background image

Popęd narracyjny
Z Christianem Tomaszewskim 
rozmawia Tomasz Załuski

background image

Tomasz Załuski:

 W projekcie realizowanym obecnie w Atlasie Sztuki wykorzystujesz pewne ele-

menty “scenograficzne” zaczerpnięte z filmu Blue Velvet Davida Lyncha. Instalacja ta stanowi 
zarazem zwieńczenie blisko dwuletniej pracy nad innymi projektami, w których w rożny sposób 
nawiązywałeś do tego filmu. Z czego wynika fascynacja Blue Velvet - a może wręcz związana 
z nim obsesja? Co Cię w nim tak zainteresowało?

Christian Tomaszewski:

 Spróbuję odpowiedzieć na Twoje pytanie dlaczego akurat Blue Velvet 

Lyncha, a nie Eraserhead, czy Lost Highway, nawet jeżeli one również są moimi ulubio-nymi 
filmami.  Od  dłuższego  czasu  myślałem  o  rekonstrukcji  czegoś,  co  zaistniało,  ale  nie  w  for-
mie realnej, jeżeli mogę tak to ująć, lecz w Lacanowskiej formie postmodernistycznego pas-
tiszu  clichés.  Ponadto  obsesja  na  punkcie  filmu  jako  materiału  do  gry  wędruje  ze  mną  już 
od  dłuższego  czasu.  Blue  Velvet  wydawał  mi  się  w  tym  przypadku  jednym  z  najlepszych 
dostępnych  materiałów:  wspaniała,  emblematyczna  Ameryka  lat  50.  jako  banał,  który  staje 
się “Rzeczą” do powtarzania i wyklejania w kółko nowej historii. Ameryka, którą tu pokazuje 
Lynch, to właśnie Ameryka karmiąca się swoim własnym mitem, Ameryka porcelanowych głów 
Elvisa Presleya i pastelowych cadillaców, które wydają się czymś więcej niż tylko ozdobą czy 
scenografią  -  stanowią  raczej  wątek  dramatyczny,  posuwający  do  przodu  akcję  kryminalną. 
A  zatem  moje  zainteresowanie  Lynchem  i  Blue  Velvet  ma  niewątpliwie  charakter  osobisty. 
Lynch jest dla mnie jednym z niewielu amerykańskich reżyserów, którzy silnie utkwili w mojej 
świadomości - w świadomości człowieka pogranicza dwóch kultur. Blue Velvet obrazuje dla 
mnie Amerykę taką, jaką ja ją widzę. Przedstawiane w tym filmie miasto Lumberton to Ameryka 
pełna naiwności, pozornej wygody, a jednocześnie horroru i niezdrowej dewiacji. To wszystko. 
Blue  Velvet  to  bardzo  amerykański  film.  Lynch  robi  esencjonalnie  amerykańskie  filmy,  które 
bliskie są moim własnym spostrzeżeniom, filmy, w których fantazja jest podstawowym opar-
ciem dla poczucia rzeczywistości. Rzeczywistość jego filmów sprawia na mnie wrażenie trau-
matycznej  podszewki  ukrywającej  się  pod  powierzchnią  zbiorowej  świadomości  tamtejszego 
społeczeństwa.  Lynch  jest  dla  mnie  również  interesującą  enigmą  postmodernizmu  -  mimo 
tego,  że  na  co  dzień  bardziej  interesuje  mnie  modernizm  i  wszelkie  jego  utopie.  Filmy  Lyn-
cha są nie tyle opowieściami, co sensacyjnymi wydarzeniami; nie są też antropologicznymi czy 
psychologicznymi analizami charakterów postaci. Ponadto większość wątków w jego filmach, 
przynajmniej  w  moim  odczuciu,  nie  tyle  funkcjonuje  konceptualnie  -  nie  ma  komunikować 
żadnych określonych idei czy znaczeń - co jest wynikiem naturalnej potrzeby reprodukcji her-
metycznych clichés. Dlatego używam Lyncha jako materiału do ulepienia innej formy. Moja pra-
ca z Blue Velvet nie jest rozprawką na temat tego, dlaczego lubię to, a nie tamto. Być może to 
bardziej moja własna, podświadoma próba zaadaptowania się niż adaptacja czyjegoś materiału. 
W Blue Velvet odnajduję wiele wątków, które mogę użyć, połączyć, przetrawić i nadać im inny 
wymiar, a także kontynuować Lynchowską potrzebę reprodukowania. Ponadto jest to gra, gra 
z moją czy też naszą podświadomością i rozczarowaniem - w dwojakim tego słowa znaczeniu. 
Po pierwsze, używając tak charakterystycznego filmu, powtarzam jedynie to, czego można się 
spodziewać, a po drugie, jest to pewnego rodzaju osobista zgoda na obezwładnienie, ponieważ 
Lynchowska wizja pozostaje - czy się tego chce, czy nie - silniejsza. Dlatego do pewnego stop-
nia projekt ten już w samym swym początkowym założeniu zawiera ideę przegranej i bezsensu. 
Pozostaje nieskończony z samej swej zasady.

T.Z.

