background image

Prolog

Nie mogła oddychać! 

- Mamo! 

- Tu jestem kochanie. - Kerry poczuła na ramionach ręce matki. 

- Przyłożę ci do nosa chustkę. Nie wyrywaj się. 

Jakieś trzaski zagłuszały kaszel mamy . . Trzaski? 

Pożar! Płomienie zajęły zasłony. 

- Wszystko będzie dobrzej Kerry. Za kilka minut stąd wyjdziemy. 

- Matka ruszyła ku drzwiom sypialni. - Nie oddychaj zbyt głęboko. 

- Tata! 

- Nie ma go tu zapomniałaś? Ale damy sobie radę. Co dwie głowy to nie jedna. - Otworzyła 

drzwi i mimowolnie cofnęła się o krokj kiedy czarny dym wdarł się do pokoju. - Dobry Boże! -

Zebrała się w sobie i wybiegła na korytarz. 

Wszystko stało w płomieniach. Ogień trawił ściany i pożerał poręcz na schodach. 

Mama płakała. Kiedy biegła po schodach po jej usmolonych policzkach płynęły łzy. 

- Nie płacz. Mamj nie płacz. 

Matka dobiegła na pół piętro kiedy nagle zachwiała się i straciła równowagę• 

Spadała. Toczyła się. Obijała. Gdzie jest mama? 

Nie było jej widać w gęstym, ciemnym dymie. 

- Mama! 

- Biegnij, Kerry. Drzwi powinny być tylko parę metrów od ciebie. Wyjdź na dwór i znajdź 

kogoś, kto nam pomoże. 

- Nigdzie nie pójdę - łkała, krztusząc się łzami. - Gdzie jesteś? 

- Tuż za tobą. Trochę boli mnie noga. Rób, co mówię. Biegnij! 

Powiedziała to tak stanowczym tonem, że Kerry instynktownie popędziła do wyjścia. 

Świeże, lodowate powietrze. 

Trzeba kogoś znaleźć. Kogoś, kto pomoże mamie. 

Pośliznęła się na oblodzonych stopniach i upadła na chodnik. Trzeba kogoś znaleźć. 

background image

Pod latarnią po drugiej stronie ulicy stał mężczyzna. Podźwignęła się i pobiegła do niego. 

- Pomocy! Pożar. Mama ... 

Odwrócił się i ruszył przed siebie. Z pewnością nie dosłyszał. Pobiegła za nim. 

- Proszę, mama powiedziała, że muszę ... - Spojrzał na nią. Jego twarz była ledwie widoczna 

w świetle migoczących płomieni.

Kerry krzyknęła rozpaczliwie. 

-  Ciii,  bądź  cicho.  Nic  nie  możesz  zrobić.  -  Podniósł  rękę,  w  której  dostrzegła  jakiś 

błyszczący przedmiot. Pistolet? Przystawił go do jej głowy. 

Noc eksplodowała. 

 1 

OAKBROOK WASZYNGTON, D.C. 

-  To  jeszcze  nie  koniec,  Brad.  -  Zirytowany  Cameron  Devers  zacisnął  wargi.  -  Nie 

zamierzam stać z boku i patrzeć jak się marnujesz pracując z tymi cholernymi czubkami. Jesteś 

jednym z najlepszych specjalistów jakich znam i znajdę tu dla ciebie robotę. 

-  Tutaj?  Chcesz  mieć  na  mnie  oko?  -  Brad  uśmiechnął  się  szeroko  rozparł  w  fotelu  i 

rozprostował nogi. - Nic z tego. Jestem niereformowalny. 

- Na własne życzenie. Zresztą nie wychodzi ci to na dobre. Marniejesz w oczach. Spójrz na 

siebie. Schudłeś od naszego ostatniego spotkania. 

- Trochę. Miałem cztery ciężkie miesiące. 

- Wobec tego rzuć to wszystko i przenieś się do mnie. 

-  Niby  co  miałbym  robić?  Gdybym  przebywał  blisko  ciebie  dziennikarze  z  miejsca 

zwęszyliby sensację. Zresztą nie możesz mi ufać. Zaraz bym się wściekł, zaczął coś wygadywać 

w  nieodpowiedniej  chwili  i  zrujnowałbym  twoją  karierę  polityczną.  -  Uśmiech  znikł  z  jego 

twarzy. - Ostatnimi laty napsułem ci sporo krwi, ale tak daleko się nie posunę. 

- Zaryzykuję. Od dwunastu lat jestem senatorem i jeśli moja reputacja ucierpi tylko dlatego, 

że pojawisz się w moim otoczeniu, to chyba nadeszła pora, żebym ustąpił. 

- Nie! - Brad umilkł i po chwili odezwał się  spokojniejszym tonem: - Posłuchaj, Cam, nie 

bądź idiotą.  Wszystko idzie  jak po  maśle. Nie  musimy nic zmieniać. -  Wstał  i  rozejrzał się  po 

eleganckiej, zasobnej bibliotece. Zewsząd biło bogactwo. - To nie jest mój świat. Nie przykroisz 

mnie  na  swoją  miarę  tylko  dlatego,  że  chcesz,  bym  wiódł  dostatnie  życie  jak  ty.  -  Znów  się 

background image

uśmiechnął. - Pomijając wszystko inne, co powiedziałaby Charlotte? 

- Pogodziłaby się z twoją obecnością. Chociaż mówi o tobie dziwne rzeczy. 

Brad spojrzał pytająco na rozmówcę. Cam się skrzywił. 

- Twierdzi, że ją niepokoisz. Uważa, że jest w tobie coś niebezpiecznego. 

- Użyła tego słowa? Nie sądziłem, że istnieje człowiek, który potrafi zaniepokoić twoją żonę. 

Może jestem groźniejszy, niż przypuszczałem. 

- Ona cię nie rozumie, ale wierz mi, przywyknie. 

- Nie ma powodu jej do tego zmuszać. Dobrze jest, jak jest. 

Cam przez chwilę milczał. 

- Nie przyszło ci do głowy, że jestem po prostu samolubny? Brad, stęskniłem się za tobą. 

Nie kłamał. Zawsze był uczciwy. 

-  Cholera jasna.  Nie  rób  mi  tego.  -  Brad  pokręcił  głową. -  Ja  też  za tobą  tęskniłem.  Może 

ustalmy,  że  będziemy  się  częściej  widywać.  -  To  za  mało.  Od  tragedii  z  jedenastego  września 

dużo myślałem o swoim życiu i doszedłem do wniosku, że przyjaciele i rodzina są najważniejsi. 

Nie dopuszczę, żebyś ponownie odszedł. 

-  Cam.  -  Charlotte  Devers  stała  w  progu,  w  eleganckiej  czarnej  sukni.  -  Nie  chciałam  ci 

przeszkadzać, ale jeszcze trochę i spóźnimy się na kolację w ambasadzie. - Uśmiechnęła się do 

Brada. - Pogawędzicie, kiedy wrócimy. 

Brad pokręcił głową. 

- I tak już wychodzę. 

-  O,  nie  -  zaprotestował  stanowczo  Cameron.  -  Za  kilka  godzin  wrócę  i  chcę,  żebyś  tu  na 

mnie czekał. 

- Może jutro pogadacie? - zaproponowała Charlotte. - Przygotuję ci pokój Brad. 

Brad pomyślał,  że  szwagierka  jak zwykle  dyskretnie  usiłuje  przejąć kontrolę  nad  sytuacją. 

Chciała, by Cam wyszedł i nie rozmawiał z bratem do czasu, aż ona obmyśli sposób usunięcia 

niechcianego gościa z domu. Cóż, trudno ją było winić. Po prostu ceniła karierę męża i zawsze 

była gotowa jej bronić jak lwica. 

- Nigdzie nie pójdę, dopóki nie złożysz obietnicy. - Cam patrzył Bradowi prosto w oczy. -

Będziesz tu po moim powrocie? 

Brad zauważył, że Charlotte nieznacznie zmarszczyła brwi. Uśmiechnął się przekornie. 

- Na krok się stąd nie ruszę - zapewnił. 

background image

- Świetnie. - Cam trzepnął go w ramię i odwrócił się do żony . 

- Chodź, Charlotte, im szybciej pójdziemy, tym prędzej wrócimy. - Wyszedł z biblioteki. 

Charlotte zawahała się i otworzyła usta, żeby coś powiedzieć. 

- Nic nie mów - ostrzegł ją Brad. - Jesteśmy po tej samej stronie barykady. Pod warunkiem, 

że mnie nie wkurzysz - dodał. 

Poszedł za Camem do holu, gdzie kamerdyner George pomógł mu włożyć płaszcz. 

- Imponujące - mruknął Brad. - Od piętnastu lat nie nosiłem smokingu. I co ty na to? 

- To, że masz cholernie dużo szczęścia. - Cam wziął Charlotte za rękę i pomógł jej zejść po 

frontowych schodach ku oczekującej limuzynie. - Czuj się jak u siebie w domu, ale nie kładź się 

spać. I pamiętaj o obietnicy. 

- Czy to znaczy, że nie mogę się upić twoją wyborną brandy? 

- Nie,  masz być  absolutnie trzeźwy. - Uśmiechnął  się  do niego przez  ramię.  -  Mam asa  w

rękawie.  Muszę  ci  opowiedzieć  o  pracy,  która  pewnie  cię  zaintryguje,  a  być  może  skłoni  do 

pozostania tutaj. Jest w sam raz dla ciebie. 

- Dziwna i niebezpieczna? - spytał z kamienną twarzą. 

- Postawię na swoim, Brad. 

- Cam, nie zmuszaj go do czegoś, na co nie ma ochoty - upomniała męża Charlotte. - Brad 

wie, czego chce. 

- Ale nie ma pojęcia, co jest dla niego najlepsze. 

Brad obserwował ich, jak wsiadali do limuzyny. Wcześniej zamierzał natychmiast wrócić do 

budynku, ale nie mógł się oprzeć pokusie i został na schodach, by dać Charlotte do zrozumienia, 

jak komfortowo się czuje na progu jej domu. Ubrany w trampki, wytarte dżinsy i starą bluzę był 

niczym skaza na jej wymuskanym pejzażu. Zwykle nie brał sobie do serca podejmowanych przez 

szwagierkę  prób  małżeńskich  manipulacji.  Uważał  ją  za  dobrą  żonę  i  to  było  najważniejsze. 

Jednak  dzisiaj  wieczorem  usiłowała  manipulować  również  nim,  a  na  to  nie  zamierzał  jej 

pozwalać. 

- Czy podać kawę do biblioteki? - spytał uprzejmie George zza jego pleców. 

- Czemu nie? - Brad zerknął na kamerdynera i uśmiechnął się szeroko. - Skoro odebrano mi 

możliwość cieszenia się ... 

Eksplozja. 

-  Dobry  Boże!  -  George  szeroko  otworzył  oczy  z  przerażenia.  Brad  gwałtownie  odwrócił 

background image

głowę i wbił wzrok w limuzynę. 

- Chryste Panie! 

Wnętrze  samochodu  stanęło  w  płomieniach.  Cam  i  Charlotte  wili  się  w  ogniu  niczym 

płonące strachy na wróble. 

- Kurwa mać! 

Rzucił się pędem do pojazdu. 

ATLANTA, GEORGIA PÓŁ ROKU PÓŹNIEJ 

Kerry ostrożnie dotknęła poczerniałego drewna na łazienkowej umywalce. Wciąż było ciepłe 

po pożarze, który strawił restaurację dwa dni wcześniej. Nie dostrzegła w tym nic podejrzanego. 

Zdarzało się, że zwęglone drewno żarzyło się przez wiele dni. 

Sam, jej labrador, zaskowyczał i przysunął się bliżej nóg swojej pani.  Szybko się nudził, a 

spędzali w zgliszczach już drugą godzinę .. 

- Cicho. - Wepchnęła dłoń pod drewno i pogrzebała. - Zaraz wychodzimy. 

Jest! Z trudem odepchnęła belkę. 

- Znalazła pani coś? - spytał zza jej pleców detektyw Perry. 

- Awaria instalacji elektrycznej? 

-Nie, benzyna  -  wyjaśniła  Kerry. -  Pożar  wybuchł  tutaj  w  łazience  i  rozprzestrzenił  się  na 

całą  restaurację.  -  Ruchem  głowy  wskazała  wypalone  i  poczerniałe  urządzenie,  które  znalazła 

pod belką. - A to jest mechanizm zegarowy. 

- Głupio rozegrane. - Policjant pokręcił głową. - Sądziłem, że Chin Li jest bystrzejszy. Jeśli 

chciał  zgarnąć  pieniądze  z  ubezpieczenia  dlaczego  nie  podłożył  ognia  w  kuchni?  Wówczas 

znacznie łatwiej przekonałby wszystkich, że pożar był przypadkowy. Jest pani pewna? 

- Sam nie ma wątpliwości. - Wyciągnęła rękę i dotknęła jedwabistej sierści na czarnym łbie 

zwierzęcia. - A ja się z nim zgadzam. Rzadko popełnia błędy. 

- Tak, już o nim słyszałem. - Perry poklepał psa po pysku. - Nie mam pojęcia, jak te psy od 

wykrywania podpaleń to robią, ale dzięki nim moja praca jest o niebo łatwiejsza. Chyba znowu 

pogadam z Chinem Li. Szkoda, wyglądał na sympatycznego gościa. 

- Nie sprawia wrażenia głupka? - Kerry wyprostowała się i otrzepała sadzę z rąk. - Wobec 

tego  może  ktoś  inny  podłożył  ogień.  Ktoś,  kto  nie  miał  dostępu  do  kuchni.  Chęć  wyłudzenia 

odszkodowania to najbardziej oczywisty, ale nie zawsze faktyczny powód podpalenia. 

background image

Zmrużył oczy, obserwując ją uważnie. 

- Chce pani powiedzieć, że powinienem szukać kogoś z zewnątrz? 

Uśmiechnęła się szeroko. 

- Nie mam stuprocentowej pewności. Rzecz w tym, że powinien pan spytać China Li, czy ma 

wrogów.  Może  konkurencję?  W  tej  okolicy  dokonuje  się  wielu  przestępstw.  Może  jakaś 

zorganizowana  grupa  usiłuje  wymuszać  haracze,  a  ten  pożar  miał  stanowić  ostrzeżenie  dla 

innych? 

-  Niewykluczone -  odparł  z  zadumą.  -  Mamy  tu  parę  gangów  nastolatków,  które  próbują 

przejąć kontrolę nad okolicą. 

- Czy ich członkowie potrafiliby skonstruować urządzenie zegarowe? 

- Praktycznie wszystkie  potrzebne do  tego informacje  są dostępne w  Internecie. Chce pani 

skonstruować bombę atomową? Proszę zajrzeć do sieci. 

Zrobiła,  co  się  dało.  Nadeszła  pora,  żeby  się  wycofać,  zanim  policjant  zacznie  okazywać 

wrogość. 

-  Cóż,  dowiemy  się  więcej  po  zakończeniu  śledztwa. Ja  i  Sam jesteśmy  tylko  forpocztą.  -

Uśmiechnęła się. - Nasza praca skończona. Miłego dnia, detektywie. 

-  Zaraz.  -  Powstrzymał  ją  niezręcznie.  -  Ta  okolica  nie  cieszy się  dobrą  sławą.  Jeśli  może 

pani zaczekać, aż skończę z Chinem Li, chętnie odwiozę panią do biura. 

- Dziękuję za miłą propozycję, ale nie wracam do centrum. Mam wolny dzień i zamierzam 

odwiedzić przyjaciół w remizie na Morningside. 

- Co pani tu robi, skoro ma pani wolne? 

- Nos Sama był potrzebny. 

- Wobec tego odwiozę panią i nos Sama do remizy. - Zmarszczył brwi. - Dlaczego pozwalają 

pani jeździć samotnie w takie okolice? Takiej kruszynki nie wolno nigdzie wysyłać bez opieki. 

Poczuła  niechęć,  lecz  szybko  się  opanowała.  Była  średniego  wzrostu,  ale  jej  smukłość  i 

kruchość  sprawiały,  że  wyglądała  na  drobniejszą  niż  w  rzeczywistości.  Detektyw  był 

sympatyczny,  a  ona  przywykła  do  tego,  że  większość  ludzi  traktowała  ją  jak  bezradną  istotkę. 

Postanowiła udzielić odpowiedzi naj łatwiej szej do przyjęcia. 

- Sam mnie obroni. 

Policjant sceptycznie popatrzył na labradora. 

- Może i niezły z niego nos, ale na bestię nie wygląda. 

background image

- Wszystko dlatego, że jest zezowaty. Tak naprawdę to świetny pies obronny. - Pomachała 

ręką i ostrożnie ruszyła do drzwi, starannie omijając przeszkody. 

Sam ochoczo rzucił się przed siebie i niemal powalił ją na ziemię. 

-  Durniu  -  wymamrotała.  -  Chcesz  nam  obojgu  skręcić  karki?  Myślałam,  że  jesteś 

bystrzejszy. 

Sam wypadł na ulicę i natychmiast zaczął szczekać. 

-  O  Boże  ...  -  Tylko  tego  jej  było  trzeba.  Teraz  cała  okolica  zwróci  na  nich  uwagę. 

Pospiesznie  zaciągnęła  psa  do  swojego  terenowego  auta.  Doskonale  wiedziała,  że  Sam  budzi 

mniej  więcej  takie  przerażenie,  jak  puchaty  koala.  -  Dlaczego  nie  wzięłam  ze  schroniska 

przyzwoitego owczarka niemieckiego? 

Doskonale znała odpowiedź na to pytanie: wystarczyło, ze raz spojrzała na niego w klatce i 

już przepadła. 

- Chodźmy, Sam. I zatkaj się wreszcie, na litość boską. 

-  Ful.  -  Kerry  uśmiechnęła  się  szeroko,  zagarniając  stertę  pieniędzy  ze  środka  stołu.  -  To 

powinno załatwić sprawę czynszu w tym miesiącu. Jeszcze partyjkę? 

- Nie ma mowy. - Niezadowolony Charlie odsunął krzesło. - Jestem spłukany. Obiorę cebulę 

na  kolację.  -  Rzucił  jej  wyzywające  spojrzenie  przez  ramię.  -  Wołowina  a  la  Stroganow. 

Pamiętasz? Specjalność remizy. 

- Umieram z głodu. Mogę zostać? 

-  Żartujesz?  Wracaj  do  swojego  eleganckiego  biura  w  centrum  miasta  i  zjedz  coś  w  tym 

szpanerskim barze. 

- Sadysta. - Popatrzyła na Jimmy'ego Swartza i Paula Corbina. 

- Jeszcze partyjka, chłopaki? 

-  Beze  mnie.  -  Jimmy  wstał.  -  Zostało  mi  akurat  tyle, żeby  żona  wpuściła  mnie  do  domu. 

Chodź,  Paul, zagramy  w  bilard.  -  Posłał  Kerry surowe  spojrzenie.-  Nie,  nie  możesz  się  do  nas 

przyłączyć. Bilard jest dla prawdziwych strażaków, nie dla urzędasów. 

- Boisz się, że przegrasz. - Wstała i podreptała się za Charliem do kuchni. - Znęcasz się nade 

mną. Dobrze wiesz, że uwielbiam twojego stroganowa. Daj spokój pozwól mi zostać. 

- Jeszcze pomyślę. - Charlie  wręczył jej torbę  i nóż.  -  Wybieraj. Zostaniesz,  jeśli  pokroisz 

cebulę. 

background image

Rozpromieniła się. 

- Umowa stoi! - Usiadła na stołku przy blacie. - Charlie, jak tam twoja żona? 

- Jakoś ze mną wytrzymuje. - Wyszczerzył zęby w uśmiechu. 

- Czego można chcieć po dwudziestu pięciu latach? - Wrzucił paski wołowiny na rozgrzaną 

patelnię.  -  Edna  kazała  zmyć  ci  głowę  za  to,  że  poprosiłaś  ją  o  opiekę  nad  Samem,  kiedy 

wyjechałaś na wakacje. Ona i dzieciaki zakochali się w tym psie. Nie rozumiem, jak można lubić 

taldego tępaka jak ten twój labrador. 

- Wszyscy uwielbiają Sama. Nie każdy pies to Einstein. - Podniosła następną cebulę. - Ty też 

go lubisz. Jest rozkoszny. 

-  Ale  ludzie  mają  go  za  Einsteina.  -  Charlie  ze  zdumieniem  pokręcił  głową  i  spojrzał  na 

Sama, węszącego w kącie kuchni. - Nie mam pojęcia, jak to możliwe, że to zwierzę tak świetnie 

wykonuje zadania w terenie, a na co dzień jest po prostu beznadziejne. 

- Ma świetny węch i dobre serce. Nie można oczekiwać, że do tego będzie geniuszem. 

-  Wiesz  co,  cieszę  się,  że  tworzysz  drugą  połowę  zespołu  dochodzeniowego  w  sprawie 

podpaleń, bo bez ciebie Sam goniłby motyle na zgliszczach. 

Nie mogła zaprzeczyć, więc zmieniła temat. 

-  W  ten  weekend  jadę  do  Macon  w  odwiedziny  do  mojego  brata  Jasona.  Jak  myślisz,  czy 

Edna byłaby skłonna ponownie przygarnąć psa? Wiesz, że Sam ma chorobę lokomocyjną. 

Charlie skinął głową. 

- Zapaskudził całą tapicerkę w moim nowym wozie, kiedy zebrało mu się na wymioty. A na 

dodatek dzieciaki miały do mnie pretensje, że na niego nakrzyczałem. - Wzruszył ramionami. -

Jasne,  podrzuć  go  nam.  Nie  ma  problemu.  Sam  tylko  śpi,  je  i  gryzie  wszystko,  co  zobaczy. 

Między innymi parę moich najlepszych butów do golfa. 

- Już ci oddałam forsę. - Uśmiechnęła się. - Dzięki, Charlie. 

Żona  Jasona,  Laura,  jest  w  ciąży,  a  ja  mam  wielką  ochotę  zobaczyć  się  z  nią  przed 

narodzinami dziecka. Potem nie znajdzie dla mnie czasu. 

- Moim zdaniem chwilę dla ciebie znajdzie. Nie jesteś taka najgorsza. 

- Dziękuję ... chyba . 

- Poza tym dobrze wiem, jak nudne są ostatnie miesiące ciąży. 

Kiedy  Edna  nosiła  Kim,  doprowadzała  mnie  do  szału.  Rzecz  jasna,  była  wtedy  po 

czterdziestce, co jej dawało prawo do marudzenia. 

background image

- Laura ma trzydzieści osiem lat i jest szczęśliwa, że w końcu zaszła w ciążę. Nie ma mowy 

o  żadnym utyskiwaniu  i  złym nastroju. Teraz  mości  sobie  gniazdko.  - Uśmiechnęła się.  - Poza 

tym Edna wcale nie miała kiepskiego humoru. Raczej huśtawkę nastrojów. 

- Nie ty musiałaś z nią mieszkać. - Zachichotał. - Wierz mi, bez przerwy chodziła jak struta. 

Edna nie ma w zwyczaju siedzieć spokojnie i nie wadzić nikomu. 

- Laura z całą pewnością nie siedzi spokojnie. Jason powiedział, że zajęła się budowaniem 

altany w ogrodzie.  Więc  jak, weźmiecie psa?  - Jasne, że weźmiemy.  - Jego uśmiech zniknął.  -

Musisz bywać między ludźmi. Nie powinnaś całego wolnego dnia spędzać w remizie, grając w 

karty z kumplami. 

- Lubię grać w karty, a poza tym z nikim nie czułabym się tak dobrze, jak z wami. Mniejsza 

z tym, że beznadziejni z was nieudacznicy. - Wrzuciła cebulę na patelnię z roztopionym masłem i 

zabrała się do mycia pieczarek. - Gdybym nie stymulowała was intelektualnie, zmienilibyście się 

w bandę smętnych nudziarzy. 

-  Co  racja,  to  racja.  -  Wbił  wzrok  w  mięso.  -  Niemniej  powinnaś  włożyć  ładną  sukienkę, 

wyjść gdzieś i się zabawić. Nie masz żadnych przyjaciół, do cholery! 

- Od czasu do czasu spotykam się z kilkoma kolegami z college'u, ale mam zbyt dużo pracy, 

żeby utrzymywać z nimi stały kontakt. Poza tym lubię tu u was przesiadywać. Nikt inny nie jest 

mi potrzebny. - Pokręciła głową. - Przestań się krzywić, to prawda. Mam szczęście. Nie siedzę w 

domu od rana do wieczora, bijąc się z myślami. Chodzę do teatru, na mecze baseballu, do kina. 

Co tu dużo gadać, w ubiegłym tygodniu ty i Edna poszliście ze mną na film. Ludzie, którzy lubią 

swoją pracę, przyjaźnią się ze współpracownikami. Ja też. 

- Powinnaś znaleźć sobie kogoś, kto się tobą zaopiekuje. 

- Męska szowinistyczna świnia. 

-  Bynajmniej.  Każdy  powinien  kogoś  mieć.  Edna  troszczy  się  o  mnie,  ja  opiekuję  się  nią, 

oboje dbamy o dzieci. Takie jest życie. 

Uśmiechnęła się. 

-  Bezdyskusyjnie  -  przyznała.  -  Czasami  jednak  układa  się  inaczej.  Po  śmierci  ciotki 

Marguerite  odkryłam,  że  mam  duszę  samotnika.  Już  wcześniej  to  dostrzegałam.  Ciotka  starała 

się,  jak  mogła,  ale  nie  była  przesadnie  ciepła.  Namiastkę  rodziny  znalazłam  dopiero  tutaj,  w 

remizie numer dziesięć. - Skrzywiła się. - Dlatego przestań mnie wyrzucać. 

-  Skoro  tak  czujesz,  zrób  z  tym  coś.  Tęsknimy  za  tobą.  A  ty  pewnie  tęsknisz  za  nami. 

background image

Dlaczego nie zrezygnujesz z tej pracy i nie wrócisz tam, gdzie twoje miejsce? Zapowiadałaś się 

na fantastycznego strażaka, Kerry. 

- Kiedy rozpoczynałam pracę z wami, twierdziłeś co innego. 

-  Miałem  prawo  do  sceptycyzmu.  Skąd  mogłem  wiedzieć,  że  nie  jesteś  jakąś  fanatyczną 

feministką, która pewnego dnia wszystkich nas pozabija tylko po to, żeby sobie coś udowodnić? 

Wyglądałaś na osobę, która by nie potrafiła wynieść z pożaru pudla miniaturki. 

- Ale odkryłeś, że nie należy sądzić po pozorach. Jestem wystarczająco silna, cały problem 

sprowadza się do odpowiedniej techniki. Wiedziałam, że muszę robić, co trzeba. 

- To fakt. Właśnie dlatego mówię ci, żebyś wróciła tam, gdzie twoje miejsce. 

- Lepiej niech wszystko zostanie tak, jak jest. 

-  Z  tym  tępym  psem.  -  Westchnął.  -  Słyszałem,  że  wydział  nie  chciał  go  zaakceptować. 

Spojrzeli na niego łaskawszym okiem dopiero wtedy, gdy znalazł dowody w pożarze Wadsworth. 

-  Ludzie  z  wydziału  nie  dostrzegali  jego  możliwości.  Wzięłam  go  ze  schroniska  i  miał 

problem z utrzymaniem dyscypliny. 

- Motyle? 

Skinęła głową. 

- Łatwo się dekoncentruje. - Sięgnęła po następną pieczarkę. 

- Niemniej potrafię go skłonić, żeby się skupił ... 

Nagle usłyszeli alarm. 

-  Obowiązek  wzywa.  -  Charlie  wyłączył  gaz  i  pospiesznie  wyszedł  z  kuchni.  -  Na  razie, 

Kerry. 

Podążyła  za  nim,  przyglądając  się,  jak  on  i  jego  koledzy  błyskawicznie  ubierają  się  w 

kombinezony. 

- Dokończę stroganowa. Będzie gotowy, jak wrócisz. 

- Akurat - prychnął Paul. - Dobrze wiem, jak gotujesz. Zaczekamy na Charliego. 

-  Ty  też  nie  jesteś  mistrzem  kuchni  -  obruszyła  się  Kerry.  -  Nie  ma  sprawy,  możecie 

głodować.  Później  wybierałam  się  z  Samem  na  oddział  dziecięcy  w  Grady,  ale  równie  dobrze 

mogę tam jechać od razu. Nie dam rady ... - Nikt jej jednak nie słuchał. Mężczyźni wyszli, a po 

chwili usłyszała wycie wozu strażackiego, wyjeżdżającego- z remizy i pędzącego ulicą. 

Co za pustka. 

Tak bardzo chciałaby teraz jechać z nimi na akcję, czuć, jak wszystkie nerwy i mięśnie drżą 

background image

z napięcia, gotowe do działania. 

Postanowiła przestać myśleć o tym, z czego już dawno zrezygnowała. Podjęła trafną decyzję. 

Gdyby po śmierci  Smitty'ego nie nabrała odpowiedniego dystansu,  skończyłaby jako warzywo. 

Rany wciąż były świeże, ale potrafiła z nimi żyć. 

- Chodź, Sam! - zawołała. - Odwiedzimy dzieciaki. Sam nie przyszedł. 

Wróciła do kuchni i ujrzała go z nosem pod szafką - usiłował wydobyć kawałek wołowiny 

upuszczonej przez Charliego. 

- Sam. 

Łypnął na nią z łbem przyciśniętym do podłogi. Wyglądał przekomicznie. 

Pokręciła głową i zachichotała. 

- Odrobinę godności, błagam. Chodź, idziemy. Ani drgnął. 

Wzięła  z  patelni  skrawek  mięsa  i  rzuciła  go  psu,  który  skoczył  w  górę  i  momentalnie 

schwycił wołowinę. Wyraźnie zadowolony, przy truchtał do właścicielki. 

Pochyliła się i przypięła mu smycz. 

- Sądziłem, że psom z wydziału podpaleń nie wolno dawać nagród, chyba że wpadną na trop. 

Czujnie  podniosła  wzrok  i  ujrzała  w  progu  D  ave'  a  Bellingsa,  pracownika  technicznego. 

Kiedyś  był  strażakiem,  lecz  po  kontuzji  nogi  musiał  zmienić  zawód.  Obecnie  pracował  jako 

wykwalifikowany specjalista komputerowy, instalował sprzęt tutaj i w innych remizach okręgu. 

- Nie powinno się im dawać dodatkowych przysmaków, to prawda - przyznała, przyłapana 

na gorącym uczynku. - Ale Sam jest inny. Zasługuje na to. 

- To prawda. - Dave poklepał czarny, jedwabisty łeb psa i podszedł do automatu z kawą. -

Jest tak dobry, że można go trochę porozpieszczać. 

- Gdzie się pali? 

- W magazynie Standard Tire, w południowej dzielnicy. Trzeci stopień zagrożenia. 

Dym. Czarny, gryzący dym. 

- Cholera. 

Skinął głową. 

- Niełatwo im będzie. Mamy szczęście, Kerry, że nie musimy jeździć na akcję . 

- Tak, chyba tak. 

Obezwładniający żar. Smród płonącej gumy. Bellings się skrzywił. 

-  Kogo  my  oszukujemy?  Gdybyśmy  mogli,  oboje  siedzielibyśmy  w  wozie  strażackim. 

background image

Jesteśmy odpadami. Z jakiego innego powodu  kręcilibyśmy się tutaj, korzystając z życzliwości 

strażaków? 

- Racja. - Uśmiechnęła się z wysiłkiem. Musiała się stąd wydostać. - Bywaj, Dave. Na razie . 

Przechylił głowę. 

- Wszystko w porządku? Zbladłaś. 

- Pewnie przez  to  światło.  Nic  mi nie  jest.  -  Pospiesznie wyprowadziła  Sama z  pokoju  i z 

budynku remizy. Weź się w garść, pomyślała. Może tym razem to cię ominie. Niestety, znowu 

poczuła  ciarki  na  karku.  Przeszła  zaledwie  kilka  metrów,  kiedy  jej  głowę  przeszył  oślepiający 

ból. 

Czarny dym buchający nad stertą opon. Smród płonącej gumy. 

Wycie syren. 

Miała skurcze brzucha, nie mogła oddychać. 

Wszystko będzie dobrze. Zamknęła oczy. Wystarczy oddychać powoli i miarowo. 

Sam zaskowyczał. 

Już lepiej. Ból w jej głowie osłabł, zmieniając się w tępe łupanie. 

Otworzyła oczy i ujrzała psa, który patrzył na nią z rozczulającą zezowatą powagą. 

- Nie ma się czym przejmować  -  mruknęła.  - To chwilowe. Szpital.  Szła do  szpitala, żeby 

odwiedzić dzieci. Znajdował się zaledwie kilka przecznic dalej, a ona nie odważyłaby się teraz 

usiąść za kierownicą. Skręciła w lewo i ruszyła przed siebie. 

- Wszystko będzie dobrze. 

Boże, miała nadzieję, że nic złego się nie wydarzy. 

Pożar. 

Brad  Silver  mocno  zacisnął  dłonie  na  kierownicy,  usiłując  odegnać  wciskający  się  w  jego 

myśli obraz. 

Nie mógł oddychać. 

Zjechał  na  pobocze  i  wyłączył  silnik.  Musiał  się  przełamać.  Ataki  zwykle  mijały  równie 

szybko, jak przychodziły. 

Chryste, ten swąd. 

Wkrótce i on znikł. Brad oparł głowę na kierownicy, z trudem chwytając powietrze. 

Wyjął telefon i wystukał numer. 

- Cholera jasna, Travis, o mały włos nie rozbiłem samochodu. Wyciągnij mnie z tego. 

background image

-  Spokojnie,  Brad  -  powiedział  łagodnie  Michael  Travis.  -  Dziewczyna  z  pewnością 

przeżywa trudne chwile. Czy to wciąż trwa? 

- Nie, ale może powrócić. Tak jak wcześniej. Dlaczego, do diabła, ona nad sobą nie panuje? 

- Klasyczne wyparcie. Jesteś blisko? 

- Parę kilometrów od niej. Jedzie do szpitala. 

- Może w tym rzecz. Może ktoś jest ranny. 

-  Nie,  to  jej  cotygodniowa  wizyta  na  oddziale  pediatrycznym.  Nie  jest  zdenerwowana,  na 

pewno nie była przed atakiem. Możesz ją jakoś uspokoić? 

- Nie, już ci mówiłem, że jest nieobliczalna, i w dodatku potwornie uparta. Jeśli zadzwoni i 

poprosi o pomoc, może mi się uda. Jeżeli nie, jesteś zdany tylko na siebie. 

- Wielkie dzięki - mruknął sarkastycznie Silver. - To ty twierdziłeś, że ona zdoła mi pomóc. 

Zapomniałeś dodać, że może mnie zabić, zanim to się skończy. 

- Wiedziałeś, jaki ma na ciebie wpływ. 

- Nic nie wiedziałem. Jeszcze nigdy nie byłem tak blisko niej. 

- Zawsze możesz się wycofać, a my spróbujemy znaleźć kogoś innego. 

Silver  zastanowił  się  nad  tym  rozwiązaniem.  Było  kuszące.  Kerry  Murphy  przypominała 

beczkę prochu, która lada chwila może wybuchnąć. Lubił kontrolować sytuację, a kilka ostatnich 

minut dowiodło, że będzie miał ogromne kłopoty z utrzymaniem dziewczyny w ryzach na tyle, 

by nią manipulować. 

- Brad? 

- Poświęciłem jej zbyt dużo czasu, żeby teraz odejść. Znam ją na wylot. 

- Tak, to prawda. Pewnie wiesz o niej więcej niż ona sarna. 

- Dam sobie radę. 

- Byle z umiarem. Wiem, do czego jesteś zdolny. Nie chcę, żeby stała się jej krzywda. 

-  Powiedziałem,  że  dam  sobie  radę.  Ty  trzymaj  się  z  boku,  na  wypadek,  gdybym 

potrzebował wsparcia. Albo karetki - dodał ponuro i się rozłączył. 

Odetchnął  głęboko,  zanim  ponownie  włączył  się  do  ruchu.  Pozostało  mu  do  pokonania 

jeszcze  tylko  kilka  kilometrów.  Jeśli  się  skoncentruje,  wytrzyma  na  tyle  długo,  by  do  niej 

dotrzeć. Potem postanowił improwizować. On także nie chciał, żeby  Kerry stała się krzywda, i 

zwykle  potrafił  zaufać  swojej  wiedzy  oraz  doświadczeniu  w  powstrzymywaniu  własnych

agresywnych odruchów. Już dawno ternu pojął, że finezja jest skuteczniejsza od siły. Miał tylko 

background image

nadzieję, że nadchodząca bitwa nie okaże się wyjątkiem. 

Bo w takim wypadku żadne z nich jej nie przeżyje. 

- Sok pomarańczowy? - Melody Vanetti uśmiechnęła się do Kerry, która siedziała po turecku 

na podłodze szpitalnej świetlicy . - Czytałaś dzieciom przez godzinę. Pewnie zaschło ci w gardle. 

-  Dzięki,  Melody.  -  Przyjęła  napój  od  pielęgniarki.  -  Zdaje  się,  że  chwilowo  poszłam  w 

odstawkę,  a  moje  miejsce  zajął  Sarn.  -  Uśmiechnęła  się  szeroko.  -  Wcale  się  nie  dziwię.  Nie 

znam dziecka, które wolałoby dorosłego od psa. 

- Świetnie sobie radzisz z dziećmi. - Melody zerknęła na nią z ukosa. - Ale dzisiaj wydajesz 

się nieco zmęczona. 

- To pozory, czuję się dobrze. Nawet  gdybym była w gorszej formie, nie ośmieliłabym się 

skarżyć. Wstyd by mi było przed tymi dzieciakami. - Jej uśmiech znikł. - Kim jest nowy pacjent? 

Ten, który obejmuje Sama? 

-  Ma  na  imię  Josh.  Przybył  do  nas  nieco  poobijany,  z  oparzeniami  na  rękach.  Policja 

sprawdza, czy to nie celowa robota babci. 

- Uroczy maluch. - Dziecko wyglądało na cztery albo pięć lat. 

Chłopiec tulił Sama, wciskając mu twarz w szyję. Kerry poczuła ukłucie bólu, kiedy ujrzała 

na twarzy małego pacjenta wyraźne siniaki. Uśmiechał się, i nic dziwnego. Kerry wiedziała, że 

dzieci bardzo pozytywnie reagują na Sama, bez względu na swoją chorobę. - Daj mi znać, jeśli 

będę mogła pomóc. 

- Co mogłabyś zrobić? 

Kerry wzruszyła ramionami. 

-  Choćby  znaleźć  kogoś,  kto  uzna,  że  dom  babci  stanowi  zagrożenie  pożarowe,  żeby  nie 

miała dokąd zabrać wnuka? Sama nie wiem. Po prostu zrób to dla mnie i daj znać. 

- Jasne. To miło z twojej strony, że się przejmujesz naszymi podopiecznymi.  - Ruszyła do 

drzwi. - Muszę roznieść lekarstwa. Wpadnę do ciebie później i sprawdzę, jak ci idzie. 

-  Damy  sobie  radę.  Dzieciaki  niczego  nie  zbroją,  dopóki  mogą  zajmować  się  Samem.  -

Zerknęła na zegarek. W firmie oponiarskiej wszystko musiało być w porządku. Kerry spędziła w 

szpitalu  już  ponad  godzinę  i  czuła  się  względnie  dobrze.  Co  prawda  doskwierał  jej  tępy, 

pulsujący  ból  głowy,  ale  to  normalne.  Pożar  był  duży,  niebezpieczny.  Nic  dziwnego,  że  się 

denerwowała i bała ... 

background image

Eksplozja plomieni. 

Dębowe drzwi na drugim piętrze. Dym. Nie widzi. 

Kto nie widzi? 

Dwóch  mężczyzn  wspina  się  po  schodach  w  kierunku  drzwi.  Płonące  schody  walą  się  za 

nimi. 

Wracaj. Wracaj, Charlie. 

To był Charlie. Dobry Bożej wiedziała że to będzie Charlie. Dotarli do drugiego piętra. 

Charlie, nie otwieraj drzwi. 

Eksplozja płomieni. Eksplozja. 

Otworzy l drzwi. 

Ten sam mrożący krew w żyłach syk. Ogień. Wszędzie. Ból. On cierpi. 

- Kerry. - Melody nachylała się nad nią z zatroskaną miną. 

- Wszystko dobrze? 

Nie. Ból. Ból. 

Zerwała się na równe nogi. 

- Niedobrze mi. Muszę iść do łazienki. - Wybiegła ze świetlicy i pognała korytarzem. 

Ból. Ból. 

Musiała znaleźć ustronne miejsce. Gdzieś gdzie nikt jej nie odnajdzie. 

Schowek. 

Otworzyła  drzwi  i  zatrzasnęła  je  za  sobą.  Schowek  był  mroczny  mały  i  czuła  się  w  nim 

bezpieczna. Ale co z Charliem? 

Bożej czuła dym i swąd palonego mięsa. Opadła na kolana i przywarła plecami do ściany. 

Ból. Ból. Ból. 

- Na litość boską, odizoluj się. 

Jak przez mgłę uświadomiła sobie, że w otwartych drzwiach stoi jakiś mężczyzna. Wysoki. 

Lekarz? Nieistotne. 

Ból. Ból. Ból. 

Mężczyzna zatrzasnął za sobą drzwi i uląkł obok niej. 

- Posłuchaj. Musisz się odizolować. 

background image

- Charlie ... 

- Wiem. - Wziął ją za ręce. - Ale nie pomożesz mu, cierpiąc tak, jak w tej chwili. 

- Jego boli ... eksplozja ... Niżej ... Niżej ... 

- A ty nie potrafisz się odizolować. - Odetchnął głęboko. - Ja potrafię. Bez obaw. Wchodzę. 

O czym on mówił? 

- Spójrz na mnie. - Patrzył na nią z napięciem. - Teraz to zniknie. Nie znikało. Dym i ogień 

będą trwały wiecznie. Charlie ... Biegną po schodach, żeby cię ratować, Charlie. 

Za późno. 

Ból. Ból... 

Ból  zniknął.  Charlie  zniknął.  Nie  ma  dymu.  Nie  ma  ognia.  Błękitne  jezioro.  Promienie 

słońca. Zielona trawa. 

Spokój. 

- Chodź. - Stał, pomagał jej dźwignąć się na nogi. - Musimy stąd wyjść. Nie wiem, jak długo 

to potrwa. 

Dwa jelenie szły napić się wody z jeziora. Łagodny wietrzyk poruszał wysoką trawą. 

-  Chodź.  -  Otworzył  drzwi  i  wyprowadził  ją  na  korytarz.  -  Wrócimy  po  Sama,  a  potem 

pojedziesz do domu. 

- Charlie ... 

- Nie ma go tutaj nad jeziorem. Później po niego wrócimy. - Ciągnął ją za sobą korytarzem w 

kierunku świetlicy. -  Wszystko wyjaśnię i wyciągnę nas stąd. Kiedy jednak wejdziemy do sali, 

musisz się uśmiechać do dzieci. Nie chcesz przecież, żeby się martwiły. 

Nie,  dzieci  nie  mogą  się  martwić.  Ich  świat  zawsze  powinien  być  radosny.  Tak  bardzo 

pragnęłyby wyjechać z miasta nad to piękne jezioro. 

Były tam. Ujrzała chłopczyka, Josha, ze śmiechem biegnącego po trawie. 

-  Nic  ci  nie  jest?  -  Melody  Vanetti  z  niepokojem  zaglądała  jej  w  twarz.  -  Poszłam  do 

łazienki, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku, ale tam cię nie znalazłam. 

- Trochę się źle poczuła - wyjaśnił mężczyzna trzymający Kerry za rękę. - Zobaczyłem ją na 

korytarzu  i  wyprowadziłem  na  świeże  powietrze.  -  Uśmiechnął  się  i  wyciągnął  rękę.  -  Siostra 

Vanetti? Kerry wiele mi o pani opowiadała. Ma pani świetne podejście do dzieci. Nazywam się 

Brad Silver. Pracuję z Kerry. 

Melody uścisnęła mu dłoń, ale nadal z niepokojem spoglądała na Kerry. 

background image

- Nie sądzi pan, że powinien ją obejrzeć któryś z naszych lekarzy? 

- Właśnie to zasugerowałem, ale ona chce wracać do domu. Zgadza się, Kerry? 

Jezioro jest domem. Domem są rozbawione dzieci na łące. 

- Kerry? 

Skinęła głową . 

- Chcę wracać do domu. 

- Wobec tego idę po Sarna. - Silver podszedł do gromadki dzieci i przykucnął obok Josha. 

Jak to możliwe, skoro Josh przebywał nad jeziorem? Silver z pewnością rozmawiał z innym 

chłopcem. 

- Muszę wyjść z twoim przyjacielem - wyjaśnił łagodnie chłopcu, przypominającemu Josha. 

-  Obiecuję  jednak,  że  jeszcze  go  zobaczysz.  -  Dotknął  ramienia  dziecka.  -  Wszystko  będzie 

dobrze. - Uśmiechnął się do pozostałych dzieci,  prowadząc Sama do  jego  właścicielki. -  Kerry 

spotka się z wami w przyszłym tygodniu. Teraz musi już iść. - Skinął głową Melody. - Dzięki za 

wszystko. Kiedy odwiozę ją do domu, zadzwonię do pani, żeby powiedzieć, jak się mlewa. 

Potem wyprowadził Kerry ze świetlicy i wraz z nią podążył korytarzem. 

Niebo nad jeziorem zaczęło się chmurzyć. A może był to kłębiący się w oddali dym ?

Nie, to nie dym, zabrzmiała natychmiastowa i stanowcza odpowiedź. 

Slońce. Rozbawione dzieci. Blękitne ostróżki, rosnące na wzgórzu. 

Tak bardzo lubiła ostróżki ... 

Wyszli z windy, Brad poprowadził ją na parking. 

- Już niedaleko, Kerry. - Otworzył drzwi czarnego lexusa. - Wskakuj, Sam. - Pies z miejsca 

usadowił się na kanapie. Brad otworzył drzwi dla pasażera. - Zaraz będziemy w domu. 

Uśmiechała  się,  kiedy  pomagał  jej  wejść  do  lodzi,  przycumowanej  do  pomostu  na  brzegu 

jeziora. Potem wiosłował. Tego wiosło unosiło się i opadało w migotliwą, niebieską wodę. 

Wjechał na jej podjazd i zatrzymał samochód. Sięgnął po jej torebkę. 

- Potrzebne mi twoje klucze - wyjaśnił, wyciągnął je, otworzył tylne drzwi dla Sama i wspiął 

się po schodach ganku. 

Płynęli  pod  zwisającymi  gałęziami  wierzby  płaczącej.  Dostrzegła  w  wodzie  odbicie 

pod1użnych liści. Uśmiechał się do niej. Cieplo. Bezpiecznie. Przyjemnie. 

- Kerry. - Wyciągnął rękę, żeby pomóc jej wyjść z łodzi. - Chodź ze mną. 

- Dokąd?

background image

- To bez znaczenia. Wiedziała, że tam, dokąd ją prowadzi, jest pięknie. Podają mu dłoń. 

Wchodzili  po  schodach.  Sam  kręcił  się  po  ganku;  Silver  wpuścił  go  do  domu,  zanim 

łagodnie pchnął ją do sieni. Wszedł za nią i zamknął drzwi. Oparł się o nie plecami i odetchnął 

głęboko. 

- Dzięki Bogu. 

Zauważyła, że nad jezioro ponownie nadciągnęły chmury. Nie podobało jej się to ... 

- To nie chmury. To dym - wyjaśnił Silver. - Dłużej nie mogę go trzymać z dala od ciebie. 

To dym, w dodatku coraz gęstszy. Ale nie zrobi ci już krzywdy. Kerry, ten etap dobiegł końca. 

Opuszczam cię. Postaram się zrobić to łagodnie i delikatnie, ale i tak poczujesz ból. 

Dym wirował wokół niej niczym mgła, zasłaniając jezioro, wierzbę, dzieci. A za dymem ... 

Ogień. Charlie!

Wrzasnęła. 

- Tylko spokojnie. - Silver złapał ją za ramiona. - Wiedziałaś, że to nieuchronne. Pogódź się 

z tym. 

- Nie żyje. Charlie nie żyje. 

Skinął głową. 

- Zmarł mniej więcej pięć minut temu.

 Zamknęła oczy, próbując oswoić się z rozpaczą. 

- Skąd wiesz? - Zamrugała powiekami i gwałtownie odsunęła się od niego. - I co do cholery 

robisz w moim domu? 

- Próbuję powstrzymać cię przed zdradzeniem twojej tajemnicy. I nie denerwuj mnie - dodał 

szorstko. - Za bardzo się wkurzyłem, by teraz okazywać ci współczucie. Myślisz, że mnie było 

łatwo?  Mogłem  cię  zostawić  samą  w  schowku  do  chwili,  aż  ktoś  cię  znajdzie.  Przez  ten  czas 

pewnie  doprowadziłabyś  się  do  takiego  stanu,  że  z  miejsca  zamknęliby  cię  w  miejscowym 

wariatkowie. 

- Wynoś się stąd. Nie wiem, kim jesteś, i nic mnie to nie obchodzi. - Ruszyła do telefonu. -

Muszę zadzwonić do remizy. 

-  Żeby  się  dowiedzieć  tego,  co  już  wiesz?  Charlie  nie  żyje.  Drugi  człowiek  na  schodach 

właśnie jedzie do szpitala Grady. Zapewne przeżyje. - Umilkł. - A ty podejrzewasz, kim jestem. 

A przynajmniej, czym jestem. 

background image

- Odejdź. Może Charlie żyje. To nie musi być prawda. - Wystukała numer remizy, odebrał 

Dave. - Dave, słyszałam, że mieliście kłopoty w ... 

-  Och,  Boże,  Kerry  ...  -  Głos  mu  się  łamał.  -  Charlie.  Cholerna  strata  ...  Znałem  go  od 

trzydziestu lat. Wiosną zamierzał przejść na emeryturę. Dlaczego to się musiało przytrafić ... 

Odłożyła słuchawkę. Oparła głowę o ścianę, a po jej policzkach popłynęły łzy. 

-  Dam  Samowi  wody  i  zaparzę  kawy  -  powiedział  cicho  Silver.  -  Przyjdź,  kiedy  będziesz 

gotowa. Kuchnia jest na końcu korytarza, prawda? - Nie czekał na odpowiedź. 

Weszła do salonu i osunęła się na kanapę. Powinna zatelefonować do Edny i spytać, czy do 

niej pojechać. Nie.  Nie teraz. Nie wiedziała nawet,  czy już ją  powiadomiono. Oparła  głowę na 

podłokietniku nawet nie starała się powstrzymać łez. 

Usłyszała, jak w kuchni Silver mówi coś do Sama. Nieznajomy najwyraźniej poczuł się jak u 

siebie w domu. Nie wyczuwała niebezpieczeństwa. Może była za bardzo oszołomiona, żeby się 

bać. 

A może to on pilnował, żeby ona niczego się nie obawiała. Ta myśl była przerażająca. 

Nie  mogła  jednak  zbyt  długo  się  nad  nią  zastanawiać.  Była  zbyt  przygnębiona  i 

zdenerwowana, żeby skupić uwagę na tego typu problemach. Postanowiła dać sobie trochę czasu, 

ochłonąć  i  odzyskać  równowagę  psychiczną.  Dopiero  potem  stawi  czoło  nieznajomemu. 

Tymczasem zamknęła oczy, by oddalić się od bólu i smutku ... 

Spała. 

Silver stanął w drzwiach,  przypatrując  się jej.  Wiedział,  że ten sen nie potrwa długo. Zbyt 

wiele  przeszła  i  musiała  dojść  do  siebie,  nie  wytrzymała  nadmiaru  wrażeń.  Wielokrotnie  był 

świadkiem podobnych sytuacji. 

Wyglądała  niemal  jak  dziecko:  miała  rozczochrane,  krótkie  kasztanowe  włosy  i  gładką 

aksamitną cerę. Nie była jednak niedojrzała, lecz twarda i uparta. Z pewnością będzie miał z nią 

sporo kłopotów. 

Powiedział sobie, że choćby dlatego powinien przestać użalać się nad nią. Wykorzysta ją z 

pewnością, ale w zamian postara się coś jej ofiarować. 

Teraz zaangażował się już zbyt mocno, żeby odejść. 

Kerry obudziła się dopiero po godzinie. Minął kwadrans, nim poczuła się na tyle pewnie, by 

opuścić  salon  i  iść  do  kuchni.  Musiała  stawić  czoło  Silverowi.  O  ile  podał  jej  prawdziwe 

background image

nazwisko.  Skąd mogła  wiedzieć, czy jego  słowa  są prawdziwe?  Wpadł  w jej  życie jak rakieta, 

kiedy nie mogła się bronić, i nadal był dla niej zagadką. 

Stanęła  w  progu.  Silver  siedział  przy  stole,  rozmawiał  przez  telefon  i  wcale  nie  wyglądał 

groźnie.  Miał  ciemne  włosy  i  oczy,  jakieś  trzydzieści  parę  lat  i  potężną  sylwetkę.  Tak,  słowo 

"potężny" doskonale do niego pasowało. Biła od niego pewność siebie, tego wrażenia nie osłabiał 

nawet jego ubiór: wypłowiałe dżinsy i bluza. Trudno byłoby nazwać go przystojnym, szczególnie 

teraz,  gdy  ze  ściągniętymi  brwiami  wsłuchiwał  się  w  głos  ze  słuchawki.  Uniósł  wzrok,  ujrzał 

Kerry i powiedział szybko: 

- Zadzwonię później Gillen. - Odłożył słuchawkę i wstał. - Usiądź. Naleję ci kawy . 

- Sama sobie wezmę. - Ruszyła do szafki. - W końcu to mój dom. 

Wzruszył ramionami. 

-  Jak  wolisz.  -  Ponownie  usiadł.  -  Po  prostu  chcę  być  uprzejmy.  Obiecałem,  że  będę  dla 

ciebie miły. - Skrzywił się. - To niełatwe. 

Patrzyła na niego z niedowierzaniem. 

-  Nic  mnie  nie  obchodzi,  czy  jesteś  dla  mnie  miły,  czy  nie.  Nie  znam  cię  i  nie  chcę  cię 

poznawać.  Dzisiaj  straciłam  przyjaciela  i  życzę  sobie,  żebyś  się  stąd  wyniósł.  Zostaw  mnie  w 

spokoju. 

-  Wykluczone.  -  Napił  się  kawy.  -  Potrzebuję  cię.  Wierz  mi,  gdybym  uważał,  że  znajdę 

pomoc gdzie indziej z pewnością by mnie tu nie było. Miałem ciężki tydzień, a przez ciebie stał 

się jeszcze trudniejszy. Usiądź, porozmawiamy. 

-  Nie  mam  ochoty  rozmawiać.  -  Nalała  sobie  kawy  i  musiała  powstrzymać  drżenie  ręki, 

zanim podniosła kubek do ust. - Na trochę urwał mi się film, ale chyba wcześniej byłeś dla mnie 

życzliwy. Co nie oznacza, że możesz pakować się w moje życie. Jeśli zaraz się nie wyniesiesz, 

będę musiała wezwać policję. 

- Nie rób niczego, czego mogłabyś potem żałować. Gliniarze zadawaliby mi mnóstwo pytań. 

Narobisz  sobie  kłopotów,  jeśli  będę  zmuszony  na  nie  odpowiadać.  Nigdzie  się  stąd  nie  ruszę, 

dopóki nie usiądziesz i mnie nie wysłuchasz. 

Zawahała się i popatrzyła mu w oczy. Miała ochotę kazać mu iść do diabła, ale czuła, że jest 

coś, co powinna wiedzieć, coś, co przepełniało ją lękiem. Powoli podeszła do stołu i usiadła. Nie 

mogła jeszcze zadać tego pytania. Postanowiła poruszyć inny temat. 

- Skąd wiedziałeś, że jestem w schowku? 

background image

-  Wysyłałaś sygnał alarmowy,  który niemal  rozerwał mi  mózg na strzępy.  -  Patrzył  na nią 

badawczo. - Boisz się mnie.

- Nie, nie boję się. 

-  Nie  boisz  się  tego,  że  będę  cię  molestował  albo  gwałcił.  Lękasz  się,  że  naruszę  twoją 

prywatność. - Pokręcił głową. - Mowy nie ma. To zbyt bolesne. 

- Nie mam pojęcia, o czym mówisz. 

- Akurat - westchnął ze znużeniem. - Powiedziano mi, że jesteś uparta i wolisz nie zauważać 

tego,  co  dla  ciebie  niewygodne.  Miałem  być  cierpliwy,  uprzejmy  i  tak  dalej,  ale  całkiem  się 

pogubiłem. Musiałaś naprawdę lubić tego Charliego ... 

- Jasne, że go lubiłam. Był wspaniałym facetem. 

- Tyle że  niezbyt  spostrzegawczym.  Lubił cię,  ale  nigdy nie zauważył,  jak wykorzystujesz 

Sama. 

Zesztywniała. 

- Wykorzystuję? 

Westchnął. 

- No dobrze, miejmy to już za sobą i zacznijmy szczerze rozmawiać. Sam to fajny psiak, ale 

jako tropiciel zupełnie się nie sprawdza. Nie potrafiłby wywęszyć befsztyka w sklepie mięsnym. 

- Chyba oszalałeś. Wszyscy wiedzą, że to najlepszy specjalista od pożarów na Południowym 

Wschodzie. 

- To dzięki tobie ludzie w to uwierzyli. Wmówiłaś im to, bo wolałaś ukryć prawdę. - Umilkł 

na moment. - Nie chciałaś, by ktokolwiek wiedział, że zawsze widzisz podpalenie i dlatego bez 

trudu rozpoznajesz miejsce i określasz sposób podłożenia ognia. 

- Poprzestawiały ci się klepki. Twoim zdaniem jestem piromaniaczką? 

- Nie, po prostu masz paranormalny dar, powiązany z ogniem. Jeżeli zbliżasz się do miejsca, 

w  którym  wybuchł  pożar,  czujesz  wibracje.  Czasami  nawet  widzisz  podpalacza.  Gdy  jesteś 

związana z ludźmi stykającymi się z ogniem,  nie musisz nawet być blisko pożaru.  - Zamilkł. -

Tak się stało w wypadku twojego przyjaciela Charliego. Nawiązałaś z nim kontakt i nie mogłaś 

się wyzwolić. 

Dym. Drzwi na drugim piętrze. Eksplozja . 

- Spokojnie - szepnął. - Już po wszystkim. 

Odetchnęła głęboko. 

background image

- Sporo o mnie wiesz. Kim jesteś? Dziennikarzem? 

- Nie. Poza tym nie zamierzam nikomu  mówić o  tym, do czego jest  ci potrzebny Sam. To 

twoja sprawa. 

- To dobrze. - Usiłowała się uśmiechnąć. - Bo to niedorzeczne. Nikt nie uwierzyłby w takie 

czary-mary. 

- Masz rację. W naszym świecie brakuje miejsca na fantazję. Doskonale rozumiem, dlaczego 

musiałaś się chronić. Chciałaś, by bandyci dostali za swoje, a jednocześnie obawiałaś się drwin, 

gdybyś nie potrafiła wyjaśnić tego, co widzisz. - Opuścił rękę i poklepał labradora po łbie. - Oto 

super pies strażacki Sam. Mogłaś jednak wybrać takiego, który budzi choć odrobinę respektu. 

- Nic mi po twoim zrozumieniu. A Sam to wspaniałe zwierzę. - Oblizała wargi i spojrzała na 

kubek z kawą. - Skoro już skończyłeś z tymi absurdalnymi zgadywankami, może mi powiesz, co 

ty tu robisz. 

- Mam dla ciebie pracę. 

- Jaką pracę? 

Przez chwilę uważnie patrzył na dziewczynę. 

-  Jeszcze  nie  jesteś  gotowa.  Odrzuciłabyś  moją  propozycję.  -  Wstał,  sięgnął  do  kieszeni  i 

wyłuskał  kluczyki  do  samochodu  z  wypożyczalni.  -  Weź  mojego  lexusa,  jeśli  będziesz 

potrzebowała.  Dopilnuję,  żeby  twoja  terenówka  została  doholowana  tutaj  z  remizy.  Będę  w 

kontakcie. 

Spoglądała na niego. 

- Nie waż się odchodzić. Żądam odpowiedzi. Uśmiechnął się bez przekonania. 

- W tej chwili naprawdę chcesz znać wyjaśnienie tylko jednej sprawy. Chodzi o to pytanie, 

które obawiałaś się mi zadać. - Zniżył głos do szeptu. - Jezioro. Ładne wyszło, prawda? Bardzo 

się starałem, żeby było piękne. Specjalnie dla ciebie. Nie, nie dostałaś świra. - Rzucił wizytówkę 

na  stół  i  ruszył  do  wyjścia.  -  To  numer  mojej  komórki.  Zadzwoń,  jeśli  będziesz  mnie 

potrzebowała. 

- Zaraz. Cholera jasna, kto cię przysłał? Zerknął przez ramię. 

- Michael Travis. 

Chwilę później usłyszała, jak zamykają się za nim drzwi. 

Czuła  się  tak,  jakby  ktoś  kopnął  ją  w  brzuch.  Po  raz  ostatni  widziała  Michaela  pięć  lat 

wcześniej i poprzysięgła sobie, że już nigdy się z nim nie spotka. Sądziła, że na zawsze usunęła 

background image

go ze swego życia. 

Musiała  wziąć  się  w  garść.  Lata  temu  zatrzasnęła  drzwi  przed  Michaelem,  więc  potrafi  to 

zrobić także teraz. 

Czy jednak zdoła tak zakończyć znajomość z Bradem Silverem? 

Wyczuwała,  że  jest  zupełnie  inny  niż  Michael.  Mniej  cierpliwy,  bardziej  bezwzględny  i 

bezpośredni. 

Nagle zastanowiło ją, skąd wszystko o nim wiedziała? Przecież był jej obcy. 

Och, Boże, to jezioro. 

A może to po prostu jej własna ocena jego charakteru. Taka bliskość nie musiała świadczyć 

o niczym dziwnym. 

Skąd,  wręcz  przeciwnie.  Przecież  to  on  był  dziwny.  Jeżeli  udało  mu  się  zrobić  to,  co  jej 

zdaniem  uczynił,  w  takim  razie  miała  do  czynienia  z  jeszcze  większym  pomyleńcem  niż  ona 

sama. 

Nie, przecież ona nie była żadnym dziwadłem. Nauczyła się radzić sobie z problemem, który 

ją nękał. Nic się nie zmieniło. Mogła pozbyć się Silvera i ponownie uporządkować swoje życie. 

Przede wszystkim jednak musiała zadbać o to, żeby trzymał się od niej z daleka. Innymi słowy, 

nadeszła pora na telefon do Travisa. 

Odetchnęła  głęboko,  sięgnęła  po  telefon  i  pospiesznie  wystukała  numer,  którego  nie 

wybierała od ponad pięciu lat. 

- Do jasnej cholery, co ty wyprawiasz, Michael? - spytała, kiedy Travis podniósł słuchawkę. 

- Kerry? 

- Doskonale wiesz, że to ja. Powiedziałam ci, żebyś zniknął z mojego życia, a to znaczy, że 

masz trzymać z dala ode mnie swoich sługusów i nie naprzykrzać mi się w żaden sposób. 

- Rozumiem, że masz na myśli Brada Silvera? Gdybyś go lepiej znała, wiedziałabyś, że on 

nigdy nie będzie niczyim sługusem. Silver jest sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem. 

- Nasłałeś go. Powiedziałeś mu o mnie. 

- Tak. Zanim to jednak, zrobiłem, długo i starannie analizowałem swoją decyzję i uznałem, 

że to konieczne. On cię potrzebuje. 

- Guzik prawda. Każ mu się ode mnie odczepić. Nie chcę go więcej oglądać. 

- To może być trudne. - Zamilkł na chwilę. - Jesteś zdenerwowana. Co zrobił? 

- Jest ... dziwaczny. 

background image

- Ale nie głupi. Nie przystąpiłby do działania, gdyby nie musiał. Coś się zdarzyło? 

-  Nie  mam  ci  nic do  powiedzenia.  -  Usiłowała  zapanować nad  drżeniem  głosu.  -  Powiedz 

Silverowi, żeby trzymał się ode mnie z daleka. 

- Co zrobił? 

Błękitne jezioro, ostróżki, biegnące dziecko. 

-  Myślę,  że  wiesz.  Przypomina  ciebie,  Melissę  i  wszystkich  tych  ludzi,  o  których  mi 

mówiłeś. - Mocno przygryzła wargę. - Nie, on nie jest taki, jak oni. Jest... inny. 

- Tak, to prawda. Jest kontrolerem. 

- Kontrolerem? - Wzbierał w niej gniew. - Nie mam pojęcia, o czym mówisz. Czy to jedna z 

twoich durnych gierek intelektualnych? Nie bawię się w to, Michael. - Po wściekłości nadeszła 

panika. 

- Dobry Boże - wyszeptała - nawet nie wiedziałam, że istnieją ludzie tacy jak on. 

- Cii ... Jestem pewien, że nigdy nie zamierzał. .. 

- Nie chcę tego słuchać. 

- Przestraszył cię - westchnął Michael. - Jeżeli dasz mi wyjaśnić, przekonasz się, że nie jest 

taki zły, jak podejrzewasz. 

- Jest gorszy. To senny koszmar. Zabieraj go z mojego życia. 

- Rozłączyła się. 

Kontroler.  Samo  brzmienie  tego  słowa  zaburzało  jej  poczucie  niezależności.  Musi  bardzo 

uważać - kiedy Silver znowu pojawi się w pobliżu, ona z pewnością zachowa się inaczej. Miała 

wystarczająco silną wolę, żeby Silver ... 

Powinna  przestać  o  nim  myśleć  i  skupić  się  na  znacznie  ważniejszych  sprawach.  Silver, 

Michael i reszta ich stukniętych przyjaciół nie powinni zaprzątać jej myśli. Jej własne życie jest 

najważniejsze.  Pora  rzucić  się  w  wir  pracy,  skoncentrować  na  czym  innym.  Wystukała  numer 

Edny. Telefon zadzwonił sześć razy, zanim podniosła słuchawkę. 

-  Edna,  tu  Kerry.  Jeśli  nie  chcesz  rozmawiać,  po  prostu  powiedz,  żebym  się  rozłączyła. 

Myślałam jednak, że przyprowadzę Sama i pomogę ci przy dzieciach. 

- On nie żyje, Kerry - wybełkotała Edna bezbarwnym głosem. 

- Nie dociera to do mnie. 

- Edna, chcesz, żebym przyjechała? 

-  Tak,  proszę.  Dzieci  jeszcze  nie  wiedzą.  Muszę  znaleźć  jakiś  sposób,  tylko  co  mogę  im 

background image

powiedzieć? 

- Pomyślimy wspólnie. Może sama się tym zajmę. 

-  Nie,  to  mój  obowiązek.  Kerry,  jak  im  powiedzieć,  że  Charlie  nie  przyjdzie  więcej  do 

domu? To niesprawiedliwe. Taki dobry człowiek. .. 

-  Już  jadę.  -  Odłożyła  słuchawkę.  Zapowiadała  się  długa  noc,  ale  przynajmniej  mogła 

spróbować pomóc. Napełniła miskę Sama. Musiał coś przekąsić, nie wiedziała, kiedy wrócą do 

domu. - Jedz kolację. Będziesz miał zajęcie. Dzieci Charliego cię potrzebują. 

Kerry  Murphy  wychodziła  z  domu,  usiłując  powstrzymać  nieposłusznego  labradora  przed 

sprintem po schodkach  ganku. Trask po raz  pierwszy przyjrzał się jej uważnie. Znajdowała się 

zbyt  daleko,  po  drugiej  stronie  szpitalnego  parkingu,  kiedy  Silver  zabrał  ją  do  swojego 

samochodu  musiał  uważać  na  tego  drania.  Wydawała  się  szczupła,  jak  Helen,  lecz  Helen  była 

brunetką o cudownych ciemnych oczach. Ta kobieta miała niebieskie oczy i kasztanowe, wręcz 

rude w słońcu włosy . 

Płomiennorude. 

Zacisnął dłonie na kierownicy. 

Wraz  z  psem  wsiadała  do  lexusa  Silvera.  Czas  uciekał.  Musiał  podjąć  decyzję.  Czy  miał 

zabić ją teraz? 

Musiała  być  szczególnie  ważna  dla  Silvera,  skoro  przebył  tak  długą  drogę,  żeby  się  z  nią 

spotkać. On sam nic nie wiedział o Kerry Murphy. Znał tylko jej imię i nazwisko, które odczytał 

na  skrzynce  pocztowej.  Może  szkoda  czasu  na  tę  dziewczynę.  Musiał  przecież  wracać  do 

Waszyngtonu, żeby przygotować się do ataku na następny cel. Potem mógłby wrócić i uważniej 

się jej przyjrzeć. Jeśli okaże się, że coś ją łączy z Silverem, usunie ją w standardowy sposób. Na 

razie będzie czekać i obserwować. 

Michael  Travis  zadzwonił  do  Silvera,  kiedy  ten  jechał  do  hotelu.  -  Właśnie  telefonowała 

Kerry, zła jak osa. Rozumiem, że nawiązałeś kontakt. 

- O, tak. To było nie lada przeżycie. 

- Co jej zrobiłeś? 

- Na litość boską, nie skrzywdziłem jej. Niby po co? Jest mi potrzebna. 

- Mogłeś niechcący sprawić jej ból. Jesteś niecierpliwy i działasz w silnym stresie. 

background image

-  Skoro  tak  się  martwisz,  to  dlaczego  nie  przyjechałeś  ze  mną,  żeby  ją  otoczyć  czułą  i 

troskliwą opieką? 

- Bo kazała mi trzymać się od siebie z daleka. 

- Usłyszałem od niej to samo. - Silver wjechał na parking przed hotelem Marriott. - Dzisiaj 

zginął w płomieniach jej bliski przyjaciel. 

- Psiakrew. 

-  Otóż  to.  Musiałem  działać  bardziej  zdecydowanie,  niż  planowałem.  Pora,  żebym  się 

wycofał i dał jej odetchnąć. 

- Dzisiaj po południu dzwonił prezydent. Chce, żebym telefonicznie zdał mu sprawozdanie. 

Oczekuje wyjaśnień. 

-  Podobnie  jak ja.  W  tym  wypadku  nie  da  rady  upiec  dwóch  pieczeni  przy  jednym  ogniu. 

Jeśli zacznę ją do czegoś zmuszać, pojawi się ryzyko zrobienia jej krzywdy. - Urwał na moment. 

-  Cholernie  mnie  ciekawi,  dlaczego  prezydent  Andreas  tak  ryzykuje.  Jeżeli  media  coś  zwęszą, 

rozedrą go na strzępy. Dziennikarzy za bardzo kłuje w oczy jego nieskazitelność. 

- Uważa, że sytuacja jest krytyczna. 

-  I  że  możemy  pomóc.  Dlaczego  tak  uważa?  Czy  ma  powody,  by  wierzyć  w  naszą 

skuteczność? - Wracasz do Waszyngtonu? 

Nie  ulegało  wątpliwości,  że  Travis  nie  zamierza  odpowiadać na  żadne  pytania  związane  z 

Andreasem. Był oszczędny w słowach i nigdy nie nadużywał cudzego zaufania. Silver nie miał 

powodu się na to uskarżać. W ostatnich latach Travis dochował mnóstwo jego tajemnic. 

- Nie, zostaję tutaj tak długo, aż znajdę sposób, żeby ją skłonić do przejścia na moją stronę. 

Przez  kilka  następnych  dni  będzie  zajęta  pocieszaniem  załamanej  wdowy.  Pozostaje  mi  tylko 

uważnie ją obserwować. - Zastanowił się. - Chryste, Michael, ona naprawdę ma moc. 

- Mówiłem to  już pięć  lat temu. A  zamiast tłumić  swój  talent,  ona  go wykorzystywała.  W 

niespecjalnie wielkim stopniu, ale z pewnością udało się jej rozwinąć umiejętności. 

- Zdoła znaleźć Traska. Cholera, jestem pewien, że jej się uda. 

- O ile on jej nie zabije. 

- Racja. O ile on jej nie zabije. 

- Będę bardzo niezadowolony, jeśli do tego dopuścisz, Silver. Nigdy nie pozwoliłbym ci się 

zbliżyć do Kerry, gdybyś nie złożył obietnicy. - Dotrzymam jej - mruknął. - Daj mi spokój. Będę 

cię  informował  na  bieżąco.  Jeśli  dowiesz  się  czegoś  istotnego  od  Andreasa,  daj  mi  znać.  -

background image

Odłożył słuchawkę. 

Nie  mógł  winić  Michaela  za  to,  że  ten  w  niego  wątpił.  Nikt  nie  wiedział  lepiej,  jak 

nieobliczalny  bywa  gniew  Brada  Silvera.  Cholera,  czasami  sam  tracił  wiarę  w  siebie.  Czy 

dopuściłby do śmierci Kerry Murphy, gdyby wiązało się to z odnalezieniem Traska ? 

Chryste, nie miał pojęcia. 

Kiedy Kerry opuszczała dom Charliego i szła na pogrzeb, zadzwonił do niej brat J ason. 

- Jak Edna? 

-  Jakoś  się  trzyma.  Wczoraj  wieczorem  przyleciała  z  Detroit  jej  siostra  Donna.  Są  sobie 

bliskie, więc jej obecność poprawiła samopoczucie Edny. 

- A ty? Jak się czujesz? 

- Niewesoło. - Zesztywniała. - Czego oczekiwałeś? 

- Nie musisz się od razu jeżyć. Przejmuję się. 

- Nie ma powodów do obaw. U mnie zasadniczo wszystko w porządku. Cały czas myślisz, 

że grozi mi załamanie. Wierz mi, panuję nad sytuacją. 

-  To  wiem.  Moim  zdaniem  należy  ci  się  jednak  kilka  dni  wypoczynku.  -  Usłyszała  w  tle 

kobiecy  głos,  potem  Jason  wybuchnął  śmiechem.  -  Laura  nie  zgadza  się  ze  mną.  Uważa,  że 

powinnaś przyjechać i pomóc jej dokończyć altanę, tak jak obiecałaś. Potrzebu¬je pomocy przy 

malowaniu, bo opary farby wywołują u niej mdłości. 

- Przekaż jej, że jutro przyjadę. Teraz, kiedy Donna jest na miejscu, Edna nie będzie mnie 

potrzebowała. Nic nie zastąpi rodziny. - Fakt. - Na chwilę zamilkł. - W ubiegłym tygodniu zajrzał 

do nas tata. Jechał na Florydę. Pytał o ciebie. 

- Naprawdę? - Zmieniła temat. - Muszę iść. Edna czeka. Do zobaczenia jutro, Jason. 

- Kerry, to tacie twój ojciec. Nie możesz bez przerwy go obwiniać. 

- Nie obwiniam, po prostu nie mam ochoty go oglądać. Powiedz Laurze, żeby trzymała się z 

dala od pędzli. Wspólnie doprowadzimy altanę do porządku. - Odłożyła słuchawkę i odetchnęła 

głęboko. Jason korzystał z każdej okazji, żeby pogodzić ją z ojcem. Nic nie rozumiał, a przecież 

powiedziała mu prawdę: nie winiła ojca, jednak kontakt z nim zawsze wywoływał ból i zakłócał 

jej  równowagę,  którą  z  największym  trudem  usiłowała  utrzymać.  Na  to  nie  mogła  sobie 

pozwolić. 

- Kerry, możemy wziąć Sama? 

background image

Odwróciła. się do Gary'ego, dziesięcioletniego syna Charliego. 

Właśnie  schodził  po  schodach,  ubrany  w  niebieski  garnitur  i  krawat,  z  pobladłą,  spiętą 

twarzą.  Biedny  dzieciak.  Wziął  się  w  garść  po  pierwszej  przepłakanej  nocy,  lecz  czekał  go 

niełatwy dzień. 

Nie tylko jego. 

- Widzisz, Gary, psy nie są mile widziane na pogrzebach - wyjaśniła łagodnie. - A Sam nie 

zawsze potrafi się odpowiednio zachować. 

- Tacie to by nie przeszkadzało. - Gary przełknął ślinę. - Lubił Sama. Narzekał, ale zawsze 

dobrze się bawił, gdy patrzył na jego wybryki. Kim też by chciała, żeby Sam z nami poszedł. Ma 

tylko sześć lat, a dzięki Samowi ... lepiej to znosi. 

Dzięki psu tacie Gary'emu łatwiej było przetrwać ciężkie chwile. 

Dotyk ciepłego i kochającego zwierzęcia zawsze przynosił dzieciom ulgę• 

- Spytam mamę, czy mogę tu wrócić i zabrać go po wyjściu z kaplicy, w drodze na cmentarz. 

Ty  i  Kim  będziecie  jednak  musieli  dopilnować,  żeby  pies  nie  zakłócał  spokoju  podczas 

uroczystości. Obiecujesz? 

Gary skinął głową . 

- Będzie grzeczny. To mądry piesek. Będzie wiedział, że tata ... - Łzy napłynęły mu do oczu. 

Pospiesznie minął Kerry i wyszedł na dwór, przystając tuż za progiem. - Kim się ucieszy, że Sam 

też idzie. Jest jeszcze mała ... 

Kerry poczuła pieczenie pod powiekami. Ruszyła za chłopcem na ganek. Przecież Gary też 

był  jeszcze  mały.  Dwoje  cudownych  dzieci,  które  straciły  ojca  i  będą  musiały  dorastać  bez 

ciepłego, twardego mężczyzny, jakim był Charlie ... 

Mniejsza  o  przyszłość.  Na  razie  musiała  pomóc  Ednie  i  dzieciom  przetrwać  koszmar 

dzisiejszego dnia.

Żegnaj, Charlie. 

Kerry rzuciła różę, która opadła na wieko trumny. Cofnęła się. Mała Kim i Gary ściskali ręce 

mamy, a po ich policzkach płynęły strumienie łez, kiedy kładli róże na trumnie. Kim wyciągnęła 

rękę  i  chwyciła  futro  na  karku  Sama.  Dzięki  Bogu  pies  zachowywał  się  przyzwoicie.  Kerry 

pomyślała  z  ulgą,  że  pogrzeb  wreszcie  dobiega  końca.  Nie  potrafiła  już  dłużej  wytrzymać,  w 

każdej  chwili  mogła  się  załamać.  Oderwała  wzrok  od  trumny.  Byle  tylko  na  nią  nie  patrzeć. 

background image

Powinna myśleć o tal zim Charliem, jakiego znała. Lepiej byłoby ... 

Zesztywniała. 

Ktoś stał w cieniu rozłożystego dębu, dość daleko od cmentarza. 

Mężczyzna częściowo ukrył się za drzewem. Było to co najmniej dziwne. 

Wyobraźnia.  Wszyscy  uwielbiali  Charliego,  a  on  nie  miał  tajemnic.  Dlaczego  ktoś  miałby 

chować  się  za  drzewem  i  potajemnie  obserwować  uroczystości  pogrzebowe  Charliego?  Ale 

przecież była pewna, ze ... 

Zniknął. Najpierw tam stał, potem zniknął w krzakach. 

- Czy mogę pojechać do domu z tobą i Samem? - spytał stojący obok niej Gary. 

Kiwnęła głową. 

- Pod warunkiem, że mama nie ma innych planów. 

-  Już  ją  spytałem.  -  Gary  wziął  Kerry  za  rękę.  -  Mama  i  ciocia  Donna  mają  dość  roboty 

związanej z opieką nad Kim. Nikt nie będzie za mną tęsknił. 

-  Mama z  pewnością  stęskni  się  za  tobą.  Potrzebuje l  ciebie,  i  Kim.  Teraz  sami  musicie  o 

siebie dbać. 

Pokiwał głową. 

- Zajmę się nią. - Zacisnął rękę na dłoni Kerry. - Zrobię wszystko, czego życzyłby sobie tata. 

Ale nie dzisiaj dobrze? 

Ostrożnie przytaknęła. Tak samo jak Edna czuła się winna tego, że zapomina o potrzebach 

Gary'ego.  Musiał  oswoić  się  ze  stratą,  a  bezustanne  okazywanie  mu  współczucia  nie  było  dla 

niego korzystne. - Masz mnóstwo czasu. Nikt cię nie pogania. Przyprowadź Sama i jedziemy. 

Patrzyła, jak chłopiec biegnie do Madzi; potem ponownie skierowała wzrok na dąb. 

Nie dostrzegła nikogo. 

Czym  się  przejmowała?  Nie  istniało  żadne  rozsądne  wytłumaczenie.  Być  może  stał  tam 

pracownik  cmentarza,  który  nie  chciał  zakłócać  przebiegu  uroczystości.  A  może  był  to  jakiś 

wariat, czerpiący makabryczną przyjemność z obserwacji pogrzebów. 

Silver. 

Niewykluczone.  Nie  widziała  go  wyraźnie,  odniosła  tylko  wrażenie,  że  nieznajomy 

mężczyzna jest wysoki i spięty. Wydawało się jej, że nosi granatową kurtkę i baseballówkę. 

Nie wyobrażała sobie jednak Silvera ukrywającego się za drzewem. 

Był  zbyt  niecierpliwy,  zbyt  śmiały.  Choć  właściwie  czemu  nie?  Wszystko,  co  dotyczyło 

background image

Silvera,  opierało  się  na  domysłach,  a  ona  celowo  starała  się  o  nim  nie  myśleć,  odkąd  trzy  dni 

temu opuścił jej dom. 

Tak  czy  owak,  w  chwili  niepewności  on  pierwszy  przyszedł  jej  do  głowy.  Nikt  inny  nie 

wzbudzał w niej takiego niepokoju jak Brad Silver. 

- Chodź, Kerry. - Gary wrócił z Samem. - Wszyscy już idą. - Zerknął na grób i wyszeptał: -

Ale my go nie zostawiamy, prawda? 

Mama mówi, że tata zawsze będzie z nami. 

- Mama ma rację. - Wzięła chłopca za rękę i ruszyła ścieżką. - Twój tata pozostanie z nami 

tak  długo,  jak  długo  będziemy  mieli  go  w  pamięci.  Opowiadałam  ci  o  dniu,  w  którym  go 

poznałam?  Był  wtedy  wściekły  jak  osa,  bo  przysłano  mnie  na  zastępstwo  za  jednego  z  jego 

kumpli, przeniesionego do ... 

- Trzymaj się z daleka od tego miejsca. - Kerry zmarszczyła brwi, zerkając przez ramię na 

Laurę. - Ściągnęłaś mnie tu, żebym pomalowała tę piekielną altanę, bo opary farby wywołują u 

ciebie nudności. Nie wtrącaj się teraz do tego, co robię. 

Laura wręczyła jej szklankę lemoniady. 

- O matko, przyniosłam ci tylko coś do picia. - Spojrzała krytycznie na drewnianą balustradę, 

którą malowała Kerry. - I chciałam jeszcze powiedzieć, że moim zdaniem powinnaś ... 

- Lauro ... 

-  No  dobrze,  przepraszam  -  westchnęła  Laura.  -  Jason  powiedział  mi,  żebym  cię  nie 

zaczepiała.  Nie  wiedziałam  jednak,  że  parę  dobrych  rad  zakłóci  twój  spokój.  W  końcu  jesteś 

rozsądną kobietą, która ... 

- Która lubi robić wszystko po swojemu. - Kerry się uśmiechnęła. - Wracaj do domu, zanim 

napaskudzisz na trawnik. Jesteś mistrzynią zakłócania spokoju. 

-  Nic  mi  nie  będzie.  -  Laura  zmarszczyła  nos.  -  Przed  wyjściem  zjadłam  kilka  krakersów, 

pomagają na mdłości. Poza tym nudzi mi się. Sama nalegałaś, żeby od razu po przyjeździe wziąć 

się do roboty. Mogłaś wykazać odrobinę taktu i posłuchać, jak źle mnie traktuje Pete. - Poklepała

się po zaokrąglonym brzuchu. - Kopie całymi nocami. 

- Sama tego chciałaś. 

- I to jak! - Promienny uśmiech rozświetlił okrągłą piegowatą twarz Laury. - Od trzech lat. 

background image

Prosiłam. Modliłam się. Łykałam wszystkie istniejące tabletki hormonalne. 

- Wiem, wiem - potwierdziła Kerry, a oczy jej błysnęły. 

- I wszystko po to, żeby zrobić ze mnie ciotkę. Brakuje mi słów, żeby wyrazić wdzięczność. 

-  Jason  przyjechał!  -  zawołała  nagle  Laura  i  popędziła  do  domu,  krzycząc  przez  ramię:  -

Wrócił wcześniej! Zadzwoniłam do niego i powiedziałam, że przyjechałaś dzisiaj rano. 

Kerry  się  uśmiechnęła.  Słyszała  trzaśnięcie  siatkowych  drzwi  i  okrzyki  Laury,  biegnącej 

przez  dom  ku  Jasonowi.  Nawet  w  ósmym  miesiącu  ciąży  przemieszczała  się  jak  mała  trąba 

powietrzna - niegroźna i przyjazna. 

Szkoda,  że  takie  zjawisko  nie  istniało  w  przyrodzie.  Laura  była  niepowtarzalna.  Zawsze 

zachowywała się ... 

-  Doszły  mnie  słuchy,  że  postanowiłaś  zdemolować  altanę  mojej  żony  -  powitał  ją  Jason, 

wychodząc na ganek za domem. - Laura chce, żebym przejął dowodzenie. 

- Na litość  boską, Jason,  nie masz pojęcia. - Zanurzyła  pędzel w puszce. -  Laura dobrze  o 

tym wie. 

Podszedł bliżej. 

- Gdzie Sam? 

- Zostawiłam go z dzieciakami Edny. Potrzebują towarzysza. A teraz wyskakuj ze swojego 

modnego garnituru i pomóż mi przy malowaniu. Już nie mogę wytrzymać z twoją żoną. Ciągle 

przychodzi i krytykuje. 

- Złości się, że nie może wszystkiego zrobić sama. Wybacz, że nie było mnie w domu, kiedy 

przyjechałaś. Załatwiałem sprawy w Valdoście. 

- Nie ma problemu. 

- Jak tam rodzina Charliego ? 

- Kiepsko, ale dają sobie radę. 

- A ty? Dobrze się czujesz? 

- Jako tako. 

- Tata martwił się o ciebie. Chciałby ci jakoś pomóc. 

Zesztywniała. 

- W jaki sposób? Planował wysłać mnie z powrotem do tego zakładu? 

Jason zmarszczył czoło. 

