background image

 
 

Liz Fielding 

 

Róża pustyni 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 
 -  W  samolocie  leciała  z  nami  dziennikarka,  Rose  Fenton.  -  Książę  Hassan  al  Raszid 

usiadł  z  tyłu  limuzyny,  obok  swego  doradcy  Partridge'a.  -  To  zagraniczna  korespondentka 
jednej z informacyjnych sieci telewizyjnych. Dowiedz się, co tutaj robi. 

 - To żadna tajemnica, ekscelencjo. Zamierza wrócić do zdrowia po zapaleniu płuc. To 

wszystko. 

 -  Doprawdy?  -  Hassan  obdarzył  siedzącego  obok  mężczyznę  powątpiewającym 

spojrzeniem.  Partridge  był  młodym  Anglikiem,  nowicjuszem  w  świecie  polityki,  należało 
jednak oczekiwać, że okaże się pojętnym uczniem. 

 - To siostra Tima Fentona - dodał Partridge takim tonem, jakby to wszystko wyjaśniało. 

-  Tim  jest  nowym  naczelnym  weterynarzem  kraju  -  ciągnął,  gdy  zobaczył  zdumione 
spojrzenie księcia. - Uznał, że w ciepłym klimacie siostra szybciej odzyska zdrowie. 

 -  Odkąd  to  pokrewieństwo  z  naczelnym  weterynarzem  upoważnia  dziennikarkę  do 

podróży prywatnym odrzutowcem Abdullaha? - dociekał Hassan. 

 -  Jego  Wysokość  zapewne  doszedł  do  wniosku,  że  pannie  Fenton  po  tak  ciężkiej 

chorobie należy się odrobina komfortu. A ponieważ książę i tak wracał do domu... 

 - Obaj wiemy, że gdyby chodziło o mnie, Abdullah nie wysiałby nawet hulajnogi, a co 

dopiero  ten  latający  pałac.  W  dzisiejszych  czasach  nawet  królowa  Anglii  lata  rejsowym 
samolotem. 

 -  Ale  to  nie  królowa  Anglii  ma  napisać  pochlebny  artykuł  o  Jego  Wysokości  do 

Uczącego się tygodnika politycznego. 

 -  Dziękuję,  Partridge  -  skwitował  cierpko  Hassan.  -  Wiedziałem,  że  tkwi  w  tym  jakiś 

haczyk. 

Rose  Fenton  z  pewnością  będzie  fetowana,  obsypywana  pochlebstwami  przez  regenta. 

Tymczasem  następca  tronu,  młody  książę  Fajsal,  bawił  w  Stanach,  gdzie  studiował 
zarządzanie i nie zdradzał żadnej chęci powrotu do domu. Hassan tuż przed swoim powrotem 
słyszał plotki, że Abdullah dąży do umocnienia swej regencji, a może nawet do zamienienia 
jej w coś bardziej trwałego. 

 - Czy ona zdaje sobie sprawę, czego się od niej oczekuje? - spytał. 
 - Nie sądzę. 
 - A jej brat? Poznałeś go, prawda? 
 - Na przyjęciu w klubie sportowym - wyjaśnił Partridge. 
 -  Tim  Fenton  jest  dobrym  kompasem.  Poprosił  o  urlop,  aby  wyjechać  do  domu,  gdy 

siostrę zabrano do szpitala. Jego Wysokość wystosował do niej osobiste zaproszenie do Ras al 
Hajar na czas rekonwalescencji. 

 -  A  gdy  mój  kuzyn  podejmie  jakąś  decyzję,  tylko  szaleniec  odważyłby  się  mu 

sprzeciwić  -  skomentował  Hassan.  A  właściwie  dlaczego  Rose  Fenton  miałaby  odmówić? 
Abdullah  z  zasady  nie  wpuszczał  dziennikarzy  do  Ras  al  Hajar.  Musiała  odebrać  to 
zaproszenie jak prawdziwy prezent losu. 

 - Nie powinien pan się denerwować - wtrącił Partridge. 
 -  Panna  Fenton  ma  opinię  rzetelnej  dziennikarki.  Jeśli  pański  kuzyn  szuka  kogoś,  kto 

napisałby o nim pochlebny artykuł, wybrał nieodpowiednią osobę. 

 - Czy Timowi Fentonowi podoba się posada naczelnego weterynarza? 
Milczenie  Partridge'a  było  bardzo  wymowne.  Rose  Fenton  od  razu  pojmie,  w  czym 

rzecz.  A  Abdullah  ułatwi  jej  zadanie.  Pochwali  się  swoimi  osiągnięciami,  zawiezie  ją  w 
klimatyzowanej  limuzynie  do  nowego  szpitala,  do  nowego  centrum  handlowego,  po  drodze 
zahaczając o nowy ośrodek sportowy. Pokaże postęp z nierdzewnej stali i zbrojonego betonu. 

Zadba, by była dość zajęta i nie miała czasu na oglądanie niczego, co mogłoby zepsuć 

jej  dobre  wrażenia.  A  przecież  wywiad  z  niechętnym  mediom  regentem  był  smakowitym 
kąskiem dla każdego dziennikarza, nawet tak znakomitego jak Rose Fenton. 

background image

Hassan  nie  podzielał  optymizmu  swego  doradcy.  Nie  miał  dobrego  zdania  o 

dziennikarzach, nawet tak hojnie obdarzonych przez naturę jak urocza Rose Fenton. 

Zmienił front. 
 - Partridge, skoro jesteś tak dobrze poinformowany, może powiesz mi, jakie rozrywki 

przygotował mój kuzyn dla owej damy? 

Nagły rumieniec na twarzy Partridge'a wyraźnie świadczył, jaki efekt wywierała panna 

Fenton na młodych, wrażliwych mężczyznach. 

 - Rejs statkiem wzdłuż wybrzeża, piknik na pustyni, wycieczka po mieście. 
 - Przyjęcie na czerwonym dywanie - zakpił Hassan. - Coś jeszcze? 
 - Oczywiście, jest jeszcze koktajl w ambasadzie brytyjskiej... - Partridge zawahał się. 
 - Mam wrażenie, że najlepsze zostawiłeś na koniec? 
 - Jego Wysokość wyda na jej cześć przyjęcie w pałacu. 
 -  Jakby  przyjmował  głowę  państwa!  -  zdumiał  się  Hassan.  -  Dość  wyczerpujący 

program, jak na kobietę, która dochodzi do siebie po ciężkim zapaleniu płuc, nie sądzisz? 

 - Ona była naprawdę chora, ekscelencjo - zapewnił Partridge. - Zemdlała przed kamerą 

podczas przekazywania relacji z Bałkanów. Widziałem na własne oczy. Po prostu przewróciła 
się...  Z  początku  myślałem,  że  dosięgła  ją  kula  snajpera.  Jak  teraz  wygląda?  -  spytał 
niecierpliwie. - Widział ją pan w samolocie? 

 -  Tylko  przelotnie.  Wyglądała...  -  Hassan  zawahał  się.  Była  chyba  zarumieniona?  Na 

tle podniesionego kołnierza białej bluzki jej twarz wydawała się szczuplejsza niż wtedy, gdy 
widział  ją  po  raz  ostami  na  ekranie  telewizyjnym.  Może  dlatego  jej  ciemne  oczy  sprawiały 
wrażenie ogromnych... 

Ubrana  była  w  purpurowy  sweter,  którego  kolor  powinien  gryźć  się  z  jej  rudymi 

włosami,  ale,  o  dziwo,  efekt  był  porywający.  Podniosła  wzrok  znad  książki  i  spojrzała  na 
niego  z  nieskrywaną  ciekawością.  Było  to  spojrzenie  kobiety  pewnej  siebie,  która  nie  miała 
ochoty na flirt, ale która chętnie przystałaby na męskie towarzystwo podczas długiej podróży. 

Hassana  zainteresowała  obecność  pięknej  kobiety  w  samolocie  kuzyna.  Cóż,  nie  był 

nieczuły na wdzięki niewieście. W pewnej chwili wezwał nawet stewarda, by w jego imieniu 
zaprosił  damę  do  kabiny,  gdzie  zajmował  miejsce.  Ale  w  ciągu  tych  kilku  sekund,  nim 
mężczyzna do niego podszedł, wrócił mu zdrowy rozsądek. 

Rozmowa  z  dziennikarką  nie  była  dobrym  pomysłem.  Nigdy  nie  wiadomo,  co  z  tego 

wyniknie.  W  dodatku  Abdullah,  gdy  tylko  samolot  dotknie  ziemi,  od  razu  dowie  się,  że  ze 
sobą  rozmawiali.  A  zadawanie  się  z  Hassanem  al  Raszidem  nie  było  dobrze  widziane  w 
pałacowych kręgach. Po co stwarzać takie sytuacje? 

Dla wszystkich będzie lepiej, jak Rose Fenton skupi się na swojej książce. 
Zdał sobie sprawę, że Partridge nadal czeka na jego odpowiedź. 
 - Wyglądała wystarczająco dobrze - dokończył lekko poirytowany. 
Rose  Fenton  przystanęła,  wychodząc  z  chłodnego,  klimatyzowanego  holu  lotniska  na 

południowy żar Ras al Hajar. Musiała wziąć głęboki oddech, by nie zemdleć. 

W  Londynie  o  tej  porze  roku  jedynie  kwitnące  narcyzy  zwiastowały  wiosnę.  Rose 

zgodnie  z  zaleceniami  swej  nadopiekuńczej  matki  miała  na  sobie  ciepłą  bieliznę  oraz  gruby 
sweter. 

 - Dobrze się czujesz, Rose? Musisz być zmęczona po podróży. 
 -  Nie  zawracaj  głowy,  Tm.  -  Zdjęła  sweter.  -  Nie  jestem  inwalidką  -  burknęła,  ale 

irytacja  w  jej  głosie  świadczyła,  że  jednak  nie  czuje  się  zbyt  dobrze.  -  Och,  do  licha, 
przepraszam - dodała tonem skruchy. -  Ale mama traktowała mnie przez ostatni miesiąc jak 
dziewiętnastowieczną pensjonarkę umierającą na suchoty. - Uśmiechnęła się figlarnie, biorąc 
brata pod ramię. - Miałam nadzieję, że wreszcie zerwę się ze smyczy. 

 - Muszę przyznać, że nie wyglądasz tak źle - odparł Tim. - Słuchając mamy, zacząłem 

się zastanawiać, czy nie powinienem wypożyczyć wózka inwalidzkiego. 

background image

 - Naprawdę nie będzie konieczny. 
 - Może przynajmniej laseczka? 
 - Jeśli koniecznie chcesz, bym ci przyłożyła. 
 - Widzę, że wracasz do zdrowia - powiedział, śmiejąc się głośno. 
 - Stanęłam przed wyborem: albo szybko wyzdrowieć, albo umrzeć z nudów. Mama nie 

pozwoliła mi czytać niczego bardziej wyczerpującego niż kolorowe magazyny - dodała,  gdy 
Tim prowadził ją do ciemnozielonego range rovera. - A gdy odkryła, że oglądam wiadomości, 
zagroziła  mi  konfiskatą  telewizora.  -  Uśmiechnęła  się  szeroko.  -  Naprawdę,  Tim,  nie  jestem 
zmęczona. Latanie prywatnym samolotem emira ma tyle wspólnego z lataniem samolotem, co 
rolls  royce  z  rowerem.  -  Wciągnęła  w  płuca  ciepłe  powietrze.  -  To  jest  mi  teraz  potrzebne! 
Najpierw porządnie wygrzeję kości, a potem biorę się do dzieła! 

 -  Ostrzegam  cię,  Rose.  Mam  kategoryczne  zalecenia,  by  zabronić  ci  jakiegokolwiek 

wysiłku. 

 -  Psujesz  zabawę!  A  ja  miałam  nadzieję,  że  zostanę  porwana  przez  jakiegoś  księcia 

pustyni  o  orlim  nosie,  dosiadającego  ognistego  rumaka  -  zażartowała,  ale  ponieważ  jej  brat 
wyraźnie  nie  był  zachwycony,  uspokajająco  ścisnęła  go  za  ramię.  -  Tylko  żartuję,  Tim. 
Gordon dał mi na drogę  egzemplarz „Szejka". - Niewątpliwie jej wydawca zażartował. Miał 
dziwne  poczucie  humoru.  A  może  był  to  tylko  pretekst,  by  wręczyć  jej  torbę  z  księgarni,  w 
której  znalazła  też  niezbędne  informacje  na  temat  sytuacji  politycznej  w  Ras  al  Hajar.  -  Nie 
jestem pewna, czy chciał mnie ostrzec, czy raczej zainspirować - dodała, poklepując torbę. 

 - Naprawdę przeczytałaś tę książkę? 
 - To klasyczna powieść dla kobiet. 
 - Mam nadzieję, że potraktowałaś ją jako ostrzeżenie. Otrzymałem od mamy dokładne 

instrukcje.  Jazda  konna  w  żadnym  wypadku  nie  wchodzi  w  grę.  Wolno  ci  leżeć  pod 
parasolem przy basenie, z lekką lekturą w ręku. Pod warunkiem jednak, że nie wejdziesz do 
wody. 

 - Od tygodni wszyscy się nade mną roztkliwiają. Nie zamierzam niczego obiecywać. 
 - Ale nie wejdziesz do wody, prawda? I zdrzemniesz się trochę po południu? Okropnie 

nas wystraszyłaś, mdlejąc w samym środku wieczornych wiadomości - dodał łagodniejszym 
tonem. 

 -  Wybrałam  rzeczywiście  zły  moment  -  przyznała.  -  Mam  tylko  przekazywać 

informacje, a nie sama je tworzyć. - Umilkła na widok czarnej limuzyny z przyciemnionymi 
szybami, która szybko ruszyła z lotniska. 

Po  mężczyznę,  który  nią  odjeżdżał,  emir  wysłał  do  Londynu  samolot,  w  którym  Tim 

załatwił  miejsce  również  dla  niej.  Gdy  wstępował  na  pokład  odrzutowca,  w  nieskazitelnym 
ciemnym  garniturze,  koszuli  w  dyskretne  paski  oraz  jedwabnym  krawacie,  wyglądał  jak 
dyrektor jakiegoś dużego przedsiębiorstwa. 

Ich spojrzenia spotkały się na chwilę, zanim drzwi do jej kabiny z tyłu samolotu zostały 

zamknięte przez usłużną stewardesę. 

A szkoda, bo drapieżna twarz o przenikliwych szarych oczach przykuła jej uwagę. 
Po  wejściu  do  samolotu  książę  Hassan  zatrzymał  się  i  na  chwilę  przed  zamknięciem 

drzwi  utkwił  w  niej  wzrok.  To  spojrzenie  sprawiło,  że  rumieniec  pokrył  jej  policzki  i  miała 
nagłą  ochotę  obciągnąć  do  samych  kostek  swoją  zbyt  krótką,  jak  przez  moment  pomyślała, 
spódnicę.  Poczuła  się  dziwnie  kobieco  i  bezbronnie.  Dla  dwudziestoośmioletniej 
dziennikarki, mającej za sobą jedno małżeństwo, jeden reportaż z linii frontu wojny domowej 
i pół tuzina wywiadów z premierami i prezydentami, było to niemal żenujące. 

W księciu Hassanie nieomylnie rozpoznała niebezpiecznego mężczyznę. 
Czy  również  ona  wywarła  na  nim  tak  piorunujące  wrażenie?  Nie  miała  pojęcia,  gdyż 

wyraz jego twarzy był całkowicie nieodgadniony. 

background image

Pomimo  że  przez  całą  drogę  traktowano  ją  jak  księżniczkę,  nie  była  zadowolona. 

Domyślała  się,  że  książę  Hassan,  chcąc  okazać  szacunek,  musi  ignorować  jej  obecność  na 
pokładzie.  Jednak  jako  dziennikarka  czuła  się  niezmiernie  rozczarowana.  Czuła  również 
zawód jako kobieta, a to dręczyło ją jeszcze bardziej. 

Przecież  książę  uchodził  za  playboya,  który  swoje  bogactwo  pochodzące  z  szybów 

naftowych trwoni na klejnoty i stroje dla pięknych kobiet tego świata. 

Ale  widać  u  siebie  w  domu,  w  Ras  al  Hajar,  wyraźnie  podporządkowywał  się 

konwenansom.  Po  wylądowaniu  wysiadł  pierwszy  i  z  naturalną  gracją  przyjmował  ukłony 
stojących  rzędem  na  pasie  startowym  urzędników  państwowych.  W  samolocie  rozstał  się  z 
eleganckim włoskim garniturem i założył strój pustynnego księcia. Czarnego księcia. 

Lekki wiatr poruszał cienką jak pajęczyna czarną peleryną narzuconą na białe szaty oraz 

czarną  chustą,  przymocowaną  do  głowy  prostym,  pozbawionym  ozdób  rzemieniem.  Rose 
zauważyła, że przyjmował ceremonialne honory z lekkim zniecierpliwieniem. 

Tim, widząc zainteresowanie siostry, wyjaśnił: 
 - Książę Hassan. 
 -  Jaki  książę?  -  spytała,  udając  ignorancję.  Dawno  już  nauczyła  się  w  ten  sposób 

wyciągać od ludzi informacje. 

Niestety, wbrew jej nadziejom, Tim nie podzielił się z nią lokalnymi plotkami. 
 - Nikt interesujący - powiedział oględnie. - Międzynarodowy playboy. 
 - Doprawdy? Po tych wszystkich ukłonach i honorach myślałam, że musi być następny 

w kolejce do tronu. 

 -  Nie  stoi  w  kolejce  do  niczego.  -  Tim  wzruszył  ramionami.  -  Hassana  przyjmują  z 

takimi  honorami,  ponieważ  jego  ojca  dosięgła  kula  przeznaczona  dla  starego  emira. 
Właściwie kilka kul. 

 -  Został  postrzelony?  -  Udawaj  głupią,  Rose.  Udawaj!  Niedowierzające  spojrzenie 

Tima ostrzegło ją, że może 

trochę przesadziła. Zaspokoił jednak jej ciekawość. 
 - Tak, został postrzelony w ramię i w nogę. Ale w zamian za to otrzymał rękę ulubionej 

córki emira i mógł wieść życie jak z bajki. Cóż, żył zbyt krótko, by się nim w pełni nacieszyć. 
Cztery miesiące po ślubie zginął w wypadku samochodowym. 

 - To okropne. - Westchnęła. - Czy to był... przypadkowy wypadek? 
Tim wykrzywił usta w znaczącym uśmiechu. 
 - Bystra z ciebie dziewczyna, Rose. - Wzruszył ramionami. - Możemy tylko zgadywać 

- dodał. 

 - Żył wystarczająco długo, by spłodzić syna - powiedziała. - To sposób na osiągnięcie 

nieśmiertelności. 

Obserwowała,  jak  czarna  limuzyna  opuszcza  lotnisko.  Człowiek  będący  tak  blisko 

tronu,  ale  nie  mogący  doń  aspirować,  w  oczywisty  sposób  budził  jej  zawodowe 
zainteresowanie. Ale ciekawość Rose wobec mężczyzny o szarych oczach wynikała z czegoś 
więcej... 

Znała już przywódców, którzy jednym spojrzeniem stalowych oczu potrafili zapanować 

nad rozwścieczonym tłumem. Oczy, które dziś przykuły jej uwagę, nie były oczami playboya. 

Zdając  sobie  sprawę,  że  Tim  nadal  trzyma  dla  niej  otwarte  drzwi  samochodu, 

uśmiechnęła się lekko. 

 - No cóż, interesują mnie losy ludzkie. Opowiedz mi o księciu... 
 - Ojciec zginął przed jego urodzeniem. Być może dlatego Hassan był tak rozpieszczany 

przez starego emira. Dorastał jako jego faworyt. Zbyt dużo pieniędzy, zbyt mało do roboty - 
rzekł sentencjonalnie. - To po prostu musiało skończyć się kłopotami. 

 - Jakimi kłopotami? 

background image

 - Kobiety, hazard... - Wzruszył ramionami. - Ale czego można oczekiwać? Mężczyzna 

musi coś robić, a jego skutecznie odsunięto od pałacowej polityki. 

 - Dlaczego? - Zbyt szybko zadała to pytanie. Tim musiał się zorientować, że wyciąga z 

niego informacje. 

 - Zostaw to w spokoju, Rose - rzekł stanowczo. - Masz tu odpocząć i dojść do zdrowia, 

a nie polować na sensacje. 

 -  Jeśli  powiesz  mi,  dlaczego  Hassan  al  Raszid  nie  może  uczestniczyć  w  życiu 

politycznym, przestanę się nim zajmować - powiedziała rzeczowo, podczas gdy Tim pomagał 
jej wsiąść do klimatyzowanego samochodu. - Inaczej nie będę się mogła powstrzymać... 

 -  Spróbuj,  proszę  -  zasugerował.  -  Nie  jesteśmy  w  demokratycznym  kraju.  Wścibscy 

dziennikarze nie są tu zbyt mile widziani. 

 -  Nie  jestem  wścibska,  tylko  zainteresowana  -  powiedziała  z  uśmiechem.  Książę 

Hassan naprawdę rozbudził jej ciekawość. Mężczyźni z takimi oczami nie tracili czasu... 

 - Jesteś gościem księcia Abdullaha, Rosie. Jeśli złamiesz zasady, wyślą cię do domu. A 

przy okazji i mnie. Nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy, proszę. 

Od lat Tim nie nazywał jej tym zdrobnieniem. Czyżby chciał teraz przypomnieć, kto tu 

rządzi?  Wzruszyła  więc  ramionami  i  umilkła.  Przynajmniej  chwilowo.  Zresztą  właściwie 
potrafiła sama sobie odpowiedzieć. Ojciec Hassana mógł być bohaterem, ale nie przestał być 
cudzoziemcem, Szkotem, którego los rzucił na pustynię. Czytała o tym w prasie. 

Nie zamierzała jednak dzielić się swymi przypuszczeniami z Timem. 
 - Przepraszam, to tylko zawodowe przyzwyczajenie - powiedziała gładko. - I nuda. 
 -  Postaramy  się,  żebyś  się  nie  nudziła.  Wydaję  małe  przyjęcie,  żeby  przedstawić  cię 

pewnym ludziom, a książę Abdullah na pewno przygotował dla ciebie atrakcyjny program. 

Rose  wysłuchała  relacji  brata  o  planowanych  przyjęciach  i  czekających  ją  atrakcjach, 

nie  poruszając  już  tematu,  który  interesował  ją  najbardziej.  Ostatecznie  na  spotkaniach  i 
przyjęciach  zawsze  krążyło  mnóstwo  plotek.  Przy  odrobinie  szczęścia  dowie  się  czegoś 
więcej o miejscowym playboyu. 

 - Powinienem cię ostrzec, że z podróżą prywatnym samolotem Abdullaha mogą łączyć 

się  pewne  zobowiązania...  -  ciągnął  Tim.  -  Wydaje  mi  się,  że  on  chce  cię  oczarować,  byś 
napisała o nim pochlebny artykuł. 

 -  Cóż,  ma  więc  pecha  -  odparowała  natychmiast,  skreślając  w  myślach  wywiad  z 

Abdullahem, numerem drugim na jej liście. Trudno. Będzie miała więcej czasu, by skupić się 
na księciu Hassanie. W końcu była na wakacjach i należał jej się odpoczynek. - Przyjechałam 
tu odpocząć - dodała. 

 - Od kiedy to odpoczynek przeszkadza ci w pracy? - zażartował Tim. - Nie mogę sobie 

wyobrazić,  że  zrezygnujesz  z  ekskluzywnego  wywiadu  z  władcą  ważnego  strategicznie  i 
zasobnego w ropę emiratu. 

 -  Z  regentem  -  poprawiła  go  Rose.  -  Czy  młody  emir  nie  powinien  wkrótce  wrócić  z 

Ameryki? A może książę Abdullah, który zakosztował już władzy, nie zamierza jej oddać? 

Tim  zmarszczył  brwi,  obrzucając  ją  czujnym  spojrzeniem.  Uśmiechnęła  się  szeroko  i 

położyła mu dłoń na ramieniu. 

 - Nie martw się, będę leżała przy basenie z lekką lekturą w ręku - powiedziała. 
 -  Tak  byłoby  najlepiej.  -  Przełknął  ślinę.  -  Powiem  Jego  Wysokości,  że  jeszcze  jesteś 

zbyt słaba, by uczestniczyć w hucznych przyjęciach. 

 - Co to, to nie! Powiedz mu lepiej... że jestem zbyt słaba, by pracować. 
Choć samochód już dawno się zatrzymał, Hassan nadal siedział pogrążony w myślach. 
 - Będziesz musiał pojechać do Stanów, Partridge. Najwyższy czas, by Fajsal wrócił do 

domu. 

 - Ależ, ekscelencjo... 

background image

 - Wiem, wiem. - Ze zniecierpliwieniem machnął ręką. - Cieszy się wolnością i nie chce 

tu wracać, ale dłużej tego nie może odkładać. 

 - Najlepiej, gdyby pan sam mu to powiedział... 
 - Pewnie tak, ale fakt, że nie mogę teraz opuścić kraju, przemówi do niego wymowniej 

niż cokolwiek innego.  

 - Co miałbym mu powiedzieć? 
 -  Powiedz  mu...  że  jeśli  chce  zachować  tron,  niech  wraca  do  domu,  zanim  Abdullah 

sprzątnie mu władzę sprzed nosa. Trudno wyrazić to jaśniej. 

Wysiadł  z  limuzyny  i  długimi  krokami  podszedł  do  ogromnych  rzeźbionych  drzwi 

stojącej na wybrzeżu wieży strażniczej, którą przerobił na dom. 

 - A panna Fenton? - spytał Partridge, który szedł wolniej, ponieważ opierał się na lasce. 
Hassan przystanął. 
 - Zostaw pannę Fenton mnie - rzekł ostro. 
 - Proszę nie zapominać, że ona była chora - powiedział Partridge z pobladłą twarzą. 
 - Przede wszystkim muszę pamiętać, że jest dziennikarką. - Oczy Hassana pociemniały 

z gniewu, gdy zobaczył niepokój na twarzy młodego Anglika. Szczęściara z tej Rose Fenton! 
Wzbudziła  już  zainteresowanie  bogatego  i  potężnego  Abdullaha  jako  potencjalna  autorka 
peanów na jego cześć, jak również młodego i głupiego chłopaka, któremu w głowie amory... 
Czyż nie był to dobry początek wakacji? 

 - Co zamierza pan zrobić, ekscelencjo? 
 - Zrobić? - Hassan nie był przyzwyczajony, by ktoś pytał o jego zamiary. 
Partridge zachowywał się trochę nerwowo, ale nie był tchórzem. 
 - Z panną Fenton, proszę pana. Hassan roześmiał się krótko. 
 - A myślisz, że co zamierzam z nią zrobić? - Przypomniał sobie książkę, którą trzymała 

w ręce. - Myślisz, że chcę ją porwać i uprowadzić na pustynię? 

 - Nie... - Partridge spłonął rumieńcem. 
 - Mój dziadek pewnie by tak zrobił. 
 -  Pański  dziadek  należał  do  innej  epoki,  ekscelencjo  -  rzekł  Partridge.  -  Pójdę  się 

spakować. 

Pół  godziny  później  Hasan  wręczył  Partridge'owi  list,  który  napisał  do  swego 

młodszego  przyrodniego  brata,  i  odprowadził  go  do  dżipa.  Na  dziedzińcu  pełno  było 
jeźdźców z jastrzębiami na ramieniu oraz długonogich perskich chartów o jedwabistej sierści. 

 - Wybiera się pan na polowanie? - Partridge zmrużył lekko oczy. 
 - Chcę zapomnieć o londyńskiej wilgoci i napełnić płuca czystym, suchym powietrzem 

pustyni. - Przyszło mu zarazem do  głowy, że jeśli Abdullah planuje zamach stanu, lepiej na 
razie usunąć się w cień. - Zadzwonię do ciebie jutro. 

 -  Jak  tu  pięknie,  Tim.  -  Willa  leżała  poza  miastem,  znajdowała  się  na  wzgórzu,  skąd 

rozciągał  się  widok  na  dzikie  i  postrzępione  wybrzeże  nieopodal  królewskich  stajni.  Mimo 
tytułu  naczelnego  weterynarza  kraju  głównym  zadaniem  Tima  była  opieka  nad  książęcą 
stadniną. Poniżej domu rósł palmowy gaj, wokół kwitły oleandry i fruwały jaskrawe ptaki. - 
Spodziewałam się pustyni, piaszczystych wydm... 

 - To wyobrażenia rodem z Hollywood. - Gdy zbliżyli się do domu, drzwi otworzyły się 

i służący Tima powitał ich głębokim ukłonem. - Rose, to jest Khalil. Gotuje, sprząta, zajmuje 
się domem, co pozwala mi skoncentrować się jedynie na pracy. 

Młody człowiek uśmiechnął się nieśmiało. 
 -  O  Boże,  Tim!  -  Rose  westchnęła  z  podziwu,  omiatając  wzrokiem  wytworne  stare 

dywany  rozłożone  na  drewnianych,  błyszczących  podłogach  i  mały  basen  znajdujący  się  w 
otoczonym  murem  ogrodzie.  -  Trochę  tu  inaczej  niż  w  twoim  domku  w  Newmarket, 
nieprawdaż? 

 - Poczekaj; aż zobaczysz stajnie! 

background image

 -  W  porządku.  -  Uśmiechnęła  się,  widząc  jego  entuzjazm.  -  Później  mi  wszystko 

pokażesz, ale teraz chciałabym wziąć prysznic. - Odgarnęła włosy z karku. - Muszę przebrać 
się w coś lżejszego. 

 -  Och,  racja.  Rozgość  się  i  odpocznij.  -  Zaprowadził  ją  do  dużego  apartamentu.  - 

Będzie mnóstwo czasu, byś mogła wszystko zwiedzić. 

Zatrzymała  się  na  progu.  Na  stolikach,  komodach,  na  każdym  wolnym  miejscu  stały 

kosze róż. 

 -  Skąd,  na  Boga,  to  wszystko  się  wzięło?  -  spytała  zaskoczoną  szukając  wzrokiem 

wizytówki. 

 - Książę Abdullah przysłał je dziś rano, byś czuła się jak w domu. 
 - Czyżby sądził, że mieszkam w kwiaciarni? 
 -  Wiesz,  tutaj  wszystko  robi  się  z  większym  gestem.  -  Tim  skrzywił  się  lekko 

zażenowany. Zerknął z niepokojem na zegarek. - Och, Rose, muszę cię już zostawić. Jedna z 
moich podopiecznych ma się oźrebić. 

 - Doskonale sobie poradzę. 
 - Jesteś pewna? Jeśli byłbym potrzebny... 
 - Zarżę cicho i radośnie. Tim roześmiał się głośno. 
 - Na pewno wkrótce zauważysz, jak doskonałe działają tu telefony. 
Gdy została sama, zajęła się różami. Były przepiękne, kremowo  - białe.  Powstrzymała 

chęć, by je policzyć. Zamiast tego opuszkami palców pogłaskała płatki rozchylonego pąka. 

Myśli  Rose  powędrowały  z  powrotem  do  księcia  Hassana  al  Raszida,  osławionego 

playboya. 

Książę  Abdullah  ofiarował  jej  miejsce  w  swoim  prywatnym  samolocie  i  obsypał  ją 

różami, ale to na Hassanie skupiła się jej uwaga. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 
 - Co to znaczy, że nie możesz go odnaleźć? - Hassan ledwie powstrzymywał gniew. - 

Ma przecież ochroniarzy, którzy pilnują go w dzień i w noc! 

 - Wymknął się im. - Głos Partridge'a odbił się słabym echem na łączach satelitarnych. - 

Najwyraźniej w grę wchodzi kobieta. 

Oczywiście, znowu dziewczyna! Do diabła z tym chłopakiem! A tych dwóch tępaków, 

którzy mieli go pilnować, powinno się... 

Ale Hassan dobrze pamiętał, jak to jest, gdy ma się niewiele ponad dwadzieścia parę lat, 

a każdy twój krok śledzą czyjeś czujne oczy. 

 - Znajdź go, Partridge! - zażądał. - Znajdź i sprowadź do domu. Powiedz mu, że czas 

nagli. 

 -  Zrobię  wszystko,  co  konieczne,  ekscelencjo.  Hassanowi,  który  stał  u  wejścia  do 

namiotu, długo dźwięczały w uszach słowa Partridge'a. Jego umierający dziadek użył takich 
samych  słów,  gdy  ustanawiał  młodszego  wnuka,  Fajsala,  swoim  następcą,  a  swego  bratanka 
Abdullaha  -  regentem.  Hassan  czuł  się  wówczas  pokrzywdzony  i  zły,  że  go  pominięto.  Nie 
chciał zrozumieć sytuacji i zachowywał się jak idiota. 

Gdy  wydoroślał  i  zmądrzał,  zrozumiał,  że  ten,  kto  chce  rządzić,  musi  zapomnieć  o 

własnych pragnieniach i marzeniach. Tak to już jest. 

Za  kilka  tygodni  Fajsal  skończy  dwadzieścia  pięć  lat,  już  pora,  by  przypomnieć  mu  tę 

starą prawdę. 

Na razie należało pomieszać szyki Abdullahowi. Wuj doceniał siłę mediów i na pewno 

nie zaprzepaści szansy, jaką stwarzała obecność Rose Fenton w jego pałacu. 

Przygotował już dla dziennikarki program wizyty godny koronowanej głowy. Ciekawe, 

czy  młoda  kobieta  oprze  się  prezentom,  złotu  i  perłom,  którymi  będzie  obsypywana.  Na 
wszelki  wypadek  Abdullah  miał  w  zanadrzu  plan  awaryjny  -  jeśli  pieniądze  nie  poskutkują, 
na pewno posłuży się bratem dziennikarki... 

Hassan  doszedł  do  wniosku,  że  najlepiej  będzie  odsunąć  Rose  Fenton  od  tych 

politycznych  rozgrywek,  a  przy  okazji  przysporzyć  Abdullahowi  kłopotów,  które  na  jakiś 
czas oderwą go od knowań wokół tronu Fajsala. 

 - Wyścigi konne? - Rose wzięła do ręki grzankę. Minęło sześć lat od czasu, gdy była po 

raz ostatni na torze wyścigowym. - W nocy? 

 -  Przy  świetle  jupiterów.  Wtedy  jest  chłodniej  -  dodał  Tim  z  szerokim  uśmiechem.  - 

Będą również wyścigi wielbłądów. Chyba nie chcesz zrezygnować z takiej atrakcji? 

Udawała, że się zastanawia. 
 - Nie, dziękuję - powiedziała w końcu. 
Przez chwilę myślała, że Tim zamierza coś powiedzieć, wygłosić mowę w stylu „wiesz 

przecież, że minęło już sześć lat", ale on tylko wzruszył ramionami. 

 - Oczywiście, to twój wybór. - Nawet jeśli rozczarowała go jej decyzja, nie okazał tego. 

- Ja muszę tam się pokazać z oczywistych względów, ale potem po ciebie przyjadę. 

Podniosła wzrok znad grzanki posmarowanej masłem. 
 - Przyjedziesz po mnie? 
Tim wskazał opartą o słoik z marmoladą białą kopertę. 
 - Po wyścigach odbędzie się kolacja, na którą zostaliśmy zaproszeni. 
 - Znowu? - zdumiała się. - Przez kogo? 
 - Przez Simona Partridge'a. 
 - Poznałam go? - spytała, wyjmując z koperty pojedynczą kartkę papieru. Zaproszenie 

utrzymane było w bardzo formalnym stylu. 

 - Nie, on jest doradcą księcia Hassana. 

background image

Rose nagle się ożywiła. Nie widziała księcia od czasu podróży samolotem. Rozglądała 

się  za  nim,  nasłuchiwała  czy  ktoś  o  nim  nie  wspomni,  ale  wydawało  się,  że  zniknął  z 
powierzchni ziemi. 

 - Spodoba ci się -  ciągnął swobodnie Tim. - Bardzo chciał cię poznać, ale wyjechał z 

miasta. 

 - Naprawdę? - Roześmiała się głośno, trochę nerwowo. - Powiedz mi, Tim, dokąd to w 

Ras al Hajar można wyjechać z miasta? 

 - Donikąd. O to właśnie chodzi. Każdy chce czasami pozostawić cywilizację za sobą. 
 - Już to przerabiałam. - Podczas ostatnich kilku lat bywała w wielu niecywilizowanych 

miejscach. W bardzo wielu. - To jest przereklamowane. 

 -  Pustynia  jest  inna.  Człowiek  pokroju  Hassana  zwykle  zaraz  po  powrocie  do  domu 

wyrusza na polowanie. A jego doradca jedzie z nim. 

 -  Rozumiem.  -  Przede  wszystkim  zrozumiała,  że  skoro  Simon  Partridge  wrócił  do 

miasta,  wrócił  również  książę  Hassan.  -  Opowiedz  mi  o  tym  Partridge'u.  Dlaczego  książę 
Hassan ma angielskiego doradcę? 

