background image

LEGENDY O CYRYLU I METODYM

WOBEC PRAWDY DZIEJOWEJ

background image

1903

ROCZNIKI

TOWARZYSTWA PRZYJACIÓŁ NAUK

POZNAŃSKIEGO.

TOM XXX.

POZNAŃ.

Nakładem Towarzystwa Przyjaciół Nauk Poznańskiego.

1904.

background image

LEGENDY O CYRYLU I METODYM

W O B E C   P R A W D Y   D Z I E J O W E J .

Szkic z dziejów chrześciaństwa u Słowian.

Napisał

Aleksander Brückner.

background image
background image

P

���� dziejopisarskiej, odzierającej dawne legendy świę- 

tych  i  podania  narodowe  z  ich  uroku  i  czaru,  nie  na- 

zywajmy ani świętokradzką ani nawet niewdzięczną. Nie 

niszczy ona bynajmniej samej legendy czy podania; po każdej 

wiwisekcyi pozostają one i nadal czem były: wyrazem ideałów 

przeszłości czy przyszłości; arką, w której naród, stan czy epoka 

składają najgłębsze pragnienia, przekonania i nadzieje; alego- 

ryą, przez którą przebrzmiewa niby szmer wieków, niby tęsk- 

nota  za  złotymi  czasami  czy  ludźmi.  Podania  np.  o  Piaście 

czy o Przemyśle, nic historycznego, żadnej istotnej treści nie 

zawierają; mimo to pozostaną oba świade�wem ważnem, zło- 

żonem u samego progu dziejów czesko-polskich, słowiańskich, 

o  znaczeniu  pracy  rolniczej,  właściwej  pracy,  tworzącej  cuda 

niewyczerpane; chłopek Piast bez końca ugaszczający tłumy, 

przemysłowa  opieka  i  umiejętność  rolnicza  występują  niby 

symbole całej przyszłej historyi oraczy polskich i czeskich — 

podobnych  podań  wcale  nie  tworzyły  zaborcze,  wojownicze 

plemiona germańskie; — podanie o kobiecie-Heroinie, o Wan- 

dzie, Dobrawce, również znamienne dla Słowian, gdy pogar-

dzona zazwyczaj „baba” na szczyty heroizmu i poświęcenia, na 

przekór  mężczyznom  się  wznosi;  nigdyby  Niemcy  o  swoich 

background image

6

„paniach” czegoś podobnego nie zmyślili — nie ich kobietom 

�ółzawodniczyć z mężami.

Powtarzamy: dziejopis, odmawiający podaniom aktualno-

ści i rzeczywistości, nie narusza przez to wcale ich jądra; od-

granicza tylko ściślej prawdę dziejową od wymysłów wiekami 

uświęconych a przez to samo znamiennych i ważnych, odsy-

łając je napowrót do dziedziny psychologii historycznej i raso- 

wej,  z  której  wyszły,  zaprzeczając  im  kredytu  w  obiegu  fak-

tycznym, dziejowym, przyznając im natomiast pełną siłę i wagę 

dla oceny umysłowości i u�osobienia rasy czy szczepu. A jak 

z  podaniami,  tak  samo  ma  się  rzecz  nieraz  i  z  legendami,  z 

żywotami świętych. Wszystkie legendy, jeśli pominiemy cieka-

we wymysły heretyckie, np. takie manichejskie i bogomilskie 

o podwójnym tworzeniu świata, z osobliwszym, dualistycznym 

poglądem na świat jako dzieło Boga i szatana — legendy otóż 

zawierają prawdę dziejową, nie są pustym tworem rozbujałej 

mistycznie czy ascetycznie wyobraźni. Należy tylko z obsłonek 

legendowych, z typowych ich zwrotów, dodatków i upiększeń, 

prawdę ową wyłuskać.

Tak n. p. nabierają w żywotach świętych stale najzwyklejsze 

szczegóły, rzeczy przypadkowe całkiem, rysów znamiennych; 

one przepowiadają, prorokują czy symbolizują z góry przyszłe 

przeznaczenie, losy, walki świętego. Albo to, nad czem on sam 

przez długie lata pracował, zjawia się w nich nagle z daru Bo-

skiego, z łaski nań �ływającej bezpośrednio, po modlitwach i 

postach; legenda, skracając niby zawód bohatera, dąży wprost 

do ostatecznych jego celów; zapomina bezwiednie czy umyśl-

nie, nie wie poprostu o długiej, mozolnej pracy i wytężeniu, o 

skrupułach  i  walkach,  przeszkodach  i  pomocy,  jakich  święty 

doświadczał; palec Boży widzi w każdym kroku i czynie. Od-

wrotnie tych, którzy może w imię bardzo ważnych i słusznych 

interesów, zagrożonych tą pracą — świętemu przeszkadzają, 

wszelkich przeciwników świętego i najmądrzejszych i naj�ra-

wiedliwszych  choćby,  wystawia  legenda  jako  narzędzia  ślepe 

wroga ludzkiego: to światłość Boska występuje do walki z mro- 

czną, zawistną potęgą szatańską; między Bogiem a djabłem waha 

się coraz bieg legendy. Dalej ściera ona wszelkie czysto ludzkie, 

Aleksander Brückner

background image

7

osobiste, doczesne wpływy, namiętności, porywy: jedno nie- 

przerwane  służenie  idei,  dobru,  niebu,  jedno  nieprzerwane 

zwycięstwo  nad  pokusami  i  pożądliwościami,  nad  zawiścią  i 

oszczerstwem, strachem a choćby i mękami samymi — oto los 

jej bohaterów, już za życia przeanielonych. Nakoniec legenda 

idealizuje, upiększa, powiększa znaczenie każdego kroku, �o- 

tkania, orzeczenia a choćby pomyślenia bohatera.

Ten  �osób  tworzenia,  taka  apoteoza  właściwie,  jest  dla 

legend, z góry dla zbudowania czytających i słuchających prze-

znaczonych, nieodzowny. Ale legenda wychodzi z refektarzy, 

od obiadów i „kolacyj” (nazwanych od odczytywania ustępów 

z pism podobnej treści), i staje się zarazem źródłem dziejowym, 

czasem  jedynym  świade�wem  na  długim  przeciągu  czasu  i 

miejsca; nieraz bowiem, gdzie analistyka urywa, zapełniają lukę 

jej częściowo legendy, np. św. Seweryna i innych. Co za ważne 

przyczynki  źródłowe  do  dziejów  zaginęłyby,  gdybyśmy  nie 

posiadali  legend  o  św.  Wojciechu,  Szczepanie  (węgierskim) 

i tylu a tylu innych. Owszem, żywoty świętych, wkraczając w 

dziedzinę potocznego życia, malując codzienny tryb świętego, 

odsłaniają  szczegóły,  którychbyśmy  napróżno  u  kronikarzy 

i  rocznikarzy  szukali,  gdyż  dla  nich  właśnie  te  szczegóły,  dla 

nas dziś najcenniejsze, wcale nie istnieją, one tylko o wojnach, 

głodach, morach i posuchach opowiadają.

Jako źródła dziejowe podlegają jednak żywoty świętych tej 

samej krytyce, co listy, dokumenty, zapiski i nie tykając strony 

ich  hagiograficznej,  uświęconej  wiekami,  stara  się  dziejopis 

wyczytać w nich ślady chwili, tendencye działaczy, walki poli-

tyczne czy religijne; surowy ich materyał oczyszcza on starannie, 

zanim dla, mozaiki jego posłużą, wzorującej epokę i ludzi. Otóż 

w takiej myśli, z punktu widzenia dziejopisarskiego wyłącznie, 

zwrócę uwagę na legendy o Cyrylu i Metodym, nauczycielach 

słowiańskich, aby ich treść historyczną wyzyskać.

Oba Kościoły, katolicki i prawosławny, uznają i czczą braci 

soluńskich: oto jeszcze w lipcu r. ���� katolicy czescy, chcąc 

niby  zaprotestować  przeciw  zakładaniu  pomnika  Husowego 

w Pradze, urządzili pielgrzymkę do kościoła św. Metodego w 

Wielehradzie  morawskim,  duchowieństwo  z  arcybiskupem, 

Legendy o Cyrylu i Metodym

background image

8

szlachta, nawet właściciel domu, przy którym Hus niegdyś kazał. 

Tak żywą, acz wcale nie dawną jest cześć braci soluńskich i u 

katolików — o prawosławnych i ich czci dla 

„pierwoswiatitelej” 

nie potrzebuję w�ominać; nie mogą się oni dosyć wydziwić 

i wychwalić idealności i „humanności” braci soluńskiej, wma- 

wiają w nich i dzieło ich przymioty niesłychane, wywodzą od 

nich np. nawet dzieło Husa, wznawiające niby nie zamarłe nigdy 

tradycye Cyrylo-Metodowe; Cyrolometodowe bra�wo znane 

nam nawet z prześladowania, jakiemu ono z Kostomarowem 

i  innymi  Ukraińcami  swego  czasu  w  Kijowie  uległo;  z  braci 

greckiej,  ascetycznej,  pełnej  nietolerancyi,  obłudy  i  zawiści, 

zrobiono jakieś ideały ludzkości.

Nie o cześć kościelną, o pomniki hagiograficzne, o żywoty 

świętych nam dziś idzie. Nasz zamiar zupełnie odmienny; ba- 

damy  obie  legendy  jako  źródła  dziejowe,  co  one  nam  jako 

pomniki historyczne o ludziach i wiekach opowiadają? A opo-

wiadają one o bardzo wielu i bardzo cennych rzeczach. Gdyby 

nasi historycy np. uwzględniali świade�wa tych legend, i kwe- 

stya Piastowska i kwestya pierwotnego ustroju polskiego pod- 

ległaby  nieco  odmiennym  zapatrywaniom,  zarysowałaby  się 

może inaczej.

Bo zważmy przedewszystkiem, że to jedyne bezpośrednie 

pomniki zamierzchłej przeszłości słowiańskiej, sięgające wstecz 

do połowy dziewiątego wieku, t. j. kiedy w Polsce podaniowej 

Siemowit rządził, Rościsław na Morawie a Borys (jeszcze nie 

Michał) w Przesławie bułgarskiej państwa formowali, kiedy na 

Rusi Polanie, Drzewianie i wszystkie inne szczepy dań Warę- 

gom  lub  Chozarom  składali.  Kroniki  polskie,  czeskie,  ruskie 

zaczynają  się  (t. j.  ich  �isywanie)  dopiero  w  dwieście  pięć- 

dziesiąt lat później; tylko niemieckie i greckie źródła (roczni-

karskie) o barbarzyńcach — Słowianach z wstrętem, wzgardą 

lub  obojętnością  pokrótce,  mimochodem  wówczas  w�omi- 

nają;  jedyny  episkopat  niemiecki  w  broszurach  i  pamfletach 

politycznych i literat z musu na tronie greckim (Konstanty w 

purpurze zrodzony) szerzej rzeczy słowiańskie omawiają.

Na czas takiej zupełnej posuchy dziejowej, na czas samych 

drobnych zapisek rocznikarskich, wzmianek przygodnych, przy- 

Aleksander Brückner

background image

9

padają właśnie obie legendy o braci soluńskiej i ztąd niezmierna 

ich doniosłość, dla dziejów słowiańskich pierwotnych, kształ-

tujących  się  ostatecznie  właśnie  w  tych  czasach.  Lecz  mimo 

takiego ich znaczenia nie rozpatrzono tych legend dotąd na- 

leżycie,  krytycznie,  historycznie;  około  półtora  tysiąca  dzieł, 

rozpraw i szkiców w wszystkich językach europejskich im po- 

święcono: pisali o nich jezuici francuscy i czerńcy prawosławni, 

hersztowie starokatolicyzmu i prałaci papiescy, księża i laicy, 

pierwszorzędni historycy i slawiści i dyletanci wszelkiego auto- 

ramentu — a mimo to nie postąpiło wcale krytyczne zbadanie 

i ocenienie całej wartości i zawartości tych legend: sądy albo 

chwiejne bardzo albo całkiem mylne albo tendencyjne i sfał-

szowane; prawdy dotąd nikt nic odsłonił.

II.

P

��������� dla lepszego zrozumienia najpierw w kilku 

słowach  sam  wątek  legend.  Posiadamy  ich  trzy:  jedne, 

tak zwaną włoską (łacińską) o św. Cyrylu, o wydobyciu 

przezeń z morza zwłok papieża, św. Klemensa (następcy Pio-

trowego) w Chersonie, o przeprowadzeniu ich do Rzymu i dwie 

słowiańskie legendy, morawskie (najdowolniej i najmylniej w 

świecie ,,panońskiemi” przezywane), jedne o żywocie Cyryla 

(młodszego  z  braci,  zmarłego  w  Rzymie  r.  ���)  a  druga  o 

Metodym (starszym i znakomitszym, właściwym twórcy liturgii 

słowiańskiej,  chociaż  dotychczas  rzecz  odwrotnie  przedsta-

wiają;  umarł  r.  ���  arcybiskupem  morawskim).  Dopełnia  je 

poniekąd czwarta legenda, grecka, o Klemensie, biskupie buł- 

garskim: trzy języki, w których bracia działali, �lotły ów wie-

niec hagiograficzny nad ich skroniami.

Opowiadają zaś te legendy o znakomitym rodzie obu braci 

i  to  greckim;  o  przeznaczeniu  ich  do  wielkich  dostojeństw, 

czego jednak obaj unikają, wybierając żywot zakonniczy i czyn- 

ność misyjną; dalej prawią one o trzech misyach Cyryla; pier- 

wszą w świecie muzułmańskim odbywa on sam; drugą, mię- 

dzy  Chozarami  nad  Wołgą  i  morzem  Ka�ijskiem,  razem  z 

Legendy o Cyrylu i Metodym

background image

10

bratem;  również  i  trzecią,  na  Morawie.  Z  Morawy  idą  obaj 

do Rzymu, tu umiera Konstanty (przed śmiercią imię Cyryla, 

pod którym go czcimy, przybrawszy), a Metody wyświęcony 

przez papieża idzie najpierw do Panonii a potem (wydobyty 

za pośredni�wem energicznym Jana ���� z więzienia niemiec-

kiego) do Morawy, gdzie do końca życia działa, oddalając się 

tylko czasowo do Rzymu i Carogrodu; na Morawie dokończył 

żywota, oznaczając ucznia swego, Morawiawina Gorazda (t. j. 

mądrego, zdolnego), swoim następcą. Legenda grecka o Kle-

mensie  dopowiada  krótkie  już  dzieje  liturgii  słowiańskiej  na 

ziemi morawskiej, wygnanie Metodjan, uczni św. Metodego, 

z Gorazdem i Klemensem na czele, z ziemi morawskiej; przy-

jęcie ich łaskawe na ziemi bułgarskiej.

Oto cała treść legend; gdzież tu miejsce dla �orów i nie-

porozumień — wszystko przecież tak zrozumiałe i jasne!

Ale pozory łudzą i niema w dziejach drugiej zawilszej kwe- 

styi jak właśnie kwestya powstania liturgii słowiańskiej i słusz-

nego  ocenienia  pracy  braci  soluńskich  i  jej  szczegółów.  W 

głównych rysach zgadzają się badacze niemal wszyscy, chociaż 

każdy  z  nich  rzecz  samą  inaczej  oświeca:  znakomity  jezuita 

francuski, Lapôtre i rosyjski, ks. Martynow; największy histo- 

ryk (protestant) dziejów kościelnych średniowiecznych, Hauck, 

profesor  lipski,  najdzielniejszy  znawca  dziejów  niemieckich 

��  wieku,  Dümmler  (zmarły  zeszłego  roku);  pierwszorzędni 

slawiści,  Miklosicz  i  Jagicz,  Sriezniewskij  i  Łamanskij,  nie-

mówiąc o niezliczonej rzeszy ich uczni; rosyjscy historycy ko- 

ścielni,  Gołubinskij,  Gołubiew  i  Woronow  —  oni  wszyscy, 

w szczegółach niezgodni, w całości jeden drugiego powtarza — 

i wszyscy się mylą, nawet najznakomitsi historycy, przyjmując 

bez  krytyki  wiadomości,  podawane  przez  nasze  legendy,  z 

błędów w błędy wpadając jak zahypnotyzowani, jakby zmysłu 

krytycznego pozbawieni. Jeżeli Oksenstierna twierdził, że ani 

przypuszczają ludzie, jak mało rozumu potrzeba do rządzenia 

nimi,  toć  i  dla  pisania  ich  dziejów  czasem  się  bez  zbytnich 

obchodzimy wysiłków. I Homerowi trafiało się coś podobnego.

Przytoczę tylko jeden szczegół, na dowód, że jeden historyk 

drugiemu podsuwa i wmawia bajki, poczem się wszyscy w błę- 

Aleksander Brückner

background image

11

dnem kole obracają, wyjścia ani się domyślając, chociaż ono 

tak proste i łatwe. Wierzyć się nie chce, żeby pierwszorzędni 

historycy  wszelkich  narodowości  takie  dziecinne,  żakowskie 

popełniali błędy w najświętszej ufności, bez cienia wątpliwości.

Opowiada mianowicie legenda o św. Metodym, przy samym 

końcu jego żywota doczesnego, co następuje — tłumaczę jej 

brzmienie dosłownie: „Gdy w okolice naddunajskie król węgier- 

ski przyszedł, zapragnął on widzieć Metodego, a chociaż nie-

którzy  powątpiewając  mówili,  że  Metody  rąk  jego  bezkarnie 

nie  ujdzie,  poszedł  Metody  do  króla.  Przyjął  go  król  jak  na 

panującego przystoi, zacnie i sławnie, z radością, i rozmówiwszy 

się  z  nim  jak  takim  mężom  rozmawiać  się  godzi,  odpuścił 

Metodego z miłością i pocałowaniem, z dary znacznymi, rzekł- 

szy  mu:  ojcze  zacny,  w  świętych  modlitwach  twoich  zawsze 

mnie w�ominaj”.

Tyle prawi legenda, nie nazywając, wedle stałego zwyczaju 

swego, owego „króla węgierskiego” po imieniu. Cóż to za król? 

Powiedział Dümmler, a za nim wszyscy na wiarę powtarzają, że 

to jakiś władca węgierski, ochrzczony, gdy lud (a raczej horda 

jego) trwały jeszcze w pogaństwie, nad Dunaj się dostał i tam się 

ze św. Metodym chciał zobaczyć i jego modlitwom się polecić. 

Gorszej, głupszej plotki nie wymyśliłby i nasz Dębołęcki, cho- 

ciaż akademikiem berlińskim nie był ani najmniejszej powagi 

w świecie naukowym nie używał.

Któż bowiem byli wtedy ci Węgrzy, których „król” cudem 

jakimś św. Metodego chciał poznać i jego modłom duszę swą 

polecać?  Hordy  barbarzyńskiej  postaci  małe,  krępe,  czarne; 

Tatarzy (albo ponieważ wtedy Tatarów nie znano, Awarowie 

t. j. obry, „olbrzymi”) z tatarskim �osobem życia i walki (szyli 

z łuków, rozpierzchając się na wsze strony, oskrzydlając wroga 

lub  naprowadzając  go  zręcznie  na  ukryte  zasadzki);  pijący 

krew ludzką; zjadający serca swych ofiar (dla pomnożenia sił 

własnych, wedle ogólnego u wszystkich dzikich przesądu) i z 

ogoloną głową i jednym lub trzema „osełedcami” na skroniach 

(koafiura  to  tatarska  a  później  i  mołojców  kozackich);  prze- 

rażający chrześcian do szpiku kości samym swoim wściekłym 

okrzykiem 

„hui” — jednym słowem potwory tak straszne, że 

Legendy o Cyrylu i Metodym

background image

12

przerażona ludność europejska uznała w nich niebawem jeden 

z owych dwudziestu narodów, Gogów i Magogów, które prze- 

zorny  Aleksander  Wielki  pozamykał  za  Ka�ijskimi  wrotami 

na  skały  i  wrzeciądze  żelazne,  a  którym  niebaczni  Grekowie 

(posiłkując  się  nimi  przeciw  groźnym  sąsiadom,  Bułgarom) 

wrota otworzyli i wściekłych tych psów i wilków wyjących na 

Europę �uścili. Otóż ci to Węgrzy za żywota Metodego nad 

Dunajem  ledwo  raz  czy  dwa  razy  na  chwilkę  się  ukazali  — 

jeszcze nie użył był cesarz Arnulf tego bicza bożego na swoich 

groźnych sąsiadów, Morawian — i „króla” żadnego wtedy nie 

mieli, nie zjednoczeni jeszcze, tym mniej chrześciańskiego: o 

takim cudzie i świat nie słyszał, a wymyślił go bez zająknienia 

Dümmler i wszyscy ślepo za panią matką głupstwo powtarzają.

Herszta zbójeckiej szajki węgierskiej nigdyby żywociarz św. 

