background image

DEBBIE  MACOMBER 

Narzeczona dla brata 

 

OD AUTORKI 

Droga  Czytelniczko,  Witaj  w  Hard  Luck,  niewielkim  mieście  na 

Alasce!  Mam  nadzieję,  że  będziesz  mi  towarzyszyła  w  tej 

przechadzce,  podczas  której  poznamy  synów  północy,  ich  rodziny, 

przyjaciół i przyszłe żony. 

Nie  wiem,  czy  kiedykolwiek  spłacę  dług  wdzięczności  wobec 

pewnych  osób,  jak  się  okazuje,  osób  fikcyjnych.  Myślę  tu  o  Valerie, 

Stephanie  i  o  Norze,  trzech  siostrach,  o  których  pisałam  w  trylogii 

„Siostry  z  Orchard  Valley".  (Orchard  Valley).  Zarówno  praca  nad 

poszczególnymi  tomami,  jak  i  miejsce  akcji  oraz  bohaterowie  cyklu, 

wszystko  to  napełniało  mnie  miłością  i  entuzjazmem.  Odrębną  i  kto 

wie,  czy  nie  największą  satysfakcję  sprawiło  mi  wszakże  przyjęcie 

mojej trylogii przez Czytelniczki. 

Kiedy  więc  Wydawnictwo Harleqin zaproponowało mi napisanie 

sześciotomowego cyklu, byłam przejęta tym do głębi. Wkrótce potem 

ożyło  miasteczko  Hard  Luck,  bracia  O'Halloranowie  oraz  synowie 

północy.  Pracowałam  ciężko,  lecz  z  pracy  swej  czerpałam  tylko 

radość.  W  trosce  o  rzetelność  opisu  wybrałam  się  wraz  z  mężem  w 

podróż po Alasce.  

background image

I wiesz, Droga Czytelniczko, czym się to skończyło? Miłością do 

tego  północnego  stanu,  do  jego  niezmierzonych  przestrzeni,  do 

pełnych ciepła i osobistego uroku zamieszkujących go ludzi, wreszcie 

do całej atmosfery życia w tej najdalej wysuniętej na północ placówce 

naszej cywilizacji. 

A  teraz  zajmij.  Droga  Czytelniczko,  wygodne  miejsce  w  fotelu  i 

pozwól sobie przedstawić dumnych, upartych i cudownych mężczyzn, 

synów  Arktyki  i  tundry,  oraz  opowiedzieć  o  tym,  co  się  wydarzyło, 

gdy  natknęli  się  na  kobiety  swojego  życia.  Kobiety  z  południa. 

Dostatecznie  odważne,  by  zmienić  całe  swoje  dotychczasowe  życie  i 

podjąć ryzyko miłości. 

W gruncie rzeczy takie jak Ty i ja! 

Debbie 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Krótka historia Hard Luck na Alasce 

Hard  Luck,  miasteczko  rozciągnięte  wzdłuż  jednej  ulicy,  leży 

prawie sto kilometrów na północ od koła podbiegunowego, w pobliżu 

Brooks Range. Początek dali mu Adam O'Halloran i jego żona Anna, 

którzy jako pierwsi wybudowali tu swoje domostwo. Adam przybył na 

Alaską gnany gorączką złota, lecz działki, które nabył, nie przyniosły 

mu  fortuny.  Niemniej  O'Halloranowie,  pokochawszy  tą  północną 

surową  krainą,  postanowili  się  tu  osiedlić.  Mieli  dwóch  synów, 

Charlesa  i  Davida.  Pięcioletnią  córeczkę,  Emily,  utracili  w 

tragicznych i bardzo niejasnych okolicznościach.  

Wkrótce  w  pobliżu  domu  O'Halloranów  zaczęły  powstawać  inne 

domy.  Pierwsi  sąsiedzi  również  byli  poszukiwaczami  złota,  a 

niebawem  dołączyli  do  nich  także  kupcy  i  rzemieślnicy.  Rodzina 

Fletcherów przybyła w 1938 roku i otworzyła sklep tekstylny. 

W dzień  wybuchu drugiej  wojny  światowej  Hard  Luck liczyło  już 

prawie  pół  setki  mieszkańców.  Młodzi  mężczyźni,  włączając  obu 

O'Halloranów,  zgłosili  się  do  wojska.  Pierwszy  wyruszył  Charles; 

skierowano  go  do  Anglii.  W  dwa  lata  później  tą  samą  drogą  przebył 

David.  Charles  poległ  niemal  tuż  przed  zakończeniem  działań 

wojennych.  Do  domu  wrócił  tylko  David,  przywożąc  ze  sobą 

młodziutką  żoną,  Ellen,  Angielką.  A  przecież,  zanim  wdział  mundur, 

związał się słowem z Catherine Fletcher, dziewczyną do szaleństwa w 

nim zakochaną. 

David natychmiast rzucił się w wir pracy. Skończył kurs pilotażu, 

służył  jako  przewodnik  myśliwym  i  wędkarzom,  wybudował  kolonię 

background image

domków myśliwskich, a następnie hotel, który miał zapewnić turystom 

lepsze warunki pobytu. Niestety, w połowie lat osiemdziesiątych hotel 

spłonął.  David  i  Ellen  dochowali  się  trzech  synów,  chociaż  zostali 

rodzicami  stosunkowo  późno.  Charles  (imię  swoje  odziedziczył  po 

stryju)  urodził  się  w  1960  roku,  Sawyer  w  1963,  a  najmłodszy  - 

Christian - przyszedł na świat w dwa lata później. 

Hard  Iuck  powoli  rozrastało  się  i  w  1970  roku  osiągnęło  setkę 

mieszkańców.  W  okresie  boomu  naftowego  władze  stanowe 

sfinalizowały  budowę  szkoły  i  budynku  gminy.  Przy  głównej  ulicy 

pojawił  się  szyld  restauracji,  a  wywiesił  go  Ben  Hamilton,  eks-

żołnierz,  który  przez  wiele  lat  walczył  w  Wietnamie.  Osoba 

restauratora  sprawiła,  że  lokal  prędko  stał  się  ośrodkiem  życia 

towarzyskiego w miasteczku. 

Pod  koniec  lat  osiemdziesiątych  bracia  O'Halloranowie  założyli 

lotnicze  przedsiębiorstwo  pasażersko-transportowe  pod  nazwą 

„Synowie Północy", które świadczyło najprzeróżniejsze usługi. Piloci 

dostarczali  i  odstawiali  pocztę,  zaopatrywali  miasteczko  w  paliwo  i 

inne niezbędne produkty, przewozili pasażerów. Najczęściej kursowali 

na  linii  Hard  Luck  -  Fairbanks,  najbliżej  położonym  miastem  z 

prawdziwego zdarzenia. 

W  chwili,  gdy  zaczynamy  naszą  opowieść,  Hard  Luck  liczy  sobie 

stu pięćdziesięciu mieszkańców - z przewagą mężczyzn... 

 

 

 

background image

PROLOG 

- Potrzeba wam kobiet, chłopcy. 

Sawyer O'Halloran udał, że krztusi się pitą kawą. 

- Kobiet! Mamy i tak dość kłopotów. 

Ben  Hamilton,  właściciel  lokalu  i  kucharz  w  jednej  osobie,  nie 

mówiąc już o jego innych rozlicznych talentach, postawił dzbanek na 

kontuarze. 

-  Czy  to  nie  od  ciebie  dowiedziałem  się,  że  Phil  Duncan 

zdecydował się wrócić do Fairbanks? 

Phil był jednym z najlepszych pilotów Sawyera. Nie on pierwszy 

z  synów  północy,  jak  potocznie  nazywano  tu  twardzieli  w 

kombinezonach lotniczych, dał się omamić urokom wielkiego miasta. 

A  przecież  każda  taka  rezygnacja  była  dla  lotnictwa  arktycznego 

niepowetowaną stratą. 

- Tak, z tym że Phil nie wycofał się dla kobiety - bąknął Sawyer. 

-  Mylisz  się  -  powiedział  Duke  Porter  swoim  piskliwym  głosem, 

dosiadając  się  do  Sawyera.  -  Wszyscy  wiedzą,  że  Phil  zatęsknił  za 

swoją  dziewczyną.  To,  że  zaserwował  ci  jakiś  zmyślony  powód 

rezygnacji, o niczym jeszcze nie świadczy. 

-  Także  Joe  i  Harlan  zniknęli  z  horyzontu  w  poszukiwaniu 

spódniczek,  których,  przyznajmy,  brakuje  w  naszym  miasteczku!  - 

dorzucił swoje Ben. 

Ten dawny kucharz okrętowy miał na ten temat wyrobioną opinię. 

Sawyer  najczęściej  zgadzał  się  z  nim,  ale  tym  razem  było  inaczej. 

Teraz  Ben  w  przekonaniu  Sawyera  po  prostu  wtykał  nos  w  cudze 

background image

sprawy.  Chętnie  wygarnąłby  mu  to,  lecz  nie  chciał  rozjuszyć 

przyjaciela. 

Życie w małej mieścinie posiadało jedną charakterystyczną cechę. 

Wszyscy  tu  się  dobrze  znali  i  doskonale  orientowali  w  trapiących 

każdego  problemach.  Biuro  „Synów  Północy"  -  lotniczego 

przedsiębiorstwa  braci  O'Halloranów  -  równie  dobrze  mogłoby 

mieścić  się  w  tej  restauracji.  Piloci  Sawyera  jadali  tu  posiłki,  a  Ben 

zaprzyjaźnił się z nimi i poznał każdego na wylot. 

Christian,  najmłodszy  z  braci  O'Halloranów,  odstawił  kubek  z 

kawą. 

-  Ben  ma  rację.  Stadko  nieszpetnych  panienek  przywiązałoby 

naszych chłopców do tego miejsca. 

Sawyer nie mógł się z tym nie zgodzić. 

- Będziemy mieć nową nauczycielkę. Bez wątpienia kobietę. 

Jako  członek  rady  szkoły,  Sawyer  zapoznał  się  z  dokumentami, 

które przesłała Bethany Ross. Wyszczególniła w nich wszystkie swoje 

kwalifikacje,  jedna  rzecz  jednak  wydawała  się  dość  niepokojąca. 

Pochodziła z Kalifornii. Zachodził w głowę, co skłoniło tę kobietę do 

podjęcia decyzji  o  przeniesieniu  się  z  krainy  winogron  i  pomarańczy 

na daleką północ. 

-  Mam  nadzieję  -  odezwał  się  John  Henderson  -  że  ta 

nauczycielka nie okaże się podobna do poprzedniej. O ile pamiętacie, 

to  ja ją  tu dostarczyłem.  Wychodziłem  z  siebie,  by  okazać  się  miły  i 

uprzejmy. Obleciałem z nią pół Alaski. Pokazałem jej wszystkie nasze 

wspaniałości. I tak zachwalałem tundrę, że aż w końcu ochrypłem. A 

background image

ta niewdzięcznica, gdy już wylądowaliśmy, nie chciała nawet wyjść z 

samolotu. 

- Ciągle zadaję sobie pytanie, co ty jej takiego nagadałeś - rzucił 

Christian. 

- Gadałem dużo, ale same wykalkulowane rzeczy. Ani zająknąłem 

się o białych niedźwiedziach i czterdziestostopniowym mrozie, jeśli o 

to ci chodzi - odparł John z urażoną miną. - A poza tym ta nowa ma tu 

się zjawić dopiero w sierpniu, czy tak? 

-  W  sierpniu  -  potwierdził  Ben.  -  To  tylko  jedna  kobieta.  - 

Wygładził  poplamiony  biały  fartuch  na  imponującym  brzuchu.  -  I 

żadnej innej na horyzoncie. 

-  I  co  z  tego?  -  zapytał  Sawyer,  lecz  zaraz  pożałował  swojego 

pytania. Przecież Ben tylko czekał, by zadąć w swoją trąbkę. 

-  Jedna  kobieta  może  tylko  skomplikować  i  pogmatwać  sprawy, 

zamiast ulżyć wam w waszych kłopotach - powiedział ze złowieszczą 

nutką w głosie. - Przemyśl to, Sawyer. 

Sawyer  nie  musiał  tego  robić.  Wiedział,  że  odkąd  zaczęli  ten 

temat, zmierzają prostą drogą ku napytaniu sobie biedy. 

-  Jednego  możemy  być  pewni  -  uaktywnił  się  Ralph.  -  Teraz  nie 

John, ale ja wyruszam po nauczycielkę. 

Zakrzyczano  go  i  Sawyer  musiał  się  dobrze  napracować,  nim 

zdołał  uspokoić  towarzystwo,  a  Ralph  dostał  dla  osłody  od  Bena 

porcję naleśników z serem. 

-  Widzę,  chłopcy,  że  już  walczycie  o  kobietę,  zanim  jeszcze 

ujrzeliście ją na oczy - zauważył, tłumiąc chichot. 

background image

Ralph,  z  ustami  pełnymi  ciasta  i  sera,  bąknął  coś  o  losie 

samotnych mężczyzn. 

-  Dobrze,  dobrze  -  powiedział  Sawyer.  -  Załóżmy,  że 

zdecydujemy  się  ściągnąć  tu  kilka  kobiet.  Pytanie,  jak  do  nich 

dotrzemy i czym je możemy przywabić? 

- Damy ogłoszenie w prasie. - Christianowi zaczynał podobać się 

pomysł  Bena.  -  Jasne,  ogłoszenie.  Aż  dziw,  że  nie  pomyśleliśmy  o 

tym wcześniej. 

Sawyer spojrzał na młodszego brata. 

- Co konkretnie masz na myśli? 

- Rany, mam ci tłumaczyć oczywistości? Normalnie, umieszczasz 

w  jakimś  poczytnym  kobiecym  piśmie  płatną  notatkę,  że  kilku 

kawalerów z Alaski rozgląda się za towarzyszkami życia. 

- Koleś mojego kolesia właśnie poszedł tym tropem - powiedział 

Ralph  głosem  pełnym  podniecenia.  -  Dał  ogłoszenie  i  zarzucony 

został lawiną listów od babek umierających z chęci poznania go. 

-  Nic  nie  jest  tak  proste,  jak  się  z  początku  wydaje  -  zauważył 

Sawyer filozoficznie. 

-  Idę  o  zakład  -  sarknął  John  -  że  wiele  z  tych  babek  to 

przechodzone  czterdziestolatki,  a  nie  kwiatki  do  zerwania. 

Rozumiecie, o co mi idzie. 

-  Tylko  że  wy,  chłopaki,  też  nie  tworzycie  klubu  gwiazdorów 

filmowych - przypomniał im Ben, rolując rękawy swojej koszuli. 

- Wyjąłeś mi to z ust - wspomógł go Sawyer. - Bo najważniejszą 

sprawą jest to, co mamy do zaofiarowania tym kobietom? 

background image

John spojrzał na szefa jakoś bardzo niepewnie. 

- Chyba masz rację. 

-  Ale  przecież  musimy  coś  wymyślić  -  upierał  się  Christian.  - 

Inaczej ugrzęźniemy w kawalerstwie na amen. 

- Nie uskarżam się na swój los - oświadczył Sawyer. 

Zaskoczyło go, że Christian tak łatwo zapalił się do tego pomysłu. 

On  sam  nie  widział  tu  żadnych  szans  powodzenia.  Obawiał  się,  że 

ewentualne  przybycie  kobiet  mogłoby  tylko  skomplikować  sprawy. 

Poza tym nie wierzył, by jakaś rozsądna kobieta dała się zwabić na ten 

kraniec świata. 

Christian zdawał się czytać w jego myślach. 

- Nie zapominajcie, chłopcy, że kobiety nie są wcale tak różne od 

mężczyzn.  A  wy  przybyliście  do  Hard  Luck  pomimo  faktu,  że  nasze 

miasteczko  leży  prawie  sto  kilometrów  na  północ  od  koła 

podbiegunowego. 

-  Ściągnęły  nas  tu  wysokie  zarobki  -  powiedział  Duke  Porter  to, 

co wielu pomyślało. 

- Lecz chyba nie macie zamiaru płacić tym kobietom za przybycie 

tutaj?  -  zapytał  Sawyer,  gotowy  pójść  na  noże  z  każdym,  kto  by  się 

upierał przy takim pomyśle. 

-  Ale  możemy  zaproponować  im  pracę.  -  Christian  popatrzył  w 

krąg po twarzach mężczyzn. 

- Niby jaką? - próbował przyszpilić go Sawyer. 

Christian ściągnął brwi. 

background image

-  Od  dawna  już  kwękasz,  że  nie  mamy  sekretarki  i  cała  robota 

papierkowa  spada  na  nas.  Dlaczego  by  więc  nie  zatrudnić  jakiejś 

brunetki czy blondynki? 

- A co z biblioteką? - zapytał Ben. - Mamy wcale pokaźny zbiór 

książek,  podarowany  miastu  przez  waszą  matkę,  mamy  też  budynek, 

lecz nie mamy bibliotekarki. 

Ben  ujął  rzecz  krótko,  lecz  dobitnie,  Sawyer  musiał  mu  to 

przyznać.  Faktycznie,  ich  matka,  zanim  wyszła  ponownie  za  mąż  i 

opuściła 

Hard 

Luck, 

obdarowała 

miasto 

swoim 

bogatym 

księgozbiorem.  Było  poniekąd  plamą  na  ich  honorze,  że  książki  te 

leżały dotąd odłogiem. 

Sawyer wzruszył ramionami. 

- No cóż... jeżeli tylko Charles się zgodzi... 

Zarówno on, jak i Christian wiedzieli, że ich najstarszy brat zapali 

się  do  tego  pomysłu.  Już  nieraz  przecież  wyrażał  swój  żal,  że  Hard 

Łuck wciąż pozbawione jest biblioteki. 

- Słyszałem,  że Pearl - kontynuował  Ben - ma się przeprowadzić 

do córki w Nenanie. Trzeba więc kogoś na jej miejsce, byśmy mieli u 

kogo leczyć nasze katary i kace. 

Wszyscy  jak  na  komendę  zaczęli  kiwać  głowami,  lecz  Sawyer 

wiedział,  że  sześćdziesięcioletnia  Pearl  miała  tylko  taki  nawyk 

straszenia swoim wyjazdem, a w gruncie rzeczy za nic nie opuściłaby 

swoich pacjentów. 

background image

- Wiem, o czym myślisz - powiedział Ben, patrząc na Sawyera. - 

Pearl  jest  na  razie  w  rozterce,  lecz  gdy  pojawi  się  zastępstwo, 

natychmiast wyjedzie. 

Sawyer  miał  co  do  tego  poważne  wątpliwości.  Pearl  była  tu 

niejako  od  zawsze.  Przyjaźniła  się  z  jego  matką,  zanim  ta  opuściła 

Hard Luck. Przyjaźniła się zresztą ze wszystkimi, bo przez wszystkich 

była lubiana i ceniona. 

-  Ostatecznie  możemy  ją  zapytać,  jakie  naprawdę  są  jej  plany  - 

powiedział  niechętnie,  przezwyciężając  wewnętrzny  opór.  -  Ale  nie 

chcę, by odniosła wrażenie, że chcemy się jej pozbyć. 

- Porozmawiam z nią - zgłosił się na ochotnika Christian. 

- Mogę  wam  w czymś pomóc - zaproponował Ben. - Odczuwam 

już swoje latka. 

-  Czy  chcesz  przez  to  powiedzieć,  że  zatrudniłbyś  jakąś 

kelnereczkę i kuchareczkę? - zahaczył go John zgryźliwym pytaniem. 

- Czytasz w moich myślach, chłopie. 

Rozległy  się  wiwaty.  Twarze  pojaśniały.  Sawyer  nie  chciał  być 

uważany  za  sceptyka,  ale  przecież  ktoś  musiał  uświadomić  tym 

facetom prawdziwy stan rzeczy. 

- A czy ktoś z was pomyślał, gdzie one będą mieszkać? 

Pytanie  to  podziałało  niczym  otrzeźwiający  prysznic.  Z  twarzy 

znikły uśmiechy. Wrażenie było komiczne, jednakże Sawyer nie czuł 

się  rozbawiony.  On  również  zaczął  zapalać  się  do  idei  zwerbowania 

kobiecego  oddziału  na  ten  arktyczny  front.  Hard  Luck  tęskniło  za 

background image

nowymi  twarzami  i  najlepiej  byłoby,  żeby  były  to  twarze  młode, 

kobiece i ładne.  

I  nie  dlatego,  żeby  miał  w  głowie  ożenek.  O,  nie!  Nie  Sawyer 

O'Halloran.  Nie  po  tej  lekcji,  jakiej  udzielili  mu  rodzice,  których 

związek  się  rozpadł.  Małżeństwo  kojarzyło  mu  się  z  bólem  i 

nieszczęściem. Chociaż, jego zdaniem, Catherine Fletcher ponosiła w 

tym wypadku większą część winy... 

Potrząsnął  głową.  Małżeństwo  nie  wchodziło  w  rachubę. 

Podejrzewał,  że  jego  dwaj  bracia  posiadają  taki  sam  pogląd  na  tę 

kwestię. Żaden z nich nie odnalazł w sobie do tej pory powołania do 

łączenia się w pary. I było to jak najbardziej słuszne. 

Słowem,  pomysł,  który  nagle  wyłonił  się  w  rozmowie,  był  co 

prawda pociągający, lecz niemożliwy do zrealizowania. 

- Nie wypali - powiedział Ralph ze zgnębioną miną, przerywając 

ciszę. 

- Niby dlaczego? - Pytanie to padło z ust Christiana. 

-  Kobiety...  Żywiołem  kobiet  jest  zmiana.  Przybędą  tu  i 

natychmiast  zaczną  przerabiać  wszystko  na  swoją  modłę.  -  Sawyer 

mówił to  z przekąsem, na podstawie  własnych obserwacji. - A ja nie 

chcę tu żadnych zmian. Mamy tu wszystko poukładane jak należy. 

-  Nic  ująć,  nic  dodać  -  zgodził  się  Ralph,  lecz  bez  śladu 

entuzjazmu. 

- Zanim spostrzeżemy się - kontynuował Sawyer - kobiety zaczną 

nas wodzić na pasku, ba, na postronku jak barany.  I jeszcze  wmówią 

nam, że to my sami tego chcieliśmy. 

background image

- Ze mną nie pójdzie im tak łatwo - wypalił John. - Chyba że... 

Ale  Sawyer  nie  dał  mu  dokończyć.  Wręcz  roznosiła  go 

antyfeministyczna pasja. 

-  Zanim  się  spostrzeżemy,  będą  wysyłać  nas  do  Fairbanks  po 

chudy ser i śmietankę z niską zawartością tłuszczu, bo, jak wiadomo, 

mają  bzika  na  punkcie  kalorii.  Będą  wytykać  nam  błędy  językowe, 

zmuszać nas do codziennego golenia się i wyłączać telewizor podczas 

obiadu. 

-  Mówisz  jak  znawca  -  powiedział  Duke  z  przekonaniem.  -  Kto 

wie, może zmuszą mnie do zgolenia brody. 

Kilku  mężczyzn  skrzywiło  się,  jakby  już  poczuli  na  swoich 

zarośniętych policzkach bezlitosną stal brzytwy czy żyletki. 

Sawyer  niespiesznie  przebiegł  wzrokiem  po  twarzach  pilotów. 

Wraz z pojawieniem się tu kobiet większość tych twardzieli nabrałaby 

cech właściwych plastelinie. 

Christian chrząknął, lecz jego chrząknięcie niewiele się różniło od 

huku. 

-  A  co  z  domkami  myśliwskimi?  Ojciec  wybudował  je  dla 

myśliwych i wędkarzy. Są co prawda bez wygód... 

-  Od  lat  stoją  opuszczone  -  przypomniał  Sawyer  bratu.  -  Są  na 

pewno  solidne,  zbudowane  z  żywicznych  bali.  Wystarczy  je  tylko 

uprzątnąć, to i owo połatać i mogą zmienić się w przytulne mieszkalne 

chatki. 

Sawyer  nie  wierzył  własnym  uszom.  Miejska  dziewczyna  na 

pewno uciekłaby z takiej „przytulnej" chatki po jednej nocy. 

background image

- Przecież nie ma w nich ani światła, ani bieżącej wody. 

- Na razie - powiedział Christian, a jego oczy błyszczały. 

- Nie będę ładował forsy w te rozwalające się budy. - Charles, ich 

najstarszy  brat,  dostałby  białej  gorączki,  gdyby  Sawyer  pozwolił 

Christianowi na takie szaleństwo. 

- Te domki nie są wiele warte, prawda? - zapytał brat. 

Sawyer  zawahał  się.  Znał  Christiana  i  podejrzewał,  że  ma 

jakiegoś asa w rękawie. 

- Raczej nie. 

- Więc będzie dość łatwo pozbyć się ich. 

-  Pozbyć?  -  powtórzył  Sawyer,  nie  bardzo  mogąc  wyobrazić 

sobie, kto miałby ochotę przejąć taką ruinę. 

-  Potrzebujemy  jakiejś  przynęty,  by  sprowadzić  kobiety  do  Hard 

Luck.  I  nie  proponujemy  im  małżeństwa.  -  Christian  zaczął  wreszcie 

odsłaniać swoje skryte myśli. 

- Jak cholera - potwierdził John. 

-  Koleżeństwo,  oto  jak  sobie  to  wyobrażam  -  dorzucił  jeden  z 

pilotów. 

- Nie jestem z tych, co się żenią - powiedział inny. 

-  Nie  zdradzę  swojej  maszyny  dla  jakiejś  tam  rozkapryszonej 

baby - zastrzegł się trzeci. 

Sawyer przeskakiwał wzrokiem od jednego do drugiego. 

-  Mówcie  sobie,  co  chcecie,  ale  prawie  każda  panna  pali  się  do 

małżeństwa - powiedział z nadrabianą pewnością siebie. 

- I co z tego? To ich sprawa - upierał się Christian. 

background image

- Naszą sprawą jest znalezienie przynęty. 

-  I  uważasz  za  taką  przynętę  te  zbudowane  przez  ojca  domki 

myśliwskie? 

-  Jasne.  A  jeśli  nasze  panie  będą  chciały  założyć  sobie 

elektryczność i hydraulikę, zrobią to za własne pieniądze. 

Sawyer  spojrzał  na  innych.  Było  oczywiste,  że  zwariowany 

pomysł  Christiana  padł  na  podatny  grunt.  Tym  spragnionym  kobiet 

facetom  wszystko  by  się  spodobało,  byleby  tylko  Hard  Luck 

rozbrzmiało sopranami i altami. 

- Wypucujemy chaty - dorzucił Christian. 

-  W  jednej  z  nich  znaleźliśmy  tamtego  roku  niedźwiedzia  - 

przypomniał Sawyer bratu. 

-  To  nie  był  groźny  misio  -  zapewnił  Ralph.  -  I  wątpię,  by  miał 

ochotę tam wrócić po tym, jak Mitch naszpikował go pieprzem. 

-  Ma  się  rozumieć,  nie  musimy  wspominać  im  o  tym 

niedźwiedziu - wtrącił swoje Ben. - Kobiety z zasady boją się dzikich 

zwierząt. 

- Pamiętaj, ani słowa - upomniał Sawyera John. 

-  Kto?  Niby  ja?  To  ja  mam  z  nimi  prowadzić  pertraktacje?  - 

Sawyer poczuł się jak człowiek wplątywany w jakąś kryminalną aferę. 

-  Pewnie  -  powiedział  Duke  i  sądząc  z  jego  miny,  był  o  tym 

święcie  przekonany.  -  Będziesz  musiał  uciąć  sobie  z  nimi  niejedną 

gadkę. Ty albo Christian. Ostatecznie te domki są waszą własnością. 

- No i chyba będziecie musieli dorzucić im trochę ziemi - rozwijał 

temat  Ben,  sięgając  po  dzbanek  z  kawą  i  napełniając  kubki.  -  Wy, 

background image

O'Halloranowie,  macie  tu  w  posiadaniu  pół  Alaski.  Uważam,  że  po 

dwadzieścia akrów na każdą wystarczy, jeśli zgodzą się zostać w Hard 

Luck przez okrągły rok. 

- Dobry pomysł. 

- Przypominają się dawne dobre czasy, gdy przybywali tu pierwsi 

osadnicy. 

- Chwileczkę - przerwał im Sawyer, nabierając w płuca powietrza. 

Czy  jedynie  on  pozostał  tu  przy  zdrowych  zmysłach?  Wpadł  do 

lokalu  Bena  tylko  na  kawę,  przybity  wyjazdem  Phila.  A  tymczasem 

zwalił mu się na kark jeszcze większy ciężar. 

- Ale jak my dotrzemy do tych kobiet? - zapytał Ralph. 

- To już ustaliliśmy - odparł Christian. - Zamieścimy ogłoszenie. 

Wyjeżdżam w interesach do Seattle i zajmę się tą sprawą. 

-  Nie  gorączkuj  się  -  upomniał  go  brat.  -  Przecież  nie  możemy 

rozporządzać domkami, nie mówiąc już o ziemi, bez powiadomienia o 

wszystkim  Charlesa.  Poza  tym  prawo,  które  wywalczyły  dla  siebie 

feministki, zabrania nam umieszczania ogłoszeń, w których proponuje 

się pracę tylko kobietom. 

Christian uśmiechnął się. 

- Można to jakoś obejść. 

-  Ale  z  Charlesem  musimy  porozmawiać.  -  Najstarszy  brat 

formalnie  był  ich  wspólnikiem  i  miał  głos  w  najważniejszych 

sprawach. 

-  Nie  ma  najmniejszej  potrzeby  -  oświadczył  Christian.  -  Wiesz 

dobrze,  że  Charles  się  zgodzi.  Odkąd  zaczął  pracować  dla  „Alaska 

background image

Oil",  w  kwestiach  dotyczących  rodzinnego  majątku  zdaje  się 

wyłącznie  na  nas.  Co  zaś  się  tyczy  ogłoszenia,  to  chyba  darujemy 

sobie magazyny i skupimy się na dwóch czy trzech dziennikach. Nie 

lekceważyłbym elementu czasu. 

- Dobry pomysł. 

-  Wiecie  co,  chłopcy...  -  Sawyer  miał  ciągle  wrażenie,  że  dał  się 

porwać  przez  wzburzoną  falę,  która  go  zmyła  z  pokładu.  -  Nie  brak 

głupiutkich  istot  na  tym  świecie,  więc  zakładając,  że  Christianowi 

powiedzie się jego misja, powinniśmy przede wszystkim doprowadzić 

te domki do stanu używalności. 

- Palę się do takiej roboty - powiedział John. 

- Ja również. 

-  Palimy  się  wszyscy  -  powiedział  Duke  za  pozostałych.  -  Tylko 

pamiętaj, że rezerwuję dla siebie blondynkę. 

-  Zapisuję  w  pamięci:  blondynka  dla  Duke'a.  -  Christian  był  w 

świetnym humorze. 

Sawyer zamknął oczy i westchnął. Miał złe przeczucia. 

Naprawdę złe przeczucia. 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

To  był  dzień  tylko  pozornie  niewiele  różniący  się  od  innych. 

Abbey  Sutherland  zagłębiła  się  z  filiżanką  herbaty  w  obszernym 

miękkim fotelu, oparła stopy na otomanie i zamknęła oczy. Chłonęła 

ciszę. 

background image

Dzisiejszego ranka Scott zaspał i w rezultacie on i Susan spóźnili 

się  na  szkolny  autobus.  W  samochodzie  siedmioletnia  Susan  przez 

całą  drogę  chlipała,  bo  jej  ulubiony  sweterek  wciąż  znajdował  się  w 

koszu  razem  z  innymi  rzeczami  przeznaczonymi  do  prania,  a  na 

dodatek  Abbey  pechowo  trafiała  na  każdym  skrzyżowaniu  na 

czerwone światła. 

Cały ten splot wypadków spowodował, że zjawiła się w bibliotece 

kwadrans  po  czasie.  Pani  Duffy  powitała  ją  spojrzeniem  zdolnym 

zwarzyć dopiero co udojone mleko. 

W  południe  wszystkie  te  drobne  dolegliwości  zeszły  na  plan 

dalszy. W ręce Abbey dostał się okólnik, w którym przeczytała, że na 

następny rok budżet biblioteki zostaje obcięty do jakiejś tam sumy, co 

automatycznie  wiązało  się  z  redukcją  dwóch  etatów.  Jak  zawsze  w 

takich  przypadkach,  do  odstrzału  szli  nowo  przyjęci  pracownicy. 

Innymi słowy, Abbey w przeciągu trzech miesięcy mogła spodziewać 

się wymówienia. 

Wróciła do domu o szóstej w nastroju, który przypominał rysunek 

namalowany  tylko  czarnymi  kredkami.  Tutaj  czekała  ją  nowa 

niespodzianka.  Gospodarz  domu  przyniósł  zawiadomienie,  że  od 

przyszłego miesiąca wzrastają o jedną trzecią opłaty za mieszkanie. 

To był dzień zdolny odebrać całą radość życia. 

Pijąc  herbatę,  Abbey  przez  cały  czas  liczyła.  Wynikało  z 

rachunku,  że  zaoszczędzonych  pieniędzy  starczy  jej  na  miesiąc, 

najwyżej  na  dwa.  Co  dalej?  Do  rodziców  o  pomoc  postanowiła  tym 

razem  się  nie  zwracać.  Łączyło  się  to  bowiem  ze  zbyt  dotkliwym 

background image

upokorzeniem,  gdyż  jakkolwiek  nigdy  jej  niczego  nie  odmawiali, 

każdy czek opatrywali uwagą: „a nie mówiłam", „a nie mówiłem". 

Faktycznie,  ostrzegali  ją  przed  wiązaniem  się  z  Dickiem 

Sutherlandem.  Intuicja  nie  zawiodła  ich.  Pięć  lat  po  ślubie  Abbey 

wróciła do Seattle z dwójką dzieci, uczuciowo wypalona i bez grosza 

przy duszy. Rodzice pomogli jej się  dźwignąć z dołka, ale minęły aż 

trzy lata, zanim stanęła o własnych siłach. Było to jednak wciąż jakby 

balansowanie nad przepaścią i teraz zachodziła obawa, że upadek jest 

już tylko kwestią dni. 

Abbey  sięgnęła  po  gazetę.  Musiała  znów  wrócić  do  codziennej 

lektury  ogłoszeń,  chociaż  na  znalezienie  pracy  w  bibliotece  miała 

praktycznie zerowe szanse. Władze stanowe obcięły budżet na kulturę 

i  bibliotekarze  powinni  liczyć  się  z  koniecznością  albo  zmiany 

zawodu, albo przeniesienia się w inny kąt Ameryki. 

- Mamo. - To był Scott, który stanął przy jej fotelu. 

-  Tak?  -  Upłynęła  niemal  minuta,  zanim  zdołała  nastawić  się  na 

kontakt z dziewięcioletnim synkiem. 

- Suka Jasona oszczeniła się. 

Abbey  poczuła  ciężar  na  piersi.  Scott  błagał  o  psa  już  od  wielu 

miesięcy. 

-  Kochanie,  wałkowaliśmy  to  już  sto  razy.  Właściciel  tego  domu 

zabrania trzymania czworonogów. 

-  Nie  powiedziałem,  że  chcę  mieć  psa,  tylko  że  suka  Jasona 

oszczeniła się. Wiem, że tu nie wolno mieć psów ani kotów, ale myślę 

background image

sobie,  że  moglibyśmy  się  przeprowadzić.  Sama  powiedziałaś,  że  ten 

nowy czynsz zabije nas. 

-  Rozumiem,  że  chciałbyś  się  przeprowadzić  do  takiego  miejsca, 

gdzie psy i koty będą mile widziane. 

-  Te  szczeniaki  są  naprawdę  bardzo,  bardzo  ładne.  Mają  takie 

śmieszne mordki i zawinięte do góry ogonki. 

-  Ja  też  lubię  husky,  ale  są  chyba  zbyt  duże,  by  trzymać  je  w 

mieszkaniu. 

Wyciągnęła  ramiona  i  przytuliła  syna.  Tym  razem  łatwo  się 

poddał  pieszczocie,  jakby  zapomniał,  że  pewne  rzeczy  nie  przystoją 

chłopcu w jego wieku. 

- Przepraszam, że zaspałem dziś rano - szepnął. 

- Przepraszam, że krzyczałam na ciebie. 

- Od dzisiaj będę się budził punktualnie. 

- Trzymam cię za słowo. 

Wdychała zapach włosów synka i było jej błogo na duszy. 

- Chyba najwyższa pora, byś wrócił do łóżka - powiedziała wbrew 

własnym pragnieniom. 

- Czy przeprowadzamy się, mamusiu? - W jego oczach malowało 

się pełne nadziei oczekiwanie. 

- Chyba nas to nie minie - odparła z uśmiechem. 

-  Dobranoc,  mamusiu.  -  Scott  uśmiechnął  się  i  znikł  równie 

bezszelestnie, jak się pojawił. 

background image

Ponownie  wzięła  do  rąk  gazetę  i  poszukała  kolumn  z 

ogłoszeniami.  Prawie  od  razu  przykuły  jej  wzrok  wersaliki,  ujęte  w 

kwadratową ramkę: 

SAMOTNI  MĘŻCZYŹNI  Z  HARD  LUCK  NA  ALASCE 

PROPONUJĄ PRACĘ, DOMY I ZIEMIĘ. 