 - Jego dziadek też miał angielskiego doradcę. Historia lubi się powtarzać. 
 - Doprawdy? 
 -  Ojciec  Hassana  był  Szkotem  -  wyjaśnił  Tim,  marszcząc  brwi.  -  Nie  mówiłem  ci  o 

tym? 

 - Nie mówiłeś. A to sporo wyjaśnia. Tim wzruszył ramionami. 
 - Uważa, że może polegać na Partridge'u. 
 -  A  gdyby  ktoś  dybał  na  jego  życie,  Partridge  nastawiłby  za  niego  karku?  A  co 

Partridge z tego ma? 

 -  Dobrą  posadę.  On  nie  jest  ochroniarzem  Hassana.  Służył  w  armii,  ale  jego  gazik 

wjechał  na  minę.  Partridge  został  kaleką.  Pułkownik,  który  był  jego  dowódcą,  chodził  z 
Hassanem do szkoły. 

 - Do Eton - podpowiedziała automatycznie. 
 -  Oczywiście.  Partridge  również  skończył  Eton.  -  Tim  był  wyraźnie  zadowolony,  że 

zdołał  zainteresować  siostrę  swoim  nieobecnym  przyjacielem.  -  A  więc,  co  mam 
odpowiedzieć? - Tim wziął do ręki zaproszenie. 

To było oczywiste. Rose nie zamierzała stracić szansy poznania doradcy Hassana. 
 - Powiedz mu, że panna Fenton przyjęła zaproszenie z radością - oznajmiła. 
 -  Wspaniale.  -  Zadzwonił  telefon  i  Tim  podniósł  słuchawkę.  -  Zaraz  tam  będę  - 

powiedział,  a  potem  zwrócił  się  do  Rose:  -  Numer  telefonu  Simona  jest  na  kopercie. 
Zadzwonisz do niego? 

 - Nie ma problemu. - Od razu podniosła słuchawkę i wykręciła numer. - Pan Partridge? 

- spytała, gdy usłyszała męski głos. - Simon Partridge? 

Nastąpiła krótka przerwa. 
 - Panna Rose Fenton, jak przypuszczam. 
 - Tak. - Roześmiała się. - Skąd pan wiedział? 
 - A gdybym powiedział pani, że jestem medium? 
 - Nie uwierzyłabym. 
 - I słusznie. Pani głosu nie można pomylić z innym, panno Fenton. 
 - Tim spieszył się do stajni, poprosił więc, bym sama zadzwoniła i powiedziała panu, 

ż

e z przyjemnością przyjdziemy na kolację. 

 - Cała przyjemność po mojej stronie. 
Jego  oficjalny  ton  brzmiał  dziwnie...  cudzoziemsko.  Zastanawiała  się,  jak  długo 

przebywał w Ras al Hajar. Wydawało jej się, że od niedawna. Ale może się myliła. 

 - Tim musi najpierw być na wyścigach... - dodała po chwili. 

background image

 -  Oczywiście.  Wszyscy  tu  chodzą  na  wyścigi,  panno  Fenton.  Pani  również  przyjdzie, 

nieprawdaż? Musi pani przyjść. 

 -  Tak  -  powiedziała,  nagle  zmieniając  zdanie.  Doszła  do  wniosku,  że  rzeczywiście 

musi. Skoro wszyscy tam będą, będzie również Hassan. - Nie mogę się doczekać. - I było to 
prawdą. 

 - Do zobaczenia wieczorem, panno Fenton. 
 -  Do  zobaczenia,  panie  Partridge  -  odpowiedziała.  Odkładając  słuchawkę,  poczuła,  że 

brak jej tchu. 

Hassan wyłączył telefon komórkowy, kupiony dziś rano na bazarze i zarejestrowany na 

fikcyjne  nazwisko,  po  czym  rzucił  go  na  dywan.  Przez  otwarte  poły  ogromnego  czarnego 
namiotu  widział  gęsty  gaj  palmowy  nawadniany  przez  małe  strumyki  spływające  z 
niedostępnych gór na granicy. Wiosną był tu prawdziwy raj na ziemi. Podejrzewał jednak, że 
Rose Fenton może mieć na ten temat odmienne zdanie. 

 -  Wracaj  szybko  do  domu,  Fajsal  -  mruknął  pod  nosem.  Lezący  u  jego  stóp  chart 

myśliwski wstał i potarł jedwabistym łbem o rękę swego pana. 

Rose  była  niezadowolona  z  powodu  skromnego  zestawu  garderoby,  który  ze  sobą 

przywiozła.  Na  koktajlu  w  ambasadzie  czuła  się  jak  szara  myszka.  Łudziła  się,  że  będzie 
wyglądać  skromnie,  lecz  elegancko  w  swojej  małej  czarnej.  Jednak  wszystkie  zaproszone 
kobiety  skorzystały  z  okazji,  by  zaprezentować  ostatnie  kreacje  wielkich  krawców,  przy 
których jej sukienka wyglądała jak ciuszek z przeceny. Niestety... 

Nie miała również nic odpowiedniego na wieczorne wyścigi ani na późniejszą kolację. 

Chyba że... 

Ostatecznie  pokonała  wewnętrzne  opory  i  postanowiła  włożyć  shalwar  kameez,  strój, 

który dostała podczas wizyty w Pakistanie. 

Spodnie uszyte były z ciężkiego, surowego jedwabiu w ciemnozielonym kolorze, tunika 

miała  jaśniejszy  odcień,  zaś  ręcznie  haftowany  szal  był  jeszcze  jaśniejszy.  Szkoda,  że  nie 
założyła tej kreacji do ambasady... 

 - No, no! - Reakcja Tima była wymowna. Zazwyczaj nie zauważał, w co była ubrana. - 

Wyglądasz oszałamiająco. 

 - Zaczynam się obawiać, że wszyscy inni będą ubrani w dżinsy - zażartowała. 
 - Jakie to ma znaczenie? Naprawdę zwalisz Simona z nóg. 
 - Nie jestem pewna, czy zależy mi na takim efekcie. 
 - Gdy zobaczy cię w tym stroju, na pewno zechce cię lepiej poznać. - Tim zerknął na 

zegarek. - Pospieszmy się. Zabrałaś wszystko? 

 -  Chusteczka,  apaszka,  dziesięć  pensów  na  telefon  -  odparła  poważnie.  Ale  nie 

wspomniała o telefonie komórkowym, magnetofonie, notesie i długopisie. Nie powiedziała o 
tym, by nie wprawiać Tima w zakłopotanie. 

Tim roześmiał się swobodnie, biorąc ją pod ramię i prowadząc do range rovera. 
 - Daleko jedziemy? - spytała, gdy włączył silnik. 
 -  Tuż  za  wzgórzami  znajduje  się  płaska  równina,  doskonała  do  urządzania  wyścigów. 

Och, przepraszam... -  Zmarszczył brwi, gdy samochód wpadł w dziurę. - Z miasta prowadzi 
autostrada, ale tędy jest znacznie krócej. 

 -  Jedziesz  z  dziennikarką,  która  była  na  froncie.  Kilka  dziur  nie  zrobi  różnicy...  Och, 

uważaj! 

Biały  koń  bez  jeźdźca  zeskoczył  z  wysokiego  nasypu  i  z  rozwianą  grzywą  wylądował 

tuż  przed  maską  ich  samochodu.  Aby  uniknąć  zderzenia,  Tim  ostro  skręcił  kierownicę,  wóz 
zjechał na bok i podskakując, potoczył się po żwirowym podłożu. 

 - To koń Abdullaha - powiedział Tim, gdy odzyskał kontrolę nad pojazdem. - Ktoś tu 

będzie  mieć  kłopoty...  -  Zatrzymał  się  i  z  rozmachem  otworzył  drzwi.  -  Przepraszam,  ale 

background image

muszę  go  złapać!  -  krzyknął,  biegnąc  do  bagażnika  po  linę.  -  Zadzwoń  z  telefonu  w 
samochodzie do stajni. Poproś, aby wysłali przyczepę do transportu koni. 

 - Ale dokąd? 
 - Powiedz, że jesteśmy między naszym domem a stajniami, znajdą nas. 
Nacisnęła włącznik, ale światło w samochodzie się nie zapaliło. Wzruszyła ramionami i 

podniosła słuchawkę. Nie było sygnału. Wspaniale! Wyjęła z torebki komórkę, którą dostała 
wraz z książką i wycinkami prasowymi od Gordona. Był to mały aparat, bardzo nowoczesny i 
wszechstronny,  ale  nie  znała  go  na  tyle,  by  posłużyć  się  nim  w  ciemności.  Wysiadła  z 
samochodu,  by  wybrać  numer  przy  świetle  reflektorów,  ale  gdy  tylko  jej  stopy  dotknęły 
ziemi, reflektory zgasły. 

W oddali słyszała głos Tima, który uspokajał zdenerwowanego konia. 
Panowała niezwykła cisza i ciemność. Księżyc był niewidoczny, tylko gwiazdy świeciły 

jasno, srebrząc piasek. 

Z ciemności wypadł jakiś cień. 
 - Tim? - zawołała. 
To nie był jej brat Zanim się odwróciła, wiedziała, że to nie on. Tim pachniał delikatnie 

wodą po goleniu i miał na sobie jasny żakiet. Ten mężczyzna nie pachniał znajomo, a ubrany 
był od stóp do głów w czarny burnus. 

To był Hassan. 
Mimo  przypływu  strachu,  który  przygwoździł  ją  do  miejsca,  mimo  szaleńczego  bicia 

serca,  rozpoznała  go.  Nie  był  to  jednak  wytworny  dżentelmen  wchodzący  na  pokład 
prywatnego odrzutowca, nie był to książę - playboy. 

Jakiś  instynkt  ostrzegł  ją,  że  mężczyzna  o  szarych  oczach  -  dziś  niebezpiecznych  i 

władczych - nie przybył jej na ratunek. 

Nim zdążyła rzucić się do ucieczki, nim zdołała nawet o tym pomyśleć i krzyknąć, by 

ostrzec Tima, Hassan dłonią zatkał jej usta, a potem objął drugą  ręką i mocno przycisnął do 
siebie. Tak mocno, że rzeźbiony sztylet wiszący mu u pasa dźgał ją w żebra. 

Rose  skończyła  kiedyś  kurs  samoobrony,  ale  jej  dzisiejszy  przeciwnik  jak  widać  znał 

wszystkie  chwyty.  Łokcie  miała  sztywno  unieruchomione,  stopy  wisiały  kilka  centymetrów 
nad ziemią. Opór zresztą na niewiele by się zdał. Gdyby nawet zdołała się uwolnić, co wtedy? 
Nie miała dokąd uciekać, a Hassan na pewno nie był sam. 

Mimo wszystko walczyła jak lwica. 
Hassan wzmocnił uścisk i po prostu czekał, aż Rose się uspokoi. 
Gdy w końcu opadła z sił i przestała się wyrywać, usłyszała jego głos: 
 - Proszę nie krzyczeć, panno Fenton - powiedział bardzo cicho. - Nie chciałbym robić 

krzywdy pani bratu. 

Wiedział  więc,  kim  była.  Minęło  kilka  dni,  odkąd  wymienili  przelotne  spojrzenia  w 

samolocie, ale ten głos - ten głos słyszała całkiem niedawno. 

Mężczyzna, z którym rozmawiała przez telefon, nie był Simonem Partridge'em! To był 

Hassan. O dziwo, wcale jej to nie zaskoczyło. 

Czego  chciał?  To,  że  w  wolnej  chwili  przeczytała  kilka  rozdziałów  „Szejka",  nie 

oznaczało  jeszcze,  że  marzy  o  takich  sytuacjach.  Oczywiście  nawet  przez  myśl  jej  nie 
przeszło, że książę Hassan chce ją uprowadzić na pustynię, ponieważ wpadła mu w oko. Była 
dziennikarką  odporną  na  takie  fantazje.  Po  co  zresztą  miałby  zadawać  sobie  tyle  trudu?  Na 
jedno skinienie mógł mieć każdą kobietę, której zapragnął. Nie musiał używać przemocy. 

 - A więc? 
Czyżby proponował jej wybór? Raczej nie. Skinęła głową, obiecując, że będzie cicho. 
 - Dziękuję. - Ta formalna uprzejmość była śmieszna. Ale, jakby chcąc udowodnić, że 

jest dżentelmenem, natychmiast zdjął rękę z jej ust, postawił ją na ziemi i przestał tak mocno 
ś

ciskać. 

background image

 -  Gdzie  jest  Tim?  -  spytała  natychmiast.  -  Co  się  z  nim  stało?  -  Głos  jej  zadudnił  w 

pustynnej ciszy. 

 - Nic. Nadal ściga ulubionego ogiera Abdullaha. - Oczy mu zalśniły. - Przypuszczam, 

ż

e zajmie mu to trochę czasu. Tędy, panno Fenton. 

Rose, której oczy szybko przyzwyczaiły się do ciemności, zobaczyła nieopodal wyraźny 

kształt land rovera. Podobnych wozów używano w wojsku. 

Dziennikarski instynkt wziął górę nad strachem. 
 - Chyba żartujesz? - powiedziała i stanęła jak wryta. 
 - Żartuję? - Zdawał się nie rozumieć. Podniósł głowę i popatrzył gdzieś przed siebie. 
Księżyc  wyszedł  zza  chmur.  Gdy  Rose  odwróciła  głowę,  w  oddali  ujrzała  sylwetkę 

brata.  Udało  mu  się  schwytać  ogiera  na  arkan  i  teraz  prowadził  go  spokojnie  w  kierunku 
swego samochodu. 

Hassan nie docenił zdolności jej brata. 
 - Nie mam czasu na kłótnie - szepnął złowieszczo. 
Nie  zamierzała  narażać  Tima  na  kłopoty,  wciągnęła  jednak  w  płuca  powietrze,  by 

krzyknąć,  ale  głos  uwiązł  jej  w  gardle.  Ogarnęła  ją  czerń  ciemniejsza  od  nocy.  Została 
omotana jakimś miękkim kocem, zamieniona w tobołek i zarzucona na ramię. 

Zbyt późno zdała sobie sprawę, że powinna wrzeszczeć, gdy jeszcze miała szansę. 
Zaczęła z furią kopać, by wyzwolić głowę, ale nie krzyczała, wiedząc, że głos jej, nawet 

najbardziej  rozpaczliwy,  nie  przeniknie  przez  warstwy  grubego  materiału.  Te  wysiłki  nie 
przynosiły żadnego rezultatu. Gdyby choć mogła wyswobodzić ręce. 

W  tym  momencie  zdała  sobie  sprawę,  że  nadal  ściska  w  dłoni  mały  telefon 

Uśmiechnęła się w duchu. Telefon! Zaraz zadzwoni do agencji. 

Po chwili została bezceremonialnie rzucona na podłogę samochodu. Nawet przez gruby 

materiał  docierał  do  niej  odgłos  silnika  i  czuła  zapach  oleju  napędowego.  Ropa?  A  gdzie 
konie? Gdzie romantyczna przygoda? 

Powinna  teraz,  tak  jak  czytała  w  książce,  pędzić  na  koniu  przez  pustynię,  przyciśnięta 

do twardego ciała porywacza i rozpaczliwie walczyć o swój honor. 

Niemal  się  roześmiała.  Czasy  i  obyczaje  naprawdę  uległy  zmianie.  Honor  był  ostatnią 

rzeczą,  która  przychodziła  jej  do  głowy.  Została  porwana,  a  jedyne,  o  czym  teraz  mogła 
myśleć, było napisanie artykułu. 

Zaledwie  trzy  dni  temu  żartowała  sobie  z  porwania  przez  jakiegoś  księcia  pustyni.  Co 

za głupi żart! To wcale nie było zabawne. 

Została mocno rzucona na podłogę land rovera, ale jej prześladowca, jakby przewidując 

siłę uderzenia, przekręcił się tak, że Rose wylądowała na nim. 

Byłoby rozsądniej, gdyby przestała walczyć, a zaczęła myśleć logicznie nad celem tego 

porwania.  Łatwiej  by  jej  się  myślało,  gdyby  nie  brakowało  jej  powietrza,  gdyby  nie 
obejmował jej tak mocno ramionami. 

Powinna  się  bać.  Biedny  Tim  oszaleje  z  niepokoju.  Tak  samo  matka.  Zawsze  ją 

ostrzegała, że należy być przygotowaną na każde niebezpieczeństwo. Chyba po raz pierwszy 
w  życiu  naprawdę  mogła  zrobić  użytek  z  agrafki,  wbijając  ją  mocno  w  twarde  udo  Jego 
Wysokości! 

Niestety,  torebka,  w  której  znajdowała  się  agrafka,  leżała  sobie  na  podłodze  range 

rovera, razem z czystą chusteczką i dziesięciopensówką na telefon. Ale czy jej matka wzięła 
pod uwagę fakt, że na pustyni nie ma publicznych telefonów? 

Gdy  Pam  Fenton  dowie  się  o  zaginięciu  córki,  na  pewno  wyda  o  wiele  więcej  na 

telefony do ministerstwa spraw zagranicznych, zatruwając życie wszystkim urzędnikom. 

Oczywiście  jeśli  dowie  się,  że  córka  została  porwana.  Rose  miała  przeczucie,  że  jej 

zniknięcie  będzie  skrzętnie  ukrywane  przed  prasą  tak  długo,  jak  tylko  się  da.  Abdullah 
przekona Tima, że od tego zależy jej bezpieczeństwo. Również ambasada powstrzyma się od 

background image

zbyt  gwałtownych  kroków.  Dobrze  więc,  że  miała  ze  sobą  telefon.  Gordon  nigdy  by  jej  nie 
wybaczył, gdyby w takiej sytuacji nie zrobiła z niego użytku. 

O  Boże,  co  się  z  nią  działo!  Nie  bała  się,  nie  planowała  ucieczki.  I  nie  krzyczała,  gdy 

jeszcze mogła to zrobić... 

Nawet  teraz  leżała  spokojnie  i  nie  zrobiła  nic,  by  utrudnić  zadanie  napastnikowi.  A 

wszystko dlatego, że zżerała ją ciekawość. 

Czego od niej chciał? 
Na pewno nie chodziło mu o miłą pogawędkę. Przecież mógł zapukać do jej drzwi, ona 

zaś z przyjemnością poczęstowałaby  go herbatą i ciasteczkami. Takie zwyczaje panowały w 
Chelsea. Być może w Ras al Hajar obowiązywały inne zasady. 

A  może  w  grę  wchodziło  coś  zupełnie  innego...  Pomyśl,  Rose!  Pomyśl...  Jaki  powód 

mógł mieć Hassan al Raszid, by cię porywać? Jaki powód mógł mieć ktokolwiek? 

Okup?  To  śmieszne!  Seks?  Gdy  o  tym  pomyślała,  poczuła  miły  dreszczyk  emocji,  ale 

szybko odrzuciła i tę hipotezę jako niedorzeczną. 

A  może  powód  był  polityczny?  Kuzynowi  Hassana,  Abdullahowi,  z  pewnością  nie 

posłuży rozgłos, który wywoła zniknięcie dziennikarki. Plotki w prasie, nagłówki... 

Nagłe doznała olśnienia. To nie był żart. Hassan pragnął, by o Ras al Hajar zrobiło się 

głośno. W ten sposób chciał zaszkodzić Abdullahowi. 

Ogarnęła ją wściekłość. 
Poczuła  się  dotknięta.  Może  nie  była  gwiazdą  filmową,  ale  też  niczego  jej  nie 

brakowało.  A  włosy...  Niezwykły  odcień,  ni  to  rade,  ni  kasztanowe...  W  połączeniu  z 
brązowymi oczami wyglądały naprawdę oryginalnie. A nos... Och, do diabła z tą wyliczanką! 

Wbiła  kolana  w  jakąś  niezidentyfikowaną  część  ciała  swego  dręczyciela  i  zaczęła  się 

wyrywać.  Hassan  poluzował  uścisk.  Złapał  ją  za  ramiona  i  znów  przygwoździł  do  ziemi, 
jednak udało jej się wyplątać głowę z koca. 

Była  całkowicie  bezbronna,  na  łasce  mężczyzny,  którego  w  ogóle  nie  znała.  Powinna 

coś powiedzieć. I to szybko. 

 -  Czy  na  wszystkie  kobiety,  które  Wasza  Wysokość  zaprasza  na  kolację,  czekają 

równie emocjonujące atrakcje? 

 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 
 - Na kolację? - powtórzył Hassan. 
 - To z panem rozmawiałam dziś rano, prawda? - spytała, zdmuchując z nosa zabłąkany 

kosmyk włosów. - Czy Partridge wie, że podszył się pan pod niego? 

 - Ach. 
 -  Ach?  A  więc  tak?  Czy  kolacja  została  odwołana?  Ostrzegam,  że  nie  odpowiada  mi 

ż

ycie o chlebie i wodzie. 

 -  Kolacja  czeka  na  panią,  panno  Fenton.  Obawiam  się  jednak,  że  będzie  pani  musiała 

zrezygnować z towarzystwa Partridge'a. Chwilowo przebywa poza krajem. Rzeczywiście nie 
ma pojęcia, że posłużyłem się jego nazwiskiem. W gruncie rzeczy w ogóle nie ma pojęcia o 
całej sprawie. 

A  zatem  gdy  policja  sprawdzi  numer  telefonu  widoczny  na  zaproszeniu,  okaże  się,  że 

prowadzi on donikąd. 

 -  Mam  nadzieję,  że  Partridge  powie  panu  kilka  słów  prawdy,  gdy  się  o  tym  dowie  - 

odezwała się po chwili. 

 - Może pani być pewna. 
 -  Nie  musiał  mnie  pan  tak  mocno  krępować.  -  Zakaszlała.  -  Ostatnio  nie  czułam  się 

dobrze. 

 -  Wiem  -  rzekł  krótko.  -  Jednak  wygląda  na  to,  szybko  wraca  pani  do  zdrowia. 

Osobiście uważam, że te koktajle i przyjęcia są dla pani zbyt forsowne. 

 - Ach, rozumiem! - zakpiła. - Porywając mnie, wyświadczył mi pan przysługę. 
 - To jest myśl. - Hassan zmrużył oczy w uśmiechu. - Obawiam się, że mój kuzyn myśli 

wyłącznie o własnych przyjemnościach. 

 -  I  moich.  Tak  mi  powiedział.  -  Nie  była  jednak  przekonana.  Księciu  Abdullahowi 

zależało  raczej  na  pozytywnym  wizerunku  jego  kraju.  Nie  bez  powodu  obwożono  ją  po 
mieście limuzyną z przyciemnionymi szybami. Pewnego dnia zamierzała włożyć czarny strój 
na wzór tutejszych kobiet i sama dokładnie się rozejrzeć po okolicy. 

 - Nocny wypad na wyścigi - ciągnął Hassan - mógłby spowodować nawrót choroby. 
Nie  wspomniała,  że  dopóki  nie  porozmawiała  z  niejakim  Partridge'em,  nie  zamierzała 

się tam pojawić. 

 - Pańska troska jest naprawdę wzruszająca - skomentowała z sarkazmem. 
 -  Skoro  przyjechała  pani  do  Ras  al  Hajar,  aby  odpocząć  i  nabrać  sił,  z  przyjemnością 

dopilnuję, aby tak się stało. 

Z przyjemnością? Nie spodobał jej się ton, jakim wypowiedział te słowa. 
 -  Książę  Hassan  al  Raszid  -  gospodarz  doskonały  -  po  raz  kolejny  pozwoliła  sobie  na 

sarkazm. 

 - Zrobię, co w mojej mocy. - Zignorował jej ironię. - Przyjechała pani do mojego kraju 

na wakacje, dla przyjemności. Może nawet po to, by przeżyć mały romans, sądząc po książce, 
którą pani czytała w samolocie. 

 - Szejk przynajmniej miał fantazję. 
 - Fantazję? 
 - Land rover nie przypomina ogiera. Czarnego jak noc, o ognistym temperamencie... - 

zacytowała niemal dosłownie. - To najbardziej popularny środek transportu przy porwaniach 
na pustym. Muszę wyznać, że czuję się trochę rozczarowana. 

 - Naprawdę? - Zrobił zaskoczoną minę. - Niestety, cel naszej podróży znajduje się zbyt 

daleko, byśmy mogli tam dotrzeć na jednym koniu. - W szarych oczach pojawiły się wesołe 
błyski. - Zwłaszcza że była pani chora i jak rozumiem, jest pani rekonwalescentką. Postaram 
się poprawić. 

 - Och, doprawdy, bardzo śmieszne. - Usiłowała  się podnieść do pozycji  siedzącej, ale 

Hassan się nie poruszył. 

background image

 - Teren jest tu nierówny, proszę leżeć. Tak będzie bezpieczniej. Naprawdę. 
Porwał ją, a teraz śmiał mówić o jej bezpieczeństwie! 
Próbowała zebrać myśli. Wiedziała, że przede wszystkim powinna nakłonić porywacza 

do rozmowy. Sprawić, by ujrzał w niej człowieka. Człowieka płci żeńskiej. 

Musiała szybko znaleźć temat rozmowy. 
 -  Zadał  pan  sobie  wiele  trudu,  by  znaleźć  się  w  moim  towarzystwie.  Jeśli  Wasza 

Wysokość  chciał  porozmawiać,  dlaczego  nie  zagadnął  mnie  w  samolocie?  Albo  nie 
zatelefonował do domu mojego brata? 

Poruszył się i nieco odsunął. Leżał teraz obok niej i patrzył nieco podejrzliwie. 
 - Od razu mnie pani rozpoznała, prawda? 
Od razu. Nie zamierzała mu jednak pochlebiać. 
 - Nie sądzę, by wielu lokalnych bandytów kończyło angielskie szkoły. I niewielu z nich 

ma szare oczy. Oczywiście poznałam również głos. Słyszałam go kilka godzin temu. 

Jeśli  chciał  pan  zachować  anonimowość,  trzeba  było  wysłać  po  mnie  swojego 

człowieka. 

 -  Gratuluję  opanowania,  panno  Fenton.  Nie  powinna  pani  dać  się  zwieść  mojemu 

nienagannemu  akcentowi.  Mój  ojciec  był  szkockim  góralem,  a  matka  Arabką.  Nie  jestem 
jednym z waszych angielskich dżentelmenów. 

Nie był. Poczuła lekki dreszcz czegoś, co przypominało strach. Ale nie była to jeszcze 

panika. 

 - Być może to jest swego rodzaju wskazówka - powiedziała hardo. 
Nim odezwał się, ujrzała w ciemnościach błysk białych zębów. 
 -  Naprawdę  jest  pani  taka  odważna,  panno  Fenton?  Oczywiście.  Wszyscy  o  tym 

wiedzieli.  Rose  Fenton  nie  znała  strachu,  ale  wyczuła  niebezpieczeństwo  natychmiast,  gdy 
tylko  Hassan  wszedł  na  pokład  samolotu.  A  z  odległości  kilkunastu  centymetrów  jego 
magnetyzm mógł okazać się fatalny... Cóż, być może umrze szczęśliwa,.. 

 -  Nie  jest  pani  ciekawa,  dokąd  ją  zabieram?  -  spytał.  Turkot  kół  samochodu  ucichł; 

jechali teraz, szybko po dobrej, ubitej drodze. Ale po której? W jakim kierunku? 

 - Gdybym spytała, czy otrzymałabym odpowiedź? 
 - Nie - burknął. Wydawało się, że jej tupet zaczynał go irytować. - Zapewniam jednak, 

ż

e nie porwałem pani dla samej przyjemności konwersacji, chociaż nie mam wątpliwości, że 

będzie to dodatkowa korzyść. 

 - Czy zwykle tak pan postępuje z kobietami? - spytała. Na tym polegała jej praca. Na 

zadawaniu pytań. - Czy gdzieś tam na pustyni ma pan harem porwanych kobiet? 

 -  A  jak  pani  myśli,  ile  kobiet,  podobnych  do  pani,  może  znieść  jeden  mężczyzna?  - 

odciął się, naprawdę wyprowadzony z równowagi. 

To sprawiło jej przyjemność. Chciała go czymś zaskoczyć, pragnęła być oryginalna. 
Czekał  na  jej  odpowiedź.  Zapewne  spodziewał  się  pytania,  dlaczego  ją  porwał  i  co 

zamierzał z nią zrobić. 

Nieposkromiona  dziennikarska  ciekawość  była  niewątpliwie  jej  wielką  zawodową 

zaletą,  ale  jednocześnie  była  jej  słabością.  Nie  potrafiła  przestać.  Musiała  stale  indagować. 
Ten mężczyzna interesował ją, zanim go jeszcze zobaczyła. 

W  ostrym  świetle  księżyca  wdziała  jego  oczy  przysłonięte  powiekami  i  twarz  o 

nieprzeniknionym wyrazie. Nie chciała, by się przed nią ukrywał. Bezwiednie uniosła dłoń i 
dotknęła jego policzka. 

Przestraszony  odsunął  się  o  kilka  centymetrów.  Ale  dokąd  mógł  uciec?  Ograniczona 

przestrzeń  w  samochodzie  była  również  jego  więzieniem.  Pocierając  wierzchem  dłoni  jego 
policzek,  poczuła  ostry,  świeży  zarost.  Hassan  nawet  nie  drgnął,  gdy  badawczo  przesuwała 
kciukiem  po  jego  twardo  zarysowanej  szczęce.  Nie  powinna  go  prowokować,  ale 

background image

niebezpieczeństwo ją podniecało. Gdy powiodła palcem po jego ustach, poczuła, że przełyka 
ś

linę. 

Teraz  ona  była  łowcą.  Uśmiechnęła  się  w  ciemnościach  i  wreszcie  udzieliła  mu 

odpowiedzi. 

 -  Gdyby  jakiś  mężczyzna  miał  tyle  szczęścia,  żeby  zdobyć  podobną  do  mnie  kobietę, 

wówczas  zrobiłabym  wszystko,  co  w  mojej  mocy,  aby  już  nigdy  nie  zapragnął  innej.  - 
Zatrzymała na chwilę palce na jego ustach, potem oderwała je i odsunęła się od niego. 

Hassan  powstrzymał  się  od  zjadliwej  riposty.  Cóż  zresztą  mógł  powiedzieć?  Nie 

pozostało  mu  nic  innego,  jak  jej  uwierzyć.  Zrozumiał  jej  słowa  jako  ostrzeżenie.  Co  za 
kobieta! 

Gdy  ją  porwał,  nie  straciła  nawet  kosmyka  swoich  pięknych,  rudych  włosów.  Nie 

krzyczała, choć mogła, ale przez cały czas go prowokowała - słowami i gestami, mimo że nie 
wiedziała jeszcze, jaki ją czeka los. 

Rose  Fenton  naprawdę  miała  szczęście,  że  Hassan  al  Raszid  nie  przypominał 

niebezpiecznego, porywczego mężczyzny z kart anachronicznej powieści, którą czytała. 

Wolałby  od  razu  ją  uspokoić,  podejrzewał  jednak,  że  poczuje  się  tym  dotknięta. 

Najlepiej zachować na razie dystans. 

Nigdy  nie  zamierzał  traktować  jej  jak  więźnia.  Przez  krótką,  podniecającą  chwilę 

pomyślał nawet, że jedzie z nim z własnej woli. 

Bał  się  jedynie  tego,  by  nie  wyskoczyła  z  samochodu.  Przy  prędkości,  z  jaką 

podróżowali, mogłaby zrobić sobie krzywdę. 

Ukląkł,  sięgnął  po  leżącą  na  podłodze  pelerynę  i  uformował  z  niej  poduszkę.  Znów 

zjechali z drogi i land rover zaczaj podskakiwać. 

 -  Proszę  podnieść  głowę  i  ułożyć  się  wygodnie  -  powiedział  stanowczo,  wsuwając 

zwiniętą pelerynę pod jej szyję. Palce miał chłodne, twarde, nieustępliwe. - Przed nami szmat 
drogi. 

 -  Jak  daleko?  -  spytała.  Odsunął  się  i  usiadł  po  turecku,  oparty  o  ścianę  land  rovera, 

pomiędzy  nią  a  tylnymi  drzwiami.  Uniemożliwiał  jej  w  ten  sposób  ewentualną  próbę 
ucieczki.  Czyżby  podejrzewał,  że  jest  tak  szalona,  by  wyskoczyć?  Gdy  tylko  ją  chwycił, 
mogła o tym pomyśleć, ale nie teraz. - Jak daleko? - powtórzyła. - Ostre spojrzenie Hassana 
sugerowało,  że  przeszarżowała.  -  Czy  nie  będą  nas  szukać?  -  naciskała  dalej.  Helikoptery, 
dżipy... Mogli jechać po śladach opon, ale dopiero wtedy gdy zrobi się jasno, najwcześniej za 
dziewięć lub dziesięć godzin. 

 -  Pani  brat  nie  ma  telefonu,  nie  może  zadzwonić  po  pomoc  i  jest  zajęty  łapaniem 

ogiera. Ciekawe, czy wybierze siostrę, czy konia? 

 -  Włamał  się  pan  do  samochodu  Tima,  popsuł  telefon  i  wykręcił  żarówkę?  -  spytała, 

ignorując jego pytanie. 

 - Nie zrobiłem tego sam. 
Oczywiście,  że  nie.  Była  tylko  jedna  osoba,  która  mogła  to  zrobić.  Khalil,  stale 

uśmiechnięty służący jej brata. 

 - I wypuścił pan konia Abdullaha? 
 - Wypuściłem tego konia - przyznał. - Co zrobi pani brat? 
 - A co by pan zrobił? - odparowała. 
 -  Nie  miałbym  wyboru.  Ruszyłbym  w  pościg,  -  Z  zamiarem  zemsty,  nie  miała  co  do 

tego wątpliwości. Wyczuła raczej niż zobaczyła, że Hassan wzrusza ramionami. - Koń wróci 
do stajni, gdy zgłodnieje. 

 - Podejrzewam, że wówczas Tim zainteresuje się moim zniknięciem. 
 - Typowy Anglik. 
 - Anglik do szpiku kości - przyznała. - Ale czy to wyklucza spontaniczność? 
 - Stawiałbym raczej na rozsądek niż gwałtowność. Ale pani lepiej zna swojego brata. 

background image

Jakże  kusiło  ją,  by  oświadczyć,  że  jej  brat  ruszy  za  nią  i  zabije  człowieka,  który 

pozbawił  ją  czci.  Całe  szczęście,  że  Tim  był  rozsądnym,  rozumnym  człowiekiem,  tak  jak 
założył Hassan. Nie zamierzała go jednak o utwierdzać w tym przekonaniu. 

 -  Nie  mam  pojęcia,  jaka  będzie  reakcja  Tima  -  powiedziała,  poprawiając  sobie 

poduszkę i celowo odwracając się od niego. - Nigdy przedtem nie zostałam porwana. 

Gdy  samochód  zatrzymał  się  wreszcie,  Rose  miała  zupełnie  sztywne  mięśnie.  Szum 

potężnego silnika w połączeniu z ogólnym napięciem przyprawił ją o gigantyczny ból głowy. 
Nawet nie poruszyła się, gdy tylne drzwi otworzyły się z rozmachem. 

 - Panno Fenton? - Hassan wyskoczył i teraz zapraszał ją gestem dłoni, by poszła w jego 

ś

lady. Głos miał delikatniejszy niż przedtem. - Jesteśmy na miejscu. 

 -  Dzięki  -  odparła,  nie  patrząc  na  niego  i  nie  ruszając  się  z  miejsca  -  ale  ja  nie 

wysiadam. 

 -  W  takim  razie  zostań,  uparta  kobieto.  Zostań  tu  i  zamarznij.  -  Nastąpiła  krótka 

przerwa,  podczas  której  prawdopodobnie  czekał,  aż  wróci  jej  rozsądek.  Gdy  jednak  wyjęła 
spod głowy zwiniętą pelerynę i ostentacyjnie się nią przykryła, zaklął pod nosem. Oczywiście 
nie  liczył,  że  będzie  miła  i  posłuszna.  Jego  złość  nie  miała  nic  wspólnego  z  jej  deklaracją 
niezależności. - Już się pani trzęsie. 

To była prawda. Samochód przestał trząść, ale Rose nadal dygotała. Nie miało to wiele 

wspólnego z zimnem. Był to rodzaj niekontrolowanego drżenia, które zaczęło się od razu po 
porwaniu, typowy objaw szoku. Nie udało jej się opanować tej reakcji. Przynajmniej dobrze, 
ż

e  nie  dostała  histerii  i  nie  zaczęła  płakać.  Nawet  powstrzymała  się,  co  prawda  z  trudem, 

przed  pokusą  włączenia  opcji  S.O.S.  w  swoim  telefonie.  W  samochodzie  było  ciemno  i 
głośno, ale Hassan znajdował się zbyt blisko, na pewno natychmiast by zareagował. Powinna 
oszczędzać baterie. Nie wiadomo jeszcze, jak rozwinie się sytuacja. 

Wsunęła  telefon  do  bocznej  kieszeni  spodni.  Przy  odrobinie  szczęścia  nikt  go  nie 

zauważy. 

Poczuła  nieznaczny  przechył  samochodu,  ponieważ  Hassan  wsiadł  z  powrotem  i 

przyklęknął obok niej. 

