background image

 

 

 

Roger  elazny  

 

 

Amber 

 

 

 

TOM CZWARTY 

 

 

R ka Oberona 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

Rozdział 1 

 

Rozbłysk zrozumienia, jak blask tego niezwykłego sło ca...  

      Oto było... W jasnym  wietle dnia co , co do tej pory ogl dałem jedynie w 

półmroku rozja nianym jego własnym l nieniem: Wzorzec, wielki Wzorzec 

Amberu na owalnej płaszczy nie pod; nad przedziwnym niebo - morzem.  

      ...I wiedziałem, mo e dzi ki temu, co istnieje we mnie i co wi e nas 

wszystkich,  e to wła nie musi by  prawdziwy Wzorzec. A to znaczy,  e ten w 

Amberze jest tylko jego pierwszym cieniem. Zatem...  

      Zatem sam Amber jest tylko Cieniem, ale wyj tkowym, gdy  Wzorzec nie 

si ga do miejsc poza obszarem jego, Rebmy i Tir-na Nog'th. A wi c region, gdzie 

przybyli my, musi by , prawem pierwsze stwa i konfiguracji, prawdziwym 

Amberem.  

      Spojrzałem na u miechni tego Ganelona, z brod  i zwichrzonymi włosami 

stapianymi w jedno przez bezlitosny blask.  

      - Skad wiedziałe ?  

      - Wiesz, Corwinie,  e potrafi  zgadywa  - odparł. - Pami tam wszystko, co 

mówiłe  o Amberze, i jak padaj  na wszystkie  wiaty cienie miasta i waszych 

konfliktów. Cz sto si  zastanawiałem, my l c o czarnej drodze, czy co  mogłoby 

rzuci  taki cie  na sam Amber. I doszedłem do wniosku,  e musi to by  co  

niezwykle pot nego, fundamentalnego i ukrytego - skin ł na obraz przed nami. - 

Tak jak to.  

      - Mów dalej - poprosiłem.  

      Skrzywił si  i wzruszył ramionami.  

      - Musi wi c istnie  warstwa rzeczywisto ci gł bsza ni  Amber - stwierdził. - I 

tam wykonano brudn  robot . Zwierz , które jest waszym patronem, 

doprowadziło nas chyba do takiego wła nie miejsca. A ta plama na Wzorcu to 

efekt brudnej roboty. Zgodzisz si  chyba?  

      Przytakn łem.  

      - To raczej twoja spostrzegawczo  mnie zaskoczyła, nie sama konkluzja - 

wyja niłem.  

      - Nie jestem taki szybki - wyznał Random, stoj cy po prawej stronie. - Ale to 

wra enie dotarło jako  do moich trzewi, delikatnie rzecz ujmuj c. Wierz ,  e to, 

co tu widzimy, w jaki  sposób tworzy fundament naszego  wiata.  

      - Kto  z zewn trz potrafi czasem lepiej oceni  fakty ni  ten, kto jest ich cz ci  

- wtr cił Ganelon.  

      Random spojrzał najpierw na mnie, potem w dół.  

      - My lisz,  e co  jeszcze ulegnie zmianie? - zapytał. - Gdyby my tak zjechali i 

przyjrzeli si  temu z bliska?  

      - Jest tylko jeden sposób,  eby si  przekona  - odparłem.  

      - W takim razie g siego. Ja pierwszy.  

      - Zgoda.  

      Random, prowadził wierzchowca w prawo, w lewo, znów w prawo, dług  

seri  zwrotów, które wiodły nas od brzegu do brzegu urwiska. Zgodnie z 

porz dkiem, jakiego przestrzegali my przez cały dzie , jechałem tu  za nim, a 

Ganelon zamykał szyk.  

background image

 

      - Wygl da na ustabilizowany! - krzykn ł przez rami  Random.  

      - Na razie - mrukn łem.  

      - Jest jaki  otwór w skałach pod nami.  

      Wychyliłem si . Po prawej stronie, na poziomie płaszczyzny owalu, 

dostrzegłem wej cie do jaskini. Nie było widoczne z naszej poprzedniej, wy szej 

pozycji.  

      - Przejedziemy całkiem blisko - stwierdziłem.  

      - Pospiesznie, czujnie i bezgło nie - dodał Random i dobył miecza.  

      Wyj łem Grayswandira, a jeden zakr t nade mn  Ganelon post pił podobnie.  

      Nie min li my wej cia do jaskini, gdy  wcze niej ponownie skr cili my w 

lewo. Przejechali my jednak w odległo ci czterech, mo e pi ciu metrów i 

poczułem nieprzyjemny zapach, którego nie potrafiłem zdefiniowa .  

      Konie chyba lepiej sobie z tym poradziły albo były pesymistami z natury, 

poniewa  poło yły płaska uszy, rozd ły nozdrza i prychały l kliwie, szarpi c 

uzdy.  

      Uspokoiły si  natychmiast, gdy tylko ponownie zacz li my si  oddala . Nie 

sprawiały problemów a  do chwili, gdy zako czyli my zjazd i próbowali my 

zbli y  si  do uszkodzonego Wzorca. Tu zaprotestowały zdecydowanie.  

      Random zeskoczył z siodła. Stan ł na kraw dzi owalu i patrzył. Po chwili 

odezwał si , nie odwracaj c głowy.  

      - Z tego, co wiemy, uszkodzenia dokonano  wiadomie.  

      - Na to wychodzi - przyznałem.  

      - Jest wi c oczywiste,  e sprowadzono nas tu w pewnym celu.  

      - Zgadzam si .  

      - Nie trzeba nadwer a  umysłu, by doj  do wniosku,  e celem tym jest 

stwierdzenie, w jaki sposób uszkodzono Wzorzec i co mo emy zrobi , by go 

naprawi .  

      - Mo liwe. Masz jaki  pomysł?  

      - Jeszcze nie.  

      Ruszył brzegiem figury w prawo, do miejsca, gdzie zaczynała si  ciemna 

smuga. Schowałem miecz i chciałem zsi

 z konia, gdy Ganelon chwycił mnie za 

rami .  

      - Sam mog ... - zacz łem, ale przerwał mi.  

      - Corwinie, dostrzegam chyba drobn  nieregularno  w pobli u  rodka 

Wzorca. Nie s dz , by nale ała...  

      - Gdzie?  

      Wyci gn ł r k , a ja spojrzałem w stron , któr  wskazywał.  

      Tu  obok centrum istotnie le ał jaki  obcy obiekt. Patyk? Kamie ?  wistek 

papieru? Trudno powiedzie  z tej odległo ci.  

      - Widz  - powiedziałem.  

      Zsiedli my z koni i poszli my za Randomem, który przykucn ł na prawym 

kra cu figury i badał przebarwion  plam .  

      - Ganelon dostrzegł co , niedaleko  rodka - oznajmiłem.  

      Skin ł głow .  

      - Te  zauwa yłem. Zastanawiam si , jak tam dotrze . Nie podoba mi si  idea 

przej cia uszkodzonego Wzorca. Z drugiej strony nie wiem, czy nie odsłoni  si  

background image

 

zupełnie, je li pójd  po tym zaczernionym pasie. Jak s dzisz?  

      - Przej cie po tym, co zostało z Wzorca, zajmie sporo czasu - zauwa yłem. - O 

ile stawia opór zbli ony do tego, który mamy w domu. Uczono nas,  e zej cie z 

trasy to  mier . A ten układ zmusza ci  do zej cia, gdy dotrzesz do płamy. Z 

drugiej strony, jak powiedziałe , przej cie po plamie mo e zaalarmowa  naszych 

wrogów. Zatem...  

      - Zatem  aden z was tego nie zrobi - przerwał Ganelon. - A ja tak.  

      I nie czekaj c na odpowied , jednym skokiem znalazł si  w ciemnym sektorze, 

pomkn ł do  rodka, zatrzymał si  na moment, by podnie  tajemniczy przedmiot, 

po czym zawrócił i pobiegł z powrotem.  

      Po chwili stał ju  przy nas.  

      - Ryzykowne posuni cie - ocenił Random.  

      Ganelon kiwn i głow .  

      - Ale gdybym tego nie zrobił, nadal by cie si  naradzali - stwierdził 

wyci gaj c r k . - Co o tym my licie?  

      W dłoni trzymał sztylet, wbity w prostok t zaplamionego kartonu. Wzi łem 

oba przedmioty.  

      - Wygl da jak Atut - stwierdził Random.  

      - Owszem.  

      Zdj łem kart  z ostrza, wygładziłem rozdarcia. Człowiek, którego portret 

ogl dałem, wygl dał na wpół znajomo - czyli, naturalnie, był tak e na wpół obcy. 

Jasne, proste włosy, nieco ostre rysy, lekki u miech, drobna budowa.  

      - Nie znam go - pokr ciłem głow .  

      - Poka .  

      Random wzi ł ode mnie kart , zmarszczył czoło.  

      - Nie - stwierdził po chwili. - Ja te  nie. Mam wra enie,  e powinienem, ale... 

Nie.  

      W tej chwili konie znowu zacz ły si  skar y , o wiele gło niej ni  poprzednio. 

Wystarczyło obejrze  si  lekko, by odkry   ródło ich niepokoju, jako  e wła nie 

wynurzyło si  z jaskini.  

      - Niech to diabli - mrukn ł Random.  

      Zgodziłem si  z nim.  

      Ganelon przełkn ł  lin  i dobył miecza.  

      - Kto  wie, co to jest? - spytał cicho.  

      W pierwszej chwili odniosłem wra enie,  e stwór jest podobny do w a, ze 

sposobu poruszania si , jak i z powodu długiego, grubego ogona, który wydawał 

si  raczej przedłu eniem długiego, chudego tułowia ni  zwykłym przydatkiem. 

Zwierzak miał jednak cztery nogi o dwóch stawach, z wielkimi łapami 

uzbrojonymi w szpony. W ska głowa z ostrym dziobem kołysała si  na obie 

strony, gdy szedł ku nam, ukazuj c raz jedno, raz drugie bladoniebieskie oko. 

Wielkie skrzydła, fioletowe i skórzaste, przylegały do boków. Nie miał sier ci ani 

piór, za to dostrzegłem łuski okrywaj ce pier , barki, grzbiet i górn  cz  ogona. 

Od dzioba po czubek ogona miał troch  powy ej trzech metrów. Id c d wi czał 

cicho i dostrzegłem błysk czego  jasnego na jego szyi.  

      - Najbardziej przypomina heraldyczn  besti , gryfa - stwierdził Random. - 

Tyle  e ten jest łysy i fioletowy.  

background image

 

      - Zdecydowanie dziwny ptaszek - dodałem, si gaj c po Grayswandira i 

kieruj c kling  ku głowie potwora.  

      Zwierz wysun ł czerwony, rozwidlony j zyk. Skrzydła uniosły si  nieznacznie 

i opadły. Kiedy przesuwał głow  w prawo, ogon w drował w lewo, potem w lewo i 

w prawo, prawo i lewo... wywieraj c hipnotyczne niemal wra enie.  

      Zdawało si ,  e bardziej interesuj  go konie ni  my, poniewa  omijał nas z 

daleka, zmierzaj c w stron , gdzie stały dr ce, przera one wierzchowce. 

Przesun łem si , by zast pi  mu drog .  

      Wtedy stan ł d ba.  

      Skrzydła uniosły si  w gór  i rozpostarły niby dwa sflaczałe  agle wyd te 

nagłym podmuchem wiatru. Stoj c na tylnych nogach górował nad nami, jakby 

urósł przynajmniej czterokrotnie. I wrzasn ł: przera liwy krzyk, zew łowcy lub 

wyzwanie, po którym dzwoniło mi w uszach. Po czym machn ł tymi skrzydłami 

w dół i skoczył, na chwil  unosz c si  w powietrze.  

      Konie zerwały si  do ucieczki. Potwór był poza naszym zasi giem. Dopiero 

teraz zrozumiałem, co oznaczał błysk na szyi i dzwonienie: był przywi zany na 

długim ła cuchu, biegn cym do jaskini. Dokładna długo  tej smyczy 

natychmiast stała si  przedmiotem wi cej ni  akademickiego zainteresowania.  

      Stwór obrócił si  w powietrzu sycz c i machaj c skrzydłami. Spadł za nami. 

Nie miał dostatecznego rozp du, by w tym krótkim wyskoku przej  w 

prawdziwy lot. Gwiazda i  wietlik cofały si  na przeciwny koniec owalu. Za to 

Iago, ko  Randoma, odskoczył w kierunku Wzorca.  

      Potwór znów stan ł na ziemi, zrobił ruch, jakby zamierzał  ciga  Iago, 

przyjrzał si  nam raz jeszcze i znieruchomiał. Stał o wiele bli ej - niecałe cztery 

metry od nas. Przechylił głow , ukazuj c prawe oko, potem otworzył dziób i 

zagruchał cicho.  

      - Mo e spróbujemy zaatakowa ? - zaproponował Random.  

      - Nie. Czekaj. W jego zachowaniu jest co  dziwnego.  

      Kiedy mówiłem, opu cił łeb i rozło ył skrzydła ku dołowi. Trzy razy stukn ł 

dziobem o ziemi  i znowu popatrzył na nas. Potem podci gn ł skrzydła do 

tułowia. Ogon zadr ał i zakołysał si  dziarsko z boku na bok. Stwór otworzył 

dziób i zagruchał jeszcze raz.  

      W tej wła nie chwili co  odwróciło nasz  uwag . Iago wbiegł na Wzorzec, 

spory kawałek od czarnego obszaru. Pi  czy sze  metrów od kraw dzi, 

przecinaj c linie mocy, stał uwi ziony w pobli u jednego z punktów Zasłon niby 

mucha na kawałku lepu. Zar ał gło no, gdy strzeliły iskry, a grzywa uniosła si  i 

stan ła sztorcem.  

      Natychmiast nad naszymi głowami pociemniało niebo. Ale to nie chmura pary 

wodnej zaczynała si  kondensowa . Pojawiło si  co  w rodzaju idealnie okr głego 

tworu, czerwonego w  rodku,  ółtego na brzegach, wiruj cego w kierunku ruchu 

wskazówek zegara. Rozległ si  d wi k podobny do pojedynczego uderzenia 

dzwonu, a po nim w uszy uderzył przera aj cy ryk.  

      Iago walczył. Uwolnił praw  przedni  nog  i natychmiast wpl tał j  na 

powrót, usiłuj c wyrwa  lew . R ał dziko. Iskry si gały ju  jego grzbietu. 

Strz sał je z boków i szyi niby krople deszczu, a jego sylwetka l niła delikatnym, 

ółtym blaskiem.  

background image

 

      Ryk stał si  gło niejszy. W centrum czerwonego tworu na niebie pojawiły si  

niewielkie błyskawice. Wtedy dosłyszałem dzwonienie. Spojrzałem w dół: 

fioletowy gryf wymin ł nas i stan ł tak, by nas osłania  przed hała liwym, 

czerwonym zjawiskiem. Przykucn ł jak maszkaron na dachu i odwrócony tyłem 

obserwował spektakl.  

      Iago uwolnił obie przednie nogi i stan ł d ba. Było w nim ju  co  

nierzeczywistego, co  w jego blasku, w roziskrzonej, nieostrej sylwetce. Mo e 

wtedy zar ał, ale wszystkie d wi ki pochłaniał ogłuszaj cy ryk z góry.  

      Z hała liwego tworu wysun ł si  lej - jasny, migotliwy, wyj cy gło no i 

nieprawdopodobnie szybki. Dotkn ł stoj cego d ba konia i w ci gu sekundy 

sylwetka Iago rozrosła si  do ogromnych rozmiarów, równocze nie trac c ostro  

w bezpo redniej proporcji do wzrostu.  

      Po czym znikn ła. Przez krótk  chwil  lej pozostał nieruchomy niby sto ek w 

idealnej równowadze. Huk zacz ł przycicha . Lej uniósł si  na niewielk  

wysoko  - mo e na wzrost człowieka - ponad Wzorzec, potem strzelił w gór  z 

tak  sam  szybko ci , z jak  uprzednio si gn ł w dół.  

      Wycie ucichło. Ryk tak e był coraz cichszy. Miniaturowe błyskawice nikn ły 

wewn trz kr gu. Cała formacja bladła i zwalniała obroty, by po chwili sta  si  

jedynie strz pem ciemno ci. Jeszcze chwila i znikn ła. Po Iago nie został nawet 

lad.  

      - Nie pytaj - powiedziałem, gdy Random obejrzał si  na mnie. - Te  nie wiem.  

      Skin ł głow , po czym spojrzał na naszego fioletowego towarzysza, który 

akurat pobrz kiwał ła cuchem.  

      - Co zrobimy z tym maluchem? - spytał, gładz c kling .  

      - Mam niejasne wra enie,  e próbował nas chroni  - wysun łem si  do 

przodu. - Osłaniaj mnie. Chc  co  sprawdzi .  

      - Jeste  pewien,  e potrafisz dostatecznie szybko biega ? - zapytał. - Z t  

ran ...  

      - Nie przejmuj si  - odparłem, odrobin  bardziej beztrosko, ni  było to 

konieczne. Podszedłem bli ej.  

      Miał racj  co do rany, która wci  wywoływała t py ból w lewym boku i 

hamowała ruchy. Lecz w prawej r ce trzymałem Grayswandira, a w dodatku 

odczuwałem wzrost poziomu zaufania do własnych instynktów. W przeszło ci 

kilkakrotnie zawierzyłem temu uczuciu, z niezłymi wynikami. Bywały chwile, gdy 

takie ryzyko wydawało si  rzecz  najbardziej odpowiedni .  

      Random przeszedł do przodu, na praw  stron .  

      Obróciłem si  wyci gaj c lew  r k , powoli, jakbym si  starał zawrze  

znajomo  z obcym psem. Nasz heraldyczny przyjaciel wyprostował si  i zacz ł 

wolno odwraca .  

      Stan ł przodem do nas i spojrzał na Ganelona. Potem zaj ł si  moj  r k . 

Opu cił głow , powtórzył operacj  uderzania o ziemi , zagruchał bardzo cicho, 

wydaj c delikatny, bulgoc cy odgłos, po czym uniósł głow  i czujnie wyci gn ł 

szyj . Machn ł pot nym ogonem, dotkn ł dziobem moich palców, potem jeszcze 

raz odegrał cały spektakl. Ostro nie poło yłem mu dło  na głowie. Ogon poruszył 

si   ywiej, łeb pozostał nieruchomy. Podrapałem go lekko w kark, a on przesun ł 

troch  głow , jakby odczuwał rozkosz. Cofn łem r k  i odst piłem o krok.  

background image

 

      - Zaprzyja nili my si  - powiedziałem. - Teraz ty spróbuj, Random.  

      - Chyba  artujesz.  

      - Nie. Uwa am,  e nic ci nie grozi. Spróbuj.  

      - A co zrobisz, je li si  pomyliłe ?  

      - Przeprosz .  

      - Dzi ki.  

      Podszedł, wyci gaj c r k . Bestia nadal zachowywała si  przyja nie.  

      - No, dobra - stwierdził pół minuty pó niej, nadal drapi c j  po karku. - 

Czego to dowodzi?  

      -  e to pies ła cuchowy.  

      - A czego pilnuje?  

      - Najwyra niej Wzorca.  

      - Trudno si  oprze  wra eniu - Random cofn ł si  nieco -  e niezbyt dokładnie 

wykonuje swoje obowi zki - skin ł na czarn  plam . - Co zrozumiałe, je li jest 

taki przyjazny wobec ka dego, kto nie je owsa i nie r y.  

      - Zgaduj ,  e dobiera sobie znajomych. Mo liwe te ,  e umieszczono go tutaj, 

kiedy nast piło uszkodzenie.  eby nie dopu cił do dalszych niepo danych 

działa .  

      - Kto go tu zostawił?  

      - Sam chciałbym wiedzie . Chyba kto , kto stoi po naszej stronie.  

      - Mo emy sprawdzi  twoj  teori . Niech Ganelon do niego podejdzie.  

      Ganelon nie drgn ł.  

      - Mo e macie jaki  rodzinny zapach - o wiadczył po chwili. - A on lubi 

wył cznie Amberytów. Tak  e raczej zrezygnuj .  

      - Jak chcesz. Sprawa nie jest a  tak wa na. Jak dot d, twoje domysły si  

sprawdzały. Co powiesz o tym wszystkim?  

      - Z dwóch grup walcz cych o tron - odparł - ta zło ona z Branda, Fiony i 

Bleysa była, jak sam stwierdziłe , bardziej  wiadoma natury sił działaj cych 

wokół Amberu. Brand nie zdradził szczegółów, chyba  e pomin łe  jakie  

wspomniane przez niego fakty. Mimo to s dz ,  e to uszkodzenie Wzorca 

reprezentuje  rodki, dzi ki którym ich sojusznicy zagwarantowali sobie wej cie 

do waszej dziedziny. Jedno z nich, mo e wi cej ni  jedno, dokonało zniszczenia, 

otwieraj cego mroczny szlak. Je li ten pies ła cuchowy reaguje na rodzinny 

zapach czy co  innego, co was identyfikuje i co wszyscy posiadacie, mógł tu 

przebywa  przez cały czas i nie dostrzec potrzeby atakowania niszczycieli.  

      - To mo liwe - przyznał Random. - Domy lasz si , jak tego dokonali?  

      - Mo e i tak - stwierdził. - Je li chcecie, mog  zademonstrowa .  

      - Czego ci potrzeba?  

      - Chod cie - odwrócił si  i podszedł do brzegu Wzorca.  

      Ruszyłem za nim. Random tak e. Ła cuchowy gryf człapał obok.  

      Ganelon obejrzał si  i wyci gn ł r k .  

      - Corwinie, mog  prosi  o ten sztylet, który znalazłem?  

      - Oczywi cie. - Wyj łem go zza pasa.  

      - Ponawiam pytanie: czego ci potrzeba?  

      - Krwi Amberu - o wiadczył Ganelon.  

      - Nie jestem pewien, czy podoba mi si  ten pomysł.  

background image

 

      - Wystarczy,  e ukłujesz si  w palec - zapewnił, podaj c sztylet. - Tak,  eby 

kropła krwi upadła na Wzorzec.  

      - Co si  stanie?  

      - Spróbuj. Zobaczymy.  

      Random spojrzał na mnie.  

      - Co o tym my lisz? - zapytał.  

      - Próbuj. Przekonajmy si . To ciekawe.  

      - W porz dku - skin ł głow .  

      Wzi ł od Ganelona sztylet, nakłuł czubek małego palca lewej r ki, potem 

cisn ł go nad Wzorcem. Male ka, czerwona kropka pojawiła si  na skórze, 

urosła, zadr ała i spadła.  

      Z punktu, gdzie padła kropla krwi, uniosła si  smuga dymu. Usłyszeli my 

cichy trzask.  

      - Niech mnie diabli! - mrukn ł Random, wyra nie zafascynowany.  

      Na Wzorcu pojawiła si  niewielka plamka, rosn ca stopniowo do rozmiarów 

półdolarówki.  

      - No i macie - stwierdził Ganelon. - W ten sposób tego dokonali.  

      Istotnie, plamka była miniaturowym odpowiednikiem rozległej smugi po 

prawej stronie. Gryf wrzasn ł przenikliwie i odskoczył, niespokojnie mierz c nas 

wzrokiem.  

      - Spokojnie, mały. Spokojnie - pogłaskałem go.  

      - Ale co mogło spowodowa  tak du e... - zacz ł Random. Potem wolno kiwn ł 

głow .  

      - Rzeczywi cie, co? - powtórzył Ganelon. - W miejscu, gdzie zgin ł twój ko , 

nie ma nawet  ladu.  

      - Krew Amberu - odparł Random. - Twoja intuicja pracuje dzi  na 

najwy szych obrotach.  

      - Niech Corwin opowie ci o Lorraine, krainie, gdzie  yłem przez długi czas - 

wyja nił Ganelon. - Krainie, gdzie rósł ciemny kr g. Jestem wyczulony na 

działanie tych sił, cho  wtedy do wiadczałem go tylko z daleka. Ka dy fakt, jaki 

dzi ki wam poznawałem, rozja niał cał  spraw . Tak, mam intuicj . Zwłaszcza 

teraz, kiedy wiem wi cej o rezultatach ich działa . Spytaj Corwina o rozs dek 

jego generała.  

      - Corwinie - poprosił Random. - Daj mi ten przebity Atut.  

      Wyj łem kart  z kieszeni i wygładziłem starannie.  

      Ciemne plamy wygl dały teraz bardziej złowró bnie. Zauwa yłem jeszcze co . 

Niemo liwe, by portret był dziełem Dworkina, m drca, maga, artysty, niegdy  

wychowawcy dzieci Oberona. A  do tej chwili nie przyszło mi do głowy, by 

jeszcze kto  potrafił stworzy  Atut. Styl malarstwa wydawał si  jako  znajomy, 

lecz nie był to jego styl. Gdzie mogłem widzie  te precyzyjne linie, mniej 

spontaniczne ni  u mistrza, jak gdyby ka dy ruch został całkowicie 

zintelektualizowany, zanim jeszcze pióro dotkn ło papieru? Co  jeszcze si  nie 

zgadzało: stopie  idealizacji, na innym poziomie ni  nasze Atuty, jakby autor nie 

posługiwał si   ywym modelem, a raczej dawnymi wspomnieniami, pami ci  i 

opisem.  

      - Atut, Corwinie. Je li mo na prosi  - powtórzył Random.  

background image

 

      Co  w jego tonie sprawiło,  e si  zawahałem. Co , co stwarzało wra enie,  e 

wyprzedza mnie o krok w jakiej  istotnej kwestii, a to uczucie wcale mi si  nie 

podobało.  

      - Dla ciebie głaskałem tego brzydala, Corwinie, i przelewałem krew dla 

sprawy. Wi c daj.  

      Wr czyłem mu kart . Mój niepokój narastał, gdy ze zmarszczonym czołem 

studiował rysunek. Dlaczego nagle ja byłem tym t pym? Czy noc w Tir-na Nog'th 

spowalnia procesy mózgowe? Czemu...  

      Random zacz ł przeklina . Ła cuch blu nierstw był nieporównywalny z 

niczym, co słyszałem w swojej długiej wojskowej karierze.  

      - O co chodzi? - spytałem. - Nie rozumiem.  

      - Krew Amberu - powiedział wreszcie. - Ktokolwiek to zrobił, najpierw 

przeszedł Wzorzec. Potem, stoj c w centrum, poł czył si  z nim poprzez Atut. 

Kiedy on odpowiedział, kiedy nast pił trwały kontakt, uderzył go sztyletem. 

Krew spłyn ła na Wzorzec, niszcz c jego cz , tak jak przed chwil  moja.  

      Zamilkł na okres kilku gł bokich oddechów.  

      - To pachnie rytuałem.  

      - Przekl te rytuały! Niech diabli wezm  je wszystkie! Jedno z nich umrze, 

Corwinie. Zabij  go... albo j .  

      - Nadal nie...  

      - Jestem głupcem - o wiadczył. - Powinienem dostrzec to od razu. Patrz! Patrz 

uwa nie!  

      Podstawił mi pod nos przebity Atut. Patrzyłem. I wci  nic nie widziałem.  

      - A teraz spójrz na mnie! Przyjrzyj si !  

      Spojrzałem. A potem znowu na kart . Poj łem, o co mu chodzi.  

      - Byłem dla niego nikim, jedynie szeptem  ycia w ciemno ci. Ale oni 

wykorzystali mojego syna - rzekł. - To musi by  portret Martina. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

10 

Rozdział 2 

 

Stoj c tam, obok przełamanego Wzorca, studiuj c portret człowieka, który 

mógł, ale nie musiał, by  synem Randoma, mógł, ale nie musiał zgin  od ciosu 

zadanego z punktu wewn trz Wzorca, cofn łem si  w my lach daleko, by 

błyskawicznie odtworzy  wydarzenia, które doprowadziły mnie do tego miejsca 

niezwykłych objawie . Poznałem ostatnio tak wiele spraw,  e wypadki kilku 

minionych lat zdawały si  tworzy  niemal inn  histori  ni  wtedy, gdy je 

prze ywałem. Teraz nowa hipoteza i kilka implikowanych przez ni  teorii po raz 

kolejny zmieniły perspektyw .  

      Kiedy przebudziłem si  w Greenwood, prywatnej klinice na przedmie ciach 

Nowego Jorku, nie pami tałem nawet własnego imienia. Sp dziłem tam dwa 

absolutnie puste tygodnie po wypadku. Dopiero niedawno uzyskałem informacj , 

e wypadek został zaaran owany przez mojego brata, Bleysa, natychmiast po 

mojej ucieczce ze szpitala dla psychicznie chorych w Albany. T  histori  

opowiedział mi mój drugi brat, Brand, który, posługuj c si  sfałszowanym 

o wiadczeniem psychiatry, sam wpakował mnie do kliniki Portera. W szpitalu 

poddano mnie terapii elektrowstrz sowej, której efekty były do  

niejednoznaczne, ale prawdopodobnie przywróciły cz  wspomnie . 

Najwyra niej przeraziło to Bleysa tak bardzo,  e kiedy uciekłem, spróbował 

zamachu: przestrzelił mi opony, kiedy wjechałem w zakr t powy ej jeziora. Bez 

w tpienia poniósłbym  mier , gdyby Brand nie obserwował Bleysa i nie 

postanowił broni  swojej polisy ubezpieczeniowej, czyli mnie. Powiedział,  e 

zawiadomił policj , wyci gn ł mnie z jeziora i udzielał pierwszej pomocy do 

chwili, gdy zjawiły si  gliny. Wkrótce potem schwytali go dawni wspólnicy - Bleys 

i nasza siostra, Fiona - by uwi zi  w strze onej wie y w dalekim obszarze Cienia.  

      Istniały dwie grupy, które spiskowały i intrygowały w celu zdobycia tronu. 

Nast powały sobie na pi ty i u ywały wszystkiego, co tylko nadawało si  do 

u ycia na odległo . Nasz brat Eryk, wspierany przez Juliana i Caine'a, szykował 

si  do przej cia tronu, od dawna pustego z powodu nie wyja nionej nieobecno ci 

naszego ojca, Oberona. to znaczy: nie wyja nionej dla Eryka, Juliana i Caine'a. 

Druga grupa, zło ona z Bleysa, Fiony i - pocz tkowo - Branda, znała jej powody, 

gdy  sama była odpowiedzialna za znikni cie taty. Zaaran owali cał  sytuacj , by 

otworzy  Bleysowi drog  do korony. Brand jednak popełnił bł d taktyczny i 

spróbował pozyska  Caine'a, który z kolei uznał,  e lepiej wyjdzie na trzymaniu 

si  Eryka. W rezultacie Brand znalazł si  pod  cisł  obserwacj , cho  imiona jego 

wspólników pozostały nieznane. Mniej wi cej w tym czasie Bleys i Fiona 

postanowili wykorzysta  przeciw Erykowi tajnych sprzymierze ców. Brand 

protestował w obawie przed pot g  obcych sił, lecz partnerzy odsun li go od 

decyzji. Wszyscy byli przeciw niemu. Zdecydował wi c,  e mo e do reszty 

zakłóci  równowag  i wyruszył do cienia - Ziemi, gdzie całe wieki wcze niej Eryk 

porzucił mnie na  mier . Dopiero potem dowiedział si ,  e nie zgin łem, lecz 

doznałem całkowitej amnezji, co zadowalało go niemal w równym stopniu. 

Poprosił siostr  Flor , by miała na mnie oko, i s dził,  e to koniec całej sprawy. 

Brand wyja nił pó niej,  e umieszczenie mnie u Portem było desperack  prób  

przywrócenia mi pami ci przed powrotem do Amberu.  

background image

 

11 

      Gdy Fiona i Bleys zajmowali si  Brandem, Eryk utrzymywał stały kontakt z 

Flor . To ona zorganizowała przejazd do Greenwood ze szpitala, gdzie umie ciła 

mnie policja. Udzieliła lekarzom instrukcji, by utrzymywali mnie pod wpływem 

narkotyków. Eryk tymczasem szykował wszystko do swojej koronacji w 

Amberze. Wkrótce potem idylliczny  ywot naszego brata Randoma w Texorami 

uległ nagłemu zakłóceniu, gdy Brand przesłał mu wiadomo  poza normalnymi 

kanałami komunikacyjnymi rodziny, czyli Atutami. Prosił o pomoc. Kiedy 

szcz liwie nie uczestnicz cy w walce o władz  Random zaj ł si  spraw , ja 

zdołałem opu ci  Greenwood, cho  nadał wła ciwie bez wspomnie . Wydobywszy 

od przera onego dyrektora kliniki adres Flory, udałem si  do jej mieszkania w 

Westchester, wykonałem kilka artystycznych bluffów i wprowadziłem si  jako 

przyjaciel domu. Random miał mniej szcz cia w swojej wyprawie ratunkowej. 

Zabił w owego stra nika wie y, ale musiał ucieka  przed jej wewn trznymi 

dozorcami. Wykorzystał w tym celu miejscowe, dziwnie mobilne skały. Dozorcy, 

grupa twardych, nie do ko ca człekopodobnych facetów,  cigali go poprzez Cie , 

co jest wyczynem nieosi galnym dla wi kszo ci nie-Amberytów. Random uciekł 

do cienia-Ziemi, gdzie ja prowadziłem Flor   cie kami nieporozumie , usiłuj c 

wyja ni  jako  swoj  sytuacj .  

      Uzyskawszy zapewnienie,  e znajdzie si  pod moj  ochron , Random 

przejechał przez cały kontynent wierz c,  e jego prze ladowcy wła nie mnie 

słu . Gdy pomogłem ich zlikwidowa , był zaskoczony, lecz nie chciał omawia  

tej sprawy w chwili, gdy planowałem jaki  własny ruch w stron  tronu. Co 

wi cej, łatwo dał si  przekona , by doprowadzi  mnie poprzez Cie  do Amberu.  

      Podró  była pod pewnymi wzgl dami dobroczynna, cho  pod innymi o wiele 

mniej satysfakcjonuj ca. Gdy wyjawiłem w ko cu rzeczywisty obraz sprawy, 

Random wraz z nasz  spotkan  po drodze siostr  Deirdre doprowadzili mnie do 

lustrzanego odbicia Amberu, miasta Rebma pod powierzchni  morza. Tam 

przeszedłem obraz Wzorca i odzyskałem wspomnienia, przy okazji rozwi zuj c 

problem, czy jestem prawdziwym Corwinem czy tylko jednym z jego cieni. 

Wykorzystuj c moc Wzorca dokonałem natychmiastowego przeskoku z Rebmy 

do domu, do Amberu. Po stoczeniu nie rozstrzygni tego pojedynku z Erykiem 

uciekłem przez Atut w ramiona mojego ukochanego brata i niedoszłego zabójcy, 

Bleysa.  

      Razem z Bleysem dokonali my szturmu na Amber,  le rozegrany, 

doprowadził do kl ski. Bleys znikn ł w ko cowym starciu, w okoliczno ciach, 

które powinny okaza  si  tragiczne, ale - kiedy dowiedziałem si  wi cej na ten 

temat - zapewne takimi nie były. Ja pozostałem jako jeniec Eryka i przymusowy 

go  podczas ceremonii koronacji, po której brat kazał mnie o lepi  i uwi zi . 

Kilka lat w lochach Amberu doprowadziło do regeneracji  renic, wprost 

proporcjonalnie do pogorszenia stanu umysłu. Jedynie przypadkowe spotkanie 

dawnego doradcy taty, Dworkina, jeszcze bardziej szalonego, ukazało mi drog  

ucieczki.  

      Potem wracałem do zdrowia. Postanowiłem,  e b d  bardziej rozwa ny, gdy 

nast pnym razem wyrusz  przeciw Erykowi.  

      Pow drowałem przez Cie  do krainy, gdzie kiedy  rz dziłem - do Avalonu. 

Zamierzałem zdoby  tam substancj , o której wiedziałem jako jedyny spo ród 

background image

 

12 

Amberytów -  rodek chemiczny unikalny ze wzgl du na wybuchowo , któr  

zyskiwał w Amberze.  

      Przeje d aj c po drodze przez krain  Lorraine, spotkałem mojego dawnego, 

wygnanego z Avalonu generała, Ganelona, a w ka dym razie kogo  bardzo 

podobnego. Zostałem tam z powodu rannego rycerza, dziewczyny i pewnego 

gro nego zjawiska, dziwnie przypominaj cego co , co wyst powało w pobli u 

samego Amberu. Był to rosn cy czarny kr g, zwi zany jako  z czarn  drog , z 

której korzystali nasi wrogowie. Czułem si  za ni  w pewnym stopniu 

odpowiedzialny, a to ze wzgl du na kl tw , jak  rzuciłem podczas zabiegu 

o lepiania. Wygrałem bitw , straciłem dziewczyn  i ruszyłem do Avalonu z 

Ganelonem.  

      Avalon, do którego dotarli my, był - jak si  szybko przekonałem - pod 

ochron  mojego brata Benedykta, który miał własne problemy z sytuacj  

pokrewn  zapewne czarnemu kr gowi/czarnej drodze. W decyduj cej bitwie 

Benedykt stracił praw  r k , ale zwyci ył piekielne amazonki. Doradził, bym 

zachował czyste intencje wobec Eryka i Amberu, po czym udzielił nam go ciny w 

swej posiadło ci. Sam pozostał jeszcze przez kilka dni na polu bitwy. To w jego 

domu poznałem Dar .  

      Dara twierdziła,  e jest prawnuczk  Benedykta, który ukrywa jej istnienie 

przed rodzin . Wyci gn ła ze mnie mo liwie du o wiadomo ci o Amberze, 

Wzorcu, Atutach i naszej zdolno ci chodzenia przez Cie . Była równie  

znakomitym szermierzem. Prze yłi my ulotny romans, zaraz po moim powrocie z 

piekielnego rajdu do miejsca, sk d przywiozłem odpowiedni  ilo  surowych 

diamentów, by zapłaci  za  rodki niezb dne mi w ataku na Amber. Nast pnego 

dnia zabrali my z Ganelonem zapas chemikaliów i odjechali my do cienia-Ziemi, 

gdzie sp dziłem swoje wygnanie. Tam zamierzałem zdoby  bro  automatyczn  i 

specjaln  amunicj , wyprodukowan  według moich wskazówek.  

      Na szlaku mieli my pewne problemy z czarn  drog , która najwyra niej 

rozszerzyła zakres oddziaływania na  wiaty Cienia. Poradzili my sobie jako , ale 

z trudem unikn łem  mierci w pojedynku z Benedyktem,  cigaj cym nas w tym 

dzikim piekielnym rajdzie. Zbyt w ciekły, by dyskutowa , natarł na mnie w 

niewielkim zagajniku - wci  lepszy ode mnie, cho  walczył lew  r k . Zdołałem 

go pokona  jedynie dzi ki pewnej sztuczce, w której wykorzystałem nie znan  mu 

wła ciwo  czarnej drogi. Byłem przekonany,  e po da mej krwi z powodu 

miłostki z Dar . Ale nie. W kilku słowach, jakie zamienili my, wyparł si  wiedzy 

o istnieniu takiej osoby,  cigał nas, gdy  był pewien,  e zamordowałem jego 

słu cych. Owszem, Ganelon znalazł  wie e zwłoki w łasku niedaleko domu 

Benedykta, ale postanowili my o nich nie wspomina . Nie mieli my poj cia o ich 

to samo ci ani ch ci, by jeszcze bardziej komplikowa  sobie  ycie.  

      Pozostawiwszy Benedykta pod opiek  brata Gerarda, wezwanego przez Atut 

z Amberu, Ganelon i ja dotarli my do cienia-Ziemi, kupili my bro , 

zorganizowali my w Cieniu grup  uderzeniow  i ruszyli my na Amber. Na 

miejscu jednak przekonali my si ,  e jest ju  atakowany przez stwory 

nadci gaj ce czarn  drog . Moja nowa bro  przechyliła szal  bitwy na korzy  

Amberu, a mój brat Eryk zgin ł w walce. Pozostawił mi swoje problemy, swoj  

zł  wol  i Klejnot Wszechmocy - bro  zapewniaj c  władz  nad pogod . U ył jej 

background image

 

13 

podczas mojej i Bleysa inwazji.  

      Wtedy wła nie pojawiła si  Dara, przemkn ła obok nas, wjechała do Amberu, 

odszukała drog  do Wzorca i rozpocz ła przej cie - niezbity dowód,  e była z 

nami jako  spokrewniona. W trakcie próby jednak e uległa do  niezwykłej 

fizycznej transformacji. Gdy stan ła w centrum, oznajmiła,  e Amber b dzie 

zniszczony. Po czym znikn ła.  

      Mniej wi cej tydzie  pó niej został zamordowany brat Caine i to w 

okoliczno ciach zaaran owanych tak, by na mnie padło podejrzenie. Fakt,  e 

zabiłem jego zabójc , trudno uzna  za dostateczny dowód niewinno ci, jako  e 

zbrodniarz nie był ju  w stanie zło y  zezna . U wiadomiłem sobie jednak,  e 

gdzie  ju  widziałem podobnych do niego osobników: owe stwory, które  cigały 

Randoma do domu Flory. Dlatego znalazłem woln  chwil , usiadłem z 

Randomem i wysłuchałem opowie ci o jego nieudanej próbie uwolnienia Branda 

z wie y.  

      Kiedy przed laty odszedłem z Rebmy, by zjawi  si  w Amberze i stoczy  

pojedynek z Erykiem, Moire, królowa Rebmy, zmusiła Randoma do  lubu z 

Vialle, jej dam  dworu, pi kn  i niewidom  dziewczyn . Miała to by  kara za to, 

e dawno temu opu cił ci arn , nie yj c  ju  córk  Moire, Morganthe. Zd yła 

urodzi  Martina, przedstawionego na Atucie, który Random trzymał teraz w 

r ku. Co dziwne, najwyra niej pokochał Vialle. Zamieszkali razem w Amberze.  

      Opu ciłem Randoma, wzi łem Klejnot Wszechmocy i zaniosłem go na dół, do 

komory Wzorca. Tam post piłem zgodnie z niepełnymi instrukcjami Eryka i 

dostroiłem Klejnot do siebie. Zdołałem opanowa  jego najprostsze funkcje: 

kontrol  nad zjawiskami meteorologicznymi. Pó niej przepytałem Flor  na temat 

mego pobytu na wygnaniu. Jej historia brzmiała prawdopodobnie i tłumaczyła 

znane mi fakty. Miałem wra enie,  e ukrywa jakie  informacje o okresie, w 

którym zdarzył si  wypadek. Obiecała jednak zidentyfikowa  zabójc  Caine'a 

jako osobnika tego samego rodzaju, co ci, z którymi walczyłem razem z 

Randomem w jej domu w Westchester. Zapewniła mnie tak e o swoim poparciu 

we wszystkim, co aktualnie planuj .  

      Kiedy słuchałem opowie ci Randoma, nic jeszcze nie wiedziałem o dwóch 

frakcjach i ich intrygach. Uznałem wi c,  e je li Brand nadal  yje, ocalenie go jest 

przedsi wzi ciem o najwy szym priorytecie, cho by dlatego,  e najwyra niej 

dysponował informacjami, które kto  chciał zachowa  w tajemnicy. Wymy liłem 

sposób realizacji tego zamierzenia, wypróbowanie którego odło yłem na czas 

potrzebny, by wraz z Gerardem przywie  do Amberu ciało Caine'a. Mój brat 

wykorzystał cz  tego czasu, by pobi  mnie do nieprzytomno ci - na wszelki 

wypadek, gdybym zapomniał,  e jest do tego zdolny. A tak e, by doda  wagi 

obietnicy,  e osobi cie mnie zabije, gdyby si  okazało,  e to ja jestem sprawc  

aktualnych nieszcz  Amberu. Walka miała niezwykle elitarn  widowni : 

rodzin  przygl daj c  si  nam przez Atut. Stanowiło to zabezpieczenie na 

wypadek, gdybym rzeczywi cie był winien i ze wzgl du na gro b  powzi ł zamiar 

wykre lenia imienia Gerarda z listy  yj cych.  

      Pó niej dotarli my do Gaju Jednoro ca i dokonali my ekshumacji zwłok 

Caine'a. Tam te  ujrzeli my przelotnie legendarnego Jednoro ca Amberu.  

      Wieczorem spotkali my si  w pałacowej bibliotece. My, to znaczy: Random, 

background image

 

14 

Gerard, Benedykt, Julian, Deirdre, Fiona, Flora, Llewella i ja. Przetestowali my 

mój sposób odszukania Branda. Polegał na równoczesnej próbie dotarcia do 

niego poprzez Atut. Udało si . Nawi zali my kontakt i szcz liwie przenie li my 

naszego brata z powrotem do Amberu. W ród ogólnego zamieszania, gdy wszyscy 

tłoczyli si  wokół Gerarda, który niósł go na r kach, kto  umie cił sztylet w boku 

Branda. Gerard natychmiast ogłosił si  lekarzem dy urnym i wyrzucił nas za 

drzwi.  

      Zeszli my do salonu, by sobie podogryza  i przedyskutowa  wypadki. Podczas 

rozmowy Fiona uprzedziła mnie,  e Klejnot Wszechmocy mo e stanowi  

zagro enie, je li kto  nosi go zbyt długo. Sugerowała wr cz,  e wła nie Klejnot, 

nie odniesione rany, był przyczyn  zgonu Eryka. Jednym z pierwszych objawów, 

jej zdaniem, było zakłócenie poczucia czasu: pozorne spowolnienie sekwencji 

czasowych, b d ce w rzeczywisto ci efektem przyspieszenia przemian 

fizjologicznych. Postanowiłem zachowa  ostro no . Fiona dysponowała pewn  

biegło ci  w tych sprawach, gdy  swego czasu była piln  uczennic  Dworkina. I 

chyba miała racj . By  mo e tego rodzaju efekt zaistniał, kiedy pó nym 

wieczorem wróciłem do swych komnat. W ka dym razie miałem wra enie,  e 

osoba, która próbowała mnie zabi , poruszała si  odrobin  wolniej, ni  ja bym to 

czynił w analogicznej sytuacji.  

      Ostrze trafiło mnie w bok i  wiat odpłyn ł.  ycie wypływało ze mnie cienk  

stru k , gdy odzyskałem przytomno  w moim dawnym łó ku, w moim dawnym 

domu, na cieniu-Ziemi, gdzie tak długo  yłem jako Carl Corey. Jak tu wróciłem, 

nie miałem poj cia.  

      Wyczołgałem si  na zewn trz, w  nie yc ,  wiat wokół mnie istotnie zdawał si  

zwalnia  biegu. Z trudem zachowuj c  wiadomo , ukryłem Klejnot 

Wszechmocy w starej pryzmie kompostu. Potem zdołałem dotrze  do szosy, by 

tam spróbowa  zatrzyma  jaki  samochód.  

      Znalazł mnie przyjaciel i dawny s siad, Bill Roth. Odwiózł do najbli szego 

szpitala, gdzie zostałem opatrzony przez tego samego lekarza, który udzielał mi 

pomocy przed laty, gdy miałem wypadek. Podejrzewał,  e mog  by  przypadkiem 

psychiatryeznym, poniewa  przetrwały  wiadcz ce o tym fałszywe dokumenty.  

      Bill zjawił si  troch  pó niej i wyja nił kilka kwestii. Był prawnikiem, a kiedy 

znikn łem, zainteresował si  spraw  i przeprowadził własne  ledztwo. Dotarł do 

podrabianych kart choroby i odkrył moje kolejne ucieczki. Znał nawet ich 

szczegóły, podobnie jak okoliczno ci samego wypadku. Wci  miał wra enie,  e 

jest we mnie co  niezwykłego, ale zbytnio si  tym nie kłopotał.  

      Pó niej Random skontaktował si  ze mn  przez Atut i zawiadomił,  e Brand 

odzyskał przytomno  i chce  e mn  rozmawia . Z pomoc  Randoma wróciłem 

wi c do Amberu. Odwiedziłem Branda. Od niego wła nie dowiedziałem si  o 

walce o władz , jaka trwała wokół mnie. Poznałem imiona jej uczestników. Jego 

opowie , poł czona z informacjami, jakie na cieniu-Ziemi przekazał mi Bill 

Roth, nareszcie wprowadziła nieco sensu i logiki w wydarzenia ostatnich kilku 

lat. Brand udzielił tak e pewnych wskazówek dotycz cych natury aktualnego 

zagro enia.  

      Nast pnego dnia nie robiłem nic. Oficjalnie przygotowywałem si  do wizyty w 

Tir-na Nog'th, w rzeczywisto ci chciałem zyska  troch  czasu na 

background image

 

15 

rekonwalescencj . Jednak decyzja podj ta w tej kwestii musiała by  dotrzymana. 

Noc  odbyłem podró  do miasta na niebie, zobaczyłem niepokoj cy zbiór znaków 

i wró b, by  mo e nie oznaczaj cych niczego, a przy okazji zdobyłem od ducha 

mego brata, Benedykta, niezwykł , mechaniczn  r k .  

      Powróciwszy z powietrznej wycieczki, spo yłem  niadanie w Towarzystwie 

Randoma i Ganelona, po czym ruszyli my w drog  powrotn  przez Kolvir do 

domu. Wolno, zadziwiaj co, szlak wokół nas zacz ł si  zmienia . Zupełnie 

jakby my szli przez Cie , co tak blisko Amberu jest wyczynem w zasadzie 

niemo liwym. Kiedy ju  doszli my do takiego wniosku, próbowali my zmieni  

kierunek zmian, ale ani Random, ani ja nie mieli my wpływu na sceneri . W tej 

wła nie chwili pojawił si  Jednoro ec. Zdawało si  nam,  e chce, by my szli za 

nim. Tak te  uczynili my.  

