background image
background image

Salla Simukka

CZERWONE JAK KREW

przełożył Sebastian Musielak

background image

Pewnego razu w środku zimy, gdy z nieba spadały na ziemię

miękkie  jak  puch  płatki  śniegu,  królowa  siedziała  przy  oknie

z czarnego hebanu i szyła. I gdy tak szyła, patrząc przez okno,

ukłuła  się  igłą  w  palec.  Na  śnieg  upadły  trzy  kropelki  krwi.

Czerwone  plamki  wyglądały  tak  ślicznie  na  białym  tle,  że

królowa  pomyślała  sobie:  „Och,  gdybym  tak  miała  dziecko

o  skórze  białej  jak  śnieg,  wargach  czerwonych  jak  krew,

włosach czarnych jak hebanowe drzewo!”.

background image

28 lutego

NIEDZIELA

background image

1

Ziemia  skrzyła  się  bielą.  Piętnaście  minut  wcześniej  stary  śnieg  pokryła

warstwa świeżego, czystego puchu. Piętnaście minut wcześniej jeszcze wszystko

było  możliwe.  Świat  wydawał  się  piękny,  a  rysująca  się  przed  nią  jaśniejsza

przyszłość  tchnęła  spokojem  i  wolnością.  Przyszłość,  dla  której  warto  podjąć

szalone ryzyko, postawić wszystko na jedną kartę i spróbować się wyrwać raz

na zawsze, za pierwszym podejściem.

Piętnaście  minut  wcześniej  prósząca  z  nieba  biel  rozścieliła  się  puszystym

dywanem  na  brudnym  śniegu  i  wtem  przestało  padać  tak  nagle,  jak  zaczęło,

a spomiędzy chmur wyjrzało słońce. Równie pięknego dnia nie było chyba od

początku zimy.

Na tej nieskazitelnej bieli z każdą chwilą przybywało czerwieni. Rozszerzała

się,  rozprzestrzeniała  i  barwiąc  po  drodze  kryształki  śniegu,  przepływała  na

kolejne.  Trochę  czerwieni  prysnęło  dalej.  Była  tak  jaskrawa,  że  gdyby  miała

głos, musiałaby krzyczeć.

Natalia Smirnowa wpatrywała się w splamiony czerwienią śnieg brązowymi,

niewidzącymi oczami. Nie myślała o niczym. Niczego nie chciała. Niczego się

nie bała.

Dziesięć minut wcześniej Natalia chciała tak dużo i bała się tak bardzo, jak

jeszcze  nigdy  w  życiu.  Drżącymi  dłońmi  upychała  banknoty  do  swojej  torby,

oryginalnego  louisa  vuittona.  Wytężała  słuch,  łowiła  najmniejszy  szmer.

Uspokajała  samą  siebie,  tłumaczyła  sobie  w  duchu,  że  nie  ma  się  czego  bać.

Przecież  wszystko  zaplanowała.  Wiedziała  jednak,  że  nie  ma  planów

całkowicie  pewnych.  Wystarczył  byle  podmuch,  żeby  zawalić  wznoszony  od

miesięcy domek z kart.

W torebce miała paszport i bilet na samolot do Moskwy. Nic więcej ze sobą

nie  zabrała.  Na  lotnisku  w  Moskwie  spotka  się  z  bratem.  Wynajętym

samochodem  zawiezie  ją  kilkaset  kilometrów  do  domku  letniskowego,

o którego istnieniu wiedziało zaledwie parę osób. Tam będą już na nią czekać

matka  i  jej  trzyletnia  córeczka  Olga.  Natalia  nie  widziała  jej  od  ponad  roku.

Czy dziewczynka ją pamięta? Będą miały dość czasu, aby od nowa się poznać,

bo zaszyją się w daczy przez miesiąc lub dwa. Dopóki Natalia nie uwierzy, że

wreszcie jest bezpieczna. Dopóki o niej w końcu nie zapomną.

Uciszyła  w  myślach  natrętny  głos,  który  uparcie  krakał,  że  nigdy  nie

zapomną. Nie pozwolą jej zniknąć. Wmawiała sobie, że nie jest przecież nikim

ważnym  i  bez  trudu  znajdą  na  jej  miejsce  kogoś  innego.  Nie  opłaci  im  się

szukać.

background image

Od  czasu  do  czasu  ludzie  przepadali.  Razem  z  forsą.  Specyfika  branży,

skalkulowane  ryzyko,  nieuniknione  ubytki  inwentarza,  jak  w  warzywniaku  –

owoce się psują i trzeba je wyrzucać.

Natalia nie liczyła pieniędzy. Upychała po prostu banknoty do torebki, byle

więcej. Trochę się pogniotą, ale co z tego? Zmięte pięćset euro warte jest tyle

samo co gładkie. Za jeden taki papierek można kupić jedzenia na trzy miesiące,

a gdy ma się głowę na karku i węża w kieszeni – nawet na cztery. Pięćset euro

może na długo zamknąć człowiekowi usta. To dla wielu bardzo dobra cena za

trzymanie języka za zębami.

Natalia  Smirnowa,  lat  dwadzieścia,  leżała  na  brzuchu  z  twarzą  zanurzoną

w lodowatej bieli. Jej policzki były nieczułe na palący ziąb. Jej odkrytych uszu

nie szczypał siarczysty mróz.

W tym obcym kraju zimne wiosny są,

Natalio, ty marzniesz...

Mężczyzna  nucił  chrapliwie  i  fałszował.  Natalia  nigdy  nie  lubiła  tej  piosenki.

Zmarznięta  Natalia  z  fińskiego  przeboju  była  przecież  Ukrainką,  a  ona

Rosjanką. Podobało jej się jednak, że mężczyzna śpiewa dla niej i głaszcze ją

po włosach. Starała się nie wsłuchiwać w słowa. Na szczęście nie było to wcale

trudne.  Poznała  już  trochę  fiński  i  dużo  więcej  rozumiała,  niż  sama  umiała

powiedzieć,  ale  gdy  przestała  się  wysilać,  obce  słowa  traciły  znaczenie

i zlewały się w zwykłe zbitki dźwięków, spływające cicho z ust mężczyzny na

jej nagą szyję.

Pięć  minut  wcześniej  Natalia  myślała  o  innym  mężczyźnie  i  o  jego

nieporadnych  dłoniach.  Czy  będzie  za  nią  tęsknił?  Może  trochę.  Odrobinkę.

Niedługo, bo naprawdę jej nie kochał. Gdyby faktycznie kochał, załatwiłby jej

sprawy,  co  tyle  razy  obiecywał.  W  końcu  dziewczyna  musiała  sama  wziąć

wszystko w swoje ręce.

Dwie  minuty  wcześniej  Natalia  z  trudem  domknęła  torbę,  która  pękała

w  szwach.  Szybko  zatarła  ślady  swojej  obecności  i  w  holu  zerknęła  jeszcze

w lustro. Utlenione włosy, brązowe oczy, cienkie brwi i jaskrawoczerwone usta.

Była blada. Pod oczami kręgi po nieprzespanej nocy. Pora iść. W ustach czuła

smak wolności i lęku. Smak żelaza.

Dwie  minuty  wcześniej  zatrzymała  spojrzenie  na  swoich  oczach  w  lustrze

i  uniosła  podbródek.  Nie  może  przepuścić  takiej  okazji.  Czemu  i  ona  nie

mogłaby czegoś z tego mieć?

Wtedy usłyszała zgrzyt klucza w zamku. Zamarła. Jedne kroki, potem drugie,

i jeszcze trzecie. Trojka. Do środka weszła trojka. Pozostała jej tylko ucieczka.

Minutę  wcześniej  Natalia  wbiegła  do  kuchni  i  dopadła  drzwi  na  zewnątrz.

background image

Nie  mogła  ich  otworzyć  trzęsącymi  się  dłońmi.  Jednak  jakimś  cudem  klamka

ustąpiła  i  Natalia  wybiegła  na  ośnieżony  taras,  a  potem  do  ogrodu.  Kozaki

grzęzły  w  śniegu,  ale  biegła,  nie  oglądając  się  za  siebie.  Nic  nie  słyszała.

Zdążyła nawet pomyśleć, że może wyjdzie z tego cało, że jej się uda, ucieknie

i wygra z nimi.

Trzydzieści sekund wcześniej rozległo się tępe mlaśnięcie. Kula wystrzelona

z pistoletu z tłumikiem przeszyła płaszcz Natalii Smirnowej i wbiła się w plecy,

otarła o kręgosłup i rozszarpała wnętrzności, niszcząc na końcu rączkę torebki,

którą Natalia przyciskała do brzucha. Kobieta upadła w czysty, dziewiczy śnieg.

Kałuża  pod  nią  rozlewała  się  na  wszystkie  strony,  pożerając  biały  puch.

Czerwień była jeszcze nienasycona i ciepła, lecz z sekundy na sekundę stygła

coraz bardziej. Ciężkie kroki zbliżały się powoli. Ale Natalia ich nie słyszała.

background image

29 lutego

PONIEDZIAŁEK

po północy

background image

2

Cała  trójka  przepychała  się  w  drzwiach.  Każdy  chciał  pierwszy  wejść  do

środka.

– Ej, zróbcie trochę miejsca, nie mogę trafić do zamka.

– Ty nie tylko do zamka nie możesz trafić.

Śmiech, psykanie, śmiech.

–  Zaczekajcie  chwilę.  Zaraz  wam  pokażę,  jak  to  się  robi.  Najpierw  klucz.

Przekręcam  go  powoli.  Bardzo  powoli.  Wow.  Niesamowite.  W  pale  się  nie

mieści,  że  jednym  przekręceniem  klucza  można  otworzyć  drzwi.  Że  ktoś

wymyślił taki system. Trzynasty cud świata, mówię wam.

– Zamknij się wreszcie i otwieraj.

Jednocześnie pchnęli drzwi i zaczęli się cisnąć do środka. Dziewczyna omal

nie upadła. Jeden chłopak wydawał z siebie ciche, piskliwe odgłosy i słysząc

ich  echo  w  pustej  przestrzeni,  głośno  zachichotał.  Drugi  ze  zmarszczonym

czołem wstukiwał mozolnie kod na panelu systemu antywłamanigo.

– Jeden... siedem... trzy... dwa. Ja pierdolę, udało się! Czternasty cud świata!

Wstukujesz  cyferki  i  alarm  się  wyłącza.  Ja  pierdolę.  Teraz  już  wiem,  kim

zostanę,  kiedy  dorosnę.  Ślusarzem.  Jest  taki  zawód,  no  nie?  Ktoś  chyba  musi

zarabiać na życie dorabianiem kluczy, co? Albo lepiej zostanę ochroniarzem.

Tamci  jednak  go  nie  słuchali.  Biegali  po  pustych,  ciemnych  korytarzach,

krzycząc i rechocząc. W końcu trzecie dołączyło do reszty. Śmiech odbijał się od

ścian i wybrzmiewał echem na schodach.

– Jesteśmy najlepsi!

Najlepsi. Ajlepsi. Jlepsi. Lepsi. Epsi. Psi. Si. I.

– I w pytę bogaci!

Wpadali  rozmyślnie  na  siebie  i  upadali.  Tarzali  się  po  ziemi,  parskając

śmiechem.  Robili  orły  na  kamiennych  posadzkach.  W  końcu  ktoś  sobie

przypomniał.

– Jesteśmy bogaci, tylko pieniądze mamy brudne.

– Tak jak mówisz. Dirrrty money.

– Mieliśmy iść do ciemni. Po to tu przyszliśmy.

Żeby tak jeszcze sobie przypomnieć, co było wcześniej. Wszystko ginęło we

mgle, w której przebłyskiwały jakieś obrazy. Ktoś rzyga. Reszta pławi się nago

w  basenie.  Drzwi  zamknięte  na  klucz,  choć  miały  być  otwarte.  Rozbity

kryształowy wazon i odłamki, ktoś z rozciętą nogą. Krew. Za głośna, pulsująca

muzyka.  Oops,  I  did  it  again.  Zapomniany  hit,  który  jakiś  baran  puszcza  na

okrągło. I played with your heart, got lost in the game. Jakaś dziewczyna zanosi

background image

się żałosnym płaczem, ale niczego nie chce. Podłoga śliska od rozlanego rumu.

Cierpko-słodki smród.

Tylko  że  te  obrazy  nie  chciały  się  ułożyć  w  żaden  sensowny  film.  Kto

przyniósł worek? Kiedy? Kto go rozwiązał, kto włożył do środka dłoń, a potem

oblizał palce? Kiedy zrozumieli?

Musiała coś łyknąć. Jak najszybciej. Natychmiast.

– Zostało wam trochę? Chcę jeszcze.

– Ja mam.

Trzy pigułki. Po jednej na głowę. Jednocześnie położyli je sobie na języku.

– Ta ma moc. Oh yeah. Jest moc.

Ciemnia. Ciemność. Potem ktoś pstryknął włącznik.

– Niech się stanie światłość. I stała się światłość.

Worek na stół. Banknoty.

– Ja pierdolę, ale śmierdzi.

– Pieniądze nie śmierdzą. Pieniądze pachną.

– Mamy tu w pytę kasy.

– I podzielimy ją równo.

– Po prostu nie mogę! Chyba śnię! Kocham was. Kocham cały świat.

–  Tylko  bez  całowania.  Koncentracja  mi  siądzie  i  zacznę  myśleć  wyłącznie

o seksie.

– Nie widzę przeszkód, choćby zaraz.

– Ale ja widzę. Bierzmy się do mycia.

Woda do kuwet. Banknoty do wody. Umyte na sznurki.

– To się nazywa pranie brudnych pieniędzy. Patrzcie i się uczcie.

background image

29 lutego

PONIEDZIAŁEK

background image

3

Pobudka! Otwieraj oczy! Wstawaj! Zapomnij o drzemce!

Bębenki Lumikki Andersson omal nie pękły od tego wrzasku. Znajomego do

znudzenia. Jej własnego głosu. Nagrała go i przypisała w komórce do sygnału

pobudki,  bo  uznała,  że  nic  jej  lepiej  nie  wygoni  z  ciepłej  pościeli.  Działało.

O drzemce faktycznie zapominała od razu.

Usiadła  rozespana  na  brzegu  łóżka  i  spojrzała  na  ścienny  kalendarz

z Muminkami. Poniedziałek, 29 lutego. Dzień dodany. Najbardziej zbędna data

w  historii.  Nie  mogli  go  ogłosić  międzynarodowym  dniem  wolnym?  Przecież

i  tak  był  nadprogramowy.  Chyba  ludzie  mogliby  choć  raz  nie  robić  nic

sensownego i zapomnieć o produktywności?

Lumikki wsunęła stopy w niebieskie jeżyki i szurając nogami, powlokła się

do kuchni. Nalała wody do kawiarki i nasypała kawy. Tego ranka nie wstanie

z  martwych  bez  mocnego  espresso.  Było  jeszcze  ciemno,  zdecydowanie  za

ciemno  na  rozpoczynanie  dnia.  Wysokie  zaspy  niewiele  rozjaśniały  mrok.

Szaruga  nie  ustąpi  jeszcze  długo.  Będzie  trzymać  Krainę  Północy  w  swoich

posępnych szponach pewnie do końca marca.

Lumikki nie cierpiała tej fazy zimy. Śnieg i mróz. Za dużo jednego i drugiego.

A wiosna bynajmniej nie za pasem. Mrozy ciągnęły się bez końca, odbierając

resztki nadziei, spowalniając i przytępiając wszystko swym lodowatym tchem.

Lumikki  marzła  w  domu,  na  dworze  i  w  szkole.  Niekiedy  łapała  się  na

paradoksalnej myśli, że tylko w przerębli nie odczuwa zimna, lecz przecież nie

mogła  codziennie  kąpać  się  w  jeziorze.  Wciągnęła  na  grzbiet  szary,  obszerny

sweter  i  nalała  sobie  kawy  do  filiżanki.  Poszła  do  jedynego  prawdziwego

pokoju swojej kawalerki, gdzie na siedemnastu metrach kwadratowych mogła

się czuć jak pani na włościach. Skuliła się w wytartym fotelu, żeby się trochę

ogrzać. Od okna bez przerwy ciągnęło, choć jesienią okleiła ramy dodatkową

pianką.

Kawa smakowała kawą. I Lumikki nie wymagała niczego więcej. Nie znosiła

tych  obrzydliwie  słodkich,  przekombinowanych  czekoladowo-orzechowo-

waniliowych  kaw  z  jakimś  kardamonem  czy  innym  wynalazkiem.  Kawa  to

kawa, ma być czarna i mocna. A sprawa to sprawa, stancja to stancja. Liczy się

konkret.

Matka  znowu  była  w  szoku,  gdy  ostatnio  odwiedziła  Lumikki.  „Czy  ty

w  ogóle  nie  zamierzasz  się  tu  jakoś  urządzić?  Stworzyć  tu  sobie  namiastki

domu?”.  Nie  zamierzała.  Mieszkała  sama  w  kawalerce  od  półtora  roku.  Za

łóżko służył leżący na podłodze gruby materac, poza tym miała biurko, laptop

background image

i fotel. Nic więcej. W pierwszych miesiącach matka nalegała, że kupi jej łóżko

i regał na książki, ale Lumikki stanowczo się sprzeciwiała. Książki stały w kilku

stosach na podłodze. Jedynym ukłonem w stronę „namiastki” był wiszący na

ścianie czarno-biały kalendarz z Muminkami. Po co tracić czas na jakieś wicie

gniazdka?  Nie  przyjechała  tu  przecież  bawić  się  w  Ikeę.  Stancję  traktowała

wyłącznie  jako  lokum  na  czas  nauki.  Nie  zamierzała  zapuszczać  korzeni.

Chciała  mieć  wolną  rękę  po  skończeniu  szkoły.  Móc  wyjechać,  dokądkolwiek

zechce, i nie tęsknić za nikim i niczym.

Zresztą u rodziców w Riihimäki to też nie był dom. Ostatnimi czasy czuła się

tam obco. Rzeczy i sprzęty przypominały jej sprawy, które wolałaby wymazać

z pamięci. I bez tego często wracały do niej w myślach, snach czy koszmarach.

Reakcje  rodziców  na  jej  wyprowadzkę  z  domu  wydawały  się  dziwnie

sprzeczne.  Niekiedy  miała  wrażenie,  jak  gdyby  im  ulżyło.  To  prawda,  że

w domu często panowała napięta atmosfera, ale tak było od zawsze. W każdym

razie odkąd Lumikki sięgała pamięcią. Nie zdołała ustalić źródła tych napięć,

bo nigdy nie widziała, aby rodzice się kłócili, a i ona głośno się nie buntowała.

Gdy zbliżał się dzień wyjazdu do szkoły, matka i ojciec czasem długo ją tulili

w  ramionach.  Było  to  równie  dziwne,  co  irytujące,  bo  nie  mieli  wcześniej

takiego zwyczaju.

Jeszcze  potem  matka  brała  jej  twarz  w  dłonie  i  wpatrywała  się  w  nią

dziwnie długo i badawczo.

– Mamy tylko ciebie. Tylko ciebie.

Powtarzała  to  w  kółko  z  taką  miną,  jakby  z  trudem  powstrzymywała  łzy.

Pod  koniec  wakacji  Lumikki  zaczęło  to  już  męczyć.  Gdy  z  pomocą  rodziców

przewiozła  do  Tampere  wszystkie  swoje  rzeczy  i  po  raz  pierwszy  wreszcie

zamknęła za nimi drzwi kawalerki, miała wrażenie, że ktoś zdjął jej z ramion

ciężar, o którego istnieniu nawet nie wiedziała.

– Na pewno poradzisz sobie sama?

Matka wciąż ją o to pytała. Ojciec podchodził do sprawy bardziej rzeczowo.
– Flickan blir snart myndig. Hon måste ju klara sig

1

.

I Lumikki sobie radziła. Z każdym dniem coraz lepiej.

Tego  ranka  z  lustra  w  łazience  spoglądała  na  nią  zmęczona  dziewczyna.

Kofeina zaczynała już działać, ale za wolno. Lumikki umyła twarz zimną wodą

i  spięła  kasztanowe  włosy  w  koński  ogon.  Rodzice  wydumali  dla  niej  imię,

które nijak się miało do bajkowej rzeczywistości. Śnieżka Andersson. Włosy nie

były czarne jak hebanowe drzewo, cera nie lśniła bielą, usta nie biły po oczach

czerwienią.  Farba  do  włosów  i  makijaż  upodobniłyby  ją  do  bajkowej

imienniczki, tylko po co? Lumikki w zupełności wystarczyło jej własne odbicie

w lustrze, a z opinii otoczenia niewiele sobie robiła.

Przez trzy sekundy rozważała, w co się ubrać do szkoły. Postanowiła zostać

w szarym swetrze, na nogi wciągnęła dżinsy. Glany, na sweter czarny płaszcz,

background image

zielony szal i łapawice, szara czapka. Na ramię plecak Fjällrävena.

W żołądku poczuła ukłucie głodu. Lodówka nie powitała jej nawet światłem.

Żarówka  przepaliła  się  dwa  tygodnie  temu,  ale  Lumikki  nie  chciało  się  jej

zmienić.  Będzie  musiała  kupić  w  szkolnej  kafejce  kanapkę  albo  dwie.

I koniecznie drugą kawę.

W  drzwiach  liceum  uderzył  w  nią  znajomy,  chaotyczny  gwar.  Wszystkim  się

gdzieś  spieszyło  i  każdy  głośno  to  komunikował.  Błyskotliwa,  inteligentna

i  wybitnie  kreatywna  młodzież  z  liceum  artystycznego.  Lumikki  wiedziała,  że

ironizuje, ale niekiedy po wejściu do szkoły jej tolerancja na krzykliwe stroje

i  dramatyczne  gesty  spadała  poniżej  normy.  Na  rozsadzające  ramy

obowiązującej  w  szkole  niepisanej  umowy  wszelkie  warianty  osobowości

i  indywidualności.  Jednakże  pod  irytacją  kryła  się  wdzięczność.  Że  może

chodzić właśnie do tej szkoły. Że nie musi już mieszkać w Riihimäki. Bo złożyła

papiery  do  liceum  artystycznego  w  Tampere,  żeby  uciec  z  rodzinnego

miasteczka.  Rodzice  pewnie  nie  zaakceptowaliby  jej  wyjazdu,  gdyby  nie

chodziło właśnie o tę elitarną szkołę. W pierwszych miesiącach nauki Lumikki

miała  wrażenie,  że  trafiła  do  raju.  Euforia  powoli  się  wypaliła,  gdy  życie

licealistki w Tampere spowszedniało i za fasadą wesołych uśmiechów Lumikki

zaczęła dostrzegać zazdrość, pretensjonalność, grę, egotyzm i niepewność.

Na  szczęście  w  szkole  było  nie  tylko  głośno,  ale  też  ciepło  i  skostniałe

kończyny  Lumikki  powoli  budziły  się  do  życia.  Jeszcze  chwila  i  poczuje  to

straszne mrowienie, gdy krew dotrze ponownie do palców stóp i dłoni. Trzeba

było włożyć dwie pary grubych skarpetek. W szatni Lumikki rzuciła płaszcz na

wieszak i zbiegła po schodach do stołówki, przy której funkcjonowała szkolna

kawiarenka.

– Dzisiaj z zieleniną czy bez? – Kucharka wiedziała już, o co ją pytać.

– Najlepiej obie wersje – odrzekła Lumikki. – I dużą kawę.

– Do pełna i bez mleka. – Kobieta roześmiała się, nalewając kawę po sam

brzeg papierowego kubka.

Lumikki  usiadła  przy  stoliku  i  czekała,  aż  ciepło  powoli  rozpłynie  się  po

kończynach.  Au,  au,  au.  Mrowienia  jednak  nie  sposób  uniknąć.  Chwilę

trzymała dłonie splecione wokół kubka, potem ugryzła kęs kanapki. Bezmięsna

była duża i smaczna, pomidor dojrzały, a papryka jędrna. Lumikki wyznawała

wegetarianizm ekonomiczny. Nie kupowała mięsa za własne pieniądze, ale gdy

płacił lub częstował ktoś inny, jadła chętnie. Może i obłudne, ale praktyczne.

Sąsiedni  stolik  okupowały  trzy  dziewczyny.  Blondyna,  ciemna  i  czerwona.

Pierwsza falowała piórami, druga czochrała się po krótkich odrostach, trzecia

mięła  nerwowo  końcówki.  Stołówką  zawładnął  zapach  Baby  Doll  Laurenta,

Fantasy Britney Spears i Miss Dior Chérie.

– Padnę, jeśli dziś znów będzie mnie traktował jak powietrze. Na balangach

background image

gostek nie ma żadnych zahamowań, a w szkole nawet cześć nie powie. Trudno

uwierzyć, że skończył osiemnaście lat.

–  Ja  padnę  i  bez  tego.  Trzeba  było  sobie  odpuścić  te  ostatnie  drinki.  Nie

wiem nawet, co w nich było.

– Daj spokój, to były zwykłe drinki.

Miny sztucznego przerażenia. Wytrzeszczone oczy.

– Nie mówisz chyba poważnie...?

– No to chyba byłaś ślepa, jeśli nie widziałaś źrenic Elisy. I nie słyszałaś tych

jej poronionych tekstów.

– Ona ma zawsze poronione teksty.

– Ale teraz były do setnej potęgi.

Ukradkowe  spojrzenia.  Trzy  głowy  zbliżyły  się  do  siebie.  Szepty.  Lumikki

dopiła kawę i spojrzała na zegarek. Dziesięć minut do lekcji. Wstała, zabierając

nieruszoną kanapkę z masłem. Nie mogła już zdzierżyć wynurzeń tych trzech

z kosmetycznej mafii, a poza tym smród perfum stawał się nie do zniesienia.

Dziewczyny  z  obsesją  na  punkcie  swojego  wyglądu,  które  będą  potem

zdawać na prawo i ekonomię. Poszły do liceum artystycznego, bo trzeba mieć

wysoką średnią, a poza tym – „ma się tę kreatywność, co nie?”.

Wielkie  artystki  i  jeszcze  więksi  intelektualiści,  dla  których  szkoła  była

sposobem na zaistnienie.

Matematyczni geniusze, którzy sprawiali wrażenie trochę zagubionych.

Zwyczajni i przeciętni uczniowie, którzy wypełniali korytarze i tłoczyli się na

schodach,  wystawali  w  długich  kolejkach  w  stołówce  i  nie  odróżniali  się  od

reszty szarej masy ani wyglądem, ani zapachem, ani sposobem mówienia. Za

parę  lat  nikt  nie  będzie  pamiętał  ich  imion  i  nazwisk.  Już  teraz  nikt  nie

pamięta.

Oczywiście zdarzali się także ludzie fajni i poukładani. A Lumikki zazwyczaj

przy nikim nie zadzierała nosa. Wiedziała, że wielu z nich gra, zakłada szkolną

maskę, aby łatwiej odnaleźć swoje miejsce pośród setek rówieśników. I Lumikki

nie  miała  o  to  do  nich  pretensji.  Sama  jednak  już  pierwszego  dnia  nauki

postanowiła,  że  nie  pozwoli  się  zaszufladkować  i  przypisać  do  żadnej  grupy,

aby nie dawać nikomu podstaw do uproszczonych ocen.

Na  powstające  podziały,  frakcje  i  kliki  patrzyła  z  umiarkowanym

zainteresowaniem  i  odrobiną  rozbawienia.  Sama  trzymała  się  na  uboczu,

pozostawała autsajderką. Nie była jednak samotną świruską przemykającą pod

ścianami w czarnych łachach. Wszyscy pamiętali, jak się nazywa.

Lumikki Andersson. Ta Szwedofinka z Riihimäki.

Ta, która ma gotowe zdanie na każdy temat.

Ta, która zbiera dziesiątki i z fizyki, i z filozofii.

Która  tak  zagrała  Ofelię,  że  dwie  nauczycielki  się  wkurzyły,  a  reszta

wzruszyła do łez.

background image

Która nie bierze udziału w żadnych szkolnych akcjach ani wydarzeniach.

Która zawsze je sama, choć nigdy nie wygląda na osamotnioną. Jak puzzel

z innej układanki – nie pasowała nigdzie, by wtopić się w każde tło.

Nie była taka jak reszta. Była dokładnie taka jak reszta.

Lumikki  stanęła  przed  drzwiami  pracowni  fotograficznej  i  rozejrzała  się.

Nikogo na horyzoncie. Weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi. Przedsionek

pracowni  pogrążył  się  w  mroku.  Wprawnym,  zdecydowanym  ruchem

otworzyła  drzwi  ciemni.  Ręka  znała  wszystkie  odległości.  Nieprzenikniony

mrok.  Cisza.  Spokój.  Jej  chwila  tylko  dla  siebie  przed  rozpoczęciem  lekcji.

Reset. Ładowanie baterii. Codzienny rytuał, o którym nikt nie wiedział. Który

łączył teraźniejszość z przeszłością. Lumikki przez wiele lat musiała się chować,

ponieważ  się  bała.  Sztuka  wynajdywania  tajnych  skrytek  i  bezpiecznych

przystani  stanowiła  warunek  przeżycia.  Teraz  w  grę  nie  wchodził  już  strach,

lecz chęć znalezienia własnego miejsca także w przestrzeni dostępnej dla ogółu.

Ciemnia była dla niej wolną strefą, gdzie mogła pobyć chociażby kilka minut

w ciszy przed zanurzeniem się w chaosie rozmów, głosów, opinii i emocji.

Lumikki oparła się o ścianę i wpatrywała w mrok. Powoli opróżniała umysł

z  myśli.  Najłatwiej  ustępowały  powszednie  i  przeważnie  jałowe  rozmyślania

orbitujące  po  stałych  trajektoriach:  kolejna  lekcja  matematyki,  ewentualne

zakupy  po  szkole,  wieczorem  może  combat.  Tym  razem  nie  mogła  sobie

poradzić  nawet  z  tym  banalnym  szumem  mentalnym.  Coś  jej  nie  pozwalało.

Coś przeszkadzało.

Zapach.

Ciemnia  pachniała  inaczej  niż  zwykle.  Lumikki  nie  potrafiła  nazwać  tego

zapachu.  Postąpiła  krok  przed  siebie.  Coś  musnęło  ją  delikatnie  po  policzku,

odskoczyła jak oparzona do drzwi i zapaliła czerwoną lampę.

Pięćseteurowy banknot.

Dziesiątki  mokrych  pięćseteurowych  banknotów  wiszących  na  sznurkach

w ciemni. Prawdziwe? Lumikki dotknęła palcami pierwszego z brzegu. Papier

wydał się autentyczny. Sprawdziła, czy w kuwetach nie ma odbitek, i zapaliła

zwykłą lampę.

Banknot  pod  światło.  Znak  wodny  na  swoim  miejscu,  cyfry  nominału

w  całości.  Nie  brakło  również  hologramu  i  nitki  zabezpieczającej.  Jeśli

pieniądze nie były prawdziwe, to oglądała właśnie doskonałe fałszywki.

Ciecz  w  kuwetach  miała  lekko  brunatny  odcień.  Lumikki  zanurzyła  czubki

palców. Woda.

Na  podłodze  dostrzegła  rdzawe  plamy.  Spojrzała  jeszcze  raz  na  banknot,

narożnik  miał  dokładnie  taki  sam  rdzawy  kolor.  I  wtedy  ją  olśniło.  Już

wiedziała, co jej dzisiaj tak bardzo przeszkadza w ciemni.

Odór stęchłej krwi.

background image

4

Lumikki  patrzyła  na  pokryte  połyskującą  szadzią  drzewa  i  małe,  stare

nagrobki.  Pocztówkowy  pejzaż  w  bieli  bynajmniej  jej  nie  interesował.  Po

prostu widok za oknem mniej męczył oczy niż wypisane na tablicy równania

całkowe, bo nie myślała teraz wcale o matematyce.

Zostawiła banknoty w ciemni. Wyszła z pracowni, zamknęła za sobą drzwi

i udała się na lekcję. O swoim znalezisku nikomu nie wspomniała ani słowem.

Miała całą matematykę na przemyślenie, co z tym fantem zrobić.

Najlepiej nie wnikać. Życiowe motto Lumikki. Nie wnikać, nie komplikować,

nie wtykać nosa w cudze sprawy. Kto siedzi cicho i otwiera usta tylko wtedy,

gdy  to  naprawdę  konieczne,  ten  ma  święty  spokój.  Więc  i  teraz  Lumikki

najchętniej  zapomniałaby  o  tym,  co  zobaczyła  w  ciemni.  O  ociekających

rozwodnioną  krwią  banknotach.  Niestety.  Wiedziała  już,  że  to  nie  wchodzi

w rachubę. Wspomnienie nie dawało jej spokoju ani na chwilę, podobnie jak

tamten  smród.  I  te  pieniądze  nie  przestaną  jej  nurtować,  zanim  nie  spróbuje

jakoś wyjaśnić ich tajemnicy.

Trzeba na pewno powiedzieć dyrektorowi. Sprawa nabierze wtedy własnego

biegu  i  Lumikki  przestanie  o  niej  myśleć.  Nie  mogła  przecież  wykluczyć,  że

suszące się w ciemni pięćseteurówki są częścią jakiegoś projektu artystycznego.

W takim razie nie będą oczywiście prawdziwe. Tylko dlaczego ktoś zadawałby

sobie  aż  tyle  trudu  ze  zwykłymi  rekwizytami?  Banknoty  były  tak  łudząco

podobne do prawdziwych, że policja bez dwóch zdań uznałaby je za fałszywki.

A fałszerstwo jest przestępstwem.

Albo pieniądze są prawdziwe.

Lumikki  nie  znalazła  sensownej  odpowiedzi  na  pytanie,  dlaczego  ktoś

postanowił  wyprać  taką  fortunę  w  licealnej  ciemni.  I  przede  wszystkim  –

dlaczego ją tam zostawił, w niezamykanym na klucz pomieszczeniu. Kompletny

absurd. Na próżno wytężała mózg, szukając logicznego wyjaśnienia. Zamknęła

oczy  i  pod  powiekami  zobaczyła  wiszące  na  sznurkach  banknoty.  Miała

wrażenie, że w tym obrazie brakuje czegoś istotnego, decydującego czynnika,

który naprowadziłby ją na właściwą odpowiedź. Nie była jednak Sherlockiem

Holmesem,  który  w  mig  oceniłby  sytuację  i  na  podstawie  ostatniego  ogniwa,

czyli suszących się w ciemni pięćseteurówek, bezbłędnie odtworzył cały łańcuch

zdarzeń.

Lumikki  uznała,  że  trzeba  o  wszystkim  powiedzieć  dyrektorowi.  Zejdzie  do

ciemni po pieniądze i zaniesie je do gabinetu. A może lepiej ich nie ruszać?

Słońce napierało bezlitośnie na gałęzie drzew, które broniły się gniewnym,

background image

oślepiającym  lśnieniem.  Siarczysty  mróz  promieniował  aż  do  ciepłej  sali.

Lumikki  przeszły  ciarki.  Duchota  ją  otępiała,  myśli  mozoliły  się  wtedy  jak

muchy w smole.

Postanowiła.

Lumikki zmierzała powoli w stronę pracowni fotograficznej. Chciała sprawdzić,

czy jej się nie przywidziało. Scena w ciemni była tak absurdalna, że mogła ją

sobie po prostu wyobrazić. Albo czegoś nie ogarnęła. Może tylko jeden banknot

był prawdziwy, a reszta to rekwizyty.

Nigdy nie wyciągaj pochopnych wniosków, brzmiało drugie życiowe motto

Lumikki.

No,  może  mówienie  o  mottach  trąciło  trochę  patosem.  W  grę  wchodziły

raczej  zasady  czy  przemyślenia,  które  z  czasem  okazały  się  pożyteczne

i przydatne w praktyce. A niekiedy wręcz ratowały jej skórę.

Lumikki  się  wzdrygnęła,  bo  zza  rogu  korytarza  wyszedł  nagle  Tuukka.

Osiemnastolatek, syn dyrektora, początkujący aktor i we własnym mniemaniu

pierwszy  po  Bogu.  Zabawne  było  patrzeć,  jak  gładko  nauczyciele  przełykają

jego  pyszałkowatość,  pogardliwe  uwagi  i  chroniczne  spóźnialstwo.  Teraz  też

najwyraźniej  gdzieś  pędził.  I  na  pewno  potrąciłby  Lumikki  łokciem  lub

plecakiem, gdyby nie wykonała uniku.

Nauczyła  się  to  robić  w  sposób  niezauważalny.  Czas  musiał  być  idealnie

obliczony,  a  ruch  wyglądać  naturalnie,  jak  gdyby  nie  miał  związku  z  mijaną

osobą.  Lumikki  musiała  się  nauczyć  tej  sztuczki,  aby  nikogo  nie  rozdrażnić,

a jednocześnie nie zniżyć się do ustępowania z drogi.

Tuukka  prawie  biegł.  Pewnie  jej  nawet  nie  zauważył.  Mimo  to  Lumikki

postanowiła  chwilę  odczekać  i  weszła  do  pracowni,  dopiero  gdy  chłopak

zniknął  z  pola  widzenia.  Otworzyła  drzwi,  zamknęła  je  za  sobą,  po  czym

weszła do ciemni i zapaliła czerwoną lampę.

Zamrugała dwa razy.

Widok się jednak nie zmienił. Banknoty zniknęły.

Lumikki  zaklęła  pod  nosem.  Tak  to  jest,  jeśli  się  nie  działa  od  razu.  I  co

teraz?  Pójść  do  dyrektora  i  powiedzieć,  że  widziała  w  ciemni  suszące  się

pieniądze,  ale  nie  ma  na  to  żadnych  dowodów?  Poczekać,  aż  ktoś  zapyta  ją

wprost o te banknoty, i dopiero się przyznać? Zapomnieć o sprawie i zrzucić

wszystko na karb zwidów wywołanych porannym otępieniem?

Oparła się o ścianę i zamknęła oczy. Znów coś tu było nie tak. Wyjątek od

reguły, jakaś osobliwość. Jej mózg coś zarejestrował i właśnie próbował ustalić,

co w obrazie całości nie pasuje do reszty. Nagle Lumikki otworzyła oczy. Bingo.

Plecak.

Tuukka  nigdy  nie  chodził  z  plecakiem.  Nosił  czarną,  skórzaną  torbę

Marimekko, w której z ledwością upychał niezbędne podręczniki. A gdy czasem

background image

któryś  się  nie  zmieścił,  zostawiał  go  po  prostu  w  domu.  Płócienne,  kolorowe

torby  Marimekko  należały  do  podstawowego  wyposażenia  studentów,  ale

skórzaną wersję Lumikki widziała tylko u Tuukki. Pasowało to do niego – być

zasadniczo w zgodzie z modą, lecz wyróżniać się w tłumie. Świadomie płynąć

z  prądem,  ale  po  swojemu.  A  dziś  Tuukka  niósł  na  ramieniu  znoszony,  szary

plecak o wystrzępionych brzegach i uświnionych rogach. Absolutnie rujnujący

jego image istoty boskiej, która zniżyła się do zstąpienia między śmiertelników.

Poza tym plecak wyglądał na wypełniony i niespecjalnie ciężki.

Takie równania Lumikki rozwiązywała błyskawicznie.

Coffee  House  na  placu  Centralnym  prezentował  typowy  dla  wczesnego

przedpołudnia  skład  mieszany:  matki  niemowląt  pochłonięte  słoiczkami

i niekończącymi się opowieściami o rytmach spania, studentki rujnujące swój

miesięczny  budżet  na  latte,  przy  których  uczyły  się  rzekomo  do  egzaminów,

a  w  rzeczywistości  zajmowały  się  głównie  snuciem  marzeń,  oraz  kilku  gości

w garniturach z laptopami, którzy zamiast analizować prezentacje przeglądali

Facebooka  albo  grali  w  Angry  Birds.  Szumiały  i  gulgotały  ekspresy  do  kawy.

W powietrzu unosiła się woń orzechów laskowych i cappuccino. Ciastka lepiej

wyglądały,  niż  później  smakowały.  W  zimowym  płaszczu  Lumikki  od  razu

poczuła, że zaczyna się pocić.

Siedziała  w  rogu  tyłem  do  kawiarni,  piła  herbatę  i  wertowała  gazetę.

Tuukkę, Elisę i Kaspra miała niemal na wyciągnięcie ręki.

Kiedy  Lumikki  zrozumiała,  że  banknoty  są  teraz  w  plecaku  Tuukki,

natychmiast postanowiła śledzić chłopaka. W przelocie porwała z szatni swój

płaszcz, szal i łapawice. Wyskoczyła przed szkołę, omal nie wywinęła orła na

wyślizganym  kąciku  dla  palaczy,  po  czym  dobiegła  do  parku  przy  kościele

i  zlustrowała  teren.  Szary  plecak  był  już  na  końcu  alejki,  przy  samej  ulicy

Hämeenkatu.  Znów  puściła  się  pędem,  zapominając  o  rwanych  lodowatym

powietrzem  płucach,  i  dopiero  po  chwili  zwolniła  najpierw  do  spokojnego

truchtu,  a  potem  do  szybkiego  marszu.  Utrzymywała  odpowiedni  dystans.

Widzieć, ale nie być widzianą. Mieć obiekt w zasięgu wzroku.

Lumikki  dostała  zadyszki,  a  rzęsy  i  wymykające  się  spod  czapki  włosy

pokryły  się  igiełkami  lodu.  Przy  takiej  temperaturze  wszyscy  wyglądali  na

przedwcześnie posiwiałych.

Tuukka zniknął w Coffee House. Lumikki odczekała kilka minut i weszła do

środka. Siedział już przy stoliku, pochłonięty rozmową z Elisą i Kasprem.

Teraz  Lumikki  musiała  stać  się  niewidzialna.  Niezauważalna.  Na  szczęście

umiała  się  przeistaczać.  Od  razu  po  wejściu  do  kawiarni  skierowała  się  do

toalety,  zdjęła  płaszcz  i  sweter,  rozpuściła  włosy  i  splotła  je  w  luźny  boczny

warkocz, jakiego nigdy nie nosiła. Nie zamówiła kawy, tylko herbatę. Wzięła

do  stolika  czasopismo  dla  kobiet,  choć  normalnie  chwyciłaby  za  gazetę

background image

sportową albo „Image”. Siedziała inaczej niż zwykle, inaczej układała ramiona,

inaczej pochylała głowę.

Ludzie  sądzą,  że  rozpoznają  znajomych  z  daleka  po  ubraniu  lub  włosach.

W  rzeczywistości  rozpoznawanie  to  proces  znacznie  bardziej  skomplikowany,

zależny  od  setek,  jeśli  nie  tysięcy  przeróżnych  czynników.  Od  wzrostu,

postawy,  chodu,  gestów,  proporcji  tułowia  i  głowy,  mimiki  czy  wręcz

przelotnych mikroruchów twarzy, których człowiek nie jest w stanie świadomie

zarejestrować.  Dlatego  tak  trudno  stać  się  inną  osobą.  Niektórzy  twierdzą

nawet, że nie jest to możliwe bez przeszczepu twarzy i długich lat praktyki.

Jednak  już  zaskakująco  drobną  korektą  wyglądu  i  zachowania  można  się

pozbyć  swoich  najbardziej  charakterystycznych  cech  –  wystarczy  robić  to

z  głową.  Naturalnie,  jeśliby  ktoś  wiedział,  że  Lumikki  jest  w  Coffee  House,

z pewnością by ją rozpoznał. Natomiast gdyby zajrzał przypadkowo do środka

i  powiódł  spojrzeniem  po  stolikach,  wydałaby  mu  się  ubraną  po  hipisowsku

nastolatką, która czyta wiersze przy herbatce z rumianku. Dziewczyną, której

nie może znać.

Dlatego Tuukka, Elisa i Kasper nie zwracali na nią uwagi, chociaż siedzieli

tuż  obok.  Zresztą  mieli  teraz  na  głowie  znacznie  ważniejsze  sprawy.  Mieli

problem.

– Co z nimi zrobimy? – Elisa spytała chłopców.

Lumikki już w drzwiach kawiarni spostrzegła, że Elisa wygląda okropnie. Jej

jasna cera była teraz szara. Podkrążone oczy, makijaż zmyty niestarannie albo

starty  na  chybcika.  Z  głowy  zwisające  żałośnie  utlenione,  nieumyte  włosy.

Rzeczy  nie  tworzyły  eleganckiej  całości,  lecz  sprawiały  wrażenie,  jak  gdyby

dziewczyna rano wkładała na siebie co popadnie. Nigdy nie pokazałaby się tak

w szkole. Aż dziw, że odważyła się wyjść do kawiarni bez makijażu.

Elisa  była  jedną  z  najpiękniejszych  dziewcząt  w  liceum.  I  tak  się

zachowywała, karmiąc szkolny mit o swojej nadzwyczajnej urodzie. Widząc ją

w takim stanie, zmęczoną i przestraszoną, Lumikki nie miała wątpliwości, że

piękność jest misterną maską, której najważniejszym elementem nie jest wcale

szminka  w  odpowiednim  kolorze  czy  profesjonalne  cieniowanie,  ale  końska

dawka  pewności  siebie  i  kokieterii.  Wystarczył  jeden  uśmiech  Elisy,  by

chłopcom od razu migotały przedsionki i pociły się dłonie.

Lumikki  wciąż  nie  potrafiła  rozgryźć,  o  co  tak  naprawdę  chodzi  w  relacji

Elisy  i  Tuukki.  Kiedyś  ze  sobą  chodzili,  potem  się  rozeszli,  ale  pozostali

przyjaciółmi. Na tyle dobrymi, że od czasu do czasu razem imprezowali – w tym

samym  łóżku.  I  choć  Elisa  okręciła  sobie  nieliczną  męską  populację  liceum

wokół małego palca, a uważany za przedstawiciela elit Tuukka stanowił obiekt

westchnień  wielu  dziewcząt,  tych  dwoje  z  jakiegoś  powodu  wciąż  do  siebie

lgnęło. Może uważali się za jedyne osobniki alfa w całej szkole i dlatego, przez

wzgląd na swoje szalone powodzenie u płci przeciwnej, nie mogli się zniżyć do

background image

głębszej relacji z nikim.

– Co zrobimy? Prosta sprawa: zatrzymamy je dla siebie. I nikomu ani mru-

mru – odpowiedział Kasper.

Lumikki do tej pory nie wiedziała, jakim cudem Kasper dostał się do liceum

artystycznego.  Chłopak  sumienniej  wagarował,  niż  chodził  do  szkoły.  Po

korytarzach krążyły słuchy, że jeśli się nie poprawi, zostanie wydalony. Ubierał

się na czarno i nosił wielkie, rzucające się w oczy kolczyki. Za pomocą sporej

dawki żelu zaczesywał włosy do tyłu i najwyraźniej uważał się za ikonę blingu

i króla rapu, choć jego występy wzbudzały w publiczności więcej współczucia

niż  uznania.  Kasper  był  osobliwym  gościem  i  Lumikki  nie  potrafiła

rozstrzygnąć, czy to jeszcze błazen, czy już młodociany przestępca. Od dawna

zachodziła w głowę, dlaczego Elisa i Tuukka zadają się z tym typem.

Elisa rozejrzała się i zniżyła głos.

– Przecież nie możemy ich zatrzymać – rzekła.

Głos jej drżał od panicznego strachu.

– To co zamierzasz zrobić? – spytał Tuukka. – Zadzwonić na policję?

Kasper  zarżał.  Ojciec  Elisy  pracował  w  policji.  Dziewczynie  robiono  z  tego

powodu to żartobliwe, to znów bardziej złośliwe uwagi.

–  Nie  należą  do  nas.  Trafiły  w  nasze  ręce  przypadkiem.  Ktoś  na  pewno

zacznie  ich  szukać,  a  wtedy  mamy  przesrane.  –  Elisa  próbowała  przekonać

kolegów.

– Pomyśl. A niby co innego możemy zrobić? Jak wytłumaczyć to wszystko,

żeby się nie wkopać? Trzeba było działać od razu, już w nocy – skomentował

Tuukka.

– No i zadziałaliśmy – zarechotał Kasper.

– Aha. Cholernie mądrze żeśmy zadziałali – Elisa westchnęła.

– W nocy wydawało się to wszystko całkiem logiczne – stwierdził Tuukka. –

Ale wiesz chyba, co mam na myśli? Jeśli o tym wszystkim powiemy, będziemy

musieli  powiedzieć  wszystko.  Nie  wiem  jak  wy,  ale  ja  nie  mogę  sobie  na  to

pozwolić.

– Ani ja – dodał Kasper.

Elisa nerwowo zabębniła paznokciami w blat.

– Moje wspomnienia są za bardzo rozmyte, więc nie mogę powiedzieć nic na

pewno.  Nie  jarzę,  co  i  kiedy  się  stało.  Dociera  do  mnie  tylko  to,  że  rano

w domu miałam armagedon. Nie chcecie wiedzieć, gdzie ludzie rzygali – rzekła

w końcu dziewczyna.

– Pewno musiałaś się nieźle naszorować, żeby tatko nie skumał, że wcale nie

zakuwałaś grzecznie fizyki przez calutki weekend.

Kasper z rozbawioną miną rozparł się na krześle.

–  Zwariowałeś?  Na  szczęście  dzisiaj  przychodzi  sprzątaczka.  Właśnie  lata

z mopem i sprząta. Obiecałam jej podwójną stawkę, jeśli uwinie się z robotą

background image

dwa razy szybciej niż zwykle. Żebym tak tylko pamiętała, to może bym...

–  Wpuściła  nas  w  czarny  i  cholernie  głęboki  kanał?  Brzmi  po  prostu

jedwabiście.

W głosie Tuukki zabrzmiała twarda, groźna nuta.

Elisa  chwilę  milczała.  Siedzący  przy  sąsiednim  stoliku  facet  w  garniturze

głośno wyraził zadowolenie z przejścia na kolejny poziom Angry Birds.

– Okej – zgodziła się w końcu Elisa. – Wobec tego nikomu ani mru-mru. Na

razie. Zobaczymy, jak się dalej sprawa rozwinie. Ale powiem wam szczerze, że

mam naprawdę złe przeczucia.

– Może dyszka na drobne wydatki poprawi ci humor – rzucił Tuukka.

– Co? Nie, nie chcę. Serio.

– Oczywiście, że chcesz. Rozdzieliłem już kasę na trzy worki. Po dyszce na

głowę. Jedziemy na jednym wózku.

Lumikki usłyszała szelest i chrobot suwaka, gdy Tuukka pod stolikiem rozpiął

plecak.  Obróciła  nieznacznie  głowę  i  kątem  oka  dostrzegła,  jak  dwa  worki

z czarnej, nieprzezroczystej folii znikają w torbach Elisy i Kaspra.

Elisa ukryła twarz w dłoniach i jęknęła:

– Ja pierdolę. A taką miałam nadzieję dziś rano, że to był tylko koszmarny

sen.

– Nikt cię nie widział? – Kasper zwrócił się do Tuukki.

– Nie.

– Nikt nie wchodził do ciemni? – wypytywał Kasper.

– I zostawił je grzecznie na sznurkach? Szczerze wątpię.

W śmiechu Tuukki zabrzmiała jednak napięta struna. Nieoczekiwanie wstał

i zakomenderował:

– Narada skończona. Możecie się rozejść.

