background image

ANDRE NORTON

TAJNI  AGENCI  

CZASU

TOM I CYKLU ROSS MURDOCK

(Tłumacz: Robert Pryliński)

www.scan-dal.prv.pl

background image

l

Komuś, kto by zajrzał przypadkiem do izby zatrzymań, siedzący tam młody człowiek 

nie   wydałby   się   zbyt   groźny.   Wzrostem   wprawdzie   przewyższał   nieco   przeciętnego 
mężczyznę, ale nie na tyle, by zwracało to uwagę. Brązowe włosy były obcięte krótko, a 
niemal chłopięca twarz nie wyróżniała się żadnymi szczególnymi cechami... no, chyba że ktoś 
spojrzałby w jasnoszare oczy i uchwycił ten szczególny chłód bijący z ich głębi.

Jego ubiór również charakteryzował się prostotą. Ktoś tak ubrany mógł z łatwością 

roztopić   się   w   tłumie   ludzi   przemierzających   labirynty   ulic   miasta   końca   dwudziestego 
stulecia.

Ale pod mimikrą, niezbędną do przeżycia w środowisku, które zawsze uznawał za 

wrogie,   kryła   się   prawdziwa   osobowość   Murdocka   -   kipiąca   energią   i   czasem   ledwie 
kontrolowaną agresją.

Więzień   doskonale   zdawał   sobie   sprawę,   że   jest   uważnie   obserwowany   przez 

strażnika, ale najmniejszym nawet gestem nie okazał, że zauważa jego obecność. Czy ten 
podstarzały gliniarz oczekuje jakiejś reakcji? No więc, nic z tego.

Tym razem prawo mocno pochwyciło Rossa w swoje ciężkie łapy. Ciekawe, dlaczego 

jeszcze się z nim cackają? Czemu miało służyć to pranie mózgu dzisiejszego ranka? Ross 
Murdock został zepchnięty do defensywy,  a bardzo tego nie lubił. Musiał mocno wysilać 
swój bystry umysł, by ominąć rafy czające się między podstępnymi pytaniami śledczego, i 
wciąż jeszcze na wspomnienie tamtej rozmowy odczuwał odległe wrażenie strachu, jaki był 
wówczas jego udziałem.

Drzwi  izby zatrzymań  otworzyły  się gwałtownie.  Ross  opanował  odruchową  chęć 

zwrócenia głowy w tamtym kierunku. Usłyszał tylko kaszlnięcie strażnika -jakby ten chciał 
rozruszać struny głosowe po ponad godzinie milczenia - a zaraz potem jego rozkazujący głos:

- Wstawaj Murdock! Sędzia chce cię widzieć! 
Ross   podniósł   się   niespiesznie,   chociaż   tylko   siłą   woli   kontrolował   odruchy 

wszystkich mięśni. Jakiekolwiek próby oporu czy dyskusja z tym gliną nie miały teraz sensu. 
Lepiej zachowywać się jak mały niegrzeczny, chłopiec, który właśnie zrozumiał swe błędy. 
Taka   uległość   często   okazywała   się   korzystna.   Ross   nieraz   już   miał   okazję   się   o   tym 
przekonać.

Przeszedł do sąsiedniego pokoju i z niepewnym uśmiechem na twarzy stanął przed 

mężczyzną, który siedział za sporym biurkiem. Czekał, aż ten przemówi doń pierwszy. Sędzia 
Ord Rawie. Co za niefart, że akurat Krzywy Nos musiał dostać jego sprawę. Będzie musiał 
wysłuchać długiego kazania, które wygłosi ten starzec. I tak niewiele zostanie mu w głowie...

- Masz nieźle zababraną kartotekę, młodzieńcze...
Ross wyraźnie posmutniał i nieco się przygarbił. Tylko jego zimne oczy spod wpół 

przymkniętych powiek wciąż bystro błyszczały.

- Tak, proszę pana - rzekł cicho, starając się wypowiedzieć te słowa lekko drżącym 

głosem.

Nagle jego zachwyt własną wysublimowaną grą aktorską prysnął jak bańka mydlana. 

Sędzia Rawl nie był sam w pokoju. Ten cholerny śledczy wciąż tu siedział i przyglądał się 
Rossowi takim samym przenikliwym wzrokiem jak dzisiejszego ranka.

- Taa, bardzo zababraną jak na zaledwie kilka lat działalności... - Krzywy Nos też 

patrzył wprost na Rossa, ale na szczęście jego wzrok nie był nawet w połowie tak napawający 
strachem. - Powinieneś zostać skierowany do Służby Resocjalizacyjnej...

background image

Ross poczuł nagle jakiś ciężar w żołądku. Słyszał już o tym nowym projekcie systemu 

penitencjarnego, a to, co słyszał, nie było miłe. Drugi raz, odkąd wszedł do tego pokoju, jego 
pewność siebie została poważnie zachwiana. Ale potem pojawiła się iskierka nadziei.

- Upoważniono mnie jednak do przedstawienia ci innej propozycji, Murdock. Czego 

zresztą, biorąc pod uwagę twoją kartotekę, nie aprobuję w najmniejszym stopniu.

Ross poczuł, że strach ustępuje. Jeśli propozycja nie podobała się sędziemu, musiała 

być korzystna dla niego, a nie zwykł marnować okazji.

- Istnieje pewien projekt rządowy, który będzie realizowany przez ochotników. Zdaje 

mi się, że zdałeś pomyślnie wstępne testy. Jeśli się zgłosisz, okres spędzony na realizacji tego 
zadania zostanie ci zaliczony w poczet odbywanej kary. Masz więc szansę przydać się na coś 
ojczyźnie, której do tej pory przynosiłeś wyłącznie wstyd...

- A jeśli odmówię, czeka mnie resocjalizacja, czy tak, sir?
- Ja  osobiście   uważam  cię  za  zdatnego   tylko  do  resocjalizacji.   Twoje  papiery...  - 

powiódł dłonią po aktach odnotowujących występki Rossa.

- Zgłaszam się do tego projektu, sir!
Sędzia parsknął z wyraźnym niezadowoleniem, a potem wepchnął rozłożone kartki do 

segregatora. Odwrócił się w stronę czającego się w cieniu mężczyzny.

- Oto pański ochotnik, majorze.
Ross   westchnął   z   ulgą.   Pierwsza   górka   za   nim.   Dotąd   zawsze   dopisywało   mu 

szczęście; wywinie się i z tej sytuacji.

Człowiek, którego sędzia Rawie nazwał majorem, przesunął się w krąg światła. Jego 

spojrzenie   wciąż   napawało   Rossa   niepokojem.   Na   użytek   Krzywego   Nosa   mógł 
przywdziewać różne maski, ale z tym człowiekiem, czuł to wyraźnie, byłaby to tylko strata 
czasu.

-   Dziękuję.   Za   pozwoleniem,   wyruszamy   natychmiast.   Pogoda   nie   zapowiada   się 

najlepiej.

Nim   Ross   zdołał   zorientować   się   w   sytuacji,   szedł   już   posłusznie   korytarzem. 

Początkowo planował urwać się majorowi, gdy tylko wyjdą budynku. Może go potem szukać 
w   mrocznych   uliczkach.   Ale   nie   poszli   do   windy.   Zamiast   tego   wspięli   się   w   górę   po 
drabinkach przeciwpożarowych.  Upokorzony Ross zauważył,  że po wspinaczce w tempie 
narzuconym przez majora dyszy ciężko, podczas gdy jego starszy o co najmniej piętnaście lat 
towarzysz nie zdradzał najmniejszych objawów zmęczenia.

Wyszli   na  zasypany  śniegiem  dach.   Major  błysnął   latarką,  naprowadzając   ciemny 

kształt, który opadł ku nim z góry. Helikopter! Ross nagle zaczął wątpić w słuszność swego 
wyboru.

-   Ruszaj,   Murdock!   -   rozkaz   majora   przebił   się   przez   hałas   maszyny.   Ton   jego 

donośnego głosu był tak pozbawiony wszelkich emocji, że Ross wzdrygnął się mimowolnie.

Chwilę potem siedział już w kabinie między milczącym majorem i równie gadatliwym 

pilotem w wojskowym uniformie i wzlatywał ponad miasto, którego wąskie i ciemne uliczki 
znał jak własną kieszeń. Światła miasta rozmywały się w oddali, aż wreszcie znikły w mroku 
nocy i w śnieżycy. Przez moment widział jeszcze oświetlone wstęgi autostrad. Nie zadawał 
jednak żadnych pytań. Ostatecznie bywał już w życiu traktowany gorzej niż tylko ignorowany 
w milczeniu.

Maszyna przechyliła się na bok. Mimo to Ross nie mógł dojrzeć w dole ani jednego 

znaku   orientacyjnego.   Nie   miał   nawet   pojęcia,   czy   lecą   na   północ   czy  na   południe.   Ale 
zaledwie kilka chwil później dostrzegł szereg czerwonych lamp, świecących tak intensywnie, 
że ich blask przebijał się nawet przez grubą kurtynę śnieżnych płatków. Helikopter osiadł na 

background image

ziemi.

- Wyłaź!
I znów odruchowo wykonał rozkaz. Stał drżąc z zimna pośród śnieżnej zamieci. Jego 

lekkie ubranie wystarczyłoby może od biedy na ulicach miasta, ale tu, na otwartej przestrzeni, 
mroźny wiatr był bezlitosny.

Ktoś chwycił Murdocka za ramię i skierował ku niskiemu budynkowi. Trzask drzwi i 

Ross oraz towarzyszący mu oficer wkroczyli w błogosławiony krąg ciepła i światła.

- Siadaj! Tam!
Usiadł posłusznie, wciąż zbyt  oszołomiony,  by nawet pomyśleć o jakichś próbach 

protestu. W pomieszczeniu byli też inni mężczyźni. Jeden ubrany w dziwaczny kombinezon 
ochronny,  przeglądał dokumenty.  Ciężki  hełm zwisał przyczepiony do jego ramienia.  Do 
niego właśnie podszedł towarzysz Rossa. Przez chwilę tamci rozmawiali szeptem, a potem 
major przywołał Murdocka ruchem dłoni. Ross przeszedł w ślad za nim do  wewnętrznego 
pomieszczenia oddzielonego ścianą szafek.

Z jednej z nich major wydobył ów cudaczny uniform i przymierzył go do rozmiaru 

Rossa.

-  Dobra   -  mruknął   -  Zakładaj   to!   Nie   mamy   zbyt   wiele   czasu.   Ross   ubrał   się  w 

kombinezon. Gdy zapinał ostatni suwak, oficer włożył mu na głowę hełm. Drugi z mężczyzn 
stał już przy drzwiach.

- Lepiej znikajmy, Kelgarries, bo śnieżyca przytrzyma nas tu na dobrze.
Wyszli   ponownie   na   lądowisko.   Już   helikopter   był   dość   zaskakującym   środkiem 

transportu,   ale   maszyna,   do   której   podeszli   teraz,   wyglądała   jak   przeniesiona   wprost   z 
następnego stulecia. Smukły pojazd stał pionowo na statecznikach, a ostry dziób miał skie-
rowany wprost w niebo. Z boku wznosiło się rusztowanie, po którym wspięli się za pilotem 
do wejścia.

Ross   niechętnie   zajął   wskazane   mu   miejsce.   Leżał   na   plecach   z   uniesionymi   i 

podkurczonymi nogami, tak że kolanami niemal dotykał brody. Co gorsza, musiał dzielić 
ciasną kabinę z majorem leżącym obok w podobnej pozycji. Opuszczono przezroczystą po-
krywę. Byli zamknięci.

W   ciągu   swego   krótkiego   życia   Ross   wiele   razy   musiał   stawiać   czoła   strachowi. 

Nauczył się zmuszać swe ciało i umysł do panowania nad tym uczuciem. Ale to, co czuł 
teraz, nie było zwykłym strachem - to było przerażenie graniczące z paniką, tak silne, że z 
trudem powstrzymał torsje. Był zamknięty w przezroczystej trumnie! Nie miał najmniejszego 
wpływu   na   to,   co   się   z   nim   za   chwilę   stanie,   a   miał   właśnie   stanąć   twarzą   w   twarz   z 
nieznanym niebezpieczeństwem. To było trochę za dużo jak na jeden raz.

Jak długo już trwa ten koszmar? Kilka minut? Godzin? Stracił rachubę czasu.
Nagle   poczuł,   jakby   pięść   olbrzyma   opadła   na   jego   klatkę   piersiową.   Walczył 

rozpaczliwie o oddech. Cały świat eksplodował mu pod czaszką...

Przytomność wracała powoli. Przez moment myślał, że utracił wzrok, potem jednak 

otaczająca go ciemność zaczęła zmieniać się w szarość...

Po   dłuższej   dopiero   chwili   dotarło   do   niego,   że   już   nie   leży   na   plecach,   tylko 

spoczywa w pozycji siedzącej w fotelu. Cały otaczający go świat drżał w rytmie delikatnej 
wibracji, która przeszywała też jego ciało.

Ross Murdock do tej pory tak długo cieszył się wolnością, gdyż posiadał umiejętność 

szybkiej  analizy sytuacji.  W ciągu  ostatnich  pięciu  lat  rzadko zdarzało  mu  się stawać w 
obliczu osoby lub wydarzenia, przy których by się pogubił. A teraz wciąż był spychany do 
defensywy i na razie nie bardzo widział możliwość zmiany tego stanu. Patrzył w ciemność w 

background image

milczeniu, ale wewnątrz jego umysłu wszystkie tryby i kółeczka pracowały intensywnie, aż 
do granicy zatarcia się. I zaczynał dochodzić do wniosku, że wszystko, co mu się przydarzyło 
dzisiejszego   dnia,   miało   tylko   jeden   cel   -   zachwiać   jego   pewnością   siebie   i   uczynić   go 
uległym. Dlaczego?

Ross   żywił   jednak   niezachwianą   wiarę   w   swoje   umiejętności.   Był   też   bystrym 

obserwatorem.   Rozumiał   więc   sprawy   tego   świata   jak   mało   kto   w   tak   młodym   wieku. 
Wiedział też, że Murdock jest wprawdzie ważny dla Murdocka, ale nie jest zbyt ważny dla 
całej reszty świata. A jego kartoteka wyglądała na tyle kiepsko, że sędzia Rawie mógł bez 
trudu postawić na nim kreskę. Chociaż w jednym różnił się od innych przestępców - jak dotąd 
większość zarzutów  kierowanych  przeciwko  niemu  opierała  się wyłącznie  na poszlakach. 
Pewnie dlatego, że zawsze działał w pojedynkę i starannie planował każdą akcję.

Dlaczego jednak Ross Murdock stał się istotny także  dla  innych?  Istotny do tego 

stopnia, że urządzono całe to przedstawienie, by nim wstrząsnąć? Do czego właściwie się 
zgłosił? Czy miał robić za świnkę morską przy testowaniu jakiejś nowoczesnej, skutecznej i 
ekonomicznej   w   użyciu   broni?   Dość   usilnie,   musiał   przyznać,   starano   się   wytrącić   go   z 
równowagi. To milczenie, ten pośpiech, ten lot... podtrzymywały nastrój. Dobrze więc, będzie 
zagubionym   przerażonym   chłopcem,   jeśli   o   to   im   chodzi.   Tylko   czy   to   wystarczy,   żeby 
wywieść w pole majora? Miał wrażenie, że nie wystarczy. I było to wielce przykre wrażenie.

Panowała już głęboka noc. Najwyraźniej zeszli z drogi śnieżnej burzy, a może lecieli 

ponad nią. Przez przezroczysta pokrywę kokpitu widział jasno świecące gwiazdy. Brakowało 
tylko księżyca.

Formalne wykształcenie Rossa nie było imponujące. A jednak swą wiedzą zaskakiwał 

wielu ludzi, którym zdarzyło się mieć z nim do czynienia. Spędził bowiem wiele czasu w 
miejskiej bibliotece, gdzie czytał książki dotyczące bardzo licznych dziedzin. Wiedza zawsze 
się   przydaje.   Co   najmniej   trzy   razy   takie   właśnie   strzępki   zapamiętanych   wiadomości 
pozwoliły mu cieszyć się wolnością, raz prawdopodobnie uratowały mu życie.

Teraz   więc   starał   się   ułożyć   jakąś   logiczną   całość   z   rozsypanych   fragmentów 

informacji,   jakimi   dysponował.   Siedział   w   kokpicie   jakiejś   supernowoczesnej   maszyny   o 
napędzie atomowym. Tak zaawansowanej technicznie, że na pewno nie używano by jej do 
nieistotnej misji. A to znaczyło, że Ross Murdock był komuś bardzo potrzebny. Dawało to 
jakąś nadzieję na przyszłość, a on diabelnie potrzebował tej nadziei. Zaczeka więc cierpliwie, 
będzie grał głupca i nie omieszka mieć przy tym szeroko otwartych oczu i uszu.

W tempie, w jakim lecieli, najdalej za kilka godzin powinni opuścić terytorium kraju. 

Ale ostatecznie, czy rząd nie miał baz w co najmniej połowie państw świata, by utrzymywać 
“zimny pokój"? Co prawda, jeśli wysadzą go gdzieś za granicą, ucieczka może okazać się 
trudniejsza, ale szczegółami zajmie się dopiero, gdy nadejdzie na to czas.

Nagle   Ross   znów   znalazł   się   w   pozycji   horyzontalnej,   a   pięść   giganta   ponownie 

opadła   na   jego   piersi.   Tym   razem   nie   dostrzegł   żadnych   świateł   naprowadzających   na 
lądowisko. Nie miał nawet pewności, czy dotarli do celu, aż do momentu, gdy maszyna osia-
dła twardo na ziemi.

Major sprawnie wydostał się na zewnątrz i Ross mógł przybrać wygodniejszą pozycję. 

Znów poczuł na ramieniu twardą dłoń ponaglającą go do wyjścia. Wyczołgał się z kabiny i 
stanął niepewnie na platformie wyładunkowej.

Poniżej nie dostrzegł żadnych świateł, tylko niezmierzone śnieżne pole. Widział za to 

kilku mężczyzn u podnóża struktury, na której stał. Był głodny i bardzo zmęczony.  Miał 
nadzieję, że jeśli major zamierza dalej prowadzić swoją grę, poczeka do następnego ranka.

W międzyczasie musiał się zorientować, gdzie właściwie się znalazł. Jeśli miał stąd 

background image

wiać, musiał wpierw dokładnie przyjrzeć się okolicy. Jednak dłoń na jego ramieniu ponaglała 
go nieubłaganie do marszu ku uchylnym drzwiom, które o ile widział, wiodły do wnętrza 
śnieżnego pagórka. Albo śnieżna zamieć, albo ludzie wykonali tu kawał dobrej maskującej 
roboty. Odnosił wrażenie, że ten śnieżny kamuflaż nie był jednak dziełem przyrody.

Tak   wyglądało   przywitanie   Rossa   z   bazą.   Nie   można   powiedzieć,   by   dokładnie 

przyjrzał   się   jej   zewnętrznym   instalacjom.   Następny   dzień   był   jednym   ciągiem   badań 
lekarskich,   tak   dokładnych,   jakich   nigdy   jeszcze   dotąd   nie   doświadczył.   Kiedy   wreszcie 
lekarze przestali go opukiwać i osłuchiwać, przeszedł całą serię dziwnych testów, których 
celu też oczywiście nikt nie raczył mu wyjaśnić. Wreszcie zamknięto go w izolatce, bo chyba 
tak tylko  można  nazwać ciasne pomieszczenie, w którym  znajdowało się jedynie łóżko i 
głośnik w jednym z rogów pod sufitem. Łóżko na szczęście było znacznie wygodniejsze niż 
wyglądało. Wyciągnął się więc na nim wygodnie i wlepił oczy w głośnik. Jak dotąd nie 
powiedziano   mu  nic.   Sam  również   nie  zadał  ani   jednego   pytania,   czekając   spokojnie   na 
koniec tego, co uważał wyłącznie za pojedynek woli. Na razie nie oddał ani piędzi terenu w 
tej walce.

- A teraz słuchaj... - głos dobywający się z głośnika brzmiał nieco metalicznie, ale 

niewątpliwie należał do majora Kelgarriesa.

Ross   przygryzł   wargi.   Uważnie   obejrzał   już   każdy   cal   tego   pomieszczenia   i   nie 

dostrzegł  nawet śladu drzwi, którymi  został tu wprowadzony.  Mając gołe ręce za jedyne 
narzędzie, nie mógł marzyć o wydostaniu się stąd siłą, a nawet jeśli... ubrany tylko w koszulę, 
luźne spodnie i lekkie skórzane mokasyny, niewiele mógłby zdziałać.

- ... dla identyfikacji - kontynuował głos.
Ross   zdał   sobie   sprawę,   że   coś   umknęło   jego   uwadze.   Nie   miało   to   znaczenia. 

Zdecydował, że nie będzie dłużej uczestniczył w tej grze.

Rozległo się szczęknięcie, które było niezawodnym znakiem, że major się wyłącza. 

Ale nie nadeszła oczekiwana cisza. Zamiast niej Ross usłyszał słodkie trele, które natychmiast 
skojarzył ze śpiewem ptaków. Jego znajomość ptactwa ograniczała się co prawda do wróbli i 
parkowych gołębi, i żaden z tych gatunków z pewnością nie potrafił tak śpiewać, niemniej to 
z pewnością były odgłosy ptaków. Ross odwrócił głowę od głośnika i spojrzał w przeciwle-
głym   kierunku.   To,   co   ujrzał,   spowodowało,   że   usiadł   gwałtownie,   gotów   do 
natychmiastowego odparcia niespodziewanego ataku.

Ściany tam nie było! Zamiast na nią, patrzył na strome zbocze wzgórza, na którego 

szczycie znajdował się jodłowy las przykryty śnieżnym płaszczem. Zaspy śnieżne leżały też 
na samym zboczu, a zapach jodeł docierał do Rossa równie wyraźnie jak chłodne podmuchy 
wiejącego od wzgórza wiatru.

Nagle   zadrżał   cały,   gdyż   do  jego  uszu   dobiegło   odległe   wycie,   które   od  wieków 

oznaczało tylko jedno - wołanie głodnego i polującego właśnie stada wilków. Ross nigdy 
dotąd   nie   słyszał   tego   dźwięku,   ale   jego   podświadomość,   z   całym   jej   dziedzictwem   ge-
netycznym, rozpoznała go niezawodnie - zew nadciągającej śmierci. Wkrótce też dostrzegł 
szare cienie wysuwające się spomiędzy drzew. Jego dłonie odruchowo zacisnęły się w pięści, 
gdy tymczasem rozglądał się za jakąś skuteczniejszą bronią.

Trzy ściany pokoju wciąż zamykały go jak w klatce, a w zasięgu ręki miał tylko 

łóżko, na którym dotąd leżał. Jeden z szarych, smukłych kształtów uniósł głowę i patrzył 
wprost na niego. Oczy zwierzęcia lśniły czerwonym blaskiem. Ross porwał w dłonie koc 
okrywający łóżko, zdecydowany zarzucić go na głowę zwierzęcia w momencie skoku.

Bestia zbliżyła się na sztywnych łapach, z głębi jej gardzieli dobiegł ponury pomruk. 

Rossowi zdało się, że ten potwór co najmniej dwukrotnie przewyższa rozmiarami każdego 

background image

psa, jakiego kiedykolwiek widział. Trzymał  jednak koc w rozpaczliwym odruchu obrony. 
Nagle pojął, że zwierzę nie patrzy wcale na niego, że koncentruje wzrok na jakimś punkcie 
znajdującym się poza jego polem widzenia.

Wilk zawarczał wściekle, obnażając potężne kły. Rozległ się świst powietrza. Zwierzę 

wyskoczyło   w   górę   gwałtownym   susem,   upadło   z   powrotem   i   potoczyło   się   po   ziemi, 
próbując desperacko wgryźć się kłami w drzewce dzidy sterczącej spomiędzy jego żeber. 
Zaskowyczał jeszcze raz, a potem z pyska pociekła mu strużka krwi.

Teraz Ross po prostu zastygł w niemym zdumieniu. Zebrał się w sobie i postąpił na 

trzęsących się nogach kilka kroków ku umierającemu wilkowi. Nie był zdziwiony, gdy jego 
wyciągnięta ręka natrafiła na niewidzialną przeszkodę. Powoli przesunął dłonią w lewą i w 
prawą stronę, pewien już teraz, że dotyka ściany swojej celi. A mimo to oczy wciąż mówiły 
mu, że znajduje się na zboczu wzgórza; potwierdzały to także uszy i nozdrza.

Jeszcze   przez   moment   był   nieco   zagubiony,   ale   prawie   natychmiast   znalazł 

wyjaśnienie,  które w  pełni  go zadowoliło.  Spokojnie skinął głową i rozluźniony usiadł z 
powrotem na łóżku. To musi być jakaś udoskonalona wersja telewizji, taka z symulacją zapa-
chów, podmuchów wiatrów i innych oddziaływań na zmysły, które czyniły obraz bardziej 
realnym. Efekt końcowy był na tyle przekonujący, iż Ross musiał się napominać, że tylko 
ogląda film.

Wilk   był   niewątpliwie   martwy.   Pozostałe   sztuki   ze   stada   czmychnęły   w   las,   ale 

ponieważ obraz wciąż trwał, Ross uznał, że pokaz jeszcze się nie skończył. Wciąż słyszał 
otaczające go dźwięki, toteż cierpliwie czekał na dalszy rozwój akcji. Choć w dalszym ciągu 
nie miał pojęcia, czemu ten pokaz miał służyć.

W polu widzenia pojawił się człowiek. Zatrzymał się nad martwym wilkiem, chwycił 

go za ogon i uniósł w górę jego tylne łapy. Porównując rozmiar zabitej bestii do stojącego 
przed  nim  człowieka,  Ross   uznał,  że  nie  pomylił  się  w  pierwszej  ocenie   - zwierzę   było 
nadnaturalnych   rozmiarów.  Człowiek   krzyknął   coś  przez   ramię.   Jego słowa  brzmiały  dla 
Rossa obco.

Dziwnie był też ubrany - zdecydowanie za lekko jak na ten klimat, jeśli oceniać go po 

śnieżnych zaspach i lodowatych podmuchach wiatru. Miał na sobie kubrak z niewyprawionej 
skóry, sięgający nieco powyżej kolan i ściągnięty pasem. Pas ten był zresztą nieco bardziej 
skomplikowanym   rękodziełem   niż   kubrak   -   składał   się   z   połączonych   ze   sobą   małych 
metalowych   płytek   i   podtrzymywał   także   wielki   sztylet   wiszący   w   poprzek   piersi. 
Muskularne ramiona mężczyzny okrywał niebieski płaszcz, spięty pod szyją wielką broszą. 
Buty, również z niewyprawionej skóry, sięgały powyżej łydek, a całości ubioru dopełniała 
futrzana czapa, spod której widać było kosmyki ciemnobrązowych włosów. Nie miał brody, a 
jednak błękitnawy cień biegnący wzdłuż jego żuchwy pozwalał sądzić, że tego akurat dnia nie 
golił się.

Czy był Indianinem? Nie. Chociaż skórę miał spaloną słońcem, z pewnością był biały. 

Jego  ubiór  też   w   niczym   nie  przypominał  stroju  Indian.   Mimo  dość  prymitywnych  szat, 
przybysza otaczała niezwykła aura dostojeństwa, władzy i niezachwianej pewności siebie. 
Widać było, że jest kimś ważnym w swoim świecie.

Po   chwili   dołączył   do   niego   kolejny   człowiek,   podobnie   odziany,   ale   w 

rudobrązowym   płaszczu.   Podszedł,   ciągnąc   za   sobą   dwa   opierające   się   osiołki,   które 
trwożliwie wpatrywały się w martwego wilka. Oba zwierzaki były obciążone powiązanymi 
liną tobołkami. Potem pojawił się jeszcze jeden mężczyzna z następną parą osłów. I wreszcie 
czwarty,  też odziany w skóry,  z gęsta brodą na policzkach  i szyi.  Ten jako jedyny miał 
odkrytą   głowę,   jego   płowe,   niemal   białe   włosy   rozwiewał   wiatr.   Ukląkł   nad   martwym 

background image

wilkiem, dobył noża i sprawnie zdjął skórę ze zwierzęcia. Jeszcze nim skończył,  w polu 
widzenia   pojawiły   się   trzy   dalsze   pary   obładowanych   paczkami   osiołków.   Wreszcie 
okrwawiona skóra powędrowała do jednej z sakw, a oprawca pogardliwie kopnął padłe ciało i 
podążył za oddalającymi się już powoli towarzyszami.

background image

2

Ross był tak zaabsorbowany rozgrywającą się przed jego oczami sceną, że zaskoczyła 

go   nagła,   kompletna   ciemność,   która   zapadła   nie   tylko   nad   miejscem   akcji,   ale   także 
wewnątrz celi.

- Co... - jego głos zabrzmiał głucho w pustym pomieszczeniu, gdyż wraz ze światłem 

umilkły wszelkie dźwięki. Brakowało nawet delikatnego szumu urządzeń wentylacyjnych, 
którego Ross nawet nie rejestrował, dopóki ten nie zanikł.

Przez   wszystkie   jego   nerwy   przebiegł   ten   sam   impuls   nagłej   paniki,   którego 

doświadczył w kokpicie pojazdu powietrznego. Tyle, że tym razem mógł się przynajmniej 
swobodnie poruszać.

Ruszył więc wolnym krokiem poprzez mrok z wyciągniętymi przed siebie dłońmi, 

aby namacać ścianę. Miał zamiar znaleźć ukryte drzwi, którymi go tu wprowadzono, i uciec z 
ciemnej celi.

Tutaj! Jego dłoń dotknęła płaskiej i gładkiej powierzchni ściany. Przesunął po niej 

ręką   i   nagle   trafił   na   pustkę.   Mógł   posługiwać   się   wyłącznie   zmysłem   dotyku,   ale   to 
wystarczyło, by być pewnym, że są tam drzwi, i to otwarte drzwi. Przez moment zawahał się, 
tknięty nagle irracjonalną myślą, że jeśli przestąpi próg, znajdzie się na wzgórzu z wilkami.

-   Co   za   głupota!   -   powiedział   na   głos   sam   do   siebie.   I   właśnie   dlatego,   ze   czuł 

narastający   niepokój,   postąpił   naprzód   zdecydowanym   krokiem.   Pragnął   zrobić   coś, 
cokolwiek, co nie będzie po prostu wykonywaniem rozkazów innych ludzi, ale działaniem z 
własnej inicjatywy.

Jednak po pierwszym zdecydowanym kroku dalej podążał powoli, gdyż przestrzeń za 

drzwiami tonęła w równie nieprzeniknionym mroku jak pomieszczenie, które pozostało za 
jego plecami.

Zdecydował,  że najlepiej  przesuwać się wzdłuż  ściany z wyciągniętą  przed siebie 

ręką. Kilka kroków dalej utracił nagle kontakt z twardą powierzchnią  ściany.  Niemal się 
przewrócił, wpadając w mroczną pustkę. To były jednak tylko kolejne drzwi. Po chwili ściana 
wróciła   na   swoje   miejsce,   a   on   przywarł   do   niej   z   ulgą.   Potem   następne   drzwi...   Ross 
zatrzymał się na chwilę, próbując usłyszeć najcichszy bodaj dźwięk, coś, co upewniłoby go, 
że   nie   jest   sam   w   tym   mrocznym   labiryncie.   Nie   usłyszał   jednak   nic;   nie   czuł   nawet 
najmniejszego ruchu powietrza, a ciemność zdawała się przytłaczać go jak gęsta czarna maź.

I znów ściana się skończyła. Ross dotknął krawędzi lewą ręką, a prawą wyciągnął 

przed   siebie   w   mrok.   Po   chwili   wyczuł   twardą   powierzchnię.   Luka   była   szersza   niż 
jakiekolwiek drzwi. Może to skrzyżowanie korytarzy? Miał zamiar zbadać to dokładniej, gdy 
nagle usłyszał dźwięki. Nie był tu sam.

Nagłym ruchem przywarł do ściany. Wstrzymał oddech, starając się uchwycić nawet 

najlżejsze   odgłosy.   Odkrył   przy   tym,   że   kompletny   brak   widoczności   utrudnia   także 
nasłuchiwanie. Nie potrafił zidentyfikować tych lekkich trzasków, tego delikatnego szumu... 
czy to mógł być ruch powietrza spowodowany przez otwierane drzwi?

Po chwili jednak był pewien, że coś porusza się ku niemu na poziomie podłogi. Coś 

pełznącego, a nie kroczącego...

Ross błyskawicznie wycofał się za róg. Nie miał zamiaru stawiać czoła temu, co tam 

pełzło.   Zbyt   duże   ryzyko   w   kompletnych   ciemnościach,   które   w   dodatku   mogły   być 
ciemnościami tylko dla niego. Nie miał raczej do czynienia z człowiekiem.

Odgłosy   z   podłogi   były   nieregularne,   dzieliły   je   długie   przerwy.   Ross   dosłyszał 

background image

również   ciężkie   sapanie,   zupełnie   jakby   pełznąca   istota   okupiała   każdy   ruch   wielkim 
wysiłkiem.   Ross   starał   się   wyprzeć   ze   swego   umysłu   wizję   skradającego   się   w   mroku 
olbrzymiego wilka, węszącego chciwie zapach ofiary.  Podświadomość nakazywała szybki 
odwrót, ale zmusił się do pozostania w miejscu, a nawet wychylił się nieco zza rogu, starając 
się przebić wzrokiem otaczającą go ciemność i dostrzec, co ku niemu pełznie.

Nagle rozbłysło światło. Ross odruchowo zasłonił rękami oślepione oczy. Z podłogi 

dobiegł go głośny jęk przechodzący w uporczywe krztuszenie się. Światło, takie jak do tej 
pory, znów oświetlało korytarze jednostajnym blaskiem i Ross dostrzegł, że faktycznie stoi na 
skrzyżowaniu korytarzy. Przez ułamek sekundy odczuł absurdalne zadowolenie, że właściwie 
ocenił to w ciemnościach...

A   na   podłodze...   To   jednak   był   człowiek,   a   przynajmniej   dwunożna   istota 

przypominająca z kształtu człowieka. Leżał na ziemi o kilka kroków od Rossa. Ale jego ciało 
i głowa były owinięte bandażami w stopniu uniemożliwiającym jakąkolwiek bliższą identy-
fikację.

Jedna z obandażowanych dłoni przesunęła się powoli do przodu i całe ciało uniosło 

się na niej nieco, przemieszczając się o parę centymetrów do przodu. Zanim Ross zdołał się 
poruszyć,   na   przeciwległym   krańcu   korytarza   pojawił   się   biegnący   mężczyzna.   Murdock 
rozpoznał w nim majora Kelgarriesa.

Zwilżył   bezwiednie   wargi,   gdy   major   opadł   na   kolana   przy   leżącej   na   podłodze 

istocie.

- Hardy! Hardy! - głos, który Ross znał dotąd tylko z twardych komend, brzmiał teraz 

ludzko i ciepło. - Hardy, człowieku!

Major otoczył ramionami obandażowane ciało. Uniósł leżącego na nogi i podparł.
- Już dobrze, Hardy.  Wróciłeś. Jesteś bezpieczny.  To jest baza - mówił spokojnie 

łagodnym głosem, jak ktoś uspokajający przerażone dziecko.

Obandażowane ręce, które przez moment biły nerwowo powietrze, opadły teraz luźno 

wzdłuż ciała.

- Wróciłem... jestem bezpieczny... - głos zza białej maski brzmiał jak ochrypły skrzek.
- Wróciłeś i jesteś bezpieczny - potwierdził major.
- Ale ciemność... znowu... - doszło zza bandaża.
- To tylko awaria systemu energetycznego. Już w porządku. Wracaj do łóżka.
Obandażowana dłoń znów uniosła się nieco i dotknęła ramienia Kelgarriesa, jakby 

chciała się na nim zacisnąć. Osunęła się.

- Bezpieczny?
-   Jak   najbardziej,   stary  -   ton   majora   był   spokojny   i   zdecydowany.   Dopiero   teraz 

Kelgarries uniósł wzrok na Rossa, jakby dotąd nie zauważał jego obecności. - Murdock, idź 
do tamtych drzwi i zawołaj doktora Farella!

- Tak jest, sir! - odpowiedź była równie automatyczna, jak wykonanie rozkazu. Ross 

dotarł do właściwych drzwi, zanim jeszcze dobrze zrozumiał, co robi.

Oczywiście   znowu   nikt   niczego   mu   nie   wyjaśnił.   Obandażowany   Hardy   został 

zabrany   przez   doktora   i   dwóch   jego   asystentów,   a   major   poszedł   wraz   z   nimi,   wciąż 
podtrzymując chorego.

Ross zawahał się. Był pewien, że nie powinien iść za nimi, ale z drugiej strony, nie 

mógł się zdecydować, czy ma dalej zwiedzać nieznane korytarze czy wrócić do swej celi. 
Człowiek, którego przed chwilą zobaczył, radykalnie zmienił jego poglądy na temat projektu, 
do którego tak pochopnie się zgłosił.

Nie miał  nigdy wątpliwości, że  to coś  ważnego.  Że może  być  niebezpieczne,  też 

background image

podejrzewał. Ale co innego abstrakcyjne, bliżej nieokreślone niebezpieczeństwo, a co innego 
tak   konkretny   i   realny   widok,   jakim   był   czołgający   się   w   ciemnościach   Hardy.   Już   od 
pierwszych chwil Ross planował ucieczkę, teraz jednak był pewien, że musi stąd wiać, i to jak 
najszybciej, inaczej skończy w podobnym stanie jak Hardy.

- Murdock?
Wezwanie zza pleców było tak nieoczekiwane, że Ross odwrócił się błyskawicznie z 

zaciśniętymi pięściami, gotów do walki jedyną bronią, jaką chwilowo posiadał.

Nie wzywał go major ani też żaden z ludzi, których widział tu do tej pory i którzy 

zajmowali   w   bazie   wyższe   stanowiska.   Stał   przed   nim   nieznajomy,   o   brązowej   skórze. 
Podobną   barwę,   może   nieco   ciemniejszą,   miały   jego   włosy,   natomiast   oczy   były   jasno-
błękitne i zupełnie nie pasowały do reszty.

Smagły nieznajomy stał w niedbałej pozie ze swobodnie opuszczonymi wzdłuż ciała 

rękoma i przyglądał się Rossowi, jakby ten był jakąś łamigłówką, którą należało rozwiązać. A 
kiedy znów przemówił, jego głos był całkowicie pozbawiony jakichkolwiek emocji:

- Jestem Ashe - przedstawił się krótko. Powiedział to takim tonem, jakby mówił: “To 

jest stół, a to jest krzesło". Ross tym razem nie zdołał się opanować.

- Aha, jesteś Ashe. Czy powinienem czuć się zaszczycony? -pytał zaczepnie.
Ale obcy zachował spokój. Wzruszył obojętnie ramionami.
- Póki co, będziemy partnerami...
- Partnerami w czym? - zapytał Ross, opanowując nieco irytację.
- Tu się pracuje w parach. Dobiera je maszyna - odpowiedział niedbale zapytany i 

zerknął na zegarek. - Zaraz zadzwonią na posiłek.

Odwrócił   się   na   pięcie,   zanim   Ross   zdołał   coś   powiedzieć.   Rozzłościło   go   takie 

lekceważenie.   Ostatecznie   mógł   się   powstrzymać   od   zadawania   pytań   majorowi   i   innym 
oficerom, ale partner powinien chyba udzielić nieco bardziej wyczerpujących wyjaśnień.

- Co to właściwie jest? - zapytał, idąc za nim.
 Ashe obejrzał się przez ramię.
- Operacja Retrograde - odparł 
Ross powstrzymał wybuch.
-   OK.   Ale   co   się   tutaj   robi?   Słuchaj,   dopiero   co   widziałem   czołgającego   się   po 

korytarzu faceta, który wyglądał, jakby go przepuścili przez betoniarkę. Co się tutaj robi? Co 
my mamy robić?

Ku zdumieniu Rossa, Ashe uśmiechnął się lekko albo tylko drgnęły mu wargi.
- Aha, zaniepokoił cię Hardy? Cóż, mamy pewien odsetek porażek. Straty w ludziach 

są ograniczane do minimum i naprawdę starają się dać nam maksymalne wsparcie...

- Jakich porażek?
- W realizacji operacji.
Gdzieś przed nimi rozległo się przytłumione buczenie.
- To sygnał z mesy. Nie wiem jak ty, ale ja jestem głodny. -Ashe przyspieszył kroku, 

jakby Ross Murdock nagle zupełnie przestał dla niego istnieć.

Ale Ross Murdock jednak istniał i było to dla niego dość istotne. Podążając za Ashem, 

stwierdził, że ma zamiar zrobić wszystko, by istnieć dalej, i to w jednym kawałku. I dlatego 
miał zamiar dokładnie wypytać kogoś, o co tu właściwie chodzi.

Ku swemu zdziwieniu dostrzegł, że Ashe jednak zaczekał na niego przed drzwiami, 

zza których dobiegały wyraźne odgłosy rozmów, a także przytłumiony szczęk kuchennych 
naczyń i stołowej zastawy.

- Dzisiaj nie będzie dużego tłoku - mruknął Ashe. - Mamy trochę zawalony tydzień.

background image

Tłoku faktycznie nie było. Pięć najbliższych stołów było pustych. Wszyscy obecni - 

Ross naliczył dziesięciu mężczyzn - zebrali się przy pozostałych dwóch stołach. Niektórzy 
już jedli, a inni właśnie podchodzili do krzeseł, niosąc obficie wyładowane jedzeniem tace. 
Wszyscy byli ubrani w koszule, luźne spodnie i mokasyny - widać strój ten stanowił coś w 
rodzaju   wypoczynkowego   uniformu.   Sześciu   mężczyzn   nie   wyróżniało   się   niczym 
szczególnym, ale pozostali czterej tak, i to na tyle, że Ross z trudem powstrzymał się, by nie 
okazać   zaskoczenia.   Ponieważ   zebrani   zdawali   się   nie   dostrzegać   w   ich   wyglądzie   nic 
nienaturalnego, Ross także rzucał im tylko ukradkowe spojrzenia, stając za Ashem ze swoją 
tacką w rękach. Dwóch mężczyzn najwyraźniej pochodziło ze Wschodu - smagli, skośnoocy, 
z długimi czarnymi wąsami. Rozmawiali jednak w jego własnym języku, i to ze swobodą, 
która sugerowała, że jest to także ich język ojczysty. Oprócz imponujących czarnych wąsów 
wyróżniały ich niebieskiej barwy tatuaże umieszczone na czołach i na grzbietach ruchliwych 
dłoni.

Druga para wyglądała jeszcze bardziej fantastycznie. Mieli wprawdzie jasne włosy, 

ale  za  to  zaplecione  w   długie  warkocze,  które  swobodnie  opadały  na  ich  potężne  plecy. 
Trudno jednak było nazwać ich zniewieściałymi, zważywszy na ich potężne bary, słuszny 
wzrost i zdecydowanie męskie twarze o niemal kwadratowych żuchwach.

- Gordon! -jeden z długowłosych olbrzymów na wpół uniósł się z miejsca, zapraszając 

gestem podchodzącego z tacą Ashe'a. -Kiedy wróciłeś? I gdzie jest Sanford?

Jeden z Azjatów odłożył łyżeczkę, którą dotąd energicznie mieszał kawę, i zapytał z 

nieukrywaną troską w głosie:

- Jeszcze jedna strata?
Ashe potrząsnął przecząco głową.
- Tylko przeniesienie. Sandy został w Faktorii Gog i nieźle sobie radzi. - Uśmiechnął 

się   szeroko   i   jego   twarz   nagle   nabrała   wyrazu,   jakiego   Ross   nigdy   by   się   po   nim   nie 
spodziewał.  - Ani się obejrzy,  jak zarobi  milion  lub dwa. Radzi sobie z handlem,  jakby 
urodził się z wagą w ręce.

Azjata roześmiał się, a potem wskazał głową Rossa.
- Twój nowy partner, Ashe?
Uśmiech znikł z twarzy pytanego. Jej wyraz znów stał się beznamiętny.
- Chwilowe uzupełnienie. To jest Murdock.
Powiedział to tak lakonicznie, że Ross znów się rozzłościł.
- Hodaki, Feng - Ashe nawet nie spojrzał w jego stronę, tylko ruchem głowy wskazał 

obu Azjatów, stawiając przy tym na stole swoją tackę. - Jansen, Van Wyke - dodał jeszcze, 
wskazując blondynów.

- Ashe! - od sąsiedniego stołu podszedł do nich jeszcze jeden mężczyzna.
Był szczupły, o ciemnej karnacji i rozbieganych sprytnych oczach. Był też znacznie 

młodszy od pozostałych i znacznie gorzej było u niego z samokontrolą, jak ocenił Ross. Ten 
zapewne   odpowiedziałby   na   kilka   pytań,   gdyby   umiejętnie   pociągnąć   go   za   język   - 
przemknęło mu przez głowę.

-   Co   tam.   Kurt?   -   Ashe   zwrócił   się   do   niego   z   wyraźnym   lekceważeniem,   ale 

nadchodzący nie dał po sobie poznać obrazy, co spodobało się Rossowi.

- Słyszałeś, co się stało z Hardym?
Feng   otworzył   usta,   by   coś   powiedzieć,   i   zastygł   tak   przez   moment.   Van   Wyke 

zmarszczył brwi. Ashe natomiast powoli i dokładnie przeżuł kęs pożywienia i dopiero, gdy go 
przełknął, odpowiedział:

- Naturalnie. - Jego ton sugerował wyraźnie, iż dla niego jest to tylko zarejestrowanie 

background image

prostego faktu, a nie powód do robienia dramatu.

- Jest cały zmiażdżony.... kaput... - lekko drżący na początku głos Kurta nabrał teraz 

mocy. - Torturowany! 

Ashe spojrzał nań chłodno.
- Ty chyba nie robisz na odcinku Hardy'ego? 
Jednak Kurt nie dał się zgasić.
- Oczywiście, że nie. Dobrze wiem, do czego jestem szkolony. Ale to nie znaczy, że 

coś takiego nie może przydarzyć się u mnie albo u ciebie, albo u was! - wskazał palcem 
Fenga, a potem obu blondynów.

- Możesz także spaść w nocy z łóżka i skręcić sobie kark -zauważył chłodno Jansen. - 

Idź,   wypłacz   się   na   ramieniu   Millairda,   jeśli   masz   z   tym   problem.   Przedstawiono   ci 
zagrożenia na wstępie. Wiesz, po co tu jesteś, wiesz, co się może stać...

Ross poczuł na sobie badawcze spojrzenie Ashe'a. Wciąż nie miał pojęcia, co tu robi, 

ale   postanowił   o   nic   nie   pytać   tych   ludzi.   Sądził,   że   częścią   ich   treningu   jest   właśnie 
zachowywanie w tajemnicy tego, co się tu dzieje. Powściągnie więc swoją ciekawość, aż do 
spotkania sam na sam z Kurtem. Może wtedy uda mu się coś z niego wyciągnąć. Na razie 
więc jadł spokojnie i zdawał się w ogóle nie interesować całą wymianą zdań.

- Więc macie zamiar powtarzać tylko: “Tak, sir", “Nie, sir", na każdy rozkaz...
Hodaki uderzył w blat stołu otwartą dłonią.
- Po cholerę błaznujesz, Kurt? Dobrze wiesz, jak i po co jesteśmy wysyłani. Hardy 

miał pecha i nie była to wina projektu. To się już zdarzało i może się jeszcze zdarzać...

- Właśnie o tym mówię! Chcesz, żeby przydarzyło się tobie? Zdaje się, że ci dzikusi w 

twoim świecie też umieją dobrze oprawiać więźniów?

- Oj, zamknij się! - Jansen wstał zirytowany. A ponieważ przewyższał Kurta o dobre 

dwadzieścia centymetrów i prawdopodobnie mógłby go z łatwością złamać wpół na kolanie, 
jego   życzeniu   stało   się   za   dość.   -   Jeśli   masz   jakieś   zażalenia,   zgłoś   się   do   Millairda.   I 
posłuchaj, człowieczku - dotknął swym wielkim paluchem piersi Kurta - najlepiej poczekaj z 
tym, aż sam pójdziesz na pierwszą akcję. Dopiero potem głośno protestuj. Nikt nie jest tam 
pozostawiony   bez   maksymalnego   wsparcia,   a   Hardy   miał   wielkiego   pecha.   I   tyle. 
Wydostaliśmy go jednak stamtąd i to było jego szczęście. On sam będzie pierwszym, który ci 
to powie - przeciągnął się. - Zagrałbym, Ashe? Hodaki?

- Zawsze nerwowy - mruknął Ashe, skinął jednak głową, podobnie jak drobny Azjata.
Feng uśmiechnął się do Rossa.
- Ci trzej zawsze próbują pokonać się nawzajem, ale jak dotąd pojedynki pozostają 

nierozstrzygnięte. Mamy jednak nadzieję, że kiedyś wreszcie....

Tak więc Ross nie miał okazji zamienić ani słowa z Kurtem. Gdy skończyli posiłek, 

wkroczył wraz z pozostałymi na coś w rodzaju małej areny z miejscem dla graczy z jednej 
strony i półkolem siedzeń z drugiej. To, co nastąpiło potem, wciągnęło Rossa równie silnie, 
jak oglądana wcześniej scena łowów na wilki. Tu też mógł oglądać walkę, choć nie było to 
fizyczne starcie.

Ci trzej ludzie nie tylko różnili się proporcjami ciała, ale także, jak wkrótce zrozumiał, 

w zupełnie inny sposób podchodzili do pojawiających się na ich drodze problemów.

Na razie usiedli ze skrzyżowanymi nogami, stając się wierzchołkami równobocznego 

trójkąta. Ashe spojrzał najpierw na jasnowłosego olbrzyma, a potem na drobnego Azjatę.

- Teren? - spytał krótko.
-   Wewnętrzne   równiny!   -   odpowiedzieli   równocześnie,   a   potem   roześmiali   się, 

spoglądając po sobie nawzajem. Ashe także zachichotał.

background image

- Staramy się być dzisiaj sprytni, chłopcy? Dobra, równiny. Dotknął otwartą dłonią 

podłoża areny przed sobą i ku zdumieniu Rossa światła wokół graczy pociemniały, okrywając 
ich   cieniem,   natomiast   cała   podłoga   pomiędzy   nimi   zamieniła   się   w   miniaturowy   świat. 
Dostrzegał nawet wysokie stepowe trawy kołyszące się pod delikatnymi podmuchami wiatru.

- Czerwone!
- Niebieskie!
- Żółte!
W ciemności zabrzmiały niemal jednocześnie trzy głosy graczy, a na te komendy na 

planszy pojawiły się maleńkie światełka w żądanych kolorach.

- Czerwone - karawana! - Ross rozpoznał bas Jansena.
- Niebieskie -jeźdźcy! - zabrzmiał niemal równocześnie głos Hodakiego.
- Żółte - nieznany czynnik.
Rozległo się westchnienie, które - przysiągłby Ross - pochodziło od Jansena.
- Czy nieznany czynnik jest zjawiskiem naturalnym?
- Nie. Plemię podczas wędrówki.
- Aha - usłyszał Ross mruknięcie Hodakiego. Niemal wyobraził sobie jego wzruszenie 

ramion.

Gra   się   rozpoczęła.   Ross   słyszał   co   nieco   o   szachach,   o   grach   wojennych 

rozgrywanych   miniaturowymi   armiami   i   okrętami   i   o   innych   grach,   które   wymagały   od 
grających szybkich reakcji i wyćwiczonej pamięci. Ale to, co oglądał, było połączeniem ich 
wszystkich i jeszcze czymś  o wiele więcej. Gdy tylko pozwolił swobodnie działać swojej 
wyobraźni, natychmiast ruchome światełka zmieniły siew nomadów, kupiecką karawanę, w 
wędrujący   szczep.   Mógł   obserwować   wyrafinowane   formowanie   szyków,   bitwy,   drobne 
zwycięstwa w potyczkach, za którymi często następowały strategiczne porażki...

Ta gra mogła trwać całymi godzinami. Wokół siebie słyszał ożywione dyskusje, a 

często   i   sprzeczki   widzów,   którzy   jednak   starali   się   wygłaszać   swoje   opinie   na   tyle 
wyciszonymi głosami, by nie wpływać na decyzje graczy. Ross sam nie mógł powstrzymać 
drżenia emocji, gdy karawana ledwie uniknęła zastawionej na nią chytrej pułapki; ledwie też 
pohamował swój entuzjazm, gdy wędrujący szczep został zmuszony do ucieczki. Była to 
niewątpliwie najbardziej fascynująca gra, jaką zdarzyło mu się kiedykolwiek oglądać. Szybko 
też  zdał sobie sprawę, że trzej grający mężczyźni są prawdziwymi mistrzami strategii. Ich 
niewiarygodne zdolności prowadziły jednak do sytuacji patowej, w której daleko było do 
osiągnięcia zdecydowanej przewagi przez którąś ze stron.

Wreszcie Jansen roześmiał się, gdy czerwona linia karawany uformowała ścisły szyk.
- Warowny obóz przy źródle - oznajmił - ale z licznymi posterunkami zewnętrznymi.
Natychmiast kilka czerwonych światełek rozjarzyło się wokół głównej pozycji.
-   I   będą   tak   stali   po   wsze   czasy.   Możemy   utrzymać   tę   pozycję   aż   do   dnia   sądu 

ostatecznego i nikt się nie przełamie.

- Nie - zaprotestował Hodaki - pewnego dnia warty popełnią błąd, a wtedy...
- Wtedy ci twoi poganiacze koni w nas wjadą? - zakpił Jansen. - Cóż to będzie za 

dzień! Ale na razie rozejm.

- Zgoda!
Światła areny pogasły i zielone stepy znikły z pola widzenia.
- Gdy tylko zapragniecie rewanżu, jestem gotów - to był głos Ashe'a.
Jansen uśmiechnął się szeroko.
- Musimy to odłożyć na jakiś miesiąc. Jutro wyruszamy. I wy też uważajcie na siebie, 

chłopaki. Nie mam ochoty szukać innych partnerów do gry, kiedy wrócę.

background image

Ross z trudem wyzwalał się spod panowania iluzji, która ogarnęła jego zmysły na czas 

rozgrywki. Mimo to poczuł delikatne dotknięcie na ramieniu i spojrzał w tamtym kierunku. 
Stał za nim Kurt, pozornie interesujący się wyłącznie krótką sprzeczką Jansena i Hodakiego, 
która wybuchła prawie natychmiast, gdy przyszło do podliczania punktów.

- Dziś w nocy - wyszeptał Kurt.
O tak. Chętnie pogada z Kurtem na osobności. Dziś w nocy albo przy jakiejkolwiek 

nadarzającej się sposobności. Miał zamiar się dowiedzieć, co trzyma w sekrecie to dziwaczne 
towarzystwo.

background image

3

Ross   przywarł   do   ściany   tonącego   w   mroku   pokoju   i   obserwował   uchylające   się 

powoli drzwi. Obudził go lekki odgłos szurania na zewnątrz i był teraz gotowy do skoku jak 
dziki kot. Nie rzucił się jednak od razu na osobę, która wśliznęła się do ciemnego pomiesz-
czenia. Zaczekał spokojnie, aż tajemniczy gość podejdzie do łóżka, i dopiero wtedy płynnym 
ruchem przymknął drzwi, blokując dojście do nich.

- Kim jesteś? - zapytał ostrym szeptem. Usłyszał jeden, może dwa szybkie oddechy, a 

potem cichy śmiech w ciemnościach.

- Gotowy?
Akcent przybysza nie pozostawiał wątpliwości, z kim ma do czynienia - Kurt składał 

mu zapowiedzianą wizytę.

- A sądziłeś, że nie będę?
- Nie. - Nie czekając na zaproszenie, przysiadł na brzegu łóżka. - Inaczej nie traciłbym 

czasu, Murdock. Ty jesteś... ty masz  jaja. Widzisz,  trochę  o tobie  słyszałem.  Tak jak ja 
zostałeś wrobiony w tę grę. Powiedz, czy to prawda, że widziałeś dziś w nocy Hardy'ego?

- Dużo słyszysz, prawda? - Ross nie zamierzał ułatwiać mu sprawy.
- Słyszę,  widzę i sporo się uczę. Więcej  niż te gaduły i major z jego rozkazami. 

Możesz mi wierzyć! Widziałeś Hardy'ego. Chcesz wyglądać tak jak on?