Niżej,  mniejszą  czcionką,  wyszczególnione  były  zawody.  Na 

widok słowa „bibliotekarka" serce Abbey nagle załomotało. 

Hard  Luck.  Alaska.  Dom  pośród  dwudziestu  akrów  łąk,  pól  i 

lasów.  Wielki  Boże,  taki  szmat  ziemi  to  więcej,  niż  posiadał  jej 

dziadek, który hodował maliny. 

Po  chwili,  korzystając  z  atlasu,  wiedziała  już,  gdzie  dokładnie 

leżało Hard Łuck i ilu miało mieszkańców. Stu pięćdziesięciu.  

A  więc  nie  było  to  miasto,  tylko  prowincjonalna  mieścina, 

właściwie osada. A to oznaczało bliskość i bezpośredniość stosunków 

międzyludzkich. W małych społecznościach nikt nie jest anonimowy. 

I  właśnie  w  takiej  atmosferze  powinny  wychowywać  się  jej 

dzieci.  To  je  na  pewno  wzbogaci  duchowo,  nauczy  obcowania  z 

ludźmi.  Była  pewna,  że  uda  im  się  pozyskać  sympatię  mieszkańców 

Hard  Łuck.  Gdyby  tylko  miasteczko  to  nie  leżało  tak  daleko  na 

północ,  bo  aż  za  kołem  podbiegunowym.  Jej  podniecenie  powoli 

opadało. Czy zimą można w ogóle wychodzić tam z domów? I czy ta 

ziemia  to  są  pola  i  łąki,  czy  też  raczej  wielkie  połacie  wiecznej 

zmarzliny? 

background image

Na  drugi  dzień  przy  śniadaniu,  gdy  już  zalała  mlekiem  płatki 

kukurydziane,  Abbey  zwróciła  się  do  swoich  wciąż  zaspanych 

pociech: 

-  Szkraby,  co  byście  powiedziały,  gdybyśmy  tak  przeprowadzili 

się na Alaskę? 

-  Na  Alaskę?  -  ożywił  się  Scott.  -  To  właśnie  stamtąd  pochodzą 

husky! 

- Zgadza się. 

- A czy jest tam bardzo zimno? - zapytała Susan. 

- Bardzo, córeczko. Na pewno zimniej niż w najstraszliwsze zimy 

w Seattle. 

-  Tak  zimno  -  dodał  Scott  -  że  nawet  nie  potrzeba  trzymać  w 

domu lodówki. Prawda, mamusiu? 

-  Ale  są  tam  również  lata,  kiedy  słońce  ogrzewa  ziemię  i  w 

lipcowe dnie lodówka może się przydać. 

- A czy będę mógł mieć tam psa? 

Abbey starannie dobrała słowa odpowiedzi: 

- Przekonamy się o tym na miejscu. 

-  A  czy  dziadek  i  babcia  będą  mogli  nas  tam  odwiedzać?  - 

przejęła pałeczkę pytań mocno czymś zatroskana Susan. 

-  Oczywiście,  a  jeśli  z  jakiegoś  powodu  nie  będą  mogli 

przyjechać, my ich odwiedzimy. 

Scott  mieszał  w  milczeniu  swoje  kukurydziane  płatki.  Abbey 

mogłaby iść o zakład, że myślał o psie. 

background image

-  Przeczytałam  w  ogłoszeniu,  że  w  Hard  Luck  na  Alasce 

poszukują  bibliotekarki,  a  ja  właśnie  znalazłam  się  w  sytuacji,  kiedy 

muszę rozglądać się za nową pracą. 

-  Myślę,  że  trzeba  chwytać  każdą  okazję  -  powiedział  Scott,  jak 

dorosły.  -  Więc  lepiej  jak  najszybciej  zadzwoń  do  tego  kogoś,  kto 

umieścił ogłoszenie. 

- Zrobię to, lecz chcę wam jeszcze powiedzieć, że ten ktoś oferuje 

prócz pracy także dom i dwadzieścia akrów ziemi. 

- Na własność? 

Abbey kiwnęła głową. 

- Pod warunkiem, że wytrzymamy tam przez cały rok. 

- Przez rok wytrzymam wszędzie. Nie zastanawiaj się, mamusiu! 

- Chciałabym jeszcze usłyszeć twoje zdanie, Susan. 

- Czy będą tam dziewczynki w moim wieku? 

-  Nie  wiem.  Prawdopodobnie,  lecz  za  nic  nie  mogę  ręczyć. 

Miasteczko ma tylko stu pięćdziesięciu mieszkańców i życie w nim na 

pewno będzie się różniło od życia w Seattle. 

-  Nie  nudź,  Susan  -  upomniał  siostrę  Scott.  -  Pamiętaj,  że 

będziemy mieć tam własny dom. 

Susan teatralnie westchnęła. 

- Czy chcesz się tam przeprowadzić z nami, mamusiu? 

Abbey  zgarnęła  z  jej  czoła  brązowy  kosmyk  włosów.  Niech 

nazywają  ją  skąpiradłem.  Niech  nazywają  ją  materialistką.  Niech 

nazywają  ją  naiwniaczką,  lecz  ona  uczepiła  się  myśli  o  tych 

dwudziestu  akrach  ziemi  i  już  czuła  się  ich  właścicielką.  Żadnych 

background image

długów  i  wiszących  nad  głową  terminów  płatności.  Ziemia. 

Bezpieczeństwo. Praca, którą kochała. I wszystko to mogła znaleźć w 

Hard Luck na Alasce. 

Nabrała w płuca powietrza. 

- Myślę, że nie będzie nam tam źle. 

Scott poderwał się z krzesła i porwał matkę do tańca. 

-  Jeszcze  nie  mam  tej  pracy  -  wysapała  po  minucie  zawrotnego 

kołowania. 

-  Ale  ją  zdobędziesz  -  odparł  głosem,  w  którym  dźwięczała 

niezachwiana pewność. 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Abbey Sutherland najpierw kilka razy głęboko odetchnęła, zanim 

podeszła  do  kontuaru  recepcji.  Podała  swoje  nazwisko  i  zapytała  o 

pana  O'Hallorana.  Usłyszała  w  odpowiedzi,  że  pan  O'Halloran 

przyjmuje na drugim piętrze w pokoju takim to a takim. 

Luksusowo  urządzona,  bezszmerowa  winda  szybko  ją  tam 

zawiozła,  a  ze  znalezieniem  apartamentu  nie  miała  najmniejszych 

trudności.  Serce  Abbey  biło  jak  oszalałe,  ale  twarz  nie  zdradzała 

wewnętrznego niepokoju. 

Za  stołem  siedział  szczupły  i,  jak  się  można  było  domyślić, 

wysoki  mężczyzna,  którego  wiek  oceniła  na  trzydzieści,  trzydzieści 

dwa lata. Coś tam czytał w skupieniu, pewnie kolejne curriculum vitae 

osoby  z  ogłoszenia.  Personel  hotelu  najwidoczniej  założył,  że 

background image

kandydatki  będą  przychodzić  spragnione,  gdyż  na  srebrnej  tacy  stały 

szklanki i butelki z napojami. 

Abbey z uśmiechem przedstawiła się. Mężczyzna wstał i podał jej 

rękę. 

- Jestem Christian O'Halloran. Rozmawialiśmy już przez telefon. - 

Wskazał na krzesło po przeciwnej stronie stołu. - Proszę czuć się jak u 

siebie w domu. 

Usiadła  i  wręczyła  mu  swoje  dokumenty  w  seledynowej, 

eleganckiej teczce. Odłożył je na bok. 

- Lekturą tego zajmę się później. A teraz trochę porozmawiajmy. 

Abbey  splotła  dłonie  tak  mocno,  że  aż  zbielały  jej  paznokcie,  i 

czekała. 

- Zależy pani na pracy bibliotekarki, czy tak? 

- Jak najbardziej. Pracowałam do tej pory w różnych bibliotekach, 

lecz  najdłużej  w  bibliotece  naukowej.  Potrafię  katalogować  książki, 

wpisywać  dane  do  komputera,  obsługiwać  użytkowników  biblioteki, 

zarządzać bankiem informacji... 

-  Umiejętności  tych  naprawdę  wystarczy.  Bo  widzi  pani,  my  w 

Hard  Luck  nie  mamy  jeszcze  biblioteki  z  prawdziwego  zdarzenia. 

Dysponujemy budynkiem, pewną liczbą... 

- Książek? 

- Jest ich naprawdę bardzo dużo. Zostały podarowane miastu i w 

związku z tym potrzebujemy kogoś, kto uporządkowałby je i w ogóle 

stworzył  bibliotekę  niejako  od  podstaw,  przy  czym  ma  ona  spełniać 

rolę głównie wypożyczalni. 

background image

- Czuję się na siłach podołać temu zadaniu. 

Wymienił sumę, która miałaby stanowić jej miesięczną gażę. Nie 

było  tego  dużo,  mniej,  niż  zarabiała  ostatnio,  ale  przecież  z  pracą  tą 

wiązały się inne korzyści.  

Zapadła cisza. Wydawało się, jakby mężczyzna po drugiej stronie 

stołu stracił ochotę do dalszej rozmowy. 

- Czy mógłby pan powiedzieć mi coś o tym budynku? - zapytała, 

zdecydowana zostać tu jak najdłużej. 

-  Oczywiście.  Budynek  ten  był  przez  wiele  lat  domem  moich 

dziadków. Jest też jak dom mieszkalny urządzony. Nie sądzę jednak, 

by  z  przystosowaniem  go  do  nowej  funkcji  wiązały  się  jakieś 

techniczne trudności. A jakie jest pani zdanie? 

- Prawdopodobnie ma pan rację. 

W wyobraźni zdążyła już rozparcelować ten dom. Na beletrystykę 

przeznaczy jedną z sypialni, w drugiej znajdzie się dział historyczny, 

jadalnia zaś to wręcz idealne pomieszczenie na czytelnię. 

-  Domyśla  się  pani,  że  życie  w  Hard  Luck  w  niczym  nie 

przypomina życia w Seattle? 

Wczoraj  jej  ojciec,  ostrzegając  ją  przed  srogimi  zimami  Alaski, 

powiedział mniej więcej to samo. 

-  Jestem  tego  jak  najbardziej  świadoma.  A  teraz  pozwoli  pan,  że 

zapytam o ten dom i działkę, o których przeczytałam w ogłoszeniu. 

Poruszył się na krześle. 

-  No  cóż,  dom  dla  ścisłości  nazwijmy  chatą  utrzymaną... 

utrzymaną  w  stylu...  jak  by  tu  rzec...  wiejskich  budowli.  - 

background image

Najwyraźniej  się  jąkał.  -  Nie  jest  obszerny,  ale  żyć  można  w  nim 

całkiem  wygodnie...  a  na  dodatek  w  poczuciu  stałego  kontaktu  z 

przyrodą.  Słowem,  różni  się  dość  znacznie  od  miejskich  domów,  do 

których pani przywykła. 

-  Spodziewam  się.  Więc  proszę  mi  opisać  samo  miasteczko  i 

okolicę. 

Mężczyzna po przeciwnej stronie stołu jakby się nieco odprężył. 

-  Tak  cudownego  zakątka  chyba  nie  ma  drugiego  na  ziemi.  Być 

może przemawia przeze mnie lokalny patriotyzm... być może. Zresztą 

mam  nadzieję,  że  będzie  pani  miała  okazję  wyrobić  sobie  własną 

opinię.  Latem  słońce  tam  świeci  prawie  przez  dwadzieścia  cztery 

godziny  na  dobę.  Wtedy  kwitną  zioła  i  polne  kwiaty,  a  czystość  i 

bogactwo  kolorów  zapiera  dech  w  piersiach.  Skupiska  karłowatych 

krzewów  i  wolne  przestrzenie  tundry  wybuchają  symfonią  purpury, 

złota i przeczystego błękitu. 

- Pięknie opisał pan lato. - Powiedziała to z głębi serca. - A co z 

zimą? 

- Zima ma również swoje uroki, z tym że jej piękno jest bardziej 

subtelne. Zimą świeci śnieg, on jest niejako głównym źródłem światła, 

którego odcienie zachwycają różnorodnością i nastrojowością. 

- No i świeci zorza polarna. 

Nie 

chciałbym 

pani 

okłamywać. 

Zima 

za 

kołem 

podbiegunowym  naprawdę  ma  swój  pazur.  Temperatura  spada  dużo, 

dużo stopni poniżej zera. Bywa, że i czterdzieści kilka. 

background image

-  Wielki  Boże!  -  Abbey  niby  wiedziała  to,  jednak  ta  liczba  w 

ustach  mieszkańca  dalekiej  północy  wydała  się  jakby  bardziej 

sugestywna. 

- W takie dni zawieszamy wszelkie loty. Wszyscy, ludzie i żyjące 

wraz  z  ludźmi  zwierzęta,  chronią  się  w  domach  przy  ogniu,  by  tak 

rzec, tulą się do ognia. 

Abbey 

kiwnęła 

głową. 

lotniczym 

przedsiębiorstwie 

O'Halloranów dowiedziała się podczas rozmowy telefonicznej. 

-  Takie  czterdziestokilkustopniowe  spadki  temperatury  trzeba  po 

prostu przeczekać, uzbrajając się w cierpliwość - dorzucił. - Wszystko 

wokół pozornie zamiera, ale za to rozkwita życie towarzyskie. 

- Czy macie szkołę? 

-  Mamy  szkołę  podstawową,  lecz  oczywiście  zimą,  gdy  mróz 

przekracza pewną granicę, by tak rzec, przyzwoitości, dzieci zostają w 

domach. 

- A co z zaopatrzeniem? - Pytania same cisnęły się na jej usta. 

-  Cała  nasza  sieć  handlowa  sprowadza  się  do  jednego  sklepu 

Pete'a  Livengooda.  Zaopatrujemy  się  tam  hurtowo  lub,  w  zależności 

od  potrzeb,  detalicznie.  Gdy  Pete  czegoś  nie  ma,  tym  bardziej  że 

asortyment  jego  towarów  sprowadza  się  tylko  do  tych  absolutnie 

niezbędnych,  wówczas  można  zlecić  kupienie  tej  rzeczy  któremuś  z 

pilotów. Synowie północy, to jest piloci, do których i ja się zaliczam, 

latają  codziennie  na  trasie  Hard  Luck-Fairbanks.  Oni  też  dostarczają 

mieszkańcom miasteczka benzynę. 

background image

- Rozumiem, że benzynę do samochodów. Sęk w tym, że z atlasu 

nie wynika, by były tam jakieś drogi. 

-  A  jednak  są.  Własnymi  siłami  zrobiliśmy  całkiem  przyzwoity 

trakt  kilka  lat  temu  -  powiedział  z  wyraźną  dumą  Christian 

O'Halloran. 

Abbey  odetchnęła.  Jeśli  dostanie  tę  pracę,  będzie  musiała  zabrać 

ze  sobą  meble  i  cały  sprzęt  kuchenny.  Przesyłanie  tego  drogą 

powietrzną łączyłoby się z piekielnymi kosztami. 

- Czy ma pan do mnie jeszcze jakieś pytania? 

Uśmiechnął się. 

-  Przepytywany  to  byłem  właściwie  ja.  Tak  czy  inaczej,  z 

ostateczną odpowiedzią zadzwonię do pani jutro po południu. 

- W takim razie do jutra. - Abbey wstała i wyciągnęła rękę. 

- Miło było panią poznać. 

Kładąc  dłoń  na  klamce,  zawahała  się.  Przyszła  na  to  spotkanie 

zdecydowana przyjąć pracę, jeśli ta w ogóle zostanie jej zaoferowana. 

Potrzebowała  pieniędzy  i  przynajmniej  jakichś  pozorów  stabilizacji, 

musiała  dbać  o  swoje  dzieciaki.  Nawet  gdyby  miało  się  to  wiązać  z 

podróżą na sam koniec świata. 

Porwała  ją  perspektywa  wykreowania  jakby  od  podstaw  swojej 

własnej  biblioteki.  Było  to  pewnego  rodzaju  wyzwanie,  szansa  na 

twórczą działalność. Pojawiła się też innego rodzaju pokusa i wiązała 

się  ona  ze  światłem  w  oczach  tego  mężczyzny,  gdy  mówił  o  Hard 

Luck  i  całej  tamtej  północnej  krainie.  Z  jego  słów  przebijała 

namiętność  i  szczerość.  Najgenialniejszy  nawet  reklamiarz  nie 

background image

potrafiłby  stworzyć  wrażenia  tak  głębokich  duchowych  powiązań  z 

autentycznym pięknem. 

Odwróciła się. 

- Panie O'Halloran? 

Zdążył  już  wrócić  do  lektury  swoich  papierów  i  teraz  uniósł 

głowę. 

- Tak, słucham? 

-  Jeśli  zdecyduje  się  pan  mnie  zatrudnić,  to  obiecuję,  że  włożę 

całe moje serce w tę pracę. 

Kiwnął głową. 

- Zdzwonimy się jutro. 

-  I  jak?  -  Scott  patrzył  na  matkę  z  napięciem  pełnym  cichej 

nadziei. - Jak udało się spotkanie? 

Abbey zrzuciła pantofle, lecz nie włożyła kapci. 

- Chyba nie najgorzej. 

- Dostałaś tę pracę? 

Wolała trzymać się faktów. Budowanie zamków na lodzie zawsze 

mogło grozić bolesnym rozczarowaniem. 

- Sprawa jest wciąż otwarta, kochanie. Gdzie Missy? 

Missy  była  nastolatką  z  sąsiedztwa,  która,  jak  większość 

dziewcząt w jej wieku, dorabiała do swego kieszonkowego opieką nad 

dziećmi. 

-  Zadzwoniła  tu  jej  matka  z  prośbą,  by  włożyła  mięso  do 

piekarnika. Wzięła ze sobą Susan. Niebawem wrócą. 

background image

Abbey przeszła do saloniku i opadła na fotel. Swoim  zwyczajem 

oparła stopy na otomanie. 

- Czy już odrobiłeś lekcje? - spytała synka. 

- Przestali zadawać. Koniec roku za dwa tygodnie. 

- Rozumiem. 

Zadumała  się  nad  upływem  czasu.  Mijał  rok  za  rokiem,  dzieci 

rosły.  Rosły  też  ceny  wszystkiego,  a  potrzeb  przybywało.  Musiała 

dokonać jakiegoś zasadniczego zwrotu w swoim życiu. 

- Czy mogę wpaść do Jasona? Obiecuję, że wrócę na obiad. 

Scott  prosił  tak  gorąco,  że  aż  poczuła  się  wzruszona.  Kiwnęła 

głową. Wiedziała, że ciągną go do kolegi te szczenięta, które podbiły 

jego dziewięcioletnie serce. 

 

Sawyer 

otworzył 

drzwi 

podłużnego 

niskiego 

baraku, 

usytuowanego  dłuższym  bokiem  do  pasa  startowego,  w  którym 

mieściło  się  biuro  „Synów  Północy".  Od  dawna  planowali 

wybudować  coś  naprawdę  solidnego  i  w  miarę  estetycznego. 

Przekładali tę inwestycję z roku na rok - i tak minęło osiem lat.  

W  tym  czasie  Charles  i  Sawyer  dorobili  się  własnych  domów. 

Dom  Sawyera  stał  po  drugiej  stronie,  naprzeciwko  starego  domu 

rodziców,  który  aktualnie  zajmował  Christian.  Dom  Charlesa 

znajdował się jedną przecznicę dalej. Teraz jednak, gdy interes został 

rozruszany i szedł całkiem nieźle, musieli na serio pomyśleć o jakimś 

eleganckim  biurowcu.  No,  nie  musiałby  być  to  od  razu  drapacz 

chmur. 

background image

Sawyer, kompletnie wyczerpany, zwalił się na krzesło. Sprzątanie 

myśliwskich  domków  okazało  się  prawdziwą  harówką.  Co  jednak 

najbardziej  zdumiewało,  to  entuzjazm  i  zapał  pilotów,  którzy 

pracowali  wręcz  ponad  siły,  przez  osiemnaście  godzin  na  dobę,  by 

tylko  uczynić  domki  czymś  kojarzącym  się  z  pomieszczeniem 

mieszkalnym. 

Jedno  nie  ulegało  wątpliwości.  Przesycone  żywicą  bale  okazały 

się  zdrowe  i  dawały  nadzieję,  że  wytrzymają  jeszcze  następne 

kilkadziesiąt lat. W rezultacie ich remontowa akcja sprowadziła się do 

drobnych  reperacji  dachów,  okien  i  drzwi.  Trzeba  też  było  wszystko 

wypucować, to i owo polakierować, to i owo zaciągnąć farbą.  

Efekt  przeszedł  wszelkie  oczekiwania.  Jasne,  że  domki  nie 

przemieniły się w luksusowe wille, ale przynajmniej nabrały jakiegoś 

szczególnego  uroku.  Nie  oznaczało  to  jeszcze,  że  na  ich  widok 

miejskie  dziewczyny  zaczną  mdleć  z  zachwytu.  Należało  się  raczej 

liczyć  z  ewentualnością,  iż  poczują  się  oszukane,  wystawione  do 

wiatru i odlecą najbliższym samolotem na południe. 

Ożył telefon i Sawyer sięgnął po słuchawkę. 

- Biuro „Synów Północy". Słucham? 

-  Gdzie  byłeś  przez  cały  dzień,  do  jasnej  anielki?  -  rozległ  się 

przytłumiony głos Christiana. - Wydzwaniam do ciebie od rana. 

- Spokojnie, braciszku. Mów lepiej, co masz do powiedzenia. 

Podczas gdy on machał pędzlem, walił młotkiem, gramolił się po 

drabinie,  Christian  gawędził  sobie  z  kobietkami  i  sączył  kilkuletnią 

whisky. A teraz jeszcze wyskakuje tu z jakimiś pretensjami! 

background image

-  Przede  wszystkim  przekaż  Duke'owi,  że  znalazłem  dla  niego 

ekstra  blondynkę.  Nazywa  się  Allison  Reynolds  i  będzie  naszą 

sekretarką. To znaczy, może będzie. 

Sawyer zacisnął szczęki. 

- A jej kwalifikacje? 

-  Rozumiem,  że  poza  blond  włosami?  -  W  słuchawce  rozległ  się 

chichot. - Mówię ci, Sawyer, przeżyłem tu najwspanialszą przygodę w 

swym  życiu.  Zamieściłem  to  ogłoszenie  i  posypała  się  lawina 

odpowiedzi. Ten świat aż się roi od samotnych kobiet. 

-  A  czy  ta  nasza  sekretarka  wie,  że  umieścimy  ją  w  drewnianej 

budzie bez wygód? 

-  Staranniej  dobieraj  słowa,  jeśli  łaska.  Buda!  Jaka  buda? 

Powiedzmy, że usłyszała ode mnie, że zamieszka w wiejskim domku. 

Nie wchodziłem w szczegóły. 

-  Christian!  Diabeł  tkwi  w  szczegółach.  Przecież  te  wszystkie 

nieszczęsne  istoty  są  na  pewno  przekonane,  bo  nie  wyobrażają  sobie 

niczego  innego,  że  te  tak  zwane  wiejskie  domki  posiadają  instalację 

gazową,  wodociągową  i  elektryczną.  A  tymczasem  zobaczą  studnię, 

lampy  naftowe  i  kibel.  Czy  domyślasz  się  ich  reakcji  na  widok  tych 

luksusów? 

- Nie chciałem ich przestraszyć. - W głosie Christiana zabrzmiała 

niepewność. 

- Chyba jednak winny im byłeś prawdę. 

background image

- Wiem, wiem. Większość rozmów nie jest jeszcze sfinalizowana. 

Kiedy  więc  dojdzie  do  końcowych  ustaleń,  wówczas  zajmę  się 

szczegółami. 

- Muszę powiedzieć, że niewiele zdziałałeś do tej pory. Myślałem, 

że już masz w teczce wszystkie kontrakty. Podpisane! 

- Wierz mi, te kobiety aż piszczą, by jak najszybciej znaleźć się w 

Hard Luck. Lecz rozpatrując każdy indywidualny przypadek, okazuje 

się, że nie są to decyzje, które można rozstrzygnąć w przeciągu kilku 

sekund.  W  ostatnich  dniach  spotkałem  się  aż  z  trzydziestoma 

kandydatkami i załatwiłem blisko sto telefonów. 

- A czy zgłosiła się jakaś bibliotekarka? 

-  Kilka,  lecz  sekretarki  stanowią  największą  grupę.  Allison,  o 

której ci wspomniałem... 

- Czy pisze na maszynie? 

- Przypuszczam. Pracuje przecież w biurze. 

-  To  jej  nie  sprawdziłeś?  -  Sawyer  nawet  nie  starał  się  ukryć 

pogardy dla organizacyjnych zdolności młodszego brata. 

-  A  niby  po  co?  Przecież  nasza  sekretarka  nie  będzie  musiała 

wykazywać  się  umiejętnością  pisania  stu  słów  na  minutę.  Nie 

jesteśmy  General  Motors.  Poza  tym  nie  zapominaj,  że  mieszkam  w 

hotelu i wątpię, by była tu jakaś maszyna do pisania. 

- Braciszku, nie popisałeś się - powiedział, wzdychając. 

- Poczekaj z oceną do momentu, gdy zjawię się z plonem mojej tu 

działalności.  Allison  swoją  urodą  zwala  po  prostu  z  nóg.  Zresztą  nie 

ona jedna. 

background image

- Boże, miej nas w swojej opiece. 

Sawyer  może  nie  był  artystą,  lecz  wyobraźnię  miał  całkiem 

niezłą. Zatem nietrudno mu było sobie wyobrazić, jak jego twardziele 

oblegają  barak  biurowy  i  mizdrzą  się  do  oszałamiającej  blondynki, 

która  obdarza  ich  czarującymi  uśmiechami.  A  tymczasem  maszyny 

będą rdzewieć na pasie startowym. 

-  Nie  histeryzuj.  Przyznaję,  że  najtrudniej  mi  wybrać 

bibliotekarkę. Mam przynajmniej dwie bardzo dobre. 

- Blondynki? 

-  Jedna,  ale  wygląda  zbyt  krucho,  by  dała  sobie  u  nas  radę  w 

warunkach  srogiej  zimy.  Druga  zarabia  dużo  więcej,  niż  mogłem  jej 

zaproponować,  a  mimo  to  nie  wydaje  się  tym  zrażona.  I  to  mnie 

trochę dziwi. 

- Bo zapominasz, głupolu, o wiejskiej rezydencji i akrach ziemi, o 

których  ona  na  pewno  pamięta  -  powiedział  Sawyer  przez  zaciśnięte 

zęby. 

- Myślisz, że powinienem ją zatrudnić? 

Sawyer westchnął. 

- Jeśli posiada odpowiednie kwalifikacje i pali się do tej pracy, to 

nie ma co się wahać. 

- Fajnie. Zadzwonię do niej zaraz po naszej rozmowie. 

-  Chwileczkę.  -  Sawyer  odgarnął  włosy  z  czoła.  -  Czy  ona  jest 

ładna? 

Zaczynał  tracić  wiarę  w  zdolności  brata  do  bezstronnego  osądu. 

Christian  zdecydował  się  na  sekretarkę,  nie  mając  żadnego 

background image

wyobrażenia  o  jej  umiejętnościach.  Przepadli  z  kretesem,  jeśli  swoje 

kolejne wybory oprze tylko na wyglądzie zewnętrznym kandydatek. 

Tamten przez jakiś czas milczał. 

- Myślę, że można o niej powiedzieć „ładna kobieta". Ale nie jest 

to  typ  urody  zapierający  dech  w  piersiach.  Tyle  że  do  niczego  nie 

można się przyczepić. Brązowe włosy i oczy, średniego wzrostu, miły 

zadarty  nosek.  Żadnego  porównania  z  bombową  Allison.  Allison  to 

Hollywood, ta zaś to raczej klasyka. 

- Zatrudnij ją! - warknął Sawyer. 

-  Kogo?  Allison?  Już  to  zrobiłem,  lecz  zażądała  dwudziestu 

czterech godzin do namysłu. 

- Mówiłem o bibliotekarce, durniu. 

- W porządku. Jeśli sobie tego życzysz, braciszku. 

Sawyer miał już po dziurki w nosie tej rozmowy. 

- Czy coś jeszcze? 

-  W  zasadzie  wszystko  ci  przekazałem.  Została  jeszcze 

nauczycielka, lecz z tą nie będzie kłopotu. Z trzema można już zacząć, 

choć oczywiście pamiętam też o kelnerce i kucharce dla Bena. 

-  Ben  tak  powiedział  tylko  przez  uprzejmość,  nie  chcąc  zostać  z 

boku. Możesz śmiało ograniczyć się do tych trzech. 

- Skoro tak... I jeszcze jedno. Allison się zastrzegła, że jeśli nawet 

przyjmie  pracę,  chciałaby  wziąć  dwa  tygodnie  urlopu  i  wyjechać 

gdzieś  ze  swoją  sympatią.  Zgodziłem  się.  Czekaliśmy  tyle  lat, 

możemy poczekać kilkanaście dodatkowych dni. 

- Dlaczego nie zapytałeś jej, czy odpowiada jej następny rok? 

background image

-  Bardzo  zabawne.  Co  się  z  tobą  dzieje,  wielki  bracie? 

Zachowujesz  się  jak  stara  jędza.  Poprawię  twój  humor.  Jest  tu 

wspaniale.  Siedzę  sobie  w  fotelu,  popijam  koniak,  a  one  paradują 

przede mną. Cześć. 

W słuchawce zapanowała cisza. 

 

Abbey  siedziała  zgnębiona.  O'Halloran  powinien  był  już 

zadzwonić. Widocznie nie zaakceptował jej jako bibliotekarki w Hard 

Luck.  Scott  i  Susan,  którym  udzielił  się  jej  nastrój,  ledwo  co  tknęli 

obiad. Nikt nie miał ochoty na jedzenie. 

-  No  cóż,  kochani,  chyba  z  Alaski  będą  nici  -  powiedziała, 

przerywając dławiącą wszystkich ciszę. Nie było sensu podtrzymywać 

złudnych nadziei. - Pan O'Halloran, z którym się spotkałam, dawno by 

już zadzwonił, gdyby mu odpowiadały moje kwalifikacje. 

-  Nie  przejmuj  się,  mamusiu.  -  Nie  tylko  słowem,  lecz  również 

uśmiechem  Scott  chciał  ją  podtrzymać  na  duchu.  -  Znajdziesz  coś 

innego. 

-  Naprawdę  chciałam,  żebyśmy  wyjechali  na  Alaskę  -  odezwała 

się  Susan.  Jej  dolna  warga  drżała.  -  Już  powiedziałam  o  tym 

wszystkim koleżankom w szkole. 

-  Tak  czy  inaczej, przeprowadzamy  się.  Tyle  że  nie  na  Alaskę.  - 

Biorąc pod uwagę nastawienie dzieci, była to dla nich jakaś pociecha. 

- A może kiedyś wybierzemy się tam jako turyści? - zapytał Scott. 

- Po tym, co przeczytałem  w książkach, które przyniosłaś, chciałbym 

zobaczyć Alaskę na własne oczy. Czuję, że polubiłem ten stan. 

background image

- Kiedyś - powtórzyła Abbey. 

To  magiczne  słowo  zawierało  w  sobie  zapowiedź  jakiejś  lepszej 

przyszłości.  W  tym  momencie  jednak  zabrzmiało  niezbyt 

przekonująco. 

Zadzwonił  telefon.  Wszyscy  drgnęli  i  spojrzeli  na  aparat.  Lecz 

dopiero  po  czwartym  sygnale  Abbey  przezwyciężyła  hipnotyczny 

bezwład i skoczyła podnieść słuchawkę. 

-  Dzwonię,  żeby  powiadomić  panią,  że  biblioteka  w  Hard  Luck 

jest  do  pani  dyspozycji.  -  Każde  słowo  wypowiedziane  przez 

Christiana  O'Hallorana  napełniało  ją  radosną  euforią.  -  Oczywiście, 

jeżeli nadal zależy pani na tej pracy. 

-  Dziękuję  panu.  To  dla  mnie  bardzo  dobra  wiadomość.  - 

Wzniesiony  ku  górze  kciuk  powiadamiał  dzieciaki  o  szczęśliwym 

obrocie koła fortuny. 

- Kiedy może pani zacząć? 

- Dostosuję się do pana oczekiwań. 

-  Czy  odpowiadałby  pani  przyszły  tydzień?  Ja  zostaję  w  Seattle 

jeszcze  przez  jakiś  czas,  lecz  mogę  przekazać  panią  w  ręce  mojego 

brata, Sawyera, który będzie czekał na lotnisku w Fairbanks. 

Wyznaczony termin był bardzo krótki i wiązał się niewątpliwie z 

pewną  nerwowością  przygotowań  i  koniecznością  wcześniejszego 

odebrania dzieci ze szkoły. Ale nie mogła grymasić. Zbyt zależało jej 

na tej pracy. 

-  W  porządku.  Jestem  pewna,  że  do  przyszłego  tygodnia 

pozałatwiam tu swoje sprawy. 

background image

-  W  takim  razie  proszę  zostawić  mnie  całą  organizację  pani 

podróży, kupienie biletu i tak dalej. 

- To bardzo uprzejmie z pana strony, ale... 

-  Chyba  będę  musiał  skrócić  tę  rozmowę,  gdyż  właśnie  mam 

gościa...  Dzień  dobry,  Allison...  poczekaj  chwileczkę...  Co  do  całej 

reszty objaśni panią Sawyer, mój starszy brat. 

- Panie O'Halloran... 

- Powodzenia w Hard Luck, Abbey. 

- Dziękuję. 

Poddała  się.  W  głosie  O'Hallorana  pojawiła  się  taka 

niecierpliwość,  że  nie  było  sensu  przeciągać  struny.  Zresztą  i  tak 

niebawem się dowie, że zatrudnił bibliotekarkę... z rodziną! 

- Więc naprawdę nie chcesz, żebym  poleciał i powitał w imieniu 

nas  wszystkich  tę  panią  od  książek?  -  zapytał  John  Henderson, 

siadając naprzeciwko Sawyera. 

Miał  zmoczone,  przylizane  grzebieniem  włosy  i  wydawało  się, 

jakby  włożył  czystą  koszulę.  Podobnie  prezentował  się  Duke,  od 

którego biło ostrą wonią wody kolońskiej i który co chwila spoglądał 

na  swoje  krótko  obcięte  paznokcie,  jakby  dziwiąc  się,  że  człowiek 

może  żyć  bez  krogulczych  pazurów.  Ale  w  tej  chwili  patrzył  na 

Sawyera i Johna. 

- Jeżeli zachce ci się dać mu pozwolenie, to wiedz, że poleci, lecz 

po moim trupie. Wszyscy pamiętamy, co zrobił z tamtą kobietą. 

-  Ileż  razy  mam  wam,  niedowiarki,  powtarzać,  że  to  nie  moja 

wina! 

background image

-  Spokojnie,  chłopaki,  ja  ją  odbieram  -  powiedział  Sawyer, 

odwracając  z  niesmakiem  wzrok  od  swoich  odskrobanych  z  brudu  i 

skaczących sobie do oczu pilotów. 

Właśnie  Ben  wykaligrafowywał  na  karcie  dań  nazwę  jakiejś 

nowej potrawy. 

- Beef Wellington? 

-  Myślę,  że  warto  by  pokazać  tej  bibliotekarce,  że  jesteśmy 

cywilizowaną bandą - odparł buńczucznie grubas. 

Sawyer,  jak  przystało  na  sceptyka,  machnął  ręką.  Postawiłby 

ostatniego  dolca,  że  żadna  z  tych  kobiet nie  przetrwa  zimy.  W  ogóle 

szkoda,  że  nie  powiadomili  o  tych  poczynaniach  Charlesa.  Gdy  się 

dowie, uzna, że postradali zmysły. 

Sięgnął  po  widelec  i  wrócił  do  swojej  jajecznicy,  która  w 

międzyczasie zdążyła już ostygnąć. 

-  Ależ  wycacaliśmy  te  domki  -  powiedział  Duke  z  miną 

świadczącą co najmniej o samouwielbieniu. 

Pomijając  irytujący  ton  tego  stwierdzenia,  Duke  nie  mijał  się  z 

prawdą.  Domki  faktycznie  cieszyły  oko  -  choć  bynajmniej  nie  oko 

Sawyera  -  miłym  wyglądem.  Napracowali  się  nie  tylko  mężczyźni. 

Napracowały  się  też  kobiety,  z  Pearl  na  czele.  W  oknach  wisiały 

kwieciste  firanki,  na  półkach  lśniły  wypucowane  naczynia,  a  łóżka 

nęciły  bielą  wykrochmalonej  pościeli.  Wprawdzie  te  łóżka  kojarzyły 

się Sawyerowi z pryczami więziennymi, lecz skojarzenie to zachował 

dla siebie, nie chcąc sprawiać Pearl i jej przyjaciółkom przykrości. 

background image

-  A  jak  ją  rozpoznasz  na  lotnisku?  -  zapytał  Ben,  zbliżając  się 

ciężkim krokiem do stolika Sawyera. 

-  Będę  miał  na  sobie  kombinezon  z  emblematami  „Synów 

Północy".  Nie  powinna  mieć  kłopotów  z  odcyfrowaniem  naszych 

symboli. 