      Prowadził nas przez kalejdoskopow  seri  przemian, by wreszcie dotrze  

tutaj, gdzie nas porzucił, pozostawiaj c własnym decyzjom. A kiedy cała ta seria 

wydarze  kł biła si  w mojej głowie, umysł sun ł po peryferiach, przeciskał si  

do przodu, powracał do słów, które wła nie wypowiedział Random. Znów 

poczułem,  e wyprzedzam go odrobin . Jak długo potrwa ten stan, trudno 

przewidzie , ale poj łem nagle,  e ogl dałem ju  dzieła tej samej r ki, która 

stworzyła przebity Atut.  

      Brand cz sto malował, gdy popadał w jeden ze swoich nastrojów melancholii. 

Przypominałem sobie jego ulubione techniki, gdy przed oczyma przewijały mi si  

kolejne płótna, które rozja niał b d  zaciemniał. W dodatku ta jego kampania 

sprzed lat, kiedy wszystkich, którzy znali Martina, prosił o wspomnienia i opisy.  

      Random nie rozpoznał stylu, ale nie byłem pewien, kiedy zacznie si  

zastanawia  nad celem tego gromadzenia informacji. Nawet je li to nie dło  

Branda zadała cios, z pewno ci  był wspólnikiem zbrodni, poniewa  dostarczył 

narz dzie. Dobrze znałem Randoma i wiedziałem,  e nie  artuje. Gdy tylko 

dostrze e zwi zek, spróbuje zabi  Branda. Sprawa stawała si  coraz bardziej 

nieprzyjemna. Wszystko to nie miało  adnego zwi zku z faktem,  e Brand 

prawdopodobnie uratował mi  ycie. Uznałem,  e wyci gaj c go z tej przekl tej 

wie y, wyrównałem rachunki. Nie. To nie z wdzi czno ci ani z sentymentu 

szukałem sposobów, by wprowadzi  Randoma w bł d, a przynajmniej opó ni  

jego działania. Chodziło o nag , surow  prawd : Brand był mi potrzebny. 

Ratowałem go z powodów nie bardziej altruistycznych ni  te, dla których on 

wyłowił mnie z jeziora. Miał co , co było mi niezb dne: informacj . Zrozumiał to 

od razu i zacz ł j  racjonowa  - jak składki ubezpieczenia na  ycie.  

      - Dostrzegam pewne podobie stwo - przyznałem Randomowi. - I mo esz mie  

słuszno  co do przebiegu wypadków.  

      - Naturalnie,  e mam.  

      - Ta karta została przebita - zauwa yłem.  

      - Najwyra niej. Nie bardzo...  

      - Zatem nie przeszedł przez Atut. Osoba, która to uczyniła, nawi zała 

kontakt, ale nie zdołała go przekona , by dokonał przej cia.  

      - No to co? Kontakt zacie niał si , a kiedy uzyskał dostateczn  trwało  i 

realno , zadał cios. Prawdopodobnie zdołał osi gn  blokad  psychiczn  i 

trzymał Martina, gdy ten krwawił. Dzieciak nie miał chyba do wiadczenia z 

background image

 

16 

Atutami.  

      - Mo e tak, mo e nie - odparłem. - Llewella i Moire potrafiłyby wi cej 

powiedzie  o tym, czego si  nauczył. Ale rzecz w tym,  e kontakt mógł zosta  

zerwany jeszcze przed  mierci . Je eli odziedziczył twoje zdolno ci regeneracji, 

mo e prze ył.  

      - Mo e? Nie mam ochoty na domysły. Chc  wiedzie  na pewno.  

      Zacz łem rozwa a  pewn  kwesti . S dziłem,  e wiem co , o czym Random 

nie ma poj cia, cho  moje informacje pochodziły z do  niepewnego  ródła. W 

dodatku wolałem o tym nie mówi , gdy  nie zdołałem przedyskutowa  całej 

kwestii z Benedyktem. Z drugiej strony jednak Martin był synem Randoma; 

wolałem te  odwróci  jego uwag  od Branda.  

      - Randomie, by  mo e mam co  ciekawego - powiedziałem.  

      - Co?  

      - Zaraz po zamachu na Branda, kiedy siedzieli my wszyscy w salonie... 

pami tasz, rozmowa zeszła na temat Martina.  

      - Owszem. Nie doszli my jednak do  adnych wniosków.  

      - Wiedziałem o czym , o czym mogłem opowiedzie , ale powstrzymałem si , 

poniewa  wszyscy by usłyszeli. A poza tym chciałem najpierw omówi  t  spraw  

w cztery oczy z osob , o któr  chodziło.  

      - Z kim?  

      - Z Benedyktem.  

      - Benedyktem? Co Benedykt ma wspólnego z Martinem?  

      - Nie wiem. Dlatego wolałem siedzie  cicho, dopóki si  nie przekonam. Zreszt  

moje  ródło informacji było do  dyskusyjne.  

      - Mów.  

      - Dara. Benedykt si  w cieka, ile razy o niej wspomn , ale do tej pory 

potwierdziło si  kilka faktów, o których mi mówiła. Cho by podró  Juliana i 

Gerarda czarn  drog , ich rany i pó niejsza wizyta w Avalonie. Benedykt 

przyznał,  e miały miejsce.  

      - Co powiedziała o Maritnie?  

      No wła nie. Jak to przedstawi , by nie wskazywa  na Branda? Dara mówiła, 

e Brand par  razy odwiedził Benedykta w Avalonie. Kiedy teraz o tym 

my lałem, to uwzgl dniaj c ró nic  czasu mi dzy Amberem i Avalonem, wizyty 

nast piły prawdopodobnie w okresie, gdy Brand z takim zaci ciem poszukiwał 

informacji o Martinie. Cz sto si  zastanawiałem, co go tam sprowadziło, jako  e 

on i Benedykt nigdy nie byli w szczególnie serdecznych stosunkach.  

      - Tylko tyle,  e Benedykt miał go cia imieniem Martin - skłamałem. - S dziła, 

e pochodzi z Amberu.  

      - Kiedy?  

      - Do  dawno. Nie wiem dokładnie.  

      - Czemu nic o tym nie mówiłe ?  

      - To niezbyt ciekawa wiadomo . Zreszt  nigdy specjalnie nie interesowałe  

si  Martinem.  

      Random spojrzał na gryfa, który przysiadł po mojej prawej stronie i bulgotał 

cicho. Pokiwał głow .  

      - Teraz si  interesuj  - o wiadczył. - Wszystko si  zmieniło. Je li jeszcze  yje, 

background image

 

17 

chciałbym go bli ej pozna . Je li nie...  

      - W porz dku.  eby si  przekona , musimy najpierw jako  wróci  do domu. 

Uwa am,  e widzieli my ju  wszystko, co powinni my zobaczy . Chciałbym si  

st d wynie .  

      - My lałem o tym. Przyszło mi do głowy,  e mogliby my wykorzysta  do 

powrotu ten Wzorzec. Zwyczajnie, doj  do  rodka i przenie  si  do Amberu.  

      - I  wzdłu  czarnego obszaru?  

      - Czemu nie? Ganelon ju  próbował. To mo liwe.  

      - Chwileczk  - wtr cił Ganelon. - Nie mówiłem,  e to łatwe, i jestem pewien,  e 

nie zmusicie koni do przej cia t  drog .  

      - Co masz na my li? - spytałem.  

      - Pami tasz to miejsce, gdzie przeci li my czarn  drog ? Kiedy uciekali my z 

Avalonu?  

      - Oczywi cie.  

      - Id c po kart  i sztylet, prze yłem podobne wzburzenie. Mi dzy innymi 

dlatego biegłem tak szybko. Wolałbym najpierw spróbowa  Atutów, zgodnie z 

teori ,  e to miejsce przystaje do Amberu.  

      Skin łem głow .  

      - Dobrze. Spróbujmy najpierw  rodków najprostszych. Trzeba 

przyprowadzi  konie. Uczynili my to, stwierdzaj c przy okazji, jak  długo  ma 

smycz gryfa. Zatrzymała go mniej wi cej trzydzie ci metrów od otworu jaskini. 

Natychmiast zabeczał  ało nie. Nie ułatwiło nam to uspokajania koni, za to 

wzbudziło pewne domysły, które na razie zachowałem dla siebie.  

      Kiedy wszyscy byli ju  na miejscu, Random odszukał swoje Atuty, a ja 

wyj łem swoje.  

      - Spróbujmy z Benedyktem - zaproponował.  

      - W porz dku. Jestem gotów.  

      Od razu zauwa yłem,  e karty znów były chłodne. Dobry znak. Znalazłem 

Atut Benedykta i zacz łem czynno ci wst pne. Random zrobił to samo. Kontakt 

nast pił niemal natychmiast.  

      - O co chodzi? - zapytał Benedykt. Spojrzał na Randoma, Ganelona, konie, 

wreszcie na mnie.  

      - Przerzucisz nas? - spytałem.  

      - Konie te ?  

      - Cało .  

      - Chod cie.  

      Dotkn łem jego wyci gni tej r ki. Wszyscy popłyn li my ku niemu i po 

sekundzie stali my ju  na wysokiej, skalnej półce. Chłodny wiatr szarpał naszymi 

ubraniami, sło ce Amberu mijało najwy szy punkt na zachmurzonym niebie. 

Benedykt miał na sobie grub , skórzan  kurt , skórzane spodnie i koszul  w 

kolorze wyblakłej  ółci. Pomara czowy płaszcz maskował kikut prawej r ki. 

Zacisn ł wargi i spojrzał na mnie ponuro.  

      - Przybywacie z ciekawego miejsca -powiedział. - Dostrzegłem co nieco w tle.  

      Przytakn łem.  

      - St d te  masz ciekawy widok - dodałem. Zauwa yłem,  e ma za pasem 

lunet  i równocze nie poj łem,  e stoimy na tej samej, szerokiej półce, z której 

background image

 

18 

Eryk dowodził bitw  w dniu swej  mierci i mego powrotu.  

      Podszedłem do kraw dzi, by spojrze  na czarne pasmo biegn ce daleko w 

dole przez Garnath i si gaj ce do horyzontu.  

      - Tak - przyznał. - Wydaje si ,  e granice czarnej drogi s  w wi kszo ci 

punktów stabilne. W innych wci  si  poszerza. Zupełnie, jakby osi gała 

ostateczn  zgodno  z jakim ... wzorcem. Teraz mówcie, sk d przybywacie.  

      - Sp dziłem noc w Tir-na Nog'th - odparłem. - A dzi  rano zabł dzili my 

przechodz c przez Kolvir.  

      - To niełatwe, zgubi  drog  na własnej górze. Wiesz, trzeba jecha  na wschód. 

To kierunek, z którego wstaje sło ce.  

      Poczułem,  e si  czerwieni .  

      - Mieli my wypadek - powiedziałem. - Stracili my konia.  

      - Jakiego rodzaju wypadek?  

      - Bardzo powa ny... dla konia.  

      - Benedykcie - Random podniósł nagle głow .  

      Zrozumiałem,  e przez cały czas studiował przebity Atut. - Co mo esz mi 

powiedzie  o Martinie?  

      Nim odpowiedział, Benedykt obserwował go przez chwil .  

      - Sk d to nagłe zainteresowanie? - spytał w ko cu.  

      - Poniewa  mam powody, by s dzi ,  e on nie  yje. Je li to prawda, chc  go 

pom ci . Je li nie... có , sama my l o tym wzbudziła pewne rozterki. Je li jeszcze 

yje, chciałbym go spotka  i porozmawia .  

      - A dlaczego s dzisz,  e mógł umrze ?  

      Random spojrzał na mnie. Kiwn łem głow .  

      - Zacznij od  niadania - poradziłem.  

      - A póki b dzie o tym mówił, poszukam jakiego  obiadu - o wiadczył Ganelon, 

otwieraj c jedn  z toreb.  

      - Jednoro ec wskazał nam drog ... - zacz ł Random.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

19 

Rozdział 3 

 

Siedzieli my w milczeniu. Random zako czył opowie , a Benedykt patrzył w 

niebo nad Garnath. Jego twarz nie zdradzała niczego. Ju  bardzo dawno 

nauczyłem si  szanowa  jego milczenie.  

      Po chwili kiwn ł głow , mocno i raz tylko, po czym spojrzał na Randoma.  

      - Od dłu szego czasu podejrzewałem co  takiego - o wiadczył. - Z uwag, które 

przez lata wymykały si  tacie i Dworkinowi, wywnioskowałem,  e istnieje 

pierwotny Wzorzec, odnaleziony przez nich lub stworzony, i  e usytuowali 

Amber zaledwie o cie  od tego Wzorca, by czerpa  z jego mocy. Jednak nigdy nie 

usłyszałem nic, co by sugerowało, jak mo na tam trafi . - Odwrócił si  w stron  

Garnath i skin ł głow . - A to, jak twierdzicie, odpowiada temu, co tam 

znale li cie?  

      - Tak si  wydaje - odparł Random.  

      - I jest wywołane przelaniem krwi Martina?  

      - Tak s dz .  

      Benedykt spojrzał na Atut, który dostał od Randoma w trakcie opowie ci. 

Wówczas powstrzymał si  od komentarzy.  

      - Tak - stwierdził teraz. - To Martin. Odwiedził mnie, kiedy opu cił Rebm . I 

został na dłu ej.  

      - Dlaczego przyjechał do ciebie? - spytał Random.  

      - Musiał przecie  gdzie  pój . - Benedykt u miechn ł si  lekko. - Miał ju  

do  swojej pozycji w Rebmie,  ywił raczej ambiwalentne uczucia wobec 

Amberu, był młody, wolny i wła nie osi gn ł pełni  mocy po przej ciu Wzorca. 

Chciał wyruszy  daleko, zobaczy  co  nowego, podró owa  w Cieniu... jak my 

wszyscy. Kiedy był jeszcze mały, zabrałem go raz do Avalonu, by mógł 

pospacerowa  po suchym l dzie, poje dzi  konno, zobaczy   niwa. I gdy nagle 

zyskał mo liwo , by w jednej chwili znale  si , gdzie tylko zechce, jego wybór 

był wci  ograniczony do tych nielicznych miejsc, które poznał. Fakt, mógł sobie 

wymarzy  jaki  cel i tam si  uda , natychmiast go stwarzaj c. Wiedział jednak, 

jak wiele musi si  jeszcze nauczy , by zapewni  sobie bezpiecze stwo w Cieniu. 

Postanowił wi c mnie odwiedzi  i poprosi  o nauk . Spełniłem jego pro b . 

Przebywał u mnie prawie rok. Uczyłem go walczy , uczyłem tajemnic Atutów i 

Cienia, tłumaczyłem wszystko, co musi wiedzie  Amberyta, je li chce prze y .  

      - Czemu to wszystko robiłe ? - zapytał Random.  

      - Kto  musiał. Przyszedł do mnie, wi c na mnie spocz ł ten obowi zek - odparł 

Benedykt. - Zreszt , polubiłem tego chłopaka - dodał.  

      Random pokiwał głow .  

      - Mówiłe ,  e sp dził u ciebie prawie rok. Co nast piło potem?  

      - T sknota za podró ami, któr  znacie równie dobrze, jak ja. Gdy zyskał 

wiar  w swe mo liwo ci, zapragn ł je wypróbowa . W ramach nauki sam 

zabierałem go na wyprawy w Cie , przedstawiałem ludziom, których znałem w 

najró niejszych miejscach. Nadszedł jednak czas, kiedy postanowił wyruszy  

własn  drog . Pewnego dnia zatem po egnał si  ze mn  i odjechał.  

      - Widziałe  go pó niej?  

      - Tak. Wracał co pewien czas i zostawał ze mn , by opowiedzie  o swych 

background image

 

20 

odkryciach i przygodach. Za ka dym razem było jasne,  e to tylko wizyta. Po 

jakim  czasie ogarniał go niepokój i odje d ał znowu.  

      - A kiedy widziałe  go po raz ostatni?  

      - Par  lat temu, według czasu Avalonu, w zwykłych okoliczno ciach. Pojawił 

si  pewnego ranka, został mo e dwa tygodnie, opowiedział o tym, co widział i 

czego dokonał, mówił o swoich planach. Pó niej wyruszył znowu.  

      - I wi cej o nim nie słyszałe ?  

      - Wr cz przeciwnie. Zostawiał wiadomo ci u wspólnych znajomych, kiedy 

przeje d ał niedaleko. Czasami nawet kontaktował si  ze mn  przez mój Atut...  

      - Miał komplet Atutów? - wtr ciłem.  

      - Tak, dałem mu w prezencie jedn  z moich zapasowych talii.  

      - A czy ty miałe  jego Atut?  

      Pokr cił głow .  

      - Nie wiedziałem nawet,  e taki istnieje, póki nie zobaczyłem tego. - Uniósł 

kart , spojrzał na ni  i oddał Randomowi. - Nie potrafiłbym go stworzy . 

Randomie, próbowałe  do niego dotrze  przez ten Atut?  

      - Tak, kilka razy od czasu, gdy go znale li my.  

      Nawet kilka minut temu. Bez skutku.  

      - To oczywi cie niczego nie dowodzi. Je li wszystko przebiegało zgodnie z 

twoj  wersj , mo e blokowa  wszelkie próby kontaktu. Umie to robi .  

      - A czy przebiegało zgodnie z moj  wersj ? Wiesz co  na ten temat?  

      - Pewnych rzeczy si  domy lam - przyznał Benedykt. - Widzisz, kilka lat temu 

zjawił si  u moich przyjaciół, do  daleko w Cieniu. Był ranny. Rana piersi, od 

pchni cia no em. Został tam par  dni, póki nie odzyskał sił, i odjechał, zanim 

wyzdrowiał do ko ca. Wi cej o nim nie słyszeli. Ja zreszt  te .  

      - I nie byłe  ciekawy? - zdziwił si  Random. - Nie pojechałe  go szuka ?  

      - Byłem, naturalnie. I wci  jestem. Ale m czyzna ma prawo  y  tak, jak mu 

si  podoba, bez ci głego wtr cania si  krewnych, cho by z najlepszymi 

intencjami. Poradził sobie w trudnej sytuacji i nie próbował si  ze mn  

skontaktowa . Najwyra niej dobrze wiedział, jak zamierza post pi . Zostawił mi 

tylko wiadomo  u Tecysów. Prosił,  ebym si  nie martwił, kiedy dotrze do mnie 

informacja o tym, co zaszło. I  e wie, co robi .  

      - U Tecysów? - powtórzyłem.  

      - Tak. To moi przyjaciele w Cieniu.  

      Powstrzymałem si  przed zwróceniem mu uwagi na kilka spraw. Zawsze 

uwa ałem je wył cznie za elementy legendy Dary, która w pewnych kwestiach 

mocno naginała prawd . Mówiła o Tecysach, jakby ich znała, jakby za wiedz  

Benedykta mieszkała u nich przez pewien czas. Nie był to najlepszy moment, by 

mu opisywa  nocn  wizj  w Tir-na Nog'th i to, co z niej wynikało w kwestii jego 

pokrewie stwa z dziewczyn . Nie znalazłem dot d wolnej chwili, by to sobie 

przemy le  i wyci gn  wnioski.  

      Random wstał, przeszedł kilka kroków i stan ł na kraw dzi urwiska, 

odwrócony do nas plecami, z zało onymi z tyłu r koma. Po chwili odwrócił si  i 

znów podszedł do nas.  

      - Jak mog  si  skontaktowa  z Tecysami? - zapytał.  

      - Nie mo esz - odparł Benedykt. - Chyba  e do nich pojedziesz.  

background image

 

21 

      Random spojrzał na mnie.  

      - Potrzebuj  konia, Corwinie. Mówiłe ,  e Gwiazda prze ył ju  kilka 

piekielnych rajdów...  

      - Miał dzi  ci ki poranek.  

      - Nie a  tak m cz cy. Przede wszystkim był wystraszony, ale teraz ju  si  

uspokoił. Mog  go wypo yczy ?  

      I zanim zd yłem odpowiedzie , zwrócił si  do Benedykta.  

      - Zabierzesz mnie tam, prawda?  

      Benedykt zawahał si .  

      - Nie wiem, czego jeszcze masz nadziej  si  dowiedzie ...  

      - Wszystkiego! Wszystkiego, co zapami tali. Mo e co  nie wydało si  wtedy 

wa ne, a teraz jest, skoro wiemy ju  to, co wiemy.  

      Benedykt spojrzał na mnie. Skin łem głow .  

      - Je li go zabierzesz, mo e pojecha  na Gwie dzie.  

      - Dobrze - Benedykt powstał. - Pójd  po konia.  

      Odwrócił si  i ruszył w stron , gdzie stała jego wielka, pasiasta bestia.  

      - Dzi ki, Corwinie - powiedział Random.  

      - Pozwol  ci si  odwdzi czy .  

      - Jak?  

      - Po ycz mi Atut Martina.  

      - Po co?  

      - Przyszedł mi wła nie do głowy pewien pomysł. Sprawa jest zbyt zło ona, by 

j  wyja nia , zwłaszcza teraz, gdy chcesz natychmiast wyruszy . Ale z pewno ci  

nikomu nie zaszkodzi.  

      Przygryzł warg .  

      - Zgoda. Ale oddaj mi go, kiedy ju  sko czysz.  

      - Oczywi cie.  

      - Czy to pomo e go znale ?  

      - Mo e.  

      Wr czył mi kart .  

      - Wracasz teraz do pałacu? - zapytał.  

      - Tak.  

      - Mógłby  zawiadomi  Vialle o wszystkim, co si  zdarzyło i gdzie pojechałem? 

B dzie si  martwi .  

      - Załatwione.  

      - B d  uwa ał na Gwiazd .  

      - Wiem. Powodzenia.  

      - Dzi ki.  

      Jechałem na  wietliku, a Ganelon szedł piechot . Uparł si . Pod ali my 

szlakiem, którym w dniu bitwy  cigałem Dar . I to, wraz z ostatnimi 

wydarzeniami, skłoniło mnie do wspomnie . Odkurzyłem dawne uczucia i raz 

jeszcze przebadałem je dokładnie. Poj łem,  e mimo jej kłamstw, mimo zabójstw, 

które z pewno ci  popełniła lub w nich uczestniczyła, mimo jej zamiarów wobec 

Amberu, nadał co  mnie w niej poci gało. I to nie tylko ciekawo . To odkrycie 

nie było szczególnie zaskakuj ce. Niewiele si  zmieniło od ostatniego razu, gdy 

przeprowadziłem nie zapowiedzian  kontrol  w obozie własnych emocji. Nie 

background image

 

22 

wiedziałem, ile prawdy zawierała moja ostatnia nocna wizja, kiedy Dara 

wyja niła stopie  swego pokrewie stwa z Benedyktem. W mie cie duchów cie  

Benedykta potwierdził te wyznania, wznosz c w jej obronie t  dziwn , now  

r k ...  

      - Czemu si   miejesz? - zapytał maszeruj cy z boku Ganelon.  

      - Ta r ka - odparłem. - Przyniosłem j  z Tir-na Nog'th. Martwiłem si  o jakie  

ukryte znaczenie, niedostrzegaln  moc przeznaczenia tego przedmiotu, który 

zjawił si  w naszym  wiecie z krainy snów i tajemnic. I w ko cu nie przetrwał 

nawet dnia. Nie pozostał nawet  lad, gdy Wzorzec zniszczył Iago. Cała nocna 

wizja poszła na marne.  

      Ganelon odchrz kn ł.  

      - Wiesz, to nie całkiem tak, jak ci si  wydaje - mrukn ł.  

      - Nie rozumiem.  

      - Tej mechanicznej r ki nie było w jukach Iago. Random schował j  do twojej 

torby. Wcze niej był tam prowiant, a kiedy sko czyli my  niadanie, spakował 

wszystkie utensylia do własnych baga y. Oprócz r ki. Nie zmie ciła si .  

      - A wi c...  

      Ganelon pokiwał głow .  

      - Maj  teraz ze sob  - doko czył.  

      - R ka i Benedykt razem. A niech to! Nie bardzo mi si  podoba ta maszynka. 

Próbowała mnie zabi . Jeszcze nikt nie został zaatakowany w Tir-na Nog'th.  

      - Ale do Benedykta nie masz zastrze e ? Jest chyba po naszej stronie, mimo 

drobnych kontrowersji mi dzy wami.  

      Nie odpowiedziałem.  

      Chwycił  wietlika za uzd  i zatrzymał. Spojrzał mi w oczy.  

      - Corwinie, co zaszło tam, na górze? Czego si  dowiedziałe ?  

      Milczałem. Wła nie, czego si  dowiedziałem w mie cie na niebie? Nikt nie 

poznał dokładnie mechanizmu wizji Tir-na Nog'th. Mo liwe, co zreszt  

podejrzewali my,  e owo miejsce słu yło tylko obiektywizaeji nie 

wypowiedzianych l ków i pragnie , wymieszanych z pod wiadomymi domysłami. 

Ale wnioski i poparte rozumowaniem hipotezy to jedno, podejrzenia za  

rozbudzone czym  nieznanym lepiej zachowa  dla siebie, ni  zdradza   wiatu. Z 

drugiej strony, r ka była a  nazbyt materialna...  

      - Ju  mówiłem - odparłem. - Odr bałem to rami  duchowi Benedykta. Co 

oznacza,  e walczyli my.  

      - I dostrzegasz w tym znak przyszłego konfliktu z Benedyktem?  

      - Mo e.  

      - Ukazano ci jego powód, prawda?  

      - No, dobrze. - Nie musiałem udawa  westchnienia. - Tak. Dano mi do 

zrozumienia,  e Dara jest istotnie krewn  Benedykta, co mo e si  okaza  prawd . 

Jest te  mo liwe, o ile to rzeczywi cie prawda,  e on nic o tym nie wie. A wi c: 

zachowujemy dyskrecj , póki nie potwierdzimy b d  nie odrzucimy tej teorii. 

Jasne?  

      - Oczywi cie. Ale jakie mo e by  to pokrewie stwo?  

      - Takie, jak mówiła.  

      - Prawnuczka?  

background image

 

23 

      Przytakn łem.  

      - Poprzez kogo?  

      - Przez t  piekieln  amazonk , któr  znamy tylko ze słyszenia: Lintr . T  

sam , która odci ła mu r k .  

      - Przecie  bitwa zdarzyła si  całkiem niedawno.  

      - W ró nych krainach Cienia czas płynie z ró n  szybko ci . Ganelonie. W 

najdalszych rubie ach... tak, to całkiem mo liwe.  

      Potrz sn ł głow  i poluzował uzd .  

      - Uwa am, Corwinie,  e Benedykt powinien si  o tym dowiedzie  - o wiadczył. 

- Je li to prawda, dasz mu szans , by si  przygotował, zamiast nagle odkry  fakty. 

Wy wszyscy jeste cie tak mało płodni,  e ojcostwo trafia was mocniej ni  innych 

ludzi. Spójrz na Randoma: przez całe lata nie pami tał u synu, a teraz... mam 

wra enie,  e oddałby za niego  ycie.  

      - Ja tak e - przyznałem. - A teraz, zapomnij o pierwszej cz ci, a drug  

rozwi  i dopasuj do Benedykta.  

      - S dzisz,  e stan łby po stronie Dary i przeciwko Amberowi?  

      - Wolałbym racz j nie stawia  go przed konieczno ci  wyboru, nie informuj c 

wcze niej,  e taki wybór istnieje... O ile istnieje.  

      - Moim zdaniem wyrz dzasz mu zł  przysług . Nie jest przecie  

emocjonalnym noworodkiem. Poł cz si  z nim przez Atut i opowiedz o swoich 

podejrzeniach. W ten sposób dasz mu przynajmniej szans  przemy lenia sprawy, 

zamiast ryzykowa ,  e odkryje co  nagle, bez  adnego przygotowania.  

      - Nie uwierzy. Widziałe , jak reaguje, gdy tylko wspomn  o Darze.  

      - Co samo w sobie jest znacz ce. By  nu e podejrzewa, co mogło si  wydarzy , 

i protestuje tak gwałtownie, bo wolałby,  eby sprawy potoczyły si  inaczej.  

      - W tej chwili pogł bi to tylko przepa  mi dzy nami... przepa , któr  staram 

si  zasypa .  

      - Je li nie powiesz, a on jako  odkryje prawd , przepa  mo e si  pogł bi  

nieodwracalnie.  

      - Nie. Wierz ,  e znam mojego brata lepiej ni  ty.  

      Pu cił wodze.  

      - Jak chcesz - westchn ł. - Mam nadziej ,  e si  nie mylisz.  

      Nie odpowiedziałem, tylko spi łem lekko  wietlika. Był mi dzy nami niepisany 

układ,  e Ganelon ma prawo pyta , o co tylko zechce. Było te  zrozumiałe,  e 

wysłucham ka dej jego rady. Po cz ci wynikało tu z faktu,  e zajmował 

wyj tkow  pozycj . Nie byli my spokrewnieni. Nie był Amberyt . Wł czył si  w 

sprawy i problemy Amberu jedynie z własnego wyboru. Dawno temu byli my 

przyjaciółmi, potem wrogami, od niedawna znów przyjaciółmi i 

sprzymierze cami w bitwie o jego przybran  ojczyzn . Po zwyci stwie poprosił, 

by mógł i  ze mn  i pomóc w rozwi zaniu własnych i Amberu problemów. 

Według mnie nic mi ju  nie był winien ani ja jemu - je li kto  w ogóle prowadzi 

takie rachunki. Wi zała nas zatem tylko przyja , mocniejsza od dawnych 

długów wdzi czno ci czy spraw honorowych. Innymi słowy: miał prawo nalega , 

gdy Randomowi na przykład kazałbym pewnie i  do diabła, kiedy ju  

podj łbym decyzj . Zrozumiałem,  e nie powinienem odczuwa  irytacji, gdy  

mówił w dobrej wierze. S dz ,  e zagrały wojskowe instynkty, si gaj ce naszych 

background image

 

24 

najdawniejszych kontaktów, ale powi zane z aktualn  sytuacj : nie lubi , gdy 

kto  kwestionuje moje rozkazy i decyzje. Jeszcze bardziej zdenerwowało mnie 

prawdopodobnie to,  e był ostatnio autorem kilku chytrych domysłów i sugestii, 

na które sam powinienem wpa . Nikt nie lubi si  przyznawa  do niech ci opartej 

na takich podstawach. Jednak e... czy to naprawd  wszystko? A mo e w gr  

wchodziło co  gł bszego, co m czyło mnie od dawna i teraz wypłyn ło na 

powierzchni ?  

      - Corwinie - odezwał si  Ganelon. - My lałem troch ...  

      Westchn łem.  

      - Tak?  

      - O synu Randoma. Bior c pod uwag , jak szybko wracacie do zdrowia, 

całkiem mo liwe,  e prze ył i wci  gdzie  si  kr ci.  

      - Chciałbym w to wierzy .  

      - Nie spiesz si  tak.  

      - O co ci chodzi?  

      - Tak rozumiem, prawie nie zna Amberu ani rodziny, skoro przez tyle lat 

wychowywał si  w Rebmie.  

      - Rozumiem to dokładnie w ten sam sposób.  

      - W istocie, je li nie liczy  Benedykta i Llewelli w Rebmie, jedyn  znan  mu 

osob  jest ta, która go zraniła: Bleys, Brand albo Fiona. Pomy lałem sobie,  e 

musi mie  fataln  opini  o rodzinie.  

      - Fataln  - przyznałem. - Lecz mo e nie całkiem nieuzasadnion , je li dobrze 

rozumiem, do czego zmierzasz.  

      - Chyba rozumiesz. Uwa am za prawdopodobne,  e nie tylko obawia si  

krewnych, ale mógłby wyst pi  przeciwko nim.  

      - To mo liwe.  

      - S dzisz,  e mógłby si  przył czy  do nieprzyjaciół?  

      Pokr ciłem głow .  

      - Nie, je li wie,  e tamci s  tylko narz dziem w r kach grupy, która próbowała 

go zabi .  

      - A czy s ? Nie jestem pewien... Mówiłe ,  e Brand si  przestraszył i próbował 

wycofa  z umowy, jak  zawarli z ekip  czarnej drogi. A je li tamci s  tak silni, to 

czy przypadkiem Fiona i Bleys nie stali si  narz dziami? A je li tak, to mog  sobie 

wyobrazi ,  e Martin szukał czego , co dałoby mu władz  nad nimi.  

      - Nazbyt zło ona hipoteza - stwierdziłem.  

      - Nieprzyjaciel wyra nie sporo o was wie.  

      - Fakt, ale przecie  miał par  zdrajców, którzy udzielali mu lekcji.  

      - Czy mogli przekaza  wszystko, co mówiłe  o rzeczach, o których wiedziała 

Dara?  

      - Dobre pytanie - przyznałem. - Ale trudno powiedzie . Z wyj tkiem 

informacji o Tecysach, o której przypomniałem sobie przed chwil . Wolałem na 

razie zachowa  j  dla siebie i raczej sprawdzi , do czego zmierza Ganelon, ni  

odbiega  od tematu po stycznej.  

      - Martin nie miał raczej mo liwo ci, by powiedzie  im cokolwiek o Amberze - 

dodałem.  

      Ganelon zamilkł.  

background image

 

25 

      - Miałe  mo e okazj , by zbada  spraw , o któr  pytałem tamtej nocy przy 

twoim grobie? - zapytał po chwili.  

      - Jak  spraw ?  

      - Czy mo na podsłuchiwa  Atuty. Teraz, kiedy wiemy,  e Martin ma swoj  

tali ...  

      Teraz ja z kolei umilkłem, a nieliczny rz dek wolnych chwil przedefilował 

przede mn  g siego, od lewej, pokazuj c j zyki.  

      - Nie - odparłem. - Nie miałem okazji.  

      Przejechali my spory kawał, nim odezwał si  znowu.  

      - Corwinie, tej nocy, kiedy sprowadziłe  Branda...  

      - Tak?  

      - Mówiłe ,  e pó niej sprawdziłe  wszystkich, próbuj c wykry , kto ci  

zaatakował. I  e ka dy miałby powa ne trudno ci, by dokona  zamachu w czasie, 

jaki mieli do dyspozycji.  

      - Aha - mrukn łem - I oho.  

      Kiwn ł głow .  

      - Teraz musisz wzi  pod uwag  jeszcze jednego krewnego. By  mo e ze 

wzgl du na młody wiek i niedo wiadczenie brakuje mu rodzinnej finezji.  

      W zakamarkach umysłu pomachałem milcz cej paradzie chwil, które 

przeszły pomi dzy Amberem a teraz.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

26 

Rozdział 4 

 

Spytała, kto tam, gdy zapukałem. Przedstawiłem si .  

      - Chwileczk .  

      Usłyszałem kroki, a potem uchyliła drzwi. Vialle ma troch  powy ej metra 

pi dziesi t wzrostu i jest do  szczupł  brunetk , o delikatnych rysach. Miała na 

sobie czerwon  sukni . Niewidz ce oczy spogl dały przeze mnie, przypominaj c o 

dawnych ciemno ciach i bólu.  

      - Random prosił,  eby ci przekaza ,  e wróci pó niej, ale nie ma powodu do 

zmartwienia - powiedziałem.  

      - Wejd  prosz . - Odsun ła si  i szerzej otworzyła drzwi.  

      Wszedłem. Nie chciałem tego, ale wszedłem. Nie miałem zamiaru dosłownie 

traktowa  zlecenia Randoma i tłumaczy , co si  stało i gdzie odjechał. 

Planowałem powiedzie  to, co powiedziałem i ani słowa wi cej. Dopiero kiedy 

wyruszyli my ka dy w swoj  stron , zrozumiałem, czego ode mnie  dał: abym 

powtórzył jego  onie, z któr  nigdy nie zamieniłem wi cej ni  kilka słów naraz,  e 

ruszył na poszukiwanie swego nie lubnego syna. Tego samego, którego matka, 

Morganthe, popełniła samobójstwo, za co Random został ukarany przymusowym 

mał e stwem z Vialle. Ich zwi zek okazał si  nadzwyczaj udany, co po dzi  dzie  

nie przestaje mnie zdumiewa . Nie miałem ochoty powierza  jej całego ładunku 

nieprzyjemnych spraw i przest puj c próg szukałem jakiego  wyj cia.  

      Na półce po lewej stronie stało popiersie Randoma. Min łem je, zanim sobie 

u wiadomiłem,  e to mój brat posłu ył jako model. Pod  cian  zauwa yłem jej 

warsztat.  

      Odwróciłem si  i przestudiowałem dzieło.  

      - Nie wiedziałem,  e rze bisz - powiedziałem.  

      - Owszem.  

      Rozejrzałem si . W komnacie dostrzegłem wi cej wytworów jej r ki.  

      - Całkiem niezłe.  

      - Dzi kuj . Mo e usi dziesz?  

      Zaj łem miejsce na wielkim fotelu z wysokimi por czami, który okazał si  

wygodniejszy, ni  na to wygl dał. Ona usiadła na niskiej sofie z prawej strony i 

podkurczyła nogi.  

      - Przygotowa  ci co  do jedzenia albo do picia?  

      - Nie, dzi kuj . Nie mam wiele czasu. Rzecz w tym,  e Random, Ganelon i ja 

troch  zboczyli my z trasy w drodze do domu, a potem spotkali my si  z 

Benedyktem. W rezultacie Random i Benedykt wyruszyli na krótk  wypraw .  

      - Jak długo go nie b dzie?  

      - Prawdopodobnie do jutra. Mo e troch  dłu ej. Je li o wiele dłu ej, to pewnie 

skontaktuje si  przez czyj  Atut i da ci zna .  

      Rana w boku zacz ła pulsowa , wi c przyło yłem dło  i rozmasowałem j  

lekko.  

      - Random wiele mi o tobie opowiadał.  

      Parskn łem.  

      - Mo e jednak co  zjesz? To  aden problem.  

      - Mówił,  e stale jestem głodny?  

background image

 

27 

      - Nie - roze miała si . - Ale je li przez cały dzie  byłe  taki zaj ty, jak mówisz, 

to pewno nie miałe  czasu na posiłek.  

      - To tylko po cz ci prawda. Ale dobrze. Je li masz tu gdzie  jak  

niepotrzebn  kromk  chleba, mo e dobrze mi zrobi, jak sobie j  troch  pogryz .  

      - Doskonale. Zaczekaj chwil .  

      Wstała i znikn ła w s siednim pokoju. Wykorzystałem okazj , by podrapa  

okolice rany, która zacz ła piekielnie sw dzie . Z tego wła nie powodu przyj łem 

pocz stunek, a tak e dlatego,  e nagle poczułem, jaki jestem głodny. Dopiero 

pó niej przyszło mi do głowy,  e przecie  nie mogła widzie , jak atakuj  

paznokciami swój bok. Pewne i spokojne ruchy sprawiły, i  zapomniałem o jej 

lepocie. To dobrze. Byłem zadowolony,  e tak  wietnie sobie radzi.  

      Słyszałem, jak nuci "Ballad  o  eglarzach oceanów", pie  wielkiej floty 

handlowej Amberu. Nasz kraj nie jest znany z produktów rzemiosła, a rolnictwo 

nigdy nie stało zbyt wysoko. Lecz nasze statki  egluj  poprzez cienie, kursuj  

mi dzy gdziekolwiek a dok dkolwiek, handluj c wła ciwie wszystkim. 

Praktycznie ka dy Amberyta płci m skiej, ze szlachty czy z gminu, sp dza cz  

swego  ycia na morzu. Ci królewskiej krwi dawno temu wytyczyli szlaki 

handlowe, którymi pod aj  statki, a ka dy kapitan ma w głowie mapy mórz 

dziesi ciu  wiatów. Pomagałem w tej pracy za dawnych lat i cho  nie 

zaanga owałem si  nigdy tak mocno jak Caine czy Gerard, byłem mocno 

poruszony pot g  gł bin i duchem ludzi, którzy je pokonuj .  

      Po chwili wróciła Vialle z tac  wyładowan  chlebem, mi sem, serem, owocami 

i butelk  wina. Ustawiła j  na małym stoliku.  

      - Chcesz nakarmi  cały regiment? - spytałem.  

      - Mała rezerwa nie zaszkodzi.  

      - Dzi kuj . Przył czysz si ?  

      - Mo e jaki  owoc - odparła.  

      Jej palce szukały przez moment, znalazły jabłko. Wróciła na sof .  

      - Random mówił,  e to ty napisałe  t  pie .  

      - To było bardzo dawno temu, Vialle.  

      - Czy skomponowałe  co  ostatnio?  

      Zacz łem kr ci  głow , zreflektowałem si  i powiedziałem:  

      - Nie. Ta cz  mojego umysłu... odpoczywa.  

      - Szkoda. Jest bardzo ładna.  

      - Random jest rodzinnym muzykiem.  

      - Owszem, gra bardzo dobrze. Ale wykonawstwo i kompozycja to dwie ró ne 

rzeczy.  

      - To prawda. Mo e kiedy , gdy wszystko si  uspokoi... Powiedz, jeste  

szcz liwa w Amberze? Czy co  ci si  nie podoba? Potrzebujesz czego ?  

      - Potrzebuj  tylko Randoma - u miechn ła si . - To dobry człowiek.  

      Poczułem dziwne wzruszenie słysz c, jak o nim mówi.  

      - Ciesz  si ,  e jeste  zadowolona - stwierdziłem. I dodałem: - Był mniejszy, 

młodszy... Było mu pewnie trudniej ni  innym. Nie ma nic mniej u ytecznego ni  

dodatkowy ksi

, kiedy kł bi si  ich ju  cały tłumek. Byłem równie winny, jak 

pozostali. Kiedy  z Bleysem porzucili my go na małej wysepce, na południe st d...  

      - A Gerard popłyn ł po niego, kiedy si  o tym dowiedział - doko czyła. - 

background image

 

28 

Wiem, opowiadał mi. Musi ci  to m czy , skoro pami tasz po tylu latach.  

      - Na nim te  musiało to zrobi  wra enie.  

      - Nie, wybaczył ci ju  dawno. Opowiedział mi t  histori  jako  art. On z kolei 

wbił gwó d  w obcas twojego buta. Przebiłe  sobie pi t , kiedy go wło yłe .  

      - Wi c to Random! Niech mnie diabli! Cały czas my lałem,  e Julian.  

      - Ta historia m czyła Randoma.  

      - Ile to lat ju  min ło... - westchn łem.  

      Pokr ciłem głow  i zabrałem si  do jedzenia. Głód pochwycił mnie mocno, a 

Vialle ofiarowała mi chwil  milczenia, bym miał czas go pokona . Kiedy 

sko czyłem, poczułem,  e powinienem co  powiedzie .  

      - Ju  mi lepiej. Du o lepiej - zacz łem. - Sp dziłem w mie cie na niebie 

niezwykł  i wyczerpuj c  noc.  

      - Czy znalazłe  jakie  po yteczne wró by?  

      - Nie wiem, czy oka  si  po yteczne. Z drugiej strony jednak lepiej,  e je 

poznałem. Czy tutaj wydarzyło si  co  ciekawego?  

      - Sługa powiadomił mnie,  e twój brat, Brand, wraca do sił. Dzi  rano zjadł 

solidne  niadanie, a to dobry znak.  

      - To prawda - przyznałem. - Niebezpiecze stwo chyba ju  min ło.  

      - Zapewne. To... to była straszna seria przypadków, które dotkn ły was 

wszystkich. Przykro mi. Miałam nadziej ,  e podczas nocy w Tir-na Nog'th 

otrzymasz wskazówki, jak rozwi za  swoje problemy.  

      - To bez znaczenia - odparłem. - Nie jestem pewien, czy byłyby co  warte.  

      - Wi c po co... Och.  

      Obserwowałem j  z nowym zainteresowaniem. Spokojna twarz nie zdradzała 

niczego, lecz prawa dło  poruszała si , stukaj c i mn c palcami pokrycie sofy. 

Nagle, jakby poj ła,  e r ka mówi zbyt wiele, znieruchomiała.  

      Najwyra niej odpowiedziała na własne pytanie i teraz  ałowała,  e nie 

uczyniła tego w milczeniu.  

      - Tak - przyznałem. - Chciałem zyska  na czasie. Wiesz pewnie o mojej ranie.  

      Kiwn ła głow .  

      - Nie mam pretensji,  e Random ci o niej powiedział - zapewniłem. - Jego 

decyzje zwykle były słuszne i nie zwi kszały zagro enia. Chyba powinienem im 

zawierzy . Musz  jednak spyta , jak wiele ci zdradził, zarówno dla twego 

bezpiecze stwa, jak i dla własnego spokoju. S  bowiem sprawy, które 

podejrzewam, jednak o których jeszcze nie wspominałem.  

      - Rozumiem. Trudno jest ustali  braki... to znaczy fakty, które wolał 

zachowa  w tajemnicy. Mówi mi prawie o wszystkim. Znam twoj  histori  i 

historie wi kszo ci pozostałych. Relacjonuje mi wydarzenia, podejrzenia i 

hipotezy.  

      - Dzi ki. - Łykn łem wina. - Łatwiej rozmawia , gdy wiem, jaka jest sytuacja. 

Opowiem ci o wszystkim, co si  zdarzyło od  niadania a  do tej chwili...  

      Tak te  uczyniłem.  

      U miechała si  z rzadka, gdy mówiłem, ale nie przerywała.  

      - My lałe ,  e rozmowa o Martinie mo e mnie zirytowa ? - spytała, kiedy 

sko czyłem.  

      - Uznałem to za mo liwe.  

background image

 

29 

      - Niesłusznie - zapewniła. - Widzisz, znałam Martina w Rebmie jeszcze jako 

małego chłopca. Byłam tam, kiedy dorastał. Lubiłam go. Nawet gdyby nie był 

synem Randoma, te  byłby mi drogi. Mog  si  tylko cieszy  trosk  Randoma o 

niego i mie  nadziej ,  e nie nadeszła za pó no, by obu im przynie  korzy .  

      Potrz sn łem głow .  

      - Niecz sto mam okazj  pozna  kogo  takiego jak ty - wyznałem. - Dobrze,  e 

wreszcie mi si  udało.  

      Roze miała si .  

      - Przez długi czas byłe  niewidomy.  

      - Tak.  

      - Takie prze ycie mo e napełni  człowieka gorycz  albo sprawi ,  e z wi ksz  

rado ci  przyjmie to, co mu jeszcze pozostało.  

      Nie musiałem cofa  si  pami ci  do tamtego okresu, by wiedzie ,  e nale  do 

tego pierwszego rodzaju. Nawet gdybym stracił wzrok w innych okoliczno ciach... 

Przykro mi, ale taki ju  jestem. Przepraszam.  

      - To prawda - odparłem. - Ty masz szcz cie.  

      - Chodzi tylko o stan ducha. Co , co ksi

 Amberu na pewno oceni wła ciwie.  

      Wstała.  

      - Zawsze chciałam si  przekona , jak wygl dasz - wyznała. - Random 

opisywał ci , ale to nie to samo. Czy mog ?  

      - Oczywi cie.  

      Zbli yła si  i czubkami palców dotkn ła mej twarzy.  

      Przesuwała je delikatnie.  

      - Tak. Jeste  prawie taki, jak sobie wyobra ałam. I wyczuwam w tobie 

napi cie. To trwa ju  do  długo, prawda?  

      - W tej czy innej formie, od dnia powrotu do Amberu.  

      - Zastanawiam si , czy nie byłe  szcz liwszy, zanim odzyskałe  pami .  

      - To jedno z pyta , na które nie ma odpowiedzi. Gdybym sobie nie 

przypomniał, mógłbym ju  nie  y . Ale nawet pomijaj c t  mo liwo , w tamtych 

latach wci  co  pchało mnie naprzód, niepokoiło. Cały czas poszukiwałem 

sposobu, by odkry , czym i kim jestem naprawd .  

      - Ale czy byłe  bardziej, czy mniej szcz liwy ni  teraz?  

      - Ani jedno, ani drugie. Wszystko si  równowa y. Chodzi przecie , jak sama 

zauwa yła , o stan ducha. A gdyby nawet nie, to nie potrafiłbym ju  wróci  do 

tamtego  ycia. Teraz kiedy przekonałem si , kim jestem. I kiedy odnalazłem 

Amber.  

      - Dlaczego nie?  

      - A dlaczego o to pytasz?  

      - Chciałabym ci  zrozumie  - odparła. - Odk d usłyszałam o tobie po raz 

pierwszy, jeszcze w Rebmie, zanim Random mi o tobie opowiedział, stale si  

zastanawiałam, co ci  tak gna. Teraz gdy mam tak  mo liwo ... nie prawo, 

naturalnie, ale mo liwo ... uznałam,  e warto odezwa  si  poza kolejno ci  i 

porz dkiem, jaki wynika z mojej pozycji, aby ci  o to spyta .  

      Za miałem si  krótko.  

      - Pi kna odpowied  - pochwaliłem. - Spróbuj  wyja ni  ci to uczciwie. 

Najpierw gnała mnie nienawi , nienawi  do mojego brata Eryka, i pragnienie 

background image

 

30 

władzy. Gdyby  w dniu mego powrotu spytała, które z tych uczu  jest silniejsze, 

powiedziałbym,  e ch  zdobycia tronu. Teraz jednak... teraz musiałbym 

przyzna ,  e było odwrotnie. Nie rozumiałem tego a  do tej chwili, ale taka jest 

prawda. Lecz Eryk nie  yje i z mojej nienawi ci nic ju  nie pozostało. Tron 

istnieje nadal, ale  ywi  do niego mieszane uczucia. Mo liwe,  e w obecnej 

sytuacji  adne z nas nie ma prawa na nim zasi

, a nawet gdyby rodzinne 

obiekcje znikn ły, nie obj łbym władzy. Chciałbym najpierw ustabilizowa  kraj i 

rozwi za  kilka problemów.  