- A jest takie niebezpieczeństwo?
- Niebezpieczeństwo! - parsknął Kurt. - Niebezpieczeństwo... człowieku, ty nie wiesz, 

co znaczy to słowo. Jeszcze nie wiesz. Więc pytam cię jeszcze raz - chcesz skończyć tak jak 
Hardy?   Póki   co   nie   pochwycili   cię   w   swoje   wnyki,   dlatego   tutaj   jestem.   I   jeśli   dobrze 
zrozumiesz, co do ciebie mówię, zwiejesz stąd, zanim nagrają cię na taśmę.

- Nagrają na taśmę?
Kurt roześmiał się, ale przez ten śmiech przebijał gniew, nie wesołość.
- A tak. Znają tu sporo sztuczek. To są wszystko mózgowcy, jajogłowi i mają wiele 

ciekawych gadżetów. Wpuszczają cię w taką maszynę i nagrywają. A potem, mój chłopcze, 
nie możesz opuścić bazy, nie włączając przy tym systemu alarmowego. Proste, co? Więc jeśli 
chcesz stąd wiać, musisz to zrobić, zanim cię zarejestrują.

Murdock nie ufał Kurtowi, ale mimo to słuchał go bardzo uważnie. Jego argumenty 

brzmiały przekonująco, zwłaszcza dla kogoś, kto tak jak Ross był ignorantem, jeśli chodzi o 
stan współczesnej techniki. Prawdę rzekłszy, wierzył, że wszystkie wynalazki techniczne są 
możliwe, jeśli nie teraz, to w nieodległej przyszłości.

- Musieli więc nagrać i ciebie - zauważył.
Kurt znów się roześmiał, ale tym razem był rozbawiony.
- Tak sądzą. Tyle, że nie są aż tak sprytni, jak sądzą, ani oni, ani major, ani nawet 

Millaird. Nic z tego. Mam realną szansę wydostania się stąd, tylko że nie mogę tego dokonać 
sam. Dlatego czekałem, aż sprowadzą nowego faceta, z którym będę mógł pogadać, zanim 
przyszpilą go tu na dobre. Jesteś przecież twardy, Murdock? Widziałem twoje papiery i nie 
sądzę, żebyś zjawił się tutaj z intencją pozostania? Więc właśnie masz szansę nawiać stąd z 
kimś, kto zna wyjście awaryjne. Nie będziesz miał drugi raz takiej szansy.

Im dłużej Kurt mówił, tym bardziej był wiarygodny. Ross pozbył się już części swych 

podejrzeń. To prawda, że zamierzał stąd uciec przy pierwszej nadarzającej się sposobności i 
jeśli   Kurt   miał   jakiś   poważny   plan,   tym   lepiej.   Oczywiście   możliwe,   że   Kurt   go   tylko 

background image

podpuszcza, testuje, ale mimo to była to szansa, z której musiał skorzystać.

- Słuchaj Murdock, może ty myślisz, że łatwo stąd uciec? Czy wiesz, chłopie, gdzie 

my jesteśmy? Jesteśmy tak blisko bieguna północnego, że właściwie moglibyśmy być i na 
nim. Masz zamiar wracać do domu kilkaset mil przez śniegi i lody? Miła wycieczka, co? Bo 
ja myślę, że nie dasz rady, a przynajmniej nie bez map i partnera, który zna nieco to miejsce.

- Jak więc uciekniemy? Ukradniemy jeden z tych pojazdów? Ja nie jestem pilotem. A 

ty?

- Mają tu też inne pojazdy. To miejsce jest objęte ścisłą tajemnicą. Nawet samoloty 

nie lądują tu za często z obawy przed namierzeniem przez radar. Gdzieś ty się uchował? Nie 
wiesz, że Czerwoni zawsze węszą wokół takich rzeczy? Ci goście tutaj śledzą Czerwonych, a 
Czerwoni ich. Obie strony grają swoje gierki. Nasze dostawy przyjeżdżają tutaj na kotach.

- Kotach?
- Pługach śnieżnych, takich traktorach - powiedział Kurt niecierpliwie. - Nasze zapasy 

są składowane  o parę  mil  na południe  i raz  w miesiącu  kot jedzie, by część  przywieźć. 
Prowadzenie kota to żadna sztuka, a potrafi przebijać się przez śnieg.

- Jak daleko na południe? - spytał sceptycznie Ross. Nawet przy założeniu, że Kurt 

mówił prawdę, podróż przez arktyczne pustkowia ukradzionym pługiem wydawała mu się, 
delikatnie mówiąc, ryzykowna. Murdock miał, co prawda, dość mgliste pojęcie o regionach 
polarnych, ale był pewien, że łatwo można tam stracić życie.

- Może ze sto mil. Ale ja mam plan opracowany w kilku wariantach i zamierzam 

zaryzykować. Myślisz, że rzucam się w to na ślepo?

No tak, oczywiście. Ross już wcześniej ocenił swego gościa jako kogoś, kto przede 

wszystkim   dba   o   siebie.   Na   pewno   nie   był   z   tych,   którzy   ryzykowaliby,   bez   dokładnie 
opracowanego planu.

- No to co powiesz, Murdock? Wchodzisz w to, czy nie?
- Przemyślę to. Daj mi trochę czasu.
- Kiedy właśnie nie mamy czasu, chłopie. Jutro zostaniesz nagrany. Potem dla ciebie 

nie będzie stąd wyjścia.

- Powiedzmy, że zdradzisz mi, jak można oszukać taśmę -powiedział ostrożnie Ross.
- Tego, niestety, zrobić nie mogę, bo jest to ściśle związane z budową mojego mózgu. 

Nie otworzę dla ciebie czaszki. Nic z tego. Wiejesz ze mną dzisiaj albo muszę zaczekać na 
następnego faceta, który tu wyląduje.

Kurt wstał. Ostatnie słowa wypowiedział na tyle zdecydowanie, że Ross wiedział, iż 

faktycznie nie ma innej możliwości. A mimo to, wahał się. Oczywiście pragnął wolności, 
zwłaszcza że niezbyt podobało mu się to, co dotąd tu zobaczył. Ale nie ufał też Kurtowi, 
nawet nie mógł się zmusić, by go polubić. Inna sprawa, że rozumiał go znacznie lepiej niż 
Ashe'a i pozostałych. Z Kurtem byłby na znajomym terenie.

- Więc dzisiaj - powtórzył powoli.
- Tak, dzisiaj! - W głosie Kurta pojawiło się zniecierpliwienie, gdy dostrzegł, że jego 

rozmówca wyraźnie się waha. - Przygotowuję się już od dłuższego czasu, ale musi być nas 
dwóch.   Musimy   się   zmieniać   przy   prowadzeniu   kota.   Nie   będzie   czasu   na   odpoczynek, 
dopóki nie znajdziemy się daleko na południu. Mówię ci, to nie będzie trudne. Po drodze są 
ukryte składy żywności na wypadek  nagłej potrzeby. Mam mapę, na której zaznaczono te 
punkty. Wchodzisz w to?

Kiedy Ross nie odpowiedział. Kurt podszedł do niego i rzekł:
- Pamiętasz, co się stało z Hardy'm? Nie był pierwszy i na pewno nie będzie ostatni. 

Majątu dość duże zużycie ludzi. Dlatego zresztą tak szybko tu trafiłeś. Radzę ci, lepiej jedź ze 

background image

mną, zamiast ryzykować życie na wypadzie.

- A co to jest wypad?
- Aha, jeszcze cię nie wprowadzili? Wypad to krótka wycieczka w przeszłość. Nie w 

taką miłą i przyjemną przeszłość, o jakiej czytałeś bajki jako dzieciak. Nie, wysyłają w jakieś 
dzikie czasy, sprzed znanej historii...

- Ależ to niemożliwe!
- Tak? Widziałeś dzisiaj tych dwóch blond dryblasów? Jak myślisz, po co im te długie 

warkocze?   Ponieważ   oni   podróżują   do   czasów,   w   których   wojownicy   nosili   takie 
warkoczyki... i do tego wielkie topory, którymi potrafili rozłupać człowieka na pół! A Hodaki 
i jego partner? Słyszałeś o Tatarach? Może i nie słyszałeś, ale ci goście kiedyś zdobyli połowę 
Europy.

Ross przełknął ślinę. Już sobie przypomniał, że kiedyś widział ryciny przedstawiające 

wojowników   z   długimi   warkoczami   -   wikingów.   A   Tatarzy?   Oglądał   film   o   kimś,   kto 
nazywał   się   Chan...   Dżyngis   Chan.   Ale   przecież   podróż   w   przeszłość   jest   niemożliwa! 
Oczywiście,   pamiętał   te   sceny   z   dzisiejszego  ranka.   Łowcę   wilków   i   ludzi   w   nie 
wyprawionych skórach. Żaden z nich z pewnością nie pochodził z jego świata. Czyżby Kurt 
jednak mówił prawdę? Scena, którą dane mu było oglądać, przemawiała na korzyść tej tezy.

- Załóżmy, że zostaniesz posłany do miejsca, gdzie nie lubią obcych - ciągnął Kurt. - 

Wtedy naprawdę wpadłeś. To właśnie przydarzyło się Hardy'emu i uwierz mi, nie było to 
szczególnie miłe, o nie.

- Ale po co? 
Kurt tylko prychnął.
- Tego ci nie powiedzą, dopóki nie nadejdzie czas twojego pierwszego wypadu. Ja 

nawet nie chcę wiedzieć, po co. Ale wiem na pewno, że nie mam zamiaru trafić w jakąś 
dzicz, gdzie jakiś jaskiniowiec może mnie nadziać na włócznię tylko dlatego, że major John 
Kelgames czy nawet Millaird czegoś tam poszukują. Najpierw w każdym razie wypróbuję 
swój plan.

Przekonanie brzmiące w głosie Kurta przełamało wahania Rossa. Niech będzie, on też 

spróbuje z tym kotem. Czuł się dobrze w tym świecie i w tym czasie, i nie miał zamiaru 
poznawać innych.

Kiedy   tylko   Ross   podjął   decyzję,   Kurt   natychmiast   przystąpił   do   akcji.   Jego 

znajomość zabezpieczeń bazy okazała się faktycznie doskonała. Tylko dwa razy uwięziły ich 
automatyczne drzwi, ale trwało to zaledwie chwilę. Kurt dysponował małym tajemniczym 
przedmiotem, który wystarczyło włożyć w zatrzask drzwi, a one natychmiast ustępowały.

Korytarze były wystarczająco oświetlone, by zapewnić jaką taką widoczność, ale gdy 

przechodzili przez pogrążone w kompletnym  mroku sale. Kurt musiał czasami prowadzić 
Rossa za rękę. Omijał  wtedy niewidoczne  meble  i systemy ochronne z rutyną,  która su-
gerowała,   że   wielokrotnie   już   przemierzył   przyszłą   trasę   ucieczki.   Murdock   miał   coraz 
większe   uznanie   dla   umiejętności   kompana   i   zaczynał   wierzyć,   że   miał   niewiarygodne 
szczęście, trafiwszy na takiego partnera.

W ostatniej sali Ross wdział na siebie futrzane ubranie, które podał mu Kurt. Nie było 

może   idealnie   dopasowane,   ale   musiał   przyznać,   że   Kurt   postarał   się   dobrać   właściwy 
rozmiar. Wreszcie otworzyły się ostatnie wrota i wkroczyli w mroczną i ciemną noc polarną. 
Kurt   wciąż   trzymał   Rossa   za   ramię,   nadając   właściwy   kierunek   marszu.   Razem   pchnęli 
ciężkie drzwi hangaru, gdzie krył się ich wehikuł.

Kot   był   dziwną   maszyną,   ale   Ross   nie   miał   czasu   uważniej   przestudiować   jego 

konstrukcji. Błyskawicznie zajęli miejsca w kabinie, zamykanej od góry czymś w rodzaju 

background image

szklanej   bani,   i   po   chwili   silnik   maszyny   ożył   pod   wprawnymi   dłońmi   Kurta.   Jak 
przypuszczał Ross, jechali z maksymalną prędkością, a mimo to zdawało się, że oddalają się 
od śnieżnego wzgórza maskującego bazę nie szybciej niż na piechotę.

Początkowo poruszali się w linii prostej, ale po chwili Ross usłyszał, że Kurt liczy coś 

powoli, jakby próbował w ten sposób dokładnie określić punkt, w którym się znajdują. Gdy 
doliczył do dwudziestu, maszyna pod jego ręką wykonała szeroki półkolisty skręt w prawo, a 
po następnej dwudziestce w przeciwnym kierunku. Powtórzył ten manewr sześciokrotnie i 
Ross nie potrafił już określić, czy wciąż podążają w powrotnym kierunku. Gdy Kurt przestał 
na moment liczyć, zapytał:

- Po co ten taniec?
- A wolałbyś leżeć na tym śniegu w kilkunastu kawałkach? -sapnął Kurt. - Baza nie 

potrzebuje murów, żeby powstrzymać intruzów. Mają inne sposoby. Powinieneś podziękować 
losowi, że pierwsze pole minowe minęliśmy bez eksplozji...

Ross przełknął ślinę. Ale starał się nie dać po sobie poznać, jak bardzo przeraziły go 

słowa towarzysza.

- Więc nie jest to aż takie łatwe, jak mówiłeś?
- Zamknij się! - Kurt znowu zaczął odliczać, a Ross przez moment żałował podjęcia 

tak szybkiej i nieprzemyślanej decyzji, która przywiodła go wprost na pole minowe, podczas 
gdy mógł spokojnie siedzieć sobie w bazie.

I znowu zaczęli rzeźbić dziwny wzór w śnieżnym polu, tyle że tym razem skręcali pod 

kątem   ostrym.   Ross   spojrzał   na   ślad,   który   zostawiali,   a   potem   zerknął   z   podziwem   na 
człowieka siedzącego za kierownicą. Jak Kurt zdołał zapamiętać tak skomplikowaną trasę? 
Naprawdę musiało mu zależeć na zwianiu z tej bazy! Pełzli w tę i z powrotem, a na każdym 
skręcie w prawo i w lewo zarabiali ledwie po kilka metrów.

- Dobrze, że koty mają napęd atomowy - mruknął Kurt podczas jednej z dłuższych 

przerw pomiędzy manewrami, - Inaczej już dawno skończyłoby się paliwo.

Ross zwalczył nagły impuls, by podkulić nogi i jak najdalej odsunąć stopy od silnika. 

Przecież   konstrukcja   musi   być   bezpieczna   dla   kierowcy  -   skarcił   się   w   myślach.   Jednak 
oczami wyobraźni widział promieniujący atomowy stos. Na szczęście Kurt przestał wreszcie 
manewrować i znów ruszył prosto.

- Wydostaliśmy się! - zakomunikował z westchnieniem ulgi. Kot wytrwale czołgał się 

naprzód.

Ross nie dostrzegał na tym pustkowiu ani śladu szlaku czy jakichkolwiek punktów 

odniesienia, ale Kurt prowadził maszynę z niezachwianą pewnością, co do kierunku ucieczki. 
Dopiero po dłuższym czasie zatrzymał się.

- Mieliśmy prowadzić na zmianę. Twoja kolej - powiedział krótko.
- No... potrafię prowadzić samochód... ale to... - Ross miał wątpliwości.
- To dziecinnie proste - uspokoił go Kurt. - Najgorsze były pola minowe, a te już za 

nami. Zobacz - przysłonił dłonią błyszczące mdłym światłem kontrolki pulpitu - to będzie cię 
utrzymywać na kursie. Jeśli umiesz prowadzić samochód, dasz sobie radę. Patrz tylko.

Ponownie ruszył i ponownie skręcił ostro w lewo. Lampka, którą wskazywał, zaczęła 

mrugać, przy czym częstotliwość błysków wzrastała, gdy odchylali się od głównego kursu.

- Rozumiesz? Kontrolka musi się palić jednostajnym światłem. To znaczy, że jesteś na 

kursie. Jeśli mruga, ustawiasz kurs tak, żeby przestała. Nawet dziecko by zrozumiało. Dobra, 
przejmij ster, sam zobaczysz.

Nie było łatwo zamienić się miejscami w ciasnej kabinie, ale w końcu zdołali tego 

dokonać i Ross zacisnął kurczowo dłonie na kole sterowym. Włączył silnik i ruszył przed 

background image

siebie, wpatrując się bardziej w kontrolkę na blacie niż w białą przestrzeń rozciągającą się 
przed nim. Po kilku minutach zaczął wreszcie pojmować, o co w tym chodzi. Faktycznie, 
było to proste. Kurt przyglądał mu się jeszcze przez chwilę, a potem mruknął zadowolony i 
zaczął układać się do drzemki. Kiedy opadło pierwsze podniecenie związane z prowadzeniem 
nieznanej maszyny, cała operacja stała się niezwykle monotonna. Ross ziewał potężnie raz po 
raz,   ale   trwał   na   posterunku   z   tępym   uporem   psa   wartowniczego.   Jak   dotąd   całą   robotę 
odwalił Kurt, więc miał teraz zamiar pokazać, że on też może być przydatny. Gdyby tylko na 
śnieżnym polu pojawiły się jakieś punkty odniesienia, jakiś cel, do którego mógłby dążyć, 
wtedy nie byłoby to tak nużące. W końcu Ross zaczął od czasu do czasu celowo zbaczać z 
kursu, tylko po to, by ostrzegawcze migotanie lampki wytrącało go ze snu. Nawet nie zdawał 
sobie sprawy, że podczas jednego z takich manewrów zbudził się Kurt. Zauważył to dopiero, 
gdy jego towarzysz odezwał się z przekąsem:

-   A   cóż   to,   Murdock,   prywatny   budzik?   W   porządku,   widzę,   że   myślisz   w   razie 

potrzeby. Ale lepiej się teraz prześpij, bo w końcu zboczymy na dobre.

Ross   był   zbyt   zmęczony,   by   zaprotestować.   Ponownie   zamienili   się   miejscami   i 

prawie   natychmiast   po   tym   skulił   się   w   fotelu,   próbując   przyjąć   w   tej   ciasnocie 
najwygodniejszą pozycję do snu. Ale teraz, gdy mógłby się przespać, senność go opuściła. 
Kurt jednak był przekonany, że jego towarzysz zapadł w sen. Podążał bowiem stałym kursem 
jeszcze tylko dwie mile, a potem pochylił się ostrożnie, sięgając za koło sterowe. Ross dojrzał 
delikatną poświatę niewielkiego obiektu, który Kurt zasłonił połą swego ubrania. Jedną ręką 
wciąż prowadził pojazd, drugą zaś zaczął cicho wystukiwać na tajemniczym  przedmiocie 
nieregularny rytm.

Dla Rossa ta czynność nie miała najmniejszego sensu. Usłyszał jednak wyraźnie coś 

na kształt westchnienia ulgi, jakie wydał Kurt, ponownie schowawszy dziwny instrument, 
jakby udało mu się wykonać właśnie jakieś trudne zadanie. Zaledwie kilka chwil później kot 
zatrzymał się, a Ross przeciągnął się, przecierając oczy.

- Co jest? Jakiś kłopot z silnikiem? 
Kurt oparł się na kole sterowym.
- Nie. Po prostu musimy tu chwilę poczekać...
- Poczekać? Na co? Na Kelgarriesa i jego chłopców? 
Kurt roześmiał się.
- A, major. Naprawdę chciałbym, żeby się tu teraz zjawił. Ależ miałby niespodziankę! 

Nie dwie małe myszki, które mógłby z powrotem wsadzić do klatki, lecz prawdziwy tygrys z 
kłami i pazurami...

Ross usiadł wyprostowany. Zaczynał czuć brzydki zapach dużej afery i podejrzewał, 

że właśnie tkwi w samym jej środku. Przejrzał w myślach wszystkie możliwości i uznał, że 
każda z nich grozi mu zmiażdżeniem przez tryby wielkiej polityki. Na kogo bowiem mógł 
czekać Kurt?

Wprawdzie   Ross   przez   większą   część   swego   życia   prowadził   prywatną   wojnę   z 

systemem   prawnym,   ale   przez   lata   spędzone   na   tej   wojnie   podjazdowej   zdołał   sobie 
wypracować własny kod postępowania, którego nigdy nie łamał. A ten kod wykluczał zarów-
no   morderstwo,   jak   i   zdradę   kraju...   i   to   na   czyją   korzyść?   Dla  kogoś,   kto   opierał   się 
wszelkiemu zniewoleniu człowieka, cele i metody, które stosowali mocodawcy Kurta, były 
nie tylko absurdalne i nielogiczne, więcej - należało im się przeciwstawiać do ostatniego tchu.

- Twoi przyjaciele się spóźniają? - zapytał, starając się, by jego głos nie zdradzał śladu 

emocji.

- Jeszcze nie. A jeśli zamierzasz zgrywać bohatera, Murdock, odradzam ci to - w 

background image

głosie Kurta pobrzmiewał teraz ten sam ton rozkazu, który tak drażnił Rossa w głosie majora. 
- Ta operacja, kosztowała wiele wysiłku i wiele zależy od jej wyników. I nie pozwolę jej 
nikomu zepsuć w ostatniej fazie...

- Czerwoni wsadzili cię do tego projektu, czy tak? - Ross starał się zmusić Kurta do 

mówienia, aby samemu mieć czas pomyśleć. A musiał myśleć wnikliwie i szybko.

- Nie widzę powodów, by opowiadać ci w szczegółach smutną historię mojego życia, 

Murdock. Zresztą wydałaby ci się nudna. Jeśli masz zamiar jeszcze trochę pożyć, to radzę ci 
siedź teraz cicho i stosuj się do rozkazów.

Kurt   musiał   być   uzbrojony,   inaczej   nie   przemawiałby   z   taką   pewnością   siebie.   Z 

drugiej strony właśnie teraz była najodpowiedniejsza chwila, by grać bohatera - na razie miał 
do  czynienia   tylko   z  Kurtem.   I   lepiej   chyba   być   martwym   bohaterem,   niż   trafić   w   ręce 
przyjaciół Kurta z drugiej strony bieguna.

Bez ostrzeżenia Ross rzucił się w bok, całym ciężarem ciała przygniatając Kurta do 

ściany kabiny. Jednocześnie sięgnął dłońmi pod jego futrzany kaptur, próbując zacisnąć je na 
gardle   ofiary.   Prawdopodobnie   zbytnia   pewność   siebie   Kurta   spowodowała,   że   dał   się 
zaskoczyć.  Walczył  wściekle, by uwolnić ręce, ale działał przeciw niemu ciężar zarówno 
własnego ciała, jak i ciała Rossa. W jego ręku błysnął nóż, ale Murdock zdołał uchwycić 
uzbrojony nadgarstek. I szamotali się, skrępowani częściowo grubymi futrzanymi ubraniami. 
Przez głowę Rossa przebiegła szybka myśl, że Kurt zrobił błąd, nie pozbywając się go przy 
bardziej nadającej się do tego okazji. Teraz miał przynajmniej szansę. Toteż walczył twardo, 
oczekując okazji do nokautującego ciosu.

Wreszcie Kurt sam przyczynił się do własnej klęski. Kiedy uścisk Rossa nieco osłabł 

zaatakował   i   został   wyprowadzony   w   pole   nagłym   unikiem   przeciwnika.   Nie   zdołał 
powstrzymać bezwładności własnego ciała i huknął głową w koło sterowe kota.

Osunął się na ziemię.
W ciągu kilku najbliższych chwili Ross działał błyskawicznie. Związał swoim pasem 

nadgarstki   Kurta,   bez   zbytniej   zresztą   delikatności.   Potem   pchnął   wciąż   nieprzytomnego 
mężczyznę na swoje miejsce i usiadł za sterami.

Nie miał pojęcia, w którą stronę jechać, ale jednego był pewien - musi stąd wiać jak 

najszybciej. Włączył silnik i wykonał szerokie półkole, zawracając kota o sto osiemdziesiąt 
stopni.

Światełko na pulpicie wciąż migało. Czy zawiedzie go z powrotem do bazy?

background image

4

Z znów Ross musiał bezczynnie czekać, gdy tymczasem inni podejmowali decyzje 

dotyczące jego przyszłości.  Nie okazywał  żadnych  uczuć, jak podczas rozmowy z sędzią 
Rawlem, ale niepokoił się znacznie bardziej.

Wtedy,   w   mrokach   polarnej   nocy,   nawet   gdyby   chciał,   nie   miał   żadnej   szansy 

ucieczki. Wracając z miejsca, które Kurt obrał na schadzkę ze swymi mocodawcami, wpadł 
wprost na drużynę pościgową z bazy. I miał okazję obejrzeć w akcji maszynę, którą wcześniej 
opisał mu Kurt - maszynę, która podążałaby ich tropem niestrudzenie, dopóki każda z jej 
części nie pokryłaby się rdzą. Kurt nie potrafił jednak tak skutecznie wykiwać mechanizmów 
obronnych bazy, jak się przechwalał, chociaż na początku faktycznie udało mu się je zmylić.

Ross nie miał nawet pojęcia, czy zostanie mu zapisane na plus, że złapano go podczas 

drogi powrotnej, i to z Kurtem w charakterze jeńca. A ponieważ oczekiwanie dłużyło się już 
w godziny, zaczynał sądzić, że w niewielkim stopniu zmieniło to jego sytuację.

Tym   razem   nie   pokazywano   mu   niczego   na   ścianie   celi.   Mógł   tylko   siedzieć   i 

rozmyślać. Stanowczo za wiele miał na to czasu i co gorsza nie przychodziła mu do głowy 
żadna przyjemna myśl. Jednak podczas próby ucieczki nauczył się przynajmniej jednego - 
Kelgarries i pozostali w tej bazie byli najtrudniejszymi przeciwnikami, z jakimi do tej pory 
miał do czynienia, a ponadto przewaga w ekwipunku i nawet zwykłe szczęście najwyraźniej 
stały po ich stronie. Ross przekonał się, że z tej bazy nie ma ucieczki.

Był przecież pod wrażeniem przygotowań, jakie poczynił Kurt - przygotowań, które 

znacznie   przewyższały   jego   możliwości.   W   końcu   Kurta   zaopatrzono   we   wszystkie 
diaboliczne urządzenia, jakich tylko mogli dostarczyć Czerwoni. Tych ostatnich nie czekało 
zresztą miłe przyjęcie w miejscu spotkania z Kurtem. Kelgarries natychmiast po wysłuchaniu 
raportu Murdocka posłał tam dobrze przygotowaną grupę. I zanim jeszcze Ross dotarł do 
bazy, mógł oglądać odległy błysk eksplozji rozświetlający arktyczną noc. Wtedy nawet Kurt, 
już   przytomny,   po   raz   pierwszy  od   chwili   pochwycenia   nie   zapanował   nad   emocjami   - 
wiedział doskonale, co oznacza ten błysk.

Rozległ się szczęk otwieranych drzwi. Ross usiadł na łóżku, spoglądając odważnie w 

kierunku   zbliżającego   się   przeznaczenia.   Tym   razem   nie   miał   zamiaru   robić   żadnego 
przedstawienia. Nie czuł się w najmniejszym stopniu winny za swą próbę ucieczki. Gdyby 
Kurt okazał się tym, kim miał być, wszystko poszłoby dobrze. To, że okazał się kimś innym, 
było zwykłym pechem.

Do środka wkroczyli  Kelgarries i Ashe. Na widok tego ostatniego napięcie Rossa 

nieco zelżało. Gdyby major chciał mu oznajmić bardzo surowy wyrok, nie zabierałby Ashe'a 
ze sobą.

- Zacząłeś  paskudnie, Murdock - Kelgarries  przysiadł na brzegu wnęki w ścianie, 

która zwykle służyła za stół. - Dostaniesz jednak kolejną szansę, więc możesz uważać się za 
szczęściarza.   Wiemy,   że   nie   jesteś   kolejnym   szpiegiem   naszych   wrogów   i   to   cię   ratuje. 
Chcesz coś dodać do tej historii, którą nam przekazałeś?

- Nie, sir- nie powiedział słowa “sir", by poprawić swoją sytuację, ono pojawiało się 

automatycznie, kiedy rozmawiał z Kelgarriesem.

- Ale z pewnością masz jakieś pytania?
- Całe mnóstwo - odparł Ross szczerze.
- Dlaczego więc ich nie zadasz?

background image

Ross  uśmiechnął  się słabo. Tym  razem  nie był  to udawany uśmiech  nieśmiałego, 

zawstydzonego chłopca.

- Mądry facet nie chwali się własną ignorancją. Wytęża oczy i uszy, a jadaczkę trzyma 

zamkniętą na kłódkę...

- I w rezultacie robią go w wała - uzupełnił major. - Nie sądzę, by spodobało ci się 

towarzystwo tych, którzy płacili Kurtowi.

- Wtedy go o to jeszcze nie podejrzewałem. Nie wtedy, gdy zaczynaliśmy ucieczkę.
- Tak. A gdy odkryłeś prawdę, podjąłeś kroki zapobiegawcze. Dlaczego?
Po raz pierwszy Ross usłyszał ślad emocji w głosie majora.
- Ponieważ nie lubię niewolnictwa, które panuje po jego stronie muru.
- Wiesz, Murdock, że to uratowało twoją głowę? Ale wykręć jeszcze jeden numer, a 

nic cię nie uratuje. Na razie jednak nie musimy o tym myśleć. No, zadaj te swoje pytania.

- Jak wiele z tego, co powiedział mi Kurt, jest prawdą? - zaczął Ross. - Mam na myśli 

te gadki o skokach w przeszłość.

- Wszystko - odparł major.
- Ale dlaczego? Jak?
- Widzisz, Murdock, jesteśmy w kropce. Z powodu twojej małej wyprawy musimy 

powiedzieć   ci   więcej,   niż   mówimy   komukolwiek   przed   ostatecznym   przygotowaniem. 
Słuchaj więc uważnie i lepiej natychmiast zapomnij wszystko, co nie dotyczy bezpośrednio 
zadania, które właśnie wykonujesz. Czerwoni wystrzelili Sputnika, a potem Muttnika. Jak 
dawno? Dwadzieścia pięć lat temu. My rozwiązaliśmy pewne problemy nieco później. Było 
kilka spektakularnych katastrof na Księżycu, potem stacja orbitalna, która za nic nie chciała 
trzymać się na kursie, a potem cisza. Przez ostatnie ćwierćwiecze nie porywaliśmy się na 
żadne kosmiczne ekspedycje, przynajmniej nie w świetle reflektorów. Zbyt wiele wpadek, 
zbyt   wiele   kosztownych   niepowodzeń.   Aż   wreszcie   zaczęliśmy   podążać   tropem   czegoś 
naprawdę   wielkiego,   znacznie   większego   niż   jakakolwiek   planeta,   na   którą   moglibyśmy 
polecieć. Widzisz, do każdego odkrycia w nauce dochodzi się etapami. Można dokładnie 
odtworzyć  drogę, jaka do niego prowadziła.  Ale załóżmy,  że nagle stajesz oko w oko z 
odkryciami,   które   pojawiają   się   dosłownie   znikąd.   Jakie   rozwiązanie   tego   problemu   byś 
zaproponował?

Ross spojrzał badawczo na majora. Wprawdzie wciąż nie widział związku między tą 

gadką a skokami w czasie, ale wyczuł, że Kelgarries oczekuje poważnej odpowiedzi. Czuł 
też, że to, co teraz powie, zaważy znacznie na ocenie majora.

-   Albo   oznacza   to,   że   poprzednie   odkrycia   były   trzymane   w   ścisłej   tajemnicy   - 

odpowiedział   powoli   -   albo   że   rezultat   finalny   nie   należy   do   tego,   kto   ogłasza   się   jego 
autorem.

Po raz pierwszy major spojrzał nań z uznaniem.
- Załóżmy dalej, że to odkrycie jest niezwykle ważne dla twojego istnienia. Co byś 

zrobił?

- Starałbym się dotrzeć do jego źródła!
- No właśnie! W ciągu ostatnich pięciu lat nasi przyjaciele z drugiej strony kurtyny 

doszli do trzech takich  wielkich odkryć.  Jedno z nich zdołaliśmy rozgryźć,  skopiować, a 
potem użyć do własnych celów, po kilku twórczych poprawkach. Pozostałe dwa są dla nas 
technologiami niewiadomego pochodzenia, chociaż powiązanymi z pierwszym z tych odkryć. 
Teraz właśnie staramy się rozwiązać ten problem, a czas, niestety, nas goni. Z nieznanych 
nam powodów Czerwoni, mimo iż mają już pewne niezwykle groźne gadżety, nie są jeszcze 
gotowi,   by   ich   użyć.   Czasami   te   rzeczy   funkcjonują   poprawnie,   a   czasami   kompletnie 

background image

zawodzą. Krótko mówiąc, wszystko wskazuje na to, że Czerwoni prowadzą eksperymenty z 
technologiami, które dla nich też są obce...

- Więc skąd je uzyskali? Z innego świata? - wyobraźnia Rossa pracowała pełną parą. - 

Czyżby   udało   się   zachować   w   sekrecie   wyprawę   międzyplanetarną?   Czyżby   nawiązano 
kontakt z inną inteligentną rasą?

- W pewnym sensie jest to inny świat... ale raczej, jeśli chodzi o czas, nie o przestrzeń. 

Siedem lat temu dotarł do nas człowiek z Berlina Wschodniego. Był bliski śmierci, ale zanim 
umarł, zdołał nagrać na taśmę zadziwiające dane, które w pierwszej chwili uznano za brednie 
w   delirium.   Ale   ponieważ   było   to   już   po   wystrzeleniu   Sputnika,   nie   ośmieliliśmy   się 
zlekceważyć nawet tak dziwacznych informacji. Przekazaliśmy nagranie jednemu z naszych 
naukowców, który udowodnił, że zawierają prawdę. Podróżami w czasie jak dotąd zajmowała 
się wyłącznie fantastyka, wszystkie poważne gałęzie nauki uważały je za niemożliwe. I nagle 
odkryliśmy, że Czerwoni to robią...

- Ma Pan na myśli, że skaczą w przyszłość i sprowadzają sobie maszyny?
Major potrząsnął przecząco głową.
- Nie w przyszłość, w przeszłość.
Czy to miał być jakiś skomplikowany dowcip? Ross sapnął z irytacją i odpowiedział 

może nieco zbyt emocjonalnie.

- Słuchaj, ja wiem, że mojemu wykształceniu daleko do was, jajogłowych, ale wiem 

też doskonale, że im bardziej cofasz się w przeszłość, tym prostsze są wszelkie maszyny. My 
jeździmy samochodami, a jeszcze sto lat temu ludzie używali koni. My mamy pistolety, a 
wystarczy   cofnąć   się   nieco   w   czasie   i   zobaczysz   facetów   wywijających   mieczami   i 
strzelających z łuków, ubranych zresztą w blachy, aby nie przebiły ich strzały wrogów...

- A i tak przebijały - wtrącił Ashe. - Przyjrzyj się bitwie pod Azincourt, a dowiesz się, 

jak podziałały strzały na ciężkozbrojne rycerstwo francuskie.

Ross nie zwrócił uwagi na jego słowa.
- Tak czy siak - powrócił do swej głównej myśli - im bardziej cofasz się w przeszłość, 

tym prostsze są wszelkie maszyny.  Więc jak Czerwoni mogą znaleźć tam coś, czego nie 
potrafilibyśmy przebić dzisiaj?

- I to jest właśnie problem, którym zajmujemy się od kilku lat - odparł major. - Tyle, 

że niezupełnie tym, jak zamierzają to znaleźć, ale raczej gdzie. Ponieważ gdzieś w przeszłości 
udało   im   się   skontaktować   z   cywilizacją   zdolną   produkować   broń   i   technologie   tak 
zaawansowane, że są one niedostępne dla naszych ekspertów. My musimy odnaleźć to źródło 
wiedzy i albo wykorzystać je dla własnych celów, albo raz na zawsze zamknąć do niego 
dostęp. Jak dotąd wciąż jeszcze szukamy.

Ross potrząsnął głową w zadumie.
- To musi być bardzo odległa przeszłość. A ci faceci, co grzebią w starych grobach i 

odkrywają ruiny miast, czy oni nie mogliby wam coś podpowiedzieć? Czy tak zaawansowana 
cywilizacja nie pozostawiłaby po sobie jakichś materialnych śladów, które moglibyśmy teraz 
odkryć?

- To zależy - wtrącił ponownie Ashe - od rodzaju cywilizacji. Egipcjanie wznosili 

wielkie kamienne budowle. Używali broni i narzędzi z miedzi i brązu oraz kamienia, no i byli 
tak uprzejmi, że zamieszkiwali obszar o suchym klimacie, co bardzo pomogło w zachowaniu 
ich dzieł. Miasta Azji Mniejszej też wznoszono z gliny i kamienia. Również używano tam 
miedzi i brązu i klimat też sprzyjał... Grecy wznosili marmurowe i kamienne mury, zostawili 
po   sobie   księgi   opisujące   ich   wiedzę,   podobnie   Rzymianie.   Po   drugiej   stronie   oceanu 
Inkowie, Majowie i inne nieznane cywilizacje przed nimi, a także Aztekowie w Meksyku 

background image

budowali z kamienia i metalu. A kamień i metal mogą trwać długo. Ale co, jeśli istniała 
kiedyś cywilizacja, która potrafiła uzyskać plastyk i kruche stopy, która nie miała zamiaru 
wznosić   trwałych   konstrukcji,   a   której   dzieła   celowo   miały   szybko   się   zużywać   i   być 
zastępowane nowymi, co mogło wynikać choćby z przyczyn ekonomicznych? Co mogło po 
nich zostać, zwłaszcza jeśli w międzyczasie był okres zlodowacenia, jeśli lodowiec zmiótł 
wszystko, co zdołali wytworzyć? Są dowody na to, że położenie biegunów na naszej planecie 
było niegdyś inne i że obecny północny region polarny miał klimat zbliżony do tropikalnego. 
Katastrofa na tyle gwałtowna, by zmienić położenie biegunów planety, z pewnością mogła też 
doszczętnie zniszczyć każdą cywilizację, nieważne jak potężną. Mamy wystarczająco wiele 
dowodów, by twierdzić, że taki lud musiał istnieć, ale wciąż musimy ich szukać.

- Ashe jest jednym z naszych nawróconych sceptyków - rzekł major wstając. - Jest 

archeologiem, jednym z facetów grzebiących w grobach, i wie, co mówi. Musimy prowadzić 
poszukiwania w czasach, nim powstały pierwsze piramidy, nim pierwsi osadnicy pojawili się 
nad Tygrysem. A w dodatku nasz wróg musi nas doprowadzić do tego miejsca. I po to  tu 
właśnie jesteś.

- Ale dlaczego ja?
-   To   jest   pytanie,   na   które   nasi   psychologowie   wciąż   jeszcze   próbują   znaleźć 

odpowiedź, mój młody przyjacielu. Zdaje się, że większość ludzi, z wielu zresztą krajów 
zaangażowanych   w   realizację   tego   projektu,   stała   się   zbyt   cywilizowana.   Ich   reakcje   są 
przewidywalne, nie potrafią oni przełamać pewnych schematów. Jeżeli nawet bezpośrednie 
zagrożenie zmusi ich do zmiany sposobu postępowania, będą tak zagubieni, że nie zdołają w 
pełni wykorzystać swej wiedzy i umiejętności. Zresztą, jeśli nauczysz przeciętnego człowieka 
zabijać,   tak   jak   na   przykład   zdarzało   się   w   czasie   wojny,   musisz   się   potem   mocno 
napracować, by ponownie dostosować jego osobowość do normalnych warunków. Są jednak 
ludzie o innym typie osobowości. Urodzeni  komandosi, tajni agenci, którzy potrzebują do 
życia olbrzymiej dawki niebezpieczeństwa i emocji. Nie jest ich wielu, ale w czasie wojny 
stanowią potężną broń. Gorzej w czasie pokoju - wtedy te właśnie cechy ich osobowości stają 
się  ciężarem   dla   każdego  społeczeństwa.  I  w  rezultacie  stają  się  albo  dziwakami,  albo  - 
częściej  - kryminalistami.  Wszyscy,  których  wysyłamy  w przeszłość,  nie  tylko  otrzymali 
najlepszy   możliwy   trening,   ale   też   mają   właśnie   taki   typ   osobowości   -   amerykańskich 
pionierów   podbijających   Dziki   Zachód.   Cenimy   takich   ludzi   teraz,   gdy   są   bezpiecznie 
pogrzebani, ale w obecnych  czasach, ktoś taki, stanowi duży problem dla społeczeństwa. 
Można powiedzieć, że ich wrodzone umiejętności pojawiły się w niewłaściwym czasie. Nasi 
ludzie muszą być  ponadto na tyle młodzi, by móc wchłonąć sporą ilość wiedzy, przetrwać 
ostry trening adaptacyjny, no i przejść przez nasze testy. Rozumiesz?

Ross skinął głową potakująco.
- Potrzebujecie przestępców właśnie dlatego, że są przestępcami.
- Nie dlatego, że są przestępcami. Dlatego, że mają typ osobowości nie pasujący do 

naszych czasów. Nie myśl sobie, Murdock, że prowadzimy tu zakład karny. Nigdy byś się tu 
nie   zjawił   tylko   dlatego,   że   jesteś   przestępcą.   Musiałeś   pomyślnie   przejść   nasze   testy 
psychologiczne.  Nawiasem   mówiąc,   nawet   ktoś,   kogo   w   naszych   czasach   określono   by 
mordercą, w innej epoce mógł być bohaterem - to dość ekstremalny przykład, ale jednak 
prawdziwy. Człowiek, którego przeszkolimy, nie tylko musi przetrwać w tamtych czasach, on 
musi uchodzić za normalnego członka swej społeczności...

- A co się stało z Hardym? 
Major uciekł wzrokiem w bok.
- Przy takiej operacji nie sposób uniknąć pomyłek. Nigdy nie twierdziliśmy, że nie 

background image

zdarzają się problemy albo że nie istnieje ryzyko. Mamy tam do czynienia nie tylko z ludźmi 
z różnych epok, ale także, jeśli uda nam się natrafić na gorący trop, musimy sobie radzić z 
Czerwonymi. Oni podejrzewają, że podążamy ich śladem. Zdołali wsadzić tu Kurta Vogela. 
Teraz już wiesz wszystko, Murdock. Gdy przejdziesz ostateczne testy, będziesz miał jeszcze 
możliwość powiedzenia tak lub nie przed swym pierwszym skokiem. Jeśli jednak powiesz 
nie, pozostaniesz na zawsze w tej bazie. Nikt, kto przeszedł nasze szkolenie, nie może nigdy 
wrócić do normalnego życia. Ryzyko, że przechwycą go nasi przeciwnicy, jest zbyt duże.

- Nigdy?
Major wzruszył ramionami.
- Ta operacja może potrwać bardzo długo. Nie potrafię określić, kiedy się zakończy. 

Pozostaniesz tu, dopóki nie znajdziemy tego, czego szukamy, albo dopóki nie poniesiemy 
całkowitej klęski. I to była ostatnia karta, którą musiałem wyłożyć na stół. - Przeciągnął się. - 
Jutro zaczynasz trening. Przemyśl sobie to wszystko. Gdy nadejdzie czas, musisz dać nam 
odpowiedź.   Na   razie   pracujesz   w   zespole   z   Ashem,   który   pomoże   ci   przebrnąć   przez 
szkolenie.

Kęs, którym go uraczono, zdawał się zbyt trudny do przełknięcia, jednak po namyśle 

Ross uznał, że zdoła go strawić. Trening, jakiemu go wkrótce poddano, odsłonił przed nim 
całkiem nowy świat. Judo i zapasy spodobały mu się od razu i bardzo się cieszył swymi 
szybkimi postępami. Gorzej szło mu z wymagającą niezwykłej wprost cierpliwości i precyzji 
nauką strzelania z łuku i walki długim sztyletem z brązu. Potem zaś nadeszły długie godziny 
nauki   języka   i  nieznanych   obyczajów   społecznych,   zapamiętywanie   niezliczonych   tabu   i 
wskazań moralnych. Ross nauczył się także prowadzenia obliczeń na supełkach długich lin, 
którego to sposobu używano niegdyś w handlu. Nauczył się porównywać wartość ołowianych 
sztabek ze sznurami korali z bursztynu czy wyprawionymi skórami zwierząt. Zrozumiał też, 
dlaczego   jako   wprowadzenie   do   operacji   Retrograde   pokazano   mu   niegdyś   karawanę 
handlową.

Podczas tych dni jego odczucia względem Ashe'a zmieniły się diametralnie. Po prostu 

nie można z kimś pracować tak długo i tak blisko, nie zmieniając swego doń nastawienia. 
Albo bowiem musi dojść do gwałtownego konfliktu, albo też partnerzy muszą się do siebie 
dostosować. Podziw Rossa dla olbrzymiej wiedzy Ashe'a, którą ten tak chętnie dzielił się z 
ignorantem, musiał zamienić się w szacunek dla tego człowieka; szacunek, który mógłby się 
nawet   stać   przyjaźnią,   gdyby   Ashe   ze   swej   strony   obniżył   nieco   tarczę   beznamiętnego 
nauczyciela. Ross nie starał się na siłę przełamywać dzielącej ich bariery, której przyczyną 
był tego pewien - był szczególny sposób, w jaki zgłosił się “na ochotnika" do tego projektu. 
Co zresztą dało mu nieco do myślenia, mimo iż odsuwał od siebie to uczucie. Jak dotąd był 
zawsze dumny ze swych dokonań, teraz zaczynał żałować, że nie były to dokonania nieco 
innego typu.

Tymczasem ludzie pojawiali się i odchodzili. Zniknął Hodaki ze swym partnerem. 

Podobnie Jensen i jego towarzysz. Ross podczas pobytu w bazie dawno już zatracił poczucie 
upływającego czasu. Stopniowo poznał cały ten wielki obszar pod pokrywą śniegu i lodu. 
Były   tam   laboratoria,   doskonale   zaopatrzony   szpital,   arsenały   zawierające   uzbrojenie 
widywane wyłącznie w muzeum, a także biblioteki pełne kaset wideo i taśm. Ross chłonął 
wszystko tak intensywnie, że wiele razy, padając nocą wyczerpany na posłanie, czuł się jak 
wielka gąbka, która właśnie osiągnęła niemożliwy do przekroczenia poziom absorbcji.

Nauczył się nosić jak naturalny ubiór tę niezgrabną ni to tunikę, ni kilt, jaką widział 

niegdyś u łowcy wilków; nauczył się golić pewnymi ruchami za pomocą długiego noża z 
brązu i jeść dziwaczne pokarmy.  Aby jeszcze lepiej wykorzystać czas, podczas słuchania 

background image

niezliczonych   taśm,   leżał   pod   lampami   kwarcowymi,   aż   jego   skóra   stała   się   ciemna   i 
pomarszczona   jak   skóra  Ashe'a.   Zawsze   też   mógł   wysłuchać   w   wolnej   chwili   jakichś 
ważnych nauk tego ostatniego, nauk, z których obawiał się uronić najmniejszego słowa.

- Brąz - Ashe zważył w dłoni długi sztylet. Jego rękojeść wykonano z rogu jakiegoś 

zwierzęcia, ozdobionego wzorkiem ze złotych kamyczków, które w odróżnieniu od ostrza 
błyszczały metalicznie. - Czy wiesz, Murdock, że brąz może być twardszy od stali? Gdyby 
nie fakt, że żelazo występuje w tak obfitych złożach i jest znacznie łatwiejsze w obróbce, 
prawdopodobnie nigdy nie wyszlibyśmy z epoki brązu. Żelazo jest powszechniejsze w przy-
rodzie i tańsze, kiedy więc pierwszy kowal nauczył sieje wykorzystywać, oznaczało to koniec 
pewnego stylu życia i początek nowego. Tak, brąz jest dla nas niezwykle ważny, podobnie 
jak ludzie, którzy w nim pracują. Kowali uważano kiedyś niemal za świętych. Tajemnice ich 
fachu były sekretem ważniejszym niż więzi z klanem, szczepem czy rasą. Kowal mógł liczyć 
na przyjęcie  w każdej wiosce, był  też bezpieczny na szlaku. Zresztą, w tamtych  czasach 
drogami   opiekowali   się  bogowie,  między   podróżnikami  panował   pokój.  Świat  był   wtedy 
niezmierzony   i   pusty,   a   szczepy   ludzkie   małe   i   nieliczne.   Wiele   więc   było   miejsca   do 
polowań, upraw i handlu. Człowiek prowadził walkę raczej z siłami natury niż z innym czło-
wiekiem...

- Nie było wojen? - zapytał Ross. - Więc po co ta nauka władania sztyletem i łukiem?
- Były wojny lokalne, ot, kłótnie pomiędzy rodami, klanami czy szczepami. A łuk... 

łuk przydawał się do innej walki, przeciw wielkim zwierzętom, wilkom, dzikom...

- Niedźwiedziom jaskiniowym?
Ashe westchnął z wystudiowaną cierpliwością.
-   Zrozum   wreszcie,   Murdock,   że   historia   jest   nieco   dłuższa,   niźli   ci   się   wydaje. 

Niedźwiedzie   jaskiniowe   i   epoka   brązu   nie   zachodzą   na   siebie.   Aby   zapolować   na 
niedźwiedzia jaskiniowego, musiałbyś się pojawić kilka tysięcy lat wcześniej i wtedy miałbyś 
w dłoni kamienną włócznię, o ile, oczywiście, byłbyś tak głupi, żeby się na to porywać.

- Wolałbym zabrać ze sobą strzelbę - mruknął Ross, chcąc wtrącić swoje trzy grosze 

w ten przydługi wykład.

background image

5

Ross szybko się przekonał, że zgłoszenie gotowości do drogi wcale nie oznacza, iż 

natychmiast wyruszy ku starożytnej Brytanii. Na zapowiedziane przez Ashe'a, jutro" musiał 
jeszcze poczekać kilka dni. Tam w przeszłości miał występować jako kupiec z ludu pucharu* 
i   tych   kilka   dni   przeznaczono   na   dokładne   przetestowanie   jego   fałszywej   osobowości; 
upewnienie się, czy zapamiętał każdy jej szczegół, tak aby żaden niebaczny gest czy słowo 
nie mogły zdradzić jego prawdziwego pochodzenia.

Lud pucharu wydawał się doskonałym wyborem dla infiltracji przez agentów. Nie był 

to   ściśle   zamknięty   klan,   podejrzliwy   wobec   obcych   i   czujny   na   każde   odstępstwo   od 
przyjętych norm postępowania, którymi to cechami charakteryzowała się większość ludów 
tamtego okresu. Zajmowali się głównie handlem, toteż byli bardzo ruchliwym plemieniem. 
Zasięg ich “imperium", czy raczej zasięg oddziaływań ich dość wysokiej jak na owe czasy 
kultury, znaczyły wyraźnie wizytówki, które przetrwały do czasów współczesnych -liczne 
groby, zawierające pomiędzy zgromadzonymi tam przedmiotami, charakterystyczne dla tego 
ludu   puchary.   Groby   te   rozsiane   są   od   Renu   do   Hiszpanii   i   od   Bałkanów   po   Brytanię. 
Handlarze nie polegali w swych podróżach po dalekich stronach jedynie na sile tabu, jakim 
była świętość i nietykalność podróżnych. Lud pucharu słynął też z doskonałych umiejętności 
łuczniczych.  Byli  to śmiali  ludzie.  Pchani żądzą zysku,  zakładali  liczne  osady i faktorie, 
starając   się   prowadzić   pokojową   egzystencję   pomiędzy   ludami   o   odrębnych   zwyczajach, 
pomiędzy osiadłymi rolnikami i wędrującymi pasterzami, pomiędzy przybrzeżnymi rybakami 
i leśnymi łowcami. Takim właśnie człowiekiem miał być Ross.

Ostatnią inspekcję przed podróżą Murdock przeszedł w towarzystwie Ashe'a.
Włosy   nie   urosły   im   jeszcze   na   tyle,   by   wymagały   plecenia   w   warkocze,   ale 

wystarczająco,   by  związać   je  z   tyłu   głowy.   Tuniki   i   kilty  z   szorstkiego   materiału,   który 
przeniesiono z tamtych czasów, nieprzyjemnie ocierały skórę i nie były wcale idealnie dopa-
sowane. Ale wykonanie pasów z brązu, pokrowców na łuki i kołczanów, które nosili na 
plecach, oraz samych łuków, było prawdziwym szczytem kunsztu rękodzielnika. Ashe nosił 
ponadto wierzchni płaszcz o błękitnej barwie - co oznaczało mistrza kupieckiego - spięty 
znamionującą bogactwo polerowaną broszą zdobną w wilcze zęby i bursztynowe paciorki. 
Znacznie niższą pozycję Rossa znamionował nie tylko płaszcz w barwie czerwieni i brązu, ale 
też   fakt,   że   jego   osobistą   biżuterię   stanowiły   miedziana   bransoleta   i   spinka   ozdobiona 
pojedynczym agatem.

Ross nie miał pojęcia, jak będzie wyglądała sama podróż w czasie i w jaki sposób 

można  się przenieść  z polarnego  obszaru zachodniej  półkuli  do Brytanii,  która leżała  na 
półkuli wschodniej. A był to, jak się wkrótce przekonał, dość skomplikowany proces.

Sama  podróż w czasie okazała  się stosunkowo prosta, chociaż powodowała nieco 

nieprzyjemności. Musiał tylko przejść krótkim korytarzem i stanąć przez moment bez ruchu 
na okrągłej płycie, na którą padał intensywny snop światła. Stojąc tam, Ross nagle poczuł, że 
z   jego   płuc   dosłownie   wysysane   jest   powietrze.   Miał   też   silne   mdłości   i   nieprzyjemne 
wrażenie zapadania się w nicość. Po tej koszmarnej chwili paniki, nagle znów złapał oddech i 
patrzył na przygasające światło. Kiedy zgasło, dostrzegł czekającego nań Ashe'a.

Podróż   poprzez   czas   była   łatwa   i   szybka.   Nieco   inaczej   było   z   podróżą   przez 

przestrzeń do Brytanii. Mógł istnieć tylko jeden punkt transferowy, jeśli mieli zachować w 

background image

 

* Ang., heakermen (beaker traders). “ludy kultury pucharów  dzwonowatych" zamieszkujących duże 

obszary Europy we wczesnej epoce brązu, (przyp. tłum.).

tajemnicy cały ten projekt. Ale z drugiej strony, ludzie przybywający do danej epoki mu-

sieli szybko i w tajemnicy zostać przewiezieni w wyznaczone miejsca. Ross, który zdołał już 
poznać   ścisłe   reguły   dotyczące   przenoszenia   przedmiotów   z   jednej   epoki   w   drugą, 
zastanawiał się, w jaki sposób odbywa się taka podróż. Nie mogli przecież tracić całych 
miesięcy i lat na podróże przez morza i lądy.

Rozwiązanie problemu było pomysłowe. Trzy dni później Ross i Ashe kołysali się na 

fali, stojąc na grzbiecie wieloryba. A przynajmniej czegoś, co wyglądało jak wieloryb dla 
każdego, kto nie zechciałby sprawdzić twardości jego skóry harpunem. Harpunnicy zaś byli 
jeszcze   kwestią   odległej   przyszłości.   Ashe   zrzucił   canoe   na   wodę   i   Ross   zsunął   się   do 
chybotliwej łódeczki, przytrzymując się wciąż burty ich zamaskowanego okrętu podwodnego.

Dzień był mglisty i pochmurny, toteż brzeg, do którego zmierzali, ledwie majaczył na 

horyzoncie. Ross trząsł się z zimna i emocji. Na polecenie Ashe'a chwycił wiosło i pomógł 
towarzyszowi   skierować   ich   prymitywną   łódź   ku   odległemu   lądowi.   Świtało,   jednak   nie 
dostrzegł ani śladu słońca, mgła bowiem nie ustępowała.

Ziemia, do której dobili, zdawała się dzika i niegościnna. Pobliski las był  jeszcze 

przykryty resztką śnieżnego płaszcza, choć równocześnie widzieli już pierwsze zwiastuny 
wiosennej zieleni. Ross wiedział z wcześniejszych nauk, że Brytania była  w tym  okresie 
bardzo rzadko zasiedlona  przez ludzi. Pierwsza fala łowców i rybaków  założyła  już swe 
wioski,   teraz   zaś   dołączała   do   nich   nowa   fala   najeźdźców,   którzy   słynęli   z   budowy 
masywnych grobów i mieli nader skomplikowane wierzenia. Na szczytach niektórych wzgórz 
powstawały  pierwsze  wioski-forty  połączone  drogami.   Funkcjonowały  w   nich  prawdziwe 
“fabryki" produkujące kamienną broń i narzędzia. Przemysł ten jeszcze kwitł, gdyż metal 
przywożony przez handlarzy z ludu pucharu dopiero zaczynał tu płynąć.  Brąz był jednak 
wciąż   tak   rzadki   i   tak   cenny,   że   co   najwyżej   naczelnicy   wiosek   mogli   poszczycić   się 
posiadaniem metalowego sztyletu. Nawet groty strzał w kołczanie Rossa zostały wykonane z 
kamienia.

