background image
background image

Spis treści 

Przedmowa 7 

HISTORIE 

1. Claudia i Daniel — trzydzieści lat później 12 

2. Jolanta i Linda — prawdziwe powitanie 30 
3. Sandra — nagrodzona odwaga 44 
4. Anika — warto choćby spróbować 60 
5. Helga — jak się wzbogacić na cudzych łzach 72 
6. Gloria — mądrość serca 98 
7. Margot i Lilka — pomiędzy Warszawą a Sydney 113 

REFLEKSJE 

1. Jak funkcjonują wodzowie i guru? 144 

2. Jak rodzi się nienawiść? 149 

Epilog: dialog pokoleń 177 

background image

Przedmowa 

Większość ludzi wychowuje się w rodzinie i tam zostaje 

w głównej mierze ukształtowana. Nawet jeżeli w młodości kry­
tykowaliśmy naszych rodziców lub też całkowicie zerwaliśmy z ni­
mi stosunki, to i tak nic nie możemy poradzić na to, że wywarli 
na nas większy lub mniejszy wpływ. Fakt ten uświadamiamy so­
bie najpóźniej wtedy, gdy sami stajemy się rodzicami. 

Wielu ludzi w ogóle się nad tym nie zastanawia. Wychowują 

po prostu własne dzieci tak, jak sami byli wychowywani i uważają 
to za całkowicie słuszne. Niektórzy jednak pewnego dnia ku swo­

jemu wielkiemu zdumieniu stwierdzają, że w ich kontaktach 

z dziećmi lub partnerem brakuje właśnie tego, czego im samym 
tak bardzo brakowało w młodości, a mianowicie otwartości. Świa­
domość ta sprawia im wielki ból. Zdarzyć się może, że poczują się 
wtedy jak w ślepym zaułku. Jako dzieci nie potrafili się z niego 
wydostać. Nie mieli żadnej innej możliwości, jak tylko podporząd­
kować się swojemu otoczeniu i jego wpływom. Także jako ludzie 
dorośli często nie zdają sobie sprawy z tego, że mogą sami dokonać 
wyboru. 

Bez względu bowiem na nasze pochodzenie, uwarunkowania 

dziedziczne oraz skutki wychowania — zarówno negatywne, jak 

i pozytywne — jako osoby dorosłe mamy możliwość uświadomie­
nia sobie, jaki wpływ wszystkie te czynniki na nas wywarły. Wte­
dy możemy wreszcie przestać działać jak automaty. Im wyraźniej 
sobie to uświadomimy, tym łatwiej potrafimy wydostać się z na-

background image

8 Ścieżki życia 

szej ślepej uliczki i otworzyć się na nowe informacje. Drogi do 
wyzwolenia są bardzo różne, tak jak różne są ludzkie losy. Nie­
które z tych losów są przedmiotem historii opowiedzianych w tej 
książce. 

Ich celem jest ukazanie, jak ślady naszego dzieciństwa towa­

rzyszą nam nie tylko w zakładanych przez nas rodzinach, lecz 
również w życiu społecznym. W refleksjach końcowych próbuję 
odpowiedzieć na pytanie, czy i w jaki sposób nauczyć się możemy 
lepszego zrozumienia procesu powstawania nienawiści. 

Każdy człowiek ma odmienne doświadczenia z dzieciństwa i w inny 

sposób sobie z nimi radzi. Lecz bez względu na wybory dokony­

wane przez pojedynczych ludzi, olbrzymie pozytywne znaczenie 

społeczne ma coraz większe uwrażliwienie wielu środowisk na 
stosowanie przemocy wobec dzieci. Znęcanie się nad dziećmi ist­
niało bowiem zawsze i dziś także jeszcze często się zdarza. Teraz 

jednak ofiary zaczynają zdawać sobie sprawę z krzywdy, jaką im 

wyrządzono, i rozmawiać o tym z innymi ludźmi. Tematy, których 

dotąd w ogóle nie poruszano, stają się obecnie głównym punktem 
rozmów. Dzięki tym rozmowom wiele ludzi zaczyna widzieć przed 
sobą nowe perspektywy i odżywa w nich nadzieja na satysfakcjo­
nujące życie. 

Przyszło mi to do głowy niedawno, podczas lektury pewnej 

książki

1

. Opowiada ona o czternastu ojcach, skazanych za wyko­

rzystywanie seksualne dzieci. W więzieniu poddano ich długo­
trwałej, dobrze przygotowanej terapii grupowej. Po raz pierwszy 
mieli wtedy okazję opowiedzieć innym swoją historię w atmosferze 

zrozumienia i akceptacji. Jak należało oczekiwać, we wszystkich 

tych historiach była mowa o cierpieniach doznanych w dzieciń­

stwie, łącznie z wykorzystywaniem seksualnym, które miało im 

rekompensować brak miłości. To zdumiewające, jak ta możliwość 
otwarcia się przed innymi potrafiła wpłynąć na zmianę ich spo­
sobu myślenia. 

Niezmiernie krzepiąca jest świadomość, że przemianie tych 

mężczyzn dała początek już sama tylko rozmowa na temat ich 

Gilles David (red.), J'ai commis I'inceste, Edition de 1'Homme, 1995. 

background image

Przedmowa

 9 

własnych przeżyć. Żyli trzydzieści, czterdzieści lub pięćdziesiąt 
lat, nie mając żadnej możliwości zakwestionowania słuszności po­

stępowania swoich rodziców, nie mówiąc już o nazwaniu tego 

krzywdą. Siłą rzeczy pozwolili więc cierpieć swym dzieciom w taki 

sam sposób, jak kiedyś oni sami. Nie potrafili uwolnić się od przy­
musu powtarzania dawnego wzorca zachowań tak długo, jak długo 

ta zależność była dla nich niejasna. Dzisiaj są zdolni i gotowi do 
wzięcia odpowiedzialności za swoje postępowanie, ponieważ prze­

stali zapierać się własnego cierpienia, zrozumieli wyrządzoną im 
krzywdę i pozwolili sobie na odczucie bólu z jej powodu. 

To nowe, krytyczne spojrzenie na swoje dzieciństwo nie skło­

niło ich do pogrążenia się w żalu nad własnym losem. Wprost 
przeciwnie, odzyskawszy pamięć o własnym cierpieniu, potrafili 

zrozumieć cierpienia własnych dzieci. Potrafili uświadomić sobie, 

jak bardzo przeżycia te mogą zaciążyć na ich przyszłym życiu. 

Próbowali naprawić wyrządzoną im krzywdę tak dalece, jak to 
było możliwe, uświadamiając sobie przy tym gorzką prawdę, że 
niektóre z wyrządzonych szkód są już, niestety, nieodwracalne. 
Oczywiście, tylko niektórym z nich udało się już wydostać z tej 
ślepej uliczki, inni ciągle jeszcze szukają drogi wyjścia. 

Osoby występujące w niniejszej książce są realne. Ich imiona 

zostały przeze mnie wymyślone. Bohaterowie opowieści nie sta­
nowią w żadnym wypadku wzorców do naśladowania. Oni po pro­
stu opowiadają o tym, co im się przydarzyło i jak próbowali się 
z tym uporać. O swoich sukcesach i porażkach z tym związanych. 
Opisując ich losy i środowisko, starałam się zupełnie świadomie 
zredukować do minimum szczegóły na rzecz dokładnego przedsta­
wienia stosunków między ludźmi. 

Nie ma uniwersalnych recept na udane, wypełnione życie. Każ­

dy człowiek ma bowiem inne cele i różne możliwości ich realizacji. 
Nawet jeżeli w dzieciństwie nie zawsze mogliśmy rozwinąć cały 
nasz potencjał, nawet jeżeli lęki, poczucie niepewności i cierpienia 
z naszego dzieciństwa ciągle jeszcze kładą się cieniem na naszym 
życiu, to jesteśmy w stanie i tak wiele zmienić na lepsze, ponieważ 

jako ludzie dorośli mamy możliwość pogłębiania naszej świado­

mości. Często mogą nam w tym pomóc spotkania z ludźmi, którym 

background image

10 Ścieżki życia 

dane było szczęście dorastania w atmosferze miłości, szacunku i bez­
troskiej radości. Życie takich ludzi jest potem łatwiejsze i szczę­
śliwsze. 

W opisanych przeze mnie historiach ludźmi takimi są przede 

wszystkim Daniel, Michelle, Margot, Luise, a nawet Gloria. Po­
trafią słuchać, wczuć się w przeżycia innych, są chętni do udzie­
lania wsparcia i pełni zrozumienia. Zazwyczaj doświadczają mniej 
rozczarowań niż ich rozmówcy. Ponieważ jako dzieci sami otrzy­
mali wiele miłości, lepiej dają sobie radę w życiu niż ci, których 
wychowanie oparte było na iluzji, co spowodowało, że później sami 

musieli walczyć o swoją prawdę, jak na przykład Claudia, Sandra, 

Anika, Helga lub Lilka. 

Głównym celem mojej książki nie jest jednak przedstawienie 

indywidualnych losów ludzkich. Chodziło mi raczej o zagadnienia 
ogólne, a zwłaszcza o pytanie: Jaki jest wpływ pierwszych do­
świadczeń cierpienia i miłości na późniejsze życie człowieka i jego 
współżycie z innymi ludźmi? 

W przeszłości prowadzono wiele badań, których wyniki w pew­

nym stopniu mogą być przydatne w tego typu rozważaniach, na 
przykład obserwacje zachowań płodu, noworodków i niemowląt, 
biografie dyktatorów, statystyki ludobójstwa itd. Według mojej 
wiedzy jednak nie istnieje dotąd żaden nurt badawczy, który zaj­
mowałby się analizą dostępnych danych z punktu widzenia wpły­
wu przeżyć z dzieciństwa na działanie człowieka. Do takich badań 
pragnę zachęcić poprzez historie i refleksje zawarte w niniejszej 
książce. 

background image

HISTORIE 

background image

Claudia i Daniel — 
trzydzieści lat później 

W latach sześćdziesiątych Claudia i Daniel studiowali 

razem w Berkeley. Byli wtedy w sobie zakochani. Wśród studen­
tów Claudia uchodziła za osobę wrażliwą na uczucia innych, lecz 
zachowującą widoczny dystans. Kiedy Daniel ją obejmował, wy­
czuwał w niej serdeczność i oddanie, zarazem jednak nieufność, 
coś na kształt przepełnionej lękiem rezerwy. Wydawało mu się, 

że była w niej tęsknota za bliskością i szczerością, lecz jednocześ­
nie wyraźny lęk przed nimi, tak jakby Claudia musiała się przed 
czymś chronić — nie wiedział jednak przed czym. Pewnego dnia 
Claudia oznajmiła mu, że zamierza poślubić Maxa. Maxa? Daniel 
nie mógł wyobrazić sobie dwojga ludzi bardziej od siebie duchowo 
odległych niż Claudia i Max. 

Później Daniel także się ożenił. To było nieszczęśliwe małżeń­

stwo. Po rozwodzie poznał jednak Monikę, z którą udało mu się 
stworzyć taki związek, jakiego zawsze pragnął. I oto niedawno, 
na kongresie psychoterapeutów w San Diego, Claudia i Daniel 
znowu się spotkali (oboje są obecnie psychoterapeutami). Przez 
trzydzieści lat nie mieli ze sobą żadnego kontaktu. Ponowne spot­
kanie bardzo ich ucieszyło. Daniel niewiele się zmienił, lecz Clau­
dia, lękliwa studentka z Berkeley, stała się dojrzałą kobietą. Oboje 
odnaleźli w sobie dawną sympatię. Każde z nich krótko opowie­
działo drugiemu o swoich losach. 

Claudia również rozwiodła się z mężem. Jej małżeństwo trwa­

ło jednak dość długo. Urodziła trzy córki. Dzisiaj, po wielu te-

background image

Claudia i Daniel — trzydzieści lat później

 13 

Kochany Danielu! 

Zachęcona Twym pytaniem, próbuję po raz kolejny sporządzić bi­
lans mojego małżeństwa. Siedzę właśnie w moim ukochanym ogro­
dzie, dlatego mam nadzieję, że znajdę w sobie dość siły, aby znieść 
te wszystkie wspomnienia. Z perspektywy dnia dzisiejszego widzę 
moje małżeństwo jako jeden wielki, nieskończenie długi i daremny 
wysiłek. Niestrudzenie próbowałam zbliżyć się do mężczyzny, któ­
ry twierdził, że mnie kocha, w czasie trwania naszego małżeństwa 
nigdy mnie nie zdradził ani nie uderzył, troszczył się o byt mate­
rialny rodziny, lecz za nic w świecie nie mógł znieść poczucia 
bliskości ze mną lub jakąkolwiek inną kobietą. Jeszcze bardziej 
niż ja starał się wyprzeć ze świadomości swoją przeszłość i swoje 
uczucia. Sądziłam jednak, że za tą fasadą kryje się tęsknota za 
ciepłem i miałam nadzieję, że pewnego dnia uda mi się ją zaspo-

rapiach, w trakcie których stopniowo nauczyła się rozumieć swo­

je lęki, dobrze czuje się we własnej skórze i żyje w nowym związ­

ku z Markiem. 

— Wiesz — mówi Daniel — ja nigdy nie mogłem zrozumieć, 

dlaczego poślubiłaś właśnie Maxa. Kiedy w ciągu tych trzydziestu 
lat myślałem o tobie, mówiłem sobie, że być może chciałaś żyć 
właśnie z człowiekiem, którego nie kochałaś i który był ci na tyle 
obcy, żeby nie móc cię zranić. Przyczyna leży przypuszczalnie 
w twoim dzieciństwie. Ale wtedy w Berkeley, jak pewnie pamię­
tasz, nie rozmawialiśmy nigdy na takie tematy. Chciałbym się 
teraz dowiedzieć czegoś więcej o twoim dzieciństwie i małżeństwie 
z Maxem, w końcu go przecież znałem. 

— Cieszę się, że mnie o to pytasz — odpowiada Claudia. — 

Ja wtedy naprawdę cię kochałam i już dawno marzyłam o tym, 

żeby ci wszystko opowiedzieć. To jednak jest bardzo długa histo­
ria, więc jeśli chcesz, napiszę ci o tym. 

W dwa tygodnie później Daniel otrzymał długi list. 

background image

14 Ścieżki życia 

koić. Dlatego uznałam za swoje zadanie — i wykonywałam je 
niemal „na cały etat" — zburzenie muru oddzielającego mnie od 
męża, dotarcie do samej istoty jego osobowości i nawiązanie z nim 
prawdziwego kontaktu. Było to jednak przedsięwzięcie beznadziej­
ne. Max zupełnie nie chciał się otworzyć, chciał tylko, jak mówił, 
mieć „święty spokój". Był typowym „pracownikiem umysłowym" 
i wystarczało mu w zupełności porozumiewanie się ze mną na 

poziomie konwencjonalnym. Jego życie uczuciowe ograniczało się 
do seksu i wybuchów gniewu, wszystko inne wydawało mu się 
podejrzane, obce i niebezpieczne, wywoływało pogardę i drwinę. 
Sądziłam, że przyczyna skrytości Maxa tkwi w tragicznym dzie­
ciństwie. Wywnioskowałam to z jego nielicznych uwag na ten te­
mat. Szczegółów nie poznałam jednak przez długi czas. 

W torebce nosiłam fotografię Maxa jako trzyletniego dziecka. 

Oglądałam ją zawsze wtedy, kiedy sprawił mi ból. Starałam się 
zapominać wszelkie urazy, starałam się go zrozumieć, ponieważ 
było mi bardzo żal tego małego chłopca o pytających oczach w mi­
łej buzi. Wystarczyło mi tylko obejrzeć tę fotografię, aby zapo­
mnieć o swoich uczuciach, o smutku lub złości, i przebaczyć 
wszystko dorosłemu. Sama tym sobie w końcu szkodziłam. Im 
silniej czułam się związana z dzieckiem, jakie widziałam w Ma­
ksie, tym bardziej traciłam z oczu siebie i swoją aktualną sytuację 
i tym bardziej Max mnie odrzucał. Za nic w świecie nie chciał 

dopuścić do tego, aby to dziecko w nim ożyło, nie chciał go w sobie 
poczuć. Moje próby zbliżenia odbierał przypuszczalnie jako zagro­
żenie, bo jego mur rósł w oczach. 

Mówi się, że przeciwieństwa się przyciągają. Czy z tego powodu 

wyszłam za Maxa? Wprawdzie kiedy poznaliśmy się, przeciwień­
stwo było, jak sądzę, mniej widoczne, bo wtedy ja także bałam się 
własnych uczuć i ukrywałam się sama przed sobą, ale pamiętam, 

że nawet w dyskusjach intelektualnych nie mogliśmy znaleźć 
wspólnego języka. Byliśmy jak dwie różne planety. 

W małżeństwie nadzieja na zbudowanie więzi opiera się na 

takich intymnych sprawach, jak seks, dzieci, własny dom, wspólne 
podróże. Kiedy jednak wszystko to służy jedynie jako przykrywka 
dla faktycznego stanu rzeczy, to w końcu zaczyna się piekło: cho-

background image

Claudia i Daniel — trzydzieści lat później

 15 

roby, niepotrzebne operacje i tak dalej. Nie sposób tego powstrzy­
mać. Tak było przynajmniej w moim wypadku. 

Wiele musiałam przejść, zanim przyznałam sobie w końcu 

prawo do tego, by się rozwieść. Max opierał się ze wszystkich 
sił, twierdził, że beze mnie nie potrafi dalej żyć. To doprowadziło 
mnie na skraj załamania nerwowego, bo wierzyłam mu i czułam 
się odpowiedzialna za jego życie, lecz z drugiej strony, nie chcia­
łam przypłacić tego swoim życiem. Krótko po rozwodzie Max 

znalazł sobie jednak inną kobietę i wygląda na to, że dobrze się 

rozumieją. To w końcu uspokoiło moje sumienie. Całe szczęście, 
że są kobiety, które mają zupełnie inne potrzeby niż ja i dzięki 
temu Max nie czuje się być może tak bardzo zagrożony. Może 
udało mu się w tym związku rozwinąć swoje zalety i urzeczy­
wistnić ideał mieszczańskiego domu bez „dzielenia włosa na 
czworo". 

Początkowo i ja starałam się stworzyć mu taki dom, coraz 

bardziej wyrzekając się przy tym samej siebie. Presji psychicznej 
tego rodzaju doświadczyłam zresztą bardzo wcześnie i długo nie ( 
potrafiłam się temu przeciwstawić. Dla moich rodziców byłam 

zawsze do dyspozycji, zawsze gotowa do pomocy w ich własnych 
sprawach. Mój ojciec był alkoholikiem. Czasami był czarujący, 
czasami nagle wpadał we wściekłość. Moja matka chorowała na 
raka i często przebywała w szpitalu. Odwiedzałam ją tam cza­
sami w towarzystwie ojca. Oczywiście żal mi było moich rodzi­
ców, bo byli tacy nieszczęśliwi. Zrobiłabym wszystko, żeby im 
pomóc, ale jako dziecko byłam bezradna. Ta kombinacja skrajnej 
bezradności i nadmiernej odpowiedzialności za innych chara­
kteryzowała mój sposób życia w późniejszym czasie. Długo trwa­
ło, zanim udało mi się od tego uwolnić. Jako jedynaczka czułam 
się samotna, rozpaczliwie szukałam kontaktu z rodzicami i by­
łam gotowa zrobić wszystko, czego ode mnie wymagali, aby się 
do nich zbliżyć. Wszystko na próżno. Bywały chwile, kiedy oka-' 
zywali mi czułość, lecz potem, z niezrozumiałych dla mnie po­
wodów, ojciec zaczynał nagle pić, kryjąc się za alkoholem jak 
za ścianą, odgradzającą go ode mnie i od moich pytań. Także 
matka była dla mnie bardzo często niedostępna, zajęta leczeniem 

background image

16 Ścieżki życia 

swej choroby, której nigdy tak naprawdę nie rozumiałam, a któ­
rej mimo to czułam się winna. 

Robiłam, co mogłam, żeby niczego nie odczuwać, nie czuć ura­

zy, smutku, wściekłości. Przypomnieć sobie mogę jedynie uczucie 
tęsknoty. Czasami pojawiało się ono, kiedy słyszałam dźwięk lo­

komotywy. Była to mieszanina głębokiego smutku i pragnienia 
ucieczki od ciągłego osamotnienia i nadmiernej presji psychicznej. 

Marzyłam o obcych krajach, gdzie ludzie rozmawiają ze sobą przy­

jaźnie i gdzie mogłabym komuś zaufać. A potem zakochałam się 

w Tobie. Czułam się zwolniona od odpowiedzialności za Twoje 
samopoczucie. Byłeś zupełnie inny niż moi rodzice, dużo ze sobą 
rozmawialiśmy. Wydawało mi się, że to, czego zawsze szukałam, 

znajduje się na wyciągnięcie ręki. Tak chętnie byłabym z Tobą 
została. Nie dowierzałam jednak swemu szczęściu, zdarzyło mi 
się ono przecież pierwszy raz. Bałam się, że Cię rozczaruję, że 
mnie opuścisz. Bardzo pragnęłam zostać z Tobą, lecz zaczęłam 
walczyć z moimi uczuciami, bo wydawało mi się, że uchroni mnie 
to przed takim cierpieniem, jakiego doświadczyłam w dzieciń­
stwie. Niczego innego przecież nie znałam. Nie wiedziałam wtedy, 
że wcale nie musiało się tak stać. I tak oto dręczyłam się dalej. 
Moja decyzja poślubienia Maxa była dla Ciebie zapewne zagadką. 
Przecież był uosobieniem wszystkiego, czego właściwe nie lubiłam. 
Był skryty, schematyczny, skupiony jedynie na intelekcie i całko­
wicie konwencjonalny. Wiedział wszystko lepiej i zupełnie nie po­
trafił słuchać. Wtedy w Berkeley nie widziałam tego jeszcze tak 
wyraźnie i nie potrafiłam odpowiednio nazwać. Wiem jednak, że 
podświadomie to czułam. Dlaczego więc poślubiłam takiego czło­

wieka? 

Myślałam sobie: być może jest uparty, ale to czyni go silnym. 

On nigdy nie zacznie pić, bez względu na to, co się stanie, a więc 

nigdy mnie nie opuści. Myśl ta, choć całkowicie nierealistyczna, 

dawała mi poczucie bezpieczeństwa. Chwiejność nastrojów mojego 
ojca wywoływała we mnie ustawiczny lęk. Jeśli cokolwiek go za­
niepokoiło, natychmiast sięgał po butelkę. Pogrążał się w pijań­
stwie i stawał się dla mnie niedostępny. Nigdy nie doczekałam 
się od niego słowa wyjaśnienia, jakiejkolwiek informacji, która 

background image

Claudia i Daniel — trzydzieści lat później

 17 

pomogłaby mi go zrozumieć. Alkohol często pozbawiał ojca hamul­
ców i wywoływał u niego napady wściekłości. Łamałam sobie wte­
dy głowę nad tym, czym mogłam wywołać jego gniew. Zawsze 
kiedy matka była w klinice, zostawałam z nim sama i bardzo 
cierpiałam z powodu chwiejności jego zachowań. Dlatego szuka­
łam „stabilnego" mężczyzny. Ty jednak okazywałeś mi swoje uczu­
cia, swoją wrażliwość. Dlatego obawiałam się mojej miłości do 
Ciebie, bałam się, że mogłaby mnie zepchnąć w tę samą otchłań, 
co miłość do ojca. Obawiałam się, że Ty także pewnego dnia mógł­
byś stać się dla mnie niedostępny. 