 -  Daj  spokój  -  powiedział.  -  Zrobiłaś  wystarczająco  dużo,  by  podtrzymać  swoją 

reputację. - Wziął ją na ręce i przyciskając do piersi, wyniósł z samochodu, a potem przeniósł 
przez piasek. 

Zastanawiała  się,  czy  nie  protestować,  ale  w  końcu  doszła  do  wniosku,  że  szkoda 

zachodu.  Przy  wzroście  powyżej  metra  siedemdziesięciu  nie  była  lekka  jak  piórko.  A  niech 
uszkodzi sobie kręgosłup! Zasługiwał na to. 

Zobaczyła światło ogniska, cienie mężczyzn oraz palmy na tle nocnego nieba. Po chwili 

znalazła się w ogromnym czarnym namiocie. 

Hassan  odsunął  łokciem  ciężką  kotarę  i  znalazła  się  na  dużym  łożu.  Łożu!  Opuściła 

nogi  na  podłogę  i  owinąwszy  się  peleryną,  wstała  tak  gwałtownie,  że  zakręciło  jej  się  w 
głowie.  Zachwiała  się,  ale  Hassan  przytrzymał  ją  w  porę  i  z  powrotem  posadził  na  łóżku. 
Podniósł jej stopy i zdjął buty. 

Tego było za wiele! 
 - Proszę odejść! - powiedziała przez zaciśnięte zęby. - Odejdź i zostaw mnie samą. 
Hassan  nie  posłuchał.  Postawił  buty  obok  łóżka.  A  potem  stał  nad  nią  i  obserwował 

spod  zmrużonych  powiek.  Rose  poczuła,  jak  jej  policzki  oblewa  rumieniec.  Hassan,  chyba 
zadowolony z siebie, skinął tylko głową i odsunął się o krok. 

 -  Znajdzie  tam  pani  gorącą  wodę  i  inne  niezbędne  rzeczy  -  powiedział,  wskazując  na 

pomieszczenie za kotarą. - Zapraszam na kolację, gdy tylko się pani odświeży, panno Fenton. 
- Odwrócił się na pięcie i zniknął. 

Kolacja!  Czy  naprawdę  sądził,  że  spokojnie  umyje  się  i  uczesze,  by  usiąść  z  nim  do 

stołu? 

background image

Była wściekła. Ale była również głodna. 
Z  rezygnacją  usiadła  i  rozejrzała  się  wokół.  Pomieszczenie  udekorowano  bogato 

zdobionymi  tkaninami  i  umeblowano  starymi  arabskimi  meblami,  inkrustowanymi  masą 
perłową i mosiądzem. Pod ścianą stał duży kufer pełniący rolę toaletki. 

Gdy  postawiła  stopy  na  podłodze,  poczuła  jedwabistą  miękkość  dywanu.  Zrzuciła 

pelerynę, podeszła do kufra i podniosła wieko. Znajdowała się tam płaska taca z lusterkiem, 
szczotkami i grzebieniami. Były tam również kosmetyki: puder w kremie, jej ulubiony krem 
nawilżający oraz krem przeciwsłoneczny. Hassan chciał, by niczego jej nie zabrakło. To było 
wzruszające, ale wskazywało, że jej pobyt może się przeciągnąć. 

W  łazience  znalazła  szampon  i  mydło,  których  zwykle  używała.  Myjąc  ręce  i  twarz, 

utwierdziła  się  w  swoich  podejrzeniach  co  do  osoby  Khalila.  Któż  inny,  nie  wzbudzając 
podejrzeń, mógł rozłączyć telefon w range roverze i zepsuć w nim światło? Nie winiła jednak 
młodego mężczyzny. W kraju, gdzie obowiązywała lojalność plemienna, obcy stał na z góry 
straconej pozycji. 

Hassan doświadczył tego osobiście, gdy pominięto go w kolejce do tronu. 
Poprawiła makijaż, uczesała włosy, otrzepała się z kurzu. Już miała omotać wokół szyi 

długi jedwabny szal, ale zmieniła zdanie. Zamiast tego udrapowała go wokół głowy, skromnie 
przykrywając  włosy,  jak  przystało  kobiecie  arabskiej.  Dopiero  wtedy  dołączyła  do  swego 
gospodarza. 

Hassan przeczesywał palcami włosy, nerwowo krążąc po namiocie. Spodziewał się łez. 

Spodziewał  się  histerii.  Na  to  był  przygotowany.  Nie  spodziewał  się  natomiast  otwartej 
brawury, tupetu i zuchwałości, które prowokowały go do najgorszych rzeczy. 

Co, u diabła, z nią zrobić? Będzie musiał pilnować jej na każdym kroku, by nie zrobiła 

sobie krzywdy, próbując samodzielnie wrócić do miasta. Byłoby łatwiej trzymać ją w forcie, 
zaopatrzonym  w  drzwi  i  zamki.  Ale  również  o  wiele  trudniej.  -  Nie  zdołałby  tam  jej  ukryć. 
Kręciło się tam wielu ludzi, a nie na wszystkich mógł polegać. Natomiast tutaj, wśród grona 
zaufanych  towarzyszy,  którym  mógł  powierzyć  nawet  własne  życie,  nie  będzie  z  tym 
problemu. 

Problem stanowiła sama Rose. Powinien ją przekonać, podać ważny powód, by chciała 

tu zostać. Naprawdę ważny powód... 

Gdy  dotarł  zatopiony  w  myślach  do  końca  dywanu,  kotara  się  rozchyliła  i  zobaczył 

swoją  brankę.  Gdy  ją  porywał,  nie  widział,  w  co  była  ubrana.  Spodziewał  się,  że  będzie  w 
jakiejś eleganckiej kreacji. 

Shalwar  kameez...  Gdy  zobaczył  ją  w  tym  stroju,  doznał  szoku.  Poczuł  się  tak,  jakby 

zadał jej gwałt. W pierwszej chwili nie mógł się poruszyć. Potem podszedł i odsunął dla niej 
krzesło. 

Nie  usiadła  natychmiast;  rozejrzała  się  wokół,  omiatając  ciekawym  wzrokiem  meble  - 

ozdobną, rzeźbioną skrzynię oraz składane biurko podróżne. 

 - Widzę, że nawet w plenerze Wasza Wysokość ceni sobie komfort - skomentowała. 
 - To pani przeszkadza? 
Usiadła na krześle w takiej pozie, jak zrobiłaby to jej babka na herbatce u wikarego. 
 -  Do  diabła,  ależ  skąd,  Wasza  Wysokość  -  powiedziała,  zmieniając  styl,  który  przed 

chwilą sama sobie narzuciła. Wzięła serwetkę i rozłożyła ją na kolanach. - Jeśli już musiałam 
zostać  porwana,  cieszę  się,  że  przynajmniej  dokonał  tego  mężczyzna,  który  pomyślał  o 
zainstalowaniu w namiocie łazienki. 

 -  Nie  jestem  niczyją  „wysokością"  -  burknął.  -  Ani  dla  pani,  ani  dla  nikogo.  Proszę 

mówić mi po imieniu. 

 - A więc chce pan, byśmy zostali przyjaciółmi? - Wybuchnęła śmiechem. 
 - Nie, panno Fenton, na razie chcę coś zjeść. Wysunął głowę z namiotu, ostrym głosem 

wydał jakąś 

background image

komendę, a potem wrócił do stołu. 
W świetle lamp zauważyła, że jego gęste ciemne włosy mają lekki odcień radości, być 

może  pamiątka  po  ojcu  pochodzącym  ze  Szkocji.  Ale  wszystko  inne  -  czarna  galabija 
przepasana  ciężkim  sznurem  i  sztylet  zawieszony  u  pasa  pochodziły  jakby  z  innego  świata. 
Ozdobna  srebrna  pochwa  była  bardzo  stara  i  piękna,  ale  nóż  w  niej  schowany  nie  stanowił 
tylko ozdoby. 

Nie  powinna  o  tym  zapominać,  nie  powinna  myśleć  o  Hassanie  jako  o  człowieku 

cywilizowanym.  Potrafił  roztaczać  wokół  siebie  urok,  ale  był  twardy  i  niebezpieczny. 
Rozsądek podpowiadał, by nie prowokowała jego dzikiej natury. Wiedziała jednak, że trudno 
jej będzie nie ulec pokusie. 

Jedli  w  milczeniu.  Jagnię  pieczone  nad  ogniskiem,  ryż  z  szafranem  i  orzeszki  pinii. 

Rose jadła z prawdziwym apetytem. 

Na  deser  służący  Hassana  przyniósł  daktyle,  migdały  oraz  aromatyczną  kawę  z 

kardamonem. 

 -  Nie  zamierzasz  powiedzieć  mi,  o  co  w  tym  wszystkim  chodzi?  -  spytała  w  końcu. 

Gdy  nie  poruszył  się  i  nie  odpowiedział,  dodała  tonem  wyjaśnienia:  -  Mój  brat  na  pewno 
umiera  już  z  niepokoju,  a  za  chwilę  dołączy  do  niego  moja  matka.  Mam  nadzieję,  że  moja 
rodzina  nie  musi  przez  to  wszystko  przechodzić  tylko  dlatego,  że  chciałeś  zirytować  swego 
kuzyna. 

Zerknął na nią z ukosa. Jej słowa najwyraźniej go zaintrygowały. 
 - Czy to jedyni ludzie, o których się niepokoisz? A co z twoim ojcem? 
 -  Nie  mam  ojca.  -  Wzruszyła  ramionami.  -  W  życiu  matki  zaistniał  jedynie  po  to,  by 

mogła  urodzić  dzieci.  Moja  matka  jest  wojującą  feministką  ze  starej  szkoły,  rozumiesz? 
Pionierka samotnego macierzyństwa. Napisała o tym wiele książek. 

 -  Nie  sądziłem,  że  to  tak  trudne  zadanie,  by  uczyć  się  go  z  książek  -  odpowiedział 

sucho. 

No, proszę! Facet miał nawet poczucie humoru. 
 - To nie są podręczniki - poinformowała go. - To raczej filozoficzne eseje. 
 - Rozumiem, że chciała w ten sposób usprawiedliwić swoje poczynania? 
To było bardzo celne spostrzeżenie. Spodobało jej się. Uśmiechnęła się pod nosem. 
 - Całkiem możliwie - odparła. - Może sam powinieneś ją o to spytać? 
 - Może spytam. - Uśmiechnął się również. - Nie brakuje pani ojca? 
To był czuły, bolesny punkt. 
 - A tobie? - spytała na oślep. Zasępił się, ale zignorował pytanie. 
 - Dlaczego tu pani przyjechała? 
 - Do Ras al Hajar? - zdumiała się. - Myślałam, że już wszystko wiesz. 
 - Po słońce i odpoczynek równie dobrze można pojechać do Indii. 
 - Owszem. Ale mój brat zaprosił mnie tutaj. Dawno go nie widziałam. 
 -  To  Abdullah  tu  panią  zaprosił  -  wtrącił  ostro.  -  Abdullah  wysłał  nawet  po  panią 

swojego boeinga... 

 - Nie - przerwała gwałtownie. - Samolot przyleciał przecież po ciebie... 
 -  Abdullah  na  mój  widok  przeszedłby  na  drugą  stronę  ulicy.  -  Patrzył  na  nią 

nieustępliwie. - Skorzystałem tylko z lotu, który był już w planie. 

 - Och! - Hassan miał rację. Powinna przyjąć zaproszenie na Barbados... 
 - Mój kuzyn planuje wykorzystać panią do swoich politycznych celów, panno Fenton. 

Ja  natomiast  chciałbym  wiedzieć,  czy  jest  pani  nieświadomą  ofiarą  jego  knowań,  czy  może 
przyjechała tu pani specjalnie, by mu pomóc? 

 -  Pomóc?  - Jej  zdumienie  było  szczere.  -  Myślę,  że  Wasza  Wysokość  przecenia  moje 

możliwości. 

background image

 - Nie, panno  Fenton -  rzekł szorstkim tonem. - Jeśli czegoś nie doceniłem, to właśnie 

pani.  I  prosiłem,  by  nie  tytułowała  mnie  pani  w  ten  sposób.  Ten  tytuł,  niestety,  należy  się 
Abdullahowi. 

Tak  blisko  tronu,  a  jednocześnie  tak  daleko...  A  może...?  Zastanawiała  się,  co  Hassan 

czuł,  gdy  przekazano  władzę  jego  młodszemu  przyrodniemu  bratu.  Ile  miał  lat,  gdy  został 
wydziedziczony? Dwadzieścia, dwadzieścia parę? A więc w grę wchodziła walka o władzę... 
Rose nabrała podejrzenia, że Fajsal może przegrać tę batalię. 

Oparła łokcie o stół i sięgnęła po następny migdał. 
 -  Zawrzyjmy  ugodę  -  szepnęła.  -  Jeśli  nie  będziesz  zwracać  się  do  mnie  „panno 

Fenton",  i  to  zwłaszcza  tym  irytującym  tonem,  ja  ze  swej  strony  również  zaniecham 
tytułowania cię. Co ty na to? 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 
Hassan  niemal  roześmiał  się  głośno.  Niemal.  Rose  Fenton  wymawiała  tytuł  „Wasza 

Wysokość" w taki sposób, że brzmiał on obraźliwie. Hassan podejrzewał, że był to efekt jak 
najbardziej zamierzony. 

 -  Czy  wolno  mi  w  takim  razie  zwracać  się  do  pani  „panno  Fenton"  innym  tonem?  - 

spytał z wyszukaną grzecznością. 

 -  Lepiej  poprzestań  na  Rose  -  poradziła.  -  Tak  będzie  bezpieczniej.  A  jeśli  chodzi  o 

moją matkę... 

Och, tylko nie to. Nie zamierzał wdawać się w miłą pogawędkę na temat jej matki. 
 -  Głęboko  ubolewam,  że  twoje  zniknięcie  przysporzy  jej  zmartwień.  Naprawdę 

wolałbym, żebyś mogła do niej zadzwonić, uspokoić ją. 

 -  Uspokoić?  -  Roześmiała  się  ponuro.  -  A  cóż  twoim  zdaniem  mogłabym  jej 

powiedzieć? 

 - Że nie zagraża ci żadne niebezpieczeństwo. 
 -  Pozwól,  że  sama  to  ocenię  -  odparowała  natychmiast.  -  Na  razie  nie  jestem 

przekonana... 

 - Czy jesteście ze sobą blisko? - spytał. 
 -  Tak  -  odpowiedziała,  nieco  przestraszona  tym  pytaniem.  -  Tak  sądzę.  -  Ale  niezbyt 

blisko,  pomyślała.  Stosunki  pomiędzy  dwiema  silnymi,  niezależnymi  osobowościami  nigdy 
nie  należą  do  łatwych.  Jakby  zdając  sobie  sprawę,  że  jej  słowa  nie  zabrzmiały  zbyt 
przekonująco, dodała szybko: 

 - Ona jest bardzo opiekuńcza. 
 - To dobrze. Im bardziej się przejmie, tym lepiej posłuży mojej sprawie. 
Odetchnęła ostro, gwałtownie. 
 - A jaka jest ta „twoja sprawa"? - spytała sarkastycznie. 
 - Uważasz, że masz prawo decydować o losie innych ludzi? 
Spodziewał  się  tego  pytania.  Ale  pewien  był  również,  że  Rose  Fenton  nie  oczekuje 

prostej, jednoznacznej odpowiedzi. Nie chciał zbywać jej byle czym. Wziął daktyl, wbił zęby 
w jego miękki miąższ. 

Popatrzyła na niego wymownie. Jeszcze do tego wrócimy - mówiły jej oczy. 
 - A co zrobisz, jeśli moja matka postanowi nie robić szumu i pozostawi całą sprawę w 

gestii ministerstwa spraw zagranicznych? Jestem pewna, że tak poradzi jej Tim. 

 -  Im  dłużej  cię  słucham,  Rose,  tym  bardziej  jestem  przekonany,  że  twoja  matka  zrobi 

dokładnie  to,  co  sama  uzna  za  stosowne.  Podejrzewam  wręcz,  że  postąpi  wbrew  wszelkim 
radom. 

Czy to miał być komplement? Rose nie była pewna. 
 -  A  jeśli  się  rozczarujesz?  Zakładam,  że  przysporzenie  Abdullahowi  kłopotów  to 

główny motyw porwania? 

 - Tak sądzisz? 
Wcale  tak  nie  uważała.  Ani  przez  chwilę.  Tutaj  chodziło  o  coś  więcej  niż 

rozzłoszczenie Abdullaha. Przy odrobinie szczęścia może uda jej się sprowokować Hassana, 
by wyjawił prawdziwy cel swoich poczynań. 

Hassan  rozsiadł  się  wygodnie  na  krześle  i  obserwował  ją  spod  zmrużonych  powiek. 

Oczywiście spodziewał się, że bystra dziennikarka szybko dostrzeże napięcie panujące w Ras 
al Hajar. I nie pomylił się. 

 - Jaki mógłby być inny powód? - spytała niewinnym tonem. 
Chodziło  o  to,  by  Abdullah  przestał  ją  wykorzystywać,  by  go  zdezorientować  i  dać 

Partridge'owi  czas  na  sprowadzenie  Fajsala  do  domu.  Teraz  jednak,  gdy  Rose  Fenton 
siedziała na wprost niego, a jej temperament okazał się równie ognisty, jak jej włosy, Hassan 

background image

mógłby  wymienić  kilka  innych  przyczyn,  dla  których  miał  ochotę  ją  zatrzymać.  Przyczyn 
całkowicie osobistych. 

 - Wprawienie w zakłopotanie Abdullaha nie było moim podstawowym celem. To tylko 

korzystny  efekt  uboczny.  -  Spojrzał  na  zegarek.  -  W  Londynie  jest  trzy  godziny  wcześniej. 
Dość czasu, by twoje zniknięcie stało się tematem wieczornych wiadomości. 

 - Czy chcesz mi powiedzieć, że przygotowałeś komunikat dla prasy? - spytała, do głębi 

poruszona jego arogancką postawą. 

 - Jeszcze nie. - Uśmiechnął się. - Czekam do ostatniej chwili. Nie chcę, by wasze MSZ 

miało czas na sprawdzenie faktów i skonfrontowanie ich z wersją Abdullaha, który zapewne 
zechce  wyciszyć  całą  sprawę.  Będziesz  bohaterką  wiadomości  z  ostatniej  chwili.  Tak  to  się 
mówi w waszym języku? 

Doskonałe potrafiła sobie wyobrazić podniecenie, jakie ogarnie dziennikarzy na wieść o 

jej zaginięciu.  Gordon wiedział, dokąd pojechała. Na pewno od  razu zadzwoni do jej matki, 
by  ją  ostrzec,  a  jednocześnie  delikatnie  wybadać,  spróbować  wyciągnąć  od  niej  jakieś 
informacje. 

 - W jaki sposób chcesz wysłać tę wiadomość? - spytała rzeczowo. 
 - Nie wyślę jej stąd - powiedział, uśmiechając się z lekkim politowaniem. 
Wzruszyła ramionami. 
 - Warto było spróbować. - Bardzo dobrze. Niech sobie myśli, że miała nadzieję dorwać 

się  do  jakiegoś  środka  przekazu  i  wzywać  pomocy.  Nie  powinien  się  dowiedzieć,  że  miała 
telefon. - Dlaczego nie powiesz mi po prostu, o co w tym wszystkim chodzi? Skoro sądzisz, 
ż

e mam jakieś wpływy, być może zdołam ci pomóc. 

 - Masz nadzieję złowić przy okazji sensację? - Wyglądał na rozbawionego. - Czy fakt, 

ż

e będziesz tematem dnia, ci nie wystarczy? 

 - To nie wydaje mi się zabawne. 
Uśmiech dokonał cudownej przemiany na jego szczupłej twarzy. 
 -  Och,  to  naprawdę  przysporzy  ci  sławy,  Rose.  Być  może  twoja  kariera  nabierze 

rozpędu. Negocjując kolejne kontrakty, będziesz mogła stawiać warunki. 

 - Nie jestem gwiazdą show - biznesu. 
 -  Daj  spokój,  Rose.  Obydwoje  wiemy,  że  całodobowa  stacja  informacyjna  to  wielki 

biznes. Uwierz mi, cały świat, przykuty do telewizorów, będzie niepokoić się o los uroczej i 
odważnej  Rose  Fenton.  Dziennikarze  przypuszczą  szturm  do  drzwi  ambasad  po  wizy,  a 
biedny Abdullah będzie musiał ich wpuścić albo zaryzykować, że światowa prasa nie zostawi 
na nim suchej nitki. 

Jego  rozbawienie  złościło  ją  bardziej  niż  cokolwiek  innego.  Jak  śmiał  się  bawić?  Jak 

ś

miał  siedzieć  tutaj,  delektować  się  kawą,  podczas  gdy  jej  rodzina  odchodziła  od  zmysłów? 

Jak śmiał traktować ją w ten sposób! 

Była dziennikarką, poważną dziennikarką! 
 - Mam prawo wiedzieć, dlaczego tu jestem! - wybuchła. 
 - Wiesz, dlaczego tu jesteś. Przyjechałaś do Ras al Hajar, aby się odprężyć, wrócić do 

zdrowia. U podnóża gór jest zdrowszy klimat. Możesz jeździć konno, kąpać się w strumieniu, 
opalać.  -  Podsunął  jej  misternie  wykutą  srebrną  misę.  -  Powinnaś  spróbować  daktyli.  Są 
wyśmienite. 

Wstała tak gwałtownie, że wytrąciła mu misę z rąk. Daktyle rozsypały się po podłodze. 
 - Wypchaj się swoimi daktylami! - krzyknęła i wypadła z namiotu. 
Był  to  efektowny  gest,  ale  jakże  pusty.  Na  zewnątrz  nie  było  nic  prócz  ciemności  i 

pustyni.  Rose  jednak  nie  chciała  wracać  do  namiotu  i  narażać  się  na  dalsze  kpiny  Hassana. 
Powinna go naciskać, pytać, jak przystało na dziennikarkę, zachowując obiektywizm. Ale nie 
mogła. Sprawa była zbyt osobista. 

background image

Zdała  sobie  sprawę,  że  ludzie  Hassana  zgromadzeni  wokół  płonącego  ogniska  ucichli 

nagle  i  zaczęli  jej  się  przyglądać.  Odwróciła  się  na  pięcie  i  podbiegła  do  land  rovera. 
Szarpnęła za drzwi; były otwarte. 

Gdy cała drżąc wspinała się na siedzenie kierowcy, szal zsunął jej się z włosów. Hassan 

miał rację. Było tu znacznie chłodniej. Obóz musiał leżeć niedaleko gór. Usiłowała wyobrazić 
sobie mapę. Tak, była pewna, że kierując się na północ, dotrze do wybrzeża. 

W  stacyjce  nie  zostawiono  kluczyków.  Jęknęła.  Wyrwała  przewody  i  spróbowała  je 

połączyć. Ku jej własnemu zdziwieniu silnik zaskoczył. 

Stojący  przy  ognisku  mężczyźni,  którzy  do  tej  pory  przyglądali  jej  się  z  głupimi 

uśmiechami  na  twarzy,  jeden  przez  drugiego  rzucili  się  w  stronę  samochodu.  Spóźnili  się  o 
kilkanaście sekund. Ubiegł ich Hassan. 

Gdy wrzuciła wsteczny bieg, otworzył drzwi i po prostu wyszarpnął ją zza kierownicy. 

Silnik zgasł. Hassan zarzucił ją sobie na ramię i skierował się w stronę namiotu. 

Tym  razem  krzyczała.  Nie  mogła  się  opanować  i  wrzeszczała  jak  opętana.  Hassan  nie 

reagował. 

Właściwie  nie  miała  ochoty  na  ucieczkę  w  nieprzyjazną  ciemność.  Wyrywała  się  i 

krzyczała z upokorzenia. 

 - Puść mnie! 
 -  A  jeśli  to  zrobię?  Dokąd  zamierzasz  uciekać?  -  Postawił  ją  na  dywanie  pośród 

rozrzuconych  przed  chwilą  daktyli  i  chwycił  za  nadgarstki.  -  Uspokój  się.  Przestań 
zachowywać się jak mała dziewczynka. Powiedz, co zamierzałaś zrobić? - Nie miała żadnego 
planu.  Dobrze  o  tym  wiedział.  -  Niechże  pani  nie  będzie  taka  skryta,  panno  Fenton. 
Ukrywanie  myśli  nie  jest  w  twoim  stylu.  Poza  tym  szczerze  podziwiam  twoją  zaradność. 
Udało  ci  się  uruchomić  silnik  w  land  roverze.  Ale  co  zamierzałaś  potem?  Dokąd  się 
wybierałaś? 

Nie  odpowiedziała.  Z  zadowoleniem  zauważyła,  że  Hassan  przestał  się  uśmiechać  i 

dowcipkować. 

 - Nie masz mi nic do powiedzenia? - ciągnął. - Zazwyczaj celujesz w ciętych ripostach. 
Jej  odpowiedź  była  szybka  i  dosadna.  Wątpliwe,  by  go  usatysfakcjonowała.  Uniósł 

brwi. 

 - Moje zainteresowanie podyktowane jest względami praktycznymi, panno Fenton. - A 

więc wrócili do sarkastycznego „panno Fenton"! - Chciałbym wiedzieć, jakie miałaś zamiary? 
Małe szanse, byśmy cię odnaleźli, nim twoje kości zbielałyby na słońcu. 

 -  Powiedziałeś,  co  wiedziałeś  -  odcięła  się.  -  W  porządku.  Jestem  kompletną  idiotką. 

Ale  co  z  tobą,  Hassan?  -  Patrzyła  na  niego  ostrym  wzrokiem.  -  Jesteś  wykształconym 
człowiekiem, cywilizowanym. Dobrze wiesz, że źle postąpiłeś. Nie miałeś prawa tego robić. 

 - Czego? - Przyciągnął ją do siebie. 
Och,  do  diabła,  stało  się.  Znów  straciła  nad  sobą  kontrolę.  Nawet  wtedy,  gdy  umarł 

Michael,  czy  też  wybuchały  wokół  niej  pociski,  nie  załamała  się.  A  teraz  łzy  piekły  ją  pod 
powiekami. Łzy wściekłości i bezsilnej rozpaczy. 

 - Przecież masz wyobraźnię, prawda? - wybuchła. - Porwałeś mnie, trzymasz mnie tutaj 

wbrew mojej woli... Postaw się w mojej sytuacji... - Głos uwiązł jej w gardle. 

Jego dłonie zamiast ściskać jej nadgarstki, znalazły się nieoczekiwanie na jej plecach - 

łagodne, pieszczotliwe. Przyciskał jej twarz do piersi. Słyszała mocne, równe uderzenia jego 
serca,  gdy  łkała  histerycznie,  zalewając  łzami  jego  czarną  galabiję.  Od  tak  dawna  nie 
płakała... Od pięciu lat? Prawie od sześciu. A jeszcze więcej czasu minęło, odkąd pozwoliła, 
by tak opiekuńczo przytulał ją mężczyzna. 

Hassan  potrafił  lepiej  niż  większość  znanych  jej  mężczyzn  radzić  sobie  z  objawami 

kobiecej histerii. A może miał po prostu praktykę? 

background image

Szybko  oderwała  się  od  niego.  Gdy  podniosła  głowę,  na  jego  ustach  zauważyła 

wymowny uśmieszek. 

 - Przepraszam - wymamrotała. - Zwykle umiem się opanować. - Otarła łzę. - To takie... 

całkiem nie w moim stylu. Złóż to na karb ciężkiego dnia. Pozwól, że pójdę już spać. 

Gdy odwróciła się, nagle wymówił jej imię. 
 - Rose. 
Niezbyt  je  lubiła.  Było  skrótem  od  Rosemary.  Ale  Hassan  wypowiedział  je  tak,  jakby 

było  to  najpiękniejsze  imię  na  świecie.  Przystanęła.  Cóż  mogła  innego  zrobić?  Czekała, 
odwrócona do niego plecami. 

 -  Obiecaj  mi,  że  więcej  tego  nie  zrobisz.  Proszę...  Gdy  wreszcie  się  odwróciła,  na 

twarzy  Hassana  nie  widać  już  było  złości.  Jej  wyraz  był  nieodgadniony.  Podejrzewała,  że 
prośby w przeciwieństwie do rozkazów nie przychodziły mu łatwo. 

 -  Nie  mogę  tego  obiecać  -  odpowiedziała  prawie  z  żalem.  -  Jeśli  nadarzy  się  okazja, 

ucieknę. 

 - Komplikujesz sprawę. 
Wzruszyła ramionami. Jeśli czuł się niezręcznie  w roli, którą sam sobie  wybrał, to już 

jego sprawa. 

 - Możesz mnie wypuścić. - Może wtedy zostałaby tu z własnej woli, kto wie? Nie miała 

nic przeciwko jego towarzystwu. 

 -  Miałem  nadzieję,  że  poczujesz  się  tu  gościem  -  powiedział.  -  Teraz  zmuszasz  mnie, 

bym uczynił cię swoim więźniem. 

 -  Gości  się  na  ogół  zaprasza  -  powiedziała  dziwnie  rozczarowana.  -  Mogłeś  mnie  tu 

zaprosić. 

 - Przyjechałabyś? 
Może...  Prawdopodobnie.  W  mgnieniu  oka.  Ale  nie  mogła  mu  tego  powiedzieć.  Nie 

teraz.  Obydwoje  wiedzieli,  że  gdyby  była  jego  gościem,  nie  zrealizowałby  swego  celu. 
Zamiast odpowiedzi wyciągnęła do niego ręce w taki sposób, jakby miał założyć jej kajdanki. 

Przez  chwilę  patrzył  na  nią  badawczo.  Na  jego  twarzy  oświetlonej  migotliwym 

ś

wiatłem malowała się wściekłość. Nagle podszedł do niej, chwycił wyciągnięte nadgarstki w 

jedną rękę, drugą ściągnął zwisający z jej szyi jedwabny szal. Bez słowa owinął nim jej ręce 
w  czysto  symbolicznym  geście,  a  potem  chwycił  luźne  końce,  owinął  nimi  swoją  pięść  i 
przyciągnął Rose do siebie. 

Słowa  protestu  utkwiły  Rose  w  gardle.  Westchnęła  tylko  raptownie,  gdy  chwycił  ją  w 

ramiona i mocno do siebie przytulił. 

 - Czy właśnie tego chcesz? 
Nie mogła uwierzyć. Nie mogła uwierzyć, że ma zamiar to zrobić. Nie, chyba tego nie 

zrobi... Ale gdy otworzyła usta, by ostrzec go przed popełnieniem błędu, pocałował ją. 

Wargi  Hassana  były  twarde  i  namiętne.  Mimo  że  rozsądek  nakazywał  jej  walczyć, 

kobiecy instynkt zadziałał gwałtowniej i skuteczniej. 

Instynkt  też  podpowiadał,  że  ten  mężczyzna  jest  silny,  że  ochroniłby  ją  przed  złem 

całego świata, że dałby jej zdrowe, silne dzieci i broniłby ich do upadłego. 

Ale  w  głębi  duszy  wiedziała,  że  choć  jest  branką,  to  w  gruncie  rzeczy  wygrała.  Z  tą 

ś

wiadomością poddała się pieszczocie. Och, chciała tego. Pragnęła. Przez ponad pięć lat nie 

zaznała  pożądania.  Ale  wchodząc  na  pokład  samolotu,  gdy  Hassan  spojrzał  na  nią, 
zrozumiała, że nadeszła długo oczekiwana chwila. 

Nagle, gdy była już całkiem bezwładna w jego ramionach, puścił ją bez ostrzeżenia, aż 

zachwiała się na niepewnych nogach. 

Przez  chwilę  patrzył  na  nią,  jakby  nie  mógł  uwierzyć  w  to,  co  przed  chwilą  zrobił. 

Potem stanowczo cofnął się o krok. 

background image

 -  Ja  również  nie  lubię  tracić  nad  sobą  kontroli  -  powiedział,  przybierając  maskę 

powściągliwości. - Wyrównaliśmy zatem rachunki. - Potem odwrócił się na pięcie i wyszedł z 
namiotu. 

Rose ledwie mogła złapać oddech, ledwie mogła ustać na nogach. Chwyciła się oparcia 

krzesła stojącego przy stole i w zamyśleniu wpatrywała się w jedwabny szal, którym Hassan 
związał jej ręce. 

Nadal  drżała,  ale  nie  z  powodu  wściekłości,  tylko  niespełnionych  tęsknot.  Wyplątała 

ręce  z  szala  i  rzuciła  go  na  podłogę.  Podeszła  do  wyjścia  i  spojrzała  w  ciemność.  Hassana 
nigdzie  nie  było.  Przed  wejściem  leżał  pies  myśliwski,  a  nieopodal  stał  na  straży  uzbrojony 
mężczyzna. Widząc jej wściekłe spojrzenie, skłonił się uprzejmie. 

Przynajmniej obyło się bez głupich uśmiechów, pomyślała. To już było coś. 
Nagle  usłyszała  silnik  land  rovera,  potem  zobaczyła  samochód  ruszający  z  dużą 

prędkością. To musiał być Hassan. Czyżby popędził zawiadomić media o jej zniknięciu? 

Uniosła głowę, wmawiając sobie, że cieszy się z powodu jego wyjazdu. Ale to nie była 

prawda.  Bez  niego  obóz  wydał  się  pusty  i  dziwnie  ponury.  Pies,  jakby  wyczuwając  jej 
samotność i smutek, podszedł i polizał jej rękę. Pogłaskała jedwabistą głowę charta, a potem 
wróciła do namiotu i z uwagą rozejrzała po swoim więzieniu. 

Pochyliła  się,  by  pozbierać  rozrzucone  daktyle.  Ale  po  chwili,  jakby  zdając  sobie 

sprawę z tego,  co robi, poczuła złość na siebie, rozsypała zebrane już owoce i zaszyła się w 
zaciszu swojej sypialni. Chart wszedł za nią i położył się w nogach łóżka. 

Czeka  na  powrót  swego  pana,  pomyślała  Rose.  Trudno.  Było  tu  tylko  jedno  łóżko,  co 

prawda duże, ale ona nie miała nastroju do dzielenia się nim z kimkolwiek. 

Czyżby? Przypomniała sobie swoją reakcję na pocałunek Hassana i zarumieniła się po 

uszy. 

Przyłożyła dłoń do ust. Co najlepszego robiła? Przecież nie miała zwyczaju wskakiwać 

nowo poznanym mężczyznom do łóżka! Ostatnio w ogóle nie miała czasu na romanse. 

Ale Hassan po mistrzowsku potrafił oczarować kobietę... Wystarczyło jedno spojrzenie 

tych niezwykłych oczu i była zgubiona. 

Rose zrzuciła pantofle i ciężko opadła na łóżko. Telefon komórkowy uwierał ją w udo. 
Hassan mocno nacisnął pedał gazu i wyjechał z obozu z taką prędkością, jakby ścigały 

go demony. Czy ona zdawała sobie sprawę z tego, co zrobiła? 

Dlaczego musiała być właśnie taka? Nie dość, że piękna - urodzie potrafiłby się oprzeć 

- to jeszcze inna od wszystkich kobiet, jakie znał. Rose Fenton była uparta, silna i odważna. 
Stanęła z nim do walki. 

Pogardzała nim za to, że ją porwał, a potem wyciągnęła ręce i sprowokowała, by zrobił 

coś  jeszcze  gorszego.  Zdarła  z  niego  maskę  cywilizowanego  dżentelmena,  którą  pokazywał 
ś

wiatu. 

Zaplanował  wszystko  w  najdrobniejszych  szczegółach,  zwołał  oddanych  sobie  ludzi  i 

porwał Rose Fenton wprost sprzed nosa jej brata. 

Wiedział,  że  nie  będzie  to  łatwe  przedsięwzięcie.  Rose  Fenton  miała  opinię  osoby 

twardej, śmiałej, która stanie w szranki z każdym przeciwnikiem. 

Nie  bała  się  go.  Była  chłodna  i  ciekawa.  Najwyraźniej  chciała  zdobyć  materiał  na 

reportaż. Przynajmniej do chwili, gdy w końcu puściły jej nerwy i spróbowała ucieczki. 

Ale  nawet  wtedy  rzucała  mu  wyzwanie,  drwiła  z  niego,  popychała  do  najgorszych 

czynów.  Na  litość  boską,  sprowokowała  go,  skrępował  jej  ręce,  tak  jakby  naprawdę  była 
branką zdobytą na wrogu! 

Ale nawet wtedy to ona była górą. Oczywiście nie walczyła, nie opierała się. Na to była 

zbyt  sprytna.  Uznała  jego  zachowanie  za  blef  i  odwzajemniła  pocałunek  -  przekornie, 
namiętnie i słodko. 

background image

Całe  szczęście!  Gdyby  wiedziała,  że  to  nie  był  blef,  jedno  z  nich  znalazłoby  się  w 

kłopotach. 

Dręczyło  go  przeczucie,  że  byłby  to  on.  Jeśli  Partridge  szybko  nie  znajdzie  Fajsala, 

dojdzie do katastrofy. 