Metodego  „królem”  nie  nazwał;  bardzo  on  bowiem  oględny 

w  szafowaniu  przydomkami:  Świętopełka  i  Rościsława  n. p., 

własnych panujących, potężnych, chrześcijańskich władców — 

nigdy  on  inaczej  nie  nazwał  niż  „ k s i ę c i a m i ”   —  i  onże 

miałby  opryszka  pogańskiego  —  boć  nie  było  jeszcze  żad-

nego  chrześcijanina  Węgra!  —  „królem”  nazywać!  u  niego 

jest zawsze tylko  p a n u j ą c y   n a d   N i e m c a m i ;   c e s a -  

r z e m  u niego, zawsze tylko grecki! Z tego wynika, że w opo- 

wiadaniu owem o �otkaniu się naddunajskiem „król węgier- 

ski”  jest  królem  niemieckim  (Grecy  nigdy  nie  uznawali  „ce- 

sarstwa” rzymskiego; był tylko jeden „bazileus” na świecie t. j. 

carogrodzki,  następca  Konstantyna  Wielkiego,  koronowany 

w szaty, �adłe z nieba samego, boskie: samo włożenie korony 

rękami  nie  patryarszemi  karały  mściwe  niebiosa).  Nonsens 

„węgierski” (zamiast „bawarski”, lecz raczej niczego tu nie było, 

sam  termin  „król”,  gdyż  nie  było  na  świecie  wtedy  innego 

prócz  niemieckiego,  wystarczał  tak  tu,  jak  na  innym  miejscu 

zupełnie) wkradł się przez pomyłkę; może późniejszy kopista 

słysząc o okolicach „naddunajskich”, dorozumiał się z własnej 

mózgownicy  węgierskiego  i  go  dopisał.  Można  nawet  ozna- 

czyć, któryż to „król” niemiecki i kiedy, przybywszy nad Dunaj, 

chciał  się  z  Metodym  widzieć.  Był  to  prawdopodobnie  król 

Karlman („królem bawarskim” wtedy powszechnie nazywany, 

Aleksander Brückner

background image

13

syn Ludwika niemieckiego, ojciec Arnulfa cesarza). Komitywa 

Karlmana  i  Arnulfa  z  Świętopełkiem  morawskim  była  wtedy 

bardzo  ścisła,  przecież  nazwał  Arnulf  swego  własnego  syna 

Świętopełkiem i panował potem ten Świętopełk nad Lotaryn- 

gią.  Właśnie  w  roku  ���,  gdy  się  król  Karlman  do  wyprawy 

włoskiej, po koronę cesarską, przeciw Karolowi Łysemu, fran- 

cuskiemu, gotował, bawił on w wschodnich okolicach swego 

państwa, wziął od Świętopełka morawskiego posiłki, jak i póź- 

niej Czesi na polach włoskich walczyli; wyraźnie bowiem do- 

noszą źródła �ółczesne, że pociągnął on do Włoch nietylko z 

swymi Niemcami, ale i z Słowianami — wyręczano się wtedy 

chętnie nawzajem, roty niemieckie miewał i Świętopełk w swej 

służbie. Wtedy to mógł on zapragnąć widzieć się z Metodym, 

o którym w Niemczech, jako o groźnym przeciwniku niemie-

ckich  i  rzymskich  wpływów  i  widoków,  tyle  się  nasłuchał  i 

wezwał go do siebie, gdy się nad Dunaj przybliżył. Odradzali 

przyjaciele  Metodemu  podróży;  obawiali  się,  czy  nie  gotują 

Niemcy powtórnej nie�odzianki świętemu, jak w r. ���, gdy 

go  uwięzili  i  uwieźli,  lecz  Metody  udał  się  do  króla  i  znalazł 

godne przyjęcie i rozmawiał z nim o rzeczach ważnych na ziemi 

i niebie (więc nie z Węgrem jakimś, co tylko po wilczemu wyć 

umiał — takich Metody widywał, podczas podróży do ziemi 

chozarskiej, gdy ich napadli nie�odzianie Węgrzy, „wyjąc po 

wilczemu” i zabić chcieli jego i brata Cyryla). I odpuścił go król 

z czcią wszelką i polecił się jego modłom, jak na chrześciańskiego 

króla, nie na pogańskiego opryszka — przystało. Ale mniejsza 

oto,  czy  oznaczyłem  słusznie  rok  i  osobę,  ���  i  Karlmana 

— możnaby i o innym czasie i królu, n. p. Arnulfie pomyślić 

— nie może być tylko żadnej wątpliwości co do tego, że „król” 

monarchę chrześciańskiego, t. j. niemieckiego, nie jakiegoś fan-

tastycznego łotrzyka węgierskiego oznacza.

Skorośmy trafnie uznali, kogoto żywociarz Metodego „kró- 

lem” nazywa, nie możemy również wątpić, kogo on w jednym 

z poprzednich ustępów legendy „królem” oznaczył. Opowiada 

on  mianowicie,  że  „stary  wróg,  zajrzący  dobru,  przeciwnik 

prawdzie (djabeł), wzruszył serce „króla” przeciw Metodemu, 

wraz z wszystkimi biskupami (t. j. niemieckimi, twierdzącymi), 

Legendy o Cyrylu i Metodym

background image

14

że uczysz na naszej ziemicy. Metody temu zaprzecza: ziemia, 

na której uczę, jest Piotra świętego, nie wasza, wy łakomcy.

I toczy się zawzięty �ór między nim a biskupami Niem- 

cami, ale nie mogli go przeprzeć, aż „król” patrząc z podełba 

powiedział: nie utrudzajcie mego Metodego, bo �ocił się już, 

jak przy piecu — na co Metody odrzekł: ej, władco, gdy raz 

ludzie ujrzeli filozofa �oconego i zapytali go, co się pocisz, rze- 

cze on: �ierałem się z grubą czeredą. Cóż to za „król”? twierdzą, 

że  to  Świętopełk  morawski  —  ależ  i  to  nonsens  widoczny, 

nigdy  żywociarz  o  żadnym  królu  czy  królestwie  morawskim 

nie w�ominał, zna on tylko książąt i księstwa morawskie — 

król  jest  Ludwik  Niemiecki,  który  r.  ���  w  Regensburgu  w 

licznym zebraniu biskupów niemieckich Metodego o uzurpacyę 

ziemi panońskiej, t. j. dyecezyi solnogrodzkiej, sądownie badał. 

Lecz  tu  już  inni  przedemną  widocznej  prawdy  się  domyślili 

i nieraz ją wypowiadali, zawsze na opornych trafiając; wszelki 

�ór  i  tu  niemożliwy;  argumenty  przeciwne,  dowodzące,  że 

to Świętopełk tym królem, takie dziecinne, że aż wstyd bierze 

„�ierać się z grubą czeredą”; jeszcze najnowszy badacz tych 

dziejów, prof. Pastrnek, starą piosnkę powtarza i swemu ziom-

kowi, Świętopełkowi, Metodego sądzić każe.

Oba  fakty  wystąpienia  Metodego  przed  „królem”  bardzo 

ciekawe;  dają  nam  bowiem  miarę,  jakie  wrażenie  czcigodna 

postać Greka-ascety nawet na najgorzej u�osobionych i uprze- 

dzonych  wywierała:  siła,  bijąca  od  jego  osobistości,  musiała 

być potężną, ulegaliż jej i papieże (Jan ����) i króle (Ludwik 

Niemiecki  i  Karlman  czy  Arnulf),  tem  bardziej  książęta  sło-

wiańscy, Rościc i Świętopełk morawski a Kocel panoński. Na- 

próżno też usiłują zmniejszyć znaczenie rzutkiego Metodego 

wobec brata młodszego, Cyryla, ascety świętobliwego, nie dzia- 

łacza energicznego. Ale oba fakty pouczają nas jeszcze o czem 

innem:  o  nadzwyczajnem  krótkowidztwie  dziejopisarzy;  za-

hypnotyzowani wyrazem legendy „król węgierski”, nie śmieli 

się nawet dobadywać ani wątpić i nie mogli dojść do prawdy 

widocznej i jasnej, jak na dłoni. Mamy więc słuszną przyczynę, 

powątpiewać  i  o  innych  wynikach  ich  badań,  uważać  ich  za 

uprzedzonych, podejrzywać ich o brak krytyki i ścisłości.

Aleksander Brückner

background image

15

III.

R

�����������, przy ocenie historycznej legend moraw-

skich  zapomniano  zupełnie,  czy  nie  zauważono  wcale 

rzeczy najważniejszej, jedynej, rzucającej prawdziwe świa- 

tło na legendy.

Legendy te nie są bowiem tylko pomnikami hagiograficz-

nymi, nie dają tylko naiwnego, bogobojnego, szczerego obrazu 

żywotu świętych pańskich; są one zarazem najwymowniejszą 

obroną, apologią czynu braci soluńskich, liturgii słowiańskiej.

Wiemy,  czem  jest  obrządek  słowiański:  dorobkiem  umy-

słowym dawnych wieków, po ojcach i praojcach, wypełniają- 

cym całe tysiącolecie duchowych dziejów słowiańskich. Miały 

w  nim  wziąć  udział  wszystkie  ludy  słowiańskie;  od  wieków 

pozostał on jednak wyłącznie niemal przy prawosławnych — 

więcej niż sto milionów Słowian prawosławnych dziś do niego 

należy;  z  katolickich  tylko  od  wieków,  garstka  chorwackich 

„glagolaszy”  na  wybrzeżu  i  wy�ach  adryatyckich  i  od  unii 

brzeskiej, miliony ludu małoruskiego przy tym obrządku wy-

trwały.  Niegdyś  panował  on  nawet  u  Rumunów  prawosław- 

nych, a jeszcze dawniej i u Słowian zachodnich, na Morawie, 

między  Słowieńcami  nad  jeziorem  błotnem,  a  przedostał  się 

i do Czech sąsiednich. Nawała węgierskich „Obrów” wygluzo-

wała  go  z  pomiędzy  Słowieńców  i  z  Morawy,  pustosząc  do- 

szczętnie te kraje, tak że ślady ludności nie ocalały; w Czechach 

przetrwał obrządek słowiańskorzymski w wyraźnych, acz ską- 

pych śladach aż do końca jedenastego wieku: jeszcze pierwszy 

król czeski, Wrocisław, udawał się do Grzegorza ��� z proźbą 

o wznowienie i rozgrzeszenie, ale trafił na tak stanowcze 

non 

possumus, na taki wyraźny zakaz, że nikt więcej po nim prób 

takich  nie  ponawiał.  Dopiero  Karol  ��,  romantyk  na  tronie, 

rozkochany  w  dźwiękach  słowiańskich,  �rowadził  do  Pragi 

czarnych benedyktynów — glagolaszy, chorwackich mnichów 

„Słowian”,  ale  sztuczne  to  wznowienie  żywszego  skutku  nie 

miało, choć i do Krakowa Jagiełło osadę tych mnichów prze- 

szczepił; nawała husycka zatopiła ich ślady.

Legendy o Cyrylu i Metodym

background image

16

A  u  nas?  czy  obrządek  słowiański  dostał  się  i  do  Polski? 

„Adhuc sub iudice lis est” — jeszcze na łamach Biblioteki War- 

szawskiej w pierwszych latach jej istnienia, w r. ���� i ����, 

rozegrała się polemika między W. A. Maciejowskim, zakreśla-

jącym szerokie granice temu obrządkowi w Polsce piastowskiej, 

i I. L. Rychterem, przeczącym temu; polemika, wtedy rozpo- 

częta, chociaż z licznymi i długotrwałymi przerwami, właściwie 

jeszcze nie ukończona, nie rozstrzygnięta ostatecznie. Zabie- 

rali w niej głos i sędziwy Małecki i znakomite studyum prof. 

Abrahama (

Organizacya kościoła w Polsce do połowy wieku 

XII

i śmiałe hipotezy nieodżałowanego Gumplowicza (w pracach 

niemieckich n. p. 

Der Kampf des slavischen und lateinischen Ritus 

in Polen ����–���� i i.), świeżo streścił jej wyniki mecenas Par-

czewski (w 

Rocznikach Towarzystwa Przyjaciół Nauk Poznań- 

skiego r. ����) i osłabił albo zniszczył argumenty przemawia-

jące za istnieniem obrządku słowiańskiego w Polsce — ale nie 

zawsze do przekonania nam trafił, mianowicie pozostaje zagad- 

kowym ów wiersz w t. zw. Gallu: ,,zgon Chrobrego opłakujcie 

ze  mną  wszyscy…  ilu  was  mieszkańców  Łacinników  i  Sło-

wian” — antyteza ta znaczy nierównie więcej niż „obcych (cu-

dzoziemców)  i  Polaków”,  jak  prof.  Abraham  i  p.  Parczewski 

sądzą; również świade�wo listu Matyldy do Mieszki �� wątpli-

wości nasuwa; toż legenda o czerńcu Mojżeszu.

Obrządek  słowiański  ma  a  raczej  miał  jeszcze  i  inne  ol-

brzymie znaczenie: łączył on narody słowiańskie nietylko reli-

gijnie, ale i kulturalnie, skoroż kultura słowiańska, szczególniej 

wschodnia, z religijną się w jedno zlewała. Prawią i dziś jeszcze o 

rzeczy, zupełnie zresztą zbytecznej, jakby to ładnie i korzystnie 

było, gdyby Słowianie jeden �olny język piśmienny uznali i go 

używali, chociaż nie śni się n. p. Holendrom-Flamandczykom, 

Duńczykom, Szwedom, o wytworzeniu pangermańskiego języ- 

ka; również Portugalczycy, Hiszpani itd. o żadnym panromań- 

skim  języku  ani  marzą,  więc  i  pansłowiańskim  tylko  głowy 

próżnujące  zawracać  można.  Ale  istniał  niegdyś  rzeczywiście 

język  pansłowiański;  język  cerkiewny  był  nim  dla  Bułgarów, 

Rusi, Serbów przez długie wieki, jeden język, chociaż nie zawsze 

jednolicie  wymawiany:  tem  bardziej  przestrzegano  niegdyś 

Aleksander Brückner

background image

17

jego  jednolitości  pisemnej  i  dopiero  od  końca  �����  wieku 

(jeżeli pominiemy reformę Piotra Wielkiego w Rosyi a próby 

„Damaskinów” bułgarskich jeszcze wcześniejsze, t. j. zbiorów 

homiletycznych  pisanych  w  języku  ludowym,  zrozumiałym) 

zaczynają się języki wschodnio- i południowosłowiańskie coraz 

silniej  emancypować  od  wpływów  cerkiewszczyzny,  rzucają 

więzy jej wysłowienia i składni, jej pisowni nawet, n. p. serbska 

całkiem się od cerkiewnej odstrychnęła, której się ruska i buł-

garska dotąd na swoje nieszczęście czy utrapienie trzymają. Ale 

do końca ����� wieku Serb czy Bułgar a nawet franciszkan bos- 

nijski  czytali  i  pisali  tą  cerkiewszczyzną,  która  i  w  Rosyi  dla 

literatury  duchownej,  przekładu  pisma  św.,  w  obrządkowych 

modlitwach  do  dziś  obowiązuje.  Tak  więc  stworzyli  bracia 

soluńscy  język  pansłowiański;  wyszli  oni  od  narzecza  soluń- 

skiego, w które się od wczesnej młodości Grecy ci byli wsłu- 

chali;  z  tym  narzeczem  soluńskim  przeszli  do  Słowian,  mó- 

wiących  innymi  narzeczami,  lecz  nie  poświęcili  oni  ani  joty 

swego  narzecza  na  korzyść  morawskiego,  wstrzymywała  ich 

od tego widocznie uwaga, że końca by nie było, gdyby wszel- 

kie różnice słowiańskie, polskie, ruskie, serbskie itd. uwzględ- 

niać  chcieli.  W  ten  �osób  uniknęli  zarzutu,  który  jeszcze  w 

wieku ��� kardynał Hozjusz przeciw wprowadzaniu języków 

słowiańskich  do  pisma  św.,  do  modlitw  kościelnych  itd.  for- 

mułował: pytał on przecież, toć dla każdego narzecza trzebaby 

osobnych przekładów? któż tego dokona, któż to skontroluje? 

Przeciwnik  jego,  protestant  włosko-słowiański  Wergeriusz, 

uznawał wagę tego zarzutu i proponował utworzenie dla prze-

kładów  takich  osobnego,  mieszanego  języka  słowiańskiego, 

nie wiedząc, że taki ogólny język dawno już istniał, uświęcony 

wiekami, przyjęty z Bułgaryi między Serbów i Ruś.

A  więc  obrządek  słowiański,  to  nie  tylko  łącznia  religijna 

Słowian, ale i podpora najważniejsza języka pansłowiańskiego. 

Cóż za dziw więc, że wobec olbrzymiejącego z dnia na dzień 

znaczenia Słowian, wobec strasznej ich już dziś siły liczebnej, 

dzieje tego obrządku, powstanie jego, mają znaczenie ogólno- 

ludzkie,  a  choćby  tylko  europejskie;  to  nie  kwestya  partyku- 

larna, interesująca wyłącznie Słowian; to zagadnienie, nad któ- 

Legendy o Cyrylu i Metodym

background image

18

rego rozwiązaniem pracują uczeni niemieccy i francuscy, nie- 

mniej jak słowiańscy.

Źródłem  ich,  oprócz  kilku  listów  papieskich  i  wzmianek 

polemicznych  niemieckich,  są  właśnie  legendy  morawskie. 

Ale  źródło  to  zmącone,  bo  samo  najwymowniejszą  apologią 

obrządku  słowiańskiego  się  staje,  nie  zadowala  się  naiwnem 

opowiadaniem przebiegu faktycznego.

Wnosił  przecież  Metody  z  liturgią  słowiańską  nowinę  do 

kościoła, greckiego zarówno jak rzymskiego; nie byłoż przed 

nim  nigdy  tej  liturgii  i  nowinę  tę  należało  uzasadnić,  u�ra-

wiedliwić, obronić, wymódz jej uznanie — u obu kościołów, 

nie rozszczepionych wtedy jeszcze ostatecznie. A właśnie prze-

ciw wszelkim nowinkom, choćby najniewinniejszym, wiek dzie- 

wiąty  szczególniej  u  Greków  stał  na  czujnej  straży;  przecież 

główne zarzuty, jakie z Carogrodu przeciw Rzymowi kierowano, 

dotyczyły  właśnie  wprowadzania  nowinek,  ustanawiania  po-

stów (sobotnich i suchodniowych), wprowadzania do symbolu 

dodatkowego 

filioque  (o  pochodzeniu  Ducha  św.)  itd.:  więc 

jeżeli  nie  aprobował  Carogród  nowinek,  ze  strony  upoważ- 

nionej  wprowadzanych,  jak  mógł  się  on  godzić  z  nowinką 

Metodego, prostego igumena, niemającego nawet święceń ka- 

płańskich,  a  podejmującego  dzieło  wielkie,  o  którem  ani  ka- 

nony, ani ojcowie święci, ani sobory niczego nie ustanowiły, 

które  wszystkich  swą  niezwykłością,  nowością  razić  musiało. 

Wiedzianoż w Carogrodzie, że Słowianie — miano ich prze- 

cież po całem cesarstwie, aż w małej Azyi i na wy�ach nawet, 

podostatkiem, zalali oni i zesłowiańszczyli cały Bałkan — nie 

mają  żadnej  literatury,  żadnego  pisma  i  słusznie  zarzucano 

Metodemu: będzieszże na wodzie pisał słowa święte i chcesz 

imię  kacerza  nabyć?  Były  wprawdzie  w  kościele  wschodnim 

liczne szczepy z osobnym obrządkiem, Kopci w Egipcie, Sy- 

ryjczycy itd., ale u tych sięgał język obrządkowy samych po- 

czątków  chrześcijaństwa,  drugiego  i  trzeciego  wieku,  a  jeśli 

bywał, jak u Gotów, Ormian lub Persów, i późniejszy, to kraje 

te wcale wpływom greckim nie podlegały. Tymczasem liczni 

Słowianie  byli  poddanymi  greckimi  choćby  tylko  z  imienia 

i nie zrzekała się Grecya nigdy zamiaru, Myzów (Bułgarów), 

Aleksander Brückner

background image

19

Triballów (Serbów) i jak ta maszkarada klasyczna dalej brzmia- 

ła, gruntownie ujarzmić — więc dla poddanych własnych pod 

progami Carogrodu i Solunia, tworzyć osobny obrządek, pismo 

i język — nie miałożby to trącić jawną herezyą? wyzywać naj- 

surowsze represalie?

Jeszcze bezwzględniej musiał Rzym tę nowinkę potępiać. 

On w łonie swoim nieznał i dla najdalszych szczepów nawet, 

celtyckich czy germańskich, żadnego innego języka kościelnego, 

prócz łaciny — więc jakżeż mógłby się godzić, ni ztąd ni zowąd, 

na  obrządek  słowiański  i  tym  samym  z  kosmopolitycznego 

ustroju kościelnego Słowian dla czyjegoś widzimisię wyłączać? 