Sądziłam, że w Maksie znalazłam całkowite przeciwieństwo 

mojego ojca. Skałę, o którą się wprawdzie można skaleczyć, lecz 

za którą można także bezpiecznie się schronić. Potem jednak oka­
zało się, że w moim małżeństwie cierpiałam z powodu tych samych 
spraw, co w domu rodzinnym. Max nie pił, zawsze był trzeźwy. 

Wycofywał się jednak i odgradzał w inny sposób, jeszcze bardziej 
skuteczny niż alkohol. Za pomocą intelektu otoczył swe uczucia 
tak grubym murem, że prawdziwe porozumienie nie było z nim 

możliwe nie tylko w sytuacjach wyjątkowych, ale w ogóle. Wszyst­

ko co miał mi do powiedzenia, to były wyrzuty, oskarżenia oraz 
ironiczne uwagi. Wszelka normalna, pozbawiona sarkazmu 
uprzejmość była mu całkowicie obca. 

Tak więc w małżeństwie z Maxem czułam się tak samo sa­

motna, jak w domu moich rodziców, choć była to ostatnia rzecz, 
której chciałam. Osobie postronnej musi wydawać się absurdem, 
że właśnie u Maxa szukałam tego, co on w najmniejszym stopniu 
był w stanie mi zaoferować, a mianowicie szczerego, serdecznego 
porozumienia. Byłam niezmordowania w moich wysiłkach, aby 
do niego dotrzeć. Cały czas wierzyłam, że mi się to w końcu 
uda. Już raczej sądziłam, że to ja nie jestem zdolna do nawią­

zania prawdziwego kontaktu, ponieważ jako dziecko nigdy go nie 
doświadczyłam. 

Dopiero po wielu latach zrozumiałam, że jako osoba dorosła 

mam prawo wyboru i nie muszę się wcale poświęcać ani czekać, 
aż zmieni się ktoś, kto wcale nie chce się zmienić, bo po prostu 
nie odczuwa takiej potrzeby. Dzisiaj cieszę się tym, że mogę roz-

background image

18 Ścieżki życia 

mawiać zupełnie otwarcie z moim mężem Markiem i gronem blis­
kich przyjaciół. 

Niestety rozwód nie oznaczał końca tragicznej historii mojego 

małżeństwa. Jego skutki odbiły się negatywnie na moich stosun­
kach z Carla, najstarszą córką. Przy Carli powracałam ciągle do 
wzorca zachowań z mojego dzieciństwa. Czułam się bezradna, 
winna i stawiałam sobie zbyt wysokie wymagania. Na szczęście 
udało mi się utrzymać serdeczne stosunki z obiema młodszymi 

córkami. W relacjach z nimi wzorzec ten funkcjonował już tylko 
w niewielkim stopniu. Poza tym znam wiele przykładów na to, że 
bardzo dobre kontakty możliwe były mimo rozwodu. 

Carlę i mnie dzieliła jednak przepaść, której mimo wielkich 

wysiłków nie udało mi się usunąć. Przyczyny powstania tej prze­
paści tkwią, jak sądzę, w moich przeżyciach z dzieciństwa, które 
usiłowałam wyprzeć z pamięci. W czasie narodzin Carli i bezpo­

średnio po nich doszły one do głosu w formie niejasnych lęków, 
które opanowały moje ciało. Trudno się dziwić, że taki początek 
stanowił wielkie obciążenie dla naszych stosunków. Przypusz­
czam, że głęboka niepewność z pierwszych chwil życia przetrwała 
w Carli aż do teraz. Poza tym ze wszystkich naszych córek właśnie 
ona najbardziej cierpiała z powodu rozpadu naszego małżeństwa. 
Jej los, jak to często bywa, został naznaczony jeszcze przed jej 
urodzeniem, bo dziecko to miało stać się dla mnie lekarstwem na 
beznadziejność mojego małżeństwa. A jaki noworodek jest w sta­
nie spełnić takie nadzieje? 

Kiedy oczekiwałam Carli, uczęszczałam na kurs dla przyszłych 

matek. Uczono nas tam przewijania i karmienia niemowląt. Te 
przygotowania pozwoliły mi na prowadzenie z Carla pewnego ro­
dzaju bezgłośnego dialogu. Często na zajęcia chodziłam pieszo, 
pogrążona w rozmowie z moim dzieckiem. Usiłowałam w ten spo­
sób uwolnić się od niepokoju, który niemal ciągle towarzyszył mi 
w domu. Dzisiaj mogę powiedzieć, że wprawdzie cieszyłam się na 
narodziny Carli, ale przypominało to radość więźniarki, która cie­
szy się na uwolnienie, a uwolnieniem tym miało być zaspokojenie 
mojej tęsknoty za prawdziwym związkiem. Nie była to radość ko­
biety, która chce przyjąć swoje dziecko i poznać jego potrzeby. 

background image

Claudia i Daniel — trzydzieści lat później

 19 

2

 Francoise Dolto, Solitude, Vertiges du Nord, 1985. 

Byłam spragniona miłości, lecz nie dość dojrzała, aby potrafić ofia­
rować prawdziwą miłość i wsparcie. 

Przy narodzinach Carli nie miałam jeszcze bladego pojęcia 

o tym, co odczuwać może noworodek. Po prostu zaufałam persone­
lowi medycznemu kliniki i zgadzałam się na wszystko jak grzeczna, 
dobrze wychowana dziewczynka, która nikomu nie chce sprawić 
kłopotu. Tylko moje ciało usiłowało dawać mi znaki, lecz przybie­
rały one formę dolegliwości, co powodowało, że znowu zmuszona 
byłam poddać się zaleceniom personelu. Już wkrótce po porodzie 
zaczęłam cierpieć z powodu nadmiernej laktacji, której towarzy­
szyło zapalenie piersi. Wyleczono je szybko przy użyciu kamfory. 
Dziecko nie chciało jednak już potem ssać piersi, często krzyczało 
i płakało. Dzisiaj wiadomo, że za pomocą kamfory można zaha­
mować laktację, co umożliwia szybsze wyleczenie stanu zapalnego. 
Wiadomo jednak także, że leczenie kamforą odbija się negatywnie 
na karmieniu piersią, a czasami wręcz je uniemożliwia. Dlatego 
kamfory już się nie używa i w ogóle stosuje się ją obecnie znacznie 
ostrożniej. 

Właściwie dopiero niedawno zrozumiałam, co właściwie wtedy, 

dwadzieścia osiem lat temu, wydarzyło się w klinice. Przeczyta­

łam przypadkiem w książce Francuzki Francoise Dolto, psycholo­
ga dziecięcego, że dla noworodka pierwszym punktem odniesienia 

jest zapach matki

2

. Ten znajomy zapach pozwala mu po urodzeniu 

natychmiast ją rozpoznać, a tym samym przenieść na ten świat 
naturalną ufność z życia płodowego. Po francusku to rozpoznanie 
wyraża się słowem reconnaissance, które oznacza również wdzięcz­
ność. Ale jak pachnąca kamforą kobieta ma przekazać noworod­
kowi, że jest jego matką, że pragnie jego dobra, że ma wystarcza­

jąco dużo pokarmu i chce go koniecznie karmić piersią? Dziecko 

zawierza swym zmysłom, a kiedy zapach sygnalizuje obcość, tak 

już pozostaje. 

To, co wówczas odczuwa dziecko, mogłoby zabrzmieć przypu­

szczalnie tak: „Przyszłam na świat po długim i strasznym poro­
dzie, a ty nie ochroniłaś mnie w swych ramionach i nie pocieszyłaś. 

background image

20 Ścieżki życia 

Zgodziłaś się na to, żeby mnie od ciebie zabrano, nie pozwoliłaś 
poczuć uspokajającego ciepła twego ciała. Zdradziłaś mnie. Jak 
będę mogła ci jeszcze kiedyś zaufać? Ciągle się boję, że znowu tak 
bardzo się rozczaruję". Być może ta głęboka, pierwotna nieufność 

Carli do mnie miała związek z tym, co przeżyła bezpośrednio po 

urodzeniu. Później doszły do tego inne powody, które były już 
konsekwencją zakłóconej relacji między nami. 

Niepewność, którą odczuwałam po urodzeniu Carli, doprowadzi­

ła mnie do przekonania, że ktokolwiek inny jest w stanie zapewnić 

jej lepszą opiekę i uczynić bardziej szczęśliwą niż ja. Nie miałam 

wtedy do siebie jako matki ani odrobiny zaufania. Po urodzeniu 
młodszych córek było już zupełnie inaczej. Carlę jednak powierza­
łam często płatnym opiekunkom, co spowodowało, że poczuła się 
odtrącona, jako że mimo wszystko potrzebowała właśnie matki. 

Dzisiaj myślę, że gdyby przy urodzeniu Carli ktoś zachęcił 

mnie do wypowiedzenia na głos moich lęków, byłabym w stanie 
lepiej zrozumieć lęki mojego dziecka. Nasze stosunki nie stałyby 

się przypuszczalnie dla nas obu powodem tak wielu cierpień i nie 

potrzebowałabym szukać dla Carli matek zastępczych. Relacje 
między nami nie byłyby od samego początku obciążone tą pląta­
niną uczuć, jaką wobec siebie odczuwałyśmy. Przez długi czas 
cierpiałam z tego powodu, że kiedy w klinice ze względu na moją 
chorobę nie pozwolono mi już Carli karmić, odmówiono mi jedno­

cześnie bliskiego z nią kontaktu. Na myśl o tym dawny ból zawsze 
odżywał, tak jakby wszystko zdarzyło się wczoraj. Bolało mnie, że 
zabrano mi Carlę właśnie wtedy, gdy najbardziej siebie nawzajem 
potrzebowałyśmy. Bardzo długo nie mogłam o tym z nikim roz­
mawiać i zmagałam się z bólem w samotności. 

Nie potrafiłam Carli pomóc. Czułam jej cierpienie, ale nie by­

łam w stanie właściwie go zrozumieć, wesprzeć jej ani ochronić. 

Oczekiwałam od niej — tak jak kiedyś oczekiwano tego ode mnie 

— że wszystko sama zrozumie, że da sobie radę i pogodzi się 

z losem. Lecz w przeciwieństwie do mnie Carla nie chciała niczego 
zrozumieć. Często nie spełniała naszych najprostszych oczekiwań, 

jednak nigdy się przeciw nim otwarcie nie buntowała. Miała nie­

wielkie zaufanie do siebie i szukała samopotwierdzenia w zacho-

background image

Claudia i Daniel — trzydzieści lat później

 21 

waniach, które — jak mi się wtedy wydawało — obce były jej 
prawdziwej naturze. 

Być może myliłam się jednak, bo chciałam ją kochać i rozumieć. 

Ze wszystkich sił pragnęłam, aby jej zachowanie było czymś na 
kształt maski, którą pewnego dnia po prostu będzie mogła zdjąć 
i odłożyć na bok. 

W każdym razie nasze stosunki weszły, że tak powiem, w fazę 

permanentnego kryzysu, gdy Carla zaczęła mi mieć za złe, że nie 
chcę uwierzyć w autentyczność jej zachowań. Ja wzbraniałam się 
przed tym, ponieważ wierzyłam, że znam prawdziwą Carlę i wiem, 
że maska ta niepotrzebnie oddala ją od jej prawdziwej, miłej na­
tury. Myślałam, że ma swoje powody, aby nie dać naturze tej dojść 
do głosu, bo przecież, jak sądziłam, wiele razy widziałam na włas­
ne oczy, jak sama zadawała jej gwałt. Lecz Carla podobnie jak 
Max nie chciała nigdy okazać słabości. Ja natomiast dręczyłam 

się poczuciem winy, ponieważ od dziecka przyzwyczajona byłam 
do ponoszenia odpowiedzialności za innych. Wobec Carli byłam 

jednak rzeczywiście winna. Czułam się odpowiedzialna za jej cier­

pienia w pierwszych dniach życia. Wszystkie wyrzuty, które robiła 
mi jako osoba dorosła, widziałam z tej właśnie perspektywy i uz­
nawałam je za słuszne. Wydawało mi się, że słyszę w niej ciągle 
głos noworodka, który nie potrafi wyrazić swego cierpienia inaczej 
niż przez krzyk. W dorosłej kobiecie widziałam ciągle biedne, nie­

szczęśliwe, opuszczone niemowlę. Tak samo jak to było z Maxem, 
również w wypadku Carli o wiele za długo usiłowałam nawiązać 

kontakt z miłym, szczerym dzieckiem, którym — jak sądziłam 
— była w istocie, choć nie chciała tego ujawnić. Carla nie poma­
gała mi w tym w najmniejszym stopniu. Ja natomiast coraz bar­
dziej przyjmowałam postawę matki, która oczekuje od swego 
dziecka, że wreszcie będzie szczęśliwe i uwolni ją tym samym od 
poczucia winy. Im dłużej próbowałam ją zrozumieć i przez to zma­
zać swą winę, tym gorzej działo się między nami. 

Życie Carli zaczęło biec spokojniejszym torem, kiedy udało mi 

się wreszcie zrozumieć, że muszę skończyć z poczuciem odpowie­
dzialności za sprawy, na które nie mogę mieć wpływu. Najtrudniej 
przychodziło mi to w stosunku do Carli, bo tak silnie odczuwałam 

background image

22 Ścieżki życia 

potrzebę, aby jej mimo wszystko pomóc. W końcu jednak musia­
łam zrozumieć, że nie jestem w stanie odwrócić skutków wpływu 
mojego losu na życie moich dorosłych córek, bo tego dokonać mogą 
tylko one same. Młodszym córkom udało się znacznie wcześniej 
niż Carli rozwinąć swe zdolności i możliwości, bowiem początki 
ich życia były znacznie mniej obciążające. Obie miały do mnie od 

początku duże zaufanie, być może dzięki temu, że karmiłam je 
piersią. To zaufanie pomaga im dzisiaj bez większych problemów 
budować związki z innymi ludźmi. Mam nadzieję, że Carla znaj­
dzie pewnego dnia partnera, przy którym poczuje się wystarcza­

jąco pewnie, żeby mu zaufać i się przed nim otworzyć. 

To przypadkowe spotkanie tak wiele we mnie poruszyło. Bar­

dzo się jednak z tego cieszę. Byłoby naprawdę szkoda, gdybyśmy 

już nigdy nie mieli o sobie niczego się dowiedzieć. Cieszę się także 

z tego, że mogłam tak wiele opowiedzieć Ci o moim małżeństwie 
i o bolesnych przeżyciach związanych z Carla. Wobec wszystkich 
innych przyjaciół starałam się Maxa oszczędzać albo też wstydzi­
łam się przyznać, że tak długo znosiłam tę okropną sytuację. Nie­
którzy z naszych przyjaciół chcieli nawet pomiędzy nami pośred­
niczyć, chcieli pomóc mi zrozumieć Maxa. To bolało mnie 
najbardziej, ponieważ właśnie te ustawiczne wysiłki, aby go zro­
zumieć, doprowadziły mnie w końcu na skraj załamania. 

Jego prawdziwe cierpienie pozostało dla mnie i tak tajemnicą, 

a moim wielkim problemem jest to, że niemożność zrozumienia 
drugiej osoby osłabia moją miłość do niej. Tobie mogłam przed­
stawić całą tę sytuację, bo jestem pewna, że staniesz po mojej 
stronie. W tym wypadku potrzebuję Twojej stronniczości, a świa­
domość, że znałeś Maxa już wcześniej, była mi bardzo pomocna. 

Jest to tylko mała i całkowicie subiektywna część długiej historii, 

ale jak przedstawić w jednym liście pogmatwane losy dwudziesto­
letniego małżeństwa? Jeśli chodzi o stosunki z Carla, to dzisiaj 

uważam, że są one konsekwencją mojego milczącego dzieciństwa 
i sytuacji w moim małżeństwie. Być może pewną rolę odegrały 
także względy dziedziczne, lecz genetycy są obecnie zdania, iż 
nawet uwarunkowania genetyczne mogą zostać zmienione lub 
zmodyfikowane, jeśli dziecko od początku żyje w optymalnych wa-

background image

Claudia i Daniel — trzydzieści lat później

 23 

Kochana Claudio! 

Czułem się bardzo poruszony i zasmucony, gdy dowiedziałem się, 

jak bardzo i jak długo cierpiałaś z powodu Twoich rodzinnych 

spraw. Udało Ci się jednak, jak widać, uwolnić Twoje życie z tych 

bolesnych uwikłań. Cierpienie nie załamało Cię i nie pozbawiło 

odwagi. W San Diego robiłaś wrażenie osoby znacznie bardziej 
otwartej niż przed laty w Berkeley. 

Wielu ludzi być może powiedziałoby Ci: nie bierz życia tak 

bardzo na serio, nie próbuj wszystkiego zrozumieć, na wiele pytań 
po prostu nie ma odpowiedzi. Albo też powiedzieliby: dlaczego 

chcesz sama ponosić odpowiedzialność za to, że Carla w pierw­
szych latach swego życia straciła tak wiele? Skąd mogłaś wiedzieć, 

jak bardzo szkodliwa jest kamfora, jeśli nie wiedzieli wtedy o tym 

nawet lekarze i pielęgniarki? Poza tym Carla miała przecież 
w końcu także ojca, który też mógł ją przytulić i uspokoić. Za 

runkach. Jestem o tym przekonana. Gdyby Carla od urodzenia 
otoczona była w naszym domu atmosferą spokoju, bezpieczeństwa 
i pełnego zrozumienia, to już jako dziecko mogłaby nabrać więcej 

zaufania do siebie i do innych. Los zechciał jednak inaczej i nie 

było mi dane już tego naprawić. Potrzebowałam pół życia, aby 
uwolnić się od złudnej nadziei, że mogę to jeszcze odwrócić. Do­
piero wtedy, gdy pozwoliłam sobie na zaprzestanie tych bez­
nadziejnych wysiłków, zaczęłam wierzyć w przyszłość Carli. 

Właściwie nie chciałam rozwijać przed Tobą żadnych teorii 

psychologicznych. Chciałam Ci po prostu opowiedzieć o tym, w ja­
kim to ślepym zaułku znalazło się moje życie od czasu, gdy się 
rozstaliśmy. Na szczęście udało mi się jednak w końcu z niego 
wydostać. Za to jestem przede wszystkim ogromnie wdzięczna 
Markowi. 

Pozdrawiam Cię serdecznie, 

Twoja dawna i nowa Claudia 

background image

Ścieżki życia 

dziecko odpowiadają oboje rodzice. Wszystko to jest być może 
i słuszne, ale Ty jesteś właśnie taka, że chcesz swoje życie zrozu­
mieć tak dalece, jak to tylko możliwe. Masz do tego całkowite 
prawo. I tak już wystarczająco dużo ludzi takiej potrzeby nie od­
czuwa. Jak piszesz, chcesz także zrozumieć drugiego człowieka, 

aby móc go kochać. Ze mną jest tak samo. Dlatego czuję w Tobie 
pokrewną duszę i pewnie dlatego Ty zwierzyłaś mi się z Twoich 

przeżyć. Dziękuję Ci za Twoje zaufanie, uważam je za wspaniały 
prezent. 

Moje pierwsze małżeństwo było także jednym wielkim pasmem 

nieporozumień. Wprawdzie nie przysporzyło mi tylu cierpień co 
Tobie, ale w najmniejszym stopniu nie było satysfakcjonujące. 
Nigdy nie czułem się rozumiany, lecz muszę także przyznać, że 
i ja nie byłem w stanie zrozumieć Nicole. Dlaczego więc się z nią 

ożeniłem? Przez długi czas myślałem, że na złość Tobie, bo mnie 
opuściłaś. Chciałem mieć żonę, przy której, że tak powiem, mógł­
bym być pewny, że mnie nigdy nie opuści. Taka motywacja jest 

jednak o wiele za słaba, by móc stworzyć udany związek. Niemal 

od samego początku czułem się jak w więzieniu, nie mając odwagi 
okazać swojej woli, tak samo jak kiedyś wobec matki, której nigdy 
nie odważyłem się przeciwstawić. W małżeństwie odczuwałem 
z tego powodu znacznie większy niesmak niż w dzieciństwie, nie 
potrafiłem jednak tego wyrazić. Nicole zdawała się żyć w zupełnie 
innym świecie niż ja. Czułem się samotny i bezradny wobec włas­
nych uczuć. Widzę to wyraźnie dopiero dzisiaj. Mój związek z Mo­
niką jest całkowicie inny, ponieważ oparty jest na wzajemności. 
Przed laty w Berkeley miałem wrażenie, że kiedy rozmawialiśmy, 
byłaś ze mną całkowicie szczera. Kiedy jednak związałaś się z Ma-
xem, uznałem wszystkie dobre wspomnienia o Tobie za złudzenia. 

Po prostu nie byłem już w stanie Cię zrozumieć. 

Dopiero teraz rozumiem, dlaczego tak długo męczyłaś się z Ma-

xem, tak długo znosiłaś jego skrytość i szorstkość. Już jako dziecko 
musiałaś zbyt wiele sama znieść i udźwignąć. Moje dzieciństwo 
było z pewnością znacznie lepsze niż Twoje. Ale ja także musiałem 
niektóre rzeczy przemyśleć i spróbować zmienić. Przede wszyst­
kim mój stosunek do matki. W przeciwieństwie do Ciebie miałem 

background image

Claudia i Daniel — trzydzieści lat później

 25 

jednak rodzeństwo, nie byłem więc z moimi rodzinnymi proble­

mami zupełnie sam. 

Początkowo sądziłem, że to właśnie przeżycia z dzieciństwa, 

złość, którą wtedy odczuwałem, spowodowały, że nie potrafiłem 
zrozumieć Nicole. Często się z tego powodu obwiniałem. Uważa­
łem bowiem, że skoro moja matka oczekiwała ode mnie tak wiele 
zrozumienia, to moim obowiązkiem jest zrozumieć każdą kobietę. 
Oczywiście jako dziecko byłem o wiele za mały, aby spełnić jej 
oczekiwania, ale mimo to bardzo się wtedy starałem. Od kiedy 
żyję z Moniką, wiem, że moje wysiłki były z góry skazane na 
niepowodzenie, bo Nicole miała po prostu zupełnie inną naturę 
niż ja. Nawet dzisiaj jeszcze nie potrafię jej zrozumieć, mimo że 
teraz nie ma między nami konfliktów ani nawet powodów do nich, 
bo nasze dzieci są już dorosłe i samodzielne. 

