku  taką,  która  może

pracować wielokrotnie szybciej od organika. Mając do dyspozycji taki sprzęt jak Doom, mogę zrobić
praktycznie wszystko.

Brzmiało  to  groźnie.  Postanowiłem  przeanalizować  jej  wypowiedź  później.  Wylądowaliśmy  na

dachu.  Skuleni  policjanci  darli  się  wniebogłosy,  wzywając  przez  komunikatory  skołowanych
kierowców. Pomruk silników ucichł. Zbliżyliśmy się do więźniów.

- Jesteśmy w bezpiecznym miejscu - dotarł komunikat od pozostałej szóstki Doomów. - Więźniów

nie udało się odbić. Potrzebujecie posiłków?

- Dzięki, już nie - odparłem.
- Over and out.
-  Włączcie  zewnętrzną  komunikację  -  odezwał  się  Kytes.  -  Panowie  policjanci  powinni  nas  teraz

słyszeć. Weźcie tego - wskazał palcem najbardziej przestraszonego. - Tam - skierował nas za komin
wentylacyjny.

Otulił nas zbłąkany obłok. Przełączałem kanały optyczne, żeby zorientować się, w którym widmie

będzie najlepsza widoczność. Jakoś żadna z reprezentacji mi nie odpowiadała. Dotarliśmy na miejsce
i ulokowaliśmy nieszczęśnika przy niklowanej rurze.

- Kto wydał rozkaz najazdu na Novatronics? - spytałem.
Chmura zrzedła. Włączyłem normalną optykę.
- Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie, sir - więzień wyraźnie się opanował.
- Nazwisko?
- Sierżant Rama Hawk, piąty oddział specjalny Centralnego Biura Śledczego.
- Kto wydał rozkaz?
- Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie, sir.
Jego  twarz  zdradzała  determinację.  Naprawdę  szybko  się  pozbierał.  Musieli  ćwiczyć  scenariusz

pojmania.

- Przeliteruj swoje imię - przypomniałem sobie stary chwyt, łamiący opór przesłuchiwanego.
- Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie, sir.
- Co znaczy nie mogę?! - kolejny wybieg.
- Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie, sir.
- Słuchaj, Rama, nie widzisz, że nie masz szan
- Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie, sir.
Machnąłem stalową łapą.
- Czekaj - odezwała się Sokolowsky. - Tego na pewno nie praktykowali.
Podeszła  i  okraczyła  go.  Czym  prędzej  wyłączyłem  program  „Anna".  Znowu  widziałem  droida.

Zaczęła rozpinać mu rozporek.

- Wiesz, jak nazywa się mój model? - spytała, ni przerywając czynności:
W szparze materiału zamajaczyła biel szortów Mężczyzna pobladł.
- Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie, sir.
Uśmiechnęła  się  demonicznie.  Jak  inaczej  można  nazwać  grymas  metalowej  kobiecej  twarzy  w

takiej, sytuacji?

-  Ja  nie  jestem  sir...  -  wyjęła  jego  przyrodzenie  na  spodnie  -  ...tylko  miss.  Jeśli  chcesz,  możesz

mnie nazywać nawet Miss Universum.

Milczał, lecz wyraźnie tracił rezon.
-  Wracając  do  wątku...  -  ujęła  nieszczęsnego  członka  w  stalowe  palce  -  mój  model  to  Doom.

Wyposażony w odpowiednie sfery erogenne i siłowniki.

Przysunęła mechaniczne biodra w pobliże miednicy więźnia. Zaczął się pocić.

background image

- 28 -

- Pomiędzy nogami mam silniczki. Dla przyjemności partnera.
Przysunęła się jeszcze bardziej. Syknął serwomechanizm otwierający wejście do pochwy.
-  Zaraz  poczujesz...  -  palce  przysunęły  penisa  do  ujścia.  -  Tyle,  że  ścisnę  cię  troszkę  bardziej,  a

może nawet dużo bardziej... Zawsze marzyłam, żeby zmiażdżyć jakiegoś fiuta.

- Dowódca! - wrzasnął policjant.
Cały dygotał. Chwycił swą męskość i drżącymi rękami ulokował w azylu spodni.
- Dowódca wydał rozkaz! - powtórzył poprzez hamowany płacz.
Trudno powiedzieć: łkał ze strachu, z powodu urażonej dumy czy ze złości, że się złamał?
- Nazwisko dowódcy? - spytałem.
Anna odsunęła się. Ledwie słyszalny dźwięk świadczył, że zamknęła krocze. Odetchnąłem.
- Major Perun Arm.
- Kto wydał rozkaz dowódcy?
- Nie wiem - strachliwie spojrzał na Annę. Włączyłem jej program i z ulgą przyjąłem ludzki widok.

Ciągle w bikini. Przez głowę przemknęła mi myśl, że trzeba będzie udoskonalić tę aplikację. W końcu
dlaczego Anna nie ma się stroić jak inne kobiety? Sama na pewno już o tym myślała.

- Łącz się z Perunem - rozkazałem. - Opuszkowo. Nie mentalnie - dodałem.
Więzień  zerknął  na  żeńskiego  Dooma  i  wystukał  polecenie  na  przedramieniu.  Anna

znieruchomiała.

-  Rama?  -  na  monitorze  wygenerowanym  przez  naręczny  komputer  policjanta  pojawiła  się  twarz

szpakowatego mężczyzny. - O co chodzi? Dlaczego nie meldu...

-  Pan  Rama  Hawk  jest  w  naszych  rękach.  -  przerwałem.  -  To  jest...  ehem,  sierżant...  tak?  -

spojrzałem na pojmanego.

Przytaknął.
- Sierżant Rama Hawk. Rozmawiam z Perunem, nieprawdaż?
- Nie będę odpowiadał na żadne pytania.
Powiedz,  że  odstrzelisz  zakładnikowi  rękę,  pojawił  się  napis  przed  moimi  oczami.  Zerknąłem  na

Annę.

- Jeśli nie będziesz współpracował - odezwałem się - odstrzelę mu łapkę. Ta rozmowa jest nagrywa

na. Odpowiedzialność spłynie na ciebie.

Major nie okazał uczuć. Milczał.
- Usłyszałeś mnie, panie Arm?
Cisza. Pokręciłem głową z rezygnacją.
Już możesz.
-  W  takim  razie...  nie  pozostawiasz  mi  wyboru.  Zobaczyłem  swoje  widmo  wyciągające  rękę  i

odstrzeliwujące  ramię  żołnierza.  Przedstawienie  było  tak  przekonujące,  że  zasłoniłem  się  przed
fontanną krwi.

- Stójcie! - krzyknął przełożony. - Jezu Chryste! Załóżcie mu opaskę! Proszę!
- Najpierw informacje - odrzekłem. - Co chcecie wiedzieć? Prędko!
- Kto wydał ci rozkaz?
- Generał Roger Baal! Roger Baal, na litość boską, pomóżcie mu!
- Adres?

***

- Teraz proponuję przyjrzeć się nieoczekiwanemu sprzymierzeńcowi - odezwał się Peter.
Podeszliśmy  do  skrzywionego  roztrzepańca  o  rybich  oczach  i  ustach,  masującego  sobie  pachy.

Znam ten ból.

- Kim jesteś? - spytałem. - Ruben Troy, haker.
- Tak łatwo się przyznajesz do zakazanego zawodu? - zdziwiłem się.
Znów otuliła nas mgła.
-  Jestem  porządnym  programistą.  Moje  pułapki  to  dzieła  sztuki  -  zaszczękał  zębami  chudzielec.

Zorientowałem się, że na tej wysokości musi być strasznie zimno. Spojrzałem na odczyt. Minus pięć
stopni!  Pauline!  Przerwałem  rozmowę  i  podbiegłem  do  niej.  Siedziała  skulona  przy  murku
odgraniczającym dach od przepaści i dygotała. W zamieszaniu wszyscy o niej zapomnieli! Chyba coś
sobie naderwała, bo cicho jęczała. Żałowałem, że nie mogę jej ogrzać własnym ciałem. Nikt z nas nie
mógł.

- Musimy zlecieć na dół, w jakieś bezpieczne miejsce - stwierdziłem. - Tam dokończymy rozmowę.

***

background image

- 29 -

- Lista nieostrożnych biofilów rośnie. Kolejny bohater chciał się osiedlić poza polem ABB na północ

od  Kolonii.  Szczątki  jego  ciała  i  ekwipunku  wciąż  są  zbierane  przez  grupy  Out  Rangers.  Centrum
Kontroli  Mutacji  przypomina,  że  bezpieczną  turystykę  można  uprawiać  wyłącznie  w  obrębie  filtrów
ABB. Bezpłatne przewodniki i mapy można ściągnąć z oficjalnej strony CKM.

Przechodzimy do notowań giełdowych...

***

W  jakim  obszarze  grupa  sześciu  Doomów  może  bezpiecznie  wylądować,  nie  wzbudzając  swoim

widokiem  niepotrzebnego  zainteresowania?  Gdzie  panuje  atmosfera  niefrasobliwego,  pozornie
kontrolowanego chaosu? Oczywiście tylko w wytwórni holofilmów. Zgodnie ze światowym zwyczajem
w pobliżu większości wież HTV unoszą się gigantyczne platformy robocze, które, chociaż znajdują się
wyżej  od  większości  miejskich  budowli  (dla  lepszego  światła),  szczycą  się  łagodnym,  sztucznie
kontrolowanym mikroklimatem. Przyziemiliśmy w cieniu włoskich topoli, na zielonym polu golfowym,
następnie jakby nigdy nic wyszliśmy na otwarty obszar i skierowaliśmy się do kafejki.

Kilka  osób,  ubranych  jeszcze  dziwaczniej  niż  my,  sączyło  drinki  w  cieniu  wielkich  parasoli.

Siedliśmy  na  krzesełkach  i  zamówiliśmy  kawę  dla  całej  grup  Ciekawy  jestem,  co  z  nią  zrobimy?
Zerknąłem na półprzytomną Pauline. Pewnie jest odwodniona. Przydadzą jej się płyny...

-  Dlaczego  uciekłeś?  -  spytał  Kytes,  wlepiają  w  hakera  nieprzeniknione  sensory  optyczne.  Ruben

rozczochrał czuprynę.

- To ja wysyłałem sygnały.
- O czym mówisz? - przysunąłem się z siedziskiem.
Podeszła kelnerka.
- Państwo zamawiali osiem kaw, prawda?
- Tak - skinął głową Mike.
Zgrabna  blondynka  rozstawiła  naczynia  i  oddaliła  się.  Szkoda,  że  Doomy  nie  mają  kamer

bocznych,  chętnie  oceniłbym  dynamikę  ruchów  jej  bioder,  ale  obok  siedziały  Anna  i  Pauline...  Nie
mogłem. Jednak faceci to świnie.

-  Mówię  o  „łożu  śmierci"  w  reklamach,  o  Deep  Past  World,  o  mapie  siedziby...  -  wyrwał  mnie;  z

chutliwych myśli głos Troya.

- To ty? - jestem przekonany, że moja stalowa twarz w jakiś sposób oddała odruch wytrzeszczenia

oczu i uniesienia brwi.

- No siur, że ja - rozciągnął pełne usta w uśmiechu satysfakcji.
- Ty stworzyłeś świątynię Kalos?!
Wyszczerzył krzywe zęby. Zawsze dziwiły mnie upodobania indywiduów jego pokroju. Za niewielką

opłatą mógł je wyprostować w ciągu dwóch tygodni: Sięgnął po filiżankę.

- Klasa, co? Nie pijecie? - Spojrzał na nasze: zbroje. Jego śmiech brzmiał jak godowy zaśpiew żab.

pospolitych.

Za chwilę spoważniał.
-  Ryzykowałem  życiem  -  podjął  -  żeby  dotrzeć  do  kogoś  z  łbem  na  karku.  Kiedyś  pracowałem  w

reklamach. - Spojrzenie skosem w lewo, do góry. Prawdę mówi. - Sukinsyny, które nas pilnowały, nie
były  w  stanie  prześledzić  wszystkich  połączeń.  Najłatwiej  ukryć  przekaz  w  adwertach.  Dlatego
umieściłem  tam  ostrzeżenie  przed  pierwszą  falą  skierowaną  przeciwko  organikom  i  adres  bazy  w
puszczy.

Można  powiedzieć,  że  uratował  mi  życie.  Kto  wie,  czy  nie  wszedłbym  w  jakąś  grę,  gdyby  nie  ta

koszmarna reklama za szybą?

- A jak udało ci się przemycić tekst u tracących przytomność? - spytałem.
Skinął głową na to wspomnienie.
- Najtrudniejsze. Wielkie ryzyko. Ale - znów się uśmiechnął - od czego jest się geniuszem?
- To dzięki tobie pierwsza fala zaatakowała naszych znajomych?
Zacisnął mięsiste wargi.
- Miałem bazę danych gamedeków i speców od bezpieczeństwa. Żeby zwiększyć szanse, że ktoś

załapie,  gdzie  nas  trzymają,  musiałem  dotrzeć  do  jak  największej  liczby  osób.  -  Spojrzał  na  nas
wyłupiastymi oczami. - Cieszę się, że się udało.

- Ale - zrodziło się we mnie podejrzenie - dlaczego to zrobiłeś? Za mało płacili?
Pokręcił głową na cienkiej szyi i siorbnął z filiżanki. - Obrażasz mnie. Obrażasz hakerów - zmierzył

mnie wilgotnym spojrzeniem. - My lubimy gry.

- Wiesz, kto was zatrudnił? - spytał Kytes. Smętnie potrząsnął głową.

background image

- 30 -

-  Moje  domysły  nic  nie  znaczą.  Potrzebujecie  dowodów.  Niektórych  z  nas  przekupili,  innych

zmusili.  Ale  się  nie  przedstawiali.  -  Wzdrygnął  się.  –  Nie  chcę  wiedzieć,  jaką  planowali  dla  nas
przyszłość. Jakoś trudno mi uwierzyć, że po tym wszystkim tak zwyczajnie pozwoliliby nam odejść.

Podniosłem się. Musieliśmy szukać dalej.
-  Pozostaje  generał.  -  Spojrzałem  na  Mike'a.  Poproś  pozostałą  szóstkę  Bezbolesnych,  żeby

przylecieli i odtransportowali dyrektor i hakera do baz w puszczy.

Na stoliku parowało sześć nie tkniętych kaw. Zerknąłem na Pauline.
- Smacznego.
Zrobiła kwaśną minę. Gdy startowaliśmy, usłyszałem, jak zaczepia ją jakiś filmowiec:
- Udane kostiumy! Do jakiego to filmu?...

***

Byłem przekonany, że przed gravillą tak wysokiego oficjela przywita nas ciężki szwadron kawalerii

lotniczej.  Tymczasem  śpiewały  ptaki,  a  w  powietrzu  rozchodził  się  sielski  zapach  prowincji.  Generał
Roger  Baal  był  dumnym  właścicielem  sporego  obszaru:;  jak  okiem  sięgnąć  lasy,  zagajniki,  nawet
sztuczne jezioro, żadnych innych siedzib. I to wszystko tuż z granicami Warsaw City! No, no...

Zrozumiałem,  że  major  Perun  Arm  nie  ostrzeże  przełożonego,  bo  bał  się  stracić  stołek.  Natura

ludzka  czasem  bywa  pomocna:  brak  zrozumienia,  na  czym  polega  praca  zespołowa,  przyczynia  się
do porażki instytucji.

Generał  przyjął  nas  przy  basenie,  w  gaciach  (nawet  chyba  normalnych,  bez  biousprawniaczy)  i

podkoszulce na ramiączka. Jego klatka piersiowa pokryta była siwym włosem, szyję zdobiło obwisłe
podgardle, brzuch wyglądał na dwunasty miesiąc ciąży, a białe podudzia pokrywała siatka błękitnych
żylaków. I znowu, jak w przypadku zębów Troya, nie wiedziałem, dlaczego je hoduje. Może niektórzy
ludzie lubią hołubić jakąś ułomność?

Gdy  lądowaliśmy  na  szafirowych  kafelkach,  zrywając  podmuchem  płatki  licznych  begonii,  dalii  i

bratków zdobiących wewnętrzną część ogrodu (unosiły się na różnych wysokościach w powietrznych
rabatach), nawet nie drgnął. Siedział w cieniu grawitacyjnej czapy zastępującej przestarzałe parasole,
czytał el-booka i sączył jakiś żółty sok.

- Marita! - krzyknął w głąb przyziemnej części posesji, zdejmując okulary. - Mamy gości! - Spojrzał

na nas malutkimi oczkami.

Zrobiłem  optyczny  najazd,  żeby  lepiej  mu  się  przyjrzeć.  Jasnoszare  iskierki  ukryte  w  zwałach

powiek.

- Nie usiądziecie? - roześmiał się. - Żartowałem. Nie potrzebujecie. - Westchnął ciężko. - Nie to, co

ja ze swoimi żylakami. Nie ufam tej dzisiejszej medycynie.

A więc dlatego wciąż je ma.
- Generał Roger Baal? - spytałem.
Spojrzał w górę, na szczyty kasztanowców i olch szumiących w dalekiej części posesji.
- Jeśli składasz wizytę, powinieneś wiedzieć, komu.
Do ogrodu weszła gosposia. Zatrzymała się, widząc naszą grupkę.
- Marita! - krzyknął przez ramię. - Krzesełka dla miłych panów... - zauważył żeński model - i pani.

Nieznacznie  się  ukłonił.  Sokolovsky  dygnęła.  Co  on  wyprawia?  Za  chwilę  owinie  nas  wokół  palca!
Gosposia z przestrachem wbiegła do budynku.

Pewnie spróbuje wezwać pomoc. Zablokuję połączenia - przeczytałem komunikat Anny.
- Chcemy się dowiedzieć, dlaczego wydał pan rozkaz odebrania firmie Novatronics hakerów, którzy

zostali  wyłuskani  z  siedziby  Binary  Digits  w  Puszczy  Peeskiej  przez  nasz  oddział  uderzeniowy  -
zacząłem.

-  Uu  -  pokręcił  smalcowatym  karkiem.  -  Dużo  mówisz.  Za  dużo.  Już  wiem,  kim  jesteś  i  po  co

przyjechałeś. Rozumiesz, co to oznacza w negocjacjach?

Gdybym mógł, ugryzłbym się w język. Nagle jego wzrok stwardniał.
- Chciałbym was uprzedzić - odezwał się cicho, że już nie żyjecie.
Przeszył mnie dreszcz.
- Nagrywamy to spotkanie - odparł Kytes. Starszy człowiek parsknął.
-  Nagrywaj,  pajacu,  co  chcesz.  -  Przyjrzał  się  krwistoczerwonym  różom  na  klombie  i  podrapał,  w

kolano.  -  Żaden  dziennikarz  czy  prawnik  nie  odważy  się  ujawnić  takiej  bomby.  -  Spojrzał  ostro.
-Rozumiecie?  Można  rzucić  granat  czy  petardę  i  schować  się  za  mur,  wiedząc,  że  cegły  ochronią
prze  podmuchem.  Ale  ten  kaliber...  -  zaśmiał  się  –  to  jakby  ktoś  odbezpieczył  ładunek  jądrowy  i
wskoczył do rowu. - Założył nogę na nogę. - Wybuch urwie mu dupę, głowę, obie ręce i ślad po nim
zaginie.

Zrobił pauzę.

background image

- 31 -

- Pojęli?
Milczeliśmy.
- No to won.
Nie  wytrzymałem.  Gdy  wylądował  dziesięć  metrów  dalej  ze  zmiażdżoną  połową  twarzy,

zastanawiałem się, czy jeszcze żyje.

- Oż ty... - wyszeptał Kytes.
Zdawało mi się, że słyszę stłumiony okrzyk Marity, która zapewne oglądała całą tę scenę z wnętrza

gravilli.

- Ty skurwielu - przyklęknąłem przy cielsku - ty skurwielu jeden, gadaj, bo wyrwę ci gardło.
Naprawdę miałem ochotę sięgnąć pod zwały tłuszczu i ująć w stalowy uścisk jego krtań. Z trudem

powstrzymałem sadystyczny odruch. Spojrzał na mnie jak podstarzały byk podczas ostatniej walki na
arenie.

- Nie żyjesz, dupku - wycharkotał.
I  znowu  nie  mogłem  się  pohamować.  Szarpnąłem  go  w  górę,  chwytając  pod  galaretowatymi

pachami  i  wyrzuciłem  w  powietrze  (tym  razem  już  go  nie  biłem.  Naprawdę  mógłby  nie  przeżyć).
Wygenerował całkiem ładne tsunami, gdy wpadł do basenu. Szkoda, że nie byłem we własnym ciele,
chętnie poczuł bym pod stopami chłodną wodę, która wylała się przez krawędzie zbiornika.

- Aniu, pomóż mi! - krzyknąłem.
Podlecieliśmy i wyłowiliśmy płetwala. Ułożony na błękitnych płytkach wyglądał jak nieświeża foka.
- Gadaj - poprosiłem grzecznie.
Woda ściekała po krzaczastych brwiach, mieszając się z bordową posoką. „Patrz, panie, jaka jucha

czarna",  przypomniały  mi  się  słowa  medyków  z  historycznych  holofilmów.  „Gorączka  cię  trawi.  Trza
krwi upuścić, bo zatruta!" Ten gość z pewnością wypełnioną jadem miał nie tylko płynną tkankę, ale i
duszę. W jego napuchniętych oczach wreszcie zobaczyłem przestrach. Nie jakiś wielki egzystencjalny
lęk,  ale  prymitywny,  wręcz  rybi  niepokój  sterowany  instynktem  samozachowawczym.  I  po  co  taki
padalec ma żyć?

-  Firmy  produkujące  rzeczy...  -  wycharczał  -  ...  te  realne...  przedmioty...  -  wziął  głębszy

astmatyczny  oddech  -  ...boją  się  przemian...  tanie  gamepille,  tanie  dibeki,  ulepszone  łoża.  -
Zachłysnął  się  powietrzem.  -  Nie  tylko  firmy,  ale  całe  rządy.  -  Z  trudem  przełknął.  -  Maleje  siła
robocza.  Nie  ma  kim  rządzić.  Przez  te  śmierdzące  gierki  tysiące  ludzi  straciło  pracę.  Zamiast
zarabiać na emeryturę, wolą udawać, że żyją.

Usiadł. Wielki brzuch przykrył całe uda. - Dalej - rozkazałem.
Spojrzał lękliwie jak kundel bojący się ciosu. Znienawidziłem go za ten prymitywizm. Był jak wąż,

który poczuwszy przewagę, natychmiast zacznie kąsać.

- Utrzymujący się trend - podjął - prowadzi do exodusu w gry.
To brzmiało jak cytat z jakiegoś wykładu. Znów zrobił pauzę. Ten cham gra na zwłokę! Pewnie już

nadciąga odsiecz! Przełączyłem się na kanał wewnętrzny.

- Aniu, jesteś pewna, że zablokowałaś połączenia?
Wzruszyła ramionami.
- Gosposia nigdzie się nie dodzwoniła, ale może uruchomiliśmy jakieś alarmy.
Psiakrew!
- Prędzej! - szturchnąłem go.
Baal przełknął ślinę.
- Zawiązał się syndykat złożony z najbardziej wpływowych ludzi. Przekupili niektórych hakerów, a ci

stworzyli wirusy. Całej akcji nadali kryptonim „Pandora".

Odetchnął  i  rozkaszlał  się.  Umiał  wzbudzić  poczucie  winy.  Zatargaliśmy  go  na  leżak.  Z  zewnątrz

wyglądaliśmy pewnie jak rodzina, pochylająca się nad chorym dziadkiem.

- Cel był jeden - kontynuował. - Nakłonić ludzi do życia w realium, spowodować, żeby gry straciły

atrakcyjność.  Rozpuściliśmy  agentów  do  Brahmy  i  Wisznu,  żeby  szerzyli  dezinformację:  że  to  niby
digineci, niby kościół, a nawet gamedecy.

Przypomniał  mi  się  bystry  dziadek  z  niebezpieczną  laską.  No  jasne.  Też  agent.  Generał  rozłożył

ręce.  -  Ot,  i  cała  tajemnica.  -  Odzyskał  rezon,  choć  pół  twarzy  i  sporą  część  odzienia  przykrywała
kleista  czerwona  maź.  Musiał  być  cholernie  odporny  na  ból.  Co  się  dziwić,  stary  trep...  -  Żadne
szantaże wam nie pomogą - ostrzegł. - Stoi za mną kilka konsorcjów, które, gdyby mogły, kupiłyby pół
Ziemi. Rząd Wolnej Europy, FSA, a nawet Matka Rosja. Na waszym miejscu szykowałbym trumnę.
Porwaliście się na Godzillę.

Na  co?  -  spytała  Anna.  Wzbudził  we  mnie  cień  sympatii.  Z  całego  towarzystwa  chyba  tylko  ja

zrozumiałem  aluzję  odnoszącą  się  do  dwudziestowiecznego  potwora,  w  którego  żyłach  płynęła
plazma. Roger opadł na poduchy. Poczułem w ustach gorzki smak klęski.

- Leci tu dywizjon Skorpionów - zaalarmował Kytes na wewnętrznym kanale. - Spieprzamy.

background image

- 32 -

***

Masz  w  ogrodzie  krety  i  nornice?  Garden  Guardian  jest  odpowiedzią!  Garguar!  Garguar  wyśledzi

każde niepożądane stworzenie, zaatakuje i wyeliminuje, a resztki przerobi na nawóz! Garguar! Rabaty
i trawa pod niezawodną opieką!

***

- Uderzyła trzecia fala - oznajmił Chip, gdy wchodziliśmy do leśniczówki.
- Co?
Stanąłem  w  kącie  i  wykonałem  gest  wylogowania.  Otoczyła  mnie  czerń,  którą  rozświetlał  tylko

pasek rewitalizacji. Gdy dotarł do stu procent, poczułem prawdziwe ciało. Zsunąłem kask i usiadłem
na  łożu  Nie  miałem  siły  ściągać  kombinezonu.  Nieopodal  stała  moja  sterana  stalowa  zbroja.
Rzeczywiście zarysowali mi lakier.

- Jak to się stało? - zapytałem własnym głosem.
-  Walnęli  tym  samym  -  odezwała  się  blada  Pauline,  leżąca  na  kanapie  pod  jednym  z  dwóch

wielkich kominków. W obu płonęły szczapy. - Tyle że nasze programy reperacyjne sobie nie radzą.

Skrzywiła się. Coś ją bolało.
- Mów, co to jest - Anna spojrzała na stropionego Rubena.
Znów  widziałem  ją  jako  droida.  Trochę  zmęczyły:  mnie  te  przeskoki  percepcji.  Gdzie  są  moje

soczewki?!

Troy garbił się nad holomonitorem i bezustannie przeglądał jakieś dane.
- Nic z tego nie rozumiem. Skończyliśmy pracę dzisiaj rano. - Jego głos był cienki od emocji. - To

miał być zwykły wysyp, ale coś się zmieniło, popsuło... Nie wiem, co. Wirusy, które dotarły do serwera
Crying  Guns,  mają  jakiś  dziwny  kod...  wygląda  na  to...  W  dół...  -  wydał  dyspozycję  komputerowi.  -
...że  teraz  będą  miały...  w  dół  pół  strony  Wszystkie  te  komary,  pajączki  i  inne  stworzenia...  będą
mutować i chyba... - jeszcze kilka uderzeń w klawisze - ...mają zdolność rozmnażania.

- O, kurwa - wyrwało się Kytesowi. Załamałem ręce.
- To znaczy, że pozostaną na zawsze! Troy zacisnął pulchne wargi.
-  Jedyna  rada  to  stworzyć  mutujące  przeciwciała...  -  ciągle  stukał  w  klawisze  -  ...ale  na

wykorzenienie paskudztwa bym raczej nie liczył.

- Puszka Pandory... - wyszeptałem. - Otworzyliście w grach puszkę Pandory
Spojrzałem w okno, gdzie zielenił się las, a w nim żyły setki tysięcy owadów: wewnątrz barier ABB

głównie  motyle,  pszczoły,  trzmiele  i  ćmy,  ale  poza  nią  także  komary  muchy  i  gzy.  Odtąd  bestie  w
grach będą żyły własnym życiem: ciągle zmienne, zagrażające, ukryte, rany boskie!

Na chwilę zapadła ciężka cisza.
- Jest jeden sposób - wyrwało się hakerowi. Spojrzałem z nadzieją. Rozłożył ręce.
- Globalny format.

2. Doom Day

Pneumobile  charakteryzuje  interesująca  właściwość:  są  systemami  na  tyle  skomplikowanymi,  ż

może w nich ulec awarii cała masa podzespołów a one, jakby nigdy nic, wciąż latają. Podobnie rzec
się  ma  z  ludzkim  ciałem:  szwankuje  w  nim  to  i  owo,  a  człowiek  mimo  dolegliwości  ciągle  żyje,  a
nawet  się  porusza.  Analogia  okazuje  się  celna  również  w  od  niesieniu  do  społeczeństw  ludzkich.
Nieustannie  coś  w  nich  niedomaga,  psuje  się  i  załamuje,  a  one  mimo  to  funkcjonują,  a  nawet  się
rozwijają. Można rzec, że homo sapiens ma zepsucie w genach, ale dzięki swojej policentryczności
zawsze znajdzie sposób, żeby przetrwać. Właśnie tak staram się sobie wytłumaczyć, jeśli nie całość,
to chociaż część wydarzeń, które rozegrały się wkrótce po otwarciu cyfrowej puszki Pandory.

***

Pauline była chora. Podczas rajdu na telewizyjną iglicę naderwała ścięgna i więzadła obu stawów

barkowych, co wywołało poważne stany zapalne. Miał wysoką temperaturę. Leżała na piętrze chaty,
trawiąc  w  milczeniu  swoje  cierpienie.  Doskonale  wiedziałem,  co  czuje,  też  miałem  okazję  zaznać
rozkoszy  przejażdżki  w  objęciach  Dooma.  Tyle,  że  mnie  natychmiast  ulokowano  w  szpitalu.  Tu  był

background image

- 33 -

kłopot. Byliśmy banitami, w dodatku ona jako szef ochrony Novatronics stanowiła najtłustszy kąsek do
schwytania.  Hospitalizacja  nie  wchodziła  w  grę,  bo  jeden  kontakt  jej  identyfikatora  z  siecią  służby
zdrowia spowodowałby namierzenie i natychmiastowe aresztowanie.

Kytes  twierdził,  że  w  okolicznych  borach,  na  północ  od  naszej  siedziby,  a  na  południe  od  wsi

Dalekie  znajduje  się  hacjenda  zielachy.  Nie  bardzo  wierzę  w  lecznicze  moce  znachorek,  które  w
moim mniemaniu częściej szkodzą niż pomagają, z drugiej strony znam siłę najnowszych nanoleków,
jak  choćby  inflahealu  czy  painstopu  (ich  cyfrowych  odpowiedników  używaliśmy  w  Mroku).  Gdyby
starucha je posiadała i była skłonna odsprzedać, stan Pauline mógłby się (znacznie poprawić, a nawet
wrócić do normy, jeśli niczego sobie do końca nie zerwała.

Odległość dziesięciu kilometrów od naszej kryjówki nie przerażała mnie. Od dawna należał mi się ;

spacer  po  świeżym  powietrzu.  Zanim  otworzyłem  drewniane  odrzwia,  z  lubością  zerknąłem  na
nadgarstkowy  omnik.  Od  dawna  marzyłem  o  jego  nabyciu,  lecz  ciągle  czekałem  na  spadek  ceny
Okazało  się,  że  Chip  nie  tylko  sprezentował  mi  motomba,  ale  także  to  cudo  wraz  z  najnowszą
generacją  soczewek  i  okularów  na  zmianę  (gdybym  miał  ochotę  mądrzej  wyglądać).  Nareszcie
mogłem wgrać program „Anna", dzięki któremu znów oglądałem ją w ludzkiej postaci. Chociaż bardzo
chciała mi towarzyszyć, odmówiłem. Obawiałem się, że jej widok może zwrócić uwagę nieproszonych
ciekawskich.  Na  szczęście  nie  musiałem  jej  długo  przekonywać,  bo  argument  miał  sens.
Zaprogramowałem marszrutę, włączyłem kompas, prędkościomierz wraz z dystansometrem, wziąłem
głęboki wdech, otworzyłem drzwi i zanurzyłem się w zielony świat.

Las, ku mojemu zdumieniu, wyglądał tak samo jak w dziesiątkach gier. Zanim postawiłem stopę na

mszystej  ściółce,  wyobrażałem  sobie,  jakimi  uraczy  mnie  różnicami:  zapachami,  fakturą  kory  na
drzewach,  kształtami  igieł,  liści...  Nic  z  tego.  Kora  była  nieskończenie  różnorodna,  lekko  brudna,
szorstka…  taka  jak  choćby  w  Ghoul  Runners  czy  w  Forest  Fear.  To  samo  dotyczyło  liści,  traw  i
nieskończonej  liczby  szczegółów.  Kiedyś  cyfrowe  knieje  ustępowały  prawdziwym  borom  tak  pod
względem  zróżnicowania,  ja  i  nastroju.  Lecz  odkąd  zrezygnowano  z  kodu  randomizacyjnego  na
korzyść  kopiowania  rzeczywistych  krajobrazów,  wirtualne  światy  zaczęły  się  wyróżnia  na  korzyść.
Prawdziwy  las,  który  mnie  otaczał,  wyglądał  dokładnie  tak  samo  jak  gierczany,  był  tylko…  trochę
brzydszy.

Kucnąłem  i  podniosłem  omszały,  wilgotny  pat  czek.  Nic  nadzwyczajnego.  Zwykły,  banalny

patyczek.  Czy  nic  mnie  nie  zaskoczy?  Odgarnąłem  warstwę  brązowych  dębowych  liści.  Aha!
Nareszcie! Patrzyłem z satysfakcją na gnijącą warstwę roślinności skrytą pod spodem. W gierczanym
świecie  w  taki  miejscu  znajdziesz  wciąż  zielone  runo.  Tu  była  zgnilizna.  W  sumie  rzecz  do
poprawienia, po prostu programiści na to nie wpadli albo stwierdzili, że efekt nie będzie zadowalający,
w końcu który gracz tęskni za widokiem florystycznego rozkładu? Mimo wszystko znalazłem różnicę.
Czułem  niezrozumiałą  satysfakcję,  zupełnie  jakbym  rozwiązał  jakąś  gamedeczaną  zagadkę.
Parsknąłem.  Rzeczywiście,  powód  do  dumy.  Przerwałem  rozmyślania,  bo  poczułem  łaskotanie  na
grzbiecie ręki. Podniosłem ją i... zobaczyłem muchę. Pohamowałem odruch odrazy i przyjrzałem się
jej  łebkowi.  Języczek,  nie  kłujka.  Odetchnąłem  z  ulgą.  Zerknąłem  na  mapkę.  Bariera  ABB  była
oddalona o dobry kilometr. Otrzepałem ręce, insekt odleciał z cichym bzyczeniem. Podźwignąłem się
i ruszyłem w drogę.

Nie  uszedłem  kilometra,  gdy  dały  o  sobie  znać  znużone  mięśnie.  Najpierw  było  to  ledwie

zauważalne  mrowienie,  ale  wkrótce  przekształciło  się  w  swędzenie,  a  potem  w  autentyczny  ból.
Przyjąłem  go  z  wielkim  zaskoczeniem.  Szczyciłem  się  przecież  całkiem  rozbudowaną  muskulaturą.
Wytworzyły ją co prawda miostymulatory wbudowane w kombinezon, ale mięsień to mięsień! Kłucie
doskwierało  wszędzie:  bolały  przyczepy  mięśni  piersiowych  przy  mostku,  gryzły  łopatki  w  miejscu
połączenia  z  mięśniami  naramiennymi,  prostowniki  grzbietu  przypominały  o  sobie  igłami  cierpienia,
mięśnie  udowe  drażniły  pachwiny,  trójgłowy  łydki  szarpał  tył  kolana,  nawet  prostowniki  palców  stóp
spuchły z przodu podudzi. Okazało się, że jestem zupełnie odzwyczajony od ruchu! Jak to się stało?
Za  chwilę  słynny  gamedec,  Torkil  Aymore,  rozwiązał  kolejną  ultratrudną  zagadkę:  owerol  gracza
pobudza  mięśnie  do  skurczu,  lecz  `  ich  nie  rozciąga.  Zatem  rosną,  ale  w  pewnym  sensie  tracą
elastyczność. W rezultacie realny, normalny ruch jest odbierany jak forsowne rozciąganie. Stęknąłem,
podnosząc  nogę  nad  wystającym  korzeniem.  Kiedy  ostatni  raz  przeszedłem  więcej  niż  trzysta
metrów? Nie mogłem sobie przypomnieć. Odległość od parkingu do mojego ulubionego neomilkbaru
wynosi...  Skręciłem  przed  krzakiem  jałowca  i  poczułem  niebezpieczne  naciągnięcie  po  wewnętrznej
stronie lewego kolana. Rany boskie! Więzadła też osłab Zatrzymałem się na chwilę i uśmiechnąłem
autoironicznie.  Wystarczył  mały  spacer  po  nierówny  gruncie,  by  zdemaskować  iluzję,  że  gracz  ma
zdrowe ciało. Westchnąłem i spojrzałem w niebo ponad rzadkimi koronami sosen. Jak mogłem trwać
w bezsensownym przekonaniu?! Przez ostatnich kilka lat większość czasu przeleżałem na łożu. A jak
zareagowały  na  to  moje  kości?  Nie  chciałem  wiedzieć.  Miałem  nadzieję,  że  nie  uległy  całkowitej
demineralizacji. Uderzyła mnie myśl, że zielacha przyda się również mnie.

background image

- 34 -

Nie,  nie  dam  się,  pomyślałem  ze  złością.  Zerknąłem  na  mapkę.  Zbliżałem  się  do  bariery  ABB,

która wciskała się kilometrowym łukiem w las i zmuszała mnie do nadłożenia drogi. Choć to głupie,
zacząłem  biec  prosto.  Tacy  już  są  faceci:  choćby  wszystko  świadczyło  przeciw  nim,  i  tak  chcą  coś
udowodnić, nieważne: sobie czy innym. Zobaczyłem napis przed oczami i usłyszałem kobiecy głos w
uszach:

Ostrzeżenie. Zbliżasz się do Anty Bios Barrier.
Dwadzieścia  metrów...  Czy  masz  wszystkie  nie  zbędne  wszczepy?  Czy  jesteś  poinformowany  o

niebezpieczeństwach za filtrem?

- Zamknij się, babo - mruknąłem przez zaciśnięte zęby i dałem nura przez niewidzialną ścianę. Coś

w  środku  mnie  kazało  przeciwstawić  się  uczuciu  przegranej.  Włączyłem  radar.  Wiatr  zaświstał  w
uszach. Przeskakiwałem wykroty, omijałem zarośla, odbijałem się od pni brzóz, sosen i dębów, prując
do  przodu  jak  czołg.  Po  chwili  otoczył  mnie  szary  bąbel:  chmura  owadów,  które  czując  wydychany
przeze mnie dwutlenek węgla zbliżyły się, żeby kłuć i zabijać, ale odpychały je feromony wytwarzane
przez ciało dzięki wszczepom. Kontrolowałem układ stawów, by przełożenia były najmniej forsowne, a
obciążenia więzadeł minimalne. Rozgrzałem się. Galop pośród zieleni i słonecznych smug sprawił mi
niewymowną  radość.  Coś  zaskrzeczało  z  góry:  bzyczącą  marę  pożerały  czarne  ptaki,  jakby
skrzyżowanie  kruków  z  jaskółkami.  Biegłem  dalej.  Przypomniałem  sobie  dziecięce  lata,  gdy
potrafiłem się cieszyć tylko z tego, że jestem: gdy biegłem z całych sił, uderzając bosymi stopami w
dudniącą  ziemię,  jak  źrebak  niecierpliwymi  kopytami.  Czułem  ciało:  giętkie,  zaskakująco  sprawne.
Zaalarmował mnie sygnał radaru.

Zbliża się duży obiekt.
Zoom ukazał kształt, który mógł należeć do guźca, dzika, małego niedźwiedzia... Psiakrew, zawsze

spałem na lekcjach biologii. Usłyszałem w dali ponure warknięcie i tętent racic. Albo kopyt. Może łap?
Na sekundę odwróciłem głowę i zobaczyłem w gęstwinie liści jakiś paskudny pysk pokryty szczeciną.
Jakby  dzik,  tylko  dlaczego  miał  tyle  wystających  zębów  i  rogi?!  Gdzie  ta  bariera?  Trzysta  metrów...
Przyspieszyłem.

Obiekt zidentyfikowany. SRM022. Dzik Jadowity Gussmana. Samce bardzo agresywne, samotne.

Terytorialiści.  Lochy  łagodne,  z  wyjątkiem  okresu  rui.  Zalecane  schronienie  za  barierą  ABB  bądź
wezwanie Out-Rangers.

Dwieście metrów i chrząk, chrząk, za plecami. I ten tętent... Czy to w głowie mi tak wali? Ciemno.

Tyle  tych  skrzeczących  ptaków,  bzyczenie  i  ten  dzik  koszmarny,  uważaj  na  korzeń!  Nie  potknij  się,
patrz pod nogi, chrząk, chrząk, nie potknij się, dum, dum, dum.

Zbliżasz się do bariery. Dwadzieścia metrów...
ABB przebyłem tygrysim skokiem. Słyszałem za sobą dziki wrzask dobyty z dziesiątków gardeł. To

ptactwo  i  odyniec  nadziały  się  na  filtr.  Obejrzałem  się.  Niewidzialna  ściana  dymiła  i  iskrzyła.  Wśród
krzaków  parowały  krwawe  strzępy.  Nie  miałem  siły  zastanawiać  się  nad  losem  zmutowanych
stworzeń. Ledwo łapałem oddech. Serce łomotało jak młot w rękach kowala, który oszalał z rozpaczy,
dowiedziawszy się, że jego jedyny syn zginął na wojnie: oczami wyobraźni widziałem, jak rzemieślnik
pochwycił  najcięższy  obuch  i  jął  tłuc  w  kowadło,  złorzecząc  niebiosom.  Przyjaciele  starali  się  go
powstrzymać, chwytając go za ramiona, lecz niezmordowany człek bił w żelazo tak mocno, że trzonek
młota  pękł  na  dwoje.  Miałem  nadzieję,  że  moje  serce  nie  pęknie.  Oparłem  się  o  niski  konar  dębu.
Spazmatycznie  wciągałem  powietrze.  Zrozumiałem,  że  podczas  wirtualnych  eskapad  nic  nie
stymulowało serca. Co z niego zostało, Bóg jeden wie.

Gdy kryzys minął, podjąłem wędrówkę zachowując się jak operator dźwigu: moje ciało tak cierpiało,

że musiałem traktować je jak cudze. Wydawałem rozkazy rękom i nogom, żeby wykonywały kolejny
ruch, i krok za krokiem, metr za metrem pokonywałem dystans. Przyrzekłem sobie, że od tego dnia
codziennie  będę  ćwiczył.  I  nigdy  już  nie  wyjdę  za  ABB  bez  broni.  Po  przebyciu  następnych  dwóch
kilometrów coś połaskotało mnie w nosie i kichnąłem. Fakt ten nie byłby godny odnotowania, gdyby
nie to, że zaraz potem poczułem okropny ból w żuchwie i bicepsach. Raptownie zwiększone ciśnienie
podczas  ja  najbardziej  fizjologicznego  odruchu  spowodował  rozdęcie  żył,  którymi  krew  wracała  do
steranej pompy ssąco-tłoczącej. Modliłem się o zmiłowanie, ale udręka trwała. Podniosłem ramiona.
Po  kilkunastu  sekundach  poczułem  ulgę,  ręce  znowu  stały  się  rękami,  a  nie  sinymi  balonami  bólu.
Cały mój organizm był jedną wielką katastrofą. Nie jestem już młody, myślałem, ale taki ból po byle
kichnięciu? Takie zmęczenie po krótkim biegu? Darcie mięśni po spacerze? Jestem staruszkiem! W
desperacji zmówiłem mantrę ograniczania bólu, założyłem okulary i ustawiłem omnik na wiadomości.

***

background image

- 35 -

- Wita was stary dobry Cal Galahad. No, może nie ten sam, co kiedyś, bo, jak widzicie, krąży wokół

mnie Personal Security Droid mk. I „Bat”; czyli nietoperz, skonstruowany przez zoenecką firmę Virtual
War Droids Ltd. Jego zadaniem jest wyłapać każde wirusowe zagrożenie, jakie czyha na mój cyfrowy
byt. Ma, podobnie jak krążące w sieci wirusy, elastyczny program dopasowujący się do okoliczności.
A  kiedy  zechcę...  o,  właśnie...  mogę  uczynić  go  niewidzialnym,  żeby  nie  rozpraszał  mnie  podczas
zabawy. Obok mnie stoi dzielny komandos świeżo stworzonej Virtual Security Agency, w skrócie VSA,
formacji, którą zorganizowali zoeneci, jak widać, ludzie najszybsi i najlepiej przystosowani do życia w
sieci. Witaj, Frank.

- Cześć, Cal.
- Twierdzicie, że jesteście przygotowani na wszystko?
- Filie VSA założone zostały we wszystkich grach. Gwarantujemy wirtualne bezpieczeństwo. Gracze

mogą bawić się jak dawniej.

-  Ale  skoro  zagrożenie  jest  nieustannie  zmienne,  jak  możecie  być  pewni,  że  odpowiecie  na  każdy

atak?

-  Oprócz  indywidualnych  nietoperzy  każda  grupa  graczy  otrzymuje  niewidzialnego  anioła  stróża,

czyli żołnierza VSA, takiego jak ja.

- Skąd pewność, że sobie poradzi?
- Nie ma innej możliwości.
- A w grach intymnych? Jak choćby w legalnych przecież Twisted & Perverted czy Crazy Nights?

Co powiedzą sieciowcy na wieść, że czuwa przy nich niewidzialny opiekun?

- No cóż, w tych światach i tak nikt nie używa oficjalnych skinów.

***

Wyobrażałem  sobie  niziutką  chatkę  Baby  Jagi,  dach  pokryty  kobiercem  mchów,  maleńkie  okien

ozdobione  modrzewiowymi  okiennicami,  wnętrze  pełne  ziołowych  oparów,  wydzielanych  przez
kociołki z wrzącymi dekoktami. Tymczasem zobaczyłem luksusową willę, zbudowaną najwyżej przed
dekadą.  Jedną  z  przybudówek  wieńczyła  kopuła  teleskopu,  dalej  rozpościerała  się  płyta  krytego
hangaru,  najprawdopodobniej  dla  orbitalnego  śmiga.  Po  obu  stronach  łukowatego  wejścia  lśniły
rozsuwane  grodzie  kryjące  obronne  mechy.  I  pomyśleć,  że  kiedyś  lud  kich  posesji  pilnowały
organiczne  psy,  a  potem  naśladujące  ich  wygląd  mechadogi...  Wśród  ozdobnych  krzewów  i
ukwieconych pagórków dostrzegłem błysk metalu. Trzy baraszkujące garguary. No, no...

Właścicielka wyglądała na emerytowaną biznesmenkę, która po odsłużeniu czterdziestu pięciu la w

obozie  pracy,  zwanym  dla  niepoznaki  firmą,  powróciła  do  zapomnianej  pasji,  jaką  jest  malarstwo  i
ziołolecznictwo.  Ściany  zdobiły  dość  ciekawie  zaprojektowane  holobrazy,  szkice  i  podmalówki.  Całe
wnętrze  stworzono  jakby  w  oczekiwaniu  na  partnera,  który  dopełni  życie  interesującej  kobiety.
Zdawało  się  jednak,  że  marzenie  jak  dotąd  się  nie  ziściło:  Brak  rodzinnych  fotografii  na  stylowym
fortepianie  i  technoklasycystycznym  kominku  świadczył,  że  nigdy  nie  rozpaliła  domowego  ogniska.
Kolejna smutna ofiara biznesmeńskiego stylu życia?

-  Jakie  masz  objawy,  pięknisiu?  -  spytała,  siadając  za  biurkiem  wykonanym  z  nieznanego  mi

drewna, może afrykańskiego.

Zbiła mnie z tropu.
- Ale... ale... to nie ja jestem chory.
Spojrzała spod łukowatych brwi.
- Wyglądasz na zmarnowanego. Siadaj.
Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, jakaś łapa przyparła mnie do fotela, usłyszałem, jak z obu

stron podjeżdżają podejrzane automaty świsnęła macka owijająca się wokół ramienia, coś prztyknęło
przy szyi...

- Au! - krzyknąłem czując lekkie ukłucie. Rzecz jasna, okrzyk nie był wywołany bólem, ale raczej

zaskoczeniem.

- Jaśniepan wrażliwy? - nie ukrywała rozbawienia.
- Przecież tłumaczyłem, że czuję się... Przerwałem, uzmysłowiwszy sobie, że właściwie ;, czuję się

bardzo podle. Lekko się uśmiechnęła.

-  Jakie  to  dziwne...  -  mruknęła,  oglądając  wyniki  moich  testów  na  przeziernym  monitorze  -

...patrzysz  na  człowieka  i  widzisz  odpowiedź,  a  on  sam  ślepy  tylko  dlatego,  że  rzadko  w  lustro
spogląda... - Zerknęła na mnie bystro. - Gracz?

Wytężyłem wzrok, łypiąc na liczby.
- To widać?
- Wyraźnie i trójwymiarowo - roześmiała się.

background image

- 36 -

- No właśnie... Biegłem do pani i strasznie rozbolały mnie mięśnie... Cały czas łupią jak...
- Nierozciągliwe - przerwała. - Rozciągniesz i przejdzie.
- A kości? Boję się osteoporozy, mam wraże...
-  Niepotrzebnie,  gołąbku  -  znów  przerwała.  -  Mają  prawidłową  gęstość,  bo  napinały  je  mięśnie.

Używałeś firmowych zasobników z płynem infuzyjnym?

- Tak, yamaglaxo i smithbros.
- No to spokój. O stawy i więzadła też nie musisz się martwić. Jedynym problemem jest...
- Serce?
Skinęła poważnie głową.
- Właśnie. Mówiąc po ludzku, kondycja. No i układ naczyniowy. Odzwyczajony od kontroli ciśnienia

w sytuacji wysiłku i zmian pozycji.

-  Da  się  to  wyleczyć?  -  spytałem  z  nadzieją.  Wystukała  coś  na  klawiaturze.  Z  tyłu  syknęło.  Od

wróciłem się i zobaczyłem, jak z jednej ze ścian wy suwa się kilka plastikowych szufladek. Przedtem
ich  nie  widziałem.  Prawdopodobnie  były  schowane  za  holoiluzją.  Podeszła  do  nich  i  wyjęła  jakieś
tajemnicze  zawiniątka.  Położyła  je  niedbale  przede  mną;  Były  to  parciane  woreczki  wypełnione
mocno pachnącymi liśćmi, korzeniami, łodygami, a nawet fragmentami zasuszonych kwiatów.

- Nasze, polskie - wyjaśniła zdawkowo. - Bez pleśni, prima sort. Na mięśnie arnika, gorczyca, imbir,

muszkatołowiec i pieprzowiec - wskazywała poszczególne woreczki. - Serce ci wzmocni serdecznik,
głóg, konwalia, miłek, naparstnica, pszonak i żmijowiec. Sama hodowałam. W każdym zawiniątku jest
opis,  jak  stosować.  Nie  pomyl  się,  co  rano,  a  co  wieczorem,  co  na  czczo,  a  co  przy  jedzeniu.  I
pamiętaj, że „sześćdziesiąt stopni" to nie to samo, co wrzątek. Sięgnęła do szuflady.

- Samo zielsko nie wystarczy. Jeszcze... - rzuciła na blat dwa kolorowe pudełeczka - ...minerały i

witaminy. Vitabot i telomin. Same będą wiedziały, gdzie działać.

Z  trudem  łączyłem  obraz  byłej  bizneswoman  i  obecnej  czarownicy.  Czy  w  biurze  miała  podobny

ternperament? A może myliłem się z tym biurem?

- To niby kto jest naprawdę chory? - spytała, przerywając mój potok myśli.
Opisałem stan Pauline. Zasznurowała usta i zmarszczyła brwi.
-  Tu  zioła  nie  pomogą.  Znaczy  pomogą,  ale  nie  do  końca.  Będzie  potrzebny  prawdziwy  lekarz  i

plastik do apteki na nanoleki.

Skrzywiłem się.
- Z tym jest problem.
Spojrzała z obrzydzeniem, które szybko przekształciło się w zdumienie.
- Nieubezpieczony? Nie... niemożliwe. Przestępca? Zlustrowała mnie przenikliwym spojrzeniem.
- Chyba że pedofil... Głęboko westchnąłem.
- Nie chciałbym tego wyjaśniać... dla pani bezpieczeństwa.
- Nie jesteś stąd?
- Tylko przejazdem.
Wysunęła  jeszcze  jedną  półkę,  tym  razem  po  drugiej  stronie  pomieszczenia.  Podeszła  i  wyjęła  z

niej  paczkę  teraponu,  dolojatru  (generycznych  odpowiedników  inflahealu  i  painstopu)  oraz  tisrepu,
cudownego nanobotowego „naprawiacza" tkanek. Rzuciła je na stół tak samo nonszalancko jak zioła.

- Masz. Wystarczy na pięć dni. Potem przyjdź po następne.
- A pani... jak się zaopatruje?
Uśmiechnęła się drapieżnie. Słowo daję, że wyglądała jak czarownica.
- Nie chcesz wiedzieć... dla twojego bezpieczeństwa - zaśmiała się sucho. - A teraz płać.

***

- Dzień dobry, Jagna Randal, Global Network News. Jak państwo pamiętają, nasza holostacja od

kilkudziesięciu dni opracowuje raport o stanie gier, Dzisiaj nareszcie możemy go przedstawić. Zajmie
się tym znany państwu gierczany ekspert, Cal Galahad.

-  Witam  was,  kochani,  chciałbym  jak  zwykle  trochę  pofiglować,  ale  niestety  mam  do  odczytania

dosyć  ciekawy  dokument,  który  specjalnie  dla  was  tworzyły  dziesiątki  ekip  GNN,  w  tym  również  ja.
Obraz gier się zmienił, nic już nie będzie takie, jak było. Chociaż może i dobrze?

- Cal, czy mógłbyś...
- Tak, Jagno, przepraszam, ale za to mnie kochają, nieprawdaż?
- Cal...
-  Czytam.  Stan  wirusów  rzekomo  się  ustabilizował.  Od  ostatniej  fali,  po  której  drapieżniki  zaczęły

mutować,  nie  zanotowano  większej  zsynchronizowanej  akcji,  dane  informują  jednak  o  jedenastu
tysiącach  ataków  na  pojedynczych  graczy.  Co  ciekawe,  zniknęły  wszystkie  odmiany  bugów  nie

background image

- 37 -

związane z organiką, czyli duszące krawaty lub miażdżące samochody, pozostały jedynie zwierzątka.
Co dalej...

W  każdej  grze  powstała  ekspozytura  VSA,  czyli  Virtual  Security  Agency,  nie  trzeba  dodawać,  że

jest  to  organizacja  zoenecka.  Zoeneci  gwarantują  bezpieczeństwo  zarówno  dzięki  sprzedawanym
przez siebie Nietoperzom, jak również niewidzialnym agentom. Czy im się uda, trudno powiedzieć. Na
razie,  że  tak  powiem,  jest  dobrze:  po  powstaniu  VSA  wszystkie  napaści  zostały  odparte.  Z  tego,  co
podają  zoeneci,  a  chyba  trzeba  im  wierzyć,  ponad  połowa  interwencji  była  niewidoczna  dla  graczy.
Pomimo to, pozwolę sobie skomentować, liczby te nie napawają optymizmem.

Tak,  jak  można  się  było  spodziewać,  kilka  firm  produkujących  gry  sieciowe,  które  nie  cieszyły  się

zbytnią  popularnością,  przeżywa  obecnie  poważny  kryzys,  część  z  nich  ogłosiło  upadłość,  część
została  wchłonięta  przez  większych  gigantów.  Podobny  zastój  przeżywają  dostawcy  łóż,  kasków  i
sieciowego oprogramowania.

A teraz kilka słów o pozytywnych stronach ostatnich wydarzeń, bo paradoksalnie są tacy, którzy na

akcie  terroru  skorzystali!  Znaczne  ożywienie  przeżywają  gry  typu  single  i  cooperative  player.  Jak
wiemy, zostały one oszczędzone. Dlatego Road to Hell, Sizzling Swords czy Savage, a nawet leciwe
Raven Heart i jednodobowy Mrok przeżywają prawdziwe oblężenie. Istotne zmiany zaszły również w
Brahmie.  Zoeneci,  rozgniewani  i  przestraszeni  ostatnimi  wydarzeniami,  ogłosili  zerwanie  z
paradygmatem  homo  realium.  Nie  zdziwcie  się,  drodzy  oglądacze,  jeśli  wejdziecie  w  Brahmę,  a  w
zasadzie  Brahmawi,  jak  został  ochrzczony  nowy  świat,  i  zobaczycie  latających  ludzi  czy  zjawy
przenikające  przez  ściany.  Zoeneci  nie  są  już  tacy  jak  my.  To  znaczy  nigdy  nie  byli,  ale  długo  i
wytrwale udawali, że jest inaczej. Wisznu, jak można się domyślać, stracił rację bytu i połączył się z
bratnim  światem,  tworząc  grę  o  nowej  nazwie,  którą  już  raz  wymieniłem,  ale  nie  wyjaśniłem,  o  co
chodzi, taki już jestem...

- Cal...
-  Już  wyłuszczam,  Jagno.  Drodzy  oglądacze,  Wisznu  połączył  się  z  Brahmą,  tworząc  Brahmawi.

Jedynie  niewielka  część  zoeneckiego  świata  przestrzega  dotychczasowych  reguł.  Zamieszkują  ją
młodociani,  którzy  trafili  tam  z  musu  (i  wcale  się  z  tego  nie  cieszą),  oraz  niewielka  część
ortodoksyjnych  zoenetów.  Dzielnica  ta  została  żartobliwie  nazwana  Śiwa,  trudno  powiedzieć,  czy  ze
względu  na  destruktywne  tendencje  współczesnej  młodzieży,  czy  negatywne  nastawienie
zniesmaczonych starców...

- Miało być bez komentarzy.
-  Oni  i  tak  wiedzą,  że  to  wszystko  jest  reżyserowane,  prawda,  kochani?  I  jeszcze  garść  zupełnie

dobrych informacji. Spora część zoenetów, których życie wisiało na włosku, a w zasadzie na kredycie,
nie musi się już martwić, czy stać ich będzie na utrzymanie mózgów bądź dibeków, bo w Brahmawi
powstało  mnóstwo  dobrze  płatnych  miejsc  pracy!  Pojawiły  się  firmy  oferujące  liczne  odmiany  ubrań
ochronnych,  droidów  konkurencyjnych  wobec  oficjalnych  Nietoperzy,  nanosiatki,  mikroradary  i
dziesiątki  innych  gadżetów  czyniących  cyfrowe  życie  bezpieczniejszym.  Do  urzędu  skarbowego
zgłoszono  setki  nowych  firm  oferujących  szkolenia  obronne,  kursy  wirtualnego  survivalu  i  podstawy
netowego  programingu.  Sama  Virtual  Security  Agency  powołała  szereg  filii  zajmujących  się
implementowaniem  cyfrowego  przyspieszenia  w  syntetyczne  mózgi,  jak  również  rozwinęła  szeroką
kampanię  reklamową,  nakłaniającą  zoenetów  do  wstępowania  w  ich  szeregi.  Zatem,  kochani
reasumując,  sytuacja  jest  ciekawa,  coś  się  poprzesuwało,  coś  zniknęło,  coś  się  pojawiło.  Liczba
aktywnych graczy spadła o czterdzieści procent, ale tendencja się zatrzymała. Ostateczny kształt sieci
wyłoni się zapewne w ciągu najbliższego roku. Zatem...

- Dziękuję ci, Cal. Mówił do nas Cal Galahad. Nazywam się Jagna Randal, Global Network News.

Przegląd prasy...

***

Nieprawdopodobna jest moc nanoleków. Zawsze wyobrażam sobie, że to prawdziwe małe robociki,

które  pracowicie  naprawiają  popsute  elementy  naszych  ciał:  montują  przęsła,  naciągają  liny,  nitują,
podciągają  dźwigary,  przesuwają  bloki,  spawają,  testują,  potem  wznoszą  kciuki  w  geście  „okay!
I ewakuują  się  znanymi  sobie  drogami.  Pauline  zdrowiała  z  dnia  na  dzień,  co  napełniło  nas  nową
otuchą.  Trzeciego  dnia  brania  leków,  gdy  jej  stan  na  to  pozwolił,  znieśliśmy  jej  łóżko  na  dół,  żeby
mogła  wypełnić  czas  rozmową.  Ruben  Troy  rozgadał  się  jak  nakręcony,  racząc  ją  raz  za  razem
rewelacyjnymi pomysłami, jak pozbyć się cyfrowej zarazy (by za chwilę oświadczyć, że czegoś tam
nie  przewidział).  Anna  pochłaniała  el-book  za  el-bookiem,  co  w  jej  przypadku  wyglądało  wręcz
groteskowo: używała przyśpieszenia i ledwie wczytała w ramkę jakieś dzieło, już drugą ręką szukała
nowego mnemokryształu. Potem wgrywała w omnik rekonwalescentki co ciekawsze fragmenty. Chip

background image

- 38 -

chyba nie miał śmiałości do kobiet, bo stale coś majstrował przy steranych motombach Bezbolesnych,
Peter  zaś  owszem,  próbował  podrywać,  ale  Annę,  nie  panią  dyrektor;  rzecz  jasna  bez  skutku.
W końcu  to  ja  byłem  właścicielem  jej  serca  i  duszy.  Jego  doomowi  koledzy  z  drużyny  albo  oglądali
niezliczone  mecze  ze  Sprawiedliwymi,  albo  nieruchomieli  wykonując  na  niewidzialnych  terminalach
zagadkowe operacje. Niby po domku szwendało się dziesięć stalowych potworów, a jakby nikogo nie
było.  Dzieliłem  czas  między  rozmowy  z  dziewczynami  i  kurowanie  okropnych  zakwasów  w  całym
ciele. Pilnie przestrzegałem zaleceń zielarki i nie mogłem się doczekać kolejnej wizyty.

Czwartego dnia kuracji z Novatronics zadzwonił Harry, który cudem uniknął aresztowania i dzielnie

zastępował Pauline.

- Policja ciągle trzyma naszych ludzi - skarżył się - Grzebali w komputerach, ale nic nie znaleźli.
- Bo i niczego podejrzanego w nich nie było skwitowała chora, unosząc się w pościeli.
- Pauline, nie doceniasz powagi sytuacji - je szare oczy błysnęły złowrogo. - Jest afera z wirusami,

a wciąż nie ma winnego! Dlaczego tak się do nas przyczepili?

Eim zbladła.
- Chcą znaleźć kozła ofiarnego...
- Albo go stworzyć - przerwałem. - Rząd nie przyzna się, że sabotował sieć. Nawet jeśli w waszych

serwerach nic nie ma, to może się znaleźć, oni to włożą.

-  Trzeba  jak  najszybciej  znaleźć  winnego  -  przytaknął  Harry.  -  I  jeszcze  coś  ci  powiem.  Zostanie

przykładnie ukarany bo media puchną z gniew O zoenetach nie wspomnę. Suchej nitki na organikach
nie  zostawili.  Według  nich  każdy,  kto  ma  w  ciele  odrobinę  wody,  jest  podejrzany.  Mam  paskudne
przeczucie, że te policmajstry chcą nas poświęcić.

-  Przestań,  Harry  -  Pauline  opadła  na  poduszkę  -  Mamy  w  podziemnych  sejfach  ponad

siedemnaście tysięcy dusz. Nie mogą nas zamknąć.

- Ale przejąć mogą.
Machnęła ręką, jakby chciała się opędzić od napastliwej muchy.
- Co u Konona?
Norman wystukał coś na konsoli. Jego twarz zastąpiła buzia chłopca.
- Cześć, mamo...

***

Jesteś zoenetem? Zamieszkujesz dibek? Zainstalowano ci opcję przyspieszenia? A więc mamy dla

ciebie  propozycję!  Porzuć  sieć!  Wejdź  w  prawdziwy  świat!  Wejdź  w  realium  jako  superman!  Policja
Wolnych  Stanów  Ameryki  rozpoczęła  właśnie  nabór  doborowych  oddziałów  Digital  Runners!  Dobrze
wiesz, że homo realium nie ma z tobą szans. Wykorzystaj to! Stań się członkiem elitarnych jednostek
D-Runners i łap przestępców niczym jastrząb powolne żółwie! Zapewniamy atrakcyjne wynagrodzenie,
służbowy apartament i pasjonującą pracę w młodym, dynamicznym zespole! Skontaktuj się już dzisiaj!
Oto nasze namiary...

***

Tym  razem  wycieczka  do  znachorki  przebiegła  wiele  łatwiej.  Zakwasy  prawie  się  wchłonęły,

mięśnie  jakby  trochę  się  uelastyczniły,  dzielnie  maszerowałem,  sycąc  uszy  śpiewem  ptaków.  Gdy
dotarłem do jej posesji, byłem tylko trochę zmęczony. Zioła czyniły cuda.

- Pracowała pani w biznesie? - spytałem po zapatrzeniu się w medykamenty.
 - Pneumobilowym. Lamborghini.
Pozostałem na wdechu.
- Widziała pani na własne oczy condora?!
Rozmarzyłem się wspominając cudowną reklamę: „Lamborghini condor. Kosmos stoi otworem".
- Ba - odparła ze śmiechem. - Nawet taki mam.
- W hangarze?
- Chcesz zobaczyć? Przełknąłem ślinę.
Bryła  pojazdu  była  czystym  dziełem  sztuki.  Rozmiarami  był  bardziej  zbliżony  do  aurokaru  niż

standardowego  osobowego  pneumobilu.  Obchodziłem  go  dookoła,  pożerając  wzrokiem  refleksy
światła na karoserii i podziwiając każdy detal wykończenia.

- Nie kurzy się dzięki antygrawom? - zgadywałem.
- Yhm - odparła, jakby ją również podniecał widok limuzyny.
- Wytrzymuje próżnię i schodzi na dno oceanu?
- Yhm.

background image

- 39 -

- Nie ma takich mobili.
Roześmiała się.
- Mogę wejść do środka? - spojrzałem błagalnie.
Gdy usadowiłem się w kokpicie, postanowiłem nigdy już z niego nie wychodzić. Zrobiłbym wszystko

za taki wóz. Zawsze chciałem być astronautą, a właśnie zasiadałem za sterami czegoś, co niewiele
różniło  się  od  kosmolotu!  Condor,  rzecz  jasna,  nie  był  typowym  statkiem  kosmicznym.  Owszem,
świetnie  wytrzymywał  warunki  próżniowe,  ale  brakowało  mu  napędu,  by  swobodnie  podróżować  w
przestrzeni międzyplanetarnej. Niewielkie rakietowe silniczki spełniały rolę korektorów lotu na orbicie i
podczas  wchodzenia  w  atmosferę.  Na  Księżyc  nie  poleci,  pomyślałem,  nostalgicznie  głaszcząc
wolant.  Przypomniałem  sobie  talismana,  mój  myśliwiec  z  Dream  Space,  i  raptem  duma,  jaką  mnie
napawał, wydał się śmieszna.

Wracając od znachorki, postanowiłem obejrzeć wiadomości. Założyłem okulary i włączyłem omnik.
- ...go się chyba nikt nie spodziewał!
Rozentuzjazmowana spikerka nie mogła usiedzi na krześle.
-  Według  słów  Manfreda  Genstada,  profesora  socjologii  z  Warsaw  Central  University,  jest  to

przełom  w  historii  ludzkości.  Ion  Jerubal,  rzecznik  praso  Pharma  Nanolabs,  oznajmił  dzisiaj  rano,  że
cena  bezmózgów  będzie  wynosić  siedemset  pięćdziesiąt  tysięcy  kredytów,  ale  w  najbliższej
przyszłości niewykluczone są obniżki. Przed gatunkiem homo realium rysuje się wizja nieśmiertelności,
powiedział  prezydent  Europy,  Hans  Aaronstein.  Filie  Pharma  Nanolabs  rozpoczną  zapisy  pojutrze.
Przypominamy, że adresy można znaleźć na oficjalnej stronie firmy oraz w informatorach. Szczegóły
dzisiaj o piętnastej, w wydaniu głównym...

Zdjąłem  okulary  i  wypuściłem  powietrze.  Bezmózgi.  Rany  boskie,  bezmózgi!  Marzenie  ludzkości

się spełniło. Ba, marzenie Pauline się spełniło! Konon będzie mógł wrócić do realium! Zeskanują jego
kod genetyczny i wyhodują klona, w który włożą mózg dawcy…

Zakręciło mi się w głowie. Wypatrzyłem pień wiatrołomu, podszedłem i usiadłem na kruchej korze.

Od  tej  pory  stary  człowiek  będzie  mógł  zakupić  własną  młodą  kopię  i  zwyczajnie  się  przesiąść.
Stetryczałym  ośrodkowym  układem  nerwowym  zajmą  się  leki  reperacyjne,  więc  teoretycznie  będzie
mógł żyć tysiąc lat i więcej... Spojrzałem w górę. Klingi słońca przedzierały się przez korony drzew.
Czy  to  Bóg  dawał  znak?  Wszak  czternastego  czerwca  dwa  tysiące  sto  dziewięćdziesiątego
dziewiątego roku ludzie otrzymali dar biologicznej nieśmiertelności.

***

Przez  następnych  pięć  dni  siedzieliśmy  non  stop  w  wiadomościach:  czasem  indywidualnie,

korzystając z walkteli bądź omników (bardzo ładny efekt daje nałożenie obrazu w okularach i ognia w
kominku,  a  gdy  dodasz  do  tego  szklaneczkę  whiskey,  wrażenia,  wręcz  olśniewają),  głównie
wieczorową  porą;  kiedy  indziej  gremialnie,  przed  holomonitorem,  najczęściej  podczas  posiłków.
Dyskusjom i planom nie było końca.

-  Wrócisz  do  realium?  -  pytał  Mike  Gunner,  rozgrywający  Bezbolesnych,  swojego  doomowego

kolegę. Tamten kręcił stalowym łbem.

- Nie wiem. Jakoś nie bardzo to widzę.
- Na powrót zachłysnąć się świeżym powietrzem? - kusił.
- Ee.
- A seks? Rozumiesz? Prawdziwe ciało? Zapach potu, zapach włosów łono...
- Przestań. Chce mi się rzygać.
- Tylko nie zwymiotuj do sejfu! - chichotał Mike.
Pauline  roześmiała  się.  Teraz  śmiała  się  ze  wszystkiego.  W  zasadzie  od  ogłoszenia  nowiny

uśmiech nie schodził z jej twarzy.

- Pani dyrektor zadowolona? - spytałem. Tylko skinęła głową, a w jej oczach odbijał się raj.
- Konon wróci do macierzy? - dopytywałem się.
Znów przytaknęła. Szybko policzyłem lata.
- Bilans wyjdzie na zero: pięć lat w realium, pięć w sieci. Razem dziesięć. Szkoda, że nie ogłosili

tego w jego urodziny, prawda?

Wspomnienie przywołało na jej twarz chmurę bólu.
 - Trochę szkoda - przyznała.
Spojrzałem  na  Annę.  Tylko  ona  z  całego  towarzystwa  nie  podzielała  ogólnego  podniecenia.  Nie

miaładokąd  wracać.  Zresztą  opcja  wykupienia  bezmózga  miała  sens  tylko  dla  posiadaczy
organicznych mózgów. Dibekowcy wciąż byli poza zasięgiem. Z drugiej strony czy chciałaby wejść w

background image

- 40 -

organiczne,  delikatne  ciało,  podatne  na  urazy  i  starzenie?  Nawet  Bezboleśni  się  wahali,  cóż  więc
mówić o niej?

- Jak tam, Aniu, w porządku?
Podszedłem  i  dotknąłem  jej  zimnego  ramienia.  Spojrzała  na  mnie  błękitnymi  oczami,  na  których

dnie osiadł smutek.

- Może to śmieszne, ale... czy mógłbyś mnie przytulić?

***

- Dzień dobry, Sylvia Orda, popołudniowy serwis World News. Jeszcze nie przebrzmiały zachwyty

nad  przyszłością  organicznie  nieśmiertelnej  ludzkości,  a  już  pojawiły  się  głosy  ostrzegające,  a  nawet
protestujące. Buntują się firmy ubezpieczeniowe twierdząc, że dotychczasowe polisy ubezpieczeniowe
na  życie  nie  uwzględniały  wiecznego  biologicznego  bytowania,  zatem  treść  warunków  ogólnych
powinna zostać wstecznie zmieniona. „Byłby to precedens, ale nasi klienci powinni zrozumieć”, mówi
Wald  Inio,  rzecznik  firmy  Vita  Sacrum,  „że  nie  możemy  wypłacać  im  emerytury  w  nieskończoność.
Sprawa  jest  delikatna  i  skomplikowana.  Wydaje  się,  że  trzeba  będzie  zmienić  cały  kodeks  pracy.
Doprawdy, czeka nas wiele zmian..."

Europejskie  sądy  zanotowały  już  z  górą  tysiąc  siedemset  spraw  wniesionych  przez

niezadowolonych klientów.

Wiadomości  kulturalne.  Nowy  przebój  Figaro  Pala  pod  tytułem  „Don't  suck  my  life"  w

błyskawicznym tempie wspina się po światowych listach przebojów. Jeszcze wczoraj...

***

Mimo  że  Pauline  prawie  już  wydobrzała,  znów  udałem  się  do  znachorki,  zgodnie  zresztą  z  jej

zaleceniami. Zastałem ją w gabinecie, ubraną w elegancki kostium.

- Wybiera się pani gdzieś?
- Zgadnij, gołąbku - uśmiechnęła się. Na jej policzki wypłynął rumieniec.
Domyśliłem się, że leciała do stolicy zamówić bezmózga. Przed kobietą z przeszłością otwierał się

nowy piękny świat.

- Jedziemy po nowe ciało? - zażartowałem.
- Muszę odetchnąć powietrzem Warsaw City. '' Dawno tam nie byłam. Chcę też pomyśleć, co dalej.

Zamrugałem.
- Nie rozumiem.
Opuściła  głowę  i  mruknęła  coś  pod  nosem.  Miałi  wrażenie,  że  było  to  przekleństwo.  Podniosła

wzrok, w którym czaiła się jakaś demoniczna siła. Słowo daję, czarownica.

-  Zawsze  myślałam,  że  umrę  -  powiedziała  niskim  głosem.  -  Bo  życie  w  sieci  uważałam  za

gówniarski wymysł.

Zrobiło mi się nieswojo.
- Teraz widzę - podjęła - że to niekonieczne. Ale skoro tak, muszę wrócić do pracy. Po pierwsze,

żeby  nie  zdechnąć  z  głodu,  po  drugie  -  zatoczyła  ręką  krąg  -  żeby  to  utrzymać,  a  po  trzecie,  żeby
zarobić na następnego bezmózga.

- Zielarstwo nie daje dochodów?
Parsknęła,  aż  się  opluła.  Otarła  usta  wierzchem  dłoni  i  pokręciła  głową  w  geście  politowania.

Widocznie miała mnie za ostatniego głupca. Rzuciła na stół zapas ziół i leków.

- Ty i ona. Macie brać, aż się skończą. Z naderwaniami nie ma żartów. To o niej. Co do ciebie, nie

lekceważ swojego stanu. Przed tobą poważna rekonwalescencja. Teraz płać i wynocha. Mam jeszcze
przed odlotem kilka spraw do załatwienia.

- Poleci pani lamborghini? - zachłysnąłem się.
Błysnęła ostrymi zębami.
- Innego wozu nie mam.

***

- Witam państwa, Erica von Braun, Poranne Wiadomości Warsaw City. Prace usuwania blokowisk

w  undercity  trwają.  Mimo  że  władze  miasta  podpisały  kontrakt  z  firmą  Ground  Cleaners  Ltd,  ponad
piętnaście  lat  temu,  korporacja  zdaje  się  nie  spieszyć.  Cmentarzysko  pod  miastem  wciąż  straszy.
Eksperci  z  Europejskiej  Stacji  Sanitarno-Epidemiologicznej  ostrzegają,  że  nasza  metropolia  powinna

background image

- 41 -

się  oczyścić  najpóźniej  do  roku  dwa  tysiące  dwieście  dwudziestego.  W  przeciwnym  razie  ryzyko
pojawienia  się  groźnych  przedstawicieli  fauny  i  flory  gwałtownie  wzrośnie.  Prognozy  te  potwierdza
Centrum  Kontroli  Mutacji.  Miejmy  nadzieję,  że  Warsaw  City  nie  podzieli  losu  Miami,  które  wskutek
spotwornienia skrytego w cieniu ekosystemu musiało zostać spalone i przeniesione w inne miejsce.

Wiadomości  sportowe.  Liderzy  Europejskiego  Pucharu  w  Piłce  Grawitacyjnej,  niepokonani

wrocławscy Yellow Turtles znów pogrążyli rywali, tym razem jednak...

***

 Wracałem,  raźno  wymachując  rękami  i  głośno  pogwizdując.  Zapowiadał  się  wspaniały  dzień.

Szczęśliwi  ludzie,  szczęśliwa  przyroda...  afera  z  wirusami  dawała  się  odległa  o  tysiąc...  nie,  o  sto
tysięcy mil. Mógłbym objąć z miłością każdą jarzębinę i brzozę, którą mijałem po drodze.

I  objąłem.  Biały  pień  drzewa  był  gruby,  twardy,  jakby  sprężysty.  Miałem  wrażenie,  że  na  granicy

percepcji  lekko  wibruje.  Przytuliłem  policzek  do  kory.  Była  gładka  i  jedwabista.  Nie  mogłem  tego
samego powiedzieć o skórze Lee Rotha, który wychynął zza pobliskiego dębu.

-  Cześć,  łazęgo.  -  Demoniczne  cielsko  z  trudem  przeciskało  się  między  splątanymi  gałęziami

leszczyn.

- Zmykaj - przestraszyłem się. - Nie mam ochoty na halucynacje.
-  Mówiłem  ci,  że  jestem  twoim  duchem  opiekuńczym  -  zbliżył  się  i  zaszczycił  mnie  oddechem  o

zapachu migdałów.

Przyjrzałem mu się uważnie.
- Miałem wrażenie, że barwę masz popielatą, a rogi krótsze.
Roześmiał się, wydając znajomy dźwięk organowych miechów.
-  Wyewoluowałem.  Szkarłat  jest  ładniejszym  kolorem,  a  rogi,  no  cóż  -  spojrzał  ze  złością  na

wplecione w poroże liście i ułomki gałęzi - rzeczywiście w lesie nie najlepiej się sprawdzają.

- Jak to możliwe, że zaczepiasz o konary? Przecież cię nie ma.
Wyszczerzył długie kły.
- Dla ciebie jestem. Ale do rzeczy. Przyszedłem z ostrzeżeniem.
Jasne. Nie pojawiłby się bez przyczyny.
- Przed czym?
- Bądź ostrożny. Rozpoczęła się wielka rozgrywka.
Roześmiałem się w głos.
-  Prorok  pieprzony  Wiem  o  tym.  Niecały  miesiąc  temu.  Nazwano  ją  imieniem  pewnej  mitycznej,

ciekawskiej kobiety. Słyszałeś o Pandorze?

Teraz on parsknął.
-  Mylisz  się.  To  było  zaledwie  preludium.  A  teraz  uważaj...  -  wyciągnął  szponiastą  łapę  i  wskazał

rosnący nieopodal grab.

Wytrzeszczyłem  oczy,  gdy  zza  drzewa  wychynęła  drobna  sylwetka  siwiejącego  mężczyzny,

ubranego w ciemnoszare spodnie i takiż blezer.

- To też halucynacja? - spojrzałem na Lee Rotha lekko skonsternowany.
- Do kogo pan mówi? - zdziwił się przybysz. Diabeł oparł się o pień brzozy, tak czule przez mnie

przed chwilą obejmowanej, i cicho chichotał.

- Kim pan jest, do diabła? - spytałem zirytowany.
- Grzeczniej - upomniał Lee Roth.
Spojrzałem na niego wściekły Mężczyzna uśmiechnął się i wyciągnął rękę. Przetarłem oczy: jego

palce  na  chwilę  zamieniły  się  w  jadowite  żmijki.  Zawahałem  się.  Nie  cofał  prawicy.  Uścisnąłem  ją
niepewnie.

- Nazywam się Herkules O'Yama. Pan Torkil Aymore, nieprawdaż?
O’Yama? Potomek Irlandczyka i Japonki? Przyjrzałem się jego oczom. Może były trochę skośne...

Et, nieważne. Po rewolucji nazewniczej z początku XXII wieku, kiedy nastała moda na zastępowanie
starych nazwisk nowymi, drugie człony personaliów traciły jakiekolwiek znaczenie.

- To nieprzypadkowe spotkanie, prawda? - zgadłem.
Uśmiechnął się żółtymi zębami. Niekorzystnie wyglądały przy mlecznych włosach. Kolejny miłośnik

brzydoty we własnym ciele?

- Przejdziemy się?
- Czy mam wybór?
Znów ten uśmiech. Ruszyliśmy.
- Jestem agentem Biura Ochrony Państwa. Mam dla pana propozycję.
- Ale jak mnie pan znalazł?
Przez chwilę milczał. Suche gałęzie trzeszczały pod naszymi stopami.

background image

- 42 -

- Obserwujemy waszą grupę, odkąd się tu osiedliliście.
Zamarłem. Rozejrzałem się za Lee Rothem, żeby go opieprzyć, że nic mi nie powiedział. Zniknął.
- Tak po prostu? Obserwujecie? Dlaczego nas nie aresztowaliście?
Napiął wargi wokół zębów.
- Drogi panie, albo może po prostu Torkilu - spojrzał jasnoszarymi oczkami. - Przejdziemy na ty,

dobrze?  Więc,  Torkilu,  dziwię  się,  że  będąc  tak  inteligentnym  człowiekiem,  operujesz  kategoriami
tłumu.

