background image

MILITARNE    SEKRETY

 

PODZIEMNY ŚWIAT

 

Gór Sowich

 

WYDANIE ROZSZERZONE

 

RIESE - ZAMEK KSIĄŻ - RÜDIGER

 

MARIUSZ ANISZEWSKI - PIOTR ZAGÓRSKI (FOTO)

background image

Projekt i wykonanie okładki: Tomasz Supcziński 

Korekta: Anna Piekarowicz 

Redaktor serii „Militarne Sekrety": Bartosz Rdułtowski 

Copyright © 2002 by Mariusz Aniszewski 

Copyright © 2006 by Wydawnictwo TECHNOL, Kraków 

ISBN 83-916111-7-5 ISBN 978-83-916111-7-3 

WYDAWNICTWO TECHNOL 

30-051 Kraków, ul. Urzędnicza 12/4 tel. (012) 633-72-07 lub 509-371-564 e-mail: 

wydawnictwo@technol.anv.pl internet: www.technol.anv.pl Kraków 2006. Wydanie II 

(rozszerzone) 

Druk: Drukarnia Technet 

30-732 Kraków, ul. Biskupińska 3A 

tel. (012) 656-21-11, fax (012) 656-12-78 

http://www.technet.krakow.pl 

Informacje  na temat innych publikacji Wydawnictwa TECHNOL znaleść można na 

naszej stronie internetowej: www.technol.anv.pl 

background image

WSTĘP 

Jest to swoisty dokument. Dokument próbujący choćby trochę rozjaśnić mroki 

tajemnic jakie po dziś dzień otaczają Góry Sowie oraz ich podziemny świat. 

Świat, w którym „żyje" Olbrzym. Zapytacie cóż to takiego ten Olbrzym? Jest to 

gigantyczne przedsięwzięcie techniczno-budowlane o nieznanym dokładnie 

przeznaczeniu, które w latach 1943-1945 realizowane było na terenie Gór 

Sowich. 

Dziś określa się je mianem „Lochów Walimia", choć tak naprawdę sam 

Walim niewiele z lochami ma wspólnego, bowiem roboty budowlane 

realizowane były na obszarze blisko 200 km - zarówno na powierzchni, jak i pod 

powierzchnią okolicznych gór. 

Kwatera Hitlera czy zakłady zbrojeniowe? Laboratoria czy schrony dla 

wojska? Tego nie wie nikt, natomiast każda z tych hipotez jest możliwa i będzie 

możliwa tak długo, aż w jakiś „cudowny" sposób uda się wyjaśnić tajemnice Gór 

Sowich. 

Na powstanie tej książki złożyła się praca wielu osób. Wielu moich kolegów i 

przyjaciół nie szczędziło sił i środków, biorąc udział w ciężkich pracach 

terenowych. To właśnie dzięki nim stało się możliwe pokonanie tak wielu 

zawałów, odkrycie nowych nieznanych dotąd fragmentów podziemi oraz 

dokonanie dokładnej inwentaryzacji obiektów podziemnych i naziemnych. 

Ponadto, dzięki  życzliwości wielu osób, zaistniała możliwość skorzystania z 

wielu nieznanych dotąd faktów dotyczących sowiogórskich tajemnic. Wszystkim 

im dziękuję. 

Natomiast moje specjalne podziękowania winien jestem człowiekowi, który 

przekazał mi bardzo wiele ważnych informacji na temat największych tajemnic 

Gór Sowich. Wielka szkoda, że nie wszystkie 

z nich mogę ujawnić. 

background image

WPROWADZENIE 

Mniej więcej pośrodku rozległego pasma Sudetów, w tzw. Sudetach 

Środkowych (ciągnących się od Nysy Łużyckiej aż po Bramę Opawską), leżą 

Góry Sowie. Swoim zasięgiem obejmują one tereny pomiędzy Wałbrzychem a 

Przełęczą Srebrnej Góry na długości ponad 25 km. Od północnego zachodu 

Góry Sowie ograniczone są Górami Wałbrzyskimi (w rejonie Doliny 

Bystrzycy), od południa Przełęczą Srebrnej Góry, od południowego zachodu 

Doliną  Włodzicy, a od wschodu (poprzez Uskok Brzeżny) graniczą z krainą 

geograficzną, której polska nazwa brzmi Dolny Śląsk, niemiecka natomiast 

Niederschlesien. 

Ogólna powierzchnia Gór Sowich to około 300 km2, terenów porośniętych w 

części szczytowej lasem a w dolnych partiach wykorzystywanych pod uprawy. 

Góry Sowie tworzą mało zróżnicowany, zwarty blok o łagodnych szczytach, 

stromych zboczach, od których odchodzą krótkie grzbiety poprzecinane 

głębokimi dolinami licznych potoków. Jednak t o   n i e   potoki, lecz wody 

podziemne są najważniejsze dla opowieści o jakiej mowa będzie w tej książce. 

Tworzą one bowiem specyficzny układ cieków i żył wodnych, który okazał się 

idealny dla niemieckich planów związanych z Górami Sowimi. Ważne dla owych 

zamierzeń było również doskonałe ukształtowanie terenu, a także jego 

stosunkowo rzadkie zaludnienie oraz bogate zaplecze surowcowe (węgiel 

kamienny i energia elektryczna). Dodatkowo dobrze rozwinięta sieć dróg oraz 

kolei, pozwalała na łatwe dotarcie do najbardziej nawet „dzikich" rejonów gór. 

Umożliwiały one wywiezienie w głąb Rzeszy sporych ilości  ładunku, bez 

niepotrzebnego i kłopotliwego zwracania na to uwagi osób postronnych. A 

ponieważ nowych dróg oraz torowisk nie trzeba było budować, to i nagłe 

„uaktywnienie się" tego terenu mogło pozostać praktycznie niezauważalne. 

Jednak największą, jeśli można tak powiedzieć, ciekawostką tego terenu jest 

sieć telekomunikacyjna. Ostatnie badania prowadzone przez Mariusza Kisiela 

doprowadziły do ciekawych odkryć. Otóż okazuje się, że Góry Sowie są częścią 

składową potężnego węzła  łączności o kryptonimie „Rüdiger", który swoim 

zasięgiem obejmował FHQ Riese. W jego skład wchodzą: przyłącza dla 

background image

pociągów specjalnych w tunelach kolejowych koło Jedliny Zdrój i Ogorzelca 

oraz co najmniej dwie centrale telefoniczne - jedna w Zamku Książ, druga w 

nieustalonej lokalizacji -jak i gęsta sieć wieloparowych linii telefonicznych i tele-

graficznych, których przepustowość do dziś budzi respekt. Badania stwierdzają, iż 

ważnym elementem związanym z powyższym tematem były również stacje 

wzmacniakowe: Świdnica i Rzeczka.1  

W tym ustronnym rejonie Gór Sowich życie toczyło się spokojnie aż do 

pamiętnego 1933 roku. Wtedy to władzę nad Wielkimi Niemcami przejął pewien 

człowiek niepozornej postury - nazywał się Adolf Hitler. Pod jego rządami 

omawiane tereny osiągnęły szybko wysoki stopień uprzemysłowienia i stały się 

trzecim, po Zagłębiu Ruhry i Górnym Śląsku, zapleczem przemysłowym Niemiec. 

Pod koniec 1944 roku miały one również zostać jedynym miejscem, do którego 

nie dotrze zawierucha wojenna, a zlokalizowany tam przemysł  będzie mógł 

funkcjonować bez zakłóceń. Oczywiście mowa tu o przemyśle zbrojeniowym. A 

działo się w Górach Sowich wiele, bardzo wiele...  

Cały teren Gór Sowich jest „podziurawiony" niczym szwajcarski ser - niemal 

każda górska miejscowość ma „swoją" kopalnię, sztolnię czy też szyb 

wydobywczy. Miejsce to gwarantowało idealne wręcz warunki do ulokowania 

na nim wielu zakładów zbrojeniowych, których byt w głębi Rzeszy był już 

zagrożony. Tak też się stało. Leżące na uboczu Niemiec i oddalone od teatru 

działań wojennych Góry Sowie „wpadły w oko" strategom z Naczelnego 

Dowództwa. Pojawił się „stwór", który do życia potrzebował dobrych dróg, 

kolei, sieci telekomunikacyjnej, zaplecza surowcowego, wielkiej ilości wody, 

niewielu świadków i zwartych, gnejsowych masywów. A że wszystko to znalazł 

właśnie tutaj - w Górach Sowich - rozpoczął bez przeszkód swój wzrost, 

osiągając ostatecznie adekwatne do nazwy rozmiary. Był naprawdę 

OLBRZYMI 

 

                                                           

1

 

Więcej na ten temat w rozdziałach: „Pozostałości" i „Sieć telefoniczna w FHQ Riese".

 

 

background image

CZĘŚĆ I 

OPOWIEŚĆ O KWATERACH GŁÓWNYCH        

Już w trakcie przygotowań do prowadzenia działań wojennych władze III Rzeszy 

położyły duży nacisk na zapewnienie sobie odpowiednich warunków 

bezpieczeństwa, m.in. poprzez budowę schronów i całych systemów podziemnych 

kwater. Pod Kancelarią Rzeszy w Berlinie zbudowano trzy schrony: dla Führera, 

Bormanna i Brigadeführera Mohnke - komendanta Kancelarii SS. W zasadzie 

prawie każdy bardziej znaczący dostojnik III Rzeszy posiadał prywatny schron 

przeciwlotniczy. W szczególności zaś lubowali się w nich: Hitler, Göring i 

Bormann. Göring kazał sobie wybudować wielki, podziemny schron zarówno pod 

rezydencją w Karinhall, jak i w zamku Valdenstein pod Norymbergą. Co 

ciekawe, wzdłuż drogi z Karinhall do Berlina stały w regularnych odstępach 

potężne,  żelbetowe bunkry, aby w razie nalotu Göring mógł się natychmiast 

schronić. Przywódca Niemieckiego Frontu Pracy - Robert Ley - gdy zobaczył 

skutki trafienia ciężkiej bomby w schron publiczny, interesował się tylko 

grubością jego stropu. Wynikało to z faktu, że posiadał podobny w swojej 

posiadłości na przedmieściach. Hitler przesadnie dbał o własne  życie, np. 

uwielbiał szybką jazdę samochodem, dopóki nie zobaczył skutków wypadku 

drogowego. Wtedy momentalnie zakazał swojemu kierowcy przekraczania pręd-

kości 80 km/h. Fiihrer lękał się również zamachów i w obawie przed nimi nosił 

specjalną czapkę, która miała nieco szerszy otok, wykonany z kuloodpornej stali. 

W jego samolocie zamontowano specjalną pancerną kabinę-kapsułę ze 

spadochronem, w której odbywał podróż. Do samolotu tego Hitler i tak bał się 

wsiadać. Był to bowiem Focke-Wulf 200 Condor  z chowanym podwoziem, a 

nowości techniczne go przerażały. Jak wiemy Führer posiadał także sobowtórów. 

Nie ma zatem nic zaskakującego w fakcie, że dokądkolwiek Hitler planował się 

udać, najpierw zarządzał tam budowę specjalnych schronów. Grubość ich stropów 

rosła wraz ze zwiększającym się wagomiarem bomb i w 1945 roku osiągnęła 

około 8 metrów żelbetonu, często pokrytego 2-3  metrową warstwą ziemi.  

Podobnie rzecz miała się z  naczelnymi   dowództwami  armii.   Wybudowano   

dla  nich  wiele polowych Stanowisk Dowodzenia, które starano się lokować w 

background image

pobliżu kwater Führera.   W rejonie  Berlina  powstały  kwatery  dla OKW, w 

Dahlem, Zossen oraz w Wünsdorf dla Naczelnego Dowództwa Wojsk 

Lądowych (OKH), w Poczdamie dla OKL, zaś w samym Berlinie dla OKM.  

Wszystkie one razem tworzyły zespół naczelnego kierowania siłami zbrojnymi 

III Rzeszy. Szczególnie dobrze była ukryta kwatera w Zossen. Powstał tam cały 

zespół kilkukondygnacyjnych schronów, które na zewnątrz przypominały domki 

mieszkalne, tymczasem były połączone siecią podziemnych tuneli. Kwaterę w 

Zossen wykorzystywano przez całą wojnę. Natomiast na czas trwania poszcze-

gólnych kampanii wojennych powstawały coraz to nowe kwatery - np. dla 

kierowania działaniami wojennymi na zachodzie powstały aż cztery zespoły 

kwater: 

I  - w górach Taunus - zamek Ziegenberg (kryptonim Adlerhorst) dla 

Hitlera i Dowództwa Sił Zbrojnych, zamek Kransberg dla OKL oraz 

schrony w pobliżu Giesen (kryptonim Gisela) dla OKH. Kompleks ten 

zbudowano jesienią 1939 roku. Składał się z kilku doskonale zamaskowanych, 

potężnych, żelbetowych bunkrów, które wykorzystano dopiero w grudniu 1944 

roku, podczas ofensywy w Ardenach, 

II  - w górach Schwarzwaldu koło Kniebis (kryptonim Tannenberg),  

III   - w Palatynacie, koło Landstuhl, dla wysuniętych rzutów dowództw, 

IV- w górach Eifel - koło Munstereifel (kryptonim Felssennest) dla Führera i 

jego współpracowników oraz w rejonie Bad Godesberg (kryptonim Forsterei) 

dla OKH. 

W trakcie działań wojennych przeciw Grecji i Jugosławii Naczelne 

Dowództwo oraz Führer przebywali w pociągach specjalnych, ukrytych w 

tunelu kolejowym w Alpach Styryjskich koło Anspag. Ponadto część dowództwa 

przebywała w Wiener Neustadt. Z pociągów specjalnych korzystano także w 

początkowym okresie wojny ze Związkiem Radzieckim. Wtedy też w okolicy 

Spały powstały dwa żelbetowe schrony mające chronić pociągi specjalne przed 

skutkami nalotów. Miały one po 380 m długości, 15 m szerokości i 10 m 

wysokości. Grubość  żelbetu dochodziła do 3 m. Wewnątrz, obok peronu, 

znajdowały się pomieszczenia do pracy i odpoczynku.  

background image

W wyniku rozszerzania się zasięgu działań wojennych na terenie ZSRR, w 

Prusach Wschodnich (koło Kętrzyna) przygotowano kolejną wielką i najbardziej 

chyba znaną kwaterę główną - S3 Wolfschanze - tzw. Wilczy Szaniec. W skład 

tego kompleksu wchodziło siedem grup schronów, przewidzianych dla 

wszystkich naczelnych organów państwa. 

•  W lesie koło Gierłoży zlokalizowano główny zespół schronów, w których 

przebywał Führer, jego otoczenie i OKW. W skład zespołu wchodziło kilkanaście 

żelbetowych bunkrów, przy czym główny bunkier Führera miał strop o grubości 

blisko 8 m. Poza tym powstało tam wiele baraków i budowli pomocniczych. W 

pobliżu, na południe od szosy Giżycko-Kętrzyn, znajdowało się lotnisko polowe. 

•  W lesie koło miejscowości Przystań (w pobliżu Węgorzewa) znajdowała 

się kwatera polowa wojsk lądowych - Anna. W jej skład wchodziło kilka 

bunkrów i baraków a także schrony mieszczące urządzenia techniczne (siłownia, 

ciepłownia itd.). Łączyła  się bez jakiejkolwiek granicy z kwaterą wojsk 

kwatermistrzowskich - Quelle — która także miała kilkanaście  żelbetowych 

schronów o grubości stropów 2 i 4 m. 

•  W pobliżu jeziora Śniardwy, koło miejscowości Ruciane, zlokalizowano 

kwaterę główną dowództwa wojsk lotniczych - Robinson. 

•  Polowa kwatera dowódcy SS i policji mieściła się w miejscowości 

Mamerki, gdzie powstało także kilka żelbetowych bunkrów. 

•  Polowa   kwatera   szefa   kancelarii   Rzeszy   ulokowana   została w 

schronach koło wsi Radzieje. 

•  Polowa kwatera Ministra Spraw Zagranicznych miała swoją siedzibę na 

zamku Sztynort. 

Cały teren kwater głównych otoczony był zaporami pól minowych i drutem 

kolczastym, wzmocnione patrole bez przerwy przeczesywały okolicę, zaś 

wszystkich mieszkańców obowiązywały zaostrzone środki bezpieczeństwa. 

Ponadto w Winnicy na Ukrainie powstała tymczasowa kwatera główna 

(kryptonim Wehrwolf) na okres operacji stalingradzkiej i kaukaskiej. Składała 

się z kilkunastu betonowych i drewnianych baraków, rozproszonych po lesie. Do 

kierowania operacjami przeciwko Aliantom, w przypadku ich lądowania we 

background image

Francji, przygotowano dwie kwatery główne, z których jedna położona była koło 

Soissons (kryptonim W2, czyli Wolfschlucht 2), a druga znajdowała się w tunelu 

kolejowym w miejscowości Margival (W3). Poza tym jeszcze jedna kwatera 

znajdowała się w Belgii, w miejscowości Bruly de Pesche (Wl). Nie znamy 

natomiast dokładnej lokalizacji kwatery o kryptonimie Brunhildę. 

Prawdopodobnie mieściła się koło Metz, tuż przy granicy Francji z 

Luksemburgiem. Inne mniej znane kwatery znajdowały się w Pullach koło 

Monachium (S3 Siegfried), w zamku Kessheim koło Salzburga oraz w Bad 

Nauheim. Dodatkowo, najbardziej chyba luksusowa rezydencja Führera istniała 

w alpejskiej miejscowości Obersalzberg (S3 Serail), gdzie obok wspaniałego 

domku wypoczynkowego na szczycie „prywatnej góry" Hitlera - Zugspitze - 

wybudowano niewielki zamek, umeblowany bogato w stylu kajutowym. 

Prowadząca do zamku szosa (jazda po niej była iście karkołomna) dochodziła do 

wykutego w skale szybu windy (o głębokości 120 m), który prowadził do Orlego 

Gniazda - tak bowiem nazwano ów zamek. 

Jakby tego było mało, wiosną 1944 roku Führer wydał rozkaz wybudowania 

dwóch kolejnych kwater głównych. Miały się one znajdować w Turyngii oraz na 

Śląsku. Pierwszą z nich - podziemną kwaterę S3 Olga w Turyngii - budowano w 

największej tajemnicy w dolinie Jonasza (Jonastal). Z braku oryginalnych 

dokumentów cały ten obiekt wciąż jest niezbadany. Zresztą, jeszcze pod koniec 

wojny został on częściowo wysadzony w powietrze przez saperów z SS, zaś w 

1947 roku stacjonujące w dolinie wojska radzieckie dokonały ostatecznego 

zawalenia wejść do sztolni. Tym niemniej w 1991 roku udało się odnaleźć część 

dokumentacji technicznej obiektu z 1945 roku, którą wykonało lokalne biuro 

geodezyjne na zlecenie Rosjan. Z dokumentacji tej wynika, że zinwentaryzowano 

wówczas 2 135,8 m sztolni (z których 620 m było obetonowanych) i 817 m 

wyrobisk poprzecznych. Puste przestrzenie między betonem zapełniano  żużlem. 

Ściany i sufity miały być zaizolowane supremą a następnie otynkowane. 

Planowano tam elektryczne ogrzewanie oraz zaopatrzenie w wodę pochodzącą z 

zewnętrznego zbiornika. W pobliżu obiektu powstały dwie centrale 

telekomunikacyjne oraz schron dla pociągu Führera. Budowę prowadzono do 

background image

kwietnia 1945 roku, po czym przerwano ją ze względu na nadchodzące wojska 

amerykańskie. Do środka tego gigantycznego obiektu prowadziło aż 25 wejść. 

Warto też dodać,  że istnieją pewne przesłanki, iż wewnątrz korytarzy ukryto  

wiele transportów z drogocennymi przedmiotami, które były przeznaczone na 

wystrój przyszłej kwatery. Poza tym, choć wydaje się to mało prawdopodobne, 

kwatera ta wymieniana jest jako jedno z przypuszczalnych miejsc ukrycia 

Bursztynowej Komnaty. 

Jeżeli chodzi o drugą budowaną wtedy kwaterę główną, to sprawa jest nieco 

bardziej skomplikowana. Do dziś bowiem nie udało się precyzyjnie określić 

jakie podziemne obiekty miały wchodzić w jej skład. Najczęściej wymieniany 

jest zamek Książ - to chyba najbardziej prawdopodobne. Nie możemy natomiast 

stwierdzić czy obiekty rejonu Walim - Głuszyca miały także należeć do 

kwatery, czy też planowano wykorzystać je dla potrzeb przemysłu 

zbrojeniowego. Co prawda lista kodów klasyfikuje te obiekty jako S3 Riese, to 

znaczy kwatery, ale może to być tylko sprytny wybieg, który miał na celu 

ukrycie lokalizacji supertajnych zakładów Wunderwaffe. Nie wiemy tego na 

pewno, dlatego też musimy brać pod uwagę obie możliwości.  

W kontekście tego zagadnienia Albert Speer stwierdza: 

„Zgodnie z punktem 18 protokołu narady u Führera, 20 czerwca 1944 

roku poinformowałem,  że przy rozbudowie jego głównej kwatery 

pracuje aktualnie 28 tys. robotników... Według mojego pisma do 

adiutanta Hitlera do spraw Wehrmachtu z dnia 22 września 1944 roku 

na budowę schronów w Kętrzynie wydano 36 min RM, na schrony w 

Pullach koło Monachium 13 min RM, a na zespół schronów Olbrzym 

(Riese) koło Bad Charlottenbrunn 150 min RM. Do wykonania tych 

budów potrzeba było, według mojego pisma, 257 tys. m   betonu 

zbrojonego stalą, wykonano 213 tys. m  tuneli, 58 km dróg z 

sześcioma mostami i 100 km rurociągów. Tylko sam projekt 'Olbrzym' 

pochłonął więcej betonu niż w 1944 roku przyznano ludności cywilnej na 

background image

budowę schronów"2. 

Cytuję ten tekst, podobnie jak wszyscy inni piszący o podziemiach Gór 

Sowich, nie po to, aby zwiększyć objętość książki! Przytaczam go dlatego, żeby 

uzmysłowić wszystkim skalę wysiłku jaki włożono w „Olbrzyma". Gdy trwała 

wojna (był rok 1941), a Niemcy byli u szczytu potęgi, do kierowania swoją machiną 

wojenną wystarczały im skromne" bunkry w lesie pod Kętrzynem. Gdy wojna miała 

się ku końcowi i nie było już „Wielkich Niemiec", za najważniejsze uznano realizację 

projektu, który swoimi kosztami przewyższał wszystkie inne kilkakrotnie! Dlaczego? 

Czyżby miał on uratować III Rzeszę? Wszystko na to wskazuje. 

 

 

                                                           

2

 

Speer Albert, Wspomnienia, MON, Warszawa 1990

 

 

background image

CZĘŚĆ II 

BOMBOWCE NAD TRZECIĄ RZESZĄ 

W 1943 roku stało się dla Niemców jasne, że ich przewaga w powietrzu 

należy do przeszłości, a Luftwaffe nie jest już w stanie równocześnie prowadzić 

równorzędnej walki na rozległym teatrze działań wojennych oraz skutecznie 

bronić terytorium III Rzeszy przed nalotami Aliantów. Zapewnienia Goringa, że 

żaden obcy samolot nie pojawi się nad terenem Niemiec, można już było 

spokojnie włożyć między bajki. Niemcy traciły panowanie w powietrzu i nic nie 

było w stanie tego zmienić. 

Po załamaniu się ofensywy powietrznej na Wielką Brytanię i rozpoczęciu 

wojny ze Związkiem Radzieckim, wytworzyła się specyficzna sytuacja swego 

rodzaju zawieszenia broni, którą najlepiej wykorzystali Brytyjczycy. Po kilku 

miesiącach przygotowań rozpoczęli oni naloty na niemieckie miasta i zakłady 

zbrojeniowe. W zasadzie pierwsze naloty miały miejsce już w 1939 roku, jednak 

były to sporadyczne przypadki, jako że Bomber Command posiadało w tamtym 

czasie bardzo ograniczoną liczbę samolotów dalekiego zasięgu. Jesienią 1940 

roku RAF rozpoczął bombardowanie portów we Francji, celem niedopuszczenia 

do inwazji. Po rezygnacji Niemców z planowanej inwazji na Wielką Brytanię 

(operacja Lew Morski - niem. Seelöwe), wiosną 1940 roku bombowce 

brytyjskie skierowano na stocznie okrętów podwodnych i fabryki samolotów. 

Rozpoczęte naloty na silnie bronione zakłady okazały się jednak nieskuteczne. 

Ponieważ niemiecka obrona przeciwlotnicza zadawała Aliantom wielkie straty, 

zimą 1942 roku wydano rozkaz do rozpoczęcia tzw. nalotów dywanowych na 

niemieckie miasta. Głównym wykonawcą tego planu został gen. lot. Sir Arthur 

Harris, dowódca Bomber Command. Jego samoloty swój pierwszy „występ" 

miały nad Lubeką i Rostockiem. Jednak dopiero nalot na Kolonię - który miał 

miejsce w nocy z 30 na 31 maja 1942 roku - ukazał w pełni grozę nalotów 

dywanowych. Podobnie rzecz się miała w Hamburgu, gdzie między 24 lipca a 3 

sierpnia 1942 roku lotnictwo RAF-u dokonało 7 nalotów, które zrównały miasto 

z ziemią. Straty w Hamburgu oszacowano na około 23 mld RM, tj. około 9 mld 

USD. Trzeba jednak uczciwie przyznać,  że to właśnie Hamburg ujawnił 

background image

wszelkie braki w systemie niemieckiej obrony przeciwlotniczej oraz brak dosta-

tecznej ilości schronów dla ludności cywilnej. Jak wiemy Niemcy nie posiadały 

w początkowym okresie wojny dobrych, nocnych samolotów myśliwskich, 

zdolnych do walki z setkami potężnie opancerzonych alianckich bombowców. 

Alianci tymczasem coraz częściej i skuteczniej obracali w puch niemieckie 

miasta i przemysł. Ginęły więc miasta, dziesiątki tysięcy ludzi, płonął ich 

dobytek. Sytuacja uległa poprawie w latach 1944-1945, jednak mimo że straty 

Aliantów rosły, nie zaprzestali oni nalotów. Wręcz przeciwnie - zwiększyli ich 

częstotliwość. W nocy z 16 na 17 lutego 1945 roku angielskie lotnictwo 

dokonało największej masowej zbrodni II wojny światowej, kiedy to pod gruzami 

Drezna zginęło ponad 200 tys. ludzi. Zupełnie niepotrzebnie, bowiem ten 

typowo terrorystyczny nalot nie miał żadnego znaczenia strategicznego. 

Ofensywa bombowa przeciw niemieckim miastom trwała do połowy kwietnia 

1945 roku i spowodowała ogromne zniszczenia w ich zwartej zabudowie. 

Miasto Dureń zostało zniszczone w 99,2 %, a Paderborn w 95,6%. Sam Berlin 

przeżył 363 naloty, Hamburg 213 itd. Jednak lotnictwo Aliantów działało nie 

tylko nad miastami. Alianccy dowódcy uważali,  że należy także walczyć z 

przemysłem. Niemcy potrafili jednak dobrze chronić swoje zakłady 

zbrojeniowe. Dużo fabryk umieszczono w betonowych schronach i doskonale 

zamaskowano. Zabezpieczenia te  spowodowały,  że  ówcześnie  stosowane  

bomby musiały przejść ewolucję dotyczącą ich wagomiaru. O ile w 1941 roku 

produkowano bomby 2000-funtowe (910 kg.), to w 1945 roku używano już 

„potworów" o wadze 22 000 funtów czyli ponad 10 ton. Automatycznie wzrastała 

także grubość stropów w schronach. Pod koniec wojny osiągnęła ona wartość 

około 8 m (S3 Wolfschanze), zaś w schronach dla ludności cywilnej około 4 m. 

W ten sposób ciężko było jednak zabezpieczyć ogromne powierzchnie zakładów 

zbrojeniowych i straty w niemieckim przemyśle obronnym systematycznie rosły.  

Pierwszym większym i udanym nalotem na fabryki zbrojeniowe było 

zbombardowanie zakładów firmy Henschel w Rostocku, w kwietniu 1942 roku. 

Przenoszenie zakładów w inne części kraju niewiele dawało, gdyż systematycznie 

wzrastał zasięg bombowców. Wizytujący w listopadzie  1943  roku zakłady 

background image

Junkersa,  naczelny dowódca Luftwaffe - Hermann Göring — wydał rozkaz 

przeniesienia części taśm produkcyjnych do koszar w Zittau oraz do budowanej w 

górach nad Łabą podziemnej fabryki. Ponadto pełnomocnicy Ministra Lotnictwa 

Rzeszy rozpoczęli dokładne penetrowanie całych Niemiec w poszukiwaniu 

kopalń, jaskiń i tuneli nadających się do uruchomienia w nich produkcji 

zbrojeniowej. Prace adaptacyjne w tych obiektach należały do Centralnego 

Urzędu Planowania (Zentrale Planung), działającego od października 1943 roku. 

W pobliżu Monachium i koło Gendorf, w lasach wschodniej Bawarii, 

powstały dwa wielkie zakłady Messerschmitta. Przykładowo w Gendorf 

(kryptonim Okapi) główna hala miała 1 km długości, 100 m szerokości i 35 m 

wysokości. Strop o grubości 6 m pokryty był ziemią i drzewami, a w środku na 

8 piętrach powstawały setki myśliwców. Montownia Me 262 powstała także w 

kopalni piasku porcelanowego w Kahla w Turyngii. Zakłady wyposażone w 

najnowocześniejszy sprzęt nosiły nazwę REIMAHG im Kahla. Był to skrót od 

nazwy: REIchs Marschall Hermann Göring, a ich kryptonim brzmiał Lachs. 

Podziemne wyrobiska zakładów miały ponad 32 km długości i powierzchnię 90 

000 m2, w których produkowano 1 250 samolotów miesięcznie. Ponadto istniały 

też montownie w: Leonberg w Bawarii (kryptonim Reihe Reiher), Lechfeld i 

Schwarzt w Tyrolu (wyrobiska kopalni miedzi), Oberammengau (kryptonim 

Cerusit), Jenbach (kryptonim Almandin), Igling, Engeln,  Kaufening 

 

(kryptonim Fritz)  oraz Augsburgu (kryptonim Arno). Kolejną wielką 

montownię koncernu Messerschmitta ulokowano w Sankt Georgen koło Gusen. 

Podlegała ona WVHA der SS 3 i nosiła kryptonim B5 Bergkristall. Montowano 

w niej odrzutowe Me 262.  

Innym doskonałym przykładem niemieckiego budownictwa specjalnego są, 

wspomniane już wcześniej, zakłady Junkersa w górach nad Łabą niedaleko 

Dessau (dah). Zbudowano je w górskiej dolinie wewnątrz stosunkowo 

niewielkiego wzniesienia. Od północy do środka zakładów prowadziło 6 tuneli, 

z których dwa były przelotowe i miały po 1 800 m długości. Dodatkowo do 

obiektu prowadziły też trzy tunele od wschodu. Przekrój tuneli był prostokątny o 

                                                           

3

 

Główny Urząd Gospodarczo-Administracyjny SS

 

background image

wymiarach: 12,5 x 7 m. Obiekt składał się z sieci równoległych komór 

połączonych chodnikami. Ogólna kubatura wynosiła ponad 5 mln m3, 

powierzchnia około 700 000 m2. Nadkład skalny o grubości 60 m zapewniał 

bezpieczeństwo przed bombardowaniem. Obiekt miał pełną klimatyzację, a jego 

załoga składała się z około 10 tys. ludzi. Inny kompleks (pod kryptonimem 

Reh), przeznaczony dla kilku różnych zakładów, powstał w starej kopalni potasu 

w Neu Stassfurt koło Magdeburga. Ulokowano w nim m.in. fabrykę samolotów 

Heinkel, fabrykę łożysk tocznych Fischer, fabrykę silników BMW oraz zakłady 

Siemensa. 

Wszystkie te prace spowodowały,  że Aliantom nie udało się zatrzymać 

produkcji samolotów, a wręcz przeciwnie, o ile w 1943 roku wyprodukowano w 

Niemczech blisko 25 tys. sztuk samolotów, to w 1944 roku, w czasie 

największego nasilenia nalotów, powstało ich już 40,5 tys. 

W przypadku przemysłu paliw płynnych Niemcy posunęli się jeszcze dalej. 

Oto plan „programu Geilenberga": 

•  8 zakładów destylatorni (zlokalizowanych w kamieniołomach i w stokach 

gór w Niemczech środkowych i Austrii) miało produkować półfabrykat 

wyjściowy do dalszej obróbki w ilości 648 tys. ton rocznie. Zakłady te miały 

kryptonim Offen I-VIII. 

•  4 rafinerie zlokalizowane w sztolniach i jaskiniach, które miały przerabiać 

ropę przygotowaną wcześniej w destylatorniach. Rafinerie te nosiły kryptonim 

Dachs i mieściły się w: Jakobsberg w Westfalii (Dachs 1), Ebensee w Austrii 

(Dachs 2), Havlickuv Brod w Czechach (Dachs 3), Osterode w Górach Harzu 

(Dachs 4). Fabryki te miały rozpocząć pracę w styczniu 1945 roku i produkować 

564 tys. ton paliwa rocznie. 

•  Taube - zakład krakingowy o produkcji 276 tys. ton zlokalizowano w 

sztolni w Ebensee w Austrii. 

•  Kuckkuck - zakład produkcji benzyny syntetycznej o wydajności 240 tyś. 

ton zbudowano w Górach Harzu wewnątrz góry Kohnstein. 

•  Meise - zakład katalizy o produkcji 158 tys. ton w Górach Harzu. 
•  Zakład produkcji benzyny syntetycznej o kryptonimie Schwalbe i 

background image

wydajności 1 min ton. Został zlokalizowany w starym kamieniołomie koło 

Neuenrade. 

Pomimo przygotowania tak precyzyjnego planu ukrycia fabryk paliw płynnych 

pod ziemią, Niemcom nie udało się zrealizować go do końca. Zdołano uruchomić 

bowiem jedynie 12 z planowanych 16 fabryk. Warto jeszcze dodać, że plan ten 

był ostatnią deską ratunku dla przemysłu niemieckiego. Alianci tymczasem mieli 

przygotowany plan całkowitego zniszczenia przemysłu paliw płynnych w Rzeszy 

(poprzez bombardowania), do realizacji którego potrzebowali 25 pogodnych dni. 

Do lokalizacji przemysłu zbrojeniowego, poza oczywiście nowo budowanymi 

podziemiami,  wykorzystano istniejące  stare kopalnie, jaskinie, piwnice 

zamkowe, piwnice browarów, tunele metra i kolei a także wszelkie inne 

„podziemne pustki". Samych tylko tuneli kolejowych wykorzystano około 50. 

Ulokowano w nich m.in. następujące fabryki: 

•  Auerhahn - tunel w Tuttlingen, 
•  Birkhahn - tunel w Wiesenstein, 
•  Dompfaff - tunel w Bleicht, 
•  Eisvogel - tunel w Oberndorf i wiele innych. 

Zakłady o kryptonimie Igel znalazły schronienie w piwnicach browaru Hansa 

w Niedermending, a zakłady Nanny w podziemiach browaru w Plauen. Sztolnie 

w kamieniołomach w Lammle dały tymczasem schronienie zakładom o 

kryptonimie Obsidian I i Obsidian II, zaś stare sztolnie w Rottleberode 

zakładom o kryptonimie Melaphyr. W podziemiach twierdzy Erfurt ulokowano  

zakłady o kryptonimie Tanne, natomiast w zdobytej belgijskiej twierdzy Eben 

Emael swoją pracę rozpoczęły zakłady o kryptonimie Maiglocken.  W 

Litomierzycach w Czechach zlokalizowano potężny kompleks zbrojeniowy, 

mający produkować silniki odrzutowe do samolotów i osprzęt elektroniczny do 

różnego rodzaju rakiet. Na cały kompleks składały się 3 fabryki o kryptonimie 

Richard I, II, III oraz podległy SS obiekt B5. Oczywiście są to tylko wybrane 

przykłady z liczącej ponad 800 pozycji listy fabryk zbrojeniowych. 

Najgorzej było jednak z tzw. Broniami Odwetowymi, czyli Vergeltungswaffe. 

Ich montownie byty bowiem szczególnie pilnie tropione przez Aliantów i 

background image

niszczone z całą bezwzględnością. W nocy z 17 na 18 sierpnia 1943 roku ponad 

600 bombowców RAF-u, pod dowództwem płk J. H. Searby'ego, dokonało 

nalotu na ośrodek badań rakietowych w Peenemunde na wyspie Uznam. W 

wyniku poczynionych zniszczeń znacznie opóźniło się bojowe użycie, będących 

w końcowej fazie prób dwóch typów broni odwetowych: latającej bomby V-l oraz 

rakiety V-2. Aby dokończenie prób i produkcja tej broni była możliwa, podjęto 

decyzję o rozbiciu głównego ośrodka na kilka części. W miejscowości Blizna, na 

istniejącym tam poligonie SS, powstał poligon o kryptonimie Heidelager. Wkrótce 

zaczęto przeprowadzać na nim próbne odpalenia rakiet V-2, dowożonych z 

głównej montowni w Górach Harzu. Tam bowiem, w wapiennym masywie góry 

Kohnstein koło Nordhausen, wybudowano fabrykę spółki Mittelberg GmbH o 

kryptonimie Dora. Główną część fabryki stanowiły dwa biegnące równolegle 

tunele, oddalone od siebie o 200 m i połączone poprzecznymi komorami w 

liczbie 46. Ich długość wynosiła po 1 800 m, a komory miały wymiary: 12,5 x 8,5 

m. Wiele komór podzielono dodatkowo na dwie kondygnacje, na górnej 

urządzając biura i magazyny. W północnej części wyrobisk, noszących nazwę 

Nordwerke i obejmujących komory 1-27, zlokalizowano linię montażu 

latających bomb V-l, natomiast w części południowej produkowano rakiety V-2. 

W części tej (w tunelu A) przebiegała linia transportu materiałów, podzespołów i 

gotowych rakiet, a w tunelu B znajdowała się linia montażu rakiet, po której prze-

suwał się podstawowy człon rakiety. Łączna sieć tuneli miała długość około 15 

km, powierzchnię 125 tys. m2, a kubaturę 875 tys. m Wewnątrz rozlokowano 

ponad 20 tys. najnowocześniejszych obrabiarek i agregatów wymagających 

szczególnych warunków mikroklima-tycznych. Aby sprostać tym wymogom, 

powstało 12 szybów wentylacyjnych, które zapewniały cogodzinną wymianę 

powietrza w obiekcie. Nowoczesne urządzenia klimatyzacyjne utrzymywały stałą 

temperaturę 17°C i wilgotność około 70%. Doskonałe urządzenia i wyposażenie 

sprawiały, że był to najnowocześniejszy zakład zbrojeniowy świata. 

Aby w pełni uzmysłowić o jakich wielkościach owych podziemnych obiektów 

jest mowa dodam, że znajdujące się w budowie dwa przykładowe kompleksy 

miały mieć następujące parametry: 

background image

•B11 Eber-251 tys.m2, 

• B12 Kaolin - 600 tys. m2. 

B12 Kaolin byłby ponad 4-krotnie większy od słynnej Dory i blisko 20-krotnie 

większy od znanych obecnie podziemi w Górach Sowich. Miał to być także 

największy ze wszystkich podziemnych obiektów zbrojeniowych podległych 

WVHA der SS.  Gwoli ścisłości, jeden z dwóch największych, bowiem 

wszystko wskazuje na to, że drugim z owych gigantów miał być... S3 Riese! 

Z zakładami Dora powiązany był inny podziemny zakład firmy Borsig w 

Düseldorfie, który produkował zbiorniki napędowe i nosił kryptonim Berta. 

Głowice bojowe produkowano w fabryce Laura we Frankfurcie, płynny tlen 

powstawał w fabryce o kryptonimie Helene w Puchheim, zaś zapalniki 

wytwarzano w Rothenstein koło Jeny (kryptonim Albit). Wymienione tutaj 

zakłady nigdy nie zostały przez Aliantów zniszczone i pracowały nieprzerwanie 

aż do końca wojny. W efekcie dawały one Führerowi tysiące rakiet, którymi 

dokonywano ataków „odwetowych" za zniszczone niemieckie fabryki i miasta. 

Omówione dotychczas niemieckie podziemne fabryki nowych broni nie 

zamykają ich pełnej listy. Kolejna wielka montownia rakiet V-2 była budowana 

we wnętrzu wzgórza koło Eperlecques, 30 km na południe od Dunkierki. 

Magazyn do przechowywania rakiet powstawał zaś w Wizernes, w żelbetowym 

bunkrze o średnicy 90 m, natomiast w Watten, Wizernes, Predefin, Siracourt, 

Rinxent i Lottinghen budowano wyrzutnie. Ponadto powstawała też baza 

radarowa dla przyszłych wyrzutni, która miała się znajdować w Predefin. 

Natomiast niedaleko Eperlecąues, we wnętrzu niewielkiego wzniesienia obok 

Mimoyecques, powstawał jeden z najtajniejszych obiektów III Rzeszy. 

Budowano tam mianowicie gigantyczną działobitnię nowej superbroni V-3. 

Obiekt nosił kryptonim Wiese. 

Warto tutaj dodać,  że cały mechanizm powstawania nowych fabryk 

zbrojeniowych dla Broni Odwetowych (Vergeltungswaffe) oraz tzw. 

Cudownych Broni (Wunderwaffe) podlegał WVHA der SS, czyli Głównemu 

Urzędowi Gospodarczo-Administracyjnemu SS i jako Anlage „W" dzielił się na: 

•  Przedsięwzięcia A - budowa podziemnych obiektów różnego 

background image

przeznaczenia o kryptonimach Al, A2, A3 itd., 

•  Przedsięwzięcia B - budowa podziemnych obiektów specjalnego 

przeznaczenia o kryptonimach B1, B2, B3 itd., 

•  Przedsięwzięcia S - tzw. budowy specjalne, tzn. kwatery główne i fabryki 

broni specjalnych o kryptonimach S1, S2, S3 itd. 

Poniżej przytaczam kilka przykładów z listy kodowej: 1. Przedsięwzięcia A: 

•  A5 Heinrich - Rottleberode, 
•  A6 Wilhelm - Wansleben, 
•  A8 Goldfisch - Obrigheim. 

 

2. Przedsięwzięcia B: 

•  B1 Zement - Ebensee, 
•  B2 Malachit - Langenstein, 
•  B8 Bergkristall — St. Georgen, 
•  B11 Eber — Niedersachsenwerfen, 
•  B12 Kaolin - Wolffleben.  

3. Przedsięwzięcia S: 

•  S3 Riese - Bad Charlottenbrunn, 
•  S3 Olga - Jonastal, 
•  S3 Serail — Obersalzberg, 
•  S3 Siegfried - Pullach, 
•  S3 Rüdiger - Waldenburg/am Schl. 

Jak widać kodem S3 oznaczano tylko kwatery główne oraz bardzo ważne 

obiekty powiązane z kwaterami. Jak już wspomniałem, na liście kodowej 

podziemnych fabryk zbrojeniowych III Rzeszy znajduje się ponad 800 pozycji, 

z czego co najmniej 240 to obiekty w pełni ukończone i prowadzące produkcję. 

Ogółem wybudowano 13 mln m2 powierzchni fabryk z planowanych 94 mln. 

To właśnie dzięki tym poczynaniom niemiecka produkcja zbrojeniowa szybko 

rosła, mimo wzrastających bombardowań. 

W procesie przenoszenia przemysłu zbrojeniowego pod ziemię ważną rolę 

background image

wyznaczono także terenom Dolnego Śląska. Ponieważ obszary te znajdowały się 

poza zasięgiem alianckich bombowców, od samego początku wzbudzały 

zainteresowanie kierownictwa Sztabu Myśliwskiego. Mało tego, po pewnym 

czasie ziemie te zaczęto nawet określać mianem „schronu Rzeszy", co chyba 

najlepiej świadczy o roli jaką im wyznaczono w ratowaniu gospodarki wojennej 

III Rzeszy. Kiedy rozpoczęła się ofensywa bombowa na niemieckie miasta, na 

Dolny  Śląsk zaczęto kierować masy ludzi z terenów objętych nalotami. Już w 

październiku 1943 roku na terenach Śląska przebywało 112 tys. przesiedleńców 

- tzw. Luftkriegsbetroffene. Na tereny te rozpoczęto też przenoszenie 

ważniejszych zakładów zbrojeniowych wraz z całym personelem (październik 

1943 roku     ponad 12 tys. pracowników). Szczególną rolę przywiązywano do 

jak najszybszego uruchomienia produkcji w przeniesionych z Essen do 

Głuszycy zakładach koncernu Kruppa (bwn). Miano w nich produkować 

podzespoły do Me 262. 

Lista kodowa podaje następujące obiekty zlokalizowane na terenie Dolnego 

Śląska: 

•  Afra- Jawor, 
•  Balthasar - Strzegom, 
•  Beate — Namysłów, 
•  Birnbaum - Twierdza Kłodzko, 
•  Eisenglanz — Leśna, 
•  Else - Zgorzelec, 
•  Lehm —Bolków, 
•  Seehund - Sobótka, 
•  Sylvinit - Kowary, 
•  Trude —Nysa, 
•  Willemit - Grochów, koło Kłodzka. 

Oczywiście nie są to wszystkie tego typu obiekty na naszym terenie, bowiem 

wiele z powstających nie posiadało jeszcze kodów. Piechowice, Mieroszów, 

Antonówka czy Stolec to tylko nieliczne tego typu przykłady. Podobnie ma się 

background image

sprawa z fabryką amunicji firmy Dynamit AG w Ludwikowicach Kłodzkich. 

Ponadto na terenie Dolnego Śląska zlokalizowano jeszcze co najmniej 

kilkanaście podziemnych fabryk zbrojeniowych. Co do ich lokalizacji mamy 

tylko mgliste pojęcie. O tym, że istniały wiemy na pewno - widać to na liście 

kodów, gdzie obok kodu fabryki pozostaje puste miejsce na jej lokalizację. 

Jednak miejsca te są tak doskonale ukryte, że do dziś nie udało się trafić na ich 

ślad. 

Ponieważ na dolnośląskich terenach panował praktycznie aż do końca wojny 

niczym nie zmącony spokój (tereny te zostały zajęte przez Armię Czerwoną 

dopiero 8-10 maja 1945 roku), władze niemieckie przekształciły ten rejon w 

jeden wielki „schron" dla przemysłu i ludności cywilnej. Urządziły tu również 

dziesiątki skrytek dla wszelkiego rodzaju dóbr materialnych, zdobytych 

zarówno na podbitych narodach jak i przewiezionych z terenów Rzeszy. 

Podsumowując ten rozdział należy jasno stwierdzić, że mimo zmasowanych 

nalotów dywanowych na terytorium III Rzeszy, Aliantom nie udało się złamać 

potęgi niemieckiego przemysłu zbrojeniowego, który właśnie w okresie 

największego nasilenia nalotów osiągnął najwyższy poziom produkcji, dając 

armii broń do dalszego prowadzenia walki. Trzeba także przyznać, że nie byłoby 

to możliwe bez ogromnych ofiar i wyrzeczeń, wyjątkowo zdyscyplinowanego 

społeczeństwa niemieckiego oraz bez sprowadzenia najważniejszych gałęzi 

przemysłu pod ziemię, dzięki czemu nie przerwał on produkcji ani na jeden dzień, 

co w warunkach, w jakich to realizowano, jest naprawdę zadziwiające. 

background image

CZĘŚĆ III 

POCZĄTKI BUDOWY 

Prace, związane z budową w Górach Sowich, prowadzone były na powierzchni 

około 200 km2 w masywach kilku gór. Do najważniejszych należały: Wielka Sowa 

(Hohe Eule), Włodarz (Wolfsberg), Jedlińska Kopa (Saalberg), Moszna 

(Mulenberg), Soboń (Ramenberg), Osówka (Sauferhöhen), Ostra (Spitzenberg), 

wzniesienia Działu Jawornickiego (Mittelberg),  Gontowa4  (Schindelberg) oraz 

pas wzniesień, który ciągnie się od Gontowej aż po Włodykę, Książówkę i 

Tyńcową. Ponadto prace prowadzone były również na skalistym wzniesieniu o 

nazwie Wilk (Wolfsberg), na którym zbudowany jest zamek Książ. W zakres 

prowadzonych prac budowlanych wchodziło drążenie podziemnych wyrobisk we 

wnętrzu gór oraz stawianie na ich powierzchni różnych żelbetowych budowli. 

Na podstawie ostatnich badań stwierdzono istnienie 7 kompleksów (na pewno) i 

co najmniej dwóch innych (prawdopodobnie). Głównymi kompleksami w Górach 

Sowich są: 

•  Włodarz, 
•  Osówka, 
•  Jugowice Górne, 
•  Soboń, 
•  Rzeczka, 
•  Sokolec, 
•  oraz podziemne tunele pod zamkiem Książ. 

Ślady w terenie wskazują na istnienie jeszcze dwóch innych kompleksów: na górze 

Moszna oraz na górze Wielka Sowa. Istnieją przypuszczenia, że kompleks na górze 

Wielka Sowa to gotowy i całkowicie ukończony system. Ponadto, na terenie objętym 

budową znajdują się jeszcze inne podziemne kompleksy. Przypuszczalnie nie są one 

jednak związane z przedsięwzięciem budowlanym Olbrzym. Mowa o podziemnych 

                                                           

4

 

Góra Gontowa jest nieco oddalona od głównej części budowy i położona niedaleko 

Sokołca.

 

 

background image

tunelach w Głuszycy. 

Nazwy kompleksów zostały utworzone od nazw miejscowości, gór lub budowli 

które znajdowały się w ich bezpośrednim sąsiedztwie. Chodzi tutaj o takie 

miejscowości jak: Walim (Wüstewaltersdorf), Rzeczka (Dorfbach), Głuszyca 

(Wüstegiersdorf), Jugowice (Hausdorf), Olszyniec (Erlenbusch), Jedlinka (Tannhausen), 

Zimna Woda (Kaltwasser), Kolce (Dörnhau), Sokolec (Falkenberg), Sowina (Eule), 

Ludwikowice Kłodzkie (Ludwigsdorf) oraz Książ (Fürstenstein). Rozmieszczenie 

wszystkich kompleksów w Górach Sowich, lokalizację obozów oraz zasięg 

poszczególnych kompleksów pokazuje mapka na rycinie nr 12. 

Zatrudnianie obcej siły roboczej rozpoczęło się na terenie Dolnego Śląska w 

zasadzie juz około 1940. Wtedy to, w związku z masowym  wcielaniem 

obywateli niemieckich do Wermachtu, zaczęto kierować na tereny Dolnego Śląska 

pierwsze transporty polskich jeńców wojennych. Wraz z upływem czasu liczba 

robotników zaczęła wzrastać. Dla przykładu, 25 września 1941 roku przebywało 

tam 96 836 robotników,  zaś 15 sierpnia 1944 roku było ich już 256 996. 

Ogromną część  wśród pracujących stanowili jeńcy wojenni, którzy na mocy 

Konwencji Genewskiej mogli być zatrudniani tylko do prac nie związanych z 

przemysłem zbrojeniowym. Kiedy zatem zapadła decyzja o rozpoczęciu prac 

budowlanych w Górach Sowich, do ich realizacji siły roboczej nie brakowało.  W 

początkowym okresie budowy ( wiosna 1943 roku) kierownictwo 

 

przedsięwzięcia podporządkowane zostało specjalnie utworzonej w tym celu 

spółce akcyjnej o nazwie Śląska Wspólnota Przemysłowa (Schlesische 

Industriegemeinschaft AG). To właśnie ona zaczęła wykorzystywać rzesze 

skierowanych w ten rejon robotników.  

Kierownictwo spółki miało swoją siedzibę w Jedlinie Zdroju. Struktura 

organizacyjna spółki przedstawiała się następująco: na jej czele stał Hatwig, 

któremu podlegała placówka o nazwie Frontführung. Była ona  zarazem 

właściwym kierownictwem budowy i poprzez komendantów zarządzała 

obozami robotników. Z Pomocą wydziału sanitarnego (pod kierownictwem  

Oberwachtführera  Lachmanna) miała także zapewnić robotnikom opiekę   

lekarską. Siedziba  Frontführung  mieściła   się w Walimiu, a szefem owej 

background image

placówki był Kramer. Własnego lekarza do nadzorowania obozów kierownictwo 

uzyskało dopiero 9 lutego 1944 roku w osobie doktora Kirsteina. Dla potrzeb 

spółki oddano znaczną część przybywających na Śląsk robotników, a w 

listopadzie 1943 roku rozpoczęły się regularne dostawy siły roboczej do obozów 

w Górach Sowich.  Na początku zorganizowano 4 obozy zbiorcze (Gemein-

schaftlager),  w większości zlokalizowane w budynkach zakładów 

włókienniczych, które przejęła Śląska Wspólnota Przemysłowa. Były to następujące 

obozy: 

•  Lager I im Wüstewaltersdorf (Walim), 
•  Lager II im Dörnhau (Kolce), 
•  Lager III im Wüstegiersdorf (Głuszyca), 
•  Lager IV im Ober Wüstegiersdorf (Głuszyca Górna). 

W początkowym okresie w obozach tych miało przebywać około 5 200 

robotników. 

Obóz nr 1 założono w piętrowym budynku przędzalni Websky GmbH. 

Przebywali w nim jeńcy wojenni z włoskiej armii marszałka Badoglio oraz Polacy, 

Ukraińcy i tzw. Ostarbeiterzy, czyli robotnicy z okupowanych terenów ZSRR. 

Obóz posiadał dwie filie. Pierwsza mieściła się w starej kuchni przędzalni Websky. 

Przebywało tam 40 Polek oraz grupa Rosjan. Druga filia miała swoją siedzibę w 

restauracji Gasthaus zum Bergfrieden. 

Obóz nr 2 w Kolcach mieścił się w budynku tkalni lnu, gdzie przebywali 

głównie Polacy oraz niewielka grupa Rosjan. Polacy z tego obozu pracowali przy 

pracach pomiarowych, a Rosjanie przy budowie dróg. 

Obóz nr 3 w Głuszycy zlokalizowano w zabudowaniach fabryki włókienniczej 

(obecnie Argopol), gdzie przebywali obywatele ZSRR. 

Natomiast obóz nr 4 w Głuszycy Górnej ulokowano w budynkach fabryki 

włókienniczej, koło wiaduktu kolejowego linii kolejowej Wałbrzych-Kłodzko. 

Powstał on dopiero w marcu 1944 roku. 

Według stanu na koniec marca 1944 roku w obozach spółki przebywało 

ogółem 3 402 więźniów. W związku z pilnością przedsięwzięcia budowlanego ich 

liczba wzrastała szybko i docelowo miała osiągnąć poziom aż 15 tys. ludzi. Nigdy 

background image

jednak do tego nie doszło, bowiem z racji zbyt wolnego tempa robót Naczelne 

Dowództwo wydało rozkaz o przejęciu zadań budowlanych przez Organizację 

Todta (OT). Budowa otrzymała kryptonim Olbrzym. Należy dodać, że wszystko 

to działo się pod ścisłą kontrolą Sztabu Myśliwskiego, który koordynował prace 

w Górach Sowich. Szefem tego departamentu został inż. Xavier Dorsch z 

Ministerstwa Rzeszy ds. Zbrojeń i Produkcji Zbrojeniowej. Kierownictwo 

techniczne budowy powierzono majorowi Wehrmachtu - Anthonowi 

Dalmusowi     natomiast sprawy finansowe przejął SS Hauptsturmführer Karl 

Maria Hettlage. Tymczasem Naczelnym Dyrektorem całości był minister 

przemysłu i zbrojeń III Rzeszy – Albert Speer. Warto w tym miejscu dodać, że 

ludzie ci nigdy nie stanęli przed sądem, aby odpowiedzieć za swoje zbrodnie. Po 

wojnie Xavier Dorsch był współwłaścicielem dużego biura konstrukcyjnego, 

Karl-Otto Saur (zastępca A   Speera) prowadził w Monachium biuro 

dokumentacji technicznej i uczestniczył w produkcji rakiet, zaś Karl Maria 

Hettlage był sekretarzem w bońskim ministerstwie finansów. Jedynie Albert 

Speer został skazany na 20 lat więzienia jako główny zbrodniarz 

wojenny. 