Rose  wyjęła  telefon  z  kieszeni.  Chyba  po  raz  pierwszy  w  życiu  była  w  rozterce.  Nie 

wiedziała, co powinna zrobić, z kim się skontaktować. 

Na  pewno  nie  z  Timem.  Nie  chciała  go  mieszać  w  spór  pomiędzy  zwaśnionymi 

książętami. 

Pozostawał  Gordon.  Powinna  zadzwonić  do  głównego  redaktora  wiadomości.  Ale 

przecież  on  w  każdej  chwili  mógł  otrzymać  tę  wiadomość  od  Hassana,  nieprawdaż? 
Dzwoniąc  do  niego,  mogła  jedynie  ujawnić  imię  swego  porywacza,  a  na  to  nie  była  jeszcze 
gotowa.  W  ten  sposób  stanęłaby  po  stronie  Abdullaha.  I  chociaż  Abdullah  jako  regent  i 
pracodawca  jej  brata  zasługiwał  na  lojalność,  nie  miała  serca  podjąć  takiej  decyzji. 
Ostrzeganie Tima też nie było konieczne. Za chwilę sam się zorientuje, że Abdullah zamierzał 
ją wykorzystać. 

Czy Hassan nie postępował równie perfidnie? 
Prawdopodobnie.  Tylko  że  on  przynajmniej  był  szczery...  A  poza  tym...  Poza  tym  nie 

potrafiła zapomnieć pocałunku... Chciała dać mu szansę. Nawet kilka. 

Do licha, co się stało z bezstronną, chłodną dziennikarką? 
Chwileczkę!  Nie  miała  wyboru  i  na  razie  musiała  tu  pozostać.  Wstrzyma  się  z 

telefonem do Gordona, dopóki nie pozna prawdy. Nie było teraz sensu marnować baterii. 

A  matka?  Mogła  przynajmniej  uspokoić  matkę.  Szybko  wybrała  numer.  Telefon  był 

zajęty  i  pozostawał  zajęty,  mimo  że  próbowała  kilkakrotnie.  Doszła  do  wniosku,  że  się 
spóźniła.  Matka  zapewne  dostała  już  wiadomość  od  Tima  i  przystąpiła  do  działania.  A  że 
doceniała  potęgę  prasy,  na  pewno  pierwszy  telefon  wykonała  do  Gordona.  Hassan  miał 
szczęście. 

Wyłączyła  aparat  i  rozejrzała  się  wokół.  To  niewiarygodne,  że  do  tej  pory  jej  nie 

przeszukano. 

Nie  mogła  jednak  dłużej  polegać  na  szczęściu.  Musiała  znaleźć  bezpieczną  kryjówkę 

dla bezcennego aparatu, umożliwiającego jej łączność ze światem. 

Na  toaletce  stało  pudełko  z  chusteczkami  kosmetycznymi.  Otworzyła  je,  wyjęła  część 

chusteczek,  na  dno  włożyła  maleńki  aparat,  przykryła  go,  a  ostatnią  chusteczkę  lekko 
wyciągnęła. 

Pozostałe  chusteczki  zwinęła  w  gruby  rulon  i  zużyła  do  zmycia  makijażu,  po  czym 

rzuciła niedbale obok pudełka. 

Ziewnęła. Mieszanina nerwów, napięcia i zmęczenia sprawiła, że zachciało jej się spać. 

Ale  myśl,  że  miałaby  rozebrać  się  do  bielizny,  przyprawiła  ją  o  dziwny  niepokój.  Ciekawe, 
czy  mężczyzna,  który  zadał  sobie  tyle  trudu,  by  zaopatrzyć  ją  w  ulubione  kosmetyki, 
pomyślał o ubraniach na zmianę? 

Zdjęła  z  łóżka  kapę.  Nie,  nie  zapomniał.  Pod  kapą  leżała  starannie  złożona  nocna 

koszula. 

Rose  powstrzymała  się  przed  wybuchem  śmiechu.  Koszula  była  bardzo  skromna, 

staroświecka.  Mężczyzna,  który  planowałby  gwałt,  nie  wybrałby  takiej  bielizny.  Hassan 
zapewne właśnie to chciał dać jej do zrozumienia. 

Na dźwięk stłumionego chichotu pies podniósł łeb i z nadzieją zaczął merdać ogonem. 
 -  W  porządku  -  odezwała  się  do  niego.  -  Twój  pan  nie  jest  taki  zły,  za  jakiego  chce 

uchodzić. - Podniosła koszulę do góry. - Chciałabym jednak wiedzieć, skąd on to wytrzasnął? 
Czyżby z kufra swoich szkockich przodków? 

Przed samym zaśnięciem przemknęło jej przez głowę pytanie, czy Hassan przygotował 

dla niej również dzienne stroje. Gdy jutro się obudzi, pewnie znajdzie obok łóżka porządną, 

background image

tweedową  spódnicę,  kaszmirowy  sweterek  w  pastelowym  kolorze  i...  parę  solidnych 
obciskających i odstraszających majtek... 

Ta myśl powinna ją uspokoić. Ale tak się nie stało. 
Hassan  dłuższą  chwilę  siedział  przy  łóżku  Rose  i  obserwował  ją  w  zadumie.  Jakże  po 

tym  wszystkim  mogła  spokojnie  spać?  Miał  ochotę  ją  obudzić,  przeszkodzić  jej  w 
odpoczynku, ale oczywiście nie zrobił tego. 

Była  taka  śliczna,  taka  urocza.  Jasna  skóra  kontrastowała  z  jej  płomiennymi  włosami. 

Nawet we śnie intrygowała go bardziej niż jakakolwiek inna kobieta. 

To mu się nie podobało. Podejrzewał, że potem będzie jeszcze gorzej. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 
Rose powoli się budziła. Było jej ciepło i cudownie wygodnie. Wsunęła się głębiej pod 

kołdrę, nie mając najmniejszej ochoty  wychodzić z łóżka. Czyjeś ciepłe ciało przesunęło się 
również,  wtulając  się  w  wygięcie  jej  kręgosłupa.  To  było  miłe...  Od  dawna  budziła  się 
samotnie. 

Dziś nie była sama. Nie była sama! 
Promienie  słońca  przedzierały  się  przez  czarną  materię  namiotu.  Rose  przesunęła 

wzrokiem  po  antycznym  kufrze,  na  którym  stały  kosmetyki,  potem  po  grubym,  bezcennym 
dywanie,  wreszcie  po  starannie  złożonym  na  taborecie  obok  łóżka  jedwabnym  shalwar 
kameez. Ciężar, który czuła na plecach, był jak najbardziej realny, nie należał do snu... 

Poczucie  komfortu  ulotniło  się  jak  kamfora,  gdy  wydarzenia  poprzedniego  wieczoru 

powróciły z nachalną wyrazistością. Co powinna zrobić? Czy ma odwrócić się i pozwolić, by 
porywacz  wziął  ją  w  ramiona  i  dokończył  dzieło,  które  zaczęli  wczoraj?  A  może  powinna 
zareagować wściekłością? 

Wybrała  drugie  rozwiązanie.  Nim  na  dobre  się  rozbudziła,  w  dzikiej  furii  odrzuciła 

kołdrę. Jej towarzysz wyskoczył z łóżka i zaczął radośnie szczekać na powitanie. 

To był pies. Tylko pies... 
Opadła  na  poduszkę  i  czekała,  aż  pospiesznie  bijące  serce  nieco  się  uspokoi.  Ulga 

walczyła w niej z rozczarowaniem. Stanowczo zbyt długo była sama. 

Pies ziewnął szeroko, potem znów usadowił się na łóżku, kładąc głowę na jej brzuchu. 
 -  Jesteś  przyzwyczajony  do  spania  w  łóżku,  prawdą?  -  powiedziała  półgłosem,  gdy 

odzyskała oddech. - Moja matka by tego nie pochwaliła. - Pogłaskała psa po głowie. - Ona nie 
aprobuje  zwierząt  w  łóżku.  Mężów  również.  Może  od  czasu  do  czasu  kochanków.  -  To  był 
jeden z punktów niezgody pomiędzy nimi. 

Jakiś  ruch  dostrzeżony  kątem  oka  skłonił  ją  do  podniesienia  wzroku.  Hassan,  który 

zapewne usłyszał hałas, rozsunął kotary. 

 - Dobrze spałaś? 
Zadziwiająco dobrze. Natomiast on wyglądał tak, jakby  przeżył  ciężką noc. Nim Rose 

zdobyła się na odpowiedź, przerwano im. 

 -  Wiedziałam!  -  Nieduża  kobieta,  ubrana  w  tradycyjny  strój,  pojawiła  się  u  boku 

Hassana  i  nie  czekając  na  zaproszenie,  wtargnęła  do  środka.  -  Na  litość  boską,  Hassan!  - 
jęknęła. - Co ty wyprawiasz? 

Czyżby to była jego żona? Rose nawet nie pomyślała, że Hassan może mieć żonę. 
Hassan nie odpowiedział od razu. Kobieta energicznie podeszła do łóżka. Gdy zrzuciła 

pelerynę  i  zasłonę  z  twarzy,  okazało  się,  że  jest  bardzo  piękna  i  młoda.  Miała  na  sobie 
jedwabną bluzkę i doskonale skrojoną krótką spódnicę. 

 -  Nadim  al  Raszid  -  przedstawiła  się,  wyciągając  drobną  dłoń  do  Rose.  -  Ogromnie 

przepraszam  za  zachowanie  mojego  brata.  Pojedzie  pani  do  mojego  domu,  gdzie  będzie 
bezpieczna  aż  do  powrotu  Fajsala.  Postaramy  się  coś  wymyślić,  by  usprawiedliwić  pani 
krótkie zniknięcie. 

Fajsal?  Rose  błyskawicznie  skojarzyła.  Ta  kobieta  musiała  być  siostrą  Fajsala,  a  więc 

przyrodnią siostrą Hassana, i najwyraźniej zamierzała zatuszować aferę z porwaniem. 

Rose zerknęła na Hassana, ale unikał jej spojrzenia. Zagryzła dolną wargę i postanowiła 

siedzieć cicho i nie uśmiechać się zbyt otwarcie, gdy Nadim będzie strofować brata. 

 -  Co  ty  sobie  myślałeś,  Hassan?  -  powtórzyła  pytanie  Nadim.  -  Nie,  nic  nie  mów! 

Potrafię odgadnąć. Rozmawiałeś z Fajsalem? - Zignorowała ostrzegawcze spojrzenie Hassana 
i ciągnęła: - A więc? 

Widząc,  że  nie  uda  mu  się  jej  powstrzymać,  Hassan  wzruszył  ramionami  i 

odpowiedział: 

background image

 -  Wysłałem  Partridge'a  do  Stanów,  aby  przywiózł  go  do  domu,  ale  on  zmylił 

ochroniarzy i gdzieś się wymknął. 

 - To nieuprzejmie z jego strony - powiedziała sarkastycznie. - Ciekawe, kto nauczył go 

tej sztuczki? 

 - Dam sobie jakoś radę - powiedział Hassan przez zaciśnięte zęby. - Zostaw to mnie. 
 - Nie sądzę. 
 - Nikt cię nie pyta o zdanie, Nadim. A teraz bardzo cię proszę, wyjdź. To mój problem. 

Nie  chcę,  byś  się  wtrącała.  -  Nie  chciał  narobić  jej  kłopotów.  Rose  poczuła  do  niego 
niespodziewany przypływ sympatii. 

 - Już jestem w to zamieszana, idioto. Fajsal jest również moim bratem. 
 - Ale jeśli się coś nie uda... 
 - Mimo że weźmiesz sprawy w swoje ręce? Czy to możliwe? - spytała tonem drwiny. 

Zwróciła się do Rose: - Proszę się niczym nie przejmować. Przywiozłam dodatkową abbeyah, 
nikt  pani  nie  rozpozna.  -  Odwróciła  się  znów  do  brata:  -  Zachowałeś  się  skandalicznie, 
Hassan.  Panna  Fenton  jest  naszym  gościem...  -  Przeszła  na  arabski  i  łajała  brata  w  ich 
ojczystym języku. 

Rose,  obserwując  rozgrywającą  się  przed  jej  oczami  scenę,  z  trudem  powstrzymała 

wybuch śmiechu. 

 -  Och,  przepraszam...  -  wtrąciła  się  w  końcu,  przerywając  tyradę  Nadim.  -  Nie 

chciałabym wam przeszkadzać... Ale czy w tej sprawie również mogłabym zabrać głos? 

W  oczach  Hassana  dojrzała  wyraz  wdzięczności.  Wspaniale.  Ale  nie  robiła  tego  dla 

niego.  Ostatecznie  cała  sprawa  dotyczyła  również  jej.  A  ostatnią  rzeczą,  jakiej  pragnęła,  to 
wyjazd z Nadim do jej domu, niezależnie od tego, jakimi szlachetnymi intencjami kierowała 
się  księżniczka.  Nie  chciała  jechać  do  miasta.  Tutaj  przynajmniej  pozostawała  w  centrum 
wydarzeń. A jednocześnie - blisko Hassana... 

Nadim  najwyraźniej  źle  ją  zrozumiała,  ponieważ  podeszła,  usiadła  na  łóżku  i  ujęła  jej 

rękę w swoją drobniutką, wypielęgnowaną dłoń. 

 - Panno Fenton, zdaję sobie sprawę, że chciałaby pani wrócić do domu swojego brata i 

kontynuować przerwany wypoczynek, ale pojawił się pewien problem... Abdullah zmierza do 
zagarnięcia  tronu  Fajsala,  a  Fajsal,  głupi  chłopak,  akurat  wybrali  sobie  ten  moment  na... 
Powiedzmy,  że  wybrał  nieodpowiedni  moment.  -  Wtrąciła  kilka  słów  po  arabsku, 
niewątpliwie  o  ogólnej  głupocie  mężczyzn,  a  jej  braci  w  szczególności.  -  Szum  wokół  pani 
zniknięcia przez kilka dni będzie trzymał Abdullaha na wodzy. Jeśli pozostanie pani ze mną, 
pewna jestem, że Hassan doceni pani poświęcenie i hojnie je wynagrodzi. 

 -  Wynagrodzi?  -  powtórzyła  Rose  jak  echo.  Czyżby  miała  otrzymać  order  za  zasługi 

dla Ras al Hajar? 

 - Będziesz mogła wyznaczyć swoją cenę. Tyle lakhów złota, ile zechcesz - powiedział 

cicho Hassan. 

 -  Obsypiesz  mnie  złotem  i  perłami,  zawieziesz  na  pustynię,  by  zaśpiewać  mi  pieśń 

miłości. 

 - Cokolwiek zechcesz - powiedział. 
 - Umiesz śpiewać? 
 - Jak słowik. 
 - Reportaż - przerwała poważnie. - To wszystko, czego chcę. Zostanę tutaj. 
Nadim zrobiła wystraszoną minę. 
 - Ale przecież nie może pani... 
 - Może i musi. - Hassan nareszcie odzyskał panowanie nad sytuacją. 
 - Och, ale... 
 - Czy nie powinnaś być dzisiaj w klinice, Nadim? 

background image

 -  Po  południu.  -  Zerknęła  na  zegarek.  -  A  skoro  mowa  o  klinice,  przydałyby  mi  się 

nowe inkubatory... 

 - Przekażę tę sprawę Partridge'owi. On wszystko załatwi. 
Nadim  potrafi,  jak  widać,  chwytać  w  lot  okazję,  pomyślała  Rose,  gdy  ciemnowłosa 

piękność uśmiechnęła się tak, że cała jej twarz pojaśniała. 

 - Dziękuję. Wszystkie matki w Ras al Hajar będą ci wdzięczne. A teraz, panno Fenton. 
 - Rose, proszę. 
 - Rose... Czy mogłabym coś dla ciebie zrobić? 
 - Twój brat zadbał o wszystko - odparła Rose z uśmiechem. - Może tylko ta koszula... - 

wskazała palcem nocną koszulę - nie jest zbytnio w moim guście. 

 -  Naprawdę?  -  Przez  moment  oczy  Hassana  spoczęły  na  jej  wznoszącym  się  i 

opadającym  biuście.  Chrząknął.  -  Przykro  mi,  że  mój  wybór  nie  spotkał  się  z  twoim 
uznaniem. Ale ten oto kufer pełen jest ubrań. Z pewnością znajdziesz coś odpowiedniego... 

Rose,  której  serce  waliło  jak  oszalałe,  nagle  zamarła,  gdy  Hassan  odwrócił  się  i  chcąc 

podnieść wieko kufra, sięgnął po pudełko z chusteczkami higienicznymi. Czy jego ciężar go 
nie zaniepokoił? 

 - Wyjdź już, Hassan - wtrąciła się Nadim. 
Hassan zerknął na Rose. Mogłaby przysiąc, że ma ochotę roześmiać się głośno. 
 -  Rzeczywiście  -  powiedział  -  jeśli  macie  zamiar  przeglądać  garderobę,  wolę  się 

usunąć. Czy zostaniesz z nami na śniadaniu, Nadim? 

 -  Wypiję  tylko  kawę  -  powiedziała,  władczym  gestem  pokazując  mu  wyjście.  Gdy 

wreszcie  je  opuścił,  wyjrzała  jeszcze  na  zewnątrz  i  dopiero  wtedy  zwróciła  się  do  Rose:  - 
Nieważne,  co  Hassan  mówi.  Jeśli  nie  chcesz  tu  zostać,  nie  musisz.  Powiedz  słowo,  a 
wyjedziesz ze mną. 

Nie. Zostanie tu, żeby obserwować sprawy z bliska. 
 - Wszystko będzie dobrze - zwróciła się uspokajającym tonem do Nadim. - Naprawdę. 

-  A  żeby  odwrócić  jej  uwagę  od  głównego  tematu,  spytała:  -  Co  to  jest  lakh  złota?  Jakiś 
rodzaj biżuterii? 

 -  Ależ  nie!  -  Nadim  była  zdumiona  ignorancją  w  tak  istotnej  sprawie.  -  To  jednostka 

wagi.  Sto  tysięcy  gramów.  Ale  nie  martw  się  -  dodała  szybko.  -  Niezależnie  od  tego,  czy 
zostaniesz tutaj, czy pojedziesz ze mną, Hassan i tak będzie musiał zapłacić twojemu bratu za 
to, że cię porwał. 

 -  Zapłacić  Timowi?  -  Rose  wyglądała  na  oszołomioną.  Nie  potrafiła  wyobrazić  sobie 

reakcji Tima. Jeśli Hassan zaproponuje mu pieniądze za honor siostry, było całkiem możliwe, 
ż

e Tim zmieni swoje obyczaje i po prostu rzuci się na Hassana z pięściami. 

Nadim mówiła poważnie. 
 - Oczywiście, że musi zapłacić. Według naszych zwyczajów Hassan okrył cię hańbą. 
Czyżby Nadim uznała za oczywiste, że Hassan się z nią przespał? A może wystarczyło 

to, że była jedyną kobietą w jego obozie? Rose pomyślała, że lepiej nie pytać. 

 - A może twój brat go zabije? - zasugerowała nieoczekiwanie Nadim. 
 -  Och,  nie  sądzę.  -  Rose  uśmiechnęła  się  w  duchu.  W  największym  wzburzeniu  Hm 

mógł co najwyżej walnąć Hassana w szczękę. 

 -  Nie?  -  Nadim  wzruszyła  ramionami.  -  Oczywiście,  on  jest  przecież  Anglikiem. 

Anglicy są tacy... flegmatyczni. Hassan w takiej sytuacji na pewno zabiłby twego brata. No, 
ale  jeśli  w  grę  nie  wchodzą  pieniądze  ani  krew,  w  takim  razie  pozostaje  jedno  rozwiązanie. 
Hassan będzie musiał się z tobą ożenić. Nie martw się, ja się tym zajmę. 

To przekraczało najśmielsze fantazje Rose. 
 - Ależ na pewno mężczyzna w jego wieku i z jego bogactwem. .. - Zdała sobie sprawę, 

ż

e podąża torem myślenia Nadim - jest już żonaty, nieprawdaż? 

background image

 - Hassan? Żonaty? - Nadim szczerze się roześmiała. - Niełatwo znaleźć kobietę, która 

byłaby w stanie go usidlić. 

 - Przecież małżeństwa są aranżowane? 
 - Hassan jest inny - powiedziała jego siostra. - Jest... nietypowy. Z tobą to oczywiście 

kwestia  honoru  i  nie  będzie  miał  wyjścia,  ale  w  innych  okolicznościach  w  ogóle  nie 
rozważałby tej możliwości. Uwierz mi, nieraz próbowaliśmy,  ale on zbyt wiele podróżował, 
by  zaakceptować  jakąś  porządną  dziewczynę  o  tradycyjnych  poglądach,  która  siedziałaby  w 
domu  i  wychowywała  dzieci.  To  nie  byłoby  w  porządku  wobec  żadnej  ze  stron.  A 
jednocześnie  Hassan  ma  zbyt  tradycyjne  poglądy,  by  ożenić  się  z  jedną  z  tych  aktorek  lub 
modelek,  z  którymi  pokazuje  się  publicznie,  gdy  mieszka  w  Londynie  lub  Paryżu. 
Oczywiście, taki związek nie przetrwałby nawet pięciu minut 

 - Dlaczego? 
 - Kobiety muszą się urodzić do życia, jakie tu prowadzimy. Nasi mężczyźni są bardzo 

zaborczy,  a  nowoczesne  kobiety  tego  nie  akceptują.  Chciałyby  mieć  wszystko,  co  może  im 
ofiarować  Hassan,  ale  jednocześnie  nie  zamierzają  zrezygnować  z  tego,  co  już  mają.  - 
Uśmiechnęła się pobłażliwie. - W pewnym sensie żal mi ich. 

 - Ale ty jesteś szczęśliwa. 
 -  Pracowałam  nad  tym.  Mam  dobrego  męża,  wspaniałe  dzieci  i  pasjonującą  pracę  w 

kraju,  który  kocham.  -  Zerknęła  na  Rose.  -  Hassan  też  kocha  swój  kraj.  Nie  potrafiłby  żyć 
gdzie  indziej.  -  Nadim  westchnęła.  -  Byłby  wspaniałym  emirem  -  dodała.  -  Zawsze  miał  w 
sobie to, co nazywa się majestatem władzy. Tymczasem Fajsal... Cóż, Fajsal nie rozumie, ile 
będzie musiał poświęcić. - Zamyśliła się na chwilę. - A może właśnie rozumie. 

 - A Abdullah? 
Nadim  zaczęła  mówić,  ale  nagłe,  jakby  zdając  sobie  sprawę,  że  mogłaby  powiedzieć 

zbyt wiele, urwała. Szybko zerknęła na zegarek. 

 - Och, mam już mało czasu. Przejrzyjmy ubrania. 
 - Czego się dowiedziałaś? - spytał Hassan, gdy usiedli do śniadania. 
 - Dowiedziałam? 
 - Moja siostra ma długi język. Jestem pewien, że nie miałaś trudności z wyciągnięciem 

od niej informacji. 

 - Nadim jest urocza, troskliwa i bardzo pomocna. 
 -  Skoro  zrobiła  tak  dobre  wrażenie,  musiała  być  niezwykle  rozmowna,  nawet  jak  na 

nią. 

 - Wcale nie. Dowiedziałam się niewiele ponad to, co już wiem. 
 - Właśnie to „niewiele" mnie niepokoi. 
 -  Dlaczego?  Dopilnowanie,  by  twój  brat  zasiadł  zgodnie  z  prawem  na  tronie,  nie  jest 

niczym zdrożnym. A ja podejrzewałam, że chcesz go ubiec. - Jeśli spodziewała się, że Hassan 
zareaguje  na  te  insynuacje  gwałtownie,  przeliczyła  się.  -  I  nie  zamierzam  nikomu  mówić  o 
twoich  planach.  Słowo.  -  Uśmiechnęła  się.  W  każdym  razie  jeszcze  nie  teraz.  -  Odniosłam 
wrażenie,  że  głównym  zmartwieniem  Nadim  jest  to,  że  będziesz  musiał  słono  zapłacić 
mojemu bratu za okrycie mnie hańbą. 

Ż

artowała  sobie  z  niego.  Bawiła  się  jego  kosztem.  W  porządku.  Byle  była  szczęśliwa, 

pomyślał. 

 -  Jeśli  uważasz  to  za  stosowne  -  rzekł  z  lekkim  lekceważeniem.  Jej  współpraca  warta 

była  złota.  A  ona  współpracowała.  Albo  była  bardzo  sprytna...  -  Chociaż,  znając  ciebie  i 
twego  brata,  wątpię,  byście  dybali  na  moje  pieniądze.  -  Mógłby  ręczyć  życiem,  że  nie 
siedziała  również  w  kieszeni  u  Abdullaha.  Czekał  na  odpowiedź,  zadowolony,  że  Rose  się 
dobrze bawi. 

background image

 - Może masz rację. Ale  i tak wpadłeś  w tarapaty. Zdaniem Nadim jedyną alternatywą 

ugody finansowej jest śmierć, a skoro Tim prędzej sam by umarł, niż kogoś zabił, pozostaje 
jeszcze... małżeństwo. 

Zauważyła,  że  jego  ręka,  kiedy  podnosił  filiżankę  do  ust,  na  moment  zastygła  w 

bezruchu. 

 -  Możliwe,  że  Nadim  ma  rację  -  powiedział  sucho.  Dopił  kawę,  odstawił  filiżankę  i 

wstał. - Widzę, że włożyłaś bryczesy. Czy mam rozumieć, że chcesz pojeździć konno? 

Czy  chciała  z  nim  jeździć  konno?  Czy  dlatego  włożyła  bryczesy,  mimo  obiekcji 

Nadim?  Nagle  poczuła  się  bardzo  zmieszana.  Minęło  wiele  czasu,  odkąd  jeździła  konno  u 
boku ukochanego mężczyzny. 

Właściwie miała ochotę. Bryczesy wydawały się tak swojskie, tak bliskie... 
Unikając jego wzroku, wyciągnęła nogi do przodu. 
 - To były jedyne spodnie, jakie znalazłam - powiedziała wymijająco. - Nie lubię nosić 

długich  jedwabnych  sukni.  -  Oczywiście,  bielizna  to  co  innego.  Na  wierzch  ubrała  męską 
koszulę i stare bryczesy, które znalazła w szufladzie Hassana. Koszula była zbyt luźna, toteż 
wcisnęła ją w szerokie spodnie. - Jak ci się podobają? - spytała kokieteryjnie. 

 -  Mogą  być  -  odparł  z  wahaniem.  -  Nie  pamiętam  ich...  -  Siedział  sztywno,  dając  do 

zrozumienia,  że  nie  pochwala  korzystania  z  jego  rzeczy.  -  Powinienem  dostarczyć  ci  twoją 
garderobę - dodał tonem usprawiedliwienia - ale wówczas mogliby pomyśleć, że wyjechałaś z 
własnej woli 

 - A jednak przy wiozłeś tu moje buty. - Były to sportowe, sznurowane buty, które miała 

na sobie w dniu przyjazdu. 

 - Grunt jest tu nierówny - odparł, wzruszając ramionami. 
 -  To  byłby  pech,  gdybyś  musiał  zawieźć  mnie  do  szpitala  ze  złamaną  nogą, 

nieprawdaż? 

 - Nie bądź głupia. - Uśmiechnął się lekko. - Powiedziałbym, że cię znalazłem w takim 

stanie.  A  ty  byś  mnie  nie  zdradziła,  prawda,  Rose?  Pomyślałabyś  o  reportażu  i  siedziałabyś 
cicho. 

Ten facet był nieznośny. Po prostu nieznośny, 
 -  Oczywiście,  jeśli  Khalil  oddałby  ci  wszystkie  moje  rzeczy,  prawdopodobnie 

skończyłby w więzieniu jako współwinny porwania. Nie sądzę, by Abdullah specjalnie się z 
nim cackał. 

 - Khalil? 
 -  Służący  mojego  brata.  Ktoś  przecież  musiał  ci  powiedzieć,  jakich  używam 

kosmetyków. A przy okazji, masz tu wspaniały prysznic. - Dopiła kawę i ciągnęła: - Któżby 
inny mógł zepsuć telefon i światło w range roverze, nie wzbudzając podejrzeń? 

Zignorował jej pytanie. 
 - Masz ochotę się przejechać? - wrócił do poprzedniej propozycji. 
 - To jedna z obiecanych atrakcji. 
 - A potrafisz jeździć konno? 
 - Owszem. - Wstała, czując się coraz bardziej nieswojo, ponieważ od dłuższego czasu 

Hassan nie spuszczał z niej oczu. 

 -  Aby  utrzymać  się  na  jednym  z  moich  koni,  nie  wystarczają  umiejętności  nabyte  w 

szkółce jeździeckiej. 

 -  Nie  wątpię,  ale  miałam  naprawdę  dobrego  nauczyciela.  Nie  obawiasz  się,  że  ktoś 

może  mnie  zauważyć?  -  spytała,  gwałtownie  zmieniając  temat.  -  Jeśli  do  poszukiwań  użyją 
helikopterów... - Przesunęła ręką po swoich rudych włosach. - Raczej trudno mnie pomylić z 
kimś innym. 

 -  To  prawda  -  skonstatował  z  krzywym  uśmiechem.  -  Ale  twoje  włosy  nie  będą 

problemem. Odpowiednio ubrana, staniesz się niewidoczna. Poczekaj chwilę. 

background image

Po kilku minutach wrócił z chustą w biało - czerwoną kratkę. Podał ją Rose. 
Usiłowała udrapować ją na głowie, ale bez skutku. Przytrzymując dwa końce, patrzyła 

bezradnie na Hassana. 

Nastała chwila niezręcznej ciszy. Wreszcie Hassan odetchnął gwałtownie. 
 - Popatrz - powiedział z ożywieniem. - Tak się to robi. Zręcznie owinął chustkę wokół 

jej głowy, potem zasłonił dolną część twarzy, przy okazji muskając palcami jej policzki. Pod 
dotykiem jego delikatnych palców skóra Rose pokryła się gęsią skórką. 

 - Załatwione. 
 - Dziękuję - odpowiedziała głosem, który w zaschniętych ustach zabrzmiał jak szept. 
 - To ja ci dziękuję, Rose. Za zrozumienie. Gdyby Abdullah się dowiedział... 
 -  No,  cóż...  Gdybym  ukrywała  się  w  domu  Nadim,  nie  miałabym  sensacyjnego 

materiału, czyż nie? 

Twarz Hassana rozjaśnił uśmiech. Podał jej pelerynę z wielbłądziej wełny. 
 - Teraz przypominasz Beduina - powiedział, również owijając twarz chustą. 
 - Z wyjątkiem brody - szepnęła poprzez materiał. Przechyliła głowę na bok. - Ty też nie 

nosisz brody, Hassan. Dlaczego? 

 - Zadajesz za dużo pytań. - Położył dłoń na jej plecach i wyprowadził na jasne, poranne 

słońce. 

 - To prawda. Ale kiepsko ci idzie z odpowiedziami - skomentowała. 
Podprowadził  ją  do  osiodłanych  koni.  Jeden  z  nich  był  wspaniałym  czarnym  ogierem, 

bardzo podobnym do tego, o jakim czytała jeszcze wczoraj w „Szejku". Zastanawiała się, czy 
wybrał go celowo, by odniosła wrażenie, że jej fantazje nabierają realnych kształtów. 

Drugi ogier, nieco drobniejszej budowy, był bardzo pięknym kasztanem. 
 - Jak się nazywa? - spytała, głaszcząc szyję konia. 
 - Iram. 
 -  Iram  -  szepnęła,  a  koń  zastrzygł  uszami  i  uniósł  głowę.  Chwyciła  wodze,  a  Hassan 

pomógł jej wsiąść na siodło, potem podciągnął popręg. Od dawna nie siedziała na koniu, ale 
ten wierzchowiec wyglądał dość spokojnie. 

Hassan wskoczył na siodło, zerknął na nią i wyraźnie zadowolony z tego, co zobaczył, 

skinął głową. Po chwili konie ruszyły. 

Przez chwilę Rose miała wrażenie, że bestia, na którą ją wsadzono, wyrwie jej ramiona 

ze  stawów.  Była  zadowolona,  że  Hassan  wysunął  się  do  przodu  i  nie  widział  beznadziejnej 
walki, jaką toczyła z wierzchowcem. 

Gdy  Hassan  wreszcie  zatrzymał  się  i  odwrócił,  by  sprawdzić,  jak  sobie  radzi,  na 

szczęście  opanowała  już  konia.  Ruszył  za  nią,  wyprzedził  i  znów  zaczął  prowadzić.  Jego 
czarna  peleryna  powiewała  na  wietrze.  Jazda  była  podniecająca,  cudowna,  ale  zarazem 
wyczerpująca.  Gdy  zatrzymali  się  na  urwistym  zboczu  wzgórza,  Rose  śmiała  się,  z  trudem 
łapiąc  oddech,  i  drżąc  z  powodu  wysiłku,  jaki  włożyła  w  okiełznanie  narowistego  ogiera. 
Hassan również się śmiał. 

 - Myślałeś, że sobie z nim nie poradzę, prawda? 
 - Mało brakowało, ale, jak widać, jesteś doskonałym jeźdźcem. 
 - Od dawna nie jeździłam. 
Hassan przerzucił nogę przez siodło, zeskoczył i wziął do ręki wodze. 
 - Kto cię uczył? 
 - Przyjaciel. 
Odwrócił się i spojrzał na nią uważnie. 
 - Rozumiem, że mężczyzna. Jeździsz po męsku. Parzyło ją jego badawcze spojrzenie. 
 -  Tak,  mężczyzna.  Hodował  konie.  Piękne  konie.  -  Pogłaskała  rumaka  po  szyi. 

Skrzypienie siodeł, zapach skóry i końskiego potu wróciły do niej wraz z resztą wspomnień. - 
Był moim mężem. 

background image

Zapadła cisza. Hassan trawił tę wiadomość. 
 - Był? - spytał po chwili. - Jesteś rozwiedziona? 
 - Nie, on umarł. - Nastała kolejna chwila ciszy. Zauważyła, że Hassan zastanawiał się, 

czy  dalej  ją  indagować.  -  To  nie  był  wypadek  na  koniu  -  wyjaśniła  z  własnej  woli.  -  Miał 
wadę  serca.  Nie  powiedział  mi  o  tym...  -  Nie  rozmawiała  na  ten  temat  od  ponad  pięciu  lat. 
Próbowała o tym nie myśleć. 

Wysunęła nogi ze strzemion i zeskoczyła na ziemię. - Pewnego dnia jego serce stanęło. 

I zmarł. 

Hassan dołączył do niej i szli obok siebie, prowadząc konie za wodze. 
 - Przykro mi, Rose. Nie miałem pojęcia. 
 - To było dawno temu. Wyczuła, że na nią zerka. 
 - Chyba nie aż tak dawno? Jesteś młodą kobietą. 
 - Minęło prawie sześć lat. - Ledwie dostrzegała krajobraz, który rozpościerał się przed 

jej oczami. Widziała wymarzoną, niespełnioną wizję swego życia. Dwójka dzieci jeżdżących 
na kucykach... Michael chciał mieć dzieci. To ona się sprzeciwiała. Była przecież taka młoda, 
nie widziała powodu do pośpiechu... 

Oczy jej pokryła mgła; potknęła się o wystający kamień. Hassan przytrzymał ją w talii. 
 -  Całe  szczęście,  że  masz  interesującą  pracę  -  powiedział.  -  Pracę,  która  wypełniła  ci 

pustkę po stracie męża. 

 -  Myślisz,  że  praca  może  tego  dokonać?  Czy  cokolwiek  może  zrekompensować  taką 

stratę? Kochałam go. On mnie też kochał. - Nie musiała walczyć o jego uczucie. Wystarczyło, 
ż

e była sobą. 

Popatrzył na nią w zamyśleniu. 
 - Powiedz mi, czy dlatego masz opinię dziennikarki pozbawionej strachu, że w gruncie 

rzeczy cały czas wyzywasz śmierć na pojedynek? 

Opanowała  ją  złość.  Jak  śmiał  grzebać  w  jej  uczuciach?  Robić  jakąś  amatorską 

psychoanalizę?  Przez  wiele  lat  bawiła  się  w  to  jej  matka.  Gdy  Rose  poślubiła  Michaela, 
kiwała  z  powagą  głową,  tak  jakby  przypadek  jej  córki  stanowił  potwierdzenie  teorii,  którą 
właśnie przedstawiła w swojej najnowszej rozprawie feministycznej. Oczy Hassana wyrażały 
współczucie. 

 -  Może  -  wyszeptała,  przyznając  się  do  tego  po  raz  pierwszy.  -  Możliwe.  Przez  jakiś 

czas... 

 - Nie spiesz się zbytnio, Rose. Allan przyjdzie po ciebie, kiedy uzna za stosowne. 
 - Wiem. - Zmusiła się do uśmiechu. - Ale o wiele łatwiej jest zyskać reputację, niż się 

jej pozbyć. Mam niewyparzony język i to również przysparza mi kłopotów. 