Myślę, że oboje — Ty i ja — wybraliśmy sobie najpierw 

partnerów, przy których musieliśmy powrócić do modelu stosun­
ków z naszego dzieciństwa, raz jeszcze doświadczyć daremności 
naszych wysiłków. Usiłując zmienić naszych partnerów, chcieli­

śmy w gruncie rzeczy zmienić naszych rodziców. Moje dziecinne 
pragnienie, aby zrozumieć matkę i ją tym w końcu uszczęśliwić, 
skłoniło mnie do wybrania kobiety, przy której jako człowiek 
dorosły zrozumiałem wreszcie, że jest ono po prostu nierealne. 
Udało mi się wtedy ostatecznie od niego uwolnić. Mój młodszy 
syn wydaje się mieć podobne zainteresowania jak Nicole — ka­
riera, moda, świat luksusu. Podobnie jak Ciebie, i mnie długo 
dręczyły z tego powodu wyrzuty sumienia, bo po rozwodzie rzad­

ko się z nim widywałem i w ten sposób straciłem być może 

okazję obudzenia w nim zainteresowań wartościami duchowymi. 
Teraz jednak i ja muszę zrozumieć, że on ma prawo być podobny 
do swojej matki, a ja nie muszę się z tego powodu bynajmniej 
obwiniać. Twoje stosunki z Carla tak bardzo się skomplikowały, 
bo ich,początki były trudne, a Ty za wszystkie nieszczęścia obar­
czałaś winą siebie. Za żadne skarby nie chciałaś uwierzyć, że 
Carla podobna jest do swojego ojca. To musiało Ciebie najbar­
dziej dotknąć. Ponieważ znam i Ciebie, i Maxa, mogę to sobie 
łatwo wyobrazić. 

background image

26 Ścieżki życia 

Doświadczeń z naszymi dziećmi już nigdy nie będziemy 

w stanie zmienić. Od czasu kiedy sobie to uświadomiłem, za­

cząłem w coraz większym stopniu interesować się problemem 

początków życia i zaangażowałem się w propagowanie odpowied­
nich informacji na ten temat. Ostatnio bardzo intensywnie szu­
kam odpowiedzi na pytanie, jak uchronić małe dzieci przed nie­
potrzebnymi przeżyciami traumatycznymi lub przynajmniej jak 

można nauczyć się lepiej je rozumieć, aby w porę — dopóki są 

jeszcze małe — pomóc im uporać się psychicznie z takimi prze­

życiami. Dopiero stosunkowo niedawno naukowcy doszli do prze­
konania, że bliskość fizyczna, dotyk i masaż dziecka w pier­
wszych dwóch latach życia mają decydujące znaczenie dla 
rozwoju jego mózgu. Wprawdzie Ashley Montagu pisał o tym 
niemal trzydzieści lat temu

3

, pisało o tym także kilku innych 

psychologów, ale teraz artykuł na ten temat ukazał się w „News-
weeku"

4

, co spowoduje być może, że więcej rodziców dowie się 

o tym, jak bardzo ich dzieci potrzebują bliskości fizycznej i do­
tyku. Za czasów mojego pierwszego małżeństwa niewiele jeszcze 
o tym było wiadomo, dlatego — podobnie jak Ty — później do­
piero z bólem zrozumiałem, jak wiele zaniedbaliśmy. Tematyką 
tą zainteresowałem się dzięki Monice. Monika pracuje z położ­
nymi oraz kobietami ciężarnymi i próbuje uświadomić im, jak 
ważny jest bezpośredni kontakt fizyczny oraz kontakt wzrokowy 
matki z jej nowo narodzonym dzieckiem. Trudno doprawdy po­

jąć, że mimo kursów dla ciężarnych kobiet i prawdziwego zalewu 

książek dla przyszłych matek, wiele z nich nie wie, jak wielki 

jest wpływ pierwszych minut po urodzeniu na jakość życia dziec­

ka. Bo matka dzięki bezpośredniej bliskości fizycznej z dzieckiem 
od pierwszej chwili, potrafi również potem łatwiej zrozumieć, co 

ono czuje. Jej ciało wytwarza hormony, które pozwalają jej wczuć 
się w potrzeby swego nowo narodzonego dziecka. Ma to decydu­

jące znaczenie dla całego rozwoju człowieka. 

3

 Ashley Montagu, Touching, The Human Significance of the Skin, 

Harper and Row, 1971. 

4

 „Newsweek": Your Child from Birth to Three, Spring/Summer 1997. 

background image

Claudia i Daniel — trzydzieści lat później

 27 

5

 Ronald F. Goldman, Circumcision: The Hidden Trauma, Vanguard, 

1996. 

Oboje z Moniką próbujemy propagować tę wiedzę wśród przy­

szłych rodziców i w klinikach położniczych. Wielu dorosłych po 
prostu nie wie o tym, że dziecko czuje od urodzenia i że jego 
wrażliwość musi być od początku traktowana bardzo poważnie, 
bo inaczej będzie musiało nauczyć się tłumienia własnych uczuć. 
Niektórzy dowiadują się o tym w trakcie terapii, niekiedy zbyt 
późno na to, aby ich własne dzieci mogły jeszcze na tym zyskać. 

W ostatnich latach podejmowano wiele prób wyjaśnienia odczuć 
noworodka, wszystko to jednak nie wystarcza. Dopiero dzisiaj w li­
teraturze fachowej zaczyna się traktować poważnie znaczenie ura­

zów psychicznych, powstałych u dzieci wskutek porodu w klinice. 

Niedawno przeczytałem książkę o stosowaniu zabiegu obrze­

zania. Jej autor, Ronald F. Goldman

5

 pisze, że ponad 80% Ame­

rykanów młodego pokolenia zostało w szpitalu krótko po urodze­
niu poddanych rutynowo zabiegowi obrzezania, rzekomo ze 
względów higienicznych. Mężczyźni, którzy w trakcie terapii od­
krywali swe uczucia z najmłodszych lat, mieli często wrażenie, że 
ich matki, godząc się na obrzezanie, po prostu ich zdradziły. Wal­
kę przeciw temu zwyczajowi zapoczątkowały niektóre pielęgniar­
ki, odmawiając pomocy przy tych zabiegach. Autor książki, sam 
lekarz, opierając się na wynikach licznych badań, pokazuje, jak 
trudno jest przekonać innych lekarzy o szkodliwości zabiegu ob­
rzezania. Albo całkowicie odrzucają oni twierdzenie, że obrzezanie 
wywołuje uraz, albo też bagatelizują jego skutki. Goldman ilustru­

je przykładami z życia codziennego kliniki tezę, że wiele matek 

zgadza się na wykonanie zabiegu obrzezania, którego nie uzasad­

nia nawet tradycja religijna, właściwie wbrew sobie i bardzo po­
tem z tego powodu cierpi. 

Pewna kobieta opowiadała, że jej syn zaraz po urodzeniu pra­

wie nigdy nie płakał, z ufnością i zadowoleniem ssał jej pierś. 
Potem jednak zabrano go do obrzezania. Kiedy przyniesiono go 
znowu, był już zupełnie inny. Często krzyczał z całych sił, nie 
chciał ssać piersi, zniknęła jego dawna ufność. Jest to tym bardziej 

background image

28 Ścieżki życia 

tragiczne, że początki były tak bardzo obiecujące. Ta historia przy­
pomniała mi się, gdy przeczytałem w Twoim liście o skutkach 
stosowania kamfory. Z pewnością wiele kobiet mogłoby opowie­
dzieć o podobnych przeżyciach. 

Dzisiaj myślę, że sama informacja naukowa jest z pewnością 

bardzo ważna, ale niekiedy niewystarczająca. Niekiedy człowiek 
najpierw sam musi odczuć i zrozumieć własne cierpienie z powodu 
wykorzystania w dzieciństwie, aby móc informacje te właściwie 

zrozumieć i odpowiednio, w poczuciu pełnej odpowiedzialności za 
swoje działania, wykorzystać w życiu. Oba te źródła informacji — 
nasze własne przeżycia z dzieciństwa i wyniki najnowszych badań 
nad zachowaniem noworodków wzajemnie na siebie oddziałują. 
Na sygnały wysyłane przez noworodki stajemy się wrażliwi przy­
puszczalnie wtedy, gdy sami przestajemy bronić się przed naszymi 
własnymi wspomnieniami. 

Aby zapobiec popełnianiu tragicznych błędów, należy prowa­

dzić szeroką akcję informacyjną w klinikach, gabinetach położni­
czych, placówkach wychowawczych, więzieniach. Bardzo często 

jednak informacje nie zdadzą się na nic, dopóki niczego nie chce­

my wiedzieć o własnych uczuciach. Sama wiedza intelektualna 
nie wystarcza, nie wpływa na nasze zachowania. Człowiek otwo­
rzyć się może natomiast pod wpływem silnego wstrząsu emocjo­
nalnego. Takiego wstrząsu niewątpliwie może doznać, opowiada­

jąc o swoim dzieciństwie osobie, przez którą czuje się zrozumiany. 

Dzisiaj można to nawet udokumentować na filmach wideo. Wi­
działem film dokumentalny nakręcony przez japońską ekipę tele­
wizyjną. Przestępcy najcięższego kalibru, którzy nigdy nie pozwa­
lali sobie na okazywanie jakichkolwiek uczuć, brali udział w terapii 
grupowej, w trakcie której opowiadali o własnym dzieciństwie. To 
zdumiewające, jak wiele uczuć zaczęły nagle wyrażać ich twarze. 
Wielu z nich po raz pierwszy w życiu płakało i okazywało smutek 
z powodu swego losu. Zaczynali rozumieć, że czasem mordowali 
innych ludzi, po prostu żeby uciec przed swym smutkiem. 

Zmiana, która dokonała się na ich twarzach, świadczy wyraźnie 

o tym, że gdyby przed przeżyciem takiego wstrząsu emocjonalnego 
przeczytali wszystkie książki i artykuły świata, to i tak nie od-

background image

^ Claudia i Daniel — trzydzieści lat później

 29 

Najserdeczniejsze pozdrowienia, 

Twój Daniel 

niosłoby to żadnego skutku. Dopiero po tym byli zdolni zrozumieć, 
dlaczego zrobili coś, czego wcale zrobić nie chcieli. Byli w stanie 
przyjąć informacje, które mogły im w przyszłości pomóc uniknąć 
podejmowania błędnych decyzji. Gdyby nadal tłumili uczucia, nie 
tylko tkwiliby w swojej ignorancji, ale w dalszym ciągu stanowi­
liby zagrożenie dla społeczeństwa i samych siebie. 

Konfrontacja z cierpieniami naszego dzieciństwa jest bardzo 

bolesna. Dlatego rozumiem, że wielu ludzi wybiera inną drogę 
i nie chce o tym nic wiedzieć. Cieszę się jednak, że nie wszyscy 
tak postępują. Cieszę się też, że spotkaliśmy się znowu po tylu 
latach. Udało nam się wyjaśnić wiele spraw z naszej wspólnej 
przeszłości i dzisiaj rozumiemy się lepiej niż kiedykolwiek. W Ber­
keley dzieliło nas wiele barier, ale widocznie zawsze reagowaliśmy 
podobnie na otaczający nas świat. Niestety, nie byliśmy wtedy 
wystarczająco wolni, aby okazać nasze prawdziwe uczucia. 

background image

2. 

Jolanta i Linda — 

prawdziwe powitanie 

Kochana Mary! 

Piszę do Ciebie w samolocie z Los Angeles do Chicago. Właśnie 
przelatujemy nad Wielkim Kanionem, mam więc przed sobą parę 
ładnych godzin na to, aby podzielić się z Tobą na świeżo moimi 
wrażeniami, zanim wrócę do domu i znowu pogrążę się w szarej 
rzeczywistości. 

Jak wiesz, odwiedziłam w Los Angeles moją dawną przyja­

ciółkę Doris, której nie widziałam już bardzo dawno. Kiedy wi­
działyśmy się po raz ostatni, Doris chodziła jeszcze do szkoły 
położniczej. 

Przez wiele lat pracowała w klinice. W końcu postanowiła jed­

nak otworzyć własną praktykę i wyspecjalizować się w opiece nad 
matkami, które zdecydowały się na rodzenie w domu. Pomaga 
kobietom przygotować się psychicznie do porodu i opiekuje się 

nimi podczas rodzenia. Opowiadała mi o kobiecie, która urodziła 
dwójkę dzieci poprzez cesarskie, w ciąży z trzecim zaś — uspo­
kajana i wspierana przez Doris — czuła się tak dobrze, że była 
w stanie do samego końca uprawiać ogród. Właśnie w ogrodzie 
poczuła nagle silne bóle porodowe. Krótko po tym, jak zjawiła się 
w gabinecie Doris, dziecko przyszło na świat. Jej sąsiadka nie 

chciała wierzyć własnym oczom, gdy kilka godzin później zobaczy­
ła ją powracającą do domu z niemowlęciem w ramionach. 

background image

Jolanta i Linda — prawdziwe powitanie

 31 

Doris zaproponowała mi asystowanie przy jednym z domowych 

porodów, a ja się na to zgodziłam. Chciałabym Ci teraz o tym 
opowiedzieć. Narodzin Jolanty, bo tak nazwano to dziecko, wycze­
kiwano z wielką niecierpliwością. Rodzice cieszyli się, że to będzie 
dziewczynka. Mieli, już dwóch synów, w wieku czterech i dwóch 
lat, których dobrze przygotowali na nową sytuację. Poród prze­
biegł bez komplikacji. Noworodek nie płakał, leżał na brzuchu 
matki i patrzył ciekawie w jej twarz. Matka promieniała ze szczę­

ścia, głaskała swoją maleńką córeczkę, nie mogąc wprost oderwać 
od niej wzroku. Dziecka nie wykąpano ani nie zaszczepiono. Le­
żało sobie spokojnie na brzuchu matki i powoli uczyło się samo­
dzielnie oddychać. Nie zapłakało nawet wtedy, gdy w końcu od­
cięto pępowinę, jedynie mocno westchnęło. Kiedyś trzymano nowo­
rodka w pozycji pionowej, z główką na dół, aby ułatwić mu 
oddychanie i nie zauważano, że wywoływało to w nim prawdziwy 
szok. Sądzono, że krzyk jest oznaką, iż zaczęły pracować płuca. 
Dlaczego my, ludzie, chcemy poprawiać naturę, która funkcjonuje 
przecież tak doskonale, jeżeli tylko się jej w tym nie przeszkadza? 

Jolanta leżąc na piersi matki zaczęła ssać siarę, ciemny płyn, 

który wydziela się jeszcze przed mlekiem i dostarcza noworodkowi 
substancji uodparniających. Doris opowiadała mi, że kiedyś nie 
kładło się noworodka bezpośrednio po porodzie na piersi matki. 
Uważano, że siara jest szkodliwa, więc zdarzało się często, że 
przez cały dzień maluch musiał obejść się bez pokarmu. Po prostu 
pozwalano takiej małej istotce krzyczeć z głodu. Michael Odent, 
który — jako teoretyk i praktyk — zajmował się gruntownie pro­
blemem narodzin, uważa, że pogląd ten nadal jest bardzo rozpo­
wszechniony, dziwnym trafem także wśród ludów, które prakty­
kują poród naturalny. Obecnie wartość siary została udowodniona 
i nie podlega żadnej wątpliwości. Ale wróćmy do naszej małej 
Jolanty. 

Od samego początku łapczywie ssała pierś. Między posiłkami 

spała, a płakała tylko wówczas, gdy była głodna. Przy piersi na­
tychmiast się uspokajała. Piątego dnia Doris miała pobrać Jolan­
cie pierwszą próbkę krwi poprzez niewielkie ukłucie w piętę. Wy­

jaśniła mi, że takiego bólu nie można sprawić niemowlęciu z pustym 

background image

32 Ścieżki życia 

żołądkiem. Dziecko powinno czuć się dobrze, być syte i leżeć w ra­
mionach matki. 

Dopełnienia wszystkich tych warunków Doris dopilnowała 

z wielką sumiennością. Jednak to nagłe ukłucie wstrząsnęło ma­
leńkim ciałkiem i wywołało krzyk. Cały zabieg nie trwał nawet 
minuty, mimo to stanowił dla dziecka szok. Po jego zakończeniu 

wydawało się początkowo, że wszystko wróciło do normy. Przez 

długą chwilę Jolanta była zupełnie spokojna. Potem jednak zaczę­
ła nagle krzyczeć z całych sił. Odniosłam wrażenie, że ten krzyk 
był zupełnie inny. Był nie tylko fizyczną reakcją na fizyczny ból, 
ale wyrażał także głęboką rozpacz z powodu konsternacji wywo­
łanej ukłuciem. Matka Jolanty próbowała ją wszelkimi sposobami 
pocieszyć. Kołysała dziecko w ramionach, gładziła, próbowała po­
dać mu pierś. Ale wszystkie te dowody miłości nie zdały się na 
nic. Widocznie Jolanta nie była przygotowana na taki atak i zu­
pełnie nie wiedziała, co się stało. Wydawało się, że jej ciałko musi 
uwolnić się od wielkiego rozgoryczenia, wywołanego zadanym jej 
nieoczekiwanie bólem. Ta mała osóbka zdawała się pytać: „Co się 
stało? Ssałam sobie spokojnie pierś mojej mamy, tak jak zawsze 
— przedtem wszystko było w porządku. Dlaczego nagle ktoś mnie 
ukłuł? Nie rozumiem zupełnie, co się na tym świecie dzieje, czego 

mam oczekiwać. Mogę tylko krzyczeć i głośno płakać. Takiego bólu 
nie znałam, kiedy byłam w brzuchu mojej mamy. Czy zawsze ktoś 
będzie zadawał mi taki ból, kiedy będę ssała pierś?" 

Choć ból fizyczny już dawno musiał minąć, Jolanta w dalszym 

ciągu buntowała się przeciw zabiegowi całym swoim ciałem, od 
stóp do głów. Czy taki uraz musi koniecznie pozostawić ślady? 
Przypuszczalnie nie. Jolanta leżała przecież w ramionach matki, 
która cały czas zachowała spokój i cierpliwość. Patrzyła na dziecko 
z czułością i pewnego rodzaju dumą, że mała potrafi już zapewnić 

sobie posłuch. Czy jej córeczka potrafi kiedyś dać sobie lepiej radę 

w życiu niż ona? 

Po dziesięciu minutach Jolanta przestała płakać. Wtedy Doris 

zaczęła masować jej ciałko. Mała reagowała początkowo nieufnie, 
ale wkrótce zaczęła okazywać zadowolenie. Także kąpiel przypad­
ła jej do gustu, chociaż na Doris patrzyła ciągłe jeszcze z pewną 

background image

Jolanta i Linda — prawdziwe powitanie

 33 

ostrożnością i podejrzliwością. Przed pobraniem krwi tej nieufności 
nie dało się u niej zauważyć. Ukłucie było dla dziecka wyraźnym 
szokiem, lecz dzięki czułości matki, doświadczeniu położnej i współ­
czuciu braci, którzy głaskali swą małą siostrzyczkę, Jolanta, jak 
się zdaje, stosunkowo szybko przebolała to niemiłe doświadczenie. 
W czasie narodzin Jolanty myślałam ciągle o tym, jak to prawie 
dwadzieścia cztery lata temu rodziłam Ciebie. Jakże chętnie ro­
dziłabym moje dzieci w takiej atmosferze jak matka Jolanty. Te 
ostatnie przeżycia pogłębiły jeszcze smutek z powodu mojej daw­
nej nieświadomości, z drugiej jednak strony w pewien sposób po­
godziły mnie z losem. Pociechą była dla mnie myśl, że to, czego 
mnie jako matce nie było dane przeżyć, stać się dzisiaj może udzia­
łem Twoim i innych młodych matek. Obecnie wiedza na ten temat 

jest o wiele bogatsza, a Ty przecież dokładnie wiesz, czego chcesz. 

Kiedy pomyślę o tym, jak bardzo nieświadoma byłam jako przy­

szła matka, to jeszcze dzisiaj zupełnie nie mogę zrozumieć, dla­
czego nie szukałam wtedy dokładniejszej informacji. Kiedy, jak 
sądziłam, poczułam pierwsze bóle, Twój tata zawiózł mnie w po­
śpiechu do odległej o 30 kilometrów kliniki. Bardzo się bał, że już 
nie zdążymy. Do porodu przygotowano mnie jak do operacji, a po­
tem położono na czystym łóżku. Wszystko to przypomniało mi 
o zabiegu chirurgicznym, któremu poddałam się wcześniej i nagle 

poczułam w sobie narastający paniczny lęk. Przypuszczalnie zu­
pełnie nieświadomie przypomniałam sobie także o szoku, towa­
rzyszącym moim własnym narodzinom. Dzisiaj wiadomo już oczy­
wiście, że silne bóle porodowe przyszła matka odczuwać może 
niekiedy już na kilka dni przed porodem. Ustępują one jednak, 
gdy położna po zbadaniu uspokoi ją, że rozwiązania nie należy 

oczekiwać jeszcze w ciągu następnych dwóch dni. W klinice nikt 
mi o tym jednak nie powiedział, nikt mnie nie uspokoił. Czułam 
się opuszczona i bardzo zestresowana. Byłam zrozpaczona, że nie 

mogę się odprężyć, choć oczekiwał tego ode mnie personel medycz­
ny. Skutek tego był taki, że moje ciało całkowicie zesztywiało, 
a bóle ustąpiły. 

Na szczęście w tym momencie zaniechałaś swych wysiłków. 

Widocznie nie chciałaś przyjść na świat wtedy, gdy Twoja matka 

background image

34 ścieżki życia 

odczuwała tak wielki lęk. Wypuszczono mnie więc z kliniki. Po 
powrocie do domu dużo spacerowałam razem z Twoim tatą i w końcu 
się odprężyłam. Dopiero wtedy, na trzeci dzień, zaczęły się praw­
dziwe bóle, nastąpiło pełne rozwarcie i w kilka godzin później Ty 
przyszłaś na świat, bez najmniejszych komplikacji. Kiedy opowie­
działam Doris historię Twoich narodzin, wcale się nie zdziwiła. 
Znała wiele takich przypadków. Dobre doświadczenia związane 

z porodami domowymi są u nas, jak powiedziała, jeszcze stanow­
czo zbyt mało rozpowszechnione. W Holandii natomiast już 60% 
kobiet decyduje się na poród we własnym domu lub też w jednym 
ze specjalnych domów, przystosowanych do porodów naturalnych. 
Jak długo jeszcze potrwa, zanim uznane zostanie to, co oczywiste, 
i kobiety nie będą pozwalały już wmawiać sobie czegoś zupełnie 
innego? 

Właśnie podają posiłek. Cieszę się, że udało mi się do Ciebie 

w spokoju napisać. Zadzwonię do Was, jak tylko wrócę do Chicago. 

Najserdeczniej Cię pozdrawiam, 

Twoja Mama 

Kochana Mamo! 

Długo do mnie nie pisałaś. Z Twojego listu wywnioskowałam, jak 
bardzo rozwinęłaś się w ostatnim czasie. Pobyt w Los Angeles 
widocznie bardzo dobrze Ci posłużył. O moich narodzinach opo­
wiadałaś mi już wiele razy wcześniej, ale starałam się tego nie 
słuchać. Być może sprawiały mi przykrość Twoje wyrzuty sumie­
nia. Byłaś tak bardzo nieszczęśliwa, że bóle ustąpiły. Opowiadałaś 
mi, że poród trwał trzy dni i był dla mnie ogromnym szokiem. 

Czułam się tym bardzo przestraszona. Wydawało mi się, że byłam 
odpowiedzialna za to, że Twoje bóle ustąpiły i że tym samym nie 
uwolniłam Cię dość szybko od Twojego lęku. Było to dla mnie 
wielkim obciążeniem. Ponadto uważałam, że powinnam Cię pocie-

background image

Jolanta i Linda — prawdziwe powitanie

 35 

szyć i przebaczyć, żebyś mogła pozbyć się wreszcie wyrzutów su­
mienia. To było błędne koło, bo korzenie Twojego poczucia winy 
tkwią przypuszczalnie w Twoim własnym dzieciństwie. Cokolwiek 
bym powiedziała, czy zrobiła i tak nie byłoby to w stanie niczego 
tu zmienić. 

Teraz cieszę się, że przestałaś wreszcie sama sobie robić wy­

rzuty z powodu okoliczności, w jakich przyszłam na świat. Od lat 
próbuję nauczyć się tego, by nie obarczać siebie Twoimi proble­
mami i udaje mi się to coraz lepiej. Ale teraz, gdy za dwa miesiące 
sama mam zostać matką, znowu silniej zaczęłam odczuwać Twój 
wpływ na mnie. Dlatego czuję się spokojniejsza i bardzo wdzięczna 
Doris oraz Jolancie, że dzięki nim mogłaś zebrać nowe doświad­
czenia. To nie była Twoja wina, że wtedy w klinice nie miałaś 
żadnego wsparcia. 