W związku z planowanym wykorzystaniem do prac budowlanych więźniów KL 

Gross Rosen, wyznaczono osobę odpowiedzialną za dostarczanie ich w rejon 

budowy. Był nią SS Hauptsturmführer dr Fritz Schmelter. Siedziba generalnego 

zarządu budowy - której kryptonim w pełnej nazwie brzmiał Oberbauleitung 

RIESE Sonderbauforhaben im Niederschlesien - mieściła się w Jedlince, gdzie 

urzędował także kierownik budowy - inż. Oberhahm. Wkrótce po przejęciu 

budowy przez OT, na terenie Gór Sowich rozpętało się prawdziwe piekło. 

Interesującym zagadnieniem, związanym z budową w Górach Sowich, jest 

technika wykonywania prac tak na powierzchni jak i pod ziemią. Jest to o tyle 

ciekawe, że zastosowano tutaj wiele nowych, nie wykorzystywanych wcześniej 

rozwiązań technicznych. Część z nich była w latach wojny absolutną nowością i 

trzeba było wielu lat rozwoju myśli technicznej, aby zaczęto je stosować 

powszechnie. 

Zanim na terenie Gór Sowich rozpoczęto prace budowlane i górnicze trzeba 

background image

było najpierw przygotować infrastrukturę pod przyszłą budowę. A wyglądało to 

mniej więcej tak. 

Pierwsze transporty więźniów (zima 1943 roku) skierowane zostały do 

budowy obozów dla dalszych tysięcy niewolników, którzy mieli niebawem 

przybyć w Góry Sowie. Z cegły i pustaków stawiano murowane, piętrowe 

baraki dla obsługi technicznej z OT, straży z SS oraz z przeznaczeniem na 

najważniejsze obozowe budynki: kuchnię, magazyn i revier. Były to zazwyczaj 

budowle o wymiarach 46 x 16,5 m. Poza nimi, na betonowych fundamentach, 

stawiano drewniane baraki dla więźniów. Abram Kajzer - były więzień - 

zapamiętał je następująco: 

„Było to dość  długie pomieszczenie, jak zresztą wszystkie inne. 

Środkiem bloku biegł  długi korytarz. W obydwu końcach korytarza 

było wejście. Po prawej i lewej stronie znajdowały się zupełnie puste, 

numerowane pokoje, bez prycz, bez stołków, tylko ściany z dwoma 

oknami".  

Warto zauważyć,  że opisane baraki do złudzenia przypominają  żelbetowe 

budynki budowane przy drodze na Soboniu. W wielu obozach budowano także 

bardziej prymitywne obiekty - tzw. fińskie celty Były to okrągłe baraki na 

betonowych platformach, zbijane z desek i dykty Poza tym często zdarzało się, 

że więźniów lokowano w zwykłych namiotach lub wręcz w jamach 

wygrzebanych w ziemi. 

Kiedy powstały już obozy zapełniane powoli niewolnikami, przyszedł czas na 

przygotowanie placu budowy. Więźniów zatrudniono przy wyrębie lasów i 

regulacji potoków. Druga, ze wspomnianych prac, polegała na obudowywaniu 

fragmentów koryta kamienno-betonowym murem oraz budowie przepustów, 

małych tam i punktów czerpania wody. W tym samym czasie inne grupy 

robocze plantowały i równały zbocza gór, aby po utworzeniu nasypu ułożyć na 

nim tory kolejki wąskotorowej. Liczne rozjazdy kolejki umożliwiały dotarcie 

nią do wszystkich rejonów budowy oraz do dwóch stacji przeładunkowych: w 

Głuszycy Górnej i Olszyńcu. Równolegle z siecią torowisk zaczęła powstawać 

tzw. główna droga ruchu. Biegła ona z budowanego właśnie dworca dla 

background image

pociągów specjalnych (w Kolcach) przez Osówkę, Mosznę, Włodarz do 

Jugowic oraz poprzez odgałęzienie także na Soboń i dalej do Głuszycy. 

Komanda robocze po wyrównaniu terenu, utwardzały go podsypką i piaskiem. 

Następnie układano kamienny bruk; kamienia było sporo, bowiem właśnie 

zaczęto drążyć podziemia. Zaczęły też powstawać  żelbetowe magazyny i 

platformy - tam swoją pracę rozpoczęły potężne betoniarki o pojemności 3-4 

tys. litrów. Cementu był ogrom - jego składy zlokalizowano na platformach 

obok betoniarek. Leżał w równych, wielkich jak dom stertach, worek przy 

worku. Zaraz obok, w ogromnych żelbetowych zbiornikach (o przekroju 

trapezu), zgromadzono duże ilości piasku i kruszywa. Piasek dostarczano koleją, 

natomiast kruszywo powstawało na miejscu. Na hałdach stały wielkie kruszarki-

młyny do kamienia, które przerabiały kamień wydobyty z podziemi na drobny 

tłuczeń. 

Powoli cały las zaczął zmieniać swój wygląd. Był silnie rozkopany; powstały 

setki mniejszych lub większych wykopów, w których „wyrastały" różnorakie 

budowle. Obok, w uprzednio przygotowanych rowach, inne grupy robocze 

kładły kable telefoniczne, energetyczne oraz kanalizację i wodociągi (sprawne 

do dziś). W kompleksie Osowka rozpoczęto budowę specjalnej platformy 

wyciągowej, która poruszała się po szynach na stoku góry. Jej zadaniem był 

transport kruszywa z położonych u podnóża góry usypisk na poziom platform z 

betoniarkami Platforma wyciągowa była ustawiona pod odpowiednim kątem do 

zbocza i przewoziła na górny poziom całe wagoniki z materiałem budowlanym. 

Podobne dwie platformy zaczęłyteż powstawać w kompleksie Sokolec.  

Powoli w lesie „wyrastały" nowe magazyny, bunkry, wartownie i bu 

dynki obsługi. Rosły składy cementu, piasku i kruszywa oraz hałdy 

urobku z podziemi, w których dniem i nocą trwały gorączkowe prace. 

Wydłużały się też podziemne labirynty... 

Zanim jednak powstawał tunel, w zboczu góry wykonywano duże wybranie z 

platformą (np. sztolnia nr 4 w Rzeczce). Dopiero z tej platformy, przy pomocy 

pneumatycznych świdrów i donaritu - materiału wybuchowego produkowanego 

w pobliskiej fabryce amunicji firmy Dynamit AG w Ludwikowicach Kłodzkich 

background image

- drążyło się tunel. Z reguły nawiercano 16-20 otworów o głębokości 1,5-2 m, 

przy czym poboczne otwory rozchodziły się promieniście w celu zwiększenia 

zasięgu wybuchu. W otwory wciskano ładunki donaritu i gdy wszystko było 

gotowe, następowało krótkie ostrzeżenie a później wybuch. Jeszcze nie opadł 

pył po eksplozji, gdy na przodku już byli ludzie. To komando odpowiedzialne za 

załadunek urobku na wagoniki. Najpierw długimi, metalowymi tykami strącali 

wiszące u stropu, poruszone wybuchem skały. Kiedy skończyli (a koniec często 

był tragiczny, bowiem powstawał zawał grzebiący dziesiątki osób), na ich miejsce 

wkraczali ładowacze. Do stojących z tyłu wagoników przerzucali oni urobek. Dla 

lepszego załadunku kamienia, przed wybuchem stawiano na przodku stalową 

płytę, na którą zwalały się okruchy skał. Z płyty  ładowało się dużo lepiej, a 

przede wszystkim szybciej.5 Po oczyszczeniu tunelu z urobku, na przodek znowu 

wchodzili wiertacze. Długimi na 2 metry świdrami nawiercali ścianę, zakładali 

donarit i... koniec. Czas na drugą zmianę, która wchodziła na przodek gotowy do 

odstrzelenia. Kilkanaście metrów dalej inne komanda kładły tory kolejki, 

wzmacniały tunel drewnianą obudową oraz na wbitych w stropy i ściany kołkach 

montowały instalację elektryczną do oświetlenia oraz do odpalania nowych 

ładunków6. W tym samym czasie inna ekipa przedłużała o kilka metrów, zgodnie z 

postępem prac na przodku, zawieszony u stropu rurociąg o średnicy około 500 

mm. Było nim tłoczone do podziemi powietrze, w celu wentylacji. 

Jeżeli powstawała konieczność poszerzenia tunelu do rozmiarów hali, to pod lub 

nad wybitym już tunelem drążono jeszcze jeden tunel, tak samo po prawej i po 

lewej stronie, a następnie wybierano skałę między nimi.  W ten sposób 

uzyskiwano komorę o wymaganej wielkości. W gotowych już odcinkach 

korytarzy i komór kolejne ekipy rozpoczynały betonowanie. Montowano 

szalunki, zakładano zbrojenie i tłoczono beton przygotowywany przez betoniarki 

na powierzchni. Beton podawany był do podziemi specjalnym rurociągiem. 

Ciśnienie w rurach uzyskiwano poprzez podłączenie go do wielkich 

                                                           

5

 

Jedna z takich płyt do dziś leży na przodku w sztolni nr 3 w kompleksie Osówka,

 

6

 

W systemie istniało centralne odpalanie ładunków na wszystkich przodkach 

jednocześnie, co bardzo przyśpieszało prace.

 

 

background image

kompresorów, które stały obok wejść do podziemi. Rurociąg biegł do podziemi 

przez główny tunel lub szyb. W większych halach stosowano podwójny strop, 

którego zadaniem było wygłuszenie i amortyzacja. Z kolei w betonowych 

podłogach hal tworzono głębokie kanały, w których miały następnie   biec   

wszelkie   instalacje   niezbędne   do   funkcjonowania obiektu. W kilku 

kompleksach wykuto głębokie szyby. Służyły do celów wentylacyjnych oraz 

transportowych.  Natomiast w każdym wylotowym tunelu, po jego dwóch 

stronach (około 50 m od wlotu) powstały duże, żelbetowe wartownie. Miały one 

bronić obiekt przed wtargnięciem do niego osób niepowołanych oraz 

zabezpieczać przed wydostaniem się na zewnątrz więźniów, którzy w nim 

pracowali7.  

Stanisław Suliga tak oto wspomina tamte wydarzenia: 

„W okolice Głuszycy przywieziono mnie i innych na początku 

grudnia 1942 roku. Byliśmy pierwszym transportem, który tam 

umieszczono. Na obozowym zdjęciu, które pozostało mi jako jedyna 

pamiątka po tamtych ciężkich czasach, mam numer 48, co może 

świadczyć,  że przed nami nie było tam żadnych więźniów. 

Umieszczono nas w fabryce dywanów (sam budynek istnieje do dziś, ale 

nazwy zakładu w tej chwili nie pamiętam). Z Wałbrzycha 

przywieziono nas traktorami na odkrytych przyczepach. W transporcie 

było około 200 osób. W samej fabryce dywanów, w której nas 

skoszarowano, znajdowało się około 3 tys. robotników. Byli to głównie 

Polacy i Rosjanie. Nie pamiętam w tej chwili czy mieszkali z nami 

robotnicy innych narodowości. Wydaje mi się,  że nie. Z czasem 

dostarczono do naszego obozu nowych więźniów, tak że w marcu 1943 

roku było nas tam około 6 tys. osób. Liczby tej nie należy jednak 

oceniać jako dokładnej, ponieważ szacuję „na oko".  

Mieszkaliśmy tam w bardzo trudnych warunkach; budynek był nie 

opalany, spaliśmy na piętrowych  łóżkach. Na śniadanie dostawaliśmy 

                                                           

7

 

Obecnie  wartownie  te   są w  sowiogórskich  kompleksach  w  różnym  stanie zaawansowania; od 

gotowych obiektów do początków drążenia komór.

 

 

background image

tylko czarną kawę. Wojska w tym czasie nie było zbyt dużo. Przy 

bramie, jak pamiętam, stał jeden umundurowany i uzbrojony 

wartownik. 

Przez zimę - tj. od grudnia 1942 roku do końca lutego 1943 roku - 

pracowałem z częścią więźniów przy budowie dróg. Plantowaliśmy 

teren pod wytyczoną drogę, obsypywaliśmy oraz dowoziliśmy ręczną 

kolejką szynową gruz i piach. Inni robotnicy pracowali przy innych 

pracach. Podczas pracy pilnowali nas wartownicy z bronią. Byli to 

przeważnie ludzie już nie pierwszej młodości. Nad planowością 

wykonania robót czuwało kilku niemieckich majstrów. 

Na początku marca 1943 roku zostałem zabrany z 42 innymi 

więźniami do pracy przy drążeniu tunelu w górach. Tunel 

zaczynaliśmy drążyć od samego początku. Innymi słowy gdy nas tam 

zabrano, mieliśmy przed sobą tylko ścianę litej skały i stopniowo, 

poprzez użycie dynamitu i wiertarek spalinowych, wchodziliśmy w 

głąb góry. 

Praca wyglądała w ten sposób, że nawiercaliśmy otwory 

wiertarkami, po czym wkładaliśmy w te otwory dynamit z lontem i 

detonowaliśmy. Następnie wybieraliśmy rękoma powstały gruz do 

kolib (wózki na szynach) i przewoziliśmy na zgniatarki. Stamtąd 

kamień transportowano do budowy dróg. Po około tygodniu drążenia 

w tej górze można już było wejść w głąb tunelu. Po wykopaniu około 

10 m tunelu zabezpieczaliśmy strop drewnianymi ślepiami. 

Przychodząc do pracy mieliśmy już przygotowane narzędzia. Dynamit 

również był przygotowany i wydzielany przez Niemców. Narzędzia 

były zamykane na kłódkę w drewnianych skrzyniach. Przy drążeniu 

tunelu pilnował nas jeden wartownik i jeden majster. Powstały podczas 

drążenia kamień, jak już pisałem,  ładowano na koliby, które 

sprowadzano po szynach w dół. Puste już wózki pchano pod górę 

ręcznie. Przez jeden miesiąc w 42 osoby wykopaliśmy kilkaset metrów 

tunelu; ciężko mi dokładnie określić ile tego było, ale dużo. Po 

background image

miesiącu pracy w tunelu przeniesiono nas do pracy przy budowie 

mostów i torów wokół góry. (...) 

Chciałbym jeszcze dodać, że pracowałem także przy kopaniu tunelu w 

drugiej  górze w połowie  1944 roku. Ale trwało to krótko, bo około 

dwóch tygodni. Pracowało nas tam już tylko 3 lub 4 osoby (w środku 

tunelu, a był on już dosyć długi). Pracując przy drążeniu tunelu w tej 

górze miałem ciekawy przypadek. Mianowicie, kiedy wierciłem otwory 

wiertarką spalinową pod dynamit, nagle, z otworu zaczęła tryskać 

woda. Płynęła dość szybkim nurtem i po jakimś czasie wody było już w 

tunelu po łydki. Niemieccy majstrowie rozkazali zamurować to miejsce i 

wyznaczono inny kierunek kopania tunelu. Kilka dni   później   

przeniesiono   mnie   znowu   do   budowy   dróg i mostów. 

Po pracy w obozie rozmawialiśmy nieraz między sobą, gdzie kto 

pracował. Słyszałem,  że niektórzy pracowali przy drążeniu tunelu 

pionowo od wierzchołka góry w głąb. W tym przypadku robotnicy, 

którzy tam pracowali, mieli do dyspozycji wyciągarki, którymi wciągali 

wózki na szczyt góry. Niestety w tej chwili nie pamiętam już kto gdzie 

pracował i co to były za prace. W każdym bądź razie pracowało tam 

wielu więźniów, wielu narodowości, a w rejonie znajdowało się wiele 

mniejszych i większych obozów". 

W tym samym czasie na powierzchni powstawały tzw. budowle główne. 

Miały służyć bezpośrednio funkcjonowaniu gotowego już obiektu. W zasadzie 

żadna z tych budowli nie została w całości ukończona. Podobnie było z 

podziemiami. Oczywiście mowa o podziemiach, które znamy, bowiem wiele, 

jeśli nie wszystkie wyrobiska, znajdujące się za zawałami mogą posiadać obudowę 

żelbetową i być w znacznym stopniu wykończone. 

Na terenie budowy w Górach Sowich zaangażowanych było ponad 40 

specjalistycznych firm. Przedstawiam tutaj pełny wykaz tych firm z 

wyszczególnieniem, co każda z nich wykonywała.  

1.  Budowa sztolni: Sanger und Laninger, Kemma und Co., Sager und Wörner, 

Duebner, Seiden und Spiner, Singer und Müller, Bucer, Tebe, Lenz, Ackermann, 

background image

Urban, Dybno, Arthur Becker-Tiefbau AG. Berlin, Gepperdt, Hotze, Krauss, Wayss 

und Freytag, Deutsche Hoch und Tiefbaugessellschaft, Messinger oraz włoska firma 

Ghiseri. 

2.  Budowa dróg: Hutto, Jank, Otto Weil, Eule. 

3.  Budowa nasypów i torowisk: Weiden und Petersil, VDM, Kemma und Co. 

4.  Budowa baraków: Argo-Waldenburg, Fix. 

5.  Montaż instalacji: Otto Trebitz, Mülhausen, Hoffmanswerke, Pischel. 

6.  Regulacja rzek i potoków: Lingen. 

7.  Kamieniołomy: Hegerfeld, Steinhage, Schallchorn. 

8.  Transport: Nationalsocjalistisches Kraftfahrkorps (NSKK). 

9.  Maszyny i osprzęt: Krupp AG. 

10. Demontaż: Websky. 

Z wymienionych firm zdecydowanie największą był Holzmann, który prowadził 

roboty na kilku kompleksach. Pozostałe firmy ograniczały się z reguły do jednego 

kompleksu. 

Skoro poznaliśmy już technikę wykonywanych prac, czas zorientować się w 

typach powstających obiektów. 

Na „Wielkiej Budowie" możemy rozpoznać kilka rodzajów obiektów, które 

miały też różne przeznaczenie. Najważniejszymi były tzw. budowle główne. Do 

obiektów tych zaliczymy: „Kasyno", „Siłownię", podziemne przejście z 

„Kasyna" do szybu w kompleksie Osówka, żelbetowe budynki budowane w 

kompleksach Soboń i Sokolec, obiekty nieznanego przeznaczenia powstałe przy 

wlotach sztolni nr 1 i 4 w kompleksie Włodarz, centralę telekomunikacyjną w 

Rzeczce oraz wszystkie budynki techniczne powstałe na terenie wsi Jugowice 

Górne. Ponadto należą do nich wszystkie zbiorniki wodne (tak otwarte jak i 

zamknięte), przepompownie, przepływki przy drogach, tamy, przepusty, 

studzienki, rurociągi oraz oczywiście sieć dróg łączących kompleksy, wraz ze 

wszystkimi murami oporowymi przy drogach i torowiskach (część torowisk po 

zakończeniu budowy miała być przebudowana na drogi) oraz kamienno-

żelbetowe obudowy rzek i potoków. 

Drugim typem są tzw. budowle pomocnicze, czyli wszelkie magazyny 

background image

materiałów budowlanych (na: cement, piasek, kruszywo, cegły, kamionkę itd.), 

fundamenty betoniarek, kruszarek kamienia, urządzeń przeładunkowych i 

kompresorów, platformy wyciągowe na Osówce i Soboniu, sieć kolejek 

wąskotorowych wraz ze wszystkimi mostami i wiaduktami, magazyny sprzętu 

budowlanego (świdrów,  łopat, kilofów, taczek itd.), wszelkie warsztaty (kuźnie, 

stolarnie, tartaki itd.) oraz warsztaty naprawcze różnego sprzętu technicznego oraz 

środków transportu. Do budowli tych zaliczymy także wszystkie żelbetowe platformy, 

na których przygotowywano beton oraz wiele mniejszych obiektów. Wszystkie 

obiekty pomocnicze miały istnieć tylko przez czas trwania budowy i po jej 

zakończeniu miały zostać rozebrane, a teren po ich lokalizacji uporządkowany i 

zrekultywowany. Trzeba dodać,  że do zespołu budowli pomocniczych należy także 

zaliczyć (choć fakt ten jest makabryczny) wszystkie funkcjonujące na terenie budowy 

obozy koncentracyjne i pracy przymusowej. Po zakończeniu prac miały być one 

zlikwidowane, zaś więźniowie -jako „wtajemniczeni" - mieli być wymordowani. 

Osobną część budowli stanowi sieć bunkrów, schronów i stanowisk obrony 

przeciwlotniczej (w Głuszycy i Sierpnicach). W skład tej grupy wchodzą: 

„duży" i „mały" bunkier w kompleksie Włodarz, trzy wartownie w kompleksie 

Soboń, wartownie w Jugowicach, na Sokolcu i Książu oraz bunkier w Kolcach. 

Warto też dodać,  że w skład systemu obrony wchodziła również wieża 

widokowa zlokalizowana na szczycie góry Wielka Sowa, na której umieszczono 

punkt obserwacyjny obrony przeciwlotniczej. Poza tym do obiektów o dużym 

znaczeniu dla Olbrzyma zaliczymy jeszcze jeden, który, na swój sposób, 

spełniał bardzo ważną rolę. W jego wnętrzu dbano bowiem o dobre 

samopoczucie esesmańskiej załogi, co było nie bez znaczenia dla życia setek 

więźniów. Znajdował się w dużym, piętrowym budynku w Jugowicach. Obiekt ten 

mieścił kasyno oraz dom publiczny. 

Na terenie budowy prowadzono zakrojone na szeroką skalę prace ziemne. 

Obejmowały one niwelację terenu i zmianę jego konfiguracji w związku z przyszłym 

maskowaniem gotowych już obiektów, a także zacieraniem śladów po pracach 

budowlanych. 

 

background image

CZĘŚĆ IV 

HIMMELSTRASSE - CZYLI 

OPOWIEŚĆ O ŻYCIU I ŚMIERCI 

Mniej więcej w kwietniu 1944 roku (dokładna data nie jest znana) na placu budowy 

pojawiły się charakterystyczne żółto-brązowe mundury pracowników Organizacji 

Todta. Ponieważ OT specjalizowała się w budowie wszelkich obiektów specjalnego 

przeznaczenia, to i w Górach Sowich prace nabrały tempa. 

Siłę roboczą dla potrzeb tego ogromnego przedsięwzięcia miano czerpać z KL 

Gross Rosen, który był najbliżej położonym w rejonie budowy obozem. KL 

Gross Rosen założony został 1 maja 1940 roku z filii KL Sachsenhausen, na 

zboczu niewielkiego wzgórza o nazwie Krowiarka (305 m n.p.m.), znajdującego się 

około 1,5 km od wsi Rogoźnica. Obóz szybko stał się jednym z najcięższych 

lagrów III Rzeszy. Jednym z powodów był specyficzny mikroklimat, panujący 

na targanym huraganowymi wiatrami zboczu, na którym ulokowano obóz. Od 

samego początku więźniowie pracowali dla wielu firm mających swoje filie na 

terenie obozu. Jednak już od 1942 roku rozpoczęło się zakładanie na zewnątrz 

obozu macierzystego (Stammlager) obozów filialnych (Aussenkommando), 

których liczba szybko rosła i pod koniec wojny przekraczała sto. W zasadzie 

pierwsze transporty więźniów w Góry Sowie nie pokrywają się czasowo z 

przejęciem budowy przez Organizację Todta.  Już  w  zimie   1943  roku  w  

omawiany rejon skierowano bowiem kilka transportów więźniów - mieli oni za 

zadanie przygotowanie obozów dla większej liczby transportów, głównie Żydów 

narodowości polskiej, francuskiej, czeskiej, belgijskiej, węgierskiej oraz greckiej. Te 

rozpoczęto zwozić od wiosny 1944 roku. Nieco Później znaleźli się tam także 

jeńcy włoscy i radzieccy. Ogółem w obozach na terenie Gór Sowich przebywało 

w latach 1943-45 około 40 tys. więźniów wysłanych ze stanu osobowego KL Gross 

Rosen. Nie można jednak wykluczyć, że na omawianym obszarze przebywało dużo 

więcej obcej siły roboczej. Za górną granicę przyjmuje się liczbę 70 tys. więźniów, w 

tym około 20 tys. Żydów i około 13 tys. jeńców wojennych. Wszystkim obozom 

na terenie budowy nadano wspólną nazwę - przypuszczalnie w celach 

dezorientacji i utajnienia - która brzmiała Arbeitslager (AL) Riese. Nie 

background image

precyzowała dokładnie lokalizacji poszczególnych obozów, których na pewno 

było 13, a co do kilku dalszych istnieją przypuszczenia. Rozległy obszar budowy 

spowodował, że obozy rozrzucone były po całym terenie. Znajdowały się one w 

następujących miejscach: 

1.  Tannhausen (Jedlinka) - dawny obóz nr 5 Śląskiej Wspólnoty 

Przemysłowej, jako że już po przejęciu prac przez OT utworzono jeszcze dwa 

obozy spółki o numerach 5 i 6. Niestety lokalizacja obozu nr 6 nie jest obecnie 

znana, 

2.  Wüstegiersdorf (Głuszyca) - dawny obóz nr 3 Śląskiej Wspólnoty 

Przemysłowej, 

3.  Schotterwerk (Głuszyca Górna), 

4.  Dörnhau (Kolce) - dawny obóz nr 2 Śląskiej Wspólnoty 

Przemysłowej, 

5.  Lärche (koło Głuszycy), 

6.  Märzbachtal (koło Głuszycy), 

7.  Kaltwasser (Zimna Woda), 

8.  Säuferwasser (koło Głuszycy), 

9.  Wolfsberg (góra Włodarz), 

10.  Erlenbusch (Olszyniec), 

11.  Zentralrevier im Tannhausen (szpital w Jedlince), 

12.  Falkenberg (Sokolec), 

13.  Fürstenstein (Książ). 

Obozy istniały od kwietnia 1944 roku do maja 1945 roku. Kilka z nich zostało 

ewakuowanych w lutym 1945 roku, KL Kaltwasser został zlikwidowany pod koniec 

1944 roku, a pozostałe obozy dotrwały do końca wojny. Komendantem AL Riese 

był SS Hauptsturmführer Albert Lüdkemeyer, który miał swoją siedzibę w 

Głuszycy. Poza wymienionymi wyżej obozami na terenie budowy istniało kilka 

innych. Nie wchodziły jednak w skład AL Riese. Były to: 

•  Wüstewaltersdorf (Walim), 
•  Eule (Sowina), 
•  Hausdorf (Jugowice), 

background image

•  oraz trzy obozy o nazwie Waldlager I, II, III - o których lokalizacji mamy 

tylko mgliste pojęcie. 

Istniało również kilka małych, tymczasowych komand roboczych, 

zlokalizowanych w prowizorycznych barakach, gdzieś na górskich zboczach. 

Można do nich zaliczyć m.in. ślady po niewielkich obozach: na górze Włodarz, na 

południowych stokach góry Moszna oraz ruiny po barakach typu celta na 

południowo-wschodnim zboczu Działu Jawornickiego (niemiecka nazwa tego 

obozu brzmiała Stenzelberg). 

Teraz przyjrzyjmy się bliżej, jak wyglądały wyżej wymienione obozy AL 

Riese i co do dziś z nich pozostało. 

1.  KL Tannhausen - powstał prawdopodobnie na przełomie kwietnia i maja 

1944 roku w zabudowaniach produkcyjnych firmy Websky, na pograniczu 

Jedliny Górnej i Głuszycy. Brak jest danych co do administracji obozu, 

wiadomo natomiast, że w obozie przebywali Żydzi greccy i węgierscy, a nieco 

później zaczęły napływać transporty Żydów polskich i Żydów z państw Europy 

Zachodniej. Ostatni udokumentowany transport przybył do obozu 30 kwietnia 

1945 roku. Więźniowie pracowali przy różnych robotach budowlanych. 

Śmiertelność w obozie była wysoka, choć brak jest dokładnych danych na ten 

temat. Obóz wyzwolono w maju 1945 roku. 

2.  KL Wüstegiersdorf - powstał pod koniec kwietnia 1944 roku na terenie 

fabryki włókienniczej, w której poprzednio mieścił się obóz nr 3 Śląskiej   

Wspólnoty   Przemysłowej.   Lagerführerem   komanda   był SS-Scharführer 

Schwarz. Na terenie obozu zlokalizowano centralny magazyn żywności oraz 

odzieży dla wszystkich komand AL Riese - tzw. Zentralverpflegunglager. W 

obozie przebywało około 1 000 więźniów, głównie  Żydów polskich i 

węgierskich. Wykonywali prace związane z działalnością obozu, jako centrum 

administracyjnego dla pozostałych obozów. Byli zatrudnieni przez takie firmy 

jak: Messinger, Sager und Worner, Fix, Krupp AG, Websky, Holzmann, 

Schalhorn, Lenz oraz Nationalistisches Kraftfhrkorps. Już z samego faktu pracy 

dla firmy Holzmann (praca w podziemiach) śmiertelność musiała być wysoka, 

choć na pewno nie należała do największych w AL Riese. Obóz wyzwolono 8 

background image

maja 1945 roku. 

3.  KL Schötterwerk - powstał 15 maja 1944 roku w barakach obok wytwórni 

żwiru, tuż przy stacji kolejowej Głuszyca Górna. Obóz ten składał się z co 

najmniej 11 baraków. Przebywali w nim głównie  Żydzi polscy, czescy, 

słowaccy i węgierscy w liczbie około 1 000 osób. Przez obóz przeszło również 

21 transportów skierowanych do innych obozów. Więźniowie zatrudnieni byli 

przy obróbce kamienia, przeładunku materiałów budowlanych, pracach 

stolarskich i budowie kolejki wąskotorowej. Pracowali dla firm: Lenz, 

Holzmann, Steinhage i Schallhorn. Śmiertelność w tym obozie była bardzo 

wysoka, głównie za sprawą epidemii tyfusu. Już po wyzwoleniu - 8 maja 1945 

roku - zorganizowano na jego terenie szpital dla chorych więźniów. 

4.  KL Dörnhau. W 1942 roku w Kolcach założony został obóz jeniecki dla 

żołnierzy rosyjskich. Przebywało w nim około 8 tys. więźniów. Jesienią 1943 

roku jeńcy przystąpili do urządzania pomieszczeń dla robotników 

przymusowych w opuszczonej hali fabrycznej. Miała ona długość około 100 m i 

trzy kondygnacje wysokości, Można więc przyjąć,  że obóz powstał jesienią 

1943 roku jako Lager nr 3 Śląskiej Wspólnoty Przemysłowej. Jednakże zimą 1944 

roku - w związku z licznymi zachorowaniami na tyfus obóz został zamknięty i po 

zakończeniu kwarantanny - w czerwcu 1944 - przeznaczono go dla więźniów KL 

Gross Rosen. Wtedy właśnie wybudowano 4 baraki. Od jesieni 1944 roku obóz 

zaczął spełniać rolę szpitala zbiorczego dla chorych z całej budowy. Przeszli przez 

niego prawie wszyscy chorzy z innych sowiogórskich obozów. 

Komendantem obozu był SS-Unterscharführer Wolf. Dzienny stan obozu 

wynosił od 1 000 do 1 400 więźniów, głównie  Żydów. Ponadto przez obóz 

przeszło kilka tysięcy chorych, wśród których była bardzo wysoka śmiertelność. 

Wystarczy dodać, że w obozie tym zginęła większość więźniów z Gór Sowich. 

To właśnie w Kolcach powstał kompleks masowych grobów, w liczbie 25. 

Pochowano tam minimum 1943 osoby. Wysoka śmiertelność w obozie 

spowodowana była przerażającymi warunkami sanitarnymi, jakie panowały na 

trzecim piętrze hali, gdzie urządzono pomieszczenie dla chorych. Więźniowie, 

którzy tam przebywali, byli zupełnie nadzy i otrzymywali zmniejszone racje 

background image

żywnościowe. Oto jak wyglądało to „piętro" w maju 1945. roku: 

„Podłogę pokrywała kilkucentymetrowa chyba warstwa moczu. Pływały 

w nim drewniaki i mniej lub bardziej rozpuszczone kawałki kału. Tuż 

przy pryczach, a także między nimi a drzwiami, leżały nagie zwłoki w 

najbardziej nieprawdopodobnych pozach, najczęściej na brzuchu, 

rozkraczone, z twarzą zanurzoną w moczu. Zwłoki zmarłych więźniów 

leżały również na pryczach, między ciałami dającymi jakieś oznaki życia". 

Jak wspomina Adam Lau - więzień przebywający w obozie od lutego 

1945 roku - wiosną 1945 roku umierało około 70 osób dziennie, 

przeważnie z głodu. On sam tydzień przed wyzwoleniem zaczął 

puchnąć. Po wyzwoleniu musiał opuścić obóz ze względu na epidemię 

tyfusu. Przewieziono go do Pragi, gdzie przeleżał w beznadziejnym 

stanie 6 miesięcy. Więźniowie tego obozu pracowali dla OT oraz firm: 

Krause, Putzer, Schallhorn i Arthur Becker Tiefbau AG. Ich podstawowymi 

zajęciami były roboty budowlane i transportowe, a pod koniec wojny także 

demontaż wykonanych wcześniej instalacji. Jak wspomina Abram Kajzer: 

„(...) pracujemy przy bocznicy kolejowej, ładujemy części baraków, maszyny, 

rury i szyny... Dziś pracowałem w innej grupie, u Madziara, w tunelu nr 4. 

Demontujemy urządzenia tunelu, wyrywamy olbrzymie, ciężkie rury i 

składamy je przed tunelem (...)". 

Bezpośrednio po wyzwoleniu - noc z 8 na 9 maja 1945 roku - zorganizowano w 

obozie szpital dla byłych więźniów.  

5.  KL Märzbachtal. Obóz ten został założony w maju 1944 roku w wąskiej 

dolinie Marcowego Potoku Dużego, około 200 m przed jego połączeniem z  

Marcowym Potokiem Małym. W terenie zachowały się resztki kamiennych 

umywalni i fundamenty baraków. W obozie przebywali więźniowie z kilku 

państw - głównie  Żydzi węgierscy i polscy -   którzy   pracowali   dla   firm:   

Otto   Trebitz,   Argo   Waldenburg, Mülhausen oraz Weiden. Byli 

wykorzystywani przy budowie  drogi w górach, wykonywaniu podziemnych 

tuneli (prawdopodobnie w kompleksie Soboń) oraz innych pracach budowlanych. 

Co do śmiertelności, to brak szczegółowych danych, ale z pewnością była ona 

background image

wysoka. Obóz wyzwolono 8 maja 1945 roku. 

6.  KL Lärche. Powstał około połowy października 1944 roku na 

zalesionym zboczu góry Soboń - stąd jego nazwa Lärche (Modrzew) 

Składał się z baraków zbudowanych z cienkiej dykty. Przebywali w nim 

więźniowie przeniesieni tu z likwidowanego obozu KL Kaltwasser. 

Byli to w większości  Żydzi greccy i polscy. Podobnie było z administracją. W 

Larche znaleźli się wszyscy funkcyjni i esesmani z KL 

Kaltwasser. Więźniowie pracowali dla firm: Butzer, Holzmann, Argo 

Waldenburg i Lingen przy budowie ujęć wodnych oraz na bocznicy 

kolejowej na zboczu Sobonia. Śmiertelność, podobnie jak i w innych 

obozach, była bardzo wysoka. Nie rozstrzygnięto do końca sprawy 

ewakuacji obozu, bowiem część więźniów skierowano do KL Dörnhau, 

a część przewieziono do KL Flössenburg. Jednak przyjmuje się,  że obóz 

istniał co najmniej do połowy lutego 1945 roku. 

7.  KL Kaltwasser - zlokalizowano na północ od zabudowań fabryki 

Karla Tommka w Głuszycy. Pozostałości po obozie widoczne są przy 

drodze biegnącej przez wieś Zimna Woda. Założony został w sierpniu 

1944 roku. Obóz składał się z pięciu baraków oddalonych od siebie 

o około 50 m i otoczonych drutem kolczastym. Wartownicy SS po 

czątkowo stali wewnątrz obozu, jednak później zostali przeniesieni 

za druty. Jednym z komendantów obozu był esesman o przezwisku 

„Gołębiarz". Jego ulubionym miejscem bicia była czaszka ofiary. 

Przyjmuje się,  że w obozie przebywało od 1 000 do 10 000 więźniów, 

przeważnie  Żydów  łódzkich. Byli zatrudniani do karczowania lasów, 

budowy nasypów kolejki wąskotorowej, przy regulacji rzek i potoków 

oraz do prac transportowych na terenie kompleksu Soboń.  Śmiertelność 

w obozie była bardzo duża, ale obecnie nie jest możliwe ustalenie jej 

wysokości. Obóz został zlikwidowany w grudniu 1944 roku (ostatni 

transport więźniów do KL Larche odszedł 18 grudnia 1944) i tę datę 

przyjmuje się za dzień rozwiązania obozu. Natomiast według M.C.K. 

całkowita ewakuacja obozu nastąpiła w lutym 1945 roku, wcześniej 

background image

oczyszczono tylko obóz z bezwartościowych muzułmanów8. 

8.  KL Säuferwasser. Powstał w maju lub czerwcu 1944 roku na 

zboczu wzgórza obok strumienia o nazwie Kłobia, około 250 m na 
południe od wlotu sztolni nr 3 w kompleksie Osówka. Składał się z kilkunastu 
baraków rozrzuconych po lesie, w których przebywali Żydzi węgierscy, czescy i 
polscy w bliżej nie określonej liczbie. W lesie, w okolicy sztolni nr 3, zachowały się do 
dziś fundamenty po barakach, mała oczyszczalnia ścieków, ujęcie wody i resztki 
kanalizacji. Więźniowie pracowali dla firmy Holzmann przy drążeniu sztolni w 
kompleksie Osówka i przy pracach na powierzchni. Śmiertelność wśród więźniów była 
bardzo wysoka, np. znany jest przypadek oberwania się całej  ściany w jednej z 
podziemnych hal, przez to śmierć poniosło kilkuset więźniów oraz wielu Niemców. 
Obóz wyzwolono 9 maja 1945 roku. 

9.  KL Wolfsberg - położony na zboczu góry Włodarz, był największym obozem w 

systemie AL Riese. W nomenklaturze niemieckiej nosił nazwę Bauleitung II. Powstał na 

początku maja 1944 roku i składał się z kilkunastu baraków oraz około 100 celt 

zbudowanych z pilśniowych płyt. W terenie zachowało się stosunkowo dużo  śladów po 

budowlach obozowych, m.in. widoczne są ruiny kuchni, oczyszczani  ścieków   oraz  kilku  

betonowych  baraków.  Według  zebranych dokumentów i zeznań  świadków 

ustalono,  że Lagerführerem obozu był niejaki Rudolf Kugelmeyer - człowiek o 

stalowych oczach i jednej ręce bezwładnej. Jego poprzednik - o przezwisku 

„Szewc" - miał około 50 lat i zamiłowanie do „zabawy" w lekarza. W obozie 

przebywali wyłącznie Żydzi polscy i węgierscy w ilości około 3 tys. (stan na 22 

listopada 1944 roku 3 012 więźniów). Byli oni zatrudnieni przy drążeniu tuneli, 

pracach transportowych oraz budowlanych na terenie kompleksu Włodarz przez 

takie firmy jak: Dübner, Otto Weil, Kemma, Hutze,  Geppardt,  Jank, VDM oraz 

szereg innych (kooperujących z Baustelle), których było blisko 40. Warto dodać, że 

więźniowie pracowali w komandach o podwójnych nazwach. Jedną nazwę 

używano w obozie, a drugą na budowie, np. Lagerbaukommando - Scheilhorn-

kommando. Dziś można z całą pewnością stwierdzić,  że spośród wszystkich 

obozów AL Riese, to właśnie obóz Wolfsberg pochłonął największą ilość ofiar. 

Ewakuację obozu rozpoczęto 17 lutego 1945 roku do KL Bergen-Belsen oraz do 

KL Ebensee (filia KL Mauthausen). Chorzy zostali tymczasem przeniesieni do KL 

Dörnhau. 

                                                           

8

 W żargonie obozowym, „muzułmanami" określano więźniów będących w najgorszej kondycji fizycznej i 

zdrowotnej. 

background image

10. KL Erlenbusch. Obóz ten został założony na przełomie maja i czerwca 

1944 roku na terenie gospodarstwa rolnego 9 Alfreda Sprotte, który z ramienia 

NSDAP (jako Kreislagerführer) nadzorował wszystkie obozy w powiecie 

wałbrzyskim. Obóz składał się z 5 baraków i 4 wież strażniczych, ogrodzonych 

drutem kolczastym. Przebywało w nim około 600-700 więźniów, głównie Żydów 

z wielu krajów europejskich. 

Według relacji Arnolda Mostowicza baraki były drewniane i pomalowane na 

kolor jasnozielony, a w połowie kwietnia 1945 roku do obozu przybyła jakaś 

nieznana komisja. Składała się z 6 oficerów SS10 i dokonała selekcji więźniów. 

Ci, którzy zostali wytypowani, mieli zostać zgładzeni. Do egzekucji na szczęście 

już nie doszło. 

Więźniowie pracowali przy drążeniu tuneli i przygotowywaniu infrastruktury 

budowlanej w bliżej nieokreślonym kompleksie w Górach Sowich. Byli także 

zatrudnieni przy kopaniu rowu przeciwczołgowego w nieustalonym miejscu. 

Ostatni udokumentowany transport więźniów do KL Dörnhau miał miejsce 21 

kwietnia 1945 roku, jednak -jak zeznaje Arnold Mostowicz — jeszcze po 30 

kwietnia w obozie przebywali ludzie. Na Poparcie tego faktu Mostowicz 

wspomina, że właśnie wtedy jeden z więźniów znalazł kawałek gazety, w której 

była mowa o samobójstwie Führera. Tak więc na początku maja 1945 roku 

musiał mieć miejsce jeszcze jeden transport do KL Dörnhau, zaś data: 4 maja 

1945 roku - podawana przez ITS Arolsen jako data likwidacji obozu - jest bardzo 

prawdopodobna. Pozostali więźniowie przebywali w obozie aż do wyzwolenia, 

tj. do 9 maja 1945 roku. Jak zeznaje A. Religa: 

„Przed przyjściem Armii Czerwonej, pewnego dnia wieczorem, 

dzienna zmiana więźniów nie wróciła z pracy do obozu, a nocna nie 

poszła do pracy. Pozamykano ich w barakach, a załoga SS zniknęła". 

11. KL Tannhausen Zentralrevier (Zentralkrankenrevier) - mieścił się 

w 4 murowanych barakach (2 dalsze pozostały w budowie) przy drodze 

z Jedlinki do Głuszycy. Został założony w czerwcu 1944 roku 

                                                           

9

 

Gospodarstwo to miało powierzchnię około 1 ha

 

10

 W skład przybyłej komisji wchodził m.in. doktor Thilo - ten sam, który razem

 

doktorem Mengele dokonywał 

selekcji na rampach Oświęcimia. 

background image

i stanowił Centralny Szpital Obozowy dla ciężko chorych więźniów 

kompleksu AL Riese. W szpitalu przebywało jednocześnie około 1 000 

chorych, rozlokowanych w jasnych, czystych pokojach, w których 

znajdowały się prycze i piece. Mimo że nigdzie nie pracowali, ich 

położenie było bardzo trudne. Mieli bowiem zmniejszone racje żywno 

ściowe, gdyż w opinii władz niemieckich obóz był bezproduktywny. 

Leczenie polegało na leżeniu w łóżku, jako że brak było jakichkolwiek 

lekarstw i środków opatrunkowych. Po wojnie zlokalizowano w nim 

szpital Blumenau dla byłych więźniów. Należy jeszcze dodać,  że szpital 

ten nie miał nic wspólnego z KL Tannhausen, który był odrębnym 

obozem, zlokalizowanym w zupełnie innej części miejscowości. 

12. KL Falkenberg - powstał w kwietniu lub maju 1944 roku 

u podnóża góry Gontowa. Obóz podzielony był na dwie części. 

W pierwszej przebywali Żydzi greccy, którzy mieszkali w małych 

namiotach, natomiast w drugiej mieszkali w barakach Żydzi polscy 

i węgierscy. Dopiero pod koniec lipca 1944 roku uruchomiono kuchnię 

obozową, a zimą urządzenia sanitarne. Pierwszym więźniem-lekarzem, 

który został dopuszczony do leczenia więźniów, był dr Bronisław Rubin 

przybyły z transportem więźniów z Płaszowa. W leczeniu pomocą 

służyli mu również sami więźniowie, którzy zaopatrzyli apteczkę w 

wazelinę, materiały opatrunkowe itd. Dla uzyskania salicylu gotowano korę z 

wierzby, maści przyrządzano z żywicy, a warsztatowcy wykonali lancety, szyny i 

kule. Do szycia ran używano zaś igieł z warsztatu krawieckiego. Ze strony 

Niemców nie było  żadnej pomocy. Śmiertelność  wśród więźniów niestety 

szybko wzrastała. Powiększały ją dodatkowo selekcje przeprowadzane przez SS 

pod kierownictwem SS Obersturmführera dr Heinricha Rindfleischa. Po 

przeniesieniu z Majdanka pełnił w obozach AL Riese funkcję szefa służby 

sanitarnej. Oto jak zapamiętał Rindfleischa wspomniany już dr Rubin: 

„W okresie letnim przyjeżdżał raz w miesiącu z Wüstegiersdorf młody 

lekarz SS - dr Rindfleisch. Nigdy nie wszedł do baraku chorych, lecz 

ograniczał się do kilku pytań lub wydania kilku poleceń i odebrania 

background image

raportów, które musiałem składać biegiem". 

Więźniowie KL Falkenberg pracowali dla następujących firm: Fix, Wayss 

und Freytag, Seidenspiner, Urban, Dybno oraz Deutsche Hoch und 

Tiefbaugesellschaft. Oto jak opisuje spotkanie z więźniami tego obozu Fritz 

Kirschte: 

„Zobaczyłem grupę wychudzonych, zgłodniałych więźniów, których 

eskortowali wrzeszczący, pozbawieni wszelkich ludzkich uczuć 

esesmani, z bronią gotową do strzału, ze szpicrutami i drewnianymi 

pałkami w rękach". 

Śmiertelność w obozie była wysoka, lecz wysokości nie udało się precyzyjnie 

ustalić. Obóz ewakuowano na początku lutego 1945 roku do KL Mauthausen i 

KL Bergen Belsen. 

13. KL Fürstenstein. Powstał w maju 1944 roku, około 1 km na południe od 

zamku Książ, na miejscu dzisiejszego parkingu. Poważne rozbieżności dotyczą 

wyglądu obozu. Udało się jednak ustalić,  że początkowo więźniowie 

zamieszkiwali w okrągłych, zbudowanych z dykty barakach (tzw. fińskich 

celtach). Spali na siennikach ułożonych bezpośrednio na ziemi. Dopiero późną 

jesienią 1944 roku postawiono duże baraki, a w nich trzykondygnacyjne prycze. 

Niewiele wiadomo także o władzach obozowych, ale udało się ustalić 

nazwiska kilku esesmanów z załogi obozu. Byli nimi: Krieger, Schwerk, 

Scheintawer. Obóz należał do największych w AL Riese, jednak brak danych o 

ilości przebywających w nim więźniów, głównie Żydów polskich, węgierskich i 

greckich. Pracowali dla kilku firm, min,: Pischel, Kemma, Singer und Müller, 

Hegerfeld Singer und Laninger. Ich praca obejmowała drążenie tuneli, obróbkę 

kamienia i prace budowlane na terenie zamku. Nie znamy dokładnej liczby ofiar 

jednak nie ulega wątpliwości,  że jest ona wysoka. Około 16 lutego 1945 roku - w 

związku z rozwijającą się ofensywą Armii Czerwonej - prace zostały przerwane, zaś 

więźniowie przewiezieni do KL Flössenburg Jednakże, po ustabilizowaniu się 

frontu, do Książa przywieziono nową grupę więźniów i roboty wznowiono. 

Ostatecznie przerwano je dopiero w pierwszych dniach maja 1945 roku, a 

więźniów wywieziono prawdopodobnie w rejon Walimia i tam pozostawiono. 

background image

Oczywiście chodzi tu o tych więźniów, którzy nie brali udziału w maskowaniu 

podziemi, bowiem tych przypuszczalnie zgładzono w okolicach zamku lub w jego 

niezbadanych podziemiach.  

Na tym przykładzie możemy zakończyć prezentację obozów AL Riese, 

istniejących (udokumentowanych) w czasie wojny na terenie Gór Sowich. Jak już 

pisałem wcześniej, w rejonie budowy powstało jeszcze kilka innych obozów. 

Obóz pracy dla robotników przymusowych w Wüstewaltersdorf to nic innego, 

jak obóz nr 1 Śląskiej Wspólnoty Przemysłowej. Natomiast poza nim w okolicy 

Walimia istniało jeszcze kilka innych, mniejszych obozów pracy. O ich 

lokalizacji niewiele wiadomo. Jeden z nich miał się znajdować przy drodze 

Walim - Jugowice i składał się z około 20 baraków ogrodzonych 

naelektryzowanym drutem kolczastym. Więźniowie mieszkali także w 

ziemiankach pobudowanych w okolicznych lasach. Oto co zeznał E. 

Szenkowski: 

„(...) mieszkaliśmy w norach wydłubanych w ziemi. Zbudowano je 

jeszcze przed naszym przyjściem. Na długości 6-7 m wiodły w głąb 

góry małe lochy, a w nich była tylko dwuosobowa prycza i garść 

słomy. Tych nor było około 20. Teren wokół nich odgrodzono 

prowizoryczną zaporą z drutu kolczastego. My, ludzie, jak krety 

mieszkaliśmy w ziemi (...)". 

Z tego co udało się ustalić więźniowie obozu walimskiego pracowali przy 

drążeniu sztolni w kompleksie Rzeczka oraz w okolicznych górach. Warunki 

życia w obozie były katastrofalne - spośród 500 sprowadzonych tam więźniów 

(byłych powstańców warszawskich) po dwóch tygodniach zostało zaledwie 

kilkunastu. Nie mając  żadnego przygotowania do życia w obozie i spotykając 

się ze szczególnymi represjami władz, wyginęli ,jak muchy". Likwidacja obozu 

nastąpiła w lutym 1945 roku. Zdrowych więźniów wywieziono do Bawarii, 

chorych pozostawiono swojemu losowi, skazując ich de facto na śmierć. 

Obóz pracy dla robotników przymusowych w Hausdorf (Jugowice) został 

założony w połowie 1944 roku, ale według zeznań W. Milejskiego jego budowę 

rozpoczęto już w marcu 1943 roku. Faktem jest, że na terenie  Jugowic  znajduje  

background image

się  kilkanaście  żelbetowych,  piętrowych baraków      pozostałość po obozie      

a wybudowanie ich wymagało czasu. Obóz znajdował się przy drodze do 

Walimia. Lagerführerem był esesman o przezwisku Szewc. Uchodził za 

człowieka wymagającego i surowego — poprzednio „szefował" w KL 

Wolfsberg. w obozie przebywało kilka tysięcy więźniów z Polski, ZSRR, 

Francji oraz Protektoratu Czech i Moraw. Byli to głównie Żydzi. Zatrudniano ich przy 

budowie dróg, regulacji rzek i drążeniu tuneli w kompleksie Jugowice. Ponadto 

w obozie przebywała grupa więźniów pracująca w fabryce Alfreda Humberta przy 

produkcji silników samolotowych Około 120 włoskich i czeskich fachowców z 

dziedziny górnictwa pracowało przy drążeniu tuneli w górach. Ludzie ci pozbawieni 

byli kontaktu z innymi więźniami, a po pracy odwożono ich w nieznanym kierunku. 

Ewakuację obozu rozpoczęto w marcu 1945 roku, nakazując zdrowym więźniom 

wymarsz w kierunku Berlina. Ostatecznie obóz zlikwidowano 9 maja 1945 roku. 

Udało się ustalić,  że w Jugowicach znajdowała się też siedziba SS, SD i III Amt 

Abwehra, ochraniających teren budowy.  

Obóz dla robotników przymusowych Eule (Sowina) jest najmniej Poznanym miejscem 

pracy przymusowej. Nie znamy jego dokładnej lokalizacji ani nie posiadamy żadnych 

danych na jego temat. Wiemy tylko, że w przysiółku Sowina istniał jakiś obóz, który na 

pewno nie należał do kompleksu AL Riese. W terenie pozostały po nim liczne 

ślady. Są tam m.in. fundamenty oraz fragmenty budowli i murów. 

Niewiele wiemy również o obozie Stenzelberg. Jedynym śladem jest raport 

lekarza sprawującego nadzór nad obozami w Górach Sowich, datowany na 27 

maja 1944 roku. Jest w nim mowa o obozie noszącym nazwę Stenzelberg. 

Według  śladów na powierzchni góry (położonej na południe od Chłopskiej 

Góry) można stwierdzić,  że istniał tam jakiś obóz. Widoczne są okrągłe płyty 

betonowe, na których stały baraki typu celta  oraz resztki  kanalizacji.   Jednak  

nie  możemy jednoznacznie stwierdzić czy są to ruiny obozu Stenzelberg, czy 

też ruiny jakiegoś nieznanego, zupełnie innego obozu. 

Jeszcze mniej wiadomo o obozach Waldlager I, II, III. Prawdopodobnie były 

to obozy położone w okolicy stawów w Głuszycy oraz przy drodze na zboczu 

Jagodzińca. Istnieją tam ślady po trzech obozach o nieznanej nazwie. 

background image

Na terenie Gór Sowich istniało co najmniej kilkanaście małych, 

prowizorycznie urządzonych obozów bez nazwy, które nadawały się do 

szybkiego przeniesienia w inne miejsce, w związku z postępem prac 

budowlanych. Były to często kilkudziesięcioosobowe komanda o nazwach 

tworzonych od nazwisk ich dowódców.11  Po ich działalności (a raczej 

bytności) nie zostały żadne ślady i obecnie nie jest możliwe odnalezienie miejsc, 

w których komanda owe przebywały. 

Podsumowując. Instytucje odpowiedzialne za zapewnienie budowie w Górach 

Sowich odpowiedniej ilości rąk do pracy, zorganizowały cały szereg obozów 

koncentracyjnych, obozów pracy przymusowej oraz wiele luźnych komand 

roboczych. Przebywali w nich więźniowie, jeńcy wojenni oraz robotnicy 

przymusowi, którzy pod nadzorem specjalistów z OT prowadzili zakrojone na 

szeroką skalę prace, zarówno na powierzchni jak i pod powierzchnią Gór 

Sowich. 

W kontekście opisu robót prowadzonych w Górach Sowich nie można 

również nie wspomnieć o unikalnym wręcz systemie różnych zabezpieczeń. 

Celem ich było utrzymanie w tajemnicy charakteru realizowanych tam zadań. 

