background image

 

Michał Bułhakow 

 

 

 

Fatalne jaja 

I inne opowiadania 

  

  

Przełożyli: 

Andrzej Drawicz, 

Irena Lewandowska 

Witold Dąbrowski, 

Ałła Sarachanowa

 

 

background image

 Wstęp  

 

 Michał Bułhakow (1891-1940), radziecki prozaik i dramaturg, z zawodu lekarz, debiutował 

w  1919  roku.  Wcześnie  ujawnił  się  jako  wnikliwy  obserwator  otaczającej  rzeczywistości  w 

licznych  felietonach  i  opowiadaniach  satyrycznych  nierzadko  zabarwionych  fantastyką.  Niektóre 

ukazały  się  w  zbiorze  “D'javoljada”  (1925;  tytułowa  “Diaboliada”  była  tłumaczona  na  polski 

dwukrotnie,  po  wojnie  weszła  w  skład  zbioru  “Notatki  na  mankietach”).  Rozgłos  przyniosły  mu 

powieści:  “Biała  gwardia”  (1925)  i  wydane  pośmiertnie  “Powieść  teatralna”  (1965),  “Psie  serce” 

(paryż  1969)  oraz  arcydzieło  “mistrz  i  Małgorzata”  (pierwodruk  1966-1967).  Za  życia  ostro 

krytykowany  -  w  latach  trzydziestych  pisał  przeważnie  do  szuflady  -  szersze  uznanie  we  własnej 

ojczyźnie zyskuje mozolnie Bułhakow dopiero w ostatnich latach.  

 Niniejszy  zbiór  zawiera  trzy  utwory  Bułhakowa.  “Fatalne  jaja”  to  zjadliwa  satyra  S$f  na 

radziecką biurokrację w trzecim z kolei tłumaczeniu (poprzednie pióra Alicji Sternowej i Edmunda 

Jezierskiego, ukazały się w 1928 roku). Opowiadanie parodystyczne “Szkarłatna Wyspa” przerobił 

autor  na  sztukę  w  1928  roku  (wyd.  polskie  1981).  Trzeci  utwór,  “Przygody  Cziczikowa”,  jest 

groteską w konwencji snu.  

  

background image

Fatalne jaja  

 (1925)  

 

  

background image

Rozdział I - Profesor Persikow  

 

 Dnia  szesnastego  kwietnia  roku  tysiąc  dziewięćset  dwudziestego  ósmego  wieczorem 

profesor  zoologii  Czwartego  Uniwersytetu  Państwowego  i  dyrektor  Moskiewskiego  Instytutu 

Zoologii Persikow  wszedł do swego  gabinetu, który mieścił się w rzeczonym  Instytucie, na ulicy 

Hercena. Profesor zapalił matową amplę pod sufitem i rozejrzał się.  

 Za  początek  tej  upiornej  katastrofy  uznać  wypada  ów  właśnie  złowieszczy  wieczór, 

podobnie  jak  za  głównego  tej  katastrofy  sprawcę  należy  uważać  właśnie  profesora  Włodzimierza 

Hippatiewicza Persikowa.  

 Miał on dokładnie pięćdziesiąt osiem lat, wspaniałą, łysą jak tłuczek głowę ze sterczącymi 

po  bokach  kępkami  żółtawych  włosów  i  gładko  wygoloną  twarz  o  dolnej  wardze  wysuniętej  ku 

przodowi. Powyższe cechy sprawiały, że twarz profesora miała w sobie coś cokolwiek kapryśnego. 

Na  czerwonym  nosie  staroświeckie  malutkie  binokle  w  srebrnej  oprawie,  oczka  błyszczące, 

nieduże,  wysoka  przygarbiona  sylwetka.  Mówił  głosem  skrzypliwym,  cienkim,  kwaczącym,  a 

wśród innych osobliwości odznaczał się i taką oto: kiedy mówił coś dobitnie i z pewnością siebie, 

haczykowato zaginał wskazujący palec prawej ręki i mrużył oczy. A że z pewnością siebie mówił 

zawsze,  był  bowiem  zaiste  fenomenalnym  erudytą  w  swojej  dziedzinie,  haczyk  ów  nader  często 

zjawiał się przed oczyma rozmówców profesora Persikowa. Na tematy zaś spoza swojej dziedziny, 

to  jest  spoza  zoologii,  embriologii,  botaniki,  anatomii  i  geografii,  profesor  Persikow  prawie  w 

ogóle się nie wypowiadał.  

 Gazet  profesor  Persikow  nie  czytywał,  do  teatru  nie  chadzał,  a  żona  profesora  uciekła  od 

niego  w  roku  dziewięćset  trzynastym  z  tenorem  opery  Zimina  zostawiając  małżonkowi  list  takiej 

treści:  

 “Twoje  żaby  przyprawiają  mnie  o  nieznośny  dreszcz  obrzydzenia.  Będę  przez  nie  całe 

życie nieszczęśliwa”.  

 Profesor  nie  ożenił  się  więcej,  dzieci  nie  miał.  Był  bardzo  zapalczywy,  ale  szybko  się 

uspokajał, lubił herbatę z jeżynami, mieszkał na Preczystience, w pięciopokojowym mieszkaniu, w 

którym jeden pokój zajmowała zasuszona staruszka, gosposia, Maria Stiepanowna, opiekująca się 

profesorem jak niańka.  

 W  dziewięćset  dziewiętnastym  odebrano  profesorowi  trzy  z  jego  pięciu  pokojów. 

Oświadczył wówczas Marii Stiepanownej:  

 - Jeżeli oni się nie uspokoją, Mario Stiepanowna, to ja wyjeżdżam z kraju.  

 Niewątpliwie,  gdyby  profesor  zrealizował  ten  plan,  mógłby  bez  najmniejszego  trudu 

otrzymać  katedrę  zoologii  na  dowolnym  uniwersytecie  świata,  był  to  bowiem  doprawdy  wybitny 

background image

uczony,  a  we  wszystkich  dziedzinach,  które  pozostają  w  takim  bądź  innym  związku  z 

ziemnowodnymi  czy  też  płazami,  w  ogóle  nikt  się  z  nim  nie  mógł  równać  oprócz  profesora 

Williama  Weckely  z  Cambridge  i  profesora  Giacomo  Beccariego  z  Rzymu.  Czytał  profesor  w 

czterech językach nie licząc ojczystego, po francusku zaś i po niemiecku mówił równie dobrze jak 

po  rosyjsku.  Zamiarów  swoich  odnośnie  zagranicy  Persikow  nie  zrealizował,  zaś  rok  dwudziesty 

okazał  się  jeszcze  gorszy  niż  dziewiętnasty.  Zaszły  ważne  wydarzenia  i  to  w  znacznej  ilości. 

Wielka  Nikitska  została  przemianowana  na  ulicę  Hercena.  Następnie  zegar  wprawiony  w  ścianę 

domu na rogu Hercena i Mochowej zatrzymał wskazówki na piętnaście po jedenastej i wreszcie w 

terrariach Instytutu Zoologii nie wytrzymując wszystkich perturbacji owego niezapomnianego roku 

zdechło najpierw osiem wspaniałych egzemplarzy  rzekotek, potem piętnaście zwykłych ropuch,  a 

wreszcie unikalny egzemplarz ropuchy z Surinamu.  

 Niebawem w ślad za ropuchami, z których śmiercią odszedł w niebyt pierwszy rząd płazów 

jak  najsłuszniej  nazwanych  bezogonowymi,  przeniósł  się  do  wieczności  niestrudzony  stróż 

Instytutu,  staruszek  Włas,  do  płazów  bynajmniej  się  nie  zaliczający.  Przyczyna  jego  śmierci  była 

zresztą identyczna, co w wypadku biednych rzekotek, toteż Persikow określił ją natychmiast:  

 - Brak karmy.  

 Uczony  miał  najzupełniejszą  rację:  Własa  należało  odżywiać  mąką,  żaby  zaś  żyjącymi  w 

mące  robakami,  ale  ponieważ  zniknęła  ta  pierwsza,  nie  było  również  tych  ostatnich.  Persikow 

usiłował  przestawić  pozostałe  dwadzieścia  egzemplarzy  rzekotek  na  karaluchową  dietę,  ale  i 

karaluchy  gdzieś  przepadły,  manifestując  w  ten  sposób  swój  wrogi  stosunek  do  komunizmu 

wojennego.  Nie  było  rady,  ostatnie  egzemplarze  również  trzeba  było  wyrzucić  do  śmietnika  na 

podwórzu Instytutu.  

 Nie sposób opisywać wrażenia, jakie wywarły na Persikowie te zgony, a zwłaszcza śmierć 

ropuchy  z  Surinamu.  Całkowitą  odpowiedzialnością  za  te  zejścia  śmiertelne  Persikow  obarczył 

ówczesnego Ludowego Komisarza Oświaty.  

 Stojąc w czapce, i w kaloszach na korytarzu zamarzającego  Instytutu Persikow mówił do 

swego asystenta Iwanowa, nobliwego dżentelmena z płową szpiczastą bródką:  

 -  Toż  za  to,  Piotrze  Stepanowiczu,  zabić  go  mało!  Co  oni  wyprawiają?  Przecież  zrujnują 

Instytut!  Co?  Taki  wspaniały  samiec,  unikalny  egzemplarz  Pipa  Americana,  trzynaście 

centymetrów długości...  

 Dalej było jeszcze gorzej. Po śmierci Własa, okna w Instytucie przemarzły na wylot, tak że 

kwiecisty  zamróz  osiadł  na  wewnętrznych  powierzchniach  szyb.  Wyzdychały  króliki,  lisy,  wilki, 

ryby i wszystkie węże, co do jednego. Persikow całymi dniami do nikogo się nie odzywał, wreszcie 

zachorował na zapalenie płuc, ale nie umarł. Kiedy wydobrzał, przychodził dwa razy w tygodniu 

background image

do Instytutu i w okrągłej sali, w której nie wiadomo dlaczego zawsze nieodmiennie było pięć stopni 

mrozu  niezależnie  od  temperatury  na  dworze,  w  kaloszach,  w  czapce  z  nausznikami  i  w  szaliku 

wydychając  kłęby  białej  pary  wygłaszał  wobec  ośmiu  słuchaczy  kolejny  wykład  z  cyklu  “Płazy 

tropików”.  Przez  resztę  czasu  Persikow  leżał  u  siebie  na  Preczystience  na  kanapie  w  pokoju 

wypełnionym pod sufit książkami, pod pledem, kaszlał i wpatrywał się w ognistą paszczę piecyka, 

w którym paliła złoconymi krzesłami Maria Stiepanowna, i wspominał ropuchę z Surinamu.  

 Ale  wszystko  na  tym  świecie  ma  swój  kres.  Skończył  się  rok  dwudziesty,  dobiegł  końca 

dwudziesty pierwszy, a w dwudziestym drugim coś jakby ruszyło w przeciwną stronę. Po pierwsze 

na  miejscu  świętej  pamięci  Własa  pojawił  się  Pankrat,  młody  jeszcze,  ale  rokujący  wspaniałe 

nadzieje  stróż  zoologiczny,  a  w  Instytucie  powolutku  zaczęto  palić.  Latem  zaś  Persikow  przy 

pomocy  Pankrata  złapał  nad  Klaźmą  czternaście  banalnych  żab.  W  terrarium  znowu  zawrzało 

życie...  W  roku  dwudziestym  trzecim  Persikow  miał  już  osiem  wykładów  tygodniowo  -  trzy  w 

Instytucie i pięć na Uniwersytecie, w dwudziestym czwartym miał ich tygodniowo trzynaście nie 

licząc  kursów  przygotowawczych,  zaś  wiosną  dwudziestego  piątego  wsławił  się  tym,  że  ściął  na 

egzaminie siedemdziesięciu sześciu studentów, a wszystkich na płazach.  

 -  Jak  to,  nie  wie  pan,  czym  różnią  się  płazy  od  gadów?  -  pytał  Persikow.  -  To  doprawdy 

śmieszne,  młody  człowieku.  Płazy  nie  mają  miedniczek  nerkowych.  Ani  śladu.  Ta-a-ak.  Wstyd. 

Jest pan zapewne marksistą?  

 - Jestem marksistą - więdnąc odpowiadał ścięty.  

 - Proszę zatem zgłosić się na jesieni - mówił uprzejmie Persikow i raźno wołał do Pankrata: 

- Dawać następnego!  

 Tak  jak  amfibie  ożywają  po  długotrwałej  suszy,  skoro  tylko  spadnie  pierwszy  obfity 

deszcz, ożył profesor Persikow w roku tysiąc dziewięćset dwudziestym szóstym, gdy Zjednoczone 

Towarzystwo  Amerykańsko-Rosyjskie  rozpoczynając  od  rogu  zaułku  Gazetnego  i  Twerskiej 

wzniosło  w  śródmieściu  Moskwy  piętnaście  piętnastopiętrowych  wieżowców,  na  przedmieściach 

zaś  trzysta  robotniczych  domków  ośmiorodzinnych  i  w  ten  sposób  raz  na  zawsze  uporało  się  z 

owym  strasznym  i  śmiesznym  zarazem  kryzysem  mieszkaniowym,  który  tak  dawał  się  we  znaki 

mieszkańcom Moskwy w latach 1919-1925.  

 To było w ogóle piękne lato w życiu Persikowa i profesor czasami zacierał ręce z cichym a 

zadowolonym  chichotem,  kiedy  przypominał  sobie,  jak  to  się  gnieździł  z  Marią  Stiepanowną  w 

dwu  pokojach.  Profesor  odzyskał  obecnie  wszystkie  pięć  pokojów,  roztasował  się,  rozmieścił  pół 

tysiąca książek, wypchane gady, wykresy, preparaty, na biurku w gabinecie zapalił zieloną lampę.  

 Instytut  również  trudno  było  poznać:  przemalowano  go  na  kremowo,  do  pokojów  gadów 

doprowadzono specjalne wodociągi, wszystkie szyby zastąpiono szkłem lustrzanym, przysłano pięć 

background image

nowych  mikroskopów,  szklane  stoły  preparacyjne,  bezcieniowe  lampy  po  dwa  tysiące  świec, 

reflektory, gabloty ekspozycyjne.  

 Persikow  ożył  i  niespodziewanie  dowiedział  się  o  tym  cały  świat,  gdy  w  grudniu  roku 

dwudziestego  szóstego  ukazała  się  broszura:  “Jeszcze  o  zagadnieniu  rozmnażania  się 

blaszkoskrzydłych vel chitonów”, 126 stron, “Biuletyn Czwartego Uniwersytetu”, a na jesieni roku 

tysiąc dziewięćset dwudziestego siódmego - fundamentalne trzystupięćdziesięciostronicowe dzieło 

przełożone następnie na sześć języków, w tym na japoński: “Embriologia pip, czosnkówek i żab”, 

cena 3 rub., Gosizdat.  

 Zaś  latem  tysiąc  dziewięćset  dwudziestego  ósmego  zdarzyło  się  coś  niewiarygodnego  i 

koszmarnego...  

background image

 Rozdział II - Kolorowy zakrętas  

 

 Tak więc profesor zapalił amplę i rozejrzał się po pokoju. Zapalił reflektor na długim stole 

laboratoryjnym, włożył biały fartuch, zadzwonił jakimiś instrumentami na stole...  

 Spora  część  trzystu  tysięcy  pojazdów  mechanicznych,  które  w  roku  tysiąc  dziewięćset 

dwudziestym ósmym poruszały się po Moskwie, pędziła ulicą Hercena dudniąc po gładkiej kostce i 

co minutę ze zgrzytem i z wyciem z Hercena  w  Mochową wytaczał się tramwaj linii “16”,  “22”, 

“48” albo “53”. Rzucał na lustrzane szyby gabinetu odblask różnobarwnych ogni i daleko, wysoko 

widniał obok ciemnej przysadzistej kopuły cerkwi Zbawiciela mglisty i blady sierp miesiąca.  

 Ale  ani  on,  ani  rozgwar  wiosennej  Moskwy  w  najmniejszym  stopniu  nie  interesowały 

profesora Persikowa. Profesor siedział na obrotowym trójnożnym taborecie i brunatnymi od tytoniu 

palcami obracał pokrętła doskonałego zeissowskiego mikroskopu, pod którego okularem umieścił 

zwykły  niezabarwiony  preparat świeżych  ameb.  W chwili gdy Persikow  zmieniał powiększenie z 

pięciu na dziesięć tysięcy razy, uchyliły się drzwi, ukazała się w nich szpiczasta bródka i skórzany 

fartuch, i asystent zapytał:  

 - Panie profesorze, uchwyciłem krezkę, czy nie chciałby pan rzucić okiem?  

 Persikow  żwawo  zsunął  się  z  taboretu  zostawiając  kremalierę  w  pół  obrotu  i  powoli 

obracając  w  palcach  papierosa  przeszedł  do  gabinetu  asystenta.  Tam,  na  szklanym  stole,  na  wpół 

uduszona  i  otępiała  z  bólu  i  strachu  leżała  żaba  ukrzyżowana  na  korkowym  statywie,  a  jej 

przezroczyste  galaretowate  wnętrzności  wyciągnięte  były  z  zakrwawionego  brzucha  pod 

mikroskop.  

 - Bardzo ładna - powiedział Persikow i przyłożył oko do okularu mikroskopu.  

 Zapewne coś nader interesującego można było zobaczyć w krezce żaby, gdzie strumykami 

naczyń  krwionośnych,  widoczne  jak  na  dłoni,  dziarsko  pomykały  żywiutkie  erytrocyty,  Persikow 

bowiem  zapomniał  o  swoich  amebach  i  przez  półtorej  godziny  na  przemian  to  on,  to  Iwanow 

przypadali  do  szkła  mikroskopu.  Obaj  uczeni  przerzucali  się  przy  tym  podnieconymi,  ale 

niezrozumiałymi dla zwykłych śmiertelników słowami.  

 Wreszcie Persikow oderwał się od mikroskopu, oświadczył:  

 - Cóż robić, krzepnie.  

 Żaba  ciężko  poruszyła  łbem,  a  w  jej  gasnących  oczach  bez  trudu  można  było  wyczytać: 

“dranie jesteście i tyle... “  

 Persikow wstał, rozprostował zdrętwiałe nogi, wrócił do swojego gabinetu, ziewnął, potarł 

palcami  wiecznie  zaczerwienione  powieki,  przysiadł  na  taborecie,  zerknął  w  mikroskop,  palcami 

ujął  już  kremalierę  i  zamierzał  przekręcić  zębatkę,  ale  jej  nie  przekręcił.  Prawe  oko  Persikowa 

background image

widziało  mętnawe  białe  koło,  a  w  nim  blade  nieostre  ameby,  pośrodku  koła  tkwił  zaś  kolorowy 

zakrętas,  bardzo  przypominający  damski  loczek.  Persikow  podobnie  jak  setki  jego  uczniów 

widywał  ten  zakrętas  wiele  razy,  ale  nikt  się  nim  nie  interesował,  bo  i  po  co?  Kolorowa  smużka 

światła  przeszkadzała  tylko  obserwować  i  wskazywała,  że  ostrość  jest  źle  ustawiona.  Ścierano  ją 

więc bezlitośnie jednym obrotem pokrętła, pole  rozświetlało się równomiernym białym światłem. 

Smukłe  palce  zoologa  już  na  dobre  spoczęły  na  karbowaniach  pokrętła,  kiedy  raptem  drgnęły  i 

odskoczyły. Winne temu było prawe oko Persikowa, które nagle stało się czujne, zdumiało się, a 

nawet zatrwożyło. To nie jakieś tuzinkowe beztalencie siedziało przy mikroskopie, o nie! Siedział 

przy nim profesor Persikow! Całe jego życie, wszystkie jego myśli skoncentrowały się w prawym 

oku.  Przez  pięć  minut  w  kamiennej  ciszy  wyższa  istota  obserwowała  niższą  męcząc  i  wytężając 

oko  nad  znajdującym  się  poza  ogniskową  preparatem.  Wszystko  wokół  milczało.  Pankrat  zasnął 

już  w  swoim  pokoiku  w  westybulu  i  raz  tylko  gdzieś  daleko  melodyjnie  i  delikatnie  zadzwoniły 

szyby  szaf  -  to  Iwanow  wychodząc  zamykał  swój  gabinet.  Jęknęły  za  nim  drzwi  wejściowe. 

Dopiero potem dał się słyszeć głos profesora. Do kogo profesor się zwracał, nie wiadomo.  

 - Co takiego? Nic nie rozumiem...  

 Zapóźniona  ciężarówka  przejechała  ulicą  Hercena,  zadrżały  stare  mury  Instytutu. 

Zadzwonił  na  stole  płaski  szklany  talerzyk  z  lancetami.  Profesor  pobladł  i  osłonił  mikroskop 

ramionami - tak matka osłania dzieciątko, któremu zagraża niebezpieczeństwo. Teraz w ogóle nie 

mogło być mowy o tym, by Persikow poruszył pokrętłem, o, nie, profesor bał się obecnie, że jakaś 

postronna siła może usunąć z pola widzenia to, co zobaczył.  

 Biały ranek był  w całej  krasie i złota smuga przecinała kremowy fronton  Instytutu, kiedy 

profesor  podszedł  do  okna.  Drżącymi  palcami  nacisnął  guzik  i  nieprzenikliwe  czarne  zasłony 

skryły  poranek,  a  w  gabinecie  ożyła  przemądra  uczona  noc.  Pożółkły  i  natchniony  Persikow 

rozkraczył nogi i wpatrując się załzawionymi oczyma w posadzkę przemówił:  

 - Ale jakże to tak? Przecież to potworne?... To potworne, panowie! - powtórzył zwracając 

się do ropuch w terrarium, ropuchy wszelako spały i nie udzieliły mu żadnej odpowiedzi.  

 Milczał  przez  chwilę,  potem  podszedł  do  wyłącznika,  podniósł  zasłonę,  zgasił  wszystkie 

światła  i  spojrzał  w  okular  mikroskopu.  Twarz  jego  wyrażała  napięcie,  zasępił  krzaczaste  żółte 

brwi.  

 - Uhu, uhu - burknął - zniknął. Rozumiem. Ro-o-zumiem - przeciągnął, patrząc obłąkańczo 

i w natchnieniu na zgaszoną amplę nad głową - to proste.  

 Ponownie  opuścił  szeleszczące  zasłony,  ponownie  zapalił  amplę.  Zajrzał  do  ampli, 

wyszczerzył radośnie zęby i jakby drapieżnie.  

background image

 - Złapię go - powiedział uroczyście i dobitnie, wznosząc do góry palec - złapię. Może i od 

słońca.  

 Zasłony znów się zrolowały. Słońce wyjrzało już na dobre. Zalało oto mury Instytutu, legło 

ławicą na brukowanej jezdni Hercena. Profesor patrzył w okno, medytował, gdzie też będzie słońce 

w dzień. To odchodził od okna, to się doń zbliżał, podtańcowując nieco, wreszcie legł brzuchem na 

parapecie.  

 Zabrał  się  do  pracy  ważnej  a  zagadkowej.  Przykrył  mikroskop  szklanym  kloszem.  W 

błękitnawym płomieniu palnika bunsenowskiego nadtopił lak i przypieczętował krawędź klosza do 

stołu,  na  miękkim  laku  odcisnął  własny  kciuk.  Zgasił  gaz,  wyszedł  i  zamknął  drzwi  gabinetu  na 

zatrzask.  

 Na  korytarzu  Instytutu  panował  półmrok.  Profesor  dotarł  do  pokoiku  Pankrata  i  długo, 

bezskutecznie  dobijał  się  do  niego.  Wreszcie  dobiegło  zza  drzwi  coś  jakby  warczenie  psa 

łańcuchowego,  kaszel  i  beczenie,  i  stanął  w  plamie  światła  Pankrat  w  pasiastych  gatkach  z 

troczkami zawiązanymi u kostek. Jego ogłupiałe oczy patrzyły na uczonego, ziewał przeraźliwie na 

poły tylko rozbudzony.  

 - Pankrat - powiedział profesor patrząc nań sponad okularów - wybacz, że cię obudziłem. 

Chodzi  o  to,  przyjacielu,  żebyś  rano  nie  wchodził  do  mojego  gabinetu.  Zostawiłem  tam  pracę, 

której nie wolno poruszyć. Jasne?  

 - U-u-u, ja-ja-jasne - odparł Pankrat, choć nic dla niego nie było jasne. Chwiał się i głośno 

ziewał.  

 O,  nie,  słuchaj,  obudź  się,  Pankrat  -  mówił  zoolog  i  dał  Pankratowi  w  żebra  parę 

delikatnych  kuksańców,  które  sprawiły,  że  w  oczach  stróża  pojawił  się  cień  zrozumienia.  - 

Zamknąłem  gabinet  -  ciągnął  Persikow  -  i  nie  trzeba  w  nim  pod  moją  nieobecność  sprzątać. 

Zrozumiałeś?  

 - Tak jest - wychrypiał Pankrat.  

 - To pięknie, kładź się spać.  

 Pankrat odwrócił się, zniknął w drzwiach i natychmiast zwalił się na posłanie, profesor zaś 

zaczął  się  ubierać  w  westybulu.  Włożył  szare  letnie  palto  i  miękki  kapelusz,  potem, 

przypomniawszy  sobie  to,  co  widział  pod  mikroskopem,  wpatrzył  się  we  własne  kalosze  i  przez 

kilka chwil przyglądał się im po raz pierwszy w życiu. Następnie włożył lewy kalosz i usiłował nań 

wcisnąć prawy, ale to mu się nie udało.  

 - Cóż to za potworny przypadek, że on mnie odwołał - powiedział uczony. - Gdyby nie to, 

nic bym nie zauważył! Ale co z tego wyniknie?... Przecież z tego wyniknie diabli wiedzą co?...  

background image

 Profesor uśmiechnął się, przyjrzał kaloszom i zdjął lewy, włożył za to prawy. - Mój Boże! 

Przecież  nie  można  sobie  nawet  wyobrazić  wszystkich  konsekwencji...  -  Profesor  pogardliwie 

odtrącił lewy kalosz, który denerwował go, ponieważ ani rusz nie chciał wejść na prawy, i ruszył 

do  wyjścia  w  jednym.  Tam  zgubił  chusteczkę  do  nosa  i  wyszedł  trzasnąwszy  ciężkimi  drzwiami. 

Na dworze, klepiąc się po bokach, długo szukał po kieszeniach zapałek, wreszcie znalazł je i ruszył 

ulicą z nie zapalonym papierosem w ustach.  

 Aż  do  samej  cerkwi  profesor  nie  spotkał  żywego  ducha.  Przed  świątynią  uczony  zadarł 

głowę i długo nie mógł oderwać wzroku od złotego hełmu. Słońce z rozkoszą lizało go z jednego 

boku.  

 -  Dlaczego  nie  widziałem  go  nigdy  przedtem,  co  za  zbieg  okoliczności?...  Tfu,  idiota.  - 

Profesor  pochylił  się  i  zamyślił,  patrząc  na  swe  nogi,  z  których  tylko  jedna  mogła  się  szczycić 

posiadaniem kalosza. - Hm... co robić. Wrócić do Pankrata? Nie, nie dobudzę się go. Wyrzucić to 

świństwo szkoda. Nie ma rady, trzeba nieść w ręku. - Zdjął kalosz i podniósł go z obrzydzeniem.  

 Z Preczystienki zdezelowanym automobilem wyjechała trójka, dwóch pijaniuteńkich, a na 

ich  kolanach  jaskrawo  umalowana  kobieta  w  jedwabnych  szarawarach,  według  mody  z 

dwudziestego ósmego.  

 - Ech, ojczulku! - zawołała niskim, ochrypłym głosem. - Gdzieżeś przepił drugi kalosz?  

 -  W  “Alcazarze”  widocznie  stary  się  zaprawił  -  zawył  lewy  pijak,  prawy  wychylił  się  z 

automobilu i krzyknął:  

 - Dziadku, otwarta nocna na Wołchonce? My tam jedziemy!  

 Profesor surowo spojrzał na nich sponad okularów, wypuścił papierosa z ust i natychmiast 

zapomniał o ich istnieniu. Na Bulwarze Preczystienskim rozwarła się słoneczna szczelina, zapłonął 

hełm Zbawiciela. Wyjrzało słońce.  

  

background image

Rozdział III - Persikow schwytał  

 

 Oto na czym polegał problem. Kiedy profesor przybliżył swe genialne oko do okularu, po 

raz pierwszy w życiu uderzyło go to, że w różnobarwnym zawijasie szczególnie wyrazisty i gruby 

jest jeden promień. Promień ten był jaskrawoczerwony i wysuwał się spośród innych jak maleńkie 

ostrze, no, powiedzmy, wielkości igły.  

 Trzebaż było nieszczęścia, żeby właśnie ten promień przykuł na parę sekund wprawne oko 

wirtuoza.  

 W  nim,  to  jest  w  promieniu,  profesor  dostrzegł  coś,  co  było  tysiąckroć  ważniejsze  i 

donioślejsze  niż  promień,  owo  nietrwałe  dziecię,  zrodzone  przypadkiem  z  ruchu  lusterka  i 

obiektywu  mikroskopu.  Dzięki  temu,  że  asystent  odwołał  profesora,  ameby  przeleżały  półtorej 

godziny w zasięgu oddziaływania promienia i oto, co się stało: podczas gdy w całym polu widzenia 

ziarniste  ameby  spoczywały  ospale  i  nieruchawo,  w  miejscu,  przez  które  przechodził  ostry 

czerwony  miecz,  działy  się  rzeczy  dziwne.  W  czerwonym  pasemku  wrzało  życie.  Niepokaźne 

ameby wyciągając nibynóżki podążały co sił do czerwonego pasma, a w nim (jakby za dotknięciem 

czarodziejskiej różdżki) bardzo się ożywiały. Jakaś siła tchnęła w nie życie. Pełzły ławą i walczyły 

ze  sobą  o  miejsce  w  promieniu.  A  w  promieniu  trwało  wściekłe,  bo  trudno  tu  o  inne  słowo, 

rozmnażanie  się.  Przekraczając  i  obalając  wszystkie  prawa,  które  Persikow  znał  jak  własne  pięć 

palców, ameby dzieliły się na jego oczach w błyskawicznym tempie. Rozpadały się w promieniu na 

dwie części, a każda w przeciągu dwu sekund stawała się nowym rześkim osobnikiem. Osobniki te 

w  ciągu  paru  chwil  osiągały  wielkość  i  dojrzałość  dorosłej  ameby,  po  to  jedynie,  by  z  kolei 

natychmiast  wydać  na  świat  nowe  pokolenie.  W  czerwonym  paśmie,  a  potem  i  w  całym  polu 

widzenia  zrobiło  się  ciasno,  zaczęła  się  nieunikniona  walka.  Nowo  narodzone  egzemplarze 

wściekle napadały na siebie, rozdzierały się na strzępy i pożerały. Pomiędzy noworodkami leżały 

trupy poległych w walce o byt. Zwyciężały osobniki lepsze i silniejsze. I prawdę mówiąc te lepsze 

były przerażające. Po pierwsze rozmiarami mniej więcej dwukrotnie przewyższały zwykłą amebę, 

a  po  drugie  odznaczały  się  jakąś  szczególną  agresywnością  i  żwawością.  Ich  ruchy  były 

błyskawiczne,  nibynóżki  znacznie  dłuższe  niż  normalne,  a  pracowały  tymi  nibynóżkami,  bez 

żadnej przesady, niczym ośmiornice swymi mackami.  

 Następnego wieczora profesor, wymizerowany i pobladły, głodny, podtrzymując siły tylko 

grubymi skrętami, obserwował nowe pokolenie ameb, zaś na trzeci dzień zajął się samym źródłem 

fenomenu, to znaczy czerwonym promieniem.  

 Gaz  syczał  cichutko  w  palniku,  za  oknem  znowu  szumiał  ruch  uliczny  i  zatruty  setnym 

papierosem profesor z na wpół zamkniętymi oczyma odchylił się na oparcie obrotowego fotela.  

background image

 -  Tak  -  teraz  wszystko  jest  jasne.  Ożywił  je  promień.  Jest  to  nowy,  przez  nikogo  nie 

badany, przez nikogo jeszcze nie odkryty rodzaj promieni. Należy przede wszystkim wyjaśnić, czy 

można go otrzymać tylko ze światła elektrycznego, czy także i słonecznego - mamrotał do samego 

siebie Persikow.  

 Rzecz  wyjaśniła  się  następnej  nocy.  Persikow  złapał  w  trzech  mikroskopach  trzy 

promienie, przy świetle słonecznym nic nie złapał i wyraził się tak:  

 - Należy uznać, że w widmie słonecznym go nie ma... hm... no, słowem, należy przyjąć, że 

można go wydobyć tylko ze światła elektrycznego.  

 Spojrzał z zainteresowaniem na matową amplę pod sufitem, zapadł w natchnioną zadumę, 

po czym poprosił do swego gabinetu Iwanowa. Opowiedział mu o wszystkim i pokazał ameby.  

 Privat-docent  Iwanow  był  wstrząśnięty,  był  absolutnie  załamany:  jakim  cudem  rzecz  tak 

prosta jak ten wąziutki promień nie została, u diabła, zauważona nigdy dotąd! Przez kogokolwiek, 

choćby przez niego, Iwanowa, a to przecież doprawdy potworne! Proszę tylko popatrzeć!...  

 Niech pan popatrzy, profesorze!  - mówił  Iwanow, z przerażeniem przywierając okiem do 

okularu. - Co tu się dzieje?! One rosną na moich oczach... Niech pan spojrzy, niech pan spojrzy...  

 - Obserwuję je już trzeci dzień - odparł natchniony Persikow.  

 Z kolei obaj uczeni przeprowadzili rozmowę, której sens da się streścić następująco: privat-

docent  Iwanow  zabierze  się  do  skonstruowania  urządzenia  z  zastosowaniem  soczewek  i  luster, 

które pozwoli na powiększenie owego promienia i wyprowadzenia go poza mikroskop. Iwanow ma 

nadzieję, a nawet jest pewien, że to dziecinnie proste zadanie. Wyprowadzi promień, profesor może 

być o to spokojny. Tu wyniknął pewien szkopuł.  

 - Ja, szanowny kolego, publikując wyniki napiszę, że komory skonstruowane zostały przez 

pana - wtrącił Persikow czując, że tu nie można sobie pozwolić na niedomówienia.  

 - O, to nieistotne... Zresztą, oczywiście...  

 I  tak  to  szkopuł  został  usunięty.  Od  tej  chwili  promień  pochłonął  również  Iwanowa. 

Podczas gdy Persikow chudnąc i mizerniejąc przesiadywał całymi dniami i przez połowę nocy przy 

mikroskopie, Iwanow krzątał się po rzęsiście oświetlonym gabinecie fizycznym, ustawiał soczewki 

i lustra. Pomagał mu mechanik.  

 Na wystosowane przez Komisariat Oświaty zamówienie nadeszły z Niemiec dla Persikowa 

trzy  paki  pełne  luster  dwuwypukłych,  dwuwklęsłych  i  jeszcze  jakichś  wklęsłowypukłych  szkieł 

szlifowanych.  Skończyło  się  to  wszystko  tym,  że  Iwanow  zbudował  komorę  i  rzeczywiście 

wyprowadził do niej czerwony promień. I, trzeba przyznać, udało mu się to zrobić po mistrzowsku: 

otrzymał promień gruby, ze cztery centymetry średnicy, ostry i silny.  

background image

 Pierwszego  czerwca  zainstalowano  komorę  w  gabinecie  Persikowa  i  profesor  chciwie 

zabrał  się  do  doświadczeń  z  naświetlanym  skrzekiem  żabim.  Doświadczenia  te  dały  wstrząsające 

wyniki.  Po  dwóch  dobach  wylęgły  się  ze  skrzeku  tysiące  kijanek.  Ale  nie  dość  na  tym:  przed 

upływem następnej doby z kijanek wykształciły się dorosłe żaby, tak w dodatku złe i żarłoczne, że 

jedna połowa została natychmiast pożarta przez drugą połowę. Te zaś, które pozostały przy życiu, 

nie przestrzegając przepisanych terminów, niezwłocznie zaczęły składać ikrę i po dwóch dniach już 

bez  żadnego  promienia  dochowały  się  potomstwa,  w  dodatku  niewiarygodnie  licznego.  W 

gabinecie  uczonego  dziać  się  zaczęło  diabli  wiedzą  co:  żaby  rozpełzły  się  z  gabinetu  po  całym 

Instytucie,  w  terrariach,  zwyczajnie  na  podłodze  i  w  ogóle  we  wszystkich  zakamarkach  kumkały 

niczym  zgrane  na  bagnach  chóry.  Pankrat,  który  i  tak  bał  się  Persikowa  jak  ognia,  teraz 

doświadczał  wobec  niego  jednego  tylko  uczucia:  śmiertelnego  przerażenia.  Po  tygodniu  również 

sam uczony poczuł, że jest bliski utraty zmysłów. Instytut wypełniała woń eteru i cyjanku potasu, 

którym  o  mało  co  nie  otruł  się  Pankrat,  kiedy  w  nieodpowiedniej  chwili  zdjął  maskę  gazową. 