A teraz, po dwudziestu pięciu latach, wiesz wreszcie dzięki 

Doris, że bóle porodowe nierzadko ustępują na pewien czas. Ja 
także nie byłam tu winna. Po prostu czekałam w Twoim brzuchu, 
aż się uspokoisz. Ta świadomość pozwala mi zobaczyć moje naro­
dziny w zupełnie nowym świetle. Nie jestem pasywna i lękliwa, 

jestem kobietą, która już w łonie matki wyczuwała, jak uchronić 

się przed niebezpieczeństwem i postawić na swoim. Gdybym przy­
szła na świat wtedy, kiedy Ty czułaś panikę, nie wiadomo, co by 
ze mnie wyrosło. Całe szczęście wypuszczono Cię wtedy do domu 
i dano Ci czas na to, byś się odprężyła. Byłoby o wiele gorzej, 
gdyby próbowano wtedy przyspieszyć poród za pomocą środków 
medycznych. Nad psychicznymi skutkami takich zabiegów wcześ­
niej się po prostu nie zastanawiano. Kiedy na świat przychodziło 
dziecko autystyczne, przyczyny szukano w genach, nie biorąc pod 
uwagę tego, czego dziecko to doświadczyło w łonie matki. 

W wielu klinikach w czasie weekendu nie przyjmuje się żad­

nych porodów. Próbuje się to regulować za pomocą środków farma­
kologicznych — prowokuje się porody lub wykonuje cesarskie cię­
cia. Są jednak lekarze, którzy przyjmują porody w domu. Uczą 
się przy tym tego, co umknęło im w czasie studiów, a mianowicie 
szacunku dla uczuć rodzącej. Udało mi się znaleźć taką lekarkę, 

jest także położną i matką kilkorga dzieci. Odebrała już ponad 

background image

36 Ścieżki życia 

tysiąc porodów domowych. Oczywiście Ralph też będzie przy po­
rodzie. Nie będziemy w panice jechać do kliniki. Będziemy ocze­
kiwać spokojnie naszego dziecka w domu, a moja lekarka będzie 
nam pomagać tyle, ile to będzie konieczne, ani trochę więcej. 

Już przed narodzeniem naszego dziecka jesteśmy całkowicie 

świadomi tego, że nie zawsze będziemy w stanie postępować wobec 
niego jak ludzie dorośli, nie w każdej sytuacji będziemy tak obiek­
tywni i wolni od lęku, jakbyśmy sobie tego życzyli. Nikt nam nie 
może zagwarantować, że w nowych i trudnych sytuacjach nie za­
władną nami znowu dawne uczucia. W takich przypadkach jest 
bardzo pomocne, gdy partner nie bierze nam tego za złe i nie żąda 
od nas czegoś, co w danej chwili nie jest możliwe. To znaczy, jeżeli 
w takich momentach on także nie pozwala opanować się dziecin­
nym lękom. Nie opisuję Ci tutaj teorii, które gdzieś wyczytałam, 
ale nasz dzień powszedni. Zdarzało się już wielokrotnie, że Ralph, 
którego ojciec, jak Ci wiadomo, był bardzo brutalny, z najbardziej 
błahych powodów popadał w panikę, że zostanie odrzucony i upo­
korzony. Dzisiaj wiem już, że w takich wypadkach muszę zwalczyć 
w sobie pokusę zareagowania niecierpliwością czy bezradnością. 
Z taką reakcją odczekać muszę do chwili, gdy Ralph powróci zno­
wu do rzeczywistości i przestanie widzieć we mnie szalejącego ojca 
lub opuszczającą go matkę. Dopiero wtedy pozwalam dojść do gło­

su własnym lękom. Wiem przecież, że jego stan nie będzie trwał 

wiecznie i jest odbiciem dawnych przeżyć z dzieciństwa. Mogę to 

znieść, bo Ralph mówi mi o tym zupełnie szczerze, nie ukrywa 
się za żadną maską, nie usiłuje stwarzać pozorów siły. 

Mam nadzieję, że dzięki naszym wspólnym pozytywnym do­

świadczeniom nie będziemy oczekiwać od naszego dziecka, że uwolni 
nas od naszych lęków. Ono i tak z pewnością by tego nie potrafiło, 
zresztą nie takie jest jego zadanie. Ja sama jako dziecko przez 
długi czas próbowałam uwolnić Cię od Twoich lęków i w konsek­
wencji sama je od Ciebie przejęłam. Nie przyniosło to pożytku ani 
Tobie, ani mnie. Bardzo się cieszę, że w Ralphie znalazłam part­
nera, który nie wykorzystuje mojej skłonności do brania na siebie 

cierpienia drugiej osoby, to znaczy odczuwania tego, czego ona 
odczuwać nie chce. On mówi mi o swoich uczuciach, ale mnie nimi 

background image

Jolanta i Linda — prawdziwe powitanie

 37 

nie obarcza i nie czyni za nie odpowiedzialną. Możesz sobie za­
pewne wyobrazić, jakie to dla mnie jest nowe i wyzwalające. 

Jak widzisz, na narodziny naszego dziecka zaczęłam przygo­

towywać się już przed Twoją podróżą do Los Angeles. Twój list 
był dla mnie dodatkowym podarunkiem. Przypuszczalnie wybra­
łaś się do Doris, żeby zgromadzić dla mnie nowe informacje. Szko­
da, że przed laty nie odbyłaś podróży do Los Angeles dla siebie. 
Ale widocznie wszystko wymaga czasu. Lepiej późno niż wcale. 
Teraz cieszę się na Twoje odwiedziny. Już się nie boję, że Twoje 
poczucie winy mogłoby na nowo osłabić moją pewność siebie. To 
dla mnie wielka ulga i bardzo się z tego cieszę. 

Najserdeczniejsze pozdrowienia, 

Twoja Mary 

Kochana Doris! 

Po moim pobycie w Los Angeles czułam się tak pełna wrażeń, że 

jeszcze w samolocie napisałam o małej Jolancie do mojej córki, 

Mary. Od kilku tygodni jestem znowu w Chicago i tutaj przypad­

kowo miałam również okazję asystować przy domowym porodzie. 

Oczywiście chcę podzielić się z Tobą moimi wrażeniami i usłyszeć 
od Ciebie, co sądzisz na temat moich spostrzeżeń laika. 

Rodzącą była Anna, córka mojej dobrej, tragicznie zmarłej przy­

jaciółki. Anna zażyczyła sobie mojej obecności przy porodzie, kiedy 

opowiedziałam jej o moich przeżyciach u Ciebie w Chicago. Poród 
odbywał się właściwie w warunkach optymalnych. Mąż Anny, Ro­
bert, był bardzo delikatny, bardzo czuły, często trzymał ją w ra­
mionach i odnosiło się wrażenie, jakby razem przez to przecho­
dzili. Oboje już od dawna cieszyli się na dziecko. Położenie płodu 
było prawidłowe. Dlatego też położna nie mogła zrozumieć, dla­
czego mimo tych optymalnych warunków, faza rozwierania trwała 

już prawie dziesięć godzin, a rozwarcie ciągle jeszcze nie było 

background image

38 Ścieżki życia 

wystarczające. W końcu postanowiłam wyjść do przyległego poko­

ju, bo przyszło mi do głowy, że być może moja obecność przypo­

mina Annie o tragicznej śmierci matki i smutek ten zdominował 

jej radość z narodzin dziecka. Kiedy przyszła do mnie położna, 

powiedziałam jej o moich przypuszczeniach. Ta zwykle bardzo 
otwarta i pełna zrozumienia kobieta była jednak zdania, że nie 
należy rodzącej zadawać żadnych pytań, bo z pewnością nie uświa­

damia sobie ona przyczyny tej blokady. Gdyby ją znała, to zapew­
ne potrafiłaby sobie z nią poradzić. Położna była raczej skłonna 
podać Annie rozluźniający środek homeopatyczny. 

Kiedy Robert na moment wszedł do pokoju, powiedziałam mu 

o moich przypuszczeniach. Jako laik spontanicznie zgodził się na 
moją propozycję porozmawiania z Anną. Kiedy zapytał ją, czy moja 
obecność jej przeszkadza, Anna gwałtownie zaprzeczyła i rozpłakała 
się. To nie śmierć matki była powodem, że nie mogła się rozluźnić. 
To było przeżycie, o którym wprawdzie przed dwoma laty opowie­
działa Robertowi, ale które w czasie ciąży ani razu do niej nie 
powróciło. Teraz jednak walczyła sama z sobą, na próżno usiłując 

odpędzić od siebie to straszne wspomnienie. Zużywała na to nie­
mal całą energię, którą powinna była poświęcić dziecku, aby po­
móc mu przyjść na świat. Kiedy miała piętnaście lat, razem ze 
swoją szkolną koleżanką została napadnięta przez grupę wyrost­

ków i zgwałcona. Opowiedziała o wszystkim rodzicom. Ich współ­

czucie i wsparcie pomogło jej przeboleć to straszne przeżycie. Te­
raz jednak poczuła się bardzo samotna ze swymi wspomnieniami, 
bo uważała, że nie jest to odpowiednie miejsce, aby o tym mówić. 
Być może Robert także trzymał się zasady, że w czasie porodu nie 
należy rozmawiać z rodzącą. Wystarczyło jednak, żeby zapytał ją 
ojej uczucia, a przestała zamykać się przed wspomnieniami i roz­
płakała się w jego ramionach. 

Dopiero ten płacz pomógł jej się odprężyć, bo zrozumiała, że 

w gruncie rzeczy bała się rozluźnić. Jej ciało oczekiwało nowej 
katastrofy, bo poród obudził w niej nieuświadomiony lęk przed 
powtórzeniem się tego traumatycznego przeżycia. Dlatego jęczała 
przez wiele godzin, pozornie z powodu bólów porodowych, napraw­

dę zaś cierpiała nieświadomie z powodu bolesnych wspomnień o 

background image

Jolanta i Linda — prawdziwe powitanie

 39 

dawnym poniżeniu i bezsilności. Kiedy poczuła, że nie jest już 
sama, poród zaczął nabierać tempa. Po kilku minutach zaczęły 
się bóle parte i pół godziny później dziecko było już na świecie. 
Bez środków medycznych, bez jednego cięcia, w pozycji kucznej, 
niemal bezboleśnie. Być może w klinice nie czekano by tak długo. 
W trosce o dziecko wykonano by zapewne cesarskie cięcie, co An­
na, która tak bardzo chciała rodzić w sposób naturalny, mogłaby 
odczuć jako zadanie jej gwałtu. Dlaczego czynimy tak wiele, aby 
uniknąć pytań i rozmowy? Czy boimy się odpowiedzi? Ta zacho­
wywana w dobrej wierze, lecz nie zawsze pożyteczna rezerwa mo­
że spowodować, że rodząca w otoczeniu kochających ludzi kobieta 
może się poczuć psychiczne całkowicie osamotniona i to właśnie 
wtedy, gdy dręczą ją te straszne wspomnienia. 

Wydaje mi się, że zainteresowanie kochającej lub choćby tylko 

życzliwej, pełnej taktu osoby może przyszłej matce pomóc przeła­
mać poczucie osamotnienia i przezwyciężyć traumatyczne przeży­
cia. Takie wsparcie mogłoby pomóc rodzącej uwolnić się w natu­
ralny sposób od dręczących ją bolesnych wspomnień. Co o tym 
sądzisz? 

Bardzo wiele nauczyłam się również, kiedy obserwowałam za­

chowanie małej Lindy po urodzeniu. Dziecko najpierw rozejrzało 
się wokoło, jakby się chciało upewnić, czy nie grozi mu żadne 

niebezpieczeństwo. Nie zapłakało nawet, gdy odcięto pępowinę. 

Położone na piersi matki, poznało ją natychmiast, chwyciło sutek 
i nawet zaczęło ssać. Lecz to ssanie przerywane było bezustannie 
gwałtownym płaczem. Odniosłam wrażenie, że tym płaczem Linda 
usiłowała nam opowiedzieć swoją historię. 

Była to historia walki o przetrwanie, bo Linda leżała wiele 

godzin w kanale rodnym, zupełnie sama, w całkowitej ciemności. 

Jej matka była w swoim bólu wspierana i pocieszana przez nas, 

a jako osoba dorosła wiedziała, że to wszystko kiedyś się skończy. 
I doskonale wiedziała, co się z nią dzieje. A jednak to czekanie 

było dla niej taką męką. Tym bardziej straszny, myślałam, musiał 
być ten czas dla nienarodzonego dziecka, które zupełnie nie mogło 

zrozumieć, co się z nim dzieje, było przygotowane do wyjścia, ale 

musiało godzinami na nie czekać, wyczuwało lęk matki, ale nie 

background image

40 Ścieżki życia 

mogło zrobić nic, aby zmienić swe położenie, dopóki matka się nie 
otworzyła. Nie wiedziało, że wszystko się przypuszczalnie dobrze 
skończy, nie wiedziało, co je jeszcze czeka. Wyobrażam sobie, że 
w chwili wyzwolenia Linda chciała nam opowiedzieć swoją histo­
rię. Mogła to zrobić tylko płacząc, bo przecież żadnego innego 

języka jeszcze nie znała. 

Jeżeli otoczenie reaguje empatycznie, dziecko, jak się zdaje, 

potrafi szybko przezwyciężyć szok spowodowany porodem. Linda 
płakała jeszcze dość długo, prawie godzinę. W następnych dniach 

jednak nie płakała już niemal wcale, jedynie wtedy, gdy była głod­

na, lecz przystawiona do piersi natychmiast się uspokajała. Z An­
ną i Robertem spotkałam się potem jeszcze kilka razy. Linda da­
wała im wiele radości. Mówili, że mała wyraża swoje potrzeby 
w sposób jasny i oczywisty, co zawsze wprawia ich w zdumienie. 

Linda czuje bardzo wyraźnie, że jej rodzice z całego serca chcą ją 
zrozumieć i że może im obojgu zaufać. Teraz wyczekuję z radością 
narodzin mojego pierwszego wnuka, który ma to szczęście, że jego 
rodzice są dobrze przygotowani na jego urodzenie i już go kochają. 
Jeszcze raz dziękuję Ci z całego serca, moja kochana Doris. W Los 
Angeles otworzyłaś przede mną cały świat, bo tak wiele wtedy 

zrozumiałam. 

Serdeczne pozdrowienia, 

Twoja Lisa 

Kochana Liso! 

Bardzo dziękuję za Twój list. Wydaje mi się, że coraz bardziej 
zgłębiasz tajniki mojego zawodu. Bardzo się z tego powodu cieszę, 
bo każda informacja jest na wagę złota. Zaniedbania popełnione 
wobec dzieci w ciągu dwóch pierwszych lat ich życia nie zawsze 
dają się nadrobić w późniejszym czasie. Taki „wybuch żałości", 

jaki zaobserwowałaś u Lindy zaraz po urodzeniu, jest zjawiskiem 

background image

Jolanta i Linda — prawdziwe powitanie

 41 

bardzo dobrze znanym. Są dzieci, które potrzebują na to nawet 
kilku dni, mimo że po urodzeniu wszystko jest w porządku. Jeżeli 

jednak narażone są na nowe urazy, nie okazuje się im uczucia, 

oddzielane są od matki, bez powodu odstawiane od piersi, to ich 
płacz nabiera oczywiście innego znaczenia, a jego powody często 
są trudne do zrozumienia. 

Jeśli chodzi o reakcję położnej na Twoją propozycję, to przy­

puszczam, że wyszła ona z założenia, iż świadomość rodzącej z re­

guły nie jest skierowana na przeszłość, lecz przede wszystkim 
zaabsorbowana aktualną sytuacją. Rodząca myśli w tym czasie 
przede wszystkim o swoim dziecku i chce zrobić wszystko jak 
najlepiej, żeby ułatwić mu przyjście na świat. Wielu kobietom 

jednak brakuje pewności, że uda im się tym wymaganiom spro­

stać. W miarę nasilania się bólów ich początkowe zaniepokojenie 
może przerodzić się w paniczny lęk. Do lęku przed niesprawdze-
niem się dochodzi strach przed bólem, który budzi w rodzącej 
wspomnienia o wcześniejszych, bolesnych przeżyciach. 

Tak więc wprawdzie świadomość kobiety w czasie porodu na­

stawiona jest wyłącznie na teraźniejszość, to jednak w jej pod­
świadomości dochodzą do głosu wspomnienia o wcześniejszych trau­
matycznych przeżyciach. Miejscem, gdzie się obecnie rozgrywa dawny 
dramat, jest jej ciało. Ja myślę, tak samo jak Ty, że w takim 
momencie obecność osoby, która poprzez pytania umożliwi prze­

rzucenie pomostu pomiędzy sytuacją porodu a wcześniejszymi prze­

życiami, jest dla rodzącej wielką pomocą. 

Już na początku mojej praktyki zauważyłam, że kobiety, które 

jako dzieci były wykorzystywane seksualnie, miały niekiedy wiel­

kie trudności z odprężeniem się. Często bały się otworzyć. Zda­
rzały się też kobiety, które niegdyś tak bardzo stłumiły wrażliwość 

swego ciała, że rodziły bardzo szybko, jak gdyby chciały się pozbyć 
ciężaru tak prędko, jak to tylko możliwe. Lecz kobiety te począt­
kowo nie bardzo wiedziały, co mają począć ze swymi dziećmi. Ich 

fizyczna i psychiczna nieczułość stanowiła pancerz, który chronił 

je przed bolesnymi wspomnieniami. Dopiero wtedy, kiedy udało 

się im opowiedzieć o tym, co przydarzyło się im w dzieciństwie, 
potrafiły otworzyć serce dla swych nowo narodzonych dzieci. Dla-

background image

42 Ścieżki życia 

tego też w mojej obecnej praktyce, przygotowując przyszłe matki 
do porodu, staram się porozmawiać z nimi o ich wcześniejszych 
traumatycznych przeżyciach. Kobiety są najczęściej bardzo wdzięcz­
ne, że mogą o tym opowiedzieć. Moim zdaniem te rozmowy powo­

dują, że poród przebiega łatwiej. Wprawdzie ja mam przez to 
mniej czasu, ale w końcu taki zawód sobie wybrałam. 

Tobie i Mary życzę wszystkiego najlepszego. Proszę napisz mi, 

jak jej poszło. 

Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie, 

Twoja Doris 

Kochana Doris! 

A więc stało się! Mary urodziła córeczkę. Ma na imię Nina, a je­
stem w niej oczywiście po uszy zakochana. Nie tylko dlatego, że 

jest moją pierwszą wnuczką. Przy każdym spotkaniu pokazuje mi, 

że ludzka istota już na początku swego życia wyposażona jest 

w zdrowy instynkt, który funkcjonuje znakomicie nawet w na­
szym dzisiejszym świecie, jeśli tylko pozwala mu się dojść do gło­

su. Ta pewność napawa mnie znowu nadzieją. Nina ma już cztery 

tygodnie. Początkowo była przeważnie spokojna i pogodna, dużo 

spała lub ssała pierś. Teraz coraz częściej rozgląda się dookoła 

i dużo się śmieje. Jeżeli coś jej dokucza, na przykład upał lub 
zimno albo też kolka jelitowa, zaczyna płakać. Wydaje się, że Mary 

zawsze wie, z jakiego powodu Nina płacze i potrafi ją szybko 
uspokoić. Jeżeli Mary natychmiast się nie zjawia, to płacz prze­

chodzi w rozpaczliwy krzyk, w którym być może ujawniają się 
także wszystkie wcześniejsze cierpienia, przypuszczalnie także 
szok porodu. Lecz kiedy tylko Nina zostaje przystawiona do piersi, 

jej świat, jak się wydaje, znowu wraca do normy. 

Nina podbija mnie ciągle na nowo swoją logiką. Tutaj wszystko 

wydaje się podyktowane naturą i dlatego takie klarowne. To wspa-

background image

Jolanta i Linda — prawdziwe powitanie

 43 

niałe uczucie, kiedy się widzi, że rodzice mogą swemu dziecku, 

a tym samym społeczeństwu tak wiele ofiarować, decydując się 

na to, aby w pierwszych tygodniach i miesiącach życia swego po­

tomka być do jego pełnej dyspozycji, jak Mary i Ralph. 

Serdecznie Cię pozdrawiam, 

Twoja Lisa 

background image

Sandra — nagrodzona 

odwaga 

Sandra, pięćdziesiąt dwa lata, jest profesorem literatury 

angielskiej w zachodniej Kanadzie i córką irlandzkich imigrantów. 
Od osiemnastu lat żyje w szczęśliwym związku z Samem, leka­
rzem pediatrą, z którym ma dwie dorastające córki. Jej matka 

umarła wiele lat temu, a ojciec, który obecnie mieszka w Toronto, 
nie odwiedza jej już wiele lat. Sandra otrzymała właśnie propo­
zycję wygłoszenia wykładu na uniwersytecie w Toronto, ma więc 
w perspektywie odwiedziny u ojca. 

Z jednej strony cieszy się, że go znowu zobaczy, z drugiej zaś 

wszystko się w niej burzy na myśl, że znowu prowadzić będą ze 
sobą zdawkową rozmowę. 

Gdy wyznała mężowi, jak bardzo nieprzyjemna jest dla niej ta 

perspektywa, Sam spytał ją: „Dlaczego musisz robić coś, na co nie 
masz ochoty? Przecież możesz spróbować porozmawiać szczerze 
z twoim ojcem i zobaczyć, co z tego wyniknie. Może uda ci się do 
niego dotrzeć, a może nie. Nie jesteś już przecież zależna od jego 
reakcji". 

— To prawda — przyznała Sandra — z tobą i naszymi dzieć­

mi już wiele razy szczerze rozmawiałam i dlatego wiem, że jest 
to w istocie możliwe. Rozmawiamy teraz czasami o takich rzeczach, 
które w moim domu rodzinnym wywołałyby szok. Jako dziecko 
odczuwałam lęk przed rozmową. Później, jako osoba dorosła, wpraw­
dzie nie miałam powodu się obawiać, bo nic mi już przecież nie 
groziło, ale mimo to żyłam tak, jak gdyby ciągle jeszcze tak było. 

background image

Sandra — nagrodzona odwaga

 45 

Do tej pory rzeczywiście nigdy nie przyszło mi do głowy, że być 
może to nie tylko rodzice byli winni, jeśli nie udało nam się ze 
sobą nigdy naprawdę szczerze porozmawiać, lecz także i ja. Jako 
dziecko nie mogłam do nich dotrzeć, być może teraz uda mi się 

jednak znaleźć nowy, prawdziwy sposób porozumienia z moim 

ojcem? 

Tak więc Sandra zdecydowała się pewnego dnia zadzwonić do 

ojca i zawiadomić go o swych odwiedzinach. Od śmierci drugiej 
żony, z którą ożenił się po rozwodzie z matką Sandry przed trzy­
dziestu laty, ojciec mieszkał sam. Ucieszył się na wiadomość o od­
wiedzinach swej najstarszej córki, nie przeczuwając wcale, z czym 
ona się do niego wybiera. Początkowo Sandra czuła się zakłopo­
tana. Potem jednak przemogła się i powiedziała: „Tato, chciała­
bym z tobą szczerze porozmawiać o moim dzieciństwie". 

— Czyż nie zawsze szczerze rozmawialiśmy? 

Sandra nie wierzyła własnym uszom, ale powiedziała zupełnie 

spokojnie: — Według mnie nigdy nie rozmawialiśmy ze sobą na­

prawdę szczerze. 