Rzym, nie czyniący ustępstw dla Celtów czy Germanów, i Sło- 

wian inaczej nie mógł traktować, jeśli nie chciał się własnym 

zasadom �rzeniewierzyć. I nigdy nas nie zdziwi, że Rzym od 

roku ��� raz na zawsze obrządku słowiańskiego zabronił; że 

dziś  jeszcze  Leon  ����  wahał  się,  czy  dopuścić  szerzenia  ob-

rządku glagolaszy chorwackich, czego wymagają niektórzy mło- 

dzi kapłani-narodowcy i gminy miejskie; nas musi raczej dzi- 

wić,  jakim  �osobem  Jan  ����  obrządku  słowiańskiego  mógł 

dozwolić?

Trafiało  więc  dzieło  Metodego,  obrządek  słowiański,  na 

ostre  szkopuły:  i  od  własnego,  greckiego,  i  od  przybranego, 

rzymskiego,  Kościoła  groziły  mu  najsurowsze  kary,  a  z  nich 

najstraszliwsza,  zarzut  kacerstwa,  sztych  nieodbity.  Więc  by 

ujść tym gromom, należało całe dzieło przedstawić w osobliw-

szem  świetle:  pozbawić  je  wszelkiej  inicyatywy  osobistej  — 

nie bracia wywołali czy dokonali dzieła, Bóg sam je stworzył; 

On  to  Morawian  ową  myślą,  posyłaniem  do  Carogrodu  po 

nauczycieli,  natchnął;  z  Jego  łaski  Cyryl  i  Metody  aprobatę 

oficyalną  cesarza  (t. j.  greckiego,  zastępującego  już  i  patryar- 

chę) i „apostolika”, papieża, którego żaden mocarz świata za- 

stąpić  nie  mógł,  otrzymali;  należało  dalej  wystawić,  aby  usu- 

nąć  wszelkie  wątpliwości  wrogów  i  podejrzliwców,  właśnie 

tego, co słowiańskie pismo wynalazł, jako najgorliwszego, naj- 

skuteczniejszego obrońcę wiary „katolickiej” przeciw głównym 

jej  wrogom,  żydom  i  muzułmanom  (Agaryanom).  Cudami 

opromieniono postać Cyrylową; darem proroczym Metodyu- 

Legendy o Cyrylu i Metodym

background image

20

szową — tak powstały legendy, opowiadające nietylko żywoty 

braci,  lecz  broniące  wymownie  prawowitości  obrządku  sło- 

wiańskiego,  uznanego  przez  Rzym  uroczyście,  wysławionego 

przez Carogród, jako nadzwyczajny dar łaski Bożej.

IV.

G

�� się legendom morawskim dokładnie przypatrujemy, 

widzimy  jak  je  systematycznie,  wedle  mądrze  obmyś-

lanego  szematu,  zbudowano,  jak  się  ciągle  jeden  i  ten 

sam układ w nich powtarza.

„Filozof”  (t. j.  Konstanty-Cyryl,  dla  nauki  tak  nazwany) 

ma  lat  dwadzieścia  cztery  —  Agaryanie  wyzywają  Carogród 

na  dy�utę  o  Trójcy  św.:  poszlijcie  nam  mężów,  coby  mogli 

nas w tem przeprzeć; cesarz i sobór wybierają Cyryla, oświad- 

czającego  natychmiast  gotowość  swą;  następuje  podróż,  dy-

�uta zwycięska, powrót.

Mijają lata, filozof żyje samotny lub w klasztorze z Meto-

dym; posyłają Chozarowie do cesarza: poszlij nam męża, któ-

ryby przeparł żydów i saracenów, abyśmy wiedzieli, jakiej się 

wiary  sami  jąć  mamy.  Cesarz  wybiera  Cyryla;  ten  oświadcza 

natychmiast  swą  gotowość;  następuje  podróż,  dy�uta  zwy- 

cięska, powrót.

Mijają lata; filozof żyje samotny; przysyłają Morawianie do 

cesarza, poszlij nam nauczyciela, języka naszego, któryby nam 

prawdę wiary wyłożył. Cesarz wybiera filozofa, oświadczającego 

się natychmiast z gotowością swą; wyrusza w drogę, wykonywa 

misyę, lecz wracając na Rzym, tamże umiera.

Trzebaby być ślepym, żeby nie widzieć, jak wszystkie epi- 

zody  ułożone  wedle  jednego  szablonu;  nawet  wyrazy  próśb, 

motywów  itd.  bywają  takie  same,  czegośmy  tu  nie  chcieli 

przeprowadzać.  Inny  szablon  panuje  w  żywocie  Metodego. 

Tam znowu każdy pragnie go widzieć w zawody: papież Mi-

kołaj, król „węgierski”, cesarz z patryarchą; każdy uradowany 

jego przybyciem, zawodzi oczekiwania wrogów, pewnych, że 

potępienie Metodego usłyszą, a on miasto tego uroczystą apro- 

Aleksander Brückner

background image

21

batę  dzieła  swego  zyskuje.  Tylko  legenda  włoska  odmienna, 

przeznaczona dla Rzymu, może ją Gorazd wedle zlecenia Me- 

todego ułożył, o głównym dziele Cyryla jak najpobieżniej się 

wyraża, bojąc się widocznie zatrzymywać nad rzeczą, w Rzymie 

niemiłą — wystawia zato najobszerniej odnalezienie zwłok św. 

Klemensa, jakby Cyryl tylko dla tego był żył; jedyna, aby uśpić 

podejrzenia  rzymskie,  dobrodusznie  dodaje,  że  wiadomość 

o powodzeniu Cyryla na misyi chozarskiej Morawian do po- 

selstwa carogrodzkiego pobudziła: tylko Rzymianom, nie wie- 

dzącym, że Morawa i Chozarya całym światem od siebie od- 

dzielone, można było takie cudy opowiadać; Morawianie byli- 

by się nie mało zadziwili, gdyby w nich coś takiego wmawiano; 

legendy morawskie i słówkiem też nic podobnego nie wyrażają.

Inna  osobliwość  legend  morawskich,  listy  chozarskie,  ce- 

sarskie  i  papieskie  wychwalają  i  dzieło  jego,  sam  obrządek 

słowiański. Ale listy te nie są prawdziwe; albo zmyślone całko- 

wicie,  albo  od  oryginałów  daleko  odstępują.  Nigdyby  cesarz 

grecki,  mający  dla  Słowian  tylko  wzgardę,  nie  wystawiał  wy- 

nalezienia alfabetu słowiańskiego jako nadzwyczajnej łaski nie- 

bios, tylko w pierwszych wiekach możliwej, abyście i wy Sło- 

wianie zaliczyli się do wielkich narodów, sławiących Boga wła- 

snym językiem i nigdyby on barbarzyńskie książątko, bo tylko 

takiem  mógł  być  Rościc  w  oczach  jego,  z  wielkim  cesarzem 

Konstantynem nie porównywał, dla którego przecież żadnego 

alfabetu nie wymyślano. Podobnie w liście-bulli Hadryana �� 

znachodzą się zwroty, budzące wszelką wątpliwość; żeby np. 

papież  miał  grozić  ekskomuniką  tym,  coby  śmieli  ganić  ob-

rządek słowiański, lub, że Morawianie posyłali do Rzymu (po 

co?),  ale  Carogród  Rzymian  uprzedził.  Nie  w�ominamy  o 

cudach i zjawiskach wszelakich i proro�wach, jakiemi poprze- 

tykano gęsto obie legendy, jeden tylko wymienimy, ponieważ 

w  mitologii  litewskiej,  zupełnie  taki  sam  �otykamy  przesąd. 

Chodzi o kult drzew, jak Litwini tak i mieszkańcy chersońscy 

byli przeświadczeni, że właśnie ubóstwianemu drzewu deszcze i 

urodzaje zawdzięczają; opis cały przypomina niemal dosłownie 

świade�wo Hieronima praskiego o kulcie żmudzkim i dla tego 

go tu powtarzamy (w skróceniu):

Legendy o Cyrylu i Metodym

background image

22

„Był w krainie fulskiej (t. j. na Krymie) wielki dąb, zrośnięty 

z trześnią; pod nim składali ofiary, zowiąc go Aleksandrem, nie 

pozwalając kobietom przystępu doń ani do ofiar” (i na Litwie 

dzielono  święte  drzewa  wedle  płci).  Wyperswadował  im  to 

Cyryl: „Hellenowie choć ziemi i niebu, stworzeniom wielkim 

się  kłaniali,  a  przecież  do  piekła  na  wieki  się  dostali  —  cóż 

wy,  co  ochrzczeni,  drzewo  godne  na  �alenie  tylko  czcicie? 

Odpowiedzieli zaś oni: to nie my od dzisiaj zaczęli, ale przejęli- 

śmy to od ojców naszych; od tego dębu otrzymujemy wszystko 

o co prosimy, najbardziej zaś deszcz obfity i jakżeż zdziałamy, 

o co się dotąd nikt z nas nie pokusił? gdyż śmiałek śmierć ujrzy 

i potem już nigdy więcej deszcze na was nie �adną”. Znowu 

przemawia do nich filozof gorąco, dowodzi im, że już w piśmie 

świętem o nich jest wzmianka (na podstawie mylnej nazwy) 

i wymógł na nich nakoniec, że pocałowawszy Ewangelię i ze 

świecami w ręku przystąpili do zrąbania drzewa; jak Hieronim 

praski zaczął on sam i słaba ręka jego cięła trzydzieści trzy razy 

w  drzewo;  wysiekli  je  tamci,  wykorzenili  i  �alili  całkowicie, 

a jeszcze tej samej nocy �adł deszcz rzęsisty.

Lecz wracamy od tej ciekawej paraleli etnograficznej litew- 

sko-krymskiej, do legend morawskich.

Dowodzą one z zadziwiającą konsekwencyą prawowierno- 

ści obu nauczycieli słowiańskich wszelakim �osobem. Legen-

da Cyrylowa np. przytacza obszerne wypiski z własnych jego 

rozpraw,  broniących  Trójcy  św.  przeciw  Saraceńskim  zarzu-

tom (o wielobóstwo chrześcijańskie); zakonu nowego przeciw 

staremu; surowych przepisów kanonicznych (co do małżeństw) 

przeciw  wolnej  praktyce  słowiańskiej;  wreszcie  dzieła  włas- 

nego obrządku słowiańskiego, przeciw zarzutom księży łaciń-

skich. Wszystkie te rozprawy były napisane w języku greckim 

— po słowiańsku bowiem sam Cyryl nigdy niczego nie napisał 

— dopiero brat Metody tłumaczył i skracał jego wywody. Tak 

dowodzi legenda Cyrylowa samymi pismami filozofa żarliwej 

jego prawowierności, nie znającej żadnych kompromisów, sto- 

jącej przy każdej literze zakonu; legenda Metodowa nie miała 

ku temu �osobności, więc we wstępie samym, najobszerniej- 

szym ustępie z całości, Metodego z prorokami i z najprawo- 

Aleksander Brückner

background image

23

wierniejszymi  synami  Kościoła,  czynność  jego  z  czynnością 

soborów powszechnych porównała. Przesada to aż widoczna; 

jakżeż  można  było  równać  dzieło  Metodego  z  dziełem  np. 

soboru nicejskiego; nie zwalczałżeż Metody nowinek, lecz sam 

je wprowadzał! Ten wstęp, to pean tryumfalny na cześć Me-

todego, porównanego z Mojżeszem itd., przewyższającego jed- 

nych świętych słowem, drugich dziełem, równego wszystkim 

„ugodnikom” bożym — a wszystko napisane w celu, aby przez 

żadną głowę nie przeszła wątpliwość, czy też dzieło Metodego 

wobec ojców świętych i kanonów rozgrzeszenie by znalazło.

Na  każdym  kroku,  w  najdrobniejszym  szczególe  uderza 

nas ta celowość, konsekwencya (legend): najlżejsza nawet ich 

wzmianka  odsłania  się  jako  argument,  broniący  skutecznie 

pozycyi Metodyuszowej. Np. musiało razić Morawian, że na- 

rzecze słowiańskie, w jakiem bracia soluńscy do nich przema- 

wiali i służbę Boską pełnili, odchylało się od ich własnego, że 

słyszeli owe w ich uszach nieforemne 

noszti zamiast nocy, żężdę 

zamiast 

żedzy  (żądzy)  itp.,  że  dziwili  się,co  to  za  osobliwsza 

słowiańszczyzna, lecz i na to miały legendy odpowiedź gotową: 

nie  Morawianie,  lecz  bracia  soluńscy  tylko  mówią  czysto  po 

słowiański! — a dowód? sam cesarz (grecki), wyraźnie tę czy- 

stość  poświadczył  „Solunianie  wszyscy  czysto  po  słowiańsku 

mówią”: twierdzi niby cesarz w legendzie, lecz Solunianie byli 

grecy i po słowiańsku nigdy nie umieli, ani wtedy, ani dzisiaj, a 

żaden cesarz grecki nigdy o mowę słowiańską się nie troszczył! 

W najniewinniejszych na pozór uwagach ukryta więc wszędzie 

i zawsze — tendencya. A tego właśnie nikt się dotąd nie do- 

patrzył.

V.

D

������ świeżo slawista petersburski, akademik i profe- 

sor Łamanskij, że pierwsza misya Cyrylowa, arabska, od- 

była  się  w  zupełnie  innych  warunkach,  niż  to  legenda 

przedstawia. Nie było bowiem mowy o wyzwaniu muzułmań-

skim  —  nie  bawili  się  Saraceni  w  dy�uty  teologiczne  i  nie 

Legendy o Cyrylu i Metodym

background image

24

mógł stanąć Cyryl na dworze (Kalifa) 

„amerumna” (t. j. emira 

al  mumenin,  władzcy  prawowiernych);  na  podstawie  źródeł 

arabskich  należy  pozorną  misyę  jego  zredukować  do  mini-

malnych zakresów. Oto było poprostu roku ��� z kilkudziesię- 

ciu  osób  złożone  (a  między  niemi  znajdował  się  i  Focjusz, 

herszt apostazyi późniejszy, ale nazwisko jego legenda umyśl- 

nie przemilczała) poselstwo greckie, w celu wymiany jeńców 

ku najbliższej warowni arabskiej zdążające, nie do Kalifa ani do 

Bagdadu; do tego poselstwa przyłączył się Cyryl i osłuchał się 

na miejscu z argumentami saraceńskimi, które już poprzednio 

znał z polemicznej literatury greckiej.

Więc to nie misya oficyalna z ramienia Carogrodu, cesarza 

i  soboru,  lecz  prywatna  inicyatywa  Cyryla,  bez  skutku  i  roz- 

głosu; mieliż Grecy innych, poważniejszych wiekiem i urzędem 

ludzi, gdyby ich na dy�uty teologiczne wysyłać mieli, o czym 

się im ani śniło.

Jeżeli sobie przypomnimy, że i misya chozarska i morawska 

ułożone wedle tego samego szematu, co saraceńska, to nasuwają 

się nam podobne wątpliwości. Misya chozarska �ełzła na ni- 

czem; jeżeli łudził się Cyryl, że nawróci chagana i jego bola- 

rów, uzyskał zamiast tego tylko wyswobodzenie kilkuset jeń- 

ców greckich. Ale misye arabska i chozarska rozszerzyły nad- 

zwyczaj to, co on o świecie słowiańskim dotychczas wiedział 

czy się domniemywał. I w małej Azyi napotykał on Słowian, 

chociaż rozrzuconych, nie osiedlonych gęsto; zato w Choza- 

ryi  dowiedział  on  się  o  ilości  i  rozszerzeniu  Słowian  nad- 

dnieprzańskich. Wybierali przecież Chozarowie dań od Polan 

i  Siewierzan  i  Wiatyczów,  po  białej  wiewiórce  od  dymu  i 

może trafił właśnie Cyryl na chwilę, kiedy karawana baskaków 

chozarskich przybyła nad Wołgę z daniną słowiańską; Słowian 

licznych widział on i w wojsku chagana i ku zdziwieniu Cho- 

zarów,  mógł  się  z  nimi  bez  tłumacza,  swobodnie  rozmówić; 

u  nich  dostrzegł  on  pewnych,  nie  znacznych,  różnic  języko-

wych i to go utwierdziło w przekonaniu, w planach, snutych 

już  może  z  bratem  Metodym  w  klasztorze  na  Olimpie,  że 

można dla wszystkich Słowian, rozsiadłych tak daleko po świe- 

cie, tak licznych, tak mało dotąd ochrzczonych, stworzyć osob- 

Aleksander Brückner

background image

25

ny, słowiański obrządek; podobnych napatrzył się tyle w ko-

ściele  wschodnim;  tym  raźniej  uda  się  wszystkich  Słowian 

chrześcijanami zrobić, tym skuteczniej; tem samem przyłączy 

się ich w końcu do kościoła greckiego i zolbrzymieje potęga 

tego kościoła wobec nadchodzących niechybnie zapasów jego 

z rzymskim. Ostatecznym krokiem w tym celu było podjęcie 

misyi Morawskiej; krok ten wyszedł nie od Morawian, lecz z 

własnej inicyatywy braci soluńskich.

Legendy przedstawiają wprawdzie rzecz zupełnie inaczej: 

sława (nieudałej!) misyi chozarskiej albo dopust Boży wywo-

łały  wedle  nich  poselstwo  morawskie  do  Carogrodu.  Wolno 

jednak  dziejopisowi  zapytać,  cóż  mogłoby  Morawian  do  ta-

kiego niezwykłego kroku popchnąć?

Posłom  morawskim,  od  Rościsza  i  Świętopelka  i  od  wie-

ca  narodowego  wysłanym,  wkładają  legendy  niemal  równo-

brzmiące  słowa  w  usta:  „lud  nasz,  prawią  one,  wyrzekł  się 

pogaństwa, trzyma się chrześcijaństwa, lecz niemamy nauczy- 

ciela, któryby nam w naszym języku prawdziwą wiarę chrze- 

ścijańską  wyłożył,  tak  żeby  i  inne  ludy  patrząc  na  to,  z  nami 

się  zrównały,  więc  poszlij  ty  nam  cesarzu,  takiego  biskupa  i 

nauczyciela, bo od was (Greków) zawsze na wszystkie strony 

dobry  zakon  wypływa;  to  samo,  niemal  dosłownie  powtarza 

legenda włoska; nieco odmiennie w Metodyuszowej: „przyszli 

do  nas  liczni  nauczyciele,  z  Włoch,  Niemiec,  Grecyi;  różnie 

nas  uczą  a  my  Słowianie,  czeladka  prosta,  niemamy  między 

sobą takiego, któryby nam prawdę wyłożył, więc poszlij” itd.

Przynajmniej na tym punkcie zgadzają się oddawna wszy- 

scy  badacze,  że  legendy  się  mylą,  że  nie  mogli  Morawianie 

czegoś podobnego żądać. Jeżeli chodziło im o brak nauczycieli-

Słowian, to jakżeż mogli się oni dla tego udawać do Carogrodu, 

skoroż Grecy nigdy o własnych, tym bardziej o obcych Słowian 

nie  dbali?  Przecież  niemieccy  misyonarze  zdziałali  byli  już 

więcej znacznie dla Słowian niż Grecy; przemawiali do nich w 

ich języku (zdaje się nawet, że sam arcybiskup solnogrodzki, 

Adalram, wyuczył się był w tym celu słowiańskiego języka — o 

czem się żadnemu Grekowi nigdy nie śniło) i utworzyli już byli 

od lat wielu ci Niemcy pierwszą terminologię chrześcijańską 

Legendy o Cyrylu i Metodym

background image

26

dla Słowian, o czem się Grekom również nie śniło nigdy, z słów 

łacińskich i niemieckich (np. 

mszakrzyżpapieżpopmnich

postkomkanie = komunia, kąpetr = kmotr, nieprzyjaźń = dja- 

beł wedle niemieckiego 

Unholdo utworzony, chrzcić, itd. itd., 

tylko słowo 

cerkiew, z niemieckiego i greckiego Kirche, zdaje 

się jeszcze wcześniej powstało; tę terminologię przyjęli nawet 

później bracia soluńscy i dopiero znacznie później, na Bałkanie, 

pozapominano po części te słowa, zastąpiono monachem, słu- 

żbą  czy  liturgią  itd.  Więc  jakim  cudem  mogli  Morawianie 

tego właśnie szukać w dalekim Carogrodzie, czego tam wcale 

nie  znano?  Skądżeż  wiedzieli  oni,  że  właśnie  w  Carogrodzie 

zgotowano im olbrzymią nie�odziankę? Jeżeli chodziło Mora- 

wianom o nauczycieli-Słowian, to nie do Carogrodu po to słać 

należało; starczyło wysłać kilku młodych Morawian do Niemiec 

lub  Rzymu  (a  byli  już  Morawianie  księżą  i  mnichami,  np. 