Zacisnąłem  pięści.  Walnąć  go  w  szczękę?  Niedawna  rozprawa  z  generałem  Rogerem  Baalem

pozostawiła po sobie dość przyjemne wspomnienia. Nie, taka forma negocjacji nie powinna stać się
nawykiem. Rozluźniłem palce.

- Co masz na myśli? - spytałem nie całkiem spokojnie.
Potarł nos.
-  A  czymże  jest  aresztowanie?  To  pokarm  dla  bezmyślnej  rzeszy  i  ochłap  dla  żądnych  awansów

kukiełek.  Nic  ponadto.  To  jedna  z  wielu  kart,  którymi  gramy  w  bardzo  ważną  grę.  Znasz  jej  reguły,
prawda?  -  zajrzał  mi  w  oczy.  -  Rozważaliśmy  scenariusz  spektakularnego  pojmania  i  rozprawy
sądowej, ale ostatecznie... zrezygnowaliśmy z niego, zwłaszcza że zmieniła się sytuacja.

- Ale technicznie? Jak nas wyśledziliście?
Roześmiał się. Musiała go bawić moja naiwna ciekawość.
-  Niedaleko  siedziby  generała  Baala  stacjonuje  eskadra  Skorpionów.  Zostaliście  namierzeni  i

rozpoznani.

- Doomy tego nie wyczuły?
Zrobił pobłażliwą minę.
- Z całym szacunkiem dla technologii Novatronics, wojsko też ma coś w zanadrzu. - Potarł czoło -

Ale wracając do tematu... Nie zastanowiły cię ostatnie wydarzenia?

Zorientowałem się, że zamiast zbliżać się do leśniczówki, wracamy do posesji zielachy.
- Idziemy nie w tym kierunku. Błysnął uzębieniem w kolorze żonkili.
- Dobrze idziemy Zaraz wszystko się wyświetli. Ale odpowiedz mi na pytanie.
- Chodzi o bezmózgi? Wspaniałe odkrycie, przełom.
Pokręcił głową z rezygnacją.
- Srełom. Jeszcze jedno słowo i zwątpię w twoje kompetencje.
Nie lubię takich stwierdzeń. Zwolniłem kroku i przyjrzałem mu się uważnie. Nie po to, żeby znaleźć

jakieś  ważne  szczegóły,  ale  po  prostu  po  to,  żeby  się  skupić.  Wciągnąłem  zapach  dębowych  liści.
Zamknąłem  oczy  To  co,  że  patrzył?  Już  dawno  nauczyłem  się  koncentrować  w  najdziwniejszych
okolicznościach.

- Jestem gotów do rozmowy - oznajmiłem.
-  Świetnie  -  podniósł  patykowatą  nogę,  przekraczając  konar  leżący  na  ziemi.  -  Jak  kojarzysz

pojawienie się bezmózgów z akcją „Pandora"?

- Nic nie wiem o tej akcji...
Machnął ręką.
- Daruj sobie. Gramy w otwarte karty. Akurat.
-  Pandora  -  podjął  -  miała  wygonić  ludzi  z  gier,  żeby  w  realium  nie  tracić  konsumentów.  Ledwie

akcja  osiągnęła  względny  sukces  i  ludzie  wystraszeni  potworami  w  światach  uciekli  do  naszej
rzeczywistości, jedna z firm, zresztą uczestniczek akcji, konkretnie...

- Pharma Nanolabs - wtrąciłem.
- ...ogłasza, że rusza z wielką produkcją bezmózgów! Produkt ten sam w sobie spowoduje wyjście

graczy  z  gier,  bo  każdy  będzie  chciał  na  niego  zarobić,  a  siedząc  w  sieci,  mamony  raczej  nie
pomnoży.

- Ergo, cała akcja Pandora była niepotrzebna, bo ludzie i tak wrócą do realium.
Skinął głową i podjął wątek:
- Pharma Nanolabs musiała przecież wiedzieć o zbliżającej się zmianie, po co więc wchodziła w tę

zabawę?  Robiliśmy  wstępne  symulacje.  Wprowadzenie  bezmózgów  jest  niemal  równoznaczne  z
nieśmiertelnością  ludzkości  i  w  perspektywie  długofalowej  doprowadzi  do  przeludnienia  Ziemi.  Na
klony;  stać  w  tej  chwili  około  stu  milionów  obywateli.  W  skali  dwudziestu  miliardów  to  niewiele,  ale
jeśli  myśleć  przyszłościowo,  ich  cena  spadnie,  jeśli  nie  dzięki  polityce  firm  farmaceutycznych,  to
przez  naciski  społeczne,  żeby  rządy  zaczęły  je  dofinansowywać.  W  końcu  podatnicy  mają  prawo
dyktować, co robić z ich pieniędzmi. W skali półwiecza grozi nam poważny problem. Już dzisiaj boli
nas od tego głowa. Opracowujemy akcję promowania gier jako lokum lepszej przyszłości. Ludzkość
trzeba jakoś upakować. Najlepiej do tego nadaje się sieć.

Zatrzymał się i spojrzał mi w oczy.

background image

- 43 -

-  A  teraz  chwila  prawdy.  Syndykat  odpowiedzialny  za  akcję  „Pandora"  stworzyło  kilkanaście

najbardziej wpływowych firm i głowy rządów Free States of America, Free Europe oraz Matki Rosji.
Prowodyrem całego przedsięwzięcia byli prezesi dwóch firm farmaceutycznych: Medtronics i Pharma
Nanolabs. To oni nas nakłonili: pokazali liczby, przekonali, że zagrożenie odpływu konsumentów do
światów jest poważne. Czy to nie dziwne?

- Bardzo. I niekonsekwentne.
-  W  świetle  obecnych  wydarzeń  doszliśmy  do  wniosku,  że  zostaliśmy  wymanipulowani.  Ktoś

podszywał się pod nich i wywołał całą aferę w sobie tylko znanym celu. Nie wiemy, dlaczego to zrobił
ani kto to był. Ty to odkryjesz.

- Dlaczego ja? - przestraszyłem się.
Takie zadanie było równoznaczne z wyrokiem śmierci. Nietrudno było się domyślić, że chcą upiec

dwie pieczenie na jednym ogniu: wykryć spisek, złapać odpowiedzialnych za niego ludzi oraz usunąć
niewygodnych ciekawskich, którzy za dużo wiedzą.

- Nasi agenci zajęci są innymi sprawami.
Uśmiechnąłem  się  smutno,  jakbym  już  składał  fioletowe  róże  na  własnym  grobie.  Przemogłem

suchość w ustach i przerwałem narastającą ciszę:

- Oszczędzę nam czasu i nie powiem, że ci nie wierzę.
Uśmiechnął  się  krzywo,  a  w  grymasie  tym  była  śmierć.  Rany  boskie!,  darł  się  rozbudzony  głos

intuicji,  uciekaj,  uciekaj!,  a  ja,  jakby  nigdy  nic,  słuchając  grzecznej  nadświadomości,  spokojnie
szedłem obok przyszłego oprawcy wśród krzaczków wilczych jagód. Klepnął mnie w ramię. Zdziwiłem
się, że nie poczułem zimnego ostrza.

- Tkwisz w sprawie. Jesteś naprawdę dobry Nie jesteś agentem, a to cholerny atut...
- Czyżby środowisko było tak gęste od tajniaków? - zdziwiłem się.
Odchylił głowę do tyłu i wybuchnął śmiechem.
- Nie, no kocham tego faceta!
Nie odwzajemniałem jego uczuć. - A jeśli się...
Przerwałem, widząc osmalone i częściowo zniszczone ogrodzenie hacjendy zielachy.
- ...nie podporządkuję? - dokończyłem, ściszając głos.
Na podwórku walały się szczątki dwóch obronnych mechów, które zapewne doskonale sprawdzają

się  w  walce  przeciw  drobnym  złodziejaszkom  i  rzezimieszkom,  ale  z  pewnością  nie  w  starciu  z
oddziałem egzoszkieletowców, którzy właśnie pakowali się do czarnego pancernika. Machina uniosła
tłusty  kadłub  i  uciekła  w  błękit  z  cichym  gwizdem  generatorów.  O'Yama  nie  okazał  zdziwienia.
Beztroski  przekroczył  rozorane  fundamenty  ogrodzenia  i  wprowadził  mnie  do  ogrodu.  U  stóp
schodków prowadzących do drzwi domostwa leżała znachorka w ciemnej plamie krwi.

- Naprawdę nie żyje - upewnił mnie agent. – To nie iluzja.
Spojrzałem na niego z nienawiścią.
-  Nie  chcieliśmy  cię  przekonywać,  zabijając  kogoś  z  bliskich  -  mówił  tak  lekko,  jakby  opisywał

ulubiony smak lodów. - Ale właśnie to spotka twoich przyjaciół, jeśli będziesz się stawiał.

- To była niewinna kobieta - wysyczałem prze zaciśnięte zęby.
Machnął ręką, przechodząc nad jej ciałem.
-  Podejrzewamy,  że  była  zamieszana  w  przemyt  medykamentów  z  byłych  Włoch.  Kobieta  mafii.

Nie jesteśmy pewni. Ale - odwrócił się i znów uśmiechnął tymi swoimi zepsutymi siekaczami - nawet
jeśli się mylimy to dorobimy historię tak, żeby wszystko się zgadzało.

Martwa kobieta patrzyła nieruchomym wzrokiem w niebo. Twarz pozbawiona życia stała się obca.

Dlaczego nikt nie zamknął jej oczu?! Odwróciłem wzrok Nie poznałem jej imienia. Nie wysłuchałem
historii.  Nie  dowiedziałem  się,  czy  rzeczywiście  nie  miała  rodziny  A  ona  nigdy  nie  zobaczy  miliona
nowych dni które właśnie dzisiaj zamierzała kupić...

Musiała umrzeć, bo mnie poznała.
Skurwysyn wiedział, jak wyprowadzić mnie z równowagi. Wchodziłem po schodach, opierając się o

balustradę, jak pijany.

- Dlaczego mam wam ufać? - wychrypiałem, idą, za nim korytarzem.
Agenci ubrani tak jak on ściągali ze ścian holobrazy, wybebeszali szuflady, przewracali meble...
- Szczerze mówiąc, nie masz wyboru - odparł, nie odwracając głowy. - Chłopcy - krzyknął - to ma

być włamanie na tle rabunkowym, nie demolka! Tędy - wskazał mi drogę.

Rozpoznałem wejście do hangaru.
-  Jeśli  choć  raz  skontaktujesz  się  z  towarzystwem  z  leśniczówki,  zginą  wszyscy  -  zapewnił,

wyciągając rękę do drzwi.

- Skąd będziecie wiedzieć? Mogę tak zaprogramować omnik, że...

background image

- 44 -

- Ty będziesz wiedzieć - przerwał, wchodząc do pomieszczenia condora. - Ależ maszyna. Poezja -

pieszczotliwie  poklepał  pojazd.  -  Ukradniemy  go  jak  porządni  złodzieje  i  uciekniemy  z  miejsca
zbrodni. - Roześmiał się, jakby opowiedział świetny kawał.

- Zastosujecie maszynę prawdy?
- Otóż to. - Obszedł pojazd z drugiej strony i otworzył drzwi.
Zerknąłem przez szybę na wolant. Umiałbym prowadzić to cudo.
- A jak wam ucieknę? - zaryzykowałem.
Wzruszył ramionami, wszedł do środka i wydał dyspozycję otwarcia moich drzwi.
- Spróbuj. Życzę szczęścia.
Wsiadłem.  Niedawno  myślałem,  że  za  posiadanie  tego  pneumobila  zrobiłbym  prawie  wszystko.

Teraz tamte konsumpcyjne myśli wydały mi się niesmaczne. - Jeśli tak po prostu zniknę, będą mnie
szukać.

- I nie znajdą.
Włożył płytkę identyfikacyjną w czytnik.
-  Chłopcy  -  odezwał  się  w  powietrze.  Widocznie  cały  czas  miał  przed  oczami  podgląd  ich

czynności. - Czekamy.

-  Będą  mnie  szukać  także  w  sieci  -  zauważyłem  -  Zakamuflujemy  cię.  -  Na  wszystko  miał

odpowiedź.

Za chwilę do hangaru wmaszerowało pięciu szarych drabów. Zapakowali „skradzione" przedmioty

do  obszernego  bagażnika  i  wgramolili  się  na  tylne  siedzenia.  Odgłos  startującego  lamborghini  jest
jednym z najsłodszych dźwięków, jakie mężczyzna może usłyszeć, a miękkie poduchy oparć śmiało
mogą  konkurować  z  miłosnymi  objęciami  luksusowych  kochanek.  Nie  mogły  jednak  złagodzić  bólu,
jaki  odczuwałem  na  myśl  o  zmarłej.  Za  szybą  oddalał  się  kobierzec  drzew.  Dziesięć  kilometrów  na
południe stała czarodziejska chatka z piernika, w której czekały dwie piękne kobiety i grupa przyjaciół.
Zacisnąłem  zęby.  Condor  mknął  w  górę  niczym  strzała.  Obejrzałem  się  za  siebie,  daremnie
wypatrując ratunku.

***

Nie  przypuszczałem,  że  moje  marzenie,  żeby  polatać  w  kosmosie  bryką  zielachy  spełni  się  tak

szybko  Lamborghini  przebił  się  przez  ostatnie  warstwy  atmosfery  i  wyprysnął  w  czystą  wiekuistą
czerń. Herkules prowadził pojazd, jakby nigdy nic innego w życiu nie robił. Otoczyła nas cisza, przez
którą przeciskał się dyskretny pisk systemów homeostazy. Spojrzałem w stronę planety. Jakże piękny
był  to  widok  Metaliczne  oceany,  wiry  chmur,  łańcuchy  gór,  po  prostu  raj  urzeczywistniony...  i  tylko
człowiek zawsze wszystko plugawi.

Niedaleko  tkwił  zawieszony,  zdawało  się,  w  miejscu,  satelita  komunikacyjny.  Majestatycznie

obracał  pierścieniem  z  bateriami  słonecznymi.  Gdy  go  mijaliśmy,  pozdrowił  nas  holoprojekcją:
„Mobillenium życzy udanego lotu".

Mobillenium.
Tam i z powrotem,
Gdziekolwiek to jest.
Pokręciłem  głową.  Reklamy  na  orbicie,  do  czego  to  doszło.  Po  chwili  minęliśmy  wiązkę  lin,

podtrzymujących  linowce  Warsaw  City.  Wśród  nich  były  także  -  te,  które  należały  do  mojego
Stockomville. Zadarłem głowę. Pierścień dyskowatych sputników, do których liny były zamocowane,
połyskiwał światłami pozycyjnymi. Jakim cudem tak wiszą? Czyżby też generatory antygrawitacyjne?

Wróciłem myślami do tu i teraz.
- Mam rozwiązać wasze pieprzone problemy w kosmosie? - rzuciłem zdawkowo.
Kierowca  uśmiechnął  się  zjadliwie.  Wyciągnął  rękę  do  jakiejś  dźwigni.  Zasyczało.  Spojrzałem  we

wsteczny ekran. Tuż za nami powoli obracały się w przestrzeni „zrabowane" dobra.

- Za kilka dni spadną i spalą się w atmosferze - wyjaśnił i zamknął bagażnik.
Kilkanaście  minut  lecieliśmy  w  ciszy,  która  dusiła  mnie  niczym  żałobny  kir.  Wreszcie  w  oddali

zamajaczył kształt stacji kosmicznej. Domyśliłem się, że był to cel podróży.

- W centrum orbitalnym - odezwał się O’Yama - jest najmniejsze prawdopodobieństwo szpiegostwa

i podsłuchu.

Dopiero  po  chwili  zorientowałem  się,  że  była  to  odpowiedź  na  moje  uszczypliwe  pytanie.

Zbliżaliśmy się do bazy wielomodułowej, rozbudowanej, o nieregularnym kształcie. Ktoś ze zmysłem
biznesowym  mógłby  zorganizować  w  jej  labiryncie  całkiem  widowiskowe  wyścigi.  Herkules  zwolnił:
przednie  dysze  hamujące  splunęły  niebieskim  ogniem.  Gdy  podeszliśmy  do  dokowania,  doceniłem
ogrom kompleksu.

background image

- 45 -

Mógł się tam zmieścić niejeden biurowiec. Nad grodzią hangaru widniał napis: „Welcome to «Hotel

Twardowsky»!"

- Jesteś pewien, że nie pomyliłeś adresów? - zapytałem.
Parsknął.
- Uważasz, że powinniśmy ją oplakatować sybolami BOP-u?

***

- Dzień dobry, Paul von Raat, wiadomości sportowe Wide News. Dzisiejszy serwis rozpoczynamy

sensacyjną  wiadomością  z  rozgrywek  ligowych  Goodabads.  Oto  na  mecz  z  silną  i  zmotywowaną
drużyną  Cloud  Busters  nie  stawił  się  zespół  Bezbolesnych  dotychczasowych  liderów.  Gdzie  się
podziały  czerwone  diabły?  Czyżby  czempioni  przelękli  się  wirusów.  Sędziowie  uznali,  że  Bezboleśni
przegrali walkowerem, tym samym do ćwierćfinałów przechodzi zespół z Buenos Aires. Organizatorzy
i sponsorzy czekają na wyjaśnienia.

Przechodzimy do wyników starć klanowych w Keę Champions. Damned Deathgivers versus Quick

and Crazy, sześćdziesiąt trzy fragi do stu pięćdziesięciu..:

***

Jak tylko wysiedliśmy z pojazdu, podszedł do nas odźwierny w szacie wzorowanej na szlachecką

delię  i  zaprosił  do  środka.  Śluza  była  wykonana  w  stylu  neosarmackim:  na  ścianach  tarcze  rodowe,
skrzyżowane halabardy głowy dzikich zwierząt i poroża przyczepione do szachowych pól. W rogach
pomieszczenia  widniały  holoanimacje  przedstawiające  sceny  polowań  na  odyńce,  niedźwiedzie  i
zające.  Gdy  wchodziliśmy  do  hallu  głównego,  zaatakowała  na  trójwymiarowa  plansza  powitalna:  na
moment  znaleźliśmy  się  w  leśnych  ostępach,  u  korzeni  potężnego  dębu.  Dookoła  śpiewały  ptaki,  w
oddali rozbrzmiewał dźwięk myśliwskiego rogu. Pachniało borowikami i żywicą sosnową. W powietrzu
zamajaczył zielony napis uwity z liści wawrzynu: „Hotel Twardowsky wita!"

W recepcji przywitała nas niezwykle atrakcyjna, białowłosa hostessa o szklistobłękitnych oczach.
- Witam panów! - lekko przekrzywiła głowę i obdarzyła nas uśmiechem pełnym perłowych zębów. -

Zamawiają panowie pokój?

- Pięćdziesiąt dwa - poprosił O’Yama.
Kobieta  nie  mrugnęła,  nie  wykonała  żadnego  znaczącego  ruchu,  nawet  na  mikrosekundę  się  nie

zawahała. Po prostu nacisnęła na konsoli sensor i wyciągnęła kartę.

- Na ile dni? - spytała podając klucz.
- Jeszcze nie wiemy - Herkules wyszczerzył zęby, które przy uśmiechu recepcjonistki wyglądały jak

przyprószone tartą bułką.

Dziewczyna ponownie przekrzywiła głowę i uroczo ! się uśmiechnęła.
- Życzę miłego pobytu.
- Niezły kamuflaż - rzuciłem w powietrze, gdy maszerowaliśmy do windy
Nie  miałem  pojęcia,  jak  udało  się  przetransportować  na  orbitę  i  utrzymać  przy  życiu  stuletnie

jesiony i buki. Strumień ocieniony sędziwą lipą też wyglądał interesująco. Przekroczyliśmy go, idąc po
kamiennym mostku.

-  Myślałem,  że  numer  pokoju  będzie  bardziej  imponujący  -  zaczepiłem  jeszcze  raz  O'Yamę.  -

Jakieś „sześćset sześćdziesiąt sześć" albo inne „trzy tysiące jeden". Ale „pięćdziesiąt dwa"?

Spojrzał na mnie pobłażliwie i dotknął sensora dźwigu.
- Wyobraź sobie te dwie liczby zapisane kwadratową czcionką i nie mądrz się więcej.
Zaskoczył mnie. Skupiłem się... Ależ tak! Powstawał kształt greckiej litery omega! Słynna, na wpół

legendarna  komórka  Europejskiego  BOP-u  mieści  się  właśnie  tu?!  Przypomniałem  sobie,  że  jej
symbol  był  istotnie  przedzielony  pośrodku.  Pięćdziesiąt  dwa.  Zacisnąłem  usta.  Wystarczająco  wiele
razy skompromitowałem się w obecności szarego agenta. Chociaż... Lekko się uśmiechnąłem. Może
moja  kochana  podświadomość  zrobiła  to  specjalnie?  Wypracowałem  już  w  jego  oczach  całkiem
solidny  obraz  człowieka  niezbyt  rozgarniętego.  W  ten  sposób,  być  może,  zachęcę  go  do
zlekceważenia mnie i popełnienia błędu...

Wyszliśmy z windy i ruszyliśmy korytarzem w kutym w różowym marmurze, o ścianach zdobionych

kryształowymi plafonami. Kroki tłumił purpurowy dywan ozdobiony roślinnym bursztynowy wzorem.

-  Za  chwilę  poznasz  generała  Enrique  „Korwa”  Baczewskiego  -  odezwał  się  Herkules,  otwierając

drzwi apartamentu.

background image

- 46 -

Pozostali  agenci  stłumili  śmiech.  Przeszliśmy  przez  amfiladę  luksusowych  pokoi,  weszliśmy  do

łazienki,  której  powierzchnia  swobodnie  konkurował  z  moim  salonem,  Herkules  coś  zrobił,  nie  wiem
co, wielkie lustro uchyliło się i wmaszerowaliśmy w sterylnie biały hol tajnej bazy.

***

Nie  tylko  firmy  ubezpieczeniowe  zaniepokoiły  się  powstaniem  bezmózgów.  Organizacja

Neochrześcijańskich  Lekarzy  wniosła  do  prokuratury  prośbę  o  inspekcję  laboratoriów  Pharma
Nanolabs.  -  Nie  wierzymy  -  twierdzi  Praxeda  Wandar,  przewodnicząca  organizacji  -  żeby  produkcja
bezmózgów była możliwa bez zaangażowania w proces żywego Centralnego Układu Nerwowego. Być
może dla laików sprawa wygląda prosto, lecz mózg to nie tylko dwie półkule, to także móżdżek, rdzeń
przedłużony,  to  opony  mózgowe,  ośrodki  wytwarzające  płyn  mózgowo-rdzeniowy,  nie  zapominajmy
także,  że  rdzeń  przedłużony  płynnie  przechodzi  w  rdzeń  kręgowy.  Trudno  sobie  przedstawić,  jak
wiązka  nerwów  rezydująca  w  kręgosłupie  może  się  rozwijać  bez  połączenia  z  resztą.  Ponadto  od
mózgu odchodzą nerwy wzrokowe, węchowe, nerw trójdzielny i wiele innych. ONL nie wyobraża sobie
struktury, która mogłaby zastąpić CUN, choćby w tak złożonym procesie jak zarządzanie homeostazą,
czyli  nadzorowanie  prac  Autonomicznego  Układu  Nerwowego.  Ponadto  w  naszym  ciele  znajdują  się
tysiące  kilometrów  nerwów,  których  powstanie  nie  byłoby  możliwe  bez  odpowiedniej  neuronalnej
stymulacji.  Sprawa,  według  nas,  wygląda  podejrzanie  -  konkluduje  przewodnicząca  -  nie  chcemy
wysuwać pochopnych wniosków, lecz według obecnego stanu wiedzy medycznej produkcja bezmózga
wydaje się możliwa jedynie w tym przypadku, gdy mózg jest obecny w ciele i wyjmowany na bardzo
krótki czas przed przeszczepem CUN właściciela klona.

***

Gabinet  generalski  był  miejscem  obszernym  i  ze  wszech  miar  interesującym.  Można  było  w  nim

podziwiać  wielką  animowaną  makietę  bitwy  pod  Studziankami,  setki  holoprojekcji  samolotów  ze
wszystkich  epok  tudzież  pojazdów  bojowych  i  jednostek  pływających;  na  ścianach  dumnie  się
prezentowały  co  ciekawsze  eksponaty  broni  białej  i  palnej,  a  miłośników  płatnerstwa  z  pewnością
ucieszyłyby zbroje husarzy, samurajów i średniowiecznych rycerzy.

Wszystko rozmieszczono tak, żeby nie zasłaniać gigantycznego biurka i niedźwiedziowatej sylwetki

ponurego  wodza,  otoczonej  tuzinem  latających  i  walczących  mikromodeli  myśliwców  z  okresu
pierwszej wojny światowej.

- Panie generale... - O'Yama wyprężył się na baczność.
Obejrzałem się za siebie. Pozostali agenci gdzieś zniknęli. Byli w tym dobrzy.
- ...przyprowadziłem Torkila Aymore'a. Gamedeka.
Gigant  w  przymałej  wojskowej  czapce  chrapnął  jakieś  niezrozumiałe  słowo.  Walka  powietrzna

tocząca się wokół jego głowy zniknęła. King-Kong stał się człowiekiem. Lekko wychylił się nad blat i
wyciągnął owłosione przedramię.

- A... złapałeś ptaka... dawaj go tu... - zaprosił skinięciem kiełbaskowatych palców.
Podeszliśmy. Przyjrzał mi się szparkami oczu. Spojrzenie miał podobne do Baala, tyle że powieki

jeszcze bardziej mu opadały Może dlatego zaszedł wyżej?

- No... korrrwa mać... - sapnął. - I to ma być ten myślak? Ten, korrwa, spec? Łeb jak wyrzutnia?
Pokręcił głową z powątpiewaniem. Szerokie blade usta wykrzywiły się w podkowę.
- Wygląda na, korrwa, lowelasa, nie agenta. Laurus chyba przesadził.
Potężnie mlasnął. Obwisłe policzki drgnęły i zafalowały.
Laurus? Ten sam, który próbował nas aresztować?
- No dobra... - wcisnął coś pod biurkiem.
Spod podłogi wysunęło się jedno krzesło. Spojrzał przekrwionym wzrokiem na Herkulesa i machnął

niechętnie ręką.

-  Idź,  Herciu,  idź,  korrwa,  do  centrali,  tam  jakieś,  prze  ciebie,  nowe  masz  zadanko.  A  my  tu  -

zerknął na mnie i zrobił znaczącą pauzę – pogadamy...

Gdy  za  agentem  zamknęły  się  drzwi,  usiadłem.  Generał  przez  chwilę  mierzył  mnie  spojrzeniem,

jakby się zastanawiał, czy lepiej będę smakował z pietruszką czy oregano.

- O'Yama już ci mówił, że ktoś nas wrobił.
- Czy może pan zdefiniować słowo „nas"?
Spojrzał bystrzej i mruknął coś na kształt: „Korwa mać".
-  Reprezentuję  Wolną  Europę  i,  korwa,  interesuje  mnie  tylko  państwo.  Że  inne  firmy  dały  się

złapać, gówno mnie obchodzi. Więc „nas" znaczy „nas", może być?

background image

- 47 -

Uśmiechnąłem się. W końcu dlaczego nie?
- Może być.
- Co cię tak bawi?
- Cała ta, korrwa, rozmowa!
Wybuchnąłem śmiechem. Nie jestem pewien, dlaczego to zrobiłem. Może był to pierwszy moment,

kiedy mogłem wyrzucić z siebie napięcie ostatnich godzin? A może testowałem charakter oponenta?
Najpewniej  jedno  i  drugie.  Niedźwiedź  sapnął,  podparł  się  o  blat  i  lekko  odchylił.  Patrzył  na  mnie
zagadkowym wzrokiem. Zapadła kilkusekundowa cisza.

- No - skwitował i przetarł palcem kąty ust. - Dam ci pokój, wszystkie nagrania ze spotkań z tymi

skurwysynami  i  ludzi  do  przesłuchania.  Tych,  którzy  się  z  nimi  zetknęli.  Niewielu  ich  będzie,  bo
prezesi  firm,  paniusie  pierdolone,  umywają  ręce  i  srają  w  galoty,  a  padalce  z  polityki  nie  chcą  się
ujawniać.  Podobno  jesteś,  korwa,  dobry  Jak  złamiesz  tę  zagadkę,  to  dam  ci  w  prezencie  tego
condora.

A potem cię w nim ukatrupię, dodałem w myślach. Zacisnąłem szczęki.
- Nie przyjmuję prezentów po zmarłych.

***

-  Stoję  w  tej  chwili  przed  wejściem  do  pilnie  strzeżonego  ośrodka  „«La  Fatigue»  położonego  w

południowej  Gaskonii.  Oficjalnie  jest  to  centrum  wypoczynkowe  pracowników  rządu  Wolnej  Europy,
nieoficjalnie jednak hacjenda jest tajną rządową bazą informatyczną. Gdzie leży prawda, nigdy się nie
dowiemy. Jedno wszakże jest pewne. Zgodnie z wypowiedziami okolicznej ludności, dzisiejszej nocy
miały  tu  miejsce  dziwne  wydarzenia.  Gdzieś  na  południe  od  głównej  bramy,  w  centrum  kompleksów
ogrodowych  słyszano  huk  i  widziano  błysk  eksplozji.  Naoczni  świadkowie  relacjonują,  że  widzieli
pospiesznie startujące rządowe pneumobile oraz ognie strzałów oddawanych w ich kierunku. Pojazdy
oddaliły  się  kierunku  południowo-zachodnim.  Rzecznik  rządu  odmawia  komentarza.  „«La  Fatigue»  to
po prostu pensjonat dla spracowanych urzędników”, tłumaczy. Skąd więc to nocne zamieszanie? Nie
trzeba długo spekulować, by dojść do wniosku, że ktoś z ośrodka uciekł, ktoś raczej ważny i odważny,
skoro zdecydował się na tak brawurową akcję. Czy nocna strzelanina ma jakiś związek z wirusowym
atakiem na sieć? Odpowiedź na to pytanie leży prawdopodobnie za tym murem. Mówił do was George
Olchowsky, Hot News.

***

Bardzo  niepokoiłem  się  o  los  bliskich.  Zanim  wziąłem  się  do  pracy,  zażądałem  od  generała

możliwości podglądu leśniczówki. Zapewnił mnie, że zna się na „motywacji" i wie, że gdyby coś im się
stało zawaliłbym robotę. Potem pozwolił mi przez chwilę pooglądać czarodziejską chatkę. Przez okna
widziałem przechadzające się motomby, cień Chipa i Troya, przez chwilę mignął stalowy profil Anny i
kok  Pauline.  Żyli  albo  pokazano  mi  ładny  fotomontaż.  Przyjąłem  to  pierwsze.  Co  będą  dalej  robić?
Jak długo wytrzymają w konspiracji? Czy nie zorientują się, że są śledzeni? Przełknąłem ślinę. Czy...
już mnie pogrzebali?

- Co z nimi zrobicie, jak skończę pracę? - spytałem.
Mlasnął.
- Mogą się przydać. Dobra ekipa.
Cóż innego mógł powiedzieć spec od motywacji?

***

-  Jessica  Kronberg,  New  York  Local  News,  właśnie  podchodzę  do  tłumu  demonstrantów

zgromadzonego  pod  wieżą  Ministerstwa  Skarbu  stanu  NY.  Najbardziej  w  oczy  rzucają  się
holotransparenty „Bezmózgi taniej!" oraz „Życie nie ma ceny!" Hello, czy można cię na chwilę zająć?
Jessica Kronberg, NYLN.

- Holowizja? Nareszcie. My tutaj...
- Jak się pani nazywa?
- Ramona Est. Jesteśmy tu, by zaprotestować przeciwko cenom bezmózgów! To zwykłe żerowa...
- Jesteście grupą zorganizowaną czy to zgromadzenie spontaniczne?
- Nie wiem, ja się po prostu przyłączyłam. Ale to ; straszne, żeby bezmózgi kosztowały siedemset

pięćdziesiąt tysięcy kredytów! To straszne! Kogo na to stać?! Pieprzonych bogaczy, którzy i tak żyją
dużo dłużej od zwykłych ludzi?!

background image

- 48 -

- Nie przesadzasz? Czy przy oszczędnym życiu nie zgromadzisz takiej sumy?
- Co?! Nigdy w życiu! Musiałabym pracować ze trzysta lat! Takie stawianie sprawy, gdy ludzko stoi

na progu nieśmier...

- Ale są przecież pożyczki, kredyty...
- Zawaleni jesteśmy kredytami! Tak nie wolno!
- Zaraz, zaraz, masz coś przeciwko systemowi finansowemu FSA?
-  Nie  widzisz,  kobieto,  że  jak  tak  dalej  pójdzie,  społeczeństwo  się  rozdzieli  na  frakcję

nieśmiertelnych, która będzie rosnąć w siłę, bo im dłużej będą żyli, tym więcej zgromadzą pieniędzy, i
śmiertelnych niewolników?

- Powtarzam, że wystarczy wziąć się do pracy..:
- A spieprzaj stąd, ty prawicowa dziwko!
- Ależ...
- Won! Nie ma tu jakiejś porządnej holowizji?! Halo!...

***

Chcąc  nie  chcąc,  musiałem  się  zabrać  do  gamedeczanej  roboty.  Zacząłem  od  przesłuchań.

Baczewski  miał  rację.  Pokojowe  i  kelnerzy,  którzy  obsługiwali  spotkanie,  niewiele  mieli  do
powiedzenia:

- Byli pewni siebie.
- Bardzo pewni.
- Piekielnie inteligentni.
- Opanowani.
Dzięki.  Mówili  bardziej  o  swoich  wyobrażeniach  i  kompleksach  niż  rzeczywistych  cechach

prezesów  Pharma  Nanolabs  i  Medtronics,  a  raczej  ludzi,  którzy  się  pod  nich  podszywali.  I  tyle
właściwie dowiedziałem się z rozmów. Pozostawały nagrania.

Miałem  pełne  rekordingi  spotkań  syndykatu.  Znów  nawiedziły  mnie  wizje  własnego  grobu.

Zapoznawszy  się  z  tymi  danymi  miałem  tylko  jedną  szansę  przeżycia:  zostać  agentem  BOP-u.
Wspaniała przyszłość: mówić „kolego" do człowieka, który bez zmrużenia oka zamordował niewinną
kobietę. O tym co zrobił w przeszłości i co uczyni w przyszłości, wolałem nawet nie myśleć.

Umieściłem kryształ pamięciowy w łapce grawitacyjnej i pogrążyłem się w obserwacji holoekranu.

Wielka, połyskliwa sala obrad z panoramicznymi oknami ukazującymi jakieś miasto zalane słońcem.
Nie  Warsaw  City  Owalny  stół  o  powierzchni  kilku  apartamentów.  Przy  każdym  stanowisku
holomonitor,  moduły  instrukcji  głosowych,  myślowych  i  klawiatura  dla  konserwatystów,  czyli  tych,
którym  nie  chce  się  precyzyjnie  myśleć  czy  gadać.  Sam  należę  do  tej  grupy.  Towarzystwo  w
krawatach,  przeważnie  klasycznych,  bez  animacji  czy  innych  udziwnień.  Każdy  ma  uruchomiony
walktel  bądź  omnik  i  patrzy  na  niewidoczne  dla  innych  okna.  Trochę  dziwne  wrażenie  sprawiają  ich
rozbiegane oczy, jakby śledzili wzrokiem duchy. Od czasu do czasu ktoś wyciąga rękę w powietrze i
naciska niewidzialny przycisk. Zwolennicy operatywy opuszkowej . Tacy jak ja.

Początek  rozmowy.  Ktoś  rzuca  dowcip.  Włączam  opcję  podpisów.  Nad  głowami  rozjarzają  się

nazwiska.  Kawał  opowiedział  William  Girot,  minister  spraw  wewnętrznych  Wolnej  Europy,  jowialny
szatyn w średnim wieku. Śmieją się. Trzęsą się podgardla co bardziej otyłych panów. Coś komentują.
Robię najazd na prowodyrów. Obaj prezesi siedzą obok siebie. Ten po lewej, brunet o okrągłej twarzy,
to  Ganimed  Rawson,  niby-szef  Medtronics.  Po  prawej  blondyn  z  krótką  bródką,  szerokie  bary,
Hermes Hindenburg, podający się za szefa Pharma Nano1abs. Ciekawe. Stop. Robię najazd na jego
twarz. To właśnie tak wyglądający prezesunio zatwierdził akcję z wypuszczaniem w eter paskudnych
bakcyli... przyglądam się bezwzględnej zastygłej gębie i mam ochotę zdzielić ją łopatą. No, do roboty,
do  roboty,  ponaglam  się.  Play.  Najazd  na  jego  oczy.  Zwalnia  tempo.  Jak  on  rusza  tymi  gałkami?
Rewind.  Play.  Aha.  Z  boku  na  bok.  Czyta  coś  w  powietrzu.  Sprawdza  jakieś  dane.  Cofam  zapis  o
kilka  sekund,  oddalam  obraz  i  wydaję  dyspozycję  odtwarzania.  Złapałem  się  na  tym,  że  nie
słuchałem, o czym była mowa.

-  Jaki  według  panów  procent  konsumentów  wyemigrował  w  ciągu  ostatniego  kwartału  do  sieci?  -

pytanie Jasona Pickwicka, prezesa Pandy, wiodącej firmy produkującej sportową odzież.

Zbliżenie na oczy Hermesa. Tak. Czyta.
- Około czterdziestu setnych - odpowiada.
Stop. Odjazd. Twarz zatrzymana w momencie zaciskania ust. Kamera w lewo, w stronę Ganimeda

Patrzy  na  partnera  uważnie,  policzki  rozluźnione  wzrok  skupiony,  ale  niezbyt  agresywny,  ot,  zwykłe
biznesmeńska  narada.  Po  krótkim  wahaniu  wyłączam  głos.  I  tak  nie  bardzo  mogę  się  skupić  na
rozmowie, a przy obserwacji mowy ciała przekazy werbalne bardzo przeszkadzają. Odjazd. Play.

background image

- 49 -

Przez  kilka  minut  nic  się  nie  działo.  Standardowe  spojrzenia,  grymasy,  gesty  palców  i  rąk,

wychylenia,  Znam  je  na  pamięć.  W  pewnym  momencie  coś  w  ruchach  Ganimeda  zwróciło  moją
uwagę. Cofnąłem zapis. Włączyłem głos. Lekkie zbliżenie na jego sylwetkę.

- ...sadzają. Wszystko to jakieś wyolbrzymione - głos kogoś z sali.
Rawson słucha rozluźniając wargi, jakby szykował się do riposty Zwalniam odtwarzanie.
-  Taaaaak...  -  rozbrzmiewa  jego  pogrubiony  głosl  Prawa  ręka  oparta  łokciem  o  blat  zaczyna  się

podnosić.

- ...aaallllleeee trzzzzzzeeeeebaaaaa zaaaazznaaaaczzzyyyćććć, żżżże...
Stop. Wpatruję się w uniesiony palec wskazujący. Gdyby podniósł rękę wyżej, mógłbym uznać, że

coś  przełącza  na  widocznym  dla  siebie  pulpicie,  ale...  Zaraz...  Gdzie  trzyma  łokieć?  Cofam  zapis.
Play.

- Tak, ale trzeba zaznaczyć, że dane te poch...
Stop. Łokieć automatycznie przyciągnął do tułowia. Wykonał tym samym... Gest wylogowania! To

już było podejrzane. Taki nieświadomy ruch może uczynić tylko stały bywalec sieci albo gracz. Niby
spotkałem  prezesów  rozmiłowanych  w  światach  (tu  wspomniałem  przygody  w  Happy  Hunting
Grounds), ale powiedzmy sobie szczerze, biznesmeni na stanowiskach raczej stronią od netu. Mają
dostatecznie  dużo  rozrywek  w  realium,  o  pracy  nie  wspominając.  Zanotowałem  spostrzeżenie  i
powróciłem do obserwacji. Play.

Po upływie trzydziestu minut kelnerka przyniosła napoje. Rawson i Hindenburg odmówili kawy.
-  Czy  praca  w  firmach  farmaceutycznych  zanadto  panom  nie  zaszkodziła?  -  mówi  Sam  Tanker,

prezes Safe Nations. Szeroko się uśmiecha.

Ganimed patrzy w okno i rozciąga usta w bladym półuśmiechu. Odzywa się Hindenburg:
- Po prostu wolimy herbatę.
Stop. No cóż... mają prawo. Na wszelki wypadek wprowadzam fakt do notatek. Oddalam obraz, by

widzieć  całą  salę.  Wyłączam  dźwięk.  Znowu  standardowe  zachowania.  Raptem  poruszenie.
Najwyraźniej  Rawson  czymś  wszystkich  zbulwersował.  Wszystkich  oprócz  Hermesa.  Rewind.  Głos.
Play.

-  Proszę  pana  -  mówi  Zygmunt  Robertson,  szef  Modern  Houses  Ltd.  Popija  kawę.  -  Mamy  w  tej

chwili...  -  stuka  w  terminal.  Konserwatysta.  -  ...dokładnie  trzydzieści  milionów  czterysta  dwadzieścia
tysięcy  klientów  na  całym  świecie.  Z  tego,  co  pan  mówi,  wynika,  że  w  tym  roku  do  sieci  odejdzie
półtora procenta, czyli...

- Czterysta pięćdziesiąt sześć tysięcy trzystu - wchodzi w słowo Rawson.
Patrzą na niego skonsternowani.
- Kiedy pan zdążył to policzyć? Zdawało mi się że jest pan zwolennikiem operatywy opuszkowej? -

pyta Minister Spraw Wewnętrznych. ;

Właśnie?!  Stop.  Najazd  na  twarz  Ganimeda.  Uśmiecha  się,  ale  kąciki  ust  jakby  nie  do  końca

podciągnięte. Twarz napięta. Nie jest to grymas pychy czy zwycięstwa. Raczej coś maskuje. Kamera
w prawa na twarz Hermesa. Patrzy na kolegę z uśmiechem; wargi lekko rozchylone... ma ochotę mu
pomóc. Wygląda tak, jakby chciał go wytłumaczyć. Klatka d przodu. Jeszcze jedna. Usta zwierają się
i zaciskają, Zreflektował się, że nie może się odezwać. Najazd na oczy. Mięśnie twarzy lekko napięte.
Zmarszczki w kącikach... Czeka, co powie Rawson. Kamera na twarz Ganimeda. Odjazd. Play.

- Od czasu do czasu stosuję operatywę myślową, Tak dla gimnastyki...
Zgromadzeni chrząkają i szurają krzesłami. Śmieją się.
- Już sądziłem - znowu Sam Tanker - że tak szybko machnął pan ręką, że nie zdążyłem zauważyć!
- To byłby najszybszy numerek w historii! - rechocze prezes Adnike, Jude Stone.
- Tak szybki, jak z tym facetem, co wystawił tyłek przez okno, zbiegł na dół i zdążył zobaczyć, jak

tyłek się chowa! - wtóruje szef Safe Food Industries Izaak Rubinstein.

Rozluźnienie.  Kamera  na  Ganimeda  i  Hermesa  Śmieją  się  z  innymi.  Są  jakby  bardziej

zrelaksowanl Stop. Zatrzymane roześmiane gęby Zrobiłem notatki.

Tego  dnia  przejrzałem  wszystkie  nagrania.  Zajęło  mi  to  z  górą  czternaście  godzin.  Gadatliwe

towarzystwo. Nic więcej nie znalazłem. Czytanie w powietrzu jest rzeczą naturalną. Niechęć do kawy
trudno potępić. Zastanawiał gest wylogowania i szybkie liczenie. O ile pierwsze kojarzyło się tylko z
graniem, to drugie mogło sugerować nie do końca ludzkie umiejętności, raczej digineckie... Chyba że
rzekomy Ganimed istotnie stosował zamiennie operatywę polegającą na mentalnych instrukcjach, ale
dlaczego  wcześniej  ani  później  tego  nie  robił,  tylko  machał  ręką,  wciskając  niewidzialne  klawisze?
Hm... Poza tym jak, do diabła, sztuczny mózg digineta może siedzieć w ludzkim ciele?

Późną nocą wyłączyłem przeglądarkę, spojrzałem w okno i odskoczyłem. Tak pogrążony byłem w

myślach,  że  widok  krzywizny  błękitnej  planety  kompletnie  mnie  zaskoczył.  Spodziewałem  się
zobaczyć Warsaw City migoczące milionem świateł. Zaschło mi w ustach. Gdzie mój Jack Daniels?
Rozejrzałem się po pokoju. Nie przewidziano barku. Była to raczej cela. Nie znajdziesz też miękkiego

background image

- 50 -

szlafroka,  masażu  w  łóżku,  muzyki  i  innych  przyjemnych  rzeczy,  pocieszyłem  się  w  myślach.  Mam
nadzieję, że chociaż tusz jest antygrawitacyjny. Zanim poszedłem do łazienki, zerknąłem jeszcze raz
przez szybę. Hm… widok, choć nie ten, był całkiem, całkiem...

***

Kupiłeś bezmózga dla siebie i żony, na dzieci założyłeś lokatę. A pies? Przecież pies też człowiek!

Nie wspominając o kocie i chomikach. Precious Pet za kontraktowało z Pharma Nanolabs współpracę
w  zakresie  produkcji  bezmózgów  dla  ulubieńców.  Jeśli  twój  zwierzak  jest  już  stary  skontaktuj  się  z
nami.

Zamrozimy  go,  a  gdy  tylko  będzie  to  możliwe,  włożymy  w  nowe  młode  ciało!  Precious  Pet!

Zapraszamy

***

Od  samego  rana  następnego  dnia  rzuciłem  się  pracy.  Szkoda  było  każdej  minuty,  martwiłem  o

Annę,  Pauline,  Chipa,  Petera  i  Harry'ego,  oddalonych  jakieś  marne  kilka  tysięcy  kilometrów.  Tak
bardzo chciałem ich zawiadomić, że żyję...

Nagrania  pilnie  strzegły  swojej  tajemnicy.  Fałszywi  prezesi  byli  rozluźnieni,  wygrzewali  ręce  o

wypielęgnowanych paznokciach w słonecznych plamach padających na stół, dość często spoglądali w
okno uśmiechali się, sielanka.

- Wasi agenci musieli ich śledzić po spotkaniach prawda? - postanowiłem zaczepić generała.
- Prawda.
- I co? Nie wiecie, dokąd lecieli?
- No, korwa, nie wiemy. Ślad się urywał. Gubili ich w miastach.
- Jak to, przecież macie te wszystkie sensory, satelity. . .
-  Pojazd,  korwa,  to  jedna  rzecz,  a  człowiek  inna.  Gubili  człowieka.  Nawet  agent  nie  wejdzie  do

strzeżonych biurowców.

O ile przy pierwszym spotkaniu jego wulgaryzmy mnie bawiły, o tyle teraz wydały mi się po prostu

prymitywne. Partacze, pomyślałem i wróciłem do celi.

Późnym  wieczorem  znałem  niemal  na  pamięć  odzywki,  gesty  i  ruchy  ze  wszystkich  spotkań.  Nie

ukrywam, że mam do tego talent. Najbardziej wkurzali mnie tym swoim patrzeniem w okno. Wygląd
tak, jakby wszelkie warianty mieli zaprogramowane, wyliczone i tylko czekają na koniec. Leżałem w
łóżku  na  brzuchu  i  przysypiałem.  Obróciłem  się  na  plecy  i  zatrzymałem  akcję  w  momencie,  gdy
Ganimed spoglądał tymi swoimi niewinnymi oczkami na przemykające za oknem chmury.

- I czego się tak gapisz, gamoniu? - mruknąłem i zrobiłem najazd.
-  Ładne  oczka.  Ładne  masz  oczka,  gamoniu.  Orzechowe.  Nie,  migdałowe.  Czyściutkie  jak

kropelka. Przybliżyłem obraz jeszcze bardziej. Brązowe oko wypełniało cały holoekran.

-  No,  śliczna  patrzałka.  I  białkówka  taka  wypielęgnowana,  bez  żyłek  prawie  zupełnie...  Jeszcze

najaździk... I rogóweczka przezierna jak diament, i ta piękna tęczówka prążkowana, bez plamek, i ta
źrenica... czarna jak studnia... jak przeznaczenie... szeroka, głęboka źrenica...

Wycofałem  obraz  i  wcisnąłem  play.  Zamknąłem  ;oczy.  Raptem  jakby  piorun  we  mnie  strzelił.

Poderwałem się. Zmęczenie uciekło gdzieś w kosmos, tak przecież bliski. Miałem wrażenie, że mogę
własnoręcznie  popchnąć  całą  stację  na  wyższą  orbitę.  Cofnąłem  dokument  do  sceny  patrzenia  w
okno.

-  Szeroka  źrenica?!  Szeroka  źrenica?!  -  patrzyłem  oniemiały  na  oko,  które  bez  przeszkód

spozierało prosto w słońce, maksymalnie rozszerzając tęczówkę, zamiast ją kurczyć. - Jasna cholera!

Poszukałem  sceny,  w  której  w  okno  spogląda  Hermes.  Jego  źrenice  zachowywały  się  tak  samo.

Zrobiłem  odbitki.  To  nie  są  ludzie,  kołatało  się  w  głowie.  Pomysł  z  kosmitami  odrzuciłem  w
przedbiegach.  Jeżeli  nie  ludzie  i  nie  ufo,  to  motomby,  tyle  że  jakieś  nieprawdopodobne  modele
udające ciało człowieka. To wyjaśniałoby także szybkie myślenie Ganimeda. Musiał być dibekowcem.
I wtedy do mnie dotarło. Paradoksalnie na akcji „Pandora" najbardziej zyskali zoeneci.

***

- Muszę lecieć do FSA - oznajmiłem Baczewski mu, kiedy wmaszerowałem do jego gabinetu.
Stał  pochylony  nad  makietą  bitwy  pancernej  pod  Studziankami.  „Obszar  dawnej  Polski,  połowa

dwudziestego wieku" - głosił holonapis. Prymitywne, ale dziwnie piękne pojazdy o kołach otoczonych
żelaznymi gąsienicami mozolnie wdrapywały się na wzniesienie, podczas gdy podobne do nich, tylko

background image

- 51 -

oznakowane nie czerwoną gwiazdą, lecz czarnym krzyżem zajeżdżały je od flanki i dmuchały ogniem
z długich luf.

Enrique wyprostował potężne cielsko i spojrzał podejrzliwie.
- Do Ameryki? A, korwa, po co?
- Do szefa Medtronics. A potem do Europy, Pharma Nanolabs.
-  Co  ci,  korwa,  odjebało?  Ty  nic  nie  pojął?  To  ni  oni  gadali,  ale  jakieś  łebki  podstawione!  Na  tyc

spotkaniach, korrwa mać, były nie prezesy, ale skurwysyny jakieś, lewusy! Korwa, rozumiesz?

I znowu jakby zaczął mnie bawić.
- Korrwa, rozumiem.
Z jego ostrego spojrzenia odgadłem, że ma zamiar mnie zdzielić.
- Ale, korrwa... - podjąłem i natychmiast zrozumiałem, że przeholowałem. Zrobił w moim kierunku

dwa  kroki.  Wziął  wdech  i  zatrzymał  powietrze  w  płucach.  Cała  jego  postawa  zdradzała  zajadłą
wewnętrzną walkę. Powstrzymał się chyba ostatkiem woli.

- ...muszę z nimi porozmawiać - skończyłem zdanie. - Mam pewien ślad, lecz chcę wiedzieć z całą

pewnością.

- Jak masz ślad - wysapał - to najpierw powiesz mnie. A ja zadecyduję, co dalej.
A gdzie „korwa"?
- Nic, ci, kurwa, nie powiem, dupku zasrany - wypaliłem i zobaczyłem, jak całe życie przemyka mi

przed  oczami.  -  Jak  masz  debili  zamiast  ludzi  i  sam  jesteś  półgłówkiem  nie  potrafiącym  rozwiązać
zagadki, to się przynajmniej nie ośmieszaj. Wyślij mnie do FSA, a ja przyniosę odpowiedź.

Nastała  cisza  niczym  przed  ścięciem  jakiegoś  rzezimieszka  podczas  publicznej  egzekucji.  Po

chwili jego spojrzenie złagodniało.

Podjąłem  duże  ryzyko,  ale  udało  się.  Od  początku  podejrzewałem,  że  generał  reprezentuje

„twardy" typ osobowości i ceni tylko tych, którzy się postawią i wytrzymają na stanowisku mimo ataku.
W sufickiej typologii zwanej enneagramem jest to numer ósmy, czyli Szef. Takich jak on kłótnia czy
bójka jedynie podnieca. Nie boją się nikogo, większość ludzi uważają za mięczaków. Jedyna rzecz,
jakiej się obawiają, to niedoinformowanie. Twardzieli szanują, a nawet mogą się z nimi zaprzyjaźnić.
Gdyby  nie  ta  dziwna  cecha,  prawdopodobnie  nigdy  bym  nie  opuścił  bazy.  Poprawka.  Opuściłbym,
tyle, że w samym ubraniu. Jak to czasami wiedza może uratować życie... W tej chwili mogłem czytać
w jego myślach. Był przekonany, że spodobało mi się w bazie, mam zamiar wypełnić misję i stać się
najtwardszym  z  BOP-owskich  agentów.  Popełniał  ten  sam  błąd,  co  większość  ludzi  na  świecie:
myślał, że każdy jest ta jak on. I, korrwa, dobrze, że tak myślał.

***

Naluszki Drophop. Przewiewne, nawilżające, samodopasowujące, bezuciskowe, inteligentne. Jedna

para na całą dobę! Drop? Hop! Drop? Hop! Pozwól Swojemu bobasowi cieszyć się życiem, podczas
gdy naluszki Drophop zajmą się tym, czym nikt zajmować się nie chce. Drop? Hop! Drop? Hop!

***

Obok  mnie  w  dwuosobowym  orbitalnym  śmigu  siedział  sam  Laurus  Wilehad,  jak  podejrzewałem

nie  tylko  policjant  z  Centralnego  Biura  Śledczego"  który  dowodził  akcją  odbicia  rzekomych
pracowników Binary Digits z siedziby Novatronics, ale przede wszystkim błyskotliwy członek BOP-u.
Przystojniak,  psiakrew.  Teraz  miałem  okazję  z  bliska  podziwiać  jego  wąskie  usta,  odważnie
zarysowany nos regularne brwi i stalowe oczy. Rzeczywiście był blondynem o falującej, zgrabnie się
układającej grzywie. Skąd się biorą takie filmowe gęby? Westchnąłem nostalgicznie i zerknąłem we
wsteczny  monitor.  Z  ulgą  obserwowałem,  jak  hotel  Twardowsky  maleje  i  znika  w  czarnej  pustce.
Uciekałem z celi śmierci.

Niedaleko naszego pojazdu zamajaczyła połyskliwa wiązka lin.
- Z którego to miasta? - spytałem, wskazuj struny.
- Władywostok. - Ciekawe... - Co takiego?
- Te liny. Ja wiem, że mają długie polimery, to jakieś nieludzkie, że się nie rwą.
Prychnął. Nie wiem, co to miało znaczyć: pogardę dla mojej niewiedzy, lekceważenie tematu?
- Masz rację, bo to nie jest wytwór ludzki. To potwory.
A więc prychał na same liny. Nie lubił ich?
- Satelity supportujące - wskazał palcem pierścień złożony z dziesiątek dysków - trzymają te glisty

jak lalkarze sznurki marionetek.

- Glisty?
- One żyją.

background image

- 52 -

Przełknąłem ślinę.
-  Produkt  Mobillenium  -  kontynuował.  -  Nieustannie  się  zrywają  w  niezliczonych  miejscach,  ale

stale się regeneruj ą i naprawiaj ą.

- Same?! - wytrzeszczyłem oczy.
-  Nie  chcesz  wiedzieć,  jak  funkcjonują  -  mrugnął  protekcjonalnie.  -  Linowce  to  największa

inwestycja na Ziemi. Mobillenium liczy, że zwróci się za circa sto pięćdziesiąt lat.

- Sporo wiesz o tym Mobillenium.
Chrząknął.
- Jako agent muszę wiedzieć o wielu rzeczach.
Czyżby? Spojrzałem na niego. Dlaczego sam dotąd nie wiedziałem o tych linach? Laurus przerwał

moje  rozmyślania,  wchodząc  w  gazowy  kożuch  Ziemi.  Czy  skrzydła  spadających  aniołów  także
płonęły  od  tarcia  o  termosferę?  Fascynujące.  Może  dlatego  tak  się  rozgniewały  na  Stwórcę  i  w
rezultacie  przekształciły  w  demony  bo  paliły  się  w  nieludzkiej  temperaturze,  jęczały,  krzyczały,
wzywały  pomocy,  próbowały  wzlecieć  w  górę,  ale  powierzchnie  nośne  zostały  zniszczone  podczas
opętańczego  lotu?  A  może  piekło  nie  mieści  się  wcale  pod  ziemią,  ale  w  górnych  warstwach
atmosfery?  Ocknąłem  się  z  apokaliptycznych  wizji  dopiero,  gdy  wpłynęliśmy  w  błękitne,  przejrzyste
powietrze.

Choć  lecieliśmy  z  pięciokrotną  prędkością  dźwięku,  czekała  nas  dwugodzinna  podróż.  Wilehad

widać  nie  miał  ochoty  na  pogawędkę,  bo  włączył  holowizję.  Zobaczyłem  skalistą  równinę,  po  której
skradało  się  trzech  komandosów  VSA.  Raptem  zza  wysokiego  ostańca  wybiegł  dziwny  zwierz,
przypominający  tygrysa  szablozębnego,  ale  wyposażony  w  znacznie  większe  kły  i  szczątkowe
błoniaste  skrzydła.  Mężczyźni  otworzyli  ogień.  Drapieżnik  rozpędził  się  i  wybił  w  powietrze.  Obraz
zatrzymał  się  ukazując  jego  potężne  cielsko  wyciągnięte  w  skoku.  Otaczały  go  błękitne  smugi
strzałów. Kamera okrążyła scenę. Odezwał się glos:

Mówi się, że gry stały się miejscem niebezpiecznym.
Ekran  ożył.  Napastnik  wylądował  na  piersi  najbliższego  człowieka  i  wbił  pazury  w  materiał

munduru. Przewrócili się, wzniecając tuman pyłu. Pozostała para otworzyła ogień. Bestia siedziała na
ofierze i uderzała przednimi łapami w ramiona, w głowę i tors krzyczącego komandosa.

To prawda.
Obraz  znowu  się  zatrzymał  ukazując  cierpiącą  twarz,  do  połowy  zakrytą  futrzastą  łapą.  Szpony

przeorały czoło pozostawiając cztery szkarłatne ślady.

Ale nie mówi się wszystkiego.
Animacja  ożyła.  Liczne  salwy  z  broni  komandosów  rozerwały  przedstawiciela  kotowatych  na

strzępy.  Jego  parujące  szczątki  pokryły  grunt  w  promieniu  kilku  metrów.  Powalony  mężczyzna  z
trudem  się  podniósł.  Obficie  krwawił.  Jedna  ręka  zwisała  bezwładnie,  jakby  częściowo  wyrwana  w
stawie  barkowym.  Najazd  na  pokrwawioną  głowę.  Podnosi  twarz  i...  uśmiecha  się!  Pozostali
mężczyźni pokazują go palcami i wybuchają śmiechem. Następnie wszyscy trzej patrzą w kamerę i
wznoszą kciuki.

Bo cała prawda jest taka, że...
Komandosi  wykonują  gest  wylogowania.  Otoczenie  płynnie  zamienia  się  w  menu  jakiejś  gry.

Półprzezroczyste postacie są ubrane w standardowe sieciowe ubiory. Na zaatakowanym mężczyźnie
nie widać śladów walki.

Gry są niebezpieczne... rewelacyjnie!
Rozentuzjazmowani mężczyźni opowiadają sobie przebieg akcji. Przed zaatakowanym otwiera się

menu  blizn.  Wybiera  jedną  z  nich  i  „przykleja"  do  przedramienia,  dodając  do  kilkunastu  już  tam
widniejących.

Zostań  jednym  z  nas!  Zoenetom  w  grach  nic  nie  grozi!  A  przestrzeni  do  życia  nigdy  nam  nie

zabraknie! Sieć - miejsce dla miłośników naprawdę mocnych wrażeń!

Reklama dobiegła końca.

***

Zaczęło  się,  pomyślałem,  kręcąc  głową.  Musiałem  przyznać,  że  koła  rządowe  działały  niezwykle

sprawnie. Przygotować kampanię reklamową w niecałe dwa tygodnie...

Gdy  przekraczaliśmy  granicę  powietrzną  Free  States  of  America,  ciszę  przeciął  miły  baryton

Wilehada:

- Co zamierza robić nasze tajne żądło?
Roześmiałem się nerwowo. Starałem się na niego nie patrzeć.
- Masz na myśli mnie?

background image

- 53 -

Skinął  głową,  również  na  mnie  nie  patrząc.  Obserwował  wskazania  holograficznej  animacji,

ukazującej przewidywaną trajektorię lotu. Wyjrzałem przez szybę. Wolne Stany Ameryki... Wielki ląd.
Wielkie mia... Mój wzrok przykuła dziwna budowla. Z wysokości pięćdziesięciu kilometrów nie można
zobaczyć  pojedynczych  budynków,  a  jednak  widziałem  gmach,  zupełnie  jakbym  patrzył  z  dystansu
kilkuset  metrów.  Pacnąłem  w  interaktywną  szybę  i  wykonałem  zoom.  Były  to  trzy  wieże,  każda
składała  się  z  siedmiu  plastbetonowych  słupów  schodzących  się  na  wysokości  około  pięciu
kilometrów.  Mniej  więcej,  na  dwóch  trzecich  wysokości  połączone  były  gigantycznym  trójkątnym
tarasem.  Przybliżyłem  obraz  jeszcze  bardziej.  Widok  przesłoniła  chmura.  Zakląłem  i  zmieniłem
spektrum na podczerwień. Tylko plamy

- Skręć trochę - poprosiłem.
Ściągnęło nas w dół i w bok. Krew przez chwilę bardzo ciążyła w prawym oku. BOP-owski śmig to

nie  lamborghini,  pomyślałem  na  wspomnienie  luksusowego  wnętrza  wyposażonego  w  grawitacyjne
anulatory przeciążeń. Białe pierze przesunęło się i znów mogłem obserwować gmach. Zoom na taras
Jeszcze  trochę...  Drzewa?  Ludzie?  To...  miasto!  Megamiasto!  Zauważyłem  brak  pneumobili,  tak
charakterystycznych  dla  innych  metropolii.  Transport  głównie  publiczny.  Dotąd  widziałem  takie
siedliska tylko na reklamówkach. Zaledwie trzy wieże zanurzone w dżungli.

- Co to jest? - wskazałem palcem.
- Nowe Miami. Nie słyszałeś?
Uśmiechnąłem się blado.
- Słyszeć słyszałem...
-  Megamiasta  to  przyszłość:  oszczędne,  czyste;  ekologiczne.  Bardziej  ekonomiczne  niż  linowce,

chociaż  nie  tak  spektakularne.  No  i  brak  latającego  śmiecia.  Kolejki  i  windy.  Pięć  milionów  ludzi  w
trzech budynkach.

- No wiesz...
- Koleś, nie odpowiedziałeś mi na pytanie.
Był bystry. Wziąłem wdech.
- Mówiłem generałowi, że chcę pogadać z Ganimedem, a potem polecimy do Wolnej Europy...
- Srutututu.
Skrzywił się, zerknął na chwilę na lewo w górę, a potem spojrzał na mnie, ale jakoś tak... dziwnie.
Nie w oczy, ale na czoło. Przez chwilę miałem wrażenie, że widzi mój mózg.
- Nie umiesz kłamać.
Dziwne. Wydawało mi się, że umiem. Może mógłby mnie czegoś nauczyć?
- Zatem? - spojrzał na mnie i wyszczerzył równe, olśniewająco białe zęby. Wreszcie ktoś dbający o

estetykę jamy ustnej.

- Naprawdę zastanawiam się...
- Jak uciec?
O, w mordę.
- Nie jesteś taki głupi - podjął - żeby spotykać się z Rawsonem i Hindenburgiem. Wiesz doskonale,

że to nic nie da... - zastanowił się - ...hm, w każdym razie oficjalna wizyta.

- Masz na myśli coś konkretnego?
- Nieważne - klepnął mnie lekko w przedramię. - Wracamy do tematu, kolego.
Naprawdę był dobry.
- Więc kombinujesz, jak uciec. Chyba że naprawdę chcesz zostać agentem BOP-u, jak sądzi ten

pacan  Baczewski,  ale  nie  wydaje  mi  się...  Jeśli  nie  agentura,  to  śmierć.  Ucieczka  jest  jedynym
logicznym rozwiązaniem. Dobrze mówię?

Milczałem.  Trafił  w  sedno.  No,  może  nie  w  sam  środek  tarczy,  bo  nie  wspomniał,  że  naprawdę

bardzo mnie interesowało, co znajduje się w...

- Texas - przerwał tok moich myśli. - Zoenet Labs. Jak dotąd jedyna zoenecka fabryka motombów.

To cię naprawdę intryguje.

W dziesiątkę.
- Czego miałbym tam szukać? - spytałem niewinnie.
- Geskinów.
- Słucham?
- Motombów, które wyglądają jak ludzie. Genuin Skin. Geskin.
Jak nie pokazać zbaranienia? Są różne sposoby; zaciśnięcie szczęk, napięcie policzków, zmrużeni

oczu, każdy ma inną metodę. Zastosowałem wszystkie trzy.

- Nauka kontroli mimiki też by ci się przydała - stwierdził lakonicznie i wykonał wariacki zwrot w dół.
- O, Jezu - stęknąłem, czując w przełyku jajecznicę, którą zjadłem na śniadanie. - Co robisz?!
- Pomagam ci - wyszeptał. - Ale najpierw musimy zgubić cień.
Zerknąłem na radar.

background image

- 54 -

- Który to? - wysyczałem.
Pojazd ciągle spadał. Zastanawiałem się, co ze mnie zostanie, kiedy wyjdzie z pikowania. Starałem

się odepchnąć mdłości, które pełzły przez przeponę jak wielki oślizgły robak.

- Nieważne.
Raptem dookoła zaroiło się od czerwonych smug.
-  Służbisty  sukinsyn  -  wysapał.  -  Zgodnie  z  procedurą.  Niekontrolowany  manewr  i  egzekucja,  jak

chirurg wycinający podejrzaną tkankę...

Prędkościomierz  wskazywał  dziesięć  prędkości  dźwięku.  Ta  krypa  się  rozpadnie,  myślałem,

omiatając  wzrokiem  tablicę  rozdzielczą  w  poszukiwaniu  wskaźnika  temperatury  poszycia.  Nagle
usłyszałem: „Buuu"... i odzyskałem przytomność, wisząc do góry nogami.

- Jaśniepan się ocknął? - stęknął Laurus.
Smugi  czerwieni  przecięły  nad  naszymi  głowami  krajobraz  uprawnych  pól  (lecieliśmy  do  góry

nogami).  Wilehad  popchnął  wolant,  zamknął  przepustnicę  i  wykonał  pół  kontrolowanej  beczki.
Próbowałem  ręką  powstrzymać  śniadanie,  które  postanowiło  jednak  mnie  opuścić.  Wrogi  śmig
wyprzedził  nas  i  zanurkował  w  prawo.  Wilehad  odbezpieczył  spust  rakiet.  Napiąłem  mięśnie  szyi  i
twarzy.  Wytrysk  ze  ślinianek.  Jeśli  zwymiotuję,  ośmieszę  się  na  całe  życie!  Przeciwnik  wspiął  się
stromo w górę, zawrócił na grzbiet, a potem wyprostował lot, już na brzuchu. Zwrot bojowy, nazwałem
manewr  widząc,  że  Laurus  (niestety!)  go  powtarza...  Obudził  mnie  delikatny  wstrząs.  Rozwarłem
szeroko  oczy  w  momencie,  gdy  od  prawego  skrzydła  odrywało  się  cygaro  rakiety.  Błyskawicznie
zlustrowałem ubranie i z ulgą stwierdziłem, że wciąż jest czyste.

- Przy przeciążeniu dodatnim zaciskaj pośladki i napinaj uda - poradził pilot.
Słyszałem  rytmiczne:  „Pi,  pi,  pi".  Nie  byłem  pewien,  czy  oznacza,  że  namierzyliśmy  przeciwnika,

czy  na  odwrót.  Mdłości  odeszły.  Zdusiła  je  adrenalina.  Kciuk  Wilehada  ponownie  nacisnął  guzik
zwalniający rakietę. Tym razem poleciał pocisk podczepiony pod lewym skrzydłem. Dyskowaty wrogi
śmig wykonał półbeczkę i ściągnął w dół. Cygaro przeleciało nad płaskim brzuchem.

- Dobry jest - zauważyłem.
Laurus  spojrzał  na  mnie  złym  okiem.  W  tym  momencie  w  kadłub  przeciwnika  uderzyła  druga

rakieta. Agent ściągnął wolant i wykonał ciasny skręt. Popchnęła nas fala uderzeniowa. Spróbowałem
zacisnąć  pośladki...  I  ocknąłem  się,  gdy  wyrównywaliśmy  lot.  Przestrzeń  dookoła  znaczyły  czarne
smugi spadających odłamków statku, zupełnie jak druty zdewastowanego archaicznego parasola.

Rozjarzył się jeden z ekranów. Twarz generała. - Laurus, korwa mać, nie żyjesz.
- Panie generale, musiałem to zrobić, ten zdrajca mnie zaatakował.
- Ralph cię zaatakował? Najbardziej tępy z moich ludzi?!
- Niech pan sprawdzi zapis.
- Hm...
Wielka gęba wodza przez chwilę coś analizowała.
- Rzeczywiście. Zupełnie bez przyczyny.
Kątem oka dostrzegłem, jak Laurus znowu jakoś dziwnie na mnie popatruje i krzywi twarz.
- Uważaj! - krzyknął Baczewski. - Zachodzą cię!
Pilot zerwał połączenie.
- No i z głowy - odetchnął.
- Co z głowy?! - spytałem.
-  Pan  tłusty  ryj  ogląda  teraz  fikcyjne  porwanie:  agenta  Wilehada  i  najemnika  Aymore'a  przez

niezidentyfikowane pojazdy. To znaczy - uśmiechnął się wesoło - ja wiem, jakie. Widzi też moją twarz
wołającą o pomoc i nagłe zablokowanie połączeń. Biednuś - zrobił śmieszną minę. - Nerwy szkodzą
mu n zdrowie.

- Pracujesz dla zoenetów? - zgadywałem.
- Podwójny agent Laurus Wilehad, do usług.
No i nie żyję po raz drugi, westchnąłem w duchu, Teraz będą na mnie polowały dwie organizacje,

do żadnej nie chcę należeć.

- Moim zadaniem było - podjął - nie dopuścić do zdemaskowania akcji „Pandora", które to zadanie

wypełnię z twoją pomocą.

Jak  zwykle.  Nagle  zapragnąłem  pustelniczego  życia:  osiedlić  się  na  jakiejś  zapomnianej  wyspie,

tam  gdzie  nikt  mnie  nie  odnajdzie  i  niczego  nie  będzie  ode  mnie  chciał.  Czy  ja,  psiakrew,  mam  na
twarzy napisane: „Osioł do wynajęcia"?!

- Całą tę rzeź w sieci zorganizowali zoeneci? - Mimo wszystko trudno było w to uwierzyć.
- Wszystkiego się dowiesz.
- Co takiego w sobie mam, że ludzie do mnie lgną i chcą wykorzystać?
Roześmiał się na cały głos, kładąc maszynę w łagodny zakręt.
- Masz ładne oczy.

background image

- 55 -

Przez  pół  godziny  milczeliśmy.  Mężczyźni  lubią  razem  przebywać  w  ciszy,  nawet  jeśli  za  dobrze

się nie znają. Wyrażają w ten sposób wzajemny szacunek. Za szybą migały krajobrazy, minimiasta,
planty,  bezzałogowe  boje  CKM.  Gdy  zza  perspektywy  powietrznej  wychynął  fabryczny  kompleks,
przerwałem ciszę:

- Jesteś organikiem. Jak zostałeś agentem zoenetów?
Skrzywił  się.  Miałem  wrażenie,  że  w  grymasie  tym  dostrzegłem  niebezpieczeństwo.  Nie,  raczej

tylko smutek.

- To nie takie trudne.
- Co masz na myśli?
Spojrzał mi w oczy.
- Zrozumiesz, gdy sam zostaniesz.

***

Marzy  ci  się  bezmózg?  Śnisz  o  wiecznym  życiu?  Brawo!  Gratulujemy!  Czeka  cię...  czterysta  lat

degeneracji. Mózg się starzeje. Nie wiedziałeś? Wystarczą cztery wieki, żeby z twoich neuronów nie
został nawet jeden. Już w wieku dziecięcym liczba komórek mózgowych zaczyna się zmniejszać.

Pomyśl.  Zamiast  wydawać  fortunę  na  sklonowane  ciało,  wybierz  trzykrotnie  tańszego  dibeka,

syntetyczny  mózg.  Zapewniamy  nieśmiertelność,  niezniszczalność,  wspaniałe  życie  w  tysiącu
światów. Future Project. Razem z tobą w przyszłość.

***

Kompleks  Zoenet  Labs  był  zapewne  najlepiej  chronionym  miejscem  na  Ziemi.  Ogrom  budowli

przytłaczał  nawet  mieszkańca  Warsaw  City  To  była  zbudowana  ludzkimi  rękami  góra,  najeżona
działami, wyrzutniami rakiet i generatorami antygrawitacyjnymi.

- Nie przesadzacie? - zwróciłem się do pilota. Toż to jakaś megapolia!
Obdarzył mnie tym swoim wszystkowiedzącym atrakcyjnym uśmiechem.
-  To  miejsce  jest  jedyną  realną  manifestacją  zonetów.  Forpocztą  w  realium.  Przyczółkiem.  -

Rozśmiał się do swoich myśli. - To jakby z całej nagiej pięknej kobiety pływającej pod powierzchnią
wody wystawała brodawka jednej piersi! Rozumiesz? Bardzo wrażliwa i bardzo ważna!

Spodobała  mi  się  metafora.  Przelecieliśmy  na  zewnętrznym,  niebotycznym  murem.  Między  nim  i

głównym  masywem  kompleksu  rozpościerał  się  spory  obszar,  na  którym  stały  rozstawione  w
strategicznych  punktach  potężne  mechy  bojowe.  Maszyny,  które  spotkaliśmy  w  Puszczy  Peeskiej,
przy  tych  behemotach  wyglądałyby  niczym  jamniki  przy  koniach.  W  powietrzu  wisiały  ciężkie
krążowniki  i  lżejsze  myśliwce.  Wszystko  było  nieruchome,  zastygłe;  jakby  zatrzymane  w  czasie.
Miałem wrażenie, że wszedłem w jakąś grę wojenną, w której administrator wcisnął pauzę. Mój Boże,
pomyślałem,  jak  dawno  nie  bawiłem  się  w  sieci!  Była  to  najdłuższa  rozłąka  ze  światami,  jakiej
doznałem od dobrych kilkunastu lat. Jakże wydały się w tym momencie odległe i cudownie czyste w
swojej niewinności...

- Dlaczego nic się nie rusza? - spytałem.
I  znowu  ten  zagadkowy  uśmiech.  Wiedza  daje  nieprawdopodobną  przewagę.  Tyle,  że  wiedzący

traci również pokorę, a to oznacza nieostrożność.

- Ruch to przeżytek - przerwał moje filozoficzne rozważania.
Przyziemiliśmy w krytym hangarze, na którymś poziomie któregoś segmentu któregoś kwadrantu.

Dwoje ludzi mogłoby się w tym labiryncie szukać do końca życia. Jakiś reżyser mógłby stworzyć na
ten temat interesujące love story. Plener nadawał się do iście surrealistycznego obrazu.

Nigdy  nie  zapomnę  swojego  zdziwienia,  gdy  wszedłem  w  świat  bazy,  gdzie  wszystkimi

pracownikami były motomby.

Niech nikt nie myśli, że miejsce, w którym pracują zoeneci, wygląda tak samo, jak biuro organików.

Różnic  jest  bez  liku.  Po  pierwsze  panuje  tam  nieprawdopodobny  porządek:  brakuje  tych  wszystkich
koszy na śmieci, kubków z kawą, stert dysków i kryształów... Ba, nie ma też krzeseł, blatów, biurek, a
nawet  komputerów!  We  wszystkich  mijanych  przez  nas  pomieszczeniach  stalowe  ciała  stały  bez
ruchu,  podłączone  do  ścian  grubymi  kablami:  z  typowego  miejsca  na  biodrze  wystawały  specjalne
złączki.  Byli  w  sieci.  Nie  były  to  znane  modele.  Zoenet  Labs  nie  rozpoczął  jeszcze  kampanii
reklamowej  albo  nie  zamierzał  rozpowszechniać  swoich  produktów.  Być  może  pisali  coś  na
niewidocznych  dla  mnie  klawiaturach,  obserwowali  wykresy  na  holoekranach,  z  pewnością  również
rozmawiali...

Bardzo  nieliczne  egzemplarze,  które  nas  mijały,  miały  nieprawdopodobnie  swobodne  i  zwinne

ruchy.

background image

- 56 -

- Co oni tacy zapracowani? - szepnąłem do Wilehada.
Było cicho jak w nadmorskim hotelu po sezonie. Na tle miękkiego szumu urządzeń z rzadka dały

się słyszeć perfekcyjnie miarowe kroki.

- Robią o nas film - uśmiechnął się zagadkowo.
Otworzyłem usta, lecz powstrzymał mnie:
- Potem.
Pokonywaliśmy  milczące  korytarze,  a  we  mnie  narastało  poczucie  nierealności.  Jeśli  w  budynku

prowadzono  rozmowy,  to  rozbrzmiewały  wyłącznie  w  umysłach  interlokutorów.  Raptem  Laurus
wybuchnął śmiechem.

- Z czego się śmiejesz? - spytałem zaskoczony.
- Dobre, dobre... - ocierał łzy radości.
- O co chodzi?
Znów obdarzył mnie tym swoim inteligentnym spojrzeniem.
- To, co widzisz, jest tylko połową obrazu.
- Domyślam się.
- To biuro jest pełne duchów. Jeden z nich opowiedział mi dowcip.
- Wrze tutaj jak w ulu, prawda?
- Żebyś wiedział.
- Mógłbym dostać program pokazujący drugą połowę prawdy?
- Niestety nie.
Nie  przerywaliśmy  marszu.  Uderzyła  mnie  myśl,  że  jeśli  pracownicy  są  dibekowcami  z  opcją

przyspieszenia, to ich czynności i rozmowy muszą dla zwykłego człowieka wyglądać... wolałem sobie
nie  wyobrażać.  W  pokojach  umieszczonych  od  strony  ścian  szczytowych  znajdowały  się  wrota
otwierające się n zewnątrz budynku. Wniosek mógł być tylko jeden: wszystkie maszyny umiały latać.
W  wielu  salach  pomimo  braku  okien  i  sztucznego  światła,  dostrzegłem  „pracujące"  sylwetki  na  tle
lekko  fosforyzujących,  niezrozumiałych  wskaźników  ściennych.  W  sumie  nie  miało  dla  nich
znaczenia,  czy  jest  jasno,  czy  ciemno.  Mogli  oglądać  otoczenie  w  dowolnym  widmie  fal
elektromagnetycznych, nazywając kolejne długości kolorami, analogicznie do tego, jak postrzegamy
widmo  widzialne.  Zrozumiałem  też,  dlaczego  ściany  są  pozbawione  obrazów,  a  podłogi  wykładzin.
Zapewne jakiś standardowy program nakładał odpowiedni obraz wystroju, tak jak mój walktel kiedyś,
setki lat temu, zmieniał obraz mechanicznej Anny w sylwetkę anielskiej blondynki w stroju plażowym.
Czy patrzyłem na ludzi? Zapewne większość z nich nie była diginetami, więc mieli kiedyś ciała, domy,
rodziny... A może się myliłem?

Człowiek do wszystkiego się przyzwyczaja i już po dziesięciu minutach spaceru w niesamowitych

wnętrzach  prawie  przywykłem  do  panujących  tu  zwyczajów.  Domyślałem  się,  że  Laurus  prowadzi
mnie  do  przełożonego.  Ciekawe.  Pryncypałowie  to  przeważnie  jowialni  panowie  rozparci  w
przepastnych  fotelach  za  wielkimi  biurkami.  Podejrzewałem,  że  tym  razem  szef  będzie  stał
nieruchomo  w  pustym  pomieszczeniu.  Niezależnie  od  tego,  jak  będzie  wyglądał  i  co  będzie  robił,
wyjawi zapewne, jakie ma plany związane z moją osobą, a ja na nowo będę musiał kombinować, jak
się z tego wyrwać i nie stracić głowy.

O  tak,  wizja  pustelni  na  samotnej  wyspie  stawała  się  coraz  bardziej  atrakcyjna  w  porównaniu  z

groteską, w jaką zmieniło się moje życie.