 - Zauważyłem - powiedział ze śmiechem. 
Jego  głos,  chociaż  drwiący,  miał  w  sobie  ciepło,  które  szybko  przywróciło  ją  do 

rzeczywistości.  Teraz  liczyła  się  teraźniejszość.  Tu  i  teraz.  Przez  chwilę,  gdy  obejmował  ją 
ręką  w  talii,  a  wzrok  jego  palił  mocniej  niż  pustynne  słońce,  pomyślała,  że  znów  chce  ją 
pocałować.  Ale  tego  nie  zrobił.  Zauważyła  nawet  moment,  w  którym  się  wycofał,  nagłe 
zrezygnował - ten ułamek sekundy, gdy opuścił rękę i ruszył przed siebie. 

O nie, nie wywinie się tak łatwo, pomyślała, podążając za nim krok w krok. Miała do 

napisania reportaż. 

 - A więc - podjęła - dlaczego zgoliłeś brodę? 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 
Hassan roześmiał się, zadowolony, że zmieniła temat. 
 -  A  kto  ci  powiedział,  że  kiedykolwiek  nosiłem  brodę?  Ograniczyła  się  do 

wystudiowanego podniesienia brwi, przypominając mu w ten sposób, z kim ma do czynienia. 
Nie należała do łatwowiernych gąsek, które można było zbyć byle czym. 

 - Jesteś zajadła jak terier - poskarżył się. 
 - Komplementy nie robią na mnie wrażenia - odparła. - Znam je na pamięć. Dlaczego? 

- naciskała, starając się zajść mu za skórę, dowiedzieć się, jaki jest naprawdę. 

 - Może jestem urodzonym buntownikiem - rzekł przekornie. 
 - Czarna owca? To chyba oczywiste, nieprawdaż? 
 -  Miałem  wtedy  dwadzieścia  jeden  lat  -  przyznał  się  w  końcu.  -  To  przekorny  wiek. 

Spodobałem  się  sobie,  więc  dlaczego  miałbym  coś  zmieniać?  -  Poprowadził  ją  do  płaskiej 
skały, przywiązał konie do karłowatego drzewa, poprosił Rose, by usiadła i podał jej termos z 
wodą. 

Rozpościerający  się  przed  nimi  teren  kończył  się  skalistą  skarpą,  opadającą  ku 

nadbrzeżnej  równinie.  Dalej  na  horyzoncie  dostrzegła  błękit  morza.  Był  to  surowy  pejzaż, 
zupełnie  inny  niż  zielone  angielskie  krajobrazy.  Miał  jednak  swoisty  urok,  było  w  nim  coś 
przykuwającego uwagę, ponadczasowego - czystość, prostota i piękno. 

Hassan kochał tę ziemię. Zerknęła teraz na niego, oczekując dalszych słów. 
Wzruszył ramionami i potarł dłonią gładko wygolony podbródek. 
 -  Mój  dziadek  wiedział,  że  ja  nie  utrzymam  pokoju  wśród  wszystkich  plemion  - 

powiedział.  -  To  był  trudny  okres.  Z  wydobycia  ropy  płynęły  wielkie  pieniądze.  Dziadek 
przewidział,  że  rywalizujące  ze  sobą  rody,  wykorzystując  fakt,  że  mój  ojciec  był 
cudzoziemcem, doprowadzą do rozruchów. 

 - Nie miał własnych synów, którzy mogliby przejąć po nim władzę? 
 - Nie. Miał sześć córek, ale żadnego syna.  Byłem jego najstarszym  wnukiem, ale  gdy 

przyszło  mu  wybierać,  postąpił  tak,  jak  przystało  na  władcę.  Przedłożył  dobro  kraju  nad 
pragnienia serca. 

 - Kiedy wyznaczył Fajsala na swojego dziedzica? 
 - Matka wkrótce po śmierci mojego ojca wyszła ponownie za mąż. To było polityczne 

małżeństwo. Mieli dwie córki. Nadim jest jedną z nich. Dopiero później urodził się Fajsal. Ma 
dokonały rodowód, błękitną krew. 

 - Nadal jest bardzo młody. 
 - Wiem, ale kiedyś wszyscy musimy dorosnąć. Na niego właśnie przyszła pora. Trzeba 

mieć nadzieję, że poradzi sobie lepiej ode mnie. 

Poczuła dla niego współczucie. Krył ból głęboko w sercu, ale niekiedy można go było 

dostrzec na dnie pięknych ciemnych oczu. 

 - Musiało ci być trudno to zaakceptować. 
Hassan podniósł kamyk, ścisnął go w dłoni. 
 -  Tak,  to  było  trudne  -  przyznał.  -  Miałem  przecież  tylko  to.  -  Przez  chwilę  jeszcze 

trzymał kamyk w dłoni, wreszcie gwałtownie go odrzucił. - Potem nic mi już nie zostało. 

Rose  zastygła  w  milczeniu.  Cóż  mogła  powiedzieć?  Został  wydziedziczony  z  powodu 

swego pochodzenia. Żadne słowa nie mogły tego zmienić. 

 -  Tym  trudniej  było  mi  znieść  -  ciągnął,  zerkając  na  Rose  -  że  dziadek,  aby  uciszyć 

wrogów,  wyznaczył  Abdullaha  regentem  emiratu.  Nie  miał  wyboru,  wiem  o  tym.  W  ten 
sposób  mnie  chronił.  Gdybym  wtedy  był  dziesięć  lat  starszy,  być  może  rzuciłbym  mu 
wyzwanie  i  może  utrzymałbym  jedność  kraju.  Byłem  zbyt  młody,  aby  sprostać  takim 
wyzwaniom. Teraz jedynym kłopotem, jaki mamy, jest Abdullah i jego poplecznicy o lepkich 
rękach.  A  nasi  obywatele  pragną  dostępu  do  edukacji,  opieki  medycznej  i  wszystkich 
zdobyczy nowych czasów. 

background image

Rose  pomyślała  o  luksusowym  centrum  medycznym,  które  jej  pokazano.  Wszystko 

lśniło tam nowością. Podobnie jak w centrum handlowym pełnym eleganckich butików oraz 
ekskluzywnym  salonie  odnowy  biologicznej,  gdzie  natychmiast  zaoferowano  jej  honorowe 
członkostwo. 

Objęła ramionami kolana, położyła na nich policzek i zapatrzyła się przed siebie. 
 - Nikt nie może cię obwiniać, że tak zareagowałeś - powiedziała. 
 -  Nikt  tego  nie  robił.  Nikt  też  nie  zrobił  nic,  aby  mnie  powstrzymać.  Gdy  zostałem 

wydziedziczony, zgoliłem brodę, zacząłem ubierać się na czarno i żyć jak szaleniec. Dziadek 
odebrał  mi  prawo  do  tronu,  ale  hojnie  wyposażył.  Miałem  za  dużo  pieniędzy,  a  za  mało 
zdrowego rozsądku, by z nich właściwie korzystać. Tymczasem Abdullah i jego poplecznicy 
wprost  zachęcali  mnie  do  samozagłady.  Byłem  niedojrzały,  rozpuszczony  i  głupi.  Wiem  o 
tym,  ponieważ  moja  matka,  mimo  lęku  przed  lataniem,  pewnego  dnia  pojawiła  się  w 
Londynie tylko po to, by powiedzieć mi to prosto w oczy. 

Jeśli  była  choć  trochę  podobna  do  Nadim,  pomyślała  Rose,  skrywając  uśmiech,  na 

pewno nie pozostawiła na nim suchej nitki. 

 - Jednak nie zapuściłeś znów brody - powiedziała. - Nie mogłeś ubierać się choć trochę 

bardziej konserwatywnie? Nie zmieniłeś zresztą również swego zachowania. 

 -  Buntownik  przychodzący  do  nogi  jak  pies?  Czyż  to  nie  ucieszyłoby  Abdullaha?  Na 

pewno zacząłby  rozpuszczać plotki, że próbuję  wrócić do łask, by zdobyć tron. A to byłoby 
doskonałym  pretekstem  do  wykonania  jakiegoś  ruchu  przeciwko  mnie  i  Fajsalowi.  Nie, 
dopóki mój brat nie zasiądzie na właściwym miejscu, nie zmienię wizerunku. - Zerknął na nią 
z  góry.  -  A  ponieważ  mój  najdroższy  kuzyn  zajęty  jest  poszukiwaniem  ciebie,  mamy  trochę 
czasu. 

Gestem  głowy  wskazał  nabrzeże,  gdzie  w  oddali  nisko  nad  ziemią  łatały  dwa 

helikoptery.  Hassan  odchylił  się  i  oparł  na  łokciu,  nie  zdradzając  żadnych  objawów 
niepokoju. 

 - Co będzie, jeśli pojawią się w obozie? 
 - Strzelę do pierwszego mężczyzny, który wejdzie do części przeznaczonej dla kobiet. 
 - Części przeznaczonej dla kobiet? A cóż to za określenie? Jestem tu tylko ja, a ja nie 

jestem jedną z twoich kobiet! 

 - Jesteś pod moją opieką. Jedna kobieta, czy sto, cóż to za różnica? 
Wpatrywała się w niego z niedowierzaniem. 
 - Ale żeby kogoś zabić... 
 -  Wystarczy  postrzelić.  Kula  w  nogi  najodważniejszego  śmiałka  zazwyczaj  zniechęca 

resztę. - Wzruszył ramionami. 

 -  Zresztą  tego  się  spodziewają.  -  Widząc,  że  Rose  nadal  nie  jest  przekonana,  dodał:  - 

Zrobiliby to samo, gdyby sytuacja była odwrotna. 

 - Ale to jest... to jest takie prymitywne. 
 - Tak uważasz? - Szare oczy zalśniły w jasnym słońcu. 
 - Może masz rację. Pamiętasz, Rose, wczoraj wieczorem miałaś tego przedsmak. 
Nie  robił  aluzji  do  jej  porwania,  zaplanowanego  z  niezwykłą  precyzją.  Mówił  z 

pewnością o tej chwili, gdy oboje bliscy byli porzucenia wszelkich pozorów cywilizowanego 
zachowania. 

Szybko odwróciła wzrok. Helikoptery poleciały dalej wzdłuż wybrzeża. 
 -  Lepiej  wracajmy,  póki  jeszcze  mogę  się  ruszać  -  powiedziała.  -  Od  dawna  nie 

siedziałam na koniu. Za chwilę będę sztywna jak deska. 

Wstał i wyciągnął do niej rękę. Gdy po  chwili wahania podała mu swoją, pociągnął ją 

do góry. Przez chwilę jej palce pozostały w jego dłoni. 

 -  Tylko  nie  mów  mi,  że  marzysz  o  wizycie  w  salonie  odnowy  biologicznej?  Powiedz 

tylko słowo, a wysmaruję cię specjalną maścią. 

background image

Przez chwilę wyobraziła sobie jego ciepłe dłonie masujące jej ramiona i plecy, a potem 

napięte mięśnie nóg. Niewątpliwie po takim masażu poczułaby się lepiej. Ale cofnęła  rękę i 
roześmiała się trochę sztucznie. 

 - Dzięki, Hassan, ale lepiej będzie, jeśli trochę pocierpię. 
Hassan niecierpliwie czekał na telefon od Simona Partridge'a. Powtarzał sobie w duchu, 

ż

e musi stawić czoło rzeczywistości. 

Rose  Fenton  była  kobietą,  której  cały  świat  padnie  do  stóp.  Za  tydzień  prasa  będzie 

błagać ją o reportaż. W Hollywood prawdopodobnie zechcą nakręcić film. 

Za każdym razem, gdy z nią rozmawiał, tylko ułatwiał jej sprawę. Wystarczyło, by na 

niego  spojrzała,  a  on  od  razu  miał  ochotę  zwierzać  się  jej  z  najgłębszych  sekretów, 
najskrytszych pragnień. 

W dodatku zaproponował jej masaż! 
Jęknął  z  głębi  serca.  Trzeba  z  tym  natychmiast  skończyć.  Do  licha,  pospiesz  się, 

Partridge! Gdzie się podziewasz, do diabła! 

Jej  jedwabista  skóra...  Przystanął,  przymknął  oczy  i  na  chwilę  zatopił  się  we 

wspomnieniu rozchylonych, chętnych, ciepłych warg... 

Zamierzał zachować dystans. Sądził, że to będzie proste. Ona była dziennikarką, on zaś 

z zasady nie lubił dziennikarzy. Ale od momentu, gdy odebrał telefon i usłyszał jej głos, był 
zgubiony. 

Oparł się o pień starej palmy. Kogo chciał oszukać? Był zgubiony od chwili, gdy wsiadł 

na  pokład  samolotu  Abdullaha  i  napotkał  wzrokiem  spojrzenie  brązowych,  przenikliwych 
oczu. 

Miała  w  sobie  jakiś  szczególny  urok.  To  nim  przyciągała  ludzi  na  całym  świecie  do 

telewizorów. Teraz, gdy był blisko niej, zrozumiał, na czym ten urok polega. 

Choć  śmiech  częściej  gościł  na  jej  twarzy  niż  łzy,  pod  pozorami  nieustępliwości  była 

bardzo  wrażliwa.  Dziś  na  przykład  omal  nie  podzieliła  się  z  nim  swoim  bólem.  Chciał  ją 
objąć, pocieszyć. 

 - Halo... - Słaby głos odezwał się w słuchawce. 
 - Partridge? 
 - Ekscelencja? - Na linii rozległy się trzaski, stłumione dźwięki. - Co się dzieje? 
 - Nic się nie dzieje - odpowiedział Hassan. - W tym właśnie tkwi problem. Znalazłeś go 

wreszcie? 

 - Dam panu znać, gdy go znajdę. Tu jest teraz czwarta nad ranem... 
 - I co z tego? 
 - To z tego, że położyłem się dopiero o drugiej - odparował Partridge, już rozbudzony i 

zły.  -  Dowiedziałem  się  tylko  tego,  że  Fajsal  zaszył  się  w  jakimś  domku  kempingowym  w 
Adirondacks z dziewczyną. Nikt nie wie, co to za dziewczyna, ani który  to domek, a tu jest 
ich  mnóstwo.  A  ponieważ  nie  stoją  w  równych  rzędach  wzdłuż  brukowanych  ulic, 
sprawdzenie  wszystkich  zajmie  mnóstwo  czasu.  -  Urwał.  -  A  skoro  już  mówimy  o 
zaginionych osobach... Przypuszczam, że to pańska sprawka. Cały czas mówią o tym w CNN. 

Hassan uśmiechnął się pod nosem, słysząc sarkazm w głosie Partridge'a. 
 - Kto jest podejrzany? - odpowiedział pytaniem. 
 -  Chyba  nie  mają  zielonego  pojęcia.  A  nawet,  jeśli  tak,  nic  nie  mówią.  Abdullah 

twierdzi, że panna Fenton zapewne oddaliła się od samochodu swego brata i musiała zgubić 
drogę albo wpaść do jakiegoś wąwozu. 

 - Rose Fenton? Chyba nie mówią tego poważnie? 
 -  To  o  wiele  lepsze  niż  przyznanie,  że  mogła  zostać  porwana.  Powiedział  pan,  że  nie 

zrobi jej... 

background image

 - Mogę cię zapewnić, że panna Fenton czuje się dobrze. Niepotrzebnie się niepokoisz. 

Mogę  nawet  powiedzieć,  że  w  pełni  wykorzystuje  fakt,  że  znalazła  się  w  centrum 
sensacyjnych wydarzeń. Oczywiście, nie grozi jej żadne niebezpieczeństwo. 

 - Naprawdę? - Partridge nie był przekonany. 
 -  Czy  wiesz,  że  ona  była  mężatką?  -  spytał  Hassan  złośliwie,  pragnąc  zniszczyć 

wyidealizowany  obraz  kobiety,  jaki  powstał  w  umyśle  Partridge'a.  Brak  odpowiedzi 
ś

wiadczył, że istotnie dotknął czułej struny. Potem, zły na siebie, dodał: 

 -  Zdobądź  jakieś  informacje  o  jej  mężu.  Wobec  zainteresowania  jej  osobą  to  nie 

powinno być trudne. 

 - To polecenie czy sugestia? 
 - ' Nie zwykłem robić sugestii - odparł Hassan uprzejmie. 
 -  A  skoro  tak  się  niepokoisz  o  Rose  Fenton,  sugeruję,  abyś  szybciej  znalazł  Fajsala  i 

bezzwłocznie sprowadził go do domu. Wtedy wyrażę zgodę na twój powrót i będziesz mógł 
powiedzieć mi w oczy, co o mnie myślisz. 

 - Nie potrzebuję na to pańskiego pozwolenia - powiedział sztywno Partridge. 
 - Możesz nawet wyzwać mnie na pojedynek, jeśli to cię uszczęśliwi, ale dopiero wtedy, 

gdy znajdziesz Fajsala. 

Rose weszła do namiotu i odetchnęła z ulgą. 
Pokrywał ją kurz, było jej gorąco, koszula lepiła się do pleców. Przydałby się prysznic, 

a potem kąpiel w głębokim, chłodnym basenie. Ale zbiornik na wodę był pusty, a do basenu 
daleko.  Pozostawał  górski  strumień,  ale  musiałaby  uzyskać  zgodę  Hassana.  A  Hassana  tutaj 
nie było. 

Gdy wrócili do obozu, dopilnował, by bezpiecznie zsiadła z konia i weszła do namiotu, 

sam  zaś  odjechał.  Zapewne  do  swojego  centrum  informacyjnego,  by  zorientować  się,  jak 
rozwija  się  jego  plan,  pomyślała  ze  złością,  obserwując  go,  jak  znika  za  rzędem  palm, 
eskortowany przez dwóch jeźdźców. 

Mógł  ją  ze  sobą  zabrać.  Zabolało  ją,  że  tego  nie  zrobił.  A  już  myślała,  że  zaczynał  ją 

akceptować jako partnerkę w spisku. Jakże była naiwna! 

W  porządku.  Ona  miała  swój  własny  środek  komunikacji  i  za  chwilę  się  nim  posłuży. 

Umyła  ręce  i  twarz  w  misce.  Potem  nalała  sobie  szklankę  mrożonej  herbaty  z  termosu. 
Najpierw zadzwoni do matki, potem dopiero sprawdzi pocztę głosową. 

Gordon bez wątpienia zostawił dla niej wiadomość. Może nawet kilka. Nikt inny o tym 

nie pomyśli. Nikt nie znał numeru tego telefonu. 

Przez chwilę stała w szeroko otwartym wejściu do namiotu i popijając herbatę, patrzyła 

na oazę. Jak tu było spokojnie. W upalnej ciszy nawet psy nie traciły energii na bezużyteczne 
szczekanie. 

Nie  stój,  kiedy  możesz  usiąść,  nie  siedź,  kiedy  możesz  się  położyć...  W  narkotycznej 

ciszy  południa  to  powiedzenie  nabierało  sensu.  Skusiła  się  i  wyciągnęła  na  ustawionej  w 
cieniu przy wejściu leżance. Pies Hassana wygodnie ułożył się u jej stóp. 

Obserwując  bezkres  pustyni,  miała  wrażenie,  że  czas  stanął  w  miejscu.  Trudno  było 

oderwać  wzrok  od  pustego  horyzontu.  Chciała  tu  zostać,  jeździć  konno,  toczyć  leniwe 
pogawędki. .. 

Kochać się. 
Tutaj,  przy  strumieniu,  pomyślała.  Ukryci  przed  światem  w  gąszczu  oleandrów.  Pod 

palmami i granatami rozłożyłby dla niej jedwabny dywan i położył miękkie poduszki. 

Kochać się... Te słowa wpadły jej do głowy i nie chciały ulecieć. 
Kochać się. 
Minęło sześć długich lat, od czasu gdy znalazła Michaela martwego na padoku. Lekarz 

powiedział jej później, że śmierć nastąpiła błyskawicznie. Jego serce było jak bomba, gotowe 
w każdej chwili wybuchnąć. Nawet gdyby była wówczas przy nim, nie mogłaby go uratować. 

background image

Jego dzieci z poprzedniego małżeństwa obwiniały ją za to, co się stało. Ale to było nic 

w porównaniu z tym, jak ona obwiniała samą siebie. Lekarz jednak miał rację. Michael dał jej 
wszystko,  czego  potrzebowała.  Był  taki  delikatny.  Taki  kochany.  Uczyniła  go  szczęśliwym. 
Nie powinna mieć żadnych wyrzutów sumienia. 

Dziś Hassan przypomniał jej, że życie toczy się dalej. Przypomniał, że była nadal młodą 

kobietą,  a  w  jej  żyłach  pulsowała  krew.  Przysięgła  sobie,  że  następnym  razem,  gdy  Hassan 
straci nad sobą panowanie, tak łatwo jej się nie wywinie. 

Odstawiając szklankę, uśmiechnęła się do siebie. 
Hassan  przerwał  połączenie,  rzucił  telefon  mężczyźnie  trzymającemu  konia  za  uzdę, 

wskoczył na siodło i szybko pogalopował w stronę oazy, mając nadzieję, że wysiłek fizyczny 
osłabi jego pożądanie. 

Spotykał  już  kobiety,  które  potrafiły  owinąć  sobie  mężczyznę  dookoła  palca.  Kobiety, 

których  jedno  spojrzenie  ścinało  w  żyłach  krew.  Ale  nigdy  nie  spotkał  takiej  kobiety  jak 
Rose. 

Tamte dziewczyny kokietowały go, uśmiechały się, flirtowały z nim; ale widziały tylko 

zawartość jego kieszeni. Nie przywiązywał do tych kontaktów żadnej wagi 

Dziś  nie  mógł  znieść  nawet  tego,  że  jego  osobisty  doradca  wypowiadał  imię  Rose  z 

niezwykłym  szacunkiem.  Był  wściekle  o  nią  zazdrosny.  Chciał  ją  trzymać  w  ukrycia, 
wyłącznie dla siebie, niczym sułtan sprzed wieków. 

Rose  miała  rację.  To  był  bardzo  prymitywny  sposób  traktowania  kobiety.  I  to 

niezależnej Rose Fenton, córki znanej feministki. 

Pochodzili z różnych światów; dzieliła ich przepaść. Ani jego bogactwo, ani władza nie 

mogły tej różnicy zniwelować. 

Był  zły.  Niespokojny.  Tak  bardzo  jej  pragnął.  W  dodatku  ona  o  tym  wiedziała.  Ona 

pragnęła go również. Wyczytał to na dnie brązowych oczu Rose. Ale byłby to związek na jej 
warunkach. Za tydzień łub dwa wyjedzie, by wrócić do swego życia. Zapomni o nim. 

Gdy  zdał  sobie  sprawę,  że  dłonie  ma  zaciśnięte  w  pięści  tak  mocno,  aż  pobielały  mu 

nadgarstki,  odetchnął  głęboko,  rozprostował  palce  i  zmusił  się  do  myślenia  o  czymkolwiek 
innym. Miał dość problemów, które wymagały teraz pełnej koncentracji. 

Łatwiej  powiedzieć,  niż  zrobić.  Chciał  usunąć  Rose  sprzed  oczu  Abdullaha,  wywołać 

szum  medialny,  a  potem  na  oczach  całego  świata  sprowadzić  Fajsala  do  domu  i 
zaprezentować go ludowi. 

Ale  zamiast  tego  Rose  Fenton  zawładnęła  jego  zmysłami  i  uniemożliwiła 

skoncentrowanie się na wyznaczonym celu. 

Dotknął jej i nie mógł teraz zmyć z siebie zapachu jej skóry. Zduszony głos Rose przez 

cały  czas odbijał się echem w jego głowie. W głębi duszy wiedział, że przez resztę życia za 
każdym razem gdy przymknie powieki, ona będzie przy nim - rozzłoszczona albo roześmiana. 
Wiedział, że właśnie tę kobietę chciałby zatrzymać na zawsze. 

Wychowano  go  w  przeświadczeniu,  że  aranżowane  małżeństwa,  gdy  obie  strony 

akceptują  przedłożone  warunki,  mają  szansę  na  sukces.  Nadim  była  szczęśliwa.  Leila,  jego 
młodsza  siostra,  również.  Mimo  że  wiedział  o  tym  i  zgadzał  się  z  tą  praktyką,  nadal 
przeciwstawiał  się  wszelkim  próbom  nakłonienia  go  do  ożenku.  To  nie  oznaczało, 
oczywiście, że wierzył w miłość od pierwszego wejrzenia... 

Dziś  przyszłość  bez  Rose  wydawała  mu  się  wręcz  przerażająca.  To  było  szalone. 

Niewiarygodne. Śmieszne. 

Otworzył  oczy  i  pozwolił,  by  fantastyczne  wizje  pierzchły.  Będzie  musiał  ją  puścić, 

zostawić.  Ona  pochodziła  z  innego  świata,  on  zaś  przynależał  do  tej  ziemi.  Może  Nadim 
miała  rację.  Nadszedł  czas,  by  wziął  sobie  żonę,  spłodził  synów,  odnalazł  swoje  miejsce. 
Fajsalowi będzie potrzebny zaufany doradca. 

background image

Na  razie  musi  trzymać  się  z  dala  od  Rose  Fenton  -  kobiety,  którą  mógłby  mieć,  ale 

której  nigdy  nie  udałoby  mu  się  zatrzymać.  Może  powinien  zabrać  psy  i  wyruszyć  na 
polowanie? 

Co  za  okropny  pomysł!  Pomysł  nie  do  zrealizowania.  Życie  nie  było  takie  proste. 

Przywiózł ją tutaj i nie mógł zostawić bez opieki. 

Rozpościerał  się  przed  nim  obóz,  skupiony  wokół  oazy.  Jego  własny  ogromny  namiot 

stał nieco na uboczu. Ominął go i jadąc stępa, skierował się w stronę strumienia. Miał ochotę 
rzucić się do zimnej wody, by ochłodzić rozpaloną skórę i umysł. 

Z  zamyślenia  wyrwał  go  jakiś  krzyk.  Odwrócił  głowę  i  zobaczył  jednego  ze  swoich 

ludzi biegnącego w jego kierunku. 

Rose  westchnęła  i  zerknęła  na  zegarek.  Bujała  w  obłokach.  Wędrowała  myślami  po 

dziwnych krainach, tracąc cenny  czas. Co się, u diabła, z nią działo? Podniosła się szybko z 
leżanki i prostując kości, jęknęła. Jazda konna po tak długiej przerwie dała jej się we znaki. 

Krzywiąc  się  z  bólu,  sięgnęła  po  pudełko  z  chusteczkami  higienicznymi.  Nagle 

zmarszczyła brwi. 

Wczoraj wieczorem zostawiła tu bałagan, a dziś było wszystko posprzątane, odkurzone, 

wypolerowane,  starannie  poukładane.  Rozejrzała  się  podejrzliwie.  Ktoś  tu  był...  Ktoś  złożył 
jej nocną koszulę, posłał łóżko. 

W  przypływie  paniki  chwyciła  pudełko,  ale  nim  zdążyła  włożyć  rękę  do  środka, 

zrozumiała, że się spóźniła. 

 - Czego szukasz? 
Odwróciła  się  nerwowo.  Hassan  wszedł  do  środka.  W  dłoni  trzymał  mały  telefon 

komórkowy. 

Nie przychodziło jej do głowy żadne wytłumaczenie. On znał odpowiedź. 
Uniosła lekko ramiona i powiedziała: 
 -  A  niech  to  diabli!  -  A  ponieważ  ta  odpowiedź  go  nie  zadowoliła,  dodała:  -  Nie 

podejrzewałam, że zatrudniasz tu sprzątaczkę. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 
Hassan uśmiechnął się jednym z tych krzywych, sarkastycznych uśmiechów, w których 

celował. Może nie był w nastroju do żartów. Któż mógłby go winić? 

 -  Do  kogo  dzwoniłaś,  Rose?  -  spytał  cicho  z  godnym  podziwu  opanowaniem.  -  I  co 

powiedziałaś? 

To było proste pytanie. Ale nie wiedziała, czy uwierzy w jej odpowiedź. 
 - Do nikogo. I nic. 
 - Spodziewasz się, że ci uwierzę? 
 - Tylko próbowałam - zapewniła. - Ale wczoraj wieczorem nie mogłam dodzwonić się 

do  matki.  To zresztą  nic  dziwnego.  Pewnie  nadal  jest zajęte.  Nie  chciałam,  by  Tima  znalazł 
się w sytuacji, gdy będzie musiał ukrywać prawdę. Gdybym go o to poprosiła, zrobiłby co w 
jego mocy, ale on nie potrafi oszukać nawet dziecka. 

 - Dlaczego musiałby ukrywać prawdę? 
 -  Nie  mogłabym  powiedzieć  mu,  gdzie  jestem,  tylko  kto  mnie  porwał,  a  to  nie 

wydawało się dobrym pomysłem. 

Spojrzał na nią dziwnie, jakby nadał nie rozumiał. 
 - A twoja agencja? Na pewno do nich zadzwoniłaś? 
 -  Powinnam...  -  Skrzywiła  się.  -  Gordon  będzie  wściekły.  Ale  im  także  musiałabym 

powiedzieć, że to ty mnie porwałeś... 

 - Chcesz mi wmówić, że tego byś nie zrobiła? Dlaczego? 
 - Zamierzałam najpierw dowiedzieć się, dlaczego mnie porwałeś. 
 - W porządku - mruknął z powątpiewaniem. Pomyślała, że może mu udowodnić swoją 

prawdomówność. Wyciągnęła rękę. 

 - Podaj mi telefon. 
 - Żartujesz? 
 -  Daj  mi  telefon,  a  udowodnię  ci,  że  nigdzie  nie  dzwoniłam.  Wzruszając  ramionami, 

spełnił jej prośbę. 

Rose  nacisnęła  przycisk  poczty  głosowej.  Były  tam  trzy  wiadomości  od  Gordona. 

Ostatnią, w której podawał jej numer, pod który można dzwonić przez całą dobę, nagrał przed 
godziną.  Siedziała  wówczas  spokojnie,  oddając  się  marzeniom  i  popijając  mrożoną  herbatę, 
nie  wiedząc  nawet,  że  zabrano  jej  telefon.  Podała  komórkę  Hassanowi,  by  wysłuchał 
pozostałych wiadomości. 

 - To wyjaśnia sprawę, nie sądzisz? 
Hassan nic nie powiedział, tylko gwałtownym ruchem wyłączył telefon, schował go do 

kieszeni,  cały  czas  wpatrując  się  w  Rose  i  zastanawiając  się,  jakie  ma  zamiary.  Chyba  nie 
sądziła, że należał do mężczyzn, którzy błagaliby kobietę o przebaczenie. Prawdopodobnie w 
ogóle nie przyszło mu to do głowy. 

 -  W  porządku  -  odezwała  się.  -  Zrzekam  się  przeprosin,  ale  chcę,  by  moja  agencja 

miała  wyłączność  na  tę  historię.  A  już  moja  w  tym  głowa,  by  media  przekazały  relację  w 
odpowiednim momencie... 

To była rozsądna propozycja i powinien dziękować jej na kolanach. Ale mina Hassana 

nie wróżyła nic dobrego. 

 - Wiesz, kim jesteś? - powiedział spokojnie, ignorując jej propozycję. 
Myślała,  że  wie,  ale  skoro  nie  mógł  się  powstrzymać,  by  jej  o  tym  powiedzieć, 

postanowiła milczeć. 

 - Jesteś idiotką! 
Powinien  jeszcze  dodać,  że  „kompletną  i  całkowitą",  ale  ta  zwięzłość  pewnie  była 

zamierzona. 

 - Nie mogę uwierzyć, że jesteś taka głupia - ciągnął. - Taka nieodpowiedzialna. Taka... 
 - Tępa? - zaproponowała. 

background image

To była niepotrzebna prowokacja. 
 -  Miałaś  możliwość  się  stąd  wydostać!  -  wybuchnął.  -  Ale  wolałaś,  jak  niektóre 

bohaterki naiwnych powieści dla pensjonarek, zdobyć materiał na reportaż! O to chodziło? 

 - Hassan... 
 -  Rose  Fenton,  niezawodny  reporter!  Nigdy  nie  przegapi  sensacji.  -  Nim  zdążyła  mu 

przerwać, dodał: - Nie znasz mnie... Nie mogłaś wiedzieć, co zamierzałem z tobą zrobić. 

Już otwierała usta, by zapewnić go, że nie wygląda na handlarza niewolnikami, ale jego 

uniesione brwi ostrzegły ją, że lepiej się nie odzywać. A zresztą, któż wiedział, jak wygląda 
handlarz niewolnikami? 

Oczywiście,  mogła  się  przyznać,  że  zebrała  na  jego  temat  wiadomości  i  od  dawna 

pociągał  ją  pomysł  napisania  wzruszającego  artykułu  o  wydziedziczonym  księciu.  Mogłaby 
nawet zasugerować, że porywając ją, ułatwił jej zadanie. A nawet to, że w chwili, gdy wszedł 
na pokład samolotu do Ras al Hajar i wymienili przelotne spojrzenia, przypomniała sobie, że 
jest nie tylko dziennikarką, ale również młodą kobietą. 

 - O czym, do diabła, myślałaś, Rose? 
W  końcu  powiedział,  co  miał  do  powiedzenia  i  teraz  czekał  niecierpliwie  na  jej 

wyjaśnienia. 

Ale  nie  było  łatwo  wyjaśnić,  dlaczego  kierowała  się  instynktem,  nie  zaś  rozumem. 

Zwłaszcza że nie zamierzała odkryć przed nim swoich tajemnic, przynajmniej nie teraz, gdy 
był na nią zły. 

 -  Wiesz,  nie  jestem  już  pewna,  czy  naprawdę  mam  do  czynienia  z  dżentelmenem...  - 

powiedziała. - Wczoraj wieczorem byłeś... - Lepiej nie wspominać o wczorajszym wieczorze, 
zganiła  się  w  duchu.  -  A  jeśli  chodzi  o  karierę  zawodową...  -  Wzruszyła  ramionami.  -  Kto 
wie? Na razie nie obiecałeś mi wyłączności. Może będę musiała poszukać nowej pracy. 

Hassan  zacisnął  zęby,  a  potem  nagle  chwycił  ją  w  ramiona  i  podniósł  do  góry  tak 

wysoko,  że  jej  twarz  znalazła  się  w  niewielkiej  odległości  od  jego  twarzy.  Dopiero  wtedy 
Rose doszła do wniosku, że posunęła się jednak za daleko. 

 -  W  porządku  -  powiedziała  szybko.  -  Jestem  głupia.  Bardzo  głupia.  Wprost  słynę  ze 

swojej głupoty. - A potem dodała wolno i ostrożnie: - Jeśli postawisz mnie na ziemi i oddasz 
telefon komórkowy, zadzwonię po taksówkę i zostawię cię w spokoju. 

Nie wypuścił jej z ramion. Rose czuła, jak ogrania ją bijący od niego żar, jak przenika 

przez jej ubranie i trafia prosto do serca. Zrobiło jej się słabo, brakło jej tchu; rozchyliła usta. 
Chciała, by ją pocałował, przytulił. Chciała się z nim kochać. Gdyby tylko mogła go dotknąć, 
pogłaskać po twarzy, sięgnąć po jego dłoń... Ale ręce miała przyciśnięte do boków. Po chwili 
Hassan ostrożnie postawił ją na ziemi, zaczekał, aż złapie równowagę i cofnął ręce. Dopiero 
wtedy odsunął się o krok. 

 - Taksówka? - Głos mu drżał. 
Myliła  się,  podejrzewając,  że  nie  był  dżentelmenem.  Raz  pobłądził,  ale  drugi  raz  już 

tego  nie  zrobi.  Chyba  żeby  został  sprowokowany...  Być  może  zobaczył  taki  zamiar  w  jej 
oczach, ponieważ cofnął się o następny krok. 

 - To nie jest Chelsea, Rose - powiedział. - Tu nie ma taksówek. 
 -  Och,  tak  -  odparła  zmieszana.  A  więc  trzeba  było  czegoś  więcej  niż  słów,  by 

doprowadzić  go  do  ostateczności.  Nie  pozwoli  się  teraz  dotknąć.  Nie  dopuści  do  ponownej 
bliskości. .. - Tylko tak sobie pomyślałam. 

Gdy  Hassan  wycofał  się  z  części  stanowiącej  sypialnię,  powietrze  drgało  jeszcze  od 

niewypowiedzianych słów, nieujawnionych pragnień. 

 - To oznacza, że tu zostaję - powiedziała do siebie, siadając na łóżku. Straciła telefon, 

ale  to  nic.  Nie  chodziło  już  tylko  o  reportaż.  Zresztą,  tak  czy  owak,  będzie  miała  wspaniały 
materiał. 

Poza tym była na wakacjach... 

background image

Co  on  powiedział,  gdy  ją  uwięził?  Trochę  przyjemności,  trochę  romansu...  Tak,  teraz 

potrzebowała owego małego romansu... 

Szkoda,  że  akurat  teraz,  być  może  pierwszy  raz  w  życiu,  książę  -  playboy  postanowił 

zachowywać się przyzwoicie. 

Hassan  czuł  się  za  nią  odpowiedzialny  i  tylko  od  niej  zależało,  czy  dotrzyma  tej 

obietnicy. 

Leżała oparta o poduszki i uśmiechała się do siebie. 
 - Nie możesz tak sobie pocałować mnie, a potem uciec - wyszeptała, zakłócając martwą 

ciszę południa. - Nie pozwolę ci na to! 