  Wcale  nie  powiedziałbym,  że  sięgając  po  “tak  charakterystyczny  film”  jak  Blue  Velvet, 

powtarzasz  te  jego  elementy,  które  są  przewidywalne,  oczywiste,  których  się  można  łatwo 
spodziewać.  Częścią  Twojego  obecnego  projektu  jest  rozbudowana,  wcześniejsza  realizacja 
Light in Lynch, która polegała na rekonstrukcji lamp pojawiających się w różnych scenach Blue

2

background image

Velvet. Lampy te, oderwane od architektury wnętrz, których charakter współkształtują w fil-
mie, zostały przez Ciebie zestawione ze sobą w taki sposób, że tworzą coś w rodzaju akumulacji, 
przywodzącej trochę na myśl realizacje Armana - nagromadzenia pojedynczych przedmiotów 
z tej samej kategorii pojęciowej. Może to głupie pytanie, ale dlaczego Twój wybór padł akurat 
na lampy? Co niesie ze sobą to powtórzenie elementu zapożyczonego z filmu - czy chodzi tu 
jedynie o zaspokajanie potrzeby reprodukowania? O jakim efekcie myślałeś, robiąc ten swoisty
inwentarz lamp u Lyncha?

Ch.T.

 Wybór lamp był do pewnego stopnia przypadkowy, choć nie do końca. Wszelkiego rodzaju 

detale w filmach Lyncha wydają mi się bardzo intrygujące i czuje się w nich brak jakiejkolwiek 
przypadkowości - raczej pełną premedytacji chęć wyodrębnienia czegoś charakterystycznego 
i raczej ponurego w pozornie beztroskim amerykańskim kiczu. Z mojego punktu widzenia w wię-
kszości  filmów  Lyncha  kadry,  w  których  widać  lampy  lub  inny  charakterystyczny  element 
oświetlenia, zazwyczaj poprzedzają jakiś ważny moment, punkt zwrotny danej fabuły. Motyw 
obsesyjnej rekonstrukcji był dla mnie wątkiem nadrzędnym, ale oczywiście interesował mnie 
także efekt końcowy i pierwsze wrażenie, jakie wywołuje takie zgrupowanie lamp. Interesowała 
mnie pewnego rodzaju parodia wystawy muzealnej, w której przedstawia się ewolucję danego 
przedmiotu lub stylu. Oprócz tego jest to dość zabawne, że lampy nie są tylko przedmiotami 
pełniącymi funkcję “dzieła sztuki”, ale także spełniają swoje podstawowe zadanie - oświetlają 
miejsca, w których są wystawiane. To dość rozśmieszający efekt - coś w rodzaju sklepu z lam-
pami. Poza tym myślałem o tych lampach w kontekście ready mades - choć nie są to gotowe 
lampy, ale repliki lamp budowane na podstawie filmu, co jednak w gruncie rzeczy nie jest oczy-
wiste  -  i  tu  interesowało  mnie  to,  do  jakiego  stopnia  rewolucyjny  Duchampowski  wynala-
zek  zestarzał  się.  Współcześnie  wydaje  się  on  mieć  wartość  czysto  historyczną,  natomiast 
wszelkiego  rodzaju  rekonstrukcje  stały  się  trendem  naszych  czasów  i  być  może  przejawem 
jakiejś “postmodernistycznej” frustracji. Nie ukrywam też, że bardzo odpowiada mi estetyka 
Lynchowskich  lamp.  Także  lampa  sama  w  sobie  wydaje  się  intrygującym  przedmiotem,  niby 
zupełnie banalnym, ale jednocześnie bardzo symbolicznym.

T.Z.

 Ciekaw jestem, do jakich wniosków doszedłeś przy realizacji swej pracy, jeśli chodzi o ready 

mades.  Czy  dzisiaj  -  w  czasach,  gdy  “instalacje”  stały  się  czymś  tak  powszechnym  -  da  się 
jeszcze wycisnąć coś ciekawego z samej idei lub historycznego faktu zaistnienia ready mades? 
Czy możesz też powiedzieć, jak sam rozumiesz ową “postmodernistyczną frustrację” - dlaczego 
jej przejawem ma być pragnienie dokonywania rekonstrukcji?

Ch.T.

 Właśnie wydaje mi się, że już nic się raczej nie da wycisnąć i nie jest to żadna odkrywcza 

myśl, a raczej swoisty aksjomat, nad którym się na co dzień nie zastanawiam, choć ukończona 
seria lamp (które nie są ready mades, choć na pierwszy rzut oka mogą za nie uchodzić) była dla 
mnie kolejnym, “laboratoryjnym”, namacalnym dowodem tego wyjałowienia. Fizyczne potwier-
dzenie takiego stanu rzeczy nie było bynajmniej głównym celem mojego projektu. Poza tym 
fakt takiego wyjałowienia wcale nie oznacza dla mnie kresu możliwości powstawania ciekawej 
sztuki, sztuki, dla której wyjałowienie to byłoby punktem wyjściowym. “Postmodernistyczna 
frustracja” to oczywiście duże uproszczenie i tylko jeden z możliwych wątków w sposobie wi-
dzenia kondycji współczesnego artysty, który wydaje mi się w różnym stopniu skazany na doko-
nywanie rekonstrukcji (w mniej lub bardziej dosłownym tego słowa znaczeniu).