— Kiedy byłaś mała, miałem ciężkie życie. Nie mogłem znaleźć 

dobrze płatnej pracy, która odpowiadałaby moim kwalifikacjom. 
Dlatego musieliśmy wyprowadzić się z naszego pięknego miesz­
kania i nawet przez pewien czas mieszkaliśmy wszyscy w jednym 
pokoju. Nachodzili nas wierzyciele i grozili komornikiem. 

— Właśnie to był powód, aby ze sobą rozmawiać, wspierać się 

wzajemnie. Czy nigdy nie przyszło ci do głowy, że żyłam wtedy 
w ciągłym strachu? Że koniecznie potrzebowałam kogoś, kto by 

mnie wysłuchał i wyjaśnił to wszystko, co się wtedy u nas działo, 
bo zupełnie tego nie mogłam zrozumieć? Nie przypominam sobie, 
żebyś kiedykolwiek mnie uspokajał. 

— Miałaś przecież twoją matkę, twoje przyjaciółki. Nie byłaś 

sama. 

— Ale ty byłeś moim ojcem i jako taki byłeś dla mnie nieza­

stąpiony. Czy nigdy nie zastanawiałeś się nad tym, jak bardzo 
potrzebowałam wtedy twojego wsparcia i twoich wyjaśnień? 

— Moim zadaniem było wychować cię na porządnego człowie­

ka, szanującego naszą religię i nasze tradycje. 

background image

46 Ścieżki życia 

— Tato, powiedziałam ci właśnie, że nigdy ze sobą o niczym 

nie rozmawialiśmy, chyba że o cenie ryb i mięsa, a ty mówisz mi 
o religii i wychowaniu. Jakbyś mnie w ogóle nie słuchał. Czy nie 
czujesz żalu, że żyliśmy wtedy tak blisko siebie, nawet w jednym 
pokoju, a byliśmy sobie tak bardzo dalecy? 

— Widocznie już zapomniałaś, jaka wtedy byłaś... pełna po­

gardy dla mnie i bardzo skryta. Nawet gdybym próbował z tobą 
porozmawiać, to i tak nie udałoby mi się do ciebie dotrzeć. 

— Być może budziłeś we mnie opór twoimi kazaniami o mo­

ralności. Z pewnością nie byłoby tak, gdybyś zapytał mnie choć 
raz o to, jak się czuję. Ale ty nigdy tego nie zrobiłeś. 

— Nie przyszło mi nawet do głowy, żeby zapytać dziecko o sa­

mopoczucie. Jak ja byłem mały, też mnie o to nikt nie pytał, nawet 
wtedy, gdy obudziły mnie w nocy krzyki mojej matki. Potem przy­

jechała karetka i zabrała ją do szpitala. I nikt nie myślał o tym, 

żeby mi to wyjaśnić. 

— I zostawili cię samego z twoim strachem? 
— Jako dziecko i tak bym wiele nie zrozumiał, gdyby opowie­

dziano mi o depresji. 

— Ale wtedy wiedziałbyś przynajmniej, że ktoś się o ciebie 

troszczy i rozumie twój strach. To przecież jest bardzo ważne. 
Nauczyłbyś się, że przestraszone dziecko trzeba uspokoić. Zamiast 
tego jeszcze bardziej mnie przestraszyłeś i nawet nie zauważyłeś, 

jakie to było dla mnie okropne. Ponieważ gdy byłeś małym chłop­

cem, nigdy cię nie pocieszano, nawet w chwilach paniki, to po 
prostu założyłeś sobie, że dziecko niczego nie czuje, niczego nie 
zauważa i nie potrzebuje pocieszenia. 

— A kto miał mnie pocieszać? Wszyscy zajmowali się matką, 

a poza tym był jeszcze mój kaleki ojciec, który bez swojej żony 
czuł się bardziej bezradny niż zwykle. Domem zajęła się babka, 

której bałem się jeszcze bardziej niż matki. Jedynym ratunkiem 
przed nią była szkoła katolicka. 

— Wydaje mi się, że za każdym razem, kiedy cię potrzebowałam, 

uciekałeś przede mną w modlitwę. Widocznie nie widziałeś we mnie 
czującej ludzkiej istoty, lecz miłą zabawkę. Mama twierdziła zawsze, 
że mnie bardzo kochałeś, a ja oczywiście chciałam w to wierzyć. 

background image

Sandra — nagrodzona odwaga

 47 

— Oczywiście, że cię kochałem, tak jak każdy ojciec kocha 

swoje dziecko. Nawet karmiłem cię i kąpałem, gdy byłaś mała. 

— Tato, ty nie tylko mnie kąpałeś i karmiłeś. Ty także pobu­

dzałeś mnie wtedy seksualnie. 

— Ach, co ty mówisz! Nie możesz o tym wiedzieć, bo byłaś 

wtedy niemowlęciem. Kiedy urosłaś i zaczęłaś zadawać mi pyta­
nia, już cię nawet nie ruszyłem. 

— No, właśnie. Nawet dzisiaj jesteś jeszcze przekonany o tym, 

że nie wyrządziło mi to żadnej krzywdy, bo małe dziecko po prostu 
nie zauważa, co się dzieje z jego ciałem. Nie ty jeden tak sądzisz, 
tak myśli większość ludzi. Przez długi czas uważano nawet, że 
niemowlęta w ogóle nie czują bólu. Skąd mogłeś wiedzieć, że moje 
ciało nie zapomni tego, co robiłeś z nim pięćdziesiąt lat temu? 

— Ale przecież nie zrobiłem ci nic złego, tylko cię głaskałem 

i to sprawiało ci przyjemność. Na pewno nie wyrządziło ci to żad­
nej krzywdy. Gdyby było inaczej, to z pewnością nigdy bym ci tego 
nie zrobił. 

— Niestety, to wyrządziło mi krzywdę. Obudziłeś we mnie 

doznania, które mnie przestraszyły i zdezorientowały. Z tym lę­

kiem i zamętem zmagałam się samotnie i to przez długi czas 

ciążyło na moim życiu. Nigdy o tym nie myślałeś, prawda? 

— Nie, rzeczywiście o tym nie myślałem. To dla mnie jest coś 

zupełnie nowego i bardzo trudno mi w to uwierzyć. Przecież jesteś 
szczęśliwą mężatką, masz dorosłe dzieci. W czym ci miało niby 
zaszkodzić moje głaskanie? Twoja matka cię nie głaskała. Ona 
w ogóle niechętnie dotykała dzieci i sama też nie lubiła być doty­
kana. A więc dałem ci coś, czego od niej nie dostałaś. Nigdy mnie 
nie odpychałaś, zawsze cieszyłaś się, kiedy podchodziłem do two­

jego łóżeczka. Nawet kiedy już spałaś, to budziłaś się natychmiast, 

gdy tylko stawałem przy tobie, tak bardzo spragniona byłaś kon­
taktu i tak bardzo wyczekiwałaś mojej czułości. 

— Nie powinieneś był tego wykorzystywać. Zaspokajanie włas­

nych potrzeb nazywałeś miłością, a ja ci wierzyłam. Jako dziecko 
miałam do ciebie bezgraniczne zaufanie. Uważałam, że jesteś sil­
ny i nieomylny. 

— Tak, pokazywałem ci magiczne sztuczki, a ty patrzyłaś na 

background image

48 Ścieżki życia 

mnie szeroko otwartymi oczami. Ty naprawdę myślałaś, że potra­
fię sprawić, iż przedmioty same znikają i pojawiają się. Bawiliśmy 
się zawsze bardzo wesoło. Spontaniczne reakcje twego ciała, twoja 
stała gotowość do udziału w każdej zabawie, skłoniły mnie do tych 
intymnych gestów. Przyznaję, że byłem zbyt słaby, aby nie ulec 
pokusie. 

— Mój zachwyt był szczery, a jako małe dziecko wdzięczna 

byłam za każdy przejaw miłości, to przecież zupełnie naturalne. 
Ale nie chciałam cię uwieść. Chciałam tylko, żebyś mnie kochał. 
Te magiczne sztuczki były zupełnie niewinne, a twoja radość z mo­

jego podziwu nie wyrządzała mi żadnej krzywdy. Złe było to, że 

mój podziw skłonił cię do rozszerzania twojej władzy nade mną. 
Tak było na przykład z lewatywami, które właściwie były zupełnie 
niepotrzebne. 

— Miałaś przecież bóle brzucha, a twoja matka i ja chcieliśmy 

ci tylko pomóc. 

— Widocznie ciągle jeszcze jesteś przekonany, że mi tym po­

mogłeś. Dzieje się tak tylko dlatego, że ty i mama nigdy nie pró­
bowaliście zrozumieć, co ja czuję. Miałam bóle brzucha, bo tak 
często byłam sama, bardzo z tego powodu cierpiałam i nie miałam 
nikogo, kto by mnie wysłuchał. Gdybym znalazła zrozumienie 
u ciebie albo u mamy, mój układ trawienny funkcjonowałby cał­
kowicie prawidłowo, jak u innych dzieci. Ale wy zamiast ze mną 
porozmawiać, usiłowaliście narzucić mojemu ciału swoją wolę. Bó­
le brzucha były sygnałem mojego duchowego cierpienia. To były 
bardzo wyraźne sygnały, ale wy nigdy nie potrafiliście ich zrozu­
mieć. Za każdym razem miałam uczucie, że jestem karana. Te 
lewatywy były dla mnie jak gwałt. Czułam się jak przedmiot — 

bez życia, bez woli. Płakałam, moje ciało broniło się przed tymi 
zabiegami, ale wy byliście nieubłagani. Miałam wtedy trzy lata, 

byłam za mała i zbyt nieświadoma, aby wam powiedzieć: „Jestem 
normalna i zdrowa, moje jelita nie potrzebują waszej wody i wa­

szej lewatywy, żeby móc normalnie pracować. Potrzebuję waszej 
miłości i waszego szacunku. Moje ciało to nie zabawka. Kiedy 
zmuszasz je do wypróżnienia, wywołujesz w nim zamęt. Zakłócasz 

jego naturalne funkcjonowanie. Twoja córka nie będzie potrafiła 

background image

Sandra — nagrodzona odwaga

 49 

w przyszłości mu zaufać". Nie byłam jednak nigdy w stanie ci tego 
powiedzieć. Tłumiłam więc moje uczucia i starałam się o wszystkim 

zapomnieć. Skutek tego był jednak taki, że w późniejszym czasie 

ja sama także ignorowałam sygnały wysyłane przez moje ciało. 

Kiedy miałam kłopoty i nie mogłam jeść, nie zajmowałam się 
przyczyną, lecz jedynie skutkiem. Aby poprawić moje trawienie, 
pozwoliłam sobie nawet wyciąć zdrowy wyrostek robaczkowy. Przez 

jakiś czas mój układ trawienny funkcjonował rzeczywiście dobrze, 

ale potem bóle powróciły. Więc znosiłam cierpliwie dalsze operacje, 
dalsze niepotrzebne bolesne zabiegi, aby móc jakoś funkcjonować. 

— Co to były za operacje? 
— To nie ma tutaj nic do rzeczy. Nie wykluczam, że ty i mama 

mieliście jak najlepsze intencje i rzeczywiście chcieliście mi po­
móc, lecz być może czuliście się bezradni i przestraszeni moimi 
dolegliwościami. Jakże mogliście odpowiednio reagować, jeśli du­
chowe cierpienia waszego dziecka były dla was całkowicie niezro­
zumiałe? Kiedy byłam mała, nie wątpiłam ani przez chwilę, że 
wszystkie te fizyczne udręki były konieczne. Tym samym uwie­
rzyłam ci, że mój organizm jest chory i zdany stale na twoją 
pomoc. Potem sądziłam, że nie poradzę sobie bez pomocy lekarzy. 
Tylko nie wierzyłam we własne siły, bo zaufanie do samej siebie 
wypłukałeś ze mnie dosłownie swoimi lewatywami. 

— Skąd mogłem o tym wiedzieć! Przecież wszyscy lekarze za­

lecali wtedy lewatywę. 

— Być może. Ale mimo to nie wszyscy rodzice robili swoim 

dzieciom lewatywę przy każdej, najmniejszej nawet niedyspozycji. 
W każdym razie nie tak często. Być może służyłam ci jako pew­
nego rodzaju wentyl dla wszystkich twoich cierpień, które prze­
żywałeś jako bezbronne i bezradne dziecko. Wiem o tym bardzo 
mało, bo nigdy nie opowiadałeś mi o swoim dzieciństwie. Wiem 
tylko, że twoja mamka nie miała jednego oka i zajmowała się tobą 

jeszcze przez długi czas po tym, jak przestała cię karmić. Opowia­

dała mi o tym kiedyś twoja młodsza siostra. Przypominasz sobie 

jeszcze swoją mamkę? 

— Nie wiem, do czego ty zmierzasz! Ona była dla mnie dobra. 

Nie miałem powodu, żeby się skarżyć. Także na moich rodziców. 

background image

50 Ścieżki życia 

A gdyby nawet tak nie było, to nigdy nie krytykowałbym mojego 
ojca tak, jak ty to właśnie robisz. Jestem im wszystkim bardzo 
wdzięczny. 

— Widocznie wszyscy oni byli bez skazy. Tylko ja, twoja pier­

worodna, stale „wymagałam naprawy". Nie tylko mój system tra­
wienny, ale także drogi oddechowe. Wystarczyło, żebym się za­

chłysnęła i zaczęła kaszleć, natychmiast sięgaliście po środki, jak 
przy zapaleniu płuc. Kiedy miałam dwa lata, położyliście mnie 
nagą na stole i przykładaliście mi gorące szkiełka najpierw na 
plecy, a potem na piersi. Aby bańki trzymały się na skórze, były 
najpierw rozgrzewane nad palnikiem spirytusowym. Bałam się, 

że szkiełka mnie poparzą i błagałam cię, żebyś przestał. Ty mnie 

jednak wcale nie słuchałeś, nie próbowałeś nawet uspokoić, tak 
jakby ktoś zabronił ci ze mną rozmawiać. Pomyślałam sobie wte­

dy, że chcesz mnie za coś ukarać, ale nie wiedziałam, czym na to 
zasłużyłam. Skąd miałam wiedzieć jako mała dziewczynka, że 
muszę znieść coś, co nie ma nic wspólnego ze mną, lecz z tobą, 
twoimi przeżyciami z dzieciństwa i twoimi ukrytymi lękami? 

— Nie wiem, o czym ty mówisz. Mnie nie dręczą żadne lęki. 

I właśnie dopiero co powiedziałem ci, że jestem moim rodzicom, 
wdzięczny za wszystko, co dla mnie zrobili. Że nie mam powodu 
się skarżyć. 

— Ty obawiasz się nie tylko swoich lęków, ale także ich przy­

czyn. Potrafię to dobrze zrozumieć. Smutne jest tylko to, że za­
pierasz się swego cierpienia, ale dawałeś mi je odczuć, tak samo 

jak swój lęk. Gdybyś był w stanie poczuć swój ból, stałbyś się 

bardziej świadomy i potrafiłbyś mnie ochronić. Mówisz, że jako 
dziecko nie miałeś powodu do lęku. A przecież w nocy budziły was 
często krzyki matki i byliście wtedy śmiertelnie przerażeni. Opo­
wiadała mi o tym twoja siostra. 

— Nie mogę mieć przecież tego za złe mojej matce. Była ofiarą 

swojej choroby. Czy ktoś może być winien za to, że jest chory? 

— Oczywiście, że nie. Ale moje dzieciństwo byłoby z pewnością 

lepsze, gdybyś ty jako dziecko choć raz się zbuntował. Być może 
w twoich układach rodzinnych taki bunt nie był po prostu możli­
wy. Być może, rzeczywiście nie miałeś szansy, żeby się jakoś bro-

background image

Sandra — nagrodzona odwaga

 51 

nić. Jako ojciec rodziny byłeś tak samo pasywny, chorowity i po­
tulny jak w dzieciństwie. Przynajmniej w stosunkach z dorosłymi. 
Tylko we mnie znalazłeś człowieka, wobec którego mogłeś siłą 
przeprowadzać swą wolę i nazywać to leczeniem. Wobec twojej 
małej córeczki, która nie wyrządziła ci żadnej krzywdy, która cię 
kochała, podziwiała i która zniosłaby wszystko, żeby tylko nie 
utracić twojej miłości! Skąd mogłam wtedy wiedzieć, że ta miłość 
nie była prawdziwa? 

— Teraz nazywasz mnie jeszcze kłamcą. Skąd bierze się wła­

ściwie twoja pewność, z którą osądzasz moje postępowanie? 

— Moja pewność jest wynikiem wielu lat pracy nad sobą. Uda­

ło mi się w końcu powiązać moje ciągłe choroby z tym, co w naj­
lepszej wierze aplikowaliście mi jako dziecku. To odkrycie pomogło 
mi lepiej zrozumieć moje tragiczne przeżycia związane z tobą. 
Z pierwszych lat życia nie mam przecież żadnych wspomnień. Ale 
w moich snach pojawiałeś się zawsze albo jako osoba śpiąca i bier­
na, której trzymałam się kurczowo, albo jako gwałciciel zmusza­

jący mnie do milczenia. Potrzebowałam wielu lat, aby móc z moich 

snów wysnuć właściwe wnioski. Nie potrafiłam i nie chciałam 
zrozumieć, jak bardzo cierpiałam. Za żadne skarby świata nie 
chciałam przestać cię kochać. Bez tej miłości stałabym się być 
może równie nieczuła jak ty. Zazdrościłam nawet ofiarom kaziro­
dztwa, że mogły opowiedzieć przed sądem swoją historię, bo po­
chodziła z czasów, o których już mogły pamiętać. Ja sama miałam 
tylko podejrzenia. I poszlaki, których z czasem przybywało. 

— Być może pomyliłaś mnie z Johnem, naszym sąsiadem, któ­

ry czasami ciebie pilnował? 

— Tato, rola, którą odgrywałeś w moim życiu, była jedyna 

w swoim rodzaju. Nie mogłam cię z nikim pomylić. Wiem, co zrobił 

mi John. Ale cokolwiek by mi zrobił, nie mogłoby się to i tak 
równać z tym, jak cierpiałam przez ciebie. Ciebie kochałam prze­
cież jak nikogo innego na świecie. Jego mogłam w duchu odtrącić, 
mogłam go znienawidzieć, ale przecież nie ciebie. Na początku 
mojego życia byłeś dla mnie najważniejszy. Byłam do ciebie tak 
bardzo przywiązana, jak zwykle dziecko przywiązane jest do mat­

ki. I właśnie ty nadużyłeś mojego zaufania, wprowadziłeś zamęt 

background image

52 Ścieżki życia 

w moje uczucia. Obudziłeś we mnie złudną nadzieję, że mnie ko­

chasz, że jestem dzieckiem kochanym, że pewnego dnia będę mog­
ła z tobą naprawdę porozmawiać. Nie mogę sobie przypomnieć, 
abyśmy kiedykolwiek usiedli naprzeciw siebie i porozmawiali. Nie 
mogę sobie przypomnieć, abyś kiedykolwiek naprawdę na mnie pa­
trzył. 

— To nie była moja wina, że tak często chorowałem. Ta ciężka 

grypa hiszpanka bardzo nadszarpnęła moje zdrowie. 

— W dzieciństwie i młodości nasłuchałam się tego aż nadto. 

Tym ciągle tłumaczona była twoja psychiczna nieobecność. Bardzo 
ci wtedy współczułam. Jedynym człowiekiem, któremu nie współ­
czułam, byłam ja sama. Ale w końcu się tego nauczyłam. Kiedy 
mówię teraz o wpływie, jaki miało na mnie twoje postępowanie, 
to nie dlatego, żeby cię oskarżać, lecz aby uświadomić tobie i sobie, 

jak dzisiaj oceniam tamte wydarzenia. Od kiedy lepiej rozumiem 

samą siebie, mam w sobie także więcej zrozumienia dla ciebie 
i dla mamy. Wiem teraz, że jako dziecko nie miałeś szansy, aby 
inaczej ukształtować swój charakter. To bardzo smutne, że żyłeś 
tak nieświadomie, bez odpowiednio wykształconego poczucia odpo­
wiedzialności. 

— Chcesz przez to powiedzieć, że jako ojciec nie byłem wy­

starczająco odpowiedzialny? Że cię nie kochałem? 

— Tato, jak możesz mnie jeszcze w ogóle pytać o to, po tym 

wszystkim, co ci właśnie powiedziałam? Trzymasz się kurczowo pięk­
nie brzmiących słów, jak odpowiedzialność czy miłość ojcowska. Ale 
ty nie mogłeś ofiarować mi w pełni odpowiedzialnej miłości, bo sam 

jej nigdy nie doświadczyłeś, nawet nie wiedziałeś, co to takiego. Jak 

mogłeś więc żałować braku czegoś, czego nie znałeś? Kiedy byłam 
mała i bezradna, po prostu mnie potrzebowałeś. Oczekiwałeś ode 
mnie tego wszystkiego, czego nie dali ci twoi rodzice i twoja żona. 
Robiłam, co mogłam, żeby zrekompensować ci te braki z dzieciń­
stwa, do których nie chciałeś przyznać się nawet sam przed sobą. 
Dla małej dziewczynki było to jednak przedsięwzięcie ponad siły. 
Na szczęście wszystko to należy już do przeszłości. 

— Cóż, dałaś mi się dzisiaj solidnie we znaki. Mimo to pierwszy 

raz nie wyczuwam w tobie złości. Jest to dla mnie coś zupełnie 

background image

Sandra — nagrodzona odwaga

 53 

nowego. Dotychczas wpadałaś we wściekłość, jak tylko otwierałem 
usta. Jak to możliwe, że potrafisz okazać swój ból i zachować przy 
tym spokój? Czuję, że twoje zachowanie jest całkowicie naturalne, 
że potrafisz się opanować bez żadnego wysiłku. Nie rozumiem tyl­
ko, jak to jest możliwe. I zdaje mi się, że nawet próbujesz mnie 
zrozumieć. Przykro mi z powodu mojej nieświadomości. Nie wie­
działem ani nawet nie przeczuwałem, że wyrządzałem ci krzywdę, 
nawet ciężką krzywdę, jak mówisz. Wprawdzie w okresie dojrze­
wania, kiedy byłaś w stosunku do mnie tak bardzo odpychająca 
i pogardliwa, wyczuwałem w tobie czasami jakiś żal, ale wtedy nie 
chciałem znać jego przyczyny. Po prostu zwyczajnie brałem ci twoje 
zachowanie za złe. Czułem się atakowany bez powodu. Dzisiaj wi­

dzę moją winę i już nie czuję się atakowany. Chcę tylko o tym 

pomyśleć. Na starość człowiek ma dużo czasu na rozmyślanie. 

Po powrocie do domu Sandra opowiedziała mężowi przebieg 

całej rozmowy. Pamiętała o każdym szczególe. Kończąc, powie­
działa: „Udało mi się zobaczyć ojca w zupełnie innym świetle, bo 
przede wszystkim ja się zmieniłam, a poza tym trzymałam się 
ściśle tego, co sobie postanowiłam i nie pozwoliłam zapanować 
nad sobą dziecinnym uczuciom. W końcu ojciec potwierdził, że to, 
co podejrzewałam, faktycznie miało miejsce. A wtedy już nie było 
odwrotu. Żadnej możliwości ucieczki w nowe wątpliwości, fantazje 
czy upiększenia. Nie potrzebuję się teraz już obawiać, że ktoś 
będzie próbował wmówić mi, że to nieprawda, pytając: «Skąd 
wiesz, że on cię wykorzystywał? Jak możesz być tego taka pewna, 
skoro byłaś wtedy jeszcze niemowlęciem? Jak możesz to udowod­
nić? Bez dowodów nie wolno ci nikogo oskarżać». Takich zastrze­
żeń zawsze się obawiałam, bo prawdą jest, że wspomnienia mogą 
być zwodnicze. Wiele osób wykorzystywanych wycofało przed są­
dem swoją skargę, bo pytania adwokatów sprawiły, że utraciły 
pewność siebie i w końcu pragnęły już tylko jednego — aby ten 
koszmar był rzeczywiście jedynie wytworem ich wyobraźni". 