      - Nawet gdyby miało si  okaza ,  e nie mo esz rz dzi ?  

      - Nawet wtedy.  

      - W takim razie chyba zaczynam rozumie .  

      - Co? Co tu jest do rozumienia?  

      - Ksi

 Corwinie, moja wiedza o filozoficznych podstawach tych problemów 

jest mocno ograniczona, pojmuj  jednak,  e potraficie odnale  w Cieniu 

wszystko, czego zapragniecie. Niepokoi mnie to od dawna i nigdy do ko ca nie 

zrozumiałam wyja nie  Randoma. Gdyby cie tylko zechcieli, to ka de z was 

mogłoby wyruszy  w Cie  i poszuka  innego Amberu, pod ka dym wzgł dem 

podobnego do prawdziwego, tyle  e zainteresowany byłby tam władc , czy te  

zajmował tak  pozycj , jak  sobie wymarzy.  

      - Tak, potrafimy zlokalizowa  takie miejsca - przyznałem.  

      - Czemu wi c nie czynicie tego i nie zako czycie wojny?  

      - Poniewa  mo na znale  krain , która jest podobna do Amberu. I nic wi cej. 

Wszyscy jeste my cz ci  tego Amberu, a on jest cz ci  nas. Ka dy cie  Amberu, 

by warto było w nim  y , musiałby zawiera  nasze cienie. Mogliby my wprawdzie 

wył czy  cie  własnej osoby, gdyby my zdecydowali si  obj  królestwo. 

Jednak e lud cienia nie byłby identyczny z tutejszym. Cie  nigdy nie jest 

dokładnie taki sam, jak obiekt, który go rzuca. Kumuluj  si  drobne ró nice. 

Szczerze mówi c, s  nawet gorsze ni  te zasadnicze. W efekcie wkracza si  w 

naród obcych. Najlepsze porównanie, jakie przychodzi mi do głowy, to spotkanie 

z osob  bardzo podobn  do kogo , kogo znasz. Oczekujesz wtedy,  e b dzie si  

zachowywa  tak, jak twój znajomy; co gorsza, ty sama b dziesz skłonna 

post powa  z nim tak jak z tamtym. Wkładasz dla niego odpowiedni  mask , a 

jego reakcje nie s  wła ciwe. Nieprzyjemne uczucie. Nigdy nie lubiłem poznawa  

ludzi, którzy przypominaj  mi innych. Osobowo  to jedyne, czego nie umiemy 

kontrolowa  przy manipulacji Cieniem. W istocie jest to sposób odró nienia nas 

samych od naszych cieni. Dlatego wła nie Flora tak długo nie była pewna, co o 

mnie my le  na cieniu-Ziemi: nowa osobowo  okazała si  dostatecznie odmienna 

od starej.  

      - Chyba rozumiem - wtr ciła. - Nie chodzi tylko o nowy Amber dła ka dego z 

was. Chodzi o miejsce plus wszystko pozostałe.  

      - Miejsce plus wszystko pozostałe to wła nie Amber.  

      - Twierdzisz,  e nienawi  do Eryka umarła wraz z nim, a pragnienie tronu 

osłabło w wyniku nowych spraw, o których si  dowiedziałe .  

      - Tak jest.  

      - Chyba rozumiem, jaki jest główny motyw twojego działania.  

      - Mój motyw to ch  stabilizacji - stwierdziłem. - Mo e troch  ciekawo ci... i 

background image

 

31 

zemsta na naszych wrogach...  

      - Obowi zek - mrukn ła. - Naturalnie.  

      Prychn łem.  

      - To pocieszaj ce,  e tak wła nie uwa asz. Ale nie b d  hipokryt . Trudno 

mnie uzna  za wiernego syna Amberu lub Oberona.  

      - Z twojego tonu wynika jasno,  e nie chcesz by  za takiego uznawany.  

      Przymkn łem oczy, zacisn łem powieki, by poł czy  si  z ni  w ciemno ci, by 

wspomnie  ten krótkotrwały  wiat, w którym inne no niki były wa niejsze od fal 

wietlnych. I wiedziałem,  e nie myliła si  mówi c o tonie mego głosu. Dlaczego 

próbowałem zmia d y  sam  ide  obowi zku, gdy tylko j  zasugerowała? Lubi , 

kiedy mnie chwal  jako dobrego, czystego, szlachetnego idealist , bez wzgl du na 

to, czy zasługuj  na tak  ocen , czy nie. Jak ka dy. Wi c co mi si  nie spodobało 

w teorii mego poczucia obowi zku wobec Amberu? Nic. Wi c o co chodzi?  

      O tat . Niczego ju  nie byłem mu winien, a ju  najmniej obowi zku. W 

zasadzie to on był odpowiedzialny za obecn  sytuacj . Tak wielu nas spłodził, nie 

dbaj c o kolejno  sukcesji. Wobec wszystkich naszych matek zachował si  mniej 

ni  uprzejmie, a potem oczekiwał naszego oddania i wsparcia. Wybierał sobie 

faworytów i wła ciwie nawet rozgrywał nas przeciwko sobie. Potem dał si  

wpl ta  w co , z czym nie umiał sobie poradzi  i zostawił królestwo w stanie 

rozpadu. Sigmund Freud ju  dawno znieczulił mnie na normalne, uogólnione 

poczucie urazy, działaj ce w jednostce rodzinn j. Na tym tle nie było  adnych 

sporów. Fakty to całkiem inna sprawa. Nie dlatego nie lubiłem ojca,  e nie dał mi 

powodu, by go lubi ; prawd  mówi c czynił wr cz przeciwne starania. Do . 

Poj łem, co mnie niepokoiło w teorii obowi zku: jego obiekt.  

      - Masz racj  - przyznałem. Otworzyłem oczy i spojrzałem na ni . - Ciesz  si , 

e mi o tym powiedziała .  

      Wstałem.  

      - Podaj mi r k .  

      Wyci gn ła dło , a ja uniosłem j  do ust.  

      - Dzi kuj  - powiedziałem - za doskonały posiłek.  

      Ruszyłem do drzwi. Kiedy si  obejrzałem, stała zarumieniona, z lekkim 

u miechem, wci  unosz c r k . Zaczynałem pojmowa  zmian , jaka zaszła w 

Randomie.  

      - Powodzenia - rzuciła w chwili, gdy moje kroki ucichły.  

      - Tobie równie  - odparłem i wyszedłem pospiesznie.  

      Planowałem pój  potem do Branda, ale jako  nie mogłem si  na to zdoby . 

Przede wszystkim nie chciałem z nim rozmawia  maj c umysł ot piały ze 

zm czenia. Po drugie, rozmowa z Vialle była pierwsz  przyjemn  rzecz , jaka 

mnie spotkała od dłu szego czasu i chocia  raz postanowiłem wycofa  si , póki 

jeszcze wygrywam.  

      Wspi łem si  po schodach i ruszyłem korytarzem do moich pokojów. 

Oczywi cie my lałem o zamachu, gdy wsuwałem klucz do nowego zamka. W 

sypialni zaci gn łem zasłony, rozebrałem si  i poło yłem do łó ka. Nie mogłem 

zasn , jak zwykle gdy wypoczywałem po trudnych prze yciach, wiedz c,  e 

czekaj  mnie nowe. Przez kilka minut przewracałem si  i rzucałem w po cieli, raz 

jeszcze prze ywaj c wydarzenia ostatnich kilku dni.  

background image

 

32 

      Kiedy wreszcie nadszedł sen, był mieszanin  tego wszystkiego plus 

wspomnienie pobytu w celi, kiedy próbowałem pokona  drzwi. Obudziłem si  w 

ciemno ci, naprawd  wypocz ty.  

      Napi cie opadło, my li były spokojniejsze. A nawet niewielki ładunek 

przyjemnego podniecenia kr ył gdzie  w tyle głowy. Był jak zatrzymany na 

czubku j zyka nakaz, utajone wra enie,  e... Tak!  

      Wstałem. Si gn łem po rzeczy i zacz łem si  ubiera . Przypasałem 

Grayswandira. Zło yłem i wsun łem pod pach  koc. Oczywi cie...  

      Umysł miałem czysty, a rana przestała dokucza . Nie wiedziałem, jak długo 

spałem, ale nie warto było tego sprawdza . Miałem do załatwienia co  o wiele 

wa niejszego, co powinno mi przyj  do głowy ju  dawno... I wła ciwie przyszło. 

Praktycznie rzecz bior c miałem to przed oczami, lecz czas i wydarzenia 

wypchn ły problem z moich my li.  

      Zamkn łem drzwi na klucz i pomaszerowałem w stron  schodów. Migotały 

wiece, a wyblakły jele , który od wieków bladł na gobelinie z prawej strony 

korytarza, spogl dał na wyblakłe psy,  cigaj ce go od mniej wi cej równie 

długiego czasu. Czasem współczuj  jeleniowi, lecz zwykle całym sercem kibicuj  

psom. Trzeba b dzie kiedy  odnowi  ten gobelin.  

      Zszedłem schodami w dół. Cisza. Zatem jest pó no.  

      To dobrze. Kolejny dzie  i wci  jeszcze  yjemy. Mo e nawet jeste my troch  

m drzejsi. Wystarczaj co by poj ,  e wiele jeszcze musimy si  dowiedzie . Ale 

jest nadzieja. Brakowało mi jej, gdy kuliłem si  w tej przekl tej celi, przyciskałem 

dłonie do wypalonych oczu i wyłem.  

      Vialle... Szkoda,  e wtedy nie mogłem z tob  porozmawia . Uczyłem si  w 

twardej szkole, ale nawet delikatniejsze otoczenie nie dałoby mi twej gracji. 

Chocia ... Trudno powiedzie . Zawsze miałem wra enie,  e jestem raczej psem 

ni  jeleniem, bardziej łowc  ni  zwierzyn .  

      Mogła  nauczy  mnie czego , co osłabiłoby gorycz, st piło nienawi . Ale czy 

tak byłoby lepiej? Nienawi  zgin ła wraz z obiektem, gorycz tak e odeszła... ale 

spogl daj c teraz wstecz nie jestem pewien, czy przetrwałbym, gdyby mnie nie 

podtrzymywały. Czy prze yłbym wi zienie bez dwóch paskudnych towarzyszek, 

które nieraz  ci gały mnie na powrót do  ycia i rozs dku?  

      Dzisiaj mog  sobie pozwoli  na jak  jeleni  my l, lecz wtedy mogła si  okaza  

miertelna. Nie wiem tego na pewno, pi kna damo, i w tpi , czy kiedykolwiek si  

dowiem.  

      Bezruch na pierwszym pi trze. Jakie  szmery w dole,  pij dobrze, pani. 

Zakr t i w dół. Ciekawe, czy Random odkrył ju  co  wa nego. Chyba nie, bo on 

sam albo Benedykt powinni wtedy nawi za  kontakt. Chyba  e mieli kłopoty. Ale 

nie. To  mieszne, wsz dzie szuka  problemów. To, co istotne, objawi si  we 

wła ciwym momencie, a na razie mam ich a  nadto. Parter.  

      - Will - rzuciłem. - Rolf.  

      - Ksi

 Corwin.  

      Słysz c moje kroki, dwaj stra nicy przyj li postaw  zasadnicz . Z ich twarzy 

czytałem wyra nie,  e wszystko w porz dku, ale spytałem dla zachowania formy.  

      - Spokój, ksi

. Spokój - odparł starszy.  

      - Doskonale - mrukn łem i poszedłem dalej. Min łem marmurow  jadalni .  

background image

 

33 

      Byłem pewien,  e zadziała, je li tylko czas i wilgo  zbytnio go nie naruszyły. A 

wtedy... Wszedłem w długi korytarz, gdzie zakurzone  ciany napierały z obu 

stron. Ciemno , cienie i odgłos moich kroków...  

      Dotarłem do drzwi na ko cu korytarza, otworzyłem je, wst piłem na pomost. 

A potem znowu w dół, po spirali,  wiatło tu,  wiatło tam, w groty Kolviru. 

Random miał racj , uznałem. Gdyby  ci  wszystko a  do poziomu dalekiej 

podłogi, widoczna stałaby si  zgodno  mi dzy tym, co zostało, a pierwotnym 

Wzorcem, który odwiedzili my dzi  rano.  

      Ni ej. Kr

c i kr c c si  w mroku. W ród czerni z teatraln  wyrazisto ci  

rysowały si  pochodnie i o wietlone latarni  stanowisko wartownika. Dotarłem 

do podłogi i ruszyłem ku niemu.  

      - Dobry wieczór, ksi

 Corwinie - odezwał si  chudy, blady jak trup osobnik, 

wsparty o stojak ze sprz tem. Palił fajk  i u miechał si .  

      - Witaj, Roger. Jak stoj  sprawy w podziemnym  wiecie?  

      - Szczur, nietoperz i paj k. Wi cej nikogo. Spokój.  

      - Lubisz to stanowisko?  

      Przytakn ł.  

      - Pisz  filozoficzn  powie  z elementami grozy i szale stwa. Nad tymi 

fragmentami pracuj  wła nie tutaj.  

      - Wła ciwe otoczenie - przyznałem. - B d  potrzebował latarni.  

      Zdj ł jedn  z haka i odpalił od swojej  wiecy.  

      - B dzie miała szcz liwe zako czenie? - zainteresowałem si .  

      Wzruszył ramionami.  

      - Ja b d  szcz łiwy.  

      - To znaczy, czy dobro zwyci y, a bohater pójdzie do łó ka z bohaterk ? Czy 

raczej wybijesz wszystkie postacie?  

      - To niezbyt uczciwe.  

      - Niewa ne. Mo e kiedy  przeczytam t  powie .  

      - Mo e - odparł.  

      Chwyciłem latarni , odwróciłem si  i ruszyłem w kierunku, którego od dawna 

ju  nie wybierałem. Przekonałem si ,  e wci  potrafi  w my lach mierzy  echa.  

      Po chwili dotarłem do  ciany, znalazłem wła ciwy korytarz, zagł biłem si  w 

niego. Od tej chwili wystarczyło dokładnie liczy  kroki. Moje stopy znały drog . 

Drzwi mojej dawnej celi były uchylone. Odstawiłem latarni  i dwoma r kami 

otworzyłem je szerzej. Ust piły niech tnie, z j kiem. Wzi łem latarni , uniosłem 

wysoko i wszedłem.  

      Poczułem dreszcze, a  oł dek zacisn ł si  w tward  kul . Zadr ałem. 

Musiałem stłumi  pragnienie, by rzuci  si  do ucieczki. Nie przewidywałem takiej 

reakcji. Nie chciałem odej  od ci kich, okutych spi em drzwi w obawie,  e kto  

je za mn  zatrza nie i zarygluje. Raz jeszcze poczułem groz , jak  budziła w 

moich wspomnieniach ta niewielka, brudna cela. Zmusiłem si , by przypomnie  

sobie szczegóły: dziur  w rogu, która słu yła mi za latryn , poczerniał  plam , 

gdzie tamtego ostatniego dnia rozpaliłem ogie . Przesun łem lew  dło  po 

wewn trznej powierzchni drzwi, znajduj c rysy wydrapane ły k . Pami tałem, 

co ta praca zrobiła z moimi r kami. Pochyliłem si , by zbada   lady. Nie były 

nawet w przybli eniu tak gł bokie, jakie wydawały si  wtedy, zwłaszcza w 

background image

 

34 

porównaniu z grubo ci  drzwi.  

      Poj łem, jak bardzo przeceniałem rezultaty tej próby odzyskania wolno ci. 

Wszedłem do  rodka i spojrzałem na  cian .  

      Ledwie widoczny. Kurz i wilgo  wspólnie pracowały, by go usun . Wci  

jednak mogłem rozró ni  kształt latarni morskiej Cabry, otoczony czterema 

liniami, wydrapanymi uchwytem ły ki. Magia nadal istniała. Wyczuwałem j , 

cho  nie próbowałem przyzywa .  

      Odwróciłem si  i stan łem pod przeciwległ   cian . Szkic, który miałem przed 

sob , przetrwał w gorszym stanie ni  rysunek latarni. Ale wykonywano go w 

najwy szym po piechu, przy  wietle ostatnich kilku zapałek.  

      Znikn ło sporo szczegółów, cho  pami  ukazywała mi niektóre. Był to obraz 

pracowni czy biblioteki; półki z ksi kami wzdłu   cian, z przodu biurko, obok 

wielki globus. Nie byłem pewien, czy powinienem ryzykowa  i oczy ci  obraz.  

      Ustawiłem latarni  na podłodze i wróciłem do poprzedniego rysunku. 

Skrawkiem koca starłem delikatnie kurz z podstawy latarni. Linia stała si  

wyra niejsza. Potarłem znowu, przyciskaj c troch  mocniej. Bł d. Zniszczyłem 

par  centymetrów szkicu.  

      Cofn łem si  i oddarłem szeroki pas koca. To, co zostało, zło yłem w rodzaj 

poduszki, na której usiadłem. Powoli i ostro nie zacz łem czy ci  wizerunek 

latarni.  

      Musiałem nabra  wprawy, zanim zajm  si  drugim obrazem.  

      Pół godziny pó niej wstałem, przeci gn łem si  i roztarłem zdr twiałe nogi. 

To, co pozostało z latarni, było całkiem wyra ne. Niestety, zmazałem jakie  

dwadzie cia procent rysunku, zanim nauczyłem si  wyczuwa  powierzchni  

kamiennej  ciany i we wła ciwy sposób przesuwa  po niej skrawkiem koca. Nie 

s dz , bym mógł jeszcze udoskonali  t  umiej tno .  

      Latarnia zamigotała, gdy j  przestawiałem. Rozwin łem koc, strzepn łem, 

oddarłem nowy pas. Zło yłem reszt , przykl kn łem przed rysunkiem i wzi łem 

si  do pracy.  

      Po dłu szej chwili odsłoniłem to, co z niego pozostało. Zapomniałem o czaszce 

na biurku; dopiero ostro ny ruch koca odkrył j  na powrót... I o załamaniu 

ciany w tle, i o wysokim  wieczniku... Cofn łem si  o krok. Dalsze przecieranie 

byłoby ryzykowne. I chyba zb dne.  

      Obraz wydawał si  tak kompletny, jak kiedy . Latarnia znów zamigotała. 

Przeklinaj c Rogera za to,  e nie sprawdził zapasu nafty, wstałem i uniosłem j  

na wysoko  ramienia. Usun łem z umysłu wszystko, prócz sceny przede mn .  

      Kiedy na ni  patrzyłem, nabrała gł bi. Jeszcze chwila, a stała si  

trójwymiarowa i poszerzona, całkowicie wypełniaj c pole widzenia. Zrobiłem 

krok do przodu i ustawiłem latarni  na kraw dzi biurka.  

      Rozejrzałem si  uwa nie. Półki z ksi kami wisiały na wszystkich czterech 

cianach.  adnych okien. Dwoje drzwi w przeciwnej  cianie pomieszczenia, z 

prawej i z tewej, w dwóch rogach, jedne zamkni te, drugie lekko uchylone. Obok 

tych otwartych stał długi, niski stół, zasypany ksi kami i papierami. Niezwykłe 

obiekty zajmowały wolne miejsca na półkach, a tak e nieregularne nisze i wn ki 

w  cianach: ko ci, kamienie, gliniane naczynia, tabliczki z inskrypcjami, lustra, 

ró d ki, jakie  instrumenty nie znanego mi przeznaczenia. Ogromny dywan 

background image

 

35 

przypominał Ardebil. Ruszyłem w stron  drzwi i latarnia zamigotała raz jeszcze. 

Si gn łem po ni  i wtedy wła nie zgasła.  

      Burkn łem jakie  przekle stwo i opu ciłem r k .  

      Potem rozejrzałem si  wolno, poszukuj c mo liwych  ródeł  wiatła. Co  

przypominaj cego gał  koralowca l niło niewyra nie na półce po drugiej 

stronie, a pod zamkni tymi drzwiami widoczna była blada smuga  wiatła. 

Zostawiłem latarni  i przeszedłem przez pokój.  

      Otworzyłem drzwi tak cicho, jak tylko potrafiłem. Znalazłem si  w pustym, 

pozbawionym okien pokoiku, o wietlonym słabo przez głownie  arz ce si  w 

niewielkiej wn ce kominka,  ciany były z kamienia, sklepione łukowo nad głow . 

Kominek urz dzono pewnie w naturalnym zagł bieniu skały. Wielkie, okute 

drzwi zamykały przej cie z drugiej strony. Solidny klucz tkwił w zamku, 

cz ciowo przekr cony.  

      Wszedłem, wzi łem ze stołu  wiec  i podszedłem do kominka, by j  zapali . 

Gdy kl czałem, szukaj c płomienia w ród  arz cych si  głowni, usłyszałem 

delikatne st pni cie od strony drzwi.  

      Obejrzałem si  i zobaczyłem go, tu  za progiem. Mniej wi cej metr 

pi dziesi t wzrostu. Garbaty. Włosy i broda jeszcze dłu sze, ni  zapami tałem. 

Dworkin miał na sobie nocn  koszul , która si gała mu do kostek. Trzymał w 

dłoni lampk  oliwn , a ciemne oczy spogl dały przenikliwie zza kopc cego 

płomyka.  

      - Oberonie - powitał mnie. - Czy ju  pora?  

      - Pora na co? - spytałem ostro nie.  

      Zachichotał.  

      - Na có by? Pora, by zniszczy   wiat, oczywi cie!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

36 

Rozdział 5 

 

Starałem si  trzyma  twarz w cieniu i mówi  stłumionym głosem.  

      - Niezupełnie - powiedziałem. - Jeszcze nie.  

      Westchn ł.  

      - Wci  nie jeste  przekonany.  

      Pochylił głow  i spojrzał na mnie uwa nie.  

      - Dlaczego musisz wszystko psu ? - zapytał.  

      - Niczego nie zepsułem.  

      Opu cił lampk . Odwróciłem głow , zdołał jednak dostrzec moj  twarz. 

Roze miał si .  

      - Zabawne,  mieszne,  mieszne,  mieszne - stwierdził. - Przybywasz jako 

młody ksi

 Corwin w nadziei,  e rodzinne sentymenty skłoni  mnie do zmiany 

decyzji. Czemu nie wybrałe  Branda albo Bleysa? Dzieciaki Clarissy słu yły nam 

najlepiej.  

      Wzruszyłem ramionami.  

      - Tak i nie. - Postanowiłem odpowiada  wymijaj co, dopóki zechce to 

akceptowa . Mo e zdradzi co  istotnego. Wystarczy zadba  o jego dobry humor. - 

A ty? - zapytałem. - Jak  twarz by  nało ył?  

      Odchylił głow , a kiedy jego  miech grzmiał wokół mnie, zacz ł si  zmienia . 

Sylwetka urosła, a twarz zafalowała jak  agiel ustawiony zbyt ostro na wiatr. 

Zmalał garb na plecach, a on wyprostował si  i wyci gn ł w gór . Rysy uległy 

przemianie, broda pociemniała. Było jasne,  e przemieszcza jako  mas  swego 

ciała, gdy  nocna koszula do kostek teraz si gała do pół łydki. Odetchn ł gł boko 

i jego ramiona stały si  szersze, r ce dłu sze, a wystaj cy brzuch płaski. Si gał mi 

ju  do ramienia, potem wy ej i rósł nadal, a  osi gn ł mój wzrost. Koszula ledwie 

przykrywała mu kolana. Garb znikn ł. Twarz zafalowała po raz ostatni, rysy 

ustabilizowały i zastygły w nowej formie,  miech przeszedł w chichot, przycichł, w 

ko cu urwał si  w skrzywieniu warg.  

      Stałem przed nieco szczuplejsz  wersj  siebie.  

      - Wystarczy? - zapytał.  

      - Całkiem nie łe - przyznałem. - Zaczekaj, dorzuc  do ognia.  

      - Pomog  ci.  

      - Nie trzeba.  

      Zdj łem ze stosu kilka szczap. Ka da zwłoka była w tej chwili pomocna, gdy  

zyskiwałem nowe reakcje do analizy. Kiedy układałem drwa w palenisku, on 

podszedł do stołka i usiadł. Dostrzegłem,  e nie patrzy na mnie, lecz spogl da w 

mrok. Przeci gałem rozpalanie drew w nadziei,  e co  powie. Cokolwiek. W 

ko cu si  doczekałem.  

      - Co si  stało z wielkim planem? - zapytał.  

      Nie mialem poj cia, czy mówi o Wzorcu czy o jakim  planie, który zdradził 

mu tata.  

      - Ty mi powiedz - odparłem wi c.  

      Za miał si  znowu.  

      - Dlaczego nie? Zmieniłe  zdanie, oto, co si  stało.  

      - Z jakiego na jakie, według ciebie?  

background image

 

37 

      - Nie kpij ze mnie. Nawet ty nie masz prawa ze mnie kpi . Je li nawet kto  ma, 

to ty najmniejsze.  

      Podniosłem si .  

      - Nie kpiłem.  

      Przyniosłem drugi stołek i ustawiłem go przed kominkiem, naprzeciw 

Dworkina. Usiadłem.  

      - Jak mnie rozpoznałe ? - zapytałem.  

      - Moje miejsce pobytu nie jest powszechnie znane.  

      - To prawda.  

      - Czy wielu w Amberze uwa a mnie za zmarłego?  

      - Tak. A inni s dz ,  e pewnie podró ujesz gdzie  w Cieniu.  

      - Rozumiem.  

      - Jak si  tu... czujesz?  

      U miechn ł si  zło liwie.  

      - Chcesz wiedzie , czy nadal jestem szalony?  

      - Wolałbym bardziej delikatne okre lenia.  

      - Czasem ten stan zanika, czasem si  wzmaga - o wiadczył. - Pojawia si  i 

znowu znika. W tej chwili jestem prawie sob ; prawie, powtarzam. Mo e to 

wstrz s wywołany twoj  wizyt ... Co  w moim umy le p kło. Wiesz o tym. Ale 

inaczej by  nie mo e. O tym tak e wiesz.  

      - Chyba tak - przyznałem. - Mo e jednak raz jeszcze opowiesz mi o 

wszystkim? Sam proces mówienia mo e sprawi ,  e poczujesz si  lepiej, mo e 

odsłoni  co , co przeoczyłem. Opowiedz mi t  histori .  

      Znowu  miech.  

      - Czego tylko zapragniesz. Masz jakie  szczególne  yczenia? Opowiedzie  ci o 

mojej ucieczce z Chaosu na t  nieoczekiwan  wysepk  w morzu nocy? O 

objawieniu Wzorca w klejnocie, zawieszonym na szyi Jednoro ca? O 

transkrypcji schematu poprzez błyskawic , krew i lir , gdy nasi zdumieni ojcowie 

szaleli z w ciekło ci? Było ju  za pó no, by przywoła  mnie z powrotem, kiedy 

poemat ognia wytyczył pierwsz   cie k  w moim mózgu, zara aj c wol  

stworzenia? Za pó no! Za pó no... Opanowany przez potworno ci zrodzone z 

choroby, poza zasi giem ich mocy, ich władzy, planowałem i budowałem: wi zie  

swej nowej ja ni. Czy tej historii chcesz wysłucha ? Czy raczej opowiedzie  ci o 

lekarstwie?  

      My li wirowały, p dzone faktami, które wła nie pełn  gar ci  cisn ł mi pod 

nogi. Nie wiedziałem, czy traktowa  jego wypowied  dosłownie czy 

metaforycznie, czy mo e jako zwykłe paranoidalne urojenia. Jednak sprawy, o 

których chciałem... musiałem usłysze , były zwi zane raczej z chwil  obecn . 

Zatem, wpatruj c si  we własne, mroczne odbicie, z którego wydobywał si  głos 

starca, poprosiłem:  

      - Opowiedz mi o lekarstwie.  

      Zetkn ł palce obu dłoni i przemówił zza tej zasłony.  

      - Jestem Wzorcem - oznajmił. - W bardzo dosłownym sensie. Przechodz c 

przez mój umysł w celu zyskania formy, jak  ma teraz: formy fundamentu 

Amberu, naznaczył mnie równie mocno, jak ja naznaczyłem jego. Pewnego dnia 

zrozumiałem,  e jestem równocze nie Wzorcem i sob , a on, w procesie 

background image

 

38 

stwarzania to samo ci, musiał sta  si  Dworkinem. W trakcie narodzin tego 

miejsca i czasu nast piły wzajemne modyfikacje i w tym kryje si  nasza słabo , 

podobnie jak nasza siła. Poj łem bowiem,  e uszkodzenie Wzorca i mnie 

wyrz dzi szkod , rana mi zadana za  odbije si  we Wzorcu. Jednak w 

rzeczywisto ci nie mo na mnie było zrani , gdy  byłem chroniony przez Wzorzec. 

A kto prócz mnie mógłby uszkodzi  Wzorzec? S dziłem,  e to przepi kny system 

zamkni ty, którego słabe punkty s  całkowicie chronione.  

      Zamilkł. Słuchałem trzasku płomieni. Nie wiem, czego on słuchał.  

      - Myliłem si  - stwierdził wreszcie. - W bardzo prostej kwestii... Moja krew, 

dzi ki której został wytyczony, mogła go zniekształci . Ale całe wieki trwało, nim 

poj łem,  e krew z mojej krwi tak e to potrafi. Na przykład ty mógłby  to 

wykorzysta , mógłby  go zmieni ... Tak, a  do trzeciego pokolenia.  

      Nie zaskoczyła mnie szczególnie wiadomo ,  e był naszym przodkiem. 

Miałem dziwne wra enie,  e wiedziałem o tym przez cały czas... Wiedziałem, ale 

nie wypowiadałem tego. Jednak... fakt ten stwarzał wi cej problemów, ni  ich 

rozwi zywał. Zbierz jedn  generacj  przodków. Id  dalej, a  do zam tu. Moja 

wiedza o tym, kim naprawd  był Dworkin, była teraz mniejsza ni  kiedykolwiek. 

W dodatku musiałem bra  pod uwag  fakt, któremu on sam nie zaprzeczał: 

słuchałem opowie ci szale ca.  

      - A  eby go naprawi ...? - wtr ciłem.  

      Skrzywił si . Moja własna twarz przybrała wyraz niech ci.  

      - Czy by  stracił ju  ochot , by zosta  władc   ywej pustki, królem chaosu? - 

zapytał.  

      - Mo e - odparłem.  

      - Na Jednoro ca, matk  twoj , wiedziałem,  e do tego dojdzie! Wzorzec jest w 

tobie pot ny, tak samo jak cała kraina. Czego wi c pragniesz?  

      - Zachowania dziedziny.  

      Potrz sn ł swoj /moj  głow .  

      - Łatwiej byłoby zniszczy  wszystko i zacz  od pocz tku. Od dawna próbuj  

ci to wytłumaczy .  

      - Jestem uparty. Spróbuj jeszcze raz - odparłem, na laduj c burkliwy ton 

taty.  

      Wzruszył ramionami.  

      - Niszcz c Wzorzec, zniszczymy Amber i wszystkie cienie w układzie 

biegunowym wokół niego. Pozwól, bym sam si  zabił w  rodku Wzorca, a 

usuniemy go. Daj swoj  zgod  daj c słowo,  e potem we miesz Klejnot, który 

zawiera esencj  porz dku, i u yjesz go, by stworzy  nowy Wzorzec, jasny, czysty i 

nie splamiony, rysuj c na materii własnego istnienia, gdy legiony chaosu b d  

próbowały na wszelkie sposoby odwie  ci  od tego zamiaru. Obiecaj to i pozwól 

mi zako czy  wszystko, cho  bowiem jestem złamany, wol  raczej zgin  dla 

porz dku, ni   y  dla niego. Co na to powiesz?  

      - Czy nie lepiej próbowa  naprawy tego, co ju  mamy, ni  przeznacza  na 

zatracenie dzieło całych eonów?  

      - Tchórz! - krzykn ł, zrywaj c si  na nogi. - Wiedziałem,  e znowu to powiesz!  

      - A czy nie mam racji?  

      Zacz ł kr y  po pokoju.  

background image

 

39 

      - Ile ju  razy powtarzamy te same argumenty? - zapytał. - Nic si  nie zmieniło. 

Boisz si  spróbowa .  

      - By  mo e - przyznałem. - Ale czy nie s dzisz,  e co , czemu po wi ciłe  tak 

wiele, warte jest wysiłku... jakiej  dodatkowej ofiary... je li tylko istnieje 

niewielka nawet szansa ratunku?  

      - Ci gle nie rozumiesz. Mog  jedynie my le ,  e uszkodzony obiekt zostanie 

zniszczony i - miejmy nadziej  - odtworzony. Taka jest natura mojej choroby,  e 

nie potrafi  wyobrazi  sobie naprawy. Na tym polega uraz. Uczucia s  z góry 

ustalone.  

      - Je li Klejnot potrafi stworzy  nowy Wzorzec, to czy nie mo na si  nim 

posłu y , by naprawi  stary, rozwi za  nasze problemy i uleczy  twego ducha?  

      - Czy by  stracił pami ? - Stan ł przede mn . - Wiesz przecie ,  e usuni cie 

skazy jest rzecz  niesko czenie trudniejsz  ni  zacz cie od nowa. Nawet 

Klejnotowi łatwiej jest zniszczy  Wzorzec, ni  go naprawi . Ju  zapomniałe , jak 

to wygl da? - Skin ł na  cian  za plecami. - Chcesz wyj  i popatrze  jeszcze raz?  

      - Tak - potwierdziłem. - Wła nie tego chc .  

      Chod my.  

      Wstałem i spojrzałem na niego z góry. Rozgniewany, zaczynał traci  kontrol  

nad własnym wygl dem. Ubyło mu ju  osiem czy dziesi  centymetrów wzrostu, 

wizerunek mojej twarzy rozpływał si  w jego gnomowatych rysach, a mi dzy 

łopatkami rósł wyra ny garb, widoczny ju  wtedy, gdy skin ł r k .  

      Wpatrywał si  we mnie rozszerzonymi oczami.  

      - Ty nie  artujesz - szepn ł po chwiłi. - Dobrze, chod my.  

      Odwrócił si , podszedł do wielkich,  elaznych drzwi i obur cz przekr cił 

klucz. Potem naparł na nie całym ciałem. Próbowałem mu pomóc, ale odsun ł 

mnie z niezwykł  sił , po czym pchn ł raz jeszcze. Drzwi zgrzytn ły gło no, 

cofn ły si  i stan ły otworem. Natychmiast poczułem dziwny, jakby znajomy 

zapach.  

      Dworkin przekroczył próg i zatrzymał si . Odszukał po prawej stronie co , co 

wygl dało na dług  lask . Kilka razy stukn ł ni  o ziemi  i górny koniec 

rozjarzył si  blaskiem. Płomie  o wietlił w ski tunel, w który si  zagł bili my. 

Szedłem za nim. Przej cie poszerzyło si  wkrótce i mogłem go wyprzedzi . 

Zapach był coraz silniejszy i ju  prawie zdołałem go umiejscowi . Kojarzył si  z 

jakim  stosunkowo  wie ym wspomnieniem...  

      Przeszli my niemal osiemdziesi t kroków, nim tunel skr cił w lewo i w gór . 

Po chwili min li my niewielkie pomieszczenie. Podłog  za cielały odłamki ko ci, a 

w skale, na wysoko ci mniej wi cej metra, wmurowano  elazny pier cie . Do 

pier cienia przymocowany był połyskuj cy ła cuch, który opadał na ziemi  i 

znikał przed nami, podobny do linii stygn cych w ród mroku kropelek 

roztopionego metalu.  

      Przej cie znów si  zw ziło i Dworkin obj ł prowadzenie. Po chwili skr cił 

nagle i usłyszałem,  e co  mruczy. Sam w tym momencie skr ciłem i niewiele 

brakowało, bym si  z nim zderzył. Przykucn ł i si gn ł r k  w ciemn  szczelin . 

Dostrzegłem,  e ła cuch znika w otworze, i usłyszałem ciche cmokanie. Wtedy 

poj łem, co to oznacza i gdzie jeste my.  

      - Dobry Wixer - mówił Dworkin. - Nie pójd  daleko. Wszystko w porz dku, 

background image

 

40 

Wixer. Przyniosłem ci co  dobrego.  

      Nie wiem, sk d wzi ł to, co rzucił zwierz ciu. Lecz fioletowy gryf, którego 

mogłem teraz zobaczy , jak porusza si  na swym legowisku, przyj ł dar. 

Pochyleniem głowy i seri  chrupni  wyraził wdzi czno . Dworkin u miechn ł 

si  tryumfalnie.  

      - Zdziwiony?  

      - Czemu?  

      - My lałe ,  e si  go boj . My lałe ,  e nigdy nie zdołam si  z nim 

zaprzyja ni . Postawiłe  go tutaj,  eby nie wypuszczał mnie na zewn trz, do 

Wzorca.  

      - Czy bym powiedział kiedy  co  takiego?  

      - Nie musiałe . Nie jestem głupcem.  

      - My l sobie, co chcesz.  

      Zachichotał, wstał i ruszył dalej.  

      Korytarz znów biegł poziomo i stał si  szerszy. Po chwili dotarli my do 

wyj cia z jaskini. Dworkin zatrzymał si  na moment. Widziałem jego ciemn  

sylwetk  z uniesion  lask . Na zewn trz trwała noc, a czysty, słony zapach 

przegnał z mych nozdrzy odór pi ma. Jeszcze chwila i ruszył dalej, wkraczaj c w 

wiat płomieni  wiec i niebieskich aksamitów. Wstrzymałem oddcch, zachwycony 

niezwykłym widokiem. Nie dlatego,  e gwiazdy na bezksi ycowym, 

bezchmurnym niebie l niły nadprzyrodzonym blaskiem ani  e granica mi dzy 

niebem a morzem znowu si  zatarła. To Wzorzec ja niał bł kitem acetylenowego 

płomienia pod niebem-morzem, a gwiazdy w górze, po bokach i w dole układały 

si  z geometryczn  precyzj , formuj c fantastyczn , uko n  kratownic . 

Wywoływała wra enie, jakby my tkwili w kosmicznej paj czynie, której 

prawdziwym centrum jest Wzorzec, a cały splot egzystuje tylko jako 

konsekwencja jego istnienia, konfiguracji i pozycji.  

      Dworkin schodził ju  wprost do kraw dzi Wzorca, do zaczernionego 

fragmentu. Przesun ł nad nim lask  i spojrzał na mnie.  

      - Oto ona - rzekł. - Wyrwa w moim umy le. Nie potrafi  my le  poprzez ni , a 

jedynie dookoła. Nie wiem ju , co trzeba uczyni , by naprawi  to, czego mi 

zabrakło. Je li s dzisz,  e potrafisz to zrobi , ryzykujesz natychmiastowe 

unicestwienie za ka dym razem, kiedy opu cisz Wzorzec, by przekroczy  

szczelin . To nie ciemna cz  ci  zniszczy, ale sam Wzorzec, gdy tylko przerwiesz 

obwód. Klejnot mo e, ale nie musi ci  osłoni .  

      Nie wiem. Ale droga nie b dzie łatwiejsza. Z ka dym okr eniem b dzie 

trudniej, a ty b dziesz miał coraz mniej sił. Ostatnim razem, kiedy o tym 

mówili my, l kałe  si . Czy to oznacza,  e przez ten czas nabrałe  odwagi?  

      - Mo liwe - przyznałem. - Nie znasz innego sposobu?  

      - Wiem,  e mo na tego dokona  zaczynaj c od czystej płyty, poniewa  kiedy  

tak wła nie uczyniłem. Nie widz  innej drogi prócz tej. Im dłu ej czekasz, tym 

gorsza jest sytuacja. Czemu nie przyniesiesz Klejnotu i nie u yczysz mi swej 

klingi, synu? Nie ma lepszego sposobu.  

      - Nie - odparłem. - Musz  wiedzie  wi cej. Powiedz mi jeszcze raz, jak 

powstało uszkodzenie.  

      - Wci  nie wiem, które z twoich dzieci przelało w tym miejscu nasz  krew, 

background image

 

41 

je li o to ci chodzi. Stało si . Zostawmy t  kwesti . W ich charakterach wyszły na 

wierzch ciemne strony naszej natury. Z pewno ci  s  zbyt bliskie chaosowi, z 

którego pochodzimy, i dorastały bez  wicze  woli, jakie my przeszli my, by go 

pokona .  

      Miałem nadziej ,  e rytuał przej cia Wzorca oka e si  wystarczaj cy. Nie 

potrafiłem wymy li  niczego pot niejszego. Ale procedura zawiodła. Oni atakuj  

wszystko dookoła. Usiłuj  zniszczy  sam Wzorzec.  

      - Gdyby udało si  nam zacz  od nowa, czy te wydarzenia nie powtórzyłyby 

si  znowu?  

      - Nie wiem. Ale jaki mamy wybór, prócz pora ki i powrotu w chaos?  

      - Co si  z nimi stanie, je li stworzymy nowy pocz tek?  

      Zamilkł na chwil . Potem wzruszył ramionami.  

      - Nie wiem.  

      - Jakie byłoby nast pne pokolenie?  

      - Czy mo na odpowiedzie  na takie pytanie? - parskn ł. - Nie mam poj cia.  

      Podałem mu przebity Atut. Ogl dał go w płomieniu swej laski.  

      - S dz ,  e to syn Randoma, Martin - wyja niłem. - Ten, którego krew tu 

przelano. Nie wiem, czy jeszcze  yje. I nie wiem, co mógłby w  yciu osi gn ...  

      Obejrzał si  na Wzorzec.  

      - Wi c to jest obiekt, który tam le ał - mrukn ł. - Jak go dostałe ?  

      - Został przyniesiony - odparłem. - To nie twoje dzieło, prawda?  

      - Oczywi cie. Nie widziałem tego chłopca na oczy. Ale to chyba odpowiada na 

twoje pytanie: je li pojawi si  nast pne pokolenie, twoje dzieci je zniszcz .  

      - Tak jak my mamy ich zniszczy ?  

      Spojrzał mi w oczy.  

      - Czy to znaczy,  e nagle stałe  si  troskliwym ojcem?  

      - Skoro nie ty namalowałe  ten Atut, to kto?  

      Opu cił wzrok i stukn ł w kart  paznokciem.  

      - Mój najlepszy ucze , twój syn Brand. To jego styl. Widzisz, co robi , gdy 

tylko zdob d  odrobin  mocy? Czy którekolwiek z nich odda  ycie, by zachowa  

krain , odrodzi  Wzorzec?  

      - S dz ,  e tak - stwierdziłem. - Zapewne Benedykt, Gerard, Random, 

Corwin...  

      - Benedykt nosi stygmat zguby, Gerard ma wol , lecz nie ma rozumu, 

Randomowi brakuje odwagi i zdecydowania. Corwin... Czy nie popadł ostatnio w 

niełask  i nie zgin ł gdzie ?  

      Wspomniałem nasze poprzednie spotkanie, gdy pomógł mi w ucieczce z celi 

na Cabr . Mo e teraz zaczynał tego  ałowa ? Nie wiedział przecie , w jakich 

okoliczno ciach zostałem uwi ziony.  

      - Dlatego przybrałe  jego posta ? - zapytał. - Jako rodzaj przygany? Znowu 

mnie sprawdzasz?  

      - Nie jest w niełasce i nie zgin ł - stwierdziłem. - Ma jednak nieprzyjaciół, w 

rodzinie i nie tylko. Zrobi wszystko, by ochroni  kraj. Jakie ma szanse twoim 

zdaniem?  

      - Przez dłu szy czas go nie było?  

      - Tak.  

background image

 

42 

      - Mógł wi c si  zmieni . Nie wiem.  

      - Wierz ,  e si  zmienił. I wiem,  e chce spróbowa . Spojrzał na mnie znowu. I 

przygl dał si  długo.  

      - Nie jeste  Oberonem - oznajmił w ko cu.  

      - Nie.  

      - Jeste  tym, którego widz  przed sob .  

      - Ani mniej, ani wi cej.  

      - Rozumiem... Nie wiedziałem,  e znasz to miejsce.  

      - Do niedawna nie znałem. Pierwszy raz trafiłem tu pod aj c za 

Jednoro cem.  

      Jego oczy rozszerzyły si  ze zdziwienia.  

      - To... bardzo ciekawe. Ju  tak dawno...  

      - Co z moim pytaniem?  

      - Jakim pytaniem?  

      - O szanse. My lisz,  e mógłbym naprawi  Wzorzec?  

      Zbli ył si  wolno, wyci gn ł r k  i poło ył mi dło  na ramieniu. Laska 

przechyliła si  lekko i bł kitne  wiatło zaja niało trzydzie ci centymetrów od 

mojej twarzy. Nie czułem gor ca. Dworkin spojrzał mi w oczy.  

      - Zmieniłe  si  - stwierdził po chwili.  

      - Czy do  - spytałem - by spróbowa ?  

      Odwrócił wzrok.  

      - Mo e do , by próba warta była wysiłku - odparł. - Nawet je li jeste my 

skazani na kl sk .  

      - Pomo esz mi?  

      - Nie wiem, czy b d  mógł. Moje nastroje i my li... wszystko przychodzi i 

odpływa. Nawet teraz czuj ,  e trac  kontrol . Mo e przez te emocje... Lepiej 

wracajmy do  rodka.  

      Za plecami rozległ si  cichy brz k. Kiedy si  obejrzałem, zobaczyłem gryfa. 

Kołysał głow  z prawa na lewo i ogonem z lewa na prawo; wysuwał i chował 

j zyk. Okr ył nas i stan ł mi dzy Dworkinem a Wzorcem.  

      - On wie - wyja nił Dworkin. - Wyczuwa, kiedy nadchodzi przemiana. Nie 

dopuszcza mnie wtedy do Wzorca... M dry Wixer. Ju  wracamy. Spokojnie. 

Chod my, Corwinie.  

      Ruszyli my w stron  wej cia do jaskini, a Wixer pod ał za nami - jedno 

brz kni cie przy ka dym kroku.  

      - Klejnot - przypomniałem. - Klejnot Wszechmocy... Mówisz,  e jest 

niezb dny, by naprawi  Wzorzec?  

      - Tak. Trzeba go nie  przez cał  drog  przez Wzorzec, ponownie kre l c 

oryginalny schemat w miejscach, gdzie został wymazany. Mo e to zrobi  jedynie 

kto  zestrojony z Klejnotem.  

      - Jestem zestrojony z Klejnotem.  

      - W jaki sposób? - Zatrzymał si .  

      Wixer za nami gdakn ł cicho, ruszyli my wi c dalej.  

      - Zgodnie z twoimi pisanymi instrukcjami - wyja niłem. - Oraz, ustnymi 

Eryka. Przeniosłem go ze sob  do centrum Wzorca i dokonałem projekcji siebie 

poprzez niego.  

background image

 

43 

      - Rozumiem. A sk d go wzi łe ?  

      - Eryk dał mi Klejnot na ło u  mierci.  

      Weszli my do jaskini.  

      - Masz go teraz?  

      - Musiałem go ukry  w pewnym miejscu, w Cieniu.  

      - Radz  odszuka  go jak najpr dzej i dostarczy  tutaj lub przenie  z 

powrotem do pałacu. Najlepiej przechowywa  go w pobli u centrum istnienia.  

      - Dlaczego?  

      - Ma skłonno  do deformacji cieni, w których przebywa zbyt długo.  

      - Deformuje cienie? W jaki sposób?  

      - Trudno z góry przewidzie . Wszystko zale y od lokalizacji.  

      Min li my zakr t i szli my dalej w ród mroku.  

      - Jak to si  dzieje - spytałem -  e kiedy nosi si  Klejnot przez dłu szy czas, 

wszystko wokół zwalnia swój ruch? Fiona uprzedzała,  e to niebezpieczne, ale nie 

była pewna dlaczego.  

      - To oznacza,  e dotarłe  do granic własnego istnienia,  e wkrótce wyczerpiesz 

rezerwy energii,  e zginiesz, je li szybko czego  nie zrobisz.  

      - Czego mianowicie?  

      - Nie zaczniesz czerpa  sił z samego Wzorca: pierwotnego Wzorca zawartego 

w Klejnocie.  

      - Jak tego dokona ?  

      - Musisz mu si  podda , uwolni  si , zamaza  własn  to samo , znie  

granice, jakie oddzielaj  ci  od wszystkiego innego.  

      - Łatwo powiedzie , trudniej zrobi .  

      - Ale to mo liwe i nie ma innej drogi.  

      Potrz sn łem głow . Szli my wci  naprzód i wreszcie stan li my u wielkich 

drzwi. Dworkin zgasił  wiatło laski i oparł j  o  cian . Potem weszli my, a on 

przekr cił klucz w zamku. Wixer został, strzeg c przej cia.  

      - Teraz b dziesz musiał odej  - oznajmił Dworkin.  

      - Ale musz  ci  zapyta  jeszcze o wiele spraw, a o kilku chciałbym 

opowiedzie .  

      - Moje my li staj  si  bezładne i twoje słowa pójd  na marne. Jutrzejszej nocy 

albo pojutrze, albo pó niej. Szybko! Id !  

      - Sk d ten po piech?  

      - Kiedy ulegn  przemianie, mog  ci  skrzywdzi . Tylko sił  woli 

powstrzymuj  atak. Odejd !  

      - Nie wiem jak. Potrafi  si  tu dosta , ale...  