Sławomir, należący, co ważniejsze, do rodu książęcego), żeby 

się tam porządnie w łacinę włożyli i wróciwszy do kraju tym 

łatwiej ziomków uczyli: tej jedynie możliwej, jedynie rozumnej 

drogi Morawianie się nie chwycili, lecz do Carogrodu się udali? 

Na ślepy los?

Więc uznali wszyscy badacze, że cel poselstwa Morawskiego 

musiał być innym. Morawianie-chrześcijanie posyłali do Caro-

grodu w całkiem innej intencyi; nie o nauczycieli, zwiastunów 

chrześcijaństwa im chodziło — tych mieli poddostatkiem — 

lecz  o  organizacyę  odrębną  Kościoła  morawskiego,  o  nieza-

wisłość  jego  od  Niemców.  Morawę  pozyskali  Niemcy  dla 

chrześcijaństwa,  biskup  pasawski  był  pasterzem  morawskim, 

ba od południa już i arcybiskup solnogrodzki do Słowacczyzny 

docierał, wyświęcał np. kościół w Nitrze. Lecz Morawa była w 

ciągłych walkach z Niemcami; Rościsz pragnął zrzucić jarzmo 

niemieckie,  dobić  się  samoistności  a  zamiary  jego  musiała 

mimowoli krzyżować zawisłość kościelna od Niemców. Więc 

należało i ją zrzucić a ponieważ droga do Rzymu zawsze tylko 

przez  Niemce  wiodła,  przeto  zwrócił  on  się  na  wschód,  ku 

Carogrodowi. Uznanie Carogrodu nigdy nie groziło samoist-

ności  morawskiej,  za  to  ręczyła  już  sama  odległość  i  słabość 

Greków;  myśl  nasunęli  mu  Bułgarzy,  wahający  się  właśnie 

Aleksander Brückner

background image

27

wtedy między Rzymem a Carogrodem, a Bułgarzy, sięgający 

wtedy bardzo wysoko do Węgier (pozostała po nich do dziś np. 

nazwa Pesztu = pieca, bułgarska), byli bezpośrednimi sąsiadami 

Morawian,  utrzymywali  z  nimi  handle,  dowozili  im  np.  soli. 

O Carogrodzie mogli się Morawianie zresztą dowiedzieć i od 

żydów choćby kiszyniewskich, przebiegających już wtedy całą 

Europę a mianowicie wschód jej, kupczących głównie towarem 

żywym, niewolnikami-Słowianami przedewszystkiem, których 

właśnie Morawa coraz dostarczała w największej ilości.

W  poselstwie  morawskiem  upatrują  więc  badacze  nowsi 

jednozgodnie  cele  polityczne,  jakby  samoistność,  odrębność 

kościelna  poręczała  Rościszowi  i  Morawianom  tym  pewniej 

ich  samoistność  państwową.  My  wiemy  wprawdzie,  że  rzecz 

ma się odwrotnie; że samoistne państwo wywalcza sobie bez 

trudu  samoistność  kościelną  (np.  Polska,  niegdyś  prowincya 

kościelna  magdeburska;  Bułgarya,  z  cerkwią  autokefalną  t. j. 

niezawisłą itd.); że z upadkiem politycznego bytu upada i samo- 

istność, niezależność kościelna (np. taki marny sobie patryar- 

chat ochrydzki zagarnął pod siebie natychmiast, po ostatecz- 

nym upadku politycznym Serbii, cerkiew serbską, autokefalną 

dotąd);  lecz  nie  narzucajmy  naszego  doświadczenia  wieko- 

wego  Rościszowi  i  jego  wiecom.  Łatwo  jednak  dowieść,  że 

nawet w celach politycznych Morawa do Carogrodu słać nie 

mogła, przynajmniej nie z własnej inicyatywy.

Jeżeli bowiem Rościsz po stworzenie organizacyi odrębnej 

do Carogrodu posyłał, to poselstwo jego �otkało się tu z fiasko 

zupełnem. Kogóż mu bowiem z Carogrodu wysłano? czy bi- 

skupów, a choćby księży? Przysłano do niego dwu mnichów, 

którzy niczego organizować nie mogli i niemając święceń ka- 

płańskich, związani więc na rękach i nogach, nawet prostych 

djaków wyświęcać, nawet mszy czytać nie mogli! I oni mieli 

organizować kościół morawski!

Jeszcze inna, większa zachodzi trudność. Powołują się na 

przykład Bułgarów: Borys, teraz już Michał, przebierał między 

Carogrodem a Rzymem jak między śliwkami i jego to przykład 

niby  Morawianie  naśladowali.  Lecz  co  wolno  Jowiszowi  — 

któż był Borys a kto Rościsz? Borys, to władca potężny, przed 

Legendy o Cyrylu i Metodym

background image

28

którym  Carogród  drżał  w  śmiertelnym  strachu  (przecież  w 

ostatecznej rozpaczy niebawem Węgrów na Bułgarów �uścił 

ze  smyczy);  była  nieco  później  chwila,  kiedy  Carogród  już 

na łaskę i niełaskę strasznych, łańcuchami obwieszonych, ob- 

strzyżonych Bułgarów, wykrzykujących po grecku: niech żyje 

bazyleus  —  ale  bułgarski,  się  zdawał!  Borys  więc,  mógł  się 

wszystkiego dopominać. A Rościsz? to pisklę, w żelaznej gar- 

ści  niemieckiej,  jedno  jej  ściśnienie  mogło  go  zgnieść  na  za-

wsze;  wiemy  przecież  dobrze,  jak  Rościsz,  wasal  niemiecki, 

zakończył: pozwany przed sąd niemiecki, obwiniony, oślepio- 

ny za karę, bez wieści gdzieś w Niemczech zaginął! I takiemu 

dannikowi i słudze niemieckiemu marzyć o odrębnym kościele 

morawskim, nowe trudności sobie samemu tworzyć, gdy już 

pod dawnymi upadał — ja to w bajki włożę. Bułgarzy zresztą 

mogli istotnie powątpiewać, wedle pierwotnego podziału pań- 

stwa rzymskiego, obowiązującego i kościoły, dokąd należą, do 

Carogrodu czy do Rzymu, i przedkładali oni to pytanie słusznie 

soborowi Konstantynopolitańskiemu; o przynależności Mora-

wian do Rzymu nikt nigdy — prócz braci soluńskich! — nie 

powątpiewał. Warto też; zaznaczyć, że Bułgarom w wahaniu się 

między Carogrodem a Rzymem o obrządek i język kościelny 

nie chodziło nigdy, oni o tem ani marzyli; Borys pragnął mieć, 

dla  większej  okazałości  państwa  swego,  patryarchę  własnego 

w Przesławie — nie obrządek słowiański, a Borys mógł prze- 

prowadzić, co tylko mu się podobało, Rościsz wszystkiego się 

obawiał.

Więc  żądania  Morawian  obrządku  słowiańskiego,  jak  le-

gendy  prawią,  lub  odrębnego  kościoła,  jak  nowsi  badacze  to 

tłumaczą — to bajka z jednej i tysiąca nocy. Jak niebyło żadnego 

poselstwa i wyzwania od Saracenów, jak apokryficznym wydaje 

się poselstwo chozarskie, tak nie było i poselstwa morawskiego 

a jeźli przecież było, to nie wyszło ono z inicyatywy morawskiej, 

lecz wywołali je bracia soluńscy sami. Są dwie możliwości. Nie 

wezwani, nie proszeni przez nikogo, zjawili się obaj bracia w 

Morawie — przyszli niby do ziemi nieznajomej, nie wiedząc, 

że chrześcijaństwo łacińskie dawno się tu rozgościło. Zaczęli 

zwolna,  uczyli  dzieci  słowiańskiego  pisma  i  przekładu  pisma 

Aleksander Brückner

background image

29

św.;  nowość  uderzyła  Morawian,  ciekawych  jej,  jak  wszyscy 

Słowianie; schlebiało ich dumie, że mają, czego nawet Niem- 

cy  nie  mają;  nowość  się  szerzyła  coraz  bardziej  między  du- 

chownymi Morawianami, zajął się nią książę, zaalarmowali się 

nią  Niemcy  i  dopieroż  badać  przychodniów,  co  zacz?  jakim 

prawem na obcej ziemi uczą? z jakiego tytułu wprowadzają do 

pisma św. język barbarzyński, skoroż tylko w trzech językach 

mieć  się  je  godzi?  Oburzyli  się  Niemcy  przeciw  intruzom 

greckim i wieść o objawie niepokojącym coraz bardziej — bo 

coraz bardziej garnęli się Słowianie do nowinki — dotarła w 

końcu do Rzymu, aż sam papież Mikołaj, wietrząc jakąś intrygę 

carogrodzką,  Focjuszową,  braci  powołał:  nie  żeby  się  nimi 

nacieszyć jak legendy opowiadają, lecz żeby ich sądzić i karać.

VI.

N

�� pomińmy i drugiej możliwości. Cyryl i Metody, do-

konawszy najtrudniejszego początku, wynalezienia alfa-

betu  i  pierwszego  przekładania  Nowego  Testamentu 

(a  może  i  psałterza  i  modlitw);  wiedząc  że  w  Grecyi  ani  w 

pobliskiej Bułgaryi na propagandę obrządku słowiańskiego li- 

czyć nie mogą, że natychmiast najsurowsze �otkałyby ich za 

coś podobnego kary kościelne i cywilne — użyli pośredników; 

udzielili najbliższemu chrześciańskiemu księciu słowiańskiemu 

(a  tym  był  Rościsz,  bo  Kocel  panoński  znaczenia  i  wpływu 

nie  miał  żadnego,  narzędzie  posłuszne  w  ręku  niemieckich) 

wiadomości  o  swoich  zamiarach  i  pracach  i  skłonili  go  do 

poselstwa,  któreby  od  cesarza  ich  wysłania  się  dopraszało. 

Cesarz  mógł  na  to  tylko  przyzwolić,  choćby  w  widoku  za- 

szachowania Rzymu, wdzierającego się mu do Bułgaryi — kto 

wie,  czy  patryarcha  Focyusz,  wróg  Rzymu  najstraszniejszy, 

tem nie kierował, bo że legendy nazwiska Focyuszowego nie 

w�ominają  (prócz  pobieżnej  jednej  wzmianki  niewinnej,  że 

filozof  uczył  się  u  Focyusza  dyalektyki),  ku  temu  miały  one 

bardzo  a  bardzo  słuszne  powody,  chociaż  wiemy  z  najpew- 

niejszego  źródła,  że  Focyusza  i  Cyryla  łączyła  —  największa 

Legendy o Cyrylu i Metodym

background image

30

przyjaźń!! on może z Focyuszem właśnie odbył podróż sara- 

ceńską i przeciw Rzymowi z nim się oburzał. I wyprawili cesarz 

i Focyusz obu braci na Morawę. Wyprawa była zresztą mniej 

niż  skromna;  nie  przykładano  w  Carogrodzie  do  niej  naj-

mniejszej  wagi,  chociaż  schlebiać  mogła  próżności  greckiej 

zjawienie  się  takiego  poselstwa  z  takiej  odległości,  z  ziemi 

„Fręgów”, od świata rzymskiego.

Wynalezienie alfabetu słowiańskiego i początek przekładu 

pisma  św.  wystawia  legenda  zupełnie  inaczej.  Stało  się  to, 

twierdzi  ona,  dopiero  po  przybyciu  poselstwa  morawskiego. 

Gdy  cesarz  owę  misyę  Cyrylowi  powierzał,  zapytał  ten,  czy 

Słowianie  ci  mają  własne  pismo?  cesarz  odpowiedział:  ani 

ojciec mój ani dziad ani inni tego się nie wywiedzieli (!!), skąd 

ja  o  tem  wiedzieć  mogę?  tobie  to  może  Bóg  udzielić,  jeżeli 

zechcesz  tylko.  I  udał  się  Cyryl  do  gorących  modłów  i  �ły- 

nęła nań łaska Pańska i wynalazł on alfabet i zaczął od przekładu: 

Na początku było słowo itd. Tę relacyę przyjmowano dosło- 

wnie; jezuita Lapôtre np. mówi, że w ciągu kilku dni wynalazł 

Cyryl alfabet i zabrał się do przekładu — zaraz powiem, dla 

czego to poprostu niemożliwe. Prof. Łamanskij przeciwnie od- 

suwa  wynalezienie  alfabetu  do  wielu  lat  wstecz,  lecz  aż  tak 

daleko nie koniecznie cofać się należy, jak i innych jego arcy-

romantycznych przypuszczeń nie podzielamy.

Przede  wszystkiem  pytamy,  który  z  obu  alfabetów  sło-

wiańskich wynalazł Cyryl? Słowianie bowiem, jeśli pominiemy 

piszących łacińskimi literami, posiadają dwa alfabety. Jeden z 

nich, to t. zw. cyrylicki — zmodyfikowany nieco przez Piotra 

Wielkiego na dzisiejszą (od początku 

XVIII

 wieku pochodzącą) 

grażdankę;  piszą  nim  Ruś  obu  obrządków,  Bułgarowie,  Ser-

bowie,  pisali  do  niedawna  Rumuni  (przyjęli  oni  dopiero  po 

pokoju paryskim, Francuzom niby się odwdzięczając, alfabet 

łaciński). Dziedzina cyrylicy �ada się więc z dziedziną obrząd-

ku słowiańskiego; jest to zwykły alfabet grecki, pomnożony o 

kilka  znaków  dla  �ecyalnych  brzmień  słowiańskich,  obcych 

greczyźnie, np. dla 

ższcz itd.

Ale  jest  jeszcze  drugi  alfabet  słowiański,  głagolicki.  Dziś 

używają go tylko ci nieliczni Chorwaci, co na wybrzeżu i wy- 

Aleksander Brückner

background image

31

�ach Adryatyku katolicki obrządek słowiański zachowali; ob- 

rządek  ten  wraz  z  alfabetem  (który  wedle  późnego  podania 

niby  św.  Hieronim,  Strydończyk,  w  �  wieku  więc,  wynalazł) 

po licznych zakazach dozwolili nakoniec papieże w 

XIII

 wieku 

i utrzymał on się do dziś, chociaż obszar jego — od początku 

nie  wielki  —  w  ciągu  wieków  zeszczuplał  jeszcze  bardziej; 

dzisiaj chcą sztuczną agitacyą wymódz na stolicy apostolskiej 

rozszerzenie obrządku i pisma na całą Dalmacyę i Chorwacyę, 

ale lud sam niechętnie na to patrzy, nie chce się pozbyć liturgii 

łacińskiej, już choćby dla animozyi przeciw Serbom i ich ob- 

rządkowi słowiańskiemu. Sztuczna ta agitacya chyba niczego 

nie osiągnie, chociaż młodzież miejska już się nią zapala.

Niegdyś jednak było inaczej. Głagolica nie panowała tylko 

na owym skrawku adryatyckim, lecz na całym Bałkanie, znano 

ją nawet na Rusi, jedna litera głagolicka (owo odwrócone 

e

istnieje do dziś nawet w grażdance, a kiedyś były i całe rękopisy 

głagolickie na Rusi. Najdawniejsze rękopisy, przekłady ewanie- 

lii, homilie (kazania), mszały (rzymskie) i i., posiadamy w gła- 

golickich tekstach, rozrzuconych po bibliotekach Synaju, Ato- 

su i innych. „Cyrylica” nadzwyczaj łatwa do czytania, „głago-

lica” bardzo trudna, gdyż na pierwszy rzut oka nie zgadza się 

ona z żadnym alfabetem, wygląda bardzo oryginalnie z swoimi 

kulasami  i  wykrętasami;  różni  się  zaś  tak  od  pism  greckich 

i  łacińskich,  odskakuje  tak  od  ich  normy,  że  należy  ciągłej 

wprawy, ciągłego ćwiczenia się w niej, by jej natychmiast nie 

zapomnieć.

Był czas, kiedy nie znając dawnych rękopisów głagolickich, 

przechowanych  głównie  na  niedostępnym  wtedy  Bałkanie, 

mniemano,  że  głagolica  nie  wiele  starsza  nad  ów  wiek  ����  i 

pozwolenie papiezkie (Inocentego �� z r. ����, na prośbę bi- 

skupa seńskiego Filipa); że to Chorwaci dopiero ją wynaleźli, 

aby zastąpić nią swoje dawniejszą „cyrylicę” grecką, podejrzaną 

dla tego jej charakteru u łacinników. Lecz prawda ma tę pa- 

skudną właściwość, że, jakby ją tam tłumili, przecież kiedyś na 

wierzch wyjdzie. Tak i tu się stało. Znaleziono bowiem rękopisy 

głagolickie  z  dziesiątego  chyba  wieku  pochodzące  i  dziś  ża- 

den  poważny  uczony  nie  wątpi  o  tem,  że  właśnie  głagolicę 

Legendy o Cyrylu i Metodym

background image

32

wynalazł — Cyryl; że więc „cyrylica” całkiem bezpodstawnie 

przywłaszczyła sobie jego nazwisko.

Dziś o tem na seryo mało kto wątpi, kompetentni uczeni 

rosyjscy  uznali  to  zupełnie,  nawet  profesor  Łamanskij,  acz 

bardzo  niechętnie,  dopuszcza,  że  ideał  jego,  Cyryl,  wynalazł 

głagolicę, choć grubo w tem Cyryl zbłądził.

Jakiż nieodbity dowód, że Cyryl i Metody — bo wyraźnie 

legenda świadczy, że nie samego Cyryla to dzieło, głagolicę, nie 

cyrylicę, wynaleźli i używali, że owe rękopisy, jakie w Rzymie 

papieżowi dla uświęcenia przedkładali, głagolicą �isane były? 

Oto  że  papież  sam  poświadcza  w 

breve  swojem,  że  „alfabet 

słowiański wynalazł Cyryl”. Papież umiał po grecku, celebrował 

sam jeszcze wtedy w pewnych dniach mszę grecką, więc gdyby 

mu Cyryl i Metody przedłożyli byli rękopisy pisane „cyrylicą”, to 

byłby im natychmiast powiedział: „synowie mili, toć to greckie 

pismo, nie wasz wynalazek”. Aby „cyrylicę” wynaleść, na to nie 

trzeba było długich i gorących modłów ani �ółudziału innych, 

to  mogło  zrobić  i  dziecko,  skoro  po  grecku  pisać  umiało,  za 

godzinę. Otóż dla tego, że źródła urzędowe (papieskie) i legendy 

kładą taki nacisk na wynalezienie (nie zastosowanie) alfabetu 

słowiańskiego (o jakiem nigdy przedtem nie słyszano), z tego 

wynika niezbicie, że mają na myśli tylko głagolicki, rzeczywiście 

nieznany przedtem, niezwykły, nieczytelny, niezrozumiały ni- 

komu  obcemu  alfabet;  nad  „cyrylicą”  nie  byłoby  co  i  słów 

tracić, był to sobie zwykły alfabet grecki, nie słowiański: jeśli 

n. p.  episkopat  niemiecki  w  urzędowem  �rawozdaniu  w  r. 

��� prawi o „Greku Metodiuszu i jego nowo wynalezionych 

literach  słowiańskich”,  to  tylko  o  głagolicy  mógł  coś  podob- 

nego  twierdzić,  inaczej  byłby  się  wyraził:  Grek  Metodiusz  z 

greckimi literami. Są jednak i inne dowody na to, które tu, jako 

zbyt �ecyalne, pominąć możemy.

Dlaczegóż jednak wynaleźli bracia Soluńscy osobny alfabet 

słowiański? dla czego nie zadowolili się literami greckimi, po-

mnożonymi chyba o kilka znaków? 1 tu leży przyczyna jak na 

dłoni. Obaj bracia powoływali się stale, broniąc obrządku sło-

wiańskiego  na  Morawie  i  w  Rzymie,  na  obrządki  narodowe 

wschodniego kościoła, koptyjski, ormiański, syryjski itd. Lecz 

Aleksander Brückner

background image

33

każdy z tych odrębnych, narodowych obrządków posiadał i od- 

rębne, narodowe pismo, koptyjskie, ormiańskie, gotyckie nawet 

—  chociaż  one  z  greckiego  alfabetu  wychodziły,  przybierały 

one tak szczególne formy, że Grek ich odczytać nigdy nie mógł.

Uwieńczeniem albo i podstawą obrządku narodowego było 

więc  takie  osobne,  osobliwsze  pismo,  dla  tego  je  więc  wy- 

myślili bracia soluńscy. Zresztą i głagolicki alfabet, tak samo jak 

koptyjski lub ormiański, polega na greckim — nie tu miejsce, 

rzecz  tę  wyjaśniać  —  ale  konsekwentną  stylizacyą  i  różnymi 

sztuczkami nabrał on pozorów tak odrębnych, tak samoistnych, 

tak łudzących, że o nim można byłopowiedzieć 

„noviter inventis” 

czy 

„repertis”, czego o „cyrylicy” nikt by nie twierdził.