– Nie dopiłam czaju – rzekła Elisa urażonym tonem.

– Na twoim miejscu nie kręciłbym się po mieście w takim stanie dłużej niż to

absolutnie konieczne – poradził jej Tuukka. – Bez obrazy, bejbi.

–  Mądry  się  znalazł.  Lepiej  spójrz  na  siebie  –  odcięła  się  Elisa,  ale  wstała

z krzesła.

Lumikki odczekała, aż cała trójka się zwinie i podjęła kolejną próbę dopicia

swojej  herbaty.  Uch,  co  za  paskudztwo.  Naprawdę  są  tacy,  co  piją  ten  syf

z własnej, nieprzymuszonej woli? Ona nie da rady, mimo że mocno przepłaciła

za  te  popłuczyny.  Po  upływie  bezpiecznego  czasu  ubrała  się  i  wyszła  na

siarczysty mróz.

Pomyśli w drodze do domu.

background image

5

Po  moście  na  Hämeentie  hulał  lodowaty  wiatr,  Lumikki  przyspieszyła  kroku.

Analizowała  podsłuchane  informacje.  Pieniądze  trafiły  w  ręce  Tuukki,  Elisy

i Kaspra tej nocy. W jakich okolicznościach, nie wiedziała. Do kogo należały?

Czy  oni  sami  wiedzieli?  Możliwe,  że  nie.  Prawdopodobnie  nie.  Sprawiali

wrażenie  mniej  niż  zwykle  świadomych  przebiegu  wydarzeń  poprzedniego

wieczora.

Raczej  na  pewno  banknoty  były  zakrwawione  i  ekipa  Elisy  wpadła  na

genialny  pomysł,  żeby  je  wyczyścić  w  szkolnej  ciemni.  Tego  Lumikki  nie

potrafiła już zupełnie pojąć. Komu strzeliłoby do głowy, żeby w środku nocy iść

do szkoły myć pieniądze?

Daj spokój, to były zwykłe drinki.

W  uszach  Lumikki  rozbrzmiało  echo  rozmowy  dziewczyn  z  kosmetycznej

mafii. Aha, więc uczestnicy wczorajszej balangi raczyli się nie tylko alkoholem.

W  każdym  razie  niektórzy.  Może  właśnie  Elisa,  Tuukka  i  Kasper?  Co

tłumaczyło, dlaczego wybrali tak absurdalne rozwiązanie. I dlaczego nie mogli

nikomu powiedzieć o tym, co się wydarzyło.

Córka  policjanta.  Syn  dyrektora.  Schemat  tak  klasyczny,  że  po  plecach

Lumikki  przebiegł  dreszcz.  Bunt  dzieci  z  dobrych  domów?  Sięganie  po

niebezpieczne  zabawy,  bo  stare  rozrywki  przestały  dawać  kopa?  Czy

najzwyklejsza chęć, żeby się porządnie wstawić?

Na  światłach  przy  dworcowym  skrzyżowaniu  zrobiła  się  ślizgawka.  Nawet

najlepsze  żwirowanie  nie  mogło  zapewnić  przyczepności  w  miejscu

szlifowanym  każdego  dnia  przez  tysiące  butów.  Trzeba  tam  było  mocniej

wbijać obcasy w ziemię.

Sytuacja  znacząco  się  skomplikowała.  Lumikki  nie  zamierzała  iść  z  tym  do

dyrektora. Ani na policję. Nie chciała się mieszać do całej sprawy, choć z nikim

z  tamtej  trójki  się  nie  kumplowała.  Elisa,  Tuukka  i  Kasper  byli  jej  zupełnie

obojętni.  Nie  pragnęła  jednak  negatywnej  popularności,  jaka  siłą  rzeczy

stałaby się jej udziałem, gdyby ich wydała.

Anonim  na  policję?  Niewątpliwie  opcja  do  rozważenia.  Tylko  czy

potraktowaliby to poważnie? Prawdopodobnie tak, jeśli przedstawiłaby sprawę

jako,  powiedzmy,  kradzież  trzydziestu  tysięcy  euro.  A  jeśliby  zignorowali

anonim, to już nie jej zmartwienie. Ona spełniłaby swój obowiązek.

Gdy zbliżała się do Tammeli, poczuła w dołku dziwne ukłucie. Stancja to nie

dom, jasne, czyżby więc zaczęła mieć słabość do swojej dzielnicy? Myśl wydała

się jej zabawna. Kaszanka i mleko na ryneczku. Huczący od dopingu stadion

background image

piłkarski  TPV.  Kwintesencja  życia  w  Tampere.  Klimatyczna  stara  Tammela

z paroma ostatnimi domami z drewna i prawdziwa perła w koronie – ceglany

budynek dawnej fabryki obuwia Aaltonen. Uniesienia zupełnie niepodobne do

Lumikki Andersson, która nie znosiła wylewności. A jednak z jakiegoś powodu

czuła tutaj więcej swobody i ciepła niż gdzie indziej. W jej słowniku nie było

pojęcia „patriotyzmu lokalnego”, ale lubić swoją dzielnicę to chyba jeszcze nie

koniec  świata.  Dlaczego  Lumikki  nie  mogłaby  się  poczuć  na  Tammeli  jak

w  domu?  Dlaczego  nie  uznać  pobliskich  podwórek  za  swoje  salony?  Zresztą,

chyba  się  już  tak  niepostrzeżenie  stało,  choć  Lumikki  nie  chciała  się

przywiązywać do miejsc.

Ze szkolnego boiska dobiegły ją krzyki, śmiechy i piski. Spojrzała w tamtą

stronę. Czerwone od mrozu dzieciaki biegały, skakały, huśtały się i wspinały po

drabinkach  w  obłokach  pary.  W  grubych,  watowanych  kombinezonach

wyglądały jak pulchne, barwne bałwanki. Lumikki szukała spojrzeniem dzieci

osamotnionych,  pozostawionych  samym  sobie  na  obrzeżach  boiska.  Wytężyła

słuch, aby wyłowić z rozgwaru krzyki komunikujące nie radość, ale prawdziwy

strach. Wiedziała, że dla niektórych boisko nie jest placem zabaw skrzącym się

w zimowym słońcu, lecz imperium grozy, gdzie dni są długie i czarne jak noc.

Pod  ścianą  piaskowożółtego,  secesyjnego  budynku  dostrzegła  samotną

dziewczynkę. Stąpała powoli, ze spuszczoną głową. Lumikki zatrzymała na niej

wzrok.  Czy  ogląda  się  za  siebie  na  każdym  rogu?  Wzdraga  co  chwila

strachliwie? Czy w jej wbitym w ziemię spojrzeniu czai się udręka? Nie. Gdy

Lumikki  zobaczyła  w  końcu  twarz  dziewczynki,  dostrzegła  na  niej  uśmiech,

który  jaśniał  także  w  oczach.  Usta  dziewczynki  poruszały  się  bezgłośnie.

Pewnie powtarzała sobie pod nosem swoją opowieść.

Nie jest taka jak ja w jej wieku, pomyślała Lumikki. Na szczęście.

Wtedy poczuła, że coś jest nie tak. W niewłaściwym miejscu. Ktoś znalazł się

za blisko.

Poczuła to za późno.

Mocne ramiona wciągnęły ją w mrok pobliskiej bramy i przyparły mocno do

ściany.  Policzek  Lumikki  rozpłaszczył  się  na  lodowatym  kamieniu.

Niespodziewany atak pozbawił ją siły w rękach, które napastnik wykręcił jej

boleśnie za plecami. Z trudem przełknęła krzyk.

Rozpoznała go po zapachu, zanim zdążył się odezwać.

Tuukka.

– Nie tylko ty potrafisz śledzić.

Słowa  chłopaka  nieprzyjemnie  parzyły  skórę  policzka.  Jeszcze  śmierdziały

niedawno  wypitą  kawą  i  wypalonym  przed  chwilą  papierosem.  Lumikki

najchętniej walnęłaby się pięścią w czoło. Jak mogła popełnić tak kardynalny

błąd?  Jak  to  się  stało,  że  po  wyjściu  z  kawiarni  na  śmierć  zapomniała

o zachowaniu czujności?

background image

Nigdy nie przeceniaj własnego sprytu. Nigdy nie zakładaj, że jesteś całkiem

bezpieczna. Już dawno powinna to sobie przyswoić. Zapuściła się w Tampere,

bo nie musiała już codziennie mieć się na baczności.

– Wypatrzyłem cię w kawiarni. Czy raczej nie tyle ciebie, ile ten twój plecak.

I wtedy zajarzyłem, że zderzyliśmy się prawie na korytarzu niedaleko pracowni

fotograficznej. Cóż za niewiarygodny zbieg okoliczności – powiedział Tuukka,

ściskając jej nadgarstek.

Lumikki w mgnieniu oka oceniła sytuację.

Niewykluczone,  że  nagłym  szarpnięciem  zdołałaby  się  wyrwać.  Manewr

jednak  nie  gwarantował  powodzenia.  Poza  tym  Tuukka  był  szybki

i  natychmiast  by  ją  dogonił.  Rozsądniej  zatem  się  nie  szarpać,  nie  tracić

niepotrzebnie sił i wysłuchać, co chłopak ma do powiedzenia.

– Co widziałaś? Co wiesz? – spytał.

– Widziałam pieniądze w ciemni. I słyszałam waszą rozmowę w kawiarni. To

wszystko – odpowiedziała spokojnie Lumikki.

Uznała, że lepiej go teraz nie prowokować.

– Kurwa mać! – zaklął Tuukka. – To się nie może roznieść.

Lumikki  nie  odpowiedziała.  Lodowata,  chropowata  ściana  tarła  jej  skórę,

starała się więc nie wykonywać niepotrzebnych ruchów.

– Morda w kubeł. Nikomu ani słowa. O niczym nie wiesz. Zresztą i tak nikt ci

nie uwierzy.

Tuukka  usiłował  przybrać  groźny  ton,  lecz  głos  miał  niepewny.  Lumikki

nadal milczała.

– Słyszałaś?

Chłopak  podniósł  głos,  który  zabrzmiał  jeszcze  mniej  pewnie  niż  przed

chwilą. Bał się. Bał się dużo bardziej niż ona.

– Słyszałam – przyznała.

Tuukka się zamyślił.

– Okej. Ile chcesz? – spytał po chwili.

Ton głosu był teraz nieomal błagalny. Bardzo musiał drżeć o swoją reputację.

– Nic – odpowiedziała Lumikki. – A teraz puszczaj.

Nie  była  to  prośba  ani  rozkaz,  bardziej  zabrzmiało  jak  stwierdzenie.

Konstatacja faktu. Nie dawaj alternatyw, tylko jasne instrukcje. Nie proś i nie

żądaj,  stwierdzaj  fakty.  Bijąca  z  jej  słów  pewność  wywarła  pożądany  skutek.

Tuukka  rozluźnił  uchwyt  i  Lumikki  się  odwróciła,  rozcierając  obolałe

nadgarstki.

– Powiem ci, jak zrobimy – odezwała się, patrząc chłopakowi prosto w oczy.

–  Nie  mam  najmniejszej  ochoty  się  do  tego  mieszać.  Niczego  nie  widziałam

i niczego nie słyszałam. Chyba że ktoś zapyta mnie wprost. Nie donoszę, ale też

nie kłamię. Jestem przekonana, że będziecie jeszcze mieć przez to kłopoty, ale

nie zamierzam was od nich wybawiać.

background image

Tuukka  spojrzał  na  nią  z  wahaniem.  Uszy  miał  czerwone  od  mrozu.  Nie

włożył czapki. Widać próżność wzięła górę nad zdrowym rozsądkiem. Chwilę

rozważał słowa Lumikki, oceniał ryzyko i możliwości.

– Okej. Umowa stoi – rzekł w końcu i wyciągnął dłoń.

Lumikki  nie  odwzajemniła  gestu.  Tuukka  pogładził  włosy  i  parsknął

śmiechem.

– Twarda z ciebie sztuka. Chyba cię trochę nie doceniałem.

Jak wielu innych, pomyślała Lumikki.

Tuukka  próbował  odzyskać  przewagę  i  bezczelnym  ruchem  odgarnął  jej

włosy z twarzy.

–  Wiesz  co?  Byłabyś  naprawdę  całkiem  do  rzeczy  laską,  tylko  musiałabyś

zmienić  tę  masakryczną  fryzurę,  kolor  włosów  i  te  łachy  ekoaktywistki.  No

i nauczyć się malować – rzekł z przekąsem.

Lumikki uśmiechnęła się równie sarkastycznie.

–  A  ty  wiesz  co?  Byłbyś  może  całkiem  fajnym  do  rzeczy  gościem,  tylko

musiałbyś zmienić ten swój paskudny charakter całkowicie i raz na zawsze –

odcięła się.

I nie czekając na ewentualną odpowiedź, ruszyła do domu. Nie odwróciła się.

Wiedziała, że za nią nie pójdzie.

W  domu  obejrzała  policzek  w  łazienkowym  lustrze.  Był  zaczerwieniony

i  piekł,  ślad  zostanie  przynajmniej  do  jutra.  Drobnostka.  Bywało  znacznie

gorzej.  Napiła  się  zimnej  wody  z  kranu  i  zdecydowała,  że  następnego  dnia

zrobi  sobie  wolne.  Raz  może  posiedzieć  w  domu.  A  gdy  wszystko  wróci  do

normy, pójdzie znów do szkoły. I zapomni o banknotach.

Nie będzie się w ogóle mieszać do tej sprawy.

background image

1 marca

WTOREK

background image

6

Była 3.45 rano.

Borys Sokołow gapił się w swoją komórkę jak w przerośniętego karalucha,

którym  najchętniej  cisnąłby  o  ścianę.  Wyrywać  go  ze  snu.  Kłamać.  Grozić.

Zbudzenie  w  środku  nocy  potrafił  jeszcze  znieść.  Kłamstwa  wywołały  w  nim

tylko obrzydzenie. Ale doprowadzało go do szewskiej pasji, gdy ktoś zaczynał

mu grozić. Zwłaszcza gdy ten ktoś nie powinien nawet mieć takiej możliwości.

Borys zmienił kartę w telefonie i wystukał numer.

Estończyk  odebrał  po  trzecim  sygnale.  On  też  najwyraźniej  jeszcze  przed

chwilą spał. Posklejane słowa zdawały się dobiegać z drugiego końca świata,

choć jego rozmówca mieszkał zaledwie dwa kilometry od niego.

– No?

Sokołow przeszedł na rosyjski.

– Zadzwonił do mnie. Twierdzi, że nie dostał kasy.

–  Co  on  bredzi?  –  Estończyk  zdziwił  się.  –  Przecież  tym  razem

zorganizowaliśmy nawet dostawę do domu, jak nigdy.

Borys  wstał  i  podszedł  do  okna  sypialni.  Parkiet  był  zimny.  Trzeba  jednak

założyć  wykładzinę.  Co  z  tego,  że  się  szybko  zabrudzi.  Wymieniałoby  się  co

dwa  lata.  Światło  księżyca  nieprzyjemnie  raziło  go  w  oczy.  Przez  podwórze

biegły  na  krzyż  tropy  dwóch  zajęcy.  Ślady  w  ogrodzie  uprzątnęli

z  Estończykami,  wyżłobili  łopatą  naturalnie  wyglądającą  ścieżkę  do  samego

płotu. Usunęli dokładnie wszelki śnieg, który nie był idealnie biały.

– Rzekomo czekał całą noc. Tę noc.

– Co?! Przecież go zawiadomiliśmy, że o normalnym czasie, tylko w innym

miejscu.

Estończyk zaczął się na dobre przebudzać.

–  Pieprzył  coś  o  jakimś  nieporozumieniu.  Że  jest  rok  przestępny  i  że  to

wczoraj był ostatni dzień miesiąca – warknął Borys.

Zabębnił  palcami  w  parapet.  Czyżby  zające  podgryzały  mu  jabłoń?  Chyba

trzeba owinąć pień siatką. Albo zaczaić się którejś nocy i przerobić zające na

tuszki. Miałby co wsadzić do zamrażarki. Tym razem do własnej.

–  Niby  tak.  Tylko  że  dwudziesty  ósmy  nie  zmieni  się  nagle  w  dwudziesty

dziewiąty, bo rok jest przestępny. I po co miałby czekać tej nocy, skoro kasę

dostarczyliśmy mu poprzedniej?

– Właśnie. No, ale on się upiera, że forsy nie dostał. Że nigdzie jej nie ma.

Zapadła się pod ziemię.

Estończyk przez chwilę nic nie mówił. Borys w tym czasie zastanawiał się,

background image

czy rozmówca dojdzie do tego samego wniosku co on.

– Próbuje nas wyrolować. Forsę dostał. Skumał, co się stało. I teraz próbuje

grać nieczysto.

Zgadza się, wniosek ten sam.

– Swołocz zaczął grozić. Że nas sypnie.

Borys  poczuł,  że  znów  zalewa  go  fala  gniewu  na  sam  dźwięk  tych  słów.

Ścisnął  mocno  komórkę.  Wyobraził  sobie  chrzęszczący  w  pięści  chitynowy

pancerz.

– Skurwiel! Nie zrobi tego!

Estończyk też się wściekł. Dobrze. A więc stoją twardo po tej samej stronie.

Dwie dezercje to sporo jak na ostatnie trzydzieści osiem godzin. Zdecydowanie

za  dużo.  O  sto  procent.  Dopracowana  w  każdym  szczególe,  sprawnie

funkcjonująca  maszyna  nie  lubi  utraty  trybików  poza  harmonogramem

wymiany części.

– Nie zrobi. Już my się o to postaramy.

Wypowiedział te słowa z lubością. Nikt nie będzie mu groził bezkarnie. Nikt

nie będzie go rolował i sądził, że ujdzie mu to na sucho. Worek zakrwawionych

banknotów miał być wymownym ostrzeżeniem.

Widocznie Borys się pomylił.

Ale i oni potrafią grać nieczysto. Z tą drobną różnicą, że oni wygrywają.

Terho  Väisänen  wiedział,  że  tej  nocy  już  nie  zaśnie.  Leżał  na  swojej  połowie

łóżka,  choć  mógł  się  przecież  rozłożyć  na  całości.  Miał  wrażenie,  że  ktoś

podgryzał pod nim materac i że lada chwila się zapadnie, przebijając podłogę.

Coś się sypało. Coś takiego, co do tej pory uważał za trwałe.

Terho Väisänen nie powiedziałby, że jest z siebie dumny. Czasami rano nie

miał  ochoty  spojrzeć  sobie  w  oczy,  zazwyczaj  jednak  uczucie  to  słabło

w komendzie, kiedy sobie przypominał, ile dobrego zdziałał przez te ostatnie

dziesięć lat. Ile spraw zamknięto wyłącznie dzięki niemu. Miało to swoją cenę,

ale pal sześć.

Naciągnął kołdrę po szyję, wionął od niej świeży zapach pościeli. Chciałby

teraz kogoś objąć, trzymać mocno w ramionach czyjeś ciepłe ciało.

Kolejny  raz  wybrał  numer.  Sygnał  buczał  w  nieskończoność,  ale  nikt  nie

odbierał. Terho poczuł, że gdzieś w okolicach przepony zagnieździł się na dobre

nieokreślony lęk. Coś mu mówiło, że od tej nocy wszystko będzie inaczej.

background image

7

Była  sobie  raz  noc,  która  się  nigdy  nie  kończyła.  W  jej  mrocznej  paszczy

przepadło słońce, a zimne, czarne łapska rozczapierzone nad światem zdławiły

wszystkie promienie światła. Noc na zawsze zakleiła ludziom oczy, spali więc

teraz  głębiej  i  mieli  dziwaczniejsze  sny,  niż  kiedyś,  a  zatraciwszy  się  w  nich

i  postradawszy  pamięć,  błądzili  między  śnionymi  przez  siebie  istotami.  Noc

malowała  na  ścianach  domów  swoje  najpotworniejsze  obrazy,  z  których

pouciekały wszelkie kolory. Jej zimny, duszący oddech wnikał do płuc śpiących

i przemieniał je w czarną pulpę.

Lumikki  łapczywie  nabrała  powietrza  i  otworzyła  oczy.  Była  zlana  potem

i czuła, że się dusi. Musiała zrzucić z siebie kołdrę i wstać z łóżka. Wsunąć stopy

w jeżyki. Podejść do okna i spojrzeć na park, utopić kamienny ciężar koszmaru

w  nieokreślonej,  majaczącej  pustce.  Księżyc  oświetlał  zaspy,  dachy,  huśtawki

i  drabinki  na  placu  zabaw,  pokrywając  wszystko  srebrną  folią.  Cienie  leżały

nieruchomo jak postaci wymalowane węglem na śniegu.

W oknach dwóch różnych mieszkań paliło się światło. Nie tylko Lumikki nie

spała  o  3.45  nad  ranem.  Absurdalna  pora  na  łażenie,  przeciwna  ludzkiej

naturze. O tej godzinie po ulicach krążą jedynie koszmary, których czuwający

człowiek nie umie odróżnić od czarnych cieni. Mróz przyozdobił dolną krawędź

szyby  koronkowym  wzorem.  Lumikki  instynktownie  dotknęła  zimnego  szkła,

choć dobrze wiedziała, że igiełki lodu są po drugiej stronie. Ciepło dłoni ich nie

roztopi.  Z  nieszczelnego  okna  wionął  na  palce  lodowaty  powiew.  Lumikki

przeszły ciarki, cofnęła rękę.

Dawniej  budziła  się  w  środku  nocy  z  nadzieją,  że  słońce  już  nigdy  nie

wstanie. Śniła wtedy o wiecznej nocy, śniła swój sen wyzwolenia. Teraz tamten

sen  był  dla  niej  koszmarem.  Wiele  się  zmieniło.  Wtedy  wstawała  rano

rozczarowana,  że  trzeba  wyjść  z  łóżka  i  zmierzyć  się  z  dniem,  który

prawdopodobnie  nie  przyniesie  jej  nic  dobrego,  ale  dużo  złego  –  więcej,niż

mógłby znieść normalny człowiek. Ona jednak wytrzymywała, wytrzymywała

latami. Może więc była nienormalna, jak jej mówili.

Lumikki  wróciła  pod  kołdrę  do  ciepłego  łóżka.  Zmęczenie  zaciążyło  na

powiekach i do rana nie śniło jej się już nic strasznego. W ogóle nic jej się nie

śniło, a w każdym razie niczego nie pamiętała.

Obudziła  się,  gdy  już  mocno  świeciło  słońce.  Po  dziesiątej.  Była  dziwnie

wypoczęta  i  rześka.  Tak  chyba  powinien  czuć  się  rano  człowiek,  a  nie  jak

background image

wielokrotnie zmartwychwstały zombi. Lumikki nie aprobowała wagarowania,

tym  razem  jednak  uznała  ten  pomysł  za  całkiem  dobry.  Nie  chciała  jeszcze

oglądać Tuukki i tej jego miny samouwielbienia.

Przeciągnęła  się  na  materacu.  Co  będzie  robić  tego  dnia?  Może  pójdzie  na

salę? Ciotka Kaisa dała jej na gwiazdkę roczny karnet do klubu fitness. Czasem

Lumikki  czuła  się  nieswojo  pomiędzy  energicznie  ćwiczącymi  dziewczynami,

ale  lubiła  się  spocić,  a  poza  tym  chciała  być  silniejsza.  Tuukka  zdołał  ją

zaskoczyć  i  dlatego  zyskał  chwilową  przewagę.  Gdyby  Lumikki  miała  więcej

zaufania  do  swoich  mięśni,  łatwo  by  mu  się  wyrwała,  a  wtedy  to  on  miałby

teraz ślad po otarciu policzka o lodowaty mur.

Nie  zbieraj  sił,  aby  się  mścić.  Zbieraj  siły,  aby  uniknąć  sytuacji,  po  której

mogłabyś szukać zemsty. Bardzo szlachetnie. W języku faktów oznaczało tyle,

że Lumikki nie chciała już nigdy nikomu ulec.

Nie chciała myśleć o tym, co było wczoraj. Chciała myśleć tylko o tym, co

będzie dzisiaj. W jej dniu.

Matka z ciotką zanudzały ją teoriami o tym, że kobieta powinna mieć czasem

swój  dzień.  Swój  dzień  wypełniały  rozrywki,  czyli  zakupy,  czekolada,  kąpiel

w  pianie,  kobiece  magazyny  i  lakierowanie  paznokci.  Lumikki  aż  dreszcz

przebiegł  po  plecach.  Dla  niej  podobne  rozrywki  byłyby  męczącą

pretensjonalnością.

Ona  przez  rozrywkę  rozumiała  komiksy,  salmiaki,  intensywny  sport,

warzywne curry, a nade wszystko samotność. Matka zawsze się dziwiła, że jej

córka  lubi  przebywać  sama.  Czy  nigdy  się  jej  nie  nudzi?  Lumikki  nie  miała

ochoty tłumaczyć, że prędzej nudzą ją ludzie i ich próżna gadanina. Znacznie

lepiej  czuła  się  sama  niż  w  kiepskim  towarzystwie.  Kiedy  była  sama,  była

w  pełni  sobą.  Wolna.  Nikt  od  niej  niczego  nie  żądał.  Nikt  się  do  niej  nie

odzywał,  gdy  potrzebowała  ciszy.  Nikt  jej  nie  dotykał,  gdy  chciała  być

wyłącznie sama ze sobą.

Lumikki  uwielbiała  wystawy  sztuki.  Przeznaczała  na  nie  kilka  dobrych

godzin, wgrywała do komórki odpowiednią porcję muzyki, najchętniej Massive

Attack,  i  szła  do  galerii  bez  wyrobionego  zdania,  nie  czytając  przedtem  ani

o  twórcy,  ani  o  temacie  wystawy.  Płaciła  za  wstęp  i  ze  spojrzeniem  wbitym

w  ziemię  i  słuchawkami  w  uszach  szła  do  pierwszej  sali,  włączała  muzykę

w komórce i zamykała oczy. Opróżniała głowę z myśli i napełniała się muzyką.

Siedziała w skupieniu, oddychając spokojnie i równo, dopóki tętno nie spadło

niemal  do  wartości  spoczynkowej.  Gdy  ze  świadomości  wyparowały  już

ostatnie  ślady  codzienności,  otwierała  oczy  i  zatapiała  się  w  kontemplacji

pierwszego obrazu.

Lumikki  potrafiła  na  wystawie  zatracić  poczucie  czasu.  Obrazy,  kolory,

nastroje,  wrażenie  ruchu  na  płótnie,  papierze  czy  zdjęciu,  złudzenie  głębi,

nierówności  i  tekstura  powierzchni  wciągały  ją  bez  reszty  do  odmiennego

background image

świata, którego tak do końca nie znała i nie rozumiała, a przecież czuła, że jest

u  siebie.  Że  to  jest  jej  jezioro  i  jej  las,  krajobraz  jej  duszy.  Sztuki  plastyczne

przemawiały do niej językiem, który przeradzał się w muzykę i wytyczał ścieżki

–  w  mrok  albo  do  światła.  Motywy  rzadko  były  dla  niej  ważne.  Nie  miało

znaczenia,  co  obraz  przedstawia  i  czy  w  ogóle  ma  przedstawiać  cokolwiek.

Liczył się tylko nastrój.

Lumikki  rzadko  wychodziła  z  wystawy  z  poczuciem,  że  nic  z  niej  nie

wyniosła. Kiedy jednak tak się zdarzało, zazwyczaj powodem był jakiś czynnik

zewnętrzny, na przykład głód, zmęczenie czy stres. Albo hałaśliwi zwiedzający,

których głosów nie zdołała zagłuszyć muzyką. Niektóre wystawy przypominały

tornada,  z  których  wychodziła  na  nogach  jak  z  waty,  łykając  łapczywie

powietrze. Inne odczuwała jeszcze długo jako przyjemne ciepło. Albo słyszała je

w  myślach.  Na  siatkówkach  utrzymywały  się  barwne  powidoki,  nadając  jej

snom nowe odcienie. Po każdej takiej wystawie była już kimś innym.

Tym  razem  jednak  Lumikki  nie  zamierzała  urządzać  sobie  dnia  sztuki,  bo

widziała  już  wszystkie  wystawy  czasowe  w  Muzeum  Sztuki,  w  Muzeum  Sary

Hildén i w Hali Sztuki TR1. Zazwyczaj wybierała się na nie w miarę wcześnie,

choć  nie  od  razu  w  pierwszym  tygodniu.  Szła  na  wystawę  wtedy,  gdy  przez

muzeum przeszła już fala największych entuzjastów, a spóźnialscy jeszcze spali.

Ostre  słońce  rozmigotało  kwiatki  mrozu  na  szybie.  Lumikki  pomyślała,  że

może  zdąży  przed  śniadaniem  trochę  pobiegać.  Spojrzała  na  termometr,

dwadzieścia  pięć  stopni  poniżej  zera.  Dzięki,  może  jednak  nie.  Taki  mróz  za

bardzo obciąża płuca.

Nagle zadzwoniła komórka. Lumikki wzięła ją do ręki. Nieznany numer.

Nie  odbieraj  połączeń  z  numerów,  których  nie  znasz.  Nigdy.  Dawniej

wyznawała  taką  zasadę,  ale  teraz  już  nie.  Teraz  mieszka  sama  i  sama  dba

o  swoje  sprawy,  musi  więc  mieć  odwagę  odbierać  także  telefony  od

nieznajomych.

– Lumikki Andersson – rzekła oficjalnie.

– Tu Elisa, cześć.

Elisa? A ta czego chce?

– Tuukka mi powiedział, że wiesz – dodała szybko dziewczyna.

Lumikki westchnęła. Teraz pewnie będzie musiała i ją zapewniać, że nikomu

o niczym nie powie.

– Nie wiem, do kogo innego mogłabym zadzwonić. Chłopaki nie chcą o tym

rozmawiać.  Jestem  kompletnie  rozwalona.  Musisz  do  mnie  przyjechać.  Nie

wytrzymam tu sama. Boję się. Pomóż mi.

Elisa mówiła piskliwym, przerażonym głosem. Była wyraźnie spanikowana.

– Ja nie... – zaczęła Lumikki, ale nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo Elisa

wybuchnęła płaczem.

Lumikki utkwiła wzrok w kwiatkach mrozu na szybie. A gdyby tak po prostu

background image

wcisnąć czerwony przycisk na telefonie? A potem zupełnie wyłączyć komórkę?

Nie  wnikaj.  Nie  mieszaj  się.  Pilnuj  wyłącznie  swoich  spraw.  Skąd  nagle  taki

problem z zastosowaniem własnych zasad? Może stąd, że Elisa się rozpłakała.

Może stąd, że nikt nigdy nie poprosił ją o pomoc tak szczerze i bezpośrednio.

– Dobra, przyjadę – usłyszała własny głos.

No to nacieszyła się swoim dniem.

Elisa  mieszkała  na  Pyynikki,  na  ulicy  Palomäentie.  W  najdroższej  części

Tampere.  Przed  furtką  Lumikki  poczuła,  że  w  swoim  znoszonym  zimowym

płaszczu  zupełnie  nie  pasuje  do  tego  miejsca.  Dużą,  wyniesioną  działkę

odgradzał  od  ulicy  kamienny  mur.  Za  domem  zaczynał  się  już  las  i  ścieżki

biegowe  na  zboczach  Pyynikinrinne.  Jasny,  piękny  budynek  porażał

rozmiarami.  Lumikki  zawsze  sądziła,  że  podobne  giganty  zamieszkują  co

najmniej  dwie  rodziny,  jednak  ten  dom  najwyraźniej  nie  był  wielorodzinny,

choć nigdzie nie było widać tabliczek z nazwiskami. Mieszkańcy Pyynikki nie

życzyli sobie, by skrzynki pocztowe i drzwi domów rozgłaszały wszem wobec,

kto gdzie mieszka.

Lumikki sprawdziła jeszcze z esemesem. Tak, to tu, adres się zgadza. Po obu

stronach  wyciętego  w  wysokim  ogrodzeniu  wejścia  siedziały  na  kamiennych

płytach  dwa  lwy  z  brązu.  Każdy  trzymał  opiekuńczo  łapę  na  brązowej  kuli.

Tutaj pilnujemy my.

Wcisnęła dzwonek. Chwilę potem otworzyły się drzwi wejściowe i na dwór

wybiegła  Elisa  w  czymś  różowym  przypominającym  nieco  dziecięce  śpioszki.

Lumikki  miała  na  sobie  stare,  zmechacone  i  powycierane  znaleziska

z  lumpeksu,  ale  na  szczęście  jeszcze  nie  wyglądała  w  nich  tak,  jakby  uciekła

z psychiatryka. Elisa otworzyła furtkę i rzuciła się Lumikki na szyję, zanim ta

zdążyła zrobić unik.

– Cudownie, że przyszłaś! Nie byłam pewna, bo nie znamy się za dobrze –

powitała ją wylewnie Elisa.

Pachniała  czymś  różanym  i  drogim.  Lumikki  nie  używała  perfum,  ale

nauczyła  się  je  rozpoznawać.  Doszła  w  tym  do  perfekcji.  Zidentyfikowanie

konkretnej  osoby  z  daleka,  wyłącznie  po  zapachu,  dawało  jej  niegdyś  kilka

dodatkowych, rozstrzygających sekund przewagi i umożliwiało ucieczkę.

– Joy Jean Patou – oznajmiła, uwalniając się szybko z objęć Elisy.

Plagę  przytulania  obcych  Lumikki  uważała  za  paskudną  mutację,  podobną

do mutacji grypy, na którą należało jak najszybciej wynaleźć jakieś antidotum.

Elisa spojrzała na nią ze zdumieniem.

–  Nie  wiedziałam,  że  znasz  się  na  perfumach.  Dostałam  na  gwiazdkę  od

tatusia. Podobno to najdroższe perfumy na świecie.

– Dokładnie.

Lumikki  nie  miała  ochoty  na  jałowe  pogaduszki  o  perfumach  i  prezentach

background image

gwiazdkowych. Small talk jej nie interesował. Przyjechała na Pyynikki, bo Elisa

była  spanikowana  i  płakała  przez  telefon.  Jeśli  jednak  ma  odgrywać  rolę

pieska  do  przytulania,  to  najlepiej  zrobi,  gdy  od  razu  wróci  do  siebie.  Zdąży

jeszcze na combat.

Elisa  podskakiwała  jak  nakręcony  różowy  króliczek.  Chyba  dopiero  teraz

poczuła siarczysty mróz, który szczypał je obie coraz mocniej.

– Dalej, chodź do środka – ponagliła.

Lumikki skinęła głową.

Wewnątrz  dom  był  jeszcze  bardziej  powalający,  niż  od  zewnątrz.  Wysokie

pokoje,  wykusze,  białe  powierzchnie,  meble  warte  zdecydowanie  więcej  niż

całoroczny  czynsz  Lumikki  za  stancję,  i  mnóstwo  naturalnego  światła,

w którym kąpały się posadzki i blaty nieskażone najmniejszym nawet pyłkiem.

Sprzątaczka  wspomniana  przez  Elisę  w  kawiarni  wykonała  naprawdę  dobrą

robotę.

– Na dole jest sauna i basen – poinformowała Elisa, gdy Lumikki zdjęła glany

i płaszcz, cisnąwszy na półkę łapawice, szal i czapkę.

– Nie przyszłam tu pływać – odrzekła krótko Lumikki.

Elisa się zmieszała.

– Nie, no jasne. Sorry. Chcesz coś? Cappuccino, mochaccino, latte?

– Najzwyklejszą kawę. Czarną.

–  Okej,  zaraz  przyniosę.  Możesz  w  tym  czasie  zaczekać  na  górze  w  moim

pokoju – powiedziała Elisa.

Lumikki  weszła  na  schody.  Z  lustra  na  półpiętrze  zerknęła  na  nią

dziewczyna,  która  pasowała  do  tego  miejsca  jak  pięść  do  nosa.  Co  ona  robi

w tym domu, nie potrafiła znaleźć odpowiedniego argumentu. Popełniła błąd,

zjawiając się tutaj. Czuła, że wbrew sobie pakuje się w pasztet, który z chwili

na chwilę wygląda coraz gorzej.

Pokój Elisy wyglądał jak po eksplozji różowo-czarnej bomby odłamkowej. Te

dwa kolory rządziły tam niepodzielnie – od dywanu, przez ściany i zasłony po

laptop.  Pachniało  to  mocno  przedłużoną  fazą  księżniczki,  która  została

w  międzyczasie  zagorzałą  fanką  rocka.  Pokój  był  dwukrotnie  większy  od

kawalerki Lumikki. Miał też wyjście na niewielki balkon.

Niewyobrażalne  ilości  biżuterii  i  kosmetyków.  Półka  uginająca  się  od

horrorów i romantycznych komedii. Lumikki szukała spojrzeniem jakiejś rysy.

Pokój  każdego  człowieka  ma  przynajmniej  jeden  element,  który  gryzie  się

z całością, przeczy łatwym podsumowaniom. Pokój Elisy miał dwie takie rysy.

Na  najniższej  półce  regału  Lumikki  dostrzegła  imponującą  kolekcję  książek

z  zakresu  astronomii.  Elisa  upchnęła  je  tam  pewnie  w  obawie  przed

ciekawskimi spojrzeniami, niemniej zbiór był tak pokaźny, że rzucał się w oczy,

i  dlatego  nie  mógł  być  ani  dziełem  przypadku,  ani  kolekcją  nietrafionych

prezentów.  Lumikki  przypomniała  sobie,  że  Elisa  chodziła  do  klasy  o  profilu

background image

matematyczno-fizycznym.

Druga rysa to druty i pokaźny kłąb wełny. Z drutów spływał początek jakiejś

robótki. Elisa wcale nie chciała mieć tylko kupnych rzeczy.

Interesujące.  Choć  bez  praktycznego  znaczenia,  bo  Lumikki  nie  odczuwała

pragnienia  zacieśniania  więzi  z  Elisą.  Niemniej  przyzwyczajenie  okazało  się

silniejsze i Lumikki zanotowała sobie obie rysy w pamięci.

– Black coffee! – zawołała od progu Elisa i podała jej kubek.

Czarny.  Filiżanka  Elisy  była  różowa.  Spostrzeżenie  rozbawiło  Lumikki,  ale

zaraz spoważniała. Socjologiczne badania terenowe lepiej odłożyć na później.

– Po co mnie zaprosiłaś? – spytała.

Elisa przysiadła na łóżku i westchnęła:

– Jestem po prostu przerażona i nie wiem, co robić.

– Co pamiętasz z waszej imprezy?

–  Niewiele.  To  znaczy  pamiętam  różne  sceny,  ale  trudno  mi  je  ze  sobą

powiązać.

– Opowiedz od samego początku i ze szczegółami, co pamiętasz z imprezy, co

się na niej wydarzyło i jak te pieniądze trafiły w wasze ręce – zaproponowała

Lumikki. – A potem razem zastanowimy się nad najlepszą strategią działania.

Brzydziła się tym belferskim tonem, ale akurat teraz do Elisy należało mówić

jak do małego dziecka. Dłonie dziewczyny drżały, mimo że mocno zaciskała je

na filiżance.

Elisa  zaczęła  opowiadać  powoli,  nieskładnie  i  często  gęsto  zbaczając

z  tematu.  Rodziców  miało  nie  być  w  niedzielę  w  domu,  postanowiła  więc

zorganizować balety. Jej matka już w sobotę wyjechała w tygodniową podróż

służbową,  a  ojciec  zapowiedział,  że  zostanie  na  noc  w  pracy.  Elisa  długo

rozwodziła się nad tym, jak to nie mogła się zdecydować, kogo zaprosić oraz co

przygotować do jedzenia i picia. Do rzeczy, ponaglała w myślach Lumikki. Ze

szczegółami,  ale  bez  przesady.  Na  ploteczki  Elisa  powinna  zaprosić  kogoś

innego.

– Chciałam, żeby tym razem więcej się działo. No więc poprosiłam Kaspra,

by  zorganizował  trochę  pigułek  dla  mnie  i  dla  Tuukki.  Kiedyś  łykaliśmy  je

razem we trójkę. Czuję się po nich dużo lepiej niż po alkoholu. Zawsze jak za

dużo wypiję, to potem chce mi się rzygać.

Lumikki  rozbawiła  zniesmaczona  mina  Elisy.  A  kto  nie  rzyga  z  przepicia?

Czy  wywoływanie  nudności  nie  należy  do  podstawowych  właściwości

alkoholu?

– Skąd Kasper je bierze? – spytała.

–  Nie  wiem.  I  nie  chcę  wiedzieć.  Kasper  obraca  się  w  trochę  szemranym

towarzystwie,  od  którego  lepiej  trzymać  się  z  daleka.  –  Znów  nutka

przyzwoitości  w  głosie.  Elisa  chyba  sobie  przypomniała,  że  jest  córką

policjanta.

background image

– Inni też łykali?

–  Chyba  nie.  Kasper  bardzo  ostrożnie  dobiera  sobie  klientelę.  Nie  chce

wpaść.

Wiadomo.  Lumikki  mogłaby  dodać,  że  kosmetyczna  mafia  wydawała  się

jednak dobrze zorientowana w sytuacji i wiedziała, że kilka osób na imprezie

nie tankuje wcale paliwa na bazie alkoholu.

– Większa część ekipy rozeszła się zaraz po północy. Wiesz, jak jest, grzeczni

licealiści nie chcą być w szkole za bardzo skacowani. – Elisa roześmiała się.

Lumikki nawet się nie uśmiechnęła. Elisa od razu spoważniała.

– Okej, w sumie to ja też powinnam była położyć się wcześniej spać. Ci, co

zostali, byli nieźle nawaleni. Mnie też się ostro kręciło w głowie. Pamiętam jak

przez mgłę, co się działo. Parę osób trochę przegięło, widziałam, jak rzygają po

kątach. Ktoś rozbił kryształowy wazon i zranił się odłamkiem. W chacie zrobił

się  sajgon.  Chyba  poprosiłam  Tuukkę,  żeby  wywalił  za  drzwi  dwóch

kompletnie nawalonych debili.

Elisa  odstawiła  filiżankę  na  biurko  i  zaczęła  skubać  paznokcie.

Jaskraworóżowy lakier wykruszył się już z czubków. Dłonie jeszcze trochę jej

drżały. Lumikki siedziała cicho. Lepiej, żeby Elisa opowiadała sama, bez pytań

pomocniczych. Wspomnienia są bardziej wiarygodne, gdy nikt nie próbuje nimi

sterować według własnych założeń.

– O drugiej nie było już w domu nikogo poza Tuukką i Kasprem. Siedzieliśmy

głównie w moim pokoju, tańczyliśmy i wygłupialiśmy się. Nie musieliśmy już

przed nikim udawać, że tylko drinkujemy. No i to było wtedy. Koło trzeciej.

Elisa nagle umilkła. Chwilę przełykała ślinę. Zmarszczyła brwi.

– Na pewno wyszłam na balkon na ćmika – podjęła opowieść. – To wiem na

sto  procent.  I  wtedy  zobaczyłam  w  ogródku  jakiś  dziwny  worek.  Leżał  tam

maks trzydzieści minut, bo wychodziłam zajarać co pół godziny. Normalnie nie

palę, ale na imprezach zawsze mi się chce.

Znów  nutka  przyzwoitości  w  głosie  i  zmiana  maski.  Lumikki  pochyliłaby

czoło  przed  kunsztem  Elisy,  gdyby  zachowanie  dziewczyny  w  tych

okolicznościach tak bardzo jej nie drażniło.

– No i co wtedy zrobiłaś? – spytała Lumikki.

Elisa  zaczęła  się  bawić  złotym  serduszkiem  od  suwaka  swojego  różowego

wdzianka.  Dwie  sekundy  w  dół,  dwie  sekundy  w  górę.  Zip,  zip.  Zip,  zip.

Lumikki pociągnęła łyk kawy. Masakryczna lura.

–  Ten  worek  mnie  nieziemsko  rozbawił.  Wyglądał  w  tym  śniegu  po  prostu

przekomicznie.  Nie  umiem  tego  wytłumaczyć.  Musiałam  być  wtedy  nieźle

zamroczona. Zostawiłam chłopaków i zeszłam na dół. Rozwiązałam go dopiero

w środku, w holu na dole.

Elisa znów przełknęła ślinę.

–  Z  początku  nie  zaglądałam  do  środka.  Myślałam,  że  to  jakieś  papierowe

background image

śmieci. Ale wtedy wyjęłam jeden papier i zobaczyłam, że to banknot. Cały we

krwi.  W  worku  było  pełno  zakrwawionych  banknotów,  same  pięćseteurówki.

Ubabrałam sobie krwią obie ręce. Niedobrze mi teraz na samą myśl. Ale wtedy

płakałam  ze  śmiechu.  Cała  sprawa  wydawała  mi  się  po  prostu  niesamowicie

zabawna.

Elisa wbiła spojrzenie w różowy dywan na czarnej podłodze. Obrzydzenie na

jej twarzy mieszało się z niechęcią, wstyd ze strachem.

–  Nie  zastanawiałam  się  nad  tym,  dlaczego  te  banknoty  są  zakrwawione.

Zawołałam  chłopaków.  Oni  też  się  śmiali.  I  powtarzali  w  kółko,  że  teraz

jesteśmy  w  pytę  bogaci.  Wtedy  jeszcze  nie  przeliczyliśmy  kasy,  ale  w  tym

worku było trzydzieści tysięcy euro. Mieliśmy w zasadzie wyłączone myślenie.

Jeśli myśleliśmy, to tylko o tym, żeby jakoś te pieniądze oczyścić.

Zgodnie  ustalili,  że  nie  mogą  tego  zrobić  w  domu,  bo  nie  zdołają  ukryć

schnących  banknotów.  Wtedy  Tuukka,  który  chodził  na  kurs  fotograficzny,

wpadł na pomysł z ciemnią. Bo w swoim czasie bez wiedzy ojca skopiował jego

klucz od wejścia do szkoły. I znał kod alarmu.

– Byliśmy wtedy pewni, że to najgenialniejszy pomysł na świecie – wyjaśniła

Elisa i spojrzała błagalnie na Lumikki. – Potrafisz w to uwierzyć?

Nie, odrzekła w myślach Lumikki, na głos jednak powiedziała co innego:

– I dlatego rano Tuukka popędził do ciemni, żeby zabrać osuszone banknoty?

– Jak dla mnie, to mógł je tam zostawić. Nie chciałam ich już nawet dotykać.

Nie mogę przestać myśleć, skąd wzięła się na nich ta krew. Czy to ludzka krew?

I dlaczego ten worek był na naszej działce? Kto go tam zostawił? Kurwa, już

nigdy  w  życiu  nie  łyknę  żadnej  pigułki.  Gdybym  była  trzeźwa,  może

zauważyłabym człowieka, który to podrzucił.

Elisa raptownie wstała i zaczęła nerwowo przechadzać się po pokoju.

Lumikki  też  wstała,  podeszła  do  drzwi  balkonowych  i  otworzyła  je.  Do

środka  natychmiast  wtargnęło  mroźne  powietrze.  Wyszła  na  zewnątrz

i spojrzała w dół.

– Czy furtka na dole była w nocy zamknięta? – spytała.

–  Tak  –  odrzekła  Elisa.  –  Sprawdziłam  wtedy  jeszcze  raz,  około  drugiej

w nocy.

Lumikki  zmierzyła  spojrzeniem  odległość  działki  od  ulicy.  Silne  ramię  bez

trudu przerzuciłoby worek przez kamienny mur.

– Macie monitoring na ulicy?

Elisa pokręciła głową.

– Tylko wideofon przy furtce i przy drzwiach, na ulicy nie ma.

Lumikki  zamyśliła  się.  Mróz  szczypał  ją  w  palce,  ale  nie  schowała  ich.

Pobudzał ją do myślenia.

Ktoś  podrzucił  nocą  plastikowy  worek  z  zakrwawionymi  banknotami  na

działkę  Elisy.  Suma  wskazywałaby,  że  to  zapłata.  Krew  natomiast,  że  to

background image

ostrzeżenie.  A  zatem  –  czy  pieniądze  były  groźbą  czy  podziękowaniem?  I  dla

kogo? Czy worek wylądował na właściwej działce?

Sąsiedni dom po prawej stronie, patrząc od ulicy, wyglądał zupełnie inaczej

niż  dom  Elisy,  a  niskie  ogrodzenie  biegło  wzdłuż  chodnika.  Na  wysokości

działki Elisy ulica lekko skręcała, oddalając się nieco od posesji.

– Kto tam mieszka? – spytała Lumikki, wskazując dom po prawej.

– Dwie rodziny z dziećmi. Obie kobiety są chyba prawniczkami. Mąż jednej

jest jakimś artystą, a drugiej pracuje w biurze. Dzieciaki nie chodzą jeszcze do

szkoły.

Lumikki  powiodła  spojrzeniem  po  sąsiedniej  działce.  Wydawało  się  mało

prawdopodobne,  żeby  ktoś  pomylił  ją  z  działką  Elisy.  Natomiast  po  drugiej

stronie  domu  stał  budynek  co  prawda  wyraźnie  od  niego  nowszy,  ale

rozmiarami,  formą  i  jasną  elewacją  łudząco  podobny.  Nawet  mur  od  ulicy

stanowił przedłużenie muru biegnącego wzdłuż domu Elisy i poziom gruntu na

obu działkach był taki sam. Bez wątpienia istniało ryzyko pomyłki.

– A tam?

Elisa stanęła obok niej na balkonie, dygocząc z zimna.

–  Taki  jeden  świr.  Ma  jakieś  czterdzieści  lat,  ale  udaje  młodszego.

I  najwyraźniej  żyje  w  jakimś  prywatnym  Zmierzchu,  bo  łazi  w  długich

płaszczach  ze  skóry  i  próbuje  odgrywać  króla  wampirów.  A  tak  naprawdę

wygląda na zmęczonego życiem i żal mi gościa. Nie mam bladego pojęcia, czym

się  zajmuje.  Pewnie  ma  jakąś  robotę,  bo  codziennie  rano  wychodzi  i  wraca

dopiero  wieczorem.  Mieszka  sam  w  tym  ogromnym  domu  i  nigdy  nie

widziałam,  żeby  ktoś  go  odwiedzał.  Nawet  nie  mówi  dzień  dobry,  kiedy  się

mijamy na ulicy.

Lumikki spojrzała na Elisę, która patrzyła na nią szeroko otwartymi oczami.

–  Ta  kasa  była  na  pewno  dla  niego!  Wylądowała  tylko  na  niewłaściwej

działce! Gostek na sto procent kręci jakieś lewe interesy albo urządza rytuały

ofiarne.

W głosie Elisy zabrzmiała niemal radość.

– To jedna z możliwości – przyznała Lumikki. – Ale nie jedyna.

Bo  jeśli  kasa  wylądowała  jednak  na  właściwej  działce,  to  adresatem  była

Elisa, jej ojciec albo matka.

Lumikki  raz  jeszcze  zerknęła  na  dzwoniącą  zębami  Elisę.  Dziewczyna

przypominała  marznącego  pluszaka  po  utracie  sporej  części  wypełnienia.