Wyciągnęli  canoe  w głąb  lądu i  umieściwszy w  naturalnym  zagłębieniu  w ziemi, 

przysypali   je   gałęziami   i   kamieniami.   Potem   Ashe   rozejrzał   się   uważnie   po   okolicy, 
poszukując jakichś naturalnych drogowskazów.

- W głąb, tam... - Ashe użył języka ludu pucharu i Ross zrozumiał, że od tej pory musi 

nie tylko postępować jak kupiec z tego ludu, ale także myśleć jak jeden z nich. Wszystkie 
wspomnienia   z   poprzedniego   życia   musi   ukryć   głęboko   w   swej   podświadomości.   Jego 
zainteresowanie ma budzić wyłącznie zysk i obecna wartość towarów.

Obaj   mężczyźni   ruszyli   w   kierunku   faktorii   Gog,   gdzie   pierwszy   partner   Ashe'a, 

słynny Sanford, tak dobrze odgrywał swą rolę.

Deszcz wkrótce przemoczył ich buty, płaszcze zamienił w mokre szmaty i całkowicie 

zlepił   włosy   pod   wełnianymi   czapami.   Jednak   Ashe   wytrwale   kroczył   w   głąb   wyspy   z 
pewnością kogoś, kto doskonale zna swój szlak. Pewność ta została nagrodzona pół mili 
dalej, gdy faktycznie wyszli na jedną z dróg.

Tutaj Ashe bez wahania skręcił na wschód i ruszył przed siebie równym spokojnym 

krokiem.   Pokój   dla   podróżnych   obowiązywał   tylko   za   dnia.   W   nocy   bowiem   na   szlaku 
odważali się przebywać jedynie najbardziej zdesperowani przestępcy i wygnańcy, a od nich 
nie należało się spodziewać poszanowania praw.

Teraz cała wiedza, którą wtłaczano Rossowi do głowy podczas szkolenia, zaczynała 

mieć   jakiś   sens.   Podążał   wprawdzie   ślepo   za   swym   przewodnikiem,   ale   węszył   dziwne 

background image

zapachy dochodzące spośród krzewów, nasłuchiwał odgłosów spomiędzy drzew, wyczuwał 
pod   stopami   rozmiękłą   ziemię...   doświadczał   tego,   co   dotychczas  było   tylko   zbiorem 
teoretycznych nauk.

Szlak, którym podążali, prowadził na niewielkie wzgórze. W pewnej chwili powiew 

wiatru przyniósł do ich nozdrzy swąd różniący się zdecydowanie od naturalnych zapachów 
lasów i łąk. Ashe zatrzymał  się tak gwałtownie, że Ross niemal na niego wpadł. Widząc 
napięcie na twarzy towarzysza, rozejrzał się czujnie wokół. Tak, nie mylił  się, to zapach 
spalenizny! Wciągnął głęboko powietrze i omal nie zaczął kasłać. Drewno, spalone drewno. 
Ross wcale się nie zdziwił, gdy Ashe nakazał gestem ukrycie się w krzakach.

Dalszą drogę ku szczytowi wzgórza odbyli czołgając się między wilgotnymi kępami 

trawy   i   pozbawionymi   jeszcze   liści   krzewami.   Dopiero   u   samego   wierzchołka   zbocza 
znajdowało się trochę wiecznie zielonej kosodrzewiny, która dawała nieco lepsze schronienie. 
Ashe odgarnął iglaste gałęzie i wyjrzeli na odsłonięty szczyt.

Obszar pogorzeliska rozciągał się od wyraźnie widocznych ruin budynków do leżącej 

po przeciwległej stronie wzgórza dolinie. Kilka nadpalonych bali stało pionowo, jak ostatnie 
zęby w szczęce  starca. Tyle  tylko  pozostało  z tego, co kiedyś  zapewne było  zewnętrzną 
palisadą. Natomiast z tego, co kiedyś otaczała palisada, nie zostało nic.

- Nasza faktoria? - spytał Ross szeptem.
Ashe w milczeniu skinął głową. Przyglądał się wszystkiemu ze skupieniem.
Ross   wiedział,   że   jego   bystrym   oczom   nie   umknie   najmniejszy   nawet   szczegół. 

Ustalenie przyczyny, a może i sprawców katastrofy mogło być kwestią życia i śmierci.

Ashe badał  pogorzelisko  przez blisko godzinę, szukając przede wszystkim śladów 

walki. Wreszcie usiadł ponownie w cieniu krzewów i wytarł zabrudzone popiołem i błotem 
ręce o mokrą trawę. Wciąż milczał.

- Nikt ich nie zaatakował. Chyba że napastnicy zadali sobie potem trud zamaskowania 

śladów... - odezwał się Ross. 

Jego towarzysz pokręcił przecząco głową.
- Tubylcy nie zacieraliby śladów, gdyby zwyciężyli. Nie, to nie był zwykły atak. Nie 

ma żadnych śladów napastników, ani nadchodzących, ani opuszczających to miejsce.

- Więc co? - zapytał Ross.
- Może piorun... to możliwe i naprawdę lepiej, żeby tak było. Albo... - błękitne oczy 

Ashe'a były zimne i nieprzyjazne, tak jak zimny i nieprzyjazny był krajobraz wokół nich.

- Albo? - spytał Ross.
- Albo nawiązaliśmy właśnie kontakt z Czerwonymi!
Dłoń Rossa bezwiednie powędrowała do rękojeści sztyletu. Jakby sztylet mógł coś 

pomóc w walce z tymi, którzy dokonali tego zniszczenia.

Byli   tu  tylko   we dwóch,  lecz  stanowili   część  większej  siatki   agentów,  którzy  we 

wszystkich epokach poszukiwali zatartych tropów czegoś, co nie pasowało do danego okresu, 
starając się zlokalizować wroga. A Czerwoni robili dokładnie to samo. Czy zniszczenia, które 
właśnie oglądali, były pozostałością ich sukcesu?

Dowody na to, że tak jest istotnie, pojawiły się, gdy wkroczyli w samo serce tego, co 

kiedyś było posterunkiem Gog. Nawet Ross, choć niewiele wiedział o sprawach wojskowości, 
był  pewien, że to, co oglądają, jest pozostałością  po eksplozji. Na szczycie  wzgórza był 
wyraźny krater. Ashe stanął właśnie na  jego skraju, lustrując wzrokiem rozsypane  wokół 
resztki drewnianych bali i osmalonych kamieni.

- Czerwoni?
- Tak. Przyczyną zniszczeń była eksplozja.

background image

Posterunek   Gog   nie   mógł   zameldować   o   ataku.   Wybuch   zniszczył   ich   jedyne 

połączenie z bazą. Ukryty nadajnik wyleciał w powietrze wraz z całym budynkiem.

- Jedenaście - myślał na głos Ashe, licząc coś na palcach. - Mamy około dziesięciu 

dni,  by dokładniej   się  temu   przyjrzeć.  I  zdaje  się,  że   czeka   nas   coś   poważniejszego  niż 
wycieczka szkoleniowa, która miała ci pokazać, jak było w Brytanii cztery tysiące lat temu. 
Musimy się dowiedzieć, co się tu wydarzyło i z jakiej przyczyny!

Ross spojrzał na pogorzelisko.
- Będziemy to rozgrzebywać? - spytał.
- Tak.
Zabrali się do niewdzięcznej roboty. Pracowali aż do momentu, gdy czarni od sadzy i 

z trudem panujący nad atakami mdłości po odnalezieniu martwych ciał, opadli wreszcie bez 
sił na trawę.

- Musieli uderzyć w nocy - powiedział Ashe. - Mogli przypuszczać, że tylko wtedy 

ludzie będą wewnątrz. Tutejsi obawiają się przebywać w nocy na zewnątrz ze strachu przed 
duchami, a nasi ludzie jak zawsze dostosowują się do miejscowych zwyczajów. Tylko w nocy 
można było zabić wszystkich jedną bombą.

A wszyscy oprócz dwóch agentów  byli  prawdziwymi  ludźmi pucharu. Napastnicy 

zmietli z powierzchni ziemi dwadzieścia osób, z tego osiemnaście było niewinnymi ofiarami, 
wśród nich również kobiety i dzieci.

- Kiedy to się stało? - spytał Ross.
- Może dwa dni temu. Atak przyszedł bez najmniejszego ostrzeżenia, inaczej Sandy 

by nas zawiadomił. Nie miał żadnych podejrzeń. Jego ostatnie raporty były rutynowe, a to 
oznacza, że nie był świadom zagrożenia.

- Co teraz zrobimy? Ashe spojrzał na Rossa.
- Umyjemy się. Nie! - zreflektował się natychmiast. - Nie umyjemy się. Pójdziemy do 

wioski   Nodrena.   Będziemy   przerażeni   i   zrozpaczeni.   Pamiętaj,   że   znaleźliśmy   naszych 
krewnych martwych. Wypytamy ludzi, którzy znają mnie jako mieszkańca tej faktorii.

Zeszli szlakiem ze wzgórza i skierowali się w stronę najbliższej wioski. Pierwszy 

dostrzegł ich, a może raczej wyczuł, pies.

Była to duża kudłata bestia, która warczała wściekle, obnażając kły niczym wilk. Pies 

był jednak nieco mniejszy od wilka, a między ostrzegawczymi warknięciami wyrywały mu 
się   zgoła   nie   wilcze   krótkie   szczeknięcia.   Ashe   na   wszelki   wypadek   przygotował   łuk, 
wyciągnąwszy go z pokrowca pod płaszczem.

- Hej tam! - zawołał. - Przychodzę, by mówić z Nodrenem, z Nodrenem ze Wzgórz!
Odpowiedziało mu tylko warczenie psa. Przetarł dłonią twarz. Rozsmarował przy tym 

popiół, co przydało jego zasmuconemu obliczu jeszcze głębszy wyraz żałoby.

- Kto przemawia do Nodrena? - słowa zostały wypowiedziane z dziwnym akcentem, 

ale Ross zdołał je zrozumieć.

- Ten, który z nim polował i ucztował. Ten, który zawarł z nim przyjaźń z pomocą 

ostrza sztyletu. Assha z handlarzy.

- Trzymaj się od nas z dala, człowieku przeklęty. Ścigają cię złe duchy - te ostatnie 

słowa zostały wykrzyczane wysokim, spanikowanym tonem.

Ashe jednak pozostał niewzruszenie tam, gdzie stał, zwracając tylko oczy na krzaki, 

spoza których dochodził głos jego rozmówcy.

- Kto przemawia za Nodrena, bo nie jest to głos Nodrena? -zapytał ostro. - To Assha 

pyta. Piliśmy swą krew na znak przyjaźni i razem polowaliśmy na śnieżnego wilka i na dzika 
w jego wściekłej szarży. Nodren nie pozwala innym przemawiać w swym imieniu, bo Nodren 

background image

jest mężczyzną i wodzem szczepu!

- A ty jesteś przeklęty! - W powietrzu świsnął kamień i opadł w kałużę tuż przed 

Ashem, opryskując błotem jego buty. - Odejdź i zabierz ze sobą zło!

- Czy to ręką Nodrena lub rękami jego ludu została przelana krew moich krewnych? 

Czy   pomiędzy   faktorią   a   miastem   Nodrena   pojawiły   się   strzały   wojny?   Czy   to   dlatego 
chowasz się w krzakach? Czy boisz się pokazać Asshy swą twarz, twarz tego, który tak 
odważnie przemawia z ukrycia i rzuca stamtąd kamieniami?

- Nie pojawiły się pomiędzy nami strzały wojny, handlarzu. My nie drażnimy duchów 

ze wzgórz. To nie na nas spadł ogień z nieba i pożarł wśród grzmotów piorunów. To Lurgha 
przemówił   wśród   grzmotów.   Lurgha   wypalił   was   ogniem.   Ściga   was   gniew   Lurghy, 
handlarze! Trzymajcie się od nas z dala, aby i nas nie dosięgnął płomień jego gniewu.

Lurgha to tutejszy bóg błyskawic przypomniał sobie Ross. Dźwięk grzmotu i ogień z 

nocnego nieba... bomba! Prawdopodobnie wobec takiego sposobu ataku Ashe niewiele dowie 
się od tubylców. Ich przesądy już powodują, że uważają za przeklętych nie tylko tych, co 
zginęli na wzgórzu, ale także tych, którzy ocaleli.

-   Gdyby   gniew   Lurghy   ścigał   Asshę,   czy   mógłby   on   wciąż   żywy   wędrować   po 

szlaku? - Ashe wbił drzewce łuku w ziemię u swych stóp. - A jednak Assha jest żywy i 
widzisz go. Assha mówi i słyszysz go. Nie odpowiadaj mu więc bredniami zdatnymi dla 
małych dzieci.

-   Duchy   także   chodzą   i   przemawiają   do   nieszczęśliwych   ludzi   -   zabrzmiała 

odpowiedź. - Może to ducha Asshy teraz oglądam i słyszę...

Ashe   nagle   skoczył   w   krzaki.   Trwała   tam   krótka   szamotanina,   a  po   chwili   znów 

pojawił   się   na   drodze,   wlokąc   ze   sobą   rzucającego   się   człowieka,   którego   bez   zbytniej 
ceremonii cisnął na ubity grunt drogi.

Mężczyzna był brodaty. Czarne gęste włosy miał związane w czub na szczycie głowy. 

Ubrany był w skórzaną tunikę, którą przytrzymywał gruby wełniany pas.

- Aha, więc to Lal o Szybkim Języku, który tak głośno mówi o duchach i gniewie 

Lurghy!   -   Ashe   przyjrzał   się   uważnie   swemu   jeńcowi.   -   A   teraz,   Lal,   ponieważ   już 
przemawiasz za Nodrena - co, jak sądzę, wielce go zdziwi - opowiedz mi więcej o tym 
gniewie Lurghy i ogniu z nieba. I o tym, co się stało z Sanfrą, który był moim bratem, i z 
pozostałymi z mojego ludu. Bo ja jestem Assha i wiesz doskonale, czym jest gniew Asshy. 
Widziałeś, jak ten gniew pożarł Twista Wygnańca, który przybył ze złymi ludźmi. Gniew 
Lurghy jest straszny, ale gniew Asshy nie mniej - Ashe przybrał na tyle groźny wyraz twarzy, 
że Lal skulił się ze strachu i odwrócił wzrok.

Kiedy zdecydował się przemówić, z jego głosu znikła zupełnie poprzednia pewność 

siebie.

- Assha wie, że jestem jego psem. I niech nie zwraca przeciw mnie swego wielkiego 

noża ani szybkiej strzały. To gniew Lurghy spalił faktorię na wzgórzu. Najpierw pięść jego 
piorunu uderzyła w ziemię, a potem spalił ją ogień jego oddechu...

- I widziałeś to na własne oczy. Lal?
Drobny mężczyzna zaprzeczył ruchem głowy.
- Assha wie, że Lal nie jest wojownikiem, który mógłby stać i patrzeć na cuda Lurghy 

i nie utracić wzroku. Sam Nodren obserwował ten cud...

-   Ale   Lurgha   przybył   w   nocy,   gdy   wszyscy   ludzie   są   w   domach,   a   światem 

zewnętrznym władają duchy. Jak więc Nodren mógł to oglądać? Skąd wiedział, że przybywa 
Lurgha?

Lal   przypadł   bardziej   do   ziemi,   a   jednocześnie   jego   oczy   zmierzyły   szybkim 

background image

spojrzeniem   krzaki,   jakby   zastanawiał   się   nad   szansą   ucieczki.   Potem   ponownie   zwrócił 
wzrok na czubki butów Ashe'a.

- Nie jestem wodzem, Assha. Skąd mogę wiedzieć, w jaki sposób sam Nodren poznał 

tajemnicę nadejścia Lurghy?

- Głupcze! - z krzaków po przeciwnej stronie drogi zabrzmiał drugi głos. Tym razem 

należący do kobiety. - Mów do Asshy prostą mową. Jeśli jest duchem, wie doskonale, że nie 
mówisz prawdy. A jeśli jest człowiekiem, który umknął przed gniewem Lurghy... - w jej 
głosie brzmiał wyraźny podziw.

Po tym nakazie Lal wybełkotał cicho prawdziwą odpowiedź:
- Mówi się, że przyszła wiadomość, że na cudzoziemców spadnie gniew Lurghy, a 

Nodren   i   ludzie   Nodrena   powinni   być   tego   świadkami,   aby   wiedzieli,   że   handlarze   są 
przeklęci i że kiedy następny raz się pojawią, mają powitać ich włócznie.

- A ta wiadomość... jak została dostarczona? Czy głos Lurghy zabrzmiał wprost w 

uszach Nodrena, czy też powtórzyły go usta jakiegoś człowieka?

- Aaa - Lal przypadł twarzą do ziemi i zakrył uszy rękoma.
- Lal jest głupcem, który boi się nawet własnego cienia i chowa się przed nim w 

blasku południowego słońca!

Z krzaków wyszła na drogę młoda kobieta, która najwyraźniej była ważną osobą w 

szczepie. Szła bowiem dumnym krokiem, patrząc Ashe'owi prosto w oczy. Na rzemieniu na 
jej szyi wisiał błyszczący metalowy dysk, a drugi podobny stanowił zapięcie jej pasa. Włosy 
miała związane na czubku głowy rzemieniem ozdobionym drobnymi agatami.

- Pozdrowiona niech będzie Cassca, ta, która Sieje - głos Ashe'a zabrzmiał bardzo 

formalnie. - Ale dlaczego Cassca ukrywała się przed Assha?

- Twoje wzgórze odwiedziła śmierć - odparła kobieta - i ty też pachniesz śmiercią... 

śmiercią z ręki Lurghy. Ci, którzy przychodzą ze wzgórza, może nie kroczą już w swych 
ciałach - wyciągnęła rękę gwałtownym ruchem i dotknęła palcem policzka Ashe'a. Skinęła 
głową.   -   Nie   jesteś   duchem   Assha.   Wszyscy   wiedzą,   że   duchy  wyglądają   normalnie  dla 
wzroku, ale demaskuje je dotyk. A więc nie zostałeś spalony przez Lurghę.

- Chodzi mi o tę wiadomość od niego - przypomniał Ashe.
- Głos zabrzmiał wprost z niebios, a słyszał go nie tylko Nodren, ale też Hangor, Effar 

i ja, Cassca. Staliśmy wówczas wszyscy koło Starego Miejsca. - Wykonała dłonią dziwny 
gest i mówiła dalej: - Niedługo nadejdzie czas siewu i chociaż to Lurgha przynosi słońce i 
deszcz   ziemi.   Wielka   Matka   przyjmuje   siew.   A   tylko   kobiety   mogą   wejść   ku   niej   do 
Wewnętrznego Kręgu. - Znów wykonała dziwny gest. - Wtedy jednak staliśmy na zewnątrz i 
składaliśmy pierwszą ofiarę, a z niebios rozległa się muzyka, jakiej nigdy nie słyszeliśmy. 
Głosy śpiewały w dziwnym języku. - Na jej twarzy pojawił się na moment wyraz przestrachu. 
- A potem przemówił głos. I mówił, że Lurgha został rozgniewany przez obcych ze wzgórza, 
i że tej jeszcze nocy spadnie na nich jego gniew. I że Nodren musi być świadkiem gniewu, 
aby widział, jak Lurgha karze tych, którzy go rozgniewają. Nodren więc tak uczynił. I wtedy 
w nocy rozległ się dźwięk...

- Jaki dźwięk? - wtrącił cicho Ashe.
-   Nodren   powiedział,   że   to   było   jak   odległy   pomruk,   a   na   niebie,   przesłaniając 

gwiazdy,   pojawił   się   ciemny   cień   ptaka   Lurghy.   I   wtedy   Lurgha   uderzył   we   wzgórze 
grzmotem, wichrem i błyskawicą. Nodren uciekł, bo gniew boga był przerażający. A teraz 
my, wyznawcy Wielkiej Matki, składamy jej wiele ofiar, aby jej moc stanęła pomiędzy nami 
a gniewem Lurghy.

- Assha dziękuje Cassce, która jest sługą Wielkiej Matki. Niech udany będzie siew i 

background image

obfite niech będą tegoroczne zbiory! - powiedział Ashe, ignorując leżącego u jego stóp Lala.

- Odchodzisz stąd, Assha? - zapytała kobieta. - Bo musisz wiedzieć, że choć mnie 

chroni ręka Matki i nie obawiam się niczego, wielu z mojego ludu podniesie przeciw tobie 
włócznię, bo tak nakazał Lurgha.

- Odchodzimy. I jeszcze raz dziękuję ci, Cassca. 
Odwrócił się na pięcie w stronę, z której przyszli, a Ross bez słowa poszedł za nim.
Kobieta zaś długo patrzyła za odchodzącymi.

background image

6

Ten ptak Lurghy - zapytał Ross, gdy tylko znikli z oczu Casski i Lala - czy to mógł 

być samolot?

- Na to wygląda - sapnął jego towarzysz. - Jeśli Czerwoni dokładnie wykonali swoją 

robotę, a nie ma powodu w to wątpić, to raczej nie ma już sensu nawiązywać kontaktu z 
miastem Dorthy lub Mungi. Prawdopodobnie tam również objawił się głos Lurghy na ich 
korzyść, a naszą, niestety, wielką stratę.

- Cassca nie wydawała się specjalnie zszokowana klątwą Lurghy, przynajmniej nie w 

takim stopniu jak ten mężczyzna.

- Ona  jest  czymś   w  rodzaju kapłanki.   I służy bogini  znacznie  starszej   i  znacznie 

potężniejszej niż Lurgha - Matce Ziemi, Wielkiej Matce, bogini płodności i urodzaju. Lud 
Nodren   wierzy,   że   jeśli   Cassca   nie   odprawi   rytuałów   i   nie   zasieje   pierwszej   partii   pola 
wiosną, nie będzie żadnych zbiorów. Czuje się więc chroniona przez boginię i nie obawia się 
gniewu Lurghy.  Ci ludzie są teraz w trakcie zmiany systemu  wierzeń, ale część spośród 
rytuałów, które odprawia Cassca, przetrwa do naszych czasów pod płaszczykiem magii, choć, 
oczywiście, ulegną sporym przekształceniom.

Ashe   przemawiał   spokojnym   głosem,   ale   w   jego   głowie   na   pewno   kotłowały   się 

gwałtowne myśli. Nagle zamilkł i odwrócił się w stronę morza.

- Musimy się gdzieś przyczaić do czasu, aż przybędzie po nas okręt. Potrzebna nam 

kryjówka.

- Będą na nas polować tubylcy?
- To niewykluczone. Niech ktoś tylko  wpadnie na pomysł  odczynienia  uroku nad 

tymi, nad którymi ciąży klątwa, a będziemy mieli poważne kłopoty. Wielu z tych ludzi to 
doświadczeni   tropiciele   i   myśliwi,   a   Czerwoni   mogą   mieć   wśród   nich   agenta,   który   im 
doniesie, że ktoś powrócił do naszego obozu. Wielu naszych ludzi jest teraz w trasie, bo 
wiemy, że Czerwoni pojawili się właśnie w tym okresie. Oni też muszą mieć tu sporą bazę, 
skoro użyli samolotu. Nie można zbudować transportera w czasie na tyle dużego, by przeniósł 
taką ilość sprzętu. Wszystko, czego tu używamy,  zostało zgromadzone  już na miejscu, a 
używanie  maszyn  jest  ściśle  zabronione,   jeśli  mógłby  to  dostrzec  któryś   z  tubylców.   Na 
szczęście większość baz założyliśmy na terenach dzikich i niezaludnionych. Krótko mówiąc, 
jeśli Czerwoni mają samolot, to został on skonstruowany tutaj, a to oznacza, że mają sporą 
bazę. - Ashe myślał na głos, a jednocześnie nieświadomie przyspieszał kroku, zostawiając 
Rossa coraz bardziej w tyle. - Ostatniej wiosny dość dobrze przyjrzeliśmy się tej okolicy wraz 
z Sandym. Jakieś pół mili na zachód jest jaskinia. To będzie nasze schronienie na dzisiejszą 
noc.

Plan Ashe'a byłby z pewnością dobry, gdyby jaskinia okazała się niezamieszkana. 

Dotarli do niej bez większych przygód - ot, mała dziura w skale, z której wypływał niewielki 
strumyczek, a jego brzegi pokrywała cieniutka warstwa lodowej kry. Ross pierwszy wszedł 
do groty, niosąc zebrane na polecenia Ashe'a gałęzie. Nie był jeszcze wytrawnym traperem, 
toteż po długiej wędrówce w lodowatych podmuchach wiatru marzył o jakimkolwiek schro-
nieniu, choćby tak surowym jak skalna nisza. Spiesząc się, zaniedbał podstawowych środków 
ostrożności. Jeden duży krok i pośliznąwszy się na mule, wylądował na twarzy tuż przed 
wejściem do jaskini. Następne, co dojrzał, to śnieżna futrzana kula mknąca w jego kierunku z 
groźnym warczeniem. Płaszcz, który podczas upadku zawinął się wokół jego gardła i ramion, 

background image

prawdopodobnie uratował mu życie - tylko on został uchwycony w kły zwierzęcia.

 Z okrzykiem zaskoczenia Ross przeturlał się na bok, próbując rozpaczliwie sięgnąć 

do sztyletu. Jego prawe ramię rozdarł płomień bólu. Potem zaś walka przeniosła się gdzieś 
nad jego ciało, a on stracił na chwilę oddech w wyniku silnego uderzenia w pierś. Przez mgłę 
słyszał tylko warczenie i sapanie. Jeszcze kilka silnych szturchnięć i walczące ciała odsunęły 
się. Wciąż oszołomiony, zdołał uklęknąć. Bój trwał. O kilka kroków dalej ujrzał Ashe'a przy-
walonego cielskiem olbrzymiego śnieżnego wilka. Ashe oplótł nogami grzbiet zwierza, jedną 
ręką chwycił  go pod gardło,  utrzymując  na  dystans  pysk  bestii,  a drugą  dźgał  sztyletem 
podbrzusze.

Teraz Ross  też  już był  gotów. Zerwał się na równe nogi i zatopił  sztylet  między 

żebrami wilka. Któreś z. kolejnych uderzeń musiało sięgnąć serca. Wilk zadrżał konwulsyjnie 
i zesztywniał nagle z prawie ludzkim jękiem. Ashe wydostał się spod bestii, ciężko dysząc, i 
zaczął czyścić sztylet wilgotną ziemią. Po jego udzie płynęła wąska strużka krwi, a kilt w tym 
miejscu był rozerwany aż do pasa. Pozostał jednak niewzruszony.

- Wiesz, o tej porze czasem polują w parach - odezwał się wreszcie. - Przygotuj lepiej 

łuk.

Ross   nałożył   na   drzewce   łuku   cięciwę,   którą   trzymał   pod   tuniką,   chroniąc   przed 

zamoczeniem. Następnie dopasował strzałę, myśląc z ulgą, że dzięki treningom jest całkiem 
niezłym strzelcem. Tylko zranione ramię zaprotestowało bólem, gdy napiął łuk.

Dostrzegł, że Ashe nie wstaje.
- Coś poważnego?  - wskazał  ruchem głowy na krew spływającą teraz obficiej  ze 

zranionej nogi towarzysza.

Ashe   w   odpowiedzi   podciągnął   rozerwany   materiał   i   pokazał   mu   paskudnie 

wyglądające głębokie  zadrapanie po zewnętrznej  stronie uda. Przycisnął dłoń do otwartej 
rany, ruchem głowy wskazał jednak ponaglająco jaskinię.

- Zobacz, czy tam jest czysto! Nie możemy się tym zająć, dopóki nie mamy pewności.
Ross przeszedł przez strumień i pochylił się przy wejściu do pieczary. Od razu wyczuł 

nieprzyjemny odór zwierzęcego  legowiska. Uniósł kamień  i cisnął  go w ciemną  czeluść, 
czekając na reakcję ewentualnego lokatora. Kamień uderzył głucho o skalną ścianę, ale poza 
tym  nie  rozległ  się żaden  inny dźwięk.  Podobny rezultat przyniósł  drugi rzut, pod nieco 
innym kątem. Wyglądało na to, że jaskinia jest pusta. Kiedy się tam usadowią i rozpalą ogień 
u wylotu, powinna być w miarę bezpiecznym schronieniem. Już uspokojony, wszedł nieco 
głębiej, by po chwili wrócić w miejsce, gdzie pozostawił partnera.

- Nie ma samca? - spytał Ashe. - Bo to jest samica, i to ciężarna. - Trącił czubkiem 

buta martwe cielsko. Założył już na udo opaskę uciskową, a jego twarz była wykrzywiona 
lekkim grymasem bólu.

- W każdym razie nie w jaskini. Przyjrzyjmy się temu.... 
Ross   odłożył   łuk   i   pochylił   się   nad   raną   Ashe'a.   Była   głęboka   i   wyglądała   dość 

paskudnie.

- Druga płytka... przy pasie... - wystękał Ashe przez zaciśnięte zęby.
Ross otworzył skrytkę we wskazanym miejscu i wydobył stamtąd małą paczuszkę. 

Jego partner, krzywiąc się niemiłosiernie, przełknął trzy pigułki, czwartą Ross rozgniótł na 
przygotowanym opatrunku. Kiedy zakończył bandażowanie, Ashe wyraźnie się rozluźnił.

-   Miejmy   nadzieję,   że   podziała   -   mruknął.   -   Przysuń   się   teraz,   żebym   mógł   cię 

dosięgnąć. Przyjrzę się temu zadrapaniu. Ugryzienia zwierząt potrafią się paskudnie jątrzyć.

Dopiero gdy Ross także został zabandażowany i zmusił się do przełknięcia gorzkiego 

lekarstwa   antyseptycznego,   pomógł   Ashe'owi   dokuśtykać   do   jaskini.   Pozostawił   go   na 

background image

moment przed wejściem i oczyścił nieco wnętrze. Potem zaś pomógł rannemu towarzyszowi 
ułożyć się w miarę wygodnie na legowisku z gałęzi.

Nareszcie   mógł   rozpalić   ogień,   za   którym   tak   tęsknił.   Mogli   zdjąć   przemoczone 

rzeczy i porządnieje wysuszyć. Za kolację zaś miał posłużyć ustrzelony ptak, teraz obłożony 
gliną i umieszczony pod gorącymi polanami.

Zaczęło się pechowo, to fakt - pomyślał Ross - ale teraz mają wreszcie schronienie, 

ogień i żywność. Tylko ręka bolała piekielnie, aż po łokieć, przy każdym poruszeniu. Chociaż 
Ashe nie zdradzał się z cierpieniem w najmniejszym  stopniu, Ross przypuszczał, że jego 
towarzysz ma się znacznie gorzej od niego, dlatego też starannie ukrywał swoje odczucia. 
Zjedli   ptaka   bez   soli,   rozrywając   mięso   rękami.   Murdock   wysysał   z   rozkoszą   każdą 
najmniejszą kostkę, a potem do czysta  wylizał z tłuszczu dłonie. Ashe legł z wysiłkiem na 
zaimprowizowanym łożu. Na jego twarzy tańczyły blaski i cienie, których źródłem był ogień.

-   Stąd   jest   jakieś   pięć   mil   do   morza.   Nie   mamy   możliwości   kontaktu   z   bazą   po 

zniszczeniu instalacji Sandy'ego. Ja muszę tu zostać, bo nie mogę ryzykować większej utraty 
krwi, a ty nie jesteś jeszcze zbyt sprawny w lesie...

Ross przyjął tę uwagę w milczeniu. Doskonale wiedział, że gdyby nie Ashe, to nie 

śnieżny wilk byłby teraz ścierwem leżącym przed jaskinią. Nie zdobył się jednak na słowa 
podziękowania. Chyba blokowało je zawstydzenie.

Nie był doświadczony, ale miał sprawne ręce i nogi i mógł ofiarować swoją siłę, jeśli 

tylko Ashe powie mu, co i jak zrobić.

- Będziemy musieli zapolować na....
- Sarnę - wtrącił Ashe. - Tyle że do tego trzeba się przejść w dół strumienia. Tam jest 

lepszy teren łowiecki. Jeśli wilczyca zalegała tu przez dłuższy czas, wypłoszyła wszystkie 
większe zwierzęta. Jednak to nie żywność mnie martwi, ale...

- ...uwięzienie w tej jaskini - Ross nie pozostał mu dłużny, także wpadając w pół 

słowa. - Tyle że ja wciąż mogę wykonywać polecenia. To jest twój teren, a ja jestem zielony. 
Ale jeśli powiesz mi, co trzeba robić, zrobię to najlepiej jak potrafię.

Ashe przyglądał mu się badawczo, ale jego twarz jak zwykle nie zdradzała żadnych 

uczuć.

-   Po   pierwsze,   musisz   obedrzeć   tego   wilka   ze   skóry.   A   potem   zakopać   ścierwo. 

Najlepiej opraw go tu, w środku, bo jeśli będziesz to robił na zewnątrz, może zjawić się jej 
samiec i zaskoczyć cię przy robocie.

Ross nie miał pojęcia, do czego Ashe potrzebuje wilczej skóry, ale nie zadawał pytań. 

Oprawianie zwierzęcia zajęło mu co najmniej cztery razy więcej czasu niż łowcy, którego 
kiedyś   pokazano   mu   na   taśmie,   i   z   pewnością   nie   wykonał   tego   lepiej.   Zanim   nakrył 
kamieniami ścierwo wilka, musiał dokładnie wyszorować się w strumieniu. Kiedy wrócił do 
jaskini, Ashe leżał już z zamkniętymi oczami. Ross z ulgą usiadł na swoim legowisku i starał 
się myśleć o wszystkim, tylko nie o tym piekielnym pulsowaniu bólu w ramieniu...

Zasnął.   Obudził   się,   gdy   Ashe   zaczął   się   czołgać   ku   kupce   drewna,   aby  dołożyć 

chrustu do gasnącego ogniska. Ross zerwał się natychmiast wściekły, na samego siebie.

- Wracaj! - powiedział. - To moja robota. Nie mam prawa spać.
Ku jego zaskoczeniu, Ashe zawrócił bez dyskusji, pozostawiając go czuwającego przy 

ogniu. Jak wiele zawdzięczali czujności Ashe'a, zrozumiał kilka chwil później, gdy wiatr 
przyniósł całkiem bliskie wycie wilka. Może nie był to nawet partner zabitej wilczycy, ale z 
pewnością jakiś nieodległy krewniak.

Następnego   poranka   Ross,   pozostawiwszy   Ashe'owi   odpowiedni   zapas   drewna, 

postanowił spróbować szczęścia na bagnach w dole strumienia. Niskie skłębione chmury, 

background image

które pokrywały niebo zeszłego dnia, gdzieś odpłynęły, i mógł cieszyć oczy pogodnym po-
rankiem, chociaż podmuchy wiatru wciąż były lodowate. Mimo to był żywy i mógł znów 
oglądać słońce, toteż humor znacznie mu się poprawił.

Próbował   sobie   przypomnieć   wszystkie   informacje   o   leśnym   życiu,   jakie 

przekazywano mu podczas szkolenia w bazie. Inną jednak rzeczą była nauka teorii, a inną 
wykorzystanie   tego   w   praktyce.   Był   pewien,   że   Ashe   miałby   sporo   ubawu   z   jego 
skautowskich prób.

Teren   wkrótce   zamienił   się   w   serię   bagnistych   sadzawek   pomiędzy   bezlistnymi 

brzozami i kępami trzcin, gdzieniegdzie tylko pojawiały się pagórki solidniejszego gruntu 
wyglądające jak małe wysepki. Wkrótce Ross dostrzegł unoszącą się zza jednego z takich pa-
górków niewielką smugę dymu. Następnym interesującym obiektem był ciemniejszy punkt, 
w którym z bliższej odległości rozpoznał prymitywny szałas. Po co ktoś miałby się osiedlać 
na takim bagnisku? Nie miał pojęcia. Mógł to być tymczasowy obóz jakiegoś łowcy.

Jednak ptaki pożywiające się pośród trzcin, pluskające siew sadzawkach i hałasujące 

wniebogłosy nie zdawały się przez nikogo niepokojone.

Ross mógł być tego ranka naprawdę dumny ze swych umiejętności łuczniczych. Miał 

w   kołczanie   tylko   sześć   strzał   przeznaczonych   do   polowania   na   ptaki.   Zamiast   ciężkich 
metalowych czy kamiennych grotów używanych na grubszego zwierza były wyposażone w 
lekkie główki z zaostrzonych kości. Nie minęło kilka minut, gdy zamiast tych strzał miał 
cztery martwe ptaki powiązane za nóżki. Pobliskie stadko zerwało się wprawdzie na chwilę, 
ale   zaraz   powróciło  do  przerwanej  uczty.  Następną  zdobyczą  był   zając   -  dorodna,  tłusta 
sztuka, która bezczelnie bez najmniejszego lęku wpatrywała się w Rossa spoza kępy trzcin. 
Kiedy trafiony zając fiknął w pobliską kałużę, myśliwy odruchowo wyszedł z ukrycia by 
zabrać łup. Natychmiast jednak zatrzymał się w pół kroku i położył dłoń na rękojeści sztyletu 
- z pobliskich krzewów przypatrywał mu się nieznajomy człowiek.

Przez długą, pełną napięcia chwilę krzyżowały się spojrzenia ich oczu. Ross dostrzegł 

podarte i poszarpane ubranie tamtego. Kilt i tunika obcego, przybrudzone błotem i jakby 
spalone   ogniem,   przypominały   jego   własny   strój.   Włosy   miał   związane   z   tyłu,   a   nie 
umocowane w czub, jak większość lokalnych szczepów.

Ross odezwał się pierwszy, choć jego dłoń wciąż spoczywała na rękojeści broni.
-   Wyznaję   ogień   i   obróbkę   metalu,   wschodzące   słońce   i   płynącą   wodę   -   zaczął 

powitalną ceremonię ludu pucharu.

- Ogień daje nam ciepło z łaski Tuldena, metal jest obrabiany dzięki tajemniczemu 

kunsztowi kowali, słońce wschodzi bez naszej pomocy,  a któż mógłby powstrzymać  nurt 
wody? - odpowiedział obcy ochrypłym głosem.

Teraz, gdy Ross miał czas przyjrzeć mu się uważniej, dostrzegł paskudą oparzelinę 

biegnącą od ramienia w poprzek piersi. Zaczął mieć co do obcego pewne podejrzenia, które 
postanowił natychmiast sprawdzić.

- Jestem krewnym Asshy. Powróciliśmy na wzgórza...
- Ashe'a!
Powiedział “Ashe'a", nie “Asshy"! Mimo to Ross postanowił zachować ostrożność.
- Czy pochodzisz ze wzgórza, które omiotła gniewna błyskawica Lurghy?
Obcy   wychylił   się   bardziej   z   krzaków,   ukazując   nogi.   Oparzelina   na   jego   klatce 

piersiowej była niczym w porównaniu z paskudnie poparzonymi i pokrytymi bąblami udami. 
Przyglądał   się   uważnie   Rossowi,   a   potem   jego   dłoń   wykonała   gest,   który   dla   niewta-
jemniczonego tubylca mógł być jednym z zaklęć odpędzających zło, ale dla Murdocka miał 
całkiem inne znaczenie - kciuk uniesiony do góry nieodparcie kojarzył mu się ze znacznie 

background image

nowszymi czasami...

- Sanford?
Zapytany zaprzeczył ruchem głowy.
- McNeil - przedstawił się. - Gdzie jest Ashe? Mógł być tym, za kogo się podawał, ale 

z drugiej strony, mógł też być szpiegiem Czerwonych. Ross nie zapomniał jeszcze lekcji, jaką 
dał mu Kurt.

- Co tam się stało? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Bomba. Czerwoni nas namierzyli. Nie mieliśmy żadnych szans. Nie oczekiwaliśmy 

kłopotów. Właśnie uganiałem się za osłem, który zerwał się ze sznura, i byłem w połowie 
stoku, kiedy nas stuknęli. Gdy potem doszedłem do siebie, byłem już na dole, a pół fortu 
leżało na mnie. A reszta... no cóż, widziałeś chyba to miejsce?

Ross skinął głową.
- Co robisz tutaj?
McNeil machnął ręką z wyraźnym zmęczeniem.
- Próbowałem rozmawiać z Nodrenem, ale odegnali mnie kamieniami. Wiedziałem, że 

Ashe ma się zjawić, i miałem zamiar czekać na niego na plaży, ale dotarłem tam za późno. 
Potem pomyślałem, że będzie tędy przechodził, aby skontaktować się z okrętem podwodnym, 
więc czekam właśnie w tym miejscu. Gdzie jest Ashe?

Brzmiało to logicznie. Ale teraz, gdy Ashe był ranny, Ross postanowił nie ryzykować 

nawet w najmniejszym stopniu. Wepchnął sztylet do pochwy i zarzucił na plecy zająca.

- Zostań tutaj - zwrócił się do McNeila. - Wrócę...
- Czekaj! Gdzie jest Ashe, głupcze? Musimy iść razem! Ross odszedł bez słowa. Był 

pewien, że nieznajomy nie zdoła go dogonić. Jeśli to szpieg, niech wie, że trafił na kogoś, kto 
miał już do czynienia z Kurtem Vogelem.

Wędrówka przez moczary zajęła nieco czasu, toteż było już dobrze popołudniu, gdy 

Ross   wrócił   do   jaskini.   Ashe   siedział   u   jej   wylotu   przy   ognisku.   Najwyraźniej   podczas 
nieobecności swego towarzysza spędzał czas na struganiu kostura, który leżał obok. Zdobycz 
łowiecka Rossa spotkała się z jego żywym entuzjazmem, ale stracił wszelkie zainteresowanie 
jedzeniem, gdy tylko usłyszał o spotkaniu na bagnach.

- McNeil! Facet o brązowych włosach i oczach. Jego prawa brew unosi się do góry, 

gdy się uśmiecha.

- Oczy i włosy w porządku. Uśmiechać się nie miał okazji.
- Nadłamany ząb z przodu. Górny, prawy.
Ross przymknął oczy, przywołując z pamięci obraz twarzy obcego. Tak, miał małą 

szczerbę w przednich zębach. Skinął głową.

- To jest McNeil. Mimo to dobrze, że go tu od razu nie przyprowadziłeś. Stałeś się 

ostrożny po przygodzie z Kurtem? Ross przytaknął ponownie.

- I po tym, co usłyszałem od ciebie, że Czerwoni mogą tu kogoś na nas zasadzić.
Ashe pogładził swój zarośnięty policzek.
- Nigdy nie należy ich lekceważyć. Ale człowiek, którego spotkałeś, to faktycznie 

McNeil, i lepiej, żebyśmy byli razem. Dasz radę go tu przyprowadzić?

- Myślę, że tak. Mimo tych jego nóg. Zresztą wedle jego opowieści sam zaszedł w to 

miejsce.

Ashe w zamyśleniu odkroił kawałek piekącego się zająca i zaklął cicho, oparzywszy 

sobie język.

- Dziwne, że Cassca nic nam o nim nie powiedziała. A może nie chciała wspominać, 

że go odpędzili. Pójdziesz teraz?

background image

- Mogę, nie ma sprawy. Nie wyglądał najlepiej. Założę się, że jest głodny.
Znów odbył drogę na bagna.
Tym razem nie dostrzegł smugi dymu. Zawahał się. Trzcinowa wysepka, na której 

stał, była z pewnością tą, na której spotkał McNeila. Była pusta. Czy McNeil sam udał się w 
drogę? Czy też coś się stało?

O   niebezpieczeństwie   ostrzegł   go   jakiś   szósty   zmysł.   Nie   umiałby   powiedzieć, 

dlaczego   nagle   gwałtownym   ruchem   odwrócił   się   w   stronę   pobliskich   krzewów.   Ale 
ponieważ   to  zrobił,   wylatująca  lina,  która   miała  zacisnąć   się  na  jego  gardle,   zsunęła  się 
bezsilnie   po   jego   ramieniu.   Gdy   opadła   na   ziemię,   przydepnął   ją   błyskawicznie.   Potem 
równie szybkie pochylenie się i szarpnięcie i trzymający drugi koniec zaskoczony napastnik 
wyjechał na brzuchu na otwartą przestrzeń.

Ross znał już tę okrągłą twarz.
- Lal z miasta Nodren - słowa powitania nie przeszkodziły mu w międzyczasie walnąć 

kolanem w twarz sięgającego po kamienny nóż przeciwnika. Ten upuścił broń, którą Ross 
kopnął w krzaki. - Na co polujesz. Lal?

- Na handlarzy! - głos był słaby, ale brzmiała w nim nieskrywana pasja.
Nie próbował jednak na nowo podjąć walki, gdy Ross pewnym chwytem za gardło 

pchnął go w kierunku krzewów. W znajdującym się za nimi zagłębieniu na szczęście nie było 
wody, tylko nieco błota. Na szczęście dla McNeila, który leżał tam skrępowany za ręce i nogi, 
bez specjalnej troski o jego poparzone ciało.

background image

7

Ross związał Lala liną, która miała służyć jako arkan na jego własną szyję. Upewnił 

się, że silnie zacisnął wszystkie węzły, zanim pochylił się, by rozciąć więzy McNeila. Lal 
skulił się przy przeciwległej ściance rowu trzęsąc się na całym ciele. Jego przerażenie było 
tak widoczne, że Ross nawet nie czuł satysfakcji z wygranej walki. Było mu raczej głupio.

- O co tu chodzi? - spytał McNeila, gdy oswobodził go z więzów i pomógł wstać.
McNeil rozmasował ramiona, zrobił dwa niepewne kroki i skrzywił się z bólu.
- Nasz przyjaciel chce być zbyt oddanym sługą Lurghy. 
Ross uniósł łuk i zwrócił się do jeńca:
- Czy szczep nas ściga?
- Lurgha rozkazał. Głos jego brzmiał z niebios. Każdy handlarz, który uciekł przed 

jego gniewem, ma być schwytany i złożony w ofierze dla użyźnienia pól.

- Aha, starożytna ofiara przed pierwszym wiosennym siewem - przypomniał sobie 

Ross   wyuczoną   lekcję.   Każdego   obcego   wędrowca   albo   członka   wrogiego   szczepu 
schwytanego określonego dnia miał spotkać taki właśnie los. Jeśli rok był pechowy i nie 
schwytano żadnego człowieka, można było od biedy złożyć w ofierze wilka lub jelenia. Ale 
najlepsza była ofiara z człowieka. Więc Lurgha rozkazał - głos z nieba rozkazał - że handlarze 
mają być tegoroczną ofiarą. Ashe! Przecież jakiś tropiciel może trafić też do niego.

- Musimy ruszać - zwrócił się do McNeila, ujmując jednocześnie w dłoń linę, na 

której miał zamiar prowadzić Lala. - Ashe będzie chciał go wypytać o szczegóły tego nowego 
rozkazu Lurghy.

Mimo zniecierpliwienia, Ross musiał dostosować tempo marszu do możliwości swego 

poparzonego towarzysza, który gonił już resztkami sił. Wprawdzie zaczął dość ambitnie, ale 
wkrótce już wlókł się noga za nogą. Ross ponaglił Lala do szybkiego marszu. Przywiązywał 
go do drzewa co kilkadziesiąt metrów, a potem powracał, by pomóc McNeilowi. Tą metodą 
dotarli do jaskini tuż przed zmrokiem. U jej wylotu wciąż jeszcze płonęło ognisko.

- Macna! - Ashe pozdrowił przyjaciela tutejszą wersją jego imienia - I Lal. Ale skąd ty 

tu, Lalu z miasta Nodrena?

- Nieporozumienie - odpowiedział za niego Ross, pomagając McNeilowi usadowić się 

na swym legowisku wewnątrz jaskini. - Łowił handlarzy na podarunki dla Lurghy.

- A więc - zwrócił się Ashe do tubylca - z czyjego to rozkazu łowisz moich krewnych? 

Czy wydał go Nodren? Czy już zapomniał o więzach krwi pomiędzy nami? Bo przysięgą na 
samego Lurghę były one potwierdzone!

- Aaaa - Lal skulił się pod ścianą jaskini, gdzie przywlókł go Ross.
Był związany, nie mógł więc schować głowy w ramionach. Przypadł twarzą do ziemi, 

tak   że   mogli   oglądać   tylko   jego   trzęsący   się   czub   ze   splecionych   włosów.   Murdock 
zorientował się z niejakim zdziwieniem, że drobny człowieczek łka jak dziecko. Całe jego 
ciało drżało w niemym szlochu.

- Aaaa - zajęczał ponownie.
Ashe czekał cierpliwie przez chwilę, ale po kolejnym jęku chwycił za czub włosów i 

uniósł głowę Lala znad ziemi. Oczy tubylca były zamknięte, ale po policzkach płynęły łzy, a 
usta złożyły się do następnej żałosnej skargi.

- Przymknij się! - potrząsnął nim Ashe, chociaż starał się to zrobić w miarę delikatnie. 

- Przecież nie poczułeś jeszcze ostrza mojego noża. Moja strzała nie przebiła twej skóry. 

background image

Wciąż   żyjesz,   choć   mogłeś   być   martwy.   Ciesz   się   więc   życiem   i   spróbuj   je   zachować, 
opowiadając nam wszystko, co wiesz.

Podczas spotkania na drodze Cassca wykazała się inteligencją rozluźniając napięcie, 

które   pojawiło   się   między   nimi.   Wszystko   wskazywało   na   to,   że   Lal   jest   człowiekiem 
całkowicie innego rodzaju. Jego umysł był bardzo prosty i niewiele myśli mogło się w nim 
zagnieździć jednocześnie. Teraz zaś najwyraźniej panował tam kompletny chaos. Wyciągali z 
niego opowieść niemal zdanie po zdaniu.

Lal   był   biedny.   Tak   biedny,   że   nie   mógł   nawet   marzyć,   iż   kiedykolwiek   będzie 

posiadał   na   własność   któryś   z   tych   cennych   przedmiotów,   jakie   handlarze   ze   wzgórz 
sprzedawali  bogaczom z miasta Nodrena. Lal był  także czcicielem Wielkiej  Matki, a nie 
kimś,   kto składa  ofiary  Lurghdze.  Lurgha  był   bogiem  wojowników  i  wielkich  ludzi,   nie 
zwróciłby nawet uwagi na kogoś takiego jak Lal. Kiedy więc lud Nodrena przekonał się o 
zagładzie osiedla handlarzy na wzgórzach, które rozpadło się w proch po uderzeniu gniewnej 
pięści Lurghy, Lal nie przejął się tym bardzo. O tyle tylko, że wpadł na pomysł przeszukania 
wzgórza.   Gniew   Lurghy   mógł   wszak   zwrócić   się   przeciwko   handlarzom,   ale   może   nie 
dotyczył tych wszystkich pięknych przedmiotów, które posiadali? Udał się więc w sekrecie w 
to miejsce na poszukiwania. To, co tam ujrzał, przekonało go o potędze Lurghy i do tego 
stopnia wstrząsnęło jego prostym umysłem, że uciekł w panice ze wzgórz, zapominając o 
przedmiotach, po które przybył. Ale Lurgha dostrzegł go na wzgórzu i odczytał jego chciwe 
myśli...

W tym momencie Ashe przerwał potok jego wymowy.  Skąd wiadomo, że Lurgha 

dostrzegł Lala?

Ponieważ - trząsł się ze strachu i ponownie płakał Lal - tego właśnie poranka, kiedy 

wyprawił się na łowy na dzikie ptactwo, Lurgha przemówił doń na bagnach. Do niego, do 
Lala, który jest tylko niczym mamy insekt pełzający po ziemi.

A jak przemówił doń Lurgha? Głos Ashe'a był łagodny i cichy.
Wprost   z   niebios.   Jakby   przemawiał   do   samego   wodza   Nodrena.   Powiedział,   że 

widział Lala na wzgórzach, a więc Lal będzie jego pokarmem. Jednak Lurgha nie pożre go, 
jeśli Lal będzie mu usługiwał na inny sposób. A on. Lal, leżał twarzą do ziemi, słuchając tego 
bezcielesnego głosu i przysięgał, że będzie służył Lurghdze aż do kresu swych dni.

Wtedy Lurgha nakazał mu pochwycenie jednego ze złych handlarzy, który ukrywa się 

na bagnach, i związanie go. Lal miał zawołać ludzi z wioski i razem mieli zanieść jeńca na 
wzgórze, na którym Lurgha okazał swój gniew, i pozostawić go tam. Potem mogli powrócić i 
wziąć   to,   co   tam   znajdą,   wraz   z   błogosławieństwem   ich   pól   w   czas   siewów,   i 
błogosławieństwem dla całego ludu Nodrena. I on. Lal, przysiągł, że stanie się wedle woli 
Lurghy, a teraz nie może spełnić swej przysięgi. Lurgha zatem pożre go niechybnie. Nie ma 
dlań żadnej nadziei...

- Czy jednak - powiedział Ashe łagodnym głosem - nie służyłeś Wielkiej Matce przez 

wszystkie te lata? Czy nie oddawałeś jej zawsze pierwszego owocu, nawet jeśli zbiory z 
twego małego pola były skromne?

Lal   spojrzał   na   Ashe'a,   a   jego   twarz   wciąż   była   zapłakana   i   przerażona.   Dłuższą 

chwilę potrwało nim pytanie przebiło się do jego umysłu. Potem przytaknął skwapliwie.

- A czy ona w zamian nie darzyła cię swą łaską. Lal? To prawda, że jesteś biednym 

człowiekiem, ale nie przymierasz głodem. A przecież teraz jest najgorsza pora roku, gdy 
ludzie często umierają z głodu, nim nadejdą nowe zbiory. Wielka Matka dba o swoje dzieci i 
to właśnie ona oddała cię w nasze ręce. Tak właśnie mówię do ciebie. Lal, ja, Assha spośród 
handlarzy, i mówię do ciebie prostą mową - Lurgha, który zniszczył nasze osiedle, Lurgha, 

background image

który przemawia z niebios, nie przyniesie ci niczego dobrego...

-   Aaa   -   załkał   Lal.   -   Wiem   to,   wiem,   Assha.   On   jest   z   ciemności,   spomiędzy 

mrocznych duchów!

- Tak. Nie jest on zatem krewnym Wielkiej Matki. Ona jest bowiem tworem światła i 

dobra,   ona   daje   zbiory   i   młode   jagnięta   w   twoim   stadzie,   ona   daje   płodność   młodym 
kobietom, aby urodziły synów, którzy noszą włócznię za swym ojcem, i córki, które będą 
przędły i obsiewały pola złotym ziarnem. Gniew Lurghy skierowany jest ku nam. Lal. Nie ku 
ludowi Nodrena, nie ku tobie. I my weźmiemy na siebie jego gniew.

Pokuśtykał ku wyjściu z jaskini. Na zewnątrz panował już mrok.
- Usłysz, Lurgho, moje słowa! - zakrzyknął w ciemność. - Jam jest Assha z handlarzy 

i biorę na siebie twój gniew. Niech nie ściga on Lala ani też Nodrena, ani nikogo z jego ludu. 
Niech dosięgnie tylko mnie. Tak rzekłem!

Ross   dostrzegł   nieznaczny   ruch   dłoni   Ashe'a.   Najwyraźniej   przygotował   on   jakiś 

drobny  pokaz,  który  miał   przekonać   dzikusa.  Jakoż   faktycznie  u  wylotu   jaskini  zapłonął 
gwałtownym błyskiem wielce widowiskowy zielony ogień. Lal jęknął przerażony, ale po-
nieważ błysk trwał tylko przez moment, odważył się spojrzeć tam ponownie.

- Widziałeś, że Lurgha odpowiedział na moje wyzwanie. Lal. Na mnie tylko będzie 

zwrócony jego gniew. A teraz - Ashe dokuśtykał z powrotem i wyciągnąwszy skórę białego 
wilka, rozłożył ją przed Lalem - zaniesiesz to Cassce, a ona uczyni z tego kurtynę w drzwiach 
Domu Matki. Jest biała, jak sam widzisz, przeto jest bardzo rzadka. Matka będzie rada z tak 
cennego podarunku. A ty powiesz Wielkiej Matce, co ci się przydarzyło, i powiesz, iż wie-
rzysz, że jej moc większa jest niż moc Lurghy. A Matka będzie z ciebie wielce zadowolona. 
Ale nie powiesz ni słowa ludziom z wioski. Bo to jest sprawa między Lurghą a Asshą i nie 
chcę, by ktokolwiek stanął pomiędzy nami.