      - W szufladzie biurka w s siednim pokoju znajdziesz rozmaite specjalne 

Atuty. We   wiatło! Id  dok dkolwiek! Wyno  si  st d!  

      Chciałem zaprotestowa ,  e nie l kam si  fizycznej siły, jak  mo e okaza , 

lecz jego rysy rozpłyn ły si  jak stopiony wosk i nagle wydał mi si  wi kszy, o 

dłu szych ramionach ni  przed chwil . Przej ty nagłym dreszczem chwyciłem 

wiec  i wybiegłem. Do biurka. Wyrwałem szuflad  i złapałem kilka 

rozrzuconych na jej dnie Atutów. Wtedy usłyszałem za plecami kroki czego , co 

weszło z komory, któr  przed chwil  opu ciłem. Nie przypominały kroków 

człowieka.  

background image

 

44 

      Nie ogl dałem si  za siebie. Uniosłem karty i spojrzałem na t , która znalazła 

si  na wierzchu. Przedstawiała obc  sceneri , ale bez zwłoki otworzyłem swój 

umysł i si gn łem tam. Skalna turnia pod dziwnie kropkowanym niebem, 

szczypta gwiazd po lewej... Karta była na przemian zimna i gor ca; miałem 

uczucie,  e gdy patrz , wieje przez ni  lodowaty wicher, w niezwykły sposób 

zmieniaj c obraz.  

      - Głupcze - zabrzmiał tu  za mn  mocno zniekształcony, ale wci  

rozpoznawalny głos Dworkina. - Wybrałe  miejsce swej zguby!  

      Wielka, szponiasta łapa - czarna, s kata i skórzasta - si gn ła nad mym 

ramieniem, jak gdyby próbuj c porwa  kart . Ale wizja była ju  pełna i rzuciłem 

si  w ni , odwracaj c od siebie Atut, gdy tylko poj cem,  e zdołałem uciec. Potem 

zatrzymałem si  i stałem nieruchomo, by zmysły dostosowały si  do nowego 

otoczenia.  

      Wiedziałem. Ze strz pów legend, skrawków rodzinnych opowie ci i ogólnego 

wra enia, jakie mnie nagle ogarn ło. Z absolutn  pewno ci  uniosłem wzrok i 

spojrzałem na Dworce Chaosu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

45 

Rozdział 6 

 

Gdzie? Zmysły s  rzecz  tak niepewn , a w tej chwili moje były wyt one do 

ostatnich granic. Skała, na której stałem... Gdy próbowałem skupi  na niej 

spojrzenie, zaczynała przypomina  chodnik w gor ce popołudnie: drgała i 

falowała, cho  cały czas stałem pewnie.  

      I trudno było okre li , któr  cz  widma mogłaby nazwa  własn ; pulsowała 

i migotała niby skóra iguany.  

      Nad głow  miałem niebo niepodobne do  adnego, jakie dotychczas ogl dałem. 

W tej chwili było p kni te na dwie cz ci, z których jedn  okrywała 

najczarniejsza noc, a w ciemno ci ta czyły gwiazdy. Kiedy mówi : ta czyły, to 

nie znaczy,  e mrugały; wirowały i zmieniały jasno ; przeskakiwały i kr yły; 

błyskały z jaskrawo ci  nowej, by po chwili roztopi  si  w nico . Był to 

przera aj cy spektakl i poczułem, jak ostry atak akrofobii  ciska mi  oł dek. 

Jednak spojrzenie w inn  stron  niewiele poprawiło sytuacj . Druga połowa 

nieba przypominała potrz san  bez przerwy butl  kolorowego piasku. Pasy 

koloru pomara czy,  ółci, czerwieni, bł kitu, br zu i purpury splatały si  i 

kr yły; plamy zieleni, fioletu, szaro ci i martwej bieli rozbłyskiwały i znikały, 

czasem rozwijaj c si  w pasy, by zast pi  lub doł czy  do innych wij cych si  

form. One tak e migotały i falowały, wywołuj c niesamowite wra enie odległo ci i 

blisko ci zarazem. Niekiedy cz  z nich lub nawet wszystkie zdawały si  

dosłownie si ga  nieba, by po chwili opa , wypełniaj c powietrze wokół mnie, 

jak mgliste, przezroczyste obłoki, półprzejrzyste kł by lub lite macki koloru. 

Dopiero po dłu szej chwili spostrzegłem,  e linia dziel ca czer  od barw z mojej 

prawej strony posuwa si  wolno do przodu, równocze nie cofaj c si  po lewej. 

Wygl dało to tak, jak gdyby cała niebia ska mandala obracała si  wokół punktu 

le cego wprost nad moj  głow . Nie potrafiłem okre li   ródła  wiatła tej 

ja niejszej połowy. Stoj c tam, spojrzałem w dół na co , co z pocz tku wydało mi 

si  dolin  pełn  niezliczonych eksplozji barw. Gdy jednak post puj ca ciemno  

zgasiła ten pokaz, gwiazdy zapłon ły w gł bi, jak i ponad ni , stwarzaj c 

wra enie bezdennej otchłani. Czułem si , jakbym stan ł na ko cu  wiata, ko cu 

wszech wiata, ko cu wszystkiego. Lecz daleko, bardzo daleko od miejsca, gdzie 

si  znalazłem, co  unosiło si  na górze najgł bszej czerni: czysta czer , lecz 

obramowana i rozja niana ledwie dostrzegalnymi błyskami  wiatła. Nie mogłem 

odgadn  rozmiaru tego czego , gdy  odległo , gł bia i perspektywa nie istniały. 

Pojedynczy szczyt? Grupa? Miasto? Czy po prostu miejsce? Kontur ulegał 

zmianie za ka dym razem, gdy trafiał na moj  siatkówk . Delikatne, mgliste 

powierzchnie dryfowały wolno mi dzy nami, niby pasma gazy unoszone w 

rozgrzanym powietrzu. Mandala powstrzymała obrót, gdy ciemna i jasna strona 

zamieniły si  miejscami. Barwy były teraz za mn , niewidoczne - chyba  e 

odwróciłbym głow , na co wcale nie miałem ochoty.  

      Przyjemnie było sta  tutaj i spogl da  na bezkształtno , z której powstały 

wszystkie rzeczy... To istniało, zanim jeszcze powstał Wzorzec. Ta wiedza, 

mglista, lecz pewna, tkwiła gdzie  w samym centrum  wiadomo ci. Bez w tpienia 

musiałem ju  kiedy  odwiedzi  t  okolic . Zostałem tu przyniesiony jako dziecko, 

nie pami tam ju , przez tat  czy przez Dworkina. I stałem, lub trzymano mnie na 

background image

 

46 

r kach, tu wła nie lub gdzie  bardzo blisko. Spogl dałem na t  sam  scen ; 

jestem pewien,  e z podobnym brakiem zrozumienia i podobnym wra eniem 

l ku. Moj  rado  tłumiło nerwowe podniecenie, przeczucie czego  zakazanego, 

oczekiwanie w tpliwego spełnienia. Co dziwne, teraz, w tej wła nie chwili, 

opanowało mnie pragnienie ponownego chwycenia Klejnotu, porzuconego na 

cieniu-Ziemi w pryzmie kompostu. Dworkin bardzo si  tym przej ł.  

      Czy to mo liwe,  e jaka  cz  umysłu szukała obrony, a przynajmniej 

symbolu walki z tym, co widziałem?  

      Mo liwe.  

      Spogl dałem wi c zafascynowany ponad otchłani , i albo moje oczy 

przystosowały si , albo obraz przeskoczył znowu. Teraz bowiem rozró niałem 

male kie, widmowe kształty, kr

ce po owym miejscu niby powolne meteory 

p dz ce po pasmach gazy. Czekałem, obserwuj c je z uwag , z wolna pojmuj c 

ich działanie.  

      Po pewnym czasie jedno z pasm podpłyn ło bli ej i uzyskałem odpowied . 

Istotnie, co  si  poruszało. Jedna z form urosła i zauwa yłem,  e pod a kr t , 

wiod c  ku mnie  cie k . Po kilku chwilach miała kształt je d ca. Zbli aj c si  

nabierała pozoru materialno ci, nie trac c widmowych cech, charakteryzuj cych 

chyba wszystko, co le ało przede mn . Jeszcze moment i patrzyłem na nagiego 

je d ca na bezwłosym wierzchowcu, obu upiornie bladych i p dz cych w moj  

stron . Je dziec dzier ył biał  jak ko  kling ; jego oczy, podobnie jak  lepia 

rumaka, l niły czerwieni . Jego wygl d był tak nienaturalny,  e nie wiedziałem, 

czy istniejemy w tej samej płaszczy nie rzeczywisto ci. Mimo to dobyłem 

Grayswandira i cofn łem si  o krok.  

      Z jego długich, białych włosów spływały l ni ce iskierki, a kiedy odwrócił 

głow , wiedziałem,  e przybywa po mnie - czułem jego spojrzenie niby chłodny 

ucisk na piersi. Stan łem bokiem i uniosłem ostrze do pozycji obronnej.  

      Jechał dalej i wtedy zrozumiałem,  e on i jego rumak byli wielcy, o wiele 

wi ksi, ni  my lałem. Zbli ali si . Gdy znale li si  jakie  dziesi  metrów ode 

mnie, je dziec  ci gn ł wodze i ko  stan ł d ba. Patrzyli na mnie, kołysz c si  i 

przechylaj c, jak gdyby stali na tratwie rzuconej na faluj ce delikatnie wody.  

      - Twe imi ! - za dał je dziec. - Podaj imi  ty, który przybyłe  w to miejsce!  

      Głos wywołał trzaski w mych uszach. Rozbrzmiewał na jednym poziomie 

d wi ku, gło no, bez  adnej intonacji.  

      Potrz sn łem głow .  

      - Zdradzam swe imi , gdy zechc , nie na rozkaz. Kim jeste ?  

      Wydał z siebie trzy krótkie szczekni cia, które uznałem za  miech.  

      - Powal  ci  i cisn  tam, gdzie b dziesz je wykrzykiwał przez wieczno .  

      Wymierzyłem ostrze Grayswandira w jego oczy.  

      - Gadanie nic nie kosztuje. Za wódk  trzeba płaci .  

      Odczułem wtedy delikatne wra enie chłodu, jakby kto  wła nie próbował 

nawi za  ze mn  kontakt przez Atut. Było jednak niewyra ne i słabe, a ja nie 

mogłem po wi ci  mu uwagi, gdy  je dziec przekazał wierzchowcowi jaki  sygnał 

i zwierz  stan ło d ba. Odległo  jest zbyt du a, uznałem. Lecz my l ta nale ała 

do innego cienia. Tutaj zwierz  run ło ku mnie, porzucaj c niepewn   cie k , 

któr  tu przybyło. Skok zako czył si  l dowaniem dalekim od miejsca, gdzie 

background image

 

47 

stałem. Jednak rumak nie spadł i nie znikn ł, na co liczyłem. Poruszał si  jak w 

galopie, a cho  jego szybko  nie była proporcjonalna do wysiłku, biegł nad 

otchłani  mniej wi cej o połow  wolniej ni  normalnie.  

      W tym czasie zauwa yłem,  e w dali, z której tu przybył, wynurza si  kolejna 

posta , prawdopodobnie zd aj ca ku mnie. Nie miałem innego wyj cia: 

musiałem walczy  w nadziei,  e pozb d  si  pierwszego napastnika, zanim 

zaatakuje drugi.  

      Tymczasem czerwone spojrzenie je d ca przesun ło si  po mojej postaci, 

padło na Grayswandira i znieruchomiało. Nie wiem, co wzbudzało t  obł kan  

iluminacj  za moimi plecami, jednak raz jeszcze pobudziła do  ycia delikatne 

linie na ostrzu: wyryty tam fragment Wzorca błysn ł iskrami wzdłu  klingi. 

Je dziec był wtedy bardzo blisko, jednak  ci gn ł wodze i gwałtownie podnosz c 

głow  spojrzał mi w oczy.  

      - Znam ciebie! - krzykn ł. - Jeste  tym, którego nazywaj  Corwinem!  

      Ale wtedy ju  go mieli my: ja i mój sprzymierzeniec rozp d.  

      Przednie kopyta wierzchowca si gn ły gruntu, a ja skoczyłem naprzód. 

Instynkt nakazał zwierz ciu, by nie zwa aj c na  ci gni te wodze szuka  oparcia 

dla tylnych nóg. Je dziec uniósł kling  do osłony, ale odst piłem w bok i 

zaatakowałem go z lewej. Kiedy przesuwał swój miecz, ja ju  wyprowadzałem 

pchni cie. Grayswandir przebił jego blad  skór  tu  pod mostkiem, ponad 

trzewiami.  

      Wyrwałem ostrze, a z rany, niby strugi krwi, strzeliły potoki ognia. Prawe 

rami  tamtego opadło bezwładnie, a kiedy płomienny strumie  padł na szyj  

rumaka, zwierz  wydało d wi k podobny do gwizdu. Odskoczyłem, gdy je dziec 

run ł do przodu, a ko , teraz ju  stoj c pewnie, rzucił si  na mnie, kopi c i 

wierzgaj c.  

      Ci łem odruchowo. Ostrze drasn ło lew  przedni  nog , która tak e 

zapłon ła jasno.  

      Odskoczyłem, gdy rumak zawrócił i ruszył na mnie po raz drugi. Wtedy 

wła nie je dziec zmienił si  w kolumn  ognia. Zwierz  rykn ło, obróciło si  w 

miejscu i rzuciło do ucieczki. Bez zatrzymania przeskoczyło nad kraw dzi  i 

run ło w otchła , pozostawiaj c mnie sam na sam ze wspomnieniem tl cej si  

głowy kota, który przemawiał do mnie tak dawno temu. I z dreszczem, który 

zawsze towarzyszył temu obrazowi.  

      Stałem oparty o skał  i dyszałem ci ko. Mglista  cie ka podpłyn ła bli ej, na 

jakie  trzy metry od kraw dzi. Drugi je dziec zbli ał si  szybko. Nie był tak blady 

jak pierwszy. Miał ciemne włosy i rumieniec na twarzy, a jego wierzchowcem był 

gniadosz z odpowiedni  grzyw . Trzymał kusz , napi t  i z nało onym bełtem.- 

Obejrzałem si , ale nie dostrzegłem  adnej kryjówki,  adnej skalnej szczeliny, 

gdzie mógłbym si  skry .  

      Wytarłem dło  o spodnie i chwyciłem Grayswandira za kling . Obróciłem si  

bokiem, by stanowi  mo liwie najw szy cel. Uniosłem miecz, z r koje ci  na 

poziomie głowy, ostrzem ku ziemi. Nie miałem innej tarczy.  

      Je dziec zatrzymał si  w najbli szym mi punkcie mglistego pasma. Wolno 

uniósł kusz  wiedz c,  e je li nie powali mnie pierwszym strzałem, mog  cisn  

mieczem jak włóczni . Spojrzeli my sobie w oczy.  

background image

 

48 

      Był szczupły, bez zarostu. Chyba jasnooki, za zmru onymi przy celowaniu 

powiekami. Całkowicie panował nad wierzchowcem, cho  kierował nim jedynie 

naciskiem kolan. Miał du e, pewne, spokojne dłonie. Gdy na niego patrzyłem, 

ogarn ło mnie nagle niezwykłe uczucie.  

      Chwila trwała długo, rozci gni ta poza punkt działania. Odchylił si  lekko i 

odrobin  opu cił bro , cho  postawa nadal była pełna napi cia.  

      - Ty! - zawołał. - Czy ta klinga to Grayswandir?  

      - Tak - odparłem.  

      Wci  przygl dał mi si  w skupieniu, a co  wewn trz mnie szukało słów, które 

mogłoby przywdzia . Nie znalazło i nago pobiegło w noc.  

      - Czego tu chcesz? - zapytał.  

      - Odej .  

      Bełt kuszy trafił skał  daleko przede mn , po lewej stronie.  

      - Id  wi c - powiedział. - To dla ciebie niebezpieczne miejsce.  

      Zawrócił konia w stron , z której przybył.  

      Opu ciłem Grayswandira.  

      - Nie zapomn  o tobie - obiecałem.  

      - Tak - odparł. - Pami taj.  

      Po czym odjechał galopem, a po chwili odpłyn ło równie  pasmo gazy.  

      Wsun łem Grayswandira do pochwy i zrobiłem krok w przód,  wiat znowu 

zaczynał obraca  si  wokół mnie,  wiatło nast powało po prawej stronie, 

ciemno  cofała si  po lewej. Szukałem jakiej  drogi, by pokona  skaln   cian  za 

plecami. Zdawało si ,  e si ga zaledwie dziesi ciu, mo e pi tnastu metrów w gór  

i chciałem obejrze  widok z jej szczytu. Moja półka ci gn ła si  do  daleko w 

obie strony. Po bli szej inspekcji jednak wyszło na jaw,  e po prawej droga zw a 

si  szybko, nie gwarantuj c odpowiedniego podej cia. Poszedłem wi c w lewo.  

      Dotarłem do mniej gładkiego fragmentu skały, na przew eniu za kamienn  

odnog . Spojrzałem w gór ; wej cie wydawało si  mo liwe. Sprawdziłem, czy z 

tyłu nie grozi mi jakie  nowe niebezpiecze stwo. Widmowa droga odpłyn ła 

jeszcze dalej. Nie dostrzegłem  adnych je d ców. Zacz łem wspinaczk .  

      Podej cie nie było trudne, cho  wysoko  okazała si  wi ksza, ni  s dziłem 

patrz c z dołu - pewnie objaw tego zakrzywienia przestrzennego, które zakłócało 

mi percepcj  tak wielu rzeczy w tym miejscu. Po pewnym czasie podci gn łem si  

w gór  i stan łem wyprostowany.  

      Miałem st d lepszy widok na stron  przeciwn  do otchłani.  

      Raz jeszcze spojrzałem na chaos barw. Od prawej strony p dziła je przed 

sob  ciemno . Teren, nad którym ta czyły, był pełen skał i kraterów, bez  ladów 

ycia. Przez sam jego  rodek, od horyzontu po góry gdzie  po prawej stronie, 

atramentowymi serpentynami wiło si  co , co mogło by  tylko czarn  drog .  

      Po kolejnych dziesi ciu minutach wspinaczki zaj łem pozycj , z której 

mogłem zobaczy  jej pocz tek. Szerok  przeł cz  przekraczała góry i biegła do 

samej kraw dzi otchłani. Tam jej czer  stapiała si  z ciemno ci , widoczna 

jedynie dzi ki temu,  e nie  wieciły przez ni  gwiazdy.  

      Wykorzystuj c to przesłoni cie starałem si  prze ledzi  jej bieg i odniosłem 

wra enie,  e ci gnie si  a  do ciemnego wzniesienia, wokół którego dryfowały 

mgliste pasma.  

background image

 

49 

      Poło yłem si  na brzuchu, by jak najmniej zakłóca  kontur skalnego grzbietu, 

w razie gdyby obserwowały go czyje  niewidoczne oczy. Le c my lałem o tym, co 

umo liwiło to przej cie. Uszkodzenie Wzorca sprawiło,  e Amber stan ł otworem 

dla czarnej drogi i wierzyłem,  e moja kl twa była tu czynnikiem wyzwalaj cym. 

Teraz czułem,  e wszystko to zdarzyłoby si  i bez mojego udziału, cho  bez 

w tpienia odegrałem wa n  rol .  

      Wina wci  le ała po mojej stronie, cho  ju  niecałkowicie, jak kiedy  

uwa ałem. Wspomniałem Eryka, konaj cego na zboczu Kolviru. Powiedział 

wtedy,  e cho  mnie nienawidzi, przed miertn  kl tw  zachowuje dla wrogów 

Amberu. Innymi słowy, dla tych tutaj. Có  za ironia losu. Wszystkie moje wysiłki 

słu yły temu, by dopełni  ostatniej woli najmniej kochanego brata. Jego kl twa, 

by wymaza  moj  kl tw , ze mn  jako czynnikiem wykonawczym. Mo e tak 

wła nie by  powinno, gdyby spojrze  z jakiej  szerszej perspektywy.  

      Wypatrywałem - i byłem szcz liwy,  e bezskutecznie - szeregów l ni cych 

je d ców pod aj cych lub gromadz cych si  na tej drodze. Je li jaki  korpus 

ekspedycyjny ju  nie wyruszył, Amber był chwilowo bezpieczny. 

Natychmiastjednak zaniepokoiło mnie kilka spraw. Przede wszystkim, je li czas 

w tym miejscu zachowywał si  tak dziwacznie, jak mogłoby tego dowodzi  

przypuszczalne pochodzenie Dary, to dlaczego nie nast pił kolejny atak? Mieli z 

pewno ci  do  czasu, by odzyska  siły i przygotowa  inwazj . Czy by co  si  

przydarzyło, całkiem niedawno według czasu Amberu, co diametralnie zmieniło 

ich strategi ? A je li tak, to co?  

      Moja bro ? Powrót Branda do zdrowia? A mo e co  całkiem innego? Czy 

ktokolwiek z rodze stwa stał ostatnio tu, gdzie ja stałem, i spogl dał na Dworce 

Chaosu, wiedz c o czym , o czym ja nie miałem poj cia?  

      Postanowiłem, gdy tylko wróc , wypyta  o to Branda i Benedykta.  

      Wszystko to skierowało moje my li na problem, jak zachowuje si  tutaj czas 

wobec mnie. Lepiej nie czeka  ani chwili dłu ej. Przejrzałem Atuty zabrane z 

biurka Dworkina. Wprawdzie wszystkie były interesuj ce, jednak  aden nie 

przedstawiał znajomej scenerii. Zajrzałem wi c do swojego futerału i 

przerzuciłem karty. Wybrałem Randoma. Mo e to wła nie on niedawno 

próbował si  ze mn  skontaktowa . Podniosłem Atut i wpatrzyłem si  w niego.  

      Po chwili rozpłyn ł si  i spojrzałem na zamglony kalejdoskop obrazów, a w 

ich centrum wyobra enie Randoma. Ruch i poskr cane perspektywy...  

      - Randomie - odezwałem si . - To ja, Corwin.  

      Czułem jego umysł, ale odpowied  nie napłyn ła. Przyszło mi do głowy, ze 

pewnie był w trakcie piekielnego rajdu, bez reszty skoncentrowany na 

przemianach materii Cienia wokół siebie. Nie mógł odpowiedzie , nie trac c 

kontroli. Przesłoniłem Atut dłoni  i przerwałem kontakt.  

      Wyj łem kart  Gerarda. Po chwili nast piło poł czenie. Wstałem.  

      - Gdzie jeste , Corwinie? - zapytał.  

      - Na kra cu  wiata. I chc  wróci  do domu.  

      - Chod .  

      Wyci gn ł r k . Si gn łem ku niej, chwyciłem, post piłem naprzód.  

      Byli my na parterze pałacu w Amberze, w salonie, gdzie zebrali my si  w noc 

po powrocie Branda. Był chyba wczesny ranek. Ogie  płon ł w palenisku. 

background image

 

50 

Byli my sami.  

      - Próbowałem ci  szuka  - powiedział. - Brand chyba tak e, ale nie jestem 

pewien.  

      - Jak długo mnie nie było?  

      - Osiem dni.  

      - Całe szcz cie,  e si  spieszyłem. Co słycha ?  

      - Nic złego - zapewnił. - Nie wiem, czego chce Brand. Stale o ciebie pyta, a ja 

nie mogłem si  z tob  skontaktowa . W ko cu dałem mu tali  i kazałem 

spróbowa , czy potrafi zrobi  to lepiej. Najwyra niej nie potrafił.  

      - Byłem zaj ty - wyja niłem. - A ró nica tempa upływu czasu zbyt du a.  

      Skin ł głow .  

      - Teraz, kiedy ju  nic mu nie grozi, wol  go unika . Znowu wpadł w ten swój 

ponury nastrój. Twierdzi,  e sam mo e o siebie zadba . Zreszt , ma racj . I 

bardzo dobrze.  

      - Gdzie jest teraz?  

      - W swoich pokojach. Był tam mniej wi cej godzin  temu. Rozmy lał.  

      - Wychodził gdzie  przez ten czas?  

      - Kilka niedługich spacerów. Ale od paru dni ju  wcale.  

      - Chyba najlepi j b dzie, je li zaraz do niego pójd . Czy Random przesłał 

jak  wiadomo ?  

      - Tak - przyznali. - Kilka dni temu wrócił Benedykt. Powiedział,  e znale li 

kilka tropów pozostawionych przez syna Randoma, Pomógł mu sprawdzi  

niektóre z nich. Jeden prowadził dalej, a Benedykt s dził,  e w tak niepewnej 

sytuacji nie powinien oddala  si  od Amberu na zbyt długo. Opu cił wi c 

Randoma, który ma samodzielnie prowadzi  poszukiwania. Co  jednak zyskał w 

tej wyprawie. Wrócił ze sztuczn  r k . Pi kna robota. Potrafi robi  ni  wszystko 

to, co dawniej.  

      - Naprawd ? - zdziwiłem si . - Co  mi to przypomina.  

      Przytakn ł z u miechem.  

      - Wspominał,  e przyniosłe  ten przedmiot z Tir-na Nog'th. Chciałby 

porozmawia  z tob  na ten temat i to mo liwie szybko.  

      - Wierz . Gdzie jest?  

      - Na którym  z posterunków, które ustawia wzdłu  czarnej drogi. B dziesz 

musiał go szuka  przez Atut.  

      - Dzi ki - powiedziałem. - Co  nowego o Julianie albo Fionie?  

      Pokr cił głow .  

      - No, dobrze - ruszyłem ku drzwiom. - Chyba jednak najpiemy odwiedz  

Branda.  

      - Chciałbym wiedzie , po co mu byłe  potrzebny.  

      - R d  o tym pami tał - obiecałem.  

      Wyszedłem z pokoju i skierowałem si  w stron  schodów.

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

51 

Rozdział 7 

 

Zastukałem w drzwi Branda.  

      - Wejd , Corwinie.  

      Przest puj c próg zdecydowałem,  e nie zapytam, sk d wiedział,  e to ja. 

Mieszkanie było do  mroczne, a w lichtarzach płon ły  wiece, mimo i  był jasny 

dzie , a pokój miał cztery okna. Trzy z nich całkowicie, a czwarte cz ciowo, 

zasłaniały okiennice. Brand stał wła nie przy czwartym i spogl dał na morze. Był 

ubrany w czarny aksamit, a na szyi zawiesił srebrny ła cuch. Pas tak e miał 

srebrny - z delikatnych, drobnych ogniw. Bawił si  małym sztylecikiem, a kiedy 

wszedłem, nie spojrzał w moj  stron . Wci  był blady, ale przystrzygł brod , 

wymył si  i chyba od ostatniego spotkania przybrał troch  na wadze.  

      - Lepiej wygl dasz - zauwa yłem. - Jak samopoczucie?  

      Odwrócił si  i spojrzał na mnie spod półprzymkni tych powiek.  

      - Gdzie byłe , do diabła? - zapytał.  

      - Tu i ówdzie. Po co mnie szukałe ?  

      - Pytałem, gdzie byłe .  

      - Słyszałem, o co pytałe  - odparłem, ponownie otwieraj c drzwi. - Teraz 

wyjd  i wróc  z powrotem. Powiedzmy,  e cała rozmowa zacznie si  od pocz tku.  

      Westchn ł.  

      - Przepraszam. Dlaczego wszyscy jeste my tacy wra liwi? Sam nie wiem... No, 

dobrze. Mo e lepiej,  eby my zacz li od pocz tku.  

      Wsun ł sztylet do pochwy, przeszedł przez pokój i usiadł w ci kim, 

hebanowym fotelu wykładanym skór .  

      - Martwiłem si  o kilka kwestii, o których dyskutowali my. I o kilka takich, o 

których nie było mowy. Odczekałem wystarczaj co długo,  eby  zd ył zalatwi  

swoje sprawy w Tir-na Nog'th i wróci . Potem spytałem o ciebie i dowiedziałem 

si ,  e jeszcze ci  nie ma. Czekałem wi c. Najpierw byłem zniecierpliwiony, potem 

przestraszony,  e nasi wrogowie zwabili ci  w pułapk . Kiedy spytałem znowu, 

powiedziano mi,  e byłe  w domu, ale zd yłe  tylko porozmawia  z  on  

Randoma - musiało to by  niezwykle wa ne spotkanie - i przespa  si  troch . I 

znowu znikn łe . Zdenerwowałem si ,  e nie uznałe  za stosowne informowa  

mnie o ostatnich wydarzeniach. Postanowiłem jednak poczeka  jeszcze troch . W 

ko cu poprosiłem Gerarda,  eby si  z tob  skontaktował przez Atut. Kiedy nie 

zdołał, byłem ju  powa nie zatroskany. Pó niej próbowałem sam i cho  

kilkakrotnie miałem wra enie,  e docieram, jako  nie mogłem si  przebi . Bałem 

si  o ciebie. A teraz widz ,  e przez cały czas nie było  adnych powodów do obaw. 

Dlatego jestem zdenerwowany.  

      - Rozumiem. - Usiadłem obok niego. - Tak si  zło yło,  e czas biegł dla mnie 

pr dzej ni  dla ciebie. Dlatego z mojego punktu widzenia prawie si  nie 

oddalałem. Chyba w wi kszym ni  ja stopniu odzyskałe  siły po ciosie.  

      - To przynajmniej daje pewn  satysfakcj .  

      - Sam mam sporo problemów, wi c nie dodawaj mi nowych. Szukałe  mnie w 

jakim  celu. Załatwmy t  spraw .  

      - Co  ci  m czy - zauwa ył. - Mo e o tym powinni my najpierw pogada .  

      - W porz dku. Je li chcesz...  

background image

 

52 

      Spojrzałem na obraz wisz cy na  cianie obok drzwi. Olejne płótno w do  

ciemnej tonacji przedstawiało studni  w Miracie i dwóch pogr onych w 

rozmowie m czyzn stoj cych obok swych koni.  

      - Masz bardzo charakterystyczny styl - stwierdziłem.  

      - We wszystkim - odparł.  

      - Z ust mi wyj łe  nast pne zdanie - mrukn łem, poszukałem Atutu Martina i 

podałem mu.  

      Zbadał go, zachowuj c oboj tny wyraz twarzy. Raz tylko spojrzał na mnie z 

ukosa, po czym skin ł głow .  

      - Nie mog  si  wyprze  własnej r ki.  

      - Ta r ka dokonała czego  wi cej ni  tylko stworzenia Atutu. Prawda?  

      Czubkiem j zyka oblizał górn  warg .  

      - Gdzie to znalazłe ? - spytał.  

      - Tam, gdzie to zostawiłe , w samym sercu wszystkiego: w prawdziwym 

Amberze.  

      - No, tak... - Wstał z fotela i zbli ył si  do okna trzymaj c kart  tak, jakby 

chciał j  obejrze  w lepszym  wietle. - No, tak - powtórzył. - Wiesz wi cej, ni  

s dziłem. Sk d si  dowiedziałe  o istnieniu pierwotnego Wzorca?  

      Pokr ciłem głow .  

      - Ty odpowiedz najpierw: czy to ty zadałe  cios Martinowi?  

      Raz jeszcze spojrzał na mnie, przez chwil  stał nieruchomo, po czym kiwn ł 

głow . Jego oczy wci  studiowały moj  twarz.  

      - Dlaczego?  

      - Kto  musiał - wyja nił. - Aby otworzy  drog  dla sił, które były nam 

potrzebne. Ci gn li my losy.  

      - I ty wygrałe .  

      - Wygrałem? Przegrałem?- Wzruszył ramionami. - Co to ma za znaczenie? 

Nie wszystko poszło tak, jak planowali my. Jestem teraz innym człowiekiem ni  

wtedy.  

      - Zabiłe  go?  

      - Co?  

      - Czy zabiłe  Martina, syna Randoma? Czy umarł wskutek ran, jakie mu 

zadałe ?  

      Rozło ył r ce.  

      - Nie mam poj cia - wyznał. - Je li nie, to nie dlatego,  e nie próbowałem. Nie 

musisz szuka  dalej. Znalazłe  winnego. A skoro ju  go masz, co zrobisz dalej?  

      Pokr ciłem głow .  

      - Ja? Nic. O ile wiem, chłopak mo e jeszcze  yje.  

      - Wi c przejd my do powa niejszych problemów. Od jak dawna wiesz o 

istnieniu prawdziwego Wzorca?  

      - Wystarczaj co dawno. O jego pochodzeniu, jego funkcji, o działaniu na 

niego krwi Amberu... dostatecznie dawno. Uwa niej słuchałem Dworkina, ni  

mógłby  s dzi . Jednak nie dostrzegłem  adnych korzy ci płyn cych z naruszania 

samej osnowy istnienia. Dlatego przez bardzo, bardzo długi czas wolałem nie 

budzi  licha. Zreszt  do chwili naszego niedawnego spotkania nie przyszło mi 

nawet do głowy,  e czarna droga mo e mie  jaki  zwi zek z tak  bezmy lno ci . 

background image

 

53 

Kiedy pojechałem skontrolowa  Wzorzec, znalazłem Atut Martina i cał  reszt .  

      - Nie miałem poj cia,  e znasz Mamina.  

      - Nigdy w  yciu nie widziałem go na oczy.  

      - Wi c sk d wiedziałe ,  e to on został przedstawiony na Atucie?  

      - Nie byłem sam w owym miejscu.  

      - A z kim?  

      U miechn łem si .  

      - Nie, Brandzie. To wci  twoja kolej. Podczas naszej ostatniej rozmowy 

powiedziałe ,  e nasi wrogowie przybyli a  od Dworców Chaosu,  e mieli dost p 

do naszej dziedziny poprzez co , co stworzyli cie ty, Bleys i Fiona, kiedy mieli cie 

jeszcze wspólne pogl dy na optymalne metody zdobycia tronu. Teraz ju  wiem, 

co zrobili cie. Jednak e Benedykt pilnuje czarnej drogi, a ja sam niedawno 

spogl dałem na Dworce Chaosu. I nie dostrzegli my  adnego grupowania wojsk, 

adnych ruchów na czarnej drodze. Wiem,  e czas płynie tam inaczej. Powinni 

bez  adnych problemów przygotowa  kolejny atak. Chc  wiedzie , co ich 

powstrzymuje. Dlaczego nie ruszyli? Na co czekaj , Brandzie?  

      -  dasz informacji, których nie posiadam.  

      - Nie s dz . Jeste  uznanym ekspertem w tej dziedzinie. Prowadziłe  z nimi 

rozmowy. Ten Atut jest dowodem,  e nie wyznałe  mi wszystkiego. Nie próbuj 

kluczy , tylko mów.  

      - Dworce... - powtórzył. - Nie traciłe  czasu. Eryk był durniem,  e nie kazał 

zabi  ci  od razu... o ile zdawał sobie spraw  z twojej wiedzy.  

      - Eryk był durniem - zgodziłem si . - Ale ty nie jeste . Wi c mów.  

      - Ale  jestem - o wiadczył. - W dodatku sentymentalnym durniem. Czy 

pami tasz nasz  ostatni  kłótni , tu w Amberze, dawno temu?  

      - Mniej wi cej.  

      - Siedziałem wtedy na łó ku. Ty stałe  przy biurku. Kiedy si  odwróciłe  i 

podszedłe  do drzwi, postanowiłem ci  zabi . Si gn łem pod łó ko, gdzie zawsze 

trzymam naci gni t  kusz  ze strzał . Miałem j  ju  w r ku i chciałem 

wymierzy , gdy zauwa yłem co , co mnie powstrzymało.  

      Urwał.  

      - Co to było? - zapytałem.  

      - Spójrz tam, koło drzwi.  

      Spojrzałem, ale nie dostrzegłem niczego szczególnego. Pokr ciłem głow , a on 

dodał:  

      - Na podłodze.  

      Wtedy zrozumiałem: rdzawy, oliwkowy, zielony, w drobny, geometryczny 

dese .  

      Przytakn ł.  

      - Stałe  na moim ulubionym dywanie. Nie chciałem poplami  go krwi . 

Pó niej gniew min ł. Tak wi c, jak sam widzisz, ja równie  jestem niewolnikiem 

emocji i okoliczno ci.  

      - Wzruszaj ca historia... - zacz łem. - Ale teraz wolałby ,  ebym przeszedł do 

tematu.  

      - Ale ja wcale nie zmieniłem tematu. Próbowałem przeprowadzi  porównanie. 

Wszyscy  yjemy dzi ki czyjej  tolerancji i szcz liwym przypadkom. Chc  

background image

 

54 

zaproponowa  odło enie na bok tej tolerancji i eliminacj  mo liwych 

przypadków w kilku niezwykle wa nych kwestiach. Najpierw jednak postaram 

si  odpowiedzie  na twoje pytanie. Nie wiem wprawdzie, co ich powstrzymuje, ale 

mog  chyba zaryzykowa  pewne hipotezy, moim zdaniem prawdopodobne. Bleys 

zebrał wielkie siły, maj ce zaatakowa  Amber. Na pewno daleko im do skali tej 

inwazji, w której sam wzi łe  udział. Liczy jednak na reakcj  warunkowan  

wspomnieniami z tamtej bitwy. Przypuszczam,  e przed natarciem spróbuj  

zamordowa  ciebie i Benedykta. Cały ten manewr posłu y jednak tylko 

odwróceniu uwagi. S dz ,  e Fiona nawi zała kontakt z Dworcami Chaosu, mo e 

nawet przebywa tam w tej chwili i przygotowała ich do prawdziwego ataku. 

Mo na go oczekiwa  w ka dej chwili, po zbrojnej wycieczce Bleysa. Zatem...  

      - Mówisz,  e to prawdopodobna hipoteza - przerwałem. - Ale przecie  nie 

wiemy nawet, czy Bleys jeszcze  yje.  

      - Bleys  yje - o wiadczył. - Za pomoc  Atutu zdołałem si  o tym przekona . A 

nawet uzyska  krótki wgl d w jego działania, zanim wyczuł moj  obecno  i 

zablokował poł czenie. Jest bardzo wyczulony na tak  inwigilacj . Widziałem go 

w polu, w ród  ołnierzy, których chce u y  przeciw Amberowi.  

      - A Fiona?  

      - Nie. Wolałem unika  eksperymentów z jej Atutem, i tobie te  je odradzam. 

Jest wyj tkowo gro na; nie chciałem si  otwiera  na jej wpływy. Domysły na 

temat jej aktualnej sytuacji opieram raczej na dedukcji ni  na bezpo redniej 

wiedzy. Chocia  skłonny jestem na nich polega .  

      - Rozumiem.  

      - Mam pewien plan.  

      - Mów.  

      - Uwolniłe  mnie z wi zienia niezwykle chytrym sposobem: poł czyłe  moc 

koncentracji wszystkich obecnych. Mo emy jeszcze raz u y  tej samej techniki, 

cho  w innym celu. Taka pot ga bez trudu przełamie bariery ochronne jednego 

człowieka... Nawet kogo  takiego jak Fiona. Pod warunkiem,  e zostanie 

wła ciwie pokierowana.  

      - Inaczej mówi c: pokierowana przez ciebie?  

      - Oczywi cie. Proponuj  zebra  cał  rodzin  i przeforsowa  kontakt z Fion  i 

Bleysem, gdziekolwiek si  znajduj . Przytrzymamy ich, zablokujemy fizycznie. 

Wystarczy na chwil .  ebym tylko zd ył uderzy .  

      - Tak jak z Martinem?  

      - Wierz ,  e lepiej. Martin wyrwał si  w ostatniej chwili. Tym razem, gdy 

wszyscy b dziecie mi pomaga , powinni my tego unikn . Przypuszczam,  e 

wystarczy nawet troje albo czworo.  

      - Naprawd  s dzisz,  e przeprowadzisz wszystko bez problemów?  

      - Wiem,  e nale y próbowa . Czas ucieka. B dziesz jednym z tych, którzy 

zostan  zlikwidowani zaraz po zdobyciu Amberu. Ja zreszt  te . Co ty na to?  

      - Je li mnie przekonasz,  e to naprawd  konieczne; wtedy nie b d  miał 

innego wyj cia, jak tylko wyrazi  zgod .  

      - Uwierz mi, to konieczne. Nast pna sprawa: b d  potrzebował Klejnotu 

Wszechmocy.  

      - Po co?  

background image

 

55 

      - Je li Fiona rzeczywi cie przebywa w Dworcach Chaosu, sam Atut nie 

wystarczy,  eby jej dosi gn  i przytrzyma ... Nawet gdyby my wszyscy 

próbowali. W jej przypadku Klejnot jest niezb dny, by zogniskowa  nasz  

energi .  

      - S dz ,  e to si  da załatwi .  

      - Im szybciej zaczniemy, tym lepiej. Mo esz zorganizowa  wszystko na dzi  

wieczór? Czuj  si  całkiem dobrze i potrafi  wykona  swoje zadanie.  

      - Nie, do diabła - odparłem wstaj c.  

      - Co znaczy: nie? - Zacisn ł palce na por czach fotela i uniósł si  lekko. - 

Dlaczego?  

      - Powiedziałem przecie : zgodz  si , je li mnie przekonasz,  e to konieczne. 

Sam przyznałe ,  e wi ksza cz  twoich wywodów to hipotezy. Cho by to samo 

wystarczy,  ebym nie był przekonany.  

      - Wi c zapomnij o przekonaniach. Czy mo esz sobie pozwoli  na ryzyko? 

Nast pny atak, Corwinie, b dzie o wiele silniejszy od poprzedniego. Wiedz  ju  o 

twojej nowej broni. Uwzgl dni  j  w swoich planach.  

      - Nawet gdybym si  z tob  zgodził, Brandzie, to z pewno ci  nie przekonam 

pozostałych,  e egzekucje s  konieczne.  

      - Nie przekonasz? Po prostu im powiedz! Trzymasz ich teraz za gardło, 

Corwinie. Jeste  na szczycie. Chcesz chyba tam pozosta ?  

      U miechn łem si  i podszedłem do drzwi.  

      - I pozostan  - zapewniłem. - Załatwiaj c sprawy po swojemu. Zachowam w 

pami ci twoje sugestie.  

      - Po twojemu b dziesz trupem. Szybciej, ni  my lisz.  

      - Znowu stoj  na twoim dywanie - zauwa yłem.  

      Wybuchn ł  miechem.  

      - Bardzo dobrze. Ale nie próbowałem ci grozi . Wiesz dobrze, o co mi chodzi. 

Jeste  odpowiedzialny za cały Amber. Nie mo esz popełni  bł du.  

      - Ty tak e wiesz, o co mi chodzi. Nie zabij  kolejnej dwójki rodze stwa 

jedynie z powodu twoich podejrze . Potrzebuj  czego  wi cej.  

      - Kiedy to dostaniesz, mo e by  za pó no.  

      Wzruszyłem ramionami.  

      - Zobaczymy.  

      Chwyciłem za klamk .  

      - Co teraz zrobisz?  

      Pokr ciłem glow .  

      - Nie opowiadam wszystkim dookoła tego, co wiem, Brandzie. To rodzaj 

ubezpieczenia.  

      - Doceniam to. Mam tylko nadziej ,  e wiesz wystarczaj co du o.  

      - A mo e si  boisz,  e wiem za du o?  

      Przez sekund  błysn ła w jego oczach czujno . Potem si  u miechn ł.  

      - Nie boj  si  ciebie, bracie - oznajmił.  

      - To dobrze, gdy kto  nie ma powodów do l ku - odparłem.  

      Otworzyłem drzwi.  

      - Zaczekaj - rzucił.  

      - Tak?  

background image

 

56 

      - Nie powiedziałe , kto był z tob , kiedy znalazłe  Atut Martina w miejscu, 

gdzie go zostawiłem.  

      - Ach... to Random.  

      - Rozumiem. Czy jest  wiadom wszystkich szczegółów?  

      - To znaczy, czy wie,  e pchn łe  no em jego syna? Odpowied  brzmi: nie. 

Jeszcze nie.  

      - Rozumiem. A co z now  r k  Benedykta? Słyszałem,  e jako  wyniosłe  j  z 

Tir-na Nog'th. Chciałbym dowiedzie  si  czego  wi cej na ten temat.  

      - Nie teraz - powiedziałem. - Zostawmy co  na nasze nast pne spotkanie. 

Przecie  to ju  niedługo.  

      Wyszedłem i zamkn łem za sob  drzwi, dzi kuj c w my lach dywanowi.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

57 

Rozdział 8 

 

Odwiedziłem kuchni , starannie przygotowałem gigantyczny posiłek i 

zniszczyłem go doszcz tnie. Potem ruszyłem do stajni, gdzie wyszukałem 

pi knego, młodego gniadosza. Dawniej nale ał do Eryka. Mimo to 

zaprzyja nili my si  szybko i wkrótce pod ali my szlakiem prowadz cym w dół 

Kolviru, do obozu moich oddziałów z Cienia. Jechałem, trawiłem i próbowałem 

uło y  w my lach wszystkie zdarzenia i fakty ostatnich kilku godzin. Je eli 

Amber istotnie powstał w wyniku aktu buntu Dworkina w Dworcach Chaosu, to 

wszyscy byli my spokrewnieni z siłami, które nam zagra ały.  

      Oczywi cie, trudno oceni , w jakiej mierze słowa starca zasługuj  na zaufanie. 

Jednak e czarna droga biegła wprost do Dworców Chaosu i najwyra niej 

pojawiła si  w rezultacie rytuału Branda, który z kolei opierał si  na zasadach 

przekazanych przez szalonego maga. Szcz liwie te fragmenty opowie ci, w które 

najtrudniej było uwierzy , z czysto praktycznego punktu widzenia nie miały 

istotnego znaczenia. Chocia   ywiłem do  mieszane uczucia dla teorii o swoim 

pochodzeniu od Jednoro ca...  

      - Corwinie!  

       ci gn łem wodze. Otworzyłem umysł na przesłanie i pojawił si  obraz 

Ganelona.  

      - Tu jestem - powiedziałem. - Jak zdobyłe  komplet Atutów? I jak nauczyłe  

si  ich u ywa ?  

      - Zabrałem jedn  tali  z biblioteki. Ju  do  dawno. Pomy lałem,  e dobrze 

b dzie dysponowa  jakim   rodkiem ł czno ci w nagłych wypadkach. Co do 

u ywania, to wła nie zrobiłem to, co chyba wy wszyscy: popatrzyłem na Atut, 

pomy lałem o nim, skupiłem si  na kontakcie z przedstawion  osob .  

      - Sam powinienem da  ci komplet. Zapomniałem o tym i ciesz  si ,  e 

naprawiłe  to przeoczenie. Wypróbowujesz je teraz, czy co  si  stało?  

      - Stało si  - odpowiedział. - Gdzie jeste ?  

      - Zupełnie przypadkiem jad  wła nie,  eby si  z tob  zobaczy .  

      - Nic ci nie jest?  

      - Nie.  

      - To dobrze. W takim razie zaczekam. Wol  na razie nie próbowa  

przeci gania ci  przez to cudo, tak jak wy to robicie. Sprawa nie jest a  tak pilna. 

Spotkamy si  wkrótce.  

      - W porz dku.  

      Przerwał kontakt, a ja spi łem konia i ruszyłem dalej.  

      Przez chwil  byłem zirytowany,  e zwyczajnie nie poprosił mnie o Atuty. 

Potem przypomniałem sobie,  e byłem nieobecny prawie tydzie  czasu Amberu. 

Pewnie si  o mnie martwił, a wolał nie zwraca  si  do innych z tak  pro b . Mo e 

i słusznie.  

      Zjazd min ł szybko, podobnie jak pozostała cz  drogi. Ko , który, 

nawiasem mówi c, nazywał si  Werbel, był szcz liwy,  e mo e si  przejecha ; 

przy ka dej okazji przejawiał skłonno  do przechodzenia w galop. W pewnym 

momencie pozwoliłem mu na to,  eby si  troch  zm czył. Po chwili dostrzegłem 

obóz.  

background image

 

58 

      Mniej wi cej w tym samym czasie zdałem sobic spraw ,  e t skni  za 

Gwiazd .  

      Kiedy wjechałem do obozu, zogniskowałem na sobie wszystkie spojrzenia. 

Ludzie salutowali. Gdzie przeje d ałem, robiło si  cicho i ustawała wszelka 

praca.  

      Zastanawiałem si , czy wierz ,  e przybyłem wysła  ich do bitwy.  

      Zanim zeskoczyłem z siodła, w otworze namiotu stan ł Ganelon.  

      - Szybko - zauwa ył,  ciskaj c mi prawic . - Pi kny ko .  

      - Owszem - przyznałem, rzucaj c wodze jego ordynansowi. - Co nowego?  

      - No... - mrukn ł. - Rozmawiałem z Benedyktem...  

      - Co  si  dzieje na czarnej drodze?  

      - Nie, nic podobnego. Przyjechał do mnie, kiedy wrócił od tych swoich 

przyjaciół, tych Tecysów. Powiedział,  e u Randoma wszystko w porz dku i 

pod a jakim   ladem pozostawionym przez Martina. Potem zacz li my gada  o 

innych sprawach i w ko cu poprosił,  ebym mu opowiedział wszystko, co wiem o 

Darze. Random mu mówił, jak przeszła Wzorzec, i uznał,  e zbyt wielu ludzi 

potwierdza jej istnienie.  

      - I co mu powiedziałe ?  

      - Wszystko.  

      - O domysłach i spekulacjach... po Tir-na Nog'th?  

      - Wła nie tak.  

      - Rozumiem. Jak to przyj ł?  

      - Chyba si  ucieszył. Nawet był szcz liwy. Zreszt  sam z nim pogadaj.  

      Skin łem głow , a on podszedł do namiotu, odchylił klap  i stan ł z boku. 