T.Z.

 Czy robiąc poszczególne prace nawiązujące do Lyncha, myślałeś już o prezentowanej obec-

nie, całościowej instalacji? Czy pomysł tego projektu powstał dopiero przy okazji wystawy w At-
lasie Sztuki, czy już wcześniej?

Ch.T.

 Nie, wszystkie prace odwołujące się do Lyncha są częścią jednej, rozrastającej się całości.

3

background image

Wystawa w Atlasie Sztuki jest kolejną fazą tego projektu, takie było moje założenie od samego 
początku. Po Atlasie Sztuki zamierzam go kontynuować, aż stwierdzę, że nastąpił koniec.

T.Z.

 Lynch wydaje się być mistrzem w igraniu z naszą wyobraźnią. Wydaje się, że zna działanie 

określonych  środków  i  chwytów  na  wyobraźnię  i  wykorzystując  je,  często  stwarza  pewne 
napięcia  narracyjne,  by  za  chwilę,  albo  nawet  w  tym  samym  geście,  zawieść  nasze  oczeki-
wania i rozbić iluzję. Prowadzi to do sytuacji, w której mamy świadomość konwencjonalności, 
a nawet czasem prymitywności środków filmowych, które stanowią impulsy dla wyobraźni, ale 
też jesteśmy świadomi tego, że mimo wszystko, jakby pod przymusem, ulegamy ich działaniu; 
być może stąd bierze się przynajmniej część efektu niepokoju i niesamowitości, jaki wytwarza 
się w filmach Lyncha. Tematem Lyncha wydaje się być zatem złożona relacja lub nieuchwytna 
granica między “obiektywnym” a “wyobraźniowym” wymiarem rzeczywistości. Czy owa granica 
jest również tym, co starasz się jakoś wziąć pod uwagę i uwypuklić w swoich pracach?

Ch.T.

 Tak.

T.Z.

 A czy sądzisz, że można by mówić o jakimś swoistym popędzie narracyjnym u człowieka?

Ch.T.

 Myślę, że tak, że jest to jakiś odruch bezwarunkowy.

T.Z.

 Wydaje mi się więc, że tym, co również mogło przyciągnąć Twoją uwagę w filmie Lyncha był 

fakt, że elementy scenografii, a szczególnie architektury wnętrz, pełnią tam pierwszoplanową 
funkcję  narracyjną  -  czasem  wydaje  się  wręcz,  że  są  pod  tym  względem  istotniejsze  od 
przedstawianych  postaci  i  zdarzeń.  W  Twoich  pracach  wyraźnie  widać  to  zainteresowanie 
możliwościami  narracyjnymi  architektury,  w  szczególności  zaś  architektury  wnętrz,  archi-
tektury pojmowanej jako sposób kształtowania przestrzeni wewnętrznych, a zarazem sposób 
tworzenia swoistego “klimatu” miejsc.

Ch.T.

 Tak, zdecydowanie - architektura (nie tylko wnętrz) jako potencjał czy narzędzie narracji 

jest jednym z głównych wątków mojej twórczości i obecna praca nad rekonstrukcjami Lyncha 
stanowi  kontynuację  tych  zainteresowań,  które  silnie  zaważyły  na  moich  poprzednich  reali-
zacjach. Oprócz tego, ważna jest dla mnie relacja pomiędzy przestrzenią i architekturą a tymi, 
którzy w niej przebywają bądź nie przebywają - w obecnym projekcie zależy mi na uzyskaniu 
stanu totalnej nieobecności, tak jakby Blue Velvet był wymarłym miastem. We wcześniejszych 
pracach istotnym aspektem była “interaktywność” architektury lub jej elementu. Pojawianie się 
widza było do pewnego stopnia momentem, w którym projekt stawał się skończony - nawet 
jeśli w wielu przypadkach była to obecność całkiem bierna. Jeśli chodzi zaś o Blue Velvet, to 
myślę, że przestrzenie tego filmu są tak bardzo nastawione na popychanie akcji do przodu i ob-
razowanie  psychologii  postaci,  gdyż  jest  to  film  o  patrzeniu  lub  wręcz  podglądaniu.  Jeffrey 
patrzy, widz wydaje się stać tuż za jego plecami i zaglądać przez jego ramię, również Sandy 
spogląda na świat oczyma Jeffreya, a wiele scen to wspaniałe widowiska oglądane przez dziurkę 
od klucza czy szparę w drzwiach szafy.

T.Z.

 Czy u widza Twojej instalacji ma zatem powstawać poczucie bycia intruzem?

Ch.T.

 Tak. Podczas prezentacji wcześniejszej fazy tego projektu rozważałem wprowadzenie do-

datkowej  linii  narracyjnej  w  postaci  różnego  rodzaju  wizerunków  wirusów  (np.  wirusa  Eboli) 
rozproszonych po całym terytorium instalacji - tak, aby rozłożony na czynniki pierwsze Blue 
Velvet wydawał się być rzeczywistością po “zarazie”; później jednak odstąpiłem od tego zamia-
ru. Myślę, że motyw odbiorcy jako intruza jest dość konsekwentny w stosunku do Blue Velvet 
i faktu, że Jeffrey jest tam ciągłym intruzem.