Ale ten alfabet taki sztuczny a konsekwentny przytem, tak 

dopasowany do organizmu mowy słowiańskiej, to nie robota 

„kilkudniowa”, jak Lapôtre sądził. Pierwszy to fonetyczny alfa-

bet europejski, uwzględniający wszystkie brzmienia językowe 

— a Słowianie mieli ich kilkadziesiąt! Cyryl był istnym Mezzo- 

fantim dziewątego wieku; nadzwyczajnym darem językowym, 

zadziwiającą łatwością w wyuczaniu się obcych języków, pism, 

zmysłem gramatykarskim, wyróżniał się od Greków wszystkich 

czasów; w układaniu głagolicy dowiódł wrażliwości ucha nad- 

zwyczajnej,  chwytającej  najdrobniejsze  różnice  dźwięków. 

Dla dziewiątego a nawet dla innych wieków jest głagolica po- 

prostu mistrzowską budową, uwzględniającą całą bogatą skalę 

fizyologiczną  dźwięków  słowiańskich;  żaden  naród  nie  mógł 

się wtedy ani długo potem szczycić podobnie dokładnym alfa-

betem, istny to tryumf zmysłu filologicznego Cyryla. Że czegoś 

podobnego za kilka dni dokonać nie �osób, rozumie się samo 

przez się. Dawnoć był ten alfabet gotowy, zanim się poselstwo 

morawskie — jeźli ono ogółem istniało — do Carogrodu zbli- 

żyło. Rozumiemy też, dla czego mozolnej budowy, zastosowa- 

nej ściśle do języka macedońskich Słowian, nie chcieli bracia 

burzyć dla miłości Morawian. Mieli oni słuszność; zaraz, gdy z 

Morawy do Panonyi Kocelowej się dostali, pokazało się, że tu 

język narodowy znowu nieco odmienny; więc znowuż by język 

i pismo przekładu odmieniać mieli? a gdzieżby koniec takim 

zmianom ustawić?

Legendy o Cyrylu i Metodym

background image

34

Ale miała głagolica i swoję niedogodność; pismo było bo- 

wiem zbyt trudne, niezwykłe, szczególniej dla Morawy, gdzie 

się już w łacinę wkładano, dla Bułgarów, którzy czytelnego, do 

greckiego bardziej zbliżonego pisma pragnęli. I rzeczywiście, 

w Bułgaryi, w ciągu dziesiątego wieku, zastosowano inny alfa- 

bet do pisma słowiańskiego, mianowicie najokazalszy grecki, 

uncyalny, zachowując dla brzmień, obcych grece, znaki głago-

lickie, niezmienione lub z lekką odmianą; najdawniejszy znany 

nam dotąd a datowany zabytek nowego pisma, później pod-

szywającego się pod autorytet Cyrylowy, pochodzi z roku ��� 

(krótki to napis).

VII.

W

��������� trudności i szkopułów, o które się w końcu 

obrządek słowiański na zachodzie, gdzie go właśnie w 

życie wprowadzano, rozbić musiał, nie stanowiły ani 

język, ani pismo, chociaż odrębność ich i trudność tłumaczyć 

może nie wielką popularność, jaką dzieło braci soluńskich na 

Morawie znalazło. O wiele goręcej przywitano je w Panonii, 

w skromnej rezydencyi księcia Kocela nad Błotami, gdzie ję- 

zyk,  jako  południowosłowiański,  był  bliższy  i  walki  z  Niem- 

cami o egzystencyę, głów i rąk nie zaprzątały. Pierwszy ferwor 

był  nawet  tak  wielki,  tak  garniono  się  do  mszy  słowiańskiej, 

że  niemiecki  archipresbyter,  urażony  obojętnością  dla  mszy 

łacińskiej, Panonię opuścił i do Solnogrodu powrócił.

Na drodze do Rzymu zatrzymali się bowiem bracia u Koce- 

la; drogi rzymskiej zaś dłużej odwlekać nie mogli. Na miejscu, 

w Morawie samej, przekonali się byli bracia, że o oderwaniu 

zupełnem  Morawy  od  Rzymu  i  łacińskiego  obrządku  ani  co 

myśleć było; że głosów księży „łacińskiej” (niemieckiej), poma- 

wiającej Greków o kacerstwa, lekceważyć nie można, że należy 

się  koniecznie,  jeżeli  nie  mieli  całego  dzieła  na  największe 

niebezpieczeństwo narażać, uzyskać w samym Rzymie, od pa- 

pieża, upoważnienia i uznania; żądał tego od nich może sam 

Rościsz, wysyłał ich po to do papieża, nietylko dla wyświęcenia 

Aleksander Brückner

background image

35

księży słowiańskiego obrządku, czego by niemieccy biskupo- 

wie nigdy nie dokonali, lecz i dla za�okojenia sumienia, dla 

uzyskania świade�wa prawowierności. Pismo papieskie, wzy- 

wające braci do Rzymu, wywołane może denuncyacyami nie- 

mieckiemi, poprzedziło chyba tylko ich własne i książęce po- 

stanowienie.  Podążyli  też  oni  do  Rzymu  a  relikwie  papieża 

świętego, Klemensa, które z sobą wieźli, miały im drogę uła- 

twić, nowego cudu dokonać, liturgię słowiańską przeprowadzić. 

I  rzeczywiście,  w  samym  Rzymie  miało  się  im  powieść  uzy-

skanie niesłychanego dotąd przywileju w kościele rzymskim; 

papież  miał  uznać  prawowitość  liturgii  słowiańskiej.  Argu- 

menty, jakimi bracia ten cenny przywilej wywalczyli, możemy 

i dziś jeszcze odgadnąć. Najpierw powoływali się oni na przy- 

kłady  wschodnich  kościołów;  dalej  zaręczali,  że  bez  tej  nie- 

odzownej koncesyi nie zmięknie opór Słowian, że natomiast 

czarodziejska  moc  dźwięków  mowy  ojczystej  skłoni  od  jed- 

nego razu i niezliczonych innych Słowian do przyjęcia wiary 

chrześcijańskiej bez dalszego oporu; najbardziej zaś nęcili pa- 

pieża widokiem rozszerzenia bezpośredniej władzy stolicy apo- 

stolskiej  nad  licznymi  krajami.  Papiestwo  wtedy  właśnie  za- 

czynało szybować coraz wyżej i chyżej ku wszechświatowemu 

swemu posłanni�wu i panowaniu; nic nie mogło być ponęt- 

niejszem  dla  niego,  jak  widok  całych  narodów,  oddających 

się bezpośrednio pod stolicę Piotrową. Niemców z Panonii i 

Moraw, Greków z Bułgaryi, grożącej coraz odpadnięciem do 

Carogrodu, rugował zaś najpewniej obrządek słowiański; ten 

tylko zapewniał ich zależność od kurji rzymskiej.

Wzgląd na rozszerzenie bezpośrednie władzy apostolskiej 

— mogliż bracia oświadczyć zamiar Rościsza ulegania wprost 

stolicy, Piotrowej — rozstrzygnął; gdy przybyły i prośby Ko- 

cela, wskrzesił papież pamięć arcybiskupstwa śremskiego, opu- 

stoszałego w wichurze wędrówek narodów i najścia Awarów, 

nie  pytając  o  prawa  niemieckie,  wysiedziane  już  dawnością 

kilkudziesięciu lat. Wyświęcił więc papież Metodego — Cyryl 

schorzały  od  dawna,  umarł  był  w  Rzymie  roku  869  i  tamże 

w  bazylice  św.  Klemensa  �oczywa  —  na  arcybiskupa  śrem- 

skiego,  to  jest  dla  Panonii  i  Morawy.  Wygrał  więc  Metody 

Legendy o Cyrylu i Metodym

background image

36

�rawę w Rzymie, przegrał ją jednak zupełnie w Panonii saméj, 

dokąd  się  teraz  do  Kocela  udał,  bo  do  Morawy,  pogrążonej 

w rozpaczliwych walkach o byt z Niemcami, nie miał na razie 

po co wracać.

Ani  na  chwilę  bowiem  nie  pogodzili  się  biskupowie  nie- 

mieccy z orzeczeniem papieskim; nie mogąc prawem wskórać, 

lewem  na  przebój  poszli.  Ledwie  się  Metody  w  panońskiem 

arcybiskupstwie  u  Kocela  rozgościł,  ledwie  zaczął  rozsyłać 

swych księży na południe, do Słowian między Drawą a Sawą 

mieszkających, a od nich dalej do Chorwatów i Dalmacyi, we- 

zwali go, całkiem nieprawnie, przed króla (Ludwika Niemiec-

kiego) i swój własny sąd w Regensburgu roku ��� i zarzucili 

mu  bezprawne  wtargnięcie  do  obcej,  niemieckiej,  dyecezyi. 

Gdybym wiedział, że to wasza ziemia, byłbym ją daleko omijał 

— odpowiadał arcybiskup — ależ ona nie wasza, lecz Piotrowa. 

Żadne mu jednak argumenty nie pomagały; rozsrożeni bisku- 

powie  obchodzili  się  jak  najniegodziwiej  z  Metodym,  jeden 

sięgał już batogiem na niego, inni go na słocie i mrozie przy- 

trzymywali, a w końcu więzili go w jakimś klasztorze bawar- 

skim przez cale trzy lata, zabiwszy jednego z jego towarzyszy. 

Próżno apelował Metody do Rzymu; bezczelność nieprzyjaciół 

szła tak daleko, że gdy w Rzymie biskupa fryzyngskiego Annona 

pytano o Metodego, Anno, najgorszy jego prześladowca i tyran, 

skłamać  śmiał,  jakoby  Metodego  wcale  nie  znał,  chociaż  on 

był  głównym  podżegaczem  całego  tego  najbezprawniejszego 

i nieludzkiego postępowania.

Ale na stolicy papieskiej siedział teraz Jan ósmy, a on acz 

chwiejny, nie był kobietą, któraby się bezkarnie krzywdzić dała 

—  chociaż  późna  bajka  średniowieczna  właśnie  z  Jana  ���� 

papieżycę  uczyniła.  Autorytetu  papieskiego  dzika  samowola 

episkopatu  niemieckiego  głęboko  dotknęła,  więc  gdy  się  na- 

reszcie przedarły do Rzymu apelacye i prośby Metodego, użył 

papież różnych środków, kar kościelnych, ekskomuniki, skarcił 

jaknajostrzej  wszystkich  winnych  i  polecił  legatowi  swemu, 

biskupowi ankońskiemu Pawłowi, aby wywiódł przed królem 

Ludwikiem  nieprzedawnione  prawa  stolicy  apostolskiej  do 

arcybiskupstwa panońskiego, a Metodego do Świętopełka mo- 

Aleksander Brückner

background image

37

rawskiego, nie zważając na żadne wymówki niemieckie prze-

prowadził. Paweł wykonał zlecenie papieskie, ale panońskiego 

arcybiskupstwa — chyba na papierze — nie wkrzesił Metody, 

choć się panońskim arcybiskupem przezywał, nie wykonywał 

już  nigdy  potem  w  Panonii  swego  urzędu,  ograniczając  się 

Morawą Świętopełkową; Kocel, jak go nie mógł przed sądem 

bezprawnym ochronić, tak nie śmiał go napowrót do Panonii 

przyjmować; nie wypuściła ta obca zachłanność, co raz połknęła; 

arcybiskup  solnogrodzki  uważał  Panonię  Kocelową  —  ten 

zresztą umarł rychło potem — po dawnemu za część swojej 

dyecezyi, pomimo roszczeń papieskich. Tak zakończył się epi- 

zod panoński, pełny burzliwych zajść, dotkliwych upokorzeń, 

mąk  fizycznych  nawet  dla  Metodego.  Żywociarz  jego  całej 

grozy sytuacyi nawet nie wystawił i dowiedzieliśmy się o niej 

dopiero przed dwudziestu latami z nowo odszukanych listów 

papieskich; widocznie wzdrygał się żywociarz przed w�omi-

naniem szczegółów hańbiących, niegodnych. Lecz i ostatni, mo-

rawski, okres w żywocie Metodego nie upłynął mu �okojnie.

Podczas  jego  podróży  rzymskiej  i  więzienia  bawarskiego 

czy  szwabskiego  dokonał  się  na  Morawie  przewrót  zupełny. 

Rościsz,  opiekun  może  braci  soluńskich,  chciał  się  pozbyć 

Świętopełka, bojąc się, by go i Świętopełk tak nie podszedł, jak 

Rościsz sam niegdyś stryja swego Mojmira — lecz Świętopełk-

Wallenrod, najmądrzejszy z Słowian, energiczny, uprzedził go 

i wydał Niemcom, którzy się z nim po swojemu rozprawili. Po 

przejściach  rozmaitych,  wcale  dramatycznych,  nową  zdradą 

zemścił się Świętopełk nad Niemcami; teraz i on, ich narzędzie 

potrzebne niedawno, stał się dla nich biczem Bożym, pozostawił 

daleko poza sobą i Mojmira i Rościsza. U tego to Świętopełka 

dopytał się Metody niebawem nowych kolizyi i konfliktów.

VIII.

M

�������� palnego było aż nadto, już dla tego samego, że 

księża łacińscy, niemieccy, Morawy nie opuścili, chociaż 

w najsilniejszej walce o byt Morawianie, podejrzywając 

Legendy o Cyrylu i Metodym

background image

38

ich o knowanie i zdradę polityczną, wygnać ich z kraju mieli; 

wygnanie takie, o którem dokładne źródła niemieckie milczą 

zupełnie, było więc albo bardzo krótkotrwałem albo częścio- 

wem tylko; ciągle bowiem widzimy na Morawie a mianowicie 

u  samego  boku  księcia,  Świętopełka,  księży  łacińskich,  nie-

przejednanych wrogów Greka Metodego i jego nowinek, a po 

stronie księży łacińskich stał, z duszą i sercem, sam Świętopełk.

Wszyscy historycy, nawet Niemcy, jak Dümmler, nie mó-

wiąc o słowiańskich, bij zabij o to na Świętopełka; zarzucają 

mu to brak uczuć słowiańskich, to że nie dorósł do sytuacyi, 

że nie docenił znaczenia obrządku narodowego itd. Wszystko 

to wierutne bajki! Czy Świętopełk był Słowianinem — o tem 

pouczą nas najlepiej Niemcy, nienawidzący go z całego serca, 

tryumfujący  na  wiadomość  o  zgonie  „tej  macicy  wszelkiej 

złości”; o tem pouczy nas tradycya, sięgająca Carogrodu nawet, 

jeszcze  w  sto  lat  po  jego  zgonie  odzywająca  się  u  Niemców, 

jednogłośna  co  do  uznania  jego  potęgi,  grozy,  jaką  na  okół 

obudzał.  Świętopełk  to  władca  tej  samej  miary,  co  Bolesław 

Chrobry, a nawet losy ich następców, Mojmira �� i Mieszki ��, 

takie same niestety. Ale jak Bolesław Chrobry, tak i Świętopełk, 

trafnym wiedziony instynktem, lubił księży łacińskich. Przecież 

oddal się był papieżowi, mianował się synem Piotrowym, więc 

jakżeż mógłby odstępować od nauki i trybu rzymskiego! A od 

tego  odstępował  coraz  jawniej  grek  Metody,  aż  w  końcu 

wszelkie pozory odrzucił.

Przedewszystkiem co do języka obrządkowego. Ta kwestya 

teraz dopiero coraz bardziej się wyłaniała. Za pierwszymi bo- 

wiem pobytami w Rzymie i za święcenia na panońską dyecezyę, 

nie wysuwał jej zbyt ostro przezorny Metody; w żywocie brata 

Cyryla, pisanym dla Rzymian po łacinie, kazał jej tylko przelotnie 

dotknąć. Czy on już wtedy uzyskał od Hadryana �� aprobatę 

obrządku słowiańskiego? Legenda twierdzi, że tak, i przytacza 

na dowód list Hadryana do Rościsza, Świętopełka i Kocela, z 

gorącą aprobatą dzieła obu braci, z grozą ekskomuniki na tych, 

którzyby się na nie słowami targnęli. Ale czy list prawdziwy? 

wielu uczonych, oto np. taki znawca średniowiecznych dziejów 

kościelnych,  jak  Hauck,  wręcz  odrzuca  go  jako  podrobiony. 

Aleksander Brückner

background image

39

Gdyby Hadryan tak uroczyście aprobował obrządek słowiański, 

dziwi nas, że w nie�ełna cztery lata później Jan ���� tak surowo 

go zakazywał: czyż niewiedział nikt w Rzymie o tem, że dopiero 

co go uroczyście raz na zawsze dozwolono? Wiemy zaś z listu 

Jana ���� do Metodego z r. ���, że Metody owemu biskupowi 

Pawłowi, który go z więzienia niemieckiego wyswobodził, mu- 

siał  uroczyście  ślubować,  iż  nie  będzie  więcej  mszy  czytał  w 

barbarzyńskim  t. j.  słowiańskim  języku,  lecz  w  greckim  lub 

łacińskim, jak się to po całym świecie dzieje. Lecz ten argument 

sam nie rozstrzyga niczego; łatwo mógłby papież zabronić, co 

poprzednik dozwolił.

Jeszcze dziwniejszem się staje, że ten sam Jan ����, zakazują-

cy przez Pawła liturgii słowiańskiej r. ���, cytujący Metodego 

roku ��� do Rzymu o nieposłuszeństwo w tym względzie, roku 

���, wysłuchawszy Metodego i jego u�rawiedliwienia, w liście 

do  Świętopełka  z  lipca  ���  roku  jak  najuroczyściej  liturgię 

słowiańską, dzieło Metodego, pochwalił i dozwolił; wymagał 

tylko,  dla  zadokumentowania  przynależności  tego  obrządku 

do rzymskiego, aby przy mszy św. Ewangelię najpierw po ła-

cinie, potem dopiero po słowiańsku czytywano; zastrzegł rów- 

nież,  że  gdyby  sam  Świętopełk  lub  wielmoże  jego  mszy  ła-

cińskiej pragnęli, łacińską dla nich odprawiano. Powiedziano 

wprawdzie, że i ten list papieski podrobiony, ale to bajki, po- 

siadamy bowiem jego odpis autentyczny, łaciński. Otóż zdaje 

się, ten prawdziwy list Jana ���� posłużył wzorem dla sfałszowa-

nia listu Hadryanowego w brzmieniu słowiańskim; zgadzają się 

bowiem oba listy w kilku ważnych szczegółach najwyraźniej. 

Dlaczego zaś, zamiast podać autentyczny list Jana ����, w żywo-

cie Metodego podano falsyfikat i podsunięto Hadryanowi, za-

raz zobaczymy.

Nie pomny na daną biskupowi Pawłowi uroczystą obietnicę 

(w Rzymie prawiono potem o jakiejś klątwie Metodego nad 

grobem Piotra św.), prawił Metody na Morawie mszę obrządku 

greckiego w języku słowiańskim i podwładnym narzucał ją ko- 

ściołom. Naturalnie skarżono nań o to tak długo do Rzymu, 

aż  zniecierpliwiony  papież  wezwał  go  w  lipcu  ���  r.,  aby  się 

z tego ciężkiego zarzutu u�rawiedliwił; głową przeciwników 

Legendy o Cyrylu i Metodym

background image

40

Metodego  był  ksiądz  niemiecki  Wiching  powiernik  (nie  je- 

dyny zresztą) Świętopełków. I teraz właśnie dokonał Metody 

największego  cudu,  bo  nie  tylko  się  przed  papieżem  z  jaw- 

nego nieposłuszeństwa u�rawiedliwił, lecz uzyskał nawet naj- 

uroczystszą aprobatę świeżo zabranianego obrządku słowiań- 

skiego i świade�wo absolutnej prawowierności; zamiast z po- 

tępieniem,  czego  się  Wiching  i  Niemcy �odziewali  i  gorąco 

pragnęli,  wracał  Metody  w  największym  tryumfie,  chociaż  w 

istocie papież naznaczeniem Wichinga na biskupa i warowa- 

niem mszy łacińskiej jedną ręką cofał, co drugą dawał.