Dla zapewnienia „ochrony" kontrwywiadowczej  powołano  specjalną placówkę      

III Amt Abwehra - liczącą ponad 100 osób. Na terenie budowy działali również 

agenci SD i Gestapo. Tymczasem miejscowa ludność miała zakaz przebywania w 

pobliżu terenów budowy - zabroniono jej nawet opuszczania domów w czasie 

wyładunku nowych transportów więźniów. Utajnienie posunęło się do tego stopnia, 

że oficerom dowodzącym oddziałami wartowniczymi w podziemiach wolno było 

się poruszać tylko w obrębie tego fragmentu tunelu, który był strzeżony przez ich 

oddział. Komanda robocze nosiły podwójne nazwy, inne w czasie pracy w 

podziemiach, inne w obozie. Kierowca jednego z oficerów nadzorujących budowę 

wspominał, że w kierownictwie budowy obowiązywał zakaz noszenia mundurów, 

wymieniania stopni wojskowych i oddawania honorów wyższym stopniem. Plany 

robót znało prawdopodobnie wąskie grono z kierownictwa budowy i kilku 

                                                           

11

 Za przykład może tu posłużyć komando Lüdecke, które notabene  było komandem śmierci. Przebywali w nim 

więźniowie skazani na śmierć, a ich dowódca - SS-Unter-sturmruhrer Lüdecke - był wyjątkowym

 

sadystą  i

 

zbrodniarzem 

background image

wyższych funkcjonariuszy wojska i SS. Poza wspomnianymi już ograniczeniami, 

ludność miejscowa miała także zakaz wyjazdu z terenu budowy bez zezwolenia 

oraz przyjmowania gości spoza terenu objętego budową. Całego obszaru strzegło 

około 4 tys. żołnierzy Waffen-SS z oddziałów SS-Totenkopf (oddziały 

wartownicze z obozów koncentracyjnych). Szczególną opieką otaczano wejścia do 

podziemi. Jak wspomina E. Szenkowski przed tunelem zawsze stało dwóch 

żołnierzy SS, którzy bardzo skrupulatnie sprawdzali wszystkie osoby wchodzące 

i wychodzące z tunelu. Przepustki sprawdzano nawet pracownikom OT, mimo że 

byli oni ogólnie znani. Podobnie troskliwą opieką otaczano komanda pracujące 

pod ziemią. Wejście do tunelu przez osobę postronną oraz kontakt z pracującymi 

pod ziemią ludźmi było praktycznie niemożliwe. Na całym terenie budowy 

rozstawione były posterunki, a dodatkowo po lesie chodziły patrole z psami, które 

pilnowały, aby nikt niepowołany nie dostał się na teren budowy, a tym bardziej go 

opuścił. Zdarzały się też wypadki aresztowania, a czasem nawet zastrzelenia tych, 

którzy zbyt głęboko weszli w las. Dwóch wyrostków z Hitlerjugend przesiedziało 

ponad miesiąc w wałbrzyskim więzieniu tylko za to, że zwykła dziecięca 

ciekawość zaprowadziła ich w pobliże wlotu do jednego z tuneli. Ponadto wokół 

całego terenu budowy rozlokowano gęstą sieć stanowisk artylerii przeciwlotniczej, co 

jednak okazało się posunięciem zbędnym, jako że wrogie bombowce ani razu nie 

zakłóciły pracy na Baustelle. Dziś po stanowiskach tych pozostały jedynie na 

wpół zasypane i zarośnięte krzakami transzeje oraz ruiny bunkrów-schronów 

przeciwlotniczych. Niestety nie udało się odtworzyć w całości rozlokowania 

tych stanowisk. Znajdowały się bowiem przeważnie na odsłoniętych zboczach 

górskich, które obecnie wykorzystuje się pod pola uprawne. 

Dzień powszedni więźnia był niekończącą się  męką i katorgą, pasmem 

cierpień i zwierzęcej wręcz egzystencji. Wszystko to w warunkach urągających 

wszelkim ludzkim uczuciom. Z dostępnych wspomnień  świadków tamtych 

wydarzeń można spróbować odtworzyć wygląd takiego „normalnego" dnia na 

budowie. Najlepiej określić by ją można stwierdzeniem - budowy z potu, krwi i 

łez. 

Tryb życia obozowego został podporządkowany jednemu celowi - potrzebom 

background image

organizacji wykonywanych robót. Dzień powszedni na budowie, w 

przybliżeniu, wyglądał następująco: rozpoczynał się zazwyczaj o godzinie 

czwartej rano, dosyć brutalną pobudką, na którą składały się krzyki i bicie. 

Więźniowie byli następnie wyganiani na plac apelowy, gdzie stali niezależnie od 

pogody do godziny szóstej rano. W tym czasie obozowi kapo przygotowywali 

wszystkie bloki do apelu porannego. Komanda robocze formowane były 

zgodnie z przysłanym na dany dzień zapotrzebowaniem od konkretnej firmy. 

Szeregi więźniów wyrównywano krzykiem i biciem. W końcu nadchodził czas 

apelu. Rozpoczynało się doprowadzone do absurdu kilkakrotne liczenie, 

ostateczne równanie szeregów, co trwało aż do pojawienia się na placu 

Lagerfuhrera. Na jego widok Lageraltester podawał komendę:  Achtung, Mützen 

ab!, Augen rechts! Potem składał meldunek. Lagerführer jeszcze raz przeliczał 

szeregi i w końcu podawał komendę:  Abmarsch!  Lageraltester rozkazywał: 

Rechts um! Augen Links! Gleischritt marsch! Apel był skończony. 

Po dotarciu na miejsce, poszczególne komanda rozpoczynały najczęściej 10-

cio lub 12-sto godzinny dzień pracy. Należy w tym miejscu dodać, że długość 

dnia roboczego na różnych odcinkach budowy nie była taka sama. O ile 

komanda pracujące na powierzchni obowiązywał 12-sto godzinny dzień pracy, o 

tyle komanda drążące podziemia pracowały tylko 8 godzin (ale za to na trzy 

zmiany). Na powierzchni pracowano na jedną zmianę. Do pracy chodziło się 

codziennie, oprócz niedziel, kiedy to więźniowie stali cały dzień na Apelplatzu. 

Dla wielu było to bardziej męczące niż sama praca. Pogoda   panująca danego 

dnia nie miała najmniejszego znaczenia, Jak wspomina Abram Kajzer: 

„Dzisiaj była straszna burza. Stojąc od czwartej do szóstej rano na 

apelu, pod gołym niebem, przemokliśmy do suchej nitki. Łudziliśmy się, 

że nie pójdziemy do pracy. Błagaliśmy o to w duchu Boga, ale to nic nie 

dało. Deszcz lał przez cały dzień. Ociekające pasiaki przylgnęły nam do 

ciał. Przestało skutkować bicie majstra i wachy. Nikt nie był zdolny poruszyć 

łopatą lub kilofem. Rozeszliśmy się na wszystkie strony. Każdy krył się w 

lesie, pod drzewem i szczękał zębami". 

Od godziny siódmej do dwunastej trwała nieprzerwana praca, której 

background image

towarzyszyło ciągłe poganianie i pokrzykiwanie majstrów z OT. Ci ostatni, jak 

zeznają więźniowie, niewiele różnili się okrucieństwem od esesmanów i kapo. Od 

godziny dwunastej do trzynastej trwała przerwa na obiad. Składał się z 

zabarwionej  wody o jakimś nierozpoznanym smaku. Komanda „spożywały" 

zupę, a następnie szybko powracały na miejsce pracy. Ta trwała już do zmroku. 

Słaniające się na nogach szeregi niewolników wracały do obozu w zupełnych 

ciemnościach. Jeszcze przy bramie trzeba było sprężyć krok, aby nie zginąć od 

ciosu pałką, zadanego przez wściekłego kapo. Obok bramy stał bowiem 

Lagerführer i razem z Lageralteste liczyli swoich „poddanych". Na miejscu 

czekała na nich, jak zawsze, wodnista zupa i kawałek chleba z trocin. Wreszcie, 

około godziny dwudziestej trzeciej, zmordowani ludzie padali, jak kłody, na 

wytarte sienniki, aby zapaść w kamienny sen. Nazajutrz czekał ich kolejny dzień 

pracy, męki, a być może... śmierci. 

Aby w pełni zrozumieć warunki życia na terenie „Wielkiej Budowy", musimy 

jeszcze dowiedzieć się o kilku (z pozoru mało istotnych) rzeczach, a mianowicie: 

jak więźniowie byli ubrani, co jedli, gdzie lub raczej jak mieszkali. Jeżeli chodzi o 

ubiór więźnia, to nie było tutaj jakichś specjalnych norm. Więźniowie w 

przeważającej części byli ubrani w drelichowe spodnie i bluzy w niebiesko-białe 

pasy. Pod spodem nosili cienkie kalesony i koszule, najczęściej pełne pcheł i 

wszy, za „posiadanie" których groziła  notabene  kara  śmierci. Na nogach nosili 

drewniane trepy, a co szczęśliwsi mieli nawet czapki. Ubiory takie noszono przez 

cały okrągły rok - zarówno upalnym latem, jak i mroźną zimą. Możemy sobie tylko 

wyobrazić, jak straszne męki Przechodzili więźniowie, przebywający w tych kilku 

podartych łachmanach na trzydziestostopniowym mrozie. Abram Kajzer wspomina: 

„Dziś był wyjątkowo mroźny dzień. Nie mogłem dać sobie rady 

przy pracy. Nie mogę też chodzić. Stopy pieką jak przypalane żywym 
ogniem. Chodzę boso. Moje drewniane trepy są całkiem zdarte, 
pasiasta bluza za ciasna, toteż w odstępach między guzikami 
prześwieca gołe ciało smagane przez mroźny wiatr. Drżę z głodu i 
zimna".  

Więźniowie, ryzykując nierzadko życiem, próbowali radzić sobie na różne 

sposoby. Pod bluzę wpychali papier z worków po cemencie, zaś na nogach 

obwiązywali sobie drutem kolczastym kawałki desek, aby tylko nie chodzić 

background image

boso. Nie ma chyba gorszej tortury, niż chodzenie przemrożonymi stopami po 

ostrych odłamkach skalnych lub stanie cały dzień w lodowatej wodzie potoku, 

przy jego regulacji. Do wyżej opisywanych ubiorów dodawano jeszcze 

najrozmaitsze cywilne ubrania z wszytymi tzw. winklami (kolorowe oznaczenia 

kategorii więźnia, np. Żydzi - żółty). 

Jeżeli chodzi o wyżywienie, to nie różniło się ono specjalnie od "jadłospisu" 

stosowanego we wszystkich innych obozach. Na śniadanie podawano jedynie 

miskę kawy zbożowej, na obiad kolorową wodę o smaku, np. grochówki, w 

której pływały kawałeczki rozgotowanych ziemniaków lub brukwi. Często też 

dodawano odrobinę nadpsutego końskiego mięsa. Na kolację więzień 

otrzymywał ponownie zupo-podobną wodę i około 250 gramów chleba 

(kilogramowy bochenek przypadał na czterech więźniów) z odrobiną margaryny 

i kiełbasy. Całkowita wartość kaloryczna tych wszystkich potraw nie przekraczała 

400 kalorii, tak więc więźniowie wykonujący pracę przewidzianą dla dobrze 

odżywionego siłacza, padali jak muchy z głodu i wyczerpania. Znane są 

przypadki, że więźniowie próbowali jeść korę z drzew (trawę jedzono regularnie), 

co chyba dobitnie świadczy o straszliwym głodzie jaki panował na budowie. 

Jakby tego było mało, to przywiezionym na budowę więźniom nie zapewniono 

żadnych, nawet elementarnych, warunków higieny. Więźniowie nie mieli się 

gdzie myć, chodzili zawszeni i zapchleni. Nie ma się zatem co dziwić,  że w 

końcu na Baustelle wybuchła epidemia tyfusu, która pochłonęła około 7 tys. 

ofiar. 

„Natychmiast zasnął i prawie natychmiast się obudził. Cały bok, na 

którym leżał, palił go i swędział, obsypany pulchnymi. bąblami. Nad 

siennikiem ujrzał coś, co przypominało opar unoszący się nad 

mokradłem. Zjawisko to wywoływały dziesiątki tysięcy, a może 

miliony skaczących pcheł". 

    O  zdrowie  więźnia nikt się nie troszczył. Obozowe rewiry były najczęściej 

umieralniami, do których znoszono najsłabszych muzułmanów. Po kilku dniach 

jechali oni do krematorium w KL Gross Rosen lub trafiali do któregoś z 

masowych grobów, jakże licznych na terenie budowy. Najczęstszym powodem 

background image

śmierci było wyczerpanie. Wielu umierało na gruźlicę, zapalenie płuc, biegunkę 

głodową czy też zwykłe przeziębienie,  które w warunkach obozu najczęściej  

kończyło się w krematorium. Nikt nie przejmował się ciężkimi uszkodzeniami 

ciała więźniów, do jakich dochodziło w trakcie pracy. Jeżeli ktoś nie miał siły, 

aby stawić się do pracy, to po prostu dobijano go, bowiem nie przedstawiał już 

żadnej  wartości jako robotnik. Należy tu dodać, że wartość siły roboczej firmy 

przeliczały w markach - 5 RM za robotnika wykwalifikowanego i 4 RM za 

zwykłego pracownika fizycznego. Opłatę   firmy   wnosiły   do   Głównego   

Urzędu   Administracyjno--Gospodarczego Rzeszy. Poniżej przedstawiam raport 

lekarza obozowego AL Riese. Mowa jest w nim o stanie służby zdrowia na 

terenie „Wielkiej Budowy" zimą 1945 roku. Wynika z niego jasno, że Niemcy 

zdawali sobie sprawę z katastrofalnych warunków sanitarnych, które panowały 

na budowie, lecz nie robili nic, aby stan ten uległ zmianie: 

„LagerArzt AL Riese                                      Wüstegiersdorf 26.01.45 r. 

SS Standortarzt Gross Rosen 
Wpłynęło 06.02.45 r. 
Dot: Raport o służbie zdrowia w AL Riese w okresie od 26.12.44 do 
25.01.45 r. 
Odn. rozkaz lekarza garnizonowego SS, Az.:49/9.44/Dr.E. do lekarza 
garnizonowego SS Gross Rosen 
I. Obsada wojskowa 

l/wielkość obsady wojskowej 

7/192/621 

2/liczba chorych na rewirze w opisanym okresie 

23 

3/liczba żołnierzy leczonych ambulatoryjnie 135 

II. 

Więźniowie .   

l/liczba chorych w szpitalu w opisanym okresie 

7140 

2/obłożenie szpitala w dniu 25.01.45                                       3496 

3/więźniowie leczeni ambulatoryjnie                                       29750 

4/liczba zachorowań infekcyjnych dnia 25.01.45                             0 

5/liczba lekarzy                                   63 

6/liczba pielęgniarzy                          56 

7/liczba lekarzy-więźniów                 60 

8/liczba pielęgniarzy-więźniów        66 

background image

9/przeciętne obłożenie szpitala        3 216 

W   relacjonowanym   okresie   liczba   zachorowań   wśród więźniów znacznie 

wzrosła. Należało się spodziewać, ze zimna pora roku przyczyni się do tego 

szczególnie. Dochodzi do tego szczególna    nieodporność     na     choroby     

więźniów     nie przyzwyczajonych   do   tego   surowego   klimatu.    Warunki 

zakwaterowania  w  obozach  bardzo  poprawiły   się.   Przede wszystkim dba się 

o to, aby więźniowie nie musieli już leżeć na podłodze. Baraki są wszędzie 

ogrzewane, poza tym więźniowie mają przeciętnie po dwa koce. Przeprowadzono 

szczepienia większości więźniów. Pozostałe szczepienia wykonywane są na 

bieżąco. Urządzenia sanitarne pozostawiają wiele do życzenia. Latryny w 

niektórych obozach usytuowane  są szczególnie niewłaściwie i jest ich za mało. 

Zawszenie obozów jest duże. Urządzenia  służące    do    odwszawiania    są 

niewystarczające. Zaopatrzenie w leki jest STANOWCZO NIEWYSTARCZA-

JĄCE. Poprawiła się jedynie ilość wydawanych narzędzi do drobnych zabiegów 

chirurgicznych. Jedynym sposobem leczenia wielu więźniów jest zalecanie 

leżenia w łóżku. Centralny szpital w Tannhausen jest całkowicie obłożony i 

dysponuje obecnie jedynie prowizoryczną salą operacyjną.  Wszystkie lżejsze 

ale i BEZNADZIEJNE przypadki kierowane są do szpitala w Dörnhau. 

Wyżywienie jest stale kontrolowane i jest zadowalające, jak na obecne warunki. 

W kuchniach prowadzonych przez OT nie stwierdzono uchybień. 

LagerArzt SS  

Obersturmführer 

 podpis nieczytelny" 

Ale to jeszcze nie wszystko. Koszmar nie kończył się bowiem na tym, ze 

więźniowie chodzili prawie nadzy, głodni do nieprzytomności, brudni i 

schorowani. Musieli jeszcze stawić czoła jednej przeszkodzie - okrucieństwu i 

zwykłemu sadyzmowi majstrów z OT, esesmanów, kapo oraz każdego, kto miał 

jakąkolwiek władzę nad nimi. Ta właśnie przeszkoda była najtrudniejsza do 

pokonania. Do historii przeszły już nazwiska takich sadystów, jak np. SS 

Unterscharführer Lüdecke który zabijał więźniów młotkiem czy też Maxa 

Krause - zwanego Krwawym Maxem". Jego ulubionym „orężem" była gumowa 

background image

pałka Wielkim okrucieństwem odznaczał się także kierownik Oberhahn który 

rozkazywał wyganiać prawie nagich więźniów do bezsensownego przerzucania 

zwałów  śniegu z miejsca na miejsce. Wielu, bardzo wielu przypłaciło ten 

„pomysł" życiem. 

Nie sposób wymienić tutaj każdego, znęcającego się nad więźniami i 

dokonującego potwornych, a zarazem bardzo wymyślnych zbrodni Świadek - T. 

Moderski -- wspomina, że widział, jak dwóch esesmanów założyło się o to, czy 

uda im się jednym uderzeniem siekiery przeciąć więźnia na pół (!!!). Zwycięzca 

miał otrzymać skrzynkę wódki. Więźniów zabijano drewnianymi styliskami 

łopat, duszono poprzez stawanie na kołku przyłożonym do szyi, zakłuwano 

bagnetami, topiono w beczkach i zbiornikach przeciwpożarowych lub po prostu 

kończono ich życie strzałem w tył  głowy. Według  świadków i istniejących 

dokumentów dziennie umierało około 50 więźniów. Możemy więc sobie 

wyobrazić, jakim piekłem była sowiogórska budowa. Dokładna liczba ofiar 

przedsięwzięcia budowlanego Olbrzym nie została ustalona. Przypuszcza się, że 

zginęło około 40 tys. więźniów, jednak ich liczba może być znacznie większa. 

Do dziś pozostaje niewyjaśniony los około 20 tys. więźniów, których skreślono 

z ewidencji KL Gross Rosen w grudniu 1944 roku i rzekomo wysłano w rejon 

AL Riese, dokąd nigdy nie dotarli. Jak zeznaje Jan Nowak: 

„(...) wydawało mi się rzeczą dziwną, że w ciągu jednego dnia zniknęło 

tylu więźniów, więc zwróciłem na to uwagę przyjmującemu meldunki 

esesmanowi, na co ten odparł,  że meldunek jest prawdziwy. 

Wydarzenie to było szeroko komentowane przez esesmanów, że ilość 

więźniów zmniejszyła się o taką wysoką liczbę".  

Jan Nowak dodał jeszcze, że z fragmentów rozmów podsłuchanych wśród SS 

wywnioskował,  iż transportu tego pozbyto się poprzez wprowadzenie go do 

jakiegoś tunelu i wysadzenie wejścia. 

Z kolei Pan Czesław  S.  z Bytomia tak wspomina swój pobyt w Górach 

Sowich w latach wojny: 

„Byłem więźniem komanda Wustewaltersdorf. Lagerführerem był 

niewysoki  oficer  SS,  z którego twarzy me schodziło rozbawienie.  

background image

Jeździł zawsze po terenie budowy na koniu z małokalibrowym 

karabinkiem w ręce i strzelił  śrutem do więźniów,   którzy   na   

uboczu   załatwiali   swoje   potrzeby fizjologiczne. Kiedyś był 

zapalonym myśliwym i teraz tak sobie polował. Moim hauptkapo był 

Wilhelm Weiss, który wiele mi pomógł i był moim przyjacielem. W 

obozie był też jego syn, ale Weiss nikomu nie mówił, kto nim jest. 

Starał się go chronić za wszelką cenę. Pracowałem przy drążeniu tuneli. 

Nie mogłem chodzić po całym terenie budowy, ale i tak widziałem jej 

ogrom. Mnóstwo wejść do sztolni przy drogach prowadzących 

poziomo wzdłuż pasma górskiego, na kilku poziomach. Urobek 

wywożono lorami z podziemi. Lory toczyły się same w dół i nabierały 

niebezpiecznej szybkości. Toteż przy każdym wózku był hamulcowy. 

Byli to żydowscy chłopcy w wieku 13-16 lat. Przy wielu lorach były 

zepsute hamulce i hamowali wsuwając kij między koła a podwozie 

lub po prostu butami. Codziennie było kilka wykolejeń i często 

hamulcowi ginęli pod zwałami kamienia, ciężko rannych zaś 

dobijano. Ja też przez pewien czas byłem hamulcowym. Była to 

najlżejsza praca. W podziemia puste lory ciągnęły lokomotywy. W 

pobliżu wejść do drążonych korytarzy stały potężne kompresory 

tłoczące powietrze do sztolni.  Od nich odbiegały grube rury. Hałas 

był okropny.  Wewnątrz,  mimo  urządzeń    ssących  i tłoczących 

powietrze, widoczny w świetle lamp kamienny pył wdzierał się do 

płuc i wywoływał paroksyzmy kaszlu. Z głównych korytarzy 

odchodziły boczne. Często u sufitu korytarza wiercono otwory, a 

stamtąd nowe korytarze prowadziły w głąb góry. Można było do nich 

wejść po drabinie albo od wejścia, z innego poziomu. Na przodku 

praca wyglądała następująco: robiliśmy dziury długimi świdrami oraz 

przy pomocy młotów pneumatycznych. Nadzorowali  to   włoscy   

strzelniczy  z   firmy  Ghiseri.  My borowaliśmy kilka, czasem 

kilkanaście otworów. Włosi umieszczali ładunki. Strzelano, potem 

wchodzili  ładowacze. Najpierw długimi tykami stukali w sklepienie, 

background image

aby strącić luźno wiszące kamienie. Często nie tylko ogromny głaz, 

ale cały wyraźny wybuchem przodek zawalał  ładowacza. Dwa razy 

widziałem jak ogromna niczym świątynia hala zawalała się grzebiąc 

ludzi. Urobek ładowaliśmy na lory i wierciliśmy dalej. Całe ciało 

wibrowało. Z podziemi wychodziliśmy jak pijani, na całym ciele 

kamienny pył, w oczach, w ustach, w nosie, w płucach. Na plecach i w 

pachwinach mieliśmy rozległe zapalenia. Wielu nie wytrzymywało tego 

wszystkiego i każdego dnia nieśliśmy po pracy do obozu kilka trupów. 

Każdego dnia schodziły z gór żałobne karawany. Przy wejściu do 

obozu „przybijaliśmy" drewniakami.   Szlaban  otwierał    śliczny,  

żydowski  chłopiec w czyściutkim, uszytym na miarę pasiaku. Stało ich 

tam zawsze kilku.  Wszyscy byli piękni,  z długimi włosami,  starannie 

uczesani. Obok szlabanu stała wartownia, a w niej roześmiani 

esesmani.  Młodzi,  wypasieni,  rumiani...  Potem ci rumiani zniknęli i 

zastąpili ich starsi, często inwalidzi...  Esesmani wylewali ze swoich 

menażek nadmiar jedzenia do stojącego obok baraku 

administracyjnego korytka, do którego pchali się zgłodniali więźniowie. 

Niemcy śmiali się, że jesteśmy gorsi niż świnie,  kiedy  wybieraliśmy  

resztki   do  ust.   Głód  skręcał wnętrzności.   Rzeczywiście,  ginęły  w  

nas  resztki  człowieczeństwa.   Jednej   nocy  nie  pozwolono  mi  

usnąć,  rzężący w agonii sąsiad w końcu umarł. Cały czas, w wyniku 

ciasnoty, był do mnie przytulony. Kiedy ucichł,  ściągnąłem z niego 

podarty koc, aby trochę się ogrzać. Wtedy zobaczyłem wystający mu 

spod pachy kawałek chleba, którego nie zdążył przed śmiercią zjeść. 

Chleba przesiąkniętego przedśmiertnym potem, obrzydliwego ale 

chleba... Tak, aby nikt mnie nie ubiegł, wyciągnąłem mu ten kawałek 

chleba i  skrycie połykałem dużymi kęsami. Obrzydzenie przyszło 

potem. I wstyd, że byłem jak ta hiena cmentarna...  Mówiłem o 

Wilhelmie Weissie. Kiedyś kapo Kula kazał mu bić własnego syna. To 

znaczy kapo tylko domyślał się, że to jego syn. Weiss bił mocno, żeby 

nie zastąpił go inny kapo. Starał się bić syna tak, żeby mu niczego nie 

background image

uszkodzić. Zresztą tam ciągle bili. Bił mnie też kapo Schranck, którego 

nazywano szafą. To było po tym, jak chciałem zabić kapo Kulę i 

wykoleiłem na niego lorę z kamieniem. Ale udało mu się wyżyć. Spod 

ręki kapo Schrancka mało kto wychodził  żywy. Kiedyś do 

wyładowywania cementu Schranck ustawił małego chłopca. To było 

ponad siły tego dziecka. Kiedy wypadł mu worek i wysypał się cement, 

kapo krzycząc,  że to sabotaż, zerwał z chłopca ubranie. Więźniowie 

rozrobili cement z piaskiem i wodą. Chłopca zaczęto okładać szybko 

schnącą zaprawą. Przedtem zbito go do nieprzytomności.  Schranck 

wygładzał zaprawę na żywym ciele. Zabawę przerwał przybyły nagle 

oficer SS, zanim „plastyk" doszedł do głowy Krzyczał na esesmanów, że 

zabawiać to się mogą po pracy, przejechał pejczem po nagle pokornej 

gębie Schrancka. Chłopiec zmarł w drodze do obozu. Kiedyś kapo 

Schranck załatwiał się w krzakach i wypatrzył go jadący na koniu 

Lagerführer - myśliwy. Strzelił do gołego tyłka, ale śrut trafił Schrancka w 

jądra. Kapo zwijał się z bólu na trawie. Lagerführer okazał się litościwy dla 

swego ulubionego kapo. Nie dobił go, jak to miał w zwyczaju, ale kazał go 

zanieść do izby chorych i tam wykastrować... Co ładniejszy  żydowski 

chłopak za olbrzymie szczęście poczytywał sobie być wybranym na 

kochanka jakiegoś funkcjonariusza obozowego. Przeważająca część 

funkcyjnych więźniów miała swego młodego przyjaciela. Bywało, że cały 

harem. Po znudzeniu się jednym wymieniali na innego swoje, jak mówili, 

„pupki".  Tylko jeden  nie  poddał    się.  Na  niedwuznaczną 

propozycję napluł w twarz samemu blokowemu. Widzący to apelowy 

zaproponował chłopcu,  że zrobi go kapo. On odmówił. Kazano więc 

wychłostać opornego. Bił go stary kapo, niegdyś dyrektor węgierskiego 

banku. Kapo był chudy, a chłopak jak na swoje  14  lat wyjątkowo  

dobrze rozwinięty i muskularny. I w końcu 14-latek wpadł w szał i pobił 

bijącego. Rzucili się na niego inni kapo i zabiliby chłopaka, gdyby nie 

przeszkodził temu Wilhelm.  Pod koniec  1944 roku racje 

żywnościowe zmniejszyły   się      tak,      że   ludzie   zaczęli   częściej   

background image

umierać. A w 1945 roku to się nasiliło. Niemcom o to chodziło. Szkoda 

było na nas kul". 

Przygotowania do ewakuacji obozów podległych komendantowi AL Riese 

rozpoczęto w styczniu 1945 roku, kiedy to Armia Czerwona parła na zachód 

realizując plany tzw. Ofensywy Styczniowej. Wtedy właśnie komendant KL 

Gross Rosen wydał rozkaz ewakuacji filii swojego obozu. Jednak po  15  lutego   

1945  roku front na Dolnym Śląsku ustabilizował się i pozostał w 

niezmienionym stanie aż do maja 1945 roku. Wyniknęło stąd duże zamieszanie, 

wydano wiele sprzecznym rozkazów i, co najważniejsze, wstrzymano 

ewakuację wielu obozów lub ograniczono się tylko do ewakuacji części 

więźniów. Tak właśnie stało się w Górach Sowich. Początkowy etap ewakuacji 

z Gór Sowich miał charakter porządkowy. Wszystkich chorych przeniesiono do 

szpitala w Kolcach, a front robot ograniczono. W celu koncentracji więźniów w kilku 

leżących blisko siebie obozach, na przełomie stycznia i lutego zlikwidowano 

znajdujący się w tzw. strefie zewnętrznej KL Falkenberg przez co dalsza, szybka 

ewakuacja reszty obozów stała się łatwiejsi Niestety, do dziś nie udało się dokładnie 

ustalić przebiegu ewakuacji więźniów AL Riese. Nie wiadomo też ilu więźniów 

opuściło Góry Sowie, ilu zginęło w czasie akcji oraz w ilu transportach i do jakich 

obozów dotarli. Nie budzące wątpliwości dane posiadamy tylko o trzech 

transportach, które miały miejsce na przełomie lutego i marca. 25 lutego do KL 

Flössenburg przybył transport 3 059 więźniów, złożony z więźniów KL 

Wolfsbergu i KL Falkenbergu, w którym było 256 ofiar śmiertelnych. KL 

Mauthausen przyjął 3 marca 2 048 więźniów ewakuowanych z KL Wolfsberg. 

Jeszcze tego samego dnia zostali oni przeniesieni do Ebensee i umieszczeni w 

komando Solway. 

Natomiast 7 marca 1945 roku do KL Buchenwald przybyło 905 więźniów z 

transportu zebranego  we wszystkich obozach AL Riese. Posiadamy także pewne 

dane o jeszcze jednej kolumnie ewakuacyjnej. Ta przez Trutnov dotarła do KL 

Bergen Belsen. Wyruszyła ona prawdopodobnie 17 lutego 1945 roku z rejonu 

Włodarza i 19 lutego, po dotarciu na dworzec kolejowy w Trutnovie, załadowana 

została do składu, który dostarczył  ją do KL Bergen Belsen. W omawianej 

background image

kolumnie znajdowało się około 800 ludzi. Ta część więźniów, która pozostała na 

terenie Gór Sowich, prowadziła dalsze prace. Jednak nie były to te same prace, co 

przed ewakuacją. Teraz więźniowie pracowali głównie przy likwidacji firm, 

demontażu urządzeń oraz maskowaniu tych fragmentów, bądź całych podziemi, 

które ze względu na swoją zawartość nie mogły wpaść w ręce Sowietów. Jednak 

nie wszystko zostało wywiezione. Pozostawiono znaczną ilość maszyn i materiałów 

budowlanych, które wpadły w ręce Armii Czerwonej. Jeszcze przed 

rozpoczęciem operacji maskowania, do Wiednia wyjechało kierownictwo 

budowy. Na dwa dni przed wkroczeniem Sowietów Niemcy opuścili   teren   

budowy,   pozostawiając   własnemu   losowi   tysiące konających więźniów. Dla 

nich to właśnie, tuż po wyzwoleniu, utworzono na terenie Głuszycy kilka szpitali. 

Akcję  tę przeprowadzili zdrowsi więźniowie.  Do niesienia pomocy lekarskiej 

przystąpiono bezpośrednio na miejscu pobytu chorych, gdyż stan kilkuset osób 

uniemożliwiał  ich przetransportowanie.  W utworzonych szpitalach jeszcze do 

początku 1946 roku przebywało 600 chorych. Były to szpitale: Blumenau - 

kontynuacja szpitala o nazwie Zentralrevier w Jedlince, Banhof - na terenie 

byłego obozu Schötterwerk, Stohr na terenie zakładów włókienniczych o tej samej 

nazwie, Schule i Kinderheim - zlokalizowane w budynkach przy ulicy 

Grunwaldzkiej. Po likwidacji trzech pierwszych, pozostałych chorych 

przeniesiono w lecie 1945 roku do najlepiej urządzonych szpitali - Stohr i 

Kinderheim. W szpitalach głuszyckich zmarło 133 więźniów. 

 

background image

CZĘŚĆ V 

WIELKA BUDOWA CZYLI BETON I SKAŁA 

Czas w końcu przyjrzeć się bliżej temu, co w latach 1943-1945 powstało na i pod 

powierzchnią Gór Sowich. Poszczególne kompleksy można podzielić na trzy 

zasadnicze grupy: 

•  Część centralną (STREFA I), w której zlokalizowane są kompleksy Włodarz, Osówka, 

Jugowice Górne, Soboń, Rzeczka i Moszna, 

•  Część zewnętrzną (STREFA II), w której zlokalizowane są kompleksy: Sokolec i 

Wielka Sowa oraz fabryka zbrojeniowa o kryptonimie Mölke Werke w Ludwikowicach 

Kłodzkich w masywie góry Włodyka, 

•  Podziemia Zamku Książ. 

Dodatkowo, w części 4 (Pozostałości) przedstawione zostaną informacje o innych, 

występujących w interesującym nas rejonie obiektach podziemnych. Zatem... do dzieła! 

 

 

background image

CZĘŚĆ CENTRALNA 

Kompleks Włodarz - część naziemna 

Włodarz jest jednym z najbardziej rozległych kompleksów spośród wszystkich 

istniejących na „Wielkiej Budowie". Teren budowy objął duże obszary lasu, głównie 

na północno wschodnich zboczach góry Włodarz (811 m n.p.m.). W rejonie sztolni 

prowadzono wiele prac ziemnych, a także rozpoczęto wznoszenie kilku żelbetowych 

budowli. Aby zapewnić stały dopływ materiałów i ludzi, z bocznicy na stacji w 

Olszyńcu doprowadzono kolejkę  wąskotorową, której tory biegną zakosami po 

zboczach Jedlińskiej Kopy i Włodarza, kończąc się stacją przeładunkową na 

północnym krańcu kompleksu. Od tego miejsca na budowę prowadzi gęsta sieć 

torowisk, gdyż kolejka była głównym  źródłem transportu na teren budowy na 

Włodarzu. Ponadto do celów zaopatrzeniowych oraz dla zapewnienia łączności z 

innymi kompleksami wybudowano kamienną drogę, która biegnie z Jugowic 

przez Włodarz, Mosznę do kompleksu Osówka oraz na Soboń. W związku ze 

zwiększonym zapotrzebowaniem na wodę, na zboczu Włodarza wybudowano duży 

zbiornik betonowy o pojemności 350 m oraz rozbudowano cały system ujęć wodnych 

i podziemnych rurociągów. Obok wspomnianej już stacji przeładunkowej 

zlokalizowano ciąg baraków i magazynów na materiały budowlane, w których 

znajdują się części osprzętu elektrycznego, kabli, cegieł oraz tysiące worków 

skamieniałego cementu, ułożone w regularne stosy. Obok toru zlokalizowano też 

składowisko piasku i żwiru. Dziś na tym miejscu jest sporej wielkości góra 

usypana wyłącznie z piasku. Przy jednym z betonowych baraków, na poboczu, leżą 

potężne,  żelbetowe stropice, które były używane do obudowy stropu w 

podziemnych halach. Drugi, wielki skład materiałów zlokalizowano na 

południowym krańcu budowy. Na betonowych platformach leży tam kilkanaście 

tysięcy skamieniałych worków cementu oraz stosy cegieł. Trzeci, nieco mniejszy 

skład znajduje się nad dużym wykopem obok wlotu sztolni nr 1. W dwóch ceglanych 

barakach zmagazynowano tam kilka tysięcy worków cementu. W wielu miejscach 

napotkamy obecnie na niewielkie składy piasku, cementu czy cegieł. Na całym terenie 

kompleksu zlokalizowano też dwa duże wysypiska kamienia, pochodzącego z 

drążonych podziemi. 

background image

Pierwsze znajduje się powyżej wylotu sztolni nr 1, obok ciągu magazynów. Główne 

usypisko znajduje się na południowym krańcu budowy, obok stert cementu. Na 

jego terenie hałda ma kilkanaście metrów wysokości i wygląda naprawdę 

potężnie. Niewielka hałda znajduje się także na wprost wlotu sztolni nr 3, a 

kolejna, nieco większa, na przeciwko tzw. „Żabnika" obok sztolni nr 4. Na 

hałdzie tej wykonano kilka wykopów i rozpoczęto budowę dwóch fundamentów 

pod baraki. Za hałdą, aż do głównego usypiska, zlokalizowano ciąg platform, na 

których stały wielkie betoniarki o pojemności 3-4 tys. litrów, przygotowujące 

beton dla potrzeb budowy. Poniżej głównego usypiska miały swoje zakończenia 

tory kolejki, która transportowała od stojących w tym miejscu kruszarek 

zmielony kamień, używany do zagęszczania betonu. Obok kruszarek stoją 

wielkie fundamenty po ładowarkach i innych urządzeniach technicznych. 

Poniżej ciągu platform wykonano dwa duże wykopy, a w jednym z nich wylano już 

ławę fundamentową. Natomiast pomiędzy wykopami a platformami wybudowano 

ceglano-betonowy bunkier. Obok wlotu sztolni nr 4 znajduje się długa platforma. Na 

betonowych podstawach spoczywały na niej kompresory wentylujące podziemia. 

Natomiast poniżej platformy wybudowano zbiornik wody do chłodzenia owych 

kompresorów, od którego wykopano rów biegnący aż do żelbetowych baraków 

obsługi, przy drodze do Jugowic. Nad wlotem sztolni nr 4 wykonano kilka wykopów 

oraz fundament pod barak, od którego biegnie niewielkiej głębokości rów w 

okolice sztolni nr 1. 

Pomiędzy wlotami sztolni nr 2 i 3 (poniżej torowiska) stoi duży,  żelbetowy 

bunkier, a jeszcze niżej całe zbocze poryto wykopami i usypano wiele pryzm 

ziemi. W kilku wykopach rozpoczęto wylewanie fundamentów. Platformy po 

barakach znajdują się także obok wlotu sztolni nr 1. Powyżej tego wlotu stoi 

dziwna,  żelbetowa budowla - przypominać może zarówno rampę przeładunkową 

kolejki jak i jakiś magazyn. Przeznaczenia owej budowli niestety nie znamy. Obok 

niej wylano betonowy, ośmiokątny fundament. Jego przeznaczenie jest także 

niewyjaśnione. Pomiędzy drogą a północnym ciągiem magazynów, w dolinie 

potoku, wykonano także kilka wykopów, a obok rozgałęziających się w tym miejscu 

torów kolejki stoją fundamenty po ładowarkach. Natomiast na samych torach 

background image

umiejscowiono kanał naprawczy dla parowozów i wagoników. W pobliżu wlotów 

sztolni nr 1 i 4 wykonano dwa wykopy, w których mieścić się miały główne 

budowle kompleksu. Tuż obok wlotu sztolni nr 1 wykonano wykop o długości 

około 80 m, szerokości około 60 m i głębokości (prawdopodobnie) 15 m. Piszę 

prawdopodobnie, bowiem przez wiele lat do wykopu tego zwożono śmieci, przez 

co obecnie ma zaledwie 4-5 m głębokości. Podając głębokość 15 m, opieram się 

na zeznaniu Pana Stasiaka z Jugowic, który wykop ten widział jeszcze przed 

zawaleniem śmieciami. Na dnie wykopu rozpoczęto wylewanie fundamentów; jeden 

z nich miał podobno kilka metrów wysokości. Dziś wystaje jeszcze 1,2 m ponad 

warstwę  śmieci. Na dwóch ścianach bocznych wykonano także  żelbetowe 

fragmenty muru lub też podstaw pod jakieś urządzenia. Do jednego z fundamentów 

dochodzi tor kolejki wąskotorowej. Drugi wykop ulokowano obok wlotu sztolni nr 

4. Ma on długość około 100 m, szerokość 50 m i głębokość około 10 m. W 

wykopie, od strony torowiska, rozpoczęto betonowanie dużego fundamentu pod 

nieznaną budowlę. Obecnie część wykopu zalana jest wodą, która stała się 

miejscem rozrodu dla tysięcy kijanek. Stąd też wzięła się nazwa - Żabnik. Na 

południowym krańcu kompleksu, na wzgórzu obok drogi, znajdują się ruiny 

baraków po nieznanym obozie, którego więźniowie pracowali na terenie 

Włodarza lub Moszny. Na terenie kompleksu wykonano wiele mniejszych 

wykopów, rowów, pryzm, składów materiałów oraz niewielkich betonowych 

fundamentów. Wszystkie nadają budowie specyficzny krajobraz. Ich dokładną 

lokalizację przedstawia mapka naziemnych obiektów kompleksu Włodarz. 

 

Kompleks Włodarz - część podziemna 

Na północno-wschodnich zboczach góry znajduje się  największy z 

dotychczas poznanych podziemnych kompleksów - Włodarz. System składa się 

z czterech sztolni, które leżą na wysokości  585-590  m n.p.m. i biegną 

równolegle do siebie w głąb góry. Są one oddalone od siebie: 1-2 o 80 m, 2-3 o 

80 m oraz 3-4 o 160 m. Poza sztolniami w skład systemu  wchodzą wyrobiska  

chodnikowe i komorowe.   W każdej ze sztolni, w odległości około 50 m od 

wejścia, wykuto po dwie leżące po przeciwnych stronach wartownie. Stan 

background image

zaawansowania Prac nad nimi jest różny - od początkowej fazy drążenia komory, 

aż do etapu obetonowanej wartowni w sztolni nr 4. 

Teraz poznamy bliżej część dostępną „suchą nogą", jako że na skutek obwałów przy 

wejściach około 30% tuneli jest stale zalanych wodą. 

Do suchej części wchodzimy wejściem nr 4, przez bardzo niebezpieczny obwał. 

Naszym oczom ukazuje się tunel do połowy zawalony gnijącą obudową, pod którą 

stoi około 40 cm wody. Po pokonaniu tego odcinka, po około 50 m, dochodzimy do 

wartowni. Ta po stronie lewej jest w większości już obetonowana. Z części betonu 

nie zdjęto nawet szalunku, przez co stoi tam teraz plątanina drewnianych stempli. 

Komora po stronie prawej ma wybetonowaną tylko podłogę. W rogu owej komory 

leżą wielkie, łukowe płyty szalunkowe przygotowane do betonowania stropu. Dalej, 

po około 80-100 m dochodzimy do „szachownicy" tuneli i wyrobisk, na które 

składają się sztolnie nr 2, 3, 4 oraz 9  tuneli równoległych do nich i 4 poprzeczne. 

W prawo mamy tunel A, którym posuwamy się dalej prosto. Co chwilę nad naszymi 

głowami pojawiają się  ślepo zakończone szybiki. Są to zaczątki kucia górnego 

poziomu. W końcowym odcinku tunelu A szybiki te mają prawie 10  m wysokości 

i po kilka poziomych drewnianych pomostów, zamocowanych na wbitych w skałę 

wiertłach. Te ostatnie połączone są drabinkami, które do dziś stoją na pomostach. 

Gdy wreszcie dojdziemy do końca tunelu A i skręcimy w prawo, po kilku metrach 

natrafimy na wodę. Im dalej będziemy próbowali się poruszać, tym będzie głębsza. 

Musimy zatem wracać. 

W podobny sposób możemy przejść tunele B i C, gdzie także po pewnym 

czasie napotkamy wodę. Nieco inaczej wygląda sprawa w tunelu D. Idąc nim 

prosto, po minięciu skrzyżowania ze sztolnią nr 3, po mniej więcej 50 m dochodzimy 

do krzyżówki. Tam kończy się nasze zwiedzanie suchej części podziemi. Jedynie 

idąc w prawo dotrzemy do miejsca gdzie ma swój wlot szyb transportowy z 

powierzchni. To wszystko - dalej woda jest coraz głębsza. Zmieniamy zatem środek 

lokomocji i przesiadamy się na ponton. Płynąc dalej tunelem D, docieramy do dosyć 

dużej komory wybranej między tunelem D a sztolnią nr 2. Po wpłynięciu i pokonaniu 

około 50 m docieramy do komór wartowni. W Prawej komorze natrafiamy na 

ciekawą rzecz. Otóż na głębokości około 1 m pod wodą, stoją na dnie skrzynie po 

background image

materiale wybuchowym - donaricie. Za wartownią jest niewielki zawał, za 

którym jest już sucho i możemy wyjść na powierzchnię. 

Wracamy pontonem aż do tunelu D i skręcamy w prawo Po 80 m dopływamy do 

czegoś, co... zapiera nam dech w piersiach. Wpływamy bowiem na prawdziwe 

podziemne jezioro. Hala o długości ponad 60 m szerokości 9 m i wysokości ponad 10 m 

zalana jest do głębokości 1 5 m krystalicznie czystą i piekielnie zimną wodą. Doskonale 

widać w niej leżące na dnie różne przedmioty, służące kiedyś budowniczym Na 

końcu hali - zwanej Jeziorem Łabędzim - jest jeden z najbardziej tajemniczych 

zawałów jakie znamy. O tym jednak będzie mowa w rozdziale omawiającym 

działalność SGP KRET. 

Od strony wlotu do hali sztolni nr 1 rozpoczęto montowanie stropu z potężnych 

żelbetowych łukowych stropic. Sztolnia nr 1 jest najgłębiej zalana w całym systemie. 

Poziom wody wynosi tam ponad 1,7 m. Wartownię w sztolni nr 1 rozpoczęto dopiero 

drążyć. Gotowa jest jedna komora i zaczątki drugiej. To wszystko jeżeli chodzi o 

poziom I podziemi w kompleksie Włodarz. Istnieje jeszcze drugi, położony wyżej 

ciąg tuneli, który razem z dolnymi tunelami (już po wyburzeniu znajdującej się 

między nimi warstwy skał) miał tworzyć wielkie hale. Taki właśnie ciąg korytarzy 

biegnie nad całym tunelem C. Można się tam dostać przez liczne szybiki, którymi 

zsypywano na stojące na dole wagoniki urobek z górnego poziomu. Ponadto 

fragmenty takich tuneli biegną nad tunelami A i B oraz nad tunelem D przy zalanej 

hali, gdzie dodatkowo górne korytarze C i D łączy poprzeczny chodnik. Wymiary 

korytarzy górnego poziomu są o wiele większe od korytarzy poziomu dolnego. 

Przeważnie ich szerokość waha się od 4 do 5 m. Tak więc, aby uzyskać wymiary 

dużej hali, nie wystarczyłoby wyburzenie stropu między tymi poziomami, ale 

trzeba byłoby jeszcze poszerzać dolny tunel. Widzimy tutaj podobieństwo tych 

tuneli do korytarzy o przekroju T z kompleksu Osówka, gdzie podziemia są jakby 

o jeden stopień wyżej - mają już wyburzony strop. 

Z powierzchni dochodzi do podziemi szyb o głębokości 40 m i średnicy 4 m. Jest w 

połowie zablokowany przez zator z gałęzi, liści i ziemi. Długość korytarzy w 

kompleksie Włodarz wynosi 3 100 m, powierzchnia 10 710 m2, natomiast kubatura: 

31 362 m3 poziomu dolnego i 10 625 m3 poziomu górnego, co razem daje 42 000 m . 

background image

Stan wyrobisk pod względem górniczym jest dobry, jedynie przy wejściach istnieją 

obwały. Zagradzają one odpływ wodzie i są przeszkodą w swobodnej penetracji 

podziemi. 

Kompleks Włodarz - badania 

W podziemiach kompleksu Włodarz nasze szczególne zainteresowanie 

wzbudził (i wzbudza nadal) duży zawał na końcu hali, będącej przedłużeniem 

sztolni nr 1. Warunki pracy w tym miejscu należą do najcięższych w całym 

„Riese". Dojście do zawału jest bardzo trudne i wiedzie przez głęboką wodę i 

wielkie bloki skalne. Podjęliśmy jednak wyzwanie. 

Prace badawcze w tym miejscu przeprowadziliśmy w grudniu 1993 roku oraz 

w styczniu 1994 roku. Polegały na rozbijaniu wielkich bloków skał (kilof, młot, 

przecinaki) i przerzucaniu rumoszu skalnego kilka metrów za siebie. Po paru 

dniach udało się nam odsłonić kilka metrów chodnika wychodzącego nieco poza 

obrys hali. Niestety, kończy się on przodkiem. Dalsze prace przerwało 

pojawienie się w wykopie wody, która przesiąka ze wspomnianego „Jeziora 

Łabędziego". 

Podczas rozkopywania zawału natrafiliśmy na sporo części sprzętu 

budowlanego (kilofy, łopaty, świdry) oraz na duże ilości lasek donaritu wraz z 

odcinkami lontów, a także na same lonty (nawet 2-3 metrowe odcinki). Może to 

świadczyć o pośpiesznym zdetonowaniu ładunków w tym odcinku podziemi. 

Wystające z zawału w jednym miejscu pogięte szyny kolejki zdają się to 

potwierdzać. Obecnie prace w tym rejonie możliwe będą chyba dopiero po 

osuszeniu podziemi, jednak aby tego dokonać, trzeba będzie przekopać aż trzy 

zawały w sztolni nr 1. Blokują one bowiem odpływ wody z kompleksu, 

„zalewając" go do głębokości 1,7 m w rejonie wartowni. Bez osuszenia 

podziemi ciężko będzie całkowicie spenetrować zawał i wyjaśnić tajemnicę 

Włodarza. Według wszelkich znaków zawał ten kryje dostęp do dalszych, 

dużych partii podziemi oraz sztolni nr 5 - największego mitu kompleksu 

Włodarz. Mitu, którego od kilku lat usilnie poszukują wszyscy „siedzący" w 

temacie Gór Sowich. 

Tak się  złożyło,  że jako jeden ze szczęśliwców miałem okazję widzieć 

background image

fotokopie oryginalnych planów sztolni nr 5 oraz tego, do czego ona prowadzi. A 

prowadzi w bardzo ciekawe miejsca. Sztolnia ta dochodzi do systemu 

podziemnych komór, w których ulokowany został  ośrodek badawczy, a dalej 

biegnie w kierunku serca Olbrzyma", do tzw. „Centrum". Cóż to takiego owo 

„Centrum"? Jest to duży podziemny kompleks ulokowany wewnątrz Góry 

Moszna który pełni rolę  głównego skrzyżowania w podziemnych Górach 

Sowich. Do niego schodzą się wszystkie chodniki łączące podziemne kompleksy 

Możemy więc stwierdzić,  że odkrycie wejścia do „Centrum" rozwiąże tajemnice 

„Olbrzyma". Tak, o ile oczywiście ktoś kiedyś zainwestuje odpowiednią sumę 

pieniędzy, aby zlokalizować i odkopać wloty sztolni (prawdopodobnie dwóch) 

prowadzące do „Centrum" lub do zamaskowanego szybu, pełniącego w „Centrum" rolę 

szybu windowego. 

Wiadomo,  że kompleksy podziemi wykuto na różnych poziomach i że w 

szybie „Centrum" chodniki do kompleksów także schodzą się na różnych poziomach. 

Powstał zatem szyb z windami, które umożliwiają przejście między kompleksami, np. 

z Włodarza (590 m n.p.m.) winda w „Centrum" zjedzie na 560 m n.p.m. i dalej już 

prosta droga do Rzeczki. 

Wiadomo, iż wylot sztolni nr 5 znajduje się wyżej niż poziom znanych sztolni 

Włodarza, ale o ile wyżej - tego dokładnie nie wiem. Podobnie też nie znam odchylenia 

kierunku przebiegu względem sztolni nr 1. Wiem za to, że posiada połączenie poprzez 

korytarz komunikacyjny i wąską sztolnię odwadniającą ze znanymi nam podziemiami 

oraz  że właśnie dlatego podziemny Włodarz zalany jest dziś wodą. Niech o 

prawdziwości tego, o czym piszę, świadczy fakt znalezienia kilka lat temu w sztolni nr 

1 przez moich kolegów pewnej niepozornej blaszanej tabliczki. Ma ona następujący 

napis:  A II. Wyjaśniam,  że jest to tabliczka z numerem sztolni, a konkretnie z 

numerem wyjazdu z podziemi (A - Ausgang (wyjazd) II). Obecnie nazywamy ten 

tunel sztolnią nr 1, ale w rzeczywistości był on tunelem nr 2 w kompleksie Włodarza. 

Tunelem nr 1 jest mityczna (choć tak naprawdę istniejąca) sztolnia nr 5. A „na deser" 

zamieszczam fragment planu podziemi, o których piszę 

(patrz ryc. 39). 

 

background image

Kompleks Osówka - część naziemna 

Kompleks Osówka jest najbardziej rozbudowanym spośród wszystkich kompleksów 

w Górach Sowich. Odnosi się to zarówno do części naziemnej jak i podziemnej.  

Na część naziemną kompleksu Osówka składają się budowle w rejonie podziemi, 

wzdłuż drogi Kolce-Walim oraz wiele innych pojedynczych obiektów rozrzuconych po 

lesie w promieniu około 1 km od szczytu góry. 

Zanim poznamy zasadniczą część kompleksu, przyjrzyjmy się bliżej pozostałościom 

po Wielkiej Budowie, które znajdują się jakby na przedpolu kompleksu Osówka, we 

wsi Kolce. W dużym, trzypiętrowym budynku zlokalizowano tam jeden z najbardziej 

znanych obozów sowiogórskiej budowy i KL Dörnhau. Obecnie mieści się w 

nim magazyn zbożowy. Nieco dalej (przy nasypie kolei normalnotorowej) znajdują się 

wielkie wykopy pod podziemny dworzec kolejowy dla pociągów specjalnych. Fakt 

ten sugeruje zamiar rozbudowy podziemi aż pod rejon wsi. Obok wykopów 

umiejscowiono magazyny i baraki z warsztatami naprawczymi dla kolejek wąskotorowych, 

które kursowały na Osówkę i Soboń. Fundamenty oraz resztki nasypów kolej 

pozostały po nich do dziś. Niedaleko obozu (od wysadzonego mostu) rozpoczyna 

się szeroka, brukowana droga, biegnąca przez cały kompleks oraz dalej przez 

Mosznę aż w rejon Włodarza. Droga ta jest w doskonałym stanie, podobnie jak i 

cały system studzienek odwadniających stok, na którym ją zbudowano. Zanim 

droga osiągnie las, dwukrotnie krzyżuje się z torami kolejki wąskotorowej, która 

zakosami po zboczu góry, pnie się pod sam jej szczyt w miejsce, gdzie zlokalizowano 

główną część budowy. Idąc tą drogą, co kilkadziesiąt metrów widzimy w lesie 

duże wykopy, pryzmy gleby i splantowane platformy pod budowę jakichś 

obiektów. Przy drodze znajduje się także niewielki kamieniołom - jak się 

niedawno okazało nie jest on wybraniem pod sztolnię nr 4. Około 1,5 km w głąb 

lasu rozpoczyna się zasadnicza część budowy, leżąca na poziomie wlotów sztolni. 