- Uważał, że postępuje słusznie. Miałaś halucynacje. Potrzebowałaś opieki lekarskiej. 

background image

- Jasne, i  znacznie prościej  było  wysłać  mnie do  wariatkowa, niż spróbować mi pomóc  na 

własną rękę. Wiesz, ile razy mnie odwiedził w tym szpitalu, kiedy siedziałam tam przez cały rok? 

Dwa razy. Gdybyś ty nie przychodził tak często, czułabym się jak sierota. 

- Nie rozumiał cię. Od dzieciństwa sprawiałaś trudności, a kiedy skierował cię na leczenie, 

zachowywałaś się jak stuknięta. 

- Wcale nie zwariowałam. Po prostu miałam problemy. Powinien był pozwolić mi rozwiązać 

je samodzielnie. 

- Bał się, że halucynacje są wynikiem śpiączki, w którą zapadłaś w dzieciństwie. Czuł się za 

to odpowiedzialny. 

- Dopadły go wyrzuty sumienia. 

- Obwiniasz go. 

-  Może.  Sama  nie  wiem.  Po  prostu  teraz nie chcę  mieć  z  nim  nic  wspólnego. -  Wolałaby, 

żeby Jason zmienił temat. Jej brat czasami zachowywał się jak buldog: zatapiał w czymś zęby i 

ani  myślał  puścić.  Uśmiechnęła  się  z  wysiłkiem.  -  To  jak,  przebierzesz  się  w  końcu  i  mi 

pomożesz? We dwoje dokończymy pracę przed kolacją. 

- Już pędzę. - Ściągnął brwi. Zrozumiała, że to jeszcze nie koniec rozmowy. - Ale przecież 

lekarze trochę ci pomogli. Kiedy zajął się tobą ten psychiatra, doktor Travis, twój stan znacznie 

się poprawił. Wystarczyły dwa miesiące, żebyś opuściła zakład. Może więc tata postąpił słusznie. 

Została  wypuszczona,  bo  Michael  Travis  wyjaśnił  jej,  co  powinna  mówić  personelowi 

szpitalnemu, by lekarze nabrali przekonania, że jest wyleczona. 

-  Zgoda,  Travis  mnie  stamtąd  wyciągnął.  Jeśli  chodzi  o  całą  resztę,  zostaję  przy  swojej 

opinii. 

Jason milczał przez chwilę.

- Zawsze się zastanawiałem ... Czy do mnie też masz pretensje? 

- Miałam, przez dwa  pierwsze tygodnie  pobytu  w  tamtym miejscu. Czułam się  zdradzona. 

Potem sobie uświadomiłam, że zgadzasz się z ojcem, bo mnie kochasz, a twoja miłość jest dla 

mnie zbyt cenna, by z niej rezygnować z powodu jednego błędu. 

- Nie popełniłem błędu. Teraz jesteś zdrowa i normalna. Sama przyznaj. 

- Całkowicie normalna. - Najnormalniej sza pod słońcem. - Czy możemy w końcu darować 

sobie tę rozmowę i pomalować altanę Laury? Przyjechałam tutaj, bo chciałam pobyć z rodziną, a 

nie słuchać kazań. 

background image

Skinął głową i się odwrócił. 

- Przepraszam. Widzisz, tata to wspaniały gość. Po prostu nie rozumiesz jego intencji. 

Przyglądała się, jak idzie przez trawnik w kierunku domu. To naturalne, że zdaniem Jasona 

miała  nieszczęśliwe  dzieciństwo.  Dwa  lata,  które  Kerry  przeżyła  w  stanie  śpiączki  po  śmierci 

matki,  zbliżyły  ojca  i  syna.  Później,  gdy  odzyskała  świadomość,  poddano  ją  długotrwałej 

rehabilitacji. Jason był dziesięć lat starszy od Kerry i znajdował się pod silnym wpływem ojca. 

Później  oboje  zostali  wysłani  do  prywatnych  szkół,  lecz  wakacje  spędzali  w  domu  ciotki 

Marguerite  w  Macon.  Kerry  ledwie  pamiętała  kilka  wizyt  ojca  w  tamtych  latach.  Był  uroczy, 

elokwentny  i  dowcipny,  kiedy  Jason  znajdował  się  w  pobliżu.  Sam  na  sam  z  córką  czuł  się 

niepewnie. 

Czy to jej wina? Niewykluczone. Pamiętała, że patrzyła na niego jak na rzadki okaz ssaka. 

W  jego  towarzystwie  nie  potrafiła  zachowywać  się  naturalnie.  Potem,  gdy  zaczęły  ją  dręczyć 

koszmary  senne,  a  później  wizje,  wysłał  ją  do  Milledgeville,  tym  samym  zaprzeaszczając 

wszelkie szanse na ich emocjonalne zbliżenie. 

Ponownie skupiła się na malowaniu balustrady. 

Nieważne.  Miała  Jasona,  Laurę  i  przyjaciół  z  remizy.  Nie  potrzebowała  ojca,  a  z  całą 

pewnością nie takiego, jak Ron Murphy. Niech sam się boryka z poczuciem winy. 

Kerry śmiała  się,  opowiadała  dowcipy  i  sprawiała  wrażenie  wyjątkowo  odprężonej.  Silver 

nigdy nie widział jej w tak dobrej kondycji. Jej brat stał przy grillu, przyrządzając hamburgery, a 

Laura Murphy siedziała w fotelu przy stoliku ogrodowym i z satysfakcją oglądała swoją altanę. 

Silver opuścił lornetkę. Czy nadeszła pora, aby zastukać do drzwi i porozmawiać z Kerry? 

Była spokojna i niemal zadowolona. Dramatyczne doświadczenia poprzednich dni odchodziły w 

niepamięć. Chyba powinien skorzystać z okazji i ponownie pojawić się na horyzoncie. 

Nie, pomyślał, podaruje jej jeszcze jedną noc. 

Kiedy  wciągnie  ją  w  koszmar,  którego  sam  doświadczał,  przez  długi  czas  nie  będzie  już 

miała możliwości cieszyć się życiem. 

- Prezydent. - Melissa wręczyła słuchawkę Michaelowi Travisowi i wyszeptała bezgłośnie: -

Niezadowolony. 

Travis  wcale  się  nie  zdziwił.  Przez  ostatnie  trzy  dni  Andreas  coraz  bardziej  tracił 

background image

cierpliwość. 

-  Dzień  dobry,  panie  prezydencie.  Zamierzałem  zadzwonić  dzisiaj  wieczorem  i  zdać 

sprawozdanie z najnowszych wypadków. 

-  Chętnie  wysłucham  pana  teraz  -  oznajmił  sucho  Andreas.  -  Co  się  tam  dzieje,  do  jasnej 

cholery? Dlaczego Silver zwleka? Nie wie, że musimy się spieszyć? 

- Wie. Stara się łagodnie przedstawić jej naszą propozycję. 

- Sili się na dyplomację, a ja muszę sobie radzić z masakrą spowodowaną przez tego czubka. 

Wczoraj  wieczorem  samochód  Tima  Pappasa  zjechał  z  drogi  i  uderzył  w  drzewo.  Nastąpił 

wybuch i kierowca spłonął żywcem, zanim udało się go wyciągnąć. 

- Psiakrew.

- Właśnie zapewniłem Pappasa, że nic mu nie grozi. Nie lubię, jak ktoś robi ze mnie kłamcę. 

Poza tym nie cierpię sytuacji, w których przyzwoity człowiek ginie, bo my nie potrafimy znaleźć 

jakiegoś Traska. 

- Silver go znajdzie. Ma tak silną motywację, jak nikt inny. 

- Tylko dlatego mu ufam. - Andreas umilkł. - Czy na pewno trzeba w to wciągać tę kobietę? 

- Albo ją, albo kogoś obdarzonego podobnymi możliwościami. Jeszcze nigdy nie spotkałem 

osoby o tak wyjątkowych zdolnościach.

- Tyle że ona odmawia współpracy? 

- Niekoniecznie. Tego jeszcze nie wiemy. Pięć lat temu nie chciała mieć nic wspólnego ani 

ze mną, ani z grupą. Jest bardzo niezależna i chciała żyć normalnie, jak wszyscy. 

- Marna szansa. 

- Jak dotąd całkiem nieźle sobie radzi. Jest bystra i starannie zaciera ślady. 

- Nie poinformował mnie pan jeszcze, kim jest ta dziewczyna. Proszę mi o niej opowiedzieć. 

-  Kiedy  Kerry  miała  sześć  lat,  jej  matka  zginęła  w  pożarze  w  Bostonie.  Podpalacz,  który 

podłożył wówczas ogień, uderzył dziewczynkę w głowę, przez co przeleżała dwa lata w śpiączce. 

Gdy odzyskała świadomość, nie potrafiła zidentyfikować osoby, która dokonała podpalenia. Jej 

ojciec, Ron Murphy, i jej matka właśnie się rozwodzili, kiedy doszło do pożarni feralnego dnia 

ojciec  zabrał  brata  Kerry,  Jasona,  na  polowanie  do  Kanady.  Murphy  to  dziennikarz,  wolny 

strzelec,  często  podróżuje.  Przez  większość  czasu  dzieci  uczyły  się  w  prywatnych  szkołach,  a 

wakacje  spędzały  u  ciotki.  Kiedy  Kerry  skończyła  dwadzieścia  lat,  zaczęły  ją  nawiedzać 

koszmary  związane  z  pożarami,  a  także  zwykle  wizje.  Ojciec  umieścił  ją  w  zakładzie 

background image

zamkniętym i właśnie wtedy ja pojawiłem się w jej życiu. Mam ją na oku od czasu, gdy jeden z 

moich informatorów uzyskał dane na jej temat . Pomyślałem, że może do nas dołączyć. 

- Była w śpiączce. 

- Tak jest. Sfałszowałem dokumenty i zaglądałem do niej jako dochodzący psychoanalityk. 

Potrafiłem uwolnić ją od gniewu i poczucia zagubienia, ale poza tym nie wyrażała najmniejszej 

ochoty,  by  ze  mną  współpracować.  Powiedziała,  że  nie  potrzebuje  mojej  pomocy  i  nie  chce 

spędzić życia jako czubek. 

- To zrozumiałe. 

- Tak, to prawda. Sam czułem się podobnie. Właśnie dlatego niechętnie podałem Silverowi 

jej nazwisko, kiedy przyszedł prosić o namiary na kogoś odpowiedniego. 

Andreas przez chwilę milczał. 

- Czy to możliwe, że siłą wydobył z pana te informacje? 

- Tego nie wiem. Nie sądzę, by nawet Silver wiedział, co potrafi. Może nie chce wiedzieć. 

- Z moich doniesień wynika, że jest ... nieprzeciętny. 

- Być może to zaledwie wierzchołek góry lodowej. - Travis potarł skroń. - Nie ma się czego 

obawiać. On nas nie zawiedzie. Z pewnością dostanie Kerry Murphy. 

-  Oby  jak  najszybciej  -  uzupełnił  Andreas.  -  Jak  najszybciej.  Nie  chcę  uczestniczyć  w 

następnym pogrzebie. 

- Przekażę mu, że jest pan niezadowolony. 

- To bezcelowe, i tak nie da się go zastraszyć. Proszę być w kontakcie. - Andreas odwiesił 

słuchawkę. 

Pożar! 

Mama nie mogła uciec. Była ranna. Należało znaleźć pomoc. Mężczyzna po drugiej strome 

ulicy. 

Niech pan pomoże mamie. Proszę, mech pan jej pomoże. Ale wiedziała, że nic z tego. 

Raz za razem. Raz za razem. 

Musiala  spróbować.  Przebiegła  przez  ulicę,  prosto  ku  memu.  "Pro¬szę.  Ona  potrzebuje 

pomocy". 

Skierowala wzrok na jego twarz. 

Nie ma twarzy. Nie ma twarzy. Nie ma twarzy. Wrzasnęła. 

background image

Kerry gwałtownie usiadła na łóżku, zlana potem.  Serce waliło jej tak mocno, że aż bolało. 

Już dobrze. Nie stała na ulicy w Bostonie. Była w Macon, w gościnnym pokoju u Jasona. 

To tylko sen. 

Tylko?  Ponownie  nawiedził  ją  koszmar,  który  pojawiał  się  od  dzieciństwa.  Nie  powracał 

jednak od miesięcy i miała nadzieję, że wreszcie się go pozbyła. Jego powrót zapewne wiązał się 

ze śmiercią Charliego. 

Nie miało znaczenia, co przywołało ten straszny sen. Gdyby po-

zła spać, pojawiłby się na nowo. Schemat był niezmienny. Sen powtarzał się raz za razem, 

zawsze, kiedy zasypiała głęboko. Czasami trwało to przez wiele dni, aż w końcu koszmar ustawał 

i porzucał ją, wyczerpaną i pozbawioną energii. 

Nie mogła tak leżeć i czekać, aż zaśnie, a koszmar ponownie zaatakuje. 

Odrzuciła kołdrę i  wstała z łóżka. Powinna  zejść  na dół,  wypić szklankę  mleka. Usiąść  na 

ganku i poczekać, aż nocne powietrze ją otrzeźwi i ukoi. Kto wie, może będzie miała szczęście i 

sen odejdzie bezpowrotnie, nie zaatakuje jej, kiedy ponownie spróbuje zasnąć. 

Tak, akurat. 

Poszła  do  łazienki,  obmyła  twarz  i  ukradkiem  przemknęła  po  schodach  do  kuchni.  Tylko 

tego brakowało, żeby obudziła Jasona. Z miejsca zasypałby ją gradem pytań. Powiedziała mu, że 

koszmary z dzieciństwa są już przeszłością. 

Nalała sobie  mleka,  wyszła  z  domu  i  usiadła  na  stopniach  ganku  z  tyłu  budynku.  Drewno 

przyjemnie  chłodziło  jej  gołe  stopy;  odetchnęła  głęboko  powietrzem  wypełnionym  aromatem 

wiciokrzewu. Taka jest normalność. Rzeczywistość. Mroczna postać ze snu to tylko koszmarny 

wytwór jej wyobraźni. 

Nie, to nie wyobraźnia. On naprawdę tam był. Zrobił tę straszną rzecz i wciąż pozostawał na 

wolności, wciąż mógł odbierać ludziom życie. To jej wina. Jej wina. 

Mniejsza z nim. Miała własne życie. Nie mogła bez przerwy się karać, nie była męczennicą. 

Mama z pewnością by tego nie chciała. Podniosła szklankę i wypiła łyk mleka. 

W  świetle  księżyca  altana  lśniła  bielą.  Kerry  pomyślała,  że  jutro  trzeba  będzie  położyć 

następną warstwę farby, ale nawet teraz konstrukcja wyglądała całkiem nieźle. 

-  Znajdzie  się  na  tym  schodku  trochę  miejsca  dla  mnie?  Zesztywniała,  błyskawicznie 

kierując wzrok na mężczyznę, który stał kilka metrów od niej. 

Brad Silver. Poczuła, jak ogarnia ją gniew. 

background image

-  Nie,  nie  ma  tu  miejsca.  Ani  na  tym  schodku,  ani  w  moim  życiu.  -  Zacisnęła  dłoń  na 

szklance. - Do jasnej cholery, co tu robisz w środku nocy? To własność prywatna. 

- Obudziłaś mnie. - U siadł obok niej, na tym samym stopniu. 

- To tylko twoja wina. Gdybyś nie była taka pokręcona, żyłoby mi się znacznie łatwiej. 

- Jak to cię obudziłam? 

- Jak często miewasz takie sny? Nie przypominam sobie, by w ostatnim półroczu nawiedził 

cię podobny koszmar. 

- Skąd ... - Wzięła głęboki oddech. - Kim jesteś i co mi robiłeś przez ostatnie pół roku? 

- Absolutnie nic. Tylko obserwowałem. Doszedłem do wniosku, że muszę cię lepiej poznać, 

skoro uznałem, że się nadajesz. Travis od początku twierdził, że tylko ty wchodzisz w grę, ale ja 

lubię samodzielnie podejmować decyzje. 

- Obserwowałeś? - Zwilżyła językiem wyschnięte wargi. - Grzebałeś mi w myślach. Jesteś 

jednym z pomylonych przyjaciół Michaela, prawda? 

Skrzywił się. 

-  Kiedy  do  niego  zadzwoniłaś,  pewnie  ci  wyjaśnił,  że  nie  jestem  całkiem  normalny.  Co 

mówił? 

- Nazwał cię kontrolerem. - Usiłowała ukryć drżenie głosu. - Kontrolowałeś mój umysł, gdy 

Charlie umierał. Jak to robiłeś? 

- Kwestia doświadczenia. Nie byłem pewien, czy potrafię zerwać twoje połączenie i zastąpić 

je fałszywym obrazem. Jesteś bardzo silna. - Ale to zrobiłeś. 

- Bo  tobie samej się to nie udawało. Travis  mógł cię przeszkolić, ale nie  wyraziłaś zgody. 

Szkoda, być może wówczas nie musiałabyś kulić się w tamtym schowku jak cierpiące zwierzę. 

- Nie mam ochoty tego wysłuchiwać.

Chciała wstać, ale złapał ją za rękę i siłą posadził z powrotem. 

- Nie obchodzi mnie, czy chcesz tego, czy nie. Dość długo czekałem cierpliwie, aż dojdziesz 

do siebie po wstrząsie wywołanym śmiercią przyjaciela. Teraz mnie posłuchasz, i tyle. 

- Wypchaj się. - Patrzyła na niego z wściekłością. - Zabieraj łapy. 

- Nie ma sprawy. Nie chcę cię dotykać. - Odwzajemnił jej spojrzenie. 

-  Ale  jeśli  mnie  nie  wysłuchasz,  obudzę  twojego  brata  i  porozmawiam  z  nim  zarówno  o 

twoich koszmarach, jak i o tym, skąd o nich wiem. Nie sądzę, byś chciała martwić go faktem, że 

ma stukniętą siostrę. 

background image

- Drań. 

- Nie da się ukryć. Niemniej to nic nie zmienia. Skoro jestem draniem, z pewnością zrobię 

to, co mówię. 

Nie kłamał. Odwróciła wzrok. 

- Gadaj. 

- Mam dla ciebie zadanie. 

- Odpada. 

- Dlaczego? 

-  Bo  jesteś  walnięty i  chcesz,  żeby  mi  też  odbiło  -  wycedziła  przez  zaciśnięte  zęby.  -  Nie 

zamierzam mieć z tobą nic wspólnego. Pięć lat temu poinformowałam o tym Michaela Travisa. 

-  Nie  muszę  robić  z  ciebie  wariatki.  Już  nią  jesteś.  Gdy  ocknęłaś  się  ze  śpiączki, 

uświadomiłaś  sobie,  że  dysponujesz  nową  umiejętnością.  Wiesz  to,  ale  nie  chcesz  się  z  tym 

pogodzić. 

- Już się pogodziłam - zaprotestowała żarliwie. - Korzystam z tej zdolności, co nie oznacza, 

że muszę dołączyć do takiiej bandy popaprańców jak ty czy Travis. Chcę żyć normalnie. 

-  Szkoda.  Po  odzyskaniu  przytomności  znalazłaś  się  w  dość  ekskluzywnym  klubie.  Masz 

rzadki dar, a mnie on jest potrzebny. 

- Chrzań się. 

- Travis pozwolił ci odejść. Mógł wzbudzić w tobie wdzięczność za wskazówki, jak opuścić 

zakład, lecz tego nie zrobił. Dał ci pójść tam, dokąd cię oczy poniosą. Próbował cię rekrutować? 

- Rekrutować? 

- Nietrafne słowo? Co ci mówił? 

-  Wyjaśnił,  że  nie  jestem  stuknięta,  że  wizje  są  przesyłane  drogą  telepatyczną  i  że  muszę 

nauczyć  się  z  nimi  żyć.  Dodał,  że  nie  jestem  sama  i  że  jeszcze  inni  młodzi  ludzie  zdradzają 

umiejętności parapsychiczne po przebudzeniu ze śpiączki. On i jego żona usiłowali odnajdywać 

takie dzieci i im pomagać. 

- To dlatego, że Michael i Melissa sami przez to przeszli. 

Skinęła głową. 

- To też mi powiedział. Wyjaśnił, że gdybym trafiła do ich domu w Wirginii, pomogliby mi 

nad  tym  zapanować.  -  Jej  usta  zbielały.  -  Nie  potrzebowałam  pomocy.  Potrzebna  mi  była 

wyłącznie  świadomość,  że  nie  jestem  walnięta.  Ze  wszystkim  innym  dam  sobie  radę.  Lubię 

background image

swoje życie. 

- Chociaż jesteś niepełnosprawna. 

- Nie ja jestem niepełnosprawna, tylko ty stuknięty. 

-  Rzuciłaś  pracę  w  straży  pożarnej  bo  się  bałaś.  Strach  sprawia,  że  kompletnie  tracimy 

sprawność. 

- Nie boję się. 

-  Nie  chodzi  mi  o  strach  przed  płomieniami.  Ogarnął  cię  lęk,  że  będziesz  musiała  znowu 

przejść przez piekło, jak wtedy, gdy dwa lata temu Smitty Jones stracił życie w pożarze. 

- Smitty? 

-  Chodziłaś  z  nim  do  szkoły  i  oboje  pełniliście  służbę  w  remizie  numer  dziesięć.  Byliście 

sobie bardzo bliscy. Kochankowie? 

Wykrzywiła usta. 

- Jakbyś sam nie wiedział. 

- Nie wnikałem w to. Mam swoją etykę. 

- Gówno prawda. 

-  Dotarłem  na  tyle  głęboko,  by  wiedzieć,  że  twoje  rozdarcie  miało  coś  wspólnego  ze 

związkiem,  który  zakończył  się  wraz  ze  śmiercią  Smitty'ego.  Połączyłaś  się  z  nim  tak  jak  z 

Charliem? 

Nie odpowiedziała. 

- Moim zdaniem tak, ale udało ci się wyrwać, zanim zginął. Miałaś szczęście. Nie panowałaś 

nad sytuacją. Gdybyś się nie wyzwoliła, pociągnąłby cię za sobą. 

- Mogłabym umrzeć? - wyszeptała. 

- Myślałem, że wiedziałaś. Właśnie dlatego instynktownie się uwolniłaś. 

Odwróciła wzrok. - Kto wie. 

- Nie chciałaś przeżywać tego ponownie, więc poprosiłaś o przeniesienie. Uznałaś, że nic ci 

nie  grozi,  jeśli  będziesz  trzymała  się  z  dala  od  ognia.  -  Pokręcił  głową.  -  Kerry,  to  nie  tak 

przebiega, jeśli jesteś z kimś emocjonalnie związana. 

-  Musiałam spróbować  - wyjaśniła łamiącym  się  głosem.  -  Smitty  był  moim przyjacielem, 

najlepszym  przyjacielem.  Wkrótce  pewnie  byśmy  jeszcze  bardziej  się  zbliżyli.  Zabrakło  nam 

czasu. On zmarł, a ja nie mogłam znieść tego uczucia ... 

-  To  straszliwe  przeżycie  -  potwierdził  chrapliwym  głosem.  -  Myślisz,  że  jesteś  jedyna? 

background image

Uważasz, że poza tobą nikt nie ma takich przejść? Każdemu z nas przytrafiło się coś podobnego. 

- Nie jestem jedną  w was.  Nie chcę  mieć z wami nic wspólnego. -  Ponownie  spojrzała na 

niego. - Ani z tobą. Jesteś potworny. 

- Twoja reakcja nie jest nietypowa. Co innego pozwolić komuś zajrzeć do twoich myśli, a co 

innego  nimi  sterować.  -  Wzruszył  ramionami.  -  Nauczyłem  się  z  tym  żyć.  Przekonasz  się,  że 

mogę być dla ciebie bardzo użyteczny. 

- Nie chcę cię wykorzystywać. Chcę, żebyś odszedł. 

- Jeszcze nie dałaś mi wyjaśnić, co mogę dla ciebie zrobić. 

- Nic nie możesz zrobić. 

-  Przeciwnie.  Mogę  ci  ofiarować  to,  czego  pragnęłaś  przez  całe  życie.  -  Zawiesił  głos.  -

Widzisz, on ma twarz. I ty wiesz, jak on wygląda. Po prostu nie potrafisz przezwyciężyć grozy 

tamtej nocy i przywołać wspomnień. 

- I niby ty mi pomożesz? - Pokręciła głową. - Kiedy ocknęłam się ze śpiączki, policja robiła 

wszystko,  żebym  przypomniała  sobie  tamte  zdarzenia.  Nic  z  tego,  po  prostu  znikły.  Wstrząs  i 

śpiączka wyczyściły mi pamięć. 

- Ale nie całkiem. Twoje wspomnienia są ukryte. Potrafię wydobyć je na światło dzienne. To 

nie będzie proste, ale mogę tego dokonać. 

-  Nie  wierzę  ci.  Gdybym  była  w  stanie  coś  sobie  przypomnieć,  udałoby  mi  się  to  już 

wcześniej. Uważasz, że nie chcę, żeby ukarali tego sukinsyna? Zabił moją matkę. Zostawił ją w 

płonącym domu na pewną śmierć. - Jej głos drżał. - Później dowiedziałam się, że po ugaszeniu 

pożaru znaleziono tylko jej kości. 

- Najwyraźniej zbyt słabo tego pragniesz. 

- Bzdura. - W stała. - Po prostu nie wierzę, żebyś potrafił mi pomóc, a nawet gdybyś był do 

tego zdolny, nie zaryzykowałabym układu z tobą. 

-  To  wynika  z  twojej  obawy,  że  mógłbym  grzebać  ci  w  myślach.  Obiecuję,  że  tego  nie 

zrobię. Zwykle bez pozwolenia nie naruszam niczyjej prywatności. 

- Dałeś tego przykład w schowku. 

-  To  była  konieczność.  Nie  chciałem,  żebyś  doświadczyła  załamania  nerwowego,  zanim 

przedstawię ci swoją propozycję. 

Wpatrywała się w niego ze zdumieniem. Był taki zimny, taki nieprzejednany. 

- Rzeczywiście, moje załamanie byłoby ci nie na rękę. 

background image

- Właśnie. - Kącik jego ust uniósł się w cynicznym uśmiechu. 

- Nie mogłem marnować czasu na poszukiwania innego talentu twojej miary. Wybacz, jeśli 

jesteś  rozczarowana  moim  brakiem  ludzkich  uczuć.  Muszę  działać  szybko  i  brutalnie,  by  cię 

przechytrzyć, a sądzę, że jesteś zbyt uczciwa i bezpośrednia, aby docenić mój spryt.

- Jestem dość bezpośrednia, by kazać ci odczepić się ode mnie 

i wynosić z mojego życia. 

- A nie ciekawi cię, czego od ciebie chcę? 

- Nie - skłamała. Umierała z ciekawości. To jasne. 

-  Chcę,  żebyś  znalazła  potwora.  Takiego  potwora,  przy  którym  morderca  twojej  matki 

wydaje się aniołem. 

- Kogo? 

Pokręcił przecząco głową. 

-  Muszę  dotrzymać  zobowiązania.  Obiecałem  Travisowi,  że  nie  zdradzę  żadnych 

szczegółów,  dopóki  się  nie  upewnię,  że  zachowasz  całkowitą  dyskrecję.  Są  ludzie,  którzy 

uznaliby  to  za  twój  patriotyczny  obowiązek.  Osobiście  mam  gdzieś  patriotyczne  obowiązki.  -

Wbił w nią lodowate spojrzenie. - Chcę tylko, żebyś go znalazła . 

- A ja nie lubię, kiedy ktoś narzuca mi swoją wolę. - Uchyliła siatkowe drzwi. - Złożyłeś mi 

propozycję, a ja ją odrzuciłam. Teraz zjeżdżaj. 

Pokręcił głową. 

- To była moja  pierwsza  próba.  Wiedziałem,  że  na początku  mogę napotkać trudności,  ale 

nie dam ci spokoju, dopóki nie przyjmiesz oferty. 

- Jeśli cię zobaczę w pobliżu, natychmiast wzywam policję. 

Wstał. 

-  Wobec  tego  mnie  nie  zobaczysz,  niemniej  będę  tutaj.  Pomyśl  o  tym.  Ten  drań,  który 

odebrał  życie  twojej  matce,  wciąż  trzyma  cię  w  szachu.  Nie  chcesz  odzyskać  wolności?  Nie 

chcesz zobaczyć, jak on się smaży w piekle? 

- Nawet nie zamierzam odpowiadać. 

- Więc pozwól mi zapalić zapałkę, której płomień pośle go tam, gdzie jego miejsce. - Mówił 

łagodnym głosem, z powagą i przekonaniem. - Uwierz mi. Potrafię tego dokonać. 

W tamtej chwili niemal mu uwierzyła. Wydawał się taki przejęty. 

Dobry Boże, podczas poprzedniego spotkania zwróciła uwagę na jego siłę woli, ale dopiero 

background image

teraz zdała sobie z tego sprawę. 

Tym  bardziej  powinna  unikać  z  nim  kontaktu.  Był  zbyt  natrętny,  nawet  kiedy  nie 

wykorzystywał swoich  odrażających umiejętności. Nie starał się ukryć ani bezwzględności, ani 

egoizmu. Był obcym, który chciał ją do czegoś nakłonić. Nie mogła mu ufać ani wierzyć. 

- Nie pomożesz mi. Żegnaj, Silver. 

Uśmiechnął się. 

- Przez chwilę niemal miałem cię w garści, co? 

- Śnij dalej. 

Pokiwał głową. 

-  Wiem,  co  mówię.  Byłaś  blisko.  Pragniesz  tego,  co  ci  proponuję,  ale  się  boisz.  To 

zrozumiałe. Powiem ci, że dzisiejszą noc zaliczę do udanych. Ulżyło mi, kiedy się przekonałem, 

że być może uda mi się uniknąć radykalnych rozwiązań. 

Momentalnie się zjeżyła. - Radykalnych? 

- Mniejsza z tym. Dobranoc, Kerry. - Spojrzał na altanę. - Odwaliłaś kawał dobrej roboty, ale 

przydałaby się jeszcze jedna warstwa farby. 

- Wiem. Zajmę się tym jutro. 

- Jutro nie będziesz zmęczona. Będziesz dobrze spała. - Nie odrywał wzroku od konstrukcji. 

- Wiem, że się boisz powrotu koszmarów, ale już ci nie grożą. 

- Co? 

Ponownie skierował na nią wzrok. 

-  To  skromny  podarunek.  Drobiazg  akonto  przyszłych  usług.  -  Ruszył  przez  trawnik  do 

furtki. - I dowód na to, że mogę się przydać. 

-  Co  ty  sobie  wyobrażasz?  Nie  potrzebuję  żadnych  prezentów.  Masz  się  trzymać  z  daleka 

od... 

Znikł. 

I  dobrze,  pomyślała  Kerry.  Weszła  do  domu  i  starannie  zamknęła  kuchenne  drzwi. 

Uświadomiła sobie, że cała drży. Rozmowa o potworze, którego zamierzał znaleźć, poruszyła ją 

niemal równie głęboko, jak jej pierwsze spotkanie z Silverem. 

Od dawna nękały ją demony. Nie musiała poszukiwać nowych, na jego życzenie. Rzekome 

podarunki  Silvera  były  podejrzane,  zwłaszcza  że  potrafił  wpływać  na  jej  percepcję,  tak  jak  to 

uczynił  wcześniej.  Miała  ochotę  schować  głowę  pod  kocem,  tak  jak  to  robiła  w  dzieciństwie. 

background image

Powinna zachować się rozsądnie i dojrzale, czyli unikać Silvera jak ognia. Miała rację, obawiając 

się go. 

Wiem, że się boisz powrotu koszmarów, ale już ci nie grożą. 

To również ją przerażało.  Nie tylko wiedział o jej zmorach, ale w dodatku utrzymywał, że 

potrafi im zapobiec. Czuła się ... manipulowana. 

Nie, to się nie zdarzy. Najprawdopodobniej po prostu wywierał na nią nacisk, w nadziei że w 

ten sposób skłoni ją do posłuszeństwa. Koszmary zawsze powracały tak silne, że chyba nic ich 

nie mogło powstrzymać. 

On wciąż trzyma cię w szachu. 

Mniejsza z Silverem. Powinna wrócić do łóżka i tam walczyć z sennością, bo wbrew temu, 

co powiedział, potworne wizje nadejdą ponownie. 

Dym. 

Kłujący ból w płucach. 

Wiedziała, że po otworzeniu oczu ujrzałaby płomienie. 

Silver kłamał. Dlaczego ogarnęło ją tak straszne rozczarowanie? 

To dowodziło jedynie, że miała na tyle silną wolę, by odrzucić wszelkie jego sugestie. 

Trzask płomieni. 

Jej matka wkrótce stanie w drzwiach i ją obudzi. 

Żar. Mamo! 

Gwałtownie otworzyła oczy. 

W pokoju gościnnym płomienie lizały zasłony niczym wygłodniała chimera. 

Pokój gościnny? 

Pokój gościnny Jasona. To nie sen. Pożar! 

Momentalnie wyskoczyła z łóżka i popędziła w kierunku drzwi, wychodzących na korytarz. 

Gęsty dym. 

- Jason! Laura! Uciekajcie stąd! 

-  Jestem.  -  Drzwi  do  sypialni  Jasona  były  otwarte,  a  on  sam  stał  w  progu,  podtrzymując 

owiniętą  kocem  żonę.  -  Jest  ranna.  Próbowała  ugasić  ogień  na  zasłonach  i  jej  koszula  nocna 

stanęła w płomieniach ... 

-  Na  dół.  Wynieś  ją  na  dwór.  -  Pożar  wybuchł  jednocześnie  w  różnych  pomieszczeniach. 

background image

Chaos.  Szaleństwo.  Bez  wyraźnego  schematu.  Bez  związku.  Balustrady.  Potem  stół  w 

przedpokoju. 

Dobry Boże, drzwi wejściowe buchały ogniem. 

- Przez kuchnię - zakomenderowała Kerry, popędzając Laurę i Jasona na tył domu. - Szybko. 

Błagam, Boże. Tylko nie drzwi kuchenne. Oby tylko mogli się wydostać z domu. 

Szafki w kuchni stały w płomieniach tak gorących, że topiły się okucia. 

Mimo to pożar nie objął jeszcze drzwi. 

Rzuciła się w ich stronę, przekręciła zamek i jednym szarpnięciem  klamki otworzyła je na 

oścież. 

- Idziemy! 

Jasonowi nie trzeba było tego powtarzać. Już biegł po schodkach do ogrodu. Kerry pędziła 

za nim. 

- Postaw ją na ziemi. Chcę na nią spojrzeć. 

- Boli ją. - Po twarzy Jasona spływały łzy. - Jęczała, kiedy ją niosłem ... 

-  Ale  żyje.  -  Przełknęła  ślinę,  oglądając  ręce  i  ramiona  Laury.  Chryste.  -  Zostań  tu, 

podtrzymuj ją. Ja pobiegnę do sąsiadów, żeby wezwać pomoc. 

- Szybko, na litość boską. 

Pognała przez ogród do furtki. Trzeba zatelefonować po pomoc. Nagle jej skronie przeszył 

ból, musiała chwycić furtkę, żeby nie upaść. 

Potwór. Potwór. Uśmiechnięty. 

Siedzial za kierownicą jasnobrązowego samochodu terenowego, zaparkowanego przecznicę 

dalej i obserwował płomienie,  które pochłaniały  dom. Uwielbiał  patrzeć  na  pożary. Dowodziły

jego potęgi. Ale, prawdziwym dowodem była śmierć ludzi. Pożar to tylko broń. 

Ten  ogień  nie  był  jednak  doskonały.  Mała  antena  wciąż  wymagała  dopracowania.  Nie 

potrafił  jej  kontrolować  na  odległość  i  przez  to  nie  miał  pewności,  że  Kerry  Murphy  zginęła. 

Istniał tylko jeden pewny sposób, by zyskać pewność. 

Uruchomił samochód i zjechał z krawężnika. Musiał doprowadzić sprawę do końca ... 

Nacisnął guzik pilota. 

Kerry usłyszała syk przywodzący na myśl powietrze zasysane przez tornado. 

Wystarczyły sekundy, żeby dom Jasona zniknął z powierzchni ziemi. 

background image

-  Puść  tę  cholerną  furtkę.  -  Silver  usiłował  rozprostować  jej  dłonie,  zaciśnięte  na  stalowej 

barierce. - Musisz uciekać. Wszędzie fruwają iskry. 

- Laura - powiedziała głucho. - Trzeba wezwać pomoc. 

- Pomoc jest już w drodze, sam po nią zadzwoniłem. - Wypchnął ją na ulicę. - Idź na drogę i 

pokaż ekipie ratowniczej, dokąd jechać, a ja wyprowadzę Jasona i Laurę, żeby nie poparzyły ich 

te iskry. 

Potrząsnęła głową, żeby uwolnić się od bólu, a następnie wyszła na ulicę. Laura. Tylko ona 

się liczyła. Musieli uratować Laurę. 

Lepiej nie myśleć o potworze. 

Silver wszedł do szpitalnej poczekalni i podał Kerry kubek kawy. 

- Jak tam Laura? 

- Przeżyje. - Wypiła łyk gorącego napoju. - Ale nie wiadomo, co z dzieckiem. Cały czas je 

ratują. 

- Bądźmy dobrej myśli. - Usiadł obok. - Była w zaawansowanej ciąży? 

- W ósmym miesiącu. Mały ma spore szanse. - Spojrzała na zegarek. - Minęły dwie godziny. 

Można założyć ... 

- To chłopiec? 

Skinęła głową: 

- Zamierzali dać mu na imię Pete. - Odetchnęła głęboko i się poprawiła: - Zamierzają dać mu 

na  imię  Pete.  Nie  wolno  tracić  nadziei.  Bóg  nie  zrobiłby  tego  Jasonowi  i  Laurze.  Tak  bardzo 

pragną dziecka. Starali się o nie od trzech lat. Zamierzali przystąpić do programu adopcyjnego, 

gdyby Laura nie zaszła w ciążę, ale pewnego dnia zdarzył się cud. Przynajmniej oni uznali to za 

cud. - Ponownie napiła się kawy. - Nie tracę nadziei. 

- Czasami nie pozostaje nam nic poza nadzieją. Spojrzała na niego uważnie. 

- Wiesz, co się dzieje na sali operacyjnej? Wiedziałeś o pożarze. 

Pokręcił przecząco głową. 

- Tylko dlatego, że miał związek z tobą. Nie zawsze tak jest. 

- Zatem nie jesteś wszechmocny. - Wydęła wargi. - Coś takiego. 

background image

- Nikt nie jest wszechmocny. Musimy korzystać z tego, czym dysponujemy. Wiedziałabyś o 

tym,  gdybyś  podjęła  współpracę  z  Travisem.  -  Zajrzał  do  swojego  kubka.  -  Kerry,  nie  masz 

powodu do obaw. Nie zamierzam cię skrzywdzić. 

- Rozumiem, że człowiek, który podpalił dom Jasona, również nie chciał zrobić mi krzywdy. 

- Oblizała wyschnięte  wargi.  - Świetnie  się bawił.  Był. .. odrażający. Żałował, że nie jest  dość 

blisko, aby poczuć swąd palonego mięsa. 

Znieruchomiał. 

- Nawiązałaś z nim kontakt? 

Skinęła głową. 

- To ten twój potwór, prawda? Tkwiłeś w głębi jego umysłu przez cały czas, kiedy patrzył w 

płomienie. 

- Tak, jestem pewien, że to on za to odpowiada. Nikt inny nie potrafi wzniecić pożaru w taki 

sposób. 

-  To  dziwne.  -  Potarła  skroń.  -  Nie  wiem,  co  o  tym  myśleć.  Rozmaite  meble  zdawały  się 

samoczynnie stawać w płomieniach. 

- Zgadza się. 

- A ten wybuch na  koniec ... - Odwróciła  się  ku niemu. -  Dlaczego?  Czemu podpalił  dom 

Jasona? 

- Zapewne cię obserwował, bo sądził, że możesz dać się przekonać do współpracy ze mną. 

-  Więc  chciał  zabić  Jasona  i  Laurę  oraz  mnie  tylko  dlatego,  że  był  świadkiem  twojej 

rozmowy ze mną? 

- Nie zwraca uwagi na to, ilu ludzi zabija. Musisz wiedzieć, jaki jest Trask. 

- Wiesz, kto to zrobił? Znasz jego nazwisko? 

- Znam, ale nie wiem, gdzie go szukać. Doskonale zaciera za sobą ślady. Jest niesłychanie 

inteligentny, to wręcz geniusz. 

Pokręciła głową. 

- Raczej szaleniec. Kocha ogień. Jest na ciebie zły ... zły, ale się ciebie boi. 

Zapadło krótkotrwałe milczenie. 

- Dzisiejszej nocy sporo się o nim dowiedziałaś. 

- Mimowolnie. Odsłonił się przede mną. Był otwarty i pełen jadu. 

- Zamknęła oczy. - Zrobiło mi się niedobrze. Laura ... 

background image

- Cierpisz - mruknął. - Potrafię ci pomóc. Wystarczy, że dasz mi przyzwolenie. 

Otworzyła szeroko oczy. 

- Ani się waż. To mój ból i tobie nic do niego. To znak, że żyję i jestem sprawna. Gdybym 

potrzebowała środka przeciwbólowego, poprosiłabym lekarza, a nie jakiegoś niedorobionego ... 

- Już dobrze, wystarczy. Tylko zaproponowałem. - Rozparł się na krześle. - Czasami mam 

trudności z zachowaniem umiaru. 

- Nie staraj się, tylko zachowuj normalnie, jak człowiek. 

- Jestem normalnym człowiekiem. Przez większość czasu. Przynieść ci coś do jedzenia? 

- Nie. Nie chcę i nie potrzebuję niczego od ... 

- On odszedł, Kerry. - W drzwiach stał Jason, a po jego policzkach spływały łzy. - Nie żyje. 

Jak ja to powiem Laurze? 

- Niech to diabli! - Kerry zerwała się na równe nogi i rzuciła się bratu w ramiona. - Jason, tak 

mi przykro. Całym sercem wierzyłam, że ... 

- Ja też. - Przytulił ją mocno. - Kerry, my z nim rozmawialiśmy. Był już członkiem naszej 

rodziny. Laura ... Jak ja ... 

- Odprowadzę cię do jej pokoju. Pogadamy. Jeśli chcesz, będę przy tobie. 

Pokiwał głową. 

- Zawsze jesteś przy mnie, kiedy cię potrzebuję. Ale gdybyś mogła ... - Wzruszył ramionami. 

- Sam nie wiem, co byś mogła zrobić. W takiej sytuacji chyba nikt mi nie pomoże. 

Odwróciła go do drzwi. 

-  Przede  wszystkim  pora  iść  do  Laury.  Będzie  cię  potrzebowała,  gdy  się  ocknie.  -  Kerry 

pięścią otarła łzy z policzków. - O wszystkim innym pomyślimy później. 

Jason skinął głową. 

- Najpierw Laura. 

- Tak jest. - Objęła go w pasie i otworzyła drzwi. Zanim przez nie przeszła, spojrzała jeszcze 

przez ramię na Silvera. - Ty zostań tutaj - nakazała surowo. - Bez względu na to, jak długo mnie 

nie będzie, masz tu czekać do mojego powrotu. 

-  Nigdzie  się  nie  wybieram.  -  Patrzył  jej  prosto  w  oczy.  -  Dlaczego  miałbym  iść?  Idę  o 

zakład, że ten sukinsyn Trask odwalił za mnie robotę. 

Kerry wróciła do poczekalni dopiero trzy godziny później. 

background image

- Idziemy - oznajmiła krótko. 

Wstał. 

- Mogę wiedzieć dokąd? 

- Wezmę prysznic i coś zjem. Poza tym muszę się przebrać, ten zielony kitel, który dostałam 

od pielęgniarki, nie załatwia sprawy. 

- A co z twoim bratem? 

- Nie opuści Laury. Pozwolili mu zostać w szpitalu. 

- Nie chcesz być przy nim? 

- Teraz potrzebuje tylko żony. Nie mam prawa naruszać ich prywatności w chwili cierpienia. 

- Ruszyła do drzwi. - Gdzie się zatrzymałeś? - W Marriotcie. - Sięgnął po telefon. - Zarezerwuję 

pokój dla ciebie i dla twojego brata na jutrzejszą noc. Może być? 

Skinęła głową. 

- Nie wiem, czy Jason skorzysta z tej propozycji, ale to dobra myśl. Co z ubraniami? 

-  Poproszę  o  wcześniejsze  otwarcie  sklepu  i  kupię  ci  parę  najważniejszych  rzeczy.  Jakoś 

wytrzymasz do czasu, kiedy będziesz mogła sprowadzić swoje ciuchy z Atlanty. 

- Nawet nie zamierzam pytać, jak skłonisz obsługę sklepu, żeby zrobiła dla ciebie wyjątek. 

- Och, nie zamierzam stosować żadnych magicznych sztuczek. 

- Ujął ją pod łokieć. - Zastosuję sprawdzoną metodę przekupstwa. 

Kerry wzięła prysznic i umyła włosy. Dwie godziny później Silver zastukał do drzwi. 

On także się umył i przebrał. Gdy otworzyła, wręczył jej plastikową torbę. 

-  Ten  ręcznik  jest  szałowy,  ale  wygodniej  ci  będzie  w  tym.  Spodnie,  bluza,  trochę 

kosmetyków.  Niestety,  nie  mieli  bielizny.  Posłałem  boya  do  centrum  handlowego,  coś  ci 

wybierze. 

- Rozumiem, że znasz moje rozmiary. 

-  Stanik  siedemdziesiąt  pięć  B,  majtki  trzydzieści  osiem.  -  Usiadł  na  fotelu  przy  oknie.  -

Zamówiłem coś do jedzenia. Zupa, kanapki z kurczakiem, kawa. Może być? 

Kiwnęła głową. 

-  Wszystko  jedno  -  mruknęła.  Przyjęła  torebkę  i  poszła  do  łazienki.  Po  kilku  minutach 

wyszła w jasnobrązowych spodniach i zielonej bluzie. - Co z butami? 

- Dostaniesz je razem z bielizną. Sportowe, numer czterdzieści. New Balance, nie Nike. 

background image

Zacisnęła wargi. 

- Wiesz o mnie wszystko . 

- Nie, skąd. Trudno jednak nie zwrócić uwagi na takie drobiazgi. 

- Obserwowałeś mnie. Masz pojęcie, jak bardzo mnie to wkurza? 

- Jasne. Sam byłbym wściekły na twoim miejscu. - Uśmiechnął się bez przekonania. - Z tymi 

loczkami wyglądasz jak sierotka Marysia. To bardzo kuszące. Nie wiem, dlaczego tak bardzo się 

starasz je wyprostować. 

- Bo nie jestem sierotką Marysią. Jestem dorosła i nie mam ochoty do nikogo się upodabniać. 

-  Usiadła  naprzeciwko  niego.  -  Nie  lubię  podstępów  i  nie  znoszę,  kiedy  ktoś  narusza  moją 

prywatność. - To już wiem. 

- Wracam do tego tematu, bo wyjątkowo brutalnie wdarłeś się w moje najbardziej intymne 

sprawy. To ohydne. 

Skinął głową i czekał. 

- I nigdy ci nie wybaczę, że wprowadziłeś tego  potwora w nasze życie. Jesteś tylko trochę 

mniej winny niż facet, który wzniecił pożar. 

- Zgadzam się. - Popatrzył jej w oczy. - Wydaje mi się jednak, że już ustaliłaś, kto zajmuje 

pierwszą pozycję na liście twoich wrogów. - Uplasowałeś się tuż za nim - wyjaśniła oschle . 

- Reprezentuję wszystko to, czego nie cierpisz. Uważasz mnie za pozbawionego skrupułów 

drania, niemniej nie rozmawiałabyś ze mną bez powodu. Powiedz mi, dlaczego tu jestem. 

- Oczekuję wyjaśnień. - Zacisnęła dłonie na poręczach fotela. 

- Chcę dopaść tego sukinsyna, który zabił syna Jasona. Bardzo chcę go dorwać. 

-  Podejrzewałem,  że  tak  będzie.  Jesteś  wrażliwa  i  opiekuńcza,  masz  silnie  rozwinięty 

instynkt macierzyński. 

- Przestań analizować moją osobowość. Naprawdę niewiele o mnie wiesz

Wzruszył ramionami . Poczuła gniew. 

- Niech cię diabli. Czuję się tak, jakbyś na mnie napadł, obrabował. - Z trudem pohamowała 

wściekłość.  -  To  się  już  nie  powtórzy.  Jeżeli  chcesz,  żebym  pomogła  ci  znaleźć  tego  Traska, 

musisz mi obiecać, że już nigdy nie zrobisz tego co wtedy, gdy umierał Charlie. 

- Obiecuję. 

- I nie będziesz ... się wtrącał. 

background image

- Bez twojego pozwolenia - nigdy. 

- Nigdy go nie otrzymasz. 

- Niewykluczone. Sytuacja niekiedy wymaga radykalnych kroków. - Pokręcił głową,  kiedy 

otworzyła usta, by coś powiedzieć. - Na pewno już nigdy nie wejdę na twój teren. Zazwyczaj i 

tak  tego  nie  robię.  Masz  mnie  za  jakiegoś  cholernego  podglądacza?  Zresztą  to  bardzo 

niewygodna sytuacja, dopóki nie poznam wszystkich dogodnych punktów obserwacyjnych. 

- Punktów obserwacyjnych? 

- Na domiar złego stworzyłaś bariery przeciwko mnie. Pokonanie ich nie byłoby proste.

- Ale nie niemożliwe? 

Ściągnął brwi. 

- Musiałaś zadać to pytanie, kiedy robię, co mogę, żeby cię podnieść na duchu. 

- Potrafisz przedrzeć się przez moje bariery? 

-  Może.  Jestem  całkiem  niezły  -  oznajmił  i  dodał:  -  Jak  jednak  powiedziałem,  kieruję  się

pewnymi  normami  etycznymi.  Kiedy  zauważyłem,  jak  potężną  siłą  dysponuję,  musiałem 

wypracować  własny  kodeks  moralny.  W  przeciwnym  razie  zmieniłbym  się  w  potwora.  -

Skrzywił się. - Prawdę mówiąc, niekiedy tracę panowanie nad sobą. Nie jestem taki, jak Travis.

Wściekam się i mszczę bez większych zahamowań. 

- Jeśli usiłujesz mnie podnieść na duchu, to kiepsko ci idzie. 

- Ale za to możesz lepiej mnie poznać. A znane zło ... - Spojrzał jej w oczy. - Powiedziałaś, 

że  nie  znosisz  podstępów.  Nie  będę  kręcił,  zobaczysz.  Złożyłem  obietnicę  i  zamierzam  jej 

dotrzymać. 

- Chyba że cię wkurzę. 

- To mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę, że jesteśmy w tym samym zespole. 

Rozległo się pukanie do drzwi. 

- Obsługa hotelowa. - Wstał, żeby otworzyć. - Lepiej się poczujesz, kiedy coś zjesz. Cierpisz 

na lekką hiperglikemię i bez odpowiedniej porcji białka stajesz się nerwowa. 

- Nie cierpię na hiper. .. - Dała sobie spokój. To była drobnostka, a miała na głowie mnóstwo 

innych, istotniejszych  problemów. - Byłabym nerwowa  bez względu na  ilość  spożytego białka. 

Mam do tego wszelkie prawo. 

- Tak. - Wtoczył wózek do pokoju i nogą zatrzasnął drzwi. - To prawda. Ale przekąska ci nie 

zaszkodzi. 

background image

Nie zaszkodziła. Kerry nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo jest głodna, dopóki nie zaczęła

jeść. Błyskawicznie połknęła kanapkę z kurczakiem oraz zupę pomidorową. 

- Uspokoiłaś się trochę? - Silver nalał jej filiżankę kawy. 

Nie zamierzała się przyznawać, że wcześniej była niespokojna. 

- Jestem w idealnej kondycji. - Wypiła łyk napoju. - A ty? Niewiele jadłeś. 

- Zadatkowałem minibarek w swoim pokoju i ogołociłem go doszczętnie, kiedy czekałem, aż 

się wykąpiesz i weźmiesz w garść. - Nalał sobie kawy. - Namiętnie uwielbiam solone orzeszki. 

- Naprawdę? Nie sądziłam, że jesteś zdolny do odczuwania jakichkolwiek namiętności. 

- Błąd, ale masz prawo do własnej opinii i pewnie czujesz się bezpiecznie wyobrażając mnie 

sobie jako faceta zimnego i nieprzystępnego. - Uśmiechnął się. - Uwielbiam jeszcze wiele rzeczy. 

Nie wyobrażam sobie życia bez wyścigów NASCAR, bez baseballu, nurkowania, opery, psów i 

blondynek w typie Gwyneth Paltrow. Rzecz w tym, że brakuje mi na to wszystko czasu. 

- Jesteś za bardzo zajęty wtykaniem nosa w nie swoje sprawy? 

- Otóż to. 

- Wobec tego czemu nie możesz znaleźć Traska ? 

-  No  i  wróciliśmy  do  punktu  wyjścia.  -  Podniósł  filiżankę  do  ust.  -  Nie  wyczuwam  go. 

Jestem na niego ślepy. Poza tym to nie jest mój dar. 

-  Nie  wierzę  że nie  starałeś  się  namówić  do  współpracy  swoich  kumpli  o  paranormalnych 

umiejętnościach. 

-  Ach,  próbowałem.  Bezskutecznie.  W  takiej  sytuacji  pozostało  nam  tylko  skupić  się  na 

staroświeckiej robocie detektywistycznej ale jak dotąd bez rezultatu. 

- To może skontaktujcie się z ludźmi o większym doświadczeniu, choćby z policją. 

- Już to zrobiliśmy. FBI. ATF. Służby Specjalne. Nic z tego. 

- Czemu któraś z agencji rządowych miałaby być zainteresowana schwytaniem Traska ? 

Milczał przez chwilę. 

- Czy mogę uznać, że jesteś zaangażowana w sprawę? 

- Tylko pod warunkiem, że chodzi o mężczyznę, który spalił dom Jasona. 

- Przecież wiesz, że to on. 

Tak,  wiedziała.  Nie  potrafiła  odszyfrować  ani  nawet  rozpoznać  niektórych  odprysków 

świadomości, lecz wrogość i nienawiść do Silvera były oczywiste. 

- Dlaczego on cię nienawidzi? 

background image

- Parę razy byłem bliski jego pojmania. Lubi myśleć, że jest nieuchwytny, to mu dobrze robi 

na ego. 

- Skąd wiesz? 

-  Badałem  jego  profil  i  chyba  potrafię  przewidzieć,  jak  zachowuje  się  w  określonych 

okolicznościach. 

- Jakich okolicznościach? Czemu któraś z agencji rządowych miałaby się nim interesować? 

- James Trask kierował programem naukowym finansowanym przez  Ministerstwo Obrony. 

Mniej więcej rok temu program zlikwidowano, a Trask wraz z grupą naukowców wylądował na 

bruku. 

Dostał szału. Spakował manatki wymknął się śledzącym go agentom CIA i zniknął. 

- Dlaczego CIA go śledziła? 

-  Bo  dysponował  informacjami  potencjalnie  przydatnymi  dla  pewnego  obcego  mocarstwa. 

Fakt,  że  przerwaliśmy  prace  nad  projektem  Morze  Ognia,  nie  oznaczał,  że  inne  państwa  nie 

byłyby zainteresowane jego wykorzystaniem. 

- Morze Ognia? 

- Trask próbował opracować system samozapłonu wywoływanego drogą radiową. Ta metoda 

wiąże  się  z  transformacją  cząsteczek  a  także  z  wytwarzaniem  ogromnych  ilości  ciepła.  Trask 

utrzymywał, że potrafiłby w ten sposób likwidować mniejsze miejscowości a przy potężniejszym 

nadajniku  nawet  całe  miasto.  -  Silver  dodał  ponuro:  -  Jeśli  to  prawda  w  wielu  miejscach  nie 

pozostanie kamień na kamieniu. 

- Już mu się to udało} prawda? - Przypomniała sobie w jaki dziwny sposób rozprzestrzeniał 

się pożar w domu Jasona. - Zakończył prace przed przerwaniem projektu. 

Silver skinął głową. 

- Tak} zrobił to. Pracował nie tylko w laboratorium prowadził też badania na własną rękę. 

Właśnie  dlatego  uznano  go  za  potencjalne  zagrożenie.  Nie  chciał  by  jego  praca  trafiła  do 

szuflady. Pragnął by ludzie ją wykorzystali} a w stosownym czasie docenili jego wysiłek. Kiedy 

się wycofał} w laboratorium nastąpił wybuch który zniszczył wszystkie dane zgromadzone przez 

innych członków zespołu. Z Białego Domu przysłano polecenie by projekt ten nigdy nie ujrzał 

światła dziennego. 

- Czy rezultaty byłyby aż tak niebezpieczne? 

- Równie groźne jak zmutowana forma czarnej ospy uwolniona 

background image

w wielkim mieście. Z tym że skutki byłoby widać natychmiast. Dwie godziny wystarczyłyby 

do  zniszczenia  miasta  wielkości  Atlanty.  Pożar  byłby  tak  gwałtowny,  że  jego  ugaszenie  nie 

wchodziłoby w grę. 

- Jezu. 

Pokiwał głową. 

-  Andreas  nie  chciał,  żeby  taki  rodzaj  broni  upowszechnił  się  w  świecie.  I  tak  istnieje  już 

wystarczająco dużo środków masowej zagłady. 

- Powinien był pomyśleć o tym wcześniej, zanim sfinansowano projekt. 

-  Prezydent  nie  ma  możliwości  kontrolowania  wszystkich  prac  badawczych.  Projektem 

zajmowała się grupa senatorów. Wyszli z założenia, że od przybytku głowa nie boli. Pieniądze na 

badania ukrywano w budżetach innych przedsięwzięć. Kiedy Andreas dowiedział się o projekcie, 

natychmiast  wstrzymał  jego  finansowanie.  Rzecz  w  tym,  że  Trask  zdążył  już  zniknąć  wraz  z 

dyskietkami. Był wściekły, nieco szalony i ogarnięty żądzą zemsty. 

- Usiłował sprzedać informacje innym państwom? 

-  Informatorzy  z  obcych  państw  donieśli,  że  podobno  prowadził  rozmowy  z  Ki  Yongiem, 

członkiem rządu Korei Północnej. Obecnie jednak interesuje go co innego. - Zawiesił głos. - Na 

razie  skupił  się  na  eliminowaniu  swoich  współpracowników  zatrudnionych  przy  projekcie,  a 

także przedstawicieli władz, którzy w jego mniemaniu urządzili na niego nagonkę. 

- Co takiego? 

-  W  ciągu  ostatniego  roku  zginęło  sześciu  naukowców,  biorących  udział  w  pracach 

badawczych. Wszyscy spłonęli żywcem. 

- Czemu to robi? 

- Najprawdopodobniej obawia się, że ktoś skopiuje Morze Ognia, a tymczasem Trask chce 

ten projekt tylko dla siebie. 

- A co z członkami rządu, których wziął na celownik? 

- Zemsta. Trzech senatorów i jeden członek Izby Reprezentantów zwrócili uwagę Andreasa 

na Morze Ognia i przekonali go o konieczności wstrzymania dalszych prac badawczych nad tym 

projektem.  -  Silver  zacisnął  usta.  -  Jak  dotąd  zamordowano  dwóch  senatorów  i  jednego 

kongresmana. 

- Spaleni żywcem? 

Skinął głową. 

background image

- Na  dodatek  nie  zwracał  uwagi,  czy  jego  ofiary  są  same,  czy  przebywają  w  czyimś 

towarzystwie. Cameron Devers był z żoną, gdy ich samochód stanął w płomieniach. Kongresman

Edwards jechał z synkiem na mecz piłkarski. Obaj zginęli. 

- Mogłam się tego spodziewać. W końcu nie obchodził go los Jasona ani Laury. - Zadrżała. -

Nic dla niego nie znaczyło życie nienarodzonego dziecka. 

- W tym rzecz. Teraz znasz prawdę o nim. Mówiłem ci, że to potwór. 

Pokiwała głową. 

-  Nie  masz  pojęcia  ...  On  jest  odrażający  ...  Ohydny  ...  -  Z  trudem  odpędziła  od  siebie 

wspomnienia.  -  Nie  rozumiem  tylko,  jak  to  możliwe,  że  wciąż  pozostaje  na  wolności  i  może 

mordować niewinnych ludzi, choć wszyscy go poszukują. Musi być wyjątkowo ostrożny podczas 

dokonywania morderstw. 

- Zgadza się. Chyba że ktoś mu pomaga. 

- W jaki sposób? 

- Tego między innymi musimy się dowiedzieć. Może natrafimy na słabe ogniwo. 

- Dlaczego chciał zabić mnie? Wcale nie miał pewności, czy zdecyduję się na współpracę z 

tobą. A nawet jeśli uznał, że tak się stanie, czy wiedział, dlaczego wybrałeś właśnie mnie? 

Silver pokręcił głową. 

-  Najważniejszy  dla  niego  był  sam  fakt,  że  poprosiłem  cię  o  pomoc.  Poza  tym  zapewne 

dowiedział się, kim jesteś i jakie odnosisz sukcesy w swoim zawodzie. Nic dziwnego, że poczuł 

się zagrożony. Gasisz pożary, zatem jesteś jego wrogiem. 

- Tak, to rozsądne wytłumaczenie. Ogień to jego dziecko ... 

- On naprawdę rozumuje takimi kategoriami? 

Pokiwała głową. 

-  Zaczynam  pojmować  motywy  jego  postępowania.  Od  jak  dawna  prowadzi  pracę  nad 

samozapłonem? 

- Od piętnastu lat. Pokręciła głową. 

- Moim zdaniem dłużej. Może ... od dwudziestu pięciu? 

- Ma zaledwie około czterdziestki. 

- Minęło sporo czasu. - Dokończyła kawę i wstała. - To dokąd jedziemy? 

- Do Waszyngtonu. Jeszcze nie zakończył tam porachunków tym łatwiej go schwytamy. 

- Pamiętaj, że w tym niekoniecznie ci pomogę. Nawet nie wiem, jak się do tego zabrać. Nie 

background image

mam pojęcia o kontroli i prowokacji. 

- Już wiesz o nim więcej niż ja. W miarę zdobywania doświadczeń zapewne nauczysz się go 

szukać. - Umilkł na chwilę. - A może ja będę potrafił cię wesprzeć. 

- Nie. 

Wzruszył ramionami. 

- Jak sobie życzysz. To tylko sugestia. 

- Poza tym nie chcę, żeby Jason lub Laura ponownie znaleźli się w niebezpieczeństwie. I tak 

przeżyli koszmar. 

- Zadbam o ich spokój. 

- Mam ci ufać? Twoje dotychczasowe osiągnięcia nie są specjalnie imponujące. 

-  Niech  będzie,  nie  jestem  doskonały,  niemniej  telefonowałem  już  do  Waszyngtonu  i 

załatwiłem im całodobową ochronę. Obiecuję, że nic im nie zagrozi. Zrozum, ja też nie chcę ich 

krzywdy. 

Nie mogła wątpić w jego szczerość.

- Dziękuję - wyszeptała. 

- Cholernie mi przykro, że Trask zabił to nienarodzone dziecko. 

Nie miałem pojęcia, że mnie tu wyśledził. 

-  Mogłeś  się  domyślić.  Uważa  cię  za  zagrożenie,  a  musi  likwidować  wszelkie  zagrożenia, 

mogące  stanowić  niebezpieczeństwo  dla  Morza  Ognia.  -  Odwróciła  wzrok.  -  Zadzwonię  do 

szpitala i sprawdzę, co z Laurą. Tymczasem ty zarezerwuj na dzisiejszy wieczór bilety z Atlanty 

do Waszyngtonu. 

- Możemy wynająć miejscową awionetkę.

 Pokręciła głową.

- Muszę załatwić kilka spraw w Atlancie i  odebrać Sama. Dzięki temu Trask uzna,  że bez 

psa tropiciela nie daję sobie rady. W ten sposób zlekceważy mnie jako przeciwnika. 

- Dobrze to obmyśliłaś. 

- Czy on wie ... kim jesteś? 

- Wątpię. Zresztą już ci mówiłem, że nie potrafię przeniknąć do jego myśli. 

- Więc czemu uważa cię za zagrożenie? 

-  Cameron  Devers  był  moim  bratem.  -  Uśmiechnął  się  z  goryczą.  -  Trask  z  pewnością 

docenia potęgę zemsty. 

background image

Odetchnęła  głęboko,  kiedy  za  Silverem  zamknęły  się  drzwi.  W  jakie  szaleństwo  się 

pakowała? Nie, to nie szaleństwo. Szaleństwem byłoby pozwolić Traskowi chodzić po świecie i 

zadawać ludziom ból. 

Powinna  przestać  kwestionować  decyzję,  którą  podjęła.  Musi  tylko  zabezpieczyć  się, 

uzyskując możliwie najwięcej informacji. Sięgnęła po telefon i zadzwoniła do Michaela Travisa. 

- Jest mi niewyobrażalnie przykro z powodu tragedii, którą przeżyli twój brat i jego żona -

oznajmił Travis, kiedy podniósł słuchawkę. - To dla nich straszny dramat. 

- Tak, to prawda. Rozumiem, że Silver już do ciebie dzwonił i wyjaśnił, co się stało. A może 

to błędne założenie. Może mój umysł został skontrolowany przez jednego z twoich szurniętych 

przyj aciół o paranormalnych zdolnościach. 

-  Silver  do  mnie  zadzwonił.  Chciał,  żebym  skontaktował  się  z  władzami  i  zorganizował 

ochronę dla członków twojej rodziny. Poza tym moi przyjaciele wcale nie są szurnięci. Chcemy 

sobie pomagać. Żaden z nas nie chciał być obarczany takim darem. To się po prostu stało. Moi 

przyjaciele nie chcą korzystać z danych im umiejętności, doskonale wiesz, że to przekleństwo, a 

nie  błogosławieństwo.  Podobnie  jak  ty,  część  naszych  ludzi  trafiła  do  zakładów  zamkniętych. 

Niektórzy popełnili samobójstwo. Jeszcze inni ukrywali swój dar, w głębi ducha uważając się za 

szalonych. 

- Do czasu, kiedy Michael Travis przybył im z odsieczą. 

- Starałem się pomóc - powiedział cicho Michael. - Wiem, jak to jest. 

Chwilę milczała. 

- To prawda, pomogłeś mi - przyznała. - I jeszcze ci za to nie podziękowałam. Byłam zła i 

oburzona  umieszczeniem  mnie  w  zakładzie.  Pragnęłam  normalnego  życia.  Nie  miałam  ochoty 

słuchać, mówić ani myśleć o nikim, kto jest ... podobny do mnie. 

-  Myślę,  że  teraz  już  dojrzałaś  do  tego,  by  czegoś  się  o  nas  dowiedzieć.  -  Zachichotał.  -

Przełamałaś barierę, przyznając, że nie jesteś sama. 

- Cieszę się, że to cię bawi. Nie licz jednak na to, że dołączę do waszej grupy. Sama potrafię 

rozwiązywać własne problemy. 

-  My  też.  Pamiętaj,  że  nasza  grupa  nie  jest  zinstytucjonalizowana.  Po  prostu  wiemy,  że 

zawsze  znajdzie  się  ktoś,  kto  nas  wysłucha  i  zrozumie.  To  dla  nas  prawdziwa  pociecha, 

zważywszy,  że  najczęściej  sami  siebie  nie  rozumiemy.  My  też  wierzymy  w  niezależność  i 

background image

prywatność. Nikt nie zamierza naruszać cudzego prawa do intymności. - Umilkł na chwilę. - Z 

wyjątkiem  sytuacji,  w  których  jeden  z  naszych  członków  wyłamuje  się  i  zaczyna  zagrażać 

pozostałym. 

- Wyłamuje się? 

-  Niektórzy  z  nas  są  bardziej  zrównoważeni  od  pozostałych,  tak  to  się  układa  w  każdej 

zbiorowości.  Równowaga  jest  zawsze  bardziej  chybotliwa,  kiedy  ludzie  znajdują  się  pod 

wpływem stresu, a tak jest w naszym wypadku. Zachodzi niebezpieczeństwo, że wyłamanie się 

jednej  osoby  doprowadzi  do  utraty  zaufania  u  innych,  a  nas  wszystkich  narazi  na  ból  i 

upokorzenie. Ostatnie, czego nam potrzeba, to sensacyjny artykuł w "Newsweeku". 

- Co robicie z takimi wyjątkami? 

Zaśmiał się. 

- Nic strasznego. Zrobiłaś się podejrzliwa. Próbujemy im pomóc. Delegujemy jedną lub dwie 

osoby z grupy, aby sprowadziły zbłąkane owieczki na właściwą drogę. W większości wypadków 

to załatwia sprawę - dodał. 

- A w mniejszości? 

- W razie problemów wzywamy Silvera. Przyjeżdża do nas z Waszyngtonu i sam przystępuje 

do działania. Zwykle zgadza się nam pomóc, chyba że właśnie pracuje przy jakimś projekcie. 

- Ciekawe. Byłam pewna, że zawsze jest  gotów wszystko rzucić, nie jest jednym z twoich 

kumpli? 

-  Nie.  Szanujemy  się  nawzajem,  ale  nie  można  powiedzieć,  byśmy  byli  bliskimi 

przyjaciółmi. 

- Ale należy do twojej grupy? 

- Nie, jest taki jak ty. Nie chce rezygnować z niezależności. To nie ja go znalazłem, tylko on 

mnie, jednak w przeciwieństwie do ciebie Silver chce poznać swoje możliwości. Kiedy go po raz 

pierwszy spotkałem, był aktywnym członkiem wpływowej grupy intelektualistów z uniwersytetu 

w Georgetown, prowadzącej prywatne badania nad zdolnościami paranormalnymi. Przypadkiem 

natknął  się  na  jednego  z  moich  mniej  zrównoważonych  ludzi,  który wpadł  w  psychozę.  Silver 

zadzwonił do mnie i spytał czy wyraziłbym zgodę na to, by się nim zajął. Miałem wątpliwości, 

ale w końcu przystałem na tę propozycję.

- I udało mu się go wyleczyć? 

- Tak. Jim nie jest całkowicie normalny - takich ludzi nie ma - lecz z pewnością nie skończy 

background image

w wariatkowie. Zabiorę cię na spotkanie z nim, jeśli chcesz. 

- Silver zrobił mu pranie mózgu? 

- Nie. Umożliwił mu lepsze postrzeganie rzeczywistości. Zadbał o to, by w żaden sposób nie 

skrzywdzić Jima. Właśnie dlatego mam czyste sumienie, kiedy od czasu do czasu wzywam go na 

pomoc. 

- Na miejscu Jima byłabym nieźle wkurzona. 

- Zareagowałabyś inaczej gdyby groził ci obłęd. Jim jest zadowolony. 

- Może byłby zirytowany, gdyby Silver nie kazał mu okazywać zadowolenia. 

- Tego nie wiem. Moja znajomość daru Silvera nie jest aż tak głęboka. Wiem jednak, że jego 

pomoc jest nieoceniona. Dlatego podałem mu twoje nazwisko, kiedy szukał kogoś do pomocy. 

- Zrewanżowałeś mu się za uprzejmość. Moja głowa na srebrnej tacy? 

- Chwilowo jest solidnie osadzona na karku. 

- Tak czy owak, dziecko Laury nie żyje. 

-  Zgadza  się,  ale  odpowiedzialność  ponosi  Trask,  nie  Silver.  Poza  tym  bardzo  długo 

zastanawiałem się, czy podawać  Silverowi namiary na  ciebie. Jestem pewien, że poinformował 

cię, jak ważne jest pojmanie Traska, zanim przekaże informacje innemu mocarstwu. 

- Tak. Dowiedziałam się też, że Trask zamordował jego brata. 

- Przyrodniego brata. Chyba byli sobie bardzo bliscy. Od śmierci Deversa nie jest w stanie 

myśleć o niczym innym. 

Przypomniała sobie lodowatą zajadłość na twarzy Silvera. 

-  Potrafię  w  to  uwierzyć.  -  Zastanowiła  się.  -  Obiecał,  że  nie  będzie  ...  ingerował  w  moją 

psychikę. Czy mogę mu wierzyć? 

Zawahał się. 

- Tak sądzę. Jest trochę nieobliczalny, ale wobec mnie zawsze zachowywał się w porządku. 

- Marna pociecha. 

-  Tylko  taką  możesz  ode  mnie  usłyszeć.  Zresztą,  jesteś  niezależna.  Zawsze  kierujesz  się 

własnymi osądami. 

- Czy mogę go powstrzymać, jeśli złamie słowo? 

-  Możesz.  Pod  warunkiem,  że  się  skoncentrujesz.  Musisz wyczuć  ingerencję  i  zablokować 

mu drogę. Jesteś bardzo silna. To możliwe. 

- Wielkie dzięki - mruknęła ironicznie. 

background image

- Nie mogę ofiarować ci nic więcej. Jak już nadmieniłem, nie wiem zbyt dużo o jego darze. 

On  o  nim  nie  mówi.  Po  prostu  bierze  się  do  rzeczy  i  robi  swoje.  Jednak  lepiej  byś  się  czuła, 

gdybyś spróowała mu uwierzyć. 

- Czy mam też uwierzyć w to, że w Afganistanie nie ma min przeciwpiechotnych? 

Zachichotał . 

- Silver nie jest aż tak niebezpieczny. Mam z nim porozmawiać? 

- Czy to coś da? 

- Pewnie nie. 

- Wobec tego bądź pod telefonem, na wypadek gdybym nie mogła już wytrzymać z Silverem 

i chciała, byś przysłał mi na pomoc kogoś innego. 

- On jest jedyny w swoim rodzaju. Jeszcze nigdy nie natknąłem się na innego kontrolera. To 

wyjątkowy człowiek. 

- Pod każdym względem. Na razie, Michael. Nie masz pojęcia, jak żałuję, że dałeś mój adres 

Silverowi. 

-  Poważnie?  Gdybym  tego  nie  zrobił,  nigdy  nie  dowiedziałabyś  się  o  Trasku.  Całe  życie 

walczysz z draniami, którzy wzniecają pożary, a teraz na twojej drodze stanął najgorszy z nich. 

Nie czujesz przypływu adrenaliny na myśl o tym, że go dopadniesz? 

Adrenaliny? Przypomniała sobie odrazę i zgrozę, które ją ogarnęły, gdy wkroczyła w świat 

Traska. Jeszcze nigdy nie odczuwała takich emocji. Nie, nie miała ochoty przechodzić przez to 

ponownie, chociaż wiedziała, że to nieuniknione . 

Nie czuła przypływu adrenaliny. 

Tylko strach. 

Trask jechał ulicami Atlanty, kiedy zadzwonił telefon. 

-  Nie  odzywasz  się  od  ponad  tygodnia  -  oznajmił  Ki  Ychig.  -  Nadużywasz  mojej 

cierpliwości. 

- Byłem zajęty. 

- To już wiem od Dickensa. Zaczyna się denerwować. 

-  Jego  problem.  Zobowiązałeś  się  znaleźć  zawodowca,  więc  oczekuję  profesjonalnego 

zachowania. 

background image

-  Dickens  cieszy  się  świetną  opinią.  -  Ki  Yong  zawiesił  głos.  -  Rozumiem,  że  masz  pilne 

sprawy  do  załatwienia  w  Ameryce.  Nie  możesz  mi  zarzucić  braku  woli  współpracy.  Muszę 

jednak liczyć się z naciskami ze strony zwierzchników. Chcą mieć Morze Ognia. I to szybko. 

- Dostaną• 

-  Nic  nie  dostaną,  jeśli  zginiesz  albo  trafisz  do  więzienia.  Prowadzisz  niebezpieczną  grę. 

Cały  czas  trzymam  rękę  na  pulsie  i  dokładam  wszelkich  starań,  żeby  zacierać  za  tobą  ślady. 

Chcę, żebyś cały i zdrowy opuścił Stany Zjednoczone. 

Cały i zdrowy? Ki Yong nie dałby złamanego szeląga za zdrowie Traska, gdyby tylko miał 

już w rękach Morze Ognia. Właśnie dlatego podpalacz musiał zachować daleko idącą ostrożność. 

- Pomoc Dickensa w zupełności wystarcza. Nie chcę, żeby ktoś się wtrącał w moje sprawy. -

I na domiar złego oszukiwał go i ograniczał. - To nie potrwa długo. 

- Być może wkrótce stracimy cierpliwość, a cenę uznamy za zbyt wygórowaną• 

-  Morze  Ognia  jest  warte  każdej  ceny.  Przypomnij  sobie  pokaz,  który  urządziłem  na  tej 

wyspie  na  Pacyfiku.  O  ile  pamiętam,  byłeś  pod  wrażeniem.  Sam  powiedziałeś,  że  miną  lata, 

zanim na tej spalonej ziemi ponownie pojawi się życie. - Postanowił iść za ciosem. - Nie próbuj 

blefować. Chcesz tej broni i potrzebujesz jej. Zadzwonię, kiedy będę gotowy do wyjazdu. 

Zapadła cisza. Trask wyczuwał niezadowolenie Ki Y onga.

- Byle szybko. Czekamy. 

Rozłączył się. 

Zadufany w sobie sukinsyn. Trask wsunął telefon do kieszeni kurtki. Ki Yong był uprzejmy i 

słodki  jak  miód,  kiedy  sądził,  że  uda  mu  się  manipulować  Traskiem.  Jego  złudzenia  były 

krótkotrwałe; a teraz nie krył niezadowolenia, że Trask stawia warunki. Jego sprawa. Trask miał 

władzę i chciał, by wszyscy wokoło spełniali jego zachcianki. Był potężny. 

Miał swoje dziecko. 

Przypomniał sobie, że poprzedniej nocy jego dziecko niezbyt dobrze się spisało. Pomyślał, 

że to niepokojące. Sądził, że już dopracował małą antenę, lecz w domu Murphiego zadziałała w 

sposób niesatysfakcjonujący. Przed przystąpieniem do negocjacji z Ki Yongiem z całą pewnością 

należało wprowadzić do mechanizmu poważne zmiany konstrukcyjne . 

Poza tym Kerry Murphy przeżyła Morze Ognia. Świadomość tego nie dawała mu spokoju. 

Wcześniej  ta  kobieta  była  tylko  niewygodna,  stwarzała  potencjalne  zagrożenie,  lecz  teraz 

zmieniła  się  w  symbol  jego  klęski,  niepowodzenia  jego  dziecka.  Wzbierał  w  nim 

background image

niepohamowany gniew. 

Musiał  zachować  spokój.  Powinien  zapanować  nad  furią,  tak  jak  panował  nad  Morzem 

Ognia. Nie potrafił naprawić błędu w szpitalu w Macon, Silver przez cały czas był czujny. Z całą 

pewnością jednak nadarzą się jeszcze inne okazje. 

Do tej pory będzie myślał o  Kerry Murphy i wyczekiwał  chwili, gdy jego dziecko dokona 

dzieła zniszczenia. 

- Cudownie, że zostawiłaś nam Sama. - Edna uścisnęła Kerry. 

- Dzięki niemu dzieci lepiej się poczuły. 

- Z pewnością było mu tu dobrze. Dam głowę, że go rozpieściliście. 

-  Robiliśmy,  co  w  naszej  mocy.  -  Edna  się  zawahała.  -  Dziękuję  za  wszystko,  Kerry.  Nie 

wiem, co bym bez ciebie zrobiła. 

- Trzymasz się? Może chcesz, żebym jeszcze jakoś pomogła?

Edna pokręciła głową. 

- Jest Donna, a dzieci ją uwielbiają-. Damy sobie radę. - Usiłowała się uśmiechnąć. - Może 

nie wszystko będzie idealnie, ale na pewno coraz lepiej. Nie może być inaczej prawda? 

Kerry przytaknęła. 

- Jesteś  cudowna. Charlie  byłby  z ciebie dumny. - Zawahała się. A niech  tam. - Chodź  ze 

mną na ganek.

- Co? 

-  Chodź,  nie  pytaj.  -  Kerry  otworzyła  drzwi  i  wyszła  przodem.  -  Wiem,  że  to  niedobry 

moment,  ale  dla  dzieci  może  właśnie  idealny.  -  Wskazała  ręką  wielkiego  mieszańca, 

przywiązanego do barierki. -  Wabi się Sandy. Nazwałam  go tak, bo  wygląda jak pies  z Annie. 

Przywiozłam go ze schroniska. 

- Pies? 

-  Pod  tą  warstwą  brudu  z  pewnością  kryje  się  pies.  Poza  tym  jest  przyjacielski  i 

przyzwyczajony do życia w domu ... Chyba. Przyjmijmy, że to zwierzę stanie się wyzwaniem dla 

dzieci, które ... 

- Sama nie wiem ... - Edna ściągnęła brwi. - Nie jestem pewna ... 

- Jeżeli go nie polubisz, za parę dni zadzwoń do mnie, a ja znajdę mu nowy dom. - Szybko 

pocałowała Ednę w policzek i pospiesznie zeszła z Samem po schodach. 

background image

-  Wszystko  w  porządku?  -  spytał  Silver.  Siedział  za  kierownicą  auta.  -  Nie  wydaje  się 

zachwycona. 

- Sandy to cudowny pies. Edna jest z natury bardzo opiekuńcza, a on z pewnością przekona 

ją do siebie. Poza tym bardzo niechętnie odbieram Sama dzieciom. 

- Głaszcze go - zauważył Silver. - Ostrożnie. Może nie będzie źle. 

-  Mam  nadzieję.  -  Otarła  oczy.  Otworzyła  tylne  drzwi  i  gestem  nakazała  Samowi,  by 

wskoczył do samochodu. - Życie jest do kitu. Charlie nie żyje, a jego rodzina cierpi. Już nigdy 

nie otrząsną się z bólu . 

- Ale z czasem będzie im łatwiej. 

-  Pewnie  tak.  -  Usiadła  na  fotelu  obok  kierowcy  i  zatrzasnęła  drzwi.  -  Staram  się  w  to 

wierzyć.  -  Sam  przeskoczył  na  przednie  siedzenie  i  usiłował  polizać  ją  po  policzku.  -  Siadaj, 

głuptasie - mruknęła, ale pogłaskała go, zanim popatrzyła na Silvera. - Możemy ruszać. 

- Koniec obowiązków? Co robiłaś, kiedy kazałaś mi stanąć przy twoim biurze? 

- Musiałam poprosić o pomoc inspektora. Jedno z dzieci w szpitalu będzie wypisane w tym 

tygodniu  i  wraca  pod  opiekę  babci,  a  pielęgniarka  ma  podejrzenia,  że  mały  był  dręczony. 

Chciałam zyskać na czasie, żeby przeprowadzono dochodzenie. 

- Chodzi o tego malucha Josha. 

Uśmiechnęła się z goryczą. 

- Dlaczego jestem zaskoczona, że to wiesz? Uwzględniłeś go nawet w tej bajeczce, którą dla 

mnie ułożyłeś. - Niecierpliwie machnęła ręką, kiedy zaczął mówić. - Przygotowałeś wszystko do 

podróży? - Jakżebym śmiał o czymś zapomnieć. - Zjechał z krawężnika. 

- Awionetka czeka na Hartsfield. Założyłem, że chcesz polecieć z psem w kabinie. 

Skinęła głową . 

- Sam nie lubi klatek. Pewnie przypominają mu schronisko. 

-  Muszę  przyznać,  że  jest  niesłychanie  wrażliwy.  -  Silver  zerknął  na  psa.  -  No  cóż, 

szczęśliwy pies jest czasem równie dobry jak mądry pies. 

-  On  jest  mądry  ...  czasami.  Zwykle  wtedy,  gdy  w  grę  wchodzi  jedzenie.  -  Wyciągnęła 

telefon. - Powiem szefowi, że biorę sobie kilka tygodni urlopu. - Skrzywiła się. - Nie przypadnie 

mu to do gustu - ostatnio spędziłam sporo czasu z Edną i dzieciakami. 

-  Już  mówiłem  Travisowi,  żeby  zadzwonił  do  Waszyngtonu  i  poprosił  stosowne  osoby  o 

ułatwienie ci pracy. - Zerknął na nią pytająco. - Jak tam twój brat i szwagierka? 

background image

- Jako tako. Skoro już pociągasz za sznurki, może znajdziesz ja¬kieś przyzwoite lokum, do 

którego Jason mógłby zabrać Laurę, kiedy wypiszą ją ze szpitala? 

-  Nie  ma  problemu.  Doszedłem  do  wniosku,  że  hotel  z  pełną  obsługą  byłby  najlepszy  na 

pierwszy tydzień, a potem wynajęlibyśmy im mieszkanie. W porządku? 

Skinęła głową. 

- O wszystkim pomyślałeś. 

- Muszę dbać o twoją równowagę psychiczną. Z pewnością nie uwierzysz, kiedy powiem, że 

poza tym chciałem zapewnić im spokój i wygodę. - Uśmiechnął się ironicznie. - W końcu jestem 

potworny. 

- Zabolało cię to? 

-  Może.  -  Zastanowił  się.  -  Chyba  tak.  Przyzwyczaiłem  się,  ale  czasami  jedno  słowo  albo 

wyjątkowo złośliwy atak pokonują mój system obronny. 

Milczała przez chwilę. 

- Nie możesz winić innych.za to, że nie lubią, gdy grzebiesz im w umysłach. To wyjątkowo 

ohydne naruszenie cudzej prywatności. 

- Nikogo nie winię. Sam bym tego nie zniósł - wyjaśnił zmęczonym głosem. - Wydaje ci się, 

że  czerpię  z  tego  przyjemność?  Nie  masz pojęcia,  jakie  brudy  ludzie  ukrywają  przed  światem. 

Umysły niektórych osób przypominają doły kloaczne. 

- Wobec tego trzymaj się z dala od mojego mózgu. Uśmiechnął się. 

-  Twój  umysł  jest  wyjątkowo  czysty,  jeśli  nie  liczyć  kilku  stłumionych  pragnień  i  fantazji 

seksualnych. Poza tym nie mam do niego zastrzeżeń. Kontrolowanie cię to przez większość czasu 

wręcz  przyjemność.  Jedyny  problem  stanowią  koszmary  nocne  oraz  bariery,  za  którymi  się 

ukrywasz,  gdy  myślisz  o  śmierci  matki.  Zupełnie  jakbyś  na  przemian  ujeżdżała  tornado  i 

zamykała się w trumnie.  - Spojrzał  na nią uważnie.  - Potrafię sobie  wyobrazić,' jak to  jest  być 

tobą.  Powinnaś  była przyjąć  pomoc  Travisa. Dzięki  niemu  przejęłabyś  kontrolę nad tym,  co  ci 

chodzi po głowie. 