- Jak się nazywa? 

- Abbey Sutherland. 

- Zakładam, że jest ładna. 

Jak na  komendę  wszyscy  zgromadzeni  w  lokalu Bena  twardziele 

przybrali  rozmarzony  wyraz  twarzy.  Sawyer  nigdy  by  w  to  nie 

uwierzył, gdyby nie widział tego na własne oczy. 

-  Czy  dacie  mi  dokończyć  śniadanie  w  jakiejś  ludzkiej 

atmosferze? 

-  Czy  aby  na  pewno  nie  chcesz  mnie  zabrać  ze  sobą?  -  zapytał 

John. 

- Spójrz na słońce, chłopie. Czy aby na pewno ono świeci? 

Sawyer  leciał  „Baronem"  i  miał  załadować  w  Fairbanks  pocztę 

oraz  zamówione  przez  Pete'a  produkty.  W  związku  z  tym  najlepiej 

byłoby,  gdyby  Abbey  Sutherland  przybyła  z  możliwie  skromnym 

bagażem.  Miał  miejsca  najwyżej  na  dwie  walizki,  które  zamierzał 

upchać w dziobie samolotu. 

Odsunął  talerz  i  wyszedł  na  główną  ulicę  miasteczka.  Skierował 

się  ku  lotnisku.  Mógłby  lecieć  do  Fairbanks  z  zamkniętymi  oczami. 

Przemierzał  tę  trasę  dziesiątki,  może  setki  razy.  Pogoda  była 

background image

wspaniała.  Silnik  mruczał  usypiająco.  Góry  i  lasy  Alaski  przesuwały 

się w dole z ociężałą powolnością. 

Wylądował,  dopilnował  załadunku  poczty  i  towarów,  po  czym 

skierował  swe  kroki  do  błękitnego  pawilonu  lotniska.  Monitor 

wyświetlający  przyloty  poinformował  go,  że  samolot  z  Seattle 

przyleci  zgodnie  z  rozkładem.  Pozostawało  trochę  czasu  na  wypicie 

kawy.  Stwierdził  ze  zdumieniem,  że  jest  podenerwowany,  ba,  jakby 

przestraszony. 

W obszernej hali dworca lotniczego kłębili się podróżni. Turyści, 

pomyślał z zadowoleniem tubylca. Z turystyki wpływało do stanowej 

kasy całkiem sporo dolców. Może nie tyle, co z ropy, lecz w każdym 

razie śmiało można było powiedzieć, że stan rozwijał się dzięki ropie i 

turystom.  To  właśnie  z  myślą  o  nich  ustawiono  na  środku  hali 

przylotowej  ogromnego  białego  niedźwiedzia.  Prężył  się  ku  górze  na 

tylnych  łapach  i  zdawał  się  kruszyć  w  zębach  stalowe  przęsła  sufitu. 

Wzbudzał szacunek i lęk. 

Spiker  ogłosił  przylot  samolotu  z  Seattle.  Sawyer  wrzucił 

plastikowy kubek do kosza i utkwił wzrok w wahadłowych drzwiach, 

przez  które  za  chwilę  mieli  wychodzić  pasażerowie.  Opis  Abbey 

Sutherland,  podany  przez  Christiana,  pozostawiał  wiele  do  życzenia. 

Sawyer zapamiętał tylko, że odznaczała się klasyczną urodą. 

Drzwi  rozwarły  się  i  zaczęły  pojawiać  się  twarze  -  męskie  i 

kobiece.  Wszystkie  kobiety  zdawały  się  pasować  do  opisu  brata.  Z 

wyjątkiem  jednej.  Młodej  kobiety  z  dwojgiem  dzieci,  która  po  kilku 

krokach zatrzymała się i jęła rozglądać po hali.  

background image

Jej  sześcio-  czy  siedmioletnia  córeczka  przyciskała  do  piersi 

pluszowego  misia.  Chłopak,  dwa  czy  trzy  lata  starszy  od  siostry, 

rozglądał się razem z matką. Widać było, że roznosi go energia. 

Ta  kobieta  nie  była  ładna,  ona  była  wprost  śliczna,  zdecydował 

Sawyer. Miała proste brązowe włosy, krótko przycięte na pazia. Tego 

samego  koloru  oczy  wciąż  błądziły  po  hali  i  twarzach.  Emanował  z 

niej  spokój,  spokój  letniego  wieczoru.  Sawyer  uwielbiał  letnie 

wieczory.  Najwidoczniej  była  tu  z  kimś  umówiona  i  teraz  szukała 

wzrokiem tej osoby. 

Sawyer  z  niechęcią  wrócił  do  wyławiania  z  tłumu  swojej 

bibliotekarki.  Brązowe  włosy  i  miły  zadarty  nosek.  Znowu  popatrzył 

na kobietę z dziećmi. Ich oczy spotkały się, a na jej pełnych wargach 

zakwitł przyjacielski uśmiech, jakby już rozpoznała go i tylko czeka, 

aż on ją rozpozna. 

Nie  ruszył  się.  Jeszcze  do  końca  nie  powiązał  ze  sobą  pewnych 

faktów. To ona podeszła. 

- Dzień dobry - powiedziała. 

Uśmiech  ogarnął  już  całą  jej  twarz,  włącznie  z  cudownymi 

oczami. Stał jak skamieniały. 

- Jestem Abbey Sutherland. 

Przeniósł wzrok na dzieciaki. 

- To moje dzieci, Scott i Susan. Dziękuję, że wyszedł pan po nas. 

 

 

 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

- Pani dzieci? - zapytał z takim zdumieniem, jakby do posiadania 

dzieci miały prawo wyłącznie organizacje społeczne. 

Potwierdziła  skinieniem  głowy.  Zauważyła,  że  obu  braci  łączyło 

daleko  idące  podobieństwo.  Obaj  byli  szczupli  i  dość  wysocy.  Obaj 

przypominali dawnych pionierów, przemierzających na koniach swoje 

rozległe  pastwiska.  Teraz  latali  samolotami,  ale  świat  pod  nimi,  owa 

półdzika  jeszcze  przestrzeń  Alaski,  nadal  leżał  na  krańcach 

cywilizacji. 

O ile jednak Christian się golił, Sawyer nosił czarną brodę, z którą 

było  mu  zresztą  bardzo  do  twarzy.  Miał  szaroniebieskie,  wyraziste 

oczy pod kruczymi brwiami i prosty, rzymski nos. Nosił kombinezon 

lotniczy  z  emblematami  „Synów  Północy".  Był  bardzo  przystojny, 

lecz  Abbey  miała  wrażenie,  że  nie  jest  świadomy  swojej  męskiej 

urody. 

- Cześć - powiedział śmiało Scott. 

Chłopiec i mężczyzna podali sobie ręce. 

- Miło cię poznać, Scott. 

- Alaska to wielki kraj. 

- Witam w wielkim kraju, Susan. 

Wyciągnięta  ku  dziewczynce  szeroka  dłoń  znamionowała 

szacunek.  Susan  uśmiechnęła  się  i  spojrzała  na  matkę.  Poczuła  się 

panienką. 

-  Czy  możemy  porozmawiać  na  osobności,  pani  Sutherland?  - 

zapytał Sawyer. 

background image

Odszedł  kilka  kroków  i  czekał,  aż  Abbey  do  niego  dołączy.  Był 

teraz poważny i czymś zatroskany. 

-  Christian  nie  wspomniał  mi  ani  słowem,  że  pani  ma  dzieci  - 

zaczął bez zbędnych wstępów. 

-  Nie  zapytał  mnie  o  nie.  Rozmawiając,  nie  poruszaliśmy  spraw 

prywatnych ani rodzinnych. 

- Niemniej mogła pani wspomnieć, że jest matką. - Jego zaciśnięte 

usta wyrażały potępienie. 

- Zabrakło okazji - odparła z buntowniczym błyskiem w oku. Pan 

O'Halloran  zaczynał  ją  irytować.  -  Próbowałam,  lecz  pana  brat  był 

zajęty,  a  poza  tym  naprawdę  sądziłam,  że  dzieci  nie  są  żadnym 

problemem. 

- W umowie nic nie ma o dzieciach. 

- Jestem tego całkowicie świadoma i, szczerze mówiąc, dobrze, że 

nie  ma.  Dzieci  to  moja  prywatna  sprawa.  Mam  pracować  jako 

bibliotekarka  i  nawet  gdybym  przybyła  tu  z  dziesięciorgiem 

maluchów, wywiążę się ze swoich obowiązków. 

- Wierzę pani, ale... 

- Uważam, że temat dzieci możemy uznać za wyczerpany. 

- Czy jest pani zamężna? 

- Jestem rozwiedziona. Ale przełóżmy może tę rozmowę na kiedy 

indziej. Co tu ukrywać, jesteśmy trochę zmęczeni podróżą. 

Sapnął,  ale  wziął  się  w  garść.  Podszedł  z  całą  trójką  do  taśmy  z 

bagażami. 

background image

- Przyleciałem tu niewielkim samolotem. Mam nadzieję, że liczba 

pani walizek jest dość umiarkowana. 

Abbey  nie  bardzo  wiedziała,  jaką  wartość  podłożyć  pod  słowo 

„umiarkowana".  Wszystko,  co  mogło  im  się  przydać  w  pierwszych 

tygodniach  pobytu,  zapakowali  do  tych  walizek.  Reszta  miała 

przypłynąć statkiem. Po przeliczeniu bagażu okazało się, że jest tego 

sześć sztuk. 

-  Dodając  do  tych  waliz  panią  oraz  dzieci,  mamy  ładunek,  który 

uniemożliwiłby start nawet latającej fortecy. Gdybym  wiedział o tym 

wcześniej, wziąłbym większą maszynę. 

Abbey  nie  wytrzymała  i  wybuchnęła.  Jakim  sposobem  mogła 

przewidzieć,  że  on  przyleci  po  nich  takim  a  nie  innym  samolotem? 

Próbowała powiedzieć o wszystkim jego bratu, ale właśnie złożyła mu 

wizytę pewna osoba i cały na niej się skoncentrował. Niczego celowo 

nie ukrywała i nie miała zamiaru ukryć. Jeżeli uważa, że nie wchodzi 

to  w  konflikt  z  jego  zasadami,  niech  ją  tutaj  zostawi  i  leci  sobie 

choćby i na sam biegun północny. 

-  Dobrze  już,  dobrze  -  próbował  uspokoić  ją  Sawyer.  -  Nie  ma 

sytuacji bez wyjścia. Chodźmy. 

Abbey z chęcią coś by przekąsiła, lecz było oczywiste, że Sawyer 

myśli  tylko  o  powrocie  do  Hard  Lck.  Na  szczęście  Scott  i  Susan,  w 

odróżnieniu  od  matki,  jedli  w  samolocie.  Załadowali  wszystko  na 

półciężarówkę, zajęli miejsca i przejechali na boczny pas startowy. 

background image

- Wszystkie te rupiecie należą do mamy i Susan - konspiracyjnie 

szepnął  Scott  Sawyerowi  na  ucho,  gdy  wysiadali  z  samochodu  po 

kilku minutach. - Uparły się, żeby zabrać w s z y s t k o . 

-  Kobiet  nie  odmienisz,  chłopie  -  odparł  mężczyzna,  też 

ściszonym głosem. 

Abbey  ujrzała  przysadzistą,  jednosilnikową  maszynę.  Lecz 

dopiero  gdy  wetknęła  głowę  do  środka,  zrozumiała,  że  Sawyer  miał 

rację.  Na  oko  mogła  się  zmieścić  tylko  ona  i  może  Scott  od  pasa  w 

dół. A co z resztą Scotta, Susan i bagażami? 

-  Tu  są  tylko  trzy  miejsca  -  zauważyła,  patrząc  z  niepokojem  na 

Sawyera. 

Nie trzeba było laureata Nagrody Nobla, żeby zorientować się, że 

trzy  miejsca,  w  tym  jedno  bardzo  wąskie,  to  stanowczo  za  mało  dla 

czterech osób. 

- Usiądzie pani przy mnie - odparł Sawyer ze stoickim spokojem - 

a dzieci upcham na tym drugim. 

- Czy jest to zgodne z przepisami? 

-  Prawdopodobnie  nie,  przynajmniej  w  pozostałych  czterdziestu 

ośmiu  stanach,  ale  my  jesteśmy  tutaj  i  zrobimy  to.  Proszę  się  nie 

martwić, wszystko będzie dobrze. 

Jak powiedział, tak zrobił. Pomógł zająć jej miejsce, unieruchomił 

pasem,  po  czym  poupychał  dzieci.  Nie  wyglądały  na  szczęśliwe.  Z 

ledwością mogły oddychać. 

- A co z naszymi bagażami? - zapytała, gdy wskoczył na miejsce 

pilota i sięgnął po słuchawki. Zaczął przyciskać jakieś guziki. 

background image

- Nasze bagaże? - powtórzyła. 

- Nie zmieszczą się. Musimy je tu zostawić. 

- Co?!  -  wykrzyknęła  zdenerwowana  Abbey.  - Nie możemy tego 

zrobić! 

Sawyer spokojnie przygotowywał maszynę do startu. 

- Jak długo potrwa lot? - zapytał Scott. 

- Około godziny. 

- Czy będę mógł usiąść za sterami? 

- Nie tym razem. 

- A kiedy indziej? 

- Zobaczymy. 

-  Panie  O'Halloran  -  powiedziała  Abbey  zdławionym  głosem  - 

wróćmy do sprawy naszego bagażu... 

- Mam przede wszystkim dostarczyć pocztę. To jest najważniejsza 

sprawa.  Nie  wyrzucę  listów  i  paczek  dla  jakichś  głupich  kobiecych 

fatałaszków. 

Abbey zazgrzytała zębami. 

-  Rzeczy,  które  zabraliśmy  ze  sobą,  nie  są  żadnymi  głupimi 

kobiecymi fatałaszkami, więc jeśli pan pozwoli... 

- Lubisz psy? - zwrócił się Sawyer do Scotta. 

Oczy chłopca zabłysły. 

- Jasne! 

-  Więc  kiedy  dotrzemy  na  miejsce,  zadbam,  byś  poznał  Eagle 

Catchera. 

- Czy to husky? 

background image

- Tak. 

Scott  zamilkł  z  zachwytu.  Sawyer  uruchomił  silnik,  po  czym 

powiadomił  wieżę  kontrolną  o  gotowości  do  startu.  Potoczyli  się  ku 

pasowi startowemu i po chwili wzbili w powietrze. 

Dość  szybko  osiągnęli  pułap  lotu.  Fairbanks  znikło  za 

horyzontem.  Abbey  wsłuchiwała  się  w  przytłumiony  ryk  silnika  i 

bicie  własnego  serca.  Nigdy  jeszcze  nie  leciała  takim  małym 

samolotem. Wydawał się jej tak kruchy, że mógłby rozlecieć się przy 

zetknięciu z chmurą. Ale dziś niebo było bezchmurne. 

W  pewnym  momencie  Sawyer  oderwał  dłonie  od  sterów,  wziął 

duży notes i zaczął coś w nim pisać. Serce Abbey zamarło. Na domiar 

złego  na  tablicy  rozdzielczej  zaczęło  mrugać  jakieś  światełko.  Boże, 

to  zapewne  sygnał  alarmowy,  że  skończyła  się  benzyna  lub  wyciekł 

olej... 

Już  miała  krzyknąć,  gdy  przypomniała  sobie  o  dzieciach.  Nie 

chciała  ich  przestraszyć.  Trąciła  więc  w  ramię  Sawyera,  a 

ściągnąwszy w ten sposób na siebie jego uwagę, szepnęła mu do ucha: 

- Coś się stało. Pulsuje tamto światełko. 

- Tak, widzę - odparł i wrócił do notowania. 

- Czy nic pan z tym nie zrobi? 

- Za kilka minut. 

- A nie lepiej od razu? 

-  Proszę  się  nie  bać,  pani  Sutherland.  -  W  zmarszczkach  wokół 

jego  szaroniebieskich  oczu  zalegała  pogodna  ironia.  -  Światełko 

informuje, że włączony jest automatyczny pilot. 

background image

Poczuła się jak ostatnia idiotka. Skrzyżowała ręce i utkwiła wzrok 

w morzu niebieskości. 

Sawyer dotknął jej ramienia. 

-  Proszę  się  nie  martwić  o  bagaż.  Załatwiłem  przez  kierowcę 

półciężarówki,  że  dostarczy  go  do  Hard  Luck  inne  przedsiębiorstwo 

lotnicze. I to jeszcze dziś po południu. 

Mógł  to  powiedzieć  dużo  wcześniej,  zaoszczędzając  jej  w  ten 

sposób niepotrzebnych strapień. 

- Co to takiego? - wykrzyknął Scott. 

Abbey spojrzała w dół. Na zielonym tle, niby-dywanie utkanym z 

nici  o  różnych  odcieniach,  wił  się  srebrzysty  wąż,  tak  długi,  że  nie 

widać było ani jego łba, ani ogona. 

- Rurociąg - wyjaśnił Sawyer. 

Abbey,  która  była  świeżo  po  lekturze  kilku  książek  o  Alasce, 

niczym  studentka  w  przeddzień  egzaminu  z  geografii,  wiedziała,  że 

rurociąg  ów  ciągnął  się  na  przestrzeni  blisko  tysiąca  trzystu 

kilometrów  i  kończył  się  w  Valdez,  najdalej  wysuniętym  na  północ 

porcie, który nie zamarzał zimą. 

Poczęli  się  zniżać,  co  oczywiście  było  sygnałem,  że  zbliżają  się 

do  Hard  Luck.  Kształty  na  dole  jęły  nabierać  wyrazistości  i 

odrębności.  Wreszcie  pojawiło  się  miasteczko  -  dwa  szeregi  domów 

usytuowanych  po  obu  stronach  dość  szerokiej  nie  utwardzonej  ulicy. 

W oddali za miastem ujrzała kilka rozrzuconych tu i ówdzie domków. 

I to w zasadzie wszystko. 

background image

Abbey  zaczęła  liczyć  domy  w  mieście.  Zdążyła  dojść  do 

dwudziestu  dziewięciu,  gdyż  dotknęli  kołami  płyty  lotniska.  Co 

najdziwniejsze,  pas  również  nie  był  betonową  wstęgą,  tylko  raczej 

czymś  w  rodzaju  odcinka  żwirowego  gościńca.  A  mimo  to 

wylądowali  z  taką  miękkością,  że  gdyby  w  tej  chwili  czytała  na 

przykład gazetę, w ogóle nie zauważyłaby, że osiedli na ziemi. 

Zawrócili  i  pokołowali  ku  niskiemu,  podłużnemu barakowi.  Gdy 

Sawyer  gasił  silnik,  z  baraku  wyskoczył  mężczyzna  wyglądający  na 

drwala. Dopadł do unieruchomionej już maszyny i otworzył drzwi. 

-  Jak  się  masz  -  huknął,  wsadzając  głowę.  -  Witaj  w  Hard  Luck. 

Jestem John Henderson. 

- Dzień dobry - odpowiedziała Abbey. 

Nagle  głowa  Johna  znikła  jak  za  dotknięciem  czarodziejskiej 

różdżki i zaraz pojawiła się inna. 

- Sie masz. Jestem Ralph Ferris. 

Po  kilku  sekundach  zaroiło  się  od  głów,  wzbierała  lawina 

powitań. 

-  Na  miłość  boską,  chłopy  -  wykrzyknął  Sawyer  -  nie  róbcie  z 

siebie komediantów, tylko pozwólcie wyjść pasażerom. 

Słowa  te  trochę  otrzeźwiły  witających,  którzy  cofnęli  się  i  dali 

wolne  przejście.  Abbey  wyszła  ostatnia.  Ustawieni  w  szeregu 

mężczyźni  stali  na  baczność  niczym  wojsko  gotowe  do  inspekcji.  I 

jeśli  nawet  któregoś  z  nich  zaskoczył  widok  dzieci,  nie  dali  tego  po 

sobie poznać. 

background image

Abbey  powitała  wszystkich  promiennym  uśmiechem,  ale 

ponieważ  Sawyer  zostawił  ich  na  pastwę  losu,  niknąc  za  drzwiami 

baraku, nie bardzo wiedziała, co ma zrobić.  

Z prawej strony wyłoniła się wysoka szczupła kobieta o chłopięco 

przystrzyżonych siwych włosach. 

-  Witamy  w  Hard  Luck.  Jestem  Pearl  Inman.  I  naprawdę  trudno 

mi  wyrazić  -  potrząsała  serdecznie  dłonią  Abbey  -  jak  jesteśmy 

szczęśliwi, że będziemy mieć wreszcie bibliotekarkę. 

-  Dziękuję  za  miłe  słowa.  To  są  moje  dzieci,  Scott  i  Susan. 

Cieszymy  się,  że  znaleźliśmy  się  w  Hard  Luck,  które  odtąd  ma  być 

naszym domem. - Zauważyła, że w odróżnieniu od pana O'Hallorana, 

tam  na  lotnisku  w  Fairbanks,  nikogo  tutaj  nie  zaskoczył  i  nie 

rozwścieczył widok jej dzieci. 

- Musicie być zmęczeni. 

-  Trzymamy  się  całkiem  dobrze.  -  Czuła  od  kilku  minut  nowy 

przypływ energii. 

-  Czy  są  tutaj  chłopcy  w  moim  wieku?  -  zapytał  Scott,  którego 

bynajmniej nie krępowała szeroka publiczność. 

Pearl była w tej chwili samym uśmiechem. 

- Ależ oczywiście. Na przykład Ronny Gold, który rozbija się po 

całym  mieście  na  swoim  rowerze.  Przypuszczam,  że  masz  około 

dziesięciu  lat,  więc  jesteście  rówieśnikami.  A  Chrissie  Harris, 

córeczka naszego szeryfa, to idealna przyjaciółka dla ciebie, Susan. 

Dziewczynka pisnęła z radości jak myszka. 

- A czy żyją tu jeszcze Indianie? - dopytywał się Scott. 

background image

-  Tak,  Atabaskowie.  Z  tym  że  w  naszej  okolicy  zostało  już 

niewiele rodzin. Na pewno będziesz miał okazję ich spotkać. 

Abbey  poczuła  ukąszenie.  Ujrzała  na  lewym  przedramieniu 

dużego komara. Strzepnęła go. 

Pearl zauważyła ten gest. 

- W czerwcu i w lipcu mamy tu plagę komarów. Ale dysponujemy 

też środkami, które łagodzą ukąszenia i odpędzają owady. 

Abbey  spodziewała  się  bardziej  śniegu  na  Alasce  niż  plagi 

komarów. 

-  A  teraz  zapraszamy  na  posiłek  do  restauracji  Bena  - 

kontynuowała Pearl. - Musicie być bardzo głodni. 

-  Zjadłabym  konia  z  kopytami  -  szczerze  wyznała  Abbey  i 

uśmiechnęła się nieśmiało. 

Pearl odpowiedziała szerokim uśmiechem. 

- Mam nadzieję, że Ben ma to danie w swoim jadłospisie. 

 

Dzieci.  Sawyer  tylko  siebie  mógł  winić  za  to,  że  Abbey 

Sutherland  sprawiła  mu  taką  niespodziankę.  To  on  przecież 

własnoręcznie zredagował kwestionariusz z pytaniami, wśród których 

zabrakło  jednego,  być  może  najważniejszego.  Jaką  więc  miał 

gwarancję, że inne zaakceptowane przez Christiana kandydatki też nie 

przyjadą z dziećmi? Wręcz brakowało mu odwagi, by roztrząsać w tej 

chwili tę kwestię. 

Nalał  sobie  kawy  z  elektrycznego  dzbanka  i  upił  łyk.  Uczynił  to 

nieostrożnie  i  sparzył  sobie  usta.  Lecz  nawet  gdyby  runął  mu  w  tej 

background image

chwili na głowę dach baraku, i tak najważniejszą pozostałaby sprawa 

Abbey  i  jej  dzieci.  Co  właściwie,  do  jasnej  cholery,  miał  z  nimi 

począć?  Nie  mógł  niczego  zarzucić  Scottowi  i  Susan.  Były  to  miłe  i 

urodziwe  szkraby.  Tyle  że  stwarzały  komplikacje,  których  nie 

przewidział. 

Przede  wszystkim  nie  mógł  umieścić  matki  z  dziećmi  w  domku 

myśliwskim,  gdzie  cała  mieszkalna  przestrzeń  nie  przekraczała 

rozmiarami  dużej  sypialni.  Te  domki  nie  były  przystosowane  do 

stałego  w  nich  zamieszkiwania.  Nieważne,  że  na  początku  starał  się 

wyperswadować  tym  napalonym  głupcom pomysł  ulokowania kobiet 

w  tych  domkach.  Ważne,  że  w  końcu  się  zgodził  i  nawet  wziął 

aktywny udział w akcji remontowej. 

Przeciągnął  dłonią  po czole  i  sapnął  jak  mors.  Abbey  Sutherland 

jawiła  mu  się  jako  skomplikowana  zagadka.  Co  spowodowało,  że 

wybrała wygnanie na kraj świata? Nie przetrzyma nawet jesieni, a co 

dopiero mówić o zimie. Wiedział to z taką samą pewnością, jak to, że 

ma na imię Sawyer. 

A  może  Hard  Luck  wybrała  sobie  jako  azyl?  Uciekła  przed 

mężem  tak  daleko,  aby  ten  nie  mógł  jej  odnaleźć.  Kim  był  ten 

człowiek? Okrutnikiem i gwałtownikiem czy też może zwykłą fujarą, 

której nie udawało się zarobić na rodzinę? 

Sawyer  nie  uważał  się  za  eksperta  od  spraw  kobiecych. 

Brakowało  mu  doświadczenia,  a  poza  tym  większość  swego  życia 

spędził w towarzystwie mężczyzn. Co najwyżej lubił głosić, że zna się 

na ludzkich charakterach. 

background image

Miał  za  sobą tylko  jeden  poważniejszy  romans,  który  zresztą  nie 

trwał  długo.  Loreen  interesowało  wyłącznie  małżeństwo.  Kiedy  jej 

aluzje  i  napomknienia  przybrały  formę  ultimatum,  powiedział  „nie". 

Odwróciła  się,  trzasnęła  drzwiami  i  już  się  więcej  nie  spotkali.  Była 

miłą dziewczyną i szczerze ją lubił. Nie widział jej jednak w roli żony. 

Doświadczenie z Loreen rzutowało na wszystkie kobiety. Każdej 

chodziło  o  obrączkę,  każda  parła  do  formalnego  związku.  Niestety, 

obserwował  z  bardzo  bliska  małżeństwo,  z  którego  wyparowała 

miłość.  Jego  rodzice  stanowili  wyjątkowo  jaskrawy  przykład 

nieudanego współżycia. Nie chciałby powtórzyć ich błędów. I dlatego 

pozwolił  odejść  Loreen,  choć  przecież  była  niezgorszą  dziewczyną. 

Nigdy też później nie żałował swojej decyzji. 

Więc  może  wina  za  to,  że  doszło  do  rozwodu,  leżała  również  po 

stronie  Abbey?  Było  to  pytanie,  które  w  tej  chwili  musiało  pozostać 

bez odpowiedzi. Wiedział jedno: Jeżeli miał być w zgodzie  z samym 

sobą,  powinien  jutro  wsadzić  ją  do  samolotu  i  regulując  wszelkie 

koszta, wysłać z powrotem do Fairbanks i dalej do Seattle. 

Ale  wiedział  też,  że  tego  nie  zrobi.  Tych  dwudziestu  mężczyzn 

rozszarpałoby  go  na  kawałki.  Zlinczowało.  Powiesiło  na  gałęzi 

najbliższego  drzewa.  Inna  sprawa,  że  takie  dostatecznie  wysokie 

drzewo  rosło  od  Hard  Luck  w  odległości  minimum  dwustu 

kilometrów. 

Dopił  kawę,  zamknął  biuro  i  udał  się  do  lokalu  Bena. 

Zgromadziło  się  tutaj  pół  miasta.  Każdy  chciał  powitać  Abbey 

Sutherland,  pierwszą  w  Hard  Luck  bibliotekarkę.  Nie  było  już 

background image

wolnych  krzeseł.  Chcąc  nie  chcąc,  Sawyer  założył  ręce  i  oparł  się  o 

ścianę.  Szerokie  oblicze  Bena  aż  kraśniało  radością.  Był  w  siódmym 

niebie.  Zapowiadało  się,  że  dzisiejsze  wpływy  do  kasy  będą 

rekordowe.  Skakał  od  stolika  do  stolika  z  chyżością  i  lekkością 

chłopca i dla każdego miał jakieś miłe bądź zabawne słowo. 

Abbey siedziała w towarzystwie Pearl, Scotta i Susan, lecz wokół 

stolika,  niczym  pszczoły  do  miodu,  cisnęli  się  piloci.  Można  było 

sądzić,  że  jeszcze  nigdy  przedtem  nie  widzieli  młodej  kobiety. 

Chłopstwo  nie  grzeszyło  jakąś  wybitną  urodą,  może  z  wyjątkiem 

Duke'a, który mógł się z wyglądu podobać płci przeciwnej.  

Wszyscy jednak, co do jednego, byli piekielnie dobrymi pilotami. 

Biorąc  poprawkę  na  odmienność  epok,  przypominali  dawnych 

kowbojów  Dzikiego  Zachodu.  I  jak  tamtym  posłuszne  były  nawet 

najdziksze  mustangi,  tak  ci  opanowali  do  perfekcji  kunszt  pilotażu. 

Kochali swój zawód. 

Zasypywali  Abbey  pytaniami.  Odpowiadała  im  z  wdziękiem,  a 

czasem  dowcipnie.  Poznała  już  ich  imiona.  I  zawsze  bezbłędnie 

dopasowywała imię do twarzy. 

Do samotnego Sawyera podszedł Ben. 

-  Śliczna  ta  kózka,  którą  nam  przywiozłeś  -  zauważył.  -  Nie 

miałbym nic przeciwko temu, by została moją żonką. 

- Przestań gadać bzdury. 

Tak,  nie  tylko  lato  zawitało  do  Hard  Luck,  pomyślał  Sawyer. 

Wraz z ciepłem wybuchła epidemia pomieszania zmysłów. 

Ben zarechotał. 

background image

- A więc to tak. 

- Co tak? - zapytał rozdrażniony Sawyer. 

- Już ma cię na haczyku. Niebawem zaczniecie wyrywać ją sobie 

z rąk. 

Sawyer parsknął. 

- Marny z ciebie psycholog. Co mnie gnębi, to obawa, by również 

inne nie zjawiły się z dziećmi. 

- To nie wiedziałeś, że ma dzieci? 

-  Ani  ja,  ani  Christian.  Pani  Sutherland  utrzymuje,  że  nie  dał  jej 

okazji przedstawienia faktycznego stanu rzeczy. 

- Nikt w Hard Luck nie ma nic przeciwko tym dzieciakom. 

- Nie o to chodzi. 

Ben zmarszczył brwi. 

- Więc gdzie jest pies pogrzebany? 

-  Domki.  Być  może  nadają  się  dla  samotnych  osób,  ale  nie  dla 

matki z dwójką dzieci. 

Ben również oparł się o ścianę. 

- Cholera, chyba masz rację. Co zrobimy? 

-  Diabeł  wie.  W  tej  naszej  dziurze  nawet  nie  ma  domu, który  by 

można wynająć. 

- Stoi pustką dom Catherine Fletcher. 

Sawyer potrząsnął głową. Ani myślał wchodzić w jakieś stosunki 

z  rodziną  Fletcherów.  Bez  względu  na  to,  jak  bardzo  byłby 

przyciśnięty do muru. Między obu rodzinami narosło masę uprzedzeń 

background image

i  gniewu.  Przezwyciężenie  tego  równoznaczne  było  z  przesunięciem 

góry McKinley. 

Catherine  Harmon  Fletcher  podupadła  ostatnio  na  zdrowiu  i 

przebywała w szpitalu w Anchorage, blisko swojej córki. Ellen, matka 

Sawyera, przecierpiała przez nią wiele. Wprawdzie  wyjechała z Hard 

Luck  i  żyła  sobie  teraz  szczęśliwie  w  zachodniej  Kanadzie, 

wspomnienie jednak pozostało. Sawyer cieszył się szczęściem matki. 

Uważał, że w pełni na nie zasługuje po tamtych bolesnych przejściach 

przed laty. 

-  A  co  z  Pearl?  Od  dawna  już  mówi,  że  ma  zamiar  wyjechać  do 

córki - przypomniał mu Ben. 

Sawyer zawsze się wściekał, gdy mówiono o wyjeździe Pearl. Nie 

wyobrażał  sobie  bez  niej  miasta.  Faktem  jednak  było,  że  Pearl  nie 

rzucała  słów  na  wiatr,  chociaż  demon  przekory  nierzadko  w  niej 

gościł. 

-  Pearl  opuści  nas  dopiero  wówczas,  gdy  znajdziemy  jej 

zastępczynię, a ona wdroży ją do pracy - powiedział Sawyer. 

Ben smętnie pokiwał głową. Zamyślił się. 

- Nie widzę rozwiązania tej łamigłówki - rzekł po chwili. - Chyba 

jednak będziesz ją musiał odesłać z powrotem. 

- Wiem. 

- I zamierzasz to zrobić? 

Sawyera coś ścisnęło za gardło. 

- A czy mam inne wyjście? 

background image

- Cóż, nastąpiło pewne nieporozumienie i nikt tu nie ponosi winy. 

Powinna była powiedzieć Christianowi o tych dzieciach. 

Ucisk w gardle stał się prawie bolesny. 

- A może to on powinien był zapytać? 

Zresztą nieważne. Nie było domu dla Abbey i jej dzieci i dlatego 

będą musieli wyjechać. 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Sawyer  wiedział,  że  mówiąc  wprost  Abbey  o  konieczności 

wyjazdu, nie zyska sobie tym popularności wśród współmieszkańców 

Hard  Luck.  Dlatego  po  rozważeniu  całej  sprawy  postanowił,  że 

najlepiej będzie doprowadzić niejako ją samą do podjęcia tej decyzji. 

Poczekał,  aż  wokół  stolika  Abbey  zrobiło  się  więcej  wolnej 

przestrzeni, i przystąpił do działania. 

- Pokażę teraz pani jej domek - rzekł, podchodząc. 

Spojrzała nań z pewnym zaskoczeniem. 

- Doceniam pana troskę. 

- Sawyer - powiedziała Pearl, ujmując go za ramię. 

Domyślał  się,  co  mu  pragnie  w  ten  sposób  przekazać.  Podobnie 

jak  on,  Pearl  już  dawno  musiała  uświadomić  sobie,  że  Abbey  nie 

może  mieszkać  wraz  z  dziećmi  w  oddalonym  od  miasta,  dopiero  co 

połatanym myśliwskim domku. 

- Kiedy pokażesz mi swojego psa? - zapytał Scott. 

- Niebawem - obiecał Sawyer. 

background image

Eagle  Catcher  odnosił  się  z  nieufnością  do  obcych.  Dopiero  po 

kilku  wizytach  w  domu  Sawyera  pozwalał  im  się  do  siebie  zbliżać. 

Wynikało  stąd,  że  zanim  chłopiec  i  pies  zaprzyjaźnią  się,  Scotta  nie 

będzie już w Hard Luck. 

- A ja chciałabym zobaczyć bibliotekę, jeśli nie sprawi to nikomu 

kłopotu - powiedziała Abbey. 

- Oczywiście - rzekł Sawyer przyjacielskim tonem. - Ale najpierw 

domek. 

Gnębiło  go  poczucie  podwójnej  winy.  Wobec  Abbey  i  wobec 

matki.  Ellen  z  pewnością  bolała  nad  tym,  że  jej  podarowane  miastu 

książki leżą odłogiem. Jakaż byłaby jej radość, gdyby dowiedziała się, 

że już tak nie jest. Wsiedli we czworo do furgonetki Sawyera i ruszyli 

główną  ulicą.  Minęli  kilka  bezimiennych  przecznic,  gdyż  nikt  dotąd 

nie zadał sobie trudu nadania im nazwy. 

-  Co  to  za  śmieszny  dom  na  palach?  -  zapytała  Susan  i 

zachichotała. 

- Nazywamy go kryjówką. Przechowujemy tam zapasy jedzenia, a 

obite blachą pale są po to, by uchronić żywność przed niedźwiedziami 

i innymi czworonożnymi rabusiami. 

-  Czytałem,  że  na  Alasce  żyje  mnóstwo  polarnych  niedźwiedzi  - 

powiedział Scott. 

- Czy ta „kryjówka" nadal jest używana? - zapytała Abbey. 

- Myślę, że tak. Nie wiem, co Pete trzyma w niej latem, lecz zimą 

używa jej jako zamrażarki. 

background image

- Ależ ze mnie ignorantka. Myślałam, że zastanę tu jeszcze śnieg 

lub  przynajmniej  jego  resztki.  -  Abbey  najwyraźniej  starała  się 

podtrzymywać rozmowę. 

-  Nie  nazwałbym  tego  ignorancją.  Ostatnie  płachty  śniegu, 

szczególnie  te  w  nieckach  i  załomach,  znikły  dopiero  kilka  tygodni 

temu. A mieliśmy wyjątkowo ciepłą wiosnę. 