— To groteskowe — powiedział Sam — ale właśnie twoje­

mu ojcu zawdzięczasz, że zostało ci to oszczędzone. Ta rozmowa 
dała ci możliwość uwolnienia się od wątpliwości, czy twoje podej­
rzenia były słuszne. 

background image

54 Ścieżki życia 

— Ale najwięcej mam do zawdzięczenia właśnie tobie. Bez 

twojego wsparcia nigdy nie udałoby mi się osiągnąć wewnętrznej 
pewności, która umożliwiła mi rozmowę z ojcem. Wszystko, co ci 

opowiadałam, traktowałeś bardzo poważnie, nawet zanim mnie 
samej udało się w to naprawdę uwierzyć. W rozmowie z ojcem 
nie pozwoliłam, abyśmy choćby na chwilę zboczyli z tematu. 
Dzięki temu znam teraz całą prawdę. Jest bardzo bolesna, 
ale ten ból jest niczym w porównaniu z męką wiecznych wąt­
pliwości. W społeczeństwie, które wspomaga sprawców, a ofiary 
zmusza do milczenia, takie uwolnienie się od wątpliwości przy­
nosi ulgę i nadzieję. Wydaje mi się, że wreszcie stanęłam na 
pewnym gruncie. 

— Choć twoje intencje z pewnością nie były takie altruistycz-

ne, przy okazji twój ojciec także na tym skorzystał. Wbrew pozo­
rom wasza rozmowa musiała sprawić mu wielką ulgę. W telewizji 
nadają teraz przecież tak wiele programów na temat seksualnego 
wykorzystywania dzieci, więc nieraz musiał zastanawiać się nad 

swoim zachowaniem w stosunku do ciebie. Gdybyś przyszła do 
niego z dawną złością, przestraszyłby się i zaczął się bronić. Wtedy 
mógłby całkowicie zamknąć się w sobie. Na szczęście udało ci się 

porozmawiać z nim zupełnie spokojnie. Mógł odczuć, jak bardzo 
kiedyś cierpiałaś, ale także i to, że udało ci się z tego cierpienia 
wyzwolić. A ty zrozumiałaś, że postępował tak nie ze złej woli, 

ale z powodu swej ignorancji i zamętu uczuć. Nie próbowałaś 
obarczyć starego człowieka odpowiedzialnością za wszystkie błęd­

ne decyzje, jakie w życiu podjęłaś, bo sama wzięłaś za nie odpo­
wiedzialność. Nie odgrywałaś przed nim także wspaniałomyślnej 
córki, która rzekomo potrafiła mu wszystko przebaczyć. Niczego 
nie pomniejszyłaś ani nie upiększyłaś. Mimo to twój ojciec mógł 

odczuć, że go kochałaś, że być może ciągle jeszcze go kochasz. 

Twoja miłość pomogła ci przecież go zrozumieć. Jego córka, która 
nie pozwoli już w milczeniu i pokorze się wykorzystywać, która 
potrafi dzisiaj spojrzeć na niego zupełnie otwarcie — bez złu­

dzeń, ale też bez złości — która ma odwagę szczerze porozma­

wiać z nim o wszystkim, co się zdarzyło, ta córka pomogła mu 
także się otworzyć. 

background image

Sandra — nagrodzona odwaga

 55 

— To prawda. Wszystko to nie byłoby możliwe, gdybym po­

stanowiła mu przebaczyć, usiłując jednocześnie stłumić w sobie 
całą złość, którą do niego czułam. Przy pierwszej sposobności ta 
złość eksplodowałaby we mnie i zaczęłaby mną kierować. Okaza­
łabym mu, jak bardzo nim pogardzam, a on znowu wszedłby w ro­
lę surowego ojca. Takiego obrotu sprawy nie można było wyklu­
czyć, bo taki model naszego komunikowania się funkcjonował 
przecież przez wiele lat. Uważałam, że jest śmieszny i pogardza­
łam nim. W młodości szukałam partnerów, którzy mogli mi czymś 
zaimponować, tak jak kiedyś on. Było tak, dopóki nie odkryłam, 
że ich rzekoma siła — tak samo jak u ojca — to były tylko po­
zory. Na moją naiwność mogli liczyć tak długo, jak długo pod 
maską intelektualistki kryło się we mnie emocjonalnie niedojrzałe 
dziecko, przyglądające się z wielkim podziwem magicznym sztucz­
kom swego ojca. 

Mimo wszystko sama byłam zdziwiona, że w obecności ojca nie 

ogarnęła mnie znowu dawna złość i że ani przez chwilę nie po­
czułam się ofiarą. Stało się tak przypuszczalnie dlatego, że po­
zwoliłam sobie wreszcie na powiedzenie tego, co od dawna koniecz­
nie chciałam powiedzieć. To zdumiewające, jak szybko przemija 
nienawiść, kiedy człowiek przestaje zmuszać się do milczenia, nie 
dając się przy tym ponieść emocjom. Nie czułam w sobie żadnej 
chęci, żeby ojca atakować, zranić, dotknąć, czy w inny sposób 
zadać mu ból. Chciałam tylko wyjaśnić tak ważne dla mnie fakty, 
które wreszcie potrafiłam nazwać po imieniu. 

Możliwość wypowiedzenia wszystkiego do końca sprawiła, że 

czułam się spokojna i opanowana. Nie bolała mnie głowa ani nic 
innego. Potrafiłam skłonić ojca do tego, żeby mnie wysłuchał, a on 
mógł pożałować tego, co zrobił. Mógł mi w końcu powiedzieć, że 
przykro mu z powodu własnej nieświadomości, zamiast próbować 

szukać wykrętów. To mi wystarcza. Przynajmniej dzisiaj tak to 

widzę. To naprawdę wspaniałe uczucie móc porozmawiać z włas­
nym ojcem jak osoba dorosła i nie odczuwać przy tym żadnego 
lęku. Udało mi się to pierwszy raz w życiu. 

Kiedy myślę o rozmowie z ojcem, przyznać muszę, że jak na 

swój wiek wykazał zdumiewającą wprost zdolność rozwoju. Przez 

background image

56 Ścieżki życia 

długie lata starałam się „dla świętego spokoju" utrzymywać z moją 
rodziną konwencjonalne i powierzchowne stosunki. Cały czas bar­
dzo nad tym bolałam, bo w ten sposób nigdy nie udało mi się 
zbliżyć do ludzi, którzy byli dla mnie tak bardzo ważni. A kiedy 

wreszcie odrzuciłam konwencjonalne uprzejmości, udało mi się 

jednak do mojego ojca dotrzeć. 

— Rzuciłaś twojemu ojcu wyzwanie, a on je podjął, to trzeba 

mu rzeczywiście przyznać. Z pewnością wielu rodziców nie wyszłoby 
w takich okolicznościach swemu dziecku naprzeciw. Ale dopóki nie 
odważymy się spróbować, nie dowiemy się, na co stać innych. Do­

piero w czasie rozmowy może się zdarzyć coś zupełnie nieoczekiwa­
nego. Albo też i nie. Są bowiem ludzie, którzy sprawiają wrażenie 

otwartych i nie mają trudności z prowadzeniem rozmowy, ale po­

padają w panikę, gdy tylko muszą wyjść ze swej skorupy ochronnej, 

do której są przyrośnięci. Nie mogą wyobrazić sobie po prostu życia 
bez tej ochrony. Na szczęście twój ojciec do nich nie należy. 

— Być może mój ojciec nie jest wyjątkiem, ale skąd można to 

wiedzieć, skoro ludzie tak rzadko podejmują próby porozmawiania 

ze sobą. Ja sama czekałam z tym przecież trzydzieści lat. Jak 
wiesz, czytam i abonuję od lat czasopismo „Empathic Parenting", 
które wydawane jest w Vancouverze. Informuje ono rodziców o po­
trzebach noworodków i małych dzieci oraz o najnowszych próbach 
przeciwdziałania okrucieństwu wobec dzieci. Wyczytałam w nim, 
że w Bouldern w stanie Kolorado zorganizowano grupy pomocy, 
które odwiedzają młodych rodziców i ich wspomagają. Statystyki 
pokazują, że liczba przypadków znęcania się nad dziećmi zaczęła 
się tam znacznie zmniejszać. 

Po rozmowie z moim ojcem jestem zdania, że bardzo pomocny 

byłby także inny środek zapobiegawczy, a mianowicie zachęcenie 
młodych rodziców do rozmowy z ich własnymi rodzicami. Nie po 
to, by robić im wyrzuty, lecz aby opowiedzieć im o nowych do­
świadczeniach, bo dzisiaj wiadomo o sprawach, które przed dwu­
dziestoma laty były jeszcze prawie zupełnie nieznane. Z pewnością 
wielu rodziców pozwoliłoby sobie o tych sprawach powiedzieć i je 
wyjaśnić, być może nawet odczułoby z tego powodu wdzięczność. 
Byłaby to wielka szansa dla ich wnuków. 

background image

Sandra — nagrodzona odwaga

 57 

— Myślisz o tym, że dziadkowie okazywaliby potem swoim 

wnukom więcej miłości? 

— Nie, przeważnie dzieje się tak i bez tego. W kontaktach 

z wnukami dziadkowie czują się bowiem zwolnieni z obowiązku 
wychowywania i wolni od lęków z własnego dzieciństwa. Chodzi 
mi po głowie coś zupełnie innego. Gdyby młodzi rodzice mogli 
powiedzieć swoim rodzicom, bez złości i wyrzutów, co w swoim 
wychowaniu uważają za błędne, a nawet niebezpieczne, jeśli po­
trafiliby nazwać to po imieniu, to mogliby w znacznym stopniu 
uniknąć niebezpieczeństwa powtórzenia tych samych błędów w sto­
sunku do własnych dzieci. Jak często słyszy się dzisiaj jeszcze 
takie słowa: „Lanie, które dostawałem, dobrze mi zrobiło, zasłu­
giwałem na nie" itd. 

Przez takie wypowiedzi przebija dawny strach przed własnymi 

rodzicami, strach małego dziecka, który tkwi ciągle jeszcze w do­
rosłym człowieku. Aprobowane jest wszystko, co robią i sądzą 
rodzice. Są oni idealizowani i wolni od wszelkich zarzutów. Skutek 
tego jest taki, że błędy rodziców dzieci powtarzają zupełnie nie­
świadomie w stosunku do własnych dzieci. Jeżeli jednak młodzi 
rodzice spróbują porozmawiać ze swoimi rodzicami nie z pozycji 
dzieci, lecz jako osoby dorosłe, świadome i dobrze zorientowane, 
to ta rozmowa może stać się rozmową ludzi dorosłych. Nie chodzi 
tu bynajmniej o zwykłe odwrócenie dawnego modelu, to znaczy 
o to, aby dawna strona pouczająca stała się stroną pouczaną, lecz 
o rozmowę równoprawnych partnerów, której przedmiotem ma 
być konfrontacja poglądów obu generacji. Dlatego w tych rozmo­
wach widzę szansę zapobiegnięcia dręczeniu dzieci. Samej przesz­
łości nie da się zmienić, choćbyśmy sobie tego nie wiem jak bardzo 

życzyli. Ale myślę, że możemy zmienić skutki przeszłości w nas 
samych. Nie musimy już dłużej milczeć ze strachu, tak jak robiłam 

to ja. Możemy przynajmniej spróbować mówić i zobaczyć, co z tego 
wyniknie. Ludzie, którzy podejmują takie próby, gdy ich dzieci są 

jeszcze małe albo nawet przed ich urodzeniem, mają szansę stać 

się lepszymi rodzicami niż ci, którzy wychowują swoje dzieci 

w przekonaniu: „Moi rodzice byli surowi, ale sprawiedliwi. To, że 
mnie bili, wyszło mi tylko na dobre". Wielu ludzi, czasami nawet 

background image

58 Ścieżki życia 

w starszym wieku, żyje w ustawicznym strachu, że ich rodzice 
zranią ich swym milczeniem, oburzeniem lub niezrozumieniem. 
Ten strach blokuje ich czasami przez całe życie. Zmienić się może 
to dopiero wówczas, gdy zrozumieją, że w rzeczywistości nie są 

już dziećmi, więc takie niebezpieczeństwo nie istnieje. Jako ludzie 

dorośli zauważą być może, że milczenie rodziców zazwyczaj jest 
oznaką ich bezradności. Starzy ludzie często, choć nie zawsze, 
trzymają się utartych schematów myślowych, w których zostali 
wychowani. Szukają w nich oparcia. My jednak nie musimy im 
ulegać. Ważne jest to, że pozbywając się lęku przed naszymi ro­
dzicami, stajemy się wolni wobec naszych dzieci, co sprawia, że 
nie musimy już nieświadomie powtarzać ich dawnych błędów. A wy­
zbycie się, czy choćby osłabienie tego lęku, jest z pewnością moż­
liwe. Wiem to z własnego doświadczenia. Pomyśl tylko, w historii 
ludzkości nigdy nie zajmowano się badaniem skutków znęcania 

się nad dziećmi. My dopiero zaczynamy pojmować, jak bardzo są 
one katastrofalne. Dlatego też szukamy sposobów, aby coś zmie­
nić. Nam i następnym pokoleniom dane jest zastosować w pra­
ktyce odkrycia ostatnich dwudziestu lat. 

— Rozumiem, co masz na myśli. Można by na przykład spró­

bować poruszać te tematy w poradniach dla młodych matek albo 
też na kursach dla ciężarnych kobiet. 

— Koniecznie, bo okazuje się, że kobiety w ciąży wykazują 

raczej małe zainteresowanie takimi rozmowami. Często myślą, że 
będą robić wszystko inaczej niż ich matki, a w gruncie rzeczy 
oczekują, że dziecko zaspokoi ich własne pragnienia i tęsknoty. 
Kiedy dziecko przyjdzie już na świat, odkrywają z konieczności 
swą niewiedzę i rozpacz lub też zdumiewa je własna zdolność do 
odczuwania krańcowej wściekłości, kiedy nie wszystko przebiega 
tak, jak sobie to wyobrażały. Najpóźniej w tym momencie potrze­
bują pomocy i powinny ją otrzymać tak wcześnie, jak to tylko 
możliwe, być może właśnie w poradniach, dlaczego nie. 

Ze względów profilaktycznych jednak dobrze zorganizowana 

działalność informacyjna powinna objąć także przyszłe matki. 

W tym kierunku wiele się obecnie robi. Nawet w Internecie można 

już znaleźć strony informujące o potrzebach małych dzieci z punk-

background image

Sandra — nagrodzona odwaga

 59 

tu widzenia najnowszych odkryć w tej dziedzinie. W ten sposób 
uda się być może dotrzeć do młodych ludzi, którym brakuje dob­
rych doświadczeń z własnego dzieciństwa, co sprawia, że nie są 
w stanie instynktownie odpowiedzieć z miłością na sygnały, które 
przesyłają im ich nowo narodzone dzieci. 

background image

4. 

Anika — warto choćby 

spróbować 

Matka Aniki przed wielu laty została porzucona przez 

męża. Dzisiaj mieszka w domu opieki. Córka, dobrze po czterdzie­

stce, jest romanistką i uczy w jednym z budapeszteńskich gimna­
zjów. Często matkę odwiedza. Jest niezmiernie rada, że może po­
siedzieć z nią w pomieszczeniu, które nie budzi w niej żadnych 

wspomnień z dzieciństwa. Uważa nawet, że bezosobowy, zimny wy­
strój pokoju odpowiada całkowicie charakterowi jej matki. Nawet 
wcześniej, jeszcze we własnym mieszkaniu, miała bardzo niewiele 
osobistych rzeczy, bo stale pozwalała urządzać je innym — swym 
córkom lub ludziom do tego wynajętym. W życiu często zachowy­
wała się jak dziecko, którym trzeba się opiekować. W zimnym, 
nieprzytulnym pokoju, w którym obecnie mieszkała, czuła się naj­
widoczniej zupełnie nieźle. 

W czasie odwiedzin Aniki rozmawiały niemal wyłącznie o spra­

wach matki. Anika nigdy nie opowiadała tu jeszcze o własnym 
życiu, a matka nigdy jej o to nie pytała. Kiedy zdarzało się, że 
córka zaczynała opowiadać o swoich sprawach, matka natychmiast 
przerywała jej, skarżąc się na własne kłopoty. 

Dzisiaj jednak Anika postanowiła nie dać się zbić z tropu. — 

Wiesz, mamo — rozpoczęła po wymianie zwykłych powitalnych 
formułek — ja zawsze chciałam, żebyś była szczęśliwa. Dlatego 
starałam się tak zorganizować twoje życie, aby ci się dobrze wiod­
ło. Nigdy mi się to jednak nie udało. Ciągle miałam uczucie, że 

jestem winna i do czegoś zobowiązana, nie wiedziałam jednak 

background image

Anika — warto choćby spróbować

 61 

dokładnie, do czego. Żyłam w ustawicznym stresie, czułam się 
stale wyczerpana i rozczarowana sama sobą, bo nigdy nie udało 
mi się osiągnąć mojego celu. 

— Czy kiedykolwiek obarczałam cię odpowiedzialnością za moje 

położenie? Przecież to nie ty byłaś winna, że nienawidziłam wła­
dzy komunistycznej i że tata się ze mną rozwiódł. Po prostu mia­
łam ciężkie życie. 

— Stale się na to uskarżałaś, dlatego chciałam cię od tego 

wyzwolić, zmienić twoje życie, umożliwić emigrację do kraju, w któ­
rym wiodłoby ci się lepiej. Jednak wszystkie moje wysiłki spełzły 
na niczym z powodu twojego niezdecydowania. Nienawidziłaś ko­
munistów, marzyłaś o innych krajach, ale w końcu nie chciałaś 

się rozstać ze swoimi dorosłymi dziećmi. W gruncie rzeczy nigdy 
nie myślałaś poważnie o opuszczeniu Budapesztu. Ja jako jedyna 
traktowałam serio twoje plany wyjazdu i dlatego prowadziłam 
szeroką korespondencję z ludźmi na Zachodzie. Łamałam sobie 
głowę, szukając rozwiązania, podczas gdy każde z nich i tak z góry 
skazane było na niepowodzenie. 

— A to niby dlaczego? 
— Żadna córka na świecie nie byłaby w stanie zaspokoić twojej 

tęsknoty za poczuciem bezpieczeństwa, za dobrym, ciepłym do­
mem. Zamiast jako osoba dorosła stworzyć sobie sama taki dom, 

zmusiłaś nas, twoje dzieci, do odgrywania roli rodziców. Wpraw­
dzie staraliśmy się przez cały czas wywiązywać z tego zadania 

jak najlepiej, lecz ty i tak nigdy nie byłaś zadowolona, bo stale 

i to w coraz większym stopniu cierpiałaś z powodu twoich do­
świadczeń z dzieciństwa, o których nie chciałaś pamiętać. 

— Nie wiem, o czym ty mówisz. Byłam kochana przez moich 

rodziców i moje rodzeństwo. Miałam piękną młodość. 

— To nie może być prawda. Gdyby tak było, to potrafiłabyś 

tę miłość przekazać także mnie. Nie ma powodu niszczyć takich 
iluzji, dopóki nikomu nie wyrządzają krzywdy. Czasami jednak 
ich cena jest bardzo wysoka, a płacą ją często własne dzieci. Ty 
też zresztą za nie zapłaciłaś panicznym lękiem, który prześladuje 
cię od kilku lat. Jako młoda kobieta umiałaś się jeszcze przed nim 
bronić. 

background image

62 Ścieżki życia 

— Jaki lęk? O czym ty właściwie mówisz? Jako młoda kobieta 

nie odczuwałam żadnych lęków. 

— Twoje lęki kompensowałaś sobie, demonstrując swoją wła­

dzę nade mną. 

— Używasz mocnych słów. Musiałam przecież cię wychowy­

wać, to jest konieczne od samego początku, bo inaczej dziecko 
wyrasta na tyrana. Ty i tak już wykazywałaś skłonności w tym 
kierunku. Jako dziecko próbowałaś stale postawić na swoim. Mu­

siałam mieć dużo cierpliwości, żeby nauczyć cię, jak się należy 
zachowywać, że nie wolno być egoistą, lecz trzeba najpierw myśleć 
o innych i tak dalej. W końcu się tego nauczyłaś i wyrosłaś na 
dobrze ułożoną dziewczynkę. Powinnaś mi być za to wdzięczna, 
bo to na pewno pomogło ci w życiu. 

— Mamo — powiedziała z naciskiem Anika — takimi wy­

powiedziami na temat wychowania często sprawiałaś mi ból. Świad­
czyły o tym, jak wielka była przepaść między nami, a ja nie wi­
działam możliwości, by ją usunąć. Dzisiaj wiem, że kobieta, która 
własne dzieci w ten bezsensowny sposób dręczy swoimi metodami 
wychowawczymi, sama kiedyś musiała być w podobny sposób drę­

czona. Zdaję sobie także sprawę z tego, że byłaś bardzo sumienna 
i starałaś się rzetelnie wykonywać obowiązki matki. 

— A czym cię właściwie dręczyłam? 
— Jeżeli naprawdę chcesz się tego dowiedzieć, to mogę ci prze­

czytać pewien list. Napisałaś go do mnie, kiedy rozpoczęłam moją 
terapię i zapytałam cię, jakim dzieckiem byłam. Ja sama nie mia­
łam żadnych wspomnień z tamtych czasów. Czy chcesz, żebym ci 
go przeczytała? Mam go ze sobą. 

— No, to przeczytaj mi go. 
— W tym liście piszesz: „Kiedy miałaś osiem lat, chodziłyśmy 

razem do sąsiada, nauczyciela gimnazjalnego, na lekcje niemiec­
kiego. Pewnego dnia miałyśmy jako zadanie domowe napisać wy­
pracowanie. Nauczyciel pochwalił Twoją pracę, a o mojej wyraził 

się trochę lekceważąco. Wtedy powiedziałaś coś, co mnie bardzo 

rozgniewało. Kiedy wróciłyśmy do domu, dałam upust swojej zło­
ści i zagroziłam Ci, że dostaniesz lanie, które zapamiętasz na całe 
życie. Biegałaś naokoło stołu, a ja próbowałam Cię złapać. Byłaś 

background image

Anika — warto choćby spróbować

 63 

jednak szybsza i mi się to nie udało. Chwyciłam więc płaszcz 

i wyszłam z domu. Kiedy wróciłam wieczorem, siedziałaś w pokoju 
i patrzyłaś na mnie — bardzo mnie to zdenerwowało. Zapytałaś 
mnie, co chcę zrobić. Powiedziałam, żebyś poszła spać, a ja się 

jeszcze zastanowię, w jaki sposób Cię ukarzę. W każdym razie 

porozmawiam z dyrektorką Twojej szkoły i poproszę ją o radę. 
Kiedy rano się obudziłam i zajrzałam do Twojego pokoju, Ty sie­
działaś na łóżku, patrzyłaś na mnie szeroko otwartymi oczami 
i zaczęłaś znowu męczyć mnie pytaniami. Powiedziałaś, że nie 
spałaś przez całą noc, bo nie wiesz, co teraz będzie. Jak zwykle 
Twoje pytania zirytowały mnie. Odpowiedziałam, żebyś wreszcie 
poszła do szkoły. Powiedziałaś, że boisz się natknąć na dyrektorkę. 

