background image
background image

Zeydler Zborowski Zygmunt

Major Downar przechodzi na emeryturę

Część pierwsza

Rozdział I Mediolan

Białe,  puszyste  chmury  przypominają  starannie  ubitą  pianę.  Jaskrawy  błękit  nieba  błyszczy

agresywnie  w  promieniach  słońca.  Martwa,  przerażająca  swym  ogromem  pustka.  Żadnego  ruchu,
żadnego wstrząsu. Jedynie miarowy warkot motorów uświadamia istnienie maszyny, zawieszonej na
ogromnej wysokości.

Świetlny napis: „Proszę zapiąć pasy, proszę nie palić”, zgasł. Z megafonu płyną słowa: „Lecimy

na wysokości dziesięciu tysięcy metrów, z szybkością dziewięciuset kilometrów na godzinę”. Po tym
komunikacie  rozmowy  na  chwilę  milkną.  Ten  i  ów,  obdarzony  przez  naturę  nieco  większą
wyobraźnią, poważnieje. Dziesięć tysięcy metrów to nie żarty.

Refleksyjny  nastrój  przerywa  przystojna  stewardesa,  częstująca  pasażerów  owocowymi

cukierkami, zawiniętymi w szeleszczące papierki. Jej łagodny uśmiech działa kojąco, dodaje otuchy.

Downar wziął cukierek, przechylił w tył głowę i przymknął oczy. Czuł, jak ogromne zmęczenie

spływa  z  niego  wszystkimi  porami  ciała.  Cudowny  relaks,  całkowite  odprężenie.  Ostatnie  dni
upłynęły  mu  w  dużym  napięciu  nerwowym.  Nie  przypuszczał  nawet,  że  tak  intensywnie  będzie  to
wszystko przeżywał.

Uroczystość  była  naprawdę  wzruszająca,  przemówienia,  toasty,  prezenty,  przyjacielskie

poklepywania  po  ramieniu,  nie  kończące  się  uściski  dłoni.  Sam  niejeden  raz  brał  udział  w
pożegnaniach  kolegów  odchodzących  na  emeryturę  i  właściwie  wszystko  odbywało  się  tak  samo,
ale...  Uśmiechnął  się.  Każdy  swoje  sprawy,  swoje  przeżycia  uważa  za  nietypowe,  niebanalne  -
pomyślał.  -  Każdy  chce,  żeby  to,  co  go  dotyczy,  było  jakieś  inne,  odmienne  od  tego,  co  już  było.
Zakochany chłopiec sądzi, że jego miłość jest jedyna, niepowtarzalna, niezwykła. Żołnierz na froncie
wyobraża  sobie,  że  takim  bohaterem  jak  on  nikt  jeszcze  nie  był  i  nikt  nie  będzie.  Artysta  jest
przekonany, że jego sztuka jest wielkim odkryciem, czymś zupełnie nowym i że przejdzie do historii.
Człowiek  tak  już  jest  ukształtowany,  że  pragnie  wyróżnić  się  wśród  swych  bliźnich,  być  kimś
znanym,  sławnym,  godnym  powszechnego  uznania  i  podziwu.  No,  dobrze,  a  emerytowany  oficer
milicji?... O mało nie parsknął śmiechem.

I  znowu  stanęła  mu  przed  oczami  uroczystość  pożegnalna.  Chyba  go  jednak  lubili.  Chyba  te

wszystkie serdeczne, miłe słowa były szczere. Starał się być dobrym kolegą. Zawsze przecież chętnie
służył  pomocą,  radą.  Nigdy  nikomu  nie  zrobił  żadnego  świństwa.  Nie  pchał  się,  nie  ubiegał  o
awansy, o odznaczenia. Wykonywał, jak umiał najlepiej, swoją robotę i nie chwalił się osiągniętymi

background image

sukcesami.  Wprost  przeciwnie,  raczej  zawsze  usuwał  się  w  cień,  unikał  pochwał  przełożonych,
rozgłosu. Wydawało mu się, że naprawdę go lubili, że chyba byli mu życzliwi i że te przemówienia,
toasty nie miały w sobie nic z fałszywej oficjalności.

Zadźwięczały mu w uszach słowa Karola Walczaka: „No i cóż ty, Stefan, teraz będziesz robił?

Może  masz  zamiar  gołębie  hodować  albo  chodzić  na  ryby,  a  może  znaczki  pocztowe?  Podobno  na
filatelistyce nawet nieźle niektórzy zarabiają”.

Na razie nie zastanawiał się nad tym, co będzie robił. Przede wszystkim pragnął się nacieszyć

swobodą, wolnością. Tyle lat ciężkiej odpowiedzialnej, nerwowej pracy. Ileż nie przespanych nocy.
Ile  wahań,  wątpliwości,  obawy,  żeby  kogoś  nie  skrzywdzić.  Ileż  to  razy  zapytywał  sam  siebie:  a
może facet rzeczywiście jest niewinny, może to tylko fatalny zbieg okoliczności? Jakżeż różniła się
jego praca od niebywałych przygód prywatnych detektywów z powieści kryminalnych. Perry. Mason,
Herkules Poirot, stary, poczciwy Sherlock Holmes.

Tak, był już zmęczony. Należał mu się odpoczynek. Dosyć miał zbrodni, trupów, sekcji zwłok,

wielogodzinnych,  a  nieraz  wielodniowych  przesłuchań,  telefonów  w  nocy,  że  trzeba  wstawać  i
natychmiast  jechać  na  miejsce  przestępstwa.  Wyczerpująca,  bardzo  wyczerpująca  nerwowo  praca.
Co za rozkosz nie myśleć teraz o niczym, odetchnąć pełną piersią, cieszyć się swobodą, być panem
swego czasu, robić to, na co się ma w danej chwili ochotę!

Spełniają  się  jego  pragnienia.  Od  lat  marzył  o  tym,  żeby  zwiedzić  Italię.  Ten  kraj  zawsze  go

pociągał. Przeczytał dużo książek o dziejach Cesarstwa Rzymskiego. Miał sporo fotografii z Włoch,
albumów,  slajdów.  Teraz  zobaczy  na  własncoczy  Koloseum,  bazylikę  Świętego  Piotra,  Watykan,
kaplicę  Sykstyńską,  plac  Hiszpański,  fontannę  di  Trevi.  A  przedtem  Mediolan,  Werona,  Wenecja,
Florencja,  Siena  i  na  koniec  Sycylia.  Ileż  wspaniałości.  Piękna  wycieczka.  Kupa  forsy,  to  prawda,
ale  w  końcu  raz  się  żyje.  Poza  tym  nie  co  dzień  awansuje  się  na  emeryta.  Trzeba  to  przecież  jakoś
uczcić.

Warszawa, komenda, koledzy, akta spraw, wreszcie mieszkanie na Koszykowej stały się nagle

jakieś  nierealne,  odległe,  bardzo  dalekie.  Przeszłość.  Zaczyna  się  zupełnie  nowe,  emeryckie  życie.
Jakie to będzie życie? Nie warto w tej chwili o tym myśleć.

-  Właściwie  to  wszystko  jedno,  czy  się  leci  na  wysokości  dziesięciu  tysięcy  metrów,  czy  na

wysokości stu metrów. Jak się gruchnie w dół, to rezultat taki sam.

Downar drgnął i otworzył oczy Dopiero teraz przyjrzał się uważniej pasażerowi, który siedział

koło  niego.  Wyraźnie  zarysowująca  się  łysina,  zaokrąglone  kształty,  twarz  pogodna,  różowa,
ozdobiona  parą  dużych,  ciemnych  oczu,  w  których  błyszczała  radość  życia  i  zainteresowanie
sprawami tego świata.

- Czy nie mam racji, proszę pana? - upierał się. - Te dziesięć tysięcy metrów robi na człowieku

wrażenie,  ale  przecież  to  nie  ma  żadnego  znaczenia,  dziesięć  tysięcy  czy  sto,  a  nawet  jak  ktoś  ze
dwudziestu metrów zleci, to nie ma co zbierać. Czy nie mam racji?

- Ma pan rację - przyznał obojętnie Downar. Nie kwapił się do podtrzymania rozmowy. Już na

background image

samym początku tej baśniowej podróży postanowił trzymać się z daleka od swoich współtowarzyszy,
których uważał za zło konieczne. Nie miał zamiaru nawiązywać z nikim bliższego kontaktu. Pragnął
sam przeżyć swą „wielką przygodę”, jak nazywał w myślach orbisowską wycieczkę.

Korpulentny  jegomość  nie  tracił  jednak  animuszu.  Najwyraźniej  odczuwał  potrzebę

towarzyskiej pogawędki.

- Czy pan pierwszy raz do Włoch?

- Pierwszy.

- O, ja już, panie, byłem chyba z pięć razy. Uwielbiam Włochy. Wspaniały kraj. Co za zabytki!

Jakie  kościoły!  Jakie  muzea!  Cudowne  rzeczy.  Tylko,  że  teraz  nastrój  się  tam  popsuł.  Terroryści,
gangsterzy,  złodziejstwo  na  każdym  kroku.  Ich  policja  jest  zupełnie  bezradna.  Sytuacja  się  u  nich
bardzo  pogorszyła,  od  kiedy  znieśli  karę  śmierci.  Bo,  panie,  co  kara  śmierci,  to  kara  śmierci.  Z
więzienia można uciec albo otrzymać zmniejszenie wyroku, a ze stryczka się urwać to już trudniejsza
sprawa.  Rozzuchwalili  tych  wszystkich  bandziorów  i  tyle.  Na  takiego  terrorystę  tylko  kara  śmierci
robi wrażenie. Czy nie mam racji?

Pytanie zostało postawione w sposób dosyć agresywny i Downar musiał odpowiedzieć.

- Ma pan rację. - Wartkość wymowy zwolennika kary śmierci zaczynała go przygnębiać.

Na  szczęście  stewardesy  z  uprzejmym  uśmiechem  zaczęły  roznosić  tacki  ze  śniadaniem.

Rozmowny jegomość zrezygnował na pewien czas z konwersacji i z zadziwiającą energią zabrał się
do jedzenia. Widać było, że sprawy związane z gastronomią nie są mu obojętne.

Downarowi  smakowało  śniadanie.  Dobry  humor  psuła  mu  tylko  myśl,  że  jego  towarzysz  nie

zaniecha rozmowy. I nie omylił się.

Zaledwie  entuzjasta  włoskiej  kultury  skończył  się  posilać  i  starannie  wytarł  grube  wargi

papierową serwetką, gdy spojrzał wesoło na swojego towarzysza podróży i powiedział:

- Proszę wybaczyć, że do tej pory nie przedstawiłem się panu, ale to zamieszanie na lotnisku i

pierwsze  wrażenia  zaraz  po  starcie...  Pan  pozwoli,  że  teraz  dokonam  prezentacji:  nazywam  się
Więckowski, Teodor Więckowski.

- Bardzo mi miło poznać pana - odparował Downar, uścisnąwszy wyciągniętą ku sobie pulchną

dłoń.  Niezbyt  wyraźnie  powiedział  swoje  nazwisko  i  wyjął  z  kieszeni  gazetę.  Miał  nadzieję,  że
„Życie Warszawy” wybawi go z kłopotliwej, nużącej sytuacji. Ale gdzie tam...

Teodor Więckowski westchnął raz i drugi, jakby z pewnym ubolewaniem.

- Nic ciekawego nie ma teraz w tych gazetach. Już człowiekowi brzydną te wszystkie konflikty

bliskowschodnie,  dalekowschodnie,  afrykańskie.  Co  nas  to  wszystko  właściwie  obchodzi? A  niech
się  biją,  jak  mają  ochotę. A  i  ten  dziennik  telewizyjny  teraz  diabła  wart.  Nie  ma  na  co  popatrzeć.
Szkoda oczu. Kiedyś to kronika filmowa była pierwsza klasa, ale teraz... - Urwał nagle i zasępił się.

background image

Jego  ruchliwa  twarz  straciła  pogodny,  beztroski  wyraz.  Mogło  się  zdawać,  że  jakieś  odległe
wspomnienia zepsuły mu humor.

Downar, korzystając z chwilowej przerwy, wsunął „Życie Warszawy” z powrotem do kieszeni,

przechylił w tył głowę i zamknął oczy. Udawał, że drzemie.

Więckowski  nie  odezwał  się  do  samego  Mediolanu.  Dopiero  kiedy  zabłysnął  napis:  „Proszę

zapiąć pasy i zgasić papierosy”, powiedział cichym, dziwnie zmartwionym głosem:

- Tak mi się przyjemnie z panem gawędziło, że... Pan zdaje się podróżuje samotnie?

- Tak.

- Bo widzi pan... Ja także jestem samotny, a jak słyszałem, pokoje w hotelach są dwuosobowe,

więc... Bardzo by mi było miło, gdyby pan zechciał dzielić ze mną kwatery podczas tej wycieczki.
Naprawdę... bardzo. - Słowa te zostały wypowiedziane nieśmiało, z dużą dozą serdeczności.

Downar zdrętwiał. Perspektywa wspólnego pokoju z tym gadułą napełniła go przerażeniem. Nie

chciał  być  nieuprzejmy,  ale  z  drugiej  strony  ten  człowiek  mógł  mu  popsuć  całą  przyjemność.  Jakoś
nie przyszło mu do głowy, że będzie musiał z kimś mieszkać.

- Zobaczymy, jak nas rozlokuje kierownik - powiedział wymijająco. - Ale oczywiście...

Na szczęście w tej chwili poczuli lekki wstrząs. Koła podwozia dotknęły pasa startowego.

Twarz Teodora Więckowskiego rozjaśnił pogodny uśmiech.

- Jesteśmy na miejscu. - Powiedziane to zostało takim tonem, jakby to właśnie on przyczynił się

do szczęśliwego lądowania.

W Mediolanie panował nieznośny upał. Duszne, lepkie powietrze tamowało oddech. Zamglone

słońce z trudem przedzierało się przez niski pułap szarawych, rozsnutych równomiernie chmur.

Wszyscy  jak  na  komendę  zaczęli  się  energicznie  pozbywać  płaszczy,  skafandrów,  wiatrówek,

swetrów.

O  piątej  rano  w  Warszawie  na  Okęciu  było  bardzo  zimno.  Mediolański  upał  działał

uderzeniowo.

Odprawa  celna  i  kontrola  paszportowa  odbyły  się  z  błyskawiczną  szybkością.  Najwyraźniej

celnicy  włoscy  nie  podejrzewali  klientów  „Orbisu”  o  jakieś  skomplikowane  machinacje
przemytnicze  i  polską  wycieczkę  potraktowali  z  pewnym  lekceważeniem,  nie  zadając  sobie
najmniejszego trudu.

Kierownik grupy, pan Wacław Kozłowski, żwawo uwijał się między swoimi podopiecznymi.

- Proszę do autokaru, proszę do autokaru, proszę się pospieszyć. Zaraz odjeżdżamy. Już kończą

background image

ładować bagaże. Proszę zajmować miejsca.

W autokarze było, oczywiście, jeszcze duszniej. Pot oblewał przybyszów z północy.

Downar zajął miejsce na końcu wozu przy oknie. Koło niego z uprzejmą skwapliwością usiadł

Teodor Więckowski, i

- Ciepło.

- Ciepło - przytaknął Downar, patrząc w okno.

- Mam nadzieję, że pan nie ma nic przeciwko temu, że ja znowu tak koło pana...

- Ale skądże. Miło mi.

-  To  mnie  cieszy.  To  mnie  nawet  bardzo  cieszy.  Bo  tak...  widzi  pan,  zżyliśmy  się  w  tym

samolocie.

Downar nie zareagował na to stwierdzenie. Jego uprzejmość nie posunęła się aż tak daleko. Nie

odczepię się od faceta - pomyślał melancholijnie. - Trudno. Trzeba się przyzwyczaić.

Wszyscy  już  się  usadowili.  Ostatni  wsiadł  kierownik  wycieczki,  wprowadzając  do  autokaru

młodą  czarnooką  dziewczynę.  Przedstawił  ją  jako  pannę  Anitę  Antonelli  -  przewodniczkę,  która
miała  towarzyszyć  „polskim  przyjaciołom”  podczas  ich  pobytu  we  Włoszech.  Mówiła  zupełnie
dobrze  po  polsku,  z  nieznacznym  cudzoziemskim  akcentem.  Od  czasu  do  czasu  miała  tylko  pewne
kłopoty  z  przypadkami,  szczególną  trudność  sprawiał  jej  dopełniacz.  Później  okazało  się,  że
pochodzi z małżeństwa mieszanego, ojciec Włoch, matka Polka.

Lotnisko w Mediolanie jest znacznie oddalone od miasta. Jechali prawie godzinę.

Downar  z  ogromnym  zainteresowaniem  przyglądał  się  mediolańskim  ulicom.  Bardzo  prędko

doszedł jednak do przekonania, że to nic ciekawego. Duże, przemysłowe miasto, niezbyt atrakcyjne.

- Tutaj nie ma co oglądać - powiedział, wydymając wargi Teodor Więckowski. - Ot, takie nasze

Katowice  w  dużym  powiększeniu.  Przemysł.  Pełno  spalin  i  dymu  z  fabryk.  Klimat  fatalny.  W  lecie
duchota nie do wytrzymania, a w zimie mgła, że na dwa kroki nie widać człowieka. Wozy cały dzień
jeżdżą  na  światłach.  Straszna  wilgoć.  Byłem  kiedyś  w  styczniu  w  Mediolanie,  to  jak  wieczorem
zdjąłem  koszulę,  rano  była  wilgotna.  Trudno  zrozumieć,  dlaczego  takie  duże  miasto  postawili  na
podmokłym gruncie. Ale to dawne czasy. Wtedy pewnie na takich rzeczach się nie znali. I niech pan
sobie wyobrazi, że wystarczy wsiąść do pociągu na Dworcu Północnym i już po dwudziestu minutach
wyjeżdża  się  z  tej  cholernej  mgły.  Od  Saronno  niebo  błękitne,  wspaniałe  słońce.  Riwiera.  Tym
pociągiem można dojechać do Como. Był pan kiedy nad jeziorem Como?

-  Mówiłem  przecież  panu,  że  jadę  do  Włoch  po  raz  pierwszy  -  odparł  trochę  niecierpliwie

Downar.

- A  prawda,  prawda.  Zapomniałem.  Bardzo  pana  przepraszam.  Como  piękna  rzecz.  Jest  na  co

background image

popatrzeć. Byłem tam dwa razy. Jak dzień pogodny, to widać Alpy, ośnieżone szczyty gór. Istne cudo.
Szkoda, że tam nie pojedziemy. A Mediolan nic nadzwyczajnego. Jedynie katedra warta obejrzenia.
Wspaniała. Co za ogrom, co za precyzja budowy. Gotyk. Zachwyci się pan. Do katedry na pewno nas
zaprowadzą. To należy do żelaznego repertuaru każdej wycieczki.

Downar w milczeniu kiwał głową, żeby nie okazać się nieuprzejmym. Nie odwracał wzroku od

okna.  Im  głębiej  zanurzali  się  w  miasto,  tym  więcej  widział  ciężkich,  bogato  zdobionych
dziewiętnastowiecznych kamienic. Nie zachwycał się tą architekturą, chociaż musiał przyznać, że jest
imponująca.

Wreszcie autokar zatrzymał się przed skromnym hotelem.

- Wysiadamy, proszę państwa - wykrzyknął energicznie pan Kozłowski.

Spoceni  podróżnicy  zaczęli  się  ociężale  przepychać  do  wyjścia.  Niektórzy  posapywali  z

utrudzenia,  inni  wycierali  chusteczkami  wilgotne  czoła  i  karki.  Każdy  marzył  o  prysznicu  i  chwili
odpoczynku.

Niestety! Okazało się, że pokoje nie są jeszcze przygotowane i że od razu trzeba iść na obiad.

Rozległy  się  nieśmiałe  szemrania,  a  nawet  jawne  głosy  niezadowolenia.  Pan  Kozłowski  robił,  co
mógł, aby rozproszyć nieco przykrą atmosferę.

- Proszę państwa o wyrozumiałość. Służba hotelowa nic tu nie zawiniła. Po prostu poprzednia

wycieczka trochę marudziła z wyprowadzką. Pokojówki muszą sprzątnąć numery, zmienić pościel. A
teraz  napijemy  się  dobrego  winka,  zjemy  coś  smacznego.  Potem  maleńka  sjesta  i  wyruszamy  na
zwiedzanie  Mediolanu.  Obejrzymy  sobie  katedrę,  zamek  Sforzów,  zobaczymy Ostatnią  Wieczerzę
Leonarda. A jutro do Wenecji. Prosimy na obiad. Życzę państwu smacznego.

Nie było rady. Spoceni i zakurzeni usadowili się przy restauracyjnych stolikach, na których stały

koszyki  z  pszennym  pieczywem,  szklanki  i  karafki  z  białym  winem.  Po  chwili  kelnerzy  zaczęli
roznosić  tradycyjny  makaron,  polany  pomidorowym  sosem  z  nielicznymi  kawałkami  drobno
pokrojonej wołowiny oraz posypany tartym parmezanem.

Downar  dopiero  teraz  obrzucił  przelotnym  spojrzeniem  swoich  współtowarzyszy  podróży.

Cieszyła  go  myśl,  że  może  już  nie  być  czujny  i  podejrzliwy,  że  w  gronie  otaczających  go  ludzi  nie
musi upatrywać potencjalnych przestępców, że wreszcie zaczął żyć jak zwykły, normalny człowiek,
wolny od zawodowej rutyny.

Po jego lewej ręce siedział oczywiście Teodor Więckowski, pochłaniający z zapałem spaghetti.

Zręcznie  nawijał  na  widelec  długie,  nakrapiane  pomidorami  nitki  i  widać  było,  że  kuchnia  włoska
nie jest mu obca. Od czasu do czasu pociągał spory łyk wina. Najwyraźniej nie przejmował się tym,
że  jest  spocony  i  nie  umyty.  Z  prawej  strony  pożywiała  się  w  milczeniu  młoda,  bardzo  ładna
blondynka,  o  gęstych,  popielatych  włosach  i  dużych  oczach  koloru  morskiej  wody.  Downar  przez
ułamek sekundy pochwycił jej spojrzenie i zobaczył wyraz głębokiej melancholii, brak młodzieńczej
radości życia, rezygnację. Może to tylko zmęczenie podróżą - pomyślał.

background image

Naprzeciwko,  po  drugiej  stronie  długiego  stołu,  usadowiło  się  małżeństwo.  Tak  przynajmniej

można  było  wnioskować  z  ich  wzajemnego,  pozbawionego  emocjonalnych  akcentów,  stosunku.
Oboje  mniej  więcej  około  trzydziestki.  On,  ryży  blondyn  o  mocno  zarysowanej  dolnej  szczęce  i
wąskich,  lekko  skośnych  oczach,  miał  coś  niesympatycznego  w  twarzy.  Robił  wrażenie  człowieka
bezwzględnego, pozbawionego delikatniejszych uczuć. Z pewną nonszalancją bawił się makaronem,
dając  do  zrozumienia,  że  nie  jest  przy  apetycie.  Ona  -  subtelny,  dziewiętnastowieczny  typ  urody:
ładnie zarysowany owal twarzy, drobne, regularne rysy, ciemnoniebieskie oczy i starannie upięte w
mocny  węzeł  lśniące,  kasztanowe  włosy.  Kształtna  głowa  opierała  się  na  długiej,  wysmukłej  szyi,
ozdobionej sznurem bursztynów. Dłonie wąskie, rasowe, pozbawione jakiejkolwiek biżuterii. Tylko
złota obrączka. Była smutna. Prawie nic nie jadła. Wypiła łyk wina i siedziała milcząca, zapatrzona
w swój talerz. Można było przypuszczać, że niedawno płakała. Nie, stanowczo nie robili wrażenia
pary będącej w podróży poślubnej.

Trochę dalej dwie panie tak do siebie podobne, że nie było wątpliwości, że to siostry. Różniły

się  jednak  usposobieniem,  co  łatwo  było  zauważyć.  Jedna  cicha,  spokojna,  potulna.  Druga  -
gadatliwa  i  autorytatywna  -  nieustannie  strofowała  siostrę:  -  Moja  Bogusiu,  nie  garb  się  tak.  Siedź
prosto. Wszyscy jesteśmy zmęczeni, a nikt się tak nie garbi. Chcesz mieć krzywy kręgosłup, czy co? I
nie pij tyle wina, bo ci zaszkodzi.

Bogusia  nie  protestowała.  Posłusznie  stosowała  się  do  poleceń  siostry.  Mówiła  grzecznie:  -

Oczywiście, Elwiro. Masz rację, Elwiro.

Przy  sąsiednim  stole  rej  wodziła  tak  zwana  „Babcia”.  Pani  koło  osiemdziesiątki,  niezwykle

żwawa,  energiczna,  nie  znosząca  najmniejszego  sprzeciwu.  Pomimo  zaawansowanego  wieku  nie
widać  było  po  niej  najmniejszego  zmęczenia.  Jadła  z  ogromnym  apetytem,  kazała  sobie  dolewać
wina,  perorowała  na  najrozmaitsze  tematy,  niekoniecznie  związane  z  urokami  Italii,  i  od  czasu  do
czasu wtrącała jakieś nieco ryzykowne zdanie: - W moich latach to już mogę wszystko powiedzieć,
co mam na wątrobie. Nie boję się niczego ani nikogo. Co w sercu, to na języku.

Głównie zabawiała rozmową siedzącego po jej lewej stronie przystojnego młodego człowieka,

do  którego  zwracała  się  per,,panie  Robercie”.  Miał  pociągłą  twarz,  jasną,  prawie  białą  czuprynę  i
niebieskie,  wypłowiałe  oczy  o  niezbyt  sympatycznym  wyrazie.  Słuchał  z  uprzejmym  uśmiechem
paplaniny starszej pani, robiąc czasami jakąś uwagę. Z jego zachowania można było przypuszczać, że
pragnie sobie zaskarbić sympatię elokwentnej „Babci”.

Po  prawej  stronie  starszej  pani  siedział  chudy,  kościsty  jegomość  o  posępnym  wejrzeniu,  z

nosem przysłowiowo spuszczonym na kwintę. Jadł krzywiąc się niemiłosiernie, jakby go częstowano
czymś bardzo obrzydliwym. Nie wtrącał się do rozmowy.

I  wreszcie  spojrzenie  Downara  spoczęło  na  drugiej  parze  małżeńskiej.  Emanowała  z  nich  ta

pewność siebie, którą ludziom o nieprzesadnie rozwiniętym życiu  wewnętrznym  daje  solidne  konto
dewizowe.  Posilali  się  energicznie,  nie  zostawiając  ani  jednego  kęsa  na  talerzach.  Widać  było,  że
zapłacili i nie mają zamiaru rezygnować z tego, co im się za ich pieniądze należy.

Pozostali  uczestnicy  wycieczki  siedzieli  poza  zasięgiem  wzroku  Downara.  Nie  chciał  się

odwracać  i  rozglądać.  W  ogóle  starał  się  nie  zwracać  na  siebie  niczyjej  uwagi.  O  tym,  że  jest

background image

emerytowanym  oficerem  milicji,  wiedział  tylko  kierownik  grupy,  którego  prosił  o  całkowitą
dyskrecję.

Mimo  woli  i  wbrew  wszystkim  postanowieniom,  zaczęły  krążyć  mu  po  głowie  dziwne  myśli.

Młody  człowiek,  emablujący  z  uprzejmym  uśmiechem  rozmowną  staruszkę,  mógłby  na  przykład
wystąpić  w  roli  „szakala”.  Te  jasnoniebieskie,  wyblakłe  oczy,  ten  ostro,  drapieżnie  zarysowany
profil i te usta wąskie, zaciśnięte, wyrażające bezwzględność, a może nawet okrucieństwo. „Babcia”
zaś  mogłaby  symulować  i  nie  być  ani  staruszką,  ani  taką  roztrzepaną  gadułą.  Bierze  udział  w
wycieczce  w  jakichś  konkretnych,  sobie  tylko  znanych  celach,  a  całe  jej  zachowanie  to  tylko
kamuflaż.  Małżeństwo  obdarzone  znakomitym  apetytem  to  para  typowych  szmuglerów,
kombinatorów,  często  wyjeżdżających  za  granicę  -  bynajmniej  nie  w  celach  turystycznych.  Nie
interesują ich zabytki i dzieła sztuki. Interesuje ich zupełnie co innego. A tamto skłócone małżeństwo?
No,  cóż...  Niewykluczone,  że  ryży  miałby  ochotę  pozbyć  się  żony,  spychając  ją  w  Wenecji  do
jakiegoś kanału...

Wzdrygnął  się.  Oszalałem?  -  pomyślał  ze  złością.  -  Czyż  nigdy  nie  pozbędę  się  tego

idiotycznego  nawyku?  Czy  do  końca  życia  będę  patrzył  na  ludzi  jak  na  potencjalnych  przestępców,
zbrodniarzy?  Do  diabła!  Dosyć.  Koniec  z  tym.  Nie  jestem  już  milicjantem.  Nie  jestem  na  służbie.
Emeryt.  Człowiek  taki  sam  jak  wszyscy  inni.  Nic  mnie  nie  obchodzi,  że  ktoś  wygląda  na  płatnego
mordercę. Niech sobie wygląda. Czort z nim.

Nie  zauważył,  że  siedząca  obok  melancholijna  blondynka  spojrzała  na  niego  raz  i  drugi  z

pewnym zdziwieniem.

Po skończonym obiedzie kierownik podszedł do Downara.

- Pan Więckowski - powiedział z uprzejmym uśmiechem - bardzo pragnąłby mieszkać razem z

panem. Pokoje są dwuosobowe, więc... Czy pan nie ma nic przeciwko temu?

Downar westchnął.

- Nie, nie mam nic przeciwko temu. - Nie mógł inaczej postąpić. Wiedział, że odmowa byłaby

ogromną nieuprzejmością w stosunku do tego poczciwca.

-  Mam  nadzieję,  że  obaj  panowie  wykażą  nawzajem  tolerancję  i  zrozumienie  -  zakończył

rozmowę kierownik.

Pokój  był  nieduży,  ale  czysty  i  wygodnie  urządzony.  Jedyny  mankament  to  brak  łazienki,  która

znajdowała się dość daleko na korytarzu.

Teodora Więckowskiego ogarnął szczery zachwyt.

- Jakże się cieszę, panie kolego, jakże się cieszę, że my razem... Zaproponowałem kierownikowi

naszej grupy. Prosiłem, żeby... ewentualnie. Serdecznie panu dziękuję, że pan się zgodził. Bardzo pan
miły. Dziękuję.

- Nie ma mi pan za co dziękować - uśmiechnął się z pewnym przymusem Downar. - Pokoje są

background image

dwuosobowe, więc jeżeli ktoś podróżuje samotnie...

-  Tak,  tak.  Oczywiście,  oczywiście,  ale  mógł  pan  sobie  wybrać  innego  towarzysza  na

współlokatora. A ja się już tak z panem zżyłem w samolocie, że...

Downar nie zareagował na to wyznanie.

- Teraz trzeba by się trochę umyć. Czy pan pierwszy chce iść do łazienki?

-  Nie,  nie,  niech  pan  idzie,  niech  pan  idzie.  Ja  potem.  Trochę  muszę  się  rozpakować,  wyjąć

przybory  do  golenia,  mydło  -  to  mówiąc  otworzył  solidnie  wyglądającą  walizę,  z  której  przede
wszystkim  wyciągnął  japoński  aparat  fotograficzny  wraz  z  różnymi  przyrządami,  nie  wyłączając
teleobiektywu.

- Wspaniały sprzęt - pochwalił Downar. Więckowski uśmiechnął się.

- Nie zdążyłem panu powiedzieć, że to mój zawód. Jestem fotografikiem. Podróżuję po świecie,

polując  na  ciekawe  obiekty  do  zdjęć.  Interesują  mnie  nie  tylko  zabytki  architektoniczne  i  pejzaże.
Ludzie także. Interesujący ludzie oczywiście. W drugiej walizce mam również kamerę.

Downar pokiwał głową.

- Przyjemne zajęcie. - Wziął mydło, ręcznik, ostrą szczotkę i poszedł do łazienki.

Chłodny  prysznic  wspaniale  go  odświeżył.  Kiedy  wrócił,  zastał  swego  współlokatora

owiniętego obszernym kąpielowym szlafrokiem.

- Teraz ja! - wykrzyknął z ożywieniem fotograf i lekkim krokiem wybiegł z pokoju.

Downar,  szukając  pidżamy  oraz  koszuli,  doznał  niemiłego  uczucia.  Wydało  mu  się,  że  ktoś

grzebał w jego walizce. Czyżby ten wesoły grubasek? - pomyślał. Zaraz jednak zreflektował się. - E,
bzdura. Zaczynam cierpieć na manię prześladowczą. Czegóż, u diabła, mógłby szukać? Złudzenie.

Więckowski  wrócił  w  podskokach.  Był  odświeżony,  wesoły,  pachniał  dobrą  wodą  kolońską,

nabytą zapewne w Peweksie.

- A teraz lulu - powiedział, wkładając pidżamę. - Mamy mało czasu.

Po krótkiej drzemce wszyscy zebrali się na dole w hallu. I znowu do autokaru.

Mediolan  nie  zachwycił  Downara.  Ulice  zadymione,  pełne  spalin,  zatłoczone  ludźmi  i

samochodami.  Sławna  „La  Scala”  rozczarowała  go  kompletnie.  Inaczej  wyobrażał  sobie  tę
najwspanialszą  operę  świata.  Ot,  zwyczajny  dziewiętnastowieczny  budynek,  nie  wyróżniający  się
niczym  specjalnym.  Gmach  opery  warszawskiej  wydał  mu  się  bardziej  imponujący.  Natomiast
katedra  zrobiła  na  nim  duże  wrażenie.  Stał  i  patrzył  jak  urzeczony.  Koronkowa  biel  nadawała  tej
ogromnej  budowli  taką  lekkość,  że  zdawała  się  czymś  zupełnie  niezwykłym,  nierealnym.  Strzeliste,
gotyckie okna powiększały jeszcze to wrażenie.

background image

- Ładne, co? - rozległ się tuż obok głos Więckowskiego.

- Wspaniałe - przyznał Downar.

- Teraz wejdziemy do środka.

Olbrzymia nawa, tonąca w półmroku, miała w sobie coś z mistycznej potęgi. Downar pomyślał,

że  kiedyś  ludzie  umieli  oddawać  cześć  Bogu,  że  tworzyli  dzieła  nieśmiertelne,  nieprzemijające  w
swym pięknie.

Chciał  powiedzieć  coś  do  Więckowskiego,  ale  fotografa  nie  było  w  pobliżu.  Słuchał  więc

uważnie  objaśnień  przewodniczki  i  postanowił  kupić  sobie  album,  w  którym  byłyby  zdjęcia  z
Mediolanu.

Kiedy wychodzili z katedry, Downar, obdarzony dobrym wzrokiem, spostrzegł w drugim końcu

nawy swojego współlokatora. Wydało mu się, że podszedł do niego jakiś człowiek nie należący do
wycieczki. Zaczekał, aż ten człowiek zbliży się do wyjścia. Średniego wzrostu, twarz smagła, oczy
duże, czarne, czupryna także czarna, kędzierzawa. Niebawem pojawił się i Więckowski.

- Gdzież to się pan zapodział? - spytał Downar.

- Chwila medytacji - odparł bez uśmiechu fotograf.

Po  obejrzeniu  zamku  Sforzów  oraz  sławnego  dzieła  Leonarda Ostatnia  wieczerza, strudzeni

turyści wrócili do hotelu „Argentina”, gdzie mieli zjeść pierwszą wieczerzę na ziemi włoskiej.

Rozdział II Wenecja

Po  wczesnym  śniadaniu  wyruszyli  w  dalszą  drogę.  Autokar  lśnił  czystością.  Kierowca  był

starannie  ogolony  i  pachniał  wodą  kolońską. Signorina Anita  Antonelli  witała  podróżnych
czarującym uśmiechem. Nastrój panował pogodny. Dzielono się wrażeniami ubiegłego dnia. Wszyscy
jednogłośnie zachwycali się pięknem katedry.

Downar zauważył, że jego towarzysz stracił humor. Nie był już taki rozmowny. Ograniczył się

do kilku zdawkowych, uprzejmych zdań. A kiedy ruszyli, pogrążył się w melancholijnej zadumie, nie
pasującej do tej pogodnej, zawsze uśmiechniętej twarzy.

- Czy pan mówi po włosku?

Fotograf drgnął, jakby zbudzony ze snu. W jego oczach malowało się roztargnienie.

- Tak, mówię. Trochę. Dlaczego pan pyta? Downar nieznacznie poruszył ramionami.

-  Tak  sobie.  W  rozmowie  wspomniał  pan,  że  kilkakrotnie  zwiedzał  pan  Włochy,  więc

przypuszczałem...  To  bardzo  piękny  język,  niezwykle  melodyjny.  Ja,  niestety,  mówię  tylko  po
niemiecku.

background image

-  Nie  lubię  niemieckiego  -  skrzywił  się  Więckowski.  -  Dosyć  się  człowiek  nasłuchał  „alles

raus!”  i  „Hände  hoch!”.  Włoski  to  język  śpiewaków.  Zupełnie  inne  brzmienie.  -  Umilkł  i  znowu
spoważniał, jakby przeżuwał jakieś niewesołe myśli.

Po drodze do Wenecji zatrzymali się na parę godzin w Weronie. To stare, pełne uroku miasto

oczarowało  Downara.  Cisza,  spokój.  Po  wypełnionym  wielkomiejskim  zgiełkiem,  zatłoczonym,
dusznym  Mediolanie  oddychało  się  tu  pełną  piersią.  Piękne  renesansowe  wille,  pałacyki,  dużo
zieleni i barwnych kwiatów. Ruch niewielki. Ludzie żyli tu w zwolnionym tempie, jakby jeszcze nie
dotarł do nich pośpiech współczesnego świata.

W  jednej  z  wąskich,  romantycznych  uliczek  sklepiona  brama,  prowadząca  na  podwórze

wyłożone  kamiennymi  płytami.  Ściany  pokryte  pnącymi  roślinami.  W  górze  legendarny  balkon,  na
który wspinał się podobno Romeo do swej ukochanej. Sceneria przeznaczona oczywiście na użytek
zafascynowanych legendą turystów. Płaciło się za wejście na ten balkon.

Downar  zrezygnował.  Nie  dlatego,  żeby  żal  mu  było  tych  paru  lirów,  ale  wśród  otaczającego

piękna drażniła go taka tania, sztuczna inscenizacja.

Kiedy wracali do autokaru, nagle ktoś głośno powiedział:

- Nie ma „Babci”:

- Nie ma „Babci” - powtórzyli inni. - Gdzie „Babcia”? Co się stało z „Babcią”?

Kierownik poważnie się zaniepokoił.

-  Zdaje  się,  że  to  pani  szła  z  panią  Celińską  -  zwrócił  się  do  blondynki  o  melancholijnym

wejrzeniu.

Przytaknęła.

- ...ale potem, tam, pod tym balkonem... Doprawdy nie wiem. Straciłam ją z oczu. Myślałam, że

poszła do autokaru.

-  Poszukam  jej  -  zaofiarował  się  młody  człowiek,  który  z  takim  ożywieniem  rozmawiał  z

„Babcią” w czasie obiadu.

-  Niech  pan  idzie  -  zgodził  się  skwapliwie  kierownik.  -  Musimy  zaczekać.  Proszę,  żeby  się

państwo nie rozchodzili - dodał energicznym głosem.

- Taka staruszka nie powinna samotnie podróżować - powiedział ryży blondyn.

-  Oczywiście,  bardzo  słusznie  -  poparły  go  liczne  głosy.  -  Ktoś  z  rodziny  powinien  był  z  nią

pojechać. Ostatecznie, nikt nie ma obowiązku...

- Nie mogła odejść daleko - stwierdził pocieszająco Więckowski. - Ten młodzieniec na pewno

ją znajdzie.

background image

I rzeczywiście. Po chwili zobaczyli „Babcię”, sunącą nadspodziewanie szybkim krokiem, a za

nią pana Roberta.

- Proszę mi wybaczyć - uśmiechnęła się przepraszająco. - Trochę się spóźniłam, ale zajrzałam

do  tego  małego  kościółka.  Przepiękna  architektura.  Co  za  witraże.  Istne  cudo. Pardon.  Pardon.  Po
prostu zapatrzyłam się i nie zdałam sobie sprawy...

Nikt nie robił starszej pani wymówek. Szybko ruszono do autokaru.

W Wenecji czekała ich przykra niespodzianka. Deszcz i zimny wiatr, ciągnący od morza.

Na  przystani  czekali  na vaporetto. Marzli.  Najbardziej  cierpiały  panie,  przyodziane

lekkomyślnie  w  letnie  sukienki  i  bluzki  bez  rękawów.  Trzęsły  się,  a  ich  twarze  nabierały  powoli
sinawej barwy. Jedyną osłonę stanowił zbity tłum ludzi, który ich otaczał.

Wreszcie  przypłynął  z  utęsknieniem  oczekiwany  wodny  tramwaj  i  pasażerowie  zaczęli

przepychać się do wejścia na trap.

Pod pokładem było obszerne pomieszczenie, do którego nie dochodziły zimne podmuchy wiatru.

Downar  usiadł  przy  oknie  i  patrzył  z  wytężoną  uwagą.  Jakżeż  marzył  o  tym,  żeby  kiedyś

zobaczyć Wenecję. Żałował, że pogoda była taka podła. W słońcu wszystko wydaje się piękniejsze.

Canale  Grande.  Ponad  sfalowaną  wodą  wznoszą  się  pałace,  kościoły,  bogato  zdobione

sztukateriami  domy.  Wspaniałe  pozostałości  dawnego  przepychu.  Tylko  brak  tu  życia.  Drzwi  i
okiennice  pozamykane.  Budynki  robią  wrażenie  opuszczonych,  nie  zamieszkanych.  Ruch  na
nabrzeżach minimalny.

Piękne,  umierające  miasto  -  pomyślał  Downar.  Chciał  podzielić  się  z  kimś  swoimi  smutnymi

refleksjami, ale spostrzegł z pewnym zdziwieniem, że Więckowski nie siedział przy nim. Właściwie
przywykł już do towarzystwa tego wesołego gaduły.

Hotel, w którym ich zakwaterowano, nazywał się „Ketta” i był usytuowany w wąskim zaułku. Z

okna  pokoju  Downar  mógł  dokładnie  widzieć  wnętrze  mieszkania  w  domu  stojącym  naprzeciw.
Odległość nie była większa niż kilka metrów. W dole, w wąziutkim kanale, pływały gondole.

Obiad  zjedli  w  restauracji,  znajdującej  się  na  trzecim  piętrze  hoteliku.  Znowu  makaron,  wino,

kawałek jakiegoś wysuszonego mięsa z sałatką i winogrona.

Kierownik  oznajmił  gromkim  głosem,  że  obecnie  przewidziany  jest  krótki  wypoczynek,  a

następnie  zbiórka  w  hallu  o  szesnastej  i  cała  grupa  ma  się  udać  na  zwiedzanie  bazyliki  Świętego
Marka oraz Pałacu Dożów.

Więckowski  po  obiedzie  zniknął.  Nie  pojawił  się  w  pokoju.  Downara  trochę  to  zdziwiło,  ale

ostatecznie  cóż  go  to  obchodziło.  Zdjął  marynarkę  i  położył  się  na  tapczanie.  Nie  zamierzał  spać,
jednak zmęczenie go zmogło. Usnął.

background image

Obudził  się  za  pięć  czwarta.  Błyskawicznie  włożył  buty,  marynarkę  i  spłukał  zimną  wodą

resztki  snu  z  twarzy.  Zbiegł  na  dół.  Niestety,  spóźnił  się.  Już  poszli.  Nie  było  rady.  Postanowił
pochodzić po Wenecji na własną rękę.

Zaczął  tradycyjnie  od  placu  Świętego  Marka.  Deszcz  przestał  padać  i  słońce  zaczęło  mocno

przypiekać. Zdjął więc marynarkę i narzucił ją sobie na ramiona. Pozbył się też krawata, rozpinając
pod szyją koszulę. Powietrze było ciężkie, parne, wiatr ustał.

Downar  rozglądał  się  ciekawie.  Otaczał  go  wielojęzyczny  tłum  turystów,  przybyłych  tu  ze

wszystkich  stron  świata.  Jedni  fotografowali  z  zapałem  na  prawo  i  lewo,  inni  karmili  stada
wałęsających  się  gołębi,  jeszcze  inni  stali  małymi  grupkami,  rozmawiając  głośno  i  gestykulując  z
ożywieniem.  Byli  i  tacy,  którzy  siedzieli  przy  kawiarnianych  stolikach,  często  nie  zdając  sobie
sprawy, że kawa kosztuje tutaj wielokrotnie drożej aniżeli w pierwszej lepszej, pobliskiej kafejce.

Potężny  masyw  bazyliki  Świętego  Marka  nie  zachwycił  go.  Wydał  mu  się  zbyt  ciężki,  zbyt

przeładowany ornamentyką. Ozdobne bizantyńskie kopuły przypominały cerkiew.

Obejrzenie wnętrza Downar odłożył na dzień następny. Czuł się zmęczony. Gwar, panujący na

placu,  oszołomił  go.  Postanowił  wycofać  się  iposzukać  spokojniejszego  miejsca,  gdzie  mógłby  się
czegoś  napić.  Wałęsając  się  pod  kolumnadami,  niedaleko  wieży  z  zegarem,  spostrzegł  nagle
Więckowskiego.  Fotograf  siedział  przy  kawiarnianym  stoliku,  odwrócony  do  niego  plecami.
Rozmawiał z brodatym, energicznie gestykulującym mężczyzną. A więc nie poszedł zwiedzać Pałacu
Dożów. Wyglądało na to, że załatwia tu jakieś interesy albo po prostu spotkał znajomego. W Pałacu
Dożów był już niejednokrotnie.

Downar  nie  podszedł  do  ich  stolika.  Zawrócił  i  ruszył  w  kierunku  hotelu.  Trochę  się  bał,  że

zabłądzi  w  wąskich  uliczkach,  ale  jakoś  trafił.  Zresztą  miał  w  kieszeni  plan,  w  którym  zaznaczył
czerwonym ołówkiem hotel „Ketta”. To nie było daleko.

Wrócili przed samą kolacją zmęczeni, spoceni, pełni wrażeń.

- Muszę się panu przyznać, że zwyczajnie zaspałem i spóźniłem się na zbiórkę - tłumaczył się

Downar.

Kozłowski machnął ręką z lekceważeniem.

-  Nic  się  nie  stało.  Dam  panu  bilet.  Do  Pałacu  Dożów  pójdzie  pan  jutro  rano.  Odjeżdżamy

dopiero po obiedzie. Ale, ale... jeżeli pannie ma nic przeciwko temu, to po kolacji chciałbym pana
prosić o chwilę rozmowy.

Downar spojrzał zdziwiony. Zazwyczaj pogodna, beztroska twarz Kozłowskiego wyrażała teraz

niepokój i przygnębienie.

- Oczywiście. Bardzo chętnie. Z przyjemnością sobie z panem pogawędzę.

- Dziękuję.

background image

Po kolacji spotkali się na dole w hallu. Kozłowski był jeszcze bardziej zatroskany.

- Widzi pan, panie majorze...

- Przecież prosiłem pana - przerwał mu energicznie Downar; rozglądając się niespokojnie.

-  Prawda,  prawda.  Zapomniałem.  Przepraszam,  ale  jestem  trochę  zdenerwowany.  Może

wyjdziemy na ulicę. Przejdziemy się kawałek.

Wyszli. Kozłowski szybkim ruchem przeczesał palcami szpakowatą czuprynę.

- Więc o cóż chodzi? Co się stało? - spytał zaintrygowany Downar.

-  Otóż...  To  bardzo  niemiła  sprawa,  bardzo  kłopotliwa.  Może  pan  zauważył...  Jest  w  naszej

grupie małżeństwo, państwo Dobrzyńscy. On taki ryżawy blondyn, niezbyt sympatyczny, a ona bardzo
ładna kobieta, o delikatnej, subtelnej urodzie.

- Zauważyłem - przytaknął Downar. - W Mediolanie siedzieli naprzeciwko mnie przy obiedzie.

- O, właśnie. Tak, tak, przypominam sobie. Siedzieli naprzeciwko pana.

- I z tym małżeństwem ma pan jakieś kłopoty?

-  Nawet  dosyć  poważne  kłopoty.  Niech  pan  sobie  wyobrazi,  że  ona  zwróciła  się  do  mnie

mówiąc, że boi się swojego męża.

- Boi się swojego męża? - powtórzył Downar.

-  Tak.  Powiedziała,  że  w  żaden  sposób  nie  może  z  nim  mieszkać.  Boi  się,  że  ją  w  nocy

zamorduje. Doprawdy nie wiem, co mam zrobić.

Downar w zamyśleniu przeciągnął dłonią po czole.

- No, cóż... rzeczywiście... głupia sprawa. Gzy nie sądzi pan, że to po prostu histeria?

Kozłowski niezdecydowanie pokręcił głową.

- Trudno mi coś powiedzieć na ten temat. Być może. Z kobietami nigdy nic nie wiadomo. Ale z

drugiej  strony  jestem  odpowiedzialny  za  całą  grupę.  I  gdyby  się,  nie  daj  Boże,  coś  stało...  Pan
rozumie.

- Niech ich pan przekwateruje.

-  To  nie  takie  proste.  Każdy  już  ma  swojego  współlokatora.  Ludzie  jakoś  się  podobierali. A

poza tym taka sprawa wywołałaby najprzeróżniejsze plotki, komentarze.

- A cóż to pana obchodzi? - wzruszył ramionami Downar. - Niech sobie plotkują. To już dotyczy

background image

wyłącznie tej pary małżeńskiej. Nie bardzo rozumiem, po co wybrali się na wycieczkę. W tej sytuacji
ona powinna była raczej wystąpić o rozwód, a nie jechać z nim do Włoch.

-  Właśnie  -  podchwycił  z  ożywieniem  Kozłowski.  -  Po  jakiego  diabła  pojechali  na  tę

wycieczkę? Co mi pan radzi, panie majorze?

- Znowu zaczyna mnie pan tytułować?

- Och, najmocniej przepraszam. To wszystko z nerwów. Chciałem zasięgnąć pańskiej rady, jak

mam postąpić.

- Najrozsądniej byłoby ich rozdzielić. Niech pan jakoś pokombinuje.

-  Nie  mam  w  tej  chwili  wolnego  mężczyzny  ani  wolnej  kobiety.  Poza  tym  nie  wiem,  jak  on

przyjmie tę propozycję. Może nie zechce rozstawać się z żoną?

Downar uśmiechnął się.

- No, cóż... Ostatecznie ona nie jest jego własnością. Jeżeli sobie nie życzy...

- Nie chciałbym dopuścić do jakichś gorszących scen - powiedział cicho Kozłowski. - Cholera

jasna! Ze też właśnie mnie musiało się to przytrafić. Nie mogli pojechać na jakąś inną wycieczkę?...
Więc radzi pan ich rozkwaterować?

- Raczej tak. Niech pan pomówi z tym facetem. Może nie będzie się sprzeciwiał.

Kozłowski pokiwał głową.

-  Tak,  tak.  Muszę  z  nim  pomówić.  I  to  zaraz.  Przepraszam,  że  zabrałem  panu  tyle  czasu,  ale

chciałem się kogoś poradzić. Wraca pan do hotelu?

- Nie. Przejdę się trochę. Pogoda taka przyjemna.

- To wobec tego do zobaczenia. Dziękuję. I jeszcze raz przepraszam.

Downar  został  sam.  Szedł  wolno  wąskimi  uliczkami,  zastanawiając  się  nad  tym,  co  mu

powiedział Kozłowski. Zaraz jednak przestał interesować się małżeńskim konfliktem. Pan Bóg z nimi
- pomyślał. - Co mnie to wszystko obchodzi?

Poddał się urokowi weneckiej nocy. Tajemniczy, pełen romantyzmu nastrój. Wspaniałe miasto

wyrastające  z  morza.  Niezapomniane,  baśniowe  wrażenia.  Każdy  zaułek,  każdy  dom  to  kawał
historii. Podcienia, krużganki, renesansowe i gotyckie okna, balkony, zawieszone nad kanałami łuki
mostów, wąziutkie uliczki... Z oddali słychać śpiew gondoliera.

Jutro odjeżdżamy - pomyślał z żalem Downar. Jakżeż, chętnie pomieszkałby w tym cudownym

mieście  przynajmniej  dwa  tygodnie.  Cóż  znaczy  jeden  dzień?  Nic,  zupełnie  nic.  I  dwa  tygodnie
byłoby mało, żeby się nacieszyć Wenecją, poznać ją.

background image

Nad  brzegiem  niezbyt  szerokiego  kanału  spostrzegł  siedzącą  tuż  nad  wodą  kobietę.  Kształt

głowy  i  pochylone  plecy  jakby  znajome.  W  pobliżu  nie  było  nikogo.  Wydało  mu  się,  że  ta  kobieta
rozważa ewentualność rzucenia się do kanału. Przyspieszył kroku. Nie miał pewności, czy kobieta go
widziała, szedł więc bardzo ostrożnie, starając się nie robić najmniejszego hałasu. Był zdecydowany
przeszkodzić samobójstwu. Stanął za jej plecami i wtedy już nie miał wątpliwości. Żona tego ryżego
blondyna. Dobrzyńska.

Usłyszała kroki czy też tylko wyczuła jego obecność. Nie odwracając się powiedziała:

-  Odejdź.  Odejdź,  bo  będę  krzyczeć.  Idź  sobie.  Odejdź.  To  nic  nie  da.  Między  nami  wszystko

skończone. Rozumiesz? Wszystko! - przy ostatnich słowach podniosła głos.

- Bardzo panią przepraszam - odezwał się Downar. Odwróciła się gwałtownie. Poznała go.

- A, to pan. Proszę mi wybaczyć. Myślałam, że to mój mąż. Czego pan chce?

- Spacerowałem i zupełnie przypadkowo zobaczyłem, że pani siedzi nad tym kanałem. Kamienie

są  śliskie,  wilgotne.  Trzeba  uważać.  Można  narazić  się  na  nieprzewidzianą  kąpiel.  Usiadła  pani
trochę za blisko wody.

Podniosła się i spojrzała mu prosto w twarz.

- Przypuszczał pan, że chcę popełnić samobójstwo? Wzruszył ramionami.

- Nic nie przypuszczałem - odparł obojętnym głosem. - Po prostu zobaczyłem, że pani siedzi nad

samą wodą, co może być niebezpieczne. No i łatwo się przeziębić. Jest pani bardzo lekko ubrana.