Sawyer miał oto wspaniałą okazję, by powiedzieć jej, jak srogie i 

bezlitosne bywają tu zimy i jak monotonnie wówczas toczy się życie, 

ale  zląkł  się,  że  Abbey  domyśli  się  jego  intencji.  Wolał  subtelniej 

wpływać na jej decyzję powrotu do Seattle. 

-  Czy  to  jest  szkoła?  -  zapytał  Scott,  pokazując  palcem  na  dość 

typowy budynek po lewej. 

-  Tak.  Mamy  dwie  nauczycielki.  Jedna  opiekuje  się  maluchami, 

druga  starszymi  dziećmi.  W  ostatnim  roku  chodziło  do naszej  szkoły 

dokładnie dwudziestu uczniów. 

-  Ben  wspomniał  mi,  że  do  tych  dwóch  nauczycielek  niebawem 

dołączyć ma trzecia - powiedziała Abbey. 

- Zgadza się, niejaka Bethany Ross. Przydałaby się zresztą jeszcze 

jedna. 

Koszty  oświaty  pokrywały  władze  stanowe.  Ze  stanowych  też 

funduszy wybudowano dla personelu mieszkania. Nowa nauczycielka 

miała  zamieszkać  w  domu,  który  przy  chatce  Abbey  mógł  się 

wydawać pałacem. 

Minęli  rogatki  miasta,  a  „wiejskiego  domku"  Abbey  ciągle  nie 

było  widać.  W  samochodzie  zapadło  milczenie.  W  pewnym 

background image

momencie  Abbey  odwróciła  się  i  spojrzała  za  siebie,  jakby  pragnąc 

ocenić  odległość  dzielącą  ich  od  zwartej  zabudowy.  Twarz  miała 

poważną,  lecz  trudno  było  Sawyerowi  zgadnąć,  czy  już  coś 

przeczuwa. 

W  końcu  w  tumanach  kurzu  wzbijanych  przez  koła  samochodu 

dojechali  na  miejsce.  Domki  myśliwskie  tworzyły  coś  w  rodzaju 

kolonii  i  niewiele  się  różniły  od  skupiska  domków  kempingowych. 

Światło  słoneczne  bezlitośnie  demaskowało  ich  sfatygowane  przez 

czas i żywioły fasady i dachy. Sawyera zalała fala wstydu. 

- Czy to są te „wiejskie domki", o których mówił mi pana brat? - 

zapytała  Abbey  na  pozór  spokojnym  głosem,  ale  jej  szok  był 

ewidentny. 

- Tak. - Sawyer nigdy jeszcze nie czuł się tak paskudnie. 

- I mamy tu zamieszkać? 

- Obawiam się, że tak. 

- To wygląda jak ta kryjówka na mięso, tyle że nie stoi na palach - 

powiedział Scott. 

Sawyer  milczał.  Całkowicie  zgadzał  się  z  tą  oceną.  Abbey 

wysiadła  z  furgonetki.  Znikła  we  wnętrzu  domku,  przed  którym  się 

zatrzymali.  Sawyer  nie  poszedł  za  nią.  Wiedział,  na  co  w  tej  chwili 

patrzy  swym  zrozpaczonym  wzrokiem.  Na  pojedyncze  łóżko, 

brzuchaty  piec  kuchenny,  stół  zbity  z  surowych  desek,  solidne,  lecz 

brzydkie krzesło, półki z glinianymi i żeliwnymi naczyniami... 

background image

Tak  było  faktycznie.  Abbey  przeskakiwała  wzrokiem  od 

przedmiotu  do  przedmiotu,  a  rozczarowanie  kładło  się  na  jej  piersi 

nieznośnym ciężarem. Dołączyły do niej dzieci. 

- Mamo, nie możemy tutaj zamieszkać - oświadczył Scott. 

- Ten dom rzeczywiście okazał się mniejszy, niż oczekiwałam. 

-  To  nie  jest  żaden  dom, tylko  buda dla  psa  -  wybuchnęła  bliska 

płaczu Susan. 

-  Tu  nie  ma  nawet  łazienki,  tylko  drewniana  wygódka  - 

podsumował Scott bezlitośnie. 

- Co to jest wygódka? - zapytała Susan. 

-  To  taka  zbita  z  desek  skrzynka,  gdzie  dziewczynki  w  twoim 

wieku spędzają pół dnia, jeśli nie chcą mieć mokrych majtek - odparł 

uszczypliwie brat. 

-  Przestańcie  -  powiedziała  Abbey  błagalnym  głosem,  po  czym 

wyszła na dwór. 

- Co z tymi dwudziestoma akrami ziemi? - zapytała, podchodząc 

do  Sawyera,  który  mimo  wszystko  zdecydował  się  wysiąść  z 

samochodu. 

Spodziewał  się  wszystkiego.  Że  wypadnie  z  krzykiem  i  nazwie 

ich  oszustami  i  łgarzami.  Że  z  miejsca  zażąda,  by  zawiózł  ją  i  jej 

dzieci  na  lotnisko.  Że,  załamana,  wybuchnie  płaczem.  Ale  nie 

spodziewał się, że zapyta go o te akry. 

-  Ziemia  ta  znajduje  się  kilkanaście  kilometrów  stąd.  Mam  w 

biurze mapę terenu i przy okazji pokażę pani to miejsce. 

background image

-  A  ja  w  swej  naiwności  sądziłam,  że  mieszkając  tu,  będę 

mieszkała na swojej ziemi. 

Spoglądała nań z gniewnym  wyrzutem. Zasługiwał  w pełni na to 

potępienie. Bądź co bądź to on podjął ostateczną decyzję. 

- I co teraz zrobimy? - zapytał Scott, spoglądając na matkę.  

Na  twarzy  chłopca  malowała  się  rozpacz,  jakby  nagle  runęły  w 

proch i  pył  wszystkie  jego  marzenia.  Abbey  przeniosła  wzrok  gdzieś 

na linię horyzontu. 

-  Cóż  -  odparła  w  zamyśleniu  -  musimy  postarać  się  o  piętrowe 

łóżko i dwa krzesła. 

- Ależ, mamusiu... 

- Potraktujemy to jako zabawę w pionierów. 

- Nie chcę się bawić - jęknęła Susan. 

-  Wierz  mi,  kochanie,  ta  zabawa  może  okazać  się  ciekawa.  - 

Pogładziła  córeczkę  po  główce,  po  czym  zwróciła  się  do  Sawyera:  - 

Myślę, że najwyższy czas zobaczyć bibliotekę. 

Kompletnie  go  to  zaskoczyło.  Ze  słów  Abbey  wynikało,  że 

podjęła  już  decyzję.  Lecz  nie  była  to  decyzja,  jakiej  oczekiwał. 

Równocześnie  miał  wrażenie,  że  Abbey  chce  zyskać  na  czasie. 

Ostatecznie  wszystko,  co powiedziała, powiedziała  do  swoich dzieci. 

Zaproponowała im pewną zabawę, którą odrzuciły. Więc może chwila 

podjęcia jedynej rozsądnej decyzji jeszcze nie nadeszła? 

Wsiedli  z  powrotem  do  furgonetki.  Podróż  do  miasta  minęła  w 

milczeniu.  Gasząc  silnik,  Sawyer  zauważył,  że  ma  spocone  dłonie. 

Dom przeznaczony na bibliotekę zbudował jeszcze jego dziad. Adam 

background image

O'Halloran przybył tu na początku lat trzydziestych. Znęciło go złoto 

Alaski, lecz zamiast zbić fortunę, położył podwaliny pod miasto. Trzy 

dość obszerne pokoje zawalone były tekturowymi pudłami, w których 

znajdowały się książki. 

-  Potrzebuję  półek  -  powiedziała  Abbey  z  pobladłą  od  kolejnego 

rozczarowania  twarzą.  -  Nie  mogę  przecież  trzymać  książek  w 

pudłach na podłodze. 

-  Regały  zostały  w  domu  mojej  matki.  Dopilnuję,  by  zaraz  jutro 

rano przeniesiono je tutaj. 

Rzuciła mu krótkie spojrzenie. 

- Czy dom pana matki jest pusty? 

Domyślał się, dlaczego zadała mu to pytanie. 

- Tak i nie. Moja matka ponownie wyszła za mąż i przeniosła się 

do  Kanady.  W  jej  domu  mieszka  Christian,  jak  pani  wie,  chwilowo 

nieobecny. 

- Rozumiem. 

W  otwartych  drzwiach  pojawił  się  jakiś  chłopiec.  Miał  oczy 

łobuziaka i przemiłą twarz. Powiedział, że nazywa się Ronny  Gold, i 

zaproponował Scottowi i Susan wspólną zabawę. 

- Mamo, czy możemy? 

Kiwnęła głową. 

- Tylko wracajcie za pół godziny. 

Kiedy  dzieci  wypadły  na  dwór,  Abbey  zajęła  się  pobieżnym 

przeglądaniem  książek.  Otwierała  przypadkowo  wybrane  pudła, 

wyjmowała  z  nich  na  chybił  trafił  jakąś  książkę,  rzucała  okiem  na 

background image

kartę tytułową, sprawdzała stan okładek, po czym odkładała wolumin 

na  miejsce.  Wszystko  to  robiła  z  szacunkiem  i  dbałością.  Była  nie 

tylko bibliotekarką. Była też bibliofilką. 

Sawyer nie mógł już dłużej czekać. 

- To nie ma sensu, Abbey - powiedział, używając po raz pierwszy 

jej  imienia,  jakby  chciał  intymnością  formy  odebrać  słowom  ich 

ostrze.  -  Winię  siebie  za  ten  pomysł  ściągnięcia  was  do  Hard  Luck. 

Moja odpowiedzialność jest tu większa od odpowiedzialności innych. 

-  Chcesz,  żebym  wyjechała?  -  spytała  zdumiewająco  spokojnym 

głosem, również przechodząc na „ty". 

Nie  mógł  odpowiedzieć  jej  na  to  pytanie.  Nie  chciał  jej 

oszukiwać. Stwierdził z zaskoczeniem, że z chęcią poznałby bliżej tę 

kobietę.  Schował  się  jakby  za  tarczą.  Był  wściekły  na  siebie,  na 

Abbey,  na  Christiana.  Na  cały  świat.  Synowie  północy  -  jego 

wspaniali piloci - nie ponosili tu jedynej winy. 

- Wprowadziłaś Christiana w błąd. 

- Ja? Ja go wprowadziłam w błąd? - wykrzyknęła bliska histerii. - 

To najzwyklejsza zniewaga. 

-  Ani  słóweczkiem  nie  wspomniałaś  mu  o  dzieciach.  Powinnaś 

była być bardziej szczera w rozmowie z moim bratem. 

-  To  już  szczyt  hipokryzji!  Powiedziano  mi,  że  wraz  z  pracą 

otrzymam  dom  i  ziemię.  A  zawieziono  mnie  do  psiej  budy.  Ja  nie 

złamałam umowy. Jestem tu i... 

- Ugodziłaś w ducha umowy. 

background image

-  Och,  dość!  Z  tą  ziemią  to  również  oszukaństwo.  Leży  nie 

wiadomo  gdzie,  zapewne  gdzieś  w  sercu  tundry,  i  chyba  tylko  na 

koniu lub helikopterem można tam dotrzeć. 

Wypuszczała  strzałę  za  strzałą.  Wszystkie  trafiały  w  cel.  Mógł 

zbudować swoją obronę na kłamstwie i bezczelności, lecz nie leżało to 

w jego charakterze. 

-  W  porządku,  popełniliśmy  błąd  i  chcę  go  przynajmniej 

częściowo  naprawić.  Wszystkie  koszta  twojego  powrotu  biorę  na 

siebie. 

- Zostaję. Podpisałam umowę i mam zamiar dotrzymać jej wbrew 

wszystkiemu. 

Nie wierzył własnym uszom. 

- Nie możesz! 

Jej brązowe oczy zabłysły ogniem. 

- Dlaczego? 

-  Widziałaś  dom.  Trzy  osoby  w  żaden  sposób  nie  mogą  w  nim 

mieszkać. Latem to jeszcze pół biedy, lecz zimą... 

-  Powiedziałam:  zostaję  i  nikt  i  nic  nie  odwiedzie  mnie  od  tej 

decyzji  -  rzekła  z  determinacją,  jakiej  jeszcze  Sawyer  nie  widział  u 

kobiety. 

Wzruszył ramionami. 

- Jak uważasz. 

Teraz  kierowała  się  emocjami.  Lecz  już  jutro  rano  zjawi  się  u 

niego z prośbą, by natychmiast odstawił ją do Fairbanks i umieścił w 

samolocie do Seattle. Nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości. 

background image

Godzinę  później  Abbey  siedziała  na  skraju  wąskiego  łóżka  i 

próbowała zebrać myśli. Już dawno  nie miała takiej ochoty na płacz. 

Pod pewnymi względami obecna sytuacja przypominała końcową fazę 

jej  małżeństwa.  Teraz  też  czuła  się  zmuszona  do  przyznania  się  do 

błędu. 

Błąd  nie  polegał  na  tym,  że  przyjęła  tę  pracę.  W  tej  sprawie  nie 

mogła  niczego  sobie  zarzucić.  Postępowała  nader  ryzykownie,  nie 

chcąc opuścić Hard Luck. Stworzyła sobie w Seattle wyidealizowany 

obraz  tego  miasta.  Bezpośrednie  zetknięcie  się  z  rzeczywistością 

zaowocowało  rozczarowaniem.  Zawiodła  się  już  tyle  razy  w  swym 

życiu, że te doświadczenia powinny były ją przecież czegoś nauczyć. 

Mogła  winić  tu  tylko  siebie.  Ojciec  ostrzegał  ją,  że  dom  i 

dwadzieścia  akrów  ziemi  to  propozycja  zbyt  szczodra,  by  była 

prawdziwa.  I  nawet  przyznała  mu  rację.  Bo  to  nie  obietnica  domu  i 

ziemi przywiodła ją do tego północnego kraju. Tęskniła za życiem  w 

społeczności,  której  będzie  aktywną  cząstką.  Społeczności,  w  której 

zna  się  sąsiadów  i  ufa  im.  No  i  oczywiście  porwał  ją  pomysł 

urządzenia biblioteki. 

Przyjechała  tu,  by  odcisnąć  na  tej  jeszcze  dziewiczej  ziemi  swój 

znak. Uciec przed anonimowością wielkiego miasta. Uchronić Scotta i 

Susan  przed  zalewem  gwałtu,  okrucieństwa,  narkomanii  i  zwykłej 

wulgarności.  Dzieciaki  na  widok  tej  prymitywnej  chatki  doznały 

głębokiego  wstrząsu,  lecz  była  z  nich  dumna,  że  tak  prędko  się 

pozbierały. Scott nawet uznał, że nie jest tu wcale tak fatalnie, a Susan 

była zachwycona swoją nową przyjaciółką, Chrissie Harris. 

background image

Przed dom zajechał samochód. Poderwała się z łóżka i wyszła na 

próg. 

-  Przywiozłem  wasze  bagaże  -  wykrzyknął  Sawyer,  wychylając 

głowę z szoferki. 

I  zanim  zdążyła  zareagować  jak  prawdziwa  właścicielka  tych 

sześciu waliz, umieścił je w domku, w którym teraz zrobiło się jeszcze 

ciaśniej. 

Pomimo cierpkich słów i oskarżeń, którymi zasypał ją na lotnisku 

w  Fairbanks  i  w  bibliotece,  Abbey  polubiła  Sawyera.  Widziała  jego 

minę, gdy pokazywał jej ten „wiejski domek". Zgadywała jego wstyd i 

dezaprobatę  roli,  jaką  musiał  spełnić.  Wyczuwała  też,  iż  wcale  nie 

zależy mu na tym, by wyniosła się stąd. Wręcz odwrotnie, pragnął ją 

tutaj zatrzymać. Chciał, by zamieszkała w Hard Luck. 

Oznaczało  to,  że  w  przeciągu  tych  kilku  godzin  znajomości 

poznała  go  lepiej,  niż  on  sam  znał  siebie.  Być  może  grzeszyła  tu 

pychą, jednak wewnętrzny głos utwierdzał ją w tym przekonaniu. 

- Przepraszam, że obwiniłem ciebie za błędy Christiana. Człowiek 

niekiedy sam nie wie, co gada. 

- Przyjmuję przeprosiny. - Wyciągnęła rękę i ich dłonie spotkały 

się. 

-  Nie  musisz  zostawać  w  Hard  Luck.  Nikt  nie  będzie  miał  do 

ciebie  pretensji  czy  żalu,  że  postąpiłaś  zgodnie  ze  zdrowym 

rozsądkiem. 

Głęboko westchnęła. 

- Niczego nie rozumiesz. Nie mogę wrócić. 

background image

- Dlaczego? - zapytał, marszcząc brwi. 

- Sprzedałam samochód, by kupić dzieciom bilety. 

- Powiedziałem ci już, że koszta powrotu biorę na siebie. 

-  Jest  jeszcze  coś  innego.  Wszystko,  co  posiadam,  a  więc  meble, 

zastawę,  sprzęt  kuchenny  i  tak  dalej,  nadałam  na  statek  płynący  na 

Alaskę. Ma przypłynąć w przyszłym miesiącu. 

Uderzył otwartą dłonią w blat stołu. 

- Ależ galimatias. Twoje meble dotrą tylko do Fairbanks. Nie ma 

drogi do Hard Luck. 

Osłupiała. 

-  Christian  wyraźnie  wspomniał  mi  o  jakiejś  drodze.  Nawet 

zdawał się być z niej dumny. 

-  Christian  to  duży  dzieciak.  Trakt,  o  którym  mówił,  jest 

przejezdny wyłącznie zimą. Przecina bowiem dwie rzeki i muszą one 

najpierw zamarznąć, by można było z niego korzystać. 

- A więc to tak. 

- Przykro mi, Abbey. 

Miała  już  dość  tych  jego  deklaracji  współczucia.  Odrzuciła  do 

tyłu głowę. 

- W takim razie poczekam do zimy. Zresztą i tak - dodała lekkim 

tonem - nie miałabym gdzie postawić dużej otomany i trzydrzwiowej 

szafy. 

-  Myślę,  że  nie.  -  Uśmiechnął  się.  -  Muszę  wracać  do  swoich 

obowiązków. 

- Dzięki za przywiezienie walizek. 

background image

- Drobnostka. 

Do środka wpadł jak bomba Scott, a zaraz za nim jakiś duży pies. 

- Mamusiu, znalazłem psa. Spójrz, jaki piękny. Ciekawe, do kogo 

należy. 

-  Właściciel  stoi  przed  tobą,  kawalerze  -  odezwał  się  Sawyer, 

patrząc  na  umizgi  psa  i  pieszczoty  chłopca  szeroko  otwartymi  ze 

zdumienia oczami. - To Eagle Catcher. 

Kilka  godzin  później,  wieczorem,  Sawyer  siedział  przed 

kominkiem, na którym pełgał chybotliwy płomień, i trzymał w rękach 

książkę. Eagle Catcher leżał na plecionej macie i zdawał się drzemać. 

Książka, okazało się, nie należała do zbyt interesujących. Lecz nawet 

gdyby  była  przebojową  sensacyjną  powieścią,  Sawyer  wątpił,  by 

cokolwiek zdołało oderwać jego myśli od Abbey i jej dzieci. 

Raz  tylko  w  swoim  życiu  Sawyer  odczuwał  strach.  Było  to 

wówczas, gdy umierał jego ojciec. Teraz ponownie się bał. Bał się, że 

Susan  i  Scott  mogą  w  pobliżu  domu  natknąć  się  na  niedźwiedzia. 

Zamartwiał  się  też  ogromną  liczbą  innych  niebezpieczeństw,  które 

mogą  się  im  przydarzyć.  Najgorsze  zaś,  że  nie  widział  środków 

zaradczych. 

Emily O'Halloran, ciotka, której nigdy nie znał i która nie zdążyła 

zostać  na  dobre  jego  ciotką,  zaginęła  w  tundrze  jako  pięcioletnia 

dziewczynka. W jednej minucie bawiła się w pobliżu domu rodziców, 

a w następnej już jej nie było. Znikła. Bez najmniejszego śladu. 

Rozpacz matki, czyli babki Sawyera, nigdy właściwie nie została 

utulona.  Emily  była  jej  jedyną  córką.  To  Anna  O'Halloran  ochrzciła 

background image

miasto.  Nazwa  Hard  Luck  miała  uwiecznić  niepowodzenie,  a 

właściwie  klęskę  jej  męża  jako  poszukiwacza  złota.  Tajemnicza 

śmierć córki wpisała w tę nazwę stokroć gorszą tragedię. 

Troska  o  Abbey  i  jej  dzieci  właściwie  zepsuła  Sawyerowi 

wieczór.  Miał  tylko  nadzieję,  że  rankiem  nie  będzie  to  już  ta  sama 

Abbey,  śmiała,  lekkomyślna  i  dumna.  Ujrzy  ją  na  progu  swojego 

domu, gotową wracać do Seattle. 

Eagle  Catcher  dźwignął  się  na  cztery  łapy  i  podszedł  do  swego 

pana. Złożył mu łeb na kolanach. 

-  Zadziwiasz  mnie,  stary  -  powiedział  Sawyer,  drapiąc  psa  w 

ucho. 

Był świadkiem sceny, która wciąż jeszcze przekraczała zdolności 

jego pojmowania. Eagle Catcher, tak nieufny wobec obcych i groźny, 

zaprzyjaźnił się ze Scottem w przeciągu minuty. Wyrwał się z domu, 

pobiegł  za  furgonetką  i  trafił  jak  gdyby  na  swego  dawnego  kumpla. 

Zdumiewające! 

- Lubisz Scotta, co? 

Eagle Catcher zaskomlał na znak potwierdzenia. 

- Wiesz, ja też go lubię. 

I nie tylko chłopca. Również Abbey i Susan. A przecież, pragnąc 

ich dobra, chciał, by opuścili Hard Luck jak najszybciej.  

 

Po  dwóch  dniach  pobytu  w  nowym  miejscu  Abbey  patrzyła  na 

swoją  chatynkę  już  z  pewną  sympatią  i  ciepłem.  Oczywiście,  brak 

wygód  doskwierał  bardzo.  Życie  całej  trójki  toczyło  się  jak  na 

background image

kempingu.  Brakowało  prysznica  i  kuchenki  gazowej,  ale  za  to,  jak 

mówił Scott, mieli masę świeżego powietrza. 

Do wolno stojącego kibla też można było się przyzwyczaić. Lato 

na  północy  to  okres  całkiem  przyjemny.  Ciesząc  się  słonecznymi  i 

ciepłymi  dniami,  Abbey  nie  zapominała  wszakże  o  ostrzeżeniach 

Sawyera. Zima prędzej czy później i tak musiała nadejść. 

Praca  w  bibliotece  napełniała  ją  niekłamanym  entuzjazmem. 

Kochała  książki,  wyznawała  duchowe  hierarchie,  a  tworzenie  od 

podstaw biblioteki było niczym budowanie świątyni ducha. Czuła, że 

zaprowadza porządek w uniwersum serca, wyobraźni i rozumu. 

Wypełniała  właśnie  kolejną  kartę  katalogową,  gdy  drzwi  się 

otworzyły i weszła Pearl Inman. 

- Jak idzie? - zapytała, rozglądając się po regałach, na których tu i 

ówdzie stały już książki. 

Jak 

zawsze 

na 

początku... 

Trochę 

niepotrzebnego 

bałaganiarstwa, zbyt długie wahania się, ale już chwytam rytm. 

- Przyniosłam kawę. Masz ochotę na pogawędkę? 

- Jasne, tylko wyjrzę na dzieciaki. 

Dzieciarnia  szalała,  lecz  były  to  szaleństwa  pokrzepiające  na 

duchu. Scott oczywiście bawił się z  Ronnym  w  Indian i pionierów, a 

Susan i Chrissie przylgnęły do siebie niczym papużki nierozłączki. 

Abbey wróciła do Pearl, która nalała już im do kubków kawy. 

- Czy widziałaś ostatnio Sawyera? - zapytała starsza pani. 

- Znikł mi całkowicie z horyzontu. Ma swoją pracę, a ja swoją. 

background image

- Wraz z twoim przyjazdem, w odróżnieniu od innych, pogorszył 

mu się nastrój. Obwinia siebie o ten domek i wiele innych rzeczy. Nie 

widziałam go takim od śmierci jego ojca. 

- Co przydarzyło się jego ojcu? 

- David zginął w wypadku. Wracał wraz z Sawyerem z wyprawy 

na  ryby  i  coś  się  zepsuło  w  silniku  samolotu.  Musieli  lądować  na 

nierównym,  porośniętym  krzakami  terenie.  Doszło  do  wywrotki  i 

roztrzaskania  się  maszyny.  Nim  nadeszła  pomoc,  David  zmarł 

wskutek odniesionych ran. 

Abbey  zamknęła  oczy.  Wyobraziła  sobie  Sawyera  pochylonego 

gdzieś w głuszy nad konającym, broczącym krwią ojcem. 

- To straszne. 

- Po tym wypadku stał się całkiem innym człowiekiem. Również 

Hard Luck stało się inne. Ellen wyjechała z nowym mężem. Catherine 

Fletcher zapamiętała się w bólu. 

- Przepraszam, czy już poznałam Catherine? - zapytała Abbey, nie 

bardzo pojmując, dlaczego w relacji Pearl pojawiła się ta kobieta. 

- Nie, nie. Przebywa teraz w szpitalu w Anchorage, gdzie mieszka 

jej córka. - A widząc pytający  wzrok Abbey,  wyjaśniła: - Catherine i 

David  zaręczyli  się  tuż  przed  wybuchem  drugiej  wojny  światowej. 

Zakochała  się  w  nim  jako  nastolatka  i  ta  miłość  przetrwała 

dziesięciolecia.  David  złamał  jej  serce,  wracając  z  wojny  z  żoną... 

Angielką. 

- Mój Boże. 

background image

- Ellen nigdy nie zdołała się wtopić w naszą zbiorowość. Zawsze 

stała  jak  gdyby  na  uboczu,  nieprzystępna  i  pełna  rezerwy.  Ale  nie 

sposób tłumaczyć tego dumą czy pogardą. Z czasem zrozumiałam, że 

Ellen jest przede wszystkim nieśmiała i bardzo jej trudno nawiązywać 

kontakty  międzyludzkie.  Na  jej  samopoczucie,  nie  wpłynął  również 

dodatnio fakt, że przez blisko piętnaście lat nie mogła urodzić dziecka. 

Charles przyszedł na świat właśnie dopiero po tym okresie. 

-  Czy  Catherine  wyszła  za  mąż?  -  Abbey  była  całym  sercem  po 

stronie tej nieszczęśliwej kobiety. 

-  O,  tak.  Związała  się  z  Willie  Fletcherem  niejako  na  złość, 

urodziła córkę Kate i po dwóch latach była już rozwódką. 

- I tak już pozostało? 

- Tak, David i Catherine nigdy się nie zeszli. Ellen opuściła męża, 

gdy Christian miał dziesięć lat, i wróciła wraz z najmłodszym synem 

do  Anglii.  Nie  było  jej  ponad  rok.  -  Pearl  westchnęła.  -  Chyba 

rozumiesz, jak śmierć Davida wstrząsnęła tu wszystkimi. Najbardziej 

jednak Sawyerem. 

- Rozumiem. 

-  Ale  co  sprawia,  że  zachowuje  się  obecnie  jak  niedźwiedź  z 

cierniem w łapie, tego nie sposób zgłębić. 

- Podejrzewasz, że ma to jakiś związek ze mną? 

-  To  tylko  takie  zgadywanki.  Ostatecznie,  cóż  ja  wiem?  Jestem 

tylko starą kobietą. - Wysączyła do końca swoją kawę i uniosła się z 

krzesła.  -  Muszę  wracać  do  przychodni,  bo  jeszcze  ktoś  tam  urodzi 

beze mnie. 

background image

Budynek  tego  miniszpitalika  znajdował  się  pomiędzy  szkołą  a 

kościołem. W drzwiach, ściskając pod pachą termos, Pearl odwróciła 

się. 

-  No  i  jak?  Zostajesz  w  Hard  Luck  czy  wyjeżdżasz?  -  zapytała, 

świdrując Abbey swymi mądrymi oczami. 

Abbey w żadnym wypadku nie mogła wprowadzić jej w błąd. 

- Chciałabym zostać. 

- To nie jest odpowiedź na moje pytanie. 

Abbey uśmiechnęła się. 

- Zostaję. 

Twarz Pearl złagodniała. 

- To dobrze. Cieszę się, że tak postanowiłaś. Potrzebujemy cię.  I 

mam  przeczucie,  że  również  Sawyer  tak  naprawdę  nie  chce  twojego 

wyjazdu.  Ten  chłopak  nie  ma  doświadczenia  z  ładnymi  kobietami. 

Traci  przy  nich  rozum  i  potrafi  napleść  głupstw.  Ale  daj  mu  trochę 

czasu, a dojdzie do siebie. - I machnąwszy na pożegnanie ręką, Pearl 

opuściła bibliotekę. 

Abbey  wróciła  do  pracy.  Teraz  rozumiała,  dlaczego  jest  tu  tak 

dużo  książek  z  lat  pięćdziesiątych. Był  to  okres,  kiedy  Ellen  tęskniła 

za dzieckiem, którego nie mogła urodzić, i w ucieczce przed bólem i 

rozpaczą wpadła w nałóg czytania. Sądząc po liczbie tomów, musiała 

wówczas pochłaniać, wręcz pożerać książki jedna za drugą. 

Na  ulicy  przed  budynkiem  zatrzymał  się  samochód.  Poznała 

charakterystyczny  warkot  silnika  furgonetki.  Jej  serce  przyśpieszyło 

swój rytm, ale nie przerwała pracy. 

background image

Sawyer nie tyle wszedł, co wtargnął do środka. 

- A więc zdecydowałaś się pozostać? 

- Tak - odparła z miłym uśmiechem. 

- I wszystko dokładnie przemyślałaś? 

- Wszystko dokładnie. 

- W porządku. Przeprowadzasz się. 

-  Dokąd?  -  Wielokrotnie  słyszała,  że  w  mieście  nie  ma  ani 

jednego wolnego mieszkania. 

- Do domu Christiana. Właśnie powiadomił mnie, że bierze sobie 

urlop  i  nie  wróci  prędko.  Jak  sprawy  ułożą  się  po  jego  powrocie,  to 

już jego w tym głowa. 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Abbey stała zmieszana i jakby czymś ugodzona. 

- Ani myślę przeprowadzać się do domu twego brata. 

Sawyer nie spodziewał się sprzeciwu. Zakładał, że Abbey potrafi 

wybierać  między  korzyścią  a  stratą.  Poza  tym  mieć  ją  za  sąsiadkę  w 

środku  miasta  oznaczałoby  dla  niego  powrót  do  spokojnie 

przesypianych nocy. 

-  Mieszkając  w  domku  myśliwskim,  narażasz  się  na 

niebezpieczeństwa, których nawet nie podejrzewasz. 

- Chyba masz rację, Sawyer. 

- Więc dlaczego odrzucasz moją ofertę? 

Niecierpliwie wzruszyła ramionami. 

background image

- Nie tylko twój brat ponosi winę za to, że sprawa Scotta i Susan 

dopiero tu wypłynęła. 

- Racja, ale też nie masz powodu brać całej winy na siebie. 

- Propozycja, z którą przyjechałeś, świadczy jak najlepiej o tobie, 

ale nie przyjmę jej. 

Uśmiechnęła  się  i  tym  niewinnym  uśmiechem,  mógłby  to 

przysiąc, całkiem go rozbroiła. 

- W porządku - powiedział, uspokajając oddech - zróbmy inaczej. 

Ty wprowadzisz się do mnie, a ja przeniosę się do mojego brata. 

- Sawyer, najwyraźniej czegoś nie rozumiesz. Nie chcę wypędzać 

nikogo z jego domu. 

- Christiana przecież nie ma. 

-  Tak,  ale  skończy  mu  się  urlop  i  wówczas  będę  musiała  wrócić 

do  mojej chatki.  Przerzucanie  mnie  z  miejsca na  miejsce  niczego  nie 

da. 

- Zawsze byłaś takim uparciuchem? 

Zaskoczyło ją to pytanie. 

-  Nigdy  nie  sądziłam,  że  ktoś  może  mnie  tak  nazwać.  Tak  czy 

inaczej, mam dom czy domek i w nim pozostanę. 

- Jak długo? Do pierwszego podmuchu zimy? 

- Na razie mamy początek lata. 

- Dom Christiana wyposażony jest we wszystkie udogodnienia. Z 

pewnością dzieciaki tęsknią za telewizją? 

- Otóż nie tęsknią. - Zawahała się. - Chociaż ja, przyznaję, tęsknię 

za gorącym prysznicem. 

background image

Sawyer  poczuł  się  tak,  jakby  właśnie  wlazł  pod  taki  prysznic. 

Wyobraźnia  spłatała  mu  figla,  podsuwając  obraz  nagiej  kobiety. 

Przełknął ślinę. 

-  Niepokoję  się  o  ciebie  i  o  dzieciaki.  Mieszkańcy  Hard  Luck 

nigdy  by  mi  nie  wybaczyli,  gdyby  coś  wam  się  stało.  Pearl  już 

naciskała na mnie, bym  wynalazł  wam inną kwaterę. Christian wróci 

najwcześniej za miesiąc. 

- Za miesiąc - powtórzyła w zamyśleniu. 

Ożywił  się.  Zaczął  gestykulować.  Czuł  zapach  jej  włosów,  który 

kojarzył mu się z łąką i polnymi kwiatami. 

-  A  może  pójdziemy  na  kompromis.  Przeprowadzisz  się  do 

Christiana lub do mnie, obojętne, i pozostaniesz na nowym miejscu do 

przyjazdu  następnej  ochotniczki.  W  międzyczasie,  miejmy  nadzieję, 

pojawi się jakieś inne rozwiązanie. 

- Kiedy ona przyjedzie? 

- Nie wiem. Chyba wkrótce. 

Milczała przez dłuższą chwilę. 

- Dobrze, przyjmuję twoją ofertę. 

Uścisnęli  sobie  ręce.  Podobał  mu  się  jej  zapach,  miękkość  jej 

dłoni  i  charakteryzująca  ją  ciekawa  kombinacja  wrażliwości  i  silnej 

woli.  W  jego  do  tej  pory  uporządkowanym  i  względnie  spokojnym 

życiu pojawiły się pierwsze oznaki uczuciowego chaosu. 

- Wpadnę do was pod wieczór i wezmę bagaż. 

Ich  oczy  spotkały  się.  Patrzyli  na  siebie  sekundę  dłużej  i  to 

wystarczyło, by odczuł pragnienie pocałowania jej. Odepchnął jednak 

background image

od  siebie  tę  myśl  równie  szybko,  jak  się  pojawiła.  Nie  zamierzał 

wplątywać się w żaden kolejny romans. 

-  Mamusiu  -  Scott  swoim  zwyczajem  wpadł  do  środka  z 

szybkością odrzutowca - Ronny zaprosił mnie do siebie na lunch. Czy 

mogę iść? 

W  ślad  za  Scottem  wpadł  Eagle  Catcher.  Jakże  by  inaczej, 

pomyślał częściowo poirytowany, częściowo rozbawiony Sawyer. 

-  Cześć  -  rzucił  Scott  w  jego  stronę,  a  ujrzawszy  kątem  oka  psa, 

zaczerwienił się. 

- Jak mój pies wydostał się za ogrodzenie? 

Scott utkwił spojrzenie w czubkach swoich trampek. 

- Scott, czy otworzyłeś furtkę i wypuściłeś go? - zapytała Abbey. 

Chłopiec kiwnął głową. 

- Poszedłem go odwiedzić i on zaczął skomleć. Skomlał i skomlał. 

Furtka zresztą nie była zamknięta na klucz. 

- W Hard Luck nie wiemy, co to klucze i zamki - objaśnił Sawyer, 

po  czym  pochylił  się  nad  chłopcem.  -  Wiem,  że  ty  i  Eagle  Catcher 

jesteście dobrymi przyjaciółmi, i kibicuję waszej przyjaźni. 

- Naprawdę? - Scott nie posiadał się ze zdumienia. 

-  Ale  jeśli  chcesz  zabrać  go  gdzieś  ze  sobą,  musisz  mnie  o  tym 

uprzedzić. Żeby nie dochodziło do sytuacji, że wracam do domu i nie 

wiem, gdzie jest ten huncwot. 

- Rozkaz, sir. 

-  No,  to  załatwiliśmy  sprawę  -  powiedział  Sawyer,  z  ledwością 

tłumiąc śmiech. 

background image

- A wiesz, że Eagle Catcher lubi tylko mnie - oświadczył chłopiec 

z dumną miną. - Nie pobiegłby za Susan czy Ronnym. Ale właśnie... 

Czy mogę zjeść u niego lunch? 

-  Dobrze,  ale  najpierw  zaprowadź  Eagle  Catchera  tam,  skąd  go 

wypuściłeś. 

-  Robi  się!  -  odkrzyknął  chłopiec  i  z  odrzutową  szybkością 

wybiegł na dwór. Pies wyskoczył za nim. 

Sawyer zachichotał. 

-  Nie  poznaję  swojego  psa.  Z  wyjątkiem  mnie,  nigdy  jeszcze  do 

nikogo tak się nie przywiązał. 