Odpowiedziałam, że dobrze Ci tak, że to słuszna kara. Potem 

nie rozmawiałam z Tobą przez dziesięć dni. Skutek tego był zde­
cydowanie pozytywny. Bardzo się wtedy zmieniłaś. Nie wychodzi­
łaś już więcej ze swoimi koleżankami, tylko zostawałaś ze mną 
w domu. Potrzebowałam tego, bo tata miał już wtedy kochankę 
i czułam się osamotniona. Po tym incydencie nie miałam już z To­
bą żadnych problemów". 

— O tym liście już zapomniałam, ale samo zdarzenie dobrze 

pamiętam. To ty mnie dręczyłaś, a nie ja ciebie. Nękałaś mnie 
pytaniami, na które nie potrafiłam ci odpowiedzieć. Naprawdę nie 
wiedziałam, jak powinnam cię stosownie ukarać, bo to, co powie­
działaś, rzeczywiście bardzo mnie dotknęło. 

— A co ja właściwie takiego powiedziałam? 
— Tego już nie pamiętam. 
— Być może to nie ja cię dotknęłam, ale uwaga nauczyciela, 

a na mnie wyładowałaś jedynie swą złość? 

— Już nie pamiętam, jak to dokładnie było. Bardzo cierpiałam 

z tego powodu, że mój ojciec nie pozwolił mi pójść do gimnazjum, 
a ten nauczyciel zawstydził mnie i czułam, że się przed nim skom­
promitowałam. 

— Wychowując mnie starałaś się robić wszystko, abym — jak 

mówiłaś — wyrosła „na szlachetnego człowieka". Czułaś jednak 
wewnętrzny przymus, aby wyładowywać na mnie uczucia, które 
w tobie wzbierały. Nigdy nie uświadamiałaś sobie, co naprawdę 

background image

64 Ścieżki życia 

kryło się za złością, którą wobec mnie odczuwałaś. List, który do 

mnie napisałaś, nie zawiera żadnej informacji o mojej, rzekomo 
tak bardzo obraźliwej, wypowiedzi. Prawie jak w Procesie Kafki, 

ja także nie dowiedziałam się, czym zawiniłam. Być może w ogóle 

nic nie powiedziałam, w końcu nie miałam powodu, skoro nauczy­

ciel już wyraził swój pogląd. Nie pozwoliłaś sobie jednak na to, 
aby poczuć złość na niego, a jeśli nawet tak było, to i tak nie 

potrafiłabyś mu jej okazać. Na mnie natomiast mogłaś się wyżyć. 
Uważałaś, że w jakiś sposób stanowię dla ciebie zagrożenie, być 
może tak samo jak w dzieciństwie twój ojciec i bracia. Ponieważ 
byłaś zwolenniczką surowego wychowania, które dawało ci nade 

mną niemal nieograniczoną władzę, potrafiłaś mnie nawet zbić za 
karę. Takie „rozwiązanie" twoich problemów było na porządku 
dziennym, zanim skończyłam osiem lat. Potem udawało mi się 

jakoś tego unikać. Dręczyłaś mnie jednak dalej psychicznie. Trzy­

małaś mnie w niepewności i groziłaś, że powiesz o wszystkim 
w szkole, która była wtedy przecież moim jedynym schronieniem. 
A to wszystko za przewinienia, których ja sama nie mogłam się 
dopatrzyć. W ten sposób doprowadziłaś do tego, że ustawicznie 
czułam się winna. Bałam się, że nieświadomie i niechcący stale 
robię rzeczy, które cię obrażają. Chciałam więc dowiedzieć się, 
czego powinnam unikać, ale — jak sama piszesz — nawet moje 
pytania były dla ciebie irytujące, spojrzenia wywoływały niepokój, 
a moja potrzeba poznania prawdziwych przyczyn twojego gniewu 
budziła w tobie zgorszenie. Uważałam, że muszę być z natury zła, 
bo gdy pytam cię o moją winę, ty mi nawet na to nie odpowiadasz. 
Uznałam, że moja potrzeba zrozumienia stanowi zagrożenie, po­
nieważ ty nie potrafiłaś tego znieść. To mogło spowodować jedynie 
komplikacje lub doprowadzić do katastrofy. Przez długi czas uwa­
żałam, że jedyną możliwością, aby moje związki z innymi ludźmi 
były udane, jest milczenie, przemilczanie własnych odczuć. W sto­
sunkach z tobą było to przecież najlepsze wyjście. Potem jednak 
stwierdziłam, że nie zawsze musi tak być. W kontaktach z innymi 
ludźmi zauważyłam, że nie wszyscy reagują w tak szczególny spo­
sób na moje pytania. Spotkałam ludzi, którzy nawet byli mi za to 
wdzięczni. Stopniowo udało mi się wyzwolić z mojej lękliwości. To 

background image

Anika — warto choćby spróbować

 65 

była jednak długa i bolesna droga. Człowiekowi, któremu jako 

dziecko wolno było stawiać pytania i otrzymywać na nie odpowie­
dzi, droga taka w znacznym stopniu zostaje zaoszczędzona. 

— Mnie także nie wolno było otwierać ust, po prostu musia­

łam słuchać. 

— Wierzę w to całkowicie. Przecież twoją dewizą było: „Mowa 

jest srebrem, a milczenie złotem". Przymus milczenia był dla mnie 

czymś tragicznym, bo blokował moją energię, ufność i zdolność 
kochania. W książkach na temat rozwoju człowieka można często 
przeczytać, że powinno się kochać siebie samego. Ale jak może 
kochać siebie ktoś, kto już w dzieciństwie doświadczył, że jego 
matka odrzuciła jego tęsknotę za prawdziwym kontaktem, prawdą 
i zrozumieniem jako uciążliwą, obraźliwą lub nawet niebezpieczną? 

To doświadczenie stale go prześladuje i w końcu dochodzi do 

przekonania, że jeśli chce żyć w zgodzie z innymi, musi stłumić 

swoje potrzeby. Najnaturalniejsze w świecie odruchy i uczucia 
zmusza więc do milczenia, a kiedy chce posłuchać rady i spróbo­

wać pokochać samego siebie, musi sobie najpierw odpowiedzieć 
na pytanie, kogo mianowicie ma pokochać, bo nie wie nawet, kim 

jest. Zna tylko niewielką część swojej natury. Człowiek uczy się 

rozpoznawać siebie w oczach swej matki. Francuskie słowo mer-

veille,

 cudowny, będące połączeniem słów mere, matka i veille, 

rozbudzony, daje wyraz temu przekonaniu. Ale ja nie przypomi­
nam sobie nawet jednego jedynego twojego spojrzenia, które ba­
łoby rzeczywiście na mnie skierowane. Patrząc na mnie, nie wi­
działaś mnie samej, lecz tylko swoje wyobrażenia o mnie. W moich 
wspomnieniach patrzyłaś zawsze na coś, co było za mną, tak jak­
bym była przezroczysta. 

— Ja też nie przypominam sobie, żeby moja matka kiedykol­

wiek na mnie patrzyła. Kiedy wracała ze sklepu, poświęcała cały 

swój czas mojemu ojcu. O nas, dzieci, troszczyły się służące, ale 
zmieniały się tak często, że nie mogę sobie przypomnieć ani jednej 
z nich. 

— To wyjaśnia, dlaczego ty właściwie wcale mnie nie zauwa­

żałaś. Jeżeli mówię teraz o tym, to nie dlatego, żeby sprawić ci 

ból, lecz aby lepiej zrozumieć nasze życie. Twój list zawierał wy-

background image

66 Ścieżki życia 

jaśnienia, których przez długi czas nie zauważałam. Musiałam 

przeżyć wiele trudnych chwil, zanim zebrałam się wreszcie na 
odwagę, by przyjąć do wiadomości wymowę tego listu ze wszystki­
mi tego konsekwencjami. Pokazuje on, w jaki sposób zaprogra­
mowałaś mnie do przyjęcia roli, którą miałam odgrywać w twoim 
życiu. Zawiera następujące przesłanie: „Anika, jesteś zła i egoi­

styczna, bo miło spędzasz czas ze swoimi koleżankami, a mnie 
zostawiasz samą z moją depresją. Sprawiłaś mi ból i zasługujesz 

na surową karę. Jeżeli jednak będziesz od dziś wyłącznie i bez 
przerwy troszczyć się o moje dobro i przejmiesz na siebie moje 
troski, także odpowiedzialność za twoje młodsze rodzeństwo, to 
może uda ci się tej kary uniknąć". 

Zakończenie listu świadczy o tym, że się poddałam. Do nie­

dawna nie zdawałam sobie jednak zupełnie sprawy z tego, jak 
głęboko tkwiło we mnie to twoje wychowawcze przesłanie. Przy­
swoiłam je sobie tak dalece, że stale pozwalałam sobą manipulo­
wać w ten sam sposób. Wystarczyło tylko, żeby ktoś wzbudził moje 

współczucie lub zarzucił mi, że go dotknęłam, już miał mnie w gar­

ści. Na pochlebstwa byłam zupełnie niewrażliwa, obłudę potrafi­
łam rozpoznać bez trudu, ale moje współczucie i poczucie winy 
sprawiały, że stawałam się zupełnie bezbronna. Przyczyny nie­
szczęść innych szukałam z wielką gorliwością w sobie i dokłada­
łam coraz to większych starań, aby im pomóc. Tylko wtedy, gdy 
uważałam drugą osobę za wystarczająco szczerą i wystarczająco 

silną do konfrontacji, potrafiłam się obronić. Gdybym potrafiła 

wcześniej pomyśleć obiektywnie i jasno, moje życie potoczyłoby 
się zupełnie innym torem. Niestety, bardzo długo reagowałam tak 

samo jak wtedy, gdy miałam osiem lat. Cierpliwie troszczyłam się 
o ciebie, chciałam cię wreszcie widzieć szczęśliwą i zadowoloną. 
Ten cel usiłowałam osiągnąć przez trzydzieści lat, czasami kosz­

tem wielkich wyrzeczeń i zawsze za cenę moich prawdziwych uczuć 
i mojego zdrowia. I wszystko to tylko dlatego, że chciałam cię 
uwolnić od dręczących cię lęków, abyś wreszcie mogła żyć w spokoju. 

— Nie przesadzasz przypadkiem, przypisując mi w twoim ży­

ciu tak znaczącą rolę? Ja w każdym razie nigdy nie miałam uczu­
cia, że jestem dla ciebie szczególnie ważna. 

background image

Anika — warto choćby spróbować

 67 

— Oczywiście, wpływ na mnie mieli także inni ludzie. Ale 

teraz rozmawiamy przecież o naszych stosunkach. A rola matki 
w życiu każdego człowieka jest niepowtarzalna. Wprawdzie mie­
liśmy zawsze pomoc domową, ale ty stale mnie kontrolowałaś. 
Robiłam grzecznie wszystko, czego ode mnie oczekiwałaś, w na­

dziei, że mnie może wreszcie pokochasz. Całe moje życie kręciło 
się wokół ciebie. Nigdy ci tego nie mówiłam, a ty prawdopodobnie 
nigdy tego nie zauważyłaś, ale tak właśnie było. W czasie mojego 
ostatniego pobytu we Francji obejrzałam w telewizji na kanale 
Arte wywiad z dawną prostytutką, która przed czterema laty po­
rzuciła ten proceder i dzisiaj — podobno szczęśliwa i spokojna 
— żyje z dwojgiem dzieci w pewnej wspólnocie religijnej. Opowia­
dała ona, że kiedy miała dziesięć lat, jej siostra-bliźniaczka ciężko 
zachorowała i umarła. Prostytucję traktowała jako karę za to, że 
to nie ona umarła, lecz jej siostra. To dało się wyraźnie zauważyć. 
Nie było jednak wiadomo, co ją do tego skłoniło. 

Wyjaśniła to dopiero jej matka. Z miłym uśmiechem powie­

działa: „Po śmierci mojej córki mawiałam często: Pan Bóg zabrał 
mi aniołka, a zostawił diabła". To było właśnie wyjaśnienie. Córce 
przypuszczalnie nie przyszło ono nawet do głowy, bo prawda była 
zbyt bolesna. Takie odrzucenie przez matkę musiało sprawić, że 
ta młoda kobieta przeżyła piekło. Kochała swoją matkę i nie chcia­
ła dostrzec jej okrucieństwa. 

— Czy ty myślisz, że ja cię nie kochałam? Być może kochałam 

cię trochę mniej niż twego brata. Mój ojciec życzył sobie wnuka, 

więc to, że urodziła się dziewczynka, było dla mnie, przyznaję, 
pewnym rozczarowaniem. 

— Musiałam to odczuwać, ale nie mogę też powiedzieć, żebym 

świadomie czuła się znienawidzona. Nie miałam jednak nigdy po­
czucia bezpieczeństwa. Nigdy nie wiedziałam, co do mnie czujesz. 
Czułam się manipulowana i uważałam stale, że muszę się zmienić, 
abyś wreszcie zaczęła się mną cieszyć. Surowość, z jaką mnie tra­

ktowałaś, nie odpowiadała przypuszczalnie twojej naturze, może 
po prostu naśladowałaś bezwiednie swojego ojca. Usiłowałaś zła­
mać moją wolę, aby móc tym samym odzyskać własną, którą zła­

mano ci w dzieciństwie. Wyżywałaś się na mnie z powodu wielu 

background image

68 Ścieżki życia 

rzeczy, które przysporzyły ci cierpień w dzieciństwie, jak żądza 
władzy twojego ojca, brak zrozumienia itd. Nigdy byś się zapewne 
do tego nie przyznała, ale w stosunku do mnie zachowywałaś się 
podobnie jak dziadek wobec ciebie. Być może twoja manipulacja nie 
byłaby tak skuteczna, gdybym nie pozwoliła zrobić z siebie twojej 
opiekunki. 

— Mimo że w szkole powszechnej byłam zawsze najlepsza w kla­

sie, nie mogłam chodzić do gimnazjum. Bardzo z tego powodu 
cierpiałam. Zazdrościłam ci, że masz przed sobą możliwości, jakich 

ja nie miałam. Ta zazdrość być może zmieszała się ze złością, 

którą poczułam do ciebie po upokorzeniu mnie przez nauczyciela 
niemieckiego. Mimo to wspierałam cię zawsze, gdy chodziło o two­

je wykształcenie. 

— To prawda, mamo, i jestem ci za to bardzo wdzięczna. Zaw­

sze zależało ci na tym, żebym się kształciła. Pod tym względem 
byłaś dobrą matką. Być może dlatego, że ból z powodu twego 
skromnego wykształcenia był jedynym, którego istnienie dopusz­
czałaś do swojej świadomości. Dlatego potrafiłaś mnie uchronić 
przed czymś podobnym. Wspomnienia o wszystkich innych upo­
korzeniach i niedostatkach twojego dzieciństwa stłumiłaś tak bar­
dzo, że nieświadomie odreagowywałaś je na mnie. Wyraźnie wska­
zuje na to twój list. 

— O czym ty właściwie mówisz? 
— Przypuszczam, że jako jedno z dwanaściorga dzieci, urodzo­

nych jedno po drugim, byłaś bardzo zaniedbywana przez swoich 
rodziców i wykorzystywana seksualnie przez dwóch starszych braci. 

— Skąd ty możesz o tym wiedzieć! 
— Tak przypuszczam. To wyjaśniałoby, dlaczego dopuściłaś do 

tego, żebym ja była wykorzystywana seksualnie przez wuja Geor-
ge'a. Sądzę, że ciebie w dzieciństwie nikt nie ochraniał przed wyko­
rzystywaniem, zwłaszcza przed wykorzystywaniem seksualnym, 
które zdarzało się i nadal zdarza bardzo często, choć rzadko zostaje 
ujawnione. Matka, która powinna była ciebie chronić, wyszła za 
mąż już w wieku szesnastu lat. W czasie pomiędzy kolejnymi po­
rodami lub poronieniami zajęta była w sklepie. Nikt nie mógłby 
lepiej zaspokoić potrzeb seksualnych twoich braci niż ich siostry. 

background image

Anika — warto choćby spróbować

 69 

— To mi nieraz też przychodziło do głowy, ale za moich czasów 

nie można było o czymś takim nawet pomyśleć. 

— No, właśnie. Ofiary nie mogły „o czymś takim nawet pomy­

śleć", nie wspominając już o mówieniu. Dlatego można było sobie 
na wszystko wobec nich pozwolić. Były wykorzystywane seksual­
nie, ale to one powinny były się za to wstydzić. Trudno się dziwić, 
że w takich okolicznościach starały się ze wszystkich sił zapo­
mnieć o krzywdzie, jaką im wyrządzono. Wstyd, że zostało się 
potraktowanym jak przedmiot bez godności, jest tak strasznym 
uczuciem, że człowiek chce się od niego jak najprędzej uwolnić. 

Jako młoda kobieta byłaś jeszcze w stanie odpędzać od siebie te 
bolesne wspomnienia. Pracowałaś z sierotami, które cię podziwia­
ły, i to dawało ci siłę. Dopiero później zaczęłaś odczuwać niekiedy 
paniczny lęk. Ujawniły się w nim twoje przeżycia, choć w zafał­

szowanej formie, bo nie obawiałaś się już twoich braci ani ojca, 
lecz innych ludzi. 

— Być może masz rację. Cierpiałam jako dziecko, choć sama 

nie chciałam się nigdy przed sobą do tego przyznać. Wstydziłam 
się, bo uważałam, że przytrafiło mi się to, gdyż jestem zła i ze­
psuta. Byłam przekonana, że to ja jestem winna. 

— No, tak. Żeby uwolnić się wreszcie od poczucia winy, ze­

pchnęłaś je na mnie. Od najmłodszych lat czułam się winna z po­
wodu twoich lęków, choć nie znałam ich przyczyny. Dlatego chcia­
łam cię koniecznie od nich uwolnić. Tłumiąc swoje bolesne 
wspomnienia z dzieciństwa, obciążyłaś mnie olbrzymią hipoteką. 

Poza tym uczyniłaś ze mnie praktycznie matkę mojego młodszego 
rodzeństwa i zepchnęłaś na mnie odpowiedzialność za nie, kiedy 
byłam jeszcze zupełnie mała. 

— Aż do dzisiaj byłam dumna z tego, że tak dobrze cię wy­

chowałam. Uważałam, że wszystkie twoje sukcesy, to moja za­
sługa. A teraz ty odbierasz mi tę radość i nazywasz ją iluzją. 
Mimo wszystko jednak to dla mnie pewna ulga, że mogłam po­
rozmawiać z tobą o tym, co zrobili mi moi bracia. Dotychczas 
z nikim jeszcze nie rozmawiałam o tych strasznych rzeczach, 
nawet z żadną z moich sióstr. Każda z nas w milczeniu sama 

znosiła swój wstyd. 

background image

70 Ścieżki życia 

— Tak, pewnie dlatego mogło ci przyjść do głowy, żeby powie­

rzyć mnie opiece twojego brata. Gdybyś przed moim urodzeniem 
porozmawiała z kimś o twoich przeżyciach i uświadomiła sobie, 

jak bardzo cierpiałaś z powodu wykorzystywania cię przez twoich 

braci, a może także przez twojego ojca, nigdy nie wydałabyś mnie 

jako małego dziecka na pastwę twojego brata. Powstrzymałaby 

cię przed tym świadomość tego, co sama przeżyłaś. Ale ponieważ 
nie chciałaś ich sobie uświadomić i starałaś się je stłumić, skaza­
łaś mnie na taki sam los, bagatelizując przy tym niebezpieczeń­
stwo, tak samo, jak robiłaś to w dzieciństwie. Czy naprawdę nigdy 
w życiu nie rozmawiałaś z nikim o tym, że jako mała dziewczynka 
byłaś obiektem pierwszych doświadczeń seksualnych twoich braci? 

— Nie. Oni robili to ze mną jeszcze, kiedy byłam już większa. 

Jak mogłabym o tym mówić? I przed kim miałabym się otworzyć? 

O takich rzeczach nie rozmawiało się w mojej rodzinie. 

— Tak. Rozmowa była zabroniona, ale nie same uczynki. Uczyn­

ki bez słów, nieme uczynki. Nic dziwnego, że za wszelką cenę 
chciałaś o nich zapomnieć. Czy nigdy nie zastanawiałaś się nad 
tym, jaki wpływ miały twoje tłumione wspomnienia na twoje życie? 

— Nie. Udało mi się o wszystkim zapomnieć i bardzo się z tego 

cieszę. 

— A czy nigdy nie przyszło ci do głowy, że za to zapomnienie 

zapłaciły twoje dzieci? 

— Nie. I wcale nie jestem pewna, że tak rzeczywiście było. To 

jest twój punkt widzenia. Są jeszcze inne. Ale ty tak pewna jesteś 

swoich racji, że nie zamierzam dać się wciągnąć w dyskusję na 
ten temat. Nie chcę się z tobą kłócić. Po prostu nie wierzę w to, 
że można zmienić świat. Gonisz za mrzonkami. 

— Ja też nie sądzę, że można zmienić świat, czy nawet jednego 

jedynego człowieka. Można jedynie zmienić siebie, ale tylko wtedy, 

gdy się naprawdę tego chce. Ale jeżeli rodzice chcą stworzyć swoim 
dzieciom lepsze szanse, niż mieli sami, mogą znaleźć dzisiaj więcej 
informacji na ten temat niż kiedykolwiek przedtem. Czterdzieści lat 
temu na przykład bicie dzieci było oczywistością. Dzisiaj wprawdzie 
także to się zdarza, ale nie jest tak powszechne ani też uważane 
za słuszne. To już jest pewien postęp. Wcześniej sądziłam, że jako 

background image

Anika — warto choćby spróbować

 71 

była wychowawczyni, a nawet autorka poradnika na temat wy­
chowania, powinnaś być zainteresowana nowymi trendami. Ale ty 

jesteś dzieckiem swoich czasów i wydaje mi się, że rzeczywista 

konfrontacja z problemem rodzice — dzieci wywołałaby w tobie 
lęk. Być może zrozumiałabyś, że dopiero w stosunku do mnie, 
kiedy byłam jeszcze małym dzieckiem, spróbowałaś po raz pierw­

szy w życiu przeprowadzić swoją wolę, ponieważ wobec twoich 

braci i twojego ojca byłaś całkowicie bezradna. Świadomość tego 
mogłaby być dla ciebie bardzo bolesna. A dzisiaj potrafię to zro­

zumieć, że nie chcesz takiego bólu, bo nie wiesz, czy będziesz 
w stanie go znieść. 

Fakt, że mimo wszystko ta rozmowa się odbyła, że mnie wy­

słuchałaś, dowodzi, że mogłaś być jednak dobrą matką, gdybyś 
przed moim urodzeniem więcej dowiedziała się o tym, jakie są 
rzeczywiste potrzeby dziecka. Gdybyś nie pozwoliła, aby kierowały 
tobą stare poglądy na temat wychowania. Mimo wszystko uczy­
niłaś mi także wiele dobrego, inaczej nie byłoby mnie teraz tutaj. 
Cieszę się, że udało nam się ze sobą porozmawiać, choć nasze 
poglądy często się różniły. 