Trudno sobie wyobrazić, aby mogła się wplątać w coś, za co dają w rozliczeniu

trzydzieści  tysięcy  euro.  Choć  nigdy  nie  wiadomo.  Lumikki  wierzyła,  że  ma

ponadprzeciętną zdolność wyczuwania nieszczerości. Elisa nie wyglądała jej na

blagierkę.  A  jeśli  nawet  coś  kręciła,  to  nie  aż  tak  dobrze,  żeby  dała  radę

zamydlić  jej  oczy.  Lumikki  słyszała  w  życiu  tyle  kłamstw,  że  przeciętnego

łgarza rozpoznawała po głosie i mimice.

background image

– Boję się, że ktoś będzie chciał te pieniądze odzyskać. I to jak najszybciej –

wyszeptała Elisa.

Lumikki nie znalazła żadnych słów pociechy.

Była bowiem dokładnie tego samego zdania.

background image

8

Viivo  Tamm  dygotał.  Nie  pamiętał,  kiedy  ostatnio  było  mu  tak  zimno.

Próbował  podskakiwać,  aby  się  rozgrzać,  lecz  zesztywniałe  na  mrozie  uda

odmówiły współpracy.

Dyżurował  w  wyznaczonym  miejscu  przy  ścieżce  biegowej  na  Pyynikki

dopiero  od  godziny,  a  już  czuł,  że  jest  u  kresu  wytrzymałości.  Miał  na  sobie

ciepłą  kurtkę  puchową,  gruby  sweter  i  nasuniętą  głęboko  na  oczy  czapkę

z thinsulatem, ale mróz i tak przenikał przez ubranie. Wdzierał się pod odzież

przez najmniejszą szczelinę i każdą dziurkę po igle, bezlitośnie atakując ciało,

które  z  trudem  już  utrzymywało  temperaturę  niezbędną  dla  podtrzymania

funkcji życiowych. Viivo Tamm postanowił zadzwonić.

Zesztywniałymi  palcami  zaczął  nieporadnie  dźgać  równie  zesztywniałą

klawiaturę  komórki.  Nawet  nie  przyszło  mu  do  głowy,  żeby  zdjąć  skórzane,

ocieplane  rękawiczki.  Pięć  minut  zajęło  mu  wyszukanie  w  spisie  kontaktów

właściwego numeru. Wreszcie nacisnął przycisk z zieloną ikonką.

– No i? – Usłyszał w słuchawce zniecierpliwiony głos.

– Ani śladu. Nie wystoję tu za długo. Zamarznę na śmierć.

– Nie masz wyjścia – warknął Borys Sokołow, zanim się rozłączył.

Viivo Tamm z zaciśniętymi zębami wpatrywał się w telefon. Sokołow siedział

sobie  z  Linnartem  Kaskiem  w  dostawczaku  na  Palomäentie.  Łatwo  mu  było

rozkazywać.

A jeśli dziewczyna w ogóle nie wyjdzie tego dnia z domu? Albo wyjdzie, ale

za  kilka  godzin?  Wszyscy  trzej  wiedzieli,  że  nie  mogą  czatować  godzinami.

Wzbudzą  w  końcu  czyjeś  podejrzenia,  ktoś  zapamięta  samochód.  Zajarzy,  że

w  taki  mróz  raczej  się  nie  zamawia  usług  firmy  wodno-kanalizacyjnej.

Wymiana  tablic  rejestracyjnych  i  folii  na  budzie  auta  to  dodatkowe  koszty

i  przede  wszystkim  czas,  a  poza  tym  żaden  z  nich  nie  miał  ochoty  się  w  to

bawić bez absolutnej konieczności.

Niech to cholera. Byli przekonani, że krew wystarczy. Okazało się jednak, że

Fin  ma  mocniejsze  nerwy.  I  próbuje  grać  o  stawki,  na  które  nie  może  sobie

pozwolić. W rzeczywistości nie może sobie nawet pozwolić na wejście do gry.

Nikt z nich nie mógł. Nawet Borys Sokołow, choć chętnie zgrywał przed innymi

wielkiego  bosa.  Biegał  na  równie  krótkiej  smyczy,  jak  cała  reszta.  Obroża  to

obroża, choćby nawet nabijana diamentami.

Może  Finowi  nie  zależało  wcale  aż  tak  bardzo,  jak  sądzili.  Może  tylko

udawał. Porwanie córki szybko wyleczy go z poczucia wyższości.

background image

Lumikki nie mogła oderwać spojrzenia od talerza z szaro-beżowym makaronem

w  słonej  brei,  który  postawiła  przed  nią  Elisa.  Nie  kłamała,  że  nie  umie

gotować.  Podobno  w  zamrażalniku  miała  niezły  wybór  obiadów

przygotowanych  przez  matkę,  ale  ich  odgrzanie  było  „tak  kłopotliwe”,  że

najchętniej  jadła  makaron  z  torebki.  Lumikki  wzięła  do  ust  kilka  sflaczałych

tasiemek. Postanowiła wytrzymać. W zasadzie to nie ona postanowiła, tylko jej

burczący głośno brzuch.

Była  potwornie  głodna.  Czas  płynął,  zrobiło  się  popołudnie  i  Lumikki

myślała  wyłącznie  o  powrocie  do  domu.  Jednak  gdy  tylko  zaczynała  się

zbierać, Elisa wymyślała jakiś pretekst, żeby ją jeszcze zatrzymać. Dziewczyna

rzeczywiście bała się zostać sama w domu.

Rozmowa  się  nie  kleiła.  Wyczerpały  temat  pieniędzy.  Przedyskutowały

hipotezę, że worek miał trafić do sąsiada w skórzanym płaszczu. Elisa święcie

w to wierzyła.

–  Moi  rodzice  nie  mogą  być  zamieszani  w  takie  historie.  To  uczciwi

i porządni ludzie.

Lumikki nie wykluczała jednak i tej możliwości, że pieniądze miały trafić do

rodziców  Elisy.  Dlatego  spytała,  czym  zajmuje  się  jej  matka.  Pracowała

w  jakiejś  firmie  kosmetycznej,  w  zespole  odpowiedzialnym  za  kontakty

zagraniczne. Nie była wielką szychą, ale według Elisy zarabiała przyzwoicie.

– Jest w delegacjach prawie sześć miesięcy w roku – dodała, odwracając oczy

w stronę okna.

Lumikki dostrzegła w jej twarzy irytację i przygnębienie.

–  Na  szczęście  tatuś  jest  prawie  zawsze  w  domu  –  podjęła  po  chwili  Elisa

z uśmiechem. – Jeśli nie liczyć akurat tego weekendu.

„Tatuś” pracował w policji.

– W którym wydziale? – spytała Lumikki.

Zażenowana Elisa spuściła wzrok.

– Antynarkotykowym – odrzekła.

Pod latarnią najciemniej i tak dalej. Może byłoby to nawet śmieszne, gdyby

nie powalająca głupota Elisy. Córka policjanta z wydziału antynarkotykowego

bawi się zakazaną chemią. Kto by pomyślał, że akurat ją może ciągnąć do tak

ryzykownych  zabaw.  Lumikki  zachowała  komentarz  dla  siebie,  ale  Elisa

całkiem trafnie zinterpretowała jej milczenie.

– Wyluzuj, przecież tylko sporadycznie, na imprezach! – Dziewczyna przyjęła

postawę obronną. – Nie jestem żadną narkomanką. Doskonale wiem, gdzie leży

granica.  A  poza  tym  już  mówiłam,  że  nie  zamierzam  nigdy  więcej  niczego

łykać. Zostanę świętą abstynentką.

–  Zapytaj  kiedyś  ojca,  ile  takich  sporadycznie  łykających  jakieś  pigułki

spieprzyło  sobie  życie,  i  to  także  w  Tampere.  Ale  nie  przyszłam  cię

uświadamiać, tylko wyjaśnić sprawę tych pieniędzy.

background image

–  Przecież  nie  mogę  wspomnieć  o  nich  tatusiowi,  jeśli  się  wkręcił  w  jakąś

szemraną historię. – Elisa westchnęła po raz dziesiąty. – W co oczywiście nie

wierzę.  No,  ale  gdyby  jednak...  Nie  mogłabym  mu  ufać.  Mógłby  mi  wtedy

wcisnąć każdy kit. Ale nie mogę też powiedzieć nikomu z policji, bo to w końcu

jest mój tatuś. Choćby się nawet w coś wpakował, nie mogę go zdradzić. Poza

tym  to  może  być  też  jakaś  tajna  operacja  policyjna.  Ach,  głowa  mi  zaraz

pęknie!

– O której wróci dzisiaj do domu? – spytała Lumikki.

– Za dwie godziny.

– Wczoraj zachowywał się normalnie?

–  Moim  zdaniem  tak.  Z  drugiej  strony  tak  się  denerwowałam,  żeby  się  nie

wygadać, że urządziłam w domu balangę, a moja szafa kryje w sobie tajemnicę

wielkości słonia, że pewnie bym nawet nie zauważyła, gdyby zatańczył trepaka

z uszami Myszki Miki na głowie.

–  Obserwuj  go.  Porozmawiaj  z  nim.  Nie  pytaj  wprost,  ale  zobacz,  czy  nie

zdradzi  go  wyraz  twarzy  albo  gest.  Ludzie  komunikują  nieprawdopodobnie

wiele, nawet gdy nic nie mówią – pouczyła ją Lumikki. – Miej też na oku tego

sąsiada. Jeśli pieniądze miały być dla niego, to ich nie dostał, i facet na pewno

zacznie się zachowywać w podejrzany sposób.

Elisa spojrzała na Lumikki, wstała zza stołu i podeszła do niej.

– Dziękuję – powiedziała i szybko ją objęła.

O  dziwo,  tym  razem  jej  uścisk  nie  wydał  się  już  Lumikki  tak  odpychający.

Elisa  usiadła  za  stołem  i  wróciła  do  przerwanego  posiłku.  Wsysała  makaron,

wciągając policzki i siorbiąc. Wyglądała jak mała dziewczynka.

–  Pogadam  z  tatusiem.  I  będę  obserwować  sąsiada.  Może  znajdę  jakieś

logiczne  wytłumaczenie  dla  tej  historii.  A  potem  pomyślę,  co  zrobić

z pieniędzmi. Tuukka i Kasper raczej nie zechcą rozstać się ze swoją dolą, ale

już ja znajdę na nich sposób – odparła Elisa z uśmiechem.

Jej pewność siebie miała w sobie coś rozbrajającego.

– Ciągle się boisz? – spytała Lumikki.

– Już nie tak bardzo, jak wcześniej.

– Okej. W takim razie idę do domu.

Elisa  próbowała  zrobić  minę  urażonego  szczeniaka,  tym  razem  jednak

Lumikki pozostała nieugięta. Wystarczy na dziś zabawy w najlepsze kumpelki.

Ona już swoje zrobiła. Włożyła płaszcz, ściągnęła mocno sznurowadła glanów

i szczelnie owinęła szyję szalem. Z półki nad wieszakami sięgnęła po łapawice,

czapka potoczyła się gdzieś dalej. Lumikki wspięła się na palce i złapała brzeg

materiału. Pociągnęła energicznie i usłyszała złowieszczy trzask.

– Ojej! – wykrzyknęła z żalem Elisa, patrząc na rozdartą czapkę Lumikki. –

Leży  tam  ciągle  z  tyłu  nieprzykręcony  wieszak.  Mnie  też  podarł  już  dwie

czapki.

background image

– Nic to, naciągnę sobie szal na uszy – rzekła Lumikki.

–  Nie,  coś  ty,  pożyczę  ci  moją.  Mam  ich  aż  za  dużo  –  powiedziała  Elisa

i włożyła na głowę Lumikki czerwoną czapkę z wełny. – A twoją naprawię albo

zrobię ci na drutach nową.

– Niech będzie. Dzięki.

W  holu  Lumikki  zatrzymała  się  na  chwilę.  Miała  niejasne  wrażenie,  że

powinna jakoś podtrzymać Elisę na duchu.

– No dobra, to trzymaj się – rzuciła w końcu, nie mogąc się zdecydować, co

powiedzieć.

Nie leżała jej rola empatycznej koleżanki.

–  Spoko  –  odrzekła  Elisa.  –  Jak  chcesz,  to  możesz  wyjść  tylnym  wyjściem.

Schody od ulicy są diabelnie śliskie.

Przygryzła  wargę,  jakby  chciała  coś  jeszcze  dodać,  ale  się  nie  odezwała.

Lumikki  nie  pytała,  co  dalej.  Miała  nieprzyjemne  uczucie,  że  to  nie  jest  jej

ostatnia wizyta u Elisy.

Popełniła błąd, przychodząc do niej.

background image

9

Borys  Sokołow  odebrał,  zanim  komórka  zdążyła  wygrać  do  końca  pierwszą

nutę You Only Live Twice.

– No i?

– Dziewczyna właśnie wyszła z domu tylnym wyjściem. Idzie w stronę zbocza

– poinformował obolały z zimna Viivo Tamm.

Sokołow skinął głową siedzącemu obok Estończykowi, żeby uruchomił silnik.

– Czy to jest właściwa dziewczyna? – upewnił się jeszcze Borys.

– Na pewno. Ma taką samą czerwoną czapkę, co wcześniej – odrzekł Tamm.

–  Kiedy  podjedziemy,  złapiesz  ją.  Tylko  nie  spartol.  Musi  się  udać  za

pierwszym podejściem – rozkazał Sokołow i się rozłączył.

Borys rozcierał zgrabiałe dłonie. Trzeba błyskawicznie wciągnąć dziewczynę

do  samochodu  przez  tylne  drzwi.  Nikt  nie  może  ich  zauważyć.  Im  mniej  ona

zobaczy,  tym  lepiej.  I  bez  zbędnej  brutalności.  Dziewczyna  ma  być  cała

i zdrowa. Oczywiście kilka siniaków nie zawadzi. Żeby nie myślała, że to tylko

zabawa.

Choć  w  sumie  to  będzie  zabawa.  Tylko  trochę  inna,  niż  mogłaby  sądzić.

Złapią  ją  i  wyślą  filmik  na  komórkę  tatusia.  Borys  byłby  bardzo  zdziwiony,

gdyby  to  ostatecznie  nie  przywołało  gliny  do  porządku.  Na  pewno  od  razu

spokornieje  i  przeprosi,  że  próbował  ograć  chłopaków  trochę  lepszych  od

siebie.  Obieca,  że  od  teraz  będzie  już  grzeczny.  I  w  ramach  rekompensaty

zapomni o następnej wypłacie. Przysięgnie, że zrobi wszystko, czego zażądają.

I to im wystarczy.

Wtedy  wypuszczą  dziewczynę  z  samochodu  i  pojadą  zmienić  folię  i  tablice

rejestracyjne.  Niemała  inwestycja  jak  na  jedno  zastraszenie,  ale  w  tym

przypadku  opłacalna.  Borys  Sokołow  dostał  dokładne  instrukcje  i  obietnicę

pokrycia wszystkich kosztów, ze sporą nawiązką. Nie mogli sobie pozwolić na

to, żeby stracić tak cenną wtykę. Przede wszystkim jednak Fin nie mógł sobie

pozwolić na to, żeby ich stracić.

Dziewczyna  oczywiście  od  razu  pobiegnie  przerażona  do  domu  i  naskarży

tatusiowi,  że  porwali  ją  bandyci.  Ojciec  uda  zaskoczonego  i  wstrząśniętego,

zacznie  wypytywać  o  szczegóły  i  znaki  rozpoznawcze  porywaczy,  a  potem

obieca kochanej córeczce, że zajmie się sprawą, a bandyci zostaną szybko ujęci

i ukarani.

Nie,  nie  będzie  musiała  składać  żadnych  zeznań.  Wystarczy,  że  jemu

wszystko opowie. Tatuś doskonale wie, jak traumatyczne są takie wydarzenia,

i dlatego oszczędzi córeczce męczących procedur i przesłuchań prowadzonych

background image

przez obcych ludzi.

Borys  niemal  parsknął  śmiechem,  gdy  wyobraził  sobie  tłumioną  wściekłość

tatusia. Bo nie będzie mógł pisnąć nikomu ani słowa.

Tak to już jest. Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz.

Lumikki  postanowiła  nadłożyć  trochę  drogi  i  zejść  zboczem  przez

Pyynikinharju.  Głowa  ją  rozbolała  od  perfum  Elisy  i  nazbyt  wielu  pytań.

Sytuacji  bynajmniej  nie  poprawiał  fakt,  że  czerwona  czapka  mocno

przesiąknęła  wonią  tych  samych  substancji.  Niemniej  chodzenie  w  taki  mróz

z gołą głową szybko skończyłoby się odmrożeniem uszu.

Przypomniała  sobie,  jak  półtora  roku  wcześniej,  tuż  po  przeprowadzce  do

Tampere,  po  raz  pierwszy  pobiegła  na  Pyynikinharju.  Odurzona  wolnością

pokonała długie, wyczerpujące podejście aż do wieży widokowej, biegnąc ile sił

w  nogach.  Na  górze  uda  jej  się  trzęsły,  a  pachnące,  świeże  pieczywo

w  kawiarence  krzyczało  donośnym  głosem,  żeby  dała  już  sobie  spokój  z  tym

treningiem i przysiadła na chwilę przy czarnej kawie i pączku. Lumikki jednak

nie  zatrzymała  się  przy  wieży,  tylko  spokojnym  już  tempem  zbiegła  ścieżką

w  dół  zbocza.  Drżenie  mięśni  minęło  i  z  każdym  krokiem  wracała  radość

biegania.

Ścieżka wiodła znów trochę pod górę i nagle po lewej stronie oczom Lumikki

ukazał się niesamowity widok na jezioro Pyhäjärvi. Daleko w dole, za dawną

ceglaną  fabryką  Suomen  Trikoo  na  Pyynikki,  sierpniowe  słońce  muskało

pieszczotliwie  taflę  wody.  Zeszła  ze  ścieżki  na  skałę,  aby  chwilę  popatrzeć.

Zanurzyła  się  w  zieloności  i  zapachach  późnego  lata.  Patrzyła  na  jezioro,  na

cypel Jalkasaari, na rysującą się na drugim brzegu Härmälę, i po raz pierwszy

od  dawna  poczuła,  że  jest  bezgranicznie  szczęśliwa.  Że  to  początek

samodzielnego życia. Początek wolności.

Teraz szczęście i wolność były dla niej pustymi pojęciami. Lumikki starała się

o  tym  nie  myśleć,  bo  tylko  goniła  w  piętkę.  Żadnego  rozwiązania,  żadnego

wyjścia z sytuacji.

Jeśli nie liczyć tego jednego. Tego najprostszego i najbardziej oczywistego.

Pójść na policję i wszystko powiedzieć. Nie przejmować się tym, że Elisa będzie

mieć  potem  kłopoty.  Albo  jej  rodzina.  Co  ją  to  obchodzi?  Był  tylko  jeden

problem:  Elisa  jej  zaufała.  I  Lumikki  wiedziała,  że  nie  może  tego  zaufania

zawieść. Ślepa uliczka.

Doszła do ulicy Näkötornintie, która wiodła pod górę do wieży widokowej.

Niebo  przesłoniły  chmury.  Pociemniało.  Drzewa  wyciągały  swoje  białe,

oszronione gałęzie na wszystkie strony. Wyobraźnia podpowiadała Lumikki, że

jeśli  lesisty  stok  wygląda  jak  żywcem  przeniesiony  ze  świata  baśni,  to

w  cieniach  drzew  muszą  się  czaić  najstraszniejsze  potwory.  Zrodzone  z  lęku

mary, które zakradają się od tyłu i wciągają pod śnieg, do zimnego grobu. Albo

background image

jeszcze gorzej – przemieniają człowieka w żywą rzeźbę z lodu, niezdolną mówić

ani się poruszać. Na wieki już żywą. I na wieki martwą.

Oddech  parował.  Lumikki  wydychała  zbędne  myśli,  próbowała  osiągnąć

twórczą pustkę, w której mógłby powstać jakiś świeży pomysł. Już prawie jej

się  udało,  gdy  zdała  sobie  sprawę,  że  ktoś  ją  śledzi.  Znowu.  Nie  musiała  się

nawet oglądać, aby mieć pewność.

Mimo  to  zerknęła  przez  ramię.  Idący  za  nią  mężczyzna  miał  czapkę

naciągniętą głęboko na oczy, a usta i nos zasłonił sobie szalem. Dostrzegła też

podjeżdżający  powoli  pod  górę  samochód  dostawczy,  który  zrównał  się  już

prawie z idącym.

Bez  zastanowienia  rzuciła  się  do  ucieczki.  Usłyszała,  że  mężczyzna  także

zaczął biec. Samochód przyspieszył.

Lodowate  powietrze  szarpało  płuca.  Glany  ślizgały  się  na  oblodzonym

chodniku.  Spojrzała  za  siebie,  w  samochodzie  siedziało  dwóch  mężczyzn.  Oni

również  mieli  zasłonięte  twarze,  widziała  tylko  ich  oczy.  Jednej  sroce  spod

ogona  wyskoczyli?  Nigdzie  żywej  duszy.  Nawet  gdyby  krzyknęła,  nikt  by  nie

usłyszał.

Gnała jak jeszcze nigdy w życiu. Biegnący za nią mężczyzna został w tyle,

ale  samochód  w  mig  ją  dogonił.  Otworzyły  się  drzwi  szoferki  i  pasażer

próbował ją złapać. O mały włos. Lumikki usłyszała trzask dartego materiału,

gdy  zaczepiony  na  agrafce  odblask  wyrwał  się  razem  z  kawałkiem  płaszcza.

Uskoczyła w bok i nagle dała nura z chodnika w las.

Przeskakiwała  skały  i  kamienie,  przemykała  pomiędzy  drzewami,  nie

przejmując  się  chłoszczącymi  twarz  gałęziami.  Zdążyła  jeszcze  usłyszeć,  że

dostawczak  zahamował.  Mężczyźni  wbiegli  w  las.  Słyszała,  że  coś  krzyczą,

chyba  po  rosyjsku.  Wiedziała,  że  szybko  otrząsną  się  z  zaskoczenia

wywołanego jej niespodziewanym manewrem. I jeśli zdołają ją otoczyć, będzie

po wszystkim. Miała zaledwie kilka sekund przewagi.

Musiała ją wykorzystać bez pudła.

Taka szansa już się nie powtórzy.

Viivo  Tamm  zaklął,  noga  znów  się  zapadła  w  głębokim  śniegu.  Dziewczyna

śmigała  jak  zając,  zgrabnie  omijała  najgłębsze,  najbardziej  kopne  zaspy.  Na

szczęście  ślady  zdradzały,  którędy  pobiegła,  choć  może  i  stracił  ją  na  chwilę

z oczu.

– Łap ją! – krzyczał gdzieś z tyłu Borys Sokołow.

Sam ją sobie łap, grubasie, odciął się w myślach Viivo Tamm. Przyspieszył.

Mięśnie  nóg  powoli  się  rozgrzewały  i  z  każdym  krokiem  słuchały  go  coraz

bardziej.  Złapie  tę  małą  dziwkę.  Może  sobie  uciekać,  ale  się  nie  ukryje.

Bieganie po śniegu i ją w końcu zmęczy. Viivo Tamm nie jest może najszybszy

na  świecie,  ale  na  pewno  wytrzymały.  Znikła  mu  z  oczu.  Ślady  wiodły

background image

z  gęstwiny  na  oświetloną  ścieżkę.  Pewnie  liczyła,  że  natrafi  na  spóźnionego

biegacza,  który  wybawi  ją  z  opresji.  Może  sobie  marzyć.  W  taki  mróz  nikt

o zdrowych zmysłach nie biega. Viivo Tamm rozejrzał się.

Nigdzie jej nie widać. Niech to jasny szlag.

Wtedy kawałek dalej na ścieżce dostrzegł coś czerwonego. Czapka.

Zgubiła  czapkę,  zostawiła  ślad.  Oj,  biedny  Czerwony  Kapturku.  Na  twoim

miejscu  nie  pomagałbym  dużym,  złym  wilkom.  Właśnie  z  lasu  wypadli  na

ścieżkę  Sokołow  z  Kaskiem.  Tamm  ruszył  w  stronę  czapki  i  krzyknął,  żeby

biegli za nim. Dziewczyna nie mogła uciec daleko.

Przyklejona  do  pnia  Lumikki  patrzyła  z  gałęzi,  jak  cała  trójka  pobiegła

w  przeciwną  stronę.  Wpadła  na  ścieżkę  chwilę  przed  nimi  i  w  paru  długich

susach, żeby zostawiać jak najmniej śladów, doskoczyła do drzewa i wspięła się

na wysoką gałąź. A potem cisnęła czapkę na ścieżkę, jak najdalej przed siebie.

Podziałało. Ale na pewno nie na długo.

Lumikki  zeskoczyła  z  gałęzi,  nie  przejmując  się  bolesnym  uderzeniem  stóp

o ziemię, i ruszyła pędem przed siebie. Mroźne powietrze paliło teraz nie tylko

płuca, ale także uszy. Nawet tego nie czuła.

Byle  dalej.  Byle  prędzej.  Z  powrotem  do  Näkötornintie,  gdzie  stał

dostawczak.  Na  boku  miał  napis  „Instalacje  wod.-kan.  Mäkinen”.  Lumikki

mogłaby  się  założyć,  że  żaden  z  tych  trzech  nie  nazywa  się  Mäkinen.

Zapamiętała też numer rejestracyjny, choć była prawie pewna, że nic jej z tego

nie przyjdzie.

W uszach słyszała łomotanie serca.

Z  Näkötornintie  na  Pyynikintie.  Tutaj  było  już  widać  samochody  i  ludzi.

Reflektory  nadjeżdżającego  autobusu  wydały  się  Lumikki  najpiękniejszym

widokiem na świecie. Już z daleka machnęła kierowcy, który ulitował się nad

zmarzniętą  biegaczką  i  zatrzymał  autobus  kawałek  przed  przystankiem.

Zdyszana  weszła  do  środka,  zapłaciła  za  przejazd  i  osunęła  się  na  pierwsze

wolne siedzenie.

Nogi  jej  się  trzęsły.  Oddech  palił.  Gdy  ciepłe  powietrze  wtargnęło  do

ściśniętych mrozem płuc, Lumikki dostała ataku kaszlu.

Siedząca  naprzeciw  starsza  pani  spojrzała  na  dziewczynę  ze  współczuciem,

ale głos miała surowy.

– W taką pogodę naprawdę trzeba zakładać coś na głowę – pouczyła ją. –

Jeszcze się nabawisz śmiertelnej choroby.

W  odpowiedzi  Lumikki  tylko  zakaszlała.  W  uszach  powoli  wracało  czucie,

więc  zaczęły  ją  piec  i  kłuć.  Przyłożyła  do  nich  dłonie,  aby  je  ogrzać.  Co  to

wszystko  właściwie  miało  znaczyć,  do  jasnej  ciasnej?  Dlaczego  ktoś  chciał  ją

wciągnąć do dostawczaka? Gdyby to była próba gwałtu, faceci nie goniliby jej

z tak maniackim uporem. To musiało się jakoś wiązać z tymi pieniędzmi. Ale

background image

dlaczego  chcieli  złapać  ją,  osobę  postronną,  która  wplątała  się  w  tę  sprawę

przez nieszczęśliwy zbieg okoliczności?

– Czapka byłaby najlepsza – babcia nie dawała za wygraną.

Czapka. Czerwona czapka. Lumikki olśniło. Mężczyźni nie gonili jej, gonili

dziewczynę  w  czerwonej  czapce.  A  czyja  to  była  czapka?  Otóż  to.  Chcieli

porwać  Elisę.  To  już  miało  ręce  i  nogi.  I  wyjaśniało,  że  pieniądze  trafiły  na

właściwą  działkę.  Niestety.  Wątpliwości  rozwiał  ostatecznie  pościg  za

dziewczyną w czerwonej czapce, którą porywacze wzięli za Elisę. A gdyby to

Elisa wyszła z domu? Lumikki pojęła to w lot i poczuła, jakby ktoś ją walnął

prosto  w  brzuch.  Elisa  by  im  nie  uciekła.  Leżałaby  teraz  w  tamtym

dostawczaku,  związana,  bezbronna,  zdana  na  łaskę  tych  trzech  oprychów.

Lumikki szybko wysupłała komórkę i wystukała esemesa do Elisy:

Pod żadnym pozorem nie wychodź z domu. Zamknij od środka wszystkie drzwi.

Nikomu nie otwieraj.

background image

2 marca

ŚRODA

Była sobie raz dziewczynka, która się nie bała.

Biegała tak, jak biegają ludzie, którzy nie boją się upaść. Jej zwinne i mocne

nóżki śmigały przez kamienie i pnie. Czuła pod stopami miękkie mchy, ciepły

od  słońca  piasek,  kłujące  igły  świerków,  mokrą  od  rosy  trawę.  Wierzyła,  że

nogi poniosą ją wszędzie, gdzie zapragnie pobiec.

Śmiała się tak, jak śmieją się ludzie, których jeszcze nie ośmieszono. Jej śmiech

dobywał  się  z  głębi  brzucha.  Wypełniał  klatkę  piersiową,  bulgotał  w  gardle,

łaskotał  język.  Na  koniec,  rozedrgany,  roznosił  się  na  zewnątrz  na  wszystkie

strony i dosięgał jabłoni, które okrywały się nagle kwieciem, strzelając pąkami.

Od  tego  śmiechu  całe  otoczenie  zdawało  się  jaśniejsze  i  cieplejsze.  Często

kończył  się  czkawką,  ale  dziewczynce  to  nie  przeszkadzało,  bo  czkawka

wywoływała kolejny wybuch śmiechu.

Ufała tak, jak ufają ludzie, którzy nigdy nie stracili gruntu pod stopami, którzy

nigdy  nie  zostali  przez  nikogo  zdradzeni.  Zwieszała  się  ufnie  głową  w  dół.

Wierzyła, że choćby nawet zaczęła spadać, ktoś ją na pewno zdąży złapać.

Była sobie raz dziewczynka, która nauczyła się bać.

Bajki tak się nie zaczynają. Tak zaczynają się inne, mroczniejsze opowieści.

background image

10

Lumikki  znowu  była  dziewczynką.  Miała  dziewięć  lat.  Albo  dziesięć.  Albo

dwanaście. W tym piekle lata zlewały się ze sobą w jedną, czarną pulpę. Nie

była  w  stanie  sobie  przypomnieć,  co  się  kiedy  wydarzyło.  Nie  była  w  stanie

odróżnić prawdy od koszmaru. Co do jednego nie miała wątpliwości. Nigdy nie

bała się bez powodu.

Siedziała  zwinięta  w  kłębek  i  nasłuchiwała.  Potrafiła  się  schować

w  niewiarygodnie  ciasnych  skrytkach.  Mieściła  się  w  szafie,  mieściła  się

w mrocznym, zagraconym kącie garderoby, mieściła się na płask w miejscach,

gdzie nikomu nie przyszłoby do głowy jej szukać. Potrafiła siedzieć tak cicho,

że zwyczajny oddech brzmiałby przy niej jak wiertarka z udarem.

Z  nosa  jej  ciekło.  Nie  zwracała  na  to  uwagi.  Stłumiła  przemożną  chęć

wciągnięcia  powietrza  przez  nos  albo  wytarcia  smarków  rękawem.  Wodnisty

gil spływał na wargi. Nie oblizała go. Ściekał powoli na brodę i skapywał na

kolana.  Nieważne.  Dżinsy  i  tak  były  już  brudne.  Mama  będzie  się  w  domu

dziwić. Ale Lumikki nic nie powie.

Były  takie  sprawy,  o  których  najlepiej  milczeć.  Takie  sprawy,  które  od

mówienia tylko się pogarszały.

Lumikki nasłuchiwała. Słyszała zbliżające się kroki. Skupiła się na tym, aby

zachować  spokój.  Jeśli  ulegnie  strachowi,  nie  wytrzyma  w  absolutnej  ciszy.

Zamknęła oczy i wyobraziła sobie biały, dziewiczy puch. I siniejący zmierzch.

I  zająca,  który  przebiegł  przez  śniegową  czapę,  wyciskając  w  niej  równe,

piękne ślady. Dwa małe kółka jedno za drugim, a potem dwa wydłużone tropy

obok siebie. Te ślady ją uspokajały.

Nic złego nie może się wydarzyć, gdy zając kica sobie spokojnie przez śnieg.

Nic złego nie może się wydarzyć, gdy zmierzch gęstnieje w noc i na niebie

zapalają się pierwsze gwiazdy. Kwadrat Pegaza.

Nic złego nie może się wydarzyć, gdy zupełnie blisko widać domek i lampę

nad schodami.

Lumikki  słyszała,  jak  kroki  się  oddalają.  Mogła  wreszcie  oddychać  trochę

swobodniej.

Zdołała się ukryć. Nie znalazły jej.

Jakby to było nie bać się każdego dnia?

Lumikki nie zbudziła się nagle. Przechodziła stopniowo ze snu do jawy, czuła,

jak nogi i ręce zaczynają rosnąć, jak dziecinne ciało staje się kobiece, kłębek się

rozwija i plecy prostują. Uzmysłowiła sobie lata, które ją dzieliły od Lumikki ze

background image

snu. Nie była już małą dziewczynką. Miała siedemnaście lat. I już od dawna nie

musiała się bać każdego dnia.

Aż do teraz. Bo wmieszała się w nie swoje sprawy.

Rozhisteryzowana Elisa wydzwaniała do niej cały wieczór, skakała pod sufit

od  najcichszego  skrzypnięcia  i  trzaśnięcia  mrozu,  wymuszała  na  Lumikki

zapewnienia, że wszystko jest w porządku. Wpadła w panikę, kiedy jej ojciec

nie wrócił do domu na czas. W czasie jednej z tych rozmów nagle wrzasnęła.

Lumikki  słyszała  w  słuchawce,  że  Elisa  gdzieś  biegnie,  zatrzaskuje  za  sobą

drzwi i przekręca rygiel w zamku.

– Ktoś właśnie wszedł do domu – wychrypiała do telefonu.

– Dobra. Gdzie jesteś?

– Zamknęłam się w łazience.

Lumikki  domyśliła  się  tego  po  odgłosach.  Elisa  nie  opanowała  sztuki

bezgłośnego poruszania się. Nie musiała. Gdyby do jej domu wdarł się płatny

zabójca, od razu by wiedział, gdzie jej szukać. Poza tym zamknięta od środka

łazienka  stanowiła  chyba  najgorszą  kryjówkę,  jaką  tylko  można  sobie

wyobrazić. Tam Elisa byłaby dla zabójcy jak zafoliowany obiadek do odgrzania

w  mikrofali.  Wystarczyło  rozerwać  opakowanie  i  jednym  kłapnięciem

pochłonąć zawartość. I to bez podgrzewania.

– Wyłamał drzwi? – spytała Lumikki.

– Nie, miał klucz.

Lumikki  miała  wielką  ochotę  się  rozłączyć.  Zdążyła  bowiem  przewidzieć

kolejne słowa Elisy, zanim ta otworzyła usta.

–  Uff.  To  jednak  tatuś.  Woła  mnie  właśnie  z  dołu  –  szepnęła  Elisa  do

telefonu.

No shit Sherlock.

2

– Dobra. No to nara – wypaliła Lumikki zwięźle.

– Nie! Najpierw musisz mi obiecać, że jutro znowu przyjdziesz. Nie mogę być

tu sama i nie mogę nigdzie wyjść.

W głosie Elisy zabrzmiała niespodziewana siła.

Lumikki chciała odmówić. Chciała uwolnić się od tego bałaganu teraz, zaraz,

póki  to  jeszcze  możliwe.  Porywacze  nie  widzieli  jej  zbyt  dobrze.  Mogła  umyć

ręce.  Przecież  nie  były  brudne.  To  nie  ona  grzebała  w  worku  pełnym

zakrwawionych banknotów. A jednak po skończonej rozmowie Lumikki miała

ochotę walnąć głową w ścianę. Bo obiecała Elisie. Znowu.

Borys Sokołow bębnił palcami w kufel. Piwo było mdłe i paskudne. Doskonale

pasowało  do  jego  nastroju.  Spragnione  chmielu  ranne  ptaszki  zdążyły  się  już

pozlatywać z okolicznych podwórek i obsiąść swoje poidła w mrocznym barze.

Borys zarezerwował dla siebie i Estończyków ogrodzony stolik, którego nikt nie

raczył jeszcze zetrzeć po wieczornej zmianie. Bo i po co? To idealnie pasowało

background image

do jego nastroju.

Spartolili  sprawę.  „Ruska  robota”,  jak  powiedzieliby  siedzący  dokoła

Finowie,  i  tym  razem  Borys  nie  mógłby  polemizować.  Plan  porwania

dziewczyny  trzeba  było  zarzucić.  Mieli  jedną  szansę,  jedną  możliwość,  którą

zaprzepaścili.  Borys  otrzymał  już  esemesa  z  lakonicznym  stwierdzeniem,  że

teraz ma sam załatwić tę sprawę. I jest za nią osobiście odpowiedzialny.

Musi  więc  wymyślić  inny  sposób,  żeby  postraszyć  glinę  i  przywołać  go  do

porządku.

–  Może  się  nie  pokapował,  że  Natalia  nie  żyje?  –  podrzucił  Viivo  Tamm,

kończąc przemowę długim i głośnym siorbnięciem z kufla.

– Nie mógł się nie pokapować. Czyja inna krew mogła być na banknotach? –

odparł Borys.

Viivo  wzruszył  ramionami.  Linnart  Kask  milczał.  Niekiedy  Sokołow

podejrzewał, że jego drugi Estończyk jest jeszcze głupszy, niż wygląda.

Borys  rozważał  słowa  Tamma.  Może  coś  w  tym  jest?  Może  jednak  Fin

rzeczywiście nie skapował, że jego ukochanej Natalii już nie ma? Może mu nie

powiedziała  o  swoim  planie  ucieczki  z  forsą?  Wtedy  glina  byłby  oczywiście

wkurzony, że dostał zababrane banknoty. I dlatego im wmawia, że nie dostał

ich wcale.

Borys  sądził,  że  Fin  i  Natalia  naprawdę  coś  dla  siebie  znaczą.  Był

przekonany, że razem opracowali plan jej ucieczki. Borys nie docenił Natalii,

nie  wierzył,  że  ta  potrafi  podejmować  samodzielne  decyzje.  A  może  do

dziewczyny wreszcie dotarło, że lepiej nikomu nie ufać i nikt jej nie uratuje?

W pewnym sensie Borys rozumiał jej wybór.

Nigdy jej tego nie powiedział, ale niekiedy myślał o niej jak o córce, której

los mu poskąpił. Głos serca szeptał mu na ucho, żeby pozwolił Natalii uciec. Ale

głos  rozsądku  krzyczał,  że  narobi  sobie  tylko  wielkich  kłopotów.  Musiał  więc

uciszyć  serce  i  zamiast  Natalii  zobaczyć  uciekającego  po  śniegu  zająca,

namolnego szkodnika. Wtedy już mógł nacisnąć spust.

I choć przypuszczalnie glina rzeczywiście nie wiedział o planie Natalii, nie

zmieniało  to  istoty  problemu.  Swołocz  próbował  go  szantażować.  Należało

z tym skończyć, i to jak najszybciej.

Borys  miał  swój  sposób  na  uspokojenie  nerwów  –  przeglądał  kalendarz

w komórce. Zazwyczaj działał bez pudła.

Tym razem kalendarz podsunął mu pewną myśl.

–  Coś  mi  się  zdaje,  że  Natalia  wyśle  glinie  zaproszenie  na  imprezę  –

powiedział z uśmiechem.

Estończycy spojrzeli na niego ze zdumieniem. Barany. Borys miał wrażenie,

że  jest  jedynym  mózgiem  całej  trójki.  Na  szczęście  nie  najgorszym.  Zostawił

niedopitą lurę w kuflu i poszedł do baru zamówić podwójną whisky. Zasłużył

sobie.

background image

Gdy  Lumikki  zobaczyła  w  holu  dwie  pary  znajomych  butów,  miała  ochotę

odwrócić się na pięcie i wyjść. Rozmiary 41 i 43. Chyba nie obiecywała Elisie,

że przyjdzie na spotkanie klubu dyskusyjnego?

– Może mi powiesz, co ja tu właściwie robię, skoro zaprosiłaś także Tuukkę

i Kaspra? – zwróciła się do Elisy, która zawstydzona wbiła spojrzenie w ziemię.

Na nogach miała różowe skarpety z czarnymi prążkami. Co innego mogłaby

mieć.

– No bo... tylko ty możesz to wszystko rozgryźć. Jesteś taka inteligentna –

zaczęła tłumaczyć Elisa.

Wazelina  i  przymilny  głos  wzmocniony  obrzydliwie  słodkim  uśmiechem

działały  może  na  chłopaków,  ale  nie  na  Lumikki.  Zaczęła  wciągać  glany

z powrotem na nogi.

–  Przyjechałam  do  ciebie,  ponieważ  twierdzisz,  że  boisz  się  być  sama

w domu. Nie, przyjechałam do ciebie, ponieważ zażądałaś tego ode mnie. Bo ty

po  prostu  nie  możesz  być  sama  w  domu.  Ale  jak  widzę,  nie  jesteś  tu  sama.

Zmywam się.

Elisa wepchnęła się między Lumikki i drzwi.

– Nie, nie idź. Tuukka i Kasper sami się tu wprosili, kiedy się zorientowali, że

nie poszłam do szkoły. Nie uwierzyli, że mam migrenę. Nie przeżyję tego bez

ciebie – wyrzuciła Elisa błagalnie.

Lumikki bawiła się chwilę sznurówkami butów.

Obiecała sobie, że już nigdy nie będzie się bać. Myślała wtedy tylko o sobie.

Nie  przyszło  jej  nawet  do  głowy,  że  mogłaby  się  bać  o  kogoś  innego.  Gdyby

teraz  wyszła  i  zamknęła  za  sobą  drzwi,  uwolniłaby  się  może  od  całej  tej

sprawy. Ale nie od lęku. Mogłaby przestać odpisywać na esemesy i nie odbierać

telefonów.  Mogłaby  nawet  zastrzec  numer.  Mogłaby  nie  dostrzegać  Elisy

w szkole. Traktować ją jak powietrze.

Ale  nie  przestałaby  myśleć.  Nie  przestałaby  się  zastanawiać,  co  się  stanie

z Elisą, jeśli jej niedoszli porywacze zrealizują swój zamiar. Bałaby się o nią.

A tego nie chciała.

Lumikki  zdała  sobie  sprawę,  że  wdepnęła  w  to  już  bardzo  głęboko,  po

cholewy  glanów.  Co  za  różnica,  czy  zapadnie  się  po  kolana,  po  pas  czy  po

szyję?

Bagno. Potrzask. Zniewolenie. Lumikki nienawidziła takich sytuacji. Nic nie

mogła na to poradzić.

Z ciężkim westchnieniem zaczęła ściągać buty z nóg.

–  Zostanę.  Ale  ostrzegam,  że  jeśli  tylko  Tuukka  znowu  zacznie  zgrywać

twardziela, natychmiast zadzwonię na policję i wpakuję was w taki syfilis, że

lepiej nie mówić.

Elisa  z  zachwytu  aż  zaklaskała.  Plaśnięcia  zabrzmiały  w  uszach  Lumikki

bardziej złowróżbnie niż żałobne dzwony.

background image

11

Dowiedziałaś się czegoś od ojca? – zapytał Tuukka, kiedy Elisa przyniosła im do

swojego pokoju duże szklanki coli.

Kasper  poprosił  o  wzmocnioną,  lecz  na  widok  miny  Elisy  szybko  spuścił

z tonu.

Lumikki spojrzała na Tuukkę. A więc wszystko im wypaplała. Pleciuga. Ale

może to lepiej. Łatwiej mówić, gdy wszyscy wiedzą, na czym stoimy.

– Mózg mi w ogóle nie pracował, bo wpadłam w histerię przez tych facetów,

co gonili Lumikki. To znaczy gonili ją, ale myśleli, że to ja. W takim stanie nie

przejawiam większej kreatywności w wymyślaniu rozsądnych, podchwytliwych

pytań. Dobrze, że sama nie chlapnęłam nic głupiego.

Elisa  postawiła  tacę  z  colą  na  stoliku.  Kostki  lodu  zadzwoniły  o  szkło.

Dziewczyna  sprawiała  wrażenie  jeszcze  bardziej  zmęczonej  niż  poprzedniego

dnia.  Oczy  miała  podkrążone,  włosy  nieumyte,  twarz  nieumalowaną.  Swoim

wyglądem  kalała  nieskazitelny  obraz  stylowego,  jasnego  pokoju,  w  którym

unosił się czysty duch Boknäsa i Arteka. Pod sufitem duży, drewniany żyrandol

Octo. Skandynawskie kontury, płynna bezpretensjonalność.

Lumikki  znów  nie  mogła  opędzić  się  od  myśli,  jakim  cudem  policjant

i  przedstawicielka  firmy  kosmetycznej  mogli  sobie  na  to  wszystko  pozwolić.

Wydział  antynarkotykowy  nie  płacił  przecież  swoim  pracownikom  milionów.

A i pensja matki Elisy nie mogła być aż tak dobra. Spadek? Możliwe.

Albo coś, co miało związek z workiem pełnym zakrwawionych banknotów.

–  Okej.  W  następnej  kolejności  sprawdzimy  komputery  twoich  starych  –

oznajmił Kasper rozkazującym tonem młodocianego przestępcy.

–  Mama  zabrała  laptopa  w  delegację,  ale  komputer  tatusia  stoi  u  niego

w gabinecie. Ale nie wiem...

Elisa nie zdążyła dokończyć zdania, bo Kasper już się podniósł.

– Ja sprawdzę kompa, a wy przejrzyjcie segregatory i resztę – zarządził.

Lumikki, Tuukka i Elisa poszli za nim.

–  To  chyba  nie  do  końca  zgodne  z  prawem,  co?  –  spytała  Elisa,  szperając

w szufladach biurka.

–  Jakoś  nie  zauważyłem,  żeby  niezgodność  z  prawem  stanowiła  dla  ciebie

przeszkodę. – Tuukka roześmiał się.

– Może powinna – westchnęła Elisa.

Lumikki  była  tego  samego  zdania.  Nie  wypowiedziała  go  jednak  na  głos.

Wyraziła za to wątpliwość:

–  Raczej  nie  znajdziemy  tu  niczego,  co  ma  jakikolwiek  związek  z  pracą

background image

twojego  ojca.  Na  pewno  obowiązują  go  bardzo  precyzyjne  wytyczne,  jakie

dokumenty  może  przynosić  do  domu.  Prawdopodobnie  żadne.  A  komp  jest

domowy. Wszystkie sprawy zawodowe będą na jego komputerze w pracy.

– Prawda. Dlaczego nie przyszło mi to do głowy?

–  Mimo  to  sprawdźmy  –  upierał  się  Tuukka.  –  Przecież  dowodów  swojej

przestępczej działalności nie będzie trzymał w komendzie. Glin tam tyle, że aż

strach się bać.

Mordercze  spojrzenie  Elisy  zamroziło  uśmiech  Tuukki,  gdy  chłopak  akurat

unosił kąciki ust. Szukali w milczeniu. Bez rezultatu. Z rewizji gabinetu wyłonił

im  się  obraz  dobrego  ojca  i  uczciwego  obywatela,  który  ma  porządek

w dokumentach podatkowych, polisach ubezpieczeniowych i rachunkach oraz

zupełnie czyste katalogi w komputerze.

– Nie wchodził nawet na strony porno – warknął poirytowany Kasper.

– Fuj! Oczywiście, że nie.

Elisa aż się wzdrygnęła.

– Ale ty tak – zarżał Tuukka. – Zdążyłem ci trochę poszperać w kompie.

–  Może  raz  przypadkiem.  Kumpela  podesłała  mi  link,  w  który  niechcący

kliknęłam – wyjaśniła Elisa.

Lumikki nie mogła słuchać tych jałowych tekstów. Szczególnie denerwowały

ją komentarze Elisy, które w towarzystwie chłopaków stawały się głupsze niż

zwykle,  a  głos  robił  się  bardziej  piskliwy.  Lumikki  znała  to  zjawisko.  Jego

narodziny  obserwowała  ze  zdumieniem  już  w  podstawówce.  Na  początku

siódmej klasy część dziewczyn przyszła do szkoły po wakacjach w takim stanie,

jak  gdyby  latem  potopiła  w  jeziorach  połowę  mózgu.  Jej  koleżanki,  które

w  szóstej  klasie  były  jeszcze  całkiem  bystre,  przestały  nagle  rozumieć

najprostsze  równania  matematyczne  albo  nie  mogły  przebiec  stu  metrów  bez

„padania”.

„Trzymajcie mnie, bo padnę!”

Piszczały tak i wykrzykiwały wielokrotnie w ciągu dnia, to z zachwytem, to

z udawaną bezradnością. Wytrzeszczały oczy i żuły gumę. Lumikki nie od razu

zorientowała  się,  że  to  zwykły  spektakl  i  dziewczęta  po  prostu  grają  przed

chłopcami  głupiutkie  panienki.  Dają  im  do  zrozumienia,  że  są  małe,  słodkie

i  niegroźne.  I  przynajmniej  dla  niektórych  chłopaków  seksowne  w  ten

określony sposób.

A  wszystko  po  to,  aby  najwięksi  przystojniacy  z  klasy  zyskali  przy  nich

poczucie, że są bystrzejsi, silniejsi i umieją więcej niż w rzeczywistości. Lumikki

zachodziła w głowę, czy chłopcy naprawdę tego nie widzą. Czy nie uraża to ich

dumy,  że  dziewczyny  muszą  udawać,  aby  połechtać  ich  ego?  Część  zdawała

sobie  z  tego  sprawę,  ale  to  nie  dla  nich  był  ten  teatr.  Ci  bystrzejsi  nie  byli

przecież seksowni.

Z niewiadomych względów w ostatnich trzech klasach podstawówki bystrość

background image

umysłu absolutnie nie była sexy. Jeśli ktoś chciał być seksowny, musiał unikać

jej jak zarazy. „Bystry” znaczyło tyle co nudny, męczący, wkurzający i jeśli nie

brzydki, to w najlepszym razie nijaki.

Lumikki sądziła, że w liceum to się zmieni. Owszem, ale tylko częściowo. Bo

widywała teraz nawet dorosłe i inteligentne kobiety, które udawały w męskim

towarzystwie głupsze, niż ustawa przewiduje. Żenujący widok. Lumikki chciała

wierzyć,  że  Elisa  jeszcze  jedną  nogą  tkwi  w  podstawówce  i  tym  należy

tłumaczyć  jej  zachowanie,  a  nie  ułomnością  charakteru  czy  utrwalonymi

wzorcami zachowania.

– Daj mi jeszcze sprawdzić ten komputer – poprosiła.

Kasper łypnął na nią podejrzliwie, z pogardą.

– Nic w nim nie ma – stwierdził.

– Mimo to pozwól mi zerknąć – odparła Lumikki spokojnie, ale z naciskiem.

– Niektóre kompy mają bogatsze życie wewnętrzne, niż można z pozoru sądzić.

–  Uuu,  nasza  pani  superdetektyw  okazuje  się  także  zajebistym  hakerem  –

zadrwił Tuukka.