Rozmnożone generacje bagienne udało się w końcu wytępić truciznami, gabinety wywietrzono.  

 Do Iwanowa Persikow powiedział tak:  

 - Wie pan, kolego, wpływ promieniowania na deuteroplazmę i w ogóle na komórki jajowe 

jest zdumiewający.  

 Iwanow, dżentelmen oschły i powściągliwy, przerwał profesorowi niebywałym tonem:  

 -  Panie  profesorze,  co  tu  rozprawiać  o  nieistotnych  szczegółach,  o  deuteroplazmie? 

Powiedzmy  sobie  wprost:  pan  odkrył  coś  niesłychanego.  -  Iwanow,  najwyraźniej  z  wielkimi 

oporami, wydusił z siebie: - Profesorze Persikow, odkrył pan promienie życia!  

 Wątły rumieniec ukazał się na bladych, nie ogolonych policzkach Persikowa.  

 - No-no-no - wymamrotał.  

 - Pańskie nazwisko - ciągnął Iwanow - pańskie nazwisko stanie się tak sławne... Kręci mi 

się  w  głowie.  Czy  zdaje  pan  sobie  z  tego  sprawę  -  ciągnął  z  emfazą  -  że  bohaterowie  Wellsa  w 

porównaniu  z  panem  to  po  prostu  dzieci...  A  ja  myślałem,  że  to  bajki...  Pamięta  pan  jego  “ucztę 

Bogów”?  

 - A, to powieść - odparł Persikow.  

 - O, tak, bardzo znana, na Boga!  

 -  Wyleciała  mi  z  pamięci  -  odparł  Persikow.  -  Pamiętam,  że  czytałem,  ale  już 

zapomniałem.  

 - Jak to - nie pamięta pan? Proszę tylko spojrzeć. - Iwanow podniósł za łapę ze szklanego 

stołu  niewiarygodnych  rozmiarów  martwe  żabsko  o  wzdętym  brzuchu.  -  Nawet  po  śmierci  jej 

morda zachowała wyraz furii - to przecież potworne!  

background image

  

Rozdział IV - Popadia Drozdowa  

 

 Bóg  raczy  wiedzieć  dlaczego,  czy  to  z  winy  Iwanowa,  czy  też  dlatego,  że  sensacyjne 

wiadomości  rozprzestrzeniają  się  same,  jak  morowe  powietrze,  dość,  że  w  kipiącej  gigantycznej 

Moskwie zaczęto nagle mówić o promieniu i profesorze Persikowie. Co prawda jakby aluzyjnie i 

nader  mgliście.  Wieść  o  cudotwórczym  odkryciu  skakała  po  rozjarzonej  stolicy  niczym 

niedostrzelony ptak, to znikając, to znów wzbijając się w górę aż do połowy lipca, kiedy na stronie 

dwudziestej  dziennika  “Izwiestia”  w  rubryce  “Nowości  nauki  i  techniki”  ukazała  się  krótka 

notatka, w której była mowa o promieniu. W notatce powiedziano ogólnikowo, że znany uczony z 

Czwartego  Uniwersytetu  wynalazł  promień,  który  niebywale  zwiększa  aktywność  życiową 

niższych  organizmów  i  że  promień  ten  wymaga  jeszcze  weryfikacji.  Nazwisko,  rzecz  jasna,  było 

przekręcone, wydrukowano: “Pepsikow”.  

 Iwanow przyniósł gazetę i pokazał Persikowowi wzmiankę.  

 -  “Pepsikow”  -  krzątając  się  w  gabinecie  wokół  komory  wymamrotał  Persikow  -  skąd  te 

świszczypały o wszystkim wiedzą?  

 Niestety,  przekręcone  nazwisko  nie  uchroniło  profesora  przed  dalszymi  wydarzeniami  i 

wydarzenia te zaczęły się zaraz następnego dnia, z miejsca przewracając do góry nogami całe życie 

Persikowa.  

 Zapukawszy  uprzednio,  wkroczył  do  gabinetu  Pankrat  i  wręczył  Persikowowi 

arcywytworną atłasową wizytówkę.  

 - Czeka tamój - dodał Pankrat nieśmiało.  

 Na wizytówce wydrukowano wykwintnymi literami:  

 Alfred  Arkadiewicz  Bronski  Współpracownik  moskiewskich  miesięczników  “Czerwony 

Płomień”,  “Czerwona  Papryka”,  “Czerwony  Przegląd”,  “Czerwony  Reflektor”  oraz  dziennika 

“Czerwona Wieczorna Moskwa”  

 -  Przepędź  go  do  stu  diabłów  -  monotonnie  powiedział  Persikow  i  strącił  wizytówkę  pod 

stół.  

 Pankrat odwrócił się, wyszedł, a po pięciu minutach powrócił z cierpieniem na obliczu i z 

duplikatem tejże wizytówki.  

 - Cóż to, żarty sobie ze mnie stroisz? - wyskrzypiał Persikow i zrobił się straszny.  

 - On mówi, że z giepełu... - blednąc odpowiedział Pankrat.  

 Persikow jedną ręką złapał się za wizytówkę, tak, że o mało jej nie rozerwał, drugą cisnął 

pincetę  na  stół.  Na  wizytówce  był  dopisek  kędzierzawym  charakterem  pisma:  “Bardzo  proszę,  i 

background image

przepraszam, o udzielenie mi trzech minut, szanowny profesorze, w doniosłej sprawie prasy” oraz 

“współpracownik pisma satyrycznego “Czerwona Suka”, wydawnictwa GPU”.  

 - Zawołaj no go tu - powiedział Persikow i dostał zadyszki.  

 Zza  pleców  Pankrata  natychmiast  wychynął  młody  człowiek  o  gładko  wygolonej,  oleisto 

błyszczącej  twarzy.  Zdumiewały  brwi  wiecznie  uniesione  jak  u  Chińczyka  i  agatowe  oczka  pod 

nimi,  ani  przez  sekundę  nie  patrzące  rozmówcy  w  oczy.  Młody  człowiek  ubrany  był  nad  wyraz 

nienagannie  i  modnie.  Miał  na  sobie  obcisłą,  długą  do  kolan  marynarkę,  niezmiernie  szerokie 

rozkloszowane spodnie, a na nogach niesamowite pod względem szerokości lakierowane półbuty o 

noskach przypominających kopyta. W dłoniach dzierżył laseczkę, kapelusz i notatnik.  

 -  Czego  pan  sobie  życzy?  -  zapytał  Persikow  takim  tonem,  że  Pankrat  błyskawicznie 

zniknął za drzwiami. - Powiedziano panu przecież, że jestem zajęty?  

 Młody człowiek zamiast odpowiedzi skłonił się profesorowi dwakroć, na lewo i na prawo, 

potem  jego  oczka  obiegły  gabinet  dokoła  i  młody  człowiek  natychmiast  postawił  w  notatniku 

znaczek.  

 -  Jestem  zajęty  -  powiedział  profesor  patrząc  ze  wstrętem  w  oczka  gościa,  nie  osiągnął 

jednak żadnego efektu, oczka te były bowiem nieuchwytne.  

 -  Po  tysiąckroć,  wielce  szanowny  panie  profesorze,  proszę  o  wybaczenie  -  jął  mówić 

wytwornym głosem gość - tego, że wdzieram się do pana i zajmuję jego drogocenny czas, ale wieść 

o pańskim wszechświatowym odkryciu, która obiegła cały świat, każe naszej redakcji prosić pana o 

bliższe wyjaśnienia.  

 - Co znowu za bliższe wyjaśnienia na cały świat? - piskliwie jęknął Persikow i zżółkł. - Nie 

mam obowiązku udzielania panu wyjaśnień ani niczego takiego... Jestem zajęty... strasznie zajęty.  

 -  A  nad  czym  pan  pracuje?  -  przymilnie  zapytał  młody  człowiek  i  zrobił  w  notesie  drugi 

znaczek.  

 - Ależ ja... co też pan? Chce pan to drukować?  

 - Tak - odparł młody człowiek i nagle zaczął coś pospiesznie zapisywać w notatniku.  

 - Po pierwsze nie mam zamiaru niczego publikować, dopóki nie skończę pracy... zwłaszcza 

w tych pańskich gazetach. Po drugie - skąd pan to wszystko wie?... - I Persikow poczuł nagle, że 

traci kontenans.  

 - Czy prawdziwa jest wiadomość, że wynalazł pan promień nowego życia?  

 -  Jakiego  znowu  nowego  życia?  -  wściekł  się  profesor.  -  Co  za  bzdury  pan  wygaduje! 

Promień,  nad  którym  pracuję  bynajmniej  nie  został  jeszcze  zbadany  i  w  ogóle  nic  jeszcze  nie 

wiadomo! Możliwe, że zwiększa aktywność życiową protoplazmy...  

 - Ile razy? - pospiesznie zapytał młody człowiek.  

background image

 Persikow stropił się ostatecznie... Co za typek! Tylko diabli wiedzą co to takiego?  

 - Co to za filisterskie pytania?... Powiedzmy, dajmy na to, no, tysiąc razy!...  

 W oczach młodego człowieka błysnęła drapieżna radość.  

 - Powstają gigantyczne organizmy?  

 -  Ależ  nic  podobnego!  No,  co  prawda  organizmy,  które  otrzymałem,  są  większe  od 

normalnych... No, mają pewne nowe cechy... Ale przecież najważniejsza tu jest nie wielkość, tylko 

niewiarygodne tempo rozrodu - powiedział na swoje nieszczęście Persikow i natychmiast wpadł w 

popłoch. Młody człowiek zapisał całą stroniczkę, odwrócił ją i szybciutko notował dalej.  

 - Niechże pan nie zapisuje! - kapitulując już i czując, że jest w rękach młodego człowieka, 

wychrypiał Persikow w rozpaczy. - Co pan tam pisze?  

 - Czy to prawda, że w ciągu dwóch dób można otrzymać ze skrzeku dwa miliony kijanek?  

 - Z jakiej ilości skrzeku? - wrzasnął Persikow znowu wpadając w furię. - Czy widział pan 

kiedykolwiek ziarno ikry... no, powiedzmy - rzekotki?  

 - Z pół funta? - zapytał nie zmieszany młody człowiek.  

 Persikow spurpurowiał.  

 - Któż tak mierzy? Tfu! Co pan wygaduje? No, pewnie, gdyby wziąć pół funta żabiej ikry... 

wtedy zapewne... do diabła, no, coś koło tego, a może nawet znacznie więcej!  

 W oczach młodego człowieka zapłonęły brylanty i za jednym zamachem wypełnił kolejną 

stronicę.  

 - Czy jest prawdą, że stoimy w obliczu ogólnoświatowego przewrotu w hodowli?  

 - Cóż to za gazeciarskie pytanie! - obruszył się Persikow. - A w ogóle nie udzielam panu 

zezwolenia na pisanie bzdur. Widzę po pańskiej twarzy, że wypisuje pan jakieś paskudztwa!  

 -  Pańską  fotografię,  profesorze,  błagam  najpokorniej  -  powiedział  młody  człowiek  i 

zatrzasnął notatnik.  

 -  Co?  Moją  fotografię?  Do  pańskich  piśmideł?  Razem  z  tymi  bzdurami,  które  pan  tak 

nawypisywał? Nie, nie, nie... Zresztą jestem zajęty... Pan wybaczy!...  

 - Choćby starą! Zwrócimy ją panu momentalnie.  

 - Pankrat! - wrzasnął rozwścieczony profesor.  

 - Mam zaszczyt pożegnać - powiedział młody człowiek i zniknął.  

 Zza  drzwi  dało  się  słyszeć  zamiast  Pankrata  dziwne  miarowe  skrzypienie  maszynerii, 

postukiwanie o podłogę i w gabinecie zjawił się mężczyzna niezwykłej tuszy w bluzie i spodniach 

uszytych  z  sukna  na  koce.  Jego  lewa,  mechaniczna  noga  szczękała  i  pozgrzytywała,  w  dłoniach 

trzymał  teczkę.  Na  jego  wygolonej,  krągłej  twarzy  o  konsystencji  żółtawej  galarety  rozlał  się 

background image

życzliwy  uśmiech.  Złożył  profesorowi  wojskowy  ukłon,  po  czym  wyprostował  się,  a  wtedy  noga 

szczęknęła sprężyście. Persikow oniemiał.  

 -  Panie  profesorze  -  miłym,  schrypniętym  głosem  zaczął  nieznajomy  -  proszę  wybaczyć 

zwykłemu śmiertelnikowi, że zakłóca pańską samotność.  

 - Pan jest reporterem? - zapytał Persikow. - Pankrat!!!  

 -  W  żadnym  razie,  panie  profesorze  -  odparł  grubas.  -  Pozwoli  pan,  że  się  przedstawię  - 

kapitan  żeglugi  wielkiej  i  współpracownik  gazety  “Goniec  Przemysłu”  przy  Radzie  Komisarzy 

Ludowych.  

 -  Pankrat!!!  -  histerycznie  ryknął  Persikow  i  w  tejże  chwili  zabłysło  w  kącie  czerwone 

światełko, łagodnie zadzwonił telefon. - Pankrat! - powtórzył profesor - słucham.  

 - “Verzeihen Sie, bitte,  Herr Professor - zachrypiał telefon po niemiecku - dass ich store. 

Ich bin Mitarbeiter des “Berliner Tageblatts””...  

 - Pankrat! - wrzasnął w słuchawkę profesor - “bin momentan sehr beschaftigt und kann Sie 

deshalb jetzt nicht empfangen!... Pankrat!!!  

 A tymczasem przy głównym wejściu do Instytutu zaczął się urywać dzwonek.  

 -  Koszmarne  morderstwo  na  ulicy  Bronnej!!!  -  zawodziły  niesamowite  chrapliwe  głosy 

skacząc  w  gęstwie  świateł  wśród  kół  i  rozbłysków  latarń  na  rozgrzanej  czerwcowej  jezdni.  - 

Koszmarna  epidemia  dziesiątkuje  kury  wdowy  Popadii  Drozdowej  z  jej podobizną!...  Koszmarne 

odkrycie promienia życia profesora Persikowa!!!  

 Persikowem tak zatrzęsło, że o mało co nie wpadł pod samochód na Mochowej i zaciekle 

porwał gazetę.  

 -  Trzy  kopiejki,  obywatelu!  -  wrzasnął  chłopaczek  i  wciskając  się  w  tłum  na  trotuarze 

znowu zawył:- “Czerwona Gazeta Wieczorna”, odkrycie promieni iks!!!  

 Oszołomiony  Persikow  rozłożył  gazetę  i  przytulił  się  do  latarni.  Z  lewego  rogu  drugiej 

kolumny  spojrzał  na  niego  z  zamazanej  ramki  łysy  mężczyzna  o  ślepych  oczach  szaleńca  i  z 

obwisłą  dolną  szczęką,  płód  malarskiej  wyobraźni  Alfreda  Bronskiego:  “W.  Persikow,  odkrywca 

tajemniczego czerwonego promienia” - głosił podpis pod rysunkiem.  

 Niżej, pod nagłówkiem “Wszechświatowa zagadka”, artykuł zaczynał się od słów:  

 “Niech pan spocznie”, uprzejmie powiedział do mnie wybitny uczony Persikow...  

 Pod artykułem widniał podpis “Alfred Bromski (Alonso)”.  

 Nad  dachem  uniwersytetu  wzbiło  się  zielonkawe  światło,  ukazały  się  na  niebie  ogniste 

słowa “mówiona gazeta” i tłum natychmiast napłynął w Mochową.  

 “Niech pan spocznie!!!” - zawył nagle w głośniku na dachu arcyniemiły cienki głos, bardzo 

podobny  do  powiększonego  tysiąckrotnie  głosu  Alfreda  Bronskiego  -  “uprzejmie  powiedział  do 

background image

mnie  wybitny  uczony  Persikow!  Od  dawna  pragnąłem  zapoznać  moskiewski  proletariat  z 

wynikami mego odkrycia... “  

 Za  plecami  Persikowa  rozległo  się  ciche  mechaniczne  skrzypienie,  ktoś  pociągnął 

profesora  za  rękaw.  Odwróciwszy  się  profesor  zobaczył  krągłe  żółte  oblicze  właściciela 

mechanicznej nogi. Oczy miał wilgotne od łez, wargi mu drżały.  

 - Mnie, panie profesorze, nie chciał pan zapoznać z wynikami pańskiego zdumiewającego 

odkrycia - powiedział ze smutkiem i westchnął głęboko. - Przepadło moje półtorej dychy.  

 Patrzył żałośnie na dach uniwersytetu, gdzie szalał w czarnej czeluści niewidzialny Alfred. 

Nie wiedzieć czemu Persikowowi żal się zrobiło grubasa.  

 - Ja - wymamrotał, z nienawiścią słuchając słów z nieba - żadnego “Niech pan spocznie” 

mu nie mówiłem! To po prostu łobuz niebywałych rozmiarów! Pan wybaczy, ale doprawdy kiedy 

człowiek pracuje, a tu ktoś włazi raptem... Nie mam, oczywiście, pana na myśli...  

 - Może mi pan, profesorze, da choć opis pańskiej komory? - uniżenie i boleściwie mówił 

mechaniczny człowiek - przecież teraz jest już panu wszystko jedno...  

 - Z pół funta skrzeku w ciągu trzech dni wykluwa się takie mnóstwo kijanek, że absolutnie 

nie sposób ich policzyć - grzmiał w głośniku niewidzialny.  

 - Tu-tu - głucho krzyczały automobile na Mochowej.  

 - Ho-ho-ho... Patrzcie no, ho-ho-ho - zadzierając głowy szumiał tłum.  

 - Co za łajdak! Co? - dygocąc z oburzenia kipiał Persikow do mechanicznego człowieka. - 

Jak się panu to podoba? Ja złożę na niego skargę!  

 - To oburzające! - przytaknął tłuścioch.  

 Oślepiający fioletowy promień ciął profesora po oczach i wszystko dokoła zapłonęło - słup 

latarni, fragment brukowanej kostką jezdni, żółty mur, zaciekawione twarze.  

 -  To  pana,  panie  profesorze  -  szepnął  z  zachwytem  tłuścioch  i  zawisł  u  rękawa  profesora 

niczym kloc. W powietrzu coś zaterkotało.  

 -  A  niech  ich  wszyscy  diabli!  -  żałośnie  wrzasnął  Persikow,  wyrywając  się  z  klocem  z 

tłumu. - Ej, taksometr. Na Preczystienkę.  

 Odrapany stareńki samochód, model 1924, zaklekotał przy  chodniku i profesor wsiadł do 

kabiny usiłując się odczepić od grubasa.  

 - Przeszkadza mi pan - syczał i osłaniał się pięściami przed fioletowym światłem.  

 -  Czytał  pan?!  Czemu  oni  się  tak  wydzierają?...  Na  Małej  Bronnej  zarżnęli  profesora 

Persikowa z dziećmi!... - wołano w tłumie.  

 -  Nie  mam  żadnych  dzieci,  sukinsyny!  -  rozdarł  się  Persikow  i  nagle  trafił  w  obiektyw 

czarnego aparatu, który uwiecznił go z profilu z szeroko otwartymi ustami i furią w oczach.  

background image

 - Krch... tu... krch... ru - wrzasnął taksometr i wbił się w gęstwę.  

 Grubas siedział już w kabinie i grzał profesorowi bok.  

  

background image

Rozdział V - Kurza historia  

 

 W zabitym deskami powiatowym miasteczku, byłym Troicku, obecnie zaś Stiekłowsku, w 

guberni  kostromskiej,  powiat  stiekłowski,  na  ganek  domku  przy  byłej  Soborowej,  obecnie  zaś 

Personalnej,  wyszła  przewiązana  chustką  kobiecina  w  szarej  sukni  z  perkalowymi  bukiecikami, 

wyszła i rozszlochała się. Kobieta ta, wdowa po Drozdowie, byłym soborowym protojereju byłego 

soboru  szlochała  tak  głośno,  że  niebawem  w  domku  po  przeciwnej  stronie  ulicy  ukazała  się  w 

okienku babska głowa w puchatej chustce i zawołała:  

 - Co ty, Stiepanowna, znowu?  

 - Siedemnasta! - zanosząc się płaczem odpowiedziała eks-Drozdowa.  

 - Ach-żeż-ż-eż - zaskomliła kiwając głową baba w chustce - widziane to rzeczy? Pogniewał 

się pan Bóg, nie inaczej? Zdechła? Nie może być!  

 - No, patrz, sama popatrz, Matriona - mamrotała popadia sapiąc ciężko i głośno - popatrz 

tylko, co się z nią dzieje!  

 Stuknęła szara przekrzywiona furtka, bose babskie nogi zaczłapały po garbach pełnej kurzu 

ulicy i mokra od łez popadia poprowadziła Matrionę pod kurnik.  

 Trzeba tu powiedzieć, że wdowa po ojcu protojereju Sabatiuszu Drozdowie, który zmarł w 

dwudziestym szóstym roku z powodu antyreligijnych zmartwień, zamiast pogrążyć się w rozpaczy 

założyła  imponującą  hodowlę  kur.  Skoro  tylko  wdowi  interes  zaczął  rozkwitać,  wymierzono 

popadii  taki  podatek,  że  hodowla  niewątpliwie  wzięłaby  w  łeb,  gdyby  nie  dobrzy  ludzie.  Dobrzy 

ludzie pouczyli wdowę, że winna złożyć lokalnym władzom oświadczenie, iż zakłada ona, wdowa, 

spółdzielnię  hodowlaną.  Członkami  spółdzielni  zostały  sama  Drozdowa,  jej  wierna  służąca 

Matrioszka  i  głucha  siostrzenica  protojerejowej.  Podatek  cofnięto  i  hodowla  kur  rozwinęła  się  do 

tego  stopnia,  że  w  roku  dwudziestym  ósmym  chodziło  po  obstawionym  kurnikami  piaszczystym 

wdowim  podwóreczku  do  dwustu  pięćdziesięciu  kur,  wśród  których  trafiały  się  nawet  leghorny. 

Wdowie jajka pojawiały się co niedziela na stiekłowskim bazarze, handlowano wdowimi jajkami w 

Tambowie, a bywało, że można je było zobaczyć nawet na lustrzanych wystawach byłego sklepu 

“Ser i masło Cziczkina” w Moskwie.  

 I  oto  siedemnasta  od  rana  bramaputra,  ukochana  czubatka,  chodziła  po  podwórku  i 

wymiotowała.  “Er...  rr...  urł...  ho-ho-ho”,  wydobywała  z  siebie  czubatka  i  wznosiła  ku  słońcu 

smutne  oczy,  jakby  spoglądała  na  nie  po  raz  ostatni.  Przed  nosem  kury  tańczył  w  prysiudach 

członek spółdzielni pracy Matrioszka z filiżanką wody.  

background image

 - Złocista moja... cip-cip-cip... napij się wody - błagała Matrioszka i ścigała filiżanką dziób 

czubatki,  ale  czubatka  pić  nie  chciała.  Szeroko  otwierała  dziób,  zadzierała  do  góry  głowę.  Potem 

zaczęła wymiotować krwią.  

 -  Jezu  przenajświętszy!  -  wrzasnęła  zaproszona  plasnąwszy  się  po  biodrach.  -  Co  to  się 

wyrabia!  Sama  najczystsza  krew.  Jeszczem  nigdy  nie  widziała  Bóg  mi  świadkiem,  żeby  kura  tak 

cierpiała na żołądek jak człowiek.  

 I to były ostatnie słowa towarzyszące biednej czubatce na tamten świat. Fajtnęła nagle na 

bok, bezradnie stuknęła kilkakrotnie dziobem w piasek, zamknęła oczy. Potem przewróciła się na 

grzbiet,  zadarła  do  góry  obie  łapy  i  znieruchomiała.  “Wylała  wodę  z  filiżanki”,  zapłakała  basem 

Matrioszka, zapłakała i sama popadia - przewodniczący spółdzielni, sąsiadka zaś pochyliła się do 

jej ucha i zaszeptała:  

 - Stiepanowna, niech ja trupem padnę, jeśli na twoje kury nie rzucili uroku! Kto to widział! 

Toć takich kurzych chorób w ogóle nie ma! Ktoś czary rzucił na twoje kury!  

 -  Wrogowie!  Do  grobu  mnie  wpędzą!  -  zawołała  w  niebiosa  popadia.  -  Co  ja  im 

zawiniłam?  

 Słowom  jej  odpowiedział  gromki  koguci  krzyk,  po  czym  z  kurnika  jakoś  tak  bokiem, 

niczym niespokojny pijak z knajpy, wypadł podskubany chudy kogut. Wściekle wytrzeszczył oko 

na  kobiety,  zadreptał  w  miejscu,  skrzydła  rozpostarł  jak  orzeł,  ale  nigdzie  nie  poleciał,  tylko 

pogalopował  wokół  podwórka  jak  przepędzany  na  lonży  koń.  W  połowie  trzeciego  okrążenia 

zatrzymał  się,  zwymiotował,  potem  zaczął  charczeć  i  chrypieć,  ziemię  dokoła  siebie  opluł  krwią, 

upadł,  łapy  wyprężył  do  słońca  jak  maszty.  Babie  wycie  zalało  podwórze,  a  z  kurników 

odpowiedziały niespokojne pogdakiwania, trzepoty, zamęt.  

 -  No,  nie  urok?  -  triumfalnie  zapytała  sąsiadka.  -  Wołaj  ojca  Sergiusza,  niech  odprawi 

modły.  

 O  szóstej  po  południu,  kiedy  ognisty  pysk  słońca  usadowił  się  nisko,  pomiędzy  pyskami 

młodych  słoneczników,  na  wybiegu  dla  kur  ojciec  Sergiusz,  duszpasterz  z  soborowej  parafii, 

odprawiwszy  egzorcyzmy  wyłaził  z  epitrachelionu.  Zaciekawione  głowy  ludzi  sterczały  nad 

sędziwym  parkanem  i  między  deskami.  Boleściwa  popadia  ucałowała  krzyż,  szczodrze  zmoczyła 

łzami  wystrzępioną  kanarkową  rublówkę  i  wręczyła  ojcu  Sergiuszowi,  na  co  ten  wzdychając 

zauważył coś w stylu: “Oto Stwórca zagniewał się na nas”.  

 Następnie  tłum  z  ulicy  się  rozszedł,  a  ponieważ  kury  wcześnie  chodzą  spać,  więc  nikt 

nawet  nie  wiedział,  że  w  kurniku  sąsiada  popadii  Drozdowej  zdechły  trzy  na  raz  kury,  a  także 

kogut. Wymiotowały tak samo jak kury drozdowskie, ale zgony nastąpiły w zamkniętym kurniku i 

background image

po cichu. Kogut zwalił się z grzędy łbem na dół i w takiej pozycji skonał. Co zaś do kur wdowy, to 

przed nocą w kurnikach martwo było i cicho, zesztywniałe ptactwo leżało stertami.  

 Rankiem miasto wstało jak gromem rażone, historia bowiem przybrała rozmiary dziwne i 

potworne. Na ulicy Personalnej, w ostatnim domku, w którym wynajmował mieszkanie powiatowy 

inspektor  podatkowy,  w  południe  zostały  przy  życiu  tylko  trzy  kury,  ale  i  one  zdechły  przed 

pierwszą. A pod wieczór miasteczko Stiekłowsk huczało i wrzało niczym ul i przelatywało po nim 

groźne  słowo  “mór”.  Nazwisko  Drozdowej  trafiło  na  łamy  miejscowej  gazety  “Czerwony 

Bojownik”,  znalazło  się  w  artykule  zatytułowanym  “Czyżby  kurza  dżuma?”,  a  stamtąd 

zawędrowało do Moskwy.  

 Żywot  profesora  Persikowa  nabrał  barw  dziwacznych,  niespokojnych  a  podniecających. 

Krótko  mówiąc  -  praca  w  tych  warunkach  była  po  prostu  niemożliwa.  Nazajutrz  po  tym,  jak 

profesor  rozstał  się  z  Alfredem  Bronskim,  zmuszony  został  do  wyłączenia  telefonu  w  swoim 

gabinecie za pomocą zdjęcia słuchawki, wieczorem zaś, przejeżdżając tramwajem przez Ochotnyj 

Riad  zobaczył  samego  siebie  na  dachu  ogromnej  kamienicy  z  czarnym  napisem  “Gazeta 

Robotnicza”. On, profesor, zieleniejąc, migocąc i dygocąc wsiadł do taksówki, a za nim, uczepiona 

jego rękawa, pchała się mechaniczna kula w kocu. Profesor na dachu, na białym ekranie, osłaniał 

się  pięściami  przed  snopem  fioletowego  światła.  Następnie  wyskoczył  ognisty  napis:  “Profesor 

Persikow  jadąc  autem  udziela  wyjaśnień  naszemu  znakomitemu  reporterowi,  kapitanowi 

Stiepanowowi”.  I  rzeczywiście:  Wołchonką  obok  cerkwi  Chrystusa  Zbawiciela  przemknął 

rozdygotany automobil, wewnątrz szamotał się profesor. Miał twarz zaszczutego wilka.  

 - Diabły nie ludzie - wymamrotał przez zęby zoolog i pojechał dalej.  

 Tegoż dnia wieczorem wróciwszy do siebie na Preczystienkę zoolog otrzymał od gosposi, 

Marii Stiepanowny, siedemnaście karteczek z numerami telefonów ludzi, którzy dzwonili doń pod 

jego  nieobecność  i  wysłuchał  słownego  oświadczenia  Marii  Stiepanowny,  że  ona  ma  już  dość. 

Profesor  chciał  podrzeć  karteczki,  pohamował  się  jednak,  przy  jednym  z  numerów  zobaczył 

bowiem dopisek: “ludowy Komisarz Zdrowia”.  

 - Co takiego? - szczerze zdumiał się uczony dziwak. - Co im się stało?  

 Kwadrans po dziesiątej  tego  wieczora  rozległ się dzwonek i profesor zmuszony został do 

odbycia rozmowy z pewnym olśniewająco wyposażonym obywatelem. Przyjął  go profesor dzięki 

wizytówce,  na  której  wydrukowane  było  (bez  imienia  i  nazwiska):  “Pełnomocny  Szef  Wydziału 

Handlu Przedstawicielstw Zagranicznych Republiki RAD”.  

 -  Niech  go  diabli  wezmą!  -  warknął  Persikow,  cisnął  na  zielone  sukno  lupę  i  jakieś 

wykresy, i powiedział do Marii Stiepanowny:  

 - Proszę poprosić tutaj do gabinetu, tego całego pełnomocnika.  

background image

 -  Czym  mogę  służyć?  -  zapytał  Persikow  takim  tonem,  że  szefa  nieco  skręciło.  Persikow 

przeniósł okulary z nosa na czoło, potem z powrotem i obejrzał sobie gościa. Ten zaś cały lśnił od 

lakieru  i  drogich  kamieni,  zaś  w  prawym  jego  oku  tkwił  monokl.  Co  za  wstrętna  morda!  nie 

wiadomo dlaczego pomyślał Persikow.  

 Przybysz zaczął okrężnie, poprosił mianowicie o pozwolenie zapalenia cygara, w związku 

z  czym  Persikow  nader  niechętnie  poprosił  go,  żeby  usiadł.  Dalej  gość  wygłosił  obszerne 

przeprosiny  z  powodu  wizyty  o  tak  spóźnionej  porze:  “ale...  pana  profesora  w  dzień  w  żaden 

sposób nie można złap... hi-hi... pardon... zastać” (gość, kiedy się śmiał, pochlipywał jak hiena).  

 - Owszem, jestem zajęty! - powiedział Persikow tak ostro, że gościa skręciło po raz drugi.  

 - Tym niemniej pozwoliłem sobie niepokoić znakomitego uczonego: czas to pieniądz, jak 

mówią... czy cygaro nie przeszkadza profesorowi?  

 - Mur-mur-mur - odparł Persikow. Przyzwolił...  

 - Profesor wszakże odkrył promień życia?  

 - Litości, jakiego znowu życia?! To wymysły pismaków! - ożywił się Persikow.  

 -  Ach,  nie,  hi-hi-che...  on  doskonale  rozumie  tę  skromność,  która  stanowi  najpiękniejszą 

ozdobę każdego prawdziwego uczonego... o czym tu mówić... Dziś nadeszły depesze... W stolicach 

świata,  jak  to  w  Warszawie  i  Rydze,  już  wiedzą  wszystko  o  promieniu.  Nazwisko  profesora 

Persikowa  powtarza  cały  świat.  Cały  świat  śledzi  prace  profesora  Persikowa  z  zapartym  tchem... 

Ale wszyscy doskonale wiedzą o tym, jak ciężki jest los uczonego w sowieckiej Rosji. Entre nous 

soit dit (fr. - między nami mówiąc.)... Czy na pewno rozmawiamy w cztery oczy?... Niestety, nie 

umieją  tutaj  docenić  pracy  uczonego,  on  zatem  pragnąłby  omówić  z  profesorem...  Pewne 

zagraniczne  mocarstwo  proponuje  profesorowi  Persikowowi  absolutnie  bezinteresowną  pomoc  w 

jego  badaniach  laboratoryjnych.  Po  cóż  rzucać  perły  przed  wieprze,  jak  mówi  Pismo  Święte? 

Mocarstwo owo wie, jak ciężko było profesorowi w roku dziewiętnastym i dwudziestym, podczas 

tej  hi-hi...  rewolucji.  No,  oczywiście,  absolutna  dyskrecja...  profesor  zapozna  mocarstwo  z 

wynikami  badań,  mocarstwo  zaś  w  zamian  za  to  sfinansuje  profesora.  Profesor  zbudował  wszak 

komorę, otóż interesujące byłoby zapoznać się z planami tej komory...  

 Tu gość wydobył z wewnętrznej kieszeni marynarki paczkę śnieżnobiałych banknotów...  

 - Zupełny drobiazg, pięć tysięcy rubli, powiedzmy, zadatku, profesor może je otrzymać w 

każdej  chwili...  pokwitowanie  nie  jest  potrzebne...  profesor  nawet  obraziłby  pełnomocnego 

handlowego szefa, gdyby wspomniał o pokwitowaniu...  

 -  Won!!!  -  ryknął  nagle  Persikow  tak  straszliwie,  że  w  salonowym  pianinie  odezwały  się 

najwyższe struny.  

background image

 Gość zniknął tak doszczętnie, że drżący z wściekłości Persikow w minutę później sam już 

powątpiewał, czy gość był tu w ogóle, czy też tylko on miał halucynacje.  

 - To jego kalosze?! - wył po chwili Persikow w przedpokoju.  

 - Ten pan zapomniał - odpowiedziała dygocąc Maria Stiepanowna.  

 - Wyrzuć je!  

 - Gdzież ja je wyrzucę! Wróci po nie.  

 - Oddać je do komitetu domowego. Za pokwitowaniem. Żeby mi tu śladu po nich nie było! 

Do komitetu! Niech zabierają szpiegowskie kalosze!...  

 Maria  Stiepanowna  żegnając  się  znakiem  krzyża  zabrała  wspaniałe  skórzane  kalosze  i 

wyniosła  je  na  kuchenne  schody.  Tam  chwilę  postała  za  drzwiami,  po  czym  schowała  kalosze  w 

komórce.  

 - Oddałaś? - szalał Persikow.  

 - Oddałam.  

 - Pokwitowanie!  

 - Tak jest, panie profesorze. Tylko że przewodniczący niepiśmienny!...  

 -  W  tej.  Chwili.  Ma.  Mi.  Tu.  Być.  Pokwitowanie.  Niech  za  niego  podpisze  któryś 

piśmienny sukinsyn!  

 Maria Stiepanowna tylko pokręciła głową, wyszła i po kwadransie wróciła z karteczką:  

 “Przyjęto na składowanie od prof. Persikowa 1 (słownie jedna) pakalo, Kolesow”.  

 - A to co takiego?  

 - Żeton.  

 Żeton Persikow brutalnie podeptał, pokwitowanie zaś schował pod suszkę. Następnie myśl 

jakowaś omroczyła strome czoło. Dopadł telefonu, połączył się z Pankratem w Instytucie i zapytał 

go:  “Czy  wszystko  aby  w  porządku?”  Pankrat  ryczał  w  słuchawkę  coś,  z  czego  można  było 

wywnioskować, że jego zdaniem wszystko w porządku. Ale Persikow tylko na chwilę się uspokoił. 

Mroczniejąc złapał za telefon i nagadał do słuchawki coś takiego:  

 -  Dajcie  mi  tę,  jakże  jej  tam,  Łubiankę.  Merci...  Kogo  tam  od  was  powinienem 

zawiadomić...  Przyłażą  tu  do  mnie  jakieś  podejrzane  indywidua  w  kaloszach,  tak...  Profesor 

Czwartego Uniwersytetu Persikow...  