W rejonie wlotu sztolni nr 3 zlokalizowano obóz dla więźniów zatrudnionych 

przy budowie kompleksu o nazwie KL Saüferwasser Dziś pozostały po nim 

fundamenty baraków i ujęcia wody. Nad wlotem sztolni nr 3 wykonano duży wykop, 

poszerzający wlot do sztolni lub przygotowany pod obiekt nieznanego 

przeznaczenia. 

background image

Obok torowiska kolejki, która transportowała urobek ze sztolni nr 3 na 

pobliskie  usypisko  w  dolinie potoku Kłobia,  stoi fundament kompresora. Jest 

usytuowany w bardzo ciekawym miejscu. Otóż do najbliższego wlotu sztolni (nr 

3) jest około 250 m. Tymczasem naprzeciw fundamentu droga jest mocno 

poszerzona - niestety nie wiadomo w jakim celu. Około 300 m dalej 

zlokalizowano główne usypisko kamienia z podziemi. Zajmuje ono całą dolinę 

potoku i jest naprawdę potężne. Właśnie tam - na poziomie potoku Kłobia - spod 

zwałów kamienia wystają tory kolejki. Czyżby prowadziły one do kolejnej sztolni? 

Na hałdzie obok torowiska stoi podstawa (4 żelbetowe słupy) po urządzeniu 

wyciągowym platformy, która kursowała na szynach po zboczu góry do poziomu 

„górnej" budowy. Pomiędzy wlotem sztolni nr 2 a hałdą stoi fundament ze 

schodami po niewielkiej wartowni. Znajduje sil tam również gruba, żelbetowa 

płyta nieznanego przeznaczenia. Tworzy ona na potoku swego rodzaju most. 

Przed wlotem sztolni nr 2 znajduje się niewielki skład cementu, natomiast po drugiej 

stronie drogi stoją fundamenty po barakach obsługi technicznej oraz fundamenty po 

niewielkich magazynach sprzętu technicznego (łopat, kilofów itp.). Znajduje się 

tam także fundament po nieznanym urządzeniu, pryzmy gleby oraz krótkie 

wykopy (rowy?). Nieco bliżej wlotu sztolni nr 1  leży betonowy, otwarty zbiornik 

przeciwpożarowy. Tuż nad drogą, pomiędzy sztolniami nr 1 i 2, znajdują się duże 

fundamenty po stacji kompresorów, zaopatrujących podziemia w powietrze. 

Około 300 m dalej, na zboczu, wybudowano obiekt o bardzo dziwnym kształcie. 

Są to jakby betonowe klatki. Nie znamy przeznaczenia tego obiektu. Podobna 

konstrukcja znajduje się także na zboczu, po drugiej stronie drogi, dokładnie 

naprzeciw opisywanej budowli. 

Jeżeli chodzi o tzw. część dolną, to w zasadzie już wszystko. O wiele 

ciekawsze obiekty znajdują się na zboczu nad podziemiami... 

Tory kolejki wąskotorowej, biegnącej od wsi Kolce, wznoszą się na wysokość 

około 660 m n.p.m., osiągając poziom zasadniczej części budowy na Osówce. 

Tor prowadzący od strony Sobonia rozgałęzia się bezpośrednio nad 

podziemiami na kilka bocznych torowisk, docierających do wszystkich 

najważniejszych części budowy. 

background image

Główną budowlę systemu ulokowano obok centralnego torowiska w samym 

środku budowy. Mowa o żelbetowym bunkrze o powierzchni około 680 m2 i 

kubaturze 2 300 m3. Jest to budowla w stanie surowym - ściany o grubości 0,5 

m są wewnątrz wyłożone supremą, a dach o grubości 0,6 m ma kształt koryta, 

jako  że był on przygotowywany do maskowania ziemią i drzewkami. Bunkier 

posiada 8 połączonych ze sobą pomieszczeń, 5 otworów drzwiowych i 46 okien. 

Jedna ze ścian jest zbudowana z cegły, co świadczy o zamiarze rozbudowy 

obiektu. Potwierdzeniem tego jest rozległy wykop obok budowli, w którym 

miano wybudować drugą część obiektu. Budowla ma ponad 50 m długości i 14 

m szerokości. Wśród ludności miejscowej funkcjonują  aż 3 nazwy, jakimi 

określa się ten obiekt. Niewątpliwie najbardziej znaną jest „Kasyno". Nazwy 

rzadziej używane to: „Zamek Hitlera" i „Dom Hitlera". Podobnie, jak w wielu 

innych przypadkach również dla tego obiektu nie udało się określić 

przeznaczenia. Prawdopodobnie miał on mieścić pomieszczenia mieszkalne dla 

obsługi technicznej gotowego obiektu lub był przygotowany na pomieszczenia 

produkcyjno -laboratoryjne. Nie możemy jednak stwierdzić tego ze 

stuprocentową pewnością. Poniżej „Kasyna", przy torze kolejki, wybudowano 

ciąg sześciu  żelbetowych zbiorników przeznaczonych do magazynowania 

piasku i żwiru. Mają one łączną długość 134 m, szerokość 11 m i głębokość 5 

m. Część z nich jest wypełniona piaskiem i kruszywem. Pod zbiornikami 

usytuowano na kilku poziomach betonowe platformy. Stały na nich betoniarki, 

kruszarki, być może kompresory oraz inne urządzenia techniczne niezbędne do 

przygotowania betonu, który pod ciśnieniem podawano przez szyb do podziemi. 

Na jednej z platform zmagazynowano kilka tysięcy worków cementu. Obok 

nich stoi wielka bryła zastygłego nie wykorzystanego betonu. Pomiędzy 

"Kasynem" a zbiornikami znajduje się wejście do podziemnego tunelu o 

wymiarach 1,25 x 1,95 m, długości 30 m i spadzie około 8°. Tunel ten miał 

łączyć „Kasyno" z szybem. Ukończona część tunelu ma wylot w betonowym 

pomieszczeniu, przykrytym żelbetową płytą (obecnie zawaloną) Pomieszczenie 

ma kształt nieforemnego sześciokąta. Dalszy ciąg tunelu był w trakcie budowy. 

Wykonano tylko wykop, dochodzący do szybu Na podstawie jego 

background image

wewnętrznego kształtu przypuszczamy, że miał on służyć jako kanał, w którym 

biegłyby różne kable łączące „Kasyno" z podziemiami. Jego wymiary są 

bowiem zbyt małe, aby mogli się w nim poruszać swobodnie ludzie, zwłaszcza, 

że mieli to być najważniejsi ludzie w Rzeszy. 

Na tej samej platformie, gdzie zmagazynowano worki cementu, stoi 

żelbetowy magazyn, do którego dochodził tor kolejki. Wokół magazynu 

znajdują się rozległe składy cegieł, rur kamionkowych i innych elementów 

ceramicznych używanych na budowie. Od głównego toru poprowadzono też 

boczny tor - dochodził on do górnej stacji platformy wyciągowej. Po platformie 

pozostały dziś jedynie ruiny stacji oraz biegnące po zboczu betonowe podstawy, 

po których się poruszała. Na linii nasypu platformy widzimy m.in. ślady po 

wiadukcie kolejki wąskotorowej, która kursowała nad platformą. Prowadziła do 

najbardziej tajemniczej budowli systemu - „Siłowni". 

„Siłownia" jest betonowym blokiem o wymiarach 30 x 30 m. Z tego monolitu 

prowadzą w głąb włazy ze stalowymi klamrami oraz zawalone obecnie zejścia, 

świadczące o kilkupiętrowej głębokości obiektu. Cała dostępna jego część 

połączona jest siecią rur i kanałów. Na powierzchni są też doskonale widoczne 

elementy hydrauliki przemysłowej: rury kamionkowe, studzienki i śluzy. Do 

środka budowli prowadzą jeszcze dwa ciekawe otwory. Pierwszy z nich 

przypomina szyb windy, natomiast drugi jest bez wątpienia klatką schodową. 

Jak głęboko sięga ta budowla i co kryją niedostępne od 1945 roku dolne 

poziomy Siłowni? To dwa pytania, na które wciąż brak jednoznacznej 

odpowiedzi. 

Wiadomo,  że obiekt miał być rozbudowywany. Świadczą o tym sterczące z 

niego stalowe pręty. Według naocznych świadków, zaraz po wojnie miały one 

po 4-5 m wysokości, ale niestety zostały w latach 50. ścięte przez 

szabrowników, których nie brakowało w tym rejonie. 

Powyżej „Kasyna" i głównego toru kolejki prowadzono rozległe prace ziemne 

- wykonano wiele wykopów pod fundamenty przyszłych budowli, a około 450 

m od szczytu Osówki wybudowano dwukkomorowy zbiornik na wodę o 

pojemności 350 m3. Zbiornik zasilany był w wodę rurociągiem biegnącym 

background image

przez Rzeczkę, aż ze stoków Wielkiej Sowy. Ślady wykopów wskazują,  że miał 

zaopatrywać w wodę cały rejon budowy. W pobliżu zbiornika znajdują się także 

fundamenty po kilku barakach mieszkalnych bądź magazynach. Duży zespół 

magazynów zlokalizowano także na wschód od „Kasyna", gdzie przy za-

kończeniach torowisk znajdują się duże składowiska piasku i ceramiki 

budowlanej. Na brzegu lasu stoi duża ceglana budowla z zakratowanymi 

oknami, o nieznanym przeznaczeniu. Nieco głębiej w lesie, przy punkcie 

węzłowym szlaków, zbudowano niewielki zbiornik na wodę. Obok tego 

miejsca, w świerkowym lasku, znajduje się betonowy fundament po baraku, a 

cały teren wokół jest splantowany i pełen wykopów. Przy drodze biegnącej z 

Kole do Walimia, około 750 m przed wlotem sztolni nr 3, poprowadzono po 

zboczu drogę, dochodzącą do platformy przy jednym z zakosów kolejki. Na 

platformie w zboczu góry wybudowano niewielki żelbetowy magazyn, w 

którym prawdopodobnie przechowywano materiał wybuchowy używany na 

budowie. Magazyn zamykano pancerno-betonowymi drzwiami. Dziś pozostały 

po nich jedynie zawiasy i... wspomnienia. 

Jak już nadmienialiśmy, zaopatrzenie kompleksu Osówka w materiały 

budowlane odbywało się kolejką  wąskotorową, która miała swoją bocznicę na 

stacji kolei normalnotorowej w Głuszycy Górnej. Kolejkę poprowadzono przez 

Głuszycę Górną (gdzie obok wiaduktu normalnej kolei widać filary po wiadukcie kolejki 

wąskotorowej), dalej do Kole obok wsi Zimna Woda i zakosami aż do poziomu 

budowy. 

Do rejonu budowy doprowadzono także rurociąg od ujęć wody w Głuszycy. Jak 

widać kompleks Osówka w swojej naziemnej części jest najbardziej rozległym i 

zaawansowanym w budowie kompleksem Mimo to nie daje nam odpowiedzi na 

pytanie: jak miała ostatecznie wyglądać naziemna część obiektu budowanego wewnątrz 

góry? 

 

Kompleks Osówka - część podziemna 

Przy leśnej drodze Kolce-Walim, w dolinie, którą  płynie potok Kłobia, 

znajdują się wejścia do najbardziej rozbudowanego systemu podziemnego w Górach 

background image

Sowich. Wloty do tuneli usytuowane są na południowych stokach niepozornej góry o 

nazwie Osówka. Dość trudno odnaleźć  ją w przewyższających masywach 

Włodarza, Sobonia i Moszny. Jednak mimo swych niewielkich rozmiarów wnętrze 

góry kryje potężny system, ustępujący swoimi rozmiarami tylko podziemiom 

Włodarza. 

System składa się  właściwie z dwóch części. Pierwsza (większa) obejmuje 

sztolnię nr 1 i 2 oraz położone między nimi wyrobiska chodnikowe. Druga część to 

sztolnia nr 3. Jest oddalona od zasadniczej części podziemi o około 500 m i tworzy 

osobny system niepołączony z częścią  główną. Wyrobiska sztolni leżą na 

następujących wysokościach: nr 1- 610 m n.p.m. oraz nr 2 - 595 m n.p.m. Pierwszy 

poziom dostępny z wejścia nr 1 kończy się na tzw. uskoku, który jest wielkim 

zawałem. O wybuchu, jaki zniszczył  tę część tunelu i sztucznie połączył obydwa 

poziomy, świadczą wyraźnie resztki obudowy, lontów i pokruszonej skały. W miejscu 

tym można też zauważyć ciekawą rzecz. Otóż, spływająca do uskoku woda wsiąka w 

niego, co wydaje się naturalne, natomiast na pewno naturalnym nie jest to, że w 

położonej niżej wartowni po owej wodzie nie ma już śladu. 

Teraz wejdźmy do środka. 

Od razu odczuwamy różnicę temperatur. W lecie jest zimno, natorniast zimą 

natura pokazuje nam do czego jest zdolna. W wyniku skraplania się i częściowego 

zamarzania pary wodnej (efekt ruchu turystycznego) naszym oczom ukazuje się 

prawdziwie bajkowy świat. Duże i małe, cieniutkie jak szpilki i grube jak 

drzewa, wiszące i sterczące ze spągu lodowe sople są niesamowite. Dlatego też osobiście 

polecam zwiedzanie podziemi szczególnie zimą - to doprawdy niezapomniane 

przeżycie. 

Po około 50 m z głównego tunelu skręcamy w prawo i przez tunel biegnący od 

komory wartowni docieramy do serca kompleksu. Widzimy wszystkie fazy budowy, 

od małych tuneli aż po gigantyczne hale o wymiarach boiska sportowego. Doskonale 

wyeksponowane są tunele o przekroju litery T. Powstały poprzez wybranie najpierw 

części dolnej, potem środkowej, górnej a następnie górnych bocznych fragmentów. 

Pozostałych elementów nie zdołano już wybrać. Gdyby jednak to uczyniono, 

powstałyby ciągi hal o szerokości 8-10 m i wysokości 10-15 m. Takie hale 

background image

wykuto tylko w trzech miejscach. Dwie z nich są już obetonowane; jedna w 

całości, druga ma wylany tylko strop. Nie zdjęto z niego szalunku i dziś tworzy 

on fantastyczny widok. Niebawem wchodzimy w nieco węższe tunele. Tunel 

sztolni nr 2 poprowadzi nas w kierunku tzw. uskoku i wartowni. Pod nogami 

szumi woda. Spływa w kierunku uskoku. Dochodzimy do niego. Dziś jest 

zagruzowany i przykryty schodami, ale kiedyś, aby dostać się do wartowni 

trzeba było się nieco pogimnastykować. 

Schodzimy do wartowni. Jest niemal całkowicie ukończona. Doskonale 

widoczne są podwójne żelbetowe stropy nad komorami, działające niczym 

poduszka powietrzna. W pomieszczeniach warty zamontowano pancerne płyty, 

które były dodatkowo chronione przez obudowę przeciwodłamkową (mowa o 

schodkach z betonu naokoło płyty). Zwróćmy uwagę na ich grubość i doskonały 

stan. Okienka strzelnic znajdują się po obu stronach tunelu, ale są w stosunku do 

siebie przesunięte o kilka metrów. Po co? Aby w przypadku otwarcia ognia 

strzelcy nie razili się wzajemnie ogniem. 

Mijamy wartownię i tunelem sztolni nr 2, kierując się do wyjścia. Po drodze 

mijamy niewielki fundament po kompresorze tłoczącym powietrze do tunelu. Jeszcze 

kilka metrów i jesteśmy znowu w krainie światła. 

Na końcu, w otwartej części podziemi, możemy zobaczyć jedną dużą halę w 

stanie surowym. Znajduje się tam również odejście tunelu w kierunku Włodarz-

Soboń oraz Rzeczka. Można tam także podejść od spodu pod szyb 

wentylacyjny. Zobaczymy dodatkowo pewną komorę, położoną dokładnie pod 

tzw. „Siłownią". Wszystko wskazuje, że stąd właśnie zamierzano wykuć szyb 

łączący oba te miejsca. 

Niestety, chyba nigdy nie zobaczymy sztolni nr 3. Dlaczego? Prawdopodobnie nie będzie 

udostępniona turystom. Leży bowiem około 500 m od głównych wyrobisk. Kiedy 

idziemy na Osówkę drogą z Kolc, w pewnym momencie ją mijamy - jest to 

wybranie w zboczu z drewnianymi stemplami. W tym miejscu muszę wykazać się brakiem 

skromności i samemu pochwalić, gdyż to właśnie Grupa Badawcza „Góry Sowie", w 

której działałem, dokonała odkopania tego wejścia w 1992 roku. Przed nami sztolnię 

rur 3 badał m.in. Jerzy Cera. Co jest w jej środku? Otóż, sztolnia ma razem z bocznymi 

background image

chochlikami długość około 120 m i dwie ceglano-betonowe tamy, które przegradzają ją do 

wysokości 90 cm i 60 cm. Nie wiemy po co je wybudowano, natomiast bardzo skutecznie 

przeszkadzają w penetracji tunelu, utrzymując w nim wodę do głębokości 90 cm. 

Ogólna długość wyrobisk w kompleksie Osówka wynosi 1 750 m, powierzchnia 6 700 

m2 a kubatura 30 000 m3. Stan wyrobisk pod względem górniczym (pomijając 

prace zabezpieczające) jest dobry i przy penetracji kompleksu nie ma prawie żadnego 

zagrożenia. 

 

Kompleks Osówka - badania 

Prace badawcze w kompleksie Osówka rozpoczęliśmy w czerwcu 1992 roku od 

przebrania obwału na wlocie sztolni nr 3. Nie było to trudne technicznie, ale bardzo 

męczące fizycznie. Po prostu trzeba było przerzucić całe tony ziemi i skał oraz odsłonić 

wlot sztolni, aby woda wypełniająca tunel mogła swobodnie spłynąć. Chodziło nam o 

możliwość spenetrowania tunelu, co też powiodło się 28 sierpnia 1992 roku Po 

przebraniu zawału i postawieniu obudowy z drewna, udało się nam obniżyć poziom 

wody w tunelu do około 30 cm. Obecnie (po ponownym osunięciu się ziemi) poziom 

wody w tunelu oscyluje w granicach 80 cm. Innymi słowy, aby swobodnie 

penetrować tunel ponownie należałoby oczyścić obwał. 

Pomiędzy kwietniem a czerwcem 1994 roku prowadziliśmy roboty przy tzw. 

uskoku. Tutaj sprawa wyglądała dużo poważniej. Czekało nas znacznie więcej skał 

do przerzucenia, a do tego prace utrudniały ciemności oraz lejąca się na głowy 

woda, pochodząca z żyły wodnej odsłoniętej w czasie drążenia chodników w 

latach 1943-1945. Jednak uporczywe przekopywanie zawału, powoli dawało 

efekty. Byliśmy coraz głębiej i bliżej celu. Po lewej stronie tunelu ukazały się 

szalunki (belki i deski) oraz coraz większe pustki między skałami. Niestety, zalewająca 

ciągle wykop woda okazała się silniejsza od nas. Przegraliśmy. Obecnie są pewne 

szanse, aby jeszcze raz zmierzyć się z uskokiem, tym razem z pomocą techniki. 

Piszę „pewne szanse", bowiem gospodarz obiektu do końca nie jest zdecydowany 

czy prowadzić prace badawcze, czy też zadowolić się stanem obecnym. Stan obecny 

to efekt „dziwnej" adaptacji obiektu, w wyniku której, co prawda ułatwiono 

przejścia głównymi tunelami ale także, bez sprawdzania, zasypano rumoszem 

background image

skalnym wszystkie ważne, najbardziej obiecujące miejsca, znacznie utrudniając 

dostęp do nich. Popełniono wręcz kardynalne błędy tłumacząc to chęcią szybkiego 

otwarcia tuneli dla turystów, lecz mam nadzieję, nie zaprzepaszczono przy tym 

ostatecznie szansy odkrycia czegoś nowego. 

Komora strzelnicza (izba bojowa) w prawej wartowni tunelu nr 2 jest niedostępna 

od... No właśnie, od kiedy? Wejścia do niej broni duży zawał, który powstał 

gdzieś między 1945 a 1950 rokiem 12 w wyniku wysadzenia części nie 

obetonowanej komory wartowni. Przez długie lata do wnętrza izby bojowej można 

było zaglądać jedynie przez nieco uchylone okienko strzelnicy. Można też było 

obejrzeć sobie leżącą naprzeciw taką samą wartownię i porównać je, ale to nie to 

samo. 

18 stycznia 1998 roku stanęliśmy przed wartownią z mocnym postanowieniem jej 

zbadania. Skąd wzięła się szansa? Otóż, izba bojowa posiada (oprócz otworu 

strzelniczego oraz wentylacji) otwór o przekroju prostokąta o wymiarach mniej 

więcej 25 x 40 cm, przez który miały z niej być wyrzucane granaty. Wybór padł na 

Piotra, najszczuplejszego. 

Po kilku minutach przeciskania (otwór jest długi na około 1 m), Piotr oznajmił 

o dotarciu do wnętrza wartowni. Okazało się,  że w wartowni nie ma nic poza 

pustą skrzynką narzędziową i dwoma budowlanymi „koziołkami". Tajemnica 

przestała być tajemnicą. 

Z kolei w maju i czerwcu 1998 roku postanowiliśmy wyjaśnić jedną z 

zagadek „Kasyna". Chodzi o nie wybetonowany fragment podłogi (około 4 x 5 

m) wewnątrz budowli. Nasze prace posuwały się szybko do przodu, bowiem 

ziemia nie była zbyt ubita. Podkreślam - ZIEMIA! - a nie skały, które powinny 

tu być. Po wykonaniu wykopu o wymiarach 2 x 3 m i głębokości 2,5-3,0 m, 

dotarliśmy do warstwy skał, której nie zdołaliśmy już przebić. Fakt ten bardzo 

nas zaskoczył, bowiem badania prowadzone różnymi technikami (m.in. przez 

radiestetów) wskazywały na istnienie w tym miejscu zejścia do podziemnej części 

obiektu. Ponadto z tego właśnie miejsca powinien biec tunel w kierunku Siłowni". Czy 

biegnie on faktycznie? Bardzo możliwe. Być może uda się nam w końcu dokończyć 

background image

wykop i tajemnica zostanie wyjaśniona Pozostaje tylko ta warstwa skał... 

 

Kompleks Jugowice Górne - część naziemna 

System Jugowice Górne posiada dość mocno rozbudowaną część naziemną. 

Składają się na nią  żelbetowe baraki, ujęcia wody oraz sieć dróg i torowisk. 

Poznawanie tej części rozpoczniemy od dworca kolejowego na trasie Świdnica-Jedlina 

Zdrój. Od stacji biegło zelektryfikowane połączenie do Walimia, które 

zaopatrywało w materiały kompleks Rzeczka. Sama stacja była też punktem 

przeładunkowym dla materiałów używanych na budowie w górach. Po wojnie 

znajdowało się na niej dużo sprzętu (kabli, osprzętu elektrycznego i różnego sprzętu 

technicznego). Zaopatrywanie systemu Jugowice odbywało się z bocznicy kolejowej na 

stacji w Olszyńcu. Stąd też zakosami poprowadzono kolejkę  wąskotorową do 

kompleksów Włodarz i Jugowice. W samych Jugowicach (około 200 m za 

wiaduktem kolejowym; wybudowano basen, prawdopodobnie na potrzeby 

przebywającej na terenie kompleksu załogi. Uregulowano też  płynący przez 

wieś strumień Jaworzynka, którego brzegi tu i ówdzie wzmocniono betonowym 

murem. Wzdłuż drogi na terenie całej wsi stoją  żelbetowe baraki obsługi 

technicznej. Baraki, to raczej za dużo powiedziane. Są to żałosne ruiny baraków 

zdewastowanych przez miejscową ludność. Według relacji świadka były to 

piętrowe konstrukcje z żelbetu, mające wymiary 46,5 x 16 m oraz 42 x 12 m. 

Posiadały centralne ogrzewanie, sieć wodociągową i kanalizacyjną oraz 

elektryczność. Część pomieszczeń wykończono płytkami ceramicznymi. 

Niestety, na przełomie lat 40. i 50. w skutek odzysku z nich pustaków, 

częściowo je rozebrano, a następnie podcięto filary trzymające stropy. W 

efekcie, baraki stały się ruiną.  

W górnej części wsi, po prawej stronie drogi, zlokalizowano stację końcową 

kolejki wąskotorowej. Przy bocznicy ulokowano skład materiałów budowlanych. 

Jeszcze dziś można tam znaleźć worki skamieniałego cementu oraz duże ilości 

metalowego osprzętu używanego na budowie. Stoi tam także fundament po dużym 

baraku magazynowym. Na zboczu góry, powyżej bocznicy, znajdował się obóz dla 

                                                                                                                                                                                      

12

 

Niestety ustalenie dokładnej daty nie jest możliwe.    

background image

robotników przymusowych oraz jeńców wojennych. Dziś po barakach pozostały 

jedynie betonowe platformy i fundamenty. Według ustaleń obóz nosił nazwę Hausdorf 

i nie miał nic wspólnego z KL Gross Rosen. 

Z ważniejszych budowli, zlokalizowanych przed wlotami sztolni, wymienić należy 

fundament po kompresorze, jaki stoi poniżej wlotu sztolni nr 2, fundament po takim 

samym urządzeniu, stojący na wybraniu przed zawalonym wlotem sztolni nr 4 oraz 

fundament po baraku, który stał obok wlotu sztolni nr 6. Poza tym, na wybraniu przed 

sztolnią nr 4 znajduje się ceglany fundament nieznanego przeznaczenia. Mówi się, że 

stał tam piec (?!), że była piekarnia? Na dzień dzisiejszy nie wiemy jednak nip więcej 

o funkcji tej budowli. Przed wlotami sztolni nr 1 i 2 jest duża hałda kamienia z 

podziemi. Podobne hałdy, lecz nieco mniejsze, znajdują się przed wlotami sztolni nr 

6 i 7. W związku ze zwiększonym ruchem samochodowym,  drogę biegnącą 

przez wieś poszerzono i utwardzono. W dwóch miejscach skarpy wzmocniono 

betonowymi murami oporowymi oraz odwodniono siecią sączków i studzienek. 

Na wschodnim zboczu góry Jedlińska Kopa, w dolinie potoku bez nazwy, 

wybudowano  żelbetowy zbiornik na wodę oraz małą przepompownię. Zbiornik 

jest dwukomorowy i ma 350 m pojemności. Miał on być częściowo zasilany 

wodą z potoku, częściowo zaś wodą spływającą do niego z okolicznych 

betonowych studzienek, którymi zdrenowano zbocza Włodarza i Jedlińskiej 

Kopy. 

 

Kompleks Jugowice Górne - część podziemna 

Pomimo łatwego dostępu do wlotów sztolni, podziemny system Jugowice nie 

cieszył się zbytnim zainteresowaniem badaczy. Co więcej, do 1992 roku udało 

się przeprowadzić penetrację tylko jednej sztolni (nr 6) i to jedynie częściom. 

Pozostałe wloty sztolni w ilości sześciu pozostawały niedostępne. Dopiero 

badania prowadzone przez SGP KRET pozwoliły ostatecznie ustalić ilość wejść 

i doprowadziły do spenetrowania większości z nich. 

Podziemia Jugowic wydrążono na południowo zachodnim zboczu wzgórza o 

wysokości 626 m n.p.m. w masywie Działu Jawornickiego. System można 

podzielić na dwie części. Do pierwszej zaliczymy sztolnie nr 1-5, do drugiej zaś 

background image

sztolnie nr 6-7. Wloty sztolni nr 1-5 leżą na wysokości 486-495 m n.p.m., 

natomiast wloty sztolni nr 6-7 na wysokości 492-495 m n.p.m. 

Wlot sztolni nr 1 znajduje się nad hałdą na niewielkiej platformie. Sama 

sztolnia ma zaledwie 10 m długości, szerokość 3 m, wysokość 3 m i kończy się 

przodkiem. 

Wlot sztolni nr 2 leży około 9 m poniżej sztolni nr 1. Spenetrowano ją 31 

października 1992 roku, po przekopaniu obwału przy wejściu. Sama sztolnia ma 

109 m długości, szerokość 3 m i wysokość 2,2-3,2 m. W końcowym odcinku 

wznosi się na tyle, że prawdopodobnie osiąga poziom sztolni nr 1 i 3. Razem z 

odejściem do sztolni nr 4 tworzy system wyrobisk chodnikowych o łącznej 

długości około 230 m. Wyrobiska   są    w      stanie      surowym,      częściowo   

wzmocnione   drewnianą obudową. W kilku tunelach stoi woda - około 30 cm. 

Jest jej szczególnie dużo w rejonie zawału na odejściu wyrobisk do sztolni nr 4. 

Co do istnienia sztolni nr 4 zachodziły poważne wątpliwości, ale ślady 00 wierceniach 

otworów strzałowych z dwóch stron ostatecznie potwierdziły,  że sztolnia nr 4 

istnieje, a jej spenetrowanie stało się możliwe po przekopaniu zawału na jej wlocie 

na wybraniu w rejonie tzw. piekarni. Nieubłaganie nasuwają się pytania: dlaczego 

wlot sztolni nr 4, w przeciwieństwie do pozostałych, był zawsze niedostępny? Co 

takiego kryje odcinek sztolni odcięty z dwóch stron zawałami, w którym 

szczególnie interesujące jest to, że rozpoznana w zawale szerokość sztolni nr 4 

wynosi 4-5 m? Fakt ten oznacza, że sztolnia jest szersza od największych tuneli 

znanych nam obecnie. W sztolni występują pomalowane farbą fosforową  słupy, 

stojące na wlocie do tunelu, niespotykane nigdzie indziej. Słupy pomalowane w 

biało-czerwone pasy mogą sugerować,  że do wnętrza tunelu wjeżdżały nawet 

samochody ciężarowe. Jeżeli prawdą okaże się wersja, że sztolnia ta przechodzi przez 

całą górę, to jej wylot znajduje się w okolicach dworca PKP w Walimiu, co 

wydaje się bardzo prawdopodobne, żeby nie powiedzieć oczywiste. 

Sztolnia nr 3 leży na tej samej wysokości co sztolnia nr 1 i podobnie jak ona ma 

zaledwie 15 m długości. Jej szerokość to 3 m, a wysokość 2,5-3 m. 

Około 100 m dalej znajduje się miejsce, gdzie rozpoczęto drążenie sztolni nr 5. W 

zboczu wykuto zaledwie niewielką niszę o głębokości około 3 m w kierunku 

background image

wyrobisk 1-4, stąd też możemy przypuszczać,  że sztolnie te miały stanowić 

zwartą całość. 

Bardziej na południowy-wschód położone są dwie ostatnie sztolnie systemu 

Jugowice o numerach 6 i 7. Leżą one na wysokościach: nr 6 - 492 m n.p.m., nr 7 - 

495 m n.p.m. 

Sztolnia nr 6 jest poznana na odcinku około 30 m. Zaraz przy wlocie korytarz 

przegrodzony jest betonową  ścianą grubości 0,5 m, w której zamontowano stalowe 

drzwi. Są one uchylone, jednak zaraz za nimi korytarz jest zawalony na odcinku około 5 

m. Tuż za zawałem znajdują się drugie stalowe drzwi, uchylone tak samo jak i 

pierwsze. Jednak za nimi drogę zamyka nam już woda o głębokości około 1,2 m, 

która dochodzi aż do zawału przegradzającego tunel od czasów wojny. Zawał ten 

utworzył na łące, leżącej nad tunelem, duże zapadlisko o średnicy około 5-6 m i 

głębokości około 4 m. Z miejsca tego podejmowane były próby dostania się do tunelu 

poprzez wykonanie szybu. 

Około 120 m dalej położone jest wejście do ostatniej sztolni w systemie Jugowice. 

Udało się je spenetrować w 1993 roku, po uprzednim rozkopaniu przez koparkę około 

dziesięciometrowego, zawalonego odcinka początkowego tunelu. Przy rozkopywaniu 

zawału natrafiono na skamieniały worek cementu i oś z kołami od wagonika kolejki 

wąskotorowej. Sztolnia ma obecnie długość 24,5 m. W środkowym odcinku sztolnia 

posiada  łukowy, betonowy strop o grubości 10 cm. Wspiera się on na bocznych 

ścianach tunelu i dzieli wyrobisko na dwie prawie równe części. Pod stropem 

wzniesiono dwie ceglane ścianki, które nie dotykają stropu. Końcowy odcinek o 

długości 8,7 m nieco się poszerza osiągając 2,7 m wysokości i 3,2 m szerokości. 

Odcinki sztolni przed i za betonowym stropem są obudowane drewnem. Co ciekawe, 

cała sztolnia pokryta jest warstwą czarnej substancji podobnej do sadzy. Dotychczas nie 

udało się ustalić czym dokładnie jest owa substancja. Na przodku odkryto starą 

gaśnicę, jednak miejscowa ludność nie przypomina sobie, aby w sztolni był pożar, na 

co zdaje się z kolei wskazywać wspomniana warstwa „sadzy". 

Ogólna długość poznanych wyrobisk w systemie Jugowice wynosi około 460 

m, powierzchnia około 1 360 m2, natomiast ich kubatura sięga 4 200 m3. Stan 

wyrobisk pod względem górniczym jest ogólnie dobry, choć w kilku miejscach 

background image

są niebezpieczne obwały ze stropu. Jeżeli chodzi o wartości poznawcze, to 

podziemia te nie zawierają żadnych rewelacji i w zasadzie niczym od innych się 

nie różnią. Jedynie wyrobiska między sztolniami 2-4 nadają się do zwiedzania, 

choć przeszkodą będzie tu dosyć trudne do pokonania wejście. Trudne z powodu 

ciągle obsypującej się ze zbocza ziemi, zawalającej przekop wykonany przez 

SGP KRET w 1992 roku. 

 

Kompleks Jugowice Górne - badania 

Kiedy w 1992 roku rozpoczynaliśmy badanie Jugowic Górnych, nie 

przypuszczaliśmy,  że czeka nas tak ciężka próba. Próba, przede wszystkim 

wytrwałości i cierpliwości, w ciągnących się miesiącami „wykopkach". 

24 października 1992 roku, przez wykopy przy stropach tuneli, bardzo szybko 

udało się nam dostać do sztolni nr 1 i 3. Obie sztolnie kończą się zaraz 

przodkami (10 i 15 m). Nabraliśmy więc pewności,  że podobnie szybko 

„skończymy" z Jugowicami. Co za błąd! 

31 października 1992 roku, w czasie zaledwie dwóch godzin dokonaliśmy 

penetracji (przez przekop przy stropie) sztolni nr 2 oraz połączonego z nią 

systemu wyrobisk chodnikowych. W jednym z chodników natrafiliśmy na zawał 

odcinający dostęp do sztolni nr 4. Spróbowaliśmy więc przekopu, jednak zaraz 

się wycofaliśmy. Niby nic się nie działo, ale zawał wygląda „paskudnie" i 

mieliśmy wrażenie,  że coś się tu zaraz obsunie. Lepiej nie ryzykować. Sukces 

był i tak ogromny. 

Badania terenu wskazują kolejny cel. Jest nim sztolnia nr 7. Niedostępna od 

wojny. Zagadka. Ale tu łopaty nie wystarczą. W czerwcowy 

ranek 1993 roku, przed wlotem sztolni pojawia się koparka Fadroma, 

usuwająca (za jednym zamachem) 1,5 tony skalnego gruzu. Jednak, 

mimo takiej pojemności, na odsłonięcie wejścia potrzebuje aż dwóch 

dni. Dreszcz mnie przechodzi na myśl, ile czasu pochłonęłoby kopanie 

łopatami. Niejako „po drodze" odsłonięte zostają zagrzebane w zawale 

worki cementu, oś wagonika, splątane przewody elektryczne oraz lonty. 

Cóż jednak z tego! Sztolnia jest krótka i w żaden sposób nie spełnia 

background image

nadziei, jakiej w niej pokładaliśmy. 

Jeszcze nie obeschło błoto na wykopie sztolni nr 7 (lipiec 1993 roku), a my 

już wbijaliśmy  łopaty w zawał sztolni nr 6. Szczelina przy stropie i można 

wchodzić. Pół zagrzebane w zawale, pół zatopione w błocie i wodzie, częściowo 

otwarte pancerne drzwi - robią na nas duże wrażenie. Podobnie jak 1 zawał, 

który widać kilka metrów za nimi jednak nic z tego - tędy nie przejdziemy. 

Zostawiając na razie sztolnię nr 6, trafiamy na zbocza nad sztolniami Jest 31 

października 1993 roku. Pada deszcz ze śniegiem, a ja przypięty szelkami i liną 

do grubego drzewa, kopię w zagłębieniu, które ma być ponoć szybem 

wentylacyjnym. I jest nim, o czym mogę się naocznie przekonać „dzięki" 

grubości drzewa. Szyb jest głęboki, ale bardzo wąski, czego osobiście 

doświadcza jeden z nas, kiedy blokuje się w nim na 16-tym metrze. Niestety, 

tędy również nie dostaniemy się do podziemi. 

Kwiecień 1994 roku zastaje nas przy monotonnym kopaniu zbocza w 

miejscu, gdzie ma mieć swój wlot sztolnia nr 4. Pod koniec miesiąca dół jest 

spory, a mimo to sztolni ani śladu. Czyżby pudło? 

Maj 1995 roku, to miesiąc powrotu na sztolnię nr 6. Tym razem „robimy" 

zapadlisko na łące. Musimy kopać szyb - zaczyna się piekło. Wiadro za 

wiadrem, wybieramy urobek. W gołych rękach na przemian: łopata, kilof i 

przecinak. Każdy zablokowany głaz trzeba rozkruszyć na miejscu i dopiero w 

kawałkach wynieść na hałdę. Wykop trzeba co chwilę wzmocnić belką 

obudowy. Co jakiś czas trzeba też przedłużać drabinę. Blokowisko skał jest 

coraz większe i ciaśniejsze. W końcu stajemy w miejscu. 

Czerwiec 1995 roku, to czas powrotu do sztolnię nr 4. Postanawiamy: albo 

my, albo ona. W końcu jest! Wśród licznych pęknięć, szczelin i prześwitów 

między rumowiskiem skał, znajdujemy najważniejszą - prowadzącą do tunelu. 

Nasza radość jest wielka, lecz cóż z tego, skoro tunel jest zawalony. Zawał jest 

potężny.  Skupiamy na nim wszystkie nasze siły i możliwości, lecz po dwóch 

tygodniach odpuszczamy. Bez koparki, bez rozkopania przez nią wejścia, a 

później jego obudowania - nie mamy szans. Konieczne jest zabezpieczenie 

tyłów i zrobienie miejsca na wynoszony z zawału urobek. W tunelu jest tak 

background image

ciasno, że nie da się tam nic zrobić. 

Podbudowani odkryciem sztolni nr 4, atakujemy teraz sztolnię nr 6. Ale już 

nie tak chaotycznie. Znowu czerwcowy ranek, znowu koparka staje przed 

zawalonym wlotem tunelu. Po 2-3 godzinach łyżka trafia na opór, ześlizguje się z 

niego i znowu trafia na opór. Atmosfera jest nerwowa. W poprzek tunelu z 

zawału wystaje betonowy, gruby mur oraz otwarte do połowy stalowe drzwi. 

Okazuje się że na wlocie do sztolni nr 6 zbudowano standartową śluzę gazową - 

dwie  żelbetowe przegrody, dwie pary stalowych, gazoszczelnych drzwi - a strop 

tunelu między nimi zapadł się, grzebiąc wszystko pod warstwą gruzu. Koparka 

podjeżdża pod zapadlisko na łące i zaczyna pracę. Ostatecznie powstaje dół o 

głębokości około 2,5 metra. Dopiero z tego dołu zaczynamy kopanie nowego 

szybu. Pomiar wykonany teodolitem daje przerażający wynik: do tunelu pozostało 

nam około 10 metrów gruzowiska. Wraca stary scenariusz: łopata, kilof, 

przecinak, wiadro, lina, belka, drabina, bolące plecy i najważniejsze - „wspaniałe" 

letnie słońce. Na porośniętej trawą łące czujemy się bowiem jak na patelni. Żar z 

nieba, pot na plecach, odciski na rękach i coraz dłuższa drabina. Pod koniec 

sierpnia dojdzie do 8 m długości i... tak już zostanie. Brakło niewiele - około 2 

metrów - lecz dziś, z perspektywy czasu, myślę, że dobrze się stało. Skała okazała 

się twardsza od nas, nie dosłownie, bowiem kopaliśmy w miękkim rumoszu, nie 

dostrzegając niebezpieczeństwa! Prace przerwaliśmy we wrześniu, szyb wytrzymał 

do jesiennych deszczów. Potem, dzięki tonom nasiąkniętej wodą ziemi, rozwiały się 

nasze nadzieje na wejście do tunelu. Sztolnia nr 6 pozostała niepokonana! 

W czerwcu   1998   roku   postanowiliśmy   ostatecznie   rozwiązać tajemnicę 

sztolni nr 4. Wiedzieliśmy, że aby się do niej dostać, konieczne jest rozkopanie 

zawalonego wlotu. A zatem ponownie pojawiła się koparka Fadroma i mozolnie, 

godzina po godzinie,  odkrywała wielką tajemnicę. Po kilku dniach, w zboczu 

góry, pojawił się olbrzymi wykop.  Wokół niego piętrzyły się dziesiątki metrów  

sześciennych skalnego gruzu - krajobraz iście księżycowy. 

17 lipca 1998 roku, około południa, na miejscu naszych prac pojawił się 

funkcjonariusz Straży Leśnej i z bronią w dłoni (po co?) wstrzymał nasze prace. 

Całe szczęście, że wcześniej zdążyliśmy „rzucić okiem  do środka tunelu. Trochę 

background image

krzyku, trochę nerwówki i... tak zostaliśmy przestępcami. Uznano nas za 

szkodliwy element, przedstawiono nam wiele bardzo poważnych zarzutów oraz 

grożono poważnymi konsekwencjami finansowo-prawnymi. Na szczęście 

przełożeni dzielnych Strażników Leśnych zachowali więcej zdrowego rozsądku. 

Niemniej, zostaliśmy zmuszeni do zasypania tego, co wykopaliśmy. Prawdo-

podobnie nigdy więcej nie uda się wyjaśnić jednej z największych tajemnic Gór 

Sowich - na zasypanym przez nas wykopie posadzono młody las. A chyba nie 

ma w Polsce szaleńca, który walczyłby z Lasami Państwowymi o to, aby 

pozwolono mu rozkopać uprawę leśną. 

Podsumowując nasze podchody do wielkiej tajemnicy, chciałbym 

wspomnieć,  że od pewnego czasu krąży w świecie poszukiwaczy historia, 

jakoby „Aniszewski i Spółka" odkryli w Jugowicach coś, co do dziś nie ma 

prawa ujrzeć  światła dziennego, co tłumaczyłoby interwencję  władz, szybkie 

zasypanie wykopu nr 4 i powiązanego z nim wykopu przy sztolni nr 6 oraz 

nagłe zaprzestanie „kręcenia się" po górach w/w osobników. No cóż, może to 

prawda, a może nie... 

 

Kompleks Soboń - część naziemna 

W części naziemnej kompleksu Soboń prace budowlane oraz roboty ziemne 

prowadzono głównie w rejonie szczytu góry, w promieniu około 500 m. 

Zaopatrzenie w materiały budowlane odbywało się przy pomocy kolejki 

wąskotorowej, która biegła zakosami od stacji w Głuszycy Górnej przez Kolce 

na poziom kompleksu Osówka, gdzie (około 350 m od szczytu góry) od głównego 

toru odchodziło odgałęzienie do kompleksu Soboń. Torowisko kolejki okalało 

cały rejon budowy i dochodziło w dolinę Potoku Marcowego Dużego. U jego 

źródeł zlokalizowano główny skład materiałów budowlanych. W miejscu tym powstała 

wielotorowa bocznica, przy której zmagazynowano wielkie ilości piasku. O tym,  

jak było go dużo, świadczy wspomnienie Abrama Kajzera: 

„Pracuję w nocy przy kipowaniu. Co godzinę nadchodzi 

pociąg składający się z 16 wagonów z zamarzniętym piaskiem. 

Po wykipowaniu piasku i wyrównaniu terenu przesuwani 

background image

za pomocą knypli szyny. Gdy tylko skończymy prace przy 

jednym pociągu, już nadchodzi następny i znów bierzemy się 

za kilofy".   

Do jakich celów gromadzono tak wielkie ilości piasku, że w miejscu jego 

składowania powstała sporej wielkości piaskownia? Tyle piasku, co na Soboniu, nie 

nagromadzono na pozostałych budowach. Oprócz piasku, na platformie poniżej, 

złożono kilka tysięcy worków cementu. Niewielki skład cementu zlokalizowano też na 

platformie bliżej szczytu góry, niedaleko zbiornika na wodę. 

Dla potrzeb komunikacji wybudowano drogę biegnącą z rejonu budowy 

(zakosami góry Jagodziniec) do Głuszycy. W trakcie budowy była natomiast druga 

droga, biegnąca w kierunku Moszny - miała połączyć kompleks Sobonia z 

pozostałymi. Zasilanie kompleksu w wodę odbywało się z położonego około 100 m 

poniżej bocznicy niewielkiego stawu oraz ze zbiornika na szczycie góry, o 

pojemności 350 m3, zasilanego z ujęć znajdujących się na południowych zboczach 

Włodarza. Wodę czerpano również z niewielkiego ujęcia na potoku powyżej bocznicy. 

Około 200 m wyżej zbudowano mała. przepompownię. 

Należy dodać,  że system transportowo-komunikacyjny kompleksu zamierzano 

rozbudować. Poza wspomnianymi już drogami i torowiskami budowano nowy tor 

kolejki biegnący ponad drogą, po zboczu Jagodzińca. Na terenie kompleksu 

zlokalizowano trzy główne usypiska kamienia z podziemi. Pierwsze znajduje się 

około 50 m obok wlotu sztolni nr 1, drugie naprzeciw wlotu sztolni nr 2, a trzecie 

(największe) zlokalizowano między wlotem sztolni nr 3, a drogą prowadzącą do wsi 

Zimna Woda. W rejonie bocznicy i składu materiałów budowlanych ulokowano 

najważniejszą część budowli technicznych i pomocniczych. Tuż Poniżej składu piasku 

powstał długi na około 100 m betonowy rów. Posiada on trapezowy przekrój, a po 

dnie poruszała się kolejka wąskotorowa. Na wprost rowu zlokalizowano dużą 

stację urządzeń technicznych, typu ładowarka-dźwig.13 Powyżej tego miejsca 

powstała betonowa   śluza   lub   pochylnia   wyładunkowa   sypkich   materiałów z 

kolejki. Jej tor biegnie tuż nad nasypem, na którym owa śluza powstała. 

Pomiędzy torem a drogą, znajduje się betonowy fundament po baraku 

                                                           

13

 Ślady po grubych słupach i wystające z betonu potężne stalowe haki sugerują iż w miejscu tym mógł stać 

background image

warsztatowym, a zaraz obok stoją ceglane ruiny niewielkiego murowanego   

budynku.   Poniżej   betonowego   rowu   widać      ślady po istniejących tam 

dwóch betonowych budowlach. Około 100 m na północny-zachód od tego 

miejsca (po drugiej stronie drogi) zlokalizowano drugą, mniejszą bocznicę. 

Dokonywano tam napraw lokomotywek i wagoników. Świadczą o tym kanały 

naprawcze na torach. Bocznicę od drogi oddziela niewielki mur oporowy. Obok 

torowiska znajduje się także fundament po baraku warsztatowym, w którym 

pracowały komanda naprawcze. 

Około 150 m dalej, na trójkątnej platformie obok torowiska, rozpoczęto 

budowę dużej,  żelbetowej budowli. Przypomina wielki basen z wystającymi z 

dna podstawami pod urządzenia techniczne. Przeznaczenie tej budowli nie jest 

znane. Kilka metrów obok stoi fundament po, najprawdopodobniej, murowanym 

budynku. 

Szeroko zakrojone prace, głównie ziemne, prowadzono także na zboczach 

wzgórza, w którym drążono podziemia. Idąc torowiskiem od bocznicy na 

południowy-wschód, docieramy do miejsca, gdzie w prawo odchodzi krótki, 

boczny tor. Wybudowano tu jednokondygnacyjny, żelbetowy bunkier o 

wymiarach 11 x 5,8 m. Nieco dalej wykonano długi na około 50 m wykop w 

kształcie litery T. W swojej środkowej części wykop jest dwukrotnie głębszy niż 

na skrzydłach. Poniżej niego rozpoczyna się cały ciąg podłużnych wykopów 

pod duże,  żelbetowe budynki.  Ślady wskazują na zamiar wybudowania  8-9 

tego typu konstrukcji, tyle bowiem wykonano wykopów. Dwa budynki zaczęto 

już stawiać. Znajdują się one na zakręcie drogi biegnącej  wokół Sobonia. Są to 

jednopiętrowe budowle, mające 24,4 m długości oraz 11,5 m szerokości. W 

rejonie wykopów znaleźć można  ślady maskowania robót, które wykonywano 

dwoma sposobami. Pierwszy polegał na rozpinaniu na specjalnych słupach  (ich 

podstawy widać obok bunkra) drobnej metalowej siatki, z wplecionymi 

plastikowymi, różnokolorowymi liśćmi. Drugim sposobem było sadzenie wokół 

budowli kilkunastoletnich drzew, wkopywanych w ziemię w wielkich, betono-

wych donicach. W opisywanym rejonie znajduje się około 100 drzew 

                                                                                                                                                                                      

np. duży przeładunkowy żuraw. 

background image

posadzonych w ten sposób. 

W pobliżu sztolni nr 3 ograniczono się jedynie do posadzenia około 10 drzew 

oraz złożono kilkadziesiąt worków cementu. Na stoku, poniżej wlotu sztolni, 

wybudowano małą ceglaną wartownię, natomiast na zboczu ponad sztolnią 

zlokalizowano obóz KL Larche. W odległości 100 m od niego stoi na niewielkiej 

platformie fundament po kompresorze, a 300 m dalej, za hałdą, przy samym 

torze kolejki, znajduje się ujęcie wody w postaci hydrantu. Obok leży 

fundament po ceglanym budynku. Dalej tor kolejki krzyżuje się z nowo 

budowaną drogą, a jeszcze dalej zbudowano krótkie odgałęzienie od głównego 

toru, które kończy się ślepo po około 50 m. Wokół, na zboczu, usypano 11 pryzm 

gleby. Tymczasem na zboczu wzgórza położonego pomiędzy Włodarzem a 

Moszną, nieco powyżej  szczytu Sobonia, wykonano duży wykop. 

Prawdopodobnie zamierzano tu wybudować zbiornik wodny 

lub przepompownię. 

Z gotowych budowli należy jeszcze wymienić małą, ceglaną wartownię, 

wybudowaną przy trasie, wzdłuż Marcowego Potoku Dużego do Głuszycy. 

Ponadto przy drodze biegnącej zboczami Jagodzińca do Głuszycy, na jej 

pierwszym zakręcie od strony budowy, znajdują się ruiny nie znanego z nazwy obozu. 

 

 

Kompleks Soboń - część podziemna 

Góra Soboń (713 m n.p.m.), niewielkie, płaskie wzniesienie w masywie Włodarza, 

kryje w swoim wnętrzu najmniej chyba znany podziemny system. Jego 

tajemniczość wynika z faktu, iż jest on położony w samym sercu góry, w środku 

gęstego lasu. Ludziom, nie znającym dobrze terenu, bardzo trudno odnaleźć w 

labiryncie dróg i ścieżek tę właściwą, prowadzącą do wlotów tuneli. 

Część podziemna składa się z trzech sztolni, wchodzących w górę z trzech 

kierunków. Sztolnia nr 1 ma wlot na północno-zachodnim zboczu na wysokości 

650 m n.p.m., sztolnia nr 2 ma wlot na południowo-zachodnim zboczu na wysokości 

648 m n.p.m., zaś sztolnia nr 3 na południowo-wschodnim stoku na wysokości 652 

m n.p.m. Wszystkie wloty leżą przy wybudowanej w czasie wojny kamiennej drodze, 

biegnącej wokół góry. Ponieważ wloty wszystkich sztolni zasłonięte są obwałami 

background image

oraz gęsto zarośnięte krzakami, bardzo trudno je zlokalizować. Szczególne problemy 

sprawia odnalezienie wlotu sztolni nr 1, a jest to jedyne wejście, którym można dostać 

się do środka, co też ..czynimy". 

Wsuwamy się na plecach przez wąską szczelinę przy stropie i oto jesteśmy w 

tunelu. Biegnie on w kierunku południowo-wschodnim i ma 216 m długości. 

Początkowy odcinek jest „klasyczny": trochę wody, wszechobecne błoto, co 

kawałek kilka metrów obudowy, siady instalacji elektrycznej i torów kolejki. 

Dopiero po około 100 m zadają się poprzeczne wyrobiska chodnikowe. Po prawej 

stronie, na drugim skrzyżowaniu, znajduje się obudowana komora o wymiarach 

3 x 2,5 m, posiadająca drewniane drzwi i betonową podłogę. Chodniki w lewo to 

proste, nie posiadające odgałęzień odcinki o długości do 40 m. Jedynie tunel, leżący 

naprzeciw sztolni nr 2, poszerza się i zyskuje czworoboczny przekrój. 

Poprzednio tunel miał przekrój sklepienia gotyckiego okna. 

Prostopadle do sztolni nr 1 dochodzi tunel sztolni nr 2. Od głównego skrzyżowania 

w prawo biegnie szeroki tunel. Po około 50 m łączy się ze sztolnią nr 2. W miejscu 

tym powstał uskok o wysokości około 1,2 m, będący efektem niewielkiej różnicy w 

poziomach, przy kuciu tuneli z obu stron.14 Długość sztolni nr 2 wynosi 170 m. 

Sztolnia ma wlot przy tej samej drodze co sztolnia nr 1. Po około 27 m od wejścia 

natrafiamy na naturalny zawał, tak więc dalsza część jest niedostępna z zewnątrz, 

natomiast od wewnątrz można nią dotrzeć aż do omawianego zawału, idąc ze sztolni 

nr 1. Od uskoku do zawału tunel zalany jest wodą do głębokości 1 m. 

W 1976 roku Grupa Badawcza „Góry Sowie" wykopała szyb nad wspomnianym 

zawałem, aby dostać się do sztolni od zewnątrz. 

Tymczasem dokładnie naprzeciwko sztolni nr 1 (po drugiej stronie góry), leży 

wlot sztolni nr 3. Dla lepszej lokalizacji podam, że jest to około 350 m na północ 

od ostatnich zabudowań wsi Zimna Woda. Z powodu zbyt małej grubości skał nad 

stropem, początkowy odcinek (około 65 m) uległ zawaleniu lub (czego nie można 

wykluczyć) został wysadzony, tworząc niewielkiej głębokości podłużne 

zapadlisko z widocznymi fragmentami drewnianej obudowy. Osiemnaście ostatnich 

metrów sztolni opisuje raport P. Kruszyńskiego (kierownika Grupy Badawczej 

                                                           

14

 O drążeniu tunelu z dwóch stron świadczą kierunki wierceń otworów strzałowych. 

background image

„Góry Sowie" z lat 1975-77, czyli okresu, kiedy podjęto próbę pokonania 

wspomnianego zawału): 

„(...) spenetrowano część dalszego ciągu sztolni nr 3, natrafiając 

na sztucznie wywołane zawały. W jednym z nich znajduje się 

niewielki metalowy zbiornik. Natomiast w ostatni zawał, do 

którego udało się dotrzeć, ale którego ze względów technicznych 

nie udało się przejść, wchodzą tory kolejki wąskotorowej oraz 

przewody elektryczne". 

Zawał ten jest jednym z najciekawszych, z jakimi się spotykamy, a 

równocześnie jednym z najtrudniejszych technicznie do przejścia. To, że coś się 

za nim kryje, nie ulega wątpliwości, pozostaje tylko pytanie: co? Warto tutaj 

dodać,  że obecnie prace w tym miejscu prowadzi grupa z Krakowa. Ma, jak 

dotąd, niezłe wyniki. 