T.Z.

 Tytuł obecnej instalacji - O kaplicach, jaskiniach i erotycznej beznadziei - zawiera wyraźną 

aluzję  do  Merzbau  Schwittersa,  dadaistycznej  konstrukcji,  w  której  artysta  między  innymi 
umieszczał dość przypadkowe, kuriozalne przedmioty pozostawiane przez odwiedzających go

4

background image

artystów:  kawałek  krawata,  biustonosz,  odcinek  sznurowadła,  buteleczkę  z  uryną,  fragment 
mostka dentystycznego itp. Czy dzieło Schwittersa jest wciąż aktualne i inspirujące?

Ch.T.

  Nie  wiem,  czy  przymiotniki  “aktualne”  i  “inspirujące”  najlepiej  obrazują  mój  sposób 

myślenia o Merzbau. Owszem, Merzbau jako przejaw sztuki procesu jest dziełem bardzo ak-
tualnym.  I  to  jest  jeden  z  tych  aspektów,  które  mi  w  nim  szczególnie  odpowiadają.  Oprócz 
tego, z mojego punktu widzenia, Merzbau jest bardzo idiosynkratycznym tworem architektoni-
cznym. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, Merzbau nie wydaje się być konceptualną sztuczką 
- w przeciwieństwie do wielu innych dadaistycznych realizacji. Pomimo tych słynnych krawatów 
czy biustonoszy Merzbau nie trąci sentymentalnym katalogowaniem, ale raczej wydaje się być
wyrazem upartego dążenia do odseparowania się od ówczesnej trudnej rzeczywistości politycz-
nej i stanowi graniczącą z obsesją, ale bardzo systematyczną próbę stworzenia autonomicznej 
struktury, alternatywnego bytu.

T.Z.

 Opisałem zawartość “kaplic” i “grot” Schwittersa, ponieważ sam nawiązujesz do nich w ty-

tule swej pracy, a poza tym nie sposób nie pomijać obecności składowanych w nich - oczywiście 
nie z przyczyn sentymentalnych - kuriozalnych przedmiotów. Co więcej, w jednym z modułów 
Twojej instalacji znajduje się pozostałość równie kuriozalna co u Schwittersa - odcięte ucho, 
cytat z filmu Lyncha.

Ch.T.

 W pewnym sensie ucho, podobnie jak inne elementy z Blue Velvet, mają charakter “objek-

tów”, wspólny Schwittersowskim “składnikom”.

T.Z.

 W Twojej obecnej realizacji pojawiają się też elementy nawiązujące do Nie kończącej się 

kolumny  Brancusiego.  Skąd  to  zestawienie  Schwittersa  i  Brancusiego,  artystów  moderni-
stycznych,  z  wariacją  na  temat  filmu  Lyncha  -  reżysera  uważanego  nieraz  za  modelowego 
“postmodernistę”?

Ch.T.

 W tym przypadku niespecjalnie obchodzi mnie linia demarkacyjna oddzielająca emblematy 

modernizmu od tego, co uważa się za postmodernizm. Merzbau czy Nie kończąca się kolumna 
fascynują  mnie  bardziej  jako  pewnego  rodzaju  struktury  matematyczne;  to  dwa  równoległe 
procesy,  które  teoretycznie  mogą  toczyć  się  w  nieskończoność.  Z  drugiej  strony  są  to  dwa 
przykłady kompulsywnego rozbudowywania. Mój plan rozkładania na czynniki pierwsze i roz-
budowywania Blue Velvet jest procesem podobnym. Z jednej strony modelem obsesyjnej roz-
budowy, z drugiej - próbą przetworzenia narracyjnej konsekwencji czasu na architektoniczną 
symultaniczność. Interesuje mnie także absurdalne dążenie do stworzenia monumentu.

T.Z.

 Co do tworzenia monumentu - czy myślałeś może o jakichś realizacjach w przestrzeni pub-

licznej? Jaka może być dzisiaj funkcja takiego monumentu?

Ch.T.

  Jak  dotąd  nie  miałem  okazji  pracować  nad  swoimi  własnymi  projektami  w  przestrzeni 

publicznej (oczywiście pomijając galerie czy muzea, które również są przestrzeniami publicz-
nymi), co nie oznacza, że mnie to nie interesuje. Brałem natomiast udział w realizacji “pub-
licznych  projektów”  innych  artystów.  Uczestnicząc  w  rezydencji  artystycznej  przy  Muzeum 
w Chemnitz, zgodziłem się wykonać “projekt” wymyślony przez zaprzyjaźnioną artystkę z Nowe-
go Jorku, która podczas rozmowy telefonicznej pół żartem, pół serio poprosiła, żebym ozdobił 
girlandą kwiatów ogromny pomnik Marksa w centrum Chemnitz. Moja koleżanka wyobrażała to 
sobie jako wywrotową akcje, której miałem dokonać potajemnie w nocy. Wspomniałem o tym 
w przelotnej rozmowie dyrektorce muzeum i następnego dnia otrzymałem oficjalne pozwolenie 
z urzędu miasta Chemnitz, upoważniające mnie do dokonania powyższego aktu - i już nie było 
odwrotu.  Musiałem  męczyć  się  ze  splataniem  kilkumetrowej  girlandy  i  z  drabinami,  żeby  to 
zainstalować, a potem cała ta historia została bardzo poważnie, z namaszczeniem opisana w lo-
kalnej prasie. Co śmieszniejsze, w artykułach tych przedstawiono mnie jako autora projektu.