Jak Metody tego cudu dokonał? Argumenty, których użył, 

poznaliśmy  już  wyżej;  sam  papież  w 

breve  do  Świętopełka 

z ��� roku je powtarza, np. że mają istnieć takie kościoły, co 

zachowują  w  obrządku  język  narodowy;  pomnożył  te  argu- 

menty  Metody  może  i  innym,  najskuteczniejszym.  Udał  on 

może przed papieżem, że dla nienawiści polityczno-narodowej 

wygnali  Morawianie  niemieckich  (łacińskich)  księży,  że  im 

tak obrzydł wraz z tymi Niemcami sam ich obrządek, iż sam 

chrystyanizm ich nie zbyt dawny ani zakorzeniony, był silnie 

zagrożony  —  więc  aby  wiara  nie  szkodowała,  odważył  się 

wbrew  danemu  słowu,  przyciśniony  srogim  musem,  zastąpić 

znienawidzoną (dla Niemców) łacinę słowiańskim językiem i 

prosił o odpuszczenie tej winy i zachowanie nadal tego przy- 

wileju obrządkowego. Wskazywał papieżowi, jak dzięki mowie 

narodowej garną się doń coraz bardziej wszelacy Słowianie, już 

i  Bułgarzy  pewnie:  wystawiał  ponownie  obrządek  słowiański 

jako jedyną rękojmię utrzymania Słowian w karbach uległości 

rzymskiej i papieża przekonał. Zastrzegł sobie papież tylko owo 

odczytywanie  ewangelii  łacińskie,  mszę  łacińską  dla  każdego 

ktoby  jej  pragnął  (a  więc  byliż  tacy  na  Morawie,  od  księcia 

samego począwszy!) i — wyświęcił wroga Metodego, właśnie 

Wichinga  owego,  na  sufragana  jemu  —  wymagał  tego  może 

Świętopełk  sam,  było  to  nadzwyczaj  na  rękę  papieżowi,  bo 

ustalała się niby kontrola nad Metodym.

Otóż  rzecz  bardzo  ciekawa  —  legenda  Metodego  nie 

w�omina  ani  słówkiem  o  tej  drugiej,  względnie  trzeciej  po- 

dróży rzymskiej Metodego i nie przytacza też owego tak dlań 

Aleksander Brückner

background image

41

w gruncie pomyślnego i zaszczytnego 

breve papieskiego. Mo- 

żnaby powiedzieć, że legenda, to nie ścisła biografia, z wszel- 

kimi  datami  i  aktami,  więc  nie  należy  niczego  wymagać,  ale 

przyczyny  tego  milczenia  można  i  zupełnie  w  czem  innem 

upatrywać.  Jan  ����  powołał  Metodego  do  Rzymu,  nie  aby 

go  poznać  lub  się  nim  nacieszyć,  ale  aby  go  o  kacerstwo  (o 

odmienną naukę) i nieposłuszeństwo strofować czy sądzić — 

więc  dla  legendy,  usuwającej  każdy  cień  nieprawowierności 

od  bohatera,  niebyło  powodu  popisywać  się  taką  podróżą; 

nie mogło jej być miłem, przed szerokie forum wytaczać takie 

podejrzane interna, więc i listu papieskiego ona nie przytoczyła, 

ale list ten był nadto cennym dla Metodego, aby go pominąć, 

więc, z lekką zmianą i w tekście, już przy Hadryanie ��, kiedy 

Metodego  nie  obarczano  jeszcze  ciężkimi  zarzutami,  go  wy- 

stawiła. Tak może sobie wytłumaczyć zjawienie się listu Jano- 

wego pod imieniem Hadryanowym, kto w autentyczność listu 

Hadryanowego, i słusznie, nie wierzy.

Tryumfował więc Metody, ale i Wiching niebył porażony. 

Wyświęcony w Rzymie na sufragana, na biskupa nitrzańskiego, 

miał on w ręku od Świętopełka samego, czy od kogo z otoczenia 

Metodowego owe listy Jana ���� z roku ���, z wyrzutami prze-

ciw  Metodemu;  on  nie  potrzebował  wcale  fałszować  listów 

papieskich,  jak  to  dzisiejsi  badacze  coraz  jemu  zarzucają,  jak 

to Lapôtre na strasznie zawiłej, romantycznej niemal drodze 

szlakuje: on wszędzie śmiało potrząsał owym autentykiem Jana 

���� z lipca ��� roku, z zakazem wyraźnym mszy słowiańskiej i 

z podejrzeniami o kacerstwo! Zastawiał się wprawdzie Metody 

późniejszym listem papieskim z lipca ��� roku, tak wymow-

nym  i  obszernym  i  dlań  korzystnym,  lecz  znowu  mógł  mu 

Wiching zarzucać, że on co innego przed papieżem a co innego 

na  Morawie  prawi  i  uczy.  Posądzenia  i  kłótnie  trwały  więc 

dalej, tak dalece, że Metody zwrócił się roku ��� do papieża 

z  zapytaniem,  czy  też  papież  poza  plecyma  Metodego  nie 

udzielił  Wichingowi  owemu  jakich  odmiennych  instrukcyi  i 

zleceń — przecież opowiadał Wiching, jakoby papieżowi mu- 

siał był przysięgać, że nic będzie mszy słowiańskiej odprawiał, 

co jawnym fałszem było, gdyż papież z nim o tem ani mówił. 

Legendy o Cyrylu i Metodym

background image

42

U�okoił wprawdzie papież Metodego, że nie odgrywał żadnej 

dwulicowej roli wobec niego, ale pozycya Wichingowa była nie 

do zwalczenia.

Już nie o język bowiem, chodziło o same dogmaty i prze- 

pisy, kanoniczne; zaostrzały się od dawna przeciwności mię- 

dzy obu kościołami a Metody nie odstępował na jotę od sta- 

nowiska greckiego, mianowicie co do postów i co do owego 

fatalnego  dodatku  w  składzie  wiary  o  pochodzeniu  Ducha 

św. Wiching, stojący na stanowisku niemieckim t. j. łacińskim, 

śmiało mógł zarzucać Metodemu, że on inaczej uczy, niż sto- 

lica,  której  posłuszeństwem  niby  się  szczyci;  że  nie  za  rzym-

ską, lecz za grecką nauką kroczy; przerażał więc Wiching trwo- 

żliwe ówczesnych ludzi sumienia. Wytoczono nawet rzecz przed 

walne wiece Morawskie, bo chociaż wiece za silnego Święto-

pełka nie odgrywało już tej roli, co za słabszego znacznie Roś-

cisza, głosu jego chętnie słuchano. Już z góry tryumfował Wi-

ching i księża niemieccy i liczni ich stronnicy morawscy: nam 

papież dam pełnomocni�wo, Metodego zaś kazał wygnać wraz 

z nauką jego. Lecz na wiecu dał Metody odczytać ów list Jana 

����  z  r.  ���  i  wyszedł  na  razie  obronną  ręką.  Nie  na  długo 

jednak.

Miru  bowiem  niemiał  on  ani  u  księcia  ani  u  narodu.  U 

księcia, pominąwszy, że przypominał nadto Rościsza, którego 

Świętopełk zdradził i Niemcom na łup wydał, co jeszcze w sto 

lat  później  z  zgrozą  wszędzie  w�ominano  —  już  dlatego 

nie,  że  chociaż  Świętopełk  sądu  w  rzeczach  wiary  głębszego 

naturalnie nie miał, i ślepy musiał widzieć, że jedyni prawdziwi 

rzecznicy  papiescy,  to  Wiching  i  księża  łacińscy,  nie  Grek  z 

obrządkiem słowiańskim. Bróździły tylko Świętopełkowi owe 

gorszące �ory religijne; obawiał się, aby na domiar wszystkie- 

go nie ogłoszono jego i Morawian kacerzami. Walki ościenne 

zaprzątały i tak wszystkie jego siły; wewnętrznego rozdwojenia 

religijnego  musiał  więc  unikać.  Lecz  i  w  narodzie  obrządek 

słowiański nie zapuszczał głębszych korzeni: rok ��� dowiódł 

tego  wyraźnie.  Zrażał  sobie  Metody  zresztą  wszystkich  nad-

zwyczajnym rygoryzmem, szczególniej w najdrażliwszej kwe-

styi,  matrymonialnej.  Słowianie,  do  niedawna  wielożeńcy, 

Aleksander Brückner

background image

43

do kanonicznych przepisów o małżeństwie łatwo naginać się 

nie  dawali;  szczególniej  kwitnęły  u  nich  o  byle  co  rozwody, 

pojmowano  bez  skrupułów  nowe  żony  —  wiemy  przecież, 

jakim  zarzutom  mogłyby  podlegać  matrymonialne  związki 

np.  Chrobrego,  przebierającego  w  kobietach  jak  w  śliwkach. 

Księża,  łacińscy  tej  wolności  nie  chwalili  bynajmniej,  ale  ze 

względu na kruchą nowonawróconych wiarę cierpieli ją milcz- 

kiem do czasu — nie cierpiał jej nigdy Metody i ile sił, rozrywał 

nieprawe związki, narażając się wielmożom — legenda podaje 

nawet drastyczny tegoż przykład. Może i z Świętopełkiem sa- 

mym przyszło z powodu tego — 

cherchez la femme — do przy- 

krego starcia. Na księży łacińskich, potakujących niby takiemu 

niedozwolonemu ponawianiu ślubów małżeńskich (po zwróce- 

niu pierwszej żony rodzicom), oburzał się Metody tym bardziej, 

zarzucał im straszne pomiatanie kanonami ojców świętych.

Zaogniała  się  więc  coraz  bardziej  walka;  coraz  bardziej 

stanowczo odcinał się Metody od herezyj łacińskich lub co za 

takie uważał. I coraz mniej oglądał się on na Rzym; zwracał wzrok 

ku ojczystemu Bizancyum, z którym wszelkich związków, chyba 

nie zerwał nigdy. Lecz wrogowie jego rozszerzali, że i Carogród 

— dla liturgii słowiańskiej — jego się wypiera; twierdzili, mia- 

nowicie  że  cesarz  (grecki)  gniewa  się  nań  i  jeźliby  go  tylko 

dopadł, nie uszedł by mu Metody z życiem. I wybrał się Metody 

sam do Carogrodu — było mu koniecznością, przed cesarzem 

i patryarchą u�rawiedliwić swe dzieło. W Carogrodzie używał 

tych samych argumentów, co w Rzymie, i z równym skutkiem: 

owszem, jeszcze łatwiej przyszło mu przekonać cesarza, że re- 

formą  obrządkową  Słowian  od  Rzymu  odszczepi;  mógł  mu 

zaręczyć, jak silną podstawę uzyskał grecko-słowiański kościół 

pod  samym  bokiem  „Fręgów”,  jakie  tryumfy  jeszcze  czekają 

cerkiew wschodnią, ulubiony Carogród.

Ale właśnie podróż Metodego do Carogrodu przebrała miarę. 

Wiching i księża łacińscy tym silniej na Greka-odszczepieńca, 

do Greków, nie do Rzymu kierującego swe kroki, natarli; jaw- 

nie  wypowiedzieli  mu  posłuszeństwo,  tak,  że  Metody  uciekł 

się do ostatecznego, rozpaczliwego kroku — Wichinga, bro- 

niącego katolicyzmu przecież i wiary rzymskiej, wielką obłożył 

Legendy o Cyrylu i Metodym

background image

44

klątwą! A klątwa trafiała i wszystkich popleczników Wichingo-

wych, i zrobiła tak silne wrażenie, pierwsza rzucona w świecie 

słowiańskim, że w tradycyi ludowej pozostała na długo: wedle 

niej podpadł klątwie tej sam Świętopełk z całym swoim narodem 

i  rychłe  �ustoszenie  okropne  Moraw,  zniszczenie  dynastyi  i 

państwa bajecznie szybkie, wystawiono następstwami tej klątwy.

O tym najdrastyczniejszym epizodzie przemilcza umyślnie 

żywociarz  Metodego;  znamy  ten  epizod  jednak  z  źródeł  ofi-

cyalnych, papieskich, z legend greckich i łacińskich. Tylko jed- 

ną uwagą zdradził żywociarz to, co tajemnicą zresztą zakrywał: 

w  owym  liście  papieskim,  który  Metody  na  wiecu  odczytać 

kazał, miało być napisane (po oddaniu wszystkich ludów sło- 

wiańskich (!!) w ręce Metodego): kogo on przeklnie, niechaj 

będzie przeklętym, a świętym, kogo on oświęci. Tu widoczna 

aluzya do anatemy Wichingowej — a może już na owym wiecu 

wyklął Metody swego przeciwnika? To było jednak ostateczne 

zwycięstwo Metodego; walki te gorszące przy�ieszyły może 

zgon  jego.  W  ostatnim  życia  swego  roku  rzucił  on  całkiem 

�rawy zewnętrzne; pogłębił się w pracy literackiej, przyswoił 

mianowicie  szczuplutkiej  dotąd  literaturze  cerkiewnej  szereg 

najważniejszych dzieł. Z Cyrylem mało co był przetłumaczył; 

teraz dokonał przekładu całego pisma świętego (nawet starego 

zakonu),  księgi  kanonów,  przepisów  kościelnych,  i  wzorów 

życia ascetycznego, złożonych w żywotach ojców świętych po 

pustelniach wschodnich.

Lecz  nadchodziła  wielkanoc  ���  roku,  a  z  nią  ostateczny 

kres życia Metodego. Czując zgon bliski naznaczył sobie na-

stępcę i pożegnał się z otoczeniem, pobłogosławiwszy księcia 

(Świętopełka) i księżę (słowiańską) i cały naród, a przed nimi 

wszystkimi — cesarza greckiego! Na następcę naznaczał Go- 

razda, Morawianina, męża stanu wolnego — więc liczną mu- 

siała być klasa niewolnicza na Morawie r. ���, kiedy samo wol- 

ne urodzenie polecało człowieka, ciekawa to bardzo wskazów- 

ka; — umiejącego dobrze po łacinie — bez łaciny nie można 

się było na Morawie obchodzić; prawowiernego t. j. w sensie 

greckim.  O  tym  Rzymie,  o  tym  papieżu,  któremu  jedynemu 

na świecie Metody wszystko zawdzięczał — bez papieża byłby 

Aleksander Brückner

background image

45

przecież marnie zginął w więzieniu niemieckim a wraz z nim 

i sam obrządek słowiański — nie w�omniał już ani słówecz-

kiem,  nie  żywił  dlań  najmniejszej  wdzięczności.  Rozbrat,  ze-

rwanie z Rzymem było więc ostateczne; skutki też natychmiast 

się objawiły.

IX.

I

���� ludziom wyprorokował nieraz Metody powodzenie 

lub nieszczęście, jak owemu polskiemu z nad Wisły książę-

ciu;  sobie  samemu  i  dziełu  swemu  nie  wywróżył  niczego, 

zamykając oczy strudzone.

Dzieło to stało jednak nim samym; gruntu w ziemi, oparcia 

u księcia niemiało żadnego. Więc gdy Metodego zabrakło, od 

jednego zamachu na zawsze upadło. Jana ósmego, potakującego 

Grekom — on przecież i Focjusza uznał patryarchą, co ten mu 

również źle wywdzięczył — potakującego dlatego i Metodemu, 

dawno już nie było (od r. ���); za Szczepana 

V

 (od ��� roku) 

powiał  wiatr  ostry  w  przeciwnym  kierunku.  Do  Szczepana 

udali się łacińscy księża z Wichingiem biskupem, którego eks- 

komunika Metodego bynajmniej nie zmiotła, na czele, w wy- 

mownej,  szeroko  umotywowanej  skardze  na  zmarłego  arcy- 

biskupa i jego uczni; wymagali, ażeby wreszcie uprzątnięto ową 

chwiejność  rzymską  (co  Jan  ����  ���  r.  zakazywał,  dozwalał 

znowu  ���,  chwiejny  nie  tylko  na  tym  punkcie)  co  do  ob- 

rządkowego języka; aby wyrugowano ostatecznie owę nowinkę 

słowiańską,  zbyteczną,  niestosowną,  niebezpieczną.  Dalej 

przedstawiali bezprawne wyznaczenie następcy Gorazda, prze- 

ciw wszelkim przepisom kanonicznym (chociaż go Metody ra- 

czej  księciu  i  ludowi  polecał,  niż  naznaczał,  ale  Wiching  z 

prawdą się nie ceremoniował); dalej wytaczali najcięższe argu- 

menty przeciw Metodemu i Gorazdowi i Metodyanom wszy- 

stkim,  naukę  fałszywą  (o  postach, 

filioque  itd.).  Szczepan  � 

wziął  się  energicznie  do  dzieła;  wysłał  księży  z  dokładnymi 

instrukcyami do Świętopełka i wystosował zarazem obszerny 

bardzo  list  do  księcia  samego,  w  którym  pod  grozą  anatemy 

Legendy o Cyrylu i Metodym

background image

46

obrządek słowiański raz na zawsze zakazał, Metodego o krzy- 

woprzysięstwo obwinił; klątwa, rzucona na Wichinga, �adnie 

na głowę Metodego; zarazem bronił stanowiska rzymskiego co 

do postów i pochodzenia Ducha św.

Losy obrządku greckosłowiańskiego u zachodnich Słowian 

były  więc  rozstrzygnięte;  co  dalej  nastąpiło,  było  już  tylko 

formalnością; już nie o sąd, ale raczej tylko o egzekucyę wyroku 

rzymskiego chodziło; lecz nie chciał Świętopełk naruszać po- 

zorów prawnych, więc jeszcze wiece sądowe morawskie zwołał.

Rozdwojenie kościelne w własnym kraju trapiło i nużyło go 

od dawna; Wichinga on przeciw Metodemu obronił; Gorazda 

niebyłby  za  nic  w  świecie  arcybiskupem  uznał  —  znaczyłoż 

to rozdwojenie owo ustalać chyba na zawsze. Wyrzuty o ka- 

cerstwo były tem dotkliwsze, że istotnie już i do Moraw do-

chodzili emisaryusze manichejscy, ormiańscy, z ową dla pro- 

staczków  tak  zrozumiałą  nauką  o  dwojakim  pochodzeniu 

świata, o pochodzeniu słabości, morów, zwierząt szkodliwych 

(żmiji  czy  wilków)  nie  od  łaskawego,  jasnego  Boga,  lecz  od 

szatana  czarnego  i  złego;  ze  śladami  manichejstwa  �otykał 

się już sam Metody, ale to na karb łacinników zaliczał. Wobec 

jawnych  kacerstw  manichejskich  należało  tym  ostrzej  nawet 

przeciw wszelkim pozorom i pomowom występować.

Że  syn  Piotra  św.,  hołdownik  stolicy  rzymskiej,  po  jej 

stronie, po stronie łacińskich księży stanie, rozumiało się samo 

przez się. Ale  aby zachować pozory postępowania prawnego, 

zażądał  Świętopełk  od  wojujących  stron  złożenia  przysięgi 

oczyszczającej, jedynego środka dla wynachodzenia prawdy w 

słowiańskim przewodzie sądowym. Którzyż więc mogli przy- 

sięgą stwierdzić, że uczą jak rzymski kościół uczy, że nie od- 

stępują w niczem od wiary rzymskiej — Wiching czy Meto- 

dyanie? Z listem papieża Szczepana w ręku wykonał tę przysię- 

gę tylko Wiching — Metodyanie o niej ani myśleć nie mogli, jeśli 

nie chcieli się jawnego krzywoprzysięstwa dopuścić.Spór więc 

był rozstrzygnięty; teologiem Świętopełk nie był, ale teologii 

tu nie było potrzeba. Chodziło jeszcze tylko o konsekwencye: 

Metodyanie niewykonaniem żądanej przysięgi osądzili się sami, 

byli więc odszczepieńcami od kościoła rzymskiego i niebyło dla 

Aleksander Brückner

background image

47

nich więcej miejsca w morawskim kościele a niebezpiecznem 

byłoby,  dla  zbawienia  owieczek  morawskich,  pozostawienie 

ich  w  kraju.  Więc  i  sam  kraj  opuścić  musieli.  Wrogowie  ich 

skorzystali  z  nieobecności  księcia,  aby  się  ich  jaknajprędzej 

i  najgruntowniej  pozbyć.  Widać  więc,  że  Świętopełk  mimo 

jawnej  ku  Rzymowi  skłonności,  menażował  Metodyan,  póki 

mógł; że wrażenie, jakie w nim potężna osobistość Metodego 

wywoływała, nie osłabło odrazu. Ale jest to zarazem dowodem, 

że Metodyanie miru w kraju nie mieli, że nikt za nimi palcem 

nie  ruszył;  nawet  gdy  ich  żołnierze,  a  byli  między  nimi  i  za-

ciężni  Niemcy,  po  za  stolicę  wywiedli  i  opuścili,  nikt  ich  nie 

przyjmował  gościnnie  i  uchodzili  oni  z  Moraw  czemprędzej, 

rozmaitymi  drogami  na  południe,  ku  Bułgarom  głównie  (na 

Białogród) zdążając. Widocznie wyciśnięto na nich piętno od- 

szczepieństwa  i  unikał  ich  każdy,  aby  sam  się  tą  zmazą  nie 

�lamił.