Hassan  musiał  się  ochłodzić.  Z  beczki  z  wodą  przeznaczoną  dla  koni  nabrał  pełne 

wiadro i wylał sobie na głowę. 

Rose  Fenton  budziła  niepokój  samą  swoją  obecnością.  Nie  potrafiła  siedzieć  cicho  i 

czekać  na  rozwój  wydarzeń.  Liczyła  na  fascynujący  reportaż.  Ale  jednocześnie  zamierzała 
zmusić swego porywacza, by zapłacił za impertynencję. Zamierzała go ukarać. 

Ż

ałował,  że  kiedykolwiek  o  niej  usłyszał.  Żałował,  że  przyjechała  do  Ras  al  Hajar. 

Ż

ałował, żałował i raz jeszcze żałował. 

Nagle uświadomił sobie, że istnieje przynajmniej jedna osoba, która może wybawić go 

z kłopotu. Nadim. Powinien przyjąć jej propozycję i ukryć Rose w domu przyrodniej siostry. 
U Nadim mogłaby trzepotać swoimi długimi rzęsami aż do końca świata... 

Wyjął z kieszeni telefon i wybrał numer. 
 - Co się stało? - Nadim nie była zadowolona, że Hassan odrywa ją od pracy w klinice. - 

Jestem teraz zajęta. 

 - Wiem, przepraszam, ale chciałem tylko... - Zająknął się. Do diabła, nie przechodziło 

mu to przez gardło! 

 -  Co  się  stało?  -  dopytywała  się  Nadim.  -  Czyżbyś  miał  kłopoty  z  utrzymaniem  w 

ryzach swojego pięknego więźnia? 

W jej cichym śmiechu dał się słyszeć cień współczucia, który wytracił go na moment z 

równowagi.  Ale  mimo  że  Rose  Fenton  rozpalała  go  do  białości,  nie  chciał  przyznać  się  do 
tego przed młodszą siostrą. 

 - Chodzi mi tylko o to... że doszedłem do wniosku... że masz rację. 
 - Rację w jakiej sprawie? Zawahał się na ułamek sekundy. 
 - Chodzi mi o małżeństwo... Sądzę, że nadszedł czas, bym się ożenił. 
 - Hassan! - Nawet nie starała się ukryć radości, jaką sprawiła jej ta nowina. 
 - Powinienem tu zostać, gdy Fajsal w końcu wróci. Będzie mu potrzebny ktoś, na kim 

mógłby polegać. 

 - A tobie potrzebny będzie ktoś, do kogo mógłbyś się przytulić w tym pustym, zimnym 

forcie, który nazywasz swoim domem. 

Ten  pomysł  napełnił  go  chłodem  o  wiele  dotkliwszym,  niż  odczuwał  w  kamiennych 

ś

cianach swojej fortecy, ale podjął już decyzję. 

 - Załatw to - powiedział. 
 -  Masz  kogoś  konkretnego  na  myśli?  Czyżby  panna  Fenton  zażądała,  byś  wypełnił 

wobec niej swe zobowiązania? 

 - Bądźże rozsądna, Nadim! 
 - Jestem bardzo rozsądna, dobrze wiesz. Naprawdę masz wobec niej zobowiązania. Nie 

mogę rozpocząć swatów, póki nie załatwisz tej sprawy. 

 -  Załatwię.  Obiecuję.  A  ty  znajdź  mi  jakąś  spokojną  dziewczynę,  niezbyt  gadatliwą. 

Dziewczynę, która byłaby odpowiednią matką dla moich snów - dodał szybko, obawiając się, 
czy przypadkiem się nie zdradził. - Jestem pewien, że masz pod ręką listę kandydatek. 

 -  Może  uda  mi  się  znaleźć  kogoś,  kto  ci  się  spodoba  -  powiedziała  Nadim 

łagodniejszym tonem. 

background image

 -  Namawiałaś  mnie  od  tak  dawna,  więc  nie  każ  mi  teraz  czekać.  -  Wyłączył  telefon. 

Musiał  się  kiedyś  ożenić.  A  jeśli  nie  mógł  mieć  kobiety,  której  pragnął,  będzie  musiał 
nauczyć się kochać swoją żonę. 

Nie  miał  teraz  ochoty  roztrząsać  tej  kwestii.  Wystukał  na  klawiaturze  numer  telefonu 

matki Rose, pani Fenton. 

Rose zmyła z siebie kurz, po czym poszperała w kufrze w poszukiwaniu czegoś luźnego 

i chłodnego, co mogłaby założyć w upalne popołudnie. Zza kotary przez cały czas dobiegały 
jakieś dźwięki i szmery. Ludzie Hassana nakrywali stół do lunchu. Ale Hassan nie wracał. 

W  końcu  udrapowała  szal  wokół  głowy  i  odchyliła  zasłonę.  Stół  został  nakryty  dla 

jednej  osoby.  Na  półmiskach  leżało  mięso,  świeży  chleb,  pomidory  pokrojone  w  grube 
plastry. 

 -  Dziękuję  -  powiedziała  do  krzątającego  się  wokół  stołu  mężczyzny.  -  Wygląda 

znakomicie.  Ale  nie  będę  jadła  tutaj.  Chcę  zjeść  przy  strumieniu.  -  I  nie  czekając  na  jego 
odpowiedź,  wyszła  z  namiotu.  Służący  wybiegł  za  nią,  ale  udawała,  że  go  nie  słyszy, 
koncentrując się na utrzymaniu równowagi na skalistej ścieżce. 

 -  Sitti...  Pani...  -  mówił  mężczyzna  błagalnym  tonem.  -  Jedzenie  jest  tutaj.  -  Jutro... 

jutro wyniosę dla pani jedzenie nad strumień. 

Zatrzymała się i odwróciła głowę. Twarz mężczyzny pojaśniała. Potem znów popatrzyła 

na strumień. 

 - Tutaj - powiedziała, wskazując miejsce, które wybrała na piknik. I szła dalej. Gdy za 

plecami  usłyszała  skonsternowane  szepty,  uśmiechnęła  się  z  satysfakcją.  Nie  mogli  jej 
powstrzymać. Nie mogli zostawić jej samej. Mogła zrobić sobie krzywdę. Mogła spróbować 
uciec. 

Ale nikt jej nie powstrzyma. Tylko Hassan mógł to zrobić. 
Usiadła na płaskim kamieniu, nad jednym ze strumieni, które nawadniały oazę, zdjęła z 

nóg sandały i zamoczyła stopy w cudownie chłodnej wodzie. 

Odchyliła się do tyłu, oparła na łokciach i wystawiła twarz na słaby wietrzyk wiejący od 

gór. Miała ochotę się wykąpać. 

Jakiś  mężczyzna  uzbrojony  w  pistolet  pojawił  się  nad  strumieniem  w  niedalekiej 

odległości. Rose zastanawiała się, po co mu broń. Może tu są węże? Może miał nadzieję, że 
jakaś gazela pojawi się przy wodopoju? 

Po chwili w zasięgu jej wzroku pojawiło się kolejnych dwóch mężczyzn, którzy szli w 

stronę zacienionego miejsca nad brzegiem strumienia. Nieśli duży dywan, który rozłożyli na 
ziemi. Odwracali od niej wzrok, więc udawała, że ich nie widzi. Miała niejasne wrażenie, że 
zainteresowanie z jej strony wprawiłoby ich w zażenowanie. 

Pluskała  nogami  w  wodzie.  Czuła  się  trochę  dziwnie,  gdy  zakładała  długą  do  ziemi 

jedwabną szatę, ale gdy teraz siedziała nad strumieniem, a lekki jak piórko jedwab głaskał jej 
nogi, czuła się jak prawdziwa księżniczka z bajki. 

Po  chwili  mężczyźni  przynieśli  poduszki  oraz  jedzenie  zapakowane  w  kartony.  Serce 

Rose zaczęło bić szybciej. Czy Hassan przyjdzie? A może wyjechał z obozu na pustynię, by 
być z dala od niej, z dala od pokusy? 

Może otrzymał wiadomości od Fajsala...? 
Promienie  słońca  drgały  na  jasnoniebieskim  jedwabiu  jej  sukni,  rozświetlały  włosy 

przez  cienki  jak  mgiełka  szal,  którym  owinęła  głowę.  Hassan,  gdy  tak  obserwował  ją  z 
pewnej odległości, próbował zdusić płonące w nim pożądanie. 

Ale to było niemożliwe. 
Poruszając stopami w wodzie, wyglądała jak egzotyczna księżniczka. 
Nigdy by się nie nudził, gdyby zechciała z nim zostać. 
Odsunął  od  siebie  nierealne  marzenia.  Ile  czasu  musiałoby  minąć,  nim  zapragnęłaby 

czegoś więcej, nim zatęskniłaby za życiem, które znała, za wolnością? 

background image

Przeżyliby  kilka  szczęśliwych  tygodni,  to  wszystko.  Nie  zdołałby  jej  zatrzymać.  Ale 

również nie potrafiłby jej wypuścić. Znaleźliby się w pułapce. 

Gdy  Rose  zobaczyła  jakiś  cień,  podniosła  wzrok.  Hassan  zwolnił  strażnika  i  nadal 

trzymając  pistolet  w  dłoni,  czekał.  Wyraz  jego  twarzy  był  odległy,  jakby  przybył  tu  z  innej 
galaktyki. 

Rose odwróciła wzrok, celowo nie zwracając najmniejszej uwagi na jego obecność. 
 - Czy tego właśnie chciałaś? - spytał. 
Nie całkiem. Ale to był dobry początek. Wyciągnęła do niego rękę. Nie mógł zrobić nic 

innego, jak ująć jej dłoń i pomóc wstać. Gdy podniosła się, zaraz ją puścił. 

 - Jesteś mokry - powiedziała. 
 - Było mi bardzo gorąco. 
 - Gorąco - powtórzyła automatycznie, jakby nie była pewna znaczenia tego słowa. 
 -  Byłem  zakurzony  -  dodał.  -  A  ponieważ  teraz  ty  korzystasz  z  mojej  łazienki, 

wybrałem kubeł. 

 - Zmoczyłeś się w ubraniu? Myślałam, że taka skromność pozostaje domeną tutejszych 

kobiet.  -  Do  licha!  Trudno  było  podrywać  księcia.  Naprawdę  powinna  się  skoncentrować. 
Wzięła  do  ręki  sandały  i  szorując  mokrym  skrajem  sukni  po  piasku,  poszła  w  kierunku 
rozłożonego  dywanu.  Usiadła  nieśmiało  wśród  poduszek,  podwijając  pod  siebie  bose  stopy. 
Czuła się nieznośnie teatralnie. 

Na  razie  wszystko  szło  dobrze.  Był  piknik.  Był  Hassan.  Co  prawda  Hassan  usiadł  na 

pobliskim  kamieniu  i  sprawiał  wrażenie  znudzonego  grą,  którą  prowadziła.  Przyglądał  się 
odległym górom, czekając, aż zje lunch. 

Otworzyła jeden z koszyków z wiktuałami i oglądała jego zawartość. 
 - Po co ci broń? - spytała od niechcenia. 
 - Na leopardy, pantery. 
Słyszała, że w tutejszych górach żyją dzikie koty, ale wątpiła, by zbliżały się do ludzi. 
 - Zabijasz je? 
 -  Jeśli  atakują  inne  zwierzęta.  -  Podniósł  wzrok.  -  Od  czasu  do  czasu  to  się  zdarza  - 

wyjaśnił, wyczuwając jej wątpliwości. - A jeśli przyjdzie mi wybierać pomiędzy tobą a dziką 
bestią, będę musiał zabić, pomimo że chętnie zostawiłbym cię na pastwę losu. 

Wyraziła miną swoją dezaprobatę. 
 - Być może strzał ostrzegawczy by wystarczył - przyznał w końcu. 
 - Chodzi mi o twoją gościnność, nie o stosunek do ochrony przyrody. 
 - Nie smakuje ci jedzenie? - spytał, udając, że nie rozumie aluzji. 
 - Jedzenie jest pyszne, ale to dla mnie o wiele za dużo. 
 - Kucharz pewnie chce dać ci do zrozumienia, że jesteś za chuda. 
 - Nie sądziłam, że wolno mu to robić. 
 - Masz sposoby, by przykuć uwagę. 
Z  pewnością  nie  twoją,  pomyślała  z  żalem.  Hassan  nadal  patrzył  gdzieś  ponad  jej 

głową.  Położyła  się  na  plecach  i  przez  gałęzie  rosnących  wokół  granatów  podziwiała 
nieskazitelny błękit nieba. 

 - Miałeś wiadomości od Fajsala? - spytała w zadumie. 
 - Jeszcze nie. 
 - Może jest już w drodze? 
 - Niestety, Partridge nadal go poszukuje. 
 - A jeśli go znajdzie? Co wtedy? Zwołacie konferencję prasową? 
 - Myślałem, że ty zechcesz przedstawić światu nowego emira. 
 - To byłaby wiadomość dnia. 
 - Nie wątpię. Pojawienie się zaginionej dziennikarki z młodym księciem znalazłoby się 

na pierwszych stronach. 

background image

 -  Prawdopodobnie...  -  Popadła  znów  w  zadumę.  Czyżby  to  ją  nie  cieszyło?  Czyżby 

naprawdę  myślała  teraz  tylko  o  Hassanie?  -  Tam  na  górze  siedzi  ptaszek  -  odezwała  się.  - 
Nigdy takiego nie widziałam. Co to za gatunek? 

 - Opisz go. 
 -  Czy  będąc  dzieckiem  czytałeś  o  błękitnym  ptaku,  zwiastunie  szczęścia?  -  spytała 

przyciszonym  głosem,  by  nie  spłoszyć  ptaszka.  Jeśli  miała  nadzieję,  że  wyciągnie  go  na 
intymne zwierzenia, to gorzko się rozczarowała. 

 - To europejska bajka - rzekł trochę lekceważąco. 
Był  zdecydowany  zachować  pomiędzy  nimi  dystans.  A  jeśli  będzie  trzeba,  podkreślić 

różnice kultur. Nadal przyglądała się gałęziom. 

 - Myślałam, że twoja szkocka babka czytała ci bajki. Odwiedzałeś Szkocję? 
Nastąpiła krótka pauza. 
 - Często - powiedział. - Ale na pewno o tym wiesz, nieprawdaż? 
 -  Błękitny  ptak  jest  alegorią  szczęścia,  którego  poszukujesz  całe  życie  po  to,  by  w 

końcu odkryć, że przez cały czas miałeś je  w zasięgu  ręki. - Nie skomentował, więc szybko 
dodała: - On taki jest. 

 - Co? 
Był wyraźnie rozkojarzony, a to pozwalało Rose mieć nadzieję... 
 -  Ptak  -  wyjaśniła.  -  Ten  ptak  jest  jaskrawoniebieski.  -  Gdy  to  powiedziała,  ptak 

poderwał się z gałęzi i odfrunął niskim, kolistym lotem. 

 - Kraska gwarliwa - objaśnił, obserwując odlot ptaka. - Zjedz lepiej lunch, Rose. 
Zamknęła oczy. Kłopot Podwójny kłopot. 
 - Za gorąco dziś na jedzenie. Za to mam ogromną ochotę na kąpiel. 
 - Kąpiel? 
Czy to jej wyobraźnia, czy naprawdę usłyszała nutę niepokoju w jego głosie? 
 -  Wymieniłeś  kąpiel  w  strumieniu  jako  jedną  z  atrakcji.  Powiedziałeś:  jazda  konna, 

opalanie,  kąpiel.  -  Wyliczyła  na  palcach.  -  Jeździłam  konno,  opalałam  się,  teraz  pora 
popływać. Potem coś zjem. A jeśli sam nie jesteś głodny, możesz dla mnie zaśpiewać. 

 - To niezbyt szczęśliwy pomysł. Usłyszałabyś krakanie kruka. 
 - Pozwól, że ja to ocenię, zgoda? 
Gdy  wstała,  prosta,  zwiewna  suknia  zalśniła  wokół  niej  jak  aureola.  Dekolt  był 

skromnie  wycięty  w  łódkę,  a  cała  suknia  od  góry  do  dołu  zapinana  na  dziesiątki  maleńkich 
jedwabnych guzików. Zaczęła je rozpinać - wolno, po kolei. Jeden po drugim. 

 - Co ty wyprawiasz? - spytał ostro. 
Wstał  i  zrobił  krok  w  jej  stronę.  Mógł  ją  powstrzymać,  ale  mógł  również  pozostać  na 

swoim  miejscu  i  patrzeć,  jak  się  rozbiera  do  seksownej  bielizny,  a  potem  pływa.  Ale  to  był 
dziki kraj i ktoś musiał jej pilnować. Do licha, już jej to mówił... 

Rozpięła kolejny guzik. Trzeci. 
 - Chcę zanurzyć się w strumieniu - mruknęła z rozkoszą. Prawie mu współczuła. 
 - W wodzie mogą być węże - ostrzegł, chwytając się ostatniej szansy. 
 -  Jeśli  zostanę  ukąszona,  czy  umrę?  -  Rozpięła  piąty  i  szósty  guzik.  Słońce  zaczęło 

palić  jej  skórę  na  biuście  w  miejscu,  gdzie  suknia  się  rozchyliła.  Nie  pomyślała  o  kremie 
ochronnym, a teraz było za późno, by się tym martwić. 

 - To będzie bolesne - odparł po długiej chwili. 
Mimo  że  nie  miała  praktyki  w  wykonywaniu  striptizu,  sądząc  po  minie  Hassana,  dziś 

szło jej doskonale. 

Chciał odwrócić wzrok. Ale nie mógł. Tak samo, jak nie mógł jej okłamywać. Nawet po 

to, by się uratować. 

Palce jej drżały przy rozpinaniu kolejnego guzika. 

background image

Był coraz bliżej. Poczuła na skórze znajome igiełki. Na jej wardze pojawiła się kropelka 

potu.  Zlizała  ją  i  walczyła  z  niesforną  pętelką,  gdy  nagle  poczuła  rękę  Hassan  na  swoim 
nadgarstku. 

 - Czego ty właściwie chcesz, Rose? 
Chciała jego. Po prostu pragnęła jego. Ciałem i duszą. 
Chciała  unieść  rękę  do  jego  twarzy,  położyć  na  jego  policzku,  oprzeć  głowę  o  klatkę 

piersiową  i  usłyszeć  wolne,  miarowe  bicie  jego  serca.  Pragnęła  go  tak  bardzo,  że  żar  tego 
pożądania wprost oblewał jej ciało. Pragnęła leżeć obok niego na poduszkach w cieniu drzew 
przez całe długie popołudnie, by mieli czas się poznawać. 

Ten  moment  był  do  tego  stworzony.  Ale  wyglądało  na  to,  że  Hassan  postanowił  nie 

przyjąć daru losu. 

Rose nieco zawstydzona swoimi myślami i pragnieniami uśmiechnęła się do niego. 
 - Po prostu chciałam zwrócić twoją uwagę, Hassan. 
 - Zwróciłaś ją - zapewnił. - Gdy zapniesz guziki, nadał będziesz ją miała. 
W  porządku.  Będzie  grzeczna,  nawet  jeśli  chwilowo  nie  mogła  spełnić  jego  prośby, 

ponieważ ściskał jej nadgarstki. 

 - A gdy już to zrobisz, może powiesz mi, czego naprawdę chcesz - dokończył. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 
Hassan potrafi zadawać  trafne pytania, pomyślała Rose z niezadowoleniem. Natomiast 

jej własne odpowiedzi nie były logiczne. 

 - Wywiad - powiedziała, rozpaczliwie improwizując. Skoro nie powiodło jej się w roli 

uwodzicielki,  być  może  nadeszła  pora  na  zaprezentowanie  swojego  dziennikarskiego 
warsztatu.  -  Za  kilka  dni  znajdziemy  się  na  pierwszych  stronach  gazet,  a  skoro  dla  twojej 
wygody muszę tu pozostać, moglibyśmy lepiej wykorzystać sytuację. 

 -  My?  Doskonale  sama  sobie  radzisz.  -  Siwe  oczy  dotychczas  utkwione  w  jej  twarzy 

wolno  powędrowały  w  dół,  zatrzymując  się  na  odsłoniętym  dekolcie.  -  Czy  zazwyczaj 
rozbierasz się, by uzyskać wywiad? 

Miała  ochotę  na  jakąś  ciętą  ripostę,  w  stylu:  „to  zależy,  z  kim  go  przeprowadzam"  - 

jednak  opanowała  się  szybko.  Nie  chciała,  by  Hassan  odniósł  wrażenie,  że  naprawdę  jest 
kobietą pozbawioną zasad. 

 - Musiałam w jakiś sposób zwrócić twoją uwagę - wyjąkała w końcu. 
Mięsień drgał w kąciku jego ust. 
 - Zapewniam cię, że ci się udało. 
Może był to początek uśmiechu. Widziała go przez moment, ale znikł, nim mogła się o 

tym przekonać. Żeby wyruszyć w podróż, trzeba zrobić pierwszy krok. Miała już go za sobą. 
Teraz musiała to wykorzystać. 

 - Zabierajmy się do pracy - powiedziała ochoczo. 
 - Robiono już ze mną wywiady - ostrzegł ją, tym razem bez uśmiechu. Był spięty. 
 - Przedstawię cię w takim świetle, byś mógł zostać prawą ręką Fajsala, gdy on wreszcie 

zasiądzie na tronie. Ludzie zapomną o Hassanie - buntowniku i playboyu, zobaczą zaś w tobie 
brata i przyjaciela prawowitego władcy. 

 - A więc zamierzasz zmienić mój wizerunek, naprawić nadwątloną reputację? 
 - Tak - odparła. - I liczę na twoją współpracę. Zechcesz współpracować? 
 -  Wydaje  się,  że  nie  mam  wyboru.  -  Nastała  długa,  nieskończenie  długa  cisza,  jakby 

Hassan zamarł na skraju przepaści. 

Brylanty... Żółte brylanty pasowały do jej tygrysich oczu. Chciałby rozebrać ją do naga, 

a potem ubrać jedynie w cenne klejnoty, przywiązać do siebie sznurami pereł i kochać się z 
nią na łożu wymoszczonym płatkami róż... 

Przez  chwilę  myślał,  że  zemdleje  z  powodu  palącego  pożądania.  Miał  wrażenie,  że 

czekał na nią przez całe życie. Czy już zawsze tak będzie? 

 - Hassan? 
Lekki niepokój i wahanie w jej głosie popchnęły go znów na skraj szaleństwa. Nadeszła 

pora, by z tym skończyć, skończyć z tymi głupimi marzeniami. 

 - Przepraszam, zastanawiałem się tylko... Może pomogłoby, gdybyś do swego artykułu 

dołączyła zdjęcia z mojego ślubu? 

 - Twojego ślubu? - Zaczęła się śmiać, ale Hassan się do niej nie przyłączył. 
Dokładnie  wiedział,  w  którym  momencie  zorientowała  się,  że  mówił  serio. 

Zesztywniała,  zaczerwieniła  się,  a  ogromne  czarne  tęczówki  jej  oczu  w  czystym  jasnym 
powietrzu  wydawały  się  obramowane  złotymi  aureolami.  Jak  mógł  jej  się  oprzeć?  Miał 
ochotę krzyknąć, że ją kocha i chce, by została z nim na zawsze. 

Być może dostrzegła rozterkę na jego twarzy, ponieważ nagle się wzdrygnęła. 
 - Ślubu? - powtórzyła jak echo. 
 - Nadim ma rację - rzekł z ostentacyjną obojętnością, która raniła jej serce boleśniej niż 

cierń.  -  Będę  musiał  tutaj  pozostać,  pomóc  Fajsalowi,  a  mężczyzna  powinien  mieć  synów. 
Powiedziałem  Nadim,  by  poszukała  mi  odpowiedniej  żony.  Jakiejś  cichej,  spokojnej 
dziewczyny  -  dodał.  Własny  głos  dobiegał  do  niego  z  pewnej  odległości,  jakby  mówił  ktoś 
obcy. 

background image

Nastąpiła  długa  chwila  nieznośnej  ciszy.  Potem  Rose  wyrwała  nadgarstek  z  jego 

uścisku, mocno chwyciła poły  sukienki i niezdarnie zaczęła zapinać  guziki. Słońce lśniło na 
jej  skórze  jak  złoty  pył,  włosy  płonęły  czerwonym  ogniem,  ale  mimo  wszystko  wyglądała 
dziwnie chłodno. Gdy patrzył na nią, niezdolny do jakiegokolwiek gestu, zauważył, że drżała. 

Jakże  pragnął  wziąć  ją  w  ramiona,  przytulić,  powiedzieć,  że  bardzo  jej  pragnie. 

Powstrzymywał się przed tym ostatkiem sił. 

 -  Synów?  -  powtórzyła  z  lekką  pogardą.  -  A  co  będzie,  jeśli  urodzą  ci  się  córki?  - 

zakpiła,  ale  prawdziwy  stan  jej  ducha  zdradziło  lekkie  drżenie  głosu.  -  Zamienisz  żonę  na 
inny model? 

 - Nie zrobiłbym tego. Płeć potomstwa zależy przecież od mężczyzny. - Jaki by to miało 

sens, jeśli tą drugą kobietą nie byłaby Rose... 

 - Wiem o tym. Nie byłam tylko pewna, czy ty również. Prymitywni mężczyźni na ogół 

obwiniają kobiety za brak męskiego potomstwa. 

Jej  drwina  była  bezlitosna.  Gdyby  tylko  mógł  jej  wyznać,  co  by  dał,  byle  mieć  córki 

podobne do niej. Nosiłyby imiona kwiatów, tak jak ich matka. 

 - Wszystko w rękach Allaha, Rose. 
 - Och, rozumiem. Teraz rozumiem, dlaczego w gruncie rzeczy nie ma znaczenia, z kim 

się ożenisz. 

Udawanie beztroski wiele go kosztowało. 
 - Wcale nie powiedziałem, że to nie ma znaczenia. Więzy rodzinne, ziemia, posag... To 

dla  nas  ważne  sprawy.  -  Wcale  nie  chciał,  by  uważała  go  za  nowoczesnego  człowieka,  za 
mężczyznę dwudziestego pierwszego wieku, jakim w gruncie rzeczy wcale się nie czuł. 

 - Zupełnie jak w średniowieczu - skomentowała, nie kryjąc sarkazmu. 
 -  Widzę,  że  Simon  Partridge  jest  twoją  pokrewną  duszą  -  powiedział.  -  Wciąż 

powtarza, że moje postępowanie znalazłoby poklask w czternastym wieku. 

 - Dlaczego mimo wszystko dla ciebie pracuje? 
 -  Zakończy  swoją  pracę,  gdy  tylko  sprowadzi  Fajsala  do  domu.  Bardzo  ostro 

skrytykował moje postępowanie wobec ciebie. 

 - Masz więc rację, Hassan. Dobrze byśmy się rozumieli Chciał ująć jej rękę i wyznać, 

ż

e  pragnąłby  bardzo,  by  było  inaczej.  Gestem  pokazał,  by  usiadła.  Na  tyle  jeszcze  było  go 

stać. 

Wahała  się  przez  chwilę,  ale  wreszcie  opadła  na  poduszki,  jakby  kolana  nagle 

odmówiły  jej  posłuszeństwa.  Zapomniała  o  ciągle  rozpiętych  guzikach.  Spod  rozchylonej 
sukni wyłaniał się strzępek koronki. 

Ten  widok  go  dręczył.  Może  zasługiwał  na  tę  udrękę.  Machinalnie  zrobił  kanapkę  z 

jagnięciny i sałaty. 

Rose przyjęła ją równie machinalnie. Być może nie miała już siły na kłótnię. Trzymała 

chleb w dłoni, ale nawet nie podjęła próby, by odgryźć pierwszy kęs. 

Przygotował taką samą kanapkę dla siebie. Musiał zająć czymś ręce, by nie dokończyć 

tego, co rozpoczęła Rose. 

 - Opowiedz mi o swojej rodzinie. - Odłożyła chleb. - Czy twoja matka kochała ojca? 
 - Rose... 
 -  Wiem,  że  ona  nie  wybierała  sobie  męża...  Czy  go  kochała?  -  Niespodziewanie 

podniosła  wzrok.  Hassan  natychmiast  odwrócił  głowę,  oderwał  kawałek  chleba  i  rzucił  go 
patkom. - Czy go przynajmniej znała? - nalegała Rose. 

 - Nie. 
 -  Wcale  nie?  Nigdy  ze  sobą  nawet  nie  rozmawiali?  Widział,  że  była  zaszokowana. 

Zastanawiała się, co czuje kobieta oddana mężczyźnie w nagrodę. On zaś zastanawiał się, jak 
przytula się kobietę, której się nie zna, którą się dostało w wyniku rodzinnych układów. 

background image

Co pomyślała jego matka, gdy zobaczyła narzeczonego? Co czuła? Nigdy przedtem nie 

rozważał tej kwestii z kobiecego punktu widzenia. 

 -  Matka  powiedziała  mi  kiedyś,  że  ojciec  był  najpiękniejszym  mężczyzną,  jakiego 

kiedykolwiek widziała. - Miał takie same rude włosy jak Rose... 

 - Och, a więc go widziała przed ślubem. 
 -  Oczywiście.  Przecież  mieszkał  w  pałacu.  Kobiety  zawsze  wiedziały  i  widziały 

wszystko. Zapytaj Nadim. 

 - Nie omieszkam. 
 - To ci potrzebne do artykułu? 
Artykułu?  Całkiem  zapomniała  o  artykule.  Napisze  go,  oczywiście.  Przecież  obiecała. 

Ale  jej  pytanie  nie  miało  nic  wspólnego  z  artykułem  o  mężczyźnie,  który  powinien  zostać 
emirem. Po prostu chciała wiedzieć o nim wszystko. 

 - Zbieram materiał - powiedziała wymijająco. - Dziennikarze lubią szczegóły, podobnie 

jak czytelnicy. W dodatku fascynuje ich egzotyka, inne obyczaje, inny styl życia. 

 - Nie potrzebujesz magnetofonu? Albo przynajmniej notesu i długopisu? 
 -  Zazwyczaj  mam  je  ze  sobą  -  odparowała.  -  Ale  zaskoczona  tak  pospiesznym 

zaproszeniem,  zostawiłam  torbę  w  samochodzie.  -  Wzruszyła  ramionami.  -  Nie  martw  się, 
wyślę ci tekst do autoryzacji. Nie chciałabym napisać nic, co wprawiłoby ją w zakłopotanie. 

 - Kogo? - Zerknął na nią zdumiony. 
 - Twoją matkę. 
 - Może sama chciałabyś z nią porozmawiać? Nadim ci to załatwi, jeśli tylko wyrazisz 

ochotę. 

 - Czy Nadim załatwia wszystkie wasze sprawy rodzinne? 
 -  Moja  młodsza  siostra,  Leila,  zajęta  jest  wychowywaniem  dzieci.  Moja  matka 

prowadzi szeroko zakrojoną działalność charytatywną, a poza tym bujne życie towarzyskie - 
Wzruszył  ramionami.  -  Nadim  zawsze  była  energiczna  i  wyemancypowana.  Zażądała,  by 
wysłano ją do szkoły do Anglii, a potem wyjechała do USA na studia medyczne. 

 - Ojciec ją puścił? 
 - To matka... nasza matka go przekonała. Była z moim ojcem w Szkocji. Poznała życie 

kobiet w Europie, zupełnie inne życie. 

 - Takie, jakie sama chciała wieść? 
Na to pytanie nie potrafił odpowiedzieć. 
 - Będziesz musiała sama ją o to spytać. Oczywiście Nadim ostrzegano, że nikt się z nią 

później nie ożeni, jeśli opuści dom rodzinny i sama wyruszy w świat 

 - Wątpię, by była całkiem sama - zauważyła nieco sarkastycznie Rose. 
Hassan w końcu się uśmiechnął. 
 - To prawda. Miała przy sobie cały dwór. Jej mąż jest również lekarzem i ma bardziej 

liberalne poglądy niż większość naszych mężczyzn. Pozwała jej nawet pracować. 

 -  Pozwala  jej  pracować?  Naprawdę  pozwala?  -  Usiłowała  wyobrazić  sobie  reakcję 

matki na taki popis męskiego szowinizmu. - Cóż za liberalizm! - zakpiła. 

 -  Nie  miał  wyboru.  Odmawiała  poślubienia  go,  póki  się  nie  zgodzi.  Nadim  prowadzi 

klinikę  chorób  kobiecych.  -  Uśmiechnął  się  trochę  ponuro.  -  Ten  szpital  nie  znalazł  się  na 
liście obiektów, które miałaś obejrzeć w Ras al Hajar. Potrzeby zwykłych kobiet nie znajdują 
się na liście priorytetów Abdullaha. - Rzucił resztki kanapki ptakom. - Opowiedz mi o swoim 
mężu... 

 - O Michaelu? - Chciała jeszcze pytać o Nadim, o klinikę, o jego osobiste priorytety. - 

Dlaczego pytasz? 

Po prostu chciał wiedzieć. Nie powinien pytać, ale nie mógł się powstrzymać. 
 -  Tylko  zbieram  materiał  -  powtórzył  jej  własne  słowa.  Jego  też  interesowały 

szczegóły, świat inny od jego własnego, życie rodzinne, w którym żona była partnerem, a nie 

background image

własnością swego męża. - Jeśli ty chcesz zadawać mi pytania, ja będę je zadawał również. To 
chyba uczciwe, prawda? - uznał jej milczenie za zgodę. - Wspomniałaś, że hodował konie... 

 - To ja przeprowadzam wywiad, Hassan. 
 - Konie wyścigowe? 
W końcu poddała się i skinęła głową. 
 -  Tak,  konie  wyścigowe.  -  Ale  zaraz  potem  spytała:  -  A  więc  kochała  go?  Twoja 

matka... 

Naprawdę  nie  wiedział,  co  jego  matka  czuła  do  ojca.  Była  jego  żoną.  To  przecież 

wystarczyło. 

 -  To  kultura  zachodnia  przywiązuje  tak  wielką  wagę  do  miłości  -  powiedział.  - 

Zwłaszcza w dwudziestym wieku. 

 - Tak uważasz? 
 - To fakt. 
 -  Nasza  literatura  zawsze  opiewała  kochanków...  Abelard  i  Heloiza,  Tristan  i  Izolda, 

Lancelot i Ginevra... 

 -  Romeo  i  Julia  -  dodał.  -  Ale  szczęśliwe  zakończenia  miłosnych  historii  zdarzają  się 

dopiero u schyłku dwudziestego wieku, nieprawdaż? 

 - Tego nie wiem. 
 - Co można wiedzieć o życiu innych ludzi? - Siedziała tak blisko, że mógł jej dotknąć... 

Była całkiem nieświadoma że miękkie zaokrąglenia jej piersi są w zasięgi jego ręki... Męczył 
się  okropnie.  Powinien  się  odsunąć.  Ale  to  nie  było  proste.  Będzie  musiał  skupić  myśli  na 
czymś innym... - Opowiedz mi o swoim mężu - powtórzył. 

 - To bardzo ogólne pytanie. - Chłodna, dociekliwa dziennikarka, która spodziewała się 

obnażyć jego duszę przed wścibskim czytelnikiem, nagle sama poczuła się osaczona. 

 -  Na  moje  ostatnie  pytanie  odpowiedziałaś  jednym  słowem.  Teraz  powinnaś  bardziej 

się postarać, jeśli chcesz ze mnie coś wydobyć. 

Rose  nalała  sobie  szklankę  zimnej  herbaty  z  termosu.  Gdy  zerknęła  pytająco  na 

Hassana, skinął głową, więc również jemu nalała herbaty. Odkładała tę chwilę. Obracając w 
dłoniach  chłodną  szklankę,  a  następnie  przykładając  ją  do  policzka,  zastanawiała  się,  co 
powiedzieć. 

 - Waśnie skończyłam studia - podjęła po chwili - i nie bardzo wiedziałam, co ze sobą 

zrobić,  ponieważ  pracę  rozpoczynałam  na  jesieni,  gdy  Hm  poprosił  mnie,  bym  pomogła  mu 
urządzić  okropny  nowy  dom,  do  którego  się  wprowadził.  Pewnego  wieczoru  pojechałam  z 
nim na wizytę do pobliskich stajni. Tam poznałam Michaela. - Wypiła łyk herbaty. 

 - I co? Wzruszyła ramionami. 
 - Natychmiastowe zauroczenie. - Oczywiście, Michael nie był tak oporny jak Hassan. - 

Matka  powiedziała  mi,  że  szukałam  namiastki  ojca.  Miał  dzieci  starsze  ode  mnie. 
Dwadzieścia  sześć  i  dwadzieścia  cztery  lata...  Dwójka  egoistycznych  ponuraków,  dbających 
bardziej o spadek niż o szczęście swego ojca. 

 -  A  był  szczęśliwy?  -  To  było  niewybaczalne  wścibstwo.  Wiedział  o  tym.  Miał 

wrażenie, że jego osobiste życie, mimo bogactwa i przywilejów, nie było szczęśliwie. 