W  końcu  dotarliśmy  do  właściwej  grodzi.  Laurus  przystawił  czoło  do  czytnika.  Skrzydła  drzwi

rozsunęły się. Tak jak myślałem, w pomieszczeniu stał rosły motomb. Był o głowę wyższy od Dooma,
miał na skroniach małe różki, podobnie na łokciach i kolanach. Jego rzeźba z pewnością spodobałaby
się  rysownikom  komiksów.  Kto  wie,  może  właśnie  oni  ją  projektowali?  Wyglądał  trochę  jak  posępny
władca  ciemności  i  jestem  przekonany,  że  Dooma,  chlubę  przemysłu  Novatronics,  zmiażdżyłby  w
dwóch  palcach.  Pod  ścianą  z  tyłu  stały  dwa  żeńskie  droidy.  Bardzo  ładne  i  zgrabne.  Hm...  żeńskie
towarzystwo?  Ciekawe...  Żałowałem,  że  nie  mogłem  takiego  modelu  kupić  Annie.  Zaraz,  zaraz,
przecież  Dooma  też  nie  kupiłem,  tylko  dostałem.  Jak  to  upływ  czasu  potrafi  wyolbrzymić  nasze
czyny...

- Pewnie umierasz z ciekawości, po co cię ściągnęliśmy - przerwał moje rozważania boss. - Jestem

Koriolan Dal, szef sekcji wywiadu Zoenet Labs.

- Zapewne w celu wypełnienia jakiejś kretyńskiej misji - odparłem zuchwale.
Motomb  parsknął  i  spojrzał  wesoło  na  Wilehada.  Miałem  kolejną  okazję  się  przekonać,  że

zoeneckie  modele  były  o  wiele  bardziej  zaawansowane  niż  produkty  Novatronics.  Mimika  była  tak
naturalna, ż przypominała komputerową animację.

- Kogo oni wysłali? - zwrócił się szef do agenta. To ma być ten słynny gamedec?
Laurus milczał. Zerknąłem na niego. Na tle tych wszystkich maszyn wyglądał jak ciało obce.

background image

- 57 -

-  Nie,  gamedeczku  -  uśmiechnął  się  Koriolan.  Mimo  przyjaznego  układu  twarzy  wyglądał

przerażająco. Żywa maszyna. - Przypomnij sobie - ciągnął. - Jesteś w trakcie wykonywania misji dla
rządu, pamiętasz? Generał Enrique „przekleństwo" Baczewski, mówi ci coś jego nazwisko? Dostałeś
misję  komórki  „omega",  tajnej  podstruktury  BOP-u.  Więc  misję  tę  po  prostu  zakończysz.  Wskażesz
organizację odpowiedzialną za akcję „Pandora" oraz dostarczy film o jej unicestwieniu.

Zakręciło mi się w głowie.
- Kto stoi za Zoenet Labs? Zoenecki rząd, czy osobna organizacja?
Dal uśmiechnął się.
- Chciałbyś wiedzieć, co?
Nagle poczułem wielkie zmęczenie. Karkołomny lot i wcześniejsze przeżycia dały o sobie znać.
- Czy motomby odpoczywają? - spytałem. - Jest tu jakieś łóżko i prysznic?

***

-  Dzień  dobry,  Vanessa  Reeve,  FSA  Earth  News,  najnowsze  informacje.  Na  wokandzie

amerykańskiego  senatu  stanął  projekt  nowelizacji  do  ustawy  emerytalnej  zaproponowany  przez
prawicową Light Work Party. Spiker Rudolf Ludvichek odczytał kilkadziesiąt punktów, składających się
w  skrócie  na  propozycję,  żeby  osoba,  która  „przesiadła"  się  w  bezmózga,  który  to  proces  senator
Wilhelm Lee z Socialist Future Party nazwał żartobliwie (za Frankiem Wellingtonem ze Spiritual Jokes)
„wcieleniem”;  miała  prawo  do  dwudziestoletniego  odpoczynku,  roboczo  nazwanego  „międzyżyciem".
Potem wygasają świadczenia państwowe i ubezpieczeniowe. „Wcielony" ma przez cały ten czas pełne
prawo  do  studiów,  podjęcia  nowej  pracy  lub  kontynuowania  dotychczasowej.  -  Projekt  ten  jest
wyrazem ignorancji LWP - komentuje wystąpienie senatora Ludvichek'a lider opozycyjnej Real World
Party,  Cyrus  Blumberg.  -  Dlaczego  dwadzieścia  lat,  a  nie  piętnaście  czy  trzydzieści,  skoro  wiek
emerytalny wynosi siedemdziesiąt, a średnia życia osiągnęła lat sto dwadzieścia? Logika nakazuje by
okres  „międzyżycia”;  jak  go  nie  najszczęśliwiej  nazwał  senator  Ludvichek,  trwał  pięćdziesiąt,  a  nie
dwadzieścia lat. Poza tym z jakiej racji wygasać mają świadczenia ubezpieczeniowe w przypadku firm,
które  gwarantują  nawet  sześćdziesiąt  i  siedemdziesiąt  lat  płatności?  Pomijam  już  kwestię,  że
najprawdopodobniej  właściciele  bezmózgów  będą  zażywać  drogie  enzymy,  które  przedłużą  ich
biologiczną  sprawność  znacznie  powyżej  tradycyjnej  granicy,  więc  w  ich  przypadku  należałoby  także
przesunąć granicę emerytury. Cały ten projekt to jakieś nieporozumienie.

O postępach prac komisji zajmującej się nowelizacją ustawy będziemy informować na bieżdco.
Poza tym podczas dzisiejszych obrad dyskutowano…

***

Tusz  nie  posiadał  opcji  grawitacyjnego  unoszenia,;  lecz  i  tak  z  ulgą  przyjąłem  rozkosze  zwykłej

wodnej  kąpieli,  która  nie  tylko  zmywała  zmęczenie  z  ciała,  ale  także  łagodziła  cierpienia
zmaltretowanej  psychiki.  Wbrew  woli  wciąż  powracały  obrazy  martwej  twarzy  zielachy,  echa  zdań
O’Yamy i Baczewskiego, miraże ze spotkań syndykatu.

Chociaż  łóżko  było  najprostszym  modelem  bez  automasażu,  z  wdzięcznością  wtuliłem  twarz  w

poduszkę.  Miałem  wrażenie,  że  odpływam  w  dziecięcą,  beztroską  krainę.  Zagłębiłem  głowę  w
puchatej bieli, święcie przekonany, że czeka mnie wieczny raj.

Aż  dopadł  mnie  demon  przerażenia  i  zerwałem  się  tak  raptownie,  że  krew  odpłynęła  do  stóp.

Siedziałem na łóżku, dyszałem ciężko i wodziłem dookoła szeroko otwartymi oczami. Co za ohydne
wnętrze,  co'  za  szkaradna  godzina.  Jak  się  nazywam?  Gdzie  jestem?  O  co  chodzi?  Na  fotelu  pod
ścianą siedział Laurus i tłumił ręką śmiech.

- No co? - spytałem. - No co się śmiejesz?
Ty  policyjny  piesku,  dodałem  w  myślach.  Śmieje  się  z  człowieka  ogarniętego  uczuciem

depersonalizacji,  typowym  po  popołudniowej  drzemce.  Myśli,  że  jest  taki  mądry  i  wolny,  agencik
uwikłany po uszy w sprawy dwóch potworów... Zerknąłem spode łba. Przestał rechotać. Pospiesznie
chwyciłem ubranie.

To  moje  rzeczy?  Takie  wymięte,  ubrudzone…  Głęboko  westchnąłem  i  zacząłem  je  zakładać.

Dobrze, że luster tu nie ma.

- Nie martw się o wygląd – odezwał się Wilehad. – Im gorzej wyglądasz tym lepiej.
Milczałem.
- Gotowy? – wstał z miejsca – No to czas na odprawę.

***

background image

- 58 -

Toczy  się  sprawa  sądowa  o  zniesławienie  Pharma  Nanolabs  przez  Organizację

Neochrześcijańskich Lekarzy Wniosek złożony do prokuratury przez ONL - mówi lon Jerubal, rzecznik
farmaceutycznego koncernu - wyraźnie sugeruje, że moja firma nielegalnie produkuje zwykłe klony, po
czym  wyjmuje  z  nich  mózgi  i  je  gdzieś  wyrzuca,  innymi  słowy,  morduje  niewinne  ludzkie  istoty.
Wystąpienie ONL jest bezpodstawne i sprawa musi być rozstrzygnięta przez Medialny Sąd Europejski.

***

Dlaczego mnie po prostu nie usuniecie? - spytałem jeszcze w progu gabinetu Koriolana.
Dal skinął na Laurusa, oddając mu głos. Agent poczekał, aż zasunie się gródź.
- Rządowcy wysłaliby kolejnego speca - wyjaśnił. – A my chcemy, żeby raz na zawsze odczepili się

od „Pandory". Wrócisz... wrócimy - poprawił się - przedstawimy wiarygodną historyjkę.

- Dlaczego mam to zrobić?
Koriolan  poruszył  swoim  potężnym  cielskiem.  Jak  zapewne  zauważyłeś,  dzięki  „Pandorze"

zyskaliśmy kontrolę nad całą siecią. W wirtualiach możemy zagwarantować ci bezpieczeństwo. Tobie
i  twoim  przyjaciołom.  Może  nie  jest  to  komplet,  bo  pozostaje  realium...  ale  to  już  dużo.  No  i  nie
grozimy śmiercią.

A co to za różnica, pomyślałem zrezygnowany.
- Grozicie czy nie, i tak wszystko jasne. Albo jestem z wami, albo przeciw wam.
Roześmiał się.
- Masz rację, ale nie do końca. My, dimeni, cenimy życie, bo raz je straciliśmy.
- Dimeni?
Machnął łapskiem, aż zafurkotało powietrze.
- Dotychczasowa nomenklatura straciła sens: zoeneci, digineci, dibekowcy, te terminy się mieszają

i powodują konfuzję. Teraz niemal wszyscy zoeneci przenieśli się do dibeków, więc upodobnili się do
diginetów. Staliśmy się po prostu dimenami, cyfrowymi ludźmi.

- Dlaczego to zrobiliście?
- „Pandorę"?
Miałem wrażenie, że ogląda się za miejscem do siedzenia. Nie znalazłszy krzesła, pokręcił głową i

podjął:

- No cóż...
I znowu typowo ludzki gest: podrapał się po karku. Ciekawe, czy rzeczywiście coś poczuł?
-  Od  dawna  inwigilowaliśmy  różne  firmy.  Nasi  :  agenci  w  geskinach  przypisani  do  Pharma

Nanolabs  dowiedzieli  się  o  nadchodzącym  przełomie  w  produkcji  bezmózgów.  Wilehad  -  wskazał
mężczyznę  połyskliwym  palcem  -  zasugerował  cały  plan:  podszycie  się  pod  Ganimeda  Rawsona  i
Hermesa Hindenburga, nakłonienie konsorcjów i rządów do zawiązania syndykatu, uwolnienie do sieci
wirusów.  Mogliśmy  to  śmiało  robić,  bo  znając  bugi,  znaliśmy  remedia.;  Ostatnia  fala...  hm...  nie
powinna była zmutować. Miały iść po prostu następne. Ale nie zmienia to faktu, że zgodnie z planem
kontrolujemy sytuację.

Na  chwilę  przerwał,  zbierając  myśli.  Czy  dibekowiec  traci  tyle  czasu  co  organik,  by

usystematyzować wypowiedź?

- Zaczęto sprzedawać bezmózgi - podjął - i nad Ziemią wisi widmo przeludnienia. Przewidzieliśmy,

rozpęta  się  kampania  zachęcająca  organików  do  wejścia  w  sieć.  Grozi  nam  fala  imigrantów
myślących na organiczny, krótkowzroczny sposób: realium jest ważniejsze, sieć jest nierealna, ciało
to podstawa. Ze swojej strony zachęcamy ich do pójścia o krok dalej, przemianę w pełnych zoenetów,
czyli  pozbycie  się  organizmów,  ale  nie  jesteśmy  pewni  rezultatów,  wizja  biologicznego  wiecznego
życia jest równie kusząca, tyle że wymaga dużo większych nakładów finansowych…

Znów pauza. Czy rzeczywiście wiedział, co zrobili?
- Gdyby nie „Pandora", los dimenów byłby niepewny Ta akcja była jedynym rozwiązaniem. Mamy

Zoenet  Labs,  mamy  VSA,  która  kontroluje  wszystkie  światy.  Mamy  zyski  z  sieci:  im  więcej  graczy,
tym większe dochody. Panujemy nad tym bałaganem.

- Zginęli ludzie - zauważyłem cierpko.
Skrzywił się. Jedna ze stojących pod ścianą motombek drgnęła.
- Powtarzam: musieliśmy się zabezpieczyć. - Podkreślił słowo „musieliśmy". Miał poczucie winy. –

W sieci zaroi się od ludzi. Jedynym sposobem było...

- Stworzenie światów policyjnych? - wszedłem w słowo. - To jest... Vi-eS-yjnych?
Nie odpowiedział. Teraz to ja rozejrzałem się za krzesłem. Daremnie.
- Dużo wiem. Bezpieczniej byłoby się mnie pozbyć.
Wzruszył ramionami i położył mi na ramieniu pancerną rękę.

background image

- 59 -

- Obaj jesteśmy nieważnymi pionkami.
Jeśli on jest pionkiem, zdjęła mnie trwoga, to jak wygląda wieża lub laufer?
- Mam dla ciebie radę, gamedeku - pochylił się. Miałem okazję przez chwilę podziwiać jego żywą

martwą  twarz.  Fascynujący  widok.  -  Bądź  ostrożny  i  graj  w  tę  grę  tak  długo,  jak  się  da.  Na  takich
wysokościach to może być bardzo trudne.

Odchylił się i westchnął. Nieprawdopodobne są te zoeneckie motomby.
- Ale mam coś, co powinno cię zainteresować... Jedna ze ścian odsunęła się, ukazując niewielkie

pomieszczenie, w którym stał... Torkil Aymore w całej okazałości.

-  W  razie  zniszczenia  możesz  zawsze  wrócić  i  poprosić  o  repetę  -  zarechotał.  -  Tego  szukałeś,

prawda?

- Geskinów - wyszeptałem podchodząc do własnej podobizny.
Dał mi chwilę na otrząśnięcie się z pierwszego szoku.
- Jak zgadłeś, że Ganimed i Hermes nie są ludźmi? - spytał.
Patrzyłem jak zahipnotyzowany na martwe rysy idealnej repliki mojego ciała.
- Źrenice się rozszerzały, gdy patrzyli pod słońce... - odparłem półszeptem.
- A tak. Agenci, którzy pracują kilka lat, popadają w rutynę. Mówiłem im, żeby na spotkaniach nie

ładowali bioogniw. Zauważyłeś coś jeszcze?

Zmarszczyłem  czoło.  Wszelkie  obserwacje,  jakie  wynotowałem,  były  banalne.  Wiedziony  intuicją

wypaliłem:

-  Byli  jacyś  wyluzowani  i  spięci  zarazem:  nie  pili  kawy,  a  ręce  wygrzewali  na  słońcu.  Mieli

wypielęgnowane paznokcie... Zaraz! W paznokciach też mieli ogniwa!

Spojrzał z podziwem, o ile trafnie odczytałem wyraz stalowej twarzy. Podszedł do drugiego mnie i

wskazał go palcem.

-  Brawo.  Geskin  to  biomotomb.  Ma  żywe  tkanki,  które  podlegają  prawom  przemiany  materii.

Energię czerpie z ogniw umieszczonych na wysokości lędźwi, które doładowuje, w miarę możliwości,
za  pomocą  energii  słonecznej,  poprzez  dna  oczu  i  paznokcie.  Korzysta  też  z  energii  chemicznej
pozyskiwanej z jedzenia, tyle że musi unikać niektórych substancji, jak kofeina czy etanol. Metabolity
wydala  z  oddechem,  odpowiednie  filtry  usuwają  charakterystyczny  zapach,  zaś  odpadki...  w  inny
sposób.  Oczywiście  głównym  źródłem  energii  jest  prąd  elektryczny  ze  zwykłej  sieci,  tak  jak  w
przypadku  mojego  modelu.  Ma  symulację  bicia  serca  i  pulsu  w  całym  ciele,  generuje  autentyczne
EEG. Do niedawna demaskował go każdy rodzaj prześwietlenia. Teraz zamontowaliśmy odpowiednie
nadajniki wysyłające obraz autentycznego, żyjącego ciała. Zadowala cię takie honorarium?

Świetnie,  najpierw  Doom  i  omnik,  teraz  geskin.  Jeszcze  nikt  nie  zaoferował  mi  szklanych

paciorków.  Czy  nikt  już  nie  pamięta  o  dobrych,  starych  pieniądzach?  Uznał,  że  milczenie  oznacza
zgodę.

- Przejdźmy do naszego planu...

***

-  Dzień  dobry,  Express  News,  David  Moore.  To,  co  państwo  za  mną  widzą,  jest  największym

pożarem  w  Północnej  Karolinie  od  pięćdziesięciu  lat.  Płonie  nieczynna  od  półwiecza  fabryka
naziemnych  pojazdów  nieistniejącej  już  firmy  Ford.  Wszystko  zaczęło  od  eksplozji  w  centrum
kompleksu.  Jej  przyczyna  jest  ciągle  nieznana.  W  akcji  gaszenia  biorą  udział  trzy  dywizjony
firemenów,  ale,  jak  państwo  widzą,  ogień  to  wciąż  nieokiełznany  żywioł.  Gubernator  stanu  ogłosił
powołanie komisji, która ma zbadać przyczyny katastrofy. Z nieoficjalnych źródeł dowiedzieliśmy się,
że  najprawdopodobniej  kompleks  ten  mieścił  tajną  siedzibę  przestępczej  organizacji  „Mątwa".  Czy
informacje te są prawdziwe, z pewnością wkrótce się dowiemy. Z miejsca pożaru mówił dla was...

***

- Pamiętasz, co masz zeznawać? - spytał Laurus, gdy wyprysnęliśmy w próżnię.
- Chyba żartujesz - roześmiałem się.
Skinął głową, zaciskając usta w dyskretnym uśmiechu.
-  Jak  będę  miał  więcej  pieniędzy  -  odezwałem  się,  obserwując  w  oknie  kompleks  hotelu

Twardowsky powiększony przez aparaturę szyby - to wynajmę sobie apartament...

- Chyba nie tam?!
- A właśnie. Czy obsługa naprawdę wierzy, że pracuje w hotelu, czy to też agenci?
Zmrużył oczy.

background image

- 60 -

- Za dużo chcesz wiedzieć.
Paranoja. Zdradzają mi światowe intrygi, a wzbraniają się przed odkryciem szczegółów. Pokręciłem

z dezaprobatą głową. Rozbłysła mi nagła myśl.

- A jak cię sypnę?
Teraz to on się roześmiał. Prawda. Bez sensu. Obaj spojrzeliśmy w stronę słońca chowającego się

za krzywiznę Ziemi.

Po pobycie w surowych i nieludzkich wnętrzach Zoenet Labs wystrój hotelowej części bazy działał

na  zmysły  jak  niebiański  balsam.  Przywitała  nas  podobna  do  poprzedniej,  może  nawet  ładniejsza
recepcjonistka.  Zamiast  białych  miała  niebieskie  włosy,  lepiej  pasujące  do  oczu  o  barwie  ciemnego
szafiru.  Wilehad  poprosił  kartę  do  pokoju,  a  jakże,  pięćdziesiąt  dwa.  Musiały  być  wtajemniczone.
Wśród  zwykłego  personelu  taka  perseweracja  na  pewno  wzbudziłaby  podejrzenia.  Cały  hotel  był
mistyfikacją. O, mój Boże, myślałem, rozbierając dziewczynę w wyobraźni. Taaka agentka...

Atmosfera  panująca  we  właściwej  bazie  wyrwała  mnie  z  rozmarzenia.  A  prawdziwy  dreszcz

poczułem,  chodząc  w  asyście  dwóch  drabów  do  pokoju  przesłuchań.  Wilehada  poprowadzili  gdzie
indziej, zapewne do podobnej sali.

Gdy zakładali mi na głowę psychoskanery sprawdzające spójność myśli, a na ręce opaski prawdy

kontrolujące elektryczną oporność skóry, z trudem zmówiłem mantrę spokoju:

Sam się urodziłem i sam umrę.
Nikt tego za mnie nie zrobił i nie zrobi.
Dlatego wszystko, co leży pomiędzy
tymi wydarzeniami, należy tylko do mnie.
Wypełniło mnie znane uczucie dumy. Zwilgotniały oczy. A potem się zaczęło.
-  Przesłane  przez  was  filmy  -  zagaił  łysy  oprawca  o  kwadratowej  szczęce  -  pokazują  brawurową

akcję przeprowadzoną przez ciebie i agenta Laurusa Wilehada na terenie fabryki Forda w Północnej
Kalinie. Czy możesz powiedzieć, jak trafiliście na ślad przestępczej organizacji „Mątwa"?

- Zaraz po zestrzeleniu zdrajcy, który nas eskortował, rozgorzała potyczka z maszynami mafii. Oni

znaleźli nas pierwsi.

- Jak motywujesz zorganizowanie przez nich akcji „Pandora"?
-  „Mątwa"  to  jeden  z  największych  karteli  narkotykowych  na  świecie.  Zaczęli  ponosić  poważne

straty, bo osoby z tendencjami uzależnieniowymi, zamiast szukać wytchnienia w chemicznym transie,
wchodziły do gier.

- Jakie masz na to dowody?
- Rozmowy z członkami mafii po tym, jak zostaliśmy schwytani.
- Jak się uwolniliście?
- Agent Wilehad ma doświadczenie w wyjmowaniu rąk z kajdanek.
- Opisz teraz dokładnie, krok po kroku, wszystkie wydarzenia, nazwiska, rozmowy...

***

-  Dzień  dobry,  nazywam  się  Vanessa  Reeve,  FSA  Earth  News,  przerywamy  wiadomości

korespondencją z Gujany Równikowej, łączymy się z naszym korespondentem, Ralphem Faradayem.
Dzień dobry, Ralph.

- Dzień dobry, Vanesso.
- Czy możesz opisać sytuację? Słyszeliśmy, że doszło do zamieszek.
-  Tak,  sytuacja  rzeczywiście  jest  poważna.  Ludność  wystąpiła  na  ulice  Nowego  Paryża.

Zgromadzeni żądają obniżenia ceny dibeków bądź dotacji rządowych. Jak wiemy, bezmózgi wciąż są
trzykrotnie  droższe  od  syntetycznych  mózgów,  mimo  to  cena  dibeka  dla  przeciętnego  mieszkańca
Gujany  jest  wciąż  nieosiągalna.  Z  rozmów  z  protestującymi  wynika,  że  wbrew  pozorom  sieć  nie  jest
dla  większości  z  nich  miejscem  docelowym.  Nawet  wykształceni  paryżanie  nie  chcą  spędzić  reszty
życia  jako  cyfrowe  byty.  Zakup  dibeka  traktują  jako  etap  przejściowy,  chcą  przeczekać  w  sieci  jako
dimeni,  aż  ceny  bezmózgów  spadną.  Wtedy  odmrożą  organiczne  mózgi,  wejdą  w  nie  ponownie  i
zaopatrzą się w klony.

 Wynika z tego, że wkrótce światy czeka zalew czarnych turystów.
-  Tak  się  wydaje,  oczywiście  pod  warunkiem,  że  rząd  wysłucha  demonstrantów.  Obok  mnie  stoi

Rutuk Masibili, jeden z przywódców wiecu. Rutuk, jakie są wasze cele?

- Rząd musi ustąpić. Nieśmiertelność powinna być dla każdego. Nasze podatki w naszych rękach! -

Jeśli spadnie cena bezmózgów, wrócisz do realium?

- Tu jest mój dom. Życie bez ciała to parodia.

background image

- 61 -

- Ciekawe stanowisko. Po mojej drugiej stronie stoi młoda demonstrantka, Jade Ghandi. Jade, a ty

zostaniesz w sieci czy wrócisz do rzeczywistości?

-  Uważam,  że  nieśmiertelność  w  światach  jest  bezpieczniejsza.  Tu,  w  realium,  możesz  zginąć  w

każdej chwili i żaden bezmózg ci nie pomoże. Enzymy generujące są bardzo drogie, nie ma gwarancji
pracy. Mnie osobiście trochę przeraża perspektywa wiecznej harówki, by zarobić na kolejnego klona.
Wybieram sieć.

- Nie boisz się, że organicy będą tobą rządzić?
-  Rzeczywistość  i  światy  to  dwie  zależne  od  siebie  krainy.  Co  prawda  pierwsze  było  realium,  ale

teraz nie ma to znaczenia.

***

Przesłuchania trwały dwa dni. Nie czułem zbytniego znużenia. Ostatecznie, gdy automaty prawdy

potwierdziły spójność zeznań, zaprosił mnie do swojego królestwa słynny „korwa", generał.

-  Ładnie,  korwa,  Aymore,  ładnie.  Poradziliście  sobie  na  cacy.  Ta  akcja  w  fabryce...  sam  miód!

Przypomniałem  sobie,  jak  Koriolan  rozczulał  się  nad  grą,  którą  dimeni  stworzyli  specjalnie  w  celu
nakręcenia  filmu:  odtworzyli  całą  montownię  z  uwzględnieniem  najdrobniejszych  detali,
zaprogramowali  enpeców,  drabinę  awansów  w  „Mątwie",  postacie  kluczowe,  kompletny,  złożony
mafijny  system.  Żałował,  że  nie  mogą  wypuścić  jej  na  rynek.  Z  pewnością  dobrze  by  się  sprzedała,
skoro nakręcony w jej środowisku holofilm zrobił na Baczewskim takie wrażenie.

- Szkoda tylko - podjął - że wszystko rozpierdoliliście. Nie ma kogo przesłuchiwać.
- Ratowaliśmy życie.
- Taa... będzie o was, korwa, film. Doom Day. Świetny tytuł, nie?
- Interesujący.
-  Korwa,  interesujący  -  przedrzeźniał  mnie  -  zajebiście  fantazyjny!  Sam  go,  korwa,  wymyśliłem!

Sean Sennhauzer będzie go robił! Rozumiesz? Sennhauzer!

- Bardzo mi miło.
Wyraźnie go drażnił mój brak entuzjazmu.
- Będziesz z nami pracował? - spytał sucho po chwili ciszy.
Nadeszła pora na wyrok. Zerknąłem w niewielkie okienko: zza ciemnej kuli ziemskiej, jakby wykutej

z  granatowego  metalu,  wschodziło  słońce.  Najpierw  wygięty  jasny  dysk,  jak  tysiąc  wybuchów
atomowych,  potem  pierwsze  refleksy  na  szybie  i  wreszcie  orgia  światła,  agresywna,  żarłoczna,
przedwieczna,  wypełniająca  całą  duszę  bezwarunkowo,  absolutnie.  Przed  taką  potęgą  kruchy
człowiek może tylko paść na twarz. Chłonąłem ten widok całym sobą. W końcu wróciłem myślami do
rozmowy. Nie wiem, ile to trwało. Przełknąłem ślinę.

-  Zamiast  lamborghini  po  nieboszczce  zielarce  proszę  o  zwolnienie  z  więzienia  pracowników

Novatronics,  tych,  którzy  zostali  zatrzymani  przez  Laurusa  Wilehada...  Proszę  też  o  umożliwienie
powrotu do normalnego życia moim przyjaciołom, ukrywającym w leśniczówce w Puszczy Białej.

- He, i myślisz, że to zrobimy? - od śmiechu zadrgało mu podgardle.
- Zrobicie. I, kurwa, sam zadbasz o szczegół, który zmusi ich wszystkich do milczenia.
- Znowu spojrzał z szacunkiem. Wyciągnął włochatą rękę.
- Kurewski z ciebie twardziel. Byłbyś świetnym agentem. Szkoda.
- Uścisnąłem pulchną dłoń. Jakoś nieswojo byłoby się z nikim nie pożegnać.

***

 Na  pilota  przydzielono  mi  znowu  Wilehada.  Wiadomo.  Rejs  do  Warsaw  City  przypominał

wycieczkę  do  FSA,  tyle  że  o  godzinę  krótszą.  Subiektywnie  jednak  podróż  zdawała  się  trwać  wieki.
Najpierw  przemierzaliśmy  czarną  pustkę,  a  zdawało  się,  że  stoimy  w  miejscu  nad  powoli  rotującą
ziemską kulą. Gdy weszliśmy w atmosferę, otoczyło nas piekło. Tym razem nie miałem żadnych wizji.
A potem, żeby wypełnić ciszę, która w przeciwieństwie do poprzedniej wyprawy zaczęła nam ciążyć,
Laurus włączył wiadomości.

- ...wda, że przechodzi pan do sieci? - pytała szczupła brunetka.
-  Tak  -  odparł  mężczyzna  z  hiszpańską  bródką.  Pod  jego  twarzą  pojawił  się  napis:  „Sean

Sennhauzer".

- Dlaczego? Co pana do tego skłoniło?
Laurus się roześmiał:

background image

- 62 -

- Na pewno powie jej prawdę.
-  Dopóki  gry  były  cukierkowymi  światami  bez  realnego  niebezpieczeństwa,  nie  stanowiły  dla  mnie

wyzwania. Ot, zabawki dla dzieci. Ale teraz, gdy wkroczył do nich groźny element chaosu, wydały mi
się o wiele atrakcyjniejsze od realium.

- Doprawdy?
-  Zawsze  przeszkadzało  mi  ciało  i  ograniczenia  sprzętowe.  Sieć  to  raj  dla  reżysera:  nie  ma

problemów  ze  spóźniającym  się  personelem,  ze  zmęczeniem,  efektami  specjalnymi,  statystami,  no  i
stać mnie na najlepsze aparaty holowizyjne. Cyfrowe odpowiedniki najdroższego realnego ekwipunku
są wielokrotnie tańsze.

- Zatem jaki będzie pana pierwszy film?
- Słuchała pani wiadomości przed chwilą?
- O akcji rządowych agentów w Karolinie? Oczywiście.
- Zainspirował mnie ten temat. Jeszcze nie wiem, jaki będzie tytuł...
- My go znamy - przerwał Wilehad.
- ...ale wiem z całą pewnością, że będzie to pierwszy film w historii z użyciem wyłącznie sieciowych

narzędzi, od aktorów począwszy, na plenerach i sprzęcie skończywszy. Zatem holofilm ten w istocie
nie będzie fizycznie istniał.

-  Dziękuję  za  wywiad.  Słuchaliście  państwo  rozmowy  z  Seanem  Sennhauzerem.  Nazywam  się

Renata Winnicka, Warsaw City News. Za chwilę pogoda...

***

Gdy zobaczyłem miasto, zrobiło mi się miękko w kolanach. Zbliżaliśmy się od południowej strony,

już  rozpoznawałem  najbardziej  charakterystyczne  miejsca  Willanou  i  Ursynou.  Zdawało  mi  się,  że
widzę  niewielką  wieżę,  w  której  kiedyś  zdybałem  Jana  Sandersa.  Wilehad  przekroczył  barierę
grawitacyjną w pobliżu pierwszego pierścienia linowców i zwolnił:

Jakże pragnąłem wstąpić do znajomego neomilkbaru, zatopić widelec w pierogu i posłuchać głosu

Norana! Jakże tęskniłem do widoku Anny, Pauline i Petera! Rozglądałem się chciwie, mając płonną
nadzieję,  że  w  gąszczu  pojazdów,  platform,  estakad,  spacerowców  i  pneumobili  dostrzegę  znajomą
sylwetkę. Oczywiście najbardziej tęskniłem do dziewczyn.

Wilehad  wszedł  w  korytarz  powietrzny  wiodący  a  północ,  niemal  bezpośrednio  do  Stockomville.

Wyżyłem wzrok i dostrzegłem mój linowiec. Pacnąłem szybę i zrobiłem zoom. Zaraz, które to może
być okno... Nie, nie zobaczę go. Niebo pokrywała warstwa chmur zakrywająca wyższe kondygnacje.
Westchnąłem nostalgicznie i znów spojrzałem w dół. Mijaliśmy Wieżę Słonia. Za chwilę wlecimy do
Jollybou.  Mimo  szarej  pogody  miasto  wydawało  się  najgodniejszym  miejscem  na  Ziemi...  to  jest
wyglądało tak do chwili, gdy zobaczyłem trzy ciężkie czarne pneumobile wyrywające się z pobliskiego
ciągu powietrznego (łamały w ten sposób przepisy ruchu) lecące w naszym kierunku.

- Sennhauzer nie zna jeszcze zakończenia swojego filmu - warknął Wilehad i poderwał maszynę,

także uciekając z korytarza.

Zatrąbiły  klaksony  Błysnęły  światła.  Czarni  napastnicy  otworzyli  zmasowany  ogień.  Otoczył  nas

deszcz czerwonych promieni. Miałem nadzieję, że kanonada ominęła inne pojazdy. Laurus rozpoczął
odwrotną  pętlę,  lecz  byliśmy  zbyt  nisko.  Zaklął  i  skierował  nasz  śmig  pod  platformę  spacerową,  na
której  stał  tłum  i  wskazywał  nas  palcami.  Gdy  zbliżaliśmy  się  do  niej,  przez  ułamek  sekundy
zobaczyłem  przerażone  twarze.  Wylecieliśmy  spod  jej  szerokiego  cienia  i  wpadliśmy  w  gęsty
strumień krwistej salwy, która rozorała dziób śmiga na strzępy i w rwała część lewego skrzydła. Nasz
pojazd dygot przechylony w stronę dymiącego kikuta. Wilehad z trudem kontrolował lot. Zaczęliśmy
się palić.

-  To  koniec  -  skwitował,  wyszarpnął  pistolet  z  kabury  i  strzelił  w  mechanizm  mojej  katapulty.

Zaiskrzyło.  -  Żegnaj  -  szepnął  i  uruchomił  swój  system  ratowania  życia.  Jego  fotel  wystrzelił  w
powietrze. Zanim ogarnęły mnie płomienie, zdążyłem zobaczyć otwierającą się czaszę spadochronu.
Paliło się całe moje ciało. Powoli uniosłem rękę w geście wylogowania i wydałem dyspozycję.

Poziomy  pasek  zawieszony  w  czerni  wypełniał  się  szmaragdową  barwą.  Czułem  się  tak,  jakbym

zmartwychwstawał.  Ujrzałem  proces  rewitalizacji  z  zupełnie  nowej  perspektywy  „Rewitalizacja".
Przywracanie życia. Gdy procedura dobiegła końca, poczułem prawdziwe ciało. Wyciągnąłem ręce do
kasku  i  ściągnąłem  go.  Nad  łożem  trząsł  się  ze  śmiechu  Koriolan  Dal,  szef  sekcji  wywiadu  Zoenet
Labs.  Za  nim  pełniły  straż  nieporuszone  połyskliwe  dziewoje.  W  tle  królowało  panoramiczne  okno,
ukazujące potężne statki bojowe wiszące w drżącym teksańskim powietrzu.

- No i spalili moje honorarium - szepnąłem. Jakoś trudno było mi wydobyć głos.
- Dostaniesz nowego geskina. - Koriolan położył łapsko na moim ramieniu. - Teraz odpocznij.

background image

- 63 -

Usiadłem. Zerknąłem na swoje łoże. Nie było podłączone do zewnętrznego urządzenia GWG, lecz

zostało  z  nim  zintegrowane  w  tak  przemyślny  sposób,  że  na  pierwszy  rzut  oka  nie  różniło  się  od
innych. Chip mylił się, twierdząc, że nikomu nie udało się zmniejszyć generatora.

Komu mam dziękować za sprawne przesyłanie wypowiedzi podczas zeznań? - podniosłem wzrok

na Koriolana.

Prawda, że mistrzowska robota? - potwierdził dimen. - Wyłączały wam świadomość i włączały na

sztuczne głowy po prostu perfekcyjnie! Ani psychoskanery, ani maszyny naskórne nic nie mogły nic
wykryć - zarechotał. - Mózgi geskinów generowały doskonałe obrazy myśli, a skóra i tak nie reaguje
na kłamstwo! Ech, ci rządowcy - machnął ręką - troglodyci techniczni...

- Pomagała mi kobieta? - zdziwiłem się. Wskazał jedną z droidek.
- To była Steffi...
Zamarłem. Spojrzałem na droidkę.
...Wilehadowi  asystowała  Dhalia  -  wskazał  drugą.  -  No,  wstawaj.  Steffi  -  zerknął  na  kobietę  -

odprowadź go do kwatery.

- Steffi? Steffi Alland?
- He, he - Dal zaśmiał się ironicznie. - Stara miłość nie rdzewieje, co?

3. Wieża bogów.

Boisz  się  organicznej  nieśmiertelności?  Uwierzyłeś  w  bajki  o  starzeniu  się  mózgu?  Zatem

wszystkiego  najlepszego  na  drodze  do  samounicestwienia  i  zamiany  w  cyfrowy  byt!  Uwaga,
informacja dla myślących: mózg nie starzeje się, o ile zażywasz enzym reperacyjny Euerbrain. Chcesz
więcej? Twoje naczynia uelastycznić się, a organy zyskają na sile, o ile będziesz spożywać Youngin!
Youngin  uczyni  twoje  wewnętrzne  układy  znacznie  zdrowszymi  i  młodszymi.  Chcesz  jeszcze  więcej?
Marzy ci się nieskończenie gładka skóra? Dokup Youngout i zażywaj go razem z Younginem! Youngin
i  Youngout  wydłużają  żywotność  bezmózga  o  trzydzieści  procent!  Promocja!  Teraz  do  każdego
bezmózga firma Pharma Nanolabs dodaje gratis oba te preparaty! Nie przegap okazji!

***

Zaproponowałem Steffi spacer po dziedzińcu. Potrzebowałem trochę świeżego powietrza.
Zanim  jednak  dotarliśmy  do  drzwi  wyjściowych,  zdrowo  się  namęczyłem:  długość  korytarzy  w

Zoenet  Labs  jest  zatrważająca.  Nic  dziwnego.  W  końcu  są  przeznaczone  do  komunikacji
wewnętrznej, nie wiem zresztą jakiej, bo dimeni mogą pogadać w sieci z łażenia z pomieszczenia do
pomieszczenia.  Jeśli  chcą  wyjść  na  zewnątrz,  mogą  po  prostu  wyfrunąć  przez  grodzie  w  każdym
pomieszczeniu  sąsiadującym  ze  szczytową  ścianą.  Relikt  przeszłości?  Byłem  zbyt  zmęczony,  żeby
się  zastanawiać,  uznałem,  że  jednak  do  czegoś  te  kilometrowe  łączniki  służą.  Na  przykład  pewien
gamedec  może  dzięki  nim  rozruszać  zastałe  kości.  Gdzie  moje  ziółka  regenerujące  mięśnie?
Kiwnąłem smętnie głową. Zostały w hotelu Twardowsky. Te stalowe kukły - zerknąłem na towarzyszkę
-  z  pewnością  nie  mają  medykamentów,  nawet  głowa  ich  nie  boli.  Uśmiechnąłem  się.  To  nawet
śmieszne.

W końcu zobaczyłem wyjście. Wtedy minął nas żywy człowiek.
- Geskin? - spytałem szeptem Steffi.
- Tak.
- Dlaczego nie sprzedajecie tych modeli? Są o wiele bardziej... hm... - przyjrzałem się jej kształtom

- …ludzkie.

- Dojdzie do tego, jak rynek nasyci się droidami. Zamilkłem. Wszędzie prawa rynku. Jasne. Po co

razu  sprzedawać  najlepszy  towar?  Z  punktu  widzenia  sprzedawcy  to  jawne  marnotrawstwo.  Steffi
przerwała moje rozmyślania:

- Geskin to bardzo fajna rzecz, ale ma ograniczenia.
Trudno w to uwierzyć.
- Naprawdę? Jakie?
-  Pomyśl.  Nie  polata,  bo  nie  zainstalujesz  w  nim  generatorów,  podatny  na  urazy  trudny  do

naprawienia.  Fatalnie  reaguje  na  przyspieszenie:  zrywają  się  ścięgna,  łamią  kości,  to  właściwie  taki
model „niedzielny". Wizytowy.

Zrobiło mi się gorąco. Miała rację! Z punktu widzenia dimena ciało ludzkie posiadało mnóstwo wad!

background image

- 64 -

-  Niedługo  dojdzie  do  tego  -  odezwałem  się  -  że  ludzie  będą  mieli  po  kilka  modeli,  tak  jak  teraz

kolekcjonują buty czy marynarki... Firmy produkujące zbroje będą kształtować gusty i mody. Stworzą
modele duże i małe, transformujące, podobne do pneumobili, do... do wszystkiego!

Miękko się zaśmiała. - Masz wyobraźnię.
Wyszliśmy  na  plac.  Wciągnąłem  w  płuca  gorące,  nieruchome  powietrze.  Steffi  się  przeciągnęła.

Dziwne. Nigdy nie zrozumiem psychiki dimenów... dopóki sam nie zasilę ich szeregów. W słonecznej
poświacie jej zbroja nabrała nowego uroku. Była zgrabniejsza od Dooma i jakaś taka... prawie żywa,
jak wszystkie inne zoeneckie wyroby.

- Jak się nazywa twój motomb? - spytałem.
- Freya - uśmiechnęła się. - A tamte - wyciągnęła rękę wskazując coś za moimi plecami - to Thory.

Odwróciłem  się.  Obszerny  plac  był  pusty,  jeśli  nie  liczyć  sześciometrowych  mechów  bojowych,
stojących nieruchomo niczym pomniki zagłady.

- Nie widzę tu żadnych dimenów... Roześmiała się.
- Ależ to oni! - wykonała ruch w kierunku behemotów.
Opadła mi szczęka.
- Te mechy to motomby?
- Mamy jeszcze większe - uśmiechnęła się zagadkowo.
Przyjrzałem się potężnym machinom. Stopy wielkie jak jednoosobowy pneumobil. Ramiona długie

jak  wagon  aurokaru.  Łby  potężne  niczym  kioski  dźwigów.  Człowiek  stworzył  potwory.  Poprawka.
Człowiek  stał  się  potworem.  Słońce  odbiło  się  od  naramiennika  nieruchomego  molocha.  Nad  jego
czerepem  widniało  odległe  niebo  i  pierzaste  cirrusy  Dookoła  panowała  cisza  przeszywana  cichym
zawodzeniem wiatru. Czy przypadkiem nie o tym pisał Wells w Wehikule czasu, kreśląc wizję schyłku
ludzkości? Widok maszyny kojarzył się z milczącymi budowlami Morloków, nieruchomymi monolitami
w pustym krajobrazie, gdzie życie toczyło się pod ziemią. Czy widziałem przedświt podziału ludzkości
na dwa rodzaje? Czy różnice między nimi posuną się do opisanego przez pisarza koszmaru? Miałem
nadzieję, że nie. Spojrzałem jeszcze raz na nieruchomą bryłę. Jakkolwiek będzie przebiegał podział,
jedno  wydawało  się  pewne:  wkrótce  homo  realium  i  homo  virtual  przestaną  się  rozumieć.
Odetchnąłem, zamrugałem i wróciłem myślami do rozmowy Widok Steffi dodał mi otuchy.

- Wspomagane są generatorami antygrawitacyjnymi? Inaczej byłyby zbyt powolne?
Uśmiechnęła się.
- Zgadłeś.
- Sejfy z dibekami mają w korpusach czy są zdalnie sterowane z zewnątrz, tak jak ja to zrobiłem z

geskinem?

- Obie opcje są możliwe.
- A teraz?
Roześmiała się.
- Sama nie wiem. To tajemnica.
- Ale dlaczego stoją? Zoeneci w biurze są podłączeni do sieci, widziałem kable, ale oni? W jakieś

singlowe gierki sobie grają?

Zacząłem  lubić  jej  mechaniczny  uśmiech.  W  zasadzie  był  zupełnie  ludzki.  Kilka  dni  w  jej

towarzystwie i przestałbym zauważać, że pokrywa ją metal.

- Oni też są podłączeni.
- Ale jak?!
- Fale grawitacyjne.
- Myślałem, że to niemożliwe.
- Wszystko jest możliwe, zwłaszcza gdy dysponujesz taką mocą odbiorczo-nadawczą jak Thor.
- Ale jak on się ładuje? Energia na jego utrzymanie musi kosztować majątek!
-  Pozyskuje  każdą:  słoneczną,  cieplną,  wiatrową,  deszczową,  nawet  gdy  jest  burza,  specjalnie

ściąga na siebie pioruny.

- To nieprawdopodobne.
I znowu się uśmiechnęła. Podeszła bliżej. - Nie widziałeś jeszcze wszystkiego.
Nie miałem wątpliwości, że patrzy mi głęboko w oczy. Jej mechaniczne spojrzenie... jasnobłękitne

tęczówki, cała misterna oprawa powiek, imitacja brwi, to wszystko było żywe.

- Torkil... Nie wiem, czy powinnam pytać, ale... pamiętałeś o mnie?
Spuściłem głowę. Pewnie, że pamiętałem. Dobrych dusz się nie zapomina. Mimo to nie chciałem

zanadto zagłębiać się w sentymentalne wyznania. Wziąłem ją za rękę. Ze zdziwieniem stwierdziłem,
że jest gładka, ciepła, prawie ludzka.

- Nie „pamiętałem", ale pamiętam - odparłem. - Masz w moim sercu stałe miejsce.

background image

- 65 -

Uśmiechnęła  się.  Nie  wiedziałem  już,  czy  rozmawiam  z  człowiekiem  w  metalowym  ciele,  czy  z

robotem  o  ludzkich  uczuciach.  Jak  ona  wyglądała  w  Mroku?  We  wspomnieniach  pozostał  głównie
kolor włosów. Wyciągnęła w moim kierunku mnemokryształ.

- Wczytaj to w swój omnik.
Parsknąłem.
- Ostatni, jaki miałem, rządowy, spłonął wraz z geskinem.
Sięgnęła  do  uda.  Jego  nieskazitelna,  wypolerowana  powierzchnia  zarysowała  się,  ukazując

kwadratowy kształt wysuwającej się szufladki. Leżało tam nowiutkie urządzenie.

- Masz. Takim modelem nie może się poszczycić nawet prezydent Wolnych Stanów.
Przyjąłem  sprzęt  z  wdzięcznością.  Zerknąłem  na  spodnią  powierzchnię.  Made  in  ZL.  Zawsze

miałem słabość do osobistych maszynek. Zapiąłem klamrę na nadgarstku i zbliżyłem kryształ. Łapka
grawitacyjna pochwyciła go i wgrała program.

- Jeszcze to - podała mi zestaw okularów i soczewek w zgrabnym etui.
Wyjąłem  szkła.  Były  tak  cienkie  i  lekkie,  że  zdawały  się  tylko  refleksem  i  zakrzywieniem  obrazu.

Założyłem je. Przed oczami pojawił się napis:

Czy chcesz wgrać program „Steffi"?
Wyciągnąłem  rękę  w  powietrze  i  pacnąłem  w  eteryczne  „tak".  Serce  mi  zmiękło,  gdy  jej  obraz

rozmył  się,  zastąpiony  widokiem  rudowłosej  piękności.  Już  pamiętałem,  jak  wyglądała.  Oczywiście.
Sceny  z  Mroku  przeleciały  przez  pamięć  jak  płochliwe  ptaki.  Po  chwili  ustąpiły  przed  innym
wspomnieniem: przypomniało mi się, jak wgrywałem podobny program po ożywieniu Anny. Kiedy to
było? Dawno temu, w odległej galaktyce.

- Teraz lepiej - wyszeptałem, starając się zamaskować gorycz.
Anna... Tak to jest z uczuciami, że gdy brak właściwego obiektu, chętnie przerzucają się na inny,

zwłaszcza gdy jest piękny. Musiałem się mieć na baczności.

Poprawiła włosy.
- Przypominasz sobie?
- Trudno zapomnieć.
W tym momencie uświadomiłem sobie, że od kilku chwil doskwiera mi nieznośny upał.
- Może już wrócimy? - zaproponowałem.
- Gorąco? - domyśliła się.
- Odpowiesz mi na kilka pytań? - zaryzykowałem.
Spojrzała mi głęboko w oczy.
- Zawsze.
Zebrałem się w sobie.
- Od dawna jesteś agentką Zoenet Labs?
- Odkąd pamiętam. - Podniosła rękę, powstrzymując mnie przed kolejnym pytaniem. - Tutaj jesteś

agentem,  nawet  o  tym  nie  wiedząc.  Najlepszy  szpieg  to  taki,  który  nie  rozumie  swojej  roli,  a  nawet
jeśli  rozumie,  to  najczęściej  tylko  tak  mu  się  wydaje.  W  Mroku  byłeś  testowany.  Nie  pojmowałam
swojego zadania nawet po jego wypełnieniu.

Weszliśmy w cień korytarzy. Steffi zapewne przełączyła wizjery na jakieś inne fale, ja zaś brnąłem

w  ciemnościach,  wyczuwając  ciałem  jej  ciepło.  Teraz  zrozumiałem,  dlaczego  gra  o  nawiedzonym
domostwie  była  tak  krótka.  Zwykła  reklamówka  stworzona  przez  Zoenet  Labs,  podobnie  jak  świat
stanowiący tło dla wyczynów Wilehada i moich w siedzibie „Mątwy”.

- Coście tam testowali?
- Logicznie myśląc, inteligencję i zdolności bojowe przyszłych agentów.
Pięknie.
- Fear Walkers sami wybierali osoby do testowania - ciągnęła.
Coraz piękniej.
- David też jest agentem? - spytałem znużonym głosem.
- Ani on, ani Gabrielle nie mieli pojęcia, w czym uczestniczą. Namówiłam ich do tej zabawy i tak to

wszystko ustawiłam, żeby Dave stał się naszym przywódcą.

Zamrugałem. Oczy przyzwyczajały się do mroku korytarzy.
- Gratuluję. Mną też ładnie... manipulowałaś. Po co na przykład była ta szopka z sauną?
- Nie miałam pojęcia, że tam jest pułapka. Uwierz mi - przystanęła i dotknęła palcami mojej piersi. -

Uwierz  mi  -  powtórzyła.  -  Naprawdę  niewiele  z  tego  rozumiałam  i  ciągle  nie  mogę  się  połapać.  Dla
nich  -  skazała  wzrokiem  w  górę  -  to  tylko  gra.  Poruszają  nami  jak  pionkami  po  wielkiej  planszy.
Nienawidzę ich za to.

Ruszyliśmy Po chwili przerwała ciszę:
- Prawda jest taka, że nie zatrzasnęłam się w komórce, ale spłonęłam w domu, gdy rodzice byli na

przyjęciu. Uratowali kawałek mojego ciała i zdążyli dotlenić mózg. Ojciec natychmiast zatrudnił mnie

background image

- 66 -

w  Zoenet  Labs,  żebym  zaczęła  zarabiać  na  utrzymanie  netomba.  A  potem...  -  potrząsnęła  głową.  -
Nie chcę o tym mówić. To wszystko kurewsko trudne, Ciężkie i... - machnęła ręką.

***

- Torkil Aymore, znany widzom z virtuality show firmy Novatronics, które transmitowaliśmy w naszej

holowizji  cztery  lata  temu,  zginął  wczoraj  w  południe  w  tragicznym  wypadku  powietrznym.  Aymore
powrócił  z  Wolnych  Stanów  Ameryki,  gdzie  rozwiązał  wirusową  aferę  ukrytą  pod  kryptonimem
„Pandora".

Po złożeniu sprawozdania, obciążającego zorganizowaną organizację przestępczą „Mątwa”; wracał

z  tajnego  centrum  operacyjnego  Biura  Ochrony  Państwa  swojego  apartamentu  w  linowcu
Stockomville służbowym pneumobilem pilotowanym przez porucznika W. Podczas lotu kanałem XLN
15  pojazd  został    zaatakowany  przez  niezidentyfikowane  aerauta.  Pilot  ocalał  dzięki  sprawnie
działającemu mechanizmowi katapultującemu. Mimo pościgu nie udało się przechwycić tajemniczych
pojazdów.  Prawdopodobnie  zamach  był  zemstą  mafii  narkotykowej  za  szkody,  jakie  wyrządził
gamedec,  niszcząc  jej  główną  kwaterę  w  nieczynnej  fabryce  Forda  w  Północnej  Karolinie  oraz
składając zeznania. Strata tak dzielnego obywatela jest ciosem dla nas wszystkich. Przed państwem
premier wolnej Europy, Mieczysław Zas.

-  Torkil  Aymore  był  człowiekiem  szlachetnym,  inteligentnym  i  oddanym  sprawie  lepszych,

bezpieczniejszych gier. Walczył o światy dla nas wszystkich, bo to one są przyszłością ludzkości. Nie
dopuścimy,  by  jego  śmierć  poszła  na  marne.  Wielki  dimeński  artysta,  Sean  Sennhauser,
zadeklarował, że jego najnowszy film Doom Day, opowiadający o akcji w fabryce Forda, skupi się na
sylwetce gamedeka. Połączmy się w smutku...

Wyłączyłem odbiornik. Wzruszyłem się. Szkoda, że moja mama tego nie słyszy. Zamarłem: za to

słyszą  Anna,  Pauline,  Harry  i  Pete.  Zaschło  mi  w  gardle.  Generał  Enrique  Baczewski  może  spać
spokojnie, teraz będą milczeć.

Co  czują?  Co  do  mężczyzn,  nie  miałem  wątpliwości:  zamkną  się  w  sobie,  pójdą  się  urżnąć,  a

potem i przez wiele dni będą dusić w sobie żal, nie uzewnętrzniając uczuć. Co do kobiet... Kochane
Pauline i Anna. Pewnie płaczą. Od tej chwili każda sekunda ich życia będzie trwaniem w świecie beze
mnie.  Torkil,  Torkil...  nie  żyje.  Zniknął  w  puszczy,  a  teraz  dowiadują  się  o  jego  śmierci  z  holowizji.
Przez  kilka    dni  nie  będą  mogły  w  to  uwierzyć,  potem  pogrążą  się  w  melancholii,  po  dwóch
tygodniach  pozbierają  ;  się,  a  za  miesiąc  pogodzą  z  nową  rzeczywistością  i  świat  zmieni  barwy.
Będzie  inny,  trochę  zimniejszy,  trochę  bardziej  szary.  A  potem,  za  rok,  może  dwa,  poznają  kogoś
innego - i świat odzyska kolor, a na moim nagrobku uschną kwiaty. Kurwa.

Czasami  mężczyzna  musi  zacisnąć  zęby,  żeby  nie  wyć.  Zacisnąłem  zęby.  Bardzo  mocno.

Dopiąłem mankiety koszuli, poprawiłem kołnierzyk, sprawdziłem położenie klamry paska, zerknąłem
na buty. Wyprostowałem się. Kiedy łamie cię życie, kiedy przygniata cię ciężar tak wielki, że chcesz
paść  na  kolana  i  błagać  Boga  o  litość,  myśl  tylko  o  tym,  żeby  trzymać  pion:  usztywnij  kark,  napnij
ramiona  i  ruszaj  do  przodu.  Powtarzam,  ruszaj  do  przodu.  Zrobiłem  krok  w  stronę  drzwi.  Czas  do
boju.

Gdy  szedłem  absurdalnie  pustymi  korytarzami,  które  kołysały  się  w  rytm  marszu,  przypomniałem

sobie rozmowę z Laurusem tuż po podniebnej potyczce:

- Jesteś organikiem. Jak zostałeś agentem zoenetów?
- To nie takie trudne.
- Co masz na myśli?
- Zrozumiesz, gdy sam zostaniesz.
To  rzeczywiście  nie  jest  trudne,  przekonywałem  się  w  myślach,  maszerując  wzdłuż  nagich  ścian.

Odgłos  kroków  brzmiał  jak  bojowe  werble.  Wbijałem  obcasy  w  metaliczną  posadzkę,  jak  żołnierz
ruszający  do  walki.  Bo  byłem  żołnierzem,  wojownikiem  pojedynczej,  osobistej  armii.  I  nie  miałem
zamiaru  się  poddać,  choć  otaczała  mnie  wroga  horda.  O,  nie  znacie  jeszcze  Torkila  Aymore'a.  Ja
sam go nie znam, ale drżę przed nim, bo straszny to człowiek. Starałem się nie zerkać do otwartych
pomieszczeń. Widok nieruchomych postaci wybijał z heroicznego nastroju.

-  Jak  wiesz,  nasi  agenci,  podając  się  za  prezesów  Medtronics  i  Pharma  Nanolabs,  sprowokowali

akcję  „Pandora",  dzięki  której  dimeni  kontrolują  teraz  wszystkie  gry  -  rozpoczął  Koriolan  Dal,  ledwo
wszedłem do jego gabinetu i usiadłem na sztywnym białym krześle. Barbarzyńcy.

background image

- 67 -

-  Zanim  do  tego  doszło  -  ciągnął  -  agenci  ci  inwigilowali  środowisko  firm  farmaceutycznych  w

geskinach.  Przebywając  na  wrogim  terenie  pobrali  skany  powierzchowności  prezesów  oraz  wykradli
tajemnicę przygotowywanej „bezmózgowej" kampanii. Nasza analiza...

Zerknąłem  na  żeńskie  motomby  Jeden  z  nich  był  prawdopodobnie  rudowłosą  miłą  dziewczyną.

Szkoda, że nie założyłem soczewek.

- ...wykazała możliwość, że zostali zdemaskowani. W tym czasie geskiny nie posiadały aparatury

oszukującej bramki prześwietlające ciało.

Włączył holomonitor za plecami. Ujęcie przedstawiało biurowe wnętrze. W tle, na jednej ze ścian

dostrzegłem logo Pharma Nanolabs - dwa węże ułożone w znak nieskończoności.

-  To  ujęcie  z  ukrytej  kamery  jednego  z  agentów.  Obraz  ożył.  Nosiciel  aparatury  optycznej  szedł

wzdłuż szpaleru komputerów. Zbliżył się do otwartych drzwi.

-  Właśnie  w  tej  framudze  -  wskazał  Koriolan  -  prawdopodobnie  kryje  się  skaner.  Jej  grubość  jest

trzykrotnie  większa  od  pozostałych  ścianek  działowych,  a  nie  jest  to  mur  nośny  Analizy  oficjalnych
planów pokazują, że w tym miejscu nie powinny prowadzić żadne rury ani kable.

Uruchomił zapis. Agent przez chwilę spoglądał w lewo. Stop.
-  Tamta  skrzynka  -  zaznaczył  niepozorny  obiekt  rogu  -  nie  jest  oznakowana.  Jej  wymiary  i

specyfikacja 

nie 

odpowiadają 

magistrali 

połączeń, 

urządzeniom 

antywłamaniowym,

przeciwpożarowym, żadnym. EEG agenta, gdy przechodził przez przejście. . .

Uruchomił  film  i  nałożył  na  ekran  siatkę  zapisu  ektroencefalogramu.  Agent  przeszedł  przez  próg.

eden  ze  świetlistych  wężyków,  znaczących  elektryzną  działałność  mózgu,  drgnął  nieco  wyżej  niż
zwykle.

...zachowało się niespecyficznie. Wyłączył zapis.
- Jeszcze raz przeanalizowaliśmy całą akcję i wyszło nam, że wszystko stało się trochę... za łatwo.

Zacisnął stalowe wargi. Zmarszczyłem czoło:

- Podejrzewacie, że zostali zdemaskowani przed tym, jak wydobyli dane o bezmózgach?
- Niestety.
Milczałem.
- Dręczy nas pytanie - podjął - czy tak było w istocie, bo pewności nie mamy. Ale dlaczego w takim

razie  pozwolono  im  dalej  działać  i  wykraść  tajemnicę?  Dlaczego  nie  zwolniono  pracowników,  pod
których podszywają się nasi agenci? Dlaczego ciągle mogą tam wchodzić?

- Bo ukrywają coś ważniejszego? Chcą trzymać wroga bliżej od przyjaciela?
Uśmiechnął się smutno. Zanotowałem w pamięci, żeby w końcu spytać Steffi, jak nazywa się jego

motomb.

-  Właśnie  -  skinął  głową.  -  Zoeneci  bardzo  nie  lubią  grać  drugich  skrzypiec.  Wydaje  się,  że

sprowokowana  przez  nas  Pandora,  którą  uważaliśmy  wyłącznie  za  nasze  dzieło,  w  rzeczywistości
odbyła się za przyzwoleniem Medtronics i Pharma Nanolabs. Powstała dziwna sytuacja: inne firmy i
rządy  myślą,  że  zrobiła  to  mafia,  bo  my  wprowadziliśmy  ich  w  błąd,  Ale  prawdopodobnie  sami
jesteśmy sterowani przez farmaceutów, którzy doskonale znali nasze zamiary. Pozwolili nam wykraść
dane o bezmózgach, żebyśmy myśleli, że wiemy już wszystko.

Pokiwałem głową z uznaniem. Dobra analiza. Mógłby być gamedekiem.
- Czego ode mnie chcecie? Uśmiechnął się drapieżnie.
- Mamy nadzieję, że nie zauważyli, że naszym agentom udało się pobrać próbkę DNA wiceprezesa

Pharma Nanolabs, Hioba Agona.

Znów  uruchomił  projekcję  z  perspektywy  oczu  jakiegoś  innego  agenta.  Jego  wzrok  spoczął  na

otwartym  sedesie.  Obraz  przybliżył  się.  Na  porcelanowej  ściance  widniało  niewielkie  brązowe
maźnięcie. Skrzywiłem się i odwróciłem spojrzenie.

-  Agon  popełnił  błąd,  wypróżniając  się  w  hotelowej  łazience.  -  Koriolan  parsknął  z  uciechy  -  W

dzisiejszych czasach kupa prezesa bywa warta tyle samo, co sam prezes.

- Chcecie zrobić geskina z użyciem jego kodu?
-  Do  zrobienia  geskina  niepotrzebny  jest  kod  genetyczny.  Wystarczy  laserowy  skan

powierzchowności. - Więc po co wam jego genotyp?

- Ty będziesz Hiobem.

***

- Witam państwa, Cal Galahad, Global Network News! Stęskniliście się za mną? Mam przyjemność

znów (i tak do znudzenia) rozmawiać z komandosem Virtual Security Agency, tym razem nie zwykłym
żołnierzem, ale kapitanem doborowej formacji. Witaj Stanley.

-  Dzień  dobry  państwu,  kapitan  Stanley  Stone,  dowódca  ósmego  skrzydła  kawalerii  wirtualnej,

pierwsza dywizja imienia Merula Andy.

background image

- 68 -

- To ładnie z twojej strony, że się przedstawiłeś. ,Sam nie dałbym rady.
- To oczywiste.
- He, he, dowcipniś z ciebie.
- W przeciwieństwie do ciebie.
-  No,  uwielbiam  tego  gościa!  Z  takimi  komandosami  VSA  gracze  na  pewno  nie  zginą!  A  teraz  z

innego  nanowodu...  Słuchaj,  Stan,  w  grach...  Aha,  jakby  państwo  nie  wiedzieli,  znajdujemy  się  w
świecie  Crying  Guns,  o,  ta  gra  to  prawdziwy  staroć,  ale  dzięki  patchom  ciągle  się  trzyma,  prawda,
Stan?

- Chciałeś zadać pytanie.
-  Prawda.  Więc  w  grach  są  coraz  większe  drapieżniki.  W  zapomnienie  odeszły  komary,  muszki,

wszelkie inne robactwo. Teraz są stwory kotopodobne, jaszczurkokształtne, nawet latające świństwo
wymiarami zbliżone do sępów!

- Zgadza się. Mamy mocniejszy sprzęt, podwoiliśmy patrole, panujemy nad sytuacją.
-  A  peesdeki?  Personal  Security  Droids?  Chyba  ie  powiesz,  że  ciągle  zaopatrujecie  graczy  w

Nietoterze?

- Dobra uwaga. Nietoperze wycofaliśmy. Na ich miejsce wprowadzono Sokoły i Orły, w zależności

od stopnia zagrożenia w danej grze pierwsze, słabsze, bądź drugie, lepiej wyposażone. Wszystko jest
pod kontrolą.

- Czy to prawda, że Virtual War Droids Ltd. pracuje nad nową wersją peesdeka o nazwie Dragon?
- Potwierdzam. Choćby bestie zmutowały nie wiem jak, i tak zawsze będziemy o krok przed nimi. -

Gratuluję dobrego samopoczucia. Nie niepokoi fakt, że wróg ciągle ewoluuje?

- My również.
-  Słyszałem,  że  zaczął  przejawiać  ślady  inteligencji:  wykorzystuje  przeszkody  terenowe,  gromadzi

się w bastionach...

- Ciągle są daleko za nami.
-  Na  razie.  Proszę  państwa,  pozwólcie,  że  zadam  niebezpieczne  pytanie,  w  końcu  za  to  mnie  tak

lubicie. Do czego to wszystko zmierza?

***

-  Recepturę  na  virgen  wykradliśmy  z  Medtronics  już  dawno  temu  -  mówiła  Steffi,  gdy  szliśmy  w

stronę laboratorium. Zapobiegliwie założyłem soczewki, więc widziałem ją jako śliczną dziewczynę, a
nie ślicznego droida.

- Steffi, co to jest virgen?
- Tędy - wskazała gródź.
Weszliśmy do białego wnętrza. Czekał na nas jeden cyborg. Model inny od Koriolana, siłą rzeczy

różniący się od Freyi: drobny, wysmukły, elegancko stylizowany, jakby arystokratyczny i wyniosły.

- Doktor Guy Samson - przedstawiła. - Guy, to jest nasz superekstranowy agent...
- Torkil Aymore - wszedł w słowo i wyciągnął wąską dłoń. - Słyszałem o panu. Od dawna chciałem

uścisnąć pana rękę.

Byle nie za mocno. Przyjąłem powitanie.
- Jak słyszę, Stefii wprowadza pana w temat? - zagadnął.
- Wciąż nie wiem, czym jest...
- Virgen?
Chyba miał zwyczaj przerywania. Typowe dla arystokratów.
- Chwileczkę - podniósł z tacki podejrzane narzędzie. - Na pogaduszki przyjdzie czas.
Wykonał  ruch  tak  szybki,  że  zwyczajnie  go  nie  zauważyłem.  Dopiero  gdy  poczułem  ból  po  lewej

stronie  szyi,  zorientowałem  się,  że  pobrał  próbkę  mojej  tkanki!  Na  żywo!  Już  otwierałem  usta,  żeby
obrzucić go stekiem przekleństw, gdy wykonał drugi, również niewidoczny gest i na ranie znalazł się
żelowy opatrunek. Ból ustąpił. Cała akcja trwała niepełną sekundę.

- Ależ... - stęknąłem.
-  Przyspieszenie  to  przydatna  rzecz  -  rzucił  przez  ramię,  wkładając  urządzonko  z  moją  skórą  do

analizatora.  -  Nie  dość,  że  pozwala  zaskoczyć,  co  w  moim  zawodzie  nie  jest  zbyt  przydatne,  to  z
pewnością ułatwia pewne procedury. Nie boli, prawda?

- Już nie, lecz...
- No i mamy wynik.
Spojrzałem na rudowłosą. Naprawdę było miło oglądać jakiś żywy organizm pośród tych wszystkich

maszyn. Uśmiechnęła się wesoło.

On już taki jest - przeczytałem napis przed oczami.

background image

- 69 -

- Widziałem to, Steffi - odezwał się, wciąż odwrócony do nas plecami. - Teraz wykonamy teścik...

'':Laboratoryjny ekran wyświetlił jakieś niezrozumiałe dane. Po chwili wysunął się podajnik z pięcioma
kapsułkami:  złotą,  karmazynową,  srebrną,  zieloną  i  niebieską.  Doktor  zgarnął  je  i  włożył  do
przezroczystego pojemnika.

-  Virgen  -  odezwał  się,  wręczając  mi  buteleczkę  -  to  wirus  zawierający  instrukcję  zmieniającą

genotyp  właściciela.  Jest  to  lek,  hm...  -  przytknął  rękę  do  ust  -  ...może  nie  lek,  ale  specyfik,  który
usuwa geny właściciela, wstawia nowe i, co najważniejsze, stymuluje układ enzymatyczny do zmian.
Innymi słowy, dzięki virgenowi człowiek zmienia fenotyp, a mówiąc po ludzku, zamienia się w kogoś
innego.

 - To szaleństwo! - Tym razem ja mu przerwałem. Zmieniając ciało, zniszczycie mózg!
Uniósł palec i uśmiechnął się.
-  A...  nie.  Po  to  pobrałem  twoją  tkankę,  żeby  do  tego  nie  doszło.  Dlatego  każdy  specyfik  jest

dopasowany  do  jednego  tylko  człowieka.  Otóż  tajemnica  tego  wirusa  polega  na  tym,  że  mózg
odbiorcy jest oszczędzony prawie... w stu procentach.

- Dzięki za to „prawie". Machnął lekceważąco ręką.
-  Komórki  nerwowe  minimalnie  zmieniają  układ,  ale  synapsy  dążą  do  utrzymania  poprzedniej

konstelacji.  Halucynacje,  urojenia,  derealizacja,  depersonalizacja,  parestezje,  deja-vu...  Można  się
oswoić. Najsilniejsze objawy występują przez kilka pierwszych dni. Potem słabną. Najważniejsze, że
osobowość się w zasadzie nie zmienia.

To jego „w zasadzie" przełknąłem jak kolczasty kamień. Spojrzałem na fiolkę.
- Zgaduję, że główny lek to ta złota kapsułka?
- Zgadza się. Srebrna to silny preparat uspokajający.
- Słucham?
- Podczas przemiany... zachodzą bardzo gwałtowne procesy... również nowotworowe.
- Że jak?!
-  Globulka  karmazynowa  to  specyfik  unieczynniający  nowotworzenie.  A  zielona  jest  preparatem

przeciwbólowym.

- Jeszcze niebieska - rzuciłem grobowym głosem. - Akcelerator zmian. Bez niego przekształcałbyś

się przez tydzień.

- A z nim? Uśmiechnął się słodko:
-  Tylko  dobę.  Podłączymy  cię  do  wielkiego  zasobnika  płynów  odżywczych.  Bez  niego  schudłbyś

jakieś pięćdziesiąt kilogramów.

***

- Jak donosi nasz korespondent z Gujany Równikowej, Ralph Faraday, problemy w tym kraju zdają

się dobiegać końca. Jednak to nie rząd przyczynił się o zażegnania konfliktu, ale znany w gujańskim
high  lifie  przemysłowiec  Jacques  Lambert,  który  kilka  dni  temu  założył  nową  firmę  o  nazwie  Live.
Pierwszym  przedsięwzięciem  nowego  konsorcjum  jest  budowa  ultranowoczesnego  plantu
produkcyjnego  sto  kilometrów  na  zachód  od  Nowego  Paryża,  w  centrum  tropikalnej  dżungli,  wciąż
jednak  w  obrębie  filtrów  ABB.  Fabryka  wytwarzać  będzie  motomby,  dibeki  netomby,  zajmie  się
również  kreacją  diginetów.  Lambert  w  udzielonym  Global  News  wywiadzie  świadczył,  iż  będzie  to
konkurencja  dla  słynnej  amerykańskiej  fabryki  Zoenet  Labs,  dla  Novatronics  innych  elektronicznych
koncernów.  „Live  znaczy  żyj  twierdzi  przemysłowiec.  -  Takie  jest  nasze  hasło.  Dlatego  motomby  i
dibeki produkowane w Live będą nie gorsze od zoeneckich czy innych, a znacznie tańsze. Życie, nie
pieniądze, to najwyższa wartość".

Firma  Live  już  dzisiaj  zatrudnia  trzydzieści  tysięcy  pracowników,  a  nabór  ciągle  trwa.  Co  więcej,

każdy nowo przyjęty otrzymuje nie oprocentowany kredyt na dibeka. Tłumy przed biurem zatrudnienia
rzedną,  chętnych  do  pracy  w  Live  wciąż  przybywa.  Czyżby  rozpoczęła  się  nowa  era  miłosiernego
biznesu? Nazywam się Vanessa Reeve, oglądacie państwo SA Earth News.

***
'
Hiob Agon. Tak nazywa się wiceprezes Pharma Nanolabs. Czy to przypadek, że jest imiennikiem

największego biblijnego męczennika, a jego nazwisko kojarzy się z agonią?

Nie  masz  wyjścia,  Torkil,  szeptały  szkarłatne  demony  pochylone  nad  moim  łóżkiem,  nie  masz

wyjściaaaa... Zabiją cię, wiesz za dużo, wiesz za duuużooo...

Jeden z nich uniósł błękitny miecz i wbił go vv moją pierś. Wyraźnie czułem, jak przeszywa serce,

tchawicę, przełyk, przedziera się przez kręgi i rozrywa skórę na plecach.

background image

- 70 -

- Aaa!
Nie masz wyjścia! - wrzasnął drugi i rozpłatał mi czoło toporem z brązu o bogato zdobionym ostrzu.

Cios ten paradoksalnie sprawił mi ulgę. Mimo to krzyknąłem:

- Aaa!
Zaaabiiiijąąą  cięęę!  Ty  ośle!  Ty  koźle  ofiarny!  Wyrosły  mi  rogi.  Wielkie,  karbowane,  zaczęły

zawadzać o pościel, musiałem unieść głowę. Ciągle rosły, zwijały się, potem nabrały połysku, stały się
śliskie, ruchliwe i zamieniły się w dwa czarne węże poznaczone żółtymi cętkami. Gady zaczęły mnie
bezlitośnie gryźć.

- Aaa!
Tak  czy  owak...  -  naśmiewały  się  wiszące  nade  mną,  trzepoczące  skrzydłami  czarty  -  Jesteś

jedynym człowiekiem, który zna tajemnicę „Pandory"! Jesteś skazaanyyy! Wygnany!

Jeden  z  nich  wysunął  szkarłatny  ozór  i  wepchnął  go  do  moich  ust,  głębiej,  do  brzucha,  wypełnił

moje ciało jakąś gorącą substancją. Zacząłem się dusić. Skóra w okolicy pępka odkształciła się, jakby
chciał ją rozerwać jakiś nieregularny kształt.

- Rany boskie!!!
Zabiję cię! Zabiję cię! Zabiję cię! - krzyczał najroślejszy z biesów, niebieski, pasiasty niczym tygrys

Rzucił  się  na  mnie  i  zaczął  okładać  pięściami.  Moje  ;  ciało  wgniatało  się  po  każdym  ciosie  i  nie
wracało ` już do poprzedniej postaci.

Ty  zdrajco!  Ty  dwulicowy  dwuchujowy  lowelasie!  Ania  ci  się  podoba  i  Pauline  dupczysz?!  Więc

wyrwę i to narzędzie, kutasa podłego, skalanego...

- Aaa!
Kiedy  już  zmiażdżył  mi  wszystkie  kości,  zaczął  szarpać  połyskliwymi  szponami,  ostrymi  jak

brzytwy.  Krwawe  strzępy  latały  w  powietrzu,  a  on  pracował  niczym  sumienny  rybak  patroszący
tuńczyka. Wyrywał, sapał, łykał własną jadowitą ślinę, zlizywał bryzgi krwi z warg. Gdy moje ciało było
bezkształtną masą, wyciągnął ręce do mojej twarzy.

, A teraz poznasz swój koniec!

***

Zakończono  inspekcję  w  Pharma  Nanolabs.  Rzecznik  prokuratury  w  Gdańsku,  Piotr  Zagórny,

,oświadczył  na  oficjalnej  konferencji  prasowej,  że  nie  dopatrzył  się  żadnych  poszlak  mogących
świadczyć nielegalnej produkcji klonów. - Przedstawiono mi dość dokładną dokumentację - twierdzi -
orazwyjaśniono  działanie  tehchnobiologicznych  tworów,  które  zastąpią  mózgi.  Widziałem  również
regulowane  przez  te  urządzenia  stadia  rozwojowe.  Nie  mogę  zdradzać  tajemnicy  handlowej,  więc
powiem  tylko  tyle:  to  działa.  Wzrostem  młodych  organizmów  z  całą  pewnością  nie  zawiadują
organiczne mózgi.

Obecny na konferencji rzecznik firmy Ion Jerubal, świadczył, że Pharma Nanolabs, w trosce o dobre

imię firmy i dalsze owocne kontakty z ONL, wycofuje pozew o zniesławienie.

j Wiadomości lokalne...

***

i  Czułem  się  zagięty  jak  czasoprzestrzeń  wokół  wijącej  czarnej  dziury  Wstałem  z  łóżka,  minąłem

nieruchomą Steffi i spojrzałem w lustro.

O  mój  Boże.  Patrzył  na  mnie  szatyn  o  bardzo  wysokim  czole,  lat  około  pięćdziesięciu,  brązowe

oczy,  obwisłe  policzki,  przedzielony  podbródek.  To  nie  mogę  być  ja.  To  nie  mogę  być  ja,
odpowiedziały ściany. Mówiące ściany Jasne, że też wcześniej nie słyszałem ich podszeptów.

-  Teraz  będziesz  odpoczywał  -  usłyszałem  głos  Steffi,  tej  podłej  dziwki,  prostytuty  landzberskiej,

kurtyzany szatańskiej, gejszy przerżnię...

-  Nie  zakładaj  soczewek  ani  okularów...  -  powiedziała  mątwa  jedna,  ropucha,  purwiszon,  zaraz  ją

zaszlachtuję,  sukę,  rozoram  ten  jej  jebany  płaski  brzuch...  a  nie,  stalowa  jest.  Stalowa  dziwka.  Nie
rozoram. Chyba że pługiem. Ale gdzie tu pług. Rozejrzałem się.

- Będziesz miał urojenia, możliwe, że halucynacje. Dwa, trzy dni. Musisz wytrzymać.
-  To  ty!  To  tyyy  musisz  wytrzymać!  -  zaryczałem  i  uniosłem  potężny,  lśniący  słonym  potem  młot

błękitny, stalowy, nitowany A nie. Nie krzyknąłem i nie podniosłem, tylko mi się tak zdawało.

- Posta... ram się - wydukałem. - Daj mi jakieś prochy.
- Leżą tu na stole. Ale dzisiejszą dawkę już zeżarłeś, żarłoku, grubasie śmierdzący, rozdęta kupo

rzygowin!  Więc  następną  weź  dopiero  jutro  rano.  Będziesz  dostawał  pięć  posiłków  dziennie.  Musisz
przytyć.

background image

- 71 -

- Ktoś... przy mnie musi być. Nie... wytrzymam.
 Nie wytrzymam! Nie wytrzymam! - krzyczała czereda obmierzłych widzów, zwykłych przechodniów

zgromadzonych  wokół  mnie.  Jakaś  paniusia  z  zakupami,  zasmarkany  chłopiec  z  grawitornistrem,
kloacznica, dziwkownica, perukśnica, wulgarnica...

Ugięły  się  pode  mną  nogi.  Podtrzymały  mnie  czyjeś  czułe  ręce  i  położyły  z  powrotem  na  łoże.

Łoże!  Pełne  macek,  duszących,  drżących,  wiercących,  oplatających,  zagniatających!  Ciasto.  Ciasto
na makaron, moja mama wałkuje ciasto na makaron. Na makaron, nakaron, rakaron.

.  -  Będę  tu  cały  czas  -  głos  Steffi  Alland.  Alladyna.  ;Ala  dynia.  Dynia  zaspermiona!  Gawron!

Gawrona ;uduszona!

< - Tak... potrzebuję... obecności. Cały czas słyszę głosy, widzę rzeczy, odkształca mi się...
`  Rzeczywistość!  Rzeczywistość  się  proszę  państwa  odkształca,  peroruje  siwy  naukowiec  o

roztrzepanej  czuprynie.  Łansztajn.  Rozdwaja  się,  poczwarza  i  chujmujj  ściuparza.  I  łobarotnie,  aż
dup! I w kurwę jebaną bryzg!

Dotyk jej ręki na policzku.

 - Torkil... Torkil...
' Budzę się. Budzę się! Pochyla się nade mną Doom! Peter „Crash" Kytes! Nie myśl! Mamy akcję!
Trzecii bliskopada! Bliskopada! Wyrwę ci ręce z korzeniami, barki ci wywichnę, żebra ci połamię.

Cipołamię. Cipowyłaz. Właz. Wyłaz. Właz. Ruchu ruchu.Ty brzydalu chutliwy wsadliwy Wstydliwy.

- Torkil... Nie zamykaj oczu. Usiądź.
:`  Z  trudem  wykonałem  polecenie.  Wszystko  by  było  `  dobrze,  gdyby  nie  ta  skurwysyńska

poduszka,  która  złośliwie  się  przeciwstawiała!  Poducha  zrypana!  Ty  '  pindo  uspokój  się,  bo  jak
przywalę...

- Torkil, to tylko poduszka. Już. Już siedzisz. ,Weź to.
' Podaje mi dwie niebieskie sprężyste kulki.
- Ściskaj je, ugniataj, jeśli nawiedzą cię wizje, ' staraj się na nich skoncentrować wzrok, b o t o jest

ziemia kulista, wiekuista, wyrypana z każdej strony, rozwałkniona, przemielony kapustnik, kapustnik,
kapustnik...

Niebieskie kulki. Zgniot. Zgniot. Zgniot.
Mojego  czoła  dotknęły  dwie  metalowe  listewki.  Poca...łunek?  Pierwszy  raz  w  życiu  pocałowała

mnie droidka. Spojrzałem na nią z wdzięcznością. Piękna. Piękna droidka.

- Dzię... kuję. Uśmiecha się.
- Zaraz wjedzie śniadanie.

***

Widzisz tę cudowną grę? Podziwiaj dżunglę pełną barwnych ptaków, platformy spacerowe, tarasy

nad oceanem. To Telepadrom, słynny świat, gdzie możliwa jest najprawdziwsza telepatia! Ten świat
wciąż  nie  ma  szeryfa.  Chcesz  nim  być?  Najpierw  sprawdź,  czy  masz  odpowiednie  doświadczenie.
Szczegóły na naszej stronie. Jeśli tak, ciesz się! Czeka cię niepowtarzalna przygoda! Zoenet w randze
szeryfa  otrzymuje  gratis  motomba  marki  Neo,  darmowy  sejf  z  dibekiem  najnowszej  generacji  i
bezpłatne  luksusowe  lokum  w  środowisku  gry!  Wciąż  masz  szansę!  Nie  zwlekaj!  Nie  pozwól,  by
uprzedzili cię inni! Telepadrom, świat bez granic. Potrzebujemy cię.