5

background image

6

Ale wracając do monumentów - jestem absolutnie za, ale pod warunkiem, że mają za zadanie 
działać stymulująco na otoczenie. Uważam, że tego typu projekty są wręcz bardzo potrzebne, 
bo stanowią rodzaj polemiki artystów z resztą świata. I tu z dużym sentymentem myślę na 
przykład o pomnikach filozofów Thomasa Hirschhorna czy o palmie Joanny Rajkowskiej.

T.Z.

 Ta polemika artystów z resztą świata za pomocą sztuki publicznej - jak sądzisz, jaką ma i mo-

że mieć efektywność? Czy chce się jej wysłuchać, wziąć pod uwagę? Czy artystyczny charakter 
tej polemiki z góry nie kłóci się z jej efektywnością publiczno-polityczną?

Ch.T.

 Sztuka publiczna to temat bardzo szeroki i abstrahując od dogmatu, że wszystko jest w pew-

nym  sensie  polityczne,  trudno  mówić  o  efektywności  politycznej,  czy  założeniach  czysto 
poli-tycznych w przypadku gigantycznych realizacji Marka di Suvero. Gdy jednak weźmiemy 
na przykład realizacje Krzysztofa Wodiczki, które są zupełnie odmienne, to myślę, że zawarty 
w  nich  potencjał  dokonania  pewnego  przełomu,  być  może  tylko  jednostkowego,  jest  nie  do 
zaprzeczenia. Jakkolwiek by nie było, realizacje publiczne są bardzo potrzebne po to, by choć 
na chwilę wbijać kij w mrowisko.

T.Z.

 Jesteś polskim artystą mieszkającym w Nowym Jorku. Jak status ten wpływa na możliwość 

Twojego uczestnictwa w życiu artystycznym - z jednej strony Ameryki, z drugiej zaś Polski?

Ch.T.

  Życie  na  pograniczu  dwóch  światów  jest  ciekawe  i  stymulujące,  ale  także  trudne  i  na 

pewno nie ułatwia uczestnictwa w życiu artystycznym obu kultur. Sądzę, że wręcz utrudnia.

T.Z.

 Czy miałeś jakieś kłopoty z wystawianiem w Polsce?

Ch.T.

 Nie.

T.Z.

  A  z  wystawianiem  w  Stanach?  Czym  tamten  system  wystawienniczy  różni  się  według 

Ciebie od naszego?

Ch.T.

  Nie  miałem,  ale  co  to  w  zasadzie  znaczy  kłopoty  z  wystawianiem...  Myślę,  że  można 

rozmawiać o kłopotach z kontekstem, może nie tyle o kłopotach, co odczuciu, że wystawianie 
w różnych punktach świata zawsze wiąże się z nieuchronnym bagażem kulturowym odbiorc 
oraz tych, którzy kryją się za całą wystawienniczą machiną - właśnie to może być przyczyną 
kłopotów, nie tyle jednak z wystawianiem, co ze sposobem, w jaki się coś wystawia. Trudno 
zaprzeczyć, że w Stanach jednym z głównych motorów tej machiny jest rynek sztuki, który 
kształtuje tożsamość systemu wystawienniczego i każdej poszczególnej instytucji, obojętnie, 
czy ktoś jest mu przeciwny, czy przychylny.

T.Z.

 Czy spotkałeś się z jakimiś realizacjami artystów amerykańskich, które mówiłyby o takiej 

Ameryce, jaką Ty ją widzisz?

Ch.T.

 Amerykę, taką jaką ja ją widzę, odnajduję w twórczości Mike’a Kelly’ego, Elizabeth Pey-

ton, Richarda Prince’a, Charlsa Raya, Larry’ego Clarka, Christiana Marclay’ego, Douga Aitken 
i do pewnego stopnia w realizacjach Bruce’a Naumana oraz u wielu młodszych, mniej znanych 
artystów.

T.Z.

 A co myślisz o Ameryce w czasie, gdy w Nowym Orleanie i innych miastach zaatakowanych 

przez huragan „Katrina” dochodzi do scen, które zdumiewają cały świat?

Ch.T.