- To prawda - powiedziała zdecydowanie. - Myślałam o tym, żeby skoczyć do kanału. Czy nie

sądzi pan, że to byłoby nawet dosyć efektowne?

- Nie sądzę. Jestem natomiast przekonany, że byłoby to bardzo głupie.

-  Śmierć  w  Wenecji  -  mówiła  dalej,  nie  zwracając  uwagi  na  jego  słowa.  -  Był  film  pod  tym

tytułem. Wprawdzie tam nikt nie rzucał się do kanału, ale... Widział pan ten film?

Downar wyczuł sztuczność w jej głosie.

- Nie, nie widziałem tego filmu. Ale może wrócimy do hotelu. Przeziębi się pani.

- Ja nie wrócę do hotelu.

- Czyżby pani miała zamiar spędzić tutaj noc? Niespodziewanie wybuchnęła spazmatycznym

płaczem.

- Nie mogę, nie mogę - powtarzała przez łzy.

background image

Był  zaskoczony.  W  pierwszym  momencie  nie  wiedział,  jak  ma  się  zachować.  Nieraz  podczas

przesłuchiwań  w  komendzie  miał  do  czynienia  z  płaczącymi  kobietami,  ale  tutaj,  w  Wenecji,  pod
niebem pełnym gwiazd... Położył pani Dobrzyńskiej ręce na ramionach.

- Proszę się uspokoić - powiedział łagodnie. W nagłym odruchu przytuliła się do niego.

- Nie mogę, nie mogę. Boję się.

- Kogo się pani boi?

-  Edwarda,  mojego  męża.  Nie  mogę  z  nim  mieszkać  w  jednym  pokoju.  Nie  mogłabym  zasnąć.

Boję się go.

Downar uspokajającym ruchem pogładził ją po włosach.

-  Spokojnie.  Na  pewno  znajdzie  się  jakieś  wyjście  z  tej  sytuacji.  Pomówimy  z  panem

Kozłowskim. Jestem przekonany, że zakwateruje panią z kimś innym. Nie trzeba się tak denerwować.

Wziął ją mocno pod rękę i ruszyli w kierunku hotelu. Nie protestowała. Miał takie wrażenie, że

się do niego przytula. Nie sprawiało mu to przykrości.

Rozdział III Florencja

Pan  Kozłowski  odzyskał  dobry  humor.  Z  kłopotliwej  sytuacji  udało  mu  się  wybrnąć

nadspodziewanie łatwo. Państwo Gródeccy (ci z dobrym apetytem i emanujący walutowym fluidem)
zgodzili  się  bez  większych  obiekcji  na  czasową  separację.  I  tak  pani  Maria  Gródecka  miała  od  tej
pory dzielić pokój z panią Dobrzyńską, pan Gródecki zaś z mężem pani Dobrzyńskiej.

Downar wyraził zdziwienie, dowiedziawszy się o takim załatwieniu sprawy.

- To trochę zaskakujące, że małżeństwo zdecydowało się rozdzielić na czas trwania wycieczki.

-  To  prawda  -  przytaknął  Kozłowski.  -  Mnie  także  wydało  się  to  dosyć  niezwykłe,  ale

ostatecznie  to  ich  sprawa.  Bardzo  mi  poszli  na  rękę.  Przyznaję,  że  nie  wiedziałem,  jak  sobie  z  tym
poradzić.

- Czy to pan zaproponował Gródeckim tę zamianę? - spytał Downar.

-  Ale  skądże.  Nie  ośmieliłbym  się  wystąpić  z  tego  rodzaju  propozycją.  To  pani  Dobrzyńska

doszła do porozumienia z panią Gródecką. Podobno są koleżankami jeszcze ze szkoły.

- A cóż na to ich mężowie?

-  Gródecki  zgodził  się  bez  słowa  sprzeciwu,  Dobrzyński  zaś  wzruszył  ramionami,  stuknął  się

palcem w czoło i powiedział, że jego żona jest wariatką i histeryczką, i że już nigdy z nią na żadną
wycieczkę nie pojedzie.

background image

-  Wydaje  mi  się,  że  po  tym  wszystkim  Dobrzyńscy  chyba  się  rozejdą  -  zauważył  Downar.  -

Wygląda na to, że ona nie ma w ogóle zamiaru z nim mieszkać, nie mówiąc już o innych sprawach.

- Ja odnoszę to samo wrażenie - przytaknął Kozłowski. - Nie bardzo tylko rozumiem, po jakie

licho pojechali razem na wycieczkę. Przecież chyba od dawna musiało się między nimi psuć.

Rozmawiali  w  małej  kawiarence,  położonej  niedaleko  hotelu.  W  pewnym  momencie  wszedł

Więckowski.

- O, co za miłe spotkanie. O czym to panowie tak radzą?

- Wymieniamy weneckie wrażenia - wyjaśnił Downar, zły, że fotograf zastał go na rozmowie z

kierownikiem  grupy,  ale  ostatecznie  nie  było  w  tym  nic  podejrzanego  i  nie  dawało  powodu  do
żadnych przypuszczeń.

- Słyszałem, że w naszej grupie zaistniały jakieś

dysonanse małżeńskie - uśmiechnął się Więckowski. Downar skinął głową.

- Podobno. Ale w konflikty małżeńskie lepiej się nie wtrącać.

- Och, nie mam najmniejszego zamiaru. To są ich osobiste sprawy i nikomu nic do tego.

Kozłowski spojrzał na zegarek.

- No, moi panowie, będziemy powoli szli do hotelu. O dwunastej obiad i zaraz odjeżdżamy.

- Czy zdążę jeszcze wypić kawę? - spytał Więckowski.

- Oczywiście. Dogoni nas pan.

Wyszli. Kiedy już się trochę oddalili, Kozłowski powiedział, zniżając głos:

- To strasznie wścibski facet. Jakoś nie budzi we mnie sympatii.

Downar  nie  podtrzymał  tego  tematu.  Od  bardzo  dawna  hołdował  zasadzie,  żeby  albo  nic  nie

mówić  o  swych  bliźnich,  albo  też  podkreślać  same  dodatnie  cechy.  Wszystkie  spostrzeżenia,
dotyczące negatywnych cech jakiegoś człowieka, zachowywał wyłącznie na własny użytek.

Spakowane walizki czekały już na dole w hallu. Uczestnicy wycieczki byli gotowi wziąć udział

w dalszym „podboju” Italii.

Pośpiesznie  lokowano  się  w  autokarze.  Każdy  zajmował  swoje  miejsce.  Jedynie  pani

Dobrzyńska usiadła koło pani Gródeckiej, a pan Dobrzyński koło pana Gródeckiego.

Downar  obserwował  ich  z  pewną  dozą  zainteresowania.  W  dalszym  ciągu  wydawało  mu  się

rzeczą  dziwną,  że  Gródeccy  zgodzili  się  na  separację  od  łoża  i  autokaru.  Przelotnym  spojrzeniem

background image

obrzucił  pozostałych  uczestników  wycieczki.  „Babcia”  siedziała  na  przodzie  wozu,  rozmawiając  z
ożywieniem  z  przewodniczką.  I  chociaż signorina Antonelli  biegle  władała  polskim,  starsza  pani
najwyraźniej  pragnęła  pochwalić  się  znajomością  włoskiego  języka.  Nieco  dalej  Robert  Werbach,
ów  młody  człowiek  o  niemiłym  spojrzeniu  jasnoniebieskich,  wypłowiałych  oczu,  emablował
melancholijną blondynkę, która podczas mediolańskiego obiadu siedziała koło Downara. Nazywała
się Anna Toczycka. Prawie nic nie mówiła. Uśmiechała się tylko od czasu do czasu, żeby nie zrobić
wrażenia nieuprzejmej. Mniej więcej w środku autokaru zajęły miejsca siostry Baczanowskie. Panna
Elwira, jak zwykle, strofowała nieubłaganie cierpliwą Bogusię. Po drugiej stronie ulokował się pan
Feliks  Gałecki,  którego  nawet  piękno  Wenecji  nie  zdołało  rozchmurzyć.  Wyraz  zniechęcenia  i
pogardy  dla  wszystkiego,  co  go  otacza,  nie  schodził  z  jego  suchej,  ptasiej  twarzy.  Więckowski
usiłował zabawiać go rozmową, ale bez widocznego rezultatu.

Downar nagle zdał sobie sprawę z tego, że z ogromną łatwością zapamiętał imiona i nazwiska

wielu  współtowarzyszy  podróży.  Dawna  rutyna  -  pomyślał  z  uśmiechem.  -  Trzeba  będzie  się  tego
pozbyć.  Nie  ma  przecież  sensu  obciążać  sobie  pamięci  czyimiś  nazwiskami.  Dziwiło  go  trochę
zachowanie się Więckowskiego, który jak gdyby zaczął unikać jego towarzystwa.

W tym właśnie momencie fotograf usiadł koło niego.

-  Strasznie  ponury  facet  -  szepnął  pochylając  się.  -  Nie  sposób  z  nim  rozmawiać.  Robi  takie

wrażenie, jakby przed chwilą zjadł kilo cytryn albo wypił duszkiem butelkę octu. Jeżeli jest żonaty,
to nie zazdroszczę jego żonie.

Downar wzruszył ramionami.

- Nie ma pan większego zmartwienia?

- A  co  pan  powie  na  te  małżeńskie  pary?  -  mówił  dalej  Więckowski.  -  Bardzo  się  dziwię,  że

Gródeccy  zgodzili  się  na  tę  separację.  Bo  Dobrzyńscy,  no  to  wiadomo.  Podobno  już  od  dłuższego
czasu  nastąpił  w  ich  małżeństwie  tak  zwany  rozkład.  Czy  pan  da  wiarę,  że  on  chciał  ją  brzytwą
tego...? Uciekła do pokoju pani Celińskiej.

- Brzytwą? - powiedział z niedowierzaniem Downar. - To Dobrzyński goli się brzytwą?

-  Właśnie  w  tym  sęk  -  Więckowski  znowu  mówił  tajemniczym  szeptem.  -  Goli  się  maszynką

elektryczną, a brzytwę wozi w walizce. To jest bardzo podejrzany facet. Może jakiś psychopata.

- Skąd pan to wszystko wie? - spytał Downar. Fotograf uśmiechnął się chytrze.

-  Lubię  być  dobrze  poinformowany.  Zawsze  jest  rzeczą  pożyteczną  jak  najwięcej  wiedzieć  o

ludziach, którzy nas otaczają. Nie sądzi pan?

-  Być  może.  -  Downar  ziewnął  dyskretnie.  Gadanina  tego  człowieka  zaczynała  go  nużyć.

Odwrócił głowę i zapatrzył się w toskański krajobraz. Myślał o tym, że może już nigdy nie zobaczy
Wenecji.  Było  mu  żal.  Za  szybkie  tempo,  stanowczo  za  szybkie  tempo.  Trzeba  by  posiedzieć  dużo
dłużej,  tygodnie,  miesiące,  żeby  utrwalić  sobie  te  wszystkie  cudowne  rzeczy.  Jeden  dzień  to  tylko

background image

ogromny, oszałamiający zawrót głowy.

Wszyscy byli zmęczeni. Większość podróżnych drzemała, a ten i ów nawet pochrapywał. Tylko

„Babcia”,  niestrudzona,  perorowała  z  ogromnym  ożywieniem. Signorina Anita  od  czasu  do  czasu
wtrącała jakieś grzecznościowe zdanie. Wyglądała na nieco znudzoną elokwencją starszej pani.

Człowiek  o  ptasiej  aparycji  także  nie  spał.  Siedział  sztywno  wyprostowany  ze  zmarszczonymi

brwiami i z zaciśniętymi wargami. Mogło się zdawać, że usiłuje rozwikłać jakiś niezmiernie zawiły
problem.

Więckowski, zniechęcony milczeniem swego towarzysza, odchylił głowę na oparcie i zaczął z

lekka pochrapywać.

Downar ciągle jeszcze pozostawał pod wrażeniem Wenecji. Żałował, że nie ma większej sumy

dolarów na koncie „A”.

We  Florencji  zakwaterowano  ich  w  starym,  dziewiętnastowiecznym  hotelu.  Dużo  ozdób,  dużo

sztukaterii, imponująca wysokość pokoi.

Downar  z  Więckowskim  otrzymali  ogromny  pokój,  wyposażony  w  potężne  szafy  oraz  w

olbrzymie  małżeńskie  łoże.  Okno  wychodziło  na  niewielkie  podwórze,  obrośnięte  winoroślą  i
kolorowymi kwiatami. Rzeźbione drzwi prowadziły do łazienki.

- Kurczę pieczone! - wykrzyknął zachwycony fotograf. - Ależ to sala balowa. Niech pan spojrzy,

gdzie ten sufit. Chyba ze cztery metry. A co za łóżko! Coś wspaniałego. Wprost zaprasza do jakichś
figli.  Dobrzyńscy  z  Gródeckimi  zapoczątkowali  akcję  przekwaterowywania.  Może  i  my...?  Ja,  na
przykład, chętnie bym tu zamieszkał z panią Anią Toczycką. Trochę smutne dziewczyna, ale może by
się rozweseliła w moim towarzystwie.

- A mnie z kim miałby pan zamiar ulokować? - spytał z uśmiechem Downar.

- No, cóż... - Więckowski podrapał się za uchem. Ania mieszka obecnie z panią Celińską...

-  I  pan  chciałby  mnie  zakwaterować  razem  z  „Babcią”.  Dziękuję  serdecznie.  Bardzo  pan

uprzejmy.

Fotograf roześmiał się.

- Dbam o to, żeby pan miał dosyć siły na zwiedzani Florencji. A poza tym wydawało mi się, że

pan nie jes zbyt czuły na tak zwane wdzięki płci pięknej.

-  Podobno  uważa  się  pan  za  bystrego  obserwatora  -  powiedział  wesoło  Downar.  - Ale  chyba

nie zawsze się to potwierdza.

Więckowski nie podjął tego tematu. Zaczął się rozbierać.

- Trzeba się trochę po podróży umyć i pójdziemy co zjeść. Kiedyś we Florencji bardzo dobrze

background image

karmili. Ni wiem, jak teraz.

Kolacja  upłynęła  we  względnej  ciszy.  Wszyscy  byli  zmęczeni.  Nikt  nie  miał  ochoty  do

rozmowy. Jedyni

„Babcia” i Więckowski nie przestawali mówić. Fotograf teraz próbował zabawiać konwersacją

melancholijną  blondynkę.  Nie  odniósł  jednak  zbyt  dużego  sukcesu  i  taktownie  wycofał  się  z
rozpoczętej akcji.

Downar,  ubawiony,  obserwował  strategiczne  posunięcia  swojego  współlokatora.  Czyżby  ten

idiota naprawdę sobie wyobrażał, że ja mu zostawię wolną chatę? - pomyślał.

Kiedy już zaczęto wstawać od stolików, Kozłowski przysunął się do Downara i szepnął:

- Chciałbym zamienić z panem kilka słów na osobności.

Downar spojrzał niechętnie na mówiącego. Był zmęczony i chciał się jak najszybciej położyć.

- No, dobrze.

Tak jak w Wenecji wyszli przed hotel.

- Czy znowu ma pan kłopoty z zakwaterowaniem swoich podopiecznych? - spytał Downar.

Kozłowski  wyjął  z  portfelu  kartkę.  Był  to  kawałek  papieru  listowego,  na  którym  ktoś  napisał

drukowanymi  literami:  NIECH  PAN  UWAŻA  NA  EDWARDA  DOBRZYŃSKIEGO.  TO
BANDZIOR.

- No i co ja mam z tym zrobić, panie majorze? Downar wzruszył ramionami i przytknął anonim

do nosa.

-  Nic.  Niech  się  pan  nie  przejmuje.  Sądząc  po  zapachu,  autorką  tego  elaboratu  jest  kobieta.

Bardzo możliwe, że to po prostu jego żona.

- Mam to wyrzucić?

- Nie. Raczej niech pan zachowa na pamiątkę. Nigdy nie wiadomo, co kiedy może się przydać.

Gdzie pan znalazł tę kartkę?

- W kieszeni marynarki. Musiał mi to ktoś wsunąć jeszcze w Wenecji.

-  Widzę,  że  nasza  wycieczka  zaczyna  obfitować  w  sensacyjne  zdarzenia  -  uśmiechnął  się

Downar.

Kozłowski skrzywił się.

- Nie lubię sensacyjnych zdarzeń, szczególnie wtedy, kiedy jestem kierownikiem wycieczki.

background image

- Niech pan będzie zadowolony, że jak dotąd nie mamy jeszcze żadnego morderstwa.

-  Rany  boskie!  -  przeraził  się  Kozłowski.  -  Tego  by  mi  jeszcze  brakowało.  Czy  pan  sądzi,  że

rzeczywiście... że taka ewentualność...

Downar poklepał go po ramieniu.

- Niechże się pan tak nie przejmuje. Przecież żartowałem.

- Bo pan jako fachowiec...

-  Dajmy  temu  spokój  -  przerwał  Downar.  -  Jestem  zwykłym  emerytem,  a  nie  żadnym

fachowcem. A  z  tamtymi  sprawami  skończyłem  już  definitywnie.  I  jeszcze  raz  bardzo  pana  proszę,
żeby pan mnie nie tytułował.

-  Oczywiście,  oczywiście.  Będę  pamiętał.  Przepraszam.  Więc  pan  uważa,  że  powinienem

zachować tę kartkę?

- Raczej tak. I radziłbym z nikim nie mówić na ten temat.

-  Ależ  oczywiście.  To  się  samo  przez  się  rozumie.  Mogłyby  powstać  zupełnie  niepotrzebne

plotki.

- O, właśnie.

Wrócili  do  hotelu.  Więckowski  leżał  już  w  olbrzymim  łożu  i  przeglądał  jakieś  ilustrowane

czasopisma.

Downar rozebrał się, wziął prysznic i także się położył. Był zmęczony. Nie miał nawet sił, żeby

zastanawiać się nad tym, co usłyszał od Kozłowskiego.

Nazajutrz od samego rana zwiedzanie Florencji. Bieganie po kościołach i muzeach trwało przez

cały dzień z małą przerwa na obiad. Wspaniała katedra, zaprojektowana w końcu trzynastego wieku
przez Arnolfa di Cambio, imponująca osiemdziesięciodwumetrowa dzwonnica, gigantyczne muzeum
-  Galleria  degli  Uffizi  -  wypełnione  arcydziełami  malarstwa  i  rzeźby  antycznej,  słynna  kaplica
Medyceuszów.  Na  wzgórzu  uroczy  kościółek  San  Miniato  al  Monte,  a  poniżej  piękna  panorama
Florencji.

Dużo wrażeń, stanowczo za dużo. Człowiek posiada ograniczoną zdolność odbierania tego, co

widzi  i  słyszy.  Po  pewnym  czasie  każdy  czuje  się  oszołomiony,  otępiały  i  nawet  największe
arcydzieła przestają na nim robić wrażenie. Żeby to wszystko przyswoić sobie, przetrawić, poznać,
trzeba by miesięcy. W samej Galerii Uffizi możną by spędzić dwa tygodnie. A galeria w Plazzo Pitti?
Pospieszny  marsz  przez  wypełnione  obrazami  mistrzów  nie  kończące  się  sale  przyprawia  o  zawrót
głowy.

Downara  zachwyciły  rzeźby  Michała Anioła.  Zwłaszcza  potężna  marmurowa  postać  Dawida,

eksponowana w Galerii Akademii. Długo stał, zapatrzony w ten symbol siły, zdecydowania, męskiej

background image

energii. Nigdy nie widział rzeźby tak wyrazistej, tak niebywale sugestywnej.

Starał  się  jak  najwięcej  zobaczyć  i  zapamiętać.  Właściwie  cała  Florencja  wydała  mu  się

jednym wielkim muzeum. Wrócę tu jeszcze. Muszę tu jeszcze wrócić - myślał.

Przez  tyle  lat  absorbowały  go  wyłącznie  przestępstwa  i  zbrodnie,  że  czasu  nie  stało,  by  sobie

uświadomić istnienie innego świata, świata, w którym króluje piękno.

Staję  się  sentymentalny  -  pomyślał  z  uśmiechem.  -  Ci  ludzie,  którzy  żyli  tu  przed  wiekami,

wśród tych wszystkich wspaniałości, także nienawidzili, mordowali się wzajemnie. Trucizna, sztylet,
podstęp, zdrada, masowe rzezie. Od początku świata żaden najgenialniejszy nawet artysta siłą swego
talentu nie zdołał zwalczyć zbrodni, krwawych międzyludzkich porachunków, żądzy zabijania.

Downar  bardzo  prędko  uwolnił  się  od  tych  pesymistycznych  refleksji.  Pragnął  całkowicie

poddać  się  nieodpartemu  urokowi  Florencji.  Nastrój  był  tu  oczywiście  zupełnie  inny  aniżeli  w
Wenecji. Niezwykły koloryt i koronkowa architektura miasta wyrosłego na adriatyckiej lagunie mają
w  sobie  coś  z  filmowej  dekoracji,  coś  z  baśniowej  nierealności.  Tutaj  zaś  wszechwładnie  króluje
kamień. Domy, pałace, mosty nad Arno, ulice i pomniki - wszystko wspaniałe, ale realne, namacalne,
przytłaczające.

Od  dawna  interesował  się  światem  starożytnym,  sztuką  grecką,  rzymską,  sztuką  epok

późniejszych.  Ale  jakże  nędzne  wydały  mu  się  teraz  oglądane  wielokrotnie  reprodukcje,  albumy,
kolorowe fotografie. Nie przypuszczał, że bezpośrednie zetknięcie się z autentycznymi arcydziełami
zrobi  na  nim  tak  silne  wrażenie.  Żałował  tylko,  że  czasu  miał  mało  i  że  nie  był  sam.  Te  różne
komplikacje,  idiotyczne  komeraże  między  uczestnikami  wycieczki  zaczynały  mu  działać  na  nerwy.
Męczył go i gadatliwy fotograf, i kierownik grupy, który uważał za stosowne z każdym kłopotliwym
problemem  zwracać  się  do  niego.  Ostatecznie,  co  go  obchodzą  jakieś  anonimy  czy  małżeńskie
niesnaski?

Kiedy  po  obiedzie  wyruszali  na  zwiedzanie, Anna  Toczycka  podeszła  do  kierownika.  Robiła

wrażenie onieśmielonej, speszonej.

- Pani Celińska kazała przeprosić, ale zostanie w swoim pokoju.

- „Babcia”! - wykrzyknął niecierpliwie Kozłowski. - A co się znowu stało?!

- Mówi, że źle się czuje, że nie ma siły. Kozłowski przygładził dłonią czuprynę.

-  Tego  nam  jeszcze  brakowało,  żeby  się  rozchorowała.  No  dobrze,  niech  zostanie,  niech

odpocznie.  Rzeczywiście,  to  nie  ma  sensu,  żeby  starych  ludzi  wysyłać  na  forsowną  wycieczkę
zagraniczną. „Orbis” nie powinien przyjąć takiego zgłoszenia.

Po wielu godzinach zmęczeni i syci wrażeń wrócili na kolację. I wtedy okazało się, że „Babci”

w hotelu nie ma. Powstało ogólne zamieszanie. Gdzie „Babcia”? Co się stało z „Babcią”? Przecież
źle się czuła. Szukano wszędzie, w restauracji, w innych pokojach, na korytarzach, w łazienkach. Bez
skutku.

background image

Pachnący  brylantyną  recepcjonista  oznajmił  z  uprzejmym  uśmiechem,  że signora w  starszym

wieku, Polacca, rozmawiała z kimś przez telefon i wyszła z hotelu.

- Rozmawiała z recepcji? - spytał Downar, który był obecny przy tej rozmowie.

- Si, signore. Z tego aparatu.

- W jakim rozmawiała języku?

- Po niemiecku.

- Co mówiła?

Recepcjonista zrobił obrażoną minę.

- O, signore. Nie mam zwyczaju podsłuchiwać rozmów naszych gości.

- Pan dobrze zna niemiecki - zauważył Downar.

- Znam, ale to nie żaden powód, żebym...

Do rozmowy wtrącił się Kozłowski. Mówił po włosku:

- Szukamy tej starszej pani, która należy do naszej grupy. Boimy się, żeby jej się coś nie stało.

Więc jeżeli może nam pan udzielić jakichś informacji... Chodzi o to, z kim i o czym rozmawiała przez
telefon. Może podała nazwę jakiegoś lokalu, jakiejś kawiarni...

- Nic nie wiem - powiedział niecierpliwie recepcjonista. - Nic nie słyszałem. Byłem zajęty.

Nie pozostawało nic innego, jak czekać. Poszli do sali restauracyjnej.

Podczas kolacji głównym tematem rozmów było tajemnicze zniknięcie „Babci”.

- Może należałoby zawiadomić policję - zaproponowała nieśmiało Bogusia Baczanowska.

Więckowski energicznie potrząsnął głową.

- Policja to ostateczność. Jeszcze by zatrzymali całą wycieczkę.

-  Można  by  zawiadomić  naszą  ambasadę  -  wtrąciła  się  do  rozmowy  Anna  Toczycka.  Była

bardzo  zdenerwowana.  Mieszkała  razem  z  „Babcią”  i  w  jakiś  sposób  czuła  się  za  nią
odpowiedzialna. - Szkoda, że nie zostałam w hotelu.

Dobrzyński  i  Gródecki  radzili  nie  przedsiębrać  jeszcze  żadnych  energicznych  kroków.

Natomiast ich żony wysunęły koncepcję, żeby wydelegować kilka osób na poszukiwania. Projekt ten
nie spotkał się jednak z ogólnym uznaniem. Wszyscy byli zmęczeni i nikt nie miał ochoty wałęsać się
po  mieście,  tym  bardziej  że  tego  rodzaju  akcja  nie  rokowała  pozytywnych  rezultatów.  Bo  gdzie

background image

właściwie szukać starszej pani?

Robert  Werbach  nie  ulegał  ogólnemu  nastrojowi  niepokoju.  Jadł  z  dużym  apetytem,  a

wychyliwszy szklankę wina, powiedział:

- Państwo niepotrzebnie się tak przejmują. Gwarantuję, że zguba się znajdzie. Pani Celińska zna

miasto i mówi biegle po włosku. Jestem przekonany, że da sobie doskonale radę.

Pan  Feliks  Gałecki  nie  brał  udziału  w  rozmowie.  Posilał  się  wolno,  jak  gdyby  z  pewnym

namysłem.: Z całej jego postaci emanowała idealna obojętność. W najmniejszym nawet stopniu nie
interesował się tajemniczym zniknięciem.

- A może gangsterzy porwali panią Celińską - wyrwała się znowu Bogusia Baczanowska, która

uwielbiaj ła niezwykłe, sensacyjne sytuacje i zaczytywała się w powieściach kryminalnych.

Elwira szturchnęła ją energicznie.

- Przestań pleść głupstwa. Więckowski roześmiał się.

-  Eee.  A  po  co  gangsterzy  porywaliby  „Babcię”!  Któż  by  dał  jakikolwiek  okup  za  taką

staruszkę? Wolne żarty.

-  Właściwie  nic  konkretnego  nie  wiemy  o  pani  Cejlińskiej  -  zauważył  poważnie  Gródecki,

sięgając po jabłko.

- Podobno, przed wyjściem z hotelu, rozmawiała!

z kimś przez telefon po niemiecku - dodał Dobrzyński. Kierownik postanowił zakończyć już te

rozmowy.

- Proszę państwa - powiedział zdecydowanym głosem. - Zaczekamy jeszcze jakiś czas. A jeżeli

pani Celińska nie wróci do godziny dwunastej, zawiadomię policję, chociaż wiem z góry, że oni tej
sprawy  poważnie  nie  potraktują.  Rano  zatelefonuję  do  naszej  ambasady  w  Rzymie  i  zgłoszę
zaginięcie uczestniczki wycieczki. Nic więcej zrobić nie mogę. A teraz życzę państwu dobrej nocy.
Jutro po śniadaniu wyruszamy do Rzymu.

- Bez „Babci”? - zaniepokoiła się Bogusia. Kozłowski w bezradnym geście rozłożył ręce.

- Nie mogę zatrzymywać całej wycieczki.

Zaczęto wstawać od stolików. I wtedy, jak przysłowiowy deus ex  machina, pojawiła się na sali

restauracyjnej  „Babcia”.  Była  pogodnie  uśmiechnięta,  pełna  radości  życia,  poruszała  się  zwinnie  i
lekko. Wszyscy oniemieli.

-  Bardzo  przepraszam  za  maleńkie  spóźnienie,  ale  tak  się  jakoś  złożyło.  Czas  tak  piekielnie

szybko pędzi, że człowiek nie może za nim nadążyć. Tempus fugit.  Mam nadzieję, że dostanę jeszcze
coś do jedzenia. Jestem wściekle głodna.

background image

Kelner z kwaśną miną strzepnął serwetę i przygotował nakrycie.

- Subito, signora.

Kozłowski,  ochłonąwszy  z  pierwszego  wrażenia,  poczuł  się  w  roli  kierownika  wycieczki.

Uważał za swój obowiązek skarcić starszą panią i wygłosić dydaktyczne przemówienie.

Przerwała mu w pół zdania.

-  Wiem,  wiem.  Doskonale  się  orientuję,  co  pan  chce  powiedzieć.  Ma  pan  oczywiście,  jak

zwykle, świętą rację. Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa. Rzeczywiście, przyszłam trochę za
późno, ale ostatecznie do północy jeszcze daleko. A to miasto ma w sobie tyle uroku... - Bardzośmy
się o panią niepokoili - powiedział surowym tonem Kozłowski. - Wszyscy się niepokoili, absolutnie
wszyscy.

-  Ogromnie  to  miło  z  waszej  strony  -  uśmiechnęła  się  zalotnie.  -  Bardzo  jesteście  kochani.

Naprawdę.  Ale  ten  niepokój  zupełnie  niepotrzebny.  Florencję  znam  jak  własną  kieszeń,  dobrze
mówię  po  włosku,  nawet  bardzo  dobrze,  a  poza  tym  jestem  kobietą  samodzielną.  Wreszcie  nie
jesteśmy formacją wojskową i nie obowiązuje nas wojskowa dyscyplina.

- Podobno pani źle się czuła i dlatego nie poszła z nami na zwiedzanie.

Machnęła ręką i z apetytem zabrała się do jedzenia.

-  Och,  drogi  panie,  ja  się  już  dosyć  w  moim  życiu  nazwiedzałam.  Istotnie,  trochę  się  czułam

zmęczona, ale potem to mi przeszło i postanowiłam odwiedzić stare kąty.

-  Baliśmy  się,  że  może  panią  porwali  gangsterzy  -  powiedziała  Bogusia,  odsuwając  się

przezornie od siostry.

„Babcia” wybuchnęła śmiechem.

- Gangsterzy? A to dobry kawał. Ubawiła mnie pani. Nie, kochanie, ja się gangsterów nie boję.

To  raczej  gangsterzy  boją  się  mnie. Lasciate  ogni  speranza  vót  cheentrate -  zacytowała
niespodziewanie  Dantego.  -  Ale,  ale...  panie  kierowniku,  czy  nie  istniałaby  możliwość,  żebym
dostała osobny pokój? Zakatarzyłam się trochę w Wenecji na tym deszczu i tak mam zatkany nos, że
chrapię. Ta poczciwa Ania nie najlepiej sypia z tego powodu.

- Niestety, nie istnieje taka możliwość - odparł Kozłowski i wyszedł z sali restauracyjnej.

Panna Toczycka przysiadła się do stolika „Babci”.

- Wcale mi nie przeszkadza pani chrapanie - powiedziała uprzejmie. - Ja sypiam bardzo mocno.

- Ale mnie przeszkadza świadomość, że z mojego powodu ktoś może cierpieć niewygody. Nasz

kierownik, gdyby zechciał, z pewnością mógłby to załatwić. Ale to nieuczynny człowiek. Nie lubię
go. Jak tylko ktoś zostaje kierownikiem, zaraz wyobraża sobie Bóg wie co. W ogóle każda władza

background image

uderza ludziom do głowy. A pani lubi tego Kozłowskiego?

- Lubię - odpowiedziała cicho Anna. - Uważam, że wszystko bardzo sprawnie organizuje.

Kozłowski przytrzymał Downara na korytarzu za rękaw.

- Widział pan tę babę? No i co pan na to?

- Nic - uśmiechnął się Downar. - Żwawa staruszka. Przyznaję, że nie podejrzewałem ją o taki

temperament.

- Miałem ochotę solidnie ją obsztorcować.

- Nie radzę panu. Mógłby pan posłyszeć dużo niemiłych rzeczy.

Kozłowski machnął ręką.

- Ma pan rację. Czort z nią. Ciekawe, gdzie ona mogła się włóczyć tyle czasu?

- Niech ją pan zapyta, ale wątpię, żeby się pan czegoś dowiedział.

W oczach Kozłowskiego odmalował się niepokój.

- Czy pan o coś podejrzewa tę staruszkę? Downar roześmiał się.

-  Niechże  pan  da  spokój.  Ja  nikogo  o  nic  nie  podejrzewam.  Raz  na  zawsze  skończyłem  z  tym

zajęciem.

-  Bo  widzi  pan  -  mówił  dalej  Kozłowski  -  ja  bardzo  się  boję  jakichś  kłopotów.  A  ta  nasza

wycieczka  w  ogóle  tak  się  jakoś  niezbyt  przyjemnie  zaczyna.  Zupełnie  nie  rozumiem,  w  jakim  celu
starsza pani, która doskonale zna Włochy, jedzie na orbisowską wycieczkę.

-  Ale  na  razie  naprawdę  nie  ma  powodu  do  niepokoju  -  powiedział  Downar,  który  jak

najprędzej  chciał  skończyć  tę  rozmowę.  Rola  konsultanta  zaczynała  go  nużyć.  Poza  tym  chciał  się
jeszcze trochę przejść przed spaniem i zobaczyć Florencję w nocy.

Każde miasto w świetle lamp i neonów zyskuje na tajemniczości, a jednocześnie upodabnia się

do  innych  miast,  zatracając  w  pewnym  sensie  swą  indywidualność.  Jaskrawo  oświetlone  wystawy
sklepów,  błyszczące  z  daleka  wnętrza  restauracji  i  kawiarni,  agresywny  blask  reklam.  Downar
pomyślał, że Wenecja ma dużo więcej uroku w nocy aniżeli Florencja.

Poszedł  w  kierunku  kościoła  Santa  Maria  Novella.  Obok,  na  skwerku  straż  trzymały  ogromne

kamienne żółwie. W pobliżu stały ławki, na których odpoczywali wieczorni przechodnie. Na jednej z
nich  spostrzegł  Dobrzyńskiego.  Poznał  go,  ponieważ  siedział  zwrócony  do  niego  profilem.
Rozmawiał  z  jakąś  kobietą.  Wydało  mu  się,  że  to  jego  żona.  Podobny  kształt  ramion  i  pleców.  Na
głowie miała zarzuconą koronkową chustkę. Nie chciał podchodzić bliżej, żeby im nie przeszkadzać.
Przez chwilę zastanawiał się, czyby nie zaczekać w pobliskich podcieniach i przyjrzeć się dokładnie

background image

tej parze. Zaraz jednak zrezygnował z tego. Psiakrew - pomyślał ze złością - czyż nigdy nie pozbędę
się tych idiotycznych nawyków? Co mnie obchodzi, z kim rozmawia Dobrzyński?

Rozdział IV Rzym

Florencki incydent z „Babcią” zwarzył nieco humory i podzielił uczestników wycieczki na dwa

obozy.  Jedni  zdecydowanie  potępiali  zachowanie  się  starszej  pani  uważając,  że  takie
niezdyscyplinowanie jest niedopuszczalne, inni zaś stawali w jej obronie mówiąc, że właściwie nic
się nie stało i że cała sprawa została przesadnie rozdmuchana. Znaleźli się i tacy, których poniosła
fantazja.  Naszeptywali  sobie  tajemniczo,  że  kto  wie,  czy  „Babcia”  nie  ma  jakichś  podejrzanych
powiązań  z  mafią  sycylijską  i  czy,  korzystając  z  okazji,  nie  spotyka  się  z  jej  agentami.  Ci  łowcy
sensacji byli jednak w ogromnej mniejszości i narazili się na żarty i kpiny swych współtowarzyszy
podróży.

Po  śniadaniu  „Babcia”  pierwsza  zajęła  miejsce  w  autokarze,  dając  najwidoczniej  do

zrozumienia, że pragnie się zrehabilitować i odzyskać sympatię pana kierownika. Zaraz też podjęła
ożywioną rozmowę z signoriną Anitą.

Kozłowski  jednak  nie  obdarzył  starszej  pani  urzędowym  uśmiechem,  porachował  swoich

podopiecznych, a przekonawszy się, że nikogo nie brakuje, dał sygnał do odjazdu. Ruszyli.

Downar źle spał. Dręczyły go jakieś koszmarne sny i parę razy budził się w nocy zlany potem.

Przypisywał  to  zbyt  obfitej  kolacji.  W  Warszawie  wieczorem  jadł  minimalnie,  ograniczając  się  do
paru  kawałków  chrupkiego  pieczywa,  jabłka  lub  surówki.  Tutaj  miał  szalony  apetyt,  a  kuchnia
włoska  bardzo  mu  odpowiadała.  Siedział  osowiały,  słuchając  jednym  uchem  szczebiotania
Więckowskiego, który miał zwyczaj odżywiać się bardzo intensywnie, a mimo to sypiał znakomicie
i, niestety, lubił sobie porozmawiać.

-  Nie  wiem,  czy  pan  się  orientuje,  że  obiadek  zjemy  w  Sienie.  Słyszałem,  że  tam  są

pierwszorzędne  restauracyjki.  Na  pewno  nie  zaprowadzą  nas  do  jakiegoś  luksusowego  lokalu,  ale
jakoś damy sobie radę.

- Nie wątpię - mruknął Downar.

- Co pan dzisiaj taki nie w humorze? - zainteresował się fotograf.

- Kiepsko spałem.

- Może się pan przejął zniknięciem naszej „Babci”?

- Eee... Co panu do głowy przychodzi?

-  Ale  swoją  drogą  trzeba  przyznać  -  mówił  dalej  Więckowski  -  że  staruszka  z  biglem.  Jak

wczoraj wieczorem weszła do restauracji, to miałem takie wrażenie, że jest na cyku.

- Chyba nie.

background image

- Gdzie ona, u diabła, mogła się tyle godzin podziewać?

Downar wzruszył ramionami.

- Nie wiem i zupełnie się tym nie interesuję.

- A można spytać, czym się pan interesuje? Downar spojrzał zdziwiony. Wydało mu się, że

w oczach Więckowskiego dojrzał jakieś figlarne błyski.

- Różnymi rzeczami się interesuję. Nie bardzo wiem, o co panu chodzi.

-  Każdy  człowiek  powinien  mieć  jakieś  swoje  hobby  -  mówił  dalej  Więckowski.  -  Ja,  na

przykład, oprócz mojego fachu, to znaczy oprócz fotografiki, interesuję się zagadnieniami związanymi
z kryminalistyką. A pan?

Downar potrząsnął głową.

- Nie. Mnie te sprawy zupełnie nie interesują.

- Doprawdy? Zdawało mi się...

- Co się panu zdawało? - spytał ostro Downar.

-  Nie,  nic,  nic  -  bąknął  speszony  trochę  Więckowski.  Następnie  pochylił  się  i  powiedział

szeptem: - Pan jest oficerem milicji.

- Grzebał pan w mojej walizce? Fotograf żachnął się.

- Niech Bóg broni! O co mnie pan podejrzewa?

- To skądże ma pan tę informację?

- Przypadkowo usłyszałem, jak nasz kierownik zwracał się do pana per „panie majorze”, a że

nie robi pan na mnie wrażenia wojskowego, więc... Zresztą... Gniewa się pan?

- Nie. Dlaczego miałbym się gniewać? Więckowski umilkł i zmarszczył brwi, jakby się nad

czymś zastanawiał. Po chwili znowu zaczął mówić, zniżając głos do szeptu:

-  Domyślam  się,  że  pan  pojechał  na  tę  wycieczkę  incognito,  i  nigdy  bym  panu  nie  zawracał

głowy, gdyby... Widzi pan...

W tej chwili podszedł do nich Kozłowski.

-  Nie  pamiętam,  czy  panów  poinformowałem,  że  zatrzymamy  się  w  Sienie.  Zjemy  tam  obiad  i

zwiedzimy miasto. Jest na co popatrzeć. A potem prosto do Rzymu.

background image

- Świetny pomysł z tą Sieną - wyraził swoje zadowolenie Więckowski. - Nigdy tam jeszcze nie

byłem.

Kozłowski  odszedł,  żeby  porozmawiać  z  dalej  siedzącymi.  Wyjątkowo  troskliwie  dbał  o

swoich podopiecznych. Wypytywał, jak się kto czuje i czy czegoś komu nie potrzeba.

Fotograf nie wracał do przerwanej rozmowy. Siedział milczący i chmurny.

Downar także nie podejmował poprzedniego tematu. Bardzo możliwe, że facet teraz żałuje tego,

z czym się wyrwał - pomyślał. Postanowił zachowywać się tak, jakby tamtej rozmowy w ogóle nie
było. Trochę go zaintrygowały słowa Więckowskiego, ale nie miał zamiaru podejmować tego tematu.
Był zły, że tak łatwo go zidentyfikowano.

W  Sienie  wysiedli  z  autokaru  i  zwartą  gromadą  szli  wąskimi,  krętymi  uliczkami,  podziwiając

gotycką architekturę.

„Babcia” dziarsko maszerowała na czele grupy, opowiadając donośnym głosem o historii tego

średniowiecznego miasta. Przewodniczka, signorina Antonelli, od czasu do czasu nieśmiało wtrącała
jakieś zdanie, nie chcąc okazać się osobą całkowicie bezużyteczną.

Tak  dotarli  do  dużego  placu,  na  którym  dwa  razy  w  roku  odbywa  się  sławny  wyścig  konny

zwany „Palio”, będący od siedemnastego stulecia tradycyjnym świętem całego miasta. Plac otaczają
domy o przepięknej architekturze. W głębi ratusz, a obok ogromna, stodwumetrowa wieża.

Stali zapatrzeni w ten wspaniale zakomponowany plac i słuchali objaśnień przewodniczki.

Potem zwiedzanie gotyckiej katedry, oślepiającej bielą koronkowej fasady z marmuru.

W drodze na obiad ostatnie, pożegnalne spojrzenie na miasto.

Restauracja nazywała się „Turiddo”. W dużej, półkolistej sali, przy długich stołach ustawionych

pod  ścianami  pożywiali  się  turyści,  przybyli  tutaj  z  różnych  stron  świata.  Wielojęzyczny  gwar
zagłuszał  brzęk  talerzy  i  sztućców.  Kelnerzy  i  kelnerki  z  iście  cyrkową  zręcznością  roznosili
potrawy. Organizacja zbiorowego żywienia była znakomita.

Wysoka, obfitych kształtów signora siedząca obok Downara, odezwała się po włosku. Zapytał,

czy  mówi  po  niemiecku.  Potrząsnęła  głową.  Wobec  tego  rozmowa  ograniczyła  się  do  wymiany
uprzejmych uśmiechów. Francuz z vis ä vis także nie znał niemieckiego. I znowu uśmiechy. Muszę się
zabrać  do  języków  -  pomyślał  Downar.  Będę  miał  teraz  dużo  czasu.  Zapiszę  się  na  jakieś  kursy.
Francuski, angielski, może włoski. Miał ogromną ochotę przyjechać powtórnie do Włoch i spokojnie
raz jeszcze obejrzeć te wszystkie cuda.

Zaraz  po  obiedzie  Kozłowski  energicznie  zabrał  się  do  zaganiania  swych  podopiecznych  do

autokaru.

- Zaraz odjeżdżamy, proszę państwa, zaraz odjeżdżamy. Proszę się nie rozchodzić.

background image

Niezbyt skwapliwie spełniano jego polecenie. Jedni byli senni i mieliby ochotę na poobiednią

drzemkę. Drudzy, a szczególnie kobiety, chętnie powałęsaliby się po mieście, żeby obejrzeć wystawy
sklepowe i ewentualnie kupić sobie jakąś pamiątkę ze Sieny.

Downar  ostatni  wyszedł  z  sali  restauracyjnej.  Przechodząc  koło  schodków  prowadzących  do

toalety,  spostrzegł  Więckowskiego,  rozmawiającego  po  włosku  z  jakimś  tęgim  brunetem  w  dużych
okularach w ciemnej oprawie.

Fotograf machnięciem ręki zakończył rozmowę i pobiegł za Downarem.

-  Ci  Włosi  są  zupełnie  niemożliwi  -  powiedział  nieco  zdyszanym  głosem.  -  Nigdy  pan  nie

zgadnie,  co  mi  proponował  ten  facet.  Proszę  sobie  wyobrazić,  że  chciał  mnie  zaprowadzić  do
jakiegoś niezwykle atrakcyjnego, ekskluzywnego burdelu.

- Doprawdy? - zdziwił się bez specjalnego zainteresowania Downar. Przez wiele lat swej pracy

przywykł do tego, że ludzie usiłują za wszelką cenę ukryć prawdę. Trudno mu było tak od razu wyjść
poza  ramy  tej  rutyny.  Zresztą  jeżeli  chodziło  o  ruchliwego  fotoreportera,  odgrywającego  rolę
jowialnego kompana, to nie mógł się oprzeć wrażeniu, że cała ta pozornie beztroska paplanina jest
starannie wyreżyserowanym kamuflażem. Ostatnia, trochę dziwna, nie dokończona rozmowa również
dała mu do myślenia. Nie miał jednak zamiaru wgłębiać się w problemy nurtujące jego towarzysza
podróży.  Odwrócił  głowę  i  utkwił  spojrzenie  w  oknie.  Włoski  krajobraz  o  wiele  bardziej  go
interesował aniżeli jakieś tam perturbacje pana Więckowskiego.

Mijali  tereny  faliste.  Smukłe  pinie,  zakończone  w  górze  płaskimi  parasolami,  utkanymi  z

ciemnych gałęzi, gromadziły się na wzgórzach, tworząc malownicze, pełne uroku gaje. Gdzieniegdzie
jasnopopielate albo rdzawe skały przypominały ruiny murów dawnych zamków obronnych. W oddali
bieliły się na wzniesieniach małe miasteczka, nad którymi górowały strzeliste wieże kościelne..

- Ładnie tu - powiedział Więckowski. - Piękne widoki.

- Uhm - mruknął Downar, nie zdradzając ochoty do nawiązania rozmowy.

Fotograf nie dawał jednak za wygraną.

- I klimat pierwsza klasa. Nie to co u nas. Jak wrócimy do Warszawy, to może być zimno jak

cholera.  Trzeba  będzie  uważać,  żeby  z  miejsca  grypy  nie  złapać.  Już  na  lotnisku  jak  nas  owionie...
Nie daj Boże. Trzeba będzie się zaopatrzyć w buteleczkę koniaku. Na wszelki wypadek.

Pierwszy  zmierzch  przyprószył  piniowe  gaje.  Jaskrawość  krajobrazu  zaczynała  gasnąć  i

matowieć.  Mijane  miasteczka  zamazywała  nadchodząca  noc.  Na  szosie  zabłysły  samochodowe
reflektory, niweczące wieczorny nastrój.

W autokarze panowała cisza! Zmęczeni podróżni nie kwapili się do rozmowy. Jedni drzemali,

przechyliwszy  w  tył  głowy,  inni  sennie  patrzyli  w  okna.  Ogrom  wrażeń  wywiezionych  z  Wenecji,
Florencji i Sieny przytłaczał. Nawet niestrudzona „Babcia” zrezygnowała z konwersacji.

W Rzymie zostali zakwaterowani w małym hoteliku „Venezia”, położonym w pobliżu Stazione

background image

Termini.

- Już nie ten luksus - mruknął Więckowski, ustawiając z pedantyczną starannością swoją walizę.

- We Florencji, to była komnata. A tutaj... Ano, cóż... Klasa tak zwana turystyczna.

Downar uśmiechnął się.

- Niech pan nie narzeka. Nie jest tak źle. Najważniejsze, że czysto. Mogło być gorzej.

- Ja tam nie narzekam - potrząsnął głową fotograf. - Wiadomo, że jak kto chce mieć luksus, to

musi bulić dolary. Za nasze skromne złotówki nie można za dużo wymagać.

Po rozlokowaniu się i po nabraniu nowej energii pod prysznicem, zeszli na dół, do hallu, skąd

cała grupa wyruszyła na kolację. Jadać mieli w restauracji znajdującej się na innej ulicy, oddalonej
od hotelu o kilkaset metrów.

-  Znowu  makaron  -  westchnął  Więckowski,  przysuwając  sobie  talerz.  -  Ciekaw  jestem,  ile  mi

przybędzie  na  wadze  po  tej  wycieczce.  Liczę  tylko  na  to,  że  może  na  Sycylii  trochę  schudnę.  Mam
zamiar tam popływać i ograniczyć jedzenie. Nie sposób się tak opychać.

Downar nie podjął tematu. Był głodny i pałaszował z apetytem. Nie miał najmniejszego zamiaru

dbać  o  linię.  Podczas  jedzenia  rzucił  parokrotnie  dyskretne  spojrzenie  w  kierunku  Dobrzyńskiego  i
jego  żony,  siedzących  przy  dwóch  sąsiadujących  ze  sobą  stołach.  Odniósł  wrażenie,  że  między
skłóconymi  małżonkami  dostrzegł  jakby  błysk  porozumienia  w  oczach.  Nie  miał  jednak  pewności,
czy się nie sugeruje, szczególnie po tym, co zobaczył na skwerku we Florencji, w pobliżu kościoła
Santa Maria Novella. Ale przecież i wtedy nie był na sto procent pewien, czy Dobrzyński siedział na
ławce ze swoją żoną. A może to była jakaś inna kobieta? Co mnie to wszystko obchodzi? - pomyślał
ze złością i pociągnął łyk wina. To włoskie wytrawne wino bardzo mu smakowało.

Po  kolacji  postanowił  przejść  się  trochę  i  obejrzeć  Stazione  Termini.  Korzystając  z  okazji,  że

fotograf zajęty był rozmową z signorina Anitą, wyszedł z sali restauracyjnej.

Nowoczesna hala imponowała swym ogromem. Po jednej stronie wejścia na perony, po drugiej

sklepy,  kioski,  duża  kawiarnia,  bary.  Wszędzie  świetna  organizacja,  wszędzie  dbałość  o  wygodę
podróżnych.

Downar  powałęsał  się  trochę,  obejrzał  wystawy,  wypił  butelkę  coca-coli,  aż  wreszcie  poczuł

się zmęczony i wrócił do hotelu.

Więckowskiego nie zastał w pokoju, ale szum wody w łazience zdradzał jego miejsce pobytu.

Po  chwili  pojawił  się  rozweselony.  Miał  na  sobie  szlafrok  kąpielowy,  a  głowę  owinął

ręcznikiem. Nucił arię z Aidy.

-  Nie  ma  to  jak  porządny  prysznic.  Od  razu  człowiek  inaczej  się  czuje.  „Booska  Arrido...”

Jakież pierwsze wrażenia z Rzymu? Gdzieś mi się pan po kolacji zapodział. Szukałem pana.

background image

-  Poszedłem  się  trochę  przejść  -  wyjaśnił  Downar.  -  Nie  chciałem  panu  przeszkadzać  w

rozmowie z naszą przewodniczką. Obejrzałem Stazione Termini...

-  Wspaniała  budowla!  -  wykrzyknął  Więckowski.  -  Co  za  koncepcja  architektoniczna.

Prawdziwy triumf nowoczesnej techniki. W Rzymie zobaczy pan takżd różne inne cuda, ciut starsze
od Stazione Termini.

Downar  poszedł  się  umyć.  Kiedy  wrócił,  jego  współlokator  w  błękitnej  pidżamie  siedział  na

brzegu tapczan na. Stracił całą swoją niedawną werwę i pogodę ducha. Był zamyślony, osowiały i
nerwowymi ruchami przygładzał resztki bujnej niegdyś czupryny.

-  Zapewne  zaintrygowało  pana  to,  co  wtedy  powiedziałem  w  autokarze...  -  odezwał  się  po

chwili.

Downar wzruszył ramionami.

- Jeśli jest to panu nie na rękę, to nie musi mi pan niczego wyjaśniać. Czasem człowiek powie

coś, czego później żałuje. Możemy uważać tamtą rozmowę za niebyłą.

Fotograf przygryzł dolną wargę.

- Bardzo to miło z pańskiej strony, że tak pan stawia sprawę, ale... Bo widzi pan... - Machnął

ręką  zniechęcony.  -  Ma  pan  najzupełniejszą  rację.  Dajmy  temu  spokój.  Nie  będę  panu  zawracał
głowy.  W  ogóle  niepotrzebnie  zacząłem...  Tak  mnie  napadło.  Jakiś  przelotny  nastrój.  A  może...  a
może strach? Sam nie wiem.

- Boi się pan czegoś czy też kogoś? - spytał bez specjalnego zainteresowania Downar. Uważał,

że przez uprzejmość powinien coś powiedzieć.

Więckowski energicznie potrząsnął głową.

- Nie, nie... Może się niezbyt precyzyjnie wyraziłem. Nie mówmy już na ten temat. Tak będzie

lepiej.

Downar wyciągnął się na tapczanie.

- No” cóż... Jak pan sobie życzy. Chciałbym pana o coś zapytać.

- Słucham uprzejmie.

- Czy fakt, że jestem emerytowanym oficerem milicji, wpłynął w jakiś sposób na to, iż pragnął

pan zamieszkać ze mną w jednym pokoju?

Więckowski jakby się trochę zmieszał.

- No... Bo ja wiem... Trudno mi powiedzieć... W każ-; dym razie...

background image

- Czyżby pan sądził, że w moim towarzystwie będzie się pan czuł pewniejszy?

- Może...

Downar zdjął z ręki zegarek i nakręcił go.

- Mam nadzieję, że pan z nikim nie podzielił się wiadomością co do mojej osoby.

Fotograf energicznie zamachał rękami.

- Uchowaj, Boże. Jak pan w ogóle może przypuszczać coś podobnego.

-  To  mnie  cieszy.  I  będę  panu  ogromnie  wdzięczny,  jeżeli  pan  nadal  z  nikim  nie  będzie

rozmawiał na mój temat.

-  Ależ  oczywiście.  To  się  samo  przez  się  rozumie.  Może  pan  całkowicie  polegać  na  mojej

dyskrecji.

-  Dziękuję  -  powiedział  z  życzliwym  uśmiechem  Downar.  -  A  teraz  proponuję,  żebyśmy  się

trochę przespali. Czeka nas jutro pracowity dzień.