-  Scott  zawsze  przepadał  za  psami,  a  husky  to  dla  niego  wręcz 

ideał psa. Oszalał na punkcie Eagle Catchera. Wszystko to oczywiście 

nie  zwalnia  go  od  obowiązku  uszanowania  cudzej  własności.  Eagle 

Catcher jest twój i Scott musi to zrozumieć. 

-  Uczucia  chłopca  i  psa  wydają  się  wzajemne.  Obaj  są  jakby 

stworzeni dla siebie. 

Abbey  gwałtownie  uciekła  ze  spojrzeniem.  Patrzyła  teraz  gdzieś 

w kąt pokoju. 

 

Sawyer  nie  miał  pojęcia,  które  jego  słowo  wywołało  u  niej  tę 

reakcję.  Mógłby  oczywiście  próbować  wyjaśnić  całą  sprawę,  ale 

byłoby  to  rozdzielanie  włosa  na  czworo.  I  tak  się  rozstali,  w 

atmosferze pewnego niedopowiedzenia. 

Nigdy  jeszcze  prysznic  nie  sprawił  Abbey  takiej  przyjemności. 

Ubrawszy  się  w  dżinsy  i  cienki  sweterek,  zajrzała  do  pokoju  dzieci, 

background image

które,  okazało  się,  już  spały,  zmęczone  dniem  pełnym  zabaw.  Był  to 

do dzisiaj pokój gościnny w domu Christiana O'Hallorana. Formalnie 

nadal nim  pozostawał,  faktycznie  jednak  ostatnie  godziny  łączyły  się 

dla  tego  domu  z  wieloma  zmianami.  Mimo  że  Sawyer  powtarzał  jej 

kilka razy, by czuła się tu jak u siebie, Abbey wciąż nie mogła pozbyć 

się poczucia, że zakłóca i niejako bezcześci czyjąś prywatność.  

A była to prywatność zasobna w oznaki pewnego luksusu. Duże i 

jasne pokoje, podłogi, w których można było się przejrzeć, tak czyste i 

lśniące, gustowne obicia mebli, olejne obrazy na ścianach i mnóstwo 

cennych lub tylko oryginalnych bibelotów, wszystko to tworzyło ramy 

dla  rodzinnego  życia  wyzbytego  trosk.  A  przecież  przez  wiele  lat 

mieszkała  tu  Ellen,  której  nie  można  chyba  było  nazwać  kobietą 

szczęśliwą. 

Abbey  nalała  sobie  herbaty  i  wyszła  z  kubkiem  na  taras,  gdzie 

natychmiast  zaatakowały  ją  komary.  Zdążyła  już  jednak  poznać 

sposoby  walki  z  nimi.  Zapaliła  specjalną  świecę,  która  wydzielała 

odstraszającą  owady  woń,  i  usiadła  na  staroświeckiej  huśtawce  w 

formie wiszącej ławki. 

Minęła  już  dziesiąta,  a  jednak  tundra  nadal  tętniła  pełnią  życia. 

Śpiewały  ptaki,  niebo  zaś  zachwycało  słonecznym  błękitem.  I  taka 

była  ta  północ:  latem  oddawała  absolutną  władzę  słońcu,  zimą  - 

ciemności. 

Abbey  spojrzała  ku  domowi  Sawyera,  stojącemu  po  przeciwnej 

stronie  ulicy.  Najwyraźniej  brakowało  tam  śladów  kobiecej  ręki. 

Kobieta  zadbałaby  już  o  to,  by  w  ogródku  i  w  wiszących  u  okien 

background image

skrzynkach  kwitły  kwiaty.  Drzwi  domu  otworzyły  się  i  na  ganku 

pojawił się Sawyer. Zobaczył ją, lecz nie pozdrowił machnięciem ręki. 

Ona  też  go  widziała  i  też  nie  uczyniła  żadnego  gestu.  Po  prostu 

patrzyli na siebie i trwało to bardzo długo. 

Nagle  Sawyer  jakby  na  coś  się  zdecydował.  Odstawił  szklankę, 

którą trzymał w ręku, i ruszył ku niej przez ulicę. 

- Nie przeszkadzam? -. zapytał, wchodząc na taras. 

-  Siadaj  -  odparła,  przesuwając  się  i  robiąc  mu  miejsce  na 

huśtawce. 

- Często w letnie wieczory widywałem tu moją matkę. Huśtała się 

z  oczyma  utkwionymi  gdzieś  w  dali,  jakby  czekała  na  ukochanego. 

Małżeństwo  rodziców  nie  należało  do  udanych.  Nie  pamiętam,  co 

prawda, ażeby się kłócili, ale zamiast rzucania się w gniewie sobie do 

oczu,  co  niekiedy,  przyznajmy,  oczyszcza  atmosferę,  praktykowali 

obojętność  i  lodowaty  chłód.  -  Zamyślił  się.  -  A  co  możesz 

powiedzieć o swoich rodzicach? - zapytał po jakimś czasie. 

-  Zawsze  kochałam  ich  i  podziwiałam.  Często  różnili  się  w 

poglądach  na  te  lub  inne  sprawy,  lecz  zawsze  w  końcu  dochodziło 

między  nimi  do  zgody.  Nie  tylko  dali  mi  wykształcenie,  ale  wpoili 

także  pewne  zasady,  uformowali  mój  kręgosłup  moralny,  za  co  im 

jestem  bardzo  wdzięczna.  Nigdy  nie  lubili  Dicka, mojego  męża,  lecz 

nie wtrącali się do moich decyzji, zostawiając mi wolną rękę. 

- Czy ojciec Scotta i Susan kontaktuje się ze swoimi dziećmi? 

-  Nie.  I  odkąd  porzucił  wojsko,  przestał  nawet  pomagać  nam 

finansowo.  Z  początku  szalałam  z  gniewu,  ale  dzisiaj  wyłącznie  jest 

background image

mi  go  szkoda.  Przez  swoją  głupotę  czy  egoizm  wyrzekł  się  swego 

największego dobra: posiadania dwójki cudownych dzieci. 

Łzy  napłynęły  jej  do  oczu.  Odwróciła  głowę  w  nadziei  ukrycia 

tego przed Sawyerem. 

-  Abbey,  wybacz  mi.  Nie  zamierzałem  poruszać  w  tobie 

bolesnych strun. 

-  I  nie  zrobiłeś  tego.  Po  prostu  sama  nie  wiem,  co  się  ze  mną 

dzieje. 

- Może na twój nastrój wpływa fakt, że jesteś daleko od domu? 

-  Czy  masz  zamiar  wrócić  do  swojej  starej  śpiewki  i  powiedzieć 

mi,  że  powinnam  spakować  manatki  i  kupić  bilety  na  samolot  do 

Seattle? 

Długo zastanawiał się nad tym pytaniem. 

- Nie. 

Dotknął dłonią jej policzka. Utonął spojrzeniem w jej wilgotnych 

oczach. Wiedział już, że nie może, po prostu nie może nie pocałować 

tej kobiety. To było nieuchronne. 

 

Tak długo już nie całował jej mężczyzna. Skłamałaby, mówiąc, że 

tego nie pragnie. I dlatego nie zrobiła nic, co Sawyer mógłby odczytać 

jako brak przyzwolenia. Dotknął ustami jej warg i to obudziło w niej 

kobietę.  Rozchyliła  kusząco  usta.  Odczuła  zawrót  głowy  i  wielką 

przyjemność.  

background image

Ale  jak  krótko  to  trwało,  jak  boleśnie  krótko.  Po  chwili  bowiem 

Sawyer  zerwał  się  na  nogi  i  chwycił  dłońmi  liny,  na  których  wisiała 

ławeczka. Jak gdyby potrzebował jakiegoś oparcia. 

- Muszę już iść - wyszeptał, jednak nie ruszał się z miejsca. 

Skinęła głową z uśmiechem. Wtedy porwał ją w ramiona i zaczął 

miażdżyć  jej  usta.  Był  silny.  Jego  uścisk  pozbawił  ją  oddechu. 

Poczuła się w oku cyklonu. Nagle burza ucichła, a Abbey znalazła się 

w  sytuacji  wyrzuconego  na  plażę  rozbitka.  Gdy  otworzyła  oczy, 

Sawyera  już  nie  było.  Że  jednak  nie  był  to  sen,  świadczyła 

rozkołysana  huśtawka,  jak  również  pieczenie  nabrzmiałych  warg  i 

miła słabość w lędźwiach. 

Po przeciwnej stronie ulicy trzasnęły drzwi. Wróciwszy do siebie, 

Sawyer  przez  pełne  pół  godziny  chodził  z  kąta  w  kąt.  Trawiący  go 

niepokój nie pozwalał mu usiąść. W końcu padł na krzesło, ale po to 

tylko,  aby  zadzwonić  do  Christiana.  Miał  nadzieję,  że  zastanie  go 

jeszcze w hotelu w Seattle. 

Christian  podniósł  słuchawkę  dopiero  po  ósmym  czy  dziesiątym 

sygnale. 

-  Tak,  słucham?  -  odezwał  się  głosem  człowieka  wyrwanego  z 

pijackiego snu. 

- Tu Sawyer. 

- Do diaska, czy nie wiesz, o której dzwonić? 

- Jest dopiero jedenasta. 

- Być może w Hard Luck. Tu jest północ. 

- Długo nie dawałeś znaku życia. 

background image

Christian jęknął. 

-  Chcesz  powiedzieć,  że  obudziłeś  mnie  w  środku  nocy,  bo 

stęskniłeś się za swoim braciszkiem? 

- Wynikły pewne problemy - rzekł Sawyer przez zaciśnięte zęby. 

- Jakiego rodzaju? 

- Przyjechała ta bibliotekarka. 

- I co z tego? Nie podoba ci się? 

Sawyer  chciałby,  żeby  tak  było.  Żeby  Abbey  Sutherland  okazała 

się  zasuszoną  babą-jagą,  przechowującą  w  zmarszczkach  i  włosach 

biblioteczny kurz. A nie tą śliczną istotą, z którą chciał się kochać. 

- Owszem, podoba. Nie o to chodzi. 

- Więc w czym rzecz? 

- Nie przyjechała sama. Przywiozła ze sobą dwójkę dzieci. 

- Nie tak szybko, chwileczkę. - Zdawało się, że Christian dopiero 

teraz na dobre się obudził. - Nic nie mówiła mi o dzieciach. 

- A zapytałeś ją o nie? 

- Nie, ale nie ma to nic do rzeczy. Mogła sama o nich wspomnieć. 

I gdzie ją umieściłeś? Przecież te nasze domki nie nadają się dla matki 

z dwójką dzieci. 

- Widzę,  że pozostało ci jeszcze trochę oleju  w głowie. Jasne, że 

się  nie  nadają.  I  dlatego  przeniosłem  ją  z  psiej  budy  do  twego 

szanownego domu. 

- Co?! Do mojego domu? Stokrotne dzięki! 

- Widzisz lepsze rozwiązanie? 

Odpowiedź usłyszał dopiero po pewnej chwili. 

background image

- Nie. 

- Próbowałem  wyperswadować jej Hard Luck, ale jest uparta. -  I 

piękna, i szlachetna, i odważna, pomyślał. 

- Co z nią zrobimy, gdy wrócę? 

- Nie mam pojęcia. 

-  Może  zakocha  się  w  Johnie  lub  Ralphie.  I  wówczas  John  lub 

Ralph,  jeśli  będzie  na  tyle  głupi,  by  wziąć  sobie  na  głowę  kobietę  z 

dziećmi, wybawi nas z kłopotu. 

Sawyer  zakipiał  gniewem  i  aż  musiał  uszczypnąć  się  w  udo,  by 

nie powiedzieć czegoś, czego później mógłby żałować. 

-  Każdy,  kto  ożeni  się  z  Abbey  Sutherland,  będzie  miał  prawo 

nazwać siebie szczęściarzem. 

- Aha! - Christian wybuchnął triumfalnym śmiechem. - Więc tak 

sprawy stoją! 

- Jak długo masz zamiar szlajać się po Stanach? - zapytał Sawyer, 

przechodząc do porządku nad uwagą brata. 

-  Nie  wiem.  Jeszcze  nie  zakończyłem  nawet  całej  tej  akcji 

werbunku. Myślę poza tym, że skoro już wyrwałem się z Hard Luck, 

dobrze byłoby odwiedzić mamę. 

- Dobry pomysł. 

- Nawiasem mówiąc, Allison Reynolds w końcu zdecydowała się 

na  Alaskę.  Powstrzymaj  się  więc  z  wynoszeniem  pod  niebiosa  tej 

bibliotekarki,  do  chwili  gdy  ujrzysz  naszą  sekretarkę.  I  lepiej  na 

spotkanie  z  nią  przyjdź  z  nadmuchanym  materacem,  byś  nie  nabił 

sobie guza, gdy padniesz na jej widok. 

background image

Sawyer gniewnie sapnął. 

- Co z dyplomowaną pielęgniarką? 

-  Rozmawiałem  z  kilkoma,  ale  nie  doszło  jeszcze  do  żadnych 

rozstrzygnięć. Daj mi trochę czasu. 

- Miałeś go już dostatecznie dużo. 

Christian znów się roześmiał. 

-  Im później wrócę, tym dłużej ty będziesz patrzył  w okna domu 

swej  bibliotekarki.  Boże,  jak  to  wszystko  się  zmienia.  Najbardziej 

sprzeciwiałeś się pomysłowi ściągania tych kobiet do Hard Luck i na 

co  wyszło?  Na  to,  że  pewnie  zastanawiasz  się  teraz,  jaką  by  tu 

serenadę  zaśpiewać  pod  oknem  Abbey  Sutherland.  Kocham  cię, 

wielki bracie. 

 

Abbey  tego  ranka  po  raz  pierwszy  wybrała  się  do  sklepu  Pete'a 

Livengooda.  Do  tej  pory  na  obiady  wpadali  do  Bena,  a  w  „wiejskim 

domku" żywili się kupowanymi u niego hamburgerami. Czas jednak, 

by  rozpocząć  normalne  życie.  Przecież  od  wczoraj  dysponowała 

kuchnią, której niejedna gospodyni mogłaby jej pozazdrościć. 

Nad drzwiami sklepu wisiało imponujące poroże łosia. Weszła do 

środka  przy  akompaniamencie  dzwonka.  Zza  kotary  wyłonił  się 

mężczyzna.  Mógł  mieć  około  czterdziestki.  Miał  szpakowatą  brodę  i 

długie włosy trapera, związane rzemykiem na karku. 

-  Miło  widzieć  naszą  nową  współmieszkankę  -  powitał  ją  z 

uśmiechem.  -  Jestem  Pete  Livengood,  właściciel  tego  sezamu.  Czym 

mogę służyć? 

background image

-  Przyszłam  do  pana  z  całą  listą  zakupów  -  oświadczyła  Abbey, 

odpowiedziawszy uśmiechem na uśmiech. 

Zaczęło się odczytywanie z kartki kolejnych pozycji. Niestety, już 

na  początku  okazało  się,  że  Abbey  nie  wróci  do  domu  ze  świeżymi 

warzywami. 

-  Każdy  ma  tu  wszystko  w  swoim  przydomowym  ogródku  - 

wyjaśnił Pete. - Ale myślę, że mogłaby poratować panią Louise Gold. 

Dochowała się tego roku wyjątkowo dorodnej sałaty. 

- Nie wiem, czy mi wypada. 

Abbey  tylko  raz  spotkała  matkę  Ronny'ego  i  to  w  przelocie. 

Odniosła  z  tego  spotkania  jak  najlepsze  wrażenie.  W  ogóle  cała 

rodzina  Goldów  była  przemiła  i  niesłychanie  otwarta  na  innych.  Nie 

oznaczało  to  jednak,  by  ona,  Abbey,  miała  żerować  na  czyjejś 

uprzejmości i bezinteresownej przyjaźni. 

- Tu, na północy, jest trochę inaczej niż gdzie indziej - powiedział 

Pete. - Tutejsi ludzie sobie pomagają. Gdyby  Louise się dowiedziała, 

że potrzebuje pani sałaty na obiad, której ona ma nadmiar, poczułaby 

się  urażona,  nie  doczekawszy  się  pani  sąsiedzkiej  wizyty.  Zresztą 

rozmowę  z  nią  biorę  na  siebie.  Proszę  dać  mi  tę  listę.  Postaram  się 

dostarczyć pani wszystko osobiście. 

- Jest pan bardzo uprzejmy. Dziękuję. 

- Cała przyjemność po mojej stronie. 

Abbey  nigdy  jeszcze  nie  spotkała  tak  czarującego,  uczynnego  i 

szarmanckiego sklepikarza. 

background image

Ze  sklepu  udała  się  prosto  do  biblioteki.  Minęły  dwie  godziny  i 

nikt  się  nie  zjawił.  Myślała  o  Sawyerze.  Wreszcie  o  matce 

przypomniał  sobie  Scott.  Odwiedził  ją  z  nieodłącznym  Eagle 

Catcherem. 

-  Kiedy  biblioteka  zostanie  otwarta,  psy  będą  miały  tu  wstęp 

wzbroniony - ostrzegła syna. 

- Zabieram go wszędzie ze sobą. 

- Psy nie umieją czytać. 

- Założę się, że potrafiłbym go nauczyć. 

- Scott! 

- Już dobrze. Nie gniewaj się. 

- Czy tym razem zapytałeś Sawyera o pozwolenie? 

-  Tak.  Znalazłem  go  na  lotnisku.  Ma  ostatnio  pełne  ręce  roboty, 

gdyż  został  sam,  bez  brata.  Przygotowywał  właśnie  samolot.  Miał 

gdzieś lecieć. 

Poczuła coś w rodzaju rozczarowania. 

- Czy powiedział, kiedy wróci? 

-  Nie,  ale  zaprosiłem  go  na  obiad.  Chyba  nie  zrobiłem  nic 

strasznego? 

- Nie, ale... 

- Powiedziałaś, że dzisiejszy obiad będzie bombowy. 

- I jak przyjął zaproszenie? 

- Podziękował i nakazał mi, żebym cię o jego przyjściu uprzedził. 

I właśnie to zrobiłem. Cześć. 

background image

Wypadł  na  złamanie  karku,  przy  okazji  udowadniając,  że  jest 

szybszy od Eagle Catchera. 

Mimo wszystko nie mogła powstrzymać uśmiechu.  

Godziny  szybko  mijały  i  nawet  nie  spostrzegła  się,  jak  nastało 

późne  popołudnie.  Zjawił  się  Pete  Livengood  z  zamówionymi 

produktami. Dołączył do nich bukiecik polnych kwiatów. Uderzyła ją 

jego powaga i zamyślenie. 

Okazało się, że nie musiała płacić od razu. W sklepiku regulowało 

się rachunki raz na miesiąc. Schowała do szuflady biurka pióro i inne 

przybory  i  już  miała  wychodzić,  gdy  w  drzwiach  stanął  Sawyer. 

Wydawał się zmęczony i jakby czymś skwaszony. 

- Twój syn zaprosił mnie na obiad - oznajmił. 

- Tak, wiem. 

Ku  swemu  zaskoczeniu,  zaczerwieniła  się.  Uciekła  w  bok  ze 

spojrzeniem. Zaczęła gorączkowo szukać w myślach jakiegoś w miarę 

neutralnego tematu rozmowy. 

- Pete Livengood obdarował mnie kwiatami - wypaliła. 

- Pete był tutaj? 

-  Tak,  przyniósł  mi  zakupy.  To  bardzo  miły  człowiek.  Trochę 

pogawędziliśmy. Opowiadał o swoim życiu, które układa się w bardzo 

ciekawą historię. 

- Pete mógłby być twoim ojcem! 

- No, nie tak bardzo. Czy to ma zresztą jakiekolwiek znaczenie? 

-  Zabroniłem  chłopcom  naprzykrzać  ci  się  -  powiedział,  ale  nie 

była to odpowiedź na jej pytanie. 

background image

- Pete nie naprzykrzał się. 

- Dobrze. W takim razie to mnie nadepnął na odcisk. 

- Dlaczego? 

Sawyer utkwił spojrzenie w suficie. 

- Bo jestem skończonym durniem. 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Gdy  Sawyer  zaszedł  na  śniadanie  do  restauracji  Bena,  od  razu 

zauważył,  że  coś  tu  jest  nie  tak.  Powitał  skinieniem  głowy  trzech 

siedzących  przy  stolikach  pilotów,  lecz  tamci  zignorowali  to 

pozdrowienie.  Kiedy  zaś  usiadł  przy  barze  i  wziął  do  ręki  kartę  dań, 

zaczęli  pojedynczo  wstawać  i  nie  kończąc  posiłków,  ostentacyjnie 

opuszczać lokal. Nie do wiary! Potraktowano go jak zadżumionego. 

- Czy cuchnie mi z ust, Ben? 

Grubas zarechotał. 

- Może, lecz chyba nie o to chodzi. 

- Więc o co, na rany starego Indianina? 

- Powiedziałbym, że ma to jakiś związek z Abbey Sutherland. 

Sawyer omal nie zgniótł w dłoni jadłospisu. 

- Dlaczego z Abbey? 

-  Ralph,  John  i  reszta  mają do  ciebie  pretensję,  że  zawłaszczyłeś 

Abbey  wyłącznie  dla  siebie,  a  cierpkie  słowa,  którymi  uraczyłeś 

wczoraj  Pete'a  za  to,  że  okazał  się  wobec  niej  uprzejmy,  jakby 

potwierdzają ten fakt. 

- Ja widzę rzeczy zupełnie inaczej. 

background image

- Czy nie kazałeś wszystkim trzymać się z dala od biblioteki? 

- Owszem, lecz nie oznacza to, że chcę mieć Abbey wyłącznie dla 

siebie.  Nie  chcę  po  prostu,  by  wciąż  jej  przeszkadzano.  Ma  ona  do 

wykonania  pewną  robotę  i  chyba  nigdy  by  jej  nie  skończyła,  gdyby 

popuścić wam cugli. 

- Skąd u ciebie taka nagła miłość do książek? 

-  Ustaliliśmy  wspólnie,  że  Hard  Luck  będzie  miało  bibliotekę, 

więc  niech  doczeka  się  jej  jak  najszybciej.  Natomiast  gdy  już  będzie 

otwarta,  wolna  droga,  możecie  tam  przebywać  nawet  przez 

dwadzieścia cztery godziny na dobę. 

Zdawało się, że argument ten przemówił do Bena, i Sawyer miał 

nadzieję, że rozjaśni w głowach również innym. 

-  Jest  jeszcze  jeden  powód  do  żalu.  Chłopcy  ubzdurali  sobie,  że 

zawalasz  ich  pracą,  wymyślasz  jakieś  niepotrzebne  loty  i  przeglądy 

techniczne,  by  zaprzątnąwszy  ich  czymś,  samemu  bez  świadków 

umizgać się do Abbey. 

- Nie umizgam się do niej. 

- Byłeś u niej na obiedzie. 

- To prawda, ale prawdą jest również, że to Scott mnie zaprosił. 

-  Czy  mam  przez  to  rozumieć,  że  osobiście  nic  do  niej  nie 

czujesz? 

- Tak właśnie masz rozumieć. 

Sawyer  zdziwił  się  sobie,  że  mimo  zasadniczej  pogardy  dla 

kłamstwa,  potrafi  kłamać  jak  z  nut.  Całe  szczęście,  że  nikt  go  nie 

widział całującego się z Abbey na tarasie domu Christiana. 

background image

Oczy Bena zwęziły się do szparek. 

-  Więc  dlaczego  o  mało  co  nie  urwałeś  głowy  Pete'owi,  tylko  za 

to, że przyniósł jej zamówione sprawunki? 

Sawyer  westchnął.  Wiedział  już,  że  nie  zje  spokojnie  tego 

śniadania. 

- Kto ci to powiedział? Nawet nie podniosłem na niego głosu. 

-  Lecz  przecież  dałeś  chłopu  jasno  do  zrozumienia,  by  nie 

widywał się z Abbey. 

-  Powtarzam:  w  okresie  do  otwarcia  biblioteki.  Tylko  o  to  mi 

idzie.  Zresztą  od  początku  nie  podobał  mi  się  pomysł  ściągania  tych 

kobiet do Hard Luck. I chyba to ja miałem rację. 

- Bo co? 

-  Jeszcze  tydzień  temu  wszyscy  byliśmy  przyjaciółmi,  a  teraz 

skaczemy sobie do gardła. 

- Można łatwo temu zaradzić. Pozwól chłopakom na intelektualny 

rozwój, nie daj, by zasklepili się w prostactwie. Książka uczy, bawi i 

wychowuje,  jak  często  powtarzała  moja  świętej  pamięci  matka 

chrzestna. 

- W porządku. Gdy tylko biblioteka zostanie otwarta, mogą sobie 

zjadać książki na śniadanie, obiad i kolację. 

-  No,  to  uspokoiłeś  mnie,  brodaczu.  Przekażę  im  te  słowa  - 

powiedział Ben i wrócił do swoich kuchennych obowiązków. 

Ale  Sawyer  nie  był  bynajmniej  uspokojony.  Wszystkie  zarzuty, 

które wysuwano pod jego adresem, były w jakimś sensie uzasadnione. 

background image

Z  tym,  że  o  ile  dotąd  usuwał  chłopców  z  pola  widzenia  Abbey 

poniekąd nieświadomie, teraz miał pełną świadomość swoich decyzji. 

 

Abbey  kończyła  właśnie  zmywać  naczynia  po  obiedzie,  gdy 

usłyszała, że Scott i Susan rozmawiają z kimś na ganku. Było gorąco, 

niemal  upalnie.  Czego  jak  czego,  ale  takiego  lata  za  kołem 

podbiegunowym nie spodziewała się na pewno. 

Wytarła  ręce  i  poszła  ku  frontowym  drzwiom.  Jej  dzieci 

gawędziły  z  Sawyerem.  Nie  brakowało  też  Eagle  Catchera,  który 

powoli  zamieniał  się  w  stałego  domownika  i  towarzysza  zabaw. 

Zmiana roli nie ominęła również Sawyera. 

Abbey  uświadomiła  sobie  wczoraj,  że  będąc  jej pracodawcą,  stał 

się  równocześnie  kimś bardzo  jej bliskim.  Lubiła  słuchać jego  głosu, 

lubiła  jego  sposób  odnoszenia  się  do  dzieci.  Zresztą  Scott  i  Susan 

przepadały za nim. 

-  Kiedy  zobaczymy  zorzę  polarną?  -  zapytał  Scott,  który  już 

niejednokrotnie poruszał ten temat. 

-  Cierpliwości,  chłopie.  Mamy  dopiero  początek  lata.  Jeszcze 

nawet  nie  nastąpiło  przesilenie.  Poczekajmy,  aż  słońce  trochę  oddali 

się od bieguna. Koniec sierpnia, wtedy będziesz miał zorzę. 

- Czy na Alasce jest coś takiego jak noc? - zapytała Susan. 

- Noc jest wówczas, gdy słońce chowa się za horyzontem. Latem 

robi to na śmiesznie krótką chwilę, ale zimą jest całkiem inaczej. 

-  Ronny  powiedział  mi,  że  zimą  nie  ma  końca  nocy  -  wtrącił 

Scott, a na twarzyczce Susan odmalowała się prawdziwa zgroza. 

background image

-  Ale  wróćmy  do  zorzy  polarnej  -  odezwała  się  Abbey.  -  Czy 

mógłbyś ją nam opisać? 

Sawyer usiadł na ławce. Tuż obok przykucnęła Susan. 

-  Nie  jestem  artystą  i  nie  potrafię  zrobić  tego  dostatecznie 

sugestywnie.  Po  prostu  wyobraźcie  sobie  na  tle  nieba  masę  świateł, 

które  mają  postać  barwnych  łuków,  pasm  lub  draperii.  Te  światła 

pulsują, tańczą, rozbryzgują się. Niektórzy twierdzą, że je słyszą. 

- A ty coś słyszałeś? 

Sawyer kiwnął głową. 

- I do czego podobny jest ten dźwięk? 

- Do srebrzystych dzwoneczków. 

- Jakiego koloru są te draperie i łuki? 

- Zielone, purpurowe, różowe. 

-  Och,  to  musi  być  wspaniały  widok!  -  Na  ożywionej  twarzy 

Abbey malowało się rozmarzenie. 

-  Czy  słyszeliście  już  indiańską  legendę  o  zorzy  polarnej?  Otóż 

Indianie  wierzą,  że  te  światła  to  są  płomienie  pochodni  niesionych 

przez  dusze  zmarłych,  które  w  ten  sposób  oświetlają  sobie  drogę  w 

zaświaty. 

Zapanowało  milczenie.  Wszyscy  uświadomili  sobie  nagle,  że 

znajdują  się  w  świecie  dziwnym,  cudownym  i  tajemniczym.  Alaska 

jawiła  się  jako  miejsce  niezwykłe  i  niepowtarzalne.  Życie  tu 

brzemienne było w przygody.  

background image

Chwila  fascynacji  i  zadumy  minęła  i  dzieciaki  zaczęły  zalewać 

Sawyera potokiem pytań. Musiał teraz opowiedzieć im o złocie Alaski 

i o swoim dziadku, który przyjechał tu z zamiarem zbicia fortuny. 

- I znalazł złoto? - zapytał Scott. 

- Coś tam znalazł, ale nie tyle, ile się spodziewał. Tak czy inaczej, 

nie natrafił na złotodajną żyłę. Inni natrafiali. 

- Dlaczego tu pozostał? - zapytała Abbey. 

-  Sprzeciwiła  się  wyjazdowi  moja  babka.  Mieli  córeczkę,  Emily, 

która jako pięcioletnia dziewczynka przepadła bez śladu w tundrze.  I 

wtedy właśnie moja babka uparła się, że tu pozostaje. 

- Zapewne w nadziei, że Emily się odnajdzie. 

- Nigdy nie przestała jej szukać. 

- A co się mogło jej przydarzyć, tej dziewczynce? - zapytał Scott. 

- Możemy tylko zgadywać, choć wszystkie hipotezy są tak samo 

straszne. Oto dlaczego nie powinniście nigdy wypuszczać się w tundrę 

bez dorosłych. Zrozumiano? 

-  Zrozumiano  -  pisnęła  Susan,  która  głęboko  przejęła  się  losem 

tamtej dziewczynki. 

Scott również złożył solenne przyrzeczenie.  

Abbey spojrzała na zegarek. I znów to dziwne poczucie rozejścia 

się  czasu  i  obrazu.  Było  późno,  a  niebem  i  ziemią  wciąż  władało 

słońce.  Żeby  usnąć,  trzeba  było  specjalnie  zaciemniać  sypialnie. 

Człowiek  czuł  się  wyrwany  z  rytmu  dnia  i  nocy.  Właściwie  skazany 

na bezsenność. 

background image

- Czas do łóżek - ogłosiła, wywołując zwykłe w takich razach żale 

i skargi. 

-  Chodź,  Susan  -  powiedział  Sawyer,  wstając.  -  Zaniosę  cię  na 

barana. 

Susan nie dała się prosić dwa razy. 

Kiedy  za  dziećmi  zamknęły  się  drzwi  sypialni,  Abbey 

zaproponowała  Sawyerowi  filiżankę  kawy.  Podziękował,  lecz  zrobił 

to bez większego przekonania. 

- Wpadłem tylko, żeby powiedzieć ci, iż rozmawiałem z bratem o 

waszej sytuacji. Zgodził się ze mną, że nie możecie wracać do domku 

myśliwskiego. 

- A czy jest jakaś alternatywa? 

-  Myślę  o  pewnym  domu,  aktualnie  pustym.  -  Zacisnął  usta.  - 

Należy do Catherine Fletcher. 

Abbey rozumiała to zaciśnięcie ust. Pamiętała, co powiedziała jej 

Pearl o dawnych czasach i wydarzeniach, jakie tu miały miejsce. 

-  Christian  zasugerował  mi  nawiązanie  kontaktu  z  rodziną 

Catherine. Zważywszy jej wiek i zdrowie, jest mało prawdopodobne, 

żeby wróciła do Hard Luck. 

- Gotowa jestem zapłacić każdy wyznaczony przez nią czynsz. 

-  „Synowie  Północy"  biorą  to  na  siebie...  to  znaczy  nasza  firma. 

W  warunkach  umowy  obiecaliśmy  ci  przecież  dom  wolny  od  opłat  i 

między innymi dlatego tu jesteś. 

-  Myślisz,  że  się  zgodzi?  -  Abbey  wiele  by  dała,  żeby  wreszcie 

zaznać jakiejś względnej stabilizacji w Hard Luck. 

background image

Sawyer zmarszczył brwi. 

- Jest kłótliwą starą kobietą i nie zdziwiłbym się, gdyby odmówiła 

tylko  dlatego,  by  zrobić  mi  na  złość.  Jednak  mam  nadzieję,  że  nie 

będę  musiał  kontaktować  się  z  nią  osobiście.  Jej  córka  to  osoba 

bardziej przystępna. 

- Nie lubisz Catherine? 

-  Nie  -  rzucił  bez  szczególnej  emocji.  -  Z  premedytacją  dręczyła 

moją matkę i trudno mi to jej wybaczyć. Ale lepiej nie rozgrzebywać 

smutnej przeszłości. 

Abbey  spojrzała  na  Sawyera  z  gorącą  wdzięcznością.  Mimo 

głębokich  uprzedzeń  do  tej  starej  kobiety,  zdecydowany  był  zwrócić 

się do niej o pomoc. Czyż wobec tego nie powinna dziękować losowi, 

że postawił go na jej drodze? 

-  Doceniam  twoją  troskę  o  nas  -  szepnęła.  -  Czy  naprawdę  nie 

chcesz napić się kawy? 

Ich  oczy  spotkały  się.  Patrzyli  na  siebie  aż  do  granic  hipnozy, 

sennego zapatrzenia.  

Nagle Sawyer energicznie potrząsnął głową. 

- Muszę już iść - powiedział, ruszając w kierunku drzwi. - Miałaś 

rację,  mówiąc,  że  twojemu  mężowi  można  tylko  współczuć.  Scott  i 

Susan to wspaniałe dzieciaki. Każdy mężczyzna byłby z nich dumny. 

Wyszedł. Chwilę stała z bezradnie opuszczonymi rękami, aż nagle 

coś wypchnęło ją na ganek. Zobaczyła go na środku ulicy. 

- Dobranoc, Sawyer! - krzyknęła. 

background image

Odwrócił  się  i  pomachał  jej  ręką.  A  potem  zniknął  we  wnętrzu 

swego domu. 

 

-  Biuro  „Synów  Północy"  -  warknął  w  słuchawkę,  siadając  na 

brzegu biurka. 

-  Sawyer,  tu  Christian.  Posłuchaj.  Allison  Reynolds  niebawem 

zawita do Hard Luck. 

- Pięknie. Czy to ta sekretarka, która nie umie pisać na maszynie? 

-  Wymagamy  czegoś  więcej  od  sekretarek,  niż  tylko  pisania  na 

maszynie.  Nie  przejmuj  się.  Co  ta  dziewczyna  traci  na  jednym  polu, 

zyskuje na innym. 

- Opłaciłeś jej lot? 

-  Ma  się  rozumieć.  Przyleci  w  piątek  tym  samym  samolotem,  co 

Abbey Sutherland. 

- Okay. Wyślę po nią Duke'a. 

- Tylko nie Duke'a. Wyślij Ralpha. 

- Dlaczego? 

-  Duke  zanudzi  ją  i  zrazi  swoją  gadaniną.  Chyba  wiesz,  jaki  to 

męski  szowinista.  Zależy  mi,  by  pierwsze  wrażenie  Allison  było 

pozytywne. 

- W porządku. Wyślę Ralpha. 

-  A  może  lepszy  byłby  John?  -  Christian  najwyraźniej  był  w 

rozterce. 

- Dlaczego nie Ralph? 

background image

-  Ralph  jest  w  gorącej  wodzie  kąpany.  Ma  niewyparzony  język. 

Jeszcze ją gotów obrazić. 

-  A może tak przeniósłbyś swój szanowny tyłek na Alaskę i sam 

ją odebrał? 

- Chciałbym, ale mam na głowie jeszcze tę pielęgniarkę. Zgłosiła 

się jedna. Dziewczyna bez zarzutu. 

- No, to chwytaj ją. Na co czekasz? 

-  Jest  trochę  starsza  od  tamtych.  Chyba  nawet  sporo  starsza.  W 

wieku Pete'a. 

Sawyer  nie  miał  nic  przeciwko  temu.  Może  wreszcie  Pete 

przestanie interesować się Abbey. 

- Stara czy młoda, oby tylko wiedziała, gdzie człowiek ma serce i 

żołądek. 

- Och, mówię ci, wymęczyły mnie te kobiety. 

- Biedactwo. Jeszcze mi się rozchoruje. 

- Czy Charles dał jakiś znak życia? 

-  Nie,  ale  czuję,  że  zjawi  się  lada  dzień,  głodniejszy  niż 

niedźwiedź  polarny,  złośliwszy  niż  rosomak,  no  i  pełen  tego 

wewnętrznego niepokoju, który przepędza go z miejsca na miejsce. 

Rozmawiali  jeszcze  przez  jakiś  czas,  a  gdy  Sawyer  odłożył 

słuchawkę, do biura wszedł John Henderson. 