***

Przez następnych kilka dni przeszedłem wszystkie fazy obłędu, paranoi, zwielokrotnienia jaźni i w

ogóle wszelkich psychopatologicznych dolegliwości, jakich doświadczyć może człowiek. Z wyjątkiem
katatonii.  A  może  i  nie.  Nie  pamiętam.  W  piątej  dobie  czułem  się  już  całkiem  dobrze,  nawiedzały
mnie  co  prawda  regularne  halucynacje  i  rzadsze  urojenia,  ale  nauczyłem  się  je  rozpoznawać  i
lekceważyć.  Ważyłem  trzy  kilogramy  więcej  niż  pierwszego  dnia.  Mój  sobowtór  miał  pokaźną
nadwagę, a virgen odtworzył jego domyślną, szczuplejszą sylwetkę. Gdy 'nabrałem sił, czyli jeszcze
dwie  doby  później,  zacząłem  nie  na  żarty  się  obżerać  i  pilnie  się  uczyć  rozkładu  siedziby  Pharma
Nanolabs,  w  czym  chętnie  ;przeszkadzały  wyobrażone  stwory,  zasłaniające  ekran  i  plotące  trzy  po
trzy  Kompleks  znajdował  się  nad  jeziorem  Niegojin,  niedaleko  miejscowości  Gijtz.  Były  to  te  same
laboratoria, które kiedyś odwiedziliśmy z Peterem. Ciekawe, czy wiele się zmieniło... Jak to historia
lubi się powtarzać!

Oglądałem filmy pokazujące zachowanie Hioba,jego miejsce pracy, zwyczaje, odzywki... Skąd ja to

nam? Tak, historia lubi się powtarzać, raz wcieliłeś się w Petera, teraz wcielisz się w Agona. Na co mi
przyszło,  myślałem  smętnie,  biegać  na  smyczy  coraz  to  innego  pana.  Potrzeba  mi  dużo  pieniędzy.

background image

- 72 -

Kupię małą wyspę, a jak zabraknie naturalnych, to wybuduję sztuczną i odgrodzę się od wszystkich
zleceniodawców na świecie. Oddzielisz, oddzielisz, rechotał Lee Roth, marzycielu jeden. Podrapałem
się w obmierzły podwójny podbródek. Inaczej pachniałem. Miałem większy język. Oczy chodziły jakoś
nie  tak.  IDookoła  latało  jakieś  fantasmagoryczne  tałatajstwo,  ;to  nie  było  moje  ciało!  Fe!  Plany
siedziby,  plany  sabotażu,  plany  ucieczki,  plany,  plany,  plany,  w  dupę  sobie  wsadźcie  te  plany,
globaliści  pieprzeni,  którzy  nie  potraficie  normalnie  żyć,  megalomani,  światowcy.  Zbudujcie  sobie
domek,  wyhodujcie  ogród,  wyhodujcie,  wyhodujcie,  przedrzeźniały  skundlone  jednorożce,  i  cieszcie
się istnieniem, zamiast planować kolejny atak agenta idioty. Torkila Aymore'a w niewłasnej osobie.

***

-  Poznajecie  mnie  w  tej  zbroi?  Tak,  to  ja,  wasz  kochany  Cal  Galahad,  Global  Network  News.

Słyszałem,  że  jestem  jedynym  dziennikarzem,  który  mówi  „wasz  kochany".  Dziwne,  bo  to
najbanalniejsze przywitanie, jakie znam. A znając moich banalnych kolegów, tym bardziej się dziwię...
Chyba się zaplątałem. Nieważne. Stoję przed wami w zbroi typu dreadnought, a gra za moimi plecami
to  oczywiście  Crying  Guns.  Zdaje  się,  że  cyfrowe  bestie  szczególnie  upodobały  sobie  ten  świat,  ze
wskaźników  zabugowania  wynika,  że  gra  ta  skupia  siedemdziesiąt  procent  całego  robactwa  sieci.
Ściągają  tu  gracze  z  całego  świata.  Wszyscy  już  dawno  zapomnieli  o  trybach  gry  typu  Capture  The
Flag czy Last Man Standing. Teraz toczy się tutaj rewelacyjna, odlotowa wojna! Obok mnie stoi jeden
z najsłynniejszych graczy Crying Guns, Falck Kowalsky. Cześć, Falck.

- Cześć, Cal.
- Twoja zbroja to?...
- Scout. Lekka i szybka.
-  Pozbawiona  ciężkiego  pancerza  i  umożliwiająca  posiadanie  jedynie  trzech  rodzajów  broni,

prawda? - Tak, za to pozwala wykonywać najdłuższe skoki. - Powiedz, jak wygląda sytuacja.

-  Główne  siły  bestii  zgromadziły  się  w  Forcie  Ironstone,  jest  to  twierdza  zbudowana  na  bazie

pięciokąta,  zaopatrzona  w  pięć  bastionów,  tyleż  nadszańców,  pięć  naprzemiennie  ustawionych
przeciwstraży  i  półksiężyców  na  poziomie  gruntu  oraz  pięć  półksiężyców  dwadzieścia  metrów  wyżej,
naprzeciwko wież. W centrum znajdują się koszary z placem ćwiczeń, ponadto...

- Wystarczy, nie chcemy przecież zamęczyć słuchaczy, prawda?
-  Czekaj,  bo  to  ważne.  Ponadto  w  każdym  kącie  koszar  znajduje  się  wieża  zwieńczona  komnatą

dostępną  tylko  przy  skoku  wykonanym  z  wiszącego  półksiężyca.  Wszystkie  posiadają  łukowate
przypory podtrzymujące iglicę centralną, która nie styka się z ziemią.

- Co my tu gadamy, operator zaraz wyświetli fotkę. Już? O, świetnie. Teraz państwo sami widzicie,

jak to wygląda... * O rany, ależ tam trwa regularna bitwa! Spójrzmy na horyzont...

- Widnokrąg.
- Właśnie. Widzicie państwo tę łunę?! To ci dopiero starcie!
-  Bestia  wyewoluowała.  Zapomnij  o  lwach  i  lataczach.  Teraz  to  stwory  smokopodobne,

niedźwiedziowate, zbliżone do tyranozaurów i pterodaktyli...

- Słowem, przeciwnicy w sam raz dla ciebie i twojego klanu.
- Rzekłeś.
- Kiedy wprowadzono do tej gry reprezentację bólową?
- Patch pojawił się dwa lata temu. - To pomaga czy przeszkadza?
- Dodaje adrenaliny.
- Wspomagają was komandosi z VSA? - Oczywiście. Wspaniałe chłopaki.
- Jakieś pozdrowienie dla widzów?
-  Jeśli  lubisz  wojnę,  to  miejsce  dla  ciebie.  Jeśli  jesteś  dimenem,  pokochasz  tę  grę.  Jeśli  jesteś

organikiem  i  boisz  się  cierpienia,  zapomnij  o  Crying  Guns.  -  Genialne.  I  tym  optymistycznym
akcentem...

***

- Pamiętaj - ostrzegł Koriolan Dal podczas ostatniej narady - Mamy jedną szansę.
-  Tak,  pamiętaj  -  odezwała  się  panienka  oparta  niedbale  o  ścianę,  przystrojona  w  postrzępiony

skórzany stanik i spódniczkę mini.

- Pamiętaj, pamiętaj - chichotały małe futrzaste stworzonka o ostrych zębach.
Udałem, że ich nie widzę.

background image

- 73 -

- Nie możemy niepostrzeżenie wprowadzić cię do ich bazy - ciągnął szef wywiadu Zoenet Labs. -

Zorientują  się,  że  podłożyliśmy  im  wiceprezesa,  najpóźniej  w  ciągu  dwóch  dni,  bo  wejdziesz  tam  w
piątek.

- Uu, w piątek - skomentowała dziewczyna i wulgarnie wypięła biodra. - Uu, w piątek - powtórzyła,

zmieniwszy twarz w groteskową niebieską mordę, zaopatrzoną w trąbę rozszerzoną na końcu niczym
saksofon.

- Nie przeszkadzaj mu w słuchaniu - upomniały futrzaki cienkimi głosikami. Już nie były futrzakami,

lecz sympatycznymi skrzacikami.

-  W  tym  czasie  -  perorował  Koriolan  -  musisz  zatrzymać  Hermesa  Hindenburga,  nakłonić  do

zwierzeń i wyciągnąć, co się da: komunikacyjnie i materialnie. Potem dylu i z powrotem do FSA.

- Dylu dylu na badylu! - śpiewały krasnoludki, tańcząc wokół jego stóp.
-  Nie  żal  wam  marnować  tej  szansy  na  takiego  nieudacznika  jak  ja?  -  KIepnąłem  się  w  obwisłe,

obleśne  brzuszysko.  Ważyłem  ze  sto  dwadzieścia  kilogramów.  Dieta  i  odpowiednie  stymulatory
wzrostu zdziałały cuda.

Uśmiechnął się tą swoją nieprawdopodobnie plastyczną twarzą. Spomiędzy jego warg wysunął się

rozdwojony język.

- Jesteś najlepszym nieudacznikiem, jakiego znam.
- Jakoś trudno mi w to uwierzyć - podrapałem się w łysinę.
-  O,  nie  -  odezwała  się  panienka,  wodząc  palcem  po  nagim  brzuchu  -  nie,  nie,  ty  dobrze  wiesz  -

pochyliła się prezentując pełny dekolt - jaki jesteś nie eee... udaaaacznik.

- Tym lepiej. Nie popadniesz w rutynę - odparł ; Dal.
- A Wilehad?
- Ma inne zadania. Poza tym... - machnął ręką. - Nigdy dość ostrożności, jeśli chodzi o podwójnych

` agentów. Odkąd „Pandora" wymknęła się spod kontroli, jakoś straciłem do niego serce.

- Podobno panujecie nad sytuacją? - spytałem niewinnie.
Koriolan wyciągnął rękę do szyi, jakby chciał się ' podrapać. Zatrzymał rękę w pół ruchu.
- Na razie tak. Ale... Westchnął.
- Mniejsza o to. Wagę osiągnąłeś prawidłową.
- Glubas, glubas, tlalalalalala! - śmiały się krasnale. Jakoś się spłaszczyły.
- Plan jest prosty aż do bólu - ciągnął. - Hiob Agon wyjedzie z siedziby około siedemnastej, w piątki

lubi być wcześniej w domu. Hermes powinien być jeszcze w pracy W jego małżeństwie się nie układa.
'Nie ma dokąd się spieszyć. Poza tym ma kochankę, :Maję Brodzky, osobistą sekretarkę.

-  O  tak...  -  dziewczyna,  która  na  jakiś  czas  zniknęła,  pojawiła  się  znowu.  -  Bara-bara.  -  Wsunęła

rękę między uda. - Uwielbiam to.

Oderwałem od niej wzrok i skupiłem się na głosie Koriolana.

!  -  Mamy  kopię  pneumobila  Hioba.  W  rolę  szofera  wcieli  się  agent  Felix  Ron  w  podrobionym

geskinie. ;Wjeżdżacie na parking pięć minut po odlocie wiceprezesa.

-  Dziesięć!  -  zaproponował  jeden  ze  skrzatów  a  nie,  raczej  jeden  ze  ślimaków.  Tak  bardzo  się

spłaszczyły, że przypominały mięczaki.

- Gupi jesteś - obruszył się inny - poł godzyny Poł godzyny, ani sekundy mniej!
-  Sam  jesteś  gupi  -  krzyknęła  skrzacica  małżyca  -  Dziesięć  minut,  lalalala!  Dobra  nasza,  mecz

zaraz; będzie!

Zamrugałem.
- Słucham? - spojrzałem na Dala z lekką konsternacją.
Chrząknął. Naprawdę chrząknął. Niebywałe.
-  Mówisz  portierowi,  że  zapomniałeś  notatek  z  biurka.  Odnajdujesz  Hermesa  Hindenburga,

zapraszasz go do siebie na drinka i wciągasz w rozmowę. Znasz położenie większości pomieszczeń..
Testowałeś  poruszanie  się  po  laboratorium  w  środowisku  wirtualnym.  Nauczyłeś  się  nazwisk
współpracowników, poznałeś ich stanowiska. Jesteś gotowy?

- O, gotowy - potwierdziła blondyna.
- Gotowy, gotowy! - wrzeszczały kolorowe małże na podłodze.
- Nie.
Znowu się uśmiechnął.
- Wyśpij się. Jutro ruszacie.

***

Tej  nocy  miałem  gościa.  Z  reguły  takie  zdanie  oznacza,  że  do  mężczyzny  przychodzi  piękna,

zakochana w nim po uszy kobieta, pachnąca najdroższymi; perfumami i odziana, wedle upodobania,
albo  w  za  dużą  męską  koszulę,  białe  figi  i  grube  skarpety  tego  samego  koloru,  albo  w  zwiewną

background image

- 74 -

koronkową  hallkę  Steffi  była  ubrana  w  zbroję.  Choć  Freya  jest  ubiorem  bez  wątpienia  urokliwym,  z
założenia  nie  nadaje  się  na  rozbieraną  schadzkę.  Wśliznęła  się  do  pomieszczenia  i  lekko  stuknęła
mnie  w  ramię.  Dopiero  wtedy  zorientowałem  się,  że  to  prawdziwa  osoba,  a  nie  kolejne  złudzenie.
Poruszała  się  bezszelestnie.  Mechaniczne  motomby  były  zwinniejsze  od  organików,  a  geskiny,
naśladujące  mechanikę  pierwowzorów,  rzeczywiście  były  przeżytkiem.  Śmieszne:  były  przeżytkiem,
choć stanowiły szczyt osiągnięć technicznych.

Zanim otworzyłem usta, wylądowała na nich jej ręka. Musiała przyspieszyć, bo nie widziałem ruchu.

'  Poczułem  tylko  powiew  powietrza.  Płochliwie  wsunąłem  się  głębiej  pod  kołdrę.  Wstydziłem  się
otyłego  ś  ciała.  Poczciwej  łysinki  niestety  nie  mogłem  schować.  Podała  mi  etui  z  okularami.
Założyłem je.

Ani słowa - pojawił się napis. - Nadaję na kanale ; przeznaczonym tylko dla twojego omnika.
Stojący w rogu jaszczur położył szponiasty palec  na zrogowaciałych ustach. Skinąłem głową.
Masz tu jeszcze jeden virgen. Nie wiem, jak będziesz wyglądał, ale na pewno nie jak wiceprezes.

'Dowiedziałam  się  tyle,  że  będziesz  trochę  wyższy.  To  :pomoże  ci  zrzucić  nadwagę...  Leku
przywracającego  twój  wygląd  nie  udało  mi  się  zdobyć,  zresztą  w  sytuacji,  gdy  oficjalnie  nie  żyjesz,
byłby raczej nieprzydatny
.

 Znów  przytaknąłem  na  znak,  że  rozumiem,  dziękuję  i  zgadzam  się  z  jej  wywodem.  Jaszczur

podszedł  o  niej  i  z  zainteresowaniem  zaczął  się  przyglądać  jej  plecom.  Uśmiechnęła  się.  Kochana
rudowłosa  Steffi.  Wyciągnąłem  rękę  po  notepada.  Z  białej  plamy  uciekł  jakiś  mały  człowieczek  w
czarnym ubraniu. ,Jak to zdobyłaś?", napisałem.

Samson ma u mnie... dług. Wie, że gdybym go wydała, skończyłoby się jego wirtualne życie.
 „Myślałem, że zoeneci są nieśmiertelni".
- Nieśmiertelni - syknął jaszczur i zaczął gładzić biodro dziewczyny.
To gorsze więzienie, niż przypuszczasz.
„Dziękuję. Jesteś kochana".
Jak cię znam, będziesz próbował uciec. Bez dokumentów i pieniędzy nie przetrwasz. Jeśli uda ci się

zgubić  cień,  jedź  do  undertown  w  Warsaw  City.  Tam  odnajdziesz  Shadow  Zombies.  Może  oni  ci
pomogą Jeśli nie oni, to nikt.

 „Shadow Zombies? Pierwsze słyszę".
Jaszczur przytulił się do niej od tyłu i zaczął z kopulować. Gwałtownie się obejrzała. Przecież nie

mogła go widzieć!

Muszę iść. Kocham cię.
Przyspieszyła  i  musnęła  mnie  stalowymi  wargami.  Dotknięcie  skrzydeł  motyla  i  już  jej  nie  było.

Podziwiałem  ją  za  to,  że  potrafiła  widzieć  w  mojej  nowej  powłoce  dawnego  Torkila.  A  czy  ja  nie
przebijałem się przez ułudę rzeczywistości dzięki soczewkom? Człowiek-gad tęsknie wyciągnął za nią
rękę

Gdyby nie notepad, mógłbym uwierzyć, że w ogóle nikt mnie nie odwiedzał. Halucynacja odeszła i

wtopiła  się  w  czerń.  Spojrzałem  na  zaciśniętą  pięść  i  otworzyłem  ją.  Pięć  kapsułek  zamkniętych  w
kryształowej  karafce  niczym  drogocenne  klejnoty  -  ,  topaz,  brylant,  rubin,  turkus  i  turmalin  -
symbolizowały kolejny krok w nieznane.

***

- Ramona Himenes, skrót informacji. Rzecznik prasowy Mobillenium Ltd., Jeremiasz Hal, potwierdził

w  porannym  wywiadzie  dla  Sky  News,  że  jego  firma  opracowuje  kampanię  promującą.  emigrację  z
Ziemi na inne globy Czy w takim razie generatory, Mirova, silniki zdolne do przenoszenia obiektów na
wielkie odległości bez upływu czasu, rzeczywiście są ciągle w trakcie produkcji? Reporterzy Sky News
odwiedzili wielkie place Mobillenium i oto, co zobaczyli. Proszę państwa, Phil Sandman.

-  Z  pewnością  widok  ten  wzbudza  silne  emocje...  Jedna  taka  maszyna  wielkością  dorównuje

całemu  centrum  handlowemu  na  Marshałkowska  Street.  Dla  tych  z  państwa,  którzy  nie  wiedzą,  co
widzą, te` mechaniczne wzgórza na pierwszym planie są pierwszymi w dziejach ludzkości maszynami
terraformującymi,  urządzeniami  umiejącymi  przekształcić  glob  o  parametrach  geofizycznych
podobnych  do  Ziemi  w  miejsce,  gdzie  jest  atmosfera  i  ekosystem  zawierający  faunę  i  florę!  Goliaty
podobne do tłustych ryb, stojące dalej, to najprawdziwsze statki pasażerskie `zdolne przewieźć na inną
planetę  pięćdziesiąt  tysięcy  :ludzi!  Pozostaje  domniemywać,  że  Mobillenium  nie  `tyle  stoi  na  progu
odkrycia,  co  dawno  go  dokonało,  ',jaki  bowiem  sens  miałyby  te  maszyny,  gdyby  konsorcjum  nie
złamało tajemnicy podróży w czwartym wymiarze?

 -Dziękuję,  Phil.  Mówił  dla  państwa  Phil  Sandman,  nasz  korespondent  z  Matki  Rosji.  Dalszy  ciąg

informacji…

background image

- 75 -

***
. .
-  Żadnych  soczewek,  okularów,  nic  -  pouczała  gęba  Koriolana  z  ekranu  w  kabinie  pneumobilu.

Wyleciał już? - zwrócił się do pilota.

- Jeszcze nie - odezwał się Felix Ron w geskinie szofera Hioba Agona.
 Nasz  pojazd  czaił  się  tuż  przy  ziemi,  osłonięty  gęstym  lasem  ze  wszystkich  stron.  Na  maskę

zaczął się wdrapywać krasnoludek. Skąd mi się te karzełki wzięły, nie mam pojęcia. Dotarł do szyby i
zaczął  robić głupie miny.

- Jest. Mam sygnał jego pojazdu - poinformował agent.
- Świetnie - Koriolan zacisnął wargi. - Śledź jego trajektorię i zacznij odmierzać czas.
Skrzat  poczuł  potrzebę,  ściągnął  spodnie  i  obdarzył  nas  widokiem  małej  owłosionej  pupiny.  Na

prawym  pośladku  usiadła  mucha  i  zaczęła  czyścić  tylne  łapki.  W  stronę  ściółki  poszybowała  wesoła
złocista  struga.  Stuknąłem  paznokciami  w  obudowę  drzwi  i  po  raz  nie  wiem  który  zdziwiłem  się  na
widok tłustych krótkich palców. Moje prawdziwe dłonie... Zamknąłem oczy. Jak one wyglądały? Chyba
były  dosyć  szczupłe,  ale  silne,  poznaczone  dyskretny  zgrubieniami  żył...  Miesiąc  przyspieszonego
tuczenia  i  przebywania  w  towarzystwie  zjaw  spowodował  że  zapomniałem.  Śmieszne:  wciąż  nie
mogłem  przywyknąć  do  nowej  powierzchowności,  a  już  nie  pamiętałem  starej.  Trzeba  było  częściej
spoglądać w lustro, kiedy był czas po temu, naśmiewał się wewnętrzny głos. Odkąd połknąłem pięć
kapsułek, stał się głośniejszy i wyraźniejszy. Czasami miałem wrażenie, że w mojej głowie po prostu
ktoś mieszka.

- Gotowy? - głos pilota.
Spojrzałem w jego stronę. Bardzo ładny okaz warana. Machnąłem ręką.
- Leć, towarzyszu.
Ruszyliśmy  Krasnoludek  zachwiał  się,  zamachał  rączkami  i  spadł.  Wyłoniliśmy  się  zza  zasłony

drzew  i  wlecieliśmy  w  kanał  powietrzny  Wkrótce  spoza  zieleni  wyłoniły  się  białe  zabudowania.
Siedziba,  Pharma  Nanolabs  trochę  się  rozrosła  od  mojej  poprzedniej  wizyty  A  może  tylko  mi  się
zdawało?  Chyba  jednak  nie:  gdy  byliśmy  tu  poprzednim  razem  z  Peterem,  nie  widziałem  tych
wszystkich  radarów,  wieżyczek  i  urządzeń  skanujących.  Nasze  włamanie  ,dało  im,  psiakrew,  do
myślenia.  Szofer  prowadził  pojazd  nonszalancko,  zwinnie,  tak  jak  należy.  Zwiększył  pułap,  kierując
się  do  najwyższej  rampy  niebotycznej  białej  wieży  Jeszcze  sto  pięćdziesiąt  metrów  ;w  górę  i
przyziemił na luksusowych śnieżnych biopłytkach.

- Siedź - szepnął, widząc, że szykuję się do wyjścia.
;  Wyskoczył  z  pojazdu,  obszedł  go  niemal  defiladowym  krokiem  i  otworzył  właz.  Musiałem

przyznać,;że doskonale odtwarzał swoją rolę. Filmy zrobione przez szpiegów pokazywały dokładnie tę
samą sekwencję ruchów.

Wysunąłem nogę, lecz w miejscu, gdzie miałem ją postawić, zobaczyłem uśmiechniętą, szczerbatą

gębę skrzata. Zmiąłem w ustach przekleństwo i zmiażdżyłem obcasem obleśną mordę. Starałem się
nie słuchać wrzasku i biadolenia.

- Zaczekaj tu, Jack - powiedziałem, przekrzykując złorzeczenia mary.
- Tak jest, proszę pana - odparł szofer.
 Ruszyłem do wejścia, odprowadzany stekiem przekleństw.
-  Pan  prezes  z  powrotem?  -  zdziwił  się  wyprężony  jak  struna  portier  stojący  za  szybą  u  progu

wejścia do budynku.

- Tak, Józefie, a ty jeszcze w pracy?
Uśmiechnął się z zażenowaniem: to przecież pan prezes mnie tak gnębi, ja dawno chciałbym być

w  domu,  przy  żonie,  dzieciach  i  wnukach,  ale  jak  się  pracuje  w  takiej  podłej  instytucji...  a  zarabiać
trzeba.

Nieznacznie skinąłem głową na znak, że gówno mnie obchodzi marna egzystencja podczłowieka, i

ruszyłem korytarzem do windy. Ze wzoru dywanu wyłonił się kolejny krasnolud.

- Ty... - szepnął - ...dobrze ci idzie... - Położył palec na ustach. - Uważaj... uważaj...
Za jego plecami wyłoniła się blondyna odziana w skóry i zdzieliła go w łeb maczugą.
- Nie przeszkadzaj mu, pierdunie zawszony!
- Dzień dobry, panie prezesie - uniżenie ukłoniła się jakaś kobieta w średnim wieku.
Zanim  ją  minąłem,  nieznacznie  kiwnąłem  głową  Nie  za  nisko,  w  końcu  to  moja  podwładna.

Blondyna  towarzyszyła  mi  aż  do  windy  Spojrzała  na  mnie  uśmiechnęła  się,  skłoniła  i  usłużnie
wskazała srebrzyste drzwi.

- Ekscelencjo.
- A nie, nie - obraził się krasnoludek. - Najpierw skan siatkówek. Nie ma rady, nie ma rady - kręcił

brodatą główką.

background image

- 76 -

Przytknąłem twarz do czytnika.
- Tożsamość potwierdzona. Witamy, panie prezesie - odezwał się głos z automatu.
Ciekawe,  spece  z  Medtronics  nie  zorientowali  się  że  zoeneci  wykradli  im  recepturę  na  virgen.

Gdyby  o  tym  wiedzieli,  uprzedziliby  Pharma  Nanolabs,  żeby  wymienili  skany  siatkówek  na  skany
psychik  W  tej  chwili  różnię  się  od  prawdziwego  Hioba  tylko  konstelacją  neuronów.  Virgen  plus  kod
genetyczny  wybranego  człowieka  i  dimeni  mogą  podmienić  każdego  człowieka  na  Ziemi.
Przypomniałem sobie, jak Laurus przystawiał czoło do czytnika przed gabinetem Koriolana. Zoeneci
już o tym wiedzieli i nie bawili się w obrazki na dnie oczu. Wszedłem do kabiny. Spojrzałem na guziki.
Czterdzieste piętro. Zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie plan pomieszczeń. Kabina mknęła do góry
stanowczo za szybko

Ledwie  zacząłem  coś  sobie  przypominać,  gong  oznajmił,  że  jestem  na  miejscu.  Drzwi  rozsuwają

się. Pusto. Pewnie. Na poziomie prezesów nikt oprócz mnie oraz Hermesa i Hindenburga nie pracuje.

Usłyszałem  kobiecy  jęk.  Ach  tak...  jeszcze  Maja  Brodzky,  osobista...  hm...  bardzo  osobista

sekretarka pana prezesa. Udałem, że nie słyszę odgłosów kopulacji, i ruszyłem miękkim dywanem do
„swojego" gabinetu. W prawo. Prosto. Ależ jęczy ta kobieta. Czy naprawdę taka podniecona, czy robi
przyjemność  Hermesowi?  To  chyba  mój  pokój...  Zapalają  się  autoluksy.  No,  no,  powodzi  się  temu
Hiobowi.

 Oryginalny  obraz  Visconiego,  rzeźba  Jerzego  Zywajski...  Przyjrzałem  się  nazwie  wytłoczonej  na

podstawie: „Struktura"... Bardzo oryginalne. Holorzeźby tego... no, jak on się nazywa, w każdym razie
kogoś  znanego,  meble  jakieś  takie,  że  nie  wiem,  ile  kosztowały...  Pokiwałem  z  uznaniem.  Hannibal
Knee  mógłby  niejednego  się  tu  nauczyć.  Ach,  i  ten  widok...  Podszedłem  do  wypukłego  okna,
otwartego  na  pół  świata.  Wieża  czarodzieja,  komnata  na  najwyższej  kondygnacji.  Jestem  panem
galaktyki.  Las  zamienił  się  w  tłum  poddanych,  oddających  czołobitne  pokłony.  Stałem  z  rękami
założonymi  na  piersi,  odziany  w  złote  szaty,  na  mojej  głowie  sterczała  szpiczasta  czapa  arcymaga.
Zza widnokręgu zbliżał się niebotyczny żywioł ziemi, także pragnący oddać mi cześć...

- Cześć, Hiob - głos Hermesa zza pleców. Odwracam się na zesztywniałych nogach. Zza ramienia

prezesa zerka uśmiechnięta Maja. Ubrana. Tak szybko? Niespełna pięciominutowy numerek? No cóż,
w końcu rzecz nie w długości, a w intensywności... Zlustrowałem jej zgrabne biodro. Resztę, skrywała
potężna sylwetka Hindenburga.

- Jak zwykle czegoś zapomniałeś - mężczyzna uśmiecha się grymasem prezesa numer cztery.
- Zapomniałem ucałować cię przed weekendem.
 Rechocze. Tylko na poziomie bogów przystoją takie dowcipy.
-  Nie  zapomnij  ucałować  córki  w  dzień  imienin.  Rany  boskie.  To  dzisiaj  czy  jutro?  Może  w

niedzielę? A może przyjęcie zaraz się zacznie?

- Mam nadzieję - odzywa się Brodzky - że prezent jej się spodoba? Ściągnęłam specjalnie z New

Miami.

- To moja córka - odpowiadam przez suche gardło. - Podoba jej się to, co każę.
Oboje się śmieją. Stopklatka. Psiakrew, nie mogę zatrzymać. Jakie mieli miny? Udany dowcip czy

nie? Pasuje do Hioba czy nie? Podchodzi do mnie Hermes. Obejmuje.

- Widzę, stary, że się denerwujesz.
 Skąd wiesz, stary?
- Nie przejmuj się - ciągnie mnie do wyjścia. Wszystkie córki są takie same: najpierw nas kochają,

a później nazywają starymi ramolami. Wychodzimy z gabinetu. Maja ubiera się.

- Będziesz mnie potrzebował? - pyta.
- Zmykaj - odprawia ją Hermes władczym gestem.
Zza biurka wychyla się krasnoludek. Jest przerażony.
- Nie masz szans - szepcze.
Nieco dalej tkwi przykucnięta blondyna. Kręci z przestrachem głową: to nie może się udać. Dzięki

za wsparcie.

- Widzę, że potrzebne ci męskie wsparcie - Hindenburg patrzy na mnie siwymi oczkami.
Jakbyś zgadł, bo krasnoludek i blondyna zawiedli
- Chodź do mnie - proponuje. - Te twoje rzeźby działają mi na nerwy.
Zbliżamy  się  do  pomieszczenia  po  drugiej  stronie  wieży.  Przechodzimy  przez  próg...  No  tak,  co

prezes, to prezes. Pokój jest dwa razy większy, chociaż gust ma Hermes chyba gorszy Na ścianach
kilka portretów, kolorowe zdjęcia i holobrazy Za oknem fantastyczna panorama lasów i metalicznego
jeziora  Niegojin.  Nad  taflą  unoszą  się  luksusowe  aquale  o  potrójnych  masztach.  Hindenburg
podchodzi do barku. Ciekawe, czy ma Danielsa... Kanapa. To właśnie na niej spółkowali czy może na
biurku?

- Napijesz się ze mną?
Co zwykle odpowiada Hiob? Jasne? Oczywiście? Ba?

background image

- 77 -

- Z przyjemnością - najbezpieczniejszy jest lekko oficjalny, prezesowski ton.
- U, bracie, widzę, że naprawdę cię wkurzyła.
 Córka? Żona? Wzdycham wieloznacznie. Podchodzi i podaje mi szklaneczkę.
- Siadaj i opowiadaj.
Ratunku. Zapadam się w przepastny biofotel. Udaję, że oglądam świat przez szkło. Tamten siada

na  kanapie  i  włącza  szeptem  jakąś  muzykę.  Pośrodku  rozjarza  się  holorzeźba  przedstawiającą
tańczącą nagą piękność.

- O, to jest sztuka! - entuzjazmuje się.
Patrzę w okno, szukając natchnienia. Zza szyby spogląda na mnie milczący Lee Roth. Unosi się na

błoniastych czerwonych skrzydłach.

- Czasem zastanawiam się nad tym wszystkim... - zagajam zniechęconym tonem.
- Kolejna nieudana córeczka? Kolejna?
- No cóż - ciągnie - kombinujemy z żonami, Zmieniamy im geny, a dzieci wciąż jakieś nie te?
 Daj ą własnym żonom virgen? Kręcę głową.
- No, nie przesadzaj - mruga do mnie – Wiktoria nie jest taka zła. - Przełyka. - Spójrz na mojego

Hansa. Ma sto trzydzieści lat i też niezbyt daleko zaszedł.

Ile?  Zaszedł?  Chyba  na  emeryturę?  Ale  przecież  Hindenburg  ma  nie  więcej  jak  pięćdziesiąt!

Wykryli bezmózgi wcześniej? Dużo wcześniej? Przecież cały świat by wiedział, że prezesem Pharma
Nanolabs jest ciągle ten sam człowiek! Niekoniecznie, bo jeśli Medtronics przekazał im virgen, mogą
się  zmieniać  co  jakiś  czas.  Hermes  mógł  kilkadziesiąt  lat  temu  wyglądać  inaczej...  Zerknąłem  na
portrety na ścianie. Pora na atak.

-  Zawsze  mnie  zastanawiało,  dlaczego  powiesiłeś  `  tu  te  zdjęcia...  -  ryzykuję.  Mogli  już  o  tym

rozma wiać. Trudno, najwyżej udam głupiego.

Śmieje się.
-  Ha,  ha,  przyjacielu,  myślisz,  że  przejąłem  się,  tym  wybrykiem  temporystów  sprzed  lat?

Temporyści? Przecież to było na początku wieku Jakżeby w gabinecie prezesa mogło zabraknąć wize
runków poprzednich władców Pharma Nanolabs?

-  Poza  tym...  -  Wstaje,  podchodzi  do  nich,  przygląda  się.  -  Przypominają  mi,  jak  kiedyś  wygląda

łem.

Słucham?!
- Czasami zapominam.
 Odwraca się.
- Dziwię się natomiast, że ty nie trzymasz obrazów swoich poprzednich wcieleń.
Zbaraniałem.
- Oni żyją od wielu lat! - podpowiada krasnoludek, wypełzając spod dywanu.
- Pięć, sześć, siedem... osiem wcieleń! - liczy obrazki blondyna. - Hindenburg już osiem razy był

prezesem! Jeśli obejmuje tę posadę na średnio dwadzieścia lat, a pierwszy raz zdobył to stanowisko
po czterdziestce, to ma już jakieś... dwieście! - Dziewczyna podchodzi do mnie i szarpie za ramiona.
Zza jasnych kudłów ledwo widzę zdziwioną twarz rozmówcy.

- Dobrze się czujesz?
Przełknąłem kolejny łyk.
 - Już nic.
- Wypytuj go! Wypytuj! - dziewczyna siada na brzegu biurka i wymachuje rękami.
Skrzat  z  miną  znawcy  obserwuje  holotancerkę.  Gubię  wątek.  Wychylam  drinka  do  końca.  Płyn

kąsa nie mój język i parzy nie mój przełyk. Wyciągam rękę w geście proszącym o jeszcze. Milczenie
to najlepszy sposób na rozmowę.

Hermes przyjmuje szkło i odwraca się do barku. - To ile Wiktoria kończy lat?
Tylko nie to.
- Jakie to ma znaczenie?
 Znowu się śmieje.
- Masz rację - wraca z pełną szklanką.
Czuję  pierwsze  skutki  działania  alkoholu.  W  całym  pokoju  siedzą  po  turecku  grzeczne  dzieci  i

czekają  na  dalszy  ciąg  bajki.  Blondyna  prezentuje  przed  jednym  z  chłopców  taniec  brzucha.
Krasnoludek bezskutecznie próbuje wspiąć się na eteryczną holorzeźbę.

-  Wiem!  -  Hermes  uderza  dłonią  w  czoło  i  patrzy  na  mnie  ze  zjadliwym  uśmiechem.  -  Zaszła  w

ciążę, tak? Zgadłem?

Krzywię  się  i  robię  gest,  że  może  tak,  może  nie.  -  No,  bracie,  trzeba  było  tak  od  razu!  Zdrowie!

Wypijam kolejny haust.

- Uważaj, kolego. - Lee Roth siada obok mnie na kościanym tronie. - Nie pij za dużo, bo stracisz

kontrolę.

background image

- 78 -

 Hindenburg podchodzi i stuka swoją szklanką w moją.
- Gratuluję! - pociąga spory łyk. Znów się odwraca do barku.
- Jaki ze mnie pacan - mruczy. - To o to chodziło. Urodzinowy prezent, ale nie dla Wiktorii, tylko;

dla maleństwa...

Coś naciska. Barek odwraca się i ukazuje się wnętrze jakiegoś urządzenia, może pojemnika, może

lodówki.  W  równych  rządkach  stoją  fiolki  wypełnione  rubinową  substancją.  Wyjmuje  jedną  z  nich.
Podchodzi z uroczystą miną. Odruchowo wstaję i równie uroczyście się uśmiecham. Ściska mi rękę i
wkłada do kieszonki fiolkę.

- Gratuluję jeszcze raz.
 Robimy niedźwiedzia.
-  Niech  żyje  wiecznie  -  szepcze  mi  do  ucha.  Niech  żyje  wiecznie?  Dzięki  tej  fiolce?  Nie  bez

mózgom?  Co  to  jest?  Obraz  całości  zaczyna  powoli,  się  układać.  Medtronics  daje  im  virgen,  dzięki
czemu  mogą  zmieniać  powierzchowność  co  kilkadziesiąt  lat.  W  ten  sposób  ciągle  są  prezesami  tej
samej firmy, choć w różnej formie cielesnej. Ta fiolka zaś, ten rubinowy płyn musi być... antidotum na
starzenie! O, sukinsyny! Ludziom sprzedają klony, a sami łykają to świństwo! Trzeba drążyć dalej...

- Nie masz siły - troszczy się Lee, siedząc na moim fotelu.
- Uciekaj - radzi blondyna.
 Krasnoludkowi udało się wspiąć na pozbawioną ciała tancerkę i zaczyna pieścić jej krągłe piersi.

Siadam na kolanach Rotha i z ukrywaną rozpaczą atakuję:

- Co słychać u Ganimeda?
- Myślałem, że to ty z nim dzisiaj rozmawiałeś?
Krasnoludek  odrywa  rączki  od  krągłości  i  zakrywa  oczy.  Pozbawiony  oparcia  spada  z  hukiem  na

dywan.Klnie.

- Nie łączyłeś się z nim później? - pytam niewinnie.
Kręci  głową.  Z  ust  nie  schodzi  władczy  uśmiech.  -  Nie  za  dużo  uprzejmości  w  biznesie.  Oni  dają

nam  virgen,  my  im  infigen.  Nasz  preparat  jest  cenniejszy,  bo  bierzesz  go  raz  na  wieczność...
Niezależnie od tego, czy stosujesz virgen.

Kręci  mi  się  w  głowie.  Mam  w  kieszeni  infigen.  Jeśli  go  wypiję,  zablokuję  gen  starzenia  na  wieki

wieków. Żegnajcie bezmózgi, żegnajcie kłopoty z wydatkami.

- Oni argumentują, że bez ich specyfiku nie moglibyśmy ukryć długowieczności - wzdycha. - Dotąd

byliśmy jak dwa najważniejsze ogniwa w łańcuchu, ale odkąd wylansowaliśmy bezmózgi, staliśmy się
od  nich  niezależni.  Już  nie  musimy  się  ukrywać...  -  drapieżnie  szczerzy  zęby  -  Możemy  oficjalnie
zachować obecną powierzchowność i być prezesami przez następne tysiąclecia. Albo zrobić jeszcze
jedną  wymianę  na  kogoś  bardzo  przystojnego  i  wtedy  się  ustatkować?  -  Łyka.  Mlaszcze.  -  Swoją
drogą...  dziwi  mnie,  gdy  patrzę  na  społeczeństwo,  że  nikt  nie  spostrzegł,  że  produkcja  bezmózgów
jako  narzędzia  nieśmiertelności  to  najdroższe  i  najbardziej  karkołomne  rozwiązanie.  A  ta  nazwa
zwyczajnie odstrasza.

- Kolejny łyk. - Zastanawiam się, czy nie przykręcić ,kranika kolegom z Medtronics.
Mój  mózg  pracuje  na  najwyższych  obrotach.  A  więc  są  napięcia  między  Medtronics  i  Pharmą.

Może  Amerykanie  przewidzieli,  że  teraz  będą  mieli  kłopot  `Z  uzyskaniem  infigenu,  i  dlatego,  nawet
jeśli  wiedzieli  o  wykradzeniu  przez  zoenetów  receptury  na  virgen,  nie  poradzili  Hermesowi,  by
wymienił  skanery  siatkówek  na  psychomaty.  Niech  ma  za  swoje.  Z  drugiej  strony  wszystko  jest
kwestią czasu. Może sami są bliscy opracowania receptury na krwisty płyn?

- A o czym rozmawialiście? - odstawia szklaneczkę.
- Uciekaj - radzi Lee Roth.
- Wykręć się czymś - troszczy się blondyna. Krasnoludek gdzieś zniknął.
- O tym, co zawsze - odpowiadam. - Straszył zoenetami?
Kiwam głową.
-  Ci  Amerykanie  zawsze  są  jacyś  przewrażliwieni.  Może  dlatego,  że  mają  Zoenet  Labs  na  swoim

kontynencie.

Postanawiam skorzystać z okazji: - Słuchaj, czy nasza polityka wobec zoenetów jest słuszna?
Kręci głową w geście absolutnej pewności.
- Mogą wiedzieć o bezmózgach, mogą wiedzieć o lekach, bakteriach i wirusach. Będziemy ich kar

mić  każdym  najmniejszym  odkryciem,  ich  agenci  będą  się  kręcić  jak  pracowite  pszczółki,  zasuwać
tam  i  z  powrotem  z  niezwykle  ważnymi  informacjami  Ale  o  jednym  -  wskazuje  moją  kieszonkę  -  o
jedynym nie dowiedzą się nigdy. O infigenie. Niech siedzą w swojej śmierdzącej sieci. Miejsce bogów
jest w prawdziwym świecie. Choćby w tej wieży.

Milczę.  Wieża  bogów.  Ładne  określenie.  Patrzę  na  niego  i  kiwam  głową.  Mlaszcze.  Cisza.  Dwie

sekundy...  trzy.  To  sygnał,  że  pogawędka  dobiegła  końcal  Bogu  niech  będą  dzięki.  Wstaję  z  objęć
demona. Odstawiam szkło.

background image

- 79 -

- Dziękuję za rozmowę... i prezent - po raz pierwszy szeroko się uśmiecham.
-  Cieszę  się,  że  mogłem  ci  pomóc  -  przygląda  mi  się  badawczo.  -  No,  teraz  wyglądasz  jak

prawdziwy chłop!

Jeszcze raz mnie ściska.
- Do poniedziałku - pozdrawia mnie, gdy wychodzę.
Nie wiem, co odpowiedzieć, więc tylko nieznacznie odwracam głowę i unoszę rękę.
-  Jeszcze  wstąpię  do  gabinetu  -  rzucam  -  mało  brakowało  i  zapomniałbym,  po  co  wróciłem!  -

śmieję się. Nie za głośno.

- Jasne!
Oddalam się. Słyszę odgłosy krzątania. Cichnie muzyka. Dobrze, że krasnoludek gdzieś się ulotnił.

Blondyny też nigdzie nie widać. Wypłoszył ich alkohol? Wchodzę do mojego pomieszczenia. Zbliżam
się do biurka. Wysuwam szuflady.

- Trzymaj się, Hiob! - słyszę jak Hermes otwiera drzwi.
- Na razie! - odkrzykuję.
Cichy syk świadczy o tym, że prezes Pharma Nanolabs znalazł się po drugiej stronie. Oddycham z

ulgą.  Jeszcze  raz.  Uchodzi  ze  mnie  całe  powietrze.  Siadam  na  fotelu.  Gdzie  on  może  to  trzymać?
Sprawdzam  kolejny  zasobnik.  Wyciągam  wreszcie  centralną,  główną  szufladę.  Dlaczego  zawsze
zostawiam  najważniejsze  rzeczy  na  koniec,  zastanawiam  się,  biorąc  do  ręki  luksusowy  model
plasmaguna  Fenris  Mk  II.  Na  nasadzie  lufy  rozjarza  się  potwierdzenie  linii  papilarnych  właściciela.
Trzeba będzie go później przestroić.

***

-  Dzień  dobry,  Ramona  Himenes,  Sky  News.W  kręgach  feministycznych  i  andronistycznych

pojawiły  się  niecodzienne  projekty  uwzględniające  sytuację  osób,  które  zaopatrzyły  się  w  bezmózgi.
Najwięcej kontrowersji budzi pomysł ślubów z terminem wygaśnięcia zwiqzku. „Zawarcie małżeństwa
aż do śmierci - mówi Jessica Braun, sekretarz Fancy Women Organisation - traci w takich warunkach
sens.  Już  starożytni  Celtowie  stosowali  sakrament  partnerstwa  na  rok  czy  dwa.  Wydaje  się,  że
powinniśmy wrócić do tradycji przodków".

Czy powrót do zwyczajów prymitywnych plemion jest przejawem działania zdrowego rozsądku, czy

znakiem nowych zagrożeń? Nazywam się Ramona Himenes, technomoda zaraz po przerwie.

***

- Już, panie prezesie? - spytał „Jack", nisko się kłaniając i otwierając drzwi pneumobilu.
W milczeniu wtoczyłem do środka swoje okrągłe ciało. Obszedł pojazd, nie przyspieszając nawet o

pół  kroku.  Był  profesjonalistą.  Z  przyjemnością  poczułem,  jak  przyspieszenie  startującego  wozu
wgniata mnie w fotel. Czarodziejska wieża malała na wstecznym ekranie. Wolność. Kocham wolność.
Gdy  znaleźliśmy  się  w  głównym  kanale  powietrznym,  pilot  zaczął  wystukiwać  instrukcję  wznoszenia
do stratosfery.

- Nie moglibyśmy polecieć najpierw do Warsaw City? - spytałem nieśmiało.
Spojrzał zdziwiony
- Mamy plan. Powinniśmy wracać do FSA najszybciej, jak się da. Mistyfikacja może wyjść na jaw w

każdym momencie. Jeden telesens od Hioba do Hermesa czy odwrotnie i ściga nas cała europejska
policja.

- Są tam moi bliscy. Nie wiem, kiedy będę miał szansę ich zobaczyć.
 Pokręcił głową.
- Przecież i tak nie pozwolimy ci z nimi rozmawiać.
Westchnąłem ze znużeniem.
- Sam bym tego nie zaryzykował. Być może są śledzeni. Poza tym - wskazałem na swoją twarz - i

tak by mnie nie rozpoznali. Po prostu chcę popatrzeć przez szybę.

Zerknął na mnie ze współczuciem.
- Posłuchaj, rozumiem cię, ale mam rozkazy. Zresztą połączę się z Dalem.
- Co tam, chłopcy? - Na stalowej twarzy widać było duże napięcie. - Już po wszystkim? No i?
- Szefie - odezwał się szofer. - On chce do Warsaw City.
Koriolan  wytrzeszczył  oczy  Naprawdę  Novatronics  mogło  spalić  się  ze  wstydu  z  tymi  swoimi

skorupami.

- Wykluczone! Czas jest czynnikiem krytycznym! Macie natychmiast wchodzić w stratosferę!
- Nie da się ponegocjować? - spytałem zmęczonym głosem.

background image

- 80 -

-  Torkil,  nie  naciskaj.  Nie  czas  na  sentymenty.  Wyciągnąłem  zza  paska  broń  i  wycelowałem  w

głowę pilota.

- Przepraszam, ale moim zdaniem czas na sentymenty jest zawsze. Jeśli braknie go na uczucia,

po co w ogóle żyć?

- Nie pierdol! Kurwa, poeta się znalazł! Wracajie!
Pilot był skonsternowany. - Szefie, co mam robić? Koriolan chwycił się za głowę.
- Skąd on ma tego gnata?! Dlaczego go nie obszukałeś?!
- Szefie, ale co mam robić?
 Wódz wywiadu Zoenet Labs zaczął myśleć. Miałem wrażenie, że słyszę tok jego rozumowania: do

akcji mógłby wkroczyć śledzący nas cień. Ale pociągnęłoby to za sobą walkę powietrzną, być może
stratę szofera (o ile jego dibek był w geskinie, a nie w siedzibie firmy), w każdym razie zamieszanie,
które  nie  uszłoby  uwadze  policji.  Zatrzymanie  przez  organy  ścigania  skończyłoby  się  fiaskiem  całej
misji: przy pierwszej próbie ustalenia mojej tożsamości sprawa by się rypła. Rysy Koriolana lekko się
wygładziły.

- Jeszcze raz, czego on chce? Pilot spojrzał na mnie ukradkiem. - Popatrzeć w okna.
- Co?
- Są tam dwie kobiety, które nie są mi obojętne -, wtrąciłem.
Miałem wrażenie, że motomb za chwilę eksploduje. Jedna z Freyi w tle minimalnie drgnęła. Steffi.
- Dla bab? Dla bab tam chcesz lecieć?! - Dal zbliżył wielkie pięści do monitora. - Dobra, psiamać;

szybko, szybko, lećcie tam! A ty - wskazał na mnie;, - gadaj! Gadaj teraz, co odkryłeś!

Pora na test inteligencji. Zrobiłem głęboki wdech:, Pilot zmienił kierunek ruchu i przyspieszył. Uwiel

biam moment, gdy pneumobil rozpędza się do pięciokrotnej prędkości dźwięku. Przed przednią szyb
umykały  rozmazane  ślady  insektów.  Pewnie  kiedyś,  zanim  w  windscreeny  zaczęto  standardowo
wmontowywać  antygrawy,  kierowcy  obserwowali  drogę  przez  mozaikę  rozpaćkanych  robaczków.  I
pewnie  nie  przypuszczali,  że  kiedykolwiek  problem  zostanie  rozwiązany  Rozejrzałem  się.  Ani  śladu
krasnoludka, blondyny i diabła. Kto by pomyślał? Trochę alkoholu, i rzecz z głowy.

- W, Pharma Nanolabs też mają virgen - zacząłem.
- Ciekawe. Sami wytworzyli czy dostali od Medtronics?
- Dostali. Są między nimi jakieś animozje. - To dobrze. Co dali w zamian?
O, o.
- Nie to jest istotne. Ważne, co z nim zrobili.
-  Co  sugerujesz?  -  podniósł  mechaniczne  brwi.  Przypomniałem  sobie  jego  słowa  o  Wilehadzie:

„Nigdy  dość  ostrożności,  jeśli  chodzi  o  podwójnych  agentów".  Może  się  powtarzam,  ale  zawsze
miałem pamięć do cytatów.

- Jesteś pewien, że Laurus to ciągle wasz agent? Jego mechaniczne rysy skurczyły się niczym u

wilka, który za chwilę ma kąsać.

-  Ilu  macie  organicznych  tajniaków?  -  Ciągnąłem  -  Virgen  działa  w  obie  strony.  Z  rozmowy  z

Hermesem może wynikać, że twoi szpicle od dawna są podmienieni przez ludzi Pharma Nanolabs.

Upłynęły cztery ciężkie sekundy. Pod pneumobilem świstały lasy i łąki.
-  Niemożliwe  -  skonstatował.  -  Mamy  czytnik.  Psychomat  analizujący  strukturę  neuronów,  nie

zwykły skaner siatkówki. Wykryłby matactwo.

Miał rację. Pozostawała improwizacja:
-  Mogą  mieć  jakieś  maszynki  fałszujące  odczyt  urządzenia.  Podobne  do  tych,  które  sami

zamontowaliście w geskinach, żeby prześwietlenia nie od kryły ich prawdziwej struktury.

Jego rysy znowu się wyostrzyły. Kto agentami wojuje, od agentów ginie, pomyślałem filozoficznie.

Żyjemy  w  niezwykle  skomplikowanym  świecie.  Człowiek  powinien  chodzić  w  hermetycznym
kombinezonie  i  dezintegrować  swoją  urynę  oraz  fekalia,  żeby  nikt  nie  mógł  pobrać  jego  DNA  i  go
podmienić. Rozmawiasz z kimś i nie wiesz, czy to geskin, czy organik, a jeśli to pierwsze, nie masz
pewności,  czy  jego  mózg  jest  w  ciele,  czy  gdzieś  na  drugim  końcu  globu,  Możesz  obejrzeć  czyjąś
siatkówkę, ale jeśli nie skontrolujesz budowy mózgu, możesz się naciąć. Jeśli podejrzewasz kogoś o
kłamstwo,  nie  wystarczy  badanie  spójności  myśli  czy  skóry,  bo  jeśli  będzie  to  geskin,    który
współpracuje  z  kimś  z  bazy  jego  myśli  mogą;  być  symulowane.  Szczęście,  że  wszystkie  te  triki  sto
suje  się  jedynie  w  niezwykle  wąskim  kręgu  wywiadu  gospodarczego.  Gdyby  dowiedziało  się  o  nich
społeczeństwo,  wybuchłaby  prawdziwa  panika...  Albo  boom  gospodarczy.  Spojrzałem  na  Koriolana.
W  końcu  największy  nawet  mózgowiec  zaczyna  się  gubić  w  zależnościach  i  powiązaniach,  a  jeśli
dodać do tego zawiłości wywiadu... Chyba nikt się nie połapie. No, chyba że ma dibekowski łeb. Dal
miał i bałem się go,

- Dlaczego pozwolili na „Pandorę"? - spytał. - Co trzymają w zanadrzu? Dlaczego nie przeszkadza

im,. że zoeneci zyskali władzę nad siecią?

background image

- 81 -

Zerknąłem w prawo. Piękny zachód słońca. Mój Boże, jaki piękny Złote promienie rozświetlały falu

jący dywan lasu, który wyglądał jak zaczarowane szmaragdowe jezioro. Ziemia się kręci, ludzie kocha
ją, patrzą w gwiazdy i księżyc, wyznają miłość, płaczą z tęsknoty, a ten ciągle bredzi o „Pandorze".

- Nie miałeś nigdy ochoty wyjść z zatęchłego gabinetu i pochodzić po lesie? - spytałem.
Zastygł. Steffi w tle zatrzęsła się od śmiechu.
- No co tak patrzysz? - ciągnąłem. - Moje pytanie wydaje ci się dziwne? Człowieku! No, nie wiem

właściwie, czy jeszcze „człowieku"... - zawahałem się. - Może raczej... Trupie blaszany! Popatrz, jakie
piękne słońce! Jaki świat jest cudowny! To niebo, te drzewa...

Pilot parsknął z rozbawieniem.
- Co się tak cieszysz?! - wrzasnął na niego szef - A ty - wskazał na mnie - odpowiedz na pytanie!'
Spojrzałem  w  dal.  Za  linią  widnokręgu  majaczyły  szczyty  północnych  linowców  Warsaw  City.

Pośród nich był mój Stockomville i Kampiville Anny.

- Nie wierzą w przewagę dimenów nad homo realium - odparłem. - Uważają, że organicy zawsze

będą pełnili rolę nadrzędną.

-  Ale  wiedzieli  o  obecności  naszych  agentów  czy  nie?!  Rzeczywiście  mają  jakieś  prześwietlacze

czy tylko nam się wydaje?

Ba. Co mu odpowiedzieć?
- Ba - odparłem wieloznacznie. - Nie udało mi się tego zbadać.
- O żesz ty sukinsynu! - wrzasnął.
No tak. Co dibek, to dibek. Prześwietlił moją grę.
- Co ty mi chrzanisz?! - wyszczerzył metalowe zęby. - Nie wyszedłbyś, gdybyś nie odkrył czegoś

naprawdę ważnego! Nie mówisz prawdy! Felix! - zwrócił się do pilota. - Weź go kopnij w dupę!

- Nie mogę, szefie, on trzyma broń przy mojej głowie!
W  tym  momencie  dolecieliśmy  do  głównej  bariery  przeciwwiatrowej.  Felix  zwolnił.  Minęliśmy

pierwszy krąg linowców. Stockomville i Kampiville znajdowały się w drugim. Warsaw City Tym razem
patrzyłem na nie własnymi oczami, nie detektorami geskina.

 - Torkil - nalegał Dal - gadaj!
-  Naprawdę  nie  wiem,  o  czym  mówisz.  Ciągle  mnie  z  kimś  mylicie.  Ja  nie  jestem  nikim

nadzwyczajnym.  Po prostu gamedec drugiej kategorii. Wioskowy głupek, a nie bohater...

-  Szlag  mnie  trafi!  -  przerwał.  -  Widziałem  cię  w  Mroku,  widziałem  w  tym  show  kilka  lat  temu,

badałem  twoją  przeszłość,  robiliśmy  symulacje  i  testy,  jesteś,  kurwa,  najlepszy!  Słyszysz?!
Rozumiesz mnie, cymbale?! Najlepszy! Nie wciskaj mi kitu!

No i w najmniej odpowiednim momencie doczekałem się komplementu.
Wreszcie  przecięliśmy  wewnętrzny  krąg  linowych  gigantów.  Zerknąłem  na  tajemnicze  „glisty"

podtrzymujące  konstrukcje.  Wyglądały  jak  nienaturalnie  pogrubione  stalowe  zwoje.  Żyją?  Może
Laurus coś podkolorował? Komu dzisiaj można ufać?

- Tamten - wskazałem Kampiville. - Sto piętnaste piętro.
- Które to będzie? - Felix zrobił zoom. – Jest- szepnął, odnalazłszy biały numer. - Od której strony;

podlecieć?

Zaimponował  mi  niefrasobliwym  nastrojem.  No  cóż,  w  końcu  nie  bierze  się  byle  kogo  na  taką

misję. Kolejna osobowość w moim życiu. Szkoda, że nie znałem jego twarzy.

-  Torkil,  mów  -  niemal  błagał  Koriolan.  Zrozumiałem,  że  był  na  mojej  łasce.  Nie  lubię  ukrywać

informacji, nie lubię pastwić się nad kimś ani wykorzystywać swojej przewagi. Ale nie miałem wyjścia.

- Teraz nic ci nie powiem. Po powrocie. Od strony miasta - zwróciłem się do pilota.
-  Dobra,  spokojniutko  -  mruczał.  -  Nie  za  blisko  Pneumobil  zawisł  w  odległości  dwustu  metrów

molocha.

- Może być? - spytał.
- Świetnie.
Zoom. Szeregi identycznych połyskliwych tafli Gdzie jest jej okno? Niełatwo odnaleźć szklany frag

ment  w  migotliwym  labiryncie.  W  końcu  jest.  Zoom  Stoi  podłączona  do  sieci.  Zoom.  Jej  sylwetka
wypeł nia cały obraz, ale obserwację utrudnia odbicie wież miasta od okna. Włączam filtr polaryzujący
Refleks znika. Wreszcie ją widzę wyraźnie i... poczułem rozczarowanie. Czego się spodziewałem? W
pustym  mieszkaniu  stał  nieruchomy  motomb  marki  Doom.  Choć  miałem  w  kieszeni  soczewki  i
okulary,  a  na  nadgarstku  omnik  najnowszej  generacji,  nie  posiadałem  odpowiedniego  programu:
widziałem  Dooma,  jakich  wiele.  Czy  spodziewałem  się  ją  przyłapać,  jak  parzy  herbatę?  Sprząta?
Ogląda holowizję z wyrazem tęsknoty na twarzy? Droid lśnił czystym polerem, jak zawsze. Krzywizny
mechanicznego ciała ciągle były atrakcyjne, choć nie tak finezyjne jak u Freyi. Zacisnąłem zęby Nie
miałem tu czego szukać.

- Teraz do śródmieścia. Marshałkowska sto dwanaście. Wieża Arthura, dwieście czternaste piętro,

strona zachodnia - podałem adres Pauline.

background image

- 82 -

Felix Ron zerknął na Koriolana. Tamten machnął ręką.
- Leć, byle szybko.
Pojazd  obrócił  się  i  ruszył  z  kopyta.  Kilka  minut  później  przelatywaliśmy  nad  znajomym

neomilkbarem. Przyjrzałem się fontannie, tarasowi widokowemu... Stare dobre czasy...

- Zatrzymaj się! - krzyknąłem do pilota. Pojazd zatrząsł się od nagłego hamowania.
- Ja zwariuję - biadolił Koriolan. - Ty myślisz, że taksówką lecisz, czy jak?
Poprawiłem  chwyt  zdrętwiałej  (pulchnej)  dłoni  na,  rękojeści  fenrisa  i  zrobiłem  najazd.  Deptakiem

szła  Pauline  i  Harry.  Zoom.  Widzę  ich  dokładnie,  jak  na  wyciągnięcie  dłoni.  Dyrektor  Eim  ślicznie
ubrana:  Jak  zwykle  mini,  tym  razem  beżowa,  nie  czarna,  głęboko  rozpięta  kremowa  koszula  z
szerokim  kołnierzem,  powłóczyste  rękawy.  Harry  w  cielistym  letnim  garniturze  i  biokapeluszu.
Wychodzą  z  długiego  cienia  jakiejś  wieży.  Oświetla  ich  bursztynowe  światło  konającego  słońca.
Rozmawiają. Śmieją się. Śmieją się? Jak mogą się śmiać w takiej sytuacji? Już pogodzili się z moją
śmiercią? Potrząsam ciężkimi policzkami. Cóż, nie byłem ani jej mężem, ani jego żoną. Poza tym jak
długo  mają  nosić  nosy  na  kwintę?  Torkil  odszedł,  trzeba  żyć.  Minął  ponad  miesiąc  od  zamachu.
Wystarczająco dużo, żeby się otrząsnąć i zacząć uśmiechać. Zoom. Twarz Pauline. Śniada, dojrzała,
pełne wargi, orzechowe oczy. Jakby cień na policzkach. Cień smutku? Schudła. Tak, to znak żałoby.
Więc jednak. Znowu dała o sobie znać moja narcystyczna natura. Cieszyłem się, że po mnie płakała.

Wróciłem myślami do rzeczywistości. Wycofałem zbliżenie.
- No? Obejrzałeś,co miałeś obejrzeć?-odezwał się Dal. - Wracacie?
Westchnąłem  jak  człowiek  przed  bardzo  długą  podróżą.  Na  maskę  pojazdu  znowu  wdrapał  się

krasnoludek. Alkohol przestawał działać.

- Ląduj gdzieś przy niższych kondygnacjach -odezwałem się do Feliksa. - Wysiadam.
Pokręcił głową ze smutkiem.
- Ron, wiesz, co masz robić - odezwał się lodowatym głosem Koriolan.
- Twój dibek jest w geskinie czy w bazie? - spytałem pilota.
Nie chciałem do niego strzelać, nie mając pewności, gdzie znajduje się jego mózg. Jeśli w Zoenet

Labs,  oddając  strzał  popsułbym  tylko  motomba,  jeśli  zaś  w  jego  ciele,  mogłem  uszkodzić  sejf.  Nie
wiedziałem,  jak  długo  skrzynia  może  utrzymywać  umysł  przy  życiu  bez  baterii  znajdujących  się  w
ciele.  Zdawał  sobie  sprawę  z  mojego  wahania.  Nie  odpowiedział.  Błyskawicznie  uderzył  mnie  w
przedramię  próbując  wytrącić  broń.  Strasznie  zabolało.  Musiał  trochę  przyspieszyć,  niemożliwe,  by
zwykły człowiek mógł wykonać taki ruch. Ku mojemu zdziwieniu fenris pozostał w dłoni, mimo że na
chwilę rozprostowałem palce. Luksusowy model. Nie zdążyłem należycie zachwycić się nowoczesną
technologią, bo otrzymałem serię uderzeń w klatkę piersiową i pucołowatą twarz. W tym momencie
wypaliłem. Złocisty promień rozpruł mu obojczyk i wyprysnął przez dziurę w dachu. Podmuch odrzucił
go  na  przeciwległą  stronę  aerauta.  Znów  się  na  mnie  rzucił.  W  geskinie  nie  musi  czuć  bólu,  może
walczyć  do  ostatniego  członka,  jak  zombi.  Mrugnął  do  mnie.  Zrozumiałem,  że  mózg  jest  w  bazie.
Uwielbiam  mądrych  ludzi.  Strzeliłem  w  głowę.  Rozdarło  ją  na  kilka  strzępów.  Teraz  był  pozbawiony
zmysłów.  Ręce  biły  dookoła,  nogi  wierzgały,  próbując  mnie  kopnąć.  Odgrywał  swoją  rolę  do  końca,
nie  miał  wyboru.  Stał  się  naprawdę  niebezpieczny.  Co  miałem  robić?  Zmniejszyłem  moc  salwy,  w
pośpiechu odstrzeliwałem wszystkie jego członki, a co odstrzeliłem, wpychałem za oparcie kierowcy.
Tułów był dość ciężki i broczył jak zużyta gąbka. Chlupnął soczyście, gdy udało mi się go wrzucić na
podrygujące ręce i nogi. Wskoczyłem na siedzisko pilota i skierowałem pojazd w niskie rejony miasta.

Zrobiło się ciemno. Włączyłem reflektory.
- Uu, bracie - odezwał się Lee Roth z sąsiedniego  fotela. Tym razem był prawie czarny. Zerknął

przez. ramię na poszatkowane ciało. - Niezłą jatkę tu urządziłeś.

- Zamknij się - syknąłem przez zęby.
 Spojrzałem na ekran, z którego jeszcze przed chwilą obserwował nas Koriolan. Był pusty. Zoeneci

położyli  na  mnie  krzyżyk.  Zaraz  pojawi  się  cień.  Zaznaczył  swoją  obecność  szybciej,  niż
przypuszczałem.

-  Aa!  -  wrzasnął  diabeł  rozszarpany  przez  czerwone  smugi  energii,  które  przedarły  się  przez  rufę

pojazdu i przeszyły siedzenie pasażera.

Strzelał  do  mnie  pneumobil!  Systemy  awaryjne  wyły.  Wskaźniki  informowały  o  uszkodzeniu

głównego generatora. Za chwilę pojazd przechyli się i zwali w dół, prosto w objęcia dolnego miasta.
Mocno  chwyciłem  wolant  i  pociągnąłem  do  siebie.  Z  ciemności  wyłoniła  się  mała  platforma
spacerowa.  Nie  była  tak  zadbana  jak  te  wyżej.  Wybudowano  ją  zapewne  ze;  sto  lat  temu,  gdy  ta
wysokość zapewniała dobrą widoczność. Teraz została przerobiona na dok dla dżonek. Oceniłem jej
wielkość i uznałem, że nadaje się na lądowisko. W kabinie pojawił się czarny dym. Zacząłem kaszleć.
Kolejna karmazynowa salwa rozorała dach, wielki płat metalu uleciał w tył z wrzaskiem dartej stali. W
samą porę. Smoliste kłęby, umykały przez wyrwę jak przez komin. Strasznie zgrzytało i trzęsło, gdy
walnąłem  pojazdem  o  powierzchnię  tarasu  i  sunąłem  po  nim  kilkanaście  metrów.  Wyskoczyłem  i

background image

- 83 -

odtoczyłem  się  pod  mur,  zanim  ostatnia  salwa  wrogiego  pojazdu  rozerwała  pneumobil  na  strzępy.
Wybuch  rozbił  automat  do  opłat  Służby  porządkowe  będą  musiały  zainstalować  nowy,  inaczej
pasażerowie dżonek będą jeździć na gapę... Jakież to głupie myśli nawiedzają człowieka w kryzysie.
Podniosłem się na równe nogi, poderwałem broń i przygotowałem do przyjęcia kolejne ataku. Wtedy
obok mnie wyrósł mocno opalony jejmość, ubrany w czarny garnitur.

- Co do... - zdążyłem wydukać, gdy pojazd pilotowany przez cień wyłonił się w pobliżu płonącego

wraku.

Elegancki  mężczyzna  wyciągnął  dziwną  połyskliwą  strzelbę  i  wypalił.  Strzał  okazał  się  celny.

Srebrzysta smuga przeszyła przednią szybę, coś wybuchło z tyłu. Aerauto zadymiło, wpadło w płaski
korkociąg  i  spowite  błękitnymi  błyskawicami  zniknęło  pod  lądowiskiem.  Spojrzałem  spłoszony  na
niespodziewanego  pomocnika.  Gdyby  nie  ta  cera,  mógłbym  przysiąc...  ależ  tak...  to  był...  Uriel
Tamerlan!  Tajemniczy  biznesmen,  którego  spotkaliśmy  w  rzekomym  Binary  Digits  w  Puszczy
Peeskiej! Ten opanowany gość, którego znała Pauline!

- Uważaj! - znowu pojawił się Roth, tym razem wyższy, znowu czerwony, jakby lekko świecący - To

jakiś diabeł!

Dziwne słowa w ustach demona.
- Pan Torkil Aymore? - spytał Tamerlan cichym głosem.
Jego zęby błyszczały jak podświetlane.
- Uriel Tamerlan? Pracujący dla projektu „Pandora"? - odparłem.
Pokręcił głową.
-  Zmieniłem  pracodawcę.  Pana  osoba  bardzo  ciekawi  mojego  szefa  -  wyszeptał  i  wyciągnął  do

mnie rękę.

Jego dłoń zamieniła się w szponiastą łapę. Odskoczyłem.
- Broń się, Torkil! - krzyczał Lee. - To szatan!
Zmienił  pracodawcę  i  żyje?  Odsunąłem  się  o  kilka  kroków.  Przecież  pracował  dla  syndykatu

„Pandora", więc i dla rządu. Jeśli jest teraz na wolności i podlega komuś innemu, to znaczy, że jego
firma jest kolejną przykrywką, tak jak hotel Twardowsky A może jest podwójnym agentem? Ale kogo?

Uriel  rozluźnił  się,  opuścił  rękę.  Otworzył  gębę.,Tym  razem  nie  dostrzegłem  imponującego

garnituru  zębów  w  kolorze  kości  słoniowej,  lecz  baterię  żelaznych  kłów,  po  których  ściekały  krople
jadu.

- Alainda sija ahra - zaśpiewał w dziwnym języku. Zakręciło mi się w głowie.
Z jego ust wyprysnęły błękitne, złote i szkarłatne zjawy, z sykiem i wrzaskiem rzuciły się w kierunku

mojej twarzy. Na ich drodze stanął karmazynowy obrońca, skrzydlaty anioł stróż, Lee Roth. Z rogami
było  mu  bardziej  do  twarzy,  pomyślałem  na  widok  skrzącego  szyszaka.  Wtedy  na  świętym  kasku
pojawiło się skręcone poroże muflona. Ależ nie takie, uznałem zdegustowany. Rogi wyprostowały się
jak dwie skośne lance. Teraz lepiej, cmoknąłem.

- Ostaria marda ganda ganda - nie przerywał inkantacji Tamerlan.
Z  jego  ust  wyfruwały  zjawa  za  zjawą.  Rotha  otoczyło  kłębowisko  wyjących  widm.  Podniosłem

spluwę i niepewnie wycelowałem w mężczyznę. Ten błyskawicznie podrzucił własną broń. Popełniłem
błąd. Na szczęście ocalił mnie ktoś inny. Ziemię u stóp Tamerlana rozorała żółta salwa. Odrzuciło go
w  tył.  Przerwał  pieśń  i  wszystkie  upiory,  z  którymi  zmagał  się  Lee,  rozwiały  się.  Anioł-demon
przykucnął, podparł się kolczastą łapą i ciężko dyszał. Odwróciłem się Nad wciąż płonącym stosem,
pozostałością  mojeg  pojazdu,  unosił  się  męski  zoenecki  motomb,  z  pewnością  cień,  który  wydostał
się  z  zestrzelonego  pneumobilu.  Miał  imponujący  pancerz  ozdobiony  wachlarzowatymi  płytami,
rozpościerającymi się od bioder do łokci. Rodzaj powierzchni nośnej? Oświetlony migotliwym ogniem,
wyglądał  jak  zwiastun  zagład;  Mężczyzna  w  garniturze  rzucił  się  w  bok  i  w  trakcie  skoku  wysłał
rozproszoną  serię  w  stronę  zoeneta  Cień  przyspieszył,  wykonał  salto  i  zniknął  mi  z  oczu  Miałem
wrażenie,  że  poleciał  gdzieś  w  lewo,  za  potężne  kolumny  podtrzymujące  piętrzące  się  nad  nami
tarasy.  Uriel  podniósł  się,  rozejrzał...  Krzyknął  gdy  motomb  zmaterializował  się  za  jego  plecami  i
unieruchomił go potężnymi łapskami. Zoenet odchylił głowę i uderzył czołem w potylicę przeciwnika.
Tamerlan osunął się na ziemię. Dimen przekroczył bezwładne ciało i zbliżył się do mnie.

- Przykro mi, kolego - powiedział, wysuwając broń zintegrowaną z przedramieniem. - Takie mam

rozkazy  Chciałbym  ci  strzelić  w  prawe  płuco  tak,  żeby  nie  uszkodzić  żadnych  ważnych  naczyń,  ale
trafić w kręgosłup...

Jasne. Widzi mnie na wylot. Dosłownie.
-  Wtedy  przyleciałby  ambulans,  odratowaliby  cię,  ale  ciało  miałbyś  zanadto  zepsute  i  stałbyś  się

jednym z nas. Niestety masz organizm Hioba. Machnął ręką.

- Zresztą nie możesz być jednym z nas, bo zdradziłeś.
- Tu, kochany, nie mogę ci pomóc - szepnął demon, wciąż dysząc.

background image

- 84 -

Droid  podniósł  broń  i  wycelował  w  moją  -  nie  moją  twarz.  Nikogo,  do  cholery,  nie  zdradziłem,

myślałem ze złością. Sami wciągnęliście mnie w to bagno. - Powinieneś był współpracować - ciągnął
dimen. - Co ci szkodziło?

Właśnie.  Prychnąłem  cicho.  Co  mi  szkodziło?  Dla  czego  nie  wyjawiłem  tajemnicy  Pharma

Nanolabs?  !  Dlaczego  nie  powiedziałem  o  infigenie?  Przez  przekorę?  Z  powodu  umiłowania
niezależności? Dlatego, że gdybym raz wyjawił jakąkolwiek informację, na zawsze zostałbym jakimś
pieprzonym  podwójnym    czy  potrójnym  agentem?  A  może  chciałem  po  prostu  i  2atrzymać  specyfik
dla siebie?

- A nie lepiej byłoby mnie przesłuchać? - zaryzykowałem.
Pokręcił głową.
-  W  mieście  była  strzelanina.  Jak  mam  cię  przetransportować?  Sam  ledwie  się  wymknę.

Westchnął.

- Muszę cię spalić. I to dokładnie. Nikt nie może wykryć, że miałeś DNA Hioba.
No i pięknie. Zginę w śmierdzącym, tłustym cielsku jakiegoś biznesmena.
Zastanawiałem się, czy rzucić się na niego, czy skoczyć w przepaść ziejącą dwadzieścia metrów

za mną. Wszystkie opcje były śmieszne wobec superszybkiego agenta zoenetów. Ścisnąłem rękojeść
fenrisa i przygotowałem się na śmierć.

- My, dimeni, cenimy życie - odezwał się po raz ostatni. - Dlatego cię pytam: już?
Jeszcze  chwila  i  się  rozpłaczę,  pomyślałem.  Chciałem  spuścić  głowę,  bo  czułem  się  zmęczony  i

przegrany,  potłuczony  poturbowany  Ale  wyprostowałem  się,  na  przekór  wyczerpaniu  i  rozpaczy
dobijającej się do drzwi duszy jak natrętna akwizytorka. Gdy przygniata cię los, trzymaj pion, choćby
to była' ostatnia sekunda twojego życia.

- Już.
Sekunda urosła do rozmiarów wieczności... Widziałem tylko wylot zoeneckiej broni.
- Arnahej sendija! - rozbrzmiała inkantacja zza pleców dimena.
Tamerlan  odzyskał  przytomność  i  wznowił  demoniczną  pieśń!  Motomb  chwycił  się  za  głowę  i

gwałtownie  odwrócił.  Z  mroku,  gdzie  leżał  Uriel,  wylatywały  migotliwe  zjawy  Część  rzuciła  się  na
zoeneta inne pognały do mnie. Lee Roth znowu zerwał się do walki.

- Uciekaj! - krzyczał, szarpiąc się z upiorami. Paranoja. Jak zjawa może zatrzymać zjawy, a mnie

nakazać  fizyczną  ucieczkę?  Domyślałem  się,  że  koszmarne  postacie  wylatujące  z  gęby  Uriela  to
halucynacje,  obrazujące  złe  moce  śpiewanych  przez  niego  fraz.  Nic  z  tego  nie  rozumiałem,  ale
posłusznie zerwałem się do biegu. Platforma widokowa zwężała się w chodnik, okalający gigantyczną
wieżę.  Obejrzałem  się  za  siebie.  Zoenet  szedł  powoli  w  kierunku  śpiewającego,  jakby  pchał  przed
sobą niewidzialną przeszkodę. Zjawy wokół jego głowy zbladły, zapewne dlatego, że słabiej słyszałem
głos  śpiewaka.  Odbiegłem  jeszcze  kilka  kroków  i  zatrzymałem  się.  Wtedy  do  moich  uszu  dotarło
wycie  policyjnej  syreny.  Obok  zmagających  się  postaci  zawisł  opancerzony  pojazd,  połyskujący
błękitnym i zielonym światłem. Cofnąłem się w cień.

- Proszę natychmiast przerwać... to, co robicie, i położyć się na ziemi... - głos z megafonu nagle się

zakrztusił.

Pojazdem zakołysało. Walcząca para nie zwracała uwagi na przybysza. Tamerlan wciąż zawodził,

a  dimen  wyraźnie  słabł.  Wreszcie  człowiek  w  zbroi  skoczył  z  krzykiem  i  porwał  oponenta  w  stalowy
uścisk.  Przez  chwilę  siłowali  się  w  kręgu  światła  rzucanego  przez  policyjny  szperacz.  Potem  stracili
równowagę,  upadli  i  potoczyli  się  ku  krawędzi  platformy.  Pneumobil  chwiejnie  przesunął  się  nad
przepaść.  Walczący  przez  kilka  uderzeń  serca  mocowali  się  na  brzegu  pomostu,  zanim  spadli  w
otchłań.  Nie  wiem,  czy  słyszałem  krzyk,  śmiech  czy  może  śpiew.  Machina  podążyła  za  nimi.  Kilka
sekund  później  błysk  rozświetlił  okoliczne  wieże.  Po  mniej  więcej  trzech  sekundach  usłyszałem
odległy huk eksplozji, zniekształcony wielokrotnym echem odbitym od okrągłych murów.

- O, w mordę - odezwał się krasnoludek z ciemności.
Przyznałem mu rację i rzuciłem się do ucieczki.
Opasłe  cielsko  nie  pozwoliło  na  zbyt  długi  sprint;  Zatrzymałem  się  zasapany  i  spocony  Oparłem

ręce o kolana i głęboko oddychałem. Za minutę, dwie, na miejsce katastrofy zjedzie szwadron policji,
kołatała mi się w głowie. Musiałem odejść jak najdalej w jak najkrótszym czasie. Założyłem soczewki.
Wylądowałem  w  okolicy  południowego  Jollybou,  powinienem  więc  podążać  dalej  na  południe.
Wybrałem odpowiednią estakadę i zanurzyłem się w mrok.

Po  godzinie  spiesznego  marszu  zatrzymałem  się  na  krótki  odpoczynek.  Spojrzałem  w  niebo.

Widziałem  tylko  wąziutki  jego  fragment,  pocięty  pajęczyn  mostów,  łączników,  platform  i  tarasów.
Między  ciągami  pneumobili  drżała  pojedyncza  gwiazda.  Opuściłem  wzrok  i  zlustrowałem  krajobraz
przed  sobą  Zapadający  zmrok  wsączał  w  cienie  coraz  więcej,  czerni.  Nieopodal  przeleciał  aurokar.
Bez pieniędzy nie mogłem korzystać z normalnego transportu.

background image

- 85 -

***

-  Sean  Sennhauser  oznajmił  w  przedpołudniowym  wywiadzie  dla  Global  Network  News,  że  do

zakończenia  najnowszego  Doom  Day  pozostały  niecałe  dwa  miesiące.  Powstający  wyłącznie  w
środowisku  cyfrowym  holofilm  twórcy  takich  niezapomnianych  hitów,  jak  Newborn,  High  Skies  czy
Where  You  Shattered  Lips  Sing,  opisuje  bohaterską  akcję  w  fabryce  Forda  w  Północnej  Karolinie
FSA, której protagonistą był Torkil Aymore, znakomity gamedec: niedawna ofiara terrorystów mafijnej
organizacji „Mątwa". Według słów reżysera, amatorzy dobrego kina się nie rozczarują. Nazywam się
Matylda Aslaksen, oglądacie państwo „Co nowego w sieci", Global Network News, zostańcie z nami.

***

Ludzie nie spacerują w miejscach, gdzie nawet w bardzo słoneczny dzień panuje półmrok, dlatego

powierzchnię rzadko używanych trotuarów, estakad, podestów i ramp pokrywała gruba warstwa kurzu.
W  tej  warstwie  mieszkała  poślednia  klasa  społeczeństwa:  drobni  rzemieślnicy,  sklepikarze,  terenowi
handlarze,  sprzątacze,  służba  i...  nieprzystosowani.  Apartamenty  mieściły  się  w  szerokich,
masywnych  segmentach  wież,  których  smuklejsze  szczyty  sięgały  oświetlonej  części  metropolii.  W
dorosłym  życiu  byłem  tu  dwa  czy  trzy  razy.  O  wiele  częściej  w  dzieciństwie:  urzekająca
niepowtarzalnym klimatem sceneria znakomicie nadawała się do zabaw w wojnę i chowanego, kilka
razy  posłużyła  za  schronienie  na  wagarach,  podobała  mi  się  też  mieszkająca  tu  dziewczyna.  We
wspomnieniach te miejsca były czystsze i bardziej egzotyczne.

Oszczędzano  tu  energię,  oświetlone  były  więc  tylko  wejścia  na  piętra  i  przystanki.  Łączniki,  po

których szedłem, pozostawały w cieniu, co w gruncie rzeczy bardzo mi odpowiadało.