Nazajutrz  z  samego  rana,  zaraz  po  śniadaniu,  wszyscy  do  autokaru  i  w  drogę  na  zwiedzanie

Wiecznego  Miasta.  Muzeum  Watykańskie.  I  znowu  ogrom  nie  kończących  się  sal,  wypełnionych
dziełami  sztuki.  Grupa  polskich  turystów  zatrzymuje  się  dłużej  przed  olbrzymim  obrazem  Matejki
Sobieski pod Wiedniem. - Matejko tutaj? - odzywają się zdziwione głosy. Potem kaplica Sykstyńska,
sławna  wspaniałymi  freskami  Michała  Anioła,  i  wreszcie  bazylika  Świętego  Piotra  ze  swą
monumentalną kolumnadą. Nieco z boku, za szybą z pancernego szkła - dzieła Michała Anioła.

Downar  czuł  się  oszołomiony.  Nastrój  psuł  mu  tylko  tłum  zwiedzających,  którzy  zachowywali

się bardzo swobodnie i często robili niezbyt inteligentne uwagi. Usiłował zapomnieć o otaczających
go  ludziach.  Nie  myśleć  ani  o  Więckowskim,  ani  o  Dobrzyńskich,  ani  o  „Babci”,  ani  o  kłopotach
kierownika wycieczki. Robił wszystko, żeby się od nich możliwie jak najbardziej odseparować.

Na  obiad  wrócili  zmęczeni  nadmiarem  wrażeń  i  upałem.  Wrześniowe  słońce  dawało  się  w

Rzymie  specjalnie  we  znaki.  Ulice  wąskie,  wypełnione  spalinami  Wieczne  Miasto  nie  zostało
przystosowane  do  tego  gigantycznego  rozwoju  motoryzacji.  Lektyki  rzymskich  patrycjuszów  albo
dziewiętnastowieczne konne dorożki, ale nie ponad milion samochodów. Podczas obiadu odezwały
się głosy:

- Gdzie „Babcia”?

Kozłowski  wyjaśnił,  że  pani  Celińska  ma  tutaj  przyjaciół  i  że  na  czas  pobytu  w  Rzymie

postanowiła odłączyć się od ich grupy.

-  Po  diabła  ta  staruszka  wybrała  się  na  taką  kosztowną  i  forsowną  wycieczkę  -  powiedział

Więckowski, wzruszając ramionami.

background image

Downara także to trochę dziwiło, ale powstrzymał się od jakichkolwiek komentarzy.

Koło  niego,  tak  samo,  jak  podczas  obiadu  w  Mediolanie,  siedziała  współlokatorka  „Babci”.

Spostrzegł,  że  dziewczyna  raz  i  drugi  spojrzała  na  niego  uważnie  Odwzajemnił  się  uprzejmym
uśmiechem. Spuściła oczy. Podobała mu się. Miała miłą twarz i prześliczne falujące, popielatoblond
włosy. W dużych, zielonkawych oczach w dalszym ciągu tkwił wyraz smutku.

Downar poczuł się w obowiązku nawiązać rozmowę.

- Jakież wrażenia z dzisiejszego przedpołudnia?

- Za każdym razem jestem głęboko wstrząśnięta obcowaniem z tymi wszystkimi skarbami sztuki

- odparła, nie patrząc na niego. - Już po raz trzeci przyjeżdżam do Włoch i zawsze, kiedy wracam do
kraju, czuję pewien niedosyt. To za krótko, stanowczo za krótko. Byłabym szczęśliwa, gdybym mogła
chociaż  ze  dwa  lata  pomieszkać  tutaj,  powałęsać  się  po  uliczkach  Wenecji,  Werony,  Florencji,
pochodzić po muzeach, kościołach, galeriach. Ale tak spokojnie, bez pośpiechu, bez przewodników,
bez gromady ludzi.

-  Muszę  się  pani  przyznać,  że  mam  bardzo  podobne  I  odczucia  -  powiedział  z  uśmiechem

Downar. - I ja także bardzo chciałbym jeszcze raz przeżyć to wszystko w samotności.

- Jest pan romantykiem.

-  Chyba  nie.  Po  prostu  to,  co  zobaczyłem,  zrobiło  na  mnie  bardzo  duże  wrażenie.  Wenecję,

Florencję, Rzym znałem dotychczas wyłącznie z reprodukcji, ale przecież... Czy można zapytać, czym
się pani zajmuje?

- Jestem malarką.

- Ach, to teraz rozumiem pani ogromne zainteresowanie sztuką. Chociaż nie trzeba być artystą,

żeby się zachwycić tymi wspaniałościami. Tutaj panuje jakaś przedziwna atmosfera, którą trudno mi
wyrazić  słowami.  Nie  mogę  oprzeć  się  wrażeniu,  że  jakiś  czarodziej  przeniósł  mnie  w  ubiegłe
stulecia.

- A pan kim jest z zawodu? Był przygotowany na to pytanie.

-  Jestem  prawnikiem.  A  obecnie...  -  Chciał  powiedzieć,  że  przeszedł  na  emeryturę,  ale  w

ostatnim  momencie  ugryzł  się  w  język.  Po  co  ta  informacja?  Nie  wyglądał  na  człowieka  w  wieku
emerytalnym.

Pod koniec obiadu, kiedy jedli winogrona, szepnęła:

- Chciałabym z panem porozmawiać na osobności. Spojrzał na nią zdziwiony.

- Bardzo proszę. Kiedy pani sobie życzy?

- Może po kolacji?

background image

- Dobrze.

Po  krótkim  odpoczynku  wyruszyli  na  zwiedzanie  historycznych  zabytków,  a  więc  oczywiście

Koloseum,  Forum  Romanum,  Panteon,  Capitol,  Zamek  Świętego  Anioła,  połączony  tajemnym
przejściem z Watykanem. Tutaj papieże chronili się w razie grożącego niebezpieczeństwa.

Downar  usiłował  wyobrazić  sobie  starożytnych  Rzymian,  przechadzających  się  po  Forum

Romanum,  dyskutujących  na  tematy  sztuki,  polityki,  czytających  poezje  lub  wiodących  spory
filozoficzne. Ruiny Koloseum przypomniały mu oczywiście Quo Vadis i niezapomnianą walkę Ursusa
z turem. Ileż krwi pochłonął piasek te olbrzymiej areny - pomyślał, patrząc na wyszlifowane stopami
turystów  kamienie.  -  Od  najdawniejszych  cza  sów  bawiło  ludzi  wzajemne  mordowanie  się.  Je
filozoficzne rozważania przerwał mu Kozłowski.

- Nie widział pan gdzieś Więckowskiego? Downar dopiero w tym momencie uświadomił sobie

że nie ma przy nim fotografa.

- A wie pan, że nie widziałem go.

- Może został w hotelu.

- Chyba nie. Po obiedzie nie przyszedł do pokoju. Kozłowski machnął ręką.

-  Nieważne.  Zna  miasto,  mówi  po  włosku.  Może  sobie  zorganizował  jakąś  indywidualną

wycieczkę. Ale powinien był mnie o tym zawiadomić.

- Całkowicie się z panem zgadzam - przytaknął Downar. Spojrzał w kierunku Anny, która stała

niedaleko wpatrzona w arenę. Skinął głową Kozłowskiemu: i podszedł do dziewczyny.

- Czyżby pani myślała o Ligii, Winicjuszu i bohaterstwie Ursusa?

Uśmiechnęła się. Po raz pierwszy zobaczył na jej twarzy uśmiech.

-  Zgadł  pan.  Właśnie  miałam  przed  oczami  Petroniusza,  zarzucającego  Winicjuszowi  togę  na

głowę  w  momencie,  kiedy  „wśród  wrzasku  bestiarów  wypadł  na  arenę  potworny  tur  germański,
niosąc na grzbiecie nagie ciało kobiece”.

- O, widzę, że pani cytuje oryginalny tekst.

- Uwielbiam Sienkiewicza, chociaż obecnie są tacy, którzy Uważają go za przestarzałego.

- Idioci - powiedział z przekonaniem Downar. - To genialny pisarz. Ale zdaje się, że musimy już

pożegnać Koloseum. Widzę, że pilot kiwa na nas.

Skierowali się do autokaru. Kozłowski z miną zafrasowaną podszedł do Downara.

- A wie pan, że nie widzę także Gródeckiego. Jego żona jest bardzo niespokojna.

background image

- Zdaje się, że on mieszka razem z Dobrzyńskim. Pytał go pan?

- Tak. Dobrzyński także nic nie wie. Nie rozumiem.

-  Może  Więckowski  razem  z  Gródeckim  postanowili  poderwać  jakieś  piękne  Włoszki?  -

uśmiechnął się Downar.

Kozłowski skrzywił się.

- Pan żartuje. Mężczyźni w tym wieku...

- To najodpowiedniejszy wiek na podrywanie młodych dziewcząt.

- Zauważyłem to - mruknął Kozłowski. Downar roześmiał się.

- Widzę, że pan jest bardzo spostrzegawczy.

-  To  należy  do  moich  obowiązków  służbowych.  Kierownik  grupy  powinien  odznaczać  się

spostrzegawczością.

Wrócili  do  hotelu  i  zaraz  poszli  na  kolację.  Panowało  ogólne  podniecenie.  Więckowski  i

Gródecki zniknęli bez śladu. Gródecka była bardzo zdenerwowana. Nie mogła nic jeść.

- Pokłóciła się pani z mężem? - spytał Kozłowski. Skinęła głową.

- Trochę Się posprzeczaliśmy, ale to jeszcze nie powód... - wybuchnęła płaczem.

Kozłowski  westchnął  i  odprowadził  ją  do  hotelu.  Był  wściekły.  Jeszcze  nigdy  w  swojej

orbisowskiej karierze nie miał tylu kłopotów.

Downar  zrezygnował  z  wieczornego  spaceru.  Był  zmęczony.  Całodzienne  zwiedzanie

wyczerpało  go  całkowicie.  Postanowił  zaraz  się  położyć.  Właśnie  zaczął  się  rozbierać,  kiedy  do
pokoju wpadł bez pukania Kozłowski.

- Więckowski przywiózł Gródeckiego! - wykrzyknął podniecony. - Rannego!

Downar z powrotem wciągnął spodnie.

-  Szybko  do  tego  pokoju.  -  Po  chwili  Kozłowski  z  Więckowskim  wprowadzili  Gródeckiego.

Był bardzo blady, ale próbował się uśmiechnąć.

- Nic, nic, to głupstwo. Draśnięcie.

Downar  pośpiesznie  zdjął  z  rannego  marynarkę,  której  lewy  rękaw  był  przesiąknięty  krwią.

Scyzorykiem rozciął rękaw koszuli.

Rana,  na  szczęście,  okazała  się  niegroźna.  Kula  przeszła  przez  biceps  nie  naruszając  kości.

background image

Podarli koszulę i nałożyli prowizoryczny opatrunek.

- Warto by to zdezynfekować - powiedział Downar.

- Niech pan idzie do recepcji. Muszą tu mieć jakąś podręczną apteczkę - dodał zwracając się do

Kozłowskiego. - Właściwie należałoby wezwać lekarza.

- Nie, nie - zaprotestował żywo Gródecki. - Tylko żadnych lekarzy. Bardzo proszę. Zaczną się

kłopoty z policją. To zupełnie niepotrzebne.

W tej chwili wbiegła do pokoju Gródecka.

- Jezus Maria! Co się stało?! Stachu!

- Lepiej, żeby pani poszła do swojego pokoju - powiedział Downar.

- Ale co się stało? Ty krwawisz! Krew, wszędzie krew. Jesteś ranny! Boże!

- Idź natychmiast do swojego pokoju i nikomu ani słowa! - krzyknął z niespodziewaną energią

Gródecki.

- Ani słowa! Rozumiesz?!

Wyszła posłusznie.

Po chwili wrócił Kozłowski, niosąc jakieś płyny dezynfekcyjne, gazę, bandaże i nożyczki.

- Tego się nie da ukryć - powiedział skłopotany. Downar z wprawą doświadczonego chirurga

zabrał

się do roboty. Kiedy skończył, przyjrzał się uważnie swojemu pacjentowi.

- Wydaje mi się, że rzeczywiście interwencja lekarza w tej chwili nie jest konieczna.

-  Ależ  oczywiście,  że  to  zupełnie  niepotrzebne  przytaknął  skwapliwie  Gródecki.  -  Dziękuję

panu, bardzo dziękuję. Czyżby pan był lekarzem?

- Nie, nie jestem lekarzem.

- Bo zrobił pan to tak fachowo... Kozłowski z wolna przychodził do siebie.

- Co się stało? Kto pana postrzelił?

-  Napadli  mnie  jacyś  bandyci.  Chcieli  mnie  obrabować.  Broniłem  się.  Znam  dżudo,  karate,

boks. Jednego rozłożyłem, drugi strzelił.

- Gdzie to było?

background image

- Niedaleko Frascati. Wie pan, gdzie jest willa Cycerona?

- Oczywiście, że wiem. Po co pan tam poszedł? Gródecki skrzywił się.

-  Jestem  zmęczony.  Może  pan  skończy  z  tymi  pytaniami.  Umówiłem  się  z  dziewczyną.  Czy  to

panu nie wystarczy? Byłbym wdzięczny, gdyby pan nie informował o tym mojej żony.

- Czy poszedł pan tam z panem Więckowskim?

- Och, nie - wtrącił się fotograf. - Ja... ja zupełnie przypadkowo...

Rozległo  się  pukanie  do  drzwi.  Wszedł  szczupły  mężczyzna  w  granatowym  ubraniu.

Towarzyszył mu karabinier w mundurze i w służbowej czapce.

- Czy ktoś z panów mówi po włosku? - spytał cywil.

-  Ja  mówię  po  włosku  -  odparł  skwapliwie  Więckowski.  -  Nic  się  takiego  nie  stało,  panie

komisarzu.  Poszliśmy  z  kolegą  pospacerować  trochę  po  parku.  Villa  Borghese.  Napadło  na  nas
dwóch łobuzów. Chcieli nas obrabować. Zaczęła się bijatyka. Jeden strzelił i uciekli. Na szczęście
rana nie jest groźna.

- Kto jest kierownikiem grupy?

- Ja - odparł Kozłowski.

- Dlaczego nie zameldował pan o tym zdarzeniu w komisariacie?

- Miałem zamiar. Jeszcze nie zdążyłem.

- Nie chcieliśmy policji zawracać głowy - wtrącił się do rozmowy Więckowski. - Wiemy, że i

tak macie dosyć kłopotów.

Młody człowiek w granatowym ubraniu spojrzał uważnie na mówiącego.

- A cóż pan może wiedzieć o naszych kłopotach?

- Czytuję gazety.

Policjant  usiadł  przy  stoliku,  wyjął  z  bocznej  kieszeni  marynarki  duży  notatnik  i  zabrał  się  do

sporządzania protokółu.

- Czy panowie wnoszą skargę na nieznanych sprawców napadu?

- Nie - odparli zgodnym chórem Więckowski i Gródecki.

- Więc mogę uważać, że nie macie żadnych pretensji.

- Nie mamy żadnych pretensji - zapewnił Więckowski.

background image

- Doskonale. Wobec tego wystarczy krótka notatka, którą panowie zechcą podpisać.

Po dopełnieniu tej formalności przedstawiciel władzy sztywno skłonił się obecnym i skinął na

karabiniera.

- Andiamo.

Po ich wyjściu Więckowski odetchnął z widoczną ulgą.

- Nareszcie.

Downar nie rozumiał, co mówili, ale ani razu nie posłyszał o willi Cycerona ani o Frascati. Nie

miał natomiast wątpliwości, że padła nazwa Villa Borghese. Coś tu nie gra - pomyślał. Przypadkowe
spotkanie  Gródeckiego  z  Więckowskim  wydało  mu  się  mało  prawdopodobne.  Nie  miał  jednak
zamiaru wypytywać ich i wszczynać czegoś w rodzaju dochodzenia.

Kozłowski okazał się bardziej dociekliwy.

-  Wspomniał  pan,  że  zupełnie  przypadkowo  znalazł  się  pan  w  pobliżu  willi  Cycerona  -

powiedział zwracając się do Więckowskiego.

- Tak. Przypadkowo - odparł niechętnie fotograf.

- Czy można wiedzieć, po co pan tam poszedł? Czyżby także umówił się pan z dziewczyną?

Więckowski uśmiechnął się.

-  Nie,  nie  umówiłem  się  z  dziewczyną.  Do  Frascati  i  do  willi  Cycerona  zaprowadziły  mnie

wspomnienia. Dawne czasy. Chciałem jeszcze raz zobaczyć to miejsce, gdzie... Ale mniejsza z tym.
Nie pora teraz na gawędy o dawnych czasach.

- I zupełnie przypadkowo natrafił pan na rannego pana Gródeckiego - nastawał Kozłowski.

- Już przecież powiedziałem. Ile razy mam powtarzać jedno i to samo?

-  Pan  wybaczy,  ale  w  tego  rodzaju  sytuacjach  lubię  dokładnie  ustalić  fakty.  Jestem  przecież

kierownikiem waszej grupy.

- Ale nie jest pan oficerem dochodzeniowym.

- Jak się pan czuje? - spytał Downar, zwracając się do Gródeckiego.

- Doskonale. Dziękuję panu serdecznie za fachową pomoc.

-  Rana  jest  czysta.  Mam  nadzieję,  że  się  szybko  zabliźni.  W  każdym  razie  radziłbym  rano

zmierzyć  temperaturę.  Gdyby  pan  dostał  wysokiej  gorączki,  wtedy  może  należałoby  zastosować
jakieś antybiotyki. Ale w takim wypadku byłby potrzebny lekarz.

background image

- Nic mu nie będzie - wtrącił się do rozmowy Więckowski. - Chłop jak tur. Nie takie rany by

wytrzymał.

Kozłowski siedział chmurny ze zmarszczonymi brwiami. Widać było, że jakaś uporczywa myśl

nie daje mu spokoju.

- Dlaczego pan temu policjantowi powiedział, że zostaliście napadnięci w Villa Borghese?

Więckowski wzruszył ramionami.

-  Tak  sobie.  Po  prostu,  żeby  się  od  niego  odczepić.  Gdybym  powiedział,  że  to  się  stało  w

pobliżu willi Cycerona, to może chcieliby nas tam zawieźć, urządzić jakąś wizję lokalną. Bo ja wiem
zresztą... A w takim dużym parku określenie miejsca jest bardzo trudne. Zresztą, tam wieczorem i w
nocy  zdarzają  się  różne  takie  historie.  Nieważne.  W  tej  chwili  nie  ma  się  nad  czym  zastanawiać.
Wszystko dobre, co się dobrze kończy. Niech się pan nie przejmuje, panie kierowniku.

Downar  doszedł  do  wniosku,  że  nie  ma  tu  już  nic  więcej  do  roboty.  Powiedział  „dobranoc”  i

wyszedł. W drzwiach minął się z panią  Gródecką.  Miała  oczy  zapuchnięte  od  płaczu  i  była  bardzo
zdenerwowana.

- Co ze Stachem? Jak się czuje?

-  Wszystko  w  porządku.  Proszę  się  nie  niepokoić.  Na  korytarzu  przypomniał  sobie,  że  Ania

Toczycka prosiła go o chwilę rozmowy. Mieli się spotkać po kolacji. Zapukał do jej drzwi.

- Avanti.

Siedziała na foteliku i przeglądała jakieś czasopisma. Zerwała się.

-  Och,  przepraszam.  Myślałam,  że  to  pokojówka.  Obiecała  nam  zmienić  ręczniki,  ale  to  chyba

już  jutro  rano.  Proszę,  niech  pan  siada.  -  Była  najwyraźniej  zmieszana.  Jej  zazwyczaj  blada  twarz
pokryła się rumieńcem.

Spojrzał na nią z uśmiechem.

- Czy pani Celińska jeszcze nie wróciła?

-  Jeszcze  nie.  Sądzę,  że  wróci  przed  samym  odjazdem  na  lotnisko.  Tak  przynajmniej

powiedziała.

-  W  takim  razie  nie  wiem,  czy  wypada,  żebym  ja  tutaj...  tak  sam  na  sam  z  panią...  Może  się

trochę przejdziemy?

Żachnęła się.

- Niechże pan nie będzie śmieszny. Proszę siadać. A zresztą, gdzie tu można spacerować w tych

spalinach?

background image

-  To  prawda  -  przyznał  Downar.  -  Oddycha  się  z  pewnym  trudem.  -  Przysunął  sobie  krzesło  i

usiadł. - Chciała pani ze mną porozmawiać.

Zmieszała się znowu.

- Tak... To znaczy...

Downar odczekał chwilę i powiedział:

- Odnoszę wrażenie, że coś panią gnębi.

- No, właśnie... Nie wiem, czy powinnam wtrącać się do cudzych spraw...

-  To  zależy.  Widzi  pani...  Wydaje  mi  się,  że  „wtrącać  się  do  cudzych  spraw”  powinniśmy,  a

nawet  mamy  obowiązek,  w  wypadku  jeżeli  te  „cudze  sprawy”  w  jakiś  sposób  zagrażają  innym
ludziom.

Ciągle była niezdecydowana.

- Nie wiem, doprawdy nie wiem. Może powinnam porozmawiać z kierownikiem, ale...

- To już pozostawiam do decyzji pani. Nie mam najmniejszego zamiaru wypytywać.

- Obraził się pan?

- Ależ  skądże.  Ja  jestem  takim  człowiekiem,  który  się  nigdy  na  nikogo  nie  obraża.  Nie  lubię

mieszać  się  do  cudzych  spraw,  więc  jeżeli  ma  pani  jakieś  obiekcje,  to  może  rzeczywiście  lepiej
niech się pani zwierzy ze swoich kłopotów kierownikowi.

Wyprostowała się, jakby dając tym do zrozumienia, że powzięła decyzję.

- Dobrze. Powiem panu. Mam do pana zaufanie. Downar skłonił się.

- Dziękuję. A teraz słucham uważnie.

Spuściła oczy i odchrząknęła, jakby chciała sobie dodać odwagi.

- Chodzi o panią Celińską.

- Ma pani jakieś kłopoty z naszą „Babcią”?

- To może niezupełnie ścisłe określenie. Właściwie nie mam kłopotów, tylko... tylko... No... po

prostu, jestem niespokojna.

- Niepokoi się pani o zdrowie pani Celińskiej?

- Nie, to nie chodzi o jej zdrowie.

background image

-  Więc?  -  pytał  cierpliwie  Downar.  Przywykł  do  ludzi,  którym  trudno  zdecydować  się  na

szczerą rozmowę.

Spojrzała na niego. W jej dużych, smutnych oczach dostrzegł powzięte postanowienie.

- Dobrze. Powiem. Być może, wyda się to panuj śmieszne, ale prześladuje mnie jakiś niepokój.

Otóż.. pani Celińska pisze i wysyła bardzo dużo listów.

Downar był zaskoczony.

- I panią to dziwi, że staruszka wysyła z Włoch pozdrowienia do swoich przyjaciół?

Potrząsnęła głową.

- W tym nie byłoby naturalnie nic dziwnego. Tylko, że te listy pisane są chyba jakimś szyfrem.

- Szyfrem? Skąd pani wie? Zmieszała się.

- Nie powinnam była oczywiście tego robić, ale po prostu tak przez ciekawość... Pani Celińska

pisała list) na chwilę wyszła do łazienki, a ja... ja rzuciłam okiem... Zaintrygowało mnie to i któregoś
dnia po raz drugi spojrzałam na jej list. Także był pisany szyfrem.

- Zna się pani na szyfrach? - spytał Downar.

- Ach, nie, ale te teksty nie miały żadnego sensu...

- Czy zdołała pani rozszyfrować coś z tego, co pisała pani Celińska?

- Absolutnie nic.

Downar podejrzliwie przyjrzał się dziewczynie. Pochwyciła jego spojrzenie.

- Uważa mnie pan za wariatkę?

-  Skądże  znowu!  -  zaprotestował  energicznie.  -  Proszę  mi  powiedzieć,  czy  oprócz  tych

szyfrowanych listów

1

, jeszcze coś panią niepokoi?

- Tak. Pani Celińska ma pistolet.

- Pistolet?

- Tak. Zdaje mi się, że to Walther.

- Widzę, że pani świetnie się orientuje w rodzajach broni.

- Mój ojciec jest rusznikarzem. Przy nim nauczyłam się różnych takich rzeczy.

- A może to, co pani widziała u pani Celińskiej, to była zapalniczka. Bywają takie zapalniczki w

background image

kształcie pistoletu. Energicznie potrząsnęła głową.

- To na pewno nie była zapalniczka. Niech mnie pan nie traktuje jak małego dziecka.

-  Nie  mam  najmniejszego  zamiaru  -  uśmiechnął  się  Downar.  -  Rozważam  tylko  różne

ewentualności. Proszę mi powiedzieć, w jaki sposób zorientowała się pani, że pani Celińska jest w
posiadaniu pistoletu.

- Zepsuł jej się błyskawiczny zamek przy torbie i wysypały się różne drobiazgi. Między innymi

właśnie pistolet.

- Zdziwiła się pani?

- Oczywiście. Od razu spytałam.

- I cóż na to pani Celińska?

- Wydaje mi się, że się zmieszała. Powiedziała, że to pistolet na gaz oszołamiający, taki rodzaj

straszaka. Ale ja jestem pewna, że to nie był żaden straszak, bo dlaczego nie chciała mi go pokazać?

- A prosiła ją pani o to?

- Oczywiście. Miałam ochotę przyjrzeć się temu „straszakowi”. Odburknęła niezbyt grzecznie,

żebym się nie wtrącała do jej spraw. W ogóle ostatnio pani Celińska w stosunku do mnie zachowuje
się  dosyć  opryskliwie.  Chciała  nawet  otrzymać  osobny  pokój,  żeby  nie  mieszkać  razem  ze  mną.
Zrobiła mi tym przykrość, ponieważ przez cały czas staram się nią opiekować.

-  Niech  się  pani  nie  przejmuje  -  powiedział  z  uśmiechem  Downar.  -  Starzy  ludzie  często

miewają  różne  swoje  dziwactwa,  a  przede  wszystkim  kierują  się  skrajnym  egoizmem.  Proponuję,
żeby  pani  przestała  się  przejmować  drobiazgami  i  nie  psuła  sobie  humoru  podczas  tej  pięknej
wycieczki.

Przyjrzała mu się uważnie.

- Obawiam się, że uważa mnie pan za mitomankę.

Downar energicznie potrząsnął głową.

- Nic podobnego. Nawet mi taka ewentualność przez myśl nie przeszła. Przyznaję, że obserwuję

panią od początku naszej podróży i zauważyłem, że pani jest jakaś smutna i przygnębiona.

- Nie zawsze w życiu układa się wszystko tak, jakby człowiek pragnął - powiedziała cicho.

- Nie chciałbym być niedyskretny, ale mam wrażenie, że pani wybrała się na tę wycieczkę, żeby

zapomnieć.

- Żeby zapomnieć - powtórzyła.

background image

Wydało mu się, że w jej oczach dostrzegł łzy. Odwróciła głowę. Wstał.

- Nie będę już pani przeszkadzał. Sądzę, że chce się pani położyć. Dobranoc.

- Więc pan uważa, że to, co panu powiedziałam o pani Celińskiej, nie ma znaczenia?

- Uważam, że nie ma się czym przejmować. Radzę, żeby pani przestała o tym myśleć. Proszę się

cieszyć  tym  pięknem,  które  nas  tutaj  ze  wszystkich  stron  otacza;  Zapomnijmy  o  zmartwieniach,  o
kłopotach,  o  naszym  codziennym  życiu.  Niech  pani  spróbuje  wyabstrahować  się  z  rzeczywistości  i
przenieść się na te kilka dni w zupełnie inny świat, w ubiegłe stulecia. To, co tutaj oglądamy, sprzyja
takim nastrojom.

- A mówiłam, że pan jest romantykiem. Uśmiechnął się.

- Myślę, że chyba każdy jest w pewnych momentach trochę romantykiem. Mówiąc to wszystko,

chciałem  pani  jakoś  dopomóc.  Po  prostu  podzieliłem  się  z  panią  moimi  własnymi  wrażeniami  i
odczuciami.  Jechałem  na  tę  wycieczkę  z  mocnym  postanowieniem,  żeby  właśnie  oderwać  się  od
rzeczywistości.  Pragnąłem  przeżyć  tę  moją  „wielką  przygodę”,  że  się  tak  patetycznie  wyrażę,
ponadczasowo.  Zerwać  na  te  dwa  tygodnie  wszystkie  więzy,  łączące  mnie  z  szarzyzną  dnia
powszedniego.  I  chyba  to  mi  się  udało.  Czuję  dla  pani  dużo  sympatii  i  dlatego  radzę,  żeby  pani
spróbowała podobnie podejść do tej naszej fantastycznej podróży. Wyciągnęła do niego rękę.

- Dziękuję. Jest pan naprawdę bardzo, bardzo dobry. Dziękuję.

Mocno uścisnął wąską, delikatną dłoń.

-  Odwagi,  pani Anno.  Niech  się  pani  nie  poddaje  melancholijnym  nastrojom  i  niech  pani  nie

zawraca sobie głowy żadnymi straszakami. Dobranoc.

Wyszedł.  Na  korytarzu  poczuł,  że  serce  mu  jakoś  żywiej  bije.  Już  dawno  nie  był  w  takim

nastroju. Czyżbym na stare lata...? - pomyślał i uśmiechnął się. Nigdy nie przypuszczał, że może być
jeszcze zdolny do jakichś żywszych uczuć. Emeryt. Zabawna historia.

Więckowski w swojej błękitnej pidżamie leżał na tapczanie i czytał gazetę. Na widok swojego

współlokatora odłożył „Corriere delia Sera” i podniósł się.

- No i niech pan powie, co za historia z tym Gródeckim. Okazuje się, że tutaj jest rzeczywiście

niezbyt bezpiecznie.

- Uhm... - mruknął Downar i zaczął się rozbierać. Fotograf spojrzał uważniej.

- Odnoszę wrażenie, że pan w stosunku do mnie zrobił się jakiś podejrzliwy.

- Dlaczego pan tak sądzi?

- Tak mi się wydaje. Intuicja. Czy pan nie wierzy mnie i Gródeckiemu?

background image

- Te wasze kłamstwa są szyte bardzo grubymi nićmi - stwierdził spokojnie Downar.

- Dlaczego mielibyśmy kłamać? W jakim celu?

-  Tego  nie  wiem.  Na  razie  nie  mam  zamiaru  zajmować  się  tą  sprawą.  Zupełnie  mnie  nie

interesuje, kto, kiedy i z jakiego powodu strzelał do Gródeckiego.

- Czy ma pan może jakąś swoją własną, „fachową” hipotezę, dotyczącą tej strzelaniny? A może

mnie pan o coś podejrzewa? Proszę powiedzieć zupełnie szczerze.

Downar zmierzył mówiącego niechętnym spojrzeniem.

-  Powiedziałem  panu  przed  chwilą,  że  nie  mam  zamiaru  zajmować  się  tą  sprawą.  Nie  po  to

pojechałem: na wycieczkę do Włoch, żeby bawić się w jakieś „hipotezy”. Dajmy temu spokój.

- Przykro mi, że pan stracił do mnie zaufanie, bo przecież...

- Dajmy temu spokój - powtórzył energiczniej Downar i poszedł się myć.

Kiedy już zgasili światło, Więckowski odezwał się nieśmiało:

- Czy pan przypuszcza, że to ja strzelałem do Grodeckiegó?

Downar niecierpliwie poruszył się na tapczanie.

- Ja nic nie przypuszczam i niech mi pan wreszcie nie zawraca głowy. Dobranoc.

Nazajutrz, zaraz po śniadaniu, podszedł do Downara Kozłowski.

-  Chciałbym  z  panem  zamienić  kilka  słów.  Ale  kiedy?  Zaraz,  zaraz.  W  tej  chwili  jedziemy

zwiedzać miasto. Po obiedzie czas wolny. To może po obiedzie?

- Dobrze - zgodził się Downar. - Jeżeli to konieczne.

- Pragnę zasięgnąć pańskiej rady. Nie mam z kim pomówić na ten temat, a pan, jako...

- Dobrze, dobrze. Po obiedzie spotkamy się w hallu.; Pójdziemy gdzieś na kawę.

- O, właśnie - ucieszył się Kozłowski. - Bardzo panu dziękuję.

Przed hotelem czekała już cała grupa, żeby pójść do autokaru. Rozmowy były ożywione, a ten i

ów próbowali naśladować włoską gestykulację.

Kozłowski zapędził wszystkich do autokaru. Ruszyli.

Downar  stracił  humor.  Usiłował  zachwycać  się  urokami  Wiecznego  Miasta,  ale  jakoś  nie

potrafił uwolnić się od natrętnych myśli. To już nie był ten nastrój, co w Wenecji czy we Florencji.
Wieloletnia rutyna dawała!

background image

mu się we znaki. Nie mógł zapomnieć o Gródeckim, Więckowskim i o tej bardzo niewyraźnej

sprawie.  Nie  miał  oczywiście  wątpliwości,  że  kłamali. Ale  co  się  kryło  za  tą  całą  historią?  Jakaś
poważniejsza  afera?  Narkotyki?  Handel  złotem?  Kto  wie,  czy  Gródecki  po  tym  wszystkim  nie
zostanie  we  Włoszech?  Może  będzie  się  bał  wracać  do  kraju?  Psiakrew!  Nawet  tutaj  nie  dają  mu
spokoju.  Był  przekonany,  że  w  czasie  tej  wycieczki  całkowicie  oderwie  się  od  problemów
kryminalnych. A niech to wszyscy diabli! Wrócili na obiad. Anna usiadła koło niego.

- Jakie wrażenia wywiezie pani z Rzymu? - spytał. Uśmiechnęła się.

- Znam Rzym. Byłam tu już parę razy. Zawsze wyjeżdżam z tego miasta z uczuciem żalu. Chociaż

muszę  przyznać,  że  teraz  Rzym  ogromnie  stracił  na  swym  uroku.  Przerażający  rozwój  motoryzacji
zabija  go.  Spaliny  niszczą  zabytki  architektury,  rzeźby.  Widział  pan  Koloseum  podparte  drągami.
Pomnik  Marka  Aureliusza  rozsypie  się  kiedyś.  Technika  zaczyna  się  obracać  przeciwko
człowiekowi.  Grozi  zagładą  miastom,  zabytkom  sztuki  i  wreszcie  całej  naszej  zmęczonej  planecie.
Ale nie mówmy o rzeczach smutnych.

-  Właśnie.  Nie  mówmy  o  rzeczach  smutnych  -  przytaknął  skwapliwie  Downar.  Sięgnął  po

butelkę i napełnił szklanki winem. - Pani zdrowie.

Spojrzała na niego uważnie.

- Mam wrażenie, że pan jest dzisiaj jakiś inny.

- To znaczy?

- Może się mylę, ale wyczuwam w panu napięcie nerwowe. Czy ma pan jakieś kłopoty?

Roześmiał się.

- Nie. Skądże znowu. Nie mam żadnych kłopotów. Wypiła łyk wina.

- Przepraszam, że się tak wypytuję, ale nie chciałabym, żeby pan był smutny. Wystarczy, że ja

jestem smutna.

- Czy można temu jakoś zaradzić? Potrząsnęła głową.

- Nie. Podobno czas goi wszystkie rany. Bardzo na to liczę. Czy pan wie, że jutro odlatujemy do

Palermo?

- Tak, Wiem. Znajdziemy się w siedzibie mafii, Sycylia.

Uśmiechnęła się.

-  Nie  sądzę,  żebyśmy  nawiązali  kontakt  z  mafią.  To  mogłoby  być  interesujące,  ale...

Prawdopodobnie mają do załatwienia pilniejsze sprawy, aniżeli zajmowanie się polskimi turystami.

background image

Downar wypił spory łyk wina.

-  Cieszę  się,  że  pani  odzyskuje  dobry  humor.  I  całkowicie  się  z  panią  zgadzam,  że  chyba  nie

potrzebujemy obawiać się sycylijskiej mafii.

Pod  koniec  obiadu  Downar  przypomniał  sobie,  żl  umówił  się  z  Kozłowskim.  To  mu  znowu

popsuło  nastrój.  Winogrona  wydały  mu  się  jakieś  dziwnie  cierp,  kie.  Perspektywa  tej  rozmowy
wcale  go  nie  zachwycała.  Wolałby  oczywiście  zdrzemnąć  się  chwilę,  odpocząć.  Nie  było  jednak
rady. Słowo się rzekło.

Kozłowski  czekał  w  małym  saloniku,  przylegającym  do  recepcji.  Był  zdenerwowany  i  co

chwila przygładzał dłonią zmierzwioną czuprynę. Zerwał się z kanapki.

-  Cieszę  się,  że  pan  przyszedł.  Nie  byłem  pewien,  czy  pan  nie  zapomniał  o  naszym  spotkaniu.

Dziękuję. Może wyjdziemy stąd, bo nie chciałbym...

-  Oczywiście  -  przytaknął  Downar.  -  Chodźmy.  Poszli  na  Stazione  Termini.  Tu  było  najbliżej.

Bez

trudu  znaleźli  wolny  stolik  w  dużej  kawiarni.  Błyskawicznie  zjawił  się  przed  nimi  kelner  w

białej, mocno wykrochmalonej kurtce. Zamówili kawę, a kiedy młody człowiek postawił przed nimi
filiżanki, Kozłowski chrząknął i wyjął z kieszeni gazetę.

- Niech pan spojrzy.

- Nie znam włoskiego - wyjaśnił Downar.

-  A,  prawda.  Zapomniałem.  Przepraszam.  Zaraz  panu  przetłumaczę.  Może  się  pan  troszkę

nachyli. Nie chcę tak głośno. Tytuł tej notatki jest taki: „Dramat głośny czy porachunki gangsterskie”.
A  pod  spodem  tekst:  „Wczoraj  w  godzinach  wieczornych  znaleziono  W  okolicy  Frascati  zwłoki
niejakiego  Gaetano  Serpotta.  Młody  człowiek  został  zastrzelony  w  luksusowym  samochodzie Alfa
Romeo,  zaparkowanym  na  drodze  prowadzącej  do  ruin  willi  Cycerona.  Wstępne  dochodzenie
wykazało  świeże  ślady  krwi  na  trawie  w  pobliżu  amfiteatru,  znajdującego  się  nie  opodal  willi
Cycerona. Śledztwo w tej sprawie prowadzi znany ze swej energii komisarz Giovanni Valdelli”.

Kozłowski skończył tłumaczyć tekst notatki i spojrzał na Downara.

- No i co pan na to?

- Downar wzruszył ramionami.

- Cóż ja? Nic. Niech się martwi włoska policja.

-  Czy  nie  uważa  pan,  że  to  morderstwo  może  się  w  jakiś  sposób  łączyć  ze  zranieniem

Gródeckiego?

- Nie wiem. Przyznam się panu, że mnie ta sprawa zupełnie nie interesuje.

background image

Kozłowski jednak nie dawał za wygraną.

- To, co wczoraj opowiadali Więckowski i Gródecki, nie wydało mi się wiarygodne. A pan jak

to odebrał?

- Łgali, oczywiście - odparł obojętnie Downar i skończył pić kawę.

- Ale w jakim celu?

-  Nie  mam  pojęcia.  I  coś  panu  powiem,  panie  kierowniku.  Nie  mam  najmniejszego  zamiaru

bawić się tu w prowadzenie śledztwa. Pojechałem na wycieczkę dla przyjemności, a nie służbowo.
Zresztą przeszedłem już na emeryturę i nie chcę słyszeć o żadnych kryminalnych aferach.

Kozłowski, zafrasowany, podrapał się za uchem.

- Sam nie wiem, co robić. Czy po powrocie do Polski powinienem złożyć raport w tej sprawie,

zawiadomić nasze władze?

-  Jak  pan  uważa.  Sądzę  jednak,  że  chyba  tak.  Powinien  pan  ten  wypadek  zreferować  dyrekcji

„Orbisu a oni niech już sobie robią, co chcą. Proponuję, żebyśmy wrócili do hotelu.

Podczas  kolacji  pojawiła  się  „Babcia”.  Wyglądaj  bardzo  elegancko.  Miała  misternie  ułożoną

fryzuj i pachniała mocnymi perfumami. Robiła takie wrażenie, jakby przed chwilą wyszła z gabinetu
kosmetycznego.

- A więc jutro do Palermo! - wykrzyknęła wesoło.

Rozdział V Citta del Marę

dole morze gładkie, ciemnostalowe jak zbroja średniowiecznego rycerza. Skrawki lądu tu i

ówdzie błyszczą pierwszymi światłami. W oddali widać białą plamę. To statek.

Samolot  nie  jest  zbyt  luksusowy,  jeden  z  tych,  co  to  kursują  na  lokalnych  liniach.  Warkot

motorów bliski, natrętny.

Downar miał ochotę usiąść koło Anny, ale Więckowski, z właściwą sobie przedsiębiorczością,

narzucił  mu  od  razu  swoje  towarzystwo.  Wczorajsze  przeżycia  nie  wywarły  na  nim  najwidoczniej
większego wrażenia. Znowu był pogodny, chętny do rozmowy, pełen werwy.

- Cieszę się, że się tak razem, we dwóch, trzymamy - powiedział wesoło.

- Uhm - mruknął Downar. Fotograf spojrzał uważniej.

- Mam wrażenie, że pan dzisiaj jakiś nie w sosie. Czy coś się stało?

- Nie, nic się nie stało.

background image

- To dlaczego taki kwaśny humorek? - nastawał Więckowski.

- Znowu niezbyt dobrze spałem. Może dlatego.

-  Ja  też  bardzo  kiepsko  spałem  -  podchwycił  z  ożywieniem  fotograf.  -  Prawdopodobnie  ta

wczorajsza przygoda Gródeckiego... Przykro mi, że pan tak jakoś podejrzliwie ustosunkował się do
tej sprawy, bo przecież...

-  Może  już  nie  będziemy  mówić  na  ten  temat  -  zaproponował  Downar.  -  Myślę,  że  to  nie  ma

sensu.

- Jak pan sobie życzy. Widzi pan tych facetów?

Downar,  który  dotychczas  wyglądał  przez  okno,  dopiero  teraz  zauważył,  że  zamiast

przystojnych,  uśmiechniętych  dziewcząt  obsługują  pasażerów  młodzi  ludzie  o  poważnych,  pełnych
skupienia twarzach.

Więckowski pochylił się i szepnął tajemniczo:

- Tajniacy. Widocznie boją się jakiejś rozróby w Palermo. Niech pan spojrzy, jak się badawczo

przyglądają podróżnym. Założę się, że każdy z nich ma pistolet pod pachą. Chyba jednak dolecimy na
miejsce bez żadnych przygód. Obstawa jest solidna.

- Był pan kiedy na Sycylii?

Downar potrząsnął głową.

- Nie, nigdy.

- Ciekawy kraj, ale niezbyt bezpieczny. Nie daj Boże podpaść mafii. Koniec. Nawet cała armia

karabinierów takiemu nie pomoże. Mafii boją się i karabinierzy, i prokuratorzy, i sędziowie, a nawet
członkowie parlamentu. To cholerna organizacja. Wszędzie mają swoje wtyczki.

- Boi się pan? - uśmiechnął się Downar. Więckowski żachnął się.

- Skądże znowu. Dlaczego miałbym się bać? - Nagle spochmurniał i zmarszczył brwi, jakby go

zaabsorbowała  jakaś  niewesoła  myśl.  -  Dlaczego  miałbym  się  bać?  -  powtórzył.  -  Nikomu  się
przecież  nie  naraziłem.  Ostatni  raz  byłem  na  Sycylii  trzy  lata  temu.  Z  mafią  nigdy  nie  miałem  nic
wspólnego. Chyba mi pan wierzy.

- Wierzę panu - powiedział obojętnie Downar i znowu zaczął wyglądać przez okno. Nudziła go

ta gadanina. Był wściekły, że akurat ten facet przyczepił się doi niego, Psuło mu to całą przyjemność.
Więckowski najwyraźniej miał coś na sumieniu i szukał oparcia i opieki.

Pytanie zostało zadane ledwie dosłyszalnym szeptem:

- Czy ma pan broń? Downar spojrzał zdumiony.

background image

- Chyba pan oszalał. A na co mi broń na wycieczce orbisowskiej?

- Oczywiście, oczywiście - zaśmiał się niezbyt szczerze Więckowski. - Głupstwa plotę. Proszę

mi  wybaczyć.  Nikt  się  nie  wybiera  na  wycieczkę  uzbrojony.  Nonsens.  Tak  czasem  coś  lapnę  bez
zastanowienia, Pardon.

Downar nie zareagował. Przechylił w tył głowę i przymknął oczy.

Było już zupełnie ciemno, kiedy samolot wylądował w Palermo. Dość długo czekali na bagaże.

Wreszcie na kolistej taśmie zaczęły się pojawiać walizki.

Kozłowski, jak zawsze energiczny, sprawdził, czy nikogo nie brakuje, i dał sygnał do wymarszu

z lotniska.

Autokar  już  czekał.  Kierowca,  czarniawy  Sycylijczyk  o  gęstych  kędzierzawych  włosach,  z

zaciekawieniem przyglądał się turystom przybyłym z północnego kraju.

-  To  niedaleko  -  wyjaśnił  Więckowski,  sadowiąc  się  koło  Downara.  -  Około  czterdziestu

kilometrów. Zdążymy akurat na kolację.

I rzeczywiście...

Sala restauracyjna olbrzymia, mogąca pomieścić kilkaset osób. Obsługa szybka, uprzejma, mimo

iż widać było, że kelnerzy są zmęczeni całodzienną, intensywną pracą.

Po kolacji szukanie kwater ukrytych wśród kwiatów, krzewów i drzew. Wznoszące się szerokim

półkolem dwu - i trzypiętrowe pawilony w świetle latarń i lampionów wyglądały trochę nierealnie i
tajemniczo.

Downar i Więckowski stosunkowo szybko odnaleźli swój pokój. Przed drzwiami stały już ich

walizki.

- Dobra organizacja - pochwalił Downar. Więckowski uśmiechnął się.

- W ogóle tu jest pierwszorzędnie. Zobaczy pan jutro, za dnia. A co za żarcie! Nie będzie pan

wiedział, za co się łapać. Szwedzki stół.

- Był pan już tutaj?

- Gdzie ja nie byłem, panie kochany, gdzie ja nie byłem. Kręci się człowiek po świecie, jak ten

Żyd wieczny tułacz. Trochę tu, trochę tam.

- I bez trudu dostaje pan paszport na takie częste wyjazdy?

-  Przeważnie  jeżdżę  służbowo.  Robię  zdjęcia  dla  różnych  czasopism,  do  książek.  Lubię  to.  W

ogóle  lubię  ruch  w  interesie.  Teraz  wyjątkowo  wybrałem  się  z  orbisowską  wycieczką,  prywatnie,
zupełnie  prywatnie.  Przynajmniej  raz  nie  mam  żadnych  obowiązków  na  głowie.  Czasem  coś  tam

background image

sobie pstryknę, ale bardzo mało. Trzeba przecież trochę odpocząć od pracy zawodowej.

- Niewątpliwie - przytaknął Downar. - Każdy powinien od czasu do czasu wypocząć od pracy

zawodowej. A teraz może rozpakujemy walizki i spróbujemy się przespać.

-  Nareszcie  nie  będzie  żadnego  zwiedzania  -  roześmiał  się  Więckowski.  -  Żadnych  muzeów,

żadnych galerii, żadnych kościołów. Sześć dni całkowitego wypoczynku. Co za rozkosz!

Rano  Downar  obudził  się  bardzo  wcześnie.  Wyszedł  w  pidżamie  na  taras.  Widok,  który  się

przed nim roztaczał, oszołomił go.

Na  ogromnej  skarpie,  wznoszącej  się  kilkaset  metrów  ponad  błękitną  taflą  morza,  stworzono

przepiękny  ogród,  pełen  krzewów,  kolorowych  kwiatów  i  pinii.  Czerwonoamarantowe  pęki
bougeiwille  pięły  się  po  białych  ścianach  pawilonów,  ogromne  aloesy  o  powyginanych  liściach
przykuwały  wzrok  swą  egzotyką,;  kolczaste  opuncje  i  agawy,  porastające  kamieniste  zbocza,
przypominały  o  autentycznym  krajobrazie  Sycylii.  Złocisty  krąg  słońca  wolno  podnosił  się  nad
horyzontem.

Downar tak się zapatrzył na ten czarodziejski ogród, że nie posłyszał za sobą kroków.

- Ładny widoczek z tego tarasu, co? - odezwał się Więckowski.

Downar drgnął.

- Pięknie tu.

-  Tylko,  że  to  wszystko  lipa  -  skrzywił  się  fotograf.  -  Sztucznie  zrobili  ten  „rajski  ogród”  dla

uciechy  turystów.  Kosztowało  to  kupę  forsy.  Musieli  nawieźć  ziemi  pod  te  wszystkie  kwiaty  i
krzewy.  A  teraz,  żeby  to  utrzymać,  muszą  się  porządnie  napracować.  Ale  trzeba  przyznać,  że
zorganizowali z pomyślunkiem. Wcześnie pan wstał dzisiaj.

-  Tak,  dosyć  wcześnie  -  mruknął  Downar,  zły,  że  mu  Więckowski  zepsuł  nastrój.  Poszedł  do

łazienki i zabrał się do golenia.

Śniadanie jedli w tej samej sali, w której wczoraj wieczorem byli na kolacji.

- Na razie bułeczki, serki, dżemy i herbatka - powiedział fotograf, smarując masłem rogalik. -

Dopiero zobaczy pan, co dadzą na obiad. Szwedzki stół. Można; się najeść za wszystkie czasy. Wina
skolko ugodno, tylko nie wolno wynosić. Konsumpcja na miejscu.

Po śniadaniu Downar wrócił do pokoju, włożył kostium kąpielowy i poszedł na basen. Zobaczył

Annę,; wyciągniętą na leżaku.

- Dzień dobry.

Otworzyła oczy i uśmiechnęła się.

background image

- Ach, to pan. Dzień dobry. Jak się pan czuje w Citta del Mare?

- Wspaniale. Zupełnie tak, jakbym się nagle znalazł w zaczarowanym ogrodzie z bajki.

- Ja odnoszę takie samo wrażenie. Wszystko tu jest nierealne. Nasz świat został gdzieś bardzo,

bardzo daleko, nasuwa się nawet pytanie, czy w ogóle jeszcze istnieje.

- Zapewniam panią, że istnieje - powiedział wesoło Downar. - I za sześć dni do niego wrócimy,

a nasza wycieczka bardzo prędko ucieknie w przeszłość, stanie się wspomnieniem.

-  Niech  mnie  pan  nie  martwi  -  poprosiła.  -  I  niech  pan  sobie  weźmie  leżak.  Stoją  tam,  przy

barierze.

Podszedł  do  bariery  i  spojrzał  w  dół.  Ukwiecone  tarasy  spływały  ku  granatowej  tafli  morza,

roziskrzonej złotą łuską, utkaną z promieni słonecznych. Powietrze było czyste, łagodne, pozwalające
sięgnąć wzrokiem daleko, aż do linii horyzontu.

Wziął leżak i wrócił do Anny.

- Ale może ja pani przeszkadzam? Potrząsnęła głową.

- Gdyby mi pan przeszkadzał, to przecież nie zaproponowałabym, żeby pan usiadł koło mnie.

Usadowił się wygodnie, zwracając twarz ku słońcu.

- Zdaje się, że się tutaj wspaniale opalimy. Czy pani pływa?

- Tak. Ale do basenu wejdę trochę później, jak będzie jeszcze cieplej.

Umilkli. Downar rozkoszował się tym dolce  far  niente. Zwiedzanie Wenecji, Florencji, Sieny,

Rzymu było bardzo intensywne, męczące. Za to teraz całkowity, wspaniały relaks.

- I nagle znaleźliśmy się w rajskim ogrodzie - powiedział.

Spojrzała na niego z wesołym błyskiem w oczach.

- Całe szczęście, że tu nie ma jabłoni. Kto wie, czy nie sięgnęłabym po zakazany owoc.

- Sądzę, że nowoczesna kobieta może się obejść bez jabłka.

- Jestem tradycjonalistką.

- Czyżby? Nie wygląda pani na osobę przywiązującą zbyt dużą wagę do tradycyjnych form. Jest

pani artystką, a artyści...

- Co artyści?

-  Wydaje  mi  się,  że  przede  wszystkim  artyści  dążą  do  zerwania  z  wszelkiego  rodzaju

background image

konwenansami.

Uśmiechnęła się.

- Należy unikać uogólnień. To są sprawy bardzo indywidualne. A zresztą, każda chyba epoka ma

swoje  konwenanse,  które  są  zwalczane  przez  gniewną,  buntowniczą  młodzież,  nie  zdającą  sobie
sprawy  z  tego,  że  na  miejsce  starych  konwenansów,  starych  form  współżycia  między  ludźmi
przychodzą nowe, kostniejące równie szybko jak te stare.

- Widzę, że pani jest w filozoficznym nastroju.

-  Nie.  Po  prostu  sama  kiedyś  należałam  do  tej  buntowniczej  młodzieży,  pragnącej  przewracać

świat do góry nogami.

- To chyba było nie tak dawno.

-  Bardzo  dawno.  Nie  wyobraża  pan  sobie  jak  dawno.  Od  tamtych  lat  w  moim  życiu  dużo  się

zmieniło, bardzo dużo. I w tej chwili na pewne zagadnienia patrzę zupełnie inaczej. Ale nie mówmy
o mnie. To nieciekawy temat. Proszę mi powiedzieć, czy pan wierzy, w zbrodnię doskonałą.

Był zaskoczony.

- Dlaczego pani o to pyta?

-  Tak  sobie.  Bez  żadnych  ukrytych  intencji.  Czytam  właśnie  jakiś  kryminał  i...  Zastanawiałam

się, czy można popełnić zbrodnię doskonałą.

Downar nieznacznie wzruszył ramionami.

- Bo ja wiem. Zapewne można popełnić zbrodnię doskonałą, ale to nie takie proste. Oczywiście,

że  wiele  zbrodni  pozostaje  nie  wykrytych.  Wynika  to  jednak  przeważnie  z  nieudolności
prowadzących śledztwo. Czyżby pani miała zamiar pozbyć się kogoś? Roześmiała się.

- Nie wiem. Być może, że miałabym ochotę, ale chyba nigdy nie wystarczyłoby mi odwagi.

-  Jeżeli  pani  interesuje  się  zbrodniami  doskonałymi,  to  najlepiej  niech  pani  przekonsultuje  to

zagadnienie z jakimś fachowcem.

- A pan nie jest fachowcem?

- Skąd to przypuszczenie?

- Nie wiem. Jak tylko pana zobaczyłam, jeszcze na lotnisku w Warszawie, to zaraz przyszło mi

na myśl, że nadałby się pan do roli Sherlocka Holmesa.