- Masz czas? - zapytał pilot.  

W całej jego postawie wyczuwało się pewną nerwowość. 

- O co chodzi? Siadaj. - Sawyer wskazał na puste krzesło. 

- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, to wolę stać. 

background image

- Wedle życzenia. Wal. 

John przestąpił nerwowo z nogi na nogę. 

- Ja i chłopaki nie jesteśmy zachwyceni tym, co tu się dzieje. 

- A niby co tu się dzieje? 

Tamten dwa razy odchrząknął. 

-  Wykorzystujesz  swoją  uprzywilejowaną  pozycję,  co  burzy  w 

innych żółć. 

Nagle  Sawyer  zrozumiał.  Przypomniał  sobie  słowa  Bena.  John 

przyszedł porozmawiać o Abbey, a nie o firmie, jak do tej pory sądził. 

- Sarkacie, bo zabroniłem wam nachodzić bibliotekarkę, czy tak? 

-  Tak  -  odparł  tamten  z  gniewnym  wyrazem  twarzy.  -  Mamy 

trzymać się od biblioteki z daleka, dokąd ta nie zostanie otwarta. Sęk 

w tym, że sam nie przestrzegasz ustanowionych przez siebie zasad. 

-  Wpadam  tam,  by  pomagać  Abbey  w  rozwiązywaniu  pewnych 

problemów,  wyjaśniać  jej  pewne  sprawy  i  tak  dalej.  -  W  słowach 

Sawyera zabrzmiała nutka samousprawiedliwienia. 

- Pozwól mnie to robić - wypalił John. - Albo Duke'owi. Żaden z 

nas nie uchybi  jej brakiem  szacunku.  Po  prostu nie  odgradzaj nas  od 

niej stalową kratą niczym dzikich zwierząt. Każdy wie, jak zbeształeś 

Pete'a, i tylko dlatego, że starał się jak najlepiej wykonać swoją pracę. 

Jest  ładną  i  miłą  kobietą.  Jest  złotem  tego  miasta.  I  to  złoto  chcesz 

mieć wyłącznie dla siebie. 

Sawyer  głęboko  westchnął.  W  przekonaniu  chłopaków  zasłużył 

sobie na sznur i gałąź. I chyba nie było to całkiem błędne przekonanie. 

- Być może okazałem się zbyt opiekuńczy. 

background image

- Masz moje słowo honoru i słowo całej reszty, że my również nie 

przekroczymy granic opiekuńczości. Chodzi tylko o to, byś cofnął ten 

idiotyczny zakaz. 

Właściwie  nie  miał  wyboru.  Bunt  kipiał  i  lada  chwila  mógł 

wybuchnąć ze straszliwą siłą. 

- Macie wolną rękę. 

John odprężył się. 

- Tylko bez urazy, Sawyer. 

- Przypomina mi to o innej sprawie. W piątek przylatuje następna 

ochotniczka. Czy nie chciałbyś odebrać jej z lotniska? 

-  Czy  nie  chciałbym?  -  Na  twarzy  Johna  odmalowało  się  błogie 

zadowolenie,  podobne  temu,  jakie  Sawyer  widział  u  Scotta,  gdy  po 

raz pierwszy pozwolił mu się bawić z Eagle Catcherem. - Muszę tylko 

rzucić okiem na rozkład dnia. 

- Zrób to i wracaj do mnie z odpowiedzią. 

 

Abbey  nie  miała  pojęcia,  skąd  ta  zmiana,  ta  nagła  eksplozja 

zainteresowania  biblioteką  i  jej  osobą.  W  przeciągu  godziny  złożyło 

jej  wizytę  czterech  mężczyzn  i  każdy  zjawił  się  pod  całkiem 

przekonującym  pretekstem.  W  sumie  odniosła  wrażenie,  że  miasto 

jakby  nagle  przypomniało  sobie  o  niej  i  teraz  czeka  na  otwarcie 

biblioteki, niczym na otwarcie źródła wody życia. 

Na  szczęście  fakt  ten  zbiegł  się  w  czasie  z  końcową  fazą 

przygotowań.  Postanowiła  więc  nie  zwlekać  i  otworzyć  podwoje 

biblioteki na przyjęcie mieszkańców Hard Luck już jutro rano. 

background image

Odwiedziło  ją  tylu  mężczyzn,  lecz  tak  naprawdę  pragnęła 

zobaczyć  tylko  jednego  -  Sawyera.  Ujrzała  go  dopiero  w  drodze  do 

domu. 

-  Wsiadaj,  podwiozę  cię  -  zaproponował,  wychylając  się  z  okna 

szoferki. 

Roześmiała się. 

- To tylko niecałe sto metrów. 

-  A  co  byś  powiedziała  o  dłuższej  przejażdżce  po  okolicy?  Albo 

jeszcze lepiej: pojedźmy się wykąpać! 

Chylił  się  ku  końcowi  kolejny  gorący  dzień.  Propozycja  kąpieli 

zabrzmiała niczym pokusa. 

-  Dobrze.  Wpadnę  tylko  do  domu  po  kostiumy  i  ręczniki,  a  ty 

zawołaj dzieci. Są na placu zabaw. 

Scott  oczywiście  zapytał,  czy  mogą  zabrać  ze  sobą  Eagle 

Catchera. Sawyer wyraził zgodę. Pojechali na lotnisko i przesiedli się 

do samolotu, którego podwozie i cała konstrukcja przystosowana była 

również do lądowania na powierzchni wody. 

Lot trwał blisko godzinę. Zaczęli się zniżać w momencie, gdy pod 

nimi  pojawiła  się  kraina  jezior.  Wodne  oczka  mieniły  się  w  słońcu 

srebrzystym  błękitem.  Wylądowali,  wzbijając  wodne  bryzgi  i  w  jak 

najlepszych humorach. Sawyer skierował maszynę do brzegu. 

- Czy ktoś wie, gdzie jesteśmy? - zapytała Abbey. 

- Zostawiłem informację Duke'owi. 

- Ale... 

background image

-  Zaufaj  mi.  Nie  zabrałbym  was  tam,  gdzie  nie  bylibyście 

bezpieczni. - Uspokajająco poklepał ją po dłoni. 

Woda jeziora okazała się tak krystalicznie czysta, że widziało się 

dno  nawet  na  głębokości  wielu  metrów.  Przy  brzegu  głębokość  nie 

przekraczała  metra.  Piaszczysty  brzeg  porośnięty  był  krzewami. 

Przeważały polne róże. Ich bladoróżowe pojedyncze kwiaty dopiero tu 

i  ówdzie  zaczynały  się  pojawiać.  Abbey  wyobraziła  sobie  to  miejsce 

za tydzień - rozkwitłe krzewy róż i odurzający zapach. 

Woda  okazała  się  zimna, prawie  lodowata.  Wskakiwali  do niej  z 

pływaków  samolotu.  Nie  tylko  dzieci  zanurzyły  się  z  piskiem. 

Krzyknęła również Abbey. Ma się rozumieć, tubylcy, Sawyer i Eagle 

Catcher, nie wydali żadnego dźwięku. 

- Jak nazywa się to jezioro? - zapytała Abbey, płynąc żabką. 

Sawyer,  po  zrównaniu  się  z  nią,  również  przeszedł  na  ten 

klasyczny styl. 

-  Jest  jednym  z  miliona  jezior  na  Alasce.  Nie  ma  imienia. 

Nazwijmy je więc... Abbey Lake. 

- Abbey Lake - powtórzyła Abbey. - Ładnie brzmi - dodała, dając 

tym dowód bezprzykładnej wręcz skromności. 

Zawrócili ku brzegowi, gdzie dzieciaki pluskały się razem z Eagle 

Catcherem.  Niska  temperatura  wody  skłaniała  do  energicznych 

ruchów.  Ostatnie  pięćdziesiąt  metrów  przepłynęli  forsownym 

kraulem. 

background image

Jak  rozkosznie  było  się  wyciągnąć  na  nagrzanym  złocistym 

piasku.  Niebiańską  ciszę  okolicy  zakłócały  jedynie  piski  dzieci  i 

ujadania Eagle Catchera. 

- Dzięki, Sawyer, że przywiozłeś nas do tego cudownego zakątka. 

-  Ja  też  uważam,  że  Alaska  jest  piękna.  -  Ale  powiedział  to, 

patrząc nie na krajobraz, tylko na jej zroszone wodą, smukłe ciało. 

Zamknęła oczy i skierowała twarz ku słońcu. Czuła się radosna i 

szczęśliwa. 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Następnego dnia rano Abbey rozpoczęła pracę od wywieszenia na 

drzwiach biblioteki sporych rozmiarów kartki z napisem: OTWARTE. 

Na  pierwszego  interesanta  nie  przyszło  jej  długo  czekać.  Okazał  się 

nim John Henderson, wysoki i krzepki, ze strzechą płowych włosów, 

która podkreślała jego chłopięcy  wygląd. Wszedł do środka z rękami 

w  kieszeniach  dżinsów,  jakby  pragnąc  tą  nonszalancją  zatuszować 

ewidentne skrępowanie. 

- Piękny dzień, prawda? - zaczął rozmowę. 

Dzień  faktycznie  był  piękny.  W  ogóle  lato  tego  roku  jak  gdyby 

zabłąkało się na Alaskę z południowych stanów. 

- W czym mogę ci pomóc, John? - zapytała Abbey. 

Zawahał  się.  Spoglądał  z  lękliwą  rewerencją  na  półki  pełne 

książek. 

- Co w takim razie lubisz czytać najbardziej? 

- Romanse. 

background image

Zaskoczyła  ją  ta  odpowiedź.  Romanse  nie  bardzo  pasowały  do 

tego pilota, syna północy, faceta z hartowanej stali, jak kiedyś nazwał 

go Sawyer. 

-  Chcę  coś,  co  nauczyłoby  mnie  prowadzenia  rozmowy  z  piękną 

kobietą, piękniejszą być może od niejednej gwiazdy filmowej. 

- Rozumiem. - Abbey  opanowała wątpliwość, czy źródłem takiej 

umiejętności mogą być w ogóle powieści. 

-  Chciałbym  umieć  powiedzieć  jej,  jak  bardzo  jest  piękna,  a 

równocześnie nie zirytować jej i nie rozgniewać. Zawsze bowiem, gdy 

próbuję rozmawiać z kobietami, wpadają w końcu we wściekłość. To 

musi  wreszcie  się  skończyć.  Nie  chcę,  by  inni  faceci  sprzątali  mi 

wszystko  sprzed  nosa.  Mam  nadzieję,  że  rozumiesz,  o  co  mi  chodzi. 

Bo  jeśli  rozumiesz,  to  nawet  z  czytaniem  tych  romansów  nie  tak 

bardzo muszę się śpieszyć. 

Abbey  niewiele  z  tego  wszystkiego  rozumiała.  Intuicyjnie  czuła 

jednak, że lepiej będzie, jeżeli nie zrozumie. 

-  Poszperaj  na  tej  półce  -  powiedziała,  wskazując  ręką  książki  z 

zakresu etykiety i towarzyskich zachowań. 

-  Dzięki  -  rzekł  John,  nie  do  końca  pewny,  czy  właśnie  takiej 

reakcji po niej oczekiwał. 

Abbey  wróciła  do  biurka,  lecz  tylko  co  zdążyła  usiąść,  gdy 

wparadował  Ralph  Ferris,  kolejny  z  pilotów  Sawyera.  On  i  John 

zmierzyli się spojrzeniami. 

- Co tutaj robisz? - zapytał Ralph. 

- A jak sądzisz? 

background image

- Nigdy jeszcze nie widziałem cię z książką w ręku. 

- Na nic nie jest za późno. - John rzucił okiem ku Abbey. - Poza 

tym każdy ma tu wstęp wolny. 

-  Widzę,  że  się  ogoliłeś.  I  w  rezultacie  śmierdzisz  jak  skunks. 

Wielkie nieba, jakiej to wody kolońskiej użyłeś? 

- Twojej, czyścioszku. 

Ralph  skoczył  ku  Johnowi  z  zaciśniętymi  pięściami.  Tamten  też 

postąpił kilka kroków do przodu, przyjmując bokserską postawę. 

-  Jeżeli  chcecie  się  bić,  bardzo  proszę,  ale  nie  w  bibliotece  - 

upomniała ich Abbey podniesionym głosem. 

Zwrócili  ku  niej  głowy,  po  czym  doskoczyli  do  jej  biurka.  John 

zdążył odezwać się pierwszy: 

- Abbey, czy nie będziesz miała nic przeciwko temu, jeśli wpadnę 

dziś wieczór do ciebie? 

-  A  może  dasz  się  zaprosić  na  obiad?  -  zapytał  Ralph,  zanim 

zdołała  zebrać  myśli,  by  odpowiedzieć  na  pytanie  Johna.  -  Podobno 

Ben ma upichcić coś szczególnego: pieczeń z karibu. 

Gdy  Ralph  dopowiadał  ostatnie  słowo,  w  bibliotece  pojawił  się 

trzeci  mężczyzna.  Pete  miał  zmoczone  włosy,  jakby  dopiero  co 

wyszedł  spod  prysznica,  i  trzymał  w  ręku  eleganckie  czerwone 

pudełko w kształcie serca. 

-  Czekoladki!  -  zakrzyknęli  równocześnie  Ralph  i  John  z 

bezmierną  pogardą,  ale  i  z  furią,  uświadamiając  sobie  w  ułamku 

sekundy, że znalazł się ktoś, kto ich przelicytował. 

background image

Ten dzień okazał się właściwie stracony dla pracy. Więcej takich 

dni, pomyślał Sawyer, a firma zbankrutuje. Jego piloci prześcigali się 

wręcz w pomysłach, by tylko nie zasiąść za sterami samolotów. I nie 

musiał  nawet  zgadywać,  co  uczyniło  ich  chorymi,  kwękającymi, 

zatrutymi wczorajszą kolacją. Abbey Sutherland, bibliotekarka. 

Sawyer  szalał  z  zazdrości.  Cenił  swoich  twardzieli  i  miał  o  nich 

wysokie mniemanie. Wcale nie uważał się za lepszego od nich. Każdy 

z nich mógł mu zabrać Abbey i zostawić go z pustką w sercu. 

Stanął  w  biurze  przed  lustrem  i  zaczął  na  serio  zastanawiać  się, 

czy  ma  zgolić  brodę.  Być  może  Abbey  nie  lubiła  brodatych  facetów. 

Gdyby w tej chwili była tu i skinęła głową, bez wahania chwyciłby za 

brzytwę. Ponieważ jednak jej nie było, odłożył decyzję na później. 

Pierwszy  wrócił  John.  Cisnął  na  biurko  jakieś  książki,  pogrzebał 

w  nich  i  zabrał  się  do  czytania  jednej.  Sawyer  z  osłupieniem 

stwierdził,  że  John,  bezgłośnie  ruszając  wargami,  funduje  sobie 

lekturę  kobiecego  romansu.  Ralph  wrócił  z  innego  typu  trofeum.  Z 

dumą pokazał Sawyerowi historię lotnictwa Stanów Zjednoczonych. 

-  Słyszałem,  że  w  tym  tygodniu  ma  tu  przylecieć  kolejna 

sikoreczka - zagadnął bez związku. 

- Zgadza się. 

- Chciałbym ją przejąć na lotnisku w Fairbanks. 

Sawyer rzucił okiem na rozkład lotów. 

- W piątek jesteś zajęty. 

Ralph wzruszył ramionami. 

- Zastąpi mnie Duke. Ma u mnie dług do spłacenia. 

background image

Sawyerowi było absolutnie wszystko jedno, kto poleci po Allison 

Reynolds. Byleby tylko nie ucierpiała na tym firma. 

Po  skończonej  pracy,  naśladując  innych  synów  północy,  Sawyer 

również  wybrał  się  do  biblioteki.  Już  pierwszy  rzut  oka  na  Abbey 

powiedział  mu,  że  stało  się  coś  złego.  Siedziała  przy  biurku  blada, 

poważna i milcząca. Nie odpowiedziała nawet na jego pozdrowienie. 

Dopiero  gdy  delikatnie  dotknął  jej  ramienia,  wzdrygnęła  się, 

spojrzała nań i odsunęła, jak przed jakimś padalcem. 

- Powiedz mi, po co mnie zatrudniłeś? - zapytała głosem zimnym 

jak stal. 

-  Zapragnęliśmy  mieć  wreszcie  w  Hard  Luck  bibliotekę  z 

prawdziwego zdarzenia. 

-  Czy  to  jedyna  przyczyna?  -  Jej  oczy  płonęły  nie  skrywanym 

gniewem. 

- Abbey, co się stało? 

Zerwała się z krzesła. Cała aż się trzęsła z oburzenia. 

- Stało się to, że w końcu już wszystko zrozumiałam. Nie zależało 

wam na bibliotece. Chcieliście rozrywki. Uciechy! 

- Abbey, proszę... 

- Ależ okazałam się głupia. Już przecież z waszego ogłoszenia w 

prasie  mogłam  wszystkiego  się  domyślić.  Samotni  mężczyźni!  Nic 

dziwnego,  że  ci  „samotni  mężczyźni"  przyjęli  widok  moich  dzieci 

niczym cios pałką między oczy. 

-  To  nieprawda  -  powiedział,  czując  równocześnie,  że  samo 

zaprzeczenie niczego tu nie załatwi. 

background image

-  Jeśli  mężczyznom  w  Hard  Luck  doskwiera  tak  bardzo 

samotność, to  dlaczego  nie  zamieszczą  ogłoszeń  matrymonialnych?  - 

zapytała  ze  zjadliwą  ironią.  -  Byłby  to  zrozumiały  i  ogólnie  przyjęty 

sposób postępowania. 

- Po co nam żony? Chcemy towarzystwa kobiet, lecz bynajmniej 

nie mamy zamiaru wiązać sobie życia. 

Abbey  otworzyła  usta.  Takiego  cynizmu  doprawdy  nie 

spodziewała się. 

- Ach, tak... To wszystko wyjaśnia. 

- Zaproponowaliśmy ci dom i ziemię, pamiętasz? 

- W zamian za co? 

-  Na  pewno  nie  za  to,  o  czym  teraz  myślisz.  Rzecz  jest  bardziej 

subtelna  i  złożona.  Otóż  od  pewnego  czasu  na  prawo  i  lewo  tracimy 

pilotów.  Ja  i  Christian  postanowiliśmy  więc  coś  wymyślić.  I  wpadł 

nam  do  głowy  ów  pomysł  z  importem  kobiet.  Nie  wiem,  czy  jest  to 

pomysł  szczęśliwy.  W  każdym  razie  chodziło  o  stworzenie  w  Hard 

Luck  pewnej  atmosfery,  powiedziałbym,  pola  grawitacji,  z  którego 

naszym chłopcom będzie bardzo trudno się wyrwać. 

-  Innymi  słowy,  ja  i  pozostałe  kobiety,  te,  które  tu  przybędą, 

mamy rozpraszać nudę twoich chłopców. Czyli właśnie dostarczać im 

rozrywki. - Zamknęła oczy, jak gdyby swymi słowami potwierdził jej 

najgorsze przeczucia. 

- Czy któryś z nich obraził cię dzisiaj? Jeżeli tak, to dopilnuję, by 

przyczołgał się z błaganiem o wybaczenie. 

- Ty mnie obraziłeś! - krzyknęła na cały dom. 

background image

-  Dlaczego?  Bo  nie  poprosiłem  cię  o  rękę?  Już  jedna  taka 

próbowała schwytać mnie w sidła... 

- W sidła? 

-  Tak,  w  sidła  małżeńskie.  Lecz  ja  nie  mam  zamiaru  się  żenić. 

Chcę,  żebyś  to  w  pełni  zrozumiała.  Łączyłem  z  tobą  nadzieję,  że 

zaprzyjaźnisz się z moimi chłopcami. Wiesz, co mam na myśli. 

- Wiem bardzo dobrze, co masz na myśli. 

Jedno  nie  ulegało  kwestii.  Abbey  wbiła  sobie  do  głowy  pewną 

ideę  i  cokolwiek  by  powiedział,  zawsze  w  jego  słowach  znalazłaby 

potwierdzenie  jej  prawdziwości.  W  tej  sytuacji  najrozsądniejszą 

rzeczą wydawało się zostawić ją samą. 

Sawyer opuścił bibliotekę, przeszedł kilkadziesiąt metrów, stanął i 

zawrócił.  Potem  znów  stanął  i  znów  zmienił  kierunek.  Jasny  gwint, 

ale pokiełbasiło się! Nie lubił porzucać nie dokończonych spraw. 

Nie  wiadomo  skąd  pojawił  się  Scott.  Jechał  na  rowerze 

Ronny'ego.  I  od  razu  zaczął  rozmowę  na  najżywiej  obchodzący  go 

temat.  Sawyer  dowiedział  się,  że  rower  Scotta  płynie  statkiem. 

Chłopak  obliczył  sobie,  że  za  dwa  tygodnie  będzie  już  mógł  szaleć 

razem  z  Ronnym.  Nie  chcąc  go  rozczarować,  Sawyer  pominął 

milczeniem sprawę trudności związanych z transportem bagażu drogą 

lądową,  a  za  to  wspomniał  o  swoim  starym  rowerze,  który,  o  ile  go 

pamięć nie myli, musiał się znajdować w komórce na rupiecie. 

Scott  zapalił  się  do  tego  pomysłu.  Wolał  mieć  na  razie 

jakikolwiek  rower  niż  żaden.  Najpierw  jednak  trzeba  było  oddać 

Ronny'emu jego  własność. Sawyer zaczekał, a kiedy chłopiec wrócił, 

background image

jak  to  on,  z  prędkością  ponaddźwiękową,  poszli  razem  ulicą.  Po 

kwadransie  wiekowa  „koza"  stała  już  na  podwórzu.  Wymyli  ją, 

napompowali  i  naoliwili.  Błysnęła  chromami,  zalśniła  zielonym 

lakierem, zadźwięczała dzwonkiem. Nie była wcale taka zła. 

W  tym  momencie  na  ganku  domu  naprzeciwko  stanęła  Abbey. 

Zajęci renowacją roweru, nie zauważyli jej powrotu. 

- Scott! - zawołała, po czym znikła w środku. 

- Muszę iść - powiedział chłopiec. 

- Okay. A ja dokręcę jeszcze szprychy i sprawdzę łożyska. Wiesz, 

twoja mama wydaje się dzisiaj czymś podenerwowana. 

- Zauważyłem - oświadczył Scott z miną konspiratora. 

- Może powinienem z nią porozmawiać? 

-  Nie  radziłbym  -  odparł  chłopiec.  -  Moja  mama  do  tej  pory  nie 

umawiała  się  z  mężczyznami.  A  dzisiaj  John  i  inni  zaprosili  ją 

hurmem  na  obiad.  Nie  wie,  co  robić,  jest  w  kropce  i  dlatego 

zachowuje się jak osa. Czy sądzisz, że moja mama powinna znów się 

ożenić? 

- To mężczyźni się żenią, kobiety wychodzą za mąż, zapamiętaj to 

sobie. A co się tyczy twojego pytania, to naprawdę nie mnie tu radzić 

cokolwiek. 

- Ale wiesz chyba, że pan Livengood dzisiaj się jej oświadczył? 

- Pete? Co do diabła! - wybuchnął Sawyer, lecz zaraz wziął się w 

garść.  

background image

Nie  mógł  przecież  przed  tym  dziewięcioletnim  chłopcem  robić  z 

siebie pośmiewiska. I tak zachowywał się jak smarkacz, radząc się go 

w sprawach zarezerwowanych wyłącznie dla dorosłych. 

Abbey ponownie zjawiła się na ganku. 

- Scott! Chodź na obiad. 

- Za chwilę, mamo. 

- Natychmiast. 

-  Lepiej  już  idź  -  powiedział  Sawyer.  -  Przyprowadzę  rower  po 

obiedzie. 

Scott  chwilę  pomyślał  i  pobiegł  w  kierunku  domu.  Przy  furtce 

odwrócił się. 

-  Sawyer,  nie  przejmuj  się!  -  wykrzyknął.  - Myślę,  że  i  tak  moja 

mama ciebie lubi najbardziej. 

Niestety,  zapewnienie  chłopca  było  niewielką  pociechą,  Abbey 

nie  mogła  jeść,  jedzenie  stawało  jej  w  gardle.  Miała  wrażenie,  że 

przeżuwa  trociny.  Jakby  na  przekór  jej  nastrojowi,  dzieci  tryskały 

wręcz i energią. Były rozmowne jak nigdy. 

-  Sawyer  podarował  mi  swój  stary  rower  -  oznajmił  w  pewnym 

momencie Scott. 

Nic nie odpowiedziała, jakkolwiek informacja dotarła do jej uszu. 

Była myślami przy dzisiejszych wydarzeniach. W Hard Luck roiło się 

od  kawalerów.  I  ci  kawalerowie  dokonali  dziś  inwazji  na  bibliotekę. 

Nie  chodziło  im  o  książki.  Tak naprawdę  przyszli  wypożyczyć  sobie 

bibliotekarkę. 

background image

- Czy to prawda, że pan Livengood chce zostać twoim mężem? - 

zapytała Susan. - Wszyscy w mieście już o tym mówią. 

- Czy dołożyć ci ryżu? - Abbey wolała zmienić temat. 

Ale Susan okazała się nieubłagana. 

- A ty chcesz zostać jego żoną? 

- Oczywiście, że nie. Prawie nie znam pana Livengooda. 

- Uważam, że powinnaś wyjść za Sawyera - powiedziała Susan z 

najpoważniejszą w świecie miną. 

-  Ani  myślę.  -  Odłożyła  nóż  i  widelec,  z  których  i  tak  od dawna 

nie robiła już użytku. - Przestańcie pleść bzdury. 

- To nie są bzdury, mamusiu - upierała się dziewczynka. - Sawyer 

jest  miły.  Opowiedział  nam  kiedyś  bajkę  na  dobranoc,  zawiózł  nas 

nad to jezioro, nazwał je twoim imieniem. Będzie dobrym mężem. 

Abbey walnęła dłonią w stół. 

- Dość o tym człowieku, dobrze? Przynajmniej przy obiedzie. 

Tym  razem  poskutkowało.  Dzieci  przeszły  na  temat  nowych 

kolegów i zabaw i zrezygnowały z wciągania jej w rozmowę. 

Aż  dziw,  jak  szybko  i  bezproblemowo  wtopiły  się  w  życie 

miasteczka. Poczuła się sama jak ten palec, osaczona przez mężczyzn, 

którym mogła zaofiarować przyjaźń i sympatię, lecz którzy oczekiwali 

od  niej  czegoś  więcej.  Aż  w  głębi  duszy  wstrząsnęła  się.  Uczucie 

poniżenia,  wstydu  i  urażonej  dumy  omal  że  nie  wycisnęło  jej  łez  z 

oczu.  

Pół godziny po obiedzie rozległ się dzwonek u drzwi. Powiedziała 

Scottowi, że boli ją głowa i nie ma jej dla nikogo. 

background image

Sawyerowi  potrzebny  był  ten  lot.  Pod  niebem  myślało  mu  się 

lepiej, precyzyjniej, logiczniej. Jak gdyby zainstalowane w samolocie 

silniki  nie  tylko  odrywały  go  od  ziemi,  lecz  również  od  wszystkich 

ziemskich uwikłań i ograniczeń. 

Niebo  porażało  swoim  błękitem.  Ciemne  okulary  chroniły  oczy 

przed  ostrymi  promieniami  słońca.  W  dole  przesuwał  się  krajobraz, 

niczym malunek na jakimś ogromnym walcu. 

Sawyer myślał o Abbey. Dotąd żadna kobieta nie związała go tak 

silnie  ze  sobą.  To  była  bez  wątpienia  sprawa  zmysłów.  Abbey,  choć 

skromna  w  najszerszym  tego  słowa  znaczeniu,  szczupła,  a  nawet 

wiotka, promieniowała wręcz erotyzmem. Pragnął jej i chociaż było to 

na  pewno  nieskromne  pragnienie,  nie  znalazło  dotąd  wyrazu  w 

żadnym  obrażającym  ją  słowie,  geście  czy  spojrzeniu.  Pomijając 

tamten  pocałunek,  który  zresztą  odwzajemniła,  Sawyer  pod  tym 

względem czuł się bez skazy. 

Co innego sam pomysł ze ściąganiem tych kobiet. Gdy w dużym 

gronie  u  Bena  debatowali  o  tym,  zgłaszał  swe  liczne  wątpliwości, 

jednak  do  głowy  mu  nie  przyszło,  by  planowana  akcja  kłóciła  się  z 

zasadami  etyki  lub nawet  zwykłej  uczciwości.  Ludzie  są  wolni  i nikt 

nikomu  nie  może  zabronić  zalotów  i  uwodzenia.  Ale  rzucanie  się 

gromadą  na  samotną  kobietę,  obarczoną  w  dodatku  dwójką  małych 

dzieci, to już zaiste duża przesada, granicząca wręcz z okrucieństwem. 

Bo  choćby  każdy  z  chłopców  zbliżył  się  do  niej  z  wyrazami 

szacunku  i  podziwu,  to  już  te  wszystkie  propozycje  i  łakome 

spojrzenia  tworzyły  nową,  wybitnie  negatywną  jakość.  Faktycznie, 

background image

Abbey  mogła  się  poczuć  niczym  sarenka  osaczona  przez  watahę 

zgłodniałych wilków. 

Tylko Pete zaproponował jej małżeństwo. 

On, Sawyer, tego nie zrobił. 

Cóż  zresztą  wiedział  o  miłości?  Naprawdę  cholernie  mało. 

Rodzice, odkąd sięgał pamięcią, byli ze sobą na noże. Może gdzieś w 

głębi  duszy  kochali  się,  ale  niewiele  wiemy  o  podziemnych  grotach. 

Pamiętał tylko, że kiedy matka odlatywała z Christianem do Londynu, 

ogromny smutek malował się na twarzy ojca. Tego dnia ojciec chyba 

po raz pierwszy w swoim życiu upił się. 

A  potem  zaczął  widywać  się  z  Catherine  Fletcher.  On,  Sawyer, 

był już wówczas na tyle dorosły, by wiedzieć, że w ten sposób ojciec 

zrywa  ostatnie  więzy  z  matką.  Zdradza  ją,  korzystając  z  jej 

nieobecności. 

Zdrada  zawsze  wypłynie  na  wierzch.  Ellen  wróciła,  rodzina 

znowu  na  jakiś  czas  stała  się  pozornie  normalną  rodziną,  ale  nie 

trwało  to  długo.  Sawyer  nawet  nie  musiał  się  domyślać,  kto  złamał 

serce jego matce. Catherine już zadbała o to, by kryzys nie minął i na 

gruzach nie powstało nowe szczęście. 

Nie,  jego  rodzice  stanowczo  nie  nauczyli  go  miłości.  Nie 

nauczyły  go  jej  również  lata  męskie  i  sporadyczne  kontakty  z 

kobietami.  Dopiero  Abbey...  Na  myśl,  że  mógłby  ją  utracić,  ścisnęło 

mu  się  serce.  Nie  wszystko  wiedział,  coś  tam przeczuwał,  lecz  jedna 

rzecz  była  pewna  -  nie  mógł  wyobrazić  sobie  Hard  Luck  bez  tej 

ślicznej kobiety. 

background image

Kiedy Sawyer powrócił z lotu późnym popołudniem, zastał Scotta 

szalejącego na jego starym rowerze po pasie startowym. 

- Pięknie wylądowałeś - pochwalił go na powitanie chłopiec. 

- Dzięki, stary. 

- A kiedy będę mógł popilotować? 

- Nadejdzie taki dzień. 

Scott zwiesił głowę. 

- Ostatnim razem odpowiedziałeś tak samo. 

Sawyer  przypomniał  sobie  swoje  własne  dzieciństwo.  Zdarzało 

się, że dorośli zbywali go, i wówczas czuł się bardzo nieszczęśliwy. 

- Masz rację, Scott. Nie sposób tego odkładać w nieskończoność. 

Przejdźmy do biura i sprawdźmy rozkład lotów. 

-  Czyli  że  usiądę  na  fotelu  pilota?  -  Chłopiec  błyskawicznie 

odzyskał humor. 

- Tak, ale musimy najpierw uzyskać pozwolenie twojej mamy. 

Kopnięty przez Scotta żwir rozprysnął się spod jego buta. 

-  Obawiam  się,  że  w  tej  chwili  nie  będzie  to  łatwe.  Jest  cięta  na 

ciebie. 

- Wciąż jest w kiepskim humorze? 

-  Jeszcze  jak  kiepskim.  Powiedziała  panu  Livengoodowi,  że  nie 

zostanie  jego  żoną.  Wyglądał  na  rozczarowanego,  ale  ja  uważam,  że 

byłby jeszcze bardziej zdumiony, gdyby powiedziała „tak". 

- A czym, jak sądzisz, można by ją trochę rozpogodzić? - Wielkie 

nieba, radził się w takich sprawach dziewięcioletniego chłopca! 

background image

-  Tamci  zarzucili  ją  podarkami,  ale  myślę  sobie,  że  ona 

najbardziej ucieszyłaby się z tych pachnących rzeczy, które się wrzuca 

do wanny. 

- Pachnących rzeczy? 

- No wiesz, te różne szyszki do kąpieli, płyny i sole. Jeśli dałbyś 

jej coś takiego, to chybaby się zgodziła z tobą porozmawiać. 

Sawyerowi  spodobał  się  pomysł.  Przy  najbliższym  pobycie  w 

Fairbanks odwiedzi drogerię. 

Weszli do biura, lecz zanim Sawyer zdążył zdjąć kurtkę, rozległo 

się  pukanie.  W  szparze  pomiędzy  drzwiami  a  framugą  ukazała  się 

dziewczęca główka. 

-  Zobaczyłam  twój  rower  -  powiedziała  Susan  do  brata.  -  Mama 

chce, żebyś natychmiast wracał. 

- Po co? 

- Masz pomóc jej przenieść coś z biblioteki do domu. 

-  Robi  się  -  odpowiedział  z  głębokim  westchnieniem,  co  miało 

oznaczać „ach, te kobiety". 

- A może iść z tobą? - zapytał Sawyer. 

Wiedział,  że  Abbey  nie  będzie  zachwycona  jego  widokiem.  Ale 

już tak dawno jej nie widział, ponad dwadzieścia cztery godziny. Być 

może  tęskniła  za nim, tak jak  on tęsknił  za nią, i tylko  nie  dotarło  to 

jeszcze do jej świadomości. Tak czy inaczej, była pewna nadzieja, że 

całe to nieporozumienie pójdzie w niepamięć. 

- Dzięki, ale dam sobie radę sam. - Scott najwyraźniej kreował się 

na dorosłego. 

background image

-  Chcę  ci  tylko  powiedzieć,  że  skorzystam  z  twojej  rady.  Twoja 

mama dostanie ode mnie mnóstwo tych pachnących rzeczy do kąpieli. 

Scott uśmiechnął się. 

- Powinieneś zrobić coś jeszcze. 

- Co takiego? 

Scott i Susan wymienili spojrzenia. 

- Powinieneś się z nią ożenić. Bo ze wszystkich równych facetów, 

a znamy tu tylko takich, którzy chcą zostać jej mężami, ciebie lubimy 

najbardziej. 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

A  więc  jeżeli  Scott  nie  przejęzyczył  się,  co  było  raczej 

wykluczone,  Pete  Livengood  nie  był  jedynym,  który  wyskoczył  z 

oświadczynami.  Sawyerem  targnęły  najsprzeczniejsze  uczucia,  od 

gniewu  po  strach.  Złościł  się,  że  tak  mało  zna  się  na  ludziach. 

Wystarczyło,  by  pojawiła  się  w  mieście  jedna  ładna  kobieta,  a  już 

wszyscy twardziele byli łagodni jak baranki.  

Dwa  tygodnie  temu perorowali  coś  o  przyjacielskich  stosunkach, 

a gdy przyszło co do czego, biegli na wyścigi z propozycją obrączki. 

Natchnieni obrońcy wolności pierwsi ją nieśli w ofierze  w zamian za 

kobiece „tak". 

Gnębiła  go  jednak  najbardziej  sprawa  jego  własnych  uczuć  do 

Abbey.  Pragnął  wyłączności,  nie  życzył  sobie,  by  inni  zasypywali  ją 

prezentami  i  ofertami  małżeńskimi,  a  jednak  samą  myśl  o 

małżeństwie, tym, jego zdaniem, grobie miłości, skutecznie od siebie 

background image

odpychał. Chciał ją widywać, rozmawiać z nią, chciał jeszcze czegoś, 

lecz to by mu w zasadzie całkiem wystarczyło. 

Rywali miał wielu. Rekrutowali się oni nie tylko spośród pilotów, 

lecz  również  wdowców  i  kawalerów.  Na  przykład  wdowcem  był 

Mitch  Harris,  ojciec  Chrissie.  Szeryf  z  pewnością  mógłby  zapewnić 

Abbey  spokojny  byt,  bez  trosk  materialnych,  i  miał  oczy,  które 

widziały piękną samotną kobietę. 

Sawyer  postanowił  się  stąd  wyrwać,  porozmawiać  z  ludźmi, 

upewnić  co  do  swych  podejrzeń.  Pierwsze  swe  kroki  skierował  do 

Bena.  Na  szczęście  lokal  okazał  się  pusty.  Minęła  pora  lunchu,  a  nie 

nastała jeszcze pora obiadu. Z kuchni wyłonił się sam mistrz patelni. 