Ogólna długość poznanych tuneli w systemie Soboń wynosi 700 m, powierzchnia 1 

900 m2 a kubatura 4 000 m3.  W wielu pomieszczeniach znajduje się woda. Pod 

względem górniczym stan wyrobisk jest dobry choć w kilku miejscach powstały 

niewielkie obwały na skutek wietrzenia popękanych już od wybuchów skał. 

Ciekawostką tych podziemi jest występowanie w nich kilku luźno leżących 

fragmentów żelbetowego monolitu. Skąd się tam wzięły, nie wiadomo. 

 

Kompleks Rzeczka - część naziemna 

W kompleksie Rzeczka teren budowy właściwie objął tylko dolinę między Małą 

Sową a zboczem góry Ostra, w której to drążono tunele. Przed wlotami sztolni 

powstała jedna wspólna dla tuneli platforma, kończąca się od strony Walimia 

niewielką hałdą. Jej skromność wynika z faktu, że część urobku wywieziono 

samochodami do Olszyńca i dalej, np. na autostradę Wrocław-Berlin, gdzie używano 

go do budowy Dziś oprócz skalnego rumowiska, pozostały tylko fundamenty po 

moście, który sięgał  aż do drogi i służył do załadunku kamienia na samochody Na 

tych właśnie fundamentach ustawiono ostatnio oryginalny most z okresu II wojny 

światowej. Wszystko jest w porządku, poza drobnym szczegółem, że jest to most... 

amerykański! 

background image

Wyżej wymieniona platforma ma około 10 m szerokości i ponad 

100 m długości. W kierunku Rzeczki biegnie od niej nasyp torowiska 

kolejki wąskotorowej - wywożono nim część urobku na pobliskie niewielkie 

usypisko. Przy końcu torów znajduje się betonowa platforma (prawdopodobnie stał na 

niej drewniany barak) oraz ceglana studzienka o średnicy 60 cm. Obok sztolni nr 3 

znajdują się betonowe fundamenty kompresorów. Na drugim brzegu rzeki Walimki 

są też ruiny po ceglanych budynkach i barakach obsługi technicznej. Nieco niżej, około 

200 m w stronę Walimia, widać ceglane fundamenty prawdopodobnie po tartaku oraz 

bardzo ciekawy, żelbetowy most przez Walimkę. Jest długi tylko na 3-4 m, ale za to 

szeroki na prawie 8 m. Po cóż to, na małej rzeczce, tak potężny most, którego 

grubość sięga blisko 50 cm? Powody są dwa. Po pierwsze: naprzeciw mostu, w 

zboczu góry Ostra, przygotowano wybranie pod kolejną, czwartą sztolnię 

systemu Rzeczka, toteż musiał wytrzymać wielkie ciężary kursujących kolejek i 

samochodów. Po drugie: pod mostem znajduje się wylot tunelu odwadniającego o 

wymiarach 60 x 80 cm. Wylot ten jest zupełnie niewidoczny z drogi, właśnie dzięki 

szerokości mostu. Tunel po około 20 m zamknięty jest zawałem, a szkoda, ponieważ 

prawdopodobnie prowadzi on pod wyrobiska i może mieć z nimi połączenie poprzez 

studzienkę. Jego spenetrowanie mogłoby umożliwić odkrycie nowych, nieznanych 

dotąd wyrobisk. 

Bardzo ciekawe miejsce znajduje się na zboczu góry Ostra, około 20 m powyżej 

wlotów sztolni. Jest tam fragment splantowanego zbocza (odcinek drogi, toru?) oraz 

duże wybranie z wklęśnięciem, pasujące do jednego z zawałów w hali, między 

sztolnią nr a 3. W tym miejscu znajduje się prawdopodobnie szyb wentylacyjny, 

obecnie zasypany. 

Jeżeli chodzi o naziemne budowle systemu Rzeczka, zlokalizowane w rejonie 

podziemi, to już w zasadzie wszystko. Nieco dalej, na początku wsi, 

wybudowano dużą i jak na owe czasy super nowoczesną centralę 

telekomunikacyjną, przez którą między kierownictwem Oberbauleitung Riese a 

Berlinem istniała tzw. gorąca linia. Poza tym, już w samej Rzeczce, istnieją 

fundamenty po bliżej nierozpoznanych barakach oraz znajduje się jedna ze 

studzienek zbiorczych rurociągu Wielka Sowa-Osówka. 

background image

System Rzeczka jest chyba najsłabiej rozbudowanym na powierzchni 

systemem Gór Sowich - poza centralą telekomunikacyjną nie posiada żadnej 

gotowej budowli. Mało tego, nie ma nawet śladów świadczących o początku ich 

budowy. 

 

Kompleks Rzeczka - część podziemna 

Najbardziej Jawnym" systemem podziemnym, jest system Rzeczka. Jawnym, 

dlatego  że położonym tuż obok drogi Walim-Rzeczka i każdy przejeżdżając, 

zawiesza na nim, a ściślej mówiąc na wejściach do niego, wzrok. Wejścia 

położone sama zachodnich zboczach małej, ale za to bardzo stromej góry Ostra, 

między Walimiem a Rzeczką. Wloty leżą na wysokości 557-559 m n.p.m. 

Jest to najmniejszy z obecnie znanych systemów, oczywiście jeżeli nie 

bierzemy pod uwagę tych tuneli, które prawdopodobnie znajdują się za dwoma 

zawałami wewnątrz systemu. Do wnętrza góry prowadzą trzy wejścia, oddalone 

od siebie o około 40 m. Tunele główne biegną równolegle i są połączone 

poprzecznymi halami. 

Wchodząc wejściem nr 1, po 27 m po prawej stronie napotykamy żelbetową 

wartownię, zakończoną żelbetową halą. Nieco dalej, także po prawej stronie,  jest 

wybetonowana wnęka, a po kilku metrach dochodzimy do całkowicie 

obetonowanej komory o długości 33 m, szerokości 4,5 m i wysokości 5,5 m.  

Komora posiada podwójny, betonowy strop i fundament z rowkami na 

przewody. Hala łączy się z tunelem nr 2. Sztolnia nr 1 posiada także jeszcze 

jedno połączenie z betonową halą. Tworzy je krótki tunel, odchodzący od 

sztolni pod kątem prostym. Za zakrętem w lewo dochodzi do hali pod takim 

samym kątem. W nim to właśnie odkryto niedawno szyb o średnicy 3-4 m, 

całkowicie zalany wodą i wypełniony przegnitymi resztkami obudowy, przez co 

niemożliwe jest zbadanie jego głębokości. Szyb przykryto drewnianą podłogą, na 

którą nasypano gruz skalny. Jego odkrycie stało się możliwe dzięki pracom 

prowadzonym w podziemiach przez Urząd Gminy w Walimiu. 

Dalej tunele nr 1 i 2 dochodzą po kilkunastu metrach do największej ze wszystkich 

znanych obecnie hal.  Jej wymiary są imponujące: długość około 80 m, szerokość 

background image

8 m, wysokość 10 m. Sztolnia nr 3 posiada w swojej  środkowej  części (z lewej  

strony) dwie komory we wstępnej fazie drążenia. Miały się tam znajdować 

wartownie. Właściwie nie są to komory a zaledwie kilkumetrowe zagłębienia, 

którym daleko jeszcze do wymiarów wartowni. 

Nieco za tymi komorami, leży po prawej stronie kolejna hala, w środkowej 

części przegrodzona zawałem.15 Za nim łączy się z tunelem nr 2, na wysokości 

obetonowanej hali. Komora jest nie obudowana i ma następujące wymiary: 

długość  38  m,  szerokość 6 m i wysokość 8 m. Sztolnia nr 3 dochodzi też do 

opisanej już dużej hali, łączącej wszystkie trzy tunele. Niestety, nie możemy w 

pełni podziwiać jej  ogromu, bowiem w środkowej części (na wprost tunelu nr 

2) przegrodzona jest zawałem, na który składa się nie wybrana część urobku, 

mogąca zakrywać  wlot  do  dalszej   części  wyrobisk.   Tak  więc  pomiędzy 

sztolniami nr 2 i 3  istnieje tylko wąskie przejście pod stropem, w dodatku 

niezbyt bezpieczne. W prawym rogu hali, na wprost sztolni nr 1 znajduje się 

zawał liniowy o długości 12-15 m. Powstał przez wysadzenie warstwy skał 

między dolnym a górnym chodnikiem. Czy za tym zawałem coś się kryje? Nie. 

Prace prowadzone przez SGP KRET nie potwierdziły, aby tunel biegł dalej. 

Obecnie, dzięki inicjatywie Urzędu Gminy Walim, całość tuneli jest dostępna 

dla zwiedzających. Całkowita długość wyrobisk kompleksu Rzeczka wynosi 

500 m, powierzchnia 2 500 m , a kubatura 14 000 m . Pod względem górniczym 

stan wyrobisk jest dobry. 

 

Kompleks Rzeczka - badania 

Prace badawcze w podziemiach kompleksu Rzeczka podjęliśmy pomiędzy 

styczniem a marcem 1993 roku. Po dokładnym spenetrowaniu obiektu, okazało 

się,  że są w nim trzy miejsca godne „wbicia łopaty". Najpierw dokonaliśmy 

przebrania zawału na przedłużeniu sztolni nr 1. Warto było spróbować, gdyż 

zawał ten mógł kryć dostęp do dalszych części podziemi. Przerzucenie około 

dwóch ton skał i rumoszu, pozwoliło stwierdzić,  że tunel kończy się ponad 

wszelką  wątpliwość przodkiem, a sam zawał powstał poprzez odpalenie 

                                                           

15

 Co ciekawe zawał ten doskonale pasuje do zapadliska na zboczu i może to być zawalony szyb. 

background image

stropowej części chodnika. Wewnątrz zawału znaleźliśmy dwa świdry górnicze 

oraz resztki łopaty i kilofa.  

Jeżeli chodzi o dwa pozostałe miejsca, to... niestety, zabrakło nam czasu. 

Zaczęła się bowiem adaptacja obiektu dla celów turystycznych i dla 

eksploratorów nie było już miejsca. Co ciekawe, pomimo posiadanych sił i 

środków w czasie adaptacji nie sprawdzono tych miejsc, choć wie o nich każde 

dziecko w okolicy. Wie o nich także kierownictwo obiektu, lecz mimo ze taka 

akcja sprowadziłaby nowe rzesze turystów (a co za tym idzie dodatkowe 

pieniądze), nie podjęto  żadnych działań, mogących wyjaśnić choćby jedną z 

tajemnic kompleksu Rzeczka. W tym przypadku chodzi o odgruzowanie podszybia 

i samego szybu wentylacyjnego, zlokalizowanego pomiędzy sztolniami nr 2 i 3 oraz o 

przekopanie zawału na Wielkiej Hali na przedłużeniu sztolni nr 2. 

 

Kompleks Moszna - część naziemna 

Kompleks Moszna podobnie jak i kompleks Wielka Sowa jest bardzo mało poznany, 

a przez to tajemniczy. Mimo prowadzonych przez SPG KRET badań, nie udało się 

natrafić na miejsca z zawalonymi wlotami sztolni. Znalezione wybrania i wklęśnięcia 

w zboczach nie były niestety tymi, których szukaliśmy. 

Najciekawsza część naziemnych budowli znajduje się w sąsiedztwie niewielkiego 

kamieniołomu, na wschodnich zboczach góry Moszna. Istnieją tam ślady po 

torowisku kolejki wąskotorowej, biegnącej w kierunku Osówki i Włodarza. Jest tam 

też zlokalizowana mała hałda, obok której stoi fundament po ładowarce oraz niewielkie 

fundamenty prawdopodobnie po kompresorze. Zaraz obok wykonano w zboczu dwa 

wybrania. Zamontowano tam dziwne, betonowe prefabrykaty, przypominające 

wyglądem futryny drzwi. Na platformie, pomiędzy wybraniami, znajduje się głęboka 

na około 4 m, betonowa studzienka. 

Do kompleksu zaliczymy także ślady po nieznanym bliżej obozie, którego budowę 

rozpoczęto przy skrzyżowaniu drogi z Włodarza na Soboń. Ponadto w dolinie potoku, 

między Włodarzem a Moszna, wybudowano niewielkie ujęcia wody, a ponad nimi 

(w zboczu góry) wykonano dwa wybrania, których boczne ściany obłożono 

kamieniem. 

background image

Kompleks Moszna - badania 

Pod nazwą kompleksu „Moszna" kryje się rejon góry Moszna wraz ze 

wszystkimi  śladami na powierzchni, mogącymi  świadczyć o istnieniu w tym 

miejscu obiektu podziemnego. 

Prace w tym rejonie rozpoczęliśmy od sprawdzenia przekopem jednego z 

wybrań, w którym zamontowano tzw. „futrynę". Po wykonaniu głębokiego 

wykopu na przodku wybrania, stwierdziliśmy, że nie istnieje w tym miejscu tunel. 

W  kwietniu   1997   roku  przystąpiliśmy   do   przekopania jednego z dwóch 

wybrań zlokalizowanych na północno-zachodnim stoku góry Moszna. Wybrania 

te są położone przy utwardzonej drodze, posiadają obłożone kamiennym murem 

boczne ściany i do złudzenia przypominają wloty sztolni. Po przebraniu około 2 

m gruzowiska, nie udało nam się ani zaprzeczyć, ani potwierdzić hipotezy o 

istnieniu tunelu. Sprawa ta wymaga dalszych badań. Gdyby bowiem w tym 

miejscu miało nie być tunelu, to nie powinno się tam znajdować luźne gruzo-

wisko. Twardy, skalny przodek lub skalna ściana - owszem, ale nie rumowisko. 

 

CZĘŚĆ ZEWNĘTRZNA 

Kompleks Sokolec - część naziemna 

Część naziemna kompleksu Sokolec obejmuje swym zasięgiem prawie całą 

górę Gontową oraz część doliny potoku bez nazwy, spływającego z 

południowych zboczy Wielkiej Sowy do Ludwikowic Kłodzkich. W trakcie 

budowy wykonywano głównie prace ziemne, a budowle stałe dopiero 

rozpoczęto stawiać. 

Dla potrzeb budowy przebudowano drogę Sowina-Sierpnica utwardzając jej 

nawierzchnię oraz budując cały system studzienek i przepustów 

odwadniających. Ponadto, od poziomu sztolni nr 3 i 4 budowano od podstaw 

drogę dochodzącą do głównej arterii. W miejscu styku obydwu dróg postawiono 

mur oporowy o długości 47 m. Jego zadaniem było umocnienie skarpy, na 

stromym w tym miejscu stoku. 

Zaopatrzenie kompleksu w materiały budowlane odbywało się za pomocą 

kolejki wąskotorowej. Biegła ona z bocznicy kolei normalnotorowej w 

background image

Ludwikowicach Kłodzkich, odległej od centrum kompleksu o około 3 km. W 

Sowinie wózki były transportowane z małej bocznicy aż do poziomu sztolni nr 3 i 

4 za pomocą platformy, poruszającej się po szynach ułożonych na stoku góry. 

Była to taka sama platforma jak na Osówce. Druga platforma dostarczała wagoniki 

wyżej, na poziom sztolni nr 1 i 2. Osobne torowiska istniały także przy wlotach 

sztolni i służyły do wywożenia urobku na hałdy oraz transportu materiałów 

budowlanych do sztolni. 

W kompleksie Sokolec istniały dwa składowiska materiałów budowlanych. Pierwsze 

zlokalizowano na bocznicy u podnóża góry, gdzie zmagazynowano pewne ilości worków 

cementu oraz kruszyna Drugie składowisko istniało przy drodze leśnej, niedaleko wlotów 

sztolni nr 1 i 2. Na betonowych platformach leży tam kilka tysięcy worków skamieniałego 

cementu. 

W całym systemie znajduje się kilka usypisk kamienia z podziemi Przed wlotami sztolni nr 

3 i 4 powstały lokalne hałdy, natomiast główne usypisko znajduje się przy drodze Sowina-

Sierpnica około 200 m od wlotów sztolni nr 1 i 2. 

Większość magazynów zlokalizowano przy bocznicy u podnóża góry. Istniały 

tam także wszelkiego rodzaju warsztaty i baraki techniczne. Przy budowie 

kompleksu pracowali więźniowie KL Gross Rosen, dla których obóz 

zlokalizowano przy skrzyżowaniu dróg z Sokolca do Ludwikowie   Kłodzkich.   

Z urządzeń technicznych w kompleksie Sokolec powstały jedynie fundamenty 

pod kompresory, znajdujące się w dolinie poniżej wlotu sztolni nr 3. Jeżeli 

chodzi o budowle naziemne w kompleksie, to w zasadzie żadnej nie 

„wydźwignięto" powyżej fundamentów. Największe zgrupowanie obiektów 

powstawało około 800 m na północ od sztolni nr 1 i 2, przy drodze Sowina-

Sierpnica, gdzie wykonano kilkanaście wykopów pod fundamenty, a kilka już 

wybetonowano. Kilka wykopów powstało również na zboczu powyżej sztolni nr 

3. 

To w zasadzie wszystko, co można obecnie napisać na temat naziemnej części 

kompleksu Sokolec - jednego z najmniej rozbudowanych na powierzchni 

systemów w Górach Sowich. 

 

background image

Kompleks Sokolec - część podziemna 

Około 5 km od centralnej części budowy, wewnątrz góry Gontowa - 

najwyższego wzniesienia Wzgórz Wyrębińskich (717 m n.p.m.) -  istnieje jeden z 

mniej znanych podziemnych kompleksów. W nomenklaturze badaczy nosi nazwę 

„Sokolec". Jego mała popularność wynika prawdopodobnie z faktu, iż leży nieco na 

uboczu całej Wielkiej Budowy, przez co, siłą rzeczy, „mówi" się o nim mniej niż o 

pozostałych kompleksach. Mniej znany, nie znaczy jednak mniej interesujący. 

Podziemia Sokolca (leżące w tzw. Strefie Zewnętrznej) przez wielu badaczy 

wiązane są z ogromnym podziemnym kompleksem zbrojeniowym zlokalizowanym we 

wnętrzu góry Włodyka. Hipoteza ta wydaje się mieć rację bytu z kilku powodów. Po 

pierwsze: Włodyka leży dużo bliżej niż np. Osówka. Po drugie: kolejka wąskotorowa 

łączyła kiedyś Gontową z Ludwikowicami Kłodzkimi, skąd do podziemi Włodyki jest 

bardzo blisko. KL Ludwigsdorf (obóz, którego więźniowie pracowali na Włodyce) 

zlokalizowany był  właśnie w miejscu rozgałęzień kolejki. W jedną stronę biegła 

ona do podnóży Gontowej, natomiast w drugą prosto na Włodykę. Zresztą 

kompleks zbrojeniowy Włodyka nie kończył się na samej górze Włodyce, tylko 

sięgał na kilka okolicznych gór (Tyńcowa, Księżówka) i „kierował się" w stronę 

Gontowej. 

Powróćmy jednak do podziemi Sokolca. Składają się z co najmniej dwóch 

zespołów. Tzw. poziom I tworzą dwie sztolnie, mające wloty na północnym zboczu 

góry, na wysokości 640 m n.p.m., przy drodze łączącej Sowinę z Sierpnicą. Do 

podziemi wchodzimy wejściem nr 2. Ma ono wymiary 3,5 x 3 m. Po około 60 m 

trafiamy na wielki zawał, jaki powstał na skrzyżowaniu sztolni z wyrobiskami 

wartowni. Aby go obejść, skręcamy w lewo i przez komory wartowni przechodzimy 

ponownie do głównego tunelu. Idąc dalej, mijamy układ wyrobisk chodnikowych, 

gdzieniegdzie tylko obudowanych drewnianymi stemplami. Po drodze mijamy 

hale o wymiarach 35 x 5 x 5 m oraz jedną o wymiarach 15 x 5 x 5 m. Dochodzimy 

do końca wyrobisk i skręcamy w lewo. Wchodząc w sztolnię nr 1, kierujemy się 

do wyjścia. Znowu mijamy wartownię z dużym wyciekiem wody, przez co pozostała 

część chodnika głównego zalana jest do głębokości 0,5 m.

16

 Jeżeli mamy wodery,  

                                                           

16

 Woda nie odpływa z tunelu, ponieważ około 40 m od wyjścia powstał niewielki obwał. 

background image

wychodzimy na powierzchnię, jeżeli nie... wracamy do wyjścia nr 2. Wyrobiska 

tej części są w stanie surowym, nie stwierdzono także istnienia szybu 

transportowego lub wentylacyjnego. Ze względu na bardzo kruchy piaskowiec 

(w którym wydrążono sztolnie) i jego szybkie wietrzenie, podziemia są bardzo 

niebezpieczne. Istnieje w nich dużo obwałów, zwłaszcza na skrzyżowaniach 

chodników. Ciągle też powstają nowe. Nie będzie przesadne stwierdzenie, że 

będąc w środku, słyszy się niemal sypiący ze stropu gruz. Dlatego 

zdecydowanie odradzam zwiedzanie tego systemu. Nie ma w nim nic 

ciekawego, a cena, jaką przyjdzie za tę „przyjemność" zapłacić, może być 

wysoka. 

O wiele ciekawsze są natomiast dwa wejścia w tzw. poziomie II (oddalonym 

od poziomu I o około kilometr), położone na wysokości 580 m n.p.m. Odległość 

miedzy sztolniami wynosi 250 m. Dzięki badaniom prowadzonym w 1994 roku 

przez SGP KRET, udało się po części wyjaśnić ich tajemnicę. Szczególnie 

interesująca jest sztolnia nr 3. Już sama wielkość wybrania i platformy przed jej 

wlotem zapowiadają,  że nie jest to tylko niewielki tunel. Zresztą, do sztolni 

dochodził podwójny tor kolejki, a świadkowie mówią o 2 km długości głównego 

korytarza. Tymczasem... 

Grupie Poszukiwawczej KRET udało się rozkopać zawał przed wlotem 

sztolni i osuszyć korytarz (wcześniej tunel był zalany pod sam strop) tak, że jego 

spenetrowanie stało się możliwe. Skończyło się szybciej niż myśleliśmy - już po 

około 10 m. Drogę zagrodził nam kolejny wielki zawał. Sterczały z niego duże 

stemple i podpory. Co ciekawe, tryskała z niego też woda. Świadczyć to może o 

dużej długości tunelu i jego całkowitym zalaniu, przez co znajdująca się tam 

pod dużym ciśnieniem woda „przeciska się" przez szczeliny. Przekopanie tego 

zawału wiąże się obecnie z wielkimi trudnościami technicznymi i raczej nie 

będzie prowadzone. Poznana długość sztolni wynosi 10 m, szerokość chodnika 

3,5 m a wysokość 3 m. 

Natomiast jeszcze przed pracami przy sztolni nr 3, dokonana została 

penetracja sztolni nr 4. Jej wlot został wysadzony w powietrze w czasie 

maskowania obiektu. Świadczą o tym resztki lontów znalezione podczas 

background image

odkopywania zawału oraz wyraźnie widoczne w tunelu przemieszczenie 

powybuchowe części wyposażenia. Sztolnia nr 4 posiada standartowe wymiary, 

tj. 2,5-3 m wysokości oraz 3-4 m szerokości. Jej długość razem ze zniszczoną 

częścią wylotową zamyka się w 100 m. 

Dzięki wybuchowi, który ukrył ją dla świata na całe 50 lat, sztolnia zachowała 

(jako jedyna w Górach Sowich) swoje unikatowe wyposażenie. Na całej długości 

tunelu położone jest torowisko kolejki, z tym że na przodku nie są to tory na 

podkładach drewnianych, lecz wymienne zestawy o długości 5 m, połączone 

metalowymi kształtownikami. Montowano je na przodku tylko na okres wybierania 

świeżego urobku i po przedłużeniu tunelu zastępowano normalnymi torami. Kilka 

metrów za wlotem tunelu stoi na torach prawdziwe cacko - wagonik--platforma do 

przewożenia stempli na obudowę tunelu. Jest to jedyny jak dotąd, oryginalny, 

zachowany wagonik z budowy w Górach Sowich! 

W prawym, górnym rogu tunelu, na wbitych w strop drewnianych kołkach 

zamocowano obejmy. Trzymały rurociąg tłoczący do tunelu świeże powietrze. Dziś 

rurociąg leży na spągu tunelu i tylko w jednym miejscu wznosi się pod strop, trzymany 

jedną nieco mocniejszą obejmą. Zerwany został prawdopodobnie siłą wybuchu. 

Rurociąg składa się z pięciometrowych odcinków rury o średnicy 500 mm, 

połączonych ze sobą na wcisk. 

 W  tunelu  ostało się sporo drobnego sprzętu technicznego, używane podczas jego 

budowy. Jest kilka świdrów, łopat, kilofów oraz części osprzętu elektrycznego. Niestety, 

sztolnia zdecydowanie nie nadaje się do zwiedzania. Wiąże się to z silnym spękaniem 

górotworu w wyniku eksplozji. Stan wyrobisk pod względem górniczym jest zły i ciągle 

się pogarsza. Zresztą, już dziś wejście do sztolni nie jest możliwe, bowiem w 1995 roku 

powstał na wlocie kolejny zawał - i całe szczęście. 

Całkowita długość znanych tuneli kompleksu Sokolec wynosi 860 m. Ich 

powierzchnia to 2 450 m2 a kubatura 7 100 m

3

W kompleksie Sokolec uderza jeszcze jedna ciekawa rzecz. Otóż dla Niemców nie 

było ważne w jakiej skale kuto podziemia. Skoro wszystko miało być 

obetonowane, można było drążyć tunele choćby w piasku. Liczyło się miejsce. 

 

 

background image

Kompleks Sokolec - badania 

Prace badawcze w kompleksie Sokolec należą do najlżejszych i zarazem 

najtrudniejszych. Wynika to z rodzaju skały w jakiej wykuto podziemia. Jest nim 

piaskowiec - łatwy do przekopywania, szybko wietrzejący i rozkładający się zarówno 

na „fajny" piasek, jak i „przeklęte" gliniaste błoto. Stąd trudności w dokonywaniu 

przekopu,  konieczność jego bezwzględnego szalowania (bardzo dokładnego) i 

oczywiście strach, że coś się zawali. Mimo ryzyka, spróbowaliśmy. 

24 września 1994 roku, po kilku zaledwie godzinach kopania i wykonaniu 

wąskiego przekopu, tuż przy stropie domniemanego jeszcze tunelu - tunel stał się 

rzeczywistością. Okazało się, iż jest w nienaruszonym stanie wraz ze swą cenną 

zawartością. Nie chodzi tu oczywiście o złoto czy Bursztynową Komnatę, a tylko (a 

może aż) o torowisko kolejki, wagonik-platformę, rurociąg, sprzęt techniczny i 

elektryczny. Niestety, zbyt długo nie cieszyliśmy się tunelem. Dał znać o sobie 

piaskowiec - z hukiem i trzaskiem powodował kolejny zawał. Szczęście,  że 

zdążyliśmy zinwentaryzować sztolnię. 

Dopiero rok później - we wrześniu 1995 roku - rozpoczęliśmy "wykopki" przy 

wlocie tunelu nr 3. Wlot ten, niedostępny od wojny, zlokalizowany w 1991 roku 

przez PTE (Polskie Towarzystwo Eksplozyjne), niestety nie został przez odkrywców 

„zdobyty". Czyżby „Eksploratorzy" wystraszyli się zimnej wody, zalewającej 

tunel aż po strop? To właśnie woda jest w sztolni nr 3 największym problemem. 

Dwa dni zajęło nam przekopanie się przez obwał na wlocie i spuszczenie wody 

ze sztolni, ale jakież było nasze rozczarowanie, gdy okazało się, że po 10 m w 

sztolni jest kolejny zawał. Po wejściu do tunelu stwierdziliśmy, iż jest on zalany 

prawie do połowy swej wysokości. Mimo to, rozpoczęliśmy przebieranie 

zawału. Po ciężkiej pracy udało nam się odsłonić z zawału jeden stempel, 

przerzucić około 2 ton ciężkiego błota i kamieni oraz stwierdzić,  że z zawału 

tryska woda! Znaczyć to mogło tylko jedno - za zawałem tunel jest pełen wody i 

należy go jak najszybciej... opuścić. Tak też zrobiliśmy. 

Obecnie, aby ostatecznie zbadać sztolnię nr 3, trzeba zaangażować ciężki 

sprzęt (koparka), szeroko odsłonić wlot tunelu, wybrać muł z jego 

początkowego odcinka i bardzo ostrożnie zacząć przebierać zawał, mając 

background image

nadzieję,  że woda nie przebije się przez niego w sposób niekontrolowany. 

Niemniej jest to do zrobienia, a tunel ten naprawdę warto zbadać. 

 

Kompleks Wielka Sowa - ogólnie 

Kolejnym rejonem prac, prawdopodobnie zlokalizowanym w tzw. Strefie 

Zewnętrznej, jest obszar masywu Wielkiej i Małej Sowy. Wnioskować tak 

można z faktu, iż więźniowie pracujący w rejonie Sokolca, na bocznicy 

przeładunkowej, rozdzielali materiały budowlane na dwie części  (zezname 

świadka). Ta mniejsza część "wędrowała" platformami na Gontową. Natomiast, 

zdecydowanie większa część Materiałów  ładowana była na ciężarówki i 

transportowana prosto do Sowiej Doliny, gdzie w czasie wojny Niemcy 

prowadzili wielką, podziemną budowę (zeznania świadka). Gdyby było tak w 

rzeczywistości to w masywie Wielkiej Sowy należałoby oczekiwać istnienia 

gigantycznych podziemi o znacznym stopniu ukończenia. Dowodem pośrednim na 

istnienie takiego obiektu może być fakt, że po dziś dzień nie udało się ustalić zakresu 

robót wykonywanych przez komando Eule. Takie komando istniało, tyle tylko, że nie 

wiadomo co robiło. A może budowało i potem maskowało „Die Anlage Hoche 

Eule"? Jeżeli tak było, to nie wykonało swojej pracy dokładnie do końca, 

bowiem na powierzchni masywu Wielkiej i Małej Sowy znajdują się pewne 

ślady, wskazujące na istnienie wewnątrz góry jakiegoś dużego obiektu. Przy drodze 

opasającej masyw Wielkiej Sowy znajduje się hałda. Znaleźć tam można klamry 

do  łączenia stempli w tunelach, skamieniałe worki cementu oraz drobne elementy 

techniczne, charakterystyczne dla budowy podziemnego obiektu. Kilka małych hałd 

znajduje się także w rejonie Łąki Sikorskiego. W dolinie Sowiego Spławu 

wybudowano niewielki zbiornik na wodę oraz kładziono rurociąg. Także w dolinie 

potoku Walimka wybudowano  kilka studzienek zbiorczych, mały zbiornik,  sieć  

rurociągów  oraz  przebudowano  drogę trawersującą zbocza masywu. Natomiast, 

w samej Sowiej Dolinie powstał duży zbiornik na wodę i kilka studzienek 

zbiorczych. Jedynym namacalnym dowodem istnienia podziemi jest odnalezienie 

na jednym ze zboczy kilkusetmetrowego odcinka nasypu, po którym poruszała się 

kolejka wąskotorowa (znaleziono kilka gwoździ do mocowania szyn na podkładach). 

background image

Udało  się  odkryć  kilka bardzo  ciekawych małych tuneli, wchodzących do 

wnętrza Wielkiej Sowy z różnych kierunków. Jednak, jak wykazały badania, są to stare 

wyrobiska górnicze pochodzące z XIX wieku i nie kryją  żadnych tajemnic. Na 

wyrobiska te składa się 5 niezbyt długich tuneli poszukiwawczych (najdłuższy 

ma 70 m) o nieregularnym przekroju biegnących wzdłuż mało wydajnych żył 

kwarcowo-barytowych.   Łączna      długość   wyrobisk   nie   przekracza 200 m. 

Wszystkie są zalane wodą, czasami aż pod strop. 

 

W Kompleks Wielka Sowa - badania 

W poszukiwaniu podziemi kompleksu „Wielka Sowa" przeszliśmy całą górę 

wzdłuż i wszerz, z góry na dół i z powrotem, a następnie... jeszcze raz wzdłuż i 

wszerz. Niestety me udało nam się zlokalizować ani jednego tunelu z lat 1943-1945. Ich 

maskowanie jest perfekcyjne choć kilka razy byliśmy niemal pewni, że jesteśmy już na 

ich tropie... 

Dziwna, ceglano-betonowa studnia, dziwny „bulgot" gdzieś głęboko - zaczynamy 

czyszczenie. Po około 1,5 m docieramy do dna studni. Jesteśmy  zaskoczeni.   W  

twarde  dno  wchodzi  kamionkowa rura o średnicy 150 mm. Gdzie prowadzi? A 

„bulgot" słychać dalej... 

Październik i listopad 1996 roku były bardzo gorące (mimo jesieni), przynajmniej dla 

nas. Tunel znaleźliśmy przypadkowo - początkowo', może nie tyle tunel, co szczelinę 

między skałami. Rozkopanie poszło nam bardzo sprawnie do momentu, gdy 

stwierdziliśmy, że owa szczelina przemieniła się w tunel, w dodatku pełen wody. Co 

robić? Szybka decyzja i wchodzimy. Miejsca na ponton było za mało, ale „idąc", 

głowa powinna wystawać ponad wodę. Ruszamy! Wchodzi Tomek i ja. Na początku 

brak nam tchu, gdyż woda ma temperaturę około 3-4°C. Dalej jest już znośnie - aż do 

27 metra - gdzie powstał zawał. 

Wracamy za tydzień, ale już z pompą. Po kilku godzinach woda opada. Jesteśmy 

przy zawale. Ależ ciasno! Kopanie na kolanach, na leżącej,, gruz, błoto, błoto, błoto i 

wciąż przybywa wody. Jest jej za mało, aby pompa ją wessała, a za dużo, aby 

siedzieć w tunelu. Musimy się wycofać. 

- Panowie, dlaczego ta woda w strumyku taka żółta, jak „sztolniowa" -  pyta Piotr. 

background image

Idziemy jej śladem, przed nami mała platforma i... wlot tunelu! Jeszcze świeży 

odkop. Dziś wiemy, że to ktoś z Wrocławia odkopał sztolnię (dziękujemy!). Następuje 

chwila konsternacji, potem szybki powrót do domu po sprzęt i... do boju. Wszędzie 

straszne błoto - żółte, lepkie i ciężkie. Tunele ciasne, nieregularne, kończą się 

obwałami. Gdy wychodzimy na zewnątrz, wyglądamy jak wielkie kule błota. 

Niestety, znowu okazuje się, że nie tego tunelu szukaliśmy (opisane wyżej tunele 

to stare kopalnie srebra a nie część »Riese", szkoda). 

W marcu 1997 roku lokalizujemy dziwny, głęboki wykop o średnicy około 5 m. 

Niby nic szczególnego, ale z jego dna wystawały grube belki (kantówki) oraz stalowe 

pręty. Czyżby zasypany szyb? Nasze zdziwienie wzrosło, gdy zeszliśmy na dno 

wykopu - okazało się wybetonowane. Korek na szybie! Sensacja! Zaczynamy 

wykopki. Czyścimy beton z ziemi, odwalamy belki, odginamy stalowe pręty i 

znowu rozczarowanie To nie zamaskowany szyb a zwykły fundament, 

pospiesznie wylany i niedokończony. 

Na jednym ze zboczy Wielkiej Sowy udało się nam zlokalizować jeszcze jedno 

ciekawe miejsce. Dochodzi tam droga, coś się zapadło, wycieka woda, słowem jest 

interesująco.  Przydałaby  się  koparka, ale niestety koszty... 

 

Kompleks zbrojeniowy Miłków - Ludwikowice Kłodzkie, fabryka amunicji 

Mölke-Werke oraz fabryka prochu Dynamit AG 

Aby zaprezentowany w tej książce opis podziemi w Górach Sowich był kompletny, 

należy również kilka słów poświęcić kompleksowi zbrojeniowemu w Miłkowie. 

W jego skład wchodziła fabryka amunicji Mölke-Werke oraz fabryka prochu Dynamit 

AG - zlokalizowane w rozległych podziemnych wyrobiskach nieczynnej kopalni 

węgla kamiennego Wenceslaus oraz w wydrążonej przez więźniów części podziemnej 

we wnętrzu góry Włodyka. Jaki związek miały te fabryki z AL Riese? Po pierwsze: 

Unterkommando Ludwigsdorf było podobozem KL Wüstegiersdorf, czyli podlegało 

de facto AL Riese. Po drugie: znaczna część produkcji materiałów wybuchowych z 

Dynamit AG wędrowała prosto na Wielką Budowę. To właśnie z podziemi Włodyki 

pochodził donarit - materiał wybuchowy, którym drążono tunele Olbrzyma. Po trzecie: 

na terenie fabryki Mölke-Werke istniała elektrownia i to właśnie ona poprzez 

background image

podziemne kable zaopatrywała w energię elektryczną całego Olbrzyma. Po czwarte: 

rozbudowa podziemnej części kompleksu kierowała się  właśnie w stronę Sokolca, 

który prawdopodobnie miał stanowić podziemne zaplecze magazynowe dla 

obydwu fabryk. 

Jak już wspomniałem, w skład kompleksu wchodziły dwie fabryki zbrojeniowe. Ich 

lokalizację oparto na wykorzystaniu zabudowy i wyrobisk kopalni, zamkniętej 

jeszcze w latach 30. z powodu częstych wyrzutów metanu (w jednej z katastrof zginęło 

151 górników). Prawdopodobnie pod koniec 1943 roku rozpoczęto adaptację obiektów 

dla potrzeb przemysłu zbrojeniowego. Na powierzchni wybudowano liczne schrony, 

bunkry, wartownie i magazyny maskowane na stropach ziemią i małymi drzewkami. Do 

wszystkich tych obiektów doprowadzono sieć żelbetowych dróg, a cały teren chroniony 

był przez liczne stanowiska artylerii przeciwlotniczej. 

Nie wiadomo dokładnie kiedy rozpoczęto drążyć podziemną część kompleksu. Nie 

ma o tym żadnych wzmianek. Wiadomo natomiast, że podziemia te istnieją. 

Zeznania więźniów pracujących na powierzchni mówią o gigantycznych tunelach we 

Włodyce, w których ginęły tysiące ludzi. Jedna z byłych więźniarek zeznaje, iż 

nieraz widziała ludzi pędzonych do tuneli. Mówiąc dokładniej, to nie do tuneli, tylko do 

szybu windy, którym zjeżdżali do podziemi. Gdy wracali wieczorem wyglądali 

upiornie. Setki ludzi w kolorach: żółtym, czerwonym i zielonym ledwo wlokło 

się do obozu. Pracowali przy mieszaniu różnych składników prochu. 

Do dziś nie udało się trafić na ślad wejść do podziemi fabryki Dynamit AG. 

Jest to sprawa o tyle utrudniona, że rejon ewentualnych wlotów tuneli leży w tzw. 

gorącej strefie. Do dnia dzisiejszego cały masyw Włodyki jest bowiem wprost 

naszpikowany amunicją różnego kalibru i wszelkie prace w tym rejonie są 

zdecydowanie niewskazane. Podobnie rzecz się ma z penetracją wyrobisk 

kopalni. Tutaj metan jest najlepszym strażnikiem. 

Niestety, nie mogę, tak jak to robiłem przy opisach innych kompleksów, 

podać danych liczbowych dotyczących podziemi, bowiem ich po prostu nie 

znam. Przynajmniej na razie. 

 

 

background image

Kompleks zbrojeniowy Miłków - Ludwikowice Kłodzkie - badania 

W rejonie fabryki zbrojeniowej w Ludwikowicach Kłodzkich wszelkie prace terenowe 

są bardzo ryzykowne. Z powodu ogromnych wprost ilość amunicji artyleryjskiej 

zakopanej na zboczach Włodyki. Niemniej w marcu 1997 roku podjęliśmy próbę 

przekopu jednego z wklęśnięć w zboczu góry. Mieliśmy nadzieję na odkopanie tunelu. 

Niestety mimo przerzucenia kilku ton skał i gruzu skalnego, nie potwierdziły się nasze 

przypuszczenia co do lokalizacji tunelu. Sprawa pozostaje otwarta. 

Podobnie rzecz się miała z penetracją sztolni o polskiej nazwie Wacław I 

(niemiecka nazwa nie jest nam znana). Po wejściu przez szyb wentylacyjny, udało się 

nam zbadać jej przebieg na długości około 200 m. Do połowy długości jest ona 

obudowana betonem, ciąg dalszy to obudowa ceglana. W części obudowanej cegłą, 

około 50 m od przodka, po obu stronach tunelu znajdują się zawały, które prawdo-

podobnie kryją dostęp do dalszych chodników. Zawały są jednak na tyle 

niebezpieczne, że zrezygnowaliśmy z prób dalszej penetracji. Naprawdę nie warto 

ryzykować. 

 

KOMPLEKS ZAMKU KSIĄŻ 

Kompleks Zamku Książ - część naziemna 

Jeżeli chodzi o naziemną część kompleksu zamku Książ, to prace w nim 

prowadzono zarówno na terenie zamku, jak i w jego okolicy, w promieniu około 

1 km. W zamku prowadzono roboty polegające na przebudowie części 

pomieszczeń oraz ich adaptacji do zamierzonych celów. Niestety, w wyniku tej 

przebudowy bardzo ucierpiało wyposażenie zamku - m.in. w sali Krzywej, 

Konrada i w hallu Bolka zerwano zabytkowe plafony i inne ozdoby. W starej 

części zamku wzmocniono drewniane stropy, a na piątym piętrze rozpoczęto 

przebudowę dużych sal na mniejsze pokoje, prawdopodobnie dla żołnierzy 

pułku ochrony Führera. 

Z drugiego poziomu piwnic zamkowych wykuto do pierwszego poziomu 

podziemi szyb klatki schodowej. W związku z tymi pracami, w jednym z 

pomieszczeń na parterze zamku ustawiono kompresor, niszcząc przy okazji 

piękną, zabytkową podłogę pomieszczenia. 

background image

Na głównym tarasie przed zamkiem, obok wlotu szybu wentylacyjnego, 

zlokalizowano skład materiałów budowlanych, natomiast przed budynkiem 

biblioteki zbudowano tajemniczy, żelbetowy zbiornik, w którym, jak mówią 

świadkowie, nawet zimą woda była ciepła. Czyżby jakieś próby z uranem? 

Dużo poważniejsze prace prowadzono w okolicy zamku. Ze stacji kolejowej   

Wałbrzych- Szczawienko   poprowadzono   do   kompleksu torowisko kolejki 

wąskotorowej, biegnące obok Palmiarni, dzisiejszego parkingu i amfiteatru, do 

rejonu podziemi. Obok parkingu na zalesionym wzgórzu zbudowano dwa duże 

zbiorniki na wodę, zasilane ze studni głębinowych w rejonie Lubiechowa. 

Natomiast rejon samego parkingu zajmował obóz koncentracyjny KL 

Furstenstein. Tuż za parkingiem zlokalizowano także dużą przepompownię. 

Jednak zdecydowanie najciekawsza budowla znajduje się na terenie kapliczki 

rodu von Hochberg. Otóż, obok rozległych piwnic kapliczki wybetonowano dużą 

komorę, do której doprowadzono z powierzchni 9 okrągłych otworów o 

średnicy około 500 mm. Otwory dają jednoznaczne skojarzenie, że 

przeznaczeniem budowli była stacja wentylacyjna  dla jakiegoś dużego, 

podziemnego obiektu. Z dna komory odchodzą dwie obetonowane studzienki, niestety, 

obecnie zagruzowane. Może warto byłoby je oczyścić?  

Po drugiej stronie zamku znajdowały się wloty trzech sztolni, toteż na platformie 

przed sztolniami powstało kilka baraków magazynowych oraz kilka fundamentów 

pod urządzenia techniczne. Nieco poniżej, na zboczu góry, rozpoczęto budowę 

niewielkiej oczyszczalni ścieków, od której wykopano rów w kierunku rzeki 

Pełcznicy. Przy sztolni nr 4 - znacznie oddalonej od trzech pozostałych - nie ma 

żadnych budowli. Jest tam natomiast duża hałda,  sięgająca aż do rzeki Pełcznicy. 

Po przeciwnej stronie wąwozu znajdują się ruiny zameczku o nazwie Stary Książ, 

wokół którego istnieją ślady po nierozpoznanych pracach. Równie ciekawy jest głęboki 

wąwóz rzeki Pełcznicy. W zamierzeniach niemieckich całe zamkowe wzgórze miało 

zostać odcięte od świata, a dojazd do zamku możliwy tylko poprzez podziemne 

tunele. Tunel dla samochodów miał biec od strony Świebodzic, natomiast tunel 

kolejowy od strony tzw. Łuku  Świebodzickiego. W rejonie tym można znaleźć 

pewne ślady po prowadzonych pracach.  Są one widoczne m.in. w odsłonięciu, 

background image

gdzie przemieszane warstwy ziemi i skał  świadczy o ingerencji człowieka w 

głąb zbocza. 

 

Kompleks Zamku Książ - część podziemna 

Podziemia pod zamkiem Książ składają się z nieznanej dokładnie liczby 

poziomów wyrobisk. Na dzień dzisiejszy znane są dwa poziomy: pierwszy na głębokości 

15 m pod zamkiem i drugi na głębokości 53 m pod dziedzińcem, położonym na 

wysokości 399 m n.p.m. Tunele wykute zostały w zlepieńcu kulmowym. 

Do podziemi poziomu pierwszego wchodzimy wejściem, znajdującym się na 

tarasie bogini Flory. Zaraz za wejściem dostrzegamy wylot strzelnicy wartowni 

ochraniającej obiekt. Aby przejść dalej, mijamy wartownię i skręcamy w prawo. Idąc 

tunelem mijamy wejście do windy, łączącej poszczególne kondygnacje zamku z 

podziemiami oraz szyb klatki schodowej dochodzącej do poziomu piwnic zanikowych. 

Nieco dalej drogę przegradza nam zawalisko w tunelu. To zasypana część chodnika, 

dochodząca bezpośrednio do głównego szybu zamkowych podziemi, który obecnie jest 

całkowicie zagruzowany. Tunel dochodzi do dużej komory. Z jej dna prowadził, 

wspomniany wyżej, szyb aż do podziemi dolnego poziomu. Po drugiej stronie 

komory znajduje się  jeszcze jedno dojście z tarasu bogini Flory, obecnie 

zamurowane. Podziemia poziomu pierwszego mają długość około 80 m, powie-

rzchnię 180 m2 i kubaturę 400 m3. 

Podziemia poziomu pierwszego są obecnie całkowicie niedostępne z racji 

ulokowania w nich aparatury pomiarowej stacji sejsmograficznej PAN. Jako jedyne 

znane obecnie podziemia, posiadają bardzo wysoki stopień wykończenia, co świadczyć 

może o wysokim zaawansowaniu budowy tego obiektu. Składają się z czterech sztolni 

dolotowych oraz sieci krzyżujących się ze sobą wyrobisk chodnikowych, które powię-

kszono do rozmiarów hal (5 m wysokości i 5,5 m szerokości). Ponadto w 

podziemiach znajdują się cztery całkowicie wybetonowane Komory o wymiarach 13 

x 4,5 x 3,8 m. Do podziemi docierają aż trzy szyby, Pełniące następujące zadania: 

•  szyb nr 1 - o średnicy 5 m - miał pomieścić windę oraz urządzenia 

wentylacyjne, 

•  szyb nr 2 - o średnicy 3,5 m - służyć miał celom wentylacyjnym, natomiast w 

background image

trakcie budowy podawano nim do podziemi beton, 

•  szyb nr 3 - o średnicy 0,7 m - wykonany był tylko do podawania betonu. 

Podziemia zamku Książ  są doskonałym przykładem na to, jak pra-

wdopodobnie miały wyglądać wszystkie systemy podziemne w Górach Sowich, 

gdyby je ukończono. 

Ogólna długość tuneli kompleksu wynosi 1 070 m i powierzchnia 4 100 m2, a 

kubatura sięga 14 200 m

3

 

 

POZOSTAŁOŚCI 

Kompleks schronów w Głuszycy 

Pierwszy system wyrobisk zespołu schronowego w Głuszycy odnajdujemy za 

Zakładami Przemysłu Włókienniczego nr 2. Tworzą go dwie sztolnie wydrążone 

w skale gnejsowej. Wloty sztolni znajdują się na wysokości 480 m n.p.m. 

Jedyne możliwe wejście znajduje się przy drodze, za zakładami. Tunel ma 

wymiary 2,5 x 3 m. Od głównego chodnika odchodzą niewielkie wyrobiska 

poprzeczne, a po około 100 m sztolnia nr 1 krzyżuje się ze sztolnią nr 2, pod 

kątem prostym. Tuż przed skrzyżowaniem, po prawej stronie natrafiamy na trzy 

niewielkie, ceglane komory. Znaczna część sztolni nr 1 posiada obudowę z 

żelbetowych prefabrykatów. Kilkanaście metrów za skrzyżowaniem, w sztolni 

nr 2, wydrążono komory na wartownię. W miejscu tym istnieje dziś wielki 

zawał, który ciągnie się aż do wylotu sztolni nr 2. Całkowita długość wyrobisk 

wynosi 240 m, powierzchnia 600 m a kubatura 1800 nr.  

Drugi system wyrobisk ulokowano za Zakładami Przemysłu Włókienniczego 

nr 1. Zespół ten składa się z dwóch sztolni połączonych wyrobiskami 

poprzecznymi. Wiemy o tym dzięki zachowanemu w Urzędzie Gminy w 

Głuszycy planowi podziemi, wykonanemu w latach 50. przez Wojsko Polskie 

podczas penetracji podziemi. Po spenetrowaniu, wloty do obiektu zostały 

wysadzone w powietrze. Dlaczego? Trzeci system składa się prawdopodobnie z 

dwóch lub trzech sztolni umiejscowionych na zboczu w rejonie ulicy Kolejowej. Z 

powodu zawałów systemie był penetrowany. Ślady po czwartym systemie znajdują się 

background image

przy drodze leśnej prowadzącej na Soboń, kilkadziesiąt metrów za trzema stawami W 

zboczu góry istnieją dwa wybrania z wysadzonymi rumowiskami skał. 

 

Tunel kolejowy Wałbrzych-Jedlina Zdrój 

Na początku XX wieku, pomiędzy Wałbrzychem a Jedlina Zdrój, 

powstał jeden z najdłuższych tuneli kolejowych na dzisiejszych 
ziemiach polskich. Ma długość 1 612 m. W jego skład wchodzą dwa 
równoległe tunele, połączone kilkoma poprzecznymi chodnikami 
technicznymi. Lewy tunel (tak go nazwijmy) posiada niewielką komorę 
w której wykuto na powierzchnię góry szyb wentylacyjny o głębokości 
80 m.  

Sprawa jest o tyle ważna,  że w latach 1944-1945 w lewym tunelu powstał 

schron dla pociągów specjalnych. Na długości około 200 m tunel poszerzono i 

obudowano  żelbetem (cały tunel posiada obudowę ceglano-kamienną). Co 

kilkanaście metrów, w bocznej ścianie tunelu, znajdują się wnęki techniczne oraz 

wyloty systemu odwadniającego! Wszystko niby pasuje, tyle tylko, że podobne 

tunele-schrony, istniejące w innych miejscach, posiadają znacząco rozbudowane 

zaplecze techniczne dla pasażerów pociągów, w postaci całych ciągów korytarzy i 

pomieszczeń. Natomiast w omawianym tunelu niczego takiego nie ma. Pozostaje 

tylko możliwość,  że wloty do zaplecza zamurowano. Jest to wielce 

prawdopodobne, bowiem z tunelem i jego okolicą związana jest sprawa centrali 

telekomunikacyjnej o kryptonimie S3 Rüdiger. Jej lokalizację w rejonie tunelu 

potwierdzają niemieckie dokumenty, natomiast w terenie nie ma po niej śladu. 

Ściślej mówiąc,  ślad jest, tyle tylko, że bardzo enigmatyczny. W 1996 roku w 

wyniku prac terenowych udało się nam odkryć bardzo interesujący tunel, 

zakończony komorą z zalanym szybem, prowadzącym prawdopodobnie do centrali 

i zaplecza technicznego schronu dla pociągów. W lecie 1997 roku nurkowie, bada-

jący szyb, potwierdzili połączenie szybu z niewiadomymi wyrobiskami, które 

kierują się prosto w stronę tunelu. 

 

 

Inne 

Poza  wymienionymi   wcześniej   podziemiami  w  Głuszycy  oraz 

tunelem-schronem, na interesującym nas terenie znajduje się wiele 

background image

innych, nie związanych z II wojną  światową obiektów podziemnych. 

Są to następujące budowle: 

• 

„Silberloch" - kopalnia srebra na Przełęczy Walimskiej, 

• 

tzw. sztolnia uranowa na zboczu Strażowej Góry, 

• 

kopalnia węgla kamiennego koło Sierpnicy, 

• 

nieznane z nazwy wyrobiska kopalniane w Jedlinie Zdroju, 

• 

sztolnia poszukiwawcza w rejonie Lasocina, 

• 

tajemnicze obiekty podziemne na południowo-wschodnich zboczach 

masywu Wielkiej Sowy - prawdopodobnie kopalnie rud srebra, 

• 

kopalnie rud srebra w Złotym Lesie, 

• 

kopalnia barytu w Bystrzycy Górnej, 

• 

kopalnie barytu „Augusta" w Kamionkach, 

• 

sieć wyrobisk pokopalnianych zagłębia węglowego Wałbrzych--Nowa 

Ruda-Jugów-Jedlina. 

Na tym kończę prezentację podziemnych labiryntów Gór Sowich. Przedstawiłem 

Państwu wszystkie poznane przez nas obiekty, choć zdaję sobie sprawę,  że jest to 

zaledwie część z tego, co naprawdę kryją Góry Sowie. 

Wszystkie opisane podziemia są w dobrym stanie górniczym, z wyjątkiem podziemi 

Sokolca, wykutych w kruchym piaskowcu. 

Nieco inaczej przedstawia się sprawa z budowlami naziemnymi. Przez 

wszystkie powojenne lata były one narażone na działanie różnych czynników 

atmosferycznych oraz na niszczycielskie czyny miejscowej ludności, która dokonała 

wielu poważnych zniszczeń. Dziś większość jest w stanie ruiny. Oparły się 

jedynie masywne, żelbetowe bunkry i fundamenty urządzeń technicznych. Najgorzej 

wyglądają  budowle ceglane, zdewastowane całkowicie w wyniku odzyskiwania 

z nich cegieł i innych prefabrykatów. Obiekty naziemne stoją dziś opuszczone i 

zapomniane, rosną na nich małe drzewa, krzaki i wszechobecny mech, przez co 

proces niszczenia przebiega znacznie szybciej. Pocieszającym jest fakt, że 

zaplanowano oczyszczenie wszystkich obiektów z roślinności i odpowiednie 

oznakowanie całego terenu tak, aby każdy mógł  bez przeszkód dotrzeć do tych 

ciekawych i unikatowych przykładów niemieckiej myśli technicznej i 

background image

budownictwa fortyfikacyjnego z okresu II wojny światowej. 