I  starano  się  o  nich  w  Morawie  najzupełniej  zapomnieć, 

zatrzeć  w  pamięci  narodowej  nawet  samą  postać  Metodego 

i dzieło jego. Rzeczywiście, gdy w kilkanaście lat później, gdy 

dawno już Wichinga i Świętopełka nie stało, po ciężkich wal-

kach domowych, niemieckich i węgierskich, Mojmir 

II

, starszy 

syn i następca Świętopełków, z trudów wojennych na chwilę 

ochłonął  i  o  reorganizacyi  �ustoszałego,  opuszczonego  koś- 

cioła morawskiego pomyślał i w tym celu do Rzymu się udał, 

nie  poparł  on,  jak  się  zdaje,  najmniejszą  wzmianką  o  Meto-

dym,  arcybiskupie  byłym,  żądania  swe  odrębności  kościoła 

morawskiego; przynajmniej w obszernym, zjadliwym, kłamli-

wym memoryale, wygotowanym przeciw temu żądaniu przez 

episkopat  bawarski,  niema  również  najmniejszej  wzmianki  o 

Metodym, a byłoby to tylko wodą na młyn niemiecki, gdyby 

Słowianom prócz wszelkich innych zarzutów, konszachtów z 

Węgrami, uzurpacyi itd., mogli byli jeszcze zarzutem kacerstwa, 

odszczepieństwa greckiego oczy zapluskać. Widocznie, w samej 

Morawie przemilczano epizod Metodowy. Na Morawie też nie 

pozostało  po  nim  najmniejszego  śladu:  nawet  katedry  arcy-

biskupiej, w której Metodego zwłoki złożono (a może za sta- 

raniem Wichinga, nieubłaganego wroga jego, znowu je wyjęto 

Legendy o Cyrylu i Metodym

background image

48

i  �rofanowano?),  miejsca  i  znaku  nie  znamy  —  prawda,  że 

i stolica sama Mojmirowiców z powierzchni ziemi znikła, tak 

nagle i cudownie, jak sama dynastya i jej państwo. Zwyciężyli 

więc najzupełniej Rzym i Wiching; ognisko obrządku słowiań- 

skiego  na  Morawie  zalali  i  zagasili  doszczętnie,  ale  nie  prze-

szkodzili,  że  w  sąsiedztwie  czeskiem  (i  chorwackiem)  iskry 

jego długo się jeszcze tliły.

Oto przebieg czynności Metodyuszowej między Morawia-

nami; pierwszego etapu, najważniejszego, bo podstawowego, 

w rozwoju obrządku słowiańskiego; wystawiliśmy ten przebieg 

w świetle nieuprzedzonej krytyki. Nie potrzebujemy nadmie-

niać, że kamień, odrzucony na zachodzie, stał się węgielnym na 

wschodzie — nie tu miejsce, o tym zwrocie szerzej rozprawiać, 

o jego przyczynach i skutkach.

Aleksander Brückner

background image

UWAGI I DODATKI.

I. W opowiadaniu legendy Metodyuszowej o �otkaniu z kró- 

lem „węgierskim” uznaliśmy w nim króla niemieckiego, (ojca) 

Karlmanna (��� roku) lub (syna) Arnulfa (później). Wobec 

zupełnego  braku  nazwisk  w  legendzie  możnaby  jednak  po- 

myśleć  i  o  bracie  Karlmana,  Karolu  ���  Grubym,  cesarzu  od 

r. ���, złożonym później dla niedołęstwa z tronu. O nim bo-

wiem  wyraźnie  opowiadają  roczniki  fuldeńskie  (

Monumenta 

Germaniae 

I

, ���) pod rokiem ���: 

„Imperator per Baioariam ad 

orientem  proficiscitur  veniensque  prope  flumen  Tullinam  Monte 

Comiano  colloquium  habuit.  Ibi  inter  alia  veniens  Zuentipule 

dux cum principibus suis homo per manus imperatoris efficitur” 

itd.  Skoroż  Świętopełk  z  wielmożami  swymi  przed  cesarzem 

się  stawił,  mógł  i  Metody  mu  towarzyszyć,  przedstawić  się 

niby zwierzchnikowi (nb. nominalnemu tylko) swego księcia. 

Ta  późna  data  (���,  w  następnym  roku  zmarł  już  Metody) 

nadawałaby  się  znakomicie  do  toku  legendy,  opowiadającej 

o owem �otkaniu przed samą śmiercią Metodego, w przed- 

ostatnim ustępie. Nie liczyłem się z tą możliwością, ponieważ 

background image

50

przypuszczałem, że wiosnę i lato ��� roku poświęcał Metody 

przekładowi  Biblii,  niemiał  więc  czasu  na  dalsze  wycieczki, 

ale Tuln, niedaleko od Wiednia i Dunaju, mógł go blizkością 

zwabić.  Że  Karol  ���  był  „imperatorem”,  to  nie  imponowało 

Grekowi, uznającemu na świecie tylko jednego cesarza, swego 

bazyleusa.  Gdyby  legenda  następstwo  treści  ściślej  zachowy- 

wała,  należałoby  koniecznie  tę  ostatnią  przyjąć  możliwość 

(

kralj ugorskij = Karol ��� i rok ���).

II. Osoby, o które opowiadanie nasze zahacza, przynajmniej 

świeckie, powtarzają się niemal wszystkie w bardzo ciekawym 

zabytku, o którym choć dodatkowo w�omnimy. Jest to znane 

ewangelium  w  Cividale,  na  którego  kartach  (głównie  pierw- 

szych) zapisano około ��� nazwisk osobowych słowiańskich 

między r. ��� a ���: najstarszyto zabytek mowy słowiańskiej 

w piśmie łacińskim, z dziewiątego wieku! dziwne �rawia wra- 

żenie np. taka „Sobiemysła Słowienka” (

Sobemuscla Sclauuenca), 

wpisana w poczet osób, zwiedzających tum (,„monasterium” 

rękopisu owego nie klasztor, lecz tum, oznacza, por. niem. 

Mün- 

ster). Nie należy mniemać, jakoby osoby, wyliczone w owym 

rękopisie,  wszystkie  Akwileję  (boć  chyba  do  tamtejszego 

„tumu”się to odnosi??) odwiedziły: jeden tylko, znajomy, sługa 

lub krewny kazał wciągać do świętej księgi imion kilka a cza- 

sem  kilkanaście  dla  pobożnej  pamiątki  —  tak  było  zawsze 

w  zwyczaju.  Wszystkie  imiona,  wpisane  po  brzegach  owej 

ewangelii, wydał L. B������� w 

Neues Archiv 

II

 (����) str. 

��� i nn.; nie znając języków słowiańskich pomylił on się nieraz 

w odczytywaniu tekstu. Z jego przedruku wybrał F

R

. R����� 

imiona  słowiańskie  tylko  (odrzuciwszy  tylko  langobardzkie 

itd.) i umieścił je w 

Monumenta �e�antia historiam Slavorum 

Meridionalium ��� (����), str. ���–���, objaśniając ich znacze- 

nie, w obcej a niedołężnej pisowni nie łatwe nieraz do odgad- 

nięcia; Raczki mylił się nieraz, czepiając się litery niemieckiej 

czy włoskiej; nie umieścił też wszystkich imion słowiańskich — 

jest ich więcej, niż on podaje. Część tych imion powtarza się w 

znanem pisemku 

De conversione Bagoariorum et Carantanorum 

Aleksander Brückner

background image

51

z r. ���, głównie w dokumencie tyczącym kościoła w Mosaburg 

r. ��� poświęconego. Piętnaście imion słowiańskich, razem tam 

wymienionych,  poddał  J

AGICZ

  analizie  filologicznej  w  piśmie 

Zur Enstehungsgeschichte der kirchenslavischen Sprache 

I

. (����, 

w �� tomie 

Denkschri�en Akademii wiedeńskiej, wydziału hi-

stor. filoz.), str. ��–��, ale analiza ta nie bardzo trafna; uszło 

czasem  uwadze  jego,  że  niektóre  imiona  powtarzają  się  w 

obu źródłach, w 

Conversio i Ewangeliach z Cividale, że należy 

je stale porównywać, że odgadywać je trzeba, nie krępując się 

każdą literą pisarza niemieckiego. Wobec nadzwyczajnej wagi 

obu tych zabytków pomówię nieco o ich terminach: przecież 

to najdawniejszy (obszerniejszy) pomnik mowy słowiańskiej, 

starszy o ��� lat od naszych najdawniejszych zabytków a mimo 

to  z  niemi  nieraz  aż  dziwnie  zgodny,  dowodzący  ponownie 

środkowego znaczenia polszczyzny dla całej słowiańszczyzny.

Polaków wprawdzie niema w tych �isach; są to południo-

wi Słowianie (Bułgarzy, Kroaci, Słowieńcy z Karyntii i Panonii 

Kocelowej); są i Morawianie. O Panonii i Kocelu rozprawiali- 

śmy w samym toku naszego opowiadania umyślnie mało: do- 

tychczasowe  przedstawienia  błądzą  bowiem  stale  zbytniem 

wysuwaniem Kocela i jego małej Panonii, choć stanowią oni 

tylko  króciutki  epizod  w  życiu  i  czynności  braci  soluńskich; 

najfałszywiej w świecie dziś jeszcze wszyscy badacze obie le-

gendy słowiańskie „panońskiemi” nazywają, dawniej (jeszcze 

Miklosich za Kopitarem) nawet ojczyznę cerkiewszczyzny w 

Panonii  upatrywano  itd.  Otóż  to  wszystko  bajki;  cała  rzecz 

�rowadza się do dwukrotnego pobytu Metodego u Kocela: raz 

na krótki czas, z bratem przed podróżą Rzymską, powtóre sam 

był w Mosaburgu nieco dłuższy czas, z rok jaki, gdy nie miał po 

co do Moraw dla „kramoły” morawskiej się udawać; z Panonii 

wyprowadzili go Niemcy gwałtem i do Panonii on już nie wracał. 

Żeby państwo Świętopełkowe i całą Panonię ogarniało, wydaje 

mi się również bajką — cytat źródłowy, na jaki się powołują 

(o kołowaniu posłów niemieckich do Bułgaryi), nie wystarcza 

wcale dla tak daleko sięgających wniosków. Ale Kocel był nad-

zwyczajnym miłośnikiem liturgii słowiańskiej, chociaż dla sła- 

bych  swych  sił  Metodego  przed  napaścią  niemiecką  obronić 

Uwagi i dodatki 

background image

52

nie zdołał. Otóż on i jego ojciec (

Pribyna = Pribina w polskich 

�isach imion) parę razy w owej ewangelii wypisani, oto np. 

czytamy  obok  siebie: 

Chotmer,  Cozil,  Uuozet,  Margaretha

przy  poświęceniu  kościoła  r.  ���  byli  obecni 

„Chezil,  Unzat, 

Chotemir”, a arcybiskup Adalwin poświęcał r. ��� kościół św. 

Małgorzaty (widocznie żona czy siostra Kocelowa tak się na- 

zywała). Jagiczowi nie powiodło się odgadnięcie 

Unzata (na 

drugiem miejscu w 

Conversio„proprium Unzatonis” nazwane-

go);  ja  widzę  w  tym  W ę s a d a   (por. 

Wozet  wyżej),  nazwę 

bólu  w  krzyżach,  reumatyzmu;  i 

Siliz  (obu  pomników)  nie 

jest dla mnie niczem innym tylko  Ś l i ż e m  (Niemiec stale w 

zbitki słowiańskie 

ie wsuwa), przecież �otykamy się tamże z 

M o t y k ą ,  G ł o w a c z e m  (

Glauoz); jest kilku C z a r n y c h  

(

Cerna i Cherni), jest M a ł a  (Maola), M ł o d a  (Mlada), Ż e -  

l a z n y   (

Zelesena),  B i a ł k a   (bellica),  Z ł a ,   S t r a m   (tj. 

srom), Ż a a g r o t a  (

ciagrota), niby Ż e g o t a ,  właściwie Ż a -  

g r o t a ;  Raczki pominął to i inne imiona),  K r a s u l a  (Kroaci 

lubią formy na 

-ula; napisane „Ceresulla” i „Cerelulla”, czytam 

Krasula, 

e wstawione). Naturalnie przeważają imiona złożone 

i  ich  skrócenia,  np.  M i r o m y s ł   (

miramuscle),  Ż y t o m i r  

(por. Żytomierz, 

zitemer);  M ą c i m i r   i   M ą c i m i r a  (moti-

miramunemer),  P r z y b y g o r  (priuuigor);  S i e m i d r o g a  

(siemia  rodzina,  u  nas  Siemowit,  Siemomysł 

„semmemuscle” 

tu  napisany),  C i e r p i m i r ,   D r o g o w i t ,   B i e d o s ł a w  

(parę razy, 

bedoslau itd.; Raczki robi z tego Budosława); zło- 

żenia z 

Sobie częste,  S o b i e t u c h ,   S o b i e r a d  (zababerado 

napisane pomyłką; Raczki mylnie to odczytał),  S o b i e m y s ł  

(

Seuemuscle), S o b i e d r o g  (sebedrago), Sobiemysłę słowian- 

kę już wymieniliśmy,  S o b i e s z  (

Sabes),  S o b i e s ł a w a  (so- 

guasclaua  i  sogesclaua,  żona  Bułgarzyna  W i e l e g n i e w a   = 

uuelecneo). Trudopulc i turdamere są  T w a r d o p e ł k i e m   i  

T w a r d o m i r e m  (kroackie 

tvrd twardy).  D o b r o d z i e j ,  

D a l i m i r ,  P r z y b y s ł a w  (

bribislau), P a c z e m i r a ,  D o -  

b r o ż y z n a ,   D o m a m i r  (co innego będzie 

dannamir, por. 

tunisclaua i tonasclaima),  D r o g o m i r ,   N o s i ż y r ,   N i e -  

ż y r  itd. niemylnie odgadujemy z pisowni niezawsze trafnej; 

również  M i ł o s z ,   L u b o ń  (

luban),  P r z e m i ł :  złożenia 

Aleksander Brückner

background image

53

prze-  częstsze,  np.  P r z e s w o b o d a   —  pressoboda,  a 

może  to 

prisnobuda  miało  być?  P r z e b r a s ł a w a ,   do  zna-

nego  książęcego  imienia  Brasława,  które  Raczki  mylnie  do 

Brzecisławów  odnosi;  P r z e s ł a w ę t a   — 

presclauonte,  Sła-

węta częste imię, po różnych Sławęcinach — Schlagenthin w 

Marchii brandenburskiej — się powtarza. Jest i  N i e p o k o r ,  

na  innem  miejscu  (czy  inny?)  wpisuje  się 

nepocor  gresic  t. j. 

Niepokor grzesznik. Ciekawe imię 

boselisa, tym ciekawsze, że 

powtarza się dosłownie w polskim (lubińskim) �isie imion: 

Boselza  (tj.  bożelza?  od  Bóg?).  S t r o n k ę   (straneca),  D o -

b r a w ę  (

dabraua),  M o j s ł a w k ę  (moisclaica) odnajdujemy 

bez  trudu,  Stronka  (Stronisława)  szczególniej  u  nas  częste. 

O l a m i r  (Wolimir?), E s t e m i r  (Gostimir?), D e g o d e l k a  

trudniejsze  już  a  w  innych  wcale  nie  łatwo  domacać  się  ja-

kiegoś sensu. 

Slotiuenza będzie  Z ł o t o w ą s e m  (Białowąsa 

mamy  w  dokumencie  gnieźnieńskim  z  r.  ����,  naszym  naj- 

starszym  �isie  imion); 

Primusl  jest  Przemysł;  Sriben  zesta- 

wiam  z 

Zeurben  r.  ���  i  czytam  obu  S e r b i n e m   (Srbin); 

Zuemin ��� r. jest Semina (w ewanielii) — lecz nie powiem na 

pewne, coby to było, 

Prisnuz ��� r. może =  P r i s n a t a  (od 

prisno  zawsze);  Wilczyna,  Lutomir  i  Witomir  powtarzają  się 

również w obu zabytkach.  Ż d z i s ł a w ó w  (od 

żdać = czekać, 

my Zdzisławów z nich zrobili) jest więcej: 

zidizlausedesclao

por. 

sedemiroimuscle może W o j m y s ł  lub G o j m y s ł ,  nuen- 

tescella, żona księcia Brasława, będzie  W i ę c ł a w ą ;   M i l e j ,  

M i l e n a ,  M i r o n i a ,  C i e s z y n a  i  C i e s z k o n i a ,  W i l -  

k o t a   i   D z i e r ż y m i r  itd. łatwo zrozumiałe. Świętopełka z 

rodziną odnajduję w wierszu: 

szuentiepulc szuentezizna (żona 

jego  czy  córka)  i 

predezlaus  (nasz  Przecław).  Oto  wiązanka 

najciekawszych  imion. 

Crimisin  r.  ���  jest  może  Kromieży-

znem lub Kromieszynem; Jagicz tę i inne nazwy nietrafnie, jak 

się zdaje określa.

III. Literatura Cyrylo-Metodyuszowa jest olbrzymia; C. Z���� 

w znakomitej swej 

Bibliografii czeskiej historycznej około ���� 

numerów  jej  wylicza.  Pomijałem  umyślnie  wszelkie  cytacye, 

Legendy o Cyrylu i Metodym

background image

54

wszelką polemikę, możnaby nią całe tomy zapełniać, np. gdy- 

bym z bardzo zresztą poważnem i pożytecznem dziełem pra-

skiego profesora, F�. P������� (

Dìjiny slovanských apoštolů 

Cyrilla  a  Methoda,  s  rozborem  a  otiskem  hlavnich  pramenů

Praga ����, ��� str. wielkiej 8°) chciał się rozprawiać. Lecz przy 

jedynym szczególe polemicznym muszę sięzatrzymać, aby pp. 

Ł�������� i B���������� (Edward) z milczenia mego nie 

ukuli zarzutu.

Prof. Łamanskij w dwu świeżych publikacyach zahaczył o 

kwestyę Cyrylową; w 

Żurnału ministeryum oświaty (w czteru 

tomach z tej wiosny, ����) zamieścił on obszerny artykuł kry-

tyczny  o  legendzie  Cyrylowej,  streszczony  po  niemiecku  w 

���  tomie 

Archiv  für  slavische  Philologie.  Tu  �rowadza  on 

chełpliwe twierdzenie legendy o misyi arabskiej Cyryla do zera 

niemal  —  powoływałem  się  już  wyżej  na  tę  jego  znakomitą 

analizę, ale zamiast uznać chełpliwość legendy, czyli blagę, sili 

się  on  na  najryzykowniejsze  domysły,  robi  z  Cyryla  szpiega, 

agitatora  i  kon�iratora,  który  Słowian  muzułmańskich  miał 

do zdrady nakłaniać itd.; tego romansu policyjnego śledzić ani 

zbijać nie myślę. Przedtym jednak ogłosił Łamanskij w 

Izwie-

stjach akademii petersburskiej (����, �� tom, � zeszyt, str. ���–

���) artykuł p. t. 

Pojawienie się i rozwój języków piśmiennych u 

narodów  słowiańskich,  poświęcony  (jako  pierwszy)  językowi 

cerkiewnemu. Tu polemizuje on głównie z Jagiczem i z twier- 

dzeniem, że Cyryl wynalazł głagolicę, a nie, nazwaną fałszywie, 

cyrylicę, czy grażdankę. Nie może on tej zmory odżegnać; więc, 

ciągle na Jezuitów wygadując, bierze się sam na najstraszliwsze 

wykręty. Uczepił się mianowicie wyrażenia kronikarza Toma-

sza ze Spalato (Splet), powtarzającego własnymi słowami po- 

stanowienia  synodu  �letskiego  przeciw  liturgii  słowiańskiej 

w Dalmacyi (z roku ����): 

goticas literas a quodam. Methodio 

heretico fuisse repertas. P. Eduard Bogusławski zaś w najnowszej 

swej  elukubracyi,  którą  dla  większej  pociechy  po  niemiecku 

wydać  pozwolił  (

Methode  und  Hilfsmi�el  der  Erforschung  der 

vorhistorischen Zeit in der Vergangenheit der Slaven, Berlin ����, 

str. �� i nn.) poświęcił osobny ekskurs pytaniu: 

„Existirte die 

glagolitische Schri� in Dalmatien zur Zeit der Gothen ���–���?”

Aleksander Brückner

background image

55

Otóż twierdzi Łamanskij, że te 

„goticae li�erae” Metodego 

musiały  być  pismem  cyrylickim,  podobnym  do  gotyckiego 

alfabetu  (oba  bowiem  wzięte  z  greckiego),  podczas  gdy  gła-

golica do gotyckiego alfabetu zupełnie nie podobna, więc go-

tycką nazwaną być nie może, tym bardziej, że już w ���� wieku 

tę głagolicę pismem, wynalazkiem św. Hieronima, Dalmatyńca 

rodem, Kroaci okrzcili: jakżeż by oni pismo Metodego, here-

tyckiem  osądzone,  św.  Hieronimowi  podsuwać  śmieli?  Cała 

ta misterna budowa, to domek z kart; dmuchnąć i się rozleci. 