–  Tak  jak  mówisz.  Jestem  nieślubną  córką  Herkulesa  Poirota  i  Lisbeth

Salander – odcięła się Lumikki z kamienną twarzą i usiadła przed komputerem

na obrotowym krześle zwolnionym łaskawie przez Kaspra.

Cała trójka stanęła jej za plecami. Lumikki nie cierpiała takich zgromadzeń.

–  Czyli  nazywasz  się  Lumikki  Poisander?  –  Kasper  próbował  jeszcze

żartować.

Nikt się nie zaśmiał.

– Lumikki, Lumikki...

Kasper smakował jej imię z nabożną miną, przeciągając sylaby.

– Na pewno jest jakieś zdrobnienie? – spytał w końcu.

– Nie ma – odrzekła Lumikki, nie odwracając się od monitora.

– Lumi?

– Nie.

– Lumia?

– Czyżby?

– Okej, może rzeczywiście nie. Mikki?

Lumikki cofnęła krzesło tak gwałtownie, że trąciła go oparciem, i obróciła się

w jego stronę.

– Au, uważaj! – Kasper ze złością rozcierał obolałe kolano.

–  Możecie  się  rozejść.  Zejdzie  mi  tu  trochę  –  rzekła  Lumikki,  spoglądając

znacząco na Elisę.

Na szczęście mózg dziewczyny czasem pracował.

– Chodźcie do mojego pokoju, dopijemy colę – rzekła Elisa. – Krzycz, jeśli coś

znajdziesz.

Lumikki  kiwnęła  głową,  patrząc  już  w  ekran  komputera.  Chwilę  później

background image

usłyszała za sobą odgłos zamykanych drzwi. Błogosławiona cisza.

Musiała działać szybko. Ten spokój długo nie potrwa.

background image

12

Terho  Väisänen  postawił  kołnierz  płaszcza  i  naciągnął  na  usta  zielony  szal,

który zrobiła mu córka. Gdy tylko wyszedł z komendy, mróz ostrymi pazurami

wpił  mu  się  w  nieosłoniętą  skórę.  Przez  chwilę  rozważał,  czy  nie  wziąć

samochodu,  w  końcu  jednak  postanowił  iść  do  domu  na  piechotę.  Może  ten

ziąb  pobudzi  wreszcie  do  myślenia  jego  szare  komórki,  które  skandalicznie

leniły się już drugi dzień.

Terha Väisänena nurtowały dwa pytania.

Gdzie się podziała jego forsa?

Gdzie się podziała Natalia?

Czy na pewno w tej kolejności? Oczywiście, że nie, ale Natalia potrafiła nie

odzywać się przez wiele dni, a czasem nawet tygodni. Nie zawsze miała czas

odebrać telefon albo odpisać na esemesa czy mejla. Przyzwyczaił się do tego.

To jeszcze o niczym nie świadczyło. Ale gdy Terho spytał, co z jego forsą, Borys

Sokołow tak się wściekł, że o mały włos nie wylazł mu z telefonu. Bo pieniądze

podobno zostały dostarczone.

A właśnie, że nie.

Albo  Sokołow  kłamał  jemu,  albo  Estończycy  kłamali  Sokołowowi.  Bardziej

prawdopodobne wydawało się to drugie. Terha dziwiło, że już od dawna nikt

nie  próbował  się  wyłamać,  nie  zrobił  skoku  na  kasę  i  nie  wyrolował  gościa.

Sądził,  że  ta  godna  podziwu  karność  w  szeregach  to  zasługa  Sokołowa,  bo

trzyma Estończyków na krótkiej smyczy. Nikt nie chciał Rosjaninowi podpaść.

Ale  i  Sokołow  robił,  co  mu  kazali.  Hierarchia  strachu  i  władzy.  To  ona

utrzymywała całą strukturę w ryzach.

Do teraz. Bo najwyraźniej ktoś postanowił dać sobie małą premię.

Terha bawiła myśl, że tak sprawnie działająca machina zaczyna się zacinać.

Swoją  robotę  wykonywał  zawsze  bez  szemrania.  Wszedł  w  to  wyłącznie  dla

pieniędzy,  których  potrzebował  bezustannie,  nawet  teraz.  Jeśli  zakręcą  mu

teraz  kurek,  będzie  krucho.  Nie  odłożył  nic  na  czarną  godzinę,  chociaż

powinien.  Oszczędności  miał  mizerne.  W  odwecie  mógłby  oczywiście  wsypać

Sokołowa i spółkę, ale podciąłby tylko gałąź, na której sam siedział. Jego życie

ległoby w gruzach.

Nie mógł do tego dopuścić.

Ponieważ negocjacje z Sokołowem nie przyniosły rezultatu, musi się dogadać

z  samym  Białym  Niedźwiedziem.  A  to  niełatwa  sprawa.  Ten  bowiem  grał

według  własnych  reguł,  a  jeśli  komuś  przestawały  się  podobać,  Niedźwiedź

najzwyczajniej w świecie usuwał delikwenta z gry.

background image

Terho szedł wzdłuż dwupasmówki i przeklinał w duchu, że w ogóle się w to

zaangażował. W układy z przestępcami, w moralne bagno. Bo to było bagno,

choć tyle razy rano, gdy

żona i córka jeszcze spały, gapił się tępym wzrokiem przez okno i przekonywał

sam  siebie,  że  te  układy  mają  swoje  plusy.  Dla  policji  i  dla  społeczeństwa.

Sokołow  przekazywał  mu  informacje,  dzięki  którym  jego  wydział  wyłapywał

dilerów i przemytników. I tak zdziesiątkował podziemny światek Tampere, że

jego grupa zbierała pochwały na najwyższych szczeblach. Terho przypominał

to sobie, patrząc na budzące się domy sąsiadów. Tylko powoli wstające słońce

pluło mu prosto w twarz. Odwracał wtedy spojrzenie od okna, dolewał mleka

do kawy i powtarzał w myślach od nowa te same kłamstwa.

Wtedy,  lata  temu,  przyjęcie  oferty  wydawało  się  jedynym  możliwym

rozwiązaniem. Terhowi ciążyły karciane długi i niespłacone kredyty. Nawet nie

wie,  jak  i  kiedy  rozkręcił  tę  spiralę  hazardu.  Z  początku  gra  była  dla  niego

prostym  sposobem  na  odreagowanie,  resetem  po  ciężkim  dniu  pracy,  jednak

z  czasem  przerodziła  się  w  uzależnienie.  Internetowy  hazard  stał  się

zdecydowanie  zbyt  dostępny.  A  on  musiał  grać  na  pieniądze,  aby  cokolwiek

poczuć,  dostać  tak  potrzebny  zastrzyk  adrenaliny.  Poza  tym  żona  miała

wyszukany  gust,  a  w  tamtym  czasie  Terho  był  gotów  jeszcze  przychylić  jej

nieba.  No  i  miał  córkę,  którą  kochał  nad  życie.  Nawet  nie  przypuszczał,  że

można kogoś kochać tak mocno.

Dla Elisy. Robił to wszystko także dla niej. Żeby jego córka nie musiała nigdy

wstydzić się ani domu, ani rzeczy. Lub też martwić, czy rodziców będzie stać na

to  czy  tamto.  On  sam  w  dzieciństwie  i  młodości  zdecydowanie  zbyt  często

musiał kłamać, że dżinsy z targowiska to sklepowe nówki, a kurtkę po kuzynie

rodzice  przywieźli  mu  z  zagranicy.  Nie  zarabiali  zresztą  najgorzej,  tylko  że

ojciec wszystko przepijał. Tego Terho wstydził się najbardziej. Przez to został

abstynentem, a potem wstąpił do policji, do wydziału antynarkotykowego. Bo

na  ten  jeden  jedyny  legalny  a  śmiertelny  narkotyk  o  nazwie  „alkohol”  nie

znalazł sposobu.

Najwidoczniej  jednak  podatność  na  uzależnienia  przeszła  z  ojca  na  syna.

Przemożna potrzeba, żeby dostać porządnego kopa, szybko i bez oglądania się

na  cokolwiek.  Ale  Terho  zawsze  dbał  o  to,  aby  hazard  w  żaden  sposób  nie

niszczył  życia  żony  i  córki.  Był  jego  prywatnym,  osobistym  grzechem.  I  choć

zdołał  się  ograniczyć  w  porównaniu  z  tym,  do  czego  był  zdolny  w  latach

najgorszego  uzależnienia,  nie  znaczyło  to  bynajmniej,  że  nie  potrzebował

regularnych dawek.

W ostatnim roku ciągnął współpracę z Sokołowem także z powodu Natalii.

Zakochał  się  w  tej  młodej  kobiecie  bez  pamięci,  po  uszy,  jak  nastolatek.  Od

początku wiedział, że to wariactwo, zabawa niebezpieczna i beznadziejna, ale

nie  potrafił  oprzeć  się  uśmiechowi  i  ogromnym,  niewinnym  oczom  Rosjanki.

background image

Nigdy by nie przypuszczał, że kobieta, która tyle w życiu widziała, może mieć

takie oczy. Już teraz ubolewał, że prędzej czy później będzie musiał zapomnieć

o  Natalii,  o  jej  jedwabistej  skórze  i  dołeczkach  w  policzkach.  Bo  to  się  musi

skończyć. Ich związek nie mógł trwać, chyba że Terho poświęciłby małżeństwo,

rodzinę  i  najprawdopodobniej  także  karierę  w  policji.  A  on,  mimo  wszystko,

nie  był  na  to  gotowy,  choć  raz  w  chwili  słabości  rzeczywiście  powiedział

dziewczynie, że zostawi dla niej żonę i zamieszkają razem. Głupoty. Obietnice

zakochanego mężczyzny, deklaracje bez pokrycia. Natalia to rozumiała. Mądra

dziewczyna, mądrzejsza, niż się z pozoru mogło wydawać.

Terho  chciał  jednak  załatwić  jej  sprawy.  Przynajmniej  tyle  był  jej  winien.

Zasługiwała  na  coś  więcej  niż  tylko  praca  dla  Sokołowa.  Terho  jeszcze  nie

wiedział,  jak  to  załatwi,  ale  wierzył,  że  coś  wymyśli.  Nie  mógł  więc  teraz

dopuścić  do  rozsypki  całego  układu  tylko  dlatego,  że  Estończyków  zaczęły

nagle świerzbić ręce.

W  parku  natarł  na  niego  lodowaty  wicher  znad  jeziora.  Terho  zaczął

żałować, że nie wziął samochodu. Z tak upiornym zimnem przegrywała nawet

najnowsza kurtka Haglöfsa.

Odwołano  jedną  naradę  i  w  rozkładzie  dnia  pojawiło  się  ponadgodzinne

okienko. Terho postanowił, że skoczy do domu i zrobi obiad dla siebie i Elisy,

którą  męczyła  migrena  albo  jakieś  kobiece  sprawy.  A  może  zwykłe  lenistwo.

Sobie  mógł  to  powiedzieć  wprost.  Była  jego  oczkiem  w  głowie,  dziewczyną

śliczną  i  lubianą,  ale  do  orłów  nie  należała.  Może  liceum  to  rzeczywiście  nie

jest szkoła dla niej.

Terho  wrócił  do  obmyślania  planu.  Trzeba  się  skontaktować  z  Białym

Niedźwiedziem.  Było  to  możliwe  tylko  drogą  elektroniczną.  A  mejla  mógł

wysłać  tylko  z  domu,  bo  nie  zamierzał  ryzykować  i  nie  używał  do  tego

służbowego sprzętu ani przeglądarki w komórce.

Przy  okazji  wyśle  kolejną  wiadomość  do  Natalii  i  spyta  o  powód  jej

przedłużającego  się  milczenia.  Zżerała  go  tęsknota.  Przeszywała  do  szpiku

kości, boleśniej niż lodowaty wicher.

Brązowe oczy. Utlenione włosy, przez które prześwitywały ciemne odrosty. Tu

i ówdzie kilka jaśniejszych pasemek. Wyskubane w kreskę brwi. Usta chyba też

poprawione, ale mogły i być naturalnie pełne.

Wiek: od siedemnastu do dwudziestu pięciu lat.

Prawie  na  wszystkich  zdjęciach  kobieta  miała  poważną  minę  i  lekko

rozchylone  wargi.  Tylko  na  jednym  się  uśmiechała,  ukazując  głębokie  dołki

w  policzkach.  Z  uśmiechem  na  twarzy  wyglądała  na  młodszą  i  sympatyczną.

Na tym samym zdjęciu był też mężczyzna w średnim wieku – miał dokładnie

taki  sam  nos  jak  Elisa.  Kobieta  w  drogich  ciuchach,  po  których  od  razu  było

widać,  że  są  drogie.  Ta  sama  dwójka  znalazła  się  też  na  innym  zdjęciu,

background image

w zbliżeniu, które prawdopodobnie sami zrobili komórką. Uśmiechnięci, całują

się i wyglądają na bezwstydnie szczęśliwych.

Patrząc na te fotografie, ukryte w komputerze raczej po amatorsku, Lumikki

czuła  się  jak  podglądaczka.  Przedtem  odkryła  jeszcze  login  i  hasło  do

anonimowego  konta  internetowego.  Skrzynka  odbiorcza  była  jednak  pusta.

Ojciec  Elisy  albo  z  niego  nie  korzystał,  albo  –  co  wydawało  się  bardziej

prawdopodobne – kasował wiadomości zaraz po przeczytaniu.

– Elisa! – zawołała Lumikki.

Dziewczyna  stanęła  w  drzwiach.  Tuukkę  i  Kaspra  na  szczęście  pochłonęła

bez reszty konsola Nintendo.

–  Zamknij  drzwi  –  poprosiła  Lumikki.  I  gdy  Elisa  posłusznie  je  zamknęła,

zwróciła się do niej:

– Zakładam, że kobieta na tych zdjęciach nie jest twoją matką.

background image

13

Elisa objęła się ramionami. Nagle zrobiło jej się zimno. Najchętniej zamknęłaby

oczy i nie oglądała tych zdjęć, ale było już za późno. Obrazy zdążyły wryć się

jej  głęboko  w  pamięć  i  gdy  wieczorem  zamknie  oczy,  by  zasnąć,  pod

powiekami wyświetli się jej pełnometrażowy film w kolorze.

Jak tatuś mógł jej to zrobić? I mamie?

Elisa  nie  była  głupia.  Już  od  dawna  zdawała  sobie  sprawę,  że  związku

rodziców  nie  można  nazwać  romantycznym  i  są  ze  sobą  raczej

z przyzwyczajenia i wygody. Mimo to nigdy nie przyszło jej do głowy, że tatuś

mógłby  zdradzić  mamę.  On  nie  należał  do  takich  mężczyzn.  Był  uczciwy

i  porządny,  godny  zaufania.  Najpierw  by  się  rozwiódł  i  dopiero  potem

rozglądał  za  inną  kobietą.  Mamy  nie  była  już  taka  pewna.  Nie  zdziwiłoby  ją

wcale, gdyby się okazało, że nie wszystkie noce na delegacjach spędza sama.

Elisa uważała to nawet za całkiem prawdopodobne.

Tatuś. Z młodą kobietą, ledwo starszą od własnej córki. Na samą myśl Elisie

zrobiło się niedobrze. Jednak bardziej od samego romansu bolały ją kłamstwa

i zatajanie, utrata zaufania. Jeśli w ogóle doszło do jakiegokolwiek romansu.

Przecież  mogła  to  być  taka...  Tylko  po  co  tatuś  trzymałby  wtedy  te  zdjęcia

w  komputerze?  Musiały  być  ważne,  skoro  chciał  je  mieć  pod  ręką,  chciał  je

oglądać.

– Może...

Głos Lumikki docierał do Elisy jak przez gęstą mgłę. Może to tylko sen, który

skończy się właśnie t e r a z...

Drzwi  gabinetu  otwarły  się  gwałtownie  i  do  środka  wpadli  Tuukka

z Kasprem.

–  Co  to  za  szeptanie  po  kątach?  Czyżby  nasz  magik  od  komputerów  coś

znalazł... Łohoł!

Lumikki czuła się nieswojo, gdy Elisa, Kasper i Tuukka stali za nią i patrzyli

na  zdjęcia.  Głównie  z  powodu  Elisy,  bo  nawet  nie  oglądając  się  za  siebie,

wyczuwała jej zażenowanie.

– Może to tylko jakaś... Może tatuś tylko... – Dziewczyna próbowała ubrać

w słowa jakieś wytłumaczenie.

–  Let’s  face  it

3

  –  przerwał  jej  Kasper.  –  Twój  stary  posuwa  na  boku  jakąś

młodą foczkę.

Wszystkie ich myśli wypowiedziane na głos. Może nie dosłownie, ale w treści

zgodne.

– Te zdjęcia mogą mieć jakieś inne wyjaśnienie – sprzeciwiła się apatycznie

background image

Elisa.

Wiedziała, że Kasper ma rację. Lumikki usłyszała to w jej głosie.

– Bez dwóch zdań to się jakoś wiąże z tą forsą – wyraził pogląd Tuukka. –

Dwie takie tajemnice jednocześnie nie mogą być zbiegiem okoliczności.

– Ale jak? – spytała Elisa.

–  Wygląda  na  Rosjankę,  nie?  –  poddał  Kasper.  –  Może  to  dziw...

przepraszam, prostytutka? Może twój stary wszedł w handel żywym towarem?

Elisa  pokręciła  głową.  Lumikki  spojrzała  na  nią  wreszcie  i  zdała  sobie

sprawę, że dziewczyna połyka łzy.

– Albo może... – zaczął spekulować Tuukka.

Wtedy  komputer  delikatnym  brzęknięciem  obwieścił  nadejście  wiadomości.

Lumikki  nie  zamknęła  odnalezionej  skrzynki  anonimowego  konta,  w  razie

gdyby w międzyczasie wydarzyło się tam coś interesującego.

No i strzał w dziesiątkę.

Nadawca  wiadomości  również  miał  anonimowe  konto  pocztowe.

„Beautifulrose”  i  międzynarodowa  nazwa  domeny  nie  mówiły  zbyt  wiele.

Lumikki odczytała wiadomość na głos. Była po angielsku.

My love,

I had to create another e-mail address. Just to be careful. White Bear is having

a party on Friday. Wants you to be there. And so do I :-). There will be a black car

picking you up at 8 pm. Because the theme is fairy tales and because I know what

you like, I’m going as the Snow Queen. I’ve got something important to tell you.

Kisses,

N

p.s. Please delete this message right after reading as always. We have to be extra
careful.

4

Tuukka, Kasper i Elisa spojrzeli po sobie ze zdumieniem.

– Co to ma niby znaczyć? – spytała Elisa.

–  White  Bear,  White  Bear...  –  powtarzał  Kasper.  –  Ja  pierdolę.  Biały

Niedźwiedź. Twój stary dostał zaproszenie na przyjęcie do Niedźwiedzia.

– Że niby gdzie? Do kogo?

–  Do  Białego  Niedźwiedzia!  –  krzyknął  Kasper.  –  Przecież  to  legenda.  Sam

wiem tylko tyle, że to jakiś wielki bonzo, z którym generalnie wszyscy się liczą.

Krążą  słuchy,  że  facet  kręci  milion  legalnych  i  nielegalnych  biznesów,

a  generalnie  nikt  go  na  oczy  nie  widział.  O  tych  jego  przyjęciach  krążą

zupełnie  odjechane  opowieści.  Zdaje  się,  że  Biały  Niedźwiedź  ma  jakiś  pałac

czy  dwór,  gdzie  urządza  naprawdę  zajebiste  balangi.  Są  na  nich  wszyscy.  To

background image

znaczy wszyscy ważni i bogaci.

– Jak się nazywa ten Biały Niedźwiedź? – spytała Lumikki.

Kasper spojrzał na nią z rozbawieniem.

– Tego nie wiem. Żeby to wiedzieć, trzeba by należeć do jego najbliższego

kręgu.

– Czy to jakiś gangster?

Elisa instynktownie ściszyła głos.

Kasper rozłożył ramiona.

– No, na pewno nie wszystkie jego biznesy są krystalicznie czyste. Cholera

go wie. Ale facet jest tak bogaty i sprytny, że go nie złapią. On nie brudzi sobie

rąk.

– A ty skąd to wszystko wiesz? – zdziwił się Tuukka.

Usta  Kaspra  wykrzywił  uśmiech.  Chłopak  mógł  choć  raz  poczuć  się

najważniejszy z całej trójki.

– Mam swoje źródła. Jak się człowiek obraca w odpowiednich kręgach, to się

nasłucha  tego  i  owego.  Nie  pytajcie  za  dużo.  Macie  ode  mnie  pigułki
i informacje. That’s all you need to know.

5

Lumikki zdążyła w międzyczasie spisać słowo po słowie treść wiadomości na

kartkę, którą wsunęła sobie do kieszeni spodni.

– Tak czy owak, mejla trzeba usunąć – poinformowała. – Bo niestety widać,

że był otwierany, i twój ojciec od razu zajarzy, że ktoś zaglądał do skrzynki.

Lumikki najechała kursorem na przycisk kasowania.

Terho Väisänen stał pod drzwiami domu. Dłonie zupełnie mu zgrabiały, choć

rękawice miały rzekomo wszystkie możliwe windstoppery i specjalne warstwy

zatrzymujące  ciepło.  Próbował  rozruszać  palce,  żeby  móc  przekręcić  klucz

w zamku.

Przypomniał  mu  się  grudzień.  Kiedy  były  zaledwie  dwa  stopnie  mrozu

i  prószył  drobny,  puszysty  śnieżek.  Stali  z  Natalią  pod  rzeźbą  świetlną  na

Tampelli.  Konstrukcja  jarzyła  się  na  niebiesko,  nadając  twarzy  dziewczyny

aurę nierealności.

Wyszli właśnie z kawiarni. Nowe osiedle wybudowane na dawnych terenach

fabrycznych  było  stosunkowo  bezpieczne.  Terho  nie  miał  tam  znajomych,

a jego żona żadnych powodów, aby tam zachodzić, podobnie jak Elisa. Między

blokami  chodzili  głównie  mieszkańcy,  przez  osiedle  nie  wiódł  żaden  skrót  do

centrum.  Nie  było  tam  sklepów  ani  restauracji,  które  zachęcały  do  wejścia

w  osiedle.  Kawiarnia  ledwo  mogła  wyżyć  z  drobniaków,  zostawianych  przez

bywalców  z  okolicy.  Na  Tampelli  Terho  i  Natalia  nie  bali  się  pokazywać

publicznie. Chociaż ryzyko istniało zawsze.

Kiedyś  jednak  musieli  się  odważyć.  Poza  tym  groźba  wpadki  była

ekscytująca.  Terho  miał  oczywiście  przygotowaną  bajeczkę,  w  razie  gdyby

background image

zobaczył  ich  razem  jakiś  znajomy  albo  znajomy  znajomego.  Wspomniałby

o pracy, konieczności pozyskiwania kontaktów i tajemnicy służbowej. Dałby do

zrozumienia,  że  Natalia  jest  jego  informatorką,  więc  nie  może,  rzecz  jasna,

powiedzieć nic więcej. Pst! Terho cieszył się jednak, że jeszcze nigdy nie musiał

nikomu sprzedać tej historii.

Natalia  zapomniała  rękawiczek.  Chuchała  w  swoje  drobne  piąstki.  Terho

wziął je w dłonie i ogrzał. Natalia się uśmiechnęła. Na jej włosach osiadło kilka

płatków  śniegu.  W  nich  także  odbijało  się  niebieskie  światło  rzeźby.

Dziewczyna  była  w  białym  płaszczu  i  białych  kozaczkach.  Jeszcze  nigdy  nie

wyglądała tak pięknie.

– Królowa Śniegu – szepnął jej na ucho. Nagle poczuł przemożną potrzebę,

aby  ją  całą  ogrzać,  przyłożyć  swoje  palące  dłonie  do  jej  chłodnej  skóry,

roztopić na niej wszystkie płatki śniegu.

–  Idziemy  –  wychrypiał  i  pociągnął  Natalię  ze  sobą,  przyspieszając  kroku.

Pięć  minut  później  dotarli  do  recepcji  hotelu  Tammer.  Wzięli  pokój.  Terho

zadzwonił  do  żony  i  oznajmił  krótko,  że  nadgodziny  przeciągną  się  do  nocy.

Potem  spojrzał  na  Natalię,  której  żółte,  hotelowe  światło  pozbawiło  już  aury

istoty  baśniowej.  Nie  przeszkadzało  mu  to.  Wyobraźnia  rozpaliła  w  nim

pożądanie. Zagarnął dziewczynę w ramiona i zamknął oczy.

Terho wrócił do teraźniejszości, w której jego zgrabiałe palce wciąż jeszcze

zmagały się z kluczem. Zaklął siarczyście pod nosem.

Lumikki pierwsza usłyszała stuki i cicho poinformowała resztę:

– Ktoś idzie.

Elisa aż podskoczyła.

– To ci porywacze! Albo mordercy!

Lumikki z trudem powstrzymała się, żeby nie zakryć Elisie ust dłonią. Czy ta

dziewczyna  mogła  mieć  aż  tak  słabo  rozwinięty  instynkt  samozachowawczy?

Czy  od  przebywania  w  różowo-czarnym  pokoju  zlasował  jej  się  mózg  i

ograniczył proces myślenia?

–  Zachowujemy  teraz  absolutną  ciszę  i  spokój.  Zdaje  się,  że  nasz  gość  ma

klucz  od  domu.  Zakładam,  że  to  twój  ojciec.  Czyli  teraz  najważniejsze  to  nie

hałasować, żeby się nie zorientował, że buszujemy w jego gabinecie.

Wypowiadając  te  słowa,  Lumikki  bez  wahania  skasowała  wiadomość,

wylogowała się z konta, zamknęła ukryty katalog ze zdjęciami i przeglądarkę

oraz  wyłączyła  komputer.  Każda  czynność  niemiłosiernie  się  przeciągała.

Lumikki  wiedziała  jednak,  że  to  tylko  złudzenie.  W  rzeczywistości  wszystko

trwało najwyżej kilka sekund.

Jednak  w  ciągu  tych  kilku  sekund  niezidentyfikowany  przybysz  zdołał

wsunąć klucz do zamka. Drzwi wejściowe zgrzytnęły.

– Teraz. Na górę – szepnęła Lumikki.

background image

Elisa, Tuukka i Kasper chyłkiem czmychnęli z gabinetu i wbiegli na schody.

Sami  zapewne  sądzili,  że  poruszają  się  bezszelestnie,  ale  Lumikki  miała

wrażenie, że stado gnu usłyszało właśnie ryknięcie lwa.

Wyłącz się. Dalej.

Komputer  długo  mielił,  monitor  ciągle  pokazywał  komunikat  o  zamykaniu

systemu. Lumikki podejrzewała, że może z nim być ten sam problem, co z jej

laptopem: często nie ma najmniejszej ochoty się wyłączyć.

Usłyszała  otwierające  się  drzwi  wejściowe.  Na  szczęście  z  progu  domu  nie

było widać, co dzieje się w gabinecie. Sprawnym ruchem ktoś przedostał się do

środka. Osoba o sporej masie. Mężczyzna.

Lumikki  uspokoiła  oddech.  Skupiła  się  na  spowolnieniu  tętna.

Zdecydowanym ruchem wcisnęła włącznik na obudowie i chwilę przytrzymała.

Przy  następnym  rozruchu  komputer  pewnie  zatrąbi,  że  system  nie  został

poprawnie  zamknięty,  co  może  wzbudzić  podejrzenia  ojca  Elisy,  ale  Lumikki

nie  miała  już  innego  wyjścia  i  musiała  zaryzykować.  Prawdopodobnie

mężczyzna zareaguje identycznie jak większość ludzi, czyli chwilę zaduma się

nad komunikatem, po czym wzruszy ramionami i uzna, że chyba czas pomyśleć

o zakupie nowego sprzętu.

Wyłącz się.

Monitor zgasł.

– Elisa! Wpadłem do domu na godzinkę! Mogę ci zrobić coś do jedzenia! –

krzyknął mężczyzna.

Dobra nasza. Lumikki miała rację.

Po  cichutku  stanęła  za  otwartymi  drzwiami  w  nadziei,  że  mężczyzna  nie

wejdzie od razu do gabinetu.

Usłyszała szelest zdejmowanej kurtki. I zbliżające się kroki.

Nie wchodź tu.

Zdawało się jej, że ojciec Elisy zmierza do kuchni, jednak w ostatniej chwili

zawrócił  i  wszedł  do  gabinetu.  Lumikki  wstrzymała  oddech.  Stała  się  płaska.

Bezzapachowa. Przestała istnieć.

Nie siadaj na krześle. Siedzisko będzie jeszcze ciepłe, nie zdążyło ostygnąć.

Nie usiadł. Stanął przy biurku i zaczął przeglądać pocztę. Lumikki nadal nie

oddychała.  Jeśli  zachowa  spokój,  wytrzyma  na  bezdechu  przynajmniej  dwie

minuty. Mężczyzna rzucił na blat kilka kopert, pewnie jakieś rachunki. Potem

poszedł do kuchni.

–  Na  co  masz  ochotę?  Makaron?  A  może  rosół  na  ostro?  Trzeba  zjeść  coś

rozgrzewającego, na dworze taki ziąb, że zmarzłem na kość.

Otworzył drzwi lodówki.

Teraz. Lumikki wyszła zza drzwi gabinetu, rozpędziła się i po nienaturalnie

gładkim  parkiecie  prześlizgnęła  bezgłośnie  w  skarpetkach  do  schodów  na

piętro. I popędziła na górę bezszelestnie jak lew podkradający się do stada gnu.

background image

Weszła do pokoju Elisy niepostrzeżenie i wystraszyła całą trójkę.

–  Kuźwa,  o  mały  włos  nie  dostałam  zawału  –  szepnęła  Elisa.  –  A  teraz

migiem do garderoby.

– Po co? – Lumikki nie pojęła toku rozumowania koleżanki.

Tuukka  i  Kasper  siedzieli  rozwaleni  na  sofie  i  nie  zdradzali  najmniejszej

ochoty do zabawy w chowanego.

Na schodach rozległy się ciężkie kroki.

–  Później  ci  wyjaśnię  –  szepnęła  Elisa,  wepchnęła  Lumikki  do  garderoby

i szybko zamknęła drzwi.

– Jest ktoś u ciebie? – Ze szczytu schodów dobiegł ich głos ojca Elisy.

–  Tak,  wpadli  Tuukka  i  Kasper!  –  odkrzyknęła  przesadnie  ożywionym

głosem, który już na kilometr brzmiał fałszywie.

–  Podobno  miałaś  migrenę?  –  Mężczyzna  stał  się  podejrzliwy.  –  A  wy,

chłopaki, nie w szkole?

– Właśnie mi przeszła.

– Odwołali matmę, bo pani zachorowała.

Elisa i Tuukka odpowiedzieli jednocześnie.

Przez  szczelinę  w  drzwiach  garderoby  Lumikki  widziała,  jak  ojciec  Elisy

mierzy spojrzeniem całą trójkę. Miał krótkie blond włosy i tułów ciężarowca.

W garderobie było ciemno, ale przestronnie. Pachniało dziewczyną. Garderoba

Lumikki nigdy nie mogłaby mieć takiego zapachu.

Znów się ukrywała. Znów unikała spojrzeń.

Zamknęła oczy.

Nie uciekniesz. Znajdziemy cię wszędzie. A kiedy cię znajdziemy, to koniec

z tobą.

Koniec.

Z tobą.

background image

14

Samo nie przyjdzie tu lato,

gdy nikt nie popędzi go z nas,

i nie poradzi coś na to,

by pąki były na czas.

Każę zakwitnąć więc kwiatom,

zielenić się łąkom po brzeg.

I przyszło wreszcie to lato,

bo roztopiłam dziś śnieg.

I jeszcze wodzie w strumyku,
kazałam pląsać i lśnić...

6

Drzewko świętojańskie. Balony, balony, mnóstwo balonów, niektóre rozbiegły

się już po błękitnym niebie. Najpiękniejszy wieczór w Maarianhaminie, chylący

się już ku nocy, a wciąż jasny jak dzień. Cała rodzina taty. Zapach lata, odległe

nawoływania  mew,  krzyki  jaskółek.  Lumikki  w  białej  sukience,  na  głowie

wianek  z  mleczów,  zrobiony  przez  mamę.  Śpiewa  Letnią  piosenkę  Idy  Astrid

Lindgren. Nie ma ładnego głosu, ale nikomu to nie przeszkadza.

Nagle wyrasta przed nią kuzynka Emma, starsza o rok. Lumikki próbuje ją

wyminąć. Idzie popatrzeć na drzewko. Ona też chce dostać balon. Wujek Erik

napełnia  je  helem  i  rozdaje  dzieciom.  Czerwony.  Albo  niebieski.  W  żadnym

wypadku nie żółty. Najchętniej właśnie czerwony.

– Pobawimy się? – pyta po szwedzku Emma.

Lumikki wzrusza ramionami.

–  Pobawimy  się  tak,  że  ty  zostaniesz  moją  niewolnicą  i  będziesz  musiała

robić wszystko, co ci każę, okej?

Lumikki kręci głową.

– To ja będę królową, a ty moim koniem.

– Nie – odpowiada Lumikki.

– Musisz. Mogę ci rozkazywać, bo to nasz dom i jestem od ciebie starsza.

Lumikki zbiera się na płacz. Ale powtarza jeszcze:

– Nie.

Wtedy podchodzą do nich ciocia Anna, matka Emmy, i mama Lumikki.

– Lumikki nie chce się ze mną bawić. Co wymyślę, to ona mówi ciągle „nie”!

– skarży się Emma swojej matce. – Wcale nie jest taka fajna jak...

– Ciii...

Ciocia Anna głaszcze Emmę po płowych włosach.

background image

– Lumikki jest może trochę nieśmiała – mówi. – Chodź, pójdziemy po balon

dla ciebie.

Ciocia  Anna  bierze  córkę  za  rękę.  Po  paru  krokach  Emma  obraca  się  do

Lumikki  i  pokazuje  jej  język.  Kobiety  niczego  nie  zauważają.  Mama  Lumikki

patrzy  w  morze.  Słony  wiatr  musiał  podrażnić  jej  oczy,  bo  wierzchem  dłoni

ociera łzy. Po chwili wzdycha i odzywa się do córki po fińsku:

–  Nie  warto  ciągle  mówić  „nie”.  Jeśli  będziesz  trochę  częściej  odpowiadać

„tak”, może znajdziesz przyjaciół.

Przyjaciół? Czy Lumikki chce ich mieć? Czy mieć przyjaciół znaczy, że trzeba

się potem godzić na wszystko?

I  niebo  piękne  wieczorem  pomalowałam  na  róż.  Słowa  piosenki  nie  chcą  już

przejść Lumikki przez gardło.

Nie.

Lumikki starała się przybrać ton, który utnie dalszą jałową dyskusję.

Elisa  spojrzała  na  nią  wielkimi  oczami.  Tylko  że  spojrzenie  Bambi,  który

właśnie stracił mamę, nie działało na Lumikki.

– Ale nikt inny z nas nie może – próbował jeszcze argumentować Tuukka. –

Jesteś jedyną osobą, której ojciec Elisy nigdy nie widział.

– Takie zabawy w detektywów mogą być całkiem fajne, ale w podstawówce.

Teraz już nie.

Lumikki  otworzyła  balkon  i  wpuściła  do  pokoju  mroźne  powietrze.  Kiedy

Elisa i chłopcy wcinali na dole rosołek tatusia, ona musiała się kisić w słodkich

oparach garderoby. Mogła wyjść dopiero, gdy ojciec Elisy wrócił do pracy.

Lumikki zaciągnęła się rześkim powietrzem. Płuca trochę zabolały, ale to nic.

–  W  ten  sposób  moglibyśmy  co  nieco  wyjaśnić.  –  Kasper  przyłączył  się  do

grupy nacisku.

– Albo po prostu skończyć tę błazenadę i pójść na policję – odparła Lumikki.

Nie,  nie,  nie.  Bo  balanga.  Bo  narkotyki.  Bo  włamanie  do  szkoły.  Bo

pieniądze.  Bo  ojciec  Elisy  jest  policjantem,  a  poza  tym  kto  im  uwierzy,  no

i powinni mieć coś więcej poza paroma fotkami i skasowanym mejlem.

– Dla was to pewnie nic wielkiego wagarować kilka dni z rzędu, ale ja nie

mam zamiaru zawalić żadnego przedmiotu.

Lumikki zdecydowanym krokiem ruszyła w stronę schodów na parter. Elisa,

Tuukka i Kasper podążali za nią krok w krok jak szczenięta. Do pełnego obrazu

brakowało tylko wywieszonych języków.

–  Przecież  jutro  masz  tylko  dwie  fizy  i  dwa  wuefy  –  powiedziała  Elisa.  –

A nawet nie zaczęłaś się zbliżać do limitów nieobecności z tych przedmiotów.

Lumikki  zerknęła  na  Elisę.  Czyżby  dziewczyna  zadała  sobie  trud

przestudiowania jej planu lekcji i frekwencji? Niezły ruch. Zaskakujący.

– Jeśli zrobisz dla mnie jeszcze to, przyrzekam na wszystkie świętości, że już

background image

więcej cię o nic nie poproszę.

Spojrzenie Elisy było szczere.

Lumikki nie dała po sobie poznać, że pomysł jest kuszący. Nęciła ją zarówno

perspektywa  uwolnienia  się  wreszcie  od  całej  trójki,  jak  i  samo  zadanie.

Wiedziała,  że  doskonale  się  do  niego  nadaje.  Że  jest  dobra  w  byciu

niewidzialną i niezauważalną. Dobra w niebyciu.

– Zgoda. Ale teraz idę do szkoły. Zdążę jeszcze na plastykę.

Elisa  rozpromieniła  się  od  razu,  gdy  zdała  sobie  sprawę,  że  Lumikki

naprawdę się zgodziła. Spontanicznie wzięła ją w ramiona, w których ta czuła

się  równie  naturalnie  jak  w  uścisku  węża  boa.  Należało  dać  Elisie  odpór  już

przy pierwszym niespodziewanym ataku z niedźwiadka. A tak Lumikki dała się

wkręcić w spiralę uścisków, bez szans na ucieczkę.

– Dzięki, dzięki, dzięki – powtarzała w kółko Elisa.

Lumikki wywinęła się z jej objęć.

– Tylko nie zrób nic głupiego.

Oparty o poręcz Tuukka stał kilka stopni wyżej z kpiącym uśmieszkiem na

ustach.  Wyobrażał  sobie  zapewne,  że  ten  grymas  czyni  z  niego  seksownego

przystojniaka, w rzeczywistości jednak wyglądał po prostu głupio.

Na dworze Lumikki spojrzała na wyświetlacz komórki. Była 12.35. Wróci pod

dom Elisy za siedemnaście godzin.

Napastnik usiłował trafić Lumikki z prawej strony. Wyprowadziła dwa proste

na nos i zaraz potem dwa prawe haki na podbródek. I powtórzyła serię. Dwa

proste, dwa haki. Prosty, prosty, hak, hak. Tętno w przedziale 175.

Przeciwnik się zachwiał, ale nie upadł, podjął więc kolejną próbę. Lumikki

wbiła  mu  prawy  łokieć  w  klatkę  piersiową,  po  czym  błyskawicznie  odwinęła

w  górę  prawe  przedramię,  trafiając  go  pięścią  w  szczękę.  Zakończyła  serię

energicznym, wznoszącym kopnięciem bocznym.

Napastnik został powalony. Plecy, uda i twarz Lumikki ociekały potem.

Leżący  usiłował  wstać,  ale  Lumikki  przyparła  go  lewą  ręką  mocno  do

podłogi.

Nawet nie próbuj, skurwielu.

I zaczęła go z całej siły boksować. Prawa pięść lądowała na tułowiu i twarzy.

Ciosy  były  z  początku  powolne,  mierzone,  pewne.  Ale  tempo  z  każdą  chwilą

rosło, aż wreszcie Lumikki tłukła na oślep.

Nawet  nie  błagaj  o  litość.  To  nie  salka  katechetyczna,  tu  przebaczenia  nie

będzie.

Słony  pot  spływał  jej  po  czole,  oczy  szczypały.  Zamrugała,  potem  mocno

zacisnęła  powieki.  Nie  musiała  widzieć.  Zbyt  dobrze  znała  twarz  swojego

wroga.

In your face. In your face.

7

background image

Już. Nigdy. Nie. Wstaniesz.

–  Super!  I  teraz  to  samo  na  lewą  stronę.  Schemat  macie  już  opanowany.

Jedziemy od początku, i na maksa.

Lumikki odeszła parę kroków na bok, chwyciła ręcznik i wytarła oczy oraz

czoło. Chwilę później sala znów zadrżała od dudniącej muzyki i czterdziestka

młodych  kobiet  i  kilka  starszych,  w  średnim  wieku,  oraz  trzech  mężczyzn

zaczęło  wykonywać  identyczne  ruchy  niczym  dobrze  wyregulowane  trybiki

w maszynie.

Lumikki  kontrolowała  w  dużym  ściennym  lustrze,  czy  odpowiednio  mocno

ugina  kolana  i  czy  ręce  ustawione  do  bloku  są  wystarczająco  wysoko,  przed

czerwoną  z  wysiłku  twarzą.  Z  tyłu  i  trochę  z  boku  niej  ćwiczyła  dziewczyna

w  zielonej  koszulce  i  włosach  upiętych  w  krótkie  kitki,  która  się  na  niej

wzorowała.  Lumikki  wiedziała,  że  należy  do  najlepszych  w  całej  grupie.

Uderzała z całej siły do samego końca. Miała dobrą technikę.

Technikę  aerobiku.  Bo  w  gruncie  rzeczy  był  to  aerobik.  Serie  ruchów

wykonywanych w rytm przebojowej muzyki tanecznej, doprawione klimatem

sportów  walki.  Dobrana,  nieskomplikowana  choreografia,  w  której  przy

dopingu  instruktorki  prowadziło  się  wyobrażone  walki  z  wyobrażonymi

przeciwnikami.  Aerobik,  tylko  trochę  bardziej  agresywny.  Lumikki  to  lubiła.

W combacie łatwo osiągała upragniony stan pobudzenia, a po zajęciach była

zlana potem i porządnie zmęczona. Nie myślała nawet o tym, żeby trenować

prawdziwe  sztuki  walki  lub  boks.  Doskonale  znała  to  uczucie,  gdy  pakuje  się

drugiemu człowiekowi pięść w brzuch. Gdy rozbija mu się nos i czuje na rękach

dziwne  ciepło  cudzej  krwi.  Ciepło  stygnącej  konfitury.  Lumikki  nie  pragnęła,

aby jej ciosy dosięgały konkretnego, żywego celu. Nazbyt dobrze pamiętała, jak

się czuła, bijąc prawdziwego człowieka, choć od tamtej pory minęły już ponad

dwa lata. Zapadający nad szkolnym boiskiem siny zmierzch wypalił się w jej

pamięci na zawsze. Kiedy wracała do niego myślami, czuła w ustach kwaśny

smak,  a  w  nosie  słodki  zapach  perfum.  Miał  w  sobie  różę,  wanilię  i  nutę

sandałowca.

Let it rain over me.

8

Lumikki  nie  potrzebowała  deszczu,  jej  czarna  koszulka  bez  rękawów  była

mokra od potu.

Siedziała po zajęciach w szatni i czekała, aż oddech wróci do normy. Wtedy

zaczęła  ściągać  opaski.  Na  combacie  owijało  się  nadgarstki  i  pięści,  aby  je

wzmocnić i zatrzymać pot. Nade wszystko jednak stanowiło to kolejny element

zabawy,  rekwizyt  do  roli  nieokiełznanej  wojowniczki,  w  którą  najchętniej

wcielały  się  na  zajęciach  grzeczne  licealistki.  Lumikki  nie  była  wyjątkiem.

Nazywało  się  je  nawet  opaskami  mocy  –  jedne  dziewczyny  mówiły  to

z przymrużeniem oka, inne z błyskiem w oczach.

– Ten nowy układ jest dobry. Cięższy od poprzedniego.

background image

Lumikki  spojrzała  w  stronę,  z  której  dobiegł  głos.  Na  drugim  końcu  ławki,

ściągając  opaskę,  siedziała  dziewczyna  starsza  od  niej  o  jakieś  dwa  lata.  Nie

było  wątpliwości,  że  mówiła  do  Lumikki.  Długie,  rude  włosy  wysoko  upięte

w kitkę. Twarz i ramiona upstrzone piegami. Czarne, luźne spodnie i czarny,

obcisły top – taki sam combatowy uniform, jaki wkładała Lumikki. Zauważyła

ją  na  zajęciach  i  na  siłowni  już  wcześniej.  I  wiedziała,  że  także  została

zauważona. Czuła na sobie jej spojrzenie, dziewczyna śledziła jej ruchy. I nie

tylko  ruchy,  lecz  także  zaokrąglenia  tułowia,  zarysy  mięśni.  Lumikki

przeczuwała, że prędzej czy później dziewczyna do niej zagada.

– Ujdzie – odpowiedziała.

Swobodnym,  naturalnym  ruchem  ruda  przysunęła  się  bliżej  Lumikki.  Spod

zapachu  potu  wybiły  Calvin  Klein  One  i  grejpfrutowy  żel  pod  prysznic.

Dziewczyna wróciła do odwijania opaski. Jej biceps zbił się w jędrną kulę. Na

mięśniu miała siedem piegów, które układały się jak gwiazdy w Bliźniętach.

Lumikki nagle dopadły wspomnienia. Był jeszcze ktoś, kto używał CK One.

Kto  miał  na  szyi  wytatuowany  gwiazdozbiór  Bliźniąt.  Przypomniała  sobie  to

uczucie,  gdy  zbliżyła  do  nich  usta  i  zaczęła  muskać  kolejne  gwiazdy.  Kastora

przytrzymała wargami nieco dłużej. Odgadła, że przy Polluksie nie wytrzyma,

odwróci się, uwięzi jej nadgarstki w swoich dłoniach i pocałuje w usta.

Czy to naprawdę było ubiegłego lata? A jakby sto lat temu.

Lumikki  chwyciła  butelkę  z  wodą  i  pociągnęła  kilka  długich  łyków.

Dziewczyna najwyraźniej czekała, aż Lumikki coś powie, jakoś potwierdzi, że

warto było się do niej przysiąść. Wyjdzie z inicjatywą. Lumikki wiedziała aż za

dobrze,  co  będzie  dalej.  Kolejne  pogaduszki  w  szatni,  uśmiechy,  nieśmiałe

zaproszenie  na  kawę  i  wreszcie  ta  nieuchronna,  nieunikniona  sytuacja,

w której wypowie te brutalne słowa.

To nie przez ciebie, to przeze mnie.

Nie teraz, jeszcze nie, może nigdy.

Pozostańmy  kumpelkami.  I  obie  będą  wiedziały,  co  to  oznacza  –  że  od  tej

pory  będą  unikać  spotkania  jak  ognia.  Lumikki  nie  mogłaby  jej  nigdy

powiedzieć,  że  wszystko  przez  to,  że  twój  zapach  przypomniał  mi  kogoś

innego.  I  właśnie  dlatego  nie  możemy  dłużej  być  razem.  Nie  byłaby  z  nią

szczera.  Musiałaby  kłamać  od  samego  początku,  a  to  skończyłoby  się  jedynie

wstydem, mdłym żalem, tępą irytacją.

I po co? Lumikki postanowiła oszczędzić im obu czasu, a dziewczynie łez. Nie

odrywała ust od butelki. Milczenie przeciągnęło się poza granicę niezręczności.

Ruda poruszyła się niespokojnie, poprawiła włosy i powiedziała:

– Dobra. To na razie.

Lumikki  uniosła  nieznacznie  rękę  na  pożegnanie.  Dziewczyna  wzięła  torbę

i  przesiadła  się  na  ławkę  w  innej  części  szatni.  Lumikki  wypuściła  cicho

powietrze z płuc. Powysiłkowa euforia minęła. Przepocony strój przykleił się do

background image

skóry i zaczynał ziębić.

I  surrender.

9

  Po  głowie  tłukł  się  jej  irytująco  ostatni  przebój  treningu.

W pewnych sprawach wolała sobie odpuścić, nawet nie próbować. Czasem tak

było lepiej dla wszystkich.

W  saunie  Lumikki  siedziała  sama,  jak  nigdy.  Z  początku  nie  polewała

kamieni wodą, czekała, aż skóra sama się ogrzeje i znów pokryje potem, który

zacznie powoli ściekać z karku po plecach. Ale razem z potem na powierzchnię

wybijały  wspomnienia  lata  i  jesieni,  choć  próbowała  je  zatrzymać,  bo  to  nie

był  dobry  moment.  Który  zresztą  jest  dobry  na  tęsknotę  i  melancholię?  One

jednak  dopadły  ją  ze  wszystkich  stron  i  ścisnęły  żołądek,  aż  się  zgarbiła.

Przeszywające  ją  błękitne  oczy.  A  potem  szybko  umykające  w  bok.  Gdzieś

daleko.

– Lepiej, żebyśmy się już nie spotykali.

– W ogóle?

–  Na  pewno  przez  jakiś  czas.  Chyba  sama  rozumiesz,  że  chcę  to  wszystko

przetrawić  bez  świadków.  Nie  byłoby  uczciwe,  gdybyś  musiała  się  męczyć  ze

mną.

Lumikki  miała  ochotę  krzyczeć,  przekonywać.  Jakim  prawem  ktoś  określa

granice  jej  wytrzymałości  i  formułuje  wnioski,  co  dla  niej  jest  uczciwe,  a  co

nie?  Doskonale  umiała  zatroszczyć  się  o  siebie.  Rozzłościła  ją  łatwość,  z  jaką

została  wykluczona  z  życia  i  problemów  drugiego  człowieka.  Jak  gdyby  była

małym,  wrażliwym  dzieckiem,  na  które  wszyscy  chuchają  i  dmuchają.  Miała

ochotę  syknąć,  że  przerabiała  już  znacznie  cięższe  tematy  i  nie  trzeba  jej

trzymać pod kloszem.

Rozumiała  jednak,  że  krzyk  nic  tu  nie  pomoże.  Klamka  zapadła.  Rola

Lumikki ograniczała się do pogodzenia się z faktami. Taką jej rozpisano w tym

akcie przedstawienia.

– Co znaczy „przez jakiś czas”? Chyba będę mogła do ciebie dzwonić?

Lumikki brzydziła się tą błagalną, podwyższoną nutą swojego głosu. Czuła,

że  w  gardle  rośnie  jej  klucha,  i  wiedziała,  że  nie  będzie  w  stanie  jej  z  siebie

wypłakać. Całe lata minęły, odkąd zatraciła zdolność wylewania łez. Tamtego

lata zaczęła myśleć, że może ją odzyska, ale podczas tej rozmowy zrozumiała,

że musi żyć z tą kluchą w gardle, przełykać ją i mieć nadzieję, że któregoś dnia

w końcu się rozpuści.