To mówiąc, rozwiązał linę krępująca ręce Lala. Ten zaś dotknął skóry śnieżnego wilka 

a jego oczy lśniły z podziwu.

- Zaprawdę, wielki dar dałeś mi, Assha. Matka będzie zadowolona, bo od wielu już lat 

nie miała tak bogatej kurtyny u wrót swego domu. Jestem naprawdę małym człowiekiem, nie 
mnie przeto mieszać się w spory między wielkimi. Lurgha przyjął twoje słowa, nie moja to 
więc sprawa. Nie wrócę jednak do wioski przez czas jakiś, jeśli zechcesz mi zezwolić, Assha. 
Jestem bowiem człowiekiem o lekkim i długim języku i często mówię to, czego powiedzieć 
nie chcę. Jeśli więc zadadzą mi pytanie, odpowiadam. Jeśli zaś tam nie wrócę, nie zadadzą mi 
pytania, nie odpowiem więc.

McNeil roześmiał się.
Ashe uśmiechnął się tylko dobrotliwie.
- Tak więc będzie. Lal. Jesteś mądrzejszym człowiekiem niż sądzisz. Nie powinieneś 

jednak także zostawać tutaj.

 Lal ponownie zgiął się w ukłonie.
- Tak i ja sądzę, Assha. Nad wami ciąży teraz gniew Lurghy, a ja nie chcę znaleźć się 

w jego zasięgu. Dlatego też odejdę na bagna. Są tam ptaki i zające, będę więc miał czas 
obrobić tę skórę, aby, gdy zaniosę ją do Matki, naprawdę była warta jej błogosławieństwa. 
Chciałbym za twym pozwoleniem, Assha odejść jeszcze tej nocy.

- Niech szczęście ci sprzyja. Lal.
Ashe wskazał mu gestem wyjście. Lal nieśmiało pokłonił się jeszcze pozostałym i 

znikł w ciemnościach doliny.

- Co, jeśli go pochwycą? - spytał McNeil zmęczonym głosem.
- Nie sądzę, by go łatwo znaleźli - odparł Ashe. - A poza tym, co miałem z nim 

background image

zrobić? Zatrzymać tutaj? Cały czas knułby ucieczkę. A na wolności znów by na nas polował. 
Teraz zaś mam nadzieję, że przez jakiś czas będzie trzymał się z dala od Nodrena i w ogóle 
zniknie wszystkim z oczu. Lal może nie jest bardzo bystry, ale jest niezłym myśliwym. A 
teraz ma powody się ukrywać, więc trzeba będzie dobrego tropiciela, by go znalazł. Jednego 
za to się dowiedzieliśmy. - Czerwoni wiedzą, że nie do końca wyczyścili to miejsce. Co się 
właściwie stało, McNeil?

Opowiedział im wszystko ze szczegółami. Potem Ashe usiadł na posłaniu, a Ross 

zajął się przygotowaniem kolacji.

-   W   jaki   sposób   namierzyli   posterunek?   -   zastanawiał   się   Ashe,   wpatrując   się   w 

pełgające płomienie ogniska.

- Musieli namierzyć sygnał komunikacyjny i znaleźć jego źródło. Tylko to przychodzi 

mi do głowy. A to oznacza, że musieli nas szukać już od dłuższego czasu.

- Nie było ostatnio w okolicy jakichś obcych? McNeil potrząsnął przecząco głową.
- W ten sposób nie mogli nas znaleźć. Sanford był świetny w tym, co robił. Gdybym 

go nie znał, sam bym przysiągł, że jest jednym z ludu pucharu. Miał przy tym wspaniałą sieć 
informatorów w całej Brytanii. To zadziwiające, jak potrafił to zorganizować. Myślę, że fakt 
jego przynależności do gildii kowali był wielce pomocny. Mógł zdobyć mnóstwo ciekawych 
wieści w każdej wiosce, w której tylko było coś do roboty. I mówię ci - McNeil uniósł się 
nieco na łokciu dla podkreślenia swoich słów - nie  działo się nic podejrzanego ani po obu 
stronach Kanału, ani daleko na pomocy. O tym, że czyste jest południe, upewniliśmy się, 
zanim jeszcze zdecydowaliśmy się na przykrywkę ludu pucharu. Zwłaszcza, że ich klany są 
niezwykle liczne w Hiszpanii.

Ashe przeżuwał w zamyśleniu pieczone skrzydełko.
- Ich stała baza  z transporterem musi  być  gdzieś  w granicach  terytorium,  którym 

władają także w naszych czasach.

- Mogą równie dobrze siedzieć na Syberii i śmiać się w głos! -wybuchnął McNeil - 

Tam nie mamy szansy się dostać.

- Nie - odparł Ashe wrzucając w ogień ogryzioną kość i oblizując palce z tłuszczu. - 

Wtedy też natrafiliby na stare problemy odległości. Gdyby to, czego szukają, znajdowało się 
w ich obecnych granicach, nigdy byśmy nie wpadli na ich trop. To leży gdzieś poza ich 
dwudziestowiecznym terytorium, i to jest korzystne dla nas. Oni zaś muszą umieścić swój 
punkt   transportowy   tak   blisko   tego   miejsca,   jak   to   tylko   możliwe.   Nasze   problemy 
logistyczne i tak są znacznie poważniejsze niż ich.

- Przecież  wiesz, dlaczego  wybraliśmy  Arktykę  na miejsce  głównej bazy.  Tam w 

żadnym okresie historii nie było zbyt gęsto od ludzi. Ale jeśli chodzi o nich, założę się o 
wszystko, co tylko chcesz, że ich baza jest gdzieś w Europie, a do tego musieli wytłuc trochę 
ludzi. Jeśli używają samolotu, nie mogą robić tego otwarcie...

- Dlaczego  nie? - wtrącił Ross. - Dla miejscowych  to przecież tylko  magia,  ptak 

Lurghy.

- Oni także muszą uważać, by nie zakłócić biegu historii, podobnie jak my - potrząsnął 

głową   Ashe.   -   Wszystko,   co   pochodzi   z   naszych   czasów,   musi   być   tak   ukryte   lub 
zamaskowane, aby nie kojarzyło się tubylcom z dziełem ludzkich rąk. Nasz okręt podwodny 
wygląda jak wieloryb. Ich samolot z pewnością przypomina ptaka, ale nie mogą ryzykować, 
że   ktoś   przyjrzy   mu   się  bliżej.   Nie   mamy   pojęcia,   co   mógłby   spowodować   taki   wyciek 
technologii   w   tych   czy   też   innych   prymitywnych   czasach,   jak   mogłoby   to   zmienić   bieg 
historii.

-   Ale   -   Ross   był   zdecydowany   przedstawić   swoje   przemyślenia   na   ten   temat   - 

background image

załóżmy, że dałbym Lalowi pistolet i nawet nauczył go, jak go używać. I tak nie uda mu się 
stworzyć własnego. Ta technologia leży poza jego możliwościami. Ci ludzie nie potrafiliby 
wytworzyć takiego przedmiotu.

-   Jest   w   tym   trochę   racji.   Z   drugiej   strony,   nie   lekceważ   umiejętności   tutejszych 

rzemieślników   ani   też   wrodzonej   inteligencji   ludzi   tej   ery.   Tubylcy   prawdopodobnie   nie 
potrafiliby stworzyć pistoletu, ale to mogłoby pchnąć ich myśli w nowym kierunku. I kto wie, 
czy   nie   unicestwilibyśmy   tym   samym   naszego   świata.   Dlatego   nie   śmiemy   zmieniać 
przeszłości. To jest tak jak z wynalezieniem broni atomowej. Każdy chciał ją wyprodukować, 
a teraz siedzimy wszyscy i trzęsiemy się ze strachu, że ktoś jednak może być na tyle szalony, 
by jej użyć.

- Więc kiedy Czerwoni ściągają stąd jakieś wynalazki, staramy się nie pozostać w 

tyle, ale tutaj w przeszłości musimy uważać na każdy ruch, żeby przypadkiem nie zniszczyć 
świata, w którym żyjemy?

- Co właściwie będziemy teraz robić? - McNeil najwyraźniej znudził się tą jałową 

dyskusją.

- Murdock jest na próbnym skoku. To jego test. Okręt ma nas stąd zabrać za dziewięć 

dni.

- Jeśli zatem tu wysiedzimy, jeśli zdołamy tu wysiedzieć - McNeil spojrzał na swoje 

nogi - wkrótce nas zabiorą. No dobrze, dziewięć dni.

Trzy   z   nich   spędzili   w   jaskini.   McNeil   szybko   wracał   do   zdrowia   i   wkrótce   już 

niecierpliwił się bezczynnością, ale Ashe wciąż jeszcze kuśtykał zbyt poważnie, by mogli 
ryzykować marsz.

Ross na przemian z McNeilem polowali w okolicy i patrolowali najbliższy teren. Nie 

natrafili  jednak na żadne ślady tubylców.  Najwyraźniej  Lal  dotrzymał  słowa i zaszył  się 
gdzieś na bagnach z dala od swego ludu.

Kiedy czwartego dnia bladym świtem Ashe obudził Rossa, ten bez zbędnych słów 

zrozumiał,   że   nadeszła   pora   wymarszu.   Palenisko   było   przysypane   ziemią.   Pożywili   się 
naprędce upieczoną poprzedniej nocy dziczyzną i w milczeniu opuścili jaskinię, zanurzając 
się   w   oparach   chłodnej   mgły.   Nieco   dalej   w   dolinie   dołączył   do   nich   schodzący   z   czat 
McNeil. Dostosowawszy tempo marszu do Ashe'a, podążali powoli, ale wytrwale w kierunku 
biegnącego pomiędzy wioskami szlaku.

Szli wprost na północ. Teren zaczynał  się wznosić. Dochodzili  do zamieszkanych 

terenów. Ross omal nie przewrócił się w płytkim rowie, który, jak się potem okazało, był 
granicą uprawnego poletka. Mgła wciąż była gęsta, ale z oddali dochodziło beczenie owiec i 
ujadanie psa. Ashe zatrzymał się na moment, węsząc w powietrzu jak pies gończy. Ruszyli 
dalej we wskazanym przez niego kierunku, przecinając całą serię małych poletek.

Tymczasem mgła gęstniała. Ashe wyraźnie przyspieszył kroku opierając się ciężko na 

wystruganym  przez siebie kosturze. Odetchnął głośno z wyraźną ulgą, gdy nagle z mgły 
wyłoniły się dwa kamienne monolity sterczące jak dziwaczne filary. Trzecia kamienna płyta 
leżała na nich poziomo. Konstrukcja ta przypominała prymitywny łuk, pod którym należało 
przejść, aby zejść ze wzgórza do wąskiej doliny.

Ross nie widział jej wyraźnie poprzez mgłę, miał jednak wrażenie, że coś się czai za 

tą kamienną bramą. Nigdy nie był przesądny. Kiedy studiował wierzenia tych prymitywnych 
ludów,  nie  traktował  ich   poważnie   ani  przez  chwilę.   A   jednak,  gdyby  był   tu  teraz  sam, 
odwróciłby się na pięcie i zawrócił. To, co czekało za bramą, nie było dla niego.

Toteż odetchnął, gdy Ashe zatrzymał się przed kamiennym portalem i gestem nakazał 

obu towarzyszom, by się ukryli. Ross z ochotą wykonał to polecenie. Mimo iż czuł niemiłe, 

background image

wilgotne dotknięcia mgły na karku i twarzy, przypadł do ziemi za karłowatymi roślinkami 
rosnącymi w pobliżu.

Te krzewy wyglądają jakby ktoś celowo je tu zasadził - przemknęło mu przez myśl. 

Kiedy McNeil  przysiadł  obok niego,  Ashe  wydobył  z gardła  miękki,  przenikliwy odgłos 
przypominający ptasi zew. Powtórzył go trzy razy, nim z mgły wynurzyła się jakaś postać. 
Postać w długim, sięgającym ziemi szaro-białym płaszczu. Szła od strony zielonej doliny, a 
kaptur płaszcza całkowicie krył oblicze. Zatrzymała się tuż przed kamiennym łukiem, a Ashe, 
nakazując gestem towarzyszom, aby nie ruszali się z miejsca, postąpił ku niej kilka kroków.

- Niech błogosławione będą stopy i dłonie Matki, tej, która sieje to, co daje owoce.
- Obcy przybyszu, którego ściga gniew Lurghy - zabrzmiał stłumiony przez kaptur 

głos   Casski   -   czego   tu   szukasz?   Jak   śmiesz   pojawiać   się   w   miejscu,   do   którego   żaden 
mężczyzna nie ma wstępu?

- Ciebie szukam. Bo tej nocy, gdy przybył Lurgha, ty byłaś świadkiem jego przybycia.
Ross usłyszał syk gwałtownie wciągniętego powietrza.
- Skąd to wiesz, przybyszu?
Bo służysz Matce i jesteś zazdrosna o swoją i jej potęgę. Chciałaś na własne oczy 

ujrzeć potęgę Lurghy.

Kiedy po chwili milczenia odpowiedziała, Ross słyszał gniew i frustrację w jej głosie.
-   Pojmujesz   zatem   mój   wstyd,   Assha.   Gdyż   Lurgha   przybył.   Przybył,   dosiadając 

ptaka. I okazał swą moc. Teraz więc wioska będzie składać ofiary Lurghdze i zabiegać o jego 
łaski. Nikt zaś nie będzie już słuchać stów Matki, nikt nie ofiaruje jej pierwszego owocu ze 
swych...

- Ale skąd przybył ptak, którego dosiadał Lurgha? Czy możesz mi to wyjawić, ty, 

która czekasz nadejścia Matki?

- Jakąż różnicę czyni to, skąd przybył Lurgha? Czy to coś ujmuje lub przysparza jego 

mocy?   -   Cassca   przeszła   pod   sklepieniem   łuku.   -   A   może   tak,   w   jakiś   dziwny   sposób? 
Powiedz mi, Assha.

- Może tak. Odpowiedz, proszę.
Obróciła się powoli i wskazała za swe prawe ramię.
- Stamtąd przybył. Przyglądałam mu się uważnie, wiedząc, że chroni mnie moc Matki, 

i że nawet pioruny Lurghy nie mogą mnie pożreć. Czy ta wiedza czyni Lurghę mniejszym w 
twoich oczach, Assha? Przecież on pożarł wszystko, co do ciebie należało, wraz z twoimi 
krewnymi.

- Może tak - powtórzył Ashe. - Nie sądzę, by Lurgha przybył ponownie.
Wzruszyła ramionami, a ciężki płaszcz załopotał na wietrze.
- Stanie się, co ma się stać, Assha. A teraz odejdź. Nie jest właściwe, by przebywał tu 

jakikolwiek mężczyzna.

I  Cassca   wycofała   się  w   głąb  zielonej   doliny,   a  Ross  i  McNeil   wyszli  ze   swego 

ukrycia.

McNeil spoglądał w stronę, którą wskazała kapłanka.
- Północny wschód - mruknął w zamyśleniu. - Tam właśnie znajduje się Bałtyk.

background image

8

Dziesięć   dni   później   Ashe   leżał   wygodnie   wyciągnięty   na   szpitalnym   łóżku   w 

arktycznej   bazie,   ze   starannie   zabandażowaną   nogą   i   kubkiem   gorącej   kawy   w   ręce.   Z 
ponurym uśmiechem spoglądał na Nelsona Millairda.

Millaird, Kelgames, doktor Webb - szefowie projektu - nie tylko przeszli przez wrota 

transportera, aby spotkać się z trójką przybyszy z Brytanii, ale teraz tłoczyli się w ciasnym 
pokoju, niemal przygniatając do ściany Rossa i McNeila. Bo to właśnie było to! To, na co 
polowali od wielu miesięcy, mieli niemal w zasięgu ręki!

Tylko Millaird, dyrektor naczelny, nie był o tym do końca przekonany. Ten potężny 

mężczyzna   o   nalanej   twarzy   i   bujnej,   rozwichrzonej   czuprynie   siwiejących   włosów   nie 
wyglądał na intelektualistę. Jednak Ross siedział w tym projekcie wystarczająco długo, by 
wiedzieć,   że  właśnie  grube, owłosione  ręce  Millairda  pozbierały  wszystkie   luźne  sznurki 
poruszające   operacją Retrograde   i  splotły  je w  sprawnie  funkcjonującą  całość.  Teraz   zaś 
dyrektor siedział rozparty niedbale na krześle, znacznie zresztą za małym na jego potężne 
cielsko, i gryzł w zamyśleniu drewnianą wykałaczkę.

- No to mamy pierwszy trop - skomentował bez nadmiernej ekscytacji.
- Raczej porządną brukowaną drogę! - wszedł mu w słowo Kelgarries. Major był zbyt 

podniecony, by stać spokojnie. Przestępował z nogi na nogę, jakby był gotów już w tej chwili 
obrócić się na pięcie i gnać na wroga. - Czerwoni nie niszczyliby Gog, gdyby nie uważali 
tego posterunku za zagrożenie. W tym sektorze czasowym musi  się znajdować ich główna 
baza!

- Powiedzmy raczej, jakaś większa baza - studził jego zapał Millaird. - Nie ta, której 

szukamy. W dodatku teraz właśnie mogą zmieniać sektor czasowy. Myślisz, że spokojnie tu 
na nas zaczekają, aż pojawimy się z większymi siłami?

A jednak spokojny ton głosu Millairda nie zgasił entuzjazmu majora.
- Jak długo trwa rozmontowanie dużej bazy? - zapytał. - Co najmniej miesiąc. Jeśli 

poślemy tam ekipę, jeśli się pospieszą...

Millaird uderzył swymi ciężkimi łapskami o tłuste uda i roześmiał się, choć był to 

raczej wisielczy humor.

- A gdzie konkretnie poślemy tę ekipę, Kelgarries? Na północny wschód od Brytanii? 

To raczej nieprecyzyjny namiar, delikatnie mówiąc. Oczywiście - zwracał się teraz do Ashe'a 
- dowiedziałeś się wszystkiego, czego było można. A ty, McNeil, nie masz nic do dodania?

-   Nie,   sir.   Zmietli   nas   w   momencie,   gdy   Sandy   był   przekonany,   że   jesteśmy 

bezpieczni jak u mamusi. Nie mam pojęcia, jak nas znaleźli, chyba że namierzyli sygnał 
komunikacyjny.  A jeśli tak, to musieli nas poszukiwać od dłuższego czasu, bo używamy 
bardzo nieregularnych częstotliwości nadawania.

- Czerwoni są cierpliwi i niegłupi. Mogą też mieć urządzenia, o jakich nie mamy 

pojęcia. My też jesteśmy cierpliwi i niegłupi, ale nie mamy ich gadżetów. I czas działa na 
naszą   niekorzyść.   Jakieś   wnioski,   Webb?   -   Millaird   zwrócił   się   do   trzeciego,   dotąd 
milczącego mężczyzny.

Doktor poprawił okulary, które zsunęły mu się na czubek nosa.
- Tylko jeden punkt, którym chciałbym uzupełnić nasze przypuszczenia - odparł. - 

Sądzę, że mają bazę w rejonie Bałtyku. Nawet obecnie te tereny są dla nas niedostępne, a 
wtedy znajdowały się tam liczne szlaki handlowe. Nie wiemy wiele o tej części Europy. Ich 

background image

baza może być w okolicach granicy z Finlandią. Tam mogliby ukryć instalacje na sto różnych 
sposobów.

Millaird wydobył notes i sięgnął do kieszeni po długopis.
- Nie zaszkodzi wysłać tam kilku agentów w naszych czasach. Uruchomimy wywiad 

wojskowy, a może i cywilny. Może znajdą coś ciekawego. Ale to spory rejon.

Webb przytaknął.
-   Mamy   jedną   wskazówkę   -   szlaki   handlowe.   W   czasach   kultury   pucharów 

dzwonowatych   były   bardzo   dobrze   oznaczone.   Najważniejszy   w   tym   rejonie   był   szlak 
bursztynowy.   Większość   mieszkańców   stanowili   wtedy   łowcy,   było   też   trochę   rybaków 
wzdłuż wybrzeża. W interesujących nas czasach mieli już kontakty z handlarzami. - Zdjął 
okulary nerwowym ruchem. - Poza tym Czerwoni sami mogą mieć tam kłopoty...

- To znaczy? - zainteresował się Kelgarries.
- Inwazja plemion należących do kultury czekanów bojowych. Jeśli jeszcze się nie 

pojawili,   przybędą   niedługo.   To   była   jedna   z   większych   fal   migracyjnych   w   tym   kraju. 
Prawdopodobnie   byli   przodkami   późniejszych   Celtów   i   plemion   nordyckich.   Nie   wiemy 
nawet, czy wytępili pierwotnych mieszkańców czy też zasymilowali się z nimi.

- Szkoda, że nie wiemy - skomentował  McNeil - bo dla nas ta różnica może się 

sprowadzać do topora w czaszce lub też nie.

- Nie sądzę, żeby atakowali handlarzy. Dzisiejsze znaleziska świadczą, że lud pucharu 

kontynuował swój handel, mimo zmiany klientów - uspokoił go Webb.

- O ile oczywiście ktoś nie będzie ich podżegał - Ashe podał pusty kubek Rossowi. 

-Nie zapominajcie o gniewie Lurghy.  Począwszy od tego momentu  nasi wrogowie mogą 
podejrzewać każdą faktorię handlarzy, która pojawi się w pobliżu ich terytorium.

Webb pokręcił w zamyśleniu głową.
- Taki totalny atak przeciwko handlarzom oznaczałby wpływanie na bieg historii. Na 

to Czerwoni by się nie odważyli, zwłaszcza że mają tylko ogólne podejrzenia. Pamiętaj, że 
oni wcale nie mniej obawiają się majstrować w przeszłości niż my. Nie, raczej skupią się na 
uważnych obserwacjach. Musimy zrezygnować z komunikowania się radiem...

-   Wykluczone!   -   przerwał   mu   gwałtownie   Millaird.   -   Możemy   zmniejszyć   liczbę 

połączeń, ale nie poślę tam chłopców pozbawionych możliwości szybkiego kontaktu. Niech 
chłopcy w laboratorium spróbują pomajstrować trochę przy radiu, tak aby nie można było go 
wykryć. Czas! - zabębnił palcami na swym grubym kolanie. - Wszystko sprowadza się  do 
kwestii czasu.

- Którego nie mamy - wtrącił Ashe cichym jak zazwyczaj głosem. - Jeśli Czerwoni 

obawiają się, że zostali wykryci, muszą zdemontować swoją bazę w tamtym czasie. I już nad 
tym intensywnie pracują. Możemy nie dostać drugiej takiej szansy, aby ich namierzyć. Trzeba 
ruszać jak najszybciej.

Millaird miał przymknięte powieki. Drzemał? Kelgarries wpatrywał się W drzwi. Na 

okrągłej twarzy Webba malowało się zniechęcenie.

- Doktorze - Millaird nagle otworzył oczy i zwrócił się do Webba. - Jaka jest twoja 

diagnoza?

- Ashe musi pozostać pod opieką lekarską jeszcze co najmniej pięć dni. Oparzenia 

McNeila nie są groźne, a ta rana Rossa właściwie już się zagoiła.

- Pięć dni - Millaird znów przymknął oczy. Po chwili spojrzał bystro na majora. - 

Personel. Nie mamy tu pod ręką nikogo właściwego. Kogo spośród znajdujących się w akcji 
można ściągnąć bez ryzyka zakłóceń w projekcie?

- Nikogo. Chociaż nie, mógłbym odwołać Jansena i Van Wyke’a. Ci od czekanów 

background image

mogliby do nich pasować... - Nagły błysk w oczach majora zgasł równie szybko, jak się 
pojawił.   -  Nie,  nie   mają   odpowiedniego   przygotowania   językowego  i   kulturowego.  I  nie 
wiemy,   czy   te   szczepy   już   się   tam   pojawiły.   Nie   poślę   nieprzygotowanych   ludzi.   Jedna 
wpadka może nie tylko zagrozić ich życiu, ale też pogrążyć cały projekt.

- A więc zostaje ta trójka - podsumował Millaird. - Odwołamy, kogo tylko można, i 

przygotujemy ich w bazie jak najszybciej, ale wiecie, że to musi potrwać. W międzyczasie 
zaś...

- Czy możesz określić region z większym przybliżeniem niż tylko okolice Bałtyku? - 

Ashe zwrócił się do Webba. Ten wyraźnie się zawahał.

- Niewiele możemy zrobić. Co najwyżej posłać tam okręt podwodny na te pięć dni. 

Jeśliby nadawali coś przez radio, cokolwiek, powinniśmy ich namierzyć. Wszystko zależy od 
tego,   czy   Czerwoni   mają   kogoś   poza   bazą,   kto   działa   obecnie   w   terenie.   To   mało 
prawdopodobne...

- Ale zawsze coś! - przerwał mu Kelgarries ze zniecierpliwieniem człowieka czynu.
- Oni czekają na takie właśnie posunięcie - zauważył Webb.
-   No   to   co?   Więc   będą   czujni!   -   major   zaczynał   tracić   cierpliwość.   -   To   jedyne 

wsparcie, jakie możemy dać naszym chłopcom.

Nie kontynuując już dyskusji, wybiegł z pokoju. Webb wstał powoli.
-   Popracuję   trochę   nad   mapami   -   zwrócił   się   do   Ashe'a.   -   Nie   posyłaliśmy 

zwiadowców nad Bałtyk. Nie odważymy się również wysłać tam samolotu szpiegowskiego. 
To będzie skok w ciemność.

-   Jeśli   masz   tylko   jedną   drogę,   podążasz   nią,   prawda?   Chętnie   dowiem   się 

wszystkiego, co jeszcze będziesz mi mógł przekazać, Miles.

Ross   do   tej   pory   sądził,   że   przygotowania   do   jego   pierwszej   wyprawy   były 

wyczerpujące. Wkrótce śmiał się z tych myśli. Cały ciężar kolejnej podróży miał spoczywać 
na   barkach   tylko   ich   trzech,   toteż   prawie   natychmiast   zostali   poddani   intensywnemu 
szkoleniu i już trzeciej nocy Ross miał taki chaos w głowie, iż mimo potwornego zmęczenia, 
nie mógł zasnąć. Uważał, że więcej mu namieszano w umyśle, niż go nauczono. Zwierzył się 
McNeilowi z tych niewesołych myśli.

- Baza odwołała  trzy inne grupy - wyjaśnił  mu  McNeil. - Ale oni muszą  przejść 

znacznie   poważniejsze   szkolenia   i   nie   będą   gotowi   szybciej   niż   za   jakieś   trzy,   cztery 
tygodnie. Zmiana epoki wymaga nie tylko zdobycia nowej wiedzy, ale też wymazania starej.

- A nowi ludzie?
- Gwarantuję ci, że Kelgarries przetrząsa teraz wszystkie kąty, poszukując takich. Ale 

oni muszą pasować fizycznie do cywilizacji, w której mają się znaleźć. Jeśli umieścisz na 
przykład niskiego, ciemnowłosego faceta między nordyckimi  żeglarzami, łatwo go będzie 
zauważyć i zapamiętać... zbyt łatwo. Nie możemy ryzykować. Więc Kelgarries musi szukać 
ludzi, którzy nie tylko psychicznie, ale także fizycznie pasują do konkretnego zadania. Facet, 
który   nie   jest   człowiekiem   morza,   nie   będzie   się   zachowywać   jak   człowiek   morza, 
rozumiesz? A jeśli chcesz kogoś wsadzić do plemienia wędrującego ze stadami bydła, to 
musisz znaleźć pastucha. Jedyną ochroną agenta - jak i całego projektu - jest dopasowanie go 
do właściwego czasu i miejsca.

Ross nigdy dotąd nie zastanawiał się nad tym. Teraz nagle zdał sobie sprawę, jak 

bardzo ich trójka jest podobna do siebie. Wszyscy byli podobnego wzrostu, wszyscy mieli 
brązowe włosy i jasne oczy - Ashe niebieskie, on sam szare, McNeil orzechowe - i podobną 
budowę - smukli, drobnokościści, ruchliwi. Nigdy jeszcze nie spotkał prawdziwego handlarza 
z ludu pucharu, ale przypomniał sobie film, który widział pierwszego dnia. Wszyscy trzej 

background image

przypominali fizycznie ludzi, pod których się podszywali.

Piątego dnia studiowali wraz z Webbem mapę rejonu Bałtyku, kiedy do pokoju wpadł 

Kelgames. Za nim zobaczyli ociężałą postać Millairda.

- Mamy ich! - krzyknął major od progu. - Tym razem to nam sprzyjało szczęście! A 

Czerwoni strzelili gafę! I to jaką gafę!

Webb przyglądał się rozentuzjazmowanemu majorowi z lekkim uśmiechem.
- No cóż, cuda się czasem zdarzają - zauważył. - Przypuszczam, że okręt ma dla nas 

namiary?

Kelgarries położył na stole kartkę papieru, którą dotąd wymachiwał tryumfalnie jak 

sztandarem. Webb spojrzał na zapisane tam cyfry, a potem pochylił się nad mapą i naniósł na 
nią naostrzonym ołówkiem dwie kropki.

- No, to nieco zawęża pole działania - mruknął. Ashe roześmiał się głośno.
- Czasem mam ochotę zapytać, jak definiujesz słowo “wąski", Miles. Pamiętaj, że 

mamy odbyć tę drogę piechotą, więc różnica dwudziestu mil to niemało.

- Ten punkt jest spory kawał od wybrzeża - zaprotestował także McNeil, spojrzawszy 

na mapę. - W ogóle nie znamy tego regionu...

Webb, zapewne po raz setny tego dnia, zdjął okulary.
-   Myślę,   że   możemy   przyznać   tej   akcji   status   czerwony   -   powiedział   pełnym 

wątpliwości tonem, jakby czekał, że ktoś się z nim nie zgodzi.

Ale nie było protestów. Millaird pochylił się nad mapą.
- Tak zrobimy, Miles - spojrzał na Ashe'a. - Zostaniecie zrzuceni na spadochronach. 

Dostaniecie   specjalny  sprzęt.   Jeśli   już   go   użyjecie,   posypiecie   go   specjalnym   proszkiem, 
który da wam Miles. Po dziesięciu minutach po sprzęcie nie zostanie ani śladu. Nie mamy 
tego za  wiele  i nie  możemy  nadużywać,  ale  sytuacja  jest szczególna.  Znajdziecie  bazę  i 
podacie   współrzędne.   W   tym   czasie,   w   którym   będziecie,   nie   powinno   to   być   trudne. 
Pamiętajcie jednak, że nas interesuje to, co jest na drugim końcu tamtejszego transportera 
czasowego. Dopóki nie zlokalizujecie także tamtej bazy, nie kontaktujcie się z nami.

- Istnieje możliwość - zauważył Ashe - że Czerwoni mają więcej niż jedno stanowisko 

pośrednie.   Mogli   się   wycwanić   i   zbudować   cały   ich   szereg,   by   zatrzeć   ślady.   Każdy 
transporter wiódłby więc dalej w przeszłość...

- Dobrze. Jeśli tak będzie, dostarczcie nam tylko położenie następnego w kolejce - 

odparł Millaird. - Stamtąd podejmiemy trop, choćbyśmy musieli posłać chłopaków w skórach 
dinozaurów. Musimy znaleźć bazę podstawową, a jeśli nie prowadzi do niej prosta droga, 
trudno - pójdziemy krzywą.

- Skąd macie ten namiar? - spytał McNeil.
- Jedna z ich ekip terenowych wpadła w tarapaty i wezwała pomoc.
- I dostała ją?
Major uśmiechnął się ponuro.
- A jak myślisz? Znasz reguły tej gry, a Czerwoni mają znacznie ostrzejsze zasady 

wobec swoich.

- Jakie mieli kłopoty? - zainteresował się Ashe.
-   Jakaś   lokalna   dysputa   na   tematy   religijne.   Zrobiliśmy,   co   było   można,   ale   nie 

jesteśmy   na   sto   procent   pewni,   czy   właściwie   odczytaliśmy   ich   kod.   Zdaje   nam   się,   że 
odgrywali lokalnego boga i coś tam nie poszło dobrze.

- Znów Lurgha? - uśmiechnął się Ashe.
- Głupie to - zdenerwował się Webb. - Naprawdę głupie. Ty sam, Gordon, omal nie 

przekroczyłeś  niebezpiecznej  granicy.  Włączanie  w nasze sprawy Wielkiej  Matki to była 

background image

bardzo śliska sprawa. Miałeś szczęście, że poszło gładko.

- Raz się udało - zgodził się Ashe. - I być może nawet dzięki temu przeżyliśmy. Ale 

zapewniam cię, że nie zamierzam zaczynać żadnej świętej wojny ani ogłaszać się prorokiem.

Rossa szkolono w zakresie posługiwania się mapą, ale nadal nie potrafił wyobrazić 

sobie   w   rzeczywistości   tych   kolorowych   plamek,   które   widniały   na   papierze.   Miał   więc 
nadzieję,   że   tam   na   dole   znajdzie   jakieś   naturalne   punkty   orientacyjne,   najlepiej   dużych 
rozmiarów. Tylko coś takiego mógłby zapamiętać.

Samo lądowanie, które odbyło się zgodnie z instrukcjami Millairda, nie było rodzajem 

przygody, na którą pisałby się dobrowolnie. Już sam wyskok wymagał dobrego wyczucia 
czasu, a lot na spadochronie w nocy i podczas deszczu nie należał do przyjemnych. Ten skok 
na ślepo, w kompletną ciemność i nicość, był dla Rossa jednym z najtrudniejszych testów, 
jakie przechodził w życiu. A jednak udało się, podobnie jak udało mu się wylądować bez 
specjalnej kontuzji na niewielkiej polance, którą obrali za cel.

Ross, wyplątawszy się z licznych pasków i uprzęży, pociągnął czaszę spadochronu na 

środek polany. Podczas tej roboty usłyszał donośne ryczenie dochodzące z powietrza i tylko 
dzięki temu zdążył zejść z drogi lądującemu na spadochronie osłowi, który już po chwili 
zaczął się rzucać pod splątanym płótnem. Zajęty swoim spadochronem zupełnie zapomniał o 
dwóch   zwierzakach,   które   wysłano   wraz   z   nimi.   Na   szczęście   specjalnie   dobrano 
spokojniejsze ze spokojnych, więc kiedy zwierzę poczuło na karku ręce Rossa i usłyszało 
jego uspokajający głos, stanęło i pozwoliło rozplatać się ze sznurów.

- Rossa - usłyszał swe imię w języku ludu pucharu.
- Tutaj. Mam jednego osła.
- Ja mam drugiego! - to był głos McNeila.
Oczy szybko przyzwyczajały się do ciemności, która na polanie nie była tak gęsta, jak 

między drzewami. Praca szła sprawnie. Spadochrony zostały zebrane w jeden tobół. Zgodnie 
ze słowami Webba, padający deszcz powinien tylko przyspieszyć proces zniszczenia, który 
mieli   wywołać   za   pomocą   środka   chemicznego.   Ashe   wysypał   go   na   tkaniny.   Świecił 
delikatnym zielonkawym blaskiem.

Potem   odeszli   głębiej   w   las   i   rozbili   prowizoryczny   obóz,   by   dotrwać   do   świtu. 

Wszystko  w ich dotychczasowej podróży zależało od szczęścia i to na razie dopisywało. 
Jeżeli jakiś agent nie przyczaił się gdzieś w lesie i nie obserwował lądowania, ich przybycie 
pozostało   niezauważone.   Dalszy   plan   działania   był   bardzo   elastyczny.   Udając   handlarzy 
zamierzających   zbudować   nową   faktorię   mieli   rozbić   obóz   nad   rzeką   wypływającą   z 
pobliskiego jeziora, która potem skręcała na południe i uchodziła do morza. Wiedzieli, że ten 
rejon jest bardzo słabo zasiedlony, a szczepy były niewiele liczniejsze od rodziny. Większość 
mieszkańców stanowili myśliwi, którzy przemierzali te tereny na pomoc i południe w za-
leżności od pory roku. Wzdłuż wybrzeża znajdowało się kilka stałych osad rybackich, które z 
czasem miały zamienić się w miasta. Wprawdzie na południu było kilka pionierskich osad 
rolniczych, ale jeśli zjawiali się tu jacyś handlarze, to nie po ryby czy płody rolne, ale po futra 
i bursztyn. A lud pucharu handlował oboma tymi towarami.

Kiedy znaleźli w miarę bezpieczne schronienie w wykrocie przy powalonej sośnie, 

Ashe   rozpakował   jedną   z   paczek   i   wydobył   z   niej   puchar   -   przedmiot   będący   znakiem 
rozpoznawczym ludu, który ich “adoptował". Przygotował porcję gorzkiego pobudzającego 
napoju,   który   handlarze   zwykli   popijać   w   drodze.   Puchar   krążył   z   rąk   do   rąk.   Napój 
smakował   paskudnie,   ale   dawał   przyjemne   uczucie   ciepła   we   wnętrznościach.   Potem 
przespali się nieco do świtu, na zmianę trzymając warty. Wreszcie pojawiły się pierwsze pro-
mienie słońca.

background image

Po   śniadaniu   założyli   osiołkom   pakunki,   używając   węzłów   i   uprzęży 

charakterystycznych dla ludu pucharu. Jeszcze tylko zabezpieczyli łuki przed przemoczeniem 
i mogli wreszcie wyruszyć na południe w poszukiwaniu rzeki.

Ashe   prowadził,   Ross   ciągnął   osły,   McNeil   był   strażą   tylną.   Nie   znaleźli   żadnej 

ścieżki, toteż minęło sporo czasu, nim wreszcie dotarli do skraju jeziora.

- Czuję palące się drewno - powiedział nagle Ashe, zatrzymując się.
Ross wciągnął powietrze i również poczuł ten zapach.
McNeil bez słowa kiwnął głową i znikł między drzewami. Kiedy czekali w milczeniu 

na jego powrót, Ross dopiero zdał sobie sprawę, jak tętni życiem otaczający ich las. Po pniu 
drzewa przebiegła  wiewiórka. Zatrzymała  się, wlepiła  w  obu ludzi  czarne  paciorki  oczu, 
przekrzywiła   głowę,   by   widzieć   wyraźniej.   Gdy   poruszył   się   jeden   z   ostów,   wiewiórka 
umknęła w mgnieniu oka, machając tylko na pożegnanie rudą kitą.

Chociaż   zdawało   się,   że   wokół   panuje   cisza,   Ross   słyszał   cichy   szum,   szum 

składający się z tysięcy drobnych dźwięków. Może dlatego, że tak bardzo się wsłuchiwał, 
usłyszał odgłos innego rodzaju...

Położył dłoń na ramieniu Ashe'a i ruchem głowy wskazał pobliskie krzaki. Nie minęła 

chwila, a niemal bezszelestnie wynurzył się spomiędzy nich McNeil.

- Mamy towarzystwo - powiedział cicho.
- Jakie?
- Tubylcy. Ale znacznie dziksi, niż kiedykolwiek widziałem na taśmach. Zdaje się, że 

jesteśmy poza zasięgiem głównego nurtu cywilizacji.

Ci   ludzie   wyglądają,   jakby   dopiero   wyszli   z   jaskiń.   Nie   sądzę,   by   kiedykolwiek 

słyszeli o handlarzach.

- Ilu?
-   Trzy,   może   cztery   rodziny.   Większość   mężczyzn   musi   być   na   polowaniu,   bo 

przeważają kobiety i dzieci. I sądzę, patrząc na nich, że ostatnio niezbyt im się szczęściło.

- Może ich szczęście i nasze podąża tą samą ścieżką- powiedział Ashe. - Na razie ich 

ominiemy i pójdziemy do rzeki. Pohandlujemy później. Tak czy owak, na pewno nawiążemy 
z nimi kontakt.

background image

9

Nie chcę rozbudzać przesadnych nadziei - McNeil starł pot z czoła - ale jak dotąd 

idzie nam całkiem nieźle.

Odsunął   nogą   ze   ścieżki   kilka   gałęzi,   które   wcześniej   Ross   odciął   z   powalonych 

drzew, i skoczył pomóc swemu towarzyszowi w przetaczaniu następnego drewnianego pnia. 
Ich tymczasowe schronienie nabierało  cech trwałości. Gdyby teraz śledził ich jakiś leśny 
myśliwy, dostrzegłby tylko zwyczajnych handlarzy wznoszących swój fort.

Wszyscy byli zresztą pewni, że są obserwowani przez łowców. Musieli zawsze dla 

własnego bezpieczeństwa zakładać, że są śledzeni. Nocą mogli zachowywać się nietypowo, 
ale w dzień każdy musiał grać swoją rolę i nieważne, czy była przy tym jakaś publiczność czy 
też nie.

Wymiana   towarowa,   jaką   przeprowadzili   z   szefem   klanu,   zwabiła   wielu 

onieśmielonych   ludzi   do   obozu   dziwnych   przybyszy,   którzy   ofiarowywali   różne   cuda   w 
zamian za wyprawione skóry jeleni lub futra. Wieść o przybyciu handlarzy bardzo szybko się 
rozeszła   i   już   wkrótce   dwa   następne   klany   przysłały   pierwszych   wysłanników.   Agenci 
zadawali   tubylcom   wiele  pytań,   gdy   tylko   nadarzała   się   okazja   do   dłuższej   pogawędki. 
Chociaż tutejsi mieszkańcy lasu mówili innym językiem, do porozumienia się wystarczały 
gesty i kilka szybko wyuczonych podstawowych słów. Ponadto Ashe zdołał się zaprzyjaźnić 
z najbliżej mieszkającym klanem, pierwszym, z którym się zetknęli, i często wyprawiał się z 
nimi na łowy, co było doskonałym pretekstem do badania okolicy. Wszak na tym nieznanym 
terenie chcieli znaleźć bazę Czerwonych.

Ross zanurzył dłonie w rzece i opłukał twarz.
-   Jeśli   Czerwoni   nie   są   handlarzami   myślał   na   głos   -   to   jakiej   przykrywki   mogą 

używać? 

McNeil wzruszył ramionami.
- Łowców, rybaków...
- Skąd wzięliby kobiety i dzieci?
- Albo tak jak i mężczyzn - z naszych czasów, albo poradziliby sobie z tym na sposób 

wielu współczesnych plemion.

- Masz na myśli zabicie mężczyzn i przejęcie ich rodzin!? -spytał Ross.
Poczuł dreszcz na samą myśl o tym. Zawsze uważał się za twardziela, ale podczas 

realizacji   tego   projektu   już   kilka   razy   zdarzyło   mu   się   stanąć   oko   w   oko   z   czymś,   co 
naprawdę nim wstrząsnęło.

- Tak to się robiło - odparł beznamiętnie McNeil. - Zdarzało się to setki razy przy 

różnych   najazdach.   A   tutaj   przy   tak   małych   rodzinnych   klanach,   mocno   zresztą 
rozproszonych, byłoby to niezwykle łatwe.

-   Na   pewno   udają   rolników,   nie   łowców   -   rzekł   Ross.   -   Nie   mogliby   prowadzić 

koczowniczego trybu życia. Musieliby przenosić bazę na plecach.

- No dobrze, więc założyliby wioskę rolniczą. Aha, już wiem, co masz na myśli - w 

pobliżu nie ma żadnej wioski. A jednak muszą tu być, może pod ziemią.

Jak trafne były ich przypuszczenia, przekonali się jeszcze tej nocy, gdy Ashe wrócił z 

polowania z samą przewieszoną przez ramię. Ross znał swego partnera wystarczająco dobrze, 
by wyczuć jego podekscytowanie.

- Dowiedziałeś się czegoś? - zapytał.

background image

- Tak, o nowym rodzaju duchów - odpowiedział Ashe uśmiechając się tajemniczo
-   Duchy!   -   zawołał   McNeil.   -   Zdaje   się,   że   Czerwoni   lubią   się   bawić   w   siły 

nadprzyrodzone. Najpierw głos Lurghy, a teraz duchy. I co robią te duchy?

- Zamieszkują górzysty teren na południowy wschód stąd. Teren, który jest ścisłym 

tabu dla łowców. Ścigaliśmy bizona i zwierzak wlazł do tego kraju duchów. A wtedy Ulffa 
odwołał wszystkich w wielkim pośpiechu. Zdaje się, że każdy łowca, który się tam zapuścił, 
znikał bez  śladu, a jeśli nawet zdołał się stamtąd wyczołgać, był potwornie poparzony. To 
jedna sprawa. - Usiadł przy ogniu i przeciągnął się ze znużeniem. - Druga jest dla nas nieco

bardziej kłopotliwa. Obóz “naszego ludu", znajdujący się jakieś dwadzieścia mil stąd na 

południe, o ile dobrze oceniam odległość na podstawie opowieści, został tydzień temu starty z 
powierzchni   ziemi.   Powiedziano   mi   to   jako   krewnemu   ofiar...   McNeil   wyprostował   się 
gwałtownie.

- Polują na nas?
- Niewykluczone. Z drugiej strony, może chodzić o standardowe środki ostrożności.
- Czy zrobiły to duchy? - zaciekawił się Ross.
- Pytałem o to. Nie. Zdaje się, że jacyś obcy dzicy najechali obóz w nocy.
- W nocy? - gwizdnął McNeil.
- Tak jest - głos Ashe'a był szorstki. - Tubylcy nie walczą w ten sposób. Albo ktoś 

niedokładnie zna tutejsze zwyczaje, albo Czerwoni są tak pewni siebie, że nie dbają o zasady. 
Ale   to   była   robota   dzikich   albo   kogoś,   kto   ich   udawał.   Chociaż   krążą   także   paskudne 
pogłoski, że duchy wyjątkowo nie lubią handlarzy i mogą ukarać za ich przyjmowanie swym 
gniewem...

- Aha. Gniewem Lurghy - uzupełnił Ross.
-   Zgodzicie   się   zatem,   że   brzmi   to   wielce   podejrzanie,   nawet   dla   tak   mało 

podejrzliwych ludzi jak my.

- Proponuję zaprzestać na razie wypraw z łowcami - powiedział McNeil. - Może się 

zdarzyć, że ktoś podczas łowów pomyli przyjaciela z wilkiem lub jeleniem.

- Masz rację - zgodził się Ashe. - Ci ludzie wydają się bardzo prości, ale ich umysły 

pracują według zupełnie innych wzorców niż nasze. Zdaje nam się, że wyprowadzamy ich w 
pole,   wystarczy   jednak   drobna   pomyłka   i   rezultat   może   być   tragiczny.   W   międzyczasie 
proponuję umocnić nieco naszą siedzibę. Proponuję też wystawić straże, choć możliwie nie 
rzucające się w oczy.

- A może lepiej upozorować zniszczenie naszego obozu i nasze przeniesienie się na 

łono   Abrahama?   -   zasugerował   McNeil.   -Moglibyśmy   wyruszyć   ku   górom   duchów, 
podróżując nocami, a ludzie Ulffa niech sobie myślą, że nie żyjemy.

- To też niezły pomysł. Słabym punktem jest brak ciał. Zdaje się bowiem, że ci, którzy 

najechali   poprzedni   obóz,   zostawili   wyraźne   ślady   swych   morderstw.   A   tego   raczej   nie 
zdołamy przygotować.

McNeil był nie przekonany.
- Może udałoby się upozorować coś w tym guście...
- A jeśli nie będziemy mieli czasu niczego przygotować? -powiedział cicho Ross. Stał 

przy palisadzie, którą otoczyli swą chatę, i właśnie wyglądał na zewnątrz. Ashe w mgnieniu 
oka stanął u jego boku.

- Co jest?
Teraz Ross przekonał się, że długie godziny wsłuchiwania się w odgłosy lasu nie 

poszły na mamę.

- Tego ptaka nigdy nie słyszeliśmy z głębi lasu. To ten niebieski, który łowi żaby nad 

background image

rzeką.

Ashe nawet nie spojrzał z stronę lasu. Chwycił naczynie z wodą.
- Zabierzcie suche racje żywnościowe! - rozkazał. Zawsze mieli pod ręką po skórzanej 

sakwie z żelaznym zapasem. McNeil pośpiesznie chwycił sakwy. I znów rozległ się krzyk 
ptaka, donośny, przenikliwy, słyszalny z daleka. Ross wiedział, że z tego właśnie powodu 
został   wybrany   na   sygnał,   choć   wybrany   głupio.   Szybkim   krokiem   podszedł   do 
przywiązanych osłów i jednym ruchem przeciął linki. Zapewne powolne, łagodne stworzenia 
padną łupem jakichś leśnych drapieżców, ale przynajmniej dał im szansę ucieczki.

McNeil, zarzuciwszy na siebie obszerny płaszcz, by ukryć podróżne sakwy, chwycił 

drewniane wiadro, jakby zamierzał zejść do rzeki po wodę, i dołączył spokojnym krokiem do 
maszerującego w tamtym kierunku Rossa.

Mieli nadzieję, że ewentualnym obserwatorom ich ruchy nie wydadzą się podejrzane. 

Jednak albo nie byli przekonujący, albo któryś z napastników był w gorącej wodzie kąpany, 
bo nagle usłyszeli świst strzały.  Leciała  w kierunku ogniska. Ashe uniknął  śmierci  tylko 
dlatego, że akurat pochylił  się, by dołożyć  drew do ognia. Teraz błyskawicznym  ruchem 
chwycił naczynie z wodą i chlusnął w płomienie, a sam ruszył w przeciwnym kierunku. Ross 
i McNeil skoczyli w krzaki. Padli płasko na ziemię i zaczęli przedzierać się ku brzegowi 
rzeki.

- Ashe? - zapytał Murdock szeptem.
 Poczuł na policzku gorący oddech McNeila.
- Da sobie radę. Jeśli o to chodzi, jest najlepszy z nas. Czołgali się przez krzaki, 

dwukrotnie   zastygając   w   kompletnym   bezruchu,   ze   sztyletami   w   dłoniach,   i   nasłuchując 
szelestu gałęzi zdradzającego zbliżanie się jednego z napastników. Za każdym razem Ross 
miał ochotę zerwać się i dźgnąć obcego, ale zdołał zwalczyć ten impuls.

Wstążka rzeki błyszczała blado w ciemnościach pomiędzy czarnymi krzewami. Wciąż 

jeszcze   widać   było   ślady   zimy   w   postaci   sporych   zasp   i,   szarego   w   nocy,   śniegu   w 
ocienionych   miejscach.   O   zimie   nie   pozwalały   też   zapomnieć   dokuczliwe   ukąszenia 
przenikliwego wiatru.

W mroku, gdzieś w górze rzeki, rozległ się przeraźliwy krzyk. Ross w bezwiednym 

odruchu paniki uniósł się już na kolana i byłby może stanął na nogi i pognał w kierunku, z 
którego przybyli, gdyby ciężka ręka McNeila nie opadła mu na ramię.

- To był osioł! - usłyszał ostry szept. - Spokój! Idziemy w dół rzeki do tego brodu.
Skręcili   na   południe   i   wstali   z   kolan.   Przychyleni   ku   ziemi,   pognali   przed   siebie 

wzdłuż rzeki. Rzeka przybrała już po wiosennych deszczach i chociaż wciąż daleko było jej 
do stanu powodziowego, zaczynała rozlewać się szerzej. Dopiero dwa dni wcześniej odkryli 
miejsce, w którym mogli dostrzec piaszczyste dno. Gdyby teraz udało im się przekroczyć 
rzekę, mogliby odgrodzić się od nieznanego wroga wodną zaporą. To dałoby chwilę oddechu, 
chociaż Ross aż się kulił na samą myśl o przeprawie przez lodowatą wodę. Nie dalej jak 
wczoraj widział duże drzewa niesione rzecznym nurtem. A przeprawa w nocy...

Nagle z gardła McNeila wydobył się dźwięk, który Ross ostatni raz słyszał w Brytanii 

- wycie polującego wilka. Po kilku sekundach w dole rzeki rozległ się podobny odgłos.

- Ashe!
Wciąż zachowując wszelkie środki ostrożności, przesuwali się powoli wzdłuż brzegu, 

aż wreszcie spotkali się z Ashem. Już w komplecie przeprawili się przez rzekę i kontynuowali 
marsz na południe, zmierzając w kierunku gór. I wtedy wydarzyła się katastrofa.

Tym razem Ross nie został ostrzeżony przez ptasi zew. Choć to on był w ariergardzie, 

nie usłyszał ani nie wyczuł zbliżającego się z tyłu niebezpieczeństwa. W jednej chwili widział 

background image

sylwetki   podążających   przed   nim   McNeila   i   Ashe'a,   a   w   następnej   wszystko   stało   się 
ciemnością.

Pierwszą rzeczą jaka dotarła do jego zmysłów, był pulsujący ból w tyle głowy. Zmusił 

się do otwarcia oczu. Promienie światła wtargnęły do wnętrza jego czaszki z siłą rzuconej 
włóczni, a ból nagle stał się niemożliwy do wytrzymania. Uniósł dłoń i wymacał na głowie 
potężnego guza.

- Assha.... - to miał być głośny krzyk, ale niestety nawet on nie usłyszał własnego 

głosu. Byli w dolinie, z krzaków zaatakował go wilk. Wilk? Nie, wilk już nie żył, ale przecież 
coś wyło na drugim brzegu rzeki.

Ross  po raz drugi zaryzykował  otworzenie  oczu. Teraz rozpoznał  ten przenikliwy 

snop światła - słońce. Odwrócił głowę, by nie patrzyć wprost na nie. Wciąż był oszołomiony, 
ale   spróbował   zebrać   myśli.   Zdaje   się,   że   istniała   jakaś   przyczyna,   dla   której   powinien 
uciekać? Ale skąd uciekał, dokąd i dlaczego? Kiedy usiłował się skupić, widział tylko mgliste 
obrazy   z   przeszłości,   które   nie   tworzyły   żadnej   sensownej   całości.   Nagle   w   jego   polu 
widzenia   pojawił   się   jakiś   ruchomy   obiekt.   Widział   go   na   tle   innego   obiektu,   który   już 
wcześniej uznał za pień drzewa. Czworonożna istota z czerwonym językiem zwisającym z 
pyska. Podeszła na sztywnych nogach. W jej gardle narastał niski warkot. Zwierzę obwąchało 
jego ciało, a potem wydało z siebie serię krótkich i donośnych szczęknięć. Ta fala dźwięku 
ugodziła głowę Rossa z taką siłą, że aż zamknął oczy. Chwilę potem poczuł na twarzy jakąś 
lodowatą ciecz. Jęknął i gwałtownie otworzył oczy. Ujrzał nad sobą brodatą twarz, którą, jak 
mu się zdawało, widział już w przeszłości.

Jakieś ręce dźwignęły go tak gwałtownym ruchem, że ponownie zapadł w całkowitą 

ciemność.

Kiedy się obudził, była już noc, a ból w jego głowie znacznie osłabł. Pomacał rękoma 

dookoła siebie. Leżał na stosie futer, a jedno z nich służyło mu za przykrycie.

-   Assha...   -   jeszcze   raz   wyszeptał   to   imię.   A   jednak   to   nie   Assha   pojawił   się   w 

odpowiedzi na wezwanie. Kobieta, która przy nim uklękła z kubkiem w dłoni miała związane 
z tyłu włosy. Siwe pasemka wyglądały w świetle ognia jak żyły srebra. Ross był pewien, że 
już ją kiedyś widział, ale nie mógł sobie przypomnieć, kiedy i gdzie.  Kobieta uniosła mu 
nieco głowę, przytknęła kubek do ust i wlała do gardła jakąś gorzką, palącą ciecz. Poczuł 
ciepło rozlewające się po całym ciele. Napoiwszy go, kobieta wyszła. Ross został sam. Mimo 
bólu i oszołomienia zdołał zasnąć.

Nie wiedział, ile dni spędził w obozie Ulffy pielęgnowany przez jego żonę. Stracił 

poczucie upływającego czasu. Zorientował się jednak, że właśnie Frigga poleciła przynieść 
go tu, mimo iż inni nie wierzyli, by zdołał wyrwać się śmierci. Pielęgnowała go wytrwale i w 
końcu przywróciła życiu.