- Nie obchodzi mnie twoja opinia i nie szukam niczyjego wsparcia. 

- Przyzwolenie na odrobinę pomocy przy nauce stania na własnych nogach nie jest słabością. 

- Mówisz z własnego doświadczenia? Skrzywił się. 

- Celny strzał. Byłem zbyt pokręcony i uparty, żeby przyjąć czyjąś pomoc. Powinnaś jednak 

robić  to,  co  mówię,  a  nie  kierować  się  moim  postępowaniem.  To  zdrowsze.  Życie  byłoby  dla 

background image

mnie o wiele prostsze, gdybym na samym początku natknął się na jakiegoś Michaela Travisa. 

- Powiedział mi, że nie jesteś członkiem jego grupy. 

Pokręcił głową. 

-Jedyne, co mnie łączy z Travisem i jego przyjaciółmi to fakt, że otrzymałem dar w taki sam 

sposób, jak oni. Mając trzynaście lat, uczestniczyłem w wypadku drogowym i przez prawie rok 

leżałem  pogrążony  w  śpiączce. Kiedy  odzyskałem  świadomość,  przez  dłuższy  czas  wszyscy 

uważali,  że  jestem  zupełnie  normalny.  Wszyscy  z  wyjątkiem  mnie.  Coś  mi  się  pokręciło  w 

głowie,  ale  nikogo  nie  informowałem,  że  wsysają  mnie  cudze  umysły.  Byłem  pewien,  że  mi 

odbija,  dlatego  korzystałem  z  życia,  ile  wlezie,  zanim  zamkną  mnie  u  czubków.  Rodzice  za 

bardzo skupili się na promowaniu kariery politycznej mojego brata Cama, więc nie zwracali na 

mnie  uwagi  i  robiłem,  co  chciałem. A  mnie  interesowały  wtedy  wyłącznie  wybryki.  Jeśli  nie 

mogłem  się  przyłączyć  do  jakiegoś  wygłupu,  sam  wymyślałem  inny.-Westchnął.-  Klasyczna 

czarna owca. 

- Michael powiedział, że ty i brat byliście sobie bliscy. Dziwne, że nic nie zrobił. 

- Próbował. Zawsze się starał, ale ja go lekceważyłem. W końcu znużyło mnie sianie zamętu 

w sąsiedztwie i postanowiłem wypłynąć na szerokie wody. Ruszyłem w świat. Koniec końców 

trafiłem do Tangeru i tam zacząłem myśleć o powrocie do domu, by zgłosić się do miejscowego 

wariatkowa. 

- Co cię powstrzymało? 

- Ego. Uznałem, że nie mogę być  czubkiem tylko dlatego, że wsysają mnie cudze umysły, 

skoro pod każdym innym względem jestem całkiem normalny. Tak więc  poświęciłem pół roku 

na  eksperymenty, by  sprawdzić,  czy  rzeczywiście  mi  odbiło,  czy też  dysponuję autentycznymi 

zdolnościami parapsychicznymi. To było naprawdę interesujące półrocze. Miałem szczęście, że 

nie wpadłem w psychozę. Zdziwiłabyś się, ile odrażających, wykoślawionych umysłów krąży po 

ulicach. Osobiście zagłębiałem się tylko w niektóre. Czasami udawało mi się przetrwać jedynie 

dlatego, że przekształcałem ich rzeczywistość w fantazję, a następnie ją modyfikowałem. Inaczej 

nie potrafiłbym się wyrwać z pułapki ich mózgów. 

- Podobnie postąpiłeś ze mną. 

Przytaknął. 

-  Z  tym  że  ich  fantazje  były  o  wiele  brudniejsze  i  bardziej  złożone.  Nie  sądziłem,  że  to 

element mojego daru, niemniej musiałem zostać ekspertem z czystej konieczności. 

background image

- Co się zdarzyło po upływie tych sześciu miesięcy? Zwlekał z udzieleniem odpowiedzi. 

- Zaciekawiłaś się. Usiłujesz znaleźć na mnie haka? 

- Próbuję się jakoś bronić. Nie chcę cię karać, nie ma takiej potrzeby. Zresztą możesz mi się 

przydać podczas poszukiwań Traska. 

-  Ulżyło  mi.  -  Wjechał  na  parking  przy  lotnisku.  -  Nie  mam  nic  przeciwko  ujawnianiu 

szczegółów  z  przeszłości,  jeśli  dzięki  temu  czujesz  się  bezpieczniej.  Co  chcesz  wiedzieć?  Ach 

tak, pytałaś, co robiłem po pół roku nauki mojego rzemiosła. 

- Rzemiosła? 

-  Rzemiosła,  daru,  umiejętności.  Wszystko  jedno.  Postanowiłem,  że  muszę  nauczyć  się 

samokontroli  i  opanować  szaleństwo,  bo  w  przeciwnym  wypadku  ogarnie  ono  mój  umysł. 

Zacząłem  szukać  stowarzyszeń  zrzeszających  ludzi  o  zdolnościach  paranormalnych. 

Interesowałem  się  też  uniwersyteckimi  programami  badawczymi,  które  mogły  mnie  czegoś 

nauczyć.  Musiałem  postępować  wyjątkowo  ostrożnie,  by  pozostać  niezauważonym.  W  trakcie 

poszukiwań  natknąłem  się  na  Michaela  i  Melissę  Travisów.  Nie  byli  szarlatanami  i  sprawiali 

wrażenie  uczciwych,  zauważyłem  jednak,  że  nie  współpracował  z  nimi  nikt  o  umiejętnościach 

zbliżonych do moich. Uznałem więc, że nie na wiele mi się przydadzą. Wiązałem pewne nadzieje 

z  rosyjskim  programem  rządowym,  lecz  i  on  nie  spełniał  moich  oczekiwań.  Tak  więc  nie 

udawało  mi  się  znaleźć  żadnego  stowarzyszenia  ani  programu  badawczego,  w  którym 

napotkałbym kogoś podobnego do mnie. 

- W to nietrudno uwierzyć - mruknęła zgryźliwie. 

- Postanowiłem więc radzić sobie sam. Dołączyłem do zespołu naukowców z uniwersytetu 

Georgetown interesujących się zagadnieniami paranormalnymi i znalazłem tam niszę dla siebie. 

- Co to za nisza? 

Uśmiechnął się. 

-  Zajmowałem  się  wszystkim,  począwszy  od  szpiegostwa,  poprzez  wspieranie  Urzędu 

Bezpieczeństwa  Wewnętrznego,  a  skończywszy  na  współpracy  z  miejscowymi  szpitalami 

psychiatrycznymi. 

Uniosła brwi. 

- Coś podobnego - prawdziwy bohater-filantrop. 

-  Broń  Boże.  Po  prostu  się  uczyłem  i  rozwijałem  umiejętności,.  żebym  to  ja  nad  nimi 

panował,  a  nie  one  nade  mną.  Nigdy  nie  chciałem  czuć  się  tak  bezbronny,  jak  w  pierwszych 

background image

miesiącach  po  wyjściu  ze  śpiączki.  -  Popatrzył  jej  w  oczy.  -  Chyba  potrafisz  zrozumieć,  co 

czułem. 

Potrafiła, ale nie chciała się przyznawać do żadnego polaewieństwa z tym człowiekiem. 

-  Nie  wiedziałam,  co  się  dzieje,  niemniej  nigdy  nie  przyszło  mi  do  głowy,  że  wariuję.  Po 

prostu uznałam, że muszę zapanować nad tym, co wyczynia mój umysł. 

- Cóż, nasze dary są nieco odmienne. Twój pojawiał się i znikał bez określonego schematu. 

Ja  nie  potrafiłem  się  pozbyć  swojego.  Musiałem  mu  stawiać  czoło  każdego  dnia.  Zanim 

zrozumiałem, jak go kontrolować, nie mogłem przewidzieć, do czyjego umysłu zostanę wessany. 

Usiłowała sobie wyobrazić, jak to jest, i przeszył ją dreszcz zgrozy. 

Chryste, ledwie posmakowała tego, przez co musiał przechodzić z Traskiem, a wystarczyło 

to za nasienie, z którego wykiełkowały jej koszmary. 

-  Tak,  różnią  się  od  siebie  -  przyznała.  Dobry  Boże,  zaczynała  mu  współczuć,  a  to  byłby 

niewiarygodny  błąd.  Chyba  każdy  zasługiwał  na  współczucie  bardziej  niż  Brad  Silver.  Stawił 

czoło  swoim  problemom  i  znalazł  sposób,  by  je  rozwiązać,  lecz  to  nie  usprawiedliwiało 

naruszania jej prywatności. - Ale ja ciebie w nic nie wsysałam. 

-  Fakt.  -  Zatrzymał  samochód  i  otworzył  drzwi.  -  Jesteś  ofiarą,  a  ja  niegodziwcem.  Nie 

oczekuję, że mi wybaczysz. 

- I dobrze. - Wyskoczyła z auta i wypuściła Sama z tylnego siedzenia. - Bo nie zamierzam 

stosować wobec ciebie taryfy ulgowej. - Ruszyła w kierunku terminalu. - Chodź, Sam. 

- Tak sobie pomyślałem. Czy Sam dobrze znosi podróże lotnicze? 

- Nie mam zielonego pojęcia. Jeszcze nigdy nie latał samolotem. - Zerknęła na Silvera, a w 

jej oku pojawił się złośliwy błysk. - Ale od czasu do czasu cierpi na chorobę lokomocyjną. 

- To twój dom? - Kerry patrzyła na budowlę, wspartą od frontu na białych kolumnach. Była 

tak  samo  zdumiona  jak  przed  chwilą,  gdy  mijali  żeliwną  bramę,  odgradzającą  posiadłość 

Oakbrook od reszty świata. - Jestem zaskoczona. Nie pasuje do ciebie. 

-  Skąd  możesz  wiedzieć?  -  Otworzył  drzwi  samochodu  i  pomógł  jej  wysiąść.  -  W  twoich 

oczach nie wyglądam na mężczyznę pokroju Rhetta Butlera? 

- Nie. 

- To dobrze, bo taki nie jestem. Odziedziczyłem Oakbrook po Camie. On pasował j ak ulał 

do otoczenia rodem ze starego Południa. Ale trzeba też przyznać, że odnajdywał się właściwie w 

background image

każdym miejscu. Tacy ludzie jak on ... - Urwał i odchrząknął. - Był po prostu świetnym facetem. 

A Silver z całą pewnością go uwielbiał. 

- Przykro mi . 

-  Tak,  mnie  też.  -  Wszedł  po  schodkach.  -  Próbował  zrobić  ze  mnie  innego  człowieka. 

Uważał, że tak będzie dla mnie bezpieczniej. - Uśmiechnął się z goryczą. - Mylił się, prawda? 

- Chyba tak. 

- Zamierzał poprosić mnie o pomoc przy poszukiwaniu Traska. Kilka razy próbował się ze 

mną  spotkać,  ale  ja  wciąż  go zwodziłem.  Miałem za  dużo  zajęć.  Kiedy  w  końcu  przyszedłem, 

trafiłem na wieczór, podczas którego Trask postanowił spalić Cama na węgiel. 

- Przecież nie wiedziałeś, że grozi mu niebezpieczeństwo. To nie twoja wina. 

-  Nie  zgrywam  męczennika.  Żałuję  tylko  ...  Witaj,  George  -  zwrócił  się  do  wysokiego, 

elegancko ubranego mężczyzny, który otworzył drzwi wejściowe. - Jak się miewasz? 

- Nudzę się. - Kamerdyner popatrzył na Silvera zrezygnowanym wzrokiem. - Mają państwo 

bagaż? 

- Tak. - Silver wręczył mu kluczyki do samochodu. - Kerry, to jest George Tarwick. George, 

pani  Murphy.  George  pracował  dla  Cama,  a  ja  okazałem  się  dla  niego  nieopisanym 

rozczarowaniem. 

- Nie tyle rozczarowaniem - George uśmiechnął się bez przekonania - co raczej wyzwaniem. 

Kiedy  tylko  dajesz  mi  okazję.  Jak  się  pani  miewa?  Bardzo  mi  miło,  że  zatrzyma  się  pani  w 

naszych  progach.  -  Zszedł  do  samochodu.  -  Gdybyś  zechciał  zaprowadzić  panią  Murphy  do 

biblioteki,  za  moment  podałbym  tam  przekąski.  -  Tak  jest.  -  Silver  wziął  Kerry  pod  rękę.  -

Chodź, Kerry. Otrzymaliśmy wyraźne wskazówki. Nie możemy narażać się George'owi. Wie, jak 

postawić na swoim. 

- Bezwzględnie - mruknął George. 

Pod drzwiami  wejściowymi  Kerry odwróciła  się,  by  ponownie  rzucić  okiem  na  służącego. 

George  Tarwick  schodził  po  schodach  prężnym  krokiem,  niepasującym  do  pełnego  godności 

sposobu  bycia.  Z  początku  Kerry  odniosła  wrażenie,  że  służący  jest  po  czterdziestce,  lecz  taki 

krok i stłumiona energia wskazywały na młodszego mężczyznę. Trzydziestolatek? Skronie miał 

lekko przyprószone siwizną, a brązowe oczy iskrzyły się, zdradzając inteligencję oraz humor. 

- Nie przypomina Jeevesa - zauważyła. 

-  Ani  trochę.  Zanim  zdecydował  się  na  obecną  posadę,  przez  dwa  lata  pracował  dla 

background image

wywiadu. Ma czarny pas, kiedyś był komandosem i jest wyśmienitym strzelcem. 

- Co takiego? 

-  Istnieje  wiele  dyskretnie  funkcjonujących  organizacji,  które  umożliwiają  zatrudnienie 

służących, będących w rzeczywistości członkami ochrony osobistej. Cztery lata temu namówiłem 

Cama  na  wynajęcie  takiego  goryla.  Uznałem,  że  ochrona  nie  zaszkodzi.  Mój  brat  był  osobą 

publiczną,  a  po  świecie  kręci  się  mnóstwo  świrów  ...  -  Uśmiechnął  się  smutno.  -  George  nie 

potrafił  jednak  powstrzymać  Traska.  Żaden  z  nas  nie  miał  szans.  Staliśmy  bezradnie  i 

patrzyliśmy, jak Cam ginie w płomieniach. 

- Jak do tego doszło? 

-  Trask  zainstalował  mechanizm  zapalający  w  limuzynie.  Samochód  automatycznie  się 

zablokował,  aby  Cam  i  jego  żona  nie  mogli  uciec,  a  następnie  Trask  uruchomił  Morze  Ognia. 

Ten żar. .. Spłonęli żywcem, zanim otworzyliśmy drzwi pojazdu. 

- Chryste. 

- Przez ostatnie miesiące lepiej poznałem George' a. Mamy ze sobą coś wspólnego: klęskę. I 

obaj  nie  potrafimy  się  z  nią  pogodzić.  -  Znalazłeś  dowody  na  to,  że  Trask  przebywał  tutaj  w 

chwili tragedii? 

Silver pokręcił głową. 

-  Posiadłość była wówczas  kontrolowana przez  pracowników  służb  wywiadowczych.  Cam 

nie był pierwszą ofiarą, a prezydent nie życzył sobie następnych "incydentów". Niestety, żadnych 

śladów nie wykryto. 

-  Idę  o  zakład,  że  tu  był.  Może  niezbyt  blisko,  ale  za  bardzo  lubi  to,  co  robi,  by  zastawić 

pułapkę  i  zwyczajnie  odejść.  -  Z  roztargnieniem  pogłaskała  Sama  po  łbie.  -  Twój  brat  był 

trudnym celem . Trask z pewnością chciał widzieć, jak jego dziecko pokonuje wroga. 

-  Jego  dziecko.  -  Silver  skrzywił  się  z  obrzydzeniem.  -  Za  każdym  razem,  kiedy 

wypowiadasz to słowo, zbiera mi się na wymioty. To ... obrzydliwe. 

- Niewątpliwie, ale przecież z pewnością miałeś styczność z niejednym obrzydlistwem. 

- Nie wiązały się z kimś, na kim mi zależało. - Otworzył drzwi do biblioteki. - W tej sprawie 

nie sprawdzają się żadne z moich barier. Chyba nie jestem tak twardy, jak zakładałem. 

Pomyślała,  że  Silver  jest  wystarczająco  twardy.  Nie  chciała  zastanawiać  się  nad  jego 

słabościami. 

- Trask nie zostawił żadnych śladów w innych miejscach zbrodni? Znowu pokręcił głową• 

background image

- Powiedziałaś, że znajdował się w odległości jednej przecznicy od domu twojego brata? 

- Tak, ale miał trudności z kontrolowaniem ognia. Znasz zasięg Morza Ognia? 

-  Teoretycznie  wystarczy  mały  nadajnik,  żeby  kierować  pożarem  z  odległości  jednego 

kilometra. Mocniejszy nadajnik umożliwia oddalenie się operatora na odległość dwóch do trzech 

kilometrów. Chyba że Trask go przerobił. 

- To niewykluczone. - Wzruszyła ramionami. - Niemniej i tak uważam, że on lubi oglądać 

swoje dzieło. To go łączy z innymi piromanami, z którymi miałam do czynienia. Nic nie może 

się  równać  z  obserwowaniem  pożaru,  wąchaniem  dymu.  -  Oblizała  wargi.  -  Jeśli  będzie  przy 

następnym podpaleniu, powinnam go wykryć. 

- N a to liczę. 

-  Tak  jest.  Spędziłeś  wiele  miesięcy  na  obserwowaniu  mnie.  Pewnie  byłbyś  potwornie 

rozczarowany, gdybym cię zawiodła. 

- Wygadana jesteś. - Zastanowił się. - Nie zawiedziesz mnie. Jak dotąd,  znakomicie dajesz 

sobie radę. Nie byłem pewien, czy uda ci się nawiązać kontakt przy pierwszych spotkaniach. 

-  To  miało  związek  z  osobami,  na  których  mi  zależy. Być  może  mówimy  o  pojedynczym 

wypadku. 

- Sama w to nie wierzysz. - Popatrzył jej  głęboko w oczy.  - Myślisz, że  przeniknęłaś jego 

umysł i że zrobisz to ponownie. Jak właściwie funkcjonuje twój dar? Czy zdarza ci się nawiązać 

kontakt przed zdarzeniem? 

Pokręciła głową. 

- Raz czy dwa miałam wizję, kiedy trwał pożar.  Zazwyczaj jednak obrazy pojawiają się w 

moim umyśle podczas badania  miejsca zbrodni. - Umilkła, lecz po chwili mówiła dalej: - Tym 

razem  jednak  po  raz  pierwszy  czułam  ...  że  biorę  w  tym  udział.  Zupełnie  jakbym  sama  była 

Traskiem. 

- Witamy w klubie. 

Zadrżała. 

- Mam nadzieję, że to się już nigdy nie powtórzy. 

- Ja też. Takich przeżyć nie życzyłbym najgorszemu wrogowi. 

- Slazywił się. - Poprawka: życzę ich Traskowi. 

- Herbata - oznajmił od progu George, wnosząc srebrną tacę. 

- I kanapki. Damy lubią herbatę. 

background image

- Naprawdę? - Silver spojrzał na Kerry. - Lubisz herbatę? 

- Tak. 

- Nie zauważyłem jej w twojej kuchni. 

-  A  ja  nie  zauważyłam  twojej  szklanej  kuli.  -  Uśmiechnęła  się  do  George'a.  -  Ceremonię 

parzenia herbaty lubię bardziej niż sam napój. 

- A nie mówiłem? - zwrócił się do Silvera George. - Damy z natury rzeczy cenią finezję i 

szlachetność herbaty. Zaniosłem pani bagaże do pokoju gościnnego na samej górze. 

- Kerry. 

Wzdrygnął się. 

-  Nie  chcę  być  nieuprzejmy,  lecz  zwracanie  się  do  pani  po  imieniu  zaburzyłoby  moje 

wyczucie tego, co wypada. Ustalmy, że akceptuję pani demokratyczne przekonania, i zakończmy 

już tę sprawę. - Zerknął na Sama. - Czy mogę wyprowadzić zwierzę i podać mu wodę? 

- Ma na imię Sam - wyjaśniła Kerry, przekazując smycz. - I chyba chciałby coś zjeść . 

- To możliwe - mruknął Silver. - Zwymiotował w samolocie. 

-  Będę  miał  to  na  względzie  -  zapowiedział  George,  wychodząc  z  Samem  z  pokoju.  -  Z 

pewnością dam mu coś lekkostrawnego. 

Kerry patrzyła za nim oszołomiona. 

- Jesteś pewien, że był komandosem? 

- Ależ jak najbardziej. Przeszkolono  go jednak także w  zajmowaniu  się domem. Ma silnie 

zakorzenione przekonania w kwestii tego, co i jak należy robić, bez względu na to, czy chodzi o 

wystrzeliwanie rakiety ziemia-powietrze, czy też o podawanie uroczystej kolacji. 

- Ciekawe. - Wypiła łyk herbaty. - Dziwne, że wciąż jest z tobą. Można by założyć, że nie 

zasłużyłeś na jego usługi. 

- Bo jestem nieokrzesany? Ma nadzieję mnie zmienić. 

- Ale to nie wszystko? 

- Nie. Pragnie być w pobliżu, gdy dopadniemy Traska. Jak wspomniałem, nie znosi porażek. 

- Co on o tobie wie? 

-  Tylko  tyle,  że  jestem  ekscentrykiem  i  studiowałem  hydrostatykę  na  uniwersytecie.  -

Sięgnął po filiżankę i natychmiast się skrzywił.

- Zrobił to celowo. Dobrze wie, że nie znoszę herbaty. 

Uśmiechnęła się. 

background image

- Wiesz co, zaczynam lubić George'a. 

Pokój w którym ją ulokowano, był wielkości całej sali w remizie. 

W  pomieszczeniu  dominowały  kolory  błękitny  i  brzoskwiniowy.  Wystrój  i  kolorystyka 

wnętrza świadczyły o wstrzemięźliwej elegancji, rzecz jasna kłócącej się z opinią Kerry na temat 

Silvera. 

- Masz rację - przyznał Silver. - Lubię ciepłe barwy i praktyczne meble. 

- Oraz Gwyneth Paltrow - mruknęła. W następnej chwili zesztywniała. - Szpiegowałeś? 

-  Nie.  Powiedziałem  ci,  że  nic  ci  z  mojej  strony  nie  grozi.  Zważywszy  jednak  na  to,  jak 

dobrze  cię  znam,  nietrudno  się  domyślić,  co  ci  chodzi  po  głowie.  -  Ruchem  głowy  wskazał 

dzwonek  na  stole.  -  Daj  znać,  jeśli  będziesz  czegoś  potrzebowała.  Poproszę  George'a,  żeby  za 

jakąś  godzinę  przyniósł  ci  kolację.  Teraz  zadzwoń  do  brata  i  odpręż  się.  Weź  długi  prysznic, 

niech rozluźni twoje zesztywniałe mięśnie. Zapewne potrzebujesz czasu, żeby się przystosować. 

Wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. 

Rzeczywiście, potrzebowała czasu, by ochłonąć, lecz nie zamierzała go o tym informować. 

Wtajemniczanie  go  w  swoje  procesy  myślowe  byłoby  dla  niej  niemal  równie  niemożliwe  do 

zaakceptowania, jak wyrażenie zgody na to, by grzebał w jej umyśle. 

- A co ty będziesz robił? 

- Muszę zadzwonić do kilku osób. 

- Do Travisa ? 

- Nie tylko. - Uśmiechnął się. - Moje życie nie obraca się wokół Traska. To jedynie pozory. 

Powróciła myślami do ich pierwszego spotkania. 

- Gillen? To z tym mężczyzną rozmawiałeś, kiedy tamtego wieczoru weszłam do kuchni. 

Wydawał się zaskoczony. 

- Masz dobrą pamięć. Nie sądziłem, że interesowało cię cokolwiek poza śmiercią Charliego. 

- Och, nietrudno cię przejrzeć. Kim jest Gillen? 

- Moją aktualną zmorą. Ale nie zawracaj sobie tym głowy. 

Najwyraźniej nie zamierzał jej wtajemniczać w swoje sprawy. 

- A kiedy porozmawiamy o potencjalnych celach Traska ? 

- Wkrótce. - Odwrócił się. - Wzięłaś ze sobą tylko jedną torbę. Jeśli potrzebujesz ubrań, daj 

znać George'owi, przyniesie z okolicznych sklepów wszystko, co zechcesz. 

background image

- Wystarczy mi to, co mam. Nie zamierzam przebierać się do kolacji. - Ruszyła do łazienki. -

Choć zapewne tego oczekiwałby George. 

Dwie minuty później brała ciepły prysznic, mamrocząc przekleństwa pod nosem. Silver miał 

rację. Faktycznie zesztywniały jej mięśnie, prysznic ją odprężał. To bardzo irytujące, że tak wiele 

o niej wiedział. 

Dlaczego  jednak  była  taka  pewna,  że  nie  skłamał,  gdy  twierdził,  że  nie  zagląda  do  jej 

umysłu?  Chyba  powinna  się  denerwować,  lecz  czuła  się  spokojna.  Wierzyła  mu.  Instynkt? 

Cokolwiek  to  było,  musiała  się  z  tym  pogodzić.  Nie  mogła  ciągle  wątpić  we  własne  uczucia. 

Musiała  wierzyć,  że  jest  na  tyle  silna,  by  wiedzieć,  kiedy  on  narusza  jej  prywatność.  W 

przeciwnym wypadku ich partnerstwo zmieni się w jeszcze jeden koszmar. 

Koszmar. 

Odetchnęła  głęboko  na  samą  myśl.  Poprzedniej  nocy  spała  spokojnie,  po  raz  pierwszy  od 

pożaru.  Wcześniej  Silver  zapewnił  ją,  że  nie  będzie  śniła  o  śmierci  matki.  Wówczas  mu  nie 

uwierzyła, lecz nie miała okazji zweryfikować prawdziwości jego słów. Trask zadbał o to, by jej 

sen o pożarze stał się rzeczywistością. 

Zamknęła oczy. Boże, modliła się, żeby tej nocy nic jej się nie przyśniło. Miała tak napięte 

nerwy, że  była bliska  załamania. Nie  mogła do tego  dopuścić.  W ostatnich  latach wielokrotnie 

przeżywała  cykliczne  nawroty  koszmarów.  Da  sobie  radę.  Powinna  przestać  się  nad  sobą 

rozczulać. Pora wyjść spod prysznica, zjeść coś i zadzwonić do Jasona. 

Koszmarami będzie się martwiła później. 

- Przyniosłem pani befsztyk, sałatkę i budyń cytrynowy - oznajmił George, kiedy otworzyła 

drzwi  na  jego  pukanie.  -  Potrawy  sycące,  w  umiarkowanych  ilościach.  -  Wszedł  do  pokoju  i 

postawił tacę na biurku przy ścianie. - Sugeruję, żeby pani to zjadła, gdyż nawet nie tknęła pani 

kanapek, które przyniosłem wraz z herbatą. 

- Nie byłam głodna. - Dobry Boże,  zrobiło jej się  głupio.  Pomyślała,  że to niedorzeczne. -

Gdzie Sam? 

-  Zostawiłem  go  w  kuchni,  bawił  się  z  synem  kucharki.  Najwyraźniej  przypadli  sobie  do 

gustu. - Nalał kawy do filiżanki. - Ten pies uwielbia dzieci. 

- Tak, co tydzień odwiedza oddział pediatryczny w szpitalu. Maluchy są nim zachwycone. 

- To dobrze, bo z pewnością nie robi wrażenia sprawnością i koordynacją. Kiedy nalewałem 

background image

mu wody do miski, omal mnie nie przewrócił. 

- Jest trochę niezgrabny. 

- I porozlewał wodę po całej podłodze. 

- Bałaganiarz z niego.  -  Uniosła  brodę.  - Jeśli panu  przeszkadza, proszę  go przyprowadzić 

tutaj. 

- Niech sobie biega, gdzie chce. Kucharka już go pokochała. 

- George uśmiechnął się do niej. - Nie spodziewałem  się tego. Brad wspomniał, że to pies 

pożarniczy. 

- Mówi pan Silverowi po imieniu. Nie sądzi pan, że to niestosowne? 

- Naturalnie. Ale on zwyciężył w pojedynku, więc musiałem się podporządkować. 

- W pojedynku?

- Karate. Zirytowała go moja uprzejmość i kazał mi przestać. Kiedy wyraziłem dezaprobatę, 

oświadczył, że jeśli pokonam go dwa na trzy razy, da za wygraną. - Kamerdyner pokręcił głową. 

- Zwyciężyłem tylko raz. Ale przygotowuję się już do następnego starcia. 

- Wspomniał, że ma pan czarny pas. 

Służący znieruchomiał. 

-  Czy  musi  pani  wypominać  mi  moje  upokorzenie?  Tak,  powinienem  był  go  pokonać. 

Zaskoczył  mnie.  Pan  Cam  powiedział  mi,  że  Brad  jest  członkiem  grupy  intelektualistów 

uniwersyteckich,  a  interesują  go  zagadnienia  hydrostatyki.  Cokolwiek  znaczy  to  słowo.  -

Skrzywił  się.  -  Takiej  sprawności  nie  wynosi  się  z  uczelni.  Zdobył  doświadczenie  na  ulicy  i 

naprawdę  świetnie  walczy.  Na  dodatek  w  razie  potrzeby  nie  waha  się  przed  nieczystymi 

chwytami, jeśli dadzą mu one przewagę. 

- W rozmowie ze mną wspomniał, że sporo jeździł po świecie i jest kimś w rodzaju czarnej 

owcy w rodzinie. 

- Z całą pewnością ani trochę nie przypomina pana Cama. - George wysunął krzesło, żeby 

Kerry mogła wygodnie usiąść. - Pan Cam nie miałby nic przeciwko temu, żebym postępował tak, 

jak uważam za stosowne. Zawsze pozwalał ludziom żyć tak, jak sami tego chcą. 

- Nawet bratu? 

Pokręcił głową. 

-  W  tym  wypadku  w  grę  wchodziła  braterska  miłość.  Trudno  przyglądać  się  bezczynnie, 

kiedy ktoś podąża ścieżką prowadzącą prosto ku przepaści. 

background image

- Uczestnictwo w grupie intelektualistów to coś złego? 

- Sam nie wiem. Powiem tylko, że pan Cam zawsze martwił się o Brada. 

Uśmiechnęła się. 

- Wypowiada pan to imię tak, jakby stało panu kością w gardle. 

- Rzeczywiście tak czuję. - Podszedł do drzwi. - Wkrótce jednak pewnie nie będę już musiał 

go  powtarzać. Od  teraz  zamierzam  dodawać  "sir"  zawsze,  kiedy  to  będzie  możliwe.  Nigdy nie 

zobowiązywałem się do rezygnacji z tego tytułu. - Otworzył drzwi. - Za trzy kwadranse wrócę po 

tacę. Mam nadzieję,  że tym  razem pani  coś zje.  Dbanie o  tego labradora  z pewnością  kosztuje 

panią wiele energii. 

- Dzięki niemu zachowuję sprawność. Może pan go przyprowadzić, kiedy przyjdzie pan po 

naczynia. 

- Zamierzałem to zrobić. Kucharka lubi Sama, ale wątpię, czy spodobają jej się jego porządki 

w kuchni. 

Kerry uśmiechała się, gdy kamerdyner zamykał za sobą drzwi. 

George  był  dziwny,  ale  go  polubiła.  Cholera,  po  świecie  krążyło  wystarczająco  wielu 

konformistów.  To  miło,  że  od  czasu do  czasu  można  napotkać  kogoś,  kto  podąża inną  drogą  i 

ustala własne zasady. 

Tak jak Brad Silver. 

Ta myśl przyszła jej do głowy, lecz Kerry natychmiast ją odpędziła. 

Silver mógł sobie kroczyć inną ścieżką i ustalać zasady, ale w wybranej przez niego drodze 

życiowej nie było nic miłego. 

A może to droga wybrała Silvera? Właściwie miał równie ograniczone możliwości podjęcia 

decyzji  jak  Kerry,  a  jego  doświadczenia  były  jeszcze  bardziej  wstrząsające.  Musiał  się  z  tym 

borykać codziennie, nie tylko od czasu do czasu. Czy naprawdę mogła go winić za to, że usiłuje 

jakoś żyć? 

Jezu, zaczynała mu współczuć. 

Ta  świadomość  sprawiła,  że  przeszył  ją  dreszcz.  To  się  nie  może  zdarzyć.  Musiała 

wypracować  sposób  na  życzliwą  współpracę  z  nim,  ale  w  żadnym  razie  nie  powinna  mu 

współczuć. Był zbyt potężny, a takiej sile nie mogła ufać. 

Tymczasem George nie  stanowił  zagrożenia.  Jego  odmienność była dziwna  i zabawna, nie 

groźna. Usiadła przy biurku i podniosła srebrną pokrywkę. Befsztyk wyglądał apetycznie. Gdyby 

background image

go nie zjadła, choćby częściowo, z pewnością dostałoby się jej od George'a. 

Zresztą  niewykluczone,  że  jedzenie  wprawi  ją  w  senność.  Tej  nocy  zamierzała  spać  tak 

głęboko, jak to możliwe. 

Głęboko i - daj Boże - bez żadnych snów. 

Płonące mięso. Płonące mięso. Odsunąć. Odsunąć. 

Nie dawała rady. Wciągaj ją w ogień. 

Wrzasnęła! 

- Obudź się. - Ktoś nią potrząsnął. - Na litość Boską, obudź się. 

Silver. 

Płomienie ... smród ... płonącego mięsa ... 

- Nie! Nie wrócisz tam! Otwórz oczy. Natychmiast! 

Jej powieki gwałtownie się uniosły i ujrzała przed sobą twarz Silvera, spiętą, zaniepokojoną, 

oddaloną może o trzydzieści centymetrów. 

Odetchnął z ulgą. 

- Tak lepiej. Nie zamykaj oczu. Koniec z płomieniami. - Wyciągnął ją z łóżka. - Idziemy na 

dół i napijemy się kawy. Gdzie masz szlafrok? - Dostrzegł go na łóżku i narzucił jej na ramiona. -

Chodź. Idź powoli i mów do mnie. Co George przyniósł na kolację? 

Usiłowała zebrać myśli, które nikły w gęstych kłębach dymu . 

- Sałatkę. 

- Co jeszcze? 

- Mięso. 

Schodzili po schodach. 

- Jakie mięso? 

Jakie to ma znaczenie? Dym. Spalenizna. 

- To istotne. Pomyśl. 

Jego słowa strzelały jak bat, przecinając powietrze niczym miecz. 

- Befsztyk. 

- Dobrze. Gdzie teraz jesteś? 

Już lepiej. Dym się rozwiewał. 

background image

- Na schodach. W domu twojego brata. Nie, to teraz twój dom, prawda? 

- Prawda. 

- To takie smutne. Twój brat ... ogień. - Zgięła się wpół, kiedy nagle przeszył ją ból. - Nie 

czuję. To na nic, skoro nic nie czuję. Za daleko. 

- Chryste. - Dźwignął ją i zniósł ze schodów. - Już dłużej nie wytrzymam. Wchodzę. Tylko 

na chwilę, wejdę i wyjdę, obiecuję.

Ból zanika. Dym się rozwiewa. 

Byli w bibliotece. Silver siedział na wielkim skórzanym fotelu przed kominkiem, kołysząc ją 

na kolanach, jakby była dzieckiem.

- Budzisz się. Nic nie może cię skrzywdzić. Wkrótce to sobie uświadomisz. Posiedzimy tu, a 

ty mi powiesz, kiedy będziesz miała ochotę wstać i pójść do kuchni na kawę. 

Nie ma dymu. Nie ma bólu. 

Ciepło. Moc. Korzenny zapach. Płyn po goleniu. 

- Już dobrze. - Głaskał ją po włosach. - Odpręż się. Nic się nie stanie. Wróć do mnie. Chcesz 

tego, prawda? 

Sennie skinęła głową. Tuż przy uchu słyszała bicie jego serca. 

- Teraz oczyść myśli. Nie ma dymu. Nie ma bólu. Wszystko znikło. Wychodzę. 

Dziwnie. Pusto. Spokojnie. Rzeczywistość. 

Dobry Boże! 

Wyprostowała się na jego kolanach. 

- Cholera! - Skoczyła na równe nogi. 

-  Niespecjalnie  życzliwe  przyjęcie,  zważywszy,  że  przed  chwilą  pomogłem  ci  w  trudnej 

sytuacji. - Podtrzymał ją. - Lepiej się czujesz? 

- Nie, psiakrew, znowu to zrobiłeś! 

Zmarszczył brwi. 

- Przyznaję się do winy. Weź jednak pod uwagę ... Cierpiałaś. Co innego mogłem zrobić, do 

licha ciężkiego? 

- To, co zrobiłby każdy normalny człowiek. 

- Nie poskutkowało. Nie mogłem nieść ... Nie było aż tak źle. Psiakrew, powiedziałem ci, co 

zamierzam  zrobić. A ty  byłaś cholernie zadowolona,  że jestem w środku.  Więc nie wciskaj  mi 

głupot. 

background image

-  Ale  ja  wcale  nie  chciałam,  żebyś  ...  -  Urwała  i  odetchnęła  głęboko.  Powinna  przestać 

okłamywać  jego  i  siebie.  Miał  rację.  Była  mu  wdzięczna  za  powstrzymanie  tego  potwornego 

bólu. 

- Niech będzie. To niezupełnie twoja wina. 

- Jeszcze nigdy nie słyszałem, by ktoś tak niechętnie przyznawał się do błędu. - Wstał. - Ale 

niech będzie. Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Chodźmy na tę kawę. 

- Nie potrzebuję kawy. 

- Ale ja chętnie się napiję. Zafundowałaś mi dzisiaj małe piekiełko. Potrzebuję drinka albo 

kofeiny, a chyba lepiej będzie, jeśli zachowam trzeźwy umysł. 

Wyszła  za  nim  z  biblioteki  i  ruszyła  korytarzem.  Bosymi  stopami  dreptała  po  zimnym 

marmurze - dopiero chłód uświadomił jej że nie włożyła butów i ma na sobie brązowy aksamitny 

szlafrok. 

- Znowu cię obudziłam? 

- No tak. Można tak powiedzieć. Nagle poczułem, że coś mnie wciąga do piekła i rzuca w 

płomienie  oraz  opary  siarki.  Potem  nie  byłem  w  stanie  cię  obudzić,  żebyśmy  oboje  mogli  się 

uwolnić.  -  Otworzył  drzwi  do  kuchni  na  końcu  korytarza.  -  A  teraz,  jako  że  nie  mam  ochoty 

ponownie przez to przechodzić, wypijemy kawę, a ty mi opowiesz, co się dzieje w twojej głowie. 

Zgoda? 

-  Myślisz,  że  ja  chcę  przechodzić  ...  -  Napotkała  jego  spojrzenie  i  skinęła  głową.  -  Niech 

będzie. 

- Dobrze. - Podszedł do kredensu i wyciągnął puszkę z kawą. 

- Siądź przy stole i odpocznij a ja wstawię kawę. - Spojrzał przez ramię na Kerry. - Dreszcze 

minęły. 

Pomyślała, że w środku wciąż jest roztrzęsiona. 

- Zwykle nie zachowuję się jak tchórz. To nie był... 

- Na miłość boską, wiem, przez co przeszłaś. Byłem tam, pamiętaj. Przynajmniej w pobliżu. 

Przyszło mi do głowy, że założę blokadę, abyś już nigdy nie przeżywała tego koszmaru. Chyba 

nie jestem tak dobry, jak przypuszczałem. 

- Blokadę? Masz na myśli coś w rodzaju sugestii posthipnotycznej ? Czy tak to robisz? 

- Mniej więcej. - W stawił kawę, wrócił do Kerry i opadł na krzesło naprzeciwko. - Osoby 

poddające się hipnozie muszą jednak być skłonne do współpracy, a część ludzi, z którymi mam 

background image

do czynienia, toczy regularne boje, byle tylko nie dać się zahipnotyzować. Często muszę używać 

podstępu, żeby uniknąć otwartej bitwy. 

- Dzisiaj nie musiałeś stosować takiej taktyki wobec mnie. - To nie było pytanie. Zadrżała. -

Chryste, pragnęłam tylko jednego: wydostać się stamtąd. 

-  To  jasne.  Chwyciłaś  się  mnie  i  kurczowo  trzymałaś.  -  Obserwował  jej  reakcję.  -  Twoje 

koszmary  zwykle  nie  są  tak  gwałtowne.  Pamiętam,  że  kiedy  po  raz  pierwszy  zacząłem  cię 

obserwować, zauważałem tylko strach i zgrozę, ale nie ... 

- Bo to nie był ten sam koszmar. 

Znieruchomiał. 

- Co? 

- To był Trask. 

- Rozumiem. - W stał i poszedł do ekspresu, żeby nalać kawy. 

- Pożar w domu twojego brata? 

- Nie. Sądzę, że wiesz, czego ten koszmar dotyczył. 

- Wspomniałaś Cama. - Wrócił z kubkami, które postawił na stole.  - Powiedziałaś ... że to 

takie smutne ... a potem mówiłaś, że czegoś nie czujesz. 

Zamknęła oczy, kiedy przez jej umysł przepływały wspomnienia. 

- To nie ja .. To on. Trask nie wyczuwał swądu palonego ciała twojego brata. Znajdował się 

zbyt daleko. Widział płonącą limuzynę, ale nic nie czuł. Wściekł się, kiedy o tym pomyślał, gdy 

sobie przypomniał. - Otworzyła oczy. - Nadal jest rozwścieczony. 

- Nadal? 

- Wpatrywał się w ten dom i zastanawiał, w jaki sposób napuścić na niego swoje dziecko. 

Jednocześnie  wiedział,  że  twój  brat  zainstalował  obronne  urządzenia  zakłócające,  żeby 

powstrzymać Morze Ognia. Jego złość została wywołana frustracją. 

Przez chwilę milczał. 

- Nie mówisz o koszmarze sennym. 

-  Dla  mnie  to  był  koszmar.  W  jednej  chwili  spałam,  a  w  następnej  byłam  razem  z  nim, 

czułam to  samo,  co  on.  - Dłoń  Kerry drżała,  gdy dziewczyna przytknęła  kubek  do ust.  -  Masz 

rację, to  nie  był  zwykły  koszmar. Przyszedł  tu  dzisiejszej  nocy.  Stał  wśród  drzew  przy bramie 

wjazdowej. 

- Cholera jasna! 

background image

Pokręciła głową, kiedy zaczął wstawać. 

- Już uciekł. 

- Do diabła ciężkiego, czemu mi nie powiedziałaś? 

Patrzyła na niego uważnie. 

- Nie miałam siły wszczynać alarmu. Jeśli pamiętasz, ledwie kontaktowałam. Poza tym gdy 

się ocknęłam, wiedziałam, że już zniknął. 

Zdusił przekleństwo. 

- Wybacz - wymamrotał z wysiłkiem. - Po prostu nie mogę się pogodzić z myślą, że był tak 

blisko i zdołał umknąć. 

- Nie podejrzewałeś, że może nas śledzić? 

-  Pewnie,  że  podejrzewałem.  George  zorganizował  patrole,  krążyły  o  okolicy.  Jak  u  licha 

udało mu się dotrzeć do bramy? Ten sukinsyn jest jak duch. 

- To nie duch, tylko potwór. Miałeś absolutną rację. - Zacisnęła zziębnięte dłonie na kubku. -

Lepiej prześledźmy listę potencjalnych ofiar tego zwyrodnialca. 

- Teraz? 

Skinęła głową. 

- Jest wściekły, bo przypomniał sobie, że śmierć twojego brata nie sprawiła mu satysfakcji. 

Nie może się doczekać chwili, gdy zaspokoi swoje chore pragnienia. - Zwilżyła wargi językiem. -

Jego dziecko domaga się krwi. 

- Kiedy? 

- Tego nie wiem. Zapewne ... jeszcze dziś w nocy. Zamierzał coś zrobić ... przed świtem. -

Zerknęła  na  zegar.  -  Możemy  mieć  zbyt'  mało  czasu.  Chciałby  od  razu  kogoś  zabić,  ale  musi 

czekać, aż wszystko zostanie zorganizowane. 

- Co zostanie zorganizowane? Bezradnie pokręciła głową. 

- Nie wiesz, na kogo się szykuje? Ponownie potrząsnęła przecząco głową. 

- Myśli o nim jak o celu. Każdy jest celem. On nie uważa ich za ludzi, to tylko paliwo dla 

Morza Ognia. 

- Wychwyciłaś coś jeszcze? Zastanowiła się. 

- Woda. Dostrzegłam obraz wody. Bardzo niewyraźny. 

- Jezioro? Ocean? Strumień? 

Bezradnie wzruszyła ramionami. 

background image

- Cholera, nie wiem. Czuję się jak gąbka. Nie jestem taka jak ty. Kompletnie nie panuję nad 

tym, co się ze mną dzieje. Nie mogę nakazać mu myśleć konkretami. 

- Wiem, wiem. - Odstawił kubek na stół i wstał. - Chodźmy do biblioteki, przejrzymy zdjęcia 

i  dokumentację.  Zobaczymy,  co  z  tego  wyniknie.  Może  wchłonęłaś  więcej,  niż  sobie 

uświadamiasz. 

-  Mam  nadzieję.  -  Wstała.  Czuła  jego  napięcie  i  niespokojną  energię,  którą  emanował. 

Jeszcze  nie  była  na  to  gotowa.  Potrzebowała  czasu,  żeby  wziąć  się  w  garść.  -  Idę  na  górę  się 

ubrać. Za kwadrans widzimy się w bibliotece. 

Ściągnął brwi. 

-  Czy  musisz  ...  Dobra  myśl.  -  Spojrzał na  swój  szlafrok.  -  Też  się  przebiorę.  Chodźmy.  -

Zaprowadził ją na korytarz, ku schodom. 

- Spotkajmy się za pół godziny. Weź szybki prysznic, to może być długa noc. 

- Spędzona na przeglądaniu archiwum? 

- Może gdzieś pojedziemy, jeśli uznamy, że warto. 

Powinna była się domyślić, że nie będzie zasypiał gruszek w popiele. Cóż, ona też nie miała 

takiego zamiaru. Przerażała ją myśl o bliskości Traska. Potrzebowała czasu, żeby dojść do siebie 

przed następnym kontaktem. 

- Wszystko dobrze? - Obserwował jej minę. 

- Pewnie. - Weszła na schody. - Już mi lepiej. 

- Gdzie tam.  Boisz  się.  - Nie odrywał  oczu od jej  twarzy.  -  Właśnie sobie  przypomniałem 

fragment tego koszmaru. Byłaś wciągana do ognia. Nie Cam, tylko ty. To twoje ciało płonęło . 

Skinęła głową. 

- Jasna cholera, odezwij się.

- Co mam powiedzieć? Czego oczekiwałeś? - Nie patrzyła na niego. - Automatycznie stałam 

się jego  celem,  kiedy uznał,  że zamierzam  ci pomóc. Gdy jednak jego  ukochane  "dziecko" nie 

położyło  mnie  trupem,  nabrał  do  mnie  osobistej  urazy.  Teraz  pragnie  mnie  dopaść  za  wszelką 

cenę. - Skrzywiła się, zerkając na Silvera. - Być może chce mnie bardziej niż ciebie. Fantazjuje 

na temat mojego wyglądu, wyobraża sobie swąd mojego ciała. 

- Jezu. 

- Ale to się nie zdarzy . 

- Cholera, masz rację. Nie dopuszczę do tego. 

background image

- Tak, jasne. - Uśmiechnęła się smutno. - Dzięki, ale wolę polegać na sobie. Już ustaliliśmy, 

jakie są twoje priorytety. - Otworzyła drzwi do swojego pokoju. - Pół godziny, Silver. 

Silver zaklął pod nosem, patrząc, jak zamykają się za nią drzwi. 

Dlaczego czuł taką wściekłość i frustrację? Powiedziała prawdę. Miał swoje priorytety i już 

postanowił  ją  wykorzystać.  Dzięki  niej  dopadnie  Traska.  Tej  nocy  Kerry  udowodniła,  że  jest 

kluczem do niego. Nawiązała z nim kontakt w chwili, gdy nie istniało bezpośrednie zagrożenie 

pożarem.  Podobno  jeszcze  nigdy  czegoś  podobnego  nie  doświadczyła,  w  żadnej  sprawie.  Z 

każdym spotkaniem wiedziała o nim więcej. 

Lecz  każde  spotkanie  było  coraz  bardziej  bolesne  i  przerażające.  Mógł  ją  obronić. 

Dzisiejszej nocy udało mu się wyciągnąć ją z tego psychicznego bagna. 

Z trudem. 

Z  całą  pewnością  potrafił  nad  tym  zapanować.  Musi  działać  szybko,  a  ryzyko  będzie 

minimalne. 

Taką miał nadzieję. 

Gdy otwierał drzwi do sypialni, usłyszał dzwonek telefonu. 

-  Proszę  o  wybaczenie,  sir  -  powiedział  George,  gdy  Silver  podniósł  słuchawkę.  -  Choć 

właściwie nie rozumiem, czemu miałbym przepraszać, skoro to ja zostałem wyrwany ze snu. Jak 

wiesz,  moja  kwatera  znajduje  się  bezpośrednio  pod  kuchnią,  z  której  dochodził  tętent  dwóch 

galopujących koni. Nie miałem zamiaru przerywać nocnej schadzki, lecz wolałem się upewnić, 

że wszystko w porządku i że nie jestem potrzebny. 

- Możesz wyrzucić z pracy ludzi, którzy patrolowali okolicę. Trask był tu dzisiejszej nocy. 

-  Jesteś  pewien?  -  zapytał  po  chwili  George.  -  O'Neill  nie  donosił  mi  o  żadnych 

niepokojących zdarzeniach. 

- Jestem pewien. 

- Na jakiej podstawie? 

-  Cholera,  powiedziałem,  że  jestem  pewien.  Przestań  mnie  przesłuchiwać  i  idź  sprawdzić, 

czemu O'Neill zaniedbuje swoje obowiązki. 

- Wyborna myśl. Żywię nadzieję, że ze wstydu będziesz czerwony jak burak, gdy się okaże, 

że to fałszywy alarm. - George się rozłączył. 

background image

Silver rozkładał dokumenty na biurku, kiedy do biblioteki weszła Kerry. 

- Witam. Chyba się rozbudziłaś, prawda? Jesteś gotowa? 

Skinęła głową. 

- A czy to ma jakieś znaczenie? Popatrzył jej w oczy. 

-  Owszem.  Strasznie  nie  lubię  cię  niepokoić.  Ta  sytuacja  zaskoczyła  mnie  tak  samo  jak 

ciebie. 

Zerknęła na teczki.

- Jestem gotowa. 

Silver obszedł biurko i stanął obok niej. 

-  Tyle  osób  pozostało  z  listy  Traska.  Jeden  senator.  Trzech  naukowców  z  projektu  Morze 

Ognia, których Trask uważa za niebezpiecznych. Od czego chcesz zacząć? 

- Kto był jego ostatnim celem? 

- Senator Pappas. Kilka dni temu spłonął w wypadku samochodowym. 

- A wcześniej? 

- Bill Doddard. Profesor chemii molekularnej w Princeton. 

- Czyli atakuje chaotycznie? 

- Najwyraźniej. 

- Wobec tego przyjrzyjmy się najpierw naukowcom. - Otworzyła jedną z teczek i spojrzała 

na zdjęcie czterdziestoparoletniej kobiety o krótkich kręconych włosach i ujmującym uśmiechu. -

Oglądałeś już te dokumenty? 

- Wielokrotnie. Osoba, której się przyglądasz, to doktor Joyce Fairchiid. Ma trzy doktoraty i 

odegrała  zasadniczą  rolę  w  skonstruowaniu  większej  anteny.  Nie  kryła  niezadowolenia  kiedy 

zlilzwidowano projekt. 

- Jest aż tak wściekła, by kontynuować prace na własną rękę? 

- Trask mógł dojść do takiego wniosku. - Otworzył następną teczkę, w której znajdowało się 

zdjęcie  tęgiego  sześćdziesięciolatka  o  bujnych  włosach.  -  Doktor  Iwan  Rastow.  Przed  końcem 

zimnej  wojny  był  liczącym  się  naukowcem  rosyjskimi  potem  wyjechał  i  dołączył  do  zespołu 

pracującego  nad  Morzem  Ognia.  Kierował  eksperymentami  i  również  przyczynił  się  do 

powstania większej anteny. Z jego zapisków wiemy, że Trask nigdy mu nie ufał. Rzecz jasna, to 

o niczym nie świadczy. Trask nie ufał nikomu. - Silver przekazał Kerry ostatnią teczkę. - Gary 

Handel.  Pod  trzydziestkę,  cudowne  dziecko,  uchodzi  za  wybitnego  inżyniera  molekularnego. 

background image

Dołączył  do  projektu  pod  sam  koniec,  lecz  jest  błyskotliwy,  ambitny  i  z  całą  pewnością 

nastawiony na sukces. 

Handel był chudym, jasnowłosym mężczyzną i rzeczywiście w oczach miał głód sławy. 

- A senator? - spytała. 

-  Jesse  Kimble.  Spędził  w  senacie  ponad  dwadzieścia  lat.  To  przyzwoity  starszy  pan  z 

Luizjany. - Silver zamyślił się i dodał: - Cam go lubił. W większości spraw się nie zgadzali, lecz 

jego zdaniem Kimble miał kręgosłup moralny. 

- Najwyraźniej zgodzili się w sprawie Morza Ognia. 

Skinął głową. 

- To prawda. 

- Czy ci ludzie są dobrze chronieni? 

-  Cholernie  dobrze.  Po  pierwszych  morderstwach  władze  nie  zamierzają  ryzykować. 

Wszyscy,  którym  zagraża  Trask,  mają  osobistą  ochronę.  Prezydent  uznał,  że  nie  można  ufać 

nikomu związanemu  z projektem,  i  dlatego skierował  służby  bezpieczeństwa  wewnętrznego na 

rozmowę z naukowcami, by ich przestrzec przed wygadaniem się lub kontynuacją projektu. Po 

pierwszych atakach domy potencjalnych ofiar zostały otoczone ochronną barierą zakłócającą fale 

radiowe,  a  wszystkich  zagrożonych,  łącznie  z  rodzinami,  pilnuje  cała  armia  agentów  służb 

specjalnych. 

- Najwyraźniej to nic nie daje. 

- Trask ma teraz ograniczone pole manewru. Dobre i to. - Silver się skrzywił. - Problem w 

tym,  że  ci  wszyscy  naukowcy  są  inteligentni  i  chytrzy,  a  przy  tym  cierpią  na  przerost  ego. 

Uważają,  że  sami  potrafią  o  siebie  zadbać,  i  nie  chcą  dać  się  zamknąć  w  domach  do  czasu 

złapania Traska. 

- Rozumiem, co czują. Uśmiechnął się. 

- Zapewne jesteś jeszcze bardziej niezależna i uparta niż oni. 

- Nie lubię, kiedy ktoś inny decyduje o tym, co dla mnie dobre. 

- Mimo to ufałaś swoim kolegom strażakom. 

- To co innego. Masz informacje o Trasku? 

Skinął głową i wręczył jej teczkę. 

-  Nie  ma  tu  wiele  ponad  to,  co  już  mówiłem.  Urodził  się  i  wychował  w  Marionville  w 

Zachodniej  Wirginii. Błyskotliwe dziecko, wybitnie  uzdolniony nastolatek. Dobry dla zwierząt, 

background image

grzeczny  wobec  dorosłych.  Przeszedł  pozytywnie  wszystkie  testy  psychologiczne  .  Zdobywca 

stypendium  Fulbrighta.  Nigdy  nie  wykonał  fałszywego  ruchu,  dopóki  nie  uciekł  z  Morzem 

Ognia. 

- Trudno w to uwierzyć. Może znajdę w tych papierach coś, co uruchomi moje wspomnienia, 

coś,  na  co  wcześniej  nie  zwróciłam  uwagi.  Zresztą  chciałabym  się  wreszcie  przekonać,  jak on 

wygląda.  -  Otworzyła  teczkę  i  spojrzała  na  zdjęcie  poszukiwanego.  Poczuła,  jak  przeszywa  ją 

dreszcz.  Trask  miał  koło  czterdziestki,  łysiał.  Na  gładkiej  pozbawionej  zmarszczek  twarzy 

szeroko rozstawione, niebieskie oczy błyszczały dziecinną ciekawością. Nie wyglądał jak potwór 

i  to  było  tym  bardziej  przerażające.  Pospiesznie  zamknęła  teczkę  i  odłożyła  ją  na  biurko. 

Chwilowo nie miała siły narażać się nawet na tak powierzchowny kontakt z mordercą. - Później. 

Tracimy  czas.  -  Zerknęła  na  zegar.  Jeszcze  nie  minęła  pierwsza,  lecz  to  jej  nie  powstrzymało. 

Wręczyła  Silverowi  dwie  teczki,  dwie  zostawiła  sobie  i  usiadła  w  skórzanym  fotelu.  -  Woda. 

Musimy znaleźć u kogoś jakiś związek z wodą lub miejsce, gdzie znajduje się zbiornik wodny ... 

Silver zasiadł za biurkiem. 

- Wobec tego bierzmy się do roboty. 

-  Zapomnij  o  buraku  -  oznajmił  George,  wchodząc  do  biblioteki.  -  Ku  mojemu 

bezbrzeżnemu rozczarowaniu i fatalnemu upokorzonemu. 

George był ubrany w czarne dżinsy i sweter. Kerry pomyślała, że w tym stroju w ogóle nie 

wygląda na kamerdynera. 

- O jakim buraku? - zdumiała się. 

-  Odgrażałem  się  wcześniej  że  Brad  będzie  czerwony jak  burak  -  wyjaśnił  George.  -  Przy 

bramie  wjazdowej  znajdują  się  świeże  odciski  stóp.  Zrobiłem  gipsowy  odlew  i  wezwałem 

gliniarzy, żeby porównali je z rozmiarem buta Traska. 

- To był Trask - mruknęła Kerry. 

- Wydaje się pani równie tego pewna, jak Brad. - George popatrzył na nią z ciekawością. -

Dlaczego? Widziała go pani? 

-  Nie.  -  Zerknęła  do  teczki.  -  Iwan  Rastow  mieszka  w  Baltimore.  Spojrzałam  na  mapę, 

Silver.  W pobliżu jego  miejsca  zamieszkania nie  ma żadnej wody. Joyce  Fairchild  ma dom na 

przedmieściach Fredericksburga. To samo. Żadnych jezior, żadnych rzek w pobliżu. Za to Gary 

Handel ma mieszkanie z widokiem na Potomac. 

Silver skinął głową. 

background image

- Z kolei senator Kimble mieszka w Wirginii, w bogatej dzielnicy o nazwie Twin Lakes. To 

druga możliwość. 

- Jaka możliwość? - spytał zdumiony George. 

Silver przez chwilę milczał, nim w końcu przemówił: 

- Mój informator doniósł, że następna ofiara Traska będzie związana z wodą. 

George uniósł brwi. 

- Naprawdę? Ten sam informator, który powiedział, że Trask był tu dzisiejszej nocy? 

Silver skinął głową. 

- Nie sądzisz więc, że najwyższy czas przedstawić tego informatora mnie i władzom? 

- Nie - odezwała się Kerry. 

-  Ach,  informator  typu  "głębokie  gardło"?  -  George  pokiwał  głową.  -  Teraz  wszystko 

rozumiem. Co prawda jestem urażony} niemniej skoro to jedyna metoda ... 

-  Daj  spokój  George  -  przerwał  mu  zniecierpliwiony  Silver.  -  Jeżeli  koniecznie  musisz 

podzielić  się  z  kimś  nowinami,  zadzwoń  do  któregoś  ze  swoich  kumpli  ze  służb  specjalnych  i 

powiedz, żeby strażnicy wzmogli czujność. Może powinni staranniej patrolować okolicę wokół 

domów potencjalnych ofiar. 

- Będą chcieli wiedzieć, kim jest informator. 

- To mają pecha. 

-  Mogą  być  nieprzyjemni.  -  Ruszył  do  drzwi.  -  Ale  nie  martwcie  się.  Ocalę  waszą  skórę. 

Powiem, że zobaczyłem to w mojej kryształowej kuli ... 

George wyszedł z pokoju, a zaskoczona Kerry popatrzyła na Silvera. 

- Przecież twierdziłeś, że on o niczym nie wie ... 

- Bo nie wie. - Zmarszczył czoło. - Ta uwaga to zapewne zwykły zbieg okoliczności . 

- A może ta cudowna przykrywka, o której mi mówiłeś, jest guzik warta i on świetnie zdaje 

sobie sprawę, że nie masz nic wspólnego z hydrostatyką• 

- Niewykluczone. - Uśmiechnął się półgębkiem. - Nie wolno lekceważyć George a. 

- Wcale go nie lekceważę. To twoja specjalność. - Przetarła oczy. Padała z nóg. - Więc co, 

jedziemy  do  senatora  i  mieszkania  Gary'ego  Handla,  żeby  sprawdzić,  czy  zauważę  tam  ślady 

bytności Traska ? 

Potwierdził ruchem głowy. 

- Gdy tylko George sprawdzi, czy nie pojawiła się następna ofiara. 

background image

- Moim zdaniem mamy czas. Jest za wcześnie. Co prawda chciał załatwić sprawę szybko, ale 

musiał zaczekać ... 

- Niemniej uważasz, że przypuści atak jeszcze tej nocy . 

Przytaknęła. 

- Odniosłam wrażenie, że przygotowania do akcji trwają kilka godzin. Nie możemy jednak 

bezczynnie czekać. - Wstała. - George może zatelefonować do ciebie, kiedy będziemy w drodze 

do Handla i senatora. 

Skinął głową i ruszył do drzwi. 

- Właśnie zamierzałem to zaproponować. 

Uśmiechnęła się ironicznie, wychodząc za nim z domu. - Może czytam ci w myślach. 

-  Oby  nie.  Wykorzystałabyś  przeciwko  mnie  wszystko,  co  by  mi  przyszło  do  głowy.  -

Otworzył przed nią drzwi samochodu. - Może zamkniesz oczy i spróbujesz odpocząć? Już miałaś 

ciężką noc, a to dopiero początek. 

To prawda. Powinna korzystać z każdej wolnej chwili. Musiała być w miarę wypoczęta, by 

stawić czoło temu, co ich być może czekało w ciągu najbliższych godzin. 

- Wątpię, czy w takiej sytuacji zdołam się odprężyć. Gdybym jednak zasnęła, obudzisz mnie, 

gdy tylko George się odezwie, prawda? 

- Jasne. Przecież wiesz, że to zrobię. Potrzebuję cię. 

Racja. Niepotrzebnie się przejmowała. On jej potrzebuje ... 

Przejrzysta woda przelewała się przez zaokrąglone kamienie krystalicznie czystego potoku. 

Śmiertelnie  niebezpieczny  potok,  pomyślał  Trask.  Niebezpieczny  dla  Morza  Ognia.  Nie 

mógł opanować frustracji na myśl o tym, że przeprowadził tak wiele badań, a wciąż nie rozwiązał 

tego problemu. Woda wciąż mogła ugasić płomienie. Na szczęście Morze Ognia było tak gorące 

i  paliło  się  tak  szybko,  że  w  większości  wypadków  spełniało  swe  zadanie,  zanim  ktokolwiek 

zdążył je zalać wodą. Mniejsza z tym, nadal miał czas na dopracowanie broni po przekazaniu jej 

Korei  Północnej.  Postanowił  nalegać,  by  w  umowie  uwzględniono  jego  warunki,  nawet  jeśli 

nabywcy  nie  wyraziliby  na  to  ochoty.  Cholerni,  przekonani  o  swojej  wyższości  Azjaci.  A 

przecież nie udało im się opracować nic tak doskonałego jak Morze Ognia. Polegali na 

broni  jądrowej,  podczas  gdy  Morze  Ognia  było  o  wiele  czystsze,  a  przy  tym  równie 

skuteczne. 

background image

W  spiął  się na  dąb i skorygował ustawienia w  niewielkiej antenie, którą tydzień wcześniej 

zainstalował na trzeciej gałęzi. Od czasu niepowodzenia w domu w Macon nie miał sposobności, 

by  zająć  -ię  urządzeniem,  ale  skoro  miało  być  wymierzone  przeciwko  tylko  jednej  osobie,  nie 

powinny wystąpić żadne problemy. Usadowił się wygodnie na podkładce ze złożonego w kostkę 

brezentu. Wszystko było przygotowane, pozostało mu tylko czekać. Poczuł przypływ adrenaliny, 

gdy pomyślał o bliskiej chwili, gdy znowu kogoś zabije. Z prawdziwą przykrością opuszczał dom 

Silvera, nie mogąc nawet tknąć Kerry Murphy. Była symbolem porażki dla niego i dla dziecka. 

Mniejsza  z  tym.  Śmierć  nowego  celu  go  odpręży,  a  zabicie  Kerry  Murphy  sprawi  mu 

większą satysfakcję, jeśli jeszcze trochę zaczeka. 

Księżyc zachodził, ale wciąż widać było jego srebrne odbicie na wodzie. 

Śmiertelnie niebezpieczna woda ... 

- Kerry, obudź się. 

- Chyba słyszałam, jak to już mówiłeś. - Ziewnęła i otworzyła oczy. - Właściwie nie spałam. 

Gdzie jesteśmy? 

- W Twin Lakes. - Wysiadł i obszedł samochód, żeby otworzyć drzwi po stronie pasażera. -

Dom  senatora  Kimble'a  jest  tuż  za  rogiem.  Pomyślałem,  że  pewnie  wolisz  podejść  tam  bez 

pośpiechu.  -  Wszystko  jedno.  Nie  mam  wprawy  w  takich  podchodach,  nie  wiem,  jak  należy 

postępować. - Rozejrzała się. Domy w tej dzielnicy wzniesiono jeszcze przed wojną secesyjną. -

Pięknie tu. Wokół każdego domu rozpościera się teren wielkości co najmniej czterech hektarów. 

Nie  jestem  przekonana,  czy  oddałabym  swój  głos  na  kogoś,  kto  dysponuje  tak  ogromnymi 

pieniędzmi. Ciekawe, skąd je wziął. 

- To środki prywatne. Majątek rodowy - wyjaśnił Silver. - Cam zapewniał, że senator Kimble 

to uczciwy człowiek. - Wskazał na zachód. - Widzisz te przebłyski między drzewami? To jedno z 

dwóch  jezior.  Znajduje  się  bezpośrednio  za  posiadłością  Kimble'a.  -  A  gdzie  są  tajni  agenci, 

którzy podobno go chronią? 

-  Jestem  pewien,  że  nas  widzą.  Ujawniliby  się,  gdyby  to  było  absolutnie  konieczne.  Mam 

nadzieję, że George ich przekonał o naszej nieszkodliwości. 

-  Skłamałby,  gdyby  tak  im  powiedział.  Wcale  nie  jesteś  nieszkodliwy.  -  Zesztywniała, 

widząc  dwóch  mężczyzn  wyłaniających  się  z  cienia  drzew.  -  Najwyraźniej  uznali  za  stosowne 

osobiście to sprawdzić. 

background image

- Zostań tutaj. - Silver ruszył na spotkanie agentów. - Sam z nimi porozmawiam. 

Kiwnęła  głową.  Zupełnie  nie  miała  ochoty  kontaktować  się  z  przedstawicielami  wymiaru 

sprawiedliwości.  Nawet  nie  wiedziała,  co  im  powiedzieć.  Że  przyjechała  powyłapywać  złe 

wibracje? Chryste, przez całe dorosłe życie usiłowała ukryć swoje zdolności, żeby nie uznano jej 

za  wariatkę,  a  teraz  została  wciągnięta  w  sytuację,  w  której  bez  przerwy  musiała  zachowywać 

czujność. 

Silver obdarzył agentów uśmiechem, potem się odwrócił i podszedł do niej. 

-  Wszystko w porządku  - oznajmił. -  Po prostu dmuchają na  zimne.  Wyjaśniłem, że jesteś 

specjalistką od podpaleń i sprawdzasz okolicę w poszukiwaniu podejrzanych przedmiotów. Będą 

mieli na nas oko, jednocześnie weryfikując informacje o tobie. Nie powinni się wtrącać. 

- Wtrącać? Do czego? - Ruszyła w kierunku domu. - Psiakrew, nawet nie mam pojęcia, co 

robię. 

-  Przede  wszystkim  nie  powinnaś  poddawać  się  stresowi  -  zasugerował  Silver.  -  Oboje 

wiemy,  że  nasza  taktyka  może  się  sprawdzić,  ale  nie  musi.  Po  prostu  zrób  to,  co  uważasz  za 

słuszne. 

Odetchnęła głęboko. 

-  Miałeś  już  do  czynienia  z  tego  typu  sprawami.  Co  robią  ludzie  naprawdę  obdarzeni 

zdolnościami parapsychicznymi? 

Usta Silvera lekko drgnęły. 

- Kerry, przecież to właśnie ty masz takie zdolności. - Uniósł dłłoń. - Wiem. Nie postrzegasz 

siebie  w  takich  kategoriach.  -  Wzruszył  ramionami.  -  Każdy  robi  co  innego.  Niektórzy  się 

koncentrują inni odprężają, dzięki czemu są otwarci na nowe doznania. 

- Dzięki za pomoc. 

-  Sama  podejmujesz  decyzję.  Nigdy  nie  twierdziłem  nic  innego.  Skoro  jednak  zwlekasz  z 

ostatecznym  wyborem,  to  może  uklękniesz  i  udasz,  że  szukasz  jakichś  przewodów  lub  czegoś 

podobnego? 

Opadła na kolana i wbiła wzrok w ziemię. 

- Przecież powiedziałeś, że domy potencjalnych ofiar otoczono ochronną barierą zakłócającą 

fale radiowe. Czy ci agenci tego nie wiedzą? 

- Nie. Wszystko, co związane z Morzem Ognia, pozostaje ściśle tajne. 

Spojrzała na niego. 

background image

-  Zupełnie  jakbym  się  modliła.  Właściwie  to  chyba  niezły  pomysł.  -  Przymknęła  oczy.  -

Potrzebna mi każda pomoc . 

Nie odpowiedział. Zapewne nie chciał jej przeszkadzać w koncentracji. Dobrze, wobec tego 

będzie próbowała się skupić. 

Trask, sukinsynu, gdzie jesteś? 

Pustka. 

Zatem  spróbuje  otworzyć  umysł  i  pozwolić  mu  wniknąć  do  jej  głowy.  Głęboki  oddech, 

uspokojenie. Odprężenie. 

Pięć minut później otworzyła oczy.

- Nic - mruknęła. - Absolutnie nic. 

- Wobec tego może go tu nie ma - podsunął Silver. - Może Kimble nie jest celem. 

- A może tu jest, ale ja go nie wyczuwam. - Nerwowo dźwignęła się z kolan. - Mówiłam, że 

nie jestem w tym najlepsza. 

-  Tylko  spokojnie.  -  Wziął  ją  za  łokieć  i  poprowadził  w  kierunku  samochodu.  -  Jesteś  w 

stanie pojechać nad Potomac, żeby spotkać się z naszym cudownym dzieckiem? 

-  Czemu  nie?  Gorzej  być  nie  może.  Muszę  spróbować.  -  Poczuła  przypływ  paniki,  a  jej 

spojrzenie powędrowało na wschód, gdzie zaczynało się przejaśniać. Świtało, a Trask zamierzał 

zabić przed  końcem nocy.  Przyspieszyła kroku. -  Ile czasu nam zajmie  przejazd do domu tego 

cudownego dziecka? 

- Może pół godziny. 

- Pospieszmy się. 

- Spokojna głowa. - Otworzył przed nią drzwi samochodu. - Nie zamierzam zwlekać. 

Dochodziło wpół do szóstej. O tej porze cel powinien być w drodze. Trask skierował wzrok 

na  odległy  punkt  na  szosie.  Volkswagen  przystanął,  widać  też  było  samochód  tajnych  służb, 

zatrzymujący się nieopodal. 

Uśmiechnął się rozbawiony, gdy agenci wyszli z pojazdu. Tacy poważni. Tacy skupieni. Tak 

kompletnie niezdarni, kiedy sytuacja wykraczała poza ciasne granice ich doświadczenia. Dzięki 

obecności tych ludzi jego doznania tylko zyskiwały na atrakcyjności. 

Czuł rosnące napięcie, kiedy wprowadzał ostatnie poprawki w antenie. 

background image

Dalej. Już czas. Jestem gotowy ... 

- Odpręż się. - Silver zerknął na Kerry. - Jesteś strasznie spięta. Jeszcze kwadrans. 

Rzuciła okiem na niebo po wschodniej stronie. Było jaśniejsze, teraz już bardziej szare niż 

czarne. 

- Czy George na pewno powiadomi wszystkich, aby mieli się na baczności? 

-  A  jak  myślisz?  George  nie  popełnia  błędów.  Ochrona  Kimble'a  wiedziała  o  naszym 

przybyciu. 

Miał rację. Trudno było uwierzyć, żeby George zachował się niefrasobliwie lub uznał, że nie 

ma potrzeby działać. Mimo to zupełnie nie potrafiła się odprężyć. Odkąd opuściła dom Kimble, 

a, czuła narastającą panikę. Była bezradna. 

- Może się pomyliłam. Może to jednak dom Kimblea - wyszeptała. 

- Chcesz zawrócić? 

- Tak. Nie. Nie wiem. Po prostu ... coś jest nie tak. 

- Co jest nie tak? 

- Trudno powiedzieć. - Zacisnęła usta. - Chyba jestem przemęczona. 

- Wyczuwasz coś? 

- Nie. Mam pustkę w głowie. Ten kontakt z Traskiem był chyba złudzeniem. A może go źle 

zinterpretowałam. Albo od tej pory na zawsze pozostanę na niego zamknięta. - Pokręciła głową. -

Pospieszmy się, żeby dotrzeć tam jak najszybciej. Dobrze? 

- Pewnie. - Milczał przez chwilę. - Nie powinnaś jednak w siebie wątpić. Pierwsze wrażenia 

są zwykle trafne, wiem z własnego doświadczenia. 

- Rzecz w tym, że ja nie mam doświadczenia, którym mogłabym się kierować - wyjaśniła z 

irytacją. - Mogę tylko powiedzieć, co czułam. Chciał kogoś zabić i nie zamierzał z tym zwlekać. 

Był  wściekły  na  mnie  i  cieszył  się,  że  ...  Jezus  Maria.  -  Wyprostowała  się  na  fotelu.  -  Dobry 

Boże. 

- Co jest? 

- To kobieta. Celem jest kobieta. - Wargi jej drżały. - Z pewnością chodzi o Joyce Fairchild. 

- Dlaczego? 

- Chciał pozbyć się mnie, ale uznał, że ona też się nada. Na zasadzie wymiany. Inna kobieta 

zamiast mnie. Nie rozumiesz? W ten sposób zadowoli dziecko. 

background image

- Zaczynasz mówić jak on. Nie wspominałaś, że celem jest kobieta. 

- Dobrze wiem, co wspominałam. On nigdy nie pomyślał o niej świadomie jak o kobiecie. 

Była celem. Docierały do mnie tylko wizje wody oraz fragmenty przemyśleń. Podobno nie miało 

znaczenia,  że  nie  mógł  ofiarować  mnie  dziecku.  Cel  nie  był  idealny,  niemniej  zbliżony  do 

doskonałości. 

- Woda. Tej dom nie leży nad wodą. 

- Cholera, wszystko jedno. Zawróć i jedź do ... - Usiłowała 

obie przypomnieć. - ... Fredericksburga. Tam właśnie mieszka, mam rację? 

Przytaknął, wypatrując najbliższego zjazdu. 

- Weź moją komórkę i zadzwoń do George'a. Tego numer jest w pamięci. Powiedz mu, żeby 

skontaktował się z jej ochroną i sprawdził, czy wszystko w porządku. 

Cel zmierzał ścieżką prosto ku niemu. 

Biegła  szybko,  płynnie,  jakby  bez  najmniejszego  wysiłku.  Nic  dziwnego,  Joyce  zawsze 

uwielbiała biegać. Kiedy zmuszeni byli spędzać noce w laboratorium, ona robiła sobie przerwę 

na poranne bieganie. Utrzymywała, że w ten sposób porządkuje myśli i zwiększa kreatywność. 

Głupia  dziwka.  Nie  miała  pojęcia  o  kreatywności.  Przez  cały  czas  trwania  projektu 

podkradała  mu  pomysły,  co  nie  przeszkodziło  jej  przyjmować  gratulacji  i  kraść  dalej  tego,  co 

przedstawiało dla niej wartość. 

Ale on potrafił ją powstrzymać . 

-  Każdego  ranka  Joyce  Fairchild  biega  po  Tyler  Park  -  wyjaśnił  zwięźle  George,  kiedy 

oddzwonił do Kerry. - W tej chwili także. Sprawami związanymi z jej bezpieczeństwem lzieruje 

agent  Ledbruk,  który  już  jest  w  drodze.  Powiedziałem,  że  tam  jedziecie,  wszyscy  jego  ludzie 

mają za nią ruszyć i wyprowadzić ją z parku. 

- Proszę zadzwonić, kiedy będzie bezpieczna - poleciła Kerry i rozłączyła się. Popatrzyła na 

Silvera.  -  Test  w  Tyler  Park.  Biega.  Usiłują  ją  wyprowadzić  w  bezpieczne  miejsce.  Ile  czasu 

będziemy tam jechali? 

- Dziesięć minut. 

Joyce  zwiększyła tempo.  Pomyślała,  że  za  chwilę  osiągnie  stan,  kiedy  bieg  zmienia  się  w 

czystą euforię. 

background image

Była  rozpalona.  Piec.  Żar.  Płomienie.  Uśmiechnęła  się  rozbawiona.  Tyle  codziennych 

sformułowań  wiązało  się  z  ogniem, a  ona  uwielbiała  chwilę,  kiedy  jej  ciało  było  rozgrzane  do 

granic  możliwości.  Każdy  jej  mięsień  był  napięty  i  pełen  energii,  a  wiatr  delikatnie  pieścił  jej 

policzki. Niczym łagodne muśnięcie matczynej dłoni, głaszczącej ukochane dziecko. 

Dziecko.  Ten  pomyleniec  Trask  właśnie  tak  zawsze  nazywał  Morze  Ognia.  Jego  dziecko. 

Jego dzieło. Jakby nikt inny nie uczestniczył w projekcie. Drań. 

Czyżby ktoś ją wołał po imieniu? 

To  ci  tajni  agenci,  którzy  nie  odstępowali  jej  ani  na  krok.  Pewnie  byli  niezadowoleni,  że 

zostawia ich daleko z tyłu. Wkrótce zwolni i pozwoli im nadrobić dystans. Ale jeszcze nie teraz. 

Jeszcze nie. 

Przestało ją kłuć w płucach. Jej myśli stały się kryształowo przejrzyste. 

Jeszcze kilka kroków i wpadnie w ekstazę. Już! 

Czuła, jak eksploduje w niej euforia. Nie. Ból. 

Stało się coś złego ... 

- Boże święty - szepnęła Kerry. 

Jezdnia  przy  Tyler  Park  była  zakorkowana.  Silver  zaparkował  za  karetką  pogotowia  i 

wyskoczył  z  samochodu.  Kerry  była  już  na  zewnątrz  i  gnała  w  kierunku  ścieżki,  na  której 

widziała grupę ludzi. 

- Czekaj - wydyszał Silver, kiedy ją dogonił. 

- Na co? - warknęła. - Pewnie już jest za późno. Czy mam ... 

- Stać, nie ruszać się. - Stanął im na drodze wysoki młody mężczyzna w granatowym dresie. 

- Dalej nie wolno. Proszę wracać do samochodu. 

-  Brad  Silver.  A  to  Kerry  Murphy.  -  Rzucił  okiem  na  identyfikator,  przypięty  do  bluzy 

mężczyzny. - Agent Ledbruk. George Tarwick skontaktował się z panem na nasze polecenie. 

- Identyfikator. 

Silver wręczył mu portfel. 

Ledbruk uważnie obejrzał dokument, zanim oddał go właścicielowi. 

- Na litość boską, co się stało? - Kerry nie wytrzymała. Ledbruk spojrzał za nią. 

- Psiakość, dziennikarze. Jak to możliwe, że tak szybko to zwąchali? - Zwrócił się do innego 

agenta,  oddalonego  o  kilka  metrów  .  -  Trzymaj  ich  na  dystans,  dopóki  nie  uprzątniemy  ciała. 

background image

Miałem nadzieję, że zdążymy ukryć te szczątki, zanim ... 

- Co się stało? - spytała Kerry przez zaciśnięte zęby. - Jakiego ciała? 

-  Pani  jest  ze  straży  pożarnej?  Proszę  za  mną.  Może  pani  mi  to  wyjaśni.  -  Odwrócił  się  i 

ruszył  ścieżką.  -  Cholera,  nigdy  w  życiu  nie  widziałem  nic  podobnego.  I  już  nigdy  nie  chcę 

czegoś  takiego  oglądać.  Biegliśmy  za  panią  Fairchild  i  usiłowaliśmy  ją  zatrzymać.  Uparta 

kobieta. Mówiliśmy jeL że będzie nam trudno ją ochraniać podczas tych porannych biegów, ale 

miała  za  nic  nasze  przestrogi.  Oznajmiła,  że  jeśli  przyłożymy  się  do  roboty,  nic  jej  nie  grozi. 

Staraliśmy  się,  do  diabła  ciężkiego.  Każdego  dnia  wysyłaliśmy  agentów,  którzy  sprawdzali  jej 

trasę,  upewniając  się,  czy  nie  ma  snajperów.  Ale  to  jest  kilkanaście  kilometrów.  W  takich 

warunkach  nietrudno  kogoś  przeoczyć.  Fairchild  jednak  nie  słuchała.  Park  był  jej  ulubionym 

miejscem i zawsze ... 

- Woda - powiedziała głucho Kerry. 

- Słucham? 

Kerry wbiła wzrok w wąski strumień, który nagle ujrzeli, gdy minęli zakręt. - Ścieżka wije 

się wzdłuż strumienia. Woda. - I co z tego? 

Brad wziął ją pod rękę.

- To tylko luźna uwaga, agencie Ledbruk. Kerry zawodowo tropi podpalaczy i rzecz jasna ... 

- Boże, ten swąd. - Kerry zamknęła oczy, walcząc z falami mdłości. - Nie mogę ... 

- Nie musisz iść dalej - podkreślił Silver. - Zostań tutaj, a ja ... 

- Nie. - Otworzyła oczy i odetchnęła głęboko. Ruszyła dalej. 

- Agencie Ledbruk, co się stało Joyce Fairchiid? 

- Ona  się zapaliła. W jednej chwili biegła przed nami, a w następnej  buchała płomieniami. -

Zacisnął wargi.- Samozapłon? Istne szaleństwo. Nie wiem, co ... 

- Usiłowali panowie zgasić ogień? - spytał Silver. 

- Bierze nas pan za idiotów? Pewnie, że... - Przełknął ślinę. 

- Niech pan sam zobaczy. Jest wprost przed nami. 

Z  początku  Kerry  jej  nie  dostrzegła.  Policjant  rozciągał  już  znajomą  żółtą  taśmę,  a  kilku 

biegłych  lekarzy  od  medycyny  sądowej  uważnie  oglądało  miejsce  zbrodni.  Jakiś  człowiek  w 

białym kitlu pochylał się nad ... 

Stertą kości. Poczerniałych kości. 

- Boże - wyszeptała Kerry. Podeszła bliżej i stanęła nad kobietą, a właściwie nad czymś, co 

background image

do  niedawna  było  kobietą.  Nie  pozostał  ani  ślad  skóry  czy  organów  wewnętrznych.  Na  ziemi 

leżała czaszka i kości. - Wygląda tak, jakby płonęła ponad dobę. 

- Pięć minut - wyjaśnił Ledbruk. - Dobiegliśmy do niej szybko, zajęło nam to nie więcej niż 

dwie minuty. Wyglądała tak, jakby wybuchła od środka, stopiła się i rozpuściła. Płomienie były 

tak gorące, że nie dało się zbliżyć. Jeden z moich ludzi usiłował owinąć ją kurtką, ale materiał się 

zapalił.  Kilka  minut  i  po  wszystkim.  -  Spojrzał  na  Kerry.  -  Pani  jest  specjalistką.  Proszę  mi 

wyjaśnić, jak to się stało, bo jestem w kropce. 

- Przetrząsnęliście okolicę w poszukiwaniu Traska ? - zapytał Silver. 

-  Nigdzie  go  nie  ma. Znaleźliśmy  tylko  ślady  stóp  w  pobliżu  kanału  odpływowego,  jakieś 

półtora kilometra stąd. 

- Kerry? - mruknął Silver. 

- Już go tu nie ma - odparła głucho. - Dlaczego miałby tutaj zostać? Dostał to, czego pragnął. 

Otrzymał cały zestaw doznań zmysłowych. Widział, jak umiera, i pewnie znajdował się na tyle 

blisko, by czuć swąd jej palonego ciała. Uwielbia to. 

-  Tylko  dlaczego  wszystko  rozegrało  się  tak  błyskawicznie?  -  Ledbruk  wciąż  nie  mógł 

ochłonąć. - Nic nie mogliśmy zrobić. 

-  Może  badania  laboratoryjne  dadzą  odpowiedź.  -  Kerry  musiała  stąd  odejść.  -  Ja  nie 

potrafię. - Odwróciła się i ruszyła w kierunku jezdni. 

Silver po chwili ją dogonił. 

- Dobrze się czujesz? 

-  Jak  mam  się  dobrze  czuć?  -  Wepchnęła  dłonie  do  kieszeni  kurtki.  -  Chodzi  ci  o  to,  czy 

zemdleję? Nie. Latami widywałam zwłoki w jeszcze gorszym stanie. 

- To co innego. 

- Żebyś wiedział - żachnęła się. - Ona nie żyje tylko dlatego, że pozwoliłam mu ją zabić.

- Brednie. 

- Powinnam była wszystko przemyśleć. Niepotrzebnie skupiłam się na tym, co grozi mnie. 

Gdybym nie koncentrowała się na sobie, od razu wiedziałabym, kto jest jego następnym celem. 

- Możesz analizować to, co się zdarzyło. Możesz cierpieć. Możesz nawet wpaść w rozpacz. 

Nie zmieni to jednak faktu, że należy winić Traska, nie ciebie. - Otworzył drzwi samochodu.  -

Zrobiłaś, co w twojej mocy. Usiłowaliśmy go powstrzymać i nic nam z tego nie wyszło. 