 Słuchawka nagle  gwałtownie przerwała rozmowę. Persikow ochłonął mrucząc przez zęby 

jakieś rynsztokowe wyrazy.  

 -  Będzie  pan  pił  herbatę?  - zaglądając  do  gabinetu  nieśmiało zasięgnęła  informacji  Maria 

Stiepanowna.  

background image

 -  Nie  będę  pił  żadnej  herbaty...  mur-mur-mur  i  niech  ich  diabli  porwą...  Wściekli  się 

wszyscy czy co?  

 Dokładnie  w  dziesięć  minut  później  profesor  podejmował  w  gabinecie  nowych  gości. 

Jeden  z  nich,  sympatyczny,  krąglutki  i  niezmiernie  ugrzeczniony,  był  w  skromnym  wojskowym 

trenczu i w bryczesach.  Na nosie niczym kryształowy motyl siedziały mu binokle. W ogóle robił 

wrażenie  anioła  w  lakierowanych  butach  z  cholewami.  Drugi,  niski,  strasznie  ponury  -  był  po 

cywilnemu, ale garnitur najwyraźniej go krępował. Trzeci gość zachował się dość szczególnie, nie 

wszedł  bowiem  do  gabinetu  profesora,  tylko  został  w  ciemnym  przedpokoju.  Jednocześnie 

oświetlony i przeszyty smugami tytoniowego dymu gabinet był dlań doskonale widoczny. Na nosie 

tego trzeciego, który również był w cywilu, tkwiły przydymione binokle.  

 Dwaj  w  gabinecie  doszczętnie  zamęczyli  Persikowa  oglądaniem  wizytówki, 

wypytywaniem o pięć tysięcy i zmuszaniem go do opisywania powierzchowności gościa.  

 - A diabli go wiedzą - dudnił Persikow - no, ohydna fizjognomia. Degenerat.  

 - Nie miał aby szklanego oka? - ochryple zapytał malutki.  

 - A diabli go wiedzą. Zresztą nie, szklanego nie miał, biegały mu oczy.  

 -  Rubinsztajn?  -  pytająco  i  cicho  zwrócił  się  anioł  do  malutkiego  cywila.  Ten  jednak 

ponuro, przecząco pokręcił głową.  

 -  Rubinsztajn  nie  da  bez  pokwitowania,  mowy  nie  ma  -  burknął  -  to  nie  Rubinsztajna 

robota. To jakaś grubsza ryba.  

 Historia  z  kaloszami  spowodowała  wybuch  najwyższego  zainteresowania  przybyłych. 

Anioł  połączywszy  się  z  administracją  domu  uronił  do  słuchawki  zaledwie  kilka  słów:  “GPU 

wzywa niezwłocznie sekretarza komitetu domowego Kolesowa do mieszkania profesora Persikowa 

z kaloszami” i pobladły Kolesow natychmiast zjawił się w gabinecie z kaloszami w dłoni.  

 -  Wasieńka!  -  cichutko  zawołał  anioł  tego,  który  siedział  w  przedpokoju.  Tamten  wstał 

ospale  i  powlókł  się  do  gabinetu  niczym  rozkręcony  mechanizm.  Przydymione  szkła  całkowicie 

pochłonęły mu oczy.  

 - No? - zapytał lakonicznie i sennie.  

 - Kalosze.  

 Dymne  oczy  prześlizgnęły  się  po  kaloszach  i  Persikowowi  wydało  się,  że  bokiem  zza 

szkieł  błysnęły  przez  sekundę  nie  senne  bynajmniej,  ale  przeciwnie,  zdumiewająco  przenikliwe 

źrenice. Momentalnie jednak zgasły.  

 - No, Wasieńka?  

 Ten, którego nazwano Wasieńką, odparł przywiędłym głosem.  

 - No, po co te no? Kalosze Pelenżkowskiego.  

background image

 Komitet  z  miejsca  został  pozbawiony  daru  profesora  Persikowa.  Kalosze  zniknęły  w 

papierze gazetowym. Niezmiernie uradowany anioł w trenczu wstał i jął ściskać profesorowi dłoń, 

wygłosił  nawet  niewielkie  przemówienie,  które  dałoby  się  streścić  następująco:  przynosi  to 

profesorowi zaszczyt... Profesor może być spokojny... Nikt go już więcej nie będzie niepokoił, ani 

w  Instytucie,  ani  w  domu...  zostaną  przedsięwzięte  stosowne  środki,  komorom  profesora  nic 

absolutnie nie zagraża...  

 -  A  nie  moglibyście  tak  rozstrzelać  reporterów?  -  patrząc  sponad  okularów  zapytał 

Persikow.  

 To  pytanie  niebywale  rozweseliło  gości.  Nie  tylko  posępny  malutki,  ale  nawet 

przydymiony w przedpokoju się uśmiechnął. Anioł iskrząc się i promieniejąc wyjaśnił, że to się nie 

da zrobić.  

 - A co to za kanalia była u mnie?  

 Tu wszyscy przestali się uśmiechać i anioł odpowiedział wymijająco, że taki sobie drobny 

aferzysta, nie warto się nim przejmować... niemniej on jak najbardziej stanowczo prosi obywatela 

profesora  o  zachowanie  wydarzeń  dzisiejszego  wieczora  w  absolutnej  tajemnicy,  po  czym  goście 

wyszli.  

 Persikow wrócił do gabinetu, do swych wykresów, ale i tak nie udało mu się popracować. 

Telefon  wyrzucił  z  siebie  płomienisty  krążek  i  kobiecy  głos  zaproponował  profesorowi 

siedmiopokojowe  mieszkanie,  w  razie  gdyby  chciał  się  ożenić  z  pociągającą  i  namiętną  wdową. 

Persikow zawył w słuchawkę:  

 - Radziłbym pani leczyć się u profesora Rossolimo...  

 I rozległ się następny dzwonek.  

 Teraz  Persikow  oklapł  nieco,  ponieważ  dzwoniła  z  Kremla  dość  znana  osobistość; 

osobistość  wypytywała  Persikowa  o  jego  pracę  i  wyraziła  chęć  odwiedzenia  laboratorium. 

Skończywszy  rozmowę  Persikow  otarł  czoło  i zdjął  słuchawkę  z  widełek.  Wówczas  piętro  wyżej 

zagrzmiały przeraźliwe trąby i rozległy się szlochy walkirii, radioodbiornik dyrektora Zjednoczenia 

Sukiennictwa odbierał koncert wagnerowski z Teatru Wielkiego. Persikow przy akompaniamencie 

spadającego  z  sufitu  wycia  i  łoskotu  oświadczył  Marii  Stiepanownej,  że  wytoczy  dyrektorowi 

proces, że rozwali mu radio, że wyjedzie z Moskwy do wszystkich diabłów, skoro najoczywiściej 

postanowiono się go stąd pozbyć. Stłukł lupę i położył się w gabinecie na kozetce, gdzie też zasnął 

przy nadlatujących z Teatru Wielkiego tkliwych pasażach znakomitego pianisty.  

 Niespodzianki  trwały  także  nazajutrz.  Przyjechawszy  tramwajem  do  Instytutu  Persikow 

zastał przed wejściem nie znanego sobie obywatela w modnym zielonym meloniku. Obywatel ów 

bacznie  przyjrzał  się  Persikowowi,  ale  nie  zadawał  mu  żadnych  pytań,  więc  profesor  jakoś  to 

background image

zniósł. Aliści w hallu Instytutu oprócz zdetonowanego Pankrata podniósł się na widok Persikowa 

następny melonik, który pozdrowił go uprzejmie.  

 - Dzień dobry, obywatelu profesorze.  

 -  O  co  chodzi?  -  straszliwym  głosem  zapytał  Persikow  zdzierając  z  siebie  palto  przy 

pomocy Pankrata. Ale melonik szybko Persikowa udobruchał, niezmiernie czule naszeptawszy, iż 

profesor doprawdy niepotrzebnie się denerwuje. On, melonik, po to tu jest, żeby uchronić profesora 

od wszelkich bezceremonialnych wizyt... Profesor może być spokojny nie tylko o drzwi gabinetu, 

ale  nawet  i  o  okna.  Po  czym  nieznajomy  odchylił  na  moment  klapę  marynarki  i  pokazał 

profesorowi jakiś znaczek.  

 - Hm... widzę, że nie jecie chleba za darmo - wymruczał Persikow i dodał naiwnie: - A co 

pan będzie tu jadł?  

 Melonik uśmiechnął się w odpowiedzi i wyjaśnił, że będzie zmieniany.  

 Następne trzy dni przeszły wspaniale. Dwukrotnie składano profesorowi wizyty z Kremla, 

raz przyszli studenci, którzy zdawali u Persikowa egzamin. Oblali zresztą wszyscy i widać było po 

ich twarzach, że teraz już Persikow budzi w nich lęk doprawdy zabobonny.  

 -  Niech  pan  zostanie  konduktorem!  Pan  się  nie  może  zajmować  zoologią  -  grzmiało  z 

gabinetu.  

 - Srogi? - pytał Pankrata melonik.  

 - U, nie daj Boże! - odpowiedział Pankrat. - Jak nawet który zda, to wychodzi z gabinetu 

biedaczyna, na miękkich nogach. Siódme poty na niego biją. I z miejsca - do knajpy.  

 Wśród  tych  wszystkich  zajęć  profesor  nie  zauważył,  jak  minęły  trzy  doby,  na  czwarty 

dzień jednak sprowadzono go na ziemię, a sprawił to cienki, piskliwy głos z ulicy.  

 - Panie profesorze! - zawołał ów głos zza otwartego okna gabinetu od ulicy Hercena. Głos 

miał  szczęście  -  Persikowa  ostatnie  dni  bardzo  zmęczyły.  W  owej  chwili  odpoczywał  akurat  w 

fotelu i patrzył ospale w przestrzeń zaczerwienionymi oczyma. Już nie mógł dłużej. Przeto nawet z 

niejakim zaciekawieniem wyjrzał przez okno i na trotuarze zobaczył Alfreda Bronskiego. Profesor 

od  razu  poznał  utytułowanego  posiadacza  wizytówki  po  dziwacznym  kapeluszu  i  po  notesie. 

Bronski ukłonił mu się czule i z uszanowaniem.  

 -  Ach,  to  pan?  -  zapytał  profesor.  Nie  miał  dość  sił  na  to,  by  się  rozgniewać,  a  nawet 

zaciekawiło  go,  co  będzie  dalej.  Za  osłoną  okna  czuł  się  zabezpieczony  przed  Alfredem. 

Niestrudzony  melonik  na  ulicy  niezwłocznie  zwrócił  ucho  ku  Bronskiemu.  Na  twarzy  tego 

ostatniego wykwitł rozczulający uśmiech.  

 - Dwie minutki, drogi profesorze - wytężając z chodnika głos przemówił Bronski. - Tylko 

jedno pytanko i to ściśle zoologiczne. Czy wolno mi je zadać?  

background image

 -  Niech  pan  zadaje  -  lakonicznie  i  ironicznie  odparł  Persikow  i  pomyślał:  A  jednak  ten 

szubrawiec ma w sobie coś amerykańskiego.  

 -  Co  pan  powie  a  propos  kur,  drogi  profesorze?  -  zwinąwszy  dłonie  w  trąbkę  krzyknął 

Bronski.  

 Persikow  zdumiał  się.  Przysiadł  na  parapecie,  potem  wstał,  nacisnął  guzik  i  zawołał 

wskazując palcem okno:  

 - Pankrat, wpuść tego z trotuaru.  

 Kiedy  Bronski  pojawił  się  w  gabinecie,  Persikow  posunął  się  w  swojej  uprzejmości  tak 

daleko, że szczeknął:  

 - Niech pan siada!  

 I Bronski z zachwyconym uśmiechem usiadł na obrotowym taborecie.  

 - Jeśli wolno wiedzieć - odezwał się Persikow - pan pisze tam, w tych pańskich gazetach?  

 - Tak jest - z uszanowaniem odpowiedział Alfred.  

 - Nie rozumiem zatem, jak pan może pisać, skoro pan nawet mówić po rosyjsku nie umie. 

Co to za “dwie minutki” i co to za “a propos kur”? Pan z pewnością chciał powiedzieć “Na temat 

kur”?  

 Bronski roześmiał się wodniście i z uszanowaniem:  

 - Walenty Pietrowicz poprawia.  

 - Któż to taki, ten Walenty Pietrowicz?  

 - Redaktor stylistyczny.  

 - No, dobrze. Zresztą nie jestem filologiem. Zostawmy w spokoju pańskiego Pietrowicza. 

Czego mianowicie chciałby się pan dowiedzieć na temat kur?  

 - W ogóle, wszystkiego, co pan wie, profesorze.  

 Tu Bronski uzbroił się w ołówek. Iskry triumfu błysnęły w oczach Persikowa.  

 -  Niepotrzebnie  się  pan  do  mnie  fatygował,  nie  jestem  ornitologiem.  Najsłuszniej  by  pan 

postąpił  zwracając  się  do  Jemieliana  Iwanowicza  Portugałowa  z  Pierwszego  Uniwersytetu.  Moja 

wiedza jest bardzo ograniczona...  

 Bronski  uśmiechając  się  z  zachwytem  dawał  do  zrozumienia,  że  docenił  żart  drogiego 

profesora... “żart - ograniczona!” - skrobnął w notatniku.  

 - Zresztą, skoro to pana interesuje, proszę bardzo. Kury albo grzebieniaste... ptaki z rzędu 

kuraków,  czyli  grzebiących.  Należą  do  kurowatych,  rodzina  bażantów...  -  głośno  zaczął  mówić 

Persikow  patrząc  nie  na  Bronskiego  już,  ale  gdzieś  w  przestrzeń,  gdzie  domyślać  się  należało 

tysiąca  słuchaczy...  -  Galliformes...  Phasianidae.  Są  to  ptaki  odznaczające  się  mięsno-skórnym 

grzebieniem i dwiema łopatkowymi naroślami pod dolną szczęką... hm... chociaż zresztą może być 

background image

i  jedna  na  środku  podbródka...  No,  cóż  by  tu  jeszcze.  Skrzydła  krótkie  i  wyokrąglone...  Ogon 

średniej  długości,  cokolwiek  schodkowaty,  a  nawet,  rzekłbym,  daszkowaty,  środkowe  pióra 

wygięte sierpowato... Pankrat!... Przynieś z gabinetu modeli model numer siedemset pięć, przekrój 

poprzeczny  koguta...  to  zresztą  pana  nie  zainteresuje...  Pankrat,  nie  przynoś  tego  modelu... 

Powtarzam,  nie  jestem  specjalistą,  proszę  się  zwrócić  do  Portugałowa.  No,  cóż,  osobiście  znam 

sześć  gatunków  kur  żyjących  w  stanie  dzikim...  hm...  Portugałow  zna  więcej...  w  Indiach  i  na 

archipelagu  malajskim.  Na  przykład  kur  bankiwa,  inaczej  kazintu,  Gallus  gallus,  żyje  u  podnóża 

Himalajów, w całych Indiach, w Assamie, Birmie... Kogut widłoogoniasty, czyli Gallus varius - na 

Lombok,  na  Sumbawie  i  na  wyspie  Flores.  Na  Jawie  natomiast  trafia  się  cudowny  kur  Gallus 

Eneus,  w  Indiach  południowo-wschodnich  polecam  panu  z  czystym  sumieniem  niezmiernie 

pięknego  kura  Sonneratha...  Pokażę  go  panu  potem  na  rysunku.  Jeżeli  chodzi  o  Cejlon,  to 

spotykamy tam kura Stanleya, który nie zachował się nigdzie indziej.  

 Bronski siedział z wytrzeszczonymi oczyma i notował.  

 - Czego jeszcze chciałby się pan dowiedzieć?  

 - Chciałbym się dowiedzieć czegoś o chorobach kur - cichuteńko szepnął Alfred.  

 -  Hm,  nie  moja  to  specjalność...  proszę  zapytać  Portugałowa...  No,  płazińce,  przywry, 

świeżbowiec,  ptaszyniec  kurzy,  pchły,  wesz  kurza,  czyli  pierzojad,  tasiemiec,  kurza  cholera, 

błonnicze  zapalenie  śluzówki...  pneumonomikoza,  gruźlica,  strupień,  czyli  parchy...  mało  to  jest 

chorób?...  -  iskry  tańczyły  w  źrenicach  Persikowa  -  blekotem,  nowotwory,  angielska  choroba, 

żółtaczka,  reumatyzm,  grzybek  Achorion  Schonleini...  bardzo  interesująca  choroba.  Na 

grzebieniach osobników, które na nią zapadły, występują malutkie plamki podobne do pleśni...  

 Bronski otarł pot z czoła kolorową chustką do nosa.  

 - A jaka jest zdaniem pana profesora, przyczyna obecnej katastrofy?  

 - Jakiej katastrofy?  

 - Jak to, czyżby pan nie czytał, profesorze? - zdumiał się Bronski i wyjął z teczki wymięty 

dziennik “Izwiestia”.  

 - Nie czytuję gazet - odparł Persikow i naburmuszył się.  

 - Ale dlaczego, profesorze? - serdecznie zapytał Alfred.  

 - A dlatego, że gazety piszą jakieś bzdury - wypalił bez zastanowienia Persikow.  

 - Ależ profesorze... - łagodnie wyszeptał Bronski i rozprostował dziennik.  

 -  Co  takiego?  -  zapytał  Persikow  i  nawet  wstał.  Teraz  iskry  zaczęły  tańczyć  w  źrenicach 

Bronskiego.  Ostrym,  wylakierowanym  paznokciem  podkreślił  niewiarygodnie  wielki  tytuł  przez 

wszystkie szpalty gazety: “Pomór kur w Republice”.  

 - Co? - przesuwając na czoło okulary zapytał Persikow...  

background image

Rozdział VI - Moskwa w czerwcu roku 1928  

 

 Jarzyła się, światła tańczyły, gasły, by zapłonąć na nowo. Na Placu Teatralnym wirowały 

białe  latarnie  autobusów  i  zielone  światła  tramwajów;  nad  byłym  sklepem  z  konfekcją  Mur  i 

Marylis,  nad  dziewiątym,  nadbudowanym  piętrem  podskakiwała  różnokolorowa  elektryczna 

kobieta  litera  po  literze  wyrzucając  różnokolorowe  słowa:  Kredyt  Robotniczy.  Na  skwerze 

naprzeciwko  Teatru  Wielkiego,  gdzie  po  zmierzchu  strzela  w  niebo  różnokolorowa  fontanna, 

tłoczyła się i huczała ciżba. Znad Teatru Wielkiego zaś dudnił gigantofon:  

 -  Antykurze  szczepienia  w  Instytucie  Weterynarii  w  Lefortowie  dały  doskonałe  rezultaty. 

Ilość kurzych zejść śmiertelnych w dniu dzisiejszym zmniejszyła się dwukrotnie...  

 Następnie  gigantofon  zmienił  tembr,  coś  w  nim  ryczało,  wybuchało  i  gasła  nad  teatrem 

zielona łuna, a gigantofon skarżył się basem:  

 - Powołana została nadzwyczajna komisja do  walki z kurzą zarazą, w której skład  weszli 

Ludowy  Komisarz  Zdrowia,  Ludowy  Komisarz  Rolnictwa,  kierownik  Wydziału  Hodowli 

towarzysz  Ptacha-porosiuk,  profesorzy  Persikow  i  Portugałow...  oraz  towarzysz  Rabinowicz!... 

Nowe próby interwencji... - chichotał i łkał niczym szakal gigantofon, - w związku z kurzą zarazą!  

 Teatralny  Przejazd,  Nieglinnyj  i  Łubianka  jaśniały  białymi  i  fioletowymi  pasmami, 

rozbryzgiwały promienie, wyły klaksonami, dusiły gęstym kurzem. Ciżba tłoczyła się pod murami, 

przed wielkimi płachtami obwieszczeń oświetlonych jaskrawoczerwonymi reflektorami:  

 “Pod  najsurowszą  odpowiedzialnością  karną  zabrania  się  ludności  spożywania  mięsa 

kurzego oraz jaj. Sprzedawcom prywatnym za próbę handlu wyż. wym. na bazarach grozi sąd oraz 

konfiskata  całego  mienia.  Wszyscy  obywatele  będący  w  posiadaniu  jaj  winni  niezwłocznie 

przekazać je dzielnicowym komendom milicji”.  

 Na  dachu  Gazety  Robotniczej  na  ekranie  widniała  niebotyczna  sterta  kur,  a  zielonkawi 

migoczący strażacy pospiesznie polewali je naftą z węży strażackich. Potem przebiegały po ekranie 

czerwone  fale,  puchł  i  strzępił  się  martwy  dym,  pełzł  jak  lawina,  wyskakiwały  ogniste  wyrazy: 

“Palenie kurzych zwłok na Chodynce”.  

 Wśród  wściekle  gorejących  witryn  sklepów  otwartych  do  trzeciej  nad  ranem  z  dwiema 

przerwami,  obiadową  i  kolacyjną,  ziały  ślepymi  oczodołami  zamknięte  na  głucho  wystawy  pod 

szyldami:  “Handel  jajami”.  “Gwarantowana  jakość”.  Niezmiernie  często,  wyprzedzając  z 

trwożnym  wyciem  ociężałe  autobusy,  przemykały  obok  milicjantów  syczące  samochody  z 

napisem: “moskiewski Wydział Zdrowia”. “Pogotowie Ratunkowe”.  

 - Znowu się ktoś nażarł śmierdzących jaj - szeptano w tłumie.  

background image

 Na  Pietrowskich  Liniach  jaśniała  zielonymi  i  pomarańczowymi  lampami  słynna  na  cały 

świat restauracja “Empire”, a w niej, na stolikach, obok przenośnych telefonów, leżały zaplamione 

likierami  kartoniki:  “Zgodnie  ze  specjalnym  zarządzeniem  omletów  nie  podajemy.  Otrzymaliśmy 

świeży transport ostryg”.  

 W  “Ermitage'u”,  gdzie  smętnie  jaśniały  paciorki  chińskich  lampionów  wśród  martwej, 

zduszonej  zieleni,  na  oślepiająco  rozjarzonej  estradzie  kupleciści  Szrams  i  Karamanczikow 

śpiewali kuplety, twór spółki poetyckiej Ardot i Argujew.  

 “Ach, mamo, cóż ja pocznę  

 bez jaj, bez jaj, bez jaj?  

 “ - i stepowali ogłuszająco.  

 Teatr  imienia  nieodżałowanej  pamięci  Wsiewołoda  Meyerholda,  który,  jak  wiadomo, 

zginął podczas prób nowej inscenizacji Puszkinowskiego “Borysa Godunowa”, kiedy to urwały się 

trapezy z gołymi bojarami, wyrzucił w ciemność kolorowy obrotowy szyld zapowiadający sztukę 

pisarza  Erendorga  “Kur  mór”  w  inscenizacji  i  reżyserii  ucznia  Meyerholda,  zasłużonego  reżysera 

Republiki  Kuchtermana.  Obok,  w  “Akwarium”,  tęczując  światłami  reklam  i  łyskając  damską 

półgolizną, w zieleni estrady, wśród burzliwych barw szedł faktomontaż pisarza Leniwiewa “Kurza 

twarz”. Twerską zaś ulicą, z latarenkami po obu stronach pysków szły szeregiem cyrkowe osiołki, 

dźwigając na plecach olśniewające plakaty: “W teatrze Korsz wraca na afisz “Kogut” Rostanda”.  

 Małoletni gazeciarze darli się i wyli wśród zgiełku kół i silników:  

 -  Koszmarne  odkrycie  w  podziemiu!  Polska  przygotowuje  się  do  koszmarnej  wojny!! 

Koszmarne doświadczenia profesora Persikowa!!!  

 W cyrku byłego Nikitina na mile pachnącej nawozem tłustej brunatnej arenie trupioblady 

klown Bom mówił do wydętego kraciastą puchliną Bima!  

 - Ja wiem, dlaczego ty jesteś taki smutny!  

 - Dlaczego? - piskliwie zapytywał Bim.  

 - Zakopałeś jaja w ziemi, a milicjanci z piętnastki je znaleźli!  

 - Ha-ha-ha-ha - śmiał się cyrk tak, że aż w żyłach radośnie i tęsknie zastygała krew, a pod 

leciwą kopułą kołysały się trapezy i pajęczyny.  

 -  Hop!  -  przeraźliwie  krzyczeli  klowni  i  wbiegał  spasiony  biały  koń  niosąc  na  grzbiecie 

kobietę cudnej urody, długonogą, w malinowym trykocie.  

 Nie patrząc na nikogo i nikogo nie widząc, nie zważając na poszturchiwania i ciche a czułe 

propozycje prostytutek,  kroczył przez Moskwę natchniony i samotny, uwieńczony nieoczekiwaną 

sławą  Persikow;  kroczył  ku  świetlistemu  zegarowi  koło  maneżu.  Tu,  nie  patrząc  przed  siebie, 

background image

pogrążony  w  myślach  zderzył  się  z  dziwacznym,  staroświeckim  jegomościem,  arcyboleśnie 

uderzywszy przy tym palcami o drewnianą kaburę pistoletu, który zwisał tamtemu u pasa.  

 - Ach, do diabła! - pisnął Persikow - przepraszam.  

 - To ja przepraszam - nieprzyjemnym głosem odpowiedział mężczyzna i jakoś się wreszcie 

rozczepili w ludzkiej kaszy. Profesor kierując się w stronę Preczystienki natychmiast o zdarzeniu 

zapomniał.  

  

background image

Rozdział VII - Rokk 

 

 Nie  wiadomo,  czy  rzeczywiście  tak  dobre  były  szczepionki  z  Lefortowa,  tak  niezawodne 

samarskie  oddziały  ochrony,  tak  skuteczne  drakońskie  środki,  które  zastosowano  wobec 

dostawców jaj w Kałudze i w Woroneżu, czy też tak efektywnie pracowała Moskiewska Komisja 

Nadzwyczajna - dość, że doskonale wiadomo, iż w dwa tygodnie po ostatnim spotkaniu Persikowa 

z  Alfredem  kurza  sytuacja  w  Związku  Republik  została  opanowana.  Tu  i  ówdzie  na  podwórkach 

powiatowych  mieścin  poniewierało  się  osierocone  kurze  pierze  powodując  łzawienie,  a  w 

szpitalach  ostatni  spośród  żarłoków  powracali  do  zdrowia  po  krwawej  biegunce  połączonej  z 

wymiotami.  Na  szczęście  w  całej  republice  zmarło  nie  więcej  niż  tysiąc  osób.  Do  większych 

niepokojów również nie doszło. Objawił się co prawda w Wołokołamsku prorok, który wieścił, że 

sprawcą kurzej zarazy jest nie kto inny tylko komisarze, ale nie odniósł szczególniejszego sukcesu. 

Na  wołokołamskim  bazarze  pobito  paru  milicjantów  konfiskujących  kury  babom,  a  także 

wytłuczono  szyby  w  lokalnym  urzędzie  poczt  i  telegrafu.  Na  szczęście  roztropne  władze 

wołokołamskie zastosowały odpowiednie środki, skutkiem których, po pierwsze, ustała działalność 

proroka, a po drugie, oszklono okna na poczcie.  

 Mór dotarł na północy do Archangielska i do Stiumkinowego Przysiółka, a tam zatrzymał 

się sam z siebie z tej prostej przyczyny, że dalej posuwać się już nie mógł - po Morzu Białym kury, 

jak wiadomo, nie pływają. Zatrzymał się również i we Władywostoku, dalej bowiem był ocean. Na 

dalekim  południu  zaginął  i  wygasł  gdzieś  w  wypalonych  pustkowiach  Ordubadu,  Dżulfy  i 

Karabułaku,  na  Zachodzie  zaś  w zdumiewający  sposób  zatrzymał  się  akurat  na  granicy  polskiej  i 

rumuńskiej.  Klimat  był  tam  inny  czy  co,  a  może  zrobił  swoje  kordon  sanitarny  ustawiony  przez 

sąsiedzkie  rządy,  tak  czy  owak  jest  faktem,  że  zaraza  dalej  się  nie  posunęła.  Prasa  zagraniczna 

chciwie  i  hałaśliwie  omawiała  niebywały  w  historii  pomór,  a  rząd  republik  radzieckich  bez 

zbytecznego szumu pracował bez najmniejszej przerwy. Nadzwyczajna Komisja do Walki z Kurzą 

Zarazą  przemianowana  została  na  Nadzwyczajną  Komisję  do  Spraw  Renesansu  i  Dalszego 

Rozwoju  Hodowli  Kur  w  Republice  i  uzupełniono  ją  o  jeszcze  jedną  trójkę  specjalną  w  składzie 

szesnastu 

towarzyszy. 

Powołano 

do 

życia 

“Dobrokur”, 

którego 

honorowymi 

wiceprzewodniczącymi  zostali  Persikow  i  Portugałow.  W  dziennikach  pod  ich  zdjęciami  ukazały 

się tytuły: “masowe zakupy jaj za granicą” i “Pan Hughes usiłuje sabotować kampanię jajeczną”. 

Cała  Moskwa  zaczytywała  się  zjadliwym  felietonem  redaktora  Koleczkina,  kończącym  się 

słowami: “Niech pan, panie Hughes, nie sięga po nasze jaja - ma pan własne!”  

 Profesor  Persikow  w  ciągu  ostatnich  trzech  tygodni  zaharował  się  całkiem  i  opadł  z  sił. 

Kurze wydarzenia wytrąciły go z normalnego trybu pracy i obarczyły podwójnie. Całe popołudnia i 

background image

wieczory  spędzał  teraz  na  posiedzeniach  kurzych  komisji,  a  od  czasu  do  czasu  musiał  też  znosić 

długotrwałe  rozmowy  to  z  Alfredem  Bronskim,  to  z  mechanicznym  grubasem.  Musiał  wraz  z 

profesorem  Portugałowem,  privat-docentem  Iwanowem,  oraz  Bornhardtem  robić  sekcje  i 

preparować  wycinki  poszukując  śmiercionośnych  bakterii,  a  nawet  w  trzy  wieczory  napisać  na 

chybcika  broszurę:  “O  zmianach  w  wątrobie  dotkniętych  zarazą  kur”.  Prace  w  kurzej  dziedzinie 

Persikow  prowadził  bez  szczególnego  zapału,  co  zresztą  nietrudno  zrozumieć  -  myślał  o  czymś 

zupełnie  innym,  ważnym  i  fundamentalnym,  o  tym  mianowicie,  od  czego  oderwała  go  kurza 

katastrofa,  to  znaczy  o  czerwonych  promieniach.  Rujnując  swe  i  tak  już  nadwątlone  zdrowie  nie 

sypiał,  nie  dojadał,  byle  nie  stracić  czasu,  niekiedy  w  ogóle  nie  wracał  na  Preczystienkę  tylko 

przesypiał  się  na  ceratowej  kanapce  w  kącie  gabinetu  w  Instytucie  i  noc  w  noc  do  białego  rana 

krzątał się wokół komory i mikroskopu.  

 Pod  koniec  lipca  trochę  zelżało.  Zajęcia  przemianowanej  komisji  potoczyły  się  normalną 

koleją  i  Persikow  wrócił  do  zaniedbywanej  pracy.  Mikroskopy  zostały  załadowane  nowymi 

preparatami,  w  komorze  w  bajecznym  tempie  dojrzewała  naświetlana  ikra  rybia  i  żabi  skrzek.  Z 

Królewca  przywieziono  aeroplanem  specjalnie  zamówione  szkła  i  w  ostatnich  dniach  lipca 

doglądani przez  Iwanowa mechanicy zbudowali  dwie duże komory, w których promień osiągał u 

wylotu  szerokość  pudełka  papierosów,  a  na  przeciwległej  ściance  -  aż  metra.  Persikow  wesoło 

zatarł  ręce  i  zaczął  przygotowania  do  jakichś  tajemniczych  a  zawiłych  doświadczeń.  Przede 

wszystkim  połączył  się  z  Ludowym  Komisarzem  Oświaty  i  słuchawka  wykwakała  mu  mnóstwo 

uprzejmości  oraz  wszechstronną  pomoc,  a  następnie  Persikow  również  telefonicznie  zażądał 

towarzysza  Ptachy-porosiuka,  kierownika  Wydziału  Hodowli  z  Najwyższej  Komisji.  Ptacha 

odniósł  się  do  Persikowa  z  jak  najżyczliwszą  uwagą.  Szło  o  zrealizowanie  za  granicą  wielkiego 

zamówienia  dla  profesora  Persikowa.  Ptacha  powiedział  do  słuchawki,  że  natychmiast  depeszuje 

do  Berlina  i  do  Nowego  Jorku.  Po  tej  rozmowie  Kreml  zainteresował  się,  jak  profesorowi  idzie 

praca i dostojny, łaskawy głos zapytał, czy Persikowowi nie jest potrzebny automobil.  

 - Nie, dziękuję. Wolę jeździć tramwajem - odpowiedział Persikow.  

 - Ależ dlaczego? - zapytał tajemniczy głos i uśmiechnął się pobłażliwie.  

 W ogóle wszyscy rozmawiali z Persikowem bądź pełni uszanowania i zalęknienia, bądź z 

życzliwym uśmiechem, jaki się ma dla małego, cóż, że wyrośniętego dziecka.  

 -  Tramwaj  jest  szybszy  -  odpowiedział  Persikow,  na  co  dźwięczny  bas  w  słuchawce 

odpowiedział:  

 - No, jak sobie chcecie.  

 Minął jeszcze tydzień, Persikow, coraz dalszy myślami od schodzącej na drugi plan kurzej 

problematyki całkowicie pogrążył się w studiach nad promieniami. Pod wpływem nie przespanych 

background image

nocy  i  przemęczenia  głowa  profesora  stała  się  jasna,  jak  gdyby  przezroczysta  i  lekka.  Czerwone 

kręgi nie znikały mu teraz z powiek i niemal  wszystkie noce Persikow spędzał w  Instytucie. Raz 

tylko opuścił zoologiczne sanktuarium, by w ogromnej sali Centralnej Komisji do Spraw Poprawy 

Bytu  Uczonych  na  Preczystience  wygłosić  odczyt  o  swoim  promieniu  i  o  jego  oddziaływaniu  na 

komórki jajowe. Był to gigantyczny triumf zoologa-dziwaka. Od oklasków w sali kolumnowej coś 

się  osypywało,  spadało  z  sufitu,  a  brzęczące  lampy  łukowe  zalewały  światłem  czarne  smokingi 

“Cekapebeuistów”  i  białe  suknie  dam.  Na  estradzie  obok  mówcy  siedziało  szarzejąc  na  półmisku 

na  szklanym  stole  wilgotne  żabsko  wielkości  kocura  i  ciężko  dyszało.  Na  estradę  rzucono 

karteczki. Siedem z nich były to liściki miłosne, te Persikow podarł. Przewodniczący C$k$p$b$u 

siłą  wyciągnął  go  na  estradę.  Persikow  kłaniał  się  poirytowany,  dłonie  miał  wilgotne  od  potu, 

czarny krawat, siedział mu nie pod brodą, ale za lewym uchem. W mgiełce przed nim pływały setki 

żółtych  twarzy  i  białych  gorsów,  i  nagle  mignęła  i  znikła  za  którąś  białą  kolumną  żółta  kabura 

pistoletu. Persikow zauważył ją kątem oka i zaraz o niej zapomniał. Ale kiedy schodził po odczycie 

do wyjścia po malinowym chodniku zaściełającym schody, nagle zasłabł. Coś czarnego przesłoniło 

na moment rozjażony żyrandol w hallu i Persikowowi zrobiło się niedobrze, zemdliło go...  

 Wydało  mu  się,  że  czuje  swąd,  że  ścieka  mu  po  szyi  lepka  i  gorąca  krew...  I  profesor 

drżącą ręką uchwycił się poręczy.  

 - Źle się pan czuje, profesorze? - zaatakowały go zewsząd zaniepokojone głosy.  

 -  Nie,  nie  -  wracając  do  siebie  odparł  Persikow  -  jestem  po  prostu  przemęczony...  tak... 

Poproszę o szklankę wody.  

 Był  bardzo  słoneczny  dzień  sierpniowy.  Przeszkadzał  profesorowi,  więc  zasłony  były 

opuszczone.  Tylko  jeden  reflektor  na  przegubowym  ramieniu  rzucał  snop  ostrego  światła  na 

zawalony  instrumentami  i  szklanymi  naczyniami  szklany  stół.  Odchyliwszy  oparcie  obrotowego 

fotela znużony Persikow palił papierosa i poprzez obłok dymu patrzył martwym ze zmęczenia, ale 

przecież  rozradowanym  wzrokiem  w  uchylone  drzwiczki  komory,  gdzie  nieruchomy  snop 

czerwonych promieni podgrzewał nieco i tak już duszne i nieświeże powietrze w gabinecie.  