Roześmiał się.

background image

-  Nie  bardzo  rozumiem,  skąd  to  skojarzenie.  Nie  mam  żadnych  wspólnych  cech  z  bohaterem

Conan  Doyla.  Nie  palę  fajki,  nie  gram  na  skrzypcach,  nie  przyjaźnię  się  z  żadnym  lekarzem,  nie
posługuję się metodę dedukcji.

- A jaką się pan metodą posługuje? - spytała podchwytliwie.

- Żadną. Po prostu żadną. Wstała z leżaka.

- Chodźmy popływać.

Pływała  bardzo  dobrze,  ale  Downar  bez  trudu  wyprzedził  ją.  Kiedy  wyszli  z  wody,  miała

niezadowoloną minę.

- Ach, ten pański crawl.

- To najszybszy styl - uśmiechnął się, wycierając głowę ręcznikiem.

- Ja tam wolę żabkę.

- Jako żabka jest pani niezrównana.

- Czy tylko jako żabka?

- Czy pani chce, żebym powiedział, że ma pani kształty olimpijskiej bogini?

- Takie stwierdzenie jest zawsze mile widziane, a raczej mile słyszane.

-  No,  więc  dobrze.  Moim  zdaniem  tak  właśnie  musiała  wyglądać  piękna  Helena,  o  którą

walczono pod Troją.

- Zaczyna pan robić postępy w prawieniu komplementów.

- Mam nadzieję, że mając taką nauczycielkę, bardzo dużo skorzystam.

Rozmawiali czas jakiś o niczym, aż wreszcie Downar spojrzał na zegarek.

- Mile nam się gawędzi, ale zdaje się, że trzeba już się trochę przyodziać do obiadu.

- Po tym pływaniu nabrałam apetytu - powiedziała Anna, wstając z leżaka.

Downar  dziarskim  krokiem  ruszył  wąską  alejką,  wysypaną  żwirem.  Dziewczyna  rzeczywiście

podobała  mu  się  i  byłby  bardzo  zadowolony  ze  spędzonego  z  nią  przedpołudnia,  ale...  Te  jakieś
dziwne aluzje, dotyczące zbrodni doskonałej, zaniepokoiły go. Czyżby i ona już wiedziała? - myślał,
przyspieszając  kroku.  -  Czyżby  Więckowski  się  wygadał?  Zrobiłem  wszystko,  żeby  nikt  z
uczestników  wycieczki  nie  wiedział  o  mojej  pracy  zawodowej,  a  tymczasem...  Kozłowski,
Więckowski, teraz może i Anna... Niech to wszyscy diabli!

background image

Dobiegły  go  znajome  głosy.  Siedzieli  w  małej  altance,  misternie  skonstruowanej  z  pnących

roślin.  Chciał  ich  minąć,  ale  to,  co  posłyszał,  zmusiło  go  do  zatrzymania  się  za  pniem  karłowatej
pinii.

- Ja bym ci radziła truciznę - powiedziała pani Celińska.

- Myślałem o sztylecie - zabrzmiał charakterystyczny bas Gałeckiego.

-  Trucizna  lepsza,  dużo  lepsza  -  upierała  się  „Babcia”.  -  Trzeba  tylko  wykombinować  coś

trudno wykrywalnego. Jak wrócimy do Warszawy, zaraz porozumiem się z Tadeuszem. On się zna na
tych rzeczach.

- Tylko błagam cię, zrób to ostrożnie. Żeby się nie domyślił.

- Bądź spokojny. Nie domyśli się. No, trzeba się przyszykować do obiadu. Chodź.

Downar pospiesznie zeszedł w dół i okrężną drogą dotarł do pawilonu, w którym mieszkał. Był

oszołomiony.  Nie  miał  całkowitej  pewności,  czy  go  nie  widzieli,  więc  może  to  tylko  jakiś  głupi
kawał. A jeśli nie? To kogo, u licha, ci starzy chcą truć?

W  pokoju  zastał  Więckowskiego.  Fotograf  był  już  ubrany  w  elegancki  garnitur  z  błękitnego

tropiku. Właśnie skrapiał się obficie wodą kolońską.

- Gdzież to się pan podziewał? - spytał wesoło.

- Pływałem trochę w basenie, opalałem się.

-  A  ja  wypuściłem  się  na  maleńki  podryw.  Dziewczyny  tutaj,  że  palce  lizać.  Tylko  czekają.

Umówiłem  się  z  jedną  na  wieczór.  Pójdziemy  potańczyć.  Jakby  pan  sobie  jakąś  przygadał,  to
moglibyśmy pójść we czwórkę.

-  Chyba  nie  -  powiedział  z  uśmiechem  Downar.  -  Nie  jestem  taki  szybki  do  podrywania

dziewczyn.  Poza  tym  kiepsko  tańczę.  Na  razie  idę  pod  prysznic  i  muszę  się  trochę  przyodziać  do
obiadu. Wprawdzie nie mam takiego eleganckiego stroju, jak pan, ale myślę, że w sportowej koszuli
mnie wpuszczą.

- Oczywiście. W kąpielówkach nie wolno, ale w koszuli... Zaczekam na pana.

Dotychczas  „szwedzki  stół”  był  dla  Downara  pustym,  pozbawionym  jakiejkolwiek  treści

dźwiękiem. Dopiero kiedy sympatycznej dziewczynie podał swój obiadowy numerek i znalazł się po
drugiej stronie szklanych drzwi, zorientował się, co to znaczy.

Dookoła ogromnej sali poustawiano długie stoły, uginające się pod najrozmaitszymi specjałami.

Wszelkiego rodzaju sałatki, z krabów, z ośmiornic, z ananasów, z bakłażanów, rozmaite gatunki ryb
w  pikantnych  sosach,  warzywa,  oliwki,  pomidory.  Kucharze  w  białych  kitlach  kroili  smakowite
mięsiwa, ogromne plastry rozbefów, cielęcinę i pieczony drób.

background image

Samoobsługa. Każdy brał talerz, albo nawet dwa talerze, sztućce i sam nakładał sobie potrawy.

Przybysze z Polski byli tak oszołomieni tym zaopatrzeniem, że w pierwszej chwili nie wiedzieli, co
brać.

- Widzi pan, jaka wyżerka - powiedział Więckowski. - To rozumiem. I bez żadnych ograniczeń.

Może pan sobie dokładać, ile dusza zapragnie, a raczej, ile się w żołądku zmieści. Łapiemy się za tę
sałatkę z ananasów. Polecam. Pyszności. Jak nam będzie mało, to jeszcze wrócimy. A teraz chodźmy.

Z pełnymi talerzami weszli przez oszklone drzwi do ogromnej sali, w której poprzedniego dnia

jedli  kolację.  Długie  stoły,  nakryte  obrusami,  koszyki  z  pieczywem,  butelki  z  winem  białym  i
czerwonym.

-  Tutaj  trudno  nie  przytyć  -  uśmiechnął  się  Więckowski,  nalewając  wino  do  szklanek.  -  W

Warszawie  trzeba  będzie  zrzucić  nadwagę.  Mówi  się  trudno.  Nie  sposób  przecież  zrezygnować  z
tych przeróżnych smakołyków. A muszę się przyznać, że lubię dobrze zjeść.

- Nie wątpię w to - przytaknął Downar.

Ciekawie  rozglądał  się  po  tym  gigantycznym  przybytku  zbiorowego  żywienia  i  podziwiał

znakomitą  organizację.  Kelnerzy  błyskawicznie  zbierali  brudne  talerze,  ustawiając  je  na  zgrabnych
wózkach. Wszystko tu odbywało się szybko, sprawnie i uprzejmie.

-  Po  obiadku  proponuję  maleńką  drzemkę  -  powiedział  Więckowski,  ponownie  napełniając

szklaneczki  winem.  -  A  wieczorkiem  może  się  gdzieś  wypuścimy.  Kolacja  już  nie  jest
samoobsługowa.  Coś  podadzą  do  jedzenia,  ale  na  ogół  karmią  tu  zupełnie  przyzwoicie.  Wszelkich
atrakcji  także  nie  brakuje,  kina,  dancingi,  telewizja,  występy  folklorystyczne,  zaciszne  tawerny.  A
jeżeli jest pan amatorem sportu, to może pan grać w tenisa, w ping-ponga, wynająć żaglówkę, jeździć
na  nartach  wodnych.  Trzeba  im  oddać  sprawiedliwość,  że  z  pomyślunkiem  to  zorganizowali.  Mają
smykałkę  do  tych  rzeczy.  Kupę  forsy  to  kosztowało,  ale  procentuje  jak  cholera.  Opłaca  się  w  takie
coś zainwestować kapitał. Żeby tak u nas. Mój Boże.

Downar  z  roztargnieniem  słuchał  paplaniny  fotografa.  Rozmowa,  którą  przypadkowo

podsłuchał,  nie  dawała  mu  spokoju.  Przez  cały  czas  wycieczki  nie  zauważył,  żeby  pani  Celińska
kontaktowała się z owym ponurym typem o drapieżnej, sępiej twarzy. Aż teraz nagle... Doradza mu
użycie  trucizny  i  zaofiarowuje  swą  pomoc  w  zdobyciu  jej.  Co  to  może  znaczyć,  do  diabła?  Głupi
żart? Ale w jakim celu?

Automatycznie wypił trzy szklanki wina i poczuł, że trochę mu się kręci w głowie. Porcja słońca

w połączeniu z alkoholem zrobiła swoje. Doszedł do wniosku, że w tej sytuacji poobiednia drzemka
jest nieodzowna.

Więckowski triumfował.

- A widzi pan. Mówiłem, że po tym szwedzkim stole trzeba się chwileczkę kimnąć. Jeszcze nie

jesteśmy zaaklimatyzowani i nie przyzwyczajeni do takiej wyżerki.

background image

Maleńka drzemka przeciągnęła się do wieczora. Ledwo zdążyli na kolację.

- Nic nie szkodzi, nic nie szkodzi - pocieszał swojego towarzysza Więckowski. - Kto śpi, nie

grzeszy. A wypoczynek po tych wszystkich wrażeniach nam się należał.

Kiedy wchodzili do sali jadalnej, do Downara podszedł Kozłowski.

- Po kolacji chciałbym z panem zamienić kilka słów. Downar spojrzał niespokojnie.

- Znowu jakieś kłopoty?

- Coś w tym rodzaju. Może spotkamy się na dole, w kawiarni.

- Dobrze.

Więckowski stracił nagle humor i swą niedawną werwę. Niechętnie jadł faszerowane bakłażany

w sosie pomidorowym. Często sięgał po butelkę z winem.

- Niech pan uważa, bo się pan upije - przestrzegł go Downar.

- No to co? Najwyżej się upiję. Nie wolno mi czy jak?

-  Fotograf  najwyraźniej  był  już  trochę  pod  gazem.  Downar  wzruszył  ramionami.  Nie  miał

najmniejszego zamiaru występować w roli niańki. Zdziwiła go zmiana nastroju jego współlokatora,
ale ostatecznie...

Po kolacji zeszedł na dół i usiadł na kawiarnianym tarasie. Niebawem pojawił się Kozłowski,

niosąc wysoką szklankę, napełnioną jakimś ciemnym płynem. Kostki lodu pobrzękiwały rytmicznie.

-  Co  pan  wziął?  Lemoniadę?  -  skrzywił  się  kierownik.  -  Trzeba  było  zafundować  sobie

„amaro”. Dużo lepsze. Pomaga w trawieniu.

- Na przyszłość tak zrobię - uśmiechnął się Downar.

-  Nie  jestem  jeszcze  zorientowany  w  tych  wszystkich  trunkach.  Ale  chyba  nie  o  alkoholach

chciał pan ze mną rozmawiać.

- To prawda. Nie o alkoholach. Znowu mam kłopoty z naszą nieznośną „Babcią”.

- Co się stało?

Kozłowski potrząsnął lodem w szklance.

- Niech pan sobie wyobrazi, że zwiała.

- Jak to zwiała?

- Zwyczajnie. Przyjechał podobno po nią jakiś facet luksusowym wozem. Wsiadła i pojechała.

background image

- Kto to panu powiedział?

- Pani Anna Toczycka. „Babcia” prosiła ją, żeby mnie zawiadomiła, że przez najbliższe dwa dni

będzie nieobecną.

- Szalona staruszka - roześmiał się Downar. Kozłowski nie podzielał jego wesołości.

- Pan się śmieje, a ja nie wiem, co robić.

- A co pan ma robić?

-  Właśnie  nie  wiem.  Jako  kierownik  grupy  jestem  odpowiedzialny  za  każdego  uczestnika

wycieczki. Bardzo mnie ta sprawa niepokoi.

- Przecież jej nie porwali - zauważył Downar.

-  To  prawda.  Pani  Toczycka  widziała,  jak  odjeżdżała  z  tym  Włochem.  Podobno  była  w

doskonałym humorze.

Downar skończył pić swoją lemoniadę.

-  No,  cóż...  Wydaje  mi  się,  że  niepotrzebnie  się  pan  przejmuje.  Ostatecznie  panią  Celińską

można uważać za osobę dorosłą. Jeżeli chciała się gdzieś wypuścić, to cóż pan może na to poradzić?
Gdyby to było porwanie, to oczywiście należałoby zawiadomić policję, ale w tej sytuacji...

-  Wyjątkowo  pechowa  wycieczka,  wyjątkowo  -  mruknął  Kozłowski.  -  Tyle  lat  pracuję  w  tej

branży i jeszcze czegoś takiego nie miałem. Rzucę w czorty tę robotę. Po jaką cholerę mam się tak
denerwować?! O, właśnie idzie pani Toczycka. Pani Aniu! Pani Aniu!

Dopiero teraz ich zauważyła. Zatrzymała się.

- Nad czym to panowie tak radzą? Kozłowski przysunął krzesło.

- Prosimy. Niech pani na chwileczkę z nami usiądzie. Co pani przynieść do picia?

Potrząsnęła głową.

-  Dziękuję.  Przed  chwilą  wypiłam  coca-colę.  Ale  się  pan  dzisiaj  opalił  -  powiedziała,

spoglądając  na  Downara.  -  Obawiam  się,  że  czeka  pana  kiepska  noc.  Może  dać  panu  trochę  oliwy
albo krem?

- Nie, dziękuję, nic mi nie będzie - uśmiechnął się Downar. - A ta „opalenizna” to może raczej

od wina aniżeli od słońca. Przed chwilą rozmawialiśmy o pani.

- O mnie?

- Właściwie o pani Celińskiej - sprostował Kozłowski.

background image

-  Dziwna  kobieta.  Jednego  dnia  robi  takie  wrażenie,  jakby  była  zniadołężniałą  staruszką,  a

potem znowu...

-  Co  powiedziała  przed  wyjazdem?  -  spytał  Downar  takim  tonem,  jakby  go  bardzo  mało

obchodziła ta sprawa.

- Powiedziała, że tutaj, w Cittŕ del Mare, jest bardzo nudno i że się musi trochę „przewietrzyć”.

Prosiła, żeby zawiadomić kierownika, że przez dwa dni jej nie będzie.

- Czy nie wspomniała, dokąd się wybiera?

- Nie. Spytałam ją nawet, ale tylko się roześmiała.

- Podobno ktoś po nią przyjechał.

- Tak. Jakiś Włoch, być może Sycylijczyk.

- Jak wyglądał?

- Wysoki, postawny, bardzo przystojny, śniady, ogromne czarne oczy.

- Młody? Stary?

-  Myślę,  że  około  pięćdziesiątki,  czterdzieści  kilka.  Zresztą,  trudno  mi  powiedzieć,  ci

południowcy różnią się bardzo od naszych mężczyzn. Określić ich wiek nie jest rzeczą łatwą.

- Czy pani Celińska nie wymieniła jakiegoś nazwiska albo chociaż imienia?

Anna zastanowiła się.

- Zaraz... zaraz... chwileczkę... Tak. Powiedziała: „Ciao Antonio. Come stai?”

- A on?

- Słabo znam włoski - uśmiechnęła się - ale to, co zrozumiałam: „Vieni. Sbrighiamoci. Non ce

tempo da perdere”.

- To znaczy: „Chodź. Pośpieszmy się. Nie ma czasu do stracenia” - przetłumaczył Kozłowski.

- Nie ma czasu do stracenia - powtórzył Downar i zamyślił się. - No, cóż... pożywiom, uwidim.

Na  razie  nie  widzę  powodu  do  niepokoju.  Z  tego  można  wysnuć  taki  wniosek,  że  nasza  „Babcia”
posiada rozległe koneksje na terenie Italii. Jestem przekonany, że i tym razem się znajdzie. Niech się
pan  tak  nie  martwi,  panie  kierowniku.  Szkoda  zdrowia.  Ręczę,  że  „Babcia”  się  pojawi  w
szampańskim humorze iże będzie zdziwiona, żeśmy się o nią niepokoili.

- Co za cholerna baba - westchnął Kozłowski.

background image

- To prawda, że pani Celińska trochę dziwnie się zachowuje - przytaknęła w nieco łagodniejszej

formie Anna. - Ciągle są z nią jakieś kłopoty.

- Najważniejsze, że w danym wypadku nie mamy do czynienia z raptus puellae - uśmiechnął się

Downar.

Na  tym  zakończyli  rozmowę  na  temat  niesfornej  „Babci”.  Kozłowski  przypomniał  sobie,  że  z

kimś się umówił w snack-barze „La Capannuccia”. Pożegnał się i poszedł. Zostali sami, we dwoje.

Przez dłuższą chwilę milczeli. Nie wiadomo dlaczego, wkradło się między nich jakieś niczym

nie uzasadnione skrępowanie. Swobodny poranny nastrój znad basenu zniknął.

Downar intensywnie pracował swym intelektem, żeby powiedzieć coś dowcipnego, ale, jak na

złość, nic odpowiedniego nie przychodziło mu do głowy. Wobec tego zaproponował, żeby się czegoś
napili. Stary wypróbowany sposób nawiązania konwersacji. Wstał i niebawem wrócił, niosąc dwie
szklanki z owym ciemnobrązowym płynem, który tak zachwalał Kozłowski.

- Amaro. Podobno znakomicie pomaga w trawieniu. Skinęła głową.

- To dobry aperitif. Można go pić i przed jedzeniem, i po jedzeniu.

- Jak się pani tutaj czuje?

-  Znakomicie.  Ale  przyznaję,  że  trochę  mi  działa  na  nerwy  pani  Celińska.  Te  jej

ekstrawagancje...

- Będzie pani miała teraz dwa dni wytchnienia.

- To prawda. Jednak jestem o nią trochę niespokojna. Właściwie to bez sensu, ale czuję się w

jakiś sposób za nią odpowiedzialna.

-  Sądzę,  że  to  przesadna  wrażliwość  -  powiedział  Downar,  mieszając  lód  w  szklance.  -  W

stosunku do pani Celińskiej nie ma pani absolutnie żadnych obowiązków. A  propos. Czy w dalszym
ciągu wysyła te tajemnicze listy?

- Tutaj nie zauważyłam. Zresztą nie miała na to czasu. Czy pan przywiązuje jakąś wagę do tych

szyfrowanych listów? Uśmiechnął się.

-  Ja  do  niczego  nie  przywiązuję  wagi.  Proszę  mi  wierzyć,  że  taka  postawa  ogromnie  ułatwia

życie.

Skończyli pić amaro i Downar zaproponował spacer. Zgodziła się chętnie.

Wieczór  był  ciepły.  Łagodny  powiew  szedł  od  morza.  Szli  wolno  przez  ten  „zaczarowany

ogród”, oświetlony lampionami ukrytymi w zieleni.

- Czy pani także odczuwa nierealność wszystkiego, co nas otacza?

background image

Skinęła głową.

-  Tak.  W  pierwszym  momencie  to  miejsce  wydaje  się  jakąś  baśniową  krainą,  nie  mającą  nic

wspólnego z resztą świata. Potem to wrażenie oczywiście minie. Wszystko, niestety, powszednieje.
Baśnie  z  tysiąca  i  jednej  nocy  także.  Ale  trzeba  przyznać,  że  ta  wycieczka  została  bardzo  dobrze
pomyślana.  Należał  nam  się  całkowity  odpoczynek  po  tym  intensywnym  zwiedzaniu  Wenecji,
Florencji,  Rzymu.  Chociaż  i  tutaj  nie  obejdzie  się  bez  zwiedzania.  W  programie  mamy  wypad  do
Palermo i Monreale, ale to już nie będzie takie męczące.

- Tylko, że wyrwie nas z tej nierealnej egzystencji.

- Boję się - powiedziała cicho. Spojrzał zdziwiony.

- Czego się pani boi?

- Boję się powrotu do realnego świata, do codziennego życia. Boję się powrotu do Warszawy.

- Czy mógłbym w czymś pani pomóc? Energicznie potrząsnęła głową.

- Nie. Ani pan, ani nikt inny nie może mi pomóc. Nie mówmy o tym.

-  Jak  pani  sobie  życzy.  W  każdym  razie  proszę  pamiętać,  że  ma  pani  we  mnie  serdecznego

przyjaciela i że może pani w każdej chwili liczyć na moją pomoc.

- Dziękuję. Ale czy nie uważa pan, że może trochę za wcześnie mówić o przyjaźni? Znamy się

przecież tak krótko. Rozmawialiśmy ze sobą zaledwie parę razy.

-  To  prawda  -  przyznał  Downar.  -  Nasza  znajomość  rzeczywiście  datuje  się  od  niedawna.

Jednakże  zdarza  się  czasem,  że  ludzie  od  razu  czują  do  siebie  sympatię,  szybko  znajdują  wspólny
język, choć bywa i tak, zenie wystarcza przysłowiowa beczka soli, żeby się dobrze poznać i nabrać
do siebie zaufania.

-  Różnie  to  bywa  -  powiedziała  cicho.  -  Nie  zawsze  jest  bezpiecznie  dowierzać  pierwszemu

wrażeniu. Można się fatalnie pomylić.

- Widzę, że pani ma jakieś bardzo przykre doświadczenia.

Uśmiechnęła się smutnie.

- Proponuję, żebyśmy porozmawiali o weselszych rzeczach.

- Może więc o pogodzie? - roześmiał się Downar.

- Jeżeli nie znajdzie pan bardziej atrakcyjnego tematu...

- Inicjatywę oddaję w pani ręce. O czym chciałaby pani ze mną rozmawiać?

background image

- O panu.

- O! - zdziwił się. - O mnie? Nie sądzę, żeby to był interesujący temat.

- A ja jestem pewna, że to byłby niezwykle interesujący temat do rozmowy.

- Skąd to przypuszczenie?

Przystanęła na jaskrawo oświetlonej alejce i spojrzała mu prosto w oczy.

-  Przed  chwilą  zaofiarował  mi  pan  swą  przyjaźń  i  pomoc.  Wobec  tego  mam  chyba  prawo

wymagać, żeby pan był wobec mnie szczery.

- Ależ ja jestem z panią szczery, zupełnie szczery.

- Powiedzmy, że niezupełnie. Przez cały czas naszej znajomości usiłuje pan ukryć to, że jest pan

oficerem milicji.Wzruszył ramionami.

- Czy panią to dziwi? Czy nie pomyślała pani o tym, że oficer milicji to także człowiek, który od

czasu  do  czasu  pragnie  oderwać  się  od  swych  zajęć,  od  swego  środowiska,  od  problemów
kryminalnych?  Chciałem  podczas  tej  wycieczki  zachować  incognito.  Nie  udało  mi  się.  Trudno.
Widocznie nawet i na Sycylii muszę występować w roli funkcjonariusza milicji obywatelskiej. Ale,
dla  ścisłości,  muszę  powiedzieć,  że  może  pani  myśleć  o  mnie  w  czasie  przeszłym  jako  o  oficerze
MO. Przeszedłem na emeryturę.

Zdziwiła się.

- Na emeryturę? Przecież pan jest jeszcze zupełnie młodym mężczyzną, to znaczy, w sile wieku.

-  Dziękuję  za  dobre  słowo  -  uśmiechnął  się.  -  Ale  my  trochę  wcześniej  przechodzimy  na

emeryturę.  Widzi  pani...  kiedy  człowiek  na  co  dzień  obcuje  ze  zbrodnią,  z  przestępstwem,  jego
system  nerwowy  wyczerpuje  się  o  wiele  szybciej  aniżeli,  na  przykład,  system  nerwowy  urzędnika
pocztowego.

Pokiwała głową.

-  To  prawda.  Jakoś  o  tym  nie  pomyślałam.  Przeciętny  śmiertelnik  zupełnie  nie  zdaje  sobie

sprawy  z  istoty  waszej  pracy,  która  się  najczęściej  kojarzy  z  romantycznymi,  niezwykłymi
przygodami Sherlocka Holmesa.

- Mogę panią zapewnić, że praca oficera śledczego nie ma nic wspólnego ani z romantyzmem,

ani  z  niezwykłymi,  powieściowymi  czy  filmowymi  przygodami.  Jest  to  ciężka,  codzienna,
niewdzięczna  harówka.  Czy  pani  uwierzy,  że  w  pewnych  przypadkach  musimy  przesłuchać  kilkaset
osób albo nawet kilka tysięcy?

-  Niesłychane.  Musi  się  pan  czuć  chyba  bardzo  szczęśliwy,  że  się  pan  uwolnił  od  tego

wszystkiego.

background image

- Przyznaję, że byłem już wyczerpany nerwowo. Nie sypiałem po nocach.

- A jakie ma pan plany na najbliższą przyszłość?

- Na razie mam zamiar odpoczywać, korzystać z życia.

- A potem? Jest pan człowiekiem w pełni sił. Musi się pan przecież czymś zająć.

Downar uśmiechnął się.

- Bo ja wiem. Nie myślałem jeszcze o tym. Może będę hodował gołębie, a może założę pasiekę.

- Pan żartuje.

-  Wcale  nie.  Podobno  żadna  praca  nie  hańbi.  Właściwie  wszystko  jedno,  co  człowiek  robi.

Grunt, żeby to robił dobrze, solidnie.

- Czy U doszliśmy do Traktatu o dobrej robocie - powiedziała wesoło Anna.

Downar skinął głową.

- Otóż to. Moim zdaniem ta książka, powinna być lekturą obowiązkową we wszystkich szkołach.

-  Już  widzę,  jak  nasi  chłopcy  i  dziewczęta  zgłębiają  mądrości  filozoficzne  profesora

Kotarbińskiego - roześmiała się Anna.

- Jest pani pesymistką.

- Nie. Lubię tylko realnie spojrzeć na każde zagadnienie.

- A ja natomiast lubię spoglądać na panią. Sprawia mi to prawdziwą przyjemność.

Tak była zaskoczona, że przystanęła.

- O! Co się z panem dzieje? Czyżby próbował pan mnie podrywać?

-  Przepraszam.  Tak  jakoś  mi  się  powiedziało.  Może  to  nastrój  sycylijskiej  nocy,  a  może  urok

tego „zaczarowanego ogrodu”... Proszę się nie gniewać.

-  Nie  gniewam  się,  ale  wolałabym,  żeby  nasza  znajomość  nie  przekraczała  przyjacielskich

uczuć.

*

Anna  miała  rację.  W  miarę  upływających  dni  urok  Citta  del  Mare  tracił  swoje  początkowe,

intensywne barwy. Z wolna zaczęła się pojawiać monotonność codzienności. Rano śniadanie, potem
pływanie w basenie i opalanie się na leżaku, następnie obiad, poobiednia drzemka, spacer, kolacja,
amaro  na  tarasie  kawiarni,  wieczorowy  spacer  i  spać.  Każda  rytmika  staje  się  z  czasem  nudna.

background image

Nawet  ów  imponujący  „szwedzki  stół”  spowszedniał,  przestał  być  tak  bardzo  atrakcyjny.  Potrawy
powtarzały  się  nieuchronnie,  bo  przecież  nie  mogło  być  inaczej.  Pierwsze  oszołomienie  minęło
bezpowrotnie.  No,  cóż...  rozbef  jak  rozbef,  cielęcina  jak  cielęcina.  Sałatka  z  ananasów,  owszem,
smaczna, ale...

W pewnej chwili Downar złapał się na tym, że wyjazd z Cittŕ del Mare nie napełni go smutkiem.

Zaczynał  mieć  dosyć.  Z  przyjemnością  myślał  o  powrocie  do  Warszawy,  do  swego  mieszkania  na
Koszykowej. Właściwie największą obecnie atrakcją była dla niego Anna. Coraz bardziej podobała
mu się i nie miałby nic przeciwko temu, żeby przeżyć choćby tylko przelotny, sycylijski romans. Bał
się ją jednak spłoszyć. Zresztą zupełnie wyraźnie dała mu do zrozumienia, że nie chce się angażować
w żadne flirty.

Któregoś wieczora, wracając po spacerze do swego pawilonu, posłyszał za sobą przyspieszone

kobiece kroki. Mimo woli odwrócił się. Dogoniła go pani Gródecka.

- Dobry wieczór, panie majorze. Zmarszczył brwi.

- Dlaczego pani mnie tak tytułuje?

- Pan sobie mnie nie przypomina?

- Ależ oczywiście. Przecież razem podróżujemy po Italii.

Potrząsnęła głową.

- Nie chodzi o tę wycieczkę. Poznaliśmy się dużo, dużo wcześniej. Jakieś pięć, sześć lat temu

przesłuchiwał pan mnie i mojego męża w charakterze świadków w sprawie Edmunda Wolnerta.

Downar przesunął dłonią po czole.

-  Zaraz...  zaraz...  chwileczkę...  Wolnert...  Edmund  Wolnert...  Narkotyki...  Tak.  Teraz  sobie

przypominam. Narkotyki... Przemyt złota...

-  O,  właśnie  -  ucieszyła  się  Gródecka.  -  Narkotyki,  przemyt  złota.  O  ile  dobrze  pamiętam,

Wolnert został wtedy skazany na pięć lat. Chyba już wyszedł.

Downar badawczym spojrzeniem obrzucił wysoką, dorodną postać młodej kobiety. No, nie jest

już taka bardzo młoda - pomyślał. - Pewnie ma około czterdziestki, ale wygląda pierwszorzędnie.

- Dlaczego pani przypomina mi tamte, dawne czasy? - spytał.

- Może pójdziemy trochę dalej? - zaproponowała. - Nie chcę, żeby nas razem widziano.

Znaleźli ciche, ustronne miejsce i usiedli na ocienionej liśćmi ławeczce.

- Domyślam się, że ma pani jakieś kłopoty - powiedział Downar. - Czyżby mąż pani poczuł się

gorzej?

background image

- Nie, nie, mój mąż czuje się znakomicie. Ta rana już prawie zupełnie się zagoiła, ale...

- Ale co?

- Boję się, bardzo się boję - szepnęła i mocno ścisnęła go za rękę.

- Czego się pani boi?

- Boję się o mojego męża.

- Nie rozumiem. Dlaczego?

- Niech pan zobaczy - sięgnęła do torebki i wyjęła z niej kawałek brązowego papieru złożonego

we czworo. - Proszę.

Downar  rozłożył  kartkę.  Czerwonym  mazakiem  ktoś  napisał  drukowanymi  literami:  MAFIA

NON PERDONA MAI.

- Wprawdzie nie znam włoskiego, ale nie trudno się domyślić.

- To znaczy: „Mafia nigdy nie przebacza” - przetłumaczyła Gródecka. - I co pan o tym sądzi?

- Gdzie pani to znalazła?

- W kieszeni marynarki mojego męża. Czyściłam plamę. Powalał się sosem pomidorowym.

- I odruchowo sięgnęła pani do kieszeni.

- Właśnie.

- Mąż nie pokazał pani tego?

-  Nie.  Zapewne  nie  chciał  mnie  denerwować.  Nie  wiem,  co  mam  robić.  Boję  się.  Dlatego

zdecydowałam się zasięgnąć pańskiej rady, panie majorze.

Downar wzruszył ramionami.

- No, cóż... Przyznaję, że nie bardzo wiem, co pani doradzić. Wygląda to na głupi żart.

- Ale strzelanina w okolicach Frascati to nie były żarty.

- Czy pani jest skłonna łączyć ze sobą te dwa fakty?

-  Nie  wiem...  Może.  Nie  wierzę,  że  ów  napad  koło  willi  Cycerona  był  zwykłym  napadem

rabunkowym.

- A co pani podejrzewa?

background image

- Widzi pan... - zawahała się. - No więc... Jeżeli już zaczęłam z panem o tym mówić, muszę być

zupełnie szczera.

- Sądzę, że to słuszna decyzja. Ale możemy przerwać naszą rozmowę, jeżeli teraz zmieniła pani

zdanie.

- Nie, nie... Muszę... Chcę panu wszystko powiedzieć.

- Więc słucham.

Gródecka z pewnym wysiłkiem przełknęła ślinę.

-  Otóż...  No,  po  prostu...  Wydaje  mi  się,  że  mój  mąż  nie  jest  ze  mną  szczery,  że  nie  mówi  mi

wszystkiego.

- Na czym pani opiera swoje przypuszczenie?

- Właściwie na niczym konkretnym. Takie odnoszę wrażenie. Można to nazwać intuicją.

- Czy mąż pani był już kiedyś we Włoszech?

- Tak. Dwa lata temu wyjechał służbowo. Siedział tu rok. Ja wtedy nie mogłam z nim pojechać,

ponieważ moja matka była ciężko chora na raka. Nie mogłam jej zostawić.

- Z tego wynika, że mąż pani mniej więcej przed rokiem wrócił z Włoch.

- Dokładnie dziesięć miesięcy temu.

- W jakim charakterze wyjeżdżał?

- W charakterze eksperta. Mój mąż jest chemikiem, pracuje w handlu zagranicznym.

- Rozumiem. I pani sądzi, że wtedy mógł się komuś narazić.

- Biorę pod uwagę taką możliwość. To są oczywiście tylko domysły.

- Hm. - Downar zamyślił się. - Byłoby rzeczą niezwykle pożądaną, gdyby mąż zdecydował się

na szczerą rozmowę.

Potrząsnęła głową.

- Obawiam się, że to nie takie proste. Co mi pan radzi? Co mam robić? Bardzo się boję.

- Sądzę, że powinna pani porozmawiać z mężem. Niech powie, o co chodzi. Można, oczywiście,

zawiadomić tutejszą policję, ale nie sądzę, żeby to coś dało. Zapewne potraktują tę kartkę jako żart i
uśmieją się. Zresztą, tutejsza policja nie bardzo się chyba kwapi do walki z mafią. Jak dotychczas to
jest problem nie do rozwiązania.

background image

- Czy pan uważa, że powinnam o tej sprawie powiedzieć panu Kozłowskiemu?

- Jest kierownikiem naszej grupy. Właściwie może należałoby go zawiadomić. Nie wydaje mi

się jednak, żeby on coś mądrego wymyślił. Pozostawiam to do pani uznania. Ale przede wszystkim
niech  pani  wpłynie  na  swojego  męża,  żeby  powiedział,  o  co  tu  właściwie  chodzi.  To  w  tej  chwili
najistotniejsze.

Wyciągnęła rękę.

- Dziękuję panu, że poświęcił mi pan tyle czasu.

- Byłbym niesłychanie wdzięczny, gdyby pani nie tytułowała mnie „panem majorem”.

-  Dobrze.  Oczywiście.  Przepraszam.  Więckowskiego  jeszcze  nie  było  w  pokoju.  Ostatnio

wracał późno i zawsze trochę pod gazem. Nie krył się z tym zresztą, twierdząc, że bardzo mu smakuje
sycylijskie wino.

Downar wziął prysznic, włożył pidżamę i wyciągnął się na tapczanie. Nie wiedział, czy śmiać

się, czy kląć. Incognito, cholera jasna - myślał ze złością. - Wszyscy, absolutnie wszyscy wiedzą, że
jestem  oficerem  milicji.  Psiakrew!  -  Ta  świadomość  zdecydowanie  psuła  mu  humor.  Tak  przecież
pragnął oderwać się od swojej pracy, od kryminalnych spraw, od komendy, od kolegów, od całej tej
olbrzymiej  machiny  śledczej.  A  tymczasem...  Wiedział,  że  jego  beztroska  już  się  skończyła.  Raz
uruchomiony w mózgu mechanizm zaczynał działać z precyzją chronometru. Dziwne zachowanie się
Więckowskiego,  tajemnicze  zniknięcie  pani  Celińskiej,  konflikt  małżeński  Dobrzyńskich,  rozmowa
„Babci”  z  Gałeckim  na  temat:  trucizna  czy  sztylet,  postrzelenie  Gródeckiego,  a  teraz  to  ostrzeżenie
„mafia  nigdy  nie  przebacza”  -  wszystko  to  nie  nastrajało  do  beztroskiego  cieszenia  się
„zaczarowanym ogrodem”.

Więckowski  wrócił  dopiero  około  północy.  Był  pod  dobrą  datą.  Posuwał  się  tanecznym

krokiem, podśpiewywał, uśmiechał się pogodnie.

- Dobry wieczór. Dobry wieczór. Mam nadzieję, że pana nie obudziłem.

- Jeszcze nie spałem - mruknął Downar.

- To dobrze, to nawet bardzo dobrze. Cudna noc, czarowna noc. Szkoda takiej nocy na sen.

Downar pomyślał, że w takim nastroju fotograf może będzie skłonny do zwierzeń.

-  Panie  Teodorze  -  powiedział  łagodnym,  serdecznym  głosem.  -  Czy  chciałby  pan  ze  mną

szczerze porozmawiać?

- Szczerze? Z panem? Ależ oczywiście. Między nami dwoma tylko szczerość, sama szczerość,

najszczersza szczerość.

- Chodzi mi o to postrzelenie Gródeckiego.

background image

Więckowski spojrzał zaskoczony.

-  O  postrzelenie  Gródeckiego?  Przecież  wszystko  zostało  wyjaśnione.  Opowiedzieliśmy

dokładnie całe zdarzenie.

- To prawda - przytaknął Downar. - Tylko, że ja nie uwierzyłem w ani jedno słowo.

- Widzę, że pannie ma do mnie zaufania. Doprawdy, bardzo mi przykro...

Downar uśmiechnął się.

-  Mnie  również  jest  bardzo  przykro.  A  co  się  tyczy  zaufania,  to  ja  niezmiernie  rzadko  darzę

kogoś zaufaniem. Ludzie, niestety, zbyt często mijają się z prawdą. A w danym wypadku kłamstwa,
które  opowiedzieliście  w  związku  z  tym  zdarzeniem  w  okolicach  Frascati,  zostały  uszyte  zbyt
grubymi  nićmi.  Nawet  mnie  to  zdziwiło.  Przecież  pan  szybko  zorientował  się  w  mojej  pracy
zawodowej, więc...

- O co panu chodzi, panie majorze?

-  Chciałbym  znać  prawdę.  A  dopytuję  się  o  te  sprawy  dlatego,  że  Gródecki  otrzymał

ostrzeżenie.

- Ostrzeżenie? Nie rozumiem.

-  Pani  Gródecka  znalazła  w  kieszeni  męża  kartkę,  na  której  ktoś  napisał  po  włosku:  „Mafia

nigdy nie przebacza”.

Więckowski  błyskawicznie  wytrzeźwiał.  Robił  wrażenie  człowieka,  który  przez  całe  swoje

życie pił wyłącznie kefir.

- Co takiego?

- „Mafia nigdy nie przebacza” - powtórzył Downar. - Czerwone litery na brązowym tle.

- I co?

- I nic. Pani Gródecka zwróciła się do mnie z prośbą o radę i pomoc.

- Wie, że pan jest, to znaczy, że pan był funkcjonariuszem milicji?

- Wie. Okazuje się, że ich oboje kiedyś przesłuchiwałem jako świadków.

Więckowski  stracił  cały  swój  szampański  humor.  Siedział  na  brzegu  tapczana  zgarbiony,

poszarzały na twarzy.

- Co pan poradził Gródeckiej? - spytał cicho.

background image

- Doradziłem jej, żeby postarała się wyciągnąć z męża prawdę.

- A ona?

- Powiedziała, że spróbuje. Ja natomiast sądziłem, że od pana dowiem się czegoś na ten temat.

Więckowski pochylił się i zaczął rozsznurowywać buty.

- Nie mam nic do powiedzenia, nic do dodania. Downar wzruszył ramionami.

- Jak pan uważa. Nie nalegam. Wobec tego może pójdziemy spać. Zrobiło się późno.

*

Wycieczka  do  Palermo  niezbyt  się  udała.  Już  w  autokarze  Kozłowski  zakomunikował  swoim

podopiecznym, że wobec napiętej sytuacji, spowodowanej procesem terrorystów, zwiedzania miasta
nie będzie.

- Chcę was całych i żywych dowieźć do Warszawy - powiedział na zakończenie komunikatu.

Obejrzeli  wspaniałą,  ogromną  katedrę,  ale  tylko  z  zewnątrz.  Z  niewiadomych  przyczyn  była

zamknięta.  Wnętrze  Pałacu  Normanów  zrobiło  na  wszystkich  duże  wrażenie.  Bogato  ozdobiona
mozaikami  kaplica  nosiła  wyraźne  wpływy  sztuki  mauretańskiej.  Potem  podziemia  klasztorne  z
setkami  zmumifikowanych  zwłok  zakonników  i  osób  świeckich  w  starodawnych  ubiorach.  Punktem
kulminacyjnym tej makabrycznej ekspozycji była mumia małej, dwunastoletniej dziewczynki, zmarłej
pięćdziesiąt parę lat temu, a wyglądającej jak żywe, śpiące dziecko.

Wszyscy byli nieco przygnębieni.

- Memento mon. Memento morě - powtarzał Więckowski, trzymając za rękaw Downara. - Oto

co z nas pozostanie.

Kozłowski  skwapliwie  zapędzał  swoją  trzódkę  do  autokaru.  Pojechali  do  pobliskiego

Monreale. Kręta droga prowadziła pod górę.

Miasteczko tonęło w słońcu. Jarmarczny gwar unoszący się nad straganami, ustawionymi przed

kościołem, kontrastował z pełną skupienia ciszą, panującą na wewnętrznym dziedzińcu klasztornym.
Ażurowe krużganki, ozdobione smukłymi, inkrustowanymi kolumienkami, otaczały tonący w kwiatach
dziedziniec.

Po  wyjściu  z  klasztoru  panie  zaczęły  krążyć  między  straganami,  oglądając  naszyjniki  z  korali

oraz różne drobiazgi.

Downar  zauważył,  że  Kozłowski  uspokoił  się.  Widocznie  największe  niebezpieczeństwo

panowało w samym Palermo.

W pewnym momencie zbliżyła się do niego Anna. Miała w ręku mały sznurek korali.

background image

- Niech pan zobaczy, co kupiłam. Podobają się panu?

- Przepiękne. Będzie pani w nich wyglądała jak królowa mórz południowych.

- I może wreszcie zdołam pana oczarować.

- Mam wrażenie, że już dawno pani to zrobiła.

- Czyżby? Nie zauważyłam tego.

-  Albo  pani  jest  osobą  bardzo  mało  spostrzegawczą,  albo  też  usiłuje  pani  udawać  naiwną

pensjonarkę.

Rozmowę przerwał im Kozłowski.

- Prosimy państwa do autokaru, Prosimy do autokaru. Odjeżdżamy.

W drodze powrotnej Gródecka, niby przez roztargnienie, usiadła koło Downara.

- Rozmawiałam ze Stachem - powiedziała cicho. - Zbagatelizował sprawę. Powiedział, że to na

pewno jakiś głupi żart. Ale ja mu nie wierzę. Jestem bardzo niespokojna. Co mam robić?

Downar nieznacznie wzruszył ramionami.

-  Nie  potrafię  pani  nic  doradzić.  Niech  pani  porozmawia  z  naszym  kierownikiem.  Zresztą

niedługo  wyjeżdżamy.  Może  rzeczywiście  niepotrzebnie  się  pani  niepokoi.  Miejmy  nadzieję,  że
wszyscy w dobrej formie wylądujemy na Okęciu. Czy Dobrzyński w dalszym ciągu mieszka z mężem
pani?

- Tak. A Wanda ze mną. Ona chyba naprawdę boi się Edwarda.

-  To  przykre  -  stwierdził  obojętnie  Downar  i  zaczął  wyglądać  przez  okno.  Dosyć  miał  tej

„poufnej” rozmowy.

-  Przepraszam  pana  -  powiedziała  Gródecka  nieco  urażonym  tonem.  Wstała  i  poszła  na  swoje

miejsce. Po chwili Więckowski usiadł koło Downara. Był niespokojny i nie próbował nawet udawać
dobrego humoru.

Wieczorem  wrócili  do  Citta  del  Mare.  „Zaczarowany  ogród”  powitał  ich  kolorowymi

światłami.

Na  kolacji,  jakby  nigdy  nic,  pojawiła  się  „Babcia”.  Była  jak  zwykle  w  doskonałym  humorze,

dowcipkowała, opowiadała rozmaite włoskie anegdoty, każdemu starała się powiedzieć coś miłego.

*

Pożegnalna  kolacja  została  zorganizowana  w  restauracji  grill,  pod  gołym  niebem.  Cała  grupa

background image

siedziała  przy  długim  stole,  ustawionym  pod  drzewami.  Kolorowe  lampiony  stwarzały  tak  zwany
„nastrój”.  Nie  żałowano  sobie  jadła  i  wina.  Przybysze  z  północnej  krainy  zdawali  sobie  sprawę  z
tego,  że  nieprędko  będą  mieli  okazję  zasiąść  do  takich  smakołyków.  A  kiedy  już  zapał
gastronomiczny  zaczął  przygasać,  nastąpiły  przemówienia,  toasty,  a  ktoś  nawet  próbował
zaintonować „Góralu, czy ci nie żal...”

Podochoceni winem biesiadnicy wspominali przeżyte wspólnie chwile w Wenecji, w Weronie,

we  Florencji,  w  Sienie  i  Rzymie.  Dziękowano  kierownikowi  za  jego  trud  i  troskę.  Przy  okazji
wręczono  mu  „na  pamiątkę”  butelkę  koniaku.  Nastrój  stawał  się  coraz  bardziej  serdeczny  i
familiarny.

Downar  siedział,  jak  zwykle,  koło  Więckowskiego  i  z  dużą  powściągliwością  brał  udział  w

pożegnalnej uczcie. Zachowywał się tak, żeby nie zwracać na siebie uwagi, ale całkowicie stracił ten
wspaniały nastrój, który mu towarzyszył na początku wycieczki. Zamyślonym spojrzeniem wodził po
rozgrzanych  winem  twarzach  swych  towarzyszy  podróży.  Skłóceni  Dobrzyńscy,  przerażona
Gródecka,  ranny  Gródecki,  posępny  Gałecki,  który  ma  zamiar  kogoś  zlikwidować,  dziwnie
zachowujący  się  Więckowski,  trochę  niesamowite  siostry  Baczanowskie,  nieznośna  „Babcia”
Celińska i nadskakujący jej młodzieniec Robert Werbach, robiący wrażenie cwaniaka i kombinatora,
wreszcie Anna, pełna uroku, kobiecego wdzięku, ale smutna, pozbawiona radości życia. I nagle zdał
sobie sprawę, że ma już dosyć tych wszystkich ludzi i ich problemów. Z prawdziwą radością myślał
o powrocie do Warszawy. Inaczej wyobrażał sobie tę wycieczkę. Znowu został Wciągnięty w cudze
sprawy, w cudze konflikty.

Część druga

Rozdział VI Grzyby w śmietanie

W  białym  świetle  jarzeniówek  nieruchoma  twarz  wydawała  się  jeszcze  bledsza,  jakby

przysypana  grubą  warstwą  pudru.  Głębokie  bruzdy,  biegnące  ukośnie;  w  dół  nad  górną  wargą,
czyniły ją podobną do karnawałowej maski. Śpiący arlekin.

- Tak. To on. Nie ma żadnej wątpliwości. Chyba zidentyfikowała go żona.

- Oczywiście… Wybacz, że cię fatygowałem w tak niemiłej sprawie.

- Drobiazg. Wiesz, że jestem przyzwyczajony.

Odwrócili się i zaczęli iść szerokim, długim korytarzem, przypominającym szpital, tylko że tutaj

nikomu już nie była potrzebna pomoc lekarska.

Kiedy znaleźli się na ulicy, Walczak spytał:

- Czy lubisz placki kartoflane? Downar spojrzał zdziwiony.

- O czym ty mówisz?

-  Helenka  twierdzi,  że  to  twoja  ulubiona  potrawa.  Kazała  mi  zaprosić  cię  dzisiaj  na  placki

background image

kartoflane. Pojedziesz do nas?

- Bo ja wiem...

-  Chodź,  chodź  -  namawiał  przyjaciela  Walczak,  biorąc  go  pod  rękę.  -  Helenka  bardzo  się

ucieszy. Chyba że masz spotkanie z jakąś dziewuszką. W takim razie...

Downar uśmiechnął się.

Nie mam spotkania z żadną dziewuszką.

- No, to fajnie. Jedziemy.

Z trudem wcisnęli się do Walczakowego fiata 126 p.

- Posuń się trochę, Stefuś, i zabierz ten cholerny płaszcz. Nie mogę wrzucić biegu. Utyłeś na tym

makaronie, czy co?

- Mnie się zdaje, że to tobie przybyło na wadze - powiedział Downar, podwijając połę płaszcza

i opierając się mocniej o drzwiczki. - A swoją drogą mógłbyś sobie sprawić trochę większy wehikuł.
Nawet nie wypada, żeby taki poważny człowiek wciskał się do puszki na konserwy.

Walczak pokręcił głową.

- To nie takie proste. Po pierwsze, trzeba mieć kupę forsy, po drugie, benzyny darmo nie dają, a

po  trzecie,  to  jest  bardzo  praktyczny  wózek.  Mało  pali,  łatwo  znaleźć  miejsce  na  parkowanie  i
wreszcie, w razie jakiejś awarii, można przyczepić do automobilu sznurek i bez większego wysiłku
dociągnąć do domu albo do warsztatu. Ludzie przezorni tresują psy. Trzyma facet na tylnym siedzeniu
doga  albo  krzepkiego  owczarka  w  gustownej  uprzęży  i,  jak  motor  nie  daj  Boże  zgaśnie,  zaprzęga
zwierzę do „malucha” i jazda.

- Przekonałeś mnie - roześmiał się Downar.

- Dla mnie samego wystarczy - mówił dalej Walczak. - Gorsza sprawa, jak Helenka chce ze mną

jechać.  Ona  także  ciut  przytyła  w  ostatnich  czasach.  Ale  ja  jej  tłumaczę,  że  dla  zdrowia  powinna
chodzić na piechotę i przeważnie chodzi. Rozsądna kobieta.

Gawędząc  na  tematy  motoryzacyjne,  zajechali  szczęśliwie  na  Muranów.  Walczak  zakręcił

efektownie i zaparkował z dumną miną pojazd w pobliżu swej klatki schodowej.

Pani Helena szczerze się ucieszyła.

- Stefan! Kopę lat. Strasznie dawno cię nie widziałam. Pokaż się, jak wyglądasz. Wydaje mi się,

że zeszczuplałeś.

- Ale gdzie tam - zaoponował energicznie Walczak. - Ledwie się zmieścił w wozie.

background image

- E tam... ten twój wóz. Ale chodźcie, chodźcie, siadajcie. Wszystko przygotowane. Zaraz smażę

placki. Idę do kuchni. Tylko przez ten czas nic, Stefanku, nie opowiadaj. Bardzo jestem ciekawa, coś
tam widział w dalekich krajach.

Downar przyrzekł zaczekać ze swoją opowieścią i obaj z Walczakiem rozsiedli się w fotelach.

- Te foteliki Helenka niedawno zdobyła.

- Bardzo wygodne - pochwalił Downar. - Pewnie odrzut z eksportu.

-  Nie  zgadłeś.  To  import  od  naszych  przyjaciół  Jugosłowian. Ale  mniejsza  o  meble.  Powiedz

mi, co masz zamiar robić. Musisz się przecież czymś zająć.

- Mam wrażenie, że już się postarałeś dla mnie o zajęcie - uśmiechnął się Downar.

Walczak pokiwał głową.

-  Chyba  będę  musiał  skorzystać  z  twojej  pomocy.  Bądź  co  bądź  spędziłeś  z  tym  człowiekiem

dwa tygodnie.

- Tak. Dwa tygodnie. Wspomniałeś, że to grzyby... Weszła pani Helena.

- No, czego tak siedzisz? - zwróciła się energicznie do męża. - Nakryj do stołu.

Walczak poderwał się posłusznie. Downar zaczął mu pomagać.

Po  chwili  pani  Helena  wniosła  triumfalnie  ogromny  półmisek  z  misternie  ułożoną  piramidą

placków kartoflanych.

- Jak będzie mało, to jeszcze dosmażę.

-  Bój  się  Boga,  Helenko  -  roześmiał  się  Downar.  -  Przecież  tego  wystarczy  dla  kompanii

wygłodniałych żołnierzy.

-  Opowiadasz.  Cóż  to  znaczy  dla  takich  dwóch  mężczyzn  jak  wy.  Do  tego  jeszcze  śmietana,

konfitury... Z czym kto lubi.

Zasiedli  do  stołu.  Placki  rzeczywiście  były  znakomite  i  znikały  w  zadziwiającym  tempie.

Następnej partii już jednak nie trzeba było smażyć.

Przy herbacie pani Helena powiedziała:

- No, a teraz słuchamy o włoskich przygodach naszego kochanego emeryta.

-  Za  te  wspaniałe  placki  coś  się  należy  -  uśmiechnął  się  Downar.  Zaczął  mówić,  a  że  miał

wrodzony dar krasomówczy, jego opowieść rozwijała się żywo i barwnie. Kompozycja całości była
zwarta,  dobrze  zbudowana,  pozbawiona  niepotrzebnych  dłużyzn  czy  powtórzeń.  Akcja  toczyła  się

background image

wartko i bardzo interesująco. Słuchali z ogromnym zainteresowaniem. A kiedy samolot z wycieczką
orbisowską wylądował wreszcie na Okęciu, Walczak powiedział z uznaniem:

- Wiesz co, Stefan? Ty masz talent literacki. Jak Boga kocham. Powinieneś się zabrać do pisania

powieści.  Tyle  masz  przecież  wspaniałych  materiałów.  Dlaczego  właściwie  kto  inny  ma  na  tym
zarabiać?

Downar uśmiechnął się.

- Widzisz, Karolu... Opowiadać to co innego, a pisać to co innego. Czasem ktoś dobrze pisze, a

fatalnie opowiada i odwrotnie. Ale pomyślę o tym. Zastanowię się. Kto wie?

- A ten biedny pan Dobrzyński nie żyje - wtrąciła się do rozmowy pani Helena.

Walczak skinął głową.

- Tak. Wszyscy go zidentyfikowali. Stefan także.

- Podejrzewasz, że go ktoś wykończył? - spytał Downar.