  O  ile  muszę  przyznać,  że  sceny  te  są  dla  mnie  bardzo  szokujące  i  przygnębiające,  nie 

mogę powiedzieć, żeby zainspirowały jakiś szczególnie nowy sposób postrzegania tego kraju. 
Choć mieszkam tu od kilku lat i pod wieloma względami ten kraj mi odpowiada, nie ukrywam 
także  mojego  bardzo  krytycznego  spojrzenia  na  Amerykę.  Od  dłuższego  czasu  nie  zgadzam 
się  z  wieloma  przejawami  amerykańskiej  polityki  zagranicznej  i  wewnętrznej.  Spustosze-
nie jakiego dokonała “Katrina”, jest tylko kolejnym namacalnym dowodem wielu problemów 
- „Katrina” pokazała, że problem pewnej segregacji etnicznej czy ekonomicznej nie został jak 
dotąd rozwiązany. Poza tym “Katrina” w dużym stopniu podważyła amerykańskie aspiracje do

background image

7

uzdrawiania reszty świata, pokazując, że rząd amerykański wyraźnie nie potrafi się sprawnie 
uporać z realizacją fundamentalnych potrzeb na własnym gruncie. Myślę, że skutki tego hura-
ganu  są  gorzkim  momentem  przebudzenia  dla  wielu  Amerykanów,  którzy  zdecydowali  się 
ponownie wybrać obecnego prezydenta.

T.Z.

 Wiem, że w Ameryce byłeś przez pewien czas asystentem Ilyi Kabakova. Artysta będący 

asystentem innego artysty - to dosyć ciekawa sytuacja i chyba nieczęsto analizowana w dys-
kursie o sztuce. Jakie są Twoje doświadczenia w tym względzie? Czy sytuacja ta była dla Ciebie 
jako artysty inspirująca, wyzwalająca, czy może raczej ograniczająca i destrukcyjna?

Ch.T.

  Moje  spotkanie  z  Kabakovem  było  przypadkowe.  Spotkaliśmy  się  w  momencie,  kiedy 

Ilya  potrzebował  pomocy  przy  nowojorskiej  realizacji  jednego  z  tych  jego  projektów,  które 
najbardziej  lubię,  zatytułowanego  Życie  Much,  który  miałem  okazję  zobaczyć  już  wcześniej 
w Europie. W Stanach Zjednoczonych, mimo gigantycznego rynku sztuki, większość młodych 
artystów skazana jest na podejmowanie wszelkiego rodzaju zajęć dorywczych, by zdobyć środki 
na uprawianie własnej sztuki. Podobnie było z moją pracą dla Kabakova. Od dawna nie jestem 
już jego asystentem (choć mit mojej pracy dla niego wydaje się wiecznie żywy), ale nadal łączy 
nas bliska i serdeczna przyjaźń. Moja współpraca z Ilyą była zawsze oparta na wzajemnym res-
pekcie dla naszych indywidualnych przekonań artystycznych.

T.Z.

  Wspominałeś  wcześniej  o  swoim  zainteresowaniu  modernistycznymi  utopiami.  W  jakim 

sensie są one dla Ciebie interesujące?

Ch.T.

 Być może tym, co pociąga mnie w modernistycznych utopiach, jest właśnie fakt, że os-

tatecznie okazały się one być utopiami. Z drugiej strony wydaje się, że nic nie wskazuje na to, 
iż byśmy mogli się od nich uwolnić.

T.Z.

  Co  pociągającego  jest  w  samej  utopijności  utopii?  Ich  wyobraźniowy  charakter?  Bycie 

niemożliwą narracją o nie dającym się urzeczywistnić miejscu?

Ch.T.

 Trudno nie delektować się utopijnością utopii - obojętnie czy się ironizuje, czy jest się 

z tego powodu poważnie rozżalonym. Utopia to jakby system doskonały, który stwarza siebie 
po to, by siebie nieuchronnie unicestwić.

T.Z.

 Mówisz, że nie możemy się uwolnić od modernistycznych utopii - ale czy chodzi o to, że są 

one czymś negatywnym, a zatem powinniśmy się od nich uwolnić, chcemy tego, ale coś nam 
staje na przeszkodzie, czy też może nie do końca tego chcemy i nie powinniśmy tego czynić, 
gdyż  utopie  zawierają  jakieś  elementy,  które  warto  zachować?  Czy  owe  awangardowo-mo-
dernistyczne projekty nie są zbyt łatwo nazywane “utopiami”?

Ch.T.

  Sądzę,  że  jeżeli  traktujemy  pewne  awangardowo-modernistyczne  postulaty  w  bardzo 

dogmatyczny czy ortodoksyjny sposób, to nazywanie ich utopiami nie wydaje się czymś, co 
jest dokonywane zbyt łatwo. Moja wcześniejsza opinia, że nie możemy się od nich uwolnić, 
nie tyle jest próbą stworzenia jakiejś katastrofalnej teorii historii (pozostawiam to teoretykom 
sztuki), co raczej prostą, spontaniczną obserwacją, że dzisiejsza sztuka jest z pewnej perspe-
ktywy mniej lub bardziej świadomym odniesieniem do modernizmu i że w jakimś sensie każde 
współczesne dzieło sztuki może być lub jest rozpatrywane w relacji do modernizmu. Muszę też 
powiedzieć, że oprócz utopii czysto formalnie interesują mnie wszelkie przejawy modernistycz-
nej architektury i designu, zarówno ze ściśle estetycznego punktu widzenia, jak też ze względu 
na  ich  podłoże  polityczno-ideologiczne,  podłoże,  które  zrodziło  takie  a  nie  inne  rozwiązania 
formalne.