 Ktoś zapukał do drzwi.  

 - Tak - powiedział Persikow. Drzwi skrzypnęły łagodnie, wszedł Pankrat. Wyprężył się jak 

struna i blednąc ze strachu w obliczu bóstwa powiedział co następuje:  

 - Rokk, panie profesorze, do pana przyszedł.  

 Coś w rodzaju uśmiechu zjawiło się na policzkach uczonego. Zmrużył oczy i rzekł:  

 - To ciekawe. Ale jestem zajęty.  

 - Mówi, że ma rządowy papier z Kremla.  

background image

 - Rok (los, fatum ) z papierem? Rzadkie połączenie - wyrzekł Persikow i dodał: - Ano, daj 

no go tutaj!   

 - Wedle rozkazu - odpowiedział Pankrat i jakby go zdmuchnęło.  

 Po chwili drzwi skrzypnęły znowu i ktoś stanął w progu. Persikow zgrzytnął śrubą i sponad 

okularów spojrzał przez ramię na przybyłego. Persikow daleki był od realnej rzeczywistości, świat 

go nie interesował, ale w tym wypadku nawet jemu rzuciła się w oczy główna i zasadnicza cecha 

przybysza.  Przybysz  był  dziwacznie  staromodny.  W  tysiąc  dziewięćset  dziewiętnastym  ten 

człowiek  byłby  jak  najbardziej  na  miejscu  na  stołecznych  ulicach,  byłby  do  zniesienia  i  w 

dwudziestym czwartym, a ściślej w jego początkach, ale w dwudziestym ósmym sprawiał wrażenie 

niezwykłe.  Podczas  gdy  nawet  najbardziej  zacofany  oddział  proletariatu  -  piekarze  -  chodził  w 

marynarkach,  podczas  gdy  w  Moskwie  do  rzadkości  należał  trencz,  staromodny  ubiór  zarzucony 

ostatecznie  pod  koniec  roku  tysiąc  dziewięćset  dwudziestego  czwartego,  przybyły  miał  na  sobie 

skórzaną  kurtkę  z  wyłogami,  zielone  spodnie,  na  nogach  owijacze  i  sztylpy,  na  biodrze  zaś,  w 

obłupanej  żółtej  kaburze  olbrzymi  pistolet  mauzer  starego  typu.  Twarz  przybyłego  wywarła  na 

Persikowie  takie  samo  wrażenie,  jakie  wywierała  na  wszystkich  -  wyjątkowo  niesympatyczne 

wrażenie. Malutkie oczka spoglądały na świat ze zdumieniem, ale i z góry, a w krótkich nogach i 

platfusowych  stopach  było  coś  bezceremonialnego.  Twarz  wygolona  do  siności.  Persikow  z 

miejsca się nachmurzył. Nieubłaganie zgrzytnął śrubą i patrząc na przybysza już nie sponad szkieł, 

ale przez szkła, powiedział:  

 - Przyniósł pan papier? Gdzież on jest?  

 Gość  najwyraźniej  był  oszołomiony  tym,  co  zobaczył.  W  zasadzie  nie  zwykł  się  peszyć, 

teraz  jednakże  był  stropiony.  Sądząc  po  wyrazie  oczu  gościa,  wstrząsnęła  nim  przede  wszystkim 

sięgająca sufitu dwunastopółkowa szafa pełna książek. Następnie, oczywiście, komory, w których 

niczym w piekle płonął malinowy, spęczniały w szkłach promień. Sam Persikow w półmroku obok 

ostrej igły promienia wypadającego z reflektora był wystarczająco niesamowity i majestatyczny w 

swoim obrotowym fotelu. Przybysz zapatrzył się nań, w jego oczach najwyraźniej tańczyły iskierki 

zmieszanego z pewnością siebie uszanowania, papieru żadnego nie podał, powiedział natomiast:  

 - Jestem Aleksander Siemionowicz Rokk!  

 - Tak? Więc co z tego?  

 -  Otrzymałem  nominację  na  kierownika  wzorcowego  sowchozu  “Czerwony  Promień”  - 

wyjaśnił przybyły.  

 - No i co?  

 - No i mam do was, towarzyszu, pewną poufną sprawę.  

 - Ciekawe. Proszę się streszczać, w miarę możliwości.  

background image

 Przybysz  rozpiął  kurtkę  i  wyjął  z  zanadrza  wystukaną  na  wybornym  grubym  papierze 

nominację.  Podał  ją  Persikowowi.  Po  czym  nie  czekając  na  zaproszenie  usiadł  na  obrotowym 

taborecie.  

 - Niech pan nie potrąci stołu - powiedział z nienawiścią Persikow.  

 Przybysz  lękliwie  obejrzał  się  na  stół.  Na  jego  przeciwległym  końcu  w  wilgotnym 

ciemnym otworze czyjeś oczy lśniły martwo jak dwa szmaragdy. Wiało od nich mrozem.  

 Przeczytawszy dokument Persikow zerwał się z taboretu i dopadł telefonu. W kilka sekund 

później mówił już spiesznie i z najwyższym zdenerwowaniem:  

 -  Wybaczcie...  Nie  mogę  zrozumieć...  Jakże  to  tak?  Ja...  Bez  mojej  zgody,  bez  pytania... 

Przecież diabli wiedzą, co on narozrabia!  

 W tym momencie dotknięty do żywego nieznajomy odwrócił się na taborecie.  

 - Bardzo przepraszam - zaczął - jestem kierow...  

 Ale Persikow machnął na niego haczykiem i kontynuował:  

 - Wybaczcie, nie mogę zrozumieć... Ja, wreszcie, kategorycznie protestuję. Nie daję mojej 

sankcji na doświadczenia z jajkami... Przynajmniej do czasu, dopóki sam nie spróbuję...  

 W  słuchawce  coś  kwakało  i  postukiwało  i  nawet  z  pewnej  odległości  można  się  było 

zorientować, że pobłażliwy głos w słuchawce rozmawia z małym dzieckiem. Skończyło się na tym, 

że pąsowy Persikow z trzaskiem odłożył słuchawkę i powiedział obok niej, do ściany:  

 - Ja umywam ręce.  

 Wrócił do stołu, sięgnął po papier, przeczytał go raz z góry na dół ponad okularami, potem 

jeszcze raz z dołu do góry przez okulary i nagle zawył:  

 - Pankrat!  

 Pankrat  stanął  w  drzwiach,  jakby  wyskoczył  z  zapadni  w  operze.  Persikow  spojrzał  na 

niego i szczeknął:  

 - Wynoś się, Pankrat!  

 I Pankrat, którego twarz nie zdradziła nawet odrobiny zdziwienia, zniknął.  

 Następnie Persikow zwrócił się do przybyłego i zaczął mówić:  

 - Najmocniej przepraszam... Róbcie sobie, co chcecie. To nie moja rzecz. Mnie to zresztą 

nie interesuje...  

 Przybysza profesor nie tyle uraził, ile zdumiał.  

 - Przepraszam - zaczął przybyły - jesteście wszak towarzyszem?...  

 - Co pan ciągle “towarzyszu” i “towarzyszu”... - posępnie oddudnił Persikow i zamilkł.  

 - Ładne rzeczy! - odmalowało się na twarzy Rokka.  

 - Przep...  

background image

 - A więc proszę, przerwał mu Persikow. - Oto lampa łukowa. Z niej, przesuwając okular, 

otrzyma  pan  -  Persikow  szczęknął  pokrywą  komory,  która  przypominała  aparat  fotograficzny  - 

wiązkę, którą następnie może pan regulować przesuwając obiektyw, oto numer jeden... a tu lustro 

numer dwa - Persikow zgasił płomień i znów rzucił go na azbestową podłogę komory - na podłodze 

zaś,  w  polu  padania  promienia,  może  pan  sobie  rozłożyć  co  się  panu  żywnie  podoba  i  robić 

doświadczenia. Niezmiernie proste, prawda?  

 Persikow  chciał  wyrazić  ironię  i  pogardę,  ale  przybysz  tego  nie  zauważył,  uważnie 

wpatrywał się błyszczącymi oczkami w komorę.  

 -  Uprzedzam  tylko  -  ciągnął  Persikow  -  że  nie  należy  wsuwać  rąk  w  promień,  ponieważ, 

jak  zauważyłem,  powoduje  on  hipertrofię  naskórka...  a  czy  to  zmiany  złośliwe,  czy  nie,  tego 

jeszcze, niestety nie zdążyłem ustalić.  

 Tu  gość  zwinnie  ukrył  dłonie  za  plecami  upuściwszy  przy  tym  skórzaną  cyklistówkę  i 

spojrzał na ręce profesora. Przepalone były jodyną, a prawa zabandażowana w nadgarstku.  

 - A wy, profesorze?  

 - U Szwabego na Kuznieckim Moście może pan sobie kupić gumowe rękawiczki - odparł z 

irytacją profesor. - Ja nie mam obowiązku o to się troszczyć.  

 Tu Persikow spojrzał na swego gościa niczym przez lupę:  

 - Skąd się pan wziął? W ogóle... dlaczego pan?...  

 Rokk w końcu strasznie się obraził.  

 - Bardzo przepra...  

 -  Przecież  trzeba  przynajmniej  wiedzieć,  o  co  chodzi!...  Dlaczego  pan  się  uczepił  tego 

promienia?...  

 - Dlatego, że to sprawa największej, ogromnej wagi...  

 - Aha. Największej? W takim razie... Pankrat!  

 A kiedy Pankrat się zjawił:  

 - Poczekaj, zastanowię się.  

 I Pankrat pokornie czekał.  

 - Nie mogę - mówił Persikow - zrozumieć jednej rzeczy: po co ten pośpiech, ta tajemnica?  

 - Jużeście mnie, profesorze, zbili z pantałyku  - odpowiedział Rokk. - Wiecie przecież, że 

nam kury wyzdychały co do nogi.  

 -  Więc  co  z  tego?  -  wrzasnął  Persikow.  -  Chce  je  pan  momentalnie  wskrzesić,  czy  jak?  I 

dlaczego akurat za pomocą nie zbadanego jeszcze promienia?  

background image

 -  Towarzyszu  profesorze  -  oświadczył  Rokk  -  słowo  daję,  że  nie  wiem,  co  mam 

odpowiedzieć.  Mówię  wam  przecież,  że musimy  odbudować  w  kraju  hodowlę  kur,  bo  za  granicą 

wypisują o nas okropne rzeczy. Tak.  

 - A niech sobie wypisują...  

 - No, wiecie... - zagadkowo powiedział Rokk i pokręcił głową.  

 - Któż to, ciekaw bym wiedzieć, wpadł na pomysł hodowania kur z jajek...  

 - Ja - odparł Rokk.  

 -  Aha...  Ta-ak...  A  czemuż  to,  jeśli  wolno?  Skąd  się  pan  dowiedział  o  właściwościach 

promienia?  

 - Byłem, profesorze, na waszym odczycie.  

 - Niczego jeszcze z jajkami nie robiłem... Mam dopiero zamiar!  

 -  Jak  Boga  kocham,  uda  się!  -  z  nagłym  przekonaniem,  żarliwie  zapewnił  Rokk.  -  Wasz 

promień jest tak znakomity, że można by hodować nawet słonie, nie tylko kurczęta.  

 - Wie pan co - powiedział Persikow - pan nie jest zoologiem? Nie? Szkoda... Byłby z pana 

nader  odważny  eksperymentator...  Tak...  ale  ryzykuje  pan  -  niepowodzenie...  I  tylko  zabiera  pan 

mój czas...  

 - Zwrócimy wam komory. Co znaczy...  

 - Kiedy?  

 - No, jak tylko wyhoduję pierwszą partię.  

 - Z jakim przekonaniem pan to mówi! Dobrze. Pankrat!  

 - Mam ze sobą ludzi - powiedział Rokk - i konwojentów...  

 Przed wieczorem  gabinet Persikowa osierociał... Opustoszały stoły.  Ludzie Rokka zabrali 

wszystkie  trzy  wielkie  komory,  pozostawiając  profesorowi  tylko  jego  pierwszą,  malutką,  tę,  w 

której rozpoczynał doświadczenia.  

 Zapadł  lipcowy  zmierzch,  szarość  ogarnęła  Instytut,  popłynęła  korytarzami.  Z  gabinetu 

słychać było monotonne kroki - to Persikow nie zapalając światła przemierzał olbrzymi pokój od 

okna  do  drzwi...  Dziwna  rzecz:  jakiś  niewytłumaczalnie  smutny  nastrój  owładnął  tego  wieczora 

wszystkimi,  którzy  znajdowali  się  w  Instytucie,  także  zwierzętami.  Żaby  nie  wiadomo  dlaczego 

rozpoczęły  wyjątkowo  smętny  koncert,  rechotały  złowieszczo,  ostrzegawczo.  Pankrat  zmuszony 

był polować po korytarzach na węża, który uciekł ze swojej skrzynki, a kiedy go wreszcie zdybał, 

wąż miał minę, jakby gotów był uciekać gdzie oczy poniosą, byle tylko zwiać z tego miejsca.  

 O głębokim zmierzchu rozległ się dzwonek z gabinetu Persikowa. Pankrat stanął w progu. I 

ujrzał  obraz  straszliwy.  Uczony  stał  samotnie  na  środku  gabinetu  i  patrzył  na  stoły.  Pankrat 

odkaszlnął i zamarł.  

background image

 - Tak, Pankrat - powiedział Persikow i wskazał opustoszały stół.  

 Pankrat  przeraził  się.  Wydało  mu  się  po  ciemku,  że  profesor  ma  oczy  zapuchnięte  od 

płaczu. To było tak niesłychane, tak straszne...  

 - Tak jest - płaczliwie odpowiedział Pankrat i pomyślał: Lepiej byś już na mnie nakrzyczał!  

 -  Tak  -  powtórzył  Persikow  i  wargi  mu  drgnęły  dokładnie  tak  samo,  jak  drgają  dziecku, 

któremu ni stąd ni zowąd odebrano ukochaną zabawkę.  

 - Wiesz, Pankrat, mój drogi - odwracając się do okna ciągnął Persikow - moja żona, która 

wyprowadziła  się  przed  piętnastoma  laty  i  występowała  potem  w  operetce,  teraz,  okazuje  się, 

umarła... Taka to historia, kochany... Otrzymałem list...  

 - Żaby darły się żałośnie i mrok pochłaniał profesora, oto ona... noc... Moskwa... zapalały 

się gdzieś tam jakieś białe lampy za szybami... Stropiony Pankrat cierpiał, ze strachu prężąc się jak 

struna...  

 - Idź już, Pankrat - z trudem wyrzekł profesor i machnął ręką. - Kładź się spać, mój drogi, 

kładź się, gołąbeczku.  

 I  zapadła  noc.  Pankrat  z  gabinetu  wybiegł  nie  wiedzieć  czemu  na  palcach,  przybiegł  do 

swojej  izdebki,  rozgrzebał  szmaty  w  kącie,  wydobył  spod  nich  napoczętą  flaszkę  rosyjskiej 

gorzałki  i  jednym  haustem  łyknął  około  szklanki.  Zagryzł  chlebem  z  solą  i  oczy  mu  cokolwiek 

poweselały.  

 Późnym  wieczorem,  już  blisko  północy,  bosy  Pankrat  siedział  na  ławce  w  wątle 

oświetlonym hallu i mówił do nieodmiennie czuwającego dyżurnego melonika drapiąc się przy tym 

w pierś pod perkalową koszulą:  

 - Lepiej by już zabili, jak Bo...  

 - Naprawdę płakał? - z zainteresowaniem pytał melonik?  

 - Jak... Bo - zapewniał Pankrat...  

 - Wielki uczony - przytaknął melonik. - Wiadoma rzecz, żaba żony nie zastąpi.  

 - Skąd - przytaknął Pankrat.  

 Potem pomyślał i dodał:  

 -  Myślę  ściągnąć  tu  moją  babę...  Bo  i  co  ma  sama  siedzieć  we  wsi?  Tylko  że  ona  tych 

wszystkich gadów nie znosi...  

 - Okropne obrzydlistwo, co tu gadać - przytaknął melonik.  

 Z gabinetu uczonego nie dobiegał żaden dźwięk. Zresztą światło też się tam nie paliło. Nie 

było jasnej szpary pod drzwiami.  

  

background image

Rozdział VIII -  Wydarzenia w sowchozie  

 

 Z  całą  pewnością  nie  ma  piękniejszej  pory  roku  aniżeli  dojrzały  sierpień  w  guberni, 

powiedzmy  smoleńskiej.  Lato  roku  tysiąc  dziewięćset  dwudziestego  ósmego  było,  jak  wiadomo, 

wyjątkowo  piękne,  na  wiosnę  deszcze  spadły  w  samą  porę,  słońce  grzało  jak  należy,  urodzaj  był 

znakomity...  Jabłka  w  byłym  majątku  Szeremietiewów  dojrzewały...  Zieleniły  się  lasy,  żółkły 

kwadraty  pól...  Na  łonie  przyrody  nawet  człowiek  staje  się  lepszy.  Tu  Aleksander  Siemionowicz 

nie  zrobiłby  tak  nieprzyjemnego  wrażenia  jak  w  mieście.  Zresztą  nie  chodził  teraz  w  swoim 

okropnym  trenczu.  Twarz  miał  opaloną  na  miedź,  rozpięta  perkalowa  koszula  ukazywała  pierś 

porośniętą  gęstym  czarnym  włosem,  spodnie  miał  Aleksander  Siemionowicz  z  żaglowego  płótna. 

Jego oczy stały się spokojniejsze, więcej w nich było dobroci.  

 Aleksander Siemionowicz zbiegł żywo z tarasu pod kolumnami, do jednej z nich przybity 

był szyld z gwiazdą:  

 Sowhoz  “Czerwony  Promień”  i  pobiegł  prosto  do  półciężarówki,  która  przywiozła  pod 

konwojem trzy czarne komory.  

 Przez  cały  dzień  Aleksander  Siemionowicz  krzątał  się  wraz  ze  swymi  pomocnikami, 

ustawiał  komory  w  byłym  ogrodzie  zimowym,  w  oranżerii  Szeremietiewów...  Przed  wieczorem 

wszystko było gotowe. Pod szklanym dachem zapłonęła biała matowa kula, ustawiono na cegłach 

komory,  a  mechanik,  który  przyjechał  wraz  z  nimi,  pokręciwszy  lśniące  śruby  i  poszczękawszy 

narzędziami, zapalił na azbestowych dnach czarnych skrzyń tajemniczy czerwony promień.  

 Aleksander  Siemionowicz  doglądał  wszystkiego,  sam  właził  na  drabinę,  żeby  sprawdzić 

przewody.  

 Nazajutrz  ta  sama  ciężarówka  wróciła  ze  stacji  kolejowej  i  wypluła  trzy  skrzynki  ze 

wspaniałej gładkiej dykty oklejone ze wszystkich boków nalepkami frachtu i - białymi na czarnym 

tle napisami:  

 Vorsicht: Eier!  

 Ostrożnie: Jajka!  

 - Co tak mało przysłali? - zdziwił się Aleksander Siemionowicz, ale natychmiast zajął się 

przesyłką, zaczął wypakowywać jajka.  

 Rozpakowywano  skrzynki  w  tejże  oranżerii,  a  brali  w  tym  udział  sam  Aleksander 

Siemionowicz, jego niebywałej tuszy żona Mania, jednooki były ogrodnik byłych Szeremietiewów 

zajmujący  obecnie  w  sowchozie  uniwersalne  stanowisko  stróża,  skazany  na  zamieszkanie  w 

sowchozie  funkcjonariusz  bezpieczeństwa  i  sprzątaczka  Dunia.  To  nie  Moskwa  i  wszystko  tutaj 

odbywało  się  bardziej  po  prostu,  bardziej  rodzinnie,  bardziej  po  przyjacielsku.  Aleksander 

background image

Siemionowicz  komenderował  i  miłośnie  spoglądał  na  skrzynki,  które  w  delikatnym 

przedwieczornym  świetle  sączącym  się  przez  szklany  dach  oranżerii  wyglądały  jak  wytwornie 

zapakowane  upominki.  Karabin  konwojenta  błogo  drzemał  przy  drzwiach,  on  sam  zaś  zrywał 

obcęgami  metalowe  klamry  i  taśmy  ze  skrzyń.  Dykta  trzeszczała...  Wzbijał  się  kurz.  Aleksander 

Siemionowicz człapiąc sandałami krzątał się wokół skrzynek.  

 - Ostrożnie, błagam - mówił do funkcjonariusza. - Delikatniej. Nie wiecie, że to jajka?  

 - To nic - chrypiał gminny bojownik wyważając wieko. - Zaraz...  

 Tr-r-r  i  wzbijał  się  kurz.  Jaja  były  zapakowane  komfortowo:  pod  drewnianym  wiekiem 

znajdowała  się  warstwa  pergaminu,  pod  nią  karton,  potem  następowała  gruba  warstwa  wiórów, 

potem trociny i w tych trocinach widać było białe łebki jajek.  

 - Zagraniczne opakowanie - grzebiąc w trocinach mówił czule Aleksander Siemionowicz. - 

Nie to co u nas. Mańka, ostrożniej, bo stłuczesz.  

 - Całkiem żeś ty zgłupiał, Aleksander - odpowiadała żona. - Wielkie mi rzeczy, myślałby 

kto. Co to ja nigdy jajek nie widziałam? Och!... Jakie duże!  

 - Zagranica - mówił Aleksander Siemionowicz wykładając jaja na drewniany stół - to nie to 

co nasze chłopskie jaja... Wszystkie na pewno, psia ich mać, niemieckie bramaputry...  

 - Pewnie - potakiwał konwojent podziwiając jaja.  

 -  Nie  rozumiem  tylko,  dlaczego  są  takie  brudne  -  mówił  z  zadumą  Aleksander 

Siemionowicz... - Mania, doglądaj. Niech rozładowują dalej, a ja idę do telefonu.  

 I wyruszył do telefonu w biurze sowchozu po drugiej stronie podwórza.  

 Wieczorem  w  gabinecie  w  Instytucie  Zoologii  zaterkotał  telefon.  Profesor  Persikow 

zwichrzył czuprynę i podszedł do aparatu.  

 - No? - zapytał.  

 - Będzie z wami rozmawiała prowincja - cicho, chrapliwie odezwała się kobiecym głosem 

słuchawka.  

 - No, słucham - z obrzydzeniem rzucił Persikow w czarną paszczę słuchawki... Coś w niej 

szczęknęło, potem oddalony męski głos z niepokojem powiedział w samo ucho:  

 - Czy myć jajka, profesorze?  

 - Co takiego? Co! O co pan pyta? - zirytował się Persikow. - Skąd pan mówi?  

 - Z Nikolskiego, gubernia smoleńska - odpowiedziała słuchawka.  

 - Nic nie rozumiem. Nie znam żadnego Nikolskiego. Kto mówi?  

 - Rokk - surowo powiedziała słuchawka.  

 - Co za Rokk? Ach, rozumiem... to pan... więc o co pan pyta?  

 - Czy je myć? Przysłali mi z zagranicy transport kurzych jaj...  

background image

 - No i?  

 - ... a one takie jakieś uświnione...  

 -  To  chyba  jakaś  pomyłka...  Jakże  one  mogą  być  “uświnione”,  jak  pan  się  wyraził.  No, 

oczywiście, może trochę... no, pomiot przysechł... albo coś jeszcze...  

 - To nie myć?  

 - Oczywiście, że nie trzeba... A co, chce pan już ładować jaja do komór?  

 - Już ładuję. Tak - odpowiedziała słuchawka.  

 -Hm - chrząknął Persikow.  

 - To na razie - cmoknęła słuchawka i umilkła.  

 -  “Na  razie”  -  z  nienawiścią  powtórzył  Persikow  privat-docentowi  Iwanowowi  -  jak  się 

panu podoba ten typek?  

 Iwanow się roześmiał.  

 - To był on? Wyobrażam sobie, co on tam wypiecze z tych jaj.  

 - T... t... t... - gniewnie zaczął mówić Persikow - wyobraża pan sobie... no, pięknie... bardzo 

możliwe, że na deuteroplazmę jaja kurzego promień będzie oddziaływał w taki sam sposób jak na 

plazmę płazów. Bardzo możliwe, że kury mu się wyklują. Ale przecież ani pan, ani ja nie możemy 

przewidzieć, jakie te kury będą... Może diabła warte. Może będą niejadalne. Czy na przykład mogę 

zaręczyć, że potrafią ustać na własnych nogach? Może będą miały zbyt łamliwe kości? - Persikow 

wpadł w zapał, wymachiwał ręką, zaginał palce.  

 - Święta prawda - zgodził się z nim Iwanow.  

 -  A  czy  pan  może  zaręczyć,  że  te  kury  będą  się  rozmnażać?  Może  ten  typek  wyhoduje 

bezpłodne kury? Co z tego, że będą wielkości psa, jeśli na kurczaki trzeba będzie czekać do końca 

świata?  

 - Trudno powiedzieć - zgodził się z nim Iwanow.  

 -  Co  za  nonszalancja!  -  denerwował  się  Persikow.  -  Jaka  bezceremonialność!  Proszę 

zwrócić  uwagę,  że  polecono  mi  instruować  tego  drania!  -  Persikow  wskazał  przyniesiony  przez 

Rokka  papier,  który  jeszcze  poniewierał  się  na  stole  laboratoryjnym.  -  A  jakże  ja  mogę  go 

instruować, tego ćwierćinteligenta, skoro sam nie mam w tej sprawie nic do powiedzenia!  

 - Czy nie mógł pan odmówić? - zapytał Iwanow.  

 Persikow  spurpurowiał,  wziął  papier  i  pokazał  go  Iwanowowi.  Iwanow  przeczytał  i 

uśmiechnął się ironicznie.  

 - Ta-ak... - powiedział znacząco.  

background image

 - Proszę zwrócić uwagę, że od dwóch miesięcy czekam na realizację mojego zamówienia i 

ani  widu,  ani  słychu.  A  jemu  momentalnie  przysłali  jaja  i  w  ogóle  otrzymał  wszelką  możliwą 

pomoc.  

 - Nic mu z tego nie wyjdzie, panie profesorze. Skończy się na tym, że po prostu oddadzą 

nam komory.  

 - Byle jak najszybciej, przecież oni w ten sposób opóźniają moje eksperymenty.  

 - To właśnie jest najsmutniejsze. Ja mam wszystko gotowe.  

 - Dostał pan skafandry?  

 - Tak, dzisiaj.  

 Persikow nieco się uspokoił i ożywił.  

 - Uhu... myślę, że zrobimy tak. Drzwi sali można będzie zamknąć na stałe, otworzymy za 

to okno...  

 - Oczywiście - przytaknął Iwanow.  

 - Trzy hełmy?  

 - Tak. Trzy.  

 - Więc tak... Zatem pan, ja i jeszcze któryś ze studentów. Damy mu trzeci hełm.  

 - Może Grynmut.  

 -  To  ten,  który  teraz  zajmuje  się  u  pana  salamandrami?...  Hm...  niczego  sobie...  chociaż, 

przepraszam,  na  wiosnę  nie  potrafił  mi  powiedzieć,  jak  jest  zbudowany  pęcherz  pławny  u 

nagozębych - pamiętliwie dorzucił Persikow.  

 - Nie, on się nada... To dobry student. - Iwanow wziął w obronę Grynmuta.  

 - Trudno, czeka nas nie przespana noc - ciągnął Persikow. - Tylko, wie pan, kolego, proszę 

jeszcze  sprawdzić  gaz,  bo  wie  pan,  po  nich  wszystkiego  można  się  spodziewać.  Przyślą  jakieś 

świństwo...  

 -  Nie,  nie  -  zamachał  rękami  Iwanow  -  wczoraj  sprawdzałem.  Trzeba  im  oddać 

sprawiedliwość, panie profesorze, to doskonały gaz.  

 - Na czym pan go wypróbowywał?  

 - Na zwyczajnych żabach. Wystarczy puścić  go trochę, a zdychają natychmiast. Ach, jest 

jeszcze jedna sprawa... Proszę napisać pisemko do GPU, żeby nam przysłali elektryczny rewolwer.  

 - Ależ ja się nie potrafię z nim obchodzić...  

 -  Biorę  to  na  siebie  -  odpowiedział  Iwanow.  -  Strzelaliśmy  z  tego  nad  Klaźmą,  dla 

zabawy...  mieszkał  tam  obok  mnie  jeden  gepista...  To  wspaniała  broń.  Nadzwyczajna...  Strzela 

bezgłośnie, kładzie trupem na sto kroków. Strzelaliśmy do wron... Moim zdaniem moglibyśmy się 

obejść nawet bez gazu.  

background image

 -  Hm...  -  to  interesujący  pomysł...  Bardzo  interesujący.  -  Persikow  poszedł  do  kąta, 

podniósł słuchawkę i kwaknął...  

 - Proszę mi dać tę, no, jak jej tam... Łubiankę...  

 Panowały  upały  nie  do  wytrzymania.  Wyraźnie  widać  było,  jak  przelewa  się  nad  polami 

tłusty,  przezroczysty  skwar.  Noce  nastały  cudowne,  zwodnicze,  zielone.  Świecił  księżyc  i  byłą 

posiadłość Szeremietiewów czynił tak piękną, że trudno to opisać. Pałac-sowchoz świecił się, jakby 

był z cukru, w parku drżały cienie, stawy zaś stały się dwubarwne, ławica księżycowej poświaty, a 

na  połowie  mrok  bez  dna.  W  księżycowym  świetle  można  było  bez  trudu  czytać  “Izwiestia”, 

wyjąwszy  dział  szachowy,  składany  drobniutkim  nonparelem.  Ale  w  takie  noce  nikt  “Izwiestii”, 

rzecz jasna nie czytał... Sprzątaczka Dunia znalazła się jakimś trafem w zaroślach za sowchozem i 

tamże,  dziwnym  zbiegiem  okoliczności,  znalazł  się  rudowąsy  kierowca  rozklekotanej 

półciężarówki.  Co  tam  robili  -  nie  wiadomo.  Skryli  się  w  niepewnym  cieniu  wiązu,  wprost  na 

rozścielonym  skórzanym  płaszczu  szofera.  W  kuchni  paliła  się  żarówka,  jedli  tam  kolację  dwaj 

ogrodnicy, a madame Rokk w białej kapocie siedziała pod kolumnami tarasu i marzyła, wpatrzona 

w rzadkiej urody księżyc.  

 O  dziesiątej  wieczorem,  kiedy  ucichły  ostatnie  głosy,  w  leżącej  za  sowchozem  wsi 

Koncowka rozbrzmiały w idyllicznym pejzażu cudnie tkliwe dźwięki fletu. Pióro tego nie opisze, 

jak bardzo pasowały, tu nad tymi zagajami i byłymi kolumnami pałacu Szeremietiewów. Pastelowa 

Liza z “Damy Pikowej” zmieszała swój sopran w duecie z namiętnym altem Pauliny i wzniosła się 

na księżycowe wyżyny niczym widmo starego, a przecież tak bezbrzeżnie miłego, rozczulającego 

do łez reżimu.  

 Już wieczór zapadł... Już wieczór zapadł... - grał wśród westchnień i fiorytur flet.  

 Zarośla zamarły, a zwodnicza jak leśna rusałka Dunia słuchała tego duetu tuląc policzek do 

chropawego, rudego i mężnego policzka kierowcy.  

 - Fajnie podgrywa, sukinsyn - powiedział szofer obejmując mężnym ramieniem talię Duni.  

 Na  flecie  grał  osobiście  kierownik  sowchozu  Aleksander  Siemionowicz  Rokk,  a  grał, 

należy  mu  przyznać,  doskonale.  Rzecz  w  tym,  że  flet  to  była  niegdyś  specjalność  Aleksandra 

Siemionowicza.  Aż  do  roku  tysiąc  dziewięćset  siedemnastego  grał  w  znanym  zespole 

instrumentalnym  maestro  Pietuchowa,  który  co  wieczór  wypełniał  harmonią  dźwięków  foyer 

przytulnego  kinoteatru  “Czarowny  Fantom”  w  mieście  Jekaterynosław.  Ale  wielki  rok  tysiąc 

dziewięćset  siedemnasty,  który  odmienił  losy  tak  wielu  ludzi,  także  i  Aleksandra  Siemionowicza 

skierował na nową drogę. Aleksander Siemionowicz opuścił “Czarowny Fantom” oraz zakurzoną 

gwiaździstą  satynę  w  foyer  i  puścił  się  na  szerokie  wody  wojny  i  rewolucji,  zamieniając  flet  na 

morderczy  mauzer.  Fale  miotały  nim  długo,  wyrzucając  go  to  na  Krymie,  to  w  Moskwie,  to  w 

background image

Turkiestanie, a nawet we Władywostoku. Trzeba było właśnie rewolucji, by w całej krasie objawić 

światu Aleksandra Siemionowicza. Okazało się, że to człowiek niewątpliwie wielkiego kalibru, i że 

nie dla niego foyer “Czarownego Fantomu”. Nie wdając się w nużące szczegóły powiedzmy, że rok 

miniony, tysiąc dziewięćset dwudziesty siódmy, oraz początek roku dwudziestego ósmego zastały 

Aleksandra  Siemionowicza  w  Turkiestanie,  gdzie,  po  pierwsze,  redagował  wielki  dziennik,  a  po 

drugie,  jako  lokalny  członek  najwyższej  komisji  gospodarczej,  wsławił  się  zdumiewającymi 

wynikami  w  dziedzinie  nawodnienia  Turkiestanu.  W  dwudziestym  ósmym  Rokk  przybył  do 

Moskwy  i  znalazł  tu  całkowicie  zasłużony  odpoczynek.  Najwyższa  komisja  organizacji,  której 

legitymację  chlubnie  nosił  w  kieszeni  ów  staroświecki  prowincjusz,  oceniła  go  właściwie  i 

powierzyła  mu  stanowisko  spokojne  a  zaszczytne.  Niestety!  Niestety!  Na  nieszczęście  Republiki 

ruchliwy umysł Aleksandra Siemionowicza bynajmniej nie przygasł, w Moskwie Rokk usłyszał o 

wynalazku Persikowa i w pokojach umeblowanych “Czerwony Paryż” na ulicy Twerskiej zrodziła 

się  w  jego  mózgu  idea  zrekonstruowania  w  ciągu  miesiąca  za  pomocą  promienia  Persikowa 

pogłowia kur w Republice. W Komisji Hodowli Zwierzęcej wysłuchano Rokka uważnie, udzielono 

mu poparcia i tak to Rokk z grubym papierem zjawił się u dziwaka-zoologa.  

 Koncert nad szklanymi wodami, zaroślami i parkiem miał się już ku końcowi, kiedy nagle 

stało się coś, co przerwało go przedwcześnie. A mianowicie psy w Koncowce, które ze względu na 

spóźnioną  porę  dawno  już  powinny  były  udać  się  na  spoczynek,  podniosły  znienacka 

niewiarygodny  wprost  jazgot,  który  stopniowo  przeszedł  w  zbiorowe  nieznośne  wycie.  Wycie  to 

narastało,  podniosło  się  nad  polami  i  nagle  zawtórował  mu  milionogłosy  skrzekliwy  koncert  żab 

rechocących na stawach. Wszystko to było tak okropne, że przez chwilę wydało się nawet, iż prysł 

tajemny czar niezrównanej nocy.  

 Aleksander Siemionowicz odłożył flet i wyszedł na werandę.  

 - Mańka. Słyszysz? Przeklęte kundle... Jak myślisz, dlaczego się tak wściekły?  

 - Skąd mam wiedzieć? - patrząc na księżyc odpowiedziała Mania.  

 -  Wiesz  co,  Mańka,  chodź,  popatrzymy  na  jajeczka  -  zaproponował  Aleksander 

Siemionowicz.  

 -  Jak  Boga  kocham,  tyś  już  całkiem  zwariował  z  tymi  twoimi  jajkami  i  kurami.  Lepiej 

trochę byś odpoczął.  

 - Nie, Mańka, chodźmy.  

 W  oranżerii  paliła  się  jasna  lampa.  Nadeszła  i  Dunia  z  pałającymi  policzkami  i 

błyszczącymi  oczyma.  Aleksander  Siemionowicz  ostrożnie  odsunął  szybę  i  wszyscy  zajrzeli  do 

komory.  Na  białej  azbestowej  podłodze  leżały  w  równiutkich  rządkach  cętkowane 

background image

jaskrawoczerwone  jajka,  w  komorach  było  cicho...  a  lampa  na  górze  -  piętnaście  tysięcy  świec  - 

syczała cicho...  

 -  Uch,  co  ja  za  kurczęta  wyhoduję!  -  mówił  z  entuzjazmem  Aleksander  Siemionowicz 

zaglądając do komur to z boku, przez szczeliny kontrolne, to z góry przez otwory wentylacyjne. - 

Zobaczycie... Co? Może nie wyhoduję?  