- Powiedz to Joyce Fairchiid. - Wsiadła do samochodu i wbiła wzrok przed siebie. Musiała 

background image

wziąć się w garść. Silver nie mógł zauważyć, że przeszywają ją dreszcze. Powiedziała prawdę. 

Widywała znacznie gorsze sceny, lecz ta poruszyła ją do głębi. 

- Czy możemy wracać do domu? Jestem bardzo zmęczona. 

Zerknął na nią i zaklął pod nosem. 

-  Jak  na  kogoś,  kto  nie  jest  bliski  omdlenia,  wyglądasz  wyjątkowo  mizernie.  -  Zjechał  z 

krawężnika. - Za pół godziny będziemy w domu. 

-  Widzę  po  pani  minie,  że  pora  zaparzyć  herbatę  -  oznajmił  George,  kiedy  powitał  ich  na 

schodkach przed domem. - A może nawet nalać szklaneczkę Burbona. 

- Nie, dziękuję. 

George popatrzył na Silvera. 

- Od dłuższego czasu nie mogę się połączyć z nikim z Tyler Park. To zły znak. 

- To fatalny znak - potwierdziła Kerry, wchodząc po schodach. 

- Żółte taśmy, mnóstwo policji, karetki, a mimo to nikt nie potrafi pomóc. 

- Nie żyje? 

- Spalona na popiół. A teraz przepraszam, muszę iść do siebie. 

- Minęła George' a i weszła do środka. Schody zdawały się nie mieć końca. Dotarła jednak 

do  pokoju,  położyła  się  na  łóżku  i  przykryła  ciepłą  kołdrą.  Po  chwili  dreszcze  ustały  i  mogła 

przemyśleć to, co się przydarzyło Joyce Fairchiid. 

- Źle z nią - mruknął George, spoglądając za Kerry, która powoli wlokła się po schodach. - A 

sądziłem, że jest twarda jak stal. Musiała mieć ciężką noc. 

- Na dodatek nie otrząsnęła się jeszcze po koszmarze z ubiegłego tygodnia - dodał Silver. -

Ostatnie zdarzenia tylko pogłębiły jej traumę.

- Na miejscu zbrodni nie znaleziono śladów Traska? 

-  Tylko  ślady  stóp  w  pobliżu  kanału  odpływowego.  -  Zawahał  się  i  podjął  decyzję:  -  Idę 

sprawdzić, jak się miewa Kerry. - Może lepiej pozwolić jej odetchnąć w samotności? 

-  Nie.  -  George  pewnie  miał  rację,  ale  Silver  nie  chciał  czekać.  Nadal  nie  mógł  dojść  do 

siebie po milczącej podróży powrotnej do domu. Nie znosił tal ziej bezradności. - Gdzie pies? 

- W kuchni. Gdzieżby indziej? Potrzebujesz obrońcy? Wybrałeś nieodpowiednie zwierzę. 

- Potrzebuję bufora. - Ruszył do kuchni. - Sam świetnie się nadaje do tej roli. 

background image

- To ja, Silver. Mogę wejść? Skuliła się pod kołdrą. 

- Po co? 

-  Przyprowadziłem  Sama.  -  Otworzył  drzwi.  -  Pomyślałem,  że  wypróbuję  na  tobie  dogo

terapię. 

-  To  nie  jest  ...  -  Urwała,  kiedy  Sam  popędził  przez  pokój,  wylądował  pośrodku  łóżka  i 

przystąpił  do  gruntownego  wylizywania  jej  twarzy.  -  Sam,  przestań.  Nie  jestem  w  nastroju.  -

Mimo to machinalnie pogłaskała go po głowie i niepewnie zerknęła na Silvera. - Nie potrzebuję 

terapii - mruknęła. 

-  Potrzebujesz  pociechy  i  ukojenia,  a  to  prawie  to  samo.  -  Usiadł  na  krześle  przy łóżku.  -

Uznałem, że to nie zaszkodzi. Wiedziałem, że nie przyjęłabyś mojej pomocy. 

- Chciałeś mnie pocieszyć? - Uśmiechnęła się smutno. - Cuda się zdarzają. 

- Sytuacja jest potwornie przygnębiająca. Wolałbym raczej przeniknąć do twojego umysłu i 

rozwiązać  problemy.  Tym  się  zajmuję,  w  tym  jestem  dobry.  Ale  złożyłem  ci  obietnicę.  -

Skrzywił się. - Więc przyprowadziłem Sama. 

- Sam wolałby pozostać w kuchni. 

- No to dzisiaj mu się nie poszczęściło. Musi wypełnić swoje obowiązki względem ciebie. -

Poprawił  kołdrę,  którą  się  opatuliła.  -  Każdy  ma  swoje  zadanie.  Zimno  ci?  Wyglądasz  jak 

Eskimoska. 

- Trochę mi chłodno. 

- To wynik wstrząsu. - Wstał i skierował się do łazienki. - Przyniosę ci neski. W łazience jest 

dystrybutor z gorącą wodą. 

-  Nie  potrzebuję  ...  -  Mówiła  w  próżnię.  Usłyszała  bulgotanie  wody  i  po  chwili  Silver 

powrócił z parującym kubkiem. - Dlaczego to robisz? - Już mówiłem. - Podał jej napój. - Moje 

podstawowe zajęcie polega na naprawianiu tego, co popsute, a ty nie pozwalasz mi użyć innych 

metod. 

Przyjęła kubek i otoczyła go dłońmi. Ciepło przyjemnie rozchodziło się po ciele. 

- Naprawiasz to, co popsute ... Czy naprawdę starasz się to robić? 

- To wolę robić. - Ponownie usiadł na  krześle. - Nie przeczę, w życiu sporo już napsułem. 

Nie  jestem  doskonały  i  czasami  błądziłem,  ale  największą  satysfakcję  sprawia  mi  ponowne 

składanie tego, co uszkodzone. 

background image

- W tym celu wtrącasz się w cudze sprawy. Wzruszył ramionami. 

-  To  fakt.  Kiedy  jednak  postanowiłem  wykorzystać  swój  dar,  stanąłem  przed  możliwością 

wyboru.  Mogłem  zrobić  z  niego  użytek:  konstruktywny  lub  destruktywny.  Tak  czy  owak, 

musiałem  się  zdecydować.  Omijanie  problemu  nie  jest  w  moim  stylu.  Zresztą  sama  możesz 

ocenić moje zachowanie. - Pochylił się i zajrzał jej w oczy. - Teraz jesteś w kiepskiej kondycji 

psychicznej ale sobie poradzisz. Chciałem tylko powiedzieć, że jestem w pobliżu, jeśli będziesz 

mnie potrzebowała. 

Powoli skinęła głową. 

- Dziękuję. To miłe z twojej strony. 

Uśmiechnął się i wstał. 

-  A  ty  musisz  ochłonąć  po  wstrząsie.  Uważałaś  mnie  za  potwora  z  dziecięcych  bajek.  Co 

robić, samolubny ze mnie gość i nie jestem czysty jak kryształ. - Skierował się do drzwi. - Ale 

mam swoje ::.alety. 

To nie podlegało dyskusji. Jego zachowanie zupełnie zbiło ją z tropu. 

- Przyszedłeś tu, żebym się lepiej poczuła? 

- Tak. - Otworzył drzwi. - Poza tym sądzę, że znalazłaś się na rozdrożu. Chciałem udostępnić 

ci wszystkie informacje, żebyś mogła jednoznacznie zdecydować, którędy pójdziesz. 

Drzwi się zamknęły, zanim zdążyła zareagować. 

Mylił  się.  Była  zdenerwowana  i  wstrząśnięta,  ale  nie  zagubiona.  Po  prostu  potrzebowała 

nieco  czasu  na  odzyskanie  równowagi  po  śrnierci  tej  nieszczęsnej  kobiety.  Dlaczego  jednak 

Silver uważał, że stanęła na rozdrożu? Natychmiast odrzuciła możliwość, że złamał obietnicę. 

Skąd u niej to przekonanie? Rzecz jasna, nie mogła być pewna, ale coraz lepiej poznawała 

Silvera. 

Największą satysfakcję sprawia mi ponowne składanie tego, co uszkodzone. 

Te słowa brzmiały wiarygodnie. Istotny, brakujący element układanki, którą był Brad Silver. 

Wierzyła, że starał się dotrzymać obietnicy. 

Jeśli miał wgląd w jej myśli, to dlatego, że zapewne znał ją lepiej niż ktokolwiek. 

Jego zdaniem znalazła się na rozdrożu. 

Sam zaskowyczał i przewrócił się na grzbiet, żeby go pogłaskała po brzuchu. 

Masowała  go  z  roztargnieniem,  leżąc  na  poduszkach.  Obecność  Sama  sprawiała  jej 

przyjemność.  Silver  słusznie  przypuszczał,  że  pies  dobrze  na  nią  wpłynie.  Nie  oznaczało  to 

background image

jednak,  że  miał  rację  w  sprawie  jej  wewnętrznego  rozbicia.  Być  może  popychał  ją  ku  tym 

wyimaginowanym rozstajom. 

Cholera, zaczynała myśleć, że talcie w tej sprawie miał rację. 

- Wyglądasz lepiej. Trochę wypoczęłaś - mruknął Silver, gdy Kerry schodziła po schodach. 

Obok niej dreptał Sam. - Parę godzin temu zajrzałem do twojego pokoju i spałaś jak niemowlę. 

-  Zasnęłam  natychmiast  po  twoim  wyjściu.  -  Skrzywiła  się.  -  Jeśli  oczekiwałeś,  że  będę 

leżała i prowadziła wewnętrzne analizy, to nic z tego. 

Pokręcił przecząco głową. 

- Cieszę się, że się wyspałaś.  -  Wziął ją za rękę.  - Chodź. Poproszę George'a, żeby polecił 

kucharce  przygotować  ci  coś  do  jedzenia.  -  Kanapka  wystarczy.  Do  tego  nie  trzeba  wzywać 

kucharki. - Popatrzyła na Silvera. - Spałeś? 

- Trochę. Nie potrzebuję dużo snu. 

- W telewizji mówili coś o Joyce Fairchild? 

- Nie. Ledbruk najwyraźniej skutecznie utajnił sprawę. Diabli wiedzą, jak zdołał to zrobić. -

Wskazał jej krzesło. - Usiądź. Coś ci przyrządzę. Może być chleb z szynką i serem? 

- Sama dam sobie radę. 

- Nie ma potrzeby, ja lepiej wiem, gdzie co znaleźć. - Podszedł do lodówki. - W ten sposób 

sprawniej osiągniemy wspólny cel. 

- Wobec tego droga wolna. 

Zerknął na nią przez ramię. 

- Zrobiłaś się dziwnie ustępliwa. 

-  Zaproponowałeś  mi  przysługę.  -  Uśmiechnęła  się  z  trudem.  -  I  przekonałeś  mnie  o  jej 

sensowności. Sam podkreśliłeś, że w ten sposób sprawniej dojdziemy do celu. 

Znieruchomiał, odwrócił się i oparł o lodówkę. 

- Czy nadal mówimy o kanapce? 

- Między innymi. - Jej uśmiech znikł. - Niech cię cholera. 

- A to co ma znaczyć? 

- To znaczy, że Michael Travis miał rację. Ty też miałeś rację. 

-  Zwilżyła  usta  językiem.  -  Gdybym  potrafiła  kontrolować  to,  co  się  ze  mną  dzieje,  a  nie 

tylko chłonąć wizje, być może ocaliłabym Joyce Fairchild. 

Nie odpowiedział. 

background image

- Nie zaprzeczysz? 

-  Szukasz  kogoś,  kto  będzie  ci  kadził  i  kłamał?  Na  mnie  nie  licz,  Kerry.  Istnieje  duże 

prawdopodobieństwo, że masz rację. Z drugiej strony, możesz się mylić. Kto to wie? 

- Ja. Mam wewnętrzne przeczucie. 

- Zatem pewnie to prawda. Wierzę w przeczucia. Co proponujesz? 

-  Myślę,  że  wiesz.  Powiedziałeś,  że  potrafisz  naprawiać  to,  co  popsute.  A  umiesz  także 

budować to, czego jeszcze nie ma?

- Może. Co chcesz stworzyć? 

-  Mur,  który  wytrzyma  ataki  i  jad  Traska.  Czuję  się  tak,  jakby  mnie  porwała  trąba 

powietrzna. Nie wiem, co ważne, a co nie. Mogę tylko próbować uniknąć śmierci w bagnie. 

- To nietrudne. Przed laty Travis usiłował cię tego nauczyć dla twojego własnego dobra. 

-  Skoro  o  tym  mowa  ...  -  Popatrzyła  mu  w  oczy.  -  Możesz  mi  pokazać,  jak  wpływać  na 

Traska, jak skłaniać go do zrobienia tego, co ja chcę? 

Potrząsnął głową. 

- Jeszcze nigdy nie spotkałem nikogo obdarzonego takim darem jak mój. 

-  Wierzę,  że  potrafię  odmienić  jego  rzeczywistość.  Pragnę  tylko  znaleźć  sposób  na 

spowolnienie jego działań albo wprowadzenie go w błąd, żeby dał się złapać. Czy to możliwe? 

Zamyślił się. 

- Sam nie wiem. Chyba tak. Zależy, czy potrafisz się bronić. 

- Bronić? 

- Nawet jeżeli Trask nie jest świadomy tego, co robisz, jego umysł automatycznie będzie się 

bronił. Lepiej nie rób niczego, co nie jest konieczne. 

- Spróbujesz mnie nauczyć, jak się do tego zabrać? 

- Jeśli ci zależy. 

- Zależy mi.

- Wiesz, w co się pakujesz? 

- Skąd, nie mam pojęcia. Wyjaśnij mi. 

-  Oczekujesz,  że  cię  nauczę.  Nie  potrafię  działać  niepostrzeżenie.  Nie  wkradnę  się  w  głąb 

twojego umysłu i nie zmienię wszystkiego. Będziesz wiedziała, że kręcę się w twojej głowie, i 

nie  przypadnie  ci  to  do  gustu.  Tylko  tak  mogę  pokazać  ci,  w  czym  rzecz.  Naruszę  twoją 

intymność, twoją prywatność. Rozumiesz? 

background image

- Sądzisz, że nie rozważałam każdej wady tego pomysłu? Cholera, masz rację: to mi się nie 

spodoba. Będę miała ochotę kopać i wrzeszczeć. Będę nienawidziła tego, co się ze mną stanie. -

Zamilkła, żeby nabrać sił. - Ale to chyba jedyny sposób na poradzenie sobie z tą sytuacją. Nie 

pozwolę, by ludzie ginęli tylko dlatego, że nie wiem, jak temu zapobiec. Pozostało jeszcze trzech. 

- Pięcioro. Zapomniałaś o sobie i o mnie. Nie wspominając o tysiącach potencjalnych ofiar, 

gdyby Trask sprzedał Morze Ognia wrogiemu państwu. 

- Przestań wreszcie krakać i pomyśl, jak mnie nauczysz sterować poczynaniami Traska. 

Pokręcił głową. 

- Najpierw obrona. - Zamilkł. - Będziesz musiała obdarzyć mnie zaufaniem. 

- Spróbuję. Nie możesz oczekiwać ... 

-  Mogę  oczekiwać  od  ciebie  wszystkiego,  tak  samo  jak  ty  masz  prawo  oczekiwać 

wszystkiego ode mnie. Jesteśmy od siebie zależni pod każdym względem. 

- Chcesz mnie zastraszyć? Poradzę sobie. 

Uśmiechnął się. 

- Boisz się jak cholera. 

- To bez znaczenia. Zaczynajmy. 

- Teraz? 

- Tak. W tej chwili. Nie zamierzam tego odwlekać. 

- Co nagle, to po diable. Ja sam ustalam tempo, Kerry. 

- Nie bardzo rozumiem, dlaczego ... - Wzruszyła ramionami. - Więc od czego zaczynamy? 

Otworzył drzwi lodówki. 

- Zaczniemy od kanapki z szynką i serem. Lubisz majonez? 

- Co się zdarzyło w Tyler Park, do jasnej cholery? - spytał Dickens, kiedy zadzwonił Trask. -

Agenci FBI pętają się po całej okolicy. 

- Skąd wiesz? 

- Myślałeś, że nie zauważę, co się dzieje pod moim nosem? W końcu to  ja przemierzyłem 

park wzdłuż i wszerz,  żeby przygotować  grunt.  To ja mogłem zostać zapamiętany i ktoś  może 

mnie rozpoznać. - Zamilkł. - Co zrobiłeś?

- Lepiej, żebyś nie wiedział. 

Dickens zaklął pod nosem. 

- Nie było mowy o tym, że się pakuję w sprawę, która może :nnie zaprowadzić na stryczek. 

background image

Nikt  mi  nie  płaci  za  takie  ryzyko.  Ki  Yong  powiedział,  że  chodzi  o  zwykłą  obserwację  i 

podsłuch. 

- Ki Yong na pewno podkreślił, że masz wykonywać moje polecenia. Myślę, że nie chcesz, 

bym mu mówił, że jestem z ciebie niezadowolony. Mógłby wówczas zechcieć przekazać pewne 

informacje  komu  trzeba,  a  wtedy  trafiłbyś  do  Guantanamo  razem  z  innymi  więźniami 

podejrzanymi o działalność terrorystyczną. 

- Nie jestem terrorystą. 

-  Policja  może  być  innego  zdania.  Sam  również  nie  uważam  się  za  terrorystę,  ale  agenci 

bezpieczeństwa pewnie sądzą inaczej. Poza cym jesteś współsprawcą, może nie? 

- Współsprawcą? - Zawahał się. - Zabiłeś ją? 

- Jasne. Dobrze wiedziałeś, że to zrobię. I przez to jesteś współwinny. Dość tego, Dickens -

warknął.  -  Zamykamy  sprawę  Tyler  Parku.  Zadzwoniłem do  ciebie  po  to,  żeby się  dowiedzieć 

czegoś więcej o Kerry Murphy. Znalazłeś jakieś informacje? 

Dickens przez chwilę milczał. 

- Wiesz już o bracie Kerry i jego żonie. Ojciec, Ron Murphy, jeszcze żyje, ale dziewczyna 

rzadko się z nim spotyka. Jest dziennikarzem i najwyraźniej czuje się silniej związany z synem. 

Kerry ma przyjaciół, ale żaden z nich nie jest jej specjalnie bliski. Szukasz na nią haka? 

- Nie, przynęty. Czegoś, co ją odciągnie od Silvera. 

- Sądziłem, że Silver jest twoim następnym ... - Urwał. - Kazałeś mi znaleźć o nim wszystko, 

co się da. 

Trask zarechotał. 

- Sam widzisz, jesteś współsprawcą. A teraz przestań się wreszcie certolić, Dickens. Silver to 

cel, ale Kerry Murphy jest dla mnie szczególnie atrakcyjna. 

I  podniecająca.  Sądził,  że  śmierć  Fairchild  rozładuje  jego  podniecenie,  tak  się  jednak  nie 

stało. Co takiego kryła w sobie Kerry Murphy, że czuł się z nią blisko związany? Może chodziło 

o  to,  że  Silver  ją  sprowadził,  by  go  wytropiła?  Może  o  to,  że  tamtej  nocy  nie  udało  mu  się 

zgładzić jej i jej rodziny? 

Nie, to było coś innego. Coś nieuchwytnego. Wszystko jedno, kiedyś pozna prawdę. 

-  Będę  w  kontakcie,  Dickens.  Miej  oko  na  tę  babkę.  Samo  śledzenie  nie  wystarczy.  Chcę 

wiedzieć o niej wszystko. Obserwuj ją, zdobądź furgonetkę techniczną, kontroluj jej rozmowy. I 

zawiadom mnie, kiedy znajdziesz słaby punkt w jej pancerzu. 

background image

- Jeśli znajdę słaby punkt. 

- Nie, Dickens, kiedy, nie jeśli. Każdy ma słabe strony, nawet ty. 

-  Rozłączył  się,  zanim  rozmówca  zdołał  zareagować.  Nie  miał  ochoty  wysłuchiwać 

mamrotania ani pytań Dickensa. W przypadku ludzi takich jak on należało uderzyć we właściwą 

nutę.  Trzeba  ich  nieustannie  zastraszać.  Ki  Yong  podarował  mu  przeciętne  narzędzie, 

wymagające nieustannej kontroli. 

Kiedy całkiem się zużyje, przyjdzie pora je zniszczyć i wyrzucić. 

- Gillen, teraz nie mogę się z tobą spotkać. Może jutro albo pojutrze. Cierpliwości ... - Silver 

podniósł  wzrok,  kiedy  Kerry  weszła  do  biblioteki  i  opadła  na  krzesło  naprzeciwko  biurka.  -

Oddzwonię. - Rozłączył się i popatrzył niepewnie na gościa. - Czym mogę służyć? 

- Ty mi to powiedz - odparowała. - Minęły dwa dni, a ja mam dość czekania, aż zaczniesz 

mnie uczyć czegoś pożytecznego. Sądziłam, że ustaliliśmy, co trzeba robić. 

- A ja podkreśliłem, że sam kieruję twoją nauką. Cierpliwości. 

- Przed chwilą słyszałam, jak to samo mówisz przez telefon temu tajemniczemu Gillenowi. 

Nie  oczekuj  ode  mnie  cierpliwości,  kiedy  Trask  najprawdopodobniej  szykuje  następne 

morderstwo. 

-  Z  pewnością  właśnie  to  robi,  niemniej  śmierć  Fairchild  podziałała  otrzeźwiająco  na  inne 

osoby z listy Traska. Tego potencjalne ofiary są teraz znacznie ostrożniejsze. Mamy trochę czasu. 

- Ale to bez sensu, powinniśmy działać i ... 

Urwała, kiedy zobaczyła, że Silver obserwuje ją z całkowicie obojętną miną. Równie dobrze 

mogłaby mówić do ściany. 

- Niech cię szlag trafi. - Wstała i ruszyła do drzwi. - Nie będę czekała wiecznie. Potrzebuję 

twojej pomocy, ale jeśli będziesz mnie zwodził, samodzielnie przystąpię do poszukiwań Traska. 

Nie znoszę bezczynności. 

Silver drgnął, kiedy zatrzasnęła za sobą drzwi. 

Spodziewał się, że Kerry prędzej czy później puszczą nerwy, ale miał nadzieję, że stanie się

to dopiero za parę dni. Co robić, miał pecha. Teraz musiał jakoś sobie z nią poradzić. 

Rozległo się dyskretne pukanie do drzwi i zaraz potem w progu stanął George. 

- Wybacz, sir, ale na schodach wpadłem na panią Murphy. Jestem zmuszony zauważyć, że 

background image

traktujesz ją niewiarygodnie głupio. 

- Och, czyżby? Wobec tego może mi doradzisz, jak mam ją traktować? 

-  Gdzieżbym  śmiał.  -  George  wzruszył  ramionami.  -  Właściwie  ośmielę  się.  Ta  kobieta 

przywykła do działania i bezczynność doprowadza ją do szaleństwa. Doskonale to rozumiem. -

Popatrzył Silverowi w oczy. - Czuję to samo. Kiedy zatem zamierzasz ruszyć tyłek i wziąć się do 

roboty? 

- Cały czas coś robię. 

-  Niestety,  sir,  ale  zupełnie  tego  nie  widać.  -  Zastanowił  się.  -  A  jednak  oceniam  cię  jako 

człowieka, który nie cierpi siedzieć z założonymi rękami. Niewykluczone, że mówisz prawdę.

- Dziękuję. 

-  Sarkazm jest  tu  zbędny.  Ludzie,  którzy  pozują  na  tajemniczych,  powinni  się  spodziewać 

zarówno sceptycyzmu, jak i pytań ze strony otoczenia. 

- Tajemniczych? 

George uśmiechnął się lekko. 

- W gruncie rzeczy wcale nie narzekam. Podoba mi się element suspensu. Stymuluje umysł i 

wyobraźnię. - Odwrócił się, by wyjść. - Od kiedy cię poznałem, jestem bezustannie stymulowany 

osobliwymi pomysłami. 

- Masz ochotę o nich porozmawiać? 

-  Wkrótce.  -  Otworzył drzwi.  -  W chwili  obecnej  to  nie  ja  przysparzam  ci  zmartwień. Jak 

rozumiem, pani Murphy jest dla ciebie ważna, a niewykluczone, że ją stracisz. 

- Nie stracę jej. 

- Co za pewność siebie. Nasuwa się tylko pytanie, na czym się ona opiera ... 

Zatrzasnął za sobą drzwi. 

Jasna cholera. Silver wykrzywił usta, wstając z miejsca. George był zbyt spostrzegawczy, a 

jego przeczucia mogły okazać się słuszne. Był bardzo bliski poznania prawdy o Silverze, a ten 

nie wiedział, czy to dobrze, czy źle. Zdążył się przyzwyczaić do tego, że nikt nie ingeruje w jego 

prywatne sprawy. 

George miał rację w kwestii Kerry. Nie mógł jej stracić, nawet jeśli nie była jeszcze gotowa. 

Nie mógł również dopuścić do tego, że Kerry ostatecznie straci cierpliwość, nim nadejdzie 

idealny moment do działania. 

Musiał działać teraz. 

background image

Niech go diabli. 

Podeszła  do  okna  i  w  zamyśleniu  patrzyła  na  podjazd.  Powinna  była  zawczasu  pójść  po 

rozum do głowy i nie nakłaniać Silvera do zmiany zdania. Przecież doskonale wiedziała, jakim 

jest aroganckim draniem. 

Nie.  Postąpiła  słusznie.  Dobrze,  że  stawiła  mu  czoło.  Nie  znosiła  sytuacji,  w  których  o 

niczym  nie  decydowała.  Nie  cierpiała  opóźnień.  Trask  może  już  osaczać  następną  ofiarę. 

Dlaczego Silver jest taki pewny, że mają czas? 

Ponownie  poczuła  zdenerwowanie.  Chyba  powinna  iść  na  spacer  albo  zrobić  coś,  co 

przerwie tę koszmarną bezczynność. 

Nic z tego. Nie  zamierzała spokojnie przejść do  porządku dziennego nad  tą sytuacją. Była 

zła, czuła się skrzywdzona i bezradna. To musiało się zmienić. 

Podeszła do garderoby, wyciągnęła walizkę i cisnęła ją na łóżko. Ktoś zapukał do drzwi. 

- Kerry? 

Silver. 

Nie zareagowała. 

- Kerry? - Otworzył drzwi i patrzył, jak Kerry wrzuca do walizki dwa podkoszulki i bieliznę. 

-  Mogę  spytać,  dokąd  się  wybierasz?  -  Po  chwili  sam  udzielił  sobie  odpowiedzi:  -  Na  litość 

boską, cierp¬liwości. Nie możesz samodzielnie ruszać na poszukiwania Traska. 

- Mam tego dość. - Wrzuciła do walizki parę dżinsów. - Zamierzam działać. 

- W jaki sposób? 

-  Och,  bez  obaw.  Kiedy  rozmawialiśmy  na  dole,  byłam  zdenerwowana.  Nie  pognam  za 

Traskiem, ryzykując jego spłoszenie. - Zamknęła walizkę i zatrzasnęła zamek. - Nie będę jednak 

bezczynnie czekała, aż mnie nauczysz, jak się do niego dostać. Masz swoje tempo, nie zwracaj na 

mnie uwagi. Gdy dojrzejesz do decyzji, przyjedź po mnie. 

- A gdzie cię szukać? 

- W Marionville. 

- Tam, gdzie dorastał Traslz? Czemu akurat w tym mieście? Chyba nie uważasz, że tam się 

zaszył? 

- Nie, ale w Marionville są jego korzenie. Może dowiem się na temat Traska czegoś, czego 

nie  uwzględniono  w  aktach.  Wiedza  to  potęga,  której  mi  potrzeba.  Nie  cierpię  poczucia 

background image

bezradności. - Popatrzyła na niego gniewnie. - Tylko nie powtarzaj, żebym była cierpliwa. Mam 

tego dosyć. 

- Tak podejrzewałem. Jakiego rodzaju informacje chcesz tam znaleźć? 

-  A  skąd  mam  to  wiedzieć,  do  cholery?  Może  poznam  jego  sposób  rozumowania.  Albo 

znajdę wskazówki na temat jego motywacji i dzięki nim będę wiedziała, które guziki przyciskać. 

- Masz świadomość, że możesz być obserwowana? 

-To  też  nie  byłoby  złe.  Przynajmniej  wiedziałabym,  że  coś  się  dzieje.-Ściągnęła  walizkę  z 

łóżka i ruszyła do drzwi.- Zobaczymy się, kiedy dojrzejesz do spełnienia obietnicy. 

- Zobaczysz mnie wcześniej. - Odebrał jej walizkę. - Jadę z tobą. 

- Nie jesteś zaproszony. 

-  Przyzwyczaiłem  się  do  wchodzenia  tam,  gdzie  mnie  nie  chcą.  To  dla  mnie  chleb 

powszedni. -Otworzył przed nią drzwi. - Przestań się na mnie złościć i w drogę. 

-  Nie  jesteś  mi  potrzebny.  Agenci  Ledbruka  nigdzie  mnie  nie  puszczą  bez  nadzoru.  Jeżeli 

uważasz, że mnie obronisz, to wiedz, że potrafię. 

-  Tak,  wiem,  potrafisz  sama  o  siebie  zadbać.  Może  i  potrafisz.  Zapewne  to  samo  myślały 

wszystkie  dotychczasowe  ofiary  Traska.  Tak  czy  owak,  dzięki  twoim  zapewnieniom  nie 

przestanę się martwić. Nie zamierzam szaleć z niepokoju, rozmyślając, co się z tobą dzieje. Wolę 

być w pobliżu i trzymać rękę na pulsie. - W szedł na schody. - Zabieramy Sama? 

Popatrzyła na niego przez chwilę i powoli ruszyła za nim. 

-  Nie,  pies  by  nam  przeszkadzał.  Zostawimy  go  z  George'em.  -  Było  jasne,  że  Silver  już 

podjął decyzję, bez względu na to, czy Kerry pojedzie z nim, czy bez niego. Pomyślała, że może 

wspólna akcja skłoni go do rozpoczęcia pracy nad ukierunkowaniem jej zdolności. - Zamierzam 

wrócić jutro lub pojutrze. 

- Zauważyłem, że bierzesz ze sobą tylko to, co niezbędne. - Postawił walizkę przy drzwiach 

wejściowych.  -  Czy  mogę  wierzyć,  że  nie  wskoczysz  do  terenówki  i  nie  odjedziesz,  kiedy 

pobiegnę na górę się spakować? 

- A co byś zrobił, gdybym odjechała? 

- Rzuciłbym się w pościg. 

Westchnęła. 

- Wobec tego nie traćmy czasu ani energii. - Oparła się o drzwi. - Zaczekam na ciebie. 

background image

-  Opuściła  posiadłość  -  oznajmił  Dickens,  kiedy  Trask  odebrał  połączenie.  -  Mniej  więcej 

trzy  godziny  temu  wyjechała  razem  z  Silverem.  Najpierw  jechali  drogą  krajową  numer 

sześćdziesiąt sześć, a potem skręcili w osiemdziesiątkę jedynkę. Właśnie przekroczyli granicę z 

Zachodnią Wirginią. Śledziłem ich, ale musiałem zachować wyjątkową ostrożność. Tajne służby 

podążają tuż za nimi. 

- Droga numer osiemdziesiąt jeden... - powtórzył zamyślony Trask. - Dokąd mogą jechać ... -

Zachichotał. - No jasne. 

- Wiesz, dokąd ją niesie? 

- Tak, wiem. Zawsze lepiej jest znać wroga. 

- Mam jechać za nią? 

-  Na  razie  tak.  -  Dobry  Boże,  postanowili  odwiedzić  Marionville.  Nie  odwiedzał  tego 

zapyziałego  miasteczka  od  czasu  wyjazdu  do  Europy  po  uzyskaniu  stypendium  Fulbrighta. 

Uznał, że ten etap jego życia jest już od dawna zamknięty, a tymczasem niespodziewanie musiał 

odświeżyć wspomnienia. Wszystkie gorzkie porażki i cudowne triumfy ... - Tak, chcę wiedzieć, 

gdzie ona jest, minuta po minucie. 

- Nic jej nie zrobisz. Już mówiłem, agenci jej nie odstępują ... 

- Słyszałem. Zadzwonię później. - Rozłączył się. 

Marionville. 

Mógł sobie  wyobrazić, jak  Kerry Murphy rozgrzebuje  dawno  minione zdarzenia. Ta  wizja 

była  dziwnie  kusząca.  Może  jego  następna  ofiara  właśnie  to  chciała  osiągnąć,  skłonić  go,  by 

ruszył za nią. 

Marionville ... 

- Wysadź mnie przed miejscową biblioteką - poprosiła Kerry. 

O ile ta mieścina ma bibliotekę, pomyślała zniechęcona. Bynajmniej nie trafili do tętniącej 

życiem  metropolii.  Gdy  wjeżdżali  na  teren  miasta,  minęli  tablicę  informacyjną  z  napisem,  że 

mieszka  tu  jedenaście  tysięcy  ludzi,  lecz  niewykluczone,  że  znak  miał  swoje  lata.  Połowa 

sklepów przy  głównej ulicy  wijącej się przez  centrum  miasta była nieczynna. - Chcę przejrzeć 

stare gazety w poszukiwaniu wzmianek o Trasktl. 

- Od którego roku zaczniesz? 

- Od najwcześniejszego. Tego, w którym się urodził. 

background image

- Wątpię, by w kołysce szczególnie rozrabiał. 

- To bez znaczenia. Chcę wiedzieć o nim wszystko. 

- Kiedy wjeżdżaliśmy do miasta, zauważyłem budynek podstawówki. W szkołach zwykle są 

biblioteki. - Skręcił za róg i zawrócił. - Jeśli nie zauważymy biblioteki, spytamy w szkole. 

-  Niech będzie.  - Wyglądała  przez  okno,  kiedy  mijali kilka  małych  skromnych  domków  o 

pokrytych  obłażącą  farbą  ścianach  i  rozwalonych  gankach.  -  Przygnębiający  widok.  To 

miasteczko umiera. 

- Pewnie masz rację. Najwyraźniej opustoszało po likwidacji kopalni. - Wjechał na parking 

przed szkołą i wysiadł z samochodu. - Zaraz wracam. - Zerknął przez ramię, żeby sprawdzić, czy 

auto ludzi Ledbruka pozostaje w zasięgu wzroku. - To nie potrwa długo. 

Patrzyła, jak wchodzi po schodach i znika w głównym wejściu. 

Fasada  podstawówki  była  z  cegieł,  ale  budynek  i  tak  wyglądał  staro  i  brzydko  jak  domy, 

które mijali. Czy to miasto było równie paskudne, kiedy Trask w nim dorastał? 

Dziesięć minut później Silver wyszedł ze szkoły i podszedł do wozu od strony Kerry. 

- Powiedziano mi, że jedyna miejscowa gazeta to wydawana w Marionville "Gazette". Pismo 

działa od siedemdziesięciu lat. Biblioteka znajduje się dwie przecznice stąd. Skręcisz w lewo na 

rogu, zobaczysz ją po prawej. 

- Ty nie jedziesz? 

- Postanowiłem sprawdzić szkolne archiwum. Trask się tutaj uczył. Mam spore szanse na coś 

trafić, bo mieścina jest mała. Jak coś znajdę, sporządzę  kopie dokumentów, a potem pojadę do 

liceum. Jest w Cartersville, mniej więcej osiem kilometrów stąd. 

- Myślisz, że pozwolą ci grzebać w archiwum? 

- Przekonam ich. Mam dar przekonywania. - Cofnął się o krok. - Zadzwonię, kiedy skończę, 

wtedy po mnie przyjedziesz. - Odwrócił się i ponownie wszedł do szkoły.

Przesiadła się na fotel kierowcy. Zadała głupie pytanie. To jasne, że Silver uzyska wszystkie 

potrzebne mu informacje. Nikt nie miał takiego daru przekonywania jak on. 

Komputer  w  bibliotece  w  Marionville  był  przedpotopowy.  Kerry  przystąpiła  do 

poszukiwania wiadomości o Trasku, lecz dopiero po godzinie przywykła do obsługi urządzenia. 

Praca  przebiegała  powoli,  ale  nie  była  męczarnią.  Kerry  przez  prawie  pół  godziny  przeglądała 

background image

wydania  gazety  z  pierwszego  roku  życia  Traska  i  natrafiła  tylko  na  informację,  że  Charles  i 

Elizabeth Trask zostali dumnymi rodzicami zdrowego chłopczyka. 

Następna  wzmianka  dotyczyła wyników  lokalnego  turnieju  ortograficznego.  Trask  miał 

wówczas  siedem  lat  i  zajął  pierwsze  miejsce.  Dwa  lata  później  zwyciężył  w  ogólno  stanowej 

olimpiadzie  naukowej.  Zamieszczono  nawet  jego  zdjęcie  z  niebieską  wstęgą  oraz 

rozpromienionymi  rodzicami.  Później  gazeta  regularnie  wspominała  o  Trasku,  gdyż  zdobywał 

wszystkie możliwe nagrody naukowe, a na końcu uzyskał stypendium Fulbrighta. 

Usiadła  wygodnie  w  krześle  i  przetarła  oczy.  Błyskotliwy  uczeń,  powód  do  dumy  dla 

rodziców. Nic podejrzanego. To jednak nie mógł być prawdziwy obraz. Trask nie mógł dorastać 

jako  genialny uczeń i wzór do naśladowania, a  potem niespodziewanie  zmienić się w potwora. 

Nasienie musiało się kryć gdzieś tutaj. 

Nasienie. Wyprostowała się. 

W  tym  wypadku  nasieniem  była  obsesja,  która  zdominowała  życie  Traska.  Silver 

wspomniał,  że  sięgała  tylko  piętnastu  lat  wstecz,  lecz  zdaniem  Kerry  zaczęła  się  o  wiele 

wcześniej. 

Pochyliła się nad klawiaturą i wystukała tylko jedno słowo. 

Pożar. 

Nie pojechała po Silvera, kiedy po nią zadzwonił z liceum w Carersville. 

-  Chyba  coś  znalazłam.  Zadzwoń  do  Ledbruka,  niech  on  po  ciebie  przyjedzie.  Potem 

zamelduj się w motelu, przekręć do mnie i powiedz, gdzie jesteś. Dojadę do ciebie, kiedy tylko 

skończę. 

- Sam dotrę do motelu. Nie zostawię cię bez opieki. - Zamilkł. - Cieszę się, że przynajmniej 

do  ciebie  uśmiechnęło  się  szczęście.  Nie  licząc  paru  ciekawych  drobiazgów,  dowiedziałem  się 

tylko, że Trask był genialnym dzieckiem. 

- Chętnie posłucham, co to za ciekawe drobiazgi. - Ponownie spojrzała na monitor: - Muszę 

kończyć. Bibliotekę zamykają za godzinę, ja mam jeszcze dwa lata do przejrzenia. - Rozłączyła 

się i przysunęła o ekranu. Klikała myszą, przeglądając gazetę strona po stronie. Nagle zamarła, 

gdy jej wzrok padł na artykuł w numerze z trzeciego czerwca. 

Jeszcze jeden ... 

Wcisnęła przycisk drukowania. 

background image

- I co znalazłaś? - spytał Silver, kiedy wpuścił ją do swojego pokoju w motelu. - Długo cię 

nie było. 

- Nakłoniłam bibliotekarkę, żeby przedłużyła pracę o godzinę. - Opadła na kanapę i wręczyła 

mu zadrukowane kartki. - Twój dar przekonywania nie był mi potrzebny. Wystarczyło poprosić. 

- Niekiedy to również skutkuje. - Zerknął na papiery. - A to co znowu? 

-  Artykuły  dotyczące  pożarów,  które  wybuchły  w  Marionville  i  okolicznych  miastach  w 

okresie,  gdy  mieszkał  tu  Trask.  Zaznaczyłam  te,  które  mnie  zainteresowały.  -  Potarła  skroń.  -

Nie, zainteresowały to niewłaściwe słowo. Które mnie przeraziły. 

- Uważasz, że to robota Traska ? 

- Powiedziałam ci, że wyczuwam, iż jego obsesja jest starsza niż projekt Morze Ognia. Ale 

nie  mogłam  wypatrzeć  w  jego  życiorysie  niczego,  co  by  dowodziło,  że  nie  jest  kryształowo 

czysty. 

- Genialne dziecko - zgodził się Silver. 

- Nadal nie mam żadnych dowodów. Nie znalazłam informacji, które wskazywałyby na jego 

związek z podpaleniami. - Skrzywiła się. - A teraz opowiedz mi o tych ciekawych drobiazgach, 

na które natrafiłeś w szkolnym archiwum. 

-  Niedużo  tego.  -  Usiadł  naprzeciwko  niej.  -  Wyglądasz  na  przybitą.  Może  pójdziemy  coś 

zjeść? 

- Nie. Muszę w końcu odkryć, co łączy te pożary i Traska. Chcę przejrzeć drania na wylot. 

Skinął głową. 

-  Wiesz,  że  był  zdolny.  Świetnie  się  uczył,  nauczyciele  go  lubili.  Nie  miał  jednak  wielu 

kolegów.  Mieszkańcy  tego  górniczego  miasteczka  generalnie  uważali  go  za  nadętego  bubka. 

Kilka razy poszedł na skargę do dyrektora, bo inne dzieci go prześladowały. 

Wyprostowała się. 

- Kto? 

- Zaczekaj. - Podszedł do łóżka i otworzył teczkę, którą tam cisnął. - Tim Krazky. Czwarta 

klasa. Dyrektor wezwał go na dywanik i na tym stanęło. 

- Niewykluczone. Inne problemy? Przerzucił kilka kartek. 

- W szkole średniej został pobity przez jednego z futbolistów. Dwayne'a Meltona. Dyrekcja 

chciała zawiesić Meltona, ale Trask interweniował w jego obronie. W ten sposób zyskał większą 

popularność w szkole. 

background image

- Dwayne Melton ... - Skoczyła na równe nogi i sięgnęła po wydruki z gazet. - Kiedy to się 

stało? 

Zerknął na zapiski. 

- Czwartego czerwca 1979 roku. 

Położyła kartki na stole i zaczęła je gorączkowo przerzucać. W końcu znalazła stronę, której 

szukała. 

- Trzeci października 1981 roku. - Wręczyła mu wydruk artykułu. - Dwayne Melton zginął w 

pożarze,  który  wybuchł  po  eksplozji  beczki  z  olejem  napędowym  na  stacji  benzynowej,  gdzie 

Dwayne pracował. 

- Dwa lata później - mruknął Silver. - Trask był cholernie cierpliwym młodym człowiekiem. 

- Jak pająk tkający sieć. Nie zamierzał dać się złapać. Wątpię, by w chwili zdarzenia Trask 

był w mieście. - Ponownie pochyliła się nad papierami. - Jak się nazywał ten drugi chłopak? 

- Tim Krazky. 

Znalazła. 

- Cholera. 

- Pożar? 

- Jego dom spłonął. Zginął on i cała jego rodzina. - Przeczytała ostatni akapit. - "Policja nie 

podejrzewa  podpalenia.  Od  ognia  w  piecyku  zajęły  się  zasłony  w  dużym  pokoju".  -  Pokręciła 

głową. - Zabił całą rodzinę• 

- To mniej podejrzane. 

Zadrżała. 

- Potworność. - Usiadła. - Podaj mi jego akta szkolne. Chcę sprawdzić, kto jeszcze podpadł 

temu sukinsynowi. 

Zajął miejsce obok niej. 

- Ja będę czytał dane, ty przeglądaj artykuły z gazet - zaproponował. 

Natrafili  na  jeszcze dwa  podejrzane  zdarzenia.  Nauczyciel  wuefu,  który  upokorzył  Traska, 

zginął w katastrofie awionetki. Do wypadku doszło tego samego roku, kiedy Traskowi przyznano 

stypendium  Fulbrighta.  Dyrektor,  który  nie  ukarał  Tima  Krazky'ego  za  znęcanie  się  nad 

Traskiern,. spłonął żywcem, gdy jego samochód zjechał z jezdni i uderzył w drzewo. 

-  Znowu  cierpliwie  czekał  -  mruknął  Silver.  -  Nic  dziwnego,  że  pozostawał  poza 

podejrzeniami. Robił swoje, snuł plany i czekał, aż wszyscy zapomną o jego zatargu z ofiarami. 

background image

Dopiero potem dobierał się im do skóry. 

- Trudno powiedzieć, ilu jeszcze ludzi sprzątnął przez te lata. 

-  Popatrzyła  ze  smutkiem  na  artykuły.  -  Był  perfekcjonistą.  Zapewne  ćwiczył,  zanim 

pozabijał tych nieszczęśników. Ten człowiek jest zły z natury. 

-  To  ci  nie  wystarczy?  -  Wyjął  jej  z  rąk  plik  kartek.  -  Nie  poznasz  tego  drania  lepiej, 

kompletując listę jego ofiar. 

-  Tak,  to  wystarczy  -  przyznała  głucho.  -  On  nie  ma  sumienia.  Nawet  w  dzieciństwie  był 

zimny jak lód, ale zarazem sprytny . . Zadbał o to, aby nikomu nawet przez myśl nie przeszło go 

podejrzewać. 

- Skoro jesteś już usatysfakcjonowana, może wrócimy do domu. Ten motel to nie Ritz. 

Kerry wpatrywała się w artykuły. 

- Nie, nie jestem usatysfakcjonowana. Te sprawy są zbyt odległe. Muszę go dotknąć. Muszę 

poczuć to, co on czuł. 

- Jak zamierzasz to zrobić? 

Bezradnie wzruszyła ramionami. 

- Jeszcze nie wiem.  Nie  mogę odjechać  bez ...  - Podniosła  tekst  poświęcony śmierci  Tima 

Krazky'ego i jego  rodziny.  -  Sprawdzisz,  gdzie  znajdował się dom tego  chłopaka?  Chciałabym 

tam pojechać jutro rano. 

- Mówisz o dawnych czasach. Na zgliszczach budynku z pewnością wybudowano już nowy 

dom. 

-  Spróbuj.  -  W  stała.  -  Z  pewnością  potwornie  nienawidził  tego  dzieciaka,  skoro  pozabijał 

wszystkich członków jego rodziny. Chcę obejrzeć to miejsce, poczuć je. 

- Lepiej nie - zaprotestował ostro. - To cię wykończy. Nie możesz nawet myśleć o tamtym 

pożarze, bo robi ci się słabo. 

- Wobec tego muszę wiedzieć wszystko o nim i o jego sposobie rozumowania, żeby się nie 

bać  za  każdym  razem,  kiedy  zbyt  się  do  mnie  zbliży.  -  Podeszła  do  drzwi.  -  Nic  z  tego  nie 

wyjdzie, jeśli będę się trzymała na dystans. Jaki jest numer mojego pokoju? 

- Dziewiętnaście. Następne drzwi. -  Sięgnął do kieszeni i wyciągnął klucz. - Po sąsiedzku. 

Jeśli coś cię przestraszy, biegnij do mnie. 

- Nic mnie nie przestraszy. Jestem zbyt zmęczona. 

- I nie sądzisz, że Trask może przebywać w pobliżu? 

background image

- Nie, ale pewności nie mam. Skąd mogę wiedzieć, czy go wyczuję? - Uśmiechnęła się bez 

przekonania. - Dlatego właśnie potrzebny mi trening. Chcę wejść w jego skórę. Pomożesz mi? 

- Dobrze wiesz, że tak. - Odwrócił się i wziął do ręki telefon. 

-  Dowiedzieć się  czegoś  o  tej  porze to  nie  lada sztuka. Takie  małe  miasteczka  kompletnie 

zamierają już przed ósmą wieczorem. 

- Zadzwoń do George'a. Uzna to za wyzwanie . 

- Właśnie zamierzałem się z nim skontaktować. - Uśmiechnął się. - Pewnie czytasz w moich 

myślach. 

-  Chryste,  oby  nie.  Chciałabym  czytać  wyłącznie  w  myślach  Traska,  niczyich  innych.  -

Umilkła, po czym przyznała: - Prawdę mówiąc, ogromne mi pomagasz. 

- To jasne. Razem pracujemy nad tą sprawą. 

- Prawda. - Popatrzyła na niego. - Zapewne nigdy bym się nie zdecydowała na udział w tym 

dochodzeniu, gdybyś mi nie pomógł na początku. 

- Możliwe. Jednak od pewnego czasu masz obsesję na punkcie Traska. 

- To nie obsesja. Po prostu chcę być przygotowana ... 

Uniósł rękę. 

-  Nie  mam  nic  przeciwko  twojej  obsesji.  To  mi  może  pomóc.  Po  prostu  powiedziałem 

głośno, co myślę. 

- To Trask cierpi na obsesję. Ja tylko próbuję ... - Odetchnęła głęboko. - Niewykluczone, że 

masz rację. Tak czy owak, czuję się bezradna. - Otworzyła drzwi. - Ta sytuacja musi się zmienić. 

Dobranoc, Silver. 

Obsesja. 

Nie  pozwoliła  sobie  na  rozmyślania  o  słowach  Silvera,  dopóki  nie  weszła  do  pokoju  i  nie 

zamknęła drzwi. Powiedziała, że to Trask ma obsesję, lecz sama nie potrafiła dojść do siebie od 

czasu pierwszego z nim kontaktu. Czy to możliwe, że odkąd została wciągnięta przez jego chory 

umysł, nie potrafiła się już uwolnić? Może część jego trucizny nadal krążyła w jej świadomości. 

Zadrżała  na  samą  myśl  o  tym.  Za  nic  w  świecie  nie  chciałaby  być  choćby  fragmentem 

Traska. 

Gorsza  jednak  była  perspektywa  stawienia  mu  czoła  podczas  następnego  spotkania.  Nie 

powinna  przejmować  się  wpływem  Traska  na  siebie.  Musi  zastanowić  się  nad  każdym  jego 

dniem, każdym czynem z osobna, a jutro zagłębi się w jego przeszłość i w ohydę, którą ujawni. 

background image

Pożar. Krzyki. 

Tim  Krazky  i  jego  rodzina  uwięzieni  w  płonącym  domu.  Jezu,  miała  nadzieję,  że  to 

wytrzyma. 

Rodzina Krazkych nie mieszkała w mieście. Farma znajdowała się nad rzeką Oscano, osiem 

kilometrów  od  Marionville.  Dom  zbudowano  w  ładnej  okolicy,  wokoło  rosły  grusze  odmiany 

Bartlett. 

Zgliszcza  domu  Krazkych  wyglądały  okropnie.  Minęło  wiele  lat  od  pożaru,  lecz  szczątki 

fundamentów nadal pozostały poczerniałe i wypalone. Jedyną częścią budynku, która przetrwała 

nienaruszona, był ceglany komin. 

-  To  dziwne,  że  nikt  nie  uprzątnął  ruin  -  powiedział  Silver,  kiedy  zaparkował.  -

Podejrzewam, że spadkobiercy nie mogli znaleźć kupca na ziemię w tak ubogiej okolicy. Albo 

nie mieli serca naruszać spokoju miejsca tej tragedii. Chcesz wysiąść i się przejść? 

- Tak. - Już wcześniej otworzyła drzwi. - Ale ty nie musisz iść ze mną. 

- Pójdę. Czemu nie miałbym ... - Urwał. - Nie chcesz, żebym szedł. Dlaczego? 

-  Nie  sądzę  ...  -  Pokręciła  głową.  -  Nie  wiem.  Po  prostu  chcę  być  sama  ...  -  Wysiadła  z 

samochodu. - To nie potrwa długo. 

- Zaczekaj. - Rozejrzał się po okolicy. - To otwarty teren. Nie ma się gdzie ukryć. - Skinął 

głową. - Dobrze, tylko się nie oddalaj. - Dokąd miałabym odchodzić? Tutaj jest wszystko, czego 

potrzeuję.  -  Podeszła  do  pogorzeliska.  Z  bliska  wyglądało  jeszcze  bardziej  przygnębiająco. 

Między gnijącymi deskami rosły kępy trawy; ta -mętna próba zamaskowania przez naturę dzieła 

zniszczenia tylko odkreślała brutalność ognia, który zniszczył dom. 

W tym miejscu zginęło pięcioro ludzi. Żyła tu rodzina, której członkowie byli sobie bliscy, 

podobnie  jak  to  jest  w  rodzinach  na  całym  świecie.  Czy  tulili  się  do  siebie,  pochwyceni  w 

piekielną pułapkę Traska? A może zmarli osobno, każdy w swoim łóżku, uduszeni śmiertelnym 

dymem? Na myśl o tym sama zaczęła się dusić, ogarnięta grozą, smutkiem, złością. 

- W porządku? - zawołał Silver z samochodu. Wyprostowała się gwałtownie. 

-  Wszystko  dobrze!  -  odkrzyknęła.  Ominęła  deskę  i  podeszła  do  komina.  Nic  nie  było 

dobrze. Chciała się stąd wyrwać, oczyścić umysł ze wspomnień o Tirnie Krazkym oraz o piekle, 

które sprowadził na siebie i swoją rodzinę, obrażając Traska. 

Przestań  się  rozczulać,  przykazała  sobie  surowo.  Rób  to,  po  co  tu  przyjechałaś.  Myśl  o 

background image

Trasku. Myśl o tym, co zrobił.  Wyobraź sobie, co czuł. Przypomnij sobie wieczór, kiedy byłaś 

blisko, połącz to wszystko w całość. Naucz się go. 

Wyciągnęła  rękę  i  ostrożnie  dotknęła  cegły  komina.  Była  ciepła,  rozgrzana  promieniami 

słońca. Tamtej nocy nie była ciepła, tylko gorąca. Gorąca od płomieni.

Żar. Żar. Żar. 

Wrzaski. 

Cholerny sukinsyn. Niech sczeźnie w piekle. Nie, niech sczeźnie dzisiejszej nocy. 

Usiłowali  wyjść  przez  drzwi  frontowe,  ale  pomyślał  o  tym  i  przywiązał  do  klamki  sznur 

konopny, którego drugi koniec omotał wokół słupka na ganku. Pomyślał z dumą, że przewidział 

wszystko. 

Wczoraj,  kiedy  byli  w  kościele,  podszedł  do  każdego  okna  z  osobna  i  posmarował  ramy 

super mocnym  klejem.  W  nocy  wkradł  się  do  domu,  by  wzniecić  pożar  najpierw  w  pokoju 

rodziców Krazky'ego. Potem pozostało mu tylko czekać, aby mieć pewność, że ten dureń Tim nie 

wybije szyby i nie wyskoczy na dwór. Nie widział jednak ani śladu Tima, a dom był już pełen

dymu. Wszyscy w środku tracili siły ... 

Zauważył  twarz  w  oknie.  Siostra  Tima,  Marcy.  Krzyczy.  Wali  pięściami  w  okno.  Zawsze 

miała więcej ikry niż Tim. Gdzie był Tim. Pewnie schował się pod łóżkiem. 

Marcy osunęła się na podłogę, dłońmi uczepiona parapetu. Walenie w szyby ustało. 

Popędził przez ganek i poluzował linę, którą przywiązał do klamki. 

Potem pobiegł na drugą stronę domu i odblokował drzwi kuchenne. 

Dom stal w płomieniach. Czul na twarzy żar, kiedy patrzył na płomienie. 

Giń, psie. 

Żałował, że nie czuje swądu płonącego ciała tego palanta. Dotąd tylko raz w życiu czul woń 

spalonego  ludzkiego  mięsa.  W  zeszłym  roku  podpalił  dwóch  włóczęgów,  którzy  nocowali  w 

lesie;  eksperymentował  wówczas  z  różnymi  sposobami  dobrania  się  do  skóry  Timowi.  Zapach 

przypominał  swąd  pieczonej  świni,  tylko  dziwnie  odmieniony,  przyjemniejszy.  Może  gdyby 

wybił okno, mógłby ... 

Nie, musiał pokonać rzekę i dotrzeć do lasu, a stamtąd do domu. 

Ktoś mógł już dostrzec lunę. Na wszelki wypadek i tak zadbał o to, żeby pomoc nie przybyła 

na czas. Parę godzin wcześniej spalił przegrody telefoniczne, prowadzące do domu. Ojciec Tima 

niemal go przyłapał, kiedy wyszedł na dwór wyrzucić śmieci. 

background image

Śmieci. Oni wszyscy byli teraz śmieciami. Czymś gorszym niż śmieci. 

Woda  w  rzece  była  zimna,  kiedy  płynął  na  drugi  brzeg.  Mimo  to  nie  czul  chłodu.  Był

rozgorączkowany, pełen energii i radości. 

Zrobił to. 

Łatwo  poszło.  Ogień  załatwił  sprawę.  Zabił.  Zniszczył.  Niczym  cudowny  dżin,  który 

wyfruwa z butelki, by wykonać wydane mu polecenie. 

Obejrzał się przez ramię, a jego serce, pełne entuzjazmu, znów szybciej zabiło. 

Płomienie. Piękne, piękne płomienie ... 

- Kerry. - Silver nią potrząsał. - Kerry, co u licha? 

Ogień. Niech ten palant płonie ... 

- Kerry? 

Przezwycięż to. 

- Już ... dobrze. - Gwałtownie odsunęła się od Silvera, lecz musiała oprzeć się o komin, bo 

nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Cegła znowu była ciepła, ale nie tak gorąca jak tamtej nocy, 

kiedy ... 

Przezwycięż to. 

- Powiedz ... Ledbrukowi. Trask. - Musiała zamilknąć, żeby opanować drżenie głosu. - Las 

po drugiej stronie rzeki. Jest tam teraz. 

- Co? 

- Nie ... pytaj ... Każ komuś biec na drugą stronę. 

Popatrzył na drugi brzeg rzeki. 

-  Wracaj  do  samochodu.  -  Trzymał  ją  za  łokieć,  popychał  przez  pogorzelisko.  -  Masz 

pewność, że ... . 

Żar. Żar. Żar. 

- Twoim zdaniem nawiązałam kontakt z jakimś duchem z dzieciństwa? - spytała napastliwie. 

- Nie ma powodu, żebym nagle zaczęła ściągać go myślami. Powtarzam ci, to był on. Musi tam 

być.  Owej  nocy  czuł  się  bezpiecznie  w  lesie.  Teraz  też  czuje  się  bezpiecznie,  siedząc  tam  i 

obserwując nas. Na pewno jechał za nami od motelu. Dzwoń do Ledbruka. 

- Właśnie dzwonię. 

Nie zauważyła, że Silver wybiera numer na swoim telefonie.

- Szybko. On tam jest. Wiem, że tam jest. 

background image

- Spokojnie. - Otworzył drzwi po stronie pasażera. - Wsiadaj i zniknij z widoku. 

Opadła na fotel. Jak przez mgłę słyszała słowa towarzysza. 

-  Już  jadą  -  wyjaśnił,  gdy  się  rozłączył.  -  Ale  most  nad  rzeką  jest  oddalony  o  osiem 

kilometrów. 

- Tamtej nocy nie korzystał z mostu. Pokonał rzekę wpław. - Wzięła głęboki oddech. - Już 

go nie czuję. 

- Postaraj się. 

- Cholera jasna, przecież się staram. Mówię ci, że już go nie czuję. Nie ma go tam. 

-  To  kawał  drogi.  -  Popatrzył  na  las  po  drugiej  stronie  rzeki.  -  W  obu  poprzednich 

wypadkach straciłaś z nim kontakt, kiedy zaczął się oddalać. Dziwię się, że w ogóle go wyczułaś 

na taką odległość. 

- Ja też tego nie rozumiem. To pewnie dlatego, że te wspomnienia są dla niego wyjątkowo 

ważne.  To  jego  pierwsze  morderstwo  -  dodała  z  goryczą  -  i  nie  posiadał  się  z  radości. Dwóch 

włóczęgów  w  ogóle  nie  liczył.  Posłużyli  mu  tylko  do  przeprowadzenia  eksperymentu.  -

Wyprostowała się na fotelu. - Ruszajmy za Ledbrukiem. Może będę pomocna. 

- Nie podoba mi się ten pomysł. 

-  Nie  boję  się.  Trask  nie  lubi  .działać  bez  odpowiedniego  przygotowania.  Poza  tym  nie 

puszcza niczego na żywioł. Ten pożar zaplanował w najdrobniej szych szczegółach: spalił nawet 

przewody telefoniczne, żeby nikt nie podejrzewał, że zostały przecięte. 

- To nie oznacza, że się nie zmienił. Jechał tutaj za tobą. To wielkie ryzyko. Dlaczego tak 

postąpił? 

- Nie wiem. - Zacisnęła dłonie w pięści. - Nie wiem wszystkiego. Może wyczekiwał okazji, 

żeby mnie dopaść. Może uznał, że skórka jest warta wyprawki. Spytajmy go. To chcesz zrobić, 

prawda? Zapomnij o mnie. Wiesz, że w tej chwili liczy się tylko Trask. 

Milczał przez chwilę. Kerry dostrzegła na jego twarzy mieszaninę rozmaitych emocji. 

- No tak - przyznał w końcu. Wzruszył ramionami i uruchomił samochód. - Dobrze, że mi 

przypomniałaś. Zamyśliłem się. Ruszajmy za nim. 

Kiedy pokonali most, Trask zdążył już opuścić las. Agenci Ledbruka przeczesywali okolicę, 

kiedy Silver zaparkował za ich samochodem. 

- Na pewno pan go widział? - Ledbruk podszedł do nich z chmurną miną. - Jak u licha udało 

się panu rozpoznać go z takiej odległości? 

background image

- To mnie się udało. - Kerry wygramoliła się z auta. - Był tu. 

-  Czas  przeszły  -  potwierdził  kwaśno  Ledbruk.  -  Mam  złe  przeczucia.  Moim  zdaniem 

ponownie nam umknął. Boże, mam tego dość.

-  Zapewne  ma pan  rację  -  przyznała  Kerry. -  Zna  tę  okolicę.  Tutaj  dorastał.  -  Patrzyła na 

korony drzew. - Niemniej musimy spróbować. 

- Myśli pani, że tego nie wiem? - mruknął Ledbruk. - Robię, co do mnie należy. - Poruszę 

niebo i ziemię, żeby znaleźć tego gada. - Odwrócił się na pięcie i odszedł. 

-  Jest  nie  w  sosie  -  zauważył  Silver.  -  Trudno  mieć  mu  to  za  złe.  Stara  się,  jak  może,  i 

frustruje go, że nie zna całej prawdy. - Zerknął na nią. - Jakieś wibracje? 

Zaprzeczyła ruchem głowy. 

-  Nie  sądzę,  żeby  tu  był.  -  Oparła  się  w  fotelu.  -  Ale  i  tak  pozostaniemy  tu  tak  długo,  aż 

Ledbruk to potwierdzi. 

-  Zgoda.  -  Powiódł  wzrokiem  za  agentem.  -  Zaczekamy  do  chwili,  kiedy  zrezygnuje  z 

poszukiwań. 

Ledbruk nie rezygnował przez następne cztery godziny. 

-  Jak  kamień  w  wodę  -  oznajmił  w  końcu.  -  Zostawię  dwóch  ludzi,  żeby  kontynuowali 

poszukiwania, ale nie sądzę, by go znaleźli. Równie dobrze możemy wracać do domu. 

Silver popatrzył pytająco na towarzyszkę.

- Kerry? 

Zmęczona skinęła głową. 

- Pora wracać - potwierdziła. 

-  Wyglądasz  na  wyczerpaną.  -  Silver  zerknął  na  Kerry,  kiedy  cztery  godziny  później 

przejeżdżali przez bramę posiadłości. - Od wyjazdu z Marionville nie odezwałaś się ani słowem. 

- O czym tu mówić? Zwiał nam. 

-  Przecież  nawet  nie  oczekiwałaś,  że  go  złapiemy.  Bądź  optymistką:  zrobiłaś  to,  co 

planowałaś. Zaznajomiłaś się bliżej z psychiką tego ścierwa. Być może dzięki takiej koncentracji 

zwiększyłaś zasięg nawiązywania kontaktu. Tamte lasy naprawdę leżały daleko od nas. 

- Zasięg nawiązywania kontaktu. Chryste, gadasz jak naukowiec. - Pokręciła głową. - Wiem, 

background image

że usiłujesz podnieść mnie na duchu, ale w tej chwili nie stać mnie na pozytywne myślenie. Cały 

czas znajduję się pod wpływem tej trucizny, którą zalewał mnie Trask. - Otworzyła drzwi, gdy 

zatrzymał  się  przed  głównym  wejściem.  -  Może  jutro.  Teraz  nie  potrafię  ocenić  swoich 

postępów. Pamiętam tylko, jak to jest stać, dawać się opluwać jadem i nie móc nic zrobić. Nie 

umiałam się bronić. Byłam całkowicie bierna. - Weszła na schody. - Przypominam sobie też, że 

mogłeś  mi  pomóc.  Gdybyś  to  zrobił,  może  miałabym  szansę  przeciwdziałać.  Przez  ciebie 

zostałam tylko chłopcem do bicia. - Otworzyła drzwi. - I dlatego oczekuję, że na jakiś czas dasz 

mi święty spokój do jasnej cholery. 

- Na jakiś czas - powtórzył cicho. - Nie na długo, Kerry. 

Zatrzasnęła za  sobą  drzwi  wozu  i  ruszyła  na  schody.  Wiedziała,  że  Silver  się  nie  odczepi. 

Była  zbyt  ważna.  Potrzebował  jej,  1ecz  ta  potrzeba  musiała  zostać  zaspokojona  wedle  jego 

uznania. To on musiał sprawować kontrolę. Tak czy owak, miała dość ... 

Nagle uświadomiła sobie, że w domu panuje nienaturalna cisza. 

Gdzie  się  podziewał  George?  Przyzwyczaiła  się,  że  zawsze  w  odpowiednim  momencie 

wychodzi  z  biblioteki  i  wygłasza  ironiczne  uwagi.  Stał  się  pożądanym  buforem  między  nią  i 

Silverem. 

Może i dobrze, że tym razem postanowił trzymać się na dystans. 

Nie była w nastroju  na dowcipy, ani ironiczne, ani żadne inne. Miała ochotę iść spać i nie 

myśleć o Trasku, o nieszczęsnej rodzinie Krazkych, o własnej bezsilności. 

Zdjęła buty i rozpinała bluzkę, kiedy zadzwonił jej telefon komórkowy. 

Pewnie Jason. Telefonował dwa dni temu, by jej powiedzieć, że Laura wkrótce wyjdzie ze 

szpitala. Poprosiła, by dał znać, kiedy rozgoszczą się w hotelu. 

- Kerry? 

Zacisnęła dłoń na aparacie. Ojciec był ostatnią osobą, z którą chciała teraz rozmawiać. 

- Cześć. Co za niespodzianka. 

-  Nie  powinnaś  być  zaskoczona.  -  W  głosie  Rona  Murphy'ego  pobrzmiewała  gorycz.  -

Poprosiłem  Jasona,  żeby  ci  przekazał,  że  chcę  się  z  tobą  spotkać.  Odparł,  że  to  nie  najlepszy 

okres w twoim życiu. 

- To Jason jest w kiepskiej formie. Ja czuję się dobrze. 

- Zawsze to  powtarzasz.  Odgradzałaś się ode mnie  za każdym razem,  kiedy usiłowałem  ci 

pomóc. 

background image

- O ile pamiętam, kiedy ostatnio próbowałeś mi pomóc, wylądowałam w Milledgeville. 

-  Na  litość  boską,  byłaś  ...  Chciałem  jak  najlepiej.  -  Odetchnął  głęboko.  -  Daj  wreszcie 

spokój,  Kerry.  Życie  jest  zbyt  krótkie,  by  je  marnotrawić  na  rozdrapywanie  starych  ran. 

Niedawno sam się o tym przekonałem. 

- Niczego nie rozdrapuję. Po prostu jestem ostrożna. - Ta rozmowa była dla niej nieznośnie 

przykra. Musiała ją zakończyć. - Po co dzwonisz? 

-  Jesteś  moją  córką.  To  chyba  normalne,  że  się  upewniam,  czy  nie  dzieje  się  nic  złego.  -

Umilkł, lecz nie doczekał się odpowiedzi. - Ten pożar w domu Jasona był... dziwny. 

Zesztywniała. 

- Sądzisz, że to ja podłożyłam ogień? Dobry Boże, ja naprawdę kocham J asona. 

- Nie bądź śmieszna. Jak możesz wyciągać takie wnioski? Nie powiedziałem ani słowa o ... 

-  Ale  właśnie  takiego  zachowania  można  się  spodziewać  po  czubkach,  co?  Czy  właśnie 

dlatego zamknąłeś mnie w szpitalu psychiatrycznym? 

- Wysłałem cię na leczenie, bo pragnę twojego dobra. Wiem, że celowo nigdy nie zrobiłabyś 

krzywdy ani Jasonowi, ani Laurze. 

- Celowo? 

- Przeprowadziłem małe prywatne śledztwo i wiem, że przyczyną pożaru było bez wątpienia 

podpalenie. Poza tym nie udało mi się dowiedzieć niczego więcej. Wszyscy nabrali wody w usta. 

Potem  usłyszałem,  że  wzięłaś  długi  urlop  i  wyjechałaś  z  miasta.  Dobrze  wiem,  że  w  takiej 

sytuacji wolałabyś zostać z Jasonem i Laurą. Kerry, co się dzieje? 

- A jak myślisz? 

- Myślę, że mogłaś wpakować się w coś, co może być niebezpieczne. Zadaję sobie pytanie, 

czemu podpalacz czekał z podłożeniem ognia pod dom Jasona do twojego przyjazdu. 

- I znalazłeś odpowiedź? 

- Ciągle obcujesz ze świrami. Może jeden z nich postanowił wyrównać rachunki. To jednak 

nie tłumaczy, dlaczego utajniono śledztwo w sprawie podpalenia. Nie wiem też, kto się dopuścił 

tego przestępstwa. 

- A wszystkie twoje wtyczki nawaliły? Frustrujące, prawda? 

-  Mało  powiedziane,  że  frustrujące.  Cholera  jasna,  nie  pozwolę,  żeby  trzymano  mnie  w 

nieświadomości.  -  W  jego  głosie  zabrzmiał  gniew.  -  Jason  to  mój syn,  cieszyłem  się  na  to,  że 

zostanę dziadkiem. Jestem wściekły i chcę wiedzieć, kto stoi za tym podpaleniem. Myślę, że ty 

background image

wiesz. Powiedz mi, do diabła. 

- Tak właśnie wygląda upewnianie się, czy jestem bezpieczna. 

-  Przerwała  mu  zmęczona.  -  Nie  obwiniam  cię.  Dlaczego  miałbyś  się  mną  przejmować? 

Nigdy  nie  potrafiliśmy  się  porozumieć.  Poza  tym  pewnie  mówisz  prawdę,  że  przejmujesz  się 

Jasonem. 

-  Dziękuję  -  odparł  z  sarkazmem  w  głosie.  -  Cieszę  się,  że  twoim  zdaniem  mam  jakieś 

ludzkie uczucia . 

Nigdy  w  to  nie  wątpiła.  Po  prostu  nie  umiała  się  z  nim  porozumieć,  a  po  pobycie  w 

Milledgeville zupełnie straciła na to ochotę.

- Jason i Laura są bezpieczni. Sama o to zadbałam. Mnie też nic nie grozi. Trzymaj się od 

nas z daleka.

- Jeszcze czego. Gdzie jesteś? 

- Trzymaj się od nas z daleka - powtórzyła i przerwała połączenie. 

Chryste, to  nie było proste.  Czuła  się  znużona,  dotknięta i  zła,  jak  zawsze  po  rozmowie  z 

ojcem. A tej nocy nie potrzebowała dodatkowych przykrości. Odizoluj się. Nie myśl o nim. 

Podświadomie spodziewała się, że telefon zadzwoni ponownie. Ron Murphy był niepewny 

jako  ojciec,  ale  jako  dziennikarz  śledczy  nie  miał  żadnych  zahamowań.  A  przede  wszystkim 

pragnął chronić syna. 

Telefon milczał. 

No i dobrze. Teraz idź do łóżka, zapomnij o nim i o przeszłości. 

Ten człowiek już się nie liczył w jej życiu. Stwarzał teraz tylko jeden problem: utrudniał jej 

odnalezienie Traska. 

Idź spać i zapomnij o nim ... 

- Nigdy o  nim  nie zapomnisz.  Zawsze  jest  w pobliżu.  - Silver  opieraj  się o wierzbę,  która 

rosła nad brzegiem jeziora. - Dlatego, że nie chcesz się z nim zmierzyć. 

- Guzik. prawda. Co ty  wiesz o ... - Wstrząśnięta, znieruchomiała i powiodła wzrokiem po 

znajomej okolicy. - Co ty ze mną robisz, do jasnej cholery? 

- Dobrze wiesz, co robię. Sama mnie o to prosiłaś. - Wbił wzrok w jakiś punkt nad jej głową. 

- Nie chciałem tego z obawy, że przywołam nieprzyjemne wspomnienia, ale nie dałaś mi wyboru. 

Mogłem  skorzystać  z  tego  rozwiązania  albo  brutalnie  ingerować,  narażając  cię  na 

background image

niebezpieczeństwo. 

- Niebezpieczeństwo?

-  Nie  byłaś  gotowa.  Dwa  dni  infiltracji  to  za  mało.  Potrzebowałem  więcej,  ale  byłaś  tak 

zirytowana, że nie mogłem dłużej czekać. 

-  Infiltracja  - powtórzyła,  krzywiąc  się,  jakby  to  słowo miało  gorzki  posmak.  -  Co  chcesz 

przez to powiedzieć?

- Twój umysł stawia mocny opór. Musiałem wkraść się do niego podstępem i zlikwidować 

bariery. - Uśmiechnął się. - Nawet teraz zanosi się na ciężką przeprawę. 

- Użyłeś podstępu. - Zacisnęła usta. - Złamałeś obietnicę. 

- Nie złamałem. Otrzymałem zaproszenie, pamiętasz

-  Nie  sądziłam  ...  Przez  ostatnie  cztery  dni  byłeś  ...  Nie  ostrzegłeś  mnie,  psiakrew.  Byłam

gotowa  pomóc,  ale  to  nieuczciwe  z  twojej  strony  ...  -  Odetchnęła  głęboko.  -  Co  ty  ze  mną 

robiłeś?

- Tylko to, co zapowiedziałem. Sądziłaś, że jesteś gotowa, ale byłaś w błędzie. Musiałbym

stracić wiele tygodni, żeby cokolwiek osiągnąć. Nie mamy tyle czasu. - Podniósł kamień i cisnął

nim w wodę, puszczając serię kaczek. - Ostatnie spotkanie z Traskiem źle na ciebie wp1ynęlo. 

Musisz  dojść  do  siebie.  Wcześniej  dobrze  się  ze  mną  czułaś  w  tym  miejscu,  więc  tutaj 

pozostaniemy. 

- To nie jest rzeczywistość. 

- Ale tutaj ci dobrze. Lubisz, kiedy słońce rozgrzewa ci skórę, a przed tobą rozpościera się 

jezioro, wokół rosną kwiaty. Takie otoczenie wpływa na ciebie kojąco, a potrzebny ci komfort. 

Nie mogła zaprzeczyć. Czuła się ... obnażona. Naga. 

- Powiedziałem, że to ci się nie spodoba. - Odwrócił się ku niej. - Nie ma bardziej intymnych 

doznań niż te, które teraz dzielimy. Boisz się intymności. 

- Nieprawda, niczego nie dzielimy. Naruszyłeś moją prywatność. Nie zauważyłam, żebyś mi 

pozwolił buszować po swoim umyśle. 

- Słuszna  uwaga.  Dogadajmy  się.  Kiedy  będziesz  gotowa,  pozwolę  ci  zajrzeć  do  moich 

myśli. - Zachichotał. - O ile to zniesiesz. Mój umysł nie jest tak nieskazitelnie czysty jak twój. 

- Dam sobie radę. Czy teraz śpię?

- Tak, dzięki temu łatwiej do ciebie dotrzeć. Przeniknięcie twoich myśli na jawie potrwałoby

dłużej. 

background image

-  Mam nadzieję,  że to  ci  się nigdy nie uda.  - Spróbowała  wziąć  się w  garść. -  No dobrze, 

możemy zaczynać. Ucz mnie . 

Pokręcił galową. 

- Spokojnie i powoli. Odpręż się. 

- Niby jak mam to zrobić?

- Pomóc ci?

-  Nie,  nie  chcę.  - Spróbowała  rozluźnić  zesztywniale  mięśnie.  -  Oczekuję  od  ciebie  tylko 

jednego rodzaju pomocy. 

- A więc zrób to sama. - Ziewnął i oparł głowę o pień wierzby. 

- Poza tym zacznij myśleć o ojcu. 

- Co?

- On jest jedną z barier, których musisz się pozbyć. 

- W tym, co robimy, nie ma dla niego miejsca. 

- Przeciwnie. Muszę przetrzeć szlak. - Zamknął oczy. - Chyba że sama to zrobisz. 

Patrzyła na niego z niedowierzaniem. 

- Zamierzasz spać? 

-  Chyba  tak.  Jestem  zmęczony.  Nie  spałem  przez  dwie  noce,  a  do  niczego  nie  dojdziemy, 

póki nie przyzwyczaisz się do myśli, że działamy razem. 

- A teraz mnie tutaj zostawisz ?

-  Będę  z  tobą.  Umiem  kontynuować  pracę  zgodnie  ze  scenariuszem.  -  Uśmiechnął  się 

leniwie. - Znam cię tak dobrze, że potrafię to robić we śnie. 

- Sama nie wiem, czy chcę, żebyś kontynuował ... 

- Testem zmęczony. - Ziewnął ponownie. - Obudź mnie, jeśli będziesz miała jakieś pytania... 

Uświadomiła sobie z oburzeniem, że zasnął. 

Pewnie, że spał. Ona także spała. To tylko jedna z manipulacji Silvera. 

Na razie była zbyt zdezorientowana, żeby zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. 

Patrzyła  na  taflę  jeziora.  Było  niebieskie,  głębokie  i  czyste.  Kerry  zastanawiała  się,  czy 

poczułaby wodę, gdyby zanurzyła w niej dłoń. Pewnie tak. Silver był bardzo skrupulatny. 

Nie chciała jednak go sprawdzać. Była zmęczona, rozstrojona i pragnęła wyłącznie jednego: 

żeby  Silver  spał  dalej.  W  ten  sposób  nie  musiałaby  zmagać  się  ani  z  mm,  ani  z  wymyślonym 

przez niego scenariuszem. 

background image

W  porządku,  była  gotowa  przyznać,  że  to  przyjemna  ucieczka  od  rzeczywistości.  Mogła 

poczuć  łagodny  wietrzyk,  delikatnie  rozwiewający  włosy  na  skroniach  i  pachnący  wiosennymi 

fiołkami. Silver dopracował ten senny świat w najdrobniejszych szczegółach. Tak on to zrobił? 

Przestań się przejmować darem Silvera. Po prostu istniał, a ona powinna go wykorzystać tak, 

jak Silver zamierzał wykorzystać ją. 

Silver, słyszysz? 

Nie zareagował. Może naprawdę spał. 

Tej napięcie nieco ustąpiło, kiedy na niego patrzyła. Wargi miał miękkie i lekko rozchylone, 

przypominał  drapieżnego  kota,  który  zażywa  odpoczynku.  Wcale  nie  wyglądał  tak 

onieśmielająco, jak wtedy gdy był przytomny. 

Czyżby wydał jakieś posthipnotyczne polecenie, żeby tak myślała? 

Nagle ogarnęły ją wątpliwości. 

- Nie. - Otworzył oczy. - Zlikwidowałem bariery. Nie ufałabyś mi, gdybym zajął się jeszcze 

innymi sprawami. - Ponownie zacisnął powieki. - A teraz dasz mi spać?

- W jaki sposób cię obudziłam ? 

- Gwałtownie ... Jesteśmy teraz połączeni i czuję intensywnie ... Połączeni. 

Ogarnęła ją instynktowna niechęć. Nie chciała być z mm połączona w żaden sposób. 

- Nie sądziłam, że to będzie ... Nie podoba mi się. 

- Za późno ... Potem pogadamy. 

Za  późno.  Ona  też  to  czuła.  Ledwie  ślad  więzi,  niemniej  wyczuwalny.  Trudno,  sama  tego 

chciała. Powinna się z tym pogodzić. Oderwała od niego wzrok i popatrzyła na jezioro. Odpręż 

się. 

Oswój  z  sytuacją.  Im  szybciej  nauczysz  się  tego,  czego  ci  trzeba,  tym  wcześniej  zerwiesz 

więzi. 

Otwórz umysł. Zamknij oczy. Zrelaksuj się. Nie zwracaj uwagi. na tę dziwną bliskość ... 

- Odchodzę - oznajmił Silver. 

Otworzyła  oczy  i  ujrzała  słońce  zachodzące  nad  jeziorem.  Powoli  zapadał  zmierzch.  Ile 

czasu tu spędziła? Zasypiała, budziła się i zasypiała ponownie. 

- Wystarczająco dużo. - Silver uśmiechnął się do niej. - Teraz zaśniesz głęboko, a obudzisz 

się spokojna i wypoczęta. 

background image

- Brzmi podejrzanie. Zupełnie jak posthipnotyczna sugestia. 

- To tylko sugestia. Interpretuj ją, jak chcesz. 

- Nigdy nie stosujesz hipnozy? - spytała sceptycznie. 

-  Powiedziałem  już,  że  nie  w  twoim  przypadku.  Naprawdę.  Czasami  jestem  zmuszony  do 

wykorzystania czegoś w rodzaju hipnozy, ale tylko w wypadku zakłócenia pracy umysłu. 

- Czyjego? 

- Na przykład umysłu Gillena. 

- To ten człowiek, z którym rozmawiasz przez telefon. Kim on jest! 

-  Jednym  z  podopiecznych  Travisa.  Przebywa  w  szpitalu  na  północy  stanu  Nowy  Jork. 

Pracowałem z nim. To trudny przypadek. Miał zaburzenia, jeszcze zanim został ranny i zapadł w 

śpiączkę. W jego przypadku stosuję wszystkie znane mi sposoby. 

- Aby go postawić na nogi. 

- Może mi się uda. Czasami żadne metody nie skutkują. Dobranoc, Kerry ... 

Znikł. Nie! 

Dobry  Boże,  poczula  nieznośną  samotność.  Uświadomiła  sobie,  że  pragnie  jego  powrotu. 

Miała wrażenie, że ktoś odjął jej część ciała. 

Byli złączeni. 

Ta myśl ją przeraziła, lecz ogarnęły ją także inne uczucia. Nie spodziewała się, że będzie jej 

go brakowało. 

Pustka. Potworna pustka. 

Jezioro pogrążało się w mroku, podobnie jak niebo. Wszystko znikało za mgłą ... 

-  Dzisiaj  wieczorem  dzwonił  do  niej  ojciec  -  wyjaśnił  Traskowi  Dickens,  kiedy  do  niego 

zadzwonił. - Nie sądzę,  żeby  to ci  w czymś pomogło.  Nie potraktowała  go  życzliwie.  Mają ze 

sobą na pieńku. Najwyraźniej kilka lat temu skierował ją do domu wariatów. 

- Jest niezrównoważona psychicznie? 

- Kiedyś była. Obecnie nie ma podstaw, żeby tak sądzić, chyba że weźmiemy pod uwagę jej 

obsesję na punkcie wykrywania piromanów. 

- Obsesja nie musi być słabością - mruknął Trask. - O mnie też mówiono, że mam obsesję. 

- Dostałeś jej akta? 

- Tak, interesująca lektura. - Popatrzył na zdjęcie Kerry Murphy leżące przed nim na biurku. 

background image

Spoglądała przed siebie, miała odważną i buntowniczą minę. - Muszę wiedzieć więcej. Obserwuj 

ją dalej. 

- A co z inwigilacją Rastowa? 

Zastanowił  się.  Musiał  zakończyć  poprzednią  sprawę,  lecz  Murphy  stanowiła  zbyt  wielką 

pokusę. 

-  Na  razie  zostaw  go  w  spokoju.  Znajdź  sposób  na  to,  żebym  zdołał  się  dobrać  do  Kerry 

Murphy. - Rozłączył się, nie odrywając wzroku od fotografii. 

Kerry Murphy stała się jego obsesją, a na to nie mógł sobie pozwolić. Im więcej wiedział o 

tej  kobiecie,  tym  bardziej  go  pociągała.  Obserwował  ją,  kiedy  stała  na  zgliszczach  domu 

Krazkych, i czuł dziwną mieszaninę empatii i bliskości. Te emocje były bardzo silne i zupełnie 

nie umiał się im oprzeć. Niewykluczone, że Kerry też była na swój sposób zauroczona ogniem, 

który zdominował życie ich obojga. Dlatego stała mu się bliska. Niemal tak bliska, jak niegdyś 

Helen ... 

Przesunął  palcem  po  policzku  Kerry  Murphy.  Nie  pojmował  tych  dziwnych  emocji. 

Wściekłość  i  żądza  niszczenia  oraz  zadawania  bólu  mieszały  się  z  niemal  zmysłowym 

przywiązaniem. 

Choć  sama  Kerry  mogła  o  tym  nie  wiedzieć,  tak  naprawdę  wcale  nie  darzyła  ognia 

nienawiścią. Trask znał prawdę: była zafascynowana pożarami, one ją opętały. 

Właśnie to opętanie stworzyło silną więź między nimi. Byli ze sobą związani. 

- Proszę o wybaczenie, pani Murphy, ale minęło już południe i Brad powiedział, że powinna 

pani coś zjeść. 

Kerry  otworzyła  oczy  i  ujrzała  George'a  stał  przy  jej  łóżku.  W  rękach  trzymał  tacę  ze 

śniadaniem. 

- Och, naprawdę? - Ziewnęła i usiadła. - Dziwne, że się pan z nim zgodził. 

-  To  rzadkość  -  przytaknął  i  położył  tacę  na  jej  kolanach.  -  Nie  jadła  pani  przyzwoitego 

posiłku od dnia, w  którym pani tu przybyła. Brad  wydawał się przekonany o słuszności  swych 

słów.  Uznałem, że  tym  razem  podzielę  jego  opinię.  -  Przechylił  głowę.  -  Wygląda  pani  na 

wypoczętą. Długi sen dobrze pani zrobił. 

Czuła się odprężona i spokojna. Cholerny Silver. W ciąż nie była pewna, czy nie pozostaje 

pod wpływem jakiejś jego sugestii ... 

background image

- Marszczy pani czoło. Nie lubi pani naleśników? 

Uśmiechnęła się. 

- Uwielbiam naleśniki. - Podniosła widelec. - Dziękuję panu. 