- Prawie jestem pewien. To mętna sprawa.

- Mówiłeś, że otruł się grzybami.

- Tak, otrucie grzybami. Bardzo duże stężenie jadu grzybowego.

- To znaczy, że nie pryskane tylko trujące.

- Oczywiście. Muchomory.

- I gdzież sobie podjadł tych grzybków?

- U siebie w domu.

- Kupił?

- Nie. Sam nazbierał.

- No, to jakiż problem? Nie rozumiem. Dlaczego doszukujesz się tu morderstwa? Po prostu facet

przez pomyłkę zerwał sobie jednego sromotnika i koniec.

Walczak pokręcił głową.

-  Widzisz,  Dobrzyński  był  fachowcem,  właśnie  fachowcem  od  grzybów.  Miał  piękne

pieczarkarnie,  hodował  także  inne  odmiany  grzybów.  Z  wykształcenia  przyrodnik.  A  poza  tym
poprzedniego  dnia  jadł  te:  grzyby  i  nic  mu  nie  było.  Resztę  włożył  do  lodówki  i  na  drugi  dzień
odgrzał.

background image

Downar spoważniał.

- Masz rację, to dosyć dziwne. Zdążył wezwać pogotowie?

- Tak. Zabrali go do szpitala, ale nic mu nie mogli pomóc. Stężenie trucizny było bardzo silne.

- Mieszkał sam?

- Nie, z żoną.

- Podejrzewasz ją?

- Nie było jej w tym czasie w Warszawie. Ale z tego, co mówiłeś, wynika, że między nimi nie

układało się najlepiej.

- Nawet bardzo kiepsko się układało - przytaknął Downar. - Tak jak powiedziałem, nie chciała

z nim mieszkać w jednym pokoju. Histeryzowała. Mówiła, że się go boi.

- Jaka jest twoja opinia w tej sprawie? - spytał Walczak.

Downar wzruszył ramionami.

- Bo ja wiem. Trudno mi coś powiedzieć autorytatywnego, ale tak między nami to ta historia nie

zrobiła na mnie zbyt przekonującego wrażenia.

- Podejrzewasz mistyfikację?

- Mam wrażenie, że taką ewentualność należałoby brać pod uwagę.

- Ale w jakim celu miałaby udawać, że boi się męża? Downar uśmiechnął się.

-  Nie  wymagaj  ode  mnie,  Karolku,  za  wiele.  Zresztą,  to  są  takie  zupełnie  luźne,  osobiste

odczucia. Być może, że odegrała tu rolę moja, że się tak wyrażę, zawodowa podejrzliwość.

-  Musisz  jednak  na  czymś  opierać  swoje  wątpliwości  -  powiedział  stanowczo  Walczak.  -

Znamy się nie od dziś i wiem, że nie jesteś skłonny do fantazjowania.

Downar rozłożył ręce.

-  No,  cóż...  W  pierwszym  momencie  to  wszystko  wydało  mi  się  zupełnie  szczere,  ale  po

przeanalizowaniu na zimno sprawy, doszedłem do wniosku, że owa histeryczna scena odegrana przez
panią Dobrzyńską miała w sobie coś sztucznego, coś nazbyt teatralnego.

- Ale właściwie w jakim celu miałaby coś takiego udawać? Co przez to osiągnęła?

- Osiągnęła tylko to, że już w Wenecji przestała mieszkać w jednym pokoju z mężem.

- I dzieliła pokój...

background image

- Z Gródecką.

- A Dobrzyński mieszkał z Gródeckim.

- Tak.

Walczak  parokrotnie  przeczesał  palcami  szpakowatą  czuprynę.  Gest  ten  oznaczał  u  niego

rosnące zainteresowanie.

-  Czekaj,  Stefanku,  czekaj.  Musimy  to  sobie  przeanalizować.  Jeżeli  założymy,  że  Dobrzyńska

symulowała  paniczny  strach  przed  mężem  i  na  skutek  tej  symulacji  zostało  dokonane
przekwaterowanie,  nasuwa  się  logiczny  wniosek,  że  istniał  w  tym  jakiś  konkretny  cel,  żeby
Dobrzyński mieszkał z Gródeckim, a Dobrzyńska z Gródecką.

-  Rozumowanie  najzupełniej  prawidłowe  -  przyznał  Downar.  -  Tylko  co  z  tego  wynika?

Dlaczego  Dobrzyńskiej  mogło  zależeć  na  stworzeniu  tego  rodzaju  sytuacji  lokalowej?  Czy  jesteś
zdania, że otrucie Dobrzyńskiego należy kojarzyć z tą sprawą?

- W każdym razie sądzę, że nie powinniśmy tego lekceważyć - odparł Walczak. - Nie wolno się

jednak sugerować. Możliwe, że w ogóle nikt z uczestników wycieczki nie otruł Dobrzyńskiego.

- O, właśnie - przytaknął Downar. - Z ust mi to wyjąłeś. Mordercą może być równie dobrze ktoś

spoza naszej grupy.

-  Trzeba  przyznać,  że  w  czasie  tej  waszej  wycieczki  działy  się  dosyć  niezwykłe  rzeczy  -

uśmiechnął  się  Walczak.  -  Jak  na  możliwości  „Orbisu”,  impreza  raczej  urozmaicona.  Strzelaniny,
trup w samochodzie, tajemniczy fotograf...

Downar pokiwał głową.

-  Tak.  Przyznam  ci  się,  że  nie  byłem  nastawiony  na  takie  sensacje.  Marzyłem  o  zwyczajnej,

spokojnej turystyce. A tymczasem... Wszystko na to wskazuje, że jeszcze nie koniec. Więc mówisz, że
Dobrzyński jadł grzyby i nic mu nie było, a na drugi dzień otruł się tymi grzybami. Sam jadł czy kogoś
zaprosił?

- Sam.

- I przez noc grzyby były w lodówce?

- Tak.

-  Z  tego  by  wynikało,  że  ktoś  się  dostał  do  mieszkania  i  odpowiednio  przyprawił  grzybki

wywarem z muchomorów. Dobrzyński prawdopodobnie jeździł na grzyby w towarzystwie.

- Tak. Pojechali trzema samochodami. Razem osiem osób.

- Przesłuchałeś ich?

background image

- A  jak  ci  się  zdaje?  Oczywiście,  że  ich  przesłuchałem.  Co  prawda  dosyć  pobieżnie,  bo  nie

miałem  zbyt  dużo  czasu,  ale  przesłuchanie  tych  ludzi  chyba  nic  nie  da.  Ot,  zwykli  znajomi,  bardzo
luźno związani z Dobrzyńskim. Zresztą, nikt przecież nie wrzucił mu do koszyka muchomorów.

-  Nie  o  to  mi  chodzi  -  powiedział  w  zamyśleniu  Downar.  -  Rzecz  w  tym,  że  ktoś  niechętnie

usposobiony  do  Dobrzyńskiego  wiedział  o  tym  grzybobraniu  i  orientował  się,  że  Dobrzyński  lubi
grzyby.

- Niewątpliwie - zgodził się Walczak. - Na pewno nie trzymali w sekrecie wyprawy do lasu.

- Czy te grzyby były duszone w śmietanie? - wtrąciła się do rozmowy pani Helena.

Walczak spojrzał na żonę zdziwiony.

- W śmietanie. To chyba nie ma znaczenia.

- A mnie się wydaje, że ma - mówiła dalej niezrażona pani Helena. - Bo widzisz, Karolku, nie

grzyby, ale śmietana mogła być zatruta.

- To chyba obojętne.

-  Wcale  nieobojętne.  Bo  mógł,  na  przykład,  ktoś  w  sklepie  podsunąć  Dobrzyńskiemu  zatrutą

śmietanę.  Po  prostu  zamienił  butelki  albo  te  plastikowe  pojemniki.  Przez  noc  w  lodówce  grzyby
zgęstniały.  Pan  Dobrzyński  doszedł  do  wniosku,  że  należy  rozrzedzić  je  nową  porcją  śmietany  i
poszedł do sklepu...

Walczak skrzywił się sceptycznie.

- To bardzo mało prawdopodobne. Truciciel musiałby przez cały czas śledzić Dobrzyńskiego.

- A dlaczegóż by nie? Łatwiej jest kogoś śledzić niż włamywać się do mieszkania.

- Były ślady włamania? - spytał Downar. Walczak pokręcił przecząco głową.

- Żadnych. Morderca musiał mieć klucze.

- Ustaliłeś, kto miał klucze?

- Mówię ci przecież, że to zupełnie nowa sprawa - zdenerwował się Walczak. - Dopiero się do

tego  zabrałem.  Klucze  miała  oczywiście  żona  denata,  a  poza  tym  ich  gosposia,  która  przychodziła
sprzątać  mieszkanie  dwa  razy  w  tygodniu.  Kto  jeszcze  mógł  mieć  klucze,  tego  na  razie  nie  wiem.
Dobrzyńska twierdzi, że były tylko trzy komplety.

- Dobrzyńska ma alibi?

- Tak. Była u matki w Krakowie. Ściągnąłem ją w celu zidentyfikowania zwłok.

background image

Downar pokręcił głową.

- Niezbyt mocne alibi.

- Tak sądzisz?

- A skąd masz pewność, że w tym czasie jej matka także była w Krakowie? Mogła akurat gdzieś

wyjechać na dzień lub dwa.

- Masz rację. Z Krakowa do Warszawy nie taka znowu wyprawa. Na upartego można obrócić

jednego dnia. Samolot, dobry wóz.

- O, właśnie. Trzeba sprawdzić mamusię.

- Koniecznie. Ale te grzyby... Dobrzyńska musiałaby być dokładnie poinformowana, że mąż ma

w lodówce grzyby i że go nie zastanie w domu. Taka wersja wymaga wspólnika.

- Słusznie. Warto by się zorientować, czy Dobrzyńska nie ma kochanka.

-  To  nie  takie  proste.  A  zresztą,  gdyby  we  dwoje  planowali  zlikwidowanie  Dobrzyńskiego,

Dobrzyńska  nie  musiałaby  przyjeżdżać  z  Krakowa.  Mogła  zostawić  klucze  od  mieszkania  swojemu
przyjacielowi. Najprzód jednak musimy stwierdzić, że taki przyjaciel w ogóle istnieje.

- Od kogo się dowiedziałeś, że Dobrzyńska pojechała do Krakowa? - spytał Downar.

- Od ich gosposi, a do gosposi dotarłem za pośrednictwem dozorczyni, która ma jej telefon.

- Gosposia z telefonem?

-  Cóż  chcesz  -  uśmiechnął  się  Walczak.  -  W  dzisiejszych  czasach  gosposie  mają  nie  tylko

telefony, ale i polonezy.

Downar w zamyśleniu przeciągnął dłonią po czole.

- Czekaj, czekaj... chwileczkę. Coś mi się w tej chwili przypomniało. Opowiadałem wam o tej

ekscentrycznej  staruszce,  którą  w  czasie  wycieczki  nazywaliśmy  „Babcią”.  Otóż  wyobraźcie  sobie,
że któregoś dnia w Citta del Marę zupełnie przypadkowo podsłuchałem jej rozmowę z Gałeckim. To
taki ponury typ, przypominający chorego na wątrobę kormorana.

- To nieładnie podsłuchiwać - zauważyła pani Helena.

- Masz rację - przyznał Downar. - Nawet bardzo nieładnie, ale czasami pożytecznie.

- Mówże wreszcie, o czym rozmawiali - zniecierpliwił się Walczak.

Downar odchrząknął.

background image

-  No,  więc  tak...  „Babcia”  proponowała  truciznę.  Ten  stary  malkontent  mówił  coś  o  sztylecie.

„Babcia” jednak upierała się przy truciźnie i powiedziała, że po powrocie do Warszawy porozumie
się  z  jakimś  Tadeuszem,  który  doradzi  coś  odpowiedniego.  Stary  Gałecki  prosił  ją,  żeby  działała
ostrożnie, nie zdradzając się z niczym przed owym Tadeuszem.

Walczak uśmiechnął się.

- To co mówisz, brzmi trochę humorystycznie. Nie uważasz?

-  To  prawda  -  przyznał  Downar.  -  Ale  ta  starsza  pani  przez  cały  czas  trwania  wycieczki

zachowywała się tak dziwacznie, że doprawdy sam nie wiem, co o tym sądzić. Chwilami odnosiłem
wrażenie, jakby jej działania były celowe, jakby chciała coś uzyskać przez swoją ekscentryczność.

-  A  może  ten  dialog  na  temat  trucizny  i  sztyletu  był  właśnie  przeznaczony  dla  ciebie?  Może

staruszka chciała, żebyś, ich podsłuchał?

Downar pokręcił głową.

-  Wątpię.  Nadszedłem  niespodziewanie.  Siedzieli  odwróceni  do  mnie  tyłem.  Zasłaniały  mnie

krzaki. Zresztą... nie wiem. Wtedy nie przywiązywałem do tego większej wagi.

Walczak zamyślił się.

- Tak czy inaczej - powiedział po chwili - warto by odszukać tego Tadeusza, który zna się na

truciznach. Niewiele sobie po tym obiecuję, ale nie mogę niczego zaniedbać. Czasami coś pozornie
głupiego  okazuje  się  w  rezultacie  nie  takie  głupie.  Z  tego,  co  mówisz,  wnoszę,  że  nie  można
całkowicie wykluczyć starszej pani ze sprawy Dobrzyńskiego. Downar wzruszył ramionami.

-  Wydaje  mi  się  to  mało  prawdopodobne,  ale...  Może  pośrednio.  W  każdym  razie  muszę

przyznać,  że  zachowanie  się  jej  było  co  najmniej  dziwaczne.  Czasami  robiła  wrażenie  zupełnie
zramolałej, sklerotycznej staruszki, kiedy indziej zaś była pełna wigoru, temperamentu i młodzieńczej
radości życia. Poza tym nosiła podobno w torebce pistolet oraz wysyłała jakieś listy pisane szyfrem.

- Skąd masz te informacje?

- Od dziewczyny, która z nią mieszkała.

- Normalna?

-  Chyba  tak.  Chociaż  tego  nigdy  nie  można  być  pewnym.  W  dzisiejszych  czasach  tak  często

spotyka się ludzi, którzy pozornie wydają się zupełnie normalni, a w gruncie rzeczy...

- Tak, tak - mruknął z roztargnieniem Walczak. - Co jeszcze mógłbyś mi powiedzieć na temat tej

staruszki?

Downar poruszył się niecierpliwie.

background image

- Słuchaj, Karolu, myślę, że stanowczo nie powinniśmy się sugerować, iż mordercą była osoba

wchodząca w skład tej wycieczki. Przecież Dobrzyński musiał mieć wiele najrozmaitszych powiązań
i mógł go wykończyć ktoś, kto nigdy w życiu nie wyjeżdżał poza granice Polski.

- Oczywiście - zgodził się Walczak. - Ale ponieważ podczas wycieczki działo się tyle różnych

rzeczy... No, cóż... Zobaczymy. Mam nadzieję, że nie odmówisz mi swojej pomocy.

Downar uśmiechnął się bez entuzjazmu.

- Czegóż się nie robi w imię starej przyjaźni. Jeżeli tylko będę mógł się na coś przydać... Chyba

nie wykorzystasz zbytnio steranego życiem emeryta?

-  Daj  spokój  z  tym  emerytem  -  żachnął  się  Walczak.  -  Po  tej  wycieczce  wyglądasz  jak

młodzieniec.  I  wcale  bym  się  nie  zdziwił,  gdybyś  sobie  przygruchał  jakąś  sympatyczną,  przyjemną
dziewczynkę.

- Nie bądź taki domyślny. Walczak aż klasnął w dłonie.

- A co? Nie mówiłem? Jeszcze mnie mój nos nie zawodzi. Na pierwszy rzut oka wyczułem, że

coś tam sobie w tej Italii pokombinowałeś.

- Nie męcz Stefanka - wtrąciła się pani Helana.

-  Ja  go  nie  męczę.  Ja  się  cieszę.  Lubię,  jak  moi  przyjaciele  mają  powodzenie  u  ładnych

dziewcząt. A poza tym już bardzo dawno nie byłem na żadnym weselu.

- Obawiam się, że na moim nie będziesz - uśmiechnął się Downar.

- Bardzo żałuję. Chyba warto by, żebyś się wreszcie ożenił.

- Emeryt?

- Mówiłem ci już, żebyś dał spokój z emerytem. Nie żaden emeryt, tylko wolny człowiek, który

nie  musi  codziennie  ganiać  do  komendy,  oglądać  trupów  i  rozwiązywać  kryminalnych  zagadek.
Przydałaby ci się żona.

- Ba, ale gdzie szukać takiej, która umiałaby robić takie placki kartoflane?

- Może zjadłbyś jeszcze? - zaproponowała pani Helena.

- Nie, nie. Dziękuję bardzo. W niczym nie trzeba przesadzać.

- A może masz ochotę na coś mocniejszego niż herbata? - spytał Walczak.

- Dziękuję ci. Na razie jestem całkowitym abstynentem. Tyle tego wina opiłem się w Citta del

Mare, że trzeba dać odpocząć wątrobie.

background image

- Wino co innego, a żytniówka co innego. Ale jeżeli ślubowałeś...

Downar wstał.

-  Nie  gniewajcie  się,  że  was  pożegnam.  Jestem  trochę  zmęczony.  Poza  tym  mam  takie  jakieś

dreszczyki. Wezmę calcipirynę i wcześnie się położę.

-  Zadzwonię  do  ciebie  jutro  -  powiedział  Walczak.  -  Chciałbym  jeszcze  z  tobą  to  i  owo

obgadać.

Po  wyjściu  od  Walczaków  Downar  poszedł  do  kina.  Chciał  się  trochę  rozerwać.  Film  jednak

tak  go  znudził,  że  w  połowie  wyszedł,  mrucząc  niezbyt  pochlebne  epitety  pod  adresem  zarówno
realizatorów, jak i Centrali Wynajmu Filmów. Potem trochę pospacerował w Alejach Ujazdowskich,
dotarł  do  Belwederu,  zawrócił  i  postanowił  pójść  do  siebie  na  Koszykową.  Czuł  się  rzeczywiście
nie  najlepiej.  Ogólne  zmęczenie,  dreszcze,  lekki  ból  głowy.  Czyżby  jesienna  grypka?  -  pomyślał
niespokojnie. Nie miał ochoty chorować.

Lubił  swoje  mieszkanko.  Tyle  lat  w  nim  spędził.  Przyzwyczaił  się.  To,  co  go  tutaj  otaczało,

różniło się nieco od Citta del Mare i od Pałacu Dożów, ale czuł się u siebie, a to było najważniejsze.

Nastawił wodę na herbatę, w barku znalazł resztkę  gruzińskiego  koniaku.  Mimo  abstynenckich

postanowień zdecydował się na gorącą herbatę z kropelką alkoholu. W szufladce z medykamentami
odszukał dwie pastylki polopiryny.

Mimo  zmęczenia  nie  mógł  zasnąć.  Ciągle  stawała  mu  przed  oczami  nieruchoma  twarz

Dobrzyńskiego.  Zamiast  wspominać  chwile  przeżyte  wśród  arcydzieł  dawnych  mistrzów,  myślał  o
zbrodni. Znowu znalazł się w kręgu tych problemów, z którymi chciał już skończyć, a przynajmniej
od których chciał się na jakiś czas oderwać. Nie mógł jednak odmówić swej pomocy Walczakowi. Z
Dobrzyńskim i jego żoną spędził przecież dwa tygodnie. Poznał ich, podczas gdy dla Walczaka byli
to zupełnie obcy ludzie.

Zaczął  sobie  przypominać  różne  szczegóły.  Kierownik  wycieczki,  Kozłowski,  znalazł  w

kieszeni marynarki kartkę, na której ktoś napisał: „Niech pan uważa na Edwarda Dobrzyńskiego. To
bandzior”.  „Babcia”  w  pewnym  momencie  powiedziała:  „Ja  się  gangsterów  nie  boję.  To  raczej
gangsterzy boją się mnie”. Zapewne był to żart, ale... I te listy pisane szyfrem, i pistolet w torebce... I
ta rozmowa dotycząca trucizny... Kim jest ów tajemniczy Tadeusz, który znał się na truciznach? A czy
Dobrzyńska  rzeczywiście  bała  się  męża,  czy  też  była  to  zręczna  mistyfikacja?  W  jakim  celu?
Dlaczego  Dobrzyńskiej  zależało  na  tym,  żeby  mieszkać  z  Gródecką,  a  swojego  męża  ulokować  w
pokoju  Gródeckiego?  Na  te  pytania  niełatwo  było  odpowiedzieć.  Należało  przeprowadzić
szczegółowe  dochodzenie,  aby  ustalić,  co  właściwie  łączyło  Dobrzyńskich  z  Gródeckimi.
Zastanawiając  się  nad  tą  sprawą,  Downar  przypomniał  sobie,  że  podczas  wieczornego  spaceru  po
Florencji, na skwerku w pobliżu kościoła Santa Maria Novella, spostrzegł Dobrzyńskiego. Siedział
na ławce i rozmawiał z jakąś kobietą. Odwrócona była plecami, ale kształt głowy, szyi, ramion... Był
prawie  pewien,  że  to  Dobrzyńska.  Nie  robili  wrażenia  skłóconej  pary  małżeńskiej.  Fakt  ten
przemawiałby za mistyfikacją, ale... Na skwerku panował półmrok. Mógł się pomylić. Mogła to być
jakaś  inna  kobieta.  A  ta  strzelanina  w  okolicach  Frascati,  w  pobliżu  willi  Cycerona?  Zranienie

background image

Gródeckiego...  Bardzo  podejrzana  historia.  Potem  rozmowa  z  Gródecką  w  Cittŕ  del  Mare.  Widać
było,  że  rzeczywiście  boi  się  o  męża.  Znalazła  w  jego  marynarce  kartkę:  „Mafia  nigdy  nie
przebacza”.  Właściwie  łatwiej  byłoby  to  wszystko  sobie  logicznie  powiązać,  gdyby  został
zamordowany  Gródecki,  a  nie  Dobrzyński.  Karol  musi  mocno  przycisnąć  Gródeckiego.  Koniecznie
trzeba się zorientować, co to za historia z tą mafią. O co tu chodzi? Jaką rolę w całej sprawie odegrał
Więckowski?  Oczywiście  kłamał,  że  znalazł  się  wtedy  zupełnie  przypadkowo  w  pobliżu  willi
Cycerona. Można mieć nieomal całkowitą pewność, że był w porozumieniu z Gródeckim, że się tam
po prostu umówili. A ów Włoch zastrzelony w wozie, o czym podawała włoska prasa? Czy miał coś
wspólnego  z  Więckowskim  i  Gródeckim?  Może  to  przypadek,  zwykły  zbieg  okoliczności.  Tak,
Gródecki  będzie  musiał  zrezygnować  z  tajemniczego  milczenia.  Będzie  musiał  zacząć  mówić,  i  to
mówić prawdę. Karol da sobie z nim radę. Już nie takich cwaniaków rozpracowywał. Gródecka? W
czasie rozmowy w Citta del Marę robiła wrażenie szczerej. Wygląda na to, że nie jest wtajemniczona
w bardzo niewyraźne interesy swojego męża. Ją jednak także trzeba będzie szczegółowo przesłuchać.
Kto  wie,  czy  ta  „szczera”  rozmowa  w  Citta  del  Marę  nie  była  częścią  jakiegoś  dokładnie
przemyślanego planu.

Przewracał się z boku na bok. Nie mógł zasnąć. Był wściekły na siebie, na Walczaka, na tę całą

idiotyczną  historię.  Znowu  stawał  się  w  stosunku  do  ludzi  podejrzliwy,  nieufny,  węszący  jakąś
podstępną  grę.  Jednym  słowem  znowu  oficer  śledczy.  Ze  też  akurat  musiałem  pojechać  na  tę
wycieczkę - myślał ze złością. - Przecież mogłem sobie wybrać inną trasę, inny termin. Co za pech.
Zamiast teraz przeglądać sobie spokojnie albumy z barwnymi fotografiami z Wenecji, z Florencji, z
Rzymu czy z Palermo, zamiast raz jeszcze przeżywać wszystkie miłe wrażenia, zastanawiam się, kto
otruł Dobrzyńskiego, analizuję zachowanie się „Babci”, Gródeckich, Dobrzyńskich, Więckowskiego.
Do diabła z nimi wszystkimi. Przeszedł na emeryturę i ma prawo nie zajmować się ani tą sprawą, ani
żadną inną. A Karol? Liczy przecież na pomoc przyjaciela. Nie można go tak zostawić. To byłoby nie
w  porządku  powiedzieć:  „Radź  sobie,  jak  umiesz.  Jestem  emerytem.  Nie  mam  już  nic  wspólnego  z
zabójstwami, z przestępstwami. Cześć”. Nie można, w żaden sposób nie można. Był przekonany, że
w podobnej sytuacji Karol na pewno by mu pomógł.

Wstał,  podgrzał  herbatę,  do  której  wcisnął  cytrynę  i  dolał  sporą  porcję  koniaku.  Wrócił  na

tapczan.  Sięgnął  po  albumy  przywiezione  z  wycieczki.  Chciał  przestać  myśleć  o  otruciu
Dobrzyńskiego.

Rozdział VII Major Downar znowu w akcji

Pułkownik  Leśniewski  nie  miał  oczywiście  nic  przeciwko  temu,  ażeby  Downar  wystąpił  w

charakterze  konsultanta  i  wspomógł  Walczaka,  łamiącego  sobie  głowę  nad  sprawą  trujących
grzybów.

-  Przykro  mi  -  powiedział  z  przepraszającym  uśmiechem  -  że  zaraz  na  początku  twojej

emerytalnej  kariery  zaprzęgamy  cię  z  powrotem  do  roboty,  ale  musisz  przyznać,  że  sytuacja  jest
wyjątkowa.

Downar westchnął.

- Przyznaję. Rzeczywiście muszę się włączyć. Nie widzę innego wyjścia. Diabeł mnie podkusił,

background image

żeby jechać na tę cholerną wycieczkę.

- Jeżeli tak ci jest nie na rękę, to nie musisz - wtrącił się Walczak. - Jakoś sam sobie poradzę.

Downar poklepał przyjaciela po plecach.

- Nie obrażaj się, Karolku. Tak gadam, byle gadać. Nie traktuj tego zbyt poważnie. Nie opuszczę

cię w potrzebie. Możesz na mnie liczyć.

- Cieszę się, że doszliście do porozumienia - powiedział z zadowoleniem pułkownik. - Jestem

przekonany, że vińbus unitis błyskawicznie uporacie się z tą sprawą. Informujcie mnie, jak zwykle, o
postępowaniu śledztwa. Bardzo mi odpowiada, że wy dwaj się tym zajmiecie. A teraz nie zabieram
wam czasu.

Przeszli  do  pokoju  Walczaka.  Downar  nalał  sobie  szklankę  wody  i  zażył  calcipirynę.  Ciągle

jeszcze nie czuł się najlepiej. Usiadł.

- Źle się czujesz? - zaniepokoił się Walczak.

- Głupstwo. Zwalczam grypę na wstępnym etapie. Nieważne.

- Uważaj na siebie, Stefan. Jesienna pogoda bywa zdradliwa.

- Nie tylko jesienna pogoda bywa zdradliwa - powiedział, kiwając głową Downar.

- Kogo masz na myśli?

- W każdym razie nie ciebie.

Walczak uważnie przyjrzał się przyjacielowi.

- Odnoszę wrażenie, że coś cię gnębi.

- Zdaje ci się. Nic mnie nie gnębi. Może jestem trochę zły na siebie, że się tak dałem nabrać.

- Komu?

- No, Dobrzyńskiej, oczywiście. Tam w Wenecji uwierzyłem.

- Nie myśl o tym. Zastanówmy się, od czego albo raczej od kogo zaczniemy. Może pogadamy z

kierownikiem waszej wycieczki?

- Sądzę, że to słuszna decyzja.

- Czy on się orientował, że ty masz coś wspólnego z milicją?

Downar roześmiał się.

background image

- Jesteś wspaniały. Ty się lepiej spytaj, kto się nie orientował.

- Przecież miałeś pojechać incognito.

-  Łatwo  zaplanować,  trudniej  zrealizować.  Sporo  osób  wiedziało,  z  jakiej  jestem  branży.

Mniejsza z tym zresztą.

Rozmowa z panem Wacławem Kozłowskim nie wniosła nic nowego do sprawy. Powtórzył to,

co już Downar opowiedział Walczakowi.

- Czy zachował pan tę kartkę, w której ktoś ostrzegł pana przed Dobrzyńskim? - spytał Downar.

Kozłowski skinął głową.

- Tak. Mam ją nawet przy sobie. Wyjął z portfela zmięły kawałek papieru.

„Niech  pan  uważa  na  Edwarda  Dobrzyńskiego.  To  bandzior”  -  przeczytał  Walczak.  -  Trzeba

będzie sprawdzić - dodał półgłosem, wygładzając starannie kartkę.

-  Przypuszczalnie  pisał  to  sam  Dobrzyński  -  powiedział  Downar.  -  Chodziło  mu  o  to,  żeby

jeszcze uprawdopodobnić strach żony.

Rozmawiali dłuższą chwilę. Kozłowski nie przestawał narzekać, że akurat jemu trafiła się taka

„parszywa” wycieczka.

-  Trzeba  mieć  prawdziwego  pecha,  panie  majorze.  Ileż  ja  czasu  stracę  na  te  wszystkie

przesłuchania, a jeszcze z pewnością będę musiał zeznawać przed sądem.

- Niewykluczone - „pocieszył” go Downar. - Zresztą nie wiadomo, jak się sprawa rozwinie. -

Musi pan być przygotowany, że również prokurator będzie chciał z panem rozmawiać.

- Jeszcze i prokurator - jęknął Kozłowski.

- Czy pan sądzi, że Dobrzyńskiego mógł otruć ktoś z waszej grupy? - spytał Walczak.

Kozłowski wzruszył ramionami.

- A bo ja wiem. Nie potrafię panu odpowiedzieć na to pytanie. Pokłócił się z żoną, a właściwie

wydaje mi się, że wyjechali z Warszawy już skłóceni. Na pierwszym etapie, w Mediolanie, podczas
obiadu zauważyłem, że coś między nimi nie najlepiej.

- Rzeczywiście - podchwycił Downar. - Ja także odniosłem takie wrażenie.

Walczak pokręcił głową.

-  Od  sprzeczki  małżeńskiej  do  otrucia  męża  dość  daleka  droga.  Zresztą,  pani  Dobrzyńska  ma

alibi.  Czy  pan  zauważył  podczas  wycieczki  coś  podejrzanego?  Niech  pan  będzie  z  nami  zupełnie

background image

szczery.

- O tej strzelaninie w okolicach Frascati panowie wiedzą...

-  Tak. Ale  w  tej  chwili  chodzi  nam  o  Dobrzyńskich,  o  ich  wzajemny  stosunek  i  o  tę  awanturę

małżeńską. Kozłowski miał niewyraźną minę.

-  Trudno  mi  coś  powiedzieć.  Nie  chciałbym  robić  jakichś  insynuacji,  ale  jeżeli  mam  być  taki

„zupełnie szczery”, to muszę się panom przyznać, że cała ta scena, którą urządziła pani Dobrzyńska,
wydała mi się trochę sztuczna, trochę teatralna.

- Więc uważa pan, że to mogła być mistyfikacja? - nalegał Walczak.

- Nie wiem... Wydaje mi się jednak, że można by panią Dobrzyńską posądzić o jakąś grę.

- Ale w jakim celu? Dlaczego Dobrzyńskim zależałoby na tego rodzaju przekwaterowaniu?

Kozłowski był zakłopotany.

- Tego nie potrafię sobie wytłumaczyć. I proszę nie brać poważnie moich słów. Być może, że

krzywdzę  tę  kobietę.  Niewykluczone,  że  ona  naprawdę  bała  się  męża.  Dobrzyński  był  tego  rodzaju
typem,  że  mógł  wzbudzać  obawę.  Od  samego  początku  zrobił  na  mnie  bardzo  niesympatyczne
wrażenie.

-  Czy  nie  zauważył  pan,  że  Dobrzyńscy  po  tym  przekwaterowaniu  rozmawiali  ze  sobą  jak

zgodna para małżeńska? - spytał Downar.

- Nie. Chyba nie... Chociaż... W Rzymie, w hotelu, w pewnym momencie miałem wrażenie, że

zamienili ze sobą parę słów na korytarzu. Mogło mi się jednak wydawać. Nie jestem pewien.

Walczak skończył notować i schował długopis do kieszeni.

-  Na  razie  to  by  było  wszystko.  Dziękujemy  panu..  Po  wyjściu  Kozłowskiego  przez  dłuższą

chwilę milczeli. Pierwszy odezwał się Downar.

- No i co o tym myślisz?

-  Myślę,  że  potwierdzają  się  twoje  wątpliwości  -  odparł  Walczak.  -  Twoja  sugestia,  że

Dobrzyńscy działali solidarnie w jakimś ściśle określonym celu, zaczyna mi trafiać do przekonania. -
Stuknął  palcem  w  leżący  na  biurku  kawałek  papieru.  -  Tę  kartkę  trzeba  będzie  porównać  z
charakterem pisma wszystkich uczestników wycieczki.

-  Nielicha  robota  -  pokiwał  głową  Downar.  -  Może  Olszewski  się  tym  zajmie?  To  bardzo

cierpliwy  człowiek.  A  teraz  chciałbym,  żebyśmy  się  podzielili  obowiązkami.  Nie  ma  sensu  we
dwóch przesłuchiwać wszystkich po kolei.

-  Oczywiście.  Ponieważ  ja  oficjalnie  prowadzę  śledztwo,  ja  także  odbędę  przesłuchania.  Ty

background image

natomiast pogawędzisz sobie z różnymi ludźmi na płaszczyźnie  całkowicie  prywatnej  rozmowy.  To
zresztą może dać dużo lepsze rezultaty. Każdy jest bardziej skłonny do szczerych wynurzeń, siedząc
w jakimś zacisznym pokoiku czy w kawiarni i popijając koniak.

- Słusznie - przytaknął Downar. - Ty jesteś w danym wypadku osobą urzędową, a ja prywatnym

detektywem.  Mówiąc  szczerze,  nawet  mi  ta  rola  odpowiada.  Sądzę,  że  w  pierwszej  kolejności
będziesz chciał przesłuchać Dobrzyńską.

Walczak pokiwał głową.

- Częściowo już to zrobiłem, ale oczywiście trzeba będzie porozmawiać raz jeszcze. Postaram

się również sprawdzić jej alibi. Następnie Gródecki. Tego faceta będę musiał solidnie rozpracować.
Jego żonę także.

- Może Gródecką zostawisz na razie mnie - zaproponował Downar.

- Jak sobie życzysz. Przystojna?

- Niczego sobie. Ale nie o to chodzi. Ponieważ wtedy w Citta del Marę rozmawiała ze mną na

temat swojego męża...

-  Racja.  Zapomniałem.  -  Walczak  przeczesał  palcami  zwichrzoną  czuprynę.  -  Oczywiście,  że

powinieneś z nią pomówić. A potem...

- Potem „Babcia”, Więckowski i ewentualnie Anna.

- To ta młoda, samotna dziewczyna, w której się zakochałeś.

-  No,  niezbyt  ścisłe  określenie  -  uśmiechnął  się  Downar.  - A  w  ogóle  skąd  ci  taka  koncepcja

przyszła do głowy?

Walczak przymknął jedno oko.

- Zdaje mi się, Stefanku, że nie od dzisiaj się znamy. Ton, jakim mówiłeś o tej pani, dał mi coś

niecoś do myślenia. Ale mniejsza z tym. Nie moja sprawa. Kogo tam jeszcze mamy na tapecie? Panie
Baczanowskie.

- Dwie stare panny - wyjaśnił Downar. - Jedna gra rolę kierowniczą i terroryzuje swą młodszą

siostrę,  traktując  ją  jak  podlotka.  Nie  sądzę,  żeby  miały  coś  wspólnego  z  tą  sprawą.  Nie  możemy
przecież brać pod uwagę wszystkich uczestników wycieczki. Trzydzieści kilka osób.

- Tak - przyznał Walczak - to nie miałoby sensu i praktycznie byłoby niewykonalne. Zajmiemy

się  tylko  tymi,  na  których  zwróciłeś  specjalną  uwagę.  Wspomniałeś  jeszcze  o  jakimś  starszym
jegomościu, który rozmawiał z „Babcią” o truciźnie.

Downar skrzywił się.

background image

- Odstępuję ci go na razie. Walczak zajrzał do swoich notatek.

- A ten młody człowiek, który emablował ekscentryczną staruszkę, Robert Werbach?

-  Niewiele  mogę  o  nim  powiedzieć.  Na  pierwszy  rzut  oka  nieciekawy  typ.  Robi  wrażenie

wielkiego  cwaniaka.  Być  może,  to  tylko  pozory.  Czasem  najuczciwsi  ludzie  mają  taki  podejrzany
wygląd.

-  Ja  tam  wierzę  w  twoją  intuicję  -  powiedział  z  przekonaniem  Walczak.  -  Jeżeli,  jak  mówisz,

facet kręcił się koło starszej pani, to na wszelki wypadek zajmiemy się nim.

Walczak raz jeszcze przejrzał swoje notatki.

-  Wiesz,  co  mnie  najbardziej  niepokoi?  To,  że  Dobrzyńskiego  mógł  wykończyć  jakiś

cudzoziemiec,  któryś  jest  już  poza  naszymi  granicami.  Jeżeli  Dobrzyński  miał  powiązania  z
Gródeckim, a Gródecki naraził się mafii...

-  Taka  ewentualność  wydaje  mi  się  mało  prawdopodobna  -  powiedział  Downar.  -  Zaczęliby

chyba od Gródeckiego. A poza tym... Ta historia z zatruciem grzybów nie pasuje do tej wersji. Gdyby
na naszym terenie grasował jakiś „mafioso”, to raczej pistolet, sztylet, wypadek samochodowy... ale
nie  ekstrakt  z  muchomorów.  Zresztą,  nie  bawmy  się  w  domysły.  Proponuję  zrezygnować  z
fantazjowania i zabrać się do konkretnej roboty.

*

Pod pozornym spokojem i opanowaniem Walczak wyczuł zdenerwowanie. Wrażenie to nie było

na  niczym  oparte.  Po  prostu  intuicja  i  ogromna  znajomość  psychiki  ludzkiej,  zdobyta  w  czasie
wieloletniej pracy w służbie śledczej.

Przez chwilę z uprzejmym uśmiechem przyglądał się tej pięknej, delikatnej twarzy, jakby zdjętej

z dziewiętnastowiecznego portretu. Ani śladu współczesnej, agresywnej kobiecości. Pomyślał, że w
historycznym  filmie  mogłaby  zagrać  rolę  ukochanej  jakiegoś  poety.  Widział  ją  w  zwiewnej  sukni,
tańczącą walca na rzęsiście oświetlonej sali. Nie, ta kobieta stanowczo nie wyglądała na trucicielkę.
Pozory mogły jednak mylić.

- Przykro mi, że musiałem panią trudzić w tak ciężkich dla pani chwilach.

-  To  jest  pańskim  obowiązkiem  -  powiedziała  cichym,  matowym  głosem.  -  Byłam

przygotowana.

- Pani wie, że mąż pani został otruty.

- Tak.

- Został otruty ekstraktem z trujących grzybów. Czy pani podejrzewa kogoś o tę zbrodnię?

- Nie.

background image

- O ile się orientuję, pożycie pani z mężem nie układało się ostatnio najlepiej.

- W tym czasie przebywałam w Krakowie, u matki.

- Powiedziane to zostało z niespodziewaną energią.

Walczak spojrzał zdziwiony.

- Wiem. Nie prosiłem panią o podanie alibi.

- Sądziłam, że pan mnie podejrzewa o otrucie męża.

- Skąd takie przypuszczenia?

-  Bo  to  chyba  najprostsza  i  najbardziej  prawdopodobna  hipoteza.  Skłócone  małżeństwo,  duże

pieniądze... Ale zapewniam pana, że nie otrułam Edwarda.

- A czy pani kogoś podejrzewa? Potrząsnęła głową.

- Nie, nie, nikogo.

- Powiedziała to pani bez przekonania. Więc może jednak ma pani jakieś wątpliwości...

Końcem języka zwilżyła wargi.

-  No,  cóż...  Prawdę  mówiąc,  ostatnio  nie  bardzo  orientowałam  się  w  życiu  mojego  męża  i

dlatego...

- Czy mąż pani utrzymywał z jakąś kobietą intymne stosunki?

- Nie wiem. Być może.

- Naprawdę pani nie wie?

- Nie.

Walczak nie uwierzył, ale nie miał zamiaru nalegać.

- Czy może mi pani powiedzieć, jak dawno zaczął się rozkład waszego małżeństwa?

- O, już prawie od roku.

- Dlaczego więc państwo wybrali się razem na orbisowską wycieczkę do Włoch?

W jej uśmiechu była melancholia.

-  To  miała  być  próba,  próba  pogodzenia  się.  Bez  sensu.  Nie  było  żadnych  szans,  żeby...  A

zresztą, w tej chwili to chyba nie ma znaczenia.

background image

-  Istotnie  -  przyznał  Walczak,  udając,  że  wszystko  bierze  za  dobrą  monetę.  -  Rozmawiałem  z

kierownikiem  waszej  wycieczki,  panem  Kozłowskim.  Twierdzi,  że  pani  panicznie  bała  się  swego
męża i nie chciała z nim mieszkać w jednym pokoju.

Spuściła oczy i przyglądała się uważnie swym delikatnym, wypielęgnowanym dłoniom.

-  Edward  był  człowiekiem  bardzo  porywczym  -  powiedziała  cicho.  -  A  ostatnio  stał  się

zupełnie niemożliwy. O byle co wpadał we wściekłość. To prawda, że go się bałam.

- I zamieszkała pani z panią Gródecką, a wasi mężowie zostali razem zakwaterowani.

- Tak.

- Dziwię się, że państwo Gródeccy zgodzili się na taką separację.

-  Marynia  jest  moją  koleżanką.  Przyjaźnimy  się  jeszcze  od  czasów  szkolnych.  Chciała  mi

pomóc.

- A tu, w Warszawie? Jak się ułożyły sprawy mieszkaniowe?

- Mój mąż został na razie w naszym mieszkaniu, a ja wyjechałam do mamusi, do Krakowa.

- I nie przyjeżdżała pani do Warszawy?

- Nie. Po co?

- Czy pani pracuje?

- Nie. To znaczy... Trochę zajmuję się dziennikarstwem. Od czasu do czasu, dorywczo.

- Jaka tematyka najbardziej panią interesuje?

- To zależy - odparła wymijająco.

Nie  dopytywał  się.  Postanowił  przeprowadzić  tę  rozmowę  bardzo  ostrożnie,  bez  wywierania

jakiejkolwiek  presji.  Kobieta  siedząca  po  drugiej  stronie  biurka  podobała  mu  się.  Zawsze  na  nim
robiły  wrażenie  takie  pastelowe,  romantyczne  piękności.  Można  popatrzeć  jak  na  ładny  obrazek  -
myślał. Ale  ten  „ładny  obrazek”,  albo  raczej  dziewiętnastowieczny  portrecik,  niepokoił  go.  Mimo
ujmującej,  pełnej  łagodności  aparycji  i  rozbrajających  spojrzeń  wyczuwał  w  jej  słowach  coś
nieszczerego,  coś  co  nakazywało  mu  zdwoić  czujność.  Energicznym  ruchem  przeczesał  palcami
siwiejącą czuprynę, która ciągle jeszcze nie dawała się ujarzmić.

- Czy mogę pani zadać jedno, trochę niedyskretne pytanie?

Spojrzała na niego zaskoczona.

- Proszę. Niech pan pyta.

background image

-  Chciałbym  wiedzieć,  czy  wobec  tych  małżeńskich  komplikacji,  nie  pojawił  się  w  pani  życiu

jakiś adorator.

Wyraz niechęci odmalował się na jej twarzy. Zmarszczyła brwi.

-  Nie,  proszę  pana,  nie  pojawił  się  żaden  adorator.  I  chciałabym  pana  poinformować,  że  nie

należę do tak zwanych „łatwych kobiet”, które zadają się z byle kim.

- Nie miałem na myśli byle kogo - usprawiedliwił się pośpiesznie Walczak. - Ale ponieważ, jak

sama pani powiedziała, od blisko roku nie żyje pani z mężem, przeto nie byłoby to niczym dziwnym,
gdyby...  Proszę  się  na  mnie  nie  gniewać,  prowadzę  dochodzenie  w  sprawie  zabójstwa  i  chcę  mieć
możliwie jak najdokładniejszy obraz sytuacji. Muszę znać wszystkie okoliczności towarzyszące, żeby
następnie wyciągnąć odpowiednie wnioski.

- Ja się na pana nie gniewam - powiedziała spokojnym, obojętnym głosem. - Mogę pana jednak

zapewnić, że nie nawiązałam żadnego flirtu. Być może, że jacyś mężczyźni interesują się moją osobą,
ale ja nic o tym nie wiem i nie chcę wiedzieć.

Walczaka ogarniały coraz większe wątpliwości. Rozmowa z piękną panią Dobrzyńską dała mu

dużo  do  myślenia.  Wyczuwał  instynktownie  starannie  przemyślaną  grę.  Coraz  bardziej  był  skłonny
podzielić  wątpliwości  Downara  i  Kozłowskiego  co  do  tej  histerycznej  sceny  odegranej  tam,  we
Włoszech.

- Czy wyjeżdżając do matki dużo rzeczy zabrała pani ze swojego warszawskiego mieszkania?

Spojrzała na niego szczerze zdziwiona.

-  Nie  rozumiem.  Zabrałam  to,  co  mi  jest  niezbędnie  potrzebne,  osobiste  rzeczy,  spodnie,  kilka

swetrów, bieliznę, płaszcz, kurtkę. Nie wiem właściwie, o co panu chodzi.

- A czy zabrała pani jakieś książki, listy, dokumenty?

- Nie. Żadnych listów ani dokumentów nie zabierałam. Po co?

Walczak miał zafrasowaną minę.

- Bo widzi pani... Po śmierci pana Dobrzyńskiego przeszukaliśmy dosyć dokładnie mieszkanie

państwa  i  nie  znaleźliśmy  żadnej  starej  korespondencji,  żadnych  notatek.  Przyzna  pani,  że  to  trochę
dziwne.

Nieznacznie wzruszyła ramionami.

-  Nie  widzę  w  tym  nic  dziwnego.  Po  prostu  ani  ja,  ani  mój  mąż  nie  mieliśmy  zwyczaju

kolekcjonowania listów. Uważaliśmy, że to bezcelowe zagracanie mieszkania.

- Nigdy pani nie notowała adresów i telefonów swoich znajomych i przyjaciół?

background image

- Od tego jest książka telefoniczna.

- No, tak. Od tego jest książka telefoniczna - powtórzył Walczak i zamyślił się. - Teraz zapewne

wróci pani do Warszawy.

- Muszę się zająć interesami mojego męża. To nie będzie dla mnie ani łatwe, ani miłe.

- O ile się orientuję, mąż pani posiadał inspekty. Hodował pieczarki, warzywa.

- Tak. W okolicach Milanówka. Zastanowię się, co z tym zrobić. Ja nie czuję się na siłach. Nie

znam się na ogrodnictwie.

- Mąż pani zapewne miał kogoś do pomocy.

- Tak. Miał pracowników. To dość duży obiekt. A poza tym... Poza tym jego kuzyn mu pomagał.

Fachowiec.

- Czy ten kuzyn był wspólnikiem pani męża?

- Myślę, że tak. Na pewno miał jakiś udział w zyskach. Musiał przecież coś z tego mieć.

- A może on zgodziłby się sam prowadzić interes. Mógłby od pani wziąć w dzierżawę. Płaciłby

czynsz dzierżawny...

- Nie wiem, nie wiem - powiedziała z nerwową niecierpliwością. - Nie zastanawiałam się nad

tymi sprawami. Muszę się poradzić adwokata.

-  Bardzo  słusznie  -  przytaknął  Walczak.  -  W  takich  sytuacjach  dobrze  zasięgnąć  fachowej

porady. Nie wątpię, że pani ma jakiegoś zaprzyjaźnionego prawnika.

Zaczynała zdradzać coraz większe zdenerwowanie.

- Chyba tak. Myślę, że tak.

-  Przepraszam,  że  panią  męczę,  ale  chciałbym  zadać  jeszcze  jedno  pytanie.  Czy  państwo  mają

wóz? To znaczy... Wyraziłem się niezupełnie ściśle. Czy pani ma wóz?

-  Tak.  Mieliśmy  nawet  dwa  wozy,  nie  licząc  furgonetki,  niezbędnej  w  warzywniczym

gospodarstwie.

- Powiedziała pani, że mieli państwo dwa wozy. Z tego by wynikało, że...

-  Tak,  tak...  -  przerwała  mu  szybko.  -  Mieliśmy  wołgę  i  fiata  125.  Ale  mąż  sprzedał  wołgę.

Powiedział,  że  wystarczy  nam  jeden  samochód,  że  wołga  za  dużo  pali.  Ostatnio  Edward  zrobił  się
bardzo oszczędny.

- Pani umie prowadzić?

background image

- Oczywiście. Ale nie bardzo lubię. Przeważnie prowadził mój mąż. Był znakomitym kierowcą.

- Czy mogłaby mi pani podać imię i nazwisko kuzyna pani męża, który był jego wspólnikiem?

- Gustaw Wolner.

Na tym przesłuchanie zostało zakończone. Walczak uprzejmie odprowadził panią Dobrzyńską do

drzwi.

Uważnie  przejrzał  swoje  notatki  i  dwukrotnie  przesłuchał  taśmę  magnetofonową.  Jego  własny

głos wydał mu się, jak zwykle, dziwnie obcy.

*

Downar  doznawał  mieszanych  uczuć.  Początkowo  był  wściekły,  że  bez  oporu  dał  się  z

powrotem zapędzić do roboty. Po pewnym czasie jednak pojawiło się coś w rodzaju zadowolenia.
Nie mogą się jednak beze mnie obejść - myślał z uśmiechem. - Jestem im ciągle potrzebny. Nie tak
łatwo znajdą kogoś na moje miejsce. Jeszcze nie raz i nie dwa skorzystają z pomocy emeryta. Major
Downar na emeryturze. Kto by pomyślał, że ten czas tak szybko zleci.

A  teraz?  Teraz  był  człowiekiem  wolnym,  panem  swojego  czasu,  nie  związany  żadnymi

terminami,  żadnymi  obowiązkami.  Oczywiście,  pomoże  Walczakowi,  ale  już  jako  wolny  strzelec,
prywatny  detektyw.  -  Prywatny  detektyw  -  powiedział  głośno  i  roześmiał  się.  Zupełnie  jak  w
angielskiej  czy  amerykańskiej  kryminalnej  powieści.  Dużo  się  kiedyś  naczytał  tych,  jak  sam  je
określał, „bajeczek dla dużych dzieci”. W kryminalnej powieści głównym bohaterem jest przeważnie
prywatny  detektyw,  a  policja  to  albo  durnie,  albo  łobuzy,  mający  powiązania  ze  światem
przestępczym. Walczak nie był durniem. To dobry fachowiec, z dużym doświadczeniem. Ale Downar
miał  ochotę  zabawić  się  w  „prywatnego  detektywa”,  okazać  się  sprytniejszym  i  mądrzejszym  od
służb śledczych. Naturalnie nie będzie wprowadzał w błąd Walczaka i nie będzie mu przeszkadzał w
robocie, jak to robią bohaterowie powieściowi, ale... Perspektywa wystąpienia w roli Peny Masona
czy Herkulesa Poirot bawiła go. To coś zupełnie nowego.

Zabawa zabawą, ale trzeba było solidnie popracować głową, żeby śledztwo ruszyć z martwego

punktu. Należało systematycznie rozpracować tych uczestników wycieczki, którzy ewentualnie mogli
mieć coś wspólnego - pośrednio czy bezpośrednio - z otruciem Dobrzyńskiego, a następnie rozejrzeć
się  w  środowisku  tego  człowieka.  A  jakby  tak  zacząć  działalność  „prywatnego  detektywa”  od
najprzyjemniejszej rozmowy?

Uprzedziła go. Zadzwoniła pierwsza.

- Czy byłby pan skłonny zobaczyć się ze mną?

- Ależ oczywiście. Bardzo chętnie. Właśnie myślałem o pani. Miałem zamiar zatelefonować.

- Szkoda, że pan tego nie zrobił. Gdzie się spotkamy?

Najbliżej mu było do kawiarenki „Na Rozdrożu”. Zgodziła się.

background image

- Odpowiada panu godzina piąta?

- Gdy chodzi o spotkanie z panią, to każda godzina mi odpowiada, jak również każda pora dnia i

każda pora roku.

- Widzę, że pan jest w znakomitym humorze.

-  Usiłuję  nie  poddawać  się  jesiennym  nastrojom.  Ale  w  głosie  pani  wyczuwam  jakby

melancholię.

- Nie mam specjalnych powodów do radości. Więc o piątej.

- O piątej.

Downar starannie przygotował się na to spotkanie. Od czasu powrotu do Warszawy nie widział

jej.  Zachowuję  się  jak  sztubak  -  myślał  wkładając  białą  koszulę  i  swój  najnowszy,  szary  garnitur,
uszyty  na  zamówienie.  Poszedł  do  fryzjera.  Kazał  ostrzyc  się  i  ogolić,  chociaż  rano  golił  się  jak
zwykle..

Odświeżony,  pachnący  wodą  kolońską  już  za  dziesięć  piąta  zjawił  się  w  kawiarni.  Nie  było

dużo  ludzi.  Z  łatwością  znalazł  wolny  stolik.  Obojętnym  spojrzeniem  powiódł  dokoła  i  nagle
spostrzegł, że ktoś mu się kłania. Gródecki. Odkłonił się z nieco wymuszonym uśmiechem. Wolałby,
żeby nikt ze znajomych nie wiedział o jego spotkaniu z Anną.

Przyszła  punktualnie.  Wyglądała  bardzo  elegancko  i  szykownie.  Zarówno  mężczyźni,  jak  i

kobiety oglądali się za nią. Pochlebiło mu to.

Przywitali się serdecznie, jak starzy znajomi. Poprosiła o kawę.

- Nie, nie, żadnych ciastek. Dziękuję. Przyjrzał jej się uważnie. Bardzo ładna - pomyślał. -

Co za oczy. Jakie piękne włosy. Szkoda, że ciągle taka smutna.

- Dziękuję, że pan znalazł dla mnie chwilę czasu - powiedziała.

- Każde spotkanie z panią to dla mnie prawdziwa przyjemność. Jak się pani czuje po powrocie

na ojczyzny łono?