 -  A  wiecie  -  uśmiechając  się  powiedziała  Dunia  -  w  Koncowce  chłopi  mówią,  żeście 

Antychryst. Powiadają, że te jaja to diabelskie. Grzech w maszynie wysiadywać. Chcieli was zabić.  

 Aleksander Siemionowicz drgnął i odwrócił się do żony. Twarz mu pożółkła.  

 - No, co wy na to? Co za ludzie! Co z takimi można zrobić? Co? Mańka, trzeba im będzie 

zorganizować  zebranie...  Jutro  wydzwonię  pracowników  z  powiatu.  Sam  do  nich  przemówię. 

Trzeba tu będzie w ogóle trochę popracować... Co za diabelska dziura...  

 -  Ciemnota  -  mówił  funkcjonariusz  bezpieczeństwa,  który  ulokował  się  na  szynelu  przy 

drzwiach oranżerii.  

 Dzień następny upamiętnił się wydarzeniami koszmarnymi a niewytłumaczalnymi. Rano o 

świcie  w  zaroślach,  które  zazwyczaj  witały  wschód  słońca  niemilknącym  potężnym  świergotem 

ptaków, panowała głucha cisza. Zwrócili na to uwagę dosłownie wszyscy. Jak przed burzą. Ale o 

żadnej burzy nie mogło nawet być mowy. Rozmowy w sowchozie przybrały charakter dziwny i dla 

Aleksandra  Siemionowicza  dwuznaczny,  zwłaszcza  dlatego,  że  od  dziadka  zwanego  Kozim 

Wolem, znanego w Koncowce wichrzyciela i mędrka, dowiedziano się, iż jakoby wszystkie ptaki 

zgromadziły się w stada i o świcie odleciały z Szeremietiewa gdzieś na północ, co było po prostu 

głupie.  Aleksander  Siemionowicz  bardzo  się  tym  zdenerwował  i  zmarnował  cały  dzień  na 

uzyskanie  połączenia  z  miastem  Graczowka.  Obiecano  tam  Aleksandrowi  Siemionowiczowi 

przysłać  za  dwa  dni  prelegentów  z  dwoma  tematami  -  sytuacja  międzynarodowa  i  problem 

“Dobrokuru”.  

 Wieczorem także nie obyło się bez niespodzianek. Jeśli rano zamilkły zagajniki, wykazując 

naocznie jak podejrzana i niemiła jest taka cisza wśród drzew, jeśli w południe wyniosły się dokądś 

wróble  z  sowchozowego  podwórza,  pod  wieczór  zamilkły  stawy  w  Szeremietiewie.  Było  to 

doprawdy zdumiewające, bowiem wszyscy w promieniu czterdziestu wiorst [1,067 km. ] doskonale 

znali  słynny  rechot  szeremietiewowskich  żab.  Teraz  zaś  żaby  jakby  wymarły.  Znad  stawu  nie 

dobiegało  ani  kumknięcie,  łopiany  trwały  w  milczeniu.  Trzeba  przyznać,  że  Aleksander 

Siemionowicz do reszty stracił kontenans. O wydarzeniach tych zaczęto mówić, a mówiono o nich 

w sposób jak najbardziej nieprzyjemny, to znaczy za plecami Aleksandra Siemionowicza.  

 -  To  rzeczywiście  bardzo  dziwne  -  powiedział  ten  ostatni  przy  obiedzie  do  żony.  -  Nie 

mogę zrozumieć, dlaczego te ptaki nagle odleciały.  

background image

 - Skąd mam wiedzieć? - odpowiedziała Mania. - Może uciekły od tego twojego promienia?  

 - Jesteś, Mańka, najzwyklejsza idiotka - rzucając łyżkę odparł Aleksander Siemionowicz. - 

Całkiem jak ci chłopi. Co tu ma do rzeczy promień?  

 - A tego to ja już nie wiem. Daj mi święty spokój.  

 Wieczorem czekała wszystkich trzecia niespodzianka - znowu zawyły psy w Koncowce, i 

to  jak!  Nad  wysrebrzonymi  przez  księżyc  polami  trwał  nieustanny  skowyt,  wściekłe  rozpaczliwe 

ujadanie.  

 Tę  przykrość  osłodziła  po  trosze  Aleksandrowi  Siemionowiczowi  następna,  miła  tym 

razem, niespodzianka w oranżerii. Z komór dobiegał nieustanny stuk w czerwonych jajach. Puk... 

puk... puk... puk... stukało to w jednym, to w drugim, to w trzecim jajku.  

 Stukot  w  jajkach  był  dla  Aleksandra  Siemionowicza  stukotem  triumfalnym.  Z  miejsca 

poszły  w  niepamięć  dziwne  wydarzenia  w  zagajniku  i  na  stawach.  W  oranżerii  zgromadzili  się 

wszyscy: Mania i Dunia, i stróż, i funkcjonariusz, który pozostawił swój karabin przy drzwiach.  

 - No i co? Co wy na to? - triumfalnie pytał Aleksander Siemionowicz. Wszyscy ciekawie 

nadstawiali  uszu  pod  drzwiczkami  pierwszej  komory.  -  To  kurczaczki  tak  stukają,  dziobkami  - 

ciągnął  promieniejący  Aleksander  Siemionowicz.  -  No  i  co,  nie  dochowam  się  kurcząt?  Nie, 

kochani. - I w nadmiarze uczuć poklepał po ramieniu funkcjonariusza bezpieczeństwa. - Wylęgną 

się  takie,  że  oko  wam  zbieleje!  Teraz  nie  spuszczać  mi  z  nich  oka  -  dodał  surowo.  -  Jak  tylko 

zaczną się wykluwać, wołać mnie zaraz.  

 - Dobrze - odpowiedzieli chórem stróż, Dunia i funkcjonariusz.  

 Stuku... puku... stuku... puku... wrzało to w jednym, to w drugim jajku z pierwszej komory. 

Rzeczywiście,  obraz  budzącego  się  w  cienkiej,  prześwitującej  skorupce  nowego  życia  był  tak 

interesujący,  że  całe  towarzystwo  długo  jeszcze  siedziało  na  przewróconych  pustych  skrzynkach 

patrząc, jak w tajemniczym migotliwym świetle dojrzewają malinowe jajka. Rozeszli się do łóżek 

dość późno, kiedy nad sowchozem i nad okolicznymi polami rozlała się już zielonkawa noc. Była 

to noc tajemnicza, a nawet rzec by można, straszna, zapewne dlatego, że absolutną ciszę zakłócało 

wybuchające co chwilę bez powodu arcysmutne a dręczące wycie psów w Koncowce. Dlaczego tak 

szalały te przeklęte kundle - nie wiadomo.  

 Rano  Aleksandra  Siemionowicza  spotkała  nieprzyjemność.  Funkcjonariusz  był  zupełnie 

załamany,  przykładał  dłonie  do  serca,  przysięgał  na  wszystkie  świętości,  że  ani  na  moment  nie 

zmrużył oka, ale niczego nie zauważył.  

 - Niepojęta historia - zapewniał. - To nie moja wina, towarzyszu Rokk.  

 -  Dziękuję  wam  z  duszy  serca  -  sztorcował  go  Aleksander  Siemionowicz.  -  Co  wy  sobie 

myślicie, towarzyszu? Po co was przysłali? Pilnować. Więc mi powiedzcie, gdzie one są? Wykluły 

background image

się, tak czy nie? A więc uciekły. To znaczy, żeście sobie gdzieś poszli, a drzwi pozostały otwarte. 

Żeby mi się te kurczęta znalazły!  

 - Nie mam co ich szukać. Co, to ja nie znam swojej roboty? - obraził się wreszcie zbrojny 

dozór. - Czego się mnie niepotrzebnie czepiacie, towarzyszu Rokk?  

 - Więc gdzie się podziały?  

 - Skąd mam wiedzieć? - wściekł się wreszcie funkcjonariusz. - Albo to mogę je upilnować? 

Po co mnie tu przysłali? Komór pilnować, żeby  ich nikt nie  gwizdnął, no to pilnuję. Stoją wasze 

komory, jak stały. A łapać wszystkich kurcząt nie mam obowiązku. Kto może wiedzieć, jakie się 

wam kurczęta wykluły, może i na rowerze ich nie dogoni?  

 Aleksander  Siemionowicz  trochę  się  stropił,  coś  tam  jeszcze  poburczał  i  pogrążył  się  w 

zdumieniu. To była rzeczywiście bardzo dziwna historia. W pierwszej komorze, którą załadowano 

najwcześniej, dwa jajka znajdujące się tuż przy podstawie promienia były stłuczone. Jedno z nich 

nawet odtoczyło się na bok. Skorupka leżała na azbestowej podłodze w zasięgu promienia.  

 -  Diabli  wiedzą  -  mruczał  Aleksander  Siemionowicz.  -  Okna  pozamykane,  przez  dach 

przecież nie wyleciały?  

 Zadarł głowę i popatrzył w górę, tam, gdzie w szklanym dachu ziało kilka sporych dziur.  

 -  Co  też  wy,  Aleksandrze  Siemionowiczu  -  niezmiernie  zdumiała  się  Dunia.  -  Gdzieżby 

tam  kurczęta  latały!  Są  tu  gdzieś...  cip...  cip...  cip...  -  zawołała  i  zaczęła  zaglądać  w  różne  kąty 

oranżerii, gdzie stały zakurzone donice, jakieś deski i rupiecie. Ale żadne kurczaki znikąd się nie 

odzywały.  

 Przez dwie godziny wszyscy pracownicy w komplecie biegali po sowchozowym podwórzu 

szukając sprytnych kurcząt, ale nigdzie żadnego nie znaleźli. Dzień upływał niezmiernie nerwowo. 

Ochrona komór została dodatkowo wzmocniona przez stróża, któremu przykazano jak najsurowiej, 

by co piętnaście minut zaglądał do komór przez okienka i w razie czego - od razu wołał Aleksandra 

Siemionowicza.  Naburmuszony  funkcjonariusz  siedział  przy  drzwiach,  karabin  trzymał  między 

kolanami.  Aleksander  Siemionowicz  był  tak  zaaferowany,  że  obiad  zjadł  dopiero  o  drugiej.  Po 

obiedzie  przespał  się  godzinkę  w  cienistym  chłodku  na  byłej  otomanie  Szeremietiewa,  napił  się 

sowchozowego kwasu chlebowego, poszedł do oranżerii i upewnił się, że teraz wszystko jest tam w 

najzupełniejszym  porządku.  Staruszek  stróż  leżał  na  brzuchu  na  rogoży  i  mrugając  spoglądał  w 

kontrolne okienko komory numer 1. Funkcjonariusz czuwał, nie odstępował drzwi ani na krok.  

 Ale  były  również  i  nowiny:  jajka  w  najpóźniej  załadowanej  trzeciej  komorze  zaczęły 

pomlaskiwać i cmokać, jakby tam, w środku, ktoś pochlipywał.  

 -  Uch,  dochodzą,  powiedział  Aleksander  Siemionowicz.  -  Ani  słowa,  dochodzą,  teraz  to 

widzę. Widziałeś? - zwrócił się do stróża.  

background image

 - Pewnie, każdy by zobaczył - odparł ten kręcąc głową, tonem wyjątkowo dwuznacznym.  

 Aleksander Siemionowicz chwilkę posiedział przy komorach, ale nic się w jego obecności 

nie wykluło, wstał więc, przeciągnął się i oświadczył, że nigdzie z majątku nie będzie się ruszać, 

pójdzie tylko wykąpać się w stawie, więc żeby go w razie czego natychmiast zawołali. Wstąpił do 

pałacu,  do  sypialni,  gdzie  stały  dwa  wąskie  łóżka  sprężynowe  ze  zmiętoszoną  pościelą,  a  na 

podłodze leżała sterta zielonych jabłek i kopczyk prosa przygotowanego dla przyszłych kurczątek, 

zabrał  włochaty  ręcznik,  a  po  namyśle  i  flet  -  żeby  sobie  w  wolnej  chwili  pograć  nieco  nad 

zwierciadlaną tonią. Dziarsko wybiegł z pałacu, przeciął sowchozowe podwórze i wierzbową aleją 

podążył  nad  staw.  Szedł  Rokk  szparko,  wymachiwał  ręcznikiem,  flet  trzymał  pod  pachą.  Niebo 

sączyło skwar poprzez gałęzie wierzb i umęczone ciało marzyło o wodzie. Po prawej stronie Rokka 

zaczęły się kępy łopianów, splunął w nie, kiedy przechodził. I oto z głębi szerokolistnej gęstwiny 

dobiegł  szelest,  jakby  ktoś  wlókł  belkę.  Aleksander  Siemionowicz  poczuł  w  sercu  przez  moment 

nieprzyjemne  kłucie,  odwrócił  głowę  w  kierunku  łopuchów  i  popatrzył  zdziwiony.  Już  od  dwóch 

dni  staw  milczał  jak  wymarły.  Szelest  ucichł,  nad  łopianami  widać  było  taflę  wody  i  szary  dach 

pawilonu  kąpielowego.  Wystrzeliło  przed  Aleksandrem  Siemionowiczem  parę  koników  polnych. 

Chciał  już  skręcić  na  drewniany  pomost,  kiedy  nagle  powtórzył  się  szelest  w  głębi  zieleni,  a  do 

tego szelestu dołączył się krótki syk, jakby parowóz wypuścił jednocześnie smar i parę. Aleksander 

Siemionowicz czujnie wpatrzył się w zwartą ścianę chwastów.  

 -  Aleksander  -  rozległ  się  w  tym  momencie  głos  żony  Rokka  i  jej  biała  bluzka  mignęła-

zniknęła - znów mignęła w maliniaku. - Poczekaj, ja też idę się kąpać.  

 Żona  spieszyła  nad  staw,  ale  wpatrzony  w  łopuchy  Alksander  Siemionowicz  nic  jej  nie 

odpowiedział.  Szarawa  i  oliwkowa  belka  zaczęła  się  unosić  z  gęstwiny  do  góry,  rosła  w  oczach. 

Upstrzona była - tak się przynajmniej wydało Aleksandrowi Siemionowiczowi - jakimiś mokrymi, 

żółtawymi plamami. Wyciągała się, zwijała i rozwijała, aż wyciągnęła się tak wysoko, że przerosła 

niską  rosochatą  wierzbę...  Potem  wierzchołek  belki  nadłamał  się,  nieco  nachylił,  i  nad 

Aleksandrem  Siemionowiczem  znalazło  się  coś,  co  przypominało  rozmiarami  moskiewski  słup 

telegraficzny.  Ale  to  coś  było  trzykrotnie  grubsze  i  znacznie  ładniejsze  od  słupa,  bo  pokryte 

tatuażem łuski. Nic jeszcze nie pojmując, ale już martwiejąc, Aleksander Siemionowicz spojrzał na 

czubek przerażającego słupa i jego serce na parę sekund przestało bić. Wydało mu się, że nagle w 

środku  sierpniowego  dnia  chwycił  mróz,  przed  oczyma  zaś  zrobiło  mu  się  tak  mrocznie,  jakby 

patrzył na słońce przez płócienne spodnie.  

 Na górnym końcu belki znajdowała się głowa. Była płaska, zaostrzona i ozdobiona okrągłą 

żółtą  plamą  na  oliwkowym  tle.  Pozbawione  powiek,  otwarte,  lodowate  wąskie  oczy  tkwiły  na 

wierzchu  tego  łba,  a  w  oczach  tych  migotała  zgoła  niespotykana  wściekłość.  Łeb  zamachnął  się, 

background image

jakby chciał dziobnąć powietrze, cały słup zaś cofnął się w łopiany, pozostały tylko ślepia i ślepia 

te  bez  mrugnięcia  wpatrywały  się  w  Aleksandra  Siemionowicza.  Ten  zaś,  pokryty  lepkim  potem, 

wyrzekł  cztery  słowa,  zupełnie  niewiarygodne,  a  wywołane  obłędnym  przerażeniem.  Tak 

nadzwyczajne były te oczy między liśćmi.  

 - Co za głupie dowcipy...  

 Potem  przypomnieli  mu  się  fakirzy...  tak...  tak...  Indie...  pleciony  koszyk...  obrazek... 

Zaklinacze.  

 Łeb  znów  się  uniósł,  zaczął  się  wyłaniać  z  łopianów  również  tułów.  Aleksander 

Siemionowicz  podniósł  flet  do  ust,  pisnął  ochryple  i  co  sekundę  tracąc  oddech  zagrał  walca  z 

“Eugeniusza Oniegina”. Oczy w zieleni natychmiast zapłonęły nienawiścią do tej opery.  

 -  Zwariowałeś,  że  grasz  w  taki  upał?  -  dobiegł  wesoły  głos  Mani  i  Aleksander 

Siemionowicz kątem oka dostrzegł białą plamę.  

 Po  czym  przeraźliwy  pisk  przeszył  cały  sowchoz,  rozrósł  się  i  uleciał,  walc  zaś  zaczął 

podskakiwać  jak  przetrącony.  Głowa  w  zieleni  wystrzeliła  do  przodu,  oczy  opuściły  Aleksandra 

Siemionowicza  zostawiając  jego  duszy  czas  na  pokutę.  Wąż  mniej  więcej  piętnastoarszynowy, 

[arszyn=71  cm]  grubości  człowieka,  wyskoczył  z  łopianów  jak  sprężyna.  Trysnęła  z  alei  smuga 

kurzu,  urwał  się  walc.  Wąż  strzelił  obok  kierownika  sowchozu  prościutko  tam,  gdzie  na  drodze 

widniała  biała  bluzeczka.  Rokk  widział  to  dokładnie.  Mania  zrobiła  się  żółtobiała,  a  jej  długie 

włosy uniosły się na pół arszyna nad głowę, jakby były z drutu. Wąż w oczach Rokka na moment 

otworzył  paszczę,  z  której  wystrzeliło  coś,  co  przypominało  widelec,  chwycił  zębami  za  ramię 

osiadającą w kurzu Manię i uniósł ją na dobry arszyn nad ziemię. Mania powtórzyła wówczas swój 

przejmujący  przedśmiertny  wrzask.  Wąż  zwinął  się  w  pięciosążniową  [sążeń=3  arszyny]  śrubę, 

jego  ogon  wzbił  słup  kurzu,  wąż  zaczął  Manię  dusić.  Ta  więcej  nie  wydała  już  z  siebie  ani 

dźwięku, Rokk słyszał jedynie trzask pękających kości. Wysoko nad ziemią mignęła głowa Mani, 

czule  przytulona  do  policzka  węża.  Z  ust  Mani  chlusnęła  krew,  machnęła  złamana  ręka,  spod 

paznokci  trysnęły  małe  krwawe  fontanny.  Wąż  nieprawdopodobnie  rozwarł  paszczę,  jednym 

ruchem nasunął łeb na głowę Mani i zaczął naciągać się na nią jak rękawiczka na palec. Wąż ział 

we wszystkie strony tak gorącym oddechem, że Rokk aż poczuł na twarzy żar, a ogon węża o mało 

co  nie  zmiótł  go  z  drogi  w  tumanie  gryzącego  kurzu.  To  właśnie  wtedy  Rokk  osiwiał.  Najpierw 

lewa, a potem prawa połowa jego czarnej jak but głowy pokryła się srebrem. Wśród śmiertelnych 

mdłości oderwał się wreszcie od alei i nie widząc nic ani nikogo rzucił się do ucieczki ogłuszając 

dzikim rykiem okolice...  

  

 

background image

  

background image

Rozdział IX - Żywa kasza  

  

Agent GPU na stacji Dugino, Szczukin, był człowiekiem niezmiernie odważnym. Z zadumą 

powiedział do swego towarzysza, rudego Połajtisa:  

 -  No  cóż,  pojedziemy.  Co?  Dawaj  motocykl.  -  Potem  milczał  przez  chwilę,  aż  dodał, 

zwracając się do siedzącego na ławce mężczyzny: - A flet odłóżcie.  

 Ale  trzęsący  się  na  ławce  w  lokalu  duginskiego  GPU  siwy  mężczyzna  nie  odłożył  fletu, 

tylko  zapłakał,  zaskomlał.  Szczukin  i  Połajtis  zrozumieli  wtedy,  że  flet  trzeba  mu  wyjąć  z  rąk. 

Palce kurczowo trzymały instrument. Szczukin, który odznaczał się ogromną, niemal cyrkową siłą, 

zaczął odginać palec po palcu, póki nie odgiął tak wszystkich. Wtedy wreszcie odłożyli flet na stół.  

 Działo się to wczesnym słonecznym rankiem następnego dnia po śmierci Mani.  

 - Pojedziecie z nami - powiedział Szczukin, zwracając się do Aleksandra Siemionowicza. - 

Pokażecie nam, gdzie i co. - Ale Rokk odsunął się od niego z przerażeniem i zasłonił twarz rękami, 

jakby zobaczył upiora.  

 - Trzeba pokazać - surowo dorzucił Połajtis.  

 - Nie, daj mu spokój. Widzisz przecież, że jest nieprzytomny.  

 - Wyślijcie mnie do Moskwy - poprosił płacząc Aleksander Siemionowicz.  

 - To w ogóle nie chcecie wrócić do sowchozu?  

 Ale Rokk zamiast odpowiedzi zasłonił się rękami i z jego oczu popłynęło przerażenie.  

 -  No,  dobra  -  zdecydował  Szczukin.  -  Rzeczywiście  nie  dalibyście  rady...  Widzę.  Zaraz 

będzie ekspres, możecie nim jechać.  

 Następnie, gdy stacyjny stróż poił Aleksandra Siemionowicza wodą, a ten dzwonił zębami 

o wyszczerbioną niebieską filiżankę, Szczukin odbył z Połajtisem naradę. Połajtis był zdania, że nic 

takiego w ogóle się nie zdarzyło, a Rokk po prostu jest chory psychicznie i miał takie przerażające 

halucynacje. Szczukin natomiast skłaniał się ku poglądowi, że z Graczowki, w której występował 

właśnie cyrk, mógł uciec boa dusiciel. Rokk słysząc ich powątpiewające szepty wstał. Trochę już 

przyszedł do siebie i wyciągając ramiona niczym biblijny prorok powiedział:  

 - Słuchajcie! Słuchajcie! Dlaczego mi nie wierzycie? Tak było. Gdzie moja biedna żona?  

 Szczukin zrobił się poważny i milczący, i niezwłocznie nadał do Graczowki jakąś depeszę. 

Trzeci agent na polecenie Szczukina miał od tej chwili nie odstępować Aleksandra Siemionowicza 

i  towarzyszyć  mu  do  Moskwy.  Natomiast  Szczukin  i  Połajtis  rozpoczęli  przygotowania  do 

wyprawy.  Mieli  tylko  jeden  elektryczny  rewolwer,  ale  i  to  już  było  całkiem  nieźle. 

Pięćdziesięciostrzałowy, typ 1927, duma francuskiej techniki na usługach walki na bliski dystans, 

bił zaledwie na sto kroków, ale za to wytwarzał pole o średnicy dwóch metrów i w tym polu zabijał 

background image

wszystko,  co  żywe.  Bardzo  trudno  było  z  niego  chybić.  Szczukin  wziął  lśniącą  elektryczną 

zabawkę,  Połajtis  zwyczajny  zaś,  dwudziestopięciostrzałowy  automat,  zabrał  magazynki  i  w 

chłodzie, po porannej rosie, pomknęli na motocyklu do sowchozu. Dwadzieścia dzielących stację 

od  sowchozu  wiorst  motocykl  przeterkotał  w  kwadrans  (Rokk  szedł  przez  całą  noc,  co  chwilę  w 

atakach  śmiertelnego  przerażenia  kryjąc  się  w  przydrożnej  trawie),  a  kiedy  słońce  zaczęło  silniej 

przygrzewać,  zobaczyli  na  pagórku,  pod  którym  wiła  się  rzeczka  Topiel,  cukrowy  pałac  z 

kolumnadą wśród zieleni. Dokoła panowała głucha cisza. Tuż przed wjazdem do sowchozu agenci 

wyprzedzili  jadącego  furmanką  wieśniaka.  Wlókł  się  powoli,  wóz  miał  wyładowany  jakimiś 

workami i niebawem został daleko w tyle. Motocykl przejechał przez most i Połajtis zatrąbił... żeby 

przywołać  kogokolwiek.  Ale  nikt  się  nigdzie  nie  odezwał,  jeżeli  nie  liczyć  dalekich  oszalałych 

kundli  w  Koncowce.  Motocykl  zwalniając  zajechał  przed  bramę  z  pozieleniałymi  lwami.  Pokryci 

kurzem agenci w żółtych getrach zeskoczyli z siodełek, zamykanym na kłódkę łańcuchem przypięli 

wehikuł do kraty w bramie i weszli na podwórze. Cisza panowała zdumiewająca.  

 - Hej, jest tu kto? - głośno zawołał Szczukin.  

 Ale nikt nie odpowiedział na jego bas. Agenci obeszli podwórze dookoła, dziwiąc się coraz 

bardziej. Połajtis spochmurniał. Szczukin spoważniał i coraz bardziej nasępiał jasne brwi. Zajrzeli 

przez zamknięte okno do kuchni i zobaczyli, że nikogo tam nie ma, za to cała podłoga usłana jest 

białymi skorupami naczyń.  

 -  Wiesz,  że  coś  się  tu  u  nich  rzeczywiście  musiało  stać.  Teraz  to  widzę.  Katastrofa  - 

powiedział Połajtis.  

 - Hej, jest tam kto? Hej! - krzyczał Szczukin, ale odpowiadało mu tylko echo spod sufitu 

kuchni.  

 -  Diabli  ich  wiedzą!  -  burczał  Połajtis.  -  Przecież  nie  mógł  ich  wszystkich  pożreć  na  raz. 

Chyba że pouciekali. Chodźmy do środka.  

 Drzwi pałacu z kolumnadą stały otwarte na oścież, w środku nie było żywej duszy. Agenci 

nawet  poszli  na  poddasze,  pukali  do  wszystkich  drzwi  i  otwierali  je,  ale  dosłownie  nic  im  to  nie 

dało i przez pusty taras znowu wyszli na podwórze.  

 -  Obejdźmy  dookoła.  Do  oranżerii  -  polecił  Szczukin.  -  Przeszukamy  wszystko,  a  potem 

można będzie przedzwonić.  

 Ceglaną  alejką,  omijając  klomby,  agenci  przeszli  na  tylne  podwórze,  przecięli  je  i 

zobaczyli pobłyskujące szkła oranżerii.  

 - Poczekaj no - szeptem powiedział Szczukin i odpiął od pasa rewolwer.  

background image

 Połajtis  zesztywniał  i  zdjął  automat.  Z  oranżerii,  a  także  skądś  spoza  niej  dobiegał 

dziwaczny, bardzo donośny dźwięk. Brzmiało to tak, jakby gdzieś niedaleko sapał parowóz. Zau-

zau... s-s-s-s-s... - syczała oranżeria...  

 - Tylko ostrożnie - szepnął Szczukin i starając się nie stukać obcasami agenci przesunęli się 

do szklanej ściany i zajrzeli do środka.  

 Połajtis  natychmiast  odskoczył,  twarz  mu  pobladła.  Szczukin  otworzył  usta  i  zamarł  z 

rewolwerem w dłoni.  

 Cała oranżeria ruszała się jak robaczywa kasza. Zwijając się w kłębki, rozwijając, sycząc i 

rozprostowując,  kręcąc  i  chwiejąc  głowami  pełzały  po  podłodze  oranżerii  ogromne  węże. 

Potłuczone skorupy jaj poniewierały się na ziemi, chrzęściły pod cielskami. W górze blado płonęła 

lampa  elektryczna  ogromnej  mocy,  oświetlała  całe  wnętrze  oranżerii  upiornym  filmowym 

światłem.  Na  podłodze  stały  trzy  ciemne  skrzynie  podobne  do  ogromnych  aparatów 

fotograficznych,  dwie  z  nich  przesunięte  i  przechylone,  zgasły,  w  trzeciej  płonęła  niewielka 

ciemnomalinowa plama. Węże najrozmaitszych rozmiarów pełzały po przewodach, wspinały się po 

ramach  okiennych,  wyłaziły  przez  dziury  w  dachu.  Nawet  na  lampie  wisiała  absolutnie  czarna 

plamista  kilkuarszynowa  żmija  i  łeb  jej  chwiał  się  pod  lampą  niczym  wahadło.  Brzęczały  w  tym 

syku  jakieś  grzechotki,  ciągnęło  z  oranżerii  dziwną  zgnilizną,  jak  od  stojącego  stawu.  Agenci 

zdążyli jeszcze zauważyć stosy białych jajek w zakurzonych kątach i dziwacznego gigantycznego 

ptaka leżącego nieruchomo przy komorach, a przy drzwiach, obok karabinu, trupa szaro ubranego 

mężczyzny.  

 -  Wracamy!  -  krzyknął  Szczukin  i  zaczął  się  cofać,  lewą  ręką  odsuwając  Połajtisa,  w 

prawej  zaś  podnosząc  rewolwer.  Zdążył  wystrzelić  dziewięć  razy,  dziewięć  razy  z  sykiem 

wzlatywała przed oranżerią zielonkawa błyskawica. Syk wzmógł się przerażająco i w odpowiedzi 

na strzelaninę Szczukina w całej oranżerii zaczął się wściekły ruch, spłaszczone łby ukazały się we 

wszystkich  otworach.  Błyskawica  natychmiast  zaczęła  skakać  po  całym  sowchozie,  odbłyski 

biegały po ścianach. Czach-czach-czach-tach - strzelał wycofując się tyłem Połajtis. Ale za plecami 

dał  się  słyszeć  dziwny  czworonogi  szelest  i  Połajtis  nagle  okropnie  krzyknął  i  upadł  na  plecy. 

Zielonobrunatny  stwór  na  wykręconych  do  przodu  łapach,  z  wielkim  szpiczastym  pyskiem,  z 

grzebieniastym ogonem, stwór podobny do gigantycznej jaszczurki wytoczył się zza węgła szopy, z 

furią wgryzł się w nogę Połajtisa i obalił go na ziemię.  

 -  Pomóż  mi  -  krzyknął  Połajtis  i  w  tejże  chwili  jego  lewa  ręka  znalazła  się  w  paszczy 

potwora,  chrupnęło.  Daremnie  usiłując  podnieść  prawą  rękę,  agent  wlókł  automat  po  ziemi. 

Szczukin odwrócił się nieprzytomnie. Zdążył raz wystrzelić, ale mierzył zanadto w bok, bał się, że 

zabije  kolegę.  Drugi  raz  wystrzelił  w  stronę  oranżerii,  bo  stamtąd,  spomiędzy  niewielkich 

background image

zielonych łbów wysunął się nagle łeb ogromny, oliwkowy, i gad wyprysnął wprost na Szczukina. 

Zabił  olbrzymiego  węża  tym  wystrzałem  i  znów,  skacząc  bezradnie  dokoła  Połajtisa,  już 

półżywego w paszczy krokodyla, usiłował wypatrzyć miejsce, w które mógłby strzelić tak, by zabić 

straszliwego  gada  nie  rażąc  przy  tym  agenta.  Wreszcie  mu  się  to  udało.  Z  lufy  elektrycznego 

rewolweru  po  dwakroć  buchnął  błysk,  rozświetlił  wszystko  wokół  zielonkawym  blaskiem, 

krokodyl  podskoczył,  wyprężył  się  i  wypuściwszy  Połajtisa  znieruchomiał.  Połajtisowi  krew 

chlustała z rękawa, buchała z ust, agent podpierając się zdrowym prawym ramieniem wlókł za sobą 

zmiażdżoną nogę. Oczy mu gasły.  

 - Szczukin... uciekaj - jęknął zachłystując się.  

 Szczukin  parokrotnie  wystrzelił  w  kierunku  oranżerii,  poleciało  parę  szyb.  Ale  olbrzymia 

sprężyna,  oliwkowa,  zwinna,  wyprysnęła  z  tyłu,  z  pienicznego  okienka,  pięciosążniowe  cielsko 

przesmyknęło  przez  podwórze  i  w  okamgnieniu  okręciło  się  wokół  nóg  Szczukina.  Agent  upadł, 

lśniący  rewolwer  odskoczył  w  bok.  Szczukin  krzyknął  potężnie,  potem  zabrakło  mu  tchu,  potem 

sploty skryły go całego oprócz głowy. Jeden pierścień przejechał po głowie i zdarł z niej skalp, coś 

trzasnęło.  Od  tej  chwili  nie  zagrzmiał  w  sowchozie  ani  jeden  wystrzał.  Wszystko  zagłuszył 

jadowity  metaliczny  syk.  I  wtórując  temu  syczeniu  wiatr  przyniósł  z  bardzo  daleka,  z  Koncowki, 

wycie. Tylko że teraz już nie można było się połapać, kto wyje - psy czy ludzie.  

  

background image

Rozdział X - Katastrofa  

 

 W nocnej redakcji dziennika “Izwiestia” gorzały lampy i gruby redaktor dyżurny łamał na 

ołowianym stole drugą kolumnę z depeszami “Z życia republik”. Wpadła mu w oko jedna szpalta, 

wpatrzył  się  w  nią  przez  binokle,  zachichotał,  zwołał  korektorów,  metrampaża,  pokazał  ją 

wszystkim. Na wąskim pasku tandetnego papieru wydrukowane było co następuje:  

 “Graczowka,  gubernia  smoleńska.  W  powiecie  pojawiła  się  kura  wielkości  kobyły,  która 

wierzga jak koń. Zamiast ogona ma burżuazyjne damskie pióra”.  

 Zecerzy zaśmiewali się do rozpuku.  

 -  Za  moich  czasów  -  obleśnie  chichocząc  mówił  redaktor  dyżurny  -  kiedy  pracowałem  u 

Wani Sytina w “Ruskim Słowie”, pili tak, że widywali słonie. To w porządku. Ale teraz widocznie 

w modę wchodzą strusie.  

 Zecerzy śmiali się.  

 - Rzeczywiście struś - odezwał się metrampaż. - Gdzie to wstawimy, panie redaktorze?  

 - Coś ty z byka spadł? - odparł redaktor dyżurny. - Dziwię się, że sekretarz to przepuścił. 

Ktoś się zdrowo spił.  

 - Świętowali, to jasne - przytaknęli składacze i metrampaż zabrał ze stołu notatkę o strusiu.  

 Dlatego  też  “Izwiestia”  przyniosły  nazajutrz,  jak  zazwyczaj,  masę  pasjonujących 

informacji, ale bez najmniejszej nawet aluzji do strusia z Graczowki. Privat-docent Iwanow, który 

regularnie czytywał “Izwiestia”, w swoim gabinecie złożył numer, ziewnął, powiedział: “Nudy na 

pudy” i włożył biały fartuch. Niebawem zapłonęły w jego gabinecie palniki, rozkumkały się żaby. 

Natomiast  w  gabinecie  profesora  Persikowa  panowało  zamieszanie.  Wystraszony  Pankrat  stał  na 

baczność.  

 - Tak jest... Wedle rozkazu - mówił.  

 Persikow wręczył mu zapieczętowany lakiem pakiet i powiedział:  

 - Pojedziesz prosto do Wydziału Handlu do tego całego kierownika Ptachy i powiesz mu 

wprost, że jest świnia. Powiedz, że ja, profesor Persikow, tak właśnie powiedziałem. I oddasz mu tę 

kopertę.  

 Ładna historia... pomyślał pobladły Pankrat i zniknął wraz z pakietem.  

 Persikow szalał.  

 -  Diabli  wiedzą,  co  się  dzieje  -  jęczał  spacerując  po  gabinecie  i  zacierając  dłonie  w 

rękawiczkach. - Oni kpią sobie ze mnie i z zoologii. Wiozą całe wagony tych przeklętych kurzych 

jaj, a ja od dwóch miesięcy nie mogę się doprosić o najniezbędniejsze rzeczy. Jakby do Ameryki 

było  daleko!  Wieczny  rozgardiasz,  wieczny  bałagan  -  zaczął  wyliczać  na  palcach:  połów...  no, 

background image

dziesięć  dni  najwyżej,  no  dobrze,  piętnaście.  no  dobrze,  dwadzieścia  plus  przelot  -  dwa  dni,  z 

Londynu do Berlina dzień... Z Berlina do nas sześć godzin... Nieopisany skandal...  

 Z furią rzucił się na telefon, zadzwonił dokądś.  

 Wszystko  w  jego  gabinecie  było  przygotowane  do  jakichś  tajemniczych  i  niezmiernie 

niebezpiecznych  doświadczeń,  leżały  nacięte  pasy  papieru  do  zaklejenia  drzwi,  leżały  hełmy  do 

nurkowania  z  gumowymi  wężami  i  parę  lśniących  jak  rtęć  metalowych  butli  z  etykietką 

“Dobrochim. Nie dotykać” i z trupią czaszką ze skrzyżowanymi piszczelami.  