- Proszę podziękować Bradowi. - Ruszył do drzwi. - To jego sugestia. 

- Chwilowo nie przyjmuję do wiadomości jego sugestii.

- Czyżby? - Obejrzał się przez ramię. - Byłaby pani łaskawa rozwinąć tę myśl? 

- Nie. 

- Wielka szkoda. Jestem pewien, że byłoby to ciekawe. 

Nagle coś sobie przypomniała. 

-  Nie  było  pana  w  domu,  kiedy  wróciliśmy  wczoraj  wieczorem.  A  może  się  mylę?  Czy 

poszedł pan wcześnie spać? 

- Nie, wybrałem się na krótką wycieczkę. 

- Dokąd? 

Uśmiechnął się. 

- Można to nazwać wyprawą badawczą. Brad chciał, żebym panią spytał, czy spotka się pani 

z nim po porannej toalecie? 

Nie chciał jej zdradzić, dokąd poszedł. Może nie powinna pytać. 

Każdy ma prawo do prywatności. 

-  To  uprzejmie  z  jego  strony.  -  Ugryzła  kawałek  naleśnika.  -  Proszę  mu  powtórzyć,  że 

zapraszam go do siebie już teraz. Chcę z nim zamienić słowo. 

-  Właśnie  rozmawia  przez  telefon.  Z  tego,  co  usłyszałem,  wnioskuję,  że  z  całą  pewnością 

zadzwonił  ktoś,  kto  potrzebuje  pociechy.  -  Skrzywił  się.  -  Dziwnie  wygląda,  kiedy  jest  w  tak 

opiekuńczym  nastroju.  Zupełnie  jakbym  widział  tygrysa  broniącego  owcę.  Szczerze  mówiąc, 

czekam, aż się rzuci na ofiarę. 

- Czy to Gillen? 

- Nie mam pojęcia. Czy zna pani tę owcę? 

- Nie, znam Brada. - Napiła się kawy. - I chyba nie warto się przejmować. Silver nie jest tak 

bezwzględny, jak sądziliśmy. 

- Proszę na to nie liczyć. - Patrzył na nią uważnie. - Czyżby pani miękła? 

- Nie, ale on jest taki, jak wszyscy. Jestem pewna, że ma zarówno dobre, jak i złe strony. 

- Gdybym wczoraj wygłosił taką opinię, sprzeciwiłaby się pani. Skąd ta zmiana? 

background image

- Wczoraj byłam zdenerwowana. Wyspałam się i teraz rozumuję rozsądniej. 

- A Silver kojarzy się pani bardziej z kotkiem niż z tygrysem? Zachichotała. 

- Nigdy w życiu. Odetchnął z ulgą. 

-  Zaczynała  mnie  pani  martwić.  Obawiałem  się,  że  to  przypadek  utraty  kontaktu  z 

rzeczywistością. 

- Mówmy sobie po imieniu. Chcesz mnie ostrzec przed Silverem? Nie musisz. Dziwi mnie, 

że próbujesz. Chyba go lubisz? 

- Ależ tak. Zawsze go lubiłem. Podziwiałem jego brata, ale to z nim się solidaryzowałem. 

- Bo też jesteś tygrysem? 

Pokręcił głową. 

- Mamy podobnie drapieżne instynkty, niemniej uważam się raczej za panterę. Jestem mniej 

bezpośredni i bardziej zmienny. 

- Zmienny ... - Tak, pod pozornym spokojem George' a wyczuwała gwałtowność. - A jednak 

wybrałeś zawód, który wymaga bezgranicznego zaufania i wiarygodności. 

- Taki już ze mnie doktor Jekyll. - Uśmiechnął się. - Poza tym nikt nie jest jednowymiarowy. 

- Ale nie jesteś panem Hyde'em. 

- Nie jestem? 

- Nie. 

- Wobec tego muszę jeszcze nad sobą popracować. 

-  I  to  sporo.  Niedawno  za  bardzo  zbliżyłam  się  do  pewnego  potwora,  więc  z  pewnością 

rozpoznałabym innego, gdybym go ujrzała. 

- Trask? 

Skinęła głową. 

-  Zawsze  opowiadałeś  się  po  stronie  dobra.  Silver  wspomniał,  że  byłeś  komandosem  i 

agentem wywiadu. Dlaczego postanowiłeś podjąć pracę kamerdynera? 

- Czemu nie? Dobrze mi idzie i zarabiam mnóstwo pieniędzy. 

- Dlatego ... - Zmarszczyła czoło, usiłując ubrać myśli w słowa. 

- Nie widzę cię ... To zbyt ... ogranicza. 

- Otóż to. - Zaśmiał się,  widząc jej  zakłopotaną  minę. -  Przestań wtłaczać  mnie na siłę do 

szuflady. - Nie rozchmurzyła się, więc z jego twarzy również znikł uśmiech. - Niektórzy ludzie 

muszą mieć ograniczone możliwości. Kiedy byłem chłopcem i dorastałem w rodzinie służących, 

background image

nie mogłem znieść myśli, że mógłbym być taki jak oni. Nie potrafiłem się pogodzić z myślą, że 

każdy  ma  określone  miejsce  w  społeczeństwie.  Uciekłem,  siałem  wiatr  i  zbierałem  burzę,  a  w 

tym czasie sporo się o sobie dowiedziałem. 

- Na przykład? 

- Jestem nieokrzesany. Lubię przemoc. Tak, wybrałem dobro, ale z czasem zszedłbym na złą 

drogę. W niektórych zawodach przemoc jest dopuszczalna, wręcz nagradzana. Musiałem znaleźć 

klatkę, z której trudno się oswobodzić. 

- Klatkę.

- Klatka nie jest zła, pod warunkiem, że sami ją wybierzemy. - Odwrócił się do drzwi. - Poza 

tym pozwalam sobie na kilka odstępstw, żeby urozmaicić codzienność.

- Jakich odstępstw? 

Gdy zerknął przez ramię, oczy mu błyszczały. 

-  Choćby  ciekawość.  Dręczy  mnie  niezaspokojona  ciekawość,  którą  muszę  czymś  karmić. 

Pamiętaj o tym, Kerry. - Otworzył drzwi. - Jeśli Brad skończył rozmawiać przez telefon, powiem 

mu, żeby do ciebie zajrzał. 

-  Dobrze.  -  Zamyślona  patrzyła,  jak  zamyka  za  sobą  drzwi.  Stosunek  George'a  do  niej 

zdecydowanie się zmienił, o czym świadczyło to, że bez problemów przeszedł z nią na ty. Poza 

tym  musiała  potraktować  jego  ostatnią  uwagę  jako  ostrzeżenie.  George  lubił  trzymać  rękę  na 

pulsie  i  z  całą  pewnością  nie  powinna  go  lekceważyć.  Właściwie  nie  widziała  w  nim 

potencjalnego zagrożenia, lecz jego ironiczne poczucie humoru i chłód emocjonalny zbijały ją z 

tropu, mimo że Silver opowiedział jej o pochodzeniu kamerdynera. Postanowiła, że nie popełni 

błędu.  Pod  pewnymi  względami  George  mógł  się  okazać  jeszcze  bardziej  niebezpieczny  niż 

Silver. 

Nie, niepokojąca była sama myśl, że lekceważyła możliwości Silvera. Za szybko mu zaufała. 

A  może  nie?  Ile  związanych  z  nim  wątpliwości  rozważała,  odkąd  się  obudziła?  I  niemal 

natychmiast je odrzucała. 

Problem w tym, że chciała widzieć w nim dobrego człowieka. 

Pragnęła mu ufać. Cholera jasna. 

Odsunęła tacę i wyskoczyła z łóżka. Dość zamartwiania się. Poprzedni wieczór był dziwny i 

niepokojący, teraz potrzebowała wyjaśnień i wsparcia. Przed przyjściem Silvera powinna zdążyć 

umyć twarz i zęby. Chciała być pewna siebie i skupiona. 

background image

Mało prawdopodobne. Odkąd poznała Silvera, nie była taka ani razu. 

Kiedy  dziesięć  minut  później  wychodziła  z  łazienki,  Silver  patrzył  na  tacę  z  resztkami 

śniadania. 

- Zjadłaś prawie wszystko - oznajmił. - To dobrze. 

- Cieszę się, że jesteś zadowolony. - Usiadła na łóżku i wsunęła stopy w kapcie. - Jak tam 

Gillen? 

- Niezbyt dobrze. Być może będę musiał się z nim zobaczyć. Nie mogę już dłużej odwlekać 

tego spotkania. - Usiadł na fotelu. - Jak się dzisiaj miewasz? 

- Mówisz jak psychiatra. Czuję się dobrze. Tak jak trzeba. 

- Przestań się jeżyć. To tylko pytanie. 

- Nie myl mnie z Gillenem. Nie potrzebuję twoich tak zwanych usług, żeby dojść do siebie. 

Chcę od ciebie tylko jednego, a ostatniego wieczoru mi tego nie zapewniłeś. 

- Powiedziałem już, że z dnia na dzień nie da się nic zrobić. Może następnym razem zrobimy 

większe postępy. 

- Albo nie. Jeśli zamierzasz czekać, aż pójdę spać, mogą minąć tygodnie, zanim ... 

- Odbędziemy jeszcze kilka wspólnych sesji i nie będę musia1 czekać, aż wejdziesz w fazę 

REM. To przydatne za pierwszym razem. Niedługo wystarczy, że się zrelaksujesz, a ja już tam 

będę. 

Wspólne sesje. Już tam będę ... 

Odniosła  wrażenie,  że  to  niesłychanie  intymne  słowa.  A  może  te  nie  tylko  słowa,  może 

chodziło  o  wspomnienia  uczuć,  które  ją  ogarnęły,  gdy  spoglądała  na  niego,  jak  spał  z  głową 

opartą o pień wierzby. Zwilżyła wargi językiem. 

- To dla ciebie takie proste? 

- Pomożesz mi. 

- Wczoraj wieczorem nie potrzebowałeś pomocy. Doskonale panowałeś nad sytuacją. 

- A ty jesteś na mnie zła. - Westchnął. - Nie da się oddzielić jednego od drugiego, Kerry. 

Odwróciła wzrok. 

- Przestraszyłam się. Nie wiedziałam, że tak się będę czuła. 

- Mów dalej. 

-  Nie  muszę  nic  więcej  dodawać.  Pewnie  wiesz,  jak  ja  ...  -  Znów  na  niego  popatrzyła.  -

background image

Czułam się ... związana. Jakbym była części. ciebie. Nie wspomniałeś, że tak będzie. 

-  Za  każdym  razem  jest  inaczej.  Wiedziałem,  że  pojawi  się  uczucie  bliskości,  i 

przestrzegałem cię przed tym. Nie byłem pewien czy poczujesz się ze mną związana. Nie miałem 

też pojęcia, że mi to grozi. 

-  W  każdym  razie  chcę  teraz  wiedzieć,  czy  odzyskam  równowagę  emocjonalną?  -  spytała 

napastliwie. 

- Zapewne tak. 

- Kiedy? 

Wzruszył ramionami. 

- Nie jestem pewien. 

- Co ty powiesz. Czy przytrafiło ci się kiedyś coś podobnego? 

-  Dwukrotnie.  Na  początku  eksperymentów,  lecz  wówczas  przybrało  łagodniejszą  formę.

Właściwie wtedy to uczucie było słabe. Bardzo słabe. 

- Kim byli ci ludzie? 

- Dziesięcioletni chłopiec i starsza pani z Włoch. 

- Co się stało potem? 

- Staruszka zmarła parę lat później. Żadne z nich nie uświadomiło sobie tego powiązania. 

- A co z chłopcem? 

- Więź zanikła. 

- Ale nie całkowicie? 

- Nie, ale nie przeszkadzała. - Wzruszył ramionami. - Nie ty jedna jesteś zaangażowana w tę 

sprawę.  Co  mam  powiedzieć?  Nie  jestem  supermenem.  Nie  wiem  wszystkiego.  Cholera,  nie 

wiem nawet jednej  dziesiątej tego, co  się dzieje  w twojej głowie. Jak już powiedziałem, każdy 

jest inny. 

- Nie chcę, by to się nasilało - oznajmiła przez zaciśnięte zęby. 

- Przerwij to. 

-  Postaram  się.  -  Patrzył  jej  prosto  w  oczy.  -  Nic  jednak  nie  obiecuję.  Jeśli  nie  jesteś 

usatysfakcjonowana, lepiej od razu się wycofaj. 

Nie  była  usatysfakcjonowana,  ale  nie  zamierzała  rezygnować.  Za  daleko  zabrnęła,  żeby 

dawać za wygraną. 

- Nie. - Z wysiłkiem oderwała od niego .wzrok. - Postaraj się tylko to przerwać. Boję się. 

background image

-  Już  to  mówiłaś.  -  Pochylił  się  i  położył  dłoń  na  jej  ręce.  -  Będzie  dobrze,  Kerry. 

Znajdziemy sposób, żeby wszystko się ułożyło. 

Miał twardą i ciepłą dłoń. Nagle poczuła się chroniona ... choć nie w pełni bezpieczna. 

Była poruszona. To ciepło. Dobry Boże ... 

Cofnęła rękę i zerwała się na równe nogi. 

- Muszę się ubrać i znaleźć Sama. Powinien iść na spacer. 

- Jest w kuchni. 

- Tym bardziej należy go wyprowadzić. - Ruszyła do łazienki. 

- Pewnie bez przerwy dostaje coś do jedzenia. Do zobaczenia później. 

- Tak. - Wydawał się roztargniony. - Później. 

Wiedział,  co  czuła.  Jak  miałby  tego  nie  wiedzieć?  Bliskość.  Byli  tak  blisko  siebie,  że  nie 

mogła odetchnąć bez jego wiedzy. Stanęła przy drzwiach. 

- To nic nie znaczy. Chodzi tylko o ... bliskość. To nic nie znaczy. 

- Wiem - szepnął. - Nie musisz mi niczego wyjaśniać. 

Nie, nie musiała. Była sfrustrowana. Zbyt dobrze ją znał.

- To minie. Dopilnuję tego. - Zatrzasnęła za sobą drzwi. 

10 

- Dotarły do mnie skargi, Dickens. - Głos Ki Yonga był miękki niczym jedwab. - Trask nie

jest z ciebie zadowolony. 

Dickens zacisnął dłoń na aparacie. 

-  Wobec  tego  znajdź  kogoś  innego  do  mokrej  roboty.  Nie  podoba  mi  się,  że  nadstawiam 

karku, by zadowolić tego stukniętego czubka. 

- Twoim zdaniem jest stuknięty? 

- A jak ty myślisz? 

W słuchawce zapadło milczenie. 

-  Może  masz  rację.  Zauważyłem  oznaki  niezrównoważenia.  To  jednak  nie  jest  istotne, 

dopóki trzyma się go w ryzach. Właśnie dlatego korzystam ze wsparcia zaufanych ludzi, takich 

jak ty. W ten sposób mam na niego oko. 

- Złapią go. Jest zbyt pewny siebie. Nic go nie obchodzi ryzyko, chce tylko zabijać. 

background image

- Ma swój rozum. Potrafi zrobić wszystko to, co zaplanował, i za¬wsze spada na cztery łapy. 

-  Ilu  ludzi  już  zabił?  Zupełnie  stracił  z  oczu  cel.  Kazał  mi  zrezygnować  z  obserwacji 

Rastowa i zająć się Kerry Murphy. A wczoraj wieczorem polecił mi zbadać nabrzeże i poszukać 

opuszczonego magazynu. 

- Naprawdę? Interesujące. Ciekawe, co planuje. 

- Wszystko jedno, kompletnie go nie obchodzi, czy wpadnę. 

- Na pewno się mylisz. Za dużo wiesz, z pewnością nie chciałby, żeby cię złapano. - Zamilkł. 

- A co właściwie wiesz, Dickens? Odkryłeś, gdzie możemy znaleźć Traska ? 

- Jak miałbym to zrobić? - Dickens nie ukrywał frustracji. - Kiedy chce się ze mną widzieć, 

zawiadamia mnie na pół godziny przed spotkaniem i za każdym razem wyznacza inne miejsce. 

Zazwyczaj kontaktuje się ze mną przez telefon. Jest cholernie ostrożny. 

-  Musi  istnieć  jakiś  sposób  na  niego.  Byłbym  wdzięczny,  gdybyś  umówił  się  z  nim  na 

spotkanie pod byle pretekstem. Nieźle zarobisz. - Już to proponowałeś. Nie da się nabrać. 

- Próbuj  dalej.  Dobrze by było,  gdyby okazał  gotowość współpracy, ale  nie chcę,  żeby  go 

złapali. Najprościej będzie, jeśli usuniemy go ze sceny. 

- Zanim pozabija tych ludzi? 

-  Nic  mnie  nie  obchodzi  jego  żądza  zemsty.  Interesuje  mnie  tylko  nagroda,  którą  mi 

wymachuje pod nosem. Byłaby moja, gdybym go złapał. 

Dickens  nie  wątpił,  że  Ki  Yong  nie  rzuca  słów  na  wiatr.  Utrzymywał  bliskie  kontakty  z 

Koreą  Północną  i  nie  miał  żadnych  skrupułów.  Gdyby  dopadł  Traska,  Dickens  chyba  nawet 

żałowałby podpalacza. 

Chyba. 

- Zrobię, co się da. - Przez chwilę milczał. - Zupełnie mu odbiło na punkcie Kerry Murphy. 

Może spróbuję ją wykorzystać. 

- Kerry Murphy ... - Dickens niemal słyszał, jak pracują szare komórki w głowie Ki Yonga. 

Najwyraźniej  analizował  wszystkie  dostępne  mu  informacje  na  temat  dziewczyny.  -  To  chyba 

możliwe ... Ale nie chodzi o zemstę. Czy jest pod wpływem wystarczająco silnych emocji, żeby 

stracić czujność? 

- A skąd mam to wiedzieć? Cokolwiek by mówić, odsunął mnie od obserwacji Rastowa. 

- To jedno wystarcza, by zbadać sytuację - mruknął Ki Yong. 

- Być może obaj nieźle skorzystamy, Dickens. Informuj mnie na bieżąco. - Rozłączył się. 

background image

Dickens wsunął telefon do kieszeni. Arogancki sukinsyn. Nie znosił Ki Yonga tak samo jak 

Traska, ale Koreańczyk dobrze płacił. 

Z  dwojga  złego  Dickens  wolał  narażać  się  na  wyrachowaną  bezwzględność  Azjaty  niż  na 

wybuchowość Traska. Potrafił przewidzieć, do czego zmierza Ki Yong, gdyż zawsze kierowała 

nim  chłodna  logika.  Trask  był  błyskotliwy,  jednak  mściwi  ludzie  często  bywają 

nieprzewidywalni, a Dickens nie ufał osobom, które poddawały się emocjom. Nie miał pojęcia, 

dokąd wiedzie go Trask, ale był pewien, że zginie, jeśli nie zachowa ostrożności. 

To się mogło stać nawet dzisiejszej nocy. 

Zaparkował  i  spojrzał  na  rząd  opuszczonych  magazynów  wzdłuż  jezdni.  Dwa  były 

kompletnie zrujnowane. Każdy, kto do nich wszedł, musiał się liczyć z zawaleniem podłogi. 

Co on tutaj robił? 

Wykonywał polecenia tego szalonego drania. Wysiadł z samochodu i ruszył do najbliższego 

magazynu. Postanowił mieć to jak najszybciej za sobą i wynieść się stąd. 

Tak  dalej  być  nie  mogło.  Musiał  położyć  temu  kres,  nie  chciał  być  chłopcem  na  posyłki 

Traska. Pomyślał, że znajdzie sposób na sprezentowanie go Ki Yongowi, a potem zniknie. 

Aby jednak to zrobić, musiał dowiedzieć się, jak wystawić Traskowi Kerry Murphy ... 

- Dlaczego nienawidzisz ojca ? - Silver zerwał źdźbło trawy i żul je powoli. 

- Nie nienawidzę. Po prostu go nie lubię. - Kerry patrzyła na jezioro. - Powinieneś wiedzieć, 

czemu za nim nie przepadam. Wpakował mnie do szpitala. 

- Tuż wcześniej go nie lubiłaś. Nie układało się wam. 

- Wiele dzieci ma problemy z rodzicami. 

- Ale ty jesteś bardzo uczuciowa. Uważasz, że więzy rodzinne są święte. Przebaczyłaś bratu. 

Dlaczego ojca traktujesz inaczej?

- Wolę o tym nie rozmawiać. 

- W porządku, wobec tego tylko o tym pomyśl. 

Spojrzała na niego z irytacją. 

- To przecież to samo ... - Zauważyła, że Silver patrzy na nią z rozbawieniem. Mimowolnie 

się  uśmiechnęła.  -  Trzymaj  się  z  daleka  od  moich  spraw,  Silver.  Nie  mam  zamiaru  naprawiać 

stosunków z ojcem. 

- Czemu nie? Może jednak zadasz sobie to pytanie? 

background image

- Nie. - Przetoczyła się na plecy i usiad1a. - Zadam inne: dlaczego jesteś taki zadowolony? 

Powinieneś  mnie  uczyć,  a  tymczasem  leżysz  i  pytasz  o  głupoty.  Kiedy  mogę  się  spodziewać 

jakichś postępów? 

-  To  dopiero  nasze  trzecie  spotkanie  nad  jeziorem.  Faktycznie,  jestem  zadowolony.  -

Wyciągnął rękę po następne źdźbło. - Ty też. To miejsce przypadło ci do gustu. 

Jak  mogło  nie  przypaść?  Ostróżki,  bujna  trawa,  migoczące  jezioro  oraz  mężczyzna,  który 

stał się częścią jej samej. 

- Pewnie zrobiłeś mi pranie mózgu. 

Pokręcił głową. 

-  Po  prostu  przywykłaś  do  mnie.  Moje  towarzystwo  w  tym  miejscu  wcale  nie  jest  takie 

nieprzyjemne, co? 

Oswoiła się z jego obecnością. Dziwne, ale czuja się przy nim swobodnie. Łapała się na tym, 

że cieszy się na te chwile, kiedy otwierała oczy i widziała go, jak siedzi nad jeziorem i uśmiecha 

się do niej. 

- Test. 

- Kłamczucha. - Zachichotał. - Lubisz mnie. 

Uwielbiała jego śmiech. Miał głęboki głos, pobrzmiewający chłopięcą radością• 

- Czasami. 

- Zazwyczaj. 

- Kiedy nie wtrącasz się w moje sprawy. - Zmarszczyła brwi. 

- Wystarczy tego, bierz się do roboty. 

- Tuż się wziąłem. 

Patrzyła na niego czujnie. 

- Coś przy mnie kombinowałeś?

- Wznosiłem tylko kilka barier. Chciałem cię chronić. Bądź twarda. 

- Wobec tego czemu mi nie powiedziałeś, co robisz?

-  Nie  potrzebowałem  twojej  pomocy.  Systemy  obronne  zadziałają  automatycznie.  Pojawią 

się, gdy będziesz ich potrzebowała. 

- Tak po prostu ?

Potwierdził ruchem głowy. 

- Tak po prostu. 

background image

- Pokaż. 

- Zaufaj mi. 

- Zademonstruj. Chcę widzieć, co ... 

Wrzasnęła, kiedy przeszył ją ból. 

- Tata! Ogień. Dym. 

Mama. Trzeba pomóc mamie. 

Nie  pomożesz  jej.  Nie  pomożesz  jej.  Nie  pomożesz  jej.  Mężczyzna  patrzył  na  nią  z  góry, 

dostrzegła coś w jego dłoni. Nie! Odejdź! Odejdź! 

Wizja znikła. 

- Wybacz. - Otworzyła oczy i ujrzała nad sobą twarz Silvera. 

- Wszystko dobrze?

- Nie. - Nie potrafiła powstrzymać łez, spływających po jej policzkach. - Co ty zrobiłeś, do 

cholery?

- Pokazałem ci - wyjaśnił bez ogródek. - Zaatakowałem, a ty się broniłaś. 

- Psiakrew. 

-  Nie  podziękowałabyś  mi  za  delikatność.  Musiałem  zadać  cios  tam,  gdzie  cię  najbardziej 

zaboli. 

- Udało ci się. - Usta jej drżały, usiłowała normalnie mówić. - Bolało jak cholera. 

-  Wiem.  -  Wyciągnął  rękę  i  łagodnie dotknął  jej  policzka.  -  Następnym  razem  możesz  to 

powstrzymać wcześniej, skoro już pojęłaś, w czym rzecz. 

Odetchnęła głęboko. 

- Dobrze. Znalazłeś sposób, by mnie chronić. Teraz pokaż, jak mam atakować. 

Cofnął rękę.

- I tak jesteś agresywna. Właśnie nabyłaś niesłychanie ważną umiejętność. Oswój się z nią, 

zanim ruszysz przed siebie. Musisz się z nią oswoić. 

- Nie mam zamiaru z niczym się oswajać. Chcę iść dalej, skoro opanowałam podstawy. Ucz 

mnie. 

- Już mówi1em, że nie jestem pewien, czy potrafię. 

- Do diabla z pewnością. Muszę się nauczyć. Powiedz, jak to jest z tobą. Jak skłaniasz ludzi, 

background image

by robili, co chcesz?

- Po pierwsze musisz sprawdzić, czy obiekt nie jest na ciebie zamknięty. 

- Trask nie jest na mnie zamknięty. Wybucha jak wulkan za każdym razem, kiedy znajdę się 

w pobliżu. 

- Wobec tego musisz zrobić następny krok i zablokować wszystkie czynniki rozpraszające. 

Potem znajdź drogę. 

- Jaką drogę?

- Zobaczysz. Kiedy wnikniesz w jego psychikę, przekonasz się, że przypomina tunele pełne

bocznych  korytarzy.  Większość z nich jest krótka,  niektóre zablokowane.  Inne  wiodą  do  sedna 

jego osobowości. Kiedy na taki natrafisz, skręć i ruszaj naprzód. Nie rozkazuj, nie próbuj rządzić. 

Sugeruj. 

- Co mam sugerować?

- Jeśli chcesz, żeby wskoczył do jeziora, zasugeruj, że jest mu gorąco i ma ochotę popływać. 

- I zrobi to?

-  W  moim przypadku  to  skuteczna metoda.  -  Podniósł  rękę,  kiedy  Kerry  otworzyła  usta.  -

Wiem, wiem. W twoim też będzie: 

- Cholera, nie mam na kim ćwiczyć. Mogę przeniknąć wyłącznie do umysłu Traska. 

- Wejdź do mojego. 

- Nigdy w życiu nie pozwolisz, żeby ktoś cię kontrolował. 

- Nic więcej nie mogę ci zaproponować. To niemały dowód zaufania. 

Westchnęła. 

- Dobrze, spróbuję. 

-  Przynajmniej opanujesz  podstawy.  Nie  trać  jednak  cierpliwości,  jeśli  od  razu  nie nastąpi 

przełom. Skoncentruj się i udawaj, że masz przed sobą mur, który musisz po trochu kruszyć, żeby 

przedostać się na drugą stronę ... 

- Powiedziałem, że to nie takie proste - przypomniał Silver. - Może na razie przerwijmy.

Jezioro i pole znikły w ciemnościach. 

Otworzyła oczy i ujrzała Silvera. Siedział obok niej na łóżku. 

- Dlaczego się nie udało? - Zacisnęła pięści. - Tak bardzo się starałam ... 

- Może za bardzo. - Wstał. - Spróbujemy jeszcze raz jutro. 

background image

- Chcesz, żebym kruszyła nieistniejący mur? - Skrzywiła się. 

- Wolałabym go wysadzić w powietrze. Zrobiłam jakieś postępy? 

- Zauważalne. - Uśmiechnął się. 

- Czułem twoje wysiłki. - Ruszył do drzwi. - Jak już wspomniałem, spróbujemy jeszcze raz, 

kiedy się prześpisz. Musisz odpocząć. 

- Która godzina? 

- Za kwadrans czwarta nad ranem. - Obejrzał się przez ramię. 

- Będziesz wyczerpana, lepiej nie wstawaj zbyt wcześnie. 

Pokręciła głową. 

- Wcale nie chce mi się spać. 

- I tak wkrótce zaśniesz. Można to porównać do otworzenia zapory. 

Wydęła usta. 

- Sypiesz dziś porównaniami jak z rękawa. Najpierw mur, teraz zapora ... 

- W przyszłości postaram się być bardziej oryginalny. Dobranoc. 

-  Nie,  chcę  jeszcze  raz.  Dam  sobie  radę.  Wiem,  że  potrafię.  -  Dostrzegła,  że  zamierza 

odmówić, więc dodała pospiesznie: - Tylko jeden raz. Proszę. 

- Jesteś nienasycona. - Uśmiechnął się półgębkiem. - No dobrze, Jeszcze raz. 

Weszła! 

- Gratuluję. Teraz znajdź drogę. 

- Nie popędzaj mnie. Muszę się przyzwyczaić ... 

Do czego?

 Do cieni. 

- Nie jesteś taki jak Trask. Nie czuję tego, co przeżywasz. Jesteś ... zamknięty w sobie. 

- Wiem. Taki właśnie jestem. Rób, co możesz, ucz się jak najwięcej. A teraz znajdź drogę. 

- Nic nie widzę. 

- Wyczuj ją. Skoncentruj się. Chciałaś tego, więc patrz uważnie. 

- Przestań mi rozkazywać. Nic na to nie poradzę, że zmierzam tam, gdzie jestem intruzem. 

Przynajmniej dostaniesz za swoje. Teraz wiesz, jakie to uczucie. 

Milczał. 

- Masz rację. Dostaję za swoje. Ale i tak będę narzekał i rozkazywał. 

background image

- To jasne. 

- Wobec tego rusz tyłek i szukaj drogi. 

- Nie zrobiłam tego, prawda? - Wstała z łóżka i podeszła do okna. - Znalazłam tę cholerną 

drogę! dotarłam do centrum dowodzenia i nic. 

- Ostrzegałem cię, że w moim przypadku to nie musi zadziałać. 

- Ale mogłoby, gdybyś choć trochę opuścił te swoje cholerne bariery ochronne. Czy proszę o 

zbyt dużo? 

-  Tak.  Ofiarowałem  ci  wszystko,  co  mogłem.  -  Milczał  przez  chwilę  i  patrzył  na  jej 

zesztywniałe plecy. - Dużo się nauczyłaś, a z czasem nauczysz się jeszcze więcej. 

-  Ale  nie  wiem,  czy  moje  umiejętności  sprawdzą  się  w  przypadku  Traska.  A  jeśli  będzie 

wiedział, że jestem w jego umyśle? A jeśli nie przebrnę przez te ścieki? Może kiedy sądziłam, że 

cię do czegoś nakłaniam, w rzeczywistości nie robiłam nic. 

- Nakłaniałaś mnie. 

- Naprawdę? Wystarczająco mocno? 

- Tego nie wiem. 

-  Ja  też  nie.  Czułam  się  tak,  jakbym  błądziła  po  omacku.  Nie  będę  miała  pewności,  czy 

podążam we właściwym kierunku! dopóki nie dotrę do Traska. 

- Właśnie to chciałem ci uświadomić. - Ruszył do drzwi. - Idę spać. Może tego nie widzisz, 

ale mnie zmęczyłaś. 

-  Sam  się  zmęczyłeś,  uniemożliwiając  mi  zobaczenie  czegokolwiek.  Na  domiar  złego 

blokowałeś dostęp do siebie, ty draniu. 

- Cieszę się, że zaczynasz tak dobrze mnie rozumieć. Zobaczymy się, kiedy wstaniesz. 

Patrzyła, jak zamyka za sobą drzwi. Samotność. 

Boże, czuła się opuszczona, kiedy rozdzielali się mentalnie. Teraz, gdy wyszedł z jej pokoju, 

poczuła się przeraźliwie samotna. 

Musiała przez to przejść. To wszystko wynikało z ich cholernej łączności. A skoro nie mogła 

o tym zapomnieć, musiała machnąć ręką i robić swoje do czasu, kiedy opuści życie Silvera. 

Samotność. 

A  gdyby wyobraziła  sobie,  że  to  jeszcze  jeden  mur  do  pokonania?  Gdyby  go rozkruszyła, 

może skuteczniej odsunęłaby od siebie samotność? 

Teraz nie miała szans zasnąć. Zrobiła zbyt dużo, a zarazem za mało. 

background image

Nie mogła się wyciszyć. Była spięta i podminowana jak narkoman z dnia na dzień zrywający 

z  nałogiem.  Może  związek  z  Silverem  był  uzależniający.  Uświadomiła  sobie,  że  podczas  ich 

spotkania nad jeziorem panowała leniwie uwodzicielska, niemal zmysłowa atmosfera. 

Bo Silver tak chciał. 

Powinna przestać  o  nim  myśleć.  I tak  za bardzo  ingerował  w jej  życie.  Pora na  prysznic  i 

relaks. 

Wyskoczyła  z  łóżka  i  poszła  do  łazienki.  Uznała,  że  to  świetny  pomysł,  gorący  prysznic 

dobrze  jej  zrobi.  Potem  zaśnie  i  przećwiczy  dar  Silvera  -  umiejętność  sprawowania  kontroli. 

Dzięki niej pozbędzie się wszystkich myśli o nim. 

Telefon zadzwonił, kiedy się wycierała. Znieruchomiała. Minęła czwarta nad ranem. Jason? 

Pospiesznie  owinęła  się  ręcznikiem  i  wybiegła  z  łazienki.  Telefon  komórkowy  leżał  na 

nocnym stoliku. 

- Jak na tę porę masz bardzo ożywiony głos. Czyżbyś przeze mnie nie mogła zasnąć, Kerry? 

To nie był Jason. Nie znała głosu tego mężczyzny. Był niski i miękki. Obcy bardzo starannie 

cedził każdą sylabę. 

- Kto mówi? 

- Zgadnij. Nie, to dziecinna zabawa, a my nie jesteśmy dziećmi. Tu James Trask. 

Zamarła. 

- Nie odpowiadasz. - Trask zdawał się zdziwiony. - Nie wierzysz, że to ja? 

- Wierzę. - Musiała zapanować nad głosem. - Czego chcesz? 

- Pomyślałem, że najwyższy czas porozmawiać. Ostatnio sporo o tobie myślałem. 

-  Wyobrażam  sobie.  Zapewne  marzysz,  żeby  mnie  podpalić,  tak  jak  podpaliłeś  Joyce 

FairchiId. 

- Och, ten etap mam już dawno za sobą. Przyznaję, że to był mój pierwszy impuls. Bardzo 

mnie zirytowało, że zdołałaś w Macon zbiec przed Morzem Ognia. 

- Moja bratowa nie miała tyle szczęścia. Poroniła. 

- Mam się rozpłakać?  To przypadek. -  Zamilkł.  - Sama jesteś  winna  śmierci tego  dziecka. 

Nie powinnaś była sprzymierzać się z Silverem. 

- Tak się usprawiedliwiasz? 

- Nie usprawiedliwiam się, stwierdzam fakt. 

background image

Mówił swobodnie, beznamiętnie. Kerry musiała odczekać chwilę, by ostudzić złość. 

- Po co dzwonisz? 

- Chciałem usłyszeć  twój  głos.  Siedziałem i patrzyłem na  twoje zdjęcie,  zastanawiając się, 

jak bardzo jesteśmy do siebie podobni. 

- Gówno prawda. 

Zarechotał. 

- Oburzyłaś się? To prawda, Kerry. Pomyśl o tym. 

- Jesteś mordercą. Nie muszę o tym myśleć. 

-  Czy  chciałaś  mnie  rozwścieczyć?  Morderstwo  to  tylko  słowo.  W  odpowiednich 

okolicznościach sama pewnie też potrafiłabyś zabić, nie sądzisz? 

- Nie. 

- A gdybyś mogła mnie pozbawić życia? 

Odetchnęła głęboko. 

- Rozłączam się. 

- Nie sądzę. Za bardzo się mną interesujesz. Podobnie jak ja tobą. 

- Zastanawiam się tylko, jak taki drań jak ty usprawiedliwia swoje zbrodnie. 

- Sztuka polega na  tym, żeby nie usprawiedliwiać  morderstwa, tylko je  zaakceptować. Ale 

ciebie interesuje coś więcej. No bo po co jechałabyś do Marionville? 

Nie odpowiedziała. 

- Czemu mnie śledziłeś? 

-  Z  tego  samego  powodu,  dla  którego  ty  mnie  tropisz.  Zaczynam  wierzyć,  że  jesteśmy 

pokrewnymi duszami.

- Bzdura. 

- Podobał ci się dom Krazktego? To, czego tam dokonałem, napawa mnie wielką dumą. 

- W tamtym pożarze zginęło troje dzieci. 

- Tim Krazky był agresywnym palantem. Nie lubię takich ludzi. 

- Więc zabiłeś i jego, i jego, rodzinę. 

-  Ogień  oczyszcza,  niszczy  to,  co  brzydkie.  Tim  Knizky  był  brzydki.  -  Zachichotał.  -  Po 

kontakcie z ogniem wyglądał jeszcze gorzej.

- Boże, jesteś nienormalny. 

- Poczułbym  się  urażony,  gdybyś naprawdę  tak sądziła.  Wiem jednak,  że  to  tylko element 

background image

bitwy, którą toczysz przez całe życie. Zbłądziłaś i zamykasz oczy na prawdę. Nieważne. Dowiesz 

się tego, co powinnaś wiedzieć, ode mnie, chyba że Morze Ognia będzie musiało cię pochłonąć. 

Zasmuciłbym się, gdyby zaszła taka konieczność. Nie sądzisz, że to dziwne? 

- Walczę z ludźmi takimi jak ty. 

- Nie ma drugiego takiego jak ja. No, chyba że ty. - Zamilkł. - Nie odpowiedziałaś. Zabiłabyś 

mnie, gdyby nadarzyła się sposobność?

- Tak. 

- To nie było łatwe, co? Większość ludzi nie potrafi przyznać, że jest zdolna do zabójstwa. 

Takie wyznanie jest o wiele prostsze, gdy się widzi swoje prawdziwe oblicze. 

- Ta rozmowa donikąd nie prowadzi. 

-  Szykujesz  się  do  walki.  -  Zarechotał.  -  Zrobiłbym  to  samo.  Obserwowałem  cię  na 

zgliszczach  w  Marionville  i  pomyślałem,  że  jesteśmy  do  siebie  podobni.  Nigdy  nie 

doświadczyłem podobnej bliskości. Jesteśmy jak awers i rewers. 

- Nie wiem, o czym mówisz. 

- Doskonale wiesz, o co mi chodzi. Oboje kochamy dziecko. 

- Dziecko? Ogień. Mówisz o ogniu? 

- Oczywiście. Pewnie myślisz, że nie cierpisz ognia, ale to nieprawda. On zawładnął twoim 

życiem, a ty jesteś nim zafascynowana i nic na to nie poradzisz. 

- Jesteś szalony. 

- Bynajmniej, po prostu nie wszystko dostrzegasz. Uważam za swój obowiązek otworzenie 

ci oczu, nim dziecko cię pochłonie. To konieczność, ale i przyjemność. 

Powściągnij złość. 

- Wobec tego spotkajmy się. 

- Jeszcze nie jesteś gotowa. Musisz dojrzeć. Najpierw musisz poczuć potęgę życia i śmierci, 

a także przekonać się, że panujesz nad sytuacją. Nie istnieje większa rozkosz. 

- Nie mam pojęcia, o czym mówisz. 

- Przekonasz się. Jak tam twój pies? 

Nie była przygotowana na zmianę tematu. 

- Co? 

-  Postanowiłem  dać  twojemu  cudownemu  psu  pole  do  popisu.  Muszę przeprowadzić  kilka 

badań  w  celu  skorygowania  paru  problemów  w  jednym  z  moich  urządzeń.  Niestety,  nie 

background image

zadziałało prawidłowo w domu twojego brata. Wydaje mi się, że już usunąłem usterkę, ale muszę 

przetestować sprzęt w praktyce. 

Poczuła się tak, jakby kopnął ją w brzuch. 

- W praktyce? Chodzi o kogoś z twojej listy? 

- Ależ skąd. Mam na myśli zupełnie coś innego. Coś, co nas do siebie zbliży. Mam dla ciebie 

propozycję. Czy wiesz, ile magazynów znajduje się na terenie Waszyngtonu? 

- Nie mam pojęcia. 

-  Więc lepiej się dowiedz. Albo niech twój pies  to wywęszy. Jak  on się nazywa? Ach, już 

wiem: Sam. 

- Chcesz spalić magazyn. 

-  W  tym  rzecz.  Test  nie  będzie  jednak  wiarygodny,  jeśli  spłonie  tylko  pusta  hala.  -

Zastanowił  się.  -  Muszę  dokonać  starannego  wyboru.  Chcę  kogoś  młodego,  kto  ma  całe  życie 

przed sobą. Może nastoletnią dziewczynę ... 

- Ty sukinsynu. 

-  Tak,  mam  ją  prawie  przed  oczami.  Pulchna,  z  długimi  ciemnymi  włosami.  Śliczna 

oliwkowa  skóra.  Gdyby  nie  nosiła  odrażających  podartych  dżinsów,  wyglądałaby  j  ak  młoda 

Mona Lisa. Taki ogromny potencjał i taki brak wyczucia. 

- Kim ona jest? 

- Znajdź magazyn, może znajdziesz także ją. 

- I w ten sposób wyjdę z ukrycia, a ty mnie zabijesz. 

- Tego nie mogę wykluczyć. - Sprawiał wrażenie rozbawionego. 

- Ale jakie to będzie fascynujące doświadczenie. Sprawdzisz, czy wyżej cenisz własną skórę, 

czy też życie tej biednej niewinnej nastolatki. Wyruszysz w podróż w głąb własnej osobowości. 

- Dlaczego to robisz? 

- Może dlatego, że się nudzę i chcę rzucić wyzwanie sobie i tobie. Niewykluczone, że chcę 

cię przyciągnąć do Morza Ognia i wytrawić ogniem wszystkie kłamstwa, które sobie wmawiałaś. 

- Zamilkł na moment. - A może po prostu czuję się samotny. Od czasów Helen jesteś pierwszą 

tak bliską mi kobietą. Nie ma znaczenia, o co tak naprawdę mi chodzi. 

- Helen? 

Puścił jej pytanie mimo uszu. 

- Rozłączam się. Miło się rozmawiało. 

background image

- Zaraz. Kiedy zamierzasz ... Ile mam czasu? 

- Dwa dni. Do północy. Odliczanie rozpoczęte. Ale emocje, prawda? - Wyłączył aparat. 

Jezu. 

Cisnęła telefon i rzuciła się ku drzwiom. Musiała porozmawiać z Silverem. 

Dwa dni ... 

- Na litość boską, przestań się trząść. - Silver zdjął koc z łóżka i owinął nim dziewczynę. -

Wszystko będzie dobrze. 

- Nie słyszałeś go. - Zacisnęła ręce na kocu. Boże, zmarzła na kość. - On ją zabije. 

- Może nawet nie ma na oku konkretnego celu. 

- Już wie, kto to taki. Podjął decyzję, kogo zabije. Czuję to. 

-  Nastolatka.  Magazyn.  -  Silver  zmarszczył  czoło.  -  Dziewczyna,  która  uciekła  z  domu  i 

ukrywa się w jakiejś hali? 

-  To  prawdopodobne.  Choć  może  Trask  chce,  bym  właśnie  tak  myślała.  -  Przycisnęła  do 

skroni  drżącą  dłoń.  -  Chyba  jednak  nie  kłamał.  Był  zbyt  zadowolony  z  siebie.  Chciał,  żebym 

wiedziała, jaki jest odważny i sprytny. Szczegółowo opisał mi nową ofiarę. 

- Wobec tego może ją znajdziemy - powiedział Silver. - Albo zlokalizujemy magazyn. 

- Spytał mnie, czy wiem, ile magazynów jest w tych okolicach. Mogą ich być setki, tysiące. 

Silver skinął głową . 

- Nastolatka z pewnością wybrała sobie miejsce, w którym będzie się czuła bezpiecznie i nikt 

jej nie znajdzie. Oznacza to, że nikt tam nie pracuje i nie ma strażników. 

- To niespecjalnie zawęża obszar poszukiwań. 

- Od czegoś trzeba zacząć. - Sięgnął po telefon. - Potrzebujemy pomocy. 

- Do kogo dzwonisz? 

Pospiesznie wystukał numer. 

- Do George'a. 

-  Nie  dał  ci  żadnych  innych  wskazówek?  -  spytał  George.  -  Te  informacje  nie  wystarczą, 

żeby cokolwiek zrobić. 

- Sami doszliśmy do tego wniosku - odparła Kerry. - Powtórzyłam wszystko, co usłyszałam 

od Traska. Ocenę pozostawiam tobie. - Skąd to rozdrażnienie? 

background image

-  Nastolatka  może  umrzeć,  bo  ktoś  postanowił  wykorzystać  ją  jako  przynętę,  żeby  zwabić 

mnie do jakiegoś magazynu. Masz rację, cholera jasna, jestem rozdrażniona. 

- Spokojnie - mruknął Silver. 

Odwróciła się ku niemu. 

- Daj sobie spokój z tymi uspokajającymi gadkami. Nie ma mowy o spokoju, cała ta sprawa 

cuchnie. - Ponownie zwróciła się do George'a. - Znajdziemy ten magazyn. Do diabła, przecież on 

chce, żebym go znalazła. 

- Wobec tego powinien podrzucić ci jakieś dodatkowe informacje. 

- Wówczas nie byłoby mowy o wyzwaniu. To oczywiste. 

- Może jeszcze zadzwoni. 

Pokręciła głową. 

- Dopiero wtedy, gdy spali dziewczynę.  

- Skąd ta pewność? 

-  Coraz  lepiej  go  znam.  Jeśli  jej  nie  znajdę,  zatelefonuje  do  mnie,  żeby  się  przechwalać. 

Niewykluczone, że następnym razem pozwoli mi zapobiec pożarowi, ale dla tego dziecka będzie 

już  za  późno.  -  Odetchnęła  głęboko.  -  Chcę,  żebyś  ograniczył  liczbę  prawdopodobnych  miejsc 

ataku. Zadzwoń do wszystkich speców komputerowych z wywiadu, niech opracują listę, z którą 

będziemy mogli działać. 

- Obszar Waszyngtonu obejmuje Baltimore i kilka miasteczek w Wirginii, a także ... 

- Wobec tego lepiej bierz się do roboty, i to z kopyta - przerwał Silver. 

George się uśmiechnął. 

-  Chciałem  tylko  zaznaczyć,  że  wyznaczone  mi  zadanie  nie  należy  do  łatwych.  Nie  będę 

mógł czerpać satysfakcji z sukcesu, jeśli nie dotrze do was, jak wielkie jest prawdopodobieństwo 

niepowodzenia.  Ale  nie  przejmujcie  się,  zrobię,  co  w  mojej  mocy.  -  Ruszył  w  stronę  drzwi.  -

Brad, lepiej zaparz Kerry herbaty. Wygląda na to, że powinna wypić coś ciepłego. 

- Nie chcę herbaty. Nie potrzebuję tych przyjemności. Czuję się jak Attyla, król Hunów. 

- Właśnie w takich chwilach przyjemności są najpotrzebniejsze - oznajmił George i zamknął 

za sobą drzwi. 

- Nie powiedział nam, ile to potrwa. - Kerry pokręciła głową. 

- Co ja wygaduję? Skąd miałby to wiedzieć? 

background image

-  Skontaktuję  się  z  nim,  kiedy  porozmawia  z  ludźmi  z  kwatery  głównej  wywiadu.  Wtedy 

będzie już miał pojęcie o sprawie. To nie potrwa długo. 

- Rzecz w tym, że teraz nie ma już czasu. Trask jest jak odbezpieczona bomba zegarowa. -

Zamknęła oczy. - Słyszę jej tykanie. Przypomina bicie serca. Serca dziewczyny. 

- Kerry, bez względu na to, co się stanie, nie będzie w tym twojej winy. 

-  Marna  pociecha,  jeśli  będę  musiała  patrzeć,  jak  ona  ginie  w  płomieniach.  -  Uniosła 

powieki. - Kim jest Helen? 

-  Kobieta,  która  podobno  była  mu  bliska?  -  Wzruszył  ramionami.  -  Nie  mam  pojęcia.  W 

aktach Traska nie było ani słowa na jej temat. 

- Wiem. - Po śmierci Joyce Fairchild Kerry zmusiła się, by w najdrobniejszych szczegółach 

przestudiować  te  akta.  -  Ale  była  dla  niego  ważna.  Może  nadal  coś  dla  niego  znaczy.  Muszę 

dowiedzieć się o niej wszystkiego, co się da. 

-  Zatelefonuję  do  Travisa  i  spytam,  czy  może  wykorzystać  swoje  źródła  i  spróbować 

dowiedzieć się więcej. 

- Moim zdaniem już to zrobił. 

- Moim również. 

-  To  wszystko  nie  ma  sensu.  -  Zastanowiła  się.  -  Chyba  że  informacje  o  Helen  są  objęte 

tajemnicą. Może włączono ją do programu ochrony świadków albo czegoś w tym rodzaju. 

- Zgadywanie nie ma sensu. Dowiemy się. Nie znasz jej nazwiska? 

Pokręciła przecząco głową. 

- Powiedziałam ci już wszystko. - Skrzywiła się. - Pewnie nie dowiedziałeś się ode mnie nic 

nowego. Tym razem jednak nie chcę zachowywać żadnych informacji tylko dla siebie. Potwornie 

się boję.

- Masz prawo. 

- Ale nie dlatego, że pewnie wciąga mnie w wyrafinowaną pułapkę. Po prostu powiedział, że 

jesteśmy do siebie podobni. - Zamilkła. - To kłamstwo. Nie jestem taka jak on. 

- Oczywiście, że nie. 

-  Moje  sny  o  pożarach  to  zawsze  koszmary.  Fakt,  że  te  zmory  powracają,  nie  oznacza,  iż 

cierpię na jakąś niezdrową fascynację. 

- Mnie nie musisz przekonywać. - Popatrzył jej w oczy. - Dlaczego w ogóle zastanawiasz się 

nad fantazjami tego sukinsyna? 

background image

- Sama nie wiem.  Był taki ... pewny siebie.  -  Spróbowała się  uśmiechnąć.  -  I trafił  w  mój 

jedyny słaby punkt. 

- Jeśli jest pewny siebie, to dlatego, że na takiego pozuje. - Położył jej dłonie na ramionach. -

Posłuchaj kogoś, kto się na tym zna. Czujesz się winna z wielu powodów, ale twój strach przed 

ogniem jest rzeczywisty. To nie maska, za którą się chowasz. 

Odetchnęła głęboko. Poczuła ulgę: Silver wiedział, co mówi. Właściwie nie miała żadnych 

wątpliwości. Po prostu rozmowa z Traskiem wywołała takcie myśli. 

- Dziękuję. - Nagle przyszło jej do głowy coś innego. - Trask mówi, że jeszcze nikt nie był 

mu tak bliski jak ja. Nie sądzisz, że wyczuwa, iż czytam w jego myślach? 

- Możliwe. W ten sposób można by wyjaśnić jego fascynację tobą. Zapewniam cię jednak, że 

nie ma mowy o żadnym pokrewieństwie dusz. 

-  Dobrze  wiedzieć.  -  Uświadomiła  sobie,  że  czuje  na  ramionach  ciepło  jego  dłoni.  Na 

dodatek  jej  ciało  silnie  zareagowało  na  bliskość  mężczyzny.  Dobry  Boże,  nie  teraz. -

Najwyraźniej  nie  ty  jeden  możesz  grzebać  w  moim  umyśle.  -  Zrobiła  krok  w  tył,  jego  ręce 

opadły. - Muszę się ubrać. Spotkamy się w bibliotece po twojej rozmowie z Travisem, zgoda? 

Skinął głową.

-  Na  pewno  nie  chcesz  spróbować  ulubionego  przez  George'a  antidotum  na  życiowe 

przejścia? 

- Nie mam ochoty na herbatę. 

- Wobec tego wymyślę coś innego. 

-  Nie,  dziękuję.  -  Otuliła  się  kocem  i  ruszyła  do  drzwi.  -  Nie  chcę,  żebyś  urządzał  sobie 

hulanki w mojej głowie i usiłował mnie naprawiać. 

- Wcale nie miałem zamiaru urządzać sobie hulanek w twojej ... głowie. 

Zastygła  w  pół  kroku.  Nie  patrz  na  niego.  Nie  chciała  widzieć  tego,  co  z  pewnością  by 

zobaczyła. 

Cholera, nie musiała go oglądać, żeby wiedzieć, o co mu chodzi. Otworzyła drzwi. 

- Znajdę własne antidota. 

11 

Chryste, konała z głodu. 

To minie, mówiła sobie Carmela, ostrozme wspinając się po chwiejnych schodach na drugie 

background image

piętro magazynu. Wystarczy myśleć o czymś innym. Jutro pójdzie do Armii Zbawienia na Third 

Street i tam ją nakarmią. 

Nie  znosiła  świadomości,  że  jest  na  garnuszku  instytucji  dobroczynnej.  Opuszczając  dom 

mamy  w  Louisville,  miała  takie  wspaniałe  plany.  Wszystko  poszło  źle.  Zamierzała  się 

usamodzielnić,  by  nie  wysłuchiwać  tych  wszystkich  kłamstw,  którymi  zarzucała  ją  matka  i  jej 

nowy  facet.  Miała  dość  pieniędzy,  by  przeżyć  dwa  tygodnie,  i  sądziła,  że  znalezienie  pracy  to 

pestka. 

Tymczasem pieniędzy wystarczyło na kilka dni i z wyjątkiem agencji towarzyskich nikt nie 

chciał  zatrudnić  piętnastolatki.  Tak,  miała  już  do  czynienia  z  mnóstwem  alfonsów,  gotowych 

ułatwić jej sprzedaż własnego ciała. 

Pieprzyć  ich.  Nie  była  głupia.  Wiedziała,  że  nigdy  nie  wyjdzie  na  prostą,  jeśli  się  skurwi. 

Tymczasem wystarczy jej posiłek dla ubogich, ma jeszcze siły, by szukać pracy. Nie dawała za 

wygraną. 

Nie poddawała się, ale była zmarznięta, samotna i wystraszona. 

Ten ponury magazyn cuchnął tytoniem, który przechowywano tutaj lata temu, oraz kwaśnym 

odorem zgnilizny. Podłoga skrzypiała przy każdym ruchu. Dziewczyna zadrżała, uświadomiwszy 

sobie, że słyszy także inne odgłosy. Za ścianami biegały szczury, a poprzedniej nocy obudziła się 

przekonana, że ktoś chodzi. 

To tylko wyobraźnia. Nikt przecież nie był na tyle zdesperowany, by łazić po tej przeklętej 

hali. Mimo to dziewczyna wystraszyła się do tego stopnia, że rankiem pomaszerowała do parku, 

żeby  znaleźć  gałąź,  nadającą  się  do  wykorzystania  jako  maczuga.  Teraz  zacisnęła  dłoń  na 

konarze i otworzyła drzwi do małego biura księgowości, które wybrała na swoją kwaterę. 

Uniosła latarkę, jej światło omiotło ściany. 

W  pomieszczeniu  znajdowało  się jedynie biurko,  krzesło i posłanie,  które ułożyła  z ubrań, 

wyciągniętych  z  walizek.  Nie  miała  powodów  do  obaw.  Chwyciła  krzesło  i  wepchnęła  jego 

oparcie pod klamkę drzwi wejściowych, a następnie skuliła się na posłaniu. Niechętnie wyłączyła 

latarkę,  żeby  oszczędzać  bardziej  otoczyły  ją  ciemności.  Nie  miała  powodów  do  paniki.  Była 

bezpieczna.  Nic  tutaj  nie  mogło  jej  skrzywdzić,  może  z  wyjątkiem  szczurów,  buszujących  za 

ścianami. 

Gdyby teraz zasnęła, nabrałaby sił. Jutro zje solidny posiłek, który dodatkowo ją wzmocni. 

Znajdzie pracę i wszystko ułoży się tak, jak chciała. Życie nie zawsze jest do kitu. Tylko teraz 

background image

zrobiło się beznadziejnie. 

Jezu, ale była głodna . 

- Na terenie  Waszyngtonu znajduje się tysiąc czterysta  magazynów handlowych - oznajmił 

George,  pojawiwszy  się  w  progu  biblioteki.  -  Co  najmniej  dwieście  trzydzieści  cztery  stoją 

obecnie  puste.  Może  ich  być  więcej.  Niektórzy  właściciele  nie  chcą  zgłaszać  firmom 

ubezpieczeniowym opuszczenia budynku. 

- Psiakrew. - Silver się skrzywił. - Nic dziwnego, że tak beztrosko wyznał Kerry, co wybrał 

na cel. 

-  Nie  powinien  być  taki  beztroski. -  mruknęła  Kerry  i  zwróciła  się  do  George'  a:  -

Powiedziałeś  agentom  wywiadu,  żeby  niezwłocznie  przystąpili  do  przeszukiwania  tych 

magazynów? 

- Nie musiałem im nic mówić. Chcą dopaść Traska tak samo jak my. Rzecz w tym, że mają 

dużo budynków do skontrolowania. - Popatrzył na stertę książek telefonicznych na biurku przed 

Kerry. - Tam nie znajdziesz informacji o miejscu jego pobytu. 

-  Tego  nie  wiemy.  Moim  zdaniem  Trask  chce,  żebym  zlokalizowała  magazyn,  ale  nie 

zamierza ułatwiać mi zadania. Przyszło mi do głowy, że natrafię na jakąś informację, która okaże 

się pomocna. - Potarła oczy. - Niestety, jak dotąd szczęście mi nie dopisuje. 

- Więc co dalej? - spytał Silver. 

- Wybierzemy się na przejażdżkę, a ja spróbuję wyczuć tego sukinsyna. 

- Wyczuć? - powtórzył George. 

Puściła jego pytanie  mimo uszu.  Popełniła błąd,  ale była  zbyt  zmęczona, by go maskować 

kłamstwem. 

- Przygotujesz listę opuszczonych magazynów? 

- Zaraz ją opracuję na podstawie zestawienia od Ledbruka. - Pospiesznie wyszedł z pokoju. 

Odwróciła się do Silvera. 

- Dam radę wyczuć Traska ? 

- Niewykluczone. Jeśli będzie w pobliżu. Ale może ujawnić się dopiero w ostatniej chwili. 

- Musimy spróbować. Nie mogę czekać, aż ... - Urwała, kiedy zadzwoniła jej komórka. 

- Ma na imię Carmela - oświadczył Trask, gdy odebrała. - Myślałem, że jest z pochodzenia 

Włoszką, ale okazało się, że to Latynoska. 

background image

Zamarła. 

- Nie sądziłam, że zadzwonisz, Trask. 

Silver wyprostował się na krześle. 

-  Nie  mogłem  się  oprzeć,  kiedy  Dick...  kiedy  mój  pracownik  zadzwonił  z  informacją,  że 

dowiedział się czegoś nowego o naszej słodkiej dziewczynce. 

- Jak to zrobił? 

- Śledził ją dzisiaj. Usiłuje znaleźć pracę, ale ma tylko piętnaście lat i najwyraźniej brak jej 

funduszy na kupno lewych dokumentów. Biedactwo. To ciężki okres w jej życiu. 

- Więc czemu nie dasz jej spokoju? 

- Bo jest idealna. Doskonale się nadaje do przetestowania Morza Ognia. 

- Jesteś chory. 

- Poza tym teraz masz świadomość, jak ciężko Carmela walczy o swoje miejsce w świecie. 

Będziesz ją podziwiała i postarasz się ocalić jej życie. To dodatkowy stymulator, prawda? 

-  Nie  potrzebuję  stymulatorów.  -  Zamilkła.  -  Określ  przynajmniej  przybliżone  miejsce  jej 

pobytu. 

-  Zaczynasz  tracić  wiarę  we  własne  siły?  Powiedziałem,  że  to  nie  będzie  łatwe.  Tyle 

magazynów ... 

- Chcesz, żebym tam była, cholera. Pragniesz mnie tam zobaczyć . 

-  Może  tyle  samo  satysfakcji  sprawi  mi  świadomość,  że  znalazłaś  Carmelę  już  po  fakcie. 

Nie, Kerry, sama musisz się postarać. A teraz przestań rwać sobie włosy z głowy i zabierz się do 

roboty. W końcu zawsze możesz nakazać swojemu genialnemu Samowi, żeby ją wywęszył. 

Spróbowała z innej beczki.

- Kim jest Helen? 

-  Helen...  -  Chwilę  milczał.  -  W  rzeczy  samej  wspominałem  o  niej.  Nie  powinienem  być 

zaskoczony. Sporo o niej myślałem, od kiedy pojawiłaś się na scenie. 

- Czemu? Przypominam ją? 

- Ani trochę. Była piękną brunetką. Bez urazy, ale ty jesteś zaledwie interesująca 

- Kim ona jest? 

- Zupełnie wyjątkową kobietą. Kochała Morze Ognia równie mocno jak mnie. 

- Kochała? Odeszła od ciebie? 

- Nie bądź wścibska. 

background image

- To ty wpakowałeś się w moje życie i zmieniłeś je w piekło. Nie mam prawa poznać prawdy 

o tobie? 

- Dowiesz się tylko tyle, ile uznam za stosowne ci powiedzieć. 

Twoja ciekawość utwierdza mnie w przekonaniu, że zdominowałem twoje myśli. Jesteśmy 

sobie coraz bliżsi, prawda? - Rozłączył się. 

Popatrzyła na Silvera. 

-  To  piętnastolatka,  ma  na  imię Carmela,  jest  Latynoską  z  pochodzenia  i  szuka  pracy.  -  Z 

trudem przełknęła ślinę. - A on nie może się doczekać chwili, kiedy pochłonie ją Morze Ognia. 

- Nie zdradził ci przybliżonego miejsca jej pobytu? 

Pokręciła przecząco głową. 

- Sukinsyn powiedział, żeby Sam ją wywęszył. Psiakrew, mamy coraz mniej czasu. Jeśli nie 

kłamał, został  nam  jeszcze  jeden  dzień.  Może  mniej.  -  Musiała  opanować  panikę  wywołaną  tą 

myślą.  Co  jeszcze  powiedział?  Co  mogło  okazać  się  przydatne?  -  Jeden  z  jego  ludzi  śledził 

Carmelę. Chyba nazwał go ... Dick. 

- To imię? 

- Nie sądzę. Odniosłam wrażenie, że urwał w pół słowa. Może to imię. Nawet jeśli nie, to i 

tak nie musi być istotna informacja. 

- Nie musi, ale może. Coś jeszcze? 

- Mówił o Helen w czasie przeszłym. Była piękną brunetką i miała coś wspólnego z Morzem 

Ognia. Trask wyjawił, że kochała je równie mocno, jak jego. Skoro byli sobie tacy bliscy, czemu 

nie ma o tym wzmianki w jego aktach? 

- George wszystkiego się dowie - zapewnił Silver. - Carmela. Nie znasz nazwiska? 

-  Nie.  Wiem  tylko,  że  ma  piętnaście  lat  i  uciekła  z  domu.  Ktoś  z  pewnością  zgłosił 

zniknięcie. Istnieje mnóstwo baz danych zaginionych dzieci. Musimy ją znaleźć. Może do kogoś 

dzwoniła i wyznała, gdzie jest i co robi. Pewnie nie do rodziców, ale może do przyjaciółki? 

-  Czarno  to  widzę.  -  Silver  wstał.  -  Ale  zaraz  zagonię  George'  a  do  roboty.  Tymczasem 

obejrzymy te magazyny. Do zobaczenia za dziesięć minut w samochodzie. 

- Kerry, pora wracać do domu - powiedział cicho Silver. - Dochodzi trzecia w nocy, a oboje 

potrzebujemy snu. Za kilka godzin wznowimy poszukiwania. 

Kerry pokręciła głową. 

background image

-  Powinniśmy  kontynuować.  Obejrzeliśmy  dopiero  siedemnaście  magazynów.  Jest  ich  tak 

dużo  ...  -  Zamilkła  i  wbiła  w  niego  zdesperowane  spojrzenie.  -  Za  dużo.  Nie  znajdziemy  jej, 

prawda? 

- Może dopisze nam szczęście - odrzekł łagodnie. - Może ludzie Ledbruka ją zlokalizują. 

- A może nie. - Wpatrzyła się w przestrzeń za oknem. - Sądziłam, że jakoś damy sobie radę. 

Problem w tym, że Trask mógł przebywać v jednym z magazynów, które skontrolowaliśmy, a ja 

po prostu go nie wyczułam. 

- Fakt, nie mamy pewności. 

- Więc jaki pożytek z tego cholernego daru? - warknęła z wściekłością. - Sądziłam, że będzie 

z niego jakaś korzyść, że się do czegoś przyda. 

- Na litość boską, przestań się nad sobą użalać! - wybuchnął Silver. - Nie uważasz chyba lat

spędzonych  na  wyszukiwaniu  podpalaczy  za  stracone?  Gdybyś  nie  korzystała  z  daru,  nie 

odnosiłabyś takich sukcesów. Wszystko ma swoje dobre i złe strony, pogódź się z tym. 

Bezpośredniość jego słów ją poruszyła. 

- Nie użalam się nad sobą. Po prostu nie ... - Urwała i ze smutkiem pokręciła głową. - Może 

rzeczywiście trochę się nad sobą użalałam. Nie wolno mi? 

Popatrzył na nią uważnie. 

- To autodestrukcyjne myślenie, dobrze o tym wiesz. Dlatego walczysz tak uparcie. Dlatego 

stałaś się twarda. -Uruchomił silnik. - To jak, wracamy do domu? Jutro musimy być wypoczęci. 

Sądził; że jest twarda, ale w tym momencie wcale nie czuła się silna. Była przestraszona i 

zniechęcona, a on nie próbował podnieść jej na duchu. 

A może wręcz przeciwnie. Może wiedział, że jego szorstkość podziała na nią stymulująco. 

Znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że źle znosiła cudzą litość. 

Litość? Na samą myśl poczuła wściekłość. Odetchnęła głęboko i wyprostowała się. 

- Nie - oznajmiła. - Obejrzymy jeszcze dwa magazyny. Potem wrócimy do domu w nadziei, 

że George wymyślił coś, co zawęzi zakres poszukiwań. 

- Niech będzie. To jakiś plan. - Uśmiechnął się bez przekonania, gdy opuszczali parking. -

Zerknij na listę i sprawdź, dokąd teraz jedziemy. 

- I jak poszło? - spytał od progu George. 

- Chcieliśmy spytać cię o to samo - mruknął Silver. - U nas kompletne fiasko. 

- Fatalnie. - George skierował wzrok na Kerry. - Nie wyczułaś drania? 

background image

Niemal zapomniała o tym, co jej się wymknęło wieczorem. 

- Nie jestem w nastroju na dowcipy. 

-  Boże  broń,  wcale  nie  zamierzałem  dowcipkować.  Po  prostu  mnie  zaintrygowałaś.  -

Uśmiechnął się. - Widzę, że jesteś nieco przygaszona. Może zdołam podnieść cię na duchu. 

- Są postępy? - spytał Silver. 

- Na pewno nie przełom, bo bym do was zadzwonił. Ale z pewnością postęp. 

W sercu Kerry pojawiła się nadzieja. 

- Znaleźli magazyn? 

Pokręcił głową. 

-  Nie,  ale  pomysł  przeszukania  bazy  danych  dzieci  zaginionych  okazał  się  strzałem  w 

dziesiątkę.  Na  liście  są  tylko  trzy  Carmele.  Zgłoszenie  o  zniknięciu  jednej  z  nich  wpłynęło  w 

1997  roku,  więc  dziewczyna  miałaby  teraz  dwadzieścia  jeden  lat.  Druga  to  siedemnastolatka  i 

zaginęła  w  Dallas.  Ostatnia  pochodzi  z  Louisville  w  Kentucky,  niedaleko  stąd.  Nazywa  się 

Carmela Ruiz. 

- Ile ma lat? 

- Piętnaście. Miesiąc temu jej matka zgłosiła fakt zaginięcia córki. 

-  Podniósł  rękę,  gdy  Kerry  otworzyła  usta,  by  coś  powiedzieć.  -  Ledbruk  wysłał  już 

człowieka,  żeby  porozmawiał  z  jej  matką,  dowiedział  się,  czy  ktoś  nawiązał  z  nią  kontakt,  i 

zgromadził nazwiska przyjaciół dziewczyny. Lada moment spodziewamy się raportu. 

- Dzięki Bogu. Przytaknął. 

-  Tak.  -  Odwrócił  się  i  ruszył  do  biblioteki.  -  A  teraz  proszę  o  wybaczenie,  wracam  na 

stanowisko.  Sprawdzę,  czy  agenci  w  terenie  mają  nowe  wiadomości.  Chyba  zdajecie  sobie 

sprawę,  że  niełatwo  jest  jednocześnie  prowadzić  gospodarstwo  domowe  i  pełnić  funkcję 

koordynatora akcji ratunkowej.

- Jesteśmy pod wrażeniem - mruknął Silver. - Ludzie Ledbruka coś znaleźli? 

- Nie. Są sfrustrowani i zniechęceni. Wielkie magazyny przypominają królicze nory. - Gdy 

wszedł do biblioteki, jego głos przycichł. - Ciężko je przeszukiwać ... 

-  Niemniej  poszukiwania  ruszyły  z  miejsca.  -  Silver  spojrzał  na  Kerry.  -  Carmela  ma 

nazwisko i matkę. Miejmy nadzieję, że ta ostatnia zna przyjaciół córki, a Carmela nie jest typem 

samotnicy. 

Kerry pomyślała, że matka dziewczyny wcale nie musi wiedzieć, kim są przyjaciele córki. 

background image

Gdyby były sobie bliskie, Carmela zapewne wcale nie uciekłaby z domu. 

Nie  powinna  tracić  nadziei.  Znaleźli  pewne  informacje  o  dziewczynie,  wciąż  mieli  czas, 

żeby dowiedzieć się więcej. 

Na to liczyła. 

-  Prześpij  się  -  zasugerował  Silver.  -  Ja  zostanę  tutaj  i  zawiadomię  cię,  jeśli  dowiemy  się 

czegoś nowego. 

Nie wierzyła, że uda się jej zasnąć, ale uznała, że powinna odpocząć. Ruszyła ku schodom. 

- A ja dam ci znać, jeśli Trask ponownie się odezwie. - Wątpiła jednak, by do tego doszło. 

Trask  z  pewnością  nie  zamierzał  już  jej  pomagać.  Teraz  sami  musieli  uporać  się  z  rzuconym 

przez niego wyzwaniem. 

I trzymać kciuki, żeby Carmela wyszła z tego wszystkiego cało. 

Śledził ją. 

Serce podeszło jej do gardła, gdy ujrzała wysokiego mężczyznę w zamszowej kurtce. Stał po 

drugiej stronie ulicy, przy kawiarni Starbucks. 

Tego  dnia  Carmela  widziała  go  już  trzykrotnie.  Było  późne  popołudnie,  a  pierwszy  raz 

dostrzegła  go  rankiem,  na  przystanku  autobusowym,  a  potem  jeszcze  raz,  przy  budce  z  hot 

dogami w parku. 

Złodziej? Zboczeniec, polujący na dziewczyny takie jak ona? 

To  bez  znaczenia.  Musiała  przyspieszyć  kroku  i  go  zgubić.  Skręciła  w  najbliższą  boczną 

ulicę i rzuciła się biegiem przed siebie. Dwie przecznice dalej skręciła w lewo, potem w prawo. 

Zaczekała. 

Ani śladu nieznajomego. Pomyślała z ulgą, że z pewnością go zgubiła. Na wszelki wypadek 

postanowiła pójść jeszcze kawałek tą samą ulicą, a potem zawrócić do magazynu. Był tylko sześć 

przecznic stąd. 

Zabawne,  jak  wszystko  uległo  zmianie.  Poprzedniego  wieczoru  śmiertelnie  się  bała 

ciemności  i  skrzypienia.  Rozważała  możliwość  wyniesienia  się  z  magazynu.  Teraz  jednak  nie 

mogła się doczekać, kiedy wróci do pokoiku na drugim piętrze, gdzie nic jej nie groziło. 

-  Baltimore!  -  wykrzyknął  Silver,  gwałtownie  otwierając  drzwi  do  pokoju  Kerry.  -  Dwa 

tygodnie temu Carmela Ruiz przebywała w Baltimore. 

background image

Kerry zerwała się na równe nogi. 

- Skąd wiesz? Od jej matki? Zaprzeczył ruchem głowy. 

-  Carmela  ma  siostrę,  Rosę,  która  przysłuchiwała  się  rozmowie  człowieka  Ledbruka, 

Bushly'ego,  z  jej  matką.  Najwyraźniej  przekonał  ją,  że  sytuacja  jest  poważna.  Podobno  Rosa 

milczała,  dopóki  przesłuchiwał  jej  matkę,  ale  potem  wybiegła  z  domu  i  dogoniła  go,  zanim 

wsiadł  do  auta.  Była  solidnie  wystraszona.  Wyznała,  że  Carmela  dzwoniła  dwukrotnie. 

Powiedziała, że jest w Baltimore i ma problemy ze znalezieniem pracy. 

- Mówiła, gdzie się zatrzymała? Pokręcił głową. 

- Tylko tyle, że w Baltimore. 

- Ile magazynów z naszej listy znajduje się w Baltimore? 

- Czterdzieści siedem. Ruszajmy, szkoda czasu. Ludzie Ledbruka już są w drodze i wkrótce 

rozpoczną  poszukiwania.  Ledbruk  poprosił  miejscową  policję  o  dodatkowe  wsparcie,  niemniej 

czas ucieka. Jeżeli Trask cię nie okłamał, mamy cztery godziny. 

Kerry już szła do drzwi, Sam dreptał tuż za nią. 

- Gdzie zaczyna Ledbruk? 

- Od południa, więc my rozpoczniemy od północnej części miasta. - Zbiegał po schodach. -

Chyba że masz lepszy pomysł. 

Pokręciła głową. 

- Nic mi nie przychodzi do głowy. - Spojrzała na Sama, który pędził po schodach na łeb, na 

szyję.  -  Cholera,  może  powinniśmy  pójść  za  radą  Traska  i  zabrać  Sama.  Niech  wywęszy 

sukinsyna. 

- Mamy pomysł. - Silver z uśmiechem otworzył drzwi wejściowe. - Wolę polegać na tobie. 

-  Ja  też.  -  Odwróciła  się  ku  George'owi,  który  właśnie  wyszedł  z  biblioteki.  -  Znalazłbyś 

kogoś do opieki nad ... - Urwała. - Nieważne. Zabieramy Sama. 

- Czemu? - spytał George. 

-  Sama  nie  wiem.  -  Intuicja?  Dała  psu  znak.  -  Właśnie  sobie  uświadomiłam,  że  w  obu 

rozmowach Trask wspomniał o Samie. 

Zapewne to o niczym nie świadczy, ale wolę nie ryzykować. Może próbował. .. - Podążyła 

do drzwi. - Bierzemy psa ze sobą. 

Sam  szczekał  na  powitanie  jak  oszalały,  kiedy  Kerry  i  Silver  ponownie  wskoczyli  do 

samochodu. 

background image

- Do licha ciężkiego, zamknij się wreszcie, Sam - jęknęła zdesperowana Kerry. - Widziałeś 

nas  kwadrans  temu.  -  Ten  kwadrans  był  zmarnowany.  Przeszukali  czwarty  magazyn  i  byli 

spóźnieni.  Kerry  chwyciła  listę  i  zaznaczyła  dwie  hale,  które  sprawdzili  w  tej  dzielnicy.  -

Dziesięć minut drogi stąd znajduje się jeszcze jeden magazyn. Giliad Storage na Baker Street. 

Silver skinął głową i uruchomił silnik. 

- Zadzwoń do George'a i spytaj, czy Ledbruk coś znalazł. 

- Powiedział, że w razie czego da nam znać. - Mimo to wystukała numer. Może znajdowali 

się poza zasięgiem. Na tym etapie była gotowa chwycić się nawet brzytwy, byle nie utonąć. 

-  Bez  zmian  -  oznajmił  George,  gdy  uzyskała  połączenie.  -  Dziesięć  minut  temu 

rozmawiałem z Ledbrukiem. Nic nie odkryli, Ledbruk był potwornie spięty. - Zamilkł. - Mamy 

bardzo mało czasu. - Tyle wiemy - burknęła. - Dzwoń, jeśli na cokolwiek natraficie. 

- Rozłączyła się. - Ledbruk nic nie znalazł. Szybko. 

- Robię, co w mojej mocy. - Rzucił na nią okiem. - Pozostała jeszcze godzina. W tym czasie 

wszystko może się zdarzyć. 

- Tak, Carmela Ruiz może spłonąć w magazynie. - Skierowała światło latarki na listę. - Inna 

opuszczona  hala  znajduje  się  około  dziesięciu  minut  od  Giliad.  Powinniśmy  spróbować... 

Przestań, Sam. - Pies wspiął się łapami na oparcie przedniego fotela i lizał jej ucho. - Nie mam 

ochoty na zabawę. Słyszysz? Koniec zabawy! 

- Trzeba było zostawić go w domu - mruknął Silver. - Nie potrzebujemy ... 

- Zabawa. - Kerry drgnęła. - To zabawa, którą narzucił mi Trask. Musiał dać mi wskazówkę, 

jeśli chciał, żebym znalazła odpowiedni magazyn. Nie sądzę, by faktycznie chciał, żebym brała 

ze sobą Sama, ale dwukrotnie to zasugerował. Czemu? 

Silver skupił wzrok na jej twarzy. 

- Mów, co podejrzewasz. Pospiesznie przejrzała listę. 

- Bo ja wiem. Może ... Samson Tobacco Storage. - Szeroko otworzyła oczy. - Sam. Samson. 

- Naciągane. 

- Masz lepszy pomysł? 

Pokręcił przecząco głową. 

- Gdzie jest ten magazyn? 

Sprawdziła adres na mapie. 

- Przy nabrzeżu. Pół godziny stąd. 

background image

-  Weź  telefon  i  każ  Ledbrukowi  wysłać  tam  agentów.  -  Wcisnął  pedał  gazu  i  samochód 

energicznie wyskoczył do przodu. - Może dotrą tam przed nami. 

Trask zerknął na zegarek. Jeszcze dziesięć minut. 

Powinna już być na miejscu, pomyślał rozczarowany. 

Może  niesłusznie  uważał  ją  za  inteligentną.  Był  pewien,  że  zwróci  uwagę  na  jego 

wskazówki. On umiałby dodać dwa do dwóch, a przecież byli tacy podobni do siebie. 

Dalej, Kerry. Pokaż, co potrafisz. Minęło jeszcze pięć minut. 

Po raz ostatni poprawił ustawienie anteny, skierowanej na okno na drugim piętrze magazynu 

po  przeciwnej  stronie  ulicy.  Carmela  siedziała  w  pokoiku  na  końcu  korytarza,  ale  jeśli  antena 

funkcjonowała sprawnie, ogień odetnie dziewczynie drogę ucieczki. 

Gdzie jesteś, Kerry? 

-  Jeszcze  dziesięć  minut.  -  Mocniej  przycisnął  pedał  gazu.  -  Ledbruk  może  już  być  na 

miejscu. 

- Ale nie musi. - Kerry przygryzła dolną wargę. - Mogłam mu tylko powiedzieć, że miałam 

przeczucie. Nie musiał uznać przeczucia za wystarczający powód, by tam pędzić. 

- Nie jest głupi. Zaufaj mu. 

Pokręciła głową, sięgnęła po telefon i zaczęła wystukiwać numer.

- Do kogo dzwonisz? - spytał Silver. 

- Do kogoś, komu ufam. 

Wycie syren. 

Trask znieruchomiał, patrząc na błyskające czerwone lampy trzech wozów strażackich, kilka 

przecznic dalej. Ponad wszelką wątpliwość kierowały się tutaj. 

- Dobra mała - wymamrotał. Dotychczas go nie zawiodła. Kerry wydedukowała, gdzie jest 

magazyn, ale zbyt długo zwlekała, przez co nie ocali dziewczyny. Musiał tylko wcisnąć guzik i 

wynosić  się  stąd.  Szkoda,  że  nie  mógł  zostać,  żeby  nacieszyć  się  owocami  swojej  pracy,  lecz 

wiedział, że lada moment przyjadą strażacy i policjanci. 

Kerry pozbawiła go tej przyjemności. To dziwne, ale nie był na nią zły. Przeciwnie, oprócz 

rozczarowania czuł dumę. Podobna duma ogarniała go wtedy, gdy widział Morze Ognia w akcji. 

Za chwilę Kerry również poczuje rozczarowanie i uświadomi sobie, że jednak nie wygrała. 

background image

Inne rozwiązanie nie wchodziło w grę. 

Wcisnął czerwony guzik. 

Dym! 

Carmela obudziła się raptownie, z trudem chwytając powietrze. W biurze pełno było dymu, 

tak gęstego, że ledwie cokolwiek widziała. To, co dostrzegła, zmroziło jej krew w żyłach. Wokół 

drzwi wejściowych jaśniała czerwona poświata. 

Ogień. 

Matko Boska, groziła jej śmierć. 

Nie.  Nie  umrze.  Znajdzie  drogę  ucieczki.  Zerwała  się  na  równe  nogi  i  rzuciła  do  drzwi. 

Otworzyła je gwałtownie. 

Na  korytarzu  rozpętało  się  piekło.  Niczym  wygłodniała  bestia  pożar  pochłaniał  schody 

prowadzące  na  parter.  Płomienie  atakowały  z  nieprawdopodobną  prędkością,  sięgając  już 

pierwszego piętra. 

Schody prowadzące na dach były nietknięte - na razie. Pognała do klatki schodowej. 

Żar. 

Żar nie do wytrzymania. 

Dotarła do kręconych schodów i popędziła na górę. Na szczycie dostrzegła drzwi. 

A jeśli będą zamknięte na klucz? Nie miała wyboru. 

Dobry Boże, schody za nią stały w ogniu. Chryste, oby tylko drzwi nie były zamknięte. 

Kerry  i  Silver  znajdowali  się  o  pięć  minut  drogi  od  magazynu,  kiedy  Kerry  usłyszała  w 

oddali wycie syren. 

Poczuła ulgę. 

- Już jadą. Muszą być prawie ...

Ból. 

Przeszywający skronie. Wirujący w ciemności. Ohyda. 

Brud. 

Ogień. Ogień. Ogień.

- Kerry? 

Nie mogła odpowiedzieć. Ogień ją lizał, otaczał ją i ... jego. Traska. 

background image

Byli razem, a Morze Ognia ... 

- Kerry. - Tym razem głos Silvera zabrzmiał stanowczo. - Walcz. Pokonaj go. Pokonaj go. 

Tak, nie może dać się wciągnąć w mrok. Walczyła z całych sił, do utraty tchu. 

Uwolniła się. Nie do końca. 

- Co się dzieje? - spytał Silver. 

- Zrobił to - szepnęła Kerry. - Chciał zaczekać do mojego przyjazdu, ale przestraszył się, że 

zostanie schwytany.

- Podpalił magazyn? 

- Tak Ukrywał się w budynku naprzeciwko magazynu, ale teraz wyszedł na ulicę. 

- Którędy? 

- Tylnymi drzwiami. To nie jest ulica, przy której stoi magazyn ... - Zamknęła oczy. - Jezu, 

on  myśli  o  Carmeli.  Ma  nadzieję  ...  Dziewczyna  nie  znajdzie  drogi  ucieczki.  Trask  chce  to 

zobaczyć. 

- Dlaczego nie znajdzie drogi ucieczki? 

-  Wzniecił pożar na  piętrze, na  którym spała.  Morze Ognia szybko  się  rozprzestrzenia ...  -

Kerry drżała. - Umrze. On wie, ze ona umrze. 

- Zadzwonię do Ledbruka, spytam, czy da radę schwytać Traska. Powiedz, gdzie go szukać. 

- Ona umrze - szepnęła. 

- Kerry. 

-  Jest  dwie  przecznice  dalej  i  wsiada  do  ciemnoszarego  vana.  Odjeżdża.  Spogląda  przez 

ramię  i  widzi  magazyn.  Budynek  wygląda  jak jeden  wielki  słup  ognia.  Nie  ma  drogi  ucieczki. 

Trask jest zadowolony. Wyobraża sobie Carmelę w ogniu. Jej ciało płonie, czernieje ... 

- Dobra, zostaw go. 

- Ona urnrze. 

- Kerry, widzisz numer rejestracyjny jego samochodu? 

- Nie, dostrzegam tylko to, co on. 

Zdawała  sobie  niejasno  sprawę,  że  Silver  wystukuje  numer,  rozmawia.  Potem  słyszała 

jedynie Traska. 

 Morze Ognia. Kąsa, rwie, pochłania. Dziecko dobrze sobie radzi. - VIial nadzieję, że Kerry 

dotrze do ognia i poczuje jego moc. Któregoś dnia mogliby stanąć razem i patrzeć ... 

background image

Znikł. 

Wraz z nim odeszła ciemność i ból. 

- Jest poza zasięgiem? 

Uświadomiła sobie, że Silver utkwił spojrzenie w jej twarz. - Chyba tak. Już go tam nie ma. 

- Długo z nim przebywałaś. 

- Naprawdę? - Nie czuła upływu czasu. - Zadzwoniłeś do Ledbruka? 

-  Tak.  Przekazali  komunikat  do  wszystkich  jednostek:  policja  zatrzyma  szare  vany. 

Pamiętasz ulice, które mijał? 

Pokręciła przecząco głową. 

- Nie, cały czas myślał o Carmeli ... Boże święty. - Skręcili za róg i ujrzała magazyn. - Miał 

rację  -  szepnęła.  -  Słup  ognia.  -  Poczuła  ucisk  w  żołądku.  Czy  w  takich  płomieniach  można 

przeżyć? 

Więcej wiary. Walczyła z tyloma pożarami, że wiedziała, iż ludzie potrafili cudem przetrwać 

w warunkach, które wydawały się ekstremalne. 

Carmela potrzebowała cudu. 

- Jeszcze żyje - oznajmił Silver, parkując nieopodal wozu strażackiego. - Jest przerażona, ale 

żywa. 

Spojrzała mu w twarz.

- Na pewno? 

- Ponad wszelką wątpliwość. Jej myśli przeszywają mi umysł. Nie wytłumiłbym jej nawet, 

gdybym bardzo chciał. 

Zdesperowana Kerry na chwilę zapomniała, że Trask dysponował wyjątkową umiejętnością 

blokowania Silverowi dostępu do swojego umysłu. To jasne, że Silver dotarł do Carmeli. 