Żadnych  telefonów,  mejli,  wiadomości  na  Facebooku,  listów,  nocnych

sygnałów  morsem  latarką,  znaków  dymnych  nadawanych  parującym

oddechem  w  jesienny  wieczór,  ani  intensywnych,  rozpalonych  myśli,  które

przenikały przez mgłę, ściany i drzwi. Nic. Absolutna cisza w eterze. Jak gdyby

człowiek  nagle  zapadł  się  pod  ziemię.  A  w  każdym  razie  z  dnia  na  dzień

zniknął  z  życia  Lumikki.  Tak  samo  niespodzianie  i  bezczelnie,  jak  się  w  nim

pojawił.  Wróciła  myślami  do  tamtego  majowego  popołudnia.  Niewiarygodnie

background image

palące  słońcei  temperatura,  która  wspięła  się  niepostrzeżenie  powyżej

dwudziestu stopni po raz pierwszy tamtej wiosny. Lumikki szła przez centrum

ubrana  zdecydowanie  za  grubo  na  taką  pogodę,  więc  na  brzegu  wodospadu

zdjęła płaszcz i przysiadła na ławce, aby popatrzeć na ciemny, rozpędzony nurt

i poczuć na twarzy ciepło słońca. Przyszło jej do głowy, że do ideału brakuje jej

tylko nuty orzeźwienia. Do budki z lodami miała akurat żabi skok. Przewiesiła

sobie  płaszcz  przez  ramię  i  stanęła  w  długiej  kolejce.  Nie  ona  jedna  poczuła

tego dnia pragnienie zjedzenia prawdziwego loda.

W kolejce Lumikki rozmyślała, czy wziąć lukrecję, czy cytrynę. Lukrecja to

podstawa. Zawsze jej smakowała. Ale i cytryna brzmiała interesująco. Może za

sprawą  majowego  światła  i  słońca,  które  sygnalizowało  długie  i  upalne  lato.

Ciągle nie podjęła decyzji, gdy przyszła jej kolej.

Spoczęły  na  niej  błękitne  oczy  sprzedawcy.  Już  otworzyła  usta,  ale  nie

zdążyła złożyć zamówienia.

– Nic nie mów. Zgadnę. Nie chcesz czekolady ani truskawki. Jak najdalej od

wanilii. Budyniowy też cię nie interesuje, podobnie jak wszystkie nowinki, bo

to  tylko  oszukiwanie  naiwnych,  którzy  lubią  eksperymentować.  Ty  jesteś

lukrecja. Widać to po tobie na kilometr.

Błękitne oczy za ladą zwęziły się nieznacznie i spojrzenie stało się bardziej

przenikliwe.

–  Ale  teraz  masz  ochotę  na  cytrynę.  Bo  to  już  nie  do  końca  wiosna,  ale

jeszcze  nie  lato.  Masz  ochotę  na  coś  cierpkiego  i  żółtego.  Na  lody  majowego

słońca.

Lumikki po prostu zatkało.

– Zamówisz jedną gałkę, ale nie w wafelku, bo to zwykła tektura z odrobiną

cukru. Nałożę ci więc cytrynkę do kubeczka.

Sprzedawca  sięgnął  do  pojemników  z  lodami.  Lumikki  zrobiło  się  nagle

nieznośnie gorąco. I choćby rozebrała się pod kioskiem do samej bielizny, nic

by  to  nie  dało.  Nakładanie  loda  trwało  strasznie  długo.  Lumikki  poczuła  się

niezręcznie.  Wciąż  nie  była  w  stanie  wymówić  słowa.  Wreszcie  sprzedawca

odwrócił się do niej i wręczył papierową serwetkę oraz kubeczek z lodem. Gdy

Lumikki zaczęła odliczać pieniądze, w niebieskich oczach zapalił się uśmiech.

– Daj spokój. Ja stawiam.

Lumikki  wydusiła  z  siebie  coś  na  kształt  podziękowania,  spiekła  raka

i  odwróciła  się  na  pięcie.  Czuła  się  całkowicie  prześwietlona.  Uczucie  było

zarazem  bardzo  nieprzyjemne  i  dziwnie  łaskoczące.  Dopiero  gdy  wróciła  na

ławeczkę przy wodospadzie, zauważyła wypisane na serwetce słowa.

„Zadzwoń. Wiem, że będziesz chciała.” I numer telefonu.

Lumikki  pokręciła  głową.  Bezczelny  typ,  pomyślała.  I  do  tego  dureń.

Wieczorem trzymała telefon w spoconej dłoni i wystukiwała numer.

Samolubny  dureń.  Słaby  tchórz.  Żałosny  spierdalacz.  Po  rozstaniu

background image

powtarzała to sobie w kółko podczas długich, bezsennych nocy, ale słowa nie

stawały  się  od  tego  nic  a  nic  prawdziwsze.  Kochała  tego  durnia,  tchórza

i  spierdalacza.  Rozumiała  jego  decyzję,  choć  nie  chciała  rozumieć.  Żyła

nadzieją,  czekała,  podskakiwała,  gdy  komórka  zaczynała  dzwonić,  siedziała

przy  oknie  i  wyobrażała  sobie,  że  widzi  na  dworze  znajomą  postać.  Parzyła

sobie  po  północy  mocną,  czarną  kawę,  bo  wiedziała,  że  i  tak  nie  zaśnie.

Intensywny zapach podnosił ją na duchu i troskliwie otulał. Piła jeszcze gorący

płyn, bo chciała rozpuścić tkwiącą w gardle kluchę.

Mijały  tygodnie  i  miesiące,  klucha  powoli  topniała,  a  tęsknota  odstąpiła

o  krok.  Z  nadzieją  Lumikki  rozstała  się  świadomie.  Nie  miała  z  niej  żadnego

pożytku. Prawdopodobnie już nigdy się nie spotkają.

Lumikki  ujęła  chochelkę  z  wodą.  Chlustała  raz  za  razem  na  rozgrzane

kamienie, dopóki piec nie przestał gniewnie na nią syczeć. Gorąca para wżarła

się jej w barki i kark. Wyprostowała się i poczuła, że ścisk w żołądku zelżał.

Szczypiące oczy otarła dłonią. To był pot, tylko pot.

Wieczorem  Lumikki  wpatrywała  się  w  białą  ścianę  swojej  kawalerki

i rozmyślała o obrazie, który przygotowywała na plastyce. Nie była szczególnie

utalentowaną malarką ani rysowniczką, ale uwielbiała zajęcia malarskie. Nie

roiła  sobie,  że  będzie  kimś  więcej  niż  przeciętną  amatorką.  Na  plastykę

chodziła dla przyjemności, korzystała z okazji do zabawy i relaksu w pracowni.

Później  w  życiu  raczej  nie  będzie  już  tak  dobrze,  żeby  za  darmo  mieć  farby,

materiały i miejsce do malowania, które szkoła zapewniała im w ramach zajęć.

Czerń,  czerń,  czerń.  Tło  było  już  jednolite,  ale  Lumikki  wciąż  nakładała

kolejne  warstwy  farby,  żeby  uzyskać  chropowatą  teksturę,  by  jej  dzieło  nie

pozostało wyłącznie dwuwymiarowym obrazem. Gdy uznała, że tło jest gotowe,

rozłożyła na podłodze sali gazety i położyła na nich płótno, po czym weszła na

krzesło i zaczęła upuszczać z góry krople czerwonej farby. Rozpryskiwały się na

czarnym tle jak czerwony deszcz, jak krew.

Na dzisiejszych zajęciach Lumikki prawie skończyła obraz.

I już wiedziała, jaki nada mu tytuł. „O przyjaźni między dziewczętami.”

background image

3 marca

CZWARTEK

background image

15

Biały,  puszysty,  kłębiący  się  woal,  pierzynka  bitej  śmietany.  Daleko  i  coraz

dalej, kotłuje się i miesza. Powolne, rozespane chmury.

Pod wieczór dzień ostyga...

10

Jeszcze  nie  było  chłodno.  Największy  skwar  dopiero  zaczynał  odpuszczać.

Powietrze jak miód z mlekiem. Pieściło stopy, uda i ramiona, jakby ktoś wodził

piórkiem  po  obrysach  ciała.  Mogła  leżeć  zupełnie  nago  na  pomoście

i  obserwować  niebo  i  chmury.  Czekać.  Tęsknić.  Odczuwać  brak  kogoś,  kto

siedzi  zaledwie  kilka  kroków  dalej.  Uśmiechać  się  do  siebie,  czuć  na  skórze

spojrzenie.

Weź tęsknotę moich smukłych ramion...

Ciepło powietrza i ciepło wnętrza. Ciepło, które oddala niepotrzebne myśli.

Nagląca  powolność,  niespieszny  pośpiech.  Nieskończona,  wiekuista

przemijalność lata. Ta chwila, gdy wszystko było jeszcze dobre i bycie z kimś

lepsze od bycia samemu. Ta myśl, że mogłoby to trwać jeszcze długo, bardzo

długo. Że na tym można poprzestać. Z tym człowiekiem być. Tę dłoń ujmować

dziesiątki, setki, tysiące razy. Nic nie mówić. Słyszeć dwa oddechy wybijające

ten sam miarowy, spokojny rytm, który czasem przyspieszał w jednym tempie,

na dwa.

Gdy lato minęło i podszyty lodem wiatr zaczął zrywać z brzóz pierwsze żółte

liście, myśli z pomostu wydały się jej snem. Który przyśnił się komuś innemu.

Lumikki westchnęła i przeniosła spojrzenie z nieba na komendę policji. Duże

okna  dworca  autobusowego  stanowiły  idealny  punkt  obserwacyjny.  Siedziała

już trzecią godzinę, czekając, aż coś się wydarzy.

To nie miało sensu.

Na  dworze  siarczysty  mróz,  a  ona  śledzi  ojca  Elisy  od  samego  domu  na

Pyynikki  aż  do  komendy  na  Hatanpää.  Gdy  Väisänen  zniknął  w  budynku,

Lumikki zajęła z góry upatrzoną pozycję na dworcu autobusowym. Nie miała

ochoty  siedzieć  tyle  czasu  w  siedzibie  policji.  Co  prawda  kolejki  do  wydziału

paszportowego  słynęły  z  powolności,  ale  dziewczyna  tkwiąca  godzinami

w holu w pewnym momencie mogłaby wzbudzić czyjeś podejrzenia.

A tutaj nikt nie zwracał na nią uwagi. Była za dobrze ubrana na bezdomną

i za mało rzucała się w oczy, aby ktokolwiek później potrafił powiedzieć, czy ją

w ogóle tam widział.

Niemniej Lumikki czuła, że marnuje tylko swój czas. Przecież było bardziej

niż  prawdopodobne,  że  pan  Väisänen  przesiedzi  sumiennie  w  pracy  co

najmniej do czwartej po południu i wróci do domu na piechotę, tak samo, jak

background image

przyszedł. Zaczepista zabawa w detektywa, nie ma co.

Piła  już  czwarty  kubek  czarnej  kawy.  Próbowała  jakoś  zmusić  się  do

czujności.

Pieniądze. Faceci, którzy chcieli porywać Elisę. Młoda kobieta na zdjęciach.

Biały Niedźwiedź.

Gdzie jest wspólny mianownik?

Väisänen  był  kluczem  do  rozwiązania  tej  zagadki.  Co  do  tego  Lumikki  nie

miała żadnych wątpliwości. Elisa na początku również była tego pewna, choć

nie chciała wierzyć, że jej ojciec zrobił coś złego. Później nie miała już wyjścia.

Zobaczyła zdjęcia i twarz jej poszarzała. Coś w niej pękło. Prysła wtedy jakaś

dziecinna wiara i część osobowości Elisy na zawsze odeszła w cień.

Lumikki  znała  to  uczucie.  Przypomniała  sobie,  jak  kiedyś  późną  jesienią

w  pierwszej  klasie,  niedługo  przed  gwiazdką,  spojrzała  na  siebie  w  lustrze

i  zobaczyła  przestraszoną,  zdezorientowaną  dziewczynkę,  która  nigdy  by  nie

uwierzyła, że mogłoby się jej przydarzyć coś takiego. Że coś takiego istnieje. Ja

to już nie ja. Tak wtedy myślała. I była to prawda. Stała się kimś innym, inną

osobą.

Była sobie raz dziewczynka, która nauczyła się bać.

Lumikki postanowiła dać wytchnienie oczom, zmęczonym wpatrywaniem się

w budynek komendy, i przeniosła spojrzenie na dworcowy hol. Przed paroma

laty modernistyczny budynek przeszedł gruntowny remont i teraz wyglądał po

prostu  pięknie.  Z  wielkich  okien  spływały  do  środka  kaskady  porannego

światła.  Gdy  patrzyło  się  na  nie,  odwracając  wzrok  od  oślepiającej  bieli  na

zewnątrz, można było sobie wyobrazić, że jest lato.

Lumikki  miała  ochotę  rozsiąść  się  wygodnie  w  poczekalni  i  przymknąć

powieki,  raz  jeszcze  przywołać  ciepło  i  szaleństwo  lata.  Poczuć  niesione

wspomnieniami szczęście i żal.

Co ona tu w ogóle robi, do jasnej ciasnej?

Viivo  Tamm  rozwiązywał  sudoku  z  popołudniówki,  ale  nie  spuszczał  z  oczu

komendy policji. Podejrzewał, że Sokołow upadł na głowę. Komu by się chciało

cały dzień czekać, aż glina wyjdzie z pracy. Borys jednak twierdził, że coś mu

nie  pasuje.  Nie  rozumiał,  dlaczego  glina  nie  odpowiada  na  zaproszenie  od

Natalii. A podobno śmiała się kiedyś, że Väisänen odpisuje, zanim ona zdąży

wysłać mu mejla.

Sokołow rzekomo przeczuwał, że tego dnia coś się wydarzy. A gdy on miał

przeczucie, lepiej było się z nim nie kłócić.

Viivo  spytał,  czy  nie  mógłby  po  prostu  pogadać  trochę  z  Väisänenem.

Uzmysłowić mu, że lepiej z nimi nie zadzierać. Viivo miał dar przekonywania,

że nie warto się wychylać. Że lepiej siedzieć cicho. Niektórych przekonał o tym

tak skutecznie, że przestali mówić w ogóle, na zawsze.

background image

Jednak  tym  razem  rzekomo  nie  wchodziło  to  w  rachubę.  Żaden  z  nich  nie

mógł się pokazywać z gliną, w razie gdyby się z nim dogadali. Dlatego Viivo

miał go tylko śledzić.

Sokołow przekonywał, że Väisänen prowadzi własną grę. I chciał wiedzieć,

czy gra sam, czy w zespole.

Co wpisać do tej kratki, dziewiątkę czy siódemkę? Że też nie wybrał łatwego

zadania,  z  trzema  gwiazdkami,  tylko  to  trudne,  z  pięcioma.  Keep  it  simple.

11

Viivo  nie  zamierzał  zostawać  mistrzem  sudoku.  Grał  dla  zabicia  czasu.

Przygryzł końcówkę ołówka i zerknął w stronę budynku komendy.

Cały dzień do dupy.

Lumikki  zaczęła  wysupływać  komórkę,  żeby  zadzwonić  do  Elisy  i  cofnąć

obietnicę. Dość już zmarnowała życia na to bezowocne śledzenie.

Terho  Väisänen  zastanawiał  się  nad  otrzymaną  w  nocy  wiadomością.

Oczywiście nie skontaktował się z nim osobiście Biały Niedźwiedź, tylko jeden

z  jego  licznych  „asystentów”,  też  zresztą  ukryty  za  pseudonimem.  W  mejlu

znalazł instrukcje: pójść do męskiej toalety w Pałacu Tampere, wejść do trzeciej

kabiny,  wyjąć  ze  spłuczki  telefon  komórkowy  i  zatelefonować  z  niego  pod

numer  ukryty  pod  jedynką  w  funkcji  szybkiego  wybierania.  Wtedy  otrzyma

dalsze polecenia. Telefon będzie w wyznaczonym miejscu jedynie dziś.

Może jednak próbował ugryźć trochę za dużo?

Współpraca z Borysem Sokołowem i Estończykami jeszcze się układała. Byli

to  prości,  drugoligowi  kryminaliści.  Sokołow  wznosił  się  ciut  nad  poziom

Estończyków,  ale  i  on  wykonywał  jedynie  rozkazy  z  góry.  Natomiast  Biały

Niedźwiedź  to  już  zupełnie  inna  liga.  Krążyły  o  nim  jedynie  pogłoski,  nic

konkretnego. Terho nie znał nikogo, kto widział go na własne oczy.

Jeśli  jednak  chciał  otrzymać  swoją  dolę,  musiał  działać.  A  bardzo  chciał.

Musiał dostać te pieniądze. Liczył na nie, zbliżał się termin spłaty paru długów

karcianych.

Zignorował burczący żołądek i włożył płaszcz. Przerwę na lunch wykorzysta

na spacer do Pałacu Tampere.

Väisänen wyszedł z komendy.

Viivo Tamm ożywił się.

Lumikki się ożywiła.

Na jej szczęście Tamm był o ułamek sekundy szybszy. Zdążyła zarejestrować,

że  mężczyzna,  który  bez  wahania  porzucił  popołudniówkę  z  nierozwiązanym

sudoku,  wygląda  znajomo.  Gdy  ruszył  do  wyjścia,  rozpoznała  go  po  długości

kroku, ruchu ramion i nieco przygarbionej sylwetce.

background image

Jeden z porywaczy.

Mężczyzna  szybkim  krokiem  wyszedł  z  hali  dworca.  Lumikki  pojęła

w mgnieniu oka, że nie znaleźli się w tym samym miejscu ani tym bardziej nie

poderwali jednocześnie przez zbieg okoliczności. Coś ich łączyło.

Śledzili tego samego człowieka.

A to cholernie komplikowało zadanie. Od tej pory Lumikki musiała stać się

niewidzialna dla dwóch mężczyzn jednocześnie.

background image

16

Lumikki weszła do holu Pałacu Tampere i stała przez chwilę zdezorientowana.

Do tej chwili wszystko szło dobrze. Ojciec Elisy był tak zajęty podążaniem do

sobie tylko znanego celu, a porywacz tak pochłonięty śledzeniem go, że obaj

nie  zwrócili  uwagi  na  Lumikki.  Utrzymywała  odpowiedni  dystans,  ani  na

chwilę  nie  tracąc  ich  z  oczu.  Widzieć,  lecz  nie  być  widzianym.  To  umiała

doskonale.

Przeszli przez most, minęli uniwerek, skręcili w ulicę Yliopistonkatu, a potem

w stronę Pałacu.

W środku jednak sprawa się skomplikowała.

Terho  Väisänen  przeszedł  zdecydowanym  krokiem  wzdłuż  zdobiącej  hol

Pałacu  Niebieskiej  prostej  Kimma  Kaivanty  i  zniknął  w  męskiej  toalecie.

Porywacz stał chwilę przed drzwiami, po czym rozejrzał się i także wszedł do

środka.

Lumikki zaczęła kalkulować. Z jednej strony mogła zaczekać w holu, gdzie

nikt  jej  nie  zauważy.  Z  drugiej  strony  w  toalecie  mogło  dojść  do  jakiegoś

rozstrzygnięcia.  Należało  się  wręcz  tego  spodziewać.  Raczej  mało

prawdopodobne, aby ojciec Elisy przeszedł taki kawał drogi tylko dlatego, że

znudziły mu się kafelki w policyjnej toalecie i postanowił dla odmiany wysikać

się gdzie indziej. Na pewno istniało inne wytłumaczenie i Lumikki musiała to

wyjaśnić. Nie mogła jednak wejść do męskiej toalety ot tak, gdyż zwróciłaby na

siebie uwagę. Musiała tam wejść jako chłopak.

Przemiana  była  uderzająca.  Z  lustra  łypał  na  nią  podejrzliwie  nastolatek

w nasuniętej na oczy czapce.

Najważniejszy  był  chód.  Lumikki  zaczęła  stawiać  nogi  luźniej  i  szerzej,

bardziej eksponując krocze. Tak rozczłapanym krokiem doszła do drzwi męskiej

toalety, ujęła klamkę i pociągnęła ją zdecydowanym ruchem.

Terho Väisänen próbował unieść pokrywę spłuczki, ale palce mu się ślizgały.

Ciężkie  wieko  zdumiewająco  mocno  przylegało.  Usiłował  wcisnąć  paznokcie

w  szczelinę,  ale  na  próżno.  Musiał  znaleźć  coś  dłuższego.  Pogrzebał

w  kieszeniach.  Odblask  na  nic  się  nie  zda,  prawo  jazdy  też  nie.  Na  szczęście

palce  namacały  stary,  zapomniany  kluczyk  zapięcia  od  roweru,  który  zdołał

wcisnąć  pod  pokrywę  spłuczki.  Potem  najciszej  jak  umiał,  przystąpił  do

operacji  podnoszenia  wieka.  Wtedy  usłyszał,  że  ktoś  wchodzi  do  sąsiedniej

kabiny.

To jego pieskie szczęście. Człowiek nie ma chwili spokoju.

background image

Kluczyk  wygiął  się  niebezpiecznie,  ale  i  pokrywa  drgnęła,  zgrzytając

nieprzyjemnie  o  krawędź  zbiornika.  W  cichej  toalecie  zabrzmiało  to  jak  huk

eksplozji.

Znów ktoś wszedł do środka. Cholera, kolejna para uszu. Facet wybrał drugą

sąsiednią  kabinę.  Terho  poczuł  się  osaczony.  Trzeba  uspokoić  nerwy,  zrobić

kilka  głębokich  wdechów  i  odegnać  od  siebie  paranoiczne  myśli.  Pałac  to

miejsce publiczne, w którym są bezpłatne toalety. Traf chciał, że trzem facetom

zachciało  się  skorzystać  z  nich  akurat  w  tym  samym  czasie  i  miejscu.

A dokładniej dwóm. Bo Terho nie zamierzał nawet sięgać do rozporka.

Zdjął  płaszcz  i  podwinął  prawy  rękaw  koszuli.  Zanurzył  rękę  w  zbiorniku

i  zaczął  macać  dno,  ale  niczego  nie  znalazł.  Zdjęło  go  obrzydzenie,  choć

wiedział,  że  woda  w  spłuczce  jest  zupełnie  czysta.  Czy  wszedł  na  pewno  do

właściwej kabiny? A jeśli telefon ktoś już zabrał? Jeśli go oszukano?

Po chwili coś musnęło dłoń.

Bingo.

Wydobył  z  wody  czarne,  wodoszczelne  etui  i  ostrożnie  otworzył.  W  środku

znalazł owinięty folią telefon komórkowy. Wsunął go do kieszeni płaszcza, etui

schował do drugiej i zamontował pokrywę spłuczki. Słyszał, że serce wali mu

jak  młot.  Drżały  mu  ręce.  Nogi  zrobiły  się  miękkie  jak  z  waty,  choć  nie

powinien mieć przecież powodów do strachu.

Włożył  szybko  płaszcz,  otworzył  drzwi  kabiny  i  podszedł  do  umywalki.

Mocno namydlił dłonie i spłukał raz, potem drugi. Opanował chęć wytarcia po

sobie odcisków. Bez przesady.

W pozostałych kabinach panowała cisza. Sezon na zatwardzenie, pomyślał,

wycierając starannie ręce, po czym szybkim krokiem wyszedł z toalety.

Lumikki  liczyła  sekundy.  Po  wejściu  do  kabiny  zerknęła  pod  przegrodę

i  upewniła  się,  że  obok  jest  Terho  Väisänen.  Facet  z  czymś  się  mocował,

prawdopodobnie  ze  spłuczką,  sądząc  po  odgłosach.  Kiedy  zrobił  swoje,  umył

ręce i wyszedł.

Porywacz  spuścił  wodę.  Pewnie  dla  zachowania  pozorów.  Potem  i  on

wyszedł,  nie  zatrzymując  się  nawet  przy  umywalkach.  Lumikki  nie  cierpiała

zwyczaju  niemycia  rąk  w  toaletach.  Nie  była  wcale  maniaczką  higieny,  ale

w końcu to chyba podstawowa sprawa.

Pięć, sześć, siedem, osiem...

Po  dziesięciu  sekundach  Lumikki  wyszła  z  kabiny,  umyła  ręce  i  popchnęła

drzwi  toalety.  Zdążyła  zobaczyć  opuszczających  właśnie  Pałac  obu  mężczyzn.

Nie było czasu do stracenia.

Park  przy  Pałacu  wyglądał  jak  z  bajki.  Gałęzie  drzew  pokryła  szadź

background image

i  fantazyjne,  skomplikowane  formy  zlodowaciałego  śniegu.  Każdy  kryształ

mienił  się  w  słońcu.  Skrzyło,  lśniło,  łyskało,  promieniało.  Przez  park

przejechała  saniami  Królowa  Śniegu.  Po  jej  rozwianych  włosach  i  falującym

płaszczu  pozostały  w  powietrzu  migoczące  drobinki  lodu.  Jej  oddech  pokrył

wszystko baśniową bielą.

Oddech Królowej Śniegu. Lód i mroźny wiatr.

Oddech Lumikki. Para wodna, która natychmiast osiadała szronem na szalu

i delikatnym, ledwie widocznym meszku na policzkach.

Podciągała  się  na  drążku  na  placyku  z  przyrządami  do  ćwiczeń  i  uważnie

nasłuchiwała.  Bo  Terho  Väisänen  wyciągnął  właśnie  z  kieszeni  płaszcza

komórkę, wybrał jakiś numer i stanął na brzegu stawu z telefonem przy uchu.

Porywacz przyczaił się za pobliskim drzewem i udawał, że zapala papierosa.

Väisänen zapewne go nie widział. Podciągającą się na drążku Lumikki mógł już

zauważyć,  ale  nawet  nie  przypuszczał,  by  sapiącego  z  wysiłku  nastolatka

interesowała jego rozmowa. Poza tym sądził chyba, że dzieli ich wystarczająca

odległość. Jednak w mroźny, bezwietrzny dzień fale dźwiękowe rozchodzą się

bardzo daleko.

Trzy, cztery, pięć...

Lumikki liczyła podciągnięcia i czekała, aż ojciec Elisy zacznie rozmawiać.
– Hello? This is... okay, you know who this is.

12

Angielski  utrudniał  rozumienie.  Väisänen  stał  zwrócony  twarzą  do  stawu

i  mówił  przyciszonym  głosem,  więc  niektóre  słowa  umykały  Lumikki.  Fińskie

łatwiej byłoby dopowiedzieć w myślach i właściwie zinterpretować.

Traciła  już  siłę  w  ramionach.  Widać,  że  podciągała  się  ostatnio

zdecydowanie za rzadko. Ale jeszcze nie zamierzała kończyć.

Porywacz też najwyraźniej wytężał słuch.

Dwanaście, trzynaście...

– White Bear... Already an invitation?... 8 pm tomorrow, right. Black tie. If you

could just...

13

Ostatnie zdanie urwało się w połowie. Chyba ktoś się rozłączył, nie czekając,

aż pan Väisänen dokończy myśl. Lumikki usłyszała jednak wystarczająco dużo.

A więc ojciec Elisy wybiera się na jutrzejsze przyjęcie Białego Niedźwiedzia.

Ramiona  nie  wytrzymały.  Lumikki  gruchnęła  o  ziemię  jak  worek

ziemniaków. Mięśnie paliły i drżały z wysiłku.

No i dupa. Wszystko w temacie niewidoczności Lumikki.

Väisänen  i  porywacz  spojrzeli  jednocześnie  w  jej  stronę.  Lumikki  mogła

zapomnieć  o  zadaniu.  Teraz  sprawą  kluczową  było  honorowe  dogranie  do

końca roli młodocianego fanatyka tężyzny fizycznej.

Lumikki  ruszyła  chłopięcym  truchtem  ścieżką  wokół  stawu.  Na  oblodzonej

alejce zaczęła się ślizgać. Iluzja prysła jak bańka mydlana. Nawet najbardziej

pozytywne  myślenie  nie  zmieni  glanów  w  zimowe  biegówki  z  kolcami.

background image

Pozostało jej już tylko robić dobrą minę do złej gry.

Ot, truchta sobie chłopaczyna, sportowiec. Nic się nie dzieje.

Wystarczy,  że  okrąży  staw,  a  potem  najkrótszą  drogą  pobiegnie  do  domu,

wypije coś ciepłego i zrelacjonuje wszystko Elisie.

Bardzo  szybko  zdała  sobie  sprawę,  że  to  płonne  nadzieje.  Za  plecami

usłyszała ciężkie kroki biegnącego za nią mężczyzny.

background image

17

Borys Sokołow próbował dodzwonić się do Estończyka, ale Tamm nie odbierał.

Pewnie  wyłączył  dzwonek  w  komórce,  żeby  mu  nie  przeszkadzała

w  wykonaniu  zadania.  Słusznie,  tylko  że  śledzenie  gliny  okazało  się

niepotrzebne.  Borys  dostał  właśnie  esemesa  od  Białego  Niedźwiedzia,  że

Väisänen skontaktował się z jego ludźmi i dostał zaproszenie na przyjęcie na

nieco pozaregulaminowych zasadach. Borys nie zawsze rozumiał postępowanie

Niedźwiedzia. Czasem się zastanawiał, czy ten rzeczywiście ma fioła na punkcie

ostrożności, czy gania ludzi w te i wewte wyłącznie dla zabawy. W to drugie

uwierzyłby  równie  łatwo  jak  w  pierwsze.  Niekiedy  Borys  miał  już  szczerze

dosyć jego rozkazów i kaprysów. Wiedział, że ma fory u Białego Niedźwiedzia,

a może jest nawet kimś w rodzaju ulubieńca, ale ten uprzywilejowany status

mógł  zostać  w  każdej  chwili  anulowany.  Borys  żył  w  bezustannym  strachu,

chodził z niewidoczną obrożą na szyi. Nie mógł sobie pozwolić na najmniejszy

błąd.

Uznał  więc,  że  lepiej  odwołać  Tamma.  Nie  warto  ryzykować,  a  nuż  ktoś

powiąże  go  z  gliną.  Albo  Tamm  zrobi  coś  nieprzemyślanego.  Estończyk  był

zawodowcem,  ale  czasem  go  ponosiło.  A  wtedy  stawał  się  naprawdę

nieobliczalny i nieopanowany.

Borys wysłał mu lakonicznego esemesa z informacją: „Stop. Koniec zadania”.

Viivo  Tamm  przyspieszył.  Tym  razem  ta  mała  dziwka  mu  nie  zwieje.  Tym

razem pokaże jej, gdzie raki zimują. Wtedy to był wypadek przy pracy. Teraz

to już sprawa osobista. Komórka wibrowała mu w kieszeni, ale nie tracił czasu.

Był zajęty.

Viivo  z  początku  nie  mógł  sobie  przypomnieć,  kogo  mu  przypomina  ten

młody przy drążku. Przyjrzał się więc uważniej. Płaszcz. Gdzieś go już widział.

A  gdy  chłopak  zaczął  biec,  Viivo  sobie  przypomniał.  To  wcale  nie  chłopak,

tylko  dziewczyna.  Która  biegła  inaczej,  ale  nie  aż  tak  bardzo,  żeby  jej  nie

rozpoznał.

Ale dlaczego Väisänen się nie połapał? Nie poznał własnej córki?

Chwilę  później  Viivo  Tamm  doznał  kolejnego  olśnienia.  To  wcale  nie  była

córka gliny. To była jakaś inna laska, która nie wiadomo jak wplątała się w ich

sprawę. Ale on się tego dowie.

Gdy przyspieszyła, Viivo poczuł, że krew go zalewa. Nie będzie mu gówniara

grała na nosie! Przez nią odmroził sobie wszystkie palce i zamiast zajmować się

dilerką  i  robić  kasę,  stracił  mnóstwo  bezcennego  czasu  na  czatowanie  po

background image

zaroślach  i  rozwiązywanie  pieprzonego  sudoku  na  dworcu  autobusowym.

Panienka w czerwonej czapce najzwyczajniej w świecie naigrywała się z niego!

Dorwie ją. Wyciśnie z niej wszystko.

Oduczy ją wtrącania się do zabaw dorosłych, które w ogóle nie powinny jej

interesować.

Pod  górę  ścieżką  wzdłuż  Pałacu,  na  drugą  stronę  ulicy,  w  stronę  Kalevantie.

Lód,  ślisko,  buty  zupełnie  nienadające  się  do  biegania.  Lodowate  powietrze,

które rozdziera płuca, i gruby płaszcz, który krępuje ruchy. Zimowy przełaj to

z pewnością nie jej dyscyplina.

Lumikki obejrzała się przez ramię.

Porywacz był coraz bliżej.

Zaczęła oddychać przez zęby. Świszczeć. W czasie suszy szosa sucha, w czasie

suszy szosa sucha. Co za mróz.

Na drugą stronę Kalevantie.

Co za mróz, co za mróz. Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz? Co mi zrobisz, jak

mnie  złapiesz?  Zdanie  łomotało  jej  nużąco  w  uszach,  gdy  usiłowała  podjąć

jakąś racjonalną decyzję. Biec dalej tą ulicą? Plusy: ludzie, samochody. Minusy:

miejscami lód na chodnikach wyślizgany niemal na lustro i ryzyko, że kumple

porywacza stoją gdzieś na czatach w tym swoim dostawczaku i w każdej chwili

mogą ją zgarnąć na pakę. Odważyliby się? W biały dzień?

Na rogu ulicy Hautausmaankatu Lumikki podjęła błyskawiczną decyzję. Tam

chodnik  nie  był  aż  tak  oblodzony.  Skręciła  w  przecznicę  i  pobiegła  w  stronę

cmentarza.

Facet  nie  odpuszczał.  Na  szczęście  i  on  miał  problemy  z  utrzymaniem

równowagi w tych najbardziej wyślizganych miejscach.

Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz? Co mi zrobisz...

Dosyć.

Lumikki uznała, że czas zmienić płytę.

Run baby run baby run baby run...

Sheryl  Crow  mogła  być  jej  zbawieniem,  ale  glany  co  chwila  traciły

przyczepność.  Lumikki  zaklęła  w  duchu.  Od  jutra  chyba  zacznie  chodzić

w  biegówkach  z  kolcami.  W  razie  gdyby  znów  ktoś  postanowił  ją  gonić.  Co

w  świetle  wydarzeń  ostatnich  dni  stawało  się  nagle  nadzwyczaj

prawdopodobne.

Wbiegła  na  cmentarz.  Grób  Väina  Linny  po  prawej,  Juice’a  Leskinena  po

lewej. Niezłe z nich były agregaty. „I poza życiem nic już nie ma sensu.” A już

szczególnie  pozbawiona  sensu  byłaby  teraz  jej  bezsensowna  śmierć.  Między

grobami. Co za ironia.

Coraz  wyraźniej  słyszała  za  sobą  kroki  mężczyzny.  Wiedziała,  że  teraz  nie

warto się oglądać. Każdy obrót to strata kilku bezcennych sekund. Może pobiec

background image

do kaplicy? Albo do punktu wydawania urn? Czy w środku ktoś będzie? Wpuści

ją do budynku?

Po cmentarzu się nie biega.

Głos  matki.  Jej  nauki.  Sorry,  mamo.  Nawet  ty  nie  wiesz  wszystkiego  i  nie

możesz o wszystkim decydować. Czasem człowiek po prostu musi biec.

A  umarłym  wszystko  jedno.  Umarli  są  umarli.  Nie  będą  się  przewracać

w grobach tylko dlatego, że przez cmentarz biegnie dziewczyna, która nie chce

jeszcze do nich dołączyć. Dlatego Lumikki musiała uciekać, choć stopy wpadały

w  niekontrolowany  poślizg  przy  każdym  kroku,  mróz  dziurawił  jej  płuca

gęstym  ściegiem,  a  pod  grubym  płaszczem  i  swetrem  spływała  strumieniami

potu.

Wysokie  świerki  na  cmentarzu  oblane  grubą  białą  polewą.  Gałęzie  ugięte

pod  ciężarem  śniegu,  pochylone  nad  grobami  i  ludźmi,  którzy  przychodzili

odwiedzić umarłych.

Umarli i żywi. Żywi i umarli.

Powtórnie przyjdzie sądzić.

Żywych i umarłych.

Lumikki słyszała już za sobą sapanie porywacza. Jeszcze chwila i chwyci ją

za płaszcz.

Wtedy coś się stało. Lumikki usłyszała głuche tąpnięcie, okrzyk bólu i wiązkę

estońskich przekleństw. Nie zrozumiała słów, lecz nie miała wątpliwości co do

ich znaczenia. Nie odwróciła się nawet. Nadzieja dodała jej sił w nogach.

Viivo Tamm poślizgnął się i upadł, rozbijając sobie lewe kolano o lód. Od razu

wiedział,  że  już  po  zawodach.  Nie  dogoni  dziewczyny.  Dobrze,  jeśli  da  radę

dokuśtykać do domu.

Jak skopany pies.

Jak poniżony kundel.

Znowu poczuł, że wzbiera w nim wściekłość. Tym razem jeszcze większa niż

poprzednio,  bardziej  szalona,  omraczająca.  Wyprostował  się  na  kolanach

i gwałtownym ruchem wyjął pistolet.

Nie  myślał.  Czuł  tylko  każdą  komórką  ciała,  że  tę  dziewczynę  trzeba

zatrzymać. Za wszelką cenę. Uniósł broń i wycelował.

Zanim  Lumikki  usłyszała  głuchy  trzask,  coś  świsnęło  obok  jej  nogi  i  uderzyło

w brzeg nagrobka, wybijając z niego odłamek kamienia.

Kula.

Strzelił do niej.

Puls  Lumikki  podskoczył  natychmiast  o  dwadzieścia  uderzeń  na  minutę.

Wydłużyła krok do sprintu, do lotu. Zobojętniała na lód i mróz, na lejący się

background image

z niej pot.

Odważyła  się  spojrzeć  za  siebie  dopiero  po  długiej  chwili.  Na  głównej  alei

cmentarza dostrzegła w oddali zmalałą postać mężczyzny ściskającego kolano.

Pochylała się nad nim jakaś babcia, dobra samarytanka.

Lumikki nie dostrzegła pistoletu. Kule już więcej nie świszczały.

Pobiegła dalej, jakby uskrzydlona. Wiedziała, że udało jej się uciec.

Tym razem.

Pęknięcia  na  suficie.  Dziwaczne  drogi  donikąd.  Lumikki  leżała  na  łóżku,

wpatrywała się w tę osobliwą siatkę komunikacyjną i czuła, jak wzbiera w niej

gniew. Do brzucha przyciskała obiema rękami wytartego, błękitnego zajączka

bez ucha. Pluszak wyglądał w tym uścisku jak w szczękach imadła.

Po  wejściu  do  domu  Lumikki  ściągnęła  buty,  cisnęła  płaszcz  na  oparcie

krzesła, zdjęła przepocony sweter i mokrą koszulkę z długim rękawem.

Stała pod prysznicem pół godziny. Woda ściekała po niej jak ulewny deszcz.

Umyła  włosy  bezzapachowym  szamponem,  mydło  też  miała  naturalne.

Używała wyłącznie produktów niearomatyzowanych. Nie z powodu alergii czy

wrażliwości na zapachy, a po prostu dlatego, że nie chciała wydzielać żadnej

charakterystycznej woni.

Zbyt łatwo rozpoznaje się człowieka po zapachu jego ulubionego szamponu,

mydła  i  kremu,  nie  mówiąc  już  o  perfumach  czy  wodzie  po  goleniu.  Nawet

osoba  o  przytępionym  powonieniu  wyczuje  w  pomieszczeniu  zapach

owocowego  mydła  i  tylko  na  tej  podstawie  stwierdzi,  że  był  w  nim  przed

chwilą ktoś znajomy. Większość ludzi w miejscu publicznym nie zidentyfikuje

nikogo  po  charakterystycznej  woni,  wymagałoby  to  bowiem  wytrenowanego

węchu, ale obrzydliwie mdłe czy przenikliwe wyziewy perfum wyłowi w tłumie

każdy, kto nie ma akurat kataru.

Poza  tym  zapachy  uruchamiają  wspomnienia.  Aromat  szamponu

dziegciowego  przywołuje  z  pamięci  letnią  noc  i  ważki  lewitujące  tuż  nad

lustrem  wody.  Piżmowy  zapach  żelu  pod  prysznic  kreśli  wyraźny  obraz

muskularnych ramion i pleców z pięknie sklepionymi łopatkami. Przypomina

Lumikki  o  chwilach,  gdy  leżeli  wtuleni  w  siebie  i  śmiali  się  z  jakiegoś

drobiazgu, w którym nikt inny nie dostrzegłby niczego zabawnego. Przywraca

uważne, badawcze spojrzenie błękitnych oczu, które peszyło ją tak bardzo, że

aż kraśniała na twarzy. Serce zamierało jej na krótką chwilę, a nogi miękły jak

wata, gdy mijała kogoś pachnącego tym samym żelem. Choć widziała i czuła

już  z  daleka,  że  drogi  jej  zapach  nie  zwiastuje  osoby,  za  którą  tak  bardzo

tęskni. Tak przemożny był wpływ zapachów na pamięć.

Można  nie  zapamiętać  wyglądu  nieznajomego  na  ulicy,  ale  gdy  w  innym

miejscu  przypadkiem  poczuje  się  zapach  jego  wody  po  goleniu,  z  pamięci

natychmiast  wyłania  się  krótko  ostrzyżony,  barczysty  mężczyzna  w  dżinsach

background image

i koszuli w kratę. Na przykład. I człowiek zaraz sobie przypomina, jak chodził

i dokąd szedł. Skąd wyszedł.

Lumikki  tego  nie  chciała.  Nie  chciała  zostawiać  takich  śladów  w  pamięci

nieznajomych. Ani nawet nie wszystkich znajomych. Chciała być jak najmniej

widzialna i tak bezzapachowa, jak tylko możliwe.

Zmyła z siebie strach i panikę. Opatrzyła poobcierane stopy.

Odebrała telefon od matki.

–  W  porządku.  W  szkole  daję  radę.  Tak,  nie  martw  się,  mam  jeszcze

pieniądze.

Kłamała. Ale w słusznej sprawie.

Kiedy przestała mówić matce o wszystkim? Gdy poszła do szkoły? Najdalej

wtedy, ale może wcześniej, bo w ich domu się nie rozmawiało. Lumikki nigdy

nie  zdołała  ustalić,  o  czym  tak  się  u  nich  nie  rozmawia,  ale  unoszące  się

w  powietrzu  niedopowiedzenia  były  gęste  i  lepkie  jak  pajęcze  sieci.  Każdy

pilnował swojego nosa. Te przemilczane sprawy bywały bardzo osobliwe i dla

postronnego obserwatora zupełnie niezrozumiałe. Jak chociażby ów pluszowy

zajączek, którego Lumikki ściska właśnie na brzuchu. Matka przywiozła go do

Tampere podczas ostatniej wizyty, bo rzekomo była to ukochana przytulanka

Lumikki  z  wczesnego  dzieciństwa.  Spojrzała  wtedy  w  smoliście  czarne  oczka

zajączka i przypomniała sobie nagle, że ktoś inny uwielbiał tego pluszaka. Nie

ona, choć oczywiście i ona się nim bawiła. Swoje myśli wypowiedziała na głos.

–  Nie,  coś  ci  się  pokręciło  –  odrzekła  bez  wahania  matka.  –  To  był  twój

ukochany zajączek, nazwałaś go Oskarem.

Lumikki pokręciła głową.

–  Oskarem  nazwałam  go  później.  Przedtem  miał  na  imię  Pelle.  Może

dostałam go od kogoś z rodziny?

Matka  tego  nie  skomentowała  i  Lumikki  zrozumiała,  że  to  kolejna  z  tych

rozlicznych spraw, o których po prostu się u nich nie rozmawia.

Pęknięcia  na  suficie  wyglądały  jak  mapa  jakiegoś  obcego  nieba.  Rysy.

Lumikki kochała rysy. Były interesujące. Teraz jednak skupiała się na gniewie,

bo  gniew  dodawał  sił.  Już  drugi  raz  ktoś  ją  gonił  i  tym  razem  jeszcze  chciał

postrzelić.  Można  by  sądzić,  że  powinna  teraz  bardziej  chcieć  się  wyplątać

z  całej  sprawy.  Ona  jednak  pragnęła  teraz  tym  bardziej  dociec  prawdy,

wszystko  wyjaśnić  i  postawić  kropkę  nad  i.  Doprowadzić  przestępców  przed

oblicze sprawiedliwości. Nie chciała się już bać.

A strach odpuści dopiero wtedy, gdy wszyscy wyłożą na stół swoje karty.

Dlatego  Lumikki  wiedziała,  co  zrobi  następnego  dnia.  Gniewnym  ruchem

odrzuciła zajączka w kąt pokoju, wyciągnęła komórkę i zadzwoniła do Elisy.

Viivo  Tamm  dokuśtykał  o  kuli  do  drzwi  swojego  mieszkania  i  z  trudem

przekręcił klucz w zamku. Trudne zadanie, gdy człowiek musi się wspierać na

background image

kuli  i  uważać,  żeby  za  mocno  nie  obciążać  lewej  nogi.  Viivo  zachwiał  się

i skrzywił z bólu.

Babcia  na  cmentarzu  okazała  się  nadopiekuńcza  i  mimo  jego  protestów

zadzwoniła  po  karetkę.  O  mały  włos  sama  do  niej  nie  wlazła,  aby  nad

wszystkim  czuwać  osobiście,  ale  ratownicy  jakoś  ją  przekonali,  że

poszkodowany jest w naprawdę dobrych rękach.

W  szpitalu  kolano  prześwietlono,  a  po  stwierdzeniu  drobnego  złamania

zapakowano  w  gips,  zaaplikowano  Tammowi  silne  środki  przeciwbólowe

i wręczono kulę.

I  Viivo  dotarł  wreszcie  do  domu.  Chyba  jeszcze  nigdy  jego  mała,  ciemna

i  surowa  kawalerka  nie  wydawała  mu  się  tak  przytulna.  Zimne  piwo,  parę

pigułek  na  ból,  może  coś  jeszcze.  Mieszanie  alkoholu  z  lekami  w  najlepszym

wydaniu.  Potem  dopiero  oddzwoni  do  Sokołowa,  który  parę  razy  zdążył  już

nagrać swoje wrzaski na poczcie głosowej.

Pojebany  Rusek.  Viivo  najchętniej  w  ogóle  by  do  niego  nie  dzwonił,  ale

wtedy miałby jak w banku, że Sokołow pofatyguje się do niego i zacznie kopać

w drzwi.

W przedpokoju powitał go stęchły zaduch. Kiedyś trzeba chyba podejść do tej

góry brudnych naczyń w kuchni. Stęchlizna miała dziwną miętową nutę. Jakby

ktoś ssał w pokoju tabletkę na gardło.

Viivo  zamknął  za  sobą  drzwi  i  pokuśtykał  do  salonu,  sypialni  i  gabinetu

w jednym. Nie zdążył zapalić światła. Ktoś zrobił to za niego.

Wyjaśniła się zagadka miętowej nuty.

Ludzie Białego Niedźwiedzia.

Wystrzał zabrzmiał jak słaby trzask. Viivo Tamm upadł na plecy, a z jego ust

trysnęła krew niczym czerwona farba.

background image

4 marca

PIĄTEK

background image

18

Skóra biała jak śnieg.

Twarz  Lumikki  omiatał  olbrzymi  pędzel  do  pudru.  Była  blada  jak  ściana

i  Elisa  wcale  nie  zamierzała  tego  ukrywać,  wręcz  odwrotnie.  Podkład  dała

o odcień jaśniejszy od naturalnej karnacji. Tak samo puder. Granicę makijażu

starannie  roztarła  i  ukryła  pod  szczęką.  Wyrównała  kolor  i  ukryła  drobne

niedoskonałości  skóry,  która  stała  się  wręcz  nienaturalnie  gładka.  Lumikki

wyglądała jak porcelanowa lalka.

Wargi czerwone jak krew.

Elisa  starannie  obrysowała  kontur  ust  Lumikki.  Najpierw  zarysowała

pędzelkiem  łuk  Amora,  potem  lewą  i  prawą  połówkę  górnej  wargi.  I  potem

dolną,  jednym,  pewnym  pociągnięciem.  Rozmazanie  krawędzi  do  wnętrza

warg. Poprawia wrażenie głębi.

Pierwsza  warstwa  szminki.  Nadmiar  czerwieni  Elisa  zdjęła  kawałkiem

serwetki.  Potem  druga  warstwa.  I  czerwony  błyszczyk  w  środkowej  części.

Optycznie uwydatnia usta.

Włosy czarne jak hebanowe drzewo.

Elisa poprawiła grzywkę Lumikki i spryskała ją lakierem. Resztę przyciętych

na pazia czarnych włosów ułożyła dłońmi i utrwaliła.

Farba do włosów dobrze się przyjęła. Lumikki poszła do łazienki umyć włosy

i  patrząc  na  białe  kafelki  spływające  niebiesko-czarnymi  kaskadami,

wyobrażała sobie, jak dziwnie musi wyglądać. Farba układała się na posadzce

w  piękne  wzory,  które  niknęły  szybko  w  kratce  ściekowej.  Aż  wreszcie  woda

płynąca z włosów stała się zupełnie czysta.

Zdziwienie Lumikki było jeszcze większe, gdy Elisa posadziła ją na krześle,

owinęła jej ramiona starym prześcieradłem i przystąpiła do strzyżenia. Włosy

najpierw  sięgały  barków,  potem  uszu.  Na  podłogę  leciały  czarne  pukle.

Lumikki nie mogła uwierzyć, że spadają z jej głowy.

Czarne,  wilgotne  pukle.  Jak  znaki  zapytania  pozbawione  kropek.  Cała

sytuacja przypominała jeden wielki znak zapytania. Lumikki bardzo tej kropki

brakowało i właśnie dlatego siedziała teraz tutaj.

– Chyba nie żałujesz? – spytała Elisa w trakcie strzyżenia.

Lumikki prawie się uśmiechnęła.

– Przecież to tylko obumarłe komórki.

Elisa aż się wzdrygnęła.

– Nigdy nie mogłabym tak o nich myśleć.

Potem  przycięła  Lumikki  grzywkę,  wyprostowała  włosy  i  sprawdziła,  czy

background image

nigdzie nic nie sterczy.

Na  koniec  wręczyła  jej  długą,  czerwoną  suknię  wieczorową,  która

w zależności od kąta padania światła mieniła się różem lub oranżem, purpurą

lub  burgundem.  Krój  miała  prosty,  a  ramiączka  wąskie.  Lumikki  włożyła  ją,

leżała jak ulał.

Uniosła spojrzenie w lustro.

Lustereczko, powiedz przecie...

Patrzyła  na  nią  nieznajoma,  piękna  kobieta.  Prosta  jak  struna,

o  przyciemnionych  makijażem,  zagadkowych  oczach  i  wyrazie  twarzy,  który

mógł zwiastować uśmiech lub pogardę. To nie była Lumikki. Ta kobieta była

kimś innym. Osobą, która pójdzie na przyjęcie Białego Niedźwiedzia.

Elisa podskakiwała, wydając przy tym ciche, dziwne piski. Lumikki uznała,

że to pozytywny komentarz.

–  Nie  mogę,  ale  ty  jesteś  piękna!  Naprawdę  jestem  dobra.  Kuźwa,  co  ja

w ogóle robię w tym liceum? Byłabym świetną fryzjerką i wizażystką!