Wszedłem.  

      Benedykt siedział na niskim stołku przy skrzyni, na której le ała rozło ona 

mapa. Przesuwał po niej długim, metalowym palcem l ni cej, szkieletowej dłoni, 

tkwi cej na ko cu  mierciono nego, okablowanego srebrem i ł czonego 

płomieniem mechaniczego ramienia, umocowanego do kikuta prawej r ki troch  

poni ej punktu, gdzie został odci ty r kaw br zowej koszuli. Ten widok sprawił, 

e zadr ałem: tak bardzo przypominał ducha spotkanego w mie cie na niebie. 

Podniósł głow  i spojrzał mi w oczy. Potem skin ł r k  na powitanie - lekkim, 

perfekcyjnie wykonanym gestem. Na jego twarzy dostrzegłem najszerszy 

u miech, jaki widziałem w  yciu.  

      - Corwinie! - powiedział, po czym wstał i wyci gn ł t  r k .  

      Zmusiłem si , by u cisn  aparat, który omal mnie nie zabił. Jednak 

Benedykt sprawiał wra enie przychylniej do mnie nastawionego, ni  był 

przedtem. Potrz sn łem now  dłoni . Ucisk palców był idealny. Próbowałem nie 

zwraca  uwagi na jej chłód i kanciasto ; prawie mi si  udało. Byłem zdumiony, 

e tak szybko zdołał opanowa  urz dzenie.  

      - Jestem ci winien przeprosiny - powiedział, -  le ci  oceniłem. Przepraszam.  

      - Drobiazg. Rozumiem.  

      U cisn ł mnie, a moj  wiar ,  e mi dzy nami nareszcie zapanowała zgoda, 

przy miewał jedynie dotyk tych precyzyjnych, morderczych palców na ramieniu.  

      Ganelon parskn ł  miechem i wniósł dodatkowy stołek, który ustawił po 

przeciwnej stronie skrzyni.  

background image

 

59 

      Z pocz tku byłem zły,  e poruszył temat, którego wolałem unika  niezale nie 

od okoliczno ci. Jednak wobec efektów tej niedyskrecji gniew min ł: nie 

pami tam,  ebym widział Benedykta w lepszym nastroju.  

      Ganelon był wyra nie zadowolony,  e doprowadził do zako czenia naszych 

sporów. U miechn łem si  tak e. Odpi łem pas, zawiesiłem Grayswandira na 

maszcie namiotu i przyj łem podsuni ty stołek. Ganelon wyj ł trzy kielichy i 

butelk  wina.  

      - W podzi kowaniu za go cin  w twoim namiocie - powiedział nalewaj c. - 

Tamtej nocy, w Avalonie.  

      Z cichutkim stukiem Benedykt uj ł kielich.  

      - W tym namiocie jest wi cej swobody - zauwa ył. - Prawda, Corwinie?  

      Przytakn łem i uniosłem kielich.  

      - Wypijmy za t  swobod . Oby trwała zawsze.  

      - Po raz pierwszy od bardzo dawna - powiedział - miałem okazj  do szczerej 

rozmowy z Randomem. Zmienił si  troch .  

      - To prawda.  

      - Bardziej jestem teraz skłonny mu zaufa , ni  za dawnych dni. Kiedy 

opu cili my Tecysów, mieli my do  czasu na dyskusje.  

      - Dok d zmierzali cie?  

      - Pewne uwagi, jakie Martin wypowiedział w obecno ci swoich gospodarzy, 

sugerowały,  e ruszył do pewnego znanego mi miejsca w gł bi Cienia: do 

blokowego miasta Heerat. Dotarli my tam i stwierdzili my,  e odgadli my 

prawidłowo. Przeje d ał tamt dy.  

      - Nie słyszałem o Heerat - wyznałem.  

      - To skupisko cegieł i kamieni, centrum handlowe na skrzy owaniu kilku 

szlaków kupieckich. Random uzyskał tam informacje, które poprowadziły go na 

wschód i zapewne jeszcze dalej w Cie . Rozstali my si  w Heerat, gdy  nie 

chciałem na tak długo opuszcza  Amberu. Była te  pewna sprawa natury 

osobistej, któr  chciałem zbada . Random opowiadał,  e widział, jak w dniu 

bitwy Dara przeszła Wzorzec.  

      - Zgadza si  - potwierdziłem. - Przeszła. Te  tam byłem.  

      Skin ł głow .  

      - Wspomniałem ju , jakie wra enie wywarł na mnie Random. Wierzyłem,  e 

mówi prawd . Je li tak, to mo e i ty nie kłamałe . W tej sgtuacji musiałem zaj  

si  t  dziewczyn . Ty byłe  nieosi galny, wi c odwiedziłem Ganelona. Przybyłem 

par  dni temu i skłoniłem do opowiedzenia wszystkiego, co wiedział o Darze.  

      Spojrzałem na Ganelona, który lekko pochylił głow .  

      - Zatem wierzysz teraz,  e odkryłe  now  krewn  - stwierdziłem. - Kłamliw  z 

natury, i mo liwe,  e nasz  nieprzyjaciółk , ale jednak krewn . Co teraz zrobisz?  

      Poci gn ł łyk wina.  

      - Chciałbym wierzy  w nasze pokrewie stwo. Sama idea wydaje si  

interesuj ca. Dlatego zale y mi na całkowitej pewno ci. Gdyby si  okazało,  e 

naprawd  jeste my rodzin , chciałbym z kolei zrozumie  motywy jej 

post powania. I dlaczego nigdy nie dała mi zna  o swym istnieniu.  

      Odstawił kielich, podniósł now  dło  i rozprostował palce.  

      - Zaczn  wi c - ci gn ł - od spytania o twoje prze ycia w Tir-na Nog'th, 

background image

 

60 

maj ce zwi zek ze mn  i z Dar . Ciekaw te  jestem, sk d wzi ła si  ta r ka, która 

jest jakby specjalnie dla mnie stworzona. Nie słyszałem jeszcze o obiekcie 

fizycznym, przyniesionym z miasta na niebie.  

      Zacisn ł palce w pi , rozprostował je, obrócił dło , wyci gn ł r k , podniósł 

i opu cił delikatnie na kolano.  

      - Random wykonał niezwykle udan  operacj , nie s dzisz? - zako czył.  

      - Niezwykle - zgodziłem si .  

      - Wi c opowiesz mi wszystko?  

      Kiwn łem głow  i wypiłem łyk wina.  

      - Wszystko zdarzyło si  w pałacu na niebie - zacz łem. - Otaczały mnie 

zmienne, atramentowe cienie. Czułem,  e musz  dotrze  do sali tronowej. 

Uczyniłem to, a kiedy cienie si  rozst piły, dostrzegłem ciebie, stoj cego po 

prawej stronie tronu. Miałe  t  r k . Kiedy wszystko jeszcze bardziej poja niało, 

zobaczyłem Dar  na tronie. Podszedłem i dotkn łem jej Grayswandirem, dzi ki 

czemu stałem si  dla niej widzialny. O wiadczyła,  e jestem martwy od wieków i 

nakazała powrót do grobu. Za dałem, by wyznała swe pochodzenie. 

Powiedziała,  e jest potomkiem twoim i diablicy Lintry.  

      Benedykt odetchn ł gło no, ale milczał.  

      - Czas, mówiła, płynie w miejscu jej narodzin w tempie tak ró nym od 

naszego,  e przemin ło tam ju  kilka pokole . Ona była pierwsz , która posiadła 

wszystkie ludzkie atrybuty. Raz jeszcze nakazała mi odej . Ty przez ten czas 

studiowałe  kling  Grayswandira. Potem uderzyłe , by oddali  od niej 

niebezpiecze stwo. Walczyli my. Moje ostrze mogło ciebie dosi gn , twoja r ka 

mogła dosi gn  mnie. To wszystko. Poza tym był to pojedynek duchów. Kiedy 

zacz ło wschodzi  sło ce i miasto zanikało, pochwyciłe  mnie t  dłoni . 

Odr bałem j  Grayswandirem i uciekłem. Zabrałem j  ze sob , poniewa  jej 

palce były wbite w moje rami .  

      - Ciekawe - mrukn ł Benedykt. - Wiedziałem,  e mo na tam uzyska  fałszywe 

przepowiednie, obrazuj ce raczej l ki i ukryte pragnienia przybysza, ni  

prawdziwy obraz rzeczy przyszłych. Jednak Tir-na Nog'th czasem zdradza tak e 

nieznane wcze niej fakty. I jak zwykle trudno jest oddzieli  od plew to, co 

warto ciowe. Jak odczytujesz te zdarzenia?  

      - Benedykcie - powiedziałem. - W zasadzie wierz  w opowie  o jej 

pochodzeniu. Ty nigdy jej nie widziałe , ale ja tak. Jest do ciebie troch  podobna. 

Co do reszty... to dokładnie tak, jak powiedziałe : resztki, które pozostaj , kiedy 

oddzielimy prawd .  

      Wolno skin ł głow  i widziałem,  e nie jest przekonany. Wolałem jednak 

zako czy  t  rozmow . Równie dobrze jak ja zdawał sobie spraw , co implikuj  

owe resztki. Gdyby zdecydował si  za da  tronu i gdyby go zdobył, pewnego 

dnia rzeczywi cie mógłby ust pi  na korzy  swego jedynego potomka.  

      - Co zrobisz? - spytałem.  

      - Co zrobi ? A co teraz robi Random z powodu Martina? B d  jej szukał, 

znajd , wysłucham tej historii z jej własnych ust, a potem zdecyduj . To wszystko 

musi jednak poczeka , dopóki nie rozwi emy problemu czarnej drogi. Jest 

jeszcze jedna sprawa, któr  chciałbym z tob  omówi .  

      - O co chodzi?  

background image

 

61 

      - Je eli w ich twierdzy upływ czasu jest tylekro  szybszy, mieli go a  nadto, by 

przygotowa  kolejny atak. Nie mam ochoty czeka  i spotyka  ich tylko w 

potyczkach, które o niczym nie rozstrzygaj . My l , by pod y  czarn  drog  a  

do jej pocz tków i uderzy  na ich własnym terenie. Wolałbym zrobi  to z twoj  

zgod .  

      - Benedykcie - powiedziałem. - Czy patrzyłe  kiedy  na Dworce Chaosu?  

      Uniósł głow  i spojrzał na  lep   cian  namiotu.  

      - Całe wieki temu, kiedy byłem młody - odparł. - Dotarłem w piekielnym 

rajdzie tak daleko, jak tylko zdołałem. Tam, pod rozdzielonym niebem, 

zobaczyłem przera aj c  otchła . Nie wiem, czy tam le y mój cel ani czy czarna 

droga biegnie tak daleko, ale gdyby tak wła nie było, gotów jestem wyruszy  

znowu.  

      - Tak wła nie jest.  

      - Sk d masz t  pewno ?  

      - Dopiero co powróciłem z tej krainy. Tam unosi si  czarna cytadela. Do niej 

prowadzi droga.  

      - Czy trudno jest tam dotrze ?  

      - Spójrz na to - wydobyłem Atut i podałem mu. - Nale ał do Dworkina. 

Znalazłem go w jego rzeczach. I wła nie wypróbowałem. Przeniósł mnie. Czas 

płynie tam bardzo szybko. Zostałem zaatakowany przez je d ca na dryfuj cej 

cie ce, której nie przedstawiono na rysunku. Kontakt przez Atuty jest 

utrudniony, by  mo e z powodu ró nicy czasów. Gerard  ci gn ł mnie z 

powrotem.  

      Przygl dał si  karcie.  

      - To chyba to samo miejsce, które wtedy widziałem - mrukn ł. - To by 

rozwi zywało problemy logistyczne. Je li staniemy po obu stronach Atutu, 

mo emy przerzuci   ołnierzy w taki sam sposób, jak z Kolviru do Garnath w 

dniu bitwy.  

      Przytakn łem.  

      - To jeden z powodów, dla których pokazałem ci t  kart : by ci  przekona ,  e 

działam w dobrej wierze. Istnieje mo e sposób mniej ryzykowny od marszu 

naszych wojsk w nieznane. Zaczekaj ze swoim planem, póki nie zbadam 

dokładniej innych mo liwo ci.  

      - I tak musiałbym czeka , a  zbior  jakie  dane na temat tego miejsca. Nie 

wiemy nawet, czy twoja bro  b dzie tam działała. Prawda?  

      - Nie, nie wzi łem ze sob  egzemplarza.  

      Zacisn ł wargi.  

      - Uwa am,  e powiniene  o tym pomy le , zabra  cho  jedn  sztuk  i 

sprawdzi .  

      - Okoliczno ci mojego odjazdu nie pozwoliły na takie przygotowania.  

      - Okoliczno ci?  

      - Innym razem. To teraz niewa ne. Wspomniałe  o pod eniu czarn  drog  a  

do jej pocz tku...  

      - Owszem...  

      - To nie jest jej prawdziwy pocz tek. Jej  ródło le y w prawdziwym Amberze, 

w defekcie pierwotnego Wzorca.  

background image

 

62 

      - Tak, słyszałem. I Random, i Ganelon opisali mi wasz  drog  do miejsca, 

gdzie le y prawdziwy Wzorzec. A tak e jego uszkodzenie, jakie tam odkryli cie. 

Dostrzegam analogi  i mo liwy zwi zek...  

      - Pami tasz moj  ucieczk  z Avalonu i twój po cig?  

      W odpowiedzi tylko u miechn ł si  lekko.  

      - Jeden raz przecinali my czarn  drog . Przypominasz sobie?  

      Zmru ył oczy.  

      - Tak - przyznał. - Przebiłe  przez ni   cie k ,  wiat wrócił tam do normy. 

Zapomniałem o tym.  

      - Wzorzec tak na ni  podziałał - wyja niłem. - Uwa am,  e mo na 

wykorzysta  ten efekt na szersz  skal .  

      - Jak szersz ?  

      -  eby zetrze  cał  drog .  

      Odchylił si  do tyłu i obserwował moj  twarz.  

      - Dlaczego wi c nie zajmujesz si  tym?  

      - Musz  najpierw podj  pewne przygotowania.  

      - Ile czasu to potrwa?  

      - Niewiele. Mo e tylko par  dni. Mo e kilka tygodni.  

      - Czemu wcze niej nic nie mówiłe ?  

      - Dopiero niedawno si  dowiedziałem, jak mo na to zrobi .  

      - A jak mo na to zrobi ?  

      - W zasadzie rzecz sprowadza si  do naprawienia Wzorca.  

      - No, dobrze - westchn ł. - Powiedzmy,  e ci si  uda. Nieprzyjaciel wci  tam 

b dzie. - Skin ł r k  w stron  Garnath i czarnej drogi. - Kto  ju  raz otworzył im 

przej cie.  

      - Nieprzyjaciel zawsze tam był - zauwa yłem. - I nasz  spraw  b dzie 

dopilnowa , by znowu nie otworzono im przej cia... A mo na to osi gn  przez 

odpowiednie potraktowanie tych, którzy zrobili to za pierwszym razem.  

      - Zgadzam si  z tob  - o wiadczył. - Ale nie to miałem na my li. Trzeba 

udzieli  im lekcji, Corwinie. Chc  ich nauczy  szacunku dla Amberu, by nawet w 

przypadku ponownego otwarcia drogi bali si  z niej skorzysta . O to mi chodzi. 

To konieczne.  

      - Nie zdajesz sobie sprawy, czym b dzie walka w tamtym miejscu, Benedykcie. 

To... dosłownie... nie do opisania.  

      U miechn ł si , wstaj c.  

      - W takim razie, chyba najlepiej sam wszystko obejrz . Zatrzymam kart  na 

pewien czas, je li nie masz nic przeciw temu.  

      - Nie mam.  

      - To dobrze. Zatem, Corwinie, ty zajmiesz si  spraw  Wzorca, a ja swoimi 

sprawami. Ja równie  potrzebuj  czasu. A teraz, na okres mojej nieobecno ci, 

musz  wyda  oficerom rozkazy. Zawrzyjmy umow ,  e  aden z nas nie 

przedsi we mie niczego ostatecznego bez porozumienia z drugim.  

      - Zgoda.  

      Dopili my resztk  wina.  

      - Wkrótce ja tak e ruszam w drog  - oznajmiłem. - Zatem: powodzenia.  

      - I tobie - u miechn ł si  znowu. - Wszystko wygl da lepiej - dodał i 

background image

 

63 

wychodz c u cisn ł mnie za rami .  

      Pod yli my za nim na zewn trz.  

      - Przyprowad  konia Benedykta - polecił Ganelon ordynansowi, który stał 

pod drzewem. Potem odwrócił si  i wyci gn ł r k  do Benedykta. - Ja tak e 

chciałbym ci  yczy  powodzenia.  

      Benedykt skin ł głow  i u cisn ł mu dło .  

      - Dzi ki, Ganelonie. Za wiele rzeczy.  

      Wyj ł swoje Atuty.  

      - Zanim doprowadz  mi konia - stwierdzii - mog  przekaza  Gerardowi 

ostatnie wie ci.  

      Przerzucił karty, wybrał jedn  i spojrzał na ni  w skupieniu.  

      - Jak chcesz naprawi  Wzorzec? - zapytał Ganelon.  

      - Musz  najpierw odzyska  Klejnot Wszechmocy - wyja niłem. - Z jego 

pomoc  zdołam ponownie wyrysowa  uszkodzony fragment.  

      - Czy to niebezpieczne?  

      - Tak.  

      - A gdzie jest Klejnot?  

      - Na cieniu - Ziemi, gdzie go ukryłem.  

      - A czemu go tam zostawiłe ?  

      - Bałem si ,  e mnie zabije.  

      Wykrzywił twarz w niesamowitym grymasie.  

      - Nie podoba mi si  to wszystko, Corwinie. Musi by  jaki  inny sposób.  

      - Gdybym znał lepszy, na pewno bym go wypróbował.  

      - A gdyby zwyczajnie post pi  zgodnie z planem Benedykta i pobi  ich 

wszystkich? Sam mówiłe ,  e w Cieniu mo na zwerbowa  ogromn  armi . A poza 

tym na polu bitwy nie ma równego sobie.  

      - Jednak uszkodzenie pozostałoby na Wzorcu i kto  inny by si  zjawił, by je 

wypełni . W tej chwili to nie wrogowie s  wa ni, ale nasza własna, wewn trzna 

słabo . Je eli jej nie usuniemy, to ju  jeste my pokonani, cho   aden obcy 

zdobywca nie stan ł jeszcze w naszych murach.  

      Odwrócił si .  

      - Trudno si  z tob  spiera . Lepiej znasz własn  dziedzin . Uwa am jednak, 

e mo esz popełni  tragiczny bł d, nara aj c si  w zb dnym, by  mo e, 

przedsi wzi ciu i to w chwili, gdy jeste  tak bardzo potrzebny.  

      Parskn łem  miechem, poniewa  - gdy Vialle wypowiedziała to słowo - nie 

chciałem jej przyzna  racji.  

      - To mój obowi zek - o wiadczyłem.  

      Nie odpowiedział.  

      Dziesi  kroków od nas Benedykt najwyra niej poł czył si  z Gerardem, gdy  

na przemian mruczał co  i słuchał.  

      Czekali my, a  sko czy rozmow  i b dziemy mogli go po egna .  

      - ...Tak, jest teraz tutaj - słyszałem, jak mówi. - Nie, bardzo w tpi . Ale...  

      Spojrzał na mnie uwa nie i pokr cił głow .  

      - Nie, nie s dz  - stwierdził. I po chwili: - No dobrze, przechod .  

      Wyci gn ł sw  now  r k  i Gerard pojawił si  nagle,  ciskaj c j . Odwrócił 

głow , dostrzegł mnie i natychmiast ruszył w moj  stron .  

background image

 

64 

      Przez chwil  badał mnie wzrokiem od góry do dołu, jakby czego  szukał.  

      - O co chodzi? - zdziwiłem si .  

      - O Branda. Nie ma go w jego komnatach. A przynajmniej jego wi kszej 

cz ci. Zostawił tyłko troch  krwi. Cały pokój jest tak zdemolowany,  e wygl da, 

jakby odbyła si  tam jaka  walka.  

      - Szukałe   ladów krwi? - spytałem, ogl daj c swoj  koszul  i spodnie. - Jak 

widzisz, mam na sobie te same rzeczy, co przedtem. S  mo e troch  brudne i 

pomi te, ale nic wi cej.  

      - To niczego nie dowodzi - o wiadczył.  

      - Sam zacz łe  szuka   ladów. To twój pomysł, nie mój. Dlaczego s dzisz,  e...  

      - Byłe  ostatnim człowiekiem, który go widział.  

      - Oprócz osoby, z któr  walczył... o ile naprawd  walczył.  

      - Co to ma znaczy?  

      - Znasz jego temperament i nastroje. Troch  si  pokłócili my. Kiedy 

wyszedłem, mógł zacz ł łama  meble, mógł si  skaleczy , zdenerwowa  i 

wyatutowa , by zmieni  okolic ... Czekaj! Jego dywan! Czy były plamy krwi na 

takim małym, zabawnym dywanie przed drzwiami?  

      - Nie jestem pewien... Nie, chyba nie. Czemu pytasz?  

      - To po redni dowód,  e sam to zrobił. Bardzo lubił ten dywan. Nie chciał go 

poplami .  

      - To do mnie nie przemawia - oznajmił Gerard. - A  mier  Caine'a nadał 

wygl da podejrzanie... I sług Benedykta, którzy mogli odkry ,  e szukasz prochu. 

A teraz Brand...  

      - To mo e by  kolejna próba rzucenia na mnie podejrze  - stwierdziłem. - 

Zwłaszcza teraz, kiedy moje stosunki z Benedyktem znacznie si  poprawiły.  

      Gerard spojrzał na Benedykta, który nie ruszył si  nawet i nadał stał o 

dziesi  kroków od nas, przygl dał si  oboj tnie i słuchał.  

      - Czy wytłumaczył tamte morderstwa? - spytał Gerard.  

      - Nie bezpo rednio - odparł Benedykt. - Ale wi ksza cz  jego opowie ci 

wygl da na prawdziw . Inaczej mówi c, skłonny byłbym mu uwierzy .  

      Gerard pokr cił głow  i zmierzył mnie wrogim spojrzeniem.  

      - Czyli wci  nie wiadomo - o wiadczył. - O co si  kłócili cie z Brandem?  

      - Gerardzie, to nasza sprawa, dopóki Brand i ja nie postanowimy inaczej.  

      - Ja wyci gn łem go z ran i ja go pilnowałem, Corwinie. Nie po to,  eby zgin ł 

w jakiej  sprzeczce.  

      - Pomy l chwil . Czyj to był pomysł,  eby go szuka  tak  metod ?  eby go 

sprowadzi ?  

      - Czego  od niego chciałe . I dostałe  w ko cu. Potem stał si  tylko 

przeszkod .  

      - Nie. Ale nawet gdyby tak było, czy zrobiłbym to w taki sposób, by wszystko 

wskazywało na mnie? Je li zgin ł, to z tych samych przyczyn, co Caine:  eby 

mnie obci y .  

      - Tego samego argumentu u yłe  w przypadku Caine'a. Mam wra enie,  e to 

tylko wybieg. A ty jeste  dobry w wybiegach.  

      - Mówili my ju  o tym, Gerardzie...  

      - I pami tasz, co ci wtedy powiedziałem.  

background image

 

65 

      - Trudno by było zapomnie .  

      Wyci gn ł r k  i chwycił mnie za rami . Natychmiast wbiłem mu praw  pi  

w  oł dek i odskoczyłem. Pomy lałem wtedy,  e mo e powinienem mu 

powiedzie , o czym rozmawiali my z Brandem. Ale nie podobał mi si  jego 

sposób zadawania pyta .  

      Zbli ył si  znowu. Trafiłem go lewym sierpowym przy prawym oku. Potem 

wymierzałem pojedyncze ciosy, głównie  eby nie mógł pochyli  głowy. Nie byłem 

w formie i nie chciałem znowu z nim walczy . Grayswandir został w namiocie, a 

nie miałem  adnej innej broni.  

      Okr ałem go. Rana w boku bolała, kiedy wyprowadzałem kopni cia lew  

nog . Raz doszedłem praw  do uda, ale byłem zbyt wolny i brakowało mi 

równowagi,  eby wykorzysta  trafienie. Nadal go tylko poszturchiwałem.  

      W ko cu zablokował cios z lewej i zdołał zacisn  palce na moim bicepsie. 

Powinienem odskoczy , ale był całkiem odsłoni ty. Wszedłem w zwarcie z 

mocnym prawym w  oł dek. Wło yłem w to uderzenie wszystkie siły. Sapn ł i 

zgi ł si  w przód, ale nadal trzymał mnie mocno za rami . Lew  zablokował 

dolny sierpowy, przesun ł r k  wy ej i grzbietem dłoni waln ł mnie w pier . 

Równocze nie szarpn ł moim ramieniem w tył i w bok tak mocno,  e run łem na 

ziemi . Gdyby mnie wtedy przycisn ł, to koniec.  

      Przykl kn ł i si gn ł mi do gardła.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

66 

Rozdział 9 

 

Próbowałem zablokowa  jego r k , ale nagle zatrzymala si  w pół drogi. 

Odwróciwszy głow  dostrzegłem czyj  dło , która opadła na rami  Gerarda i 

powstrzymała cios.  

      Przetoczyłem si . Kiedy spojrzałem znowu, zobaczyłem,  e to Ganelon go 

trzyma. Gerard szarpn ł ramieniem, ale nie zdołał si  uwolni .  

      - Nie mieszaj si  do tego, Ganelonie - ostrzegł.  

      - Ruszaj, Corwinie! - krzykn ł Ganelon. - Znajd  Klejnot!  

      Gerard zaczynał ju  wstawa . Ganelon trafił go lewym sierpowym w szcz k . 

Gerard padł jak długi. Ganelon wyprowadził kopni cie w nerki, ale Gerard 

chwycił go za stop  i przewrócił na plecy. Podniosłem si  z trudem, opieraj c na 

jednej r ce.  

      Gerard zerwał si  i zaatakował Ganelona, który wła nie wstawał na nogi. Ju  

miał go dopa , gdy ten obur cz wymierzył mu cios w splot słoneczny. Gerard 

stan ł jak wryty, a pi ci Ganelona zacz ły pracowa  jak tłoki, atakuj c  oł dek 

przeciwnika. Przez kilka chwil Gerard był zbyt oszołomiony, by my le  o 

obronie.  

      Kiedy si  w ko cu pochylił i uniósł r ce, Ganelon trafił prawym w szcz k  i 

Gerard zatoczył si  do tyłu. Ganelon natychmiast to wykorzystał: obj ł go mocno, 

wysun ł praw  stop  i pchn ł. Gerard upadł, Ganelon za nim. Przycisn ł go do 

ziemi i zadał pot ny cios praw  w szcz k . Głowa Gerarda odskoczyła, a 

Ganelon poprawił z lewej.  

      Benedykt chciał interweniowa , ale wtedy wła nie Ganelon wstał. Gerard 

le ał nieprzytomny; z ust i z nosa ciekła mu krew.  

      Wstałem niepewnie i otrzepałem ubranie.  

      Ganelon wyszczerzył z by.  

      - Lepiej st d znikaj - poradził. - Nie wiem, jak mi pójdzie w rewan u. Jed  

szuka   wiecidełka.  

      Benedykt skin ł głow , gdy spojrzałem na niego pytaj co. Wróciłem do 

namiotu po Grayswandira. Kiedy wyszedłem, Gerard nadał le ał nieruchomo, ale 

przede mn  stan ł Benedykt.  

      - Pami taj - powiedział. - Masz mój Atut, a ja mam twój. Nic decyduj cego 

bez wcze niejszej narady.  

      Kiwn łem głow . Chciałem spyta , dlaczego odniosłem wra enie,  e wolałby 

pomóc raczej Gerardowi ni  mnie. Po namy le jednak postanowiłem nie psu  

naszej  wie o odnowionej przyja ni.  

      - W porz dku.  

      Ruszyłem po konia. Ganelon  cisn ł mnie za rami , kiedy stan łem obok 

niego.  

      - Powodzenia. Pojechałbym z tob , ale b d  potrzebny tutaj. Zwłaszcza  e 

Benedykt chce si  wyatutowa  do Chaosu.  

      - Niezła walka - pochwaliłem. - Nie spodziewam si   adnych kłopotów. Nie 

martw si .  

      Poszedłem na wybieg. Wkrótce potem siedziałem ju  w siodle. Ganelon 

zasalutował na po egnanie, gdy przeje d ałem. Benedykt kl czał przy Gerardzie.  

background image

 

67 

      Kierowałem si  ku najbli szej  cie ce do Ardenu. Za plecami miałem morze, 

po lewej Garnath i czarn  drog , a Kolvir po prawej. Musiałem odjecha  

kawałek, zanim zaczn  manipulowa  materi  Cienia. Dzie  był pi kny; kilka 

wzniesie  i dolinek dalej straciłem Garnath z oczu.  

      Trafiłem na szlak i pod yłem długim łukiem mi dzy drzewa, gdzie wilgotne 

cienie i odłegły  wiergot ptaków przypominały o pami tanych z dawnych lat 

długich okresach spokoju... i o jedwabistej, l ni cej postaci macierzystego 

Jednoro ca.  

      Ból znikał wolno w rytmie jazdy. Wróciłem my lami do niedawnego 

spotkania. Nietrudno zrozumie  Gerarda; uprzedził mnie o swych podejrzeniach 

i udzielił ostrze enia. Jednak cokolwiek przydarzyło si  Brandowi, nast piło w 

tak nieodpowiedniej chwili,  e musiała to by  kolejna próba opó nienia lub wr cz 

uniemo liwienia moich działa . Na szcz cie Ganelon był pod r k  i w dobrej 

formie, by przyło y  pi ci we wła ciwe miejsca we wła ciwych momentach. 

Ciekawe, co zrobiłby Benedykt, gdyby my znale li si  tam tylko we trójk ?  

      Miałem wra enie,  e zaczekałby i interweniował dopiero w ostatniej chwili, 

tak by Gerard mnie nie zabił. Nasze stosunki dalekie były od ideału, cho  i tak 

uległy zdecydowanej poprawie.  

      Wróciłem do problemu, co si  stało z Brandem. Czy Fiona i Bleys w ko cu go 

dostali? Czy mo e próbował samodzielnie wykona  planowane morderstwa, 

napotkał kontratak i został potem przeci gni ty przez Atut niedoszłej ofiary? 

Albo dawni sprzymierze cy z Dworców Chaosu jako  do niego dotarli? Lub 

znalazł go jeden z tych grzebienior kich stra ników wie y? A mo e było tak, jak 

mówiłem Gerardowi: przypadkowe zranienie w ataku szału, a potem ucieczka z 

Amberu, by rozmy la  i snu  intrygi w jakim  innym miejscu?  

      Gdy jedno zdarzenie rodzi tak wiele pyta , rzadko kiedy mo na znale  

odpowied  posługuj c si  wył cznie logik . Musiałem jednak rozwa y  wszystkie 

mo liwo ci, by mie  sk d czerpa , gdy pojawi  si  nowe dane. Na razie 

przemy lałem dokładnie wszystko, co mi powiedział, w  wietle obecnie posiadanej 

wiedzy. Z jednym wyj tkiem nie w tpiłem w przedstawione fakty. Budował je 

zbyt starannie, by cała konstrukcja run ła tak po prostu - ale miał te  mnóstwo 

czasu,  eby to sobie wymy li . Nie, Co raczej sposób prezentacji zdarze  miał 

mnie wprowadzi  w bł d. Ostatnia propozycja upewniła mnie co do tego.  

      Stary szlak kluczył, to si  poszerzał, to zw ał, wreszcie skr cił na północny 

zachód i w dół, do lasu. Puszcza prawie si  nie zmieniła. Wydawało si ,  e t  sam  

cie k  całe wieki temu je dził pewien młody człowiek, o ile nie zboczył akurat w 

Cie ; je dził dla czystej przyjemno ci, by zbada  ogromn , zielon  dziedzin , 

pokrywaj c  wi ksz  cz  kontynentu. Dobrze byłoby ruszy  znowu, bez 

adnych innych powodów.  

      Po godzinie znalazłem si  w gł bi puszczy, gdzie drzewa były ciemnymi 

wie ami, a promienie sło ca jak gniazda feniksów l niły na najwy szych 

gał ziach, roz wietlaj c wiecznie wilgotn , mroczn  mi kko , łagodz c  kontury 

pni, konarów, korzeni i omszałych głazów.  

      Jele  przeskoczył  cie k , nie ufaj c idealnej kryjówce w g szczu po prawej 

stronie. Wokół rozbrzmiewały głosy ptaków - nigdy zbyt blisko. Od czasu do 

czasu widziałem  lady innych je d ców, niektóre całkiem  wie e. Niedługo jednak 

background image

 

68 

pozostawali na szlaku. Kolvir ju  dawno znikn ł z oczu.  

       cie ka wiodła pod gór  i wiedziałem,  e wkrótce osi gn  szczyt niewielkiego 

grzbietu, przejad  mi dzy skałami i znów pod

 w dół. Drzewa rosły troch  

mniej g sto i wreszcie zobaczyłem skrawek nieba. Rósł, gdy jechałem, a kiedy 

stan łem na szczycie, usłyszałem daleki krzyk drapie nego ptaka.  

      Podniosłem głow . Wysoko nade mn  zataczał kr gi wielki, czarny cie . 

Wjechałem mi dzy głazy i potrz sn łem uzd , by ruszy  galopem, gdy tylko 

droga b dzie wolna. P dziłem, chc c jak najszybciej wróci  pod osłon  drzew.  

      Ptak krzykn ł, kiedy tak gnałem, ale bez kłopotów dotarłem do cienia i 

półmroku. Zwolniłem troch  i nasłuchiwałem, lecz powietrze nie niosło  adnych 

podejrzanych odgłosów. Ta cz  lasu nie ró niła si  prawie od tamtej, któr  

zostawiłem za grzbietem. Płyn ł tu tylko niewielki strumie . Przez jaki  czas 

pod ałem równolegle do niego, by wreszcie przekroczy  płytki bród. Szlak si  

rozszerzał; przez jakie  pół mili troch  wi cej  wiatła s czyło si  przez li cie i 

płyn ło ze mn .  

      Dotarłem wystarczaj co daleko, by spróbowa  drobnych manewrów z 

Cieniem, które miały mnie wprowadzi  na drog  powrotn  do cienia-Ziemi 

mojego wygnania. Jednak tutaj byłoby to do  trudne; lepiej poczeka  jeszcze 

troch . Postanowiłem oszcz dzi  wysiłku sobie i wierzchowcowi, jad c dalej, do 

lepszego punktu startowego. Nie zdarzyło si  wła ciwie nic gro nego. Ten ptak 

był pewnie zwykłym dzikim łowc .  

      Jedna my l tylko nie dawała mi spokoju.  

      Julian...  

      Arden był domen  Juliana, patrolowany przez jego łowców, zawsze kryj cy 

liczne obozy jego  ołnierzy - wewn trznej stra y granicznej Amberu, strzeg cej 

zarówno przed naturalnymi intruzami, jak i przed stworami, jakie mog  si  

pojawia  na skraju Cienia.  

      Dok d odjechał Julian, znikaj c nagle z pałacu tamtej nocy, gdy kto  

próbował zasztyletowa  Branda? Je li chciał tylko si  ukry , nie musiał jecha  

dalej ni  tutaj. Tu czuł si  pewnie, miał swoich ludzi, poruszał si  po terenie, 

który znał lepiej ni  ktokolwiek z nas. Całkiem mo liwe,  e w tej chwili znajdował 

si  bardzo blisko.  

      A przy tym lubił polowania. Miał swoje piekielne psy, miał swoje sokoły...  

      Kilometr, dwa...  

      Wtedy wła nie usłyszałem głos, którego l kałem si  najbardziej. Poprzez 

ziele  i mrok napłyn ł d wi k my liwskiego rogu. Dobiegał gdzie  z tyłu, chyba z 

lewej strony szlaku.  

      Pop dziłem konia do galopu. Drzewa po obu stronach zmieniły si  w 

rozmazane pasma. Szlak był równy, bez zakr tów. Wykorzystałem ten fakt.  

      Potem usłyszałem ryk, rodzaj gł bokiego charkotu czy warczenia, 

wzmacnianego przez rezonans pot nych płuc. Nie wiedziałem, co wydało ten 

d wi k, ale z pewno ci  nie pies. Nawet bestie Juliana tak nie warczały.  

      Obejrzałem si , ale nie dostrzegłem niczego. Jechałem wi c pochylony i 

uspokajałem Werbla.  

      Po dłu szej chwili usłyszałem trzask w ród drzew po prawej stronie. Ryk si  

nie powtórzył. Spojrzałem znowu, nawet kilka razy, ale wci  nie widziałem, co 

background image

 

69 

wywołuje te hałasy. Wkrótce zagrał róg, ju  o wiele bli ej, i teraz odpowiedziały 

mu szczekanie i warkot, których nie mogłem pomyli  z niczym innym. 

Nadbiegały piekielne psy - szybkie, pot ne, drapie ne bestie, wyszukane przez 

Juliana w jakim  cieniu i wytresowane do polowania.  

      Uznałem,  e pora spróbowa  przeskoku. Amber wci  był silnie obecny wokół 

mnie, lecz pochwyciłem Cie  najlepiej jak umiałem i rozpocz łem przej cie.  

      Szlak skr cił w lewo, a gdy p dzili my, drzewa zmalały nagle i odskoczyły na 

boki. Kolejny skr t i droga wprowadziła nas na polan   rednicy mniej wi cej 

dwustu metrów. Spojrzałem w niebo i zobaczyłem,  e ten przekl ty ptak wci  

tam kr y, dostatecznie blisko,  eby my poci gn li go za sob  przez Cie .  

      Rzecz była bardziej skomplikowana, ni  s dziłem. Potrzebowałem otwartej 

przestrzeni, gdzie mógłbym zawróci  konia i zamachn  si  mieczem, gdyby ju  

przyszło co do czego. A takie miejsce zdradzało moj  pozycj  ptakowi, którego - 

jak si  okazało - niełatwo b dzie zgubi .  

      No dobrze. Zbli yli my si  do niewysokiego pagórka, wjechali my na szczyt, 

ruszyli my w dół, mijaj c samotne, rozszczepione piorunem drzewo. Na gał zi 

siedział jastrz b, szary, srebrny i czarny. Gwizdn łem przeje d aj c, a on z 

dzikim bojowym krzykiem wzniósł si  w niebo.  

      Całkiem wyra nie rozró niałem ju  pojedyncze głosy psów i t tent ko skich 

kopyt. Wmieszane w te d wi ki było jeszcze co : jakby wibracja i dr enie gruntu. 

Obejrzałem si , ale nikt ze  cigaj cych nie dotarł jeszcze do szczytu pagórka. 

Si gn łem my l  w przód i chmury zakryły sło ce. Niezwykłe kwiaty wyrosły 

wzdłu  szlaku: zielone,  ółte, fioletowe. Nadpłyn ł łoskot odległych gromów. 

Polana poszerzyła si , wydłu yła i stała si  zupełnie płaska.  

      Znów usłyszałem głos rogu. Odwróciłem głow , by spojrze  raz jeszcze.  

      Wskoczyła w pole widzenia i w jednej chwili poj łem,  e nie ja jestem 

obiektem polowania,  e je d cy, psy i ptak  cigaj  besti  biegn c  za mn . 

Oczywi cie, ró nica była raczej akademickiej natury, jako  e to ja byłem z 

przodu i prawdopodobnie ona wła nie na mnie polowała. Pochyliłem si , 

krzykn łem do Werbla, wbiłem kolana w jego boki. Natychmiast zrozumiałem,  e 

to paskudztwo potrafi biec szybciej od nas. Zareagowałem panicznie.  

       cigała mnie manticora.  

      Ostatni raz widziałem je na dzie  przed bitw , w której zgin ł Eryk. 

Prowadziłem swoich  ołnierzy po stokach Kolviru, a jedna z nich zjawiła si  

nagle i rozdarła na cz ci człowieka imieniem Rall. Załatwili my j  z karabinów. 

Miała cztery metry długo ci i, podobnie jak ta tutaj, ludzk  twarz na barkach i 

tułowiu lwa. Miała te  par  orlich skrzydeł i długi, ostry ogon skorpiona, wygi ty 

nad grzbietem. Kilka sztuk przybł kało si  jako  z Cienia, by n ka  nas, gdy 

szli my do bitwy. Nie było podstaw, by wierzy ,  e pozbyli my si  wszystkich.  

      Ale nikt ich potem nie widział, nie znalazł te   adnych  ladów ich działalno ci 

w okolicy Amberu. Najwyra niej ta jedna zaw drowała do Ardenu i od tamtego 

dnia  yła w lesie.  

      Jeszcze raz spojrzałem za siebie. Wiedziałem,  e je li nie zaczn  si  broni , za 

moment  ci gnie mnie z siodła. Dostrzegłem te  ciemn  ław  psów p dz cych ze 

wzgórza.  

      Nie znam si  na inteligencji ani psychologii manticory.  

background image

 

70 

      Na ogół uciekaj ce zwierz  nie zatrzyma si , by zaatakowa  co , co nie staje 

mu na drodze. Instynkt samozachowawczy gra tu kluczow  rol . Z drugiej strony 

nie byłem pewien, czy manticora u wiadamia sobie,  e jest  cigana. Mogła biec 

moim tropem, gdy psy Juliana pochwyciły jej zapach. Mogła my le  tylko o 

jednym.  

      Nie miałem czasu,  eby rozwa a  wszystkie mo liwo ci. Wyj łem 

Grayswandira i szarpn łem konia w lewo,  ci gaj c wodze, gdy tylko zako czył 

obrót.  

      Werbel zar ał i stan ł d ba. Poczułem,  e si  zsuwam, wi c zeskoczyłem i 

odst piłem na bok. Zapomniałem jednak, jak szybkie s  ogary burzy, z jak  

łatwo ci  dop dziły kiedy  mnie i Randoma w mercedesie Flory. Nie pami tałem, 

e w przeciwie stwie do zwykłych, goni cych za samochodami psów, te zacz ły 

rozrywa  wóz na kawałki.  

      Nagle znalazły si  przy manticorze - tuzin alba i wi cej psów, skacz cych i 

gryz cych ze wszystkich stron. Bestia uniosła głow  i wydała kolejny ryk.  

      Machn ła silnym ogonem, odrzucaj c jednego, ogłuszaj c lub zabijaj c dwa 

inne. Stan ła d ba, odwróciła si  i opadła, uderzaj c przednimi łapami.  

      Jeden z psów zd ył ju  wgry  si  w lew  przedni  łap , dwa nast pne w 

tylne, a jeden wskoczył na grzbiet, szarpi c bark i szyj . Pozostałe kr yły 

dookoła. Gdy tylko rzucała si  na jednego, pozostałe atakowały.  

      W ko cu zabiła  dłem skorpiona tego na grzbiecie, wypruła flaki z wisz cego 

u łapy. Krwawiła jednak z kilkudziesi ciu ran. Szybko stało si  jasne,  e noga 

sprawia jej kłopot: nie mogła ni  uderza  ani oprze  si  pewnie, gdy walczyła z 

trzema pozostałymi. Po chwili kolejny pies znalazł si  na jej grzbiecie i rozrywał 

szyj .  

      Jako  nie mogła si  go pozby . Inny doskoczył z boku i rozdarł ucho. Jeszcze 

dwa gryzły tylne łapy, a kiedy stan ła d ba, nast pny uderzył w brzuch. 

Warczenie i jazgot te  chyba troch  j  rozpraszały. Na o lep uderzała w ruchliwe, 

szare cienie.  

      Pochwyciłem Werbla za uzd . Próbowałem uspokoi  go tak, by wskoczy  na 

siodło i jak najszybciej si  st d wynie . Wci  jednak stawał d ba i próbował 

ucieka . Samo utrzymanie go w miejscu wymagało wielkiego trudu.  

      Manticora zawyła rozpaczliwie. Uderzyła na  lepo w psa na grzbiecie i wbiła 

dło we własny bark. Ogary wykorzystały okazj  i zaatakowały ze wszystkich 

stron, szarpi c i gryz c.  

      Jestem pewien,  e by j  w ko cu zagryzły, ale wtedy wła nie je d cy zjechali 

ze wzgórza. Było ich pi ciu, z Julianem na czele. Miał na sobie swoj  biał , 

łuskow  zbroj , a na szyi my liwski róg. Dosiadał gigantycznego wierzchowca, 

Morgensterna; ta bestia zawsze mnie nienawidziła. Uniósł dług  lanc  i 

zasalutował w moj  stron . Potem opu cił j  i krzykn ł co  do psów.  

      Niech tnie porzuciły zdobycz. Nawet ten na grzbiecie manticory rozlu nił 

chwyt i zeskoczył na ziemi . Cofn ły si  wszystkie, gdy Julian mocniej pochwycił 

lanc  i dotkn ł ostrogami boków Morgensterna.  

      Bestia spojrzała na niego, rykn ła z ostatecznym wyzwaniem i skoczyła do 

przodu, odsłaniaj c kły.  

      Zderzyli si  i bark Morgensterna na moment przesłonił mi widok. Po chwili 

background image

 

71 

jednak z zachowania zwierz cia poznałem,  e cios doszedł celu.  

      Obrót - i zobaczyłem besti  rozci gni t  na ziemi.  

      Strumienie krwi tryskały z jej piersi i kwitły wokół ciemnego drzewca lancy.  

      Julian zeskoczył z konia. Rzucił pozostałym jaki  rozkaz, którego nie 

dosłyszałem. Nie ruszyli si  z siodeł. Przez chwil  obserwował drgaj c  jeszcze 

manticor , po czym z u miechem spojrzał na mnie. Podszedł do powalonego 

zwierz cia, oparł mu stop  o pier , jedn  r k  chwycił lanc  i wyrwas ze  cierwa. 

Wbił j  w ziemi  i przywi zał Morgensterna do drzewca. Poklepał go, znowu 

spojrzał na mnie. Wreszcie podszedł.  

      - Szkoda,  e zabiłe  Bel  - powiedział, staj c przede mn .  

      - Bel ?  

      Podniósł głow . Pod yłem za jego wzrokiem. Nie dostrzegłem  adnego z 

ptaków.  

      - To jeden z moich ulubionych.  

      - Przepraszam. Nie rozumiałem, co si  dzieje.  

      Skin ł głow .  

      - Zdarza si . Wy wiadczyłem ci przysług . Teraz ty mo esz mi opowiedzie , co 

zaszło, kiedy opu ciłem pałac. Brand wyszedł z tego?  

      - Tak - potwierdziłem. - I nie jeste  ju  podejrzany. Brand stwierdził,  e to 

Fiona chciała go zabi . A jej nie było,  eby to zakwestionowa . Te  znikn ła tej 

nocy. Dziwi  si ,  e nie wpadli cie na siebie.  

      - Mogłem si  tego domy li  - mrukn ł z u miechem.  

      - Czemu uciekłe  w tak podejrzanych okoliczno ciach? To ustawiło ci  w nie 

najlepszym  wietle.  

      Wzruszył ramionami.  

      - Nie pierwszy raz byłbym fałszywie oskar ony czy podejrzewany. Zreszt , 

gdyby zamiary miały si  liczy , to jestem równie winien, jak nasza mała 

siostrzyczka. Gdybym mógł, zrobiłbym to samo. Miałem nawet przygotowany 

sztylet, ale odepchn li mnie na bok.  

      - Ale dlaczego? - zdziwiłem si .  

      - Dlaczego? Boj  si  tego drania. Dlatego. Przez długi czas s dziłem,  e nie 

yje... tak  przynajmniej miałem nadziej :  e wreszcie porwały go ciemne siły, z 

którymi wchodził w układy. Ile wła ciwie o nim wiesz, Corwinie?  

      - Długo rozmawiali my.  

- I...?  

      - Przyznał,  e on, Bleys i Fiona opracowali plan przej cia tronu. Chcieli 

koronowa  Bleysa, ale wszyscy troje mieli dzieli  władz . Wykorzystali siły, o 

których wspomniałe , by zagwarantowa  sobie nieobecno  taty. Brand twierdził, 

e próbował skaptowa  Caine'a, ale on opowiedział wszystko tobie i Erykowi. 

Wasza trójka realizowała podobn  intryg : przej  władz , zanim oni zd

 to 

zrobi . W tym celu osadzili cie na tronie Eryka.  

      Pokiwał głow .  

      - Fakty si  zgadzaj , ale nie przyczyny. Nie chcieli my tronu, przynajmniej 

nie tak szybko i nie w owej chwili. Stworzyli my nasz  grup , by si  

przeciwstawi  ich grupie, poniewa  kto  musiał to uczyni , aby obroni  tron. Z 

pocz tku zdołali my jedynie nakłoni  Eryka, by obj ł Protektorat. Bał si ,  e 

background image

 

72 

długo nie po yje, je li pozwoli si  koronowa  w takich okoliczno ciach. Wtedy ty 

si  zjawiłe  ze swoimi całkiem słusznymi pretensjami. Nie mogli my ci w takim 

momencie pozwoli  na działanie: grupa Branda groziła wojn  totaln . Uznali my, 

e gdyby tron był ju  zaj ty, zawahaliby si  przed wykonaniem ruchu. Nie 

mogli my ciebie na nim posadzi , gdy  nie zechciałby  by  tylko marionetk . A 

tak  rol  musiałby  gra , jako  e rozgrywka trwała ju  dłu szy czas i o zbyt wielu 

sprawach nie miałe  poj cia. Przekonali my wi c Eryka, by zaryzykował i 

przystał na koronacj . Tak si  to wszystko odbyło.  