- Tak sobie - odparła niechętnie. - Boję się, że będzie pan miał do mnie żal.

Spojrzał zdziwiony.

- Żal? A o cóż mógłbym mieć żal do pani?

- Bo zapewne pan sądzi, że ja tak zupełnie bezinteresownie chciałam się z panem spotkać.

Zrobił niewyraźną minę.

background image

-  No,  cóż...  Tak  czy  inaczej  jestem  bardzo  rad,  że  panią  widzę.  Czyżby  pani  miała  jakieś

kłopoty?.

Skinęła głową.

- Nie mam nikogo bliskiego, a na tej wycieczce tak jakoś trochę zaprzyjaźniliśmy się, że...

- Może pani liczyć na moją radę i pomoc - powiedział z przekonaniem Downar.

- Dziękuję. Bardzo pan miły.

- Więc co się takiego stało? O co chodzi?

- Boję się o mojego męża - powiedziała cicho.

- Nie wiedziałem, że pani jest mężatką.

- Tak. A właściwie... Będę z panem zupełnie szczera. Od dłuższego czasu żyjemy z Romanem w

separacji. Związał się z inną kobietą. Ale ciągle przebywamy w jednym mieszkaniu. Teraz są bardzo
duże trudności z zamianą większego mieszkania na dwie kawalerki.

- Czy państwo są już po rozwodzie?

- Jeszcze nie. Roman ciągle nie ma czasu. Jest bardzo zajęty. Często wyjeżdża. Ciągle obiecuje,

że  zajmie  się  sprawą  rozwodową,  ale  tak  jakoś  schodzi...  Ja  zresztą  specjalnie  nie  nalegam.  Nie
zależy mi na rozwodzie. Przynajmniej na razie.

-  Jeżeli  już  pani  zdecydowała  się  na  szczerą  rozmowę  ze  mną,  to  pozwolę  sobie  zapytać,  czy

pani ciągle jeszcze kocha swojego męża.

Spuściła oczy i zaczęła wyszarpywać nitki z szalika.

-  Nie  wiem.  To  są  skomplikowane  sprawy.  Trudno  mi  odpowiedzieć.  Czasami...  Nie  wiem,

naprawdę nie wiem.

-  Dajmy  temu  spokój  -  Downar  postanowił  zrezygnować  z  tego  tematu.  Nie  chciał  stawiać

dziewczyny  w  kłopotliwej  sytuacji  ani  robić  jej  przykrości.  -  I  Wspomniała  pani  przed  chwilą,  że
jest niespokojna

o swego męża. Czy istnieją jakieś konkretne powody do tego niepokoju?

- Tak. Inaczej przecież nie zawracałabym panu głowy.

- Więc...?

- Obawiam się, że Roman wpadł w złe towarzystwo.

background image

- To się zdarza w najlepszych rodzinach - uśmiechnął się Downar.

- Niech pan nie żartuje. Boję się, bardzo się boję, że to jest poważna sprawa. Oficjalnie ciągle

jesteśmy małżeństwem. Jeżeli więc Roman wplątałby się w jakąś aferę, to i ja oczywiście, jako jego
żona... Niezależnie zresztą od tego...

- Na czym konkretnie polega ta, jak się pani wyraziła, „poważna sprawa”? - spytał Downar. Był

zawiedziony. Inaczej wyobrażał sobie ich spotkanie. Wysłuchiwanie opowieści o jakichś tarapatach
męża Anny wcale go nie bawiło.

Jakby zgadując jego myśli, powiedziała:

- Właściwie może nie powinnam... Nie chciałabym zanudzać pana moimi kłopotami.

- Ale cóż znowu... - zaprotestował z ożywieniem, podziwiając w duchu jej intuicję. Był nawet

trochę zażenowany. - Słucham bardzo uważnie. Proszę, niech pani mówi.

- Pamięta pan może samotnego młodego człowieka, który brał udział w naszej wycieczce?

-  Taki  jasny  blondyn,  prawie  albinos.  Niebieskie  oczy.  Często  zabawiał  rozmową  naszą

„Babcię”.

- Tak. To ten. Nazywa się Robert Werbach. Antypatyczny facet.

- Istotnie, młodzieniec o niezbyt pociągającej aparycji - przyznał Downar.

Słowo  „facet”  w  ustach  tej  ładnej,  eleganckiej  dziewczyny  było  dla  niego  niemiłym  zgrzytem.

Starzeję się - pomyślał.

- No i cóż ten Robert Werbach?

- Kupił od pana Dobrzyńskiego samochód.

- Czy pani wie, że Dobrzyński nie żyje? Spojrzała na niego zaskoczona.

- Nie żyje?! Niemożliwe! Przecież... Co się stało? Wypadek? Kraksa?

- Zatruł się grzybami - odparł Downar. Postanowił pozostawić to bez komentarzy.

- Straszne - powiedziała cicho. - Młody, pełen sił człowiek. Jak to się mogło stać?

- Dokładnie nie wiem. Słyszałem, że pojechał z przyjaciółmi na grzyby... Widocznie...

- Od kogo się pan o tym dowiedział? Od jego żony?

-  Nie.  Nie  widziałem  się  z  panią  Dobrzyńską.  Już  nie  pamiętam,  kto  mi  opowiedział  o  tym

zdarzeniu. Być może, że pan Kozłowski, nasz były kierownik. Ale wracajmy do pani sprawy. Więc

background image

cóż z tym samochodem?

Skończyła pić kawę i sięgnęła po papierową serwetkę.

-  Otóż...  Werbach  kupił  od  Dobrzyńskiego  czarną  wołgę.  Ponieważ  Romanowi,  czyli  mojemu

mężowi, zepsuł się wóz, pożyczył tę wołgę od Werbacha, mając zamiar gdzieś pojechać. Tymczasem
zupełnie  niespodziewanie  wypadł  mu  wyjazd  do  Budapesztu.  Poleciał  samolotem.  Podczas  jego
nieobecności ja wzięłam tę wołgę i trzeba trafu, że rozbiłam ją pod Wilanowem. Padał deszcz. Było
ślisko. Drzewo. Może za szybko jechałam...

- To bardzo prawdopodobne - przyznał Downar. - I co dalej?

- Ogromnie się przejęłam tym wypadkiem. Natychmiast odstawiłam wóz do warsztatu. Chciałam

oczywiście, żeby go naprawili przed powrotem Romana. Chodziło przede wszystkim o błotniki. No i
karoseria  także...  W  czasie  tej  reperacji  okazało  się,  że  w  wozie  zostały  skonstruowane  bardzo
pomysłowe  skrytki,  przeznaczone  niewątpliwie  do  przemycania  jakiegoś  towaru.  Mechanik  mi  to
pokazał.  Powiedział,  że  go  takie  rzeczy  nie  interesują,  ale  że  czasy  są  ciężkie,  wszystko  drożeje.
Prywatny warsztat. Zapłaciłam.

-  Nie  bardzo  rozumiem,  dlaczego  pani  niepokoi  się  o  swojego  męża  -  powiedział  Downar,

uważnie wysłuchawszy tej opowieści.

-  Bo  Roman  coś  kombinuje  z  Werbachem,  a  Werbach  to,  moim  zdaniem,  bardzo  mętny  typ.

Najlepszy dowód te skrytki w wozie.

- Nie jest przecież powiedziane, że to on je zainstalował.

- Myśli pan? - powiedziała z nadzieją w głosie.

- Oczywiście. Kupił wóz od Dobrzyńskiego... Pokręciła głową.

- To chyba mało prawdopodobne, żeby ktoś sprzedawał wóz z takimi skrytkami. Nie sądzi pan?

-  Ma  pani  rację  -  przyznał  Downar.  -  Ciekawe,  czy  Werbach  miał  jakieś  powiązania  z

Dobrzyńskim przed tą transakcją.

- Nie wiem, ale to możliwe.

- Na czym pani opiera takie przypuszczenie? Wzruszyła ramionami.

-  Właściwie  na  niczym.  O  ile  zdążyłam  się  zorientować,  to  typ  człowieka,  który  ma  ogromną

łatwość  nawiązywania  znajomości  z  ludźmi,  a  szczególnie  z  takimi  ludźmi,  którzy  mogą  mu  się  do
czegoś przydać. Zauważył pan zapewne, jak podczas naszej wycieczki nadskakiwał pani Celińskiej.

- Zauważyłem.

-  No,  więc  właśnie.  Od  pierwszej  chwili  wyczuł,  że  jest  to  osoba  bardzo  zamożna  i

background image

ustosunkowana.

- A propos. Może widziała się pani po powrocie z naszą niesamowitą „Babcią”?

-  Jeszcze  nie.  Dzwoniła  do  mnie.  Zostałam  zaproszona  na  czwartek  na  kolację.  Może  i  pan

przyjdzie?

- Ja nie zostałem zaproszony. Zresztą nie wiem, czy w czwartek miałbym czas.

-  Pani  Celińska  powiedziała,  że  chce  zaprosić  do  siebie  kilka  osób  z  naszej  wycieczki.  Zdaje

się, że staruszka ma ochotę powspominać.

-  Zapewne.  Ale  wróćmy  do  pani  męża.  Jak  dotąd  nie  widzę  konkretnych  powodów  do

niepokoju. Te skrytki w samochodzie nie są żadnym dowodem obciążającym. W każdej chwili może
udowodnić, że kupił używany wóz.

- O tym wozie powiedziałam dlatego, żeby panu uświadomić, że Roman naprawdę zadaje się z

podejrzanymi typami.

- Czym zajmuje się mąż pani? -.spytał Downar. - Mam na myśli jego oficjalne zajęcie.

- Organizuje imprezy artystyczne. W związku z tym dużo jeździ.

- Czy jest obecnie w Warszawie?

- Nie. Pojechał na wycieczkę do Turcji. Właśnie z Werbachem.

- Pojechali tą wołgą?

- Nie. Jakimś innym wozem.

- Wycieczka indywidualna?

- Tak.

- I pani się obawia, że jest to wyprawa po „złote runo”.

-  To  prawdopodobne.  W  każdym  razie  bardzo  bym  chciała,  żeby  Werbach  odczepił  się  od

Romana. Myślałam nawet, żeby porozmawiać na ten temat z panią Dobrzyńską, ale w tej sytuacji...
Nie bardzo mi wypada tak zaraz po śmierci jej męża...

Downar uważnie przyjrzał się mówiącej.

- Nie rozumiem. Co ma wspólnego z tą sprawą pani Dobrzyńska?

Anna machinalnie spojrzała na zegarek.

- Werbach jest przyjacielem pani Dobrzyńskiej.

background image

- Mówi pani poważnie?

- Najzupełniej.

- Hm... Przyznaję, że trochę mnie pani zaskoczyła. Uśmiechnęła się.

- Och. To jest publiczną tajemnicą. Pan nie miał kontaktu z tym środowiskiem i dlatego...

- A pani z jakiego źródła ma tę wiadomość?

- Powiedział mi Roman i chyba nie tylko Roman.

- Czy może orientuje się pani, od jak dawna Dobrzyńska i Werbach...?

- Dokładnie nie wiem, ale chyba od roku albo jeszcze dawniej.

- Czy pani bliżej znała państwa Dobrzyńskich?

- Nie. Wszystko, co o nich wiem, to właściwie od Romana. No i podczas tej naszej wycieczki...

- Więc od swojego męża dowiedziała się pani o romansie Werbacha z panią Dobrzyńską?

- Tak. Chyba tak, chociaż...

- Chociaż...? - podchwycił Downar.

- Wydaje mi się, że słyszałam także i od innych osób. Wie pan... Warszawa to właściwie małe

miasto  i  bardzo  plotkarskie.  Wszyscy  wszystko  wiedzą  o  swoich  bliźnich.  Tutaj  niezmiernie  trudno
coś ukryć.

- Pani zapewne dobrze zna Roberta Werbacha. Potrząsnęła głową.

-  Nie.  Wcale  go  nie  znam.  Przed  wyjazdem  na  wycieczkę  widziałam  Werbacha  dwa  czy  trzy

razy  zupełnie  przelotnie.  A  później  we  Włoszech,  ale  i  tam  nie  nawiązałam  z  nim  bliższej
znajomości.

Downara trochę to zastanowiło, ale nie zdradził się ze swoimi wątpliwościami.

- Chciała pani spotkać się ze mną w konkretnej sprawie.

- Tak, Czy ma mi pan to za złe?

- Broń Boże. Tylko ciągle jeszcze nie wiem, w czym mógłbym być pani pomocny.

- Tak jak powiedziałam na początku naszej rozmowy, chodzi o Romana, o mojego męża.

- Czego pani ode mnie oczekuje? Uśmiechnęła się niewyraźnie.

background image

- Prawdę mówiąc, sama nie wiem. Zachowuję się bardzo głupio. Ale musi pan zrozumieć, że nie

mam nikogo bliskiego, nie mam się komu zwierzyć. Podczas naszej wspólnej wycieczki do Włoch tak
jakoś...

- Dołożę wszelkich starań, żeby pani pomóc - zapewnił Downar. - Cała trudność polega na tym,

że  nie  wyobrażam  sobie,  jak  ma  praktycznie  wyglądać  ta  pomoc.  Co  mam  zrobić?  Chciałaby  pani,
żebym pomówił z jej mężem?

Energicznie potrząsnęła głową.

- Och, nie, nie. To by jeszcze pogorszyło sprawę.

- Więc...?

Wyraz  kompletnej  bezradności  odmalował  się  na  jej  twarzy.  Robiła  wrażenie  małego

przestraszonego dziecka.

- Niepotrzebnie zawracam panu głowę - powiedziała cicho. - W tej chwili zrozumiałam, że nic

mi pan nie może pomóc. Nikt mi nie może pomóc. - W oczach miała łzy. Zdawało się, że lada chwila
się rozpłacze.

Downarowi zrobiło się żal. Wyciągnął rękę i delikatnie dotknął jej dłoni. Była zimna.

-  Pani Anno  -  usiłował  nadać  swemu  głosowi  miękkie,  serdeczne  brzmienie.  -  Nie  trzeba  się

załamywać. Ostatecznie nic się takiego nie stało.

- Nie mogę żyć w ciągłym zagrożeniu - szepnęła. - Przerażenie ogarnia mnie na myśl, że milicja

miałaby przeprowadzać rewizję w naszym mieszkaniu.

-  Zapewniam  panią,  że  nie  ma  w  tym  nic  przerażającego. A  poza  tym,  dlaczego  przewidywać

taką ewentualność? Na razie nie ma pani żadnych konkretnych powodów do obaw.

-  Jestem  przekonana,  że  Werbach  wciąga  Romka  w  jakieś  podejrzane  interesy  i  że  to,  prędzej

czy  później,  musi  się  źle  skończyć.  -  Była  już  spokojna  i  opanowana.  Jakoś  sobie  poradziła  z
niedawnym  wzruszeniem.  -  Widzi  pan...  Czasami  człowiek  chce  się  przed  kimś  wyżalić.
Zdecydowałam  się  zadzwonić  do  pana.  Teraz  widzę,  że  to  wszystko  jest  zupełnie  bez  sensu.
Rzeczywiście, nie może mi pan pomóc. Proszę się na mnie nie gniewać. Przepraszam.

-  Nie  ma  mnie  pani  za  co  przepraszać  -  powiedział  z  uśmiechem  Downar.  -  Miło  mi,  że

pozyskałem pani zaufanie i że w trudnej sytuacji życiowej zwróciła się pani do mnie o radę i pomoc.
Żałuję tylko, że nic nie mogę dla pani zrobić. Gdyby zdarzyło się coś konkretnego, proszę do mnie
dzwonić. Najlepiej wcześnie rano. Będzie mi bardzo miło spotkać się z panią na kawie, jeżeli nawet
nic się nie zdarzy.

- Dziękuję.

Anna nagle zmieniła temat rozmowy. Mówiła o najnowszych filmach, o premierach teatralnych,

background image

wystawach, wernisażach. Słuchając jej, Downar miał wrażenie, jakby włączył radio czy telewizor i
trafił  akurat  na  przegląd  wydarzeń  kulturalnych.  Nie  widział  tych  wszystkich  sztuk  teatralnych  i
filmów  i  nie  bardzo  mógł  podtrzymać  rozmowę.  Teraz  będę  miał  dużo  wolnego  czasu  i  zacznę  się
„ukulturalniać” - pomyślał.

Chwilowe podniecenie minęło i znowu siedziała smutna i przygnębiona.

- A jak pani praca artystyczna? - spytał, przypomniawszy sobie, że przecież Anna jest malarką.

Machnęła ręką.

- Na razie w ogóle nie pracuję. Nie mogę się skupić. Do tego potrzebny jest spokój. Mam cały

szereg koncepcji, ale zanim je zrealizuję...

- Musi pani ułożyć sobie jakoś życie.

-  Tak,  ale  w  tej  chwili  najważniejsza  jest  sprawa  mieszkania.  Dopóki  mieszkam  razem  z

Romanem...  -  Spojrzała  na  zegarek.  -  Muszę  już  iść.  Mam  coś  do  załatwienia.  Jeszcze  raz
przepraszam, że pana tak zanudzałam swoimi sprawami.

Downar w nieszczególnym humorze wracał do domu. Inaczej wyobrażał sobie to spotkanie. Był

zawiedziony.  Ty  stary  ośle  -  myślał  niechętnie.  -  Zachciało  ci  się  flirtów  z  młodą,  śliczną
dziewczyną.  Dobrze  ci  tak.  -  Zaraz  jednak  otrząsnął  się  z  tej  niemiłej  samokrytyki.  Zaczął  się
zastanawiać, w jaki sposób może wykorzystać rozmowę z Anną w sprawie Dobrzyńskiego.

Wróciwszy  do  swego  mieszkania,  otworzył  książkę  telefoniczną  na  literze  „C”.  Przez  chwilę

wodził palcem po kolumnach nazwisk, aż wreszcie przysunął aparat, stojący na drugim końcu stolika,
i nakręcił numer.

Pani Celińska bardzo się ucieszyła.

- Ach, jak to dobrze, że się pan odezwał. Nie wiedziałam, jak się z panem skomunikować. Nie

ma  pana  w  spisie  telefonów.  W  biurze  numerów  powiedzieli  mi,  że  numer  zastrzeżony.  Chciałam
pana zaprosić na czwartek na takie maleńkie spotkanie towarzyskie. Mógłby pan przyjść, powiedzmy,
około siódmej? - Głos staruszki brzmiał mocno, czysto, z iście młodzieńczym wigorem.

- Dziękuję serdecznie za miłe zaproszenie, ale chciałbym odwiedzić panią nie w czwartek, lecz

w środę, czyli jutro. Czy mogłaby mi pani poświęcić chwilę czasu? Będę się streszczał. Obiecuję.

-  Ale  w  czwartek  przyjdzie  kilka  osób.  Będzie  wesoło.  Jutro  nie  przewiduję  niczyich

odwiedzin.

- Właśnie chodzi mi o to, żeby pomówić z panią w cztery oczy.

- Jak pan woli. No, więc dobrze. Czy szesnasta trzydzieści panu odpowiada?

- Bardzo. A więc jutro o szesnastej trzydzieści melduję się u pani.

background image

*

Dom był stary, pamiętający dawne, dobre czasy, kiedy to po podwórkach chodzili kataryniarze,

brodaci Żydzi handlujący używaną odzieżą oraz fachowcy od ostrzenia noży. Dawno nie tynkowane
mury pokrywały brudne, szare plamy, a balkony trzymały się na przysłowiowe „słowo honoru”.

Biedaczka mieszka w takiej dziurze - pomyślał Downar. - Ale jednak pojechała na kosztowną

wycieczkę.

Nacisnął dzwonek. Po krótkiej chwili drzwi otworzyła starsza, schludnie wyglądająca kobieta.

Starannie  wykrochmalony  fartuch  raził  oczy  ostrą  bielą  w  świetle  przedpokojowej  lampy.
Powściągliwy uśmiech rozjaśnił podłużną, pokrytą zmarszczkami twarz.

- Pan Downar, prawda?

- Tak. Jestem umówiony z panią Celińską.

- Pani zaraz do pana wyjdzie. Proszę, pan pozwoli do salonu.

Downar osłupiał. Nigdy by nie przypuszczał, że w tym starym, obdrapanym domu znajdują się

takie mieszkania. Pokój duży, wysoki, urządzony z gustem. Jak dekoracja do jakiegoś historycznego
filmu - pomyślał. Z zainteresowaniem przyglądał się meblom. Nie był fachowcem w tej branży, ale
miał  prawie  całkowitą  pewność,  że  to  wszystko  prawdziwe  antyki.  Kanapka,  fotele,  wyściełane
krzesełka,  dwie  serwantki,  wypełnione  porcelanowymi  i  srebrnymi  bibelotami.  Na  kominku  duży
zegar,  którego  tarczę  umieszczono  w  rydwanie  jakiejś  boginki,  powożącej  delfinami.  Lampy  także
stylowe.  Kandelabry  i  lichtarze  z  epoki  Księstwa  Warszawskiego.  Na  ścianach  stare  portrety,
przedstawiające  damy  w  krynolinach  i  mężczyzn  w  mundurach  albo  w  surdutach.  Na  podłodze
wysłużony  perski  dywan,  zdobyty,  być  może,  przez  husarzy  Sobieskiego  pod  Wiedniem.  W  rogu
pokoju, pod oknem, stała niewielka, także stylowa, biblioteczka, wypełniona książkami o kolorowych
grzbietach.

Downar tak był zaabsorbowany oglądaniem tego wszystkiego, że nie od razu spostrzegł wejście

pani Celińskiej.

-  Witam  pana  -  powiedziała,  wyciągając  starannie  wypielęgnowaną  rękę.  Miała  na  sobie

ciemną suknię z koronkowym żabotem. - Cieszę się, że pana widzę. Proszę, niechże pan siada. Czym
można pana poczęstować? Kawa? Herbata? Kieliszeczek dobrego koniaku?

- Nie chciałbym sprawiać kłopotu.

- Ależ to żaden kłopot. Więc...?

- Jeżeli pani taka uprzejma, to napiłbym się z przyjemnością herbaty.

- Dostanie pan nawet dobrej herbaty. - Mocniej zaakcentowała słowo „dobrej”. - Moja firmowa

mieszanka, spécialité de la maison. Walerciu! - zawołała w kierunku otwartych drzwi. Podaj, moja
droga, herbatę dla pana, a dla mnie, jak zwykle, kawę.

background image

Po chwili kobieta w wy krochmalonym fartuchu wniosła na dużej tacy kawę, herbatę, filiżanki z

cieniutkiej  porcelany,  srebrną  cukiernicę  i  również  srebrny  koszyczek  z  drobnymi  ciasteczkami.
Szybkimi wprawnymi ruchami nakryła Imanym obrusem owalny stolik i ustawiła na nim wszystko, po
czym zabrała tacę z powrotem i wyszła. Cicho zamknęła za sobą drzwi.

Pani Celińska nalała herbatę do filiżanki.

- Ze śmietanką czy z cytryną? - spytała.

-  Wolałbym  bez  niczego.  Ta  herbata  ma  tak  wspaniały  aromat,  że  szkoda  go  zabijać  jakimiś

dodatkami.

- Uprzedzałam przecież, że to jest specjalna mieszanka. - Drugą filiżankę napełniła kawą.

Downar  z  dużym  zainteresowaniem  przyglądał  się  starszej  pani,  która  obecnie  w  niczym  nie

przypominała  niesfornej  „Babci”  z  wycieczki.  Srebrzyste  włosy,  zaczesane  do  tyłu,  upięte  były  w
wysoki  kok.  Jedyną  ozdobą  ciemnej,  -  zapiętej  pod  szyję  sukni  była  duża,  srebrna  broszka,
podtrzymująca  żabot.  Szare  oczy  pełne  młodzieńczego  blasku.  Twarz  prawie  zupełnie  gładka,  z
nielicznymi śladami drobnych, mało widocznych zmarszczek. Nie wygląda nawet na sześćdziesiąt lat
- pomyślał.

- Smakuje panu herbata?

- Wyborna.

- Te ciasteczka także są zupełnie niezłe. Proszę skosztować.

Pochwalił  precelki  i  zaczął  zastanawiać  się  nad  tym,  jak  zacząć  tę  niezbyt  łatwą  rozmowę.

Chciał to zrobić możliwie jak najzręczniej. Wyręczyła go pani Celińska.

- Nie wątpię, że odwiedził mnie pan w pewnej konkretnej sprawie, jak również domyślam się,

dlaczego prosił pan o rozmowę w cztery oczy. Chodzi, rzecz prosta, o otrucie Dobrzyńskiego.

- No, cóż...

-  To,  że  pan  jest  oficerem  milicji,  wiedziałam  od  samego  początku  -  powiedziała  z

szelmowskim uśmiechem.

- Przeszedłem już na emeryturę - wyjaśnił Downar, nie dając poznać po sobie zaskoczenia.

-  Emeryt  czy  nie  emeryt  to  nie  ma  większego  znaczenia.  Ja,  drogi  panie,  na  kilometr  wyczuję

policjanta  czy  gangstera.  Przede  mną  nic  się  nie  ukryje.  Został  otruty  Edward  Dobrzyński,  który
niedawno wrócił z wycieczki do Włoch. Ponieważ pan również brał udział w tej wycieczce, przeto
postanowiono skorzystać z pańskiej pomocy w śledztwie, mimo iż pan przeszedł, jak to się mówi, w
stan  spoczynku.  Teraz  zaczyna  pan  przeprowadzać  „dyplomatyczne”  rozmowy  z  ludźmi,  którzy
wspólnie z panem podziwiali uroki Italii. Przed chwilą zastanawiał się pan nad tym, w jaki sposób
ze mną zacząć taką właśnie „dyplomatyczną” rozmowę. Sądzę, że w dużym stopniu ułatwiłam panu

background image

sytuację.

- Niewątpliwie - przyznał Downar. Odzyskał już całkowicie pewność siebie. - Podziwiam pani

przenikliwość. Nie kryję, że to, co pani przed chwilą powiedziała, było dla mnie niespodzianką.

Uśmiechnęła się nie bez pewnej satysfakcji.

- Może się pan po mnie spodziewać jeszcze różnych niespodzianek.

- Nie mam absolutnie nic przeciwko temu. Życie bez niespodzianek, byłoby bardzo monotonne.

- To jest właśnie moja dewiza życiowa - ożywiła się „Babcia”. - Walka z monotonnością dnia

powszedniego,  z  nudą,  w  ogóle  z  wszelkim  banałem.  Człowiek,  który  ogranicza  się  wyłącznie  do
codziennych  czynności,  powinien  sobie  co  prędzej  kupić  trumnę. A  propos. Słyszałam,  że  ostatnio
ceny trumien bardzo poszły w górę.

- Nie orientuję się.

-  No,  tak.  Pan  ma  jeszcze  trochę  czasu.  Ja  znacznie  mniej.  Chociaż  nic  nie  wiadomo.  Często

zupełnie młodzi ludzie... Mais revenons a nos moutons. Zna pan francuski?

- Niestety, nie znam.

- Szkoda. Piękny i elegancki język. A to, co powiedziałam przed chwilą, po polsku znaczy: „ale

wracajmy  do  naszych  baranów”.  Tak,  tak...  W  dzisiejszych  czasach  człowiek  jest  otaczany  coraz
liczniejszymi  stadami  baranów.  To  taka  luźna  dygresja.  Niech  jej  pan,  broń  Boże,  nie  bierze  do
siebie. Pana uważam za człowieka sympatycznego i inteligentnego.

Downar skłonił się.

- Pochlebia mi pani.

- To nie są żadne pochlebstwa - mówiła dalej „Babcia” z niesłabnącym wigorem. - Nigdy nie

bawię się w komplementy. Mówię to, co myślę. Zresztą w moim wieku... A więc nie odbiegajmy od
zasadniczego  tematu.  Przyszedł  pan  do  mnie,  żeby  mnie  ostrożnie  wybadać  i  żeby  się  czegoś
dowiedzieć,  co  mogłoby  dopomóc  w  rozwiązaniu  zagadki  tragicznej  śmierci  Dobrzyńskiego.
Zapewne intryguje pana osoba Felka Gałeckiego. Wiem, że słyszał pan naszą rozmowę w Citta del
Marę.  Felek  miał  zamiar  użyć  sztyletu,  a  ja  mu  doradzałam  truciznę.  Miałam  się  w  tej  sprawie
naradzić z Tadziem Wolskim, który jest chemikiem, fachowcem od wszelkiego rodzaju trucizn. Może
pan oczywiście z nim porozmawiać, ale to strata czasu. Chociaż... Bo ja wiem...

- Więc w jakim celu?

Pani Celińska energicznie zamachała rękami.

- Proszę mi nie przerywać. Tracę wątek. Właśnie chcę to wszystko panu wyjaśnić.

background image

- Słucham uważnie.

-  Otóż...  Może  to  pana  zdziwi,  ale  noszą  się  z  zamiarem  napisania  „bombowej”  powieści

kryminalnej do spółki z Felkiem Gałeckim. To mój daleki kuzyn, emerytowany adwokat, specjalista
od  spraw  kryminalnych.  Kodeks  karny  ma  w  małym  palcu.  Właśnie  napisał  pierwszy  rozdział  i
naradzał się ze mną. Nie mógł się zdecydować, w jaki sposób zgładzić swoją ofiarę. Ja stanowczo
doradzałam mu truciznę. Uważam, że to bardziej nobliwe aniżeli sztylet czy pistolet.

- W czasie naszej wycieczki nie zauważyłem, żeby pani kontaktowała się z panem Gałeckim.

Chytry uśmieszek pojawił się na twarzy „Babci”.

- Postanowiliśmy udawać, że się nie znamy. Uważaliśmy, że w ten sposób łatwiej zdobędziemy

jakieś interesujące powiązania między uczestnikami wycieczki. Chodziło nam o materiały do naszej
powieści. W całej sprawie jest jednak pewien dość zasadniczy szkopuł... - Zasępiła się. - Obawiam
się,  że  ja  nie  mam  zdolności  literackich.  Zaczęłam  pisać  drugi  rozdział  i  chyba  nie  bardzo  mi  to
wychodzi.

- Niech się pani nie przejmuje - pocieszył ją Downar. - Teraz tyle osób, nie mających żadnych

zdolności, zabiera się do pisania. Zresztą można się chyba wprawić. Powiadają, że nie święci garnki
lepią. Chciałbym nawiązać do tego, co pani poprzednio powiedziała. Mówiąc o chemiku, Tadeuszu
Wolskim, miała pani chwilę wahania.

Skrzywiła się.

- E, to nic ważnego. Tak sobie... Zresztą zupełnie niepotrzebnie.

- Skoro pani już zaczęła...

- No, więc dobrze. Powiem panu, ale proszę nie przywiązywać do tego specjalnej wagi. Otóż...

Swego  czasu  Dobrzyński  zabrał  Tadziowi  żonę.  Dawno,  kilka  lat  temu.  Taka  spóźniona  zemsta  to
raczej  powieściowy  motyw,  nie  mający  nic  wspólnego  z  realnym  życiem.  Zresztą  Tadzio  ma  teraz
śliczną, młodą dziewczynę, która usiłuje go bezskutecznie namówić na małżeństwo. Ale Tadzio jakoś
się nie śpieszy. Kto się na gorącym sparzy i tak dalej...

- Pani jest świetnie zorientowana w różnych sprawach związanych z życiem naszych bliźnich.

- O, ja wiem bardzo dużo interesujących rzeczy.

- W takim razie może mi pani powie, kto otruł Edwarda Dobrzyńskiego.

Roześmiała się.

- Pan jest ogromnie wymagający, panie majorze. Ale muszę panu sprawić zawód. Nie jestem ani

jasnowidzącą,  ani  wróżką.  Niestety,  nie  wiem,  kto  popełnił  tę  zbrodnię.  Mogę  jedynie  snuć  jakieś
przypuszczenia, domysły, jednym słowem fantazjować.

background image

- Byłbym ogromnie wdzięczny, gdyby się pani zechciała podzielić ze mną swymi domysłami.

Potrząsnęła głową.

- Nie, proszę pana. Nie wolno rzucać lekkomyślnie podejrzeń.

- Od kogo pani dowiedziała się o śmierci Dobrzyńskiego? - spytał szybko Downar. Mimo woli

wszedł w rolę prowadzącego śledztwo.

- Od Wandzi Dobrzyńskiej, oczywiście - odparła pani Celińska. - Telefonowała do mnie.

- Co pani sądzi o tym konflikcie małżeńskim tam, we Włoszech?

Sięgnęła  po  następne  ciasteczko  i  schrupała  je  z  widocznym  zadowoleniem.  Odezwała  się

dopiero po chwili.

-  Jeżeli  mam  być  zupełnie  szczera,  to  przyznam  się  panu,  że  cała  ta  historia  zrobiła  na  mnie

trochę dziwne wrażenie. Taki jakiś melodramatyczny scenariusz. Nie sądzi pan?

-  Nie  mam  wyrobionego  zdania  w  tej  sprawie  -  I  odpowiedział  wymijająco  Downar.  - A  jak

pani ocenia panią Dobrzyńską?

- Bardzo atrakcyjna kobieta. Zapewne podoba się mężczyznom.

- Czy ma przyjaciela?

-  Och,  drogi  panie  majorze,  chce  mnia  pan  nakłonić  do  nietaktownych  niedyskrecji.  Z  tym

pytaniem musi się pan bezpośrednio zwrócić do pani Dobrzyńskiej.

Downar zrobił skruszoną minę.

- Przepraszam. Rzeczywiście moje pytanie było nie na miejscu.

„Babcia” z wyraźną aprobatą pokiwała głową.

-  Cenię  rozsądną  samokrytykę.  To  dowód  cywilnej  odwagi.  Czy  poza  plotkami  na  temat

romansów  moich  znajomych  chciałby  się  pan  jeszcze  ode  mnie  czegoś  dowiedzieć?  A,  prawda,
byłabym zupełnie zapomniała... Zapewne intrygują pana te tajemnicze listy.

- O jakich listach pani mówi? - spytał ostrożnie Downar.

-  Niech  pan  nie  udaje.  -  „Babcia”  najwyraźniej  doskonale  się  bawiła.  -  Przecież  ta  smarkula

musiała panu powiedzieć, że ja we Włoszech pisałam mnóstwo tajemniczych listów i że wysyłałam
te listy na cztery strony świata.

- To prawda - przyznał Downar. - Pani Toczycka coś wspomniała, ale przyznam się pani, że nie

przywiązywałem do tego żadnej wagi.

background image

Pani Celińska uśmiechnęła się.

- Będę z panem szczera. Wiedziałam, że pan się nie nabierze na taki numer. - Te słowa trochę

dziwnie  zadźwięczały  w  ustach  starszej,  wytwornej  damy.  - A  pistolet,  panie  majorze,  także  lipa.
Rekwizyt  teatralny.  Brak  mu  nawet  języka  spustowego.  Nie  ma  również  iglicy.  Wszystko  to  miało
ścisły  związek  z  naszą  powieścią  kryminalną.  Chciałam  intrygować,  epatować,  stwarzać  wokół
siebie atmosferę tajemniczości.

-  W  czasie  naszej  wycieczki  zachowywała  się  pani,  delikatnie  mówiąc,  dosyć  oryginalnie  -

zauważył Downar.

Pokiwała głową.

- Ma pan rację. Odgrywałam rolę ekscentrycznej „Babci”. Coś w rodzaju enfant  terrible. Ach,

prawda, pan nie zna francuskiego. Pardon. Przepraszam.

- Te niespodziewane zniknięcia.

-  Mieszkałam  kilka  lat  we  Włoszech  -  powiedziała  rozweselona  pani  Celińska.  -  Na  tamtym

terenie  mam  bardzo  wielu  znajomych,  którzy  chętnie  mnie  zapraszają.  Nawet  i  na  Sycylii  mam
przyjaciół.  Włosi  to  bardzo  mili  i  serdeczni  ludzie.  Bardzo  ich  lubię.  A  nade  wszystko  cenię  ich
romańskie poczucie humoru. Właściwie niczego w życiu nie traktują zbyt poważnie.

- A wracając do tych listów, pisanych szyfrem... Roześmiała się.

- Nie ma mowy o żadnym szyfrze. Ot, parę słów bez sensu. Rozsyłałam te listy do różnych nie

istniejących  osób.  Wszystko  po  to,  żeby  stworzyć  atmosferę  tajemniczości  wokół  mojej  osoby.
Chciałam w ten sposób zdobyć jak najwięcej autentycznego materiału do powieści.

Downar pokiwał głową.

- Rozumiem. Bujną ma pani fantazję.

-  Urozmaicam  sobie  życie,  jak  mogę.  Już  mi  go  niewiele  zostało.  Trzeba  się  śmiać  z  ludzi  i  z

siebie. Lubię intrygować. Bawi mnie to.

-  I  nie  chce  się  pani  podzielić  ze  mną  swoimi  przypuszczeniami,  kto  ewentualnie  mógłby  być

mordercą Dobrzyńskiego?

-  Nie.  Przypuszczenia  zachowuję  na  własny  użytek.  Proszę  nie  mieć  do  mnie  żalu,  panie

majorze.

- Jaka jest pani opinia o tym młodym człowieku, który tak skwapliwie asystował pani podczas

naszej wycieczki?

- Ma pan na myśli Werbacha?

background image

- Tak.

„Babcia” skrzywiła się z wyraźnym niesmakiem.

- Miglanc. Mały cwaniaczek. Różne rzeczy mi proponował, ale ja nie z tych, co się dają robić w

konia.

Słowa  te,  wypowiedziane  wśród  antycznych  mebli  i  starych  portretów,  zgrzytnęły  ostrym

dysonansem.

Pani Celińska, jakby zgadując myśli swego gościa, powiedziała:

- Zapewne trochę pana dziwi mój facon de parler,  mój sposób wyrażania się, ale czasami lubię

sobie  rzucić  takim  dosadnym  słówkiem.  To  niezmiernie  urozmaica  poprawny,  zgodny  ze  wszelkimi
regułami stylistyki język. Nie sądzi pan?

-  Być  może  -  przytaknął  Downar.  -  Nie  jestem  lingwistą.  Chciałbym  zapytać,  co  konkretnie

proponował pani Robert Werbach.

-  Takie  tam  różne  bzdury.  Namawiał  mnie,  żebym  zainwestowała  kapitał  w  jakiś  interes,

zachwalał  dom  w  Radości,  który  można  kupić  bardzo  tanio  i  zarobić,  i  wreszcie  proponował  mi
kupno  samochodu  Wołga.  Podobno  w  doskonałym  stanie.  Jeszcze  coś  opowiadał,  zachwalał,
namawiał.  Oczywiście  nie  traktowałam  go  poważnie.  To  bardzo  nieciekawy  młody  człowiek.
Hochsztapler na małą skalę. Doskonale znam takie typy.

- Więc proponował pani także kupno wołgi.

- Tak. Twierdził, że właściciel wyjeżdża do Australii czy Kanady i że chce się jak najprędzej

pozbyć  tego  samochodu.  Odmówiłam,  rzecz  prosta.  Niepotrzebny  mi  taki  duży  wóz.  Najzupełniej
wystarcza mi mój mały fiat.

- Pani jeszcze prowadzi?

- A dlaczegóż by nie? - oburzyła się „Babcia”. - Zrobiłam prawo jazdy, jak miałam dwadzieścia

dwa lata, i brałam nawet udział w rajdach. Cóż pan sobie wyobraża? Że jestem stara, to już nie mogę
prowadzić wozu? Jeszcze niejednej młodej dziewczynie dałabym radę. Znam dżudo, karate. Chce pan
spróbować?

- Nie, nie - zaprotestował z ożywieniem Downar. - Wierzę pani na słowo. - Spojrzał na zegarek.

- Strasznie się zasiedziałem. Przepraszam, że zabrałem pani tyle czasu.

- Wpadnie pan do mnie jutro? Będzie parę osób. Postaram się, żeby było wesoło.

- Bardzo dziękuję za miłe zaproszenie, ale jutro jestem zajęty.

Po  wyjściu  od  „Babci”  Downar  szedł  wolno  ulicą,  nie  zważając  na  padający  deszcz.  Ta

rozmowa zdezorientowała go. Albo to świetna aktorka - myślał - albo rzeczywiście taka jest.

background image

Rozdział VIII Interesujące rozmowy

Uśmiechał  się  życzliwie,  trochę  protekcjonalnie.  Twarz  miał  szeroką,  tryskającą  zdrowiem,

emanującą  zadowolenie  z  samego  siebie.  Każdy  szczegół  jego  ubrania  świadczył  o  zamożności  i
trosce o elegancki wygląd. Widać było, że to człowiek na stanowisku, mający odpowiednią pozycję
towarzyską. Patrząc na niego nie miało się wątpliwości, że właśnie za takiego pragnie uchodzić.

Walczak  błyskawicznie  zarejestrował  świetnie  skrojony  garnitur,  białą,  modną  koszulę,

starannie  zawiązany  krawat,  złote  spinki  przy  mankietach  i  wspaniale  wyglansowane  buty,
pochodzące niewątpliwie od prywatnego szewca.

- Zapewne pan się orientuje, w jakim celu zaprosiliśmy pana do nas.

Gródecki skinął głową.

- Nietrudno się domyślić, że chodzi o tragiczną śmierć Dobrzyńskiego. To rzeczywiście bardzo

przykra historia.

- Nie tylko przykra, ale i bardzo dziwna historia - powiedział Walczak. - Rozmawiałem już w

tej sprawie z kierownikiem waszej wycieczki, panem Wacławem Kozłowskim, oraz z moim kolegą,
majorem  Downarem,  który  brał  udział  w  wycieczce.  Obecnie  chciałbym  się  czegoś  dowiedzieć  od
pana.

Gródecki poruszył się na krześle, przybierając pełną skwapliwej usłużności postawę.

-  Proszę  pytać,  panie  majorze.  Jestem  gotów  udzielić  wszelkich  informacji.  Mogę  pana

zapewnić, że zrobię wszystko, żeby zdemaskować zbrodniarza.

- Zarówno pan, jak i pańska żona pozostawaliście w zażyłych stosunkach z Dobrzyńskimi.

-  Tak.  To  znaczy...  nasze  żony  przyjaźniły  się  jeszcze  od  szkolnych  lat.  Były  koleżankami,

siedziały w jednej I ławce.

- Rozumiem - Walczak utkwił spojrzenie w barwnym krawacie swojego rozmówcy. - Niech mi

pan  powie,  czy  państwo  wspólnie  zaprojektowali  tę  wycieczkę,  czy  też  było  to  przypadkowe
spotkanie.

- Przypadkowe? - zdziwił się Gródecki. - Skądże.

Od  dawna  chcieliśmy  wspólnie  zwiedzić  Italię.  Wycieczka  była  bardzo  udana  i  gdyby  nie

tragedia...

-  Może  jednak  wycieczka  nie  była  taka  „bardzo  udana”  -  zauważył  Walczak.  -  Mam  na  myśli

komplikacje małżeńskie między Dobrzyńskimi.

-  Tak.  Rzeczywiście  -  przyznał  Gródecki.  -  To  niewątpliwie  psuło  nastrój.  Różnie  się  układa

między ludźmi.

background image

- Od jak dawna zaczęły się między nimi nieporozumienia?

-  Nie  orientuję  się  dokładnie,  ale  wydaje  mi  się,  że  już  od  wielu  miesięcy,  może  od  roku.

Przypominam sobie, że moja żona dosyć dawno wspominała mi coś na ten temat, ale przyznaję, że nie
bardzo się tą sprawą interesowałem. Jestem zajęty i nie mam czasu na plotki.

- Pan pracuje w handlu zagranicznym.

- Tak.

- I często pan wyjeżdża w sprawach służbowych?

- Różnie. To zależy...

- Czy przed tą wycieczką był pan już we Włoszech?

- Tak. Byłem dwukrotnie. Służbowo.

- Zna pan język włoski?

- Znam. Może nie tak znakomicie, ale mogę się swobodnie porozumieć. Brałem nawet udział w

przeprowadzaniu negocjacji handlowych, prowadzonych w tym języku.

- Czy nawiązał pan we Włoszech jakieś kontakty, znajomości, przyjaźnie?

-  Za  każdym  razem  ograniczałem  się  wyłącznie  do  kontaktów  oficjalnych  -  powiedział

zdecydowanie Gródecki.

- A jakieś prywatne znajomości?

- Żadnych. Nie miałem na to ani czasu, ani ochoty, ani pieniędzy. Polak przebywający za granicą

musi  się  liczyć  z  każdym  groszem.  Włosi  zaś  są  nastawieni  na  to,  że  cudzoziemcy  przyjeżdżają  z
pełnymi  portfelami.  Nauczyli  ich  tego  przede  wszystkim  Amerykanie  i  Niemcy,  z  Niemiec
Zachodnich oczywiście.

-  Czy  podczas  wyjazdów  służbowych  do  Włoch  nie  naraził  się  pan  komuś  na  tamtejszym

terenie?

- Gródecki był szczerze zdziwiony.

- Narazić się? Ja? Co za przypuszczenie, panie

majorze?

- Mój kolega, major Downar, oraz pan Kozłowski, kierownik waszej grupy, powiadomili mnie,

że został pan raniony wystrzałem z pistoletu.

background image

- To prawda.

- Gdzie to się stało?

- W okolicach Frascati, w pobliżu willi Cycerona.

- Po co pan tam poszedł? Gródecki trochę się zmieszał.

-  No,  cóż...  Muszę  być  z  panem  zupełnie  szczery.  Proszę,  oczywiście,  o  całkowitą  dyskrecję.

Umówiłem się z dziewczyną.

- Czy poznał ją pan w czasie wycieczki, czy też to jest jakaś dawniejsza znajomość?

- W czasie mojej ostatniej podróży służbowej. Zupełnie przypadkowo.

- Więc jednak nie ograniczał się pan wyłącznie do

kontaktów oficjalnych.

Gródecki nerwowym ruchem poprawił krawat.

-  Nie  miałem  ochoty  wspominać  o  tym  drobnym  epizodzie  bez  znaczenia.  Jestem  żonaty.  Pan

rozumie...

- Może mi pan dokładnie opowie, jak to było z tą strzelaniną - zaproponował Walczak.

- Właściwie nie ma tak wiele do opowiadania - uśmiechnął się niepewnie Gródecki. - Po prostu

przyszedłem  trochę  wcześniej,  żeby  się  nie  spóźnić.  Czekałem  koło  willi  Cycerona  i  nagle  napadli
mnie.  Próbowałem  się  bronić.  Jestem  silny,  kiedyś  trenowałem  boks,  dżudo.  Jeden  z  nich  strzelił.
Upadłem. Musiał ktoś ich spłoszyć, bo uciekli.

-  Proszę  mi  powiedzieć,  jaka  jest  pańska  opinia  odnośnie  tych  nieporozumień  małżeńskich

państwa Dobrzyńskich. Gródecki wzruszył ramionami.

-  Bo  ja  wiem...  W  każdym  małżeństwie  zdarzają  się  przecież  nieporozumienia,  sprzeczki,

kłótnie. Potem znowu wszystko w porządku. Myślę, że Dobrzyńscy nie różnili się pod tym względem
od innych. Zresztą, przyznam się panu, że niezbyt interesowało mnie ich życie osobiste.

- A czy scena w Wenecji, którą urządziła pani Dobrzyńska, nie wydała się panu trochę dziwna?

- Dziwna? Nie rozumiem.

-  Może  niezupełnie  ściśle  się  wyraziłem  -  uśmiechnął  się  Walczak.  -  Chodzi  mi  o  to,  czy  ta

scena nie wydała się panu nienaturalną, sztuczną, celowo zainscenizowaną.

Gródecki spojrzał zdziwiony.

background image

- Celowo zainscenizowaną? W dalszym ciągu nie bardzo rozumiem.

- No, po prostu, czy Dobrzyńska nie udawała tego wszystkiego.

- A dlaczegóż miałaby udawać?

- Tego nie wiem. Pytam tylko, czy nie odniósł pan wrażenia, że to było udane.

Gródecki potrząsnął głową.

-  Nie,  panie  majorze.  Nic  podobnego  nie  przyszło  mi  do  głowy.  Wanda  może  trochę

histeryzowała. To prawda. Ale ona rzeczywiście się bała.

- Bała się swojego męża?

- Tak. Edward był człowiekiem bardzo gwałtownym. Nie zawsze panował nad sobą. Przyznam

się  panu,  że  jeszcze  przed  tą  wycieczką  do  Włoch  nieraz  dziwiłem  się  Wandzie,  że  wytrzymuje  to
wszystko.

-  Czy  sądzi  pan,  że  Dobrzyński  byłby  skłonny  do  popełnienia  jakiegoś  gwałtownego  czynu,

nawet do morderstwa?

- Nie należy źle mówić o zmarłych, ale wydaje mi się, że w przystępie wściekłości mógł nawet

zabić.

- Więc pana zdaniem pani Dobrzyńska miała konkretne powody do obaw.

- Niewątpliwie.

- Ale dlaczego ich wzajemne stosunki tak się pogorszyły podczas wycieczki?

Gródecki wzruszył ramionami.

-  Nie  potrafię  odpowiedzieć  na  to  pytanie.  Może  zmiana  otoczenia?  Nie  wiem,  doprawdy  nie

wiem.

Walczak postanowił zmienić temat.

- W tej waszej wycieczce do Włoch uczestniczył między innymi pewien młody człowiek, Robert

Werbach. Czy mógłby pan mi coś o nim powiedzieć?

Gródecki skrzywił się.

- Nie znam go bliżej, ale nie zrobił na mniej zbyt miłego wrażenia.

- Miał pan jakieś konkretne powody?

- Absolutnie żadnych. Czasem tak jakoś instynktownie czuje się do danej osoby albo sympatię,

background image

albo niechęć.

-  To  prawda  -  przytaknął  Walczak.  -  A  więc  jeżeli  chodzi  o  Roberta  Werbacha,  to  pańska

niechęć do niego opiera się wyłącznie na intuicji.

- Można by to tak określić.

- A Teodor Więckowski?

- Co Teodor Więckowski?

- Chciałbym wiedzieć, co pan sądzi o Teodorze Więckowskim.

-  No,  cóż...  -  Gródecki  miał  zakłopotaną  minę.  -  Miły,  sympatyczny  człowiek,  towarzyski,

wesoły. Poza tym bardzo uzdolniony fotograf.

- Czy znał go pan przed tą podróżą do Włoch?

- Tak. Poznaliśmy się kiedyś u wspólnych znajomych.

- Czy może pan skonkretyzować, u jakich znajomych? Chodzi mi o nazwisko.

- To było chyba u Dobrzyńskich. Tak, tak, na pewno. Teraz sobie przypominam. Parę lat temu.

Chyba jakieś imieniny czy rocznica ślubu. Taka zupełnie przelotna znajomość.

- Czy po tych imieninach spotykał się pan jeszcze kiedyś z Więckowskim?

- Nie pamiętam. Być może, że przypadkowo, na ulicy.

- Wtedy w okolicach Frascati, kiedy pan został ranny, Więckowski znalazł się przy panu.

- To czysty przypadek. Walczak pokiwał głową.

- Tak. To nie tylko „czysty”, ale także bardzo dziwny przypadek.

Gródecki poruszył się niecierpliwie.

- Panie majorze - powiedział z wyraźną pretensją w głosie. - Ciągle odnoszę wrażenie, że pan

mi nie ufa. Proszę mi szczerze i wyraźnie powiedzieć, o co mnie pan podejrzewa.

Walczak uśmiechnął się.

-  Ja  w  ogóle  nikomu  nie  ufam,  nawet  samemu  sobie.  Specyfika  zawodu. A  jeżeli  chodzi  o  to

zdarzenie w pobliżu willi Cycerona i o owo „przypadkowe” spotkanie z Więckowskim, przykro mi
bardzo, ale nie mogę do tej sprawy odnieść się z pełnym zaufaniem.

Gródecki w bezradnym ruchu rozłożył ręce.

background image

- Niestety, panie majorze, nic na to nie mogę poradzić. Nie potrafię pana przekonać, że mówię

prawdę.

Walczak machnął ręką.

-  Mniejsza  o  to.  Nie  będziemy  tracić  czasu  na  wzajemne  przekonywanie  się.  Chciałbym  panu

zadać jeszcze pytanie delikatnej natury. Czy pani Dobrzyńska ma przyjaciela?

- Przyjaciela? Wanda? - Gródecki był zaskoczony albo też udawał zaskoczonego. - Dziwię się,

panie majorze, że pan w ogóle o takich rzeczach... Mogę pana zapewnić, że nie zajmuję się plotkami.
To mnie nie interesuje.

- Więc jednak były jakieś plotki - podchwycił Walczak.

- Nie wiem. Nie obchodzi mnie, co ludzie gadają.

- Nie wątpię, że to pana nie obchodzi, ale może kiedyś, przypadkiem, coś pan usłyszał.. Może

sobie mimo wszystko trochę poplotkujemy na temat pani Dobrzyńskiej.

Gródecki wyjął z kieszeni papierosy.

- Można zapalić?

-  Proszę.  No,  śmiało...  Niech  pan  mówi.  Obiecuję,  że  nasza  rozmowa  nie  wyjdzie  poza  ten

pokój.  Zresztą,  jeżeli  chodzi  o  panią  Dobrzyńską,  to  nie  byłoby  nic  dziwnego,  żeby  z  kimś  się
zaprzyjaźniła, skoro podobno, od dłuższego czasu nie żyła ze swym mężem. Niech pan się nie daje
prosić i niech pan mi opowie o tych plotkach, które pan słyszał na temat pani Dobrzyńskiej.

Gródecki nerwowym ruchem zgasił w popielniczce nie wypalonego papierosa.

- No, więc... Ale z góry zastrzegam się, że nie biorę odpowiedzialności za te pogłoski.

- To zrozumiałe. Słucham.

-  Kiedyś  ktoś  mi  powiedział,  że  Wanda  Dobrzyńska  i  Werbach...  Natychmiast,  oczywiście,

przerwałem  tę  idiotyczną  rozmowę.  Nie  znoszę  takich  rzeczy,  a  są  ludzie,  którzy  przepadają  za
wszelkiego rodzaju skandalami, sensacjami.

- Więc powiada pan, że pani Dobrzyńska i Robert Werbach.

- Ja nic takiego nie powiedziałem - zaprzeczył z ożywieniem Gródecki. - Ja tylko powtarzam to,

co mi ktoś kiedyś szepnął... Potraktowałem tę sprawę jako zwykłą, głupią plotkę.

- A kto to panu „szepnął”? - spytał Walczak.

- Nie pamiętam.

background image

- Rzeczywiście pan nie pamięta?

- Nie pamiętam.

Walczak z niedowierzaniem pokręcił głową.

- Dziwne. Przed chwilą pan powiedział, że natychmiast przerwał tę „idiotyczną rozmowę”. Nie

bardzo rozumiem, jak to się dzieje, że pan nie pamięta, z kim wówczas rozmawiał.