- Nie jest ranna? 

- Ma poparzone plecy. Nie mogła otworzyć drzwi na dach. Sądziła, że są zamknięte na klucz, 

ale tylko się zablokowały. Szarpała się z nimi tak długo, aż ogień ogarnął schody. Gdy w końcu 

wypadła na dach, musiała zgasić płomienie na ubraniu, tarzając się po betonie. 

Kerry popatrzyła na budynek. Cały magazyn był objęty pożarem} a w gęstych kłębach dymu 

ledwie dostrzegała ceglany murek, otaczający dach. 

- Jest tam na górze? - spytała. - Dlaczego nie podejdzie na skraj dachu i nie wezwie pomocy? 

-  Jest  przerażona,  niemal  w  szoku.  Teraz  siedzi  skulona  w  kącie,  za  agregatem 

background image

klimatyzacyjnym. - Zamilkł. - Zostało jej mało czasu. Myśli, że dach pod jej nogami jest gorący. 

Nie uświadamia sobie, że budynek się zawali. 

- Więc jej powiedz. 

- To nie takie proste. Wpadła w histerię, a ja nie znam jej umysłu. 

-  Mówiłeś,  że  lubisz  naprawiać  to,  co  popsute.  No  to  działaj,  do  cholery.  Uratuj  tę 

dziewczynę. Spraw, żeby zrobiła to, co chcesz. 

- Więc powiedz mi, jak strażacy mogą ją ściągnąć z dachu. 

Spróbowała zebrać myśli. 

-  Helikopter  wykluczony.  To  zbyt  niebezpieczne  przy  płomieniach  niema1liżących  dach. 

Drabina też nie. Będzie musiała skakać. 

- Gdzie? 

-  Mamy  niewielki  wybór.  Przed  południową  ścianą  budynku  jest  najwięcej  miejsca,  pod 

warunkiem, że konstrukcja wytrzyma. 

-  Poza  tym  muszę  jeszcze  skłonić  ją  do  skoku.  Murek  na  dachu,  jest  rozgrzany  do 

czerwoności, docierają do niego płomienie. Dziewczyna będzie wiedziała, że może się poparzyć. 

- Nawet nie spróbujesz? 

- Przeciwnie. - Wysiadł z samochodu. - Wstawaj i poinstruuj strażaków, gdzie mają rozłożyć 

płachtę  ratunkową.  Jeśli  skłonię  ją  do  skoku,  ktoś  na  dole  powinien  ją  złapać.  -  Oparł  się  o 

samochód. i spojrzał na dach. - Biegnij. 

12 

Ból. 

Carmela jęknęła, przysuwając się bliżej klimatyzatora. Metal był coraz bardziej gorący. Cały 

świat płonął. 

Na ulicy nie jest tak gorąco. 

Nie mam jak zejść. Schody płoną. Skacz. Czekają na ciebie. 

Nie, ktoś po mnie przyjdzie. Słyszałam syreny. 

Masz za maio  czasu.  Dach zawali się lada  moment. Dobrze  o tym wiesz.  Czujesz, jakijest 

rozgrzany. 

Popatrzyła na płomienie liżące murek na krawędzi dachu. Ktoś przyjdzie . 

background image

Nagle potworny ból przeszył jej poparzone plecy. Boli! 

Będzie jeszcze gorzej. Chyba że zejdziesz z dachu. Wykluczone. 

Wrzasnęła,  kiedy  ponownie  poczuła  obezwładniający  ból.  Tak.  Potrzebujesz  pomocy. 

Podejdź do południowej ściany . Nie dam rady ... - Wrzasnęła. - Boli! 

Podczołgaj się do murku. Zajmą się tobą, kiedy będziesz na ulicy. Za bardzo boli. 

Przestanie boleć, kiedy skoczysz. Zginę• 

Zginiesz, jeśli tu zostaniesz. 

Boję się. Zawsze miałam lęk wysokości. 

Tuż minął. Obiecuję, że nie będziesz czuła strachu, kiedy skoczysz. Nie dam rady ... 

Więc będzie cię bolało. Ból. Ból. Ból. 

- W tym budynku nie ma nikogo - oznajmił niecierpliwie kapitan Jureski. - Rozmawiałem z 

właścicielem. Magazyn stał pusty. 

- To nie oznacza! że nie ma tam przypadkowych osób - zauważyła Kerry. - Wie pan o tym 

równie dobrze! jak ja. W budynku przebywa młoda dziewczyna! ukryta na dachu. 

- Widziała ją pani? 

Zerknęła na Silvera! opartego o samochód. 

- Nie, ale mój przyjaciel ją widział. 

Kapitan powiódł wzrokiem za jej spojrzeniem. 

- Faktycznie wydaje się przejęty - mruknął zgryźliwie. - Wyglądał jakby usiłował rozwiązać 

zadanie arytmetyczne. 

- Widział ją - powtórzyła. - Dziewczyna stoi przy południowej ścianie, ale boi się skoczyć. 

Trzeba rozłożyć płachtę ratunkową, wtedy bezpiecznie wyląduje. 

- Nie zapewnimy jej bezpieczeństwa, choćbyśmy nawet chcieli. - Zmarszczył brwi i spojrzał 

na dach. - Chryste, żeby skoczyć, musiałaby pokonać te płomienie. Jeszcze nigdy nie widziałem 

takiego ognia. 

- To jej jedyna szansa - naciskała desperacko Kerry. - Niech pan tam skieruje ludzi, żeby ją 

złapali. Panie kapitanie, proszę. 

Zawahał się. 

- Jest pani pewna! że na dachu jest jakaś dziewczyna? 

- Jak najbardziej. 

background image

-  Psiakrew.  -  Odwrócił  się  i  podszedł  do  ciężarówki,  jednocześnie  wyciągając  telefon.  -

Przygotujemy się i skierujemy strumienie wody na tę część budynku. Mam nadzieję, że pani się 

nie myli i ta dziewczyna naprawdę chce skoczyć. Dach runie lada moment. 

- Skoczy. - Kerry modliła się, by tak było. Zrobiła wszystko, co mogła. Ruszyła z powrotem 

do  samochodu,  lecz  nie  zamierzała  rozmawiać  z  Silverem.  Jego  twarz  wyrażała  głębokie 

skupienie, myślami błądził gdzieś daleko. Wiedziała, że nie wolno mu przeszkadzać. Stanęła po 

drugiej stronie auta i spojrzała w górę. 

Daj Boże, by Silver skłonił ją do skoku . 

Podejdź do krawędzi dachu. 

Za  gorąco.  Carmela  zadrżała  na  widok  płomieni  topiących  smołę  na  murku.  Spłonę. 

Powinnam zaczekać na pomoc. 

Nie  możesz  czekać.  Musisz  natychmiast skakać.  Ponad  murkiem przeleciał  nagle strumień 

wody. 

Widzisz,  wiedzą,  że  tu  jesteś.  Usiłują  ci  pomóc.  Wejdź  pod  ten  strumień,  jeśli  będziesz 

mokra, nie zajmiesz się ogniem podczas skoku. 

Carmela  podeszła  do  wody.  Krzyknęła  i  cofnęła  się,  gdy  zimny  strumień  dotknął  jej 

poparzonych pleców. Ból. 

Będzie bolało bardziej, jeśli nie skoczysz. Wierz mi. A teraz ruszaj. 

Odetchnij głęboko, weź rozbieg i skocz. Nie myśl. Zrób to. 

Nie drgnęła. Zrób to! 

Kerry wstrzymała oddech. Nie odrywała oczu od dachu. Dalej, Carmela. 

Chryste, dziewczyna musi być przerażona perspektywą skoku w przepaść.  Wszędzie unosił 

się gęsty dym, Carmela pewnie nawet nie widziała ziemi. Musi zanurkować w dym i ogień, nie 

wiedząc, co jest w dole. Czy Silver ją do tego skłoni? 

Po północnej stronie magazynu rozległ się łomot walącej się ściany. Boże, skacz, Carmelo. 

Skacz! Już! 

Nie. 

To ostatni moment. Skaczesz. 

Mowy nie ma. 

background image

Nie ma mowy o czymkolwiek innym. 

Carmela  nagle  rzuciła  się  ku  południowej  ścianie.  Nie  miała  pojęcia,  co  wyprawia.  To 

szaleństwo. Powinna się zatrzymać, ale nie potrafiła. 

Skacz w przepaść. Skacz w przepaść. 

Skoczyła w przepaść. Otoczył ją wodny pył i płomienie, gdy spadała na łeb, na szyję. 

Z gardła wyrwał jej się krzyk, wpadła w ogień. 

-  Już  po  wszystkim.  -  Kerry  złapała  Silvera  za  rękę.  -  Widziałam,  jak  spadła  na  płachtę. 

Chodź. 

-  Tak.  -  Potrząsnął  głową,  żeby  otrzeźwieć.  -  Idę.  -  Ruszył  w  kierunku  tłumu  strażaków  i 

sanitariuszy, zebranych wokół płachty. 

- Żyje? - spytała Kerry, dogoniwszy Silvera. - Wiesz, czy ... 

-  Żyje  -  przerwał  jej  Silver.  -  Nie  wiem,  jak  poważnie  jest  ranna.  Zerwałem  kontakt,  gdy 

skoczyła.  -  Przepchnął  się  przez  gromadę  ludzi  i  wbił  wzrok  w  Carmelę.  Leżała  nieruchomo, 

blada,  skulona  na  strażackiej  płachcie,  a  sanitariusze  zakładali  jej  maskę  tlenową.  Miała 

poszarpane ubranie i zwęglone włosy wokół twarzy. 

- Wygląda koszmarnie - szepnęła Kerry. - Biedactwo. 

- Uparciuch - mruknął ponuro Silver. - Już myślałem, że nigdy nie zmuszę jej do skoku. W 

końcu musiałem przejąć nad nią kontrolę.

- Czemu od tego nie zacząłeś? 

-  Nie  chciałem  jej  skrzywdzić.  Zawsze  istnieje  takie  niebezpieczeństwo,  kiedy  używa  się 

rozwiązań siłowych. 

Popatrzyła na niego.

- Zaszkodziłeś jej? 

- Zobaczymy, gdy dojdzie do siebie. 

- O ile dojdzie do siebie. - Kerry ponownie spojrzała na dziewczynę i krzątających się wokół 

sanitariuszy.  Nie  dawaj  za  wygraną,  Carmelo.  Trask  chce,  byś  się  poddała.  Nie  pozwól  mu 

zwyciężyć. 

-  Wyjdzie  z  tego  -  oznajmił  Silver,  gdy  wrócił  do  poczekalni  po  rozmowie  z  lekarzem 

dyżurnym. - Niezbyt rozległe oparzenia drugiego stopnia na plecach. Wstrząs. Zatrucie dymem. -

Zamilkł. - Dezorientacja umysłowa. 

background image

Kerry zesztywniała. 

- Ma uszkodzony mózg? 

- Nie przekonamy się, dopóki nie odzyska świadomości. Wątpię. 

- Ale nie jesteś pewien? 

- Co mam powiedzieć? Chciałbym cię podnieść na duchu, ale nie mogę. - Zacisnął usta. - Do 

diabła,  sam  chciałbym  wiedzieć,  na  czym  stoję.  Myślisz,  że  lubię  mieć  poczucie  winy?  To 

jeszcze dziecko. 

Widok jego twarzy wzbudził w niej współczucie. 

- Musiałeś tak postąpić. Nie miałeś wyboru. Zginęłaby w pożarze. 

-  Ciągle  to  sobie  powtarzam.  -  Podszedł  do'  okna.  -  Nie  musisz  tu  czekać.  Carmela  może 

dojść do siebie dopiero za kilka godzin. Zadzwonię do ciebie. 

Cierpiał, a ona uświadomiła sobie nagle, że nie chce go opuszczać. 

- Zostanę• 

- Żeby mnie trzymać za rękę? Nagły przypływ uczuć macierzyńskich? Nie potrzebuję taldej 

pomocy, Kerry. 

- Zamknij się. - Usiadła. - Zostaję. 

Popatrzył na nią i wzruszył ramionami. 

- Jak chcesz. 

Był twardy, szorstki, czasem wręcz opryskliwy, ale już wiedziała, o skrywa pod tą skorupą. 

Oparła się o ścianę. 

- Właśnie tak chcę - mruknęła. 

 Carmela  odzyskała  przytomność  dopiero  po  ośmiu  godzinach.  Kerry  przysypiała,  kiedy 

dostrzegła, że Silver nagle sztywnieje. 

- Co jest? 

Nie odpowiedział, a w twarzy miał takie samo napięcie jak wówczas, kiedy Carmela była na 

dachu.

Czekała, wstrzymując oddech. 

Dopiero po dziesięciu minutach Silver spojrzał na nią z uśmiechem. 

- Wszystko w porządku. 

Kerry odetchnęła z ulgą. 

- Nie ma skutków ubocznych? 

background image

-  Żadnych.  Trochę  się  bała,  przypomniawszy  sobie,  że  na  dachu  słyszała  dziwne  głosy. 

Przekonałem  ją,  że  przy  tak  silnym  stresie  wyobraźnia  płata  figle.  Gdy  ponownie  się  ocknie, 

uzna, że sama wpadła na pomysł skoku. 

- To dobrze. Nie widziałam jej matki. Gdzie jest?

 Pokręcił głową. 

- Nie przyjechała. 

-  Może  Carmela  miała  powody,  by  uciec  z  domu.  Która  matka  nie  zainteresowałaby  się 

ranną córką w szpitalu? - Wstała. - Chodź, spytamy, czy można odwiedzić tę dziewczynę. 

- Nie będzie wiedziała, kim jesteśmy. 

-  To  bez  znaczenia.  Powiem,  że  przyjechaliśmy  z  opieki  społecznej  albo  coś  w  tym  stylu. 

Myślałam  o  niej  i  martwiłam  się  o  nią  od  chwili,  kiedy  Trask  poinformował  mnie,  że  wybrał 

następną ofiarę. Nie mogę odejść, nie spotkawszy się z nią osobiście. 

Wstał. 

- Wobec tego zdecydowanie powinniśmy odwiedzić małą. 

- Nie chcę z wami rozmawiać. - Carmela niepewnie patrzyła na Kerry. - Nie odpowiem na 

żadne pytania. 

-  Nie  będzie  pytań.  -  Kerry  uśmiechnęła  się  do  niej.  -  Wpadliśmy,  żeby  sprawdzić,  czy 

możemy w czymś pomóc. 

- Możecie wyciągnąć mnie ze szpitala. Nie stać mnie na zapłacenie rachunku. 

- Tym się nie przejmuj. Rachunek zapłaci właściciel magazynu. Ma nadzieję, że dzięki temu 

nie pozwiesz go do sądu. 

Z powątpiewaniem zmarszczyła brwi. 

- Poważnie? 

- Obiecuję, że nie dostaniesz rachunku - zapewnił ją Silver. 

- Ważne jest tylko to, żebyś szybko odzyskała siły. 

Przez chwilę milczała. 

- Naprawdę się martwi, że go pozwę? Myślicie, że mogłabym dochodzić odszkodowania? 

Kerry poczuła ul ducie rozczarowania.

- Niewykluczone. Czego oczekujesz? 

- Niewiele. Mógłby tylko znaleźć dla mnie mieszkanie i zapewnić nam utrzymanie do chwili, 

background image

kiedy znajdę pracę.

- Nam? 

- Chcę, żeby Rosa, moja siostra, zamieszkała ze mną. - Zacisnęła dłonie na prześcieradle. -

Obiecałam jej. 

- Ile lat ma Rosa? 

- Dwanaście. 

- Więc jest niepełnoletnia, tak samo jak ty - wyjaśniła Kerry. 

- Żaden sąd nie zezwoli, by opuściła matkę. Sędziowie zapewne będą chcieli, byś wróciła do 

domu. 

- Nie! - Wzięła głęboki oddech. - Nigdzie nie wracam. 

- Czemu nie? 

- Nie mam obowiązku się wam spowiadać. Nie chcę i tyle. 

- Trudno zadowolić się tal zim wyjaśnieniem. 

-  Matka  nie  chce  mnie  widzieć.  Przeszkadzałam  jej.  -  Zwilżyła  usta.  -  Rosa  też  jej 

przeszkadza. Ze mną będzie jej lepiej. - Dlaczego przeszkadza? 

- Dlatego. - Patrzyła butnie na Kerry. - A teraz dowiedzcie się, czy ten właściciel magazynu 

jest skłonny mi zapłacić. Tylko nic nie mówcie matce. 

- Zabrałaby pieniądze? - zasugerował Silver. 

- Tego nie powiedziałam - mruknęła Carmela. - Nie próbujcie wpędzać matki w kłopoty. To 

nie jej wina. 

- Więc czyja? - spytała Kerry. 

- Jej faceta - odparł niespodziewanie Silver. - Jak mu tam? Don ... Harvey? 

Carmela wytrzeszczyła oczy. 

- Skąd wiesz o Donie, do licha ciężkiego? 

Kerry wbiła wzrok w Silvera. 

Wzruszył ramionami. 

-  Policja  musiała  pojechać  do  twojej  matki,  żeby  powiadomić  ją  o  tym,  co  się  zdarzyło. 

Harvey z nią mieszka, mam rację? 

Zawahała się. 

- Tak. 

- I z tego powodu uciekłaś. 

background image

- To nie jej wina. Potrzebuje kogoś i nic na to nie poradzi ... Jest samotna.  My dwie to za 

mało. 

- Nie lubisz go? 

Spojrzała wyzywająco na Silvera. 

- Nie zamierzam odpowiadać na żadne pytania związane z mamą i Donem. 

- Twojej mamy tu nie ma. Miała mnóstwo czasu, by przyjechać. Policja powiadomiła ją, że 

jesteś ranna. 

- Ma pracę. Pewnie nie dostała urlopu. 

Kerry zaczynała szczerze nienawidzić matki Carmeli. 

- Z pewnością masz rację. 

- Nie chcę z nikim rozmawiać. - Dziewczyna zamknęła oczy. 

- Jeśli chcecie mi pomóc, sprawdźcie, czy mogę liczyć na te pieniądze. 

-  Pomożemy  ci  najlepiej,  jak  potrafimy  -  zapewniła  ją  łagodnie  Kerry.  -  Wypoczywaj  i 

słuchaj lekarzy. Sprawdzimy, co się da zrobić. - Dała Silverowi znak i jednocześnie ruszyła do 

drzwi. - Może zdołamy jakoś pomóc twojej siostrze. 

-  Nie  ma  potrzeby.  Sama  wiem,  co  należy  robić.  Potrafię  zadbać  o  siostrę.  Jeśli  wy  jej 

stamtąd  nie  wydostaniecie,  załatwię  sprawę  po  swojemu.  -  Carmela  otworzyła  oczy,  kiedy 

zamykali za sobą drzwi. - A teraz załatwcie mi pieniądze, żebym miała z czego ją utrzymać. 

- Co zaszło między nią a matką? - Kerry spytała Silvera, kiedy szli korytarzem. - Zakładam, 

że nie zdobyłeś informacji o jej facecie od George' a ani od Ledbruka ? 

Pokręcił głową. 

- Ona nie myśli teraz o niczym innym. Martwi się o siostrę. 

- Niech zgadnę. Narzeczony matki zgwałcił Carmelę? 

Skinął głową. 

- Matka jej nie uwierzyła. Nie chciała narażać związku. Carmela uciekła dwa dni później, ale 

boi się o młodszą siostrę. 

Kerry poczuła mdłości. 

- To ledwie dwunastolatka. 

- Carmela ma piętnaście lat. Niewielka różnica. 

Potrząsnęła głową. 

- Ale niechęć do stawienia czoła faktom i odtrącenie córki w potrzebie to dwie kompletnie 

background image

różne sprawy. Nie rozumiem, dlaczego nie przyjechała, kiedy policja powiadomiła ją, gdzie się 

znajduje  Carmela.  -  Tak  to  bywa.  Dokonała  wyboru.  Zdaniem  matki  Carmela  usiłowała 

zniszczyć  jej  związek  z  Harveyem.  Idę  o  zakład,  że  w  jej  oczach  Carmela  to  niebezpieczna 

kłamczucha, którą należy odrzucić. 

- Kochana mamusia. 

Uśmiechnął się. 

- Niektóre kobiety nie są tak opiekuńcze jak ty, Kerry. 

-  Wobec  tego  niektóre  kobiety  należy  wysmarować  smołą  i  wytarzać  w  pierzu.  Zwykła 

przyzwoitość nakazuje, żeby ... - Zamilkła. Złość nie miała sensu. -  Widzisz,  dzieci są całkiem 

bezbronne.  W  dodatku  za  nic  nie  dopuszczają  do  siebie  myśli,  że  ich  rodzice  to  szumowiny. 

Carmela z pewnością będzie do ostatniego tchu broniła matki. 

- Co racja, to racja. Jest niesłychanie lojalna. 

- Wyciągniemy Rosę z tego domu. 

- Jasne. 

- I znajdziemy odpowiednie, bezpieczne miejsce dla Carmeli. 

- Pewnie. 

- I tak zamierzałeś to zrobić, przyznaj się. 

- Skąd ta myśl? 

-  Stąd,  że  w  pewien  sposób  ...  zbliżyłeś  się  do  niej.  Podobno  zawsze  utrzymujesz  dystans 

emocjonalny,  a  tymczasem  nie  potrafiłeś  zachować  obojętności  względem  tej  dziewczyny. 

Ciekawe, jak często przytrafiają ci się podobne sytuacje. 

- Przejrzałaś mnie. Trafiony, zatopiony. 

- Stroisz sobie żarty, a ja mówię poważnie. - Popatrzyła mu prosto w oczy. - Dzisiaj w nocy 

przekonałam  się,  że  to,  co  nas  łączy,  nie  jest  jednostronne.  Nie  mogło  takie  pozostać,  skoro 

przenikasz  mój  umysł  tak  gruntownie,  że  wiesz  więcej  ode  mnie.  Wątpię,  czy  kiedykolwiek 

spełnisz  obietnicę  i  pozwolisz  mi  zajrzeć  do  twoich  myśli,  ale  być  może  to  wcale  nie  będzie 

konieczne. 

Uśmiech zniknął mu z ust.

- Doprawdy? 

-  Właśnie  tak. Coraz  lepiej  cię poznaję.  -  Wcisnęła  guzik przywołania windy.  -  Ale  to  nie 

pora  na  omawianie  naszych  relacji.  Musimy  zadbać  o  Carmelę  i  jej  siostrę.  Nie  jestem  nawet 

background image

pewna,  czy  Trask  nie  spróbuje  powtórzyć  zamachu,  kiedy  się  dowie,  że  jego  niedoszła  ofiara 

żyje. 

-  To  niewykluczone.  Na  wszelki  wypadek  zadzwoniłem  do  Ledbruka  i  poprosiłem  go  o 

wystawienie strażnika przed wejściem do jej sali. Powiedział, że facet już jedzie. - Odsunął się, 

żeby przepuścić Kerry w drzwiach windy. - To chyba wystarczy? 

-  Pytasz,  czy  Trask  jest  w  pobliżu?  -  Zaprzeczyła  ruchem  głowy.  -  Z  pewnością  nie.  Nie 

wiem, jak funkcjonuje ten parapsychiczny radar, ale Traska nie ma w szpitalu. 

-  Jesteś  pewna  siebie.  -  Uniósł  brwi.  -  Czyżbyś  w  końcu  nabrała  wiary  we  własne 

możliwości? 

- Chyba najwyższy czas. - Zmęczona, oparła się o ścianę windy. 

-  Dzisiejszej  nocy  Trask  dosłownie  zalał  mnie  ściekami  ze  swego  umysłu.  Mogłam  albo 

przetrwać i sobie z nim poradzić, albo trafić do czubków. Cholera, jasne, że jestem pewna siebie. 

Nie potrafię wskoczyć do cudzej głowy tak jak ty, ale zaczynam być specjalistką od Traska. 

- I dobrze. Chwilowo to najważniejsze. - Położył jej dłoń na ramieniu. - Ale zapomnij o nim 

na pewien czas, o ile ci pozwoli. - Pozwoli, przynajmniej do chwili, kiedy się dowie, że Carmela 

żyje. Nie będzie  chciał stracić twarzy; w  końcu nie zrobił tego,  co zapowiedział. Carmela była 

wyzwaniem, któremu nie podołał. 

- Zatem ogólnie biorąc, tej nocy nie poszło nam najgorzej. 

-  To  prawda,  zwłaszcza  że  grzebiąc  w  tym  łajnie,  które  on  nazywa  swoim  umysłem, 

natrafiłam na jeszcze jedną informację. 

- Mianowicie? 

- Człowiek, który wystawia mu ofiary, nazywa się Dickens. 

- Dickens - powtórzył George. - Pomyśleć, że jakiś łachmyta nosi tak szacowne nazwisko. 

Godne ubolewania, nieprawdaż? 

-  Mniejsza  z  tym  -  odparła  Kerry,  odpinając  Samowi  smycz.  -  Nie  interesują  mnie 

abstrakcyjne  problemy.  Chcę,  żebyś  dowiedział  się  wszystkiego  o  tym  człowieku.  Z  Helen 

niespecjalnie sobie poradziłeś. 

-  Zarzucasz  mi  brak  skuteczności?  Twoje  słowa  boleśnie  mnie  zraniły,  niemniej  okażę 

wyrozumiałość,  gdyż  ewidentnie  znajdujesz  się  w  stanie  silnego  napięcia.  A  właśnie,  jak  tam 

nasza mała Carmela? 

background image

- Spała, kiedy opuszczaliśmy szpital- wyjaśnił Silver. - Z pewnością dojdzie do siebie. 

- Obyś miał rację. - George odwrócił się i ruszył do biblioteki. 

- Informację o Dickensie przekażę Ledbrukowi. Zapewne nie raczycie mnie poinformować, z 

jakiego źródła pochodzi? 

- Zapewne nie. 

-  Tak  podejrzewałem.  Powiem  Ledbrukowi,  że  mam  ją  od  zaufanego,  choć  anonimowego 

informatora. Nie przypadnie mu to do gustu, ale też ta sprawa wcale mu się nie podoba. 

- A teraz zaufany, choć anonimowy informator idzie spać. - Kerry rozejrzała się po holu. -

Gdzie się podział Sam? 

- Ostatnio biegł do kuchni. - Silver się uśmiechnął. - Możesz założyć, że zadbał o siebie. 

- W to nie wątpię. - Powoli ruszyła po schodach. Chryste, padała z nóg. - Chciałam się tylko 

upewnić, czy nikomu nie przeszkadza. - Wykluczone. Sam wie, że może się tu czuć jak w domu. 

- Czyżby? - Ziewnęła.  - Chyba rzeczywiście.  Sam uważa,  że wszędzie  jest  mile widziany. 

Dasz mi znać, jeśli George dowie się czegoś o Dickensie? 

- Jasne. Dobranoc, Kerry. 

Popatrzyła na niego przez ramię. Wydawał się wyczerpany. Było mu tak samo ciężko jak jej 

może  nawet  ciężej.  Nie  miała  pojęcia,  jakiego  napięcia  doświadczył,  żeby  skłonić  Carmelę  do 

skoku z dachu. 

- Nie kładziesz się? 

- Za chwilę. Muszę zadzwonić do Gillena. 

- Nie zaczekasz do jutra? 

- Czy Carmela mogła czekać do jutra? 

- Silver, nie uzdrowisz całego świata. 

- Nie, ale mogę przylepić mu kilka plastrów. - Odwrócił się. - Do zobaczenia rano. 

Kilka plastrów. 

Mało  powiedziane.  Bez  wątpienia  ocalił  życie  Carmeli.  Być  może  telefonując  do  Gillena, 

poprawi choremu samopoczucie. Jeszcze nigdy nie pomyślała o brzemieniu  odpowiedzialności, 

które ciąży na Silverze za każdym razem, gdy "naprawia" cudzy umysł. Przypominało to zabawę 

w Boga, lecz Silver nie dysponował boską siatką bezpieczeństwa, na którą można upaść w razie 

niepowodzenia. Był zwykłym człowiekiem, usiłującym spożytkować dar, o który nigdy nie prosił 

i którego nie chciał. 

background image

Ogarnął  ją  głęboki  smutek,  kiedy  ponownie  ruszyła  na  górę.  Chry¬ste,  przestań  o  nim 

myśleć,  skarciła  się  w  duchu.  Czy  to  na  jawie,  czy  we  śnie,  zajmował  stanowczo  zbyt  dużo 

miejsca  w  jej  umyśle.  Nie  powinna  użalać  się  nad  nim  w  chwili,  gdy  ze  zmęczenia  ledwie 

trzymała się na nogach. 

Odpoczynek. Sen. Byle tylko nie przyśnił się jej Silver. 

Ostre zęby kąsają, kaleczą. Wirująca ciemność. Agonia. 

Silver. Musiała dotrzeć do Silvera. 

Kerry odrzuciła kołdrę i podbiegła do drzwi. 

Po chwili była już na drugim końcu korytarza i otwierała drzwi do jego sypialni. Wciąż był 

ubrany, siedział na brzegu łóżka i patrzył na telefon. 

- Silver, co jest ... - Nagle zrozumiała. - Gillen? - szepnęła. Nie podniósł wzroku. 

- Nie mogłem się z nim skontaktować. Próbowałem przez całą noc.  Wreszcie odebrał jego 

ojciec. Gillen powiesił się wczoraj wieczorem.

- Dobry Boże. - Podeszła do niego powoli. - Silver, tak mi przykro. 

- Mnie też. - Odchrząknął. - Sądziłem, że mam szansę powodzenia. Nie pierwszy raz kogoś 

tracę. To normalne. Czasem bywa lepiej czasem gorzej. Przyzwyczaiłem się ... 

-  Zamknij  się.  -  Uklękła  na  podłodze  i  objęła  go  w  pasie.  -  Przestań  zagłębiać  się  w  te 

wszystkie filozoficzne rozważania. Myślisz, że nie wiem, co czujesz? - Przywarła policzkiem do 

jego piersi. - Musisz wziąć się w garść. Dłużej tego nie zniosę. Nie możesz obwiniać się o śmierć 

Gillena. Dlaczego w to wierzysz? 

-  Wiedziałem,  że  jest  z  nim  coraz  gorzej  -  odparł  głucho.  -  Powinienem  był  do  niego 

pojechać, utrzymywać z nim bliższy kontakt. 

- Jezu, za każdym razem, kiedy na ciebie spojrzałam, rozmawiałeś z Gillenem przez telefon. 

Dlaczego uważasz, że go zawiodłeś? 

- Nie porzuciłem go - przyznał i pogłaskał ją po głowie. - Ale dokonałem wyboru. Uznałem, 

że problem Carmeli jest pilniejszy. A może doszedłem do wniosku, że najważniejsza jest zemsta. 

Kto to wie, cholera? 

- Ja wiem. - Kucnęła na piętach i popatrzyła mu w oczy. - Kto może wiedzieć lepiej? Wiesz, 

chyba znam cię lepiej niż siebie. - Spróbowała się uśmiechnąć. - Zadbałeś o to. 

- To prawda. - Zacisnął usta. - W tym wypadku też nie miałem wiele do powiedzenia. 

background image

- Na litość boską, nie chodziło mi o ... 

-  Wiem.  -  Zamilkł  na  chwilę  i  wzruszył  ramionami.  -  Wybacz.  O  ile  dobrze  pamiętam, 

powiedziałem ci, że nie wolno użalać się nad sobą,  a tymczasem sam nic innego  nie robię. To 

chyba  przykład  nauczyciela,  który  nie  stosuje  się  do  własnych  zaleceń.  Ale  sprawa  jest  już 

skończona, więc wracaj do łóżka i spróbuj ... 

- Akurat. - Raptownie wstała. - Wcale nie jest skończona. - Obeszła łóżko, odchyliła kołdrę i 

położyła się. - Nigdzie nie idę. Zgaś światło i wskakuj tutaj. 

Zamarł. 

- Co proszę? 

- Kładź się. 

- Czemu? To jakaś dziwaczna terapia seksualna? 

-  Ze  też  mężczyźni  zawsze  myślą  o  seksie.  Wątpię,  czy  masz  teraz  nastrój  na  pieprzenie 

kogokolwiek, nawet Gwyneth Paltrow. Jesteś smutny, zmęczony i ktoś powinien cię przytulić. -

Przez dłuższą chwilę patrzyła mu w oczy. W końcu wyciągnęła rękę. - Mnie też ktoś powinien 

przytulić. 

Z wahaniem ujął jej dłoń. 

- A twoje uczucia macierzyńskie dominują nad rozsądkiem. 

Uśmiechnęła się. 

-  A  może  nie  chcę  zawracać  sobie  głowy  ponownym  wstawaniem,  jeśli  wpadniesz  w 

następny dołek psychiczny. Głęboko spałam, kiedy mnie obudziłeś. 

- Teraz wiesz, co czuję. - Zgasił światło i położył się obok niej. 

- Ani myślę ci współczuć. 

- Będziesz spał w ubraniu? 

- Tak. - Przytulił ją tak, by jej głowa znalazła się między jego ramieniem a szyją. - Teraz jest 

dobrze. Bardzo dobrze. 

To prawda. Było jej ciepło i czuła się bezpiecznie w jego objęciach. 

Pragnęła  nieść  mu  pociechę,  a  tymczasem  sama  czerpała  radość  z  jego  bliskości.  Może 

dzielili się sobą? Teraz byli sobie bliscy zarówno psychicznie, jak i fizycznie, lecz trudno było 

określić, co ich łączy. 

-  Widzisz,  nie  mam  z  tym  problemu  -  oznajmiła.  -  Życie  w  remizie  sprawia,  że  traci  się 

zahamowania. 

background image

-  Dziękuję,  ale  zostanę  w  ubraniu.  Chociaż  to  nie  tyle  bariera,  ile  upomnienie.  -  Musnął 

ustami jej czoło. - Miałaś rację. 

- W jakiej sprawie? 

-  Mężczyźni  zawsze  myślą  o  seksie.  -  Pogłaskał  ją  po  włosach  i  dodał:  -  I  nigdy  nie 

wiadomo, kiedy zmieni się im nastrój. 

Kryształowo niebieskie jezioro. 

Łagodny wietrzyk, kołyszący wysoką trawą.

-  Co  u  licha  ?  -  Silver  wstał  i  odsunął  się  od  Kerry.  -  Nie  wiem,  co  się  stało.  Boże, 

przysięgam, że wcale me miałem zamiaru tego robić.

- Wiem. - Uśmiechnęła się. - Ale ja miałam. 

Ponownie wbił w mą wzrok. 

- Co takiego?

- Och, me odkryłam nowego daru. Wykluczone, bym mogła stworzyć taki scenariusz. Teraz 

jednak jestem na tyle blisko ciebie, by zajrzeć do twojego banku wspomnień. Nie byłam pewna, 

czy  mój  plan  się  powiedzie,  ale  wystarczyły  krótkotrwale  poszukiwania  i  wszystko  gra  ...  -

Spojrzała na jezioro. - Proszę bardzo. Właśnie tu chciałam być. Chciałam, żebyś ty tutaj był. 

- Dobry Boże, stworzyłem potwora. 

- Gdzie tam. Powinieneś jednak przewidzieć, że kiedyś przejmę kontrolę.

- Pewnie masz rację - odparł rozbawiony. - Ale d1aczegoo? Czemu chciałaś tu przybyć?

- Bo właśnie w to miejsce mnie sprowadziłeś, żeby ukoić mój ból. Sądziłam, że tobie też to 

pomoże. Sam byś tego nie zrobił, przecież nie masz w zwyczaju użalać się nad sobą. Ktoś taki 

jak ty nie daje sobie chwili wytchnienia. 

- Doprawdy? Skąd myśl, że jestem taki ofiarny~ Wierz mi, w stosownych okolicznościach 

potrafię być wyjątkowo samolubny. 

- Więc bądź, do jasnej cholery. Gdzie znajdziesz stosowniejsze okoliczności ?

-  Jeśli  się  zastanowię,  przyjdzie  mi  do  głowy  parę  miejsc.  Odetchnęła  głęboko,  gdy  nagle 

oblała ją fala gorąca. Kerry pamiętała, że już kiedyś tak na nią patrzył. Uświadomiła sobie, jak 

naprężone są jego mięśnie, jak jego pierś unosi się i opada, a oczy ... 

- Nie powinnaś była mnie tu sprowadzać - oświadczył chrapliwym głosem. - Nie pomyślałaś 

perspektywicznie. Stłumiłaś ból i zlikwidowałaś wszystko, co odwracało moją uwagę. Wierz mi, 

background image

powinienem być skupiony na czym innym. 

Nie  zamierzała  udawać,  że  nie  ma  pojęcia,  o  czym  mówił.  Seks.  Gwałtowny,  gorący, 

pospieszny.  Tym  bardziej  nieokiełznany,  że  łączyły  ich  silne  więzi.  Pragnęła  bliskości  z 

Silverem. Chciała go dotykać, czuć jego napięte mięśnie. Jak by to było, gdyby pozwoliła mu ... 

-  Nawet  o  tym  nie  myśl  -  burknął  szorstko.  -  Usiłuję  utrzymać  między  nami  zdrowe  i 

zrównoważone  relacje.  Myślisz,  że  mi  łatwo?  -  Nic  mnie  nie  obchodzi  twoje  zdrowie  i 

równowaga. - Wstała i podeszła do niego. - Wiesz, czego chcę. 

- Cholera, pewnie, że wiem. Nie wiem za to, czy celowo doprowadziłem do takiej sytuacji. -

Chwycił ją za ramiona. - Usiłowałem tego uniknąć, ale pragnąłem cię i mogłem sprawić, żebyś ty 

zapragnęła mnie. 

- Nie bądź taki próżny. Z pewnością wiedziałabym, że mną manipulujesz. 

- Nie możesz mieć pewności. 

- Walcząc z pożarami, nauczyłam się ufać instynktowi. 

- Posłuchaj,  odnosisz się  do  mnie  w ten sposób,  bo  użalasz się nade  mną.  Przyhamuj. Nie 

ręczę za siebie. 

- To dobrze. Widzisz, bez względu na to, jak to się zaczęło, jestem pewna, że nie chcę iść z 

tobą  do łóżka z litości.  - Skrzywiła się.  -  Może szukam pretekstu.  Sam sprawdź i  mi  powiedz. 

Zajrzyj mi do głowy. 

Zaklął pod nosem. 

- Ani myślę zbliżać się do ciebie bardziej, niż muszę. Nie chcę być nieuczciwy, bez względu 

na twój fantastyczny instynkt strażacki. 

-  Pieprzyć  uczciwość.  -  Dotknęła  palcami  jego  warg.  Były  ciepłe  i  jędrne.  Poczuła,  jak 

przeszywa  ją  rozkoszny  dreszcz.  -  Instynkt  podpowiada  mi,  że  chcę  tego,  bo  jesteś 

nieprawdopodobnie  seksowny  i  z  pewnością  pragnęłabym  cię  nawet  wtedy,  gdybym  nie 

dostrzegała twojego daru. 

-  A  jeśli  twój  instynkt...  -  Zadrżał,  gdy  do  niego  przywarła.  -  Cholera.  -  Otoczył  ją 

ramionami.  -  Dobrze  wiesz,  jak  zbijać  argumenty.  - Pochylił  się  nad  nią.  -  Dobrze,  ale  mam 

warunek. Żadnych buforów. Żadnych scenariuszy z marzeń sennych. 

Ciemność. 

Wibrujący żar. 

Skóra przy skórze. 

background image

Otworzyła oczy i ujrzała go nad sobą, w łóżku. Minęła chwila, zanim całkiem się ocknęła. 

- Zdjąłeś ubranie ... 

- Nie da się ukryć. - Ściągnął z niej koszulę nocną. - Nie chcę, żeby cokolwiek nas dzieliło, 

nawet skrawek materiału, nawet ... - Zamilkł, kiedy dotknął torsem jej piersi. - Jezu ... 

Wiedziała, co czuł. Miała rozpaloną skórę, gorącą i wrażliwą. 

- Nie  mogę ...  Chodź tu.  - Objęła nogami  jego biodra  i przyciągnęła  go do  siebie. - Chcę, 

żebyś ... - Wyprężyła się z cichym okrzykiem, kiedy poczuła, jak na nią napiera. 

- Wiem. Zrobię to. - Pochylił się. - Wszystko, czego pragniesz. 

Wszystko,  czego  pragnę,  pomyślała  na  wpół  przytomna.  Już  jej  dawał  to,  czego  pragnęła. 

Jednak musiała wiedzieć coś jeszcze, musiała o coś zapytać. 

- Jezioro - wyszeptała. - Dlaczego zabrałeś mnie znad jeziora? 

- Bo  nie chciałem, żeby  to  się stało  tam.  - Poruszył się  między jej nogami.  - To musi być 

prawdziwe ... 

13 

- Czy to było wystarczająco prawdziwe? - Kerry uniosła się na łokciu i popatrzyła na Silvera, 

usiłując uspokoić oddech. - Jeśli nie, to masz pecha. Bardziej realistycznie już nie da rady. 

- Możemy spróbować jeszcze raz i sprawdzić.  - Dotknął dłonią jej piersi.  -  Wierzę w sens 

częstej weryfikacji rzeczywistości. 

Zachichotała. 

- Wiem, do czego ci to potrzebne. - Opadła na poduszkę i przeciągnęła się leniwie. - Daj mi 

chwilę,  muszę  dojść  do  siebie.  Nie  oczekiwałam  ...  Sama nie  wiem,  czego  oczekiwałam,  ale  z 

pewnością nie tego. Jesteś bardzo ... silny. 

- Chyba nie zrobiłem ci krzywdy? 

-  Nie  bądź  śmieszny.  Dobrze  wiesz,  jak  bardzo  mi  się  podobało.  -  Wyciągnęła  rękę  i 

pogłaskała  jego  tors.  Uwielbiała  go  dotykać,  czuć  pod  palcami  gładkość  skóry  i  szorstkość 

włosów. - Było inaczej.

- Ja też uwielbiam cię dotykać. Inaczej? 

Zaśmiała się. 

-Jak możesz pytać? Jeszcze nigdy nie kochałam się z kimś, kto na bieząco kontrolował moje 

background image

myśli. To nieprawdopodobnie podniecające. 

-  Nie  wiedziałem,  jak  zareagujesz.  -  Położył  dłoń  na  jej  ręce,  unieruchamiając  ją.  -

Próbowałem  zablokować  dostęp  do  twojego  umysłu,  doszedłem  do  wniosku,  że  tak  będzie 

uczciwiej. Nic z tego. Więzi są zbyt silne. 

- To bez znaczenia. - W takiej chwili trudno jej było zdobyć się na krytykę; zważywszy, że 

żadne  z  jej  dotychczasowych  kontaktów  seksualnych  nie  były  równie  intensywne.  Silver  znał 

każdą jej myśl, każdą emocję. Sama też go wyczuwała, lecz zdążyła już do tego przywyknąć. -

Jutro mogę czuć się inaczej ale dzisiaj zdecydowanie było świetnie. 

- Za późno. Nie możesz się już wycofać. - Przyciągnął ją do siebie. - To ty mnie uwiodłaś. 

Wykorzystałaś przeciwko mnie mój własny scenariusz. Teraz musisz z tym żyć. 

W jego głosie wyczuła nutę, która sprawiła, że zesztywniała.

- Co masz na myśli? 

-  Powiedziałem  ci,  że  jestem  samolubnym  sukinsynem.  I  pełnym  testosteronu.  Nie 

zrezygnuję z ciebie. 

- To musi być obustronne postanowienie. 

- Ty już podjęłaś decyzję. - Zamilkł na chwilę. - Wiesz ... lubię to, co nas łączy. Właściwie 

jestem  samotnikiem.  Trudno  mi  zbliżyć  się  do  ludzi,  nawet  kiedy  uprawiam  seks.  To  chyba 

dlatego, że moj praca zmusza mnie do intymności, która niekiedy bywa przytłacza¬jąca. Z tobą 

jest inaczej. Czułem ... Co tu dużo gadać, świetnie wiesz, jak się czułem. Nie obchodzi mnie, czy 

twoja  decyzja  wynikł  z  litości,  czy  z  ciekawości.  Zrobię  wszystko,  żeby  podtrzymać  to,  c  nas 

łączy. 

- W jaki sposób? 

- Nie masz powodów do niepokoju. Nie zamierzam cię zmuszać 

-  Ujął  jej  dłoń  i  przycisnął  do  ust.  -  Niemniej  dzisiejszej  nocy  sporo  się  o  tobie 

dowiedziałem.  Nie  możesz  mnie  winić  za  to,  Ż  wykorzystuję  tę  wiedzę  do  ofiarowania  ci 

rozkoszy.  -  Wnętrzem  dłoni  wyczuwała  jego  ciepły  oddech.  -  Lubisz  to,  prawda?  Masz  takie 

wrażliwe dłonie. 

- Lubię. - Jej ciało ogarniał żar, oddychała coraz szybciej. - I podoba mi się seks z tobą. Co 

nie oznacza, że dam się zdominować. Nadal mogę wziąć to, co chcę, i odejść. Więc lepiej daj z 

siebie wszystko, Silver. 

-  Och,  możesz  na  mnie  liczyć.  -  Zachichotał  i  przesunął  się  nad  nią.  -  Nie  wiem,  jak  ci 

background image

dziękować za zaproszenie ... 

Dziewczyna żyła. 

Trask z wściekłością i niesmakiem patrzył na zdjęcie Carmeli Ruiz, zamieszczone w gazecie. 

Jak do cholery  umknęła  przed Morzem Ognia?  Był  pewien, że  ogień rozprzestrzeni się na  tyle 

szybko, by ją pochłonąć, nie dając szansy na ucieczkę. Mylił się. Jakim cudem dotarła na dach i 

znalazła w sobie odwagę, by skoczyć. 

A Kerry Murphy zadbała o to, by strażacy w porę ją złapali. 

To nie oznaczało, że przegrał, a Kerry wygrała. W końcu magazyn spłonął doszczętnie, a on 

odszedł, wolny i tak potężny, jak nigdy. 

Pieprzyć magazyn. Nie ma sensu się okłamywać. Gwoździem programu miała być Carmela, 

a  przecież  uciekła.  W  dodatku  Kerry  zawiadomiła  strażaków  i  w  ten  sposób  uratowała 

dziewczynie życie. Teraz może święcić triumfy. 

Zacisnął  dłoń  na  gazecie,  nie  mogąc  opanować  wściekłości.  Tylko  spokojnie.  To  dopiero 

gambit na otwarcie partii. Nie, nieprawda. Poniósł już klęskę podczas pożaru w domu jej brata, w 

Macon. Dwa niepowodzenia z powodu Kerry Murphy. Co za nieznośne upokorzenie. Nie. Musiał 

je znieść, bo tylko w ten sposób mógł nabrać siły i determinacji. 

Już on jej pokaże, kto tu jest górą. W każdej chwili może zniszczyć jej życie. Czy powinien 

skupić  się  na  Carmeli,  czy  też  na  samej  Kerry?  Jeszcze  pomyśli.  Rozważy  wiele  spraw  w 

kontekście  tej  porażki.  Jego  priorytety  były  jasne,  zanim  jeszcze  Kerry  pojawiła  się  na  scenie. 

Najwyraźniej pozwolił jej na zbyt wiele. Czy powinien ją zignorować i robić swoje, jak gdyby ... 

Nie!  -  zaprotestował  z  niespodziewaną  gwałtownością.  Doskonale,  wobec  tego  musi 

wprowadzić kilka modyfikacji. Sięgnął po telefon i wystukał numer Dickensa. 

- Dickens. - Następnego ranka George wyłonił się z biblioteki, kiedy Kerry i Silver schodzili 

po  schodach.  Machnął  trzymanymi  w  dłoni  wydrukami  z  faksu.  -  Donald  William  Dickens. 

Czterdzieści  dwa  lata.  Od  dziesiątego  roku  życia  bez  przerwy  popełniał  drobne  i  całkiem 

poważne przestępstwa. Kradzież, gwałt, podejrzenie o udział w dwóch morderstwach. W aktach 

FBI napisano, że dorastał w Detroit i przez kilka lat był powiązany z mafią, lecz uniezależnił się i 

rozpoczął  działalność  na  własną  rękę.  Nie  jest  uważany  za  geniusza  zbrodni,  ale  ma  reputację 

człowieka sumiennego i względnie lojalnego wobec chlebodawców. 

- FBI dysponuje jego aktami? - spytała Kerry. - W jaki sposób związał się z Traskiem? 

background image

George wzruszył ramionami. 

- Dickens  spędził  dwanaście  lat  w Azji,  gdzie był  zaangażowany  w  przemyt  narkotyków  i 

wartościowych  przedmiotów.  Potem  wrócił  do  Stanów.  Ma  mnóstwo  znajomych  w  Korei 

Północnej. 

- Sądzisz, że Ki Yong podarował go Traskowi? 

Silver powoli pokiwał głową. 

- Niewykluczone. W ramach wynagrodzenia Trask mógł zażądać kogoś do pomocy. 

- Gdzie go szukać? - ożywiła się Kerry. - Skoro wiemy, kim jest czy możemy go znaleźć? 

- Usiłujemy - oświadczył George. - Pamiętaj, że to zawodowiec i sprawa nie będzie prosta. 

- A która jest! - mruknęła Kerry. - Mamy zdjęcie? 

- Nie sądzisz chyba, że mógłbym cię zawieść. - Wręczył jej wydruk. - Drugi arkusz od góry. 

Na trzecim jest wykaz jego spraw karnych. 

Dickens  był  tęgim  mężczyzną  o  szczęce  buldoga  i  rozczochranych  rudych  włosach,  tu  i 

ówdzie przyprószonych siwizną. Kerry przekazała papiery Silverowi. 

- Te informacje się przydadzą, skoro on nie wie, iż znamy jeg tożsamość. 

Skinął głową. 

- Trask  z pewnością  wykorzystywał  go do  czarnej roboty,  zanim jeszcze  zainteresował się 

tobą.  Chyba  możemy  założyć,  że  gdy  dowie  się  o  Carmeli,  natychmiast  naśle  go  na  ciebie.  -

Rzucił okiem na George'a. - Czy informacja o jej ocaleniu jest już w gazetach? 

- To żart? - spytał George. - Ładna, bezdomna nastolatka ocalona z groźnego pożaru przez 

znakomite służby naszego miasta? To przecież wymarzony temat dla mediów. 

- Wobec tego Trask już zna prawdę. - Kerry czuła, że włosy jeźą się jej na karku. Uznała, że 

nie powinna się teraz bać, w końcu była pewna, że prędzej czy później Trask dowie się o swojej 

porażce. - Czy Carmela jest dobrze strzeżona? 

- Bez wątpienia. - Silver oddał George'owi wydruk. - Ale Trask nie musi ponownie brać jej 

na cel. Przypadkowo wybrał ją na ofiarę. 

-  Przypadkowa  ofiara. -  Kerry  poczuła  gorzki  smak  w  ustach.  Chłodne  określenie  zbrodni 

popełnianej z zimną krwią. Nie potrafiła pogodzić się z myślą, że ktoś beztrosko wybiera sobie 

człowieka,  którego  zabije.  Zwilżyła  wargi.  -  Może  masz  rację.  Ale  ja  nie  jestem  przypadkową 

ofiarą  i  Trask  bez  wątpienia  spróbuje  mnie  sprzątnąć.  Zapewne  będzie  potrzebował  pomocy 

Dickensa. 

background image

- Zapewne. 

- Wobec tego może powinniśmy zadbać o to, żeby miał do mnie dostęp. 

- Wykluczone - oświadczył sucho Silver. 

- Chwileczkę. - George skupił spojrzenie na twarzy Kerry. - Nie wierzę, by Kerry marzyła o 

robieniu z siebie męczennicy. Co masz na myśli? 

-  Pokręcę  się  po  mieście.  Dickens  nie  wyjdzie  z  ukrycia,  dopóki  będę  tkwiła 

zabarykadowana w tych murach. Jeśli gdzieś się wybiorę, dam mu pretekst do śledzenia mnie. W 

rezultacie agenci Ledbruka zyskają szansę rozpoznania go lub aresztowania. Mam rację? 

George skinął głową. 

- Sensowny pomysł. 

Spojrzała na Silvera. 

- Jeżeli zidentyfikujemy go na tyle dyskretnie, by się nie zorientował, może zaprowadzi nas 

do Traska. 

- A jeśli Trask nie zechce wykorzystać Dickensa? Może sam czyha gdzieś z przygotowaną 

anteną, gotowy spalić cię na popiół? 

-  Dopilnujesz,  żeby  tego  nie  zrobił.  Nie  mogę  zadbać  o  wszystko.  -  Odwróciła  się  i 

pomaszerowała korytarzem do kuchni. - Chętnie natomiast zaparzę sobie kawę i upiekę tost. Ty 

porozmawiaj  z  George'em  o  moim  pomyśle,  jeśli  dzięki  temu  poczujesz  się  lepiej.  Poza  tym 

dobrze wiesz, że mam rację. 

Usłyszała, jak za jej plecami mamrocze przekleństwo. Zignorowała go. Nie była w nastroju 

na kłótnie z Silverem. Musiała skoncentrować całą uwagę na tym, by pozbyć się tego uczucia ... 

Lęku? Niepokoju? Defetyzmu? Wszystkich tych emocji po trochu? 

A może wyobraźnia płatała jej figla?  W  końcu po wydarzeniach w magazynie miała nieco 

nadwyrężone nerwy. 

Zaparzyła kawę i właśnie sączyła drugi kubek, kiedy do kuchni wszedł Silver. 

- Długo to trwało - zauważyła. - Sądziłam, że George ma większy dar przekonywania. 

- Nie traciłem czasu. Podjęłaś decyzję, to oczywiste. - Nalał sobie kawy i usiadł naprzeciwko 

Keny. - Rozmawiałem z George'em i Ledbrukiem. Ustaliliśmy rodzaj ochrony dla ciebie. Skoro 

jesteś zdecydowana odegrać rolę przynęty, muszę mieć pewność, że nic ci nie grozi. - Wypił łyk 

kawy. - Posłuchaj. Każdą wycieczkę odbywasz w moim towarzystwie. Nie opuszczam cię ani na 

minutę. 

background image

- Nie mam zastrzeżeń. 

-  Tylko  jedno  wyjście  na  miasto  dziennie.  Nigdy  o  tej  samej porze.  Nigdy  w  to  samo 

miejsce. 

- Brzmi rozsądnie. - Popatrzyła mu w oczy. - A teraz przyznaj, że mam rację. W ten sposób 

możemy zastawić pułapkę na Dickensa. 

- Niech będzie, masz rację. - Spojrzał na nią spode łba. - Zadowolona? 

- Boli, co? - Uśmiechnęła się. - Ale z ciebie drań. Sama nie wiem, jakim cudem uznałam, że 

nie jesteś jednak kompletnym dupkiem. 

Momentalnie się rozchmurzył. 

- Mam ci wyjaśnić? - Pochylił się nad stołem i wziął ją za rękę. - Seks łączy ludzi. - Powoli 

potarł kciukiem wnętrze jej dłoni. - Może dupek ze mnie, ale nie powinnaś narzekać. Przyznaj, że 

się nie mylę. 

Psiakrew, świetnie wiedział, jak wrażliwy na dotyk jest spód jej dłoni oraz nadgarstki. Znał 

ciało  Kerry  na  wylot.  Wystarczyło,  że  jej  dotknął,  a  już  była  gotowa  się  z  nim  kochać. 

Westchnęła i wyrwała rękę. 

- Też coś. Przestań się pysznić. W końcu przystępowałeś do dzieła z gigantyczną przewagą

nad większością innych mężczyzn. - Popatrzyła mu w oczy. - I nie chodzi mi o fizjologię. 

Zmarszczył brwi i wybuchnął śmiechem. 

-  Dobry Boże,  Kerry.  Wiesz,  jak sprowadzić  faceta  na  ziemię.  Potwierdź  przynajmniej,  że 

fizjologia jest do przyjęcia? 

Uśmiechnęła się. 

- Absolutnie do przyjęcia. 

- Zatem wracajmy na górę i sprawdźmy to empirycznie. 

Jej uśmiech zgasł. Silver nie żartował. 

- Chyba nie mówisz poważnie. Godzinę temu wyszliśmy z łóżka. 

- Czuję niedosyt. Nie wiem, czy kiedykolwiek się tobą nasycę. Mówiłem przecież, że razem 

jesteśmy nadzwyczajni. 

Ona  też  nie  miała  pewności,  czy  się  nim  nasyci.  Dotąd  nie  wierzyła,  że  mogłaby  się 

uzależnić od seksu, ale nie była już taka przekonana. W rezultacie nabrała czujności. 

- To nie znaczy, że cały czas powinniśmy spędzać w pościeli. 

- Sporadycznie możemy wstawać. - Cofnął się, lecz nie spuszczał wzroku z jej twarzy. - Co 

background image

ty na to? 

Pokręciła przecząco głową. 

- Kiepski pomysł. 

- Ale nie  dlatego,  że  nie  przypadł ci do  gustu. Boisz się,  bo  za bardzo  to lubisz.  Mnie też 

lubisz za bardzo. 

- Jesteś zbyt wymagający. Sugerowałeś wręcz ... - Odetchnęła głęboko. - Lepiej wróćmy do 

tematu. Co z Traskiem? 

- Nie zapomniałem o nim. Skoro jednak będziemy urządzać tylko jedną wyprawę dziennie, 

pozostanie  nam  mnóstwo  czasu  na  igraszki.  -  Uśmiechnął  się.  -  Czeka  nas  świetna  zabawa, 

Kerry. Wiesz to równie dobrze jak ja. Życie jest zbyt krótkie, by rezygnować z tego, co dobre. 

Sama o tym wiedziała. Gdy byli razem, bez przerwy myśleli o seksie, a w zaistniałej sytuacji 

nie mogła się uwolnić od Silvera. Najważniejsze jednak, by nie stawiał bez przerwy na swoim. 

-  Nie  teraz.  -  Wstała.  -  Jadę  do  szpitala  odwiedzić  Carmelę.  Dlaczego  nie  zrobisz  czegoś 

pożytecznego i nie sprawdzisz, jak wyciągnąć jej siostrę z domu matki? 

- Tak jest, proszę pani. - Wyprostował się. - To jednak mogę załatwić przez telefon w drodze 

do szpitala. Jadę z tobą. - Ruszył do drzwi. - Pamiętasz? Każdą wyprawę odbywamy wspólnie. 

Nie rozstajemy się ani na minutę. 

- Wcale nie pracujesz w opiece społecznej, co? - Carmela wbiła wzrok w Kerry, która weszła 

do sali szpitalnej. - Kim ty jesteś, do cholery? 

Kerry obserwowała ją bacznie. 

- Dlaczego uważasz, że cię okłamałam? 

-  Spytałam  pielęgniarkę,  a  ona  powiedziała,  że  nic  o  tobie  nie  wie.  Poza  tym  szpital  ma 

własnych  pracowników  socjalnych.  -  Wpatrywała  się  uważnie  w  Kerry.  -  Jesteś  dziennikarką, 

nie? 

- Nie. 

- To może policjantką? - Nie czekała na odpowiedź. - Nie wrócę do matki. Zapomnij. 

- Nie jestem z policji. Powiem prawdę: zajmuję  się badaniem podpaleń, pracuję dla straży 

pożarnej.

- To nie ja podłożyłam ogień. 

- Wiem. 

background image

- Nie widziałam podpalacza. 

- To też wiem. 

- Więc dlaczego się stąd nie wyniesiesz? - Oczy Carmeli błyszczały od łez. - Nie chcę z tobą 

rozmawiać. Okłamałaś mnie. Właściciel magazynu nie da mi ani grosza, tak? Nie wyrwę Rosy z 

łap tego sukinsyna. 

- Pracujemy nad tym. Byłoby nam łatwiej gdybyś przyznała, że Harvey cię zgwałcił. 

- Tak, pewnie. - Odwróciła głowę do ściany. - A policja aresztuje także moją matkę. Wiem, 

jak  to  jest.  Zanim  uciekłam  z  domu,  sprawdziłam  to  w  bibliotece.  To  się  nazywa  narażenie 

bezpieczeństwa dziecka. 

- Wiem, że nie chcesz skrzywdzić matki, ale przyznaj że Rosa jest w niebezpieczeństwie. 

- Przed tobą do niczego nie muszę się przyznawać. Powiedziałam Rosie, żeby uciekała, jeśli 

Harvey do niej podejdzie. Może nic się nie stanie. Będzie ostrożny po tym, jak poskarżyłam się 

matce. Zresztą zaopiekuję się Rosą, kiedy tylko stąd wyjdę. 

-  Dobrze,  ale  to  może  trochę  potrwać.  Myślę,  że  powinniśmy  znaleźć  sposób,  żeby  zaraz 

wyciągnąć Rosę z tamtego domu. - Kiedy Carmela spojrzała na nią z niepokojem, podniosła rękę. 

- Nie zamierzam nasyłać policji na twoją matkę. 

Carmela przypatrywała jej się przez chwilę. 

- Dlaczego chcesz mi pomóc? 

- Na litość boską, Carmelo. Może nie podoba mi się, że ktoś skrzywdził młodą dziewczynę. 

Tak trudno w to uwierzyć? 

- Skąd mogę wiedzieć? Nie znam cię. Nie sądzę, żeby straż pożarna angażowała się w tego 

typu działalność dobroczynną. 

Ależ ona podejrzliwa, pomyślała Kerry. W sumie trudno się dziwić. 

Nie miała okazji nabrać zaufania do ludzi, a na domiar złego zdradziła ją najbliższa osoba. 

Takiemu dziecku najlepiej mówić prawdę. 

- Nie, straż pożarna zajmuje się czym innym. Pomagamy ludziom na różne sposoby, ale ty 

jesteś  wyjątkowym  przypadkiem.  Poza  tym  mam  w  tym  swój  prywatny  interes.  -  Zamilkła.  -

Człowiek, który wzniecił pożar, chciał, byś zginęła w płomieniach. 

- Oszalałaś? Nikt nie wiedział, że jestem w magazynie. 

- Trask wiedział. Zadzwonił do mnie i powiedział mi, jak masz na imię. Nawet cię opisał. 

- Trask? Tak się nazywa? 

background image

- James Trask. 

- Ale dlaczego chciał mnie zabić? 

-  Nie  chodzi  o  ciebie,  tylko  o  mnie.  On  ...  uwziął  się  na  mnie.  Wie,  że  potwornie 

przeżyłabym śmierć młodej dziewczyny w płomieniach, więc pragnął, bym cię bliżej poznała. W 

ten  sposób  twoja  śmierć  byłaby  dla  mnie  jeszcze  bardziej  bolesna.  Jego  plan  częściowo  się 

powiódł - dodała cicho. - Stałaś mi się bardzo bliska, kiedy poszukiwaliśmy tego magazynu. 

Carmela przez moment milczała. 

- Poważnie? 

- Poważnie. 

- Ale nadal nie rozumiem, dlaczego chciał mnie zabić. Nic mu nie zrobiłam. 

Kerry  widziała,  że  Carmela  nie  potrafi  zrozumieć  motywów  postępowania  Traska.  Nic 

dziwnego, ona sama ich nie pojmowała. 

-  Już  mówiłam,  on  chciał  cię  wykorzystać,  by  skrzywdzić  mnie.  Tak  naprawdę  to  ja  go 

interesuję, nie ty. 

- Mnie też skrzywdził. Musi być z niego cholernie popieprzony sukinsyn. - Zawahała się. -

Czy on jeszcze spróbuje? .. 

- Wątpię. Ale na wszelki wypadek przysłaliśmy człowieka do twojej ochrony. 

- Czubek. - Pokręciła głową z niesmakiem. - Często masz do czynienia z ludźmi takimi jak 

on? 

- Nie, z takimi nie. - Powiedziała Carmeli wystarczająco dużo i nie zamierzała zagłębiać się 

w szczegóły, które mogłyby ją wystraszyć. - Rozumiesz teraz, czemu martwię się o ciebie. Może 

nie jesteś tego świadoma, ale coś nas łączy. 

- Tak, osoba tego świra, który uwziął się na nas. - Carmela zacisnęła usta. - Pod warunkiem, 

że mówisz prawdę. 

Boże, twarda z niej sztuką. 

- Posłuchaj Carmelo, czasami musisz komuś zaufać. 

- Dlaczego? Znacznie bezpieczniej jest unikać ... 

- Przyprowadziłam go - oznajmiła młoda wolontariuszka, którą Sam praktycznie wciągnął do 

sali.  -  Dzieciaki  z  pediatrii  go  uwielbiają.  -  Uśmiechnęła  się,  przekazując  smycz  Kerry.  -  Nie 

przypuszczałam, że uda się przekonać siostrę przełożoną do wpuszczenia psa na oddział. 

- Skłoniłam ją, by zatelefonowała do szpitala w Atlancie i tam o niego spytała. - Poklepała 

background image

psa po łbie. - Byłam pewna, że kiedy Sam pokaże swoje wdzięki, nikt go już nie wyrzuci. 

- Jest fantastyczny. - Wolontariuszka z uśmiechem popatrzyła na zwierzę i ruszyła do drzwi. 

- I bardzo grzeczny, kiedy widzi dzieci. 

- To dlatego, że zna się na swoim fachu. Dziękuję, że go tu przyprowadziłaś. 

- Cała przyjemność po mojej stronie. - Machnęła ręką na pożegnanie i wyszła. 

-  Podejrzewam,  że  ta  przyjemność  nie  była  zbyt  wielka  -  mruknęła  Kerry,  zerkając  na 

Carmelę. - Ten pies nie jest specjalnie dobrze ułożony. 

Carmela nie mogła oderwać wzroku od zwierzęcia. 

- Jest... piękny. Dlaczego go tutaj przyprowadziłaś? 

-  Pomyślałam,  że  może  zechcesz  go  poznać.  I  dzieci  go  lubią.  -  Odpięła  smycz.  -  Masz 

ochotę go pogłaskać? Zawołaj go po imieniu.

- Sam? 

Sam rzucił się w stronę łóżka i oparł łapy na materacu. Kerry zachichotała. 

- Nie trzeba mu dwa razy powtarzać. 

Carmela niepewnie wyciągnęła rękę i pogłaskała psa po głowie. 

- Jest taki ... jedwabisty. 

- Miałaś psa? 

Pokręciła głową. 

- Mama uznała, że z psem za dużo kłopotu. 

Sam otarł łeb o jej dłoń, domagając się dalszych pieszczot. Carmela uśmiechnęła się. 

-  Lubi  to.  -  Spojrzała  na  Kerry.  -  Słyszałam  o  psach  strażackich.  Czy  Sam  też  pracuje  w 

straży pożarnej? 

Kerry pokiwała głową. 

- Jest sławny. 

Carmela zmarszczyła brwi. 

- Powiedziałaś tej ochotniczce, że zna się na swoim fachu, kiedy jest z dziećmi. A przecież 

ma inną pracę. 

- Prawdę mówiąc, znacznie lepiej nadaje się do pomocy dzieciom niż do walki z ogniem. -

Kerry mówiła szczerą prawdę. - Sam ma pewien niezwykły dar. Potrafi ofiarowywać miłość. 

- To chyba nic wielkiego. 

-  Przeciwnie,  to  największy  z  darów.  Bezwarunkowa  miłość.  Niewiele  istot  stać  na  takie 

background image

uczucie.  Sam  rozgrzewa  serca  i  odpędza  samotność.  Krótko  mówiąc,  to  prawdziwe  cudo.  -

Uśmiechnęła  się  tkliwie.  -  Jest  nieokrzesanym  łobuzem,  ale  przy  dzieciach  zawsze  staje  się 

najłagodniejszy na świecie. Chyba wyczuwa, ltiedy powinien o kogoś zadbać. 

- Nie wygląda ... - Zamilkła, kiedy Sam polizał jej dłoń. - Lubi mnie ... 

Kerry niemal widziała, jak kruszy się mur wokół Carmeli., Dzięki, Sam. 

-  Tak,  to  prawda.  Ale  nie  martw  się,  dopóki  zupełnie  nie  wydobrzejesz,  nie  wskoczy  do 

łóżka i nie zaliże cię na śmierć. 

- Niech wskakuje. - Przytuliła policzek do psiego łba. - Jest taki miękki. 

- Czy następnym razem mam go ze sobą przyprowadzić? 

Wyprostowała się po chwili zastanowienia, lecz jej ręka pozostała na łbie Sama. 

- Może. 

- Mogę jeszcze do ciebie zajrzeć? Wierzysz w to, co powiedziałam o Trasku? 

- To dziwna historia. 

- Ale prawdziwa. 

Carmela ponownie zamilkła. 

- Chyba raz go widziałam. 

Kerry znieruchomiała. 

- Co takiego? 

- W dniu pożaru. Jakiś gość mnie śledził. 

- Jak wyglądał? 

- Dość gruby, z rudawymi włosami. Czy to on? Dickens . 

- Nie, ale pewnie jego człowiek. 

- Ten wariat ma kogoś, kto dla niego pracuje? Co to za koleś? Mafioso? 

- Niezupełnie . 

-  Nie  powiesz  mi.  -  Wzruszyła  ramionami.  -  Wszystko  jedno  .  To  bez  znaczenia,  dopóki 

będziesz  go  trzymała  z  dala  ode  mnie  i  od  Rosy.  -  Zastanowiła  się.  -  Naprawdę  wyciągniesz 

stamtąd moją siostrę? 

-  Nie  okłamywałabym  cię.  Mój  przyjaciel  Silver  jest  teraz na  par¬kingu  i  rozmawia  przez

telefon. Usiłuje zaaranżować wszystko tak, by odebrać Rosę waszej matce. 

- Gdzie ją wsadzicie? Do pogotowia opiekuńczego? 

- Nie, znajdziemy dla niej bezpieczne miejsce. Bez obaw. 

background image

-  Ale  głupio  powiedziane.  -  Carmela  popatrzyła  z  niechęcią  na  Kerry,  lecz  nie  przestała 

głaskać Sama. - Jasne, że będę miała obawy. To moja siostra. Muszę o nią dbać. 

Kerry zachichotała. 

- Masz rację. Źle to ujęłam. Zamartwiaj się, ile dusza zapragnie, ale pozwól, że ja to sobie 

daruję. Wiem, że twojej siostrze nic nie grozi. - Jej uśmiech znikł. - Ty też wyjdziesz z tej sprawy 

cało, Carmelo. Wszystko się ułoży. Obiecuję. - Podeszła do łóżka i przypięła Samowi smycz. -

Pora na mnie, dam ci odpocząć. 

- Nie mam tu nic innego do roboty. - Carmela poklepała Sama na pożegnanie i cofnęła rękę. 

- Powiedzieli ci, kiedy wychodzę? 

- Za kilka dni. Masz jeszcze gorączkę. - Ruszyła do drzwi. - Mama się wreszcie odezwała? 

- Dzwoniła wczoraj wieczorem. - Buńczucznie podniosła brodę. 

- Jest tak, jak mówiłam, nie może wyrwać się z pracy. To nieprawda, że o mnie nie myśli. Po 

prostu ma ... problemy. 

- Wobec tego spróbujemy rozwiązać kilka z nich. - Kerry otworzyła drzwi. - Jutro wpadnę 

do ciebie z wizytą, Carmelo. 

- Nie musisz. 

-  Wiem.  -  Uśmiechnęła  się.  -  Ale  z  pewnością  chętnie  posłuchasz,  jakie  postępy 

poczyniliśmy w sprawie twojej siostry. 

- Naprawdę jej pomożecie? 

- Raz ci skłamałam. Więcej tego nie zrobię. 

-  Mam nadzieję.  -  Zacisnęła  ręce  na  prześcieradle.  -  Nie  znoszę  litości.  Mogłabym się  nią 

udławić. Jeśli jednak mi pomożesz w tej sprawie, będę ci bardzo wdzięczna. Obiecuję, że spłacę 

dług. 

Kerry widziała, że dziewczyna jest śmiertelnie poważna. Nie zamierzała jej obrazić odmową. 

- Trzymam cię za słowo. Do jutra, Carmelo. 

-  Czekaj.  -  Kiedy  Kerry  odwróciła  głowę,  Carmela  oznajmiła  speszona:  -  Możesz 

przyprowadzić psa. Chyba korzystnie wpływa na chore dzieci. 

- To prawda. - Z powagą skinęła głową. - Przyjdę z nim, skoro nie masz nic przeciwko temu. 

- Dobra robota, Sam - mruknęła, kiedy wyszli z sali. 

Pies  wywijał  ogonem  i  ciągnął  Kerry  korytarzem,  całkiem  zapominając  o  dobrych 

manierach.  Najważniejsze,  że  ofiarował  Carmeli  czułość  i  złagodził  jej  ból  w  sposób,  który 

background image

dziewczyna była w stanie przyjąć. 

Biedne  dziecko,  pomyślała  Kerry,  zatrzymawszy  się  przed  drzwiami  windy.  Nie  miała 

lekkiego  życia,  na  każdym  kroku  spotykały  ją  trudności.  Zdumiewające,  że  umiała  zachować 

względną równowagę wewnętrzną• 

Kiedy Kerry wysiadała z windy, zobaczyła, że Silver czeka w holu . - Co u niej? 

- Jest inteligentna, wrażliwa, nieufna. Sam bardzo mi pomógł. 

- Zastanawiałem się, czemu chciałaś go zabrać. 

- Sam świetnie sobie radzi z dziećmi. Ona go potrzebuje. Dowiedziała się, że nie jesteśmy z 

opieki społecznej. 

- Klops. Co jej powiedziałaś? 

- Prawdę. Uznałam, że jakoś ją zniesie. - Ruszyła korytarzem w stronę parkingu. - Lubię ją. 

Jest twarda, ale moim zdaniem ... Och, sarna nie wiem. Kogoś mi przypomina ... - Zmarszczyła 

brwi,  usiłując  sobie  przypomnieć,  kogo, lecz  nic  jej  nie  przychodziło do  głowy. -  Po  prostu  ją 

lubię• 

-  To  jasne.  -  Zrównał  z  nią  krok.  -  Muszę  ci  wierzyć  na  słowo.  Jestem  zbyt  wyczerpany 

próbami skłonienia jej do skoku z dachu, by silić się na bezstronność. 

- Była wystraszona. 

- A ty jej bronisz. 

- Ktoś musi. Matka się nią nie interesuje. - Zerknęła na Silvera. - Skoro już o matce mowa, 

są jakieś postępy w sprawie Rosy? 

Skinął głową. 

- Zadzwoniłem do Travisa i powiedziałem, żeby uruchomił znajomości w opiece społecznej 

w  Louisville.  Obiecał,  że  wyśle  pracownika,  który  wywrze  łagodną  presję  na  matkę  Carmeli  i 

spróbuje ją skłonić do przekazania Rosy pod ich kuratelę. 

- Łagodną presję? 

-  Może  niezupełnie  łagodną.  Raczej  zagrozi  jej  w  zawoalowany  sposób.  Powinna  się 

wystraszyć i wyrazić gotowość współpracy. - Co będzie z Rosą, kiedy opieka społeczna odbierze 

ją matce? 

-  Wówczas  dopilnujemy, żeby  trafiła  do  najlepszej  rodziny zastępczej  gdzie pozostanie do 

czasu opuszczenia szpitala przez Carmelę. 

- Kiedy będziemy wiedzieli coś konkretnego? 

background image

Wzruszył ramionami. 

- Dzisiaj wieczorem. Może jutro. Powiedziałem Travisowi, że sprawa jest pilna. 

-  To  dobrze.  Jutro  muszę  przekazać  Carmeli  dobre  wieści.  -  Zagoniła  Sama  na  tył 

samochodu  i  usiadła  na  miejscu  obok  kierowcy.  -  Rozmowa  o  Trasku  nie  należała  do 

przyjemnych, ale Carmela zachowywała się spokojnie. 

- Jest twarda, jak sama zauważyłaś. 

- I łatwo ją rozzłościć. Chciała ... - Kerry nagle wybuchnęła śmiechem. - Wiesz co, właśnie 

sobie uprzytomniłam, kogo mi przypomina. 

- Kogo? 

- Ciebie. 

Rzucił na nią okiem, przekręcając kluczyk w stacyjce. 

- Słucham? 

- Jest porywcza, drażliwa i nikogo do siebie nie dopuszcza. 

Uśmiechnął się bez przekonania. 

-  Bez  sprzeciwu  przyjmuję  to  do  wiadomości,  bo  sama  przyznałaś  że  ją  lubisz.  Powinnaś 

jednak  zastanowić  się  nad  swoimi  odruchami  Najwyraźniej  masz  słabość  do  trudnych  ludzi, 

takich jak ona i ja. 

Jej  uśmiech  znikł.  Nie  chciała  zastanawiać  się  nad  swoją  sympatią  do  Silvera.  Ta  słabość 

była jeszcze bardziej niebezpieczna niż seksualna satysfakcja, której z nim doznała. Pospiesznie 

wyjrzała przez okno

- Myślisz, że ktoś nas śledził? 

- Jeśli tak, to z pewnością specjalista. - Zatrzymał się przy budce parkingowego i podał mu 

bilet oraz pieniądze. - Dzwoniłem Ledbruka. Jego agent nie uważa, byśmy byli pod obserwacją. 

Ściągnęła brwi. 

- Czyżbym się myliła? Sądziłam, że można spokojnie założyć, że...

- Można było spokojnie założyć. Niewykluczone, że Trask jeszcze się nie pozbierał. Istnieje 

spore prawdopodobieństwo, że Dickens wkrótce się pojawi. 

Silver  zapewne  miał  rację.  Czego  się  spodziewała?  Trudno  było  oczekiwać,  że  już 

pierwszego  dnia  złapią  Dickensa.  Chociaż  usiłowała  to  sobie  wmówić,  i  tak  czuła  niepokój. 

Trask  nie  będzie  tracił  czasu,  kiedy  się  dowie,  że  nie  zabił  Carmeli.  Zrobi  wszystko,  żeby 

pokazać Kerry, jak niewiele osiągnęła. 

background image

A jeśli nie każe jej śledzić? Co zrobi? 

-  Przestań  się  gryźć  -  mruknął  Silver.  -  Już  dawno  temu  przekonałem  się,  że  jeśli  nie 

wiadomo, co zrobić w jakiejś sprawie, najlepiej się odprężyć i zebrać siły. 

- Takie wymądrzanie się musi być przyjemne. Nie jestem parapsychicznym supermanem jak 

ty. Kiepsko sobie z tym radzę i brakuje mi twojego doświadczenia. Nie umiem się odprężyć. 

Gwizdnął cicho, słysząc jej gorzkie słowa. 

-  Wybacz,  nie  chciałem  się  mądrzyć.  Przez  cały  czas  stajesz  się  coraz  silniejsza  i  lepsza. 

Potrafisz  mnie  zablokować,  a  ostatnim  razem  czułem  wyraźne  pchnięcie,  kiedy  spróbowałaś 

mnie pocieszyć. 

- Pchnięcie? To mi niewiele pomoże w starciu z Traskiem. 

- Powiedziałem ci, że nie potrafię ocenić, jak silne  będzie to pchnięcie  w wypadku innych 

ludzi. 

- Dzięki, teraz odzyskałam całą pewność siebie. 

-  Spokojnie.  Nie  potrafię  wyposażyć  cię  w  pewność  siebie,  ale  wiesz,  że  będę  nad  tobą 

pracował do czasu, kiedy ... 

-  Wiem,  wiem.  -  Zacisnęła  usta.  -  Chryste,  mam  tego  dość.  Nigdy  nie  chciałam  uczyć  się 

niczego w tym rodzaju. Kiedy dopadniemy Traska, zabiorę Sama i wrócę do tego, co mi najlepiej 

wychodzi. Usunę z pamięci te tygodnie i nigdy już o nich nie pomyślę. 

Zamilkł na moment.

- Ani o mnie? 

-  Co  mam powiedzieć?  Jedno  łączy się  z  drugim.  Nie  mów,  że też  nie  chciałbyś  się  mnie 

pozbyć. 

- Nawet mi to  przez  myśl  nie przeszło. -  Odwrócił  wzrok. -  Mówię  tylko,  że to  może  być 

trudne. 

Wiedziała, że ma rację, ale przenigdy by się do tego nie przyznała. Bez względu na to, na jak 

trudne  zadanie  się  porywała,  zamierzała  zerwać  łączącą  ją  z  Silverem  więź.  Oparła  głowę  o 

zagłówek i zamknęła oczy. 

- Nieprawda. Po tym, co przeszłam, to będzie drobiazg. 

- Nie bądź taka pewna siebie - mruknął z kamienną twarzą. 

- Zobaczymy ... 

background image

- Niewykluczone, że wpadłem na trop naszej tajemniczej Helen - oświadczył George, kiedy 

weszli do holu. - Rozmawiałem z paroma przyjaciółmi z FBI. Nie chcieli mi nic powiedzieć, ale 

dyskretnie wskazali miejsce, gdzie powinienem szukać informacji. 

- Gdzie? - spytał Silver. 

- W CIA. - Uśmiechnął się. - Tak więc próbuję dotrzeć do kilku moich tamtejszych źródeł. 

- Dobry Boże, masz tyle wtyczek, ile dziennikarz Fox News - westchnęła Kerry. - Nawet nie 

będę pytała, jak zwerbowałeś swoich informatorów. Kiedy będziesz coś wiedział? 

-  Wkrótce.  Może  nawet  dzisiaj  wieczorem  albo  jutro.  Podejrzewam,  że  znalazłem  osobę 

dysponującą odpowiednimi informacjami. - Daj mi znać, kiedy będziesz wiedział coś pewnego. -

Ruszyła na schody. - Dobre wieści są mile widziane. 

Z  całą  pewnością,  pomyślał  Silver,  patrząc,  jak  Kerry  wchodzi  na  szczyt  schodów.  Była 

wystraszona  i  zafrasowana,  pragnęła  tylko  położyć  się  do  łóżka  i  ukryć  się  pod  kołdrą  przed 

całym światem. 

Także przed nim, cholera jasna. 

-  Zgrzytasz  zębami  -  zauważył  George.  -  Czy  mogę  ci  przypomnieć,  że  zdaniem  twojego 

dentysty może to spowodować problemy stomatologiczne? 

- Nie, nie możesz. - Silver odwrócił się na pięcie. - Zamknij się, George. 

George gwizdnął cicho. 

- Nieładnie. - Ruszył do biblioteki. - Gdzie będziesz, jeśli nastąpi nieoczekiwany przełom w 

sprawie Helen? 

- Idę na spacer. - Gwałtownie otworzył drzwi wejściowe. - Bardzo długi spacer. 

-  Wyśmienity pomysł.  Ruch  zawsze pomaga  w  rozładowaniu  emocji.  Miejmy  nadzieję,  że 

powrócisz uspo ... 

Drzwi zatrzasnęły się za Silverem, zanim George skończył zdanie. 

Ogień. 

Musiała sprowadzić pomoc dla mamy. 

Pośliznęła się na oblodzonych stopniach i upadła na chodnik.. Pod latarnią po drugiej stronie 

ulicy stał mężczyzna. Podźwignęła 

się i pobiegła do niego. 

background image

- Pomocy! Pożar. Mama ... 

Odwrócił się i mszył przed siebie. Z pewnością nie dosłyszał. Pobiegła za nim. 

- Proszę, mama powiedziała, że muszę ... - Spojrzał na nią. Tego twarz była ledwie widoczna 

w świetle migoczących płomieni. 

Kerry krzyknęła rozpaczliwie. 

-  Ciii,  bądź  cicho.  Nic  nie  możesz  zrobić.  -  Podniósł  rękę,  w  której  dostrzegła  jakiś 

błyszczący przedmiot. Pistolet? Zaczął przysuwać pistolet do ... 

Ciemność. Tak, ciemność ... 

- Przestań! - Ktoś wyszarpnął ją z tej przytulnej ciemności. - Nie umkniesz przed tym, Kerry. 

Teraz nie pogrążysz się w mroku. Spójrz na niego, do jasnej cholery. 

Silver! 

Uświadomiła sobie zdezorientowana, że to głos Silvera. Stał koło niej, w świetle latarni. 

Ale to nie mógł być Silver, on tutaj nie pasował. 

Niemniej  to  był  on.  Wszystko  wokół  zamarło.  Płonący  budynek,  latarnia,  mężczyzna  z 

uniesioną dłonią. 

- Spójrz na niego - powtórzył Silver. - Patrz na jego twarz. Wpadła w panikę. 

- Nie, nic nie widzę. Jest za ciemno. 

- Popatrz na niego. 

- Zamknij się i wynoś stąd. 

-  Jeszcze  czego.  Zostanę,  aż  przestaniesz  robić  z  siebie  męczennicę  i  popatrzysz  na  tego 

sukinsyna. 

- Wykluczone. - Mocno zacisnęła oczy. - Odejdź. 

- Czego się boisz? 

- Zrobi mi krzywdę. 

- Nie dlatego jesteś przestraszona. Mów. 

- Odejdź. 

- Popatrz na niego! 

Poczula, że otwiera oczy i patrzy na ukrytą w cieniu twarz. 

- Nie! Nie zrobię tego. Wykluczone. - W panice wyrwała się i ponownie zacisnęła powieki. -

Odejdź. Daj mi spokój.

- Cholera, przestań mnie odpychać. Próbuję tylko ... 

background image

- Nie! 

Ocknęła się i ujrzała pochylonego Silvera. 

- Niech cię cholera. - Odepchnęła go i usiadła na łóżku. - Co ty sobie myślisz, do ciężkiej 

cholery? Kto ci pozwolił robić coś takiego? 

-  Nie  muszę  nic  myśleć,  wiem,  że  cię  potwornie  przeraziłem.  -  Opuścił  nogi  na  podłogę  i 

wstał. - Chodź, weźmiesz prysznic. 

Cała jesteś zlana zimnym potem. 

To prawda. Przeszywały ją tak silne dreszcze, że ledwie mogła mówić. 

- Rozumiem, że nie masz z tym nic wspólnego. Te koszmary są tak paskudne, że nie musisz 

się jeszcze do nich dokładać. 

-  Wobec  tego  pozbądź  się  ich.  -  Wyciągnął  ją  z  łóżka  i  otulił  prześcieradłem.  -  Prysznic. 

Później mnie nawyzywasz. 

- Chcę teraz. - Pomimo tej deklaracji prawie nie protestowała gdy prowadził ją do łazienki. 

Zabrakło jej sił na kłótnię. - Nie masz prawa ... 

-  Cii.  -  Wepchnął  ją  pod  ciepłe  strumienie  wody  i  zaraz  potem  wszedł  za  nią.  -  Masz 

absolutną  rację.  Wdarłem  się  do  twoich  myśli  naruszyłem  twoją  prywatność.  Złamałem  nawet 

własne zasady. - Skrzywił się, podając jej gąbkę. - Tak to jest. Najwyraźniej stale Je naginam. 