Archidyakon  Tomasz  bowiem  nazywa  Słowian-Chorwatów 

stale  „Gotami”,  więc 

goticae  literae,  to  alfabet  słowiański,  a 

Kroaci  innego  prócz  głagolicy  nie  używali,  wię 

goticae  literae 

Metodego heretyka — to kroacka głagolica. Tu żadne łamańce 

nie pomogą;Tomasz ciągle opowiada o tych „Gotach” (np. py-

szną historyę o księdzu Ulfie-Wolfgangu, jak on tych „Gotów” 

nieszczęsnych, biadających za swoją zakazaną głagolicą, w Rzy- 

mie i kraju zwodził i jak mu się w końcu noga powinęła) i ro-

zumie pod nimi tylko Chorwatów; podobnież przecież bawią 

się źródła greckie w ciuciubabkę klasyczną, nazywając Serbów 

Triballami, Bułgarów Moesami itd.; tyleż to warte co i „Goci” 

Tomasza. Nadmienię jeszcze, że dziwną ironią losu (albo re-

dakcyi?) w tym samym tomie, zaraz po artykule Łamanskiego, 

następuje krótki, ale znakomity wywód Walerego Pogoriełowa 

co  do  tendencyi  pisemka  mnicha  Chrobrego,  z  początku  � 

wieku, o alfabecie słowiańskim, wywracający doszczętnie jedno 

z przypuszczeń Łamanskiego.

P. Bogusławski w owym ekskursie nic nowego nie dał; po-

wtarza fantazmagorye Klitusia-Bajdusia o tym, że głagolica z 

pisma fenickiego przez medyum runiczne się rozwinęła, ależ 

to do 

Muchy czy Kolców warszawskich się nadaje, nie do po-

ważnego  wywodu:  ciągłe  powtarzanie  tej  samej  chryi  nie  da 

jej większej trwałości, rzecz taka sama niemądra, jaką była za 

pierwszym  razem;  wiemy  przecież  z  legendy  Cyrylowej,  że 

Słowianie alfabetu nie posiadali.

Tych Gotów, którzy nie wszyscy za Teoderykiem roku ��� 

do Włoch z Bałkanu się wyprawili — część ich została i w�o- 

mina o nich jeszcze Prokopiusz w szóstym wieku — chciałby i 

Legendy o Cyrylu i Metodym

background image

56

p. St. S��������� w rosyjskim filologicznym 

Wiestniku (tom 

��,  rok  ����,  str.  ���–���)  połączyć  z  Słowianami;  on  przy-

puszcza, że od tych Gotów-chrześcian przyjęli bałkańscy, so-

luńscy Słowianie (a za nimi Cyryl i Metody) niektóre wyrazy, 

które uchodzą za �uściznę misyonarzy niemieckich w Panonii 

i  na  Morawie.  Np.  taki  wyraz 

cirky  z  chirichha  Kirche,  post  i 

inne. Nie kładę na to wagi, że właśnie Goci, przynajmniej w 

przekładzie Ulfili, terminu 

chirichha i i. wcale nie znają (zamiast 

tego 

alhs u nich występuje itd.), skoroż ten termin z greckiego 

κυριακή, a więc z Bałkanu mimoto pochodzić musi; zaznaczę 

tylko, że 

cirky nie dopiero r. ��� powstać musiało. Jagiczowi to 

c zamiast k wskazuje dawniejsze zapożyczenie (z tych czasów, 

kiedy Słowianie 

cesarza i cętę lub knędz i pěnędz pożyczyli od 

Niemców). Przeciw temu powołuję się na słowieńskie 

cima z 

niemieckiego 

Kima i przypominam, że cirky nie dopiero ���, 

lecz już co najmniej ��� roku przejąć musiano, już około tego 

czasu byli przecież chrześcijanie słowiańscy, jak to z 

Conversio 

Carantanorum na pewno wiemy; cały szereg innych terminów 

kościelnych  w  języku  Cyrylowym  musi  niechybnie  z  górnej 

niemczyzny  pochodzić,  nie  mógł  na  Bałkanie  powstać,  owe 

n i e p r z y j a ź ń ,   m s z a ,   p a p i e ż ,   p o s t ,   m n i c h  itd., 

więc wywody Stanojewicza, gdyby nawet co do 

cirky słuszne 

były, nie zmienią całości. Tu przypomnę, że może w 

Conversio z 

roku ��� mamy i inny termin, domowy, dla cerkwi, mianowicie 

jej 

„ad businiza” czytałbym =  b o ż n i c a .

Nie przeczę więc wcale bytności Gotów i stykaniu się ich 

z Słowianami na półwy�ie bałkańskim i po roku ���; przeczę 

tylko, żeby ta bytność w czemkolwiek głagolicy i terminologii 

cerkiewnej dotykała. Ani Łamanskij, ani Bogusławski, ani Sta- 

nojewicz i cienia jakiegoś dowodu nie przytoczyli; samo wywi-

janie  terminem  Goci  i  gocki  (który  zresztą  u  archidyakona 

Tomasza całkiem coś innego oznacza), dowodów nie zastąpi.

IV. Obstaję więc wobec sztuczek tych przy twierdzeniu (nie 

mojem, ani nowem zresztą), że Cyryl wymyślił głagolicę i przed- 

stawiłem  wyczerpujący  dowód,  dlaczego  ten  wymysł  był  ko- 

Aleksander Brückner

background image

57

nieczny, był ostatecznem przypieczętowaniem nowej, osobnej 

liturgii słowiańskiej, która nowego, osobnego pisma w oczach 

Cyryla niezbicie wymagała. Dla mnie skonstatowanie tego faktu 

pociąga jednak za sobą nowe, dalej sięgające wnioski, o jakich 

dotąd nikt nie pomyślał, które tu choć w krótkości zaznaczę.

Z  tem  samem  zaślepieniem,  z  którem  trzymano  się  każ-

dej  litery  w  legendach  i  zrzekano  się  krytyki  uprawnionej  i 

prawiono duby smalone, z takiem samem zaślepieniem trzy- 

mają się języka i pisowni cerkiewnej, niedopuszczając krytycz-

nego  ich  rozpatrzenia.  Dla  mnie  jest  jasnem,  że  jak  Cyryl 

alfabet  zmajstrował,  podobnie  się  i  z  językiem  obchodził;  że 

nie  wszystko,  co  i  jak  w  najstarszych  zabytkach  piszą,  w  ję-

zyku  samym,  żywym,  istotnie  odnaleść  się  da;  że  w  pisowni 

cerkiewnej, głagolickiej, najstarszej, niejedno całkiem sztuczne, 

nie istniejące przenigdy w języku czy narzeczu soluńskim. Oto 

jeden  przykład  dowolności,  z  jaką  Cyryl,  „majstrował”  język. 

W głagolickich tekstach pisze się 

ja (np. moja) i je lub ě (biały, 

bieli, cesarz, cena, Mojsej, nodze, ręce itd.) jednym znakiem; 

dopiero w późniejszym piśmie, w tak zwanej cyrylicy, oznacza 

się różnicę obu brzmień, wprowadzając dla 

ja osobną ligaturę, 

ale przykład głagolicy bróździł jeszcze i w cyrylicy nieraz, znak 

dla 

ě służy tu jeszcze często zamiast ja. Jak pogodzić się z tym 

faktem,  że 

moja,  konia  itd.  pisze  się  tym  samym  znakiem  co 

Andrejjerejręcenodze? Miklosich przypuszczał dla ocalenia 

nieomylności głagolickiej, 

„dass beide laute (ja i esich ehedem 

von einander vielleicht nicht so sehr unterschieden, als dies �äter 

der Fall war und gegenwärtig der ist” — ale to wybieg; moja i 

konia nie mogły nigdy bliżej stać ku brzmieniu ě, a ě było czystem 

e w Andrějjerěj itd., o czem nas greka poucza; więc Cyryl dla 

dwu  zupełnie  odmiennych  brzmień  jednego  znaku  użył.  On 

majstrował po prostu język; wymawiał 

biał, jak my i zatrzymał 

znak  tegoż 

ia  w  liczbie  mnogiej  bieli,  chociaż  to  już  inaczej 

wymawiał, stosując zasadę etymologiczną w pisowni; od tego 

ie 

bieli szedł on dalej i inne ie również tak oznaczał, dochodząc 

w  słowach  obcych  (z  greckiego)  do  zupełnego  pomieszania 

pisowni 

ja i je. Również nie wierzę, żeby pisownia Bogъ, dwu.

zgłoskowa, odpowiadała wymowie soluńskiej ��� czy ��� roku; 

Legendy o Cyrylu i Metodym

background image

58

jest  to  tylko  reguła  ortograficzna,  którą  Cyryl  wymyślił,  nie 

dozwalając zakończenia zgłoski �ółgłoską; nie wymawiał więc 

nikt głuchej samogłoski w 

Bogъ, to Cyryl tylko tak pisać kazał; 

jest to więc rzecz ortografii, nie głosowni. Również pisze on np. 

brъzъvlъkъ itd., chociaż to formy niemożliwe, nie przestawiał 

język tych brzmień (niby robił z 

wilkwlik itd.); wymawiano 

to z samym 

rl (samogłoskowym, jak dziś jeszcze Czesi wy-

mawiają) — Cyryl zaś kazał pisać półsamogłoskę po 

lr, po-

nieważ reguła jego wymagała takiego zakończenia zgłoski, nie 

dozwalała  pisowni 

vъlkъ,  bъrzъ,  która  chyba  lepiej  by  właści- 

wej  wymowie  odpowiadała;  przecież  on  pisze  tak  samo  pół- 

samogłoski  po 

r,  l  i  w  obcych  słowach,  arъchierej,  jorъdanъ

arъchangelъ,  itd.  olъtarъ  itd.  Więc  w  cerkiewszczyźnie,  wedle 

mego zdania, nietylko znaki alfabetu mozolnie wymajstrowane, 

ale i pisownia sama nieraz nienaturalna, arcysztuczna i polegać 

na niej nie można, przynajmniej bez zastrzeżeń, bezwzględnie, 

jakto  dotąd  czyniono.  Że  w  dziewiątym  wieku  na  Bałkanie  i 

u  Słowieńców  wymawiano 

wlk,  twrd  (jednozgłoskowo,  z  l,  

vocalis), dowodzi chwiejność pisowni odpowiednich imion w 

ewangelii Cividalskiej, gdzie znachodzimy obok siebie 

trudo- 

pulc  i  turdamere,  terpimer  i  drisimer  itd.;  dawno  to  już  za-

uważono.

V. Wiemy, jak i u nas idylicznie zapatrywano się na czynność 

Metodego  (i  Cyryla),  jak  w  niej  widziano  samą  łagodność  i 

ludzkość. Nie chcę daleko sięgać — w tragedyi Romanowskie-

go, 

Popiel  i  Piast,  młodzieniec  (sic!)  Metody,  to  uosobienie 

ideału chrześcijańskiego wszechmiłości, przeciw nieludzkiemu, 

srogiemu Fuchsowi, podszczuwającemu jako pater Niemiecki 

Adelę  i  Popiela.  To  niby  dla  dziewiątego  wieku,  ale  jeszcze 

w �� wieku każą się w husytyzmie odzywać dalekiemu echu, 

tradycyom metodowym: jeszcze profesor Kvaczala (Słowak), 

popularny  wykład  o  Husie  (z  powodu  inauguracyi  budowy 

pomnikowej w Pradze) zaczął od powtórzenia tego bezsenso- 

wego frazesu. Otóż wobec takiego przeceniania roboty Meto- 

dyuszowej  (gdyż  Cyryl  tylko  z  filologiczną  jej  częścią  się 

Aleksander Brückner

background image

59

uporał) nie należy zapominać, że miała ona na celu ugrunto- 

wanie obrządku greckiego w sercu Europy, że dlatego z góry 

widoków powodzenia nie miała, że mógł na nią pozwolić pa- 

pież chwiejny, ustępujący Grekom, że nie mogła jej dopuścić 

energiczniejsza władza kościelna. Gdyby się dzieło Metodego 

na  zachodzie  było  utrzymało,  byliby  zachodni  Słowianie  po- 

padli w taki sam letarg umysłowy, jaki ich brać wschodnią przez 

liczne wieki ku największej ich szkodzie, niepowetowanej stra- 

cie czasu i sił, radości Greków ujarzmił. Jak niemądro wyglądają 

nawet ci łacinnicy Kroaci, którzy głagolicę przyjęli i z nią się 

od kultury łacińskiej odszczepiali — powieść o Wulfie i samo- 

zwańczych biskupach niski poziom umysłowy tych biedaków 

najdosadniej ilustruje. Więc przeciwko admiratorom Metodyu- 

sza  twierdzimy:  zesłałaż  Opatrzność  wiele  nieszczęść  i  klęsk 

na  Słowiańszczyznę  zachodnią  —  ależ  choć  od  jednego  nie- 

szczęścia i klęski, od obrządku greckosłowiańskiego, ją łaskawie 

uchroniła!

VI. Odmienność moich zapatrywań od utartych ogólnie (nawet 

niemieccy  dziejopisarze  dali  się  zwieść  faryzeuszowstwu,  za-

ślepieniu i bezmyślności slawofilskiej i biadają, np. Dümmler, 

na Świętopełka, zamiast chwalić go za to, że bróżdżących mu 

najniepotrzebniej Metodyan z kraju wydalił t. j. najmądrzejsze 

i  naj�rawiedliwsze,  co  zrobić  mógł!)  �owodowała,  żem  po 

kilkakrotnie z niemi występował, w różnych publikacyach, któ- 

re niniejsza kończy. Najpierw ogłosiłem krótki artykuł w do-

datku naukowym do monachijskiej 

Allgemeine Zeitung p. t. My- 

stifikationen, die Wahrheit über die „Slavenapostel” und ihr Wir-

ken, z �� i �� lipca ���� roku). Na ten artykuł odezwał się anonim 

Nowoje Wremia z dziesiątego sierpnia ���� — nie czytałem 

tego,  wiem  tylko,  że  jego 

„statja”  bardzo  „rugatielna”.  Dalej 

umieściłem  w 

Przeglądzie  Polskim  (zeszyt  wrześniowy  ����) 

obszerny artykuł p. t. 

Cyryl i Metody (mo�o: timeo Danaos et 

dona ferentes), gdzie chodziło mi o wyjaśnienie roboty Meto-

dyuszowej i jej następstw dla słowiańszczyzny. Wobec niemoż-

liwości przeprowadzenia tej rzeczy przez cenzurę, stanąłem do 

Legendy o Cyrylu i Metodym

background image

60

walki i w organie fachowym, ogłaszając w 

Archiv für slavische 

Philologie „�esen zur Cyri�omethodianischen Frage”, które się 

w ���� tomie pojawią: dwanaście tez, omawiających głównie 

tenor  legend,  wykazujących  ich  tendencyjność,  jak  przy  każ-

dej ich wiadomości pytać należy, 

cui bono to wpisano lub wy-

myślono.  Szereg  tych  studyów  kończę  niniejszą  rozprawą,  w 

której nie powtarzałem obszerniej, co w tamtych wywodziłem. 

Nadmienię więc, że wykazywałem w nich obszerniej, co należy 

przypuszczać o misyi morawskiej i czy mogła ją wywołać nie- 

ndała chozarska; co mniemać o słowach cesarza Michała ���, 

poświadczających  czystość  soluńskiej  gwary  słowiańskiej;  co 

o  dy�utacyi  w  Wenecyi  z  trzyjęzycznikami  czyli  Piłatanami 

(nie było jej wcale); co o aprobacie liturgii słowiańskiej przez 

Adryana �� (sfałszowanej); co o Wichingu, który, przeciw zdaniu 

powszechnemu, żadnych listów papieskich nie fałszował, tylko 

stanowiska katolickiego przeciw greckiemu schyzmatyckiemu 

wiernie bronił i zwyciężył, bo zwyciężyć musiał, skoro Święto-

pełk tytułem najmilszego syna stolicy Piotrowej się chlubił; co 

o  twierdzeniu  legendy,  jakoby  Morawianie  wypędzili  księży 

niemieckich; co o klątwie Metodyuszowej i jego ostatecznym 

zerwaniu z Rzymem i wreszcie co o stronniczym i kłamliwym 

wywodzie legendy Klemensowej (greckiej) o sądzie Świętopeł- 

ka nad Metodyanami i o jego charakterze. I staje się widoczną 

niesłychana tendencyjność legend morawskich; jak starannie 

unikają  one  wywołania  wrażenia  o  sile  i  znaczeniu  księży  ła-

cińskich na Morawie: to oskarżają ich o rzeczy niebywałe, to 

osłabiają ich przewagę, jakby ich w Morawie później wcale nie 

było; w przemilczaniu wszystkiego, coby niekorzystne światło 

na braci greckich rzucać mogło, doprowadziły te legendy do 

mistrzowstwa  —  więc  nawet  nie  przyznają  się  do  srogiego, 

nieludzkiego postępowania biskupów niemieckich z Metodym, 

łagodząc grozę jego położenia. Role ich odmienne; mistrzowska 

ręka,  Metodego  sama,  wyznaczała  im  cele:  legenda  włoska 

Rzymian miała u�okoić, Cyrylowa brata zmarłego w aureolę 

ubierała (napisał ją może Metody sam a Gorazdowi polecił jej 

streszczenie i rozszerzenie łacińskie), Metodowa ostatni cień 

nielegalności, nowatorstwa z dzieła obu braci usuwała. Gdym 

Aleksander Brückner

background image

61

dojrzał tę tendencyjność, gdym się rozpatrzył, jak szematycznym 

jest  układ  cały,  ile  tam  nieprawdopodobieństw,  przemilczań 

itd.,  przeprowadziłem  samoistny,  krytyczny  rozbiór  legend  i 

dzieła samego (uprzedził mnie poniekąd rosyanin, Czaadajew, 

przyjaciel  Puszkina,  dochodzący  do  podobnych  wniosków  o 

następstwach dzieła Metodowego dla Rosyi i za to przez rząd 

warjatem ogłoszony — Hercen opowiada o tem śliczności).

Że kierował mną tylko wzgląd na prawdę, zatłumianą do- 

tąd systematycznie; że nie powodowała mną żadna animozya, 

nienawiść  czy  wzgarda,  nie  potrzebuję  zapewniać;  przedsta-

wiłem argumenty; komu one nie w smak, niech mylność ich 

dowiedzie; samymi 

„rugatielstwami” �rawa obronić się nie da. 

Wszystkich wątpliwości własnych nie usunąłem, np. pytałem 

się nawet, czy ów książę, siedzący „w Wiśle”, naigrawający się 

z chrześcian i przymusem na obcej ziemi ochrzczony, nie bę-

dzie  może  Borzywojem  czeskim,  ochrzczonym  na  Morawie 

przez Metodego, jak wiemy z źródła czeskiego (legendy Wa-

cławowej),  �isanego  przez  prawnuka  tegoż  Borzywoja  w  � 

wieku: wyrażeń bowiem legendy (

silen welmi itd.) nie potrzeba 

brać 

à la le�re (podobnie jak jej słów, niby króla Ludwika w 

���  roku:  nie  utrudzajcie  mego  Metodego,  i  tylu  innych) *) 

—  prawda,  że  nasi  badacze  upatrują  w  nim  Małopolanina, 

książęcia Wiślickiego itd., może nawet bardzo słusznie, skoro 

„w Wiśle” na to naprowadzać się zdaje. Wiele innych zagadnień 

jednak  rozwiązałem  szczęśliwiej  —  tak  przynajmniej  sobie 

tuszę,  narażając  się  nawet  na  zarzut  chełpliwości.  Wymagał 

prof.  Łamanskij  krytycznego  rozbioru  legendy  Cyrylowej  — 

dostał  i  Metodową  w  dodatku;  czy  to  odpowie  jego  oczeki-

____________

*) Choć w nocie, zwrócę uwagę na to, jak żywociarz umyślnie plącze wy-

padki r. ���, powrotu Metodowego do Moraw tyczące. Z słów jego możnaby 

wnosić, że po wystąpieniu papieskiem jeszcze się Kocel za Metodym zasta-

wiał, potem dopiero Morawianie papieża o wysłanie Metodego prosili itd. 

Tymczasem to fałsze; papież Metodego nie do Kocela i Panonii, lecz do Mo-

raw i Świętopełka wysyłał, a kierowały nim mniej może jakieś prośby usilne 

Morawian (ich może wcale nie było!!), lecz wzgląd na autorytet papieski, 

srodze  zachwiany,  dotkliwie  skompromitowany  buntem  jawnym  episko-

patu bawarskiego. Żywociarz, niby z pnia na pień skacząc, ślady starannie 

zaciera,  mówi  o  Morawianach,  zamiast  o  papieżu,  bo  mu  tak  wygodniej. 

Legendy o Cyrylu i Metodym

background image

62

waniom, inne pytanie. Praca moja przyczyni się przynajmniej 

do uśmierzenia owych zachwytów na dziełem obu 

„Proswieti-

tielej”  i  „Pierwouczitielej”,  nad  którem  się,  pominąwszy  jego 

stronę czysto filologiczną, bynajmniej zachwycać nie zdołam, 

widząc  wielkie  uszczerbki,  krzywdy  i  szkody,  jakie  ono  Sło-

wiańszczyźnie w końcu wyrządziło.

��

Aleksander Brückner