- Po prostu nie pamiętam. Nie przywiązywałem do tego żadnej wagi. Teraz, kiedy mnie pan tak

wypytuje, to jak przez mgłę coś sobie przypominam.

-  No,  dobrze  -  westchnął  Walczak.  -  Niech  i  tak  będzie.  Czy  chciałby  pan  coś  powiedzieć  na

temat tragicznej śmierci Edwarda Dobrzyńskiego?

- Nie mam w tej sprawie absolutnie nic do powiedzenia.

-  W  takim  razie  może  zakończymy  naszą  rozmowę.  Jeżeli  będą  potrzebne  jeszcze  jakieś

wyjaśnienia, zwrócimy sie do pana.

- Proszę uprzejmie.

Kiedy  drzwi  zamknęły  się  za  inżynierem  Gródeckim,  z  sąsiedniego  pokoju  wszedł.  Downar.

Walczak bystro spojrzał na przyjaciela.

- Słyszałeś?

- Oczywiście.

- No i co?

Downar nieznacznie poruszył ramionami.

- Wydaje mi się, że bardzo interesująca i pouczająca rozmowa. Byłeś doskonały.

- Żartujesz.

-  Mówię  zupełnie  poważnie.  Prowadziłeś  przesłuchanie  na  dobrym  poziomie,  spokojnie,

pozornie zupełnie nieszkodliwie, a w gruncie rzeczy bardzo sprytnie.

- Najważniejsze, że ten facet także uważa; że rozmawiał ze mną „bardzo sprytnie” - uśmiechnął

się Walczak.

-  O,  właśnie  -  przytaknął  Downar.  -  Odniosłem  identyczne  wrażenie.  Czy  wiesz,  że  ta  młoda

dziewczyna,  Anna  Toczycka,  w  rozmowie  ze  mną  także  sugerowała,  że  Werbach  jest  kochankiem
Dobrzyńskiej? Właściwie nie sugerowała, tylko podała to jako fakt.

background image

Walczak pokiwał głową.

- Interesujące. Warto, żebyś z nią utrzymał kontakt.

- Właśnie mam taki zamiar. A co ze wspólnikiem Dobrzyńskiego?

- Wybieram się do niego jutro z samego rana. Pojedziesz ze mną?

- Chyba tak. Na wszelki wypadek. Będzie ci raźniej.

- A jakie ty masz plany? - spytał Walczak.

- Pogawędzę sobie z pewnym utalentowanym fotografem, który lubi spacerować w pobliżu willi

Cycerona.

- Z Więckowskim?

- Właśnie. Przeprowadzę z nim wstępną, „przyjacielską” rozmowę, a potem przekażę go tobie

na  oficjalne  przesłuchanie.  Myślę,  że  nie  będzie  większych  trudności  z  rozpracowaniem  go.  Raczej
miękki facet.

- Widzę, że nie doceniasz „miękkich facetów”. Downar uśmiechnął się.

-  Doceniam.  Wiem,  że  tacy  potrafią  sprawiać  prze  różne  niespodzianki.  Czasami  trzeba  się

solidnie pogimnastykować, ale w tym wypadku...

- Nie poszedłeś na to przyjątko do „Babci”?

-  Nie.  Strata  czasu.  Wszyscy,  którzy  tam  byli,  wiedzą  doskonale,  z  jakiej  ja  jestem  branży.

Krępowałaby ich moja obecność. A tak, być może, ktoś się „Babci” zwierzy z czegoś interesującego,
co następnie, mam nadzieję, dotrze do mnie.

Walczak siedział zamyślony. Mogło się zdawać, że nie dosłyszał ostatnich słów przyjaciela.

- Wiesz, czego się boję? Boję się, że będziemy mieli jeszcze jedno morderstwo.

Downar spochmurniał.

- Od pewnego czasu biorę to pod uwagę. Wydaje mi się, że afera ma szersze rozgałęziania.

*

Teodor  Więckowski  mieszkał  na  Kromera,  niedaleko  Filtrowej.  Na  drugim  piętrze

przedwojennego domu zajmował obszerne, trzypokojowe mieszkanie. Jeden z pokoi, zamieniony na
pracownię, był zgodnie z uświęconą tradycją nieprawdopodobnie zagracony. Artystyczny nieład nie
pozwalał  na  swobodne  poruszanie  się  i  trzeba  było  niemałej  zręczności,  aby  lawirować  między
aparatami,  statywami,  papierami  i  powiększonymi  fotografiami  zaścielającymi  podłogę.  Prócz  tego

background image

sztalugi, blejtramy, skrawki jakichś materiałów, a na ścianie ekran, przed którym stały dwie kamery
projekcyjne.  Tę  skomplikowaną  scenerię  uzupełniały  dwa  stare,  zapadające  się  fotele,  szeroki
tapczan, nakryty czerwoną narzutą, oraz ogromny, puszysty dywan.

Więckowski rozjaśnił twarz w powitalnym uśmiechu.

-  Kogo  ja  widzę?!  Pan  major!  Co  za  miła  niespodzianka.  Proszę,  bardzo  proszę.  Bardzo  się

cieszę.

Pospiesznie zdjął długi poplamiony fantazyjnie kitel i włożył marynarkę.

-  Niech  pan  sobie  nie  przeszkadza  -  powiedział  wesoło  Downar.  -  Ja  tylko  na  chwileczkę.

Byłem właśnie w tych stronach i wpadłem do pana.

- Ależ to wspaniale. Jestem szczęśliwy - zachwycał się przesadnie fotograf. - Może przejdziemy

do dalszych apartamentów, bo tutaj straszny bałagan. - Zaczął pośpiesznie porządkować, przy czym
Downar odniósł wrażenie, że jego były współlokator ma ochotę ukryć to i owo. - Bałagan, okropny
nieporządek, ale jak człowiek pracuje...

Downar pokiwał głową.

- Ależ to zrozumiałe. Praca artysty... Więckowski zamachał rękami.

-  Jaki  tam  ze  mnie  artysta.  Śmiechu  warte.  Rzemieślnik  jestem,  prosty  rzemieślnik.  Nie  mam

takich  wygórowanych  aspiracji.  Proszę  bardzo  do  tamtego  pokoju.  Ogromnie  niewygodny  rozkład
mieszkania. Amfilada. Trzeba, niestety, przejść przez ten śmietnik.

Znaleźli się w przyjemnie urządzonym gabinecie, w którym dominowało duże, stylowe biurko,

zarzucone fotografiami i zagranicznymi czasopismami. Więckowski wskazał wolterowski fotel.

- Proszę, niech pan siada, panie majorze, bardzo proszę. Zaraz przygotuję coś do picia, herbata,

kawa, koniak, whisky. Do wyboru, do koloru.

- Niech pan sobie nie robi kłopotu. Naprawdę.

- Ależ to żaden kłopot. To przyjemność, prawdziwa przyjemność gościć pana u siebie. Szkoda,

że  pan  do  mnie  nie  zadzwonił,  byłbym  przygotował  jakąś  gustowną  zakąskę,  a  tak  mam  tylko  słone
paluszki. Więc kawa czy herbata?

- Jeżeli już pan tak nalega, to proszę o herbatę - powiedział z uśmiechem Downar. Od pierwszej

chwili spostrzegł, że fotograf jest wyraźnie zdenerwowany jego niespodziewaną wizytą.

Więckowski wyszedł i po pewnym czasie wrócił, niosąc na tacy dwie szklanki herbaty, butelkę

koniaku, kieliszki i obiecane słone paluszki.

-  Ekspresowa  herbata.  Holenderska.  Pierwsza  klasa.  Na  pewno  będzie  smakowała  nawet

takiemu  koneserowi  jak  pan.  A  tutaj  kropelka  niezłego  koniaczku  Remi  Martin.  Do  tego,  niestety,

background image

tylko słone paluszki.

Downar  pochwalił  herbatę,  umoczył  wargi  w  koniaku,  a  następnie  rozparł  się  wygodnie  w

fotelu i z pogodnym uśmiechem spojrzał na Więckowskiego.

- No i cóż tam u pana słychać, panie Teodorze? Jakże

się żyje?

Fotograf rozłożył ręce.

- Jakoś się wiąże koniec z końcem. Ale słabo, bardzo słabo...

- Dlaczegóż to?

-  Wszystko,  panie  majorze,  drożeje,  a  klientów  nie  przybywa.  Wprost  przeciwnie.  Ano  cóż

robić. Cest  la  vie!  Ale właściwie  nie  mam  prawa  narzekać.  Są  tacy,  co  mają  jeszcze  gorzej.  Z
prawdziwym rozrzewnieniem wspominam naszą wspólną wycieczkę. To było tak niedawno, a zdaje
się,  że  od  tamtych  dni  upłynęły  całe  wieki. Tempus  fugit.  Nasze  spacery  po  Wenecji,  Florencji,
Rzymie zapadły się w niesłychanie odległą przeszłość. - Wypił spory łyk koniaku i umilkł. Wyglądał
na szczerze wzruszonego.

-  Nie  wiem,  czy  pan  się  orientuje,  że  jeden  z  naszych  wycieczkowych  towarzyszy  nie  żyje  -

powiedział po chwili Downar. - Edward Dobrzyński. Zapewne pan go sobie przypomina.

- Czy go sobie przypominam? Ależ oczywiście. Tak, wiem. To straszne. Podobno został otruty.

Downar skinął głową.

- To prawda. Od kogo otrzymał pan tę wiadomość?

-  Od  pani  Celińskiej.  Byłem  u  niej  na  takim  małym  przyjątku.  Zaprosiła  kilka  osób  z  naszej

wycieczki. Wszyscy bardzo żałowali, że pan nie przyszedł.

- Co pan sądzi o śmierci Dobrzyńskiego?

- A cóż ja mogę sądzić? Nic. Przykro mi. Co prawda mało go znałem, ale...

- Czy pan znał Dobrzyńskiego przed tą wycieczką do Włoch?

-  Nie,  poznałem  go  właśnie  na  wycieczce.  Czy  pan  prowadzi  śledztwo  w  tej  sprawie,  panie

majorze?

Downar uśmiechnął się.

- Jak panu wiadomo, ja już jestem na emeryturze. Śledztwo prowadzi mój przyjaciel. Pomagam

mu trochę.

background image

Więckowski pokiwał głową.

-  Rozumiem.  Pan  zetknął  się  na  wycieczce  z  tymi  wszystkimi  ludźmi,  więc...  Czy  pan  kogoś

podejrzewa?

- A pan? - odparował Downar.

- Co ja?

- Pytam, czy pan kogoś podejrzewa o popełnienie tej zbrodni.

-  Ja?!  -  oburzył  się  fotograf.  -  Dlaczegóż  miałbym  kogoś  podejrzewać?  Nikogo  nie

podejrzewam, absolutnie nikogo.

Downar podniósł kieliszek i spojrzał pod światło na koniak.

- Piękny kolor - powiedział, uśmiechając się łagodnie. - No, cóż... Przyszedłem tu do pana, żeby

sobie tak szczerze porozmawiać.

- Uwielbiam szczere rozmowy - zapewnił Więckowski. - Tylko szczera rozmowa może ludzi do

siebie zbliżyć.

Downar nie przestawał się uśmiechać.

- Bardzo słuszna uwaga. Cały feler w tym, że pan nie chce ze mną szczerze rozmawiać.

- Doprawdy? Z czego pan to wnioskuje?

- Pan, zdaje się, zapomina, że ja przez wiele lat by łem oficerem milicji. Mam pewną wprawę.

A jeśli chodzi o pańską osobę, to chyba nietrudno pana rozszyfrować.

Więckowski wypił koniak i sięgnął po butelkę. Mogło się zdawać, że pragnie zyskać na czasie.

- Co pan chce przez to powiedzieć?

- Chcę przez to powiedzieć, że pan o wiele więcej wie, aniżeli jest pan skłonny powiedzieć.

- Wiem? Ale co? O czym? Co pan ma na myśli?

- Mam oczywiście na myśli zabójstwo Edwarda Dobrzyńskiego.

Więckowski zerwał się.

- Pan mnie podejrzewa o popełnienie tej zbrodni?!

-  Bo  ja  wiem...  -  Downar  wyglądał  na  niezdecydowanego.  -  Nie,  właściwie  nie.  To  znaczy...

Sądzę, a raczej jestem pewien, że gdyby pan chciał, to mógłby mi pan powiedzieć dużo ciekawych
rzeczy.

background image

- Na czym pan opiera takie przypuszczenie? Zupełnie nie rozumiem.

Downar przestał się uśmiechać i przez chwilę uważnie przyglądał się twarzy fotografa.

- Czy pan w dalszym ciągu się boi? - spytał, starannie oddzielając poszczególne słowa.

- Bać się? Ja? Dlaczego miałbym się bać? I kogo?

- Właśnie tego chciałem się od pana dowiedzieć, panie Teodorze.

- Nic z tego wszystkiego nie rozumiem.

- Przyzna pan - ciągnął dalej Downar - że w czasie naszej wspólnej wycieczki zachowywał się

pan trochę dziwnie.

- Dlaczego „dziwnie”? Downar znowu się uśmiechnął.

-  Chyba  pan  sobie  przypomina,  że  mieszkaliśmy  razem  w  pokojach  hotelowych.  Pan  był  przez

cały czas podniecony, zdenerwowany, niespokojny. Chyba pan nie zaprzeczy.

- Mam takie niespokojne usposobienie.

- Ach tak? Usposobienie. A mnie się wydawało, że pan się po prostu bał, i jestem przekonany,

że w dalszym ciągu ma pan powody do obaw.

- Nie mam żadnych powodów do obaw. Pan się myli, panie majorze.

- Niech i tak będzie. Może mi pan teraz powie, jak to było z tą strzelaniną w okolicach Frascati,

w pobliżu willi Cycerona. Został wtedy ranny Gródecki.

- Tak, pamiętam.

-  No,  więc  właśnie  -  Downar  wypił  łyk  herbaty,  która  już  zupełnie  wystygła  -  chciałbym

wiedzieć, o co tam chodziło naprawdę.

- Znalazłem się tam zupełnie przypadkowo - powiedział niezbyt pewnym głosem Więckowski. -

Z tym miejscem łączą mnie romantyczne wspomnienia. Posłyszałem jakieś jęki i zobaczyłem leżącego
na trawie Gródeckiego. Napadli go bandyci. Został postrzelony.

Downar skrzywił się z niesmakiem.

-  Panie  Teodorze,  panie  Teodorze.  Czy  rzeczywiście  robię  wrażenie  człowieka  aż  tak

naiwnego? Wprawdzie jestem emerytem, ale jeszcze skleroza nie rozwija się w moim organizmie w
tak błyskawicznym tempie. Czy pan sądzi, że mogę uwierzyć w te jakieś „romantyczne wspomnienia”
i w to „przypadkowe” znalezienie Grodeckiecio? Przecież to są bajeczki dla grzecznych dzieci. Nie
chce  pan,  to  niech  pan  nie  mówi,  ale  niech  mnie  pan  nie  częstuje  takimi  bzdurami.  Więckowski
przełknął ślinę.

background image

- Jak mam pana przekonać, że mówię prawdę?

- Niech mnie pan nie przekonuje. Niepotrzebna strata czasu. Dajmy temu spokój. Dla mnie nie

ulega wątpliwości, że pan siedzi w tej aferze po uszy.

- W jakiej aferze, panie majorze?! O czym pan właściwie mówi?

-  Dokładnie  jeszcze  się  nie  orientuję  -  powiedział  Downar.  -  W  przeciwnym  razie  nie

rozmawiałbym teraz z panem na ten temat. Ale coś panu powiem, panie Teodorze. Sądzę, że byłoby
dla  pana  lepiej  i  bezpieczniej,  gdyby  zdecydował  się  pan  na  szczerą  rozmowę  ze  mną.  Dobrzyński
został zamordowany. Kto wie, czy się na tym skończy. Milicja prowadzi bardzo energiczne śledztwo.
Mam  wrażenie,  że  pan  mógłby  dużo  pomóc  i  milicji,  i  sobie,  zakładając  oczywiście,  że  to  nie  pan
otruł Dobrzyńskiego.

- Na miłość boską! Dlaczegóż miałbym go otruć?! Downar wzruszył ramionami.

- Tego nie wiem. Cały czas usiłuję dowiedzieć się czegoś od pana. Jak dotąd bezskutecznie.

- Czego pan chce ode mnie?

- Chcę, żeby mi pan powiedział wszystko, co pan wie na temat owej tajemniczej afery, z którą

łączę śmierć Dobrzyńskiego.

Więckowski był bardzo blady, wargi mu drżały.

- Ja nic nie wiem, nic nie wiem - głos mu się załamał.

-  Jak  pan  uważa.  Może  wobec  tego  zmienimy  temat.  Chciałbym  wiedzieć,  z  kim  pan  się

kontaktował w czasie naszej wycieczki.

-  Z  kim  się  kontaktowałem?  Z  nikim,  absolutnie  z  nikim.  To  znaczy  z  uczestnikami  wycieczki,

oczywiście.

-  Nie  jest  pan  człowiekiem  zbyt  prawdomównym  -  skonstatował  Downar.  -  I  doskonale  pan

rozumie,  że  nie  chodzi  mi  o  uczestników  wycieczki,  lecz  o  tych  Włochów,  z  którymi  się  pan  po
drodze spotykał.

- O jakich Włochów, panie majorze?

- Niech pan nie udaje - skrzywił się Downar. - To naprawdę nie ma sensu. - Przecież zupełnie

wyraźnie  widziałem,  że  pan  się  kontaktował  z  jakimś  facetem  w  katedrze  mediolańskiej,  z  innym
znowu  był  pan  na  kawie  w  Wenecji,  jeszcze  z  innym  rozmawiał  pan  w  restauracji  w  Sienie.  Czy
mógłby mi pan powiedzieć, jakiego rodzaju interesy załatwiał pan żutymi ludźmi?

Więckowski roześmiał się niezbyt szczerze.

- Ach, o tym pan mówi. To są moi dawni znajomi. Spotkałem ich zupełnie przypadkowo. Byłem

background image

parę razy we Włoszech i zaprzyjaźniłem się z kilkoma... Trudno to nawet nazwać przyjaźnią. Ot, taka
sobie znajomość.

- I akurat wszyscy ci pańscy znajomi znaleźli się w ściśle określonych miejscach właśnie wtedy,

kiedy mogli się z panem spotkać.

- Tak się złożyło, panie majorze. Czasami tak się zdarza.

-  Istotnie,  zdarzają  się  w  życiu  takie  przedziwne  zbiegi  okoliczności  -  powiedział  żartobliwie

Downar.  -  Zresztą  to  nie  ma  w  tej  chwili  większego  znaczenia.  Widzę,  że  pan  nie  jest  dzisiaj  w
nastroju do szczerej rozmowy.

- Ależ jak najbardziej! - wykrzyknął z zapałem Więckowski. - Oczywiście, że jestem w nastroju

do szczerej rozmowy, szczególnie z panem.

Downar pokręcił głową.

-  Nie  zauważyłem  tego.  Ha,  trudno...  Dałem  panu  szansę.  Nie  chciał  pan  z  niej  skorzystać.

Pańska sprawa. Żegnam pana, panie Więckowski.

Fotograf w uprzejmych lansadach odprowadził swojego gościa do przedpokoju.

-  Bardzo  dziękuję  za  miłe  odwiedziny,  panie  majorze.  Zapraszam,  serdecznie  zapraszam.  Jak

pan będzie miał chwilę czasu, proszę wpaść do mnie. Sprawi mi pan zawsze wiele radości.

Downar włożył płaszcz i już położył rękę na klamce, gdy nagle odwrócił się i spytał:

- A Werbach?

Więckowski cofnął się zaskoczony.

- Co Werbach?

- Co pana łączy z Robertem Werbachem?

- Mnie z Werbachem? Nic, absolutnie nic. Poznałem tego człowieka w czasie wycieczki.

- A mnie się zdawało, że pan znał go już przedtem. Do zobaczenia.

Downar, głęboko zamyślony, szedł wolno Filtrową. Odbyta przed chwilą rozmowa utwierdziła

go  w  podejrzeniach,  które  nurtowały  go  od  dłuższego  czasu.  Przesłuchanie  Gródeckiego  także  nie
było  bez  znaczenia.  A  więc  krąg  się  zamykał.  Gródecki,  Dobrzyński,  Więckowski,  Werbach  i
ewentualnie Anna. Myśl, że dziewczyna może być zamieszana w aferę Dobrzyńskiego, była mu nad
wyraz przykrą. Ale, niestety, Anna znała tych wszystkich mężczyzn i chyba sporo wiedziała. Co ich
łączyło?  Jaka  tajemnica  kryła  się  za  ich  milczeniem?  Tego  jeszcze  nie  wiedział.  Nie  potrafił  sobie
stworzyć żadnej hipotezy, opartej na solidniejszych podstawach. Chodziły mu wprawdzie po głowie
pewne przypuszczenia, ale na razie były to zupełnie luźne refleksje, nie związane w logiczną całość.

background image

Dobrzyński  został  wyeliminowany  z  gry.  Kto?  Zona?  Werbach?  Więckowski?  Gródecki?  A  może
zupełnie  kto  inny.  Ktoś,  kto  znajdował  się  poza  kręgiem,  zakreślanym  dotychczas  przez  śledztwo.
Najważniejszą  rzeczą  jest  znalezienie  przypuszczalnego  motywu  zbrodni.  A  może  wspólnik
Dobrzyńskiego? Może ten ogrodnik?

*

Pojechali  we  dwóch  z  Walczakiem.  Dzień  był  słoneczny,  ale  chłodny.  Czuło  się  już  pierwsze

podmuchy nadciągającej zimy. Drzewa zrzucały coraz więcej zeschniętych liści, które układały się w
barwne plamy.

Gustaw  Wolner  był  wysokim,  postawnym  mężczyzną  o  ruchach  śmiałych,  zdecydowanych.

Twarz pociągła, skupiona, pozbawiona mimicznych zmarszczek, nie wyrażała żadnych uczuć. Trudno
było wyobrazić sobie na tej twarzy bodaj cień uśmiechu.

Gospodarz  przyjął  gości  z  całkowitą  obojętnością  i  zaproponował,  żeby  usiedli  w  altance

obrośniętej dzikim winem.

- Milicja już u mnie była - powiedział. Walczak skinął głową.

- Przeszukano i opieczętowano pokój, w którym pracował Dobrzyński.

- Także wiem.

Wolner spojrzał pytająco.

- Więc?

Walczak  uśmiechnął  się.  Pragnął  stworzyć  nieco  sympatyczniejszy  nastrój.  Nie  było  to  jednak

rzeczą łatwą.

- Dobrzyński był podobno pańskim krewnym.

-  W  pewnym  sensie.  Dosyć  dalekie  powinowactwo.  Nasze  matki  były  ciotecznymi  siostrami  -

padła niechętna odpowiedź.

- Prowadził pan do spółki z Dobrzyńskim ten ogrodniczy interes.

- Tak.

- Co pan sądzi o śmierci Dobrzyńskiego?

- Podobno zatruł się grzybami.

-  Jak  pan  sądzi,  czy  to  możliwe,  żeby  Dobrzyński  nie  umiał  odróżnić  grzybów  jadalnych  od

trujących?

background image

-  Wykluczone.  Edward  doskonale  znał  się  na  grzybach.  Można  powiedzieć,  że  był  nawet

fachowcem w tej dziedzinie.

- Z tego by wynikało, że został otruty.

- Nie wiem. Nie moja sprawa.

- Nie przejął się pan zbytnio śmiercią swojego kuzyna.

- Każdy musi kiedyś umrzeć, jeden wcześniej, drugi później.

- Ale nie każdy musi umrzeć otruty, Wolner skinął głową.

- Zgadzam się z panem. Nie każdy. Walczak znowu się uśmiechnął.

- Cieszę się, że mamy jednakowy pogląd na tę sprawę. Niech mi pan powie, czy pan podejrzewa

kogoś o popełnienie tej zbrodni.

- Nie.

- Czy Dobrzyński miał wrogów?

- Nie wiem. Nie interesowałem się ani jego wrogami, ani jego przyjaciółmi.

- No... coś pan chyba musi wiedzieć o życiu swojego kuzyna i wspólnika. To niemożliwe, żeby

pan zupełnie nic nie wiedział.

-  Dlaczego  niemożliwe?  Powtarzam,  że  nie  interesowałem  się  jego  życiem.  Załatwialiśmy

interesy i na tym koniec.

- Czy zna pan panią Dobrzyńską?

- Oczywiście.

- Czy pan wie, że ich małżeństwo ostatnio uległo pewnemu rozkładowi?

-  Nie  wiem.  I  nic  mnie  to  nie  obchodzi. A  w  ogóle  nie  bardzo  rozumiem,  czego  panowie  ode

mnie chcą.

Walczak bystro spojrzał na nieruchomą twarz.

-  Czy  panu  nie  wydaje  się  to  rzeczą  naturalną,  że  prowadząc  śledztwo  w  sprawie  otrucia

Edwarda  Dobrzyńskiego,  usiłujemy  zebrać  jak  najwięcej  informacji  dotyczących  jego  życia,  jego
przyjaciół, wrogów, całego jego środowiska?

- Ale co ja mam z tym wszystkim wspólnego? - spytał Wolner.

- Pan był jednym z najbliższych ludzi dla Dobrzyńskiego, kuzyn, wspólnik. Nie powinien pan się

background image

dziwić, żeśmy pana odwiedzili.

- Ja się nie dziwię. Ja tylko nie lubię tracić czasu.

Mam dużo pracy.

- Niedługo pana pożegnamy - zapewnił Walczak. - Proszę mi powiedzieć, czy pan tutaj mieszka?

- Tak. Zajmuję w tamtym budynku dwa pokoje z kuchnią. W jednym sypiam, a drugi służy mi za

kancelarię. Załatwiam klientów, robotników.

- Pan jest samotny?

- Tak.

- Czy moglibyśmy obejrzeć pańskie mieszkanie? Chwila wahania.

- A to po co?

-  Tak  sobie.  Przez  ciekawość.  Chyba  nie  musimy  pokazywać  panu  nakazu  prokuratora  -

roześmiał się Walczak.

- Jak panowie koniecznie chcą... Proszę za mną. Przeszli przez obszerne podwórze i zatrzymali

się

przed jednopiętrowym domem. Nie otynkowane ściany błyszczały czerwienią cegieł.

- Proszę. Z sieni na lewo. Drzwi nie zamknięte.

W pierwszym pokoju stało dobrze już wysłużone biurko, trzy krzesła, kosz na śmieci i etażerka

zawalona papierami. Pod ścianami szafy na teczki z aktami, książki i segregatory. Typowo biurowe
pomieszczenie.  Następny  pokój  mieszkalny,  tapczan,  przykryty  kolorową  narzutą,  fotele,  dwa
stoliczki,  szafa  na  ubranie.  Na  stoliczku  przy  tapczanie  fotografia  w  ramce.  Wolner  błyskawicznym
ruchem położył ramkę fotografią do blatu.

- Przyjemnie pan się tu urządził - powiedział Walczak, rozglądając się ciekawie. - Tylko że ja

wolałbym nie mieć biura tak blisko mieszkania.

Wolner wzruszył ramionami.

- Mnie tam wszystko jedno. Wieczorem i tak nie załatwiam żadnych spraw.

- Czy można zajrzeć do pańskiej szafy? - spytał uprzejmie Downar.

Po  raz  pierwszy  od  początku  ich  rozmowy  odmalowało  się  na  nieruchomej  twarzy  Wolnera

jakieś uczucie: zdziwienie.

background image

- Chce pan zobaczyć moje ubrania? Proszę. - Podszedł do szafy i przekręcił kluczyk. - Proszę -

powtórzył.

Korzystając  z  tego  momentu,  Walczak  z  błyskawiczną  szybkością  podniósł  ramkę  z  fotografią,

zajrzał i położył ją na miejscu.

-  Dlaczego  pana  interesuje  moja  garderoba?  -  spytał  Wolner,  ciągle  zaintrygowany.  -  O  co

chodzi?

Downar uśmiechnął się.

- Nie, nic, głupstwo. Nie ma o czym mówić. Dziękuję panu i przepraszam.

Walczak spojrzał na przyjaciela.

- No to co? Idziemy. Nie będziemy panu zabierać cennego czasu.

Kiedy znaleźli się w wozie i Walczak zapuścił motor, Downar spytał:

- No i co?

-  To  było  bardzo  zręczne  z  tą  szafą  -  uśmiechnął  się  Walczak.  -  A  fotografia?  Oczywiście

Dobrzyńskiej. Chyba się domyśliłeś.

- Chyba się domyśliłem. Naciśnij trochę ten gaz. Nie jesteśmy na pogrzebie... jeszcze.

Rozdział IX Druga ofiara

Następnego  dnia  po  powrocie  z  Turcji  Robert  Werbach  został  wezwany  do  komendy.  Na

wszelki wypadek pojechał po niego porucznik Olszewski.

- Żeby nie było żadnych nieporozumień - wyjaśnił Walczak.

Młody człowiek był bardzo pewny siebie. Zachowywał się nonszalancko, a nawet wyzywająco,

jakby pragnąc podkreślić, że komenda MO nie robi na nim najmniejszego wrażenia.

- Jak tam w Turcji? - spytał z dobrotliwym uśmiechem Walczak. - Jak interesy?

- Pojechałem na tę wycieczkę w celach wyłącznie turystycznych - powiedział Werbach, mocno

akcentując  każde  słowo.  -  Przeszedłem  przez  odprawę  celną  i  nie  widzę  żadnego  powodu,  dla
którego panowie mieliby mnie wypytywać.

- Toteż nie mamy najmniejszego zamiaru rozmawiać z panem na temat szmuglu.

- Więc po co właściwie tracimy czas?

Walczak  znowu  się  uśmiechnął.  Robił  wrażenie  poczciwego  wujaszka,  usiłującego  skierować

background image

na drogę cnoty krnąbrnego siostrzana.

- Widzi pan, prowadzimy śledztwo w sprawie zbrodniczego otrucia Edwarda Dobrzyńskiego. I

właśnie o tym chcielibyśmy z panem pomówić.

- A cóż mnie to obchodzi? - żachnął się Werbach. - Ja go nie otrułem.

Łagodny uśmiech nie schodził z twarzy Walczaka.

- Nie podejrzewamy pana o to... Przynajmniej na razie.

- Co to znaczy „przynajmniej na razie”?

- To znaczy przynajmniej na razie. Na wstępnym etapie śledztwa w tego rodzaju sprawach może

być mniej lub więcej podejrzany każdy, kto miał jakąkolwiek styczność z denatem.

- Ja nie miałem żadnej styczności z Dobrzyńskim.

- Podobno pozostaje pan w przyjacielskich stosunkach z panią Dobrzyńską.

- A  pana  co  to  obchodzi?  Jeszcze  w  naszym  kraju  nie  ma  takiej  ustawy,  która  nakazywałaby

informować milicję o tym, z kim kto sypia.

- Więc pan sypia z panią Dobrzyńską.

- Tego nie powiedziałem.

- A mnie się zdawało, że pan dał mi to do zrozumienia - uśmiechnął się Walczak.

- To źle się panu zdawało.

Walczak  pochylił  się  nad  biurkiem.  Jego  dotychczas  dobrotliwie  uśmiechnięta  twarz

spoważniała.

- Panie Werbach - powiedział energicznym, twardym głosem - może wreszcie skończymy z tymi

żartami.

- Z jakimi żartami?

-  Od  początku  naszej  rozmowy  zachowuje  się  pan  w  sposób  impertynencki.  Nie  bardzo

rozumiem, co pan chce przez to osiągnąć. Wydaje mi się, że to nie najlepsza taktyka.

- Jestem zdenerwowany - mruknął Werbach.

- To może pan spróbuje opanować nerwy i grzecznie ze mną porozmawiać. Dobrze?

- Czego pan chce ode mnie?

background image

-  To  także  nie  jest  zbyt  uprzejmie  sformułowane  pytanie,  ale  mniejsza  z  tym.  Proszę  mi

powiedzieć, od jak dawna zna pan Dobrzyńskich.

- Od paru lat. Dokładnie nie pamiętam.»

- A od jak dawna przyjaźni się pan z panią Dobrzyńską?

Werbach niecierpliwie poruszył się na krześle.

-  Czy  pan  sobie  wyobraża,  że  to  tylko  ja  jeden?!  -  wybuchnął.  -  Ta  kurwa  puszcza  się  z  kim

popadnie.

- Proszę wyrażać się przyzwoicie - upomniał Walczak.

- Tak się wyrażam, jak na to zasługuje ta dziwka. Niech się pan spyta Gródeckiego, ile razy z

nią spał. Niech się pan spyta tego ich kuzyna, co to pieczarki hoduje i różne inne badyle. Niech się
pan  spyta  tego  fotografa,  który  z  nami  był  na  wycieczce.  Jak  mu  tam?  Więckowski.  Niech  go  pan
spyta, ile razy przychodziła do niego do studia pozować. To się nazywa pozowanie. Dlaczego mnie
żeście się czepili? Dlaczego tylko mnie? Spałem z nią. Dobra. Nie będę się wypierał. Ale co z tego?
Ja nie zabiłem jej męża.

- Czym się pan zajmuje? - spytał spokojnie Walczak.

Werbach zamrugał oczami. Z wolna zaczynał się uspokajać.

- Że co?...

- Czym się pan zajmuje.

- Niczym.

- Nigdzie pan nie pracuje?

- Nigdzie. A muszę?

-  Nie  musi  pan,  oczywiście.  Ale  chyba  z  czegoś  pan  żyje.  W  jakiś  sposób  zdobywa  pan

pieniądze na utrzymanie.

- Gram w brydża.

- I z tego się pan utrzymuje?

- Tak. Jak się dobrze gra i gra się ostrożnie, to w miesięcznym rozrachunku zawsze można wyjść

na swoje. A ja gram bardzo dobrze. Nie chwalę się, ale rzeczywiście gram bardzo dobrze.

- A oprócz tego poszukuje pan dobrze sytuowanych przyjaciółek.

background image

Werbach uśmiechnął się.

- Lubię eleganckie kobiety, pachnące francuskimi perfumami. Musi pan przyznać, ze to ma swój

urok.

- Pan wyjechał do Turcji już po zamordowaniu Dobrzyńskiego.

- Tak, chyba tak. Ale jeżeli pan zażąda ode mnie alibi, to nic z tego. Popiliśmy trochę z kolegami

i przez dwa dni spałem. Sam spałem. Nikt nie może tego potwierdzić.

- Od kogo się pan dowiedział o śmierci Dobrzyńskiego?

- Od Wandy, od Dobrzyńskiej. Zadzwoniła do mnie.

- To znaczy, że pan na pewno wyjechał do Turcji po śmierci Dobrzyńskiego.

- Tak wychodzi.

- Do Turcji jeździł pan w towarzystwie Romana Toczy ckiego.

- Zgadza się.

- Co to za człowiek?

- Równy kumpel.

- I zahandlowaliście?

- Żaden handel. Turystyka, panie majorze, wyłącznie turystyka.

- Co pan może powiedzieć na temat małżeństwa Dobrzyńskich?

- Zgodne było małżeństwo. Dobrze ze sobą żyli.

- No, a ci przyjaciele pani Dobrzyńskiej, o których pan wspomniał? Czy to nie było powodem

jakichś poważniejszych scysji między nimi?

Werbach wzruszył ramionami.

- Eeee. Edward nie był z tych, co to się obrażają, że mu się żona puszcza. Tolerancyjny facet.

Zresztą dzięki temu sam miał większą swobodę. Ja panu coś powiem. Mężczyzna powinien mieć parę
żon. Wtedy by tak nie skakał na boki. Jedna to się prędzej czy później znudzi. Nie ma siły.

-  No,  dobrze.  A  ta  scena  małżeńska  w  Wenecji  -  wtrącił  się  do  rozmowy  Downar,  który

dotychczas siedział milczący i zamyślony. - Pamięta pan?

- Pamiętam. Oczywiście. Jakaś komedia. Zresztą, nie wiem. Nic mi do tego.

background image

- Więc uważa pan, że ta cała historia była zainscenizowana? - nalegał Downar.

Werbach pokręcił głową.

- Bo ja wiem. Wydało mi się to jakieś sztuczne. Nie pasowało do Wandy.

- Dlaczego miałaby grać komedię?

- Nie mam pojęcia.

- Niech pan nam jeszcze powie - Walczak znowu przejął inicjatywę - co pan myśli o zranieniu

Gródeckiego, tam, w okolicach Frascati.

- A cóż ja mogę myśleć? Nic, absolutnie nic. Podobno napadły go jakieś bandziory. Bronił się

i... We Włoszech teraz kupa gangsterów.

- To nie była akcja w typie gangsterów.

- Słusznie. Za drobna rzecz. Gangster na takie coś nie poleci. Gródecki nie mógł mieć przy sobie

dużo forsy. Chyba że...

- Chyba że co? - podchwycił Walczak.

-  Chyba,  że  jakaś  zemsta,  ale  to  zbyt  sensacyjne  przypuszczenie.  Komu  mógł  się  narazić

Gródecki? Musiałby solidnie zajść za skórę jakiemuś gangowi albo mafii. Za bardzo fantastyczne.

Walczak wsunął swoje notatki do szuflady.

- No, dobrze. Na razie to by było wszystko. Może pan iść do domu. Chciałbym tylko, żeby pan

przez jakiś czas nie wyjeżdżał z Warszawy. Gdyby pan projektował jakąś podróż, proszę się ze mną
porozumieć.

- W najbliższym czasie nigdzie się nie wybieram. Do widzenia.

Werbach wyszedł.

Downar spojrzał na przyjaciela.

- No i cóż powiesz?

-  Jeżeli  to  wszystko  prawda,  co  ten  cwaniaczek  opowiadał  o  Dobrzyńskiej...  -  powiedział

Walczak, targając zwichrzoną czuprynę. - Nie mogę w to uwierzyć, absolutnie nie mogę. Taka śliczna
kobieta. 

Taka 

delikatna, 

subtelna, 

pastelowa 

piękność. 

Nieprawdopodobne, 

zupełnie

nieprawdopodobne.

- Takie najgorsze - powiedział z przekonaniem Downar.

background image

*

Powtórne przesłuchanie uczestników owego pamiętnego grzybobrania nie wniosło nic nowego.

Wszyscy  zgodnie  twierdzili  że  Dobrzyński  doskonale  znał  się  na  grzybach  i  wykluczone,  żeby
nazbierał muchomorów. Jaki był? Niezbyt sympatyczny, mało komunikatywny. Nie lubił dużo mówić.
O żonie w ogóle nigdy nie wspominał. Czy interesował się kobietami? Na to pytanie nikt nie umiał
odpowiedzieć. Jeżeli nawet miał jakieś flirty, ukrywał się z tym bardzo starannie. Nigdy nikt go nie
widział,  żeby  się  afiszował  z  młodymi,  ładnymi  dziewczętami.  Dobrzyński  raczej  nie  był
kobieciarzem.

Najwięcej miał do powiedzenia na temat nieboszczyka Walenty Kociszewski, który prowadził

małą ajencyjną restauracyjkę i zaopatrywał się u Dobrzyńskiego w pieczarki.

- To był bardzo porządny człowiek, panie majorze, porządny i solidny.

Walczak spojrzał na okrągłą, rumianą twarz, przypominającą dojrzałe jabłko.

- Czy zna pan panią Dobrzyńską?

- Wandeczkę? Oczywiście, że znam - ucieszył się nie wiadomo dlaczego restaurator. - Urocza

kobieta, piękna, pełna wdzięku.

- Bywał pan u państwa Dobrzyńskich?

-  Rzecz  prosta,  że  bywałem.  Grywaliśmy  od  czasu  do  czasu  w  brydżyka.  Bardzo  było

przyjemnie.  Ale  co  za  nieszczęście,  co  za  nieszczęście.  Kto  by  się  spodziewał,  że  Edzio...  Mój
Boże...

- Co pan może powiedzieć na temat małżeństwa państwa Dobrzyńskich?

- To było wzorowe małżeństwo, naprawdę wzorowe małżeństwo, jakich się dzisiaj nie spotyka.

Jak oni się kochali. Mój Boże...

- Więc twierdzi pan, że żyli ze sobą w zgodzie?

- W największej zgodzie. Jak dwa gołąbki. A  propos... Jakby pan major wpadł kiedyś, tak przy

okazji,  do  mojej  skromnej  knajpeczki,  to  poczęstuję  pana  znakomitymi  pieczonymi  gołąbkami.
Wprawdzie same nie lecą do gąbki, ale prawie. Cha, cha, cha... Udał mi się dowcip, co?

Walczak nie był w żartobliwym nastroju. Spytał:

- Czy pan słyszał coś o flirtach pani Dobrzyńskiej?

- Flirty? Wandeczka? Ależ nigdy w świecie. Ona przecież do nieprzytomności kochała swojego

męża” świata za nim nie widziała. Od kogo słyszał pan takie głupstwa?

- Mniejsza z tym. Proszę mi powiedzieć od jak dawna przyjaźnił się pan z Dobrzyńskimi

background image

-  O,  już  dobre  kilka  lat.  Takich  pieczarek  jak  od  Edzia  to  od  nikogo  nie  mogłem  dostać.  Cud,

miód.

- Czy zna pan kuzyna Dobrzyńskiego, niejakiego Gustawa Wolnera?

Rumiana twarz spochmurniała.

- Znam. Przyznam się panu, że nie darzę specjalną sympatią tego człowieka.

- Dlaczego?

- Trudno mi to sprecyzować. Właściwie nic do niego nie mam. Po prostu jakoś nie przypadł mi

do gustu. Tak to już bywa między ludźmi. Jedni od razu robią sympatyczne, miłe wrażenie, a inni coś
nie za bardzo.

- Czy jeździł pan kiedyś do tego gospodarstwa?

- Tak. Byłem tam ze dwa razy. Raz z Wandeczka, a raz z Edziem.

- A kiedy pan pojechał z panią Dobrzyńską, to jak w stosunku do niej zachowywał się Gustaw

Wolner?

- Był uprzejmy, ale zachowywał się z dużą rezerwą. To w ogóle jest ponury facet. Ja bym tam

nie chciał z nim mieszkać pod jednym dachem.

- Bo co?

-  Bobym  się  bał,  że  mnie  przy  jakiejś  okazji  zdzieli  w  łeb,  a  chłop  jest  duży  i  silny.  Mógłby

niechcący zabić.

- Zna się na grzybach - podsunął Walczak.

- No chyba, że się zna. Perfekt. Specjalista. Fachowiec.

- Dobrzyński także się znał na grzybach.

- Jeszcze jak. Znakomicie. Chyba lepiej od Wolnera. I bardzo lubił grzybki, czy to maślaczki w

śmietanie,  czy  rydzyki  z  patelni.  Przepadał  za  grzybami  i  znał  się.  Wiedział  nawet,  jaką  wódkę  do
jakich  grzybków  serwować.  Fachowiec.  Skończył  studia.  Miał  dyplom:  Grzybojad  z  wyższym
wykształceniem.  Znowu  mi  się  dowcip  udał.  Cha,  cha,  cha...  Nie  wiem,  co  ja  jestem  dzisiaj  taki
dowcipny.  Może  dlatego,  że  na  śniadanie  skonsumowałem  dużą  porcję  twarogu.  Powiadają,  że  po
serze dowcipu człowiek nabiera.

Walczak miał dosyć dowcipnego restauratora. Po dziękował mu za rozmowę i pożegnał go.

*

background image

Pani  Janina  Podziszewska  przyjechała  na  pogrzeb  zięcia.  Walczak  skorzystał  z  okazji  i

przesłuchał ją.

- Tak. Córka była u mnie w Krakowie. Odwiedziła mnie, ponieważ bardzo źle się czułam. Coś z

sercem. Człowiek teraz nie ma chwili spokoju. Tyle kłopotów, a poza tym ciągle jakieś zamieszania
na świecie. Ja bym już nowej wojny nie przeżyła. Wykluczone. Myślałam nawet o tym, żeby sprzedać
telewizor i nie czytać gazet. Mniej by się człowiek denerwował. A tak zawsze mnie podkusi i włączę
to  pudło,  żeby  usłyszeć  i  zobaczyć,  co  się  dzieje  na  świecie.  Lepsze  radio.  Mniej  się  człowiek
przejmuje.

Walczak  sprawdził  daty  i  ustalił,  że  w  dniu,  w  którym  został  otruty  Dobrzyński,  jego  żona

rzeczywiście była w Krakowie u matki. Nie miał podstaw nie wierzyć słowom starszej pani. Robiła
wrażenie  prostej,  bezpośredniej,  niespecjalnie  inteligentnej,  absolutnie  niezdolnej  do  prowadzenia
jakiejś perfidnej gry. Zresztą alibi Dobrzyńskiej można było sprawdzić w Krakowie jeszcze w inny
sposób.

- Czy mogłaby mi pani powiedzieć, jaki był pani stosunek do zięcia?

-  Edward  był  porządnym  człowiekiem,  uczciwym,  solidnym.  Specjalnie  może  nie  byliśmy  ze

sobą  zżyci,  bo  stosunkowo  rzadko  się  widywaliśmy,  a  poza  tym  to  nie  był  człowiek  zbyt
komunikatywny, wylewny. Może gdybym go lepiej poznała...

- A jak się układało małżeństwo pani córki z Edwardem Dobrzyńskim?

- Doskonale. Bardzo się kochali. Wandeczka niezmiernie ciężko przeżyła tę tragedię. Potrafi się

opanować. Jest dzielna, ale ja jako matka wiem, co biedaczka przeżywa.

- Czy córka nie skarżyła się pani, że ostatnio w jej małżeństwie coś się zaczyna psuć?

- Ale skądże znowu. Nic podobnego. Wprost przeciwnie. Była bardzo w nim zakochana, a on w

niej.  Wandeczka  mówiła  mi,  że  jadą  do  Włoch,  żeby  przeżyć  jeszcze  jedną  podróż  poślubną.  Była
bardzo, bardzo szczęśliwa.

- Jest pani tego pewna?

-  Najzupełniej  pewna.  Gdyby  Wandeczka  coś  ukrywała,  natychmiast  bym  to  wyczuła.  Zresztą

ona nie umie kłamać. Jest szczera, otwarta, nigdy nie miała przede mną żadnych tajemnic. To dla niej
straszliwy cios, parne majorze, straszliwy. Jak to się mogło stać?

- Pan Dobrzyński zmarł na skutek zatrucia grzybami.

- Ależ on się przecież świetnie znał na grzybach!

-  Oczywiście.  Dlatego  też  podejrzewamy,  że  to  było  otrucie  zbrodnicze.  Ktoś  mu  do  porcji

grzybów w śmietanie dolał stężonego ekstraktu z muchomorów. Starsza pani złapała się za głowę.

- Jezus Maria! Kto mógł taką rzecz zrobić? Kto? To morderstwo.

background image

- Ma pani rację. To morderstwo - przytaknął Walczak. - Kto jest sprawcą, jeszcze nie wiemy.

Śledztwo w toku. Mam nadzieję, że winny zostanie zdemaskowany i postawiony przed sądem.

- To nie przywróci życia Edwardowi - powiedziała cicho pani Podziszewska. - Nie przywróci

życia. Nie przywróci szczęścia mojej córce.

- Czy pani się nie domyśla, kto aż tak bardzo nienawidził pani zięcia? - spytał Walczak. -

Potrząsnęła głową.

- Zupełnie nie wiem, kto to mógł zrobić. Nie znałam co prawda jego środowiska, ale nigdy nie

przypuszczałam,  że  mógłby  znaleźć  się  ktoś  taki,  kto  pragnąłby...  A  co  Wandeczka?  Pytał  pan  ją?
Chociaż może teraz lepiej nie rozmawiać na te tematy. To zbyt świeże, zbyt bolesne.

- Pani córka także nikogo nie podejrzewa - wyjaśnił Walczak. Zastanawiał się, czy powiedzieć

o tych scenach małżeńskich we Włoszech, ale jednak zrezygnował.

- Czy jestem jeszcze panu potrzebna? Co pan chcę wiedzieć?

Walczak uśmiechnął się niewyraźnie.

-  No,  cóż...  Widzi  pani...  Ja  prowadzę  śledztwo  w  sprawie  otrucia  Edwarda  Dobrzyńskiego.

Usiłuję  zebrać  jak  najwięcej  informacji,  dotyczących  jego  osoby.  Proszę  się  więc  niedziwić,  że
wypytuję panią o różne szczegóły, które mogłyby być pomocne w rozwiązaniu tej zagadki.

-  Ja  się  nie  dziwię.  Ja  rozumiem.  Nie  wiem,  tylko...  Po  prostu  niewiele  mogę  powiedzieć  o

moim zięciu.

Wydaje mi się, że mógł mieć wrogów, ludzi niechętnych.

- Dlaczego pani tak przypuszcza?

- Bo to był człowiek chyba dosyć trudny we współżyciu, a z ludźmi trzeba umieć... trzeba umieć

pozyskiwać sobie, sympatię.

- Ale przecież pan Dobrzyński dobrze żył z pani córką.

- O, to zupełnie co innego. Oni się kochali, oni się bardzo kochali.

- I według pani nic nie zakłócało tej miłości?

- A cóż by mogło zakłócać? To była idealna para. Tak lubiłam na nich patrzeć. Rzadko miałam

okazję.  Oboje  zawsze  byli  tacy  zajęci.  Chciałam  przenieść  się  do  Warszawy,  żeby  być  bliżej  nich,
ale  mieszkanie.  Trudno  zamienić  mieszkanie  w  Krakowie  na  mieszkanie  w  Warszawie. A  zresztą,
przyznam się panu, że przyzwyczaiłam się do Krakowa. To bardzo miłe miasto.

-  Tak,  to  bardzo  miłe  miasto  -  przyznał  Walczak  i  na  tym  zakończył  rozmowę  z  matką  Wandy

background image

Dobrzyńskiej.

Downar, jak zwykle, przysłuchiwał się rozmowie, siedząc w sąsiednim pokoju.

Po wyjściu pani Podziszewskięj razem przesłuchali taśmę magnetofonową.

- No i co o tym myślisz? - spytał Walczak. Downar podrapał się za uchem, wypił szklankę wody

i powiedział:

- Wszystko wskazuje na to, że jednak scena odegrana przez Dobrzyńską w Wenecji była zręczną

mistyfikacją.  Prawdę  mówiąc,  sam  dałem  się  na  to  nabrać.  W  pierwszym  momencie  wydawało  mi
się, że Dobrzyńska rzeczywiście... że rzeczywiście boi się męża.

Walczak pokiwał głową.

-  Tak.  Z  tego  można  by  wysnuć  logiczny  wniosek,  że  oboje  Dobrzyńscy  prowadzili  z  góry

obmyśloną grę...

-  ...  zmierzającą  do  tego,  że  Dobrzyński  zamieszkał  z  Gródeckim,  a  Dobrzyńska  z  Gródecką  -

uzupełnił Downar.

- Ale w jakim celu?

-  Ba...  Któż  to  może  wiedzieć?  Chyba  tylko  Dobrzyńska  i  prawdopodobnie  morderca

Dobrzyńskiego.

- Czekaj... czekaj... - Walczak swym charakterystycznym ruchem przeczesał palcami czuprynę. -

Zastanówmy się chwilę. Większość przesłuchiwanych przez nas osób twierdziła, że Dobrzyńscy byli
zgodnym, kochającym się małżeństwem. Kto był przeciwnego zdania?

-  O  ile  sobie  przypominam,  to  Gródecki  i  Anna  Toczycka  -  powiedział  Downar.  -  Czy

rozmawiałeś z Gródecką?

- Oczywiście.

- I cóż ona?

- Utrzymuje, że Dobrzyńscy byli dobrym małżeństwem.

- A jak w takim razie tłumaczy tę histeryczną scenę w Wenecji?

- Nie potrafiła tego wyjaśnić. Mówi, że była kompletnie zaskoczona zachowaniem Dobrzyńskiej

i że naprawdę nie wie, o co jej chodziło.

- Czyli że Gródeccy są odmiennego zdania w tej sprawie.

background image

- Na to wychodzi.

Downar wstał i przeszedł się po pokoju. Był zamyślony. Po dłuższej chwili zatrzymał się przed

przyjacielem.

- Słuchaj, Karolu, zaczynam się bać. Boję się jakichś nowych komplikacji, nowej zbrodni. To

wszystko jest cholernie zagmatwane.

- Może się niepotrzebnie niepokoisz - uspokajał Walczak. - Ostatecznie mamy pod obserwacją

kogo trzeba.

Downar nie był przekonany.

-  A  czy  na  pewno  wiemy,  kogo  trzeba  mieć  pod  obserwacją?  Czy  te  wszystkie  nasze

przypuszczenia,  sugestie  są  sensowne?  Zresztą,  jeżeli  ktoś  chce  kogoś  zamordować,  to  nie  pomoże
żadna obserwacja. Trudno dzień i noc trzymać wywiadowcę pod łóżkiem domniemanej ofiary.

-  Tym  bardziej  że  w  dzisiejszych  czasach  nie  ma  łóżek.  Wszyscy  sypiają  na  tapczanach  -

zauważył rzeczowo Walczak.

- No, właśnie - roześmiał się Downar. - Sam widzisz, że to nie takie proste. Żarty żartami, ale ja

jestem rzeczywiście poważnie zaniepokojony.

- Nie denerwuj się, Stefan. Nikt nie uniknie swego przeznaczenia - powiedział sentencjonalnie

Walczak i westchnął głęboko.

*

Downar postanowił niczego nie zaniedbywać, niczego nie lekceważyć. Po namyśle zdecydował

się porozmawiać z Tadeuszem Wolskim, którego „Babcia” polecała Gałeckiemu, jako fachowca od
wszelkich trucizn.

Mały,  szczupły  człowieczek  o  okrągłej  twarzy,  przypominającej  twarz  dziecka.  Wrażenie  to

potęgowały  jeszcze  szeroko  otwarte  niebieskie  oczy,  patrzące  na  świat  z  jakąś  wzruszającą
naiwnością, oraz drobne usta, układające się w tak zwane „serduszko”.

To nie jest typ truciciela - pomyślał Downar. - I to nie jest również mężczyzna, który pasowałby

do Dobrzyńskiej.

Przedstawił się i powiedział, że kilka dni temu rozmawiał z panią Celińską.

- Kochana staruszka - ucieszył się Tadzio Wolski. - Jakżeż ona się miewa?

- Wyśmienicie. Niedawno odbyliśmy wspólną podróż do Włoch.