- Nie powinieneś był. .. - Zamilkła, gdy zaczął masować jej kark. Boże, jakie to przyjemne ... 

Czuła jak uchodzi z niej napięcie. - Ani myślę ci wybaczać. Jak mam zaufać ... 

- Ciil później się nad tym zastanowisz. 

Tak,  dobry  pomysł.  Ciepło  wody  spłukiwało  chłód,  a  dotyk  Silvera  osłabiał  napięcie. 

Zamknęła oczy i poddała się relaksowi. 

- Dobrze. - Po kilku minutach wyprowadził ją spod prysznica i opatulił ręcznikiem. - Teraz 

pójdziesz do łóżka i tam uwolnisz tłumione uczucia. 

Uświadomiła sobie,  że  wcale tego nie chce. Każdy jej atak prowadziłby  do  konfrontacji,  a 

bała się że Silver. .. 

- Żebyś wiedziała że to zrobię. - Okrył ją kocem i położył do łóżka, a następnie wśliznął się 

obok niej. - Miałaś dość wrażeń na jeden wieczór. Dam ci spokój . 

- Nie oczekuj podziękowań. Nadal mnie szpiegujesz? Wynocha. 

- Już  się  wyniosłem.  Widzisz  po  prostu  nie  potrafię  powstrzymać  się  od  wychwytywania 

background image

pojedynczych myśli, kiedy wykrzykujesz mi je prosto do głowy. - Objął ją i mocno przytulił się 

do jej pleców. - Idź spać. Na tę noc wystarczy marzeń sennych. - Musnął ustami jej skroń. - Jeśli 

znajdziesz się zbyt blisko jakiegoś snu, natychmiast cię od niego odsunę. 

- Albo wskoczysz nie tam, gdzie twoje miejsce. 

- Wskoczę tam, gdzie trzeba. 

- Akurat. - Zamilkła na chwilę, zanim spytała: - Dlaczego to zrobiłeś, Silver? 

- Cierpiałaś. Nie mogłem tego znieść . 

- To mój ból, moje wspomnienia. Mam prawo samodzielnie stawić im czoło. 

- Nie zmagasz się z nimi. Ukrywasz się, a dopóki to nie ulegnie zmianie, nie pozbędziesz się 

koszmarów. 

- Usiłowałeś zmusić mnie do opuszczenia kryjówki? 

- Wiedziałabyś, gdybym cię zmuszał. Po prostu lekko cię popychałem. 

-  Ciągle  powtarzałeś,  żebym  popatrzyła  mu  w  twarz.  To  niedorzeczne.  Było  ciemno  choć 

oko wykol. 

- Czyżby? Stał pod latarnią. 

- Nie, przecież zaczął uciekać. Pobiegłam za nim, był w cieniu. 

- Zatem nie masz bladego pojęcia, kto to. 

- Tak, to prawda. - Zesztywniała. - Dlaczego mi nie wierzysz? 

- Bo sama sobie nie ufasz. 

- Przeciwnie, głęboko wierzę w to, co widzę we śnie. 

- Spokojnie, w tej chwili nie wywieram żadnego nacisku. - Przysunął ją bliżej. - Śpij. 

- Nie mogę spać. Jak mam zasnąć, kiedy ciągle mnie rozbudzasz? Trzymaj się z daleka od ... 

- Nie mogę. - Mówił cichym głosem. - Nie zrobię tego. 

- Dlaczego? 

- Bo jeśli postanowisz ode mnie odejść, zabierzesz coś ze sobą. Coś, co mogę ci ofiarować. 

Coś, czego nikt inny nie będzie mógł ci dać. 

Milczała. 

- A zatem robisz to po to, bym miała od ciebie ... prezent? 

-  Można  tak  powiedzieć.  Albo  inaczej:  moje  ego  nie  wyraża  zgody  na  to,  byś  o  mnie 

zapomniała. W ten sposób zapewniam sobie nieśmiertelność w twoich oczach. Tak czy owak, coś 

się popsuło i zamierzam to naprawić. 

background image

- Nawet jeśli tego nie chcę? 

-  Zatem  walcz.  Tym  razem  skutecznie  mnie  wypchnęłaś.  Z  każdą  chwilą  jesteś  silniejsza. 

Może potrafisz definitywnie mnie usunąć. 

-  Zrobię  to.  -  Zamknęła  oczy.  -  Masz  rację:  przeszkadzasz  mi, więc  cię  odeślę.  -  Dziwnie 

było  myśleć  o  odrzuceniu  Silvera,  kiedy  leżał  tak  blisko  niej.  Przy  nim  zawsze  czuła  się 

cudownie. Boże, będzie jej tego brakowało, kiedy każde pójdzie własną drogą. - A teraz byłabym 

zobowiązana, gdybyś zamilkł. Chcę odpocząć. 

- Będę cicho jak mysz pod miotłą. 

- Nie lubię myszy. Wszędzie biegają i rozrabiają. 

- Ja nie rozrabiam i nie biegam. Kroczę dostojnie jak lew. 

Ziewnęła. 

- Za dużo porównań. 

- Zgoda. Wobec tego po prostu się zamknę. 

-  Właśnie  o  to  poprosiłam  na  samym  początku.  -  Spróbowała  się  odprężyć.  Odgrodzić  od 

siebie świat. Odizolować się od snu. Od Silvera. Nie, od niego nie mogła się oderwać. Teraz był 

z nią na stałe, ale to nie szkodzi, bo stanowił jej część, niegroźną i znajomą ... 

Przysypiała, kiedy Silver szepnął jej do ucha: 

- Kerry, co widziałaś? 

Nie miała pojęcia, o czym on mówił. 

- Co widziałaś, kiedy na niego popatrzyłaś? Powiedz. 

- Nie mogę ... 

- Tak, możesz. Powiedz i idź spać. Sięgnij głęboko. Co widziałaś? 

Sięgnij głęboko ... 

Ciemność. Wysoka sylwetka na tle ognia, cień na jej twarzy. 

- Niebieskie oczy - szepnęła. - Niebieskie oczy ... 

14 

Dickens  zacisnął  dłonie  na  kierownicy,  kiedy  trafił  na  krawędź  koleiny  i  niemal  wpadł  w 

poślizg. 

-  Jasna  cholera!  -  wrzasnął  i  przez  dłuższą  chwilę  klął  na  czym  świat  stoi.  Pomyślał,  że 

background image

będzie miał szczęście, jeśli wróci do miasta, nie złapawszy gumy. Tylko tego by mu brakowało. 

Musiałby samodzielnie zmienić koło, bo Trask zabronił mu zwracać na siebie uwagę. Tak jakby 

sam na to nie wpadł. Trask wszystkich poza sobą uważał za idiotów i tak ich traktował. 

Jeszcze kilka kilometrów, a będzie mógł skręcić i stąd wyjechać, sprawdzić, co trzeba, i zdać 

Traskowi telefonicznie sprawozdanie. Miał nadzieję, że wreszcie powie draniowi to, na co ten tak 

czekał. Była to ósma przejażdżka Dickensa; miał już powyżej uszu tej roboty. 

Minął zakręt i ujrzał to, czego szukał. Gwizdnął cicho. 

Zaparkował samochód na poboczu i rzucił okiem na zdjęcie, które położył na fotelu obok. 

Może. Kto wie ... 

Niebieskie oczy. 

Była to pierwsza myśl, która przyszła Kerry do głowy, gdy obudziła się następnego ranka. W 

jednej chwili drzemała, w następnej jej umysł intensywnie pracował, a serce waliło jak młotem. 

Usiadła na łóżku. Co jest, do cholery? 

I gdzie zniknął Silver? 

Spuściła  nogi  na  podłogę  i  wyskoczyła  z  pościeli.  Pięć  minut  później  ubrana  zbiegała  po 

schodach. 

- Dzień dobry - przywitał ją George, wchodząc do domu. - Wyglądasz na zaniepokojoną. 

- Można tak to ująć. Gdzie Silver? 

-  Tuż  za  mną.  Patrolowaliśmy  okolicę.  Chciał  się  upewnić,  czy  ochrona  nie  przeoczyła 

śladów intruzów. Podejrzliwy człowiek z tego naszego Brada. 

- Twojego Brada. Chwilowo nie roszczę sobie do niego żadnych praw. 

Uniósł brwi. 

- Doprawdy? Może zatem miał powód, by na pewien czas zniknąć z domu. - Odwrócił się, 

gdy  Silver  minął  próg.  -  Wypadłeś  z  łask  -  oznajmił  i  ruszył  do  biblioteki.  -  Idę  sobie.  Lada 

moment powinienem otrzymać telefon z CIA w sprawie tożsamości naszej tajemniczej Helen. Z 

tego  względu  muszę  być  dyspozycyjny.  -  Zerknął  przez  ramię  na  Kerry.  -  Tylko  nie  rób  mu 

krzywdy. Jeszcze nie odbyliśmy rewanżowego pojedynku. 

- Za długo z tym zwlekał - oznajmiła Kerry ponuro, kiedy George zamknął za sobą drzwi. -

Teraz będzie musiał ustawić się w kolejce. Co mi zrobiłeś? 

- Sądziłem, że tę kwestię przedyskutowaliśmy wczoraj wieczorem. 

background image

-  Nie  wciskaj  mi  kitu.  Chodzi  o  to,  co  nawyprawiałeś  tuż  przed  moim  zaśnięciem. 

Zafundowałeś mi jakąś posthipnotyczną sugestię, żeby udrożnić moją pamięć? 

Przez chwilę milczał. 

- Może. 

- To nie zbieg okoliczności, że miałam taki sen. 

Wzruszył ramionami. 

- Na tym świecie niewiele jest faktycznych zbiegów okoliczności. 

Aż do tej chwili nie rozumiała, jak bardzo pragnie się mylić. 

- Niech cię diabli.  Wystarczy, że zacząłeś wtykać nos w nie swoje sprawy. Manipulowałeś 

mną. Powiedziałeś, że tego nie zrobisz. Obiecałeś mi to. Dlaczego złamałeś słowo? 

-  Musiałem.  Broniłaś  się  przede  mną  rękami  i  nogami.  Musiałem  cię  dopaść,  kiedy  byłaś 

odprężona i bezbronna. 

- Nie dotarło do ciebie, że w ten sposób zawiodłeś moje zaufanie? 

-  Dotarło.  Uznałem,  że  skórka  jest  warta  wyprawki.  Ten  człowiek  to  potwór,  który 

prześladował cię od zawsze. Musisz stawić mu czoło, a nie uciekać przed nim. 

- Do takiego wniosku doszedłeś? 

- Tak. 

- Jesteś bezczelnym sukinsynem. 

- Ponad wszelką wątpliwość. Nigdy nie kryłem, że jestem samolubnym draniem i zapewne 

naraziłem ci się z egoistycznych pobudek. Po prostu nie mogłem znieść tego, jak się męczysz -

dodał szczerze. - Za każdym razem, kiedy docierałem do tej części ciebie, czułem ... ból. Kerry, 

to się musiało skończyć. 

- I co dzięki temu zyskałeś? 

- Gdybyś pohamowała gniew, być może sama byś się domyśliła. 

- Nie mam pojęcia, o czym mówisz. 

- Niebieskie oczy - powiedział cicho. - On miał niebieskie oczy. Kerry, dlaczego nie chcesz 

o tym pamiętać? 

- Może po prostu zapomniałam. Może przekazałeś mi tę myśl, kiedy byłeś ... 

-  Sama  w  to  nie  wierzysz  -  przerwał  jej  w  pół  słowa.  -  Przestań  wygadywać  głupstwa  i 

powiedz, czemu usunęłaś z pamięci człowieka, który zabił twoją matkę.  . 

-  Wcale  nie  usunęłam.  Zapadłam  w  śpiączkę,  a  gdy  odzyskałam  świadomość,  nic  nie 

background image

pamiętałam. 

- Wczoraj wieczorem sobie przypomniałaś. Miał niebieskie oczy. Gdybym jeszcze bardziej 

zagłębił się w twoje myśli, pewnie potrafiłabyś go opisać. 

- Nie! 

- Moim zdaniem warto spróbować. 

- Mylisz się. - Zacisnęła pięści. - To bzdura. 

- Dlaczego widok jego twarzy tak bardzo tobą wstrząsnął? 

- Przestraszyłam się. 

- To prawda. - Zamilkł. - Która ze znanych ci osób ma niebieskie oczy? 

- Kretyńskie pytanie. Znam dziesiątki osób o niebieskich oczach. 

-  Odwróciła  się  i  gwałtownie  otworzyła  drzwi.  -  Nie  zamierzam  dłużej  tego  wysłuchiwać. 

Nie chcę cię widzieć. 

-  Dobrze  -  odparł  cicho,  schodząc  za  nią  po  schodach.  -  Musisz  przemyśleć  wszystko  w 

samotności. Daj mi znać, jeśli będziesz mnie potrzebowała. 

- Mam dosyć twojej pomocy. - Pomaszerowała podjazdem ku drzewom przy bramie. - I nie 

mam zamiaru niczego przemyśleć. Po prostu trzymaj się ode mnie z daleka. 

-  Czy  tego  chcesz,  czy  nie  chcesz,  i  tak  nie  jesteś  jedną  z  tych,  które  chowają  głowę  w 

piasek. - Usiadł na schodach. - Wbrew własnej woli zaczniesz zadawać sobie pytania. Nie będzie 

łatwo, ale zdobędziesz się na odwagę, by na nie odpowiedzieć. Kiedy przestaniesz uciekać, wróć. 

Wtedy porozmawiamy. 

- Nie chcę rozmawiać. -  W chodząc między drzewa, czuła na plecach jego wzrok. Cholera 

jasna, przecież wcale nie uciekała. Ogarnęła ją złość i chciała być sama. To naturalna reakcja na 

zdradę  człowieka  pozornie  godnego  zaufania.  Poza  tym  wcale  nie  chowała  głowy  w  piasek. 

Może  Silver  potrafił  wywoływać  wspomnienia,  których  policja  i  psychoanalitycy  nigdy  nie 

potrafili odgrzebać. To nie oznaczało, że celowo je ukrywała przed ... 

Niebieskie oczy . 

Pospiesznie odpędziła tę myśl. Nie chciała się nad nią zastanawiać. Nie interesowało jej nic, 

co powiedział Silver. Był w błędzie. Nie istniało nic takiego jak ... 

Ucieczka. 

Jeśli  spanikowała  do  tego  stopnia,  że  nie  potrafiła  rozważyć  jego  słów,  to  być  może  miał 

rację. 

background image

Boże, nie chciała, by mówił prawdę. Wolała, żeby się mylił. Mogła zignorować jego słowa. 

Mogła go zignorować. 

Nie, nieprawda. To nie byłoby uczciwe, a ona zawsze usiłowała postępować uczciwie. 

A może okłamywała samą siebie? 

Przystanęła w  cieniu  jednego  z wielkich  dębów.  Przyszła  jej do  głowy  pewna  myśl.  Może 

była uczciwa jedynie pozornie. Może brakowało jej siły woli, by zajrzeć głębiej. 

Ale Silver zapewniał, że nie brak jej odwagi, a znał ją lepiej niż ktokolwiek inny. 

Przycisnęła policzek do szorstkiej kory drzewa i przymknęła powieki. Niebieskie oczy ... 

Słońce  zachodziło,  kiedy  Kerry  wróciła  do  domu.  Silver  nadal  siedział  na  najwyższym 

stopniu schodów, tam gdzie go zostawiła kilka godzin wcześniej. 

Zjeżyła się. Liczyła na jeszcze trochę czasu, nim będzie musiała stawić mu czoło. 

- Nie masz nic lepszego do roboty? Musisz tu tkwić przez cały dzień? 

-  Nie,  nie  mam  nic  lepszego  do  roboty.  -  Uśmiechnął  się.  -  Właściwie  mam  kilka 

niecierpiących  zwłoki  spraw  do  załatwienia,  ale  uznałem,  że  jesteś  ważniejsza.  Kiedy  robi  się 

gorąco, trzeba być na miejscu i pilnować, żeby obiekt wytrzymał napięcie. 

- Nie jestem żadnym obiektem.

 Jego uśmiech znikł. 

-  Wybacz.  To  głupi  żart.  Wiesz  przecież,  że  nie  traktuję  cię  bezosobowo.  Nasza  więź  jest 

zdecydowanie osobista.

Mówił prawdę. Do tego stopnia osobista, że niekiedy nie potrafiła znieść tej bliskości. 

-  A  ja  nie  chciałam  się  załamać  dlatego,  że  zachowałeś  się  jak  dupek  i  nie  dotrzymałeś 

obietnicy. - Usiadła na schodku, obok Silvera. - Ale nigdy ci nie wybaczę, że tak postąpiłeś. 

Odwrócił wzrok. 

- Brałem pod uwagę taką ewentualność. 

-  To  jasne.  Niemniej  nie  potrafiłeś  się  opanować  i  zanurkowałeś,  żeby  dla  własnego 

komfortu naprawić sytuację. 

- Tak właśnie postępuję. - Na chwilę zamilld. - Skoro nie plujesz na mnie ogniem i siarką, 

zapewne zaczęłaś myśleć. 

- Jestem zbyt zmęczona, żeby teraz się złościć. Na to przyjdzie czas później. 

- Penetracja duszy bywa wyczerpująca. 

background image

- Daruj sobie te pretensjonalne teksty. Wcale nie penetrowałam duszy. Moja dusza jest cała i

zdrowa. - Zastanowiła się. - Może jednak miałeś rację. Chyba faktycznie uciekam przed tym, co 

się zdarzyło tamtej nocy. 

Skierował na nią wzrok. 

- Hip, hip, hurra - mruknął. - Przełom. 

-  Powiedziałam:  chyba.  -  Oblizała  wargi.  -  Nie  przychodzi  mi  do  głowy  żadne  inne 

wytłumaczenie faktu, że nie... Skoro to tkwiło w mojej pamięci, dlaczego nie ujawniło się przez 

tyle lat? 

- Sama sobie odpowiedz na pytanie. 

Zacisnęła dłonie. 

- Niebieskie oczy. 

Milczał. 

- Cholera, nie siedź jak wszechwiedzący sfinks. 

- Co  mam  powiedzieć?  Chcesz,  żebym  ponownie  zadał  to  pytanie?  Dobrze.  Która  ze 

znanych ci osób ma niebieskie oczy? 

- Już  mówiłam  ...  - Odetchnęła  głęboko.  - Cała  moja  rodzina  ma niebieskie  oczy. Ja  mam 

niebieskie  oczy.  Moja  ciotka  Marguerite  miała  niebieskie  oczy.  Mój  brat  Jason  ma  niebieskie 

oczy. 

-I? 

Przez chwilę nie mogła wykrztusić słowa. 

- Mój ojciec ma niebieskie oczy - warknęła. - Proszę bardzo. Jesteś zadowolony? 

- A ty? 

- Przestań się zgrywać na psychoanalityka. Nie odpowiadaj pytaniem na pytanie. - Zacisnęła 

usta. Musiała to z siebie wyrzucić. Jak najszybciej. - Moi rodzice się rozwodzili. Pamiętam ... to 

było  wstrętne.  Okropnie  się  kłócili.  O  wszystko.  O  mnie,  o  Jasona,  o  dom,  w  którym 

mieszkaliśmy. Należał do rodziny ojca, ale moja matka chciała go zatrzymać. Kiedy ojciec zabrał 

Jasona na wycieczkę do Kanady, byłam niemal zadowolona z jego wyjazdu. 

- To naturalna reakcja. 

-  Miałam  poczucie  winy.  -  Dziwne,  że  pamiętała  dzień,  w  którym  ojciec  opuścił  dom.  W 

końcu prawie wszystko już wyparła ze swej świadomości. Cały czas miała przed oczami obraz 

Jasona i ojca, wsiadających do żółtej taksówki pod domem. Poczuła olbrzymią ulgę. - Ale było 

background image

mi  przykro,  że  zabrał  Jasona,  nie  mnie.  Pomyślałam,  że  już  mnie  nie  kocha.  Z  pewnością  nie 

kochał mojej matki. Dlaczego miałby darzyć uczuciem mnie? 

- Dziecko to co innego. 

-  Zabrał  Jasona.  Nigdy  mnie  nie  spytał,  czy  chcę  pojechać.  Kiedy  ojciec  i  mama  skal  zali 

sobie do oczu, zawsze chodziło o Jasona. Mama mówiła, że rodzeństwa nie wolno rozdzielać, ale 

ojciec  chciał  syna.  -  Coraz  mniej  podobają  mi  się  twoi  rodzice.  Nie  powinnaś  być  świadkiem 

żadnej z tych awantur. 

Wzruszyła ramionami. 

- Kiedy ludzie pałają do siebie nienawiścią, jej część zawsze się rozprzestrzenia i pochłania 

wszystkich, którzy są w pobliżu.

- Jak ogień. 

Popatrzyła mu w oczy. 

- Jak tamten ogień. 

- Uważasz, że ojciec podłożył ogień, który zabił twoją matkę. 

- Sama nie wiem. Przez całe popołudnie próbowałam przebić się przez niechęć i sprzeczne 

uczucia, które do niego żywię. Nienawidził 

mamy. Nie kochał mnie. Nie chciał, żeby zatrzymała dom. Więc co się stało? Dom spłonął. 

Mama zginęła. Ja na dwa lata trafiłam do szpitala. - Byłaś świadkiem. Mógł znaleźć sposobność, 

żeby cię zabić, kiedy leżałaś zupełnie bezbronna. 

-  To  by  się  wiązało  z  ryzykiem.  Kto  wie?  Byłam  w  śpiączce.  W  każdej  chwili  mogłam 

umrzeć. Kiedy odzyskałam świadomość, nic nie pamiętałam, więc nie byłam groźna. Nie musiał 

mnie mordować . - Więc jednak uważasz, że to on podłożył ogień? 

-  Z  pewnością  przyszło  mi  to  do  głowy.  Nie  chciałam  uwierzyć,  że  był  mordercą.  W 

przeciwnym razie nie blokowałabym tego wspomnienia. 

- Mężczyzna o niebieskich oczach. Marny dowód. Co jeszcze pamiętasz? 

Pokręciła przecząco głową. 

- Nic. To wspomnienie wyciągnąłeś ze mnie przemocą. 

- Przeciwstawiałaś mi się. Nie pozwoliłaś mi sięgnąć głębiej. 

- Widziałam jego oczy. Resztę twarzy skrywał cień. 

- To jedynie twoje pierwsze wrażenie. Wydało ci się, że go rozpoznajesz, i doznałaś szoku. 

Mogę pomóc ci odtworzyć w pamięci jego inne cechy. 

background image

- Było zbyt ciemno - oznajmiła pospiesznie. 

- Nie na tyle, byś nie rozpoznała koloru jego oczu. 

- Z pewnością odbijał się w nich ogień. 

-  Albo  wszystko  rozegrało  się  w  ułamku  sekundy,  przez  co  zapamiętałaś  tylko  pierwsze 

wrażenie. Gdybym zatrzymał tamtą chwilę, zyskałabyś czas na obejrzenie tego człowieka. 

- Teraz zatrzymujesz czas? Oszołomiłeś mnie. Mój Boże, co będzie następne? 

-Nigdy nie wiadomo. Jestem człowiekiem o nieograniczonych możliwościach.-Popatrzył jej 

w oczy.-Przestraszyłaś się, co? 

- Wcale nie ... - Zamilkła. - Może. To wszystko jest zbyt świeże. Nigdy nie uświadamiałam 

sobie, że podejrzewam ojca o popełnienie morderstwa. 

- Skoncentrujmy się na słowie "podejrzewam". Nie chcesz znać prawdy? 

Sama nie wiedziała. Za każdym razem, gdy o tym myślała, czuła narastającą panikę• 

- To ... trudne. Mogłam popełnić omyłkę. Ten człowiek mógł być kimś całkiem mi obcym. 

- A ty nie chcesz,  żeby  się okazało, iż chodzi  o  twojego ojca.  Każdy człowiek  ma pewien 

instynkt, który każe nam wierzyć w dobroć rodziców. Zauważyłaś go u Carmeli. Pewnie dlatego 

przez tyle lat odrzucałaś fakty. 

- Wszystko sobie wytłumaczyłeś. To nie takie proste. 

- Nigdy nie twierdziłem,  że to  proste.  - Zamilkł.  - Jeszcze  nie jesteś  gotowa,  prawda?  Nie 

chcesz, żebym ci pomógł.

- Mam już dość twojej pomocy. 

-  Nieprawda.  Ale  nie  szkodzi.  Potrzebujesz  czasu,  żeby  ochłonąć  i  pogodzić  się  z  myślą, 

której dłużej nie możesz skrywać. 

- Cieszę się, że twoim zdaniem to nie szkodzi - mruknęła sarkastycznie i wstała. - Fatalnie 

bym się czuła bez twojej aprobaty. A teraz wybacz, ale idę poszukać George a. Może dowiedział 

się czegoś o przyjaciółce Traska. 

Skinął głową. 

- Zrób to. - Wstał. - Ponieważ z pewnością chcesz, bym przez pewien czas nie wchodził ci w 

paradę,  zajmę  się  kilkoma  niecierpiącymi  zwłoki  sprawami,  o  których  wspomniałem  już 

wcześniej. 

- Mianowicie? 

Uśmiechnął się. 

background image

- Dzwonił Travis. Za dwie godziny przylatuje Rosa. 

- Opieka społeczna z Louisville ją wypuściła? 

-  Dziewczynkę  przekazano  pod  kuratelę  Ledbruka.  Pominięcie  biurokracji  związanej  z 

odbieraniem dziecka matce wymagało sporej gimnastyki na wysokim szczeblu, ale wreszcie się 

udało. 

Poczuła ulgę. 

- Czemu nic nie mówiłeś? 

- Byłaś zajęta. Odbiorę dziecko i zawiozę do domu wskazanego przez Ledbruka. 

- Dlaczego nie tutaj? 

- Obiecałaś Carmeli, że Rosa będzie bezpieczna. Jesteś pewna, że potrafilibyśmy zapewnić 

jej  tutaj  spokojne  gniazdko?  Groźny  przestępca  trzyma  cię  na  muszce,  a  i  mnie  sprzątnąłby  z 

największą radością• 

To  prawda.  Im  dalej  od  nich  zatrzyma  się  Rosa,  tym  lepiej  dla  niej.  Kerry  po  prostu  nie 

mogła pogodzić się z myślą, że dziecko będzie otoczone wyłącznie agentami wywiadu. 

- Ona ma tylko dwanaście lat. 

-  Jestem  pewien,  że  Ledbruk  przydzieli  jej  kobietę.  Poza  tym  wezmę  od  niego  numer 

telefonu, pod którym zastaniesz dziewczynkę. 

Uznała, że nic więcej nie wskóra. 

- Wyjaśnij jej wszystko. Powiedz jej że Carmela będzie ... 

-  Och,  na  litość  boską,  nie  zamierzam  wyciągać  jej  z  samochodu  i  rzucać  na  pastwę 

bezdusznych  urzędników  -  przerwał  poirytowany.  -  Zachowałem  resztki  wrażliwości.  Prawdę 

mówiąc, lubię dzieci. - Ruszył na dół po schodach. - Do zobaczenia po moim powrocie. 

Znowu się rozzłościł, a Kerry niemal czuła, jak kaleczy ją jego szorstki głos. Nic na to nie 

mogła poradzić. Nie zamierzała łagodzić sytuacji, zważywszy, że sama też miała kilka powodów 

do rozdrażnienia. 

Kilka? Ewidentne niedoszacowanie. Czuła się rozdarta, zraniona i - tak, z całą pewnością -

przestraszona.  Silver  odsunął  ciemną  zasłonę  kłamstw,  za  którą latami  się  chroniła}  teraz  była 

zupełnie bezbronna. Pragnęła ponownie zasunąć tę zasłonę, bo skrywała grozę, której jeszcze nie 

potrafiła stawić czoła. 

Kiedy  jednak  miałaby  przeciwstawić  się  temu,  co  w  jej  życiu  najstraszniejsze?  Nie  miała 

odwrotu. Silver, z typową dla siebie brutalną skutecznością, zadbał o to, by już nigdy nie mogła 

background image

się oszukiwać. 

Co ona sobie myślała? Strach to jedno, wiara w kłamstwo to drugie. W życiu nieraz miała do 

czynienia  z  oszustwem.  Nie  była  przygotowana  na  rozgrzebywanie  wspomnień,  ale  wkrótce 

będzie musiała to zrobić. 

- Dobrze. - Silver patrzył na nią uważnie, stojąc nieruchomo przy samochodzie. - Właśnie na 

to liczyłem, kiedy ... 

- Nie obchodzi mnie, na co liczyłeś - oświadczyła chłodno. 

-  I  trzymaj  się  z  daleka  od  mojego  umysłu.  Nie  masz  co  liczyć  na  zaproszenie  do  moich 

myśli. 

Wzruszył ramionami. 

-  To  była  tylko  kwestia  czasu.  Musiało  się  tak  stać.  Prawdę  mówiąc,  oczekiwałem  tego.  -

Otworzył drzwi samochodu. - Na razie. 

Uraziła go. Wyczuwała intensywność jego bólu tak, jakby sama go doświadczyła. Jezu, nie 

mogła  pozwolić,  by  jej  to  robił.  Wypchnęła  go  i  założyła  blokadę.  Znacznie  lepiej.  Była 

silniejsza,  niż  przypuszczała.  W  ostatnich  dniach  bardzo  dużo  się  od  niego  nauczyła.  Wkrótce 

całkiem się od niego uwolni. Żadnej bliskości. Żadnej wspólnoty. 

Przenikliwy ból. Potworna samotność. 

Poradzi  sobie  z  tym.  Ta  uzależniająca  bliskość  była  niezdrowa,  a  Silver  dowiódł,  że  nie 

można mu ufać, bo nadal podejmuje próby przejęcia nad nią kontroli. Twierdzenie, że zrobił to, 

co  leżało  w  jej  najlepiej  pojętym  interesie,  nie  miało  sensu.  Silver  dysponował  władzą  i  jej 

nadużywał. 

Patrzyła,  jak  cofał  samochód  i  odjeżdżał  w  stronę  bramy.  Po  raz  pierwszy  od  wielu  dni 

opuszczał posiadłość bez niej. Czy Trask tylko czekał na tę sposobność? 

Trask z przyjemnością dopadłby także mnie. 

Czemu  się  martwiła,  skoro  podjęła  decyzję  o  wyrwaniu  się  z  tego  dziwacznego  związku? 

Agenci Ledbruka podążą za Silverem i w razie czego staną w jego obronie. Cholera, nie będzie 

patrzyła, jak Silver odjeżdża. Zablokuje mu dostęp do swojego umysłu. Zrobi to, co zaplanowała. 

Znajdzie sposób na znalezienie Traska. 

Odwróciła się i weszła do domu, by odszukać George' a. 

Kiedy Kerry weszła do biblioteki, George rozmawiał przez telefon, ale niemal natychmiast 

odłożył słuchawkę. 

background image

- Tak? 

- Czego się dowiedziałeś na temat Helen? 

Uniósł brwi. 

- Długo trwało, zanim dotarłaś tutaj i zadałaś mi to pytanie . 

- Ale już jestem. Byłam zajęta czym innym. 

- Zorientowałem się. Miałem nadzieję, że uratuję Brada, ale nie udało mi się odwrócić twojej 

uwagi. 

- Teraz poświęcę ci ją w całości. Czego się dowiedziałeś? 

-  Moim  zdaniem  ta  dama  nazywa  się  Helen  Saduz.  -  George  przewertował  kartki  leżące 

przed  nim  na  biurku.  -  Jest.  -  Wręczył  Kerry  akta.  -  Należy  jednak  pamiętać,  że  to 

najprawdopodobniej  fałszywe  nazwisko,  a  kobieta  nielegalnie  przebywała  na  terenie  naszego 

państwa. 

- Czy dlatego nikt nie potrafił powiedzieć, kim była? 

Pokręcił głową. 

- Nikt nas nie poinformował, bo nikomu nie było na rękę, żeby ktokolwiek wiedział, co się z 

nią stało. 

Zmarszczyła brwi. 

- Co to znaczy? 

- Pamiętasz, że w raporcie napisano, iż laboratorium Traska wysadzono na polecenie Białego 

Domu? 

Skinęła głową. 

- Ona była w laboratorium. Kerry zrobiła wielkie oczy. 

- Co? 

George machnął rękami. 

- Bum! Laboratorium wyleciało w powietrze razem z Helen Saduz. 

- Jak do tego doszło? 

- Naszym zdaniem Trask wysłał ją do laboratorium, żeby przyniosła coś, co zostawił. 

- Co? 

Wzruszył ramionami. 

-  Dokumenty,  może  jakiś  prototyp  ...  Tak  czy  owak,  miała  pecha,  bo  trafiła  do  budynku 

akurat wtedy, gdy go wysadzono. 

background image

- Ale przecież na pewno przeszukano teren przed eksplozją? 

- Budynek był zaplombowany. Powinien stać kompletnie pusty. Każde przeszukanie byłoby 

siłą rzeczy powierzchowne. 

- Jak ona mogła się dostać do środka, skoro zaplombowano wejścia do budynku? 

- Z pewnością uzyskała odpowiednie wskazówki od Traska. Zapewne znał sposób na to, by 

przed swoją ucieczką ominąć zabezpieczenia i ukraść podzespoły oraz plany należące do innych 

członków zespołu badawczego. 

Popatrzyła na zdjęcie, które jej wręczył. Kobieta była brunetką, miała klasyczne rysy twarzy 

i nie skończyła jeszcze trzydziestki. 

- Piękna. 

Skinął głową. 

- Niezaprzeczalnie. I łatwo zapadała w pamięć. Innymi słowy, mieliśmy szczęście, bo kiedy 

ją znaleziono w zgliszczach, niewiele było do identyfikowania. Biegli ocenili jej wiek i płeć na 

podstawie  budowy  szkieletu,  lecz  reszty  mogliśmy  się  tylko  domyślać...  Żaden  ze 

współpracowników Traska nie widział go z nią. Nic dziwnego. Trask to samotnik i z nikim się 

nie  przyjaźni.  Wywiad  rozesłał  agentów.  Poszukiwania  trwały  między  innymi  w  ulubionych 

restauracjach  Traska.  W  rezultacie  natrafiono  na  kilku  kelnerów,  którzy  pamiętali  Helen.  Na 

podstawie  ich  opisów  grafik  sporządził  portret  pamięciowy,  który  przesłali  do  bazy  danych. 

Komputer zasugerował Helen Saduz. 

- Greczynka? - Kerry drgnęła, czytając akta. - Ojciec Irańczyk? 

-  Tak  jest.  Trask  zapewne  prowadził  negocjacje  z  Iranem,  zanim  sfinalizowano  prace 

badawcze.  Helen  Saduz  wysłano,  by  ostatecznie  dobiła  targu.  Była  inteligentna,  starannie 

wykształcona  i  niesłychanie  skutecznie  przekonywała  mężczyzn do  tego,  na  czym jej  zależało. 

Jak  widać  z  jej  akt,  wykorzystała  seks,  by  przekonać  co  najmniej  czterech  naukowców  do 

przejścia na stronę Iranu. 

Uniosła wzrok znad papierów. 

- Udało jej się z Traskiem. Zakochał się w niej. Może uważa, że powinien dopaść każdego, 

kto miał związek z wysadzeniem laboratorium. 

-  Pamiętaj,  że  sam  ją  tam  wysłał.  Mógł  nie  mieć  pojęcia  o  planach  wysadzenia  budynku, 

niemniej wiedział, że naraża ją na niebezpieczeństwo. 

-  To  prawda.  Może  przekonała  go,  żeby  wyraził  zgodę.  W  ten  sposób  chciała  go  jeszcze 

background image

bardziej do siebie zbliżyć. 

-  Kto  wie.  Poza  tym  pewnie  zamierzała  przechwycić  cenne  informacje,  które  mogłaby 

sfotografować  przed  przekazaniem  Traskowi.  -  Dlaczego  jednak  władze  nie  chciały,  by 

ktokolwiek dowiedział się o jej śmierci podczas wybuchu? 

-  Kiedy  agenci  poznali  jej  tożsamość,  do  akcji  wkroczyła  CIA.  Teraz  próbują  znaleźć 

związek  między irańskim  rządem  a szpiegostwem.  Wywiadowcy  doskonale  znali  dziewczynę  i 

wyczuli okazję. Nie chcieli jednak nikogo powiadamiać o jej śmierci i przekonali prezydenta, by 

zmienił normalną  procedurę  i  pozwolił  im  przejąć rolę  Helen  w  dochodzeniu.  Agenci  wysyłali 

wiadomości  do  jej  współpracownika  w  Iranie,  bo  mieli  nadzieję  na  zdobycie  wartościowych 

informacji  przeciwko  tamtejszym  władzom.  -  Skrzywił  się.  -  Dlatego  zlikwidowano  wszystkie 

związane z nią akta. Przecieki są wykluczone. 

- Jeszcze jedna nierozwiązana sprawa? Dobry Boże, dlaczego te agencje wywiadowcze nic 

sobie nie mówią? 

-  Wolą  zachowywać  milczenie. Nawet  służby  bezpieczeństwa  wewnętrznego nie  przedarły 

się jeszcze przez zaporę biurokracji. 

-  Ale  Trask  obecnie  nie  dogaduje  się  z  Iranem,  tylko  z  Koreą  Północną.  Czy  znane  są 

przyczyny tej zmiany? 

Pokręcił głową. 

-  Skoro  utrzymujecie  tak  ciepłe  relacje,  może  go  spytasz?  Nie  kontaktował  się  z  tobą 

ponownie? 

- Nie. - Kerry wiedziała, że to tylko kwestia czasu. Niemal czuła jego obecność. - Dickens 

też nie dał znaku życia? 

- Gdyby Ledbruk natrafił na jego ślad, dowiedziałabyś się o tym w pierwszej kolejności. W 

szpitalu Carmeli nie zaszło nic podejrzanego. Nikt cię też nie śledzi, kiedy stąd wychodzisz. 

Wobec tego co się działo z Traskiem? Instynkt podpowiadał jei że nie zrezygnuje z zemsty 

po porażce w magazynie.

-  Jesteś  zupełnie  bezpieczna  -  zapewnił  George,  ujrzawszy  jego  minę.  -  Zadbałem,  żeby 

Ledbruk skierował do twojej ochrony najlepszych fachowców. Z pewnością nie popełnią błędu i 

nie dopuszczą, by Trask cię zabił. 

- Innymi słowy nie dadzą takiego popisu, jak w wypadku Joye Fairchild? 

Skłonił głowę. 

background image

- Trafiony, zatopiony. Na szczęście są na tyle bystrzy, żeby uczyć się na błędach. 

- Mam nadzieję. - Odwróciła się. - Silver pojechał po Rosę Ruiz.

- Tak, wspominał mi. 

-  Naprawdę?  W  każdym  razie  nie  chcę,  żeby  ktoś  zrobił  jej  krzywdę.  -  Przez  chwilę 

milczała. - I nie chcę, żeby coś się przytrafił Silverowi. 

- Chociaż jesteś na niego zła? 

- To bez znaczenia. 

Odchylił się w krześle i skupił wzrok na jej twarzy.

- Rzeczywiście. Łączą was silne więzi. 

Coś w tonie George'a sprawiło, że ponownie na niego spojrzał 

- Co masz na myśli? 

Zrobił minę niewiniątka. 

- Czyżbym poruszył drażliwy temat? 

- Jeśli tak, to tylko dlatego, że chciałeś. 

- Takt uniemożliwia mi zasugerowanie faktu, że spędziła z nim noc. 

Bezpośredniość  jego  słów  zdumiała  ją.  Zakładała,  że  George  wie,  iż  została  kochanką 

Silvera, ale nigdy dotąd o tym nie wspominał. 

Czemu zrobił to teraz, zupełnie nieoczekiwanie? 

- Twoja uwaga nie miała nic wspólnego z taktem. - Obserwowała uważnie jego twarz. - I nie 

była w dobrym tonie. Czyżbyś chciał zwrócić na coś moją uwagę? 

Zachichotał. 

-  Bezwzględnie.  Drobne  złośliwości  pod  twoim  adresem  sprawiły  mi  przyjemność,  lecz 

przejrzałaś mnie na wylot, czego powinienem był się domyślić. 

- Wobec tego odsłoń karty. 

Rozsiadł się wygodnie, nie przestając uśmiechać. 

- Kiedy byłaś w Marionville, udałem się na uniwersytet Georgetown. Tajemnicą poliszynela 

jest  fakt,  że laboratorium hydrostatyczne  na  tej  uczelni zajmuje się  całkiem  innymi  badaniami, 

niż  wynikałoby  to  z  jego  nazwy.  Krążą  rozmaite  pogłoski  na  temat  ludzi,  którzy  wchodzą  do 

budynku  i  z  niego  wychodzą.  Przebąkuje  się  nawet  o  związkach  z  CIA.  W  takiej  sytuacji 

wróciłem i zadzwoniłem do kumpli z CIA, którzy mają wobec mnie dług wdzięczności. 

- I? 

background image

- CIA najwyraźniej zaciągnęła dług wdzięczności także wobec Brada Silvera. Chodzi o dość 

niezwykłe przysługi.  Można nawet  powiedzieć,  że  osobliwe.  -  Przechylił  głowę.  -  Wobec  tego 

zadałem sobie pytanie: skoro Brad jest kimś w rodzaju parapsychicznego guru, to kim jesteś ty? 

- Z pewnością znalazłeś wyjaśnienie. 

- Och, w rzeczy samej. I uznałem, że jest fascynujące. Życie zawsze dostarcza powodów, dla 

których uznajemy naszą egzystencję za interesującą. 

- Czy te powody są wiarygodne? 

Skinął głową. 

-  Chodzi  ci  o  to,  czy  moim  zdaniem  jesteście  stuknięci?  Nie  dałbym  głowy,  że  coś 

"wyczuwacie", ale mam otwarty umysł. Zetknąłem się z tyloma dziwactwami, że wiem, iż pod 

wierzchnią warstwą problemu często kryje się coś intrygującego. 

- Wobec tego co zamierzasz zrobić?

- Kompletnie nic. Dlaczego miałbym coś robić? Uległem tylko pokusie i poinformowałem 

cię, że nie błądzę już w ciemnościach. Najwyraźniej tego mi było trzeba. Jeśli chodzi o twój dar, 

jest  mi  obojętny,  pod  warunkiem,  że  nie  wykorzystasz  go  w  stosunku  do  mnie.  Nie  potrafisz 

czytać w moich myślach, prawda? 

- Nie. 

- A Brad? 

Zawahała się. 

- To ostatnie, czego by pragnął. 

- To nie jest odpowiedź na moje pytanie. - Skrzywił się. - A może wręcz przeciwnie? Chyba 

ta  sytuacja  nie jest  mi  aż  tak obojętna,  jak  zakładałem.  Powinniśmy  skupić  uwagę na  szybkim 

schwytaniu Traska, na wypadek gdybym postanowił się wycofać. 

Ogarnęły  go  wątpliwości.  Mogła  się  tego  spodziewać.  Właśnie  takich  reakcji  usiłowała 

uniknąć  od  tamtego  dnia  w  szpitalu,  kiedy  Travis  ujawnił  jej  dar.  Nie  potrafiła  oswoić  się  z 

myślą, że nawet George zareagował w taki sposób. Cholera, przecież go lubiła. Uśmiechnęła się 

z wysiłkiem. 

- Od pewnego czasu nie robimy nic innego - zauważyła. 

- Ale ciężar poszukiwań spadł na wasze barki. Powinienem wkroczyć do akcji i usprawnić 

pracę. - Ponownie sięgnął po telefon. - Muszę pomyśleć. Mogę ci jeszcze w czymś pomóc? 

Odprawiał  ją.  W  jego  postawie  zaszła  delikatna  zmiana.  Nie  było  już  słychać  kpiącej 

background image

służalczości. 

- Nie, dostałam to, po co przyszłam. Następny element układanki. - Odwróciła się. - Helen 

Saduz. 

- Kerry? 

Zerknęła na niego przez ramię. Uśmiechnął się. 

- Nie uważam cię za czubka,  ale jestem osobą prywatną i muszę się bronić  przed Bradem. 

Mam zbyt wiele tajemnic. 

- Jak każdy. - Tym razem jej uśmiech był szczery. - Wiem, co czujesz. Ale chyba możesz mu 

ufać. 

- A ty mu ufasz? 

Jej uśmiech zgasł. 

- Niestety, nie. Ale nasz związek jest ... inny. Ty nie musisz zbli¬żać się do niego na tyle, by 

mieć problem. 

Odchylił głowę i wybuchnął śmiechem. 

- Chryste, mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Naprawdę nie kusi mnie, żeby iść z nim do 

łóżka. 

- To dobrze. - Otworzyła drzwi. - Sytuacja jest wystarczająco skomplikowana. 

15 

Silver zadzwonił do niej o dziewiątej wieczorem. 

- Rosa Ruiz jest bezpieczna. Umieszczono ją w przyjemnym domku na niewielkim osiedlu 

blisko szpitala. Dziewczynką zajmuje się agentka Jane Dorbin. 

- Czy oprócz niej przydzielono małej jeszcze kogoś do ochrony? 

-  Tak,  w  domu  obok  przebywa  kilku  strażników.  Sądziłem,  że  zależy  ci  na  jej  dobrym 

samopoczuciu. 

- Zależy mi. - Zamilkła. - Jest przestraszona? 

- Tak. Ale nie na tyle, by wracać do domu. Woli pozostać z siostrą. Carmela jutro wychodzi 

ze szpitala. Podjadę i zabiorę ją do nowego domu. 

- Nie ma potrzeby. Sama chcę ją odebrać. 

-  A  przy  okazji  upewnisz  się,  że  będzie  bezpieczna.  -  Zawiesił  głos.  -  Chyba  możesz  mi 

background image

wierzyć, prawda? 

Nie odpowiedziała wprost. 

- Chcę tylko ujrzeć je razem, całe i bezpieczne. 

Silver zdusił przekleństwo. 

- Na litość boską, nie możesz ciągle mnie sprawdzać. - Milczała, więc dodał z goryczą: - A 

może się mylę. Jutro o dziesiątej zawiozę cię do szpitala. Odbierzemy ją oboje. - Rozłączył się. 

-  Jezu,  jeździmy  w  kółko.  -  Carmela  popatrzyła  podejrzliwie  na  Silvera.  -  Naprawdę 

zabieracie mnie na spotkanie z Rosą? 

- Tak. Rozmawiałaś z nią przecież wczoraj wieczorem. Skinęła twierdząco. 

- To nie oznacza, że jej nie oszukaliście. To tylko dzieciak. - Odwróciła się w stronę Kerry. -

Nie nabijacie mnie w butelkę? Nie chcecie nas odesłać do mamy, co? 

- Nikt cię w nic nie nabija - odparła Kerry. - Myślimy wyłącznie o waszym bezpieczeństwie. 

Silver bał się, że ktoś nas może śledzić w drodze ze szpitala. 

- I co, ktoś za nami jedzie? 

Silver potrząsnął przecząco głową. 

- Nic na to nie wskazuje. 

- Też coś! - warknęła ostro Carmela. - Chcę mieć pewność. Rosa musi być bezpieczna. 

- Rosie nic nie grozi - zapewniła Kerry. - Możesz zaufać Silverowi. 

- Na pewno? 

-  Właśnie,  czy  na  pewno?  -  mruknął  Silver.  -  Co  za  nieoczekiwane  oświadczenie.  Jestem 

wzruszony. 

Kerry zignorowała jego słowa. 

- Nie dopuści do tego, by cokolwiek stało się tobie lub Rosie - oznajmiła. - Zresztą ja też o to 

zadbam. Po prostu musimy zachować ostrożność. 

- Wszystko przez tego świra - westchnęła Carmela i zamilkła na moment. - Wierzę wam ... 

zasadniczo.  Po  prostu  trudno  mi  zrozumieć  całą  sytuację.  Ten  Trask  wydaje  mi  się 

nierzeczywisty. 

- To zrozumiałe - powiedziała Kerry.-Czasami i mnie trudno to pojąć. Szkoda, że Trask nie 

jest tylko wytworem mojej ... - Urwała, kiedy Silver wjechał na podjazd przed małym domkiem z 

cegły. - To tutaj? 

Silver skinął głową i zgasił silnik. Następnie otworzył drzwi po stronie kierowcy. 

background image

- Zostańcie tutaj. Pójdę zamienić słowo z agentką Dorbin. Powinna wiedzieć, że nie jesteście 

wrogami. Myślę, że mi uwierzy. - Ruszył ku drzwiom wejściowym. - W przeciwieństwie do was 

obu. 

- Tak naprawdę nie sądziłam, żeby chciał mnie zdradzić - oświadczyła niepewnie Carmela i 

popatrzyła na Kerry. - Chodzi o... Rosę. Nie mam prawa ... Naprawdę mu ufam. 

- On żartował. Doskonale cię rozumie. 

- Mam nadzieję. - Spojrzała niepewnie. - Wiesz, czuję ... To dziwne, ale nie chcę, żeby on ... 

To  jest  tak,  jakbym  znała  go  od  urodzenia.  Nie,  inaczej.  Rzecz  w  tym,  że  ...  -  Zamillda 

zakłopotana. - Cholera jasna, nie wiem, jak to wyrazić. 

Wspólnota. Więź. 

Kerry mogła się tego spodziewać  po tym, jak  Silver  dołączył do Carmeli wtedy na  dachu. 

Najwyraźniej opuszczając jej umysł, pozostawił coś po sobie. 

- Czujesz, że jest ci bliski? 

- Tak, chyba tak. - Wzruszyła ramionami. - Coś w tym stylu. Ty też? 

- Można tak to ująć. W każdym razie nie sądzę, byś miała powody przejmować się ... 

-  Jest!  -  Carmela  wyskoczyła  z  samochodu,  kiedy  w  drzwiach  domu  stanęła  mała 

ciemnowłosa dziewczynka. - Rosa! 

Kerry  powoli  wyszła  z  auta  i  patrzyła,  jak  Carmela  biegnie  do  siostry.  Dziewczyna 

promieniała radością i entuzjazmem. Wyglądała na mniej niż piętnaście lat. Kerry pomyślała, że 

właśnie tak powinno być. Wszystkie dzieci powinny być takie - pełne życia, ufne, beztroskie. 

Carmela wyhamowała tuż obok siostry. 

- Wszystko dobrze? 

Rosa kiwnęła głową. 

- A u ciebie? 

- W porządku. - Zbliżyła się jeszcze odrobinę i niezręcznie uściskała dziewczynkę. - Będzie 

dobrze. Obiecuję. 

- Przestań się rozklejać. - Rosa zrobiła krok do tyłu. - Głupio się czuję• 

Kerry  ukryła  uśmiech,  słysząc  tę  typową  reakcję  nastolatki.  Siostry  bez  wątpienia  się 

uwielbiały,  lecz  żadna  z  nich  nie  zamierzała  tego  okazywać.  Nastolatki  rzadko  kiedy  bywają 

wylewne.  Większość  z  nich  byłaby  przerażona,  gdyby  kazano  im  wyznać,  jak  bardzo  kochają 

rodzeństwo., 

background image

- Przyjemna scenka, co? - mruknął Silver, idąc ścieżką w stronę samochodu. -Serce od razu 

żywiej bije. 

- Daruj sobie tę ironię. - Patrzyła, jak za Carmelą i Rosą zamykają się drzwi. - Naprawdę się 

rozczuliłam. 

-  Nie  chciałem,  by  to  zabrzmiało  ironicznie.  -  Uśmiech  znikł  z  jego  ust.  -  Przecież  mnie 

znasz,  nie powinnaś  tak  mówić. Dobrze,  że doprowadziliśmy  do  ich  spotkania.  Chcesz poznać 

Rosę? To miła dziewczynka. 

Pokręciła głową. 

- Poczekam. Niech spędzą kilka minut sam na sam. - Popatrzyła mu w oczy. - O ile Carmela 

jeszcze kiedykolwiek będzie sama. Dlaczego nie powiedziałeś że nadal jesteście połączeni? 

- Ona o tym wie? - Zmarszczył brwi. - Więź nie jest aż tak silna. Mamy minimalny kontakt. 

Pewnie wkrótce zaniknie. 

- Nie utrzymujesz go celowo? 

- Na litość boską, twoim zdaniem chcę być związany z każdą przygodną osobą? Jeżeli nasze 

wspólne doświadczenia czegoś mnie nauczyły, to tego, że nie chcę już tego powtarzać. 

Nieprawdopodobne, ale jego słowa ją ubodły. Właściwie bez wyraźnego powodu. W końcu 

cały czas wmawiała sobie właśnie to, co on powiedział na głos. 

- Nawzajem. - Odwróciła się. - Pora poznać Rosę. Idziesz ze mną? 

- Później. Teraz zadzwonię do Georgea i sprawdzę, co u niego. 

-  Ruszył  do  samochodu.  -  Jeszcze  jedno.  Znalazłem  miłą  rodzinę  zastępczą  dla  Carmeli  i 

Rosy. Umieścimy je tam, kiedy to wszystko wreszcie się skończy i będzie można zapewnić im 

spokojne życie. 

- Gdzie? 

-  Nieopodal  uniwersytetu  Georgetown,  w  porządnej  dzielnicy.  Zaopiekują  się  nimi 

odpowiednie osoby. 

- To normalni ludzie? 

-  Tak.  Wbrew  pozorom  znam  także  normalnych  ludzi,  Kerry.  Przyznaję  jednak,  że 

zdecydowanie preferuję takie dziwolągi jak ty. 

- Cholera jasna, nie jestem żadnym ... - Żartował. Gdyby nie była taka spięta, z pewnością 

nie dałaby się podpuścić. - Po prostu nie chciałabym utwierdzać dziewczynek w przekonaniu, że 

cały świat jest złożony z ludzi podobnych do ... Miały dość problemów, żeby jeszcze wątpić w 

background image

swoje postrzeganie rzeczywistości ... 

- Wiem. - Uśmiechnął się. - Nie tłumacz mi tego. Naprawdę nie musisz. 

I  na  tym  polega  problem,  pomyślała  zrozpaczona.  Chociaż  była  wściel  da,  wciąż  miała 

wrażenie, że Silver ją w pełni rozumie i akceptuje. Było to niemal równie kuszące jak seks, który 

ich połączył. 

- Akurat - mruknął, otwierając drzwi samochodu. - Nie oszukuj się. To nie ma sensu, Kerry. 

Poczuła,  że  policzki  jej  płoną.  Ruszyła  w  stronę  domu.  Powinna  była  się  domyślić,  że 

wychwyci właśnie tę myśl, którą chciała przed nim zataić. 

- Daj znać, jeśli George na coś wpadnie - wymamrotała.

- Wątpię, by odkrył coś ważnego. - Wyciągnął telefon. - Zadzwoniłby do nas. Niemniej bądź 

pewna, że przed tobą nic nie ukryję. 

Miała świadomość, że subtelnie zaakcentował słowo "tobą". 

-  Jezus,  Maria,  czy  po  tym  wszystkim,  co  zrobiłeś,  usiłujesz  wzbudzić  we  mnie  poczucie 

winy?

- Tylko stwierdzam fakt. 

Spojrzała na niego ze złością i zadzwoniła do drzwi. 

- Niech cię diabli, Silver. 

- Coś nowego? - spytała Kerry, kiedy godzinę później otworzyła drzwi auta. 

- U George'a podobno spokój. Ani śladu kogokolwiek podejrzanego, kto kręciłby się wokół 

ludzi pilnowanych przez Ledbruka. 

- Gdzie zniknął Trask? - Ze znużeniem pokręciła głową, sadowiąc się na fotelu pasażera. -

Co on robi, psiakrew? 

Silver wyjechał tyłem z podjazdu. 

- Przynajmniej wiesz, że Carmela i Rosa są bezpieczne. Możesz odetchnąć . 

- Odetchnęłam. - Przygryzła dolną wargę. - Na pewno nikt nas nie śledził? 

-  Nie  sądzę,  ale  nie  mogę  mieć  pewności.  Istnieje  tyle  zaawansowanych  technicznie 

urządzeń lokalizacyjnych dalekiego zasięgu, że Dickens lub Trask mogą być poza naszym polem 

widzenia i jednocześnie za nami podążać. 

- To krzepiące. 

- Mówię, jak jest. Nie potrzebujesz kłamstw, wolisz prawdę. 

Miał rację. Mogli przetrwać wyłącznie dzięki temu, że będą spoglądać prawdzie w oczy. 

background image

- Chyba liczyłam na to, że utwierdzisz mnie w nadziei, iż Trask skreślił Carmelę ze swojej 

listy. 

- To niewykluczone. Warto jednak postawić sobie pytanie, kto zostałby jego najważniejszym 

celem, gdyby odpuścił Carmeli. 

- Logicznie rzecz biorąc, to ja jestem ... - Zamilkła, kiedy zadzwonił jej telefon. Sięgnęła do 

torebki. 

- Jak tam nasza urocza Carmela? Zapewne tryska zdrowiem?

 Trask

Odetchnęła głęboko. 

-  Carmela  miewa  się  świetnie,  Trask.  Poza  tym  otrzymała  doskonałą  ochronę.  Nic  jej  nie 

zrobisz. 

Silver zaklął pod nosem i zjechał na pobocze. 

- Zrobię jej, co zechcę. Nie ma ludzi niezniszcza1nych, wystarczy tylko dysponować dobrym 

planem działania i odpowiednimi środkami. 

- Czy to znaczy, że wciąż chcesz ją skrzywdzić? 

-  Kto  wie.  Sprawa  pozostaje  otwarta,  a  ja  nie  cierpię  bałaganu.  Morze  Ognia  nie  zdołało 

skutecznie zakończyć zadania, a zatem Carmela pozostaje moim celem. Sam zdecyduję, kiedy się 

nią zająć. 

- Marnujesz mój czas. Po co dzwonisz, Trask? 

-  Uznałem,  że  już  pora.  Brakowało  mi  osobistego  kontaktu  z  tobą,  ale  byłem  bardzo 

cierpliwy. Od wielu dni pragnąłem do ciebie za¬dzwonić, lecz najpierw musiałem przygotować 

plany. 

- Jakie znowu plany? 

-  To  oczywiste.  Nie  mogę  dopuścić  do  tego,  byś  żyła  w  przekonaniu,  że  ratując  naszą 

Latynoskę, przechytrzyłaś mnie i Morze Ognia. To była tylko wstępna potyczka. 

- Odpowiedz. Zaatakujesz ją ponownie? 

- Niewykluczone. Tajemnice są takie intrygujące. Chyba pozwolę ci błądzić we mgle, jeśli 

chodzi o tę sprawę. Właśnie dlatego do ciebie zatelefonowałem. Chcę mieć przed oczami obraz 

kobiety zmartwionej, przejętej, zdenerwowanej, może nawet zdesperowanej. Taka wizja bardzo 

mi się podoba. 

- Nie jestem zdesperowana, a przejmowanie się zostawiam władzom. 

background image

Zarechotał. 

- Nie wierzę  ci. Uwielbiasz  kształtować  rzeczywistość  według własnego  uznania. Pod tym 

względem jesteśmy podobni. 

- Nie jesteśmy podobni pod żadnym względem. 

- Przekonasz się, jak zobaczysz Morze Ognia w akcji. 

- Już widziałam. Zemdliło mnie. 

- Okłamujesz się. Kiedy widziałaś płonący magazyn, nie czułaś podniecenia połączonego z 

grozą?  -  Nie  zaczekał  na  odpowiedź.  -  Wszystko  jedno,  i  tak  ukryłabyś  prawdę.  Następnym 

razem  osobiście  wyczytam  wszystko  z  twojej  twarzy.  Nie  mogę  się  doczekać.  Będziemy  w 

kontakcie. - Rozłączył się. 

Dłoń jej drżała, gdy chowała telefon do kieszeni. 

- Sukinsyn. 

- Ponad wszelką wątpliwość. Puścił parę w jakiejś sprawie? 

- Nie, chciał tylko nawiązać kontakt. - Skrzywiła usta. - Zatęsknił za mną. 

- Wspomniał o Carmeli? 

-  Wiedział,  że  opuściła  szpital.  Zapewnił,  że  została  jego  celem.  -  Westchnęła  ciężko.  -

Zadzwoń do agentki Dorbin. Sytuacja jest groźna, Dorbin powinna zdawać sobie z tego sprawę. 

Sięgnął po telefon. 

- Trask nie musi wiedzieć, gdzie one są. Pewnie tylko sprawdził w szpitalu i dowiedział się, 

że dzisiaj Carmelę wypisano. 

- Mógł nas śledzić. To niewykluczone, sam wspomniałeś. 

- Powiedział ci, że jest na jej tropie? 

Zaprzeczyła ruchem głowy. 

- Ten sukinsyn lubi pastwić się nad ofiarami i zadawać im ból. Jego zdaniem można dopaść 

każdego,  jeśli  się  dysponuje  odpowiednimi  środkami.  -  Przygryzła  wargę.  -  Chryste,  musimy 

zapewnić jej bezpieczeństwo. 

Skinął głową, jednocześnie wybierając numer. 

- Nie przeczę. Najpierw zadzwonię do agentki Dorbin, potem do Ledbruka. 

Kiedy telefonował,  Kerry zapatrzyła się na  małe schludne domki  wzdłuż ulicy.  To osiedle 

wyglądało jak setki innych w podobnych miastach. Trudno jej było uwierzyć, aby taki potwór jak 

Trask mógł działać w równie uroczym miejscu. 

background image

Nie  dało  się  wykluczyć  tej  ewentualności.  Trask  robił  rzeczy  niemożliwe.  Był  kompletnie 

nieprzewidywalny. 

Nieprawda. Rozgryzie go, jeśli się skoncentruje na tym, co o nim wie. Wystarczy opanować 

panikę i wyprzedzać jego ruchy. 

- Załatwione. - Silver zakończył rozmowę. - Wzmocnimy ochronę Carmeli, chociaż Ledbruk 

wątpi, by to było konieczne. Uważa, że obecna liczba agentów wystarczy. 

- Może by ich wystarczyło, gdyby Trask działał w pojedynkę. Wspomniał o odpowiednich 

środkach, zatem więcej niż jednym. 

- Dickens? 

Bezradnie wzruszyła ramionami. 

- Sama nie wiem. Nie wydaje mi się ... Zobaczymy. 

Uruchomił silnik. 

- To nie ulega wątpliwości. Nie podoba mi się jednak, że muszę czekać i ... 

- Zawróć. 

Spojrzał na nią ze zdumieniem. 

- Dlaczego? 

- Zawieziesz mnie z powrotem do domu Carmeli i Rosy. Zostanę z nimi. 

Zaklął. 

- Nic z tego. 

- Czemu? Skoro to miejsce jest bezpieczne dla nich, mnie też nic tam nie grozi. 

- To nie oznacza, że powinnaś samodzielnie chronić dziewczynki. 

-  Właśnie  tak  to  rozumiem.  -  Spojrzała  mu  w  oczy.  -  Jestem  jedyną  osobą,  która  będzie 

wiedziała,  czy  Trask  wytropił  Carmelę.  Mogę  go  powstrzymać,  zanim  zaatakuje.  To  prawda, 

dobrze o tym wiesz. 

Zacisnął usta. 

- Wobec tego ja też zostaję. 

- Nie. 

-  A  jeśli  Trask  ma  kogoś  do  pomocy?  Jeśli  przyśle  po  Carmelę  swojego  człowieka?  Nie 

wyczujesz nikogo poza Traskiem. Potrzebujesz mnie. 

Rzecz  w  tym,  że  nie  miała  ochoty,  by  Silver  siedział  jej  na  głowie  w  małym  domku. 

background image

Wystarczająco źle się czuła, obcując z nim w jego ogromnej posiadłości. 

-  Nikt  poza  Traskiem  nie  budzi  mojego  niepokoju.  Agenci  Ledbruka  zajmą  się  innymi 

intruzami. 

- Ale ja się niepokoję i chcę ... 

-  Nie,  Silver.  -  Odwróciła  wzrok.  -  Nie  potrzebuję  cię  w  tym  domu.  A  teraz  pytam  -

zawieziesz mnie do nich, czy mam iść pieszo? 

Spojrzał na nią zniechęcony i przycisnął pedał gazu. 

- Zawiozę cię, cholera jasna. 

Dickens stanął na wysokości zadania. Dom na wsi był niemal idealny. 

Trask  z  satysfakcją  i  lekkim  rozrzewnieniem  patrzył  na  piętrowy  budynek  z  cedrowego 

drewna  z  szerokim  gankiem.  Już  wcześniej  wiedział,  że  jeśli  znajdzie  odpowiednie  miejsce, 

będzie miał cudowne deja vu. Ten dom był bez wątpienia doskonały. Tutaj mógł podzielić się z 

Kerry Morzem Ognia. 

Popatrzył  na  zegarek  Za  pięć  szósta.  Zatem  już  niedługo.  Frontowe  drzwi  się  otworzyły. 

Tęgi, siwiejący mężczyzna wyszedł na ganek, potem zszedł po schodach. Lon Mackey zamierzał 

nakar¬mić bydło w oborze. 

-  Pospiesz  się!  -  zawołała  za  nim  żona  Janet.  -  Dzisiaj  w  "Kole  fortuny"  będą  dzieciaki  z 

college'u. 

Lon zachichotał. 

-  Została  jeszcze  prawie  godzina.  Zwierzęta  mają  głodować,  bo  Pat  i  Vanna  występują  w 

telewizji? - Nie czekając na odpowiedź, ruszył ścieżką w stronę budynków gospodarczych. 

Trask zaczekał, aż Mackey dotrze do obory, a następnie opuścił kryjówkę między drzewami 

i poszedł za nim. Ten dom miał tylko jedną wadę: mieszkali w nim ludzie. Tę przeszkodę można 

jednak było bez trudu usunąć za pomocą Morza Ognia. 

Wówczas budynek będzie absolutnie doskonały. 

- Co tam widzisz? 

Kerry  obejrzała  się  przez  ramię.  Carmena  stała  w  drzwiach  sypialni.  -  Nic  takiego.  -

Odwróciła się od okna. - Dzieci grają w koszykówkę na podjeździe po drugiej stronie ulicy. 

Carmela podeszła bliżej stanęła obok Kerry i wyjrzała na dwór. 

background image

- Rosa lubi koszykówkę. Całkiem nieźle sobie radzi na boisku. 

- Lepiej pilnuj, żeby nie wyszła i nie spytała tych chłopaków, czy może z nimi zagrać. 

Carmela skrzywiła się. 

- Będzie trudno. Rosa zwykle robi to, na co ma ochotę. 

- Mówię poważnie, Carmelo. 

-  Powiedziałam,  że  to  trudne,  ale  nie  niemożliwe.  Nie  pozwolę  jej  się  narażać.  -  Dodała 

speszona: - Wiem, że nie wróciłabyś, gdyby nie obleciał cię strach. 

- Nie boję się. 

- Akurat. 

- Masz rację - przyznała z uśmiechem Kerry. - Boję się. Ale może to dobrze. Strach sprawia, 

że ludzie zachowują czujność. 

- On jest blisko? 

Kerry pokręciła głową. 

- Niemniej istnieje możliwość, że spróbuje się zbliżyć. 

- Więc będziesz nas bronić. 

- Ja, agentka Dorbin i wszyscy pozostali agenci z sąsiedniego domu. 

- Wolałabym polegać na tobie i na Silverze . 

-  Właśnie  dlatego  tu  jestem.  -  Ponownie  zerknęła  na  grających.  Zapadał  zmrok,  miała 

nadzieję,  że  ci  młodzi  ludzie  wkrótce  znikną  w  domach.  Mecz  mógł  się  okazać  pokusą  nie do 

odparcia dla Rosy. - Chodź, zawołamy Rosę i znajdziemy coś ciekawego w telewizji. 

- Mają kablówkę. To znaczy, że możemy oglądać powtórki Buffy, postrach wampirów.

- Fascynujące - skomentowała pogodnie Kerry. 

- Nie lubisz? 

- Właściwie rzadko siadam przed telewizorem. 

-  Musisz  zobaczyć  Buffy  -  oznajmiła  stanowczo  Carmela.  -  Z  początku  możesz  mieć 

trudności  z  połapaniem  się  w  treści,  ale  luz.  Opowiem  ci,  o  co  chodzi,  i  opiszę  bohaterów 

podczas oglądania ... 

Zadzwonił telefon Kerry. 

Sztywnym krokiem podeszła do stołu, na który odłożyła komórkę. 

- Kerry? 

To nie Trask. Silver. Odetchnęła z ulgą. 

background image

- Tak. 

- Jadę po ciebie. 

- Nie ruszam się stąd. Powiedziałam ... 

- Iwan Rastow nie żyje. 

Znieruchomiała. 

- Jak do tego doszło? 

-  Ktoś podłożył bombę  w jego  jeepie.  Rozerwało  go na  kawałki w chwili,  gdy wjechał na 

podziemny parking w swoim domu. 

- Jak to możliwe? Przecież ludzie Ledbruka go pilnowali. 

-  Skąd  mogę  wiedzieć?  Dzwonił  Ledbruk,  od  niego  usłyszałem  o  całym  zdarzeniu.  Na 

miejscu dowiemy się więcej. 

- Kiedy to się stało? 

- Czterdzieści  minut temu.  Pomyślałem,  że zechcesz  obejrzeć  miejsce  eksplozji.  Może  coś 

znajdziesz. Podobno czasami wyczuwasz wibracje po pożarze. 

Czterdzieści  minut.  Wtedy  patrzyła  na  dzieciaki  po  drugiej  stronie  ulicy  i  próbowała 

sprawdzić, czy Trask przebywa w pobliżu. Tymczasem on zabił Rastowa. 

Rozerwała go na kawałki. 

- Kerry? 

- Tak, pojadę, tylko uprzedzę agentów. Spotkamy się na podjeździe. 

Rozerwało go na kawałki. 

Metalowe  elementy  samochodu  Iwana  Rastowa  leżały  poskręcane,  rozrzucone  po  naj 

dalszych  zakątkach  parkingu.  Pożar,  który  wybuchł  w  następstwie  eksplozji,  objął  inne 

samochody, topiąc lakier l opony. 

Chryste. 

Kerry  odetchnęła  głęboko,  ominęła  policyjną  taśmę,  która  otaczała  miejsce  zdarzenia,  i 

podeszła do Ledbruka. 

- Gdzie on jest? 

-  Dobre  pytanie  -  westchnął  Ledbruk.  -  Analitycy  ciągle  go  zeskrobują,  bo  nie  mogą 

jednoznacznie potwierdzić jego tożsamości. Całe szczęście, że ładunek odpalono tutaj. Betonowe 

mury  wzięły  na  siebie  większość  siły  wybuchu.  Ilość  plastiku  użytego  przez  Traska 

background image

wystarczyłaby do zburzenia budynku. 

- Jak do tego doszło? Nikt nie obserwował samochodu? 

-  Jasne,  że  tak.  Naszym  zdaniem  bombę  podłożono  na  parkingu  laboratorium,  w  którym 

pracował.  Agent  odpowiedzialny  za  śledzenie  pojazdu  twierdzi,  że  w  pewnej  chwili  buick 

wpakował się w tył cadillaca i na kilka minut jeep Rastowa został zasłonięty. 

- Nie nabrał podejrzeń? 

-  Oczywiście.  Ale  kobieta  jechała  z  dwójką  dzieci,  wypadek  wydawał  się  całkiem 

zwyczajny. Agent nie widział jeepa tylko przez chwilę, a na dodatek kobieta czekała, żeby złożyć 

oświadczenie w związku z kolizją. 

- Wobec tego zidentyfikujesz ją na podstawie tego dokumentu - oznajmił Silver. 

- Pracujemy nad tym, choć jej prawo jazdy i ubezpieczenie zapewne były fałszywe - burknął 

Ledbruk zwięźle i odwrócił się na pięcie. - Nie ucz ojca dzieci robić, Silver. 

- Jakżebym śmiał. - Silver pchnął Kerry w kierunku analityków z policyjnego laboratorium. -

Kerry chce obejrzeć miejsce zbrodni. Będziemy ostrożni, nie zatrzemy żadnych śladów. 

- Nie bardzo jest co zacierać. Najpierw rozpętało się piekło, potem wszystko zalała woda ze 

zraszaczy. Ciężko będzie znaleźć wiarygodne dowody. Nie wchodźcie mi w drogę, to wystarczy 

- oznajmił i odszedł. 

- Kobieta ... - mruknęła Kerry, kiedy szli przez parking. - I dwoje dzieci? 

- Trask najwyraźniej szuka nowych talentów. 

-  Coś  ...  coś  jest  nie  tak.  -  Potrząsnęła  głową, jakby  chciała oczyścić  umysł.  -  Coś  się  nie 

zgadza. 

- Co takiego? 

-  Sama  nie  wiem.  -  Zwilżyła  spierzchnięte  wargi:  -  Znajdź  mi  jakiś  metalowy  element  z 

samochodu Rastowa. 

-  To  nie  powinno  być  trudne.  Szczątki  walają  się  po  całym  parkingu.  -  Ruchem  głowy 

wskazał  podłużny  kawałek  skręconej  stali,  która  niegdyś  mogła  stanowić  część  zderzaka.  -

Wystarczy? 

- Może.  Mam nadzieję.  - Podeszła do  fragmentu jeepa.  - Boże,  naprawdę mam  nadzieję.  -

Uklękła, wyciągnęła rękę i dotknęła metalu. 

Nic. 

Zacisnęła dłoń na stali. 

background image

Szybko. Przylep plastik do rury i wyłaź spod jeepa. Dwie minuty. Zrobione! 

Przetocz się pod samochód obok. Nie wstawaj ... 

- Masz coś? 

Spojrzała na Silvera. 

-  Trask  nie  podłożył  bomby. Zrobił  to  czarnoskóry  mężczyzna  około  czterdziestki,  bardzo 

doświadczony w korzystaniu z materiałów wybuchowych. Zajmował się tym już wcześniej . 

- Nazwisko? 

Pokręciła głową. 

- U da ci się dowiedzieć więcej? 

-  Wątpię.  Jeszcze  nigdy  nie  dostrzegłam  nic  poza  momentem  dokonania  przestępstwa.  -

Znowu zacisnęła dłoń na  metalu, znieruchomiała  i po chwili rozluźniła uścisk. - Nie, wszystko 

znikło . - Nagle ogarnęła ją panika. Zerwała się na równe nogi. - Wynośmy się stąd. 

- Dasz radę podać opis Ledbrukowi ? 

-  Nie  teraz.  -  Źle.  Wszystko  źle.  To  nie  Trask.  -  Co  miałabym  mu  powiedzieć?  -  Niemal

biegła do policyjnej taśmy. - Szybko! 

Dogonił ją, gdy dotarła do ulicy. 

- Co ty wyprawiasz, do cholery? 

- To nie był Trask. - Wskoczyła do samochodu. - To powinien być Trask, ale nie był. 

- Więc morderstwo popełnił ktoś opłacony przez Traska. Skutek jest taki sam. 

-  Ale  on  samodzielnie  przeprowadza  zamachy.  Zawsze  korzysta  z  Morza  Ognia.  To  jego 

dziecko,  jego  broń.  Wiadomo,  że  Rastow  znajdował  się  na  jego  liście.  Dlaczego  Trask  po  raz 

pierwszy nie użył Morza Ognia? 

Wbił wzrok w jej twarz.

- Ty wiesz? 

- Dlatego, że Rastow nie był tak ważny jak jego następny cel. Chciał śmierci Rastowa, ale 

był gotów zrezygnować z przyjemności mordowania go, jeśli dzięki temu mógł wykorzystać jego 

śmierć. 

- Wykorzystać do czego? 

- Do odwrócenia uwagi. - Przeszył ją dreszcz. - Chciał skupić naszą uwagę na Rastowie i. .. -

Sięgnęła po telefon. - O Boże. Carmela. Chce dopaść Carmelę. Jaki jest numer telefonu do domu, 

w którym przebywają dziewczynki? 

background image

- Ja to zrobię. - Wystukał sekwencję cyfr na swojej komórce. - Jest sygnał. Kerry, będzie ... -

Przemówił  do  telefonu.  -  Agentka  Dorbin?  Tu  Silver.  Wszystko  w  porządku?  -  Kiwnął 

uspokajająco  głową  w  kierunku  Kerry,  a  dziewczyna  poczuła,  jak  rozluźniają  się  jej  napięte 

mięśnie.  -  Nie,  chcieliśmy  tylko  sprawdzić.  -  Rozłączył  się.  -  Już  po  strachu.  Praktycznie  nie 

istnieje możliwość, by przedarł się przez ochronę, którą zapewniliśmy Carmeli i Rosie. 

- Praktycznie. Czy  może  raczej teoretycznie. - Jej  ulga była  jedynie  chwilowa.  - Nie  mylę 

się,  Silver.  Rastow  miał  odwrócić  naszą  uwagę,  a  Trask  celowo  wspomniał  o  Carmeli,  kiedy 

rozmawialiśmy przez telefon. Właśnie dlatego ... 

- Sukinsyn. - Silver ponownie sięgnął po telefon. - Cholerna podpucha. 

- Co? 

-  Chce  cię  skrzywdzić.  Zamierza  postawić  na  swoim.  Nie  musi  wykorzystywać  Carmeli. 

Wiedział, że ci na niej zależy. Zadzwonił do ciebie po to, by mieć pewność, że o nikim innym nie 

będziesz myśleć. 

- Co ty wygadujesz? 

- Moim zdaniem mógł celować bliżej. - Uzyskał połączenie. - George, sprawdź agentów w 

Macon  i  upewnij  się,  że  Jasonowi  Murphy'emu  nic  nie  grozi.  Nie,  nie  musisz  oddzwaniać. 

Zaczekam. 

Była zszokowana. 

- Jason? Podobno był dobrze chroniony. Obiecałeś mi to. 

- Jest chroniony najlepiej  jak to  możliwe. Jemu i  jego  żonie  Ledbruk przydzielił  dwa razy 

tyle agentów, ile Carmeli. Nie ma możliwości, żeby Trask zrobił mu krzywdę. 

Wyczuła w jego głosie strach. 

-  Odpowiednie  środki  -  oznajmiła  głucho.  -  Powiedział,  że  każdego  można  dopaść.  -

Podniosła rękę i potarła skroń. - Tylko nie Jason. Obyś był w błędzie. 

- Sam mam taką nadzieję - mruknął ponuro. - Cholera, chciałbym ... - Zamilkł, słuchając. -

Jezu. - Rozłączył się. - Jason opuścił hotel cztery godziny temu. Podążający za nim agent stracił 

go z oczu niemal natychmiast, a Jason nie odbiera połączeń na swoją komórkę. - Silver popatrzył 

na Kerry. - Agent Fillmore podejrzewa, że twój brat celowo go zmylił. 

-  To  szaleństwo.  Dlaczego  miałby  tak  postąpić?  -  Zacisnęła  pięści.  -  Bzdura.  Silver,  oni 

muszą go znaleźć. 

-  Zdaniem  George'a  agenci  robią  wszystko,  co  mogą.  Fillmore  zatelefonował  do  żony 

background image

Jasona, a potem do całej gromady jego przyjaciół i partnerów w interesach. - Uruchomił silnik. -

Właśnie  zamierzał  skontaktować  się  z  Ledbrukiem  i  zdać  mu  sprawozdanie,  kiedy  George  do 

niego zadzwonił. 

Przełknęła ślinę. Cztery godziny. 

- Jason może już nie żyć. 

-  Nie  zagwarantuję  ci,  że  to  wykluczone,  ale  przecież  Trask  potrzebuje  widowni.  Z 

pewnością będzie chciał, byś stała się świadkiem śmierci brata. Podobnie postąpił z Carnielą w 

magazynie. 

Kerry poczuła przypływ nadziei. 

- Masz rację. Powinnam była o tym pomyśleć. 

- Dajesz się ponieść emocjom - zauważył. 

Wbiła w niego wzrok. 

- To jasne. Przecież chodzi o mojego brata, do ciężkiej cholery. 

-  Teraz  lepiej  -  skomentował  z  uśmiechem.  -  Nic  tak  nie  podnosi  poziomu  adrenaliny  jak 

wściekłość. A teraz pomyślmy, co mogłoby skłonić twojego brata do zgubienia agenta, który go 

chronił? 

- Nie zrobiłby tego ... - Jeśli jednak Jason tak postąpił, z pewnością miał uzasadniony powód. 

Strach  mącił  jej  myśli.  -  Trask  mógł  się  z  nim  skontaktować.  Może  jakimś  sposobem  lub  za 

czyimś pośrednictwem zmusił J as ona do posłuszeństwa. 

- Musiałby użyć niezwykle przekonujących argumentów, skoro twój brat naraził się na tak 

wielkie ryzyko. 

-  Laura  -  przerwała  mu  nagle.  -  Zrobiłby  to,  gdyby  Laurze  coś  groziło.  Aby  ją  ratować, 

zdecydowałby się na każde poświęcenie. 

Silver pokręcił głową. 

- Zdaniem George'a żona Jasona jest zdrowa i bezpieczna. 

- Dzięki Bogu. 

- Ktoś jeszcze? 

- Ja. Gdyby Trask przekonał go o grożącym mi niebezpieczeństwie. 

- Wówczas Jason po prostu zatelefonowałby do ciebie i sprawdził, czy wszystko w porządku. 

Racja. Wobec tego pozostała tylko jedna możliwość. 

- Mój ojciec. Jason kocha ojca, a przecież on nie otrzymał żadnej ochrony. 

background image

- Masz numer komórki ojca? 

Potwierdziła ruchem głowy. 

-  W  notesie.  -  Przetrząsnęła  torebkę  i  wyciągnęła  sfatygowany  skórzany  notatnik.  Chwilę 

później telefonowała do ojca. Po sześciu 

sygnałach usłyszała komunikat poczty głosowej. Rozłączyła się i zadzwoniła ponownie. Ten 

sam głos, te same słowa. - Nie odpowiada. - Może zadzwonisz pod inny numer? 

- Nie - odparła. - Co prawda, ojciec ma mieszkanie w Bostonie, ale rzadko tam bywa. Bardzo 

dużo podróżuje w sprawach zawodowych, lecz stara się pozostawać na południu, żeby być blisko 

Jasona. Cholera, w końcu jest dziennikarzem. Powinien odbierać, kiedy ktoś do niego dzwoni na 

komórkę. 

- Przekręcę do George'a, niech teraz on telefonuje. - Zaczął wystukiwać numer. - Chociaż to 

zapewne nic nie da. 

To prawda. Ojciec z pewnością nie mógł odpowiedzieć, jeśli pozostawał w rękach Traska. A 

w takiej sytuacji Trask miał także w ręku Jasona. 

-  Porozmawiam  z  George'em,  ty  jedź  na  lotnisko.  Musimy  dotrzeć  do  Macon.  Trask  jest 

poszukiwany listem gończym, nie zaryzykowałby długiej podróży . 

-  Racja.  -  Włączył  się  do  ruchu. -  Moim  zdaniem  tam  mamy  największe  szanse  na 

znalezienie Traska. 

- Nie będziemy musieli długo szukać. Ma Jasona - przypomniała mu łamiącym się głosem. -

Będzie  chciał,  żebym  go  znalazła i  była  świadkiem  jego  śmierci.  Wystarczy, że  zaczekamy na 

telefon oraz informację, gdzie i kiedy. 

Silver zacisnął usta. 

- Chyba nie zamierzasz zgrywać męczennicy i pakować się w pułapkę? Nie ma mowy. 

- Jeszcze nie wiem, co zrobię. - Popatrzyła mu prosto w oczy. - Ale na pewno nie dopuszczę 

do tego, by Jason stracił życie. To nie wchodzi w grę. 

- Nie pozwolę, by twój brat zginął, lecz nie mogę ... - Zaklął. - Nie dam ci zrobić krzywdy. 

Masz mnie i służby specjalne do dyspozycji. Wszyscy chcą znaleźć Traska. Nie jesteś sama . 

- Ale jeśli zadzwonię do Ledbruka i poproszę go o pomoc, Trask pewnie uzna, że zabawa ze 

mną nie jest warta zachodu i zabije Jasona. 

- Jeżeli umrzesz, Trask zwycięży, a twoje poświęcenie i tak nie ocali brata. Pomyśl. 

W tej chwili myślenie przychodziło jej z największym trudem. 

background image

Ogarnął ją przemożny strach. 

- Nie dopuszczę do jego śmierci - powtórzyła. Przez moment milczał. 

- Niech będzie. Spróbujemy nie angażować Ledbruka, ale mojej pomocy nie odrzucisz. 

- Nie miałam takiego zamiaru. Możesz mi być potrzebny. 

-  Jestem  zaszczycony.  Teraz  powiem  George'owi,  żeby  pędził  na  lotnisko.  Tam  się  z  nim 

spotkamy. Niewykluczone, że jego pomoc nam się przyda. - Potrząsnął głową, kiedy otworzyła 

usta, by zaprotestować.  - Nie będzie rozmawiał z  Ledbrukiem, jeśli  mu wyjaśnię, że tylko pod 

tym warunkiem pozwolimy mu wziąć udział w akcji. Chce dorwać Traska. 

Kerry  przemyślała  słowa  Silvera  i  doszła  do  wniosku,  że  brzmią  rozsądnie.  Potrzebowali 

pomocy, a George był godny zaufania. 

-  Podobnie  jak  my  wszyscy,  ale  nie  za  cenę  śmierci  Jasona.  Powiedz  mu  to  wyraźnie.  -

Wzięła głęboki oddech. - A teraz jedźmy na lotnisko. 

16 

George przyjął klucz od pracownika wypożyczalni samochodów na lotnisku w Macon. 

- Przyspieszę kroku i sprowadzę samochód przed główne wejście, jak przystało na człowieka 

pełnego życzliwości, a za takiego się uważam. 

- Mam nadzieję, że jesteś nie tylko życzliwy, ale również dyskretny - odparła Kerry. 

-  Ponad  wszelką  wątpliwość.  - Podniósł  płócienny  worek  ze  swoimi  rzeczami.  -  Moje 

przeszkolenie to gwarantuje. - Uśmiechnął się. - Bez obaw, Kerry. Z nikim nie rozmawiałem. Nie 

zrobiłbym nic, co mogłoby ci zaszkodzić. 

Wierzyła mu. 

- Co u licha wieziesz w tym worku? Przejście przez kontrolę osobistą zajęło ci całe wieki. 

- Och, to tylko kilka niezbędnych drobiazgów. Konieczność wyjazdu mnie zaskoczyła, więc 

wrzuciłem tam tylko to, co niezbędne: maczetę, M-16 oraz H&K 94 SG-l. Ach, i jeszcze garotę. 