 Trzeba  było  co  najmniej  trzech  godzin,  by  profesor  się  uspokoił  i  przystąpił  do  mniej 

ważnych  zajęć.  Tak  też  uczynił.  Pracował  w  Instytucie  do  jedenastej  wieczór,  nie  miał  więc 

pojęcia,  co  się  dzieje  za  kremowymi  murami.  Nie  dotarła  doń  ani  idiotyczna  plotka  o  jakichś 

wężach,  która  rozeszła  się  po  całej  Moskwie,  ani  dziwna  depesza  z  dziennika  popołudniowego. 

Docent Iwanow poszedł do Teatru Artystycznego na “Fiodora Iwanowicza” i profesorowi nie miał 

kto zakomunikować nowiny.  

 Persikow  około  północy  przyjechał  na  Preczystienkę  i  położył  się  spać  przeczytawszy 

jeszcze  do  poduszki  jakiś  angielski  artykuł  w  otrzymanym  właśnie  z  Londynu  miesięczniku 

“Nowiny Zoologii”. Profesor spał i spała cała kotłująca się do późnej nocy Moskwa, nie spał tylko 

wielki  szary  gmach  w  podwórzu  na  Twerskiej,  rozdygotany  od  straszliwego  huku  maszyn 

rotacyjnych  “Izwiestii”.  W  gabinecie  redaktora  dyżurnego  panował  niewiarygodny  rozgardiasz  i 

bałagan. Zupełnie oszalały redaktor miał czerwone oczy, miotał się nie wiedząc co robić i posyłał 

wszystkich do diabła. Metrampaż chodził za nim krok w krok i mówił zionąc alkoholem:  

 -  Wielkie  rzeczy,  Iwanie  Bonifatiewiczu,  nie  ma  nieszczęścia,  niech  jutro  rano  wydadzą 

dodatek nadzwyczajny. Przecież nie będziemy zatrzymywać maszyn.  

 Zecerzy  nie  poszli  do  domów,  tylko  snuli  się  stadami,  zbijali  w  gromadki,  czytali 

nadchodzące  teraz  regularnie  co  kwadrans  depesze.  Były  one  coraz  to  dziwniejsze,  coraz 

potworniejsze. Kapelusz Alfreda Bronskiego przemykał się w oślepiającym różowym świetle, które 

zalewało drukarnię, to tu, to tam ukazywał się skrzypiąc i kulejąc mechaniczny grubas. Trzaskały 

drzwi  od  strony  bramy,  przez  całą  noc  schodzili  się  reporterzy.  Nieustannie  rozmawiano  przez 

wszystkich dwanaście telefonów drukarni, lokalna centralka niemal automatycznie odpowiadała na 

wszystkie brzęczyki “zajęte”, “zajęte”, a w centrali przed niestrudzonymi telefonistkami śpiewały 

sygnałówki... Zecerzy obstąpili mechanicznego grubasa, a kapitan żeglugi wielkiej mówił:  

 - Trzeba będzie wysłać aeroplany z gazem.  

 - Bez tego ani rusz - odpowiadali linotypiści - do czego to podobne! - Potem przelatywały 

w powietrzu straszliwe rynsztokowe wyzwiska i czyjś piskliwy głos krzyczał:  

 - Tego Persikowa trzeba by rozstrzelać.  

background image

 - Co chcesz od Persikowa? - odpowiadano z tłumu. - Rozstrzelać trzeba przede wszystkim 

tego sukinsyna z sowchozu.  

 - Trzeba było postawić wartowników - wykrzykiwał ktoś.  

 - A może to w ogóle nie jajka.  

 Cały  dom  huczał  i  dygotał  wstrząsany  walcami  maszyn  rotacyjnych  i  odnosiło  się 

wrażenie, że niepokaźny szary budynek ogarnął elektryczny pożar.  

 Wstający  dzień  nie  ugasił  tego  pożaru.  Przeciwnie,  wzmógł  go  tylko,  choć  światła 

elektryczne już zgasły. Motocykl za motocyklem wjeżdżał na asfaltowane podwórze, automobil za 

automobilem.  Cała  Moskwa  już  wstała  i  białe  płachty  gazet  obsiadły  ją  jak  ptaki.  Zadrukowane 

arkusze szeleściły we wszystkich dłoniach i już przed jedenastą rano gazeciarzom zabrakło towaru, 

choć  “Izwiestia”  miały  w  tym  miesiącu  półtoramilionowy  nakład.  Profesor  Persikow  wyjechał  z 

Preczystienki autobusem i przybył do Instytutu. Tam czekała na niego niespodzianka. W hallu stały 

precyzyjnie  opięte  taśmą  metalową  drewniane  skrzynki  w  liczbie  trzech,  oklejone  były 

zagranicznymi  nalepkami  w  języku  niemieckim,  nad  którymi  królował  rosyjski  napis  kredą: 

“Ostrożnie - jaja”.  

 Profesora ogarnęła burzliwa radość.  

 -  Nareszcie!  -  zawołał.  -  Pankrat,  otwieraj  natychmiast  te  skrzynki,  tylko  ostrożnie,  żeby 

nic nie potłuc. Do mnie do gabinetu.  

 Pankrat niezwłocznie wykonał polecenie i w kwadrans później w zaścielonym trocinami i 

strzępami papieru gabinecie profesora rozszalał się profesorski głos.  

 - Co to ma być, kpią sobie ze mnie, czy co? - wył profesor potrząsając pięścią i obracając 

jajko w dłoni. - To jakieś bydlę, ten Ptacha. Nie pozwolę robić z siebie pośmiewiska? Co to jest, 

Pankrat?  

 - Jajka - odpowiedział Pankrat boleściwie.  

 - Kurze, rozumiesz, kurze, niech ich diabli! Po jakiego diabła mi kurze jaja? Niech je poślą 

temu draniowi do jego sowchozu.  

 Persikow rzucił się do telefonu, ale zadzwonić nie zdążył.  

 - Panie profesorze! Panie profesorze! - zagrzmiał na korytarzu Instytutu głos Iwanowa.  

 Persikow oderwał się od telefonu, a Pankrat śmignął w bok, żeby zrobić privat-docentowi 

przejście.  Iwanow  wbiegł  do  gabinetu  nie  zdejmując  wbrew  swym  dżentelmeńskim  obyczajom 

szarego kapelusza, który zsunął mu się na tył głowy. W ręku trzymał gazetę.  

 -  Wie  pan,  profesorze,  co  się  stało?  -  wykrzykiwał  i  przed  nosem  Persikowa  machnął 

arkuszem  z  napisem  “Dodatek  nadzwyczajny”.  Pośrodku  arkusza  widniał  wyrazisty  kolorowy 

obrazek.  

background image

 -  Niech  pan  lepiej  posłucha,  co  oni  wyrabiają  -  nie  słuchając  go  zawołał  ze  swej  strony 

Persikow. - Postanowili mnie zaskoczyć kurzymi jajami! Ten Ptacha to kompletny idiota, niech pan 

popatrzy!  

 Iwanow  całkiem  oszalał.  Z  przerażeniem  spojrzał  na  otwarte  skrzynki,  potem  na  gazetę, 

potem jego oczy nieomal wyskoczyły z orbit.  

 - Więc to tak - mamrotał tracąc oddech - teraz rozumiem. Nie, panie profesorze, niech pan 

tylko spojrzy... - Błyskawicznie rozłożył gazetę i drżącym palcem wskazał Persikowowi kolorowy 

obrazek.  Na  obrazku  niczym  straszliwy  szlauch  strażacki  wił  się  wśród  dziwacznej  rozmazanej 

zieleni  oliwkowy  wąż  w  żółte  plamy.  Sfotografowano  go  z  góry,  z  awionetki,  która  ostrożnie 

prześlizgnęła się nad nim. - Co to jest pańskim zdaniem?  

 Persikow przesunął okulary na czoło, potem znów zsunął je na oczy, przyjrzał się ilustracji 

i powiedział niezmiernie zdumiony:  

 - Co u licha: To... to przecież anakonda, dusiciel wodny...  

 Iwanow  zdjął  kapelusz,  opadł  na  krzesło  i  wybijając  pięścią  po  stole  każde  słowo, 

powiedział:  

 - Panie profesorze, to jest anakonda z guberni smoleńskiej. Coś potwornego. Rozumie pan, 

ten drań zamiast kur wyhodował węże i niech pan sobie wyobrazi, że one rozmnożyły się równie 

fenomenalnie jak żaby!  

 - Co takiego? - powiedział Persikow i jego twarz zrobiła się bura... - Pan żartuje... Jakim 

cudem? Skąd?  

 Iwanow  na  moment  oniemiał,  potem  odzyskał  dar  mowy,  wskazał  palcem  otwartą 

skrzynkę, w której wśród żółtych trocin jaśniały białe skorupki, i powiedział:  

 - A stąd.  

 - Co-ooo?! - zawył Persikow. Zaczynał kojarzyć.  

 Iwanow z absolutnym przekonaniem machnął zaciśniętymi pięściami i wrzasnął:  

 - Może pan być pewny. Zamówione przez pana jaja węży i strusiów przesłali do sowchozu, 

a kurze, pomyłkowo, panu.  

 - Boże wielki... Boże wielki... - powtórzył Persikow i zieleniejąc na twarzy, powoli siadał 

na obrotowym taborecie.  

 Pankrat  całkiem  zgłupiał  przy  drzwiach,  pobladł  i  oniemiał.  Iwanow  zerwał  się,  złapał 

gazetę i ostrym paznokciem podkreśliwszy stosowne miejsce, wrzasnął profesorowi w ucho:  

 - No, teraz będą mieli wesołą zabawę!... Doprawdy nie wyobrażam sobie, co teraz będzie. 

Proszę  tylko  spojrzeć  -  i  wykrzyczał  pierwszy  z  brzegu  akapit  ze  zmiętoszonej  płachty...  -  Węże 

wędrują  gromadnie  w  kierunku  Możajska...  składając  po  drodze  niewiarygodne  ilości  jaj. 

background image

Zauważono  jaja  w  powiecie  duchowskim...  Pojawiły  się  krokodyle  i  strusie.  Jednostki  do  zadań 

specjalnych i oddziały GPU położyły kres panice, która wybuchła w Wiaźmie po podpaleniu lasów 

podmiejskich. Pożar powstrzymał pochód gadów...  

 Persikow różnokolorowy, a teraz zsiniały do śmiertelnej bladości, o oczach szaleńca wstał 

z taboretu i zaczął krzyczeć poprzez zadyszkę:  

 - Anakonda... anakonda... dusiciel wodny! Boże wielki!  

 Ani Iwanow, ani Pankrat nigdy jeszcze nie widzieli profesora w takim stanie.  

 Profesor  jednym  ruchem  zdarł  z  siebie  krawat,  oberwał  guziki  koszuli,  spurpurowiał 

straszliwie  i  apoplektycznie,  a  następnie  chwiejnym  krokiem  wybiegł  z  pokoju,  oczy  miał  tępe, 

szkliste. Pod kamienne sklepienia Instytutu wzleciał krzyk.  

 - Anakonda... anakonda... - zagrzmiało echo.  

 -  Łap  profesora!  -  wrzasnął  Iwanow  do  Pankrata,  który  z  przerażeniem  zatańczył  w 

miejscu. - Wody... to udar.  

  

background image

Rozdział XI - Bój i śmierć  

 

 Płonęła  w  Moskwie  oszalała  elektryczna  noc.  Paliły  się  wszystkie  światła  i  w  żadnym 

mieszkaniu  nie  było  takiego  miejsca,  w  którym  nie  jaśniałaby  lampa  ze  zdjętym  abażurem.  W 

żadnym mieszkaniu czteromilionowej Moskwy nie spał nikt prócz nierozumnych dzieci. Ludzie w 

mieszkaniach  pili  i  jedli  byle  co  i  byle  jak,  wykrzykiwali  coś  i  co  chwilę  wykrzywione  twarze 

wyglądały  z  okien  wszystkich  pięter,  kierując  spojrzenia  w  poprzecinane  reflektorami  niebo.  Na 

niebie  bez  przerwy  błyskały  białe  ognie,  blade  stożki  topniejącego  światła  opadały  na  Moskwę, 

niknęły, gasły. Trwał w niebie nieustanny basowy huk aeroplanów. Szczególnie strasznie było na 

Twerskiej-Jamskiej.  Na  Dworzec  Aleksandrowski  co  dziesięć  minut  przyjeżdżały  pociągi 

zestawione  jak  popadło  z  wagonów  towarowych,  osobowych,  salonek,  a  nawet  z  cystern 

oblepionych oszalałymi ludźmi, Twerską-Jamską pędziła gęsta ludzka kasza, ludzie tłoczyli się w 

autobusach,  na  dachach  tramwajów,  tratowali  się  nawzajem,  wpadali  pod  koła.  Na  dworcu  co 

chwila  wybuchała  terkotliwa  trwożna  strzelanina  nad  głowami  tłumu  -  to  jednostki  wojskowe 

próbowały opanować panikę szaleńców, którzy biegli nasypami kolejowymi z guberni smoleńskiej 

w stronę Moskwy. Na dworcu jedna po drugiej z cichym wściekłym jękiem sypały się szyby i wyły 

wszystkie lokomotywy. Wszystkie ulice zasłane były porzuconymi, zdeptanymi afiszami, te same 

afisze patrzyły z murów w palącym malinowym świetle reflektorów. Nikt ich nie czytał, wszyscy 

znali  je  już  na  pamięć.  Afisze  ogłaszały  w  Moskwie  stan  wyjątkowy.  Zawierały  też  ostrzeżenia 

przed  paniką  i  komunikat,  że  do  guberni  smoleńskiej  jadą  transport  za  transportem  uzbrojone  w 

gazy  jednostki  Armii  Czerwonej.  Obwieszczenia  te  nie  mogły  jednak  uspokoić  wyjącej  nocy.  W 

mieszkaniach  leciały  z  rąk  i  tłukły  się  talerze  i  wazony,  ludzie  biegali  potrącając  meble, 

rozpakowywali i pakowali jakieś tobołki i walizy w daremnej nadziei, że uda się im przedrzeć na 

Plac  Kałanczewski,  na  Jarosławski  lub  Nikołajewski  Dworzec.  Niestety,  wszystkie  dworce,  z 

których  można  było  odjechać  na  północ  lub  na  wschód,  otoczone  były  zwartymi  kordonami 

piechoty - kołysząc i brzęcząc zaczepami ogromne ciężarówki wyładowane skrzyniami, na których 

siedzieli  czerwonoarmiści  w  szpiczastych  budionnówkach,  najeżone  ze  wszystkich  stron 

bagnetami,  wywoziły  zapasy  złotych  monet  z  podziemia  Ludowego  Komisariatu  Finansów  oraz 

olbrzymie skrzynie z napisami: “Ostrożnie. Galeria Tretiakowska”. Ciężarówki warczały i pędziły 

po całej Moskwie.  

 Bardzo  daleko  drżała  na  niebie  łuna  pożaru  i  słychać  było  rozkołysujące  gęstą  czerń 

sierpnia niemilknące armaty.  

 Nad  ranem  ulicami  bezsennej  Moskwy,  która  przez  całą  noc  nie  zgasiła  ani  jednego 

światła, w górę ulicy Twerskiej przeszedł wielotysięczny, łomocący kopytami po bruku wąż Armii 

background image

Konnej, zamiatał wszystko, co mu stanęło na drodze, co wciskało się do bram i wygniatając szyby 

tuliło  do  wystaw  sklepowych.  Na  szarych  plecach  podrygiwały  końce  malinowych  baszłyków, 

[kaptur z filcu lub grubej tkaniny] ostrza pik dźgały niebo. Szeregi parły naprzód, wrzynały się w 

rozchlustaną  kipiel  szaleństwa,  i  na  ich  widok  miotający  się  wyjący  tłum  jakby  ożył.  Tłumy  na 

chodnikach zawyły powitalnie, z nadzieją.  

 - Niech żyje Armia Konna! - krzyczały zapamiętałe głosy kobiece.  

 - Niech żyje! - odpowiadały męskie.  

 - Zatratują!... tratują... - wyli gdzieś.  

 - Ratunku! - krzyczano z trotuaru.  

 Poleciały z trotuarów między szeregi pudełka papierosów, srebrne monety, zegarki, jakieś 

kobiety  wybiegały  na  jezdnię  i  ryzykując  połamanie  kości  biegły  po  bokach  szyku  czepiając  się 

strzemion i całując je. Poprzez nieustanny tupot kopyt dobiegały z rzadka komendy plutonowych:  

 - Skrócić wodze!  

 Gdzieś  śpiewano  wesoło,  rubasznie,  w  migotliwym  świetle  reklam  spoglądały  z  koni 

twarze  w  załamanych  na  ucho  malinowych  czapkach.  Co  chwila  przerywając  szeregi  jezdnych  o 

nie  osłoniętych  twarzach  jechały  -  również  konno  -  dziwne  postacie  w  dziwnych  czarczafach,  z 

których  wybiegały  gumowe  rury;  postacie  te  miały  na  plecach  przytroczone  pasami  metalowe 

butle.  Za  nimi  sunęły  olbrzymie  samochody-cysterny  wyposażone  jak  wozy  strażackie  w  długie 

węże i ciężkie, miażdżące bruk tanki na gąsienicach, szczelnie opancerzone, o świecących wąskich 

otworach strzelniczych. Urywały się szeregi jezdnych i jechały chronione szarymi pancerzami auta 

ze  sterczącymi  szarymi  rurami,  z  białymi  trupimi  główkami  wymalowanymi  po  bokach  i  z 

napisami “Gaz”, “Dobrochim”.  

 - Obrońcie, bracia! - wył tłum z chodników. - Bijcie gada! Ratujcie Moskwę!  

 -  Mać...  mać...  biegło  po  szeregach.  Całe  paczki  papierosów  fruwały  w  oświetlonym 

nocnym powietrzu i z końskich grzbietów szczerzyły się na oszalałych ludzi białe zęby. Rozlewał 

się po szeregach głuchy, a chwytający za serce śpiew:  

 

 “Ni król, ni klecha, pan ni kat.  

 Od gadów się wyzwolim sami...”  

 

 Gromkie huczące “hurra” wybuchały nad całą tą kaszą, rozeszła się bowiem pogłoska, że 

na  czele  owych  szeregów  jedzie  w  takim  samym  malinowym  baszłyku,  jakie  mają  wszyscy  inni 

jeźdźcy, postarzały i posiwiały dowódca tego konnego  giganta, który przed dziesięcioma laty stał 

background image

się  postacią  legendarną.  Tłum  wył,  wzlatywał  w  niebiosa  grzmot:  “Hurra...  Hurra”  i  to  nieco 

uspokajało skołatane serca...  

 Instytut  był  skąpo  oświetlony.  Docierały  tu  tylko  poszczególne,  niejasne  i  przygłuszone 

odgłosy wydarzeń. Raz buchnęła wachlarzykiem salwa pod świetlistym zegarem koło maneży: to 

rozstrzelano na miejscu maruderów, którzy usiłowali obrabować mieszkanie na Wołchonce. Ruch 

samochodowy na tej ulicy był niewielki, wszystko bowiem koncentrowało się wokół dworców. W 

gabinecie  profesora  paliła  się  tylko  jedna  przyciemniona  lampa,  krąg  jej  światła  padał  na  stół, 

Persikow  siedział  w  milczeniu  z  głową  wspartą  na  rękach.  Kołysał  się  wokół  niego  słoisty  dym. 

Zgasł  promień  w  skrzynce.  Żaby  w  terrariach  milczały,  spały  już.  Profesor  nie  pracował  ani  nie 

czytał.  Z  boku,  pod  lewym  łokciem  Persikowa,  leżała  gazeta  popołudniowa  z  depeszami,  które 

donosiły, że cały Smoleńsk się pali, a artyleria kwadrat po kwadracie ostrzeliwuje lasy możajskie, 

niszcząc  złoża  jaj  krokodylich  zalegające  we  wszystkich  podmokłych  parowach.  Donoszono,  że 

eskadra aeroplanów nad Wiaźmą działała z dużym powodzeniem i zagazowała niemal cały powiat, 

ale ofiary w ludziach są tam niezliczone, ponieważ mieszkańcy, zamiast opuszczać kolejno powiaty 

w  ramach  planowej  ewakuacji,  miotają  się  z  powodu  paniki  na  oślep,  nie  zorganizowanymi 

gromadami, uciekają na własne ryzyko gdzie oczy poniosą. Donoszono, że Samodzielna Kaukaska 

Dywizja Kawalerii na kierunku możajskim odniosła imponujące zwycięstwo w starciu ze stadami 

strusi, wybiła je wszystkie i zniszczyła ogromne ilości strusich jaj. Dywizja miała przy tym bardzo 

nieznaczne straty własne. Opublikowano oświadczenie rządu, zapowiadające całkowitą ewakuację 

stolicy  w  razie,  gdyby  nie  udało  się  powstrzymać  gadów  w  odległości  dwustu  wiorst  od  miasta. 

Urzędnicy  i  robotnicy  powinni  zachować  całkowity  spokój.  Rząd  podejmie  najdrastyczniejsze 

kroki,  by  nie  dopuścić  do  powtórzenia  się  tragedii  smoleńskiej,  gdzie  w  rezultacie  paniki 

wywołanej nieoczekiwanym  atakiem kilku tysięcy  grzechotników miasto zaczęło się palić w tych 

wszystkich punktach, w których pozostawili ogień pod kuchnią bezładnie uciekający mieszkańcy. 

Donoszono, że Moskwa dysponuje zapasami żywności co najmniej na pół roku oraz że powołana 

przy  głównodowodzącym  rada  podejmuje  energiczne  kroki  celem  opancerzenia  mieszkań,  co 

pozwoli prowadzić walkę z gadami na ulicach stolicy, gdyby Armia Czerwona, aeroplany i eskadry 

nie zdołały powstrzymać inwazji gadów.  

 Profesor nie czytał tego wszystkiego, szklistymi oczyma patrzył przed siebie, palił. Prócz 

niego były w Instytucie tylko dwie osoby - Pankrat i zalewająca się co chwilę łzami gosposia Maria 

Stiepanowna.  Maria  Stiepanowna  nie  spała  już  trzecią  noc  z  rzędu,  spędzała  te  noce  w  gabinecie 

profesora,  który  za  nic  nie  chciał  się  rozstać  z  wygasłą,  ale  jedyną,  jaka  mu  została,  skrzynką. 

Maria Stiepanowna ułożyła się teraz na ceratowej kanapce w ciemnym kącie i milczała, pogrążona 

background image

w  bolesnych  rozmyślaniach:  patrzyła,  jak  w  trójnogu  nad  palnikiem  bunsenowskim  gotuje  się 

czajnik na herbatę dla profesora. Instytut trwał w milczeniu i wszystko stało się bardzo nagle.  

 Z  ulicy  dały  się  słyszeć  raptem  przenikliwe  krzyki,  tak  pełne  nienawiści,  że  Maria 

Stiepanowna  poderwała  się  i  także  krzyknęła.  Na  ulicy  zamigotały  latarnie,  dobiegł  z  hallu  głos 

Pankrata. Profesor źle znosił te hałasy. Na chwilę uniósł głowę, wymamrotał: “Patrzcie no, jak się 

wściekają... cóż ja teraz mogę zrobić” i znowu popadł w odrętwienie. Nie dano mu jednak trwać w 

nim  długo.  Straszliwie  zagrzmiały  dwuskrzydłowe  kute  drzwi  Instytutu  prowadzące  na  ulicę 

Hercena,  zatrzęsły  się  mury  gmachu...  Potem  pękła  gruba  zwierciadlana  szyba  w  sąsiednim 

gabinecie. Zadzwoniło, posypało się szkło w gabinecie profesora, szary brukowiec wskoczył przez 

okno,  rozbił  szklany  stół.  Podskoczyły  żaby  w  terrariach,  podniosły  wrzask.  Poderwała  się  i 

zapiszczała Maria Stiepanowna. Dopadła profesora, chwyciła go za ręce i zawołała:  

 -  Niech  pan  ucieka,  panie  profesorze,  niech  pan  ucieka!  Profesor  wstał  z  obrotowego 

krzesła, wyprostował się, haczykowato zagiął palec, jego oczy na moment odzyskały dawny żywy 

blask, przypominał teraz dawnego natchnionego Persikowa.  

 - Nigdzie się stąd nie ruszę - powiedział. - To po prostu głupie. Latają jak szaleni... A jeżeli 

cała  Moskwa  straciła  rozum,  to  dokąd  mam  uciekać?  I,  bardzo  proszę,  niech  pani  przestanie 

krzyczeć. Co ja mam z tym wspólnego? Pankrat! - zawołał i nacisnął guzik.  

 Chciał  zapewne,  żeby  Pankrat  położył  kres  całemu  temu  harmidrowi,  którego  profesor 

zawsze  tak  nie  znosił.  Ale  Pankrat  nic  tu  już  nie  mógł  pomóc.  Skończyło  się  na  tym,  że  puściły 

drzwi Instytutu i z daleka dobiegły klaśnięcia wystrzałów, a potem cały masywny gmach wypełnił 

się  bieganiną,  krzykami,  brzękiem  tłuczonych  szyb.  Maria  Stiepanowna  wczepiła  się  w  rękaw 

profesora, gdzieś ciągnęła Persikowa, ten wyrwał się jednak, wyprostował i w całej okazałości, w 

białym fartuchu, tak jak stał wyszedł na korytarz.  

 - No? - zapytał? Drzwi otworzyły się na oścież i pierwszą rzeczą, jaka się w nich ukazała, 

były  plecy  wojskowego  z  malinowym  szewronem  i  z  gwiazdą  na  lewym  rękawie.  Odsuwał  się 

tyłem  od  drzwi,  na  które  napierał  rozwścieczony  tłum,  strzelał  z  rewolweru.  Potem  rzucił  się  do 

ucieczki, a mijając Persikowa krzyknął do niego:  

 - Profesorze, niech pan ucieka, ja już nic nie mogę zrobić.  

 Odpowiedział jego słowom pisk Marii Stiepanowny. Wojskowy przemknął obok stojącego 

niczym  biały  posąg  Persikowa  i  zniknął  w  mroku  pokrętnych  korytarzy  z  drugiej  strony.  Ludzie 

wypadali z drzwi, wyli:  

 - Bij go! Zabij...  

 - Zbrodniarz...  

 - To ty wypuściłeś gady!  

background image

 Wykrzywione  twarze,  porozdzierane  suknie  podrygiwały  na  korytarzach,  ktoś  wystrzelił. 

Zamigotały  kije  i  laski.  Persikow  cofnął  się  nieco,  zagrodził  sobą  drzwi  do  gabinetu,  w  którym 

klęczała  na  podłodze  śmiertelnie  przerażona  Maria  Stiepanowna,  rozpostarłszy  ramiona  jak 

ukrzyżowana... nie chciał wpuścić tłumu i krzyczał z rozdrażnieniem:  

 - To czyste szaleństwo... Jak dzikie zwierzęta. Czego tu chcecie? - Zawył: - Won stąd! - i 

zakończył frazę ostrym i wszystkim tak dobrze znanym okrzykiem: - Pankrat, wyrzuć ich za drzwi!  

 Ale Pankrat nikogo już za drzwi wyrzucić nie mógł. Z rozbitą głową, zdeptany i rozdarty 

na  strzępy  leżał  Pankrat  nieruchomo  w  hallu  i  coraz  to  nowe  tłumy  przebiegały  obok  niego  nie 

zwracając uwagi na strzelaninę milicji z ulicy.  

 Niski  mężczyzna  na  krzywych  małpich  nogach,  w  rozdartej  marynarce,  w  rozdartym  i 

przekrzywionym  półkoszulku,  wyprzedził  innych,  dopadł  do  Persikowa  i  rozciął  mu  głowę 

straszliwym  ciosem  laski.  Persikow  zatoczył  się,  zaczął  się  chylić  na  bok,  jego  ostatnim  słowem 

było:  

 - Pankrat... Pankrat...  

 Bogu ducha winną Marię Stiepanowną zabito i rozszarpano w gabinecie, komorę, w której 

zgasł  już  promień,  rozniesiono  na  strzępy,  rozniesiono  na  strzępy  terraria,  wytłuczono  i  zdeptano 

ogłupiałe żaby, rozbito reflektory i w godzinę później Instytut płonął, wokół poniewierały się trupy, 

opodal  trwał  kordon  ludzi  uzbrojonych  w  elektryczne  rewolwery,  stały  samochody  strażackie, 

czerpały wodę z hydrantów i wlewały ją we wszystkie okna Instytutu, z których strzelały huczące 

języki ognia.  

  

background image

Rozdział XII - Mroźny deus ex machina  

 

 W  nocy  z  dziewiętnastego  na  dwudziesty  sierpnia  roku  tysiąc  dziewięćset  dwudziestego 

ósmego  chwycił  nagle  mróz,  mróz  niesłychany,  jakiego  najstarsi  ludzie  nie  pamiętali.  Chwycił  i 

trzymał dwa dni osiągając minus osiemnaście. Rozjuszona Moskwa szczelnie pozamykała drzwi i 

okna.  I  dopiero  pod  koniec  trzeciej  doby  zrozumiała  ludność  stolicy,  że  mróz  ocalił  i  ją,  i  owe 

nieogarnione  przestrzenie,  którymi  Moskwa  władała,  i  na  które  spadła  straszliwa  klęska 

dwudziestego ósmego roku. Pod Możajskiem Armia Konna, której straty sięgały trzech czwartych 

stanu, traciła już impet, a eskadry gazowe nie zdołały powstrzymać marszu ohydnych gadów, które 

półkolem parły na Moskwę z trzech kierunków, od zachodu, południowego zachodu i południa.  

 Pokonał  je  mróz;  obrzydliwe  zgraje  nie  przetrzymały  dwóch  dób  osiemnastostopniowego 

mrozu  i  w  trzeciej  dekadzie  sierpnia,  kiedy  się  ociepliło  i  po  chłodach  pozostała  tylko  wilgoć, 

plucha,  mokra  mgła  i  zwarzone  liście  na  drzewach,  nie  było  już  z  kim  walczyć.  Klęska  minęła. 

Lasy, pola, bezkresne trzęsawiska usłane były jeszcze różnobarwnymi jajami, pokrytymi niekiedy 

dziwacznym, nietutejszym, niespotykanym ornamentem, który zaginiony bez wieści Rokk uznał za 

brud, ale jajka te były już absolutnie niegroźne. Jaja umarły, zarodki w nich były martwe.  

 Bezkresne  przestrzenie  ziemi  długo  jeszcze  pokrywały  nieprzeliczone  i  gnijące  zwłoki 

krokodyli i węży powołanych do życia przez zagadkowy promień zrodzony w  genialnych oczach 

na  ulicy  Hercena.  Nietrwałe  płody  gorących,  tropikalnych  moczarów  zginęły  w  ciągu  dwóch  dni 

pozostawiając po sobie na terenie trzech guberni straszliwy smród, rozkład i trupie jady.  

 Długo jeszcze trwały epidemie spowodowane rozkładem ludzkich trupów i gadziej padliny, 

długo  jeszcze  krążyło  wojsko,  ale  nie  było  już  wyposażone  w  gazy,  tylko  w  sprzęt  saperski, 

cysterny  z  naftą  i  strażackie  węże;  oczyszczało  ziemię.  Oczyściło  ją  wreszcie  i  na  wiosnę  roku 

tysiąc dziewięćset dwudziestego dziewiątego wszystko się skończyło.  

 I  na  wiosnę  roku  tysiąc  dziewięćset  dwudziestego  dziewiątego  znów  zatańczyła, 

rozgorzała,  zawirowała  światłami  Moskwa,  znów  po  staremu  szumiały  potoki  pojazdów 

mechanicznych i nad czapą świątyni Zbawiciela wisiał jak na nitce sierp księżyca, zaś na miejscu 

jednopiętrowego budynku Instytutu, spalonego w sierpniu dwudziestego ósmego roku, wzniesiono 

nowy pałac zoologiczny, królował w tym pałacu privat-docent Iwanow, ale nie było już Persikowa. 

Nikt już nie mógł zobaczyć jego haczykowato a przekonująco zagiętego palca, nikt już nie usłyszał 

więcej skrzypliwego kwaczącego głosu. O promieniu i o katastrofie z dwudziestego ósmego roku 

długo  jeszcze  mówił  i  pisał  cały  świat,  z  czasem  jednak  imię  profesora  Włodzimierza 

Hippatiewicza  Persikowa  osnuło  się  mgłą  i  zgasło,  podobnie  jak  zgasł  i  sam  odkryty  przez 

profesora  pewnej  kwietniowej  nocy  czerwony  promień.  Nigdy  już  potem  nie  udało  się  otrzymać 

background image

owego  promienia,  choć  wytworny  dżentelmen,  obecnie  profesor  zwyczajny  Piotr  Stiepanowicz 

Iwanow,  od  czasu  do  czasu  ponawiał  próby.  Pierwszą  komorę  zniszczył  rozjuszony  tłum  owej 

nocy, kiedy zginął Persikow. Trzy pozostałe spłonęły w nikolskim sowchozie “Czerwony Promień” 

podczas pierwszego starcia eskadry z gadami, a próby rekonstrukcji komór nie powiodły się. Mimo 

usilnych  starań  Iwanowa  nie  udało  się  odtworzyć  tak  niby  prostej  kombinacji  soczewek  i  luster. 

Widocznie  oprócz  wiedzy  było  do  tego  potrzebne  coś  szczególnego,  coś,  czym  na  całym  świecie 

obdarzony  był  tylko  jeden  jedyny  człowiek  -  nieżyjący  już  profesor  Włodzimierz  Hippatiewicz 

Persikow.  

 Przełożyli Irena Lewandowska  

 i Witodl Dąbrowski  

  

background image

Szkarłatna wyspa  

 Powieść tow. Juliusza Verne'a  

  

 z francuskiego na ezopowy  

  

 przełożył Michał A. Bułhakow (1924)  

  

background image

Część I - Wybuch wulkanu  

  

background image

Rozdział 1 -  Historia z geografią  

 

 Wśród  fal  oceanu,  który  jeszcze  za  niepamiętnych  czasów,  z  uwagi  na  częste  burze  i 

sztormy,  nazwano  Spokojnym,  leżała  na  szerokości  geograficznej  45,  olbrzymia  bezludna  wyspa, 

zamieszkana  przez  sławne,  spokrewnione  ze  sobą  plemiona:  dzikusów  czerwonych,  czarnuchów 

białych  oraz  czarnuchów  o  bliżej  nie  określonym  kolorze  skóry.  Tym  ostatnim  żeglarze,  nie 

wiedzieć czemu, nadali miano zażartych.  

 Gdy lord Glenarvan na pokładzie słynnego statku “Nadzieja” zbliżył się po raz pierwszy do 

tej wyspy, stwierdził, iż panują tu stosunki dość oryginalne: mimo że dzikusów czerwonych było 

dziesięciokrotnie więcej niż wszystkich czarnuchów - tych białych i tych zażartych razem wziętych 

-  rządziły  wyspą  wyłącznie  pozostające  w  mniejszości  czarnuchy.  Na  tronie,  w  cieniu  palmy, 

zasiadał  pan  i  władca  wyspy,  król  Sizi-Buzi  w  kosztownej  tiarze  z  rybich  ości  i  puszek  po 

sardynkach.  Obok  władcy  siedział  arcykapłan  wraz  z  dowódcą  wojska,  nieustraszonym  Rikki-

Tikki-Tawi.  

 Dzikusy były w tym czasie zajęte uprawą pól, rybołówstwem i zbieraniem żółwich jaj.  

 Lord Glenarvan zaczął od tego, od czego zwykł zaczynać wszędzie, gdziekolwiek stanęła 

jego  noga,  a  mianowicie  zatknął  na  szczycie  góry  sztandar  i  oznajmił:  “Ten  wyspa...  być  teraz 

mój”.  

 Wynikło małe qui pro quo. Dzikusy nie obeznane z żadnym językiem oprócz rodzimego, 

zrobiły  ze  sztandaru  portki.  Wówczas  lord  zabrał  się  do  wymierzania  im  kar  cielesnych  pod 

palmami, a gdy wychłostał już wszystkich, rozpoczął pertraktacje z wodzem Sizi-Buzi, po których 

zrozumiał, że wyspa należy do wodza i że “flaga niepotrzebny”.  

 Jak się okazało, wyspa została odkryta już dwukrotnie. Pierwsi było Niemcy, po nich jacyś 

inni,  co  to  jedli  żaby.  Dla  udokumentowania  swych  słów  Sizi-Buzi  zademonstrował  puszki  po 

sardynkach, po czym napomknął słodkim głosem, że “woda ognista bardzo smaczny być, o tak!”  