      - Wi c dlatego, kiedy przybyłem, wypalił mi oczy i dla  artu wrzucił do lochu?  

      Julian odwrócił si  i spojrzał na martw  manticor .  

      - Jeste  durniem - rzekł w ko cu. - Od samego pocz tku byłe  tylko 

narz dziem. Wykorzystali ci , by zmusi  nas do działania. Przegrywałe  w 

ka dym przypadku. Gdyby udał si  ten idiotyczny szturm Bleysa, nie zd yłby  

nawet gł biej odetchn . Gdyby został odparty, jak został, Bleys miał znikn , 

jak znikn ł, pozostawiaj c ci , by  zapłacił  yciem za prób  uzurpacji.  

      Spełniłe  swoje zadanie i musiałe  umrze . Nie pozostawili nam wielkiego 

wyboru. Zgodnie z prawem powinni my ci  zabi . Wiesz o tym.  

      Przygryzłem warg . Wiele rzeczy mogłem teraz powiedzie . Ale je li jego 

słowa były cho  troch  zbli one do prawdy, to trudno było odmówi  im racji. No i 

chciałem usłysze  co  wi cej.  

      - Eryk zało ył - ci gn ł -  e po pewnym czasie mo esz odzyska  wzrok. 

Wiedział przecie , jakie mamy zdołno ci do regeneracji. Sytuacja była niezwykle 

delikatna. Gdyby tata wrócił, Eryk mógłby ust pi  i wytłumaczy  rozs dnie 

wszystkie swoje działania... z wyj tkiem twojej  mierci. To posuni cie w zbyt 

oczywisty sposób miałoby na celu zapewnienie mu trwałej władzy, dłu szej ni  

chwilowa nieobecno  taty. Powiem ci szczerze,  e chciał po prostu uwi zi  ci  i 

zapomnie .  

      - Wi c kto wymy lił o lepienie?  

      Zamilkł na chwil . Kiedy si  odezwał, mówił bardzo cicho, niemal szeptem.  

      - Wysłuchaj mnie, prosz . To był mój pomysł i mo e ocalił ci  ycie. Wyrok na 

ciebie musiał by  praktycznie równowa ny  mierci. Inaczej tamci spróbowaliby 

sami to załatwi . Nie byłe  im ju  potrzebny, ale potencjalnie mogłe  okaza  si  

niebezpieczny. Mogli u y  twojego Atutu,  eby ci  zabi  albo  eby ci  uwolni  i 

po wi ci  w kolejnym posuni ciu przeciwko Erykowi. Niewidomy, mogłe   y  

dalej i nie mogli ci  wykorzysta  do swoich planów. Ocaliło ci  to, poniewa  na 

pewien czas znikn łe  ze sceny, a nam pozwoliło unikn  bardziej drastycznych 

decyzji, które pewnego dnia mogłyby zosta  u yte przeciwko nam. Z naszego 

punktu widzenia nie mieli my wyboru. To było jedyne mo liwe wyj cie. Nie 

mogli my okaza  pobła ania, gdy  podejrzewaliby,  e to my chcemy ci  jako  

wykorzysta . A gdyby  nabrał pozornej cho by warto ci, byłby  trupem. Jedyne, 

co nam pozostało, to patrze  w inn  stron , gdy Lord Rein usiłował uprzyjemni  

ci  ycie. To wszystko.  

      - Teraz to widz .  

      - Owszem - przyznał. - Przejrzałe  za szybko. Nikt nie przypuszczał,  e w tak 

krótkim czasie odzyskasz wzrok ani  e zdołasz uciec. Jak ci si  to udało?  

      - Czy chłopcy Macy'ego zwierzaj  si  chłopcom Gimbela?  

background image

 

73 

      - Słucham?  

      - Powiedziałem... mniejsza z tym. Co wiesz na temat uwi zienia Branda?  

      Przyjrzał mi si  uwa nie.  

      - Tyle tylko,  e nast pił jaki  rozłam w jego grupie. Nie znam szczegółów. Z 

jakich  powodów Bleys i Fiona bali si  go zabi  i bali wypu ci  na swobod . Kiedy 

wyci gn li my go z tego kompromisowego wi zienia, najwyra niej Fiona bardziej 

si  bała Branda na wolno ci.  

      - A ty sam powiedziałe ,  e bałe  si  go tak, by szykowa  zamach. Dlaczego po 

tak długim czasie, gdy wszystko to jest ju  histori , a władza znowu przeszła w 

inne r ce? Był słaby, praktycznie bezradny. Co mógłby zrobi ?  

      Westchn ł.  

      - Nie rozumiem jego mocy, ale jest znaczna. Wiem,  e potrafi podró owa  w 

Cieniu swoim umysłem,  e mo e siedz c w fotelu, zlokalizowa  w Cieniu to, czego 

potrzebuje, i  ci gn  aktem woli, nie wstaj c z miejsca. W podobny sposób mo e 

w drowa  po Cieniu fizycznie. Koncentruje umysł na miejscu, które chce 

odwiedzi , tworzy rodzaj psychicznej bramy i zwyczajnie przechodzi. Nawiasem 

mówi c, mam wra enie,  e wie niekiedy, co ludzie my l . Zupełnie jakby stał si  

czym  w rodzaju  ywego Atutu. Wiem o tym, gdy  widziałem, jak robi te rzeczy. 

Pod koniec, kiedy był pod stałym nadzorem, t  metod  wymkn ł si  z pałacu. 

Dotarł wtedy do cienia--Ziemi i kazał ci  umie ci  w Bedlam. Kiedy znów go 

schwytali my, przez cały czas kto  z nas mu towarzyszył.  

      Nie wiedzieli my jednak,  e potrafi  ci ga  ró ne rzeczy z Cienia. Gdy si  

przekonał,  e uciekłe  z wi zienia, przywołał straszliw  besti , która zaatakowała 

Caine'a, pełni cego akurat stra . Potem znowu ruszył za tob . Bleys i Fiona 

dopadli go chyba wkrótce potem. Zd yli przed nami. Zobaczyłem go znowu 

dopiero w bibliotece, kiedy sprowadziłe  go z powrotem. Boj  si , gdy  dysponuje 

miertelnie gro n  sił , której nie rozumiem.  

      - W takim razie dziwi  si ,  e w ogóle zdołali go jako  uwi zi .  

      - Fiona ma podobn  moc, a s dz ,  e i Bleys j  miał. We dwoje zdołali jako  

zredukowa  pot g  Branda. Potem stworzyli miejsce, w którym nie mógł z niej 

korzysta .  

      - Niezupełnie - zauwa yłem. - Przekazał wiadomo  Randomowi. Ze mn  

równie  nawi zał kontakt, chocia  bardzo słaby.  

      - Czyli niezupełnie - przyznał. - Ale wystarczaj co. Dopóki nie przebili my ich 

osłony.  

      - Co wiesz o tej ich ubocznej zabawie ze mn : uwi zieniu, próbie zabójstwa, 

ocaleniu?  

      - Tego nie pojmuj . Był to element wewn trznej próby sił. Nast pił rozłam i 

jedna lub druga strona chciała ci  jako  wykorzysta . Tak wi c, gdy jedni 

próbowali ci  zabi , drudzy starali si  chroni . W ko cu najbardziej skorzystał 

na tym Bleys, któremu pomagałe  w ataku na Amber.  

      - Ale to on chciał mnie zabi  na cieniu-Ziemi - zdziwiłem si . - On wła nie 

przestrzelił mi opony.  

      - Tak?  

      - Brand tak twierdzi, ale znalazłem sporo dowodów po rednich.  

      Wzruszył ramionami.  

background image

 

74 

      - Nie mog  ci pomóc - o wiadczył. - Zwyczajnie, nie mam poj cia, co wtedy 

zaszło mi dzy nimi.  

      - Ale popierasz Fion  w Amberze - zauwa yłem. - Jeste  bardziej serdeczny, 

ni  wymaga tego dobre wychowanie.  

      - Oczywi cie - przyznał z u miechem. - Zawsze bardzo lubiłem Fion . Jest bez 

w tpienia najpi kniejsz , najbardziej cywilizowa  z nas wszystkich. Szkoda,  e 

tata był przeciwny mał e stwom w rodzinie. Martwiłem si ,  e przez tak długi 

czas musimy walczy  przeciwko sobie. Stosunki unormowały si  po  mierci 

Bleysa, twoim uwi zieniu i koronacji Eryka. Z wdzi kiem uznała swoj  pora k . 

Najwyra niej nie mniej ni  ja bała si  powrotu Branda  

      - Brand inaczej wszystko przedstawił - mrukn łem. - Ale trudno si  dziwi . 

Twierdzi,  e Bleys jeszcze  yje. Wytropił go poprzez Atut i wie,  e ukrył si  w 

Cieniu, by przygotowa  armi  do kolejnego ataku na Amber.  

      - Niewykluczone. Ale teraz jeste my przygotowani.  

      - Jego zdaniem atak ma tylko odwróci  uwag  - mówiłem dalej. - Prawdziwy 

szturm nast pi bezpo rednio z Dworców Chaosu, przez czarn  drog . Powiedział, 

e Fiona wyruszyła, by wszystko przygotowa .  

      Zmarszczył czoło.  

      - Mam nadziej ,  e kłamał - stwierdził. - Nie chciałbym,  eby ich grupa 

zebrała si  znowu i ruszyła na nas, tym razem z pomoc  ciemnej strony. I nie 

chciałbym,  eby Fiona była w to zamieszana.  

      - Brand zapewniał,  e porzucił ich, gdy zrozumiał,  e  le post puje... i takie 

tam wyznania skruchy.  

      - Ha! Raczej zaufałbym tej bestii, któr  wła nie zabiłem, ni  uwierzył słowu 

Branda. Mam nadziej ,  e trzymasz go pod dobr  stra ... chocia  nie na wiele si  

przyda, je li odzyskał sw  dawn  moc.  

      - Ale jakie ma teraz zamiary?  

      - Albo odtworzył dawny triumwirat, chocia  nie podoba mi si  ten pomysł, 

albo realizuje własny plan. Moim zdaniem to drugie. Nigdy nie satysfakcjonowała 

go rola widza. Zawsze intrygował. Przysi głbym,  e spiskuje nawet przez sen.  

      - Mo e masz racj . Widzisz, sytuacja uległa zmianie, nie wiem jeszcze, na 

dobre czy na złe. Niedawno biłem si  z Gerardem. Uwa a,  e wyrz dziłem 

Brandowi jak  krzywd . To nieprawda, ale nie miałem szans, by udowodni  

swoj  niewinno . O ile wiem, byłem ostatni  osob , która widziała dzisiaj 

Branda. Gerard zajrzał do niego jaki  czas temu. Mówi,  e pokój jest 

zdemolowany, w kilku miejscach znalazł  lady krwi, a Brand znikn ł. Nie wiem, 

co o tym my le .  

      - Ja te  nie. Ale mam nadziej ,  e tym razem kto  załatwił spraw  na dobre.  

      - Bo e - westchn łem. - Sprawy si  całkiem popl tały. Szkoda,  e wcze niej 

tego wszystkiego nie wiedziałem.  

- Nie było czasu,  eby ci powiedzie . Dopiero teraz. Nie mogli my wtedy, kiedy 

siedziałe  w lochu i wci  mo na ci  było dosi gn , a potem znikn łe  na dłu ej.  

      Wróciłe  z armi  i now  broni , ale nie byłem pewien twoich intencji. Sprawy 

toczyły si  szybko i wkrótce wrócił Brand. Musiałem znika ,  eby ratowa  skór . 

Tu, w Ardenie, jestem silny. Tutaj odepr  ka dy jego atak. Rozsyłałem patrole w 

pełnej obsadzie bojowej i czekałem na wiadomo  o  mierci Branda. Chciałem 

background image

 

75 

spyta  które  z was, ale nie wiedziałem, do kogo si  zwróci . Gdyby umarł, 

byłbym jednym z głównych podejrzanych. Gdybym si  jednak dowiedział,  e 

yje, miałem zamiar sam go zlikwidowa . A teraz taka... sytuacja... Co planujesz, 

Corwinie?  

      - Jad  zabra  Klejnot Wszechmocy z miejsca, gdzie go ukryłem w Cieniu. 

Istnieje sposób wykorzystania go dla zniszczenia czarnej drogi. Chc  spróbowa .  

      - Jak tego dokona?  

      - To zbyt długa historia, jako  e wła nie przyszła mi do głowy straszna my l.  

      - To znaczy?  

      - Brand chce Klejnotu. Pytał o niego, a teraz... chodzi o t  moc znajdywania 

przedmiotów w Cieniu i sprowadzania do siebie. Czy zawsze jest skuteczna?  

      - Brand nie jest wszechwiedz cy, je li o to ci chodzi - mrukn ł w zamy leniu. - 

Ka dy z nas mo e znale  w Cieniu, co tylko zechce, zupełnie zwyczajnie: musi po 

to pojecha . Według Fiony on po prostu oszcz dza sobie wysiłku podró y. 

Przyci ga zatem nie konkretny, ale jaki  obiekt. Poza tym z tego, co mówił mi 

Eryk, wynika,  e Klejnot jest wyj tkowym obiektem. S dz ,  e Brand wybierze 

si  po niego osobi cie, gdy tylko wykryje, gdzie go schowałe .  

      - W takim razie ruszam w piekielny rajd. Musz  go wyprzedzi .  

      - Widz ,  e dosiadasz Werbla - zauwa ył. - To dobre i wytrzymałe zwierz . 

Ma za sob  wiele takich rajdów.  

      - Miło to słysze  - stwierdziłem. - A co ty zamierzasz?  

      - Skontaktuj  si  z kim  w Amberze i spróbuj  wypyta  o wszystko, o czym 

nie zd yli my porozmawia . Najpewniej z Benedyktem.  

      - Nic z tego. Nie dosi gniesz go. Wyruszył do Dworców Chaosu. Spróbuj z 

Gerardem, a przy okazji postaraj si  go przekona ,  e jestem człowiekiem 

honorowym.  

      - Tylko rudowłosi w naszej rodzinie s  czarodziejami, ale spróbuj ... Czy 

naprawd  powiedziałe : Dworce Chaosu?  

      - Tak, ale niestety, czas jest zbyt cenny. - Naturalnie. Jed  wi c. Pó niej 

znajdziemy woln  chwil ... mam nadziej .  

      U cisn ł mnie za rami . Spojrzałem na manticor  i kr g siedz cych wokół 

psów.  

      - Dzi ki, Julianie. Ja... Trudno ci  zrozumie .  

      - Wcale nie. My l ,  e Corwin, którego nienawidziłem, umarł całe wieki temu. 

Jed  teraz, chłopie! Je li Brand si  tu poka e, przybij  jego skór  do drzewa.  

      Krzykn ł na psy, gdy wskoczyłem na siodło. Rzuciły si  na  cierwo manticory, 

rozchlapywały krew, wyrywały wielkie kawały i pasy mi sa. Przeje d aj c obok 

dziwnej, masywnej, niemal ludzkiej twarzy spostrzegłem,  e ma wci  otwarte, 

cho  zaszklone oczy. Były niebieskie i  mier  nie pozbawiła ich pewnej 

nadnaturalnej niewinno ci. Albo to, albo ich spojrzenie było ostatnim darem 

mierci - bezsensown  demonstracj  ironii.  

      Skierowałem Werbla na szlak i rozpocz łem piekielny rajd.

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

76 

Rozdział 10 

 

Spokojnym krokiem idziemy wzdłu  szlaku, chmury zaciemniaj  niebo, a 

Werbel r y z niepokoju lub z niecierpliwo ci... Zakr t w lewo i pod gór ... Ziemia 

jest brunatna,  ółta, znowu brunatna... Drzewa pokurczone, dalej od siebie... 

Trawy faluj  mi dzy nimi w podmuchach chłodnego, coraz silniejszego wiatru... 

Nagły płomie  na niebie... Huk gromu strz sa krople deszczu...  

      Stromo i skali cie... Wiatr szarpie mój płaszcz... Wy ej.... Wy ej, gdzie 

srebrzyste pasy l ni  na skałach, a drzewa wytyczaj  lini  frontu... Trawy, zielone 

ognie, gasn  w deszczu... Wy ej, ku poszarpanym, l ni cym, zmywanym ulew  

szczytom, gdzie chmury p dz  jak rzeka nios ca zwały błota w powodziowej 

fali... Deszcz  dli jak gruby  rut, a wiatr odchrz kuje, by za piewa ...  

      Wy ej i wy ej, a  w polu widzenia pojawia si  grzebie  niby głowa 

zaskoczonego byka, a rogi strzeg  szlaku...  

      Błyskawice ta cz  wokół ich czubków, przeskakuj  mi dzy nimi... Zapach 

ozonu, gdy docieramy na miejsce i p dzimy dalej w wozem; deszcz nagle 

powstrzymany, wiatr odepchni ty...  

      Wyje d amy po drugiej stronie... Nie pada tu deszcz, powietrze jest 

nieruchome, niebo gładkie i zaciemnione do odpowiedniej, rozgwie d onej 

czerni... Meteory rozcinaj  j  i płon , rozcinaj  i płon , wypalaj c blizny 

powidoków, gin ce, nikn ce... Ksi yce, rozrzucone jak gar  monet... Trzy 

l ni ce dziesi tki, matowa  wiartka i para centów, jeden wyszczerbiony i 

poszarzały... W dół zatem, dług  i kr t  drog ... Stuk kopyt, czysty i metaliczny w 

nocnym powietrzu... Gdzie  tam kocie parskni cie... Ciemny kształt przecina 

mniejszy ksi yc, postrz piony i szybki...  

      Ni ej... Grunt opada po obu stronach... W dole ciemno ... Jedziemy szczytem 

niesko czenie wysokiego, zakrzywionego muru, a sama droga ja nieje w 

ksi ycowym blasku... Szlak zakr ca, wygina si , staje przezroczysty... Wkrótce 

płynie włóknami mgły; gwiazdy l ni  w dole tak, jak w górze... Gwiazdy pod 

nami, z obu stron... Nie ma ziemi... Noc i cienki, półprzejrzysty szlak, którym 

musz  spróbowa  przejecha , nauczy  si , co wtedy czuj , by wykorzysta  w 

przyszło ci...  

      Panuje absolutna cisza, a iluzja powolno ci stapia si  z ka dym ruchem... Po 

chwili szlak znika i poruszamy si , jakby my płyn li pod wod  na ogromnej 

gł boko ci, a gwiazdy to połyskliwe ryby... To jest wolno , to pot ga piekielnego 

rajdu, co sprowadza uniesienie, podobne, a przecie  inne od zapomnienia, które 

przychodzi czasem w bitwie, do brawury ryzykownego czynu, do napływu emocji 

po odnalezieniu wła ciwego słowa w wierszu... Jest tym wszystkim i jeszcze sam  

perspektyw , i jazd , jazd , jazd , by  mo e znik d donik d, poprzez i pomi dzy 

minerałami i ogniami pustki, uwolnieni od ziemi, powietrza i wody...  

       cigamy wielki meteor, dotykamy jego bryły... P dzimy przez zryt  

powierzchni , w dół, dookoła, potem znowu w gór ... Rozci ga si  w szerok  

równin , rozja nia,  ółknie...  

      To piasek, piasek jest teraz pod nami... Gwiazdy bledn , a  wit pełen 

słonecznego blasku rozcie cza ciemno ... Przed nami pokosy cienia, a w nich 

pustynne drzewa... P dzimy w mrok... Przebijamy si ... Jasne ptaki podrywaj  si  

background image

 

77 

do lotu, skar  si , opadaj  na powrót...  

      W ród g ciej rosn cych drzew... Ciemniejszy grunt i w sza droga... Li cie 

palm malej  do rozmiarów dłoni, czerniej  pnie... Skr t w prawo i szlak si  

rozszerza... Nasze kopyta krzesaj  iskry na bruku... Droga wci  szersza, zmienia 

si  w zadrzewion  ulic ... Mijamy niewielkie domki... Jasne okiennice, 

marmurowe stopnie, malowane drzwi za brukowanymi podjazdami... Mijamy 

konny wóz, wyładowany  wie ymi jarzynami... Ludzcy przechodnie zatrzymuj  

si , by popatrze ... Cichy szum głosów...  

      Dalej... Przeje d amy pod mostem... Wzdłu  strumienia, a  zmieni si  w 

rzek , i dalej do morza... Dudnimy po pla y, pod cytrynowym niebem, gdzie 

mkn  niebieskie chmury... piasek, wrak, muszle i gład  drzewa wyrzuconego 

przez fale... Biała mgiełka nad morzem koloru limony...  

      Galopem do miejsca, gdzie bezmiar wód ko czy si  tarasami... Wspinamy si , 

a ka dy stopie  kruszy si  i zapada z hukiem, zł czony z rykiem przyboju... W 

gór , coraz wy ej, na płaski szczyt, poro ni t  drzewami równin ; złociste miasto 

migocze jak mira  na jej kra cu...  

      Miasto ro nie, ciemnieje pod parasolem cienia, szare wie e si gaj  nieba, 

szkło i metal iskrami blasku przebijaj  mrok... Wie e zaczynaj  si  kołysa ...  

      Miasto zapada si  w siebie bezgło nie, gdy przeje d amy... Padaj  wie e, kł bi 

si  kurz, unosi zaró owiony blaskiem z dołu... Delikatny syk jakby zgaszonej 

wiecy... Burza piaskowa ustaje szybko, ust puj c miejsca mgłe... Słyszymy w niej 

d wi k klaksonów... Odpływ, krótkie rozst pienie, przerwa w szarobiałym, 

perłowobiałym falowaniu... Odciski naszych kopyt na poboczu autostrady... Po 

prawej stronie niesko czone rz dy nieruchomych pojazdów... I znów 

perłowobiałe, szarobiałe falowanie...  

      Bezkierunkowe wrzaski i wycia... Przypadkowe rozbłyski  wiatła...  

      Znowu pod gór ... Mgła opada, odpływa... Trawa, trawa, trawa... Niebo lekko 

bł kitne... Sło ce p dz ce ku zachodowi... Ptaki... Krowa na ł ce:  uje, patrzy i 

uje...  

      Skok nad drewnianym parkanem, by stan  na wiejskiej drodze... Nagły 

chłód za szczytem pagórka... Trawa jest sucha i  nieg le y na ziemi... Chata z 

blaszanym dachem na zboczu, a nad ni  kł b dymu...  

      Dalej... Wzgórza coraz wy sze, sło ce toczy si  w dół ci gn c za sob  

ciemno ... Migotanie gwiazd... Dom stoj cy daleko od drogi... Nast pny; długi 

podjazd kluczy mi dzy starymi drzewami... Reflektory... Na bok, na pobocze... 

ci gn  wodze, niech nas wyminie...  

      Otarłem czoło, strzepn łem kurz z gorsu i r kawów.  

      Poklepałem Werbla po szyi. Nadje d aj cy samochód zwolnił, zbli aj c si  do 

mnie i widziałem,  e kierowca patrzy zdumiony. Lekko poruszyłem uzd  i 

Werbel ruszył przed siebie. Wóz zahamował, a kierowca krzykn ł co  do mnie, 

ale jechałem dalej. Po chwili usłyszałem,  e rusza.  

      Przez jaki  czas pod ałem w sk  drog . Jechałem w spokojnym tempie i 

mijaj c znajome punkty orientacyjne wspominałem dawne czasy. Kilka 

kilometrów dalej dotarłem do innej drogi, szerszej i lepszej.  

      Skr ciłem w ni , trzymaj c si  prawego pobocza.  

      Temperatura wci  spadała, ale chłodne powietrze smakowało czysto ci . 

background image

 

78 

Rozci ty ksi yc l nił nad wzgórzami po lewej stronie. Kilka niedu ych chmur 

przepływało mi nad głow , by delikatnym, przymglonym blaskiem dotkn  

wiartki ksi yca. Prawie nie było wiatru; czasem tylko lekko zadr ały gał zie, 

nic wi cej.  

      Po pewnym czasie dotarłem do ci gu wzniesie  na drodze i wiedziałem,  e 

jestem prawie na miejscu.  

      Zakr t, jeszcze kilka wzniesie ... Dostrzegłem głaz przy podje dzie. 

Odczytałem na nim swój adres.  

      Szarpn łem wodze i spojrzałem w gór . Na podje dzie stała furgonetka, a w 

domu paliło si   wiatło. Skierowałem Werbla w bok od drogi, przez pole, do k py 

drzew.  

      Tam uwi załem go za dwoma choinkami, pogłaskałem po szyi i obiecałem,  e 

niedługo wróc .  

      Powróciłem na drog :  adnego samochodu w polu widzenia. Przeszedłem na 

drug  stron  i ruszyłem wzdłu  podjazdu, kryj c si  za furgonetk .  wiatło paliło 

si  tylko w salonie na prawo. Okr yłem dom z lewej strony. Stan łem, gdy 

dotarłem do patio. Rozejrzałem si .  

      Co  tu nie pasowało.  

      Podwórze si  zmieniło. Znikn ła para przegniłych, ogrodowych foteli, 

opartych o rozpadaj cy si  kurnik, którego jako  nigdy nie miałem czasu usun . 

Zreszt  kurnik te  znikn ł. A przecie  były tu, kiedy ostatnio odwiedziłem to 

miejsce. Kto  wyniósł wszystkie suche gał zie, rozrzucone dawniej po całym 

podwórzu, jak równie  gnij cy stos drewna, które kiedy  zebrałem na opał.  

      Znikn ła pryzma kompostu.  

      Podszedłem do miejsca, gdzie le ała kiedy . Pozostała tylko nieregularna łata 

nagiej ziemi mniej wi cej kształtu pryzmy.  

      Dostrajaj c si  do Klejnotu odkryłem,  e potrafi  wyczu  jego obecno . 

Zamkn łem na chwil  oczy i spróbowałem to uczyni .  

      Nic.  

      Rozejrzałem si  znowu, bardzo uwa nie, ale nigdzie nie dostrzegłem 

znajomego błysku. Zreszt  tak naprawd  nie oczekiwałem,  e co  znajd , skoro 

nic nie wyczułem w pobli u.  

      O wietlony pokój nie miał zasłon w oknach.  adne okno w całym domu nie 

było zasłoni te. Zatem...  

      Obszedłem dom z drugiej strony. Zbli ywszy si  do pierwszego o wietlonego 

okna, szybko zajrzałem do  rodka. Ochronne pokrowce zasłaniały wi ksz  cz  

podłogi. M czyzna w czapeczce i kombinezonie malował  cian .  

      Naturalnie.  

      Prosiłem Billa,  eby sprzedał posiadło . Podpisałem niezb dne papiery, le c 

jako pacjent w pobliskim szpitalu, kiedy zostałem przeniesiony do mojego starego 

domu - zapewne w wyniku działania Klejnotu - zaraz po tym, jak kto  pchn ł 

mnie sztyletem. To pewnie kilka tygodni czasu lokalnego, je li uwzgl dni  

współczynnik konwersji Amberu w stosunku do cienia-Ziemi, mniej wi cej, dwa i 

pół do jednego i doliczaj c osiem dni, które w Amberze kosztowały mnie Dworce 

Chaosu. Oczywi cie, Bill starał si  spełni  moj  pro b .  

      Ale dom był w fatalnym stanie, porzucony i nie zamieszkany przez kilka lat, 

background image

 

79 

zniszczony przez wandali...  

      Potrzebował nowych szyb, nowego dachu, rynien, malowania, czyszczenia i 

polerowania. Zostało te  mnóstwo przeró nych  mieci, nie tylko wewn trz, ale i 

na dworze...  

      Odwróciłem si  i odszedłem zboczem a  do drogi.  

      Wspominałem, jak szedłem t dy poprzednim razem, półprzytomny, na 

czworakach, krwawi c z rany w boku.  

      Tamta noc była o wiele zimniejsza, a  nieg le ał na ziemi i padał z góry. 

Min łem punkt, gdzie usiadłem i próbowałem poszewk  poduszki zatrzymywa  

samochody. Wspomnienia stawały si  niewyra ne, ale wci  nie zapomniałem 

tych, które wtedy przejechały obok mnie.  

      Przeszedłem przez drog  i brn c polem dotarłem do k py drzew. Odwi załem 

Werbla i wskoczyłem na siodło.  

      - Musimy jeszcze kawałek podjecha  - powiedziałem mu. - Tym razem 

niedaleko.  

      Wrócili my na drog  i ruszyli my dalej, mijaj c mój dawny dom. Gdybym nie 

prosił Billa,  eby go sprzedał, pryzma kompostu wci  byłaby na miejscu. Klejnot 

byłby wci  na miejscu. Mógłbym ju  wraca  do Amberu z krwistym kamieniem 

na szyi, gotów spróbowa  tego, co musi zosta  zrobione. A teraz... teraz musiałem 

go szuka . I miałem wra enie,  e czas znowu zaczyna si  liczy .  

      Przynajmniej miałem korzystny współczynnik wzgl dem jego upływu w 

Amberze. Cmokn łem na Werbla i potrz sn łem wodzami. Mimo wszystko nie 

warto go marnowa .  

      Po półgodzinie wjechałem do miasteczka, na cich  uliczk  w dzielnicy 

willowej. Dookoła stały domy. U Billa paliło si   wiatło. Skr ciłem na jego 

podjazd. Zostawiłem Werbla na tyłach.  

      Zastukałem. Drzwi otworzyła Alice. Patrzyła przez chwil  zdziwiona, wreszcie 

wykrzykn ła:  

      - Mój Bo e! Carl!  

      Po kilku minutach siedziałem ju  z Billem w salonie, a na stoliku stał mój 

drink. Alice wyszła do kuchni.  

      Popełniła bł d: spytała, czy nie jestem głodny.  

      Bill obserwował mnie uwa nie, zapalaj c fajk .  

      - Sposób, w jaki pojawiasz si  i odchodzisz, wci  jest niezwykle barwny - 

zauwa ył.  

      U miechn łem si .  

      - To tylko własna wygoda - stwierdziłem.  

      - Ta piel gniarka w szpitalu... Mało kto jej uwierzył.  

      - Mało kto?  

      - Ta mniejszo , o której wspomniałem, to oczywi cie ja.  

      - Co mówiła?  

      - Powiedziała,  e wyszedłe  na  rodek pokoju, stałe  si  dwuwymiarowy i po 

prostu si  rozwiałe  jak stary  ołnierz, którym zreszt  jeste , przy 

akompaniamencie t czy.  

      - Jaskra powoduje czasem efekt t czowego widzenia. Ta piel gniarka powinna 

i  do okulisty.  

background image

 

80 

      - Była - odparł. - Nic jej nie jest.  

      - Och, to niedobrze. Nast pna przyczyna, jaka przychodzi mi do głowy, jest 

raczej neurologiczna.  

      - Daj spokój, Carl. Ona jest zdrowa. Wiesz o tym.  

      U miechn łem si  i łykn łem alkoholu.  

      - A ty - dodał - wygl dasz jak pewna karta do gry. Kompletna, razem z 

mieczem. Co si  dzieje, Carl?  

      - To wci  bardzo skomplikowane - wyja niłem. - Nawet bardziej ni  podczas 

naszej ostatniej rozmowy.  

      - Co oznacza,  e niczego mi jeszcze nie powies ?  

      Pokr ciłem głow .  

      - Zasłu yie  na darmowe wakacje w moich ojczystych stronach, kiedy to 

wszystko ju  si  sko czy... o ile b d  jeszcze miał ojczyste strony. W tej chwili 

czas wyczynia potworne rzeczy.  

      - Jak mógłbym ci pomóc?  

      - Informacj . Mój stary dom. Kim jest ten facet, który go remontuje?  

      - Ed Wellen. Miejscowy przedsi biorca. Chyba go znasz. Nie montował ci 

kiedy  prysznica czy czego  takiego?  

      - A tak, rzeczywi cie... przypominam sobie.  

      - Rozwin ł firm . Kupił troch  sprz tu, zatrudnił kilku ludzi. Prowadziłem 

jego sprawy.  

      - Czy wiesz, kto pracuje u mnie w tej chwili?  

      - Nie wiem. Ale zaraz mog  sprawdzi . - Poło ył dło  na słuchawce telefonu. - 

Mam do niego zadzwoni ?  

      - Tak. Ale jest jeszcze co . Interesuje mnie tylko jedna rzecz. Na podwórzu 

stała pryzma kompostu. W ka dym razie była, kiedy ostatnio tamt dy 

przechodziłem. Teraz znikn ła. Chc  wiedzie , co si  z ni  stało.  

      Pochylił głow  i u miechn ł si , nie wypuszczaj c fajki z ust.  

      - Mówisz powa nie? - zapytał w ko cu.  

      - Powa nie, jak sama  mier  - zapewniłem. - Schowałem co  w tej pryzmie, 

kiedy przeczołgiwałem si  obok, dekoruj c  nieg moimi cennymi płynami 

ustrojowymi. I musz  natychmiast odzyska  to co .  

      - A co to jest?  

      - Rubinowy wisior.  

      - Bezcenny, jak przypuszczam?  

      - Zgadza si .  

      Wolno kiwn ł głow .  

      - Gdyby chodziło o kogo  innego, pomy lałbym,  e to głupi dowcip - 

stwierdził. - Skarb w pryzmie kompostu... Rodzinna pami tka?  

      - Tak. Czterdzie ci, mo e pi dziesi t karatów. Prosta oprawa. Ci ki 

ła cuch.  

      Wyj ł fajk  z ust i gwizdn ł cicho.  

      - Mog  spyta , po co go tam schowałe ?  

      - Gdyby nie to, byłbym ju  trupem.  

      - Rozs dny powód.  

      Znów si gn ł do telefonu.  

background image

 

81 

      - Kto  ju  pytał o ten dom - zauwa ył. - Całkiem nie le, je li wzi  pod uwag , 

e jeszcze nie dałem ogłoszenia. Facet słyszał od kogo , kto słyszał od kogo . 

Zabrałem go tam dzi  rano. Zastanawia si . Mo liwe,  e trzeba b dzie si  

spieszy .  

      Zacz ł wykr ca  numer.  

      - Czekaj - rzuciłem. - Opowiedz mi o nim.  

      Odło ył słuchawk  i spojrzał na mnie.  

      - Szczupły - powiedział. - Rudowłosy. Z brod . Twierdzi,  e jest artyst  i 

szuka jakiego  mieszkania za miastem.  

      - Niech to szlag! - mrukn łem dokładnie w chwili, gdy Alice wniosła tac  z 

jedzeniem.  

      Sykn ła cicho i u miechn ła si , stawiaj c j  na stoliku.  

      - To tylko dwa hamburgery i troch  sałatki z obiadu - stwierdziła. - Nie ma si  

czym podnieca . Smacznego.  

      - Dzi ki. Za chwil  zjadłbym własnego konia, a potem byłoby mi przykro.  

      - On te  pewnie by si  zbytnio nie ucieszył - powiedziała wracaj c do kuchni.  

      - Czy pryzma kompostu jeszcze tam była, kiedy pokazywałe  mu dom? - 

spytałem.  

      Przymkn ł oczy i zmarszczył czoło.  

      - Nie - o wiadczył po chwili. - Podwórze było ju  wysprz tane.  

      - To ju  co  - odetchn łem i wzi łem si  do jedzenia.  

      Zadzwonił i rozmawiał przez kilka minut. Rozumiałem mniej wi cej, co si  

dzieje, słuchaj c tylko jego wypowiedzi, ale potem powtórzył mi wszystko 

dokładnie. Tymczasem sko czyłem je  i spłukałem gardło tym, co jeszcze zostało 

w szklance.  

      - Nie chciał marnowa  dobrego kompostu - wyja nił Bill. - Dlatego wczoraj 

załadował pryzm  na furgonetk  i wywiózł na swoj  farm . Zwalił w miejsce, 

które chce uprawia , ale nie miał czasu rozrzuci .  

      Twierdzi,  e nie zauwa ył  adnej bi uterii. Oczywi cie łatwo mógł przeoczy  

taki drobiazg.  

      Przytakn łem.  

      - Je li po yczysz mi latark , to zaczn  si  zbiera .  

      - Pewnie. Podwioz  ci .  

      - W danej chwili wolałbym nie rozstawa  si  z moim koniem.  

      - Ale b dziesz pewnie potrzebował grabi i łopaty albo wideł. Wezm  je i 

spotkamy si  na miejscu, je li wiesz, gdzie to jest.  

      - Wiem, gdzie jest farma Eda. I on na pewno ma wszystkie narz dzia.  

      Bill z u miechem wzruszył ramionami.  

      - No, dobrze - ust piłem. - Skocz  jeszcze do toalety, a potem ruszamy.  

      - Odniosłem wra enie,  e znasz potencjalnego nabywc .  

      Odsun łem tac  i wstałem.  

      - Ostatnio słyszałe  o nim jako Brandonie Coreyu.  

      - Ten, który udawał twojego brata i wsadził ci  do szpitala?  

      - "Udawał", niech go diabli! On jest moim bratem. Ale to nie moja wina. 

Przepraszam na moment.  

      - On tam był.  

background image

 

82 

      - Gdzie?  

      - U Eda, dzi  po południu. A w ka dym razie jaki  rudowłosy brodacz.  

      - I czego chciał?  

      - Powiedział,  e jest malarzem. Pytał, czy mo e ustawi  sztalugi na polu.  

      - I Ed mu pozwolił?  

      - Naturalnie. Uznał,  e to znakomity pomysł. Dlatego wła nie mi o tym 

powiedział: chciał si  pochwali .  

      - Bierz narz dzia. Spotkamy si  na miejscu.  

      - Dobrze.  

      Drug  rzecz , jak  wyj łem w toalecie, była talia Atutów. Musiałem jak 

najszybciej porozmawia  z kim  w Amberze, kim  dostatecznie silnym, by go 

powstrzymał. Ale z kim? Benedykt wyruszył do Dworców Chaosu, Random 

szukał syna, a niedawno rozstałem si  z Gerardem i to w nie całkiem przyjaznych 

stosunkach.  ałowałem,  e nie mam Atutu Ganelona.  

      Uznałem,  e musz  spróbowa  z Gerardem.  

      Wyj łem jego kart , wykonałem niezb dne manewry psychiczne i po chwili 

nast pił kontakt.  

      - Corwin!  

      - Posłuchaj, Gerardzie! Brand  yje, je li ma ci  to pocieszy . Jestem tego 

pewien. Mam wa n  spraw . To kwestia  ycia i  mierci. Musisz co  zrobi , i to 

szybko.  

      Wyraz jego twarzy zmieniał si  w miar , jak mówiłem: gniew, zaskoczenie, 

ciekawo ...  

      - Słucham - powiedział.  

      - Brand mo e niedługo wróci . Mo e nawet ju  jest w Amberze. Nie widziałe  

go jeszcze?  

      - Nie.  

      - Nie mo na pozwoli , aby przeszedł Wzorzec.  

      - Nie rozumiem. Ale mog  postawi  stra nika przed komor  Wzorca.  

      - Postaw stra  wewn trz. Brand wykorzystuje ostatnio niezwykłe metody 

pojawiania si  i znikania. A je li przejdzie Wzorzec, mog  si  zdarzy  straszne 

rzeczy.  

      - Wi c b d  pilnował osobi cie. Co si  dzieje?  

      - Nie ma czasu na wyja nienia. Nast pne pytanie: czy Llewella wróciła do 

Rebmy?  

      - Tak.  

      - Poł cz si  z ni  przez Atut. Musi uprzedzi  Moire,  e nale y strzec tak e 

Wzorca w Rebmie.  

      - To a  tak powa na sprawa, Corwinie?  

      - To mo e by  koniec wszystkiego - zapewniłem. - Teraz musz  ju  i .  

      Przerwałem kontakt i ruszyłem do kuchni. Wyszedłem tylnymi drzwiami 

zatrzymuj c si  tylko na chwil , by podzi kowa  Alice i  yczy  dobrej nocy. Je eli 

Brand zdobył Klejnot i dostroił si  do niego... nie wiedziałem, co zrobi, ale 

miałem nieprzyjemne przeczucia.  

      Dosiadłem Werbla i ruszyłem w stron  szosy. Bill cofał ju  wóz na podje dzie.

 

 

 

background image

 

83 

Rozdział 11 

 

Skracałem sobie drog  przez pola, wi c nie straciłem zbyt wiele do Billa. 

Kiedy podjechałem, rozmawiał z Edem, który wskazywał r k  na południowy 

zachód.  

      Gdy zeskoczyłem z siodła, Ed przyjrzał si  Werblowi.  

      - Pi kny ko  - ocenił.  

      - Dzi ki.  

      - Dawno pana nie było.  

      - To fakt.  

      Podali my sobie r ce.  

      - Miło znowu pana zobaczy . Wła nie mówiłem Billowi,  e wła ciwie nie 

wiem, jak długo ten malarz tu siedział. Pomy lałem,  e pójdzie sobie, kiedy zrobi 

si  ciemno, i nie zwracałem na niego uwagi. Ale je eli rzeczywi cie czego  szukał i 

wiedział o tej pryzmie kompostu, to mo e ci gle jeszcze tu jest. Mo e zabior  

strzelb  i pójd  z wami?  

      - Nie - odparłem. - Dzi kuj . Chyba wiem, co to za jeden. Bro  nie b dzie 

potrzebna. Po prostu pójdziemy tam i pogrzebiemy troch .  

      - Jak chcecie - zgodził si . - Przejd  si  z wami i pomog .  

      - Nie musi pan tego robi .  

      - To mo e zajm  si  koniem? Dam mu co  do jedzenia i picia, wyczyszcz  

troch ?  

      - Na pewno b dzie wdzi czny. Ja bym był.  

      - Jak ma na imi ?  

      - Werbel.  

      Podszedł do zwierz cia i spróbował si  z nim zaprzyja ni .  

      - W porz dku - rzucił przez rami . - B d  w stodole. Gdyby cie czego  

potrzebowali, krzyczcie.  

      - Dzi kuj .  

      Wyj łem z samochodu Billa narz dzia, a on wzi ł latark  i poprowadził mnie 

na południowy zachód, gdzie wskazywał Ed.  

      Przeszli my przez pole. Spogl dałem wzdłu  promienia  wiatła, wypatruj c 

pryzmy. Westchn łem gł boko, gdy dostrzegłem co , co przypominało jej resztki. 

Kto  musiał tu grzeba . Grudy były porozrzucane; nie mogły w ten sposób spa  

z ci arówki.  

      Jednak... z faktu,  e kto  szukał, nie wynikało jeszcze,  e znalazł.  

      - Co o tym my lisz? - zapytał Bill.  

      - Sam nie wiem. - Uło yłem narz dzia na ziemi i podszedłem do najwi kszego 

stosu. - Po wie  tutaj.  

      Przyjrzałem si  uwa nie temu, co pozostało z pryzmy.  

      Potem chwyciłem grabie i wzi łem si  do pracy. Rozbijałem ka d  grud  i 

rozrzucałem po ziemi, przeczesuj c stalowymi z bami. Po chwili Bill uło ył 

latark  pod odpowiednim k tem i zacz ł mi pomaga .  

      - Mam takie zabawne przeczucie... - zacz ł.  

      - Ja te .  

      - ... e chyba si  spó nili my.  

background image

 

84 

      Poczułem znajomy dreszcz czyjej  obecno ci. Wyprostowałem si  i czekałem. 

Kontakt nast pit po kilku sekundach.  

      - Corwinie!  

      - Jestem, Gerardzie.  

      - Co mówisz? - zdziwił si  Bill.  

      Uniosłem dło  nakazuj c milczenie i skoncentrowałem uwag  na Gerardzie. 

Wsparty na swym wielkim mieczu stał w półmroku obok l ni cego Wzorca.  

      - Miałe  racj  - o wiadczył. - Brand rzeczywi cie pokazał si  tu przed chwil . 

Nie wiem, jak wszedł. Nagle wynurzył si  z cieni, tam, po lewej - wskazał r k . - 

Przygl dał mi si  przez chwil , potem zawrócił i znikn ł w mroku. Nie 

odpowiadał, kiedy go wołałem. Odwróciłem latarni , ale nigdzie go nie było. 

Rozpłyn ł si . Co mam teraz robi ?  

      - Czy nosił Klejnot Wszechmocy?  

      - Trudno powiedzie . Widziałem go tylko przez moment, w marnym 

o wietleniu.  

      - Czy pilnuj  Wzorca w Rebmie?  

      - Tak. Llewella ich uprzedziła.  

      - To dobrze. Zosta  na stra y. Odezw  si .  

      - Dobrze. Corwinie... to, co si  zdarzyło...  

      - Nie ma o czym mówi .  

      - Dzi ki. Ale ten Ganelon to twardy zawodnik.  

      - To fakt - przyznałem. - Nie za nij tylko.  

      Wizerunek znikł, gdy przerwałem kontakt, lecz zdarzyło si  co  dziwnego. 

Wra enie kontaktu,  cie ka, pozostało, bezkierunkowe i otwarte, jak wł czone 

radio nie nastrojone na  adn  stacj .  

      Bill przygl dał mi si  z uwag .  

      - Carl, co si  dzieje?  

      - Nie wiem. Zaczekaj chwil .  

      Nagle znowu nast piło poł czenie, chocia  nie z Gerardem. Musiała próbowa  

mnie dosi gn , gdy byłem zaj ty rozmow .  

      - Corwinie, to wa ne.  

      - Mów, Fi.  

      - Nie znajdziesz tego, czego tam szukasz. Brand to ma.  

      - Wła nie zaczynałem to podejrzewa .  

      - Musimy go powstrzyma . Nie mam poj cia, ile ju  wiesz...  

      - W tej chwili ja te  nie mam - odparłem. - Ale kazałem postawi  stra e przy 

Wzorcu w Amberze i w Rebmie. Przed chwil  Gerard powiedział,  e Brand 

zjawił si  przy tym w Amberze, ale si  przestraszył.  

      Skin ła głow  o drobnej twarzyczce o delikatnych rysach. Rude loki miała 

mocno spl tane. Wygl dała na zm czon .  

      - Wiem o tym - oznajmiła. - Obserwuj  jego działania. Ale zapomniałe  o 

jeszcze jednej mo liwo ci.  

      - Nie - zaprotestowałem. - Według moich wylicze , Tir-na Nog'th jest jeszcze 

nieosi galne...  

      - Nie o to mi chodzi. On si  kieruje do pierwotnego Wzorca.  

      - Chce dostroi  Klejnot?  

background image

 

85 

      - Przynajmniej za pierwszym razem.  

      -  eby przej , musi min  uszkodzone obszary. Jak rozumiem, jest to do  

trudne.  

      - Wi c wiesz - mrukn ła. - Dobrze. Zaoszcz dzi mi to tłumacze . Te ciemne 

obszary nie sprawi  mu takich problemów jak komukolwiek z nas. Zawarł ugod  

z ciemno ci . Musimy go powstrzyma , natychmiast.  

      - Znasz jak  krótsz  drog  do tamtego miejsca?  

      - Tak. Chod  do mnie. Zabior  ci  tam.  

      - Chwileczk . Chciałbym zabra  Werbla.  

      - Po co?  

      - Trudno powiedzie . Wła nie dlatego nie chc  si  z nim rozstawa .  

      - W porz dku. Wi c ty mnie przerzu . Równie dobrze mo emy wyruszy  

stamt d, jak st d.  

      Wyci gn łem r k . Po chwili trzymałem jej dło . Zrobiła krok do przodu.  

      - Bo e! - j kn ł Bill i cofn ł si  nieco. - Wiesz, Carl, miałem w tpliwo ci co do 

twojego zdrowia psychicznego, ale teraz martwi  si  o własne. Ona... ona była na 

jednej z kart, prawda?  

      - Tak. Bill, poznaj moj  siostr  Fion . Fiono, to jest Bill Roth, bardzo dobry 

przyjaciel.  

      Fi z u miechem podała mu dło . Zostawiłem ich, a sam poszedłem po Werbla. 

Po kilku minutach byłem ju  z powrotem.  

      - Bill - zacz łem. - Przepraszam,  e przeze mnie straciłe  tyle czasu. Mój brat 

ma ten przedmiot. Teraz ruszamy za nim. Dzi kuj  za pomoc.  

      U cisn łem mu dło .  

      - Corwinie - powiedział i u miechn ł si .  

      - Tak, to moje imi .  

      - Rozmawiałem z twoj  siostr . Niewiele mo na si  dowiedzie  w tak krótkim 

czasie, ale wiem,  e to niebezpieczna misja. Zatem: powodzenia. Nadal chciałbym 

kiedy  usłysze  cał  t  histori .  

      - Dzi ki. Postaram si  to załatwi .  

      Wskoczyłem na siodło i posadziłem Fion  przed sob .  

      - Dobranoc, panie Roth - rzuciła. Potem zwróciła si  do mnie: - Ruszaj powoli, 

przez pole.  

      Posłuchałem.  

      - Brand mówił,  e to ty próbowała  go zabi  - zacz łem, gdy odjechali my ju  

do  daleko.  

      - To prawda.  

      - Dlaczego?  

      -  eby unikn  tego wszystkiego.  

      - Odbyłem z nim dług  rozmow . Powiedział,  e na pocz tku ty, Bleys i on 

planowali cie przej cie władzy.  

      - Zgadza si .  

      - Powiedział te ,  e rozmawiał z Caine'em i próbował go przeci gn  na wasz  

stron , ale Caine nie chciał nawet o tym słysze . Powtórzył wszystko Erykowi i 

Julianowi. To spowodowało,  e utworzyli własn  grup , by zablokowa  wam 

drog  do tronu.  

background image

 

86 

      - W ogólnych zarysach tak wła nie było. Caine miał własne ambicje, 

wprawdzie na dalek  przyszło , ale jednak ambicje. Nie miał jednak mo liwo ci 

ich realizacji. Uznał wi c,  e je li przeznaczono mu ni sze stanowiska, to woli je 

sprawowa  pod Erykiem ni  pod Bleysem. Potrafi  go zrozumie .  