Aż  miło  było  popatrzeć  na  jej  radość.  Na  policzki  Elisy  wrócił  rumieniec,

a w spojrzeniu nie ziała już tak chmurna i posępna pustka.

–  I  jeszcze  trochę  tego  –  orzekła  Elisa  stanowczo,  po  czym  psiknęła  jej  na

szyję perfumy Joy.

Lumikki  wstrzymała  oddech,  żeby  się  nie  udławić  wiszącą  w  powietrzu

ciężką chmurą związków eterycznych. Ta obca kobieta nawet pachniała inaczej

niż ona. I dobrze. Nikt po przyjęciu nie będzie jej pamiętał. Co najwyżej osobę

przypominającą  bajkową  Śnieżkę,  roztaczającą  wokół  siebie  zapach  drogich

perfum, lakieru do włosów i luksusowego mydła.

– Chłopaki, chodźcie zobaczyć!

Z sąsiedniego pokoju dobiegł rumor i do środka wpadli Tuukka i Kasper.

– No i jak, zrobiłaś już z niej znośną... Wow!

Lumikki odwróciła się i Tuukka urwał w pół słowa. Kasprowi opadła szczęka.

–  Ty...  to  nie  była  czasem  inna  bajka?  O  tej  szarej  myszce,  co  wyrasta  na

super laskę? – wykrztusił wreszcie Kasper. – Kopciuszek czy cuś?

– Przeleciałbym – chlapnął Tuukka, zanim zdążył pomyśleć.

– Możesz sobie pomarzyć – odcięła się spokojnie Lumikki.

Była 19.20. Lumikki przyszła do Elisy trzy godziny wcześniej. Zastała już u niej

Tuukkę i Kaspra. Z początku nikt się nie odzywał. Wszyscy byli świadomi, że to

już nie zabawa. Przedtem traktowali całą sprawę dość lekko, wyobrażali sobie,

że  jakoś  panują  nad  sytuacją,  że  to  dreszczowiec  z  gatunku  tych  znośnych.

Teraz  sytuacja  się  zmieniła.  Lumikki  została  prawie  postrzelona.  I  jeszcze

wyruszała na eskapadę, którą naprawdę mogła przypłacić życiem.

Lumikki streściła im swój plan.

Nie był sensowny. Nie był racjonalny. Ani bezpieczny. I co z tego? Lumikki

background image

właśnie teraz chciała się znaleźć w niebezpieczeństwie. Ciągnęło ją tam, gdzie

najbardziej bała się pójść.

Gdy  dotarła  do  punktu,  w  którym  spróbuje  niepostrzeżenie  wejść  na

przyjęcie od tyłu, Kasper przerwał jej:

– Zapomnij.

– Dlaczego? – Elisa zdziwiła się.

–  Do  Białego  Niedźwiedzia  nie  można  tak  po  prostu  sobie  „wejść

niepostrzeżenie  od  tyłu”.  Z  tego,  co  słyszałem,  facet  ma  naprawdę  solidną

ochronę. Mury, strażnicy, chuje muje dzikie węże.

Kasper  założył  ręce  za  głowę  i  rozparł  się  wygodnie  w  krześle.  Wprost

napawał się rolą dobrze poinformowanego.

–  Okej.  W  takim  razie  rzeczywiście  zapomnijmy  o  całym  planie  –  uznała

Lumikki.

Kasper odpowiedział przebiegłym uśmiechem.

–  Za  to  spokojnie  wejdziesz  do  środka  głównymi  drzwiami  i  to  na  oczach

wszystkich.

– Niby jakim cudem?

–  Bo  kobiety  mogą.  A  w  każdym  razie  młode  kobiety  specyficznego  sortu,

które zaprasza się na przyjęcia do towarzystwa i dla efektu. Ochroniarze nie

zadają  im  przy  wejściu  żadnych  pytań,  jeśli  tylko  panienki  mają  odpowiedni

strój, pasujący do motywu. Tym razem motywem będą fairy tales, czyli bajki.

Tuukka aż parsknął.

–  Mówisz  poważnie?  Chcesz  przerobić  obecną  tu  z  nami  koleżankę

o  wyglądzie  anarchistycznej  ekolesby  w  luksusową  kur...  przepraszam,

elegancką panią do towarzystwa?

Elisa zmierzyła Lumikki spojrzeniem od stóp do głów i oznajmiła chłopcom,

że  przez  najbliższe  dwie  godziny  mogą  się  zająć  oglądaniem  filmów  albo

graniem na konsoli.

– Tak się bowiem składa, że opanowałam pewną sztukę, o której nie macie

pojęcia – powiedziała z uśmiechem. – A gdyby w międzyczasie tatuś wrócił do

domu, macie zadbać, żeby się trzymał z dala od mojego pokoju. Powiedzcie mu,

że śpię albo ćwiczę jogę nago, czy co tam chcecie.

Była 19.45. Lumikki była gotowa. Miała na sobie czerwoną suknię i białe buty

na  wysokim  obcasie.  Chwilę  się  przechadzała,  żeby  poćwiczyć  właściwe

rozkładanie ciężaru ciała na obie nogi i stawianie kroków zupełnie inaczej niż

w  butach  na  płaskiej  podeszwie.  Ostatecznie  nie  było  to  wcale  takie  trudne.

Wystarczyło  wejść  w  rolę,  dopasować  ruchy  ciała  do  obrazu,  jaki  sugerował

strój.

Lumikki nie potrafi chodzić normalnie. Jakoś tak dziwacznie wlecze te swoje

kulasy.

background image

Minęło dziesięć lat, odkąd padły tamte słowa. Lumikki doskonale pamiętała

tamten ton. Mimikę i gesty. To całe przedrzeźnianie.

Postanowiła  wtedy,  że  nauczy  się  chodzić  na  wszystkie  możliwe  sposoby.

Normalnie  i  nienormalnie,  pięknie  i  brzydko,  szybko  i  wolno,  nauczy  się

człapać  i  przemykać  lekko  jak  wiatr.  Żeby  już  nigdy  więcej  nikt  nie  mógł

powiedzieć  o  niej  czegoś  takiego.  Wtedy  nic  jej  z  tego  nie  przyszło,  ale

opanowana sztuka chodzenia przydała się jej później wielokrotnie.

Elisa pomogła jej włożyć białe, sztuczne futerko z krótkim rękawem i podała

długie,  sięgające  do  łokci  czarne  rękawiczki.  I  małą,  ozdobioną  perłami

torebkę.

– Tylko nie zgub. Była obrzydliwie droga – jęknęła błagalnie.

Z holu dobiegały odgłosy krzątaniny, ojciec Elisy szykował się do wyjścia na

przyjęcie.  Tuukka  i  Kasper  także  zeszli  na  dół,  bo  i  oni  mieli  niedługo

wychodzić. Lumikki otworzyła torebkę. W środku był puder, krwistoczerwona

pomadka  w  złotej  tubce,  sto  euro  oraz  coś  różowego  i  pluszowego.  Lumikki

chwyciła  pluszaka,  pod  miękką  powierzchnią  wyczuła  coś  twardego.  Wyjęła

przedmiot z torebki. Kajdanki w różowym pluszu.

Elisa spiekła raka i pokręciła głową.

– Nawet nie pytaj. Nie chcę wspominać tamtej balangi.

Lumikki  tylko  odrobinę  uniosła  brwi  i  schowała  kajdanki  z  powrotem  do

torebki. Nie jej sprawa, co i z kim Elisa robiła na swojej imprezie.

– I jeszcze to.

Elisa  wyciągnęła  w  jej  stronę  długi,  sięgający  aż  do  kostek  czarny  płaszcz

z kapturem.

–  Nie  mam  pojęcia,  co  mi  chodziło  po  głowie,  kiedy  go  kupowałam.

Wyglądam w nim jak w śpiworze. Choć raz się do czegoś przyda.

Lumikki  włożyła  płaszcz.  Uciskał  ją  trochę  w  ramionach,  bo  pod  spodem

miała futerko. Poza tym jednak strój był perfekcyjny. Zapięła napy płaszcza,

ostrożnie naciągnęła kaptur na głowę i raz jeszcze przejrzała się w lustrze.

Czarnowłosa kuzynka yeti, jak mniemam?

Elisa  i  Lumikki  stały  chwilę  naprzeciw  siebie.  Żadna  nie  wiedziała,  co

powiedzieć.  Lumikki  najchętniej  uścisnęłaby  Elisę  i  zapewniła,  że  wszystko

będzie dobrze, choć wcale nie była tego pewna. A nigdy nie miała ochoty, by

kogoś  z  własnej  woli  uścisnąć,  jeśli  nie  liczyć  matki  i  ojca  kiedyś,  gdy  była

jeszcze małą dziewczynką.

Elisa się bała. Lumikki też.

Elisa była gotowa wykonać swoje zadanie. Lumikki też.

Na  tym  etapie  nie  miało  już  sensu  pytanie,  czy  Elisa  na  pewno  chce  się

dowiedzieć,  czym  zajmuje  się  jej  ojciec.  Granica  pytań  i  wątpliwości  została

przekroczona. Elisa mogła być rozpieszczoną nastolatką i wyobrażać sobie, że

żyje  spełnionym  marzeniem  o  najbardziej  pożądanej  piękności  liceum.  Mogła

background image

sądzić,  że  przejdzie  przez  życie  tanecznym  krokiem  w  markowych  ciuchach

i  z  torebkami  kupionymi  za  pieniądze  tatusia,  urządzając  dzikie  balangi,  po

których nie będzie musiała sama sprzątać, łykając drinki i pigułki dla rozrywki,

okręcając sobie wokół palca chłopaków i mężczyzn. Ukrywając delikatność pod

grubą maską makijażu. Udając głupszą, niż była w istocie.

Jednak  Lumikki  widziała  prawdziwą  Elisę,  świadomą,  że  ten  wieczór

odmieni  wszystko.  Ostatecznie  zniweczy  jej  wizję  usłanej  różami  przyszłości.

Wizja ta mocno ucierpiała już tamtej nocy z niedzieli na poniedziałek, gdy Elisa

wyjęła rękę z plastikowego worka i ze zdziwieniem zobaczyła, że jest brudna

i lepka. Jednak brudów, które wypłyną na powierzchnię tego wieczora, nie da

się nigdy wyprać. Spojrzenie Elisy pałało determinacją i Lumikki pomyślała, że

może  jednak  nie  różnią  się  od  siebie  aż  tak  bardzo.  Ich  światy  z  pewnością

nigdy nie zejdą się całkowicie, ale w takich ulotnych chwilach jak ta przenosiły

się do części wspólnej, gdzie uczucia i myśli były takie same.

Elisa nabrała powietrza w płuca i zrobiła spokojny wydech.

– No to idę odciągnąć tatusia – rzekła.

Lumikki skinęła głową. Była 19.52.

background image

19

Terho  Väisänen  próbował  założyć  muszkę,  ale  palce  się  ślizgały  na  gładkiej

satynie.  Dłonie  miał  niemiłosiernie  spocone.  Musiał  je  co  chwila  osuszać

papierem toaletowym.

Nie  wyrabiał  się.  Powinien  już  stać  przed  domem.  Kierowca  nie  będzie  na

niego  czekał.  I  szansa  przepadnie.  Wyślizgnie  mu  się  z  rąk  jak  ta  satynowa

muszka.

Strój wieczorowy. Kiedy ostatnio miał na sobie smoking? Całe lata temu, na

jakimś przyjęciu szefa jego żony, które było męczącym stroszeniem piórek od

powitalnego  toastu  aż  po  zamówienie  taksówki  nad  ranem.  Terho  nie  lubił

takich oficjalnych spędów dla „lepszego towarzystwa”. Choć według niejednej

miary sam do niego należał.

Wreszcie  zdołał  zapiąć  muszkę.  Szybko  przygładził  włosy,  choć  fryzjerka

dopiero  co  je  ułożyła.  Uświadomił  sobie,  że  od  dawna  nie  był  taki

zdenerwowany. Przypomniał sobie, że wybiera się na przyjęcie tylko z dwóch

powodów.

Chciał przede wszystkim bezpośrednio rozmówić się z Białym Niedźwiedziem.

Miał też nadzieję zobaczyć Natalię.

Do tej pory nie odpowiedziała na żaden z jego mejli. Wiedział, że bywała już

wcześniej  na  przyjęciach  Niedźwiedzia,  ale  nigdy  nie  zdradziła  żadnych

szczegółów.

Top secret, my love.

14

Wyglądało na to, że Biały Niedźwiedź trzyma ludzi na przeraźliwie krótkiej

smyczy.  Terho  bał  się,  że  nie  będzie  miał  żadnych  kart  przetargowych

w  czekającej  go  rozmowie.  Był  w  końcu  jedynie  zwykłym  gliniarzem,  małym

robaczkiem.  I  choć  przez  ostatnie  dziesięć  lat  w  miarę  swoich  skromnych

możliwości  pomagał  niejako  Niedźwiedziowi  w  interesach,  ten

najprawdopodobniej  świetnie  dałby  sobie  radę  i  bez  niego.  Mimo  to  Terho

zamierzał spróbować jakoś się z nim dogadać.

Nad ranem podjął bowiem ważną decyzję. Wycofuje się. Ma już dość gry na

dwa  fronty.  Przedtem  jednak  będzie  musiał  wynegocjować  u  Białego

Niedźwiedzia  godziwą  odprawę,  żeby  choć  trochę  zrekompensować  sobie

spadek dochodów w nadchodzących latach. Musi spłacić długi, ułożyć sprawy

Natalii  i  uporządkować  własne  podwórko.  A  wtedy  wróci  do  normalnego,

spokojnego  życia,  w  którym  nic  człowiekowi  nie  przyspiesza  tętna.  Koniec

z przestępczością, koniec z hazardem, koniec z Natalią, koniec z pieniędzmi.

Terho  pojął,  że  nie  wytrzyma  dłużej  napięcia  i  lęku.  Konspiracja,  która

background image

w młodości tak podnosiła mu adrenalinę, teraz wysysała z niego wszystkie siły,

wykańczała go. Może dałby radę pociągnąć to jeszcze parę lat, ale odbiłoby się

to  w  końcu  na  jego  zdrowiu,  na  sercu,  na  nerwach.  Nie  sposób  zbyt  długo

oszukiwać samego siebie.

Z  łazienkowego  lustra  patrzył  na  niego  mężczyzna  starszy,  niż

wskazywałaby  na  to  metryka.  Worki  pod  oczami,  podwójny  podbródek,

obwisły  brzuch.  Wszystko  w  nim  było  nalane  i  obwisłe.  Ze  stresu  i  poczucia

winy, które podżerały go od wielu lat, jadał gdzie popadło. Zaniedbał zdrowie

i  kondycję,  nawet  rodzinę,  co  musiał  otwarcie  przyznać.  Choćby  tylko  przed

sobą.

Trzeba z tym skończyć. Z Natalią także. Nigdy nie będą parą, która mogłaby

otwarcie  pokazywać  się  między  ludźmi.  Trzeba  zacząć  nowe,  uczciwe  życie.

Dlatego  Terho  był  gotów  poważyć  się  na  przedsięwzięcie,  które  miało

nadzwyczaj  nikłe  szanse  powodzenia.  Zamierzał  bowiem  zaszantażować

Białego Niedźwiedzia.

Znów  zerknął  na  zegarek.  Najwyższy  czas  się  zbierać.  Już  miał  pędzić  do

holu,  gdy  ze  schodów  zbiegła  Elisa,  złapała  go  za  rękę  i  zaczęła  ciągnąć

w stronę piwnicy.

– Coś ważnego? Powinienem już dawno wyjść – fuknął Terho.

– Muszę ci coś pokazać, to bardzo ważne. Daj mi minutkę.

– Nie teraz. Nie mogę się spóźnić. Mam naprawdę ważne spotkanie.

– Jakie spotkanie może być ważniejsze od moich problemów?

Elisa  mocno  trzymała  ojca  za  rękę.  I  patrzyła  na  niego  oskarżycielsko

rozszerzonymi oczami. To nie siedemnastolatka, lecz siedmiolatka, której uczuć

Terho za nic nie chciał urazić.

– Okej. Minutka.

Lumikki  cicho  zeszła  po  schodach.  Okazało  się  to  zaskakująco  trudne

w szpilkach i krępującym ruchy śpiworze. Tuukka czekał na nią na zewnątrz,

ukryty przy furtce.

– Jeszcze nie przyjechał – szepnął.

– Oby tylko się nie spóźnił – odrzekła.

Temperatura na dworze spadła do dwudziestu ośmiu stopni poniżej zera i był

to  rekord  tej  zimy.  Wszystko  dokoła  pokryła  cienka  warstewka  bielutkiej

szadzi. Domy, drzewa, kamienie, auta. Ubrania, włosy, policzki, myśli.

–  Elisa  obiecała,  że  zatrzyma  ojca  do  czasu,  gdy  do  niej  zadzwonię  –

powiedział Tuukka.

Czekali w milczeniu. Lumikki była zdziwiona, że Tuukka nie podkpiwa sobie

z  jej  stroju  czarnego  yeti  albo  z  propozycji,  jakie  z  pewnością  przyjdzie  jej

wysłuchiwać  podczas  przyjęcia.  Spojrzała  na  niego  i  spostrzegła  zaciśnięte

mocno  szczęki.  Tuukka  był  zdenerwowany.  Może  nawet  się  bał.

background image

Prawdopodobnie  po  raz  pierwszy  w  całym  swoim  życiu  był  tak  bardzo

przerażony.

Był sobie raz chłopiec, który nauczył się bać.

Lumikki  za  to  czuła  zdumiewający  spokój.  Działała  już  według

zaprogramowanego schematu. Skupiała się wyłącznie na następnym kroku.

Była 19.58. W uliczkę wjechało czarne audi i stanęło przed domem. Tuukka

uniósł brew i spojrzał na Lumikki. Skinęła głową. Ruszył. Przeszedł spokojnie

obok czarnego wozu, a gdy zniknął już z pola widzenia kierowcy, przykucnął

za zaparkowanym dalej samochodem i podkradł się z powrotem do audi. Dotarł

w wyznaczone miejsce i przywarował.

Teraz przyszła kolej na Kaspra. Chłopak odkleił się od muru na rogu ulicy,

podszedł  do  czarnego  samochodu  i  przedefilował  przed  maską.  Kierowca  nie

zareagował.  Wtedy  Kasper  wyciągnął  z  kieszeni  klucz,  przesadnie  czytelnym

gestem  pokazał  go  kierowcy,  po  czym  z  wyraźną  lubością  przytknął  go  do

blachy i ruszył. Mroźną ciszę przeciął wizg zdzieranego lakieru. Kierowca auta

gapił się na Kaspra, jak gdyby nie rozumiał, co się dzieje.

Zadowolony Kasper, aby doszczętnie wyprowadzić mężczyznę z równowagi,

pokazał mu jeszcze środkowy palec.

Wtedy w kierowcę wróciło życie. Ryknął i wyskoczył z samochodu. W tym

samym momencie Tuukka szybko uchylił klapę bagażnika. Kasper już uciekał

z  irytującym  rżeniem.  Mężczyzna  ruszył  za  nim,  odwróciwszy  się  nieznacznie

na chwilę, żeby pilotem zamknąć samochód. Kasper specjalnie nie biegł zbyt

szybko, aby prawie dać się złapać.

Lumikki  stała  już  przy  samochodzie.  Tuukka  pomógł  jej  wgramolić  się  do

bagażnika. Na szczęście nie był z tych najmniejszych, ale i tak musiała chwilę

pomyśleć, co zrobić z nogami i rękami, aby zmieścić się do środka. Na koniec

przykryła mechanizm zamka bagażnika skrawkiem jedwabiu i uniosła kciuk na

znak, że jest gotowa.

Tuukka  odpowiedział  identycznym  gestem  i  możliwie  najciszej  zamknął

klapę bagażnika.

Zapanowała absolutna ciemność i Lumikki zmagała się chwilę z panicznym

lękiem.  Leżała  w  ciasnej,  zatęchłej  dziurze,  w  której  na  dodatek  śmierdziało

benzyną. Miała nadzieję, że jazda nie potrwa długo.

Usłyszała  wracającego  kierowcę,  mruczał  pod  nosem  jakieś  przekleństwa.

Piip-piip, otworzyły się wszystkie zamki. Mężczyzna wsiadł do środka, trzasnęły

drzwi.

Lumikki postanowiła sprawdzić, czy da radę wyciągnąć komórkę z torebki.

Ledwo ledwo. Spojrzała na wyświetlacz. Była 20.05. Od razu poczuła się lepiej,

gdy niebieskie światełko na chwilę rozświetliło mrok.

Potem usłyszała kroki, ktoś nadchodził od strony domu Elisy. Otworzył drzwi

samochodu.

background image

– What took you so long?

15

 – warknął zirytowany kierowca.

– Sorry. Family matters.

16

 – Lumikki rozpoznała głos Terha Väisänena.

– White Bear hates it when people are late.

17

– Let’s not waste anymore time then.

18

Amen. Lumikki była dokładnie tego samego zdania. Nie zamierzała spędzić

wtłoczona w tę dziurę ani sekundy dłużej niż to absolutnie konieczne. Warknął

silnik.

– You have criminals on this street.

19

Lumikki  ledwie  usłyszała  słowa  kierowcy.  Uśmiechnęła  się.  Jednak  gdy

samochód  ruszył  i  przez  szczeliny  wokół  klapy  bagażnika  zaczęło  wiać  do

środka zimne powietrze, spoważniała.

Nie było już odwrotu.

background image

20

Nieprzenikniona ciemność. Nieustępliwa. Nie do przejścia.

Już  się  z  niej  na  pewno  nie  wydostanie.  Za  chwilę  zużyje  całe  powietrze.

Udusi się.

Żwir  wycisnął  jej  na  plecach  mozaikowy  wzór.  Lumikki  ściskała  kamyczki

w garściach, czuła ich ostre kanty, drobniejsze przeciskały się między palcami.

– Wypuśćcie mnie stąd! – krzyknęła.

Krzyknęła dziesiąty, setny, tysięczny raz. Waliła pięściami w klapę, kopała,

przekręciła się na brzuch i usiłowała unieść ją plecami. Na próżno.

Na pewno siedziały na klapie, radośnie machały nogami i ssały na zmianę

lizaka,  rozkoszując  się  jego  esencjonalnym  truskawkowym  smakiem.  Nigdzie

się nie spieszyły. Miały władzę absolutną.

Lumikki wypłakała już wszystkie łzy. Zaczęła panikować. Jeśli natychmiast

stamtąd nie wyjdzie, to się udusi.

Zaczęła wrzeszczeć. Na całe gardło. Pomyślała o skrzeczących mewach i ich

otwartych dziobach. Stała się mewą. I wrzeszczała na całe gardło.

A  im  głośniej  wrzeszczała,  tym  bardziej  była  żywa.  Stała  się  wrzaskiem.

Wściekle czerwonym, przeszywającym.

Naraz do niej dotarło, że nie jest już ciemno. Klapa skrzyni ze żwirem była

uniesiona.  Lumikki  usiadła  i  otarła  łzy.  Policzki  miała  oblepione  piaskiem.

Tamte sobie poszły. Znajdą kolejną okazję. Wiedziały równie dobrze jak ona,

że to nie był ostatni raz.

Lumikki doliczyła powoli do dziesięciu.

Nie mogła teraz spanikować. Nie była już tamtą dziewczynką. Zmieniła się.

Nauczyła. Wytrzymałaby teraz nawet w mysiej dziurze. Bardzo długo. Wszystko

poszło zgodnie z planem. Prawie wszystko.

I nie chodziło o to, że była cała posiniaczona od uderzeń o ściany bagażnika

na zakrętach. Ani o to, że smród benzyny wżarł się jej w nozdrza chyba już na

zawsze.  Ani  o  to,  że  dygotała  z  zimna  i  zmarzła  na  kość  od  palców  stóp  po

czubek głowy. To drobiazgi.

Samochód jechał trzydzieści pięć minut, potem zwolnił i w końcu stanął na

dobre.  Pierwszy  wysiadł  Väisänen.  Zaraz  po  nim  kierowca,  który  zamknął

drzwi i też się oddalił.

Lumikki  nasłuchiwała  i  gdy  zapadła  cisza,  odważyła  się  zgrabiałą  dłonią

chwycić  skrawek  jedwabiu  i  ostrożnie  go  pociągnąć,  napierając  nogami  na

klapę.  Przytrzaśnięty  materiał  powinien  odblokować  rygiel  zamka,

background image

umożliwiając jej wyjście z bagażnika.

Odgłos  dartej  tkaniny  był  najgorszym  dźwiękiem,  jaki  Lumikki  usłyszała

w ciągu ostatnich paru lat.

Tylko bez paniki. Spokojnie.

Namacała  palcami  zamek,  żeby  sprawdzić,  w  którym  miejscu  materiał  się

zerwał,  ale  nie  zdołała  się  zorientować.  Palpację  utrudniały  rękawiczki,

a  dojmujące  zimno  pozbawiło  ją  czucia  w  palcach.  Przygryzła  zębami  prawą

rękawiczkę i wyswobodziła dłoń. Wsunęła zmarznięte palce w usta i dmuchała,

dopóki nie poczuła, że wraca krążenie.

Kolejna próba.

Znów  namacała  zamek  i  materiał.  Wiedziała,  że  wilgotne  palce  za  chwilę

znowu zgrabieją.

Tak.  O,  tak.  Materiału  zostało  akurat  tyle,  że  można  go  było  jeszcze

uchwycić. Zacisnęła mocno palce na tkaninie, wparła nogi w klapę bagażnika

i powoli, powolutku, bez szarpania, zaczęła ciągnąć.

Klapa ani drgnęła.

Lumikki  zagryzła  zęby,  ciągnęła  i  napierała.  Napięła  mięśnie  do  granic

wytrzymałości.

Klik.

Zamek ustąpił. Udało się. Lumikki uchyliła bagażnik odrobinę i poczekała, aż

oddech się wyrówna. Nadstawiła uszu. Tuż obok zajechał jakiś samochód, ktoś

z niego wysiadł.

– Mógłbyś posprzątać w tym swoim wozie – odezwała się kobieta. – Zobacz,

jak wyglądają moje buty. Miały być różowe. I czyste.

– Sama chciałaś być Różyczką, choć moim zdaniem bardziej by pasowała do

ciebie  rola  złej  macochy.  Mogłabyś  wtedy  włożyć  czarne  buty  –  odciął  się

mężczyzna.

Gniewne głosy zniknęły w oddali. Nastała cisza.

Lumikki  powoli  uniosła  klapę  i  wyjrzała.  Znajdowała  się  na  niewielkim

parkingu.  Na  szczęście  czarne  audi  stało  z  brzegu,  ukryte  trochę  w  cieniu

drzew. Akurat nie było nikogo w polu widzenia.

Błyskawicznie  wyłuskała  się  z  obszernego  płaszcza,  włożyła  z  powrotem

rękawiczkę, wygramoliła się z bagażnika i cicho zamknęła klapę. Śpiwór Elisy

musi zostawić. Kierowca audi bardzo się zdziwi, gdy następnym razem otworzy

bagażnik. Lumikki dotknęła ręką włosów. Jakimś cudem fryzura zachowała się

w  nienaruszonym  stanie.  Elisa  wcale  nie  przesadzała,  jej  lakier  rzeczywiście

miał czarodziejską moc.

Puder, potem lusterko. Szybka ocena makijażu. Rozmazało się trochę szminki

z dolnej wargi. Poprawka, gotowe.

Lumikki odwróciła się i spojrzała na rezydencję Białego Niedźwiedzia.

background image

Borys  Sokołow  obejrzał  swoje  dzieło  i  pokiwał  z  zadowoleniem  głową.

Wykapana Królowa Śniegu. Jeśli na jej widok Väisänen nie przestanie fikać, to

on zje dwa kilogramy kostek lodu. Naraz.

Odczuwał  nieokreślony  smutek,  ale  i  zadowolenie.  To  drugie  uczucie  miało

wyraźną  przyczynę.  Spadł  mu  kamień  z  serca.  Rozmówił  się  z  Białym

Niedźwiedziem i nie żywił do niego urazy za zlikwidowanie jego Estończyka.

Niedźwiedź  wyjaśnił,  że  jego  ludzie  widzieli,  jak  Tamm  wymachiwał

pistoletem na cmentarzu, w biały dzień. Czegoś takiego nie można tolerować.

Najwyraźniej  facet  stracił  kontakt  z  rzeczywistością  i  zaczął  mieć  odchyły.

A  facet  z  odchyłami  nie  nadaje  się  już  do  niczego,  w  tej  sprawie  Biały

Niedźwiedź i Borys byli jednomyślni.

Dlatego Tamma należało sprzątnąć. Bez żadnych osobistych pobudek.

Borys spojrzał na Natalię, jej otwarte brązowe oczy. Na twarzy zdziwienie,

może zaskoczenie.

Oj, Natalia, dziecino, naprawdę myślałaś, że papcio Borys nie dowie się, co

knujesz? Uciekać, i to jeszcze z kasą? Przecież to kradzież. A kradzież, o czym

wszyscy wiemy, jest czynem nagannym. Gdybyś postąpiła właściwie, wszystko

wyglądałoby teraz inaczej.

Natalia, Natalia.

Królowa Śniegu ze szronem na ustach.

Teraz możemy zaczynać przyjęcie.

Poufne  informacje  Kaspra  okazały  się  prawdziwe.  Za  wysokim,  kamiennym

murem  w  kompletnej  głuszy  stał  duży,  dwupiętrowy  dom  z  początku

dwudziestego wieku. Do rezydencji prowadziła jedynie wąska droga przez las.

Lumikki podejrzewała, że posiadłości nie ma na żadnej mapie. Były miejsca,

których istnienie chciano zataić. I były na to sposoby.

Ruszyła  ku  bramie,  przy  której  wartownicy  zatrzymywali  wchodzących

i zadawali im jakieś pytania. Lumikki starała się jak najbardziej przypominać

odgrywaną postać. Płatnej, luksusowej pani do towarzystwa.

Gdy przyszła jej kolej przy bramie, ruszyła pewnie, ale powoli i z godnością.

– Chwila. Stop – rozkazał jeden z dwóch szafowatych.

Lumikki serce podskoczyło do gardła. A więc tu się wszystko skończy?

– Komórka. Cell phone – zażądał szafowaty, wyciągając rękę.

Lumikki ściągnęła usta w ciup, wyjęła z torebki komórkę i demonstracyjnie

plasnęła  nią  w  ogromną  dłoń.  Niech  myślą,  że  przyszło  jej  się  rozstać

z  bezcennym  przedmiotem,  a  nie  starym  telefonem,  który  Elisa  już  dawno

zmieniła na lepszy model. Strażnik wsadził komórkę do swojej raportówki. Po

odgłosie Lumikki poznała, że nie ona pierwsza zostawiła telefon przy bramie.

Potem  mężczyzna  bez  pytania  zabrał  jej  torebkę,  zajrzał  do  środka  i  oddał,

mrucząc coś pod nosem.

background image

Ledwie zauważalnym skinięciem głowy dał znak, że Lumikki może iść dalej.

Musiała  wziąć  się  mocno  w  garść,  żeby  nogi  nie  dygotały  jej  z  zimna  i  ulgi.

Głowę  trzymała  wysoko.  Przejście  w  szpilkach  po  lodzie  było  drogą  przez

mękę, mimo że chodnik zasypano starannie piaskiem.

Krok po kroku. Spokojnie.

Panujący  dokoła  mrok  rozpraszały  ustawione  wzdłuż  alejki  pochodnie.

Płomienie łopotały niespokojnie. Ścieżka kończyła się drzwiami. Stał przy nich

archetypowy,  staromodny  lokaj.  Zaczesane  do  tyłu  włosy  i  krótkie  białe

rękawiczki.  Język  gestów,  zarazem  wyniosły  i  ugrzeczniony.  Mężczyzna

otworzył przed nią drzwi i lekko się pokłonił. Lumikki wkroczyła do środka.

Udało się jej.

Naprawdę  weszła  na  przyjęcie  Białego  Niedźwiedzia.  Teraz  pozostało  już

tylko wyjaśnić, w co wplątał się ojciec Elisy.

background image

21

Inny świat. Inna rzeczywistość.

Kolory,  światła,  dźwięki.  Niebieski,  który  w  jednej  chwili  zamieniał  się

w zieleń i żółć. Pomarańczowy, który przeistaczał się w falujące złoto. Fiolet,

z  którego  wyrastały  poskręcane  pędy  burgundu,  lilii,  fuksji.  Muzyka,  syreni

śpiew,  szum  lasu,  brzęk  kryształów,  zapomniane  echa  przepastnych  grot,

średniowieczne  instrumenty,  brzęk  dzwoneczków,  przemykający  gdzieś  obok,

okrążający od tyłu, znikający i za chwilę wnet powracający.

Świat baśni.

W  każdej  sali  dźwięk,  światło  i  dekoracje  tworzyły  niesamowitą,  odrębną

rzeczywistość.  Z  mrocznego,  tajemniczego  lasu  Lumikki  weszła  wprost  do

srebrnej  sali  tanecznej,  której  ściany  zdobiły  girlandy  żywych  róż.  Przeszła

przez  podwodne  królestwo.  Zajrzała  na  chwilę  do  chatki,  w  której  stały  trzy

krzesła: małe, średnie i duże.

Iluzja  oddziaływała  na  nią  tak  intensywnie,  że  dopiero  po  pewnej  chwili

zaczęła rejestrować szczegóły. Wszędzie kręcili się kelnerzy i kelnerki z tacami.

W  każdej  sali  serwowano  napoje  stosowne  do  jej  tematu,  a  wszystkie

wyglądały rzeczywiście bajecznie. Z niektórych unosił się dym, inne znów przy

dnie  były  purpurowe,  a  na  powierzchni  błękitne.  Napoje  roznosili  ludzie

przebrani za postaci z bajek lub za żywe, złote posągi.

Po salach krążyli goście z kieliszkami i szklankami w dłoniach. Z rozgwaru

głosów  Lumikki  wyłowiła  fiński,  angielski,  szwedzki  i  rosyjski.  Ktoś  mówił

chyba  po  hiszpańsku,  ale  nie  miała  całkowitej  pewności.  Większość  kobiet

zbytnio  nie  różniła  się  od  niej.  Były  młode,  wypacykowane  i  sprawiały

wrażenie, że nie znają nikogo z obecnych. Kasper miał rację. Płatnych pań do

towarzystwa nie brakło. Grono zaproszonych składało się głównie z mężczyzn

w  średnim  wieku,  z  nielicznymi  młodszymi  i  starszymi  wyjątkami.  Lumikki

dostrzegła  też  kilka  par,  w  tym  podstarzałą  Różyczkę  ze  swoim  księciem.

Obojgu  faktycznie  dobrze  by  zrobiła  odrobina  snu.  Może  nie  całe  sto  lat,  ale

kilka godzin na pewno.

Niektóre  twarze  wydawały  się  Lumikki  mgliście  znajome.  Politycy?

Biznesmeni? Trudno powiedzieć.

Próbowała szybko zorientować się w rozkładzie budynku. Wyglądało na to,

że parter i pierwsze piętro przerobiono na świat baśni, na drugim piętrze były

pokoje  przeznaczone  na  „odpoczynek”,  a  w  przyziemiu  znajdowały  się

pomieszczenia gospodarcze. Tam w każdym razie schodzili kelnerzy z pustymi

tacami i stamtąd wracali z dostawą napojów.

background image

– Chyba nie ma sensu ci tego proponować?

Lumikki  obejrzała  się.  Stał  przed  nią  mężczyzna  z  dwoma  szklaneczkami

w  dłoniach  i  niewątpliwie  mówił  do  niej.  Włosy  miał  lekko  przyprószone

siwizną, ale według ogólnie przyjętych standardów można go było zaliczyć do

kategorii  przystojnych.  Ciemne  brwi,  brązowe  oczy  i  idealnie  skrojony

garnitur.  Lumikki  zdążyła  zarejestrować  celowo  pozostawioną  na  rękawie

naszywkę z napisem Hugo Boss. Facet był gotów słono zapłacić za elegancję,

a  wybór  marki  wskazywał  na  gust,  który  lekko  trącił  myszką.  Opakowanie

stosowne do zawartości. Gość mógłby być w końcu jej dziadkiem.

Mężczyzna  pochylił  się  ku  niej.  Lumikki  powstrzymała  chęć  cofnięcia  się

o krok pod naporem fetoru cygar i wody po goleniu. Też od Hugo Bossa. Facet

odczuwał widać wzmożoną potrzebę podkreślenia swojej bossowatości.

– Bo ten napój zawiera jabłko – dodał cicho, jak gdyby zdradzał jej wielką

tajemnicę. – Zdaje się, że to dla was, Śnieżek, śmiertelna trucizna.

Na  opalonej  twarzy  wykwitł  uśmieszek  samozadowolenia.  Gość  uważał  się

najwyraźniej za wielkiego tekściarza.

Ze  swojego  repertuaru  mimicznego  Lumikki  wybrała  trochę  głupkowaty,

zalotny uśmiech dziewczyny łasej na pochlebstwa.

– No wiesz, bo my mamy taką lekką alergię na jabłka. Ale jeśli mi znajdziesz

coś z porządną zawartością procentów i przyjemną dawką słodyczy, to możemy

pogadać.

– Coś na rozgrzewkę w mroźny wieczór? – podsumował mężczyzna, kładąc

pieszczotliwie pomarszczoną rękę na jej odsłoniętym ramieniu.

Dłoń była lepka od potu. Lumikki wzdrygnęła się z obrzydzenia, ale stłumiła

w sobie odruch.

– Czytasz w moich myślach.

– Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem – odrzekł mężczyzna. – A ty nigdzie

nie uciekaj.

–  Postaram  się  nie  zgubić  w  tym  lesie.  Ani  nie  dać  się  zniewolić  siedmiu

niewyrośniętym.

Mężczyzna uśmiechnął się jeszcze szerzej.

–  Jeśli  któryś  założy  ci  za  ciasny  gorset,  obiecuję  go  zdjąć  –  powiedział,

puszczając do niej oko.

No,  no,  szara  pantera  poczytał  w  domu  trochę  braci  Grimm.  Tylko  że  za

znajomość  bajek  Lumikki  nie  dawała  punktów.  Ani  niczego  innego.

Odprowadziła  spojrzeniem  oddalające  się  szerokie  bary,  po  czym  ruszyła  na

piętro.

Terho  Väisänen  zlustrował  spojrzeniem  salę  w  poszukiwaniu  Natalii.  Muszka

uciskała go nieprzyjemnie pod szyją. Trochę ją poluzował.

Na widok niektórych gości unosił ze zdziwieniem brwi. Ten też tutaj? I ten?

background image

Spostrzeżeniami  można  by  obdzielić  obie  popołudniówki,  a  i  tak  zostałoby

jeszcze  materiału  dla  paru  tabloidów.  Na  własne  oczy  widział,  jak  znany

polityk ugryzł zakłopotanego Dzwoneczka w ucho.

Zdawał  sobie  sprawę,  że  o  przyjęciu  nie  wolno  nikomu  nawet  pisnąć

słówkiem.  Ludzie  Białego  Niedźwiedzia  gadatliwych  uciszali  na  zawsze.

Podobnie  jak  ich  rodziny,  bliższych  i  dalszych  krewnych  oraz  przyjaciół.

Wszyscy o tym wiedzieli. Nikt nie chciał zostać przykładnie ukarany.

Terhowi  mignęła  młoda  kobieta  w  przebraniu  Śnieżki.  Wydała  mu  się

dziwnie  znajoma.  Czy  Elisa  nie  ma  takiej  samej  sukni?  Najwyraźniej  była

modna i wcale nie taka niepowtarzalna, jak go zapewniano w sklepie. Kolejny

dowód, że nawet za duże pieniądze nie zawsze dostaje się to, co reklamują na

etykiecie.

Ale i tak za duże pieniądze można było dostać całkiem sporo. I urządzić sobie

życie. Dlatego właśnie Terho pojawił się na przyjęciu.

Jeśli  w  salach  na  parterze  wyczarowano  piękny,  fascynujący  świat  baśni,  na

pierwszym  piętrze  zamknięto  bajkowe  potwory.  Drzewa  wyciągające  ku

przechodzącym  gałęzie  jak  szpony.  Nimfy,  które  śpiewem  wabiły

nieszczęśników na bagna. Sny, z których nie wybudzał pocałunek księcia.

Jedna z sal była cała czarna, z trójwymiarową animacją krążących tuż nad

głową  i  złowieszczo  krakających  kruków.  Lumikki  musiała  się  pochylić,  aby

któryś nie wczepił się jej szponami we włosy.

Salę obsługiwało dwóch ubranych na czarno kelnerów, którzy na srebrnych

talerzykach roznosili małe kieliszki z czarnym napojem. Mężczyźni rozmawiali

ze  sobą  ściszonym  głosem.  Lumikki  zbliżyła  się  do  nich,  aby  ich  podsłuchać.

Wyciągnęła rękę po drinka.

– Gdzie jest Biały Niedźwiedź? – spytał jeden drugiego.

– Nie słyszałeś, że przyjdzie dopiero o dwunastej?

– Przyjdzie? Myślałem, że...

Umilkł,  skarcony  spojrzeniem  drugiego  kelnera,  i  wyciągnął  nieznacznie

srebrny  talerzyk  w  stronę  Lumikki.  Wzięła  szklaneczkę,  uśmiechnęła  się

i odwróciła na pięcie.

– Nie słyszałeś instrukcji Niedźwiedzia? Nie wolno o nim mówić inaczej niż

w trzeciej osobie liczby pojedynczej – syknął drugi kelner.

Lumikki  przechyliła  szklaneczkę  i  zwilżyła  wargi,  zastanawiając  się  nad  tą

informacją.  Zerknęła  na  duży,  ozdobny  zegar  na  ścianie.  Kwadrans  po

dziewiątej. Jeszcze prawie trzy godziny.

Nie zrozumiała słów drugiego kelnera. Dlaczego niby o Białym Niedźwiedziu

miałoby  się  mówić  w  trzeciej  osobie  liczby  pojedynczej?  Dziwne.  No,  ale

wszystko wyjaśni się prawdopodobnie po północy.

Przyjęcie  stawiało  Białego  Niedźwiedzia  w  nader  osobliwym  świetle.  Facet

background image

wykosztował się na niewyobrażalną scenografię tylko na jeden wieczór i jedną

noc. Na dodatek większość gości z pewnością nie potrafiła docenić jej kunsztu.

Dla  nich  liczyło  się  tylko  to,  że  alkoholu  jest  pod  dostatkiem,  a  kobiety  są

piękne i skore do igraszek. Nie tylko słownych.

Świnie w smokingach.

Myślą,  że  garnitur  za  kilka  tysięcy  euro  i  zegarek  za  kilkadziesiąt  zastąpią

ogładę. Albo dają im prawo robić absolutnie wszystko. Masz pieniądze – jesteś

ponad prawem. Jesteś ponad prawem – jesteś królem.

Lumikki  aż  zemdliło.  Najchętniej  wróciłaby  do  domu.  Zdjęłaby  szpilki

i  włożyła  na  nogi  szare  wełniane  skarpety,  zrobione  na  drutach  przez  jej

babcię.  Zaparzyłaby  sobie  nawet  herbatę,  choć  normalnie  zaliczała  ją  do

gatunku  ciepłych  lur,  na  które  nie  warto  tracić  czasu.  Tym  razem  jednak

herbata  wydała  się  jej  kwintesencją  domowego  zacisza  i  przypomniała

upstrzone  różami  tapety  u  babci  oraz  jej  ciepłe  dłonie  zaplatające  Lumikki

warkocz.

Ostrożnie oblizała wargi. Salmiakowa wódka, tak jak przypuszczała. Ostry,

słony smak oddalił mdłości.

Pamiętaj,  że  to  nie  ty  tutaj  jesteś.  Grasz  tylko  swoją  rolę.  Kto  inny

przechodzi z sali do sali w białych butach na wysokim obcasie i w czerwonej

sukni. Nic cię tutaj nie rusza, w najmniejszym stopniu.

Lumikki  wyprostowała  się.  Nie  przyszła  tu  przecież  dla  zabawy.  Miała  do

wykonania ważne zadanie.

background image

22

Natalia  nie  czuła  zimna.  Była  martwa  od  stu  dwudziestu  ośmiu  godzin.  Sto

dwadzieścia  osiem  godzin  to  śmiesznie  krótki  czas  w  życiu  człowieka.  A  po

śmierci jeszcze krótszy. Natalia żyła dwadzieścia lat, trzy miesiące i dwa dni.

I będzie martwa nieskończenie długo. Przy nieskończoności te sto dwadzieścia

osiem godzin nie znaczą w zasadzie nic.

Gdyby żyła, czy chciałaby wrócić do tamtej chwili przed dwoma laty, kiedy

zadzwonił  do  niej  Borys  Sokołow?  Jej  ówczesny  chłopak  i  diler  narkotyków

Dmitrij zaaranżował jej kilka spotkań z nim i Natalia zrozumiała, że Sokołow

to większa szycha. Wiadomo, że nie żaden capo di tutti capi, ale zawsze jakiś

szef.  Facet,  który  ma  władzę  i  wpływy.  Sokołow  zaproponował  Natalii,  aby

dołączyła do jego grupy. Potrzebował młodej kobiety o dobrej prezencji, której

nie pomieszały jeszcze w głowie alkohol i narkotyki.

Czy chciałaby teraz wybrać inną drogę? Gdyby nie przystała na propozycję

Sokołowa,  nigdy  nie  przyjechałaby  do  Finlandii,  nie  poznała  Terha,  nie

próbowała uciec z pieniędzmi i nie dostała śmiertelnego postrzału w plecy. Nie

leżałaby  teraz  martwa  w  osiemnastostopniowym  mrozie,  z  oczami

wpatrzonymi  nieruchomo  w  mrok  i  lekko  rozchylonymi  ustami,  jak  gdyby

zamierzała jeszcze coś szepnąć.

Gdyby  zdawała  sobie  sprawę  z  tego  wszystkiego,  oczywiście  odmówiłaby

Borysowi.  Wiedziała  wówczas  jedynie  tyle,  że  nie  zamierza  wychowywać

swojej córki w mieszkaniu, którego kąty śmierdzą grzybem, a przez cienkie jak

karton ściany słychać głośne kłótnie i nie mniej głośne pojednania sąsiadów.

I  dlatego  przyjęła  jego  propozycję.  Jeszcze  w  tym  samym  tygodniu  Sokołow

załatwił jej lepsze mieszkanie, do którego przeniosła się z matką i Olgą.

Minął  rok.  Natalia  zaopatrywała  w  narkotyki  piękną  i  bogatą  moskiewską

młodzież  i  zaczynała  wierzyć,  że  jest  taka  sama  jak  oni.  Młoda,  piękna

i bogata.

Życie  mogło  być  fajne.  Warte  przeżycia.  Natalia  miała  już  jednak

dziewiętnaście lat i wiedziała z doświadczenia, że gdy wszystko niby świetnie

się  układa,  coś  zawsze  musi  to  popsuć.  Tym  czymś  okazał  się  wyjazd  do

Finlandii  z  Sokołowem.  Mężczyzna  miał  przypilnować  tam  interesu.  Natalia

wyobrażała  sobie,  że  zamieszka  w  Helsinkach,  mających  stosunkowo  dobre

połączenia lotnicze z Moskwą. A tymczasem wylądowała w Tampere, które od

razu zrobiło na niej wrażenie żałośnie małej dziury. Z początku Sokołow mniej

więcej połowę roku spędzał w Moskwie i drugą połowę w Tampere, ale potem

i on przeniósł się na stałe do Finlandii.

background image

Rozkaz Białego Niedźwiedzia, tak jej powiedział. Wtedy Natalia usłyszała to

imię  po  raz  pierwszy.  Później  dostała  się  nawet  na  przyjęcie  Niedźwiedzia

i zrozumiała, że jej rólka u Sokołowa jest tak epizodyczna, że aż śmieszna. Była

nic nieznaczącym trybikiem w wielkiej machinie. W każdej chwili mogła zostać

wymieniona.

W  Tampere  czuła  się  obco.  Źle  chodziła  i  źle  się  ubierała.  Kołnierz

z króliczego futra i kozaki na wysokim obcasie świadczyły tam o złym guście.

Ludzie  oglądali  się  za  nią  na  ulicach.  Mężczyźni  próbowali  wciskać  jej

pieniądze,  ale  nie  za  narkotyki,  tylko  za  seks.  Natalia  myślała  niekiedy

z goryczą, że jeśli w tym mieście nie chciałaby się odróżniać od tubylców, zimą

powinna chodzić w puchowej kurtce, jesienią i na wiosnę w wiatrówce, a latem

siedzieć  na  ryneczku  na  Tammeli  w  podrobionych  crocsach  i  baseballówce

i wsuwać kaszankę.

Z  całego  Tampere  znała  tylko  Borysa  Sokołowa  i  jego  Estończyków.

Z początku co wieczór dzwoniła do domu, słuchała głosu małej Olgi i zasypiała,

płacząc z tęsknoty.

Czasem  przyglądała  się  fińskim  licealistom,  którzy  wydawali  się  jeszcze

dziećmi,  choć  była  od  nich  zaledwie  rok  starsza.  Próbowała  sobie  wyobrazić,

jakby się czuła na ich miejscu. Jak to jest chodzić po szkole do kawiarni, żeby

porozmawiać  o  zachowaniu  jakiegoś  ładnego  chłopca  i  pytaniach  na

sprawdzian z historii. Rozważać różne warianty studiów i roztrząsać, czy warto

zrobić  sobie  rok  przerwy  przed  uniwerkiem.  Pomarzyć  o  przeprowadzce  na

swoje,  o  zakupie  własnej  szczotki  do  mycia  naczyń,  o  rozłożeniu  na  swoim

łóżku  maturalnego  prezentu  –  pościeli  Finlaysona.  Doświadczyć  kryzysu

egzystencjonalnego: nie mieć pojęcia, co tak naprawdę chciałoby się robić po

studiach.

A  potem  poznała  Terha,  który  był  zupełnie  inny  od  Sokołowa  czy

Estończyków,  choć  Borys  określał  go  jako  „swojego”.  Glina  z  wydziału

antynarkotykowego, zwerbowany w charakterze wtyki.

Terho i jego szorstkie dłonie. Czułość, jaką poczuła do niego od pierwszego

spotkania. Fin był tak nieśmiały, tak słodko niepewny, jak do niej mówić i jak

ją  dotykać.  Zupełnie  co  innego  niż  jej  poprzedni  chłopcy  i  mężczyźni,  którzy

wciskali ją od razu w przygotowaną formę, układali w ulubionej pozycji.

Czy  to  była  miłość?  W  każdym  razie  tak  to  widziała  Natalia.  Czuła  się

z Terhem bezpieczna. Opowiadał jej o swoim domu, rodzinie, życiu na co dzień.

Przy  nim  zrozumiała,  że  i  ona  chciałaby  mieć  takie  życie.  Skończyć

z  ukrywaniem,  z  lękiem,  z  nadwrażliwością  śluzówki  nosa  i  ze  śladami  po

wkłuciach na udach. Terho obiecał, że załatwi jej sprawy, pomoże się wycofać.

Natalia mu uwierzyła, on jednak nic z tym nie zrobił. On także rzucał słowa na

wiatr, jak wszyscy jej pozostali mężczyźni.