 -  Mam  nadzieję.  Ja  byłam.  Musiałam  bardzo  skomplikować  jego  stosunki  z  rodziną  i 

otoczeniem, wiem o tym... 

 - Z dziećmi? 
 -  Z  dziećmi,  jego  byłą  żoną,  przyjaciółmi.  Nikt  nie  aprobował  naszego  związku.  W 

przypadku  mężczyzn  chodziło  o  zwykłą  zazdrość,  w  przypadku  ich  żon  w  grę  wchodził 
strach.  Jeśli  Michael  mógł  zakochać  się  w  dużo  młodszej  kobiecie,  mogli  to  również  zrobić 
ich  mężowie.  Michael  musiał  to  wszystko  wiedzieć,  ale  ja  kompletnie  zawróciłam  mu  w 
głowie...  -  Uśmiechnęła  się  na  to  wspomnienie  -  Był  zbyt  wielkim  dżentelmenem,  by  się  ze 
mną nie ożenić... Był taki miły, taki elegancki... 

background image

 -  Miły,  elegancki  -  Hassan  powtórzył  jej  słowa.  Miał  nadzieję,  że  dziewczyna,  którą 

wybierze  mu  Nadim,  będzie  mogła  przynajmniej  tyle  o  nim  powiedzieć.  Spojrzał  na  Rose, 
dławiąc w sobie uczucia, które go ogarnęły. - Rose... - Wymówienie jej imienia podziałało jak 
zapałka przytknięta do lontu. Od chwili gdy ją zobaczył, wiedział, że niezależnie od tego, jak 
mocno będzie walczył, eksplozja musi nastąpić. 

 -  Nie...  -  Rose  miała  wrażenie,  że  słowo  zaprzeczenia  ktoś  obcy  wyrwał  jej  z  gardła. 

Pragnienie, by ją przytulił, kochał się z nią, paliło ją żywym ogniem. Godzinę temu padłaby 
mu w ramiona, zapominając o rozsądku. 

Ale teraz... 
Odsunął szal, który tak starannie owinęła wokół  głowy, i pochylił się, by ucałować jej 

piersi. 

Zamierzał się przecież ożenić. Nie miało znaczenia, że z kobietą, której nie znał, która 

go nie obchodziła... 

 -  Nie,  Hassan...  -  Wyrwała  z  siebie  te  bolesne  słowa  i  chwiejnie  stanęła  na  nogach.  - 

Pozwól  mi  odejść.  -  Chwyciła  rozpięte  poły  sukienki.  Jakże  mogła  jej  nie  zapiąć!  Gotów 
pomyśleć, że celowo go prowokowała. 

Próbował. Naprawdę próbował zachować dystans. Ale gdy rozpięła suknię, gdy wprost 

dręczyła go widokiem swego nagiego dekoltu, gdy na wpół obnażona usiadła obok niego na 
poduszkach... 

Płonąc ze wstydu i zasłaniając dłońmi piersi, Rose pobiegła do strumienia. Dopiero gdy 

była po pas w wodzie, puściła suknię, zanurzyła ręce i zaczęła oblewać wodą rozpaloną twarz 
i szyję, piersi i ramiona. Ale to jej nie ostudziło. 

Gdy odwróciła głowę, zrozumiała dlaczego. Hassan był tuż za nią. 
Cienki  jedwab  oblepił  jej  ciało,  podkreślając  kobiece  kształty.  Była  wysoka,  smukła, 

oszałamiająco piękna. Hassanowi odebrało oddech. Jej synowie - ich synowie - byliby  silni, 
odwagę wyssaliby z jej piersi, a córki, za którymi tęsknił, byłyby tak piękne jak ich matka. 

Ale, żeby je mieć, musiałby zostawić swój dom i zacząć życie w jej świecie. Musiałby 

patrzeć,  jak  wyjeżdża,  by  nadawać  relacje  z  różnych  części  świata,  z  dała  od  niego  i  jego 
mężowskiej opieki. Nie, nie mógł tego zrobić... Nie powinien. Był potrzebny swemu krajowi. 

Z jękiem sięgnął po nią i przytulił ją jednak do siebie. 
Przez moment opierała mu się z gwałtownym błyskiem w oczach. 
 - Nie, Hassan... - powtórzyła zduszonym z pożądania głosem. Ona również zrozumiała 

konieczność walki z tym zauroczeniem. 

Zaczął przemawiać do niej cicho, delikatnie, tak jak uspokaja się narowistego konia. 
 -  Rozumiem,  Rose.  Wszystko  w  porządku.  Rozumiem...  Chodź,  woda  jest  za  zimna. 

Przeziębisz się... 

A może to nie woda byk za zimna. To chłód wdarł się nagle do jego serca. Wydawało 

się,  że  Rose  nie  może  wykonać  żadnego  ruchu.  Wziął  ją  więc  na  ręce  i  wyniósł  z  wody,  a 
potem  poniósł  po  kamienistej  ścieżce  do  swojej  kwatery.  Droga  była  pusta;  jego  ludzie 
dyskretnie usunęli się z pola widzenia. 

Nie  mogli  bardziej  wymownie  okazać,  że  aprobują  jego  wybór.  Starsi  mężczyźni  byli 

dla niego jak przybrani ojcowie, uczyli go tak samo, jak uczyli swoich rodzonych synów. Ci 
ostatni zaś byli jego przyjaciółmi z dzieciństwa. 

Dostrzegli  w  Rose  te  same  cechy,  które  on  podziwiał  -  odwagę,  dążenie  do  celu, 

nieugiętą  wolę,  a  swój  szacunek  wyrazili,  zwracając  się  do  niej  sitti,  oraz  spełniając  jej 
wszystkie zachcianki. 

Dla nich to było proste. Hassan jej pożądał, a więc uczyni z niej swoją własność, a ona 

nigdy  już  nie  opuści  jego  domu.  Dziadek  nie  miałby  z  tym  problemu.  Powiedziałby:  jeśli 
chcesz, to bierz ją. Daj jej dzieci, a będzie szczęśliwa. 

background image

Pomimo  pary  buchającej  z  przemoczonych  ubrań,  gdy  znaleźli  się  w  namiocie,  Rose 

trzęsła się jak osika. Hassan postawił ją na nogi i znalazł ręcznik. 

 - Rose, proszę, musisz zdjąć tę sukienkę - nalegał. Otworzył szafę, by poszukać czegoś 

do przebrania. Gdy odwrócił się, Rose mozoliła się z guzikami. 

 - Przepraszam... - wyjąkała, szczękając zębami. - Ręce mi się trzęsą. 
 - Nie denerwuj się. Pomogę ci. 
 - Ale... 
 -  Ja  to  zrobię,  pozwól.  -  Lecz  mokre  pętelki  zacisnęły  się  wokół  guzików  i  trwało  to 

nieskończenie  długo.  W  geście  rozpaczy  chwycił  brzegi  jedwabnej  materii  i  rozdarł  mokrą 
sukienkę. Suknia upadła na podłogę. 

Poprosił żonę jednego ze swoich przyjaciół, by kupiła ubrania na zmianę i bieliznę dla 

Rose. Teraz, oglądając jej wybór, musiał przyznać, że dobrze wydała jego pieniądze. 

Gdy rozpinał koronkowy stanik, był zadowolony, że również wskoczył do zimnej wody. 
 -  Chodź  -  powiedział.  Owinął  ją  ciepłym,  niebieskim  szlafrokiem  i  pomógł  wsunąć 

ramiona  w  szerokie  rękawy.  Chciał  nadal  ją  przytulać,  ale  opanował  się,  wziął  ręcznik  i 
wytarł  mokre  końce  jej  włosów.  Potem  odsunął  kapę  i  położył  Rose  na  łóżku.  Dałby 
wszystko,  by  móc  się  do  niej  przyłączyć.  Ale  starannie  nakrył  ją  kołdrą  i  mocno  otulił.  - 
Przyniosę ci coś ciepłego do picia. 

 -  Hassan...  -  Zatrzymał  się  przy  wyjściu.  -  Przepraszam...  Tak  mi  przykro.  Ledwie  o 

czymś pomyślę, od razu chcę to mieć. Postąpiłam tak z Michaelem. Potrzebowałam go, a nie 
przyszło mi do głowy, że może on nie potrzebował mnie... 

Znalazł się przy niej w mgnieniu oka. 
 - Cicho, maleńka... - wyszeptał, kładąc palec na jej ustach. - Nie mów tak. Michael był 

najszczęśliwszym  z  mężczyzn.  Mężczyzna,  który  umarł  z  twoim  imieniem  na  ustach,  nie 
mógł  niczego  żałować.  -  Żarliwość  tego  zapewnienia  zdradziła  go.  Nim  zdążył  cofnąć 
pieszczotliwe palce, przytrzymała jego dłoń i przyłożyła do swojej twarzy. 

 - A czyje imię będzie na twoich ustach, Hassan? 
Nie mógł powiedzieć. Nie powinien. Ale to już nie miało znaczenia. Ona wiedziała. 
 -  Nie  powinieneś  tego  robić,  Hassan  -  ciągnęła.  -  Nie  możesz  ożenić  się  jakąś  biedną 

dziewczyną, która być może cię pokocha... 

 - Rose! - zaprotestował, ale zbyt późno. Była bezlitosna. 
 - Z dziewczyną, która cię pokocha, urodzi ci dzieci. Złamiesz jej serce. 
 - Serca nie można złamać - skłamał. - Ona będzie zadowolona. 
 - Ale to jej nie wystarczy. 
 - Chciałabyś, bym spędzał noce samotnie? 
 -  Chciałabym,  byś  pamiętał  o  swoim  honorze.  Honor?  Zaczynała  mówić  jak  jego 

siostra,  która  stale  wspominała  o  krwi  lub  o  złocie,  lub  o  małżeństwie  jako  sposobie  na 
odzyskanie  honoru.  Na  moment  opanowała  go  silna  pokusa,  samolubne  pragnienie,  by 
sprowokować  taką  właśnie  sytuację.  Ale  to  byłaby  śliska  ścieżka.  Zrozumiał,  że  nadszedł 
czas, by wyjaśnić wszystkie niedomówienia. 

 -  Pamiętam  o  twoim  honorze,  sitti  -  rzekł  chłodno  i  wstał.  -  Niestety,  ty  o  nim 

zapomniałaś. 

Zarumieniona ze złości, uniosła się na łokciu. 
 -  Nie  wypada  mi  nie  zgadzać  się  z  moim  panem  i  władcą,  ale  śmiem  twierdzić,  że 

dzisiaj  byliśmy  pod  tym  względem  kwita.  -  Dzisiaj...  dzisiaj...  To  słowo  tłukło  się  po  jej 
głowie  przeraźliwym  echem.  Jednak  Hassan  nadal  pozostawał  jej  dłużnikiem.  Nadim  tak 
powiedziała. Złoto, krew albo honor. .. Miała prawo wybierać. 

Czyż  miała  prawo  zatrzymać  go  przy  sobie  na  zawsze  i  w  ten  sposób  zakończyć  ten 

nonsensowny pomysł z aranżowanym małżeństwem? 

background image

Czy  Nadim  nie  powiedziała  również,  że  Hassan  nigdy  nie  będzie  szczęśliwy  u  boku 

tradycyjnie  wychowanej  żony?  Czyż  nie  powiedziała,  żeby  wszystko  zostawić  jej,  że 
zaaranżuje małżeństwo? 

Małżeństwo!  Chyba  oszalała.  Zbyt  długo  przebywała  na  słońcu.  Za  mało  miała  czasu, 

by  o  tym  myśleć.  A  jednak  z  Michaelem  wiedziała  od  samego  początku.  Od  chwili  gdy 
oderwał  wzrok  od  chorego  konia,  a  niepokój  na  jego  twarzy  przerodził  się  w  nieśmiały 
uśmiech.  Nie  pozwoliła  wówczas  małostkowym  i  złośliwym  ludziom  ani  swojej  matce, 
snującej psychologiczne analizy, zniszczyć tego związku. 

Hassan  również  musiał  pomyśleć  o  małżeństwie,  skoro  tak  mocno  się  jej  opierał. 

Założył,  że  jest  bardzo  przywiązana  do  swojej  pracy  i  kariery,  do  podróży  służbowych. 
Samolubny mężczyzna nigdy by się tym nie przejmował. 

Złość nagle ją opuściła. 
 - Zostań ze mną, Hassan - powiedziała głosem, który ledwie można było rozpoznać, po 

czym opadła na poduszki. - Zostań ze mną. 

 - Rose... nie mogę... 
 - Musisz. - Była naprawdę bezlitosna. 
 - Muszę się przebrać - opierał się jeszcze. - Mam mokre ubranie. 
 - W takim razie je zdejmij. - Odczekała chwilę, a gdy się nie poruszył, dodała: - Dasz 

sobie radę? Może potrzebujesz pomocy przy rozpinaniu guzików? 

 -  To  nie  guziki  sprawiają  mi  kłopot.  To  ty...  -  Usiadł  na  stołku  obok  łóżka  i  ściągnął 

mokre buty. Potem podszedł do komody, otworzył szufladę i zaczął szukać suchej bielizny. 

Rose  przyglądała  mu  się  przez  chwilę,  a  potem  niepostrzeżenie  wyśliznęła  się  łóżka, 

wyswobodziła z obszernego szlafroka i powiedziała: 

 - Może go założysz? 
Hassan odwrócił głowę. Miał sucho w ustach, serce waliło mu jak młotem. 
 - Czego ty chcesz, Rose? - spytał ostrym, chrapliwym głosem. 
 - Ciągle mnie o to pytasz, a przecież znasz odpowiedź. Nim pomyślisz o małżeństwie, 

powinieneś załatwić ze mną sprawę. Masz wobec mnie dług. 

 - Dług? - Po co udawał, że nie rozumie? I tak jej nie przekona. 
 - Powiedziałeś, że mogę mieć, co zechcę... 
 - To prawda. Podaj więc swoją cenę. Wyraź pragnienie swego serca. 
 - Chcę... 
Niech  poprosi  o  diamenty...  Albo  o  tonę  złota...  Upuściła  szlafrok  na  ziemię, 

wyciągnęła rękę i wypowiedziała jego imię tonem najsubtelniejszej pieszczoty. 

 - Hassan... 
Dźwięk tego imienia rozległ się echem w jego głowie, potem wypełnił całe jego ciało. 
Zajrzała  do  głębi  jego  duszy  i  dostrzegła  tam  pustkę.  Tęskne  zawołanie  go  po  imieniu 

obiecywało, że w jej ramionach już nigdy nie zazna samotności. 

Ich palce musnęły się w powietrzu, potem splotły i mocno zwarły. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 
Hassan  leżał  na  boku,  z  głową  opartą  na  łokciu,  i  obserwował  spokojnie  opadające  i 

wznoszące się piersi Rose. Spała na plecach, jak ufne i bezbronne dziecko. 

Jej rzęsy poruszyły się lekko. Westchnęła, przeciągnęła się i uśmiechnęła przez sen. 
Takiego  mężczyznę  jak  on,  nie  wierzącego  w  miłość,  ostatnie  dni  wiele  nauczyły. 

Zwłaszcza budzenie się przy Rose poruszało wszystkie struny jego serca. Dobrze, że te struny 
nie wydają żadnego dźwięku, pomyślał. 

Hassan wstał, z wysiłkiem odsuwając się od jej ciepłego ciała, od jej miłości. 
Wszystko  się  zmieniło,  a  jednocześnie  nic  nie  uległo  zmianie.  Nadal  byli  całkowicie 

różnymi ludźmi, pogrążonymi we własnych światach, dręczonymi odmiennymi pragnieniami. 

Rose  wyjedzie,  ponieważ  jej  życie,  jej  prawdziwe  życie,  toczyło  się  gdzie  indziej.  On 

zaś pozostanie w Ras al Hajar, gdzie był jego dom. 

Wspomnienia ostatnich kilku dni i nocy będą musiały wystarczyć mu na całe życie. Nie 

było  szczęśliwego  wyjścia  z  sytuacji,  szczęśliwego  zakończenia  tej  historii.  Pozostanie  ból 
serca i pustka. 

Wyszedł  na  dwór.  Noc  była  dość  jasna  i  chłodna.  Jego  oddech  zamieniał  się  w  parę. 

Ciszę przerywały jedynie parskania koni dobiegające z kamiennej zagrody. 

 - Hassan? 
Odwrócił  wolno  głowę.  Rose  stała  za  nim,  owinięta  niebieskim  szlafrokiem,  w  jej 

zmierzwionych  włosach  odbijało  się  światło  gwiazd.  Wyglądała  jak  zjawisko,  jak  marzenie 
każdego mężczyzny. 

 - Przepraszam, miałem nadzieję, że ci nie przeszkodzę. 
 -  Za  późno  na  przeprosiny  -  powiedziała  z  uśmiechem.  -  Przeszkodziłeś  mi  już  w 

chwili, gdy cię ujrzałam. - Oczy miała błyszczące, gdy uniosła rękę i dotknęła nieśmiało jego 
policzka. 

To  było  jawne  zaproszenie,  któremu  tylko  mężczyzna  bez  serca,  ze  stępionymi 

zmysłami,  mógłby  się  oprzeć.  A  Hassan  nauczył  się  podczas  tych  błogich  dni  spędzonych  z 
dala  od  świata,  że  ma  serce.  Gorące  serce.  Cały  wysiłek,  by  zachować  dystans,  został 
zniweczony w chwili, gdy uległ pokusie i odwzajemnił pocałunek Rose. 

Być  może  wyczuła  jednak  dystans,  o  który  tak  usilnie  walczył,  ponieważ  cofnęła  się  i 

popatrzyła mu w oczy. 

 - Znalazłeś Fajsala, prawda? - spytała. 
Trafiła w sedno, jak zwykle. Z zawodową wprawą. Nauczyła się już czytać w nim jak w 

otwartej książce. Trudno będzie ją oszukać. Próbował już z aranżowanym małżeństwem, ale 
przeniknęła go na wskroś. 

 - Tak - przyznał. - Jest już w drodze do domu. - Nie mógł pohamować się, by na nią nie 

patrzeć. Chciał wiedzieć, jaki efekt wywoła wiadomość, że ich idylla dobiega końca. 

Delikatnie pogładziła go po ręce w wyraźnie pocieszającym geście. 
 - To naprawdę musi być dla ciebie ulga - szepnęła. 
 - Tak. 
Tak  i  nie.  Zaczynał  wierzyć  w  szaloną  iluzję,  mieć  nadzieję,  że  zostaną  tu  na  zawsze. 

To  było  szaleństwo.  Czysty  obłęd.  Nawet  gdyby  Fajsal  nadal  hulał  po  świecie,  on  i  tek 
musiałby wypuścić Rose do domu. Wraz z ekipą z jej stacji telewizyjnej przyjechała do Ras al 
Hajar  jej  matka  i  na  pewno  nie  będzie  siedzieć  z  założonymi  rękami.  Według  Nadim  pani 
Fenton naprawdę przyprawiała Jego Wysokość Abdullaha o ból głowy. Hassan, który poznał 
jej córkę, uwierzył w to z łatwością. 

 - A co z dziewczyną, z którą tam był? - spytała. 
 - Dziewczyną? - Nawet nie przyszło mu do głowy, by o to spytać. - Jestem pewien, że 

Partridge dopilnuje, by bezpiecznie wróciła do domu... - Urwał, a potem dodał: - Oczywiście 
z odpowiednią rekompensatą za przerwane wakacje. 

background image

Rose podejrzewała, że w tym nonszalancko dodanym zdaniu była odrobina prowokacji. 

Ale Rose znała go zbyt dobrze, by dać się oszukać. 

 -  Tak,  z  pewnością  tak  zrobi  -  przyznała.  Zastanawiała  się  jednak,  jaką  rekompensatę 

uznałby  za  właściwą  za  jej  przerwane  wakacje.  Krew,  złoto  albo  honor...  Krew  była 
oczywiście nie do pomyślenia. Złoto jej uwłaczało. Nie było więc wyboru... Odsunęła się od 
Hassana i wtopiła w mrok. 

 - Dokąd idziesz? - Zatrzymał ją, wyciągając rękę. 
 - Na górę. - Wskazała wzniesienie ponad obozem. - Chodź ze mną. Popatrzymy razem 

na  niebo.  -  Ujęła  dłoń,  którą  położył  na  jej  ramieniu  i  przytrzymała  w  swojej.  –  Na  pustyni 
niebo wydaje się być tak busko, że niemal można dotknąć gwiazd. 

 - Chciałabyś dotknąć gwiazd? 
 - Księżyca - powiedziała, wskazując cienki sierp na bezkresnym niebie. - I gwiazd... 
 - To wszystko? A dlaczego nie chcesz dotknąć planet? 
 - Świetny pomysł. Gdy mnie podsadzisz, dosięgnę wszędzie, gdzie zechcę. 
Uśmiech zamarł mu na ustach. 
 - Jest w tobie coś takiego, Rose, że sam prawie wierzę, że to możliwe. 
Uwierz w to, Hassan, pomyślała, gdy szli razem na wzgórze dominujące nad obozem, a 

niebiosa  nad  ich  głowami  przypominały  gigantyczną  roziskrzoną  gwiazdami  kopułę.  Tak 
trzymaj... 

Rose przystanęła. Gdzieś daleko na zachodzie meteoryt przeciął niebo, ciągnąc za sobą 

deszcz spadających gwiazd. 

 - Spójrz! - szepnęła. - Jakie to piękne... O czym pomyślałeś? 
Leciutko zacisnął rękę wokół jej palców. 
 -  Nasz  los  jest  zapisany  w  gwiazdach,  Rose.  -  Potem  zerknął  na  nią.  -  A  ty  co 

pomyślałaś? 

 -  Pomyślałam,  że  to  przeznaczenie.  Stoję  przy  tobie  akurat  w  momencie,  gdy  spada 

gwiazda!  Czyż  to  nie  zastanawiające?  Powinnam  pomyśleć  życzenie.  -  Urwała,  a  potem 
dodała wyjaśniająco: - I pomyślałam to samo co zwykle na widok kominiarza czy spadającej 
gwiazdy. Zawsze mam tylko jedno życzenie: żeby ludzie, których kocham, byli bezpieczni i 
szczęśliwi. 

Westchnął jakby z rozczarowaniem. 
 - Nic dla siebie? 
Czy naprawdę spodziewał się, że wyzna mu miłość albo zapewni, że zostanie z nim na 

zawsze? 

 -  To  właśnie  było  dla  mnie.  Jeśli  oni  są  bezpieczni  i  szczęśliwi,  nic  więcej  mi  nie 

trzeba. - Uśmiechnęła się lekko. - A z takimi drobnymi sprawami jak przeznaczenie potrafię 
poradzić sobie sama. Znalazłam się tu we właściwym momencie, nieprawdaż? 

 - Jesteś... taka... - Nie mógł znaleźć słów. Właściwie nie był zły, po prostu nie rozumiał 

jej  aktywnego  stosunku  do  życia,  jej  determinacji,  by  kształtować  wydarzenia  zgodnie  z 
własną wolą. 

 -  Jaka?  -  dopytywała  się.  Naprawdę  nie  powinna  z  mego  żartować.  Nie  był  do  tego 

przyzwyczajony.  -  Może  asertywna?  -  Podpowiedziała  to  słowo,  nie  mogąc  oprzeć  się 
pokusie. Westchnęła dramatycznie, gdy nie zgodził się z nią natychmiast. - Uważasz więc, że 
jestem uparta, nieprawdaż? Samowolna, uparta i w dodatku choleryczka? 

Położył palce na jej wargach. 
 - Jesteś stanowcza - powiedział cichym głosem. - Bezkompromisowa. - Owinął kosmyk 

jej włosów wokół palca, i założył za ucho. - Obdarzona ogniem i energią. 

 - To prawie to samo - powiedziała zduszonym głosem. 
 - Niezupełnie. - To nie było to samo. Jej wewnętrzny ogień doprowadzał go do białej 

gorączki,  ale  energia  była...  czarująca.  Tak,  Rose  Fenton  go  zauroczyła.  Przychodziły  mu 

background image

teraz  do  głowy  i  cisnęły  się  na  usta  różne  porównania.  Jaka  właściwie  była?  Niespotykana, 
nadzwyczajna,  urocza...  Jak...  jak  róża  pustyni!  Nie  miał  wątpliwości,  że  powinien  jej  to 
powiedzieć.  Ilekroć spojrzy na różę, będzie przypominać sobie jego miłość i tę fantastyczną 
chwilę. - Czy widziałaś kiedyś różę pustyni? - spytał. 

 -  Różę  pustyni?  Czy  to  gatunek  rosnący  w  skalnych  ogródkach?  -  Rozejrzała  się 

dookoła, jakby spodziewając się zobaczyć kwiat u swoich stóp. - Moja matka ma dziką różę z 
tyłu ogrodu... 

 - Nie, to nie jest kwiat ani żadna roślina. To skrystalizowany piasek. Selenit. - Rzadko 

spotykany,  piękny...  -  Róże  pustyni  bywają  różowe,  żółte...  Mają  płatki  do  złudzenia 
przypominające prawdziwy kwiat. Trzeba wiedzieć, gdzie ich szukać... 

 - I..:? - zawiesiła głos. 
I co? Był bliski wyjawienia sekretu swego serca. 
 - I nic, prócz zbieżności nazwy z twoim imieniem. Po prostu przyszło mi do głowy, że 

ciebie również znalazłem na pustyni. 

 - Jak różę pustyni? - Lekko westchnęła. Moją różę pustyni, pomyślał. 
 -  Jutro  musimy  stąd  wyjechać,  wrócić  do  miasta,  prawda?  -  dodał  tonem 

usprawiedliwienia. - Musimy wrócić do realnego świata. Chciałbym, by sprawy potoczyły się 
inaczej, ale nie mamy wyboru. Wiedzieliśmy od samego początku, że to nie może trwać... 

To  on  zdecydował.  A  Rose  wolała  sama  podejmować  decyzje.  Zawsze  istniał  wybór. 

Trzeba  było  tylko  odwagi,  by  pokonać  trudności  -  odwagi,  zaufania  i  wiary  w  siebie.  Nic 
bardziej nie niszczyło człowieka niż jego własne wątpliwości. Nauczyła ją tego matka. Matka 
nie  chciała,  by  wyszła  za  Michaela,  ale  gdy  to  już  się  stało,  wspierała  ją  lojalnie  i  nauczyła 
przeciwstawiać  się  nieprzychylnemu  światu,  walczyć  z  uprzedzeniami  i  krakaniem 
małostkowych  ludzi,  prorokujących,  że  duża  różnica  wieku  nie  wróży  szczęścia  jej 
małżeństwu. 

Dziś też powinna walczyć. 
Jednak  Hassan  miał  rację  w  kwestii  jutrzejszego  dnia.  Nic  nie  mogło  powstrzymać 

naporu codzienności i realnego życia, ale pozostała im jeszcze reszta nocy, kilka magicznych 
godzin. 

 - Jutro będzie jutro - powiedziała, przyciskając jego chłodne palce do swego policzka. - 

Teraz powinniśmy wykorzystać jak najlepiej tę odrobinę czasu, która nam jeszcze pozostała. 

Wykorzystali  ten  czas  cudownie.  Czułość,  z  jaką  się  kochali,  niemal  doprowadziła 

Hassana  do  łez.  Ale  mimo  że  rozstanie  z  Rose  złamie  mu  serce,  musiał  tak  postąpić.  Odtąd 
przyjdzie mu żyć wspomnieniami. 

Wcześnie  opuścił  namiot.  Tym  razem  Rose,  wyczerpana  miłością,  w  ogóle  się  nie 

poruszyła,  nawet  gdy  zdjął  zabłąkany  kosmyk  włosów  z  jej  policzka.  Wyszeptał  kilka 
pożegnalnych słów, a na poduszce obok niej położył mały upominek. 

Nie było to nic cennego. Mógłby obsypać ją drogimi kamieniami i złotem, ale wiedział, 

ż

e poczułaby się dotknięta. Jeśli czegokolwiek dowiedział się o Rose Fenton, to tego, że dar 

płynący  z  serca  więcej  dla  nie  znaczył  niż  złoto.  A  świadomość,  że  Rose  posiada  coś  od 
niego, będzie pocieszeniem podczas długich samotnych łat, które miał przed sobą. 

Rose gdy tylko się obudziła, wiedziała od razu, że jest sama. Hassan odjechał. Nie była 

zaskoczona.  Ostatniej  nocy  tak  czule  ją  pieścił...  W  jego  szarych  oczach  widziała  łzy.  A 
jednak odszedł. 

Jak  miała  go  przekonać?  Czy  Hm  powinien  zażądać  od  Hassana,  by  się  z  nią  ożenił? 

Wtedy  nie  miałby  wyboru.  Na  samą  myśl,  że  Tim  mógłby  postawić  Hassana  pod  ścianą, 
uśmiechnęła się do siebie. 

Przede  wszystkim  to  Hassan  musiał  podjąć  decyzję.  Gdy  sięgnęła  po  poduszkę,  by  ją 

przytulić,  nieoczekiwanie  zamknęła  dłoń  na  czymś  ostrym,  twardym...  Domyśliła  się,  że  to 
róża pustyni. Zostawił jej różę pustyni! I bilecik... 

background image

Oto maty dar. Pragną, byś zabrała tę cząstkę mnie do domu... 
Podniosła różę. Leżała na jej dłoni - mała, doskonale uformowana, a jednocześnie jakże 

inna od róż, którymi zasypywał ją Abdullah. Nie było w niej nic miękkiego, nic, co mogłoby 
zwiędnąć i umrzeć. Była stała, niezmienna, ukształtowana. 

Czy  Hassan  zrozumiał  zawarte  w  niej  przesłanie?  Czy  wiedział,  że  nieświadomie 

zdradził swoje uczucia? Ściskając kryształ w dłoni, zastanawiała się z obawą, czy cokolwiek 
skłoni Hassana do zmiany zdania. Wiedziała, że wolę ma tak mocną jak skała, tak twardą, że 
trudno ją skruszyć. Czy zdoła choćby zbliżyć się do niego na tyle blisko, by spróbować? 

 - Panna Fenton? 
Jakaś  postać  stojąca  w  nogach  łóżka  zakołysała  się  przed  nią  we  mgle.  Po  co  te  łzy? 

Cóż za pożytek z łez! Łzy niczego nie rozwiązywały. 

Rose  zamrugała  oczami  i  skupiła  wzrok  na  wysokiej,  szczupłej  kobiecie  z 

przyprószonymi siwizną włosami. 

 - Rose...? - odezwała się nieznajoma. - Hassan prosił, bym zabrała cię do domu. 
 - Do domu? - Do zimnego, ponurego  Londynu? Jej dom był tutaj. Z Hassanem. - Nie 

rozumiem... - Ale zaraz zrozumiała. Nie mógł się doczekać, by opuściła jego kraj! 

 -  Twoja  matka  na  ciebie  czeka.  Matka?  Dopiero  teraz  domyśliła  się,  kim  jest 

nieznajoma. 

 - Jest pani matką Hassana, prawda? I Nadim. Teraz widzę podobieństwo. 
 - Hassan powiedział, że chciałabyś ze mną porozmawiać. 
 -  Miło  z  jego  strony,  że  pamiętał...  Przepraszam,  ale  nie  wiem,  jak  się  do  pani 

zwracać... 

Kobieta uśmiechnęła się, podeszła bliżej i usiadła na brzegu łóżka. 
 - Nazywam się Aisha. Mów mi po imieniu, proszę. 
 -  Aisha...  -  powtórzyła.  Imię  piękne,  ale  nie  dość  piękne  dla  tej  dostojnej  kobiety.  - 

Hassan ma pewnie mnóstwo spraw do załatwienia, skoro Fajsal wraca do domu... 

 -  Rozmawiałam  już z  moim  młodszym  synem.  Dzwonił  do mnie  z  Londynu.  Co  tutaj 

ś

ciskasz...? 

Rose rozchyliła dłoń, by pokazać Aishy swój skarb. 
 - To prezent od Hassana. 
 -  Ach!  -  Kobieta  wyciągnęła  rękę,  ale  zatrzymała  się  w  pół  gestu.  -  Dawno  tego  nie 

widziałam.  -  Niespodziewanie  podniosła  wzrok  i  spojrzała  na  Rose.  Miała  ciemne  oczy  o 
podobnej sile wyrazu jak oczy Hassana. 

 - Hassan miał to od dawna? 
 - Przez całe życie. - Uśmiech, który zakwitł na ustach Aishy, pochodził gdzieś z głębi 

jej  serca.  -  Dostałam  tę  różę  od  jego  ojca  bardzo,  bardzo  dawno  temu...  Zanim  jeszcze 
zostaliśmy  małżeństwem,  a  nawet...  -  Matka  Hassana  uniosła  palec  do  ust,  kryjąc  uśmiech, 
który  zdradzał  historię  jej  miłości.  Był  to  uśmiech  kobiety,  która  poznała  siłę  wielkiego 
uczucia. 

 -  I  dałaś  tę  różę  Hassanowi...  gdy  po  raz  drugi  wychodziłaś  za  mąż  -  powiedziała  w 

zamyśleniu Rose. 

 -  Oddałam  Hassanowi  wszystkie  pamiątki  po  Alisterze.  Również  jego  ubrania...  Ten 

szlafrok...  -  Pogładziła  palcami  miękki,  niebieski  materiał,  który  leżał  w  nogach  łóżka.  - 
Wszystkie rzeczy, które mu dałam i wszystkie prezenty, które dostałam od niego. Nie można 
zabierać pamiątek po poprzedniej miłości do domu innego mężczyzny. Mówiono mi, że byłaś 
mężatką,  a  więc  mnie  zrozumiesz.  -  Ostatnie  słowa  zabrzmiały  prawie  jak  pytanie,  jakby 
Aisha ją sprawdzała. 

 -  Tak,  rozumiem.  -  Po  pogrzebie  Michaela  Rose  opuściła  jego  dom,  pozostawiając 

wszystko, co w nim było, jego skłóconej rodzinie. Zdjęła pierścionki, które dostała od męża i 

background image

cofnęła swe życie do tego samego punktu, w którym była, zanim poznała Michaela. Dopiero 
po chwili dotarł do niej sens słów Aishy. - Skąd wiedziałaś, że byłam mężatką? 

 -  Twoja  matka  powiedziała  mi  wczoraj  podczas  lunchu.  To  nadzwyczaj  interesująca 

kobieta... 

 - Moja matka tu jest? 
 -  Przyjechała  dwa  dni  temu.  Czy  wiesz,  że  to  Hassan  przesłał  jej  wiadomość? 

Oczywiście nie miała pojęcia, że to on. Po prostu ktoś do niej zadzwonił i zapewnił, że jesteś 
bezpieczna i dobrze się czujesz. Prosił, by nikomu o tym nie mówiła, a ona posłuchała. 

 -  Moja  matka?  -  Rose  chciała  wstać,  ale  gdy  zdała  sobie  sprawę,  że  jest  naga. 

Zarumieniła się lekko. 

Aisha podała jej niebieski szlafrok. 
 - Nie spiesz się - powiedziała. - Pójdę na mały spacer. Już dawno nie bytem na pustyni. 
Gdy tylko Aisha wyszła, Rose wyskoczyła z łóżka. Nie miała czasu do stracenia A więc 

była tu jej matka... Czy to możliwe, by Hassan przekazał jej wiadomość? Dlaczego nic o tym 
nie  powiedział?  Czyżby...  czyżby  nie  chciał,  by  wiedziała,  że  go  to  obchodzi?  W  jej  głowie 
huczał  wir  niespokojnych  myśli.  Potrzebowała  chwili  spokoju.  Musiała  się  zastanowić, 
rozważyć wszystkie możliwości... 

W  ofiarowaniu  jej  róży  wraz  z  bilecikiem  kryła  się  jakaś  ostateczność.  Chciał,  by 

odczytała  ten  gest  jako  pożegnanie.  A  więc  nie  była  w  stanie  go  przekonać...  Czy  potrafi 
przekonać jego matkę, jego siostry, przyjaciół? Czy one jej pomogą? 

Wytarła  włosy  do  sucha,  a  potem  -  w  przeciwieństwie  do  dawnej  Rose  Fenton,  która 

chwyciłaby  dżinsy  i  popędziła  za  kolejnym  reportażem  -  usiadła  przed  lustrem  i  zrobiła 
staranny  makijaż.  Shalwar  kemeez,  odświeżony  i  dokładnie  złożony,  leżał  w  szufladzie 
komody. Włożyła go, a włosy owinęła długim szalem. 

Aisha wróciła już ze spaceru i odpoczywała na kanapie, popijając kawę. Gdy pojawiła 

się Rose, spojrzała na nią z uśmiechem. 

 - Uroczo wyglądasz, Rose. Napijesz się kawy? 
 -  Z  przyjemnością.  A  jeśli  masz  trochę  czasu,  chciałabym,  byś  udzieliła  mi  pewnej 

rady. 

Samolot  kołował  w  stronę  terminalu.  Powiewająca  na  jego  dziobie  flaga  państwowa 

wyraźnie  świadczyła  o  intencjach  emira.  Hassan,  stojący  w  orszaku  powitalnym,  zerknął  na 
swego kuzyna. Abdullah miał mocno zaciśnięte szczęki, ale w obecności tłumu zagranicznych 
dziennikarzy musiał serdecznie powitać młodego sukcesora. 