Dlaczego zadała sobie ten trud, Ross zrozumiał, gdy jego stan poprawił się na tyle, że 

mógł usiąść i uporządkować myśli. Frigga łaknęła wiedzy. Dlatego zaczęła interesować się 
ziołami i została znachorką. Ross stanowił wyzwanie dla jej medycznych  umiejętności, a 
teraz gdy zdołała go uleczyć, pragnęła dowiedzieć się od niego tak wiele, jak tylko można.

Ulffa czy inni mężczyźni ze szczepu na pewno bardziej pożądaliby metalowej broni 

handlarzy, ale Frigga wolała poznać sekret wykonywania takiej odzieży, jaką miał na sobie 
obcy, chciała słuchać opowieści o jego zwyczajach i o ziemiach, które przemierzył. Toteż 
zasypywała Rossa nie kończącymi się pytaniami. Odpowiadał w miarę swych możliwości, 
albowiem wciąż jeszcze znajdował się w pół śnie pół jawie i nie był nawet pewien realności 
obecnych  zdarzeń, a co dopiero przeszłych.  Przeszłość była  zamglona i odległa,  choć co 
pewien czas wracała doń natrętna myśl, że miał do spełnienia jakieś zadanie.

background image

Wódz   i   jego   wojownicy   wyprawili   się   do   zniszczonej   faktorii   po   wycofaniu   się 

napastników i przynieśli stamtąd mnóstwo łupów: brzytwy z brązu, dwa noże do oprawiania 
zwierząt, kilka haczyków na ryby oraz tkaniny, którymi zajęła się Frigga. Ross przyglądał się 
obojętnie temu rabunkowi, nie protestując. W ogóle większość jego myśli koncentrowała się 
na potwornych bólach głowy, których powracające ataki często pozbawiały go przytomności 
na całe godziny lub nawet dni.

Mimo to zdołał zrozumieć, że klan Ullfy też obawia się napaści ze strony tych samych 

ludzi, którzy zniszczyli ich placówkę. Na razie jednak rozesłani we wszystkich kierunkach 
zwiadowcy meldowali o wycofaniu się napastników na południe.

Zaszła   jeszcze  jedna  zmiana,  której  Ross   wprawdzie  nie   był   świadomy,  ale   która 

mocno zaskoczyłaby zarówno Ashe'a jak i McNeila. Otóż Ross Murdock naprawdę umarł w 
momencie, gdy na brzegu rzeki powalił go cios w głowę. Młody mężczyzna, którego za po-
mocą swego kunsztu przywróciła do przytomności Frigga, był Rossa z ludu pucharu. Tenże 
Rossa nosił w sercu gorącą chęć zemsty na tych, którzy go napadli, porwali jego krewnych. A 
ludzie, którzy się nim opiekowali, w pełni rozumieli to uczucie.

Żądza   pomsty,   jak   również   powracające   natrętnie   myśli   o   zapomnianym   zadaniu, 

pchały go do czynu, mimo że miał jeszcze kłopoty z ustaniem na nogach. Stracił wprawdzie 
łuk,   ale   potrzebował   zaledwie   kilku   godzin,   by   sporządzić   nowy.   Za   swą   miedzianą 
bransoletę   kupił   od   Ullfy   tuzin   najlepszych   strzał.   Natomiast   zapinkę   z   agatu,   która 
przytrzymywała płaszcz, podarował Frigdze jako wyraz swej wdzięczności.

Stopniowo wracał do sił i nie mógł spokojnie usiedzieć w obozie. Był gotów, chociaż 

tył   głowy   wciąż   pobolewał   przy   dotknięciu.   Gdy   Ulffa   zarządził   wyprawę   łowiecką   na 
południe, Ross wyruszył wraz z jego ludźmi.

Rozstał się z nimi dopiero, gdy dotarli do granicy ziemi, która była tabu. Ross przeżył 

chwilę wahania - teraz, gdy to drugie, wyuczone ,ja" zapanowało nad jego osobowością, bał 
się. Wiedział, że góry są tabu i nie powinien tam iść. Zarazem czuł, że właśnie w górach jest 
to, czego szukał

Jak długo się wahał, nim wreszcie wkroczył na zakazany szlak, nie potrafił określić. 

Ale w dzień po odejściu łowców z klanu, promień słońca padający pomiędzy drzewa ukazał 
jego oczom nacięcie na jednym z pni. Na mgnienie oka obie osobowości Rossa znów stały się 
całością i natychmiast podszedł do tego znaku. A kiedy znalazł kolejne nacięcia na pniach był 
pewien, że to oznaczenie szlaku, który poprowadzi go przez nieznane terytorium. I wtedy 
pragnienie odnalezienia krewnych przemogło obawy przed gniewem bogów.

Wkrótce się upewnił, że była to uczęszczana droga. Dostrzegł źródło oczyszczone z 

liści i obudowane kamieniami, widział kilka stopni wyżłobionych na torfowym zboczu. Ross 
szedł,   rozglądając   się   czujnie   wokół,   nasłuchując   każdego   najmniejszego   dźwięku.   Nie 
urodził się w lesie, ale uczył się szybko, a teraz, gdy jego prawdziwa osobowość została 
przytłumiona, być może jeszcze szybciej.

Tej nocy nie rozpalił ognia. Spał we wnętrzu przegniłego pnia drzewa. Budził się 

dwukrotnie; raz, gdy zabrzmiał odległy zew wilka, drugi - gdy usłyszał łoskot padającego 
spróchniałego drzewa powalonego przez wiatr.

Kiedy rankiem miał właśnie zamiar powrócić na szlak, od którego oddalił się nieco na 

noc   dla   bezpieczeństwa,   nagle   dojrzał   pięciu   brodatych   mężczyzn   odzianych   w   futra. 
Przypominali łowców Ulffy. Zapadł bezszelestnie w krzaki i obserwował, jak oddalają się w 
kierunku, w którym zmierzał. Dopiero gdy znikli z pola widzenia, ruszył w dalszą drogę. 
Szedł   ich   tropem   cały   następny   dzień   utrzymując   bezpieczną   odległość.   Dostrzegł   ich 
ponownie w oddali tylko raz, kiedy zatrzymali się na posiłek na szczycie jednego ze wzgórz.

background image

Późnym popołudniem dotarł do krawędzi skalnej skarpy, skąd mógł spojrzeć na leżącą 

poniżej dolinę.

I   dostrzegł   osadę.   Solidne   drewniane   budowle   otoczone   palisadą.   Widywał   już 

przedtem osiedla o podobnych rozmiarach, to jednak zbudowane było z taką precyzją, że 
zdawało się nierealne.

Spoglądał w dół na mieszkańców niezwykłego grodu. Niektórzy wyglądali jak odziani 

w   skóry   łowcy,   których   śledził,   ale   bynajmniej   nie   wszyscy.   Po   chwili   nie   zdołał 
powstrzymać cichego okrzyku zaskoczenia, gdy z jednego z domów wyszedł człowiek z jego 
ludu!

To miejsce było dziwne, na tyle dziwne, że czuł się nieswojo, mimo iż nie wyczuwał 

żadnego   bezpośredniego   niebezpieczeństwa.   Uniósł   się   na   kolana,   by   dojrzeć   dalsze 
szczegóły, gdy nagle w powietrzu świsnął rzucony arkan. Lina opasała go na wysokości piersi 
i pociągnęła potężnym szarpnięciem, które nie tylko pozbawiło jego płuca powietrza, ale też 
unieruchomiło ręce.

background image

10

Murdock poddał się szybciej, niż się spodziewał. Jeszcze trzy tygodnie temu, gdy 

został pojmany, nie spodziewał się, że tak łatwo można ukorzyć jego buntowniczą naturę. 
Teraz zaś stał pokornie, przyglądając się przesłuchującemu go mężczyźnie. Ten, choć ubrany 
jak handlarz z jego ludu, używał języka, którego Ross nie znał.

- Nie będziemy się tu bawić - wreszcie zabrzmiały słowa, które Murdock zrozumiał. - 

Odpowiesz na moje pytania albo zada ci je ktoś inny w znacznie mniej uprzejmy sposób. 
Więc się staraj. Po pierwsze, kim jesteś i skąd przybywasz?

Przez moment  Ross patrzył  mu  hardo w oczy.  Czuł wyraźnie,  jak narasta w  nim 

wrodzony   sprzeciw   wobec   wszelkiego   przymusu   i   władzy,   zwyciężył   jednak   zdrowy 
rozsądek. Już wstępne przyjęcie, jakie zgotowano mu w tej wiosce, pozostawiło wiele śladów 
na jego ciele. Nie ma sensu dać się katować bez potrzeby, bo jeśli zbytnio go zmasakrują, nie 
będzie w stanie uciec, gdy nadarzy się sposobność.

- Jestem Rossa z handlarzy - odpowiedział, mierząc uważnym spojrzeniem swego 

rozmówcę.   -   Przybyłem   tu   w   poszukiwaniu   moich   krewnych,   którzy   zostali   w   nocy 
zaatakowani przez wrogów.

Człowiek siedzący za stołem uśmiechnął się i rzekł coś do pozostałych w dziwnym 

języku. Mówił tak gniewnym tonem, że Ross, mimo iż nie rozumiał ani słowa, odruchowo 
cofnął się o krok.

Jeden z siedzących obok mężczyzn przerwał ten potok stów i zwrócił się do Murdocka 

w języku ludu pucharu:

- Skąd przybyłeś?
Wyglądał   na   spokojniejszego   i   znacznie   inteligentniejszego,   był   też   drobniejszej 

budowy niż człowiek, który schwytał Murdocka na arkan i w ciągu następnych paru dni 
pracował nad jego uległością.

-   Przybyłem   z   południa   -   odpowiedział   Ross.   Ta   ziemia   obfituje   w   futra   i   inne 

bogactwa, które można zebrać i kupić. Handlarze podróżują w pokoju i nie chcą z nikim 
walczyć. A jednak w nocy przyszli ludzie, którzy zabijali nie z chęci zysku. Powód ich ataku 
jest mi nieznany.

Padły dalsze pytania.  Ross opowiadał  historię Rossy,  kupca z ludu pucharu. Tak, 

pochodzi z południa. Jego ojcem był Gurdi, który miał faktorię handlową w ciepłych krajach 
nad brzegiem wielkiej rzeki. To była pierwsza podróż Rossy na nowe tereny. Przybył tu z 
bratem krwi swego ojca, Asshą, który jest znanym podróżnikiem. Z Asshą podróżował też 
Makna, także sławny, choć nie tak bardzo.

Oczywiście, że Asshą jest z naszego ludu! - Ross zdumiał się słysząc to stwierdzenie. 

Wystarczyło przecież na niego spojrzeć, by być pewnym, że płynie w nim krew handlarzy, a 
nie dzikich leśnych ludzi. Jak długo zna Asshę? Ross wzruszył ramionami. Asshą przyszedł 
do faktorii ojca zeszłej zimy i pozostał tam przez porę mrozów. Gurdi i Asshą zmieszali swą 
krew, gdy Asshą uratował Gurdiego z wiosennej powodzi. Podczas akcji ratunkowej Asshą 
utracił swą łódź i towary, toteż Gurdi wynagrodził mu te straty.

Ross opowiedział ze szczegółami także historię ich ostatniej ucieczki. Jednocześnie 

nie mógł się pozbyć uczucia, że mówi o sprawach, które wydarzyły się w dalekiej przeszłości 
i to komuś innemu. Może ten ból głowy, pamiątka po uderzeniu, powodował, że przeszłość 
zdawała mu się obojętna i odległa.

background image

-   Sądzę   -   cichy   mężczyzna   zwrócił   się   do   tego,   który  siedział   za   stołem   -   że   to 

naprawdę Rossa, handlarz z ludu pucharu.

Jednak mężczyzna za stołem wciąż był rozdrażniony. Na gest jego dłoni ktoś obrócił 

brutalnie   Rossa   o   sto   osiemdziesiąt   stopni   i   pchnął   silnie   w   stronę   drzwi   wyjściowych. 
Murdock   usłyszał   słowa   wypowiedziane   w   nieznanym   mu   gardłowym   języku   i   silne 
uderzenie pięści o blat stołu. Czy to miało być ostrzeżenie? Groźba?

Ross wylądował w małej celi o twardej podłodze, na której nie leżała ani jedna skóra, 

mogąca posłużyć za posłanie. Ponieważ mężczyzna, który wypytywał go spokojnym tonem, 
nakazał   zdjęcie   więzów,   Ross   mógł   rozmasować   zdrętwiałe   ramiona,   przywracając   im 
normalne   krążenie   krwi   i   czucie.   Wciąż   też   starał   się   zrozumieć,   gdzie   właściwie   trafił. 
Przyjrzał się wcześniej osadzie ze wzgórza i był pewien, że nie jest to zwyczajna faktoria 
handlowa. Gdzie więc był? Czy w tej wiosce mogą przebywać Assha i Makna?

Do końca dnia tylko raz otworzono drzwi jego celi, by wstawić do środka miskę i 

mały dzban. Poczuł głód dopiero o zmierzchu. Zanurzył  palce w letniej  już papce. Zjadł 
wszystko, a potem wypił  wodę ze dzbana. Piekielny ból głowy osłabł nieco i Ross miał 
nadzieję, że gdy się wyśpi, znowu będzie mieć jasny umysł. Przezornie ułożył się do snu pod 
samymi drzwiami. Teraz nikt nie mógł wejść do celi, nie budząc go od razu.

Kiedy się obudził, wciąż panowały ciemności. Nie pamiętał, co mu się śniło, ale już w 

momencie   przebudzenia   czuł   wewnętrzną   pewność,   że   dzieje   się   coś   niezwykłego. 
Natychmiast usiadł, rozciągając ramiona i nogi zesztywniałe po śnie na twardej podłodze. 
Wciąż nie mógł się pozbyć dziwnego uczucia, że coś powinien zrobić, że czas pracuje na jego 
niekorzyść.

Assha! Uchwycił się kurczowo tej myśli. Musi znaleźć Asshę i Maknę. W trojkę na 

pewno znajdą sposób, by się wydostać z tej wioski. To właśnie była ta ważna rzecz, o której 
miał pamiętać!

Nie obchodzono się z nim łagodnie, wtrącono do więzienia. Jednak Ross był pewien, 

że to wcale nie najgorsza rzecz, jaka mogła go tu spotkać. Wiedział też, że musi się stąd 
wydostać, zanim nadejdzie ta najgorsza. Ale w jaki sposób zdoła uciec? Stracił sztylet i łuk, 
nie ma nawet tej długiej szpili do płaszcza, ponieważ podarował ją Frigdze. Przebiegł rękami 
po ubraniu, sprawdzając, co pozostało mu z przedmiotów, które posiadał. Rozpiął łańcuch z 
brązu,   przytrzymujący   kilt.   Zważył   go   w   dłoni   i   ocenił  długość.   To   był   prawdziwy   cud 
rękodzielnictwa. Pokryte wzorami koła z brązu, połączone po pięć, i przednia zapinka w 
kształcie lwiej głowy, której wysunięty język służył za uchwyt do przytrzymywania pochwy 
ze sztyletem. Był ciężki. Mógł posłużyć za broń, jeśli zostanie użyty w dobrym momencie.

A jednak musieli  się spodziewać jakiegoś oporu z jego strony.  Było powszechnie 

wiadomo, że tylko najlepsi i najbystrzejsi wojownicy wyruszają na dalekie handlowe szlaki. 
To zaszczyt być handlarzem pośród tej głuszy - przemknęło mu przez głowę, gdy stał tak 
czekając   w  ciemnościach  na  dobry los  zesłany  przez   Ba-bala  o  Srebrzystym   Rogu.  Jeśli 
kiedykolwiek  powróci do faktorii  Gurdiego, Ba-bal, którego łódź przemierza  niebiosa od 
świtu do zmierzchu, znajdzie na swym ołtarzu pięć zarżniętych wołów, beczkę najlepszego 
piwa i przepiękny bursztyn.

Ross   czekał   z   cierpliwością,   której   nauczył   się   w   obu   swych   przeszłościach   -  tej 

prawdziwej i tej fałszywej. Jakże często musiał czekać w ciemnościach, w kompletnej ciszy 
na   właściwy   moment,   by   uderzyć.   I   teraz   właśnie   ten   moment   nadchodził,   nadchodził 
szybkim, zdecydowanym krokiem i zatrzymał się tuż przed drzwiami jego celi....

Błyskawicznym kocim susem Ross przypadł do ściany tuż obok drzwi, gdzie miał 

szansę   pozostać   niezauważony   przez   potrzebną   mu   sekundę   lub   dwie.   Jeśli   atak   ma   się 

background image

zakończyć sukcesem, musi nastąpić wewnątrz. Słyszał wyraźny odgłos sztaby wyjmowanej z 
okuć i szykował się do ciosu z prawą ręką kurczowo zaciśniętą na łańcuchu.

Drzwi otworzyły się i na tle padającego z korytarza światła dojrzał wyraźną sylwetkę 

wchodzącego. Mężczyzna mruknął coś pod nosem, patrząc na rzucone w kąt ubranie Rossa, 
które   w   tych   ciemnościach   mogło   uchodzić   za   skulonego   śpiącego   człowieka.   Przybysz 
połknął przynętę i postąpił dwa kroki naprzód, wystarczająco daleko, by Murdock zatrzasnął 
drzwi gwałtownym ruchem. Równocześnie uderzył z rozmachem, mierząc swą zaimprowizo-
waną bronią w głowę obcego.

Rozległ się pełen zaskoczenia okrzyk, który urwał się natychmiast, gdy ciężki pas 

uderzył w czaszkę mężczyzny z miażdżącą siłą. Dopisało mu szczęście! Ross podtrzymał 
opadający kilt i ponownie go przepasał. A potem gorączkowo przeszukał leżącego u jego stóp 
człowieka. Nie był pewien, czy mężczyzna żyje. Tak czy owak, bez wątpienia szybko nie 
odzyska przytomności. Ściągnął z leżącego płaszcz, odnalazł sztylet przy jego boku i przypiął 
do   własnego   pasa.   Potem   powolutku   uchylił   drzwi   i   wyjrzał   przez   powstałą   szparę.   Nie 
dostrzegł nikogo, toteż szybkim susem wypadł z celi, trzymając w dłoni gotowy do użycia 
sztylet. Nadal nikogo...

Zatrzasnął   drzwi   i   wsunął   belkę   w   zawiasy.   Jeśli   nawet   zamknięty   tam   człowiek 

odzyska przytomność i zacznie dobijać się do drzwi, jego kompani pomyślą, że to Ross, co 
może nieco opóźnić pościg.

Problem w tym, że ucieczka z celi była najłatwiejszą częścią planu Murdocka. Dużo 

trudniejsze   będzie   odnalezienie   Asshy   i   Makny   w   tym   zamieszkanym   przez   wrogów 
labiryncie pomieszczeń. Nie miał wprawdzie pojęcia, w którym z wioskowych budynków są 
trzymani,  lecz ten, w  którym  znajdował się teraz,  był  największy i wyglądał  na kwaterę 
najważniejszych członków tutejszej wspólnoty. To zaś mogło oznaczać, że pełni też funkcję 
więzienia.

Korytarz, w którym  się znalazł,  oświetlała tylko  pochodnia umocowana w ścianie 

kilka   kroków   dalej.   Dawała   wystarczająco   dużo   światła,   choć   także   mocno   dymiła, 
powodując, iż w całym wnętrzu budynku panował charakterystyczny duszący swąd. Ross 
przywarł   do   ściany   i   ruszył   przed   siebie,   gotów   znieruchomieć   przy   najlżejszym   nawet 
dźwięku. Najwyraźniej jednak ta część budynku była o tej porze pusta, gdyż ani nie dojrzał, 
ani nie usłyszał żadnego człowieka. Minął za to dwoje drzwi. Spróbował je otworzyć, ale 
były   zablokowane   z   drugiej   strony.   Wreszcie   dotarł   do   zakrętu   korytarza,  gdzie   zamarł, 
słysząc dochodzącą zza rogu cichą rozmowę.

Gdybyż był tak czujny i potrafił tak wytężać słuch, zanim go pochwycono. Ale teraz 

nikt go nie zaskoczy! Powoli dotarł do miejsca, z którego mógł dyskretnie zajrzeć za róg, i o 
mało nie zdradził swej obecności nagłym okrzykiem.

Assha! Assha cały i zdrowy, i najwyraźniej wolny, właśnie odwracał się tyłem do tego 

samego   spokojnego   mężczyzny,   który   brał   udział   w   niedawnym   przesłuchaniu   Rossa. 
Brązowe włosy o charakterystycznym odcieniu, głowa pochylona lekko w znajomy sposób - 
wiedział, kogo ma przed sobą, mimo iż nie mógł dojrzeć twarzy mężczyzny.  Mężczyzna, 
który rozmawiał z Assha odwrócił się i odszedł w dół korytarza, pozostawiając go przed 
zamkniętymi drzwiami. Widząc, że jego przyjaciel wchodzi do sąsiedniego pomieszczenia i 
zaraz zniknie mu z oczu, Ross odważył się postąpić kilka kroków naprzód.

Assha wszedł do pustego pokoju i stanął na błyszczącej  płycie  znajdującej się na 

podłodze. Murdock, gnany jakąś dziwną obawą, której nie potrafił wytłumaczyć, podskoczył 
ku niemu jednym gwałtownym susem i również stanął w objętym luminescencją kręgu. Dalej 
wypadki potoczyły się błyskawicznie.

background image

Ross potrzebował zaledwie ułamka sekundy, by się zorientować, że twarz, w którą 

patrzy,   jest   mu   nieznajoma.   Oczywiście   malowało   się   na   niej   kompletne   zaskoczenie. 
Zareagował błyskawicznie. Jego potężny cios trafił obcego w tchawicę i w tym momencie 
cały świat zawirował wokół nich w szaleńczym tańcu. Rossowi zakręciło się w głowie, a 
żołądek   podszedł   aż   do   gardła.   Zgiął   się   niemal   wpół   nad   powalonym   ciałem   swego 
przeciwnika. Oburącz chwycił się za głowę, czując, że jakaś przemożna siła stara się wyrwać 
mu ją spomiędzy ramion.

Całe   to   wirowanie   trwało   zaledwie   moment.   Jakiś   głęboko   ukryty   fragment 

podświadomości   podpowiadał   Rossowi,   że   przeżył   już   kiedyś   coś   podobnego.   Odetchnął 
głęboko kilka razy. Uspokoił się nieco i ponownie zajął się człowiekiem leżącym u jego stóp.

Nieznajomy   wciąż   oddychał.   Ross   pochylił   się   nad   nim   i   z   niejakim   wysiłkiem 

ściągnął z płyty, na której stali. Potem związał go i zakneblował. Dopiero gdy się upewnił, że 
jeniec mu nie zagraża, rozejrzał się uważnie wokół.

Pomieszczenie   było   zupełnie   puste,   a   płyta   na   podłodze   przygasła.   Rossa   z   ludu 

pucharu   wytarł   spocone   dłonie   o   kilt   i   pomyślał   przelotnie   o   leśnych   duchach   i   innych 
tajemniczych   sprawach.   Nie   znaczyło   to,   że   handlarze   wierzyli   w   duchy,   które   były 
postrachem prymitywnych  plemion, jeśli jednak coś nagle znikało i pojawiało się znikąd, 
sprawa wymagała przemyślenia. Murdock odciągnął wracającego powoli do przytomności 
jeńca   pod   ścianę   pokoju,   a   sam   ponownie   stanął   na   płycie,   zdecydowawszy,   że   duchy 
duchami, a wszystko musi mieć racjonalne wytłumaczenie. Ale mimo iż potarł dłońmi o 
gładką powierzchnię płyty, ta nie rozjarzyła się ponownie światłem.

Ponieważ   jeniec   zaczynał   się   niepokojąco   wiercić,   Ross   rozważał   przez   moment 

możliwość uciszenia go poprzez walnięcie w potylicę rękojeścią sztyletu. Odrzucił tę myśl, 
uznał bowiem, że przyda mu się przewodnik. Przeciął więzy na kostkach jeńca i dźwignął go 
zdecydowanym ruchem do pozycji stojącej, w niedwuznaczny sposób przykładając mu sztylet 
do pleców. Jeżeli są tu jakieś inne niespodzianki, sobowtór Asshy przetestuje je pierwszy.

Drzwi   z   tego   pomieszczenia   nie   wychodziły   na   ten   sam   korytarz,   ani   nawet   na 

podobny do tego, z którego przed chwilą tu wszedł. Ten był niezwykle krótki i kończył się 
kolejnymi drzwiami, a jego ściany zbudowano z jakiejś gładkiej substancji, błyszczącej jak 
wypolerowany metal, śliskiej i zimnej w dotyku. Właściwie całe to miejsce było przeraźliwie 
zimne, niczym górski strumień wczesną wiosną.

Wciąż prowadząc przed sobą jeńca, Ross doszedł do kończących korytarz drzwi. Za 

nimi   zobaczył   niezwykłą   plątaninę   metalowych   prętów   i   sześcianów.   Rossa   z   handlarzy 
zmarszczył brwi i przyglądał im się ze zdumieniem. Jednak po namyśle zdecydował, że nie 
jest to aż takie dziwne. Na przeciwległej ścianie wisiała tablica, na której w nieregularnych 
odstępach czasu zapalały się i gasły małe światełka. Jakiś tajemniczy obiekt z metalowego 
drutu wisiał na oparciu stojącego opodal krzesła.

Spętany jeniec rzucił się nagle w stronę tego krzesła, ale upadł. Ross dopadł go i 

pociągnął za ubranie, aż obaj znaleźli się przed jednym z metalowych sześcianów. Murdock 
wstał i rozejrzał się uważnie po całym pomieszczeniu, nie dotykając jednak niczego. Nie miał 
pojęcia, do czego służą wszystkie otaczające go przedmioty. Zauważył, że z kilku otworów w 
podłodze dmucha ciepłe powietrze. Mimo to w pokoju było równie chłodno jak na korytarzu.

Tymczasem światełka na tablicy zaczęły zapalać się i gasnąć ze znacznie większą 

częstotliwością. Ross usłyszał buczenie, jakby nad jego głową pojawił się rój rozgniewanych i 
gotowych do ataku owadów. Spoglądał z niepokojem na migające światełka, próbując odkryć 
źródło niezwykłego dźwięku. Buczenie przeszło w wyższe i głośniejsze tony.

Na korytarzu rozległ się odgłos kroków i po chwili do pomieszczenia wszedł jakiś 

background image

mężczyzna. Skierował się ku krzesłu, usiadł na nim i założył  sobie na głowę tajemniczy 
metalowy przyrząd. Jego ręce zaczęły poruszać się po tablicy ze światełkami. Obserwujący 
go Ross nie rozumiał jednak natury wykonywanej czynności.

Jeniec próbował dać jakiś sygnał, ale Murdock był czujny i niedwuznacznie przytknął 

sztylet   do   jego   szyi.   Sygnał,   który   przyzwał   mężczyznę,   ucichł.   Zgasły   też   kolorowe 
światełka; w pokoju natomiast rozległa się seria nieregularnych krótkich i długich dźwięków. 
Ręce   nieznajomego   mężczyzny   jeszcze   szybciej   zaczęły   poruszać   się   po   tablicy.   Ross 
tymczasem uważnie  mu się przyglądał. Nie był ani dzikim łowcą, ani jednym z handlarzy. 
Nosił ciemnozielony strój, najwyraźniej jednoczęściowy, który zakrywał nie tylko tułów, ale 
także nogi i ręce. Włosy miał tak krótkie, że jego czaszka zdawała się niemal łysa.

Ross potarł czoło w zamyśleniu, ponieważ jego umysł  znów był atakowany przez 

mgliste wspomnienia. Mimo iż ten człowiek wyglądał dziwacznie, widział już kiedyś takich 
jak on, ale przecież nie w faktorii Gurdiego nad południową rzeką. Gdzie i kiedy on, Rossa, 
spotkał się z tak dziwacznymi ludźmi? I dlaczego nie pamięta tego dokładnie?

Jeszcze raz zabrzmiał odgłos ciężkich kroków i pojawił się kolejny mężczyzna. Jest 

odziany w futro, ale nie należy do leśnych łowców - zadecydował Ross, obrzuciwszy go 
uważnym spojrzeniem. Luźna futrzana bluza z odrzuconym do tyłu kapturem, wysokie buty i 
cała   reszta   jego   stroju...   z   pewnością   nie   był   to   wyrób   prymitywnych   szczepów.   I   ten 
człowiek miał dwie pary oczu! Jedna z nich znajdowała się w zwykłym  miejscu, po obu 
stronach nosa, a druga, o mrocznej i nieprzeniknionej barwie -wyżej, na czole.

Czterooki   oparł   dłoń   na   ramieniu   pierwszego   przybysza.   Tamten   zaś   uwolnił 

częściowo głowę z drutów i zaczęli rozmawiać w dziwnym języku. Światełka dalej migotały, 
za   to   buczący   dźwięk   ucichł   zupełnie.   Nagle   w   jeńca   Rossa   znów   wstąpiła   energia. 
Korzystając   z   chwili   nieuwagi   tego   ostatniego,   zdołał   kopnąć   nogą   jeden   z   metalowych 
prętów. Głośne brzęknięcie wywołało błyskawiczną reakcję na obu rozmawiających. Ten z 
krótkimi włosami zdjął z głowy dziwny przyrząd, zerwał się na równe nogi, a jego towarzysz 
równie szybkim ruchem wydobył pistolet.

Pistolet?   Jakaś   uśpiona   część   umysłu   Rossa   bezbłędnie   rozpoznała   w   czarnym 

metalowym przedmiocie niebezpieczną broń. Mimo to był gotów do walki. Pchnął swego 
jeńca   w   stronę   nadbiegającego   mężczyzny   w   futrzanym   okryciu,   a   sam   skoczył   w 
przeciwnym kierunku. Za plecami usłyszał huk, który spowodował nagłe ukłucie bólu pod 
czaszką. Gnał jednak w stronę drzwi i nawet się nie obejrzał, by sprawdzić źródło tego huku. 
Pochylił się natomiast nisko ku ziemi, stanowił więc kiepski cel dla strzelca. W pełnym biegu 
wpadł na trzeciego człowieka, który właśnie wchodził do środka. Razem zwalili się na ziemię 
splątani w jedną ruchomą masę.

Ross  walczył  zaciekle.  Jego ręce  i nogi podświadomie  wymierzały ciosy,  których 

kiedyś   ktoś  go  nauczył.  Przeciwnik  nie   należał   jednak  do  łatwych,   i  mimo  desperackich 
wysiłków, Murdock został w końcu pokonany. Przewrócono go na brzuch i wykręcono do 
tyłu ręce. Poczuł, jak zimne metalowe  obręcze zaciskają się na jego nadgarstkach. Potem 
ponownie obrócono go na plecy, mógł więc przyjrzeć się swym wrogom.

Wszyscy trzej stali nad nim,  wykrzykując  coś w nieznanym  mu języku.  Wreszcie 

jeden z nich odszedł na moment i powrócił z byłym  jeńcem Rossa. Sobowtór Asshy był 
wyraźnie rozwścieczony,  jego oczy rzucały gniewne błyski. Na jego skórze w miejscach, 
gdzie znajdowały się więzy, widniały czerwone ślady

- Czy ty jesteś tym więźniem handlarzem? - spytał pochylając się nad Rossem.
- Ja jestem Rossa, syn Gurdiego z handlarzy - odparł Murdock dumnym i pewnym 

głosem, mimo  żądzy mordu, którą czytał  wyraźnie w oczach swego rozmówcy.  - Byłem 

background image

więźniem. Ale nie zdołaliście długo utrzymać mnie w niewoli. I nadal nie zdołacie.

Mężczyzna uśmiechnął się z wyraźną drwiną.
-   Nie   poprawiłeś   swej   sytuacji,   mój   młody   przyjacielu.   Tutaj   mamy   dla   ciebie 

znacznie lepsze więzienie. Takie, z którego nigdy nie zdołasz uciec.

Powiedział coś do pozostałych i chociaż słowa były dla Rossa niezrozumiałe, w pełni 

rozumiał ton rozkazu w jego głosie. Postawiono go na nogi i pchnięto do marszu.

Podczas   wędrówki   przez   kolejne   pomieszczenia   Murdock   rozglądał   się   wokół, 

rejestrując wszystkie te dziwaczne przedmioty, których zastosowania nie pojmował. Wreszcie 
zatrzymali się i dwaj mężczyźni odziali się w takie same futrzane stroje jak ten, który od 
początku miał na sobie jeden z nich.

Ross natomiast nie otrzymał futrzanej bluzy, mimo iż w walce stracił płaszcz. Drżał z 

zimna   coraz   bardziej,   kąsany   cały   czas   podmuchami   lodowatego   wiatru   hulającego   po 
opustoszałych korytarzach i salach. Wciąż nie rozumiał, gdzie się znajduje, ale jednego był 
pewien - nie był to żaden z drewnianych budynków wioski. Więc gdzie? I jak się tu dostał?

W końcu doszli do niewielkiego pomieszczenia wypełnionego mnóstwem metalowych 

przedmiotów o barwie jaskrawego szkarłatu i fioletu, wyposażonych w pręty, które jarzyły się 
wszystkimi kolorami tęczy. Dalej były już tylko okrągłe drzwi. Kiedy jeden ze strażników 
naparł na nie, otworzyły się, wpuszczając lodowate powietrze.

background image

11

Chwilę   tylko   trwało,   nim   Ross   zorientował   się,   że   ściany   tunelu   w   kolorze 

przybrudzonej bieli, przez które w wielu miejscach prześwitywały jakieś ciemne obiekty, to 
zwykły lód. Wzdłuż sufitu lodowego korytarza biegł czarny kabel z podłączonymi doń w 
regularnych odstępach lampami. Ich blask ani o jotę nie zmniejszał panującego tu chłodu.

Ross zadrżał. Każdy oddech mroził mu płuca, a ręce i nogi miał zesztywniałe z zimna. 

Poruszał się jak manekin, popychany raz po raz przez jednego ze strażników. Był przy tym 
pewien, że gdyby teraz upadł, gdyby poddał się temu zimnu, nigdy już nie wstałby ponownie. 
Nie miał pojęcia, jak długo wędrowali pomiędzy lodowymi ścianami, w końcu jednak dotarli 
do otworu prowadzącego na zewnątrz - wielce nieregularnego otworu, który wyglądał jak 
wyrąbany toporem. Kiedy zaś się wynurzyli, Ross ujrzał najbardziej dziką scenerię w swoim 
życiu.

Oczywiście   śniegi   i   lody   nie   były   dla   niego   niczym   nowym,   ale   tutaj   cały   świat 

zdawał się jęczeć pod przeraźliwym jarzmem zimy. Był biały, pusty i całkowicie zastygły w 
bezruchu, jeśli nie liczyć mroźnych podmuchów wiatru rozwiewających śnieżne zaspy.

Strażnicy   prowadzący   Rossa   opuścili   na   oczy   ciemne   okulary,   które   dotąd   nosili 

uniesione na czoło, gdyż blask słońca odbijający się od grudek lodu boleśnie drażnił spojówki 
oczu. Murdock mógł się o tym przekonać, i to mimo iż cały czas starał się wpatrywać we 
własne stopy. Nie dano mu zresztą dużo czasu na rozglądanie się wokół. Jeden ze strażników 
szarpnął za arkan u jego szyi i pociągnął jak psa w dalszą drogę.

Szli wyraźnym szlakiem wyrytym pomiędzy zaspami. Nie była to ścieżka wydeptana 

przez przechodzących  przed nimi ludzi, ale głęboka koleina. Najwyraźniej  ciągnięto tędy 
jakieś  ciężkie obiekty.  Ross  pośliznął  się na zesztywniałych  nogach, ale zdołał  utrzymać 
równowagę, przestraszony,  że w razie  upadku będą go ciągnąć  na powrozie przez śnieg. 
Odrętwienie całego ciała zaczynało także dochodzić do jego umysłu. W głowie mu wirowało. 
Cały świat coraz częściej zasnuwał biały opar mgły unoszącej się z lodowego podłoża.

Znów trafił nogą w koleinę i opadł na kolano. Tym razem nie zdołał zmusić swego 

zmarzniętego ciała do wysiłku. Śnieg był tak twardy, że Rossowi zdało się, iż upadł na ostrze 
noża. Nie czuł jednak bólu. Bez najmniejszych emocji obserwował kilka kropli krwi, które 
powoli   spłynęły   po  jego  posiniałym   od   mrozu   kolanie.   Lina   szarpnęła   i   Ross   przejechał 
kawałek na brzuchu. Potem jeden ze strażników chwycił go za pas i postawił z powrotem na 
nogi.

Murdock   nie   miał   pojęcia,   co   nań   czekało   u   kresu   tej   podróży   przez   śnieg.   Tak 

naprawdę   nie   bardzo   już   go   to   obchodziło.   Tylko   buntownicza   natura,   ukryta   gdzieś   w 
głębokich pokładach świadomości, nie pozwalała mu się poddać i zrezygnować z dalszego 
wysiłku, dopóki był jeszcze w stanie ruszać nogami i zachował jakieś przebłyski zrozumienia. 
Ale szedł z coraz większym wysiłkiem. Pośliznął się i upadł jeszcze dwukrotnie. Za drugim 
razem stało się to podczas schodzenia z oblodzonego pagórka. Kiedy z niego zjechał, podciął 
też mężczyznę, który wiódł go na linie. Zatrzymali się w połowie stoku. Ross leżał bez ruchu, 
niezdolny stanąć na nogach. Uchodziło zeń wszelkie czucie i miał wrażenie, jakby patrzył z 
zewnątrz, jak szarpią go, policzkują, jak próbują pobudzić go do życia. Jednak jego ciało nie 
reagowało.

Ktoś otworzył  obręcze na jego nadgarstkach i zdjął z szyi arkan. Gdzieś z przodu 

usłyszał   donośny   krzyk,   dudniący   echem   na   lodowym   pustkowiu.   Jeszcze   kilka   razy 

background image

potrząśnięto jego ciałem. Aż wreszcie pchnięto go w dół i poturlał się bezwładnie po śniegu. 
Gdy   dalej   nie   zareagował   najmniejszym   nawet   ruchem,   strażnicy   stracili   dla   niego 
zainteresowanie.

Część odchodzącej już w niebyt świadomości Rossa - ta należąca do handlarza - była 

zadowolona z ciszy i bezruchu, który go otaczał, chciała się poddać temu letargowi, poddać 
się   temu   mroźnemu   światu.   Ale   podświadomość   Rossa   Murdocka   przypomniała   mu   o 
obowiązkach wobec projektu i pchnęła do jeszcze jednego wysiłku. Jedną z podstawowych 
cech Rossa była zawsze osobliwa zimna nienawiść, która często motywowała go do działania. 
Kiedyś nienawidził warunków, w jakich przyszło mu egzystować, i wszelkiej władzy. Teraz 
zaś zaczęła się w nim rodzić nienawiść do tych, którzy pozostawili go na tym pustkowiu, by 
zamarzł na śmierć.

Ross   podciągnął   ręce   pod   siebie.   Nie   miał   w   nich   wprawdzie   czucia,   ale   chyba 

posłuchały rozkazu umysłu. Uniósł się nieco i rozejrzał wokół. Leżał w wąskiej lodowej 
rozpadlinie, której zamarznięte ściany były twardsze od stali. Gdyby tu pozostał, jego wro-
gom udałoby się spełnić swój zamiar...

Z   wielkim   wysiłkiem,   podpierając   się   o   lodową   ścianę,   dźwignął   się   na   nogi. 

Szczelina,   która   miała   być   jego   grobem,   na   szczęście   nie   była   aż   tak   głęboka,   jak   to   - 
zapewne w pośpiechu - ocenili zabójcy. Sądził, że zdoła się stąd wydostać, jeśli zmusi swe 
ciało do wykonywania poleceń umysłu.

I dokonał tego. Znowu stał na szlaku, z którego go zepchnięto. Ale co powinien robić 

dalej? Nie było sensu wracać tam, skąd przyszedł. Nawet przy założeniu, że zdołałby pokonać 
taką odległość, u celu drogi znajdował się ten sam budynek, w którym go uwięziono. Jeśli ci 
ludzie zostawili go tutaj na pewną śmierć, nie zapewnią mu bezpiecznego schronienia.

A   jednak   tak   dobrze   oznakowana   droga   musiała   dokądś   prowadzić.   Może   u   celu 

znajdzie jakieś bezpieczniejsze miejsce? Nie mając innego wyjścia, jak tylko uchwycić się tej 
nadziei, Ross skręcił w tamtym  kierunku. Szlak biegł dalej w dół zbocza. Wielkie zaspy 
śniegu   i   lodowe   wieże   były   poprzedzielane   skalnymi   formacjami,   które   wyglądały   jak 
olbrzymie kły przegryzające się od dołu przez tę zimową szatę wierzchnią. Okrążając jedną z 
takich wielkich skał Ross spojrzał w dół do stóp górskiego zbocza. Biała płaska przestrzeń. 
Szlak   schodził   tam,   biegł   przez   śnieżne   pole   i   wiódł   wprost   do   półokrągłej   kopuły, 
prawdopodobnie górnej części struktury osadzonej głębiej pod ziemią. Kopułę wykonano z 
ciemnego materiału.

Ross porzucił ostrożność. Musiał znaleźć ciepło i schronienie przed wiatrem. Drżąc z 

zimna i zataczając się na zesztywniałych nogach, dotarł do zewnętrznych drzwi budynku - 
zamkniętych, okrągłych drzwi. Naparł na nie resztką sił i z westchnieniem ulgi wtoczył się do 
środka, gdy posłusznie ustąpiły. Dostrzegł, że otacza go błękitne pulsujące światło.

To pobudziło go ponownie do wysiłku - światło było odległą obietnicą ciepła, którego 

tak   potrzebował.   Doczołgał   się   do   kolejnych   drzwi   w   przeciwległej   ścianie   krótkiego, 
prowadzącego   w   dół   korytarza.   Tutaj   się   zatrzymał   i   odruchowo   przycisnął   pozbawione 
zupełnie czucia dłonie do piersi. Nagle zdał sobie sprawę, że czuje ciepło! Jego oddech nie 
pozostawiał obłoków pary, mimo iż oddychał głęboko i szybko. Gdy zrozumiał w nagłym 
przebłysku świadomości, co to oznacza, znów odezwał się w nim zwierzęcy instynkt życia. 
Jeśli   pozostanie   w   tym   przejściu,   umrze.   Musi   znaleźć   cieplejsze   miejsce,   nim   straci 
świadomość, a czuł, że jest już bardzo, bardzo blisko momentu, gdy jego organizm się podda. 
Ta myśl dodała mu sił. Poruszył się gwałtownie, starając się wykorzystać, być może, ostatni 
już przypływ energii.

Dotarł do szerokiej platformy, z której kręcone schody prowadziły w mrok na dole i 

background image

ku ruchomym cieniom u góry. Zrozumiał, że budynek, w którym się znajduje, jest naprawdę 
wielkich rozmiarów. W dół nie odważył się pójść, bo gdy tam spoglądał, czuł zawroty głowy.

Zaczął   mozolną   wspinaczkę   w   górę.   Mijał   kolejne   platformy,   z   których   na   wzór 

pajęczej sieci rozchodziły się promieniście liczne korytarze. Zbliżał się do następnej, gdy 
nagle usłyszał, zwielokrotniony przez echo, odgłos dochodzący z dołu. Coś tam się ruszało! 
Wciągnął z wysiłkiem swe ciało na platformę, wyjątkowo słabo oświetloną, mając nadzieję, 
że wczołga się na tyle  głęboko do jednego z korytarzy,  że nie będzie widoczny z szybu 
głównego. Przebył zaledwie kilka kroków wybranym tunelem i opadł bez sił, dysząc ciężko. 
Przeturlał   się   ku   ścianie   korytarza   i   usiłował   wstać,   opierając   się   rękami   o   jej   gładką 
powierzchnię. I przeleciał przez ścianę!

Przez sekundę czy dwie czuł tylko oszołomienie. Potem zorientował się, że leży na 

czymś  miękkim i że otacza go ciepłe powietrze. Poczuł silne ukłucie na wysokości ud, a 
potem   ramion,   i   nagle   wszystko   wokół   zaczęło   wirować   w   obłędnym   tańcu   barw.   Jego 
zmęczony umysł zapadł w świat sennych marzeń.

Kiedy nadeszła pora przebudzenia, Ross, znajdujący się jeszcze na granicy snu i jawy, 

przypomniał sobie z detalami wszystko, o czym śnił. Leżał z zamkniętymi oczami i układał te 
sny w jedną całość. Sny? Nie, był pewien, że nie były to sny, lecz wspomnienia prawdziwych 
zdarzeń. Rossa z ludu pucharu i Ross Murdock, agent w tajnym projekcie rządowym, znów 
byli jedną osobą. Jak to się stało, nie miał pojęcia. Ale stało się.

Gdy   otworzył   oczy,   zobaczył   nad   sobą   sklepienie   o   barwie   łagodnego   błękitu 

przechodzącej   na   obrzeżach   w   szarość.   Te   spokojne   kolory   podziałały   na   jego   wciąż 
roztrzęsiony umysł jak uspokajające słowa. Po raz pierwszy, odkąd został zaatakowany nad 
rzeką, znikły uporczywe bóle głowy. Uniósł rękę, by dotknąć miejsca zranienia, które jeszcze 
wczoraj było  tak bolesne, że reagowało na najmniejszy ucisk. Teraz nie poczuł bólu. Po 
potężnym ciosie w głowę pozostała mu na pamiątkę tylko wyczuwalna szrama.

Ross   uniósł   się   i   rozejrzał   z   ciekawością.   Jego   ciało   spoczywało   w   metalowej 

konstrukcji   przypominającej   kształtem   kołyskę,   zanurzonej   w   czerwonawej   galaretowatej 
substancji o aromatycznym zapachu. Nie odczuwał już zupełnie zimna ani też głodu. Czuł się 
zrelaksowany jak chyba nigdy w życiu. Usiadł w swej kołysce, ścierając dziwną galaretę z 
ramion i piersi. Zeszła bez problemów, nie pozostawiając na  jego skórze ani wilgoci, ani 
żadnej plamy.

W   małym   cylindrycznym   pomieszczeniu,   w   którym   się   znajdował,   było   oprócz 

dziwnego łoża, także kilka innych przedmiotów. W przedniej, wąskiej części dostrzegł dwa 
siedzenia   przypominające   kształtem   odwrócone   wiadra,   a   przed   nimi   blat   z   jakimiś 
urządzeniami kontrolnymi, których zastosowania nie znał.

Ross zsunął się z kołyski. Gdy dotknął stopami podłoża, za jego plecami rozległ się 

cichy trzask. Odwrócił się natychmiast, przygotowany na kłopoty. Ale to tylko otworzyły się 
niewielkie   drzwiczki   od   skrytki   w   ścianie.   Wewnątrz   znajdował   się   spory   pakunek. 
Najwyraźniej było to zaproszenie, by go wziąć.

Zawierał złożoną tkaninę, ściśniętą i zapieczętowaną w przezroczystym opakowaniu, 

które Ross zdołał otworzyć dopiero za trzecią próbą. Wydobył ubranie wykonane z materiału, 
jakiego nigdy dotąd nie oglądał. Gładka, błyszcząca powierzchnia sugerowała metal, ale w 
dotyku materiał był miększy od najdelikatniejszego jedwabiu. Barwa tkaniny zmieniała się 
płynnie   przy   każdym   poruszeniu.   Była   ciemnogranatowa,   jasnofioletowa,   to   znów 
intensywnie zielona.

Zaczął   eksperymentować   z  rzędem   małych   jasnozielonych   guzików   biegnących   w 

równej linii od prawego ramienia ku lewemu biodru. W tym miejscu właśnie szata rozsunęła 

background image

się. Kiedy wsunął się do środka, ubiór przylgnął do jego ciała. Przez ramię biegł zielony pas 
tkaniny, który zapewne należało nałożyć na rząd guzików. U dom zaś, kostium obejmujący 
jego nogi jak długie skarpety, uformował podeszwy pod stopami.

Ross przycisnął luźny pas do guzików i zapiął szatę. Przez chwilę stał, przesuwając w 

zamyśleniu   dłońmi   po   gładkiej   powierzchni   tej   cudownej   tkaniny,   która   była   dlań   takim 
samym dziwem jak całe otoczenie. Jego umysł pracował jasno. Doskonale pamiętał wszystkie 
przeszłe wydarzenia aż do momentu, kiedy przeleciał przez ścianę. Był pewien, że przebywał 
nawet nie w jednym, ale w dwóch czasowych transporterach Czerwonych. Czy to jest trzeci? 
Jeśli tak, to czy nadal jest więźniem? Dlaczego więc najpierw pozostawili go umierającego na 
mrozie, a teraz traktowali w taki sposób? Nie widział też podobieństwa między pierwszą 
lodową stacją, gdzie pojmali go Czerwoni, a miejscem, w którym się teraz znajdował.

  Rozległ się następny cichy trzask i Ross zerknął przez ramię,  akurat w porę, by 

zobaczyć, jak jego łoże składa się w sześcian i przesuwa ku ścianie pokoju. Podszedł do 
krzeseł. Jego obute w miękką tkaninę stopy poruszały się bezszelestnie. Usiadł na jednym z 
siedzeń   i   przyjrzał   się   nieznanym   urządzeniom.   Przypominały   system   sterowniczy   tego 
helikoptera, którym odbył pierwszy etap swojej fantastycznej podróży przez czas i przestrzeń. 
Siedzenie jednak nie było zbyt wygodne. Zdał sobie sprawę, że nie zostało skonstruowane z 
myślą o takim kształcie jakie miało jego ciało.

Kształt, jaki miało jego ciało... Ta wanna, czy też może łoże, wypełnione galaretą... To 

ubranie, które z taką precyzją i łatwością dostosowało się do jego rozmiarów...

Ross pochylił się gwałtownie i ponownie przyjrzał się urządzeniom na blacie. Tak, 

słusznie podejrzewał. Dotarł tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden z agentów! Znajduje się w 
pomieszczeniu obcej rasy, na której istnieniu oparli swój projekt Millaird i Kelgarries! To jest 
właśnie źródło, albo jedno ze źródeł, z którego Czerwoni  czerpali niezwykłe technologie, 
przewyższające dokonania współczesnej nauki!

Świat   w   okowach   mrozu   i   budynek   z   niezwykłymi   urządzeniami.   Cylinder   z 

siedzeniem dla pilota i urządzeniami sterowniczymi. Czy należy do obcych? A wanna i cała 
reszta.... Czy sama jego obecność aktywowała te urządzenia? Czy to maszyny dostarczyły mu 
ubranie? A co się stało z tuniką, w której się tu zjawił?

Rozejrzał się uważnie po pomieszczeniu. Nie dostrzegł ani swej tuniki, ani pasa, ani 

skórzanych butów. Nie mógł też zrozumieć obecnego stanu swego ciała - braku zmęczenia, 
głodu i pragnienia.

Były możliwe dwa wyjaśnienia. Albo obcy wciąż tu mieszkają i udzielili mu pomocy 

z jakichś nieznanych powodów, albo też całą pracę wykonywały automaty, których twórcy 
dawno już przestali istnieć. Nie potrafił dokładnie sobie przypomnieć drogi, jaką przebył od 
momentu wejścia do tej kopuły pośród lodów, ale pamiętał, że gdzieś się wspinał, że czołgał 
się przez puste korytarze, że nie widział ani nie słyszał żadnych żywych  istot. Teraz zaś 
rozglądał się po raz kolejny wokół w poszukiwaniu drzwi, którymi musiał się tu dostać, i nie 
widział najmniejszej rysy w żadnej ze ścian.

Chcę wyjść! - zażądał głośno, stając na środku ciasnego pomieszczenia. Jego wzrok 

ponownie omiatał wszystkie kąty w poszukiwaniu ukrytych drzwi. Kiedy nic sienie stało, 
opukał i obmacał każdy cal pomieszczenia - wciąż bez rezultatu. Gdyby tylko pamiętał, jak 
się tu dostał! Ale jedyne wspomnienie, jakie pojawiało się w jego umyśle, to moment, gdy 
oparł się o jakąś ścianę, a ona ustąpiła. Potem zaś spadał w dół. A gdzie upadł? Czy nie do tej 
wanny z galaretą?

Tknięty nagłą myślą, Ross spojrzał na sufit. Pomieszczenie nie było wysokie. Gdy 

wspiął się na palce, mógł dotknąć palcami jego powierzchni. Stanął w miejscu, w którym 

background image

przedtem, przed złożeniem, stała pokryta galaretą kołyska.

Pchnięcie sufitu w tym właśnie punkcie dało wreszcie pozytywny rezultat. Błękitna 

substancja ustąpiła pod naciskiem. Stojąc na palcach, pchnął jeszcze raz na tyle silnie, na ile 
mógł w tak niewygodnej pozycji. Najwyraźniej zwolnił jakąś blokadę, bo fragment sufitu 
odskoczył  tym  razem tak gwałtownie, że Ross upadłby,  gdyby nie złapał  dla utrzymania 
równowagi jednego z cylindrycznych krzeseł.

Skoczył teraz do góry i chwyciwszy dłońmi za brzeg znajdującego się nad jego głową 

okrągłego   otworu,   zdołał   wciągnąć   się   na   zewnątrz.   Krótki   pochyły   szyb   z   nikłym 
światełkiem   przenikającym   przez   przeciwległą   ściankę.   Ross   pchnął   w   tym   miejscu   i 
otworzywszy bez najmniejszego wysiłku kolejne przejście, wszedł do znajomego korytarza.

Przytrzymał drzwi otwarte i zerknął jeszcze raz na miejsce, z którego przybył, a jego 

oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Teraz bowiem widział wyraźnie, że wyszedł z małego, 
zakończonego ostrym dziobem pojazdu w kształcie pocisku. Pojazd spoczywał w czymś w 
rodzaju   kieszeni   przymocowanej   u   boku   większej   struktury,   jak   statek   w   śluzie,   i 
najprawdopodobniej mógł być stąd wystrzelony jak pocisk z lufy strzelby. Ale jakie było jego 
zastosowanie?

Ross   zaczął   się   zastanawiać.   Podobny   do   torpedy   pojazd   to   zapewne   rakieta   o 

napędzie   atomowym.   Kiedy   do   niego   wpadł,   był   w   na   tyle   złym   stanie,   że   został 
automatycznie   umieszczony   w   jakimś   urządzeniu   regenerującym.   Jakie   małe   pojazdy 
mogłyby   być   wyposażone   w   systemy   regenerujące?   Tylko   takie,   które   mają   działać   w 
niebezpiecznych   sytuacjach.   Przeznaczone   do   transportu   rannych,   którzy   opuścili   główną 
strukturę w pośpiechu. , Krótko mówiąc, szalupa ratunkowa!

Tylko po co w budynku szalupa ratunkowa? Takie urządzenie byłoby przydatne na 

statku.   Ross   postąpił   kilka   kroków   korytarzem   i   rozejrzał   się   wokół   z   narastającym 
zaciekawieniem. Czy możliwe, że cała ta budowla jest statkiem, który tu wylądował, został 
opuszczony i zapomniany, a Czerwoni teraz po prostu go plądrują? To by pasowało! Fakty 
składały się w tak spójną całość, że Ross był prawie przekonany, iż jego wnioski są słuszne. 
Musiał jednak udowodnić tę hipotezę.

Przymknął drzwi wiodące do łodzi ratunkowej, tak aby w razie potrzeby móc je łatwo 

odnaleźć. To było doskonałe miejsce, gdyby musiał się ukryć.

Bezszelestnie   podszedł   do   schodów   w   głównym   szybie   i   zatrzymał   się   tam 

nasłuchując.   W   dole   słyszał   dźwięki.   Brzęknięcia   metalu   uderzającego   w   metal   i   chyba 
przytłumione ludzkie głosy. Na górze zaś panowała cisza. Najpierw więc zbada ten rejon, zo-
stawiając bardziej niebezpieczne miejsce na później.

Wspiął   się   po   schodach   jeszcze   dwa   poziomy   wyżej,   aż   stanął   w   szerokim 

pomieszczeniu   z   półokrągłym   sklepieniem,   które   zapewne   było   czubkiem   całej   kopuły. 
Znajdowało się tu tak wiele nieznanych mu urządzeń, dźwigni, przycisków, że aż stanął zdu-
miony, sycąc oczy samym widokiem. Naliczył pięć tablic kontrolnych podobnych do tej, jaka 
znajdowała się w szalupie ratunkowej, a przy każdej z nich stały dwa albo trzy cylindryczne 
siedzenia. Te jednak unosiły się lekko nad ziemią, oplecione pajęczyną lin. Położył dłoń na 
jednym z nich - ugięło się elastycznie.