W marszu coraz bardziej przeszkadzała tusza. Czy tak się czuje stary człowiek, który nie akceptuje

swojego  steranego  organizmu?  Zatrzymałem  się  po  raz  nie  wiem  który,  oparłem  ręce  o  zimną
barierkę  i  spojrzałem  w  dół,  gdzie  pierwotne  miasto  szczerzyło  poczerniałe  zęby:  dziwne
prostopadłościany bloków mieszkalnych, wąskie ulice i nieliczne świątynie. Plany zagospodarowania
już  dawno  przewidywały  oczyszczenie  podstawy  grodu  i  zasadzenie  cieniolubnych  roślin,  co
wzbogaciłoby powietrze w tlen, lecz dopiero przed dziesięcioma laty zaczęła się tym zajmować jakaś
firma. Żeby usunąć śmiecie z powierzchni ponad dwóch tysięcy kilometrów kwadratowych, potrzeba
około pięćdziesięciu lat. Zerknąłem na północ, gdzie słabe łuny znaczyły pracę potwornych koparek.
Znów  spojrzałem  w  dół.  Gargantuiczne  cokoły  wież  podparte  były  promieniście  rozchodzącymi  się
paraboloidalnymi  przyporami  i  wyrastały  spośród  mieszkaniowców  niczym  pnie  drzew  spomiędzy
zeschłych  liści.  Nad  głową  sapnął  aurokar,  jego  podmuch  rozwiał  mi  resztki  włosów  na  skroniach.
Światła pojazdu wydobyły na chwilę z cienia otaczające mnie budowle. W tym mignięciu wypatrzyłem
stare schody przeciwpożarowe, przyklejone do wieżycy naprzeciwko. Ruszyłem w ich kierunku.

Rozpocząłem  schodzenie  nieopodal  kościoła  o  przysadzistej,  eklektycznej  bryle.  Architektura

końca XX albo początku XXI wieku. Dziwnie się poczułem, gdy znalazłem się na poziomie najwyższej
iglicy  jego  opasłej  wieży.  Przerdzewiałe  stopnie  jęczały  przy  każdym  kroku,  wtórował  im  wiatr
zawodzący  w  ażurowej  konstrukcji.  Starałem  się  nie  myśleć,  co  się,  stanie,  jeśli  się  urwą:
obserwowałem wąskie sakralne okna, przybudówki i ledwie widoczne zarysy ocalałych witraży. Zrobiło
się naprawdę ciemno. Zatrzymałem się i uruchomiłem dodatkowe funkcje optyczne. W polu widzenia
pojawił  dalmierz,  kompas,  godzina  i  inne  przydatne  dane.  Uaktywniłem  program  wzmocnionego
widzenia  w  widzialnym  widmie.  Trochę  pomogło.  Co  prawda  świat  stał  się  praktycznie  czarno-biały,
ale za to był czytelny.

Stanąłem na popękanym gruncie porośnięty dziwną suchą trawą i małymi, kolczastymi zaroślami.

Rozejrzałem się. Kościół piętrzył potężną brył w górę, niedaleko za nim majaczyły prostokątne bryły
mieszkaniowców o czarnych oknach. Usłyszałem pisk, coś szarpnęło moją nogawkę. Szczur! Wielki
jak  pies!  Wydobyłem  zza  paska  broń  i  wypaliłem.  Ładna  historia.  Całe  spodnie  w  lepkiej  krwi.
Zakrwawione  ręce  wytarłem  o  sztywne  źdźbła.  Rozpocząłem  ostrożny  marsz  w  stronę  najbliższej
budowli.  Zerknąłem  na  plamy  na  nogawkach.  Biomateriał  pracowicie  metabolizował  je  i  usuwał.  Ba,
co Armani, to Armani.

Wtargnąłem do klatki schodowej, rozprawiłem się z kilkoma gryzoniami, wdrapałem się na trzecie

piętro, wszedłem do jednego z apartamentów i zaryglowałem drzwi. Wyjrzałem przez wybite okno. Na
wschodzie żarzyła się łuna. To z pewnością Stare Miasto, odrestaurowane i oświetlone, przyciągające
gości  o  każdej  porze.  Gdyby  odwiedzający  je  bogacze  wiedzieli,  od  jakich  stworzeń  oddzielają  ich
wysokie  na  kilkadziesiąt  pięter  mury,  zrzedła  by  im  mina...  Skierowałem  wzrok  na  południe  i
dostrzegłem jakiś ruch na dachu jednego z mieszkaniowców. Zrobiłem zoom. Tak, ludzka sylwetka!

background image

- 86 -

Człowiek  szedł  przez  chwilę  po  dachu,  potem  otworzył  właz  i  wsunął  się  w  otwór.  Przeszedł  mnie
dreszcz. Więc jednak ktoś tu mieszka!

Wróciłem  do  apartamentu.  Panował  w  nim  zapach  starości,  jak  na  cmentarzu.  Usiadłem  pod

ścianą  wzniecając  obłoczek  pyłu  i  sprawdziłem,  czy    w  pobliżu  nie  ma  ostrych  przedmiotów:
odłamków  szkła,  gwoździ,  desek.  Obmacawszy  kawał  podłogi,  stwierdziłem,  że  miejsce  jest
bezpieczne.  Wyciągnąłem  zza  paska  plasmagun.  Otworzyłem  okno  konsoli  na  nasadzie  lufy  i
wydałem  dyspozycję  usunięcia  dotychczasowego  wzoru  linii  papilarnych  właściciela.  Pojawił  się
migający  napis:  „Awaiting  for  new  pattern".  Odłożyłem  broń  na  podłogę.  Sięgnąłem  do  kieszeni
spodni i wyjąłem fiolkę z pięcioma kapsułkami.

4. Shadow Zombies

Kiedyś  interesowałem  się  malarstwem.  Takim  prawdziwym,  z  użyciem  farb.  Lubiłem  wyobrażać

sobie,  jak  powstaje  portret.  Artysta  naciąga  na  ramę  płótno,  które  potem  kilkakrotnie  gruntuje  białą
emulsją.  Kiedy  uzyskuje  odpowiedni  podkład,  robi  szkic  ołówkiem.  Następnie  kładzie  grube  barwne
plamy,  czyli  podmalówkę.  Dopiero  potem  zaczyna  pracować  nad  szczegółami,  ale  zgodnie  z
malarska zasadą zajmuje się od razu całością dzieła, kładąc najpierw barwy jasne, a później ciemne.
Oblicze portretowanej osoby wyłania się powoli, jakby widz zdejmował kolejne pary grubych okularów
zamazujących  widzenie.  Gdy  dzieło  dobiega  końca,  przychodzi  pora  na  laserunek,  rozświetlenie  i
werniks.  Ta  powstaje  ostry  i  wyraźny  portret  na  płótnie:  powoli  krok  za  krokiem,  minuta  za  minutą,
dzień za dnie Jakże mogłoby być inaczej?

Ciekawe,  że  z  obliczem  człowieka  rzecz  się  ma  podobnie.  Nie  mówię  o  powierzchowności:

policzkach,  nosie  czy  podbródku.  Chodzi  o  obraz  wewnętrzny.  Gdy  byłem  młodszy,  oglądałem
holofilmy, czytałem el-booki, słuchałem mnemonów i zastanawiałem się do kogo jestem podobny? Z
kim się utożsamić? Identyfikowałem się z wieloma bohaterami: dzielnymi, niezłomnymi, wspaniałymi.
Z biegiem lat coraz mniej ich potrzebowałem: ze zdziwieniem odkrywałem, że mój własny wizerunek
rysuje się wyraźniej i mogę się oprzeć właśnie na nim, nie na zewnętrznych wzorcach.

Następnego  ranka,  gdy  wyłoniłem  się  z  sennych  halucynacji  w  ciemnym  pokoiku  mieszkaniowca,

zobaczyłem  ten  obraz  bardzo  wyraźnie.  Dziwne  uczucie:  patrzeć  na  siebie  jak  na  postać  z  ekranu.
Zwłaszcza jeśli posiada się obcą twarz i ciało.

Gdzieś  za  kolumnami  wież  i  prostopadłościanami  bloków  słyszałem  stąpnięcia  niebotycznego

potwora.  Dookoła  pląsały  gadające  niezapominajki,  mikroskopijne  driady  pełzały  podwójne  węże.
Falowała  zielona  trawa  wyrastająca  prosto  z  podłogi,  wysoka  na  metr.  Przez  moje  ciało  co  chwila
przelatywała biała zasłona w czerwone serduszka. Z wielkim trudem podźwignąłem się i podszedłem
na  chwiejnych  nogach  w  pobliże  otworu  okiennego.  Schyliłem  się,  przedzierając  przez  pajęczynę
zjaw, wypatrując okruchów szkła. Odnalazłem wzrokiem odpowiednio szeroki odłamek i wyciągnąłem
do niego drżącą rękę. Z ulgą skonstatowałem, że zarówno rękawy koszuli i marynarki, jak i nogawki
spodni  dopasowały  się  do  nowego,  znacznie  wyższego  ciała.  Wytarłem  ze  szklanej  drzazgi  kurz  i
przejrzałem się. Byłem bardzo szczupłym, właściwie chudym blondynem o jasnoniebieskich oczach i
falujących  włosach.  Steffi  wybrała  dość  interesujący  model.  Żołądek  skręcił  spazm  bólu.  Przemiana
bez kroplówki bardzo mnie osłabiła. Użyłem eufemizmu. Prawie mnie zabiła. No dobrze, w zasadzie
umierałem.  Upadłem  na  kolana.  Wróciłem  na  czworakach  do  ciemnego  kąta  i  ciężko  dysząc,
odszukałem  pistolet.  Na  nasadzie  lufy  ciągle  migał  napis:  „Awaiting  for  new  pattern".  Objąłem
rękojeść  prawą  dłonią  i  wcisnąłem  dygoczącym,  chudym  palcem  mikroskopijny  klawisz  enter.
Okienko  zamigotało.  „Loading  data...  Pattern  confirmed!"  Zasunąłem  pancerną  płytkę.  Wziąłem
głęboki wdech i spróbowałem znów dźwignąć patykowate ciało.

- Źle się pan czuje? - zapytała wróżka fruwającą na muszych skrzydełkach.
Chciałem machnąć cepowatą ręką, ale tylko trochę ją uniosłem.
- Ależ on jest źle wychowany - skwitował niedźwiadek spod ściany - Uderzyć ją chciał, łapserdak!
Zejście  po  schodach  z  trzeciego  piętra  okazało  się  bardzo  trudnym  wyzwaniem.  Czułem  się,

jakbym  już  martwy  -  schodził  do  Hadesu.  Gigantyczne  szczury  nie  stanowiły  problemu,  bo  brak
celności kompensowałem liczbą salw. Gdy wreszcie wydostałem się z mieszkaniowca, ledwo łapałem
powietrze, a tyczkowate nogi podtrzymywały mnie tylko dlatego, że tułów, głowa i ręce ważyły tyle, co
nic. Oparłem się o kostropaty mur i wciągnąłem w płuca gaz o fakturze nieba z pejzaży Van Gogha,
malarza,  którego  obrazy  cieszyły  się  kiedyś  szaloną  popularnością.  Niemal  czułem,  jak  niebieskie
karbowania  eterycznych  wirów  łaskoczą  mnie  w  gardło.  Przedtem  halucynacje  były  wyłącznie
wzrokowe,  teraz  pojawiły  się  także  dotykowe.  Moja  biedna  psychika  została  poddana  drugiemu  już
przekształceniu.  Nie  miałem  pieniędzy,  dokumentu  tożsamości,  konta,  mieszkania,  nawet  własnego

background image

- 87 -

ciała.  Jedynymi  przedmiotami,  jakie  posiadałem,  były  fenris  i  omnik  z  kompletem  szkieł.  Na  cóż  mi
one,  uśmiechnąłem  się  blado,  skoro  zaraz  zdechnę?  Znajdowałem  się  w  dzielnicy  miasta,  którą
znałem  tylko  z  podręczników.  Wziąłem  jeszcze  jeden  wdech  (musiałem  pamiętać  o  oddychaniu,  bo
mój  organizm  jakby  o  nim  zapominał),  połykając  kilka  gołych  latających  elficzek.  Drżały  pode  mną
łydki, uda i kolana, jakbym był wieżą, której fundamenty wysadzili jacyś pieprznięci terroryści. Dobrze,
Torkil, zajmuj głowę czymś innym, nie myśl o zmęczeniu, bo będzie po tobie. Przełączyłem widzenie
na normalny zakres. Światła do undercity dochodziło tyle, co w deszczowy dzień. Gdzie szukać tych
zombich?  Warsaw  City  pokrywało  olbrzymi  teren.  Odnalezienie  tajnej  siedziby  jakiejś  dziwnej
organizacji  graniczyło  z  cudem.  Zakasłałem  i  pochyliłem  się,  bliski  załamania.  W  ustach  miałem
kwaśną ślinę, jak po wielokilometrowym biegu.

Wielu ludzi w takich okolicznościach dałoby za wygraną. Ale, do diabła, nie ja. Ale, do diabła, nie

ja! Jęczałem, wyłem, ale w końcu wyprostowałem tułów. Coś trzeszczało w kręgosłupie, coś darło się
w żebrach, krzyczały skręcane jelita, a ja wciąż się uśmiechałem jak jakiś opętaniec. W żyły trysnęła
upragniona  adrenalina.  Otworzyłem  szerzej  oczy.  „Możesz  być  pewien,  że  tego,  czego  dokonałem,
nie  powtórzyłoby  żadne  zwierzę",  czy  jakoś  tak  pisał  Saint-Exupery  dwudziestowieczny  pisarz,
udowadniając,  że  człowieczeństwo  to  także  zdolność  do  podjęcia  wysiłku  przekraczającego
możliwości  organizmu.  Pilotom,  którzy  latali  nad  Saharą,  mówiono:  Jeśli  awaryjnie  wylądujecie  na
środku pustyni, najpierw zróbcie wszystko, co możliwe. A potem... wszystko, co niemożliwe. Zrobiłem
krok.  Noga  błagała  wrzaskliwie:  nie!  Nie  dręcz  mnie!  Drugi  krok.  Zamilczcie,  nogi.  Wypełniło  mnie
uczucie  dumy,  niebiańska  łaska,  fala  rozkoszy  konkurującej  z  udręką,  zupełnie  jak  kiedyś  w
Goodabads,  gdy  walczyłem  z  Hammerfieldowską  dwudziestką.  Tak,  będę  się  zmagać  z  czymś
niemożliwym do pokonania. Do oczu napłynęły łzy radości. Miałem ochotę kłami rozorać niebo.

***

- No, kochani, oto najnowsze wiadomości z gry Crying Guns. Aha, nie przedstawiłem się, ale ja nie

muszę się przedstawiać, prawda? Oż w mordę, ta bestia naprawdę blisko podeszła, dzięki, Nemezy.
Tooo  był  strzał,  widzieliście  państwo?  A  więc...  aha,  nie  przedstawiłem  się.  Cal  Galahad,  moi  mili,
oczywiście Global Network News i oczywiście Wielka Wirtualna Wojna, czyli WWW! Zapisujemy karty
historii! Takiej bitwy nie było jeszcze w grach i chyba nie będzie! Setki tysięcy graczy na jednym polu
chwały!  Trzeba  przyznać,  że  Bestia  daje  zarobić  twórcom  Crying  Guns!  Fort  Ironstone,  gdzie
zgromadziły  się  poczwary,  przeżywa  prawdziwe  oblężenie.  Kochani,  jeśli  chcecie  zapisać  się  na
kartach wieczności, zapraszamy! Nemezy, za tobą! Widzieliście państwo? To się dzieje naprawdę! Nic
więcej nie powiem, po prostu re-we-la-cja!

***

Nie zamierzałem jeść szczurów, zwłaszcza że nie znałem się na patroszeniu ani na obdzieraniu z

skóry,  no  i  nie  miałem  ognia,  żeby  upiec  mięso.  A  nie;  pistoletem  mogłem  zapalić  jakiś  uschnięty
badyl.  Gramoliłem  się  wzdłuż  murów,  podpierając  jedną  ręką,  a  drugą  podtrzymując  rękojeść  broni.
Okazał  się,  że  poziom  zerowy  ma  jeszcze  innych  mieszkańców:  nietoperze  o  skrzydłach  metrowej
rozpiętości.  Głupi  Sennhauser.  Gdyby  rząd  nie  zmusił  go  do  przejścia  na  drugą  stronę  lustra,
powinien  zajrzeć  w  podziemia  Warsaw  City.  Miałby  gotową  scenerię  i  niebezpieczeństwo.
Wyciągnąłem rękę i strzeliłem do zniżającego lot piskacza. Psiakrew. Znowu salwa do halucynacji. A
właściwie jak go zmusili? He, Omega ma swoje sposoby. Ty, Godzilla, nie podskakuj. Coś uderzyło
mnie w tyłek, a potem w twarz.

- O rany boskie! - obudził mnie straszny ból przedramienia.
To  szczur.  Myślał,  że  nie  żyję,  i  zaczął  mnie  obgryzać.  Strzeliłem  mu  prosto  w  paskudny  łeb,

opryskując  sobie  twarz,  szyję  i  ręce  jego  gorącym,  krwistym  mózgiem.  Wstałem  tylko  po  to,  by
ponownie się przewrócić. Moje ciało nie miało szans. Umysł walczył, chciał iść, ale organizm odmówił
posłuszeństwa. Wszystkie mięśnie drżały, mdlały, histeryzowały. Gdy otworzyłem oczy, nie wiem, po
jakim  czasie,  stwierdziłem,  że  szczurzy  brzuch  spoczywa  dokładnie  naprzeciwko  mojej  twarzy
Spomiędzy  kafli  chodnika  wypełzł  różowy  robaczek,  zdjął  zielony  berecik,  dwornie  się  ukłonił  i
powiedział piskliwym głosikiem:

-  Szczury  są  bardzo  inteligentne.  Choroby  przenoszą  na  sierści.  Wątroba  jest  najpożywniejsza  i

wolna od zarazków.

Jeszcze  raz  się  ukłonił  i  wskoczył  w  szczelinę.  Po  całym  undercity  przechadzały  się  tytany

składające  się  z  grud  ziemi  i  skalnych  odłamów.  Chodziły  i  dudniły  potężnymi  stopami.  Po  chwili
zorientowałem się, że to nie one dudnią, ale moje gorejące skronie tak reagują na uderzenia serca.

background image

- 88 -

- Musisz zjeść jego wątrobę i wypić trochę krwi. Nie za dużo, bo zawiera żelazo, amoniak, zatrujesz

się, nie za dużo...

Skąd  to  wiedziałem?  Może  ze  studiów?  Zaraz...  co    Ja  studiowałem?  Medycynę?  Tak,  racja...

nawet uzyskałem prawo samodzielnego uprawiania zawodu... dawno temu... w odległej galaktyce. Jak
to  czasami  wiedza  może  człowiekowi  uratować  życie...  Przyłożyłem  mdlejącymi  palcami  lufę
plasmaguna  do  futrzastego  podbrzusza  i  wycelowałem  wzdłuż  tułowia  w  kierunku  pyska.  Strzał
zadziałał  jak  ogniowy  skalpel.  Otworzyłem  usta,  by  nie  czuć  smrodu  spalonej  sierści.  Wsadziłem
patyki  palców  w  ranę  i  rozerwałem  ją.  O  nie.  Mięśnie  brzuszne  osłonięte  błoną.  Nie  rozerwę.  Ręce
bezsilnie opadły na ziemię.

-  Spokojnie  -  odezwał  się  skrzacik  oparty  o  włochate  zwłoki.  -  Jeszcze  jeden  strzał  i  z  głowy.

Dobrze ci idzie. - Podrapał się w głowę. - Nie szukaj szkła czy innych bzdur. Tępym narzędziem nie
rozkroisz tego do wieczora.

Przyglądający  mi  się  spokojnie  tytan  pokiwał  kanciastą  głową.  Ledwie  majaczyła  na  tle  estakad

średniego miasta. Zebrałem się w sobie, wsunąłem lufę w szczelinę rany, wycelowałem i nacisnąłem
spust: Zachłysnąłem się gejzerem ciepłej krwi. Przemogłem odruch wymiotny i zlizałem ją z palców i
warg. Położyłem broń przy piersi i wsunąłem palce w osmalony otwór. Wątroba, gdzie ona jest... na
lewo..:  o,  tu.  Na  mękę  Pańską,  jeszcze  jedna  powięź,  jak  j  ją  rozerwę?  Jak  ja  ją  rozerwę?!  Nagle
bezradność  zastąpił  jakiś  niezrozumiały  szał.  Kurwa!  Jeśli  zabryzgał  mnie  mózg  tego  wszarza,  jeśli
zalała  mnie  jego  krew,  jeśli  leżę  gębą  przy  jego  parchatych  trzewiach  to,  kurwa  mać,  rozerwę  tę
powięź i zeżrę tę wredną wątrobę! Chude palce zadziałały jak gwoździe wbijając się w gorący miąższ.
Za chwilę trzymałem wyrwany organ i wgryzałem się weń wszystkimi zębiskami.

- Ehem... - odchrząknął maleńki krasnoludek stojący na brunatnym daniu. - Uważaj na pęcherzyk

żółciowy. Nie jedz go i nie pij żółci.

Zrobił  do  mnie  perskie  oko  i  znikł.  Oderwałem  płat  od  zębów  i  obejrzałem  go.  Łatwo  powiedzieć.

Tylko  w  atlasach  zaznacza  się  pęcherzyk  na  żółto.  Jest.  Chwyciłem  go  i  oderwałem  od  reszty.  Na
koszulę  polała  się  zielona  substancja.  Pieprzyć  ją,  myślałem,  żrąc  czerwony  miąższ.  Kiedy
skończyłem, obróciłem się w drugą stronę i spojrzałem prosto w oczy kolejnego szczura szczerzącego
ciemnopomarańczowe  kły.  Za  nim  majaczyło  jeszcze  kilkanaście  włochatych  cieni  zwabionych
zapachem  uczty  Pistolet  wciąż  leżał  za  moimi  plecami,  po  stronie  rozdartego  gryzonia.  Nie  miałem
wyboru.  Błyskawicznie  wyciągnąłem  lewą  rękę  do  gardzieli  bestii,  a  prawą  po  broń.  Włochacz  był
bardzo zwinnym i silnym stworem. Podrapał mi twarz, pierś, ręce i szyję, zanim go zastrzeliłem. Oczy
nabiegły mi krwią. Podniosłem się, chociaż całe moje ciało zawodziło, żebym tego nie robił, zupełnie
jak greckie płaczki, staruchy ubrane w czarne suknie. Odtrąciłem ich wizję, machnąłem ręką i obraz
się rozwiał. Poczułem żądzę mordu i znów obnażyłem zęby Może pisane mi umrzeć, może zginę w
tym  strasznym  świecie,  ale  nie  bez  walki.  Bo  człowiek,  do  kurwy  nędzy,  jest  najgroźniejszym  z
drapieżników! Podniosłem broń dygoczącą ręką i zacząłem strzelać na oślep. Otoczyły mnie gejzery
kurzu,  gruzu  i  posoki.  Nie  wiem,  kiedy  przestałem.  Jakby  urwał  mi  się  film.  Gdy  tuman  opadł,
zobaczyłem, że ubiłem siedem sztuk, reszta uciekła. Na klęczkach, z rosnącą wprawą wypatroszyłem
sześć okazów i pożarłem ich wątroby. Gdzieś W pamięci majaczyło, żeby nie tykać trzustki, śledziony
i  nerek.  Serca  bym  nie  pogryzł,  a  płuca  były  zapylone.  No,  zostawały  jeszcze  mózgi,  z  pewnością  '
bogate w cenne substancje, ale nie mogłem się przemóc.

Gdyby ktoś mnie wtedy zobaczył, pomyślałby, że widzi wilkołaka pożerającego ofiary. Kończyłem

ostatnią porcję, kiedy usłyszałem odgłos policyjnych syren. Ktoś dostrzegł błyski wystrzałów.

Przeklinając,  rozdzierając  ubranie  i  skórę,  wczołgałem  się  w  najbliższą  klatkę  schodową.  Pojazd

pozostał na poziomie średniego miasta. Przez chwilę wisiał nad zmasakrowanym stadem szczurów,
zakołysał  się  i  odleciał.  Zastanawiające,  kołatało  mi  się  w  chorej  głowie.  Skoro  nie  wylądował,  żeby
zbadać  sytuację,  widocznie  zdarzają  się  tutaj  takie  rzeczy.  Policja  chyba  nie  ingeruje  w  sprawy
poziomu  zero.  Wniosek  był  jasny  i  przerażający:  mieszkają  tu  jacyś  ludzie  nie  objęci  prawami
społeczności Warsaw City. Przypomniałem sobie postać, którą widziałem z okna dwa dni wcześniej.

***

-  Przerywamy  wiadomości  sensacyjną  informacją.  Rzecznik  prasowy  Mobillenium  Ltd.,  Jeremiasz

Hal,  poinformował  na  zwołanej  przed  godziną  konferencji  prasowej,  że  jego  firma  ukończyła
terraforming  planety  Gaja  krążącej  wokół  gwiazdy  Sigma  Draconis  oddalonej  od  naszego  Słońca  o
niespełna  dziewiętnaście  lat  świetlnych.  Nasze  podejrzenia,  że  firma  już  dawno  opracowała
technologię  produkcji  silników  Mirova,  okazały  się  słuszne.  Sprawa  w  trybie  pilny  stanęła  na  forum
senatów Wolnej Europy, Wolnych Stanów Ameryki, Federacji Oceanu Spokojnego i Indyjskiego oraz
Matki Rosji. Chociaż prawo ziemskie od roku dwa tysiące sto sześćdziesiątego pierwszego uwzględnia

background image

- 89 -

możliwość  kolonizowania  nowych  światów  i  szczegółowo  opisuje  procedury  zaludnienia,  podziału
terytorialnego  i  tworzenia  struktur  administracyjnych,  nikt  nie  spodziewał  się  tak  nagłej  nowiny.  Glob
zmodyfikowaliśmy  gratis  -  twierdzi  Jeremiasz  Hal  -  wszystko  jest  przygotowane  do  zasiedlenia:  jest
tlen, liczne bezpieczne gatunki fauny i flory gwarantują stabilny ekosystem zbliżony do tego, w którym
bytowali  nasi  dziewiętnastowieczni  przodkowie.  Zapewniamy  własnych  ekologów  i  geologów  oraz
logistyków i socjologów. Rządy państw mogą kupować gotowe statki emigracyjne bądź je czarterować
i  wysyłać  przedstawicieli,  ambasadorów,  członków  nowych  rządów  oraz  obywateli.  Kto  ma  więcej
pieniędzy,  ten  lepszy  -  dodaje  ze  śmiechem  rzecznik  Mobillenium.  O  postanowieniach  posiedzeń
senatów poszczególnych krajów będziemy informować na bieżąco.

Nasuwa  się  jednak  kilka  pytań:  gdzie  została  zbudowana  machina  terraformująca,  która  zmieniła

oblicze Gai? Pod ziemią? VV pasie asteroidów? Czy możliwe, by zniknięcie tak istotnej struktury nie
zostało przez nikogo zarejestrowane? Jakie jeszcze niespodzianki kryje korporacja transportowa? I co
najważniejsze:  jeśli  Mobillenium  zastosowało  tak  złożoną  strategię  marketingową,  co  ukrywają  inne
firmy?  Nazywam  się  Jagna  Randal,  oglądacie  wieczorny  serwis  Global  Network  News,  wracamy  do
przerwanej korespondencji z Brukseli...

***

Gdy  policjanci  odlecieli,  wypełzłem  na  czworakach  z  klatki  schodowej  i  przysunąłem  się  do

krawędzi budynku. Natychmiast się cofnąłem, serce zatrzepotało w chudej piersi. Szli do mnie ludzie.
Nie wiem, czy ludzie, widziałem ich przez ułamek sekundy: jakieś pochylone postacie w łachmanach,
na  oczach  urządzenia  optyczne,  prawdopodobnie  noktowizory...  Rany  boskie!  Musiały  ich
zaalarmować moje strzały i zapach padliny! Podniosłem się i rzuciłem do ucieczki, lecz jakie miałem
szanse, skoro ledwie powłóczyłem nogami?

I wtedy zza rumowiska, do którego się niezdarnie kierowałem, wyprysnął jakiś smukły mechaniczny

 kształt.  Był  to  dziwny  antygrawitacyjny  skuter  z  jeźdźcem  na  pokładzie.  Za  plecami  słyszałem
pokrzykiwania:

- Stoj, brodniarzu!
- Karwa juciuknie!
- Rabak, bierz go, choja!
Mobil  zbliżył  się.  Dosiadał  go  drobny  mężczyzna  w  pelerynie  pomalowanej  w  ochronne  barwy.

Wyciągnął  do  mnie  rękę,  szarpnął  i  pomógł  się  usadowić  za  sobą.  Ruszył  na  pełnym  ciągu  wśród
zawodzenia  dzikusów.  Minęliśmy  ich  w  odległości  metra.  Humanoidy  z  czarnymi  gębami,  czarnymi
włosami,  w  czarnych  noktowizorach...  doskonale  wtapiali  się  w  otoczenie.  Wymachiwali  łapskami  i
industrialnymi  odpowiednikami  maczug.  Za  moimi  plecami  uniosło  się  miękkie  oparcie.  Z  ulgą
rozluźniłem mięśnie i wtuliłem się w podtrzymujące poduchy.

- Co tu robisz? - krzyknął kierowca.
- Szukam... Shadow Zombies! - odkrzyknąłem tak głośno, jak umiałem.
Jeździec roześmiał się.
- Więc nasze ścieżki się skrzyżowały!
Jakie szczęście, że wielkie organizacje rozsyłają zwiadowców. Dawniej złościłem się, gdy dopadał

mnie przedstawiciel którejś z nich. Tym razem byłem za to nieopisanie wdzięczny.

***

Czy  widziałeś  siebie  samego  na  łożu?  Twoje  ciało  leży  godzinami,  dniami  i  nocami,  całe  dziesięć

dni.  Przyjrzyj  się.  To  typowy  gracz  po  tygodniu  przebywania  w  sieci.  Widzisz  kurz  pokrywający  jego
twarz  i  kombinezon?  Ty  wyglądasz  podobnie.  Mówisz,  że  używasz  łoża?  To  nie  łoże.  To  katafalk.
Jesteś  żywym  trupem.  Tylko  udajesz,  że  żyjesz.  Życie  to  realium.  Twierdzisz,  że  nie  stać  cię  na
bezmózga?  Mylisz  się!  Masz  szansę!  ElektroBank  udziela  niskooprocentowanych  kredytów  na
bezmózgi! ElektroBank. Zajrzyj na naszą stronę. ElektroBank. Podejmij wyzwanie.

***

Gdy  jeździec  zatrzymał  pojazd,  wskazania  omnika  informowały,  że  znajdujemy  się  gdzieś  pod

Sadybou.  Niedaleko  majaczył  niczym  się  nie  wyróżniający  mieszkaniowiec.  Przemogłem  śmiertelne
znużenie i zerknąłem przez ramię towarzysza. Sprawdzał jakieś odczyty... Szczególnie zwracało jego
uwagę  okno  podobne  do  radaru.  Wydawało  się  puste.  Wcisnął  jakiś  guzik  i  otwarła  się  pod  nami
kwadratowa  przepaść.  Wydałem  z  siebie  słaby  okrzyk,  skuter  zapadł  się  w  ciemność...  którą  nagle

background image

- 90 -

wypełnił  oślepiający  blask.  Chciałem  zasłonić  oczy,  ale  omdlała  ręka  nie  miała  siły  się  unieść.
Przymknąłem powieki. Kiedy ostatni raz widziałem światło? Chyba... Dwa dni temu.

- Gandalf, stary szperaczu, widzę, że coś przytaszczyłeś. - Usłyszałem czyjś głos.
- Nasze ścieżki skrzyżowały się pod północnym śródmieściem. Przywiozłem go, bo mówił, że nas

szuka.

- Czyżby był tym, na którego czekamy? Nigdy nie przestaną mnie dziwić zapisy kreatora.
-  Wydaje  się  osłabiony,  jest  cały  brudny  od  krwi.  Myślę  jednak,  że  to  nie  jego  posoka,  tylko

kąsaczy.  -  Umyjemy  go,  nakarmimy,  a  potem  wysłuchamy  opowieści,  to  znaczy  jeśli  została
uwieczniona.

- Dobrze mówisz, Jukundzie.
- Tak było przeznaczone.
Roześmieli  się.  Poczułem,  że  Gandalf  zsiada  z  pojazdu.  Chwyciły  mnie  krzepkie  ręce.  Lekko

uniosłem  powieki.  Co  za  czyste,  ładne  wnętrze!  Luksusowe!  Tutaj?  Pośrodku  Hadesu?  Zamknąłem
oczy  i  znowu  otwarłem.  Znajdowałem  się  w  jakimś  białym  pomieszczeniu.  Drugi  mężczyzna  ubrany
był w kremowe szaty Trzymali mnie pod pachami i pomagali iść. Dotarliśmy do windy.

-  Te  jego  ubrania  -  Jukund  zerknął  na  mój  garnitur  -  to  jakieś  drogie  egzemplarze.  Widzisz,  jak

trawią i usuwają brud?

- Rzeczywiście.
- Skąd taki bogacz znalazł się w undercity?
Gandalf roześmiał się.
- Drogie odzienie nie implikuje bogactwa!
- Twoja ścieżka zawsze mnie intrygowała.
- Mówisz o inteligencji, prawda?
- Jeśli wolisz...
Przez chwilę słyszałem tylko cichy szum windy, własny ciężki oddech i łomotanie serca.
- Czekaj - odezwał się stojący po lewej stronie Jukund. - On ma jakąś broń... Lepiej ją wyciągnę.
Zanim zdążyłem go ostrzec, dotknął rękojeści.
- Jauć
Stojący po prawicy Gandalf zachichotał:
- Inteligencja czy przeznaczenie, czasem warto, pomyśleć, nieprawdaż?
- Kreator bywa okrutny.
- Skoro ma takie drogie ciuchy, broń prawdopodobnie też jest ekskluzywna i nie przyjmuje obcego

dotyku. Widzisz ten omnik? W życiu nie widziałem podobnego modelu.

Winda  zatrzymała  się.  Znaleźliśmy  się  w  wielki  kolorowym  holu.  Wyglądał  zupełnie  jak  centrum

rozrywek.  Holorzeźby,  panoramiczne  okna  z  widokiem  grondowego  lasu,  wielki  basen  pośrodku...
Kąpali się w nim weseli plażowicze. Wybałuszyłem oczy. Gdzie ja jestem!? Mój Boże... Nie, to chyba
halucynacje...

U  naszych  stóp  pojawiło  się  stadko  krasnali:  skrzaty  pospiesznie  rozebrały  się  i  pogalopowały  w

stronę kąpieliska.

- ...w istocie zagadkowa jest jego ścieżka - wychwyciłem koniec wypowiedzi Jukunda. - Ten pokój

będzie dla niego w sam raz.

Puścił moje ramię i stanął naprzeciwko. Za nim bieliły się drzwi z holonumerem „555".
- Rozumiesz moją mowę? - spytał. Skinąłem głową.
- Nazywam się Jukund Erey. Jesteś osłabiony...
O, naprawdę? Chciałem się ironicznie uśmiechnąć, ale wargi mnie nie słuchały.
- ...potrzebujesz pomocy. Gandalf - zerknął na mężczyznę w ochronnej pelerynie - wprowadzi cię

do pokoju, pokaże łazienkę i urządzenia. Za chwilę przyjdzie ktoś z obsługi, kto cię nakarmi i pomoże
się umyć. Przyślemy też lekarza. Nie obraź się, ale postawimy na straży żołnierzy. Proszę, żebyś nie
opuszczał tego pokoju, dopóki nie porozmawiamy. Czy mnie rozumiesz?

Zamrugałem, że tak.
- Dzikkuję - wybełkotałem.
- Tak było przeznaczone - odparł pogodnie i poklepał mnie po ramieniu.

***

Ledwo Gandalf usadził mnie na obszernym łożu, do pokoju wbiegł chudy, łysy jegomość w białym

kitlu. Chyba na chwilę straciłem przytomność. Ocucił mnie głos jeźdźca:

- To jest ten człowiek, Albercie.
- To widzę! - krzyknął przybysz. - Dlaczego jest taki pokrwawiony?!
- Chyba kąssacze...

background image

- 91 -

- Jak to: chyba? Jak to kąsacze? Mówisz to tak spokojnie?!
- On miał broń i na pewno sobie poradził...
- Nie widzisz, że jest podrapany?
Lekarz zdjął ze mnie marynarkę.
 - Sssą. Ślady zębów jadowych!
To te szczury miały zęby jadowe?
- Sssso to za pisstolet?!
- Nie dotykaj!
- Au! Pssiakrew! Weź, kopnij go!
- Jużi. To persssonalny jakiś gnat...
Postarałem się utrzymać wzrok na lekarzu. Jego obraz trochę się zamazywał.
- Nazywam się Alfred Ant - powiedział. - Jezdem lekarzem, zbadam cię.
- Lekarzunio! - odezwał się krasnal w żółto-fioletowe poziome paski, skaczący na pościeli. A nie, to

nie krasnal był. To dwóch kraznali było. Robali. To był robal. Jednak. - Jakżże się cieszzę! - Zaczął
ściągać spodnie. Ddo baddania.

- Sso ten łyssol tu robi? - spytała obrażona blondyna, wyłaniając się ze ściany Dwie głowy miała i

strasznie gruba była. Taka trochę burdelmamama. - Sso on si robi? Cię dotyka? - prychnęła.

Zwidy chyba jednak znikały pod wpływem alkoholu i adrenaliny. Dlatego teraz, gdy się rozluźniłem,

pojawiły  się  znowu.  Odbiło  mi  się  wątrobą  szczura:  Okropne  uczucie...  Na  chwilę  zapadłem  w
niekontrolowany  sen.  Ktoś  mi  rozwarł  powieki.  Alfred  pochylał  się  nade  mną  i  zaglądał  w  oczy
Szeroko  rozwierał  powieki...  Zdjął  mi  koszulę.  Coś  prześwietlał  jakimś  aparacikiem...  Zajrzał  mi  do
gęby.

- Dlaszego on ma krrrew w usstach?
- Niefiem...
Spojrzał na mnie.
-  Possłuchaj  uważnie  -  trochę  mną  potrząsnął  i  ożywiłem  się.  -  Dlaczego  masz  krew  w  ustach?

Jadłeś coś?!

- Wdrby - wydukałem.
- Co?! - znowu mnie szarpnął. - Postaraj się trochę wyraźniej!
Zebrałem wszystkie siły.
- Wątrby. Żdżurów.
- Wątroby szczurów?!
Skinąłem głową.
-  Rany  bosskkie!  Nie  dość,  że  go  nafaszzzerowały  neurotoksyną  z  zębów,  to  jeszzcze  wątroby!

Czyssta trusssizna! Jego mózzzg moszzze nie wytrzzyymaśśś!

No i pięknie.
- Ttto fdodatku nie tfoje ssiało?! - dopytywał się.
Skinąłem  jeszcze  raz  głową.  Powstrzymał  przekleństwo  i  odszukał  na  moim  przedramieniu

nanowtyczkę.

- Jesteś graszzem?! To dobrze. Łatwiej będzie ci podaśś...
Podbiegł do lodówki ukrytej w ścianie. Znów na chwilę straciłem przytomność. Odzyskałem ją, gdy

mocował  w  zaczepie  łóżka  nieznany  zbiornik  infuzyjny,  dwukrotnie  większy  od  standardowych.
Podłączył cienki przewodzik do mojego ciała. I wstrzyknął coś do tego zbiorni...

Tym razem na dobre zapadłem w otchłań pełną niespokojnych mar. Leciałem w czarną przepaść,

wzdłuż skalnych występów, ostępów, rozstępów, grywstępów... Czarno, czarno, czarno, czarno...

***

- Nasz stały sieciowy korespondent, Cal Galahad, dostarczył dzisiaj niepokojące wiadomości. Sam

nie może ich przedstawić, bo jest zaangażowany w WWW, czyli Wielką Wirtualną Wojnę, która toczy
się na terenie gry Crying Guns. Według ostatnich odczytów znajduje się w pobliżu południowej dolnej
przeciwstraży fortu Ironstone i atakuje broniące jej bestie wraz z doborowym klanem „Dark Eagles".
Według  jego  doniesień  niektórzy  z  graczy  zaangażowanych  w  WWW  bez  żadnych  racjonalnych
przyczyn  przestali  się  pojawiać  w  szeregach  walczących.  Co  więcej,  zniknęli  również  z  własnych
realnych  mieszkań.  Jego  dociekania  zdaje  się  wskazywać,  że  kilku  bądź  kilkunastu  organicznych
graczy  straciło  życie  podczas  zmagań  z  bestią,  wypadki  te  były  jednak  maskowane  przez
odpowiednie działania ze strony zoeneckiej Virtual Security Agency. Jak mogło do tego dojść, skoro
serwery  gier  usunęły  reprezentację  czuciową  poważniejszych  urazów?  Coś  je  regularnie  odnawia  -
twierdzi Cal - można też odnieść wrażenie, że gracze, którzy znajdują się za blisko bestii, zaczynają
dziwnie  się  zachowywać,  zupełnie  jakby  znaleźli  się  pod  wpływem  środków  narkotycznych  -  to  jego

background image

- 92 -

ostatnie słowa. Czyżby zoenecka Agencja Wirtualnego Bezpieczeństwa traciła kontrolę nad światami?
Mówi Jagna Randal, Global Network News, serwis sieciowy po reklamach. Zostańcie z nami.

***

- Nazywam się Harold Alland. Jak się czujesz, młody człowieku? - zapytał szpakowaty mężczyzna..

w średnim wieku, siadając na śnieżnobiałym puchatym fotelu w rogu pokoju „555".

Sufit  pomieszczenia  przebiła  wielka,  sinawa,  skalna  ręka  tytana.  Szukał  mnie.  Sękate  łapsko

gmerało,  szperało,  obmacywało  pokój.  Wcisnąłem  się  w  poduszkę.  Alland?  Harold  Alland?  Czyżby
ojciec Steffi Alland?

- Dziękuję za gościnę. Czuję się dobrze - wycisnąłem słowa z ust, jak archaiczną pastę do zębów z

metalowej tubki.

Trochę  mnie  peszyła  cała  ta  aparatura  (medyczna  chyba)  rozstawiona  dookoła.  Podejrzane,

podejrzane...

- A psychicznie?
Skąd  wiedzą?  Pewnie  wygadałem  się  podczas  rekonwalescencji.  Albo  mikrofony.  Głośniki.

Aparatura.  To  Alfred  Ant.  Szpieg.  Trzy  doby  w  jego  towarzystwie.  Z  pewnością  dostrzegł  moje
spojrzenia i ruchy, kiedy opędzałem się od wrogów i molestatorów.

- Już dobrze.
- Dobrze, panie bobrze - potwierdziła chmura siarkowych gazów unosząca się w piątym wymiarze. -

Świetnie - Harold uśmiechnął się. - Pozwolisz zatem, że zadam ci kilka pytań.

Mają do tego pełne prawo. Korzystam z ich gościny, poznałem lokację siedziby, a oni ciągłe nic o

mnie  nie  wiedzą.  Sam  się  zaskoczyłem  tak  przejrzystym  wywodem.  Ktoś  mi  go,  kurwa,  nasłał  do
głowy.  Rozejrzałem  się  za  nadajnikami.  Gniazdko  w  ścianie.  Będę  musiał  później  rozkręcić.
Uśmiechnąłem się przymilnie:

- Proszę.
-  Uważaj,  bracie  -  w  drugim  rogu  pokoju  zmaterializował  się  Lee  Roth.  Był  srebrzysty,  jakby

przyprószony  brokatem,  otoczony  rojem  migotliwych,  pięcioramiennych  gwiazdek.  Ledwo  go
widziałem. - Uważaj - syknął i wyciągnął połyskliwy, roztrojony jęzor, który zaczął tak świdrować, tak
łajdaczyć, tak majdrować w całym pomieszczeniu, że przestałem cokolwiek widzieć.

Przetarłem oczy. Demon zniknął.
-  Najpierw  ustalmy  personalia  -  odezwał  się  mężczyzna.  -  Nie  masz  przy  sobie  karty

identyfikacyjnej. Nie wiemy, jak się nazywasz.

Na  kołdrze  spał  sześcionogi  kot.  Zerwał  się  na  równe  nogi  i  rozwarł  najeżoną  złotymi  zębami

paszczę.

- Nie mów! Nie mów!
Przeanalizowałem sytuację. Prosta nie była. Ale agent Taymore radził sobie w gorszych i wychodził

na swoje... Grajmy w tę grę. Zrobiłem przepraszającą minę i odezwałem się:

-  Wybacz,  Haroldzie,  ale  zanim  cokolwiek  o  sobie  powiem,  muszę  się  dowiedzieć  kilku  rzeczy  o

was.

Zrobił zdziwioną minę. Dobry aktor. Doobry aktor.
-  Jestem  w  waszej  mocy  -  ciągnąłem  -  jeśli  okażę  się  wrogiem,  szpiegiem,  człowiekiem

niepożądanym, możecie mnie nawet zabić.

Skrzywił  się  z  niesmakiem.  Zerknąłem  na  drugiego  siebie  siedzącego  obok,  w  tej  samej  pozie.

Milczał.  Spojrzałem  w  niebo.  Nic.  Norma.  Ajpokalipsa,  kłęby  dymu  i  błyskawice.  I  pankreator  coś
pierdoli.

- Zatem - podjąłem, starając się przybrać rzeczowy ton - czym są Shadow Zombies?
Obłok  wokół  jego  głowy  zawirował.  Aha,  to  tam  też  diabły  z  aniołami  walczą.  Aha...  Zadałem

złożone pytanie, na które odpowiedź wymagać będzie wysiłku. Zagiąłem ptaszka. Potarł skronie:

-  Gandalf  mówił,  że  znałeś  nazwę  naszej  organizacji.  Teraz  dowiaduję  się,  że  nie  masz  pojęcia,

czego szukałeś.

Coś we mnie pękło. Zadygotałem, gdy otoczyły n skwierczące błyskawice, ściany zniknęły, tytany

szły  z  podziemi,  leżałem  na  białej  plamie,  a  dook  kroczyły  bestie,  wcielenia  żywiołów,  siekły  gru
świetliste miecze i pioruny...

- Słyszysz mnie? - dotarł do mnie głos. Głos Harolda Allanda.
Otworzyłem szeroko oczy i zobaczyłem ciekawą iluzję: biały pokój, niby nic, łóżko, na którym leżę,

ściany, dobrze wiedziałem, co za nimi się kryje. Patrzył na mnie mężczyzna. Zebrałem strzępy myśli:

- Steffi Alland... to twoja córka? Podwójna agentka w szeregach zoenetów?
Ale mi się zgrabnie powiedziało. Byłem z siebie dumny Jego oblicze pojaśniało.

background image

- 93 -

-  Mówiła,  że  pojawisz  się  w  undercity.  Przeczesujemy  teren  od  kilku  dni.  Torkil  Aymore,

nieprawdaż?  Całe  moje  ciało  wyprężyło  się,  jak  porażone  prądem.  Torkil...  Torkil.  To  słowo
prostowało coś w głowie, wygładzało szlaki, złote drogi biegnące przez lasy ku świetlistym zamkom,
ku  zachodzącym  słońcom,  ku  świątyniom  tajemniczym...  Jak  dawno  nie  słyszałem...  tego  słowa...
Swojego... imienia! Imienia! Imienia! Przemogłem sztywność karku i skinąłem głową.

- We własnej osobie - wydukałem - ale... - zlustrowałem patykowate ręce odchodzące od tułowia -

nie we własnym ciele.

-  Tak  jak  w  przepowiedni.  A  widzisz  moje  myśli?  Przepowiedni?  A,  tak,  przepowiedni.  Przyjdzie

bestia i dziewica... nie, jawnogrzesznica i ten... niosący światło. Lucyfer. I znowu burza, sztorm, łajba
na  kołyszących  falach,  mokro  w  sztormiaku,  mokro  za  kołnierzem,  kto  mnie  tu  postawił?  Psia
wachta...

- Znasz sieciowe proroctwo? - jego głos, jak wielka łapa, wyciągnął mnie z łodzi i włożył do łóżka.

Łajdak.  Coś  jakby  pamiętałem...  Co  on  mnie  tak  przesłuchuje?!  Gówno  mu  powiem.  Pokręciłem
głową. - Muszę przyznać, że mnie... zaskoczyłeś.

Tak,  będę  grał  w  twoją  grę.  Raptem  ogarnęła  mnie  ciemność.  Ocknąłem  się  za  milion  lat.

Odemknąłem powieki jak betonowe odrzwia katakumb. Wszystko pamiętałem.

- Czy mógłbyś - potarłem niby ze wstydem kark - przypomnieć tę przepowiednię?
Agent ze mnie był wyśmienity Nic się nie zorientował. Wyszczerzył mlecznobiałe zęby.
-  Ależ  oczywiście.  Znamy  ją  na  pamięć,  bo  tu  w  ogóle,  jak  zauważyłeś,  dość  religijny  nastrój

panuje. Tak, przejrzałem wasze podłości.

- W istocie...
- O tym później. Znamy ją, bo wierzymy, że opowiada także o nas. Posłuchaj:
W świecie, którego nie ma
Pojawią się ziarna zniszczenia
Które urodzą w zaświatach bestię
I pojawi się człowiek
W nie swoim ciele
Widzący cudze myśli
Który zstąpi do tych
Co wstali z martwych
I pokona nieprzyjaciela
Bo będzie mu znany
Logarytm Algorytmu
Mózgu Antagonisty
Teraz sobie przypomniałem. Rzeczywiście była taka przepowiednia.
-  Ładna  -  przyznał  Lee  przysłuchujący  się  całej  rozmowie,  zasłaniający  płaskim  cielskiem  całe

brunatne niebo, na którym szalała bitwa między Bezbolesnymi i Sprawiedliwymi, kurwa mać.

- Teraz część można już zinterpretować, prawda? - spytał Alland.
Tak, tak, można zinterpretować, mały, głupi człowieczku.
-  Tak  się  zdaje  -  zgodziłem  się.  Trzeba  się  zgadzać.  -  „Ziarna  zniszczenia"  to  wirusy  Teraz

przekształciły się w „Bestię".

- Człowiek w nieswoim ciele to z pewnością ty.
-  Pewnie  tak  -  cmoknąłem.  Trochę  prawdy  nie  pozwoli  mu  podejrzewać,  że  coś  zatajam.  -

Zstąpiłem do undercity i poznałem... zombich, czyli tych, co wstali z martwych.

- No właśnie - rozpromienił się Harold. - Jak widzisz, jesteś oczekiwanym wybawicielem.
A  tak.  Wybawiciel  to  ja.  Wszystko  jasne.  Tylko  że  to  wy  jesteście  zdrajcami.  Nie  wybawię  was.

Zmrużyłem oczy i rozciągnąłem usta w bladym uśmiechu. - Tylko nie to.

Wstał z fotela i klepnął mnie w ramię. - Dasz sobie radę. Pomożemy ci.
Kiedy  wyszedł,  mogłem  już  robić,  co  chciałem.  Skręciłem  się  więc  jak  ślimak  w  spazmie

straszliwego bólu. Oj, oj.

***

- Konsternacja w sieci. Rzecznik prasowy VSA, Ubald Oil, oświadczył w oficjalnym wystąpieniu dla

sieci Sky News, że w ciągu ostatnich miesięcy podczas starć z ewoluującą Bestią doszło do zgonów
dwudziestu  graczy.  Hojne  zadośćuczynienia  wypłacane  poszkodowanym  rodzinom  przez  zoeneckie
władze sznurowały im usta, lecz teraz VSA samo postanowiło prosić o pomoc. Chociaż serwery gier
usuwają  reprezentację  czuciową,  wirusy  przywracają  ją  i  tworzą  coraz  nowsze  zabezpieczenia.  W
kilkudziesięciu grach udało się ograniczyć działalność cyfrowych bestii, lecz największym problemem

background image

- 94 -

jest  świat  Crying  Guns,  a  zwłaszcza  fort  Ironstone.  Doniesienia  Cala  Galahada,  dziennikarza  Global
Network  News,  okazały  się  prawdziwe.  Gracze  nie  tylko  narażeni  są  na  typowe  urazy,  ale  także  na
dziwny  rodzaj  hipnozy,  która  przedziera  się  przez  standardowe  zabezpieczenia,  osoby,  które  zbyt
długo  obcowały  z  potworami,  wychodzą  z  gry  i  znikają  w  tajemniczych  okolicznościach.  Obawy
wyrażane niejednokrotnie na falach sieci GNN okazały się słuszne: VSA straciło kontrolę nad sytuacją.
Oczekujemy  pomocy  ze  strony  rządów  oraz  firm  elektronicznych  -  mówi  Ubald  Oil.  -  Bestia  jest
większym  zagrożeniem,  niż  dotąd  się  wydawało,  jej  algorytmy  wyprzedzają  nasze,  obawiam  się
również - dodaje - że w innych grach przeciwnik tylko się przyczaił.

Mamy  informację,  że  do  siedziby  VSA  wpłynęły  pierwsze  odpowiedzi  od  rządu  Wolnej  Europy  i

Matki  Rosji.  O  dalszych  losach  sieci  będziemy  informować  na  bieżąco.  Nazywam  się  Matylda
Aslaksen, oglądacie państwo „Co nowego w sieci". Global Network News.

***

-  Haroldzie,  dzieje  się  z  nim  coś  niedobrego.  Neurotoksyny  kąsaczy  powinny  przestać  działać,

dałem  mu  antidotum  cztery  dni  temu.  Okres  półtrwania  trucizn  z  wątrób  tych  wszarzy  wynosi  sześć
godzin.

- Mów do mnie po ludzku.
- Czekaj, sprawdzę, czy śpi... Tak. Widzisz ten hologram? Zrobię zbliżenie... O, synapsy. Zaczęły

dziwnie funkcjonować.

- Czyli co? Nie rozumiem.
- Zażył infigen bez płynów odżywczych. Pokąsały: go szczury. Zjadł ich wątroby Obawiam się, że to

było za dużo dla jego mózgu i dzieje się coś, jakaś reakcja z opóźnieniem, nie wiem, jak ją nazwać.

- Alfred, proszę cię...
- Sieć neuronalna zaczyna się rozpadać.
- No to napraw j ą!
- A ty myślisz, że co ja robię?! Faszeruję go tak, że muszę dodawać enzymy, bo jego wątroba nie

nadążyłaby z metabolizowaniem tego całego gówna.

 - Nie wiem, nie wiem... Moim zdaniem on wariuje.
 - Rzeczywiście dziwnie się zachowuje.
- To obraz mózgu schizofrenika.
- Przestań. Można dla niego jeszcze coś zrobić?
-  Mów  do  niego,  ile  się  da.  Stymuluj  go  głosem,  słowami.  Cała  nadzieja  w  metabolizmie

informacyjnym. W końcu to gamedec.

***

Sieć  wrze  od  oburzonych  głosów  konkurentów  Mobillenium.  Najbardziej  zjadliwy  w  komentarzach

wydaje się Samuel Perdidi, rzecznik prasowy Wings Incorporated, który otwarcie zarzuca rosyjskiemu
molochowi  praktyki  monopolistyczne  oraz  nieetyczne  strategie  marketingowe.  -  Insynuacje  pana
Perdidi są zrozumiałe - ripostuje Jeremiasz Hal, rzecznik Mobillenium - podejrzewam, że gdybym był
na jego miejscu, używałbym jeszcze ostrzejszych sformułowań. Podobnie jak mój biedny kolega, nie
lubię przegrywać.

***

Następnego dnia poczułem się na siłach, żeby wstać. Kontrolowałem sytuację. Nie wygadam się.

Stanę na wysokości zadania. Nie zawiodę pracodawców w niebie i na ziemi. W spacerze towarzyszył
mi  Harold  Alland.  Basen  nie  był  przywidzeniem.  Dobrze  go,  kurna,  widziałem.  Ku  mojemu
przenajgłębszemu rozczarowaniu, nie dostrzegłem w nim żadnych nimf. Pod stopami rozszczepiła się
ziemia. W jeziorze lawy pluskały śmieszne chomiki o czarnych jak antracyt oczkach. Śmiało zrobiłem
krok i poleciałem w afgańską przepaść.

Poczułem, jak podtrzymują mnie czyjeś ręce. - Torkil?! Dobrze się czujesz?!
To test. Testowałem go. Nie zdał egzaminu. Nie zdał. Złapałem go. Skinąłem, że w porząsiu.
- Tylko się potknąłem. - Na pewno?
Wskazałem ręką kierunek. Ruszyliśmy w głąb kompleksu.
-  Możesz  mi  wyjawić  znaczenie  waszej  nazwy?  Shadow  Zombies?  -  spytałem.  Nie  ma  to  jak

klarowność myśli.

- Ja jestem zombi - wypalił.

background image

- 95 -

Zamrugałem niby z zaskoczeniem. Od dawna to podejrzewałem. Zombi jak malowany.
- Nie rozumiem - znów udałem.
Uśmiechnął się z zakłopotaniem. Manipulowałem nim, jak chciałem. Jestem mistrzem manipulacji.

Znów ciemność.

Te jego obmierzłe ręce pod moimi pachami. Won! Won! Won!
- Na pewno dobrze się czujesz?
Co on się tak czepia? W łóżku się zobaczyłem. No nie ma rady Do snu ukołysały mnie białe fale

pościeli.

- Zaburzenie działania synaps w układzie motorycznym.
- Alfred, jeszcze raz odezwiesz się do mnie w tym swoim ...langu i cię zamaluję.
- Nie można ufać, że będzie się bezbłędnie po...szał.
- Rany Boskie, ...ów do mnie jak do debila!
- Wsadź go na wózek dla niepełnosprawnych, bo ci gdzieś znowu upadnie, zresztą...
- No? -…
- …
-O?
- Według skanów niedługo prz...nie w ogóle chodzić. I myśli mu się ...raz gorzej.
- Radź coś.
- Mów do niego.

***

Jechałem se wózkiem, takim inwalidzkim. Pchał mnie ten z szarym włosem na skroniach, ten, no,

Alladyn. Harlequin.

- No tak, kogo obchodzi los jakiegoś odmrożeńca - coś takiego mówił.
Odmrożeńca?  Jak  on  prowadzi  ten  wózek  po  takim  rozfalowanym  morzu?  Hę?  A  jak  on  ominie

tego olbrzyma mrozowego, co stoi, mieczem soplowym wymachuje, brodą siwą poświstuje? A, no to
jest właśnie odmrożeniec.

-  Zombi  to  ludzie  -  mówił  ten  z  tyłu,  ten  Haj  Rold  -  którzy  w  dawnych  czasach,  czyli  w  wieku

dwudziestym i dwudziestym pierwszym... - oj, mógłby się zdecydować, dzień dobry panie prezesie -
...zamrozili  swoje  ciała  zamiast  umrzeć.  Ja  zrobiłem  to  w  roku  dwa  tysiące  piętnastym,  bo  byłem
chory  na  raka  jelita  grubego,  który  w  tamtych  czasach  był  chorobą  śmiertelną.  Nic  z  tego  nie
pamiętam.

Podjechał  do  straszliwych  lodowych  odrzwi.  Otwarły  się  i  statek  wsunął  dziób  w  salę  pełną

stalaktytów i stalagmitów.

- Jak się czuje nasz pacjent? - spytał taki duszek, jakby z wody ukręcony.
Zerknąłem przez ramię. Haj Rold pokręcił smętnie głową.

***

- ...sisz mówić do niego... cały czas... mówić... opowiadaj mu...
- ...so mó mówić?...
 - ...o szeszłości... mówmu... o sobie... osobiste... mówmu... muuuuuuuuuuuuuuuu...
- ...soenesii... a jakby sszzzyfwrósili mu ssssiałooo?
- ...niefiem... mófffff... tonieko...
- ...tajmu... najsiiiilniejszeee... prochiiii...
- ...sssssprópójęęęę... ale... fąąątpięęę... ssskontaktuujjj się ze Ssstefffii...

***

-  Błony  komórkowe  podczas  zamrażania  są  niszczone  przez  kryształki  wody  -  tak  mówił.  Nie

rozumiałem. - Neuronów, niestety, nie omija ten los. Ekstropianie mieli nadzieję, że nauka przyszłości
rozwiąże ten problem i ożywi ich w pełni świadomych poprzedniego życia. - Pokręcił głową. - Tak się
nie  stało.  -  Zmęczony  byłem,  a  on  mówił  i  mówił.  -  Po  rewitalizacji  i  usunięciu  choroby  byłem  jak
niemowlę. Przez kilka lat dorastałem na nowo... w starym ciele. W zwojach mózgu pozostały pewne
ślady,  tkankowa  pamięć,  toteż  wiele  rzeczy  sobie  przypomniałem,  głównie  umiejętności.  Ale  moja
poprzednia osobowość zatarła się niemal zupełnie.

Korytarz. Długi. Długi.
- Z pamiętników - ciągle mówił - filmów i wspomnień zapisanych przez bliskich wywnioskowałem,

że byłem... - zakaszlał - kawałem sukinsyna. Okropnym człowiekiem, którym teraz nie jestem.

background image

- 96 -

Tak, pokiwałem głową.
-  Złapałem  się  na  tym  -  mówił  -  że  nie  mogłem  zaakceptować  rzeczywistości  rynkowej:  jej

przemocy  i  brutalności.  Odsunąłem  się  od  krewnych,  praprawnuków  i  jakichś  zupełnie  obcych
pociotków, prowadziłem pustelnicze życie. Przez długi czas myślałem, że jestem samotny w swoich
przemyśleniach. - Nie rozumiałem. Nie rozumiałem. - Kiedy jednak wszedłem w sieciową społeczność
odmrożeńców, dowiedziałem się, że ich odczucia są podobne. Zaczęliśmy się spotykać, dyskutować.
Stworzyliśmy  na  własny  użytek  termin  „syndrom  odmrożeńca",  który  charakteryzuje  się  wzmożoną
wrażliwością, wyjątkową nietolerancją niesprawiedliwości i naiwną wiarą w drugiego człowieka.

Wepchnął. Mnie. Jeszcze większa hala. Sala taka. Las pod niebem. Ptaki. Taki... mieły dźwięk.
-  Nazwaliśmy  siebie  żartobliwie  „zombi",  ożywieńcy  -  mówił.  -  Wszyscy  byliśmy  bogaci,  więc  po

kilku  latach  znajomości  postanowiliśmy  zawiązać  podziemny  front,  przeciwwagę  dla  globalistów.
Ciemności... wreszcie.

***

-  Oficjalne  stanowisko  wobec  sieciowych  wydarzeń  zajął  Watykan.  Bestia  jest  jedną  z  wielu  form

obecnego  w  naszym  życiu  szatana,  rex  mundi  -  twierdzi  papież  Eleonora  Jadwiga  III  -  jedną  z  mar,
która  odciąga  od  najważniejszego  celu  w  życiu  pobożnego  człowieka.  Nie  możemy  zapominać,  że
ostateczne zbawienie czeka wiernych nie w sieci czy realium, ale w niebie, płaszczyźnie nieskończenie
bardziej atrakcyjnej niż życie doczesne, biologiczne czy wirtualne. Płaszczyźnie, co chcemy podkreślić,
realnej.  Pojawienie  się  formy  Nieprzyjaciela  w  grach  jest  znakiem  ostrzegawczym:  uważajcie,  dokąd
zmierzacie.  Nie  sądzimy,  żeby  narodziny  Bestii  były  prawdziwym  zstąpieniem  Belzebuba,  tak  jak
głoszą  Technochrześcijanie  i  Kościół  Ostatecznego  Wcielenia  Jezusa  Chrystusa.  Nie  uważamy
również,  że  cyfrowe  wirusy  zapowiadają  koniec  świata,  jak  chcą  Świadkowie  Apokalipsy.  Nie  należy
jednak jej obecności lekceważyć, jest bowiem faktem nie tylko fizycznym,ale także psychologicznym,
filozoficznym i symbolicznym.

Oglądacie poranne wiadomości Warsaw City, nazywam się Erica von Braun. Przegląd prasy...

***

- ...dgenerujeeee... sie... jegooo... nuronyyyy... sie... rująąą...
- ...rób ssssośśśś...
- ...kłępokie... szzucie... teszz się ssabuszaaa...
- ...ratujjj... koooo...
- ... lfret... ratuj... kooo...
- ...hrold... on... nieeee... maaa…szzzaansss .
 - ...szzzessstańńń!!!
- ...ssssud... tylko... ssssud...

***

Upłynęł...y  dni.  Codzien...  nie  jadłem  tablet.  Jakieś.  Nie  liczył...  em,  ich  zjadłem  ile.  Jechał...em

wózk, pchał Raland. Opowdał histor swoj żyć. Głow miał...em pod pach. R...ce w pachwin. Ach. Ng
nie miał. ..em.

-  Jestem  właścicielem  firmy  Ground  Cleaners  Ltd.  -  dźwięk  wyd...  wał.  -  Piętnaście  lat  temu

zawarłem  kontrakt  z  władzami  Warsaw  City  na  usunięcie  blokowisk  w  undercity.  Uznałem,  że  to
świetna okazja, by stworzyć podziemne centrum dowodzenia, skryte w cieniu.

Sala, znajma.
- Stąd się wzięło „shadow" w nazwie, ale nie tylko stąd - móf ..ił. - Zgodnie z greckim przysłowiem:

„Chodź  w  cieniu"  nie  ujawniamy  się.  Tylko  marny  gracz  pokazuje  swój  potencjał,  przegrupowuje  się
na oczach innych, afiszuje, no, chyba że jest marionetką lub wabiem. Dobry trwa w ukryciu: udaje, że
go, nie ma, steruje wydarzeniami w sposób niezauważalny...

Zatrzym...ał. Wóz. Spogladywał. Bystry oko.
 - Jesteś dobrym graczem, Torkilu?
 Skrzywił...em się. Nierozum.
-  Pewnie  dziwisz  się,  jakim...  cudem  nikt  nas  nie  wykrył?  Myślisz,  że  taki  kompleks  musi  być

widoczny dla prześwietleń...

Nnie wiem. Nie wiem.
- A skąd wiemy, że myślimy, a nie „nas coś myśli"?

background image

- 97 -

Bstrakcja. Mlarstwo. Bstrakc...yjne.
- Wcale nie jestem pewien, że żyję. Może właśnie umieram i mój mózg reprodukuje całe życie, a

że  przepływy  czasowe  w  odtlenionym  centralnym  układzie  nerwowym  ulegają  zachwianiu,  każda
realna sekunda rozciąga się do miesięcy? Żyjemy w czasach wielkich informatycznych oszustw. Fale
stały  się  namacalne,  możemy  je  niemal  obracać  w  palcach,  odkształcać,  robić  z  nimi,  co  chcemy  -
Br...dził. - Cóż z tego, że przeciwnik prześwietli nas swoimi elektromagnetycznymi czy grawitacyjnymi
mackami  o  dowolnej  strukturze,  skoro  nasze  detektory  oszukają  jego  odczyty  i  wyślą  sygnał
pokazujący  standardowe  geologiczne  pokłady?  Wobec  takiego  nagromadzenia  technologicznych  i
komunikacyjnych  niuansów  coraz  częściej  powstaje  pytanie,  co  jest  prawdziwe,  a  co  nie.  Einstein
twierdził, że przy zbliżaniu się do prędkości świetlnej, którą uważał za maksymalną, wszystko dzieje
się  wolniej.  Dlaczego?  -  Spojrz  uważ.  Nic  nierozu.  -  Dlatego,  że  spowolnieniu  ulega  przekaz
informacji.  Ergo,  uważał,  że  materią  rządzi  informacja.  A  co  by  powiedział  o  świecie,  w  którym
informacja,  relacja,  staje  się  materią?  -  Szur  szur  but.  -  Znajdujemy  się  na  progu  technologii
pneumatycznej i hydraulicznej.

Hydra. Neuma.
- Nie widzisz, że tronika zawodzi, bo zbyt łatwo ją oszukać? Dojdzie do tego, że ludzie wrócą do

broni miotającej materialne drobiny, mieczy i maczug, zaś komputery oparte na nanowodach i falach
grawitacyjnych zastąpią hydro i pneumowodami. Innego wyjścia nie widzę.

Litoś...
- Pewnie zastanawiasz się co z tą religią ? Z tym kreatorem i ścieżkami?
 Ciemno. Ści.
- Tak, mamy modę na religię. - Głos z oddali. - Myślę, że przeminie, tak jak wiele rzeczy, choć jej

przyczyna  nie.  Tajemnica  mieści  się  w  tym  pomieszczeniu.  -  Odemk.  Ocz.  Okrąg,  właz.  -  Ale
pojedziemy tam kiedy indziej. Za dużo na dzisiaj wrażeń.

***

- ...rochy... nisss... dają... ?...?
- ...nie... radzssęęę... nie... ffieeemmm... Ssstefffiii?...
...fred... jk... go... stan?...
-…
...mófń!..
-...umiiiraaa...
- ...sssoo?!...
- ...szzzyykroo… mii…

***

Anioły są miłosierne. Są miłosierne, piękne i mają skrzydła. Wiem, co mówię, bo widziałem anioły

prawdziwe,  najprawdziwsze.  Jednego  konkretnie,  anielicę.  Kiedy  wstępowałem  do  nieba,  a  było  to
trzy  tryliony  dwieście  dwadzieścia  dziewięć  milionów  osiemset  pięćdziesiąt  tysięcy  trzysta
siedemdziesiąt cztery lata temu, pamiętam dobrze, jak wychynąłem na różowe obłoki, zobaczyłem tę
anielicę, piękną i powabną, a ona do mnie podleciała, objęła i powiedziała:

 - Nazywam się Monika Weda i kocham cię, Torkilu.
I byłem już prawie zdrowy.

***

Ciągle  podoba  ci  się  Ziemia?  W  sieci  grasuje  Bestia,  w  realium  grozi  przeludnienie.  Za  barierami

ABB  czyha  śmierć.  Czy  nie  widzisz,  że  to  przegrana  planeta?  Zbyt  dużo  wojen,  ran,  nienawiści  i
zaszłości.  Czy  nie  marzysz  o  stworzeniu  całkowicie  nowego  społeczeństwa,  wolnego  od
resentymentów  i  uprzedzeń,  na  przyjaznym  globie?  Oto  rysuje  się  nowa  perspektywa!  Gaja,  planeta
krążąca po orbicie pięknej Alsafi, czyli Sigma Draconis, jest gotowa do zasiedlenia! Co cię tu trzyma?
Jesteś  menedżerem  średniego  szczebla  o  wysokich  kwalifikacjach  i  wielkich  ambicjach?  Na  Gai
możesz  zostać  dyrektorem!  Jesteś  nauczycielką  i  znużyło  cię  słuchanie  szefa?  Na  Gai  możesz  być
prezeską szkoły! Nowe możliwości! Nowa szansa na życie daleko od bałaganu, który zwiemy Ziemią!
Wykup bilet na statek emigracyjny! Podejmij wyzwanie! Mobillenium. Tam... ale już nie z powrotem!

***

background image

- 98 -

.
- Cieszę się, Torkilu, że dochodzisz do siebie - powiedział potem ten Harold Alland, o którym już

mówiłem.

Dookoła jego głowy taka aura jakby była. Życzliwa. A przy mnie czuwała Monika. Stała, uśmiechała

się, anielica promienista.

***

- Jak się ma nasz pacjent? - to powiedział taki chudy człowiek w białym fartuchu. Alfred Ant. Też

miał aurę. Rzeczową.

Ja  się  do  niego  wtedy  uśmiechnąłem  i  on  też  do  mnie  się  uśmiechnął.  I  Monika  się  do  niego

uśmiechnęła i powiedziała:

- Całkiem dobrze, doktorze, całkiem dobrze.

***

- Alfred, rozumiesz coś z tego?
-…
- Rozumiesz?
- Mówiłem ci, tylko cud go może ocalić. Te neurony dosłownie się rozpadały, cała siatka połączeń

traciła sens, synapsy przestały działać, sam widziałeś, paraliż, stracił wzrok, słuch...

- Czyli nie rozumiesz?
 - Nie.

***

- Jesteś pięknym mężczyzną - to mówiła mi Monika, jak byłem z nią sam na sam, w ciemnościach,

w łóżku.

Ja  chyba  zdrowiałem,  jak  ona  mi  to  mówiła.  Czułem  się  silniejszy  i  lepiej  poskładany  za  każdym

razem, jak to słyszałem. A ona była anielicą, ale tak; bardzo ludzką. Miała cudowną brązową skórę i
całkiem normalne czerwone bikini w złote kwiatuszki.'

***

Byliśmy  w  takim  laboratorium,  ja  je  trochę  pamiętałem.  Urządzenia,  błyszczące,  takie

skomplikowane.  Stał  taki  pan  do  nas  plecami  odwrócony,  pochylał  się  nad  konsolą  z  monitorami.
Usłyszał,  jak  wjeżdżamy  (bo  mnie  Harold  pchał  na  wózku),  odwrócił  się,  taką  okrągłą  twarz  miał  i
wyszczerzy nierówne zęby, się uśmiechnął właśnie. Chyba jest jakaś moda na to krzywe uzębienie, ja
przeoczyłem ją chyba. U moich stóp pojawiła się różowa kulk i zaczęła pokrzykiwać:

- Śksidło motilka! Śksidło motilka!
Ja udałem, że jej nie widzę.
- Harold, witam! - ten biały się odezwał. - A to... - spojrzał na mnie - nasz Torkil, prawda?
Jego aura była zaplątana. Nie był do końca normalny. Alland wyciągnął do niego rękę i powiedział:
 -  Sergio,  to  jest  Torkil  Aymore.  Na  razie  poznasz...  -  zaśmiał  się.  Nerwowo.  -  ...tylko  jego  nieco

steraną psychikę, bo nie jest we własnym ciele...

- Tak, słyszałem... - on spojrzał na mnie z troską. - Czyta myśli? - spytał prędziutko.
Jego aura zadrgała. On był zaniepokojony.
-  Za  chwilę  -  Harold  uśmiechnął  się.  -  Torkilu,  oto  nasza  perła,  nasz  skarb  i  wybawiciel,  szef

zespołu naukowców i inżynierów, Sergio Lama!

Ja trochę pamiętałem.
- Ten... - powiedziałem - który zniknął... z Mobillenium?
Spojrzeli zdumieni.
- Brawo! - wykrzyknęli. - Zaczynasz kojarzyć fakty! Brawo!
Jak ja się ucieszyłem!
- Uciekłem od zwyrodnialców. - Sergio wypiął  pierś. Jego aura ciągle tak falowała, jak u jakiegoś

zmiennego...  człowieka.  -  Nie  mogłem  znieść  tej  ich  propagandy  sukcesu,  tej  przemocy
marketingowców. Dziwiła mnie aura jego.

-  To  właśnie  Sergio  -  wszedł  w  słowo  Harold  -  ,  Zaproponował  nowy  typ  tajnej  broni  przeciw

globalistom i od jego badań wzięła się nasza dziwna religia.

- Co za... broń? - ja spytałem.

background image

- 99 -

 Lama zmrużył oczy i szepnął: - Wehikuł czasu.
.
***

- Dzień dobry, Ramona Himenes, oglądają państwo poranny serwis informacyjny Sky News.
Założona  w  Gwinei  Równikowej  przez  Jaquesa    Lamberta  firma  Live  ruszyła  wczoraj  z  masową

produkcją  diginetów  oraz  motombów  nowej  generacji.  Zapraszamy  do  nabycia  naszych  zbroi  -
zachęca prezes Lambert - są to urządzenia przewyższające jakością zarówno osiągnięcia Novatronics,
sukcesy Newbody, jak i Zoenet Labs!

Czy  przechwałki  są  prawdziwe,  okaże  się  niebawem.  Rośnie  ilość  chętnych  do  stworzenia  w  Live

digineta,  księga  wpisów  przekroczyła  już  tysiąc  pozycji.  Jest  to  prawdopodobnie  spowodowane
promocyjnymi  `  cenami  procedury  ożywienia,  jak  również  motombów  ;  i  sejfów  z  dibekami.
Konstytucja  Unii  Afrykańskiej,  podobnie  jak  ustawy  zasadnicze  innych  krajów,  gwarantują  wolność
rozmnażania  się,  mimo  to  wydaje  ;  się,  że  już  najwyższy  czas,  by  przyjrzeć  się  bliżej  problemowi
tworzenia  psychiki  w  sieci.  Według  nieoficjalnych  danych,  liczba  diginetów  przekroczyła  pięćdziesiąt
tysięcy,  więc  zrównała  się  z  liczebnością  zoenetów.  Instytut  Socjologii  Stosowanej  Uniwersytetu
Warsaw City bije na alarm. - Nie dokonano dotąd żadnych reprezentatywnych badań digineckich dusz
- mówi profesor Karol Adamski, szef katedry neun pomiarów UWC. - Teoretycznie są to ludzie tacy,
jak my, ale jak wpłynął na nich brak dzieciństwa oraz specyficzne cyfrowe środowisko? - Te pytania
wciąż czekają na odpowiedź.

Wiadomości  ze  świata.  Do  wybrzeży  południowego,  Meksyku  zbliża  się  tornado  Matylda.  To  już

szóste tym roku...

,
***

- Ty jesteś moim aniołem? - spytałem ją kolej nocy.
Roześmiała się.
- Głuptasie, jestem twoją pielęgniarką!
Dziwne.
- Od kiedy... pielęgniarki sypiają z pacjentami?
 - Odkąd stwierdzono, że najlepszym lekarstwem jest miłość.

***

Następnego dnia czułem się już niemal jak nowy. Ta Monika była cudotwórczynią.
-  Nie,  nie  -  kręciłem  rękami,  jakbym  poruszał  gałkami  tego...  radia  starego.  -  Wehikuł  czasu?

Dajcie przecież spokój, to jakby... dziecinada!

Harold i Sergio roześmieli się. Zapadła cisza. Zamrugałem.
-  Powiedzcie  -  odezwałem  się  -  nie  mówicie  przecież  poważnie,  prawda?  Żartujecie?  Nie  macie

zamiaru... wyprawiać... człowieka w przeszłość albo w przyszłość?

- Och, zaraz człowieka - Lama się obruszył. - Po co od razu człowieka? Na razie testujemy sondy.

Ale numer. Skoro Sergio pracował w Mobillenium, może i potrafi wysyłać pojazdy w... ten... czwarty
wymiar.  Ale  w  czasie?  Nie  mieściło  mi  się  za  bardzo  w  głowie.  Może  wciąż  była  jeszcze  zbyt
spuchnięta po ostatnich przejściach?

-  I  na  czym  niby...  ma  polegać  ta...  wasza  broń?  Naukowiec  zerknął  pytająco  na  Allanda.  Ten

pokiwał głową.

- Gdy globaliści coś spieprzą, wyślemy... - zacisnął usta - Nie, nie człowieka, lecz automat. Tak go

zaprogramujemy, żeby zmienił bieg rzeczy.

- W jaki sposób? - spytałem.
 Lama uśmiechnął się złośliwie.
- Możliwości jest mnóstwo: wirus w komputerze, Sfałszowany mail, podrzucony program, udawany

telesens odwołujący rozkaz bądź go zmieniający...

 - Ale... w ten sposób zmienicie przyszłość!
Pokiwali głowami.
- Będzie śmiesznie - odezwał się Lama. - Ktoś się zdziwi, że szef mówi raz to, raz owo, ktoś uzna,

że coś mu się wydawało, inny stwierdzi, że media jak zwykle się pospieszyły...

- A ludzie? Przez waszą... Ingerencję... ktoś może się nie urodzić! Ktoś może zginąć!
- Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś - skwitował Lama. - Wszystko w normie statystycznej.

background image

- 100 -

Jego  aura  była...  fałszywa.  Geniusz,  wyjątkowa  osobowość,  ale  coś...  nie  grało,  coś  się...  nie

zgadzało. Zanotowałem w pamięci, żeby powiedzieć Haroldowi.

- Nie wierzę - oświadczyłem.
 Pokiwali głowami ze zrozumieniem.
- Mało kto wierzy - odezwał się Sergio. - Ale uda się. Musi się udać.
- Czyli jeszcze nie macie tego... aparatu?
 - Pracuję nad nim.
Odetchnąłem trochę. Wizja chaosu, jaki mógłby ,zapanować po wdrożeniu... naprawiania... historii,

była  przerażająca.  Shadow  Zombies  byli  pomyleńcami.  Naiwniakami,  ludźmi  uczciwymi  i  idiotami.
Naprawdę  uwierzyli,  że  można  zmienić  bieg...  zdarzeń  ,  jakąś...  sondą  wysłaną  w  przeszłość.
Pokręciłem głową i usiadłem na fotelu.

- Nasz przyjaciel osłabł - rzekł z troską Harold. `; - Chcesz odpocząć?

***

-  W  dzisiejszych  wiadomościach  kolejna  sensacja,  tym  razem  z  Wolnych  Stanów  Ameryki,  a

konkretnie  ze  słynnej  fabryki  Zoenet  Labs.  Łączymy  się  z  naszym  korespondentem,  Martinem
Guzowskym. Martin?

- Tak, dzień dobry państwu, witaj, Jagno.
- Powiedz, co się stało?
- Około godziny ósmej lokalnego czasu strażnik Zoenet Labs, Kwintus Largus, przybrany w potężną

zbroję  typu  Thor,  opuścił  stanowisko  i  wystartował  z  zamiarem  opuszczenia  bazy.  Na  pytania  i
polecenia  służbowe  nie  odpowiadał.  Inne  Thory  oraz  najcięższe  dimeńskie  motomby  typu  Arjuna
otworzyły  ogień.  Uciekinier  zaciekle  się  bronił.  Oto  ujęcia  z  lotu  ptaka.  Jak  państwo  widzicie,  część
obronnego  muru  została  zniszczona,  jak  również  pięć  wież  strzelniczych.  Fragment  bloku  B  uległ
poważnym  uszkodzeniom.  Zbroja,  nad  którą  w  tej  chwili  pracują  maszyny  naprawcze,  należy  do
nieszczęsnego zoeneta.