-  Słyszałem,  słyszałem.  Piękny  kraj.  Byłem,  widziałem,  zwiedzałem.  Chętnie  jeszcze  bym  tam

pojechał.  Proszę,  panie  majorze,  niech  pan  siada.  Tutaj,  u  nas  w  Instytucie  nie  ma  luksusowych

background image

apartamentów,  ale  jakieś  krzesełko  się  znajdzie.  -  Podsunął  biały  taboret,  z  którego  starł  kurz
rękawem. - Bardzo proszę. Niech pan spocznie. Szkoda, że nie odwiedził mnie pan w domu. Byłbym
pana  poczęstował  czymś  smakowitym.  Właśnie  w  zeszłym  tygodniu  się  ożeniłem  po  raz  drugi.  No,
cóż... człowiek jest niepoprawnym marzycielem. Ale co to ja chciałem powiedzieć? Aha... chciałem
powiedzieć,  że  byłbym  pana  poczęstował  wyśmienitą  szarlotką.  Moja  obecna  żona  ma  wrodzony
talent  do  pieczenia  ciast.  Wspaniała  gospodyni.  A  jaką  parzy  kawę.  Delicje.  Niech  się  schowają
wszyscy Turcy razem wzięci z Arabami. Szkoda, że pan do nas nie wpadł.

- Ja tylko na chwileczkę - wyjaśnił Downar. - Nie zabiorę panu dużo czasu.

- Czy pan służbowo?

- Jak by to powiedzieć... Właściwie jestem już na emeryturze, ale tak się złożyło, że biorę udział

w pewnym śledztwie. Czy pan słyszał o tragicznej śmierci Edwarda Dobrzyńskiego?

- Oczywiście. Słyszałem.

- Od kogo?

- Właśnie od pani Celińskiej. Ona uwielbia takie różne sensacje.

- Czy pan wie, że Dobrzyński został otruty?

- Tak. Podobno. Biedna Wanda.

- O ile mi wiadomo, pan był kiedyś żonaty z obecną panią Dobrzyńską.

-  Dawne  czasy.  Byliśmy  kiedyś  małżeństwem,  ale  to  niedługo  trwało.  Już  dokładnie  nie

pamiętam.  Może  dwa,  może  trzy  lata.  Wanda  zakochała  się  w  Edwardzie  Dobrzyńskim.  Serce  nie
sługa, jak to się mówi, Właściwie nie miałem do niej żalu. Początkowo, oczywiście, było mi trochę
przykro, ale...

- Czy później kontaktował się pan z Dobrzyńskimi?

- Raczej nie. Po co? Spotkałem ich parę razy w kinie czy na wystawie obrazów. Przypadkowo.

Przykro mi, że tak się stało. Żal mi Wandy. Bardzo kochała Edwarda.

- Zdaje się, że to było udane małżeństwo.

- O, niezwykle udane.

-  Edward  Dobrzyński  został  otruty  ekstraktem  z  trujących  grzybów  -  powiedział  Downar,

bacznie przyglądając się chemikowi.

- Słyszałem.

- Ja właśnie do pana w tej sprawie. Chciałbym się dowiedzieć, czy trudno uzyskać taki ekstrakt

background image

z trujących grzybów.

Wolski uśmiechnął się dziecinnie i potrząsnął głową.

-  To  bardzo  prosta  sprawa,  panie  majorze.  Nie  potrzeba  do  tego  żadnych  nadzwyczajnych

urządzeń. Wystarczy kolba, palnik, jakieś naczynie. Zresztą ja panu to wszystko dokładnie narysuję. -
Wziął ze stołu kartkę papieru i długopis. - Niech pan się uważnie przyjrzy. To dobry pomysł, bardzo
dobry pomysł.

- Jak to „dobry pomysł”? - spytał Downar. Malutki chemik znowu się uśmiechnął.

- Dobry sposób pozbycia się niewygodnej osoby. Ale to nie jest temat do żartów. Czy mógłby

mi pan powiedzieć, jak to się stało, że Dobrzyński zjadł zatrute grzyby?

Downar potrząsnął głową.

- Bardzo żałuję, ale przed zamknięciem śledztwa nie wolno nam ujawniać żadnych szczegółów.

-  Oczywiście,  oczywiście.  Przepraszam.  Zaraz  panu  zrobię  te  wykresy.  To  są  bardzo  proste  i

prymitywne  urządzenia.  Właściwie  każdy,  znający  się  trochę  na  pędzeniu  bimbru,  może  je
skonstruować.

Downar  otrzymał  rysunek  i  szczegółowe  instrukcje  w  sprawie  fabrykacji  grzybowej  trucizny,

pożegnał uprzejmego chemika i wrócił do komendy.

Walczaka nie zastał. Powiedziano mu, że major wyjechał na miasto i nikogo nie poinformował,

o której wróci.

Bezczynne siedzenie i czekanie nie należy do przyjemności. Postanowił się przejść.

Dotarł  do  Starego  Miasta  i  przez  dłuższy  czas  krążył  po  wąskich  uliczkach,  które  trochę

przypominały  mu  Sienę  albo  Weronę.  Tamte  chwile,  spędzone  we  włoskich  miastach,  były  teraz
czymś tak niesłychanie odległym, tak zupełnie nierealnym, jak film oglądany przed wielu, wielu laty.
Myślał  o  tym,  że  bardzo  chciałby  tam  jeszcze  pojechać,  ale  już  bez  „Babci”,  bez  Gródeckich,  bez
Dobrzyńskich i bez całej tej gromady ludzi. Samotna podróż. To byłoby wspaniałe.

Zmęczył  się.  Wypił  szklankę  herbaty  w  małej,  przytulnej  kawiarence,  a  następnie  doszedł  do

Miodowej i wsiadł w 125.

*

Rano zbudził go telefon.

- Poznał głos Walczaka.

- Co ty jeszcze śpisz? Ubieraj się, szybko. Posyłam po ciebie wóz.

background image

- Co się stało?

- Dobrzyńska nie żyje.

Rozdział X Kto dziedziczy?

Szeroka,  czerwona  twarz  wyrażała  wzburzenie.  Właściciel  warsztatu  poczuł  się  dotknięty  w

swej zawodowej ambicji. Mówił podniesionym głosem, gestykulując z ożywieniem.

- Ależ, proszę panów, to absolutnie wykluczone. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu, robiony był

tutaj, u mnie, generalny przegląd. Wszystko było w idealnym porządku.

- I przewód hamulcowy także był w idealnym porządku? - spytał spokojnie Walczak.

Czerwona twarz jeszcze bardziej nabiegła krwią.

- Przewód hamulcowy?! Pan żartuje, panie majorze.

Po  generalnym  przeglądzie  w  moim  warsztacie  miałby  felerować  hamulec?  Wykluczone.  Wóz

był  wyszykowany  na  medal.  Państwo  Dobrzyńscy  od  wielu  lat  byli  moimi  klientami.  Zawsze
osobiście  sprawdzałem  ich  wozy.  Mieli  wołgę  i  fiata  125.  Niedawno  pan  Dobrzyński  sprzedał
wołgę. I miał rację. Przy dzisiejszej cenie benzyny... Gdzie to się zdarzył ten wypadek?

-  Na  szosie  z  Milanówka  do  Warszawy.  Przewód  hamulcowy  przy  pompie  przepuszczał.  Płyn

wyciekł. Jechała z dużą szybkością. Na zakręcie...

Mechanik trochę się uspokoił.

-  Szkoda  kobiety  -  powiedział  cichym  głosem.  Zapalił  papierosa  i  pokręcił  głową.  -  Co  za

tragedia. Najprzód on, teraz ona. Zauroczył ich kto, czy jak? Jeszcze raz powtarzam panom, że wóz
był w idealnym stanie. Przewód hamulcowy sam przez się nie mógł pęknąć. Wykluczone. Musiał ktoś
przeciąć, cholera jasna. Ale kto by chciał wykończyć taką piękną kobietę? Jakiś wariat albo... Bo ja
wiem,  zresztą.  Jedno  tylko  mogę  panom  powiedzieć:  wóz  był  na  medal.  Osobiście  wszystko
sprawdzałem. Żadnych usterek, absolutnie żadnych.

Wrócili do komendy. Czekał już na nich Olszewski.

- No i co? - spytał Walczak. Porucznik wzruszył ramionami.

-  No  i  nic.  Wóz  dokładnie  obejrzeli  na  wszystkie  strony.  Przewód  hamulcowy,  oczywiście,

przecięty. Prawdopodobnie kombinerkami.

- Znaleźli coś jeszcze?

- Tak. Świeży ślad obtarcia na resorze.

- Czyżby Dobrzyńska brała kogoś na hol? - zainteresował się Downar.

background image

- To niewykluczone - przytaknął Olszewski. - Fachowcy, którzy badali wóz, wysuwają właśnie

takie przypuszczenie. Wzięła kogoś na hol.

- Ale żadnej linki nie znaleziono?

- Nie.

Walczak wyjął z kieszeni papierosy.

- Trzeba starannie zabezpieczyć wszystkie możliwe ślady, a specjalnie zająć się tym przeciętym

przewodem. Przy odrobinie szczęścia może uda się nam odnaleźć właściciela tych kombinerek.

- Jesteś niepoprawnym optymistą - powiedział Downar.

Walczak skrzywił się.

- Optymistą z konieczności. Gdybym się podda skrajnemu pesymizmowi, to zapewne już dawno

bym się powiesił. No, cóż, Stachu, pojedziesz chyba po Wolnera.

Olszewski pokiwał głową.

- A co mam robić. Musimy go tu ściągnąć. Jeże jeszcze gdzieś nie prysnął.

- Na pewno nie. Nie taki frajer.

- Warto by przeszukać jego mieszkanie i zabudowa nia gospodarskie. Może by się znalazło tam

te kombi nerki.

- Popieram słuszną inicjatywę - powiedział Wal czak. - Dam ci dwóch ludzi do pomocy, a jeżeli

będzie  to  konieczne,  błyskawicznie  otrzymamy  nakaz  prokuratorski.  Na  wszelki  jednak  wypadek
pośpiesz się. Takich akcji nie należy odkładać do jutra.

Olszewski wyszedł.

- No i co ty o tym wszystkim myślisz? - spytał Walczak.

Downar nie był w najlepszym humorze.

- Myślę, żeśmy jej nie upilnowali. Obstawiłeś to mieszkanie, a tymczasem...

- Nie mam sobie absolutnie nic do wyrzucenia. O statecznie trudno za tymi wszystkimi ludźmi,

którzy  ewentualnie  mogą  mieć  coś  wspólnego  ze  sprawą,  wysyłać  specjalną  eskortę.  A  choćby
nawet, i tak nic by to nie dało. Jeżeli facet postanowił przeciąć przewód, to nikt by go nie upilnował.
Widziałeś, jaka tam brama.

Na pewno solidnie barykadują się na noc. Naszemu człowiekowi trudno byłoby się tam dostać.

background image

- Słuchaj, Karol, obaj przecież widzieliśmy tego Wolnera. Czy zrobił na tobie wrażenie idioty?

Walczak energicznie potrząsnął głową.

- Skądże znowu. Wprost przeciwnie. Zrobił na mnie wrażenie inteligentnego i sprytnego faceta.

- No, więc właśnie - podjął Downar. - Czy inteligentny i sprytny facet działałby w ten sposób?

Musiał  przecież  taką  rzecz  przemyśleć  i  wziąć  pod  uwagę  to,  że  wóz  po  wypadku  będzie  bardzo
dokładnie badany.

Walczak poruszył ramionami.

- Diabli go wiedzą. Różnie mógł kombinować. Na przykład, że wóz się rozwali w drobny mak i

że nikt nie doszuka się uszkodzonego przewodu hamulcowego albo, że benzyna wybuchnie i wszystko
się w czorty spali.

Downar usiadł przy biurku i oparł głowę na ręku. Odezwał się dopiero po dłuższej chwili.

- A może cała ta sprawa wygląda zupełnie inaczej...

- To znaczy?

-  Posłuchaj,  Karolu.  Wczuj  się  w  sytuację  tego  faceta.  Załóżmy,  że  chcesz  się  pozbyć

Dobrzyńskiej, żeby wejść w posiadanie tego badylarskiego interesu. Czy ty byś u siebie, na miejscu,
przeciął przewód hamulcowy?

- Raczej nie. Nie ryzykowałbym. Ale ja jestem fachowiec.

-  Ale  i  kuzyn  Dobrzyńskiego  nie  wygląda  na  frajera.  Jeżeli  planował  taki  numer,  to  musiał

sprawę  gruntownie  przemyśleć,  biorąc  pod  uwagę  wszystkie  możliwe  ewentualności.  Przecież
podejrzenie automatycznie pada na niego. To najprostsze.

Walczak nie był całkowicie przekonany.

-  Twoje  rozumowanie  pozornie  jest  prawidłowe,  ale...  Bo  ja  wiem...  Możemy  założyć,  że

działał pod wpływem gwałtownego impulsu, a przy stanach o dużym natężeniu emocjonalnym ludzie
często zatracają zdolność trzeźwej oceny swych czynów. Nie muszę ci zresztą tego wyjaśniać.

-  Zaczekaj.  Chwileczkę  -  ciągnął  dalej  Downar.  -  A  teraz  rozważmy  inną  ewentualność.

Przypuśćmy,  że  to  wcale  nie  Wolner  przeciął  ten  przewód.  Że  ktoś,  komu  Dobrzyńska  zagrażała,
dowiedział  się  przypadkowo  o  jej  wizycie  u  tego  badylarza  i,  korzystając  z  okazji,  wykończył  ją,
rzucając podejrzenie na Wolnera.

Walczak spojrzał z dużym zainteresowaniem.

- A wiesz, że to jest koncepcja. Emerycka główka pracuje zupełnie nieźle. To świeże obtarcie

na resorze...

background image

-  Właśnie  -  podchwycił  z  ożywieniem  Downar.  -  Hol.  Dobrzyńska,  wracając  do  Warszawy,

wzięła kogoś na hol i ten ktoś... Hipoteza może trochę fantastyczna, ale nie możemy jej wykluczyć.

- To ma ręce i nogi - powiedział zdecydowanie Walczak. - Zresztą, nie przesądzajmy sprawy.

Zobaczymy, co nam powie Wolner.

- I nie tylko Wolner - uśmiechnął się Downar.

*

Była zupełnie spokojna, tylko zaczerwienione oczy świadczyły o tym, że niedawno płakała.

Walczak  milczał  przez  chwilę,  obserwując  uważnie  twarz  młodej  kobiety.  Wreszcie

odchrząknął i powiedział:

- W związku z tragiczną śmiercią pani Dobrzyńskiej, chcieliśmy zadać pani kilka pytań.

- Proszę. Niech pan pyta.

- Słyszałem, że ostatnio mieszkała pani w mieszkaniu państwa Dobrzyńskich.

Skinęła głową.

-  Tak.  Po  śmierci  Edwarda  nie  mogłam  Wandy  zostawić  samej.  Musiałam  dotrzymać  jej

towarzystwa i chociaż trochę pocieszyć. Ona to bardzo ciężko przeżyła. Kochała go.

-  Podczas  naszej  wspólnej  wycieczki  do  Włoch  wszyscy  odnieśliśmy  wrażenie,  że  to

małżeństwo było w stadium zupełnego rozkładu - wtrącił się do rozmowy Downar.

Przesunęła dłonią po wilgotnym od potu czole.

- To bardzo dziwna sprawa. Dotychczas nie potrafię sobie tego wytłumaczyć.

-  To  znaczy,  pani  uważa,  że  wybierając  się  na  tę  wycieczkę,  Dobrzyńscy  byli  dobrym

małżeństwem.

- Tak mi się przynajmniej wydawało.

-  Może  na  razie  nie  będziemy  mówić  o  wycieczce  do  Włoch  -  zaproponował  Walczak.  -  Czy

pani  wiedziała,  że  pani  Wanda  Dobrzyńska  wybiera  się  do  tego  gospodarstwa  w  okolicach
Milanówka, do Gustawa Wolnera?

- Oczywiście, że wiedziałem. Wanda pojechała tam z kupcem.

- Z kupcem? Z jakim kupcem?

-  Wanda  miała  zamiar  sprzedać  pieczarkarnię  i  cały  ten  warzywniczy  interes.  Trafił  się

background image

reflektant. Pojechała z nim.

- Czy pani się orientuje, kto chciał kupić pieczarkarnię?

-  Nie  mam  pojęcia.  Ale  musi  to  być  ktoś  bardzo  zamożny.  Sądzę,  że  sporo  milionów  by  to

kosztowało.  Obiekt  jest  duży  i  wspaniale  utrzymany.  Poza  tym  doskonale  położony.  Stosunkowo
blisko Warszawy...

Walczak pokiwał głową.

- Tak. Byliśmy tam. Rzeczywiście wzorowo prowadzone gospodarstwo. Czy pani zna Gustawa

Wolnera?

- Tego kuzyna Edwarda. Poznałam go kiedyś, ale widziałam go chyba dwa czy trzy razy.

- Jakiego jest pani zdania o tym człowieku? Leciutko poruszyła ramionami.

- To taka właściwie przelotna znajomość, że trudno mi coś o nim powiedzieć. Zrobił na mnie

wrażenie małomównego i nietowarzyskiego. Jest chyba dosyć skryty, a może po prostu nieśmiały.

- Podobał się pani? Była zaskoczona.

- Czy mi się podobał? Chce pan wiedzieć, czy mi się podobał jako mężczyzna?

- Właśnie.

-  Bo  ja  wiem  -  uśmiechnęła  się  z  pewnym  zakłopotaniem.  -  Przyznam  się  panu,  że  nie

zastanawiałam się nad tym. Sądzę jednak, że może się podobać kobietom. Typ silnego mężczyzny.

Walczak  miał  ogromną  ochotę  zapytać  o  Wolnera  i  Dobrzyńską,  ale  zrezygnował.  Doszedł  do

wniosku, że w obecnej sytuacji nie byłoby to zbyt taktowne.

-  Więc  pani  Dobrzyńska  pojechała  z  tym  kupcem,  który  miał  obejrzeć  gospodarstwo  i

ewentualnie omówić transakcję.

- Tak.

- Czy panią to nie zdziwiło, że pani Dobrzyńska nie wróciła na noc?

- Nie. Kiedyśmy się rozstawały, Wanda wspomniała, że może tam zanocuje i posiedzi ze dwa

dni na świeżym powietrzu.

- Z tego by wynikało, że ów kupiec pojechał swoim wozem.

-  Chyba  tak.  Mógł  wprawdzie  wrócić  kolejką,  ale  stamtąd  do  Milanówka  kawał  drogi.  Na

pewno pojechał swoim wozem, a Wanda swoim.

background image

- Wolner był wspólnikiem pana Dobrzyńskiego.

- O ile się orientuję, to tak. Do spółki prowadzili ten interes, ale Edward był właścicielem.

- I po nim dziedziczyła jego żona.

- Sądzę, że tak, skoro pertraktowała z kimś w sprawie sprzedaży.

-  No  tak,  tak,  oczywiście  -  przyznał  Walczak.  -  Musiałaby  przedtem  załatwić  formalności

spadkowe. Czy pan Dobrzyński zostawił testament?

- Nie wiem. Nie interesowałam się tą sprawą. Przyzna pan, że tego rodzaju rozmowy byłyby nie

na miejscu. Tak zaraz po śmierci Edwarda...

-  Niewątpliwie.  Doskonale  panią  rozumiem.  Ale  gdyby  pani  Dobrzyńska  sprzedała

gospodarstwo, to Wolner mógłby się znaleźć w trudnej sytuacji...

Gródecka poruszyła się niespokojnie.

- Co pan ma na myśli?

-  Nie,  nic  specjalnego.  Tak  się  zastanawiam...  No,  cóż...  właściwie  nie  wiemy,  jaką  miał

Wolner umowę z Dobrzyńskim.

- Wanda mi powiedziała, że bez ograniczeń dysponuje majątkiem swojego męża. To znaczy...

-  To  znaczy,  że  Wolner  poszedłby  na  „zieloną  trawkę”  -  uzupełnił  Walczak.  -  Zresztą  nie

przesądzajmy sprawy.

-  Tak  pan  mówi,  jakby  pan  podejrzewał  Wolnera  o  spowodowanie  śmierci  Wandy  -  głos

Gródeckiej stał się nagle nerwowy, agresywny.

Walczak uśmiechnął się.

- Obawiam się, że pani mnie źle zrozumiała. Ja nikogo o nic nie podejrzewam. Po prostu głośno

myślę,  rozważam  różne  ewentualności.  Tylko  tyle.  Chciałbym  jeszcze  zapytać  panią,  czy  jacyś
mężczyźni ubiegali się o względy pani Dobrzyńskiej. Była przecież bardzo atrakcyjną kobietą.

- Nic mi o tym nie wiadomo.

Walczak nie nalegał. Wiedział, że i tak nie dowie się nic konkretnego.

- A czy pani rozmawiała ze swoim mężem na temat tajemniczej kartki, którą ktoś wsunął mu do

kieszeni w Citta del Marę? Mam na myśli tę rzekomą groźbę mafii sycylijskiej.

- Rozmawiałam.

background image

- No i co?

- Mąż mnie wyśmiał. Powiedział, że to jakiś głupi kawał i żebym nie zawracała mu głowy.

- A pani wierzy, że to był głupi kawał? Zawahała się.

- Nie wiem... Doprawdy...

- Więc nie jest pani tak zupełnie o tym przekonana - nastawał Walczak.

- Nie wiem... - powtórzyła niepewnie. - Właściwie chyba nie jestem.

- Z tego by wynikało, że pani jednak przypuszcza, iż mąż naraził się w jakiś sposób mafii.

- Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Niech mnie pan nie męczy.

-  Dobrze  -  zgodził  się  Walczak.  -  Tylko  jeszcze  jedno  pytanie.  Czy  pani  wiedziała  o

planowanym grzybobraniu, które skończyło się tak tragicznie dla Dobrzyńskiego?

- Tak. Edward proponował nam, żebyśmy z nim pojechali, ale nie mogliśmy. Ja umówiłam się z

przyjaciółką,  że  przyjadę  do  niej,  do  Podkowy,  a  Stach  musiał  oprowadzać  po  Warszawie  jakichś
cudzoziemców.

Walczak wstał.

- Dziękuję. Proszę mi wybaczyć, że zmęczyłem panią tak długą rozmową.

Kiedy  drzwi  za  Gródecką  się  zamknęły,  Downar  wyszedł  z  przyległego  pokoju,  w  którym  od

pewnego czasu urzędował w charakterze nieoficjalnego „podsłuchiwacza”.

Walczak zapalił papierosa i spojrzał na przyjaciela.

- Słyszałeś?

- Słyszałem. Jak na emeryta słuch mam jeszcze zupełnie niezły.

- No i jak ci się to widzi?

Downar usiadł i zaczął stukać palcem w karafkę stojącą na biurku.

-  Coraz  bardziej  utwierdzam  się  w  przekonaniu,  że  z  całą  tą  aferą  wiąże  się  ściśle  scena

odegrana przez Dobrzyńską w Wenecji. Mieli jakiś konkretny cel w tym przekwaterowaniu.

- Dobrzyńscy?

- Oczywiście.

- Ale o co mogło im chodzić?

background image

-  O  to,  żeby  Dobrzyński  zamieszkał  z  Gródeckim,  a  Dobrzyńska  z  Gródecką.  To  było  już  od

dawna zaplanowane.

- No, dobrze, ale po co?

- Nie wymagaj ode mnie za wiele. Sądzę, że już wkrótce wszystkiego się dowiemy.

- Wolner mógł jednak wykończyć Dobrzyńską niezależnie od tamtej sprawy.

-  Zgoda  -  pokiwał  głową  Downar.  -  Chociaż  to  wydaje  mi  się  mało  prawdopodobne.  Nie

zapominaj o tym nadzianym facecie, który pojechał z Dobrzyńską oglądać gospodarstwo. Jeżeli...

- Masz rację - podchwycił Walczak. - Jeżeli był w porozumieniu z Wolnerem...

-  O,  właśnie.  Koniecznie  trzeba  będzie  sprawdzić,  kto  dziedziczy  gospodarstwo  po  śmierci

Dobrzyńskiej.  Gdyby  się  okazało,  że  Wolner  jest  jedynym  krewnym  Dobrzyńskiego...  Ale  nie
uprzedzajmy faktów.

- Miałbym ogromną ochotę porozmawiać sobie jeszcze z tym fotografem - powiedział Walczak.

Downar energicznie potrząsnął głową.

-  Więckowskiego  zostaw  w  spokoju.  Przynajmniej  na  razie.  W  związku  z  nim  mam  pewien

konkretny plan. Kto wie, czy to nie załatwi nam całej sprawy.

*

Był  tak  samo  mało  komunikatywny,  jak  podczas  pierwszej  ich  rozmowy.  Surowa,  obojętna

twarz  nie  wyrażała  żadnego  uczucia.  Patrzył  na  siedzących  przed  nim  mężczyzn  takim  wzrokiem,
jakby ich wcale nie widział. Milczał. Wchodząc do pokoju, nie powiedział nawet „dzień dobry”.

Walczak  także  nie  śpieszył  się  z  rozpoczęciem  rozmowy.  Wyjął  z  szuflady  biurka  papier,

długopis, zajrzał do swoich notatek i dopiero po dłuższej chwili się odezwał.

- Zapewne się pan orientuje, dlaczego wezwaliśmy pana do komendy.

- Nie wiem, o co chodzi. Przyjechał oficer milicji, zabrał mnie do wozu i na tym koniec.

- Pani Dobrzyńska nie żyje.

Obojętny wyraz twarzy Wolnera nie zmienił się.

- Nie żyje - powtórzył drewnianym głosem. - A co się stało?

- Wracając w nocy od pana, uderzyła w słup i zabiła się.

- No, tak - powiedział Wolner. - Nieraz jej mówiłem, że to się tak kiedyś skończy.

background image

- Dlaczego pan tak sądził?

- Dlaczego? To proste. Wanda jeździła jak wariatka, a była bardzo złym kierowcą.

- Podobno nie lubiła prowadzić - zauważył Walczak.

-  To  prawda.  Nie  bardzo  lubiła.  Wolała,  żeby  prowadził  Edward,  ale  kiedy  już  siadała  za

kierownicą...

- Z tego, co pan mówi, wynika, że dość często jeździł pan z panią Dobrzyńską samochodem.

- Zdarzało się - mruknął niechętnie Wolner.

- Hm - Walczak napił się wody i zapalił papierosa. Podczas tych czynności nie spuszczał oczu z

twarzy swojego rozmówcy. - Widzi pan... sprawa jest o ryle skomplikowana, że ten wypadek zdarzył
się z powodu uszkodzenia hamulców.

- No, cóż... Od czasu do czasu wóz trzeba dawać do przeglądu.

- Oczywiście. I niech pan sobie wyobrazi, że w zeszłym tygodniu wóz pani Dobrzyńskiej został

dokładnie skontrolowany w warsztacie. Wszystko było w najlepszym porządku. Mechanik twierdzi,
że oddał wóz w idealnym stanie. Nie mam żadnego powodu, żeby mu nie wierzyć.

- Więc co się stało? - spytał bez większego zainteresowania Wolner.

-  Stała  się  rzecz  niezmiernie  przykra.  Ktoś  przeciął  przewód  hamulcowy  przy  pompie.  Płyn

wyciekł i pani Dobrzyńska na zakręcie nie mogła zahamować.

Wolner pokiwał głową.

- To zrozumiałe. I teraz panowie przypuszczają, że to ja przeciąłem przewód hamulcowy.

- Dlaczego mielibyśmy tak przypuszczać? - spytał Walczak.

Spojrzenie nieruchomych szarych oczu nabrało jeszcze bardziej ponurego wyrazu.

-  Niech  pan  nie  udaje,  panie  majorze.  To  przecież  narzuca  się  samo  przez  się.  Nie  trzeba  być

genialnym detektywem, żeby w tej sytuacji wysnuć właśnie taki wniosek.

Walczak nie zareagował na „genialnego detektywa”. Powiedział:

- Podobno pani Dobrzyńska odwiedziła wczoraj pana w towarzystwie jakiegoś mężczyzny.

- Tak - padła lakoniczna odpowiedź.

- Czy to była towarzyska wizyta?

-  Nie.  Wanda  nosiła  się  z  zamiarem  sprzedania  gospodarstwa.  Przyjechała  z  ewentualnym

background image

kupcem.

- Pan, oczywiście, zna nazwisko tego „ewentualnego kupca”.

- Tak. Henryk Lipecki.

- Czy pan już kiedyś przedtem zetknął się z tym człowiekiem?

- Tak - odpowiedział z widoczną niechęcią Wolner.

- A może pan go dobrze zna?

- Znam go.

- Czy można wiedzieć, w jakich okolicznościach pan go poznał?

- Przyjeżdżał do nas kiedyś w charakterze klienta. Kupował pieczarki.

- Czy wczoraj przyjechali do pana jednym wozem?

- Nie, dwoma. Wanda przyjechała swoim fiatem, a ten facet oplem.

- Pan Henryk Lipecki wyjechał od pana pierwszy.

- Tak.

- Mniej więcej o której godzinie?

- Chyba około dziewiątej.

- A pani Dobrzyńska?

- Dokładnie nie pamiętam, ale zapewne po jedenastej.

- Pan był wspólnikiem Edwarda Dobrzyńskiego.

- Tak.

- Czy pan miał z nim spisaną jakąś umowę?

- Nie. Po co? Mieliśmy do siebie zaufanie.

- Po śmierci Edwarda Dobrzyńskiego dziedziczyła wszystko jego żona.

- Tak.

-  I  gdyby  sprzedała  doskonale  prosperujące  gospodarstwo  -  mówił  dalej  Walczak  -  pan

musiałby zrezygnować z owoców swej wieloletniej pracy.

background image

Wolner pochylił się i oparł duże, muskularne dłonie na biurku.

- Panie majorze - powiedział wolno, a jego nieruchoma twarz jakby jeszcze bardziej stężała. -

Panie  majorze,  ja  wiem,  że  taka  koncepcja  panu  bardzo  pasuje,  ale  ja  nie  przeciąłem  przewodu
hamulcowego. Nie potrafię, oczywiście, tego udowodnić, ale ja nie przeciąłem. Zresztą, czy robię na
panu wrażenie idioty?

- Raczej nie - przyznał Walczak.

-  No,  więc  właśnie.  Chyba  pan  nie  zaprzeczy,  że  musiałbym  być  skończonym  kretynem,  żeby

przecinać przewód hamulcowy właśnie wtedy, kiedy Wanda wyjeżdżała ode mnie.

Walczak pokręcił głową.

- Ale w afekcie ludzie często działają niezbyt rozsądnie. Poza tym zawsze można liczyć na to, że

wóz  się  rozbije  doszczętnie  i  że  nie  pozostanie  śladu  po  tym  przecięciu  przewodu.  Zdarza  się
również,  że  wybuchnie  benzyna  i  wóz  się  spali.  I  jeszcze  jedna  ewentualność.  Człowiek,  robiący
wrażenie bystrego, inteligentnego i doświadczonego, może przewidzieć, że nikt go nie będzie uważał
za idiotę, jak to pan sam określił. Wolner zdjął ręce z biurka i wyprostował się.

- Więc pan mnie podejrzewa o zamordowanie z premedytacją Wandy Dobrzyńskiej.

-  Sytuacja  jest  nieco  kłopotliwa  i  bardzo  skomplikowana  -  powiedział  Walczak  przeciągając

dłonią po czuprynie. - Poszlaki przeciwko panu są, niestety, bardzo poważne.

- Rozumiem. Czy jestem aresztowany?

-  Nie. Ale  nie  zdziwi  się  pan  zapewne,  że  przeprowadzimy  u  pana  w  gospodarstwie  oraz  w

domu szczegółową rewizję.

Wolner wzruszył ramionami.

- Ja się w ogóle bardzo rzadko dziwię czemukolwiek. Róbcie, panowie, co do was należy. Nie

wymagam nawet nakazu prokuratorskiego. Jeżeli jednak chodzi o narzędzie, którym został przecięty
przewód hamulcowy, to zapewniam, że u mnie go nie znajdziecie.

- Widzę, że pan sobie szybko kojarzy pewne fakty - uśmiechnął się Walczak. -

Wolner nie odwzajemnił uśmiechu.

- Nie sądzę, żeby w danym wypadku potrzebna była wybitna inteligencja - powiedział obojętnie

i spojrzał w okno, jakby zaczynała go już nudzić ta rozmowa.

- Czy ma pan wóz?

- Oczywiście. Dwa, żuka i zastawę. Zastawa jest moją własnością, a żuk firmowy.

background image

- Mam do pana prośbę - Walczak sięgnął po karafkę z wodą. - Chodzi o to, żeby pan żadnego z

tych  wozów  na  razie  nie  używał.  Być  może  zresztą,  że  zabierzemy  je  na  pewien  czas  do  naszych
warsztatów.

- Jak pan sobie życzy.

Walczak wypił spory łyk wody i odchrząknął.

- Czy oprócz pana Dobrzyński miał jeszcze jakąś rodzinę?

- Nie. - Po raz pierwszy po nieruchomej twarzy Wolnera przesunęło się coś jakby uśmiech. - To

jest jeszcze jeden argument przeciwko mnie. Prawda, panie majorze?

- Jeżeli pan to tak ocenia...

-  Sprawa  jest  chyba  oczywista.  W  tej  chwili,  to  znaczy  po  śmierci  Wandy,  jestem  jedynym

spadkobiercą Edwarda.

Walczak wyglądał na zmęczonego.

-  Sądzę,  że  możemy  zakończyć  naszą  rozmowę.  Proszę,  żeby  pan  nigdzie  nie  wyjeżdżał  bez

porozumienia się ze mną.

Rozdział XI Czekanie na mordercę

Downar usiadł na tapczanie, przysunął stolik, na którym stał telefon, i uważnie nakręcił numer.

Dłuższy czas nikt nie odpowiadał. Już miał odłożyć słuchawkę, kiedy posłyszał znajomy głos.

- Dzień dobry. Nie obudziłem pani?

- Nie, skądże. Już właśnie wychodziłam. Cieszę się na naszą dzisiejszą randkę, „umówiłam się z

nim na dziewiątą” - zanuciła wesoło.

-  Widzi  pani,  pani  Aniu,  sprawa  się  trochę  komplikuje.  -  W  głosie  Downara  wyczuwało  się

zakłopotanie.

- Co się stało?

-  Obawiam  się,  że  będziemy  musieli  odłożyć  nasze  spotkanie.  Przed  chwilą  dzwonił  do  mnie

Więckowski.

- I...?

- I powiedział, że chce się ze mną koniecznie zobaczyć dzisiaj wieczorem.

- O której?

background image

- Właśnie o dziewiątej.

- A cóż to takiego pilnego? O co mu chodzi?

- Właściwie może nie powinienem... - Downar zawahał się.

- Panie Stefanie... Jeżeli to jakaś tajemnica, to dajmy temu spokój.

- Gniewa się pani?

- Nie, skądże. Powetujemy sobie kiedy indziej.

-  Bo  widzi  pani...  No,  zresztą...  Tyle  razy  rozmawialiśmy  na  ten  temat,  że  chyba  mogę  pani

powiedzieć. Proszę tylko o całkowitą dyskrecję.

- Ależ oczywiście.

- No, więc chodzi o to, że Więckowski chce się ze mną zobaczyć, żeby mi powiedzieć coś na

temat tragicznej śmierci Dobrzyńskiego i jego żony. Podobno rewelacja. Rozumie więc pani, że w tej
sytuacji...

- Doskonale rozumiem. Ale ponieważ umówiony jest pan z nim na dziewiątą, to może spotkajmy

się wcześniej, siódma, wpół do ósmej... Jedna z moich przyjaciółek bardzo chciałaby pana poznać i
właśnie miałam ją dzisiaj przyprowadzić. Bardzo ładna i atrakcyjna dziewczyna.

- Niezmiernie żałuję - głos Downara brzmiał melancholijnie - ale tak się fatalnie składa, że na

siódmą  jestem  zaproszony  do  komendy  na  naradę.  Przeciągnie  się  to  na  pewno  do  dziewiątej.
Prawdopodobnie nawet się trochę spóźnię do Więckowskiego.

- Mówi się trudno - powiedziała Anna. - Zadzwoni pan do mnie?

-  Oczywiście.  W  przyszłym  tygodniu,  wtorek,  środa.  Przepraszam  za  zawód,  który  pani

sprawiłem.

- Zdarza się. Oby tylko takie zawody trzeba było przeżywać. Do widzenia, panie Stefanie. Do

zobaczenia.

Ciężki, jesienny mrok gęstniał coraz bardziej. Pędzone wiatrem krople deszczu uderzały o szyby

okienne.

Przez nieszczelne zasłony wciskał się anemiczny blask dalekiej latarni.

Długie, nużące godziny oczekiwania. Trudno było przecież przewidzieć, kiedy przyjdzie i czy w

ogóle przyjdzie. Wszystko wskazywało na to, że nie mógł postąpić inaczej. Nie miał wyjścia. Musiał
iść  na  całego. Va  banque. To  była  jego  jedyna  szansa.  Ale  mogło  coś  się  zmienić.  Mógł
zrezygnować,  stchórzyć,  w  ostatniej  chwili  wycofać  się. Albo...  a  to  było  najbardziej  niepokojące,
mógł przejrzeć grę przeciwnika.

background image

Przez chwilę zastanawiał się, czy zapalić boczne światło, czy czekać w ciemności. Nie ruszył

się  jednak  z  fotela.  Doszedł  do  wniosku,  że  w  decydującej  chwili  nagły  blask  silnych  żarówek
wywoła pożądany efekt, zaskoczenie. To był atut gwarantujący sukces.

Czas płynął wolno, leniwie, znacząc swe miarowe kroki tykaniem stojącego na stoliku zegarka.

Z  oddali  dochodził  zasnuty  deszczem  szum  miasta.  Myśli  stawały  się  coraz  wolniejsze,  coraz
bardziej chaotyczne. Ciężkie powieki raz po raz przykrywały oczy.

- Do diabła! - zaklął półgłosem - jeszcze tego brakowało, żebym zasnął. - Podniósł się z fotela i

ostrożnie przeszedł się po pokoju. Dywan tłumił jego kroki. Raz jeszcze przeanalizował całą sytuację
i znowu doszedł do wniosku, że to powinno „chwycić”. Chyba że... chyba że w jego rozumowaniu są
jakieś  luki,  których  nie  dostrzega.  Albo  pech,  niefortunny  zbieg  okoliczności.  Wiedział  z
wieloletniego  doświadczenia,  że  posunięcia,  zapewniające  pozornie  stuprocentowe  powodzenie,
okazują się w rezultacie fatalnym niewypałem.

Trzeba czekać. Nie było innej rady. Przez wiele lat żmudnej, niebezpiecznej pracy nauczył się

cierpliwości.  Wrócił  na  fotel  i  słuchał  tykania  zegara.  Już  nie  był  śpiący.  Myśl,  że  jednak  nie  na
próżno  traci  czas,  wyrwała  go  z  niedawnego  odrętwienia.  Znowu  stał  się  czujny,  gotowy  do  akcji.
Musi się udać. Musi się udać - powtarzał, usiłując swym myślom przekazać możliwie jak największy
ładunek sugestii.

I  nagle...  przy  drzwiach  wejściowych  posłyszał  szmer.  Ktoś  wsunął  klucz  do  zamka  i

przekręcił...Po  tern  wypadki  potoczyły  się  w  zawrotnym  tempie.  Błysk  światła,  stłumiony  okrzyk.
Downar  już  dawno  nie  był  taki  szybki.  Błyskawicznie  wykonał  pół  obrotu  i  z  całym  rozmachem
uderzył nogą w wyciągniętą dłoń. Pistolet zatoczył szeroki łuk i upadł pod ścianę.

Za Gródeckim stali już Walczak i Olszewski. Porucznik zręcznie założył kajdanki.

- Przepisowo - uśmiechnął się. - Dobra robota.

Z przyległego pokoju wyszedł Więckowski. Był trupio blady.

- Uratował mi pan życie - wyszeptał.

- No, to może opowie nam pan teraz coś interesującego - zaproponował Downar.

Rozdział XII Zakończenie

Tego  dnia  pułkownik  Leśniewski  był  w  doskonałym  humorze.  Przyjął  swoich

współpracowników  z  otwartymi  ramionami,  posadził  ich  przy  bocznym  stoliku  w  wygodnych,
gościnnych fotelach i kazał podać kawę.

- Jak tam nasz kochany emeryt? - spytał z uśmiechem.

- Jakoś się żyje - odparł Downar, odwzajemniając uśmiech.

- W takim razie, Stefanku, napij się kawki i opowiadaj. Zdobądź się na wysiłek krasomówczy.

background image

- Właściwie wszystko już opisałem w raporcie, no i to nie ja przecież prowadziłem śledztwo,

tylko Karol. Niech on zabiera głos.

Pułkownik nie przestawał się uśmiechać.

-  Widzę,  że  masz  ochotę  się  wykręcić,  ale  nic  z  tego.  To  prawda,  że  Walczak  oficjalnie

prowadził  śledztwo,  ty  jednak  bardzo  mu  pomogłeś.  Zresztą  Karol  nie  był  obecny  przy  twojej
rozmowie Z tym fotografem. Raport raportem, a ja najbardziej cenię żywe słowo. Wiem, że nie jesteś
Demostenesem, ale to nic nie szkodzi. Wal swoimi słowami. Nie daj się prosić.

Downar wypił łyk kawy i odchrząknął.

-  No  więc,  tak...  Więckowski  postanowił  zdobyć  większą  ilość  obcej  waluty.  Chciał  założyć

duży  zakład  fotograficzny  w  Stanach  albo  w  Anglii.  W  tym  celu  zabrał  się  do  robienia  zdjęć
pornograficznych, które sprzedawał w różnych krajach Europy, a głównie we Francji i we Włoszech.
Wywoził  przeważnie  filmy.  Miał  swoich  stałych,  zaufanych  odbiorców,  którzy  kupowali  od  niego
„towar” po stosunkowo niskiej cenie. Na Zachodzie fachowcy z tej branży każą sobie o wiele więcej
płacić.

Więckowski  od  dawna  był  skumplowany  z  Gródeckim  i  z  Dobrzyńskim.  Podczas  swoich

zagranicznych podróży spiknął się z pewnym Włochem, będącym członkiem gangu, zajmującego się
między innymi fabrykacją na dużą skalę fałszywych dolarów, funtów i marek zachodnioniemieckich.
Ten Włoch pokłócił się ze swoimi kompanami i postanowił się zemścić, a jednocześnie zarobić na
tym  interesie  dużą  forsę.  Chodziło  o  szantaż.  Musiał  mieć  jednak  jakieś  konkretne  dowody  w  ręku.
Sprawa  była  delikatna,  wymagająca  dużych  umiejętności  w  dziedzinie  fotografiki,  połączonej  ze
znajomością  elektroniki,  budowy  fotokomórek  i  takich  różnych  bardzo  specjalistycznych  rzeczy.  W
tym  celu  ów  Włoch,  Gaetano  Serpotta,  porozumiał  się  z  Więckowskim,  z  którym  od  dawna
handlował  pornograficznymi  zdjęciami,  i  dopuścił  go  do  spółki,  jako  świetnego  fachowca.
Wspólnymi siłami zainstalowali którejś nocy w wytwórni fałszywej waluty doskonale zamaskowane
kamery,  uruchamiane  na  odległość  czy  też  za  pomocą  fotokomórki.  W  techniczne  szczegóły  się  nie
wdawałem. Zresztą o tych rzeczach najlepiej niech porozmawiają z Więckowskim specjaliści. Ja się
na  tym  nie  znam.  W  rezultacie  tych  skomplikowanych  kombinacji  technicznych  otrzymali  zdjęcia
członków  gangu  na  tle  rozrzuconych  na  stole  fałszywych  banknotów  oraz  cały  szereg  innych  zdjęć,
ilustrujących  przebieg  produkcji  tej  forsy.  Materiał  był  bogaty,  nie  pozostawiający  żadnych
wątpliwości.

- Dobrze pomyślane - wtrącił pułkownik.

-  Bardzo  dobrze  pomyślane  -  przytaknął  Downar.  -  Tylko  że  Więckowski  to  tchórz.  Bał  się

ryzykować. Nie miał ochoty osobiście występować w roli szantażysty. Wolał jeszcze kogoś dopuścić
do swojego udziału w tej aferze. Pomyślał o Gródeckim, jako o człowieku znającym dobrze Włochy i
mówiącym biegle po włosku. Gra była, jak to mówią, warta świeczki. Chodziło o ogromne sumy w
dolarach albo w markach zachodnioniemieckich. Gródecki zgodził się.

- A jaką rolę w tej historii odegrał Dobrzyński? - spytał pułkownik.

background image

Downar nalał wody do szklanki. Zaschło mu w gardle.

- Właśnie miałem o tym mówić. Więckowski nie dowierzał zbytnio Gródeckiemu, którego znał

jako  cwaniaka  pierwszej  klasy.  Bał  się,  że  Gródecki  go  wykiwa,  i  zwierzył  się  ze  wszystkiego
Dobrzyńskiemu. Zdaje się zresztą, że moment szczerości pojawił się po większej wódce. Dobrzyński
odwiedził  Więckowskiego,  solidnie  popili  i  tajemnica  przestała  być  tajemnicą.  Dobrzyński
postanowił wykorzystać okazję. Wciągnął do tej afery swoją żonę, która była bardzo sprytna, kuta na
cztery  nogi.  Świetna  aktorka.  Postanowili  wydusić  z  Gródeckiego  większą  forsę.  W  tym  celu
Dobrzyńska  odegrała  w  Wenecji  tę  histeryczną  scenę,  na  którą,  przyznaję  ze  sksuchą,  dałem  się
nabrać.  Potem  już  wszystko  jasne.  Gaetano  Serpotta  umówił  się  ze  swoimi  byłymi  wspólnikami  w
okolicach  Frascati,  w  pobliżu  willi  Cycerona.  Na  miejsce  tego  spotkania  przyszedł  Gródecki  z
Więckowskim. Gangsterzy mieli wypłacić szantażystom określoną kwotę w dolarach albo w markach
zachodnioniemieckich.  Chodziło  oczywiście  o  banknoty  niefałszywe.  Serpotta  znał  się  na  tym
doskonale.  Był  specem  w  tej  branży.  W  zamian  za  tę  forsę,  dużą  forsę,  gangsterzy  mieli  otrzymać
odbitki, negatywy, taśmy. Potraktowali jednak tę transakcję na swój sposób. Zamiast dolarów wyjęli
pistolety  zaopatrzone  w  tłumiki.  Zastrzelili  na  miejscu  swojego  dawnego  kompana  i  poczęstowali
porcją  ołowiu  Gródeckiego.  Więckowski,  ukryty  przezornie  w  krzakach,  obserwował  ze  zjeżonymi
włosami tę scenę, modląc się żarliwie, żeby go nie zauważono. I rzeczywiście, fałszerze waluty nie
zauważyli go. Nie mieli zresztą czasu na poszukiwania. Musieli jak najspieszniej likwidować się z
terenu. Nie sprawdzili nawet, czy Gródecki żyje. Być może, że ktoś ich spłoszył.

- A co z Dobrzyńskim?

- Dobrzyński podgrandził Gródeckiemu trochę tych kompromitujących zdjęć i chciał zarobić na

szantażu.  Gródecki  nie  miał  zamiaru  żyć  w  ciągłym  zagrożeniu.  Postanowił  zlikwidować
Dobrzyńskiego,  posługując  się  muchomorami,  a  właściwie  ekstraktem  z  muchomorów.  Być  może,
początkowo nie wiedział, że Dobrzyńska została w to wciągnięta. Kiedy jednak zorientował się, jak
sprawa wygląda, musiał pozbyć się jej. Dobrzyńska bowiem nie tylko żądała pieniędzy, ale również
pragnęła  się  zemścić.  Odgrażała  się,  że  zawiadomi  prokuraturę.  Okazało  się  bowiem,  że
rzeczywiście kochała swojego męża i nie mogła darować Gródeckiemu...

-  Jak  to  bywa  w  takich  wypadkach,  jedna  zbrodnia  pociąga  za  sobą  następne  -  powiedział

pułkownik,  i  Dobrzyńska  stała  się  poważnym  zagrożeniem  dla  Gródeckiego.  Postanowił  ją
zlikwidować.

- Otóż to - przytaknął Walczak. - Wpadł na zupełnie niezły pomysł, żeby podejrzenie skierować

na tego badylarza spod Milanówka. Dowiedział się od żony, że Dobrzyńska wybiera się do Wolnera
i  że  albo  tam  zanocuje,  albo  wróci  dość  późno  do  domu.  Wyjechał  na  szosę  i  czekał,  ustawiwszy,
wóz na poboczu.

- Zaopatrzył się w linkę do holowania - dodał Downar.

- I doczekał się późnym wieczorem Dobrzyńskiej - ciągnął dalej Walczak. - Wyszedł na szosę,

pomachał  rękami,  a  kiedy  się  zatrzymała,  powiedział,  że  chyba  wysiadł  mu  silnik  i  prosił,  żeby  go
wzięła  na  hol.  Zgodziła  się.  Następnie,  po  pewnym  czasie  tego  holowania,  dał  sygnał,  żeby  się
zatrzymała. Stwierdził, że jego wóz jest już w porządku, ale że w silniku jej fiata coś stuka. Otworzył

background image

maskę i przeciął kombinerkami przewód hamulcowy. Te kombinerki znaleźliśmy w jego bagażniku.
Widocznie  żal  mu  było  się  z  nimi  rozstać.  Być  może,  nie  orientował  się,  że  precyzyjne  badania  w
Zakładzie  Kryminalistyki  pozwalają  stwierdzić,  iż  właśnie  tego  narzędzia  użyto  do  przecięcia
przewodu  hamulcowego.  Poza  tym  w  piwnicy  Gródeckiego  fachowcy  z  Zakładu  Kryminalistyki
natrafili, po żmudnych poszukiwaniach, na ślad stężonego wyciągu z muchomorów.

- Jak to się stało, że Gródecki miał klucze od mieszkania Więckowskiego? - spytał pułkownik.

- Ukradł Dobrzyńskiej. Więckowski dał jej komplet swoich kluczy - wyjaśnił Downar.

- Po co jej były te klucze?

-  Bywała  częstym  gościem  w  atelier  fotograficznym.  Uwielbiała  fotografować  się.  Pozowała

Więckowskiemu  do  różnych,  czasem  nawet  dość  ryzykownych  póz.  Ekscytowało  ją  to.  Twarz,
oczywiście, zasłaniała. Prosiła Więckowskiego, żeby dał jej klucze do swojej pracowni. Zgodził się.

- Dosyć poważną rolę odegrała w tej sprawie owa młoda, ładna dziewczyna, która, zdaje się,

wpadła ci trochę w oko, Stefanie. Downar skinął głową.

- Tak - powiedział niechętnie. - Przyznaję, że mi się podobała. To było moje najpoważniejsze

potknięcie.  Anna  Toczycka  utrzymywała  bliższe  stosunki  z  Gródeckim.  Była  jego  wspólniczką.
Napuścił  ją  na  mnie.  Chciał,  żebym  poszedł  fałszywym  tropem  No,  cóż...  Musicie  wybaczyć
emerytowi.

-  I  chyba  wybaczymy  -  uśmiechnął  się  pułkownik.  -  Powiedz  mi  jeszcze,  od  jakiego  momentu

zacząłeś podejrzewać Gródeckiego.

-  Myślę,  że  od  chwili,  kiedy  pojawiły  się  wątpliwości  co  do  tej  sceny  odegranej  w  Wenecji

przez Dobrzyńską. Jeżeli bowiem Dobrzyńskim zależało na tym, żeby mieć bezpośrednią kontrolę nad
Gródeckim,  to  można  było  przypuszczać,  że  istnieją  tu  jakieś  powiązania.  Następnie  zaś,  po
zamordowaniu Dobrzyńskiego, automatycznie nasuwało się podejrzenie, że Dobrzyński posiadł jakąś
tajemnicę  Gródeckiego  i  że  mu  zagrażał.  To  była  logiczna  konsekwencja  tej  inscenizacji,  jeżeli
oczywiście zakładało się, że Dobrzyńska odegrała komedię w ściśle określonym celu.

- A kiedy zrodziły się w tobie wątpliwości co do tej dziewczyny?

- Podczas naszego spotkania po powrocie do Warszawy. Wydało mi się trochę dziwne, że dość

zręcznie  usiłowała  rzucić  podejrzenie  na  Werbacha,  domniemanego  kochanka  Dobrzyńskiej.  Poza
tym  Gródecki  i Anna  Toczycka  nie  mieli  najmniejszych  wątpliwości,  co  do  tej  sceny  odegranej  w
Wenecji.  Pozostałym  członkom  wycieczki  strach  Dobrzyńskiej  przed  mężem  wydał  się  mało
przekonywający.

-  A  kto  napisał  tę  kartkę,  którą  kierownik  wycieczki  znalazł  w  swojej  kieszeni:  „Niech  pan

uważa na Dobrzyńskiego. To bandzior”?

- Dobrzyńska - wyjaśnił Walczak. - Porównaliśmy!

background image

charaktery pisma wszystkich uczestników wycieczki. Zrobiła to zapewne dlatego, żeby jeszcze

bardziej  uprawdopodobnić  swój  strach  przed  mężem.  Trzeba  przyznać,  że  przesadziła.  To  było
głupie posunięcie.

-  Była  jeszcze  jedna  kartka,  którą  ktoś  wsunął  do  kieszeni  Gródeckiego:  „Mafia  nigdy  nie

przebacza”.

Walczak rozłożył ręce.

- Nie zdołaliśmy tego ustalić.

-  Prawdopodobnie  jakiś  Włoch  -  powiedział  Downar.  -  Może  kierowca,  a  może  któryś  z

kelnerów. To była autentyczna groźba. Gródeckiemu we Włoszech jakoś się udało. Strzały nie były
dość celne. Strzelali z pewnej odległości. Mały kaliber.

- A skąd Gródecki wiedział, że Dobrzyński pojechał na grzyby?

-  Pp  prostu  Dobrzyński  zaproponował  Gródeckim  wspólną  wyprawę  do  lasu  -  wyjaśnił

Walczak. - Nie skorzystali z tej propozycji. Gródecki podobno zajęty był służbowo w oprowadzaniu
po Warszawie jakichś cudzoziemców.

- Musiał ten ekstrakt z muchomorów wcześniej przygotować.

- Niewątpliwie. Na parę dni naprzód, jak tylko dowiedział się o projektowanym grzybobraniu.

Pułkownik zaczął bębnić palcami po blacie biurka.

- Tak sobie myślę, jak nazwiemy tę sprawę. Może „Grzybobranie” albo „Muchomory”...

- A może „Dwie zbrodnie” - powiedział Walczak. Downar potrząsnął głową.

- To mi się nie podoba. Proponuję: „major Downar przechodzi na emeryturę”.

- Na niezbyt spokojną emeryturę - skorygował pułkownik.