-  Co  cię  gryzie?  -  zapytał,  obrzuciwszy  gościa  bystrym 

spojrzeniem swych małych oczek. 

Sawyer  uśmiechnął  się.  Ben  był  jego  przyjacielem.  Przed 

przyjacielem  trudno  ukryć  swą  duszę.  Nie  wiedział  jednak,  od czego 

zacząć.  Przecież  nie  spyta  Bena,  czy  ten  dał  już  na  zapowiedzi  w 

kościele. 

-  Pozwól,  że  cię  wyręczę.  Mężczyźni  nie  obnoszą  się  z  takim 

ponurym wyrazem twarzy, jeżeli za tym nie kryje się kobieta. Chodzi 

o Abbey, prawda? 

- Tak. Pete Livengood oświadczył się jej. 

Podniósł  do  ust  kubek  z  kawą  i  poprzez  obłoczek  pary  śledził 

mimikę restauratora. Ben jak na razie miał wygląd niewiniątka. 

- Słyszałem. 

- Bez wątpienia wielu facetom plącze się po głowie ten pomysł. 

background image

- Czy to cię niepokoi? - Chichot Bena przypominał gdakanie. 

-  W  pewnym  sensie  tak.  I  wiem,  co  chcesz  powiedzieć.  Ciekaw 

jesteś,  dlaczego  w  tej  sytuacji  sam  dotąd  nie  wystąpiłem  z 

oświadczynami.  Z  wielu  przyczyn  -  podniósł  głos  -  cholernie 

racjonalnych przyczyn. Po pierwsze, i jest to najważniejsze, nie lubię 

być  do  niczego  zmuszany,  działać  w  pośpiechu,  pod  wpływem 

okoliczności.  Małżeństwo  to  nie  wyprawa  na  ryby,  decyzję  trzeba  tu 

dogłębnie  przemyśleć.  Po  drugie,  żadna  kobieta  nie  będzie  mi 

dyktowała, co mam zrobić z mym życiem. 

Szerokie oblicze Bena jaśniało ojcowską dobrocią. 

- Dlaczego tak się wydzierasz? 

Sawyer zamknął oczy i bezradnie potrząsnął głową. 

- Zabij mnie, jeśli wiem. 

Znów pomyślał o swoich rodzicach i ich nieudanym małżeństwie. 

Również Abbey sparzyła się na oficjalnym związku z mężczyzną. 

-  A  może  powinieneś  wreszcie  odpowiedzieć  sobie  na  pytanie, 

czy ją kochasz? 

-  Myślisz,  że  nie  próbuję  tego  rozstrzygnąć?  Szkopuł  w  tym,  że 

nie bardzo wiem, co to jest miłość. 

- A co z dzieciakami? 

- Dzieciaki są fajne. Przepadam za nimi. 

Ben  przyglądał  się  Sawyerowi,  jakby  nagle  zobaczył  go  w 

całkiem nowym świetle. 

- Problem w tym - powiedział, dosypując cukru do cukiernicy - iż 

żyłeś dotąd w ugruntowanym przeświadczeniu, że żadna żona nie jest 

background image

ci  potrzebna  do  szczęścia.  Ceniłeś  sobie  swoją  niezależność  i 

samowystarczalność. Zadowolony byłeś z tego, co masz. 

- Jasne, że byłem zadowolony i nadal jestem. 

- To dlaczego wyglądasz jak gość stratowany przez stado karibu? 

Uważaj,  Sawyer.  Bo  ktoś  tam  może  w  tej  chwili  wsuwać  na  palec 

Abbey pierścionek zaręczynowy. 

Sawyer zerwał się ze stołka i wybiegł z lokalu. 

 

Abbey  włożyła  kartę  do  katalogu  i  sięgnęła  po  następną.  Ów 

uporządkowany  według  alfabetycznego  i  przedmiotowego  klucza 

wykaz książek nasuwał na myśl wiek dziewiętnasty. Być może kiedyś 

będzie  miała  komputer,  ale  na  razie  musiała  radzić  sobie,  posługując 

się tradycyjnymi metodami katalogowania. 

Przez uchylone drzwi wetknęła głowę Pearl Inman. 

-  Idziesz?  -  zapytała.  -  John  Henderson  lada  chwila  może 

przylecieć z tą Allison Reynolds. 

- Daj mi minutkę. 

- Nie wiem, jak ty, ale ja jestem bardzo jej ciekawa. Ben powita ją 

gigantycznym  tortem.  Mam  nadzieję,  że  nasi  portkarze  już  trochę 

ochłonęli i nie zrobią z siebie osłów. 

Abbey wstała i sięgnęła po wiszący na poręczy krzesła sweter. Jej 

serce biło mieszaniną lęku i podniecenia. Bardzo chciała, by ta Allison 

Reynolds  wreszcie  tu  się  zjawiła.  Wtedy  będzie  ich  dwie,  a  dwie  to 

już jakaś siła. Jedna drugiej może dodawać otuchy. 

background image

Natomiast  źródłem  lęku  było  przeświadczenie  o  nieuchronności 

natknięcia  się  na  Sawyera.  Zresztą  długotrwałe  unikanie  siebie  w 

takiej  mieścinie  jak  Hard  Luck  było  po  prostu  niemożliwe.  Bała  się 

więc trochę tego nieuchronnego spotkania, ale zarazem pragnęła go. 

Tamten  gniew  sprzed  dwóch  dni  prawie  zupełnie  już  minął.  Nie 

spotkała  się  dotąd  w  swym  życiu  z  masową  adoracją  ze  strony 

mężczyzn.  To  ją  oszołomiło  i  całkiem  wyprowadziło  z  równowagi.  I 

właśnie  w  takim  momencie  krańcowego  zdenerwowania  napatoczył 

się  Sawyer  i  umocnił  ją jeszcze  w  najgorszych  przeczuciach.  A  poza 

tym drań obwinił ją o zamiar zastawienia na niego małżeńskich sideł! 

Ale  ten  drań  był  pupilem  Scotta  i  Susan.  Gdy  dzieci  usłyszały  o 

staraniach Pete'a, rozpoczęły natychmiast kampanię na rzecz Sawyera. 

Przy  każdej  okazji  wymieniały  jego  imię.  Sawyer  to  i  Sawyer  tamto, 

aż w końcu poczuła się jak ktoś, kogo bez przerwy karmią miodem z 

orzechami.  Nie  miała  jednak  serca  zabronić  im  śpiewania  tych 

hymnów pochwalnych. 

Pogoda  zmieniła  się.  Dzisiejszy  dzień  był  pochmurny  i  zimny. 

Cienki  sweter  stanowił  słabą  ochronę  przed  chłodem  i  Abbey  lekko 

drżała. 

Na  płycie  lotniska  zgromadziło  się  pół  miasta.  Mieszkańcy  Hard 

Luck  stali  grupkami,  rozmawiając  ze  sobą  i  co  jakiś  czas  popatrując 

na niebo. Również Scott, który na swoim rowerze dołączył do Abbey i 

Pearl, trzymał głowę zadartą do góry. 

-  Czy  ta  pani,  która  przylatuje,  ma  chłopców  w  moim  wieku?  - 

zapytał w pewnej chwili. 

background image

Abbey  rozbawiło  to  pytanie.  Wyobraziła  sobie  minę  Sawyera  na 

widok gromadki dzieci Allison. 

- O ile wiem, to nie. 

-  I  też  mężczyźni  obstąpią  ją,  bo  każdy  będzie  chciał  się  z  nią 

ożenić? 

- Być może. 

- A Sawyer? 

- Nie znam jego myśli i zamiarów - odparła z emfazą. 

- Wolałbym, żeby Sawyer ożenił się z tobą. 

- Scott, przestań! 

- Słyszę samolot - wykrzyknęła Pearl. 

Faktycznie,  dało  się  słyszeć  dalekie  buczenie  silników,  ale 

samolot  tonął  jeszcze  w  chmurach.  Pojawił  się  dopiero  po  paru 

minutach.  Dodatkowy  czas  potrzebny  Johnowi  na  zejście  do 

lądowania,  samo  lądowanie  i  już  Duke  Porter  mógł  doskoczyć  do 

maszyny, by opuścić schodki. 

Stanęła  na  nich  księżniczka,  gwiazda  filmowa,  dziewczyna  z 

marzeń,  a  nie  jakaś  tam  sekretarka.  Olśniewająca  piękność  o  nogach 

bardzo długich i smukłych, piersiach przypominających dwie greckie 

amfory i ciele zdolnym tchnąć pożądanie w umierającego. Wdzięcznie 

pomachała  dłonią  i  przesłała  zgromadzonym  uśmiech,  który  całkiem 

mógł zrekompensować brak słońca na niebie. 

A  tłum  zamiast  się  rzucić,  by  witać,  zagadywać  i  wyrażać  swą 

radość, stał oniemiały, osłupiały wręcz pięknem, które zagościło na tej 

dalekiej północy. Twardzielom zgasł na twarzach uśmiech, patrzyli na 

background image

Allison  jak  w  obraz  i  tylko  im  grdyki  latały.  Sawyer,  jak  mogła  się 

przekonać  Abbey,  nie  różnił  się  pod  tym  względem  od  innych.  Oto 

samotni  mężczyźni  w  Hard  Luck  dostali  coś,  co  przekraczało  ich 

najśmielsze oczekiwania. Dostali księżniczkę. Nic dziwnego więc, że 

czuli się onieśmieleni i sparaliżowani.  

Powoli  jednak,  dzięki  takim  osobom  jak  Pearl,  atmosfera  z 

religijnej  zaczęła  się  zmieniać  na  świecką  i  bardziej  normalną.  W 

lokalu Bena przy dzieleniu tortu Allison Reynolds już traktowana była 

prawie jak istota z krwi i kości. 

Abbey  czekała  na  swoją  kolej,  żeby  się  przedstawić.  Mimo  że  w 

pierwszej sekundzie, jak każda chyba kobieta, poczuła w sercu ukłucie 

zazdrości,  miała  szczerą  nadzieję,  że  ona  i  Allison  zostaną 

przyjaciółkami. 

- Chciałbym porozmawiać z tobą. 

Abbey wzdrygnęła się i odwróciła głowę. Za nią stał Sawyer. 

- Czy zawsze zakradasz się od tyłu? 

- Tylko  wówczas, gdy jestem  w rozpaczy. - Oparł się  o ścianę. - 

Drugim był Mitch Harris, prawda? 

- Jakim drugim? 

- Facetem gotowym się z tobą ożenić. 

- Nie twój interes. 

-  A  więc  to  był  Mitch  -  wyszeptał  z  jakimś  smutkiem.  -  A  inni? 

Kto jeszcze machnął ci przed oczyma zaręczynowym pierścionkiem? 

- Już mówiłam: nie twój interes. 

background image

Gdyby  miała  większą  swobodę  ruchów,  z  pewnością  by  uciekła. 

Ale lokal był tak zatłoczony, że trudno było nawet głębiej odetchnąć. 

Że  też  Sawyer  musiał  wybrać  ten  szczególny  moment  na  swoje 

dziwactwa! 

- Czy wybrałaś już któregoś? 

- Nie rozumiem? 

-  Mówię  śmiertelnie  serio.  Jeśli  tak ci  zależy,  aby  mieć  męża,  to 

jestem gotów się z tobą ożenić. 

Otworzyła szeroko oczy. 

- Co za poświęcenie! Co za wspaniałomyślność! 

- Nie żartuję, Abbey. 

Ale  ona miała inne zdanie. Przeprosiła stojące w pobliżu osoby i 

przepchnęła się ku wyjściu. Będzie miała jeszcze niejedną okazję, by 

lepiej  poznać  się  z  Allison.  Będąc  już  na  ulicy,  usłyszała  za  sobą 

szybkie kroki. 

- Abbey, zaczekaj! 

Po chwili Sawyer zabiegł jej drogę. 

- Na miłość boską, dlaczego nie chcesz mnie wysłuchać? 

Pragnęła  mu  odpowiedzieć,  lecz  przeszkodził  temu  straszliwy 

ucisk  w  gardle.  Pozwoliła  więc  zaprowadzić  się  do  lotniczego 

hangaru, gdzie nie było świadków. Chwycił ją za ramiona. 

-  Słyszałaś?  Chcę  się  z  tobą  ożenić!  -  Słowa  te  odbiły  się  echem 

od stalowej kopuły. 

-  Tak  naprawdę  to  nie  zależy  ci  na  małżeństwie.  Chodzi  ci 

wyłącznie  o  to,  bym  nie  wybrała  kogoś  innego.  Twoja  śmieszna 

background image

męska duma przyjęłaby to jako policzek. Jeżeli więc sądzisz, że rzucę 

się w twoje ramiona, to jesteś w ogromnym błędzie. 

- Pragnę cię, Abbey. 

Przyciągnął  ją  do  siebie  i  pocałował.  A  ona,  jakby  zaprzeczając 

całej  swojej  dotychczasowej  postawie,  rozchyliła  wargi,  reagując  na 

jego  gorącą  namiętność.  Jej  wola  została  wyłączona.  Kierowała  się 

teraz jedynie tęsknotą za cielesnym kontaktem z mężczyzną. 

Lecz  nagle  Sawyer,  podobnie  jak  to  było  za  pierwszym  razem, 

oderwał  usta  i  cofnął  się  o  krok.  Sprawiał  wrażenie  człowieka,  który 

opamiętał się i teraz żałuje swojego postępku. 

-  Nie  przejmuj  się,  panie  pilocie  -  powiedziała  z  nutką  gryzącej 

ironii i wyrazem zranionej dumy na twarzy. - Jestem jak najdalsza od 

przyjęcia twojej propozycji. 

Odwróciła  się  i  szybkim  krokiem  opuściła  hangar.  Nikt  nie 

pobiegł za nią. 

 

Jeszcze  tego  samego  dnia  późnym  popołudniem  Abbey  spotkała 

Allison  Reynolds  na  ulicy  przed  biblioteką.  Prędko  też  w  trakcie 

rozmowy  zorientowała  się,  że  w  planach  pięknej  sekretarki  nie  leży 

bynajmniej jakiś dłuższy pobyt w Hard Luck. 

-  Jesteś  Abbey,  Christian  wspominał  mi  o  tobie  -  powiedziała 

tamta z uśmiechem. - Możemy porozmawiać? Umieram z ciekawości, 

co  ci  się  tutaj  przydarzyło  od  chwili  przybycia.  -  Rozejrzała  się  na 

boki i konspiracyjnie ściszyła głos. - Zamierzasz zostać? 

- Raczej tak. Pokochałam Alaskę. 

background image

-  Jest  lato,  ale  pobyt  tu  zimą  to  istne  szaleństwo.  Przecież  to 

Arktyka.  Chcesz  dwadzieścia  cztery  godziny  na  dobę  szczękać 

zębami? 

-  Nie  doświadczyłam  jeszcze  na  własnej  skórze  uroków 

arktycznej zimy, lecz zdecydowałam się podjąć to ryzyko. 

- Dzielna z ciebie dziewczyna. Ja mam o wiele mniej odwagi. Ale 

nie  mogę  długo  rozmawiać.  Umówiona  jestem  z  Ralphem  i  Pearl. 

Mają  mnie  zawieźć  do  mojego  domu.  Nigdy  jeszcze  nie  miałam 

własnego.  Christian  powiedział,  że  stoi  w  malowniczej  okolicy. 

Rozumiesz,  że  aż  się  palę,  żeby  tam  się  znaleźć.  Szkoda,  że  reszta 

mojego bagażu została w Fairbanks. Oni pewnie myślą, że powinnam 

była cały swój dobytek zmieścić w trzech walizkach. 

Kilka  godzin  później,  wracając  z  biblioteki,  Abbey  zaszła  do 

Pearl,  by  się  wywiedzieć,  jak  Allison  zareagowała  na  widok  swojej 

„wiejskiej posiadłości". Pearl podlewała kapustę w ogródku. 

-  Rozczarowaniem,  jakżeby  inaczej  -  powiedziała,  stawiając  na 

ziemi  dużą konew.  -  Ten  Christian  robi  ludziom  kaszę  z  mózgu.  Ale 

też  ta  dziewczyna  nie  potraktowała  chyba  swojego  przyjazdu  tutaj 

całkiem poważnie. Coś mi mówi, że chodziło jej w istocie o bezpłatną 

wycieczkę. 

- Może jeszcze zmienić zamiar i zostać. 

-  To  też  nie  byłoby  najlepsze.  Bo  należy  bez  wątpienia  do  osób, 

które  raczej  stwarzają  problemy,  nie  zaś  je  rozwiązują.  Moim 

zdaniem, ucieknie stąd jeszcze przed końcem tygodnia. 

background image

Abbey  w  zasadzie  zgadzała  się  ze  starszą  panią.  Porozmawiały 

jeszcze  przez  chwilę  i  pożegnały  do  jutra.  W  Hard  Luck  jedynie  tak 

się żegnano. Tutaj każdego dnia spotykało się wszystkich. 

Abbey dochodziła już do swego domu, gdy w perspektywie ulicy 

zobaczyła  ciężarówkę  jadącą  w  jej  kierunku.  Poznała  już  wszystkich 

mieszkańców  miasteczka,  więc  nieznajoma  twarz  kierowcy,  choć 

bardzo podobna do innej twarzy, przykuła na dłużej jej uwagę. 

Wóz zatrzymał się. Mężczyzna zeskoczył na ziemię. 

- Dzień dobry. Jestem Charles O'Halloran. 

- Abbey Sutherland - wyszeptała. 

Charles zmarszczył brwi. 

- Czy mogłaby mi pani powiedzieć, co tutaj właściwie się dzieje? 

 

Sawyer  siedział  w  biurze,  mechanicznie  bawiąc  się  długopisem. 

Kiedykolwiek  zdobywał  się  na  rozmowę  z  Abbey,  zawsze  tylko 

pogarszał  sprawę.  Teraz  zdradził  się  przed  nią  ze  swoją  zazdrością  i 

chyba  wyszedł  na  śmiesznego  dudka.  Po  prostu  nie  miał  prawa  być 

zazdrosny, nie miał też dowodów. John, Pete, Duke, Ralph i inni byli 

jego przyjaciółmi. Czy miłość zawsze musi niszczyć przyjaźń? 

Drzwi otworzyły się i pojawił się w nich... 

-  Charles!  -  wykrzyknął  Sawyer,  zrywając  się  na  równe  nogi.  - 

Ależ niespodzianka! Kiedy przyjechałeś? 

- Mniej więcej przed godziną. 

Najstarszy  z  braci  O'Halloranów  wyglądał  jak  okaz  zdrowia  i 

tężyzny fizycznej. Opalony, wysoki, harmonijnie zbudowany. Sawyer 

background image

znał  go  na  tyle  dobrze,  by  od  razu  poznać,  że  Charlesa  coś  trapi.  Na 

potwierdzenie tego nie musiał długo czekać. 

-  Może  mi  wytłumaczysz,  jak  to  się  stało,  że  w  ostatnim  czasie 

chorujesz  na  rozmiękczenie  mózgu?  -  zapytał  Charles,  nalewając 

sobie kawy. 

Sawyer roześmiał się. 

- A więc już słyszałeś o naszych ochotniczkach? 

- Właśnie o to pytam. 

I  Sawyer  zaczął  opowiadać  całą  historię  od  Adama  i  Ewy. 

Wspomniał  o  akrach,  domkach,  ogłoszeniu  i  drobnych  kłopotach. 

Charles  przez  cały  czas  trwania  tej  relacji  zachowywał  kamienną 

twarz. Lecz gdy dobiegła końca, spontanicznie wykrzyknął: 

- Czyście zbzikowali! 

- Bynajmniej. Doszedłem z Christianem do wniosku, że trzeba coś 

zrobić, by utrzymać harmonijny rozwój naszej zbiorowości. - Replika 

zabrzmiała  sztywno  i  pompatycznie  i  Sawyer  był  całkiem  tego 

świadomy. 

-  Nie  chodziło  wam  o  Hard  Luck,  chodziło  wam  wyłącznie  o 

siebie. 

-  Traciliśmy  pilotów,  rozumiesz.  Phil  pomachał  nam  na 

pożegnanie ręką, a John i Ralph też już przemyśliwali, kiedy by tu dać 

dyla. Zgodzili się zostać pod warunkiem, że sprowadzimy te kobiety. 

-  Pomysł  z  burdelem  byłby  chyba  prostszy  i  bardziej 

jednoznaczny. 

background image

-  Daj  spokój,  mieszasz  pewne  pojęcia,  a  tym  samym  wszystko 

wypaczasz.  Naszym  chłopcom  chodziło  nie  o  jądra,  lecz  o  jakąś 

szansę w sprawach męsko-damskich. 

-  Więc  dlaczego,  gdy  taka  szansa  pojawiła  się  wreszcie,  pewna 

kobieta  czuje  się  cynicznie  oszukana.  Mówię  tu  o  długonogiej 

piękności, która przyniosłaby naszemu miastu zaszczyt, gdyby w nim 

została. Rozmawiałem z nią przez kilka minut u Bena. 

Sawyer nie bardzo wiedział, czy Charles mówi poważnie, czy też 

naigrawa się z niego. 

-  Tak,  Allison  Reynolds,  choć  niewątpliwie  piękna,  wydaje  się 

zbyt  wychuchana,  by  znieść  panujące  tu  warunki.  Dlatego  opłacę  jej 

powrót  do  domu  i  poproszę  Christiana,  żeby  zaangażował  inną 

sekretarkę. 

- Jak ty w ogóle traktujesz ludzi? Przecież te kobiety, piękne czy 

brzydkie,  stare  czy  młode,  obojętnie,  zostawiają  za  sobą  cały  swój 

dotychczasowy świat. Lecą gdzieś w nieznane z nadzieją w sercu, że 

co  jak  co,  lecz  obietnice  pracodawców  zostaną  dotrzymane.  I  na 

miejscu zastają pośród nagiej tundry jakąś drewnianą budę. 

- W pewnym sensie masz rację. Allison okazała się pomyłką. Ale 

Abbey  Sutherland,  która  chwilowo  mieszka  w  domu  Christiana,  to 

całkiem co innego. Zdążyła już się sprawdzić jako bibliotekarka i jako 

nowy członek naszej społeczności. 

- Sawyer, obawiam się, że błędnie oceniasz sytuację. 

Sawyer żachnął się. 

- Co masz na myśli? 

background image

- Ona nie zostaje. 

Młodszy brat zacisnął pięści. 

- Kto ci to powiedział? 

- Usłyszałem to z jej własnych ust. 

- Więc przesłyszałeś się - ryknął Sawyer. - Ona i jej dzieci zostają. 

Charles jęknął. 

- Więc ma jakieś dzieci? 

Sawyer nic nie odpowiedział, tylko ruszył ku drzwiom. 

- Gdzie idziesz? 

- Zobaczyć się z nią. 

Pokonał  odległość  między  biurem  a  domem  Christiana  w 

rekordowym czasie. Dopadł drzwi, dysząc z gniewu i wysiłku. Uniósł 

pięść  i  zaczął  w  nie  walić.  Otworzyła  prawie  natychmiast, 

przestraszona bardziej tym, że pobudzi dzieci niż samym waleniem. 

- Sawyer, o co chodzi? Przecież już wszystko sobie wyjaśniliśmy. 

- Niczego sobie nie wyjaśniliśmy. Nie powiedziałaś mi, że chcesz 

wyjechać  z  Hard  Luck.  Ty  jednak  zostaniesz.  Zostaniesz,  bo  mówię, 

że ożenię się z tobą. Czy nie tego właśnie chcesz? 

Długo nań patrzyła. W jej oczach był sam smutek. 

- Nie, Sawyer, nie tego chcę - odpowiedziała wreszcie i zamknęła 

drzwi. 

Zachodni wiatr podrywał z ulicy obłoki kurzu. 

 

 

 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

- Co na śniadanie? - zapytał Scott, nie dał jednak Abbey czasu na 

odpowiedź. - Może zrobisz spaghetti? 

- Może być spaghetti. 

Tak, Abbey było dokładnie wszystko jedno. Przytłaczała ją jakaś 

duchowa  i  fizyczna  inercja,  z  której  nie  mogła  się  wyzwolić.  Po  raz 

drugi  w  swoim  życiu  zakochała  się  i  pech  chciał,  że  tym  razem 

wybrała mężczyznę, który nie wiedział nic o miłości. 

Allison  Reynolds  na  pewno  wyjedzie.  Są  osoby  stworzone  tylko 

do  luksusów  i  nic  tego  nie  zmieni.  Poza  tym  była  zbyt  sprytna  i 

mądra,  by  skazywać  siebie  na  ciężkie  życie  w  „przyfrontowej" 

mieścinie.  Ona,  Abbey,  powinna  była  również  tak  postąpić.  Tylko 

wcześniej,  dużo  wcześniej,  zanim  jeszcze  wpuściła  Sawyera  do 

swojego serca. 

Popełniła  błąd,  wychodząc  za  Dicka.  Zrozumiała  to  prawie 

natychmiast  po  ślubie,  lecz  zamiast  przyznać  się  do  pomyłki, 

próbowała  ratować  swoje  małżeństwo.  Toczyła  beznadziejną  walkę 

zupełnie  niepotrzebnie.  I  oto  po  latach  znowu  zaczęła  marzyć,  śnić 

oraz wierzyć, że znajdzie szczęście w ramionach mężczyzny. 

Rozczarowania  waliły  się  na  nią  jedno  po  drugim.  Pierwszym 

bolesnym  wstrząsem  było  uświadomienie  sobie,  w  jakim  właściwie 

celu  została  ściągnięta  do  Hard  Luck.  Sawyer  nie  chciał,  by  wracała 

do Seattle. Żeby ją zatrzymać, gotów był nawet na małżeństwo z nią. 

Ale ona czekała na jedno jedyne słowo, które jednak nie padło. 

background image

Małżeństwo  bowiem,  które  nie  wynika  z  miłości,  przeżywane 

może  być  tylko  jako  kara  i  dolegliwy  przymus.  I  tak  właśnie, 

wydawało się, pojmował je Sawyer. 

Scott otworzył lodówkę i nalał sobie soku z kartonu. 

-  Widziałem  wczoraj,  jak  rozmawiałaś  z  jakimś  kierowcą 

ciężarówki.  Przypominał  bardzo  Sawyera,  chociaż  był  wyższy  i  bez 

brody. 

- To był najstarszy z braci O'Halloranów, Charles. 

- Ach, tak. - Chłopiec usiadł przy kuchennym stole. Przez dłuższą 

chwilę nie odzywał się. - Czy dobrze się czujesz, mamo? 

- Oczywiście, że czuję się dobrze. Po prostu nie zawsze udaje się 

zacząć dzień od śmiechu. 

Aż dziw, że nie rozgotowała i nie przesoliła makaronu. Przez cały 

czas myślała tylko o jednym. Podjęła już decyzję o  wyjeździe i teraz 

czekało ją bardzo niewdzięczne zadanie powiadomienia o tym dzieci. 

Wiedziała,  że  Scott  i  Susan  zareagują  gwałtownym  sprzeciwem,  a 

może nawet płaczem. 

Gdy  już  spaghetti  w  połowie  znikło  z  talerzy,  zaczęła 

dyplomatycznie: 

-  Rozumiem  Allison  Reynolds,  że  chce  stąd  uciekać. 

Prawdopodobnie odleci najbliższym samolotem. 

- Ta nowa pani wygląda jak lalka - wyraził swoje zdanie Scott. 

- Jest bardzo ładna - powiedziała Susan. 

- Plastikowa lalka - skonkretyzował poprzednią ocenę Scott. - Nie 

ma  w  niej  ani  za  grosz  wdzięczności.  Ben  upiekł  dla  niej  tort,  inni 

background image

przyszli ją powitać, a ona sobie tak po prostu wyjeżdża. - Wszystko to 

powiedziane  zostało  dość  bełkotliwie,  gdyż  chłopiec  miał  pełne  usta 

makaronu. 

- Wiecie co, zaczynam wątpić, czy to miejsce jest również dobre 

dla nas - powiedziała Abbey, realizując swój dyplomatyczny plan. 

-  Chyba  żartujesz!  To  najwspanialsze  miejsce  pod  słońcem. 

Nigdzie  nie  miałem  tylu  kolegów,  co  tutaj.  Nigdzie  nie  szalałem  tak 

na rowerze i nie grałem tak dużo w piłkę. 

-  Ale  tu  nie  sprzedają  lodów  -  wskazała  na  słaby  punkt 

zamieszkania w Hard Luck Susan. - To nie jest miejsce, gdzie można 

zainstalować  się  na  dłużej.  Kiedy  pan  O'Halloran  zaproponował  mi 

pracę, nie powiedziałam mu o was. Gdyby jednak wiedział o waszym 

istnieniu, na pewno odradziłby mi przeprowadzkę. 

- Ale ten dom jest całkiem fajny - powiedziała Susan. - Dlaczego 

nie możemy w nim mieszkać? 

- Bo jest własnością Christiana, brata Sawyera - wyjaśnił za matkę 

Scott.  -  Ale  wiem,  że  Sawyer  ma  wynająć  dla  nas  dom  od  jakiejś 

starszej pani. Mówił mi o tym wczoraj czy przedwczoraj. 

-  Przede  wszystkim  nie  mamy  żadnych  gwarancji,  że  ta  pani  się 

zgodzi. To po pierwsze. A po drugie, nasze meble będą mogły dotrzeć 

do Hard Luck dopiero na początku zimy, kiedy zamarzną rzeki. 

- Poczekamy - powiedział Scott. 

- Poczekamy - powtórzyła jak papuga Susan. 

-  W  takim  razie  przejdźmy  do  następnej  sprawy:  zapasów 

zimowych.  Śniegi  i  mróz  odcinają  Hard  Luck  od  świata  i  dlatego 

background image

mieszkańcy  gromadzą  zapasy  na  całą  zimę,  bardzo  długą  na  tej 

szerokości  geograficznej.  Obliczyłam,  że  takie  jednorazowe 

zamówienie  dla  naszej  trójki  będzie  kosztowało  około  pięciu  tysięcy 

dolarów. Nie dysponuję taką sumą. 

- Zaciągnijmy pożyczkę - poradził Scott. 

-  Tu  nie  ma  żadnego  banku,  a  od  prywatnych  osób  nie  będę 

pożyczać. 

- A Sawyer? On chętnie... 

-  Scott,  zlituj  się  ty  nade  mną.  Sawyer  i  Sawyer.  Nawet  pięciu 

Sawyerów  nie  rozwiąże  naszych  rodzinnych  problemów.  Zrobiliśmy 

błąd, wyjeżdżając z Seattle. 

- Podoba nam się tutaj! - wykrzyknęły jednym głosem dzieci. 

-  Zgoda,  Alaska  ma  swoje  uroki.  Ale  musimy  na chłodno  ocenić 

sytuację. A to nas z kolei doprowadzi do podjęcia właściwej decyzji. 

- Decyzję podjęliśmy w Seattle. Czy nie pamiętasz? Powiedziałaś, 

że bez względu na wszystko przetrwamy jeden rok. A minęły dopiero 

trzy tygodnie i już chcesz uciekać? 

Oczywiście, że pamiętała. Nie przewidziała tylko, że stawki w tej 

grze  będą  tak  wysokie.  Mogła  żyć  bez  wody,  gazu  i  elektryczności. 

Mogła  żyć  bez  sklepów,  kin  i  teatrów.  Ale  nie  mogła  żyć  w  pobliżu 

mężczyzny, którego kochała, a który nic nie wiedział o miłości. Taki 

stan  rzeczy  mógł  się  skończyć  tragedią.  Jakimś  ześlizgnięciem  się  w 

seks,  uszarganiem  opinii.  Nie  wolno  jej  było  zrobić  takiej  krzywdy 

dzieciom. Chciała, żeby wzrastały w kochającej się rodzinie. 

- Są rzeczy, które zrozumiecie dopiero jako dorośli. 

background image

Nikt już nie pamiętał o spaghetti. Dzieci wpatrywały się w matkę 

z rozpaczą w oczach. 

- Czy to z powodu Sawyera? - zapytał Scott zdławionym głosem. 

Chcąc uniknąć kłamliwej odpowiedzi, nie dała żadnej. 

-  Polubiliście  Alaskę,  ja  też  ją  polubiłam.  Dlatego  myślę,  że 

najlepiej będzie osiąść w Fairbanks. Wynajmiemy tam jakiś skromny 

domek, umeblujemy naszymi... 

- Chcę zostać tutaj. - W zazwyczaj potulną Susan wstąpił demon 

przekory. 

- Nie opuszczę Eagle Catchera - oświadczył Scott cichym głosem, 

który jednak miał większą siłę perswazji od krzyku. 

-  A  jednak  musimy  stąd  wyjechać.  Hard  Luck  jest  cudownym 

miejscem,  mieszkają  tu  przemili  ludzie,  ale  rozsądek  nakazuje  nam 

szukać szczęścia gdzie indziej. 

Fatalnie, że padło to słowo. Łzy trysnęły jej z oczu i potoczyły się 

po  policzkach.  Wiedziała,  że  wędrówki  za  szczęściem  bywają  też 

daremne. 

- Nie płacz, mamusiu - poprosiła Susan. 

- To z powodu Sawyera, prawda? - powtórzył swoje pytanie Scott. 

- To z jego powodu płaczesz? 

- Nie. Nie! 

- A przecież tak go lubiłaś. 

Naprawdę  uważała,  że  nie  może  winić  Sawyera.  Jeśli  ktoś  tu 

zawinił,  to  tylko  ona  sama  -  rozluźniając kontrolę  nad  sobą,  rzucając 

się na oślep w tę miłość. 

background image

-  Jeśli  nie  chcesz  poślubić  Sawyera  -  ciągnął  Scott  -  to  może 

wyjdziesz  za  Pete'a?  Nie  jest  tak  przystojny  jak  Sawyer,  ale  jest 

również  bardzo  miły.  A  poza  tym  ma  sklep,  tak  że  nie  będziesz 

musiała się martwić o zapasy na zimę. 

- Nie stręczcie mi tu nikogo - zawołała, śmiejąc się przez łzy. -  I 

tak za nikogo nie wyjdę. 

-  Lecz  jeśli  już  miałabyś  wziąć  ślub,  to  tylko  z  Sawyerem, 

prawda? - drążył sprawę Scott. - Bo nadal go lubisz. 

-  Jesteśmy  przyjaciółmi  -  powiedziała  Abbey.  -  I  tylko 

przyjaciółmi. Sawyer nie kocha mnie. 

Dzieci milczały. Abbey wytarła nos w chusteczkę. 

-  Im  prędzej  wprowadzimy  decyzję  w  czyn,  tym  lepiej. 

Zaczynamy pakować się już dzisiaj. Może uda się nam odlecieć razem 

z Allison. 

 

Sawyer  siedział  sam  przy  stole  nad  nie  tkniętą  i  wystygłą  już 

zupą.  Zawsze  gdy  Charles  wracał  z  kolejnej  swojej  wyprawy,  dwaj 

bracia spotykali się i gawędzili ze sobą nawet do białego rana. Ale nie 

tym  razem.  Tym  razem,  gdyby  starszy  brat  pojawił  się  w  drzwiach, 

Sawyer nie mógłby w pełni zapanować nad sobą. 

Charles okazał się zdrajcą. Zresztą sam się przyznał do zdrady. To 

on  namówił  Abbey  do  wyjazdu  z  Hard  Luck.  I  obojętnie,  czym  się 

kierował.  Nie  miał  prawa  rozdzielać  racji  w  kwadrans  po  tym,  jak 

postawił nogę w mieście. 

background image

Sawyer  przypomniał  sobie  tamten  dzień,  gdy  jego  ojciec 

odprowadził matkę na lotnisko, skąd miała polecieć do Anglii. Wtedy 

jeszcze  nie  było  wiadomo,  że  wróci.  Opuszczała  Hard  Luck  na 

zawsze.  I  oto  teraz  miała  się  powtórzyć  tamta  scena,  tyle  że  w 

chmurach  zniknie,  i  już  nigdy  się  nie  pojawi,  Abbey  Sutherland, 

bibliotekarka,  a  tym,  który  pójdzie  się  upić,  będzie  on,  Sawyer 

O'Halloran. 

Odsunął talerz  i  przeszedł  do  salonu.  Stanął  przy  oknie.  Tam, na 

wprost,  po  drugiej  stronie  ulicy,  była  Abbey.  Lecz  równie  dobrze 

mogłaby  być  na  przeciwległym  krańcu  świata.  Nie  miał  do  niej 

dostępu.  Odgrodziła  się  od  niego  ścianą,  której  nie  sposób  było 

pokonać. 

W  drzwiach  pojawił  się  Scott.  Wziął  stojący  przy  płocie  rower, 

przeprowadził  go  przez  ulicę  i  ze  złością  cisnął  na  ziemię  przed 

domem Sawyera. Sawyer drgnął. Najpierw matka, a teraz syn. 

- Co się stało, synu? - krzyknął, wybiegając na ganek. 

-  Nie  jestem  twoim  synem!  -  odkrzyknął  Scott,  po  czym  kopnął 

kręcące  się  tylne  koło.  -  Zabieraj  sobie  tego  grata,  tę  bezużyteczną 

staroć! 