Słowa zmieniające się w kłamstwa, zanim jeszcze wybrzmiały do końca.

background image

A  przecież  powinna  już  dawno  to  wiedzieć.  Nie  ufaj  nikomu,  licz  tylko  na

siebie. Sama podejmuj decyzje i ponoś konsekwencje.

Dlatego  Natalia  postanowiła  zabrać  z  domu  Sokołowa  trzydzieści  tysięcy

euro  przygotowanych  dla  Terha  i  zniknąć.  Obmyśliła  plan.  Niepostrzeżenie

ukradła  zapasowy  klucz  od  domu  Borysa.  Zorganizowała  sobie  kryjówkę

w daczy daleko od Moskwy. Okoliczności jej sprzyjały – w niedzielę Sokołow

z Estończykami mieli być w terenie aż do wieczora. Wrócili jednak wcześniej.

I dlatego Natalia Smirnowa leżała teraz bez życia, w ciemności, nago.

Poniosła  konsekwencje,  które  okazały  się  dużo  bardziej  surowe  od  jej

najgorszych wyobrażeń.

Życie Natalii było ciągiem złych wyborów, których nie mogła uniknąć. Te złe

wybory przedstawiano jej jako dobre, podawano na złotych tacach w płatkach

róż, a ona nie umiała spojrzeć pod spód, nie umiała dostrzec białego śniegu, na

który tryśnie jej krew jak czerwona farba.

Dlatego  Natalia  Smirnowa  leżała  teraz  sama,  w  zimnie,  nie  czując  wcale

chłodu.

Leżała już tak sto dwadzieścia osiem godzin.

Jednak  nawet  po  śmierci  nie  zaznała  spokoju.  Borys  Sokołow  chciał  ją

jeszcze do czegoś wykorzystać.

background image

23

Lumikki szybko zeszła do piwnicy. Od czasu do czasu oglądała się za siebie. Czy

szara pantera podąża za nią? Na szczęście nie. Zgubiła natręta.

Jeszcze  chwilę  temu  stała  przy  bufecie  uginającym  się  od  kilkudziesięciu

różnych  potraw,  gdy  mężczyzna,  który  wcześniej  się  jej  narzucał,  zaszedł  ją

niepostrzeżenie od tyłu i zażądał wyjaśnień, gdzie zniknęła.

–  Niezbadane  są  czasem  ścieżki  kobiety  –  odparła  mu  najbardziej  zalotnie,

jak tylko potrafiła.

Natręt zaproponował, aby przeszli na piętro, gdzie mogliby zbadać te ścieżki

nieco dogłębniej. Lumikki odrzekła, że najpierw musi coś zjeść. On znów objął

ją  ręką  w  pasie  i  stwierdził,  że  nie  warto  psuć  obżarstwem  tak  cudownie

szczupłej talii, na co odpowiedziała, że nie jadła nic przez cały dzień i że jemu

także  na  pewno  będzie  przyjemniej,  jeśli  jego  Śnieżka  nie  zemdleje  mu

w trakcie z osłabienia. Mężczyzna się roześmiał.

– Zmieniasz się pewnie w dziką kotkę, kiedy już się rozgrzejesz.

Gdybyś chciał wiedzieć, wydrapuję oczy, pomyślała Lumikki, zadowoliła się

jednak  zmysłowym  miauknięciem.  Ostatecznie  uśpiła  jego  czujność,  prosząc,

aby  potrzymał  jej  talerz,  a  ona  pójdzie  na  chwilę  do  toalety  przypudrować

sobie nosek. Zadowolony natręt został przy bufecie, najwyraźniej przekonany,

że ma ją teraz w garści, skoro trzyma jej talerz z jedzeniem, bez którego ona

nie przeżyje. Idiota.

Lumikki  rozejrzała  się  po  piwnicy.  Była  tu  duża  kuchnia,  która  sądząc  po

odgłosach, pracowała bez przerwy na najwyższych obrotach. Słyszała syczenie

patelni,  postukiwanie  noży  o  deski  i  krzyki  kucharzy.  Z  uchylanych  drzwi

wypływał  nieprzerwany  strumień  kelnerów  i  kelnerek  z  tacami,  wazami

i  misami.  Lumikki  przyglądała  się  temu  z  boku,  ukryta  przed  ciekawskimi

spojrzeniami.

Ojciec Elisy mignął jej tylko przelotnie dwa razy, ale zawsze znikał, zanim

zdążyła za nim pójść.

A  teraz,  jak  na  zamówienie,  usłyszała  go  nagle  w  piwnicznym  korytarzu.

Väisänen  rozmawiał  z  kimś  po  angielsku.  Głos  rozmówcy  również  wydał  się

Lumikki znajomy, ale nie mogła sobie przypomnieć, skąd go zna.

Mężczyźni się zbliżali. Wtedy sobie przypomniała. Ten drugi głos słyszała na

Pyynikki, kiedy ją gonili. Rosjanin.

Lumikki sekundę rozważała opcje. Nie ruszać się z miejsca i udać, że trafiła

do  piwnicy  przez  przypadek  lub  najzwyklejszą  ciekawość?  Żaden  z  mężczyzn

by jej nie rozpoznał. Zwróciłaby jednak na siebie uwagę, za bardzo rzucała się

background image

w oczy, była w niewłaściwym miejscu. A to nie wróżyło dobrze na dalszy ciąg

wieczoru.

Nacisnęła klamkę najbliższych drzwi. Otwarte. Zajrzała ostrożnie do środka,

ani  żywej  duszy.  W  pomieszczeniu  stały  tylko  duże  zamrażarki  i  kasty

z  różnymi  alkoholami.  Jakiś  magazynek.  Lumikki  wślizgnęła  się  do  środka,

zamierzając przeczekać, aż Väisänen z Rosjaninem przejdą.

Nie przeszli. Stanęli przed drzwiami.
– I’ve got something to show you.

20

 – Lumikki usłyszała głos Rosjanina.

Rozejrzała się szybko. Innych drzwi brak. Żadnych kryjówek. Nie ma dokąd

uciec ani gdzie się schować.

Chyba że do zamrażarki.

Lumikki otworzyła pierwszą z brzegu skrzynię, instynktownie nabrała pełne

usta powietrza i zaraz opuściła wieko z powrotem.

W ustach poczuła smak wymiocin. Ręce i nogi zaczęły jej drżeć. Nie miała

jednak  czasu  myśleć  o  tym,  co  właśnie  zobaczyła.  Sale  urządzono  bardzo

sugestywnie, ale zawartość zamrażarki była autentyczna. Lumikki zajrzała do

sąsiedniej  skrzyni  i  omal  nie  westchnęła  z  ulgą.  Na  dnie  leżało  kilka  paczek

groszku. Pstryknęła wyłącznik maszyny. Niewiele to pomoże, ale przynajmniej

temperatura  ciała  nie  spadnie  jej  zbyt  gwałtownie,  gdy  zamrażarka  zacznie

pracowicie  schładzać  pięćdziesiąt  pięć  kilogramów  żywego  mięsa  do  minus

osiemnastu stopni Celsjusza.

Klamka drzwi zaczęła opadać.

Lumikki  weszła  do  skrzyni,  ułożyła  się  w  miarę  wygodnie  i  opuściła  klapę

akurat w chwili, gdy Väisänen i Rosjanin weszli do środka.

Chłód  zaczął  od  razu  szczypać  gołą  skórę.  Nawet  w  czterech  ścianach  nie

można było się uwolnić od tego cholernego mrozu. Przeklęta zima.

Terho  był  poirytowany.  Akurat  teraz  nie  miał  najmniejszej  ochoty  na  gierki

Sokołowa. Chciał się skupić na dopracowaniu strategii, dzięki której przekona

Białego Niedźwiedzia, że zasługuje na przyzwoitą odprawę. Słyszał pogłoski, że

lepiej  go  nie  szantażować  ani  nie  grozić.  Podobno  nikomu  się  to  nigdy  nie

udało, choć wielu próbowało.

Pozostało mu więc negocjować.
– Where is Natalia?

21

 – spytał.

Sokołow obnażył zęby. To pewnie miał być uśmiech.

–  Właśnie  chciałem  ci  ją  pokazać  –  odparł  po  angielsku.  –  Tu  jest  twoja

Królowa Śniegu.

Terho spojrzał ze zdumieniem na Sokołowa, który uniósł klapę zamrażarki.

Lumikki  usłyszała  odgłos,  jak  gdyby  ojciec  Elisy  się  zakrztusił.  Wiedziała,  co

background image

właśnie  zobaczył.  Widok  wypalił  mu  się  na  siatkówkach  pewnie  do  końca

życia. Gotowy materiał na przyszłe koszmary.

Martwa młoda kobieta, naga, w zamrażarce.

Oczy otwarte, twarz szarosina, na wargach trochę ciemnej, zakrzepłej krwi.

Duża dziura w brzuchu.

– Co... coście jej zrobili? – Lumikki usłyszała drżący głos ojca Elisy.

– Sądziłem, że widok trupa to dla gliny chleb powszedni.

– Ale... dlaczego?

–  Chcesz  mi  wmówić,  że  nie  wiedziałeś?  Natalia  zamierzała  się  ulotnić

z pieniędzmi. Twoimi pieniędzmi. Naszymi pieniędzmi. Zatrzymaliśmy ją. Nie

domyśliłeś się niby, kiedy dostałeś worek zakrwawionych banknotów?

– Nie wiem, o jakich banknotach w kółko opowiadasz.

– O twojej wypłacie.

– Żadnej wypłaty nie dostałem.

– To już twój problem, nie nasz. Dostawa była 28 lutego, zgodnie z umową.

Trzy razy w roku, w ustalone dni. Tym razem jednak nie ukryliśmy ich w lesie,

tylko przynieśliśmy ci pod same drzwi. Taka miła niespodzianka.

– To... to potworność.

–  To  realizm.  Nie  mogliśmy  sobie  pozwolić  na  puszczenie  Natalii  z  takimi

pieniędzmi. Trzydzieści tysięcy euro to jeszcze żaden problem, ale ewentualny

przeciek już tak.

– Nie... nie... – Ojciec Elisy szukał słów. – Nie chcę mieć do czynienia z tobą

ani z twoimi ludźmi. Nigdy. Jasne? To nie miało tak być. Nikt nie miał zginąć.

– Ale zginął. Najpierw Natalia, potem Viivo.

– Viivo Tamm?

–  Ludzie  Białego  Niedźwiedzia.  Nic  wielkiego.  Tak  czasem  bywa.  Tobie  też

radzę podejść do tego profesjonalnie. Straty w materiale były, są i będą. Ginie

towar, giną pieniądze, giną ludzie. To normalne w tym biznesie.

–  Profesjonalnie?  Profesjonalnie?  Kurwa  mać,  Sokołow,  do  czegoś  takiego

nie można podejść profesjonalnie! Zamordowałeś człowieka!

Väisänenowi załamał się głos. Był na skraju histerii.

Lumikki zaczęła tracić czucie w palcach rąk. Palców stóp już nie czuła. Tlenu

na szczęście w skrzyni nie brakowało. Na razie.

–  Pozbyłem  się  po  prostu  nieuczciwego  pracownika.  I  dam  ci  dobrą  radę,

Väisänen. Lepiej ze mną nie zadzieraj. Bo szybko ci załatwię miejscówkę obok

twojej dziwki. Jeśli będzie trzeba, to osobiście.

Ojciec Elisy roześmiał się. W jego głosie zabrzmiała nutka beznadziei.

– Przecież mnie potrzebujesz. Od dziesięciu lat.

– Do tej pory nasza współpraca układała się bez zarzutu. Ty przekazywałeś

nam  swoje  informacje,  a  my  ujawnialiśmy  ci  to  i  owo.  Nasz  biznes  kwitnie,
a twój wydział może się pochwalić pięknymi statystykami. Win-win

22

. W końcu

background image

dzięki  mnie  dostałeś  ten  awans.  Ale  posłuchaj,  Väisänen,  nie  jesteś  mi

potrzebny.  Znaczysz  dla  mnie  tyle  co  nic.  Wystarczy,  że  kiwnę  palcem

i dostanę nowego człowieka na twoje miejsce.

– Zatem świetnie się składa, bo się wycofuję.

– To ja o tym decyduję, nie ty.

– Nie, Sokołow. Sprawa wygląda tak, że ja się wycofuję i nie masz tu nic do

gadania.

Lumikki  wsłuchiwała  się  w  milczenie,  które  zapadło  między  mężczyznami

i męcząco narastało.

–  Hmm  –  mruknął  w  końcu  Sokołow.  –  Gdybyś  rzeczywiście  zrezygnował,

skąd mógłbym wiedzieć, że wszystkiego nie wyśpiewasz?

– Musiałbyś mi po prostu zaufać.

– Nie. Wcale bym nie musiał. Mógłbym ci spokojnie uwierzyć na słowo, bo

gdybyś  je  złamał,  pewnego  razu  znalazłbyś  w  zamrażalce  w  swoim  małym

domku piękną córeczkę...

– Ożeż ty!...

Do  uszu  Lumikki  dobiegł  hałas  i  odgłosy  szarpaniny,  najwyraźniej  ojciec

Elisy rzucił się na Sokołowa z pięściami. Przez chwilę słyszała sapanie, a potem

zapadła cisza.

– Nie żartowałem. Jeśli będzie trzeba, to osobiście – wysapał Sokołow.

– Okej, okej, rozumiem. Odłóż to. Przepraszam, poniosło mnie.

–  Zapamiętaj.  Córeczka  w  zamrażarce.  Zachowaj  ten  obraz  przed  oczami,

w  razie  gdyby  wpadło  ci  kiedyś  do  łba  coś  głupiego.  Bo  w  każdej  chwili  ten

koszmar mogę zamienić w rzeczywistość. A na moim słowie możesz polegać.

Chwilę później mężczyźni wyszli z magazynku.

Najwyższy  czas.  Lumikki  zesztywniała  z  zimna,  a  oblodzone  ścianki

zamrażarki paliły jej skórę. Już uniosła rękę, żeby podnieść klapę skrzyni, gdy

usłyszała,  że  znów  ktoś  wchodzi  do  pomieszczenia.  Kroki  dwóch  osób.

Rozmowa po fińsku.

– Nie jarzę, jak może schodzić tyle alkoholu. Żłopią go jak wodę.

– Lepiej przywyknij. To dopiero początek. Zobaczysz, co będzie się działo po

północy.

Kelnerzy, oceniła szybko Lumikki.

– Czego nam teraz najbardziej potrzeba?

–  Szampana.  Na  początku  zawsze  schodzi  go  najwięcej.  Potem  chleją  na

wyścigi czerwone i białe wino. Teraz, zimą, czerwonego idzie trochę więcej. Po

północy przerzucają się na mocniejsze, whisky i tym podobne. Zdziwiłbyś się,

ile rumu potrafią wypić. No i oczywiście wódy. Niektórzy trzymają się jednego

od początku do końca, ale większość lubi sobie popróbować.

Zabierajcie  już  tego  cholernego  szampana  i  spadajcie,  rozkazała  im

w myślach Lumikki. Na ploty im się zebrało.

background image

–  No,  super.  Ktoś  znowu  poustawiał  czerwone  wino  na  szampanach.

A powtarzałem im, czerwone na dole, szampany na górze. Bo czerwone schodzi

dopiero później.

– Dobra, daj spokój, ale masz problem... Odstawi się na bok i już.

–  Właśnie  że  mam  problem.  Jak  się  olewa  podstawowe  zasady,  to  potem

wszystko  bierze  w  łeb.  Przez  całą  noc  będziemy  latać  jak  kot  z  pęcherzem.

Zrobi się, człowieku, piekło na ziemi. Będziemy zapierdzielać z dwoma tacami

naraz, a to i tak za mało. Szukaj sobie wtedy w takim burdelu rocznikowego

koniaku, kiedy jakiś debil rozpieprzył ci cały system.

– Dobra, już dobra, bierzmy się do roboty.

Święte  słowa.  Lumikki  usłyszała,  że  facet  chwycił  skrzynkę  wina,

i podziękowała mu w myślach za słuszną inicjatywę. Brzęknęły butelki.

– Nie na podłogę. Będą stały w przejściu. Postawimy je na zamrażarce.

– A jeśli w środku coś jest? I za chwilę będziemy tego potrzebować? Nie mam

ochoty targać tego cholerstwa z miejsca na miejsce. Ciężkie są jak nieszczęście.

– W środku są tylko dwie paczki starych mrożonek na zupę. Godzinę temu

sprawdzałem.

– Tak na wszelki wypadek...

Mężczyzna złapał za uchwyt klapy.

Tylko jej nie podnoś. Nie, nie, nie.

Nagle o klapę skrzyni gruchnęło coś ciężkiego.

– Ej, zwariowałeś? Mogłeś mi przytrzasnąć palce!

–  Ale  nie  przytrzasnąłem.  Pomożesz  mi,  czy  sam  muszę  to  wszystko

przestawiać?

– Dobra, wyluzuj...

Drugie  gruchnięcie  o  klapę.  Trzecie.  Czwarte.  Cztery  pełne  skrzynki

czerwonego wina.

– A teraz bierzemy tego szampana i spadamy.

Brzęknęły butelki, kelnerzy chwycili po skrzynce szampana i ruszyli w stronę

drzwi.

–  Ty,  zaczekaj  no  –  odezwał  się  jeden,  zawrócił  i  podszedł  do  zamrażarki.

Lumikki usłyszała pstryknięcie i warkot uruchamianego agregatu.

–  Ktoś  wyłączył,  pewnie  przez  przypadek.  Lepiej,  żeby  były  cały  czas

włączone,  nawet  tylko  z  dwoma  mrożonkami  w  środku.  Nigdy  nie  wiadomo,

kiedy każą ci wrzucić do środka stukilową tuszę z jelenia.

Kelner  ruszył  do  wyjścia.  Lumikki  usłyszała  odgłos  zamykanych  drzwi.

Została w magazynku sama.

Jeśli nie liczyć zwłok dziewczyny o imieniu Natalia w sąsiedniej skrzyni.

Możliwe, że niebawem będą tu dwa zamrożone trupy.

background image

24

Ej, o co kaman?! Spróbuj chociaż. Musisz mu strzelić od razu w łeb, inaczej cię

zobaczy. Cały czas tracimy punkty.

– Wal się! Robię, co mogę. Sam takie skuchy robisz, że trudno mi się skupić.

– Teraz! No, strzelaj, kurwa, na co czekasz? Strzelaj!

– Yes! Mózg na ścianie! I jak teraz wyglądasz, gościu?

– Jak przez okno!

Pulsujący ból rozsadzał Elisie skronie i tył głowy. Siedziała przed monitorem

swojego laptopa i wpatrywała się w czerwony punkcik, który już od dłuższego

czasu  trwał  w  bezruchu.  To  chyba  dobrze.  Czyli  Lumikki  dojechała  do  celu

i weszła na przyjęcie. Gdyby nie zdołała wydostać się z bagażnika, już dawno

by zadzwoniła albo wysłała esemesa. Elisa nie dopuszczała do siebie myśli, że

kierowca lub ktoś inny znalazł Lumikki w bagażniku i tam teraz spoczywa jej

ciało.

Palce  powędrowały  do  ust  i  Elisa  zaczęła  obgryzać  paznokcie.  Różowe

żelowe tipsy z czarnymi wzorkami już dawno straciły fason. Nieważne. Akurat

teraz paznokcie najmniej ją obchodziły.

– Czas ozdobić ściany tego pokoju czerwonymi bryzgami. Go ahead, make my

day!

23

Elisa  nie  wytrzymała,  pomaszerowała  do  gniazdka  i  wyszarpnęła  wtyczkę

konsoli.  Protesty  chłopaków  obudziłyby  umarłego.  Skoro  nic  innego  nie

potrafią, niech sobie idą do domu pograć. Dzieciaki.

– Szliśmy na rekord! – lamentował Kasper. – Trup ścielił się gęsto.

–  Moglibyście  chociaż  spróbować  skupić  się  teraz  na  tym?  –  odparła  Elisa,

wskazując na laptop.

–  Bejbi,  obraz  się  nie  zmienia  od  dwóch  godzin.  I  tak  pozostanie,  jeżeli

wszystko  pójdzie  zgodnie  z  planem.  W  tej  chwili  nie  możemy  jej  pomóc

w  żaden  sposób.  A  może  chcesz  nam  powiedzieć,  że  jak  będziemy  się

wpatrywać  w  ten  monitor  wszyscy  we  trójkę  wystarczająco  intensywnie,  to

prześlemy Lumikki pozytywną energię i fale mocy?

Mówiąc  to,  Tuukka  stanął  za  Elisą  i  położył  jej  dłonie  na  ramionach.

Strząsnęła je. Akurat teraz dotyk Tuukki wydawał jej się wstrętny. Tak jak on

sam.  Niepojęte,  że  była  kiedyś  w  nim  zakochana  i  jeszcze  dwa  dni  temu

myślała,  że  skoro  oboje  z  tyloma  już  innymi  potwierdzili  swoją  atrakcyjność

i wyjątkowość, może znowu się zejdą. Bo ich romans to takie love story nowego

stulecia, odlot, szał zmysłów.

Gdyby nie było Tuukki, Elisa nie musiałaby teraz wpatrywać się w czerwony

background image

punkcik, który oznaczał Lumikki. Nie musiałaby się bać ani o nią, ani o tatusia.

To Tuukka chciał, żeby zatrzymali pieniądze. To Tuukka wymyślił, żeby pójść

do  szkoły  i  tam  je  wymyć.  No  dobrze,  Elisa  rozumiała,  że  jest  teraz

niesprawiedliwa i nie powinna obwiniać chłopaka za swojego doła, ale łatwiej

było czuć wstręt do Tuukki niż do własnego ojca.

Ojciec.  Tatuś,  jak  wciąż  o  nim  mówiła  na  głos  i  w  myślach.  Zawsze  była

córeczką tatusia, tym bardziej że odkąd pamiętała, mama wyjeżdżała na długie

delegacje.  Wymyślali  więc  sobie  z  tatusiem  fajne  zabawy,  ściągali  do  salonu

wszystkie  materace,  kołdry  i  poduszki  z  domu  i  budowali  z  nich  ogromną

fortecę,  w  której  czasem  nawet  zostawali  na  noc.  Tatuś  smażył  omlety

w kształcie głowy misia i śpiewał przeboje Pauli Koivuniemi. Nie męczyły go

nigdy  jej  długie  tyrady  i  nie  denerwowały  jej  dziwaczne  kaprysy.  To  jemu

wypłakiwała się w koszulę po pierwszych miłosnych zawodach. Minął dopiero

rok  od  ich  ostatniego  maratonu  Gwiezdnych  wojen,  który  kończył  się  zawsze

międzygalaktyczną wojną na popcorn i niezadowoleniem mamy.

Ostatnie  wydarzenia  zabrały  Elisie  tego  tatusia,  którego  jak  się  okazuje,

w ogóle nie znała. Jego miejsce zajął obcy facet, który zdradzał mamę z dużo

młodszą  kobietą  i  współpracował  z  groźnymi  przestępcami.  Elisa  chciałaby

spojrzeć temu ojcu w oczy i spytać:

– Kim pan naprawdę jest, panie Väisänen?

Bała  się  o  Lumikki,  ale  bała  się  też  usłyszeć,  co  ta  zdołała  wyjaśnić.  Z  jej

życia  usunięto  najbezpieczniejszy,  najpewniejszy  punkt  oparcia  i  Elisa  chyba

by już nie zniosła kolejnych rewelacji. Choć pewnie i tak będzie musiała.

Kasper poklikał w swoją komórkę i nagle uniósł spojrzenie na Elisę i Tuukkę.

– Ale chujoza. Właśnie przyszło mi coś do głowy.

Serce Elisy znów zabiło mocniej.

– No?

–  Przecież  nikomu  nie  pozwolą  wejść  na  przyjęcie  z  komórką.  Podobno

Niedźwiedź skrupulatnie pilnuje takich rzeczy – powiedział Kasper.

–  I  dopiero  teraz  przyszło  ci  to  do  głowy?  –  parsknął  Tuukka.  –  To  jak

Lumikki powiadomi nas o sytuacji?

Elisa wcale się nie przejęła.

– Nie wydaje mi się, żeby to dla niej jakiś problem. Już ona coś wymyśli i da

nam znać, że wszystko w porządku.

– Coś bardzo w nią wierzysz – zauważył Tuukka i spojrzał na Elisę badawczo.

Bardziej  niż  w  was  dwóch  razem  wziętych,  pomyślała  Elisa.  Była  im

oczywiście wdzięczna, że nie musi siedzieć tego wieczoru sama w dużym domu,

przyklejona do monitora z migającą kropką lokalizatora. Postanowiła jednak,

że gdy będzie po wszystkim, wypowie jednostronnie umowę przyjaźni z Tuukką

i Kasprem. Nastąpi koniec ich świętej trójcy.

Znów  wbiła  wzrok  w  czerwony  punkcik.  Co  Lumikki  teraz  robi?  O  czym

background image

myśli?  Elisa  zaczęła  miętosić  kosmyk  włosów,  a  po  chwili  wsunęła  sobie

końcówkę do ust. Ssanie włosów uspokajało ją już w dzieciństwie. Wiedziała, że

to irytuje Tuukkę, ale miała to gdzieś.

– Jeśli nas nie zawiadomi, że wszystko z nią w porządku...

Kasper nie dokończył i niedopowiedziane zdanie zawisło między nimi.

– Wtedy działamy zgodnie z planem podstawowym – orzekła Elisa, starając

się nadać głosowi ton spokojnej powagi.

– Gdzie ma ten lokalizator? – spytał Tuukka.

– Na udzie – odpowiedziała Elisa. – Przy podwiązce.

–  A  jeśli  ktoś  go  zauważy?  –  Kasper  zaniepokoił  się.  –  Skąd  możemy

wiedzieć,  że  nie  zdarli  jej  tej  podwiązki  i  nie  wyrzucili  do  kosza,  a  Lumikki

zabili i wcisnęli do jakiegoś magazynku albo już dawno gdzieś wywieźli?

Elisa  wstała  z  krzesła.  Najchętniej  walnęłaby  Kaspra  w  twarz,

a przynajmniej puknęła go w czoło.

–  Przestań  natychmiast  wygadywać  takie  bzdury!  Takie  gadanie  nic  nie

pomoże.  W  zasadzie  obaj  moglibyście  trzymać  gęby  na  kłódkę  do  czasu,  aż

będziecie mieli coś sensownego do powiedzenia. Lumikki jest na przyjęciu cała

i zdrowa, a wszystko idzie zgodnie z planem. Gdyby usłyszała, że panikujemy,

na pewno roześmiałaby się nam prosto w nos.

Wzburzona  Elisa  pomaszerowała  do  kuchni.  Miała  ochotę  na  coś

uspokajającego. Spojrzenie zatrzymało się na stojaku z butelkami wina. Mama

na pewno by się nie zorientowała, gdyby gdzieś przepadła jedna butelka. A po

dwóch  kieliszkach  czerwonego  wina  myśli  i  lęki  stają  się  bardziej  miękkie

i łatwiejsze do zniesienia...

Elisa pieściła już tęsknie palcami szyjkę butelki, ale zmieniła zdanie.

Nie,  musi  zachować  trzeźwość  umysłu.  Musi  być  gotowa,  w  razie  gdyby

Lumikki potrzebowała pomocy.

background image

25

W każdej skrzynce znajdowało się szesnaście butelek czerwonego wina. Cztery

skrzynki.  Butelki  o  pojemności  0,75  litra.  Lumikki  przypomniała  sobie

przeczytaną gdzieś informację, że taka pusta butelka po winie waży czterysta

pięćdziesiąt  gramów.  Po  doliczeniu  ciężaru  skrzynek  wychodzi,  że  na  klapie

zamrażarki  spoczywa  ładunek  o  masie  niemal  siedemdziesięciu  siedmiu

kilogramów.

Nieszczególnie przyjemna myśl.

Kiedyś  na  siłowni  Lumikki  wycisnęła  na  suwnicy  setkę.  Ale  to  nie  była

suwnica. Tylko zamrażarka.

Lumikki  wyłuskała  stopy  ze  szpilek.  Potem  możliwie  najwygodniej  ułożyła

lędźwie na dnie skrzyni i wparła stopy w klapę. Pchnęła. Zero reakcji.

Hipotermia.  Gdy  ciepłota  ciała  spada  poniżej  trzydziestu  pięciu  stopni

Celsjusza.

Objawy: dreszcze, uczucie zimna, niezborność ruchów, drżenie mięśni.

Przy  dalszym  spadku  temperatury  ciała  znika  uczucie  zimna  i  mięśnie

przestają  drżeć,  a  zaczynają  się  zaburzenia  świadomości.  Tętno  i  oddech

spowalniają.  Gdy  ciepłota  spada  poniżej  trzydziestu  stopni,  znacząco  wrasta

ryzyko zaburzeń rytmu serca.

Organizm  się  broni  i  przenosi  ciepłą  krew  do  najważniejszych  organów,

a zimną krew odsyła do kończyn. Dłonie tracą sprawność. Każdy ruch sprawia

trudność. Niepotrzebne poruszenia kończyn mogą spowodować wpompowanie

zimnej  krwi  do  głównego  obiegu.  A  gdy  taka  zimna  krew  dociera  do  serca,

powoduje schłodzenie mięśnia sercowego, a to może doprowadzić do migotania

komór, a nawet zgonu.

Lumikki  nie  było  obce  nawet  silne  wychłodzenie.  Jesienią,  po  rozstaniu,

zaczęła  chodzić  do  sauny  nad  jeziorem  Näsijärvi,  żeby  popływać  w  zimnej

wodzie. Im zimniejsza, tym fajniej. A kąpiel stała się po prostu rozkoszą, gdy

jezioro  zamarzło  i  Lumikki  po  raz  pierwszy  w  życiu  weszła  do  przerębli.

Zanurzenie w lodowatej wodzie działało na nią jak narkotyk. Gdy wychodziła

z dziury, wykutej w cienkim jeszcze lodzie, czuła, że ciało zalewa fala ciepła,

w żyłach pulsuje endorfina, a w głowie wiruje delikatnie, jakby była na małym

gazie.  Niesamowite  wrażenie.  Ledwo  wyszła,  a  już  wyczekiwała  następnego

razu.

W saunie nad jeziorem Lumikki czuła się jak zjawisko. Morsami byli głównie

starsi mężczyźni i kobiety. Większość siedziała w czapeczkach nawet w saunie,

gdzie  temperatura  pary  dochodziła  do  stu  dwudziestu  stopni  Celsjusza,

background image

a wszyscy bez wyjątku chodzili w przepisowych gumowych pantoflach, których

Lumikki  nie  zdążyła  sobie  jeszcze  kupić.  W  saunie  mówili  o  niej  po  prostu

Dziewczyna i Lumikki nie miała absolutnie nic przeciwko. Nigdy nie widziała

tam żadnego innego nastolatka. Z rzadka pojawiały się ekipy trzydziestolatków

świętujących wieczór panieński czy kawalerski lub chcących po prostu trochę

zaszaleć.

Przy przerębli było na ogół spokojnie. Stali bywalcy wchodzili do lodowatej

wody po cichu, nie wydając żadnych odgłosów. Przepłynąwszy parę metrów,

wychodzili  na  pomost  i  siadali  pod  sauną  w  obłokach  pary  unoszącej  się  ze

skóry. Lumikki to uwielbiała. Rzadko doświadczała w życiu momentów, które

mogłaby zaliczyć do sfery sacrum, ale tydzień przed Wigilią poszła wieczorem

do sauny i gdy w patio migotały płomienie lamp, na niebie świeciły gwiazdy,

a  ona  po  wyjściu  z  wody  czuła,  że  każda  komórka  jej  ciała  jest  całkowicie

rozbudzona,  zalała  ją  dziwna  fala  wdzięczności  zmieszanej  z  tęsknotą,

melancholią i szczęściem. Było w tym coś świętego. Patrząc na rozgwieżdżone

niebo  i  ciężkie  od  śniegu  gałęzie  dostojnych  oraz  statecznych  świerków,

przeżyła chwilę całkowicie prywatnego, bożonarodzeniowego spokoju.

Pływanie w przerębli wychodziło człowiekowi na zdrowie, natomiast leżenie

w zamrażarce miało skutek wręcz odwrotny. Woda o zerowej temperaturze to

zdecydowanie  co  innego  niż  skrzynia,  w  której  panuje  osiemnastostopniowy

mróz.

Lumikki  żałowała  teraz,  że  na  zajęciach  z  wiedzy  o  zdrowiu  nie  uważała

bardziej.  Odegnała  od  siebie  myśli  o  konsekwencjach  niedotlenienia.  Teraz

musiała  się  skupić  na  pchaniu  klapy  nogami.  Choćby  nawet  oznaczało  to

niepotrzebne  ruchy  kończyn  i  zbyt  szybkie  zużywanie  tlenu  wewnątrz

uruchomionej zamrażarki.

Nogi jak dwa zmarznięte pnie.

Zrobiła głęboki wdech, napięła mięśnie do granic możliwości i zaczęła pchać.

Pchała, pchała i pchała.

Klapa  nieznacznie  drgnęła.  Za  mało.  Lumikki  opadła  z  sił  i  klapa  znów

przywarła szczelnie do krawędzi skrzyni.

Łzy cisnęły jej się do oczu, choć w żadnym wypadku nie chciała teraz płakać.

Tylko  że  sytuacja  wydawała  się  beznadziejna  i  bezsensowna.  To  przecież  nie

może się tak głupio skończyć. Lumikki nie chciała umierać. Nie teraz, kiedy jej

życie zaczęło w Tampere znów smakować życiem.

Śnieżka w szklanej trumnie. Pogrążona w wiekuistym śnie.

Nie, ta bajka potoczy się inaczej.

Lumikki  wspomniała  dziewczynkę,  którą  była.  Którą  jest  teraz.  Ta

dziewczynka nigdy się nie poddawała. Nawet w najgorszych chwilach.

Zmieniła  trochę  pozycję.  Zacisnęła  powieki  i  całą  energię  zogniskowała

w  mięśniach  nóg.  W  końcu  po  co  robiła  te  wszystkie  przysiady  i  wypady  ze

background image

sztangą,  po  co  wyciskała  ciężary  na  suwnicy  i  podczas  treningów  biegowych

pędziła pod górę ile sił w nogach?

Mięśnie palą? Niech palą! Dobrze im to zrobi, to pożyteczny ból. No to jazda

z nową serią! I można śpiewać razem z wokalistką!

Lumikki  pchała,  pchała  i  pchała.  Nogi  dygotały.  Ból  palił  uda.  Pod

zaciśniętymi powiekami tańczyły dziwne obrazy.

Poczuła,  że  klapa  powoli  się  unosi.  Nie  odpuszczała,  nie  dawała  mięśniom

ani sekundy wytchnienia. Skrzynki szurnęły i po chwili Lumikki usłyszała, że

spadają na ziemię. Rozdzwoniło się szkło.

Dźwięk  tłuczonych  butelek,  niczym  dzwoneczki  baśniowych  wróżek.

Najmilszy dźwięk na świecie.

Lumikki  zdołała  wstać,  otwierając  całkowicie  skrzynię  zamrażarki.  Cała

dygotała z zimna i wyczerpania. Włożyła buty i wygrzebała się z zamrażarki.

Podłoga spłynęła winem i rozbitym szkłem, ale szpilki mają jednak ten plus, że

stykają  się  z  podłożem  na  bardzo  małej  powierzchni.  Lumikki  ostrożnie

podeszła do drzwi, stawiając stopy między odłamkami rozbitych butelek.

Dopiero  teraz  zdała  sobie  sprawę,  że  mogła  przecież  zawołać  po  pomoc.

Prawdopodobnie  ktoś  by  ją  usłyszał.  Nie  przyszło  jej  to  do  głowy.  Lumikki

nigdy nie wołała o pomoc.

Borys  Sokołow  obserwował  z  boku  powoli  rozkręcającą  się  zabawę.  Małymi

łykami  popijał  ze  szklaneczki  ulubionego  Jacka  Daniel’sa.  Biały  Niedźwiedź

pamiętał. Borys miał wolne, mógł więc rozkoszować się trunkiem i podziwiać

roztaczające  się  przed  nim  widoki.  Piękne  kobiety,  na  które  zawsze  patrzył

z przyjemnością. Choć teraz już z odrobiną smutku, bo nazbyt dobrze zdawał

sobie sprawę, że mógłby być ich ojcem. I mógłby mieć każdą na jedną noc, ale

żadnej  na  dłużej.  Jego  czas  na  zbudowanie  trwałego,  normalnego  związku

przeminął  dawno  temu.  Przed  Borysem  rysowała  się  perspektywa

kilkudziesięciu  lat  samotnego  życia,  które  będzie  dzielił  ze  swoim

najwierniejszym przyjacielem, Jackiem.

Biały  Niedźwiedź  nie  tolerował  na  przyjęciach  żadnych  nielegalnych

substancji.  Kolejny  środek  ostrożności,  i  to  bardzo  rozsądny.  Gdyby  policja

zrobiła  im  kiedyś  nalot,  nie  znalazłby  się  ani  jeden  świadek  jakiegokolwiek

naruszenia prawa. Na razie jeszcze alkohol można lać strumieniami całkowicie

legalnie.

Czasem Borys brzydził się narkotykami. To prawda, że dały mu pracę i życie

w zadowalającym luksusie. Własny dom w Rusko, z dala od sąsiadów. Władzę.

I  kobiety.  A  zdarzało  się,  że  nie  odmawiał  sobie  także  paru  kresek  czystego

towaru. Strzykawek nigdy nie używał.

Żył  jednak  w  ciągłym  stresie.  Musiał  pilnować,  żeby  towar  trafił  do

Finlandii.  Musiał  organizować  dystrybucję,  trzymać  dilerów  w  ryzach

background image

i pozyskiwać nowych klientów, choć w każdej chwili mógł go sypnąć ktoś ze

starych. Na głowie miał zawsze za dużo. Sprawy wymykały się spod kontroli.

Dawniej  wystarczyło,  że  eliminował  ze  swojego  rewiru  wszelkiej  maści

Siergiejów, Juanów, Mahmudów i Petterich. Teraz musiał walczyć z .com’ami,

.nl’ami  i  @hotmail’ami.  Rynek  szturmowały  dopalacze  i  z  niektórych  niszy

zdołały  wypchnąć  narkotyki.  Zamawiało  się  je  wygodnie  przez  internet,

z domowego komputera, a odbierało na poczcie. Walka z tym świństwem była

beznadziejna.

Idea Niedźwiedzia, że ich targetem zostaną elity, w teorii wyglądała pięknie,

ale w praktyce okazała się niemożliwa do zrealizowania. Żeby wyjść na swoje,

trzeba  było  rozprowadzać  koks  także  śmieciom  z  marginesu,  którzy  płacili

jedynie gotówką. Klienci z tej grupy sprzedawali swoje laptopy, żeby mieć na

towar, albo po prostu wymieniali sprzęt na działki. Ich konta były pod stałą

obserwacją urzędasów z wydziału spraw społecznych. Nie mogli więc zamawiać

towaru przez internet.

Gdyby ten biznes nie stał się tak niebezpieczny, Borys nie musiałby zabijać

Natalii. W pewnym sensie troszczył się o nią bardziej, niż był gotów przyznać

nawet przed sobą. Patrzył przecież przez palce na jej spotkania z Väisänenem,

choć wiązały się z pewnym ryzykiem. Poza tym Borys kalkulował, że romans

z  Natalią  okaże  się  kolejnym  gwoździem  do  trumny,  którym  pewnego  dnia

zagrozi  panu  Väisänenowi.  Głupiemu  glinie,  któremu  zachciało  się  nagle

wycofać.  To  się  jeszcze  zobaczy.  Borys  był  pewny,  że  za  jakiś  czas  Väisänen

wróci do niego na kolanach i będzie skamlał, żeby przyjął go z powrotem. A on

się zgodzi, wiadomo, ale przykręci mu trochę śrubę. Chyba pozwolili facetowi

trochę za bardzo obrosnąć w piórka. Co prawda Fin go zaskoczył, bo wyglądał

na szczerze zdziwionego, że nie dostał kasy. Może nawet mówił prawdę. Może

w  nocy  ktoś  wlazł  na  jego  działkę  i  ukradł  ten  worek.  Borysa  mało  to

obchodziło. Nie płakał po tej forsie, w końcu była przeznaczona dla Väisänena.

Najważniejsze, że glina chyba też już przestał za nią tęsknić. I dobrze, bo gdyby

kontynuowali  współpracę,  pan  Väisänen  nie  mógłby  już  liczyć  na  tak  hojne

wynagrodzenie.

Że  też  Natalia  musiała  się  wychylać.  Miała  przecież  przed  sobą  dobrą,

zabezpieczoną przyszłość. Z czasem mogła awansować na jego prawą rękę. Ale

w pewnym momencie stała się niespokojna, zaczęła marzyć na jawie. Borys to

wyczuwał, widział to w jej mimice, słyszał w melodii słów. I wystarczyła jedna

wizyta w Moskwie, żeby jej brat wyjawił mu cały plan, od A do Z.

Borys  mógł  łatwo  go  storpedować  i  nie  trzymać  pieniędzy  Väisänena

w  domu.  Chciał  jednak  przetestować  dziewczynę,  wypróbować,  zmierzyć  jej

lojalność.  I  wskazówka  testera  pokazała  zero,  choć  do  ostatniej  chwili  Borys

miał nadzieję, że Natalia się opamięta. Ona jednak nie zostawiła mu wyboru

i musiał ją wyeliminować. Szkoda. A miał wielką nadzieję, że kto jak kto, ale

background image

Natalia nigdy go nie zawiedzie.

Aksamitny  płyn  przyjemnie  rozpalił  gardło  i  Borys  musiał  przełknąć  ślinę.

I to nie raz, a dwa razy więcej niż zwykle.

Ciała  pozbędzie  się  następnego  dnia.  W  taki  wieczór  można  zapomnieć

o brudnej robocie.

background image

26

Dochodziła  dwunasta.  Robiło  się  coraz  głośniej  i  niespokojniej.  Huczała

muzyka.  Zniknęły  szampany,  pito  mocniejsze  trunki.  Wychodziły  na  jaw

słabości makijaży. Mężczyźni luzowali muszki.

A  jednak  nie  było  jeszcze  przyzwolenia  na  pełną  hulankę,  nie  przyszła

jeszcze  pora  łamania  wszelkich  zasad,  opijania  się  darmowym  alkoholem,

brania  za  czuby  i  wymykania  chyłkiem  na  drugie  piętro.  Wszyscy  czekali  na

gwóźdź wieczoru, na punkt kulminacyjny całego przyjęcia.

Pojawienie się Białego Niedźwiedzia.

Dlatego  Lumikki  została.  Po  uwolnieniu  z  zamrażarki  poszła  do  damskiej

toalety,  rozebrała  się,  usiadła  na  sedesie  i  polewała  ciało  ciepłą  wodą

z  prysznica,  aż  wróciło  jej  czucie  w  nogach  i  rękach.  Potem  osuszyła  się

papierowymi  ręcznikami,  włożyła  suknię  i  poprawiła  makijaż,  choć  musiała

przyznać, że trzymał się zadziwiająco dobrze. Może Elisa rzeczywiście powinna

rozważyć  karierę  fryzjerki-wizażystki.  Wyczarowała  dla  Lumikki  barwy

wojenne odporne na działanie produktów spożywczych i na głębokie mrożenie.

Na  widok  stojących  pod  toaletą  rozeźlonych  kobiet  Lumikki  uniosła  tylko

spokojnie brwi i oddaliła się bez słowa.

W zasadzie mogła już iść. Wykonała zadanie. Dowiedziała się, że ojciec Elisy

pracował  dla  handlarza  narkotyków  o  nazwisku  Sokołow.  Że  zdradzał  mu

poufne  informacje  i  krył  go  przed  policją,  za  co  handlarz  płacił  gotówką.

Lumikki  wiedziała,  że  w  jednej  zamrażarce  w  piwnicy  leżą  zwłoki  kobiety

o  imieniu  Natalia  i  że  to  Sokołow  ją  zabił.  Zgromadziła  najprawdopodobniej

dość  informacji,  aby  handlarza  przymknęli.  Co  prawda  razem  z  nim  trafi  za

kratki ojciec Elisy, ale tego nie sposób już uniknąć.

Lumikki  została  na  przyjęciu.  Czuła,  że  jej  ciekawość  nie  zostanie

zaspokojona, zanim nie zobaczy tajemniczej i legendarnej już postaci, o której

mówiło  się  jedynie  szeptem.  Podjęła  więc  przerwany  spacer  po  światach

wyobraźni, zdających się ciągnąć w nieskończoność.

Jedna z sal była cała różowa. Elisie z pewnością spodobałaby się najbardziej.

Po  paru  sekundach  Lumikki  uznała,  że  chyba  jednak  nie.  Z  obrzydzeniem

spostrzegła,  że  wszędzie,  pomiędzy  słodyczami  i  różowymi  jednorożcami,  za

pąkami  różyczek  i  falbankami,  poukrywano  wszelkiej  maści  różowe  gadżety,

od małych biczyków po ogromne dilda. Bajka dla dorosłych, dla każdego coś

miłego.  Lumikki  szybko  poszła  dalej,  bo  do  sali  wtoczyła  się  spleciona

ramionami  para,  która  sprawiała  wrażenie,  że  zamierza  wypróbować  na

miejscu wszystkie prezentowane tutaj zabawki.

background image

Tuż  przed  dwunastą  powietrze  na  piętrach  aż  iskrzyło  od  emocji.  Wszyscy

czekali.  Wszyscy  byli  spragnieni.  Dziesięć  sekund  przed  północą  zaczęli

odliczanie. W wielkiej sali na pierwszym piętrze zgromadził się gęsty tłum.

Dziesięć.

Zerkając  na  boki,  Lumikki  dostrzegła  Terha  Väisänena,  który  obracał

nerwowo w dłoniach pustą szklaneczkę.

Dziewięć.

Muzyka przycichła, a po chwili całkiem zamilkła.

Osiem.

Zgasły  światła.  Gości  oświetlał  już  jedynie  wyświetlany  na  suficie  obraz

rozgwieżdżonego nieba.

Siedem. Sześć. Pięć. Cztery. Trzy.

Scena  wydawała  się  tak  absurdalna,  że  Lumikki  omal  nie  wybuchnęła

śmiechem.  Ona  tutaj.  Zwyczajna  licealistka,  której  życie  parę  dni  wcześniej

stanęło na głowie, bo weszła do szkolnej ciemni o niewłaściwej porze.

Dwa.

Goście  już  nie  odliczali  bezładnymi  krzykami.  Skandowali  upływające

sekundy jednostajnie, z nabożną czcią.

Jeden.

Salę  spowił  nieprzenikniony  mrok.  Wszyscy  umilkli.  Rozległo  się  delikatne

dzwonienie,  jak  gdyby  z  oddali  nadjeżdżały  sanie.  Z  sufitu  zaczęły  prószyć

płatki, które wyglądały jak najprawdziwszy śnieg. Gdy Lumikki złapała jeden

na palec, zamienił się w pył.

Wtem środek sali zalało światło jupiterów.

Dwie kobiety. Obie w strojach Królowej Śniegu. To imię pasowało do nich

tysiąc razy lepiej niż do zamrożonej Natalii. Identyczne bliźniaczki. Wyrosły na

środku  sali  jak  spod  ziemi.  Lumikki  nie  potrafiła  określić  ich  wieku.  Równie

dobrze mogły mieć dwadzieścia i pięćdziesiąt lat. Stała daleko od nich, więc nie

widziała ewentualnych zmarszczek na dłoniach i szyi.

Sala  zagrzmiała  od  żywiołowej  owacji.  Kobiety  dostojnie  machały

klaszczącym  gościom.  Lumikki  spostrzegła,  że  obie  mają  na  szyi  srebrne

naszyjniki z figurką białego niedźwiedzia.

Biały Niedźwiedź. Nie jeden człowiek, ale dwie kobiety. Stanowiące jedność,

nierozerwalną całość.

Kobiety  odczekały,  aż  oklaski  ucichną.  Potem  zaczęły  mówić  na  przemian.

Wchodziły sobie w słowo tak płynnie, że Lumikki nie była w stanie stwierdzić,

która co powiedziała.

–  Zima  to  czas  baśniowy.  Dlatego  tym  razem  postanowiłam  urządzić

przyjęcie  o  tematyce  bajkowej.  Sny,  marzenia  i  koszmary.  To  one  tworzą

baśnie. Znaleźliście się tutaj, ponieważ chciałam wam podziękować. Wspólnie

wcielamy  w  życie  jedno  marzenie.  Marzenie  o  społeczeństwie,  które

background image

funkcjonuje płynniej, sprawniej, bardziej celowo. Dla nas granice są po to, aby

je łamać, reguły są po to, aby je zmieniać, normy są po to, aby je podważać.

Bawcie  się!  Zapomnijcie  na  chwilę  o  reszcie  świata,  o  jego  ciasnych

przegródkach i miernych oczekiwaniach. To wszystko jest dla was. Życie jest

dla was.

Lumikki  nie  znalazła  w  słowach  kobiet  żadnego  punktu  zaczepienia.  Nie

powiedziały nic konkretnego. Mówiły po angielsku bez akcentu. Choćby nawet

Lumikki miała ze sobą dyktafon, nie nagrałaby nic obciążającego. Jak rozległe

interesy prowadziły te dwie kobiety? Czy ukryte za kulisami pociągały sznurki,

na  których  tańczyli  wszyscy  zgromadzeni  w  sali  ludzie?  W  jakim  stopniu  ich

działalność była nielegalna?

Wodząc  spojrzeniem  po  klaszczącej  publice,  Lumikki  zrozumiała,  że

prawdopodobnie nigdy się tego nie dowie. Biały Niedźwiedź był jak padający

z  sufitu  sztuczny  śnieg.  Gdyby  go  złapać,  zamieniłby  się  w  pył,  rozpłynął

w powietrzu.

Nie  miałaby  z  Białym  Niedźwiedziem  żadnych  szans.  Niewykluczone

przecież,  że  i  bliźniaczki  stanowiły  jedynie  przykrywkę.  Nie  miała  na  nie

żadnego haka. Nie mogła im nic zrobić.

Ale mogła posłać za kratki Sokołowa. I zamknąć sprawę, która zaczęła się od

zakrwawionych banknotów w szkolnej ciemni. To jej wystarczy.

Teraz chciała już tylko wrócić do domu.

background image

27

I  bez  lustereczka  widać  wyraźnie,  że  jesteś  najpiękniejszą  kobietą  tego

przyjęcia.

Lumikki poczuła w uchu gorący oddech mężczyzny i mocne dłonie na swoim

pasie.  Zaklęła  w  duchu.  Szara  pantera  znów  ją  znalazła  i  unieruchomiła

zdumiewająco mocnym chwytem akurat w chwili, gdy zbierała się do wyjścia.

Wyczuła,  że  facet  wypił  trochę  więcej  niż  dwie  lampki  koniaku.  A  obcesowa

bezceremonialność, z jaką ją zatrzymał, powiedziała jej, że nie warto się teraz

wyrywać. Zwróciłaby tylko na siebie uwagę.