T.Z.

 U Ciebie brak jednak odniesień politycznych, chyba że przyjmiemy szerszą koncepcję tego, 

co polityczne, według której wszelka forma estetyczna posiada pewne implikacje o charakterze 
społecznym i politycznym.

background image

8

Ch.T.

 Tak jak mówisz, wszelka forma estetyczna czy jakakolwiek inna posiada pewne implikacje 

polityczno-społeczne, jednak w przypadku moich prac nie są one celem nadrzędnym, choć nieu-
chronnie pojawiają się - jak na przykład w projekcie interwencji opartych na zasadach feng shui 
realizowanym podczas biennale w Łodzi. W tym wypadku już samo to, że projekt ten był reali-
zowany właśnie w Polsce miało swój polityczno-społeczny podtekst. Fakt, że nie szufladkuję 
siebie  jako  polityczno-społecznego  proroka,  nie  przeczy  temu,  że  prywatnie  interesuje  mnie 
polityczna podszewka architektury modernistycznej.

T.Z.

 Czy mógłbyś sprecyzować ten społeczno-polityczny podtekst wykorzystania feng shui na 

Łódzkim Biennale?

Ch.T.

 Być może jest to duże uproszenie i skrót myślowy, ale odnoszę wrażenie, że w Polsce i w wie-

lu  innych  częściach  świata  następuje  dramatyczny  zwrot  od  poglądów  oświeceniowych  ku 
obsesyjnej religijności, która wydaje się na dłuższą metę wprowadzać ogromne spustoszenie. 
Moje posłużenie się feng shui (które nie jest wprawdzie do końca religią, lecz stanowi system 
zasad, które dużo religii zawdzięczają) było niewątpliwą - choć w gruncie rzeczy niewinną i nie-
agresywną - parodią tego stanu rzeczy. Użycie w Polsce feng shui było dla mnie interesujące 
także  z  powodu  pewnego  paradoksu:  z  jednej  strony  w  naszym  społeczeństwie  (jak  zresztą 
w wielu innych) panują silne tendencje ksenofobiczne, z drugiej zaś strony polski grunt wydaje 
się bardzo podatny na wszelkie quasi-religijne i okultystyczne nurty importowane z odległych 
części świata i mające niewiele wspólnego z naszą kulturą.

T.Z.

 A jak mają się polityczne postawy i założenia, które tworzą tę - jak mówisz - polityczną 

“podszewkę” architektury modernistycznej do Twoich własnych poglądów politycznych?

Ch.T.

 Temat ten wymaga dogłębnej analizy, na jaką nie mogę sobie tutaj pozwolić. Niewątpliwie 

duża część tego, co składa się na ową “podszewkę”, została podważona przez historię i choć 
trudno jest dziś może upierać się przy wielu modernistycznych postulatach, to nie można ich 
kompletnie zanegować - wręcz przeciwnie, należy je poddawać dalszej ewaluacji i poszukiwać 
w nich nowych źródeł rozwiązań.

T.Z.

 Jak określiłbyś więc odniesienie do modernizmu w Twoich pracach - negatywne, krytyczne, 

nostalgiczne, obojętne, transformacyjne...?

Ch.T.

 Obawiam się, że mimo wszystko nostalgiczne.

T.Z.

 Zatrzymajmy się przy tym motywie nostalgii. W swym autokomentarzu do wcześniejszej 

wystawy, na której był prezentowany jeden z fragmentów obecnej realizacji, pisałeś o artyście 
łączącym w sobie role “nostalgicznego kinomana poszukującego ujścia dla swych zainteresowań, 
domorosłego urbanisty i planisty, oraz konstruktora maniaka, który męczy się, próbując poradzić 
sobie  ze  swymi  ambicjami  tworzenia  totalnego,  z  realizacją  projektu,  który  przerasta  swój 
własny cel i funkcję”. Czy identyfikujesz się może obecnie - przynajmniej w pewnym stopniu 
- z którąś z tych ról? Jak określiłbyś swoją rolę jako artysty?

Ch.T.

 Tekst, do którego nawiązujesz w tym pytaniu jest fragmentem press release napisanego 

przy okazji wystawy projektu Plague, Vol. 1/December, który był fazą wstępną pracy przygoto-
wywanej dla Atlasa Sztuki. Wszystkie wymienione powyżej role są nadal aktualne w kontekście 
projektu, nad którym teraz pracuję, ale nie traktuję ich bynajmniej jako wyrazu uniwersalnego, 
osobistego manifestu artystycznego.

T.Z.