- Jakie były jego motywy?
-  Tego,  niestety,  na  razie  nie  ustalono.  Wiadomo,  że  w  wolnych  chwilach  Kwintus  uczestniczył  w

zaciętych potyczkach WWW. Należał do klanu „Blue Monkeys" i zajmował bardzo wysokie miejsce w
rankingach. Koledzy z klanu twierdzą, że w trakcie ostatnich walk dokonał kilku brawurowych rajdów
we  wnętrzu  fortu  Ironstone.  Zoeneci  nie  muszą  obawiać  się  śmierci,  mówił.  Jednak,  zgodnie  z
ostatnimi ustaleniami, zadawanie fizycznych obrażeń nie jest jedyną bronią Bestii.

- Czy są dowody, że dimen został zahipnotyzowany przez potwory w Crying Guns?
-  Na  odpowiedź  na  to  pytanie  trzeba  będzie  poczekać.  Na  razie  jego  dibek  poddawany  jest

szczegółowym  badaniom.  Nikt  jednak  nie  odważył  się  go  przesłuchiwać  z  obawy  przed  dalszymi
infekcjami w obrębie Zoenet Labs.

- Dziękuję, Martin. - Dziękuję, Jagno.
-  Mówił  do  państwa  Martin  Guzowsky,  nasz  korespondent  z  FSA.  Nazywam  się  Jagna  Randal.

Oglądają  państwo  serwis  informacyjny  Global  Network  News.  Dalsze  informacje.  Zamieszki  w
południowo-wschodniej części Pekinu...

***

-  No,  bracie  -  Alfred  Ant  wyszczerzył  zęby  w  życzliwym  uśmiechu.  Monika,  która  stała  obok

testowego łoża, też się uśmiechała. - Jesteś zdrowy!

- Mówiłam ci, Alfredzie - odezwała się dziewczyna. Wstałem z leżanki. Lekarz wyłączył skanery i

zniknęły  trójwymiarowe  obrazy  mojej  prześwietlonej  głowy,  zajmujące  przed  chwilą  niemal  całą
przestrzeń gabinetu.

-  Słuchaj,  Moniko  -  odezwałem  się  -  czy  wszystkie  pielęgniarki  Shadow  Zombies  noszą  takie

uniformy? - Zlustrowałem jej plażowy strój obciągnięty siatką o dużych okach na wysokości bioder i
ramion.

Alfred  jeszcze  raz  zerknął  w  odczyty.  Kobieta  roześmiała  się.  Mięśnie  na  jej  śniadym  brzuchu

ślicznie się napięły, uwidaczniając na krótki moment intersepty.

-  Zawsze  się  zastanawiałam  -  odezwała  się  po  chwili  -  który  to  kretyn  wymyślił,  że  siostry  mają

nosić białe fartuchy.

Kiedy tak się uśmiechała, zdawało mi się, że biją od niej promienie.
-  Słuchaj,  Torkil  -  odezwał  się  Alfred.  -  Masz  tu  jeszcze  taki  proch  na  wzmocnienie  neuronalne.

Spojrzałem skonsternowany.

background image

- 101 -

- Czuję się dobrze
 Potarł czoło.
- Wiem, skany wskazują, że wszystko jest w normie, nawet lepiej niż w normie... mimo to... wszelki

wypadek.

***

Po  wyjściu  z  gabinetu  udałem  się  w  pobliże  sztucznej  wyspy  i  tam  zaczaiłem  na  Allanda.

Usadowiłem  się  wygodnie  na  ławce,  wsłuchałem  w  śpiew  ptaków  i  zmrużyłem  oczy  Po  pół  godzinie
dostrzegłem go między lancetowatymi liśćmi palm. Zmierzał do Lamy.

Wyskoczyłem zza roślin.
 - Harold!
Zatrzymał się.
- Słuchaj - wysapałem - muszę cię ostrzec przed Sergiem. Jest w nim coś fałszywego...
- O czym ty mówisz? - szeroko otworzył oczy.
- Pamiętasz przepowiednię? Ja rzeczywiście widzę myśli. Taką aurę. O, na przykład twoja to taka

skłębiona chmura, zatroskana i szczera.

Spojrzał skonsternowany.
 - Widzisz... myśli?
 Gorliwie pokiwałem głową.
- W jego aurze jest jakiś zgrzyt. Uważaj na niego.
Przez chwilę milczał.
- Rozmawiałem o tym z Moniką, ona także coś podejrzewa - dodałem.
Zacisnął usta. Położył mi rękę na ramieniu.
 - Co powiedział Alfred?
- Że jestem zdrowy, dał mi tylko jakiś nanolek na wzmocnienie...
- Dobra, cieszę się. Dziękuję za ostrzeżenie. Będę uważał.
Coś  tu  nie  grało.  Mój  mózg  zaczynał  wreszcie  pracować  po  dawnemu  i  widziałem,  że  Harold  nie

jest  szczery.  Do  diabła,  widziałem  to  i  nie  była  do  tego  potrzebna  żadna  aura.  Po  krępującej  chwili
milczenia dodał:

-  Jutro  zapraszam  na  pogawędkę  do  siebie.  Wyjaśnisz  nam  wtedy,  czym  jest...  -  sięgnął  do

kieszeni i wyciągnął z niej buteleczkę z infigenem - to. Jakby trafił we mnie piorun. A więc o to mu
chodziło.

***

- Kilka dni się nie widzieliśmy, kochani! Znowu Cal Galahad i znowu WWW! Proszę państwa, co się

tu dzieje! Odwrót! Odwrót! Wszystkiego spodziewali się komandosi z VSA oraz czempioni klanów, ale
nie  kontrofensywy!  Nie  ma  rady,  najmilsi,  prawda  wyszła  na  jaw,  Bestia  zyskała  przewagę!  Po
publicznym  wystąpieniu,  zaraz,  Frank,  uważaj!  Piękna  salwa!  Ten  obok  mnie  to  Frank  Eustachy,
mistrz piątego kręgu klanu „Free Wolves". O czym to ja... aha, po  publicznym wystąpieniu rzecznika
Virtual  Security,  Agency,  Ubalda  Dila,  w  którym  przyznał,  że  w  trakcie  WWW  zginęło  dwudziestu
graczy, oraz po wypadku w Zoenet Labs, kiedy Kwintus Largus zdemolował część fabryki motombem
typu Thor... Teraz' mały skok nad rozpadliną... Tłum, który państwo widzą za mną, to wycofujące się
masy  gierczanej'  braci,  niebywałe,  to  nie  odwrót,  to  ucieczka!  Mam  nadzieję,  że  generał  Joseph
Blackhead  zgarnie  towarzystwo  do  kupy,  bo  inaczej  cała  Crying  Guns  będzie;  strefą  zakazaną!
Wracając  do  wątku,  po  tych  wydarzeniach  stało  się  jasne,  że  przeciwnik  jest  naprawdę'  groźny,  nie
tylko  dla  organików,  których  może  zwyczajnie  zabić,  ciągle  odnawiając  coraz  perfidniejsze  aplikacje
generacji bólu i uszkodzeń ciała, ale także dla dimenów, których, podobnie zresztą jak braci z realium,
może zahipnotyzować! Wskakuję do okopu, teraz tup, tup, tup do bunkra... ale będzie jatka. Nikt już
nie  ryzykuje  kontaktu  bezpośredniego.  Generał  Blackhead  dał  rozkaz  walki  wyłącznie  na  dystans.
Słudzy  zła,  jak  wiecie,  za  wyjątkiem  plujówi  i  pterodonów,  nie  dysponują  skuteczną  dalekosiężną
bronią,  dlatego  hordy  chaosu  gonią  za  graczami  jak  szalone!  Kto  by  pomyślał,  że  Ironstone  jest  w
stanie tyle tego tałatajstwa pomieścić! Cóż mogę powiedzieć, drodzy oglądacze? Jest kiepsko, jeśli nie
utrzymamy  się  w  zewnętrznym  kręgu  okopów,  pozostanie  opuścić  tę  piękną  grę!  Wtedy  pomoże
jedynie totalny format!

***

background image

- 102 -

Siedzieliśmy  w  gabinecie  Harolda  Allanda.  Dominowały  tu  różne  odcienie  beżu,  oranżu  i

zgaszonego błękitu. Wszystkie ściany i sufit zastępowało akwarium, czy może tylko jego projekcja. W
każdym razie czułem się jak na dnie oceanu. Wrażenie potęgował nieregularny, wielokształtny wykrój
podłogi.  Po  prawicy  Allanda  trwał  w  bezruchu  Gator  Ida,  kędzierzawy  brunet  o  pociągłej,  nieco
końskiej twarzy, a po lewicy Max Osjan, ciemnoskóry atleta. Byli pozostałymi członkami Najwyższej
Rady Shadow Zombies. Dziwnie wyglądali na tle falującego morszczynu. Na kremowym stole między
nami  czerwienił  się  rubinowy  flakonik.  Refleksy  słońca  przebijające  się  przez  taflę  nad  nami
wydobywały z niego szkarłatne iskierki. Jaka szkoda, że nie wypiłem go wcześniej.

- Z naszych badań - przerwał ciszę Max Osjan, potrząsając czarnymi kędziorami - wynika, że jest

to gęsty koncentrat wirusa oddziałującego na ludzki genotyp.

Chrząknąłem. Gator Ida spojrzał na mnie przenikliwymi, szarymi oczami. Jego żuchwa wydłużyła

się jeszcze bardziej, gdy się odezwał:

-  Jesteśmy  łatwowierni,  może  nawet  naiwni  i  dlatego  wierzymy,  że  słuchając  lepszej  strony

osobowości, wyjawisz nam, co zawiera ta buteleczka.

- Jeśli nie - wszedł w słowo Harold - wsadzimy cię do maszyny prawdy.
- Dlaczego od razu tego nie zrobicie? - parsknąłem. - Co to za świat, że człowiek nie może mieć

przy sobie nic prywatnego?

Alland  wyciągnął  rękę  w  uspokajającym  geście.  Za  jego  głową  pojawił  się  błękitny  rekin,  dopłynął

do „ściany" i zawrócił.

- Wiemy, że wyniosłeś to z Pharma Nanolabs. Steffi dokładnie poinformowała o celu twojej misji, a

także o tym, co powinieneś mieć w kieszeniach.

Jakie miałem szanse? W nieznanym świecie, wśród nieznanych ludzi, w nieznanym ciele? Po tym,

jak niemal dotknąłem absolutu?

To chyba koniec, Torkilu, pomyślałem i poczułem jakąś niezrozumiałą ulgę. Tak się zapewne czuje

człowiek dotarłszy do kresu podróży. Odchyliłem głowę i zapatrzyłem się w taniec fal. Czy właśnie taki
widok ma przed oczami tonący?

Którą z nieskończonych ścieżek istnienia za chwilę wybiorę? Jakie słowa wypłyną z moich ust? Na

cholerę mi ten infigen? A tak, chciałem być nieśmiertelny. Nieśmiertelny... Spojrzałem na ich aury. To
są  naprawdę  dobrzy  ludzie,  chyba  najlepsi,  jakich  do  tej  pory  spotkałem.  Z  wyjątkiem  Sergia...  Nie
chcą mi zabrać tej mikstury ,choć jeśli okazałaby się przydatna dla ich organizacji...

-  To  jest  infigen.  Preparat  unieczynniający  gen  starzenia  -  wypaliłem  i  zmieniłem  bieg  historii:

Shadow  Zombies  złamali  jego  recepturę,  udostępnili  masom  i  doprowadzili  do  światowego
Armagedonu. Ziemia przepełniła się i z hukiem rozpadła.

Nie,  nie  powiedziałem  tego,  choć  chciałem.  Och,  jak  pragnąłem  wyjawić  prawdę  i  uwolnić  się  od

ciężaru.  Mimo  to  jakaś  niezrozumiała  siła,  jakby  melodia  w  samym  środku,  nie  pozwalała.  Byłem
gamedekiem.  Nie  miałem  prawa  zdradzać  nie  swojej  tajemnicy  Nie  ja  wynalazłem  infigen  i  nie  ja
powinienem  rozpowszechniać  o  nim  wiedzę.  Cisza  w  akwaryjnym  pokoju  przybrała  konsystencję
mgły.

- Mówicie, że jesteście dobrymi ludźmi?
Po trzech sekundach milczenia uznałem, że było to pytanie retoryczne.
-  Przez  ostatnie  tygodnie  przeszedłem  bardzo  wiele  -  ciągnąłem.  -  Zostałem  zaatakowany  przez

gierczanego  wirusa,  porwany  przez  Biuro  Ochrony  Państwa  i  zamordowany  pozbawiono  mnie
mieszkania,  tożsamości,  obywatelstwa,  pieniędzy.  Zoeneci  zabrali  mi  ciało,  jeszcze  raz  zmieniłem
wcielenie z własnej przymuszonej woli, potem pogryzły mnie jakieś pieprzone szczury i zeżarłem ich
trujące wątroby, wskutek czego moja psychika omal się nie rozpadła, uratował mnie zaś cud. Byłem w
miejscach,  w  których  nie  chciałem  się  znaleźć,  wykonywałem  polecenia,  których  nie  chciałem
wypełniać.  Wkręciłem  się  w  spiralę  przemocy  jak  korkociąg.  -  Spojrzałem  na  flakonik  i  wziąłem
wdech.

Wymienili spojrzenia.
-  Nie  jestem  Prometeuszem  -  podjąłem  -  który  dostał  się  do  siedziby  bogów  i  wykradł  tajemnicę,

żeby  przekazać  ludziom.  Nie  chcę  jej  przekazywać,  bo  nie  wiem,  jakie  będą  konsekwencje.  Jeśli
czymś  się  różnicie  od  moich  dotychczasowych  „pracodawców",  zachowajcie  się  inaczej  i  uszanujcie
coś tak nieistotnego, jak wola jednostki.

Odetchnąłem. Skąd mi się wzięło natchnienie do takiej przemowy?
- Jeśli chcecie - ciągnąłem - weźcie jeszcze jedną próbkę tej wody i badajcie ją sobie. Ja wam nic

nie powiem, bo nie ja ją stworzyłem i nie mam, psiakrew, prawa rozpowszechniać o niej wiedzy.

 Moja egzorta zrobiła na nich wrażenie.
- Wiesz - odezwał się Harold, pocierając kark - że moglibyśmy ci to po prostu zabrać?
Wyglądał jak dziecko, które straszy wodnym pistoletem. Nie stać go było na przemoc.

background image

- 103 -

- Wiesz - odparłem, naśladując jego ton - że kiedyś byłeś sukinsynem, a teraz podobno nie jesteś?

Poczerwieniał. Uraziłem go.

-  Przepraszam  -  rzekłem  pojednawczym  tonem..  -  Was  jest  trzech,  ja  jeden.  Czuję  się  jak  na

przesłuchaniu.

-  No  cóż  -  Max  poruszył  ramionami  -  próbkę  mamy  spróbujemy  dociec,  do  czego  służy.

Myśleliśmy, że nam pomożesz.

- Jestem niezależny Znajdźcie agenta, który wykradnie podobną i powie wam, co i jak.
- A... - Gator Ida potarł podbródek - gdybyśmy ci zapłacili?
Przełknąłem ślinę. Pieniądz to co innego. W porównaniu z ideową papraniną był całkiem moralny..

Mimo  to  nie  oni  dali  mi  zlecenie,  więc  nie  oni  powinni  zapłacić.  I  jak  porządny  gamedec  może  się
połapać w tym zafajdanym świecie?

- Ta informacja nie ma ceny.

***

Dzisiaj  w  brukselskim  sądzie  apelacyjnym  odbędzie  się  trzydziesta  rozprawa  w  sprawie  senatora

Adolfa  Blooma.  Przypomnijmy,  że  polityk  utracił  immunitet  dyplomatyczny  po  wykryciu  w  jego  letniej
rezydencji  na  Costa  del  Oro  dwóch  podporządkowanych  mu  diginetek  o  spaczonych,
uwarunkowanych wyłącznie na seks psychikach. Dimenki przybrane były w motomby przypominające
ludzkie ciało. Eksperci zwracają uwagę na wysoką jakość wykonania:, Producent zbroi jest jak dotąd
nieznany.  Kobiety  zostały  zabrane  z  domu  polityka  ,  i  przechodzą  intensywną  terapię  w  Centralnym
Ośrodku  Neuroprogramowania  w  Kolonii.  -  Digineci  podlegają  prawu  i  przez  prawo  są  chronieni  -
dowodzi  prokurator  Emilia  Sanchez,  żądajca  kary  dwudziestu  lat  ograniczenia  wolności.  -  Świadoma
kreacja  zdeformowanych  umysłów  jest  porównywalna  do  kaleczenia  ludzkich  płodów.  Stoimy  przed
precedensem. Jeśli nie zareagujemy właściwie, grozi nam prawdziwy zalew podobnych przestępstw.

Trwa śledztwo mające ustalić, gdzie zostały stworzone umysły kobiet. Oficjalni wytwórcy dimenów

stanowczo negują jakiekolwiek kontakty z Bloomem.

Czwarty tydzień wojny domowej w Nowej Zelandii. Linia frontu...

***

Nie  bardzo  wiedziałem,  co  ze  sobą  zrobić.  Wyjść  na  zewnątrz?  Bez  pracy,  bez  właściwej

powierzchowności  i  tożsamości,  bez  obywatelstwa?  Chciałem  odzyskać  kontakt  z  przyjaciółmi,  lecz
jak? Informacje o ciele były w posiadaniu zoenetów. Miałem do nich wrócić? Co bym im powiedział?
Problem tożsamości przedstawiał się bodaj jeszcze trudniej. Oficjalnie byłem martwy. Czy ktokolwiek
mógł wymyślić przekonującą historię przywracającą mnie do życia? I dlaczego miałby to robić? Nad
moją mogiłą przemawiał prezydent Wolnej Europy, Sean Sennhauser tworzył Doom Day!

Kiedy  nie  wiesz,  co  czynić,  poczekaj,  mówi  przysłowie.  Postanowiłem  zastosować  się  do  tego

porzekadła, ale produktywnie. Poprosiłem Harolda, żeby zainstalował w moim pokoju komputer. Gdy
ekipa uporała się z zadaniem, zacząłem pisać... pamiętnik.

***

- Jagna Randal, Global Network News. W Zoenet Labs spotkali się dzisiaj ministrowie wirtualnego

bezpieczeństwa  wszystkich  krajów,  szefowie  liczących  się  firm  elektronicznych  oraz  wojskowi.
Gremium  stwierdziło,  że  Bestia  może  być  obecna  w  większości  aparatów  wykorzystujących
oprogramowanie  i  jest  tylko  kwestią  czasu,  kiedy  zaatakuje  na  szerszą  skalę.  -  Co  zrobimy,  jeśli  jej
hipnotyczne programy opanują sieć telesensyczną? - spytał prezes People Telesens, Bob Reslinck. -
Co się stało z tymi, którzy zniknęli? - dołączyła się Teresa Polanowska, minister WB Wolnej Europy.
Po  godzinnej  naradzie  ustalono,  że  jedynym  rozwiązaniem  kryzysu  sieciowego  jest  globalne
formatowanie.  Uczestnicy  przyznali,  że  będzie  to  niesłychanie  skomplikowana  operacja,  gdyż  w  tym
samym czasie trzeba będzie wyłączyć większość urządzeń na powierzchni Ziemi, w kosmosie oraz na
dnach  oceanów.  Przedstawiciele  niektórych  państw  wyrazili  niepokój,  że  operacja  może  stać  się
okazją  dla  grup  terrorystycznych  i  informatycznych  złodziei.  Wówczas  przedstawiciel  Armii  FSA,
generał Karion Darn, zaproponował odpalenie w strategicznych punktach bomb elektromagnetycznych
o  niewielkiej  sile,  które  unieczynnią  urządzenia  nawet  wbrew  woli  ich  właścicieli.  Ostatecznie
zawiązano,  komisje  opracowujące  szczegółowy  plan  globalnego,,  odnowienia  oprogramowania.
Poszczególne  sekcje  zajmą  się  logistyką,  procedurami  skanowania  oraz  koordynacją  czasową.
Szczegóły jutro o tej samej porze.

background image

- 104 -

***

- Powiedz mi coś więcej o sondach, które wysłaliście w czwarty wymiar - poprosiłem Lamę, który

jak zwykle coś sprawdzał na ekranach.

Oderwał się od wykresów, zamrugał i spojrzał na mnie proroczym wzrokiem. Jego aura niepewnie

zadrgała.  Ze  smutkiem  stwierdziłem,  że  poświaty  wokół  głów  widzę  coraz  słabiej.  Umiejętność
zdawała się wygasać.

-  Och,  niewiele  mam  do  powiedzenia.  Kilka  miesięcy  temu  posłaliśmy  dwadzieścia  aparatów...  -

Wystukał  coś  na  klawiaturze.  Na  jednym  z  ekranów  zagościła  trójwymiarowa  projekcja  muchy  -
Upodobniliśmy  je  wielkością  i  kształtem  do  zwykłej musca  domestica.  -  Zrobił  najazd  i  wydał
dyspozycję  rotacji.  Sylwetka  owada  powoli  zaczęła  się  obracać.  -  Nie  bawiliśmy  się  ozdabianiem
nóżek  włoskami,  a  i  oczy  nie  są  fasetkowe,  tylko  gładkie,  jednak  na  pierwszy  rzut  oka  to  zwykła
muszka. Odpowiedni program powoduje, że bariery ABB interpretują ją jako domową plujkę. Człowiek
też jej nie odróżni od włochatej siostry, chyba żeby ją złapał i obejrzał pod lupą, co, szczerze mówiąc,
jest niemożliwe, bo mu zwyczajnie zniknie z oczu. - Uśmiechnął się zjadliwie. - Może pojawić się w
każdym  miejscu  na  Ziemi,  na  chwilę,  dosłownie  na  sekundę,  wprowadzić  dane  do  procesora  i  z
powrotem  ulotnić  się  w  czwarty  wymiar.  Jest  zaprogramowana,  żeby  się  uczyć.  To  znaczy...  -
zająknął  się,  jego  aura  drgnęła  -  ma  badać  ścieżki  przeznaczenia,  sporządzać  mapy,  identyfikować
ślady  istot  żywych  i  martwych,  obiektów  mobilnych  i  nieruchomych.  Oczywiście  -  zerknął  na  mnie
przelotnie - we wszechświecie wszystko się rusza, ale w skali Ziemi są obiekty, które od biedy można
nazwać nieruchomymi... przez jakiś czas.

Rozejrzałem się po hali, szukając muszego lądowiska.
- Wróciły już?
Zacisnął usta w sztucznym uśmiechu.
- O, nie, program przewiduje półroczną podróż.
- Myślałem, że przebywanie w nadprzestrzeni nie podlega prawidłom czasu.
Uśmiechnął się krzywo.
-  Brawo.  Tyle  że  one  nie  stracą  czasu  w  hiperprzestrzeni,  ale  u  nas,  w  naszym  świecie.  Będą

wskakiwać do niego kwadryliony razy. Nawet jeśli tylko na sekundę, trochę to potrwa.

***

Wiatr  historii  dotarł  w  końcu  nawet  do  podziemi  Shadow  Zombies.  Ożywieńcy  chcąc  nie  chcąc,

musieli  podporządkować  się  ogólnoziemskiej  inicjatywie  formatowania.  Eksperci  zgromadzeni  w
Zoenet  Labs  wykonali  wspaniałą  robotę,  bo  już  po  dwóch  tygodniach  gotowe  były  programy,
procedury  i  cała  akcja,  którą  opatrzono  kryptonimem  „Freeze".  Agenci  dostarczyli  odpowiednie
oprogramowanie,  podniecenie  narastało.  Trudno  się  dziwić.  Na  całym  globie  naraz  wszyscy
posiadacze  sprzętu  elektronicznego  musieli  go  wyłączyć  na  pięć  godzin,  skopiować  dane,
sformatować  dyski,  przeskanować  nośniki  pamięci,  a  następnie  ponownie  wszystko  zainstalować,
przez  odpowiednie  filtry,  ma  się  rozumieć.  Dotyczyło  to  nie  tylko  prywatnych  osób,  ale  także  firm:
handlowych, produkcyjnych, a nawet transportowych czy energetycznych! Kilkaset tysięcy elektrowni
atomowych,  tachionowych  i  grawitacyjnych  nagle  musiało  wyłączyć  nanotronikę!  To  samo  dotyczyło
stacji orbitalnych, kosmicznych baz oraz kompleksów podziemnych, dla których wszelka tronika była
podstawą  podtrzymywania  życia.  Szczególny  problem  stanowiły  supportery  linowców,  które
zwyczajnie mogły spaść, grzebiąc pod sobą całe megapolie. Z tego, co zrozumiałem, miały włączyć
awaryjne silniki odrzutowe. Drogie jak pies, ale mus to mus.

Kiedy wreszcie nadszedł „dzień zero", wszyscy aż iskrzyliśmy z podniecenia. Skopiowałem prawie

skończone wspomnienia i zabezpieczyłem komputer. Całe szczęście, że towarzyszyła mi Monika, bo
inaczej rozchorowałbym się ze stresu. Na godzinę przed formatem w holowizji powtórzono schemat
działania. Potem uprzedzono o odpaleniu bomb EMP. Następnie uruchomiono odliczanie, które było
słychać  na  całym  globie.  Gdy  spikerka  doszła  do  „zero",  zgasło  światło.  Podniosłem  ślepy  wzrok  i
wsłuchałem  się  w  milknące  silniki  wentylatorów.  Nastała  cisza  przetykana  ludzkimi  oddechami  i
chrząknięciami. Wymacałem omnik i uświadomiłem sobie, że nie zobaczę, która jest godzina, bo jego
także wyłączyłem. Czy Bestia mogłaby się schować w takim urządzeniu? Oczywiście, że tak. Gdzieś
zapalono świecę. Potem drugą. Ktoś zaczął cicho śpiewać. Wkrótce siedzieliśmy na podłodze wśród
lasu  ogników,  rozmawialiśmy,  śmialiśmy  się,  przekomarzaliśmy  jak  dzieci.  Raptem  ludzkość
odzyskała właściwe proporcje. Ludzie dookoła stali się jacyś normalniejsi.

***

background image

- 105 -

-  Kochani,  tego  jeszcze  nikt  nie  przeżył,  tego  jeszcze  nikt  nie  widział,  jesteśmy  znowu  w  Crying

Guns.  Pusto.  Cicho.  Programiści  dopiero  co  wgrali  ostatnie  patche.  Pamiętacie  pierwsze  wrażenie,
gdy weszliście w tę grę? Kiedy to było, co? Aha, przepraszam, znowu zapomniałem o autoprezentacji.
Zatem,  hm,  hm,  Cal  Galahad  ze  świeżo  oczyszczonych  Global  Network  News.  Po  mojej  prawicy
falanga  doborowego    oddziału  VSA,  po  lewicy  klan  „Dark  Horses"  w  całej  swej  potędze.  Do  fortu
Ironstone  mamy  niecałe  pięćset  metrów...  Ciągle  cisza.  Lider  VSA  pokazuje  znak...  Wykonujemy
skok... Lądujemy pięćdziesiąt metrów bliżej bastionu. Twierdza wydaje się pusta...

 Jak myślisz, Jack, mówię do mistrza klanu „Dark Horses”, Jacka Kellera, zatem, jak myślisz, udało

się?  -  Trudno  powiedzieć.  Fort  jest  pusty.  W  wieżach  bocznych,  w  centralnej  iglicy,  na  bastionach  i
przeciwstrażach nic nie widać, nie wiemy jednak nic o wnętrzu.

- Nie wierzę, by Bestia była taka sprytna, żeby robić jakieś niespodzianki. Myślę, że format się udał.

- Cóż, jej zachowania strategiczne były zawsze dziwne.

- Twierdzisz, że może nas zaskoczyć?
- Nie wiem, Cal. Czekaj, robimy skok na sto metrów, gotowy?
- Gotowy.
- No to siup.
-  I,  proszę  państwa,  widzimy  teraz  fort  Ironstone  z  lotu  ptaka.  Cóż  za  piękna  konstrukcja!  Te

koszary, te bastiony, te kawialiery i nadszańce... I lądujemy. Jesteśmy... sprawdzam dalmierz... o sto
metrów  od  najbliższego  stoku  bojowego,  za  którym,  w  suchym  zagłębieniu  na  fosę,  mieści  się
południowy półksiężyc. Ciągle cicho. Lider komandosów zaznacza miejsce docelowe skoku. Za chwilę
wylecimy  w  powietrze  i  wylądujemy  dokładnie  na  trójkątnym  półksiężycu.  I  siup...  Ciągle  pusto.
Państwo czują, jak wali mi serce? I lądu... Wielki boże! Tęgoryjec!

- Nie lądować! Rozproszyć się!
 - Aaa!
- Cal! Za tobą! Macka!
 - Ognia!
- Chryste! Patrzcie na koszary!
 - Odwrót! Odwrót!
 - Cal! Wyloguj!

***

Formatowanie  zakończyło  się  klęską.  Bestia  uderzyła  ze  zdwojoną  siłą,  we  wszystkich  grach.  Co

więcej,  operacja  „Freeze"  najwyraźniej  wyszła  jej  na  zdrowie,  bo  pojawiły  się  poprzednie  wcielenia:
muszki,  komary,  osy  i  inne  insektoidalne  stwory  od  których  zaczęło  się  całe  pandemonium.  Światy
zostały  oficjalnie  zamknięte,  zaś  w  Brahmawi  toczyła  się  regularna  bitwa  z  użyciem  wszelkich
możliwych środków. Relacje z tego pięknego świata wyglądały jak obrazy apokalipsy według świętego
Jana. Tyle że niszczył nie pankreator, a szatan wcielony w cyfrę. Większość zoenetów wycofała się
do  sejfów  i  zapadła  w  przymusową  drzemkę  lub  przeniosła  się  do  motombów  i  czekała  na  rozwój
wydarzeń. W kraju dimenów pozostali tylko zawodowcy, automaty i najodważniejsi dziennikarze.

Prace nad wspomnieniami zakończyłem. Byłaby z tego niezła książka. Dokumentalna. Mierził mnie

już  pobyt  pod  ziemią,  brakowało  powietrza.  Co  prawda  pobyt  osładzała  mi  nieodmiennie  cierpliwa  i
pogodna Monika, ale skłamałbym, gdybym powiedział, że nie odczułem ulgi, gdy do mojego pokoju
wpadł Sergio z okrzykiem:

- Chodź, znowu są!
- Kto? - Zerwałem się z fotela. - Pokażę ci w laboratorium!
 Wybiegliśmy na korytarz.
- O kim mówisz? - sapnąłem. - O zoenetach! Szukają cię!
Wpadliśmy zadyszani do pomieszczenia z rzędem konsol.
- Patrz - wskazał monitor.
Zamarłem. Nad powierzchnią undercity przesuwał się oddział dziesięciu motombów w zoeneckich

zbrojach.

- Dimeni - szepnąłem.
- Szukają cię.
Szukają  mnie!  Wiedzą,  gdzie  jestem!  Mieli  zapisy  ostatniego  starcia  z  Feliksem  Ronem,  moim

szoferem bez mózgu, oraz z cieniem. Domyślili się, że uciekłem w dół. Co prawda, Steffi wiedziała to
na pewno, ale to nie ona wydawała rozkazy. Zlustrowałem lecący szwadron. Żywe maszyny. Ludzie z
metalu.

background image

- 106 -

 - Jest tu funkcja zoomu? - spytałem.
Sergio wskazał dżojstik. Przybliżyłem obraz. Jeden z droidów był Freyą. Czyżby Steffi? Wcisnąłem

guzik i trzymałem tak długo, aż metaliczna kobieca twarz wypełniała ekran.

- Tak, to Płomiennowłosa. - Sergio zrozumiał moje intencje. - Zaszła bardzo daleko w zoeneckiej

hierarchii. Ale zdaje się, że jej ojciec niedługo ją odwoła. To bardzo wrażliwa dziewczyna.

***

 -  Wiesz,  co  to  jest?  -  Harold  Alland  postawił  na  stole  buteleczkę  z  pięcioma  znajomymi

kapsułkami. Virgen?! Tu?

- Moje ciało?!
Alland uśmiechnął się pobłażliwie.
 - Niestety nie.
- Skąd to macie?
Cmoknął.
- Mam dla ciebie dwie wiadomości. Dobrą i złą.
 Kiedyś powiedziałbym, że uwielbiam tajemnice zagadki. Dzisiaj byłem nimi znużony.
- Zacznij od dobrej.
 - Szukają cię dimeni.
 Prychnąłem.
- To jest ta dobra wiadomość?! Pewnie, że szukają, chcą mnie ukatrupić!
Znów się uśmiechnął i pogładził wieczko flakonika.
 - A, nie. Desperacko cię potrzebują.
Przypomniałem sobie wieści o nieudanym formacie
. - Nie radzą sobie z Bestią?
-  Otóż  to.  -  Spojrzał  na  mnie  z  zazdrością.  -  Szukają  tego,  kto  ją  pokona,  a  obaj  wiemy,  że  to

będziesz ty.

Zlustrowałem  jego  aurę.  Ledwie  ją  dostrzegałem  na  tle  morskich  otchłani.  Pozazmysłowe

postrzeganie definitywnie się kończyło.

- Mam nadzieję, że nie znają tej durnej przepowiedni. A zresztą - machnąłem ręką - nie skojarzą jej

ze mną, bo nie wiedzą, że czytam myśli.

- Ale domyślają się słusznie. Więc nie chcą cię zabić, tylko wykorzystać.
- Co za różnica. Zabiją mnie potem.
 - Może nie?
Zamrugałem.
- Co masz na myśli?
- No cóż... Do tej pory zachowywałeś się jak prawdziwy gamedec: ani razu nie wyjawiłeś informacji,

których wyjawiać nie chciałeś. Jeśli dostaniesz zwykłe płatne zlecenie...

Zmarszczyłem czoło. Zwykłe zlecenie... jak dawno nie słyszałem tego określenia.
- Wszystko się zmieniło - podjął. - Światy są zamknięte, Brahmawi krwawi. Mamy światowy kryzys

sieciowy Ludzie boją się telesensować, nawet dotykać klawiatury Zarówno zoeneci, jak i rządy mają
milion  problemów  na  głowie,  z  których  ty  jesteś  najmniej  istotny  W  dodatku  możesz  im  pomóc  w
rozwiązaniu najważniejszych. Może pozwolą ci żyć?

W końcu co miałem do stracenia? W Zoenet Labs tkwił klucz do odzyskania ciała... Spojrzałem na

buteleczkę z kapsułkami.

- A co zawiera ta fiolka? Uśmiechnął się krzywo.
- To jest właśnie zła wiadomość. Stefii zdobyła ten specyfik, żeby przywrócić ci powierzchowność...

Hioba Agona. Gdybyś wrócił do nich w obecnej formie, zdemaskowałbyś moją córkę, nieprawdaż?

O nie.

***

Koncern  Mobillenium  Ltd.  wykupił  wczoraj  pakiet  kontrolny  firmy  Inverted  Mind  Entertainment,

twórcy  niezbyt  popularnych  „psychodelicznych"  gier,  z  których  tylko  „Otchłań"  osiągnęła  względny
sukces. Czyżby transportowy lider zainteresował się nanotroniczną rozrywką?

Kolejne trzęsienie ziemi w Kalifornii.Wydaje się , że los półwyspu jest przesądzony...

***

background image

- 107 -

Następny  tydzień  był  arcynieprzyjemną  powtórką  z  rozrywki.  Przeistoczyłem  się  w  niskiego,

grubego  karła  przy  akompaniamencie  diabolicznych  śmiechów  i  w  huku  piekielnych  otchłani,  które
rozrywały  się  po  to,  by  ukazywać  migawki  z  życia  aniołów  grających  ogłuszającą  muzykę  na
niebiańskich  trąbach.  Jedyne,  co  mogłem  w  tym  czasie  robić,  to  leżeć  w  łóżku,  opędzać  się  przed
pająkami,  szkaradnymi  sześcionogimi  stworami,  marami,  szpiegonami  i  żywiołami,  które  obracały
całą stację Shadow Zombies w dymiącą ruinę. Nic już nie było pionowe ani poziome. Ściany stały się
skośne, podłogi połamane, ludzie niespodziewanie zmieniali kształty, atakowali mnie i knuli za moimi
plecami.  Co  jakiś  czas  ze'  szczelin  w  suficie  wysuwała  się  podstępna  cienka  macka  z  kropelką
śmiertelnej trucizny, którą usiłowała wlać mi do gardła. Radziłem sobie z tym, jak umiałem: czasem
rzucałem  się  jak  oszalały  (bo;  w  istocie  oszalałem)  i  wtedy  ukojenie  znajdowałem  jedynie  w
opiekuńczych  ramionach  snu,  czasem  ignorowałem  wszystkie  te  zjawiska,  lecz  zdarzało  się,  że
potykałem  się  o  nieistniejące  przeszkody  bądź  cierpiałem  katusze  po  połknięciu  wszechobecnych
toksyn  czy  wchłonięciu  cudzych,  podłych  myśli.  W  pokoju  cały  czas  był  włączony  monitor  holowizji.
Obejrzałem wtedy więcej programów niż przez całe dotychczasowe życie. Inna sprawa, że większości
z nich nie rozumiałem.

W  następnym  tygodniu  ustąpiły  urojenia.  Zostały  dosyć  dobrze  ustrukturalizowane  wzrokowe

omamy.  Niestety,  zamiast  blondyny  latał  mi  przed  oczami  archaiczny  atmosferyczny  myśliwiec  z
chichoczącym gnomem na pokładzie, zaś miejsce skrzatów zajęły jakieś czarne mgiełki czy kłaczki.
Bardzo brakowało mi Moniki, która gdzieś zniknęła.

Sporadycznie  łapałem  się  na  nieprzyjemnych  odczuciach  derealizacji:  przestawałem  pojmować

swoje  otoczenie.  Ściany,  meble,  przedmioty  traciły  znaczenie,  które  dotąd  wydawało  się  trwale  do
nich przylepione. Ich sens stawał się zupełnie niejasny, a przeznaczenie mgliste. Jeszcze gorzej się
czułem, gdy ogarniała mnie, na szczęście rzadsza od derealizacji, depersonalizacja. Wtedy po prostu
przestawałem  rozumieć,  kim  jestem.  Stawałem  się  pustą  skorupą  wypełnioną  głosami  nie  moich
myśli,  które  brzmiały  jak  wypowiadane  w  obcym  języku.  Orbitowałem  pod  sklepieniem  własnej
czaszki  i  obserwowałem  rozświetlone,  nie  umeblowane  wnętrze  ciała.  Czasem  miałem  specyficzne
zawroty głowy odczuwane przeze mnie tak, jakby ktoś chwytał mnie potężną łapą i przesuwał w bok
tak  szybko,  że  wzrok  nie  nadążał  za  ruchem.  Uznałem,  że  psychika  Hioba  jest  mniej  stabilna  od
duszy blondyna. Albo po prostu mój własny umysł był już zbyt umęczony nieustannymi zmianami.

 Jeszcze siedem dni i wróciłem do wątpliwej normy: stanu, w którym dokładnie odróżniałem prawdę

od fikcji. Wtedy złożyłem wizytę ojcu Steffi.

-  Zdeponuj  mi  to  w  ElektroBanku,  na  koncie  z  hasłem  -  podsunąłem  mu  kasetkę  z  kryształem,

mnemodysk oraz flakon z infigenem. - Hasło znajduje się na dysku. Oczywiście do niego nie zajrzysz.
- Co to za dokumenty?

Uśmiechnąłem się smutno.
- Moja polisa ubezpieczeniowa.
Wyciągnąłem z kieszeni minikrążek zatytułowany: „Otworzyć w razie mojej śmierci".
- A to przekażesz notariuszowi.
 - Oczywiście.
Potarłem skronie. Nie dawała mi spokoju sprawa Lamy.
- Harold. Zrobiłeś coś z Sergiem?
Znów to zacięcie ust. O co mu chodzi? Sprawę infigenu chyba wyjaśniliśmy. Milczy.
-  Posłuchaj  -  podjąłem  -  wiem,  że  argument  obrazu  jego  aury  jest  dość  śmieszny,  ale  moja

zdolność  była  bardzo  spójna,  wiesz,  że  jestem  gamedekiem  i  umiem  myśleć  logicznie.  Nawet  w
najcięższych warunkach. Zresztą Monice też się nie podobał... - urwałem. - Właśnie, gdzie ona jest?
Dlaczego nie było jej przy mnie podczas metamorfozy?

Pochylił się nad kremowym blatem. Gdzieś w oddali, za jego plecami, dostrzegłem cielsko walenia.

- Czy nadal widzisz aury, Torkilu?

Przełknąłem ślinę
. - Już... nie.
Skinął filozoficznie głową.
- Właśnie dlatego nie ma już Moniki.
 Zamarłem. Więc była zwidem?!
- I dlatego - podjął cicho - nie mogłem brać serio twoich ostrzeżeń.
Przez chwilę trwaliśmy w ciszy, jak w zatrzymanym kadrze.
- Cieszę się - szepnął - że w końcu wyzdrowiałeś.

***

background image

- 108 -

StarZone na Marsie! Z dawna zapowiadany i ciągle odkładany koncert charyzmatycznych muzyków

na  Czerwonej  Planecie  wreszcie  doszedł  do  skutku  i...  okazał  się  wydarzeniem  co  najmniej
kontrowersyjnym.  Lider  grupy,  Papa  Porca,  którego  samo  pseudo  jest  bluźnierstwem,  nie  oszczędził
oczekujących  go  z  utęsknieniem  kolonistów:  artysta  wykpił  kubaturę  sali  koncertowej,  wyśmiał
aparaturę audio, mnemo i sensofoniczną oraz, co należy już do tradycji, zaprezentował zgromadzonym
gościom, w tym komandorowi Jasonowi Pradowi z żoną (lotniskowiec „Grenada" tymczasowo orbituje
wokół planety) nie podwójnego, ale już potrójnego penisa w stanie erekcji. O ile dotąd przeznaczenie
dwóch członków było raczej oczywiste, o tyle teraz stało się problematyczne. - O co chodzi? - śmieje
się Papa. - Jeden w anus, drugi w vaginę, a trzeci w jakieś słodkie usta... zresztą już niedługo będzie
poczwórny - dodaje - ale inaczej, poziomo. Wymyśliłem nową pozycję z dwoma ciksami.

-  Samo  wykonawstwo  -  komentuje  Krystian  Rogowsky  -  stało  na  bardzo  wysokim  poziomie,

zarówno sensyczne aranżacje, jak i muzyczna fabuła. Czy jednak nie milej by było, gdyby StarZonerzy
przemówili  swojemu  liderowi  do  rozsądku?  Mógłby  się  w  końcu  nauczyć  trzymać  przyrodzenie  w
spodniach. A poza tym dojdzie do tego, że gdy się podnieci, dostanie zawału!

Cicg dalszy wiadomości kulturalnych. Najnowszy el-book Hasana Ora, Zabłąkani spotkał się z dość
 chłodnym  przyjęciem  krytyki,  wytknięto  dwieście  dwanaście  nieświadomych  plagiatów,  zarzucono

piętnaście świadomych...

***

Tej  nocy  przyśniła  mi  się.  Wisiała  nad  Warsaw  City  z  szeroko  rozpostartymi  skrzydłami.  Od  jej

ciała biły mieniące się promienie.

- Anioły... - szepnąłem i mój głos odbił się od wszystkich wież świata - ...nie istnieją.
-  Mylisz  się,  Torkilu  -  odrzekła,  a  jej  głos  był  jak  szmer  tysięcy  strumieni.  -  Uratowałam  cię,  więc

istnieję.

- Dlaczego już cię nie widzę?
Roześmiała się i cały świat roześmiał się razem z nią.
- Jak to? A teraz?
- Przecież to tylko sen... Podfrunęła i musnęła moje usta wargami pachnącymi rajskim powietrzem.
- A... czym jest sen, gamedeku?
Milczałem,  chłonąc  jej  niebiańską  bliskość.  Na  nieskończenie  słodką  chwilę  przylgnęła  do  mnie.

Unieśliśmy się wysoko ponad najwyższe wieżyce miasta, jestem pewien, że coś między nami zaszło,
nie umiem tego nazwać, jakbym na chwilę stał się nią, a ona mną.

- Miłość... - wyszeptała przestrzeń dookoła nas. - Miłość też jest realna.
Potem gdzieś zniknęła. Zostałem sam nad miastem.
Spadałem w otchłań, nie czując strachu.

***

Ferdinando Starlotti znowu w reklamie! Czy ulubieniec kibiców grawitacyjnej piłki, rozgrywający ze-
społu  Brasil  Breakers,  nie  minął  się  z  powołaniem?  Tym  razem  Ferdi  nie  zachęca  do  picia  Mind

Coli,  lecz  do  stosowania  Nobaru,  specyfiku  unieczynniajcego  wzrost  włosów  na  twarzy.  Zobaczymy,
czy wielbicielki pozostaną mu wierne mimo zniknięcia podniecającego zarostu...

.

***

Leżałem  na  gruzowisku  w  okolicach  środkowej  Pragi.  Zgodnie  z  ustaleniami,  właśnie  nad  tym

miejscem o wyznaczonej godzinie powinien przelatywać patrol dimenów. Hiob Agon ma nieprzyjemny
zapach. Ciekawe, co go podkusiło, by przybrać właśnie taki wygląd? Może potrzebował odmiany po
poprzednich,  przystojnych  wcieleniach?  Dziwny  jest  ten  świat,  ta  Ziemia,  myślałem  z  policzkiem
wpartym  w  kawałek  betonu.  Wizja  emigracji  na  inną  planetę  zdawała  się  bardzo  nęcąca.  Zawsze
marzyłem o kosmosie. Gaja... Czemu nie? Na podłym ziemskim globie prawdopodobnie czeka mnie
nieustanna  ucieczka  przed  idiotami,  którym  ubzdurało  się,  że  skoro  nie  podzielam  ich  kretyńskich
zapatrywań i znam rzekomo nadzwyczaj ważne informacje, nie powinienem żyć.

Zbliżył  się  szczur.  Kąsacz.  Wyciągnąłem  broń  i  zakończyłem  jego  śmierdzące  istnienie  gejzerem

krwi.  Sam  się,  bracie,  o  to  prosiłeś.  Ja  nie  lezę,  gdzie  mnie  nie  chcą.  No,  chyba  że  mnie  do  tego

background image

- 109 -

zmuszają.  Poprawiłem  tłuste  cielsko  (forsownie  odpasione  zaledwie  w  ciągu  kilku  dni)  i  przybrałem
odpowiednią pozę. Powinienem wyglądać na skrajnie wyczerpanego.

Wreszcie  usłyszałem  odległy  znajomy  szum  zoeneckich  motombów.  Nie  poruszyłem  się.

Wylądowali  wokół  mnie  bez  słowa.  Znów  poczułem  tę  niezrozumiałą  obcość  cyfrowych  ludzi.  Nie
musieli rozmawiać za pomocą fal mechanicznych zwanych popularnie dźwiękiem, bo porozumiewali
się,  używając  fal  elektromagnetycznych.  Więc  prawdopodobnie  gadali  jak  najęci,  a  ja  tego  nie
słyszałem. Gdybym percypował drgania radiowe, mógłbym ich zrozumieć, a tak najwyżej mogłem się
domyślać.  „I  co?  Jaka  jest  rzeczywistość,  biedny  człowieku  uzależniony  od  zmysłów?",  powiedział
kiedyś Lee Roth.

Pozwoliłem  się  unieść  metalowym  łapskom  i  przetransportować  do  opancerzonego  śmiga.  Tam

ułożyli  mnie  na  kozetce  grawitacyjnej,  dali  kroplówkę  i  jakieś  prochy  Znowu  prochy!  Zanim
zanurzyłem  się  w  chemiczny  sen,  zdążyłem  pomyśleć:  żegnajcie,  zombiaki.  Żegnaj,  Alfredzie,
Haroldzie i niesłusznie oskarżony Sergio. Żegnaj Moniko, najlepsza i najpiękniejsza, choć nierealna,
pielęgniarko.

5. Bestia

Nadal  podoba  ci  się  na  Ziemi?  Prawda,  że  to  przemiła  planeta?  Nie  wejdziesz  w  sieć  w  obawie

przed Bestią, nawet telesens jest niebezpieczny. A nie boisz się rozmawiać z sąsiadem? Skąd wiesz,
że  nie  jest  zainfekowany  hipnozą?  Wciąż  masz  niepowtarzalną  szansę,  żeby  polecieć  do  nowego,
lepszego  świata!  Gaja  jest  nieskażona  zarówno  pod  względem  cyfrowym,  jak  i  organicznym!  Nie
znajdziesz  tam  mutantów  ani  toksycznych  odpadów!  To  wielki,  nowy,  piękny  glob  we  wspaniałym,
bezpiecznym, stabilnym układzie planetarnym strzeżonym przez dwa gazowe giganty! Skąd wiesz, że
do Ziemi nie zbliża się jakiś asteroid, który rozniesie ją w pył? Myślisz, że Jowisz go wyłapie? A jeśli
nie? Jak sądzisz, skąd się wziął pas asteroidów między Jupiterem i Marsem? W systemie Alsafi są aż
dwa  odkurzacze  trochę  mniejsze  od  Jupitera.  Mówiąc  krótko,  Ziemia  to  przeżytek.  Gaja.  Nowe
mieszkanie. Nowe życie. Nowe szanse. Mobillenium. Tam... ale już nie z powrotem!

***

- Cześć, Torkil - na płycie lądowniczej Zoenet Labs, pod palącym amerykańskim słońcem, przywitał
 mnie  Koriolan  Dal,  szef  wywiadu.  Obok  niego  szczerzył  zęby  Laurus  Wilehad.  Być  może  we

własnej skórze.

- Witaj, Koriolanie,cześć,Laurus.-Ukłoniłem się.
- Czekaliśmy na ciebie. - Dimen ujął mnie pod ramię i wprowadził w korytarze bazy.
Laurus  szedł  o  krok  za  nami.  Bardzo  dużo  ludzi  ostatnio  na  mnie  czeka,  miałem  ochotę

powiedzieć, ale powstrzymałem się. Nie chciałem zdradzać Shadow Zombies.

- Ostrzegam, że nie zgadzam się na żadne przesłuchania - warknąłem cicho.
Dal nie zwolnił kroku. Jego mechaniczna twarz wyrażała bezdenne zdziwienie.
- Czyś ty oszalał? Nie mamy czasu na głupstwa! W tej chwili zagrożone jest całe Zoenet Labs, cała

nasza pieprzona społeczność!

- O? - uśmiechnąłem się złośliwie.
-  Ściągnęliśmy  najlepszych  gamedeków  na  Ziemi.  Mamy  specjalistów  z  Hongkongu,  Melbourne,

Nowego  Yorku,  Casablanki,  Rio,  Tokio,  Pekinu  i  ciebie  z  Warsaw  City  W  sumie  czternaście  grup,
twoja będzie piętnasta, czyli według greckiego alfabetu... Omikron. Ładna nazwa, prawda?

- Bardzo.
Weszliśmy do większej sali, gdzie przy monitorach kręcił się tłum ludzi. Szliśmy środkową aleją.
- Zaprosiliśmy jeszcze kilka osób do twojej drużyny Myślę, że się ucieszysz.
Obeszliśmy ściankę działową, ostatnią przed wielkim oknem. Zakręciliśmy i... zobaczyłem Pauline,

Harry'ego,  żeńską  zbroję  typu  Doom...  Po  sekundzie  obserwacji  nie  miałem  wątpliwości,  że  była  to
Anna.  W  grupie  byli  też  Levi  Chip  i  Ruben  Troy,  a  za  nimi  najprawdopodobniej  drużyna
mechanicznych  Bezbolesnych,  żywo  o  czymś  dyskutujących.  Zapadła  się  pode  mną  ziemia.  Zerkali
zdziwieni  na  Koriolana,  Wilehada  i  na  mnie.  Nie  tak  sobie  wyobrażałem  nasze  powitanie.  Jak  tu
dotknąć przyjaciół w ciele brzydkiego grubaska? A zwłaszcza... spojrzałem na moje panie... Jak mam
uściskać Pauline i Annę?

Jeśli znajdziesz się w niezręcznej sytuacji, odetchnij i trzymaj pion.
Pieprzyć  to,  pomyślałem,  wystąpiłem  pół  kroku,  wyprostowałem  baryłkowaty  korpus  i  odezwałem

się:

background image

- 110 -

- Niedługo przybiorę własną postać. To ja, Torkil.
 Najpierw  przez  chwilę  milczeli,  wytrzeszczając  oczy,  a  potem...  rzucili  się  do  mnie  z  krzykiem  i

podrzucili  w  górę.  Pauline  i  Anna  zostały  z  tyłu.  Słusznie,  pomyślałem.  Im  należą  się  szczególne
względy.

-  Jak  ty  wyglądasz,  chłopie?!  -  darł  mi  się  prosto  w  twarz  Harry,  gdy  już  opadłem  na  ziemię.

Kochany Harry Już myślałem, że cię nie zobaczę.

 - Trochę podupadłem - zażartowałem.
 Wybuchnęli  śmiechem.  Kuksańce  Bezbolesnych  odczuwałem  jako  dość  bolesne  ciosy,  mimo  to

przyjmowałem je z wdzięcznością. Wśród nich zapewne znajdował się Peter „Crash" Kytes. To zdaje
się ten, pomyślałem, widząc jednego z Doomów stającego naprzeciwko mnie.

- Peter? - spytałem.
- Czempion znowu jest z nami - oświadczył znanym barytonem.
- Bestia posra się w gacie! - zawtórowali kumple z drużyny.
- Bardzo na ciebie liczymy, Torkil - przez gąszcz stalowych ciał przepchnął się Chip.
Ładna historia. Znowu praca.
-  Mam  już  nawet  teorię...  -  spod  pachy  Normana  wyłoniła  się  rozczochrana  twarz  Rubena.  -

...wydaje mi się...

-  Cicho  -  zgromił  go  Harry,  widząc,  że  od  kilku  chwil  patrzę  nieruchomym  wzrokiem  na  kobiety

mojego życia.

Wiwatująca grupa rozstąpiła się. Podszedłem dwa kroki i przypomniałem sobie o swoim wyglądzie.

Może  chociaż  oczy  wyrażały  wnętrze?  Może  zdradzał  mnie  sposób  poruszania  się?  Ważąc  te
dylematy,  stałem  nieruchomo  ze  cztery  sekundy.  Mój  Boże,  widziałem  tyle  holofilmów  ze  scenami
radosnych, triumfalnych powrotów, czytałem tyle el-booków, a mnie samemu przypadł w udziale tak
żałosny comeback? Ktoś kiedyś powiedział: oczy mogą cię zwieść, nie ufaj im. Podszedłem zatem i
przytuliłem obie moje kobiety I znalazłem się w domu.

***

Niedługo światy ożyją na nowo i znowu będą oazą spokoju i relaksu. Nie ma co do tego żadnych

wątpliwości.  Pamiętaj  wtedy  o  antygrawach  firmy  Player  Friend.  Podłączasz  je  do  standardowego
gniazda  w  łożu  i  nie  musisz  się  martwić  o  kurz  w  nosie,  na  twarzy  i  kombinezonie!  Będziesz  mógł
wchodzić w gry z przyjemną świadomością, że wstaniesz z łoża czystszy, niż się kładłeś! Antygrawy
Player Friend! Łoże to nie katafalk! Łoże to portal do lepszego świata!

***

Moje honorarium opiewało na milion kredytów, zwrot ciała, usunięcie kodu genetycznego z pamięci

zoeneckich maszyn, medialny powrót w świat żywych i... bilet na Gaję. W razie niepowodzenia: ciało,

 tożsamość, bilet. Dal nie protestował.
-  W  tej  sytuacji  populacja  łyknie  każdą  bajkę  na  temat  twojego  powrotu,  a  rządy  nie  mają  nic  do

gadania - skwitował.

Na wszelki wypadek postanowiłem wyjaśnić swoje stanowisko.
- Koriolan, nie próbuj niczego. W razie śmierci mój notariusz dotrze do banku, gdzie zdeponowany

jest... pamiętnik. Byłby z tego niezły bestseller. Wszystkie grupy nacisku są w nim dokładnie opisane.
Pamiętaj,  że  ciągle  jestem  osobą  wiarygodną,  więc  niech  nic  nikomu  nie  wpadnie  do  głowy.
Wyszczerzył błyszczące zęby.

- Dowiodłeś, że jesteś twardy jak skała. Nie mam wyboru.

 ***

-  Dzień  dobry,  Vanessa  Reeve,  Earth  News.  Dotarły  do  nas  niepokojące  wiadomości  z  Gujany

Równikowej.  Łączymy  się  z  naszym  korespondentem,  Ralphem  Faradayem.  Ralph,  czy  możesz
powiedzieć, co się tam dzieje?

-  Dzień  dobry,  Vanesso.  Dzisiejszej  nocy  doszło  do  kilkunastu  rozbojów,  aktów  wandalizmu  i

napadów,  głównie  na  terenie  Nowego  Paryża,  ale  także  w  okolicznych  miejscowościach.  Straty
szacuje się na dwa miliony kredytów. Nie było ofiar w ludziach. Według wstępnych ustaleń sprawcami

background image

- 111 -

wszystkich  przestępstw  byli  digineci  stworzeni  w  firmie  Live  Jaquesa  Lamberta.  Ofiary  przemocy
wniosły  pozwy  do  sądów.  Miejscowe  władze  zwołały  komisję  badającą  przyczyny  zajść.  Zaproszony
został profesor Randal Umumba z Uniwersytetu w Nowym Paryżu, światowej sławy psycholog od lat
zajmujący  się  psychoprofilowaniem.  „Digineci  od  dawna  powinni  być  badani",  krzyczą  tytuły
prawicowych  gazet,  „możemy  hodować  żmije  na  własnym  łonie!"  Organy  związane  z  lewicą  próbują
ich  bronić.  -  Trzeba  pamiętać,  że  Live  dała  pracę  ponad  pięćdziesięciu  tysiącom  bezrobotnych,  ta
firma  uratowała  nasz  kraj.  Co  znaczy  kilka  wybitych  szyb  wobec  dobrodziejstwa  koncernu  Jaquesa
Lamberta?.- czytamy w artykule na pierwszej stronie „African True".

Neutralni  komentatorzy  są  ostrożni.  Twierdzą,  że  najprawdopodobniej  był  to  wybryk  źle

skomponowanych psychicznych konstelacji. Powstaje jednak pytanie: nawet jeśli tak jest, jak poradzi
sobie z tym prawo? Co będzie, jeśli biegli dowiodą, że winni nie są digineci, lecz ich stwórcy? Może
najważniejszym  problemem  nie  jest:  kogo  ukarać,  lecz:  co  dalej  robić  ze  sprawcami?  Izolować?
Resocjalizować?  Czy  może...  przeprogramować?  Dla  Earth  News  mówił  z  Nowej  Gwinei  Ralph
Faraday, do zobaczenia.

-  Dziękuję,  Ralph.  Przechodzimy  do  wiadomości  z  kraju.  Intensywnie  pracują  grupy  kryzysowe  w

Zoenet Labs...

***

Zaraz, jak to było... Najpierw zmieniłem się w Hioba, kiedy pierwszy raz odwiedziłem Zoenet Labs.

Potem, gdy znalazłem się w undercity, przemieniłem się w wysokiego blondyna. Potem z powrotem
przedzierzgnąłem się w Agona, a na koniec znowu w siebie. Z małą modyfikacją. Poprosiłem Guya
Samsona, zoeneckiego lekarza, żeby wprowadził w mój genotyp odrobinę szersze barki i dodał pięć
centymetrów wzrostu. Jak szaleć, to szaleć. Pominę opisy czwartej agonii, w której tylko jedna rzecz
różniła, się na korzyść: halucynacje trwały tylko pierwsze dwie doby, a potem prawie zupełnie ustąpiły
Z przyjemnością przyjąłem świat bez tytanów, piekielnych scen, piorunów, robali, krasnali, nawet bez
blondyny No, może za tą ostatnią trochę tęskniłem. Miała' panna fantazję. Trudno. Było, minęło. Za
tydzień  stałem  się  z  powrotem  najprawdziwszym  Torkilem,  zwykłym,  normalnym  facetem.  Tyle  że
bez  blizny  na  twarzy.  Paliłem  się  do  pracy  Wreszcie  miałem  zlecenie:  proste,  przejrzyste  i
najważniejsze w dotychczasowym życiu.

Zabić Bestię.

***

Bezmózgi Medtronics! Nowość! Tańsze o trzydzieści procent od ciał Pharma Nanolabs! Oferujemy

raty  zero  procent  oraz  przyjazną  procedurę  kredytowania  w  MediaBanku!  Nie  przegap  szansy!
Monopol  został  złamany!  Bezmózgi  Medtronics!  Amerykańska  jakość,  europejskie  ceny  i  obsługa!
Sprawdź teraz
!

*

-  Dzisiaj  rano  wykonaliśmy  kilka  rajdów  na  fort  -  perorował  Takeshi  Royo,  uznany  gamedec,

przywódca grupy Alfa (czyli klanu „Ghost Monks") z Hongkongu.

Za nim jarzyła się zatrzymana w ruchu, trójwymiarowa projekcja Ironstone.
- W tym czasie używaliśmy Personality Security Droids wszystkich kalibrów, po dziesięć na osobę.

Salę wypełnił szum niedowierzania. Chińczyk wyciągnął ręce w uspokajającym geście.

-  Uznaliśmy,  że  przy  tym  stopniu  zagęszczenia  powietrznych  agresorów  dopiero  taka  liczba

gwarantuje bezpieczeństwo organikom. W przypadku dimenów wystarczą trzy.

Grupy uderzeniowe obecne w sali odpraw wciąż dyskutowały.
-  Dobrze  wiecie  -  ciągnął  Royo  -  że  liczba  cyfrowych  przeciwników  narasta  w  niewiarygodnym

tempie.  Jeszcze  wczoraj  grupy  Epsilon  i  Dzeta,  czyli  klany  „Wilid  Women"  i  „Dark  Skies",  używały
najwyżej pięciu aparatów PSD na osobę. Oblicze tej wojny zmienia się w zastraszającym tempie.

-  Wczoraj  -  krzyknął  z  sali  chudy  brunet  -  w  wiadomościach  podano,  że  są  pierwsze  ofiary  w

serwerach nie związanych z grami!

Takeshi poważnie pokiwał głową.
- Jeśli czegoś nie wymyślimy, i to szybko, możemy się pożegnać z siecią.
- A zoeneci z domem - mruknął ponuro dimen odziany w nieznany mi typ zbroi.

background image

- 112 -

Po mojej prawej stronie siedziała Ann Sokolowsky. Jej kolana lśniły połyskiem opalonej skóry. Nie

mogłem  się  nacieszyć  tym  widokiem.  Znowu  miałem  wgrany  w  omnik  jej  program.  Znowu  byłem
właściwym  człowiekiem  na  właściwym  miejscu.  Z  lewej  strony  dolatywał  subtelny  zapach  perfum
Infinity, które na skórze Pauline Eim zamieniały się w prawdziwy afrodyzjak. Organiczki wciąż mają
przewagę  nad  motombkami.  Tamte  prędzej  spryskają  się  olejem  niż  dezodorantem...  Gdy  tak
siedziałem między dwiema pięknymi kobietami, które wyglądały jak moje własne skrzydła, rozpierała
mnie tak wielka (szowinistyczna) radość, że z trudem śledziłem słowa prelegenta. Niewiele jest takich
chwil.

- Z zebranych przez moją grupę danych wynika kilka - Takeshi skrzywił się sceptycznie - być może

interesujących  faktów.  Po  pierwsze  zauważyliśmy,  że  tęgoryjce  mają  dziwną  cechę:  wyłaniają  się
spod ziemi i chowają z powrotem nawet wtedy, gdy nie wybiją wszystkich przeciwników.

Kilka organicznych i mechanicznych głów wystających nad oparciami foteli skinęło na znak zgody

-Widzimy to na tym filmie

Royo  zwolnił  pauzę  i  skierował  kamerę  na  stepowy  obszar  w  pobliżu  fortu,  gdzie  do  skoku

szykowała  się  kilkunastoosobowa  grupa.  Nagle  podłoże  zaczęło  się  zapadać.  Kilku  żołnierzy
błyskawicznie wystartowało, najprawdopodobniej byli to dimeni, bo czas reakcji wydawał się niezwykle
krótki.  Pięć  postaci  odbiegło  poza  obszar  obsuwu.  Trzech  komandosów  zareagowało  za  późno.
Wielka paszcza potwora otworzyła się pod nimi i wyrzuciła ciała w powietrze potężnym podmuchem
zielonkawego gazu. W ułamku sekundy porwały ich cienkie macki, rozerwały na strzępy i wrzuciły do
pięciodzielnego  pyska.  Pozostali  przy  życiu  wojownicy  ostrzeliwali  bestię  z  ziemi  i  z  powietrza,  ona
jednak, zamiast bronić się czy atakować, schowała się pod powierzchnię gruntu. Projekcja zatrzymała
się.

- Dla uspokojenia wyjaśniam - odezwał się prelegent - że nieszczęsna trójka żyje.
Po sali przeszło westchnienie ulgi.
- Zostali wylogowani przez automaty przywiezione przez panią dyrektor Eim z Warsaw City - ukłonił

się Pauline. Ta grzecznie się uśmiechnęła.

- Te niewielkie moduły - podjął - oddają nam niewiarygodne usługi. Żołnierze czują się dobrze i już

rwą się do walki.

- Co za moduły przywiozłaś? - nachyliłem się do jej ucha.
-  Takie  małe  kostki  -  szepnęła  i  otarła  się  wargami  o  moje  ucho.  Elektryzujący  dreszcz.  -

Przyczepiasz do hełmu i nawet gdy urwie ci rękę, powinno cię bezpiecznie wylogować.

- Wymyśliliście w Novatronics? Uśmiechnęła się z dumą.
- Wciąż jesteśmy liczącą się firmą.
My? Od kiedy Pauline zaczęła się utożsamiać z pracą? No cóż, westchnąłem filozoficznie. Pewnie

mnie też by to nie ominęło.

- Nie prościej byłoby software'em?
Tym razem w jej uśmiechu była zagadka. - Dobre pytanie.
- A gdzie jest Konon? - przypomniałem sobie o jej synku.
- Na przymusowej hibernacji .Nie pozwolę, żeby coś mu się stało.
- Obudzisz go po wszystkim?
Skinęła głową.
- Tak jak przed formatowaniem - znów skupiłem się na głosie skośnookiego prezentera - tęgoryjce

lubią chodzić daną trasą dwa razy, nie mniej, nie więcej. Poza tym zauważyliśmy wciąż ten sam wzór
zachowań:  zwierzęta  nawet  mając  przewagę,  w  pewnym  momencie  przegrupowują  się  i  zmieniają
schemat ataku. Atakują nawet same siebie, zarejestrowaliśmy dziwaczną scenę, gdy ten tirex...

Obraz  skupił  się  na  potworze  przypominającym  kopalnego  tyranozaura.  Gad  uciekał  przed

strzelającymi do niego żołnierzami. W pewnym momencie odwrócił pysk i... ugryzł się w udo.

- ...dokonuje czegoś w rodzaju automutylacji.
 - Czego? - spytał jakiś zoenet.
-  Samookaleczenia  -  Royo  uśmiechnął  się  przepraszająco.  -  Używam  czasami  psychologicznej

terminologii. Skrzywienie zawodowe.

Od  razu  go  polubiłem.  Mogłoby  się  wydawać,  że  gamedecy  to  w  większości  programiści.

Tymczasem zaskakująca wielu miało ciągoty psychologiczne.

-  Można  założyć,  że  w  Bestii  walczą  jakieś  dwie  sprzeczne  natury  -  podjął.  -  Jedna,  czysto

niszczycielska, i druga, uprawiająca dziwną strategię skoków i odskoków, wyraźnie nie lubiana przez
tę pierwszą.

Mówca wyłączył ekran.
- Na tym kończę swój raport. Dzisiaj do akcji rusza nowo sformowana grupa Omikron, składająca

się głównie z graczy słynnej drużyny Bezbolesnych, wspierana przez żołnierzy VSA oraz zespoły Iota,

background image

- 113 -

Lambda, Ksi i Kappa, czyli, z grubsza rzecz ujmując, klany... - zerknął do notatek - Wretched Knights,
Myth Beasts, Blue Monkeys i kobiecą formację Lean Furies. Wypada życzyć powodzenia.

Wstaliśmy.  Wyraźnie  odczułem  moc  nowych  mięśni  i  kości.  Teraz  już  nie  musiałem  uprawiać

ćwiczeń regenerujących i pić ziółek. Miałem ciało prosto z formy.

- Co o tym sądzisz? - zwrócił się do mnie Harry.
 Skrzywiłem się łobuzersko.
- Wiem jedno - naprawdę miło było usłyszeć własny głos - trzeba się paskudzie przyjrzeć.

***

To  my  ubezpieczyliśmy  konstrukcję  megamiasta  New  Tokyo.  To  my  wypłaciliśmy  odszkodowanie

po  katastrofie  środkowego  przęsła  mostu  w  Cieśninie  Gibraltarskiej.  To  my  wypłaciliśmy
odszkodowanie po upadku orbitalnej stacji Pegasus. To my ubezpieczyliśmy wszystkie loty na Gaję.
Safe  Nations.  Najpoważniejszy  partner.  Safe  Nations.  Nie  sprzedajemy  polis.  Safe  Nations.
Pomagamy w nabyciu świętego spokoju.

***

Ledwo  weszliśmy  w  Crying  Guns,  każdego  członka  grupy  otoczyła  świetlista  sfera  peesdeków

walczących z robalami, koliberkami i większymi latającymi stworami. Co chwila z niebytu wyskakiwał
Bat,  Falcon  bądź  nawet  Dragon  i  rozszarpywał  cyfrowymi  kłami  i  pazurami  śmigające  w  powietrzu
paskudztwo. Trudno było się skupić.

- Dimeni na obwód, organicy do środka - zakomenderowałem.
Członkowie grup wykonali polecenie. Otworzyłem mapę. Nad piaskiem zamajaczył trójwymiarowy

projekt fortu Ironstone.

- Jesteśmy tutaj - wskazałem południowy kwadrant oddalony o kilometr od twierdzy.
-  Plan  jest  prosty  -  podjąłem  -  od  tego  półksiężyca...  -  wskazałem  trójkątne  umocnienie  na

południowy  wschód  od  murów  -  biegnie  kaponiera,  wąski  rów,  w  który  mam  zamiar  wskoczyć,
przebiec  między  kleszczami...  -  dziobnąłem  palcem  w  obraz  ustawionych  pod  kątem  wałów
obronnych  -  i  dostać  się  do  twierdzy  poterną.  O,  tu  -  zakreśliłem  małe  wejście,  jedyne  alternatywne
dla głównej bramy na południowym zachodzie.

Odetchnąłem  i  zapatrzyłem  się  w  łuny  mikrowalk  błyskających  wokół  naszych  ciał.  Szukałem

natchnienia. Czy może duchowego wzmocnienia.

-  Poternę  można  otworzyć  tylko  w  jeden  sposób  -  podjąłem.  -  Trzeba  jednocześnie  zająć

zwieńczenia pięciu wież... - wskazałem szczyty iglic wyrastających z pięciokątnych koszar w centrum
fortu - a następnie zdobyć najwyższą komnatę wieży środkowej... - przesunąłem palec na wiszącą w
powietrzu wieżycę, podtrzymywaną przez pięć sióstr wspartych o grunt.

Komandosi VSA, Bezboleśni oraz członkowie pozostałych grup skinęli głowami. Zwróciłem uwagę

na  urodziwą  Lilith  Ernal,  mistrzynię  klanu  Lean  Furies.  Średniego  wzrostu  śniada  blondynka  o
zdecydowanych  rysach  dziwnie  mnie  pociągała.  Zbroję  typu  scout  przyozdobiła  karmazynowymi
wisiorami,  piórami  i  nadrukami.  Odsłonięty  brzuch  regularnie  -  się  zapadał  w  rytmie  oddechów.  Po
bokach  wyraźnie  zaznaczonych  mięśni  prostych  mieniły  się  animowane  kwadraciki  przedstawiające
skradającego  się  tygrysa.  Za  nią  warowały  pozostałe  Furie,  każda  udekorowana  w  indywidualny
sposób. Także dosyć interesujące. Torkil, skup się.

- Szczegółowy plan przedstawi Peter „Crash" Kytes.
Z przyjemnością oddałem mu głos, żeby bliżej przyjrzeć się wojowniczkom. Przybrany w szkarłatny

strój czempion Bezbolesnych podszedł do mapy.

- Przed szczytem każdej z pięciu wieżyc wisi powietrzny półksiężyc chroniony przez osadzone na

nim pluje i pterodony W komnatach wież są tylko tigry...

-  Mała  kubatura  pomieszczeń  -  wszedł  mu  w  słowo  Desmond  Archtime,  lider  Wretched  Knights:

potężnie  zbudowany,  o  długim  nosie  i  zaczepnym  spojrzeniu.  Zbroja,  oczywiście  scout,  w
przeciwieństwie  do  Furii  czarna,  inkrustowana  srebrnymi  technostylizacjami.  Kandydat  na  głównego
bohatera do holofilmu SF.

Peter spojrzał na niego z uwagą.
- Zgadza się. Dlatego zajęcie komnat, o ile do nich dotrzemy, nie powinno być problemem. - Crash

wrócił  wzrokiem  do  mapy  i  przez  chwilę  się  zastanawiał.  -  Należy  zatem  najpierw  zająć  powietrzne
półksiężyce, potem pięć wież, a na końcu wskoczyć do najwyższej.

Powiódł po nas ciemnymi oczami, szukając aprobaty Skinęliśmy głowami. Wychwyciłem pytający

wyraz twarzy Rodneya Lugara, przywódcy Blue Monkeys, barczystego, krępego mężczyzny o niskim
czole  i  przenikliwych  oczach.  Małpy  miały  zbroje  jednolicie  błękitne,  z  granatowym  uproszczonym

background image

- 114 -

wizerunkiem rezusa na piersi i naramiennikach. Lugar słynął z precyzji skoków. Pewnie liczył, że to on
wykona najtrudniejszą część.

-  Problem  polega  na  tym  -  podjął  Peter  -  że  skok  na  wiszące  trójkąty  jest  na  granicy  zasięgu

najlżejszej  zbroi  typu  scout.  To  samo  tyczy  rajdu  na  najwyższą  iglicę.  Jeden  strzał  pluja  niszczy
dziewięćdziesiąt procent pancerza.

Przełknąłem  ślinę.  Sam  byłem  zatrzaśnięty  w  najcięższego  szkarłatnego  dreadnoughta

(przyozdobionego  insygniami  Bezbolesnych).  Chciałem  dotrzeć  do  serca  kompleksu.  Skakanie  nie
było mi potrzebne.

- Żeby w ogóle mieć szanse doskoczyć - ciągnął przywódca diabłów - trzeba się wybić z jednego z

bastionów obsadzonych przez tireksy, ewentualnie nadszańca, na którym są pluje. Można też z dachu
koszar, ale to strefa samobójcza ze względu na hipnozę... oraz koncentrację potworów na dziedzińcu.
Ostatecznie można próbować z zewnętrznego półksiężyca lub przeciwstraży, gdzie są wszystkie typy
stworzeń.  Sprawę  komplikuje  fakt,  że  przed  skokiem  agregaty  generujące  energię  muszą  być
naładowane w stu procentach, inaczej nie dolecimy Tak więc na dziesięć sekund przed lotem skoczek
musi wstrzymać ogień.

- Pysznie - mruknął komandos VSA, dumnie prezentujący zbroję typu assault.
-  Wytrzymamy  -  uspokoił  go  lider  Myth  Beasts,  Chuck  McTyr.  Jego  zbroja  (oczywiście  scout)

pokryta  była  rdzawymi  włosami,  a  hełm  ozdabiały  imponujące  rogi  Minotaura.  Twarz  zasłaniały
kędzierzawe wąsy, długa broda i krzaczaste brwi. Rzeczywiście mityczna bestia.

-  Jak  widzicie  -  ciągnął  Peter  -  sprawa  nie  jest  prosta.  Obraliśmy  następującą  strategię...  -

Przybliżył  mapę  tak,  że  była  widoczna  tylko  południowowschodnia  strona  fortu.  -  Oddział  pierwszy
VSA atakuje bastion wschodni, odciągając uwagę stacjonujących tam tireksów i plujów z nadszańców.
Bądźcie przygotowani na powietrzny atak pterodonów i ewentualną wizytę tęgoryjca.

Komandosi przytaknęli. Niemal sami dreadnoughci. Chodząca artyleria.
- Dziesięć sekund później - ciągnął „Crash" - oddział drugi VSA atakuje bastion południowy. W ten

sposób  odciągniecie  przeciwników  zgromadzonych  na  drodze  Torkila.  Waszym  zadaniem  jest
utrzymać się przez następnych dziesięć sekund. Przewidujemy, że w tym czasie zwróci się w waszym
kierunku pięćdziesiąt procent obsady fortu.

- Czyli śmierć na miejscu - szepnęła Anna.
- Nie do końca - odparował Kytes. - Zbroje typu dreadnought powinny wytrzymać standardowy atak

nawet do trzydziestu sekund.

- O ile nie wyskoczy tęgoryjec - weszła mu w słowo Pauline.
- Omawiamy dynamiczny proces wojenny - wyjaśnił spokojnie Peter. - Nie potrafimy wyeliminować

ryzyka. Można dalej?

Mrugnąłem na znak potwierdzenia.
-  Po  dwudziestu  sekundach  wkracza  najsilniejszy  trzeci  oddział  VSA,  atakujący  szaniec

północno-zachodni. - Odsunął mapę, pokazując cały fort. - Tym razem będziecie osłaniać nas: grupy
Omikron,  Iotę,  Lambdę,  Ksi  i  Kappę,  czyli,  mówiąc  skrótowo,  bo  wiem,  że  nie  wszyscy  członkowie
klanów są obecni w tych taktycznych związkach, Bezbolesnych, Nędznych Rycerzy, Mityczne Bestie,
Błękitne Małpy i.. - mrugnął do Lilith - Szczupłe Furie.

Odpowiedziała przelotnym, ledwie zauważalnym uśmiechem.
- Natychmiast po tym - podjął - jak wyeliminujecie obsadę z bastionu, wskakujemy tam i czekamy

na  doładowanie  generatorów.  W  tym  czasie  wiążecie  ogniem  pluje  z  nadszańca  i  murów
znajdujących się pod koszarami, jak również unieszkodliwiacie pterodony Jasne?

Dowódca  trzeciej  grupy  VSA  spokojnie  kiwnął  głową.  Peter  zrobił  krótką  pauzę.  Spojrzałem  w

kierunku  fortu.  Wyglądał  jak  zaklęte  zamczysko  skrywające  bluźnierczy  sekret.  O  ile  Ironstone  był
twierdzą bardzo trudną do zdobycia nawet podczas zwykłych drużynowych turniejów, o tyle z obecną
obsadą jawił się jako apenetrowalny, o ile można tak powiedzieć.

- Od momentu naszego skoku na bastion zaczyna tykać zegar - podjął „Crash". - Siły przeciwnika

odpierające ataki grup VSA, pierwszej i drugiej, dzielą się i zmierzają do nas od północnego wschodu,
południowego  zachodu  i  drogą  powietrzną.  Być  może  także  podziemną.  Dlatego  jak  najszybciej
Omikron, Lambda, Iota, Ksi i Kappa, czyli Bezboleśni, Rycerze, Bestie, Małpy i Furie...

Przerwał i krzywo się uśmiechnął.
-  Pewnie  się  dziwicie,  dlaczego  ciągle  to  powtarzam,  ale  jest  nas  tak  dużo,  że  muszę  sobie  -

mrugnął - i pewnie wam przypomnieć, kto jest kim w tym bałaganie.

Skinąłem głową na znak, że mnie aprobuję i słucham dalej.
- Zatem grupy te - podjął - wskakują na półksiężyc nad bastionem i likwidują osadzonego tam pluja,

ostrzeliwując się przed pterodonami. Powinno nam to zająć około pięciu sekund. Snajperzy zdejmują
pluje  z  sąsiednich  wiszących  półksiężyców.  Następnych  pięć  sekund.  Grupy  pierwsza  i  druga  VSA
obserwują  ruchy  przeciwnika.  Gdy  ocenicie,  że  Torkil  ma  szansę  na  niepostrzeżony  rajd  w

background image

- 115 -

kaponierze,  dajecie  mu  znak.  Torkil  prawdopodobnie  wskoczy  w  rów  w  momencie,  gdy  grupa  Iota  i
Lambda,  czyli  Knights  i  Beasts,  będą  zajmować  sąsiedni  półksiężyc  północny,  a  Ksi  i  Kappa,  czyli
Monkeys i Furie, półksiężyc zachodni.

Peter spojrzał na liderów grup.
-  Wykonacie  bezpośredni  skok  albo  będziecie  kombinować  susami  po  szczytach  wież  -  wskazał

palcem wieżyce sąsiadujące z wiszącymi trójkątami. - Snajperzy zajmą się plujami na półksiężycach
wschodnim  i  południowym.  Kolejne  pięć  sekund.  W  tym  czasie  obrońcy  fortu,  czyli  tireksy  i  inne
paskudztwo,  wracający  na  północno-zachodni  kraniec  fortu,  pragnący  unicestwić  grupę  trzecią...  -
spojrzał  na  dowódcę  VSA  -  ...pokonają  połowę  drogi,  a  Torkil,  jak  sądzę,  jedną  trzecią  kaponiery.
Jeszcze jeden skok grupy Iota, czyli Rycerzy, na półksiężyc wschodni, a grupy Kappa, czyli naszych
ślicznych Furii, na południowy.