Sawyer  zszedł  po  stopniach  ganku.  To  był  zupełnie  odmieniony 

Scott. Tylko naprawdę wielki ból może tak odmienić dziecko. 

- Pomożesz mi go schować do komórki? 

- Nie. - I chłopiec rzucił się na niego z pięściami. 

Sawyer oniemiał z osłupienia, które było tak wielkie, że nawet nie 

czuł gradu ciosów i kopniaków. 

background image

- Przez ciebie moja mama płacze! Przez ciebie musimy wyjechać! 

Ujarzmiony  jednym  chwytem  silnych  męskich  ramion,  Scott 

wybuchnął  płaczem.  Szlochał,  nie  wstydząc  się  swoich  łez.  A  kiedy 

Sawyer  przytulił  go  do  siebie,  przywarł  do  niego  jak  zagubione  i 

odnalezione na odludziu dziecko. 

- Twój rower wcale nie jest gratem. 

- Wiem, synku. 

- I mama mówi, że pewnie wyjedziemy jutro rano. 

- Wiem, synku. 

Scott cofnął się i spojrzał na Sawyera przez zasłonę z łez. 

-  I  masz  zamiar  nas  puścić,  tak  bez  pożegnania?  -  spytał  z 

wyrazem  bolesnego  zdumienia na  twarzy.  -  Myślałem,  że  bardziej  ci 

na nas zależy. 

- Zależy mi na was bardziej, niż przypuszczasz. 

- Więc dlaczego mamie tak spieszno z wyjazdem i dlaczego ty nic 

nie robisz, by zmieniła decyzję? 

-  Ponieważ...  -  Sawyer  gorączkowo  szukał  odpowiednich  słów.  - 

Czasami nie jest łatwo wytłumaczyć coś dziewięcioletniemu chłopcu. 

-  Nawet  gdybym  miał  czterdzieści  lat,  nie  zrozumiałbym  tego  - 

rzucił  ów  dziewięcioletni  chłopiec,  wytarł  oczy  rękawem  koszuli  i 

puścił się biegiem ulicą. 

Sawyer  został  sam.  U  jego  stóp  leżał  rower,  ten  symbol 

zmarnowanych  szans,  utraconej  okazji.  I  już  chciał  go  podnieść  i 

schować w komórce, gdy  w furtce stanął Mitch Harris, tutejszy stróż 

prawa. Mieszkańcy Hard Luck cenili swojego szeryfa za skuteczność 

background image

działań  i  spokojny  wdzięk,  z  jakim  przeprowadzał  swoje,  nieliczne 

zresztą, akcje. 

Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie. 

- Wyglądasz, jakby cię osolono i właśnie miano zalać marynatą - 

zauważył Mitch. 

Sawyer przeniósł wzrok na fasadę domu naprzeciwko. 

- Abbey wyjeżdża. 

-  Chyba  żartujesz.  Moja  Chrissie  jest  z  córką  Abbey  bardzo 

zaprzyjaźniona. 

- Słyszałem, że są jak papużki nierozłączki. 

-  To  mało  powiedziane.  Jedna  za  drugą  dałaby  posiekać  się  w 

kawałki.  Tylko  Susan  jest  w  wieku  Chrissie,  inne  dziewczynki  są 

starsze lub młodsze. Ale co się stało? Dlaczego Abbey nas opuszcza? 

Sawyer zaczął trzeć czoło. 

- Niech skonam, jeśli kiedykolwiek to zrozumiem. 

-  Dotarło  do  moich  uszu,  że  ty  i  Abbey,  wybacz,  że  powtarzam 

zasłyszane plotki, macie się ku sobie. 

- Ale teraz wiesz, że ktokolwiek to mówił, był w błędzie. Zresztą 

ja  też  się  pomyliłem  co  do  Abbey.  Nigdy  bym  nie  przypuszczał,  że 

zechce nas tak szybko opuścić. 

- I nie kiwniesz palcem, by została? 

Sawyer  wzruszył  ramionami.  Teraz  już  tylko  pragnął  zachować 

przed Mitchem twarz. 

- Wszystko na to wskazuje, że ten pomysł ze ściąganiem tu kobiet 

okazał się kosztowną pomyłką. 

background image

-  A  swoją  drogą  szkoda,  że  sprawy  tak  się  potoczyły.  Na  jej 

wyjeździe  stracimy  wszyscy.  Straci  Chrissie,  która  pokochała  Susan 

jak  siostrę,  straci  całe  miasto.  Abbey  już  wykonała  kawał  dobrej 

roboty, a na dalekiej północy tylko dzielni i pracowici się liczą. 

Sawyer  nie  mógł  nie  zgodzić  się  z  Mitchem.  Wyjął  z  kieszeni 

kurtki list, który otrzymał dziś w południe. 

-  Sprawy  zresztą  komplikują  się  i  nabierają  rozmiarów  epidemii. 

Oto  list  od  Margaret  Simpson,  która  tłumaczy  w  nim,  dlaczego  nie 

będzie  mogła  uczyć  w  następnym  roku  szkolnym.  Wygląda  więc  na 

to, że stoimy przed koniecznością znalezienia do końca wakacji nowej 

nauczycielki.  Jasny  gwint,  niekiedy  aż  dusi  mnie  wściekłość,  że 

urodziłem  się  i  spędzam  życie  na  tym  arktycznym  odludziu,  gdzie 

tylko  pewni  mężczyźni,  starcy  i  dzieci  mają  odwagę  zmierzyć  się  z 

zimą  i  polarnymi  niedźwiedziami.  Ale  żeby  życie  toczyło  się 

normalnie,  potrzeba  kobiet  i  to  w  miarę  młodych,  a  te  wolą  wielkie, 

jazgotliwe, zatłoczone miasta. 

Mitch ze zrozumieniem pokiwał głową. 

-  Nieszczęścia, jak to  się  mówi,  chodzą  parami.  Oby  dobry  duch 

odmienił decyzję Abbey i Margaret. 

Sawyer znów utkwił wzrok w domu naprzeciwko. 

-  Liczyć  na ingerencję ducha, to  liczyć  na  cud  -  rzekł  ściszonym 

głosem. 

Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie. Mitch wcisnął głębiej na czoło 

kapelusz i, ku zaskoczeniu Sawyera, skierował swe kroki ku domowi 

Abbey. Po chwili zniknął w środku, zaś Sawyer poświęciłby z ochotą 

background image

swoją prawą dłoń, żeby tylko wiedzieć, co go tam zaniosło i o czym w 

tej chwili rozmawiają. 

Dzieci  tego  wieczoru  długo  zwlekały  z  położeniem  się  do  łóżek. 

Wynajdywały najprzeróżniejsze preteksty, by tylko przedłużyć dzień, 

który zresztą ciągle trwał za oknami. To Susan nagle zachciało się pić, 

to Scott zdecydował się rychło w czas coś tam uprzątnąć, to skarżyły 

się  na  szparę  w  kotarze  zaciemniającej  pokój,  to  długo  o  czymś  ze 

sobą rozmawiały.  

W  końcu  jednak  w  sypialni  zapanowała  cisza  i  Abbey  mogła 

usiąść  w  fotelu,  by  trochę  odetchnąć  i  uporządkować  rozbiegane 

myśli. Walizki były już spakowane. Dzieci wprawdzie pomagały jej w 

tym, czyniły to jednak z takimi minami, jakby dopuszczały się gwałtu 

na sobie. Scott i Susan, którzy pakowali się w Seattle przed wyjazdem 

do Hard Luck, w niczym nie przypominali Scotta i Susan sprzed kilku 

godzin. 

Przed  pójściem  do  łóżka  Scott  poinformował  ją,  że  zwrócił 

Sawyerowi  rower.  Abbey  uściskała  syna  i  pocałowała  go  w  czoło. 

Przyjął  tę  pieszczotę  całkiem  obojętnie.  Sięgnęła  więc  do 

argumentów.  Fairbanks  nie  będzie  wcale  takie  złe,  próbowała 

przekonać  siebie  i  dzieci.  Było  drugim  co  do  wielkości  miastem  na 

Alasce,  a  życie  w  dużym  mieście  jest  zawsze  sporo  łatwiejsze  i 

przyjemniejsze niż na prowincji. 

Żadnej  reakcji.  Żadnego  ożywienia.  Nawet  uwaga,  że  Fairbanks 

jest  najdalej  na  północ  wysuniętym  miastem  na  świecie,  nie 

rozproszyła apatii Scotta i Susan. 

background image

-  Czy  kiedykolwiek  zobaczę  jeszcze  Eagle  Catchera?  -  zapytał 

Scott. 

- Nie wiem - odpowiedziała zgnębionym głosem. 

A teraz siedziała sama w salonie i walczyła z przygniatającym ją 

przygnębieniem.  Była  to  walka  całkowicie  daremna.  Czas  było 

zakończyć  ten  dzień.  I  jakkolwiek  wiedziała,  że  nie  zaśnie  tej  nocy, 

udała się do swojej sypialni. 

Przechodząc  obok  pokoju  dzieci,  swoim  zwyczajem  zajrzała  do 

nich, by ewentualnie poprawić im skopane kołdry. Tym razem jednak, 

okazało  się,  nie  trzeba  było  niczego  poprawiać.  Kołdry  leżały  wręcz 

idealnie, okrywając Scotta i Susan niemal po same czubki głów. I już 

zamierzała zamknąć drzwi, gdy nagle coś ją zastanowiło. To nie była 

cisza snu, to była cisza pustki. 

Straszne  przeczucie  targnęło  jej  sercem.  Podbiegła  do  łóżka 

Scotta.  Zerwała  kołdrę.  Zwinięty  w  rulon  koc  i  ochronny  piłkarski 

kask  imitowały  ciało  dziecka.  Jęknęła  i  rzuciła  się  do  łóżka  Susan. 

Susan  również  uciekła.  Drżącą  dłonią,  zagryzając  do  bólu  wargi,  by 

utrzymać  się  na  omdlałych  nogach,  zapaliła  światło.  Natychmiast 

dojrzała kartkę: 

„Kochana  Mamusiu,  nie  chcemy  opuszczać  Hard  Luck.  Możesz 

wyjechać beze mnie i Susan. Nie martw się o nas.  

Twoje kochające cię dzieci". 

Przeczytała liścik pięć razy i aż musiała krzyknąć głośno: „Nie!", 

żeby  ocucić  się  i  nie  wpaść  w  coś  na  kształt  letargu.  Zerwała  się, 

pobiegła do salonu i wykręciła numer Sawyera. 

background image

Na szczęście zastała go w domu. 

-  Sprawdź,  czy  Eagle  Catcher  jest  w  ogrodzeniu  -  rzuciła 

zdyszanym głosem, gdy podniósł słuchawkę. 

- Chcesz porozmawiać z moim psem? 

- Sawyer, błagam, nie czas na żarty. Zrób, o co cię proszę. 

- Dobrze. 

W słuchawce zaległa cisza. Abbey zamknęła oczy. Zaczęła liczyć. 

Doliczyła do trzydziestu siedmiu. 

- Nie ma go. Uciekł. Abbey, co się stało? 

- Nie ma też moich dzieci! Uciekły! Boże, co ja pocznę... 

- Już idę do ciebie. 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

-  Gdzie  one  mogły  uciec?  -  zapytała  Sawyera,  kiedy  się  pojawił, 

wiedząc zresztą z góry, jaka będzie jego odpowiedź. 

- Nie mam pojęcia. 

Wręczyła  mu  list  i  opadła  na  kanapę.  Skuliła  się,  jakby  nagle 

przejął ją chłód. 

- To wszystko moja wina. 

- Szukanie winnego odłóżmy na później. Teraz przede wszystkim 

musimy  odnaleźć  Scotta  i  Susan.  Znasz  swoje  dzieci.  Pomyśl,  gdzie 

mogły się schować. 

Abbey ukryła twarz  w dłoniach. Próbowała się skupić, ale umysł 

nie  poszedł  za  nakazami  woli.  Racjonalne  myślenie  ustąpiło  miejsca 

wyobraźni,  która  podsuwała  jej  obrazy  Scotta  i  Susan  gdzieś  na 

background image

odludziu,  przestraszonych,  głodnych,  wycieńczonych,  otoczonych 

bezlitosną,  groźną  tundrą.  Przypomniała  sobie  tamtą  nieszczęsną 

pięcioletnią dziewczynkę, ciotkę Sawyera, która zaginęła bez wieści. 

Z  kolei  Sawyer  niejednokrotnie  ostrzegał  ją,  że  poza  obrębem 

miasteczka zaczyna się obszar niebezpieczny i dziki. I teraz jedynym 

obrońcą  jej  dzieci  przed  tymi  różnymi  zagrożeniami  miał  być  Eagle 

Catcher! 

W  milczeniu  potrząsnęła  głową.  Przerażenie  odebrało  jej  mowę. 

Sawyer uklęknął i przywarł ustami do jej lodowatej dłoni. 

- Odnajdę je, Abbey. Przysięgam, że nie zaprzestanę poszukiwań, 

aż znajdą się w domu, bezpieczne i całe. 

Nie  musiał  przysięgać.  Ufała  mu.  Ufała  mu,  jak  nikomu  innemu 

na świecie. Wiedziała, że raczej umrze, niż da za wygraną. Rzuciła się 

w jego ramiona. Przez chwilę trwali w rozpaczliwym uścisku. 

-  Abbey,  nie  zapominaj,  że  jest  z  nimi  pies.  Tylko  tak  można 

tłumaczyć  sobie  nieobecność  Eagle  Catchera.  Widziałbym  w  tym 

bardzo  pocieszający  fakt.  -  Ponownie  pocałował  ją  w  dłoń.  -  Zostań 

tutaj. Ja zawiadomię Mitcha i zbierzemy ekipę. 

Kiwnęła  głową,  doskonale  rozumiejąc,  że  nie  byłaby  dla 

mężczyzn  żadną  pomocą.  Zarazem  jednak  perspektywa  pozostania 

samej w domu przerażała ją i Sawyer jakby to odgadł. 

-  Poproszę  Pearl  Inman,  żeby  przyszła  i  dotrzymała  ci 

towarzystwa. 

Pożegnał ją delikatnym muśnięciem dłonią po policzku. Odszedł. 

Wyszła  na  taras  i  usiadła  na  staroświeckiej  huśtawce.  Pusty  dom 

background image

przypominał wnętrze trumny. Zaatakowały ją komary, ale tym razem 

nie zwracała na nie żadnej uwagi. Jej umysł zaczął wreszcie pracować 

i porządkować fakty. 

Scott  i  Susan  pokochali  Hard  Luck. A  także  Sawyera  i  jego  psa. 

Zaaklimatyzowali  się  w  nowym  miejscu  bez  żadnych  problemów. 

Nawiązali  nici  koleżeństwa  i  przyjaźni.  Eagle  Catcher,  Ronny  Gold, 

Chrissie  Harris,  to  były  najważniejsze  orientacyjne  punkty  ich 

duchowego  świata.  Próbowała  brutalnie  wyrwać  ich  z  czegoś,  co  już 

zmieniło  się  w  wewnętrzną  geografię  ich  serc.  Powodowała  się 

strachem. Bała się popełnienia kolejnego błędu, który mógłby fatalnie 

wpłynąć na ich życie. 

- Abbey? 

- Och, Pearl. - Pogrążona w myślach, nie usłyszała kroków. - Tak 

się boję. 

Starsza kobieta usiadła przy niej, otaczając jej plecy opiekuńczym 

ramieniem. 

- Nie martw się. Sawyer je odnajdzie. 

- To może okazać się trudne. 

-  Nie  zapominaj,  że  mają  przy  sobie  Eagle  Catchera.  To  mądry, 

silny, odważny i bojowy pies. 

Abbey  pokiwała  głową.  Próbowała  się  uśmiechnąć,  bez  rezultatu 

jednak. 

-  Chodź  -  powiedziała  Pearl  -  zrobimy  kawę  i  coś  do  zjedzenia. 

Naszym mężczyznom przyda się posiłek, gdy wrócą z poszukiwań. 

background image

Przeszły  do  kuchni.  Abbey  nastawiła  wodę.  Pearl  zajęła  się 

krojeniem  pieczywa  i  wędliny  na  kanapki.  Rozmowa  nie  kleiła  się. 

Abbey była zbyt zaabsorbowana losem swoich dzieci. 

Minęła  godzina.  Najdłuższa  w  jej  życiu.  Wpadł  Mitch,  by  zadać 

jej  kilka  pytań.  Nie  wiedziała,  po  co  są  mu  potrzebne  te  wszystkie 

banalne  informacje.  Zakładała  jednak,  że  szeryf  zna  się  na  swojej 

robocie. Kiedy odszedł, Pearl nalała jej kawy. 

-  Moje  dzieci  nie  chciały  opuścić  Hard  Luck  -  wyznała 

przyjaciółce. 

-  A  zamierzałaś  stąd  wyjechać?  -  Pearl  patrzyła  na  nią  z  nie 

skrywanym zdumieniem. - Dlaczego? 

-  Ponieważ...  och,  sama  nie  wiem.  Ponieważ  nic  mi  się  w  życiu 

nie układa. Przestraszyłam się, Pearl. Zakochałam się, ale mężczyzna, 

który zawładnął moim sercem, już w pierwszych słowach zarzucił mi, 

że  pewnie  chcę  zastawić  na  niego  sidła.  Sawyer  patrzy  tak  chyba  na 

wszystkie kobiety. Podejrzewa je  o łowienie mężów. Stąd małżeńska 

oferta, z jaką zwrócił się do mnie, niczym właściwie nie różniła się od 

zniewagi. 

Pearl macierzyńsko poklepała ją po dłoni. 

-  No,  to  musiałaś  porządnie  zawrócić  chłopu  w  głowie,  skoro 

wyskoczył z oświadczynami. 

Wbrew wszystkiemu, Abbey uśmiechnęła się. 

- Myślę, że oboje jesteśmy zawstydzeni tą sytuacją. 

Zadzwonił  telefon.  Abbey  drapieżnym  ruchem  chwyciła  za 

słuchawkę. 

background image

To  był  Sawyer.  Powiedział,  że  podzielili  się  na  dwie 

czteroosobowe  grupy.  Jedna  grupa  właśnie  wróciła.  Nie  natknęła  się 

na ślad Scotta i Susan. 

- I co w tej sytuacji? - zapytała, tłumiąc szloch. 

-  Cierpliwości,  na  pewno  znajdziemy  zguby.  Czy  dobrze  się 

czujesz? 

- Nie! - wykrzyknęła. - Chcę moje dzieci! 

- Będziesz je miała. Uspokój się. 

Chwyciła głęboki oddech. 

- A może natrafiliście na jakiś ślad Eagle Catchera? 

- Nie. 

-  Zadzwoń  możliwie  najszybciej.  Chcę  wszystko  wiedzieć. 

Wszystko. 

- Zadzwonię. - Rozłączył się. 

Abbey  wpatrzyła  się  w  obłoczek  pary  nad  filiżanką  kawy.  Kawa 

przestała  parować,  ostygła,  a  ona  wciąż  wpatrywała  się  w  ten  sam 

punkt. 

Minęła  godzina.  Obie  kobiety,  stara  i  młoda,  siedziały  w 

niezmąconej  ciszy.  Paradoksalnie  to  młoda  wydawała  się 

spokojniejsza.  Ożył  telefon.  W  uszach  obu  kobiet  zabrzmiało  to  jak 

huk wystrzału. 

- Mama? 

- Scott, to ty? - Głos Abbey załamał się.  

Zalała  się  łzami,  które  obmyły  jej  twarz  z  udręki  niczym 

przeczyste wody Lake Abbey. 

background image

-  Nie  płacz,  mamusiu.  Jesteśmy  w  formie.  Ale  porozmawiaj 

najlepiej z Sawyerem. 

-  Gdzie  ich  znalazłeś?  -  zapytała,  słysząc  w  słuchawce  męskie 

chrząknięcie. 

-  W  myśliwskim  domku.  Skryli  się  na  poddaszu.  Nakryłem  ich 

podczas  snu.  Pies  leżał  pomiędzy  nimi,  a  oni  obejmowali  go  niczym 

pluszowego  misia.  Musiał  słyszeć,  że  go  wołam,  a  jednak  nie 

odszczekał i nie zdradził miejsca kryjówki. 

-  Przypomnij  mi,  że  mam  go  pocałować.  -  Już  teraz  mogła  się 

śmiać i śmiech sam popłynął. 

- To już raczej pocałuj jego właściciela. 

Śmiech Abbey stracił na sile i spontaniczności. 

- Mniejsza z tym. Tak mi się tylko powiedziało. Dzieciaki są całe 

i zdrowe i to jest najważniejsze. Niebawem je zobaczysz. 

- Dziękuję, Sawyer. Naprawdę bardzo dziękuję. 

Odłożyła słuchawkę. 

-  Odnalezione  -  powiadomiła  Pearl,  która  już  dawno  o  tym 

wiedziała  i  zdążyła  gorącą  modlitwą  podziękować  Bogu  za 

znalezienie dzieci. 

Obie kobiety uściskały się. 

- Na mnie już czas - powiedziała pielęgniarka. - Nie lubię wtykać 

nosa w cudze sprawy, ale mam nadzieję, że zostaniesz w Hard Luck. 

Chłopstwo  jest  uparte,  a  Sawyer  bije  pod  tym  względem  innych  na 

głowę. Ale ma serce na właściwym miejscu. 

background image

Abbey  nic  nie  odpowiedziała.  Wsłuchiwała  się  w  tej  chwili  w 

siebie i tylko w siebie. Odprowadziła Pearl do furtki i już tam została, 

wyglądając furgonetki Sawyera. Nadjechał na pełnym gazie, hamując 

z  fanfaronadą  wyrostka.  Z  szoferki  wyskoczył  najpierw  Scott,  a  za 

nim  śmignęła  Susan.  Prawie  równocześnie  dopadli  oczekującej  ich  z 

otwartymi ramionami matki. 

Po pocałunkach i pieszczotach przyszedł czas na ogłoszenie kary. 

- Napiszecie listy z przeprosinami do wszystkich osób, które brały 

udział  w  poszukiwaniach.  I  żadnych  słodyczy  do  końca  miesiąca.  A 

teraz do łazienki myć się, a potem do łóżek. Mamy przed sobą ciężki 

dzień. 

- Ależ, mamusiu... 

- Dobranoc, Scott, dobranoc, Susan - powiedziała z naciskiem. 

Dwójka  uciekinierów  ze  spuszczonymi  głowami  udała  się  do 

domu. Abbey spojrzała na stojącego w pobliżu Sawyera. 

- Sawyer, chciałabym wyrazić ci moją gorącą wdzięczność, tobie 

oraz całej ekipie. Gdyby nie wasza pomoc, pewnie pękłoby mi serce. 

- Cieszę się, że już masz pod dachem swoje pociechy. 

Patrzyli na siebie, lecz żadne z nich nie mogło zdecydować się na 

pokonanie  dzielącej  ich  kilkumetrowej  odległości.  I  tak  by  stali,  być 

może  nawet  całą  wieczność,  gdyby  nie  Charles.  Wychylił  głowę  z 

furgonetki i krzyknął: 

- No, to do jutra rana, Abbey! 

- Do jutra - odpowiedziała i odwróciła się. 

background image

Sawyer  miał  odwieźć  brata  do  jego  domu,  lecz  zamiast  tego 

zaprosił  go  do  siebie.  Musiał  z  kimś  pogadać.  Wprawdzie  pomiędzy 

nim  a  Charlesem  nie  układało  się  w  ostatnich  dniach  najlepiej,  lecz 

bądź co bądź był to jego brat. 

Gdy usiedli w salonie, Charles od razu przeszedł do rzeczy. 

- Kochasz ją, prawda? - zapytał. 

- Czy tak trudno w to uwierzyć? 

- Zaledwie znasz tę kobietę. 

Sawyer  aż  cały  zadygotał  w  sobie.  Sceptycyzm  brata  działał  mu 

na nerwy. 

-  Ale  wiem,  co  czuję.  Jeżeli  jutro  rano  ona  i  jej  dzieci  odlecą, 

zabiorą ze sobą cząstkę mojej osoby. 

- Mówisz poważnie? 

- Śmiertelnie poważnie. 

Charles medytował nad czymś przez chwilę. 

- No, to chyba niepotrzebnie się wtrącałem. 

Z przyznania się brata do błędu wypływała dla Sawyera doprawdy 

niewielka pociecha. 

- Stało się i nie odstanie. 

- Pozwolisz jej wyjechać? 

-  A  czy  mam  jakiś  wybór?  Nie  zamknę  jej  przecież  w  klatce. 

Wielokrotnie  próbowałem  z  nią  rozmawiać,  ale  mam  tak  kołkowaty 

jęzor,  że  zawsze  tylko  pogarszałem  sprawę.  Może  gdyby  dano  mi 

więcej czasu, ale ty przyspieszyłeś bieg wydarzeń. 

background image

-  Bo  czy  mogło  mi  przyjść  do  głowy,  że  się  zadurzysz  jak 

szczeniak?  Ty,  twardziel  nad  twardzielami,  zdecydowany  kroczyć 

drogą  kawalerstwa,  jak  na  O'Halloranów  zresztą  przystało.  Masz 

trzydzieści trzy lata, ja trzydzieści pięć i jakoś dotąd wytrwaliśmy bez 

żon i dzieci. 

-  Trafiło  mnie  dokładnie  w  momencie,  kiedy  ujrzałem  ją  na 

lotnisku w Fairbanks. Wtedy język przysechł mi do podniebienia. 

Obaj bracia wybuchnęli śmiechem. 

- Więc pomyślmy o tym, jak by to odkręcić - powiedział Charles. 

-  Sądzisz,  że  nie  myślałem  o  tym,  nie  starałem  się?  Użyłem 

wszystkich  możliwych  argumentów.  Jasne,  że  mógłbym  być  trochę 

bardziej  romantyczny  i  sięgnąć  do  repertuaru  słodkich  słówek,  ale 

takie ple-ple nie leży w mojej naturze. 

- A co konkretnie jej powiedziałeś? 

-  Powiedziałem,  że  jeśli  tak  spieszno  jej  do  małżeństwa,  to  ja 

mogę się z nią ożenić. 

Charles opadł na oparcie krzesła. 

- No, to pięknie się spisałeś. 

- Niby co masz na myśli? 

-  Człowieku,  ty  chyba  w  ogóle  nie  masz  pojęcia,  jakim 

stworzeniem  jest  kobieta.  Unikasz  słodkich  słówek,  odrzucasz 

romantyzm,  a  kobieta  właśnie  pragnie  czegoś  takiego.  Chce  być 

wielbiona,  kochana,  chce  widzieć  mężczyznę  na  klęczkach.  A  ty  po 

prostu  oferujesz  jej  formalny  kontrakt  i  seks.  Puknij  się  w  głowę, 

background image

braciszku.  I  pukaj  się  dotąd,  aż  się  trochę  w  tej  twojej  głowie 

przejaśni. 

Poradzić łatwo, trudniej postąpić zgodnie z otrzymaną radą. Kiedy 

więc  dwaj  bracia  rozstali  się  i  Sawyer  znalazł  się  w  łóżku,  zapatrzył 

się  w  sufit  nad  sobą.  Wiedział,  że  powinien  odsłonić  przed  Abbey 

swoje  wnętrze  i  musi  uczynić  to  za  pomocą  słów.  Słowa  były  jego 

zdecydowanie  najsłabszą  stroną.  Wolałby  pokazać  jej,  jak  bardzo  ją 

kocha. 

Prawie nie spał tej nocy. 

Wstał  bardzo  wcześnie,  zrobił  sobie  kawy  i  czekał  aż  do  ósmej. 

Dokładnie  o  tej  godzinie,  jakby  sekunda  w  tę  czy  w  tamtą  stronę 

decydowała tu o powodzeniu planu, opuścił dom i przeciął ulicę. 

Abbey stanęła w drzwiach, zanim zdążył zapukać. Była ubrana w 

różowy sweter i błękitne dżinsy. Dotąd nie widział jej piękniejszej. 

- Dzień dobry - powitała go. 

Dopiero teraz zauważył, jak bardzo jest blada. 

-  Wyjeżdżasz  i  zapewne  masz  masę  spraw  na  głowie,  więc  nie 

chcę zabierać ci czasu. Po prostu przyniosłem coś dla Scotta i Susan. - 

Przełknął głośno ślinę. - I dla ciebie. 

- Dzieci jeszcze śpią. 

-  Trudno.  W  tej  sytuacji  ty  im  przekażesz  prezent  ode  mnie.  - 

Wręczył  jej  kopertę.  -  Tu  są  papiery  Eagle  Catchera.  Darowuję  go 

Scottowi.  Gdy  już  będziecie  gdzieś  mieszkać,  daj  znać,  a  dostarczę 

psa. 

- Ale to przecież twój pies. 

background image

Sawyer uśmiechnął się smutno. 

- Już dawno przestał być mój. Oddał swoje serce Scottowi. 

- Ale... 

- Proszę, Abbey, pozwól mi zrobić mu tę przyjemność. 

Chciała coś powiedzieć, lecz rozmyśliła się i tylko skinęła głową. 

-  Susan  jest  cudowną  dziewczynką  -  kontynuował  Sawyer.  - 

Długo  zastanawiałem  się,  co  mógłbym  jej  podarować.  -  Sięgnął  do 

kieszeni, skąd wyjął złoty medalionik w kształcie serca. - Należał do 

mojej babki. - Otworzył serduszko. - Tu w środku jest portret Emily, 

dziewczynki,  której  rodzice  nigdy  nie  odnaleźli.  Schowaj  go  i  daj 

Susan na szesnaste urodziny. 

W brązowych oczach Abbey zalśniły łzy. 

- Sawyer, doprawdy nie wiem, co powiedzieć... 

- Nic nie mów. To ja w tej chwili mówię, a raczej pokazuję ci, jak 

bardzo  was kocham. -  I  znów ręka Sawyera zanurzyła się  w kieszeni 

kurtki,  skąd  wyłowiła  spinkę  do  włosów,  dwie  marmurowe  kulki  do 

gry,  kilka  złożonych  kartek  papieru  i  obrączkę.  -  A  to  prezent  dla 

ciebie.  

Zacznijmy od tej spinki. Gdy miałem siedemnaście lat, uratowała 

mi życie. Nie będę wchodził w szczegóły, bo to dość skomplikowana 

historia.  Dość,  że  powiem,  iż  musiałem  przymusowo  lądować  w 

tundrze i dzięki tej spince uruchomiłem znów silniki. W przeciwnym 

wypadku  zamarzłbym  na  śmierć.  Z  kolei  te  marmurowe  kulki  to 

pamiątka z wczesnego dzieciństwa. Byłem hazardzistą, a kiedy grałem 

tymi kulkami, zawsze dopisywało mi szczęście.  

background image

Jak  widzisz,  kartki,  które  ci  wręczam,  są  pożółkłe.  Bo  też 

zapisałem  je  wiele  lat  temu,  jako  uczeń  ostatniej  klasy  gimnazjum. 

Jest to mój esej na temat przyszłości Alaski, który otrzymał pierwszą 

nagrodę na konkursie zorganizowanym przez urząd gubernatora. 

Wreszcie obrączka. Niewiele wzięłabyś za nią u jubilera, lecz dla 

ranie przedstawia wartość bezcenną. Nosił ją mój ojciec. Otrzymałem 

ją  na  własność  za  zgodą  Christiana  i  Charlesa,  ponieważ 

towarzyszyłem ojcu w ostatnich chwilach jego życia. 

-  Dlaczego  dajesz  mi  te  wszystkie  rzeczy?  -  spytała  zdławionym 

głosem. 

-  Bo  są  cząstką  mojej  osoby.  Nie  mogę  wyjechać  z  tobą  i  nie 

mogę  cię  zatrzymać,  więc  daję  ci  coś,  w  czym  jestem  i  co  jest  mną. 

Do widzenia, Abbey. 

Odwrócił się i zaczął schodzić po schodkach ganku. 

- Mogłeś powiedzieć wcześniej, że mnie kochasz. 

Zatrzymał  się  i  szybko  odwrócił  się  do  niej.  Jaką  radością  było 

znów ją widzieć. 

-  Zrobiłem  to,  proponując  ci  małżeństwo.  Czy  wystąpiłbym  z 

czymś takim, nie kochając cię? 

-  Takie  rzeczy  są  możliwe.  Mężczyźni  nie  lubią,  gdy  inni  ich 

dystansują. 

- Oczywiście, że nie lubię przegrywać. Ale  w moim stosunku do 

ciebie chodzi o coś innego. Chcę spędzić z wami całe życie. Chcę stać 

się ojcem dla Scotta i Susan i jeśli Bóg da, mieć z tobą jeszcze dwójkę 

dzieci. Chcę tego wszystkiego, mimo iż wiem, że jest to niemożliwe. 

background image

Zrobił  ruch,  jakby  chciał  odejść.  Abbey  uniosła  swoją  szczupłą 

dłoń. 

-  Jeśli  odejdzie  pan,  panie  O'Halloran,  to  przysięgam,  że  nigdy 

panu tego nie wybaczę. 

Przeniósł  spojrzenie  z  jej  dłoni  na  twarz.  Zobaczył  uśmiech  tak 

słodki  i  tak  jaśniejący,  że  aż  zamarło  mu  serce.  Postąpił  krok  do 

przodu, a ona rozwarła ramiona na jego przyjęcie.  

Kilka minut później, gdy długi, bardzo długi pocałunek pozbawił 

ich tchu, Sawyer zapytał: 

- A więc wyjdziesz za mnie? 

-  Czy  jeszcze  w  to  wątpisz,  głuptasie?  –  Żartobliwie  pociągnęła 

go  za  brodę.  Nagle  jednak  spoważniała.  -  Ale  musisz  coś  wiedzieć. 

Kiedy  Dick  rozwodził  się  ze  mną,  powiedział,  że  nigdy  nie 

uszczęśliwię żadnego mężczyzny. 

- Już uczyniłaś mnie szczęśliwym. 

Zarumieniła się. 

- Chodzi o coś innego... Czy w ogóle potrafię usatysfakcjonować 

cię jako... kobieta. 

Sawyer odrzucił do tyłu głowę i zaniósł się śmiechem. 

-  Och,  Abbey,  duża  dziewczynko.  Czym  jak  czym,  ale  tym 

naprawdę  nie  masz  powodu  się  martwić.  Wystarczy  sam  twój 

uśmiech, by krew uderzała mi do głowy, a co dopiero... 

- Mamo. 

background image

Sawyer  spojrzał  ponad  ramieniem  Abbey  i  zobaczył  w  drzwiach 

Scotta  i  Susan.  Musieli  przed  chwilą  się  obudzić,  gdyż  byli  w 

piżamach. 

- Cześć, szkraby. Mam dla was dobrą wiadomość. 

- To jednak powiedziałaś mu, mamo - odezwał się Scott. - Jesteś 

morowa. 

- A co takiego miałaś mi powiedzieć, hę? - zapytał Sawyer. 

Abbey pociągnęła go za czubek nosa. 

-  Zdecydowaliśmy  wczoraj  wieczorem,  że  zostajemy.  A 

zostajemy dlatego, że zbyt cię kochamy. 

- Mogłaś mi to powiedzieć, gdy tylko przyszedłem. 

- Chciałam, lecz tobie śpieszyło się obsypać nas prezentami. 

-  Kiedy  ślub?  -  Scott  najwyraźniej  przywiązywał  wagę  tylko  do 

faktów. 

Sawyer i Abbey wymienili spojrzenia. 

- Za dwa tygodnie - odparł narzeczony. 

- Dwa tygodnie! - wykrzyknęła Abbey. 

- Czekałem na ciebie całe trzydzieści trzy lata, Abbey Sutherland, 

i  wreszcie  zaczyna  mi  się  śpieszyć.  Ben  przygotuje  przyjęcie,  a  w 

szkole urządzimy tańce. 

Na  ulicy  zatrzymała  się  ciężarówka.  Z  szoferki  wychylił  głowę 

Charles. 

- No to widzę, że wszystko w porządku. 

- Zgadłeś, bracie. 

- Zgaduję też, że nie jestem tu w tej chwili potrzebny. 

background image

- Mama i Sawyer biorą ślub - pisnęła Susan. 

- Za dwa tygodnie - dodał Scott. 

- Nie zasypiają gruszek w popiele - skomentował Charles. 

- Ażebyś wiedział - krzyknął Sawyer. 

- Czy to sekret, czy mogę rzecz rozgłosić? - zapytał Charles. 

Sawyer spojrzał na Abbey, a potem na brata. 

- Rób, jak uważasz. 

Charles wrzucił bieg, wyrwał do przodu i trąbiąc, zaczął wołać: 

-  Ludziska,  będziemy  mieć  ślub  w  mieście!  Ludziska,  będziemy 

mieć ślub w mieście! 

- Sam tego chciałeś - powiedziała  Abbey. - Już teraz nie możesz 

się wycofać. 

- Nie obawiaj się - wyszeptał. - W ogóle niczego się nie obawiaj. 

 

Czy również na drodze Charlesa O'Hallorana stanie miłość? 

 Czy  on  również  spotka  kobietę,  która  zmieni  jego  poglądy  na 

małżeństwo? 

Dowiecie się o tym już w sierpniu, kupując kolejny tom z cyklu 

„Synowie Północy" pt. „Miłość i waśń".