 

W pracach badawczych na terenie S3 Riese brali udział: 

Jacek Duszczak 

Andrzej Hercuń 

Dariusz Korólczyk 

Mariusz Mirosław 

Piotr Rodziewicz 

Paweł Rodziewicz 

Andrzej Stasiak 

Robert Stonkus 

Grzegorz Urbański 

Tomasz Witkowski 

Andrzej Wojtoń 

Piotr Zagórski 

oraz 

MARIUSZ ANISZEWSKI 

Uczestniczyło w nich także kilku innych naszych kolegów, którzy 

dorywczo, w miarę możliwości, pomagali nam przerzucać tony skalnego gruzu 

w poszukiwaniu nowych tuneli. 

background image

CZĘŚĆ VI 

PO WOJNIE 

12 stycznia 1945 roku ruszyła ofensywa styczniowa, której rozwój znacząco wpłynął 

na sytuację militarną na Dolnym Śląsku. Po dwóch tygodniach walk armie sowieckie 

znalazły się w samym sercu Śląska, zajmując go bez większych kłopotów. Dalej uderzenie 

sowietów skierowane zostało na linię Odry i główne miasta: Opole, Wrocław, Głogów 

i Brzeg. Po sforsowaniu rzeki - 16 lutego 1945 roku - armie sowieckie rozpoczęły jedną 

z ostatnich, wielkich operacji ofensywnych tej wojny - operację berlińską - 

zapominając jakby o Dolnym Śląsku. Jeżeli bowiem nie liczyć walk o Wrocław, to na 

terenie tym panował niczym niezmącony spokój. Działo się tak aż do dnia rozpoczęcia 

operacji opolskiej - 15 marca 1945 roku - bowiem dopiero wtedy jednostki Armii 

Czerwonej wkroczyły na dolnośląską ziemię, walcząc o jej zdobycie. 8 maja 1945 

roku wojska 59 armii gen. Iwana Korownikowa realizując zadania operacji praskiej i 

prowadząc walki w Kotlinie Kłodzkiej sforsowały Góry Bystrzyckie i zajęły ostatnie 

tereny Dolnego Śląska. Dwa dni później oddziały 21 armii I-go Frontu Ukraińskiego 

zdecydowanym rajdem zajęły bez walk Świdnicę, Wałbrzych i tereny wokół tych miast. 

Nikt nie bronił powstałej tak wielkim wysiłkiem Wielkiej Budowy, nikt nie bronił 

Walimia, Głuszycy, setek ton specjalistycznego sprzętu, maszyn, miejscowej ludności... 

Rosjanie dostali wspaniały prezent. Czy władze sowieckie zdawały sobie sprawę z tego, 

co wpadło im w ręce? Nie wiadomo. Wszystko wskazuje na to, że nie bardzo, jako że 

schrony, tunele, porzucona broń i ogólny bałagan napotykano na każdym pobojowisku. 

Tak więc i w tym przypadku nie robiono sensacji. Skupiono się głównie na dostarczaniu 

(z inicjatywy więźniów) powstałym szpitalom wszelkiego rodzaju lekarstw, żywności i 

wyposażenia. W szpitalach tych umieszczono wszystkich więźniów, którzy przetrwali 

sowiogórskie piekło i w większości znajdowali się na krawędzi śmierci. Niestety, mimo 

starań lekarzy sowieckich oddelegowanych do tej pracy wielu byłych więźniów 

niedługo cieszyło się wolnością. Miesiące morderczej pracy, chorób, bicia, 

głodzenia zrobiły swoje. Wiele sowiogórskich tajemnic zabrali ze sobą do grobu ci 

nieszczęśnicy. Poza wsparciem dla szpitali, władze sowieckie rozpoczęły także 

tworzenie „polskiej" administracji, MO, SB oraz pomagały polskim osadnikom 

w przejmowaniu majątków po wysiedlanych sukcesywnie Niemcach. 

background image

Jednak powoli sytuacja zaczęła ulegać zmianie. Sowieci już wiedzą co działo 

się w Górach Sowich. Rozpoczynają akcję. Specjalne oddziały wojska wybrane 

ze składu 59 i 21 armii ogólnowojskowej przeczesują  rejon   Wielkiej   Budowy   

w   poszukiwaniu   ukrytych   dóbr materialnych, pobierają próbki ziemi, aby 

ustalić w niej zawartość rudy uranu, starają się dotrzeć do wysadzonych 

podziemi. Mimo że przedsięwzięcia te kończą się niepowodzeniem, akcja trwa 

nadal i polega na regularnej grabieży sprzętu technicznego oraz materiałów 

budowlanych pozostawionych na budowie. Dzień i noc na wschód podążają 

transporty cementu, cegieł, stali, rozebranych torów kolejki wąskotorowej, 

instalacji elektrycznej, wszelkiego rodzaju maszyn oraz tego wszystkiego, co dla 

wyzwoleńczej Armii Czerwonej i ludu uczciwie pracującego przedstawia 

jakąkolwiek wartość. Aby w pełni ukazać jak wyglądała ta akcja przyjrzyjmy  

się  raportowi  S.   Styczyńskiego  (pełnomocnika Ministerstwa Kultury i Sztuki 

d/s rewindykacji dóbr zrabowanych w Polsce) dotyczącemu postępowania 

Sowietów na zamku Książ: 

„(...) gospodarka Rosjan przez cały 1945 rok, jeżeli chodzi o 

ruchomości zamku polegała głównie na przygodnym wywożeniu 

rzeczy cenniejszych, co jednak nie miało charakteru zor-

ganizowanej akcji. Wywożono meble, dywany, obrazy, rzeźby itd. 

Dopiero w styczniu 1946 roku zjechała komisja złożona z 

wyższych oficerów kwatery marszałka Rokossowskiego, która 

dokonała przeglądu całości... W kilka dni później rozpoczął się 

zorganizowany wywóz na wielką skalę, który w lutym objął 

bibliotekę, w marcu i kwietniu resztę ruchomości. W maju w 

barbarzyński sposób zniszczono resztę pozostałych ruchomości 

dokładnie  łamiąc wszelkie meble, wyrąbując drzwi, okna, 

wyrywając parkiety, boazerie i malowidła tak, że wnętrza 

kompletnie spustoszone przedstawiają stan kompletnej ruiny, 

szczęśliwie jak dotąd chronionej przez nieuszkodzony dach. W 

tym stanie zamek został w początkach czerwca przekazany 

władzom polskim". 

background image

Podobny los spotkał dziesiątki innych zamków, dworków i pałaców Dolnego 

Śląska, bowiem nowa władza nie znała litości. Ucierpiał bardzo wysoko rozwinięty na 

tych terenach przemysł oraz komunikacja Właśnie wtedy demontuje się i wywozi do 

Rosji jedną linię torów z odcinka Wrocław-Zgorzelec. Wtedy też doprowadza się do 

ruiny dolnośląski przemysł, przez rabunek i dewastację o jakiej świat nie słyszał. 

Razem z Sowietami rabunek prowadzą setki band szabrowników kradnących to 

wszystko, czego nie wywiozła Armia Wyzwoliciela. Szczególnie tragicznie los 

obchodzi się z Wielką Budową która przeżywa prawdziwy najazd złodziei oraz 

„legalnie" działających firm, zajmujących się odzyskiem materiałów budowlanych. Inż. 

I. Gisges wspomina: 

„Przypomniały mi się lata 1945-47 kiedy to na własną  rękę 

organizowałem wyjazdy do najrozmaitszych zakamarków, opuszczonych 

zamków, dziwnych schronów, podziemi, a nawet starych stodół zapchanych 

różnymi materiałami. Pracowałem wtedy w energetyce w Wałbrzychu, 

a zapasów było brak. Walim stanowił wtedy kopalnię materiałów i 

urządzeń nie tylko dla energetyki. Przywieźliśmy stamtąd m.in. kilka 

samochodów samych tylko izolatorów, niezliczone ilości  żelaza 

profilowego i rur kamionkowych...". 

A oto jak pamięta te lata pan A. Śleziak z Gliwic: 

„W miejscowości Jugowice natrafiliśmy na wykopany otwór 

imitujący budowę szybu wentylacyjnego, tu znów kupa żelastwa i 

materiałów, w szopie kilkadziesiąt silników elektrycznych, 

niezabezpieczony magazyn wszelkich typów amunicji. Tam 

urządziliśmy sobie strzelanie z Panzerfaustów. Stwierdzam, że 

otwór ten był już częściowo zasypany prawdopodobnie przez 

wysadzenie dynamitem. Podobnie za fabryką lniarską w Walimiu 

był wybudowany duży schron (!) obok stosy amunicji, granatów, 

Panzerfaustów. Aż strach ogarnia na myśl, że podpali to ktoś niepowołany. 

A dostęp ma każdy". 

 Ziemie te faktycznie nie należały do najspokojniejszych. Jeszcze w latach 

1947-1948 nocami słychać było strzały i stłumione odgłosy eksplozji. Jest wielce 

background image

prawdopodobne,  że walimskie podziemia mogły służyć przez jakiś czas za 

kryjówkę bandom Werwolfu. A trzeba nam wiedzieć, że w powiecie wałbrzyskim 

działała jedna z najliczniejszych grup Werwolfu, licząca około 150 osób. Jej 

dowódcą był esesman Zoeffer, a dzieliła się na: Stadtgruppe - dowódca Alfred 

Kramer, Kreisgruppe - dowódca Helmuth Nowak i Panzergruppe - dowódca 

Elsner, która dokonywała wszelkich akcji dywersyjnych. Dla porównania 

działająca w powiecie jeleniogórskim grupa Paula Schmidta liczyła około 20 

osób, a grupa Karla Christiana operująca w powiecie bystrzyckim aż 7 osób. 

O tym jak wyglądała Wielka Budowa w 1947 roku możemy dowiedzieć się z 

serii artykułów Zbigniewa Mosingiewicza zamieszczonych w Słowie Polskim: 

„Samo rozrzucenie wejść daje pojęcie o ogromie podziemnego 

miasta. Nie jest ono dotychczas w dostateczny sposób zbadane. 

Mieszkańcy Głuszycy często na własną  rękę udają się na 

poszukiwania rzekomo ukrytych tam skarbów, ale w swych 

wędrówkach dochodzą jedynie do głównego tunelu. Bocznych 

tuneli nikt dotychczas nie zbadał. Przygodnych poszukiwaczy 

skarbów odstraszają groźne bunkry i pogłoski o zaminowaniu 

przejść". 

Dobiegają końca burzliwe lata 40. Podziemia są już lepiej znane. Armia 

Czerwona nie znalazła w nich złota ani uranu i w efekcie straciła nimi 

zainteresowanie. Nie stracili go natomiast szabrownicy. Nieprzerwanie penetrują 

podziemia, wywożąc z nich wszystko, co tylko da się oderwać, odkuć, podnieść 

i wyciągnąć na powierzchnię. Przecież  złom jest w cenie. Jednak poza nimi 

niewielu jest śmiałków gotowych zmierzyć się z Olbrzymem, i tylko czasami 

komendanci okolicznych posterunków MO polecali wysadzić wejście do tego 

czy innego tunelu lub szybu, czego domagali się mieszkańcy, ponieważ ginęło 

im pasące się tam bydło, a dzieciaki wracały do domów,.. uzbrojone po zęby w 

znalezione w podziemiach pistolety maszynowe i panzerfausty... 

Pojawiają się w końcu pierwsze osoby próbujące rozwikłać tajemnicę 

„walimskich podziemi". W lecie 1947 roku do Walimia przybywa ppor. Radek, 

który wraz z trzema kompanami prowadzi oględziny budowy. Jednak ppor 

background image

Radek znika tak nagle, jak się pojawia. Tajemnica nadal pozostaje tajemnicą. 

Jakby na zakończenie tragicznej dekady lat 40., w 1948 roku w niewyjaśnionych 

okolicznościach wylatuje w powietrze jedno z wejść do podziemi Sokolca, co 

jeszcze bardziej utajnią ten kompleks. 

Czas szybko mija, nie przynosząc przez następne kilka lat nic nowego. Dopiero 

w sierpniu 1954 roku na terenie Gór Sowieh pojawia się  kilkuosobowa grupa 

wojskowych dokonując m.in. inwentaryzacji sztolni nr 2 w kompleksie Jugowice. To 

właśnie tej grupie zawdzięczamy błędnie wykonany plan tych podziemi, wokół którego 

narosło tyle nieporozumień i legend. Sześć lat później w Górach Sowich znowu pojawia 

się wojsko. Niestety, me udało się nam ustalić, jaka ekipa działała na tym terenie i czego 

dokonała, za to o wiele więcej wiemy o poczynaniach następnej ekipy. Ta zawitała na te 

tereny 23 lipca 1964 roku. 

Wyprawą GKBZHwP kierował dr Jacek Wilczur, a miała za zadanie ostateczne 

rozwiązanie zagadki walimskich lochów oraz zebranie materiału dowodowego o 

zbrodniach hitlerowskich na tym terenie. W wyniku zakrojonych na szeroką skalę prac 

ekipie dr Wilczura udało się zinwentaryzować wszystkie główne kompleksy budowy 

oraz zebrać wiele dowodów zbrodni popełnionych przez SS. Do najbardziej obcią-

żających dowodów należą niewątpliwie odkryte w kilku miejscach masowe groby 

więźniów, którzy zginęli przy budowie Olbrzyma oraz zeznania naocznych świadków 

zbrodni. Oto co powiedział sam dr Wilczur Żołnierzowi Polskiemu w kilka dni po 

zakończeniu wyprawy: 

„Wyprawa w  Góry  Sowie wzbogaciła naszą wiedzę o 

hitlerowskim systemie eksploatacji sił więźnia, wzbogaciła naszą 

wiedzę o sposobach technicznych eksterminacji. (...) Góry Sowie 

to klasyczny przykład współpracy kapitału i przemysłu 

niemieckiego z SS. (...) Świadkowie obliczają  że przy budowie 

labiryntów i urządzeń obronnych zatrudnionych było około 45 firm. 

Istnieją jednak dowody, które pozwalają przypuszczał,  że  ta,  w  

Górach  Sowich przygotowywano kwaterę Hitlera i kwaterę dla 

OKW. We wszystkich wsiach i osadach, w których prowadzono roboty 

tunelowe, drążono góry i budowano naziemne urządzenia   

background image

obowiązywał   zakaz przyjmowania gości z zewnątrz, choćby nawet z 

sąsiedniej wsi. Chodziło o zachowanie najściślejszej tajemnicy".  

Należy tutaj dodać, że to właśnie dr Wilczur „odkrył" dla historii tego terenu panów 

Heina i Schneidera - Niemców zamieszkałych  w Jugowicach, których zeznania 

okazały się bezcenne przy odtwarzaniu wyglądu budowy i warunków na niej 

panujących. Niestety do wielu rzeczy nie udało się im dotrzeć, a to za sprawą 

bardzo złej atmosfery panującej w otoczeniu wyprawy. Jest prawie pewne, że 

poczynaniami członków wyprawy interesowało się KGB i SB, co bardzo 

utrudniało wszelkie prace. Właśnie za sprawą KGB nie doszło do skutku plano-

wane rozkopanie jednego z zawałów i penetracja podziemi leżących za nim. 

Właśnie za sprawą KGB i SB atmosfera w Górach Sowich popsuła się do tego 

stopnia,  że zainteresowanie Wielką Budową znikło na kilka lat. Walerian 

Skrzypczak tak oto wspomina: 

„Pamiętam, że w listopadzie 1943 roku przywieziono na stację w 

Walimiu transport więźniów w pasiakach z jakiegoś obozu, ale z 

jakiego nie wiem. Wagonów tych było 5. Ilu więźniów 

przywieziono również dokładnie nie wiem. Więźniowie ci zaczęli 

budować baraki najpierw w Walimiu a później w Jugowicach. 

Więcej transportu koleją z więźniami do pracy w   Walimiu nie 

przychodziło. Z opowiadań Niemców zamieszkałych wtedy w  

Walimiu, którzy kontaktowali się z  pracownikami   OM  wiem,   

że   ogółem   miało   być   tam zatrudnionych co najmniej 38 tys. 

ludzi. Kierownictwo tej budowy mieściło się w Jedlince w zamku, 

i chyba ono tylko mogło być zorientowane jakiego rodzaju miały 

być te budowle i czemu miały służyć. Sami Niemcy snuli różne 

domysły na temat prowadzonych prac w głębi gór, jedni mówili, 

że miała to być jakaś fabryka prochu a inni, że miała to być 

kwatera główna Hitlera, ponieważ do Walimia przyjechali wtedy 

gestapowcy z  Kętrzyna,   gdzie  poprzednio  taka kwatera  się  

mieściła. Z niedożywienia i złych warunków higienicznych 

wybuchł  wśród więźniów tyfus i na ten tyfus zmarło około 700 

background image

osób a na cmentarzu  w  Walimiu   znajdują  się   trzy  masowe   

groby, w których pochowano zmarłych. Pracowali także w 

Walimiu jeńcy włoscy, których zmarło około 22 osoby. 

Niezależnie od tego pracowali tam także cywilni robotnicy z OT a 

także cywilni robotnicy włoscy, minerzy którzy wysadzali 

chodniki w skałach. Główny obóz więźniów zatrudnionych przy 

budowach w Walimiu, znajdował się w Jugowicach, które za 

czasów niemieckich nosiły nazwę Hausdorf. Obóz ten znajdował 

się w rejonie ul. Górnej w Jugowicach. Był także obóz więźniarski 

w Olszyńcu oraz obóz w Klocach. Prace były ściśle izolowane, na 

drogach wiodących do góry, gdzie prowadzono roboty, stały 

tablice ostrzegawcze, grożące karą  śmierci za wejście na teren 

budowy. Niemcy mówili także,  że w Głuszycy istniało 

krematorium, ale ,gdzie nie wiem.  Mój pracodawca Szymura nie 

mówił mi nigdy o tym, aby malował jakieś kotły wewnątrz 

pomieszczeń zbudowanych wewnątrz góry". 

 

 Latem 1972 roku w Walimiu pojawił się pchor. Jerzy Cera Dysponując 

ludźmi i sprzętem, rozpoczął dokładne badania nad walimskimi podziemiami. 

Przez kolejnych pięć lat Jerzy Cera przybywał w Góry Sowie i prowadził 

inwentaryzację budowy. Owocem tych wypraw stała się obszerna praca 

dyplomowa, która bardzo dokładnie, jak na owe czasy, przedstawiała wygląd 

budowy oraz problematykę więźniów pracujących w jej kompleksach. Poza tym 

Jerzy Cera zainteresował się szczególnie kompleksem Jugowice, gdzie też 

rozpoczął prace ziemne. Niestety, nie udało mu się odkryć  żadnych rewelacji i 

poza inwentaryzacją kompleksu nic nowego nie odkrył. 

Minął rok od zakończenia ostatniej wyprawy Jerzego Cery. Jest upalne lato 

1976 roku gdy na horyzoncie pojawia się kolejna ekipa pragnąca zmierzyć się z 

Olbrzymem. Ekipą, w skład której wchodzą studenci Politechniki Wałbrzyskiej, 

kieruje Piotr Kruszyński, późniejszy pracownik Centralnego Archiwum Gross 

Rosen, autor wielu prac o Górach Sowich. Ponadto w składzie ekipy znajdują się 

jeszcze dwaj interesujący ludzie: Tadeusz Słowikowski i Andrzej Nowicki, 

background image

których chyba nie trzeba przedstawiać. Działania ekipy ograniczają się w zasadzie 

do dokładnego zbadania podziemi i przekopania zawałów w nich występujących, 

co udaje się tylko częściowo. Po dokładnej inwentaryzacji budowli naziemnych, 

ekipa podjęła próbę przekopania zawału przy wlocie sztolni nr 3 w kompleksie 

Soboń. Próba zakończyła się w zasadzie sukcesem, gdyż po wykonaniu szybu 

udało im się dotrzeć do kilkunastometrowego odcinka chodnika, zakończonego 

zawałem. Zawału jednak nie udało się już sforsować. Jest to zawał o tyle ciekawy, 

że wchodzą w niego poderwane wybuchem tory kolejki oraz przewody 

elektryczne. W następnym roku ekipa, która została nazwana Grupą Badawczą 

Góry Sowie, w takim samym składzie jak rok wcześniej, Podjęła jeszcze jedną 

próbę rozebrania zawału w kompleksie Soboń - tym razem na zawalonym 

odcinku sztolni nr 2. Po wykopaniu szybu, udało się nim dotrzeć do zawalonej 

części chodnika. Niestety, żadnych rewelacji nie odkryto. W trzecim roku 

prowadzenia badan na terenie pór Sowich, ekipa Piotra Kruszyńskiego stanowiła 

już poważny zespół badawczy. W jego skład wchodzili studenci Politechniki 

Wałbrzyskiej, górnicy  i  ratownicy  z  Wałbrzycha,  przedstawiciele  LOK,   delegat 

Zakładu Medycyny Sądowej z Krakowa oraz studenci AGH. Wykonali szereg badań 

na terenie zamku Książ, stwierdzając w okolicach wiele anomalii geofizycznych 

wskazujących na istnienie podziemnych próżni, czyli pomieszczeń, korytarzy lub 

tuneli, o których dotychczas jeszcze nie  wiedziano.  W tym samym  czasie na 

terenie  stacji kolejowej w Głuszycy, podczas wykopu pod wodociąg, natrafiono 

na drewniane paki z nieheblowanych desek. Było ich 18. Wkrótce okazało się, że 

nie są to paki lecz trumny, zbijane z materiału jaki był pod ręka. Na zakończenia 

działalności podjęto jeszcze próbę rozkopania jednego z zawałów. Podstawiono 

koparkę, jednak po paru godzinach pracy, natrafiono na caliznę skalną, ponad 

wszelką wątpliwość nie tkniętą ani świdrem ani oskardem. 

Niestety, był to ostatni rok działalności Grupy Badawczej Góry Sowie. Na 

placu boju pozostał w zasadzie tylko Piotr Kruszyński, który nadal prowadził 

prace badawcze i zbierał materiały o sowiogórskiej budowie. Związane to było z 

jego zajęciem, ponieważ po zakończeniu studiów rozpoczął pracę w C. A. Gross 

Rosen w Wałbrzychu. Jego wieloletnia praca zaowocowała w 1989 roku 

background image

wydaniem przez C. A. Gross Rosen broszury pt.: Podziemia w Górach Sowich i 

Zamku Książ,  która jest bardzo konkretnym, pobawionym sensacji i fantazji 

wydaniem prezentującym stan badań podziemi aż do 1989 roku. 

W Górach Sowich próbowała swych sił jeszcze jedna grupa. Latem 1985 roku 

ekipa pod przewodnictwem pana L. Krzyścina, rozpoczęła pracę przy zawale na 

wlocie sztolni nr I w kompleksie Włodarz. Po wykonaniu głębokiego przekopu 

prace przerwano ze względu na obsuwanie się skał ze zbocza położonego nad 

wlotem sztolni. 

W roku 1991 podjęto jeszcze jedną próbę zgłębienia tajemnic budowy. 

Prowadzono prace wykopaliskowe na jednym z zawałów w kompleksie Głuszyca 

oraz poszukiwano masowych grobów w rejonie Kole. Wyniki badań pozwalają 

przypuszczać,  że w pobliżu KL Dörnhau w Kolcach znajduje się kilka 

nieznanych, masowych grobów. Sprawa wymaga dalszych prac terenowych. 

Jak zeznaje Kazimierz Fedorowicz: 

„W Walimiu mieszkam od początku 1947 roku. W owym czasie przed 

tunelem w Walimiu przy ulicy 1-go Maja stały obrabiarki różnego rodzaju. 

M.in. rozpoznałem kolosa-betoniarkę sporo narzędzi, wewnątrz 

znaleźliśmy dwa motory dieslowskie masę drutu zbrojeniowego i masę 

drewna. Do wewnątrz wchodziło się po torach wąskotorówki. Od 

Niemców w cywilu niczego nie można się było dowiedzieć. Nigdy 

nikt w okresie moich 19 lat pobytu tutaj nie wpadł na minę, nie 

słyszałem aby komukolwiek cos się stało. Od pana Stroińskiego, 

mieszkańca Walimia, słyszałem,  że w lochach zamku 

hitlerowskiego są pancerne drzwi, których nie można otworzyć. Nie 

pamiętam kto, ale jeszcze inna osoba także powiedziała mi o tych 

drzwiach". 

Wczesną wiosną 1992 roku powstała Sowiogórska Grupa Poszukiwawcza 

KRET, która zajęła się odkrywaniem tajemnic Gór Sowich. 

Poniżej przedstawiam krótki opis wszystkiego, co udało się nam odkryć przez 

4 lata działalności: 

•  czerwiec-sierpień 1992 - prace przy odkopaniu i inwentaryzacji sztolni nr 3 

background image

w kompleksie Osówka, 

•  sierpień-paździemik 1992 - inwentaryzacja Olbrzyma, 
•  24 października 1992 - odkopanie i inwentaryzacja sztolni nr 1 i 3 w 

kompleksie Jugowice Górne, 

•  31 października 1992 - odkopanie i inwentaryzacja sztolni nr 2 w 

kompleksie Jugowice Górne,

17

 

•  styczeń-luty 1993 - prace w kompleksie Rzeczka, gdzie po oczyszczeniu 

zawału na przedłużeniu sztolni nr 1 wyjaśniamy kolejną zagadkę; stwierdzamy 

ponad wszelką wątpliwość, że zawał kończy się przodkiem, a nie jak wielu 

uparcie twierdziło dalszym ciągiem korytarza, do których, co ciekawe, 

niejeden z nich kiedyś wchodził, 

•  luty-czerwiec 1993 - inwentaryzacja Olbrzyma, 
•  czerwiec 1993 - realizacja dla potrzeb TVP SA filmu o Górach Sowich, 
•  lipiec 1993 - rozkopanie zawału przy sztolni nr 7 w kompleksie Jugowice 

Górne, 

•  lipiec-październik 1993 - prace przy zawale sztolni nr 6 w kompleksie 

Jugowice Górne, 

•  listopad 1993 - odkopanie szybu w kompleksie Jugowice Górne, 
•  grudzień 1993 - marzec 1994 - prace na zawale w kompleksie 

Włodarz, 

•  marzec-kwiecień 1994 - prace poszukiwawcze na terenie kompleksu Wielka 

Sowa, 

•  kwiecień 1994 - pierwsze prace przy sztolni nr 4 w kompleksie 

Jugowice Górne, 

•  kwiecień-maj 1994 - prace przy uskoku w kompleksie Osówka, 
•  24 wrzesień 1994 - odkopanie sztolni nr 4 w kompleksie Sokolec, 
•  kwiecień-maj 1995 - ostateczne odkopanie sztolni nr 4 w kompleksie 

Jugowice Górne, 

                                                           

17

 Warto dodać, że system ten badany był już w 1954 roku przez nieznaną ekipę wojskową. Wykonała ona 

błędnie plan tych podziemi, co doprowadziło w następnych latach do powstania wielu wręcz fantastycznych 

background image

•  lipiec 1995 - odkopanie pancernych drzwi oraz dalsze prace na zawale przy 

sztolni nr 6 w kompleksie Jugowice Górne, niestety ciągle bez rezultatu, 

•  wrzesień 1995 - działalność SGP KRET zostaje zawieszona. 

Po zawieszeniu działalności powstała nowa grupa badawcza o nazwie 

THROLL. Z ważniejszych osiągnięć tej grupy mogę wymienić: 

•  wrzesień-listopad 1995 - prace przy starych kopalniach srebra na Wielkiej 

Sowie. Pierwsza informacja o tzw. „CENTRUM", 

•  marzec-sierpień 1996 - prace badawcze w rejonie lokalizacji centrali 

telefonicznej „Rüdiger", m.in. odkrycie tunelu z szybem (niestety zalanym), 

wgląd w tajne plany kompleksu Włodarz. 

•  wstępne badania terenowe (odkop zawału) na terenie fabryki w Miłkowie, 
•  lato-jesień 1997 - prace na Siłowni w kompleksie Osówka, 
•  jesień-zima 1997 - prace badawcze w podziemiach Osówki (m.in. prace na 

betonowej hali, 

•  18 stycznia 1998 - penetracja dotychczas niedostępnej drugiej wartowni, 
•  wiosna 1998 - wznowione zostają prace badawcze w kompleksach Osówki i 

Jugowic Górnych, 

•  druga (konkretna) wzmianka o „CENTRUM", 
•  maj-czerwiec 1998 -prace przy „tajemnicach" Kasyna, 
•  czerwiec-lipiec 1998 - prace badawcze na sztolni nr 4 w kompleksie 

Jugowice Górne. 

 

                                                                                                                                                                                      

historii, dotyczących kształtu i zawartości tuneli. 

background image

 

CZĘŚĆ VII 

ZAGADKI 

W chwili, gdy Wilhelm Keitel podpisywał akt bezwarunkowej 

kapitulacji Trzeciej Rzeszy, w ludzkich umysłach zaczynały powstawać 

pierwsze opowieści o Górach Sowich i ich tajemnicach. W myśl 

założenia,  że to, co jest nieznane, musi być tajemnicze i nieprawdo 

podobne, wymyślano różne nowe teorie o wielokilometrowych korytarzach, 

podziemnych komnatach pełnych złota i kosztowności oraz 

o przeznaczeniu „Wielkiej Budowy". W poniższym rozdziale zebrane 

zostały wszystkie znane nam historie dotyczące sowiogórskich pod 

ziemi.  

"Było ich trzech: dwóch esesmanów i cywil. Kazali mu się 

natychmiast ubierać i iść z nimi. Przed domem czekał samochód. 

Jeszcze na progu zawiązali mu oczy, a mimo to ostrzegali - jeśli 

otworzysz oczy śmierć!!! Już po kilku minutach pełnej ostrych 

zakrętów jazdy wiedział, że udaje się gdzieś w otaczające Walim 

góry. Samochód stanął, uniosło go kilka par rąk. Położono go na 

drewnianej podłodze. Po chwili podłoga drgnęła. Jechali nowym 

samochodem. W końcu samochód zatrzymał się, kazano mu 

wysiąść. Dwóch ludzi wzięło go pod ręce, szli długo, a za 

każdym krokiem robiło się coraz zimniej. Pod stopami była 

gładka, betonowa powierzchnia. Gdy odwiązali mu oczy 

stwierdził,  że znajduje się w jakimś podziemnym tunelu 

wyposażonym w wiele  skomplikowanych urządzeń techni-

cznych. Kazano mu poddać konserwacji i wybielić duży kocioł. 

Praca trwała trzy dni, a przez cały czas pilnowało go dwóch 

esesmanów. Nie wolno mu było rozmawiać ani patrzeć na 

przechodzących obok ludzi. Po trzech dniach SS z tym samym co 

poprzednio ceremoniałem odwiozło go do domu". 

To relacja Polaka, mieszkającego w czasie wojny w Walimiu. Nasuwa się tylko 

background image

jedno pytanie - gdzie znajdują się owe opisywane przez niego podziemia? 

 

 „Opowiadał mi pewien felczer, Niemiec, że jednej nocy 

przyprowadzono do niego kilku wynędzniałych więźniów. Ludzie ci 

byli potwornie owrzodzeni, a właściwie były to ślady jakiś 

ogromnych poparzeń skóry". 

 

Felczer nie rozpoznał choroby. Dziś po tylu latach, po doświadczeniach Hiroszimy - 

mówi pan Trelak - podejrzewam, że były to objawy choroby popromiennej. Czyżby 

jednak bomba atomowa? 

Inż. Anthon Dalmus - główny energetyk budowy, budowniczy umocnień Wału 

Atlantyckiego, wyrzutni V-l oraz kwatery wodza w Kętrzynie - wspomina o 70 

wagonach dziennie, które przywoziły setki maszyn. Jedno jest pewne, że nie były one 

potrzebne rzekomemu miasteczku hitlerowskiemu, wykutemu w górach. Na rzucone 

pytanie:  Czy plotki na temat mającego tu powstać atomowego miasteczka 

podziemnego to prawda? Czerwona twarz Dalmusa robi się blada, a szare, 

stalowe oczy przykrywają się powiekami. Łapie się za twarz nerwowym ruchem i 

dopiero po chwili zaczyna mówić: Nie to nie jest prawda, plany podziemnego miasta 

widziałem w głównym biurze OT w Berlinie i mogę na to przysiąc. 

W jakim zatem celu na budowie zużyto ponad 400 km kabli energetycznych o 

grubości od 60 do 120 mm? Dalmus, inżynier przecież, mówi, że takich kabli 

jeszcze w swym życiu nie widział!!!  

Pan Czesław S. z Bytomia wspomina: 

„Pracami kierowały trzy firmy. Esesmani pokazywali na północny-

zachód i mówili, że za tymi górami jest Waldenburg, a za nimi wielki 

zamek, w którym mieści się ich kwatera. 

Mówili, że od tego zamku do naszych sztolni prowadzi betonowy tunel, 

którym jeździ kolejka z wagonikami, Tą kolejką  

przyjeżdżają do 

nich na inspekcję ich szefowie". 

A z naszej strony wypada dodać, że jeżeli pan Czesław S. mówi prawdę, to 

dotarcie do takiego tunelu będzie prawdziwą rewelacją. Z drugiej jednak strony, 

wydaje się mało prawdopodobne istnienie aż tak długiego tunelu - w końcu to 

ponad 20 km! Znane jest wprawdzie  zeznanie jednego z więźniów, który pod 

background image

koniec wojny szedł do pracy na przodek, znajdujący się ponad 3 km wewnątrz góry, 

ale 20 km to już chyba lekka przesada. Drugi powód negujący możliwość istnienia 

takiego chodnika, to czas potrzebny na wykonanie tunelu o długości 20 km. 

Przy siedmiu metrach postępu prac dziennie, to około... 8 lat. Tak więc 

wszystko jest chyba jasne? 

„W grudniu 1944 roku zapędzono nas do niezwykle ciężkiej 

pracy. Nosiliśmy olbrzymie, ponad dwustukilogramowe rury, z 

których układano rurociąg. Później dowiedzieliśmy się,  że 

Niemcy tą drogą  tłoczą w głąb tuneli płynny beton. Rurociąg 

pracował dzień i noc". 

W ten sposób powstały w głębi lochów, opisywane już, potężne bunkry, które 

dzisiaj... nie istnieją. Gdzie zatem szukać tych wielkich budowli? W którym 

kompleksie jest zawał tarasujący drogę do nich? Czy na Włodarzu? A może na 

Mosznie? A może w końcu na Wielkiej Sowie? Kto wie?  

„Było to na krótko przed zakończeniem wojny. Po zapadnięciu 

zmroku na ulicach Walimia pojawiły się patrole złożone z SS i 

SD. Tuż przed jedenastą rozległ się warkot silników. Na ulicy 

pojawiła się jadąca z dużą prędkością kolumna ciężarówek, 

wiozących ukryty pod wysoko upiętymi plandekami ładunek. 

Kolumna jechała gdzieś w okolice wlotów sztolni. Nasz 

obserwator nie spał tej nocy. Tuż przed świtem zawarczały znowu 

silniki. Kolumna wracała, ale puste już były skrzynie, nie było 

także przykrywających ładunek plandek". 

A oto jeszcze jedna relacja, mówiąca o podobnym wydarzeniu: 

„Żołnierze obstawili wieś. Przez blisko dwie godziny ludzie 

słyszeli hałas silników ciężarówek, które przejeżdżały przez wieś 

i kierowały się w góry. Po jakimś czasie nastąpiła seria potężnych 

wybuchów. Wydawało się,  że grzmią całe góry, że Niemcy za 

pomocą dynamitu chcą je w ogóle poprzestawiać. SS opuściło wieś 

o świcie. Ciężarówki nie powróciły z gór". 

Tyle cytat, a nam jakoś dziwnie pasuje do tej opowieści jeszcze jedna historia, 

background image

mówiąca o osobliwym wydarzeniu. 

W połowie lat 60. do redakcji Żołnierza Wolności  nadszedł list od byłego 

partyzanta (ps. Śmiały), który po wojnie ukrywał się w Górach Sowich. Zetknął 

się z leśniczym, Niemcem, który był świadkiem wprowadzenia owej kolumny do 

podziemi. Wejście następnie wysadzono, a miejsce zamaskowano ziemią i sztucznie 

zasadzonymi drzewami, przywiezionymi w beczkach. Niemiec chciał wskazać 

Śmiałemu to miejsce, ale przed spotkaniem zginął w niewyjaśnionych okoliczno-

ściach. Według tego, co udało się nam ustalić, wszystkie te relacje mówią o 

jednym transporcie, który przybył drogą od strony Dzierżoniowa i został 

wprowadzony do jednej ze sztolni, prawdopodobnie w rejonie Wielkiej Sowy. 

Niestety, nie wiemy nic na temat ładunku owego transportu. Czy było to „złoto 

Wrocławia", czy depozyty ludności, czy też skarby jednego z muzeów, czy w końcu 

coś z rodzaju „Cudownych Broni"? Wszystkie hipotezy są możliwe... "  

Interesujące rzeczy działy się w rejonie kompleksu Sokolec. Świadkowie zwracają też 

uwagę na o wiele większy obiekt budowany w Sowiej Dolinie,   bezpośrednio   

schodzącej   spod   szczytu   Wielkiej   Sowy. Przebywający w tym rejonie na robotach 

pan Kosma, mówi, że na początku 1945 roku od strony Wałbrzycha nadjechała 

kolumna ciężarówek. Skierowały się wprost do Sowiej Doliny, w miejsce gdzie 

Niemcy prowadzili wielką budowę. Podobne transporty kierowały się także do 

podziemi na górze Gontowa. Niestety, również i w tym przypadku nie udało się 

nam natrafić na najmniejszy ślad owych transportów, tak w dokumentach, jak i 

w samej Sowiej Dolinie, najdzikszym chyba miejscu w masywie Wielkiej Sowy. 

Tuż przed zakończeniem wojny na terenie Baustelle, miał miejsce jeszcze 

jeden ciekawy wypadek. Otóż,  żołnierze niemieccy, którym powierzono 

eskortowanie samochodu z dokumentacją obozową, po przełamaniu frontu 

polostawili samochód na polu minowym, uprzednio oczywiście odpowiednio go 

zabezpieczając. Po wojnie, kiedy dostali się do  niewoli,   wskazali      to      miejsce.   

Wojsko   ściągnęło  ciężarówkę zawierającą dokumentację obozową wraz z 

planami Walimia oraz dokumenty personalne niemieckiej załogi budowy. W. Furyk 

zeznaje: 

   „Po  ściągnięciu samochodu z pola minowego, stwierdziłem  że 

background image

zawartość konwojowanego przez ujętych esesmanów samochodu 

 

 

stanowiły   materiały   zawierające   pełną  dokumentację 

założeniową wraz z planami Walimia, planami zatrudnienia 

więźniów   oraz   dokumenty  personalne  niemieckiej załogi. Z 

dokumentów tych pamiętam nazwisko SS Sturmführera Lüidecke. 

Dokumenty te przekazałem w całości Wojskowej Komendzie m. 

Wrocławia Jak sobie przypominam dokumenty te  opatrzone  były 

hitlerowskimi pieczęciami i podpisami ze ścisłą numeracją. Wśród 

tych dokumentów widziałem nazwiska, stopnie i przydziały służbowe 

niemieckich członków załogi oraz ich zdjęcia, a nadto obozowe listy 

więźniów. Wspomniane dokumenty, gdyby stały się dostępne, dla 

OKBZH we Wrocławiu stanowiłyby stuprocentowy materiał 

dowodowy dotyczący tego zagadnienia". 

Wszystkie dokumenty przekazano Armii Czerwonej i... ślad po nich zaginął. 

Do dziś nie udało się ich odnaleźć i prawdopodobnie nie uda się już nigdy. 

Pewnej letniej nocy 1945 roku, w górach dała się  słyszeć seria wybuchów. 

Właśnie tej nocy jeden z mieszkańców Walimia postanowił zrobić sobie 

wycieczkę w okoliczne lasy. Gdy szedł, tuż pod jego stopami zakołysała się 

ziemia, a po lesie przetoczył się głuchy grzmot. Mężczyzna w panice ukrył się w 

krzakach i po chwili stwierdził,  że w jego kierunku idzie kilka postaci. Szli 

gęsiego i zatrzymali się na polance, kilka kroków od niego. Zapalili latarki. W 

świetle ukazały się mundury SS. Mężczyzna zauważył, że wszystkie mundury są 

mocno zakurzone. - Docierały do niego strzępy zdań, cicho szeptanych przez 

Niemców: No nareszcie koniec, musimy stąd szybko odejść, w Wüstewaltersdorf 

mogli słyszeć wybuchy, musimy połączyć się z grupą Weidemanna. Gdy zrobiło 

się jasno mężczyzna stwierdził,  że znajduje się blisko jednego z wejść do 

podziemi. Wydobywał się z niego jeszcze nieosiadły kurz. Dziś wiemy, że ów 

człowiek zetknął się, prawdopodobnie, z jedną z grup Werwolfu, wysadzającą 

partie podziemi, które nie mogły dostać się w ręce wroga. Niestety, nie udało się 

nam ustalić, o które podziemia chodzi. 

Pewna Niemka, mieszkająca w tym czasie w Walimiu, wspomina, że w 1945 

background image

roku słychać było nocami przytłumione wybuchy, idące z gór oraz, że wszyscy 

bali się okropnie wychodzić z domów, bo jak mówi:  Werwolf maskował 

niewygodne podziemia i lepiej było nie wchodzić mu w drogą. Prawdą jest, że w 

powiecie wałbrzyskim działała wtedy jedna z najliczniejszych grup tej 

organizacji i na pewno robiła „coś" w walimskich podziemiach.  A przecież 

miejscowa ludność wiedziała, co znajduje się w górach. Trudno bowiem było 

utrzymać w tajemnicy prowadzone na tak szeroką skalę roboty. Bano się jednak 

uchylić choć rąbka tajemnicy w obawie przed zemstą Werwolfu. Wiedziano, co 

spotkało pewnego Niemca, który za próbę zdrady tajemnic podziemi w 

Ludwikowicach Kłodzkich, zapłacił  życiem. Pamiętano także  o  znalezionym w 

okolicy wejścia do podziemi w kompleksie Rzeczka mężczyźnie - zginął od 

ciosu siekierą. Zwłok nie rozpoznano - były zupełnie nagie. Warto tutaj dodać, 

że zostawianie nagich zwłok było typową zemstą Werwolfu, a w późniejszym 

okresie (aż do dnia dzisiejszego!) organizacji o nazwie Odessa. W 1987 roku w 

pobliżu Hamburga znaleziono nagie zwłoki człowieka, który był blisko odkrycia 

tajemnicy Bursztynowej Komnaty... umarli milczą. 

Wśród napływającej na te tereny ludności, aż roiło się od niesamowitych opowieści o 

skarbach ukrytych w podziemiach. Przecież w przepastnych magazynach Niemcy 

zgromadzili ogromne ilości artykułów żywnościowych. W pierwszych latach po 

wojnie, kiedy z wyżywieniem na tych terenach było krucho, ta wersja, krążąca wśród 

Niemców i Polaków, znajdowała chętnych słuchaczy. Inne wersje mówiły o 

wielkich składach materiałów włókienniczych, maszynach, futrach, złocie itd.   Inni 

wspominali o Wunderwaffe i wszystkich nowinkach technicznych, tak szumnie 

okrzyczanych przez Goebelsa. Nic dziwnego, że co bardziej odważni próbowali 

natrafić na ślad, prowadzący do podziemnego skarbca. Szukano robotników, 

majstrów i wszystkich mających coś do powiedzenia o walimskich podziemiach. 

Obdarzeni wyobraźnią, gotowi byli wędrować podziemnymi tunelami do 

Wałbrzycha,  Świdnicy a nawet do... Wrocławia. Psychoza narastała z dnia na 

dzień. Ktoś słyszał w górach strzały, komuś zginęło kilka sztuk inwentarza, ktoś 

wreszcie widział w lesie dym. Kiedy podszedł bliżej, ujrzał suszące się na 

drzewie mundury, dodajmy niemieckie oraz siedzących przy ognisku ludzi. Na 

background image

gałęzi wisiała rozpłatana krowa. Tajemnica rozrosła się jeszcze bardziej, gdy w 

Walimiu pojawił się, opisywany już w poprzednim rozdziale, ppor. Radek. Ci z 

mieszkańców, którzy pamiętają jego wizytę, mówią,  że ppor. pokazał im jakiś 

plan - zaznaczone były wszystkie budynki, drogi i wejścia do podziemi. 

Pamiętają także,  że na planie widać było dwa wejścia do podziemi, 

zlokalizowane  na   zboczach  Wielkiej   Sowy.   Ludzie,  mieszkający w czasie 

wojny w Walimiu, wiedzieli, że w tamtym rejonie są strzeżone wejścia do 

podziemi, tymczasem po wojnie zniknęły one z powierzchni ziemi. Wejścia 

miały się znajdować na południowym stoku góry... czyżby więc jednak Sowia 

Dolina? 

Z osobą wspomnianego już inż. Anthona Dalmusa - majora Wehrmachtu, 

jednego z najważniejszych ludzi na budowie - związane są bardzo ciekawe 

wydarzenia. Otóż, inż. Dalmus nie wyjechał (jak całe kierownictwo budowy) do 

Niemiec, ale osiedlił się w Głuszycy. Tam przez kilka powojennych lat 

pracował w zakładach włókienniczych. Chętnie rozmawiał o budowie z 

władzami i udzielił wielu ważnych informacji, dotyczących wyglądu budowy. 

Oto, jak według niego, wyglądałaby kwatera główna w tym rejonie: w 

Kolcach miał powstać duży dworzec kolejowy, od którego doskonałe drogi 

asfaltowe prowadziłyby do poszczególnych schronów i fortyfikacji. Specjalne 

lotnisko miało znajdować się na splantowanym zboczu Wielkiej   Sowy  obok  

drogi Walim-Dzierżoniów. Główne budynki kwatery usytuowano na 

powierzchni, pod 1,5 metrową warstwą ziemi i betonu. Z chwilą ogłoszenia 

alarmu przeciwlotniczego szybkobieżne windy  zjeżdżałyby wraz z 

dostojnikami  do podziemi.  Tam miały znajdować się wielkie elektrownie, a 

specjalne rurociągi dostarczałyby  świeżą wodę. Przed niespodziewanymi 

nalotami chronić miały duże stacje radarowe, rozmieszczone w promieniu stu 

kilometrów wokół Walimia i Głuszycy Błyskawiczną łączność z poszczególnymi miastami 

i ośrodkami  dowodzenia planowano zapewnić specjalnymi, posiadającymi 450 

żył kablami telefonicznymi. Kable takie ułożono w wielkiej tajemnicy na trasie 

Głuszyca-Berlin-Warszawa-Praga-Hamburg-Królewiec-Kętrzyn. Nocami specjalne 

brygady OT kopały rów i układały kabel. Rano na powierzchni nie było śladu rozkopanej 

background image

ziemi. Ponadto wszystkie kompleksy miały być połączone tunelami w których kursowały 

kolejki elektryczne. 

Tyle relacji inż. Dalmusa, uroczego pana, do którego nikt nie miał nigdy zastrzeżeń i nie 

posądzał o nic, gdyby nie fakt, że inż. Dalmus do tego stopnia poczuł się bezpieczny, że 

postanowił sprzedać polskim władzom tajemnicę Gór Sowich. Zażądał 1,5 mil złotych, co na lata 

50. było ogromną sumą. Niestety, władze nie wykorzystały okazji i propozycję odrzucono. Co 

gorsza, Dalmusem zainteresowało się UB, odkrywając jego wojenną przeszłość. Dalmus 

zniknął z dnia na dzień, po prostu zapadł się pod ziemię. Mówiono, że uciekł do Austrii, 

jednak nam wydaje się bardziej prawdopodobna wersja, że został zlikwidowany za zdradę 

przez Werwolf albo przez NKWD lub jako bardzo niewygodny świadek, przez UB. 

Podobnie zresztą działo się z innymi ludźmi, mającymi coś do powiedzenia na temat 

budowy. Przykładem niech będzie historia pewnej Niemki, kochanki jednego z oficerów 

niemieckich, zatrudnionych na budowie. Dużo wiedziała i... zniknęła, podobnie jak kilka 

innych osób, znających część tajemnic budowy. Inni, mniej ważni, dostawali listy z 

ostrzeżeniem i przestawali się interesować budową lub zmieniali miejsce zamieszkania. Wobec 

takiej sytuacji, do dziś pozostało bardzo niewielu ludzi, którzy mają coś do powiedzenia w tej 

sprawie. Niestety nie żyją już panowie Schneider i Hein, Niemcy mieszkający w Jugowicach, 

którzy swoimi zeznaniami bardzo rozjaśnili mroki tajemnic otaczających Wielką Budowę. 

Niestety, nie żyje już większość więźniów, którzy przetrwali sowiogórskie piekło i składali 

zeznania przed GKBZHwP w roku 1964. Ci co zostali albo nie chcą mówić, albo po prostu 

niewiele wiedzą. Być może chcą tez uniknąć losu pewnego mieszkańca Walimia, u 

którego po śmierci w połowie lat 80. w trakcie zajmowania domu na poczet skarbu 

państwa, znaleziono  pewien niemiecki dokument. Ktoś krzyknął:  to legitymacja 

SS, on był esesmanem! i tak już zostało. W psychozie panującej na tym terenie 

nikt nie zwrócił uwagi na dokument, a sprawę dodatkowo rozdmuchała prasa, pisząc 

o strażniku Gór Sowich i niesłusznie oczerniając tego człowieka. Zamieszczone 

później sprostowanie niczego nie zmieniło. W oczach wszystkich człowiek ten na 

zawsze pozostanie strażnikiem sowiogórskich skarbów i esesmanem. Jak się 

okazało, dokument nie był żadną legitymacją SS, tylko zaświadczeniem o pracy 

na terenie Rzeszy w latach wojny. 

Swego czasu wśród miejscowej ludności krążyła opowieść o kilku 

background image

niemieckich płetwonurkach. W latach 60. weszli do zalanych korytarzy i nigdy 

nie wyszli. No cóż, wyobraźnia ludzka jest ogromna, zwłaszcza jeżeli chodzi o 

rzeczy nieznane. Autor osobiście słyszał niesamowitą opowieść o 

kilometrowych tunelach, w których stoją całe pociągi cennych rzeczy, snutą 

przez pewnego mieszkańca Walimia w jednej z piwiarni. Co ciekawe, ów 

człowiek, jak twierdził, może bez problemu wskazać miejsce, gdzie znajduje się 

wejście do owych tuneli. Na prośbę, aby to uczynił, zasłonił się  złym stanem 

zdrowia (chyba po alkoholu) i brakiem czasu. 

Kiedy w 1964 roku, w czasie opisywanej już wyprawy GKBZHwP, nadano 

sprawie Gór Sowich duży rozgłos, pisząc m.in. o zawalonych wejściach i 

niepokonanych przez nikogo pancernych drzwiach, do Konsulatu Generalnego 

PRL w Berlinie przyszedł list, napisany przez Bernharda P. Oto treść tego listu: 

„W połowie 1950 roku zetknąłem się w lokalu z górnikiem 

pochodzącym z okolic Wałbrzycha, który był w podpitym stanie. 

Zapytał    mnie      skąd pochodzę,  więc  powiedziałem,  że z 

Górnego Śląska. Jak to usłyszał stał się bardziej poufały i zaczął 

mi sugerować,  że zapewne zostałem stamtąd wyrzucony przez 

Polaczków. Zataiłem,  że opuściłem Górny Śląsk dobrowolnie 

jeszcze przed wojną i potakiwałem mu kiedy wyzywał na 

Ruskich i Polaczków. W pewnym momencie zaczął mówić o 

Walimiu. Mówił, że został wraz z innymi zobowiązany do pracy 

na terenie budowy w charakterze sztygara i odpowiadał za 

stanowiskowy postęp robót. W wielu chodnikach magazynowano 

amunicję, granaty, pięści pancerne i bomby lotnicze. W miejscu 

gdzie zamontowano drzwi pancerne znajduje się wiele skrzyń z 

zamku księcia von Pless, który koło Wałbrzycha miał zamek na 

wysokiej górze. Czy stamtąd coś wydobyto nie mógł mi 

powiedzieć, gdyż jako nazista został aresztowany i ponad dwa lata 

spędził w więzieniu. Teraz już nie pamiętam jak się nazywał ale 

wiem,  że miał krótkie niemieckie nazwisko. Całą  tą sprawę 

przyjąłem jako bajkę, ale z drugiej strony nie wydaje mi się żeby 

background image

kłamał. Dopiero wasze artykuły wyjaśniły mi wszystko.   

Z pozdrowieniem socjalistycznym Bernhard Pióretzki  

P.S. Docierało tam wiele transportów ze Stuttgartu, Drezna Lipska, 

Sudetów. Tego on dowiedział się  od  SS  gdyż był  mężem zaufania 

NSDAP. Czyżby więc skarbiec Rzeszy zlokalizowano właśnie w 

Górach Sowich? Wiele wskazuje, że tak " 

Równie sensacyjne są historie poszczególnych kompleksów. Krąży o nich 

niezliczona  ilość,  nieprawdopodobnych wręcz, opowieści. Przedstawię je 

poniżej, opisując każdy kompleks osobno. 

Z kompleksem Włodarz związana jest relacja pewnego więźnia. Wspomina 

on, że pod koniec wojny szedł do pracy na przodek, znajdujący się ponad 3 km w 

głębi góry! W podziemiach jest tylko jedno miejsce, w którym zawał zamyka 

dalszą drogę, a gdzie możliwe jest występowanie tak długiego tunelu. Chodzi o 

zawał na przedłużeniu dużej, zalanej hali, gdzie za pomocą donaritu zawalono 

całą ścianę, tamując dostęp do istniejących przypuszczalnie dalszych podziemi. 

Niestety, trudności techniczne w postaci wielotonowych odłamków skalnych 

uniemożliwiają dalsze prace w tym miejscu, a szkoda. W 1945 roku  właśnie   

stamtąd  wydobywał    się  na  powierzchnię   charakterystyczny, mdły zapach 

rozkładających się ciał ludzkich. Wspomina o nim jeden ze świadków, który 

znalazł się wtedy w rejonie zawału. Wiele wskazuje, że właśnie w podziemiach 

Włodarza zamknięto skazując na straszną  śmierć kilka tysięcy więźniów z 

transportów, których losu nie znamy: 

„W końcu kwietnia silne oddziały SS nocami wyprowadziły kilka 

tysięcy odzianych w strzępy ubrań szkieletów. Kolumny ruszyły w 

głąb Gór Sowich. Jedno jest pewne. Te ostatnie kilka tysięcy 

więźniów nigdy nie dotarło do stacji w Jugowicach, ani nie 

przeszło przez Walim". 

Ciekawą rzecz wspomina także Helena Putlin. Otóż, według niej już w 1938 

roku część Włodarza i Moszny była ogrodzona i prowadzono jakieś prace pod 

nadzorem SS. Jak ustaliliśmy, wyżej opisywany fakt miał miejsce nie na 

Włodarzu, a w podwałbrzyskich Kozicach, gdzie faktycznie wydobywano rudę 

background image

uranu. Niemniej nie możemy z całą pewnością stwierdzić, że w rejonie masywu 

Włodarza nie prowadzono żadnych tajemniczych prac przed 1939 rokiem. 

W bezpośrednim sąsiedztwie Włodarza znajduje się mało znany kompleks 

Soboń, z którym właściwie nie wiąże się żadna sensacyjna historia. W zasadzie 

jedynym ciekawym miejscem w tym kompleksie jest, opisywany już dokładnie, 

zawał w sztolni nr 3, penetrowany przez Jerzego Cerę w latach 70., w którym 

natrafiono na ślady istnienia dalszych tuneli, być może wykończonych w 

całości. 

Stosunkowo dużo ciekawych informacji udało nam się zebrać na temat 

następnego kompleksu o nazwie Osówka. Zdecydowanie najbardziej 

tajemniczym obiektem naziemnym tego kompleksu jest tzw. Siłownia, 

żelbetowy blok z dużą ilością przepustów, śluz, tam i kanałów dostępny tylko na 

jednym poziomie. O istnieniu dalszych poziomów świadczą zawalone klatki 

schodowe, szyb windy oraz kanały o głębokości przekraczającej głębokość 

dostępnego poziomu: 

„Wczoraj plut. Urbanowicz zapuścił się w jeden z wąskich otworów. 

Plut. czołgał się 8 m w głąb. Dalszą drogę odcięła mu woda. 