      - Twierdził te ,  e wasza trójka zawarła układ z siłami na ko cu czarnej 

drogi, w Dworcach Chaosu.  

      - Tak - przyznała. - Był taki układ.  

      - U yła  czasu przeszłego.  

      - Dla mnie i dla Bleysa to przeszło .  

      - Brand mówił co innego.  

      - Nie dziwi  si .  

      - Powiedział,  e ty i Bleys nadał wykorzystujecie to przymierze, ale  e on 

zmienił pogl dy. Z tego powodu zwrócili cie si  przeciw niemu i uwi zili cie w tej 

wie y.  

      - Czemu go zwyczajnie nie zabili my?  

      - Poddaj  si . Wyja nij.  

      - Był zbyt niebezpieczny, by pozostawi  go na wolno ci, ale nie mogli my go 

zabi , gdy  miał co  niezwykle cennego.  

      - Co?  

      - Po  mierci Dworkina tylko Brand wiedział, jak odtworzy  pierwotny 

Wzorzec, który uszkodził.  

      - Mieli cie du o czasu,  eby wydoby  z niego t  informacj .  

      - Dysponuje niesamowitymi rezerwami.  

      - Wi c czemu próbowała  go zasztyletowa ?  

      - Powtarzam:  eby unikn  tego wszystkiego. Kiedy doszło do wyboru mi dzy 

jego wolno ci  a  mierci , lepiej było,  eby umarł. Musieliby my zaryzykowa  i 

spróbowa  bez niego znale  sposób naprawy Wzorca.  

      - W takim razie czemu nam pomagała , kiedy chcieli my sprowadzi  go z 

powrotem?  

      - Po pierwsze, wcale nie pomagałam. Starałam si  przeciwdziała . Ale było 

was zbyt wielu i zbyt mocno si  starali cie. Przedostali cie si  mimo moich 

wysiłków. Po drugie, musiałam by  na miejscu,  eby go zabi , gdyby si  wam 

udało. Niedobrze,  e wszystko poszło tak, jak poszło.  

      - Mówiła ,  e ty i Bleys mieli cie opory wobec tego przymierza, a Brand nie?  

      - Tak.  

      - A jak te wasze opory wpłyn ły na ch  zdobycia tronu?  

      - Uznali my,  e poradzimy sobie bez dodatkowej pomocy.  

      - Rozumiem.  

      - Wierzysz mi?  

      - Obawiam si ,  e zaczynam wierzy .  

      - Skr  tutaj.  

      Wjechałem w szczelin  na zboczu. Przejazd był w ski i bardzo ciemny. Tylko 

kilka gwiazd l niło nam nad głowami. Fiona przekształcała Cie  podczas 

rozmowy, prowadz c nas z pola Eda w dół, na mgliste mokradła, potem znów w 

gór , na otwarty szlak mi dzy górami.  

      Teraz, w mrocznym w wozie, poczułem,  e znów pracuje nad Cieniem. 

background image

 

87 

Powietrze było chłodne, ale nie mro ne.  

      Po lewej i prawej stronie zalegała absolutna czer , budz ca złudzenie 

straszliwej gł bi raczej ni  okrytej cieniem skalnej  ciany. Wra enie to pot gował 

jeszcze fakt, który nagle sobie u wiadomiłem:  e stuk kopyt Werbla nie wywołuje 

adnego echa, pogłosu, szumu...  

      - Co mog  zrobi , by zyska  twoje zaufanie? - spytała.  

      - Prosisz o wiele.  

      Za miała si .  

      - Mo e inaczej to sformułuj . Co mog  zrobi , by ci  przekona ,  e mówi  

prawd ?  

      - Odpowiedz na jedno pytanie.  

      - Jakie?  

      - Kto mi przestrzelił opony?  

      Znów si  roze miała.  

      - Przecie  sam si  domy liłe .  

      - Mo e. Ale powiedz.  

      - Brand - stwierdziła. - Nie zdołał trwale uszkodzi  ci pami ci, wi c postanowił 

załatwi  t  spraw  w sposób ostateczny.  

      - Według znanej mi wersji strzelał Bleys, który zostawił mnie w jeziorze, a 

Brand przybył w sam  por ,  eby mnie wyci gn  i uratowa . Policyjny raport 

sugerował co  takiego.  

      - Kto wezwał policj ? - spytała.  

      - Maj  to zapisane jako anonimowy telefon, ale...  

      - Bleys ich wezwał. Kiedy zrozumiał, co si  dzieje, nie mógł ju  dotrze  na 

czas,  eby ci  uratowa . Miał nadziej ,  e im si  uda. I rzeczywi cie.  

      - Nie rozumiem.  

      - Brand nie wyci gn ł ci  z samochodu. Sam tego dokonałe . Czekał w 

pobli u, by si  upewni ,  e nie  yjesz. A ty wypłyn łe  na powierzchni  i 

wyczołgałe  si  na brzeg. Zszedł wi c na dół. Chciał ci  obejrze  i zdecydowa , 

czy umrzesz, je li ci  zwyczajnie zostawi, czy mo e powinien wrzuci  ci  z 

powrotem. Mniej wi cej wtedy przyjechała policja i musiał znika . Dogonili my 

go wkrótce potem. Udało si  nam go pokona  i uwi zi  w wie y. Potem 

skontaktowałam si  z Erykiem i opowiedziałam, co zaszło. Polecił Florze umie ci  

ci  w tym drugim szpitalu i dopilnowa ,  eby  tam został a  do jego koronacji.  

      - To by si  zgadzało - mrukn łem. - Dzi ki.  

      - Co by si  zgadzało?  

      - W czasach mniej skomplikowanych byłem tylko zwykłym konowałem i 

rzadko miałem do czynienia z przypadkami psychiatrycznymi. Ale wiem,  e dla 

przywrócenia pami ci nie aplikuje si  elektrowstrz sów. Na ogół wywołuj  

przeciwny efekt: kasuj  pewne krótkotrwałe wspomnienia. Kiedy si  

dowiedziałem; co Brand ze mn  zrobił, zacz łem co  podejrzewa . W ko cu 

stworzyłem własn  hipotez . Wypadek samochodowy nie przywrócił mi pami ci, 

tak samo jak elektrowstrz sy. Zacz łem j  odzyskiwa  w sposób naturalny, a nie 

w rezultacie jakiego  szczególnego szoku. Musiałem zrobi  albo powiedzie  co , 

co wskazywało,  e taki proces si  rozpocz ł. Brand si  jako  dowiedział i uznał,  e 

w danej chwili to mu nie odpowiada. Wybrał si  zatem do mojego cienia, zamkn ł 

background image

 

88 

mnie w szpitalu i poddał terapii, która powinna zatrze  to, co sobie ostatnio 

przypomniałem. Nie udało mu si : jedynym trwałym efektem było zatarcie 

wspomnie  z kilku dni przed i po sesji terapeutycznej. Wypadek te  miał w tym 

swój udział. Ale kiedy uciekłem z Portera i prze yłem jego zamach na mnie, 

proces przywracania pami ci trwał nadal, kiedy obudziłem si  w Greenwood i 

kiedy ich opu ciłem. Kiedy mieszkałem u Flory, przypominałem sobie coraz 

wi cej. Rekonwalescencj  przyspieszył Random, zabieraj c mnie do Rebmy, 

gdzie przeszedłem Wzorzec. Jestem jednak przekonany,  e nawet gdyby to nie 

nast piło, w ko cu odzyskałbym wszystkie wspomnienia. Potrwałoby to pewnie 

troch  dłu ej, ale przełamałem pewn  barier  i przypominanie było procesem 

ci głym i coraz szybszym. Dlatego doszedłem do wniosku,  e Brand próbował mi 

przeszkodzi  i to wła nie pasuje do twojej wersji.  

      Pasmo gwiazd nad nami zw ziło si  i wreszcie znikn ło. Jechali my przez co , 

co sprawiaio wra enie ciemnego tunelu z niezwykle delikatnym l nieniem gdzie  

daleko w przodzie.  

      - Tak - odezwała si  z ciemno ci przede mn . - Prawidłowo odgadłe . Brand 

bał si  ciebie. Twierdził,  e pewnej nocy w Tir-na Nog'th widział twój powrót i to, 

jak wniwecz obracasz wszystkie nasze plany. Wtedy nie zwróciłam na to uwagi, 

bo nie wiedziałam nawet,  e  yjesz. Zapewne wtedy tak e postanowił ci  

odszuka . Czy odgadł miejsce twego pobytu jakimi  magicznymi sposobami, czy 

po prostu wyczytał je z umysłu Eryka, tego nie wiem. Pewnie to drugie. Czasami 

jest zdolny do takich wyczynów. W ka dym razie ci  znalazł. Reszt  ju  znasz.  

      - To obecno  Flory w tym cieniu i jej podejrzane zwi zki z Erykiem 

wzbudziły jego podejrzliwo . Tak przynajmniej twierdził. Zreszt  teraz to bez 

znaczenia. Co proponujesz z nim zrobi , je li wpadnie nam w r ce?  

      Parskn ła.  

      - Masz przecie  swój miecz.  

      - Brand powiedział mi niedawno,  e Bleys wci   yje. Czy to prawda?  

      - Tak.  

      - Wi c czemu ja tu jestem zamiast niego?  

      - Bleys nie jest dostrojony do Klejnotu. Ty jeste .  

      Reagujecie na siebie na bliskie odległo ci. W razie bezpo redniego zagro enia 

Klejnot spróbuje ratowa  ci  ycie. Ryzyko zatem nie jest zbyt du e - wyja niła. 

Po chwili namysłu dodaia: - Ale nie b d  za pewny. Szybkie ci cie mo e 

wyprzedzi  reakcj . Czyli mo esz zgin  w jego obecno ci.  

       wiatło przed nami urosło i poja niało, ale wci  nie dochodziły z tamtej 

strony  adne zapachy, powiewy czy d wi ki. Pomy lałem o kolejnych poziomach 

wyja nie , na jakie natrafiałem od chwili swego powrotu, a ka de z własnym, 

skomplikowanym zestawem motywacji i usprawiedliwie  wszystkiego, co zaszło, 

gdy byłem daleko, co zaszło potem i co działo si  teraz. Emocje, plany, uczucia i 

cele dostrzegałem jako wiry w wodnej fali, płyn cej przez miasto faktów, wolno 

budowane na grobie dawnego ja. Akt jest aktem, w najlepszej, steinowskiej 

tradycji, lecz ka da załamuj ca si  nade mn  fala interpretacji przemieszczała 

jeden lub wi cej obiektów, które uwa ałem za bezpiecznie zakotwiczone. To z 

kolei wprowadzało zmiany w cało ci, a  wreszcie samo  ycie wydało mi si  

niemal e zmienn  gr  Cienia wokół Amberu nieosi galnej prawdy. Musiałem 

background image

 

89 

jednak przyzna ,  e wiem teraz wi cej ni  kilka lat temu,  e jestem bli ej sedna 

spraw,  e cała akcja, która porwała mnie od momentu powrotu, zmierza chyba w 

stron  jakiego  ostatecznego rozwi zania. Czego chciałem? Szansy, by odkry , co 

jest słuszne, i działa  zgodnie z tym odkryciem. Roze miałem si . Czy 

komukolwiek udało si  kiedy osiagn  to pierwsze, nie mówi c ju  o drugim? W 

takim razie szukałem mo e aproksymacji prawdy, na której mógłbym si  oprze . 

To by wystarczyło... I jeszcze szansa, by kilka razy machn  kling  we wła ciwym 

kierunku: najwy sze zado uczynienie, jakie mo e ofiarowa   wiat godziny 

pierwszej za zmiany dokonane od południa. Roze miałem si  znowu i 

sprawdziłem, czy ostrze lekko wychodzi z pochwy.  

      - Brand mówił,  e Bleys organizuje kolejn  armi ... - zacz łem.  

      - Pó niej - przerwała mi. - Pó niej. Nie mamy ju  czasu.  

      Miała racj .  wiatło rozrosło si  i przekształciło w okr gły otwór. Zbli ało si  

w tempie zupełnie nieproporcjonalnym do szybko ci naszego ruchu, jak gdyby 

sam tunel ulegał skróceniu. Miałem wra enie,  e to dzienne  wiatło wpada przez 

co , co postanowiłem uzna  za wyj cie z jaskini.  

      - Jak chcesz - powiedziałem, a po chwili dotarli my do otworu i wyjechali my 

na zewn trz.  

      Zamrugałem. Po lewej stronie było morze, które zlewało si  z niebem tej 

samej barwy. Złote sło ce płyn ło/wisiało nad/w ród niego, na wszystkie strony 

posyłaj c promienie blasku. Za plecami miałem teraz ju  tylko skał . Przej cie 

wiod ce do tego miejsca znikn ło bez  ladu. Niezbyt daleko z przodu i w dole - 

mo e jakie  trzydzie ci metrów - le ał pierwotny Wzorzec. Jaki  człowiek kroczył 

po drugim z zewn trznych łuków, tak pochłoni ty marszem,  e najwyra niej nie 

dostrzegł jeszcze naszego przybycia. Błysk czerwieni, gdy zakr cał: Klejnot, 

zwisaj cy z jego szyi, jak wcze niej zwisał z mojej, z Eryka, z taty. Tym 

człowiekiem był naturalnie Brand.  

      Zeskoczyłem z siodła. Spojrzałem na Fion , drobn  i strapion , po czym 

wsun łem wodze w jej dło .  

      - Masz jaki  pomysł oprócz tego,  eby i  za nim?  

      Pokr ciła głow .  

      Odwracaj c si , dobyłem Grayswandira i ruszyłem przed siebie.  

      - Powodzenia - rzuciła cicho.  

      Id c w stron  Wzorca, dostrzegłem długi ła cuch biegn cy od otworu jaskini 

do nieruchomego teraz gryfa Wixera. Głowa Wixera le ała na ziemi, kilka 

kroków na lewo od ciała. Z tułowia i szyi ciekła na kamienie zwykła, czerwona 

krew.  

      Staj c przy pocz tku drogi, dokonałem szybkich oblicze . Brand min ł ju  

kilka zakr tów głównej spirali. Pokonał mniej wi cej dwa i pół okr enia. Gdyby 

rozdzielał nas tylko jeden zwój, mógłbym dosi gn  go mieczem z pozycji 

równoległej do niego. Jednak e im dalej si  zagł biał, tym trudniejsza była droga. 

W rezultacie Brand poruszał si  coraz wolniej. Krótko mówi c, miałem szanse. 

Nie musz  go dogania . Wystarczy,  e nadrobi  półtora okr enia i wejd  na 

pozycj  obok niego.  

      Postawiłem stop  na Wzorcu i ruszyłem tak szybko, jak tylko potrafiłem. 

Bł kitne iskry zapłon ły wokół moich stóp, gdy walcz c z rosn cym oporem 

background image

 

90 

prawie biegiem pokonywałem pierwsz  krzyw . Si gały coraz wy ej. Włosy 

stawały mi d ba, gdy dotarłem do Pierwszej Zasłony, i wyra nie słyszałem trzask 

wyładowa . Napierałem na Zasłon  my l c, czy Brand mnie ju  zauwa ył. W tej 

chwili nie mogłem sobie pozwoli  na rzut oka w jego stron . Wyt yłem siły, by 

pokona  opór, i po kilku krokach przebiłem Pierwsz  Zasłon . Poruszanie stało 

si  łatwiejsze.  

      Uniosłem głow . Brand wła nie si  wynurzał ze strasznej Drugiej Zasłony, a 

bł kitne iskry si gały mu do piersi. Przebił si  i z tryumfalnym u miechem 

wykonał krok do przodu. I wtedy mnie zauwa ył.  

      U miech znikn ł. Zawahał si  - punkt dla mnie. Je li to tylko mo liwe, na 

Wzorcu nie wolno si  zatrzymywa . Traci si  mas  energii, by znowu ruszy  z 

miejsca.  

      - Spó niłe  si ! - zawołał.  

      Nie odpowiadałem. Po prostu szedłem. Bł kitne iskry strzelały z rysunku 

Wzorca na ostrze Grayswandira.  

      - Nie przejdziesz przez czer  - oznajmił.  

      Nadał szedłem. Ciemny obszar był tu  przede mn .  

      Cieszyłem si ,  e przynajmniej na tym okr eniu nie wypadł na którym  z 

trudniejszych fragmentów Wzorca.  

      Brand ruszył powoli w kierunku Wielkiego Łuku. Gdybym tam wła nie go 

dopadł, nie byłoby  adnej walki: nie miałby sił, by si  broni .  

      Zbli ałem si  do uszkodzonego fragmentu Wzorca.  

      Wspomniałem sposób, dzi ki któremu wraz z Ganelonem przejechali my 

przez czarn  drog  podczas ucieczki z Avalonu. Złamałem jej moc, przywołuj c 

w my lach obraz Wzorca. Teraz, oczywi cie, Wzorzec rozci gał si  wokół mnie, a 

odległo  była o wiele mniejsza. Z pocz tku pomy lałem,  e Brand chce mnie 

tylko przestraszy , teraz jednak przyszło mi do głowy,  e moc czarnego obszaru 

mo e by  znacznie wi ksza tutaj, u jego  ródła.  

      Kiedy si  zbli yłem, Grayswandir zaja niał nagłym blaskiem, 

przewy szaj cym poprzednie l nienie. Pod wpływem impulsu przytkn łem jego 

ostrze do kraw dzi czerni w miejscu, gdzie urywał si  Wzorzec.  

      Grayswandir przylgn ł do powierzchni i nie dał si  oderwa . Szedłem dalej, a 

ostrze wycinało drog  przede mn ,  lizgaj c si  po linii zbli onej do oryginalnego 

rysunku. Pod ałem za nim. Sło ce pociemniało, gdy stan łem na czarnym 

fragmencie. Nagle usłyszałem bicie własnego serca, a pot zrosił mi czoło. Szary 

cie  ogarn ł wszystko.  wiat był przymglony, a Wzorzec zbladł.  

      Miałem wra enie,  e łatwo byłoby o fałszywy krok, a nie byłem pewien, czy 

rezultat byłby podobny, jak po bł dzie na nie naruszonej cz ci Wzorca. Wolałem 

nie sprawdza . Nie odrywałem wzroku od linii, jak  kre lił przede mn  

Grayswandir. Bł kitny płomie  ostrza był jedyn  rzecz , która w tym  wiecie 

zachowała kolor. Prawa stopa, lewa stopa..:  

      I nagle wyszedłem, czer  si  sko czyła i znowu mogłem swobodnie porusza  

mieczem. Ognie przygasły, czy to przez kontrast z ponownie jasnym tłem, czy z 

innych, nie znanych mi powodów. Rozejrzałem si . Brand dochodził do Wielkiego 

Łuku.  

      Ja zbli ałem si  do Drugiej Zasłony. Za kilka minut obaj skoncentrujemy si  

background image

 

91 

na wysiłku, jakiego wymagały te przeszkody. Jednak Wielki Łuk jest trudniejszy, 

dłu szy od Drugiej Zasłony. Powinienem by  wolny i ruszy  szybciej, zanim on 

pokona swoj  barier . Potem znów musz  przekroczy  uszkodzony obszar. On 

pewnie ju  si  uwolni, ale b dzie szedł wolniej ni  ja, poniewa  wkroczy w 

odcinek, gdzie marsz jest jeszcze trudniejszy. Równornieme trzaski rozlegały si  

przy ka dym moim kroku, a uczucie mrowienia ogarn ło całe ciało. Iskry si gały 

ju  połowy uda. Miałem wra enie,  e id  polem elektrycznej pszenicy. Włosy 

miałem zje one, przynajmniej cz ciowo. Czułem, jak wibruj . Obejrzałem si , 

by spojrze  na Fion : siedziała w siodle, nieruchoma i czujna...  

      Natarłem na Drug  Zasłon .  

      K ty... krótkie, ostre zakr ty... Opór narastał, a  wreszcie cał  uwag  i 

wszystkie sity skoncentrowałem na walce. Znowu napłyn ło znajome uczucie 

bezczasowo ci, jak gdyby to wła nie było wszystkim, czego kiedykolwiek 

dokonałem i czego dokonam. I wola... koncentracja pragnienia o takiej 

intensywno ci,  e wył czała wszystko inne... Branda, Fion , Amber, własn  

to samo ... Iskry uniosły si  jeszcze wy j, a ja napierałem, skr całem, 

walczyłem o ka dy krok, a ka dy nast pny wymagał wi kszego wysiłku ni  

poprzedni.  

      Przebiłem si . Wprost na czarny obszar. Odruchowo wyci gn łem kling  

Grayswandira przed siebie i w dół, jak poprzednio. I znowu szaro , 

monochromatyczna mgła rozcinana bł kitem ostrza otwieraj cego mi drog  jak 

chirurgiczne naci cie.  

      Gdy wróciłem do normalnego o wietlenia, poszukałem wzrokiem Branda. 

Wci  był w zachodniej  wiartce i przebijał si  przez Wielki Łuk. Dotarł mniej 

wi cej do dwóch trzecich długo ci. Gdybym zwi kszył tempo, mógłbym go 

dogoni  tu  przy wyj ciu. Wkładaj c w to wszystkie siły, ruszyłem najszybciej, 

jak potrafiłem. Kiedy dotarłem do północnej cz ci Wzorca i na krzyw  

prowadz c  z powrotem, u wiadomiłem sobie, co wła ciwie chc  zrobi .  

      Miałem zamiar znowu splami  Wzorzec krwi . Gdyby chodziło o wybór 

mi dzy jego dalszym uszkodzeniem a całkowitym zniszczeniem przez Branda, 

wiedziałbym, co jest moim obowi zkiem. Czułem jednak,  e musi by  inna 

mo liwo . Tak...  

      Zwolniłem odrobin . Wszystko było kwesti  trafienia w odpowiedni moment. 

W tej chwili jemu było o wiele trudniej ni  mnie, dysponowałem wi c pewn  

rezerw . Cała moja strategia polegała na doprowadzeniu do spotkania w 

odpowiednim punkcie. Z ironi  wspomniałem trosk  Branda o dywan. 

Utrzymanie czysto ci Wzorca b dzie jednako wiele bardziej skomplikowane.  

      Zbli ał si  ju  do ko ca Wielkiego Łuku, a ja  cigałem go oceniaj c odległo  

do czerni. Postanowiłem,  e pozwol  mu krwawi  na uszkodzonym ju  obszarze. 

Jedynym minusem tego planu było,  e znajd  si  po prawej r ce Branda. Aby 

zmniejszy  przewag , jak  dzi ki temu uzyska, gdy skrzy ujemy klingi, musz  

pozosta  troch  z tyłu.  

      Brand zmagał si  i parł do przodu, poruszaj c si  jakby w zwolnionym 

tempie. Ja tak e walczyłem, lecz nie tak ci ko. Utrzymywałem tempo. My lałem 

o Klejnocie, o moim z nim pokrewie stwie, jakie narodziło si  w chwili 

dostrojenia. Wyczuwałem jego obecno , po lewej stronie i z przodu, cho  w tej 

background image

 

92 

chwili nie mogłem go dostrzec na piersi Branda. Czy naprawd  spróbuje mnie 

ratowa , gdyby Brand zwyci ał w nadchodz cym starciu? Wierzyłem niemal,  e 

zadziała. Ju  raz uratował mnie przed zamachem i odszukał jako  w moich 

wspomnieniach tradycyjnie bezpieczn  kryjówk : moje własne łó ko. Przeniósł 

mnie tam. Teraz go czułem, niemal widziałem poprzez niego drog  przed 

Brandem. Byłem prawie pewien,  e raz jeszcze spróbuje działa  w mojej obronie. 

Pami taj c słowa Fiony, postanowiłem jednak za bardzo na to nie liczy . 

Rozwa ałem jednak inne jego funkcje i zastanawiałem si , czy potrafiłbym nim 

operowa  bez fizycznego kontaktu.  

      Brand prawie pokonał Wielki Łuk. Si gn łem ku niemu z jakiego  poziomu 

mojej istoty i nawi załem kontakt z Klejnotem. Przekazuj c mu sw  wol , 

wezwałem burz  typu czerwonego cyklonu, który unicestwił Iago. Nie miałem 

poj cia, czy potrafi  zapanowa  nad tak szczególnym zjawiskiem w tym 

szczególnym miejscu, ale mimo to go przywołałem i skierowałem przeciw 

Brandowi. Na razie nic si  nie działo, cho  czułem,  e Klejnot zacz ł 

funkcjonowa . Brand dotarł do ko ca; jeszcze jeden wysiłek i zszedł z Wielkiego 

Łuku.  

      Byłem tu  za nim.  

      Jako  si  tego domy lił. Wyci gn ł miecz w chwili, gdy zmalał opór, przebył 

kolejny metr szybciej, ni  uwa ałem to za mo liwe, wysun ł do przodu lew  

stop , odwrócił si  i spojrzał mi w oczy ponad lini  naszych kling.  

      - Niech to diabli, udało ci si  - powiedział, dotykaj c ostrzem czubka 

Grayswandira. - Ale nigdy tu by  nie dotarł tak szybko, gdyby nie ta dziwka na 

koniu.  

      - Ładnie si  wyra asz o naszej siostrze - odparłem, zaatakowałem i patrzyłem, 

jak odparowuje cios.  aden z nas nie miał swobody ruchu,  aden nie mógł 

zaatakowa  nie opuszczaj c  cie ki Wzorca. Mnie dodatkowo ograniczał fakt,  e 

na razie nie chciałem przelewa  jego krwi. Zamarkowałem pchni cie blokuj ce, a 

on cofn ł si , przesuwaj c lew  stop  do tyłu wzdłu  linii Wzorca. Potem 

podci gn ł praw  i bez ostrze enia spróbował ataku na głow . Niech to! 

Odparowałem i zripostowałem czysto instynktownie. Nie chciałem trafi  go w 

pier , ale ostrze Grayswandira wykre liło łuk pod jego mostkiem. W powietrzu 

nad nami rozległo si  głuche brz czenie. Nie mogłem jednak oderwa  wzroku od 

Branda. On spojrzał w dół i cofn ł si  jeszcze o krok.  

      Doskonale. Czerwona linia ozdabiała mu gors w miejscu, gdzie przejechała 

klinga. Na razie materiał koszuli wchłaniał krew. Wysun łem nog , zrobiłem 

zwód, pchn łem, odparowałem ripost , poszedłem do zwarcia, cofn łem kling  - 

wszystko, co tylko mogłem wymy li ,  eby go zmusi  do ruchu w tył. 

Dysponowałem psychologiczn  przewag : wiedział,  e mam wi kszy zasi g 

ramion,  e dzi ki temu potrafi  zrobi  wi cej i szybciej.  

      Zbli ał si  ju  do czarnego obszaru. Jeszcze tylko kilka kroków... Usłyszałem 

d wi k podobny do pojedynczego uderzenia dzwonu, a potem gło ny ryk. Nagle 

padł na nas cie , jak gdyby chmura przesłoniła sło ce.  

      Brand podniósł głow . Chyba mogłem go wtedy załatwi , ale wci  stał za 

daleko od powierzchni docelowej.  

      Natychmiast si  opanował i spojrzał na mnie z w ciekło ci .  

background image

 

93 

      - Niech ci  diabli porw , Corwinie! To twoje dzieło! - krzykn ł i natarł, 

zapominaj c o ostro no ci.  

      Na nieszcz cie znajdowałem si  w nie najlepszej pozycji, gdy  wła nie 

podchodziłem, by spróbowa  odepchn  go jeszcze troch . Byłem odsłoni ty i 

stałem niezbyt pewnie. Ju  paruj c atak zrozumiałem,  e to nie wystarczy. 

Skr ciłem tułów i padłem do tyłu. Przewracaj c si  usiłowałem trzyma  stopy na 

linii.  

      Upadłem na prawy łokie  i lew  dło . Zakl łem, gdy  ból był zbyt silny, łokie  

zsun ł si  na bok i wyl dowałem na prawym ramieniu.  

      Jednak pchni cie przeszło nade mn , a otoczone bł kitn  aureol  stopy 

pozostały na  cie ce. Znalazłem si  poza zasi giem  miertelnego ciosu Branda, 

cho  mógł atakowa  moje nogi. Zasłoniłem si  praw  r k , z której nie 

wypu ciłem Grayswandira. Próbowałem usi

. Dostrzegłem czerwon  formacj  

chmur,  ółtych przy kraw dziach, wiruj c  dokładnie nad Brandem. Trzaskała 

iskrami i małymi błyskawicami; ryk zmienił si  w wycie.  

      Brand chwycił miecz za kling  i uniósł jak włóczni . Wiedziałem,  e nie 

zdołam go odbi  ani si  odsun . Si gn łem my l  do Klejnotu, a poprzez niego 

do zjawiska na niebie...  

      Nast pił jaskrawy błysk, a palec błyskawicy dotkn ł jego miecza.  

      Bro  wypadła mu z r ki, a dło  odruchowo skoczyła do ust. Zamkn ł w lewej 

Klejnot Wszechmocy, jak gdyby rozumiał, co robi , i zasłaniaj c kamie  

próbował mi przeszkodzi . Ss c palce spojrzał w gór ; w ciekło  odpłyn ła z 

jego twarzy, zast piona wyrazem bliskiego grozy przera enia. Lej zaczynał 

opada . Odwrócił si  wtedy, wst pił na poczerniały obszar, stan ł twarz  w 

kierunku południa, uniósł ramiona i wykrzykn ł co , czego nie dosłyszałem w 

ogłuszaj cym wyciu.  

      Lej si gał ku niemu, ale on stawał si  jakby dwuwymiarowy. Kontury 

zafalowały. Zacz ł si  zmniejsza , ale nie było to rezultatem zmiany wymiarów, a 

raczej wzrostu odległo ci. Stawał si  wci  mni jszy - a  znikn ł wreszcie, na 

mgnienie oka przed tym, jak lej przesun ł si  przez miejsce, w którym stał.  

      Wraz z nim znikn ł Klejnot i nie miałem ju   adnej mo liwo ci 

kontrolowania zjawiska nad głow . Nie wiedziałem, czy lepiej trzyma  si  nisko, 

czy raczej przyj  normaln  na Wzorcu pozycj . Wybrałem to drugie, gdy  wir 

atakował chyba to, co naruszało zwykły ci g zdarze . Usiadłem, po czym 

przesun łem si  wolno do linii. Potem spróbowałem przykucn , lecz lej ju  si  

podnosił. Wycie cichło. Zgasły bł kitne ognie wokół moich butów. Obejrzałem si  

na Fion . Dawała mi znaki, bym wstawał i szedł dalej.  

      Wstałem wi c powoli widz c,  e wir rozprasza si  nade mn . Wkraczaj c na 

obszar, gdzie jeszcze niedawno stał Brand, raz jeszcze u yłem Grayswandira, by 

mnie poprowadził. Poskr cane resztki miecza Branda le ały po drugiej stronie 

czarnej plamy.  

       ałowałem,  e nie ma jakiej  łatwiejszej drogi - zej cia z Wzorca. Nie 

widziałem sensu pokonywania reszty trasy. Ale gdy postawiłem stop  na Wzorcu, 

nie było ju  odwrotu, a nie miałem specjalnej ochoty próbowa  wyj cia czarnym 

szlakiem. Dlatego ruszyłem w stron  Wielkiego Łuku. Zastanawiałem si , gdzie 

odszedł Brand. Gdybym wiedział, mógłbym rozkaza  Wzorcowi, by przeniósł 

background image

 

94 

mnie za nim, kiedy ju  dojd  do  rodka. Mo e Fiona ma jaki  pomysł. Z drugiej 

strony, prawdopodobnie wybrał miejsce, gdzie ma sprzymierze ców. Niem drze 

byłoby  ciga  go samotnie.  

      Przynajmniej nie dopu ciłem do dostrojenia, pocieszyłem si .  

      I wszedłem na Wielki Łuk. Iskry strzeliły wokół mnie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

95 

Rozdział 12 

 

Pó ne popołudnie na zboczu góry: zachodz ce sło ce  wieciło pełnym 

blaskiem na głazy po lewej stronie i wycinało długie cienie tym po prawej; s czyło 

si  przez li cie nad moim grobem; w pewnym stopniu chroniło przed chłodnymi 

wiatrami Kolviru. Pu ciłem dło  Randoma i spojrzałem z uwag  na m czyzn  

siedz cego na ławie przed mauzoleum.  

      Miał twarz młodzika z przebitego sztyletem Atutu. Wokół ust pojawiły si  

zmarszczki, pociemniały brwi; ogólne zm czenie widoczne w oczach i uło eniu 

szcz ki, na karcie nie było tak wyra ne.  

      Poznałem go wi c, zanim Random oznajmił:  

      - To mój syn, Martin.  

      Martin wstał i u cisn ł mi r k .  

      - Wuju Corwinie - powiedział.  

      Wyraz jego twarzy zmienił si  tylko minimalnie. Przygl dał mi si  badawczo.  

      Był o kilka centymetrów wy szy od Randoma, ale tej samej, drobnej budowy. 

Podbródek i ko ci policzkowe miały identyczny wykrój, a włosy podobn  barw .  

      U miechn łem si .  

      - Długo ci  nie było - stwierdziłem. - Mnie te .  

      Skin ł głow .  

      - Ale ja nigdy nie widziałem Amberu - zauwa ył. - Dorastałem w Rebmie... i w 

innych micjscach.  

      - Wi c pozwól,  e ci  powitam, bratanku. Przybyłe  w ciekawym czasie. 

Random na pewno ci o tym opowiedział.  

      - Tak. Dlatego prosiłem o spotkanie tutaj, nie tam.  

      Spojrzałem na Randoma.  

      - Ostatnim wujem, jakiego spotkał, był Brand - wyja nił. - I odbyło si  to w 

wyj tkowo nieprzyjemnych okoliczno ciach. Dziwisz mu si ?  

      - Raczej nie. Sam wpadłem na Branda jaki  czas temu. Nie było to najmilsze 

spotkanie.  

      - Wpadłe  na niego? Nie rozumiem.  

      - Opu cił Amber i ma ze sob  Klejnot Wszechmocy. Gdybym wcze niej 

wiedział to, co wiem teraz, nadal siedziałby w wie y. To człowiek, którego 

szukali my. Jest bardzo niebezpieczny.  

      Random przytakn ł.  

      - Wiem o tym. Martin potwierdził wszystkie nasze podejrzenia w kwestii 

zamachu: to był Brand. Ale co to za sprawa z Klejnotem?  

      - Wyprzedził mnie w miejscu, gdzie zostawiłem kamie  na cieniu-Ziemi. 

Musiał jednak przej  Wzorzec i dokona  projekcji siebie przez Klejnot, by si  

dostroi  i móc z niego korzysta . Wła nie mu to udaremniłem na pierwotnym 

Wzorcu w prawdziwym Amberze. Zdołał mi uciec. Byłem tu  za gór , z 

Gerardem. Wysłali my oddział stra y do Fiony, która tam została. Maj  nie 

dopu ci ,  eby wrócił i spróbował znowu. Nasz własny Wzorzec i ten w Rebmie 

tak e s  strze one.  

      - Dlaczego tak mu zale y na dostrojeniu?  eby wywoła  par  burz? Do licha, 

mo e si  przej  w Cieniu i znale  tak  pogod , o jakiej tylko zamarzy.  

background image

 

96 

      - Człowiek dostrojony do Klejnotu mo e go wykorzysta , by zniszczy  

Wzorzec.  

      - Naprawd ? I co si  wtedy stanie?  

      -  wiat, jaki znamy, przestanie istnie .  

      - Naprawd ? - powtórzył Random. - Sk d o tym wiesz, do diabła?  

      - To długa historia, a my nie mamy czasu, ale słyszałem j  od Dworkina i 

wierz  w wi ksz  cz  tego, co mówił.  

      - Wci  jeszcze  yje?  

      - Kiedy indziej, Randomie.  

      - Jak chcesz. Ale Brand musi by  szale cem,  eby próbowa  czego  takiego.  

      Kiwn łem głow .  

      - Moim zdaniem uwa a,  e potrafi wykre li  nowy Wzorzec, przebudowa  

wszech wiat na nowy, z sob  w roli głównej.  

      - To mo liwe?  

      - Teoretycznie tak. Ale nawet Dworkin miał pewne w tpliwo ci, czy da si  

powtórzy  ten wyczyn. Układ czynników był wyj tkowy... Tak, Brand musi by  

troch  szalony. Kiedy przypominam go sobie przez te wszystkie lata, te jego 

zmiany osobowo ci, cykle nastrojów, mam wra enie,  e dostrzegam jaki  

syndrom schizoidalny. Nie wiem, czy układ z nieprzyjacielem ostatecznie pchn ł 

go w obł d czy nie. To bez znaczenia. Chciałbym,  eby znów siedział w wie y. 

Albo  eby Gerard był gorszym lekarzem.  

      - Wiesz, kto go pchn ł?  

      - Fiona. Ale sama ci wszystko opowie.  

      Oparł si  o moje epitafium i pokr cił głow .  

      - Brand - mrukn ł. - Niech go szlag trafi. Ka dy z nas mógł go zabi  i to przy 

wielu okazjach... za dawnych lat. Ale kiedy doprowadzał ci  ju  do szału, nagle 

si  zmieniał. Po pewnym czasie zaczynałe  my le ,  e nie jest taki zły. Szkoda,  e 

nie zirytował którego  z nas troch  bardziej i w odpowiedniej chwili...  

      - Jak rozumiem, jest teraz uczciw  zdobycz ? - wtr cił Martin.  

      Popatrzyłem na niego. Mi nie szcz k st ały, zmru ył oczy. W jednej chwili 

po jego obliczu przepłyn ły nasze twarze, jakby tasował tali  rodzinnych kart. 

Cały nasz egoizm, nienawi , zazdro , pycha i buta przemkn ły w ci gu 

sekundy, a przecie  jeszcze nie postawił nogi w Amberze. Co  we mnie p kło.  

      Chwyciłem go za ramiona.  

      - Masz wszelkie powody, by go nienawidzi  - zacz łem. - A odpowied  na 

twoje pytanie brzmi: tak. Sezon polowa  został otwarty. Nie widz  innego 

sposobu rozstrzygni cia tej sprawy ni  jego  mier . Sam nienawidziłem go od 

dawna, cho  był wtedy dla mnie abstrakcj . Ale teraz.., co  si  zmieniło. Tak, 

trzeba go zabi . Ale nie pozwól, by nienawi  była dla ciebie chrztem bojowym i 

wprowadziła w nasze towarzystwo. Zbyt wiele jej było mi dzy nami. Spogl dam 

na twoj  twarz... nie wiem... Przykro mi, Martinie. Za du o si  dzieje wła nie 

teraz. Jeste  młody. Wi cej widziałem ni  ty. Cz  tego niepokoi mnie... w inny 

sposób. To wszystko.  

      Zwolniłem u cisk i odst piłem.  

      - Opowiedz mi o sobie.  

      - Przez długi czas bałem si  Amberu - zacz ł. - I chyba nadal si  boj . Odk d 

background image

 

97 

Brand mnie zaatakował, wci  my lałem, czy znowu mnie nie dopadnie. Przez 

całe lata stale ogl dałem si  za siebie. Przypuszczam,  e bałem si  was. Znałem 

wi kszo  z portretów na kartach... i ze złej reputacji. Mówiłem Randomowi... 

tacie...  e nie chciałbym spotka  was wszystkich jednocze nie. Zaproponował, 

ebym najpierw zobaczył si  z tob . Nie wiedzieli my wtedy,  e jeste  szczególnie 

zainteresowany pewnymi informacjami, które posiadam. Gdy jednak o nich 

napomkn łem, tata uznał,  e musz  si  z tob  spotka  jak najszybciej. Opowiadał 

mi, co si  tu działo i... widzisz, wiem co  na ten temat.  

      - Miałem przeczucie,  e b dziesz wiedział... kiedy niedawno usłyszałem pewn  

nazw .  

      - Tecysowie? - spytał Random.  

      - Ci sami.  

      - Nie bardzo wiem, od czego zacz  - powiedział Martin.  

      - Wiem,  e dorastałe  w Rebmie, przeszedłe  Wzorzec, potem wykorzystała  

władz  nad Cieniem, by odwiedzi  Benedykta w Avalonie. Benedykt opowiedział 

ci dokładniej o Amberze, nauczył posługiwa  si  Atutami i u ywa  broni. Pó niej 

odjechałe , by samodzielnie podró owa  w Cieniu. Wiem, co ci zrobił Brand. I to 

ju  wszystko.  

      Skin ł głow  i spojrzał ku zachodowi.  

      - Kiedy rozstałem si  z Benedyktem, przez długi czas w drowałem w Cieniu - 

zacz ł. - To były moje najszcz liwsze lata. Przygody, emocje, nieznane rzeczy do 

zobaczenia, do zrobienia... Gdzie  w gł bi mózgu zawsze tkwiła my l,  e kiedy 

b d  m drzejszy, twardszy, bardziej do wiadczony, wybior  si  do Amberu i 

poznam swoich krewnych. Potem odnalazł mnie Brand. Obozowałem na małym 

wzgórku, odpoczywałem po długiej je dzie i jadłem lunch w drodze do moich 

przyjaciół Tecysów. Brand nawi zał kontakt. Ł czyłem si  ju  z Benedyktem 

przez jego Atut, kiedy mnie uczył, jak si  nimi posługiwa . Kilka razy nawet 

przerzucił mnie t  drog . Dlatego wiedziałem, jakie to uczucie, i zrozumiałem, co 

si  dzieje. Przez chwil  my lałem nawet,  e to Benedykt mnie wzywa. Ale nie. To 

był Brand... znałem go z portretu w talii. Stał w samym centrum czego , co 

wygl dało jak Wzorzec. Zaciekawiło mnie to. Nie wiedziałem, jak do mnie dotarł. 

Przecie  nie istniał mój Atut. Mówił przez minut . Nie pami tam ju , co 

powiedział. A kiedy wszystko ju  było jasne, wtedy... wtedy zadał mi cios. 

Odepchn łem go i wyrwałem si . Jako  utrzymał kontakt. Trudno mi było go 

zerwa ... a kiedy wreszcie si  udało, znowu próbował mnie dosi gn . Ale 

umiałem to zablokowa . Benedykt mnie nauczył. Próbował kilka razy, ale ci gle 

blokowałem. Wreszcie przestał. Miałem ju  niedaleko do Tecysów.  

      Zdołałem jako  dosi

 konia i dojecha  do nich. Bałem si  ju ,  e umr , bo 

nigdy jeszcze nie byłem tak ci ko ranny. Ale po pewnym czasie zacz łem wraca  

do zdrowia. I wtedy znowu zacz łem si  ba :  e Brand mnie odnajdzie i doko czy 

to, co zacz ł.  

      - Dlaczego nie wezwałe  Benedykta? - zapytałem. - I nie opowiedziałe  o tym, 

co zaszło i o swoich obawach?  

      - My lałem o tym - przyznał. - Ale pomy lałem te ,  e Brand wierzy,  e mu si  

udało. I  e nie  yj . Nie wiedziałem, jakie siły walcz  ze sob  w Amberze, ale 

uznałem,  e zamach na moje  ycie jest zapewne elementem takiej konfrontacji. 

background image

 

98 

Benedykt opowiedział mi dostatecznie du o, by była to pierwsza rzecz, jaka mi 

przyszła do głowy. Uznałem wi c,  e lepiej pozosta  martwym. Opu ciłem 

Tecysów, zanim jeszcze do ko ca wyzdrowiałem. I odjechałem, by skry  si  w 

Cieniu.  

      - Natrafiłem wtedy na niezwykłe zjawisko - podj ł po chwili przerwy. - Co , 

czego jeszcze nigdy nie spotkałem, ale co teraz zdawało si  praktycznie 

wszechobecne: w prawie wszystkich cieniach, które mijałem, istniała w tej czy 

innej formie niezwykła czarna droga. Nie rozumiałem, czym jest, ale 

zainteresowała mnie, gdy  była jedynym napotkanym obiektem, który przecinał 

sam Cie . Postanowiłem pod y  wzdłu  niej i dowiedzie  si  czego  wi cej. Była 

niebezpieczna. Pr dko si  nauczyłem, by na ni  nie wje d a . Dziwne rzeczy 

podró owały tamt dy po zmroku. Zwykłe stworzenia, które na ni  trafiły, 

chorowały i gin ły. Dlatego byłem ostro ny. Jechałem nie bli ej ni  to konieczne, 

by nie traci  jej z oczu. Pod ałem za ni  przez ró ne okolice. Przekonałem si ,  e 

gdziekolwiek prowadziła, tam zawsze nadci gała  mier , zniszczenie albo inne 

kłopoty. Nie wiedziałem, co o tym my le .  

      Umilkł.  

      - Nie odzyskałem jeszcze sił - podj ł po chwili. - Popełniłem bł d: zanadto si  

zm czyłem, za du  odległo  próbowałem pokona  za dnia, jechałem zbyt 

szybko. Wieczorem zachorowałem. Przez cał  noc i wi ksz  cz  nast pnego 

dnia dygotałem pod kocem. Traciłem i odzyskiwałem przytomno , wi c nie 

wiem, kiedy dokładnie si  zjawiła. Przez dłu szy czas s dziłem,  e jest cz ci  snu. 

Młoda dziewczyna. Ładna. Opiekowała si  mn , a  wróciłem do zdrowia. Miała 

na imi  Dara. Rozmawiali my bez ko ca. To było miłe. Wreszcie znalazł si  kto , 

z kim mog  porozmawia . Musiałem jej opowiedzie  o całym swoim  yciu. Potem 

ona mówiła troch  o sobie. Nie pochodziła z tej okolicy. Twierdziła,  e 

podró owała przez Cie . Nie potraciła jeszcze chodzi  w ród cieni tak jak my, ale 

uwa ała,  e mo e si  tego nauczy . Twierdziła,  e pochodzi z Rodu Amber, ze 

strony Benedykta. Szczerze mówi c, bardzo jej zale ało na tej umiej tno ci. Do 

podró y wykorzystywała sam  czarn  drog . Nie odczuwała jej szkodliwego 

wpływu, gdy  była spokrewniona równie  z mieszka cami jej przeciwnego ko ca, 

Dworców Chaosu. Chciała jednak pozna  nasze sposoby, wi c starałem si  jej 

przekaza  wszystko, co wiem. Powiedziałem o Wzorcu, nawet go dla niej 

naszkicowałem, pokazałem moje Atuty - Benedykt dał mi tali  -  eby mogła 

pozna  krewnych. Twoja karta interesowała j  szczególnie.  

      - Zaczynam rozumie  - mrukn łem. - Mów dalej.  

      - Wytłumaczyła mi,  e Amber, zanurzony w otchłani zepsucia i arogancji, 

zakłócił rodzaj metafizycznej równowagi pomi dzy nim a Dworcami Chaosu. I 

teraz oni musz  podj  dzieło naprawy poprzez zniszczenie Amberu. Ich 

ojczyzna nie jest cieniem Amberu, ale trwałym zjawiskiem, istniej cym na 

własnych prawach. Tymczasem wszystkie cienie cierpi  z powodu czarnej drogi. 

Wiedz c o Amberze to, co wiedziałem, raczej nie mogłem protestowa . Z 

pocz tku wierzyłem we wszystko, co mówiła. Szczególnie Brand dobrze pasował 

do jej opisów zła panuj cego w Amberze. Ale kiedy o nim wspomniałem, 

zaprzeczyła. Tam, sk d przybyła, był czym  w rodzaju bohatera. Nie była pewna, 

z jakiego powodu, ale nie przejmowała si  tym specjalnie. Wtedy zacz łem 

background image

 

99 

dostrzega ,  e jest zbyt pewna swoich przekona . W tym, co mówiła, 

wyczuwałem cie  fanatyzmu. Niemal wbrew własnej woli zacz łem broni  

Amberu. My lałem o Llewelli, o Benedykcie... i o Gerardzie, którego spotkałem 

kilka razy. Odkryłem,  e ch tnie słucha o Benedykcie. Okazał si  jej słabym 

punktem. Mogłem mówi  o tym, co znałem, a ona skłonna była wierzy  w dobre 

rzeczy, które miałem do powiedzenia. Nie wiem, jaki był ostateczny rezultat tych 

rozmów, tyle  e pod koniec stała si  chyba troch  mniej pewna siebie.  

      - Pod koniec? - powtórzyłem. - Co masz na my li? Jak długo była przy tobie?  

      - Prawie tydzie . Obiecała,  e b dzie si  mn  opiekowa , póki nie wróc  do 

zdrowia. I dotrzymała słowa. Została nawet par  dni dłu ej. Twierdziła,  e chce 

si  upewni , ale przypuszczam,  e pragn ła raczej kontynuowa  nasze dyskusje. 