– Bałem się już, że zdążyłaś się ulotnić. Tak nie wypada. Rozmowa urwała

nam  się  w  najlepszym  momencie  –  szepnął  natręt  i  przylgnął  swoim  dużym,

muskularnym ciałem do jej pleców.

Najmniej  dziewięćdziesiąt  kilogramów,  oceniła  Lumikki.  Rozjuszony  może

zaskoczyć siłą. Trzeba obrać inną strategię działania.

– Co, zdążyłaś już ostygnąć?

Na szczęście nie, odrzekła w myślach Lumikki.

Odwróciła się i stanęła twarzą twarz z mężczyzną. Oczy miał przekrwione.

Gdzieś  zapodział  marynarkę.  Duże,  granatowe  plamy  potu  pod  pachami

błękitnej  koszuli.  Poluzowany  krawat.  Lumikki  chwyciła  za  niego  z  udawaną

pewnością siebie, przysunęła usta do ucha mężczyzny i wyszeptała:

– Chodźmy na górę sprawdzić, czy ta bajka nie mogłaby się skończyć jakoś

ciekawiej.

I  ugryzła  go  delikatnie  w  ucho,  tłumiąc  w  sobie  odruch  wymiotny.  Potrafi

zagrać i tę rolę.

Mężczyzna pokraśniał z zadowolenia, oblizał wargi.

– No to na co czekamy? – spytał.

Na  schodach  Lumikki  czuła  jego  palące  spojrzenie  na  swoich  plecach.  Nie

warto  nawet  próbować  ucieczki.  Nogi  trochę  jej  drżały,  ale  zmusiła  się  do

zalotnego  kręcenia  biodrami.  Jak  by  to  było,  gdyby  szła  po  schodach  przed

osobą, z którą rzeczywiście chciałaby pójść do pokoiku na drugim piętrze i tam

zapomnieć z nim o całym świecie? Zapach rozgrzanej słońcem skóry i kremu do

opalania. Drewniane stopnie pomostu przed domkiem, po których wbiegała ze

śmiechem.  Odgłos  podążających  za  nią  spokojnych  kroków,  których  słuchała

z radosnym oczekiwaniem.

Nie warto tego wspominać. To było latem. Całą wieczność temu.

Teraz jest teraz. Da sobie radę.

Lumikki poprowadziła mężczyznę do wolnego pokoju, gdzie pośrodku stało

background image

duże, żeliwne łóżko. Pchnęła go na materac. Najważniejsze, żeby jak najlepiej

zagrać pewną siebie i bezczelną laskę.

–  Wiedziałem,  że  jesteś  dzika!  To  lubię.  Już  ja  cię  wytresuję.  Ale  najpierw

dajmy  się  kotkowi  trochę  pobawić  –  mamrotał  natręt  i  nie  podnosząc  się

z  łóżka,  zaczął  ściągać  spodnie.  Lumikki  zamknęła  od  środka  drzwi  pokoju

i przekręciła klucz w zamku. Podeszła do łóżka. Mężczyzna wyciągnął ku niej

swoje spocone łapska.

–  Hola,  hola!  Kotek  musi  się  najpierw  trochę  pobawić  –  przypomniała  mu

i przycisnęła mężczyznę z powrotem do materaca.

W jego przymglonych oczach zapłonęła iskra, która uspokoiła Lumikki. Facet

da  jej  wolną  rękę,  przynajmniej  na  jakiś  czas.  Usiadła  na  nim  okrakiem.  Od

razu zaczął obmacywać łapczywie jej uda.

– A ty co tu masz..? – spytał, marszcząc się ze zdziwienia.

Kuźwa,  ale  wtopa.  Lumikki  szybko  chwyciła  mężczyznę  za  nadgarstki

i zdecydowanym ruchem przeniosła je blisko wezgłowia.

– Teraz bądź grzeczny – szepnęła mu do ucha i przytrzymując jego ręce lewą

dłonią, prawą wyjęła z torebki kawałek różowego pluszu.

– A, takie zabawy lubisz – mruknął mężczyzna zadowolony z obrotu sprawy.

Lumikki szybko go skuła i przyczepiła do żeliwnego pręta wezgłowia.

– Niespecjalnie – odrzekła, schodząc z niego. – Ale mam nadzieję, że tobie się

spodoba.

Chwilę  trwało,  zanim  zorientował  się,  że  Lumikki  nie  ma  najmniejszego

zamiaru  wrócić  do  łóżka.  Gdy  w  przymulonym  koniakiem  mózgu  wreszcie

zapaliło się światełko i facet ryknął z wściekłości, było już za późno. Lumikki

przekręcała właśnie klucz w zamku, od zewnątrz.

Podeszła  do  okna  w  końcu  korytarza,  otworzyła  je  i  cisnęła  w  śnieg  oba

klucze,  od  pokoju  i  kajdanek.  Zapadły  się  głęboko.  Natręt  chyba  w  końcu

przestanie jej przeszkadzać i Lumikki będzie mogła pójść wreszcie do domu.

Terho Väisänen patrzył przez wielkie okno w zimowy mrok.

Poddał się.

Zrozumiał, że w żaden sposób nie zdoła przekonać Białego Niedźwiedzia do

wypłacenia  mu  sensownej  odprawy.  Czy  raczej  –  Białych  Niedźwiedzic.  Nie

wiadomo  nawet,  jak  się  do  nich  zwracać.  Podszedł  do  jednego  z  goryli

i  poprosił  o  rozmowę  z  kobietami.  Prośbę  odrzucono.  Zaczął  tłumaczyć,  że

dostał  indywidualne  zaproszenie  na  spotkanie  z  Białym  Niedźwiedziem,  ale

goryl  przerwał  mu  obcesowo,  że  to  jeszcze  nic  nie  znaczy.  Wtedy  stało  się

jasne, że Terho Väisänen jest dla Niedźwiedzia zerem.

Patrząc na pozostałych gości, zrozumiał to w całej pełni. Był dla tych kobiet

zwykłą  pluskwą.  A  Sokołow  –  najwyżej  muchą.  Dwa  śmiesznie  małe  trybiki

wielkiej narkotykowej machiny.

background image

Terhowi  pozostało  skulić  ogon  pod  siebie  i  wyjść.  Pojechać  do  domu,

przytulić córkę, napisać do żony, że za nią tęskni. Zastanowić się, jak ułożyć

sobie  życie  po  utracie  głównego  źródła  dochodów.  Sytuacja  nie  była

beznadziejna. Co prawda ciążyły mu jeszcze długi, ale miał wciąż pracę. Tak

jak  jego  żona.  Na  codziennych  wydatkach  można  sporo  zaoszczędzić.

Oczywiście z hazardem przyjdzie skończyć, ale to akurat planował od dawna.

Nie będą mu potrzebne pieniądze na załatwienie spraw Natalii, bo Natalii już

nie ma. Na samą myśl o niej mdliło go, a ręce zaczynały mu drżeć. Trzeba więc

przestać o niej myśleć. Akurat teraz nie mógł sobie pozwolić na ból. Powinien

pozostać racjonalny i rozsądny. Myśleć tylko o dniu powszednim. Elisa nie musi

zawsze  dostawać  samych  najdroższych  rzeczy.  Chyba  całej  ich  trójce  dobrze

zrobi trochę wyluzować, uprościć życie, zacząć spędzać wspólnie więcej czasu.

Żyć normalnym życiem normalnych ludzi.

Normalne  życie  normalnych  ludzi  nie  polegało  na  zdradzaniu  handlarzom

narkotyków, gdzie i kiedy szykuje się kolejny nalot, którzy dilerzy sypią, które

tiry  zostaną  zatrzymane  na  granicy  i  jakie  akcje  antynarkotykowe  planuje

policja.  Normalne  życie  normalnych  ludzi  nie  polegało  także  na

wykorzystywaniu  otrzymanych  od  przestępców  informacji  o  miejscach

przechowywania narkotyków i o drobnych dilerach, których Sokołow chciał się

pozbyć. Dzięki niemu Terho zamknął przez te lata tyle spraw, że aż wstyd się

przyznać.  Uważał  jednak,  że  obaj  dobrze  wychodzą  na  tej  umowie.  Sokołow

pragnął  być  królem  narkobiznesu  w  Tampere,  on  zaś  chciał  wyeliminować

z gry przede wszystkim najgroźniejszych dilerów, którzy zamiast autentycznego

towaru  sprzedawali  zanieczyszczone  mieszanki  czy  wręcz  zwyczajną  truciznę,

przyczyniając się do ogromnego wzrostu zgonów wśród swojej klienteli.

Terho uciszał sumienie i wmawiał sobie, że Sokołow dostarcza towar głównie

tym, którzy nie popadli w uzależnienie i raczej nigdy nie trafią na intensywną

terapię z powodu przedawkowania, czyli bogatym ludziom biorącym narkotyki,

jak to się mówi, dla rozrywki. A przecież od dawna zdawał sobie sprawę, że to

jedynie  część  prawdy.  Sokołow  nie  gardził  nawet  gotówką,  którą  jego

uzależniony  klient  powinien  raczej  wydać  na  chleb  i  mleko.  Terho  wolał

jednak przymykać na to oczy.

Tak jak teraz. Poczuł się nagle potwornie zmęczony. Czas wracać do domu.

I  wtedy  spostrzegł  młodą  kobietę,  na  której  suknię  zwrócił  uwagę  na

początku  przyjęcia.  Teraz  zobaczył  także  jej  białą  torebkę.  Terho  nie  miał

bladego pojęcia o damskich torebkach, ale akurat o tej wiedział co nieco. Była

to bowiem warta kilkaset euro torebka Hermèsa. Kupił taką samą na urodziny

córce, ponieważ od dawna o niej marzyła.

Taka sama suknia mogła się zdarzyć.

Taka sama torebka mogła się zdarzyć.

Jednak obie w tym samym czasie i miejscu już nie miały prawa.

background image

W  kilku  susach  dopędził  kobietę,  złapał  ją  mocno  za  rękę  i  zażądał

wyjaśnień.

Na  widok  Väisänena  szarpiącego  się  z  jakąś  panienką  Sokołow  się  ożywił.

Podszedł bliżej. Znał trochę fiński i zdołał zrozumieć, że podobno glina kupił jej

torebkę i suknię. I chyba też buty.

Borys uśmiechnął się pod nosem. Proszę, proszę, pan Väisänen lubił szastać

pieniędzmi nie tylko dla Natalii. Na jego miejscu on by z tym skończył i to jak

najszybciej.  Sokołow  już  chciał  iść  swoją  drogą,  gdy  z  chaotycznej  mowy

wyłowił gniewne słowo „córka”.

Borys  zamarł.  Jego  mózg  zaczął  nagle  pracować  na  przyspieszonych

obrotach.  Jeśli  ta  panienka  w  czerwonej  sukni  jest  córką  Väisänena,  to  wie

zdecydowanie  za  dużo.  Wie,  kto  ją  gonił  po  lesie  na  Pyynikki.  Może  nawet

wiedzieć o Natalii. O pieniądzach. Bo jak inaczej wytłumaczyć jej obecność na

przyjęciu?

Sokołow  uznał,  że  trzeba  z  nią  pogadać  i  upewnić  się,  czy  dziewczyna  ma

dość oleju w głowie, żeby milczeć jak grób, tak jak jej tatuś.

Lumikki  próbowała  się  wyrwać,  ale  ojciec  Elisy  musiał  wiedzieć,  jak

postępować z opornymi obywatelami. Uścisk miał jak imadło.

– Odpowiadaj! Skąd wzięłaś torebkę Elisy?

Lumikki  spostrzegła,  że  zbliża  się  do  nich  ten  Sokołow.  Spojrzenie  miał

przerażające.

Väisänen też był zdecydowanie za blisko. Powąchał ją i warknął:

– Nawet perfumy są Elisy!

Sokołowa dzieliły od nich już tylko trzy kroki.

Musiała się jakoś wyrwać.

Z całej siły pchnęła Väisänena torebką Elisy i rzekła:

– Bierz. Perfum niestety nie dam rady zwrócić.

Zaskoczony mężczyzna zluzował trochę uchwyt. To wystarczyło. Lumikki się

wyszarpnęła  i  rzuciła  do  ucieczki.  Słyszała,  że  Sokołow  krzyknął  coś  po

rosyjsku.

Na schodach wpadła na kelnerkę w przebraniu Alicji z Krainy Czarów, która

niosła  na  tacy  szklaneczki  z  drinkami  na  mleku,  pewnie  White  Russian.

Przeprosiła  ją  w  duchu  i  potrąciła.  Stopnie  spłynęły  alkoholem  z  odłamkami

szkła. Sokołow się poślizgnął i głośno zaklął.

Lumikki  zyskała  kilka  sekund  przewagi.  Zerwała  szpilki  z  nóg  i  wmieszała

się  w  tłum,  ściskając  buty  w  dłoniach.  Drzwi  wyjściowe  i  już  jest  na  dworze.

Wbiegła w aleję między pochodnie.

Fire  walk  with  me.  Cała  ta  historia  coraz  bardziej  przypominała  jej  Twin

background image

Peaks. Brakowało tylko karła wyskakującego nagle zza węgła.

Sokołow ryknął do strażników przy bramie:
– Stop her!

24

Mężczyźni odwrócili się w jej stronę, zatarasowali przejście. Szersi jak wyżsi,

nie do przejścia.

Lumikki gwałtownie skręciła. Sokołow pobiegł za nią. Posesję z każdej strony

otaczał wysoki mur. Lumikki pędziła w stronę narożnika ogrodzenia za domem.

Było ciemno. Śnieg kłuł ją w stopy obleczone jedynie cienkimi pończochami.

Szybko  obmacała  mur.  Gładki.  Nie  wspiąłby  się  na  niego  nawet  makak.

Natrafiła jednak na wąską szczelinę. Wbiła w nią obcas i z niemałym wysiłkiem

postawiła  na  nim  stopę.  Na  jednej  nodze  ledwo  utrzymywała  równowagę.

Sokołow był już prawie pod murem.

Wbiła  w  ścianę  drugi  obcas  i  nie  bez  trudu  stanęła  na  nim  drugą  nogą.

Sokołow złapał ją za brzeg sukni.

Poła się rozdarła.

But się złamał.

Czółenko spadło w śnieg i w murze pozostał jedynie obcas. Lumikki straciła

wszystkie punkty oparcia i zamachała nogami w powietrzu. W ostatniej chwili

zdążyła  się  wczepić  rękoma  w  szczyt  muru  i  jakoś  na  niego  wdrapać.

W ostatniej chwili, bo palce Sokołowa już musnęły jej nogę.

Zeskoczyła  z  ogrodzenia  w  miękką  zaspę.  Sokołow  nawet  nie  próbował

wspinaczki,  tylko  postanowił  obiec  mur  przez  bramę.  Lumikki  ruszyła  pędem

przez  śnieg.  Zapadała  się  po  łydki.  Poła  sukni  rozdarła  się  jeszcze  mocniej

i odsłoniła całe udo.

Nawet  lepiej,  pomyślała.  Inaczej  byłoby  mi  trudniej  się  poruszać.  Ucieczka

przez  śnieg  pozbawiała  ją  sił.  Mróz  kąsał  ostrymi  kłami.  Las  mroczniał

absolutną czernią.

Sokołow  został  w  tyle.  Lumikki  jeszcze  przyspieszyła.  To  już  trzeci  raz

w  ciągu  ostatnich  czterech  dni,  kiedy  jakieś  oprychy  gonią  ją  w  śniegu

i mrozie.

Do  trzech  razy  sztuka.  Bohaterowie  bajek  mają  zawsze  trzy  próby.  Dwie

pierwsze są nieudane, trzecia zawsze tak. Czy to oznacza, że tym razem zwieje

im na dobre? Czy to, że w końcu ją dopadną?

Do trzech razy sztuka. Trzy próby. Trzy pomyłki. Co tym razem? Próba czy

pomyłka?

Nagle Lumikki poczuła bolesne drapnięcie w nagim udzie. Nieważne. Biegła

dalej, brnęła przez śnieg, byle przed siebie. Odgłosy pościgu w końcu umilkły.

Pomacała  palcami  nogę.  Poczuła  coś  ciepłego.  Krew.  Sokołow  strzelił,  ale  na

szczęście kula tylko drasnęła udo. Jednak z rany ciekło sporo krwi.

Lumikki nie chciała o tym myśleć.

Biegła  dalej,  byle  przed  siebie.  Zapadała  się  coraz  głębiej  w  objęcia  lasu,

background image

pogrążała w nim jak w czarnym odmęcie.

Ale  teraz  biedna  Śnieżka  została  samiuteńka  w  lesie.  Była  tak  przerażona,  że  co

rusz zerkała na drżące liście drzew, i nie wiedziała, gdzie się obrócić. Rzuciła się do

ucieczki, biegła przez ostre kamienie i przez cierniowe krzewy, a dzikie zwierzęta

ustępowały  jej  z  drogi  i  nie  robiły  krzywdy.  Śnieżka  biegła,  dopóki  nogi  nie

odmówiły jej posłuszeństwa i nie zaczęło się ściemniać.

background image

28

Była sobie raz dziewczynka, która biegła, dopóki nogi nie przestały jej nieść.

Ale  ona  wciąż  biegła  –  w  myślach,  we  śnie.  Szczupłe,  mocne  i  zwinne  nogi

śmigały  nad  zaspami,  nie  zostawiając  na  białym  śniegu  najmniejszego  śladu.

Dziewczynka  uciekała  tak,  jak  uciekają  ludzie,  którzy  wiedzą,  że  są  wolni,

którzy wiedzą, że nikt ich nie złapie.

Lumikki balansowała na granicy świadomości.

Nie  czuła  już  zimna.  Tylko  ciepło.  Coś  jej  mówiło,  że  to  niedobrze,  ale  nie

miała siły się tym przejmować. Leżała w śniegu na plecach.

Myślała o krwi wyciekającej z rany. Wyobrażała sobie, że czerwień zaczyna

tworzyć  w  białym  śniegu  pyszne  esy-floresy,  rozlewa  się  powoli  pięknym

ornamentem, najpierw na metr, potem na dwa, wreszcie zalewa cały ośnieżony

las.

Patrzyła  na  siebie  z  góry,  jak  gdyby  lewitowała  w  powietrzu,  dziesięć

metrów  nad  ziemią.  Aureola  czarnych  włosów  na  śniegu.  Podarta  czerwona

suknia,  mieniąca  się  barwami  jak  gdyby  uszyto  ją  z  materii  utkanej

z klejnotów. Esy-floresy rozlewające się coraz dalej, i dalej, i dalej.

Piękna. Wcale nie brzydka.

Brzydka.  Gruba.  Za  chuda.  Dziwaczne  zęby.  Wkurzający  głos.  Przetłuszczone

włosy.  Brudne  buty.  Owłosione  ramiona.  Głupia.  Idiotka.  Bezmózgowiec.

Debilka. Dziwka.

Skąd ty wytrzasnęłaś te łachy? Chyba ze śmietnika?

Twoi starzy muszą się cholernie wstydzić pokazywać z tobą na mieście.

Gdybym wyglądała tak jak ty, nie wychodziłabym w ogóle z chaty.

Ty musisz być adoptowana.

Nikt nigdy nie będzie chciał cię pocałować.

Takiego brzydactwa nie można kochać.

I czego jęczysz? Jak cię boli, to powiedz głośno. Co, boli? To zamknij gębę,

bo jak nie to dopiero będziesz miała powody do płaczu.

Jesteś taka brzydka, że w zasadzie wyglądasz lepiej, jak ktoś ci obije mordę.

Słowa,  słowa,  słowa,  słowa,  słowa,  słowa,  słowa,  słowa.  Zdania  proste,

złożone,  pytania,  wykrzykniki.  Szczypanie,  drapanie,  bicie,  szarpanie,

ciągnięcie, popychanie, kopanie.

Nie  jesteś  tymi  słowami.  Nie  jesteś  krzykami  ani  obelgami.  Nie  jesteś

drwinami, którymi plują w ciebie jak przeżutymi gumami. Nie jesteś pięściami,

background image

które na ciebie spadają, ani siniakami, które po nich zostają. Nie jesteś krwią,

która cieknie ci z nosa. Nie oni o tobie decydują. Nie należysz do nich.

Jest w tobie część, której nikt nie zdoła dotknąć. To jesteś ty. Należysz tylko

do siebie i nosisz w sobie cały wszechświat. Możesz być, kim tylko zapragniesz.

Nie bój się. Nie musisz się już bać.

– Nie muszę się już bać – szepnęła Lumikki do siebie.

Słowa zmieniły się w parę.

Wciąż jednak pamiętała ich twarze. Dziewczęce głosy i śmiech, który niósł

się  i  niósł  echem  po  korytarzach,  choć  już  dawno  wszyscy  poszli  do  domu

i budynek szkoły pogrążył się w ciszy.

Szczególnie  wyraźnie  pamiętała  zapachy.  W  pierwszych  klasach  mdląco-

słodkie, sztuczne zapachy perfumowanych gumek do mazania. Potem cukierki

jedzone ukradkiem na przerwach, w tajemnicy przed nauczycielką, malinowe

łódeczki  i  tureckie  pieprzyki.  Oddech  na  jej  twarzy,  słodki  i  słony  zarazem.

Błyszczyki  do  ust  o  zapachu  toffi,  mango  i  mięty.  Waniliowe  perfumy

z Bodyshopu, pierwsze, których mamy pozwoliły używać im w szkole. Potem,

w późniejszych klasach, już prawdziwe perfumy, zmieniające się w zależności

od dnia, nastroju, ubiorów i trendów. Sezonowe zapachy Escady.

Nauczyła  się  rozpoznawać  je  szybko  i  precyzyjnie,  wyczuwać  już  z  daleka,

wiedzieć,  że  za  chwilę  wyjdą  zza  rogu.  Czasem  to  pomagało  i  zdążyła  uciec,

schować  się,  uniknąć  spotkania.  Najczęściej  jednak  nie.  Wtedy  poznała  ów

obrzydliwy  smród  perfum  zmieszanych  z  zapachem  potu  albo  z  odorem

niemytego  pisuaru  w  chłopięcej  toalecie,  gdy  wepchnęły  jej  głowę  do  środka

i kazały lizać twardy, zimny porcelit.

Pamiętała ich imiona. Będzie je pamiętać do końca życia.

Anna-Sofia i Vanessa.

Trwało to nieprzerwanie od pierwszej do połowy dziewiątej klasy. Z roku na

rok starcia stawały się twardsze, wyzwiska gorsze, ciosy boleśniejsze. Lumikki

nie wiedziała, dlaczego upatrzyły sobie właśnie ją. Może się uśmiechała nie tak

jak trzeba albo nie uśmiechała się w ogóle. Może odezwała się w niewłaściwym

momencie,  niewłaściwym  tonem.  Nie  miało  to  znaczenia.  Lumikki  szybko

spostrzegła,  że  żadna  zmiana  jej  wyglądu,  charakteru  i  zachowania  nie

zadowoli dziewczyn i nigdy nie dadzą ją spokoju.

Lumikki  nikomu  nie  powiedziała,  nigdy.  Nie  rozpatrywała  nawet  takiej

opcji.  Milczenie  było  w  ich  domu  chlebem  powszednim.  Nie  pytaj,  nie  mów.

Kiedy się milczy o rzeczach złych, jest dobrze. Siniaki, zadrapania, zwichnięte

nadgarstki  i  podarte  rzeczy.  Jeśli  ją  pytano,  zawsze  miała  wytłumaczenie.

Szkoła  była  teatrem  wojny  i  Lumikki  nie  wiedziała,  kto  jest  jej  przyjacielem,

a  kto  wrogiem.  Musiała  chytrze  obmyślać  strategię.  Dążyć  do  minimalizacji

szkód.  Naskarżenie  nauczycielce  mogło  tylko  pogorszyć  sytuację.  Zresztą,

pewnie i tak by jej nie uwierzyła. Anna-Sofia i Vanessa umiały świetnie grać

background image

przed dorosłymi. Uśmiechały się jak niewinne aniołki.

Przemoc,  znęcanie  się  i  upokarzanie.  Lumikki  nie  rozpatrywała  swoich

przeżyć  w  szkole  w  kategorii  „molestowania”,  bo  słowo  to  kojarzyło  się  jej

z czymś błahym, przemijającym i niezbyt poważnym. Z niewinnymi docinkami.

Głupimi  tekstami.  Ktoś  ją  tylko  lekko  potrącił.  Sama  się  przewróciła.  Tak  tu

sobie tylko żartujemy.

W  ósmej  klasie  Lumikki  zaczęła  biegać  i  w  tajemnicy  ćwiczyć  z  hantlami.

Uznała, że trzeba zadbać o kondycję, aby mieć zawsze siłę do ucieczki. I coraz

częściej udawało jej się uciec, ale koszmar bynajmniej się nie skończył.

Aż  przyszedł  tamten  dzień.  Tamto  zimowe,  późne  popołudnie,  gdy  słońce

zniknęło  już  za  horyzontem  i  boisko  opustoszało.  Lumikki  przywarowała  za

kubłem  z  odpadami  na  kompost,  dopóki  nie  nabrała  pewności,  że  Vanessa

i  Anna-Sofia  też  już  poszły  do  domu.  Cierpliwie  znosiła  fetor  skórek  po

bananach  i  resztek  grochówki,  który  mimo  mrozu  bił  od  pojemnika  ciepłem

rozkładu. Odczekała, aż zrobi się zupełnie cicho. Boisko spowił niebieski woal

mroku. Cisza i spokój.

Lumikki  wyszła  zza  pojemnika.  Poruszała  się  bezgłośnie,  jak  ciemny,

niebieskoszary  cień.  Była  niewyczuwalnym  podmuchem  wiatru  na

rozdeptanym  śniegu.  Słyszała  nawet  szum  samochodów  dobiegający  z  ulicy

kilka  bloków  dalej.  Słyszała  szczekanie  psów  w  odległym  parku.  Słyszała

głuche  tąpnięcia  spadających  z  dachu  szkoły  śniegowych  czap.  Mimo  to  ich

kroki usłyszała za późno. Za późno rzuciła się do ucieczki i choć czuła, że nogi

ma mocne, sił jej nie starczyło. Vanessa i Anna-Sofia zdołały zapędzić ją w róg

dziedzińca za szkołą, gdzie wznosił się wysoki ceglany mur. Lumikki dobiegła

do ściany, zdejmując w biegu rękawiczki i wciskając je do kieszeni. Przywarła

dłońmi  do  szorstkich  cegieł,  szukając  punktu  zaczepienia.  Nie  było  na  czym

postawić stopy. Przemarznięte palce ślizgały się po ścianie. Wpadła w pułapkę.

Odwróciła  się,  wparła  mocno  w  mur  i  czekała  na  ciosy.  Rolę  bitej  ofiary

znała  na  pamięć.  Dawno  już  opanowała  sztukę  pasywnej  obrony.  Wiedziała,

w  którym  momencie  lepiej  zrobić  wdech,  a  kiedy  wydech,  kiedy  napiąć

mięśnie, a kiedy je rozluźnić. Miała tylko nadzieję, że dziś bicie nie potrwa za

długo.  Zmarzła  i  miała  pełny  pęcherz.  Chciała  już  być  w  domu.  Zjeść  lekko

przypalone  przez  ojca  paluszki  rybne,  zabrać  się  do  lekcji  i  nie  myśleć

o niczym.

Dziewczyny  podchodziły  coraz  bliżej.  Nie  mówiły  nic.  To  milczenie  było

gorsze od wyzwisk i gróźb. Przeradzało się w oczekiwanie, które podchodziło

do gardła mdlącym smakiem wymiocin. Vanessa i Anna-Sofia podkradały się do

niej miękko jak wilczyce. A przecież Lumikki wolałaby mieć naprzeciw siebie

głodną  i  rozjuszoną  watahę  niż  te  dwie  nastolatki  o  świecących  w  ciemności

włosach i błyszczących czerwienią ustach. Były to bowiem drapieżniki o wiele

bardziej niebezpieczne, gdyż w ich piersiach nie biły ciepłe serca, tylko tkwiły

background image

zimne grudy lodu, które mroziły wszystko dokoła.

Lumikki  odliczała  powoli  w  myślach  od  dziesięciu  w  dół,  czekając  na

pierwsze  przełamanie  bariery  fizycznej.  Nie  wiedziała,  czy  będzie  to  lekkie

trącenie w bark, kąśliwe kopnięcie w brzuch czy ciepła, pachnąca miętą grudka

śliny na twarzy.

Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem...

Nagle poczuła, że pęcznieje w niej gorąca czerwień. Coś obcego. Jakby nie

z  niej  się  brało.  Nienawiść.  Wściekłość.  Pragnienie  przełamania  lęku  tak

intensywne,  że  oczy  zaszły  jej  mgłą.  Przestały  istnieć  liczby,  przestały  istnieć

myśli, przestały istnieć miejsce i czas. Kiedy było już po wszystkim, Lumikki nie

potrafiła sobie przypomnieć, jak to się stało. Z obrazu pamięci wypadł jej jeden

puzzel. W kontinuum czasowym ziała mała czarna dziura.

Siedziała  w  śniegu  okrakiem  na  Annie-Sofii  i  okładała  ją  z  całych  sił  po

twarzy. Pięści miała umorusane czymś ciepłym i ciemnym. Rozumiała niejasno,

że to krew z nosa tamtej. Przeczuła raczej, niż odczuła, że Vanessa próbuje ją

ściągnąć z koleżanki. Wbiła jej z całej siły łokieć w brzuch. Vanessa odskoczyła.

Lumikki nie wiedziała, jak długo biła Annę-Sofię. Miała wrażenie, że patrzy

na  siebie  gdzieś  z  daleka.  Na  parskającą  płaczem  dziewczynę,  której  po

policzkach  i  brodzie  spływają  nieprzerwaną  strugą  łzy  i  smarki.  Której  ręce

unoszą się i opadają z coraz większym trudem. Czy to naprawdę ona? Czy to

naprawdę  Anna-Sofia  skamle  pod  nią  i  zasłania  twarz  rękoma,  czy  to

naprawdę  Vanessa  trzyma  się  za  brzuch  i  drze  się  na  całe  gardło,  żeby  już

przestała? W końcu coś jakby w niej przeskoczyło i Lumikki poczuła nagle, że

znowu  jest  w  swoim  ciele.  Poczuła  pod  sobą  zwiotczały  tułów  upokorzonej

Anny-Sofii i w tej samej chwili wściekłość minęła jak ręką odjął.

Podniosła się. Nogi jej dygotały. Ręce zwisały bezsilnie wzdłuż boków. Mróz

szczypał w palce. Lumikki wytarła mokre policzki. Anna-Sofia usiadła i zaraz

zgięła  się  w  pół,  Vanessa  przykucnęła  obok  koleżanki.  Żadna  nie  spojrzała

Lumikki  w  oczy.  Ona  im  też  nie.  Żadna  się  nie  odezwała.  Milczenie  mówiło

więcej niż tysiąc słów.

Na  nogach  drżących  i  miękkich  Lumikki  powlokła  się  w  stronę  domu.  Nie

bała się, że pójdą za nią, że spróbują się na niej odegrać. Nie bała się niczego,

niczego  nie  czuła,  o  niczym  nie  myślała.  W  połowie  drogi  do  domu

zwymiotowała  obok  chodnika.  Grochówka  na  trawniku  wyglądała  łudząco

podobnie do tej, którą dostała w szkole na talerzu.

W domu przemknęła chyłkiem do łazienki, zanim rodzice zdążyli ją zobaczyć.

Z  lustra  patrzyła  na  nią  dziewczyna,  której  Lumikki  nie  znała.  Z  krwią  na

policzkach.  Zdumiona  uniosła  dłoń  i  dotknęła  twarzy.  Dziewczyna  w  lustrze

zrobiła to samo. To nie była jej krew. Była to krew Anny-Sofii, którą rozmazała

sobie  na  policzkach.  Umyła  twarz,  raz,  drugi,  trzeci,  czwarty,  najgorętszą

wodą,  jaką  mogła  wytrzymać.  Szorowała  dłonie  mydłem,  dopóki  nie  zaczęły

background image

szczypać.

Gdy wieczorem wreszcie położyła się do łóżka, zasnęła od razu i przespała

całą  noc  jak  kamień,  bez  snów.  A  gdy  rano  zabuczał  ustawiony  w  komórce

alarm,  otworzyła  oczy  i  stwierdziła,  że  jeszcze  nigdy  nie  czuła  się  tak  źle.

Gorzej niż w tamte poranki po jednym ze złych dni, gdy dziewczyny skopały ją

i zbiły.

Lumikki  była  pewna,  że  na  tym  się  nie  skończy.  Anna-Sofia  i  Vanessa  tak

tego nie zostawią. Lumikki zostanie ukarana w taki czy inny sposób – oficjalny

lub nieoficjalny. Na pewno się zemszczą.

Minął  dzień,  drugi,  trzeci,  minął  tydzień,  minął  miesiąc.  Nic  się  nie

wydarzyło.  Anna-Sofia  i  Vanessa  najzwyczajniej  w  świecie  zostawiły  Lumikki

w  spokoju.  Co  prawda  unikano  jej  jak  trędowatej  i  nikt  nie  chciał  z  nią

rozmawiać, jeżeli nie musiał, ale już nikt jej nigdy nie uderzył. Nie rzucił w jej

stronę nawet złego słowa. Nie wysłał esemesa z groźbą, że ją zabije.

Koszmar się skończył, jak ręką odjął.

W  końcu  Lumikki  odważyła  się  uwierzyć,  że  to  jednak  prawda.  Zaczęła

głębiej  oddychać.  Przyszła  wiosna,  początek  lata,  światła  było  coraz  więcej,

lekcji  coraz  mniej.  Gdy  na  uroczystości  zakończenia  szkoły  słuchała,  jak

wszyscy śpiewają Letni psalm, poczuła, że wreszcie spadł jej z serca jakiś wielki,

czarny kamień. Ze świadectwem ukończenia dziewiątej klasy w ręku wracała

ze szkoły w powodzi oślepiającego światła, odurzona latem i wolnością.

Śnieg  rozjarzył  się  na  żółto.  Potem  na  pomarańczowo.  I  na  zielono.  Lumikki

widziała  światła,  słyszała  trzaski.  Z  nieba  spadały  złote  gwiazdy.  Później

wykwitły na nim olbrzymie róże, płatki się otworzyły i zaczęły topnieć, by po

chwili  zniknąć.  Jednorożec  prężył  się  do  księżyca.  Planety  tańczyły  dokoła

siebie.

Sztuczne ognie.

Na cześć Białego Niedźwiedzia.

Musiało być już pewnie wpół do pierwszej.

Lumikki  przypomniała  sobie  o  małym  lokalizatorze,  przyczepionym  na

podwiązce  do  jej  uda.  Przypomniała  sobie  instrukcje,  które  dała  Elisie  na

wypadek, gdyby nie wróciła z przyjęcia albo do północy nie dała znaku życia.

Musi wyjść przed dwunastą.

Ale czy to nie była już inna bajka? Kopciuszek?

Wciąż huczało. Lumikki kołysała się na falach różnobarwnego światła. Jak

dobrze. Zasypiała.

Gdy wieczorem gaśnie lampa i przychodzi noc.

Niebieski sen.

Niebieski, połyskujący na niebiesko sen.

Lumikki  słyszała  jeszcze  przez  chwilę  trzaski  sztucznych  ogni.  Potem  zdała

background image

sobie sprawę, że nagle ich nie słychać. Tylko jęk syren.

Biała ściana. Sterylny zapach. Jaskrawe światła.

Tępy,  pulsujący  ból.  Gdzieś  daleko.  Lumikki  nie  miała  siły  się  nad  nim

zastanawiać. W ustach czuła gorzki smak antybiotyku.

Kap, kap, kap. Coś w nią wpływało. Do czegoś ją podłączyli. Pamiętała jak

przez  mgłę,  że  wszystkie  otaczające  ją  przedmioty  i  zjawiska  mają  swoje

nazwy. Nie miała jednak siły, żeby o nich myśleć.

Przemykające pod światło postacie.

Znajome twarze.

Matka. Ojciec.

Odległe głosy, zza szyby, znad wody, zza ściany.

–  Przecież  lekarka  powiedziała,  że  jest  poprawa.  Nie  płacz  już,  kochana.

Wróci do zdrowia. Twarda z niej sztuka.

–  Tylko  nie  mogę  przestać  myśleć...  Serce  by  mi  pękło,  gdybyśmy  ją  też

stracili.

– Nie stracimy. Cicho, ciii.

Ją też? Kogo jeszcze stracili jej rodzice? Lumikki chciała o to spytać, ale nie

miała  siły  ubrać  pytania  w  słowa.  Otwarcie  ust  wydawało  się  nadludzkim

wysiłkiem. Chciała tylko spać. Musi pamiętać, żeby ich potem spytać. Kiedyś.

Jak już prześpi te swoje sto lat.

Ale czy to nie była znów jeszcze inna bajka? Śpiąca Królewna?

Lumikki  poczuła,  że  zapada  się  w  łóżko,  pogrąża  w  miękkości,  przelatuje

przez materac jak przez chmury na niebie, i odlatuje.

background image

EPILOG

Cztery miesiące później

Na pocztówce widniało czarno-białe zdjęcie nagiego, muskularnego mężczyzny,

który trzymał na strategicznym miejscu małego kociaczka. Lumikki nie musiała

nawet obracać kartki, żeby się domyślić, kto ją przysłał.

Siema!

U  nas  wszystko  w  porządku.  Matka  nie  jest  już  takim  kłębkiem  nerwów  jak

wcześniej, ja też śpię bez wyskakiwania nagle z łóżka, a po ulicy chodzę bez

oglądania  się  bez  przerwy  za  siebie.  Dobrze  mi  robi  ta  swoboda.  Złożyłam

papiery do szkoły fryzjerskiej. Jeśli się dostanę, to zaczynam jesienią. Wierzę,

że to może być coś dla mnie.

Jenna

PS  Przywykłam  do  swojego  nowego  imienia.  Już  się  nie  odwracam  na  ulicy,

gdy słyszę gdzieś poprzednie.

PS2 Jeszcze nie pojechałam zobaczyć się z tatusiem. Może kiedyś. Na razie

nie  dam  rady.  Sama  rozumiesz.  Nie  potrafię  nawet  napisać  o  tym  nic

sensownego, bo zaraz zaczynam ryczeć.

PS3 Zrobiłam Ci te mitynki. Wyślę pocztą. Sorki, że trochę długo to trwało.

W  sumie  nie  są  teraz  tak  bardzo  potrzebne,  ale  na  jesień  będziesz  miała  jak

znalazł.

Lumikki uśmiechnęła się. Elisa, czyli obecnie Jenna, miała rację. Był już koniec

czerwca,  wyjątkowo  upalnego  w  tym  roku.  Wszystko  tonęło  w  kwiatach,

pachniało i promieniało.

Świetnie,  że  Jennie  się  układa.  Jej  ojciec  trafił  do  więzienia,  podobnie  jak

Borys  Sokołow.  Skazano  ich  wyjątkowo  szybko.  Policja  chciała  zapewne  jak

najprędzej  zamknąć  sprawę,  żeby  oczyścić  swoje  dobre  imię.  Obaj  dostali

wysokie  wyroki.  W  więzieniu  wylądował  także  estoński  pomocnik  Sokołowa,

Linnart Kask. Elisa z matką zmieniły imiona i nazwiska. Wyprowadziły się do

innego  miasta.  W  ich  sytuacji  było  to  z  pewnością  najrozsądniejsze

rozwiązanie.  Przed  urzędnikami  wydziału  ochrony  praw  dzieci  Elisa

background image

przysięgała na wszystkie świętości, że z narkotykami skończyła raz na zawsze.

Lumikki  wierzyła  w  te  zapewnienia.  Jenna  i  jej  matka  muszą  teraz  od  zera

uczyć się żyć i na nowo zbudować rodzinę. Może nie było to wcale takie złe.

Lumikki  przeniosła  lewą  dłoń  na  kark  i  pogładziła  włosy.  Jeszcze  nie

przywykła do tak krótkiej fryzury, chociaż czuła się w niej swobodnie i lekko.

Jakiś  czas  temu,  gdy  pod  czarnym  paziem  pojawiły  się  jaśniejsze  odrosty

i  Lumikki  zaczęła  wyglądać  jak  łysiejąca  nastolatka,  podjęła  decyzję.  Nie

chciała wpaść w błędne koło wiecznego farbowania, a poza tym nie w smak jej

było  oczywiste  skojarzenie  imienia  z  kolorem  włosów.  A  więc  jeżyk  we

własnych, naturalnych barwach. Lumikki była zachwycona taką wygodą.

Poza  tym  czuła  się  bezpieczniej,  gdy  z  lustra  patrzył  na  nią  zupełnie  ktoś

inny niż młoda kobieta z przyjęcia u Białego Niedźwiedzia. I wcale się nie bała,

że  zostanie  rozpoznana  na  ulicy  przez  kogoś,  kto  też  tam  był.  Ludzi  cechuje

zdumiewająca ślepota na obrazy wyrwane z pierwotnego kontekstu. Ponieważ

nikt  nie  potrafiłby  sobie  nawet  wyobrazić,  aby  nieumalowana  dziewczyna

w  znoszonych  glanach  i  wojskowej  parce  mogła  kiedykolwiek  trafić  na

zamknięte, luksusowe przyjęcie, nasuwał się tylko jeden wniosek: nigdy jej tam

nie było. Tak prosty i tak głupi potrafi być ludzki umysł. Na szczęście dla niej.

W  ciągu  minionych  dwóch  miesięcy  Elisa  przysłała  jej  kilka  kartek

w kopertach. Lumikki trzymała je w komodzie w swoim dawnym pokoju, pod

drugim dnem górnej szuflady.

Tak, znów mieszkała w domu. W Riihimäki, w domu swojego dzieciństwa. Po

zimowych wydarzeniach przesłuchiwali ją najpierw śledczy z policji, a potem

rodzice.  Wszystkim  mówiła  tylko  to,  co  konieczne.  Rodzice  zażądali,  aby

przeprowadziła  się  z  powrotem  do  domu.  „Przynajmniej  na  razie.”  Jakoś  to

zniosła, choć jej dawny pokój wciąż był pełen przeszłości i w ogóle wydawał

się  teraz  za  ciasny.  Do  szkoły  dojeżdżała  pociągiem,  choć  oznaczało  to

konieczność wstawania z łóżka o nieludzkich porach.

Na razie.

Lumikki  wierzyła,  że  latem  przekona  rodziców,  że  może  czuć  się  już

bezpiecznie sama w Tampere.

W szkole nikt nie patrzył na nią dziwnie, bo nikt o niczym nie wiedział. Gdy

wyszły  na  jaw  narkobalety  u  Elisy  i  włamanie  do  szkoły,  Kaspra  i  Tuukkę

wydalono z liceum. Całą sprawę rozegrano bez rozgłosu. Oczywiście uczniowie

opowiadali sobie najróżniejsze plotki, ale nikt nie łączył ich z osobą Lumikki.

Jedna  była  bardziej  zwariowana  od  drugiej,  ale  żadna  nawet  się  nie  otarła

o szaleństwo prawdy.

Terho  Väisänen  trafił  za  kratki.  Borys  Sokołow  trafił  za  kratki.  Biały

Niedźwiedź jednak pozostawał na wolności.

Na  przesłuchaniach  Lumikki  przezornie  trzymała  język  za  zębami  i  nie

pisnęła  o  nim  słówka.  Dobrze  wiedziała,  że  jeśli  zacznie  mówić,  zaszkodzi  co

background image

najwyżej  sobie.  Nie  miała  żadnych  dowodów  przeciwko  bliźniaczkom.  Poza

tym nawet nie mogłaby o nich powiedzieć niczego konkretnego.

A śledczy nie pytali. Rezydencja była zapisana na Borysa Sokołowa. On też

niby zorganizował przyjęcie. Oficjalnie żaden Biały Niedźwiedź nie istniał. Nikt

go nie widział, nikt o nim nie słyszał.

Lumikki  pogładziła  palcem  brzeg  pocztówki.  Ciekawe,  że  Elisa  wolała

wysyłać  kartki  niż  mejle.  Kolejna  rysa  i  anomalia,  która  uzmysłowiła  jej

zaskakujący fakt, że jednak ją lubi. To z myślą o niej w dolnym rogu swojego

obrazu  „O  przyjaźni  między  dziewczętami”  umieściła  maleńką,  różową

różyczkę. Trzeba się było dobrze przyjrzeć, żeby ją w ogóle dostrzec.

Odłożyła pocztówkę do pozostałych. Pod drugim dnem szuflady leżała także

koperta, którą dostała od razu po wyjściu ze szpitala. W środku znajdowały się

dwa  pięćseteurowe  banknoty.  Tysiąc  euro.  Tak  niewielka  część  tamtych

trzydziestu  tysięcy,  że  nikt  na  pewno  nie  zauważy  ich  braku.  Lumikki  nie

wiedziała, czy Elisa, Tuukka i Kasper nie zatrzymali sobie czasem więcej. Nie

chciała wiedzieć.

Tysiąc euro mieściło w sobie dość tajemnic.

Lumikki przywykła do tego, że ma swoje tajemnice. Miała je zawsze, większe

i  mniejsze.  Zamknęła  szufladę  i  przyszło  jej  do  głowy,  że  zamyka  w  niej

również te sekrety, po których nie pozostały jej żadne namacalne ślady.

Białego Niedźwiedzia i to, że go widziała.

Annę-Sofię z Vanessą i to, co jej robiły przez całą podstawówkę.

Ważną  osobę,  którą  stracili  rodzice  i  o  którą  Lumikki  nie  potrafiła  ich

zapytać  po  powrocie  ze  szpitala.  W  domu  wytapetowanym  milczeniem  nie

można ni stąd, ni zowąd zaczynać generalnego remontu.

I jeszcze jedną ważną osobę, na której zdjęcie natrafiła jej dłoń. Fotografia

stanowiła oczywiście namacalny ślad i dowód, że ta osoba istniała naprawdę,

nic jednak nie zdradzało, że Lumikki ją kochała. I że ta osoba kochała ją. Jeśli

to była prawda. Lumikki chciała wierzyć, że tak.

Ostrożnie  pogładziła  papier  kciukiem.  Krótkie,  jasnobrązowe  włosy,  które

czasem miały barwę pszenicy, a czasem orzechu. Policzek, bark, ramię. Po raz

kolejny  zatrzymała  się  na  oczach,  błękitnych  i  jasnych  jak  u  psa  husky.

Niektórzy  uważali,  że  patrzą  przenikliwie,  wyniośle.  Ona  potrafiła  wejrzeć

głębiej. I dostrzegała ciepło, niepewność, radość, światło.

Tęsknota  ścisnęła  ją  za  brzuch  zaskakująco  mocno.  Lumikki  sądziła,  że  już

dawno  odpuściła.  A  jednak  się  myliła,  i  to  tak  bardzo,  że  bardziej  już  nie

można.

Miała już to imię na końcu języka, już ją zapiekło na wargach. Imię, które

szeptała i które krzyczała. Nie zdołała go wymówić. Nie była gotowa. Jeszcze

nie. Może już nigdy.

Lumikki  zamknęła  szufladę  na  zamek,  choć  był  to  zbytek  ostrożności.

background image

Trzymała  na  dłoni  mały,  pociemniały  kluczyk.  Delikatnie  odbijał  światło.

Skromny, nierzucający się w oczy kluczyk.

Był sobie raz mały kluczyk, który pasował do każdego zamka.

Bajki tak się nie zaczynają. Tak zaczynają się inne, weselsze opowieści.

background image

PODZIĘKOWANIA

Chciałabym  szczególnie  podziękować  czterem  osobom,  bez  których  Czerwone

jak krew nie byłoby książką, którą jest teraz:

–  Mojemu  mężowi  Karowi,  który  chwalił,  zachęcał  i  powątpiewał

w  odpowiednich  proporcjach  i  odpowiednich  chwilach.  Jego  komentarze,

pomysły  i  uściślające  pytania  były  niezwykle  pomocne  na  każdym  etapie

procesu pisania książki.

–  Redaktor  Sannie  i  dyrektorce  Saarze  z  działu  literatury  dziecięcej

i  młodzieżowej  wydawnictwa  Tammi,  które  od  samego  początku  wierzyły

w  mój  pomysł  i  goniły  mnie  do  pisania.  Praca  z  tak  serdecznymi

i inteligentnymi profesjonalistkami to czysta przyjemność.

–  Mojej  przyjaciółce  i  pisarce  Siri,  która  wysłuchiwała  mnie  w  chwilach

niepewności i wlewała mi w serce ufność w moje skrzydła.

background image

1

 Wkrótce będzie pełnoletnia. Musi sobie radzić.

2

 No shit Sherlock – „No geniusz”

3

 Let’s face it – „Spójrzmy prawdzie w oczy”

4

 Kochanie, 

musiałam utworzyć nowy adres. Tak na wszelki wypadek. Biały Niedźwiedź

urządza w piątek przyjęcie. I chce cię na nim widzieć. Ja też :-) Przyjedzie po

ciebie  czarny  samochód,  o  ósmej  wieczorem.  Ponieważ  motywem

przewodnim będą bajki i znam twój gust, przebiorę się za Królową Śniegu.

Mam ci coś ważnego do powiedzenia. 

Całuję, 

N. 

PS  Skasuj  tę  wiadomość  zaraz  po  przeczytaniu,  jak  zawsze.  Musimy  być

superostrożni.

5

 That’s all you need to know – „Więcej nie musicie wiedzieć”

6

 Fragment piosenki Idas sommarvisa Astrid Lindgren w przekładzie tłumacza.

7

 In your face. In your face – „Prosto w twarz. Prosto w twarz”.

8

 Let it rain over me – „Czekam na deszcz”

9

 I surrender – „Poddaję się”

10

 Fragmenty wiersza Dagen svalnar mot kvällen Edith Södergran w przekładzie

Leonarda Neugera.

11

 Keep it simple. – „To na pewno proste”.

12

 Hello? This is... okay, you know who this is – „Halo? Mówi... okej, wiecie, kto

mówi...”

13

  White  Bear...  Already  an  invitation?...  8  pm  tomorrow,  right.  Black  tie.  If  you

could  just...  –  „Do  Białego  Niedźwiedzia...  Już  zaproszenie?...  Ósma

wieczorem jutro, w porządku. Strój wieczorowy. Gdyby pan mógł jeszcze...”

14

 Top secret, my love – „To ściśle tajne, kochanie”

15

 What took you so long? – „Co tak długo?”

16

 Sorry. Family matters – „Przepraszam, sprawy rodzinne”

17

 White Bear hates it when people are late – „Biały Niedźwiedź nie cierpi, gdy się

ludzie spóźniają”

18

 Let’s not waste anymore time then – „No to nie traćmy już więcej czasu”

19

 You have criminals on this street – „Macie tu bandytów na ulicy”

20

 I’ve got something to show you – „Chcę ci coś pokazać”

21

 Where is Natalia? – „Gdzie jest Natalia?”

22

 Win-win – „Sytuacja korzystna dla obu stron”.

background image

23

 Go ahead, make my day! – „No dalej, daj mi powód do radości”.

24

 Stop her!– „Zatrzymać ją!”


Document Outline