Próbne sondowanie wykazało, że woda sięga jeszcze głębokości 

kilkunastu metrów (patrz akapit poniżej). Otwór, o którym mowa 

skierowany jest mniej więcej pod kątem 45

w głąb budowli. Istnieją 

pewne przesłanki na to, że podziemne tunele znajdujące się idealnie pod 

omawianą budowlą są z nią połączone".  

Do relacji tej idealnie pasuje wiadomość, jaką przekazał nam Piotr 

Kruszyński. Badając kiedyś Siłownię, wrzucił do jej wnętrza świecę dymną. Po kilku 

minutach dym buchnął z kilkunastu otworów na jej powierzchni. Kilka dni później 

jego kolega, przebywający w podziemiach Osówki, mówił mu, że podziemia są 

zadymione tłustym,  żółtawym dymem, takim samym jak dym ze świecy dymnej. 

Człowiek ten nie wiedział o wrzuceniu świecy do wnętrza Siłowni. Czyżby więc 

istniało połączenie między Siłownią a podziemiami? Jeżeli tak, to byłaby to niemała 

sensacja. Obecnie, aby dostać się do wnętrza Siłowni stało się konieczne oczyszczenie 

szybu klatki schodowej, jako że jest to jedyne miejsce rokujące nadzieję na odkrycie 

background image

czegoś ciekawego. Jak bowiem wiadomo, każde schody dokądś prowadzą, w tym 

przypadku do wnętrza Siłowni i jeszcze jednej tajemnicy Wielkiej Budowy. 

Prace badawcze, prowadzone w lecie i na jesieni 1997 roku, doprowadziły do bardzo 

ciekawych odkryć. Po wypompowaniu wody z szybu klatki schodowej oraz wybraniu 

zalegającego w niej gruzu okazało się, iż jest ona połączona z szybem domniemanej 

windy. Szyb windy, mający początkowo przekrój kwadratu, przechodzi w okrągłe 

pomieszczenie o średnicy 6 m, całkowicie wybetonowane, połączone z powierzchnią 

kanałem technicznym o upadzie 45°. W „kwadratowej części szybu wychodzą liczne 

rury kamionkowe. Niestety, jak na razie, z braku możliwości technicznych nie dokonano 

gruntownego zbadania dna pomieszczenia. Wstępne badania wykazały,  że jest 

wybetonowane i posiada niespotykanie mocne zbrojenie w postaci siatki z prętów 

stalowych średnicy 30 mm. 

Ciekawostką jest fakt, że uderzenia młotem w ściany okrągłego 

pomieszczenia są słyszane w podziemiach Osówki. Czyżby zatem istniało między 

nimi połączenie? Jeżeli tak, to tylko „gdzieś" za uskokiem, w niezbadanych jeszcze 

tunelach. 

Obok wyżej opisywanego pomieszczenia odkryliśmy cztery betonowe studnie o 

średnicy 1 m, obecnie zalane wodą. Ich wstępne sondowanie pozwala stwierdzić, 

że mają po kilkanaście metrów głębokości. Przeprowadziliśmy także kilka 

doświadczeń ze świecami dymnymi. Zaowocowało to ustaleniem ciekawych 

połączeń w systemie Kamionkowych rur. Obecnie planowane są dalsze badania, 

które prawdopodobnie doprowadzą do wyjaśnienia wielu tajemnic Siłowni. 

Dużo interesujących miejsc znajduje się także w części podziemnej 

kompleksu. Na przykład, do dziś nie zbadano dokładnie dna szybu 

wentylacyjnego. Ze względu na obwał, nie sprawdzono jego ścian aż  z  trzech 

stron i nie wiadomo czy nie kryją jakiegoś nowego tunelu? Podobnie ma się 

sprawa z tzw. uskokiem, sztucznym zawaleniem skał między poziomami tuneli 

w rejonie wartowni. To, że kryje jakieś tunele jest niemal pewne, a to z racji 

wody, która spływając z górnego poziomu ginie w nim całkowicie, nie 

wypływając na dole w wartowni. Gdyby nie miała innego odpływu, już dawno 

zalałaby wartownię pod strop, tymczasem wartownia jest sucha, mimo że od 

background image

miejsca wsiąkania wody dzieli ją odległość 5-8 m. Interesujący jest także sam 

moment powstania zawału. Otóż, przyjęło się, że powstał on wiosną 1945 roku 

w trakcie maskowania podziemi. Wersja ta funkcjonuje wszędzie do dnia 

dzisiejszego, jednak my dotarliśmy przy pomocy Piotra Kruszyńskiego do 

zeznań pewnego polskiego leśniczego - prawdopodobnie pierwszego człowieka 

penetrującego po wojnie podziemia Osówki. W lipcu 1945 roku, kiedy ów 

człowiek wszedł do podziemi, w środku paliło się jeszcze światło (!), a wszystko 

wyglądało tak, jakby pracę przerwano kilka godzin temu. Leśniczy zeznaje, że 

był w rejonie wartowni i nie widział żadnego zawału. Widział natomiast tunel 

biegnący prosto w głąb góry, w który wszedł na głębokość kilkuset metrów. Od 

tunelu odchodziły w obu kierunkach boczne tunele i hale. Jak twierdzi, ze 

strachu nie penetrował całego labiryntu. Wspomina także, że po zajęciu budowy 

przez Rosjan został przez nich zatrzymany i pracował dla nich jako przewodnik 

po kompleksie. Kiedy Rosjanie poznali system, szybko zrezygnowali z jego 

pomocy, a cały teren podziemi otoczyło wojsko.  Leśniczy był jednak  ciekaw  

co    tam    robią i  podpatrzył,  że ze sztolni nr 2 wychodzi na powierzchnię 

taśmociąg, którym Rosjanie coś wywożą z podziemi oraz że wynoszą ze środka 

dziwne cylindryczne pojemniki wielkości wiadra. Co ciekawe, jeden pojemnik 

niosło z wielkim trudem aż 4 żołnierzy. Akcja trwała przez dwa miesiące. Dziś 

możemy tylko przypuszczać,  że były to pojemniki z ołowiu, zawierane próbki 

ziemi, do badań na obecność w niej rudy uranu. Kiedy kilka miesięcy później 

leśniczy znowu odwiedził rejon wartowni, zastał tam rozległy zawał, blokujący 

dalszą drogę a jednocześnie sztucznie łączący obydwa poziomy podziemi. 

Równie tajemnicza jest sztolnia nr 3, a ściślej mówiąc jej wyposażenie. W jakim 

bowiem celu w sztolni o długości około 120 m wybudowano aż dwie ceglano-betonowe 

tamy z urządzeniami hydraulicznymi? Nam nasuwa się tylko jedno przypuszczenie. 

Sztolnia nr 3 miała służyć jako punkt pobierania wody dla kompleksu. Przemawia za tym 

fakt,  że tuż nad wejściem do niej wykonano dużych rozmiarów wykop pod 

nierozpoznaną budowlę - mogła to być stacja pomp. Inna wersja sugeruje, że w trakcie 

budowy sztolni natrafiono po prostu na dużą żyłę wodną i w związku z tym budowę 

przerwano, a tamy postawiono, aby regulować wypływ wody na powierzchnię. Na 

background image

przykład tylko nocą. 

Kompleks Jugowice jest sam w sobie sensacyjną historią - żaden inny 

nie wprowadził tyle zamieszania. Stało się tak z powodu niedostępności 

wnętrza kompleksu do penetracji. Dopiero nasze prace w ostatnich 

latach wyjaśniły większość niewiadomych. Według mieszkającego 

w pobliżu sztolni pana Milanowskiego, te słynne stalowe drzwi w szto 

lni nr 6 były po wojnie otwarte! Przed nimi, natomiast, leżały na powie 

rzchni dwie stalowe szafy pancerne zawierające jakieś papiery. Jakie, 

nie wiadomo. Szafy zabrano na złom w latach 50. Poza tym, aż do 

wczesnych lat 50. większość wejść była dostępna i sama natura doko 

nała ich zawalenia. Od wojny była zamaskowana tylko sztolnia nr 4, 

która wydaje się być centralną w całym systemie. Podobnie jak odkryty 

Przez nas szyb wentylacyjny na zboczu Chłopskiej Góry. Bardzo cieka 

wy szczegół podaje pan Maciejewski w swojej pracy o górach. Jak 

Pisze:  W ciągu czterech miesięcy od zbudowania pierwszego baraku 

więźniowie wykuli 18 otworów w skałach.  No cóż, my dotychczas 

zlokalizowaliśmy 7 otworów, co do paru innych mamy pewne przypuszczenia, ale gdzie 

pozostałe? 

Także w kompleksie Rzeczka jest kilka niewiadomych. Według pewnej relacji, 

w latach 50. grupa geologów, badających skały Gór Sowich, penetrowała m.in. 

podziemia Rzeczki. Jak mówią, idąc cały czas prosto jedną ze sztolni, minęli po 

kolei sześć poprzecznych hal, a dalej nie szli, po prostu ze strachu. Dziś znamy 

tylko dwa poprzeczne ciągi hal, a zawał na sztolni nr 1 możemy wykluczyć - 

zbadaliśmy go dokładnie i ponad wszelką  wątpliwość kończy się przodkiem. 

Pozostaje zatem tylko zawał na przedłużeniu sztolni nr 2. Jego przekopanie 

może wnieść wiele nowego do kształtu podziemi w tym kompleksie. Nasza 

grupa na razie nie jest nim zainteresowana. W Rzeczce istnieje bowiem jeszcze 

jedno osobliwe miejsce. Chodzi o mały tunel, z wlotem pod betonowym mostem 

naprzeciw platformy pod sztolnię nr 4. Istniejący w nim zawał może 

doprowadzić do rozwiązania tajemnicy kompleksu, ponieważ tunel biegnie 

prosto pod znane nam podziemia, które prawdopodobnie miał odwadniać. 

background image

Wiele tajemnic kryje w sobie także nieco oddalony od serca budowy 

kompleks Sokolec. Według stanu na dzień dzisiejszy istnieją w nim tylko 4 

wloty do podziemi, rozłożone na dwóch poziomach. Natomiast relacje mówią aż 

o 11 wejściach zgrupowanych na trzech poziomach. Gdzie zatem szukać 

pozostałych wejść? Pan M. Bazała twierdzi, że do niektórych sztolni można 

dostać się za pomocą ceglano-betonowych studzienek z powierzchni ziemi. My 

dodamy jedynie, że faktycznie zlokalizowaliśmy kilka takich studzienek, 

leżących poza zasięgiem znanych podziemi. Co ciekawe, studzienki są 

zagruzowane, lecz mimo to słychać w nich głuche echo świadczące o ich dużej 

głębokości. Czy sięgają do podziemi? Tylko ich oczyszczenie może dać 

odpowiedź na to pytanie. 

A teraz ciekawostka. Od wielu mieszkańców tych okolic słyszeliśmy o 

pewnej Niemce, która w latach 70. miała otrzymać z Niemiec urządzenia do... 

wentylacji podziemi. Nikt jednak nie potrafi powiedzieć kim jest ta Pani. My 

osobiście nie wierzymy w tę historie - psychoza panująca wśród  miejscowej   

ludności  bardzo   często  prowadzi do wymyślania opowieści pozbawionych 

jakichkolwiek realnych podstaw.  

Na koniec warto dodać,  że w rejonie kompleksu Sokolec istnieje jeszcze 

jedna sztolnia, której kształt i historia owiane są tajemnicą. Chodzi o 

zlokalizowaną przy dolnych hałdach u podnóża góry sztolnię, powstałą 

prawdopodobnie  w  latach  50.   Według  naszych ustaleń próbowano tam 

eksploatować rudę uranu, a pracowali w niej pod nadzorem KGB i UB żołnierze 

karnego batalionu. Do dziś  żyje niewielu żołnierzy tego batalionu. Wejście do 

sztolni jest obecnie zamurowane ze względu na wzmożone promieniowanie. 

Niestety, nie udało nam się znaleźć powiązania tej sztolni z wyrobiskami z 

okresu wojny, choć nie jest wykluczone,  że jest to jedna ze  sztolni kompleksu  

Sokolec, rozbudowana po prostu przez pechowych górników. Jeżeli tak jest w 

rzeczywistości, to pozostałych sztolni tajemniczego poziomu III-go należy szukać w 

pobliżu owej sztolni lub u podnóża góry, na tej samej wysokości. 

Zdecydowanie najwięcej „mrożących krew w żyłach" historii związanych jest z 

zamkiem Książ i podziemiami wykutymi w skale, na której stoi. W zasadzie do dnia 

background image

dzisiejszego nie ustalono ostatecznie ilości poziomów podziemnych wyrobisk. 

Znane są dwa poziomy, jednak może być ich nawet 4-5. O tym, że pod zamkiem są 

jeszcze nie odkryte pomieszczenia wiadomo na pewno, ale nikt nie zadał sobie trudu, 

aby spróbować do nich dotrzeć. Wszystkie dotychczasowe próby miały charakter 

amatorski i chaotyczny, co w przypadku domniemanej zawartości tych tuneli jest 

po prostu nietaktem. Nie zadano sobie też trudu sprawdzenia całego szybu 

transportowego - w bezmyślny sposób zasypano go gruzem i śmieciami. Nie zbadano 

szybu windy, choć na jej tablicy z numerami pięter jest 11 przycisków. Dodajmy, że 

zamek ma 5 pięter, dwa piętra piwnic i... już. Gdzie są zatem pozostałe miejsca, w 

których zatrzymywała się winda. Jej szyb zabetonowano na pierwszym poziomie 

podziemi. Nie rozbito także murów, na które wskazywał wieloletni opiekun zamku, 

niejaki Wawrzyszek. Zostały one wzniesione wiosną 1945 roku i obok nich posadzono 

bluszcz, którego gałęzie pnąc się po ścianach, zazdrośnie strzegą tajemnic zamku. 

W okresie zajmowania zamku przez Wojsko Polskie prowadzono pewne prace 

poszukiwawcze, podobnie jak i wcześniej czyniła to Armia Czerwona. Nie 

doprowadziły jednak ani do wniosków potwierdzających istnienia podziemnych 

skrytek, ani je negujących. A przecież z analizy dokumentacji zamku i zeznań 

świadków jednoznacznie wynika, że nie wszystkie pomieszczenia zamku zostały 

dokładnie zbadane, Czy te wszystkie irracjonalne działania miały jakiś ukryty cel? 

Jeżeli tak, to kto miał interes, aby tajemnice zamku nie zostały odkryte? Nie 

wiadomo. 

Wiadomo,  że prace prowadzono zarówno w samym zamku jak i w skałach, na 

których stoi. Wiadomo też,  że wykonywali je Żydzi  z KL Fürstenstein pod 

nadzorem OT, a obóz mieścił się w okolicy dzisiejszego parkingu. Niewiele 

natomiast wiadomo o tym, że w dolinie rzeki Pełcznicy istniał drugi obóz. 

Przebywali tam górnicy z Donbasu, zajmujący się drożeniem tuneli. Co ciekawe, 

górnicy nie pracowali w znanych podziemiach. Stwierdza to jednoznacznie Żyd o 

nazwisku Weiss, który tam pracował. Jak mówi, nigdy nie spotkał żadnego z tych 

górników, słyszał natomiast o istnieniu ich obozu. Gdzie zatem zatrudniano tych 

kilkuset fachowców, których (jak wszystko na to wskazuje) zlikwidowano pod 

koniec wojny w nieznanych okolicznościach. Kiedy sprowadzono pana Weissa 

background image

do podziemi stwierdził, że obok jednego z bocznych korytarzy znajdowało się 

duże pomieszczenie. Dziś jest tam gruba ściana. Weiss twierdzi ponadto, że 

kiedy 26 lutego 1945 roku opuszczał podziemia, żaden z chodników nie był 

obetonowany. Na to samo miejsce wskazał także niejaki Semeniuk - Rumun z 

OT - który wkrótce po złożeniu zeznań zginął w Świebodzicach w tajemniczych 

okolicznościach. Mówił, że wielokrotnie przechodził obok pomieszczenia, które 

obecnie... nie istnieje. Dodał również,  że wszystkich Żydów pracujących przy 

betonowaniu chodników zlikwidowano. W miejscu, wskazanym przez tych 

dwóch panów, przeprowadzono w latach 80. próbne odwierty, jednak na 

głębokości 1,5 m wiertła zaklinowały się i trzeba było przerwać prace. Kilka 

metrów dalej ściana, gdzie dokonywano odwiertu, kończy się. Grubość betonu 

nie przekracza tam 60 cm. Dlaczego więc kilka metrów dalej beton ma już 

ponad 1,5 m grubości?  

Oto słowa człowieka, który był w czasie wojny zatrudniony w OT jako 

kierowca: 

„Wielokrotnie woziłem na zamek materiały budowlane, takie jak 

cement i cegła. Obok mnie w szoferce zawsze siedział mój szef, 

sierżant SS, poczciwy człowiek. Materiały dowoziłem na 

dziedziniec zamku, z którego wybito szyb do podziemi. W czasie 

rozładunku musiałem opuścić samochód. Myślę,  że dlatego, bym 

nie widział więźniów rozładowujących cement i cegłę. Pewnego 

razu, a było to w ostatnich tygodniach wojny, jak zawsze 

poszliśmy z moim szefem 'na spacer'. Sierżant na chwilę oddalił 

się i wrócił z wiadomością,  że w kursie powrotnym zabierzemy 

pewien  ładunek. Poszliśmy do piwnic zamku, gdzie  w  dużym  

pomieszczeniu  leżała  masa  drewnianych, izolowanych papą 

skrzyń. Miały napisy w języku niemieckim — Ostrożnie!!! 

Cenny ładunek!!! oraz wybitego orła Rzeszy. Skrzynie były puste. 

Sierżant powiedział,  że jeżeli chcę, to mogę pogrzebać w nich. 

Może znajdę coś na pamiątkę - jak stwierdził. Niestety nic w nich 

nie znalazłem. Potem zaczął się załadunek. Wszystkie skrzynie 

background image

wywieźliśmy na leśną polanę i spaliliśmy. Sierżant mówił, abym 

jak najszybciej zapomniał o tym wydarzeniu, gdyż skrzynie 

zawierały ładunek specjalny, który złożono w podziemiach zamku i 

lepiej o tym nic nie wiedzieć. Żyję, gdyż w ostatnich dniach wojny 

sierżant ostrzegł mnie, że SS likwiduje wszystkich mających 

związek z tymi skrzyniami. Uciekłem ". 

 

 

Powyższa relacja może być w pełni wiarygodna. Jak udało się nam ustalić, pod 

koniec wojny na zamek przybywało wiele transportów z cennymi rzeczami, a w 

momencie zajęcia zamku przez Armię Czerwoną po transportach tych nie 

pozostał nawet najmniejszy ślad Należy przypuszczać, iż ich zawartość ukryto w 

podziemnych komorach, w metalowych, zaizolowanych skrzynkach. Kilkanaście 

lat temu T. Słowikowski - człowiek mocno zaangażowany w odkrycie tajemnic 

zamku - znalazł jedną z takich skrzynek w lesie u podnóża zamku. Niestety, była 

już pusta. Pan Słowikowski twierdzi, że do zamkowych podziemi dotrzeć można 

przez kilka zamaskowanych studzienek znajdujących się na zalesionym zboczu. 

„Byłem wtedy strażnikiem na parkingu. Zajechał mercedes z 

niemieckimi  tablicami.  Wysiadło 4 eleganckich panów. Spytałem 

jak  długo  pozostaną na zamku.  Odpowiedzieli, że jakieś 4-5 

godzin, bo chcą odpocząć i posiedzieć na tarasie. Czas płynął 

powoli. Minęło 5 godzin a naszych turystów ani śladu. Bytem jakiś 

taki niespokojny, więc poszedłem na zamek. Niestety nikt tam nie 

widział 4 Niemców. Szukałem ich po parku ponad dwie godziny i 

zacząłem się denerwować. Zaczęło się  ściemniać, gdy Niemcy 

wrócili. Zmęczeni, brudni podeszli do samochodu - zabłądziliśmy - 

rzucił jeden z nich i bez słowa odjechali. A ja do tej pory zadaję sobie 

pytanie - czego szukali i do czego dotarli? Czy może do jednej z tych 

studzienek?"  

Do podziemi - twierdzi pan Słowikowski - można dostać się np. Przez 

kolektor ściekowy.  Jego budowa zajęła 4 lata, a mimo to Poprowadzono go w 

najmniej dogodnym terenie, pod skalnym masywem zamkowego wzgórza. 

Podobny kolektor budowali Niemcy. Szedł doliną rzeki Pełcznicy. Nasuwa się 

background image

pytanie - dlaczego również nowego kolektora nie poprowadzono w tym miejscu, 

dlaczego poprowadzono go pod dwoma hipotetycznymi tunelami kolejowymi 

dochodzącymi do zamku. Komu na tym zależało, bo przecież z kolektora, przy 

niewielkim wysiłku, można przez podkop dotrzeć do tuneli. Ponadto, wzdłuż 

kolektora biegnie  tor kolejki wąskotorowej.  Można stąd wywieźć przedmioty o 

dużym ciężarze i objętości.  A propos tuneli kolejowych, to chodzi 

przypuszczalnie o dwa tunele, biegnące do zamku, którymi do podziemi miały 

dojeżdżać pociągi specjalne. Tunele mają biec od torów linii kolejowej 

Wrocław-Wałbrzych, a ich wloty mają znajdować się w rejonie tzw. Łuku 

Świebodzickiego i obok stacji Wałbrzych Szczawienko. W rejonie Łuku 

faktycznie istnieje odcinek zbocza góry nienaturalnie płaski z młodym 

drzewostanem, zbudowany, jak wykazały badania, z luźnych skalnych 

okruchów i ziemi. Zbocze to dochodzi do samych torów pod ostrym kątem - 

idealnie pasuje na bocznicę. Pan Słowikowski dotarł do takiej oto opowieści: 

żołnierz Wehrmachtu jechał na urlop pociągiem do Wałbrzycha.  W 

 

Świebodzicach do wagonu wsiadł esesman i nakazał wszystkim, aby przesiedli 

się na lewą stronę i pod żadnym pozorem nie patrzyli w prawo. Żołnierz 

pamięta, że za Świebodzicami pociąg wjechał w jakby tunel zbudowany z siatki 

maskującej rozpostartej nad wąską w tym miejscu doliną. Wtedy właśnie 

ukradkiem zerknął w prawo. Zobaczył kilka rzędów wagoników kolejki 

wąskotorowej, wypełnionych urobkiem oraz wlot tunelu w zboczu. Czyżby 

jednak prawda? 

Z tunelem tym związana jest jeszcze jedna historia: pod koniec wojny z 

kierunku Wrocławia nadjechał pociąg, minął  Świebodzice i na 61,1 km trasy 

zapadł się pod ziemię. Jedno jest pewne. Pociąg ten nigdy nie dotarł do 

Wałbrzycha. Na 61,1 km była bocznica, z której tor prowadził tunelem do 

podziemi zamku. Jak udało się nam ustalić pociąg składał się z lokomotywy, 

dwóch wagonów osłony SS, salonki gauleitera Hanke oraz dwóch wagonów z 

nieznaną zawartością. Co było w tych dwóch wagonach? Czy złoto Wrocławia? 

Bardzo możliwe. 

Według zeznań opiekuna zamku - Wawrzyszka - z zamku na drugą stronę 

background image

rzeki przerzucony był most pneumatyczny (!), którym Niemcy mogli toczyć 

nawet wózki kolejki wąskotorowej. Most ten, a także to co tam  robiono,   

chronione  było   największą tajemnicą.   Wawrzyszek zeznaje ponadto, że pod 

koniec wojny w podzamkowych tunelach ukryto wiele transportów 

napływających z całych Niemiec. Mówiło się wówczas, że w skrzyniach 

zgromadzono skarby kultury francuskiej, w tym Bibliotekę Narodową z Paryża. 

A na koniec taka oto ciekawostka (czy tylko ciekawostka?): Hubertus Strughold 

- naukowiec przeprowadzający doświadczenia z medycyny lotniczej, w tym 

testy w kabinach ciśnieniowych — wspomina: 

„Nasz instytut w Dachau został zbombardowany. Ewakuowano nas 

na Śląsk, do zamku baronowej. Nie pamiętam jak się  nazywał. W 

podziemiach zamku próbowałem lotu w rakiecie. Badałem swoje 

reakcje. Musieliśmy uciekać, bo Rosjanie byli o 10 km". 

Bardzo ciekawy fakt podaje jeden z byłych więźniów. Nie wie gdzie, bo go to nie 

interesowało, widział, jak w jednym z tuneli uruchomiono produkcję jakiś części do 

samolotów. Było to na krótko przed zakończeniem wojny. 

A oto co spotkało jednego z oficerów niemieckich: jako nie nadający się na front, 

nadzorował prace w Górach Sowich. Wszyscy nadzorcy zostali zaproszeni przez SS na 

kolację i poczęstowani alkoholem. Nasz oficer ze względu na chorobę żołądka alkoholu 

nie tknął. Kiedy zobaczył,  że pijący kolejno tracą przytomność, przerażony zaczął 

udawać,  że z nim także jest źle. Został załadowany na ciężarówkę i wraz z innymi 

zupełnie nagimi i nieżyjącymi już kolegami wywieziony w nieznanym kierunku. Uciekł 

wyskakując z ciężarówki. Jaka więc tajemnica związana jest z Górami Sowimi, skoro 

razem z więźniami pogrzebano tam także strażników? 

 

Przyroda i czas skutecznie zacierają  ślady prowadzonych prac i zbrodni. Z 

każdym rokiem przybywa nowych zawałów w tunelach, niszczeją budowle naziemne, 

umierają świadkowie. Coraz trudniej nam odtworzyć wygląd i historię pewnych miejsc. 

Czy zdążymy? Jedno jest pewne, nie możemy zaprzestać prac nad tak fascynującym 

tematem jak Góry Sowie i ich tajemnice. W rozdziale tym staraliśmy się przedstawić 

Państwu co ciekawsze „sensacje" dotyczące Wielkiej Budowy i w sposób racjonalny je 

background image

wytłumaczyć. Za dużo bowiem narosło mitów, nieporozumień i kłamstw, nie 

przynoszących nikomu pożytku, a często prowadzących do tragedii. Góry Sowie i to co 

działo się na ich terenie w latach 1943-45, zalicza się do największych tajemnic II wojny 

światowej i należy dołożyć maksimum wysiłku, aby tę tajemnicę rozwiązać. Trzeba w 

końcu jasno wiedzieć, co naprawdę działo się w górach, które w czasie wojny nazywano 

Górami Śmierci... 

 

background image

CZĘŚĆ VIII 

ZAKOŃCZENIE 

Wojenna historia obszaru Gór Sowich stanowi do dziś jedną z największych 

tajemnic II wojny światowej. Od lat zajmują się nią najwybitniejsi badacze historii 

wojskowości, techniki fortyfikacyjnej i poszukiwacze skarbów. Każdy z nich 

znajduje w Górach Sowich „coś" dla siebie. Historycy starają się wyjaśnić genezę 

budowy i jej przeznaczenie, miłośnicy fortyfikacji badają unikalne techniki budowy 

i dokonują inwentaryzacji, poszukiwacze  skarbów pędzą za „nieznanym".  Są i 

tacy, którzy łączą w sobie wszystkie te zainteresowania, starając się rozwikłać 

tajemnicę Olbrzyma. Do tych ostatnich zaliczam się i ja. Prowadząc od szeregu 

lat systematyczne badania pozostałości Wielkiej Budowy, staram się dotrzeć do 

nowych tajemnic, tuneli i... skarbów. A do odkrycia zostało jeszcze wiele - 

bardzo wiele. Poza ostatecznym wyjaśnieniem przeznaczenia przedsięwzięcia 

budowlanego Olbrzym, koniecznie trzeba rozkopać i zinwentaryzować wszystkie 

zawały, które zagradzają dziś dostęp do tajemnic. Są to: 

•  zawał w podziemiach kompleksu Osówka - tzw. uskok, 
•  zawał sztolni nr 4 w kompleksie Osówka, 
•  zawał i odgruzowanie szybu wentylacyjnego nr 2 w kompleksie 

Osówka, 

•  zawał w sztolni nr 1 w kompleksie Włodarz, 
•  zawał (po zlokalizowaniu) sztolni nr 5 w kompleksie Włodarz, 
•  zawał w sztolni nr 3 w kompleksie Soboń, 
•  zawał w sztolni nr 2 w kompleksie Rzeczka, 
•  zawał i odgruzowanie szybu wentylacyjnego w kompleksie Rzeczka, 
•  zawał w sztolni nr 4 w kompleksie Jugowice Górne, 
•  zawał w sztolni nr 6 w kompleksie Jugowice Górne, 
•  zawał w sztolni nr 3 w kompleksie Sokolec, 
•  zawały sztolni fabryki zbrojeniowej Mölke-Werke, 
•  zawał na wlocie tunelu kolejowego prowadzącego do podziemi kompleksu 

Książ, 

background image

•  odgruzowanie obiektu tzw. Siłowni w kompleksie Osówka, 
•  lokalizacja i odgruzowanie zawałów na wlotach sztolni kompleksu Moszna, 
•  lokalizacja i odgruzowanie zawałów na wlotach sztolni kompleksu Wielka Sowa 
•  oraz wiele pomniejszych zawałów i osuwisk. 

Aby zadanie to stało się wykonalne, potrzebne są pieniądze i to, 

niestety, niemałe. Potrzebni są sponsorzy, aby prowadzić trudne prace 

terenowe. Czy się znajdą? Mam nadzieję, że tak. 

Na koniec kilka refleksji na temat Olbrzyma. Dokonując inwentaryzacji oraz biorąc 

udział w licznych pracach poszukiwawczych wyrobiłem sobie prywatne zdanie na 

temat przeznaczenia Olbrzyma. Otóż uważam,  że zespół kompleksów 

zlokalizowanych w Górach Sowich miał stanowić (po ukończeniu budowy) 

gigantyczny kompleks zbrojeniowy, który poprzez kompleks Sokolca byłby 

połączony z istniejącymi już zbrojowniami we wnętrzu Włodyki. Kompleks zamku 

Książ miał być natomiast, bez wątpienia, kolejną kwaterą główną Führera. Na czym 

opieram swoje przemyślenia? Porównując plany podziemi Włodarza, Osówki, 

Rzeczki itd. z planami podziemi zamku Książ od razu rzuca się w oczy ich „inność". 

Ma się wrażenie,  że chodzi o zupełnie różne obiekty. Z jednej  strony proste 

sztolnie, regularne skrzyżowania, monotonia powtarzających się przecznic i hal, 

a z drugiej strony nieregularne korytarze, tu i ówdzie ulokowane komory, szyby 

wind i klatek schodowych. Te obiekty nie mogą  służyć temu samemu 

Poznaczeniu! Z kolei porównanie planów np. Włodarza z planami fabryki V-2 o 

kryptonimie Dora lub fabryką Junkersa w Dessau wyjaśnia chyba wszystko. Te 

same założenia, te same tunele, hale, ta sama monotonia. 

Mieczysław Mołdawa w  swojej  pracy pt:   Gross Rosen,  obóz koncentracyjny na 

Śląsku stwierdza, że Olbrzym to: 

"(...) komando pracujące w niezwykle ciężkich warunkach przy 

budowie ukrytych w Górach Sowich zakładów zbrojeniowych 

podlegających Luftwaffe (broń rakietowa) i mających służyć 

programowi Riese. Dla tego programu założono w 1944 roku szereg 

komand polowych do drążenia wyrobisk pod hale tunelowe 

podziemnych fabryk". 

background image

Dalej zaś charakteryzując kompleks zamku Książ pisze: 

„Komando Furstenstein na terenie kwatery Luftwaffe z ośrod-

kiem studiów broni powietrznych oraz inspekcją specjalną 

(Sonderinspektion) budowy fabryk podziemnych w masywie Gór 

Sowich. Komando małe założone w 1944 roku. powiązane z 

pobliskim komandem Wustegiersdorf budującym kompleks 

zbrojeniowy (...)". 

Myślę,  że jest to, jak do tej pory, najbardziej wiarygodna i sensowna 

charakterystyka przedsięwzięcia budowlanego OLBRZYM. 

 

background image

CZĘŚĆ IX 

KILKA ZNAKÓW ZAPYTANIA 

KWATERA GŁÓWNA FUHRERA? 

Najbardziej prawdopodobna wersja „wydarzeń", choć wydaje się,  że także 

najbardziej... błędna. Podstawą rozpowszechniania tej wersji są opublikowane 

wspomnienia Alberta Speera oraz Nicolausa von Belo-wa, którzy właśnie o „Riese" piszą 

jako o nowej kwaterze głównej budowanej w górach koło Wałbrzycha. Pozornie 

wszystko pasuje, bowiem właśnie w górach koło Wałbrzycha zlokalizowany jest Zamek 

Książ, gdzie właśnie powstawała kwatera główna, natomiast „Riese" wcale nie jest 

zlokalizowany w górach koło Wałbrzycha, tylko nieco dalej. Bardziej by pasowało: w 

górach koło Jedliny Zdrój koło Walimia, koło Głuszycy itd. Ale i o tym wspomina Albert 

Speer pisząc o nowej kwaterze powstającej w górach na Śląsku koło Jedliny Zdrój. 

Zaczyna się zatem pewien zamęt - ile tych kwater głównych budowano? Jedną, 

dwie, trzy a może cztery? Wielu obdarzonych większą fantazją badaczy twierdzi nawet, że 

wszystkie podziemia rejonu Walim - Głuszyca miały stanowić zespół kwater na wzór 

podobnego zespołu z rejonu Kętrzyna. Co więcej, niektórzy już nawet podzielili 

podziemia dla poszczególnych organów, i tak np.: Rzeczka przypadła Goebelsowi, 

Włodarz miał być dla Goeringa a Osówka dla Hitlera. Fantazja ludzka 

nie zna granic. 

 

SCHRONY DLA WOJSKA? 

Wersja szeroko propagowana we wczesnych latach powojennych przez 

przesłuchiwanych Niemców (np. Dalmusa). Według niej podziemia "Riese" miały 

służyć jako schrony dla ok. czterdziestotysięcznej  armii. Totalna bzdura - nikt 

przy zdrowych zmysłach nie "zapychałby" podziemi wojskiem, gdyż w ten 

sposób przestawało być mobilne i nie posiadało kontaktu z rzeczywistością.  

Chyba, że miałyby to być schrony przeciwatomowe ... 

 

background image

TAJNY OŚRODEK BADAWCZY? 

Wersja raczej nierealna. Nikt normalny nie buduje centrum badawczego, 

którego wyniki prac będą gotowe za kilka lat, w momencie, gdy wojna zbliża się 

ku końcowi. Zresztą sam Albert Speer pisze, że pod koniec 1944 roku wydał 

rozkaz przerwania wszystkich budów, których ukończenie przewidziano po 1945 

roku. Może to sugerować, że „Riese" miał być skończony w 1945 roku. Jednak i to 

nie do końca odpowiada prawdzie, bowiem pewne przesłanki mówią o 1948 

roku, co świadczyłoby o wyjątkowej ważności „Olbrzyma". 

 

BROŃ ATOMOWA? 

Ciekawa hipoteza. Niby fantastyczna, ale też bardzo realna, jeżeli przyjąć,  że 

„Riese" miało wchodzić w skład koncernu Concordia, budowanego w Sudetach z 

wielkim rozmachem, a w jego skład wchodziły m.in.: 

•  zakłady elektroniki rakietowej w Litomierzycach, 
•  zakłady wzbogacania ciężkiej wody w Mieroszowie, 
•  zakłady wzbogacania uranu w Kowarach, 
•  zakłady systemów rakietowych w Górach Izerskich, 
•  i być może zakłady-montownie broni „A" w Walimiu i Głuszycy. 

Na poparcie tej hipotezy przytacza się ciągle opowieść o sprowadzeniu w 

Góry Sowie grupy fizyków i chemików ze Skandynawii, którzy podobno 

prowadzili tutaj jakieś badania. Niestety brak na to dowodów. 

 

ZAKŁADY ZBROJENIOWE LUFTWAFFE? 

Jest to jedyne sensowne przeznaczenie tych obiektów i -  jak sądzę - jedyne 

możliwe do zrealizowania. Jak wiadomo w marcu 1944 roku w związku z 

nalotami został powołany do życia tzw. Sztab Myśliwski, który pod dowództwem 

gen. Erharda Milcha zajmował się budową nowych, najczęściej podziemnych 

zakładów zbrojeniowych. Protokół jednej z narad Sztabu Myśliwskiego mówi o 

rozpoczęciu pod koniec 1943 roku budowy 6 wielkich zespołów fabryk dla 

przemysłu lotniczego.  „Riese"  zaczęto  budować  również pod koniec   1943  

roku - czyżby zbieg okoliczności? 

background image

VERGELTUNGSWAFFE - V-l, V-2, V-3? 

Istnieje wiele sprzeczności co do profilu produkcji w Górach Sowich jedni mówią o 

lotnictwie, inni upierają się przy V-l i V-2  ale tek naprawdę nie ma żadnego 

znaczenia co miało być produkowane Rakiety czy samoloty - nie istotne, ważne, że 

miała to być produkcja zbrojeniowa. 

 

V-7? 

Ostatnio temat ten jest bardzo „modny", głównie za sprawą Igora Witkowskiego i 

jego „bardzo interesujących" informacji (ciekawe skąd?) o wszelkiego rodzaju 

latających spodkach i ich fenomenalnych osiągach. Jednak wartość tych informacji jest, 

powiedzmy, dyskusyjna. 

Za przykład niech posłuży taki oto fakt: Pan Witkowski uparcie twierdzi, że w 

Ludwikowicach Kłodzkich, w dawnej kopalni Venceslaus istniał wielki ośrodek 

badawczy, a jego sercem była tzw. „Muchołapka" (żelbetowa konstrukcja w kształcie 

wielokąta służąca do testowania startujących z niej obiektów dyskoidalnych). 

Otóż, niniejszym informuję Pana Witkowskiego, że identyczny obiekt znajduje się w 

Elektrowni Siechnice we Wrocławiu i jest tam niczym innym jak chłodnią (zdjęcia 

obiektu do wglądu na stronach: 220-221). 

Skoro reszta rewelacji Pana Witkowskiego ma podobny ciężar gatunkowy, to ja nie 

mam nic więcej do dodania. 

 

 

WUNDERWAFFE? 

 Wunderwaffe - tak naprawdę prawie nic nie wiemy o tej broni. Dla jednych miała to 

być bomba atomowa, dla innych latające talerze, broń wysokich temperatur lub broń 

radiologiczna, jeszcze inni wspominają o działach elektromagnetycznych lub o 

wielkich działach, czołgach i rakietach, które swoimi wagomiarami miały 

rozstrzygnąć losy wojny. Ale zejdźmy na ziemię. Niemcy, owszem, byli 

wizjonerami przyszłości  - wymyślili i wyprodukowali bronie naprawdę 

fantastyczne - ale...bez przesady. 

Poziom technologicznego rozwoju w latach 40. był taki a nie inny i to |   on 

oznaczał możliwości stworzenia danych brom. Aby wyprodukować jakąkolwiek 

background image

nową broń, trzeba by ten poziom przeskoczyć,   poza tym, trzeba by przeznaczyć na to 

niewyobrażalne sumy pieniędzy, masę materiałów, ludzi i czasu. Niemcy nie mieli 

żadnej z tych rzeczy. Oczywiście nikt nie zaprzecza, że były prowadzone prace nad 

wieloma rodzajami nowych broni, jednak w większości jedynym ich efektem 

było wykreślenie planów, a w najlepszym wypadku rozpoczęcie budowy 

prototypu. Gdzie więc byłby sens budowy tak wielkim nakładem sił i środków 

skomplikowanych technicznie zakładów produkujących ową Wunderwaffe, 

skoro ona sama istniała jedynie w głowach kilku zapaleńców? Poza tym, to nie 

Wunderwaffe była potrzebna na wiosnę 1945 roku na polu bitwy, tylko setki 

nowych Tygrysów, Messer-schmittów i U-bootów. 

 

Wszystkie opisane powyżej znaki zapytania to tylko przypuszczenia, co do 

przeznaczenia „Olbrzyma", jednak rozsądek podpowiada, że tylko produkcja 

zbrojeniowa mogła tutaj wchodzić w rachubę. Natomiast podziemia Zamku 

Książ bez wątpienia miały stanowić część składową nowej kwatery głównej 

Adolfa Hitlera. Zaznaczam, że są to przypuszczenia, na których poparcie nie 

mamy niestety dowodów, bowiem nic nie wiadomo o zachowaniu jakiejkolwiek 

dokumentacji technicznej dotyczącej Gór Sowich. Wielu uważa,  że 

dokumentacja ta została zniszczona, jednak bardziej prawdopodobne jest jej 

utajnienie z bliżej nie znanych powodów. Być może Olbrzym miał  służyć tak 

przerażającym celom, że do dziś „nie wypada" o tym mówić. A być może stał 

się jednym z wielu „sejfów III Rzeszy" i w tym wypadku jeszcze długo nie 

poznamy prawdy. 

background image

CZĘŚĆ X 

NA SZLAKU 

Na koniec zapraszam Państwa do przejścia czarnego szlaku martyrologii. Poprowadzi 

on nas przez całą, główną część sowiogórskiej budowy. 

Szlak bierze swój początek na stacji kolejowej w Jugowicach, tej samej, na której 

wyładowywano transporty więźniów pędzonych do pracy w górach. Idziemy drogą w 

kierunku Wałbrzycha i przed rzeką Bystrzycą skręcamy w lewo. Jesteśmy na drodze, 

gruntownie przebudowywanej jeszcze podczas wojny. Więźniowie układali kostkę, 

budowali przepusty i studzienki, aby droga była zdolna do przyjmowania ciężkich 

transportów. Mijamy wiadukt nad drogą (wiadukt ten przygotowany był do wysadzenia, o 

czym świadczą otwory po ładunkach tuż przy filarach) i po około 200 m, po lewej 

stronie, zaczyna się długi na blisko 100 m i wysoki na 5 m (w części centralnej) mur 

oporowy. Mur wykonany został w czasie wojny. Po drugiej stronie drogi płynie 

strumień Jaworzynka - przy jego regulacji pracowali więźniowie. Również po 

stronie lewej, ale nieco wyżej, na zboczach Jedlińskiej Kopy zauważyć można linie 

nasypów kolejki wąskotorowej, biegnącej kilkoma zakosami z Olszyńca na Włodarz. Po 

minięciu muru, przez około 1,5 km idziemy przez typową, polską wieś, z walącymi się 

zagrodami, dziurawymi płotami i ogólnym nieporządkiem. Po około 20 minutach marszu 

dochodzimy do drugiego muru oporowego, długiego na około 150 m. Jest w nim 

ciekawie rozwiązany technicznie podjazd do stojącego wyżej domu. On także powstał w 

czasie wojny. Jeszcze kilka kroków i po naszej prawej stronie, za rzeką, pojawiają 

się ruiny dwóch baraków obsługi technicznej o wymiarach 46 x 16m. Baraki te 

posiadające m.in. ogrzewanie, wykafelkowane kuchnie i łaźnie oraz wszelkie  inne 

wygody - zostały  zdewastowane przez miejscową ludność do tego stopnia, że 

trzeba było je wyburzyć, gdyż groziły zawaleniem. Niedaleko od baraków stoi 

betonowy fundament wartowni. Mijamy most na Jaworzynce i po kilku 

minutach, tym razem po lewej, znowu widzimy ruiny baraków, jeden o 

wymiarach takich jak dwa poprzednie, drugi ma 42 x 12 m. Za nimi znajduje się 

niewielki staw - to ujęcie wody dla budowy. Idziemy ciągle pod górę. Po prawej 

stronie widać ruiny Kasyna SS, po lewej zaś ruiny dwóch kolejnych baraków  i 

po prawej  podobnie.  Jesteśmy w centrum kompleksu Jugowice. Dochodzimy 

background image

do miejsca, gdzie szlak skręca w lewo przez kamienny mostek w polną drogę. 

Od razu przed naszymi oczami wyrasta hałda kamienia z podziemi. Powyżej 

znajdują się wloty sztolni nr 1, 2 i 3. Obok hałdy stoi fundament po 

kompresorze. Idziemy dalej, mijając po kolei wloty pozostałych sztolni, ruiny 

baraku i dwie niewielkie hałdy. Przystańmy teraz na moment przed wlotem 

sztolni nr 7. W roku 1993 potrzeba było dwóch dni pracy koparki, aby dostać się 

do  środka. Ciągle idziemy kamienną drogą, skręcamy w prawo i mamy około 

100 m ostrzejszego podejścia. Wychodzimy na szutrową drogę. Przed nami, w 

lesie stoją ruiny sześciu baraków obsługi technicznej kompleksu Włodarz -

jesteśmy już na terenie tego kompleksu. Baraki te także zostały zupełnie 

zdewastowane. Przy tej samej drodze, jakieś 100 m dalej, znajdują się ruiny 

największego obozu koncentracyjnego Gór Sowich, nazwanego Wolfsberg. Był 

wielki. Mówi się o blisko 200 barakach i kilku tysiącach więźniów. Obóz ten 

pochłonął także największą ilość ofiar. Idąc drogą przez około 500 m, mijamy 

resztki zabudowań obozu, dalej posuwamy się w kierunku Walimia. Około 

kilometr za obozem zaczynamy ostre podejście pod górę, za którą leży Walim. 

Na górze tej od strony Walimia mijamy cmentarz i schodzimy do miejscowości. 

Szlak wiedzie nas przez miasteczko główną drogą i mimo że jest to szlak 

martyrologii, nie przechodzi przez położony nieco   na   uboczu,   przy   żółtym   

szlaku,   cmentarz   ofiar   zbrodni hitlerowskich. Leżą na nim tysiące więźniów 

zamęczonych w fabrykach zbrojeniowych Walimia oraz przy budowie w 

górach. Mijamy zatem Walim i około 200 m za miasteczkiem szlak skręca w 

prawo w dolinę rzeki Walimki prowadząc nas do podziemi kompleksu Rzeczka. 

Zanim staniemy przed wlotami sztolni, widzimy po drodze ruiny tartaku, filary 

mostu, hałdę kamienia z podziemi i resztki ceglanych baraków obsługi. Przed 

wlotem tuneli postawiono  mały, kamienny obelisk ku  czci więźniów, którzy 

oddali  życie przy drążeniu tuneli. Obecnie podziemia są udostępnione dla 

turystów, natomiast na platformie przed tunelami odtworzony został plac 

budowy. Przywieziono m.in. ze składów w lesie skamieniałe worki cementu i 

wielkie  żelbetowe stropice. Udało się odnaleźć kilka wagoników kolejki 

wąskotorowej - ustawiono je na kilkunastometrowym odcinku torowiska. 

background image

Idziemy w kierunku Rzeczki, wychodzimy z powrotem na drogę asfaltową. Po 

lewej, na wzniesieniu, stoi budynek ogrodzony drutem kolczastym. To 

zabudowania centrali telekomunikacyjnej wzniesionej przez Niemców w czasie wojny. 

Była to najnowocześniejsza centrala w Niemczech, co chyba najlepiej świadczy o 

ważności sowiogórskiej budowy. Około 500 m poruszamy się drogą asfaltową i w końcu 

skręcamy w prawo. Szlak prowadzi nas głęboką, stromą doliną potoku bez nazwy i po 

około 15 minutach wychodzimy na porośnięty trawą płaskowyż. Szlak biegnie polną drogą, 

wśród rzadko rozrzuconych zabudowań kolonii o nazwie Rzeczka Górna lub 

Grządki. Obie nazwy są poprawne. Po około 25 minutach dochodzimy do węzła szlaków 

turystycznych, przecinających całe Góry Sowie. Obok jest niewielki stawek, zbiornik 

wody dla kompleksu Osówka, na terenie którego jesteśmy. Szlak prowadzi przez 

ruiny dawnych gospodarstw i baraków obsługi. Po około 300 m skręca w lewo i schodzi 

nieco w dół. Po chwili droga wyrównuje się - nic w tym dziwnego, bowiem idziemy po 

nasypie kolejki wąskotorowej -jej gęsta sieć oplatała teren budowy. W pewnym momencie 

zauważymy po lewej stronie żelbetowe zbiorniki na kruszywo i piasek o trapezowym 

przekroju. Natomiast, po prawej stronie uważne oko dostrzeże doskonale 

zamaskowany, potężny bunkier. To Kasyno. Obok niego widać betonowy 

fundament stacji kolejki oraz wejście do podziemnego tunelu - przejścia pod 

zbiornikami. Minęliśmy już Kasyno, idziemy dalej, po obu stronach drogi (torowiska), 

mijając wielkie sterty cegieł i ceramiki budowlanej. Wśród drzew jest mogiła. Tu leży 

jeden z tych, którzy za wielką przygodę z podziemiami zapłacili życiem. Zabłądził w 

podziękach i kiedy w końcu udało mu się wyjść na powierzchnię nie starczyło już 

sił, aby dotrzeć do wioski. Działo się to w mroźną noc w 1993 roku. Zamarzł. 

Szlak skręca w lewo, w dół. Po chwili docieramy do wielkiego betonowego 

monolitu. Jesteśmy na Siłowni. Uważajmy, aby nie wpaść któregoś z otworów. 

Wiele z nich jest zarośniętych, sterczą pręty zbrojeniowe i stoi woda. Z Siłowni 

schodzimy w dół, tuż obok nasypu, po którym poruszała się platforma wyciągowa. 

Jesteśmy już na dole.    Obok drogi widzimy podstawy owej platformy (cztery 

słupy).Skręcając ze szlaku w lewo,  po około 200 m docieramy do 

udostępnionych dla zwiedzających podziemi Osówki. Koniecznie trzeba je 

zobaczyć. 

background image

Wracamy drogą w dół. Mijamy podmokłą dolinę potoku Kłobia i tu 

znajdowała się część obozu Saüferwasser.  Dużo ciekawszy widok mamy jednak 

po stronie prawej - to wlot sztolni nr 3 systemu Osówka. Wejście to uprzednio 

zawalone, zostało rozkopane w lecie 1992 roku przez SGP KRET. Idziemy 

szeroką, brukowaną drogą i co kilkadziesiąt metrów   mijamy   studzienki   

odwadniające.   Droga  jest   doskonale zdrenowana. Kilometr dalej 

wychodzimy z lasu na trawiaste zbocze, którym droga biegnie do Kole. Szlak 

wychodzi na asfaltową drogę, prowadzącą do wsi. Z lewej widzimy budynek 

fabryczny, w którym mieścił się obóz i szpital Dörnhau. Dalej przechodzimy 

obok głębokich wykopów,  częściowo  zalanych wodą.  W tym miejscu 

budowano podziemny dworzec dla pociągów specjalnych, które miały 

przybywać w ten rejon. Za wykopami trzeba skręcić w prawo i po krótkim 

podejściu jesteśmy na kolejnym cmentarzu, na którym spoczywają zamęczeni 

przez  faszystów  więźniowie.  Ku  ich  czci  wzniesiono pomnik. Po wyjściu z 

cmentarza szlak idzie w kierunku Głuszycy Górnej, gdzie też się udajemy. W 

miasteczku tym, obok wiaduktu kolejowego, stoją obecnie opuszczone 

zabudowania fabryczne. W nich to w czasie wojny mieścił się obóz nr 4 dla 

robotników przymusowych. Od wiaduktu jest około 300 m do stacji PKP, w 

którym to miejscu czarny szlak martyrologii ma swój koniec. Przeszliśmy cały 

szlak, który ma długość około 18 km i jest chyba najciekawszym szlakiem pro-

wadzącym przez Góry Sowie. 

Wszyscy, którzy chcieliby osobiście poznać wyżej opisany szlak, mogą bez 

większych przeszkód dojechać autobusami PKS-u ze Świdnicy, Dzierżoniowa i 

Wałbrzycha, zarówno do Jugowic jak i do Kole i Walimia. Do 1989 roku 

istniało jeszcze jedno dogodne połączenie, chodzi o linie kolejową ze Świdnicy 

do Jedliny Zdrój. Niestety, ze względów finansowych zostało ono 

zlikwidowane. Nie zlikwidowano natomiast połączenia Wałbrzych-Kłodzko, 

które doprowadzi nas do Głuszycy. Stamtąd już tylko krok do serca budowy. Na 

terenie Gór Sowich istnieje dobrze rozbudowana baza noclegowa, na którą 

składają się: 

•  w Rzeczce cała sieć pensjonatów prywatnych i domów wypoczynkowych 

background image

(Rzeczka, Borsuk, Krokus, Bartek, Warszawianka), 

•  w Zagórzu Śląskim  -  Dom Wycieczkowy Gawra, schronisko młodzieżowe 

oraz hotel TKKF nad Jeziorem Bystrzyckim,  

•  w Walimiu nocować można w kilku domach wczasowych oraz jeździe „U 

Huberta", w Sokolcu - pensjonaty Wisła oraz Zachęta. 

Ponadto o noclegi nietrudno u wielu miejscowych gospodarzy. Niektórzy 

turyści, zwłaszcza młodzi, nocują często w budynku Kasyna, 

gdzie urządzono palenisko, ławki i miejsca do spania „na sosnowych gałązkach". Są i tacy 

zapaleńcy, którzy nocują w podziemiach, ale do takiego noclegu potrzebne są cieple, 

puchowe  śpiwory i odrobina doświadczenia w nocowaniu pod ziemią. Na koniec 

chciałbym prosić o kontakt wszystkich tych, którzy na temat Gór Sowich wiedzą coś, czego 

ja nie wiem, a chcieliby się tym ze mną podzielić. 

Świdnica, 2001  

background image

 

KALENDARIUM BUDOWY 

1941.05.01 - z filii obozu KL Sachsenchausen powstaje  w Rogoźnicy kl 

                        Gross Rosen 

1942 

- Rozpoczyna się tworzenie filii KL Gross Rosen. 

1943.03 - Początek budowy obozu w Jugowicach. 

1943.06.06     - Sprowadzenie w Góry Sowie 120 chemików ze Skandynawii 

1943.06.10     - Początek ofensywy bombowej Aliantów. 

1943.06 - 

Przejęcie obozów Organisation Schmelt przez KL Gross Rosen 

1943.11 - 

Początek transportów robotników dla potrzeb Śląskiej 

Wspólnoty Przemysłowej, pierwsze prace w górach. 

1943.12 

- Powstaje obóz w Głuszycy. 

1944.01 

- Wybucha epidemia tyfusu, trwają prace ziemne, początek drążenia 

tuneli. 

1944.04 - 

Przejęcie budowy przez Organisation Todt. 

1944.04.22  -Pierwszy transport Żydów w Góry Sowie, powstaje KL Falkenberg 

1944.05    - Powstają obozy KL Säuferwasser, KL Schötterwerk, KL Wolfsberg, 

KL Tannhausen. 

1944.06 - 

Powstają obozy KL Erlenbusch, KL Dörnhau, KL Märzbachtal 

i Zentralrevier im Tannhausen. 

1944.08 

- Powstaje obóz KL Kaltwasser. 

1944.09.22      - Raport A. Speera o stanie robót w Górach Sowich. 

1944.09.29    - Transport 500 inwalidów do KL Auschwitz do komór gazowych. 

1944.10 

- Powstaje obóz KL Lärche oraz KL Fürstenstein. 

1944.10.19   - Transport 357 inwalidów do KL Auschwitz do komór gazowych. 

1944.12 

- Wysianie w rejon Gór Sowich transportu 20 tys. więźniów, 

których los pozostaje nieznany.  

1944.12.18    - Likwidacja obozu KL Kaltwasser.  

1945.01.14     - Przerwanie prac w Górach Sowich (Ofensywa Styczniowa), w 

KL Dörnhau wybucha epidemia tyfusu. 