Stuknął palcem w kaponierę.
- Torkil jest w połowie drogi, a do grupy trzeciej VSA atakującej bastion północno-zachodni dociera

pierwsza  fala  bestii.  Liderzy  grup  Kappa,  Iota,  Ksi  i  Lambda,  czyli  Lilith  Ernal,  Desmond  Archtime,
Rodney Lugar i Chuck McTyr, wykonują rajd do komnat wież osłaniani przez towarzyszy i starają się
zająć pozycję przy dźwigniach. Z mojej grupy będzie to Mike Gunner, rozgrywający w Goodabads, bo
ja sam w tym czasie poszybuję na szczyt...

Zerknąłem na Lugara. Jego szeroka twarz nie drgnęła. Lider Małp wiedział, jak się zachować. Peter

wskazał pancernym palcem punkty ,od których będzie się odbijał: szczyt wieży północno-zachodniej i
krawędź przypory łączącej ją z centralną iglicą. Mistrzowski skok.

Zacisnąłem usta. Wszystko brzmiało jak plan szaleńca.
- Oczyszczam komnatę z tigrów i docieram do dźwigni pięć do siedmiu sekund po innych liderach.

Na  znak  pociągamy  lewary  i  Torkil  wbiega  prosto  w  otwierającą  się  poternę.  -  Stuknął  w  bramę.  -
Utrzymujemy się tak długo, jak się da. W razie czego wylogowujcie.

Zakreślił obszar nad koszarami.
-  Pamiętajcie,  że  tutaj  zaczyna  się  hipnoza,  generowana  prawdopodobnie  przez  muchopodobne

okazy,  które  rezydują  w  budynku.  Za  wszelką  cenę  unikajcie  zbliżania  się  do  koszar.  Nie  dajcie  się
strącić  z  półksiężyców.  Niektórych  graczy  tigry  porywały  do  wnętrza  fortu.  Wszyscy  wiemy,  jak
skończyli.

Kytes powoli podniósł na mnie wzrok.
-  Dlatego,  szczerze  mówiąc,  nie  wiem,  dlaczego  decydujesz  się  na  tę  misję.  To  samobójstwo.

Uśmiechnąłem się wesoło.

-  Mam  wrażenie,  że  jestem  częściowo  odporny  na  tę  hipnozę.  Poza  tym  -  zerknąłem  na

oskrzydlające mnie Pauline i Annę - mam doskonałą eskortę.

- Tylko do murów - prychnął „Crash". - A dalej...
- Dalej jest tajemnica - dokończyłem. - Coś w sam raz dla gamedeka.

***

-  Centrum  Kontroli  Mutacji  informuje  o  pojawieniu  się  nowej,  niebezpiecznej  formy  flory.  Jest  to

śluzowiec  z  gatunku  Physarum  policephalum  toxicum  oznaczony  symbolem  SSM010041.  Mimo  że
filtry  ABB  chronią  przed  jego  przeniknięciem  w  obręb  siedzib,  Out-Rangers  donoszą  o  dziwnej
inklinacji  tego  organizmu  do  gromadzenia  się  blisko  barier.  Tempo  poruszania  się  śluźni  to  zaledwie
pięć  centymetrów  na  minutę,  jednak  organizm  o  powierzchni  zaledwie  dziesięciu  centymetrów
kwadratowych potrafi wydzielić trujący gaz mogący pozbawić przytomności dorosłego człowieka. CKM
opracowuje wszczep zawierający serum ochronne. Szczegóły na stronie Centrum.

***

- Grupa pierwsza VSA na stanowisku - usłyszałem w słuchawkach.
Leżeliśmy z Pauline i Anną schowani za wydmą i czekaliśmy na znak.
- Grupa druga VSA gotowa.
 - Trzecia VSA gotowa.
- Omikron, Lambda, Iota, Ksi, Kappa gotowe - głos Kytesa.
- Wstawcie chronometry w pole widzenia - zakomenderowałem i uruchomiłem opcję. Zegar pojawił

się  w  dole  obrazu.  -  Nie  interesuje  nas  czas  bezwzględny.  Uwaga,  wysyłam  sygnał  zerujący...  Już.
Czas minus dziesięć...

- Gdy odliczanie dojdzie do zera, wkracza pierwsza grupa VSA.

background image

- 116 -

Czas minus siedem... Wystrzeliłem w powietrze kamerę stacjonarną i umieściłem podgląd w lewym

górnym rogu pola widzenia. Czas minus cztery...

- Nie boisz się, Pauline? - głos Anny zza moich pleców.
Milczenie. Czas minus dwa.
- Chciałabym powiedzieć coś heroicznego, ale nie umiem.
Zero.
- Tu lider grupy pierwszej. Wychodzimy z ukrycia i otwieramy ogień - dowódca ma głos spokojny,

niski, prawie senny.

Jestem  mu  za  to  wdzięczny.  Umieszczam  widok  z  kamery  na  jego  hełmie  tuż  obok  obrazu

ukazującego scenę z góry i oznaczam jedynką. Nadchodzące ze wschodu dreadnoughty, nad którymi
dumnie  powiewa  proporzec  VSA,  walą  w  bastion  ręcznymi  moździerzami.  Tory  pocisków  znaczą
błękitne  niebo  seledynowym  szlakiem.  Eksplozje  wyglądają  jak  otwierające  się  zielone  wachlarze
ozdobione  czerwonym  abstrakcyjnym  deseniem.  Padają  na  ziemię  pierwsze  tireksy  Czuję  pod
brzuchem  drżącą  ziemię.  Za  chwilę  docierają  do  nas  głuche  grzmoty  wybuchów.  Posadowione  na
nadszańcu  pluje  obracają  się  w  stronę  agresorów  i  wysyłają  świetliste  bomby,  które  wznoszą  się
parabolicznym  lotem,  sypiąc  dookoła  iskry.  Pterodony  stacjonujące  na  półksiężycu  wiszącym  nad
bastionem zrywają się do lotu. Dociera do nas ich wybrzmiewający zwielokrotnionym echem skrzek.
Pluj stojący obok nich podnosi wylot i strzela wysoko, niemal pionowo. Pocisk powinien upaść prosto
na grupę VSA, ale za dobrych kilka sekund. Snajperzy pierwszej grupy strzelają do pluja pociskami z
opóźnionym  zapłonem.  Za  chwilę  jego  tułów  pęcznieje  i  rozrywa  się  na  kilkanaście  płatów,  które
spływają  po  murze.  Wojownicy  rozchodzą  się  tyralierą  i  ustawiają  w  półokrąg.  Część  z  nich
przyspiesza i zamienia się w rozmazane widma.

- Uwaga na pterodony - ostrzega dowódca. Wielkie latające gady strzelają żółtymi soplami kwasu.

Pierwsze  zabójcze  salwy  padają  wśród  żołnierzy,  wyrywając  z  gruntu  syczące  szydła  piachu.
Skrzydłowi w zbrojach asault wyskakują w powietrze i ostrzeliwują grupę ogniem zaporowym.

- Incoming! - krzyczy dowódca.
Żołnierze  odskakują  na  boki.  W  gierczaną  glebę  spada  strzał  pluja,  którego  przed  dwiema

sekundami roznieśli snajperzy. Deszcz grud ziemi przysłania widok z podniebnej kamery.

-  Tireksy  i  tigry!  -  krzyczy  jeden  z  wojowników.  Z  suchego  dołu  fosy  wspina  się  na  stok  bojowy

falanga  gadów,  głoszących  gardłowym  rykiem  szybką  śmierć.  Obok  nich  biegną  niskie,  długie,
kotowate  stworzenia.  Grupa  pierwsza  VSA  rozdziela  się,  żeby  oskrzydlić  nieprzyjaciela.  Na  czoło
falangi spada druga bomba pluja, ta, którą wystrzelił stwór z górnego półksiężyca. Obraz przysłaniaj ą
gejzery krwi, uszy rozrywa ryk maltretowanych stworzeń. Dziesięć sekund.

-  Tu  lider  drugiej  grupy  VSA.  Wchodzimy  -  Tym  razem  głos  nieco  wyższy,  z  trudem  hamujący

emocje. Umieszczam obraz z jego kamery na prawo od poprzednika i oznaczam dwójką. Tym razem
dreadnoughty nadciągają z południa. Od awangardy odrywają się cygara rakiet, ciągnących za sobą
mleczny ślad kondensacyjny. Pociski niszczą obsadę południowego bastionu. Padają tireksy, szczątki
tigrów lecą w powietrże i opadają na ziemię, wirując niczym spalone liście. W kierunku komandosów
rusza  fala  bestii.  Rozdrażnione  pluje  z  południowych  klinowatych  przeciwstraży  syczą  i  wysyłają
bombę za bombą.

-  Rozproszyć  się,  wycofać  pięćdziesiąt  metrów  i  wrócić  na  pozycję  -  słyszę  głos  lidera  grupy

pierwszej.

Spoglądam  na  ekran.  W  miejscu,  gdzie  rozpoczęli  akcję,  kłębi  się  wizja  końca  świata:  gąszcz

zwierząt, salwy pterodonów i plujów, siatka serii z broni ręcznej, leje od wybuchów moździerzy.

- Skokami do przodu! - krzyczy lider dwójki. Pędzą na spotkanie galopujących gór mięsa. Wysyłają

przed sobą emisariuszy śmierci: dymiące rakiety rozrywają przeciwników w ryku agonii i wstrząsach,
które czujemy całym ciałem.

- Aaa! - krzyczy któryś z żołnierzy z grupy pierwszej.
Oby  wylogowała  go  skrzyneczka  Pauline.  Oddalam  obraz  twierdzy.  Po  suchym  dnie  fosy  pędzi

migotliwa  masa  potworów,  wszystkie  kierują  się  ku  południowo-wschodniemu  krańcowi,  omijają
wielkie  szańce  bastionów,  jak  woda  omywa  kamienie.  Czarny,  połyskliwy  od  łusek,  gęsty  dywan
tireksów i tigrów. A nad nimi deszcz pterodonów. Według moich szacunków komandosi nie utrzymają
się dłużej niż minutę.

- Ogień zaporowy! - krzyczy lider dwójki.
Na stok bojowy naprzeciwko komandosów spadają  pociski moździerzy. Fala potworów zatrzymuje

się w tym miejscu.

- Wracamy na pozycję - flegmatyczny głos lidera jedynki.
- Przegrupowują się! - krzyczy któryś z żołnierzy.
 - Pterodony zmieniają wzór ataku! - potwierdza inny.
Dwadzieścia sekund.

background image

- 117 -

- Tu lider trzeciej grupy VSA. Wchodzimy.
 Oddalam obraz. Pierwsze salwy moździerzy i rakiet padają na północno zachodni bastion. Tirex i

stojący obok niego pluj padają jak podcięci niewidzialną struną. Wybuch celnie ulokowanego granatu
z  moździerza  rozwala  mur  nadszańca.  Zlokalizowane  tam  pluje  zsuwają  się  bezwładnie  po  ruinach.
Mają  pogruchotane  kończyny  Nie  są  w  stanie  przybrać  pozycji  strzeleckiej  i  niezdarnie  machają
uszkodzonymi  kikutami.  Potwory,  które  dotąd  sunęły  dołem  fosy  w  stronę  grup  pierwszej  i  drugiej,
zatrzymują  się,  wahają.  W  końcu  część  z  nich  zawraca.  Cudowne  rozstąpienie  się  Morza
Czerwonego musiało wyglądać podobnie.

-  Ślad  tęgoryjca  -  ostrzega  lider  jedynki.  -  Odskakujemy  promieniście.  Sto  metrów  i  wracamy.

Patrzę  w  miejsce  sygnału.  Nagle  grunt  zapada  się,  wzniecając  gejzer  pyłu.  Z  krateru  wytryskuje
pięciodzielna gęba okolona setką ostrych witek.

- A! - jeden z wojowników był zbyt blisko.
- Uwaga na pluje z górnych półksiężyców! - głos kogoś z grupy trzeciej.
- Obrona ulega dezorganizacji - to cichy głos Petera.
Przenoszę spojrzenie na grupę północno-zachodnią. Rzeczywiście mają dużą przewagę ognia nad

jedynką i dwójką. Oczyszczają dół fosy, bastion i sterczący nad nim nadszaniec.

- Grupy szturmowe Omikron, Kappa, Ksi, Iota i Lambda! - krzyczy Kytes. - Skaczemy!
Jakby  ktoś  rzucił  garść  drobniutkich  połyskliwych  klejnotów  w  powietrze,  tak  kilkudziesięciu  ludzi

wznosi  się  nad  dołem  fosy  i  ląduje  na  zdewastowanym  północno-zachodnim  bastionie.  Zerkam  na
zegar.  Jeszcze  dziewięć  sekund  i  będą  mogli  szturmować  wiszący  nad  nimi  półksiężyc,  z  którego
wysypuje  się  czarna  chmura  pterodonów.  Szturmowcy  rozsiewają  wokół  siebie  trójwymiarowy
grzebień energetycznych serii, jakby świecący jeż wyzbywał się swoich igieł.

-  Trójka!  -  znowu  głos  Petera.  Przybliżam  obraz.  Widzę  jego  karmazynowy  strój.  Błyskawicznie

podbija broń i likwiduje mknącego w jego kierunku pterodona. - Walcie zaporowym w obu kierunkach
fosy i w mury z plujami! Do pterodonów samonaprowadzającymi!

- Tu lider trójki. Zrozumiałem.
Za  chwilę  po  obu  stronach  szturmowców  czekających  na  naładowanie  baterii  wytryskują  salwy

moździerzy W otaczającą ich chmurę latających stworów wwiercają się zwinne smugi małych rakiet
rozpoznających kształt.

- Ich atak słabnie! - cieszy się ktoś z dwójki.
 - Odchodzą do trójki - potwierdza lider.
Incoming!
Oddział drugi rozsypuje się jak silnie uderzone kule bilardowe. W miejscu, w którym stali, powstaje

wielka wyrwa - ślad po strzale pluja.

- Snajperzy! Zdejmijcie te plu...
Głos lidera dwójki urywa się, gdy spod ziemi wytryskuje pysk tęgoryjca.
-  Lider  wylogował!  -  słyszę  skrzekliwy  głos.  -  Przejmuję  dowodzenie!  Snajperzy,  zdjąć  pluje  z

południowego muru! Odskok i powrót w centrum!

- Skaczemy! - głos Petera.
Szturmowcy  odrywają  się  od  bastionu  i  lecą  wytracającym  prędkość  ruchem  w  stronę  trójkątnej

platformy  przy  północno-zachodniej  wieży.  Wspinają  się  na  powierzchnię  jak  ruchliwe  kolorowe
mrówki. Krzyki. Po chwili półksiężyc jest zdobyty.

- Lider jedynki do podróżnika.
Przez moje plecy przechodzi dreszcz. Czuję szturchnięcie w łydkę. Głos Pauline:
- To do ciebie.
- Za chwilę będziesz mógł wchodzić - opanowany bas. - Gotowy?
Przełykam ślinę
. - Gotowy.
- A twoje skrzydła?
Spoglądam czule na Annę i Pauline.
-  Jak  nigdy  w  życiu  -  odzywa  się  Sokolowsky,  kiedyś,  miliony  lat  temu  program  towarzyski  z

Rajskiej Plaży.

-  Lider  jedynki  do  podróżnika.  Ruszaj!  Wyskakuję  zza  wydmy  i  pędzę  w  ciężkiej  zbroi,  jakbym

uciekał przed złoczyńcą. Po prawej i lewej stronie błyskają ognie, ryczą bestie i ludzie, tryska krew,
organiczne strzępy Widzę nad sobą wachlarz salw. To Pauline i Anna torują mi drogę.

- Półksiężyc północno-wschodni zdobyty! - słyszę podniecony głos brodatego Chucka McTyra.
- Zdejmijcie tamte pluje! - to partnerujący mu lider Rycerzy, Desmond Archtime.
Pędzę  w  dół  po  zboczu  bojowym,  wypatruję  kaponiery,  dookoła  biega  kilka  tireksów.  Eim  i

Sokolowsky  ubrane  w  zbroje  asault  kładą  je  dobrze  odmierzonymi  strzałami  w  łeb.  Anna  strzela

background image

- 118 -

kilkakrotnie  szybciej  niż  Pauline.  Musiała  przyspieszyć.  Strzały  z  jej  broni  zlewają  się  w  świetliste
wachlarze. Potwory, jak w zwolnionym tempie, podrywają kończyny i zwalają się na grzbiety.

- Jak podróżnik? - głos Kytesa.
- Kaponiera przede mną. Pięćdziesiąt metrów - odpowiadam.
- Zajęliśmy trzy półksiężyce.
- Cztery! - krzyczy podniecona Lilith. - Cztery - poprawia się „Crash".
- Gratuluję.
Wybijam  się,  uderzam  w  grunt  krótkim  beknięciem  silników  i  ląduję  w  rowie.  Przede  mną

dwustumetrowy tunel, nade mną dwa skrzydła.

- Mamy piątą platformę! - informuje lider Knightów.
Biegnę i zerkam na ekran ukazujący pole bitwy od góry Głupi Sennhauser. Po co robił jakiś Doom

Day? To jest dopiero film!

- Lilith, nie tak blisko koszar! - ostrzega jakaś Furia.
- Wiem, co robię! Szlag! Co mi tu jakiś...
 Salwa.
- Anno! Bierz lewe kleszcze, ja prawe - słyszę głos Pauline.
Już kleszcze?
- Ślad tęgoryjca! Odskok! - to głos lidera trójki
. - Aaaa! - słyszę zwielokrotnione krzyki.
 Spoglądam na ekran.
- Niedobrze! - krzyczy Peter - chyba z pół trójki pożarta!
- Damy radę! - odkrzykuje dowódca.
 - Peter do podróżnika! Gdzie jesteś?!
- Sto metrów do poterny!
- Pauline! Rzuć za kleszcze granaty! - komenderuje Anna.
- Wal w tamtego... - odkrzykuje Pauline.
Rów przede mną wybucha w oślepiającej eksplozji. Musiał mnie wypatrzeć jakiś...
- ...pluja! - kończy zdanie Latynoska.
 Wyskakuję  z  rowu.  Kątem  prawego  oka  widzę  szarżującego  tigra:  przerażającą  czarną  gębę

pociętą rozchodzącymi się na zewnątrz żółtymi kłami. Wyciągam w biegu rękę i częstuję go strzałem
z  moździerza.  Potwór  wyparowuje,  eksplozja  rzuca  mnie  na  lewy  mur  kleszczy.  Zerkam  na  ekran
uszkodzeń. Piętnaście procent lewego pancerza. Drobiazg. Osuwam się do kaponiery.

- Pluj zdjęty!
- Tu Rodney! Jestem przy dźwigni!
- Lilith przy dźwigni!
- Peter do podróżnika! Gdzie jesteś!?
 - Siedemdziesiąt...
- Chuck McTyr! Mamy dźwignię!
- ...metrów!
- Tu Desmond! Wajha nasza!
- Omikron przy lewarze!
- Komplet - podsumowuje Kytes.
Dobiegam do pancernych drzwi.
- Torkil do Petera. Jestem przy poternie.
Patrzę  w  ekran.  Moje  dwa  skrzydła  rozprawiają  się  ze  zgromadzonymi  za  kleszczami  bestiami.

Oddalam obraz. Potwory wypływają z drzwi i okien koszar we wszystkie strony jak czarne strumienie.
Pterodony  zakrywają  pole  obserwacji  migotliwą  chmurą.  Wydaję  kamerze  dyspozycję  obniżenia
pułapu.  Widzę,  jak  Peter  wyskakuje  w  górę,  otoczony  seriami  osłaniających  go  salw.  Odbija  się  od
przypory i szybuje w stronę zwieńczenia wieżycy... Łapie ręką marmurowy parapet. Z okna wychyla
się  gęba  tigra  najeżona  grzebieniastymi  zębami  i  odgryza  mu  przedramię.  Zaciskam  zęby.  Peter
przytrzymuje  się  kikutem  ramienia,  strzela  bestii  prosto  w  rozwarty  pysk  i  wciąga  się  drugą  ręką.
Zabija jeszcze dwa tigry Nie krzyczy.

- Peter do omikronu - mówi ściszonym głosem - walcie dookoła wieży. Nie widzę za dobrze.
Tracę go z oczu. Ginie we wnętrzu komnaty. Za chwilę słyszę jego głos:
- Peter do wszystkich. Mam dźwignię. Na trzy ciągniemy. Raz...
Przygotowuję się do wejścia. Sprawdzam stan magazynków.
- Co to za muzyka? - głos Anny.
 - Dwa...
- Aniu, odsuń się od murów! – krzyczę
 - Niedobrze mi...

background image

- 119 -

- Trzy!
Wbiegam w czarny korytarz. Rzuca się na mnie tigr. Rozszarpuję go serią z miniguna.
- Pauline! Wyloguj Annę! - rzucam za siebie i przełączam wizję na inne widmo. Likwiduję obrazy z

kamer  liderów  i  kamery  wiszącej.  W  to  miejsce  wstawiam  projekcję  mapy  wnętrza  fortu.  Muzyka.
Dziwna  muzyka.  Obezwładnia,  łamie  szyję,  wykręca  kręgosłup...  Tigr.  Masz,  psi  synu,  nażryj  się
ołowiu, kurwi padalcu... Biegnę w skos, w górę, tracę kierunek. Przed oczami jarzą się nieziemskim
światłem  ściany.  Dziwnie,  człowiek  traci  orientację,  gdy  nie  widzi  normalnych  barw.  Zmieniam
obrazowanie na szarości. Obok materializuje się mieniący się na czerwono Lee Roth. Wiedziałem, że
mogę na niego liczyć.

- Aniu! Aniu! - daleki głos Pauline. - Wyloguj! Palec do góry, o tak...
Teraz w lewo. Coraz głośniejsza muzyka. Jakieś zawodzenie...
Wybiegam za róg. Obrzydliwa mucha. To ona śpiewa, dziwa jedna. Z jej pyska wypływają zjawy,

które chcą mnie zjeść, zeżreć mnie chcą, wsączyć, wepchnąć we mnie jakąś straszną treść, w moje
ciało, jelita, mózg, oczy. Między nami staje Lee, barczysty, mężny, niezłomny. Wali, siecze, szaleje,
aż huczy. Wyjmuję granatnik i w muchę. Raz. Łup. Dwa. Łup. Mokra plama.

- Zmykaj - mruczy Roth. - Do centrum drałuj.
 Lecę,  pędzę,  brodzę  jak  w  glinie,  błocie.  Tigris.  Siek.  Naparzam,  nasuwam,  wybryzguję  ogień...

Otacza  mnie  milion  aniołków.  Biją  się  z  diabełkami.  Kroczę  w  sferze  walki  dobra  ze  złem,  to  moje
peesdeki  eliminują  komary,  muszki,  sruszki,  pierdzidełka,  kolejny  śpiewak  zarąbisty  Lee  walczy  ze
zjawami.  Rozrywa  je  rogami,  penisem  roztrojonym,  szponami,  po  dwa  paznokcie  na  jednym  palcu,
rośnie mu druga głowa, zabija zjawy, a one jego, jest go dwóch, czeterech. . .

- Wal w muchę! - krzyczy.
Widzę śpiewaczkę obmierzłą. Ależ śpiewaaaa...
Jak  ocean  zalewa  mnie  fala  śmierdząca  jak  łajno  największego  smoka.  Laser.  Tnę  pindę  w

poziomie i w pionie.

- Znakiem krzyża cię naznaczam, dziwko okrutna - bełkocę.
- Do centrum! - krzyczy Roth. - Do centrum!
 Patrzę na mapę. Nie widzę. Centrum. Co to jest centrum? Chuj go wie. Nie wiem. W dupie mam

centrum. Potężna ręka demona chwyta mnie i gdzieś ciągnie. Ciągnie mnie dupek piekielny. Co on,
kurwa, chce ode mnie? Nie wiem...

Jestem  w  centralnej  komnacie  fortu  Ironstone.  W  środku  wieeelka  mucha.  Obrzydliwa.  Lustrzane

oczyska,  lustrzane  nożyska.  Wielkie  usta  śpiewają  jak  na  weselu.  Baal  Zebul.  Władca  Much.
Oczywiście. Król piekieł jest muchą-ruchą. Biegnę wkoło, unikając plujowatych, śluzowatych strzałów
orzących  ściany  za  moimi  plecami,  sypiących  odłamki  i  kurz.  Odbezpieczam  granatnik.  Walę.
Odpryski  gładkich  powierzchni  owadziego  ciała  mieszają  się  ze  zjawami,  które  walczą  z  legionem
czerwonych  demonów.  Od  zmagających  się  duchów  robi  się  ciasno.  Ciągle  biegnę,  rozrywając  ich
eteryczne  ciała,  jak  firanki,  zasłony,  pajęczyny  jakieś.  Otacza  mnie  najprawdziwsze  piekło:  diabły,
czarty,  biesy  rzucają  się,  ryczą,  szczerzą  kły,  kąsają,  walczą  z  upiorami,  a  ja  siekę  granatami,
powietrze  wypełnia  dym  i  blask  jak  błyskawice  w  chmurach.  Skończyły  się  granaty.  Laser.  Krzyż.
Kółko. Mucha słabnie. Odpada jedna noga. Druga. Wyczerpała się bateria gnata. Pozostał minigun.
Seria za serią. Zalewam potwora ulewą pocisków. W lustrzane oczy. W usteczka. W odwłok. Nagle
buch. Mucha rozpada się w plasku, plusku, stękaniu mokrych bebechów. Muzyka ustaje. Cisza.

 - Co się stało? - to głos Pauline.
Nagle  wszystko  nieruchomieje.  Włączam  podgląd  z  zewnętrznej  kamery.  Bestie  stoją  w  miejscu.

Pterodony  spadają  na  ziemię  klaszczącym  deszczem,  jakby  sparaliżowane.  Nagle  wszystkie
zwierzęta znikają.

 - Torkil? - głos Petera. - Żyjesz?
Patrzę na Lee Rotha niewidzącym wzrokiem.

***

-  Dzień  dobry,  Vanessa  Reeve,  Earth  News.  Przedstawiamy  najnowszy  raport  nastrojów

społecznych.  Na  dzisiaj  dwadzieścia  procent  społeczeństwa  FSA  deklaruje  chęć  zakupu  bezmózga,
nawet jeśli będzie się to wiązało z zaciągnięciem dużego kredytu. Wydaje się, że ten wzrost związany
jest  z  przełamaniem  monopolu  przez  firmę  Medtronics,  nowego  konkurenta  Pharma  Nanolabs,  oraz
nowych,  preferencyjnych  produktów  finansowych  oferowanych  przez  banki.  Siedemdziesiąt  osiem
procent  społeczeństwa  FSA  deklaruje  chęć  wejścia  w  sieć  i  wykupienia  dibeka,  przy  czym
siedemdziesiąt  procent  tej  grupy  chce  wrócić  do  realium  zaraz  po  obniżeniu  cen  na  bezmózgi  i
enzymy. Dwa procent respondentów zadeklarowała, że chce umrzeć w naturalny sposób. Większość

background image

- 120 -

stanowiły osoby o niskim uposażeniu oraz ortodoksyjni, praktykujący judeo i neochrześcijanie tudzież
technomahometanie.  Pół  procenta  respondentów  wyraziło  znaczne  zainteresowanie  pomysłem
emigracji,  głównie  z  grupy  wyrażającej  się  entuzjastycznie  o  nieśmiertelności.  Chwileczkę...  Mamy
gorący telesens. Proszę państwa... nasz korespondent z Zoenet Labs, Lex Idol na linii.

-  Dzień  dobry,  Vanesso,  witam  państwa,  wielki  przełom  w  walce  z  Bestią!  Dzisiejszy  rajd  grup

Omikron,  Kappa,  Ksi,  Lambda,  Iota  oraz  doborowych  oddziałów  VSA  przełamał  impas!  Jeszcze  nie
wiemy  dokładnie,  co  się  stało,  wiadomo  tylko,  że  wojownik  z  grupy  Omikron,  gamedec,  którego
personalia  utrzymywane  są  w  ścisłej  tajemnicy,  wdarł  się  do  fortu  Ironstone  i  tam  stanął  twarzą  w
twarz z czymś, co można nazwać...

***

-  Muszę  oczyścić  twoją  duszę  -  to  były  pierwsze  słowa  wypowiedziane  przez  czerwoną  gębę  Lee

Rotha, które usłyszałem po zdjęciu hełmu.

Obok  krzątali  się  sanitariusze.  Jeden  z  nich  instalował  płyn  przeciwwstrząsowy  w  zaczepie  łoża

jakiegoś gracza. Mężczyzna w wieku circa osiemdziesięciu lat leżał nieruchomo i płytko oddychał. Na
śmiertelnie  bladej  twarzy  widniały  brązowe  plamy,  jakże  podobne  do  tych,  które  gościły  kiedyś  na
obliczu Kytesa. Nie pamiętałem, z którego pochodzi klanu.

- Dlaczego zdemontowałeś moduł i nic o tym nie powiedziałeś? - spytała go z wyrzutem Pauline.

Nieopodal podniósł się z leżanki Doom Petera. Podszedł do chorego i położył mu pancerną łapę na
dłoni.

- Spokojnie, Robert. Co to dla ciebie - wyszeptał.
 Przypomniałem  sobie.  Robert  Swordsman.  Rezerwowy  Bezbolesny.  Chyba  ostatni,  który  nie

używał  motomba.  Straszny  twardziel.  Wczoraj  przyleciał  z  Warsaw  City.  Rozmyślania  przerwał
demon, który nachylił się nade mną i wsadził łapę w moją głowę. Co ten drań robi? Jaka ładna grupa
ludzi...  Ciekawe,  jakby  wyglądali,  gdyby  tak  ich  wszystkich  rozpłatać  jednym  równym  cięciem
gigantycznego topora, zamrozić w czasie, a potem oglądać przekrój... 0 tak, takim wypolerowanym,
lśniącym toporkiem przeciąć, równiutko...

- Gotowe - sapnął czart.
Dookoła  pojaśniało  i  poweselało.  Spojrzałem  na  niego  pytająco.  Nie  chciałem  robić  z  siebie

pośmiewiska, rozmawiając z powietrzem.

- Twój umysł był zainfekowany - wyjaśnił. - Nie zdołałem cię obronić w stu procentach.
Ciekawe. Czart operujący matematyczną terminologią.
- Teraz chodź - wskazał łoże, z którego podnosił się motomb Anny.
Trzymała się za głowę. Założyłem soczewki. Była blada i jakaś nieswoja.
- Musimy jej pomóc - szepnął.
Do dziewczyny zbliżyło się dwóch dimenów w żywych zbrojach.
-  Przepraszamy,  panno  Sokolowsky  -  odezwał  się  jeden  z  nich  -  ale  nasze  odczyty  wskazują,  że

wchłonęła pani część hipnotycznych treści. Musimy panią poddać szczegółowym badaniom.

Spojrzała na nich ze złością.
- Nic mi nie jest - wysyczała.
- Przykro mi - zoenet ujął ją za rękę - proszę pójść z nami i nie stawiać oporu.
- Zostaw mnie - ostrzegła.
- Przepraszam - wtrąciłem - czy mógłbym najpierw z nią porozmawiać?
- Odejdź, Torkil, dam sobie radę - odezwała się wojowniczo.
Zląkłem się. Nigdy jeszcze tak nie mówiła i nigdy tak nie wyglądała. Podbiegła Pauline. Wyglądała

na przestraszoną.

-  O  Boże  -  szepnęła.  -  Podleciała  za  blisko  murów.  -  Spojrzała  na  mnie.  -  Chciała  cię  osłonić  i

sprzątnąć jednego pluja. Któraś z tych much musiała ją wyczuć i zaczęła zawodzić.

- Słyszałem.
- Zostaw mnie! - krzyknęła Sokolowsky, na ułamek sekundy przyspieszyła i odepchnęła jednego z

dimenów.

Mężczyzna  poleciał  w  tył  i  oparł  się  o  ścianę.  Sytuacja  stała  się  poważna.  Motomby  z  opcją

akceleracji  mogły  roznieść  całe  pomieszczenie  w  drzazgi,  a  przy  okazji  poszatkować  organików  na
drobny gulasz.

- Zostawcie mnie wszyscy! Mali ludzie - spojrzała z pogardą. - Nędzne byle co!
- Czas działać - szepnął Lee i zbliżył się do niej. Podobnie jak w moim przypadku, zanurzył łapę w

jej głowie. Reakcja była prawie natychmiastowa. Kobieta wyprostowała się i zastygła.

- Pani Aniu, my naprawdę musimy... - podszedł do niej odepchnięty dimen.

background image

- 121 -

- Zostaw - wyciągnąłem do niego rękę.
- Musimy zrobić skany i kwarantannę... - tłumaczył się.
- Za chwilę nie będą potrzebne - przerwałem.
 Dookoła  zgromadziła  się  grupka  gapiów.  Byli  wśród  nich  Norman,  Chip...  Po  chwili  dostrzegłem

także ładną twarzyczkę Lilith. Wszyscy patrzyli. na mnie jak na czarodzieja. Gdyby wiedzieli, że nie
mam pojęcia, co się dzieje... Ania usiadła, rozluźniła się i uspokoiła.

- Pierwszy raz widzę coś podobnego - wyszeptał jakiś zoenet. - Normalnie nie da się ich opanować.

- Co on robi? - spytał drugi, wskazując mnie palcem.

- To Torkil. Ten gość, który wszedł do fortu i nie zbzikował.
- Leczy j ą?
- Czary jakieś czy co.
Liderka Furii patrzyła na mnie nieruchomym wzrokiem. Nie wiem, czy w jej oczach był podziw, czy

strach.

- Gotowe - oznajmił Lee i wyciągnął łapsko z głowy Anny Spojrzał na mnie z uśmiechem. - Jeste§

niezłym lekarzem dusz.

***

-  Dzień  dobry,  Ramona  Himenes,  Sky  News.  Na  dzisiejszą  rozmowę  „codziennie  po  piętnastej"

zaprosiłem osobę ostatnio dość popularną, choć nie związaną z show-biznesem. Chodzi oczywiście o
Jeremiasza Hala, rzecznika prasowego Mobillenium Ltd. Witam pana.

- Dzień dobry pani, dzień dobry państwu.
-  Dlaczego  reprezentowana  przez  pana  firma  tak  długo  ukrywała  wynalezienie  generatorów

Mirova?  -  Nie  do  końca  jest  to  prawda.  Generatory  te  w  dużo  mniejszej  skali  od  dawna  są
wykorzystywane na co dzień, nawet przez panią.

- Nie rozumiem.
- Zapewne posiada pani pneumobil?
- Oczywiście.
-  Nie  zastanawiała  się  pani,  jak  to  możliwe,  że  pani  pojazd  unosi  się  w  powietrzu  nie  dzięki  sile

odrzutu, lecz w wyniku działania tajemniczych generatorów antygrawitacyjnych?

-  No...  wie  pan,  nie  jestem  inżynierem,  to...  no  cóż,  zawsze  mi  się  wydawało,  że  nazwa

„antygrawitacyjne" oznacza ich funkcję, czyli że silniki te jakby... odwracają grawitację?

-  Właśnie.  Taka  jest  powszechna  opinia.  Tymczasem  odwrócenie  czegoś,  co  powszechnie

nazywane jest siłą przyciągania, jest niemożliwe, bo siły takiej po prostu nie ma.

- Tak, pamiętam z lekcji fizyki, ale nic z tego nie rozumiałam...
- To niełatwa teoria. Generatory antygrawitacyjne niczego nie odpychają, lecz generują niezwykle

cienką warstwę czegoś, co można by nazwać... nie chcę używać fachowych terminów, więc powiem,
że  wytwarzają...  cień  czwartego  wymiaru.  Dzięki  temu  ciężki  pojazd,  jakim  jest  pneumobil,  nie
podlega hipotetycznej sile ciążenia, bo pod nim znajduje się niewiarygodnie cienki pokład przestrzeni,
gdzie taka „siła" nie oddziałuje.

- Co pan powie?
- Jak pani widzi, Mobillenium w istocie niczego nie ukrywała. Od dawna prowadzimy eksperymenty

w  różnych  dziedzinach  i  nie  chwalimy  się  osiągnięciami  ze  względu  na  nadzwyczaj  czujną
konkurencję.

- A dlaczego zatailiście proces terraformacyjny Gai?
 - Czy nie była to miła niespodzianka?

***

- Zdumiewające. - Guy Samson, przyodziany w subtelną i wąską zbroję, kręcił głową. - Wyleczona.

Całkowicie wyleczona.

Na  wielkich  trójwymiarowych  monitorach  pulsowały  skany  mózgu  Anny.  Nad  nimi  migał  zielenią

napis: subject healthy. Jej mechaniczne ciało leżało nieruchomo na stole badań.

- A nie dziwisz się, że ja jestem zdrowy? - spytałem.
Lekarz machnął ręką.
- Przestań.  jesteś wybrykiem natury. Cudem, można by rzec. Uchylisz rąbka tajemnicy i powiesz,

jak ją wykurowałeś?

Parsknąłem.
- Sam chciałbym wiedzieć.
- Pozwolisz, że zrobię ci jeszcze jeden skan?

background image

- 122 -

- A obiecasz, że potem wykasujesz go z bazy danych?
Jego szlachetna metalowa twarz uśmiechnęła się zagadkowo.
- Kładź się.
Raptem odezwał się sygnał telesensu. Samson przyjął połączenie.
- Jest tam Torkil? - Z ekranu patrzyła zaniepokojona twarz Harry'ego. - O, jesteś. No, bracie, ładny

popis dałeś, ale daremny. Znowu ożyły. Są całe i zdrowe.

.
***

Jesteś  dimenem?  Zapewne  posiadasz  motomba?  O,  ładny  model.  Seryjny,  prawda?  W  realium

wyglądasz jak setki innych zoenetów, czyż nie? Nie marzyłeś nigdy o zbroi, która odzwierciedla twoje
prawdziwe  oblicze?  Niemożliwe,  mówisz?  Mylisz  się.  Oto  najnowsza  oferta  firmy  Motombs'n  Gears
Ltd.!  Personal  Shell,  w  skrócie  pershell!  Pershell!  Osobista  zbroja!  Oryginalna!  Niepowtarzalna!
Konfigurowalna!  Oparta  na  patencie  „biometal"!  Pershell!  Nie  wahaj  się!  Pershell!  Bądź  oryginalny!
Pershell! Wejdź w nowe życie w nowym motombie!

Wejdź na naszą stronę i zapoznaj się z pakietami promocyjnymi dla emigrantów na Gaję.

***

W sali odpraw zebrali się wszyscy. Na mównicy stał Koriolan Dal, obok wartował Laurus.
-  Są  oficjalne  doniesienia  o  licznych  ofiarach  hipnozy  po  użyciu  telesensu  -  zaczął  grobowym

głosem  Koriolan.  -  Część  stacji  holowizyjnych  zawiesiła  nadawanie  programów,  ograniczając  się
wyłącznie do serwisów informacyjnych. Strajkują pracownicy kilku banków, w firmach elektronicznych
panuje  napięta  atmosfera.  Administratorzy  wielu  serwerów  odmówili  zajęcia  miejsca  przed
monitorami. Boją się infekcji. W Brahmawi proces destrukcji dobiega końca. Brać dimeńska straciła
cyfrowy dom. Jeśli ktoś ma jakiś pomysł, niech się odezwie.

Cisza.
- Torkil?
Wszystkie oczy skupiły się na mnie. - Czy możesz nam pomóc?
Przełknąłem ślinę. Dal pochylił się nad mównicą i utkwił we mnie mechaniczne spojrzenie.
- Chcę powiedzieć, że liczymy na ciebie.
- Dlaczego na mnie? - spytałem ochrypłym głosem.
-  „I  pojawi  się  człowiek  w  nie  swoim  ciele,  widzący  cudze  myśli,  który  zstąpi  do  tych,  co  wstali  z

martwych, i pokona nieprzyjaciela" - zacytował sieciową przepowiednię.

Zaśmiał się cicho.
-  W  sytuacji,  gdy  zawodzi  zdrowy  rozsądek,  człowiek  zaczyna  wierzyć  w  cuda,  choćby  takie

proroctwo. Nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że mówi o tobie. I nie tylko mnie się tak wydaje.

Spojrzałem  przerażony  na  siedzących  dookoła  dimenów  i  na  moje  dwie  panie.  Chciałem

powiedzieć:  dajcie  spokój,  zapomnijcie  o  tej  durnej  przepowiedni,  nie  jestem  żadnym  zbawicielem.
Nie  miałem  pojęcia,  czym  jest  Logarytm  Algorytmu  Mózgu  Antagonisty  ani  jąk  go  pokonać.  Ale
powiedziałem tylko:

 - Dajcie mi dwadzieścia cztery godziny.

***

-  Przerywamy  program  ważnym  komunikatem.  Mimo  chwilowego  sukcesu,  jaki  osiągnęły  grupy

szturmowe podczas dzisiejszego rajdu na fort Ironstone, Bestia ożyła i zaatakowała na szerszą skalę.
O  ile  dotychczas  były  to  tylko  przypuszczenia,  dzisiaj  wiemy  na  pewno,  że  niebezpieczne  jest
korzystanie  z  telesensu,  terminali  informacyjnych,  wchodzenie  w  sieć  nawet  tylko  na  strony  z
informacjami  czy  prognozą  pogody.  Niebezpieczne  jest  rozmawianie  przez  komputer  z  innymi
nieznanymi użytkownikami sieci. Nie zalecamy także używania urządzeń typu virtual presence. Jedyny
jak dotąd skuteczny i nie budzący wątpliwości sposób komunikowania to wiadomości tekstowe. Od tej
pory nasz program będzie również nadawany tylko w tej postaci dla państwa bezpieczeństwa. Mówiła
Vanessa Reeve, FSA Earth News.

***

Są  chwile  w  życiu  mężczyzny,  kiedy  ogarnia  go  niepokojące  przeświadczenie,  że  stoi  przed

problemem,  który  go  przerasta.  Najlepsze,  co  może  wtedy  zrobić,  to  odetchnąć  głęboko,  napić  się

background image

- 123 -

dobrej  whiskey  i  na  przekór  wszystkiemu...  uśmiechnąć  się.  Bo  chociaż  wkrótce  nadejdzie  koniec
świata, pozostały dwadzieścia cztery godziny, podczas których trzeba dać z siebie wszystko, walczyć
z całych sił, z całego serca, z całej duszy.

Odstawiłem  szklaneczkę,  uchyliłem  okno  i  zaciągnąłem  się  zapachem  amerykańskiego  stepu.

Włączyłem odtwarzacz i zacząłem analizować ostatnie starcie.

Pterodony.  Tireksy.  Tigry.  Pluje.  Tęgoryjce.  Muszki,  komary,  osy,  masa  innego  latającego

tałatajstwa i śpiewające muchy. Ataki i ucieczki. Niezrozumiałe dwie natury: agresywna i dziwacznie
strategiczna.  Czułem,  że  ten  sposób  zachowania  coś  mi  przypomina,  ale  nie  wiedziałem,  co.  Nie
znoszę uczucia niezlokalizowanego swędzenia, więc sięgnąłem pamięcią wstecz.

Formatowanie.  Nic,  co  jest  stworzone  w  komputerze,  nie  może  przetrwać  tej  operacji.  Każdy  bit

danych musi zginąć. Unicestwienia unikają jedynie dane na nośnikach pamięci, ale one poddane były
szczegółowym  skanom.  Jeśli  wierzyć  raportom,  operacja  udała  się  całkowicie,  nawet  w  kosmosie.
Dlaczego  nikt dotąd nie zastanowił się, dlaczego Bestia przeżyła globalny format?

Troy  rozkładał  ręce:  niemożliwe,  mówił.  Może  jakieś  uśpione  formy  -  sugerował  Harry.

Mikroprogramy tkwiące w samej molekularnej strukturze hardware'u. Machnąłem ręką. Nie wierzyłem
w takie bajki. Czułem, że rozwiązanie jest bardziej klarowne.

Wróciłem  pamięcią  do  ataku.  Zniszczyłem  centralną  muchę.  Zdawała  się  być  mózgiem  całego

stada, jakby główną magistralą. Po jej unicestwieniu wszystko powinno było sczeznąć i na chwilę tak
się stało. Skąd więc przyszło odrodzenie? Z czwartego wymiaru?

Wytrzeszczyłem  oczy  i  zamarłem  w  połowie  napełniania  szkła.  Z  czwartego  wymiaru?!  Ależ  tak!

Gwałtownie  odstawiłem  butelkę.  Bestia  mogła  przetrwać  format,  chowając  się...  w  czwartym
wymiarze! Kiedy było po wszystkim, wyskoczyła z niebytu i z powrotem zagnieździła się w serwerach!
Tak samo po moim ataku! Ale w takim razie, jakim cudem przedostała się w hiperprzestrzeń?

Oczami  wyobraźni  zobaczyłem  Baal  Zebula  i  przypomniałem  sobie  sondy  wysyłane  w  czwarty

wymiar przez Sergio Lamę. Były niemal identyczne. Oczy bez fasetek, brak włosków na nogach.

O mój Boże. Wszystko stało się jasne. Lama wysłał sondy prawdopodobnie na początku zoeneckiej

„Pandory".  Jedna  z  muszek  wychynęła  na  sekundę  w  trójwymiarowej  przestrzeni  w  pobliżu
zainfekowanych  komputerów.  Nastąpiła  jakaś  interferencja  i  wirus  zagnieździł  się  w  sondzie!  „Jest
zaprogramowana, żeby się uczyć", mówił Sergio. Dlatego wirusy raptem zyskały umiejętność mutacji!
Zaczęły  się  uczyć,  rozwijać,  a  że  jedynym  ich  zadaniem  było  niszczenie,  uczyły  się  destrukcji!  W
trakcie  penetracji  serwerów  natknęły  się  na  bramki  antyhipnotyczne  zainstalowane  standardowo  po
kradzieżach  Aristona  Borgii  i  to  właśnie  z  nich  uzyskały  wiedzę  o  budowie  ludzkiej  psychiki  i  -
ironicznie  -  o  hipnozie!  Formatowanie  może  zabiło  wszystkie  wirusy  w  komputerach,  ale  nie
zniszczyło  sond!  Najprawdopodobniej  bugi  przejęły  kontrolę  nad  muszkami  i  po  procedurze
globalnego oczyszczania ponownie zainfekowały sieć! Niewykluczone, że to samo stało się po moim
ataku. Centralna postać przybrała kształt sondy Lamy zgodnie z podstawowymi prawami logiki. Nawet
kryształ kieruje się swoistym instynktem struktury, tworząc takie, a nie inne konstrukty. Tutaj sercem
wszystkiego  był  próbnik,  dlatego  potwór  w  sercu  Ironstone  miał  jego  kształt,  nie  był  żadnym  Baal
Zebulem  -  władcą  much.  Już  wiedziałem,  dlaczego  bestie  ciągle  zmieniały  taktykę.  Był  to  wynik
zaprogramowania  aparatów  Sergia,  które  nieustannie  miały  się  uczyć,  szukać,  penetrować,
wskakiwać  w  trzeci  wymiar  i  za  chwilę  znikać.  Tak  zachowywały  się  tęgoryjce,  taką  taktykę
przyjmowały inne stworzenia, również wściekły tirex gryzący własne udo.

Wiedziałem, jak zabić bestię. A właściwie znałem kogoś, kto wiedział.

***

Nahum  Ordon,  rzecznik  firmy  Ground  Cleaners  Ltd.,  znanej  dotychczas  głównie  z  działalności

industrialnej,  ogłosił  wczoraj  rozpoczęcie  prac  nad  komputerami  i  urządzeniami  opartymi  na
technologii  pneumo-  i  hydrowodowej.  -  Sprawy  zaszły  za  daleko  -  oświadczył  w  dzisiejszej  dyskusji
sieciowej na forum serwera „nasze sprawy". - Od dawna nosimy się z zamiarem udostępnienia tych
rozwiązań  szerszemu  gronu  odbiorców.  Prąd  elektryczny,  fale  elektromagnetyczne,  cała  materia  w
stanie energetycznym stała się zbyt zawodna. Czas wrócić do rozwiązań stricte namacalnych.

Czyżby  na  progu  kolonizacji  kosmosu  ludzkość  miała  wrócić  do  maszyn  parowych?  Earth  News,

Vanessa Reeve.

***

Na ekranie telesensu pojawiła się pogodna twarz Sergia, która raptem skurczyła się w przestrachu.

- Co ty robisz?! - syknął. - Mogą nas namierzyć

- Harold mówił, że macie perfekcyjny system maskujący.

background image

- 124 -

Machnął ręką.
- Metoda jest doskonała, dopóki ktoś nie wymyśli lepszej antymetody. Czego chcesz?
- Czy możesz mi przesłać program kierujący twoimi sondami?
Zastygł.
- Do czego zmierzasz?
- Te muszki wyłaniają się na moment w trzecim wymiarze, prawda?
-  Tak  są  zaprogramowane.  Mają  identyfikować  poszczególne  byty,  a  mogą  to  zrobić  tylko

wskakując do naszej rzeczywistości.

-  Mówiłeś,  że  mają  program  uczenia  się.  Czy  możliwe,  by  został  wykorzystany  przez  wirusy  do

mutacji?

Oczy mu się zaokrągliły Cofnął się i zamrugał.
-  Mutacja...  -  chrząknął  -  ...to  elementarny  proces  nauki.  Ucząc  się,  mutujemy  w  doskonalsze

formy. - Spojrzał na mnie jak na proroka. - Ależ tak!!

 - Sergio! Muszę mieć kod tych sond. Cały! Uśmiechnął się chytrze.
- A nie wolałbyś od razu algorytmu, który je zniszczy?

***

Sean Sennhauser ogłosił dzisiaj ze smutkiem, że zmuszony jest odłożyć premierę holofilmu Doom

Day  na  późniejszy,  nieokreślony  termin.  -  Nie  darowałbym  sobie  -  mówi  reżyser  -  gdyby  w  trakcie
emisji ucierpiał choć jeden dimen czy organik. Sztuka wymaga poświęceń.

Krytyka  ocenia,  już  dzisiaj,  przed  pierwszym  pokazem,  że  obraz  będzie  hitem  dekady.  Znawcy

jednoznacznie wskazują słuszne przesłanie oraz heroiczną figurę gamedeka Torkila Aymora. - Bardzo
nam  dzisiaj  brakuje  bohatera  takiego  jak  Aymore  -  przyznaje  Sennhauser.  -  Wiele  bym  dał,  żeby
zmienić  bieg  przeszłości  i  sprawić,  by  nadal  był  wśród  nas.  Popołudniowe  wiadomości  Earth  News,
Vanessa Reeve.

***
Po dwunastu godzinach wkroczyłem triumfalnie do sali odpraw, trzymając w garści mnemokryształ

z  rozwiązaniem.  Program  miał  zadziałać  tylko  w  środowisku  gry,  był  zamknięty  przed  oczami
wścibskich programistów tuzinem haseł, a po zadziałaniu miał zniknąć. Taki był warunek Sergia. Przy
katedrze  podsypiał  Laurus.  Odgłosy  moich  kroków  wzbudzały  głuchy  pogłos.  Puste  pomieszczenia
stają się jakieś obce. Wilehad poderwał głowę.

- Która godzina? - spytałem go.
Zerknął w powietrze. Zapewne należał do ludzi stale noszących soczewki. Niebezpieczny zwyczaj.
- Druga pięć. Co tu robisz?
 Roześmiałem się.
- Pracuję! Zwołaj ferajnę!
- Kogo masz na myśli?
 - Wszystkich.

***

Uwaga,  poniżej  zamieszczamy  odezwę  sporządzoną  przez  koordynatora  WWW  z  Zoenet  Labs,

Charlesa Wookiego.

„Drodzy  gracze.  Nadeszła  chwila  ostatecznej  rozgrywki.  Wierzymy,  że  posiadamy  broń,  która

zniszczy Bestię. Nie jest przetestowana, więc to tylko nasza hipoteza, mimo to wydaje się, że stoimy
przed  ostatnią  szansą,  zanim  sieć  przeobrazi  się  w  gniazdo  potworów.  Prosimy  każdego  gracza  o
poziomie doświadczenia przekraczającym dwadzieścia tysięcy standardowych xpoints o stawienie się
w  portalu  Crying  Guns  o  godzinie  dziewiątej  rano  czasu  amerykańskiego.  Nie  gwarantujemy
bezpieczeństwa.  Nie  gwarantujemy  zwycięstwa.  Zapewniamy  jedynie,  że  weźmiecie  udział  w
najważniejszej bitwie w historii sieci".

Gdyby  kilkadziesiąt  lat  wstecz  ktoś  powiedział,  że  los  ludzkości  będzie  zależeć  od  wirtualnych

wojowników, spotkałby się z szyderstwem. Dzisiaj jest to fakt. Powodzenia, gracze. Vanessa Reeve,
Earth News.

***

Wyłoniliśmy się na piaskach Crying Guns jak armia zagłady. Wszystkie siły VSA, wszystkie liczące

się  klany,  ponad  dwieście  tysięcy  graczy.  Dzisiaj  strzelby  rzeczywiście  zapłaczą,  pomyślałem,

background image

- 125 -

obserwując  złowieszczy  fort  Ironstone,  nad  którym  krążyły  drapieżne  pterodony.  Każdego  z  nas
osłaniały  peesdeki,  uwijające  się  jak  w  transie,  toczące  minibitwy  powietrzne  niczym  myśliwce
chroniące nasze ciała - lotniskowce.

-  Załadować  broń  -  rozkazał  generał  Joseph  Blackhead,  legenda  Crying  Guns,  dowódca  klanu

White Ravens, człowiek, który zgromadził na koncie niewiarygodną liczbę czternastu milionów dwustu
pięćdziesięciu xpoints.

Tylko on mógł skoordynować atak tak potężnej armii.
- Magazynki nowego typu - przypomniał.
 Wyjąłem z podprzestrzennej sakwy siermiężnie wyglądający prostopadłościan. Amunicja projektu

Sergia. Trzasnęła zapadka karabinu.

- Blackhead do lidera Omikronu.
 To do mnie.
- Jesteś pewien, że to świństwo zadziała?
- Pewna jest tylko śmierć, panie generale, choć ostatnio i ona nie bardzo.
Usłyszałem jego charczący śmiech. - Dobrze powiedziane.
Na chwilę zapadła cisza. Tylko wiatr szumiał w proporcach klanów.
- Witajcie, dzieci - wychrypiał Blackhead. - Ściągnęliście tu z całej Ziemi. Są klany z Chin, Nowej

Zelandii, Konga, nawet z Quataru, gdziekolwiek to jest.

Śmiech dobyty z dwustu tysięcy gardeł brzmi jak grzmot oceanu.
- Są wśród was rycerze doświadczeni i żółtodzioby. Zresztą dla mnie każdy ma trochę cytrynową

gębę.

 Znowu śmiechy przelewające się przez równinę jak błękitne strumienie.
- Trudno w takiej chwili powiedzieć coś sensownego... bo stoimy przed przeciwnikiem, którego nie

rozumiemy,  i  dysponujemy  nieprzetestowaną  bronią.  Czyli  mamy  do  czynienia  z  podwójną
niewiadomą.  -  Wziął  głębszy  oddech.  -  I  ja  tym  wszystkim  dowodzę.  -  Znowu  pauza.  -  I  wiecie  co?
Wszystko jedno.

Kilka śmiechów odbijających się od pancerzy jak piaskowe grudy.
- Wielu z was uważa, że jestem najlepszym taktykiem w tej grze. Może macie rację. Na pewno też

zastanawialiście  się,  jak  to  robię.  Dzisiaj,  właśnie  w  takiej  dziwnej  chwili,  gdy  stoimy  przed
nieznanym, zdradzę wam tę tajemnicę... - Wdech. - Ja nigdy nie chcę wygrać. Kiedy gram, czuję się
jak  tancerz  trzymający  w  ramionach  najpiękniejszą  kobietę  na  świecie!  Wiecie,  o  czym  mówię,
prawda? Przecież ta gra jest piękna!

Odezwały  się  rozentuzjazmowane  krzyki,  wznoszące  się  w  niebo  jak  rozgrzane  powietrze  nad

pustynią.

-  Pochłania  mnie  taniec,  upaja,  wiruję  w  zapamiętaniu  i  kiedy  czuję  największą  ekstazę,  muzyka

cichnie.  Zwycięstwo.  Wcale  się  z  niego  nie  cieszę,  bo  chciałbym  tańczyć  dalej.  Rozumiem  aż  za
dobrze słowa zapisane w Mahabharacie, że największą klęską jest wygrana.

Znowu cisza. Proporce zafurkotały w silniejszym podmuchu wiatru.
-  Buddyści  mówią,  że  nasz  wróg  jest  największym  przyjacielem,  bo  dzięki  niemu  uczymy  się

dzielności i wytrwałości. Dzięki niemu stajemy się ludźmi wartościowymi... Bestia jest takim wrogiem.
Nie  wiadomo,  czy  wygramy  tę  bitwę,  ale  powiadam  wam:  wszystko  jedno!  Pokochajcie  Bestię!
Obejmijcie ją jak cudną kobietę i ruszcie z nią w tan!

Ziemią wstrząsnął nasz dziki ryk.
-  Pokażcie,  że  macie  klasę!  Pokażcie,  że  nie  jest  ważny  rezultat,  tylko  taniec,  bo  taniec  jest  jak

życie, a żyje się między narodzinami i śmiercią dla życia właśnie, a nie dla zgonu! Tańczcie więc do
utraty  tchu,  nie  szczędźcie  żadnych  figur!  I  chociażby  wbijała  wam  nóż  w  plecy,  choćby  kąsała  w
szyję, choćby waliła kolanem w krocze i zdzierała wam skórę paznokciami, jeszcze mocniej przytulcie
ją w miłosnym szale i jeszcze mocniej kochajcie! A gdy przyjdzie wam odejść, bo może przyjdzie...
ukłońcie się pięknie, a potem wyprostujcie i do końca trzymajcie pion!

Podnieśliśmy broń i krzyknęliśmy w uniesieniu. Nad nami rozpostarła się kopuła dźwięku, dodająca

skrzydeł  wojowniczym  duszom.  Kiedyś  czytałem  wspomnienia  francuskiego  średniowiecznego
rycerza. Pisał, że nie ma piękniejszego uczucia nad braterskie upojenie na polu bitwy Zaczynałem go
rozumieć.

- Do ataku!!!
Ruszyliśmy ławą jak dawna ciężka jazda rozpędzająca się do szarży Lżejsze scouty wzniosły się w

powietrze,  assaulty  podskakiwały  jak  piłki,  a  dreadnoughty,  takie  jak  ja,  biegły  w  równym  łoskocie
pancernych stóp. Usłyszałem, jak pędzący obok mnie ciężkozbrojny mruczy basem:

- Jeszcze tylko kilka ciężkich chmur nie porozpychanych nozdrzem konia...
Większość komandosów VSA rozlała się w niewyraźne plamy Nadludzie. Mimo przewagi szybkości

nacierali równo z organikami.

background image

- 126 -

- Jeszcze tylko kilka stromych gór, a potem już słońce i harmonia!
Zza murów fortu wychynęła fala czarnych skrzydlatych stworzeń. Pterodony. Zaczęły się wylewać

niczym  ciężki  dym  znad  krawędzi  kotła,  gdzie  czarownica  warzy  trujący  dekokt,  sunęły  na  nas  w
miękkim, narastającym szumie jak czarna fala przeznaczenia.

- Jeszcze tylko z hełmu kilka piór w wiatru odrzuconych próżnię...
Na  murach  rozbłysły  salwy.  To  pluje  skierowały  swoje  lufy  na  daleki  dystans  i  wyrzucały  w

powietrze śmiercionośne bomby.

- Jeszcze tylko jeden pękły grot...
 Biegliśmy.
- Błyskawica jedna...
 Sprawdziłem stan magazynka
. - Jeden grzmot...
Dwadzieścia sztuk. Dwadzieścia salw
. - A potem...
- Incoming!
- ...coming!
 - Już nie!
 - ...ing!
Rozległy się wołania dowódców. Spojrzałem w niebo. Perlisty bolid leciał prosto na mnie. Rzuciłem

się w bok na dreadnoughta, który umilał sobie szarżę wierszem.

- Uważaj! - krzyknął.
- Bomba! - wrzasnąłem mu w ucho, wyskoczyłem i przywaliłem rakietą w grunt. Wyniosło mnie na

dobrych  pięćdziesiąt  metrów.  Wskaźnik  uszkodzeń  pokazywał  trzydziestoprocentowe  zniszczenie
dolnej  części  pancerza.  W  miejsce,  z  którego  się  odbiłem,  uderzył  plujowy  szrapnel.  Eksplozja
targnęła  całym  moim  ciałem.  Koziołkując  w  powietrzu  widziałem,  jak  ten,  na  którego  wpadłem,
usiłował unieść ocalałą rękę w geście wylogowania. Wylądowałem i podbiegłem do niego.

- Po... móż! - wycharczał.
Na jego piersi czernił się dumny znak klanu Spadających Orłów.
- Co recytowałeś? - spytałem, podnosząc jego dłoń.
- Norwida...
Wykonałem  znak  bezwładnym  palcem.  Zniknął.  Poderwałem  się  z  klęczek  i  ujrzałem,  jak  w

naszym kierunku nadciąga skrzecząca nawałnica pterodonów. Złożyłem się do strzału. Ziemia dudniła
od kroków żołnierzy i wybuchów, powietrze cuchnęło spalenizną i potem. Śmigały zbroje dimenów.

Pociągnąłem za spust i nie puszczałem, aż zaterkotała pusta iglica. Z lufy wytrysnęło dwadzieścia

minirobocików,  mających  za  zadanie  przyczepić  się  do  dowolnego  przedstawiciela  Bestii  i  poprzez
niego  przesłać  niszczącą  informację  do  sondy  Raptem,  jak  na  komendę,  wszystkie  potwory  zaczęły
znikać, coś je wyłączało, psuł się ich obraz, przestrzeń dookoła przecierała się, jakby ktoś ścierał kurz
z ekranu. Jeszcze kilka sekund i fala anihilacji dotarła do twierdzy, oczyszczając ją z obsady. Zoeneci
wyłączali  przyspieszenie  i  materializowali  się  wśród  organików:  niektórzy  kończyli  skok  i  miękko
lądowali,  inni  wytracali  bieg,  wbijając  pięty  w  grunt  i  wzbijając  tumany  kurzu.  Po  chwili  zrobiło  się
cicho.

Staliśmy oniemiali, bo wszystkiego się spodziewaliśmy, ale nie tak szybkiej wiktorii!
Nad fortecą Ironstone otworzyło się okno komunikacyjne.
- Tu Tom Vlad z gry Metal Gear. Bestie zniknęły!
 Obok rozjarzyło się drugie.
- Mike Mandalorian z Enigmy! Zniknęły! Jakby ktoś je wyłączył!
- Stefan Załęgowski z Rajskiej Plaży! Teren czysty!
- Marcin King, mówię z Dream Space! Nie ma! Nie ma! Zwycięstwo!
- Zwycięstwo! - wydarłem się na całe gardło
 Nad  fortem  rozbłyskiwało  coraz  więcej  okien:  dziesiątki,  za  chwilę  setki  i  tysiące,  ze  wszystkich

śmiały się twarze powtarzając jedno słowo.

***

-  Zwycięstwo!  Moi  mili,  zwycięstwo!  Tak,  to  ja,  wasz  stary  Cal  Galahad  z  Global  Network  News!

Byłem tam! Widziałem! A teraz widzę to, co wy, kochani oglądacze, bo już można oglądać, można
korzystać  z  sieci,  Bestia  nie  żyje!  Fenomenalny  program  skomponowany  przez  nieznanego
gamedeka  z  drużyny  Omikron,  w  skład  której  wchodził  klan  Bezbolesnych,  okazał  się  strzałem  w
dziesiątkę!  Dzięki  niemu  możemy  oddychać  spokojnie!  No,  najmilsi,  wracajmy  do  pracy,  to  jest  do
zabawy,  to  jest  do  pracy!  Ha!  No  i  co?  Kupujecie  bezmózgi,  wchodzicie  do.  sieci  jako  dimeni  czy

background image

- 127 -

odlatujecie  na  Gaję?  Ile  osób,  tyle  możliwości.  Ja  wiem  jedno.  Zostaję  w  sieci.  Jak  zwykle
rozradowany, mówił do was Cal Galahad.

***

Jakoś  nie  chciało  nam  się  wychodzić  z  Crying  Guns.  Tańczyliśmy,  śmialiśmy  się,

dowcipkowaliśmy, żartowaliśmy. Gracze popisywali się wysokimi skokami, kręcili młyńce, zderzali się
ze  sobą.  Z  daleka  dostrzegłem  Steffi  w  kostiumie  typu  scout.  Nie  mogłem  do  niej  podejść,  bo
obawiałem się, że mogę ją zdekonspirować. Uśmiechała się, a jej włosy płonęły w świetle gierczanego
słońca jak najprawdziwszy ogień. Nie miałem czasu jej podziękować. Trzeba będzie to nadrobić, jak
się wszystko uspokoi, napomniałem się w myślach. Podeszła do mnie Anna, za nią Pauline i Laurus.
Nie wiem, dlaczego czułem zawód, że nie mogę odnaleźć wzrokiem liderki Furii.

- To była jazda! - krzyknął podwójny agent.
Nic nie mówiłem. Tylko się uśmiechałem. Czy to możliwe, że nastał koniec? Koniec całej zabawy?
- Gotowi do wylogowania? - spytała Pauline i podeszła do Laurusa.
Dlaczego  do  niego  podchodzi?  Poczułem  ukłucie  zazdrości.  Opornie  skinąłem  głową.  Wtedy

Latynoska dotknęła jego ramienia. Mężczyzna stęknął i osunął się na ziemię.

- Rany boskie! - krzyknąłem zdumiony. - Co mu zrobiłaś?
Uśmiechnęła się niewinnie.
- Ależ nic. To tylko nasza polisa.

 ***

Zielony  pasek  rewitalizacji  piął  się  do  stu  procent  niewiarygodnie  wolno.  Gdy  zdejmowałem  kask,

słyszałem wrzask Koriolana:

- Ty dziwko! Co zrobiłaś z Laurusem!?
Zerwałem  się  z  łoża  i  wypiąłem  nanozłączkę.  W  tym  czasie  Anna  zdążyła  stanąć  między

Koriolanem a Pauline, pospiesznie ściągającą kostium.

- Spokojnie, panie Koriolan, Laurus czuje się dobrze - stęknęła Eim, mocując się z zapięciami na

łydkach.

-  Jak  dobrze!?  -  zdawało  się,  że  szef  wywiadu  Zoenet  Labs  zgniecie  obie  kobiety  potężnymi

łapskami.

Porównując  budowę  jego  motomba  i  zbroi  Sokolowsky  skłonny  byłem  założyć,  że  to  możliwe.

Pancerz  Koriolana  był  żywym  metalem:  oddychającym,  czującym,  jakby  człowiekiem  zrobionym  z
innego materiału. Anna wciąż była duszą zaklętą w stal jak średniowieczny rycerz.

Dookoła zgromadziła się kilkunastoosobowa grupa graczy Słyszałem rozentuzjazmowane krzyki z

dziesiątek innych pomieszczeń.

- Szefie - odezwał się dimen śledzący wykresy funkcji życiowych Laurusa, nieruchomo leżącego na

łożu. - Nie wiem, co się dzieje...

Dal odwrócił głowę. - Co?! Umiera?!
- Nie...
W tym czasie wyskoczyłem z kombinezonu i stanąłem obok moich skrzydeł.
- ...on jakby... jego…
 - Mówże wreszcie!
Pauline podeszła do głowy Laurusa i bezceremonialnie zdjęła mu hełm z głowy.
-  Co  robisz!  Zabiję  cię!  -  Koriolan  wzniósł  łapę  niczym  Thor  unoszący  Mjlnir,  wykuty  przez

krasnoludy młot bojowy, kruszący w pył tych, którzy są dostatecznie głupi, by stanąć mu na drodze.

Pauline błyskawicznie wysunęła kask Wilehada przed siebie.
- Radziłabym ostrożnie - wysyczała - bo twój pupilek jest w hełmie.
Dal zdębiał.
 - Jak to?
Dyrektor do spraw wirtualnego bezpieczeństwa Novatronics Ltd. uśmiechnęła się krzywo.
-  Pierwsza  w  historii  udana  kradzież  psychiki.  Kosteczki,  które  wam  przywiozłam,  nie  tylko

pozwalają  automatycznie  wylogować  przed  wirtualnym  zgonem.  To  także  uproszczona  wersja
grawitacyjnych łap, którymi przenosimy dusze z mózgów organicznych do dibeków.

- Więc Laurus... - wydukał Koriolan.
- Jest w hełmie - weszła mu w słowo Pauline - cały i zdrowy To dobra wiadomość. Zła jest taka, że

bateria wyczerpie się w ciągu sześciu godzin, a ta łapka potrafi umysł wyjąć, ale już nie włożyć. Do
tego jest potrzebna zaawansowana aparatura, którą mamy w Novatronics, w Warsaw City Poza tym
organiczny mózg Wilehada próbuje teraz wytworzyć nową duszę, nie jest wszak zamrożony dlatego

background image

- 128 -

im  szybciej  odzyska  swoją  psyche,  tym  mniej  będzie  efektów  niepożądanych...  -  Zerknęła  na  ciało
mężczyzny. - Zresztą i tak trzeba będzie go poddać natychmiastowej anabiozie.

Spojrzałem na nią z podziwem. Uśmiechnęła się do mnie.
- Dlatego - podjęła spoglądając na Koriolana - szybciutko nas zawieziesz do Europy, nie będziesz

dręczył  Torkila  żadnymi  przesłuchaniami  i...  -  uśmiechnęła  się  słodko  -  ...rzeczywiście  załatwisz
wszystkie formalności związane z jego honorarium, prawda?

***

-  Bestia  nie  żyje!  Zdaje  się,  że  przez  następnych  kilka  tygodni  będzie  to  nasze  powitanie!  Mówi

Erica  von  Braun,  poranne  wiadomości  Warsaw  City.  Chciałoby  się  mówić  o  zwycięstwie  w
nieskończoność, ale życie toczy się dalej, zresztą nie tylko na Ziemi. Oto mamy nową korespondencję
z  Gai,  przysłał  ją  nasz  dziennikarz,  Alfred  Nakamura.  Jak  państwo  wiecie,  na  razie  kontakt  z  Gają
przebiega  jednostronnie.  Codziennie  między  Ziemią  i  nową  planetą  kursuje  sonda  pocztowa
przenosząca  informacje.  Dopóki  nie  wynaleziona  zostanie  ciągła  łączność  podprzestrzenna,  skazani
będziemy na taką nieinteraktywną formę. Oto przesyłka Nakamury.

- Dzień dobry, Erico, dzień dobry państwu. Mówię do was z powierzchni nieprawdopodobnie pięknej

Gai, planety, uwaga, niemal półtora raza większej od Ziemi, choć szczycącej się przyciąganiem tylko o
dwa  procent  większym.  To,  co  się  tutaj  dzieje,  można  wyrazić  tylko  w  dwóch  słowach:  radosne
budowanie.  Entuzjazm  po  prostu  promieniuje:  z  nietrujących  roślin,  nieagresywnych  zwierząt,
pogodnych ludzi, mówiąc krótko, chce się żyć! Powstał tymczasowy rząd, złożony z osób, które chcą,
zdaje się, konstruować zupełnie inne społeczeństwo od tego, do którego przyzwyczajeni jesteśmy na
starym  globie.  Takie  pojęcia  jak  różnice  rasowe,  spuścizna  wieków,  zawirowania  historii  nie  będą
miały  racji  bytu.  -  Ludzkość  ma  szansę  zbudować  nowy  dom  od  podstaw,  unikając  błędów,  jakie
popełniła na Ziemi - to słowa prezydenta Gai, Gustava Katona. Wszystko wydaje się tu świeże, inne,
wspaniałe.  Trudno  powiedzieć,  czy  to  kwestia  trochę  jaśniejszego  słońca,  przepraszam,  nie  słońca,
tylko Asalfi, czyli Sigmy Droconis, cieplejszego odcienia błękitu nieba czy może czystszego powietrza!
Wczoraj wybrałem się na spacer po lesie, widziałem lisa, jastrzębia i miałem cudowną świadomość, że
to niegroźne zwierzęta zajęte własnymi sprawami! Świat bez ABB!

 Powstały  pierwsze  dwie  osady  i  zręby  pod  megamiasto,  stolicę  Gai,  które  nazwano  Genea,  od

greckiego genesis, początek. Założyły tu siedziby niemal wszystkie liczące się ziemskie firmy, ale nie
brak  przedsiębiorczych  ludzi  pragnących  rozkręcić  własny,  gajański  interes.  Powiem  krótko:  szykuje
się  coś  wielkiego.  Nadchodzi  nowa  era.  Poranne  wiadomości  Warsaw  City,  mówił  do  was...  od
wczoraj pełnoprawny Gajanin, Alfred Nakamura.

***

Jeszcze nigdy nie widziałem człowieka po odzyskaniu duszy Owszem, towarzyszyłem Annie, gdy

zyskiwała  psychikę,  ale  to  nie  to  samo.  Wilehad  spoczywał  na  łóżku,  które  bardziej  przypominało
przekrój jakiegoś niewielkiego statku kosmicznego niż mebel, na którym się po prostu leży. Mamrotał,
pocił  się,  czasami  któraś  z  jego  kończyn  niezrozumiale  podrygiwała.  Po  godzinie  majaczenia
odemknął oczy, spojrzał na Pauline i wyszeptał:

- Kaja? Co ty tutaj robisz?
Uśmiechnąłem się pod nosem. A więc tak ma na imię jego ukochana? Laurus zamrugał.
- To... niemożliwe. Byłem w Zoenet Labs, nie w ma...
Jeszcze  raz  mrugnął,  jakby  regulował  ostrość  obrazu.  Raptem  podskoczył  i  skurczył  się  w  sobie,

jakby dopiero teraz się obudził.

- O, Jezus Maria - wymamrotał speszony. Dopiero teraz dostrzegł Koriolana wspartego o krawędź

leżanki.

- Panie... Koriolanie... szefie - bełkotał.
- Uspokój się, Laurus - odezwał się dimen. - Już Wszystko w porządku.
- Ale... co się stało?
- Zostałeś... ukradziony.
_ Co?
Dal skrzywił się i spojrzał na mnie z wyrzutem. - Myślałem, że nasze pożegnanie będzie wyglądało

inaczej.

Ba. Życie pełne jest rozczarowań. A jak wyglądało moje powitanie z Anną i Pauline?
- Zadowolony? - spytał szef wywiadu Zoenet Labs.
Zerknąłem w monitor, gdzie właśnie rozbrzmiewał sygnał rozpoczynających się wiadomości.

background image

- 129 -

- Dzień dobry, Jagna Randal, wieczorny serwis Global Network News. „Bestia nie żyje", wydawało

się,  że  ten  slogan  wejdzie  w  zwyczaj,  może  nawet  stanie  się  zaczątkiem  nowej  tradycji,  jednak
pojawiła  się  inna  sensacyjna  wiadomość,  która  być  może  zdetronizuje  dotychczasową  radosną
nowinę. Proszę państwa...

Dziennikarka wzięła głęboki wdech i zrobiła dramatyczną pauzę.
- Torkil Aymore, słynny gamedec, bohater akcji w fabryce Forda, uznany za zmarłego po zamachu

mafijnej organizacji „Mątwa'; żyje!

Znów  przerwała  i  rozciągnęła  usta  w  uśmiechu  satysfakcji,  jakby  to  ona  była  chirurgiem,  który

przywrócił mi puls.

-  Lecz  to  nie  koniec  sensacji!  Właśnie  on  okazał  się  owym  tajemniczym  liderem  grupy  Omikron,

która  zniszczyła  Bestię!  Mamy  nadzieję,  że  niedługo  będziemy  gościli  go  w  studio,  na  razie
wysłuchajmy  wyjaśnień  generała  Enrique  Baczewskiego,  który  przez  jakiś  czas  współdziałał  z
gamedekiem. Generale?

Na bocznym ekranie ukazała się znajoma, nalana gęba oficjela.
- Hm, tak...
Zapewne owo „tak" wymówił zamiast „korwy".
-  Hm,  Torkil  działał,  ko...  ku  chwale  Wolnej  Europy,  pod  przykrywką,  ko...  Tak.  Zaaranżowaliśmy

zamach na jego życie, by uśpić, k... czujność przeciwnika. Tak. Dzięki temu gamedec mógł poczynić
dalsze... tak... działania, dalej z nami współpracować i do końca, ko... tak, rozgryźć „Mątwę".

- Czy widzowie mogą się dowiedzieć czegoś o tych działaniach?
- To, niestety, tajne informacje.
 - Dziękuję za rozmowę.
- Tak... dziękuję.
-  Jak  państwo  widzicie,  postać  Torkila  ciągle  owiana  jest  tajemnicą,  lecz  jedno  jest  pewne,

gamedec  żyje,  czuje  się  dobrze,  a  Ziemianie  winni  mu  są  podwójną  wdzięczność.  Okazał  się  wszak
człowiekiem z przepowiedni!

Chrząknęła.
- Przechodzimy do dalszych wiadomości. Trwa akcja emigracyjna na Gaję...
Wyłączyłem głos.
- Zadowolony - odezwałem się do Koriolana.
 Motomb spojrzał na Laurusa.
- Przetrzymasz lot do FSA?
 Rekonwalescent wybałuszył oczy.
- Co? A gdzie jesteśmy?

6. Dwa skrzydła motyla

-  I  znowu  Cal  Galahad,  i  znowu  gry!  Czy  życie  nie  jest  wspaniałe?  Dzisiaj  was  zaskoczę  nieco

nostalgiczną nutą. Jak mówią, egzystencja ludzka składa się z rozstań. Oto bowiem wszedłem w grę
Kolonia  na  Europie.  Pamiętacie  szalonych  naukowców  bawiących  się  w  eksplorację  tego  zimnego
globu? Opuszczają to czarowne miejsce. Obok mnie stoi jeden z nich, John Jadas, rozmawiałem z nim
przed kilkoma miesiccami. John, zdaje się, że dzisiaj weszliście w grę po raz ostatni?

- Witaj, Cal, dzień dobry oglądaczom. Tak ich nazywasz, prawda?
- No siur. Widzę, że jesteś moim fanem.
- Nie do końca, ale wciąż mam dobrą pamięć.
- He, he, więc czy to prawda, że opuszczacie kolonię?
- Niestety tak, zżyliśmy się z tym miejscem, więc urządziliśmy dziś pożegnalną kolację.
- Twórcy gry nie będą po was za bardzo płakać, bo to był niewielki serwer, prawda?
- Z pewnością masz rację. Z tym większą przyjemnością rzucimy się w otchłań nowego wyzwania.
- Czyli?
- Całą paczką lecimy na Gaję. Potrzebują tam naukowców. Takich jak my.
- Planujecie dalsze loty w kosmos?
- Całym sercem. I tym razem będą to loty prawdziwe.
- Czyli miałem ostatnio rację, że trochę się oszukujecie?
- Hm... W każdej sytuacji człowiek szuka dla siebie najlepszej perspektywy.

 ***

background image

- 130 -

 Stockomville.  Zdawało  mi  się,  że  nie  byłem  tu  od  stu  lat.  Wysiadłem  z  taksówki  i  ruszyłem

korytarzem  w  stronę  mojego  apartamentu.  Otworzyłem  drzwi.  Znajomy  zapach.  Przed  oczami
mignęły dziesiątki spraw, nad którymi dumałem, przechadzając się po tym salonie... Zrzuciłem buty
Dotyk wykładziny Wszedłem do kuchni. Ileż razy parzyłem tu kawę... Wciągnąłem w nozdrza ledwo
wyczuwalny  aromat  czarnego  płynu.  Wyszedłem  i  popatrzyłem  w  panoramiczne  okno,  za  którym
mieniło się królewskie miasto. Ile razy zastygałem, patrząc na ten widok... Przełknąłem suchą grudę w
gardle.  Czy  człowiek  rzeczywiście  potrzebuje  zmian,  żeby  się  rozwijać?  Czy  nie  mogę  tu  po  prostu
zostać, usiąść w fotelu tak jak kiedyś, napełnić sążnistą szklankę Danielsem i poczekać na zlecenie
od pięknej nieznajomej? Obrazy przeszłości jawiły się jak sceny beztroskiego dzieciństwa. Pokręciłem
głową.  Jakież  piękne  i  niewinne  było  moje  życie:  egzystencja  gamedeka  skaczącego  z  zagadki  na
zagadkę. Ściągnąłem płaszcz. Opadł z szelestem na podłogę. Gdy ogarnie cię nostalgia, powiem ci,
co powinieneś zrobić. Weź się w garść i wejdź pod prysznic, jakby nigdy nic.

Tak też zrobiłem. Ożywczy tusz w zerowej grawitacji podziałał na mnie jak sesja terapeutyczna u

pięknej  pani  psycholog.  Wyszedłem  w  znacznie  lepszym  nastroju,  pachnący,  wilgotny,  okutany  w
najgrubszy i najbielszy szlafrok. Włączyłem muzykę, napełniłem szkło i zapadłem się w fotel.

Po półgodzinnej leniwej kontemplacji podniosłem się i poszedłem do lodówki. Wróciłem do salonu

z  zasobnikiem  w  ręce.  Zażyłem  gamepill,  naciągnąłem  kombinezon  (którego  bioaktywne  włókna
musiały  się  nieco  wydłużyć  przystosowując  do  nowej,  większej  sylwetki),  umieściłem  zasobnik  w
zaczepie, podłączyłem go do nanozłączki na przedramieniu, nałożyłem kask na głowę i położyłem się.

Czarno.  Co  jest?  Zdjąłem  hełm  i  przyjrzałem  mu  się.  Wskaźniki  były  martwe.  Łoże  również.

Palnąłem  się  w  czoło.  Racja.  Bomba  EMP  zrobiła  w  moim  komputerze  przymusowy  format.  Tusz  i
sprzęt  audio  same  się  wykalibrowały  po  włączeniu  zasilania,  ale  tu  potrzebna  była  ingerencja
człowieka.  Zakląłem  i  podszedłem  do  telesensu.  Wykasowana  lista  numerów.  Wybrałem  połączenie
awaryjne. Zobaczyłem bezbarwnego, znudzonego człowieka w średnim wieku.