Tablice kontrolne też były znacznie bardziej skomplikowane. Ta w małym stateczku 

przypominała  przy nich dziecinną zabawkę. Ross pociągnął  nosem.  Powietrze  w szalupie 
ratunkowej miało świeży i przyjemny zapach; tutaj wyczuwał lekki odór stęchlizny.

Przeszedł pomiędzy urządzeniami sterowniczymi, przyglądając im się z uwagą. Tego, 

że znajduje się w głównej kabinie pilotów, był całkowicie pewien. Właśnie z tego miejsca 
można było wprawić w ruch całą tę olbrzymią masę, którą miał pod stopami, i skierować w 

background image

dowolnym kierunku. Czy to pojazd morski, czy powietrzny? Półkolisty kształt przemawiał 
raczej za tym drugim. Ale cywilizacja tak zaawansowana jak ta, musiała pozostawić po sobie 
jakieś   ślady.   Ross   był   gotów   uwierzyć,   że   znajduje   się   teraz   w   znacznie   odleglejszej 
przeszłości niż 2000 rok p.n.e., ale mimo wszystko nie wątpił, że jakieś ślady po tych, którzy 
potrafili budować takie urządzenia,  przetrwałyby do czasów współczesnych. Może właśnie 
Czerwoni je znaleźli. Może odkryli je na swych terenach, powiedzmy na Syberii. Albo w ja-
kichś dzikich zakątkach Azji.

Ross niewiele wiedział o zamierzchłych czasach. Mógł polegać tylko na informacjach 

zdobytych podczas kursu w bazie i własnych bardzo nieuporządkowanych wiadomościach, 
które gromadził,  czytając  różne książki.  Jednak świadomość  istnienia  tak zaawansowanej 
rasy, zdolnej stworzyć taki statek, poruszyła go do głębi. Gdyby można ich odnaleźć, gdyby 
można nawiązać kontakt z istotami, które miały taką wiedzę... Ale przecież o to właśnie 
chodziło w projekcie! A on był jedynym jego członkiem, który trafił na ten ślad! Musi jakoś 
wydostać się z tego śnieżnego świata, z tego zagrzebanego w lodzie statku i odnaleźć swoich 
towarzyszy. Może jest to niemożliwe, ale przecież trzeba spróbować. Już ci, którzy porzucili 
go   na   śnieżnym   pustkowiu,   uważali,   że   nie   zdoła   przeżyć.   A   jednak   żyje.   I   dzięki   tej 
nieznanej rasie i jej wynalazkom jest nawet w zupełnie dobrej formie.

Ross   usiadł   na   jednym   z   cylindrycznych   krzeseł.   Tym   samym   uniknął 

natychmiastowej katastrofy, jako że chwilowo nie był widoczny od strony schodów, które 
właśnie   zadudniły   odgłosem   ciężkich   kroków.   Ktoś   wspinał   się   na   górę,   a   z   kabiny 
sterowniczej było tylko jedno wyjście.

background image

12

Ross   w   mgnieniu   oka   zeskoczył   z   napowietrznego   siedzenia   i   padł   na   podłogę. 

Próbował wsunąć się pod blat w przedniej części kabiny, ale okazał się on zdecydowanie za 
mały.   Poczuł   natomiast,   że   od   strony   najmniejszej   z   tablic   rozdzielczych,   przy   której 
znajdowały się tylko dwa siedzenia, dochodzi bardzo intensywny i nieprzyjemny swąd. Nie 
miał czasu badać tego zjawiska. Ponieważ w całym pomieszczeniu nie znalazł niczego co 
mogłoby od biedy posłużyć za broń, w ostatnim desperackim odruchu skoczył w kierunku 
schodów. Pozostała tylko walka.

Podczas treningu w bazie nauczono go pewnego ciosu, który wymagał wprawdzie 

dużej precyzji, ale był bardzo skuteczny w działaniu, często nawet miał skutki śmiertelne. 
Teraz Ross zamierzał go użyć. Człowiek, który wchodził na górę, był już tuż.

Na   poziomie   podłogi   pokazała   się   ludzka   głowa.   Ross   uderzył,   wiedząc   już   w 

momencie, gdy jego ręka trafiła na fałdy spoczywającego na karku futrzanego kaptura, że 
zamiar się nie powiódł. Ale na szczęście wystarczył sam impet nieoczekiwanego ciosu. Ze 
zduszonym   okrzykiem   mężczyzna   znikł   w   otworze   podłogi,   spadając   wprost   na   swego 
towarzysza znajdującego się kilka stopni niżej. Ross usłyszał wyraźnie wrzask ich obu, a 
potem dalsze krzyki z niższego poziomu i wreszcie huk strzału, który rozdarł ciszę szybu. 
Cofnął się gwałtownie ze schodów z powrotem do kabiny sterowniczej. Wprawdzie opóźnił 
nieco moment ostatecznej konfrontacji, ale mieli go tu w pułapce. Wystarczyło, by poczekali 
cierpliwie na dalszy rozwój wypadków. Wprawdzie podczas pobytu w szalupie ratunkowej 
odzyskał siły, ale mimo wszystko, jak długo wytrzyma tu bez wody i jedzenia?

Skoro jednak zyskał nieco na czasie, musi to wykorzystać. Przyjrzawszy się ponownie 

siedzeniom, Ross dostrzegł, że można je odczepić z sieci. Dokonawszy tego, przyciągnął 
wszystkie do wylotu klatki schodowej i zbudował prowizoryczną barykadę. Nie wytrzyma 
długo, jeśli ktoś zdecydowanie naprze od dołu, ale miał przynajmniej nadzieję, że przyjmie na 
siebie kule, jeżeli ktoś będzie próbował trafić go z dołu rykoszetem. Jakoż od czasu do czasu 
słyszał huk wystrzału i krzyki skierowane wyraźnie do niego, decydował jednak, że to za 
mało, by zmusić go do opuszczenia kryjówki.

Ponownie przeszedł się po kabinie w poszukiwaniu broni. Symbole na przyciskach i 

dźwigniach   przyrządów  nic   mu  nie   mówiły.  Zmartwiło  go  to,  miał   bowiem  nadzieję,   że 
pośród   niezliczonych   mechanizmów   znajdzie   takie,   które   zdoła   zidentyfikować   i 
wykorzystać. Jeszcze raz stanął przy urządzeniach kontrolnych i zamyślił się głęboko. Z tego 
miejsca   kierowano   statkiem.   A   więc   te   przyrządy   muszą   umożliwiać   pilotowi   nie   tylko 
sterowanie pojazdem, ale kontrolowanie oświetlenia, ogrzewania, wentylacji, oraz systemów 
obronnych! Oczywiście mechanizmy mogą już nie działać, ale przecież w łodzi ratowniczej 
wszystko funkcjonowało bez zarzutu. Pozostawało mu tylko spróbować szczęścia.

Podjąwszy decyzję, Ross po prostu zamknął oczy i tak jak to robił w dzieciństwie, 

obrócił   się   trzykrotnie   dookoła   własnej   osi,   wskazując   przed   siebie   palcem.   Potem   zaś 
otworzył oczy, by zobaczyć, co ma do powiedzenia przeznaczenie.

Jego palec wskazywał tablicę kontrolną, przy której znajdowały się trzy siedzenia. 

Podszedł   do   niej   powoli,   będąc   w   pełni   świadom,   że   dotknięcie   tych   urządzeń   może 
rozpocząć łańcuch zdarzeń, których nie zdoła kontrolować. Z dołu rozległ się następny strzał, 
co przypomniało mu, że nie ma innego wyjścia.

Ponieważ symbole nie oznaczały dlań kompletnie nic, Ross kierował się kształtem 

background image

poszczególnych urządzeń. Wybrał drążek przypominający mały przełącznik. Był ustawiony w 
pozycji górnej, więc pociągnął go w dół i policzył powoli do dwudziestu, oczekując na efekt. 
Nic.   Poniżej   był   okrągły   przycisk   oznaczony   dwoma   wężykami   i   dwiema   czerwonymi 
kropkami. Murdock wcisnął go do poziomu blatu, a kiedy cofnął dłoń, przycisk nie powrócił 
do swej poprzedniej pozycji. Brak widocznych efektów zachęcił Rossa do dalszego działania. 
Po   obu   stronach   przycisku   znajdowały   się   dwie   dźwignie.   Spróbował   je   poruszyć   w 
poziomie, wcisnąć. Bez efektu. Aha, pociągnął je do siebie.

Tym razem efekt był, a jakże! Rozległ się donośny, dudniący sygnał, który narastał do 

głośności   powodującej   drgania   całej   kabiny.   Ross,   kompletnie   ogłuszony,   wcisnął   z 
powrotem jedną dźwignię, a potem drugą. Sygnał wciąż ryczał, chociaż teraz znacznie ciszej i 
z nieco niższą częstotliwością. Ross potrzebował jednak czegoś więcej niż hałasu. Przesunął 
się z pierwszego siedzenia na drugie. Tutaj rzuciło mu się w oczy pięć okrągłych przycisków 
oznaczonych symbolami w barwie tej samej żywej zieleni, jaką miały guziki na jego szacie. 
Dwa wężyki, kropka, podwójna linia, dwa zachodzące na siebie okręgi i skrzyżowane linie...

Który przycisk wybrać? Oparłszy się zdecydowanie o pulpit, Ross wcisnął wszystkie 

szybkimi  ruchami. Tym  razem efekt był  wręcz spektakularny.  Przeciwległy kraniec blatu 
uniósł się nagle w górę i przybrał kształt sporego trójkątnego ekranu, na którym zatańczyły i 
zamigotały kolorowe fale. Sygnał dźwiękowy przeszedł w gniewne skrzeczenie, jakby statek 
protestował przeciwko temu, co robił Ross.

No dobrze, coś się działo. Szkoda tylko, że nie miał pojęcia co. Ale przynajmniej 

wiedział, że statek wciąż jest sprawny. Zamierzał wydobyć z niego nieco więcej niż oburzone 
skrzeczenie, bo to właśnie przypominały mu dźwięki, które teraz słyszał. Zupełnie jakby - 
zastanowił się - ktoś pouczał go w nieznanym języku. A jednak potrzebował czegoś więcej 
niż efektów dźwiękowych i świetlnych.

Przy trzecim siedzeniu, ostatnim przy tym stanowisku, wybór był mniejszy - tylko 

dwa przełączniki. Kiedy Ross pchnął w górę pierwszy z nich, kolorowe fale tańczące na 
ekranie nagle zamieniły się w jednolite brązowe tło, na którym przez moment zamigotał jakiś 
obraz.   Może   nie   trzeba   przesuwać   tej   dźwigni   maksymalnie   w   górę?   Ross   przyjrzał   się 
szczelinie, w której poruszał się drążek, i dojrzał kilkanaście małych punkcików wzdłuż niej. 
Wybór częstotliwości? Nie zaszkodzi sprawdzić. Najpierw jednak podskoczył szybko do swej 
zaimprowizowanej barykady u wejścia na schody. Nie dostrzegł śladów świadczących, by 
ktoś próbował ją forsować z dołu. Skrzeknięcia za to wciąż się odzywały, ale pojedynczo i w 
regularnych odstępach czasu.

Ross   powrócił   do   dźwigni   i   przesunął   ją   o   dwa   punkty   w   dół.   Z   otwartymi   ze 

zdumienia ustami przyglądał się rezultatowi tej akcji. Biało-brązowe linie zaczęły tworzyć 
wyraźny obraz. Dalsze przesuwanie dźwigni powodowało przybliżanie lub oddalanie tego 
obrazu. Kojarzyło mu się to z przekazem telewizyjnym. Ross chwycił drugi  przełącznik i 
ustawił go w takiej samej pozycji jak pierwszy. Rozmazany obraz i tańczące wokół cienie 
nagle nałożyły się na siebie z właściwą ostrością. Tylko kolory wciąż były brązowe, choć 
spodziewał się czerni i bieli.

Patrzył   wprost  w   czyjąś   twarz!   Przełknął   gwałtownie   ślinę,   a   jego  dłoń   chwyciła 

kurczowo   za   brzeg   sąsiedniego   krzesła.   Twarz   nie   należała   do   człowieka,   ale   nieco 
przypominała ludzką. Była trójkątna, o ostro wystających kościach policzkowych. Poniżej 
nich, zwężała się przechodząc następnie w szeroką żuchwę, łączącą się po bokach z górną 
częścią. Ciemna skóra była obficie porośnięta włosem, a na szczycie głowy, włosy tworzyły 
spory czub. Istota miała wydamy, zakrzywiony, błyszczący nos i dwoje dużych, okrągłych 
oczu. W tych oczach niewątpliwie błyszczała inteligencja, jak również niebotyczne zdumienie 

background image

na widok Rossa. Murdock miał wrażenie, że patrzą na siebie przez okno.

Skrzek, chrząknięcie, skrzek... Istota za szybą, czy raczej na ekranie, poruszała swymi 

nienaturalnie małymi wargami. Ross ponownie przełknął ślinę.

- Halo - powiedział automatycznie. Głos, który wydobył z gardła, był tylko cichym 

westchnieniem   i   być   może   nawet   nie   dotarł   do   istoty   na   ekranie,   bo   ta   wciąż   zadawała 
pytania, o ile to byty pytania. Ross, opanowawszy pierwsze zaskoczenie, próbował dojrzeć, 
co jest za plecami jego rozmówcy. Mimo iż obraz był nieostry, zdawało mu się, że obca istota 
znajduje   się   w   pomieszczeniu   podobnym   do   tego,   w   którym   sam   przebywał.   A   więc 
skontaktował się ze statkiem tego samego typu, tyle że tamten nie był opuszczony!

Istota o zarośniętej  twarzy obróciła się przez ramię i wydała pełen irytacji skrzek 

skierowany do kogoś z tyłu. Potem odsunęła się od ekranu, by zrobić miejsce dla tego, kogo 
wezwała.

Pojawienie się Futrzaka było dla Rossa niespodzianką, a teraz czekała go następna. 

Istota, która wpatrywała się w niego z ekranu, wyglądała zupełnie inaczej. Miała bladą skórę i 
twarz znacznie bardziej podobną do ludzkiej. Jajowata głowa była całkiem łysa. Ponadto obcy 
miał na sobie identyczne ubranie jak to, które Ross zabrał z szalupy ratunkowej. Łysoń nic 
nie mówił, wpatrywał się tylko w Murdocka przenikliwym wzrokiem, a wyraz jego oczu z 
każdą   chwilą   stawał   się   bardziej   wrogi.   Ross   pamiętał   dreszcz,   jakim   przejmowało   go 
spojrzenie Kelgarriesa,  ale to było  nic w porównaniu z siłą gniewu, jaka biła ze wzroku 
obcego. Gniewu i przestrogi. Futrzak go zaskoczył,  ale ta niema groźba obudziła w nim 
przekorę i zawziętość. Oddychał ciężko, patrzył jednak obcemu prosto w oczy i miał nadzieję, 
że to spojrzenie wyraźnie mówi Łysoniowi, iż będzie miał poważne kłopoty, jeśli spróbuje 
stanąć Rossowi na drodze.

Ten pojedynek woli z obcym z ekranu wydał go w ręce wrogów na statku. Za późno 

usłyszał, jak forsują barykadę, a kiedy odwrócił się w tamtym kierunku, dostrzegł rozrzucone 
krzesła i pistolet skierowany w swą pierś. Po krótkiej chwili wahania podniósł ręce do góry, 
bo niebezpieczeństwo, w którym się teraz znalazł, rozumiał doskonale. Do kabiny wkroczyli 
dwaj Czerwoni odziani w filtra.

W tym z przodu Murdock rozpoznał mężczyznę, którego wcześniej pomyłkowo wziął 

za Ashe'a. On także zdumiał się, widząc twarz Rossa, ale natychmiast wydał zdecydowany 
rozkaz swemu towarzyszowi. Ten stanął za Murdockiem i związał mu ręce na plecach. Ross 
jeszcze   raz   spojrzał   na   ekran   i   dostrzegł   Łysonia   wpatrującego   się   w   odbywające   się   tu 
widowisko. Twarz obcego nie była już zimna i obojętna, malowało się na niej kompletne 
zaskoczenie

Teraz także przeciwnicy Rossa dostrzegli twarz na ekranie. Jeden z nich skoczył do 

urządzeń kontrolnych i poruszył kilkakrotnie drążkami, aż zarówno w pokoju, jak i na ekranie 
zapanowała cisza.

-   Kim   jesteś?   -   mężczyzna   podobny   do   Ashe'a   przemówił   powoli   w   języku   ludu 

pucharu, świdrując Rossa przenikliwym spojrzeniem.

- A jak myślisz? - odpowiedział Murdock pytaniem na pytanie. Miał na sobie taki sam 

uniform jak Łysoń i najwyraźniej nawiązał kontakt z byłymi właścicielami tego statku. Niech 
to da Czerwonym do myślenia.

Ci jednak nie odezwali się. Bez słowa pchnęli Rossa w stronę schodów.
Ponieważ pokonanie stromych stopni ze związanymi rękoma okazało się niemożliwe, 

zatrzymali się na pierwszej platformie i uwolnili mu dłonie. Oczywiście pistolet wciąż był 
wymierzony   w   jego   plecy.   Spieszyli   się   wyraźnie,   toteż   Ross   starał   się   opóźniać   tempo 
marszu, jak tylko mógł. Zdał sobie bowiem sprawę, że poprzez sam fakt rozpoznania pistoletu 

background image

jako broni, poprzez poddanie się tej groźbie, zdradził swoje prawdziwe pochodzenie. Musi 
więc teraz zrobić wszystko, aby nie doprowadzić ich do projektu. Tym razem był pewien, że 
nie pozostawią go w pierwszej lepszej lodowej szczelinie.

Przekonał się, że ma rację, gdy przy wyjściu ze statku podali mu futrzane okrycie, 

ponownie związali ręce i zarzucili na szyję pętlę. A więc zabierali go z powrotem do swojej 
bazy w tym czasie. Dobrze. Tam jest transporter, którym będzie mógł powrócić do swoich. 
Na pewno znajdzie jakiś sposób, by się do niego dostać. Dlatego też nie sprawiał więcej 
kłopotu eskorcie i bez protestu podążał znajomą już drogą  w górę ku ośnieżonym skałom. 
Miał nadzieję, że uznali to za objaw całkowitej rezygnacji, taki przynajmniej wyraz starał się 
nadać swej twarzy. Gdy dotarli na wzgórze, obejrzał się jeszcze raz na kopułę statku.

Ocenił, że co najmniej połowa leży poniżej powierzchni gruntu. Albo więc pojazd 

spoczywa tu przez bardzo długi czas, albo, o ile jest to statek powietrzny, musiał z wielką siłą 
uderzyć   o   ziemię   w   poważnej   katastrofie.   On   zaś   nawiązał   kontakt   z   innym,   podobnym 
statkiem! I żadna z istot, które tam widział, nie była człowiekiem.

Ross rozmyślał o tym w trakcie wędrówki. Uważał, że ludzie, którzy go pojmali, po 

prostu plądrują statek. A sądząc po rozmiarach pojazdu, ładunek musi być duży. Ale skąd 
pochodzi?   Czyje   ręce   wykonały   te   przedmioty?   A   raczej   jaki   rodzaj   rąk?   Dokąd   statek 
zmierzał? I w jaki sposób Czerwoni go zlokalizowali? Pytań było wiele, a odpowiedzi żadnej. 
Ross  miał  nadzieję,  że   poprzez  nawiązanie   kontaktu   z  prawowitymi   właścicielami   statku 
zaszkodził   Czerwonym.   Może   obcy   podejmą   jakieś  kroki,   by  odzyskać   swoją   własność? 
Łysoń zrobił na nim spore wrażenie podczas ich krótkiego pojedynku na spojrzenia. Wolałby 
nie poznawać go osobiście, zwłaszcza jeśli zjawi się z jakimiś  pretensjami. Teraz jednak 
musiał skoncentrować się na czym innym. Musiał utrzymywać Czerwonych w niepewności, 
co do jego tożsamości, tak długo, jak to możliwe, i liczyć na uśmiech losu, który pozwoliłby 
mu   użyć   transportera   czasowego.   Nie   wiedział   do   końca,   na   jakiej   zasadzie   działa   ta 
platforma. Był natomiast pewien, że właśnie z jej pomocą został tu przeniesiony z czasów 
handlarzy. Gdyby więc udało mu się wrócić, być może zdołałby uciec. Musiał tylko dotrzeć 
do rzeki i pójść wzdłuż jej nurtu aż do ujścia. Tam w regularnych odstępach czasu miał 
pojawiać się ich okręt.  Ross zdawał sobie sprawę, że prawdopodobieństwo realizacji tego 
planu jest znikome, ale nie widział najmniejszego powodu, żeby się poddawać i ustępować 
Czerwonym.

Kiedy doszli do ich bazy, zauważył, że w jej zbudowanie włożono naprawdę wiele 

umiejętności i wysiłku. Nawet z bliska wyglądała tylko jak krawędź jęzora lodowca i gdyby 
nie prowadzące do niej ślady, nikt by nie podejrzewał, że pod zewnętrzną warstwą lodu kryje 
się coś więcej.

Weszli   przez   lodowy   tunel   do   wnętrza.   Szybkim   krokiem   minęli   szereg   małych 

pomieszczeń,   którym  Ross   nie  miał   nawet  czasu  się przyjrzeć.  Wreszcie   pchnięto   go do 
jakiegoś pokoju, a drzwi zamknęły się za nim z trzaskiem. Ręce wciąż miał związane.

Pomieszczenie było ciemne i znacznie chłodniejsze niż korytarze, którymi szli. Ross 

stał bez ruchu, czekając, aż jego oczy przyzwyczają się do mroku. Po kilku chwilach usłyszał 
dochodzące gdzieś z ciemności stłumione puknięcie.

-   Kto   tam   jest?-   zapytał   w   języku   ludu   pucharu,   zdecydowany   utrzymywać   swą 

fałszywą   tożsamość,   choć   prawdopodobnie   było   to   już   bez   znaczenia.   Nie   usłyszał 
odpowiedzi, ale po chwili głuchy odgłos stuknięcia zabrzmiał znowu. Ross powoli postąpił 
krok naprzód, i zaczął obmacywać otaczające go ściany. Zorientował się, że znajduje się w 
małej pustej celi. Odgłos uderzeń dochodził zza jednej ze ścian. Przyłożył do niej głowę, 
nasłuchując. Nie był to regularny dźwięk pracującej maszyny - niektóre przerwy trwały dość 

background image

długo, to znów kilka uderzeń następowało po sobie bardzo szybko. Jak gdyby ktoś coś kopał!

Czyżby Czerwoni poszerzali swoją podziemną kryjówkę? Wątpliwe - stwierdził Ross, 

nasłuchując przez dłuższą chwilę - odgłosy były zbyt nieregularne. Wyglądało na to, że te 
dłuższe   przerwy   są   chwilami   oczekiwania   na   rezultat   pracy.   A   może   ktoś   wstrzymywał 
oddech, nasłuchując z niepokojem, czy jego działalność wyjdzie na jaw?

Ross położył się na ziemi z głową przytkniętą do ściany, aby wyraźnie słyszeć dziwne 

odgłosy, i spróbował uwolnić ręce. Niestety, jedynym rezultatem tych prób była zdarta skóra 
na nadgarstkach. Wciąż miał na sobie futrzane okrycie i było mu zdecydowanie za gorąco, 
mimo  panującego  w  celi   chłodu,  który  odczuwał  wyraźnie  na  gołych  dłoniach.   Tylko  w 
części ciała odzianej wyłącznie w szatę obcych nie czuł ani zimna, ani ciepła. Wszystko 
wskazywało na to, że była wyposażona w jakiś regulator temperatury.

Podjął jeszcze jedną próbę uwolnienia rąk, pocierając nimi energicznie o ścianę za 

swymi   plecami.   Bez   rezultatu.   Odległe   stukanie   ucichło.   Tym   razem   przerwa   trwała   tak 
długo, że Ross zupełnie nie wiedząc kiedy zapadł w sen. Opierał się o ścianę, a głowa opadła 
mu na piersi.

Kiedy się obudził, był  wściekle głodny,  a wraz z uczuciem głodu wzrósł też jego 

wewnętrzny bunt. Zerwał się na nogi i namacał drzwi, przez które został wtrącony do tej celi. 
Zaczął kopać w nie ze złością. Miękkie podeszwy jego dziwnego ubioru tłumiły te uderzenia, 
ale mimo to coś musiało być słychać, bo drzwi otworzyły się nagle i Ross stanął twarzą w 
twarz z jednym ze strażników.

-   Jeść!   Chcę   jeść!   -   krzyknął   w   języku   ludu   pucharu.   Strażnik   zignorował   jego 

żądanie. Pociągnął Rossa na zewnątrz tak gwałtownie, że ten stracił równowagę. Murdock 
został zawleczony do innego pomieszczenia, gdzie stanął przed czymś, co w myślach nazwał 
trybunałem.

Dwóch z siedzących tam mężczyzn znał - sobowtór Ashe'a i ten spokojny człowiek, 

który przesłuchiwał go w poprzedniej bazie. Trzeci mężczyzna, najwyraźniej o największej 
władzy, przyglądał mu się uważnie, chociaż zachowywał przy tym obojętny wyraz twarzy.

- Kim jesteś? - zapytał ten spokojny.
-   Rossa,   syn   Gurdiego.   Ale   zanim   będę   z   tobą   rozmawiał,   muszę   coś   zjeść.   Nie 

zrobiłem wam nic złego, a traktujecie mnie jak barbarzyńcę, który ukradł sól z faktorii...

- Jesteś agentem - przerwał mu beznamiętnym głosem ten, którego Ross oceniał jako 

najwyższego rangą. - A czyim, powiesz nam we właściwym czasie. Najpierw opowiesz nam o 
statku, o tym, co tam znalazłeś, i o tym, co robiłeś z jego urządzeniami... I lepiej zastanów się 
chwilę, nim odmówisz,  mój  młody przyjacielu. - Sięgnął do boku i Ross po raz kolejny 
patrzył na wycelowany w siebie pistolet. - O, widzę, że wiesz, do czego to służy. Dziwna 
wiedza  jak na  handlarza   z niewinnej  epoki  brązu.  I  nie  miej   wątpliwości,   że  użyję  tego 
przedmiotu. Oczywiście nie zabiję cię - mówił dalej spokojnym tonem - ale niektóre rany, 
sprawiają potworny ból, mimo iż nie są groźne dla życia. Kirszow, zdejmij z niego to futro!

Ręce Rossa zostały uwolnione, a futrzana bluza znalazła się na ziemi. Przesłuchujący 

uważnie przyjrzał się ubiorowi, który znajdował się pod spodem.

A teraz powiesz nam wszystko, co chcemy usłyszeć. Ton, jakim wyrzekł te słowa, 

przejął Rossa chłodem. Podobnie czuł siew obecności majora Kelgarriesa. Może także Ashe 
miał w sobie coś takiego. No i ten Łysoń, którego oglądał na ekranie. Nie miał wątpliwości, 
że   jego   rozmówca   dokładnie   wie,   czego   chce.   Na   pewno   znał   wiele   metod,   za   pomocą 
których mógł wydobyć z jeńca wszystko, co chciałby usłyszeć, i na pewno metody te nie były 
przyjemne dla ofiary. Ross postanowił bronić się w jedyny możliwy sposób - selekcjonować 
informacje i rzucać im stopniowo te ochłapy, odwlekając maksymalnie to, co nieuniknione. 

background image

Niełatwo tracił nadzieję. No i miał sporą praktykę w słownych potyczkach z władzą. Niech 
więc wyciągają z niego to, co wie, ale słowo po słowie. Może czas będzie pracował na jego 
korzyść...

- Jesteś agentem...
Ross przyjął to oświadczenie bez potwierdzenia i bez zaprzeczenia.
- Przyszedłeś tu na przeszpiegi pod maską barbarzyńskiego handlarza - płynnie, bez 

żadnej   zmiany   w   tonie   głosu,   przesłuchujący   przeszedł   z   mowy   ludu   pucharu   na   język 
angielski.

Jednak Ross dobrze władał bronią, za jaką uważał swoją umiejętność nie zdradzania 

się z emocjami w nieoczekiwanych sytuacjach. Spojrzał na przesłuchującego go mężczyznę 
wzrokiem zagubionego chłopca, który nie bardzo rozumie, co do niego mówią. W przeszłości 
nieraz używał tego spojrzenia, by wprowadzić w błąd swych przeciwników. Czy teraz mu się 
powiedzie? Bardzo w to wątpił. Prawdopodobnie tylko dzięki temu, co nastąpiło po chwili, 
Ross Murdock zachował szacunek do samego siebie.

Usłyszeli   odległy   wybuch,   który   zadudnił   jak   potężny   grzmot.   Podłoga   pod   ich 

stopami, ściany wokół nich oraz sufit nad ich głowami nagle poruszyły się gwałtownie, jakby 
dłoń   rozzłoszczonego   giganta   wyrwała   całą   bazę   z   lodowego   gniazda   i   pchnęła   poprzez 
śnieżne pustkowie.

background image

13

Ross wpadł na strażnika, został odepchnięty i wleciał na ścianę. Mężczyzna krzyczał 

coś w języku, którego Murdock nie rozumiał. Zdecydowany rozkaz dowódcy opanował nagłą 
panikę, ale jasne było, że dla niego te wydarzenia też są zaskoczeniem. Dwóch mężczyzn 
natychmiast  porwało Rossa i brutalnie pociągnęło  do celi. Jeszcze nie zatrzasnęli  za nim 
drzwi,   gdy   dał   się   odczuć   drugi   silny   wstrząs.   Pchnęli   go   więc   do   środka   bez  zbytnich 
ceremonii.

Przywarł w ciemnościach do dającej wątpliwe poczucie bezpieczeństwa ściany. Całe 

pomieszczenie zadrżało jeszcze dwukrotnie i za każdym razem Ross słyszał towarzyszące 
wstrząsom odległe wybuchy. Bombardowanie! Ostatni wstrząs był wyjątkowo potężny. Ross 
padł na ziemię. Wyraźnie odczuwał drżenie podłogi. Jego żołądek kurczył się w konwulsjach 
strachu, jakiego dotąd nigdy nie zaznał.

Ale po ostatniej eksplozji, jeśli to była eksplozja, wszystko ucichło.
Ross, odczekał dłuższą chwilę i ostrożnie usiadł. Podłoga i ściany przestały drżeć. 

Tam, gdzie znajdowały się drzwi, dostrzegł ich wyraźny świetlny obrys. To znaczyło, że w 
ścianach pojawiły się pęknięcia i rysy. Podszedł do drzwi na czworakach. Nagle za plecami 
usłyszał ostry dźwięk, który osadził go w miejscu. Chociaż nie widział nic w ciemnościach, 
mógłby   przysiąc,   że   było   to   pocieranie   metalu   o   metal.   Dźwięk   dochodził   zza   ściany. 
Podczołgał się tam i przyłożył ucho do jej powierzchni. Teraz słyszał nie tylko skrobanie, ale 
też wyraźne stukanie i szelesty...

Powierzchnia   ściany,   którą   gorączkowo   zbadał   dłońmi,   pozostawała   gładka   i 

nienaruszona. Nagle tuż nad głową, usłyszał kolejne skrobnięcie metalu. Tym razem dźwięk 
był   bardzo   wyraźny,   a   w   ścianie   pojawił   się   otwór.   Ktoś   się   przez   nią   przebijał!   Ross 
dostrzegł   słabe   migotanie   światła,   potem   zaś   coraz   wyraźniej   widział   poruszający   się   w 
otworze czubek narzędzia. Kawał ściany odpadł z hałasem, a w powstałej dziurze pojawiła się 
ręka trzymająca światło. Przez moment Ross miał ochotę ją pochwycić, ale liznąwszy, że 
może mieć do czynienia z potencjalnym  sojusznikiem, postanowił spokojnie poczekać na 
dalszy rozwój wypadków. Ręka cofnęła się z powrotem za ścianę. Rozległo się następne ude-
rzenie i duży fragment muru upadł na podłogę. Kiedy opadł pył, Ross dostrzegł wyczołgującą 
się postać, a za nią kolejną. Oświetlenie było wprawdzie słabe, ale pierwszego z wchodzących 
widział aż nadto wyraźnie.

- Assha! - zawołał.
Nie   przebrzmiało   nawet   echo   jego   krzyku,   gdy   szczupły   mężczyzna   skoczył   jak 

pantera,   zwalając   Murdocka   z   nóg.   Przygwoździł   go   do   ziemi,   zacisnął   ręce   na   szyi   i 
zaświecił latarką prosto w oczy. Dopiero po chwili uścisk na szyi zelżał i Ross zaczął z tru-
dem łowić powietrze. Czuł się, co tu dużo mówić, nieco oszołomiony.

-   Murdock!   A   co   ty   tu....   -   resztę   pytania   Ashe'a   zagłuszyła   kolejna   gwałtowna 

eksplozja. Tym razem wstrząs nie tylko zwalił ich z nóg. Potężne drżenie przebiegło także 
wzdłuż wszystkich ścian i sufitu. Ross odruchowo nakrył głowę ramieniem. Nie mógł się 
pozbyć paskudnego wrażenia, że cały budynek zaczyna się powoli osuwać. Po chwili jednak 
znów zapanowała cisza. Podniósł powoli głowę.

- Co tu się dzieje? - to był głos McNeila.
- Jakiś atak - odpowiedział Ashe - ale nie pytaj mnie, kto i dlaczego atakuje. Ty, 

Murdock, jesteś tu mam nadzieję, więźniem?

background image

- Tak, sir - odparł Ross, zadowolony, że w jego głosie nie słychać drżenia.
- Następny kret - odezwał się McNeil.
-   Zaraz,   nie   rozumiem   -   Ross   zwrócił   się   ku   temu   obszarowi   ciemności,   gdzie 

prawdopodobnie siedział Ashe. - Czy byliście tu przez cały czas? Próbujecie wydostać się z 
więzienia, kopiąc? Jak macie zamiar przekopać się przez ten lodowiec, pod którym siedzimy?

-   Lodowiec!   -   wykrzyknął   Ashe   zapominając   o   ostrożności.   -Jesteśmy   wewnątrz 

lodowca! To wiele wyjaśnia. A więc jesteśmy...

- Na lodzie - dokończył McNeil i roześmiał ponuro. - Lodowiec, lód, no tak.
-   Potulnie   współpracujemy   -   wyjaśnił   Ashe.   -   Dostarczamy   naszym   przyjaciołom 

mnóstwa informacji, które już od dawna mają, oraz wielu fantastycznych opowieści, o jakich 
nawet im się nie śniło. Nie wiedzą tylko, że mamy przy sobie mały pakiet ratowniczy i cały 
czas próbujemy uciec. Zadziwiające, co można zapakować do środka pasa albo pod podeszwy 
butów. Tak więc prowadzimy własne poszukiwania...

- Ale ja nie dostałem  żadnego specjalnego sprzętu - Ross był  oburzony tą jawną 

niesprawiedliwością.

-   Nie   -   przyznał   Ashe,   a   jego   ton   pozostał   chłodny.   -   Nigdy   nie   dostają   go 

początkujący. Mogliby go użyć w niewłaściwym momencie. Mimo to radziłeś sobie całkiem 
nieźle...

Narastająca   złość   Rossa   zapewne   znalazłaby   teraz   ujście,   ale   przeszkodził   temu 

wyraźny trzask pękającego sufitu, który przejął przerażeniem ich wszystkich. Murdock zaczął 
już   sobie   wyobrażać   grobowiec   pod   lodem.   Cisza,   która   teraz   zapadła,   była   nie   mniej 
przerażająca   niż   ten   trzask.   A   potem   usłyszeli   krzyk,   nie,   raczej   przeraźliwy   wrzask. 
Szczelina   wokół   drzwi   zaczęła   się   nagle   poszerzać,   a   potem   one   same   wysunęły   się   z 
zawiasów. Ogarnął ich paniczny strach przed pułapką.

- Chodu!!!
Ross zerwał się w mgnieniu oka, ale już w drzwiach zatrzymała ich kolejna seria 

dźwięków, które  kojarzyły  im się  tylko  z  jednym  - z seriami  z karabinów.  Gdzieś  dalej 
toczyła się walka. Ross przypomniał sobie twarz łysego oficera ze statku i przemknęło mu 
przez głowę, że może właśnie on toczy ten bój. Obcy przeciwko Czerwonym plądrującym ich 
statek. A jeśli tak, to czy obcy odróżnią Czerwonych od ich jeńców? Obawiał się, że nie.

Korytarz był pusty. Niedługo jednak. Kiedy stali tam w bezruchu, przypłaszczeni do 

ściany, pojawiło się dwóch biegnących mężczyzn. Stanęli, zaskoczeni widokiem zbiegłych 
jeńców.

Zza   ich   pleców   rozległ   się   krzyk,   jakby   nakazujący   im   powrót   na   opuszczone 

stanowisko. Jeden z mężczyzn zawahał się i chciał zawrócić, drugi jednak szarpnął go za 
ramię i pociągnął za sobą. Rozległa się seria z automatu. Pierwszy z biegnących jęknął cicho, 
padł na kolana i osunął się twarzą na ziemię. Drugi spojrzał na swego towarzysza, a potem 
skoczył w boczny korytarz o włos unikając śmierci,  gdy kolejna seria z karabinu odłupała 
fragment ściany na skrzyżowaniu tuneli.

Nie pojawił się jednak pościg. Zamiast tego w ciemnościach rozległa się kakofonia 

wrzasków, strzałów i jęków bólu, którym towarzyszyło dziwne syczenie. Ashe skoczył do 
leżącego na korytarzu i pochwycił jego karabin. Następnie zdecydowanym gestem nakazał 
pozostałej dwójce ucieczkę w stronę przeciwną do odgłosów bitwy.

- Nic z tego nie rozumiem - wydyszał McNeil, gdy biegiem dotarli do następnego 

oświetlonego skrzyżowania korytarzy. - Co to jest? Bunt? Nasi chłopcy ich znaleźli?

- To ludzie ze statku - odpowiedział mu Ross.
- Jakiego statku? - Ashe chwycił go za ramię.

background image

- Tego wielkiego, który plądrują Czerwoni...
- Statku? - zawtórował McNeil. - A to skąd? - Teraz w jasnym świetle wyraźnie było 

widać   obce   pochodzenie   ubrania   Rossa.   McNeil   przejechał   dłonią   po   jego   powierzchni 
tkaniny.

- Ze statku - odparł Ross niecierpliwie. - Ale jeśli atakują ci ze statku, nie odróżnią nas 

od Czerwonych...

Przerwała mu następna potężna eksplozja i po raz trzeci już Ross wylądował na ziemi. 

Światła na korytarzu zamigotały, zszarzały, a wreszcie zgasły.

- Świetnie - usłyszeli zgryźliwy komentarz McNeila. - Teraz możemy sobie urządzić 

wyścig ślepców.

- Platforma transportera. - Ross powrócił do swego pierwotnego planu ucieczki. - Jeśli 

zdołamy się do niej dostać...

Zapaliła się latarka, której Ashe i McNeil używali podczas drążenia tunelu. Ponieważ 

zdawało się, że wstrząsy na razie ustały, ruszyli dalej. Ashe szedł przodem, McNeil zamykał 
pochód. Ross miał nadzieję, że Ashe wie dokąd ich prowadzi. Odgłosy walki ostatecznie 
ucichły, zatem któraś z walczących stron musiała odnieść zwycięstwo. A to oznaczało, że za 
chwilę ktoś może odkryć ich obecność.

Ross   zawsze   uważał,   że   ma   dobre   wyczucie   kierunku,   teraz   jednak   dostrzegł,   iż 

daleko mu w tym względzie do Ashe'a. Tyle tylko, że Ashe, wcale nie prowadził ich do 
transportera. Weszli do małego archiwum.

Na stole, leżały trzy szpule z taśmą, które Ashe natychmiast pochwycił. Dwie wsunął 

pod tunikę, trzecią podał McNeilowi.

Potem   szybko   posprawdzał   wszystkie   szafki   i   szuflady   -   niestety,   wszystkie   były 

zamknięte. Dopiero teraz zdecydował się opuścić pokój. Ross czekał już przy drzwiach.

- Do platformy! - ponaglił.
Ashe jeszcze raz z żalem obejrzał się na zamknięte szuflady.
- Gdybyśmy mogli tu spędzić choć dziesięć minut... - mruknął. Teraz zdenerwował się 

nawet McNeil.

-   Jeśli   chcesz   być   wkładką   do   lodowego   hamburgera,   proszę   bardzo.   Ja   nie 

zamierzam. Jeszcze jeden wstrząs i będziemy pochowani tak głęboko pod lodem, że nawet 
nas nie namierzą. Wynośmy się stąd! Dzieciak ma rację. Wiejmy!

I jeszcze raz Ashe powiódł ich bezbłędnie przez opustoszałe korytarze bazy do punktu 

transferowego. Ku wielkiej uldze Rossa płyta świeciła się. Miał już pewne obawy, że skoro 
siadła   elektryczność,   także   płyta   mogła   przestać   działać.   Wskoczył   błyskawicznie   na 
platformę. Ashe i McNeil dołączyli do niego skwapliwie.

Gdy już otaczał ich snop zielonkawego światła, usłyszeli dochodzący z dali krzyk, a 

potem   huk   wystrzału.   Ross   poczuł,   że   Ashe   osuwa   się   na   niego,   i   podtrzymał   go   ręką. 
Zdawało mu się, że za świetlistą zasłoną dostrzegł postać przywódcy Czerwonych, a za jego 
plecami pozbawioną włosów głowę obcego - samą głowę, zanurzoną w zielonej poświacie.

Czy ci dwaj byli teraz sojusznikami? Zanim jednak mógł się upewnić, czy widział ich 

naprawdę czy też było to tylko złudzenie, dopadły go znajome zawroty głowy związane z 
podróżą w czasie. Wszystko znikło z pola widzenia.

- ... wolni. Zjeżdżajmy stąd!
Ross  dostrzegł   pochylone   barki  Ashe'a  i  podekscytowaną   twarz  McNeila.  McNeil 

właśnie ściągał Ashe'a z płyty. Ashe został trafiony. Strumień krwi płynął z dziury w jego 
barku, cała górna część tuniki była przesiąknięta krwią. Wzięli go pod ręce. Zachował na tyle 
świadomości, że poruszał nogami, w miarę jak go wlekli.

background image

Tak, zdołali uciec. I nie czekał na nich żaden komitet powitalny. Ross w myślach 

podziękował za to wszystkim bogom, jakich znał. Bo nawet jeśli trafili znów do epoki brązu, 
wciąż byli na terytorium wroga. A z rannym Ashem ich szansę na ucieczkę spadły niemal do 
zera.   Zrobili   mu   prowizoryczny   opatrunek,   drąc   na   paski   kilt   McNeila.   Ashe,   chociaż 
osłabiony, nie poddawał się - gnał go ten sam strach, który był motorem działań całej trójki. 
Czas był teraz ich najgorszym wrogiem! Ross chwycił karabin rannego i wpatrywał się w 
płytę transportera, gotów przywitać ołowiem każdego, kto by się na niej pojawił.

- To musi wystarczyć - rzekł Ashe słabym głosem. - Musimy ruszać.
Zawahał się przez moment, a potem wyjął taśmy spod skrwawionej tuniki.
- Lepiej ty je nieś - wręczył szpule McNeilowi.
- Dobra - odpowiedział ten beznamiętnie.
- Naprzód! - zakomenderował Ashe. - Platforma... - powiedział jeszcze.
Ale platforma wciąż pozostawała pusta. Ross zauważył, że pojawili się we właściwym 

czasie, bo otaczały ich ściany z drewnianych bali i kamieni, które pamiętał z wioski.

- Czy ktoś tu nadejdzie? - spytał.
- Powinien...wkrótce.
Pognali więc przed siebie, nie czekając.
Skórzane   buty   Ashe'a   i   McNeila   czyniły   niewiele   hałasu,   Ross   zaś   poruszał   się 

bezszelestnie. Sam jednak nieprędko znalazłby drzwi prowadzące na zewnątrz. I Ashe znowu 
przejął rolę przewodnika. Tylko raz musieli się chować. Poza tym, bez przeszkód dotarli do 
właściwych drzwi. Ashe ciężko dysząc oparł się o ścianę. McNeil przytrzymywał go, by nie 
upadł.   W   tym   czasie   Ross   zdjął   z   uchwytów   belkę.   Weszli   do   pogrążonej   w   nocnych 
ciemnościach wioski.

- Którędy? - zapytał McNeil.
Ku   zdumieniu   Rossa,   Ashe   nie   skierował   się   w   stronę   bramy   w   palisadzie,   lecz 

wskazał górskie zbocze.

- Spodziewają się, że pójdziemy doliną. Lepiej więc właźmy na górę.
- To wygląda na ciężką wspinaczkę - powątpiewał McNeil.
 Ashe spojrzał na niego.
- Jeśli będzie dla mnie za ciężka, powiem ci - rzekł. - A teraz naprzód.
Zaczął   szybkim   tempem,   okazując,   że   marsz   nie   sprawia   mu   trudności,   ale   jego 

towarzysze szli po obu stronach gotowi do natychmiastowej pomocy.

Wiele razy później Ross zastanawiał się, czy tamtej nocy zdołaliby uciec z wioski 

tylko o własnych siłach. Był pewien, że zrobili wszystko, co w ich mocy, ale powodzenie 
ucieczki wymagało w tamtych warunkach niesamowitego szczęścia.

Miało   być   jednak   inaczej,   niż   sobie   wyobrażali.   Ledwie   dotarli   do   małej   chatki, 

odległej zaledwie o dwa budynki od tego, z którego wybiegli, zaczęły się fajerwerki. Jakby 
wiedzeni jedną myślą, wszyscy trzej padli płasko na ziemię. Z dachu budynku stojącego w 
centrum wioski uniósł się nagle snop jaskrawozielonego światła. Wokół tego promienia dach 
zajął   się   ogniem   o   bardziej   już   naturalnym  czerwono   żółtym   kolorze.   Z   innych   domów 
wybiegli krzyczący ludzie. Tymczasem ogień ogarnął całą budowlę.

- Teraz! - głos Ashe'a przebił się do nich mimo narastającego hałasu.
Pognali w stronę palisady, mieszając się z tłumem zdezorientowanych i wyrwanych ze 

snu ludzi biegających wokół. Fala ognia rozprzestrzeniała się, oświetlając dokładnie teren. 
Zbyt  dokładnie. Ashe i McNeil mogli roztopić się w tłumie, ale niezwykła odzież Rossa 
zbytnio rzucała się w oczy.

Dotarli   jednak   do   palisady.   Najpierw   podsadzili  Ashe'a,   a   gdy   on   znalazł   się   po 

background image

drugiej strome, McNeil podążył jego śladem. Ross, wspinający się jako trzeci, siedział już 
niemal   na   czubku,   kiedy   nagle   objął   go   snop   światła.   Rozległ   się   wysoki,   rozdzierający 
powietrze wrzask, jakiego nigdy w życiu nie słyszał. Murdock błyskawicznie podciągnął się 
w   górę,   wiedząc,   jak   doskonały   stanowi   cel,   wisząc   na   palisadzie.   Spojrzał   w   dół,   w 
ciemność. Nie miał pojęcia, czy Ashe i McNeil czekają tam na niego, czy już uciekli dalej. 
Wrzask rozległ się znowu, więc Ross nie namyślając się ani chwili, skoczył na ślepo w mrok.

Wylądował   paskudnie   na   kolanie.   Na   szczęście   dzięki   przygotowaniu   do   skoków 

spadochronowych nie złamał nogi. Zerwał się więc i pobiegł co sił w stronę gór. Za plecami 
słyszał innych ludzi wspinających się na palisadę i skaczących w dół, toteż nie odważył się 
krzyczeć, by nie ściągnąć sobie na kark wrogów.

Wioska położona była w najszerszej części doliny. Za palisadą otwarty teren zwężał 

się gwałtownie i przybierał kształt wąwozu. Ross najbardziej obawiał się, że zgubi swych 
towarzyszy i nie zdoła odnaleźć ponownie ich śladów. Dzięki swemu ubraniu, które w nocy 
przybierało   ciemną   barwę   ochronną,   dwukrotnie   zdołał,   przypadłszy   do   ziemi,   umknąć 
uwadze uciekinierów, którzy przebiegli koło niego. Słysząc jednak ich przerażony bełkot w 
języku,   którego   używał   klan   Ullfy,   przekonał   się,   że   większość   mieszkańców   wioski   to 
niewinni ludzie, nieświadomi jej prawdziwej funkcji. Byli pewni, że zaatakowały ich nocne 
demony. A więc wśród uciekających mogło być zaledwie kilku Czerwonych.

Ross zmusił się do ostrej wspinaczki i dopiero na sporej wysokości zatrzymał się, by 

odpocząć. Spojrzał za siebie. Nie był zaskoczony ujrzawszy w wiosce obcych, zaglądających 
do domów. Zapewne szukali ukrywających się mieszkańców. Wszyscy byli ubrani w takie 
same   uniformy   jak   on,   a   ich   pozbawione   włosów   czaszki   błyszczały   w   świetle   ognia. 
Zdumiało go, że przechodzili przez płonące ściany, najwyraźniej nic sobie nie robiąc z żaru i 
ognia.

Ludzie, którzy nie zdołali uciec z wioski bądź biegali głośno krzycząc, bądź też padali 

na   ziemię   i   zakrywszy   rękoma   głowę,   czekali   na   swój   los.   Każdego   z   pochwyconych 
prowadzono   do   grupy   obcych,   którzy   stali   przy   głównym   budynku.   Większość   ludzi 
odpychano z powrotem w  ciemność, kilku jednak pozostało tam w niewoli. Najwyraźniej 
trwało   jakieś   sortowanie.   Nie   było   wątpliwości,   że   obcy   załatwiają   swe   porachunki   z 
Czerwonymi.   Ross   wcale   nie   pragnął   poznać   szczegółów.   Zaczął   więc   znów   mozolną 
wspinaczkę, aż wreszcie dotarł do przełęczy.

Czekała go droga w dół, toteż nie czekając długo, ruszył wprost w mrok.
Zdecydował się zatrzymać, gdy był już zbyt zmęczony i zbyt głodny, by utrzymać się 

na nogach. Odkrył małą niszę skalną i wczołgał się do niej skwapliwie. Serce tłukło mu się 
nieznośnie w piersi, a każdy oddech powodował kłucie w płucach.

Obudził się o świcie, gotów do walki z nieznanym czającym się obok przeciwnikiem. 

Czyjaś ciepła dłoń wylądowała na jego ustach, a nad sobą zobaczył twarz McNeila. Widząc 
ulgę w oczach Rossa, McNeil cofnął dłoń.

Murdock   wyczołgał   się   ze   skalnej   dziury,   zmuszając   do   wysiłku   zesztywniałe   i 

poobijane ciało. Rozejrzał się. McNeil był sam...

- A Ashe? - zapytał.
Pokryta   kilkudniowym   rudym   zarostem   twarz   McNeila   miała   zatroskany   wyraz. 

Ruchem głowy wskazał w dół i sięgnął pod swój kilt. Po chwili wyciągnął w kierunku Rossa 
zaciśniętą pięść, w której najwyraźniej coś trzymał. Murdock nastawił dłoń i McNeil wsypał 
w   nią   garść   ziarna.   Ross   popatrzył   na   suche   ziarno   i   natychmiast   poczuł   głód.   Zaczął 
przeżuwać suchy pokarm. Gdy skończył, podążył za swym towarzyszem, który, wciąż nie 
raczywszy się odezwać, schodził ku położonemu niżej lasowi.

background image

-   Nie   jest   dobrze   -   wychrypiał   wreszcie   McNeil   w   języku   ludu   pucharu.   -   Ashe 

czasami traci przytomność. Rana na jego ramieniu jest znacznie poważniejsza niż początkowo 
sądziłem. Grozi mu zakażenie. W lesie aż roi się od ludzi, którzy zwiali z tej przeklętej 
wioski. Wszyscy są głęboko przekonani, że demony podążają ich tropem. Jeśli zobaczą cię w 
tym ubraniu...

- Wiem. Zdjąłbym je, gdybym mógł - zgodził się Ross. - Ale najpierw muszę zdobyć 

jakieś inne ciuchy. Nie mogę biegać nago po tym mrozie.

- A może powinieneś. To byłoby bezpieczniejsze - mruknął McNeil. - Nie wiem, co 

tam się stało, ale działo się niemało.

Ross pochylił się i nabrał garść śniegu leżącego w zagłębieniu skalnym. Nie było to 

wprawdzie to samo, co napić się wody, ale pozwoliło ugasić palące pragnienie.

- Mówiłeś, że Ashe traci przytomność. Co możemy zrobić, żeby mu pomóc, i jaki jest 

dalszy plan?

- Musimy jakoś dotrzeć do rzeki. Wpada do morza, a u jej ujścia mamy spotkać się ze 

statkiem.

Wyglądało   to   na  niemożliwe   do  wykonania,   ale   przecież   tak   wiele   niemożliwych 

rzeczy   wydarzyło   się   ostatnio.   Trzeba   spróbować.   Ross   nabrał   kolejną   garść   śniegu   i 
wepchnął go do ust, a potem podążył za znikającym między drzewami McNeilem.

background image

14

I tyle mojej opowieści. Resztę już wiesz.
Ross   trzymał   ręce   tuż   nad   płomieniem   skromnego   ogniska,   jakie   rozpalili   w 

niewielkiej dziurze w ziemi, którą wykopali specjalnie w tym celu. Czuł przyjemne ciepło 
rozchodzące się po zmarzniętych dłoniach.

Patrzył w błyszczące oczy Ashe'a. Czy to płomień odbijał się w jego źrenicach, czy 

rozpalało   je   podniecenie   po   tym,   co   usłyszał,   czy   była   to   tylko   gorączka?   Znaleźli 
tymczasowe   schronienie   w   miejscu,   gdzie   zwały   skał,   które   osunęły   się   wraz   z   lawiną, 
utworzyły prowizoryczną grotę. Od czasu ich ucieczki z wioski minęło czterdzieści osiem 
godzin. Teraz, o zmierzchu, McNeil robił obchód najbliższej okolicy.

- Więc mieli rację, mimo wszystko. Pomylili się tylko co do czasu - Ashe przesunął 

się na posłanie z gałęzi i liści, które dla niego przygotowali.

- Nie rozumiem.
- Latające talerze - odparł Ashe. - Była i taka hipoteza. Brano ją pod uwagę. Teraz 

Kelgarries będzie się rumienił...

- Latające talerze? - Ross przypuszczał, że Ashe znów bredzi w gorączce. Zastanawiał 

się nawet, co powinien zrobić, jeśli Ashe wstanie i będzie chciał odejść. Nie może przecież go 
związać. No i nie był pewien, czy zdołałby obezwładnić Ashe'a w prawdziwej walce.

-   Ten   okrągły   statek   nie   został   zbudowany   w   naszym   świecie.   Pomyśl   trochę, 

Murdock. Pomyśl  o tej istocie z filtrem na twarzy albo o tym  łysym.  Czy któryś  z nich 
wyglądał na Ziemianina?

- Ale.... statek kosmiczny!
Więc jednak. Chociaż dotychczas wszyscy tylko kpili na ten temat. Odkąd człowiek 

zaniechał   eksperymentów   z   lotami   kosmicznymi   po   pierwszych   nieudanych   próbach   z 
satelitami,   podróże   międzyplanetarne   były   co   najwyżej   przedmiotem   kpin.   Ale   przecież 
widział   statek   na   własne   oczy.   Nawet   urządzenia,   które   znalazł   w   kapsule   ratunkowej, 
przewyższały wszystko, co kiedykolwiek wymyślili ludzie.

- Taką hipotezę już wysunięto - Ashe leżał na wznak i wpatrywał się w zwał kamieni, 

pni i ziemi, który stanowił ich sufit. -Wysunął ją facet o nazwisku Charles Fort, autor paru 
innych   śmiałych   pomysłów,   który   zresztą   znajdował   dużą   przyjemność   w   drażnieniu, 
zadufanego w sobie i napęczniałego jak balon świata nauki. Zebrał kilka półek dokumentów 
zawierających informacje o niewyjaśnionych wydarzeniach i zwrócił się do naukowców, aby 
spróbowali znaleźć wytłumaczenie. Jedna z jego hipotez zakładała, że system olbrzymich 
sztucznych robót ziemnych znalezionych w Ohio i Indianie to w rzeczywistości sygnał SOS 
wyryty przez jakichś kosmicznych rozbitków. Intrygująca hipoteza i kto wie, czy właśnie nie 
udowodniliśmy jego słuszności.