Hassan  świadom  był  obecności  Rose.  Stała  na  czele  dziennikarzy,  ubrana  inaczej  niż 

zwykle,  gdy  relacjonowała  wydarzenia  z  jakiegoś  zapalnego  miejsca  na  świecie.  Miała  na 
sobie jedwabną kreację, w której wyglądała jak prawdziwa księżniczka. 

Samolot zatrzymał się, podjechały schodki. Wreszcie ukazał się Fajsal. Błysnęły flesze. 
Fajsal  ubrany  był  w  dżinsy  i  podkoszulek  z  podobizną  drużyny  piłkarskiej,  której 

kibicował. Hassan nie potrafił ukryć wściekłości. Jak on śmiał? Jak mógł tak zlekceważyć tę 
chwilę? Jak Partridge mógł na to pozwolić? Obydwaj wiedzieli, jak doniosły to był moment. 
Ważny dla Ras al Hajar. 

A potem za Fajsalem na stopniach samolotu pojawiła się młoda kobieta. Amerykańska 

blondynka z szerokim jak Pacyfik uśmiechem! Z tyłu wychynął Simon Partridge. Minę miał 
zakłopotaną, przepraszającą. 

Wysoki, długonogi Fajsal zwinnie zbiegł ze schodów, podszedł do Abdullaha i ujął jego 

ręce w geście szacunku. Przez chwilę Abdullah wyglądał jak triumfator. Przez chwilę Hassan 
myślał,  że  nie  ustąpi.  Ale  zaraz  potem  Fajsal  z  charakterystyczną  dla  młodości  pewnością 
siebie  wyciągnął  dłonie  i  czekał,  aż  Abdullah  odwzajemni  ten  gest,  powita  go  najpierw  jak 
równego sobie, potem zaś jak swego władcę. 

background image

Abdullah  dość  długo  się  wahał.  Hassan  wstrzymał  oddech.  Fajsal,  któremu  nie  drgnął 

ż

aden mięsień, po prostu czekał. Po chwili, która wydawała się wiecznością, regent w końcu 

ustąpił i uznał nowego władcę. 

Następnie Fajsal spokojnie przesunął się w stronę Hassana i wyciągnął do niego dłonie, 

tym razem z krzywym uśmiechem, jakby zdając sobie sprawę, że zasłużył na naganę. Hassan 
kłaniając  się,  ukrył  podziw  pod  kamiennym  wyrazem  twarzy.  Chłopak  stał  się  mężczyzną. 
Bez  pompy,  bez  stroju,  który  dodałby  mu  dostojeństwa,  zmusił  jednak  Abdullaha  do 
ustąpienia. 

Rose  obserwowała  ten  spektakl  z  niewielkiej  odległości,  komentując  obraz 

przekazywany przez satelitę do swojej stacji telewizyjnej. Kątem oka zauważyła, że kobieta, 
która  przyleciała  z  Fajsalem,  niepostrzeżenie  wsiadła  do  czekającej  limuzyny  i  odjechała, 
podczas gdy Fajsal kontynuował ceremoniał powitania. 

Gdy Fajsal z Hassanem u boku szli do samochodu, Rose zawołała głośno: 
 - Czy Wasza Wysokość cieszy się z powrotu do domu?! 
 - Bardzo się cieszę, panno Fenton. - Przystanął i zbliżył się do jej mikrofonu. Hassan z 

rozterką na twarzy poszedł za nim, zachowując bezpieczną odległość dwóch metrów. Wzrok 
miał utkwiony gdzieś ponad głową Rose. - Mój przyjazd był raczej niespodziewany, stąd ten 
swobodny  strój  -  dodał  tonem  usprawiedliwienia.  -  Wszyscy  bardzo  się  o  panią 
niepokoiliśmy.  -  Ostatnie  zdanie  zabrzmiało  tak,  jakby  to  jej  zniknięcie  zmusiło  go  do 
nagłego powrotu. 

 -  Przykro  mi,  że  przysporzyłam  tyle  kłopotów.  -  Swoje  zniknięcie  wyjaśniła  już 

mediom nagłym nawrotem choroby, wygodnie nie pamiętając nic aż do momentu obudzenia 
się w jakiejś oazie Beduinów, którzy nie mówili po angielsku, ale w końcu doprowadzili ją do 
wioski, gdzie mogła skorzystać z telefonu. 

Co prawda jej matka robiła porozumiewawcze miny, jakby się czegoś domyślała, a Tim 

przypominał  szybkowar,  który  ma  za  chwilę  eksplodować,  ale  żadne  z  nich  nie  zadawało 
głupich pytań. 

Fajsal uśmiechnął się ciepło. 
 - Cieszę się, że pani zdrowie nie ucierpiało podczas tej przygody. 
 -  Wprost  przeciwnie.  Pustynia  to  niezwykłe  miejsce,  a  gościnność  pańskich  rodaków 

jest powszechnie znana. 

 - Jestem pewien, że będzie pani miała okazję utwierdzić się w tym przekonaniu. Hassan 

zorganizuje przyjęcie, mamy powody do świętowania. 

 - Nie mogę się doczekać. - Ale nie miała śmiałości, by spojrzeć Hassanowi w oczy.  I 

wcale nie spytała o blondynkę. Nie musiała. Aisha opowiedziała jej całą historię. 

Hassan poczekał, aż limuzyna z Fajsalem odjedzie z lotniska, a potem skierował się do 

swego samochodu. 

 -  Dlaczego  mi  to  zrobiłeś,  Partridge? Wiem,  że nie  cieszę  się  twoją  sympatią,  ale  czy 

naprawdę musiałeś mi to zrobić? 

 - Ale ja... 
 -  Na  pewno  mogłeś  znaleźć  jakiś  garnitur!  A  zabranie  tej  dziewczyny...  Jeśli  już 

musiała  przyjechać,  można  było  zachować  więcej  dyskrecji!  -  Powstrzymał  się  od  dalszych 
słów. Sam nie był bez grzechu, nie miał więc prawa pouczać nikogo. - Kim ona jest? 

 - Nazywa się Bonnie Hart. Fajsal ożenił się z nią dwa tygodnie temu. 
 - Ożenił?! 
 - Cóż, przerwaliśmy im miesiąc miodowy... 
 -  Byli  w  podróży  poślubnej?  W  domku  w  Catskills?  Fajsal  wybrał  górską  chatkę  w 

Catskills? 

 - W Adirondacks - poprawił dokładny jak zawsze Partridge i uśmiechnął się. 
 - Wszystko jedno... 

background image

 - Też tak sądzę - zgodził się Partridge. - Nie pojechali dalej, ponieważ Bonnie musiała 

wrócić do college'u. 

 - Do college'u? Co Fajsal sobie myśli? Na jakiej planecie żyje? 
 -  Powiedziałbym,  że  mocno  stoi  na  ziemi.  To  urocza  dziewczyna,  inteligentna.  Jest 

agronomem... 

 - Nie obchodzi mnie, kim ona jest! - wybuchnął Hassan, tracąc do reszty cierpliwość. - 

Fajsal  nie  miał  prawa  się  z  nią  ożenić!  -  Powinien  poślubić  jakąś  miłą  dziewczynę,  którą 
starannie  by  dla  niego  wybrano.  Kogoś  o  odpowiednich  politycznych  koneksjach,  o 
odpowiedniej krwi... Proszę cię, Simon, proszę, powiedz, że chciałeś mnie tylko nastraszyć - 
dodał niemal błagalnym tonem. 

 - Dlaczego miałbym pana straszyć, ekscelencjo? 
Z powodu Rose... Hassan przytknął dłonie do twarzy. 
 - Bez powodu. Bez powodu. Po prostu chwytam się wszystkiego jak tonący brzytwy. I 

co, na Boga, z nią teraz zrobimy? 

 -  Może  damy  jej  kawałek  pustyni  do  uprawy?  -  zasugerował  Partridge.  -  Ona  ma 

wspaniałe  pomysły.  Zresztą  Fajsal  poznał  ją  właśnie  podczas  zwiedzania  tej  stacji  upraw 
hydroponicznych, którą kazał mu pan odwiedzić. 

 - Czy chcesz przez to powiedzieć, że to moja wina? 
 -  Ależ  nie,  proszę  pana.  Tylko  Fajsal  nie  jest  już  chłopcem.  To  dorosły  mężczyzna. 

Doskonale  wie,  czego  chce.  Gdy  zasugerowałem  mu,  że  dżinsy  nie  spotkają  się  z  pańską 
aprobatą, powiedział mi bardzo uprzejmie, bym pilnował własnego nosa. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 
Fajsal  oraz  jego  młoda  żona  zostali  odwiezieni  do  fortu  i  teraz  obydwoje  czekali  na 

Hassana  w  jego  prywatnym  saloniku.  Łamało  to  wszelkie  zasady  oficjalnej  etykiety,  ale 
Fajsal się tym nie przejmował. 

 - Bonnie, to mój starszy brat, Hassan.  On trochę warczy,  ale nie  gryzie.  Przynajmniej 

dopóki się go mocno nie sprowokuje. 

 - W takim razie lepiej przygotuj plaster, ponieważ, jak sam twierdziłeś, zdobyłeś złoty 

medal  w  prowokowaniu  go.  -  Bonnie,  która  wzięła  prysznic  i  przebrała  się  z  dżinsów  w 
jeszcze  mniej  stosowne  krótkie  szorty,  uśmiechnęła  się  uprzejmie  i  wyciągnęła  rękę  na 
powitanie.  -  Nazywam  się  Bonnie  Hart.  Przepraszam,  że  postawiliśmy  cię  przed  faktem 
dokonanym,  ale  Fajsal  powiedział,  że  mam  się  szybko  zdecydować,  ponieważ  gdy  już 
sprowadzisz go do domu i zamkniesz w pałacu, będzie za późno. 

Hassan,  który  pogodził  się  już  z  rzeczywistością  i  zaakceptował  amerykańską  żonę 

swego brata, uśmiechnął się w odpowiedzi. 

 -  Mój  brat  żartuje  sobie  z  pani.  Doskonale  wie,  że  będąc  emirem,  może  robić,  co 

zechce. Serdecznie witamy panią w Ras al Hajar, Wasza Wysokość. 

 -  Wasza  Wysokość?  Ależ  ja  jestem  Amerykanką!  Zrobiliśmy  rewolucję,  żeby  z  tym 

skończyć... 

 -  Bonnie,  kochanie,  może  zdrzemniesz  się  chwilę,  odpoczniesz,  a  ja  w  tym  czasie 

omówię sprawy bieżące z Hassanem? Na pewno chcesz dobrze wyglądać, gdy przyjdą goście. 

 - A przyjdą na pewno - zapewnił Hassan. - Gdy księżniczka Aisha usłyszy nowiny... 
 -  Aisha?  Rozmawiałyśmy  przez  telefon,  gdy  zatrzymaliśmy  się  w  Londynie  - 

powiedziała radośnie Bonnie. - Nie mogę się doczekać, by ją poznać. I Nadim i Leilę. Go za 
piękne imiona! 

Czyżby  tylko  jego  nie  dopuszczono  do  sekretu?  Czy  był  aż  takim  potworem?  Czyżby 

sądzili, że nie zrozumie? Pięć dni temu być może mieliby rację. 

 -  Jeśli  tak  bardzo  podobają  ci  się  ich  imiona,  może  poproś  kobiety,  by  pomogły  ci 

wybrać jakieś oficjalne imię, zanim zostaniesz przedstawiona swojemu nowemu narodowi. 

 - Jak to? Nic o tym nie wiem... - Bonnie niepewnie zerknęła na Fajsala. 
 -  Nie  teraz,  kochanie.  Hassan  nie  może  się  doczekać,  by  zrobić  mi  awanturę,  ale  nie 

wypada mu wybuchnąć w obecności damy. 

Bonnie roześmiała się. 
 -  Oczywiście.  Wiem,  kiedy  moja  obecność  nie  jest  pożądana.  Simon,  może 

oprowadzisz mnie po domu? 

 - Mógłbyś, Simon? 
 -  Na  litość  boską,  Fajsal,  to  przecież  twoja  żona  -  zaprotestował  Hassan,  gdy  Bonnie 

wyszła. - Ona nie może pokazywać nóg całemu światu! 

 - Myślisz, że kilku starszych chłopców może dostać ataku serca? 
 - Nie tylko starszych. 
 -  Czyż  nie  są  wspaniałe?  Powiedz  mi,  Hassan,  jakie  nogi  ma  panna  Fenton? 

Zauważyłem, że udało ci się nakłonić ją, by je zasłoniła. 

Hassan zacisnął zęby. 
 - Rose Fenton ubiera się, jak chce,  ale trzeba przyznać, że zdaje sobie sprawę,  co jest 

stosowne,  a  co  nie.  A  teraz  naprawdę  nalegam,  abyś  przebrał  się  w  coś  odpowiedniego  na 
zbliżającą  się  uroczystość.  Dziś  wieczór  będzie  tu  tłum.  Wszyscy  liczący  się  mężczyźni  w 
Ras al Hajar przyjdą, by oddać cześć nowemu władcy. 

 - Chcę, byś dziś wieczorem odebrał hołdy w moim zastępstwie, Hassan. 
 - Przekazywanie władzy to niebezpieczny moment, Fajsal. Nie jest to dobra chwila, by 

wprawiać ludzi w zakłopotanie. 

background image

 -  Nikogo  nie  wprawiam  w  zakłopotanie.  Proszę  cię  o  zastępstwo,  ponieważ  ja 

zamierzam wystąpić w telewizji z orędziem do narodu. 

 - Naprawdę? Kiedy to załatwiłeś? 
 -  Podczas  przesiadki  w  Londynie.  Rozmawiałem  z  Nadim,  która  ustaliła  wszystko  z 

panną Fenton. 

Hassan  nie  chciał  znów  słuchać  o  Rose  Fenton.  Uważał  to  za  kolejną  próbę 

rozproszenia jego uwagi. Właściwie próba się powiodła... 

 - Rozumiem. Co zamierzasz powiedzieć? 
 - Pomyślałem, że mógłbyś mi pomóc... Co sądzisz o aktualnym rozwoju naszego kraju? 

Co chciałbyś zmienić? 

Hassan  był  zdumiony.  Nawet  nie  śmiał  mieć  nadziei,  że  Fajsal  tak  szybko  zechce 

przejąć przywództwo. 

 - Pytasz poważnie? 
 -  Oczywiście.  Chcę  wiedzieć,  co  wszyscy  myślicie.  Wiem  już,  czego  chce  Nadim,  a 

Bonnie  również  ma  wspaniałe  pomysły.  Chcę,  by  ludzie  zrozumieli,  że  ich  głowa  państwa 
troszczy się o nich. 

 -  Właściwie  to  dobry  pomysł  -  przyznał  Hassan.  -  Gdy  zobaczą  cię  w  telewizji,  nie 

będzie wątpliwości, kto jest prawowitym emirem. 

 - O to mi właśnie chodziło. 
Gdy  najważniejsze  już  ustalili,  Hassan  pomyślał,  że  pora  zwrócić  się  do  Nadim,  by 

uświadomiła  bosonogiej,  rewolucyjnej  księżniczce,  czym  jest  pałacowa  etykieta. 
Przynajmniej tyle mogła dla niego zrobić, skoro ukrywała przed nim małżeństwo Fajsala. 

 -  Zaczynałem  się  już  zastanawiać,  czy  przypadkiem  nie  miałeś  wątpliwości,  Fajsal. 

Przebywałeś za granicą dłużej, niż należało. To dało Abdullahowi nadzieję... 

 -  Dlaczego  miałbym  mieć  wątpliwości  co  do  swojej  roli  w  Ras  al  Hajar,  mój  drogi 

starszy bracie? - Fajsal uśmiechnął się szeroko. - Teraz gdy jestem emirem, przynajmniej nie 
muszę cierpliwie znosić twoich cierpkich uwag na żaden temat. Nawet na temat wyboru żony. 

 - Twoja żona, to twój problem. Ale co od reszty, porzuć nadzieję. 
Hassan  spacerował  po  sali  recepcyjnej,  rozmyślając  nad  radykalnymi  planami,  które 

przed  chwilą  Fajsal  zaprezentował  światu.  Ciekawe,  czy  zostaną  przychylnie  przyjęte  przez 
społeczeństwo Ras al Hajar.... 

Nadim  i  jej  mąż  mieli  mnóstwo  pomysłów  na  poprawę  opieki  zdrowotnej,  zwłaszcza 

nad  matką  i  dzieckiem,  Leila  zaś  upierała  się  przy  obowiązkowym  nauczania  dziewczynek. 
Wkładem Bonnie natomiast był projekt rozwoju hydroponicznego rolnictwa. Był to sensowny 
pomysł,  zwłaszcza  że  góry  dawały  dość  wody.  Ciekawe  tylko,  co  ludzie  pomyślą  o 
księżniczce zajmującej się rolnictwem. 

Jakże pragnął, by Rose była tu z nim. Tyle miała do zaproponowania... Przywołał się do 

porządku. Wziął pilota i nastawił głośniej telewizor. 

Mimo  że  tym  razem  Fajsal  występował  w  tradycyjnym  stroju,  nadal  wyglądał  jak 

amerykański  piłkarz.  W  ciągu  ostatniego  roku  bardzo  zmężniał,  zarówno  fizycznie,  jak  i 
psychicznie. Stał się mężczyzną. Hassan był z niego naprawdę dumny. 

Rozpoczął  wystąpienie,  tak  jak  zaplanowali  -  od  podziękowań  dla  swego  kuzyna 

Abdullaha  za  rozważne  zarządzanie  krajem.  Następnie  obiecał,  że  zawsze  będzie  stawiał  na 
pierwszym miejscu dobro kraju. Potem przedstawił plany zmierzające do przekształcenia Ras 
al Hajar w nowoczesny kraj, w którym kobiety będą cieszyć się równouprawnieniem. 

 -  Dziś  wieczorem  -  kontynuował  -  podpisałem  ustawę  powołującą  nowe  ministerstwo 

do  spraw  kobiet,  ale  jeszcze  nie  powołałem  nikogo  na  to  ważne  stanowisko.  W  ciągu 
najbliższych godzin podejmę decyzję, jednak już teraz mogę powiedzieć; że na czele nowego 
ministerstwa stanie kobieta. 

background image

Hassan  zmarszczył  brwi.  Ustawa?  Dyskutowali  o  tym  pomyśle,  ale  nie  podjęli 

wiążących decyzji, nie mówiąc o kandydatce na ministra! Fajsal najwyraźniej improwizował 
końcówkę swego wystąpienia. 

Hassan odwrócił się do Simona Partridge'a. 
 - Co to jest? - spytał. - Co Fajsal wygaduje? 
Do  Rose,  która  obserwowała  w  studiu  tłumaczone  na  angielski  wystąpienie  Fajsala, 

podszedł posłaniec i wręczył jej kopertę z królewską pieczęcią. 

Zerkając na monitor, złamała pieczęć i wyjęła gruby dokument. Towarzyszył mu krótki 

liścik. 

Droga  panno  Fenton,  moja  matka  i  obie  siostry  są  przekonane,  że  będzie  pani 

bezcennym  klejnotem  dla  naszego  kraju.  Hassan  będzie  pani  potrzebować.  Proszę  o 
pozostanie z nami. Fajsal. 

Gordon stał tuż za nią. 
 - Co to jest? - szepnął, gdy rozłożyła dokument. 
Rose otworzyła usta, a potem szybko je zamknęła. Pokręciła głową z niedowierzaniem. 

Odłożyła liścik i dokument tak szybko, jak tylko pozwalały jej na to trzęsące się ręce. 

 - Później ci powiem - odparła. - Co się dzieje? 
 - Już kończy. Jesteś gotowa do powrotu? 
Rose zerknęła na kopertę trzymaną w dłoni i tknęło ją dziwne przeczucie. 
 - Och... 
 - Co się stało? 
Przycisnęła palce do ust i potrząsnęła głową, słuchając orędzia Fajsala. 
 - Jestem emirem dopiero jeden dzień,  ale przy pomocy mojej niezrównanie pomocnej 

rodziny  z  wielką  przyjemnością  rozpocząłem  dzieło  wprowadzenia  mojego  kraju  w 
dwudziesty  pierwszy  wiek.  Całe  swe  życie  temu  poświęcę,  ale  nie  jako  wasz  emir,  tylko 
najwierniejszy sługa tego kraju i dobry poddany... 

Hassan wpatrywał się w swego doradcę. 
 - Wiedziałeś, że zamierza to powiedzieć? 
 - Tak. Przysiągłem jednak milczenie. - Jesteś moim doradcą, Simon! 
 - To prawda, ekscelencjo. Ale Fajsal jest emirem, a właściwie ... jeszcze nim będzie do 

północy. 

 - Nie pozwolę na to, Simon! Nie pozwolę... 
 -  Jestem  pewien,  że  Abdullah  będzie  uszczęśliwiony,  jeśli  zajmie  jego  miejsce, 

oczywiście,  o  ile  pan  mu  na  to  pozwoli,  ekscelencjo.  -  Simon  Partridge  odwrócił  się  do 
telewizora, gdzie Fajsal kończył swoją przemowę. 

 - Od północy dnia dzisiejszego z wolnej woli oddaję wszystkie prawa do tronu w Ras al 

Hajar  i  przekazuję  ciężar  władzy  prawdziwemu  spadkobiercy  mego  dziadka,  jego 
najstarszemu wnukowi, a mojemu ukochanemu bratu, Hassanowi. Na tronie jest miejsce tylko 
dla  jednej  osoby.  Toteż  z  wielką  radością  chciałbym  oznajmić,  że  moim  ostatnim 
posunięciem  jako  emira  będzie  podpisanie  ślubnego  kontraktu  dla  księcia  Hassana.  Życzę 
szczęścia jemu oraz jego wybrance i przysięgam mu wierność. Będę  go wspierał i szanował 
jako emira Ras al Hajar. 

Wpadł  w  pułapkę.  Na  uroczystej  audiencji  roiło  się  od  ludzi.  Nie  było  w  kraju 

mężczyzny, który nie chciałby złożyć hołdu nowemu władcy. 

Fajsal  okazał  się  niezwykle  inteligentny,  przyjeżdżając  w  dżinsach  i  podkoszulku  oraz 

ciągnąc  ze  sobą  zagraniczną  żonę.  Nawet  ci,  którzy  mogli  powątpiewać  w  słuszność  jego 
decyzji, z zadowoleniem zwrócili się ku tradycji, którą uosabiał Hassan. 

Hassan  z  zakłopotaniem  przyznawał  jednak  w  duchu,  że  jego  młodszy  brat 

zademonstrował więcej odwagi niż on. On nie zdobył się przecież na wyznanie Rose swego 

background image

uczucia...  Dopiero  teraz  -  może  właśnie  pod  wpływem  Fajsala?  -  pragnął  ją  odnaleźć  i 
powiedzieć jej... powiedzieć jej... że ją kocha. I błagać ją, by została... 

Audiencja  skończyła  się  po  pierwszej  w  nocy.  Nie  zważając  na  późną  porę,  Hassan 

chwycił za telefon. 

 - Tim Fenton - rozległ się zaspany głos. - Czyżby jakaś klacz... 
 - Nie. Tu Hassan. Muszę rozmawiać z Rose. Natychmiast. Proszę... 
 - To niemożliwe - odparł Fenton wyraźnie zadowolony. - Tutaj jej nie ma. 
 - Gdzie jest? Chyba jeszcze nie wyjechała... 
 -  Nie  sądzę,  by  jej  miejsce  pobytu  było  pańską  sprawą,  Wasza  Wysokość.  -  A  przy 

okazji, rezygnuję z posady. - Tim odłożył słuchawkę. 

Jeszcze godzinę temu otaczali go ludzie. Nagle w fortecy zrobiło się straszliwie pusto... 

Był całkiem sam, nie licząc służby. Fajsal, przed swoim występem w telewizji, zabrał Bonnie 
do domu Aishy. Teraz Hassan zrozumiał dlaczego. 

Mógł zadzwonić do Nadim, ale... Powiedział jej, aby jak najszybciej zaaranżowała jego 

ś

lub.  Niewątpliwie  jutro  Nadim  sama  zatelefonuje  i  poinformuje  go,  kogo  wybrała  oraz  na 

jakich warunkach. Wystarczy, że dowie się tego jutro... Zupełnie z tym się nie spieszył. 

Rose  spędziła  dzień  na  rozmaitych  wymyślnych  zabiegach  kosmetycznych. 

Wypielęgnowana od stóp do głów, po masażu wonnymi olejkami, z dłońmi pomalowanymi w 
artystyczne  arabeski,  czuła  się  jak  bogini.  Teraz  nakładano  jej  kolejną,  czarną,  hennę  na 
włosy. 

Jej  matka  natomiast  była  w  swoim  żywiole.  Obserwowała,  robiła  notatki  do  nowej 

książki. 

 -  Naprawdę  jesteś  wspaniałą  córką,  niezwykłe  inspirującą  -  oświadczyła.  -  Najpierw 

wychodzisz za faceta, który mógłby być twoim ojcem i dostarczasz mi mnóstwo materiału do 
książki, a teraz to! - dodała z zachwytem. 

Rose, której rozczesywano włosy, nawet nie odwróciła głowy. 
 - Co cię tak cieszy, mamo? 
 -  Nowoczesna  kobieta,  robiąca  spektakularną  karierę,  porzuca  wszystko,  by  żyć  w 

haremie! - wyjaśniła z charakterystyczną dla siebie emfazą jej matka. 

 - Jeśli coś takiego o mnie napiszesz, pozwę cię do sądu - powiedziała Rose pół żartem. 
 - Doprawdy? Och, to by się świetnie sprzedało. 
 -  Ale  to  nieprawda,  mamo.  Nadim  żyje  tu  pełnią  życia  i  może  również  rozwijać  się 

zawodowo.  A  ja  mam  stanąć  na  czele  ministerstwa,  które  zajmie  się  poprawą  losu  wielu 
kobiet.  Abdullah  nic  dobrego  dla  nich  nie  zrobił.  Dlaczego  nie  zostaniesz  dłużej,  by  się 
wszystkiemu przyjrzeć? Może mogłabyś pomóc? 

 -  Och,  kochanie,  nawet  nie  znasz  tutejszego  języka.  I,  nim  zdążysz  się  obejrzeć, 

będziesz mieć gromadkę dzieci. 

 - Znam francuski, niemiecki i hiszpański. Arabskiego nauczę się błyskawicznie. 
 - A dzieci? 
 - Tobie dzieci nie przeszkadzały. 
 - To prawda... Właściwie w takiej wersji książka byłaby jeszcze lepsza... 
Rose  Fenton!  Rose  Fenton  stanie  na  czele  nowego  ministerstwa!  Serce  Hassana  omal 

nie pękło z wrażenia. 

 -  Czy  mógłbyś  wyobrazić  sobie  kogoś  bardziej  odpowiedniego?  -  To  było  pytanie 

retoryczne.  Gdy  Hassan  nie  odpowiedział,  Fajsal  wzruszył  ramionami.  -  Oczywiście,  że  nie 
możesz. Ona jest stworzona do tej roli. Zna media i rozumie ich siłę, wie, jak komunikować 
się z ludźmi. Jestem zaskoczony, jak szybko robi postępy w naszym języku. - Zawahał się. - 
No, może nie aż tak zdumiony, zważywszy że miała osobistego nauczyciela... Uważasz, że to 
dla ciebie niezręczna sytuacja, nieprawdaż? 

background image

Niezręczna? Co za głupstwa ten chłopak opowiada! Kochał ją. A będzie ją widywał ze 

ś

wiadomością,  że  nie  może  jej  dotknąć,  przytulić.  To  nie  była  niezręczna  sytuacja.  To 

prawdziwa tortura, istny koszmar! 

 - Jak długi ma kontrakt? 
 -  Na  rok.  Pomyślałem,  że  potrzeba  co  najmniej  tyle  czasu  na  zorganizowanie 

ministerstwa, wytyczenie głównych celów. Potem być może będzie chciała wyjechać. Chyba 
ż

e wymyślisz jakiś sposób, by ją zatrzymać... 

 - Fajsal! 
 - Tak, Wasza Wysokość? - Jego niewinny głos nie zmylił Hassana. 
 - Lepiej wyjedź stąd! - rzekł ostro. - Zabierz swoją śliczną żonę i zniknij mi z oczu na 

rok lub dwa. Być może z czasem przejdzie mi ochota, by skręcić ci kark! 

 -  Daję  ci  koronę,  pannę  młodą  oraz  królową  mediów  do  pomocy,  i  to  ma  być 

podziękowanie? - odparował Fajsal z udawanym żalem. - Niektórych ludzi trudno zadowolić. 

 - Idź już! 
Fajsal uniósł dłonie w geście poddania. 
 - Już mnie nie ma - powiedział, wycofując się do drzwi. 
 - Do zobaczenia na twoim ślubie, braciszku! 
Hassan wstał. 
 - Nie będzie żadnego ślubu. - Te słowa wydobyły się nagle gdzieś z głębi jego piersi. - 

Nie będzie żadnego ślubu! 

 - Skończy z tym. Natychmiast. Jeśli nie może mieć Rose, nie chce nikogo. Nikogo. 
Nadim cofnęła się z uśmiechem. 
 - Olśniewająco wyglądasz - powiedziała z zachwytem. 
 - Absolutnie olśniewająco. 
 - Nie mogę się nawet dobrze zobaczyć zza tego welonu... 
 - O to właśnie chodzi. Hassan nie może zobaczyć narzeczonej, dopóki się nie zaręczą. 

Wystarczy  mu  strój  i  biżuteria,  by  domyślił  się,  że  dziewczyna,  ukryta  pod  spodem,  jest 
odpowiednią panną młodą dla emira... - Nadim odwróciła się, ponieważ usłyszała jakieś głosy 
za  kotarami  przedzielającymi  pokój.  -  Och,  przyjechał!  -  wyszeptała  w  podnieceniu.  - 
Przyjechał... 

Hassan  ze  zniecierpliwieniem  czekał  na  pojawienie  się  siostry.  Przyjechał,  by  bez 

względu  na  konsekwencje  skończyć  z  tym  nonsensem.  Jak,  na  Boga,  tym  dwojgu  udało  się 
zaplanować i zrealizować taki diabelski pomysł! - zżymał się w duchu. Abdykacja Fajsala, a 
teraz  to...  Znalazł  się  w  matni.  Chociaż  prawdę  mówiąc,  sam  zastawił  na  siebie  pułapkę, 
prosząc Nadim o pomoc... 

 - Nadim? - Odwrócił się i szybko podszedł do siostry, która wyszła zza ciężkich zasłon. 
 - Hassan... - Ujęła jego dłonie. - Cieszę się, że tak szybko przybyłeś. Jesteśmy gotowe... 
 -  Przykro  mi,  Nadim,  ale  przyjechałem,  by  oznajmić  ci,  że  rezygnuję.  Nie  mogę  się 

ożenić... 

 -  Jak  to?  Prosiłeś  przecież,  bym  bezzwłocznie  zaaranżowała  ci  małżeństwo.  - 

Wyglądała na mocno zdziwioną. - Kontrakt już został podpisany. 

 - Fajsal przekroczył swoje uprawnienia! 
 - On chciał dobrze, Hassan. Przez ostatni tydzień cały czas myśleliśmy o tobie. 
 - Wiem... - Nie mógł patrzeć w jej twarz. - Wiem. To moja wina. Mój błąd. Ale przede 

wszystkim muszę myśleć o moim honorze. On zaś wymaga ode mnie małżeństwa z... 

 - Z Rose? - wtrąciła cicho. - Masz na myśli Rose? 
 - Oczywiście! - wybuchnął. A kogóż by innego? 
 - Ale zapewniałeś mnie, że załatwisz to z nią... 
 - Myślałem, że potrafię. Myślałem, że załatwiłem. Ale pomyliłem się. 

background image

 -  Poznałam  Rose  i  jestem  pewna,  że  nie  chciałaby  stawiać  cię  w  przymusowej 

sytuacji... Na pewno zwróci ci wolność. Może powinieneś z nią porozmawiać? 

 - Nie! - rzekł ostro. - Nie. To niczego nie zmieni. Cokolwiek powie, już nigdy nie będę 

wolny. Rozumiesz? Nie mogę bez niej żyć. 

 - Kochasz ją? 
 - Ona jest... - Zacisnął dłonie w pięści i położył na sercu. - Ona jest w środku mnie. 
Nadim z powrotem ujęła jego dłonie i uśmiechnęła się delikatnie. 
 -  Rozumiem,  Hassan.  I  na  pewno  zrozumie  to  dziewczyna,  która  czeka  na  ciebie. 

Musisz wszystko jej wyjaśnić, otworzyć swe serce. 

 - Nadim, proszę... 
 - Ona zrozumie. Zobaczysz. 
 - Ale... - Jeszcze się bronił. 
 - Zaufaj mi. - A potem dodała z najsłodszym uśmiechem: - Jestem przecież lekarzem. - 

I nadal trzymając go za rękę, odsunęła zasłonę. 

Pośrodku  pokoju  stała  wysoka,  smukła  kobieta  ubrana  w  długą,  jaskrawoczerwoną 

suknię,  szamerowaną  złotą  nicią.  W  talii  przepasana  była  ciężkim  pasem  ze  złotej  siatki,  na 
głowie zaś miała gęsty welon, przez który nic nie można było dojrzeć. 

Trochę zbyt późno Hassan zdał sobie sprawę, że nawet nie zna jej imienia. Odwrócił się 

do Nadim, ale zasłona była już opuszczona. 

Rose  obserwowała  go  spod  welonu.  Nie  podobał  jej  się  plan  Nadim.  Nie  chciała 

poślubić  Hassana,  jeśli  on  nie  będzie  wiedział,  kim  jest  Nie  mogłaby  poślubić  mężczyzny, 
który godził się na taki związek. 

Ale  niepotrzebnie  się  martwiła.  Okazało  się,  że  Nadim  lepiej  znała  swego  brata  Może 

nawet lepiej niż on sam znał siebie. 

Stał  oto  przed  nią,  by  zgodnie  z  poleceniem  Nadim,  otworzyć  się  przed  nią,  wyznać 

miłość do innej kobiety. 

Ale ból malujący się na jego twarzy rozdzierał wprost serce. Nie mogła dopuścić, by tak 

strasznie cierpiał. Już dość dużo usłyszała. Wyciągnęła rękę.  

 - Sidi... - powiedziała cicho. 
Dłonie  miała  pomalowane,  ubrana  była  jak  panna  młoda.  ..  Jakże  mógł  zacząć  jej 

tłumaczyć... 

 - Panie - powtórzyła po angielsku i dopiero wtedy coś nim wstrząsnęło. 
Zrobił krok w jej kierunku. 
 - Kim jesteś? 
 - Znasz mnie, panie. 
 - Rose...? - Nie mógł w to uwierzyć. Ale ona wsunęła dłoń w jego rękę niczym słodkie 

przypomnienie. - Powiedziałaś kiedyś, że jeśli mężczyzna będzie mieć tyle szczęścia, by mieć 
ciebie, poświęcisz całe życie, by już nie zapragnął innej... 

 - Mówiłam poważnie. 
 - Nie musisz poświęcać wszystkiego... - Zdjął welon z jej twarzy. - Kocham cię, Rose. 

Zostań  ze  mną.  Na  zawsze.  Żyj  ze  mną,  wychowaj  nasze  dzieci,  bądź  moją  żoną  i 
księżniczką. 

Czyżby się zmienił? Czy mógł się zmienić? 
 - Chcesz, bym siedziała w domu i wychowywała twoich synów, Hassan? 
Objął ją w talii i przyciągnął do siebie. Minę miał śmiertelnie poważną. 
 -  To  by  mi  odpowiadało  -  powiedział  żartobliwie.  -  Jak  myślisz,  czy  znajdziesz  na  to 

trochę czasu w ferworze nowych obowiązków ministerialnych? 

 - Już wiesz? 
 - Fajsal poinformował mnie o decyzji, którą podjął przed godziną. 
 - I nie masz nic przeciwko? 

background image

Oczywiście,  że  miał.  Ani  na  chwilę  nie  chciał  tracić  jej  z  oczu.  Ale  jeśli  za  tę  cenę 

zatrzyma ją przy sobie, nauczy się z tym żyć. 

 - Podpisałaś kontrakt z emirem Ras al Hajar - odparł. - Jakże mógłbym się sprzeciwiać? 
 - A jeśli będę musiała wyjeżdżać za granicę, na konferencje? 
 - Będę tego nienawidzić - przyznał. - Ale kocham cię, Rose... Chcę ciebie lub nikogo. 

Bez żadnych warunków. Pytanie brzmi, czy również ty mnie zechcesz? 

 -  Podpisałam  kontrakt  z  emirem  -  odpowiedziała  Rose,  dotykając  ręką  jego  twarzy,  a 

potem  ustami  jego  ust.  -  Nasz  los  został  przypieczętowany,  Hassan.  Czyż  mogę 
przeciwstawiać się przeznaczeniu?