 - Wywąchali, sukinsyny! - burknął lord po angielsku i poklepawszy Sizi-Buzi po ramieniu, 

pozwolił mu łaskawie uważać się nadal za władcę wyspy.  

 Następnie  odbyła  się  wymiana  towarowa.  Marynarze  wyładowali  z  pokładu  “Nadziei” 

szklane paciorki, zepsute sardynki, sacharynę oraz wodę ognistą. Dzikusy zaś, ogarnięte burzliwym 

entuzjazmem, zgromadziły na brzegu bobrowe skóry, kość słoniową, ryby, żółwie jaja i perły.  

 Sizi-Buzi  wodę  ognistą  zatrzymał  dla  siebie,  sardynki  też,  paciorki  też  i  tylko  sacharynę 

oddał dzikusom.  

 Ustalono poprawne stosunki między obu stronami. Statki wchodziły do zatoki, zrzucały na 

brzeg angielskie skarby i zabierały tubylczy szmelc. Na wyspie zadomowił się korespondent gazety 

background image

“New  York  Times”  w  białych  spodniach  i  z  fajką.  Korespondent  natychmiast  złapał  tropikalną 

rzeżączkę.  

 W podręcznikach geografii nowo odkryta wyspa zaczęła figurować jako L'ile des Sauvages 

(Wyspa Dzikich).  

  

background image

Rozdział 2 -  Sizi-Buzi pije wodę ognistą  

 

 Tak  więc  życie  na  wyspie  weszło  w  fazę  niesłychanego  rozkwitu.  Arcykapłan, 

głównodowodzący oraz sam Sizi-Buzi dosłownie kąpali się w wodzie ognistej. Z twarzy Sizi-Buzi 

zniknęły  zmarszczki  -  zaokrągliła  się  wyraźnie  i  błyszczała  jak  lakierowana.  Oddział  białych 

czarnuchów, przyozdobiony w korale, tkwił przed namiotem wodza połyskując lasem dzid.  

 Załogi mijających wyspę statków często słyszały dobiegające z brzegu okrzyki:  

 - Niech żyje wielki Sizi-Buzi, nasz władca! Niech żyje arcykapłan! Hurra!  

 To krzyczały czarnuchy, a te zażarte najgłośniej.  

 Gromada  dzikusów  odpowiadała  wymownym  milczeniem.  Nie  otrzymując  ognistych 

przydziałów  i  pracując  do  upadłego,  wspomniane  dzikusy  przebywały  w  stanie  swoistej  apatii 

graniczącej  z  tłumioną  niechęcią.  A  że  wśród  dzikusów,  podobnie  jak  wśród  wszystkich  innych 

ludzi, zdarzają się podżegacze, bywało też tak, iż zaczynały ich nurtować buntownicze myśli:  

 -  Jakżeż  to  tak,  ludzie  dobrzy?  Przecie  to  nie  po  bożemu!  Woda  ognista  -  im  (czyli 

czarnuchom), korale - im, a nam co, figę z sacharyną? A jak pracować - to my?!  

 Wskutek  takich  nastrojów  czerwone  dzikusy  naraziły  się  na  grube  nieprzyjemności.  Sizi-

Buzi,  słysząc  o  zamętach,  wysłał  do  plebejuszowskich  wigwamów  oddział  karny,  który  w  jednej 

chwili uśmierzył bunt.  

 Wychłostane dzikusy kłaniały się w pas i zapewniały:  

 - Sami więcej nie będziemy i dzieciom zabronimy!  

 W ten to sposób znowu nastały promienne czasy.  

  

background image

Rozdział 3 -  Katastrofa  

 

 Wigwamy  Sizi-Buzi  i  arcykapłana  mieściły  się  w  najlepszej  części  wyspy,  u  podnóża 

wygasłego trzysta lat temu wulkanu.  

 Pewnej  nocy  wulkan  zbudził  się  całkiem  nieoczekiwanie  i  sejsmografy  w  Pułkowie  oraz 

Greenwich odnotowały jakieś złowrogie idiotyzmy.  

 Z wulkanu wydobył się dym, za nim płomień, potem posypały się kamienie i na końcu, jak 

wrzątek z samowaru, popłynęła rozżarzona lawa.  

 Nad  ranem,  w  miejscu  gdzie  stały  królewskie  wigwamy,  było  czyściuteńko.  Dzikusy 

stwierdziły, że zostały bez wodza i bez arcykapłana, z samym tylko głównodowodzącym wojska.  

  

background image

Rozdział 4 - Genialny Kiri-kuki.  

 

 W  pierwszej  chwili  dzikusy  stanęły  niczym  ogłuszone  gromem,  w  tłumie  nawet  przelały 

się  łzy,  ale  już  w  następnej  chwili  w  głowach  zarówno  dzikusów,  jak  i  ocalałych  czarnuchów  z 

głównodowodzącym na czele zrodziła się myśl: “Co z nami będzie dalej?”  

 Myśl owa pociągnęła za sobą szemrania - najpierw niewyraźne, potem coraz głośniejsze - i 

nie wiadomo, co mogłoby z tego wyniknąć, gdyby nie całkiem zdumiewające zjawisko.  

 Otóż  nad  tłumem,  przypominającym  pole  maków  urozmaicone  nielicznymi  białymi 

plamami,  wyrosła  nagle  pijacka  gęba  o  latających  oczkach.  Stanąwszy  na  beczce,  objawił  się 

ludowi w całej swej okazałości znany na całej wyspie pijaczyna i nierób, osławiony Kiri-kuki.  

 Dzikusy po raz drugi zamarły niczym porażone gromem, a przyczyną takiego stanu rzeczy 

był  zdumiewający  wygląd  Kiri-kuki.  Wszyscy  -  od  dzieci  do  starców  -  zwykli  widywać  tego 

osobnika  obijającego  się  albo  nad  zatoką,  gdzie  wyładowywano  ogniste  wspaniałości,  albo  w 

pobliżu  wigwamu  wodza,  i  wszyscy  doskonale  wiedzieli,  że  Kiri-kuki  to  najprawdziwszy  okaz 

czarnucha  zażartego.  A  teraz  ten  sam  Kiri  ukazał  się  oczom  oszołomionych  wyspiarzy 

pomalowany  od  stóp  do  głów  w  barwy  wojenne  plebejuszowskiej  czerwieni.  Najbardziej 

doświadczone oko nie byłoby w stanie odróżnić tego spryciarza i oszusta od zwykłego dzikusa!  

 Kiri-kuki  stojąc  na  beczce  zatoczył  się  raz  i  drugi,  po  czym  otworzył  szeroką  gębę  i 

wrzasnął na całe gardło, a jego epokową mowę natychmiast utrwalił w swym notesie reporterskim 

natchniony korespondent gazety “New York Times”.  

 - Ogłaszam, że wolna z nas wiara! Wam wszystkim składam dzięki!  

 Żaden,  ale  to  żaden  z  tłumnie  zebranych  dzikusów  nie  zrozumiał,  dlaczego  Kiri-kuki 

składa im dzięki i za co. Zatem cała gromada odpowiedziała mu zdumionym wrzaskiem:  

 - Hurra!!!  

 Przez  kilka  minut  buszowało  nad  wyspą  to  donośne  “hurra”,  po  czym  przerwał  je  nowy 

okrzyk Kiri-kuki:  

 - A tera, chłopy, przysięgać!  

 Zachwycone dzikusy zawyły:  

 - Komu-u-u?  

 Na to Kiri-kuki odpowiedział piskliwie:  

 - Mnie-e!  

 Tym  razem  dzikusów  zatkało.  Ale  paraliż  nie  trwał  długo.  Głównodowodzący  wydał 

głośny okrzyk: “Ach, kanalia, trafił w dziesiątkę!” - i pierwszy zgłosił akces do podrzucania Kiri-

kuki w górę.  

background image

 Przez całą noc na wyspie, grając odblaskami w niebie, płonęły wesołe ogniska i wokół nich 

tańczyły  dzikusy,  pijane  z  nadmiaru  szczęścia  i  wody  ognistej,  której  butelki  otwierał  dla  nich 

własnoręcznie łebski Kiri-kuki.  

 Przepływające w pobliżu statki wysyłały w eter błyskawiczne radiogramy i zamierzały dla 

porządku  ostrzelać  wyspę,  ale  już  wkrótce  cały  cywilizowany  świat  został  uspokojony  depeszą 

korespondenta z “Timesa”:  

 “tutejsze matoły obchodzą święto ludowe zwane bajram kropka ten oszust jest genialny”.  

  

background image

Rozdział 5 - Rebellion  

 

 Następnie  wydarzenia  potoczyły  się  z  szybkością  zaiste  nadprzyrodzoną.  Chcąc  dogodzić 

dzikusom,  Kiri  już  pierwszego  dnia  ogłosił,  że  wyspa  przybiera  miano  Szkarłatnej  dla  uczczenia 

ich barw plemiennych. Niestety, obojętnych na sławę dzikusów to wcale nie ucieszyło, czarnuchów 

zaś  zdenerwowało.  Następnego  dnia,  chcąc  dogodzić  czarnuchom,  Kiri  mianował  Rikki-Tikki 

głównodowodzącym.  Niestety,  czarnuchom  nie  dogodził,  ponieważ  głównodowodzącym  pragnął 

zostać  każdy  z  nich,  dzikusów  natomiast  rozzłościł.  Po  czym,  by  dogodzić  tym  razem  samemu 

sobie,  Kiri-kuki  zaopatrzył  się  we  wspaniałe  nakrycie  głowy  ze  strzępiastej  puszki  po  szprotach, 

przypominające do złudzenia koronę nieboszczyka Sizi-Buzi. W ten sposób nie dogodził nikomu i 

rozzłościł  wszystkich,  ponieważ  czarnuchy  sądziły,  że  każdy  z  nich  jest  godzien  takiej  korony, 

dzikusy  zaś,  zdemoralizowane  nadużywaniem  wody  ognistej,  były  w  ogóle  przeciwne  koronie, 

która zbyt dotkliwie przypominała im, że stosunkowo niedawno zostały przez władcę wychłostane.  

 Ostatnie przedsięwzięcie Kiri-kuki dotyczyło wody ognistej - i wówczas przegrał na całej 

linii. Ogłosił bowiem, że wodę ognistą będzie dzielił równo między wszystkich, i przyrzeczenia nie 

dotrzymał.  Sprawa  była  bardzo  prosta.  Chcąc  rozdawać  wszystkim,  trzeba  mieć  dużo.  A  skąd 

wziąć dużo? W zamian za wodę ognistą Kiri upłynnił cały zbiór kukurydzy, ale wody ognistej nie 

zdobył tyle, ile trzeba, tymczasem zarówno czarnuchom, jak i dzikusom tak burczało w brzuchach 

z głodu, że zaczęli dawać wyraz oburzeniu.  

 Pewnego pięknego dnia, w porze upału, gdy Kiri swym zwyczajem wylegiwał się w swym 

wigwamie, do naczelnika Rikki-Tikki przyszedł jakiś dzikus, którego fizys świadczyła wyraźnie o 

wichrzycielskich  skłonnościach.  W  momencie  jego  ukazania  się,  Rikki  popijał  właśnie  wodę 

ognistą pochrupując w przerwach między łykami dobrze przyrumienionym kawałkiem prosięcia.  

 - Czego chcesz, czerwona gębo? - zapytał oschle ponury dowódca.  

 Dzikus puścił komplement mimo uszu i przeszedł od razu do meritum sprawy.  

 - Jakżeż to, cóż to się dzieje? - zrzędził. - Wódka wasza, prosiaki wasze... A my? Znowu 

dawne porządki czy co?  

 - Ach, tak, prosiaka ci się zachciewa! - powstrzymując złość powiedział dowódca.  

 -  A  jak?  Co  to,  dzikus  nie  człowiek?  -  odparł  zuchwale  gość  przybierając  bezczelną 

postawę.  

 Rikki  wziął  prosiaka  za  chrupiącą  nóżkę,  zamachnął  się  i  wyrżnął  dzikusa  w  zęby  z  taką 

siłą, że z prosiaka trysnął tłuszcz, a z warg dzikusa - krew. W oczach przybysza zakręciły się łzy 

przemieszane z gradem zielonych iskier.  

 - Wynocha!!! - zamknął dyskusję dowódca.  

background image

 Nikt  nie  wie,  co  takiego  uczynił  ów  dzikus,  powróciwszy  do  domu,  dobrze  wiadomo 

natomiast,  że  już  pod  koniec  dnia  na  wyspie  huczało  jak  w  ulu.  Tejże  nocy  załoga  fregaty 

“Chancellor”,  przepływającej  w  pobliżu  wyspy,  widziała  dwie  łuny  w  południowej  Zatoce 

Błękitnego Spokoju. W świat poleciała niepokojąca wiadomość:  

 “Na wyspie ognie matoły znowu świętują kropka Hatteras”.  

 Szanowny kapitan Hatteras dopuścił się błędu: rzeczywiście na  wyspie płonęły ognie,  ale 

nie  świadczyło  to  bynajmniej  o  świętowaniu.  Po  prostu  płonęły  wigwamy  dzikusów  podpalone 

przez oddział karny z rozkazu dowódcy - Rikki-Tikki.  

 Nad ranem słupy płomieni zamieniły się w słupy  dymu, przy czym było ich już nie dwa, 

lecz  dziewięć.  Przed  nadejściem  nocy  dym  zamienił  się  znowu  w  rosochate  łapy  płomieni 

(szesnaście sztuk).  

 Świat  był  poważnie  zaniepokojony;  gazety  w  Paryżu,  Londynie,  Rzymie,  Nowym  Jorku, 

Berlinie i innych miastach wybiły nagłówek: “Co się stało na wyspie?”  

 Wreszcie  nadeszła  depesza  od  korespondenta  “New  York  Timesa”.  Jej  treść  okazała  się 

zdumiewająca.  

 “Od  pięciu  dni  płoną  wigwamy  czarnuchów  kropka  tłumy  dzikusów  (dalej  nieczytelne) 

oszust Kiri ucie (nieczytelne)”.  

 A  nazajutrz  oszołomiła  świat  następna  depesza  nadana  już  nie  z  wyspy,  lecz  z  pewnego 

portu w Europie:  

 “dickus  utshinil  colosalni  rebellion  kropka  vispa  plonie  vibuhla  jouma  same  trupi  kropka 

proshe zolitchke pieńset kropka korespondent”.  

background image

 Część II -  Wyspa w płomieniach  

  

background image

Rozdział 1 -  Tajemnicze pirogi  

 

 O świcie patrol na europejskim brzegu zaalarmował:  

 - Na horyzoncie okręty!  

 Lord Glenarvan wyszedł z lunetą i długo obserwował czarne punkty.  

 - Nie rozumiem - powiedział ów dżentelmen - czarnuchy w pirogach?  

 -  Do  stu  tysięcy  piorunów!  -  zawołał  Michał  Ardan  ciskając  zeissowską  lornetkę.  - 

Stawiam  waszyngtońskiego  dolara  przeciwko  dziurawemu  banknotowi  z  1923  roku  o  wartości 

jednego miliona, że to czarnuchy!  

 - Całkiem możliwe - potwierdził Paganel.  

 - Co to ma znaczyć? - zapytał lord, zdziwiony po raz pierwszy w życiu.  

 Zamiast odpowiedzi czarnuchy po zejściu na ląd tylko jęczały.  Ich wygląd śmiało można 

było  określić  jako  przerażający.  A  kiedy  przybysze  trochę  odsapnęli,  wyjaśniło  się  co  następuje. 

Otóż  dzikusów  są  krocie.  Cholerni  podżegacze  zamącili  tym  kretynom  w  głowach.  Wysuwają 

żądanie: wytępić wszystkich czarnuchów. Rikki wysłał oddział karny, ale dzikusy wybiły oddział 

w pień. Ten łajdak Kiri-kuki pierwszy zwiał pirogą. Tutaj są resztki oddziału karnego z Rikki-Tikki 

na czele. Uciekać maleńko do lorda, rozumieć?  

 -  Do  stu  tysięcy  diabłów!  -  zagrzmiał  Ardan.  -  Te  dzikusy  zamierzają  zostać  w  Europie! 

Comprenez-vous?  

 - Ale kto wam dawać jeść? - przeraził się Glenarvan. - Nie, wy jechać na powrót...  

 -  Ależ,  wasze  jaśniepaństwo,  nie  możemy  tam  wrócić  -  płakały  czarnuchy.  -  Te  dzikusy 

pozabijają  nas  bez  pardonu.  A  po  drugie,  wigwamy  nasze  popalili  już  do  reszty.  Gdyby  tak  dla 

przykładu wojsko jakie wysłać, może by się dało uspokoić tych sukinsynów...  

 -  Thank  you  -  odparł  z  ironią  lord  wskazując  depeszę  korespondenta.  -  Wy  tam  mieć 

dżuma.  I am jeszcze nie wariat. Jedna mój marynarz droższa być niż cały  wasz parszywy wyspa. 

Yes.  

 - Tak jest, wasza wielebność - zgodziły się czarnuchy - wiadomo, żeśmy nic niewarci. A i z 

dżumą to prawda, pan z gazety dobrze napisał. Kosi ta zaraza i kosi. I znowuż głód...  

 -  Ta-ak  -  powiedział  w  zadumie  lord.  -  Okay.  Ja  pomyśleć.  -  A  potem  rozkazał:  - 

Kwarantanna!  

  

background image

Rozdział 2 -  Czarna rozpacz.  

 

 Słów brak, żeby opisać, co przeszły czarnuchy w gościnie u lorda. Zaczęło się od tego, że 

wykąpano ich w lizolu, po czym trzymano za ogrodzeniem, jak osły. Karmiono oszczędnie, w sam 

raz tak, żeby z głodu nie pomarli. A ponieważ przy takiej metodzie odżywiania trudno ustalić ścisłą 

normę, to jedna czwarta czarnuchów mimo wszystko oddała Bogu ducha.  

 Wreszcie,  po  przetrzymaniu  swych  gości  w  kwarantannie,  lord  wyprawił  ich  do  pracy  w 

kamieniołomach. Tam zapewniono im nadzór, a nadzorcy mieli harapy uwite z byczych żył...  

  

background image

Rozdział 3 - Martwa wyspa  

 

 Wszystkie statki otrzymały rozkaz: omijać wyspę w promieniu strzału armatniego. Tak też 

czyniono. Nocami widać było słabą, dogorywającą łunę, w dzień wyspa tliła się czarnym dymem. 

Nad błękitem fal płynął smród rozkładających się trupów.  

 - Już po wyspie - mówili marynarze patrząc przez lornetki na zdradliwą zieleń lądu.  

 Czarnuchy,  które  na  lordowym  wikcie  wyglądały  niczym  blade  cienie,  obijając  się  po 

kamieniołomach powtarzały ze złośliwą satysfakcją:  

 -  Dobrze  im  tak,  szubrawcom.  Niech  pozdychają,  pies  im  mordę  lizał.  A  jak  wszyscy 

zdechną,  wrócimy  tam  cichcem  i  wyspa  będzie  nasza.  I  niech  tylko  trafi  nam  w  ręce  ten  łajdak 

Kiri-kuki - rozprujemy mu własnoręcznie brzuch.  

 Lord zachowywał niewzruszone milczenie.  

  

background image

Rozdział 4 - Zalakowana butelka.  

 

 Wyrzuciła  ją  fala  na  brzeg  europejski.  Butelkę  otworzono  w  obecności  lorda,  z 

zachowaniem  wszelkich  lizolowych  ostrożności.  W  środku  był  świstek  papieru  zabazgrany 

niewątpliwie  ręką  jakiegoś  dzikusa.  Tłumacz  odczytał  te  kulfony  i  przedłożył  lordowi  dokument 

następującej treści:  

 “Przymieramy  głodem.  Dzieci  małe  zdychają  (napisane  było:  zdechajom).  Znowuż  ta 

dżuma. Ludzie my czy nie ludzie? Chlebka nam przyślijcie. Kochające dzikusy”.  

 Rikki-Tikki zzieleniał.  

 -  Wasza  lordowska  łaskawość!  Za  nic  w  świecie!  Niech  pozdychają!  Buntów  im  się 

zachciewa, a potem ktoś ma ich żywić?!...  

 -  Nie  mam  taki  zamiar  -  odparł  lord  lodowatym  tonem  i  zdzielił  Rikki-Tikki  pejczem  w 

ucho, żeby nie pchał się z doradzaniem.  

 -  W  gruncie  rzeczy  to  świństwo  -  wycedził  przez  zęby  Michał  Ardan.  -  Można  by  im 

wysłać przynajmniej trochę kukurydzy.  

 -  Dziękuję  za  radę,  monsieur  -  skwitował  go  oschle  Glenarvan.  -  Chciałbym  tylko 

wiedzieć, kto będzie płacił za kukurydzę. I bez tego ta banda czarnuchów zżarła diabli wiedzą ile. 

Głupich rad nie potrzebuję.  

 -  Ach,  tak!  -  rzekł  Ardan  mrużąc  oczy.  -  W  takim  razie,  sir  proszę  wyznaczyć  godzinę  i 

miejsce  pojedynku.  I  daję  słowo  honoru,  że  z  odległości  dwudziestu  metrów  trafię  w  waszą 

lordowską mość równie dobrze jak w katedrę Notre Dame.  

 -  Nie  zazdroszczę  szanownemu  panu,  jeśli  znajdzie  się  pan  w  odległości  dwudziestu 

metrów  ode  mnie  -  odparł  lord.  -  Nie  zazdroszczę,  ponieważ  pańska  waga  zwiększy  się  o  wagę 

kuli, którą wpakuję łaskawcy, wedle jego wyboru, w prawe albo lewe oko.  

 - Phileas Fogg był sekundantem lorda, Paganel - Ardana. Zarówno Ardan jak i lord wyszli 

z  pojedynku  cało  i  zdrowo.  Lord  w  Ardana  nie  trafił,  trafił  natomiast  w  jednego  z  czarnuchów 

przyczajonych z ciekawości pod krzakiem. Kula weszła czarnuchowi w nasadę nosa i wyszła przez 

kark.  Zgon  nastąpił  w  momencie,  gdy  kula  znalazła  się  w  połowie  drogi,  czyli  w  samym  środku 

mózgu. Ardan i Glenarvan, uścisnąwszy sobie dłonie, rozeszli się każdy w swoją stronę.  

 Ale na tym nie koniec przygody z butelką. Tejże nocy pięćdziesięciu czarnuchów uciekło 

w pirogach z europejskiego lądu zostawiając lordowi bezczelną wiadomość:  

 “Dziękujemy za lizol i za bycze żyły. Mamy nadzieję, że kiedyś powyrywamy nadzorcom 

nogi. Wracamy na naszą wyspę. Z dzikusami jakoś dojdziemy do ładu. Lepiej zdechnąć w domu od 

zarazy niż tutaj od waszego śmierdzącego mięsa. Uszanowanie”.  

background image

 Uciekinierzy  porwali  ze  sobą  lunetę,  zdezelowany  karabin  maszynowy,  sto  puszek 

skondensowanego mleka, sześć błyszczących klamek od drzwi, dziesięć rewolwerów i dwie białe 

kobiety.  

 Lord  wychłostał  wszystkich  pozostałych  czarnuchów  i  obliczył  w  swym  notesie  wartość 

skradzionych przedmiotów.  

background image

 Część III -  Szkarłatna Wyspa  

  

background image

Rozdział I - Zaskakująca depesza  

 

 Minęło  sześć  lat.  Odcięta  od  świata  martwa  wyspa  została  zapomniana.  Marynarze  ze 

statków  podziwiali  niekiedy  przez  lunety  obfitą  zieleń  jej  brzegów,  skały,  i  pieniące  się  fale 

przypływu. Nic poza tym.  

 Zakładano,  że  powinno  upłynąć  siedem  lat,  by  znikły  pozostałości  epidemii  i  wyspa 

przestała  być  niebezpieczna.  Z  końcem  siódmego  roku  planowano  wyprawę  w  celu  powtórnego 

zaludnienia wyspy przez goszczących u lorda czarnuchów. Na razie czarnuchy, chude jak szkielety, 

słaniały się po kamieniołomach.  

 I  oto  z  początkiem  siódmego  roku  cały  cywilizowany  świat  został  wstrząśnięty.  Stacje 

radiowe w Ameryce, Anglii i Francji odebrały zaskakującą depeszę:  

 “  skończyła  się  zaraza  kropka  jesteśmy  żywi  i  zdrowi  czego  i  wam  życzymy  kropka 

uszanowanie”.  

 Rano prasa całego świata zaprezentowała czytelnikom olbrzymie tytuły:  

 “Wyspa przemówiła!!!” “Zagadkowy komunikat!!!” “Czarnuchy żyją!!!”  

 -  Na  barchanowe  pantalony  mojej  babci!  -  ryknął  Michał  Ardan.  -  Nadzwyczajne! 

Najbardziej  zdumiewające  jest  nie  to,  że  przeżyli,  ale  to,  że  nadsyłają  depesze!  Skąd  wytrzasnęli 

radio - chyba sam diabeł sprawił im stację nadawczą?!  

 Lord  Glenarvan  przyjął  nowinę  z  zadumą,  natomiast  czarnuchy  z  kamieniołomów  były 

kompletnie załamane. Rikki-Tikki jęcząc błagał lorda:  

 -  Wystrzelać  ich  teraz,  wasza  przewielebność,  nic  tylko  wysłać  wojsko  i  wystrzelać! 

Przecież cóż to się dzieje? Wyspa jest nasza, do nas należy! Ileż my tu mamy sterczeć?  

 - Będę zobaczyć - odpowiedział lord.  

  

background image

Rozdział 2 - Kapitan Hatteras  i zagadkowa barka  

 

 Pewnego  pięknego  majowego  dnia  nad  morzem  stanął  spiralą  dym  i  wkrótce  okręt  pod 

dowództwem  kapitana  Hatterasa,  wysłany  przez  lorda  Glenarvana,  przycumował  do  brzegu. 

Marynarze, stłoszeni wokół burt okrętu, patrzyli z zaciekawieniem na wyspę. Oczom ich ukazał się 

następujący  widok:  w  zatoce  spokojnie  drzemała  woda,  a  tuż  przy  brzegu,  otoczona  gromadką 

nowych  dopiero  co  skleconych  łodzi  tubylczych  stała  jakaś  nieznana  barka.  Tajemnica  depeszy 

radiowej wyjaśniła się natychmiast - w oddali, nad szmaragdowym lasem tropikalnym, wznosił się 

maszt nadzwyczaj pokracznej stacji nadawczej.  

 - Do stu tysięcy piorunów! - wrzasnął kapitan. - Nie inaczej, jak tutejsze półgłówki same 

zmontowały to szkaradzieństwo!  

 Marynarze, patrząc na pokraczny owoc tubylczej twórczości, wesoło rechotali.  

 Z  okrętu  spuszczono  na  wodę  szalupę  i  kapitan w  towarzystwie  kilku  marynarzy  wysiadł 

na brzeg.  

 Pierwszą  rzeczą,  jaka  zaskoczyła  odważnych  przybyszów,  było  niebywałe  mnóstwo 

dzikusów.  Hatterasa  obstąpili  nie  tylko  dorośli,  ale  także  cały  tłum  młodzieży.  Skraj  brzegu 

obsiadła girlanda tłuściutkich dzieciaków, które łowiły ryby, zwiesiwszy nogi w błękitną wodę.  

 - Niech mnie diabli porwą, jeśli ta dżuma nie wyszła im na zdrowie! - zawołał Hatteras. - 

Mają  takie  gęby,  jakby  odżywiano  ich  wyłącznie  papką  z  płatków  owsianych  w  najlepszym 

gatunku! Ciekawe... Zobaczymy dalej...  

 Dalej  zdumiała  go  właśnie  owa  stara  barka  przyczajona  w  zatoce.  Wystarczył  jeden  rzut 

doświadczonego oka, by przekonać się, że barka pochodzi z europejskiej stoczni.  

 -  Coś  mi  się  to  nie  podoba  -  wycedził  Hatteras  przez  zęby.  -  Jeśli  tylko  nie  skradli  sami 

tego  trupa,  to  chciałbym  wiedzieć,  co  za  kanalia  grasowała  tu  w  czasie  kwarantanny?  TA  barka 

wygląda mi na niemiecką...  

 Zapytał więc zwracając się do dzikusów:  

 - Hej, wy, czerwone pyski! Skąd gwizdnęliście barkę?  

 Dzikusy odpowiedziały filuternym uśmiechem, pokazując zęby jak perły.  

 -  Nie  raczycie  odpowiadać?  Dobrze, zaraz  pomogę  wam  przemówić  -  powiedział  kapitan 

chmurząc czoło.  

 Z  tymi  słowy  ruszył  w  stronę  barki,  ale  dzikusy  zagrodziły  drogę  kapitanowi  i  jego 

marynarzom.  

 - Precz! - wrzasnął Hatteras i wprawnym ruchem sięgnął do tylnej kieszeni.  

background image

 Ale nikt z dzikusów cofać się nie zamierzał. Hatteras wraz ze swymi marynarzami znalazł 

się  w  zwartym  pierścieniu  tubylców.  Kapitanowi  spąsowiała  szyja.  Dostrzegł  w  tłumie  jednego  z 

białych czarnuchów, którzy uciekli swego czasu z kamieniołomów.  

 - Kogo widzę! Stary znajomy!  - zawołał Hatteras. - Teraz rozumiem, skąd te bunty! Ano 

zbliż się tu, łajdaku!  

 Ale łajdakowi ani się śniło; tak też oznajmił:  

 - Nie pójdę!  

 Kapitan rozejrzał się z wściekłością; teraz jego szyja przybrała kolor fioletowy, stanowiąc 

wspaniały  kontrast  z  białym  otokiem  hełmu  tropikalnego.  Rzecz  w  tym,  że  zauważył  w  rękach 

wielu  dzikusów  karabiny,  zanadto  przypominające  broń  niemiecką,  w  dłoni  zaś  bezczelnego 

czarnucha - skradzione lordowi parabellum. Twarze majtków, zazwyczaj dziarskie, nabrały powagi 

i  zszarzały.  Kapitan  spojrzał  w  piekący  błękit  nieba,  potem  w  stronę  redy,  gdzie  kołysał  się  na 

falach  jego  okręt.  Pozostający  na  pokładzie  marynarze  -  białe  plamki  na  masztach  -  spokojnie 

obserwowali  brzeg.  Kapitan  Hatteras  umiał  wziąć  się  w  garść.  Jego  kark  przybrał  stopniowo 

normalny odcień, co świadczyło, że tym razem udar kapitanowi nie grozi.  

 - Proszę mnie przepuścić, wracam na pokład - powiedział uprzejmie ochrypłym głosem.  

 Dzikusy  zrobiły  mu  miejsce  i  kapitan  eskortowany  przez  swych  marynarzy  odpłynął  od 

brzegu. W godzinę później zgrzytnęły łańcuchy kotwic i nim zdążyła upłynąć następna godzina, po 

okręcie pozostał tylko malutki dymek na lśniącym błękicie horyzontu.  

  

background image

Rozdział 3 - Niezwyciężona armada  

 

 W  barakach,  gdzie  mieszkały  czarnuchy,  działy  się  niestworzone  rzeczy.  Czarnuchy, 

wydając  z  siebie  okrzyki  bojowe,  zdawało  się, że  postradały  zmysły.  Tego  dnia  zaserwowano  im 

pełne  wiadra  tłustego,  złocistego  rosołu.  Zamiast  łachmanów  czarnuchom  wydano  wspaniałe 

perkalowe portki i dowolne ilości farby do bojowego tatuażu. Przy barakach widniały ustawione w 

kozły nowiuteńkie karabiny, obok karabinów - kulomioty i inna broń szybkostrzelna.  

 Rikki-Tikki-Tawi  wyglądał  najbardziej  imponująco.  Lśniły  pierścienie  w  jego  nozdrzach, 

mieniły  się  barwami  powiewające  nad  głową  pióra.  Gęba  świeciła  mu  się  jak  popowi  przed 

Wielkanocą. Powtarzał w kółko jak obłąkany:  

 - Dobra wasza, dobra wasza. Tera zaśpiewacie, gołąbeczki. Niech tylko dopłyniemy, już ja 

wam pokażę...  

 Robił przy tym taki gest, jak gdyby zamierzał wydrapać komuś oczy.  

 -  Równaj  szeregi!  Baczność!  Hurra!  -  darł  się  goniąc  wzdłuż  szeregu  ociężałych  po 

wielkim żarciu czarnuchów.  

 Trzy  pancerniki  w  porcie  zaczęły  przyjmować  na  pokłady  bataliony  czarnuchów.  I 

wówczas  miało  miejsce  nieoczekiwane  zdarzenie.  Przed  szeregiem  czarnuchów  ukazał  się  jakiś 

obszarpany,  wynędzniały  osobnik  ostrzyżony  na  jeża.  Oszołomione  czarnuchy  rozpoznały  w  tej 

nędznej kreaturze oszusta Kiri-kuki, błąkającego się dotąd nie wiadomo gdzie.  

 Miał czelność wystąpić naprzód i z przymilnym uśmieszkiem zwrócić się do dowódcy:  

 - Cóż to, bracie, zapomniałeś o mnie? Przecież też jestem wasz. Też czarny. Weźcie mnie 

ze sobą na wyspę. Może przydam się na coś...  

 Nie  zdążył  dokończyć:  dowódca  zzieleniał  na  twarzy  i  wyciągnął  zza  pasa  szeroki  ostry 

nóż.  

 - Wasza łaskawość - powiedział do lorda, z trudem poruszając trzęsącymi się wargami - ten 

tutaj...  no,  ten...  to  akurat  Kiri-kuki,  przez  niego  cały  ten  bałagan...  Wasza  miłość  pozwoli,  że 

własnymi rękami poderżnę mu gardziołko?  

 - O yes, z mili chęci - odpowiedział dobrodusznie lord. - Ale już, statek czekać.  

 Kiri-kuki zdążył tylko raz pisnąć, gdy Rikki po mistrzowsku przeciął mu gardło od ucha do 

ucha.  

 Następnie  wyszli  naprzód  lord  Glenarvan  z  Michałem  Ardanem  i  lord  wygłosił  mowę 

pożegnalną:  

 - Jechać, dzikus walczyć. I am pomagać, ze statek strzelać. You potem płacić.  

  

background image

Rozdział 4 - Nieoczekiwany finał  

 

 Niczym perła lśniła wyspa w oślepiających promieniach dnia. Statki zbliżyły się do brzegu 

i uzbrojone wojsko czarnuchów zeszło na ląd. Rikki, płonąc niecierpliwością w przeczuciu walki, 

wyskoczył pierwszy i potrząsając szablą rozkazał:  

 - Za mną, zuchy!  

 I zuchy podążyły za nim.  

 Przebieg wypadków był następujący: na żyznych polach wyspy przywitała nieproszonych 

gości  olbrzymia  armia  dzikusów.  Były  ich  takie  krocie,  że  zielona  wyspa  w  mgnieniu  oka 

zabarwiła się na czerwono. Parły jak chmara ze wszystkich stron i nad czerwonym oceanem głów, 

niczym  włosie  na  szczotce  do  zębów,  jeżyła  się  szczecina  bagnetów  i  kopii.  Gdzieniegdzie, 

wtrącone  w  czerwony  tłum,  pędziły  w  charakterze  dowódców  oddziałów  te  same  czarnuchy,  co 

swojego  czasu  zwiały  z  kamieniołomów.  Wspomniane  czarnuchy  nosiły  teraz  barwy  wojenne 

dzikusów; potrząsały rewolwerami i wyraz ich twarzy mówił, że nie mają nic do stracenia. Z gardła 

wyrywały się bojowe rozkazy:  

 - Bagnety na broń!  

 Dzikusy wtórowały takim wrzaskiem, że stygła w żyłach krew:  

 - Bij sukinsynów!!  

 Gdy zderzyły się szeregi walczących, nie było najmniejszych wątpliwości, że armia Rikki-

Tikki  jest  zaledwie  białą  plamą,  wyspą  w  falującym  czerwonym  oceanie.  Plama  rozlała  się  i 

otoczyła dzikusów od flank.  

 -  Na  rogi  szatana!  -  zawołał  z  pokładu  okrętu  flagowego  Michał  Ardan.  -  Nigdy  w  życiu 

nie widziałem czegoś podobnego!  

 - Wspomóc ich ogniem! - rozkazał lord Glenarvan odrywając od oczu lunetę.  

 Kapitan  Hatteras  wspomógł.  Buchnęła  czternastocalówka  i  pocisk,  nie  osiągnąwszy  celu, 

wybuchł  akurat  na  styku  między  dzikusami  i  czarnuchami.  Dwudziestu  pięciu  czarnuchów  i 

czterdziestu  dzikusów  rozniosło  w  strzępy.  Drugi  pocisk  zebrał  plon  jeszcze  większy: 

pięćdziesięciu  czarnuchów  i  stu  trzydziestu  dzikusów.  Trzeciego  pocisku  nie  wysłano,  albowiem 

lord Glenarvan, obserwujący atak artyleryjski przez lunetę, schwycił kapitana Hatterasa za gardło i 

odciągnął od armaty wołając:  

 - Niech pana szlag trafi, przerwać to natychmiast! Walicie przecież prosto w czarnuchów!  