- Ale jeśli na Ziemi  rozbiły się jakieś statki kosmiczne, dlaczego nie znaleźliśmy 

żadnego ich śladu w naszych czasach?

 - Ponieważ wrak, który odwiedziłeś znajdował się w erze lodowcowej. Czy zdajesz 

sobie   sprawę,   jak   dawno   to   było?   Były   trzy   okresy  lodowcowe   i   nie   wiemy,   w   którym 
Czerwoni mają swą bazę. Zaczęło się to około miliona lat temu, a ostatni lodowiec cofnął się 
z okolic stanu Nowy Jork jakieś trzydzieści osiem tysięcy lat temu. To był początek epoki 
kamienia gładzonego, jeśli chodzi o rozwój człowieka, i pierwsi ludzie dopiero zaczynali się 
pojawiać   na   cieplejszych   obrzeżach   tego   obszaru.   Zmieniał   się   klimat,   zmieniały   się 

background image

kontynenty. W Kansas było kiedyś morze, Anglia była częścią Europy. Gdyby więc nawet 
rozbiło się i pięćdziesiąt  statków, mogły zostać starte  na proch przez sunące masy lodu, 
pogrzebane   przez   trzęsienia   ziemi   lub   po   prostu   zardzewiałyby,   nim   pojawiłby   się   jakiś 
człowiek, który by je podziwiał. Ale tak wielu wraków z pewnością nie było. Czy ty myślisz, 
że Ziemia działała na nich jak lampa na owady?

- Ale jeśli statki mogły rozbić się wtedy, dlaczego nie mogły później, kiedy ludzie 

byliby w stanie nawiązać kontakt? - Ross wciąż miał wątpliwości.

- Wiele może być przyczyn, a wszystkie można dopasować do naszej obecnej wiedzy. 

Cywilizacje rozwijają się, istnieją! upadają, i często zabierają ze sobą w nicość wynalazki i 
odkrycia, które uczyniły je wielkimi. Bo w jaki sposób Indianie zdołali utwardzić złoto do 
tego   stopnia,   że   nadawało   się   jako   materiał   na   broń?   Jakimi   sekretami   dysponowali 
wznoszący piramidy Egipcjanie? Setki uczonych do dziś spierają się o to i o wiele innych 
rzeczy.   Egipcjanie   korzystali   ze   szlaku   handlowego   do   Indii.   Handlarze   z   epoki   brązu 
podróżowali w głąb Afryki. Rzymianie wiedzieli o istnieniu Chin. Potem nastąpił upadek 
tych imperiów, a o szlakach zapomniano. Dla naszych europejskich przodków w średniowie-
czu Chiny były niemal legendą, a o tym, że Egipcjanie żeglowali niegdyś wokół Przylądka 
Dobrej   Nadziei,   nawet   nie   wiedziano.   Załóżmy,   że   nasi   obcy   reprezentowali   jakąś 
międzygwiezdną   federację   albo   imperium,   które   doszło   do   najwyższego   punktu   swego 
rozwoju,   a   potem   znów   stoczyło   się   do   poziomu   pojedynczych,   odciętych   od   siebie 
barbarzyńskich  planet, i że stało się to, nim ludzie zaczęli  malować  pierwsze obrazki na 
ścianach jaskiń. Albo załóżmy, że nasza planeta była pechowa i rozbiło się tu  zbyt wiele 
statków, więc zrezygnowano z całego tego sektora i kapitanowie statków kosmicznych na 
wszelki wypadek omijali go. A może mieli prawo, że jeśli na jakiejś planecie powstaną istoty 
rozumne, muszą być pozostawione w spokoju, dopóki nie dorosną do kosmicznych lotów.

- Tak. - Każda z hipotez Ashe'a wydawała się sensowna i Ross gotów był  w nie 

uwierzyć. Łatwiej było przyjąć, że zarówno Futrzak, jak i Łysoń pochodzą z innego świata, 
niż że należą do przodków jego własnej rasy. - Ale w jaki sposób  Czerwoni zlokalizowali 
statek?

- O ile ta informacja nie znajduje się na taśmach, które zabraliśmy, prawdopodobnie 

nigdy się nie dowiemy - powiedział w zamyśleniu Ashe. - Chociaż jedną hipotezę mam. 
Czerwoni   przez   ostatnie   sto   lat   badali   Syberię.   Na   olbrzymich   obszarach   tej   krainy   w 
przeszłości zachodziły bardzo gwałtowne zmiany klimatyczne. Czasem nawet w ciągu jednej 
doby.   Mamuty,   które   znajdowano   w   wiecznej   zmarzlinie,   miały   w   żołądkach   na   wpół 
strawione tropikalne rośliny. Zupełnie, jakby zamarzły  niemal natychmiast. Jeżeli podczas 
badań terenu Czerwoni trafili na pozostałości statku, pozostałości na tyle dobrze zachowane, 
że mogli pojąć, co znaleźli, zaczęli przesuwać się dalej w przeszłość, aby zbadać je lepiej we 
wcześniejszym czasie. Ta teoria pasuje do tego, co wiemy do tej pory.

- Ale dlaczego obcy zaatakowali Czerwonych właśnie teraz?
- Oficerowie statków w żadnej epoce czy kulturze nie lubią piratów - Ashe zaniknął 

oczy.

Wciąż była cała masa pytań, które Ross chciał mu zadać. Pogładził obcą tkaninę. 

Choć   przylegała   do   skóry   tak   ściśle,   że   niemal   jej   nie   czuł,   dawała   tyle   ciepła,   iż   nie 
potrzebował żadnego innego ubioru. Jeśli Ashe miał rację co do innego świata, to gdzie był 
ten świat, na którym potrafiono utkać taką szatę? Jak daleką drogę odbyła ta szata, zanim 
trafiła w jego ręce?

Zupełnie nieoczekiwanie do ich kryjówki wsunął się McNeil z dwoma zającami w 

dłoniach.

background image

- Jak leci? - zapytał.
Ross wstał, by zabrać się do oporządzania zdobyczy.
- Nie najgorzej - oczy Ashe'a były  wciąż zamknięte, ale odpowiedział na pytanie 

McNeila szybciej, niż Ross zdołał otworzyć usta. - Jak daleko jesteśmy od rzeki? I czy mamy 
towarzystwo?

- Około pięciu mil - odpowiedział McNeil sucho. - A towarzystwo mamy, i to nader 

liczne.

To rozbudziło Ashe'a. Uniósł się nieco na zdrowym łokciu.
- Jakie?
- Nie z wioski - McNeil pochylił się nad ogniem i dołożył kilka patyków. - Coś się 

dzieje w górach. Wygląda to jak duża fala migracyjna. Naliczyłem pięć rodzinnych klanów 
dążących na zachód - a to tylko jeden poranek.

- Opowieści wieśniaków o demonach mogły ich przepłoszyć -zastanowił się Ashe.
- Może - McNeil nie wyglądał na przekonanego. - Im szybciej dojdziemy do rzeki, 

tym lepiej. Mam nadzieję, że chłopcy na okręcie będą czekać, tak jak obiecali. Jedna rzecz 
działa na naszą korzyść - wzbiera fala powodziowa.

- A woda powinna nieść sporo materiału do budowy tratwy - Ashe znów położył się 

na plecach. - Jutro dojdziemy do rzeki.

McNeil spojrzał niepewnie na Rossa, który oporządził właśnie zające i wieszał je nad 

ogniskiem.

- Pięć mil w tym terenie - powiedział powoli - to dobry dzień marszu... - powstrzymał 

się przed dokończeniem “dla zdrowego człowieka".

- Dam radę - zapewnił ich Ashe.
Obaj jego towarzysze byli pewni, że dopóki jego ciało będzie wykonywać rozkazy 

umysłu, dotrzyma słowa. Wiedzieli też, że nie ma sensu dyskutować.

Dotarli do rzeki następnego dnia. Wiele drzew spływało z wezbraną falą wiosennej 

powodzi. Migracja wciąż trwała. Dwa razy musieli zaszyć siew krzakach, skąd obserwowali 
wędrujące klany. Za drugim razem była to naprawdę spora grupa, niosąca wielu rannych i 
poszukująca dogodnego miejsca do przeprawy.

- Nieźle oberwali - skomentował McNeil. Kiedy zwiadowcy plemienia powrócili z 

wieścią, że nigdzie w pobliżu nie ma dogodnego brodu, mężczyźni rozpoczęli budowę tratw.

- Śpieszą się, uciekają- powiedział Ashe. - To nie są ludzie z wioski. Spójrzcie na ich 

stroje i pomalowane na czerwono twarze. Nie są także krewniakami Ulffy. Chyba przybyli z 
dalszych okolic.

-   To   mi   przypomina   zwierzęta   uciekające   przed   pożarem   lasu.   Niemożliwe,   żeby 

wszystkie te plemiona nagle postanowiły szukać nowych terenów - zauważył McNeil.

- Wykurzyli ich Czerwoni - zasugerował Ross - albo obcy ze statku.
Ashe pokręcił przecząco głową i zamyślił się.
- Kim mogą być? - zmarszczka między jego brwiami pogłębiła się. - Wiem, to ci od 

czekanów bojowych - powiedział po chwili tryumfalnym szeptem, dumny, że udało mu się 
dopasować brakujący fragment układanki.

- Od czekanów?
- Inwazja ze wschodu. Oni pojawili się w tym rejonie mniej więcej w tym okresie 

historii. Pamiętasz, wspominał o tym Webb. Topory były ich podstawową bronią, mieli też 
konie.

- Tatarzy? - zdziwił się McNeil - Tak daleko na zachodzie?
- Nie Tatarzy. Nie. Ci przybędą z Azji dopiero za parę tysięcy lat. Nie wiemy zbyt 

background image

wiele   o   topornikach   poza   tym,   że   wędrowali   na   zachód   ze   wschodnich   stepów.   Dotarli 
ostatecznie do Brytanii. Prawdopodobnie byli przodkami Celtów, którzy także kochali konie. 
Ale w tych czasach to dopiero pierwsza fala przypływu.

- Im szybciej  wyniesiemy się w dół rzeki, tym  lepiej - zawyrokował McNeil, ale 

zdawali sobie sprawę, że muszą pozostać w ukryciu, dopóki ten klan nie pójdzie swoją drogą.

Leżeli   więc   bezczynnie   do   końca   następnej   nocy,   a   o   poranku   byli   świadkami 

przybycia dodatkowej niewielkiej grupy mężczyzn z pomalowanymi na czerwono twarzami; 
ci także  mieli  wielu  rannych.  Wraz  z ich  nadejściem gorączkowy ruch nad rzeką  nabrał 
rozmiarów paniki.

Trzej czający się w krzakach agenci również byli poważnie zaniepokojeni. Nie mogli 

po prostu przekroczyć rzeki - musieli zbudować tratwę na tyle porządną, by poniosła ich aż 
do ujścia, do morza. Na zbudowanie takiej tratwy potrzebowali czasu. A tego właśnie nie 
mieli.

Gdy tylko ostatnia tratwa z uchodźcami znalazła się na rzece i odpłynęła na odległość 

strzału z łuku, McNeil pognał nad rzekę. Ross za nim. Nie mieli nawet kamiennych narzędzi, 
jakimi  dysponowali  tubylcy,  ale  mimo  to pod kierunkiem Ashe'a zaczęli  budować swoją 
tratwę. Pracowali do wieczora. W nocy było zbyt ciemno, a poza tym zmęczenie dawało im 
się we znaki.

W pewnej chwili Ashe wskazał w stronę, z której przybyli. Dostrzegli tam wyraźne 

światło ognia. Ognisko musiało być spore, skoro widzieli je z takiej odległości.

- Obóz? - zastanowił się McNeil.
- Tak - zgodził się Ashe. - Ci, którzy rozpalili ten ogień, są najwyraźniej tak liczni, że 

nie muszą zachowywać środków ostrożności.

- Będą tu już jutro?
- Mogą tu dotrzeć ich zwiadowcy. Ale jest wczesna wiosna i nie ma zbyt wiele trawy 

dla koni. Gdybym to ja był wodzem, skręciłbym w stronę tych łąk, które ominęliśmy wczoraj 
i zarządził co najmniej tygodniowy popas. Jeżeli jednak potrzebują wody...

- Przyjdą po nią wprost tutaj - dokończył ponuro McNeil. - Nie możemy zostać w tym 

miejscu.

Ross przeciągnął się, krzywiąc się niemiłosiernie z powodu bólu w plecach. Ręce go 

paliły,   a   to   przecież   był   dopiero   początek   pracy.   Gdyby   Ashe   był   sprawny,   mogliby 
przywiązać się do pojedynczych bali i spłynąć w dół z prądem, by znaleźć jakieś bezpiecz-
niejsze miejsce na stocznię. Ale wiedział, że Ashe nie da rady podjąć takiego wysiłku.

Ross przespał tę noc głębokim snem, ponieważ jego ciało było zbyt zmęczone, by 

przejmować się zmartwieniami umysłu. Wczesnym świtaniem obudził go McNeil i razem 
podjęli na nowo walkę z opornymi pniami, mając za jedyne narzędzie noże. Za łącznik mogły 
służyć tylko pasy tkaniny z ich kiltów i kawałki skóry zająców, które upolowali kilka dni 
temu. Pracowali głodni, nie mając ani chwili czasu, by udać się na polowanie. Ale kiedy 
słońce chyliło się ku zachodowi, tratwa była gotowa. Inna sprawa, że nikt nie gwarantował, iż 
będzie ona posłuszna tyczce lub wiosłu sternika.

Ashe wgramolił się na platformę i położył się bezsilnie na kilku gałęziach, które dla 

niego przynieśli. Miał wypieki, oczy błyszczały gorączką. Chciwie wypił wodę, którą podali 
mu   w  dłoniach,  i  odetchnął  z  wyraźną   ulgą,  gdy Ross  przetarł  jego twarz  mokrą  trawą. 
Mamrotał coś niewyraźnie o Kelgarriesie, ale nie mogli zrozumieć słów.

McNeil zepchnął tratwę na wodę. Zatańczyła w bystrym nurcie, który natychmiast 

porwał   ich   ze   sobą.   Start   mieli   niezły,   ale   gdy   tylko   stracili   z   oczu   miejsce,   w   którym 
obozowali, szczęście opuściło ich. McNeil wściekle odpychał się tyczką, by utrzymać tratwę 

background image

w głównym nurcie, przeszkadzały mu jednak liczne skały i kawały drewna. Zbliżało się do 
nich także całe wyrwane z korzeniami olbrzymie drzewo. Rozłożyste gałęzie zahaczyły o 
jakieś skały i przez chwilę pozostawało ono z tyłu, ale ledwie Ross odetchnął z ulgą, znowu 
dojrzał zbliżający się groźny taran

- Bliżej do brzegu! - wrzasnął ostrzegawczo.
Wielkie korzenie zdawały się mierzyć prosto w tratwę i był pewien, że jeżeli w nią 

uderzą,   nie   będą   mieli   żadnych   szans.   Próbował   odepchnąć   tratwę   tyką,   ale   jego   silne 
pchnięcie nie napotkało oporu - musiał trafić w jakieś zagłębienie w rzecznym dnie.

Usłyszał jeszcze krzyk McNeila i wylądował w wodzie, która zalała mu usta. Na wpół 

przytomny zdołał utrzymać głowę na powierzchni. Trening w bazie obejmował też pływanie, 
ale zajęcia w basenie i pod kontrolą znacznie różniły się od walki o życie w lodowato zimnej 
rzece.

Kątem   oka   dojrzał   jakiś   ciemny   przedmiot.   Czy   to   brzeg   tratwy?   Chwycił   go 

desperacko   i   otarł   sobie   skórę   na   dłoniach   o   szorstką   powierzchnię.   Drzewo!   Zamrugał 
oczami, aby odzyskać zdolność widzenia. Nie mógł jednak dźwignąć się na tyle wysoko, by 
spojrzeć ponad splątanymi korzeniami. Mógł tylko przylgnąć do drzewa i liczyć, że rzeka 
poniesie go w końcu do miejsca, gdzie znów spotka się z tratwą.

Po   dłuższej   chwili   zaczepił   się   nieco   wygodniej   pomiędzy   dwoma   korzeniami, 

utrzymując głowę nad powierzchnią wody. Lodowata woda zmroziła zupełnie jego dłonie, na 
szczęście resztę ciała pokrywała szata obcych i jej ochrona wciąż działała. Był jednak zbyt 
zmęczony,   by   puścić   drzewo   i   próbować   dotrzeć   do   brzegu,   zwłaszcza   że   zapadał   już 
zmierzch.

Nagle gwałtowny wstrząs przeszył całe jego ciało, a jedna z rąk, która uwięzia między 

korzeniami   zaprotestowała   tak   gwałtownym   bólem,   że   nie   mógł   powstrzymać   się   przed 
głośnym wrzaskiem. Prąd rzeczny zawirował wokół niego i woda na moment zakryła mu 
głowę - drzewo zahaczyło konarami o kamienne dno.

Ross   wyplątał   się   spomiędzy   korzeni   i   przedarł   przez   gęste   trzciny   i   śmierdzący 

zgnilizną muł. Niczym ranne zwierzę wydźwignął się z błota na wyżej położony ląd i opadł 
na skąpaną w łagodnym blasku księżyca łąkę.

Przez chwilę leżał bez ruchu, tuląc do ciała skostniałe dłonie. Był zbyt zmęczony, by 

się   poruszyć.   Z   drętwoty   wyrwał   go   głos   ujadającego   psa.   Krótkie,   przyzywające 
szczęknięcia, które na pewno nie wydobywały się z gardzieli wilka czy polującego lisa. Słu-
chał  ich, wciąż  otępiały,  a  potem  doszedł  go jeszcze  jeden odgłos  - kopyt  pędzących  w 
galopie.

Kopyta? Konie! Konie z gór. Konie, które mogły być zwiastunem niebezpieczeństwa. 

Jego umysł był równie zdrętwiały jak dłonie, więc dłuższą chwilę trwało, nim w pełni zdał 
sobie sprawę, co to może oznaczać.

Zrywając się na nogi, Ross dostrzegł skrzydlaty cień na tle jasnej tarczy księżyca 

lecący ku ziemi jak bezszelestna strzała. Z trawy dobiegł go pojedynczy zduszony skrzek i 
skrzydlaty cień uniósł się ponownie z ofiarą w szponach. I znów zabrzmiało ujadanie - tym 
razem bliżej.

Spojrzał w tamtą stronę i dojrzał poruszające się światła na linii lasu. Czy to strażnicy 

pilnujący koni? Ross wiedział, że powinien wrócić do rzeki, jednak nie potrafił się do tego 
zmusić.  Jej  nurt przejmował  go zgrozą. Ale  co się stanie,  jeśli  psy go wytropią?  Czytał 
kiedyś, że psy gubią trop w wodzie, i to pobudziło go do działania.

Dotarłszy do wysokiego brzegu, na który dopiero co z takim trudem się wspiął, Ross 

stąpnął w niewłaściwym miejscu i zjechał w dół po błocie. Zatrzymał się dopiero w trzcinach. 

background image

Mechanicznie odgarnął śmierdzący muł z twarzy. Drzewo, na którym tu dotarł, wciąż było 
przy brzegu. Jakiś boczny przybrzeżny prąd wypchnął jego ukorzenioną część na piaszczystą 
mieliznę.

Powyżej na łące szczekanie rozległo się znów, tym razem bardzo blisko, i zaraz też 

odpowiedział na nie zew drugiego psa. Ross ponownie odbył drogę przez trzciny, a potem 
przepłynął wąską przestrzeń wody pomiędzy nimi a zaczepionym drzewem.

Wkrótce dojrzał na wysokim brzegu sylwetkę psa, do którego wkrótce dołączył drugi, 

jeszcze   większy   i   głośniej   ujadający   kompan.   Ross   zastanawiał   się   przez   chwilę,   czy 
zwierzęta są w stanie go dojrzeć pomiędzy cieniami w dole, czy też po prostu tylko węszą 
jego obecność. Gdyby miał więcej sił, wspiąłby się na pień i odpłynął dalej ku środkowi 
rzeki, ale na razie mógł tylko leżeć jak leżał - między korzeniami, które wprawdzie zasłaniały 
go  nieco   od  strony  lądu,   jednak   mamą   byłyby   zasłoną,   gdyby   pojawili   się  tam   ludzie   z 
pochodniami.

Jednak Ross mylił się. Nie zdawał sobie sprawy, że gdy czołgał się poprzez trzciny, 

całe jego ciało pokryło się warstwą ciemnego błota, które stanowiło znakomity kamuflaż. 
Dlatego też mężczyźni, którzy w ślad za psami pojawili się na skarpie, nie dostrzegli nic poza 
pniem drzewa spoczywającym na błotnistej mieliźnie, mimo że cisnęli w dół pochodnię, by 
oświetlić trzcinowe pole.

Słyszał ich głosy pośród jazgotu psów. Potem jeden z mężczyzn uniósł pochodnię i w 

jej świetle Ross dostrzegł wyraźnie, że inny gestami odwołuje psy, które niechętnie, nadal 
ujadając, wycofały się wreszcie.

Ross z cichym szlochem opadł pomiędzy mokre i niewygodne korzenie. Wciąż był 

wolny.

background image

15

W   pierwszych   promieniach   wschodzącego   słońca   Ross   dostrzegł   strzęp   tkaniny 

zaczepiony   o   jeden   z   niesionych   przez   wodę   konarów.   Przeszedł   kilka   kroków   ku 
przybrzeżnej mieliźnie, na której utknął ten kawałek drewna. Rozpoznając strzęp materiału, 
zanim jeszcze go dotknął - rzemień, którym związane były włosy McNeila -Murdock usiadł 
ciężko na piasku, bezwiednie obracając go w dłoniach i patrząc z rozpaczą na pustą rzekę. 
Utracił wszelką nadzieję. Tratwa musiała się rozpaść. Ani Ashe, ani McNeil nie przeżyli 
katastrofy.

Ross   Murdock   był   zatem   sam,   zagubiony   w   innej   epoce.   Niewielką   miał   szansę 

ucieczki. Przez jego głowę przemknęła myśl, czy aby warto znowu wstawać, znów szukać 
żywności, znów szukać ciepłego schronienia...

Zawsze sądził, że potrafi iść przez życie zupełnie sam, że czuje się najpewniej, gdy 

polega tylko na sobie. Teraz to przekonanie zostało porwane przez rzeczny nurt razem z całą 
siłą woli, która utrzymywała go przy życiu podczas ostatnich dni. Dotychczas zawsze widział 
przed sobą jakiś cel, nieważne jak odległy. Teraz nie miał nic. Gdyby nawet zdołał dotrzeć do 
ujścia rzeki, nie wiedział, gdzie i w jaki sposób skontaktować się z okrętem podwodnym. 
Poza tym w bazie mogli ich już uznać za zaginionych, bo jak dotąd nie nawiązali żadnego 
kontaktu.

Ross zawiązał bezwiednie na nadgarstku przepaskę McNeila, ostatnią pamiątkę po 

swych towarzyszach. Mimo zmęczenia i rozpaczy starał się nie poddawać zwątpieniu. Nie 
miał szans, by ponownie skontaktować się z klanem Ulffy. Podobnie jak wszystkie plemiona 
leśnych  łowców, z  pewnością uciekli  przed najazdem konnych  nomadów.  Nie było  więc 
sensu wracać. A czy był sens iść naprzód?

Słońce grzało mocno. To był jeden z tych wiosennych dni, które zapowiadają letnie 

upały. W nabrzeżnych krzewach, które już zaczynały się zielenić, brzęczały roje owadów. 
Ptaki zerwały siew górę, kołując nad jego głową i krzycząc podekscytowane - przekazywały 
swym pobratymcom ostrzeżenie przed zbliżającym się człowiekiem.

Ross   wciąż   był   pokryty   mułem   i   wodnymi   wodorostami.   Ściągnął   wszystkie   te 

ozdoby,   odkrywając   szatę   obcych,   która   najwyraźniej   nie   ucierpiała   podczas   rzecznej 
podróży. Przynajmniej mógł się wreszcie umyć.

Zanurzył ręce w strumieniu i spłukał całe ciało, oczyszczając je z błota. W świetle 

słońca jego dziwna szata błyszczała tak intensywnie, jakby nie tylko pochłaniała słoneczne 
promienie, ale także je odbijała. Ross wszedł głębiej w rzekę i zaczął płynąć. Nie dlatego, że 
miał przed sobą jakiś konkretny cel, ale dlatego, że wydało mu się to prostsze niż ponowne 
wspinanie się na brzeg.

Popychany prądem, płynął leniwie, przyglądając się obu brzegom. Właściwie nie miał 

nadziei, że ujrzy tratwę, nie łudził się też, że któryś z jej pasażerów mógł dotrzeć na ląd. 
Chociaż   z   drugiej   strony,   jakaś   część   jego   przekornego   umysłu   jeszcze   się   nie   poddała 
zupełnemu zwątpieniu.

Wysiłek   związany   z   pływaniem   przynajmniej   przełamał   to   uczucie   kompletnej 

obojętności, które opanowało go dzisiejszego ranka. Toteż kiedy ponownie wyszedł na ląd, 
miał nieco więcej chęci do życia. Miejsce wydawało się bezpieczne - dość głęboka zatoka 
wrzynająca się w ląd oraz wysoka skarpa. U jej podnóża Ross rozebrał się i rozwiesił ubranie, 
wystawiając je na słoneczny żar.

background image

Surowa ryba, którą ku swej radości odkrył odciętą w jednej z kałuż wodnych, była 

jednym z najcudowniejszych posiłków, jakie jadł w życiu. Zaspokoiwszy głód, przeciągnął 
się leniwie i podszedł do konaru wierzby, na którym powiesił ubranie. I wtedy przekonał się, 
że fortuna patrzyła na niego łaskawiej tylko przez krótką chwilę.

Zmiana losu nadeszła cicho i bezszelestnie - tak bezszelestnie, jak bezszelestny był 

drobny ruch wierzbowych witek, które zadrżały, gdy w pień drzewa uderzyła włócznia. Ross 
pospiesznie złapał swoje ubranie i w tym pośpiechu potknął się, padając jak długi na piasek. 
Już tylko z  dołu mógł się przyjrzeć dwóm stojącym tuż nad nim mężczyznom, na których 
łasce się znalazł.

W odróżnieniu od ludzi Ulffy czy handlarzy, byli niezwykle wysocy. Ich jasne włosy 

splecione były w długie warkocze. Skórzane tuniki sięgały do polowy ud, na nogach mieli 
również   skórzane   spodnie   przepasane   ciasno   kilkoma   kolorowymi   paskami.   Stroje 
uzupełniały   ołowiane   bransolety   na   przedramionach   oraz   naszyjniki   z   paciorków   i 
zwierzęcych kłów. Ross nie przypominał sobie, by widział podobnych ludzi na którejś z taśm 
szkoleniowych w bazie.

Pierwsza   włócznia   stanowiła   zapewne   ostrzeżenie,   ale   druga   była   już   gotowa   do 

groźniejszego rzutu, toteż Ross uczynił znany we wszystkich chyba epokach gest poddania 
się - powoli puścił ubranie i uniósł obie otwarte dłonie na wysokość ramion.

- Przyjaciel - powiedział w języku ludu pucharu. Handlarze docierali daleko, była 

szansa, że kontaktowali się kiedyś i z tym plemieniem.

Włócznia drgnęła nieznacznie. Młodszy z przybyszy szybkim susem podskoczył ku 

Rossowi   i   porwał   porzuconą   przez   niego   szatę.   Uniósł   ją   i   powiedział   coś   do   swego 
towarzysza.  Zdawał  się  zafascynowany tkaniną.  Ross  zastanawiał  się, czy istnieje szansa 
przehandlowania ubrania za własną wolność.

Obaj mężczyźni byli uzbrojeni, nie tylko zresztą w długie sztylety, których z chęcią 

używali   także   handlarze,   ale   również   w   topory.   Kiedy   tylko   Ross   opuścił   nieco   dłonie, 
człowiek stojący przed nim natychmiast sięgnął do pasa po topór, wydając przy tym groźne 
warknięcie.   Murdock   natychmiast   znieruchomiał.   Zdał   sobie   sprawę,   że   mogą   mu   dać 
toporem po głowie i wziąć szatę bez zbędnych targów.

Ostatecznie jednak zdecydowali potraktować także jego jako część łupu. Zarzuciwszy 

szatę Rossa na ramię, obcy chwycił go i pchnął przed siebie niedwuznacznym gestem.

Nie   była   to   przyjemna   droga.   Chłodne   podmuchy   wiatru   smagały   plecy,   a   ostre 

kamienie raniły bose stopy.

Gdy dotarli na szczyt skarpy, przez moment kusiło go, by skoczyć w dół i uciekać 

rzeką, ale obcy byli przewidujący. Jeden z nich szedł tuż za Rossem i kiedy tylko zakończyli 
wspinaczkę, uchwycił jego nadgarstek i wykręcił mu rękę za plecy. W takiej pozycji Murdock 
odbył resztę drogi prowadzącej przez podmokłą łąkę. U celu pasły się trzy kudłate koniki, 
które trzymał na długich linach trzeci obcy. W pewnej chwili Ross stąpnął na ostry kamień 
ukryty   w   trawie.   Nieoczekiwany   ból   wyzwolił   w   nim   wybuch   tłumionej   dotąd   złości. 
Murdock obrócił się gwałtownie, podcinając zaskoczonego przeciwnika. Obaj zwalili się na 
ziemię, ale Ross znalazł się na górze. Zaatakowany zdążył tylko wydać okrzyk zaskoczenia, a 
Ross już trzymał w jednej dłoni jego sztylet, drugą zaś, wreszcie uwolnioną z upokarzającego 
chwytu, chwycił go za gardło.

Ze sztyletem gotowym do uderzenia podniósł wzrok na pozostałych mężczyzn. Ci 

patrzyli na to, co się działo, z otwartymi ustami. Dopiero po chwili oprzytomnieli i chwycili 
za włócznie. Ross oparł ostrze sztyletu na gardle powalonego przeciwnika i przemówił w 
języku, którego nauczył się od ludzi Ulffy:

background image

- Wy uderzyć... on umrzeć.
Musieli   wyczytać   determinację   w   jego   spojrzeniu,   bo   powoli   opuścili   broń. 

Osiągnąwszy pierwsze zwycięstwo, Ross poważył się na więcej.

- Brać - wskazał na czekające konie - wy brać i odjechać. Przez moment myślał, że nie 

usłuchają,   przycisnął   więc   ostrze   do   gardła   swego   jeńca.   Ten   jęknął   cicho.   Mężczyzna 
niosący szatę Rossa zrzucił ją z ramienia i położył na trawie, a sam wycofał się. Przytrzymał 
konia, dosiadł go i nakazał gestem to samo swemu kompanowi. Obaj oddalili się stępa.

Ross puścił jeńca i pochwycił swą szatę. Zdążył w nią wskoczyć, gdy zobaczył, że 

leżący na ziemi mężczyzna otwiera oczy i błyskawicznie sięga do pasa w poszukiwaniu broni. 
Ross nie spuszczał z niego wzroku, kończąc dopinać swój strój.

- Co ty robić? - to była mowa leśnego ludu, choć zniekształcona przez dziwny akcent.
- Ty iść. - Ross wskazał na trzeciego konia, który pozostał na łące. - Ja iść - wskazał w 

stronę rzeki. - Ja wziąć to - poklepał sztylet i topór.

Obcy aż zawył z oburzenia.
- Nie być dobrze... 
Ross roześmiał się.
- Nie być dobrze twoja - zgodził się. - Dobrze moja. 
Ku   jego   zdumieniu,   obcy   rozpogodził   się   i   ryknął   gromkim   śmiechem.   Usiadł, 

rozcierając gardło. Wciąż szczerzył zęby, ubawiony.

- Ty łowca? - wskazał na północny wschód ku lasom otaczającym podnóże gór.
Ross potrząsnął przecząco głową
- Ja handlarz - odparł.
- Handlarz - powtórzył tamten. Potem dotknął jednej z metalowych bransolet na swym 

przedramieniu - Handlować to?

- To. I więcej rzeczy.
- Gdzie?
Ross wskazał na ujście rzeki.
- Słona woda. Handel tam. Mężczyzna wyglądał na zagubionego.
- Dlaczego ty tu?
- Ja jechać woda, jak ty jechać - Ross wskazał na konia. - Ja jechać na drzewach - 

wiele drzew razem. Drzewa rozdzielić się. Ja być tu.

Najwyraźniej   idea   podróży   tratwą   nie   była   mu   obca,   bo   mężczyzna   skinął   ze 

zrozumieniem głową.

Wstał i podszedł do swego konia.
- Ty pójść obóz Foscar. Foscar wódz. On lubić, gdy ty pokazać, jak zrobić Tulka spać. 

Zabrać Tulka sztylet i topór.

Ross zawahał się. Tulka wydawał się teraz przyjaźnie usposobiony, ale jak długo to 

potrwa? Potrząsnął głową.

- Ja iść słona woda. Mój wódz tam. Tulka zaprzeczył energicznie.
- Ty mówić nieprawda. Twój wódz tam! - wskazał na wschód teatralnym gestem. - 

Twój wódz mówić Foscar. Powiedzieć: dać dużo to - dotknął swej bransolety - też noże, 
topory, jeśli on przyprowadzić ty.

Ross przyglądał mu się, nie rozumiejąc. Ashe? Ashe był w obozie Foscara i obiecywał 

nagrodę za znalezienie go? Ale jak to możliwe?

- Skąd ty znać mój wódz?
Tulka roześmiał się tym razem, jakby ubawiony niedomyślnością Rossa.
- Ty nosić świecąca skóra i twój wódz nosić świecąca skóra. Powiedzieć: wy znaleźć 

background image

druga świecąca skóra, ja dać mnóstwo dobrych rzeczy dla tego, kto przywieść ty.

Świecąca skóra! Szata ze statku obcych! Czy to byli ludzie ze statku? Ross pamiętał 

snop   światła,   który   namierzył   go,   gdy   opuszczał   wioskę   Czerwonych.   Ale   dlaczego   go 
szukają, i to tak intensywnie, że włączają w to tubylców? Czemu Ross Murdock jest dla nich 
tak ważny? Wiedział jednak na pewno, że nie zamierza ułatwiać im tego zadania, dlatego też 
nie   miał  najmniejszego   zamiaru   spotykać   się   z   wodzem,   który   obiecał   nagrodę   za   jego 
pochwycenie.

Ty pójść! - Tulka zaatakował bez ostrzeżenia. Jego wierzchowiec pomknął wprost na 

Rossa, który w ostatniej chwili uskoczył przed stratowaniem. Jednocześnie uderzył toporem, 
ale ta broń była dlań za ciężka i nie potrafił się nią posługiwać.

Toteż   cios   przeciął   tylko   powietrze,   a   że   bark   konia   zahaczył   go   w   biegu,   Ross 

przewrócił się, o włos tylko unikając kopnięcia w głowę przez końskie kopyto. W następnej 
chwili jeździec już leżał na nim, przyciskając go do ziemi. Na szczęce Rossa wylądowała 
potężna pięść i zapadł w ciemności.

Kiedy powróciła  mu  świadomość,  zorientował  się, że leży na brzuchu w poprzek 

czegoś, co podskakuje miarowo, a jego głowa i nogi zwisają w dół, nie mieszcząc się na tej 
podpórce. Regularne podskoki powodowały nieprzyjemne łupanie w głowie. Ross próbował 
zmienić niewygodną pozycję i wtedy zdał sobie sprawę, że ręce ma związane na plecach. 
Czuł ich ciężar uciskający wygięty kręgosłup. Zrozumiał, że leży przerzucony przez grzbiet 
jadącego konia. Nie mógł nic zrobić, by zmienić swe położenie, pozostawała tylko nadzieja, 
że koń nie przejdzie w cwał. Do jego uszu dochodziły strzępy rozmowy, a kiedy uniósł nieco 
głowę, dostrzegł drugiego konia idącego bok w bok z tym, na którym jechał.

Wkrótce znalazł się w jakimś hałaśliwym miejscu. Zewsząd dochodziły doń krzyki 

ludzi. Koń zatrzymał się, a Ross został ściągnięty z jego grzbietu i bezceremonialnie rzucony 
na ziemię. Mimo pyłu w oczach i ustach, starał się przyjrzeć otaczającej go scenerii.

Dostrzegł   skórzane   namioty,   służące   za   schronienie   długowłosym   gigantom   i   ich 

równie   wysokim   kobietom.   Całe   to   towarzystwo   właśnie   się   schodziło,   by   przyjrzeć   się 
jeńcowi. Nagle krąg wokół niego przerzedził  się i otaczający go ludzie odwrócili  się ku 
nadchodzącemu mężczyźnie. Już ci, którzy pochwycili Rossa, byli imponującej postury, ale 
ten był prawdziwym olbrzymem. Leżąc na ziemi u jego stóp, Ross czuł się jak małe, bezradne 
dziecko.

Foscar,   o   ile   to   był   Foscar,   nie   osiągnął   jeszcze   wieku   średniego.   Potężnie 

umięśniony,   musiał   mieć   siłę   niedźwiedzia.   Ross   jednak   śmiało   spojrzał   na   przybysza. 
Kipiała w nim taka sama złość, jak wtedy, gdy atakował Tulkę.

- Ty wyglądać dobrze, Foscar. Uwolnić mnie, a zobaczyć, czy ja więcej wart niż 

wyglądać - powiedział, używając łamanej mowy łowców.

Błękitne   oczy   Foscara   rozszerzyły   się   ze   zdumienia.   Opuścił   dłoń,   która   z 

powodzeniem mogła pomieścić obie dłonie Rossa. Chwycił Murdocka za szatę i podniósł na 
nogi, nie zdradzając przy tym najmniejszego wysiłku. Nawet stojąc, Ross był o dobre dwa-
dzieścia centymetrów niższy od wodza, jednak uniósł głowę i spojrzał mu hardo w oczy.

- Moje ręce wciąż związane - powiedział to najbardziej prowokującym tonem, na jaki 

mógł się zdobyć. Przygoda z Tulką dała mu pewne zrozumienie charakteru tych ludzi. Cenili 
tylko tych, którzy potrafili pokazać, że są im równi.

-   Dziecko   -   Foscar   puścił   szatę   Rossa   i   przesunął   ręką   po   jego   barkach   i   klatce 

piersiowej. Murdock zachwiał się.

- Dziecko? - mimo wszystko zdołał wydobyć z siebie śmiech. - Zapytaj Tulkę. Ja nie 

dziecko. Nóż Tulki, topór Tulki w moich rękach. Konia Tulka użyć... pokonać ja.

background image

Foscar spojrzał na niego uważnie. Wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Ostry język - skomentował. - Tulka utracić nóż i topór? Ennar! - zawołał, obracając 

się przez ramię, a jeden z mężczyzn postąpił ku niemu.

Był niższy i dużo młodszy od wodza, jego twarz miała chłopięcy wygląd. Patrzył na 

Foscara z podekscytowaniem.  Był  uzbrojony w topór i sztylet,  a ponieważ miał  też dwa 
naszyjniki oraz, podobnie jak wódz, bransolety na przedramionach, Ross domyślił się, że 
musi to być krewny Foscara.

- Dziecko! - Foscar klepnął ręką ramię Rossa. - Dziecko! -powtórzył, wskazując na 

Ennara, który zaczerwienił się wyraźnie. -Ty wziąć topór i nóż Ennara - rozkazał. - Tak jak 
wziąć   Tulki.   Na   jego   sygnał   ktoś   rozciął   więzy   krępujące   nadgarstki   Murdocka.   Ross 
rozprostował zdrętwiałe dłonie, a potem pomacał swą szczękę. Foscar zapewne upokorzył 
tego młodzieńca, nazywając go dzieckiem.  A  więc chłopak będzie chciał pokazać, co jest 
wart. To nie będzie tak łatwe, jak atak z zaskoczenia na Tulkę. Ale jeśli odmówi, Foscar może 
na przykład kazać go zarżnąć od razu. Musi więc zrobić, co w jego mocy.

- Wziąć  topór i nóż - Foscar cofnął się o kilka kroków, nakazując gestem swym 

ludziom, by utworzyli szerokie koło wokół obu walczących.

Ross   poczuł   się   nieswojo,   widząc   dłoń   Ennara   opartą   na   rękojeści   topora.   Nikt 

przecież nie powiedział, że chłopak nie może używać broni w walce. Jednak przekonał się, że 
te dzikusy mają wyczucie sportowego ducha. Dostrzegł, że Tulka szepce coś wodzowi do 
ucha. W chwilę potem Foscar zaryczał donośnym głosem.

Ennar zsunął dłoń z rękojeści topora, jakby ten nagle go oparzył. Ross widział jego 

gniewne spojrzenie. Młodzieniec musiał wygrać tę walkę, by ocalić honor, on zaś musiał ją 
wygrać, by ocalić życie. Krążyli  czujnie wokół siebie. Ross patrzył raczej w oczy swego 
przeciwnika niż na jego zaciśnięte pięści.

W   bazie   miał   okazję   trenować   walkę   wręcz   z   Ashem,   a   przedtem   jeszcze   z 

muskularnymi i bezlitosnymi instruktorami. Wiele razy spuścili mu niezłe manto, tylko po to, 
aby go nauczyć kilku chwytów i ciosów, które mogły ocalić życie w sytuacji takiej jak ta. Ale 
wtedy   był   przygotowany   i   wypoczęty.   Teraz   zaś   miał   się  przekonać,   czy   jest   takim 
twardzielem, jak zawsze o sobie myślał. Wygra albo zginie.

Komentarze  widzów  pobudziły Ennara  do żwawszej  akcji. Ruszył  na przeciwnika 

pochylony nisko jak zapaśnik, ale Ross zszedł jeszcze niżej. Nabrał w garść piasku i sypnął w 
twarz atakującemu. Ich ciała zderzyły się i Ennar przeleciał nad jego ramieniem, lądując jak 
długi na ziemi. Gdyby Ross był wypoczęty, walka byłaby już zakończona. Ale poruszał się 
zbyt wolno. Ennar nie czekał bezczynnie i po chwili Murdock znalazł się w trudnej sytuacji. 
Ręka leżącego wystrzeliła ku niemu błyskawicznie i chwyciła go za nogę nieco powyżej 
kostki. Ross, pomny nauk, upadł bez oporu, starając się przynajmniej częściowo przygnieść 
przeciwnika.   Ennar,   nieco   zaskoczony   tak   łatwym   sukcesem   zawahał   się   na   moment. 
Murdock wykorzystał to. Uwolnił nogę i obrócił się, starając się rąbnąć łokciem w nerki 
przeciwnika. Nie trafił czysto, ale przynajmniej umknął przed niedźwiedzim uściskiem, w 
jakim tamten  starał się go zamknąć.  Dzięki treningom  w bazie  wciąż mógł  walczyć,  ale 
zarazem uzmysłowił sobie, że nie zdoła wygrać. Jedyne, co osiągnie, to opóźnienie własnej 
klęski.

Palce przeciwnika sięgnęły ku jego oczom. Ross odruchowo zacisnął na nich zęby i 

jednocześnie kopnął kolanem Ennara w brzuch. Poczuł na twarzy gorący oddech i ostatnim 
wysiłkiem wyszarpnął się spod przywalającego go ciała. Zdołał klęknąć na jedno kolano. 
Ennar także się dźwignął - stał na czworaka, jak gotowe do skoku zwierzę. Ross zaryzykował 
całą stawkę w ostatnim ataku. Splótł dłonie, uniósł najwyżej jak mógł i opuścił błyskawicz-

background image

nym ruchem na kark przeciwnika. Ennar opadł płasko na ziemię, a sekundę później Ross 
osunął się bez czucia na jego ciało.

background image

16

Murdock leżał na plecach i wpatrywał się w rozciągniętą skórę, która stanowiła dach 

namiotu. Całe jego ciało było jedną bolącą raną. Chwilowo całkowicie stracił zainteresowanie 
swym   dalszym   losem.   Na   razie   liczyła   się   teraźniejszość,   a   ta   rysowała   się   w   czarnych 
barwach. Powiedzmy, że nie uległ Ennarowi - czy raczej osiągnął remis - ale też nie błysnął 
niczym nadzwyczajnym, więc właściwie poniósł klęskę. Trochę go wprawdzie zaskoczyło, że 
wciąż żyje, ale zaraz doszedł do wniosku, że to ze względu na jego wartość handlową. W 
końcu obcy obiecali hojną zapłatę. Nie najlepsza perspektywa.

Jego ręce były związane nad głową i przymocowane do wbitego w ziemię pala. W 

podobny sposób unieruchomiono mu nogi. Mógł jedynie przekręcać głowę z boku na bok. 
Niewolnik, jeden z łowców wziętych  do niewoli  przez migrujących  jeźdźców, karmił  go 
kawałkami wędzonego mięsa.

- Ho, złodzieju toporów! - Ross poczuł, jak czubek ciężkiego buta ląduje między jego 

żebrami. Jęknął z bólu, co miało być też protestem przeciw takiemu traktowaniu. W mdłym 
świetle dojrzał twarz Ennara i nie mógł się powstrzymać przed grymasem uśmiechu, widząc 
jego podbite oko i siniaki na szczęce.

- Ho, wielki wojowniku! - odpowiedział, starając się, by brzmiało to maksymalnie 

pogardliwie.

Dostrzegł rękę Ennara uzbrojoną w długi nóż.
- Uciąć za długi język dobra rzecz! - Ennar wykrzywił twarz w uśmiechu, klękając 

przy więźniu.

Ross   poczuł   dreszcz   przerażenia,   stokroć   bardziej   nieprzyjemny   od   bólu.   Ennar 

naprawdę mógł to zrobić! Ale po chwili Murdock zobaczył, że młodzieniec rozcina więzy na 
jego rękach. A więc Ennar nie przyszedł tu, by się nad nim znęcać. Ręce miał wolne, ale 
całkowicie odrętwiałe. Dlatego leżał bez ruchu, podczas gdy Ennar uwolnił też jego nogi. W 
górę!

Gdyby nie pomocna dłoń Ennara, Ross nie zdołałby stanąć na nogach. Długo na nich 

nie ustał, padł jak długi na twarz, gdy tylko młodzieniec go puścił.

Ostatecznie Ennar wezwał dwóch niewolników, którzy wyciągnęli Rossa z namiotu i 

doholowali do ogniska, przy którym toczyła się jakaś narada.

Była  tak gorąca, że dyskutanci nader często chwytali za rękojeść topora lub noża 

podczas wykrzykiwania swych argumentów. Ross nie rozumiał wprawdzie ich języka, ale 
szybko się zorientował, że to on jest przedmiotem sporu i że decydujący głos będzie należał 
do Foscara, który jeszcze nie poparł żadnej ze stron.

Usiadł tam, gdzie pozostawili go niewolnicy, i zaczął rozcierać zdrętwiałe ramiona. 

Był tak obolały i tak zmęczony, że nie dbał o rezultat debaty. Cieszył się, że uwolniono go ze 
sprawiających ból więzów.

Nie miał nawet pojęcia, jak długo trwała narada. W końcu Ennar podszedł do niego i 

powiedział.

- Twój wódz - on dać wiele dobrych rzeczy za ciebie. Foscar wziąć ciebie do twój 

wódz.

- Mój wódz nie tu - odpowiedział Ross zmęczonym głosem, mimo iż wiedział, że 

protestowanie nic nie da. - Mój wódz czekać nad słona woda. On być zły, gdy ja nie przyjść. 
Foscar spotka jego gniew...

background image

Ennar roześmiał się.
- Ty uciec od twój wódz. On zadowolony, gdy ty znów jego. Ty nie zadowolony - tak 

myśleć ja.

- Tak myśleć i ja - zgodził się z rezygnacją Ross. Resztę nocy spędził, leżąc pomiędzy 

Ennarem a drugim czujnym strażnikiem. Okazali się oni na tyle łaskawi, że nie związali go 
ponownie.  Rano mógł  więc już zjeść bez niczyjej  pomocy.  Odrywał  kawały pieczystego 
brudnymi rękoma. Wspaniały był to posiłek.

Podróż   jednak   nie   zapowiadała   się   zbyt   przyjemnie.   Posadzono   go   na   jednym   z 

kudłatych koników, z nogami związanymi liną biegnącą pod brzuchem zwierzęcia. Również 
ręce miał związane, na szczęście w taki sposób, że mógł uchwycić się grzywy wierzchowca. 
Dzięki temu miał nadzieję, że się na nim utrzyma. Jego konia ciągnął na linie jadący z przodu 
Tulka. Obok jechał Ennar, który równie często patrzył na więźnia, co na drogę przed nimi.

Skierowali się na północny wschód w stronę gór. Chociaż Ross me miał najlepszego 

wyczucia kierunku w terenie, był gotów się założyć, że zmierzają wprost do wioski, którą 
swego czasu zniszczyli obcy. Postanowił się dowiedzieć, jak przebiegało spotkanie ludzi ze 
statku z jeźdźcami.

- Jak wy spotkać drugi wódz? - spytał Ennara. Młodzieniec odrzucił jeden ze swych 

warkoczy na plecy i utkwił oczy w twarzy Rossa.

- Twój wódz przyjść do nasz obóz. Mówić Foscar - dwa, cztery spania temu.
- Jak mówić Foscar? Mowa łowców? Po raz pierwszy Ennar zawahał się. Mruknął coś 

pod nosem i wreszcie wysapał:

- Mówić Foscar, mówić my. My słyszeć dobre słowa, nie słowa ludzi lasu. Mówić do 

nas dobrze.

Ross był zaintrygowany. W jaki sposób obcy pochodzący z innego czasu mógł mówić 

językiem   prymitywnego   barbarzyńskiego   plemienia,   które   żyło   w   czasach   odległych   o 
tysiąclecia? Czy obcy ze statku także potrafili podróżować w czasie? Czy mieli własne stacje 
transferowe?

- Ten wódz - czy on jak ja? 
Ennar znów się zawahał.
- Jego szata jak twoja.
- Ale czy on jak ja? - nalegał Ross. Sam nie wiedział, do czego zmierza. Może po 

prostu chciał przekonać tych tubylców, że jest kimś innym niż człowiek, który płaci za jego 
głowę i któremu go sprzedają?

- Nie jak ty - odrzekł Tulka. - Ty jak ludzie lasu - włosy, oczy. Dziwny wódz nie mieć 

włosów na głowie, oczy inne.

- Ty też widzieć? - zapytał Ross.
- Tak. Ja przyjechać do obóz. Oni przyjść. Stanąć na skałach i wołać Foscar. Zrobić 

magię z ogniem, polecieć do góry! - wskazał ręką jeden z krzaków rosnących opodal. - Oni 
wskazać mała, mała włócznia... ogień z ziemi i spalić. My powiedzieć, cały obóz, że my nie 
dać człowiek. Oni powiedzieć dużo dobrych rzeczy, jeśli my znaleźć i dać człowiek.

- Oni nie mój lud - wtrącił się Ross. Włosy, oczy, inne. Oni źli...
- Ty jeniec. Niewolnik wodza. Ennar znalazł wytłumaczenie, które w pełni pasowało 

do zwyczajów jego ludu. - Oni chcieć swój niewolnik - tak jest.

- Mój lud bardzo potężny, dużo magii - nalegał Ross. - Wy wziąć mnie do słona woda, 

oni zapłacić dużo, więcej niż dziwny wódz.

Obaj jeźdźcy wyglądali na rozbawionych.
- Słona woda gdzie? - spytał Tulka. Ross wskazał na zachód.

background image

- Kilka spań tam...
- Kilka spań! - powtórzył gwałtownie Ennar. - My jechać wiele spań, gdzie nie znać 

szlak... może nic ludzi tam, może nic słonej wody. Mówisz wszystkie rzeczy podwójnym 
językiem, żeby my nie wieźć ty do wódz. My nie iść ten szlak nawet jedno słońce... znaleźć 
wódz, dostać dobre rzeczy. Dlaczego my robić trudne rzeczy? My móc robić łatwe.

Jakiż jeszcze argument mógł przeciwstawić Ross tej prostej logice? Zaklął cicho w 

poczuciu bezsilności. Ale już dawno temu przekonał się, że uleganie ślepej furii nie rozwiąże 
problemu,   chyba   że   taki   wybuch   miał   na   kimś   zrobić   wrażenie.   A   do   tego   trzeba   mieć 
przewagę, on zaś nie miał nawet wolnych rąk.

Podróżowali przez otwartą przestrzeń. Podczas ucieczki Ross i jego dwaj towarzysze 

musieli   kryć   się   po   lasach,   nadrabiając   drogi.   Teraz   zbliżali   się   do   gór   nieco   z   innego 
kierunku   i   Murdock,   chociaż   bardzo   się   starał,   nie   widział   żadnych   znajomych   znaków 
rozpoznawczych  w  terenie.  Gdyby  jakimś  cudem zdołał  się uwolnić, musiałby po prostu 
podążać na zachód w linii prostej i liczyć, że trafi na rzekę.

W   południe   stanęli   na   popas   przy   kilku   drzewach   rosnących   nad   niewielkim 

strumieniem. Słońce grzało niezwykle mocno jak na tę porę roku. Wygłodzone zimą owady 
dawały się mocno we znaki, szczególnie koniom i Rossowi, który nie mógł ich odganiać 
związanymi rękoma. Wkrótce chodziły po całym jego ciele.

Jeźdźcy zdjęli Rossa z konia i przywiązali do drzewa, przy czym drugi koniec liny 

zarzucili mu na szyję. Rozniecili ognisko i zaczęli na nim przypiekać kawałki sarniny.

Foscar   chyba   niespecjalnie   się   spieszył   z   wykonaniem   zadania,   gdyż   po   posiłku 

większość   jego   ludzi   zaczęła   leniwą   sjestę,   niektórzy   nawet   zapadli   w   sen.   Kiedy   Ross 
rozejrzał się po otaczających go twarzach dostrzegł, że Tulka i Ennar znikli. Być może udali 
się naprzód, by powiadomić obcych o przybyciu plemienia.

Wrócili dopiero późnym  popołudniem, równie niezauważalnie, jak odeszli. Stanęli 

przed Foscarem i zdali mu raport. Wkrótce Foscar podszedł do Rossa i rzekł:

- Idziemy. Twój wódz czeka...
Ross uniósł głowę i ponownie zaprotestował.
- Nie mój wódz!
Foscar wzruszył ramionami.
- On tak mówić. On dać dobre rzeczy, gdy ty wrócić pod jego rękę. Więc on twój 

wódz!

I znów Ross został wsadzony na konia i przywiązany do jego grzbietu. Ale tym razem 

plemię rozdzieliło się na dwie grupy. On sam pojechał z Ennarem i Foscarem oraz dwoma 
innymi   ludźmi,   którzy   stanowili   ariergardę.   Pozostali   mężczyźni   nie   dosiedli   koni   tylko 
poprowadzili je w kierunku lasu. Ross w zamyśleniu obserwował ich cichy odwrót. Zdaje się, 
że Foscar nie ufał tym,  z którymi robił interesy,  i zabezpieczał  się na wszelki wypadek. 
Jednak Murdock  nie  miał   pojęcia,   czy  ten  brak zaufania  -  który  zresztą  mógł  być  tylko 
zwyczajną ostrożnością Foscara - okaże się korzystny dla niego.

Mała  grupka   jadąc   stępa  zbliżyła   się  do  łączki   pod  lasem.  Po  raz   pierwszy  Ross 

wiedział dokładnie, gdzie jest. Byli u wrót ukrytej doliny, mniej więcej milę od wąskiego 
przesmyku,   powyżej   którego   leżał   między   skałami,   szpiegując   wioskę,   i   gdzie   został 
pojmany. Wtedy dotarł tu od północy, idąc górą parowu.

Koń   Rossa   ruszył   nieco   gwałtowniej,   gdy   Foscar   ponaglił   swego   wierzchowca   u 

wejścia do przesmyku. Galopował ku miejscu, gdzie czekali obcy.

Murdock czuł, że zdoła opanować strach przed Czerwonymi, nie bał się też jeźdźców 

Foscara,   ale   na   myśl   o   zetknięciu   z   obcymi   ogarniał   go   lęk,   przeraźliwy   lęk.   Wiedział 

background image

bowiem, co może go spotkać z rąk ludzi, choćby najgorszych, ale nie miał pojęcia, co zrobią z 
nim te istoty?

Foscar zatrzymał się, zsiadł z wierzchowca i usiadł naprzeciw obcych. Ross naliczył 

ich czterech. Chyba rozmawiali. Nie był pewien, bo wciąż spora odległość dzieliła konnych 
od postaci w niebieskich uniformach.