1945.02.14      - Od tego dnia trwa cząstkowa ewakuacja komand roboczych do 

background image

 

KL Mauthausen, KL Flössenburg i   KL Bergen-Belsen - około 

                       6 tys. Likwidowany jest obóz KLLärche.  

1945.02.17      - Likwidowany jest KL Wolfsberg, w rejon budowy przybywa 

 grupa więźniów z Cieplic i Bielawy.   

1945.02.26      - Cząstkowa likwidacja obozu KL Fürstenstein, początek prac 

 maskujących.  

1945.03 

- Likwidacja obozu AL Hausdorf. 

 

1945.04 

- Okres demontażu i maskowania robót w Górach  Sowich. 

1945.05.08     - Pierwsze jednostki Armii Czerwonej zajmują Góry Sowie 

1945.05.10  - Powstają szpitale dla byłych więźniów. Koniec AL Riese.  

 

background image

SIEĆ TELEFONICZNA W FHQ RIESE 

(Opracował: Mariusz Kisiel) 

Poniższy rozdział ma na celu przybliżenie czytelnikowi problemu łączności 

telekomunikacyjnej w kontekście przyszłej FHO Riese. Gdyż  właściwie można już 

tak nazywać ten projekt. W literaturze polskiej i na stronach internetowych problem 

ten jest poruszany bardzo marginalnie, a niejednokrotnie w sposób wręcz sensacyjny. 

Marginalnie przede wszystkim dlatego, że w Polsce nikt tak naprawdę nie zajmował się tą 

dziedziną w sposób naukowy. Dodatkowo szczątki materiałów archiwalnych, które 

znajdują się w kraju, nie rozjaśniają sytuacji na tyle, aby pokusić się o rzeczowe 

stwierdzenia. 

Prace inwentaryzacyjne (terenowe) są utrudnione poprzez liczne przypadki 

demontażu sieci telekomunikacyjnych, co miało miejsce zaraz po wojnie. Za 

proceder ten odpowiedzialne były różne firmy oraz szereg „przedsiębiorczych" 

obywateli. Raporty z prowadzonych demontaży, zachowane w archiwach, z różnych 

względów nie zawsze są „wiarygodnym dokumentem". Pracami często kierowali 

bowiem ludzie niedoświadczeni w branży  łączności, a tym samym nieświadomie 

przekłamywali oni dane o pójtemnościach kabli. W efekcie w ich relacjach - na których 

opiera się część współczesnych badaczy (autorów) - napotkać można przeinaczenia i 

błędy, będące zasadniczo konsekwencją nieznajomości tematu. 

Wraz z rosnącym zainteresowaniem projektem „Riese", pojawiały się nowe, sensacyjne 

wątki i spekulacje. Bardzo często były one pokłosiem błędnego tłumaczenia materiałów 

archiwalnych dostępnych w Polsce. Język techniczny zasadniczo różni się od potocznego, 

oprócz tego starzeje się on znacznie szybciej, niż ten używany na co dzień do konwersacji. 

Wyrazy techniczne używane w latach czterdziestych dzisiaj często nic nie mówią 

badaczom tematu lub też mówią nie to, co powinny. Nierzadko bowiem przypisuje się 

im zupełnie inne znaczenie, co wynika właśnie z nieznajomości języka technicznego 

(niemieckiego) z lat 30. i 40. 

Dodatkowo, pewne odkrycia związane z „Riese" ulegały nadinterpretacji, a 

wnioski wysuwano na zasadzie domysłów, tak jak w przypadku Ochsenkopftunnel 

(tunel kolejowy pod górą Wołowiec) czy też sztolni na  zboczu Wołowca. Otóż, 

odkrycie sztolni zostało szybko powiązane z węzłem  łączności Rüdiger. W 

background image

konsekwencji zaczęły się pojawiać informacje, jakoby w tej właśnie sztolni miała 

być umieszczona najważniejsza centrala telefoniczna FHQ Riese. Wszystko zaś za 

sprawą pewnego dokumentu archiwalnego, w postaci mapy z zaznaczonym 

węzłem łączności - Rüdiger, o którym będzie mowa w dalszej części. 

Pamiętam dobrze atmosferę, jaka towarzyszyła odkryciu sztolni. Mariusz 

Aniszewski  (wraz ze  swoją grupą) po odkopaniu sztolni znaleźli na jej końcu 

szyb o głębokości około 15 m. Był on suchy i widać w nim było pomosty 

wykonane do komunikacji. Pomiędzy tymi pomostami porozkładane były 

drabiny. Ze względu na brak sprzętu, który konieczny był do ewentualnego 

opuszczenia się na dno szybu, penetrację odłożono na następny dzień. Tymczasem 

po przybyciu grupy (następnego dnia) okazało się, że szyb jest zalany wodą po same 

brzegi. Ze względu na trudne warunki (bardzo duże zamulenie wody i prze-

szkody w postaci podestów), poczynione próby nurkowania nie przyniosły 

żadnych rezultatów. Już wtedy pojawiły się sensacyjne spekulacje na temat tego 

zdarzenia. Ale jak tu nie spekulować, skoro podczas suchego lata szyb o 

średnicy około dwóch metrów i głębokości około 15 m w ciągu kilkunastu 

zaledwie godzin samoistnie wypełnił się wodą. Rzecz niespotykana; matka natura 

czy ręka człowieka? Niestety do dzisiaj nie poznaliśmy odpowiedzi jak to się 

stało i co kryje zalany szyb; stan wody raz się podnosi innym razem opada. 

Pozostawmy jednak domysły i wątki sensacyjne... 

W dalszej części spróbuję przeanalizować znane materiały archiwalne i fakty z 

prac terenowych, co pozwoli lepiej zrozumieć istotę zagadnienia. A zagadnieniem 

tym jest historia sieci telekomunikacyjnej w rejonie Gór Sowich. Temat ten, 

zignorowany przez wiele lat, wbrew pozorom, może dać szereg ciekawych 

wskazówek odnośnie zagadek skrywanych przez Riese. 

ROZWÓJ SIECI TELEKOMUNIKACYJNYCH 

W III RZESZY 

Dobrze rozwinięta i elastyczna sieć telekomunikacyjna jest niezbędna do 

zapewnienia szybkiego przepływu informacji oraz sprawnego dowodzenia zarówno 

na szczeblach wojskowych jak i cywilnych. Brak sprawnej łączności, a tym 

samym przekazu informacji, często był przyczyną klęsk i niepowodzeń zarówno 

background image

w polityce, jak i w działaniach wojennych. 

W III Rzeszy nadzór nad budową i eksploatacją sieci telekomunikacyjnych 

sprawowała początkowo Poczta Rzeszy (Deutsche Reichspost). Sytuacja zmieniła się 

diametralnie w 1937 roku, kiedy to w Zarządzie Dowództwa  Wehrmachtu 

utworzono dział łączności informacyjnej. Jednostka ta podlegała szefowi służb 

łączności lądowej, zaś do jej zadań należała koordynacja i ujednolicenie systemów 

łączności w kraju, a także zapewnieniem łączności wewnątrz struktur wojskowych, w 

szczególności zaś pomiędzy Fuhrerem a poszczególnymi dowództwami. Na 

realizację tego celu zostały przeznaczone znaczne środki finansowe oraz duża 

ilość kadry pracowniczej. Na wypadek konieczności obrony III Rzeszy 

zarezerwowano około 30% łączy należących do Poczty Rzeszy. 

Ujednolicenie systemów łączności nie było zadaniem prostym i początkowo 

sprawiło duże problemy. Sytuacja znacznie poprawiła się od 1940 roku, kiedy to 

Wehrmacht otrzymał zgodę na wojskowe wykorzystanie sieci 

telekomunikacyjnych drogownictwa i kolei Rzeszy. 

Od 1937 roku Poczta Rzeszy stanęła przed koniecznością intensyfikacji 

swoich dotychczasowych działań oraz angażowania coraz większych sił i środków 

szczególnie dla potrzeb Wehrmachtu. Kolejne wzmożenie wysiłku  nastąpiło  po   

przejęciu   sieci  telekomunikacyjnych Czech i Austrii oraz podczas przygotowań 

do wojny z Polską. Powstało wtedy około 10 tys. kilometrów nowych łączy, które 

sfinansował Wehrmacht.  

Po zajęciu Polski, w ramach rozwoju gospodarczego wschodu i przygotowań 

ataku na Związek Radziecki, nastąpiła dalsza intensyfikacja działań rozbudowy 

sieci telekomunikacyjnych na skalę dotąd niespotykaną. W ciągu tylko jednego 

roku ułożono 2 100 km kabli ziemnych i napowietrznych. Na ukończeniu było 

zaś dalszych 1 300 km kabli. Dodatkowo zbudowano 10 central i 35 stacji 

wzmacniakowych, dla zapewnienia  dobrej jakości  połączeń  na znacznych  

odległościach. Przejęto też sieć telekomunikacyjną Poczty Polskiej, która w 

wyniku działań wojennych była w znacznym stopniu zniszczona. Jednakże po 

dokonaniu niezbędnych napraw, dostosowano ją do potrzeb Poczty Rzeszy. 

Nastąpiła też całkowita zmiana w planowaniu dalszego rozwoju łączy z 

background image

defensywnego na ofensywny. Powodowało to jednak konieczność   dalszych  

inwestycji.   Poczta  Rzeszy  rozważała  możliwość budowy kabli 

koncentrycznych na kierunku wschód-zachód. W owych czasach była to 

technologia bardzo nowoczesna i o wiele wydajniejsza od dotychczas 

stosowanych. Przepustowość łączy na takich kablach była bowiem kilkakrotnie 

większa. Pod koniec wojny na Dolnym Śląsku rozpoczęto prace budowlane dla 

takiej właśnie linii, lecz zostały one przerwane w związku ze zbliżającym się końcem 

III Rzeszy. 

ROZWÓJ SIECI DALEKOSIĘŻNYCH NA DOLNYM ŚLĄSKU PRZED 

WYBUCHEM WOJNY 

Pierwszy telefoniczny kabel dalekosiężny FK 34 na trasie Plauen--Wrocław o 

długości 439,7 km, który przechodził przez Świdnicę, powstał w latach 1927-1929. W 

związku z budową FK 34 na terenie miasta wybudowano w pomieszczeniach 

miejscowej poczty stację roboczą (centralę telefoniczną). 

W drugiej połowie lat trzydziestych powstaje specjalny program budowy kabli 

dalekosiężnych (międzymiastowych). 28 lipca 1936 roku Naczelne Dowództwo 

Wehrmachtu (OKW) postanawia włączyć do tego programu budowę kabla FK 221 na 

trasie Legnica-Koźle o długości 208,7 km. Ze względu na trudności materiałowe i 

wysokie koszty budowy, początkowy przedbieg zostaje skrócony do 150 km (KF 221 

zostaje zrealizowany na trasie Legnica-Biechów koło Nysy na długości 150 km). 

W dniu 27 lutego 1937 roku OKW zleca Ministerstwu Poczty (RPM) położenie 

kabla FK 221 na brakującym odcinku Biechów-Koźle. Zadanie to otrzymuje 

najwyższy stopień pilności ze względu na przewidywane wykorzystanie tego kabla w 

związku z „Planem Białym" czyli agresją na Polskę. Ze względu na nasilające się kłopoty 

materiałowe budowa się przeciąga. 

14 grudnia 1937 roku na naradzie z udziałem Niemieckiego Towa 

rzystwa Kabli Dalekosiężnych (DFKG) stwierdza się konieczność 

ułożenia FK 221 na odcinku Biechów-Koźle do 15 sierpnia 1938 roku. 

Budowa tego odcinka została ukończona w terminie, jednak ze względu 

na braki w wyposażeniu stacji wzmacniakowej Świdnica I, kabel jest 

początkowo używany w ograniczonym zakresie. 

background image

W związku z przygotowywaniem ataku na Polskę 22 maja 1939 OKW żąda od 

Dyrekcji Poczt we Wrocławiu i Opolu przedłużenia kabla FK 221 Zw. Brzeg-

Biechów do Nysy. 15 lipca 1938 roku OKW żąda od Ministerstwa Poczty 

ułożenia nowego Kabla FK 256 na odcinku Legnica-Wrocław o długości 73,5 km. 

Ułożenie nowego 114 parowego kabla w tej relacji miało na celu zwiększenie 

przepustowości  łączy  - istniejący na tym odcinku kabel FK 26 przestał być 

wystarczający. Pod presją zbliżającego się ataku na Polskę OKW żąda od 

Ministerstwa Poczty układania kolejnych kabli. W dniu 2 listopada 1938 roku 

OKW zleca Ministerstwu Poczty (w ramach specjalnZ programu budowy 

1939/1940) budowę kabla FK 285 na odcinku Jelenia Góra-Kamienna Góra-

Wałbrzych-Biechów z odgałęzieniem FK 285 Zw. Wałbrzych-Świdnica. Dnia 9 

stycznia 1939 następuje zmiana trasy FK 285; nowa trasa przebiega na linii Gryfów-

Jelenia Góra-Kamienna Góra-Świebodzice-Biechów z odgałęzieniem FK 285 Zw. 

Świebodzice-Świdnica. Z początkiem 1940 roku następuje wstrzymanie prac przy budowie 

FK 285. 

 

STACJA WZMACNIAKOWA ŚWIDNICA I 

Budowa FK 221 spowodowała konieczność powstania stacji wzma-cniakowej w 

Świdnicy (Schweidnitz) w późniejszym okresie zwanej Świdnica I (Verst A I). 

Budynek powstał w 1938 roku przy ul. Tołstoja nr 8-10 (Bismarckstrasse). W części 

naziemnej przypomina dom wielorodzinny, natomiast część podziemna,  znacznie 

większa powierzchniowo od naziemnej, przeznaczona jest na pomieszczenia 

robocze i wszelkie urządzenia. Jest to obiekt bardzo nowoczesny, posiadający dwa 

niezależne zasilania energii elektrycznej wraz ze stacją transformatorów, własny 

generator prądotwórczy, zasilanie w wodę miejską, własną studnię, stację filtrów 

powietrza na wypadek ataku gazowego i gazoszczelny system ochrony pomieszczeń 

technicznych. Wyposażenie zostaje zamontowane nie wcześniej niż w 1939 roku - 

świadczą o tym daty wybite na tabliczkach znamionowych poszczególnych urządzeń, 

takich jak agregat prądotwórczy czy urządzeniach stacji uzdatniania powietrza. Obiekt jest 

wybudowany według standardów Deutsche Reichspost obowiązujących w czasie 

pokoju, niemniej jednak jest on bardzo dobrze zabezpieczony przed 

background image

bombardowaniem z powietrza, atakiem gazowym oraz przed odcięciem od 

mediów zewnętrznych, takich jak energia elektryczna i woda. W przypadku 

odcięcia energii elektrycznej  pierwszy  ciężar zasilania obiektu przejmują  baterie 

akumulatorów, specjalnie przygotowanych do tego celu. Akumulatory zasilają 

najważniejsze .urządzenia do czasu załączenia się, co zresztą następuje 

automatycznie, potężnego agregatu prądotwórczego napędzanego 

dwunastocylindrowym silnikiem Diesla firmy Deuth   Emisja spalin 

wydzielanych przez agregat odbywa się przez jeden z kominów budynku tak, aby me 

wzbudzać podejrzeń osób obserwujących obiekt z zewnątrz! Na zewnątrz niesłyszalna 

jest też praca agregatu umieszczonego w podziemnej części stacji wzmacniakowej i 

odpowiednio wygaszonym pomieszczeniu. Dodatkowo architektura budynku - nie 

odbiegająca od ogólnych norm budownictwa cywilnego w tym rejonie - 

zapewnia dodatkowy kamuflaż wespół z ogrodem założonym nad częścią 

podziemną stacji wzmacniakowej. Inaczej mówiąc, ten bardzo ważny obiekt 

łączności przy ul. Bismarckstrasse w żaden sposób nie wyróżnia się niczym 

szczególnym ani też nie przyciąga uwagi nawet wprawnego i dobrze 

poinformowanego obserwatora, zapewniając mu całkowitą anonimowość. 

background image

STACJA WZMACNIAKOWA ŚWIDNICA II           (RZECZKA) 

26 lutego 1941 roku podczas narady w Ministerstwie Poczty OKW przedstawia 

plan budowy kolejnych dalekosiężnych linii kablowych: 

•  FK 81b - na trasie Liberec-Świdnica,   
•  FK 82 - na trasie Wrocław-Świdnica-Szumprek-Opawa o długości 237 km .. 

FK 8Ib w Libercu miał się połączyć z budowanym równolegle kablem FK 81 

a Liberec-Karlowe Vary, jednak na tym odcinku inwestycja ta nie została nigdy 

ukończona. 

Budowa FK 82 - najprawdopodobniej związana z planem agresji na Związek 

Radziecki - miała znacznie poprawić przepustowość linii na terenie Dolnego Śląska, a 

tym samym na kierunku wschód-zachód. Wszystkie te działania powodują duży wzrost 

znaczenia węzła  Świdnickiego i wymuszają kolejne inwestycje w jego 

infrastrukturę. Konieczność wzmocnienia sygnału (zgodnie z wytycznymi Mini-

sterstwa Poczty z 1937 roku) powoduje potrzebę budowy kolejnej stacji wzmacniakowej. 

Zostaje ona ulokowana w Miejscowości Rzeczka (Dorfbach) około 25 kilometrów od 

Świdnicy. Dokładna data oddania jej do użytku nie jest znana. Na podstawie postępów 

prac przy budowie linii kablowych można jednak określić przypuszczalny termin 

uruchomienia owej stacji na przełom lat 1941-1942. 

Ciekawostką jest fakt, że stacja wzmacniakowa Schweidnitz II (Verst A II) w 

Rzeczce została ulokowana w prowizorycznej piwnicy, częściowo zagłębionej w 

ziemi, obok parterowego baraku obsługi. Brak zachowania jakichkolwiek względów 

bezpieczeństwa i ochrony urządzeń poprzez umieszczenie ich w podziemnym, co prawda 

pomieszczeniu, ale nie posiadającym  żadnej klasy odporności, ewidentnie sugeruje 

konieczność jak najszybszego uruchomienia połączeń kablowych. Tak nadzwyczajna 

sytuacja może być podyktowana jedynie brakiem czasu na budowę lub wykończenie 

właściwego do tego celu obiektu oraz dużą pewnością, że obiekt ten nie będzie celem 

żadnych ataków w najbliższym okresie, a przynajmniej do czasu przygotowania 

docelowych Pomieszczeń przeznaczonych dla urządzeń stacji wzmacniakowej. Tym 

bardziej, że po wybuchu wojny zaostrzyły się jeszcze standardy bezpieczeństwa 

dla tego typu budowli i powinny być one wznoszone jako obiekty całkowicie 

podziemne o dużej klasie odporności (nie mniejszej niż Schweidnitz I) zarówno 

background image

na ataki gazowe jak i bombowe Tymczasem w przypadku Rzeczki nie można 

mówić o jakimkolwiek zabezpieczeniu, zaś porównując ją do stacji 

wzmacniakowej w Świdnicy wygląda dosłownie jak piwnica do przechowywania 

ziemniaków! Wieloletni, nieżyjący już pracownik PPTiT - pan Tadeusz 

Krawczyk - tak relacjonował przejęcie tego obiektu w 1945 roku: 

„Pod koniec 1945 roku otrzymałem polecenie objęcia kiero-

wnictwa nad stacją wzmacniakową  Świdnica II w miejscowości 

Rzeczka. Zastałem tu parterowy barak zbudowany z pustaków - 

była to część socjalna stacji wzmacniakowej przewidziana dla 

obsługi. Część techniczna znajdowała się natomiast w prowi-

zorycznej piwnicy obok baraku, gdzie były wszelkie urządzenia 

stacji wzmacniakowej wraz z agregatem prądotwórczym. Budynek 

był w stanie nienaruszonym a wszystkie urządzenia cały czas 

pracowały. Pieczę nad nimi sprawowali niemieccy pracownicy 

Poczty Rzeszy, których byłem przełożonym do czasu wymiany 

ich na polskich pracowników. Początkowo ruch na łączach był 

bardzo niewielki i chyba z tego powodu w 1946 roku niemieckie 

urządzenia zostały zdemontowane i wywiezione do centralnej 

Polski - o ile dobrze pamiętam mówiło się o Tarnowie. Nam 

przysłano wojskową przewoźną stacje wzmacniakową, taką na 

przyczepie. Później obok baraku powstał budynek nowej stacji a 

barak po jakimś czasie rozebrano, pozostały po nim tylko 

fundamenty i obok niego niewielka piwnica, w której pierwotnie 

była stacja wzmacniakową". 

Należałoby się zastanowić czy budowa linii FK 82 i stacji wzmacniakowej 

była związana tylko z „planem Barbarossa", czyli agresją na Związek Radziecki 

czy też z innym zadaniem? Rozważając pierwszą wersję, wydaje się,  że prace 

rozpoczęto zbyt późno, aby ukończyć je na czas. Pierwotnie plan ataku 

przewidywał ofensywę na 15 maja 1941 roku,   jednak   w   związku   z   

interwencją   Hitlera   na   Bałkanach w Jugosławii i Grecji termin przesunięto 

na 22 czerwiec 1941 roku. Nie mniej jednak plan był przygotowany i podpisany 

background image

przez Hitlera już 18 września 1940 roku. Opóźnień w planowanych 

inwestycjach nie można raczej tłumaczyć brakiem materiałów, ponieważ w tym 

czasie takie kłopoty jeszcze nie występowały na dużą skalę, tym bardziej dla 

inwestycji zlecanych przez armię. W innym przypadku, gdyby łączność ta miała 

służyć do celów planowanej kwatery „Riese", tempo prac wcale nie powinno dziwić, 

bowiem nie było żadnego pośpiechu; ale w tym czasie według znanych dokumentów 

nikt jej jeszcze nie planował. Gorączkowy pośpiech przy uruchamianiu linii 

kablowej FK 82 i samej stacji wzmacniakowej Schweidnitz II (Verst A II) można jedynie 

zrzucić na karby postępów wojsk niemieckich podczas pierwszych miesięcy agresji na 

ZSRR. Trudno jednak wytłumaczyć fakt pozostawienia stacji Schweidnitz II w 

prowizorycznych pomieszczeniach do końca wojny, nawet biorąc pod uwagę fakt, że 

Dolny Śląsk był w zasadzie do końca terenem względnie bezpiecznym. 

Niemieckie źródła powołujące się na dokumenty archiwalne twierdzą że na koniec 

1944 roku był w pełni ukończony bunkier łączności dla stacji wzmacniakowej 

Schweidnitz II, ale nie zamontowano jeszcze urządzeń. Jedynym ze znanych miejsc 

w najbliższej okolicy, bo w zasadzie ze względów technicznych tylko najbliższa 

okolica wchodzi w grę, jest podziemny kompleks Rzeczka. W tym miejscu zaś pojawia 

się paradoks. Według zasad budowy bunkrów łączności przeznaczonych na stacje 

wzmacniakowe i centrale łączności, kompleks Rzeczka należy wyeliminować (!) ze 

względu na niemieckie przepisy dotyczące bezpieczeństwa. Otóż, pod koniec wojny 

mówiły one wyraźnie,  że tego typu obiekty mają być osobnymi budowlami, 

zagłębionymi w ziemi i odpowiednio zabezpieczonymi przed atakami z ziemi i 

powietrza. 

background image

 

RüDIGER - WĘZEŁ ŁĄCZNOŚCI DLA FHQ RIESE 

W  świetle znanych w Polsce dokumentów archiwalnych węzeł  łączności o 

kryptonimie Rüdiger nabierał znaczenia strategicznego etapowo. Pierwszy etap w jego 

historii dobrze obrazuje dokument w postaci mapy topograficznej z naniesionym dużym 

okręgiem sygnowanym rzymską cyfrą V i dwoma mniejszymi oraz wykazem łączy 

telefonicznych i teleksowych. Mniejsze okręgi obrysowują dwa tunele kolejowe 

przeznaczone na schrony dla pociągów specjalnych. Jak wiadomo niemieckie sztaby oraz 

sam Hitler często wykorzystywali ruchome punkty dowodzenia w postaci pociągów 

specjalnych, czyli mobilnych kwater dowodzenia. Dla ich ochrony budowano początkowo 

specjalne schrony kolejowe, takie jak na południu Polski w Stępinie (Anlage Süd) czy w 

Jeleniu i Konewce koło Spały (Anlage Mitle). Wraz z rozwojem wojny i koniecznością 

coraz większej mobilności zaniechano ich budowy, zaczęto wykorzystywać istniejące 

budowle w postaci tuneli kolejowych. Rozwiązanie takie było mniej kosztowne i bardziej 

uniwersalne. Problem włączenia ruchomych kwater w ogólnokrajową sieć teletechniczną 

rozwiązywano w najprostszy z możliwych sposobów. W tunelu, do części gdzie miał 

zatrzymywać się pociąg specjalny, doprowadzano  kabel  telefoniczny,  który  był 

zakończony  głowicą kablową. Do niej obsługa wagonu łączności dopinała specjalnie 

przygotowany na tą okazję kabel i nawiązywała łączność z dowolnym miejscem 

w III Rzeszy. Na wyżej wspomnianej mapie małe okręgi oznaczają: 

•  Ochsenkopftunnel niedaleko Wałbrzycha wydrążony pod górą Kleine 

Ochsenkopf. W polskiej literaturze kolejowej góra znana jest pod nazwą Mały 

Kozioł, zaś na mapach turystycznych oznaczana jest jako Mały Wołowiec, 

•  tunel pod Przełęczą Kowarską nieopodal miejscowości Ogorzelec (niemiecka 

nazwa Dittersbach). 

Do obu tuneli doprowadzono kable, które zakończono głowicami 

umieszczonymi w hermetycznie zamykanych skrzynkach, dodatkowo 

zalutowanych w czasie, gdy przyłącza nie były używane. W przypadku tunelu pod 

Wołowcem wyprowadzono także równoległy przyłącz na dworcu kolejowym w 

Jedlinie Zdrój (Bad Charlottenbrunn), gdzie przewidywano zakwaterowanie 

części sztabu. Przyłącz ten najprawdopodobniej znajdował się w pomieszczeniu 

background image

zawiadowcy stacji, w chwili obecnej nie można jednak tego stwierdzić z cała 

pewnością.  

Pojemność kabli była stosunkowo niewielka, montowano kable dalekosiężne 

o pojemności 8 par, jednakże dobrze wyposażone wagony łączności ruchomych 

kwater, posiadające urządzenia telefonii wielokrotnej umożliwiały zestawienie 

kilkudziesięciu tzw. łączy sztywnych. Łączem sztywnym nazywa się połączenie od 

punku do punktu, czyli np. tunel Ochsenkopf- Naczelne Dowództwo Wermachtu, 

bez konieczności  łączenia rozmowy przez jakąkolwiek centralę po drodze. 

Upraszczając ten przykład jeszcze bardziej, można to ująć w następujący 

sposób: obsługa w wagonie łączności po wybraniu połączenia z Naczelnym 

Dowództwem Wermachtu otrzymywała je bez ingerencji w to połączenie 

obsługi central po trasie połączenia. W praktyce oznaczało to, że o takim 

połączeniu nikt w zasadzie nie wiedział, poza nadawcą i odbiorcą, dodatkowo 

dla bezpieczeństwa i ochrony przed ewentualnym podsłuchem np. gdyby ktoś 

próbował wpinać się bezpośrednio na głowice kablowe w poszczególnych 

centralach lub stacjach wzma-cniakowych, przez które takie połączenia 

przechodziły, sygnał był kodowany. Zgodnie z wykazem łączy zamieszczonych 

na archiwalnej mapie, zestawiono je dla obu tuneli i dworca w Jedlinie Zdrój 

jednakowo. 

Zestawiono  łącznie 38 połączeń telefonicznych i 20 teleksowych z 

najważniejszymi  urzędami  III  Rzeszy  oraz  centrami łączności w różnych 

miejscach. Analizując te połączenia widać,  że gro z nich to łącza do różnego 

rodzaju central telefonicznych wojskowych i cywilnych. Taka konfiguracja 

oznacza bardzo elastyczny system połączeń, który daje praktycznie 

nieograniczone możliwości porozumiewania się różnymi drogami, np. na 

wypadek zniszczenia części tych obiektów lub linii kablowych je łączących. 

Rozmowę w takim przypadku można przeprowadzić  dowolną drogą obejściową. 

Poniżej przedstawiony jest pełny wykaz połączeń wraz z tłumaczeniem nazw 

kodowych. 

background image

4 łącza tel. do OKW         Naczelne Dowództwo Wermachtu 

6 łączy tel.do Sdpl.Berhn  miejsce specjalne  w  Berlinie,  lokalizacja 

                                         nieznana 

2 łącza tel. do Annabu 

centrala   telefoniczna   OKH   w   obiekcie 

 

                               Zeppelin w Zossen koło Berlina,    wydzielona   część   tej                        

                                                centrali obsługiwała FHQ          

1 łącze  tel. do DV Hochland  centrala telefoniczna lokalizacja nieznana 

1 łącze tel. do DV Donau 

centrala telefoniczna lokalizacja nieznana 

1 łącze tel. do DV Hessen 

centrala telefoniczna w Gizen 

1 łącze tel. do DV San            centrala telefoniczna w Rzeszowie 

1 łącze tel. do DV Schlesien  centrala telefoniczna w Mysłowicach 

5 łączy tel. do LV 1000           centrala telefoniczna OKL w Berchtesgaden 

10 łączy tel. do LV Irene 

planowana  centrala  telefoniczna  OKL  w  obiekcie  Riese                          

                                                   podaje się także miejscowość Szczawienko 

1 łącze tel. do FA Freiburg 

centrala telefoniczna w Świebodzicach 

1 łącze tel. do FA Glatz           centrala telefoniczna w Kłodzku 

łącze tel. do FA Schweidnitz  centrala telefoniczna w Świdnicy 

łącza tel. do FA Breslau 

centrala telefoniczna we Wrocławiu 1 łącze tel. do OT Breslau

 

                              Organizacja Todta we Wrocławiu 

5 łączy telex, do OKW           Naczelne Dowództwo Wermachtu 

1 łącze telex, do Kürfurft 

kwatera   główna   Luftwaffe   w   Wildpark 

Werder koło Poczdamu 

1 łącze telex, do Annabu 

centrala   telefoniczna   OKH   w   obiekcie  Zeppelin  w                         

                

                                       

Zossen koło Berlina 

1 łącze telex, do AA. Berlin  Ministerstwo Spraw Zagranicznych w Berlinie 

1 łącze telex, do Gen. Kob. Breslau      Naczelne Dowództwo Garnizonu Wrocław 

2 łącza telex, do Irene              planowana centrala telefoniczna  OKL  w  obiekcie  Riese  

                                               podaje się także  miejscowość Szczawienko 

2 łącza telex, do LV 1000 

  centrala telefoniczna OKL w Berchtesgaden 

1 łącze telex, do DV Hochland    centrala telefoniczna 

1 łącze telex, do Seftern 

planowana centrala OKM w ramach Riese 

background image

1 łącze telex, do RKzl. Berlin            Kancelaria Rzeszy w Berlinie 

1 łącze telex, do RKzl. Munchen 

Kancelaria Rzeszy Monachium 

2 łącza telex, do DNB Berlin            Niemiecka Agencja Prasowa w Beninie  

1 łącze telex, do Prop. Min.             Ministerstwo Propagandy 

Należy jednak pamiętać, że nazwy kodowe poszczególnych obiektów, co  jakiś 

czas ulegały zmianom ze względu na konieczność utrzymania w tajemnicy lokalizacji tychże 

obiektów. 

Przyłącz telefoniczny w wraz z głowicą w tunelu koło Ogorzelca został 

zdemontowany na początku lat 90. Podobny los spotkał kabel w 

Ochsenkopftunnel - nie jest jednak znany okres, w jakim to nastąpiło. W chwili 

obecnej nie można jednoznacznie stwierdzić, przez który węzeł nastąpiło włączenie 

przyłączy z tuneli kolejowych do sieci ogólnokrajowej, najbliższym odpowiednio 

wyposażonym węzłem była, FA Freiburg czyli centrala w Świebodzicach, jednak 

nie był to węzeł wojskowy, a właśnie przez taki węzeł w pierwszej kolejności 

powinna przechodzić  łączność związana z FHQ. Możliwe jednak, że z braku 

innych rozwiązań i czasu na ich stworzenie nastąpiło to właśnie tam. Logicznym 

posunięciem byłoby włączenie tych przyłączy do centrali głównej FHQ Riese, 

ale ta według dokumentów była jeszcze w planowaniu. 

Kolejnym dokumentem archiwalnym, w którym pojawia się Rüdiger, jest 

Stand der Anlagen FHQ, pochodzący z archiwum w Londynie. Z tego 

dokumentu, przygotowanego najprawdopodobniej na odprawę dotyczącą 

łączności w kwaterach Hitlera, wynika, że ranga tego obiektu wzrasta do roli 

węzła  łączności FHQ (kwatery Hitlera). Dowiadujemy się z niego, że w skład 

Riidigera miały wchodzić dwie centrale telefoniczne, pierwsza główna, 

planowana o pojemności 600 numerów telefonicznych i 45 teleksowych, nie 

posiadająca jeszcze lokalizacji, miała być ukończona w lipcu  1945 roku. Druga 

300 numerowa, z 30 numerami teleksowymi zlokalizowana w Książu była w 

trakcie budowy, planowany termin jej uruchomienia określono na grudzień 1944 

roku. Można przypuszczać,  że została ukończona w planowym terminie, a 

następnie była ewakuowana lub stała się zdobyczą wojenną oddziałów Armii 

Radzieckiej. Przekładając powyższe opisy central na język bardziej zrozumiały 

background image

dla laika, centrala w Książu miała obsłużyć pomieszczenia w zamku i jego 

okolicy - przewidziano tu możliwość podłączenia 300 linii telefonicznych dla 

użytkowników w tym obiekcie. Włączenie do sieci Poczty Rzeszy miało nastąpić 

najprawdopodobniej poprzez stację wzmacniakową Świebodzice (Freiburg). Co do 

pierwszej z nich można powiedzieć, że mając dwukrotną pojemność była przezna-

czona dla większej ilości użytkowników. Gdzie zatem mogła być 

umiejscowiona? Odpowiedź w zasadzie nasuwa się sama. Kolejnym skupiskiem, 

gdzie występowało największe zapotrzebowanie na środki łączności były kwatery 

dowodzenia poszczególnych rodzajów wojsk, zwykle skupiane w niedalekiej 

odległości od wodza. Jeśli więc Riese w Górach Sowich miało takie zadanie, tutaj 

należałoby szukać odpowiedniego miejsca. Jak ważnym miejscem miał być kompleks 

„Riese" piszą autorzy książki pt. „Kwatery Główne Führera" Franza W. Seidlera i 

Dietera Zeigerta.   

„(...) Tutaj, w mocno pofałdowanym lesistym terenie górskim pośrodku 

Dolnego  Śląska miały powstać podziemne, chroniące przed bombami 

kwatery robocze i mieszkalne dla Führera, OKH, dowództwa Luftwaffe, 

ReichsFührera SS i ministra spraw zagranicznych Rzeszy, a także dla ich 

pracowników pomocniczych i oddziałów zabezpieczenia (...)".

19

 

Czyli miały tu zawitać dowództwa wszystkich rodzajów broni z Führerem na czele. 

Takie skupisko dowódców i urzędników generuje duże potrzeby. Dodatkowo wiemy, że 

11 maja 1944 roku Ministerstwo Poczty Rzeszy wyraziło zgodę na ułożenie dwóch kabli 

łącznikowych (OFK II i OFK III) pomiędzy stacją wzmacniakową  Świdnica a stacją 

wzmacniakową Rzeczka, o pojemności 63 pary każdy. Dokumentacje pozostawione po 

wojnie przez Niemców potwierdzają fakt wprowadzenia ich na stacje wzmacniakowe 

w Świdnicy i Rzeczce. Kable te zostały ułożone dwoma niezależnymi drogami tworząc 

pętlę wokół Gór Sowich! Takie zapętlenie stosuje się dla odbiorców, którzy na skutek 

awarii lub sabotażu nie mogą utracić łączności. Dodatkowo w Jugowicach wybudowano 

komorę kablową (przełączalnię), przez którą przechodził OFK n. Analogiczną kom|ę 

kablową wybudowano w Kolcach dla OFK III. Obiekty tego typu występują w 

miejscach, gdzie zachodzi potrzeba odpowiedniej konfiguracji łączy w zależności 

                                                           

19

 

Zeidler W. Franz, Zeigert Dieter, Kwatery Główne Führera, Wydawnictwo Colori, Warszawa 2001

        

 

background image

od potrzeb i sytuacji, zazwyczaj jednak takie obiekty powstają na łączach 

strategicznych. Można w nich dokonywać rozgałęzień kabli lub też zestawiać 

łącza. Często bywały one punktem styku dla innych kabli a nawet całych sieci, 

np. sieci Poczty Rzeszy i sieci wojskowych lub specjalnych. W przypadku 

stwierdzenia awarii lub sabotażu w takich komorach kablowych zestawiano 

drogi obejściowe niezależnie od central  i stacji wzmacmakowych, w przypadku 

przejecia jakiegoś obiektu przez dywersantów można było go tutaj pozbawić łączności. 

Samo zaś  ułożenie kabli łącznikowycn OFK II i OFK III świadczy o planowanej 

lokalizacji sporej centrali dla potrzeb użytkowników na tym rejonie Analizując 

znane informacje można przypuszczać,  że główna centrala FHQ Riese miała być 

ulokowana w Górach Sowich. Właściwym miejscem byłyby okolice stacji 

wzmacniakowej Rzeczka, gdzie przebiegały istniejące linie międzymiastowe i można 

było bez problemu włączyć się do sieci ogólnokrajowej. Dodatkowo, dzięki 

kablom OFK I i OFK II otrzymywano niezależne połączenie ze stacją 

wzmacniakową i centralą w Świdnicy. Jak wspomniałem wcześniej - według 

informacji otrzymanych ze źródeł niemieckich - taki obiekt powstał i był 

gotowy do montażu okablowania oraz urządzeń na koniec 1944 roku. Zaskakującą 

informacją  jest    to,    że  według  standardów  ówcześnie  panujących w 

budownictwie  łączności powinien być zagłębiony pod ziemią nie mniej niż 16 

metrów, posiadać dwa wejścia bronione wartowniami oraz dwa wyjścia awaryjne. 

Oczywiście musiał być obiektem w pełni niezależnym od źródeł energii i wody 

dostarczanych z zewnątrz, w pełni odpornym na ataki bombowe i gazowe. W 

jego wnętrzu przewidziano miejsce dla centrali telefonicznej, dalekopisowej, 

stacji wzmacniakowej, pomieszczeń do pracy i wypoczynku załogi oraz 

wszelkich urządzeń niezbędnych do jego funkcjonowania, czyli pomieszczenia 

agregatu, stacji filtrów, zbiorników paliwa oraz ujęcia wody w postaci studni 

głębinowej.  Łączna powierzchnia znanych obiektów tego typu zawiera się 

pomiędzy 1 000 a 2 500 m2. Wśród znanych obecnie budowli na terenie 

kompleksu „Riese" taki obiekt o takim zaawansowaniu budowlanym jednak nie 

występuje. Oznaczać to może, jeśli uwierzymy archiwalnym źródłom 

niemieckim, że w dalszym ciągu czeka on na odkrycie! 

background image

ŁĄCZNOŚĆ W KOMPLEKSIE „RIESE" 

Połączenia do poszczególnych obiektów „Riese" są na dzień obecny praktycznie 

nieznane. Nie znaczy to oczywiście,  że ich nie było. Skoro planowano, a nawet 

wykonano część kompleksów w sposób gotowy do użytku - a takie informacje 

dotarły do mnie w ostatnim czasie - musiała też istnieć miejscowa sieć kablowa. Na 

dzień dzisiejszy niewiele o niej wiemy. Pewne jest tylko połączenie kablem 20 

parowym pomiędzy stacją  wzmacniakową  Rzeczka   a   centralą  miejską  w   

Walimiu, wykorzystywane zresztą do początku lat 90. Nie wiadomo ile kabli 

wyprowadzono ze stacji w kierunku poszczególnych komleksów Nie zachowały 

się  żadne znane dokumentacje techniczne ich budowy. Z relacji, jaką 

otrzymałem od byłego pracownika Poczty Polskiej, biorącego udział w 

uruchamianiu  łączności na tym terenie, niewiele wynikało. Wspominał, ze po 

wojnie do utrzymania i konserwacji sieci telefonicznej   (kabli   międzymiastowych   

pomiędzy poszczególnymi stacjami wzmacniakowymi) zatrudniano Niemców, a konkretnie 

byłych pracowników Deutsche Reich Post. Nieznane im były jednak żadne połączenia 

z podziemiami, a przynajmniej tak twierdzili. Niewiedza ta mogła wynikać ze struktury 

podziału uprawnień. Pracownicy Deutsche Reich Post zajmowali  się  konserwacją 

linii będących własnością poczty, natomiast linie do obiektów militarnych były w 

gestii wojskowych służb łączności. We wspomnieniach pojawiła się informacja o 

przerwanym kablu na terenie stacji, który wychodził w stronę kompleksu Rzeczka. 

Przebiegał pod obecnymi schodami prowadzącymi do nowego budynku stacji 

wzmacniakowej, następnie pod drogą i ginął gdzieś z drugiej  strony.  Próbowano 

zlokalizować dokąd biegnie, ponieważ  sądzono,  że na jego drugim końcu mogą 

znajdować się cenne dla Poczty Polskiej urządzenia. Próby jednak, z braku 

odpowiedniego sprzętu i trudnego terenu, szybko przerwano. Inne relacje mówią 

o wydzieraniu z ziemi zaraz po wojnie różnego rodzaju okablowania, także 

teletechnicznego z rejonu kompleksów Osówki i Sobonia. Relacje światków są jednak 

szczątkowe; nikt nie pamięta, jakie to były kable, ilu parowe i jaką miały budowę. Nie 

bardzo można się też oprzeć na archiwalnych dokumentach Przedsiębiorstwa 

Poszukiwań Terenowych, które są mało precyzyjne i w większości opisują majątek 

przejmowany z magazynów, wspominając jedynie pobieżnie o pracach ziemnych, 

background image

podczas których odzyskiwano wszelkiego typu okablowanie. Znane raporty służb 

wojskowych oddelegowanych do pozyskiwania kabli telefonicznych także nie 

rozjaśniają sytuacji z powodu fragmentarycznie przeprowadzonych prac i na 

niewielkich odcinkach. 

 

OKRES POWOJENNY 

Po zakończeniu działań wojennych SW Świdnica (Verst A I) pozostaje przejęta 

przez Pocztę  Polską i użytkowana wraz z poniemiecką infrastrukturą do 2000 

roku. Ze względu na zastąpienie kabli dalekosiężnych  światłowodami pod 

koniec lat 90. stacja wzmacniakowa zostaje wycofana z eksploatacji. 

Ciekawostką jest fakt wykorzystywania do końca jej pracy urządzeń 

zainstalowanych w 1939 roku, takich jak agregat prądotwórczy czy stacja 

uzdatniania powietrza oraz wszystkich kabli dalekosiężnych przejętych po III 

Rzeszy. 

 

1. Charakterystyka FK 34 

 

Przebieg: Plauen - Zwickau - Chemnitz - Freiberg - Dresden -  Bautzen 

- Löbau - Görlitz - Gryfów - Jelenia Góra - Świebodzice - Świdnica - Wrocław

 

 

Stacje wzmacniakowe: Plauen, Chemnitz, Dresden, Löbau,  Gryfów, Świebodzice, 

Wrocław  

Pojemność kabla:  

Długość kabla: FK 34 - 439,7 km (całkowita),  

FK 34a: Plauen - Dresden (98a) - 151,7 km (długość odcinka) 

FK 34b: Dresden - Wrocław (98a) - 288,0 km (długość odcinka) 

Okres budowy: 1927 - 1929   

Oddany do użytku: 

19 lipca 1927 roku: Plauen – Dresden 

1927 rok: Świebodzice – Wrocław 

19 września 1929 roku: Dresden - Świebodzice  

2. Charakterystyka FK 221 

background image

Przebieg: Legnica - Snowidza k/ Jawora - Strzegom - Świdnica – Piława - 

Dzierżoniów - Henryków - Ziębice - Biechów ( koło Nysy)  - Pakosławice-

Korfantów-GłogówekWiększych - Koźle  

Stacje wzmacniakowe: Legnica, Świdnica (I), Biechów, Koźle  

Pojemność kabla:  

Długość kabla: FK 221 - 253,9 km (całkowita), 

FK 221a: Legnica - Koźle (102b) - 208,7 km (długość odcinka)  

FK 221b: Biechów - Brzeg (102b) - 45,2 km (długość odcinka) 

Okres budowy: 1937 - 1938 

 

Oddany do użytku: 

12 lipca 1938 roku: Legnica – Świdnica 

15 sierpnia 1938 roku: Świdnica – Koźle 

18 sierpnia 1999 roku: Biechów - Brzeg 

3. Charakterystyka FK 256  

Przebieg: Legnica - Wrocław  

Stacje wzmacniakowe: Legnica, Wrocław  

Pojemność kabla: 114 par 

Długość kabla: FK 256 - 253,9 km (całkowita 114a)  

Okres budowy: 1938-1939  

Oddany do użytku: 10 sierpnia 1939 roku  

Koszt budowy: 1 960 000 RM 

4. Charakterystyka FK 82 

Przebieg: Wrocław - Rzeczka - (z odgałęzieniem do Świdnicy) - Nowa Ruda - Kłodzko i 

Szumprek - Opawa później przedłużony do Koźla 

Stacje wzmacniakowe:   Wrocław, Rzeczka, Kłodzko, Szumprek, Opawa  

Pojemność kabla: 8 par (linia dwu kablowa)  

Długość kabla: FK 82 - 237,0 km 

Okres budowy: 1941 - 1942 

Oddany do użytku :10 sierpnia 1939 roku  

Koszt budowy: 1 46o 000 RM (za odcinek Wrocław Świdnica), 3 836 000 RM 

(za odcinek Świdnica Szumprek)   

background image

 

5. 

Charakterystyka OFK II 

Przebieg: Świdnica - Burkatów - Bystrzyca Górna - Lubachów - Jugowice 

- Walim - Rzeczka 

Stacje wzmacniakowe: Świdnica - Rzeczka 

Pojemność kabla: 63 pary 

Długość kabla: OFK II - 25,0 km 

Okres budowy: 1944 rok 

Oddany do użytku: brak danych 

Koszt budowy: brak danych 

6. 

Charakterystyka OFK III 

Przebieg: Świdnica - Modliszów - Kozice - Jedlina Zdrój - Głuszyca - Kolce 

-  Rzeczka  

Stacje wzmacniakowe: Świdnica - Rzeczka  

Pojemność kabla: 63 pary  

Długość kabla: OFK II - 32,0 km  

Okres budowy: 1944 rok  

Oddany do użytku: brak danych  

Koszt budowy: brak danych 

 

Przypisy: 

•  Zeidler W. Franz, Zeigert Dieter, Kwatery Główne Führera, Wydawnictwo 

Colori, Warszawa 2001 

•  Kowalski Jacek, Kudelski J. Robert, Rekuć Zbigniew, Tajemnica „Riese", Biuro 

Odkryć, Łódź 2002 

 

Skróty i Tłumaczenia 

Deutsche Reichspost (DRP) - Poczta Rzeszy  

PPT - Przedsiębiorstwo Poszukiwań Terenowych  

FK (Fernkabel) - kabel dalekosiężny (międzymiastowy)  

RPM - Ministerstwu Poczty Rzeszy  

background image

DFKG - Niemieckiego Towarzystwa Kabli Dalekosiężnych  

PPTiT - Polska Poczta Telefon i Telegraf 

FHQ (Führerhauptquartier) - kwatera Hitlera 

 

Ochsenkopftunnel - tunel kolejowy pomiędzy Wałbrzychem i Jedliną Zdrój pod górą 

Wołowiec 

background image

BIBLIOGRAFIA 

1.  Adamczewski Leszek, Złowieszcze Góry, PDW  Ławica, Warszawa Poznań 

1992 

2.  Antkowiak Włodzimierz, Nie odbyte skarby przewodnik dla poszukiwaczy, 

COMER, Toruń 1991 

3.  Bartek J. Marek., Joanna Szczepankiewicz, Słownik nazewnictwa krajo-

znawczego Śląska i Ziemi Lubuskiej, Silesia, Wrocław 1994 

4.  Below von Nicolaus, Byłem adiutantem Hitlera, MON, Warszawa 1990 

5.  Cera Jerzy, Tajemnice Walimskich Podziemi, WSOWPanc, Poznań 1974 

6.  Cybulski Bogdan, Ewakuacja więźniów AL Riese do Tratenau PMGR 1990 

7.  Cybulski Bogdan, Obozy podporządkowane KL Gross Rosen, PMGR 1987 

8.  Cybulski Bogdan, Szpitale dla byłych więźniów obozu koncentracyjnego Gross 

Rosen w Głuszycy /943-1945/, Studia nad faszyzmem i zbrodniami 

hitlerowskimi, tom VII, Wrocław 1980 

9.  Jońca Edmund, Książański Park Krajobrazowy, PTTK Kraj, Warszawa 1989 

10. Konieczny Alfred, Obozy Spółki Akcyjnej Śląskiej Wspólnoty Przemysłowej w 

Górach Sowich w lalach 1943-1944, Studia nad faszyzmem i zbrodniami 

hitlerowskimi, tom VI, Wrocław 1980 

11.  Konieczny Alfred, Szpital obozowy w Kolcach dla więźniów AL Riese w 

świetle nowych dokumentów. Studia nad faszyzmem i zbrodniami 

hitlerowskimi, tom XII, Wrocław 1987 

12.  Kajzer Abram, Za drutami śmierci, Łódź 1962 

13.  Kozłowska Krystyna, Milcząca wyrzutnia, MON, Warszawa 1985 

14. Kruszyński Piotr, Podziemia w Górach Sowich i Zamku Książ, PMGR 1990 

15. Maciejewski Marek, Filie KL Gross Rosen w Górach Sowich 1943-1945, 

Studia nad faszyzmem i zbrodniami hitlerowskimi, tom I Wrocław 1974 

16. Mostowicz Arnold, Żółta gwiazda i czerwony krzyż, PiW, Warszawa 1986 

17. Rogalski Marian, Zaborowski Maciej, Fortyfikacja wczoraj i dziś,  MON, 

Warszawa 1978 

18. Słownik geografii turystycznej Sudetów, tom 11, „Góry Sowie. Wydawnictwo 

I-BIS, Wrocław 1995 

background image

19.  Sukmanowska Anna, Stolarczyk Stanisław,  Tańcząc na wulkanie, 

Wydawnictwo Dingo, Warszawa 1991 

20.  Speer Albet, Wspomnienia, MON, Warszawa 1990 

21.  Tetter Jan, Tajemnice Gór Sowich, „Ekspres Reporterów", KAW 1970 

22. MSW Biuro C, Informator o nielegalnych, antypaństwowych organizacjach i 

bandach zbrojnych działających w Polsce Ludowej w latach 

1944-1956, Wydawnictwo Retro, Lublin 1993 

23. Cykl artykułów Jerzego Cery z „Gazety Robotniczej" zatytułowany 

Tajemnice Gór Sowich, 17 sierpnia — 21 września 1974 

24. Cykl artykułów Zbigniewa Mosingiewicza ze „Słowa Polskiego":  

−  Odkrywamy podziemne miasto w Głuszycy, 27 października 1947 
−  W przepastnych korytarzach odkryto 6 drzemiących motorów Diesla 28 

października 1947 

−  10 milionów worków cementu pozostało jeszcze z olbrzymich zapasów jakie 

nagromadzono w Głuszycy, 29 października 1947 

−  „Akcja Adolfa" i luksusowe oranżerie na kamienistych zboczach 

głuszyckiej góry, 30 października 1947 

−  Co przygotowywał Hitler w Głuszycy, 1 listopada 1947 

background image

SPIS TREŚCl 

WSTĘP  

WPROWADZENIE  

CZĘŚĆ I-OPOWIEŚĆ O KWATERACH GŁÓWNYCH  

CZĘŚĆ II-BOMBOWCE NAD TRZECIĄ RZESZĄ 

 

CZĘŚĆ III- POCZĄTKI BUDOWY 

 

CZĘŚĆ IV - HIMMELSTRASSE CZYLI OPOWIEŚĆ O ŻYCIU I ŚMIERCI 

CZĘŚĆ V-WIELKA BUDOWA CZYLI BETON I SKAŁA  

    CZĘŚĆ CENTRALNA 

Kompleks Włodarz-część naziemna 
Kompleks Włodarz-część podziemna 
Kompleks Włodarz-badania 
Kompleks Osówka - część naziemna 
Kompleks Osówka - część podziemna 
Kompleks Osówka-badania 
Kompleks Jugowice Górne - część naziemna 
Kompleks Jugowice Górne - część podziemna 
Kompleks Jugowice Górne – badania 
Kompleks Soboń - część naziemna 
Kompleks Soboń-część podziemna 
Kompleks Rzeczka - część naziemna 
Kompleks Rzeczka-część podziemna 
Kompleks Rzeczka – badania 
Kompleks Moszna - część naziemna 
Kompleks Moszna - badania 

 

 

CZĘŚĆ ZEWNĘTRZNA 

Kompleks Sokolec - część naziemna 

Kompleks Sokolec - część podziemna 

Kompleks Sokolec – badania 

Kompleks Wielka Sowa – ogólnie 

Kompleks Wielka Sowa-badania 

Kompleks zbrojeniowy Miłków - Ludwikowice Kłodzkie, fabryka amunicj i 

Mölke-Werke oraz fabryka prochu Dynamit AG 

Kompleks zbrojeniowy Miłków - Ludwikowice Kłodzkie – badania   

 

background image

KOMPLEKS ZAMKU KSIĄŻ 

 

Kompleks Zamku Książ - część naziemna 

Kompleks Zamku Książ - część podziemna 

 

 

POZOSTAŁOŚCI 

Kompleks schronów w Głuszycy 

Tunel kolejowy Wałbrzych-Jedlina Zdrój 

Inne 

CZĘŚĆ VI - PO WOJNIE 

CZĘŚĆ VII – ZAGADKI 

CZĘŚĆ VIII – ZAKOŃCZENIE 

CZĘŚĆ IX - KILKA ZNAKÓW ZAPYTANIA 

KWATERA GŁÓWNAFUHRERA? 

SCHRONY DLA WOJSKA? 

TAJNY OŚRODEK BADAWCZY? 

BROŃ ATOMOWA?   

ZAKŁADY ZBROJENIOWE LUFTWAFFE? 

VERGELTUNGSWAFFE V-l, V-2, V-3? 

V-7?  

WUNDERWAFFE?  

CZĘŚĆ X - NA SZLAKU 

 

KALENDARIUM BUDOWY 

 

DANE LICZBOWE „RIESE" 

 

SIEĆ TELEFONICZNA W FHQ RIESE 

 

ROZWÓJ SIECI TELEKOMUNIKACYJNYCH W III RZESZY 

ROZWÓJ SIECI DALEKOSIĘŻNYCH NA DOLNYM ŚLĄSKU 

PRZED WYBUCHEM WOJNY 

STACJA WZMACNIAKOWA ŚWIDNICA I 

STACJA WZMACNIAKOWA ŚWIDNICA II (RZECZKA) 

RüDIGER WĘZEŁ ŁĄCZNOŚCI DLA FHQ RIESE 

ŁĄCZNOŚĆ W KOMPLEKSIE „RIESE" 

background image

OKRES POWOJENNY 

BIBLIOGRAFIA  

PLANY I ZDJĘCIA.                                                   

SPIS TREŚCI