-  Centrum  telesensyczne,  w  czym  mogę  pomóc?  -  Proszę  o  połączenie  z  dowolnym  dostawcą

programów...

***

- Najpierw miałeś zwykłego motomba. Teraz zapewne marzysz o pershellu lub już go posiadasz. Ale

na pewno nie myślałeś, że jako dimen mógłbyś się wtopić w tłum, prawda? Co powiesz na motomba,
który wygląda jak człowiek, pachnie jak człowiek, a nawet je tak jak zwykły organik? Zoenet Labs zna
twoje najskrytsze pragnienia! Oto geskin! Motomb składający się z żywych tkanek! Absolutna nowość!
W geskinie wyglądasz i czujesz się jak realwalher! Nareszcie możesz pójść na przyjęcie, do muzeum
czy  do  holokina,  nie  wzbudzając  sensacji!  Nareszcie  możesz  nie  ujawniać  swojej  orientacji  życiowej!
Geskin  to  model  luksusowy,  szczyt  osiągnięć  nano-  i  biotechnologii.  Nadal  chcesz  posiadać
bezmózga? Zastanów się. Geskin. Twoja druga skóra.

***

Na  Rajskiej  Plaży  zapadał  zmierzch.  Moje  dwie  panie  przechadzały  się  w  pobliżu  łodzi  rybackiej

wyrzuconej na piach. Zapewne była to pozostałość po Bestii. Administrator uznał, że wrak jest na tyle
malowniczy,  że  nie  warto  go  usuwać.  Pauline  i  Anna  wyglądały  jak  anioły:  brunetka  w  czerwonej
spódniczce  mini  i  takimż  staniczku,  blondynka  w  standardowym  błękitnym  pareo  i  kamizelce.
Podszedłem do nich i objąłem je bez słowa.

Usiedliśmy  w  znajomej  kawiarence,  która  chyba  przeszła  remont.  Parasole  miały  inny  wygląd,

podest był wyższy, grał nowy meksykański band.

- To pewnie przeróbki po zniszczeniach - odezwała się Anna.
- Czy tu zawsze było tak zimno? - zadygotałem i potarłem ramiona.
Cienka bawełniana koszulka w kwiaty wydawała się śmiesznie marnym odzieniem.
- Zdaje się, że jeszcze nie wyregulowali temperatur - rzuciła Pauline.
Otrząsnąłem się, prychnąłem jak źrebak i przysunąłem ich krzesła do mojego.
- Chodźcie bliżej, ogrzejemy się.
Dziewczęta  wdzięcznie  przylgnęły  do  obu  moich  boków.  Dwa  skrzydła  motyla.  Przez  chwilę

narastała cisza, którą przerwał wysoki kelner w białych spodniach.

- Co podać?
-  Trochę  cieplej  niech  się  zrobi...  -  wyszczękałem  przez  zaciśnięte  zęby  -  I  trzy  podwójne  grzane

czerwone wina.

background image

- 131 -

- Za chwilę. Latynos odszedł. - Ładne pośladki - zauważyła Eim. Ścisnąłem dziewczyny w talii.
- Wolę wasze.
I  znowu  cisza.  Nie  mogę  przecież  powiedzieć,  że  jedna  z  nich  ma  ładniejsze.  Czy  zawsze  będę

musiał  odzywać  się  do  nich  per  „wy"?  Absurd!  Ileż  to  problemów  musi  przezwyciężyć  człowiek
niewpisujący się w schemat monogamii.

Pół godziny później, kiedy rozgrzaliśmy się winem, problemy z zaimkami zniknęły Chichotaliśmy,

szturchaliśmy się i podziwialiśmy niebo pełne gwiazd.

 - O, plażowicze - Anna wskazała grupę graczy.
- Niedługo znowu będzie tu tłoczno - odezwała się Pauline.
Pięknie  pachniała.  Czy  to  możliwe,  że  programy  Rajskiej  Plaży  zaczęły  uwzględniać  oryginalny

zapach  skóry?  Cóż,  Anna  nigdy  nie  posiadała  rzeczywistych  tkanek...  Otarłem  się  o  jej  ramię.
Pachniało naturalnie, zwyczajnie. Tak, organicy mieli kilka przewag, nawet w świecie cyfr.

- Trzeba .się wykąpać - zakomenderowałem. - Kto ze mną!?
Ze  śmiechem  zbiegliśmy  na  brzeg.  Woda  była  cudownie  ciepła  i  gładka.  Dopiero  teraz  zdałem

sobie sprawę, jak w ostatnim okresie zmaltretowałem ciało i duszę. Zamknąłem oczy i poczułem tak
upragniony, błogi spokój.

Długo  jeszcze  pluskaliśmy  się,  nurkowaliśmy,  ścigaliśmy.  Potem  suszyliśmy  się  na  piasku,  ciągle

jeszcze zdyszani i podnieceni wysiłkiem.

- Słuchajcie...
Powiedziałem  tylko  tyle,  a  obie  podniosły  głowy  i  spojrzały  mi  głęboko  w  oczy.  Wiedziały,  o  co

chodzi.

 - W końcu - wyszeptała Anna - co nam szkodzi...
- Spróbować? - weszła jej w słowo Pauline.
 Przez chwilę zastanawiałem się, czy w pobliskim hotelu mają dostatecznie szerokie łóżka.

***

Najnowsza gra firmy Wooden Territories, Realm of Realms! Bądź władcą gigantycznego królestwa

w  dowolnej  epoce!  Rządź  milionami  poddanych!  Tocz  bitwy!  Prowadź  negocjacje!  Bądź  królem!
Dyktatorem!  Prezydentem!  Bogiem!  Naturalne  zachowania  pojedynczych  enpeców  i  społeczeństw!
Dynamiczne  populacje!  Najnowsze  algorytmy  starzenia  się,  płodzenia  potomstwa!  Mody  i  trendy
generowane online! Realm of Realms! Nigdzie nie posiądziesz takiej władzy!

***

- Sergio, jeszcze ci nie podziękowałem.
Z ekranu telesensu patrzyła na mnie okrągła, uśmiechnięta twarz o krzywych zębach.
- Ach, to sama przyjemność pomóc facetowi z proroctwa.
- Daj spokój. Ty jesteś ojcem sukcesu. Zmrużył oczy.
-  Pamiętam  pewien  dowcip  ze  studiów.  Brzmi  tak:  Student  wie  wszystko.  Asystent  wie,  w  której

książce szukać...

- A profesor - wszedłem mu w słowo - wie, gdzie jest asystent?
 Roześmiał się.
-  Właśnie  tak!  Ty  wiedziałeś,  gdzie  jest  asystent.  Znałeś  wszystkie  dane.  Ja  przecież  nie  miałem

pojęcia, że te muchy tak wyglądają...

Zaciął usta.
- Coś się stało?
- Nie, zastanawiam się tylko... Nie, nic.
- No, w każdym razie bardzo ci dziękuję. Zawsze będę o tobie pamiętał.
Uśmiechnął się łobuzersko.
- Ja myślę. Zwłaszcza że za chwilę zapiszę i wyślę proroctwo.
Wytrzeszczyłem oczy.
- Że jak? To ty je napisałeś?
-  I  wysłałem  w  przeszłość.  To  znaczy  zaraz  je  wyekspediuję.  Wydedukowałem,  że  jestem  jego

autorem. - Wypiął dumnie pierś. - Zacząłem myśleć jak gamedec.

Usiadłem w fotelu. Zamrugałem.
 - Oświeć mnie.
- Pamiętasz trzy ostatnie wiersze? Zamknąłem oczy i wyrecytowałem:
- „Bo będzie mu znany Logarytm Algorytmu Mózgu Antagonisty". Bzdura jakaś.
Roześmiał się i też usiadł.

background image

- 132 -

- Jednak nie. Spójrz na pierwsze litery czterech ostatnich słów.
- L, A, M, A. Lama!
- Widzisz? „Bo będzie mu znany Lama"! Czyli wybawca rozwiąże zagadkę, bo pozna Lamę, mnie!

To  ja  dałem  ci  rozwiązanie  i  ja  teraz  piszę  przepowiednię.  Zawsze  miałem  ciągotki  religijne.
Zauważyłem.

- Z tego, co mówisz, wynika, że skonstruowałeś maszynkę czasu - zauważyłem. - Raz już narobiłeś
bigosu. Nie boisz się, że znowu stanie się coś nieprzewidzianego?
- No coś ty, to wszystko było...
 Wziął wdech.
- To był przypadek, jeden na miliard.
 - Ale się zdarzył.
- Ba. Teraz mam maszynkę pod kontrolą. Wyślę sondę do serwera Crying Guns, tam, gdzie po raz

pierwszy się pojawiła przepowiednia, i pętla się zamknie!

- Jesteś szaleńcem.
- Przystojnym szaleńcem.
Sięgałem po szklankę z Danielsem, kiedy tknęła mnie myśl:
- Jak zaprogramujesz sondę na ten serwer? Machnął lekceważąco ręką.
- Mały problem. Z moją głową...
- To niebezpieczne. Nie igraj z czasem. Zaczerwienił się.
- To już się stało - przypomniał. - Słuchaj. Mam sporo spraw. Więc chyba rozumiesz... Oprócz tego

wciąż się boję, że mnie namierzą. Jak wiesz, jestem uciekinierem, a te psy z Mobillenium nieustannie
węszą.

- Jasne. Rozumiem. Jeszcze raz dziękuję, Sergio. - Buźka.

 ***

-  Nareszcie  przyszedł  czas  na  premierę  epokowego  dzieła  Seana  Sennhausera,  Doom  Day!  Na

pokazie był obecny gamedec Torkil Aymore wraz z towarzyszącymi mu Pauline Eim, znaną państwu
gamedekinią  z  virtuality  show  firmy  Novatronics,  Anną  Sokolowsky,  dimenkc  przybraną  w  seryjnego
motomba  starszej  generacji  typu  Doom,  oraz  Harrym  Normanem,  przyjacielem  z  czasów  młodości.  -
Ten  film  to  piękny  prezent  -  oznajmił  gamedec  zgromadzonej  w  Torwar  Hall  pięćdziesięciotysięcznej
publiczności. - Zawsze walczyłem o dobre gry i nadal będę to robił.

Jeszcze przed projekcją prezydent Warsaw City, Zygmunt Waza, wręczył Torkilowi czek opiewający

na  pięćset  tysięcy  kredytów,  jednak  powszechny  aplauz  wzbudziła  prośba  gamedeka,  by  sumę  tę
wymienić  na  pershell  dla  jego  dimeńskiej  przyjaciółki.  Gdy  przebrzmiały  jego  słowa,  przez  salę
przetoczyło się romantyczne: „Aaa".

Holofilm okazał się hitem, co media wróżyły jeszcze przed premierą. Mistrz Sennhauser zapowiada

sequel  pod  tytułem  Doom  Day  2,  tym  razem  opowiadający  o  mrożącej  krew  w  żyłach  akcji  w  forcie
Ironstone. Czarodziej holokina nie może narzekać na brak inspiracji.

Przechodzimy do wiadomości ze świata. Sondaże nastrojów wskazują, że atak Bestii...

***

Jeśli  nie  byliście  jeszcze  na  kosmodromie  mieszczącym  się  w  czarodziejskim  Bajkonurze  w

samym sercu Matki Rosji, powinniście jak najszybciej nadrobić zaległości. To miejsce w sam raz dla
miłośników  holofilmów  science-fiction.  Na  centralnym  placu  wielkim  jak  śródmieście  Warsaw  City
stoją  setki  statków  kosmicznych:  od  kilkuosobowych  maluchów,  poprzez  transportowce  średniego
tonażu  zaopatrujące  orbitalne  bazy,  do  międzyplanetarnych  przewozowców  wielkich  jak  Wieża
Słonia.  Nie  liczę  rzecz  jasna  megastatków  emigracyjnych,  które  są  większe  od  pięciu  takich  wież.
Patrzysz  w  dal  między  kadłubami  behemotów  i  masz  wrażenie,  że  jesteś  w  dziwnym  ogrodzie,  w
którym  rosną  gigantyczne  dynie,  ogórki,  gruszki  i  kolby  kukurydzy  pomalowane  na  niebiesko,  żółto,
czerwono,  oznaczone  napisami:  „Danger",  „Caution"  i  setkami  akronimów.  Jeśli  chcesz  mieć  lepszy
widok,  wjedź  na  najwyższą  platformę  widokową,  okalającą  kompleks  histerycznie  wielkim
prostokątem.  Tam  możesz  napić  się  kawy  z  automatu,  wykupić  czas  w  biolunecie,  wynająć  dwa
leżaczki  i  spędzić  z  ukochaną  uroczy  dzień,  oglądając  cuda  ludzkiej  myśli  technicznej:  wehikuły
lądujące, startujące, zmieniające sektory, dokujące, wysypujące towary w kontenerach czy wsysające
ludzi  przez  przezierne  tuby  Akompaniują  temu  surrealistyczne  dźwięki  generatorów
antygrawitacyjnych,  uderzenia  korekcyjnych  silników  odrzutowych  oraz  bardzo  nastrojowy  głos
kontrolera  lotów,  budzący  tysięczne  echa.  Dla  miłośników  odczuć  kinestetycznych  też  jest  kilka

background image

- 133 -

smaczków:  drżenie  w  klatce  piersiowej  przy  co  silniejszych  blastach  z  dysz,  tąpnięcia  pod  stopami
podczas przyziemiania oraz dla wyjątkowo wrażliwych ledwo wyczuwalne powiewy przy sapnięciach
generatorów „anty-g". Jeśli masz naprawdę dużo pieniędzy i nie wiesz, co z nimi zrobić, koniecznie
zwiedź szczyt jednej z czterech wież umieszczonych w rogach lotniska. Są tam gustowne restauracje,
drogie wino, niezła muzyka i bezpłatny zoom w każdej szybie.

Gdy  odwiedzę  to  miejsce  po  raz  drugi  (jeśli  j  odwiedzę),  na  pewno  tak  zrobię.  Na  razie

spieszyliśmy się. Na piętnastym poziomie pełno jest lokali, sklepów, bankomatów, holomatów i innych
urządzeń, umilających czekanie na odlot bądź na przylot. Do startu pozostała zaledwie godzina. To
niewiele, zważywszy, że dopiero zdaliśmy bagaże, a Pauline, Chip i Ruben chcieli przed rozmową z
oficerem  emigracyjnym  jeszcze  coś  zjeść.  Anna,  Konon  i  Peter,  który  nas  tylko  odprowadzał,  rzecz
jasna nie mieli takich problemów. Zajęliśmy miejsce przy stoliku.

-  Zaraz  do  was  przyjdę  -  odezwałem  się  -  tylko  kupię  coś  do  czytania  -  wskazałem  wzrokiem

pobliski kiosk.

- Nie marudź za długo - upomniała Pauline. - Co dla ciebie zamówić? - krzyknęła.
- Spaghetti! - rzuciłem na odchodnym.
Ledwie  wszedłem  do  sklepu  i  zacząłem  rozglądać  się  za  el-bookami,  mój  omnik  powiadomił  o

oczekującym  połączeniu.  Założyłem  okulary  i  klepnąłem  w  nie  istniejący  klawisz.  Od  oprawki  szkieł
oderwała się mikroskopijna kamera i zawisła metr przede mną.

Półki z magazynami przesłoniła rudowłosa piękność.
- Steffi... - szepnąłem na wdechu.
Uśmiechnęła się smutno.
- Chciałam się pożegnać.
Ale z ciebie drań, Torkil, pomyślałem ze złością. Gdyby nie ona, pewnie by cię na świecie nie było,

ale nie znalazłeś czasu, żeby jej podziękować.

- Steffi, tak mi przykro, że nie mogliśmy porozmawiać.
Skinęła filozoficznie głową.
- Poleciałabym z tobą, ale nie mogę.
Kiwnąłem głową na znak, że rozumiem. Praca podwójnego agenta to nie przelewki.
-  Może  dostaniesz  zadanie  na  Gai?  Twoi...  pracodawcy  powinni  się  zainteresować  tym  globem.

Zmrużyła oczy.

- Na pewno. Na pewno powinni. Tylko nie wiadomo, czy wyślą właśnie mnie.
Jak tu w ciągu sekundy przelecieć tysiące kilometrów, żeby kogoś przytulić?
- Gdybyś - podjęła - został w obrębie Układu Słonecznego, moglibyśmy się normalnie widywać w

sieci. Ale tam... jest inna sieć.

To prawda. Na razie nie istniała obustronna komunikacja podprzestrzenna.
- Pozostanie poczta.
Zacisnęła usta.
- Chciałabym cię... dotknąć.
Miałem wrażenie, że od mojego ciała odrywają się jakieś eteryczne smugi pragnące tego samego.

Daremnie.

- Ja też.
Wyciągnęła rękę. Wykonałem podobny gest. Wyglądało to tak, jakby nasze dłonie się zetknęły.
- Do widzenia, Tori.
Chrząknąłem. Przez chwilę nie mogłem wydobyć głosu. Wreszcie wykrztusiłem:
- Do widzenia, Steffi.
I tak jedno z moich trzech serc zostało na Ziemi.

***

- Wczoraj w Paryżu, podczas galowego pokazu mody w słynnym Fernando Hall, Claudio Ramadan

zaprezentował bezprecedensową kolekcję. Oto w charyzmatycznej sali Ma Belle na wybieg wkroczyły
modelki  i  modele  w  kaskach  ochronnych!  -  Dzisiejsze  czasy  są  bardzo  dziwne  -  perorował  dyktator
mody  -  obywatel  nie  może  czuć  się  bezpiecznie:  bez  trudu  można  zeskanować  jego  psychikę,
sprawdzić  myśli,  wymazać  pamięć,  zrobić  jeszcze  wiele  innych  rzeczy,  których  się  nawet  nie
domyślamy, z czego hipnoza wcale nie jest najgorsza! Dlatego zaproponowałem nowatorską kolekcję
ozdobnych nakryć głowy, które oprócz funkcji czysto dekoracyjnej zapewnić użytkownikom skuteczny
ekran  blokujący  przepływ  fal  elektromagnetycznych  i  grawitacyjnych,  zaś  detektory  foniczne  zakłócą
każdy dźwięk mający wpływ na struktury neuronalne. Urządzenie to nazwałem„Hef”. To skrót od „head
firewall".

background image

- 134 -

Słowa  Claudia  świadczą,  że  jest  nie  tylko  natchnionym  kreatorem  mody,  lecz  także  technicznym

specem. Jego kolekcja wzbudziła ogromne zainteresowanie nie tylko gwiazd holokina i biznesu, lecz
również  licznych  firm  odzieżowych.  Wschodnie  przysłowie  mówi:  jedyną  stałą  jest  zmiana.  Czy
wchodzimy  w  erę,  gdzie  chronić  powinniśmy  nie  tylko  własne  ciała,  ale  także  dusze?  Nazywam  się
Ramona Himenes, Sky News, zostańcie z nami.

***

Po posiłku podeszliśmy do kontroli passów. Nieopodal bramek, za którymi majaczyły gigantyczne

korpusy  statków,  stała  podenerwowana  grupka  młodych  ludzi  w  szatach  przyozdobionych  greckimi
meandrami. Ominęliśmy ich i podeszliśmy do hostess Mobillenium.

-  Państwo  macie  bilety  na  pokład  „Medusy"?  -  spytała  urzędniczka,  błyskając  oślepiająco  białymi

zębami.

Zerknąłem na kartę. - Rzeczywiście.
Nie  miałem  dotąd  pojęcia,  jak  się  nazywa  nasz  pojazd.  Kobieta  ukradkiem  potarła  nos.  Miała  do

powiedzenia coś niewygodnego.

- Jest mały kłopot.
Nienawidzę małych kłopotów.
- Tamta grupa... - wskazała ludzi w powłóczystych szatach.
Zerknąłem za palcem. Jeden z młodzieńców spojrzał na mnie i łagodnie się uśmiechnął. Wydawało

mi się czy rzeczywiście od jego ciała rozchodziły się złote promienie?

Lee,  pomyślałem  ze  złością,  mam  dość  halucynacji.  Demon  zmaterializował  się  na  krawędzi

bramki: siedział założywszy nogę na nogę i piłował czarne szpony.

-  Przestań  nazywać  halucynacjami  zjawiska,  których  nie  rozumiesz  -  odparł  i  rozwiał  się  w

powietrzu.

Cwaniak. Gdy go nie potrzebuję, pojawia się w najmniej wygodnych momentach, a gdy chciałbym

o coś zapytać, znika.

- ...to wyznawcy olimpizmu... - ciągnęła urzędniczka, nie dostrzegłszy mojej konwersacji z czartem

-  ...także  emigranci.  Mają  zabukowane  miejsca  na  pokładzie  „Peregryna".  Chcieliby  zmienić
rezerwację na „Medusę". Twierdzą, że to sprawa wiary.

- Będziemy mieli na Gai jakichś fanatyków? - szepnął mi do ucha zdegustowany Harry.
- Jakkolwiek to zabrzmi nieprawdopodobnie - ciągnęła hostessa - na obu statkach mamy komplet.

Olimpistów jest siedmiu i wasza grupa to siedem osób. Co do bagaży, zaraz mogę wydać dyspozycje
i zostaną ulokowane we właściwym frachtowcu. Czy widziałby pan problem, gdybyście się zamienili?

Nie widziałem. Zerknąłem na Pauline i Annę. Skinęły głowami w geście przyzwolenia. Ruben tylko

się skrzywił. Chip był rozbawiony.

- Nie ma sprawy - rzuciłem.
Dziewczyna odetchnęła.
- Bardzo panu dziękuję. - Spojrzała w stronę mnichów. - Panowie! Zapraszam! Podejdźcie tu!

***

Chcesz zarobić na bezmózga i enzymy? A może raczej na dibeka i motomba? Nam jest wszystko

jedno.  Już  dzisiaj  możemy  powiedzieć,  że  zarobki  na  Gai  będą  o  dziesięć  procent  bardziej
optymistyczne niż na starym globie. Już dzisiaj możemy powiedzieć, że nastroje społeczne na Gai są
o siedemdziesiąt procent wyższe niż na Ziemi. Już dzisiaj można powiedzieć, że Gaja i Ziemia są jak
dwie  siostry:  głupia  i  brzydka  oraz  mądra  i  piękna.  Zgadnij,  która  jest  która?  Mobillenium.  Nowe,
podniecające perspektywy. Mobillenium. Tam... ale już nie z powrotem!

***

- Trzymaj się, Torkil - Peter „Crash" Kytes rozpostarł pancerne ramiona.
Wszedłem  między  nie  i  przytuliłem  się  do  potężnej  stalowej  piersi.  Metal,  nie  metal,  miałem

wrażenie, że dotykam żywego człowieka. Tyle że w zbroi.

- Będziemy w kontakcie - rzuciłem, gdy zwolniliśmy uścisk.
- Jasne. Przecież to niedaleko. Niecałe dziewiętnaście lat świetlnych. - Zwrócił oczy na Pauline. -

No, księżniczko, dbaj o niego.

- Możesz być pewien - uśmiechnęła się przez łzy. - A ty chroń swoich Bezbolesnych.
- No pewnie - odparł. - Są zawsze do waszej dyspozycji.
Uściskał ją.

background image

- 135 -

- Siostro - teraz spojrzał na Annę.
Siostro? Oo. Czyżby wśród dimenów zawiązywała się rasowa więź? Spojrzałem na Sokolowsky. W

nowiuteńkim  pershellu  wyglądała  zjawiskowo.  Byłem  pewien,  że  w  rozgorzałej  dopiero  co  rynkowej
wojnie  zbroje  wygrają  z  geskinami.  Żywe  skóry  będą  potrzebne  nielicznym.  Poza  tym  człowiek  w
pershellu  wyglądał  po  prostu...  lepiej.  Dlatego  od  czasu  do  czasu  wyłączałem  w  omniku  program
„Anna".

Gdy  się  do  niego  przytuliła,  całe  jej  ciało  przylgnęło  do  jego  sztywnego  korpusu,  jakby  było

zrobione  z  elastycznego  materiału,  a  nie  z  supertwardych  stopów.  Jej  metaliczne  włosy  falowały  na
wietrze  piękniej  niż  prawdziwe  -  miła  odmiana  po  łysym  Doomie.  Na  tle  gigantycznego  statku
emigracyjnego wyglądali jak zakochana para z melodramatu SF. Z zazdrością stwierdziłem, że Peter
lepiej  do  niej  pasuje  niż  ja.  Spojrzałem  na  pnącą  się  w  niebo  opasłą  beżową  bryłę  pomalowaną  w
poprzeczne  złote  pasy.  Na  jednym  z  nich  szkarłacił  się  stylizowany  napis:  „Peregryn".  Jakiś
dwudziestowieczny  sprzedawca  podobno  kiedyś  powiedział:  Jeśli  mam  czymś  handlować,  niech  to
będzie  coś  drogiego.  I  zbił  majątek  na  handlu  lokomotywami.  W  dzisiejszych  czasach  z  pewnością
zatrudniłby się w Mobillenium.

- Nie zapomnisz o nas, prawda? - spytała Sokolowsky.
- Daj spokój - szepnął Kytes. - Przecież będziemy się odwiedzać!
Potem uściskał jeszcze Harry'ego, zgniótł prawicę Leviemu, Rubenowi i Kononowi.
- Na pewno chcecie uciekać? - spytał na końcu.
Troy pokręcił żabowatą głową.
- Dobrze wiesz, że nie ma tu dla nas miejsca. Im szybciej opuścimy to bagno, tym lepiej.

***

- Witamy dzisiaj w studiu znaną wszystkim Tanitę Werner, znakomitą piosenkarkę i aktorkę. Znaną

wszystkim... ale niezupełnie w tej postaci. Powiedz, Tanito, jak się czujesz w bezmózgu?

-  Chyba  żartujesz.  Mam  znowu  dwadzieścia  lat!  Jeszcze  miesiąc  temu  miałam  dziewięćdziesiąt!

Widzisz te piersi? Widzisz te ramiona?!

- Rzeczywiście wyglądasz wspaniale. Nie masz jednak wrażenia, że to nie twoje ciało?
- Wiesz co? Sama spróbuj. To najwspanialsze przeżycie w moim życiu.
- Jakbyś je nazwała?
- Prosto: powrót do młodości!
- Kiedy nagrasz nowy kryształ?
- Na razie nie mogę przyzwyczaić się do myśli, że przede mną milion nowych dni...

***

- O mój Boże, patrz, Marita! Torkil Aymore! - zawołała nagobrzucha stewardesa w błękitnej mini i

kamizelce, kierująca ruchem na pokładzie transportowca.

-  Ten  Torkil  Aymore?!  -  wybałuszyła  oczy  koleżanka,  chyba  zbyt  otyła,  by  nosić  podobny  strój.

Mimo  wszystko  nie  zmieniałbym  tego  imidżu.  Tak  jak  nierealna  Monika  Weda  miała  idealny  strój
pielęgniarki, ich uniformy były doskonale dopasowane do pracy stewardesy.

- Tak, ten - skrzywiłem się.
- Och! - pisnęły. - Po starcie poprosimy pana o autograf, dobrze?
Pauline zacięła usta. Była zazdrosna? Oczywiście, że była.
- Mamo - odezwał się Konon zatrzaśnięty w Oscara. - Możemy iść dalej?
Dziwnie wyglądał wielki motomb mówiący do drobnej kobiety: „Mamo".
-  Przepraszamy  -  spłoniły  się  stewardesy.  Dotarliśmy  do  opasłej  windy  i  pomknęliśmy  na  sto

szesnasty  poziom.  Potem,  kierując  się  barwą  pulsującą  na  kartach  pokładowych  i  kolorem  szlaków
zaznaczonych  na  ścianach,  weszliśmy  do  niewielkiej  salki  z  dwudziestoma  leżankami.  Większość  z
nich była już zajęta.

- Jest okno! - ucieszył się Konon.
- Twoje siedzenie jest... tu - wskazałem fotel, sprawdziwszy numer jego passu. - A my - spojrzałem

na  dziewczyny  -  spoczniemy  obok  Konona.  Wyjąłem  soczewki  z  kieszeni  i  założyłem  je.  Chociaż
Sokolowsky prezentowała się w pershellu naprawdę imponująco, wolałem podczas podróży uspokajać
nerwy jej idealnymi kształtami.

- Szkoda, że ja nie paraduję w bikini - zażartowała Pauline, widząc moje manewry.
Skąd  wiedziała,  jak  postrzegam  Sokolowsky  po  wgraniu  „Anny"?  Rozmawiały  ze  sobą?

Zmarszczyłem się i zerknąłem znacząco na Konona. Kobieta uśmiechnęła się z politowaniem.

background image

- 136 -

- On widział i słyszał już wszystko.
- Na Gai kupisz mu bezmózga? - postanowiłem zmienić temat.
Parsknęła.
- Jak zarobię i jak on się zgodzi. - Nie chce?
- Nie.

***

- Niedawni nowożeńcy, Ron Olohson i Gaeta Imaho, ogłosili dzisiaj, że się rozwodzą. - Nie jest to

rozwód  permanentny  -  oznajmiła  Gaeta  -  rozstajemy  się  po  to,  żeby  się  pobrać,  ale  w  obrębie  innej
wiary.

Na  pytanie,  jakie  przybrali  wyznanie,  odparli,  że  stali  się  Momentarystami  z  Kościoła  Archetypu

Chwilowego  Szczęścia.  -  Religia  ta  pozwala  na  kontrakty  czasowe  -  wyjaśnił  Ron.  -  Za  miesiąc
pobierzemy się na pięć lat. A potem zobaczymy.

Wydarzenie  to  wzbudziło  poruszenie  w  świecie  mediów.  Czy  mamy  do  czynienia  z  precedensem,

który lada moment stanie się normą? Nazywam się Irina Garchenko, Mother Russia News. Zostańcie
z nami.

***

Współczesny lot na orbitę w niczym nie przypomina startów dawnych rakiet, które mozolnie pięły

się  ku  niebu  na  chybotliwej  klindze  ognia.  Kojarzy  się  raczej  ze  wznoszeniem  się  balonu.  Szóstka
towarzyszących  nam  megastatków  emigracyjnych  lekko  przebijała  się  przez  pokłady  chmur,
pomrukując  basem  generatorów  Mirova  (pełniących  w  atmosferze  rolę  zwykłych  silników
antygrawitacyjnych).  Złote  pasy  na  metalicznych  beżowych  tłach  przydawały  im  wygląd
fantasmagorycznych pszczół.

Oparłem głowę o zagłówek, odchyliłem oparcie i zapadłem w półsen.
Próbowałem  odnaleźć  moment,  w  którym  to  wszystko  się  zaczęło.  Ach,  tak.  Dziesiąte  urodziny

Konona...

Zerknąłem  we  wsteczny  monitor.  Płaszczyzna  Ziemi  lekko  się  zakrzywiła.  Wchodziliśmy  w

jonosferę. Poczułem dotyk na dłoni. To Pauline. Odwróciłem do niej głowę i uśmiechnąłem się ciepło.
Bała się? Chyba tak. Ja też. Pierwszy raz w życiu wybierałem się w taką podróż...

Odetchnąłem głębiej. Kula ojczystej planety wypełniała cały monitor. Niedługo będziemy startować.

Przypomniały  mi  się  pożegnania.  Z  mieszkaniem,  miastem,  znanymi  miejscami,  neomilkbarem...
Wreszcie wizyta w Rajskiej Plaży i zawiązanie „trójcy" z dziewczynami...

Spojrzałem na moje partnerki. Czy to trwały związek? Czułem się jak słońce w potrójnym układzie:

niemożliwym  do  ustabilizowania,  nieprzewidywalnym...  Zacisnąłem  powieki.  Nie  jestem  panem
Bogiem. Nie będę się martwił o przyszłość.

Planeta,  na  której  się  urodziłem,  ale  niekoniecznie  chciałem  umrzeć,  zmieniła  się  już  w  niedużą

błękitną kulkę. Inne ekrany pokazywały pozostałą szóstkę statków, chowających w kadłuby wystające
elementy Szykowały się do skoku.

Podróż  podprzestrzenna  nie  może  się  rozpoczynać  czy  kończyć  w  atmosferze,  bo  zniknięcie  lub

pojawienie się tak dużego obiektu w środowisku gazowym spowodowałoby lokalny huragan. Dopiero
wysoka  orbita  zapewnia  odpowiednie  warunki:  wiadomo,  że  pojazd  nie  nadzieje  się  na  żadnego
satelitę  czy  inny  śmieć,  których  wokół  błękitnego  globu  pałętają  się  całe  tony.  Uderzenie  w  korpus
zapomnianego  fragmentu  sputnika  podczas  procedury  skoku  mogłoby  radykalnie  zmienić  los
wyprawy.

Gdy  znaleźliśmy  się  na  zaprogramowanym  pułapie,  kapitan  grzecznie  poinformował  o  zbliżającej

się  operacji  zagięcia  przestrzeni,  rozpoczął  odliczanie,  a  kiedy  doszedł  do  zera...  Coś  we  mnie  się
wyciągnęło... moje ciało uciekało gdzieś w niezmierzoną przestrzeń, a umysł gonił je ostatkiem sił, za
daleko,  za  szybko,  poczekaj,  Torkil!  Torrrkil!  Cały  się  wydłużyłem...  i  wypuściłem  nabrane  przed
chwilą powietrze. Na ekranie majaczył złoto-błękitny glob poznaczony rysunkiem kontynentów, które
nie były lądami Ziemi.

Gaja.
- Mamo, to już? - spytał Konon.
- Tak, synku - wyszeptała Pauline.
Zerknąłem  w  okno.  W  rozgwieżdżonej  przestrzeni  wisiało  pięć  innych  statków.  Pięć?  A  gdzie

szósty?

- Harry - odezwałem się - czy mi się zdaje, czy leciało z nami sześć megatransportowców?

background image

- 137 -

- O tym samym myślę - spojrzał na mnie siwymi oczkami, w których pojawiło się podniecenie.
Stary  programista  nie  odróżniał  fikcji  od  rzeczywistości?  Zamiast  zaniepokojenia  sztubacka

ekscytacja? Zawsze mnie zadziwiał optymistycznym stosunkiem do życia.

- Ciekawe, o co chodzi - rzucił Ruben. - Czekajcie, zapytam obsługę... - Stuknął w coś na konsoli

przed fotelem. - Proszę pani, chcieliśmy się dowiedzieć o liczbę statków...

Rozjarzył się główny ekran.
-  Proszę  państwa,  znamy  sytuację  -  stewardesa  uśmiechnęła  się  z  przymusem  -  Pozwolicie,  że

odpowiem  na  wszystkie  pytania  z  głównego  ekranu,  zamiast  udzielać  informacji  indywidualnie  -
przełknęła  ślinę  -  co  byłoby  kłopotliwe.  -  Zachichotała  nerwowo.  -  Już  wysłaliśmy  na  Ziemię  sondę
pocztową z zapytaniem, co się stało ze statkiem „Medusa".

Zamarliśmy. Spojrzałem na towarzyszy.
- „Medusa"? - chrząknął Chip. - Mieliśmy nim lecieć!
Dobry uczynek czasami popłaca, pomyślałem trochę niedorzecznie.
- Mój Boże - szepnęła Pauline - mało brakowało. - Ścisnęła mocniej moją rękę.
Na drugiej poczułem ciepłą dłoń Anny Spojrzałem w jej błękitne oczy. Czyżby też się zastanawiała,

czy  obecność  olimpistów  na  kosmodromie  była  przypadkowa?  Już  staruszek  Freud  mówił,  że  na
świecie nie ma zbiegów okoliczności.

-  Być  może  -  ciągnęła  stewardesa.  -  „Medusa"  nie  weszła  w  podprzestrzeń  i  wciąż  pozostaje  na

orbicie  Ziemi.  Proszę  pozostać  na  miejscu.  Zapewniamy  że  integralność  „Peregryna"  jest
nienaruszona.

Zacisnąłem usta i wymieniłem porozumiewawcze spojrzenia z Harrym, Rubenem i Levim. Jeszcze

tego brakowało, żeby nasz statek się rozpadł.

-  Tymczasem  -  podjęła  mówczyni  -  proponuję  obejrzeć  ostatnie  ziemskie  wiadomości  sieci  Sky

News,  z  którymi  państwo  nie  mieli  z  pewnością  czasu  się  zapoznać,  bo  były  nadawane  podczas
przygotowań do startu...

Ekran  wypełniło  srebrne  logo.  Machnąłem  lekceważąco  ręką.  Wolałbym  jakiś  holofilm.  Choćby

Doom Day .

-  Dzień  dobry,  Ramona  Himenes,  Sky  News.  Podajemy  skrót  informacji.  Wybuch  w  fabryce

Medtronics w miejscowości Goddeck u wybrzeży Morza Barentsa w zachodniej Alasce. Straty szacuje
się  na  pięćdziesiąt  miliardów  kredytów.  Przyczyny  jak  dotąd  są  nieznane.  Firma  powołała  specjalną
komisję,  która  ma  zbadać  okoliczności  katastrofy.  Nieoficjalne  źródła  sugerują,  że  może  być  to
pierwszy  sygnał  zaostrzonej  walki  rynkowej.  Czy  tak  jest  naprawdę,  trudno  orzec.  -  Nie  będziemy
ferowali wyroków przed poznaniem faktów - oznajmił Leonard Hassan, rzecznik prasowy Medtronics.

Sean Sennhauser pozwał dzisiaj do sądu firmę Pharma Nanolabs, która w swojej kontrowersyjnej

reklamie  bezmózgów  ośmieszyła  życie  w  sieci,  używając  postaci  uderzająco  podobnej  do  słynnego
reżysera...

Byłem już zmęczony ziemskimi sprawami, ziemskim brudem, agresją i głupotą. Oderwałem się od

słów spikerki i spojrzałem na nowy, kulisty dom. Jakie zagadki przyjdzie mi tu rozwiązać? Czy będę
się  dobrze  czuł  w  nowym  apartamencie?  Jakie  są  tu  zachody  słońca?  Jaką  pracę  znajdzie  Anna?
Zdumiewające, ile nowych pytań kryła w sobie ta piękna planeta.

- Przerywamy odtwarzanie wiadomości - odezwała się stewardesa z ekranu. - Właśnie wyłoniła się

sonda  pocztowa  z  odpowiedzią  z  Ziemi.  Przemówi  do  państwa  dyrektor  do  spraw  bezpieczeństwa
Mobillenium Ltd.

Na  ekranie  pojawiła  się  niezwykle  ładna  i  inteligentna  twarz  kobiety  bardzo  podobnej  do  Pauline.

Gdyby nie kręcone włosy blond i chabrowe oczy, mógłbym je ze sobą pomylić.

- Pauline - odezwałem się żartobliwym tonem - nic nie mówiłaś, że masz sio...
Przerwałem,  by  nie  zagłuszać  wypowiedzi  z  ekranu:  -  Dzień  dobry  państwu.  Nazywam  się  Kaja

Ciołkowsky...

Kaja?! Kaja?! W mojej głowie wybuchła supernowa. Przestałem jej słuchać. Kaja... To samo imię

wymówił  Laurus  Wilehad,  gdy  budził  się  po  odzyskaniu  duszy.  Spojrzał  na  Pauline  i  powiedział:
„Kaja? Co ty tutaj robisz?" Nic dziwnego, że je pomylił. Skąd znał Kaję Ciołkowsky? A może chodzi o
inną  Kaję?  Pokręciłem  głową.  Nigdy  nie  wierzyłem  w  zbiegi  okoliczności,  a  już  na  pewno  nie  tak
nieprawdopodobne jak ten, że istniała jeszcze jedna kobieta łudząco podobna do gamedekini. Laurus
musiał znać dyrektor do spraw bezpieczeństwa Mobillenium i to na tyle dobrze, żeby mówić do niej po
imieniu. Bardzo zastanawiające... „To niemożliwe, mówił dalej, Byłem w Zoenet Labs, nie w ma..." Co
oznaczały  słowa:  „Nie  w  ma..."?  Z  początku  myślałem,  że  miał  jakieś  reminiscencje  z  życia
płodowego,  a  tymczasem  gdyby  nie  ugryzł  się  w  język,  powiedziałby:  „W  Matce  Rosji"!  Czyżby  był

background image

- 138 -

agentem  Mobillenium?  Wziąłem  głębszy  wdech.  Przypomniałem  sobie  słowa  Koriolana:  „Wilehad
zasugerował  cały  plan:  podszycie  się  pod  Rawsona  i  Hindenburga,  nakłonienie  konsorcjów  i  rządów
do  zawiązania  syndykatu,  uwolnienie  do  sieci  wirusów".  Potem  powiedział  też:  „Odkąd  «Pandora»
wymknęła  się  spod  kontroli,  straciłem  do  niego  serce".  Przypomniało  mi  się,  jak  rozmawialiśmy  z
Laurusem o linowcach:

- Linowce to największa inwestycja na Ziemi. Mobillenium liczy, że zwróci się za circa sto lat.
- Sporo wiesz o tym Mobillenium.
- Jako agent muszę wiedzieć o wielu rzeczach.
Ze zdumienia aż otworzyłem usta. Laurus był agentem Mobillenium! Potrójnym! Udawał człowieka

Omegi w Biurze Ochrony Państwa, także agenta Zoenet Labs, a naprawdę pracował dla Mobillenium!
To jakiś geniusz! Ale dlaczego? Dlaczego ten plan? Spojrzałem przez okno, gdzie wisiało w kosmosie
pięć  gigantycznych  pszczół  -  megastatków.  Jeśli  mam  coś  sprzedawać,  niech  to  będzie  coś
drogiego...  Kto  najbardziej  skorzystał  na  całym  zamieszaniu  z  „Pandorą"?  Ależ  oczywiście!
Mobillenium! Skonstruowali dziesiątki statków, maszyn terraformujących, przekształcili pierwszy glob,
a  teraz  sprzedają,  sprzedają,  sprzedają,  zera  na  ich  koncie  mnożą  się  z  prędkością  nadświetlną.
Zagryzłem  wargi.  Coś  się  nie  zgadzało.  Skąd  Wilehad  wiedział,  że  wirusy  zmutują?  Musiał  z  kimś
współdziałać...

O, jasna cholera! Pobladłem i zacisnąłem ręce na podłokietnikach. Sergio. Sergio Lama był drugim

agentem!  Czyli  miałem  rację  ostrzegając  Harolda!  Rzeczywiście  widziałem  aurę  zdrajcy!  Wcale  nie
uciekł  z  Mobillenium,  tylko  został  skierowany  do  Shadow  Zombies,  żeby  pod  przykrywką
konstruowania  maszyny  antyglobalistycznej  spreparować  wraz  z  Laurusem  całe  pandemonium!  To
dlatego programy sond i wirusów tak łatwo weszły ze sobą w kooperację! Ale dlaczego Zombie go nie
zdemaskowali?  Prawdopodobnie  z  tych  samych  względów,  dla  których  Laurus  kiwał  zarówno
zoenetów,  jak  i  BOP!  Ci  to  muszą  mieć  maszynki!  Ależ  dałem  się  nabrać!  Przypomniała  mi  się
ostatnia rozmowa z naukowcem.

-  Nie  miałem  pojęcia,  że  te  muchy  tak  wyglądają...  -  powiedział  i  zaraz  zrobił  dziwną  minę.

Oczywiście! Przecież mu nie wyjawiłem, skąd się wzięły moje podejrzenia. To on się wygadał, że wie,
jak wygląda Baal Zebul! Potem skonstatowałem:

- Raz już narobiłeś bigosu. Nie boisz się, że znowu coś się stanie?
- No coś ty, to wszystko było... To był przypadek, jeden na miliard.
Co  chciał  naprawdę  powiedzieć?  To  wszystko  było  zaplanowane?  Ależ  tak!  Zdradziła  go  duma

nieomylnego naukowca, który wolał zaryzykować zdemaskowanie, niż przyznać się do błędu! Potem
go zapytałem:

- Jak zaprogramujesz sondę na ten serwer?
- Mały problem. Z moją głową...
Pewnie, że mały problem. Już raz to zrobił! Mutujące wirusy po raz pierwszy wyłoniły się właśnie w

serwerze  Crying  Guns!  Specjalnie  tam  skierował  swoje  muszki,  a  Laurus  tak  pokierował  „Pandorą",
żeby  wirusy  zostały  odpowiednio  wyedukowane.  Potem,  gdy  zadzwoniłem  do  Sergia  z  prośbą  o
oprogramowanie sond, dał mi od razu program niszczący. Nie chciał ujawniać oryginalnego kodu, a
poza tym i tak należało ukręcić Bestii łeb, bo wymknęła się spod kontroli. Prawdopodobnie skrypt od
dawna był przygotowany Pokręciłem głową w bezdennym zdumieniu. Czy motyl może machnięciem
skrzydełek  wywołać  globalną  katastrofę?  Podobno  tak,  pod  warunkiem,  że  zrobi  to  w  odpowiednim
miejscu w odpowiednim czasie, w precyzyjnie obranym kierunku. Maestria wywiadu Mobillenium biła
na głowę knowania zoenetów, BOP-u i farmaceutów. Dwaj agenci w doskonale wybranych miejscach
nie musieli się napracować, by wykorzystać potencjał innych firm dla celów pracodawcy Dwa skrzydła
motyla.  Laurus  i  Sergio.  Chodziły  za  mną  te  skrzydła  motyla,  chodziły,  aż  wreszcie  uwierzyłem,  że
Anna i Pauline są moimi strażniczkami... Spojrzałem na nie kątem oka. Piękne jak anioły, słuchały z
uwagą  słów  Kai  Ciołkowsky.  Wróciłem  myślami  do  analizy.  Mobillenium  osiągnęło  rekordowe  zyski
dzięki  temu,  że  Ziemia  stała  się  miejscem  zagrożonym.  Emigracja  na  Gaję  była  najpotężniejszym
przedsięwzięciem w historii ludzkości. Biznesowym przedsięwzięciem... Ocknąłem się z letargu.

-  Nie  ma  więc  powodów  do  obaw  -  uśmiechnęła  się  z  ekranu  stewardesa,  która  zastąpiła  panią

dyrektor.  -  „Medusa"  ciągle  przebywa  w  czwartym  wymiarze,  ale  zaraz  zostaną  wysłane  sondy
poszukiwawcze i automaty naprawcze. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, pojazd powinien się pojawić w
naszej  przestrzeni  w  ciągu  kilku  godzin.  -  Chrząknęła.  -  Pozwolą  państwo,  że  na  czas  lądowania
wrócimy do przerwanych wiadomości.

Na ekranie znów pojawiła się głowa Ramony Himenes:

-  Nasz  korespondent  z  Gwinei  Równikowej  informuje,  że  firma  Live  Jacquesa  Lamberta  zatrudnia

już blisko sto tysięcy pracowników i wyprodukowała ponad dziesięć tysięcy diginetów. Lada moment
ta  prężna  placówka  stanie  się  najpotężniejszym  konsorcjum  na  Ziemi.  Nie  tylko  zresztą  na  naszym

background image

- 139 -

globie, bo właśnie dzisiaj, w tej chwili delegacja biznesmenów z wiceprezesem Urielem Tamerlanem
na czele...

Słucham?!

- ...wkracza na pokład megastatku emigracyjnego „Medusa" z zamiarem utworzenia filii na Gai...

Zakręciło mi się w głowie. Ekran ukazywał kosmodrom i mężczyzn w czarnych garniturach, wesoło

machających  do  kamery.  Na  czele  maszerował  przystojny  i  opanowany  Uriel  Tamerlan.  Jak  on
przeżył  upadek,  gdy  leciał  w  dół  z  moim  cieniem?  Wykorzystał  zbroję  jako  silnik?  Amortyzator?  Po
chwili ekran ukazał scenę z Gujany: gigantyczny kompleks fabryczny obserwowany z lotu ptaka. Nad
wieżycami budowli unosił się holograficzny napis. Po raz pierwszy widziałem to logo:

!LivE!

Dlaczego  tak  dziwnie  zapisane?  Odezwała  się  gamedeczana  żyłka.  Symetryczna  forma  i  duża

litera na końcu sugerowały, że nazwę można też czytać od tyłu, czyli... !EviL! Zaschło mi w gardle.
Evil.  Zło.  Opadłem  na  poduszki.  Mój  umysł  pracował  na  najwyższych  obrotach.  Po  tym,  jak
nakryliśmy Uriela w Puszczy Peeskiej, a policja odbiła go z siedziby Novatronics, wrócił do swojego
zadania  nadzorowania  działalności  wirusów,  bez  względu  na  to,  że  uzyskały  zdolność  mutacji.
Prawdopodobnie  przewieziono  go  do  kompleksu  „La  Fatigue"  w  Gaskonii:  Gdy  Bestia  nauczyła  się
hipnozy, zainfekowała jego i hakerów, którzy wciąż pozostawali pod jego dowództwem. Zerknąłem na
Rubena. On również podzieliłby ich los, gdyby nie wyrwał się z kordonu na lądowisku Novatronics. To
Uriel  wraz  z  zahipnotyzowanymi  hakerami  uciekli  z  „La  Fatigue".  To  o  nich  mówiła  prasa  i  trąbiły
serwisy  informacyjne:  „Naoczni  świadkowie  widzieli  pospiesznie  startujące  rządowe  pneumobile.
Pojazdy oddaliły się w kierunku południowo-zachodnim..." Skierowali się oczywiście do Gujany. Tam
wpłynęli  na  Lamberta  i  zaczęli  budować  przyczółek  w  realium,  nie  w  sieci.  Prawdopodobnie  w  to
miejsce  udawali  się  wszyscy  gracze,  którzy  zostali  zahipnotyzowani.  Dlatego  raptem  znikali  z
własnych  domów:  lecieli  do  Live.  A  byli  to  najodważniejsi  i  najlepsi  wirtualni  wojownicy:  ci,  którzy
spenetrowali fort Ironstone. Bestia okazała się sprytniejsza, o wiele sprytniejsza, niż przypuszczałem.
Oprócz Uriela, hakerów i najwyżej notowanych graczy Live miała już dziesięć tysięcy bardzo realnych
superwojowników  -  diginetów  zrobionych  rękami  szatana.  Zatrudniała  sto  tysięcy  ludzi.  A  teraz  -
spojrzałem  w  kosmos  -  a  teraz  odzyskała  przyczółek  w  czwartym  wymiarze.  I  nie  są  to  już
sondy-muszki.  To  gigantyczny  superstatek  i  pięćdziesiąt  tysięcy  emigrantów,  ludzi  wykształconych  i
bogatych, oddanych na łaskę speców od hipnozy.

Wymacałem w kieszeni buteleczkę z rubinowym płynem i wyjąłem ją.
- Co to? - spytała Anna.
Dopiero  wtedy  zorientowałem  się,  że  cała  salka  aż  huczy  od  dyskusji  i  dociekań.  Spojrzałem  na

nią, Pauline, Konona, Harry'ego, Chipa i Rubena. Kiedy podzielę się z nimi swoimi spostrzeżeniami?
Może  po  lądowaniu.  Nie  chciałem  im  psuć  pierwszych,  najpiękniejszych  wrażeń.  Skrzywiłem  się.
Szkoda,  że  sam  je  sobie  popsułem.  Nie  wiem,  kto  i  kiedy  powiedział,  że  życie  składa  się  z
rozczarowań. Westchnąłem ciężko i uśmiechnąłem się do dimenki.

-  Coś,  czego  ty  nie  potrzebujesz,  ja  za  to  bardzo.  Przełknąłem  ślinę,  otworzyłem  fiolkę  i  wypiłem

zawartość  jednym  haustem.  Płyn  smakował  jak  nieskończone  przestrzenie  wszechświata.  Zakręciło
mi się w głowie. Mlasnąłem i powiedziałem:

- Będziemy mieli jeszcze mnóstwo roboty. Zerknąłem w okno. Zbliżaliśmy się do Gai. Otworzyłem

szerzej  oczy,  bo  zrozumiałem  coś  jeszcze.  Jeśli  aura  Sergia  nie  była  halucynacją,  to  czy...  Monika
także była prawdziwa?

Powiew.  Skąd  tu  wiatr?  Przecież  wentylacja  nie  działa  impulsowo...  Zrozumiałem,  że  nie  czuję

powietrza ślizgającego się po policzkach, lecz skrzydła aniołów.

Poprawka. Anielic.

Słownik neologizmów i trudnych terminów

Uwaga: słownik ten jest w pewnym sensie „spoilerem". Nie czytaj innych haseł, jeśli nie musisz, bo

podpowiedzą Ci dalszą część fabuły! Zrób sobie przyjemność lektury całości po skończeniu powieści.

ABB - skrót od Anty Bios Barrier, filtr grawitacyjny oddzielający niebezpieczne gatunki fauny i flory

od siedzib ludzkich.

background image

- 140 -

Artefakt  -  rzadki  gierczany  przedmiot  (np.  broń,  zbroja  czy  urządzenie  obdarzone  niezwykłymi

cechami), którego zdobycie z reguły obwarowane jest wieloma przeszkodami.

Attrometr  -  miernik  temperatury,  wilgotności  powietrza  i  ciśnienia.  Powszechnie  stosowany  w

prywatnych mieszkaniach.

Autoluxy  -  biourzdzenia  regulujące  jasność  pomieszczenia.  Powszechne  w  prywatnych

rezydencjach i mieszkaniach.

Biofotele - patrz biourzcdzenia. Fotele skonstruowane przy użyciu biotechnologii.
Biotechnologia - dziedzina nauki zajmująca się wykorzystywaniem inteligencji żywych struktur przy

konstruowaniu  urządzeń.  Najczęściej  eksploatowana  naturalna  tendencja  żywych  organizmów  do
utrzymywania  homeostazy.  Zastosowanie  we  wszelkiego  rodzaju  regulatorach:  temperatury,
wilgotności (patrz: radiatory), jasności (patrz: autoluxy), czy kształtu (patrz: biofotele)

Biourzadzenia - urządzenia wykonane przy pomocy biotechnologii.
Brahma  -  świat  będący  doskonałą  repliką  realium,  stworzony  specjalnie  na  potrzeby  zoenetów.

Dzięki zaimplementowanym w niego programom zoeneckie dzieci mogą przeżywać wzrost własnego
organizmu,  śledzić  przemiany  hormonalne  itd.  Aktywne  są  również  wszystkie  funkcje  fizjologiczne,
takie jak odżywianie się, wydalanie, pocenie itp.

Bot  -  rodzaj  enpeca  charakteryzujący  się  rozbudowanym  modułem  sztucznej  inteligencji  i  dużą

dawką autonomii. Używany głównie w grach opartych na grupowej rywalizacji (patrz: Gry e-sportowe).

Centrum  Kontroli  Mutacji  (CKM)  -  międzynarodowa  instytucja  skanująca  biosferę  Ziemi  w

poszukiwaniu  nowych  gatunków.  Stacje  CKM  rozsiane  są  na  obszarze  całej  planety,  dodatkowo
zbudowano sieć automatycznych boi. Podstawowymi zadaniami CKM są: badanie nowych gatunków,
ocena  ich  szkodliwości  oraz  ustalenie,  czy  -  jeśli  okazują  się  niebezpieczne  dla  człowieka  -  są
zatrzymywane przez filtry ABB.

Cheat - (czyt. czit) nielegalny program zaimplementowany w grze, ułatwiający graczowi rozgrywkę.

Najpopularniejsze  cheaty:  nieśmiertelność,  niepodatność  na  kolizje,  zawyżona  ilość  gierczanej
waluty, rzadkie przedmioty (patrz Artefakt).

Cotomou  (dawn.  Chotomów)  -  dzielnica  Warsaw  City  (dawn.  Warszawa)  położona  w  rozwidleniu

rzek Vistula (dawn. Wisła) i Narau (dawn. Narew).

Cyberduch - patrz zoenet.
Dewitalizacja - procedura wzorowana na funkcjach neuronalnych, aktywnych w czasie naturalnego

zasypiania,  generowana  przez  hełm,  polegająca  na  „odcięciu"  ośrodków  ruchowych  i  czuciowych
centralnego  układu  nerwowego  od  realnego  ciała  i  „przełączeniu"  ich  na  czucie  i  ruchy  wirtualnego
wcielenia.  Proces  ten  uaktywnia  działanie  gamepilla.  Odłączeniu  nie  ulega  autonomiczny  układ
nerwowy,  dzięki  czemu  utrzymana  jest  homeostaza  organizmu.  Efektem  ubocznym  jest  możliwość
powstania wstrząsu na skutek działania bodźców gry.

Dibek - skrót od Digital Brain. Syntetyczna struktura będąca wierną kopią indywidualnego mózgu.

Dibekowiec  -  osoba,  której  psychika  przebywa  w  dibeku.  Może  mieć  pochodzenie  organiczne  (patrz
zoenet) bądź cyfrowe (patrz diginet).

Diginet  -  człowiek  żyjący  w  sieci,  którego  psychika  zamieszkuje  w  dibeku.  W  odróżnieniu  od

zoeneta,  diginet  nigdy  nie  był  organiczny.  Jego  dusza  została  stworzona  przez  człowieka  i
zaimplementowana w syntetyczny mózg. Pomimo różnic w pochodzeniu, formalnie diginet niczym nie
różni się od zoeneta.

Dimen  -  (skrót  od  digital  man,  ang.  cyfrowy  człowiek),  zarówno  zoenet.  jak  i  diginet,  czyli

niezależnie od pochodzenia (cyfrowego bądź organicznego), osoba żyjąca sieci.

D-Runners  -  skrót  od  Digital  Runners,  nowo  powstała  formacja  policji  (Free  States  of  America),

działająca w realium, składająca się z zoenetów posiadających opcję przyspieszenia.

Enpec  (enpecka)  -  popularne  nazwanie  powstałe  ze  skrótu  NPC  (non  player  character).  Postać

wygenerowana  przez  program  gry,  z  reguły  statysta  dający  wrażenie  tłumu.  Rzadziej  postać
obdarzona  charakterem  i  szczególnymi  cechami,  np.  sprzedawca  w  sklepie,  rabuś.  Enpecami  są
potwory i zwierzęta zamieszkujące światy sensoryczne.

Era informatyczna - według źródeł w większości krajów rozpoczęła się w latach czterdziestych XXI

wieku,  a  ogarnęła  cały  glob  w  latach  pięćdziesiątych,  kiedy  ostatecznie  zrezygnowano,  a  potem
prawnie zakazano utrwalania danych w postaci pisma na materialnych nośnikach. Powody tej decyzji
były  wielorakie:  oszczędzanie  rezerw  płuc  Ziemi  (produkcja  papieru),  troska  o  degenerujące  się
środowisko naturalne (materiały syntetyczne zastępujące papier), jak również fizyczna nieporęczność
magazynowania  informacji  przybywających  w  coraz  większych  ilościach.  Era  informatyczna
charakteryzowała  się  wyjątkowym  w  historii  ludzkości  tempem  rozwoju  technologicznego.  Powstały
wtedy  metropolie  wieżowe,  dokonano  kluczowych  odkryć  informatycznych  i  fizycznych.  Po  epidemii
TRID  na  początku  XXII  wieku,  prawo  wielu  krajów  zezwoliło  na  używanie  realnego  pisma  w
przypadkach wyjątkowo ważnych dokumentów.

background image

- 141 -

Era  odnowy  -  entuzjastyczny  ruch  kulturowy  obejmujący  większość  ziemskiej  populacji,  który

nastąpił wkrótce po wielkim krachu temporalnym. Wiele pojęć zostało wówczas przewartościowanych,
powstały nowe mody i trendy. Ślady niektórych widać do dziś, np. w erze odnowy popularne stało się
zmienianie nazwisk. To w tym czasie powstały takie rodowe nazwy jak Aymore, Dal, Eim czy Ernal.

Fenotyp  -  (feno-  +  gr.  typos  „kształt,  obraz")  ogół  cech  i  właściwości  charakteryzujących  danego

osobnika,  a  wykształconych  w  wyniku  jego  rozwoju  osobniczego  zgodnego  z  informacją  genetyczną
zawartą w genotypie; wygląd zewnętrzny osobnika.

Gamedec - gierczany detektyw. Osoba wykonująca zawód polegający na odpłatnym pomaganiu w

rozwiązywaniu problemów w światach sensorycznych.

Gamepill  -  kapsułka,  którą  gracz  powinien  zażyć  przed  wejściem  w  sieć,  jeśli  zamierza  tam

przebywać  dłużej  niż  kilka  godzin.  Zawarte  w  niej  nanoboty  przestawia  ją  tory  biochemiczne  na
minimalizację  produkcji  metabolitów.  Opóźnia  tworzenie  się  stolca  i  uaktywnia  złożony  proces,  w
wyniku którego filtrowany przez nerki płyn jest absorowany przez ściany pęcherza moczowego. Dzięki
temu  sekrecja  moczu  jest  skrajnie  spowolniona.  Jego  działanie  wyzwala  dewitalizacja,  a  przerywa
proces rewitalizacji.

Generyczne  firmy  -  w  przemyśle  farmaceutycznym  koncerny  zajmujące  się  produkcją  leków  po

wygaśnięciu  patentów.  Nie  wynajdują  nowych  molekuł/nanobotów,  zadowalając  się  sprzedażą
tańszych od oryginalnych leków generycznych.

Genotyp  -  (gr.  genos  „ród"  +  typos  „kształt,  obraz")  zespół  cech  organizmu  uwarunkowany  ściśle

określoną strukturą, kombinacją genową; u organizmów eukariotycznych jest to komplet genów (alleli)
w podwójnym (diploidalnym) zestawie chromosomów organizmu.

Geskin - skrót od Genuine Skin - prawdziwa skóra. Motomb składający się z żywych tkanek. Bez

odpowiedniej aparatury, lub dłuższej obserwacji, nieodróżnialny od organika.

Gra  -  świat  sensoryczny.  Rzeczywistość  wirtualna  dająca  złudzenie  obecności.  Dostęp  możliwy

dzięki sieci, łożom oraz hełmom.

Gracz - osoba uczestnicząca w świecie sensorycznym (patrz też: łoże, hełm, gra).
Gravilla - dom wiszący, podtrzymywany w powietrzu przez generatory antygrawitacyjne.
Grozbitek  -  kolokwialne  nazwanie  gracza  zagubionego  w  światach  sensorycznych,  nie

odnajdującego przyjemności ani w świecie realnym, ani wirtualnym.

Gry  e-sportowe  -  światy  sensoryczne,  których  zasada  opiera  się  najczęściej  na  drużynowej

rywalizacji  (Goodabads,  Crying  Guns,  Keep  Champions),  rzadziej  na  indywidualnych  starciach.  Z
reguły nie posiadają rozległych terenów, lecz tzw. areny, na których rozgrywają się walki.

GWG - skrót od Gravity Waves Generator, generator fal grawitacyjnych. Urządzenie umożliwiające

zdalne sterowanie motombem, oraz innymi aparatami odbierającymi fale grawitacyjne.

Hełm - także kask. Urządzenie, które gracz zakłada na głowę, by wejść w sieć. Generuje impulsy

grawitacyjne dające wrażenie zmysłowej obecności. Stosuje żabieg dewitalizacji i rewitalizacji.

Homo Realium - potoczna nazwa ludzi żyjących w rzeczywistym świecie. Patrz organik.
Homo Virtual - potoczna nazwa zoenetów, przypisywana również półzoenetom.
Kampiville - jeden z linowców otaczających Warsaw City. Zbudowany w dzielnicy Kampinou.
Linowiec  -  budynek  stojąco-wiszący.  Wspiera  się  na  systemie  lin  chroniących  go  przed

nadmiernym wychyleniem, zaczepionych na wysokich satelitach podtrzymujących (patrz: supportery).

Łoże  -  urządzenie  monitorujące  i  podtrzymujące  funkcje  życiowe  ciała  gracza  w  czasie,  gdy

znajduje się w sieci. Steruje kombinezonem. Posiada m.in. funkcje automasażu przeciwdziałającego
odleżynom, regulator ciepłoty oraz zaczep na płyn infuzyjny.

Nanobot  -  robot  -  cząsteczka,  odpowiadający  wielkością  -  w  zależności  od  funkcji  -  mniej,  lub

bardziej  zaawansowanym  enzymom.  Używany  powszechnie  w  przemyśle  farmaceutycznym
(nanoleki,  np.  Telomin:  mineralne  związki  transportowane  są  przez  nanoboty  w  miejsca,  gdzie  są
potrzebne, także gamepill).

Nanowtyczka - wtyczka służąca do podłączania biourządzeń. W przypadku graczy - umieszczona

na  przedramieniu.  Dająca  gwarancję  aseptyczności.  Gracz  podłącza  do  niej  płyn  infuzyjny  przed
rozpoczęciem  gry.  Choć  stworzona  przy  pomocy  biotechnologii,  nie  ulega  zniszczeniu  podczas
zmiany fenotypu właściciela.

Narau (dawn. Narew) - jedna z drugorzędnych rzek w Europie środkowowschodniej. Uregulowana.
Netomby  -  skrzynie  grawitacyjne  podtrzymujące  przy  życiu  mózgi  zoenetów.  Pełnią  funkcję

hełmów. Motomby - samobieżne odpowiedniki netombów, wyglądem przypominające roboty. Zamiast
organicznych mózgów mogą również przenosić dibeki.

Omnik - nadgarstkowe urządzenie wykonujące wszelkie funkcje medialne. Odpowiednik starszego

walktela.  Out-Rangers  -  oficjalna  paramilitarna  formacja  zajmująca  się  kontrolą  obszarów  poza
filtrami  ABB.  Odpowiednie  szkolenia  uczą  jej  członków  przetrwania  w  ekstremalnie  trudnych

background image

- 142 -

warunkach Ziemskiej biosfery. Organik - potoczna nazwa ludzi posiadających funkcjonujące ciała, lub
mających organiczną przeszłość.

Pershell  -  (skrót  od  Personall  Shell  ang.  Osobista  Zbroja),  motomb  wykonany  na  zamówienie,

uwzględniający indywidualne cechy powierzchowności właściciela, ew. jego specyficzne preferencje.

Płyn  infuzyjny  -  przeznaczony  dla  graczy  zasobnik  zawierający  odpowiednią  proporcję  substancji

odżywczych  utrzymujących  homeostazę  ciała  gracza  w  czasie  pobytu  w  sieci.  Podłączany  do
nanowtyczki.

Półzoenet  -  osoba  posiadająca  ciało  będące  w  stanie  utrzymywać  ją  przy  życiu,  lecz  wybierająca

egzystencję  w  światach  sensorycznych.  Z  reguły  półzoenetami  są  starcy,  ludzie  niedołężni,
sparaliżowani.

PSD - „peesdek", skrót od Personal Security Droid. Wirtualne urządzenie chroniące gracza przed

zagrożeniem ze strony zmutowanych cyfrowych stworów. Z reguły niewidoczne, wyskakuje z niebytu
tylko w celu interwencji.

RAC-5 - rhotawirus wywołujący chorobę TRID.
Radiatory - biourządzenia regulujące klimat apartamentu. Obecne w większości mieszkań.
Realium  -  potoczna  nazwa  rzeczywistego  świata.  Rewitalizacja  -  procedura  odwrotna  do

dewitalizacji. Wyłącza działanie gamepilla.

Sejf  -  pancerna  skrzynia  rezydująca  w  tułowiu  motomba,  chroniąca  znajdujący  się  w  niej

organiczny mózg lub dibek. W razie awarii motomba posiada własne systemy podtrzymywania życia.

Sieć - XXII-wieczny odpowiednik XXI-wiecznego internetu.
Skin  -  gierczany  ubiór  maskujący  lub  modyfikujący  powierzchowność  gracza.  Może  zmieniać

rozmiary, ujmować bądź dodawać członki (np. skrzydła), zmieniać płeć itp.

Stockomville - jeden z kilku linowców otaczający Warsaw City (wewnętrzny krąg). Znajduje się w

Cotomou.

Supportery  -  satelity  podtrzymujące  liny  linowców.  Świat  sensoryczny  -  (także  w  skrócie:  świat)

patrz: gra.

Telesens  -  XXII-wieczny  odpowiednik  XX-wiecznych  telefonów.  Oprócz  zmysłu  słuchu  angażuje

wzrok i węch.

Temporyści  -  parareligijna  organizacja  terrorystyczna  działając  na  początku  XXII  wieku,  która

obrała sobie za cel chaotyzację czasową Ziemi, we wszystkich aspektach. Na skutek ich działalności
(patrz  wielki  krach  temporalny)  uszkodzeniu  uległy  informatyczne  dane  kodujące  daty  i  okresy.
Temporyści  zniszczyli  setki  tysięcy  cmentarzy  i  pomników,  dzieł  sztuki  i  tablic  pamiątkowych.
Stworzyli tysiące fikcyjnych obiektów opatrzonych datami z przyszłości, które znajdowano nie tylko w
miejscach  publicznych,  ale  także  w  prywatnych  mieszkaniach.  Najpowszechniejsza  teoria  mówi,  że
temporyści  wyhodowali  i  uwolnili  do  eteru  wirusa  RAC-5  wywołującego  chorobę  TRID,  a  następnie,
wykorzystując  jej  objawy,  zwerbowali  przez  sieć  około  dziesięciu  milionów  zwolenników.  Atak
informatyczny, setki tysięcy aktów wandalizmu i akcji dezorientujących oraz epidemia, spowodowały
totalny  chaos:  nikt  nie  widział,  co  się  kiedy  wydarzyło,  ani  jak  długo  trwało,  a  że  dane  nie  były
zapisane w formie materialnej (patrz era informatyczna), nie było na czym się oprzeć. Większość dat
i okresów zrekonstruowano na podstawie ocalałych informacji i szczegółowych analiz logicznych, nie
ma  jednak  do  dzisiaj  pewności,  czy  odtworzone  realia  historyczne  ery  informatycznej  są  w  tym
względzie  prawidłowe.  Przywódców  temporystów  nigdy  nie  schwytano.  Większość  poszlakowych
procesów  sądowych  ich  zwolenników  umorzono  wskutek  braków  dowodów  i  istotnych  okoliczności
łagodzących.

TRID  =  skrót  od  Time  Recognition  Impairment  Disease,  choroba  wywołana  przez  rhotawirusa

RAC-5. Jedyna ogólnoświatowa epidemia wystąpiła najprawdopodobniej w roku 2120. Objawami były
zaburzenia  krótko-  i  długoterminowej  pamięci,  trudności  z  czasowym  umiejscowieniem  wydarzeń,
nieprawidłowe  określanie  dat  i  okresów,  rzadziej  zaburzenia  osobowości,  paranoidalne  zaburzenia
zachowania, kazuistycznie psychozy. Bardzo wysoka śmiertelność u osób powyżej sześćdziesiątego
roku życia. Typowo przebiegająca infekcja trwała najprawdopodobniej około miesiąca, nie reagowała
na leczenie i ustępowała sama, trwale zaburzając pamięć przeszłych zdarzeń, ale nie wpływając na
zapamiętywanie nowych.

Vipres  -  (skrót  od  virtual  presence,  ang.  wirtualna  obecność).  Uproszczona  wersja  sieciowej

wirtualnej  obecności,  używana  niekiedy  zamiast  telesensów.  Rozmówcy  spotykają  się  w  wirtualnej
rzeczywistości,  by  porozmawiać  bez  świadków.  Najczęściej  wykorzystywana  przez  przedstawicieli
firm  w  celu  przeprowadzenia  przekonującej  prezentacji.  Cechą  odróżniającą  vipres  od  zwykłych
spotkań w sieci jest prywatność i bezpieczeństwo połączenia.

Vistula (dawn. Wisła) - jedna z głównych rzek Europy środkowo wschodniej. Uregulowana.
V-Runners - skrót od „Virtual Runners", formacja policji zajmująca się cyfrowymi przestępstwami.

background image

- 143 -

Walktel - przenośne urządzenie wykonujące wszelkie medialne funkcje. Ekran generowany jest na

zsynchronizowanych  okularach  bądź  (nowsze  modele)  soczewkach  narogówkowych,  w  które
wszczepione  są  grawitacyjne  nadajniki  stymulujące  ośrodki  słuchowe,  węchowe  oraz  dotykowe
(opuszki palców). Nowsza odmiana: nadgarstkowe omniki.

Warsaw City (dawn. Warszawa) - jedno z głównych miast w Europie środkowowschodniej. Centrum

rozrywkowe.

Wielki  krach  temporalny  -  największy  kryzys  informacyjny  w  historii  ludzkości,  wywołany  przez

temporystów.  W  jego  wyniku  populacja  ludzka  straciła  orientację  czasową:  zniszczenie  datujących
danych informatycznych oraz choroba TRID spowodowały paraliż we wszystkich dziedzinach ludzkiej
działalności.  Stanęły  fabryki,  elektrownie,  firmy  usługowe,  domy  maklerskie,  banki,  przed  chaosem
nie  obroniły  się  nawet  armie,  stacje  kosmiczne  i  kompleksy  oceaniczne  (najprawdopodobniej  wirus
RAC-5  został  tam  przeniesiony  wraz  z  pożywieniem).  W  wielu  krajach  doszło  do  zamieszek  i
krwawych  konfrontacji,  powszechne  były  akty  przemocy  i  wandalizmu.  Po  krachu  siedemdziesiąt  lat
ludzkiej  historii  trzeba  było  odtwarzać  na  podstawie  zniekształconych  danych.  Nieocenioną  pomoc
okazała wówczas chińska firma informatyczna TAO, a zwłaszcza jej programy rekonstrukcyjne, które
ostatecznie ustaliły, że jest rok 2120. Wielkiemu krachowi przypisuje się znaczącą rolę w powstaniu
ery odnowy, która nastąpiła potem.

Willanou (dawn. Warsaw City.
Wisznu  -  siostrzany  świat  Brahmy,  stworzony  z  myślą  o  zoenetach  ideowo  zrywających  więź  z

homo  realium.  W  świecie  tym,  w  przeciwieństwie  do  Brahmy,  nie  istnieją  obowiązujące  w  realium
prawa fizyczne/chemiczne/organiczne. Stąd mieszkaniec Wisznu może latać, przenikać przez ściany,
widzieć przez przeszkody itp.

Zoenet - cyberduch. Osoba istniejąca tylko w sieci iświatach sensorycznych. Psychika rezyduje w

ciele/mózgu podtrzymywanych sztucznie przy życiu (patrz: netomby) bądź w dibeku. Patrz też dimen,
dibekowiec.

Wilanów) - ultrabogata dzielnica

Osoby

Adolf Bloom - senator Wolnej Europy Ann Sokolowsky - po prostu Anna
Alfred Nakamura - dziennikarz, korespondent z Gai porannych wiadomości Warsaw City
Armen  Heust  -  pisarz,  poeta,  XXI-wieczny  twórca.  Najsłynniejsza  Saga  Drzew,  gdzie  ożywił

legendę Tolkienowskich drzewców.

Bob Reslinck - prezes People Telesens
Cal  Galahad  -  dziennikarz  Global  Network  News  Claudio  Ramadan  -  projektant  mody  z  Paryża

Cyrus Blumberg - lider lewicowej amerykańskiej Real World Party

Chuck „Minotaur" McTyx - lider klanu Myth Beasts (Lambda) w grze Crying Guns
Desmond „Devil" Archtixne - lider klanu Wretched Knights (Iota) w grze Crying Guns
Erica von Braun - dziennikarka porannych wiadomości Warsaw City
Emanuel Visconi - uznany malarz tworzący pod koniec XXII wieku
Enrique Baczewski - generał, jeden z oficerów Biura Ochrony Państwa, szef grupy Omega
Falck Kowalsky - jeden z najsłynniejszych graczy Crying Guns
Felix Ron - agent Zoenet Labs
Ferdinando Starlotti - „Ferdi", rozgrywający Brasil Breakers, piłka grawitacyjna
Frank Wellington - dziennikarz prowadzący program Spiritual Jokes
Gaeta Imaho - piosenkarka one-rockowa z zespołu Pink Rosses
Gandalf Oranson - zwiadowca Shadow Zombies Ganimed Rawson - prezes Medtronics
Gator Ida - członek Najwyższej Rady Shadow Zombies
George Olchowsky - dziennikarz francuski, Hot News
Gustav Katon - prezydent Gai
Guy  Samson  -  lekarz  w  Zoenet  Labs  Hannibal  Knee  -  prezes  Magic  Light  Industries  Hans

Aaronstein - prezydent Europy

Hans  Ortheney  -  XXII-wieczny,  wciąż  żyjący  pisarz  i  reżyser,  kontynuator  Sagi  Drzew  Armena

Heusta, twórca filmu Broken Branch

Harold Alland - jeden z przywódców Shadow Zombies, szef firmy Ground Cleaners
Harry  Norman  -  doradca  i  przyjacieł  Torkila  Herkules  Oama  -  agent  BOP-u,  członek  komórki

Omega

Hermes Hindenburg - prezes Pharma Nanolabs Hiob Agon - wiceprezes Pharma Nanolabs

background image

- 144 -

Hubert Górsky - lider klanu Spadające Orły, Crying Guns
Irina Garchenko - dziennikarka, Mother Russia News
Izaak Rubinstein - prezes Safe Food Industries Jack Keller - lider klanu Dark Horses, Crying Guns 
Jacques Lambert - biznesmen w Gujanie Równikowej, założyciel firmy Live
Jagna Randal - dziennikarka Global Network News 
Jason Pickwick - prezes Pandy, firmy produkującej odzież sportową.
Jeremiasz Hal - rzecznik prasowy Mobillenium Ltd. Jessica Braun - sekretarz feministycznej Fancy

Women Organisation

Jessica Kronberg - dziennikarka New York Local News
Jerzy  Zywajsko  -  uznany  XX-wieczny  rzeźbiarz  Joseph  Blackhead  -  generał,  Crying  Guns  Jude

Stone - prezes Adnike

Jukund Erey - członek Shadow Zombies, żołnierz. Karion Darn - przedstawiciel Armii FSA, generał

Karol Adamski - profesor, szef katedry neuropomiarów Uniw. Warsaw City

Konon Eim - syn Pauline Eim, dziesięciolatek, od pięciu lat zoenet
Koriolan  Dal  -  szef  sekcji  wywiadu  Zoenet  Labs  Laurus  Wilehad  -  agent  Biura  Ochrony  Państwa

Lea Andersen - europejski rzecznik spraw obywatelskich

Lee  Roth  -  halucynacja,  demon,  daimonion,  opiekuńczy  duch  Torkila,  wyzwolony  dzięki  grze

Otchłań  Leonard  Hassan  -  rzecznik  prasowy  Medtronics  Levi  Chip  -  pracownik  Blue  Whales
Interactive, brał udział w ożywieniu Anny

Lex Idol - dziennikarz, FSA Earth News, korespondent z Zoenet Labs
Lilith „Tiger" Ernal - mistrzyni klanu Lean Furies (Kappa) w grze Crying Guns
Maja Brodzky - sekretarka Hermesa Hindenburga Manfred Genstad - profesor socjologii z Warsaw

Central University

Martin Guzowsky - dziennikarz, korespondent z FSA Global Network News
Matylda Aslaksen - dziennikarka popołudniowy serwis „Co nowego w sieci", Global Network News
Max Anderson - dziennikarz, Global News, korespondent z Gujany Równikowej
Max Osjan - członek Najwyższej Rady Shadow Zombies
Monika Weda - pielęgniarka, Shadow Zombies
Mieczysław Zas - Premier Wolnej Europy
Nahum Ordon - rzecznik prasowy Ground Cleaners Ltd.
Norbert Jurkowsky - rzecznik prasowy Quiet Airlines Ltd.
Pauline Eim - była gamedekini, obecnie dyrektor ds. bezpieczeństwa Novatronics Ltd.
Paul von Raat - dziennikarz, wiadomości sportowe Wide News
Peter „Crash" Kytes - lider klanu Bezboleśni (Omikron) w grze Crying Guns
Phil Sandman - dziennikarz Sky News, korespondent z Matki Rosji
Ralph Faraday - dziennikarz FSA Earth News, korespondent z Gujany Równikoyej
Rodney „HiJump" Lugar - lider klanu Blue Monkeys (Ksi) w grze Crying Guns
Ron Olohson - aktor (m.in. rola Kapitana w Latajccym pancerniku)
Rudolf Ludvichek - czołowy działacz amerykańskiej prawicowej Light Work Party
Ramona Himenes - dziennikarka, Sky News 
Randal Umumba - profesor z Uniwersytetu z Nowego Paryża, psychopomiary.
Renata Winnicka - dziennikarka Warsaw City News Ruben Troy - haker
Rutuk Masibili - przywódca demonstracji z Gujany Równikowej
Sam Tanker - prezes firmy ubezpieczeniowej Safe Nations
Samuel Perdidi - rzecznik prasowy Wings Incorporated
Sean Sennhauser - uznany reżyser holofilmowy, twórca takich obrazów, jak Newborn, High Skies,

Where Your Shattered Lips Sing i innych

Stanley  Stone  -  kapitan  VSA,  dowódca  ósmego  skrzydła  wirtualnej  kawalerii  pierwszej  dywizji

imienia Merula Andy'ego

Steffi Alland - zoenetka, Zoenet Labs
Sylvia Orda - dziennikarka, popołudniowy serwis World News
Takeshi Royo - gamedec z Hongkongu
Tanita Werner - światowej sławy piosenkarka i aktorka
Vanessa Reeve - dziennikarka FSA Earth News 
Ubald Oil - rzecznik prasowy Virtual Security Agency
Uriel Tamerlan - programista, zlecenia rządowe
Wald Inio - rzecznik ubezpieczeniowej firmy Vita Sacrum
Wacław Ciok - zoenecki ekonomista
Wiktoria Agon - córka Hioba Agona
Wilhelm Lee - senator amerykańskiej Socialist Future Party

background image

- 145 -

William Girot - minister spraw wewnętrznych Wolnej Europy
Ziemowit Jastrzębski - pseudonim Torkila w undercity
Zygmunt Waza - prezydent Warsaw City 
Zygmunt Robertson - prezes Modern Houses Ltd.