Minęły długie minuty,  nim wreszcie Foscar uniósł rękę i gestem przyzwał  swych 

ludzi, by zbliżyli  się wraz z Rossem. Ennar ponaglił konia uderzeniem pięt i wyrwał do 
przodu,   wyprzedzając   i   nieco   wierzchowca   Rossa.   Pozostali   dwaj   jeźdźcy   zbliżyli   się   w 
wolniejszym   tempie.   Murdock   dostrzegł,   że   obaj   są   uzbrojeni   we   włócznie,   które   teraz 
przesunęli do przodu.

Przebyli już trzy czwarte odległości dzielącej ich od Foscara. Ross widział wyraźnie 

pozbawione   włosów   głowy   obcych,   którzy   patrzyli   w   jego   kierunku.   I   wtedy   nastąpił 
niespodziewany atak.

Jeden z przybyszy uniósł broń, przypominającą nieco karabin maszynowy, tyle że o 

nieco dłuższej rękojeści.

Ross wrzasnął ostrzegawczo, ale Foscar był uzbrojony tylko w topór i nóż. W dodatku 

do końca nie rozumiał, co mu zagraża. Nagle osunął się na ziemię, i nie poruszył się więcej. 
Tylko jego koń drgnął niespokojnie, jakby targnięty nagłym uczuciem strachu.

Powstałą   ciszę   przeciął   drugi   krzyk   -   krzyk   Ennara.   Młodzieniec   ściągnął   wodze 

swego   galopującego   konia   tak   gwałtownie,   że   ten   niemal   przysiadł   na   tylnych   nogach. 
Zakręcił błyskawicznie i pomknął w kierunku lasu. Tuż obok Rossa przeleciała włócznia! 
Otarła się o jego ramię. Nie mógł jednak kontrolować konia, toteż ten skręcił i pognał w las 
za   swym   poprzednikiem,   co   zmyliło   drugiego   z   rzucających.   Obaj   strażnicy   również 
skierowali konie w ślad za uciekającym Ennarem.

Ross   przywarł   do   grzywy   swego   wierzchowca.   Największym   przerażeniem 

przejmowała   go   myśl,   że   może   zsunąć   się   z   grzbietu   zwierzęcia.   Ponieważ   nogi   miał 
przywiązane, byłby wleczony po ziemi i narażony na śmiertelne niebezpieczeństwo. Trzymał 
więc grzywę kurczowo i pochylił głowę. Gdyby zdołał pochwycić linę przywiązaną do pyska 
swego konia, miałby jakąś szansę, by kontrolować jego bieg. Ale w obecnej sytuacji mógł 
tylko trzymać się z całych sił i mieć nadzieję, że nie spadnie.

Nagle kilka jardów z przodu z ziemi trysnął w górę jaskrawy płomień podobny do 

tego, który pochłonął wioskę Czerwonych. Koń Rossa oszalał. Pojawiły się następne wykwity 
ognia. Przerażony wierzchowiec reagował za każdym razem zmianą kierunku ucieczki. Ross 
zorientował się, że obcy chcą go w ten sposób odciąć od bezpiecznego lasu. Nie miał tylko 
pojęcia, dlaczego go po prostu nie zastrzelą, tak jak Foscara.

W powietrzu zrobiło się gęsto od dymu, który odgradzał Rossa od lasu. Ale wiatr 

przesuwał ciemne kłęby w kierunku obcych.

Gdyby tak podobna ściana dymu pojawiła się z drugiej strony! Na razie jednak koń 

zawracał ku obcym. Ross słyszał ich krzyki pośród białych kłębów.

I  wtedy  jego  wierzchowiec   popełnił  błąd.   Przebiegł   zbyt  blisko  ognistego  języka, 

który osmalił mu nogę i lewy bok. Zwierzę zarżało z bólu i rzuciło się gwałtownym susem 
pomiędzy dwa płomienie, oddalając się od ludzi ze statku.

Ross zakasłał, niemal  dusząc się w gęstym  dymie.  Oczy mu łzawiły,  czuł zapach 

palących się włosów. Ale po chwili spłoszony koń wyniósł go z kręgu ognia i znowu był na 
otwartej przestrzeni. Wierzchowiec gnał dalej z tą samą prędkością. Z lewej strony pojawił 
się   inny   koń.   Pod   wprawną   ręką   jednego   z   niedawnych   gospodarzy  Rossa   z   łatwością 
dopasował swój pęd do pędu jego konia, a potem, biegnąc równolegle, zaczął stopniowo 

background image

zwalniać.

Cwał przeszedł stopniowo w galop, a wtedy jeździec dokonał zadziwiającej dla Rossa 

sztuki, pochylając się w siodle i w biegu chwytając z ziemi linę jego wierzchowca. Wkrótce 
też zaczął hamować zbiega.

Ross był roztrzęsiony i wciąż zanosił się kaszlem. Ledwie utrzymywał się na końskim 

grzbiecie, ale kurczowo trzymał się grzywy.

Galop zwolnił do stępa, aż wreszcie oba pokryte białą pianą konie zatrzymały się.
Wydawało się, że jeździec zupełnie zapomniał o obecności Rossa. Patrzył do tyłu ku 

gęstej   ścianie   dymu   i   zmarszczył   brwi,   obserwując   szybkie   rozprzestrzenianie   się   ognia. 
Zamruczał   coś   pod   nosem   i   pociągnął   konia   Murdocka   w   kierunku,   z   którego   Ennar 
przyprowadził go wcześniej.

Ross   starał   się   zebrać   myśli.   Niespodziewana   śmierć   wodza   mogła   kosztować   go 

życie, jeśli szczep będzie chciał się mścić. Z drugiej strony, mógł próbować ich przekonać, że 
naprawdę należy do innego plemienia i że sojusz z jego ludem to najlepsze, co mogą zrobić, 
by wystąpić przeciwko wspólnemu wrogowi.

Trudno   było   coś   zaplanować,   a   przecież   wiedział,   że   jeśli   cokolwiek   może   go 

uratować, to tylko spryt. Spotkanie, które zakończyło się śmiercią Foscara, podarowało mu 
tylko kilka chwil. Wciąż był więźniem, chociaż przynajmniej należał do jeźdźców, a nie do 
obcych. Być może dla obcych ci dzicy nie byli więcej warci niż zwierzęta.

Ross nawet nie próbował rozmawiać ze swym obecnym strażnikiem, który wiódł go 

wprost  na   zachód.  Zatrzymali   się  przy tym  samym   strumyku,   przy  którym   obozowali   w 
południe. Jeździec przywiązał konie, a potem poluzował linę, którą przywiązany był Murdock 
do końskiego grzbietu i bezceremonialnie  pchnął go na ziemię. Ross uniósł się nieco na 
łokciu i zobaczył szeroką oparzelinę biegnącą wzdłuż lewego boku zwierzęcia.

Mężczyzna   przyłożył   do   skóry   konia   kilka   garści   chłodnego,   wilgotnego   błota   i 

rozsmarował   je   dokładnie   w   poparzonych   miejscach.   Zerknął   jeszcze   tylko,   czy   oba 
wierzchowce mają wokół wystarczająco trawy, a potem pochylił się nad Rossem. Bez słowa 
pchnął go na ziemię i przyjrzał się uważnie jego lewej nodze.

Ross  rozumiał,   o  co  chodzi   strażnikowi.   Jego  udo,  wedle   wszelkich   praw   natury, 

powinno być także spalone przez ogień, a jednak nie czuł bólu. Teraz, gdy jeździec oglądał 
jego nogę, sam mógł stwierdzić, że na dziwnej tkaninie nie ma najmniejszego śladu ognia. 
Przypomniał   sobie,   jak   obcy   przeszedł   przez   ogień   w   wiosce.   Skoro   tajemnicza   tkanina 
chroniła przed zamrożeniem pośród lodów, dlaczego nie miała chronić także przed żarem.

Jednak brak oparzeń na ciele  Rossa najwyraźniej  zaskoczył  strażnika. Odszedł  od 

Murdocka szybkim krokiem i usiadł w sporej od niego odległości, jakby się czegoś obawiał.

Nie   czekali   długo.   Jeźdźcy,   którzy   tworzyli   grupę   Foscara,   jeden   po   drugim 

przybywali nad strumień. Jako ostatni nadjechali Ennar i Tulka z ciałem wodza. Ich twarze 
były wysmarowane pyłem. Gdy pozostali ujrzeli ciało, także pokryli twarze pyłem, recytując 
przy tym jakieś formułki. Potem podchodzili kolejno i dotykali prawej ręki martwego.

Ennar zsiadł z konia i przez długą chwilę stał bez ruchu z opuszczoną głową. Potem 

spojrzał wprost na Rossa i podszedł do niego szybkim krokiem. Jego oczy miały bezlitosny 
wyraz, gdy pochylił się nad jeńcem i przemówił, wymawiając powoli i wyraźnie każde słowo, 
aby Murdock mógł dokładnie zrozumieć jego przerażającą obietnicę:

- Foscar na pogrzebowy stos. I wziąć niewolnik, aby mu służyć poza niebem, aby 

przybiegać na jego wezwanie i drżeć na jego gniew. Psie, ty za Foscarem poza niebo. A on 
będzie deptać twój kark na wieki. Ja, Ennar, tak przysięgać! Foscar do nieba jak wódz. A ty, 
pies, leżeć u jego stóp!

background image

Nie tknął go, ale Ross był pewien, że zamierza spełnić swoją obietnicę.

background image

17

Przygotowania   do   pogrzebu   Foscara   trwały   do   rana.   Przez   całą   noc   rósł   stos, 

budowany z wiązek drewna znoszonych ze wszystkich zakątków lasu. Wreszcie górował nad 
całym obozem. Ciągłe zawodzenie siedzących w namiotach kobiet było tak przejmujące, że 
mogło doprowadzić do szaleństwa.

Ross, choć był trzymany pod strażą, mógł obserwować przygotowania. Zorientował 

się, że Ennar, jako najbliższy krewny zmarłego, poprowadzi ceremonię pogrzebową.

Najlepszy ogier w stadzie, piękny deresz, miał być złożony - obok Foscara - jako 

ofiara. Właśnie go przyprowadzono i przywiązano u stóp stosu. Podobny los miał spotkać 
dwa ogary Foscara.

Sam Foscar, odziany w czerwony płaszcz i z bronią u boku, był już przygotowany do 

ceremonii.   Obok   zmarłego   podskakiwał   w   natchnionym   tańcu   szczepowy   czarownik, 
potrząsając grzechotkami i zawodząc głosem przypominającym skrzeczenie kruka. Rossowi 
trudno było uwierzyć, że to dzieje się naprawdę i że właśnie on ma być jednym z głównych 
aktorów w tym przedstawieniu.

Wreszcie jednak, mimo iż wiedział, że ta koszmarna noc jest jego ostatnią, zapadł w 

sen. Obudził się oszołomiony, czując, jak czyjaś silna dłoń trzyma go za włosy i unosi w górę 
jego głowę.

- Ty spać? Ty nie bać się, psie Foscara?
Ross zamrugał jeszcze nie do końca rozbudzony. Bać się? Jasne, że się bał. Bał się, 

jak nigdy wcześniej. Ale w chwilach zagrożenia zawsze spychał strach do podświadomości, 
nigdy mu się nie poddawał. Nie podda się i teraz... przynajmniej miał taką nadzieję.

- Nie boję się! - rzucił Ennarowi prosto w twarz. Nie będzie się bał.
- Zobaczymy, co mówić, gdy ukąsi ogień - odparł tamten, ale widać było, że odwaga 

Rossa zrobiła na nim wrażenie.

Gdy   ukąsi   ogień   -   brzmiało   w   uszach   Murdocka.   Coś   chodziło   mu   po   głowie   z 

związku z tym ogniem. Wciąż drzemała w nim resztka nadziei. To przecież niemożliwe - 
znów jasna myśl - żeby człowiek porzucił wszelką nadzieję, dopóki jeszcze oddycha. Zawsze 
trzeba wierzyć do ostatniej sekundy, że zdarzy się coś, co odwróci los.

Mężczyźni  przywiedli ofiarnego ogiera do stosu, którego zwieńczeniem były teraz 

zwłoki Foscara. Koń stał spokojnie, dopóki na  jego kark nie spadł ciężki topór, a wówczas 
upadł niemal bez dźwięku. Także psy zostały zabite i złożone u stóp swego pana.

Ale Ross nie miał zakończyć życia w tak prosty sposób. Wokół niego już zaczynał 

swój taniec czarownik - obrzydliwa figura w masce potwora, z pasem oplecionym zaschłymi 
wężowymi   skórami.   Potrząsając   grzechotką,   zawodził   jak   głodny   kot,   a   tymczasem   inni 
popychali Murdocka ku ofiarnemu stosowi.

Ogień, było coś z tym ogniem... Gdyby tylko mógł sobie przypomnieć!
Ross niemal upadł, potknąwszy się o jedną z nóg martwego konia, którego właśnie 

wleczono na stos. I nagle przypomniał sobie ten ogień na łące, który poparzył wierzchowca, 
ale   nie   tknął   jeźdźca.   Wprawdzie   dłonie   i   głowę   ma   odkrytą,   ale   resztę   ciała   chroni 
ognioodporna tkanina obcych! Czy zdoła to przeżyć? Szansa była niewielka.

Już wprowadzono go na stos, i to z wciąż związanymi rękoma.
Ennar pochylił się i spętawszy Rossowi nogi, przymocował je do jednego z większych 

bali.

background image

Tak związanego zostawili go.
Plemię zebrało się w kręgu wokół ofiarnego stosu, zachowując bezpieczną odległość. 

Ennar i pięciu innych mężczyzn zbliżyło się z różnych stron z pochodniami w dłoniach. Ross 
obserwował w milczeniu, jak podpalają stos. Suche gałęzie zajęły się błyskawicznie

Po chwili język ognia lizał już jego stopy. Ross wstrzymał oddech, przygotowując się 

na ból. Nad jego nogami zaczął unosić się dym. Szata nie izolowała całkowicie od żaru, ale 
już wiedział, że zdoła stać spokojnie wystarczająco długo.

Ogień strawił więzy na jego stopach, a on nie czuł na nogach większego gorąca, niż 

gdyby   były   wystawione   na   promienie   letniego   słońca.   Zwilżył   usta   językiem.   Sprawa   z 
rękoma i twarzą przedstawiała się znacznie gorzej. Pochylił się i zbliżył dłonie do ognia. Ze 
stoickim spokojem znosił ból, czekając, aż płomień przyniesie mu wolność.

Chwilę   później,   gdy   płomienie   skoczyły   w   górę,   tak   że   zdawał   się   otoczony 

czerwonymi   jęzorami   jak   powiewającymi   na   wietrze   sztandarami,   przeskoczył   przez   nie, 
starając się osłonić głowę i dłonie.

Stanął na obrzeżu stosu i spojrzał  na stojących  wokół ludzi.  Usłyszał  przeraźliwe 

krzyki - prawdopodobnie przerażenia - lecz ktoś odważył się rzucić płonącą pochodnię, która 
ugodziła   go   w   udo.   Poczuł   co   prawda   impet   uderzenia,   ale   płomień   nie   pozostawił 
najmniejszego śladu na gładkiej tkaninie.

- Aaaa!
Czarownik doskoczył do niego, potrząsając wściekle grzechotkami. Ross odepchnął 

go energicznie zwalając z nóg, a potem pochylił się i podniósł pochodnię, którą w niego 
rzucano. Zamachał nią nad głowa chociaż każdy ruch był torturą dla jego poparzonych rąk, aż 
zapłonęła ogniem raz jeszcze. Trzymając głownię przed sobą niczym broń, zszedł ze stosu, 
kierując się wprost na najbliższego mężczyznę i stojącą u jego boku kobietę.

Pochodnia była słabą bronią w porównaniu z włóczniami i toporami, ale Rossowi było 

wszystko jedno. Musiał zaryzykować. I nawet nie zdawał sobie sprawy, jakie przerażenie 
wzbudzał teraz w dzikich. Człowiek, który przeszedł przez ogień, któremu płomienie nie 
uczyniły najmniejszej krzywdy i który teraz sięgał po ten sam ogień i zmieniał go w swą 
broń, to nie był człowiek, lecz demon!

Szpaler ludzki zakołysał się i pękł. Kobiety podniosły histeryczny wrzask i uciekły w 

popłochu.   Mężczyźni   też   krzyczeli   gromkimi   głosami,   cofając   się.   Ale   żaden   z   nich   nie 
odważył się rzucić włóczni ani unieść topora. Ross przeszedł pomiędzy nimi nie oglądając się 
ani w prawo, ani w lewo.

Ruszył  w stronę płonącego  równolegle z pogrzebowym  stosem namiotu  Foscara i 

przeszedł przez sam środek także tego ognia. Ryzykował tym samym dalsze obrażenia, ale 
również zapewnił sobie całkowite bezpieczeństwo.

Wszyscy uciekli w popłochu, gdy mijał ostatnią linię namiotów, za którymi zaczynał 

się otwarty step. Konie - przeprowadzone na tę stronę-obozu, aby nie wpadły w panikę na 
widok płonącego ofiarnego stosu - teraz, gdy zbliżał  się z pochodnią, zaczęły ruszać się 
nerwowo.

Ross jeszcze raz zakręcił pochodnią nad głową, aby spłoszyć konie; a potem cisnął ją 

na suchą trawę pomiędzy namioty a stado. ()gień natychmiast wybuchł gwałtowną pożogą. 
Teraz nawet gdyby chcieli go ścigać, nie będzie im łatwo.

Murdock szedł równym krokiem, nie oglądając się za siebie. Dłonie miał poparzone, 

włosy i brwi osmalone, a w poprzek szczęki biegła paskudna oparzelina. Ale był wolny i nie 
sądził, by którykolwiek z ludzi Foscara odważył się go ścigać. Gdzieś przed nim była rzeka i 
ta rzeka płynęła do morza. Ross szedł więc ku niej, a za nim pozostały kłęby czarnego dymu, 

background image

które przysłaniały niebo.

Kilka następnych dni uciekło z jego pamięci - pamiętał tylko ból poparzonych rąk i to, 

że szedł i szedł wciąż naprzód gnany jakąś wewnętrzną siłą. Pamiętał też, że opadł na kolana 
przed strumieniem i zanurzył w nim dłonie, co przyniosło ogromną ulgę i że jego spieczone 
gorączką wargi chwytały chłodną wodę.

Zdawało mu się, że kroczy przez świat ze snu, świat, w którym nie było formy ani 

czasu,   tylko   nierealne   widziadła   i   otaczająca   wszystko   mgła.   Mgła   ta   rozpraszała   się   na 
krótkie okresy i wówczas rozpoznawał otoczenie,  a czasem nawet przypominał sobie, co 
pozostało za nim. Dzięki tym krótkim przebłyskom świadomości mógł utrzymywać właściwy 
kierunek. Ale to, co działo się pomiędzy owymi przebłyskami na zawsze miało pozostać dla 
niego tajemnicą.

Dotarł nad rzekę i niemal od razu, gdy znalazł się nad jej brzegiem, prawie wszedł na 

łowiącego ryby niedźwiedzia. Potężna bestia stanęła na dwóch nogach i zaryczała donośnie, a 
Ross przeszedł obok, nie zwracając na nią najmniejszej uwagi. Nie został nawet zaatakowany 
przez oszołomione zwierzę.

Czasem spał, kiedy robiło się ciemno, a czasem maszerował nocą w świetle księżyca. 

Czasami jego stopa źle stąpnęła i wtedy nagły ból, który wskutek tego wstrząsu przeszywał 
poparzone dłonie, budził go na chwilę z letargu. Kiedyś usłyszał śpiew... i zorientował się, że 
to   on   śpiewa   donośnym   głosem   melodię,   która   będzie   popularna   za   kilka   tysięcy   lat   w 
miejscu, przez które teraz wędrował. Ale zawsze wiedział, że musi iść i że nurt rzeki jest jego 
przewodnikiem ku celowi, jakim było morze.

Po kilku dniach okresy świadomości stawały się coraz dłuższe i następowały coraz 

częściej   jeden   po   drugim.   Pod   przybrzeżnymi   kamieniami   znajdował   jakieś   zwierzaki   w 
skorupach, które zjadał chciwie. Raz miał prawdziwa ucztę, gdy udało mu się zabić drągiem 
zająca. Wysysał ptasie jajka z ukrytych pomiędzy trzcinami gniazd. To wystarczało, by móc 
iść  dalej, chociaż  gdyby   ktoś  spojrzał   teraz  w  jego twarz,  tylko   po blasku  szarych   oczu 
mógłby poznać, że ma do czynienia z żywym człowiekiem.

Ross nawet nie wiedział, kiedy się zorientował, że znów jest ścigany. Po prostu w 

pewnym   momencie,   do   jego   umysłu   zaczęły   docierać   dziwne   impulsy,   które   różniły   się 
znacznie od tworzonych w gorączce poprzednich halucynacji.

Coś   wewnątrz   jego   jaźni   próbowało   go   zatrzymać,   skierować   w   inna   stronę.   Coś 

mówiło mu coraz wyraźniej, że musi wrócić, że w górach musi kogoś spotkać, że ktoś lub coś 
czeka na niego w miejscu, od którego ucieka.

Ale Ross kontynuował marsz. Obawiał się jedynie spać. Kiedyś bowiem, gdy zapadł 

w sen, obudził się w marszu, idąc w przeciwnym kierunku, tak jakby nieznana siła atakująca 
jego umysł potrafiła przejąć kontrolę nad ciałem, kiedy zmęczona wola zejdzie ze straży.

Odpoczywał więc w marszu. Jednak dziwne pragnienie wciąż atakowało jego wolę, 

starając się odebrać jej kontrolę nad ciałem. Ross był pewien, że to obcy chcą przejąć nad nim 
kontrolę. Nie próbował jednak zgadywać, dlaczego to robią.

Ponieważ twarde dotąd brzegi rzeki zaczęły ustępować bagiennym rozlewiskom, szedł 

teraz   przez   moczary.   Raz   po   raz   przedzierał   się   przez   nadrzeczne   trzciny,   co   zawsze 
wywoływało głośne protesty krążących nad jego głową ptaków, a drobne rzeczne zwierzątka 
z zaciekawieniem wychylały łebki, aby przyjrzeć się dziwnej dwunożnej istocie.

Pragnienie powrotu wciąż w nim było. Dlaczego obcy chcą, by wrócił? Dlaczego nie 

podążają   za   nim?   Może   obawiają   się   oddalać   zbytnio   od   punktu   transferowego?   Ich 
niewidzialna siła oddziaływania wcale nie słabła, w miarę jak oddalał się od doliny. Ross nie 
rozumiał   ani   ich   motywów,   ani   metod,   jakie   stosowali,   ale   był   zdecydowany,   że   im   nie 

background image

ulegnie.

Bagna   wydawały   się   bezkresne.   Znalazł   jakąś   wyspę   i   przywiązał   się   pasem   do 

pojedynczej rosnącej tam wierzby. Wiedział, że musi się wyspać, bo inaczej nie uda mu się 
przetrwać kilku następnych dni. I zasnął, a obudził go chłód i wilgoć, i przerażenie. Woda 
sięgała mu już do ramienia. Zdał sobie sprawę, że odwiązał się przez sen i tylko dzięki temu, 
że był na wyspie i musiał wejść do wody, w porę odzyskał świadomość.

Powrócił do drzewa i przywiązał się do gałęzi na tyle solidnie, iż był pewien, że nie 

zdoła rozplatać węzłów w ciemności. Jakoż z głębokiego snu obudziły go dopiero krzyki 
ptactwa o poranku. Wciąż był przywiązany. Rozwiązując się, Ross przyjrzał się swej szacie. 
Czy to ona może być łącznikiem, dzięki któremu obcy mają dostęp do jego umysłu? Czy jeśli 
się rozbierze i zostawi szatę, będzie bezpieczniejszy?

Próbował rozpiąć ją na pasku biegnącym  na ukos przez pierś, ule mechanizm nie 

chciał się poddać lekkim pociągnięciom, na jakie mogły się zdobyć jego poranione ręce. Nie 
zdołał też rozedrzeć tkaniny. Zrezygnował więc i kontynuował marsz, wciąż odziany w szatę 
nie z tego świata.

Krajobraz wokół niego znów zaczął się zmieniać. Rzeka rozdzielała się tu na tuziny 

małych  strumyczków. Ross stanął na niewielkim wzgórzu i rozejrzał się uważnie. Poczuł 
radość i ulgę. Takie miejsce było na mapie, którą wielokrotnie studiowali z Ashe'em. A więc 
znalazł się blisko morza.

Poczuł   na   twarzy   podmuch   słonego   morskiego   wiatru.   Ciężkie   ołowiane   chmury 

przysłoniły słońce i nad wiosennym jeszcze przed chwilą krajobrazem znów pojawił się cień 
odchodzącej   zimy.   Usłyszawszy   odległe   krzyki   ptaków,   Ross   ruszył   ciężko   w   tamtym 
kierunku. Mijał niewielkie bajora i splątane trzcinowe zarośla. W jakimś gnieździe znalazł 
kilka jajek. Zaczął je chciwie wysysać, nie zwracając uwagi na nieprzyjemny odór ryb. Popił 
jajka stęchłą wodą z pobliskiego bajorka.

Nagle znieruchomiał, usłyszawszy dźwięk, który w pierwszej chwili wydał mu się 

grzmotem. Ale choć niebo zasnuły ciężkie chmury, nie widział na nim ani śladu błyskawicy. 
Wsłuchując się w powtarzające się dźwięki, nagle zdał sobie sprawę, że to, co słyszy, to 
odgłos fal rozbijających się o brzeg! Był naprawdę blisko morza!

Zmusił ciało do biegu i podążył w tamtym kierunku, choć wciąż musiał wkładać wiele 

wysiłku, by trzymać  na wodzy siłę, która ciągnęła go wstecz. Wydostał się z moczarów. 
Zaczynało się piaszczyste podłoże. Przed sobą zaś widział czarne skały, które otaczała biała 
piana przyboju!

Ross pobiegł wprost ku nim i zatrzymał się dopiero, gdy stanął po kolana w kłębiącej 

się i falującej morskiej wodzie. Ukląkł, pozwalając, by słona woda znów rozbudziła ból w 
każdej z ran na jego ciele, a potem pochylił się i zaczął ją pić. Woda była zimna i słona. 
Morska woda. Dotarł nad morze! Dokonał tego!

Ross  cofnął się i usiadł  na piasku. Rozejrzał  się wokół. Dostrzegł,  że miejsce,  w 

którym się znajduje, jest trójkątem ziemi. Jego wierzchołki stanowiły dwie niewielkie odnogi 
rzeki - teraz o nieco wyższym poziomie wody po wiosennej powodzi. Zresztą woda, którą 
niosły, była właśnie wpychana z powrotem na ląd przez przypływ.

Było tu mnóstwo chrustu na ognisko, ale nie miał jak go rozpalić, utracił bowiem 

hubkę   i   krzesiwo.   Trudno.   Ważne,   że   dotarł   nad   morze,   i   to   wbrew   wszelkiemu 
prawdopodobieństwu. Położył się wygodnie na plecach. Jego pewność siebie wzrosła na tyle, 
że   odważył   się   pomyśleć   o   przyszłości.   Wzrokiem   leniwie   śledził   mewy   zataczające 
niezliczone kręgi w swym powietrznym tańcu. Przez moment zapragnął tylko jednego - nie 
ruszać się z tego miejsca i odpocząć...

background image

Ale nie poddał się pierwszemu odruchowi zmęczonego ciała. Był głodny i zmarznięty, 

zanosiło się na burzę - wiedział, że musi rozpalić ogień! Zwłaszcza że ogień mógł być także 
sygnałem   dla   okrętu   podwodnego.   Nie   wiedząc,   co   go   do   tego   gnało,   bo   ten   fragment 
wybrzeża był równie dobry jak każdy inny, Ross wstał i zaczął myszkować między czarnymi 
przybrzeżnymi skałami.

Wkrótce już wiedział, czego szukał. W chroniącym przed wiatrem załomie skalnym 

natrafił na krąg osmolonych kamieni, pomiędzy którymi znajdowały się resztki zwęglonego 
drewna.   Wokół   walało   się   sporo   pustych   muszli.   Z   pewnością   była   to   pozostałość 
obozowiska! Ross pochylił się nad pogorzeliskiem i włożył dłoń w czarny krąg. Ku swemu 
zdumieniu poczuł ciepło!

Rozgrzebał   kawałki   spalonego   drewna   i   dmuchnął   w   to,   co   zdawało   się   tylko 

bezużytecznym popiołem. I ujrzał kilka iskierek! To było niewiarygodne szczęście. Zebrał 
błyskawicznie parę gałązek z pozostałych tu zapasów i ułożył je na żarzących się węgielkach. 
Kilka dmuchnięć, w które włożył całe serce, i udało się. Płomień objął pierwszą gałązkę. 
Teraz  trzeba  być  bardzo  ostrożnym,  a  on miał  poranione  i sztywne  palce.  Ale uczył  się 
cierpliwości w naprawdę dobrej szkole, toteż powoli, patyczek po patyczku, zdołał wreszcie 
rozniecić prawdziwy ogień. Dopiero wtedy oparł się z wysiłkiem o skałę i przyglądał mu się z 
ulgą.

Teraz dostrzegł, jak dobrze ktoś wybrał to miejsce - skały osłaniały płomień przed 

podmuchami  wiatru. Co ciekawe, od strony lądu tworzyły  coś w rodzaju okapu. A więc 
przygotowujący to obozowisko wiedział, że ogień nie będzie widoczny od tamtej  strony, 
natomiast od strony morza, zwłaszcza w nocy, powinno być go widać całkiem dobrze.

Miejsce wyglądało na wymarzone, jeśli ktoś chciał dawać sygnały - ale kto i komu?
Ręce Rossa zadrżały lekko. Przychodził mu  na myśl  tylko  jeden odbiorca i jeden 

nadawca. A więc McNeil, a może i Ashe, mimo wszystko przeżyli katastrofę. Dotarli w to 
miejsce i opuścili je nie dalej niż dzisiejszego ranka, sądząc po żarze, jaki znalazł. Nadali 
sygnał. Zostali zabrani na pokład i teraz zapewne zmierzają ku Ameryce Północnej. Czyli nie 
przypłyną po niego. Podobnie jak on był przekonany o ich śmierci, gdy znalazł w wodzie 
rzemień McNeila, tak i oni musieli myśleć, że zakończył żywot w rzece. Spóźnił się zaledwie 
o kilka godzin!!!

Ross z rezygnacją otoczył kolana rękoma i oparł o nie głowę. Nie było absolutnie 

żadnej możliwości, by sam dotarł do bazy... nie tym razem. Dzielą go od niej tysiące mil.

Tak   dalece   pogrążył   się   w   rozpaczy,   iż   nie   od   razu   dostrzegł,   że   stała   presja 

wywierana na jego umysł gdzieś znikła. Dotarło to do niego, gdy dokładał drew do ognia. 
Czyżby ci, którzy na niego polowali, wreszcie się poddali? I tak przegrał wyścig z czasem, 
więc było mu to obojętne. Jakie to ma teraz znaczenie?

Drewna na opał nie miał za dużo. Uznał, że to też nie ma znaczenia. Jednak wstał, by 

zebrać go więcej, nim nadejdzie burza. Niby dlaczego ma siedzieć przy tej bezużytecznej 
latarni morskiej? A jednak wiedział, że nie może jej porzucić. Ściągnął do swej kryjówki tyle 
drewna, że aż sam się roześmiał na widok barykady, którą wzniósł.

- Mogą oblegać! - Po raz pierwszy od wielu, wielu dni przemówił na głos. - Mogą 

mnie tu nawet oblegać...

Dorzucił ostatnią kłodę, a potem znów pochylił się nad ogniem.
Na wybrzeżu są przecież rybackie wioski. Odpocznie tu, a jutro pójdzie na południe i 

znajdzie jedną z nich. Na te ziemie zaczną przybywać handlarze, zwłaszcza teraz, gdy znikną 
napastnicy prowokowani przez Czerwonych. Zdoła się z nimi skontaktować...

Jednak   ten   delikatny   płomyczek   nadziei   zgasł   tak   szybko,   jak   się   pojawił.   Być 

background image

handlarzem z ludu pucharu jako agent w projekcie to jedno, ale przeżyć w tej roli całe życie?

Ross stanął przy ogniu i patrzył na morze, jakby oczekiwał znaku, którego już nigdy 

nie miał zobaczyć. I nagle został zaatakowany tak gwałtownie, jakby w plecy wbiła mu się 
rzucona z impetem włócznia.

Nie był to jednak cios fizyczny, lecz rozdzierający umysł ból wewnątrz czaszki, który 

całkowicie   sparaliżował   ciało.   Ross   czuł,   że   za   jego   plecami   czai   się   śmiertelne 
niebezpieczeństwo.

background image

18

Ross walczył  z całych  sił, by przełamać ten paraliż, by chociaż odwrócić głowę i 

spojrzeć   na   to,   co   do   niego   pełzło.   Nigdy   dotąd   nie   czuł   czegoś   podobnego,   to   mogło 
pochodzić   tylko   z   obcego   źródła.   Walka   toczyła   się   wewnątrz   jego   umysłu,   walka   woli 
przeciwko woli. I ten sam bunt przeciwko wszelkiej władzy, który był głównym motorem 
jego postępków i który ostatecznie wciągnął go w orbitę projektu, teraz będzie główną bronią 
Rossa w owej walce.

Zamierzał   odwrócić   głowę   i   zobaczyć,   kto   tam   stoi.   I   zrobi   to!   Centymetr   po 

centymetrze głowa Rossa zaczęła się obracać, chociaż po całym jego ciele spływał pot, a 
każdy oddech wiązał się z wielkim wysiłkiem. Złowił kątem oka plażę poza skałami i widział 
tam tylko piasek. Mewy też znikły, jakby były tylko złudzeniem. Albo jakby zostały usunięte 
przez napastnika, który nie chciał, by cokolwiek go rozpraszało...

Obróciwszy głowę, Ross postanowił obrócić całe ciało. Najpierw lewa ręka, powoli, 

jakby dźwigała jakiś potworny ciężar. Zacisnął ją na skale i poczuł okropny ból poparzonej 
skóry. A jednak cieszył go ten ból, bo był silniejszy niż nacisk, który wywierano na jego 
umysł. Toteż celowo przesunął dłonią po ostrym kamieniu, koncentrując wolę na cierpieniu 
fizycznym, i chociaż niemal omdlewał z bólu, poczuł, że moc atakująca jego umysł słabnie. 
Wreszcie   Ross   obrócił   się   niezgrabnym   ruchem.   Plaża   była   pusta,   jeśli   nie   liczyć   kilku 
przyniesionych  przez rzekę kawałków drewna, głazów  i innych  rzeczy,  które  widział  już 
wcześniej.  A   mimo   to   wiedział,   że   coś   tam   przyczaiło   się  do   ataku.   Odkrywszy,   że   ma 
przynajmniej defensywną broń w postaci bólu, zdecydował, że nie wezmą go bez walki.

Nagle   poczuł,   że   napierająca   nań   siła   słabnie   wyraźnie,   jakby   przeciwnik   został 

zaskoczony   albo   tą   prostą   czynnością   jakiej   Ross   dokonał   przed   chwilą,   albo   też   jego 
determinacją.

Ross przesunął się naprzód zdecydowanym krokiem, wciąż trąc zranioną ręką o skałę 

dla podtrzymania impulsu. Złapał drewnianą kłodę i włożył jej koniec do ogniska.

Raz już użył ognia, aby ocalić życie i był zdecydowany zrobić to ponownie, chociaż 

jakaś jego część aż się skuliła na samą myśl o tym.

Trzymając płonące polano na wysokości piersi, Ross rozglądał się wokół, poszukując 

najmniejszego   śladu   przeciwnika.   Nie   widział   wiele,   gdyż   zapadał   już   zmierzch.   A   huk 
przyboju mógł zagłuszyć odgłosy nawet całej maszerującej armii.

- Chodź i weź mnie!
Zamachał   płonącą   gałęzią   nad   głową   i   cisnął   ją   na   piaszczyste   wydmy.   Zanim 

uderzyła o ziemię pomiędzy korzeniami jakiegoś przewróconego drzewa, trzymał w dłoni 
kolejną pochodnię.

Czekał w napięciu. Groźne ostrze czyjejś woli, które przed chwilą ugodziło go tak 

mocno, teraz znikało powoli, cofając się jak morze podczas odpływu. Ale jakoś nie mógł 
uwierzyć, że ten skromny pokaz odwagi na tyle oszołomił jego niewidzialnego przeciwnika, 
iż   zrezygnował   z   walki.   Raczej   wyglądało   to,   że   wróg   przyczaił   się   niczym   zapaśnik 
szykujący się do śmiercionośnego chwytu.

Przeto wciąż trzymał w ręku płonąca pochodnię. Miała to być druga linia jego obrony 

i chociaż wołałby nie być do tego zmuszony, zamierzał zrealizować swój plan, jeśli pierwsza 
broń zawiedzie. A tą była jego poraniona ręka, którą wciąż przyciskał do skały.

Tam, gdzie upadła pierwsza pochodnia, stary zeschnięty pień zajął się żywym ogniem, 

background image

oświetlając  najbliższą  okolicę.  Ross   był   z  tego   niezwykle   zadowolony,  bo  niebo   zakryły 
ciemne burzowe chmury. Miał tylko nadzieję, że atak nastąpi, zanim zacznie padać deszcz...

Jeśli będzie padać, straci tę niewielką przewagę, którą może dać płomień, ale wtedy 

postara się znaleźć coś innego. Nie podda się, choćby musiał skoczyć w morze i płynąć na 
grzbietach północnych zimnych fal, aż do momentu, gdy nie będzie już mógł ruszyć ręką ani 
nogą.

Jeszcze raz potężne ostrze cięło umysł Rossa, badając jego upór i siłę woli. Pochylił 

pochodnię i przytknął jej płomień do poparzonej dłoni. Nie zdołał powstrzymać ryku bólu... 
nie miał pewności, czy zdoła to powtórzyć...

Ale znów wygrał! Presja na jego umysł znikła w mgnieniu oka, jakby swym czynem 

przekręcił jakiś niewidzialny wyłącznik. Poprzez purpurową mgłę cierpienia Ross odebrał 
nagle   wyraźnie   pochodzące   z   zewnątrz   uczucie   zaskoczenia   i   niedowierzania.   Nawet   nie 
wiedział, że w tym pojedynku wykazał się tak ogromną siłą woli i tak głęboką percepcją, iż 
wstrząsnął przeciwnikiem bardziej, niżby wstrząsnął nim fizyczny cios.

- Chodź i weź mnie! - krzyknął jeszcze raz ku opustoszałej plaży, na której tylko 

łakomy ogień pożerał pień drzewa. Lecz choć nic było widać nic innego, to coś tam było - 
niewątpliwie żywe i doskonale ukryte. Tym razem w głosie Rossa zabrzmiało coś więcej niż 
tylko wyzwanie - to był ton tryumfu.

Uderzyła weń gwałtowna fala przyboju i pochodnia, którą trzymał w dłoni, zgasła. 

Nieważne, niech morze pochłonie i ogień, i ten bezużyteczny teraz patyk. Znajdzie sobie inną 
broń. Był tego pewien i czuł, że jego niewidzialny przeciwnik też to wie i jest zaniepokojony.

Wiatr rozdmuchał ogień, teraz zajęło się całe powalone drzewo. Między Rossem a 

nieznanym  wrogiem powstała olbrzymia  ściana ognia, która jednak z pewnością nie była 
barierą nie do przebycia dla tego, kto się za nią znajdował.

Ross wychylił się spomiędzy skał i ponownie dokładnie przyjrzał się plaży. Może 

pomylił się, sądząc, że przeciwnik znajduje się w zasięgu wzroku? Siła, która go atakowała 
ma z pewnością większy zasięg.

Wrzasnął jeszcze raz z całych sił, wyzywająco i pogardliwie. Ogarnęło go prawdziwe 

szaleństwo, które wzmagał  huczący wiatr, ryk  morza i wściekły ból zranionej  dłoni. Był 
gotów przyjąć wszystko, co tylko mogli mu przesłać, a potem odepchnąć to i uderzyć ich 
umysły z taką siłą, z jaką oni atakowali jego umysł. Nie było odpowiedzi na jego wyzwanie, 
nie było próby kontrataku...

Ross zaczął iść w kierunku płonącego drzewa.
-   Tutaj   jestem!   -   krzyknął.   -   Pokaż   się,   stań   do   walki!   I   wtedy   dojrzał   swych 

przeciwników - dwie wysokie postacie w ciemnych szatach, stały w kompletnym milczeniu, 
obserwując go. Ich czarne oczy wyglądały jak puste oczodoły na tle trupio bladych owali 
twarzy.

Ross zatrzymał się. Mimo iż oddzielał ich piasek, skały i ściana ognia, wyraźnie czuł 

moc obcych. Zmieniła się jednak jej natura. Poprzednio używali jej do punktowego ataku, jak 
ostrza włóczni, teraz zaś uformowali tarczę, która miała ich chronić.

Ross nie potrafił przełamać tej tarczy, a oni nie śmieli jej zrzucić nawet na chwilę. 

Przeto   w   dziwnej   walce,   zapanowała   sytuacja   patowa.   Murdock   patrzył   w   ich   blade, 
pozbawione jakichkolwiek emocji twarze i zastanawiał się, jak przełamać tę barierę. W jego 
umyśle błysnęła nagła myśl, że ta walka będzie trwała tak długo, dopóki on będzie żył lub 
dopóki oni będą żyć. Z jakiegoś tajemniczego powodu chcieli dostać go pod swoją kontrolę. 
Ale   do  tego   nigdy  nie   dojdzie,   choćby  mieli   stać   na   tym   kawałku   piachu   tak   długo,  aż 
wszyscy umrą z głodu. Ross starał się przesłać im tę myśl.

background image

- Murrrdock!!!
Ten ochrypły krzyk niesiony przez wiatr od strony morza równie dobrze mógł być 

odległym krzykiem mewy.

- Murrrdock!!!
Ross odwrócił się. Widoczność była bardzo słaba, ale zdawało mu się, że widzi jakiś 

okrągły ciemny przedmiot kołyszący się na falach. Kiosk okrętu? Ponton?

Wyczuwszy jakiś ruch za plecami, Ross ponownie się odwrócił. W samą porę, by 

dostrzec, że jeden z obcych przeskoczył  przez płonące drzewo, nie zważając zupełnie na 
ogień, i biegł wprost ku niemu, niewątpliwie zamierzając go pochwycić. Trzymał w ręku 
identyczną broń jak ta, która powaliła Foscara.

Murdock bez wahania skoczył ku nadbiegającemu wrogowi i powalił go na ziemię siłą 

zderzenia. W pierwszej chwili przeciwnik wydał mu się bardzo słaby, ale poruszał się tak 
błyskawicznie, że Ross nie mógł uchwycić i unieruchomić jego ręki trzymającej broń ani też 
przydusić go do piasku.

Tak   był   przy   tym   pochłonięty   walką,   nie   usłyszał   odgłosu   strzału   i   cichego   jęku 

dochodzącego od strony płonącego drzewa. Zdołał natomiast uderzyć uzbrojoną ręką swego 
przeciwnika o kamień. Twarz obcego wykrzywił niemy grymas bólu. Jednak w dalszym ciągu 
wił się z zadziwiająca szybkością i Ross, nagle przetoczył się na piasek przez jego ramię.

Upadł na swą lewą rękę i od tego uderzenia aż łzy stanęły mu w oczach. Na moment 

znieruchomiał. Trwało to ledwie ułamki sekundy, ale obcy zdążył zerwać się na nogi. Nie 
kontynuował jednak walki. Pognał ku swemu kompanowi leżącemu bez ruchu przy ścianie 
ognia. Błyskawicznie przerzucił nieprzytomnego towarzysza przez tę barierę, a następnie sam 
wskoczył w płomienie.

W tej samej chwili Ross poczuł, że niewidzialna więź łącząca go z obcymi znikła.
- Murdock!
Na   falach   kołysał   się   gumowy   ponton.   Siedzieli   w   nim   dwaj   ludzie.   Ross   wstał, 

ponownie próbując poparzoną ręką rozpiąć swą szatę. Teraz dopiero zrozumiał - okręt jednak 
nie odpłynął. Dwaj mężczyźni biegnący do niego od strony morza należeli do jego gatunku.

- Murdock!
Nie wydało mu się nawet dziwne, gdy w jednym z biegnących rozpoznał Kelgarriesa. 

Ross wskazał gestem nic nie rozumiejącemu majorowi, aby pomógł mu z zatrzaskami. Jeśli 
obcy ze statku śledzili go dzięki tej szacie, nie miał zamiaru doprowadzić ich do bazy, by 
zniszczyli ją jak bazę Czerwonych.

-   Musimy...się...tego...pozbyć..-   powiedział   z   wysiłkiem,   szarpiąc   stawiające   opór 

zatrzaski. - Można to namierzyć...

Major nie potrzebował więcej wyjaśnień. Szarpnął za pasek z zatrzaskami, rozrywając 

go, a potem ściągnął tkaninę z Rossa, który ryknął z bólu przy zdejmowaniu lewego rękawa...

Kiedy płynęli na pontonie, przechodził dodatkowe tortury, bo lodowaty wiatr i fale 

smagały jego nagie ciało. Momentu przybicia do okrętu już nie pamiętał... Gdy ponownie 
otworzył   oczy,   poczuł   dobrze   znane   wibracje   płynącego   okrętu   podwodnego.   Leżał   bez-
pieczny w jego wnętrzu, a nad sobą widział twarz Kelgarriesa. Obandażowany Ashe leżał na 
sąsiedniej koi, a McNeil stał obok, przyglądając się lekarzowi, który rozkładał na stoliku 
różne medykamenty.

- Trzeba mu zrobić zastrzyk - lekarz wskazał Rossa, widząc, że ten otworzył oczy.
- Zostawiliście tam szatę? - zapytał Murdock z niepokojem.
- Zostawiliśmy. Co to znaczy, że można ją namierzyć? Kto może ją namierzyć?
- Obcy ze statku kosmicznego. Tylko w ten sposób mogli mnie śledzić podczas drogi 

background image

wzdłuż rzeki.

Mówił z trudnością, ale mimo protestów lekarza opowiedział całą historię - o śmierci 

Foscara, o swej ucieczce ze stosu ofiarnego, i o pojedynku woli, który stoczył na plaży. Teraz, 
opowiadając,   nagle   zdał   sobie   sprawę,   jak   niewiarygodnie   to   brzmi,   jednak   Kelgarries 
akceptował   każde   słowo.   Także   na   twarzy   Ashe'a   ani   przez   moment   nie   dostrzegł 
niedowierzania.

- Stąd więc te oparzenia - powiedział powoli major, gdy Ross skończył opowieść. - 

Włożyłeś rękę w ogień, aby wyrwać się spod ich kontroli...

Uderzył pięścią w ścianę kabiny, a kiedy Murdock drgnął, pospiesznie już otwartą 

dłoń oparł na jego ramieniu. I uścisnął wyjątkowo ciepło i delikatnie.

- Niech śpi - powiedział do lekarza. - Należy mu się co najmniej miesiąc odpoczynku. 

Osiągnął znacznie więcej niż mogliśmy przypuszczać.

Ross poczuł ukłucie igły i po chwili zapadł w sen. Nie obudził się, gdy opuszczali 

okręt  i   odbywali  powrotną   podróż  do  właściwego  czasu.   Był   pogrążony  w  półśnie   i  nie 
docierały do niego żadne bodźce zewnętrzne.

Ale wreszcie nadszedł dzień, gdy odzyskał ochotę do życia. Usiadł na łóżku i zażądał 

obfitego posiłku. Powróciła też dawna pewność siebie.

Doktor,   przebadawszy   Rossa   dokładnie,   pozwolił   mu   wstać   na   chwilę   z   łóżka   i 

sprawdzić siłę nóg. Murdock był naprawdę z siebie dumny, gdy udało mu się przejść od koi 
do stojącego obok krzesła.

- Przyjmujesz odwiedziny? - usłyszał znajomy głos. Uniósł głowę i uśmiechnął się do 

Ashe'a. Jego partner wciąż nosił rękę na temblaku, ale poza tym wyglądał zupełnie dobrze.

- Powiedz, co się działo? Czy jesteśmy znów w głównej bazie? Co z Czerwonymi? Ci 

ze statku nie podążali naszym tropem? 

Ashe roześmiał się.
- Dopiero pozwolono ci wstać, a już chcesz wszystko wiedzieć. Tak, jesteśmy znów w 

domu. A co do reszty... no, to dość długa historia. Wciąż składamy całość z fragmentów, 
którymi dysponujemy.

Ross wskazał swoją koję zapraszającym gestem.
- Możesz mi powiedzieć, co już wiadomo?
Wciąż   czuł   się   trochę   nieswojo   w   towarzystwie   Ashe'a.   Tyle   razy   ten   człowiek 

temperował   jego   zbytnią   zapalczywość   i   teraz   też   obawiał   się   jednego   z   jego 
zniecierpliwionych westchnień, które zazwyczaj kończyły dyskusję. Ale Ashe usiadł na koi. Z 
jego zachowania znikła formalna bariera, która zwykle ich oddzielała.

- Zaskoczyłeś nas trochę, Murdock - powiedział to wprawdzie w starym stylu, ale nie 

tak beznamiętnym tonem. - Byłeś nieco zajęty od czasu, gdy wpadłeś do rzeki, prawda?

Ross wykrzywił twarz w ponurym uśmiechu.
-   To   o   już   słyszałeś.   -   Nie   miał   ochoty   teraz   wracać   do   swoich   przygód   zresztą 

wydawały mu się tak odległe i nieistotne. - Co się działo z wami i z projektem, i...

-Jedna rzecz naraz, i uważaj na swoje bandaże - Ashe przyglądał mu się z dziwną 

intensywnością,   której   Ross   nie   mógł   zrozumieć.   Mówił   jednak   dalej   swym   belferskim 
tonem. - Dotarliśmy do ujścia -jak, nie pytaj. To była prawdziwa szkoła przeżycia - roześmiał 
się. - Tratwa rozpadała się kawałek po kawałku i zdaje się, że ostatnich kilka mil brodziliśmy 
w wodzie. Nie pamiętam zbyt dokładnie szczegółów, musisz o to wypytać McNeila, bo on 
był wtedy przytomny. No, ale nic z tego, co przeżyliśmy, nie dorównuje twoim przygodom. 
Potem rozpaliliśmy ognisko i spędziliśmy przy nim kilka dni, aż zjawił się okręt i nas zabrał...

- I odpłynęliście - Ross przypomniał sobie pustkę, którą poczuł, gdy badając wciąż 

background image

ciepłe pozostałości ogniska, przekonał się, że przybył zbyt późno.

- Tak, odpłynęliśmy. Ale Kelgarries zgodził się pozostać w pobliżu wybrzeża przez 

następne dwadzieścia cztery godziny, na wypadek, gdyby jednak udało ci się przeżyć. Potem 
zobaczyliśmy  twoje widowiskowe fajerwerki na plaży. Reszta była już prosta.

- Ci ze statku nie podążali dalej naszym tropem?
-   Przynajmniej   nic   o   tym   nie   wiemy.   Inna   sprawa,   że   zlikwidowaliśmy   bazę   na 

tamtym   poziomie   czasowym.   Może   cię   za   to   zainteresować   doniesienie   naszych 
współczesnych   agentów   zza   żelaznej   kurtyny.   Zanotowano   ostatnio   sporą   eksplozję   w 
tamtym rejonie Bałtyku. Wyleciała w powietrze jakaś duża instalacja. Czerwoni trzymają w 
tajemnicy szczegóły dotyczące tego wypadku.

-  Obcy  poszli  za   nimi   aż  do  naszych   czasów!  -  Ross  uniósł  się   z  krzesła.   -  Ale 

dlaczego? I dlaczego ścigali mnie?

- Tu możemy tylko zgadywać. Ale nie sądzę, żeby kierowali się jakimiś prywatnymi 

urazami.   Myślę,   że   istnieje   znacznie   ważniejsza   przyczyna,   dla   której   nie   chcą,   abyśmy 
używali czegokolwiek z ich przedmiotów.

- Ależ oni istnieli tysiące lat temu. Ich światy mogą już nie istnieć. Dlaczego więc 

przejmują się tym, co robimy dzisiaj?

- Jak widać, przejmują się. I to poważnie. A my musimy dopiero poznać przyczynę.
- Jak? - Ross odruchowo spojrzał na swą lewą rękę owiniętą szczelnie bandażami, pod 

którymi próbował poruszyć swędzącym go palcem. Może powinien mieć ochotę na ponowne 
spotkanie z ludźmi ze statku, ale szczerze mówiąc, wolał ich nie spotykać. Uniósł wzrok, 
pewien, że Ashe odczytał jego wahanie. Ten jednak nie dał nic po sobie poznać.

- Prowadząc dalej ten rabunek na własną rękę - odpowiedział spokojnie. - Te taśmy, 

które przywieźliśmy, są bardzo cenne. Znaleziono więcej, niż jeden statek. Słuszne były nasze 
przypuszczenia,   że   Czerwoni   najpierw   natknęli   się   na   wrak   na   Syberii.   Był   jednak   zbyt 
zniszczony i nie nadawał się do eksploracji. Mieli już  wtedy jakieś pojęcie o podróżach w 
czasie, więc zaczęli poszukiwać innych statków, rozsyłając ludzi w różne epoki, tak jak my to 
czyniliśmy, poszukując ich. Znaleźli ten statek, który znasz, i kilka innych. Co najmniej trzy z 
nich są po naszej stronie Atlantyku, więc możemy swobodnie się do nich dostać. I tymi 
właśnie się zajmiemy.

- A czy obcy tego właśnie nie będą oczekiwać?
- Wszystko wskazuje na to, że oni nie wiedzą, gdzie rozbiły się te statki. Albo nikt nie 

przeżył   katastrofy,   albo   załoga   opuściła   statek   w   kapsułach   ratunkowych   jeszcze   w 
przestrzeni.   Pewnie   nigdy   nie   dowiedzieliby   się   o   działalności   Czerwonych,   gdybyś   nie 
uruchomił komunikatora na statku.

Ross   skulił   się   jak   mały   chłopiec,   który   nabroił   i   teraz   szuka   jakiegoś 

usprawiedliwienia.

- Nie chciałem. - To była na tyle słaba linia obrony, że wcale się nie zdziwił, gdy w 

odpowiedzi usłyszał śmiech.

- Zważywszy na to, jak bardzo pokrzyżowałeś w ten sposób plany naszym rywalom, 

zostaje ci to wybaczone. Inna sprawa, że musisz jeszcze dokładnie wyjaśnić, czego możemy 
się spodziewać po obcych, abyśmy byli przygotowani następnym razem.

- To jednak będzie następny raz?
- Ściągamy wszystkich agentów i koncentrujemy siły na właściwym okresie czasu. 

Tak, będzie następny raz. Musimy się dowiedzieć, co tak starannie chcą ukryć.

- Jak myślisz, co to jest?
-   Podróże   kosmiczne!   -   Ashe   powiedział   te   słowa   miękko,   jakby   rozkoszując   się 

background image

obietnicą, którą ze sobą niosły.

- Podróże kosmiczne?
-   Ten   statek   był   wrakiem.   Ale   przecież   kiedyś   latał,   i   to   pomiędzy   układami 

planetarnymi. Rozumiesz? Te rozbite statki kryją sekret, który poprowadzi nas ku gwiazdom. 
Poznamy ten sekret.

- Damy radę?
- My? - chociaż tym razem twarz Ashe pozostała poważna, jego oczy śmiały się do 

Rossa. - A więc wciąż chcesz grać w tę grę?

Ross  ponownie   spojrzał   na   swą   obandażowaną   rękę   i   na   chwili;   pogrążył   się   we 

wspomnieniach:   wybrzeże   Brytanii   w   mglisty   poranek,   podniecenie,   gdy   odkrył   statek 
obcych, walka z Ennarem, nawet ta koszmarna podróż ku morzu. I na koniec radość, jakiej 
zaznał, gdy  przełamał wolę obcych  w śmiertelnym  pojedynku umysłów. Wiedział, że nie 
może i nie chce zrezygnować.

Tak - odparł krótko, ale kiedy jego wzrok spotkał spojrzenie Ashe'a, zrozumiał, że 

zabrzmiało to lepiej niż jakakolwiek uroczysta przysięga.