 Co więc określa Twoją artystyczną tożsamość? A może wolisz pozostawić ją bez określenia, 

otwartą na wszelkie możliwości? Czy tak można odczytać Twoją pracę Theatre and Its Dou-
ble, ten swoisty żyrandol wyposażony - zamiast żarówek - w niewielkie monitory wideo, które 
ukazują wciąż tego samego aktora deklamującego w różnych przebraniach, kostiumach przy-
padkowo  dobrane  wypowiedzi  współczesnych  artystów?  Co  z  Twoją  własną  deklaracją,  że 

background image

9

w prac tej chodzi o przetwarzanie tych wypowiedzi artystów i artystek - wypowiedzi wyrażających 
czy też konstruujących wszak ich tożsamość artystyczną - dla samego przetwarzania?

Ch.T.

  Nie  traktowałbym  mojego  żyrandola  jako  deklaracji,  a  raczej  jako  wyraz  sceptycyzmu 

wobec  wielu  deklaracji  różnych  artystów  i  artystek,  czy  też  wobec  samego  oczekiwania,  że 
artysta musi się koniecznie zdeklarować. Jestem za współistnieniem sprzeczności. Nie przeczę 
też jednak, że mam duży respekt dla artystów, którzy traktują swoją działalność jako pewnego 
rodzaju misję dokonania zmiany.

T.Z.

 Większość Twoich realizacji cechuje się niezwykle silną sensualnością. Możesz coś powie-

dzieć na ten temat?

Ch.T.

 Zastanawiam się, czy zgadzam się z powyższym stwierdzeniem. Z jednej strony jestem 

gotów walczyć o to, że moje realizacje nie mają z sensualnością nic wspólnego. Z drugiej strony, 
zamykając odbiorcę w moich realizacjach, w dużym stopniu zmuszam go do odbioru sensualne-
go - przynajmniej w kontekście architektury czy designu, które wydają mi się zawsze sensualne, 
niezależnie od ich konceptualnego kontekstu i zmuszają swoją sensualnością do nieuchronnego 
tworzenia narracji.

T.Z.

  A  zatem  wypróbujmy  kolejne  kontrowersyjne  stwierdzenie:  większość  Twoich  prac  ma 

bardzo “poetycki” charakter - sądzę, że można tak powiedzieć, jeśli założymy, że zaistnienie 
“poezji” w sztukach wizualnych ma pewien związek z wrażeniem swoistego przerwania biegu 
czasu  lub  “wyrzucenia”  pewnego  miejsca  poza  czas.  Co  myślisz  o  tak  definiowanej  “poezji” 
i określeniu za jej pomocą Twoich prac?

Ch.T.

 Każde dzieło sztuki jest w pewnym kontekście polityczne i na tej samej zasadzie wszyst-

ko jest poezją, a cisza jest muzyką, jednak poezja, jakkolwiek definiowana, nie jest czymś, co 
w pełni świadomie i z premedytacją próbuję eksplorować czy dokonywać w mojej sztuce. Wiele 
z moich poprzednich realizacji miało charakter przestrzeni wyrwanych z kontekstu otaczającej 
je architektury i może to powoduje, że mogą być one postrzegane jako przejaw poezji.

T.Z.

 Piszesz do swych prac sugestywne autokomentarze zawierające elementy poetyckie i pod 

tym względem doskonale współbrzmiące z samymi pracami. Jak ważne są dla Ciebie owe auto-
komentarze? W jakiej relacji pozostają do samych prac, jaką ich część stanowią?

Ch.T.

 Wbrew pozorom nie przywiązuję zbyt wielkiej wagi do tych “autokomentarzy”. Jestem 

wręcz skłonny posunąć się do stwierdzenia, że są one dla mnie zbyteczne i czasami wręcz od-
czuwam irytację, kiedy staję przed wymogiem dostarczenia tekstu uzasadniającego daną pracę. 
O ile respektuję fakt, że dla wielu artystów pisanie różnego rodzaju manifestów czy tekstów 
komentujących  ich  działania  artystyczne  jest  integralną  częścią  ich  twórczości,  to  w  moim 
osobistym przypadku pisanie jest mało istotnym, zbytecznym ornamentem. Od dłuższego cza-
su rozważam, czy po prostu raz na zawsze nie skończyć z pisaniem tych autokomentarzy. Nie 
oznacza to jednak, że nie interesuję się tekstem jako takim. I jego możliwościami przekazu. 
W kilku przeszłych realizacjach stosowałem tekst jako część projektu, a nie jako osobny ko-
mentarz - dodatek.

T.Z.

 Kim byłby idealny odbiorca Twojej obecnej realizacji? Czy zależy Ci na dokładnym odczy-

taniu Twoich intencji, czy też raczej liczysz na zdarzenie się jakichś nieprzewidzianych, nieo-
czekiwanych lektur?

Ch.T.

 Nie jestem do końca pewien, czy moje intencje są aż tak bardzo określone i jednoznaczne 

- sądzę raczej, że są wielokierunkowe - żebym mógł się spodziewać ich dokładnego odczytania. 
Odbiorca jest dla mnie przedłużeniem pewnej nieskończoności projektu. Do pewnego stopnia 
myślę o moich pracach jako instalacjach “interaktywnych”, mających stymulować ten popęd 
narracyjny,  o  którym  wcześniej  mówiliśmy.  Tak  więc  “nieprzewidziany”  odbiorca  jest  zdecy-
dowanie najbardziej pożądany.