Kerry zamrugała oczami. 

- Ochrona nie skonfiskowała tego arsenału? 

-  Mam  także  swój  stary  identyfikator  służb  specjalnych  oraz  specjalny  dokument  ze  służb 

bezpieczeństwa wewnętrznego. Ale, jak zauważyłaś, i tak starannie mnie przeszukano. Nie mam 

zastrzeżeń.  Właśnie  tak  powinni  postąpić  -  oświadczył  pogodnie.  -  Za  pięć  minut  wracam.  -

background image

Pospiesznie opuścił budynek terminalu. 

Patrzyła za nim i nagle poczuła się lepiej. Świadomość, że George im pomaga, była bardzo 

kojąca. 

- To pewnie nie potrwa nawet pięciu minut - mruknął Silver i ujął Kerry za łokieć. - Lotnisko 

jest maleńkie. Pewnie oszczędzilibyśmy czas, idąc razem z nim. Włączyłaś komórkę? 

Sądził, że Trask może do niej zadzwonić. Boże, oby miał rację. Czuła się całkiem bezradna. 

-  Włączyłam  ją  natychmiast  po  wylądowaniu  samolotu.  Miałam  dwa  nieodebrane 

połączenia. 

- Żadnych wiadomości w poczcie głosowej? 

- To nie w stylu Traska. On chce słyszeć, jak bardzo jestem przerażona. Zaczeka, aż ... 

Telefon zadzwonił. Natychmiast wcisnęła przycisk. 

- Nie lubię marnotrawienia energii, Kerry - obwieścił Trask. - Telefon twojego ojca dzwonił 

bez ustanku, ale on nie mógł odebrać. 

Zacisnęła dłoń na aparacie.

- Trask, gdzie mój brat? 

Silver wbił wzrok w jej twarz. 

- Razem z ojcem - usłyszała. - Łączy ich cudowna więź. Serce rośnie, kiedy się na to patrzy.

- Chcę z nim rozmawiać. 

- Nie z ojcem? 

- Chcę mówić z bratem - powtórzyła. 

- Nie wątpięl ale sam o tym zadecyduję. Chyba odłożę tę rozmowę na specjalną okazję. Na 

razie przekazuję telefon twojemu ojcu.

- Kerry, wykonaj  wszystkie  jego polecenia  - odezwał się Ron  Mur¬phy.  - Od tego zależy 

życie J asona. 

- Chcę z nim rozmawiać. 

- Chryste, wiem, że mi nie ufasz, ale sądzisz, że kłamałbym ci w takiej sprawie? - burknął 

opryskliwie.  -  Ty  ponosisz  odpowiedzialność  za  ten  koszmar.  A  teraz  wyciągnij  stąd  Jasona, 

zanim ten sukinsyn go zabije. 

- Zadzwoniłeś do Tasona i powiedziałeś mu, że Trask cię uwięził? 

- Nie. Trask do niego zatelefonował. Tason poszedł do mojego pokoju w motelu i znalazł list 

od Traska. Żadna siła nie zmusiłaby mnie do narażenia Tasona na niebezpieczeństwo. 

background image

- Nie masz takich oporów, jeśli chodzi o mnie. 

Ojciec zamilkł. 

- Co mam powiedzieć? - spytał po chwili. - Nie mogę pozwolić, by zabił Jasona. Ty też nie. 

-  Nie  -  odparła  z  westchnieniem.  -  Nie  pozwolę,  żeby  zabił  Jasona.  Przekaż  telefon 

Traskowi. 

- Będziesz współpracowała? 

- Oddaj aparat Traskowi. 

Ponownie zapadła cisza, przerwana przez Traska. 

- Powiedziałem ci, że więź między nimi jest wręcz niesamowita. Rozumiem jednak, czemu 

nie żywisz równie ciepłych uczuć do ojca. Nawet nie spytał, do czego jesteś mi tutaj potrzebna. 

Sądzisz, że mógł to odgadnąć? 

- Chcę rozmawiać z Jasonem.

-  Dziś  wieczorem.  Wyślę  po  ciebie  Dickensa.  Muszę  cię  ostrzec,  że  doskonale  wyczuwa, 

kiedy ktoś go śledzi. Jeżeli zauważy cokolwiek niepokojącego, natychmiast do mnie zadzwoni, 

co będzie oznaczało rychły i rozczarowujący koniec całej sprawy. Podobnie się stanie, jeśli nie 

dotrzecie  do  mnie  w  rozsądnym  czasie  od  chwili  waszego  spotkania.  Nie  życzę  sobie,  żeby 

służby  specjalne  wzięły  Dickensa  w  obroty.  Kiedy  tutaj  przyjedziesz,  przekonasz  się,  że 

zastosowałem rozliczne zabezpieczenia, mające chronić twojego ojca i brata. Nikt nie będzie nam 

przeszkadzał, kiedy się spotkamy. Powiedziałem już strażnikom, że wystarczy, iż nacisnę jeden 

guzik, a Morze Ognia zmieni cały dom w ognisko. A teraz bądź dobrą dziewczynką i rób, co ci 

każę, a wówczas może porozmawiasz z bratem, jadąc tutaj. 

- Gdzie on jest? 

- Przekonasz się, kiedy tu dotrzesz. Liczę na to. Wybrałem to miejsce niezwykle starannie. 

To mały, przytulny domek. 

- Nie przyjadę, dopóki nie uzyskam pewności, że mój brat żyje. 

- Nie pamiętasz, co powiedział ojciec? Twojemu bratu nie spadł włos z głowy. Jak sądzisz, 

czy ojciec wabiłby cię tutaj, gdyby nie liczył na ocalenie syna? 

- Wobec tego czemu nie mogę zamienić z nim ani słowa? Westchnął. 

- Niestety, twój brat  nie  zamierza przyłączyć się  do prośby  ojca.  Postanowił  poświęcić się 

dla ciebie. 

Zwilżyła usta. 

background image

- A ty go zabiłeś? 

-  Kerry, przecież mnie  znasz  - upomniał  ją. -  Popsułbym sobie  całą  przyjemność, gdybym 

nie mógł oglądać twojej miny, kiedy Morze Ognia go pochłonie. Chwilowo jest bezpieczny. 

Chwilowo. 

- Co mam zrobić? 

- Jesteś już w Macon? 

- Właśnie przyleciałam. 

- Świetnie. Nie traciłaś czasu. Wiedziałem, że się zjawisz, kiedy poznasz nowiny. Gdzie się 

zatrzymałaś? 

- W hotelu Hyatt. 

-  Dickens  zadzwoni,  kiedy  będzie  w  pobliżu.  Od  niego  uzyskasz  informację,  gdzie  się 

spotkacie dzisiejszego wieczoru.

- O której? 

- O dziewiątej. - Zamilkł. - Chyba wiesz, jak bardzo jesteś dla mnie ważna. Długo myślałem, 

zanim  postanowiłem  zrezygnować  z  satysfakcji,  którą  czułbym,  eliminując  Rastowa  w  taki 

sposób, na jaki zasłużył. Musiałem jednak odwrócić twoją uwagę od brata. 

- Carmela ci nie wystarczyła? 

-  Zapewne  załatwiłaby  sprawę,  lecz  zorganizowanie  naszego  dzisiejszego  spotkania  zajęło 

mi  sporo  czasu.  Wszystko  musiało  być  dopięte  na  ostatni  guzik.  Bałem  się,  że  nabierzesz 

podejrzeń  z  powodu  zwłoki  i  weźmiesz  pod  uwagę  inne  możliwości.  Wobec  tego  zawarłem 

umowę z  moim partnerem  w  interesach  i  postanowiłem zgodzić  się,  by  wcześniej  zlikwidował 

Rastowa i w ten sposób stworzył zasłonę dymną. 

- Kto zabił Rastowa? Dickens? 

- Boże broń. Dickens potrafi być śmiertelnie niebezpieczny, ale brak mu umiejętności. Mój 

przyszły kontrahent samodzielnie wynajął fachowca. Niesłychanie kosztownego, dodajmy. 

- Niemniej dysponowałeś "środkami". 

- Otóż to. Przynajmniej Ki Yong nimi dysponował i wyraził wolę współpracy. Okazało się 

jednak,  że  wyznaczył  wysoką  cenę,  toteż  jestem  zdecydowany  zadbać  o  to,  by  nasz  wspólnie 

spędzony czas był jej wart. - Jaką cenę? 

- Pozwolę mu zająć się senatorem Kimble'em oraz Handlem, aby definitywnie zamknąć moje 

tutejsze sprawy. Jest zmęczony ciągłym  oczekiwaniem.  W  zamian muszę  przekazać mu  Morze 

background image

Ognia natychmiast po tym, jak skończę z tobą. Czyli po dzisiejszej nocy. 

- Nigdy nie przekażesz nikomu Morza Ognia. 

Zachichotał. 

-  Jesteś  inteligentną  kobietą,  skoro  masz  tego  świadomość.  Ki  Yong  nie  dorównuje  ci 

sprytem, chociaż sam o tym nie wie. Potrzebuje mnie do przeprowadzenia wstępnych testów. W 

ten sposób będę mógł przez pewien czas kusić go marchewką, a kiedy uznam za stosowne, nasze 

drogi się rozejdą. 

-  Czyli  wystawisz  go  do  wiatru,  tak  jak  wystawiłeś  nasz  rząd?  Przy  okazji  zamordowałeś 

wtedy Helen Saduz. 

- W cale nie. Sama się zabiła - westchnął ze smutkiem. - Szczerze ją kochałem. Byłaby dla 

mnie świetną partnerką. 

- Ale nie miałeś wyrzutów sumienia, narażając ją na niebezpieczeństwo. 

- Dlaczego miałbym czuć się winny? Chciała mi odebrać Morze Ognia. Wiedziałem, że mnie 

zdradzi.  Miałem  tego  świadomość  już  w  chwili,  gdy  zaproponowała  przyniesienie  tych  mało 

istotnych dokumentów, które zostawiłem. Poczułem ulgę, że laboratorium wybuchło i nie muszę 

osobiście brudzić sobie rąk. 

- Taką ulgę, że natychmiast przystąpiłeś do negocjacji z kimś innym. 

- Nie mógłbym kontynuować rozmów z nikim związanym z Helen. To byłoby zbyt bolesne. 

- Jesteś nieprawdopodobny. 

- To prawda. Ty też. Właśnie dlatego dzisiejszy wieczór będzie fascynujący. - Rozłączył się. 

Silver patrzył na nią uważnie.

- W porządku? 

Nerwowo skinęła głową. 

-  Ma  mojego  ojca  i  chyba  taże  brata.  Nie  pozwolił  mi  jednak  porozmawiać  z  Jasonem. 

Dickens przyjedzie wieczorem i zabierze mnie do Traska. 

- O której? 

- O dziewiątej. 

- Psiakrew. - Zerknął na zegarek. - Trzy godziny. Mamy mało czasu. 

Trzy godziny. Poczuła strach. 

- Ty i  George trzymajcie się od  tego  z daleka.  Powiedział,  że Dickens  zauważy, jeśli  ktoś 

będzie śledził samochód. 

background image

- Nic nie spostrzeże. - Otworzył drzwi wejściowe. - Zaufaj mi. 

- Nie mogę ci zaufać. Jason  jest zbyt ...  - Zamilkła,  usiłując nad sobą zapanować. Musiała 

komuś ufać. - Co zrobisz? 

- Będę czekał blisko miejsca, w którym spotkasz się z Dickensem. 

Wątpię, by był na mnie zamknięty. Spenetruję jego myśli, a' on nawet się nie zorientuje, co 

robię. 

- A jeśli będzie na ciebie zamknięty? 

-  Nie  martw  się  na  zapas.  Trask  to  wyjątek.  Przeniknę  umysł  Dickensa,  a  jeśli  napotkam 

trudności, staranuję go jak czołg. 

Mówił pewnie, chłodno i bezwzględnie. 

-  Staranujesz?  Powiedziałeś,  że  musisz  być  ostrożny.  Martwiłeś  się  o  Carmelę.  Ale  czy 

umysł Dickensa przetrwa takżie traktowanie? 

- Nie, ale jego ciało również nie przetrwa zbyt długo, więc w sumie to nie ma znaczenia. -

Popatrzył na nią. - Kerry, ten człowiek praktycznie już nie żyje. Nie wiem, czy pomógł Traskowi 

zabić Cama, ale nie zamierzam ryzykować. Przykro mi, jeśli masz wyrzuty sumienia. 

Nie było jej żal Dickensa. Chodziło raczej o szok, wywołany przemianą, którą dostrzegała u 

Silvera. Stał się bezlitosny i okrutny, co budziło jej sprzeciw. Dotąd nie dostrzegła u niego tych 

cech w takim nasileniu. 

-  Nie  będę  protestowała.  Nie  wiem,  czy  ten  człowiek  przyczynił  się  do  zamordowania 

twojego  brata,  ale  bez  wątpienia  pomógł  Traskowi  w  przygotowaniach  do  spalenia  żywcem 

Carmeli. - Ruszyła do samochodu, który George zaparkował przy krawężniku. - Rób, co uważasz 

za stosowne. 

- Z chęcią - mruknął, otwierając przed nią drzwi pojazdu. - I z całą pewnością nie pozwolę ci 

samotnie wpakować się w zastawioną przez niego pułapkę. 

Zajęła swoje miejsce i spojrzała na Silvera. 

-  W  pewnym  momencie  będę  musiała  zostać  sama.  Wspomniał  coś  o  domu,  w  którym 

przetrzymuje Jasona i ojca. Jeżeli spróbujesz tam wejść, Trask naciśnie guzik i budynek stanie w 

ogniu. 

- Wraz z nim? 

- Nie będę ryzykowała, kiedy życie Jasona znajduje się w rękach tego drania. 

- Wobec tego musisz wystawić nam Traska - oznajmił George.

background image

- Spróbujesz go skłonić, by stanął przy oknie lub drzwiach, gdzie moglibyśmy go zdjąć?

- Może. 

- A może nie - westchnął Silver. .:... Nie możesz wiedzieć, czy to ci się uda. 

-  Nie  zaatakujecie  tego  domu  i  tyle.  W  żaden  sposób  nie  narazimy  Jasona  na 

niebezpieczeństwo. 

Wzruszył ramionami i zatrzasnął drzwi. 

- Zgoda, nie zaatakujemy domu. 

Uświadomiła  sobie  jednak,  że  nie  ustosunkował  się  do  jej  ostatniej,  bardziej  ogólnej 

deklaracji. 

Nie  mogła się  spierać,  bo  właśnie  dotarło  do  niej  w  pełni  znaczenie  słów  Traska.  Musiała 

zebrać siły i spróbować otrząsnąć się z lodowatego, paraliżującego strachu. 

Dickens zadzwonił punktualnie o dziewiątej. 

- Pójdziesz dwie przecznice na wschód, do kościoła baptystów. Będę tam za dziesięć minut. 

Jeśli kogoś ze sobą przyprowadzisz, odjadę i nie wrócę. 

- Będę sama. - Rozłączyła się i spojrzała na Silvera. - Za dziesięć minut. Kościół baptystów, 

dwie przecznice na wschód. 

- Ruszamy. - Skierował się do drzwi. - Dalej, George. 

-  Wreszcie  bierzemy  się  do  roboty  -  mruknął  George,  wstał  i  sięgnął  po  worek  żeglarski, 

leżący u jego stóp. - Chodźmy. 

- Zaraz - powstrzymała ich Kerry. - Ile czasu zajmie ci wejście do umysłu Dickensa? 

- Niewiele. To zależy od obiektu. Pięć, może dziesięć minut. 

- Skąd będę wiedziała, czy nie jest na ciebie odporny? 

- Przekonasz się. Nie miniesz nawet dwóch przecznic z tym łajdakiem, jak zapanuję nad jego 

myślami. 

- Lepiej uważaj. Nie wybaczę ci, jeśli przez ciebie Trask. .. 

- Zatem nie mam nic do stracenia. - W jego głosie zabrzmiała beztroska. - I tak nie traktujesz 

mnie specjalnie pobłażliwie. Jeśli przyjdzie mi wybierać między tobą a twoim bratem, zgadnij, 

na kogo się zdecyduję. 

- Szybciej, Brad - popędził go George. - Nie słyszałeś, że w takich sytuacjach szczerość nie 

popłaca?  -  Otworzył  drzwi  i  wypchnął  Silvera.  -  Kerry,  najwyraźniej  doszły  do  głosu 

background image

barbarzyńskie  skłonności  Brada.  Zadbam  o  to,  byś  widziała,  że  za  tobą  jedziemy,  kiedy  Brad 

sprawi, że Dickens przestanie nas dostrzegać. Szczerze mówiąc, nie wierzę w to, ale sytuacja jest 

niesłychanie interesująca. 

Interesująca? Jej zdaniem była przerażająca. 

-  Posłuchaj  mnie.  -  Spojrzała  Silverowi  prosto  w  oczy.  -  Już  wcześniej  złamałeś  daną  mi 

obietnicę, ale teraz nie możesz mnie zawieść. W tej chwili przysięgnij że zaczekasz do czasu, aż 

wystawię ci Traska.

- A jeśli nie będziesz mogła tego zrobić? Mam siedzieć z założonymi rękami i patrzeć, jak 

zostaje z ciebie kupka popiołu? 

- Wówczas poczekasz, aż znajdę inny sposób, by go skłonić do wyjścia z kryjówki. 

Nie odrywał od niej wzroku. 

- Przysięgnij Silver. 

Przez chwilę milczał. 

-  Przysięgam,  że  dam  ci  szansę.  -  Drzwi  zamknęły  się  za  nim.  Nie  takiej  odpowiedzi 

oczekiwała,  ale  na  nic  więcej  nie  mogła  liczyć.  Nie  miała  pewności,  czy  zdoła  wpłynąć  na 

Traska, a Silver stał się zupełnie nieobliczalny. 

Rzuciła  okiem  na  zegarek.  Minęło  tylko  kil1za  minut,  lecz  powinna  już  iść.  Skąd  mogła 

wiedzieć,  co  zrobi  Dickens,  jeśli  nie  zastanie  jej  na  miejscu?  Też  był  nieobliczalny.  W  życiu 

Kerry ostatnio zaroiło się od nieprzewidywalnych ludzi. 

Niebieski  ford  trzykrotnie  minął  przecznicę,  przy  której  stała  KerryJ  zanim  podjechał  do 

krawężnika. 

- Wskakuj. - Dickens pochylił się i otworzył drzwi od strony pasażera. Chwycił jej torebkę, 

przejrzał jej zawartość, a następnie przesunął dłonią po piersiach i rękach Kerry. 

Cofnęła się. 

- Co robisz? 

- Szukam ukrytej broni i mikrofonów. - Zerknął nerwowo na kościół i na ulicę. - Ruszamy. 

Chcę mieć to z głowy. 

- Podobnie jak ja. - Zatrzasnęła drzwi. - Dokąd mnie wieziesz?  Wystukał numer na swoim 

telefonie. 

- Przyszła. Nie, nikogo nie ma. Sprawdziłem, zanim ją zabrałem. Znam swój fach, Trask. 

background image

- Chcę z nim rozmawiać. 

Wzruszył ramionami i przekazał jej telefon. 

- Trask, zapewniałeś, że będę mogła zamienić słowo z bratem. 

-  Ach,  tak.  Trochę  się  martwiłem,  bo  mógł  nie  wyrazić  ochoty,  lecz  chyba  ma  ci  coś  do 

powiedzenia. 

Usłyszała w telefonie głos Jasona. 

- Kerry, nie przyjeżdżaj. Postaraj się uciec. 

Żył. Aż do tej chwili nie uświadamiała sobie, jak bardzo się boi, że Trask już go zabił. 

- Nic ci nie jest? 

- Nie przyjeżdżaj - powtórzył zdesperowany Jason. - Nie możesz tracić życia dla ... 

Na linii ponownie pojawił się Trask. 

-  Musisz  być  dla  niego  naprawdę  ważna.  To  bystry  facet  i  nie  przypuszczam,  by  miał 

jakiekolwiek  wątpliwości,  że  jego  życie  jest  zagrożone.  A  teraz  bądź  grzeczna  i  nie  sprawiaj 

Dickensowi kłopotów. Jest nerwowy i bywa niebezpieczny. Nie chcę, żeby przytrafiło ci się coś 

złego. - Rozłączył się. 

Oddała telefon Dickensowi. 

- Podobno jesteś nerwowy. Innymi słowy, nie lubisz swojej roboty. Nie byłoby rozsądniej, 

gdybyś pomógł mi ocalić brata i unieszkodliwić Traska ? 

- Zamknij się. - Ruszył z miejsca. - Nie jestem nerwowy. 

Wszystko jest pod kontrolą. Jeszcze dziś w nocy sprawa się zakończy. 

Gdzie  był  Silver?  Powiedział,  że  wystarczy  mu  pięć  do  dziesięciu  minut,  a  tymczasem 

Dickens  nie  okazywał  niepokoju  ...  Cholera,  właściwie  czego  oczekiwała?  Nie  wiedziała,  czy 

zdoła dostrzec różnicę w zachowaniu Dickensa, jeśli Silverowi uda się spenetrować jego umysł. 

- Posłuchaj, Dickens, złapią cię. 

- Wątpię. Znikam stąd w chwili, kiedy Trask wejdzie na pokład samolotu z Ki Y ongiem. -

Skręcił za róg i skierował się na rogatki miasta. - Zdematerializuję się z walizką pieniędzy. . 

- O ile Trask nie uzna, że wybornie się nadajesz do jego eksperymentów z Morzem Ognia. -

Pozornie obojętnie zerknęła w boczne lusterko. Poczuła na sercu ciężar, kiedy nie dostrzegła na 

ulicy ani jednego samochodu. Nikt ich nie śledził. 

Jezus, Maria. Czyżby coś się stało? Lepiej o tym nie myśl. Jeśli będzie musiała radzić sobie 

sama, zrobi to. 

background image

- Trask jest zdolny do każdego oszustwa. Z pewnością wiesz, co zrobił Joyce Fairchild. Co 

miałoby go powstrzymać przed ... 

Zza rogu wyłonił się brązowy lexus z George’em za kierownicą . 

- Podjedź bliżej - zażądał Silver. - Nie możesz go stracić z oczu. 

-  Nie? -  George  uniósł  brwi.  -  Wybacz  że  pytam  ale  dlaczego  nie  sprawdzisz,  dokąd  on 

jedzie? 

-  Szkoda  zachodu.  Muszę  przekopywać  się  przez  tony  brudów,  żeby  zdobyć  istotne 

informacje na temat strażników, którzy pilnują domu na farmie. 

- Domu na farmie? 

- Tam jadą. Na farmę. Dickens musiał ją wyszukać dla Traska. 

-  Wobec  tego  może  powinieneś  sprawdzić,  gdzie  jest  ta  farma.  Wówczas  pojedziemy 

przodem i zaczekamy na ... 

- Na litość boską, to nie tak działa. Nie znam umysłu tej gnidy. Muszę zatem brać to, co się 

da, dopóki nie przejmę nad nim kontroli. 

- Już dobrze - powiedział George uspokajająco. -  To tylko sugestia.  Masz rację, nie wiem, 

jak to działa. Z drugiej strony, kto to wie, do cholery? 

- Wybacz. - Silver nie odrywał wzroku od samochodu z przodu. - Podjedź bliżej i nie zgub 

go. 

- Na pewno nas nie widzi? 

-  Nie  jestem  tego  pewien,  ale  raczej  nie.  Moim  zdaniem  uzyskałem  już  wystarczającą 

kontrolę. 

- A więc może się udać. 

- Tak. 

- Co tam? - Dickens podejrzliwie patrzył na twarz Kerry. Psiakrew. 

-  Nic  takiego.  -  Pospiesznie  oderwała  wzrok  od  lusterka  i  spróbowała  odwrócić  uwagę 

Dickensa. - Po Trasku można się spodziewać wszystkiego. Każdego może wziąć na celownik. 

Nie udało się. Dickens podążył za jej spojrzeniem i zerknął w boczne lusterko. 

Znieruchomiała. Chryste, George jechał zaledwie parę metrów za nimi i nawet nie próbował 

się ukrywać. 

background image

Dickens wzruszył ramionami i ponownie popatrzył przed siebie. - Przymknij się i przestań 

mnie straszyć. Nie złapię się na te sztuczki. 

Najwyraźniej nie widział brązowego lexusa. Silver się przedarł. 

Odetchnęła z ulgą. 

-  Chcę  cię  tylko  uchronić  przed  popełnieniem  błędu,  ale  nie  będę  sobie  strzępiła  języka.  -

Całą siłą woli powstrzymała się od ponownego zerknięcia w lusterko. - Dokąd mnie wieziesz? 

- Na wieś. 

- Gdzie? 

Ściągnął brwi. 

- Nie mogę powiedzieć. Trask chce, żeby to była wielka niespodzianka. Głupi ... 

Od razu wyczuła dym. Drapiący, kwaśny, przywołujący na myśl setki sennych koszmarów. 

Serce jej zamarło. Czy ten parszywy drań skierował już Morze Ognia na Jasona? 

- Zadzwoń do Traska - przykazała Dickensowi, który w odpowiedzi pokręcił głową. 

- Dom jest za tamtym zakrętem - wyjaśnił. 

- Więc się pospiesz, cholera jasna. 

-  Nie  rozkazuj  mi. -  Popatrzył  na  nią wrogo.  -  Mam  dość  tego,  że  wszyscy  mi  mówią,  co 

mam robić. 

Ledwie go słyszała. Gdy minęli zakręt, ujrzała pożar. 

Wielka obora na końcu drogi płonęła, buchała płomieniami, nikła w oczach, zmiatana przez 

żywioł. 

Poczuła przeszywający ból. Jason.

- Wypuść mnie. 

- Tak chcesz. - Dickens stanął przed domem. - Zrobiłem swoje. 

Otworzyła  drzwi  i  wyskoczyła  z  samochodu.  Czuła  gorąco,  kiedy  ruszyła  biegiem  w 

kierunku obory. 

- Kerry, jego tam nie ma - usłyszała za plecami męski głos. Odwróciła się gwałtownie. 

Trask wyszedł z domu i stał na ganku. Z całą pewnością to był on. Patrzył na nią niebieskimi 

oczami, tymi samymi,  które widziała na  zdjęciu.  Łuna ognia oświetlała  jego  rozbawioną  minę, 

kiedy pokonywał schodki. 

-  Ciągle  myślisz,  że  mógłbym  zepsuć  sobie  zabawę,  postępując  zbyt  niecierpliwie.  Po  tak 

background image

długim czasie pragnę się cieszyć nawet najdrobniejszymi szczegółami swojego planu. 

Puściła mimo uszu jego wypowiedź z wyjątkiem pierwszego zdania. 

- Jasona nie ma w oborze? 

- Nie. Nawet wyprowadziłem bydło. Pragnąłem tylko zapalić latarnię na twoje powitanie. 

I przy okazji śmiertelnie mnie przerazić, pomyślała z goryczą. 

- Gdzie on jest? - spytała. 

Ruchem głowy wskazał dom. 

-  W  pokoju  na  piętrze,  razem  z  ojcem.  Są  sobie  tak  bliscy,  że  postanowiłem  umieścić  ich 

razem. 

- Na mnie pora - oznajmił Dickens, zanim wcisnął pedał gazu. 

- Mam spotkać się z Ki Yongiem, żeby odebrać wynagrodzenie. 

-  Naturalnie.  -  Trask  nie  odrywał  wzroku  od  Kerry,  kiedy  Dickens  odjeżdżał.  -  Choć  być 

może czeka go niespodzianka - mruknął. - Wątpię, by Ki Yong zamierzał mu zapłacić. Zapewne 

będzie wolał pozbyć się potencjalnego świadka. 

- To dobrze. Dickens mnie nie obchodzi. Chcę się widzieć z Jasonem. 

-  Wszystko w swoim  czasie. - Popatrzył na  płonącą  oborę. - Najpierw obejrzyj  mój ogień. 

Rozpalenie  go  kosztowało  mnie  sporo  zachodu,  teraz  pragnę  napawać  się  nim  w  twoim 

towarzystwie. 

Wbiła wzrok w płomienie. 

- Mam się zachwycać tym dziełem zniszczenia? 

- Niekoniecznie. To, co  widzisz} jest skorupą, pozbawioną faktycznej treści.  - Uśmiechnął 

się. - Tymczasem nie jest ona tak próżna, jak uważasz. 

Zamarła. 

-  Powiedziałeś,  że  nie  ma  tam  Jasona: - Miał  być  na  piętrze,  w  domu.  I  podobno 

wyprowadziłeś zwierzęta. 

-  To  wszystko  prawda.  Nie  mogłem  jednak  urazić  Morza  Ognia,  nie  dostarczając  mu 

zasłużonego paliwa.  . 

- Co zrobiłeś, sukinsynu? Kogo zamknąłeś w środku? 

Zaśmiał się. 

-  Właściciela  gospodarstwa  oraz jego  żonę.  Bez  obaw, nie  czuli  bólu.  Wczoraj  wieczorem 

musiałem  ich  usunąć.  Nie  mogłem  ryzykować  niepotrzebnych  problemów.  -  Pokręcił  głową. -

background image

Szkoda.  Efekt  byłby  znacznie  bardziej  interesujący,  gdybym  mógł  zapewnić  ci  skromną 

przekąskę przed właściwą ucztą. 

Przeszył ją dreszcz grozy. Zamknęła oczy. Walcz. Walcz z nim. 

W stanie tak, silnego przerażenia nie miała szans przejąć kontroli nad Traskiem. 

Otworzyła oczy. 

- Nie zamierzam patrzeć, jak dokonujesz kremacji zwłok tych biednych ludzi. Twój pomysł 

jest równie chory jak ty. Zaprowadź mnie do J as ona. 

Zmarszczył brwi. 

-  Rozczarowujesz  mnie.  -  Ale  po  chwili  jego  twarz  się  rozpogodziła.  -  Nie  powinienem 

jednak być zaskoczony. Oczekiwałem bitwy. Rozpoznajesz ten dom? 

- A powinnam? Nigdy w życiu go nie widziałam. 

- To prawda. Ale grusze odmiany Bartlett? Rzeka? 

Nawet nie zauważyła rzeki za oborą. Ten widok coś jej jednak przypomniał. 

- Co chcesz mi powiedzieć? 

-  Dałem  Dickensowi  stare  zdjęcie  z  gazety, przedstawiające  dom  Krazkiego i  kazałem mu 

znaleźć podobny.

- Po co? 

-  Ponieważ  było  to  chyba  najbardziej  emocjonujące  zabójstwo, jakiego  się  dopuściłem. 

Pierwszy  raz  zawsze  jest  wyjątkowy,  prawda?  Dla  mnie  zaczął  znaczyć  jeszcze  więcej  odkąd 

obserwowałem cię na zgliszczach domu tego palanta. Wtedy wreszcie uświadomiłem sobie, jak 

bardzo ty i ja jesteśmy sobie bliscy. - Podszedł krok bliżej. Natychmiast wyczuła napięcie jego 

mięśni  i  dostrzegła  błysk  podniecenia  w  oczach.  -  Jeszcze  raz  spójrz  na  ogień  i  otwórz  się  na 

niego, poddaj się mu. Czy to nie jest fascynujące zjawisko? 

- Nie. Prowadź mnie do Jasona. 

Popatrzył na nią z wahaniem. 

- Doskonale. - Odwrócił się. - Koniec aktu pierwszego. Brak owacji. Ale wciąż mamy czas. 

Będzie lepiej. - Wszedł po schodkach na ganek. - Chodź. Spotkasz się z rodziną. 

Idąc po schodkach, zaryzykowała szybkie spojrzenie na drogę. 

Straciła z oczu lexusa na mniej więcej półtora kilometra przed miejscem, w którym poczuła 

swąd spalenizny. 

Tylko nie panikuj. To jasne, że Silver i George nie chcą, by spostrzegli ich wartownicy. 

background image

Boże, ależ się czuła samotna. 

-  Jedzie  -  mruknął  George,  kiedy  samochód  Dickensa  minął  drzewa,  pod  którymi 

zaparkowali. - Powinniśmy go zdjąć teraz? 

- Nie. Wyruszył po wypłatę. Być może wykorzystamy go, aby dotrzeć do Ki Yonga. 

-  Nie  byłoby  lepiej  całkowicie  go  wyeliminować?  Nie  wiemy,  ile  potrwa  załatwienie  tej 

sprawy. 

-  Nie.  -  Silver  pospiesznie  kreślił  jakieś  znaki  na  kartkach  notatnika.  -  On  już  jest 

wyeliminowany. 

George spojrzał na niego uważnie. 

- Nie bardzo rozumiem. 

-  Musiałem  uszkodzić  mu  umysł,  żeby  uzyskać  potrzebne  informacje  -  wyjaśnił  Silver  z 

roztargnieniem, rysując cztery krzyżyki. - Jego mózg obumarł. 

George pokręcił głową. 

- Przecież kieruje samochodem. 

- Nie. To ja kieruję jego samochodem. I chyba zaparkuję, żeby skoncentrować się na czymś 

innym.

- Chryste. 

Silver zerknął na niego. - Nie wierzysz mi? 

- Wierzę. I to mnie przeraża. Czy ludzie z CIA mają świadomość, co potrafisz robić? 

- Nie. Masz mnie za idiotę? Wiedzą tyle, ile powinni. Informacja to jedno, kontrola umysłu

drugie.  Albo  chcieliby  mnie  wykorzystać  do  własnych  celów,  albo  uznali  za  zagrożenie,  nad 

którym nie zdołają zapanować. To drugie jest bardziej prawdopodobne. W ciągu paru miesięcy 

zapewne zastosowano by sankcje wobec mnie. 

- Zatem kiedy zaparkujesz samochód Dickensa i opuścisz jego umysł, on umrze? 

- Nie od razu. Podtrzymam funkcjonowanie jego podstawowych organów. Być może będzie 

nam potrzebny w przyszłości. 

- Chyba nie jestem przekonany do pomysłu korzystania z pomocy ... - George zastanowił się 

nad  odpowiednim  słowem  -  ...  żywego  trupa.  Wolę  ufać  sobie.  Jeśli  pozwolisz,  sam  zajmę  się 

tym, co zaplanowałeś dla Dickensa. 

- Jak wolisz. 

background image

- Tak wolę. - Spojrzał na zapisaną przez Silvera stronę notatnika. 

- Co to za krzyżyki? 

- Jeden strażnik stoi nad rzeką, za oborą, pilnuje łodzi. - Wskazał drugi krzyżyk. - Snajper ze 

springfieldem za szopą z tyłu domu. -  Przyłożył palec do trzeciego  krzyżyka. - Ten wartownik 

stoi kilometr stąd, pilnuje drogi do farmy. 

- A ostatni? 

- Ki Yong i jego kierowca. Piętnaście kilometrów stąd czeka na 

Traska,  żeby  przetransportować  go  na  lotnisko  i  wprowadzić  na  pokład  samolotu  do 

Phenianu. 

- Wszystko to wiesz od Dickensa? 

Wzruszył ramionami. 

- Wyciągnięcie z niego tych informacji wcale nie było łatwe. Gdy¬by poszło mi jak z płatka, 

nie musiałbym niszczyć  jego  mózgu. - Zacisnął  usta. - Chociaż zapewne  i tak bym to  zrobił. -

Zerknął na mapę. - Musimy ruszać. Od którego strażnika zaczniesz? Od tego na drodze? 

George skinął głową, otworzył drzwi i wyszedł z samochodu. 

- Wezmę jeszcze tego znad rzeki. Ty załatw snajpera. Potem zajmiemy się Traskiem. 

- Dopiero wtedy, gdy Kerry go nam wystawi. - Silver ruszył za George'em. - Zostaniemy na 

dworze i poczekamy tu na niego. Obiecałem to Kerry. 

George uśmiechnął się ironicznie. 

-  Ciekawe,  jak  długo  wytrzymasz,  kiedy  Trask  zacznie  jej  zagrażać.  -  Uniósł  rękę.  -

Wszystko jedno. Nie odpowiadaj. Nie chcę, żebyś się rozzłościł i zrobił mi sieczkę z mózgu. 

- To ci nie grozi. 

George popatrzył uważnie na Silvera. 

- Chyba rzeczywiście nie. Zrób mi przysługę i zaczekaj na mnie, zanim zaczniesz strzelać do 

Traska. Bez urazy, ale prędzej go trafię niż ty. 

- Pod warunkiem, że dotrzesz na czas. 

- Och, ten pośpiech. - Zdjęcie pierwszego strażnika nie powinno nam zająć więcej niż pięć 

minut. Potem droga na farmę będzie wolna. 

- Gdzie oni są? - Kerry rozejrzała się po skromnym saloniku. 

Okna były szeroko otwarte, do pomieszczenia napływała delikatna mgiełka dymu, przez co 

background image

wszystko wydawało się trochę nierzeczywiste. - Gdzie Jason? 

- Na górze. - Trask wchodził już po schodach. Ruchem ręki zachęcił Kerry, by poszła w jego 

ślady. - Jestem pewien, że się ucieszą na twój widok. W szczególności ojciec. Sprawia wrażenie 

zdesperowanego, chyba jest gotowy skorzystać z każdej sposobności, by uratować syna. Niezbyt 

inteligentne zachowanie, niemniej ty postępujesz tak samo. Emocje sprawiają, że rozum zasypia, 

prawda? - Otworzył drzwi na szczycie schodów. - Umieściłem ich w sypialni gospodarzy. Same 

luksusy dla twoich bliskich, Kerry. - Odsunął się. - Śmiało. 

Zawahała się. 

- Sądzisz, że przygotowałem dla ciebie nieprzyjemną niespodziankę? Może zwłoki, choćby 

farmera  i  jego  żony?  -  Trask  się  uśmiechnął.  -  Nie  poznasz  prawdy,  dopóki  nie  wejdziesz  do 

środka i nie sprawdzisz. 

Zmusiła się, by wejść do pokoju. 

Nie ujrzała trupów. Dzięki Bogu, obaj żyli. 

Ojciec  leżał  na  łóżku,  przywiązany  do  słupka,  a  skrępowany  sznurem  Jason  siedział  na 

krześle przy oknie. 

- Nie powinnaś była przyjeżdżać, Kerry. - Jason miał chrapliwy głos, jego twarz była blada i 

pełna napięcia. - Powiedziałem, żebyś tego nie robiła. 

- Podjęła słuszną decyzję - oświadczył Ron Murphy. - Spełniła swój obowiązek. - Spojrzał 

na Traska. - Masz ją, masz mnie. Może wypuścisz Jasona? 

- Chryste.  - Jason patrzył na niego ze zgrozą. -  Twoim zdaniem byłbym gotów  wyjść stąd 

bez was? Kerry, jeśli jeszcze zdołasz uciec, zrób to. 

- Nie warto strzępić sobie języka. Trask nie ma zamiaru wypuścić nas żywych. - Kerry wbiła 

wzrok w Traska. - Mam rację? 

-  Niestety  -  uśmiechnął  się  Trask.  -  Chociaż  wyczuwam  w  tobie  bratnią  duszę  i  mam 

nadzieję  na  przełom,  musiałbym  poświęcić  mnóstwo  czasu,  by  nabrać  pewności,  że  mnie  nie 

zawiedziesz. Nie dysponuję takim czasem, a Ki Yong mi go nie podaruje. Pozwolę sobie spędzić 

z  tobą  parę  chwil,  podczas  gdy  Morze  Ognia  będzie  pochłaniało  twojego  ojca  i  brata.  Zanim 

jednak wyjadę dzisiejszej nocy, będziesz musiała do nich dołączyć. 

Przeraziło ją jego wymowne spojrzenie na zegarek. Czas uciekał. 

Musiała grać na zwłokę. Tylko wtedy Silver i George zdążą tu dotrzeć. 

- Czy mogę spędzić z nimi kilka minut na osobności? Zawahał się i wzruszył ramionami. 

background image

-  Czemu  nie?  W  ten  sposób  twoje  doznania  będą  jeszcze  głębsze.  -  Ruszył  do  wyjścia.  -

Masz kwadrans . 

Kiedy tylko  zamknęły się za nim drzwi, z miejsca rzuciła się do nocnej szafki i otworzyła 

szufladę. Cholera, nie było nożyczek ani nic dość ostrego, by przeciąć sznury. 

- Co ty wyprawiasz? - spytał ojciec. 

- Szukam czegoś, czym mogłabym przeciąć więzy. 

Gdyby  wybiła  okno!  Trask  usłyszałby  brzęk  i  przybiegł!  zamm  zdołałaby  wykorzystać 

fragmenty szyby ... Podeszła do komody i otworzyła górną szufladę. 

Nic. 

- Spróbuj zawrzeć z Traskiem układ - zasugerował Ron Murphy. 

- Nawet nie starałaś się dogadać z tym sukinsynem. Tu jest twój brat! na litość boską. Ratuj 

go. 

- Tato! zamknij się - warknął Jason i popatrzył na Kerry. - Jeżeli znajdziesz drogę ucieczki! 

skorzystaj z niej. Nie myśl o mnie.

- Nie gadaj głupstw. Kocham cię. Wyciągnę cię z tego. 

- Nie zasługuję na to! byś oddawała życie! ratując mnie. 

-  Dobra!  dobra.  -  Otworzyła  następną  szufladę.  -  Poza  tym  Laura  zabiłaby  mnie!  gdybym 

pozwoliła cię skrzywdzić. Ani myślę ... 

- Tak myślałem! że nie będziesz traciła czasu na sentymenty! kiedy masz okazję działać. -

Trask otworzył drzwi. - Widzisz! jak dobrze cię znam? Odsuń się od tej komody i zejdź ze mną 

po  schodach.  -  Wyciągnął  z  kieszeni  małego  pilota.  -  Naprawdę  nie  chcę  jeszcze  uruchamiać 

Morza Ognia! ale zrobię to! jeśli mnie zmusisz. Mimo że lubię twoje towarzystwo. 

Zesztywniała! patrząc na urządzenie. Potem powoli podeszła do Traska. 

- Gdzie jest Morze Ognia? 

- Zainstalowane w samochodzie. 

- Zatem dlaczego miałbyś przyciskać guzik? Spłonąłbyś razem z nami. 

-  Wiem!  które  miejsca  staną  w  ogniu  w  pierwszej  kolejności.  Ucieknę  w  porę.  -  Wskazał 

dłonią drzwi. - Panie przodem. Usiądziemy w salonie i pogawędzimy! a ja będę na ciebie patrzył 

i cieszył się na to! co nieuchronne. - Zerknął na pilota. - Sądzę! że ty również skupisz myśli na 

przyszłości. 

background image

17 

Cicho . 

Spokojnie. 

Byle nic nie usłyszał. 

Silver podkradał się do stojącego za szopą strażnika. Był to wysoki, chudy mężczyzna, z całą 

pewnością czujny. Nerwowo spacerował w tę i z powrotem, nie odrywając wzroku od domu. 

Czy dałoby się przeniknąć jego umysł? Spróbował. 

Zapewne zdołałby to zrobić, lecz strażnik nie był łatwym obiektem i trwałoby to zbyt długo. 

Silver nie wiedział, ile czasu mu zostało. 

Nie wiedział, ile zostało go Kerry. 

Psiakrew. Mniejsza z przenikaniem umysłu. Trzeba działać. Szybko i cicho. Zajdź go od tyłu 

i skręć draniowi kark, zanim podniesie karabin maszynowy. 

- Usiądź. - Trask wskazał kanapę. - Rozgość się. 

- To żart? 

- Poniekąd - odparł. - Chcę, byś w miarę możliwości się odprężyła. 

Zakaszlała. 

- Wobec tego może zamkniesz okna? Jak możesz wytrzymać ten swąd? 

- Lubię go. - Usiadł na fotelu naprzeciwko niej. - Przyzwyczaisz się. Ogień jest zbyt daleko, 

by stanowił dla nas zagrożenie. 

- To pocieszające. 

- Nie chcę, żebyś się bała. Przegrałaś i mam nadzieję, że jestem wielkodusznym zwycięzcą. 

-  Gdybyś  był  wielkoduszny,  wypuściłbyś  Jasona  i  ojca.  -  Nie  mogła  dłużej  czekać.  Bez 

względu  na  strach,  musiała  to  zrobić.  Skoncentruj  się.  Zanurz  się  w  tej  potworności,  którą  on 

nazywa mózgiem, i zjednocz się z nim. 

Odetchnęła głęboko i zaryzykowała. 

Ohyda. Mrok. Ogień. Palone ciało. 

Pospiesznie wyrwała się z tego paskudztwa. Boże, nie mogła sobie poradzić. 

- Moja wielkoduszność nie sięga tak daleko - wyjaśnił Trask. 

- Zbyt długo czekałem na tę chwilę. Nienawidzę przegrywać. Tylko upokorzenie jest gorsze. 

- Głupi  tępak.  -  Tim  Krazky  siedział  na  nim  okrakiem  i  rechotał  pogardliwie.  -  Płacz, 

background image

mięczaku. - Zszedł z niego i powiódł wzrokiem po obserwujących go dzieciach. Potem ponownie 

spojrzał na Traska. - Wracaj do mamusi, pierdoło. 

Zemsta. Zemsta. Zemsta. 

Ciało odłażące od kości. Wrzaski. Żar. Radość. 

- Nie odpowiadasz - zauważył Trask. - Nie wierzysz mi? 

Mów.  Jeśli  nie  będzie  odpowiadała,  on  może  stracić  cierpliwość,  a  wówczas  zabraknie 

czasu, którego tak bardzo jej potrzeba. 

Smród skwierczącego mięsa. 

Tak zatonęła w jego wizjach, że traciła kontakt z rzeczywistością. 

Śmierć, nienawiść, palone ciała stanowiły element jego pamięci oraz motywacji. Nie mogła 

przedrzeć się do umysłu Traska, gdyż przytłaczały ją obrzydlistwa. Chciała uciec. 

Zostań tam, póki nie przyzwyczaisz się do jego umysłu. Potem poszukaj drogi. To jej zalecił 

Silver. Przestań tchórzyć. Zmuś się do działania. Znajdź tę cholerną drogę. 

Jednocześnie musiała koncentrować się i podtrzymywać rozmowę. 

Desperacko szukała tematu. To jasne: żywioł, który zdominował jego życie. 

-  Jak  sądzę  niewiele  osób  miało  odwagę  cię  upokorzyć.  Ale  byłeś  tylko  dzieckiem,  kiedy 

podłożyłeś ogień pod dom Krazky'ego. Czemu nie wybrałeś prostszego sposobu ukarania go? 

- Nie istnieje nic prostszego od ognia. - Rozparł się w fotelu. 

- Nic czystszego. Nic piękniejszego. 

Dziewczynka  tłukła  pięściami  w  okno,  usiłująca  się  wydostać.  Zablokuj  jego  pamięć. 

Przedrzyj się przez ohydę. Poszukaj właściwej drogi. Jeśli istnieje ... 

- Jak myślisz, dlaczego większość ludzi uważa kominek za jeden z najbardziej atrakcyjnych 

elementów domu? - spytał Trask. - Każdego fascynują płomienie oraz świadomość, że można je 

opanować.  Bzdura.  One  tylko  czekają  na  chwilę  nieuwagi,  a  wówczas  przejmują  kontrolę.  -

Popatrzył na pilota w dłoni. - Tylko ja potrafię nimi władać. 

Ta droga nie prowadziła do celu. Wypróbuj inną. Niech mówi. - Morze Ognia. Czy to ty je 

kontrolujesz, czy ono ciebie? 

- Sam je stworzyłem. - Zmarszczył brwi. - Oczywiście, że ja 

jestem jego panem. – Wątpię.

Znalazła nową drogę! Głębszą, bardziej krętą. Idź szybko. Chryste, oby to była ta właściwa. 

- Myśl, co chcesz. - Wydawał się spokojniejszy. - Rozumiem, czemu uważasz Morze Ognia 

background image

za  wszechmocną  broń.  Takim  je  zaplanowałem.  Od  pierwszej  chwili,  kiedy  doszedłem  do 

wniosku, że władanie ogniem musi być bliskie boskiej mocy. Człowiek nieczęsto miewa szansę 

zostać Bogiem. 

Zanurzyła się w jego umyśle głębiej niż dotąd. To może być właściwa droga. Szybciej. Oby 

nie napotkała bariery. 

- Jak to? 

- Moc. Czyż Biblia nie głosi, że ogień zniszczy świat? - Strzelił palcami. - Mogę to uczynić. 

Była na miejscu! Teraz musiała się zadomowić. Potem go popchnie. Co powiedział Trask? 

- Morze Ognia nie jest tak potężne. 

-  Jeszcze  nie.  Daj  mi  pięć  lat,  a  odpowiednio  je  przygotuję. Najwyższa  moc. Byłabyś pod 

wrażeniem. Szkoda, że tego nie zobaczysz. 

Zebrała siły. Czy da radę? Istniał tylko jeden sposób, aby się przekonać. 

Pchnięcie! 

Najwyraźniej nic nie zauważył. 

- Trudno mi wyrazić, jak bardzo żałuję, że nie pozwolę ci ... 

Sugeruj, nie żądaj, podkreślił Silver. 

Pchnięcie. Dym. Zawroty głowy. 

Trask otrząsnął się, jakby chciał otrzeźwieć. 

- Ten dym wpadający przez okno musi być naprawdę gęsty. Dzięki Ci, Boże. 

- Nie zwróciłam uwagi. 

Dym. Ucisk w płucach. Pieczenie w oczach. 

- Zwykle też nie zwracam uwagi. Lubię dym. 

Płuca rozpalone, bolą. Pchnięcie. Pchnięcie. Pchnięcie. 

-  Przyniosę  szklankę  wody.  To  mnie  powinno  orzeźwić.  -  Wstał,  podszedł  do  kredensu  i 

nalał sobie wody z karafki. - Woda nadaje się wyłącznie do picia. Generalnie gardzę tym płynem. 

Ściśnięte gardło. Dławienie. Rozkaszlał się. 

-  Chryste,  nie  mogę  nawet...  przełknąć.  Chyba  rzeczywiście  zamknę.  Szkoda.  -  Ruszył  do 

okna. 

Silniejszy ucisk w gardle. Pieczenie w płucach. 

- Jezu, nie mogę ... oddychać. - Wsunął pilota do kieszeni, chwiejąc się przy oknie. 

Tak trzymać. Przenikliwy ból w płucach. 

background image

Czy  był  widoczny  w  oknie?  A  jeśli  je  zamknie  i  odejdzie?  A  jeżeli  Silverowi  zabraknie 

czasu? 

Pchnięcie. 

- Cholera. - Trask oderwał ręce od okna. - Gorące, do diabła. 

- A czego się  spodziewasz,  skoro postanowiłeś poświęcić życie  na  podkładanie  ognia?  Od 

czasu do czasu musisz się poparzyć. - Pilnuj, by miał zajęte ręce i trzymał je z dala od pilota. -

Spróbuj ponownie. 

-  Oszalałaś?  -  Odszedł  od  okna.  -  Nie  dotknę  tego  parapetu  gołymi  rękami.  Chyba 

powinniśmy wyjść na dwór. Przed domem pewnie mniej dymi. 

A Silverowi będzie trudniej wymierzyć do ruchomego celu, psiakrew. 

- Idziemy. - Ruszył do drzwi wejściowych. - Szybciej. 

-  Prawie  go  zdjąłem  -  mruknął  George  i  zaklął  pod  nosem,  kiedy  Trask  zniknął  z  pola 

widzenia. - Jeszcze dwie sekundy i miałbym go na celowniku. 

- Mierz w okno - warknął Silver. - Wróci. 

-  Ty  tu  rządzisz.  Szkoda,  że  nie  mam  twojej  pewności -  westchnął  George.  -  Czasami 

nadarza się tylko jedna sposobność. 

Silver  pomyślał,  że  wcale  nie  jest  pewien  tego,  co  robi.  Jeśli  Kerry  utraciła  kontrolę,  być 

może  już  jej  nie  odzyska.  Instynkt  podszeptywał  mu,  by  wbiec  do  domu  i  dać  sobie  spokój  z 

zabawą w wyczekiwanie. 

Daj jej więcej czasu. Zaufaj jej. Boże, oby tylko to nie był błąd. 

-  Na  co  czekasz?  -  Trask  zatrzymał  się  na  progu  i  spojrzał  na  Kerry  przez  ramię.  -

Powiedziałem, że wychodzimy. 

- Już idę. - Powoli wstała. Musiała zatrzymać go w domu. Jeśli Trask wyjdzie na ganek, nie 

będzie  wiedziała,  co  zrobi.  Psiakrew,  może  postanowi  uruchomić  Morze  Ognia  z  samochodu. 

Przestań panikować. Opanuj się. Dasz sobie radę. 

- Wyjście na dwór to chyba dobry pomysł. - Zrobiła parę kroków w jego kierunku. - Ja też 

nie mogę oddychać. Sądzisz, że tam mniej dymi? 

-  Niemożliwe, by  ...  -  Zamilkł,  ciężko  kaszląc.  Pchillęcie.  Ból  w  płucach,  kiedy  dotrze  do 

drzwi. Oczy pieką, krwawią. 

background image

Znieruchomiał.

- Może nie. TutaL przy drzwiach, dym wydaje się intensywniejszy. 

- Więc co teraz? 

Pchnięcie. Okno. Okno. 

-  To,  co  powinienem  był  zrobić  wcześniej.  Zamknę  to  cholerne  okno.  -  Zerwał  z  fotela 

ozdobne nakrycie i podszedł do otwartego okna. - To wystarczy, żeby ochronić dłonie. 

- Tak, potrzebujesz ochrony. 

-  Co?  -  Obejrzał  się  przez  ramię,  lecz  jednocześnie  wyciągnął  ręce  do  okna,  ponownie 

wyraźnie widoczny w świetle pomieszczenia. - Skąd ten uśmiech? 

- Uśmiecham  się?  - Jeśli nawet,  to  dlatego,  że czuła nieopanowaną  satysfakcję.  - Ciekawe 

czemu? Może wiem, że jednak nie będziesz Bogiem. 

- Dlaczego ... 

Wystrzał zagłuszył jego słowa. 

- Nie! - Zatrząsł się, gdy kula ugrzęzła w jego klatce piersiowej. 

- Cholera. - Upadał, lecz kiedy uginały się pod nim nogi, sięgnął do kieszeni po pilota. - Nie 

dam ci ... 

W ułamku sekundy znalazła się przy nim, kopnęła go w rękę 

i chwyciła urządzenie. 

- Nic z tego, ty gnido. 

- Suka - wyrzęził. - Nie wygrasz. Nie pozwolę ... 

- Już wygrałam. Jesteś trupem, Trask. 

Nic nie mogło powstrzymać jego nienawiści. Nawet konając, nie bał się śmierci. Miał mózg 

przepełniony ogniem, ciemnością i żądzą zemsty. 

Wir. 

Jad. 

Ogień. 

-  Wyjdź.  -  To  głos  Silvera,  który  stał  obok  niej.  -  Co  ty  jeszcze  robisz  w  jego  myślach? 

Uciekaj! 

Nie mogła się oswobodzić. Była do niego przykuta, trzymana mocą zła w duszy Traska. 

- Zostaw go! - rozkazał Silver. 

Oczy  Traska  zasnuwała  mgła,  lecz  coś  wyczuł,  nie  wiadomo  jak,  i  nagle  wiedział. 

background image

Uśmiechnął się. 

- Ugrzęzłaś ... Mówiłem, że wygram. Idziesz ... ze mną. 

- Chciałbyś. - Silver stanął między nimi. - Kerry, trzymaj się. 

Wrzasnęła rozpaczliwie, kiedy ją oswobodził. Gwałtownie wirując, zapadła się w mrok. 

- Już dobrze, Kerry. Zbudź się, do cholery. Otworzyła oczy i ujrzała nad sobą twarz Silvera. 

- Nie ... śpię. - Usiadła, a jej wzrok powędrował ku Traskowi. 

Nadal miał otwarte oczy, lecz jego usta stężały w pośmiertnym skurczu. 

- Nie żyje? 

- Zimny trup. - Wstał i pomógł jej dźwignąć się z podłogi. 

- Niech się smaży w pielcie. 

Kolana  uginały  się pod  nią, nie upadła tylko dzięki  Silverowi.  Po  chwili jednak odzyskała 

równowagę. 

- Żadnych ogni piekielnych, żadnej siarki - wymamrotała. - Za bardzo to lubił. 

- Usiądź. - Zajrzał jej w twarz. - Nietęgo wyglądasz. 

- Byłoby ze mną gorzej gdybyś nie wyrwał mnie z tego gada. - Osunęła się na fotel. - Gdzie 

George? 

-  Kiedy strzelił  do  Traska, natychmiast  wyruszył  rozprawić się  z  Ki Yongiem  -  wyjaśnił  i 

dodał z wahaniem: - Powinienem za nim pojechać. Może mnie potrzebuje. 

- Więc ruszaj. Odpocznę przez parę minut, potem pójdę uwolnić Tasona i ojca. Są związani 

w pokoju na piętrze. Bez obaw, poradzę sobie. 

Spojrzał jej w oczy. 

- Tak, nic ci nie grozi. - Odwrócił się i skierował do drzwi. 

-  Wkrótce  wrócę.  George  pewnie  załatwi  sprawę,  zanim  dotrę  na  miejsce.  Test  bardzo 

sprawny. 

Kiedy  wyszedł,  odchyliła  się  i  zamknęła  oczy.  Było  jej  słabo.  Dopiero  po  paru  minutach 

zebrała siły. Starcie z Traskiem zupełnie  ją wyczerpało. Nie mogła uwierzyć, że to  już koniec. 

Szatan wcielony zniknął z powierzchni ziemi. 

Tason nie wiedział jednak, że jest bezpieczny. Musiała jak najszybciej przekazać mu dobre 

wieści. 

Powoli wstała i niepewnym krokiem ruszyła do kuchni. Musiała znaleźć nóż, a potem iść na 

górę i uwolnić ojca i brata. Gdzie szuflada ze sztućcami? Dym. w kuchni wydawał się gęstszy. W 

background image

trzeciej szufladzie ujrzała rzeźnicki nóż. 

Usłyszała ten dźwięk, zaciskając dłoń na trzonku noża. Trzask. 

Nad nią, nad sufitem kuchennym. W sypialniach na piętrze. Zamarła. 

- Nie! 

Obróciła się raptownie,  wybiegła z kuchni i popędziła po schodach. Dym, wszędzie. Nie z 

obory.  Tu,  w  domu!  Nie  wygrasz,  zapowiedział  Trask.  Sukinsyn  zainstalował  w  Morzu  Ognia 

mechanizm zegarowy, mający uruchomić je automatycznie, jeżeli nie skorzystałby z pilota. 

Płomienie lizały poręcze przy schodach, tak samo jak w domu T asona w Macon. 

Nie, ten pożar bardziej przypominał ogień w jej domu, wiele lat temu. 

Mamo, gdzie jesteś?

Tuż za tobą. Sprowadź pomoc, Kerry. Nie zostawię cię. 

Dlaczego przypomniała sobie teraz tamtą noc? Nie była już przecież małą dziewczynką. Nie 

była bezradna. Mogła uratować Jasona. 

Pognała  ku  ogarniętym  płomieniami  drzwiom  do  sypialni.  Dym.  Wszędzie  dYm.  Zasłoń 

twarz. 

Szkoda czasu. Jednym pchnięciem  otworzyła  drzwi  i wbiegła  do pokoju.  Zasłony i dywan 

pod oknem stały w ogniu. 

Jason zwisał bezwładnie na krępujących go sznurach, zgięty wpół, ale wciąż był przytomny, 

kaszlał. 

- Uciekaj, Kerry! 

- Nic nie mów, oddychaj płytko. - Zaczęła przecinać pęta. 

Ogień z zasłon objął łóżko. Narzuta płonęła. 

- Idź po ... tatę - wykrztusił Jason. 

Rzuciła okiem na ojca. 

Mężczyzna stojący pod latarnią. 

Niebieskie oczy. 

- Najpierw cię oswobodzę. 

- Za moment całe łóżko stanie w ogniu. Pomóż mu. 

- Zaraz będziesz wolny. - Sznury w końcu ustąpiły. 

Jason odebrał jej nóż i skoczył na równe nogi. W następnej chwili stał przy ojcu i przecinał 

background image

krępujące go więzy. Kerry podbiegła i pomogła bratu zerwać sznury. Potem Jason podniósł ojca i 

niósł go do drzwi, pochylony, kaszlący. 

Kerry porwała kapę z fotela bujanego i osłoniła usta i twarz, biegnąc za bratem. Pożar objął 

cały parter. 

Dym był tak gęsty, że nie widziała już Jasona. 

Gdzie był? 

Zobaczyła go. 

Wrzasnęła. 

Jason płonął, jego ciało przypominało pochodnię. Mimo to nadal desperacko wlókł ojca. 

-  Puść  go,  Jason.  Zostaw  go na  podłodze.  -  Wyciągnęła  ojca  z  ramion  brata,  narzuciła  na 

niego kapę i tłumiła płomienie. 

- Nie - zaprotestował, dławiąc się dymem. - Za późno. Ratuj ... jego. - Chwiejnie cofnął się 

do płonącej balustrady. - Muszę go ocalić. Muszę ... - Poręcz pękła, a on spadł tyłem w płomienie 

na parterze. 

- Jason! - wrzasnęła z rozpaczą. 

Spróbuj go uratować. Nawet w tak beznadziejnych sytuacjach zawsze istnieje cień szansy ... 

Ruszyła ku schodom i nagle stanęła jak wryta. Ocal go. Jason powiedział, że musisz ocalić 

tatę. 

Ale  przecież  nie  było  takiej  konieczności,  skoro  jeszcze  miała  nadzieję  na  uratowanie 

Jasona. 

Nie, właśnie, że musiała zająć się ojcem. 

Dźwignęła  go  strażackim  chwytem  i  z  trudem  ruszyła  po  schodach.  Dym.  Ciemności. 

Jaskrawe plamy płomieni w pokoju gościnnym. W samym centrum piekła przebywał Jason. 

Okłamywała  się.  Nie  istniała  nawet  najmniej  sza  szansa.  Nikt  nie  przetrwa  w  takich 

płomieniach. Pewnie już nie żył. 

- Wezmę go. - U jej boku stał Silver i zdejmował mężczyznę z ramienia Kerry. - Wynoś się 

stąd. 

Odwróciła głowę i dotarło do niej że musi spróbować. Ruszyła z powrotem w płomienie. 

- Jason. Nie mogę go zostawić. Muszę ... - Urwała, widząc, jak schody walą się i spadają w 

jej kierunku. 

A może to opadała kolba pistoletu?

background image

 Mężczyzna przy latarni. 

Tak, w tym rzecz. Ogień. 

Mama. 

Mama, której nie można uratować. 

Próbuj! Biegnij. 

Ale ścieżka prowadząca do latarni po drugiej stronie ulicy przypomina tunel bez końca. 

Za późno. 

Pistolet opada. 

Niebieskie oczy ... 

Żółte ściany. Biała pościel. Pulchna pielęgniarka krząta się w ciszy, poprawia przepływ tlenu 

z butli przy łóżku. 

Szpital. 

- Gdzie ... - Kerry zaskrzeczała jak żaba. 

Pielęgniarka odwróciła się i uśmiechnęła. 

- Dzień dobry, mam na imię Patti. Pani gardłu z pewnością doborze by zrobiła kropla wody, 

prawda?  -  Przyłożyła  słomkę  do  ust  Kerry  i  przytrzymała,  kiedy  dziewczyna  chciwie  sączyła 

płyn.  -  Jest  pani  w  szpitalu  Macon  General  i  całkiem  dobrze  się  pani  miewa.  Kilka  oparzeń 

pierwszego stopnia i zatrucie dymem. Miała pani szczęście. Zdaje się, że wybuchł niezły pożar. 

Stojący w płomieniach Jason spadał w ogień. Zamknęła oczy, czując przypływ bólu. 

- Tak. 

Uśmiech pielęgniarki znikł. 

- No, może nie takie znowu wielkie szczęście, lecz otaczają panią sami troskliwi ludzie. Pan 

Silver nie opuścił poczekalni od chwili, kiedy tu panią przywieziono. Czy mam spytać lekarza o 

pozwolenie na spotkanie? Właśnie trwa obchód. 

- Jeszcze nie. Co z moim ... bratem? 

Nie odpowiedziała. 

- Lepiej będzie, jeśli porozmawia pani z lekarzem. 

Bo pielęgniarka nie chce jej powiedzieć, że Jason nie żyje.

- Czy mój ojciec leży w tym szpitalu? 

Skinęła głową. 

background image

- Dwie sale obok. Nic mu nie jest. Jeszcze dziś go wypiszemy. 

- Czy może go pani poprosić, żeby do mnie przyszedł? 

- Teraz? 

- Bardzo proszę. 

- To chyba dobry pomysł. - Ruszyła do drzwi. - Spytam lekarza. 

Jason. 

Zamknęła oczy, a zebrane w nich łzy spłynęły po policzkach. 

- Chcesz ze mną rozmawiać? 

Otworzyła  oczy  i  ujrzała  ojca.  Stał  w  progu.  Nie  wyglądał  tak  dobrze,  jak  sugerowała 

pielęgniarka. Był zmęczony, blady i ... załamany. 

- Jason zginął?

Usta mu drgnęły. 

- Tak. Popełniłaś błąd. Powinnaś była uratować jego, nie mnie. 

- Próbowałam. Nie chciał. To on wyniósł cię z płonącego pokoju. 

Znieruchomiał. 

- Nikt mi tego nie powiedział. 

-  Oprócz  mnie  nikt  o  tym  nie  wiedział.  Ostatnie  jego  słowa  dotyczyły  tego,  że  trzeba  cię 

uratować. - Zamilkła. - Ogromnie cię kochał. 

- A ja jego. 

- Wiem. - Popatrzyła mu w oczy. - Kochałeś go tak bardzo, że przez całe życie mógł liczyć 

na twoją troskę i ochronę. 

Odwrócił wzrok. 

- Nie wiem, o czym mówisz. 

- To on podłożył ogień tej nocy, gdy zginęła mama. To Jason stał pod latarnią i patrzył, jak 

płonie dom. 

- Oszalałaś. 

Pokręciła głową. 

- To Jason. 

Patrzył na nią uważnie. 

- Przypomniałaś sobie? 

-  Dzisiaj  wieczorem.  -  Skrzywiła  się.  -  Miałam  nadzieję,  że  to  ty,  ale  nie.  Jason  podpalił 

background image

dom, Jason mnie uderzył. Chcę tylko wiedzieć dlaczego. Czemu to zrobił? 

-  Nie  chciał  cię  skrzywdzić.  Kochał  cię.  Po  prostu  był  zagubionym  dzieckiem.  ~  Zacisnął

usta. - To moja wina. Moja i tej suki Myry. Skrzywdziliśmy go. Ty byłaś mała, ale on dorastał i 

wiedział,  co  się  dzieje.  Zawsze  był  wrażliwy,  a  te  wszystkie  awantury  ...  To  go  zniszczyło 

psychicznie. 

- Więc zabił własną matkę? 

- Nie chciał jej śmierci. Powiedziałem mu, że razem z matką wyjeżdżasz w odwiedziny do 

ciotki, do Macon. Uznałem, że w ten sposób łatwiej mu będzie opuścić Myrę i pojechać ze mną 

do Kanady. 

- Jak wrócił do Bostonu, skoro obaj byliście w Kanadzie? 

-  Musiałem  wyjechać  w  związku  ze  specjalnym  zleceniem,  kiedy  mieszkaliśmy  w 

pensjonacie  na  przedmieściach  Toronto.  Miałem  wrócić  po  paru  dniach,  nie  mógł  zmarnować 

takiej  okazji.  Później  wyznał,  że  planował  podpalenie  domu,  zanim  jeszcze  wyjechaliśmy  z 

Bostonu. Ukrywał benzynę w zaułku za domem. Kiedy odwiózł mnie na lotnisko, pojechał moim 

wypożyczonym samochodem do Bostonu. - Ojciec skrzywił się boleśnie. - Kontrola graniczna na 

granicy  Stanów  Zjednoczonych  i  Kanady  praktycznie  nie  istnieje.  Jason  zawsze  był  bardzo 

inteligentny. 

- Tak, bardzo inteligentny - potwierdziła głucho. 

- Przestań go winić - zaprotestował gwałtownie. - Nie chciał nikogo skrzywdzić. Powtarzam, 

sądził, że budynek jest pusty. Wiedział, że nie chcę, żeby Myra zabrała dom. Miał świadomość, 

że byłem do niego bardzo przywiązany. Zrobił to dla mnie. 

- Ale dom nie był pusty. Zorientował się, gdy podbiegłam do niego na ulicy. Mógł uratować 

mamę. 

- Pewnie było już wtedy za późno. 

- Mógł spróbować. 

-  Wpadł  w  panikę.  Był  w  szoku.  -  Nie  odrywała  od  niego  wzroku, więc  dodał  szorstko:  -

Łatwo ci osądzać. Powtarzam, to przeze mnie. Przeze mnie i przez Myrę. Wiesz, jakie męczarnie 

przeżywał  przez  następne  lata?  Kiedy  leżałaś  w  śpiączce,  musiałem  szukać  pomocy 

psychiatrycznej dla Jasona. Chciał iść na policję i przyznać się do winy. Pragnął, by go ukarano. 

Nie pozwoliłem na to. Trafiłby do więzienia za coś, do czego ja doprowadziłem.

- Więc skłoniłeś go do zachowania tajemnicy? 

background image

- Zasłużył na godne życie. To nie była jego wina. 

-  W  twoich  oczach.  Wątpię,  czy  kiedykolwiek  pogodził  się  z  tym,  co  uczynił.  Kiedy 

próbował ocalić ci życie, nie dawał za wygraną. Pewnie nie mógł znieść myśli, że przyczyni się 

do jeszcze jednej śmierci. Powiedział coś ... 

Muszę••• 

- Nie zdążył dokończyć, ale chyba próbował wyznać, że musi odpokutować. 

- Dobry był z niego chłopak. - W oczach ojca dostrzegła łzy. 

- Nie chciał cię skrzywdzić. Na okrągło powtarzał, że to on powinien być w śpiączce, nie ty. 

- Czym mnie uderzył? Myślałam, że pistoletem.

 Zaprzeczył ruchem głowy. 

-  Użył  kawałka  ołowianej  rury,  którą  znalazł  w  zaułku,  tam  gdzie  przechowywał  paliwo. 

Nawet nie wiedział, czemu ją podniósł. Pewnie był przerażony sytuacją. - Odetchnął głęboko. -

Gdy ocknęłaś się ze śpiączki, robił co w jego mocy, by być dla ciebie jak: najlepszym bratem. 

Nie zaprzeczysz. 

- Nie, nie mogłam na niego narzekać. Nikt nie mógłby być milszy czy bardziej kochający. 

- Widzisz? To nie była jego wina, tylko moja. - Odwrócił głowę. 

- Jestem też winien jego śmierci. Nigdy nie wpadłby w ręce Traska, gdyby nie ja. - Popatrzył

na  nią.  -  Sądzisz,  że  nie  byłem  dla  ciebie  wystarczająco  dobrym  ojcem,  bo  zajmowałem  się 

wyłącznie  Jasonem.  -  Zaczepnie  uniósł  brodę.  -  Może  i  tak.  Miałem  obowiązek  do  spełnienia. 

Wybacz, dla ciebie zabrakło miejsca. 

Patrzyła na niego w milczeniu. 

- Pogrzeb pojutrze - mruknął. Odwrócił się na pięcie i wyszedł. Zacisnęła powieki, a do oczu 

ponownie  napłynęły  łzy.  Nie  miała  pewności,  czy  płacze  z  powodu  matki,  Jasona,  a  może 

nieobecnego w jej życiu ojca. Może z powodu ich wszystkich. 

Chryste, to naprawdę bolało. 

Zasnęła przed świtem. 

Silver siedział na krześle przy jej łóżku i trzymał ją za rękę, kiedy obudziła się kilka godzin 

później. 

-  Nie  każ  mi  odchodzić  -  poprosił  chrapliwie.  -  Nic  nie  zrobię.  Nie  będę  cię  nękał.  Chcę 

tylko ... Pragnę z tobą być.

Obcował z nią w najbardziej intymny sposób, nie chciała jeszcze go odrzucać. Potrzebowała 

background image

jego bliskości. 

- Wiesz o... Jasonie?

- Nic nie mogłem zrobić. Od chwili, kiedy odkryłaś, że dom płonie, twój umysł wrzeszczał. 

Dlatego wróciłem. - Zacisnął usta. - Nie przestawałaś krzyczeć. Ale kiedy się tutaj ocknęłaś, twój 

głos przypominał łkanie dziecka. Myślisz, że mogłem trzymać się z daleka, kiedy cierpiałaś? 

Usiłowała się uśmiechnąć. 

- Przynajmniej nie próbowałeś mnie naprawiać. 

- Miałem ochotę, ale w ten sposób uniemożliwiłbym ci zdrowienie. Musisz poradzić sobie z 

bólem. 

- Tak, wiem. Bardzo ... kochałam Jasona, Silver. 

- Mam tego świadomość. Chyba oboje wiemy, dlaczego nie chciałaś sobie przypomnieć, kto 

podpalił  twój  dom.  Nie  mogłaś  znieść  myśli,  że  odpowiedzialna  jest  osoba,  którą  darzysz 

miłością. 

-  Nadal  nie  potrafię  się  z  tym  pogodzić.  -  Chryste,  byle  tylko  nie  wybuchnęła  płaczem. 

Zmieniła temat. - Ki Yong? 

-  George  zajął  się  nim  i  jego  kierowcą.  Bardzo  skutecznie.  Zadzwoniłem  do  Travisa  i 

powiedziałem,  żeby  wysłał  ludzi,  którzy  pozbędą  się  ciała,  abyśmy  uniknęli  zgrzytów 

dyplomatycznych. 

- Morze Ognia? 

- Zniszczone. Wciąż szukamy notatnika Traska, żeby zgromadzić wszystkie dokumenty. W 

jego  samochodzie  znaleźliśmy  rachunki  za  benzynę,  może  one  umożliwią  dotarcie  do  prawdy. 

Jeśli nie, będziemy szukali dalej. 

- Trzeba znaleźć wszystko. Ktoś inny mógłby ... Armagedon. 

Niebezpieczeństwo ... 

- Wszystko będzie dobrze. Bez obaw. Spróbuj znowu zasnąć. 

- Tak. Wolę spać. Smutno ... 

- Wiem. - Zacisnął dłoń. - To minie. 

-  Mam  nadzieję.  -  Westchnęła  niespokojnie.  -  Zaraz  po  pogrzebie  wracam  do  Atlanty. 

Znajdziesz  kogoś,  kto  jak  najszybciej  sprowadzi  Sama  do  mojego  domu?  Muszę  wziąć  się  do 

roboty. 

- Sam to zrobię - zaproponował. 

background image

Pokręciła głową. 

-  Uznałem,  że  nie  zaszkodzi  spróbować  -  mruknął.  -  Nie  ma  sprawy.  Dam  ci  chwilę 

wytchnienia. - Zamilkł na moment. - Ile czasu potrzebujesz? 

- Nie potrafię ... Nie wiem. Może nadeszła pora, by nasze drogi się rozeszły. 

- Jezu, nie. To wykluczone. Ile czasu? 

- Przestań naciskać. 

-  Niby  dlaczego?  -  Uśmiechnął  się.  -  Jestem  w  tym  dobry. Zdolność  perswazji  to  jeden  z 

cenionych przez ciebie aspektów mojej osobowości. - W stał. - Ale w tej chwili dam ci spokój. 

Szanuję twój smutek. 

Odwróciła wzrok. 

- Chcę, żebyś zlikwidował łączące nas więzi. 

Zamarł. 

- Akurat. 

- Pora, byśmy oboje odzyskali swobodę. 

- Więc sama je zlikwiduj. Mnie one odpowiadają. 

- Czemu? Powiedziałeś, że nie cierpisz być z kimkolwiek związany. 

- Dobrze wiesz, czemu. - Pochylił się, ujął ją pod brodę i popatrzył głęboko w oczy. - Musisz 

tylko przyznać się do tego sama przed sobą. Powiedz mi, jak długo chcę być z tobą związany? Ile 

lat? Na ile sposobów? 

Nie potrafiła oderwać od niego wzroku. Po raz pierwszy całkowicie się przed nią otworzył. 

Był otwarty, bezbronny i samotny. Dobry Boże, taki samotny. 

Ta chwila zdawała się trwać wiecznie. Milczenie przerwał Silver. 

- Będę się trzymał od ciebie z daleka tak długo, jak zdołam - oznajmił, po czym odwrócił się 

i wyszedł z sali. 

Z  jej  oczu  ponownie  popłynęły  łzy.  To  nie  miało  sensu.  On  uosabiał  impertynencję, 

bezczelność i dominację, życie z nim nigdy nie byłoby normalne, a przecież właśnie normalności 

pragnęła od lat. Słusznie usiłowała całkowicie z nim zerwać. Było to rozsądne posunięcie. 

Smutek i żal na pewno wkrótce miną. 

Długi sznur samochodów wił się drogą z cmentarza, kiedy Kerry podeszła do limuzyny, przy 

której Laura rozmawiała z ojcem. 

background image

Nie oglądaj się na trumnę. Patrz na Laurę. Dasz sobie radę. Laura odwróciła się, kiedy Kerry 

stanęła obok. Oczy wdowy były czerwone od płaczu, wyglądała źle i staro. 

- Piękny pogrzeb, prawda? Tak wielu ludzi darzyło go miłością ... - Głos Laury się załamał, 

musiała  zamilknąć.  Odetchnęła  głęboko,  zanim  przemówiła  ponownie.  -  Ron  mówił  mi,  j  ak 

bardzo był odważny. Prawdziwy bohater. 

Kerry przeniosła spojrzenie na ojca. Sprawiał wrażenie równie przygnębionego jak Laura. 

- Tak. 

- J as on był cudownym człowiekiem, nigdy w to nie wątpiłam. 

- Potrząsnęła dłonią Rona Murphy'ego. - Dziękuję za okazaną mi dobroć. Wiem, że niełatwo 

było ci o tym mówić, ale znajomość wszystkich szczegółów tamtej nocy wiele dla mnie znaczy. 

-  Dzwoń,  jeśli  będę  mógł  coś  dla  ciebie  zrobić.  Jason  chciałby,  żebym  o  ciebie  zadbał.  -

Zerknął  na  Kerry i  dodał  nerwowo:  -  Na  razie,  Kerry.  -  Pospiesznie  ruszył  do  własnego  wozu 

stojącego za limuzyną.

Kerry popatrzyła na Laurę. 

- Chcesz, żebym wróciła z tobą do hotelu? 

Laura zaprzeczyła ruchem głowy. 

- Jadę do mamy. Pomyślałam, że chyba popracuję w jej ogrodzie. Muszę mieć jakieś zajęcie, 

a ogrodnictwo to podtrzymywanie życia i wyczekiwanie na ponowne narodziny. - Usiłowała się 

uśmiechnąć. - Dziwne, że ludzie powracają na łono natury, kiedy dochodzi do tragedii. Niewiele 

się zmieniliśmy od czasów, w których naszym domem były jaskinie. 

- Moim zdaniem to świetny pomysł. - Kerry uściskała ją i cofnęła się o krok. - Zadzwonię za 

kilka dni. 

Laura skinęła głową. 

- Tak, będę czekała. - Wsiadła do limuzyny. - Ale nie teraz. Później ... 

Kerry patrzyła, jak limuzyna odjeżdża. Życie i ponowne narodziny. 

Pomimo rozpaczy Laura usiłowała znaleźć sens dalszego istnienia. Kerry żałowała, że sama 

nie potrafi przeżywać rozpaczy właśnie w taki sposób. 

- Kerry? 

Parę metrów od niej stała Carmela. 

- Co ty tutaj robisz, do licha? 

Dziewczyna nie odpowiedziała. Patrzyła na grób.

background image

- Fatalna sprawa. Przykro mi, Kerry. 

- Dziękuję. To miło, że przyjechałaś. 

Carmela poruszyła się niespokojnie. 

-  Szczerze  mówiąc,  nie  przyszłam  tylko  po  to,  żeby  ci  złożyć  kondolencje.  Właściwie  nie 

cierpię pogrzebów. 

- Ja też. Więc co tu robisz? 

- Chcę się tobą zająć. 

- Co? 

- Pan Silver powiedział, że ktoś powinien o ciebie zadbać. Jego zdaniem jesteś teraz bardzo 

samotna i  to  jest do  kitu.  Powiedział,  że w  związku z tym ja  i Rosa  mamy coś  do zrobienia.  -

Kerry bezskutecznie usiłowała jej przerwać. - Powiedziałam, że jestem ci coś winna, mam dług. 

Niejedno potrafię. Dobrze sprzątam, gotuję. Wkrótce zrobię prawo jazdy, a wówczas zajmę się 

zakupami. Wracam do szkoły, ale Rosa mi pomoże . 

Oszołomiona Kerry pokręciła głową. 

- Silver cię przysłał? 

Carmela pokiwała głową. 

-  Wczoraj wieczorem przyjechał po nas. Podobno zamierzał umieścić nas  gdzie indziej  ale 

uznał, że tak będzie lepiej. Wiedział, że nie pójdę między obcych. Nie ufam ludziom. - Oblizała 

wargi.  -  Koniec  końców  zgodziłam  się  tobą  zająć.  Spakowałyśmy  torby  i  pan  Silver  nas  tutaj 

przywiózł. 

- Gdzie jest Rosa? 

Carmela ruchem głowy wskazała drogę. 

- Kazałam jej czekać z Samem przy twoim samochodzie. Możemy już się zbierać? Rosa nie 

przepada za cmentarzami. 

Rosa czy Carmela? 

- Cmentarze są smutne, nie straszne. 

- Wszystko jedno. Idziemy? 

Cholera jasna, Silver nie miał prawa tego robić. Usiłował zorganizować jej życie, chciał ją 

"naprawić".

- Nie ma sprawy. Ja wszystko rozumiem. - Carmela nie odrywała wzroku od twarzy Kerry. -

Pan Silver się pomylił, co? Nie chcesz nas. 

background image

- Tego nie powiedziałam. 

- Bo nas żałujesz. - Uniosła brodę. - Nie ma przymusu. Damy sobie radę. 

Na  twarzy  dziewczynki  malowała  się  jednocześnie  duma,  lęk  i  siła  charakteru.  A  taIcie 

determinacja i nadzieja na nowe życie. 

- Silver miał rację. - Kerry wzięła Carmelę za rękę i ruszyła do samochodu. - Rzeczywiście 

was  potrzebuję.  Marna  ze  mnie  gospodyni  i  będziecie  miały  przy  mnie  mnóstwo  roboty.  Sam 

doprowadzi  was  do  białej  gorączki.  Nawet  nie  podejrzewacie,  jaki  z  niego  flejtuch.  -

Przyspieszyła  kroku  na  widok Rosy.  -  Poza  tym  mam  ogród,  który dramatycznie  zaniedbałam. 

Chcę w nim posadzić jakieś piękne rośliny. Znacie się na ogrodnictwie? 

Epilog 

OAKBROOK JEDENAŚCIE MIESIĘCY PÓŹNIEJ 

-  Nareszcie  się  zjawiłaś  -  oznajmił  rozpromieniony  George,  otwierając  drzwi  wejściowe.  -

Jeszcze trochę i musiałbym uciekać. Brad jest wściekły jak lew z cierniem wbitym w łapę. 

- To nic nowego. - Na jej twarzy zagościł uśmiech. - Przygotuj się. Zrobię coś, co urazi twoje 

uczucia. - Podeszła bliżej i mocno uściskała George' a. 

Westchnął. 

- Niektórzy nigdy się nie nauczą, jak zachowywać równowagę. 

-  Nie  pożegnałam  się,  więc  teraz  się  witam.  Na  tym  polega  równowaga.  Nie  miałam 

pewności, czy jeszcze tu będziesz. 

- Czemu? Nigdy nie zostawiam rozgrzebanej pracy. To świadczy o fatalnym bałaganiarstwie. 

- Sądziłam, że tę pracę uznałeś za wykonaną.

 Pokręcił głową. 

- Nie, choć chyba wszystko zmierza we właściwym kierunku. Jak tam nasza Carmela? 

- Świetnie. Obie z Rosą chodzą do szkoły i nie ma z nimi żadnych problemów. Nie wiem, 

jak  bym  sobie  bez  nich  poradziła.  Nastolatki  na  szczęście  znakomicie  potrafią  powstrzymać 

człowieka przed rozpamiętywaniem przeszłości. One żyją tylko teraźniejszością, to najwyraźniej 

ich żywioł. 

- Dlatego Silver podrzucił ci dziewczynki. 

- Wiem. 

background image

Spojrzała na drzwi do biblioteki. Był tam. 

Wyczuwała to. 

Wkrótce miała go zobaczyć, dotknąć. 

- Dostrzegam, że jestem zbędny - zauważył George. - Przywiozłaś bagaże? 

- Tylko Sama. - Już szła przez hol. - Przyprowadzisz go z samochodu? 

- Z przyjemnością. Od wielu miesięcy nie byłem deptany i wylizywany. 

Przed drzwiami do biblioteki zawahała się. Pomyślała, że głupio tak się bać. Wiedziała, co ją 

czeka w środku. 

Otworzyła drzwi. 

- Dobry Boże, strasznie długo zwlekałaś - oświadczył ponuro Silver, odwracając się od okna. 

- Gdyby nie moja cierpliwość, miałabyś poważne kłopoty. 

Wybuchnęła śmiechem. 

- Cierpliwość? Twoja? Chcesz powiedzieć, że nie nękałeś mnie od trzech tygodni? 

Przez chwilę milczał. 

- Może odrobinę. Niemniej w każdej chwili mogłaś się ode mnie odgrodzić. 

-  Tak,  to  prawda.  I  powinnam  była  to  zrobić.  Musisz  zapamiętać,  że  sama  podejmuję 

decyzje, które mnie dotyczą. Masz szczęście, że już wcześniej coś postanowiłam w tej sprawie. 

Zamarł. 

- W jakiej sprawie? 

-  Nie  wolno  ci  mnie  zastraszać,  potrafię  sama  utrzymać  z  tobą  kontakt  i  wziąć  sobie  to, 

czego chcę. 

- A czego chcesz? 

Uśmiechnęła się. 

-  Ty  mi  powiedz.  -  Ruszyła  ku  niemu.  Kochała  go.  Uwielbiała  jego  szorstkość,  skrytość  i 

bezbronność, starannie ukrywaną przed wszystkimi poza nią. - Wejdź i sam sprawdź. 

Spojrzał na nią, a na jego twarzy powoli wykwitł uśmiech. 

- Z ochotą. 

Przeniknęli się nawzajem.