W ko cu jednak o wiadczyła,  e musi jecha  dalej. Prosiłem,  eby została ze 

mn , ale odmówiła. Zaproponowałem,  e z ni  pojad , ale te  odmówiła. Pewnie 

si  domy liła,  e zamierzam ruszy  za ni , bo wymkn ła si  noc . Nie mogłem 

ciga  jej czarn  drog , a nie miałem poj cia, do jakiego cienia pod y w drodze 

do Amberu. Kiedy obudziłem si  rano i stwierdziłem,  e znikn ła, my lałem,  eby 

samemu odwiedzi  Amber. Ale ci gle jeszcze si  bałem. Mo e pewne sprawy, o 

których opowiadała, zwi kszyły mój l k. W ka dym razie postanowiłem zosta  

jeszcze w Cieniu. Ruszyłem w drog . Ogl dałem nowe rzeczy, nowych rzeczy 

próbowałem si  uczy ... a  znalazł mnie Random i powiedział,  e chce, bym 

wrócił do domu. Najpierw jednak sprowadził mnie tutaj,  eby  przed innymi 

wysłuchał mojej opowie ci. Mówił,  e znasz Dar  i chcesz dowiedzie  si  o niej 

czego  wi cej. Mam nadziej ,  e ci pomogłem.  

      - Tak - przyznałem. - Dzi kuj  ci.  

      - Rozumiem,  e w ko cu przeszła Wzorzec.  

      - Tak, udało jej si .  

      - A potem zadeklarowała si  jako wróg Amberu?  

      - Istotnie.  

      - Mam nadziej  - dodał -  e nie stanie jej si  krzywda. Była dla mnie dobra.  

      - Chyba potrafi o siebie zadba  - odparłem. - Ale... tak, to sympatyczna 

dziewczyna. Nie mog  ci niczego obieca  w kwestii jej bezpiecze stwa, poniewa  

wci  zbyt mało wiem o niej i o jej roli we wszystkim, co si  teraz dzieje. Jednak 

to, co mi powiedziałe , b dzie bardzo pomocne. Sprawia,  e b d  si  starał 

tłumaczy  wszelkie w tpliwo ci na jej korzy .  

      U miechn ł si .  

      - Miło mi to słysze .  

      Wzruszyłem ramionami.  

      - Co masz zamiar robi  dalej? - spytałem.  

      - Zabieram go,  eby poznał Vialle - wtr cił Random. - A potem pozostałych, 

je li czas i okazja pozwoli. Chyba  e wynikn ły jakie  nowe okoliczno ci i jestem 

ci potrzebny ju  teraz.  

      - Wynikn ły nowe okoliczno ci - przyznałem. - Ale na razie nie jeste  mi 

potrzebny. Lepiej jednak,  ebym wprowadził ci  w sytuacj . Mam jeszcze troch  

czasu.  

      Kiedy streszczałem Randomowi to, co si  wydarzyło pod jego nieobecno , 

my lałem o Martinie. Je li o mnie chodzi, wci  pozostawał niewiadom . Jego 

background image

 

100 

opowie  mogła by  absolutnie prawdziwa. Szczerze mówi c czułem,  e jest. Z 

drugiej jednak strony miałem wra enie,  e nie jest kompletna,  e  wiadomie co  

pomin ł. Mo e co  nieszkodliwego. A mo e nie. Nie miał powodów,  eby nas 

kocha . Wr cz przeciwnie. I mo e Random wprowadza do domu konia 

troja skiego? Prawdopodobnie si  myl . Po prostu nie mam w zwyczaju 

komukolwiek ufa , je li istniej  inne mo liwo ci.  

      Zreszt  niewiele z tego, co mówiłem Randomowi, mo na by u y  przeciwko 

nam, a miałem powa ne w tpliwo ci, czy Martin potrafiłby nam zaszkodzi , 

nawet gdyby miał taki zamiar. Nie, raczej był zwyczajnie ostro ny, jak my 

wszyscy, i z tych samych powodów: strachu i ch ci przetrwania. Pod wpływem 

nagłego impulsu zapytałem:  

      - Czy spotkałe  jeszcze kiedy  Dar ?  

      Zarumienił si .  

      - Nie - odpowiedział zbyt szybko. - Tylko ten jeden raz.  

      - Rozumiem.  

      Random był zbyt dobrym pokerzyst , by tego nie zauwa y . Tym samym 

uzyskałem drobne zabezpieczenie za niewielk  cen  podejrzliwo ci ojca wobec 

dawno utraconego syna.  

      Szybko skierowałem rozmow  na Branda. Porównywali my wła nie nasze 

dane z psychopatologii, kiedy poczułem znajome mrowienie i wra enie czyjej  

obecno ci, zwiastuj ce poł czenie przez Atut. Uniosłem dło  i odwróciłem si .  

      Po chwili nast pił kontakt. Ganelon i ja spojrzeli my na siebie.  

      - Corwinie - zacz ł. - Uznałem,  e powinienem sprawdzi . Do tej pory albo ty 

masz Klejnot, albo Brand ma Klejnot, albo obaj jeszcze szukacie. Jak jest?  

      - Brand ma Klejnot.  

      - To niedobrze. Opowiedz mi o tym.  

      Opowiedziałem.  

      - Wi c Gerard powtórzył prawidłowo - stwierdził.  

      - Ju  zd ył?  

      - Bez szczegółów - odparł Ganelon. - I chciałem si  upewni ,  e dobrze 

zrozumiałem. Rozmawiałem z nim przed chwil .  

      Spojrzał w gór .  

      - Je li dobre pami tam pory wschodu ksi yca, to chyba powiniene  jus 

rusza .  

      Kiwn łem głow .  

      - Masz racj . Za chwil  odje d am do schodów. To niedaleko.  

      - Dobrze. Oto, co powiniene  zrobi ...  

      - Wiem, co powinienem zrobi  - przerwałem. - Musz  wej  do Tir-na Nog'th, 

zanim Brand tam dotrze, i zablokowa  mu drog  do Wzorca. Je li mi si  nie uda, 

musz  znowu go  ciga .  

      - To nie jest najlepszy sposób - stwierdził.  

      - A znasz lepszy?  

      - Owszem. Masz przy sobie Atuty?  

      - Tak.  

      -  wietnie. Po pierwsze, nie dostaniesz si  tam tak szybko, by nie dopu ci  go 

do Wzorca...  

background image

 

101 

      - Dlaczego nie?  

      - Musisz wej  po stopniach, potem doj  do pałacu i przedosta  si  do 

podziemi, do Wzorca. To zajmuje czas, nawet w Tir-na Nog'th.., zwłaszcza w Tir-

na Nog'th, gdzie czas robi ró ne sztuczki. Nie wiesz przecie , czy pod wiadomie 

nie pragniesz  mierci, a to wydłu y drog . Ja te  nie wiem. W ka dym razie, 

zanim tam dotrzesz, on rozpocznie przej cie. Mo e b dzie ju  za daleko,  eby  go 

dogonił.  

      - Prawdopodobnie b dzie zm czony. To go przyhamuje.  

      - Nie. Postaw si  na jego miejscu. Gdyby  był Brandem, czy nie wybrałby  si  

do jakiego  cienia, gdzie czas płynie inaczej? Zamiast jednego popołudnia, 

miałby  nawet kilka dni wypoczynku przed dzisiejsz  prób . Bezpieczniej b dzie 

zało y ,  e jest w dobrej formie.  

      - Masz racj  - przyznałem. - Nie mog  liczy  na jego zm czenie. W porz dku. 

Istnieje inna mo liwo , któr  rozwa ałem, cho  wolałbym nie próbowa , je li da 

si  tego unikn . Mog  go zabi  na odległo . Zabra  ze sob  kusz  albo jeden z 

naszych karabinów i po prostu go zastrzeli  w centrum Wzorca. Niepokoi mnie 

tylko działanie naszej krwi. Mo e szkodzi tylko pierwotnemu Wzorcowi, ale nie 

wiem na pewno.  

      - Zgadza si . Nie wiesz - stwierdził. - W dodatku tam, na górze, nie 

polegałbym zbytnio na normalnej broni. To niezwykłe miejsce. Sam mówiłe ,  e 

to dziwny skrawek Cienia płyn cy po niebie. Wymy liłe  sposób, by karabin 

strzelał w Amberze, ale tam mog  obowi zywa  inne reguły.  

      - To rzeczywi cie ryzyko - przytakn łem.  

      - Co do kuszy... Powiedzmy,  e nagły podmuch wiatru odchyli ka d  strzał , 

któr  wypu cis ?  

      - Nie rozumiem.  

      - Klejnot. Przeszedł z nim przynajmniej cz  pierwotnego Wzorca i miał do  

czasu na eksperymenty. Jak my lisz, czy to mo liwe, by był ju  cz ciowo 

dostrojony?  

      - Nie mam poj cia. Nie jestem pewien, jak przebiega ten proces.  

      - Chciałem ci tylko zwróci  uwag ,  e je li przebiega wła nie tak, on mo e to 

wykorzysta , by si  broni . Klejnot mo e mie  wła ciwo ci, o których nie masz 

poj cia. A wi c nie liczyłbym na to,  e zdołam go zabi  na odległo . Nie 

radziłbym ci nawet polega  znowu na tej sztuczce z Klejnotem, je eli on potrafi 

go w pewnym stopniu kontrolowa .  

      - Prezentujesz sytuacj  bardziej ponuro, ni  j  sobie wyobra ałem.  

      - Ale mo e bardziej realistycznie - zauwa ył.  

      - Przyznaj . Mów dalej. Podobno masz jaki  plan.  

      - To prawda. Moim zdaniem nie mo na dopu ci , by Brand w ogóle osi gn ł 

Wzorzec. Kiedy ju  postawi na nim stop , ryzyko katastrofy gwałtownie wzrasta.  

      - I s dzisz,  e nie zdołam dotrze  tam przed nim?  

      - Nie, je li naprawd  potrafi przenosi  si  z miejsca na miejsce prawie 

natychmiast, a ty musisz i  piechot . Uwa am,  e czeka na wschód ksi yca, a 

gdy tylko miasto si  pojawi, b dzie ju  wewn trz, od razu obok Wzorca.  

      - Dostrzegam problem, ale nie widz  rozwi zania.  

      - Rozwi zanie polega na tym,  e nie pójdziesz dzi  wieczór do Tir-na Nog'th.  

background image

 

102 

      - Zaraz, chwileczk !  

      - Ciszej, do diabła. Sprowadziłe  sobie wybitnego stratega, to lepiej słuchaj, co 

ma do powiedzenia.  

      - Dobrze, słucham.  

      - Przyznałe ,  e prawdopodobnie nie potrafisz dotrze  na miejsce o czasie. Ale 

kto  inny potrafi.  

      - Kto i w jaki sposób?  

      - Ju  mówi . Skontaktowałem si  z Benedyktem. Wrócił. W tej chwili jest w 

Amberze, w sali Wzorca. Powinien ju  go przej ; pewnie stoi teraz w samym 

rodku i czeka. Ty ruszasz do stóp schodów prowadz cych do miasta na niebie. 

Tam oczekujesz wschodu ksi yca. Gdy tylko pojawi si  Tir-na Nog'th, przez 

Atut nawi esz kontakt z Benedyktem. Powiesz,  e wszystko gotowe, a on u yje 

mocy Wzorca i przeniesie si  do Tir-na Nog'th. Niewa ne, jak szybko podró uje 

Brand. Nie mo e go wyprzedzi .  

      - Twój plan ma same zalety - pochwaliłem. - To najszybszy sposób dotarcia na 

gór , a Benedykt jest z pewno ci  odpowiednim człowiekiem. Nie powinien mie  

kłopotów z Brandem.  

      - Naprawd  s dzisz,  e Brand nie poczyni  adnych przygotowa ? - zapytał 

Ganelon. - Z tego, co słyszałem, jest sprytny, chocia  szalony. Mógł przewidzie  

co  takiego.  

      - Mo liwe. Domy lasz si , co mo e zrobi ?  

      Zatoczył r k  kr g, uderzył si  w szyj  i u miechn ł.  

      - Komar - wyja nił. - Przepraszam. Zło liwe stworzonka.  

      - Nadal uwa asz...  

      - Uwa am,  e powiniene  utrzymywa  kontakt z Benedyktem przez cały czas, 

gdy b dzie na górze. Oto, co uwa am. Je li Brand zacznie zwyci a , b dziesz 

musiał  ci gn  go z powrotem jak najszybciej, by ocali  mu  ycie.  

      - Naturalnie. Ale wtedy...  

      - Wtedy przegramy rund . Przyznaj . Ale nie walk . Nawet z całkowicie 

dostrojonym Klejnotem b dzie musiał si  dosta  do pierwotnego Wzorca,  eby 

powa nie nam zaszkodzi . A przy pierwotnym Wzorcu postawiłe  stra e.  

      - Tak - mrukn łem. - Przemy lałe  wszystko. Zaskoczyłe  mnie tym tempem.  

      - Miałem ostatnio sporo wolnego czasu, a to niedobrze... chyba  e zu yje si  go 

na my lenie. I tak zrobiłem. A teraz s dz ,  e powiniene  rusza  jak najpr dzej. 

Dzie  nie robi si  coraz dłu szy.  

      - Tak. Dzi ki za dobr  rad .  

      - Zachowaj swoje podzi kowania, dopóki si  nie przekonamy, co z tego 

wyjdzie - powiedział i przerwał kontakt.  

      - To chyba było co  wa nego - stwierdził Random. - Co si  dzieje?  

      - Rozs dne pytanie - odparłem. - Ale nie mam ju  czasu. Na odpowied  musisz 

poczeka  do rana.  

      - Czy mog  ci w czym  pomóc?  

      - Wła ciwie mo esz - przyznałem. - Je eli pojedziecie na jednym koniu albo 

wrócicie do Amberu przez Atut. Potrzebuj  Gwiazdy.  

      - Jasne - zgodził si  Random. - Nie ma sprawy.  

      To wszystko?  

background image

 

103 

      - Tak. najwa niejszy jest po piech.  

      Podeszli my do koni.  

      Poklepałem Gwiazd  po grzbiecie i wskoczyłem na siodło.  

      - Spotkamy si  w Amberze! - zawołał Random. - Powodzenia.  

      - W Amberze - przytakn łem. - Dzi ki.  

      Zawróciłem i pod yłem do stopni. Po drodze przeci łem cie  mojego grobu, 

wydłu aj cy si  ku wschodowi.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

104 

Rozdział 13 

 

Na najwy szej grani Kolviru jest skała, przypominaj ca kształtem trzy 

stopnie. Usiadłem na najni szym i czekałem, a  pojawi si  ich wi cej. Trzeba do 

tego nocy i ksi yca, wi c połowa warunków została ju  spełniona.  

      Na zachodzie i północnym wschodzie zbierały si  chmury. Troch  mnie 

niepokoiły. Je li były dostatecznie g ste, by całkiem przesłoni   wiatło ksi yca, 

Tir-na Nog'th rozpływało si  w nico . Dlatego wła nie zawsze nale y mie  na 

dole pomocnika, który wyatutuje ci  w bezpieczne miejsce, gdyby miasto nagle 

znikn ło.  

      Niebo nad głow  było jednak całkiem czyste, pełne znajomych gwiazd. Gdy 

wzejdzie ksi yc, a jego promienie padn  na kamie , na którym siedziakem, 

pojawi  si  schody na niebie, si gaj ce wysoko w gór , a  do Tir-na Nog'th, 

obrazu Amberu płyn cego przez nocne niebo.  

      Byłem zm czony. Zbyt wiele si  zdarzyło w tak krótkim czasie. Wypoczynek, 

zdj cie butów i rozmasowanie stóp, oparcie głowy nawet o kamie  było luksusem, 

czysto zwierz c  rozkosz . Szczelniej okryłem si  płaszczem, by powstrzyma  

chłód wieczoru. Gor ca k piel, solidny posiłek i łó ko bardzo by mi si  przydały. 

Lecz spogl dałem na nie jak na mistyczne niemal obiekty.  

      W tej chwili wystarczał mi w zupełno ci odpoczynek, jaki tu znalazłem. My li 

płyn ły wolno, wracaj c do zdarze  minionego dnia.  

      Tak wiele ich było... Ale teraz znałem przynajmniej niektóre odpowiedzi na 

dr cz ce mnie pytania. Na pewno nie wszystkie. Ale dosy , by zaspokoi  pierwszy 

głód umysłu. Nareszcie wiedziałem, co zaszło podczas mojej nieobecno ci, 

rozumiałem, co dzieje si  teraz, co trzeba zrobi  i co musz  zrobi  ja sam. I 

miałem wra enie,  e wiedziałem wi cej, ni  zdawałem sobie z tego spraw , 

wiedziałem,  e trzymam ju  elementy pasuj ce do rosn cego przede mn  obrazu, 

musz  tylko dopasowa  je, odwróci , ustawi  wła ciwie. Tempo wydarze , 

zwłaszcza dzisiejszych, nie pozwalało nawet na chwil  zastanowienia. Teraz 

jednak niektóre kawałki zdawały si  układa  pod dziwnymi k tami.  

      Moj  uwag  zwróciło jakie  dr enie za plecami, nagle rozja nienie powietrza. 

Obejrzałem si , potem wstałem i spojrzałem na horyzont. Przygotowawczy blask 

zal nił ponad morzem w miejscu, gdzie miał wzej  ksi yc.  

      Kiedy patrzyłem, pojawił si  male ki skrawek  wiatła. Chmury tak e 

przesun ły si  kawałek, lecz nie tyle, by budzi  niepokój. Podniosłem głow , ale 

niebieski fenomen jeszcze nie wyst pił. Mimo to wyj łem Atuty, przejrzałem je i 

wybrałem kart  Benedykta.  

      Zapominaj c o niedawnej apatii obserwowałem ksi yc rosn cy nad wodami, 

rzucaj cy na fale  wietln   cie k . Wysoko w górze, na progu widziałno ci, 

zamigotały mgliste kształty. Blask nabierał mocy; tu i tam zaja niała iskra. Ponad 

głazem pojawiły si  pierwsze linie, delikatne jak paj cze sieci. Wpatrzony w kart  

Benedykta spróbowałem nawi za  kontakt.  

      Zimny wizerunek nabrał  ycia. Zobaczyłem go w komorze Wzorca, stoj cego 

w samym centrum obrazu. Zapalona latarnia l niła przy jego lewej stopie. 

Spostrzegł moj  obecno .  

      - Corwinie - odezwał si . - Czy ju  czas?  

background image

 

105 

      - Niezupełnie - odpowiedziałem. - Ksi yc wschodzi. Miasto zaczyna dopiero 

nabiera  kształtów. To ju  nie potrwa długo. Chciałem si  tylko upewni , czy 

jeste  gotów.  

      - Jestem gotów.  

      - To dobrze,  e wróciłe  akurat teraz. Odkryłe  co  interesuj cego?  

      - Ganelon mnie wezwał - wyja nił. - Kiedy tylko si  dowiedział, co zaszło. Jego 

plan był dobry i dlatego tu jestem. A co do Dworców Chaosu, to owszem. Chyba 

odkryłem kilka rzeczy...  

      - Chwileczk  - przerwałem.  

      Pasma ksi ycowych promieni nabrały bardziej materialnego aspektu. Miasto 

nad głow  miało ju  zupełnie wyra ne kształty. Schody były widoczne w cało ci, 

cho  w niektórych miejscach słabiej. Wyci gn łem dło  ponad drugim stopniem, 

ponad trzecim... Spokojnie i lekko dotkn łem czwartego stopnia. Miałem 

wra enie,  e ust puje pod naciskiem.  

      - Prawie - powiedziałem Benedyktowi. - Sprawdz  schody.  

      Skin ł głow .  

      Wspi łem si  na pierwszy, drugi, trzeci stopie . Uniosłem stop  i opu ciłem j  

na czwarty, widmowy. Poddał si  lekko. Bałem si  podnie  drug  nog , wi c 

czekałem, obserwuj c ksi yc. Odetchn łem chłodnym powietrzem, kiedy 

narastała jasno  i poszerzała si   cie ka przez wody. W górze Tir-na Nog'th 

utraciło cz  swej przejrzysto ci. Gwiazdy przesłoniła mgiełka. Gdy to nast piło, 

stopie  stwardniał pod moj  nog . Cała elastyczno  znikn ła. Poczułem,  e 

uniesie mój ci ar.  

      Pod yłem wzrokiem w gór  schodów i zobaczyłem je wszystkie, tu 

półprzejrzyste, tam przezroczyste, migotliwe, ale prowadz ce nieprzerwanie a  

do milcz cego miasta, szybuj cego ponad morzem. Uniosłem nog  i stan łem na 

czwartym stopniu. Gdybym zechciał, kilka kroków posłałoby mnie tym 

niebia skim eskalatorem do miejsca, gdzie sny staj  si  rzeczywisto ci , gdzie 

spaceruj  neurozy i w tpliwe proroctwa, do ksi ycowego miasta dwuznacznego 

spełniania  ycze , zwichrowanego czasu i bladego pi kna. Zst piłem ni ej i 

rzuciłem okiem w stron  ksi yca, zawieszonego teraz ponad mokr  kraw dzi  

wiata. Potem, w srebrzystym błasku, spojrzałem na Atut Benedykta.  

      - Stopnie s  twarde, ksi yc w górze.  

      - W porz dku. Id .  

      Patrzyłem na niego. Lew  r k  podniósł latarni  i przez chwil  stał 

nieruchomo. W nast pnym momencie znikn ł, a wraz z nim Wzorzec. Jeszcze 

moment i stał w podobnej komorze, tym razem na zewn trz Wzorca, niedaleko 

punktu, gdzie zaczynała si   cie ka. Uniósł wysoko latarni  i rozejrzał si  

uwa nie. Był sam.  

      Podszedł do  ciany, postawił latarni . Jego cie  si gn ł Wzorca i zmienił 

kształt, gdy Benedykt odwrócił si  na pi cie, wracaj c na poprzednie miejsce.  

      Zauwa yłem,  e ten Wzorzec l nił bledszym  wiatłem ni  tamten w Amberze: 

srebrzystobiałym, ale bez znajomego bł kitnego odcienia. Konfiguracja była 

identyczna, lecz widmowe miasto wyczyniało ró ne sztuczki z perspektyw . 

Powstawały zniekształcenia: zw enia i rozszerzenia zdawały si  przemieszcza  

po powierzchni bez widocznych powodów, jak gdybym patrzył przez krzyw  

background image

 

106 

szyb , a nie przez Atut Benedykta.  

      Zszedłem na dół i znowu usiadłem na najni szym stopniu. Obserwowałem.  

      Benedykt poluzował miecz w pochwie.  

      - Wiesz, jaki efekt mo e wywrze  krew na Wzorcu? - zapytałem.  

      - Tak. Ganelon mi mówił.  

      - Czy podejrzewałe  kiedy... co  takiego?  

      - Nigdy nie ufałem Brandowi - odparł.  

      - A co z twoj  wypraw  do Dworców Chaosu?  

      Czego si  dowiedziałe ?  

      - Pó niej, Corwinie. On mo e si  zjawi  w ka dej chwili.  

      - Mam nadziej ,  e nie pojawi  si   adne rozpraszaj ce wizje - mrukn łem, 

wspominaj c własny pobyt w Tir-na Nog'th i jego rol  w mojej ko cowej 

przygodzie.  

      Wzruszył ramionami.  

      - Dajesz im sił  zwracaj c na nie uwag . Moja uwaga jest dzi  zarezerwowana 

tylko dla jednej sprawy.  

      Rozejrzał si  po komorze, pilnie obserwuj c wszystkie zakamarki. Gdy 

sko czył, stan ł nieruchomo.  

      - Ciekawe, czy wie,  e tam jeste ? - zastanowiłem si .  

      - Mo liwe. To bez znaczenia.  

      Przytakn łem. Je li si  nie poka e, zyskamy jeszcze jeden dzie . Stra e b d  

pilnowa  innych Wzorców, a Fiona mo e zademonstrowa  swe umiej tno ci w 

sprawach tajemnych, odnajduj c dla nas Branda. Wtedy mo emy go  ciga . Ona 

i Bleys potrafili go kiedy  powstrzyma . Czy zdoła dokona  tego samotnie? Czy 

b dzie musiała odszuka  Bleysa i przekona  go, by nam pomógł? Czy Brand 

znalazł Bleysa? A w ogółe, to po diabła Brandowi taka moc? Pragnienie zdobycia 

tronu mogłem zrozumie , ale... Ten człowiek był obł kany i tyle. Szkoda, ale nic 

nie mo na poradzi . Dziedziczenie czy wpływ  rodowiska, zastanawiałem si  

ponuro. Wszyscy byli my w pewnym stopniu szaleni. Trzeba uczciwie przyzna , 

e to musi by  jaka  forma obł du, by mie  tak wiele i tak zapalczywie walczy  o 

odrobin  wi cej, o minimaln  przewag  nad innymi. On po prostu doprowadził t  

skłonno  do ekstremalnych wymiarów. Był karykatur  manii obecnej w ka dym 

z nas. A w takim razie czy to naprawd  istotne, które z nas jest zdrajc ?  

      Owszem, istotne. To on zacz ł działa . Szalony czy nie, posun ł si  za daleko. 

Popełnił czyny, których nie popełniłby Eryk, Julian ani ja. Bleys i Fiona w ko cu 

wycofali si  z coraz bardziej niebezpiecznego spisku.  

      Gerard i Benedykt stali o stopie  wy ej ni  pozostali - pod wzgl dem 

moralno ci, dojrzało ci, czegokolwiek - poniewa  zrezygnowali z tej gry sił o 

sumie zerowej. Random bardzo si  zmienił w ostatnich latach. Czy to mo liwe,  e 

dzieci Jednoro ca potrzebowały stuleci, by dorosn ?  e post puj cy z wolna 

proces jako  omin ł Branda? A mo e swymi czynami Brand wywołał go u nas? 

Jak zwykle przy takich pytaniach, korzy  płyn ła z ich stawiania, nie z 

odpowiedzi. Byli my dostatecznie podobni do Branda, bym poznał ten szczególny 

rodzaj l ku, którego nic wi cej nie mo e wywoła . Ale tak, to było istotne. 

Niewa ne z jakich powodów, to on działał.  

      Ksi yc stał teraz wy ej, a jego wizja nakładała si  na mój wewn trzny obraz 

background image

 

107 

komory Wzorca. Chmury sun ły po niebie i kł biły si  coraz bli ej ksi yca. 

Pomy lałem, czy nie ostrzec Benedykta, ale to by go tylko rozproszyło.  

      Tir-na Nog'th płyn ło nade mn  jak nadnaturalna arka po morzach nocy.  

      I nagle Brand ju  tam był.  

      Dło  odruchowo si gn ła do r koje ci Grayswandira, mimo i  wiedziałem,  e 

Brand stoi naprzeciw Benedykta, po przeciwnej stronie Wzorca, w mrocznej 

komorze na niebie.  

      Opu ciłem r k . Benedykt natychmiast zauwa ył obecno  intruza i odwrócił 

si , by stan  z nim twarz  w twarz. Nie próbowai si ga  po bro . Po prostu 

przygl dał si  naszemu bratu ponad Wzorcem.  

      Najbardziej si  bałem,  e Brand znajdzie sposób, by zjawi  si  tu  za 

Benedyktem i wbije mu sztylet w plecy.  

      Ja wolałbym tego nie próbowa , gdy  nawet w chwili  mierci odruchy 

Benedykta mog  wystarczy , by zlikwidowa  napastnika. Najwyra niej Brand 

nie był a  tak szalony.  

      U miechn ł si .  

      - Benedykt - mrukn ł. - Zabawne... Ty... Tutaj...  

      Klejnot Wszechmocy płon ł mu na piersi.  

      - Brandzie - powiedział Benedykt. - Nie próbuj tego.  

      Nie przestaj c si  u miecha , Brand odpi ł pas z mieczem i pozwolił, by bro  

upadla na podłog .  

      - Nie jestem durniem, Benedykcie - stwierdził, gdy ucichły echa. - Nie urodził 

si  jeszcze człowiek, który mógłby ci stawi  czoło z mieczem w r ku.  

      - Nie potrzebuj  miecza, Brandzie.  

      Brand ruszył wołno wzdłu  brzegu Wzorca.  

      - A jednak nosisz go jako sługa tronu, gdy mógłby  by  królem.  

      - Ta funkcja nigdy nie zajmowała wysokiego miejsca na li cie moich ambicji.  

      - To prawda. - Zatrzymał si  w pół drogi. - Lojalny, nie dbaj cy o własne 

korzy ci... Nic si  nie zmieniłe . Szkoda,  e tata tak dobrze ci  uwarunkował. 

Mógłby  zaj  wysoko.  

      - Mam wszystko, czego chc  - odparł Benedykt.  

      - Tak wcze nie zostałe  przyci ty, zduszony.  

      - Nie przekonasz mnie, Brandzie. Nie zmuszaj mnie, bym ci  skrzywdził.  

      Wci  z u miechem na twarzy Brand ruszył znowu Powoli. Co próbował 

osi gn ? Nie rozumiałem jego strategii.  

      - Wiesz,  e potrafi  robi  to, czego inni nie mog  - o wiadczył. - Je li jest co , 

czego zawsze pragn łe  i s dziłe ,  e nie mo esz zdoby , teraz masz szans . 

Powiedz, co to, a przekonasz si ,  e byłe  w bł dzie. Nauczyłem si  rzeczy, w które 

by  nie uwierzył, Benedykt u miechn ł si , co było raczej rzadko ci .  

      - Wybrałe  złe podej cie - zauwa ył. - Zawsze mog  przej  do tego, czego 

pragn .  

      - Cienie! - parskn ł Brand i znów si  zatrzymał. - Ka dy z nas potrafi 

schwyci  widmo! Ja mówi  o rzeczywisto ci! Amber! Władza! Chaos! To nie 

zmaterializowane sny! Nie drugi gatunek!  

      - Gdybym chciał czego  wi cej, ni  mam, wiedziałbym, co robi . Nie robi  

tego.  

background image

 

108 

      Brand za miał si . Znów podj ł marsz. Przebył ju   wier  obwodu Wzorca. 

Jego głos huczał. Klejnot zapłon ł ja niej.  

      - Jeste  głupcem, je li z własnej woli nosisz ła cuchy! Ale je li przedmioty nie 

budz  w tobie ch ci posiadania, je li nie poci ga ci  władza, to mo e wiedza? Do 

ko ca poznałem sztuk  Dworkina. Od tego czasu poszedłem dalej i drogo 

zapłaciłem za wgl d w mechanizmy wszech wiata. Mo esz go mie  za darmo.  

      - B dzie miał swoj  cen  - stwierdził Benedykt. - Cen , której nie chc  płaci .  

      Brand potrz sn ł głow  i odgarn ł włosy. Obraz Wzorca zafalował lekko, gdy 

strz p chmury przesłonił ksi yc. Tir-na Nog'th przyblakło, by po chwili 

zogniskowa  si  ponownie.  

      - Ty naprawd  tak my lisz - Brand widocznie nie dostrzegł chwilowego 

przygaszenia. - Nie b d  wi cej wystawiał ci  na prób . Musiałem jednak 

sprawdzi . - Zatrzymał si  znowu i spojrzał. - Jeste  zbyt dobrym człowiekiem, by 

si  marnowa  w tym bałaganie, broni  czego , co ju  si  rozpada. Ja zwyci

Benedykcie. Zetr  Amber i zbuduj  go na nowo. Wyma  stary Wzorzec i 

nakre l  własny. Mo esz mi pomóc. Chc , by  stan ł przy moim boku. 

Zamier am stworzy  doskonalszy  wiat, z łatwiejszym dost pem do Cienia. 

Zamierzam poł czy  Amber z Dworcami Ch osu. Zamierzam rozci gn  t  

dziedzin  na cały Cie . B dziesz dowodził naszymi legionami, najwi ksz  pot g  

militarn , jaka kiedykolwiek powstała. Mógłby ...  

      - Je li twój nowy  wiat ma by  tak doskonały, jak twierdzisz, nie b dzie 

potrzebował legionów. Je li natomiast ma by  odbiciem duszy swego stwórcy, 

trudno go uzna  za doskonalszy od obecnego. Dzi ki za propozycj , ale raczej 

zostan  przy Amberze, który ju  istnieje.  

      - Jeste  głupcem, Benedykcie. Masz dobre ch ci, ale jeste  głupcem.  

      Znowu ruszył przed siebie, jakby mimochodem. Był ju  pi tna cie metrów od 

Benedykta. Dziesi ... Szedł dalej. Wreszcie stan ł, jakie  sze  metrów od niego, 

zaczepił kciuki o pas i patrzył. Benedykt wytrzymał jego wzrok. Sprawdziłem 

poło enie chmur. Skł biona masa wci  sun ła w stron  ksi yca. Jednak e 

mogłem  ci gn  Benedykta w ka dej chwili. Nie warto mu teraz przeszkadza .  

      - Wi c czemu nie podejdziesz i nie zabijesz mnie? - spytał w ko cu Brand. - 

Jestem bez broni, wi c nie sprawi  kłopotów. Co prawda w naszych  yłach płynie 

ta sama krew, ale to chyba nie robi ci  adnej ró nicy? Na co czekasz?  

      - Powiedziałem ju ,  e nie chc  ci  skrzywdzi  - odparł Benedykt.  

      - Lecz nie zawahasz si , je li spróbuj  przej  obok ciebie?  

      Benedykt skin ł tylko głow .  

      - Przyznaj,  e si  mnie boisz, Benedykcie. Nawet kiedy podchodz  nie 

uzbrojony, co   ciska ci wn trzno ci. Dostrzegasz moj  pewno  siebie i nie 

pojmujesz jej. Musisz si  l ka .  

      Benedykt nie odpowiedział.  

      - Boisz si  mojej krwi na swych r kach - mówił dalej Brand. - I mojej 

miertelnej kl twy.  

      - A czy ty bałe  si  krwi Martina na swoich? - spytał Benedykt.  

      - To szczeniak i b kart! - warkn ł Brand. - Nie był naprawd  jednym z nas. 

Był tylko narz dziem.  

      - Brandzie, nie mam ochoty zabija  brata. Oddaj t  błyskotk , któr  nosisz na 

background image

 

109 

szyi, i wró  ze mn  do Amberu. Nie jest jeszcze za pó no, by wszystko naprawi .  

      Brand odchylił głow  do tyłu i wybuchn ł  miechem.  

      - Co za szlachetne słowa, Benedykcie! Prawdziwego władcy tej ziemi. Twoja 

prawo  mnie zawstydza. A jaki jest główny cel tego wszystkiego? - Pogładził 

palcem Klejnot Wszechmocy. - To? - Znów si  roze miał i zrobił kilka kroków do 

przodu. - Ta zabawka? Je li j  oddam, czy kupi nam pokój, przyja  i ład? Czy 

b dzie dostateczn  zapłat  za moje  ycie?  

      Znów si  zatrzymał, nie wi cej ni  trzy metry od Benedykta. Uniósł Klejnot w 

palcach i spojrzał na niego. - Czy zdajesz sobie spraw  z pot gi tego kamienia? - 

zapytał.  

      - Do  te... - zacz ł Benedykt i głos uwi zł mu w gardle.  

      Brand zrobił kolejny krok. Klejnot płon ł jasnym błaskiem. Dło  Benedykta 

poruszyła si  w stron  r koje ci miecza, lecz nie dotkn ła jej. Stał sztywno, jak 

gdyby nagle zmienił si  w pos g. Wtedy zacz łem pojmowa , ale było ju  za 

pó no.  

      Nic, co powiedział Brand, nie miało naprawd  znaczenia. Po prostu gadał 

cokolwiek, by odwróci  uwag , gdy szukał odpowiedniej odległo ci. Rzeczywi cie 

był cz ciowo dostrojony do Klejnotu, zyskał nad nim cz ciow  kontrol , lecz to 

wystarczyło, by wywoła  pewne efekty. Nie s dziłem,  e takie efekty s  mo liwe, 

ale on wiedział o nich od samego pocz tku. Brand starannie wybrał miejsce 

przybycia. Stan ł do  daleko, spróbował Klejnotu, podszedł bli ej, spróbował, 

znów podszedł, a  wreszcie znalazł punkt, sk d mógł oddziaływa  na system 

nerwowy Benedykta.  

      - Benedykcie - odezwałem si . - Lepiej b dzie, je li zejdziesz do mnie 

natychmiast.  

      Wyt yłem wol , ale on nawet nie drgn ł ani nie odpowiedział. Jego Atut 

wci  działał, wyczuwalem jego obecno , widziałem, co si  dzieje, ale nie mogłem 

go dosi gn . Najwyra niej Klejnot działał nie tylko na system motoryczny.  

      Spojrzałem na chmury. Były coraz g ciejsze, si gały ju  ksi yca. Zdawało 

si ,  e wkrótce go przesłoni . Gdy to nast pi, a ja nie zdołam  ci gn  Benedykta, 

spadnie do morza, kiedy tylko zga nie ksi ycowy błask i rozwieje si  miasto.  

      Brand! Gdyby wiedział, co si  dzieje, mógłby u y  Klejnotu, by rozproszy  

chmury. Ale zapewne wtedy musiałby uwolni  Benedykta. Nie wierzyłem, by si  

na to zdecydował. A jednak... Chmury chyba troch  zwolniły. Wszystkie 

przemy lenia mogły si  okaza  zb dne.  

      Na wszelki wypadek odszukałem Atut Branda i odło yłem na bok.  

      - Benedykcie, Benedykcie - Brand u miechał si  z pobła aniem. - Jaki po ytek 

z najlepszego szermierza, je li nie potrafi doby  miecza? Mówiłem,  e jeste  

głupcem. Czy s dzisz,  e z własnej woli dałbym si  zabi ? Powiniene  zaufa  

l kowi, który z pewno ci  odczuwałe . Powiniene  wiedzie ,  e nie przyb d  tu 

bezbronny. Nie  artowałem mówi c,  e zwyci

. Chocia  słusznie wybrali 

wła nie ciebie. Jeste  najlepszy. Naprawd  wolałbym,  eby  przyj ł moj  

propozycj . Teraz to ju  niewa ne. Nie mo na mnie powstrzyma . Nikt z 

pozostałych nie ma najmniejszej szansy, a bez ciebie wszystko b dzie o wiele 

łatwiejsze.  

      Si gn ł pod płaszcz i wyj ł sztylet.  

background image

 

110 

      - Przeci gnij mnie, Benedykcie! - krzykn łem, cho  bez nadziei. Nie było 

adnej reakcji,  adnej energii, by przeatutowa  mnie na gór .  

      Chwyciłem kart  Branda. Przypomniałem sobie stoczon  przez Atuty bitw  z 

Erykiem. Gdybym potrafił uderzy  Branda do  mocno, mógłbym odwróci  jego 

uwag , a Benedykt zdołałby si  uwolni . Cał  sił  woli skierowałem na kart , 

przygotowuj c pot ny atak psychiczny.  

      Nic z tego. Droga pozostała lodowata i ciemna. Zapewne był tak 

skoncentrowany na tym, co robił, tak całkowicie zł czony umysłem z Klejnotem, 

e po prostu nie mogłem go dosi gn . Na ka dym zakr cie blokował mi drog .  

      Nagle schody pobladły; nerwowo spojrzałem na ksi yc. Macka cumulusa 

przesłoniła cz  tarczy. Niech to diabli!  

      Wróciłem do Atutu Benedykta. Reagował powoli, ale odzyskałem kontakt. Co 

dowodziło,  e gdzie  tam, wewn trz tego wszystkiego, Benedykt zachował 

wiadomo . Brand zbli ył si  o krok i wci  drwił z niego.  

      Klejnot na ci kim ła cuchu płon ł blaskiem swej mocy.  

      Stali mo e trzy kroki od siebie. Brand bawił si  sztyletem.  

      - Tak, Benedykcie - mówił. - Zapewne wołałby  zgin  w bitwie. Z drugiej 

strony mo esz to potraktowa  jako zaszczyt... i symbol. Twoja  mier  b dzie 

pocz tkiem nowego ładu...  

      Wzorzec za nimi rozmył si  na moment. Nie mogłem oderwa  oczu od tej 

sceny, by popatrze  na ksi yc.  

      W ród cieni i migotliwego blasku, stoj c plecami do Wzorca, Brand niczego 

chyba nie zauwa ył. Zrobił kolejny krok.  

      - Do  ju  - oznajmił. - S  sprawy, które musz  załatwi , a noc nie staje si  

dłu sza.  

      Zbli ył si  o krok i opu cił kling .  

      - Dobranoc, słodki ksi

 - powiedział i zamachn ł si .  

      W tym wła nie momencie dziwne, mechaniczne rami  Benedykta, wyrwane z 

tego miejsca cieni, srebra i ksi ycowego blasku, poruszyło si  z szybko ci  

atakuj cej kobry. Aparat z połyskliwych, metalicznych płaszczyzn jak fasety 

klejnotu, nadgarstek cudownego splotu srebrzystego kabla nakrapianego igłami 

płomieni, stylizowana, szkieletowa szwajcarska zabawka, mechaniczny owad, 

funkcjonalny,  mierciono ny, pi kny na swój sposób, wystrzelił do przodu z 

pr dko ci , za któr  nie nad ał wzrok, podczas gdy całe ciało pozostało w 

bezruchu jak pos g.  

      Mechaniczne palce schwyciły ła cuch Klejnotu. Rami  natychmiast 

przesun ło si  w gór , unosz c Branda nad podłog . Wypu cił sztylet i dwoma 

r kami si gn ł do gardła.  

      Za jego plecami Wzorzec znów znikn ł na chwil  i powrócił o wiele bledszy. 

W blasku latarni twarz Branda zmieniła si  w upiorn , wykrzywion  mask .  

      Benedykt stał skamieniały i trzymał go w górze, jak nieruchoma, ludzka 

szubienica. Wzorzec był coraz słabiej widoczny. Nade mn  zaczynały znika  

stopnie. Chmury zasłoniły ju  połow  ksi ycowej tarczy.  

      Wij c si , Brand wyci gn ł r ce za głow  i pochwycił ła cuch po obu stronach 

trzymaj cej go mechanicznej dłoni. Był silny; wszyscy jeste my silni. Widziałem, 

jak nabrzmiewaj  i twardniej  mu mi nie. Twarz miał sin , a szyja była mas  

background image

 

111 

napr onych  ci gien. Przygryzł warg ; krew spływała na brod , gdy szarpał za 

ła cuch.  

      Co  trzasn ło ostro, potem brz kn ło, ła cuch p kł i Brand dysz c ci ko 

run ł na podłog . Przetoczył si , obiema r kami obejmuj c szyj . Powoli, bardzo 

powoli Benedykt opu cił niezwykłe rami . Wci  trzymał ła cuch i Klejnot. 

Zacisn ł palce drugiej r ki. Odetchn ł gł boko.  

      Wzorzec zbladł jeszcze bardziej. Nade mn  Tir-na Nog'th było ju  

przezroczyste. Ksi yc znikł nienud zupełnie.  

      - Benedykcie! - krzykn łem. - Słyszysz mnie?  

      - Tak - odpowiedział cicho i zacz ł si  zapada .  

      - Miasto zanika! Musisz natychmiast wraca !  

      Wyci gn łem r k .  

      - Brand... - Obejrzał si .  

      Lecz Brand tak e si  zapadał i widziałem,  e Benedykt nie zdoła go dosi gn . 

Chwyciłem go za lewe rami  i poci gn łem. Obaj padli my na ziemi  obok głazu.  

      Pomogłem mu wsta . Potem razem usiedli my na skale. Przez dług  chwil  

aden z nas nie odzywał si  ani słowem.  

      Spojrzeli my jeszcze raz: Tir-na Nog'th znikn ło.  

      Przebiegłem my lami to, co tak szybko, tak nagle zdarzyło si  dzisiejszego 

dnia. Czułem ogromny ci ar zm czenia i wiedziałem,  e moja energia jest ju  na 

wyczerpaniu,  e wkrótce zasn . Nie mogłem zebra  my li. Zbyt wiele działo si  

ostatnio. Oparłem głow  na kamieniu, obserwuj c chmury i gwiazdy. Klocki 

łamigłówki... kawałki, które powinny pasowa , je li tylko zamieni  je, 

poprzestawiam, uło  we wła ciwy sposób.  

      Ju  teraz zamieniały si  miejscami, przesuwały i odwracały, jakby z własnej 

woli.  

      - Zgin ł? Jak my lisz? - zapytał Benedykt, wyrywaj c mnie z zadumy.  

      - Prawdopodobnie. Był w fatalnym stanie, kiedy wszystko si  rozpadło.  

      - Miał dług  drog  w dół. Mo e zd ył znale  jaki  sposób ratunku, podobny 

do metody przybycia.  

      - W tej chwili to ju  bez znaczenia - odparłem. - Wyrwałe  mu kły.  

      Benedykt westchn ł. Wci  trzymał Klejnot, o wiele ciemniejszy ni  przed 

chwil .  

      - To prawda - przyznał w ko cu. - Wzorzec jest bezpieczny... Chciałbym, by 

kiedy , przed laty, nie powiedziano czego , co zostało powiedziane, albo nie 

uczyniono tego, co uczyniono. Czego , o czym nie wiedzieli my, a co pozwoliłoby 

mu dorosn  inaczej, sprawiło,  e byłby kim  innym ni  ten zgorzkniały, złamany 

człowiek, jakiego spotkałem tam, w górze. Lepiej,  e zgin ł. Ale to strata czego , 

czym mógł si  sta .  

      Nie odpowiedziałem. To, o czym mówił, mogło, ale nie musiało by  prawd . 

To bez znaczenia. Brand mógł by  skrajnym przypadkiem choroby psychicznej, 

cokolwiek to oznacza, ale nie musiał. Zawsze s  jakie  powody.  

      Kiedy co  si  zapaskudzi, kiedy nast pi co  obrzydliwego, na pewno istnieje 

przyczyna. Wci  jednak trzeba sobie jako  radzi  z zapaskudzon , obrzydliw  

sytuacj , a wytłumaczenie, sk d si  wzi ła, nie pomaga ani odrobin . Je li kto  

post pi naprawd  wrednie, zawsze istnieje tego przyczyna. Mo esz jej szuka , 

background image

 

112 

je li masz ochot , a dowiesz si , dlaczego taki z niego sukinsyn.  

      Problem w tym,  e nie zmienia to faktów. Brand działał. Po miertna 

psychoanaliza niczego nie zmieniała. Bli ni os dzaj  nas według czynów i ich 

konsekwencji. Przy innych kryteriach zyskujesz tylko tanie poczucie moralnej 

wy szo ci my l c,  e ty na jego miejscu post piłby  ładniej. Dlatego zostawiam te 

kwestie niebiosom. Nie mam dostatecznych kwalifikacji.  

      - Lepiej wracajmy do Amberu - rzekł Benedykt. - Jest jeszcze wiełe spraw, 

których trzeba dopilnowa .  

      - Zaczekaj - powstrzymałem go.  

      - Na co?  

      - Zastanawiałem si .  

      A kiedy nie powiedziałem nic wi cej, zapytał:  

      - I?  

      Przerzuciłem swoje Atuty, schowałem jego, schowałem Branda.  

      - Nie my lałe  kiedy, sk d si  wzi ło twoje nowe rami ? - spytałem.  

      - Oczywi cie. Zdobyłe  je w Tir-na Nog'th, w do  niezwykłych 

okoliczno ciach. Pasuje. Działa. Dzisiaj wykazało swoj  przydatno .  

      - Dokładnie. Czy to nie za wielki ci ar, by zrzuca  go na czysty przypadek? 

Jedyna bro , jaka tam, w górze, dawała ci szans  w starciu z Klejnotem. I akurat 

ona była cz ci  ciebie. A ty akurat byłe  t  osob , która czekała tam, by jej u y . 

Prze led  wstecz wszystkie fakty. Czy nie nazbyt niezwykły... nie, raczej 

absurdalny ci g zdarze  doprowadził do takiej sytuacji?  

      - Je eli tak na to spojrze ...  

      - Ja spojrzałem. I rozumiesz pewnie równie dobrze jak ja,  e to co  wi cej ni  

zbieg okoliczno ci.  

      - No, dobrze. Zgoda. Ale jak? Jak tego dokonano?  

      - Nie mam poj cia - odparłem wyjmuj c kart , na któr  nie patrzyłem ju  od 

dawna. Czułem pod palcami jej chłód i twardo . - Ale nie metoda jest wa na. 

Zadała  niewła ciwe pytanie.  

      - A o co powinienem spyta ?  

      - Nie "jak?", ale "kto?"  

      - My lisz,  e to ludzki czynnik był przyczyn  ci gu zdarze , prowadz cych do 

odzyskania Klejnotu?  

      - Tego nie wiem. Co znaczy: ludzki? Ale my l ,  e kto , kogo dobrze znamy, 

powrócił i stoi za tym wszystkim.  

      - No, dobrze. Kto?  

      Pokazałem mu Atut.  

      - Tata? To  mieszne! Na pewno ju  nie  yje. To ju  tak długo.  

      - Wiesz,  e potrafiłby tego dokona . Jest wystarczaj co przebiegły. Nigdy do 

ko ca nie rozumieli my jego mocy.  

      Benedykt wstał. Przeci gn ł si . Pokr cił głow .  

      - Chyba za długo siedziałe  na zimnie, Corwinie. Wracajmy do domu.  

      - Bez sprawdzenia? Daj spokój. To  adna zabawa. Siadaj i daj mi jedn  

minut . Spróbujmy jego Atutu.  

      - Na pewno do tej pory ju  by si  z kim  skontaktował.  

      - Nie s dz . A nawet... No, Benedykcie. Zrób mi przyjemno . Co mamy do 

background image

 

113 

stracenia?  

      - Zgoda. Czemu nie?  

      Usiadł przy mnie. Trzymałem Atut tak,  eby my obaj go widzieli. 

Patrzyli my. Oczy ciłem umysł i spróbowałem kontaktu. Nast pił prawie 

natychmiast.  

      Przygl dał si  nam z u miechem.  

      - Dobry wieczór. To była dobra robota - powiedział Ganelon. - Ciesz  si ,  e 

przynie li cie moje  wiecidełko. Ju  wkrótce b dzie mi potrzebne.