 W  szeregach  czarnuchów,  po  dwóch  strzałach  Hatterasa,  wybuchła  nieprawdopodobna 

panika. Armia zawyła i drgnęła.  

background image

 Wył  nawet  Rikki-Tikki,  wokół  którego  wytworzył  się  szalony  wir.  Z  wiru  wyłoniła  się 

nagle  wykrzywiona  gęba  jednego  z  szeregowych  czarnuchów.  Czarnuch  z  pianą  na  ustach 

podskoczył do osłupiałego dowódcy i wychrypiał:  

 - Co-o?! Mało ci, żeś nas zataszczył w kamieniołomy i gnębił tam przez siedem lat!! Teraz 

znowu  zaczynasz?  Wciągasz  w  pułapkę?  Żebyśmy  z  przodu  oberwali  od  dzikusów,  a  z  tyłu  - 

pociskiem w kark? A-a-!!!  

 Błyskawicznie wyszarpnął nóż i pełnym natchnienia ruchem wbił go w pierś Rikki-Tikki, 

mierząc z nadzwyczajną dokładnością między piąte a szóste żebro po lewej stronie.  

 -  Ratun...  -  jęknął  dowódca...  -...  ku...  -  dokończył  już  na  tamtym  świecie,  przed  tronem 

Wszechmogącego.  

 - Hurra-a! - wrzasnęły dzikusy.  

 -  Składajmy  broń!  Hura!  Pojednajmy  się,  bracia!  -  wyły  ogłupiałe  czarnuchy,  porwane 

buszującym potokiem niezliczonej dzikusowej braci.  

 - Hurra-ra!! - odpowiedziały dzikusy.  

 I wszystko zmieszało się na wyspie w jednym niewiarygodnym galimatiasie.  

 - Do siedmiuset wrzodów i ciężkiej febry! - zawołał Michał Ardan przywierając oczami do 

zeissowskich szkieł lornetki. - Niech zawisnę na stryczku, jeśli ci wariaci nie zawarli przymierza! 

Proszę spojrzeć sir! Padają sobie w objęcia!  

 -  Widzę  -  odrzekł  lord  grobowym  głosem.  -  Ciekaw  jestem,  kto  nam  teraz  wynagrodzi 

wszystkie wydatki związane z żywieniem tej hołoty w kamieniołomach?  

 - Ach, niechże pan da spokój, sir - powiedział serdecznie Ardan - możemy nie spodziewać 

się  żadnej  nagrody  poza  febrą  tropikalną.  Jednym  słowem,  radzę  panu,  żebyśmy  czym  prędzej 

podnieśli kotwice. Uwaga!! - krzyknął nagle i przykucnął, a lord kucnął  machinalnie obok niego. 

Zdążyli w porę: nad ich głowami, niczym szalony podmuch wiatru, przemknęła błyszcząca chmura 

strzał i kul wysłanych przez czarnuchów.  

 - Wlepić im! - wrzasnął lord do kapitana.  

 Kapitan wlepił - ale nieudolnie.  

 Pocisk  wybuchł  wysoko  w  powietrzu.  Zjednoczona  armia  dzikusów  i  czarnuchów 

odpowiedziała  na  to  następną  chmurą  strzał,  która  przemknęła  tym  razem  niżej,  i  lord  ujrzał  na 

własne oczy, jak siedmiu zbroczonych krwią marynarzy padło w przedśmiertnych konwulsjach.  

 -  Do  diabła  z  całą  tą  wyprawą!  -  krzyknął  przewidujący  Ardan.  -  Gazu,  sir!  Strzały  mają 

zatrute! Gazu, jeśli nie chce pan przywieźć dżumy do Europy!  

 - Przyłożyć im na pożegnanie! - wychrypiał lord.  

background image

 Znany  partacz  -  kapitan  Hatteras  -  wysłał  na  pożegnanie  jeszcze  jeden  pocisk,  który 

poleciał w ogóle nie wiadomo gdzie, po czym okręty podniosły kotwice. Trzecia chmura strzał, już 

niegroźna, osiadła na morskich falach.  

 W pół godziny później pancerne olbrzymy oddaliły się prując oceaniczne fale i zasnuwając 

dymem horyzont. W spienionym wirze za rufą przewracały się wyrzucone za burtę trupy siedmiu 

zabitych marynarzy.  

 Wyspę  powlekała  mgiełka,  w  której  tonął  powoli  szmaragdowy,  opromieniony  słońcem 

brzeg.  

  

background image

Rozdział 5 - Końcowy sygnał  

 

 W nocy tropikalne niebo nad Szkarłatną Wyspą rozjarzyła płomienna łuna i okręty nadały 

piorunującą wiadomość, którą odebrały wszystkie stacje:  

 “wyspa świętuje bajram na niesłychaną skalę kropka te diabły chleją wódkę kokosową”.  

 Następnie wieża Eiffla rozbłysła snopem zielonych błyskawic, które przyniosły meldunek 

aż nazbyt bezczelny:  

 “lord glenarvan michał ardan  

 obchodząc  nasze  wspólne  święto  mamy  zaszczyt  oznajmić  iż  panowie  mogą  nas  pocało 

(nieczytelne) w (nieczytelne) kropka”.  

 z poważaniem  

 czarnuchy i dzikusy kropka  

 - Przerwać odbiór! - ryknął Ardan.  

 Wieża umilkła. Zgasły zielone błyskawice. Co było dalej - nikt nie wie.  

  

Przełożyła Ałła Sarachanowa  

 

background image

 Przygody Cziczikowa 

poemat w dwóch częściach  

z prologiem i epilogiem (1922)  

 

 - “Uważaj, uważaj, durniu! - wołał Cziczikow do Selifana.  

 -  Jak  cię  zdzielę  pałaszem,  to  zobaczysz!  -  wołał  pędzący  naprzeciw  feldjeger  z  wąsami 

długimi na arszyn. - %ie widzisz państwowego pojazdu, do wszystkich diabłów?!”  

 (Gogol)  

background image

 Prolog  

 

 ... Jakiś dziwaczny sen. Śni mi się, że diabeł żartowniś otworzył drzwi do państwa cieni. A 

nad  drzwiami  migoce  wieczna  lampka  z  napisem:  “martwe  dusze”.  I  zaczął  się  ruch  w  krainie 

zmarłych, i popełzły zeń cienie jeden za drugim, bez końca.  

 Maniłow  w  niedźwiedzim  futrze,  Nozdriow  w  cudzym  zaprzęgu,  Dzerżymorda  na 

strażackiej pompie, Selifan, Pietruszka, Fietinja...  

 A na ostatku ruszył on sam, Paweł Ianowicz Cziczikow. W swej słynnej bryczce.  

 I  pociągnęła  cała  ta  hałastra  na  Radziecką  Ruś.  I  zdarzyły  się  na  Rusi  owej  przedziwne 

zdarzenia. A jakie - zostanie wymienione szczegółowo poniżej...  

background image

 I  

 

 Przesiadłszy się w Moskwie z bryczki do samochodu, Cziczikow pędził po moskiewskich 

wertepach. Pędził i przeklinał Gogola na czym świat stoi:  

 -  Żeby  mu,  diablemu  synowi,  powyskakiwały  pod  oczami  pęcherze!  I  to  takie  jak  kopy 

siana! Splamił, zaszargał mi reputację, tak że nosa wysunąć nie można. Przecież jeśli się dowiedzą, 

żem Cziczikow, to wyrzucą mnie w diabły! I dobrze, jak tylko wyrzucą, bo mogę, nie daj Boże, i 

na  Łubiance  posiedzieć.  A  wszystko  przez  tego  Gogola,  żeby  mu  tak,  draniowi,  z  mamusią  i 

tatusiem...  

 I snując takie oto refleksje wjechał w bramę tego samego hotelu, z którego wyjechał przed 

stu laty.  

 Wszystko  tu  było  jak  dawniej.  Ze  szpar  wyzierały  karaluchy  i  nawet  bodaj  ich  przybyło. 

Ale  były  też  zmiany.  Na  przykład  zamiast  szyldu  z  napisem  “hotel”  wisiał  plakat  z  napisem: 

“Państwowy Dom Noclegowy nr... “ A już brud i smród był taki, że sam Gogol by osłupiał.  

 - Pokój proszę!  

 - Skierowanie proszę!  

 Ale genialny Paweł Iwanowicz nie zmieszał się ani na chwilę.  

 - Kierownika!  

 R-raz! - i już jest kierownik. A to stary znajomy. Nijaki Łysy Pimien, ten sam, który kiedyś 

władał  “Akulinką”,  a  teraz  otworzył  na  Twerskiej  rosyjską  kawiarnię  z  niemieckimi  atrakcjami, 

balsamami  i,  oczywiście,  prostytutkami.  Gość  i  kierownik  uściskali  się,  cmoknęli,  poszeptali  i 

wszystko zostało załatwione w mig, bez żadnego skierowania. Przegryzł więc Paweł Iwanowicz co 

nieco i popędził załatwiać sobie pracę.  

  

background image

II  

 

 Był  wszędzie  -  i  wszędzie  gdzie  był,  oczarował  wszystkich  składaniem  pełnych  gracji 

ukłonów i cechującą go zawsze niesłychaną erudycją.  

 - Proszę wypełnić ankietę.  

 Dali  mu  płachtę  długości  arszyna,  w  niej  sto  najbardziej  podchwytliwych  pytań:  skąd, 

gdzie i po co?...  

 Nie minęło pięć minut, a już Paweł Iwanowicz wypełnił ankietę, jak długa i szeroka. Tylko 

kiedy ją podawał, zadrżała mu ręka.  

 Ta-ak, pomyślał, teraz przeczytają, jaki to ze mnie brylant, i...  

 I nie stało się absolutnie nic.  

 Po pierwsze, ankiety nikt nie przeczytał, a po drugie - trafiła do panienki rejestratorki, która 

zrobiła z nią to co zwykle: zamiast do pism przychodzących, wpisała do  wychodzących, a potem 

gdzieś wsadziła, tak że ankieta przepadła jak kamień w wodzie.  

 Cziczikow uśmiechnął się pod wąsem i zaczął pracować.  

  

background image

III  

 

 A  potem  wszystko  szło,  im  dalej,  tym  lepiej.  Cziczikow  rozejrzał  się  i  stwierdził,  że 

wszędzie siedzą sami znajomi. Pobiegł do urzędu, w którym wydawano przydziały, i usłyszał:  

 - Znam was, skąpiradła jedne! Weźmiecie kota, obedrzecie ze skóry i dacie na przydział! A 

ja chcę, żebyście mi dali baraniny z kaszą. A tych waszych przydziałowych żab i zgniłych śledzi do 

ust nie wezmę, choćbyście je cukrem posypali!  

 Patrzy - a to Sobakiewicz.  

 Ten, jak tylko przyjechał, natychmiast zażądał deputatu. I dostał, jeszcze jak! Wtedy siadł, 

zjadł i poprosił o dokładkę. Dołożyli. Mało! Wtedy dali mu jeszcze jeden deputat, miał zwyczajny, 

dostał specjalny. Mało! Dali zastrzeżony. Zeżarł i zażądał jeszcze. I awanturę zrobił! Nawymyślał 

wszystkim  od  faryzeuszy,  nakrzyczał,  że  oszust  siedzi  na  oszuście  i  oszustem  pogania  i  że  jest 

tylko jeden porządny człowiek - referent, a i ten, prawdę mówiąc, świnia!  

 Dostał akademicki.  

 Cziczikow  zobaczył,  jak  Sobakiewicz  żongluje  deputatami,  i  momentalnie  zaczął  działać. 

Zapędził Sobakiewicza w kozi róg. Dostał deputat dla siebie, dla nie istniejącej żony z dzieckiem, 

dla  Selifana  i  Pietruszki,  dla  faceta,  o  którym  opowiadał  Betriszczewowi,  i  dla  matki  staruszki, 

której dawno nie było na świecie.  I wszystkie -  akademickie. Tak że musiano mu wozić jedzenie 

ciężarówką.  

 Uporawszy się w ten sposób z problemem zaopatrzenia, ruszył do innych urzędów.  

 Pędząc  kiedyś  samochodem  przez  Kuźniecki  Most,  spotkał  Nozdriowa.  Ten  oznajmił  z 

miejsca,  że  sprzedał  już  i  dewizkę  i  zegarek.  Rzeczywiście  -  nie  miał  na  sobie  ani  jednego,  ani 

drugiego.  Ale  nie  dawał  za  wygraną.  Opowiedział,  że  poszczęściło  mu  się  na  loterii:  wygrał  pół 

funta oleju, szkło do lampy naftowej i zelówki do dziecinnych bucików, ale zaraz potem mu się nie 

poszczęściło  i  musiał,  cholera,  dołożyć  jeszcze  własne  sześćset  milionów.  Opowiedział,  jak 

zaproponował  Wniesztorgowi,  że  dostarczy  dla  zagranicy  partię  prawdziwych  kaukaskich 

kindżałów.  I  dostarczył.  I  zarobiłby  na  tym  masę  pieniędzy,  gdyby  nie  świnie  Anglicy,  którzy 

zauważyli  na  kindżałach  napis:  “mistrz  Sawielij  Sybiriakow”,  i  wszystko  odrzucili.  Zaciągnął 

Cziczikowa do swojego pokoju i napoił wspaniałym koniakiem, ponoć prosto z Francji, w którym 

jednak czuło się samogon w całej jego okazałości. Ostatecznie dołgał się aż do zapewnień, że dano 

mu  w  przydziale  osiemset  arszynów  materiału,  błękitne  auto  ze  złotą  tapicerką  i  nakaz  na 

mieszkanie w pałacyku z kolumnami.  

 Kiedy  zaś  jego  zięć,  Miżujew,  wyraził  wątpliwość,  Nozdriow  nawymyślał  mu  nie  od 

Sofronów, lecz zgoła od parszywców.  

background image

 Jednym słowem, znudził się Cziczikowowi tak, że ten nie wiedział, jak od niego uciec.  

 Ale  Nozdriowowskie  opowieści  nasunęły  mu  myśl,  że  i  sam  mógłby  się  zająć  handlem 

zagranicznym.  

  

background image

IV  

 

 Tak też zrobił. Znowu wypełnił ankietę, zaczął działać i zademonstrował całą skalę swoich 

możliwości. Przepędzał przez granicę stada baranów w podwójnych futrach, między którymi utykał 

brabanckie koronki, a brylanty przewoził w kołach, dyszlach, uszach i diabli wiedzą jakich jeszcze 

miejscach.  

 I w krótkim czasie zgromadził prawie pięćset miliardów.  

 Nie  dał  jednak  za  wygraną.  Wystosował  do  kogo  należy  podanie  o  wydzierżawienie  mu 

pewnej  firmy  i  nie  szczędząc  tęczowych  barw  przedstawił  wielkie  korzyści,  jakie  to  przyniesie 

państwu.  

 W  urzędzie  rozdziawiono  usta  od  ucha  do  ucha  -  istotnie,  korzyści  zapowiadały  się 

fantastyczne. Poprosili o wskazanie przedsiębiorstwa. Ależ oczywiście! Mieściło się na Twerskim 

bulwarze,  akurat  naprzeciw  klasztoru  Męki  Pańskiej,  i  nosiło  nazwę:  “Pampusz  na  Twerbulu”. 

[pomnik Puszkina] Zwrócono się gdzie należy z zapytaniem, czy coś takiego rzeczywiście istnieje. 

Odpowiedź brzmiała: owszem, cała Moskwa o tym wie. Znakomicie.  

 - Proszę sporządzić kosztorys.  

 Cziczikow miał już kosztorys za pazuchą.  

 Wydzierżawiono.  

 Cziczikow nie tracąc czasu popędził gdzie trzeba.  

 - Proszę o zaliczkę.  

 -  Proszę  sporządzić  wykaz.  W  trzech  egzemplarzach  z  odpowiednimi  podpisami  i 

pieczątkami.  

 Nie  minęły  dwie  godziny,  jak  wykaz  już  był.  Według  wszelkich  reguł.  Pieczęci  -  jak 

gwiazd na niebie. I podpisy jak się patrzy.  

 -  Za  dyrektora  -  Nieuważaj-koryto,  za  sekretarza  -  Kuwszynnoje  Ryło,  za 

przewodniczącego komisji cen i opłat - Jelizawieta Worobiej.  

 - Zgadza się. Oto zlecenie wypłaty.  

 Kasjer ujrzawszy sumę, aż jęknął.  

 Cziczikow złożył podpis i wywiózł pieniądze trzema dorożkami.  

 A potem pomknął do następnego urzędu.  

 - Proszę o pożyczkę.  

 - Proszę pokazać towary.  

 - Bądźcie uprzejmi wysłać przedstawiciela.  

 - Dawać przedstawiciela!  

background image

 Zgiń, przepadnij, znowu znajomy: Jemielian Rotoziej.  

 Cziczikow  zabrał  go  ze  sobą.  Zawiózł  do  pierwszego  lepszego  magazynu  i  pokazuje. 

Patrzy Jemielian i widzi: towarów bez liku.  

 - Ta-ak... I to wszystko pana?  

 - Wszystko.  

 -  Jeśli  tak  -  powiada  Jemielian  -  to  proszę  przyjąć  moje  gratulacje.  Z  pana  to  już  nie 

milioner, tylko trylioner.  

 A Nozdriow, który też się do nich przyczepił, zaczął dolewać oliwy do ognia:  

 - Widzisz tę ciężarówkę z butami? Tę, co wjeżdża do bramy? To jego buty.  

 Potem, ogarnięty zapałem, wyciągnął Jemieliana na ulicę i zaczął pokazywać:  

 -  Widzisz  te  sklepy?  Wszystko  jego.  CAła  tamta  strona  ulicy.  TA  też.  Widzisz  tramwaj? 

Jego. A latarnie? Też jego. Widzisz? Widzisz?  

 I kręci nim we wszystkie strony, aż Jemielian zaczął błagać:  

 - Wierzę! Widzę!... Tylko mnie już puść.  

 Wtedy wrócili do urzędu.  

 Tam pytają Jemieliana:  

 - No i co?  

 Ten tylko ręką machnął.  

 - Nie da się tego opisać!  

 - No, skoro się nie da, to wydać mu n +1 miliardów.  

  

background image

V  

 

 Dalsza kariera Cziczikowa przebiegała w zawrotnym tempie. W głowie się nie mieści, co 

wyrabiał. Stworzył Zjednoczenie do Wyrobu Żelaza z Drewnianych Wiórów i, oczywiście, dostał 

natychmiast pożyczkę. Został udziałowcem ogromnej spółdzielni i nakarmił całą Moskwę kiełbasą 

z padliny. Kiedy dziedziczka Koroboczka, usłyszawszy, że w Moswie “wszystko da się załatwić”, 

przyjechała  nabyć  nieruchomość,  Cziczikow  skumał  się  z  Zamuchryszkinem  i  Utieszytielnym  i 

sprzedał  jej  Maneż,  naprzeciw  Uniwersytetu.  Zawarł  umowę  na  elektryfikację  miasta  położonego 

tam,  gdzie  diabeł  mówi dobranoc,  po  czym  wszedłszy  w  kontakt  z  byłym  horodniczym,  postawił 

płot  i  powbijał  tyczki,  żeby  to  pachniało  jakimś  planem,  a  potem  oświadczył,  że  pieniądze 

zrabowały mu bandy kapitana Kopiejkina. Jednym słowem, wyprawiał istne cuda.  

 I  po  Moskwie  poszły  słuchy,  że  Cziczikow  jest  trylionerem.  Różne  instytucje  zaczęły  go 

sobie wyrywać jako eksperta. Już wynajął za pięć miliardów pięciopokojowe mieszkanie, już jadał 

obiady i kolacje w “Empire”...  

  

background image

VI  

 

 Aż nastąpił krach.  

 Wszystko  było  jak  w  Gogolowskiej  przepowiedni:  zgubił  Cziczikowa  Nozdriow,  a 

wykończyła  Koroboczka.  Bez  złych  zamiarów,  po  prostu  po  pijanemu,  Nozdriow  wygadał  się  na 

wyścigach  i  o  drewnianych  wiórach  i  o  wydzierżawieniu  nie  istniejącego  przedsiębiorstwa,  a 

podsumował  to  wszystko  stwierdzeniem,  że  Cziczikow  jest  kanciarzem  i  że  należałoby  go 

rozstrzelać.  

 Słuchacze się przejęli i wiadomość pobiegła jak iskra.  

 W  dodatku  głupia  Koroboczka  przyszła  do  urzędu  z  zapytaniem,  kiedy  wolno  jej  będzie 

otworzyć  w  Maneżu  piekarnię.  Daremnie  przekonywano  ją,  że  to  budynek  państwowy  i  że  nie 

można ani go kupić, ani niczego w nim otwierać. Babina nie rozumiała.  

 Tymczasem mówiono o Cziczikowie coraz gorzej. Zaczęto zachodzić w głowę, co to za typ 

i  skąd  się  wziął.  Rozeszły  się  plotki,  jedna  gorsza  i  dziwniejsza  od  drugiej.  Do  serc  wkradł  się 

niepokój. Rozdzwoniły się telefony, zaczęły narady... Komisja budowlana naradzała się z komisją 

kontrolną,  komisja  kontrolna  z  Żyłotdiełem,  Żyłotdieł  z  Narkomzdrawem,  Narkomzdraw  z 

Gławkustpromem, Gławkustprom z Narkomprosem, Narkomprost z Proletkultem - itd., itd., itp.  

 Zabrano się za Nozdriowa. Oczywiście był to błąd. Wszyscy wiedzieli, że to łgarz i że nie 

można wierzyć żadnemu jego słowu. A jednak go wezwano. I odpowiedział na wszystkie pytania.  

 Stwierdził, że Cziczikow rzeczywiście wziął w dzierżawę nie istniejące przedsiębiorstwo i 

że  on,  Nozdriow,  nie  widzi  powodu,  dla  którego  miałby  nie  wziąć,  skoro  biorą  wszyscy.  Na 

pytanie,  czy  ów  Cziczikow  nie  jest  przypadkiem  białogwardyjskim  szpiegiem,  odpowiedział,  że 

jest i że niedawno chciano go nawet rozstrzelać, ale z jakichś tam powodów nie rozstrzelano. Na 

pytanie,  czy  tenże  Cziczikow  nie  fałszuje  przypadkiem  pieniędzy,  odpowiedział,  że  owszem,  i 

opowiedział  nawet  o  jego  niezwykłej  przebiegłości.  Otóż  dowiedziawszy  się,  że  rząd  ma  zamiar 

puścić  w  obieg  nowe  banknoty,  Cziczikow  wynajął  pod  Moskwą  mieszkanie  i  wydrukował  tam 

fałszywe banknoty na sumę 18 miliardów rubli, w dodatku na dwa dni przed emisją prawdziwych. 

A  kiedy  milicja  wpadła  i  opieczętowała  mieszkanie  -  w  ciągu  jednej  nocy  pomieszał  fałszywe 

banknoty  z  prawdziwymi,  tak  że  potem  sam  diabeł  nie  mógłby  rozpoznać,  które  są  które.  Na 

pytanie,  czy to prawda,  że Cziczikow wymienił swoje miliardy na brylanty, żeby uciec z nimi za 

granicę odpowiedział, że tak i że on sam zgodził się pomagać i uczestniczyć w tej sprawie, bo bez 

niego nic by nie wyszło.  

 Po  wysłuchaniu  Nozdriowa  wszyscy  zmarkotnieli.  Najwyraźniej  nie  można  było 

stwierdzić,  kim  jest  Cziczikow.  I  nie  wiadomo,  czym  by  się  to  skończyło,  gdyby  nie  pewien 

background image

człowiek,  który  wprawdzie  -  jak  i  inni  -  nigdy  nie  miał  w  ręku  Gogola,  miał  natomiast  szczyptę 

zdrowego rozsądku.  

 I w pewnym momencie zawołał:  

 - A wiecie, kim jest ten Cziczikow?  

 A kiedy wszyscy chórem krzyknęli: “No?”, rzekł grobowym głosem:  

 - Kanciarzem.  

background image

 VII  

 

 Dopiero  wtedy  wszystkich  olśniło.  Zaczęli  szukać  ankiety.  Nie  ma.  W  rejestrze  pism 

przychodzących.  Nie  ma.  W  szafie.  Nie  ma.  Pytają  rejestratorki.  “A  ja  skąd  mam  wiedzieć?  U 

Iwana Grigorycza!”  

 Pobiegli do Iwana Grigorycza:  

 - Gdzie jest?  

 - Nie moja rzecz. Spytajcie sekretarza - itd., itp.  

 Aż tu raptem w koszu z niepotrzebnymi papierami - jest!  

 Zaczęli czytać i osłupieli.  

 Imię? Paweł.  Imię ojca?  Iwan.  Nazwisko? Cziczikow. Zawód? Postać z Gogola. Co robił 

przed  rewolucją?  Skupował  martwe  dusze.  Stosunek  do  służby  wojskowej?  Ni  to,  ni  owo,  diabli 

wiedzą co. Przynależność partyjna. Sympatyk (a czyj - nie wiadomo). Czy był sądzony? Dziarski 

zygzak.  Adres?  Z  bramy  w  podwórko,  drugie  piętro,  na  prawo;  spytać  w  biurze  adresowym 

sztabsoficerową Podtoczynę - już ona będzie wiedziała.  

 Własnoręczny podpis? Umoczyć pióro.  

 Przeczytali i skamienieli.  

 Wezwali instruktora Bobczyńskiego.  

 -  Wal  na  Twerski,  do  tej  wydzierżawionej  firmy.  I  zajrzyj  na  to  podwórko,  gdzie  są  jego 

towary. Może coś się wyjaśni.  

 Bobczyński wraca. Oczy ma okrągłe jak spodki.  

 - Niesłychana historia!  

 - No?!  

 - Ani śladu firmy. Dał adres pomnika Puszkina, a towary nie są jego, tylko “Ary”.  

 Tu wszyscy zawrzeszczeli wniebogłosy:  

 -  Matko  przenajświętsza!  A  to  ci  dopiero!  A  my  mu  daliśmy  miliardy!  Trzeba  go  łapać 

póki czas!  

 I zaczęli łapać.  

background image

 VIII  

 

 Palec na guzik:  

 - Wezwać gońca!  

 Drzwi się otwarły i stanął w nich Pietruszka. Dawno już odszedł od Cziczikowa i pracował 

w urzędzie jako goniec.  

 - Proszę wziąć tę kopertę i natychmiast ruszać.  

 - TA jest - powiedział Pietruszka. Natychmiast wziął, natychmiast wyruszył i natychmiast 

wszystko zgubił.  

 Dzwonek - do garażu, do Selifana!  

 - Natychmiast auto.  

 - Sie robi.  

 Selifan  drgnął,  okrył  motor  ciepłymi  spodniami,  włożył  kurtkę,  wskoczył  na  siedzenie, 

gwizdnął, zatrąbił i pomknął.  

 Któryż Rosjanin nie lubi szybkiej jazdy?  

 Selifan też ją lubił, toteż przy wjeździe w Łubiankę musiał wybierać między tramwajem a 

oszkloną sklepową witryną. W ciągu ułamka sekundy Selifan wybrał to drugie, ominął tramwaj i z 

okrzykiem: “Ratunku!” wleciał jak wicher przez wystawę do sklepu.  

 Wtedy  nawet  Tientietnikow,  zarządzający  wszystkimi  Selifanami  i  Pietruszkami,  stracił 

cierpliwość:  

 - Wyrzucić obu na zbity pysk!  

 Wyrzucili.  Skierowali  na  giełdę  pracy.  Stamtąd  na  miejsce  Pietruszki,  skierowano 

Pluszkinowskiego  Proszkę,  a  na  miejsce  Selifana  -  Grigorija  Dojeżdżaj-nie-Dojedziesz.  A 

tymczasem sprawa nabierała rozmachu.  

 - Gdzie podanie o zaliczkę?  

 - Oto ono.  

 - Wezwać tu Nieuważaja-koryto.  

 Okazało się, że wezwać nie sposób. Przed dwoma miesiącami Nieuważaja usunięto z partii. 

A z Moskwy usunął się sam, bo nie miał w niej absolutnie nic do roboty.  

 - A Kuwszynnoje Ryło?  

 Wyjechał w siną dal instruować instancje gubernialne.  

 Wtedy wzięto się za Jelizawietę Worobiej. BA, kiedy takiej osoby nie ma! Jest wprawdzie 

maszynistka  Jelizawieta,  ale  nie  Worobiej.  Jest  asystent  zastępcy  młodszego  referenta, 

zamzawpodotdieł Worobiej, ale nie Jelizawieta.  

background image

 Uczepiono się maszynistki.  

 - Więc to pani?  

 - Nic podobnego! Dlaczego właśnie ja? Tam jest Jelizawieta, a ja jestem Elżbieta. Zupełnie 

inaczej...  

 I buch w płacz. Zostawiono ją w spokoju.  

 A  tymczasem,  póki  zajmowano  się  Jelizawietą  Worobiej,  prawnik  Samoswistow 

powiadomił  cichaczem  Cziczikowa,  że  jego  sprawy  śmierdzą,  i  Cziczikow,  rzecz  jasna,  przepadł 

bez śladu.  

 Próżno  posyłano  auto  pod  podany  adres;  na  drugim  piętrze  z  prawej  nie  było  żadnego 

biura,  tylko  zaniedbana  i  zrujnowana  stołówka.  Do  przyjezdnych  wyszła  sprzątaczka  Fietinja  i 

powiedziała:  

 - Nima nikogo.  

 Co  prawda  obok  tyle  że  nie  z  prawej,  lecz  z  lewej  strony,  było  biuro  adresowe,  ale  nie 

siedziała  w  nim  żadna  sztabsoficerowa,  tylko  jakaś  Podstioga  Sidorowna.  I  nie  znała  nie  tylko 

adresu Cziczikowa, ale nawet własnego.  

background image

 IX  

 

 Wtedy wszyscy popadli w rozpacz. Sprawa tak się zagmatwała, że sam diabeł by się w niej 

nie  rozeznał.  Wióry  pomieszały  się  z  pseudodzierżawą,  brabanckie  koronki  z  elektryfikacją,  a 

transakcja  Koroboczki  -  z  brylantami.  Nozdriow  okazał  się  wspólnikiem;  zamieszany  był  też 

sympatyk  Jemielian  Rotoziej  i  bezpartyjny  złodziej  Antoszka,  a  poza  tym  wybuchł  nagle  skandal 

wokół deputatów Sobakiewicza. I sypnęło się ze wszystkich stron!  

 Samoswistow urabiał sobie ręce po łokcie; doczepił jeszcze do tej sprawy jakieś grzebanie 

po  kufrach  i  jakieś  podrobione  delegacje  służbowe  (tylko  w  to  jedno  wmieszanych  było  koło 

pięćdziesięciu  tysięcy  osób)  -  i  tak  dalej,  i  temu  podobne.  Jednym  słowem,  zaczęło  się  diabli 

wiedzą co. Ci, którym miliardy sprzątnięto sprzed nosa, i ci, którzy mieli je znaleźć, miotali się w 

panice zdając sobie sprawę z jednego tylko, bezspornego faktu:  

 - Miliardy były i miliardów nie ma.  

 Wreszcie wstał jakiś chłopek-roztropek i powiedział:  

 - Przyjdzie nam widać powołać komisję śledczą. Inaczej nie da rady.  

background image

 X  

 

 I w tym momencie (we śnie wszystko się zdarza), niby deus ex machina, zjawiłem się ja i 

powiedziałem:  

 - Zlećcie tę sprawę mnie.  

 Zdumienie.  

 - A pan... ee... da radę?  

 A ja na to:  

 - Bądźcie spokojni.  

 Wahanie. Potem - postanowienie. Czerwonym atramentem:  

 - Zlecić.  

 Wtedy zacząłem działać (w życiu nie miałem przyjemniejszego snu!).  

 Ze wszystkich stron zjechało się do mnie trzydzieści pięć tysięcy motocyklistów:  

 - Może czegoś potrzeba?  

 A ja im na to:  

 - Nie potrzeba niczego. Zajmujcie się swoimi sprawami. Poradzę sobie sam. Sam jeden.  

 Nabrałem powietrza w płuca i ryknąłem, aż szyby zabrzęczały:  

 - Dawać mi tu Liapkina-Tiapkina! Natychmiast. Telefonicznie.  

 - Telefonicznie nie da rady... Telefon zepsuty.  

 - Ach, tak? Zepsuty? Kabel się urwał, co? W takim razie, żeby nie dyndał bez potrzeby - 

powiesić na nim tego, kto to powiedział!!!  

 Rany boskie, co się wtedy zaczęło!  

 - Ależ towarzyszu!  Litości... Co też wy... Już, już! Jedną chwileczkę!  Hej, tam, dawać tu 

monterów! I przewód!! Zaraz będzie zrobione...  

 Raz, dwa - naprawili i połączyli.  

 A ja nabrałem rozpędu:  

 - Tiapkin? Ty łajdaku! Liapkin? Brać tego drania! Dawać mi listę! Że co? Nie gotowa? Ma 

być  gotowa  za  pięć  minut,  bo  inaczej  wy  będziecie  na  liście  zmarłych!  A  to  kto?  Rejestratorka? 

Żona Maniłowa? Na zbity pysk! Maszynistka Ulinka Betriszczewa? Na zbity pysk! Sobakiewicz? 

Brać  go!  Ten  łajdak  Murofiejkin  pracuje  u  was?  A  szuler  Utieszytielny?  Brać  go!  I  tego,  co  go 

przyjął!  Łapać!  I  tego  też!  I  tamtego!  I  owego!  Fietinję  -  precz!  Poetę  Triapiczkina,  Selifana  i 

Pietruszkę  -  do  rejestracji!  Nozdriowa  do  lochu...  W  tej  chwili!  W  tej  sekundzie!  Kto  podpisał 

wykaz? Dawać tu tę kanalię! Wyciągnąć z morskiego dna!  

 Strach padł na całe piekło...  

background image

 - Ależ to diabeł! Skąd takiego wzięli?  

 A ja na to:  

 - Cziczikowa do mnie!  

 - Nnn... nie można znaleźć. U... ukrywa się...  

 - Ach, tak? Ukrywa się? Świetnie! Pójdziecie siedzieć zamiast niego!  

 - Lito...  

 - Milczeć!  

 - Chwileczkę! Sekundkę! Już, już! Proszę zaczekać, szukają...  

 I po krótkiej chwili - znaleźli!  

 Daremnie Cziczikow padał mi do nóg, daremnie rwał na sobie marynarkę i wyrywał włosy; 

daremnie zaklinał się, że ma matkę inwalidkę.  

 -  Matkę?!  -  ryczałem.  -  Matkę?...  A  gdzie  miliardy?  Gdzie  społeczne  pieniądze?  Ty 

złodzieju! Rozciąć temu łajdakowi brzuch! W brzuchu ma brylanty!  

 Rozcięli. Rzeczywiście - są.  

 - To wszystko?  

 - Wszystko.  

 - Kamień na szyję - i do przerębli!  

 Zrobiło się spokojnie i przyzwoicie.  

 Mówię przez telefon:  

 - W porządku.  

 Słyszę w odpowiedzi:  

 - Dzięki. Każda pańska prośba będzie spełniona.  

 Aż  podskoczyłem  przy  telefonie.  I  o  mało  nie  wyrzuciłem  z  siebie  wszystkiego,  co  mnie 

już od dawna gnębiło:  

 “Spodnie... Funt cukru... Żarówka dwadzieścia pięć wat... “  

 Ale  wtedy  przypomniałem  sobie,  że  porządny  pisarz  winien  być  bezinteresowny. 

Ochłonąłem i wymamrotałem w słuchawkę:  

 -  Tylko  dzieła  Gogola  w  twardej  oprawie.  Bo  właśnie  te  dzieła  sprzedałem  niedawno  na 

tandecie...  

 I... ryms! I już leży na moim stole lśniący pozłotką Gogol.  

 Strasznie się ucieszyłem na widok Mikołaja Wasiliewicza, który nieraz dodawał mi otuchy 

w ponure, bezsenne noce.  

 Tak bardzo, że aż wrzasnąłem:  

 - Hurra!!!  

background image

Epilog  

 ...  oczywiście,  obudziłem  się.  A  tu  pustka:  ani  Cziczikowa,  ani  Nozdriowa,  ani,  co 

najważniejsze, Gogola...  

 He, he, he, pomyślałem sobie i zacząłem się ubierać, i znowu życie roztoczyło przede mną 

swe powszednie wdzięki.  

  

Przełożył  Andrzej Drawicz