Kiedy Anika opuszczała swoją matkę, była smutna. Stwierdzi­

ła, że ciągle jeszcze drzemała w niej dziecinna nadzieja, iż uda 

się jej coś matce wyjaśnić, wreszcie „nauczyć" ją czegoś o sobie 
samej. Kiedy matka wydawała się zainteresowana rozmową, Ani­
ka powracała mimo woli do schematu z przeszłości i okazywała 

jej współczucie z powodu jej straconego życia. Lecz będąc osobą 

dorosłą, zrozumiała teraz, że wszystkie jej wysiłki i tak niczego tu 
nie zmienią. Wprawdzie matka ożywiała się chwilami, na przykład 
wtedy, gdy Anika wspomniała o jej braciach, ale los córki intereso­
wał ją w dalszym ciągu bardzo mało. Przede wszystkim lękała się 
najwidoczniej zrozumienia zależności, które próbowała przedsta­
wić jej Anika. Pozostała przy swoich poglądach i wydawała się 
z tego stanu rzeczy zupełnie zadowolona. Anika zrozumiała, że 
nie ma żadnego sensu podejmować dalszych prób. 

background image

5. 

Helga — jak się 

wzbogacić na cudzych 

łzach 

Helga, dyplomowany pracownik socjalny, krótko przed 

czterdziestką, mieszka i pracuje w Los Angeles. Osiem lat temu 
zgłosiła się do ośrodka psychoterapii. Po rozmowie wstępnej szef 
ośrodka natychmiast wyznaczył jej termin rozpoczęcia terapii, mi­
mo że w materiałach informacyjnych, które otrzymała, była mowa 
o tym, że czas oczekiwania na miejsce może trwać nawet kilka 
lat. Szybkie przyjęcie oraz dwuznaczne uwagi szefa na temat jej 
wspaniałego wyglądu bardzo jej pochlebiły, lecz obudziły także 
pewną nieufność. Helga stłumiła jednak w sobie to uczucie, bo po 
rozstaniu ze swoim partnerem, który zostawił ją z jednoroczną 
córeczką, czuła się zrozpaczona i samotna. Była więc szczęśliwa, 
że spodobała się mężczyźnie, który miał w ośrodku wiele do po­
wiedzenia. Przede wszystkim czuła wielką ulgę, że będzie mogła 
podjąć szybko terapię, bo cierpiała z powodu uzależnienia od środ­

ków nasennych. 

W pierwszym okresie terapii bardzo dużo płakała. Ta faza trwa­

ła bardzo długo. Terapeuta nie komentował tego ani słowem, 
ale Helga czuła ulgę, że ktoś wysłuchuje wszystkiego, o czym 
opowiada. Na początku terapeuta powiedział, że Helga w każdej 
chwili może zadzwonić do niego, gdyby lęk stał się nie do znie­
sienia. Z tej możliwości skorzystała kilka razy. Kiedy zadzwoniła 
po raz kolejny, terapeuty nie było w domu. Telefon odebrała 

jego żona. Helga była zdumiona, bo kobieta nie pytana zaczęła 
jej opowiadać o swoim cierpieniu, między innymi o tym, że jej 

background image

Helga — jak się wzbogacić na cudzych łzach

 73 

mąż wykorzystuje zależność swoich młodych pacjentek w celach 
seksualnych, a ją, która jest, bądź co bądź, jego żoną, zaniedbuje 
i ciągle obraża. 

Helga szybko zakończyła rozmowę, nie chcąc wysłuchiwać „po­

mówień" na temat swego wybawcy. Kiedy później myślała o tej 
rozmowie, przyznawała, że wcale jej te wynurzenia nie zaszoko­
wały. Żywiła do terapeuty nieograniczone wprost zaufanie, a sło­
wa jego żony uznała za wyraz zazdrości o męża i zawiści w sto­

sunku do młodszych kobiet. Kiedy opowiedziała mu o tej 
rozmowie, nie okazał oburzenia ani zdumienia. Zupełnie spokojnie 

wyjaśnił, że jego żona jest alkoholiczką, zmyśla różne historie 
i sama nie wie, co mówi po pijanemu. Jest wprost niewiarygodnie 

zazdrosna i zawistna. Jemu zaś żal po trzydziestu latach małżeń­
stwa zostawić ją w takim stanie. Ma tylko nadzieję, że przestanie 
wreszcie pić, bo szkodzi tym i jemu, i samej sobie. 

Przez długi czas Helga nie myślała o tej rozmowie, nawet wte­

dy gdy terapeuta nawiązał z nią stosunki seksualne. W dalszym 
ciągu wierzyła we wszystko, co jej mówił i czuła się przez niego 
kochana i wybrana. To przyczyniło się tak bardzo do wzrostu jej 
poczucia własnej wartości, że przez kilka tygodni czuła się wprost 
odurzona własnym szczęściem. Potem dowiedziała się, że terapeu­
ta utrzymywał stosunki seksualne nie tylko z nią, ale także z in­
nymi pacjentkami. Wtedy po raz pierwszy pomyślała o wykorzy­
stywaniu i oszustwie. Opowiedziała o tym w zaufaniu Barbarze, 
również pacjentce ośrodka, która natychmiast powtórzyła tę roz­
mowę terapeucie. On zaś pokazał jej bardzo intymne listy, które 
Helga do niego napisała, mówił o zaburzeniach „psychotycznych" 
i stwierdził najspokojniej w świecie, że wszystko to są jej wymysły 
wynikłe z urazy. To właśnie Helga próbowała go uwieść, a teraz 

mści się za to, że ją odtrącił. 

Także przed Helgą terapeuta w dalszym ciągu odgrywał rolę 

człowieka całkowicie uczciwego, który nie ma sobie nic do zarzu­
cenia, a ona z największą chęcią nadal w to wierzyła. Dotychczas 
nigdy nie zetknęła się z tak perfekcyjną obłudą, dlatego była ra­
czej skłonna zwątpić w siebie, w swój zdrowy rozsądek niż w jego 
szlachetny charakter. 

background image

74 Ścieżki życia 

Kiedy Helga opowiadała Barbarze o wykorzystywaniu seksu­

alnym, ta zareagowała widocznym oburzeniem. Później jednak 
zupełnie zmieniła zdanie. Nie chciała w to uwierzyć, a nawet za­

rzuciła Heldze, że ją okłamała. Helga łamała sobie głowę, dlaczego 
tak się stało. Nie wpadła na pomysł, że terapeuta przedstawił 
Barbarze zupełnie inną wersję wydarzeń. Terapeuta Helgi okazał 
nawet gotowość, aby pomóc jej uwolnić się od „paranoidalnych 
wizji". Każde związane z nim wspomnienie o przeżyciach seksu­

alnych usiłował wymazać z jej pamięci lub nadać mu inne zna­
czenie. Przez pewien czas Helga wzruszona była jego troskliwo­
ścią. Dopiero kiedy zaczął grozić jej umieszczeniem w klinice lub 
oskarżeniem o zniesławienie, jeśli w dalszym ciągu będzie rozpo­

wiadać o swoich fantazjach, zaczęła podejrzewać, że nie jest to 

dla niego pierwszy przypadek tego rodzaju. 

Dopiero wówczas przypomniała sobie o rozmowie telefonicznej 

z jego żoną i zrozumiała, że tamta kobieta chciała ją ostrzec. Męż­
czyzna, w którego sidła wpadła, posiadał widocznie dużą wprawę 

w zastraszaniu. Zrozumiała to bardzo późno, ale na szczęście nie za 
późno. Uniknęła dalszego prania mózgu. Rozstała się z terapeutą, 
lecz minęło dużo czasu, zanim udało jej się odzyskać równowagę 
i pozbyć ciężkich dolegliwości fizycznych. Brigit, pracownica socjalna 
i terapeutka z dużym doświadczeniem w pracy z rodzinami z przy­
padkami kazirodztwa, pomogła jej przezwyciężyć wyrządzone szkody. 

Dzisiaj Helga jest zdania, że temu mężczyźnie udawało się 

utrzymywać za pomocą gróźb swoje pacjentki i pacjentów w stra­
chu i poczuciu zależności, bo wybierał wyłącznie osoby, które da­
wały się łatwo zastraszyć i zdezorientować. Pranie mózgu działa 
na nie jak narkotyk i zazwyczaj nie udaje im się już wyzwolić 
z tego uzależnienia. Gdyby sama tego nie przeżyła, nigdy nie uwie­
rzyłabyś że tego rodzaju zniewolenie jest obecnie w ogóle możliwe. 
Próbowała raz jeszcze porozmawiać z Barbarą, ale ta znowu nie 
chciała jej słuchać. Helga odniosła wrażenie, że Barbara nie może 
dopuścić do siebie żadnej myśli czy hipotezy, która wcześniej nie 
zostałaby zaakceptowana przez terapeutę. Dreszcz zgrozy prze­
szedł ją na myśl o takim terrorze i była niezmiernie rada, że może 
o tym opowiedzieć Brigit. 

background image

Helga — jak się wzbogacić na cudzych Izach

 75 

Kochana Helgo! 

Podczas naszego spotkania w Santa Barbara obiecałaś do mnie 
napisać więcej o Twoich przeżyciach z ostatnich lat. Do dziś nie 
otrzymałam od Ciebie jednak żadnego znaku życia. Minęło już 
sześć miesięcy, więc odzywam się do Ciebie, bo nie chcę, aby nasz 
kontakt znowu się urwał. Kiedy dziesięć lat temu wyjechałam do 
Peru, bardzo mi tam Ciebie brakowało. Pogrążyłam się jednak po 
uszy w pracy i po prostu przyzwyczaiłam się do myśli, że nie będę 
miała przyjaciółki, która byłaby mi tak bliska jak Ty. Próbowałam 
utrzymać z Tobą kontakt, ale odpowiedzi przychodziły rzadko 

— Wiesz przecież — powiedziała Brigit ze smutkiem — że 

manipulowany mózg tak długo rejestruje wyrządzane mu zło jako 
dobro, aż wreszcie jest już za późno, aby wydostać się z tej pułapki. 
Twój przykład wprawdzie dowodzi, że jest to mimo wszystko moż­
liwe, lecz świadczy także o tym, że istnieją terapeuci, którzy ne­
gując w wyrafinowany sposób oczywiste fakty, mogą doprowadzić 
pacjenta do utraty zdrowych zmysłów. Wyrachowani i przebiegli 
nie liczą się z żadnym niebezpieczeństwem, bo uspokaja ich świa­
domość, że sąd nie da nigdy wiary oskarżeniom psychotyka. 

Heldze nie wystarczyło oburzenie. Miała potrzebę działania. 

Jej własne doświadczenia ustrzegły ją przed wydziwianiem nad 
lekkomyślnością innych lub nawet wyśmiewaniem jej. Chciała te­
raz wykorzystać to doświadczenie, żeby lepiej zrozumieć, co jej się 
przydarzyło i jak mogło dojść do tego, że przez tak długi czas nie 
była w stanie właściwie ocenić sytuacji. W czasie swej terapii 
u Brigit Helga spotkała w Santa Barbara swą przyjaciółkę Mi­

chelle. Dziesięć lat temu Michelle wyjechała do Peru i tam zamiesz­
kała. Od tamtego czasu już się nie widziały. Helga opowiedziała 
przyjaciółce historię swojej terapii. Była wtedy jednak w stanie 
szoku i nie potrafiła uporządkować zwierzeń. Obiecała, że do niej 
napisze, lecz Michelle ją w tym ubiegła. 

background image

76 Ścieżki życia 

Kochana Michelle! 

Wybacz mi, proszę, że tak długo do Ciebie nie pisałam. Nie zapo­
mniałam o mojej obietnicy, lecz potrzebowałam jeszcze sześciu 
miesięcy, aby uzyskać jasność sytuacji. Teraz

 jestem

 wreszcie tak 

i były raczej lakoniczne. Nie mogłam zrozumieć powodu Twojej 
rezerwy. Sądziłam, że masz mi za złe mój wyjazd lub że znalazłaś 
przyjaciół, którzy są ci teraz bliżsi niż ja. Dlatego nigdy nie za­
pytałam Cię o przyczynę. Dopiero teraz, przy naszym ponownym 
spotkaniu, opowiedziałaś mi, że Twój terapeuta izolował Cię od 
ludzi, których kochałaś i którym ufałaś. Mimo że udało Ci się go 
przejrzeć na wylot i znalazłaś Brigit, wydaje mi się, że nie uwolniłaś 
się jeszcze całkowicie od jego wpływu. Takie przynajmniej odnio­
słam wrażenie. We wszystkim, co mówiłaś, wyczuwałam wpraw­
dzie ulgę, że udało Ci się wyrwać z rąk szarlatana, ale jednocześ­
nie wydawało mi się, że nie pozwoliłaś sobie jeszcze na to, aby 
poczuć całą złość i oburzenie, które są w Tobie. Byłaś opanowana, 
opowiadałaś mi o tej niesłychanej historii spokojnym głosem, cza­
sami nawet ze śmiechem, a ja czułam, że jakaś część Ciebie po­
została nietknięta przez to, co przeżyłaś. Sprawiałaś wrażenie, jak 
gdyby pomiędzy Tobą a osobą, która wszystko to musiała znieść, 
istniał duży dystans. 

Nie chciałam ci się w żadnym wypadku narzucać. Pomyślałam, 

że będziesz potrzebowała dużo czasu, aby odzyskać równowagę. 
Jak się teraz czujesz? Tak chętnie porozmawiałabym z Tobą, ale 
poczekam, aż Ty również tego zapragniesz. Kiedyś tak dobrze się 
rozumiałyśmy, nie widzę więc powodu, dla którego nie mogłoby 
to być teraz możliwe. Jeżeli możesz, napisz do mnie, co o tym 
sądzisz. 

Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie, 

Twoja Michelle 

background image

Helga — jak się wzbogacić na cudzych łzach

 77 

daleko od bulwersujących przeżyć, że napisałabym do Ciebie na­

wet, gdybyś Ty nie napisała do mnie. Przygotuj się na to, że ten 
list będzie bardzo długi. 

Od czego by tu zacząć? Ty wiesz, że zawsze wiele dla mnie 

znaczyłaś i że zawsze zależało mi bardzo na naszej przyjaźni. Nie 
potrafię wymienić innej osoby, przy której czułabym się równie 
rozumiana i akceptowana. Wiesz, jak bardzo Ci ufam i jak bardzo 
cenię sobie Twoją uczciwość i otwartość. Dziesięć lat temu wyje­
chałaś do Peru. Czułam się wtedy tak, jak gdybyś umarła. Może 
Ci się to wydawać dziwne, bo przecież nie zniknęłaś z powierzchni 
ziemi i mogłyśmy nadal utrzymywać ze sobą kontakt. Wystarczyło 
tylko, żebym odpowiadała na Twoje serdeczne listy. Ale ja tego 
nie potrafiłam. Pisałam wprawdzie do Ciebie przyjazne słowa, ale 
czułam się przy tym tak, jakbym pisała do kogoś, kogo już nigdy 
nie miałam zobaczyć. Przez długi czas nie mogłam tego zrozumieć. 

Dopiero po naszym ponownym spotkaniu przed sześcioma mie­

siącami przyszło mi do głowy wyjaśnienie, którego nie udało mi 
się odnaleźć w czasie mojej długiej terapii. Zaczęło się od tego, że 
Brigit zdziwiła się, iż nigdy dotychczas jej o Tobie nie mówiłam. 
Poprosiła, żebym jej opowiedziała, w jaki sposób pożegnałam się 
z Tobą dziesięć lat temu. Ja jednak nie mogłam sobie niczego 
przypomnieć. Sama byłam tym bardzo zaskoczona. Brigit powie­
działa wtedy: „Jakie to dziwne, twoja najlepsza przyjaciółka wy­

jeżdża tak daleko, a ty nie przypominasz sobie nawet waszego 

pożegnania? Czy po jej wyjeździe czułaś się opuszczona?" 

„Nie", odpowiedziałam, „nie czułam niczego". Słowa te wypo­

wiedziałam jeszcze zupełnie spokojnie, sama zdumiona swoim opa­
nowaniem. Przyszło mi jednak do głowy, że mówiąc to, czułam 
w sobie jakąś przekorę, zupełnie jak zranione dziecko, które nie 

chce z nikim rozmawiać. Skąd się to wzięło? — pytałam sama 
siebie. Przecież Brigit jest dla mnie dobra, naprawdę chce mi 
pomóc, nie mam więc powodu, aby ją odtrącać. Myśląc to, po­
czułam nagle, że uczucie przekory ustępuje — zupełnie nie 
wiem, dlaczego stało się to właśnie w tym momencie — i wtedy 
zaczęłam gwałtownie płakać. Czułam w sobie jedynie ból opu­
szczenia, na który nie pozwoliłam sobie w chwili Twojego wy-

background image

78 Ścieżki życia 

jazdu. Stłumiłam go, bo uważałam, że jest niestosowny. Teraz 

dopiero rozumiem, jak dalece był wówczas na miejscu. Wiesz 
o tym, że mój ojciec umarł, kiedy miałam cztery lata. Zostałam 

wtedy z matką, która miała wiele problemów sama ze sobą. Mat­
ka nie potrafiła dać mi poczucia bezpieczeństwa, jednak bardzo 

surowo mnie kontrolowała, a jednocześnie szukała we mnie opar­
cia, bo potrzebowała kogoś, a nikogo innego nie było. Jak mog­
łabym w jej obecności odczuwać rozpacz i smutek z powodu stra­
ty ojca, czy też je wyrażać? W tej sytuacji było to po prostu 
niemożliwe. Moja matka oczekiwała ode mnie przede wszystkim 
opanowania i dobrych manier, a nie okazywania uczuć, zwłasz­
cza że była także zazdrosna o to, jak bardzo ojca kochałam. 
Dlatego musiałam stłumić moje uczucia. Z dnia na dzień mu­
siałam zaakceptować fakt, że mój ojciec, przez którego czułam 
się bardzo kochana, odszedł na zawsze, i przyjąć to grzecznie, 
spokojnie, milcząco i bez emocji. 

Twój wyjazd przeżyłam podobnie, zgodnie z dawnym wzorcem. 

Nie potrafiłam płakać, tak jak gdyby ktoś mi tego zabraniał. W pe­
wien sposób pogrzebałam także Ciebie. Najgorsze było to, że jako 
dziecko rozpaczliwie szukałam ojca. Co w końcu może wiedzieć 
czteroletnie dziecko o śmierci i nieodwracalnej stracie? Moja mat­
ka wykorzystywała każdą sposobność, aby wpoić mi dobre manie­
ry. Być może wierzyłam w to, że gdy będę się grzecznie zachowy­
wać, to tato wróci? Lub też próbowałam uśmiercić moje uczucia, 
by przez tę częściową śmierć móc się do niego zbliżyć? Zupełnie 
nie mogę sobie przypomnieć, o czym wtedy myślałam. Pamiętam 
tylko, że nikt nie zadał sobie trudu, żeby porozmawiać ze mną 
o mojej stracie, żeby coś mi wyjaśnić lub po prostu mnie pocieszyć. 
Oczekiwano ode mnie dobrych manier, a nie pytań, więc oduczy­
łam się je stawiać. 

Niebawem po Twoim wyjeździe zakochałam się w Paulu. Uro­

dziło się nasze dziecko, którego on wcale nie chciał. Krótko po 
narodzinach naszej córki Paul mnie opuścił. Ojciec mojego dziecka 
odszedł więc, zanim na dziecku mogły odbić się skutki naszego 
nieszczęśliwego małżeństwa. Zostałam z Florą sama i starałam 
się zachowywać wobec niej zawsze ze spokojem i opanowaniem. 

background image

Helga — jak się wzbogacić na cudzych łzach

 79 

Na szczęście Flora całe dnie spędzała w domu mojej kuzynki. 

Ja znowu zaczęłam pracować, zapierałam się sama przed sobą 
swego cierpienia, określając je jako „nerwowość", odwiedzałam ro­
dziny z problemami, troszczyłam się o opuszczone dzieci — wszyst­
ko było na pozór w całkowitym porządku. Silne napięcia wewnę­
trzne dały jednak znać o sobie w formie uporczywej bezsenności. 
Sięgałam po coraz większe dawki środków nasennych, aż wreszcie 
zrozumiałam, że potrzebuję pomocy. 

Wtedy zdecydowałam się na podjęcie terapii, o której Ci już co 

nieco opowiadałam. Ta terapia miała mi pomóc powrócić do uczuć 
z dzieciństwa, abym mogła się wreszcie z nimi uporać. Tak sobie 
to wyobrażałam. W rzeczywistości odczuwałam ciągle taką samą 
dziecinną bezradność i zależność oraz spowodowaną nimi bezsilną 

złość. Nie wiedziałam, w jaki sposób mogłabym ten stan zmienić 

i czy będzie to w ogóle kiedykolwiek możliwe. To że tyle płakałam, 
nie przyniosło mi żadnej korzyści. Taki stan trwał przez wiele lat. 
Korzyść z tego miał jedynie mój terapeuta. 

Nie miałam zbyt wiele gotówki, ale po śmierci matki odziedzi­

czyłam duży dom moich rodziców w Palm Springs. Miał czystą 
hipotekę, więc mogłam pod jego zastaw wziąć w banku pożyczkę 
na pokrycie wysokich kosztów terapii. Ten pomysł podpowiedział 
mi mój terapeuta na samym początku. Najpierw płaciłam 100 
dolarów za godzinę, z czasem jednak opłatę podniesiono do 250 
dolarów, choć nikt nie zapytał mnie o zgodę. Widocznie uznano 
to za rzecz oczywistą, bo uchodziłam za osobę majętną, która może 
sobie na to pozwolić. Terapeucie udało się również namówić mnie, 
bym podejmowała decyzje i godziła się na wydatki, które były 
korzystne dla niego, a mnie przynosiły szkodę. Jednak fakt, że 
w jego obecności ciągle płakałam, powodował, że byłam niczym 
mała dziewczynka, która nie jest w stanie zauważyć, co inni z nią 
robią. Idealizowałam go, ponieważ widziałam w nim mojego ojca, 
a on czerpał z tego korzyści, zamiast pomóc mi się od tej iluzji 
uwolnić. To było błędne koło. 

Wszystkich bliskich mi ludzi dyskredytował w moich oczach 

— Ciebie, moje koleżanki, kuzynki — aż w końcu nie miałam 
nikogo prócz niego. Jego korzyści z tego, że widziałam w nim 

background image

80 Ścieżki życia 

wyidealizowany obraz ojca, były tak wielkie, że nie widział rze­
czywiście żadnego powodu, aby mi pomóc uzyskać autonomię, na­
wet gdyby był w stanie to zrobić. Ale nie był w stanie. Jedyne, co 
potrafił, to tak bardzo spotęgować w ludziach niemożliwe już do 

spełnienia dziecinne pragnienia, że ich presja stawała się wprost 
nie do wytrzymania. Wtedy obiecywał uleczenie. A cierpiący lu­
dzie gotowi są zgodzić się na wykorzystywanie w każdej formie 
— finansowej, emocjonalnej, seksualnej — jeśli to tylko może 
złagodzić ból. Wykorzystywanie seksualne odgrywa często bardzo 
ważną rolę. Pozorna intymność i upokarzanie kobiet mają unie­
możliwić im odkrycie prawdziwych motywów postępowania tera­
peuty. Ja szukałam w terapeucie ojca. Dlatego pozwoliłam mu się 
uwieść i sobą manipulować. Nie chciałam tego zauważyć, bo za 
wszelką cenę pragnęłam, aby obraz mego ojca pozostał żywy. Kon­
takty seksualne stwarzały iluzję miłości. Gotowa byłam zaakcep­
tować nawet zdradę małżeńską, byleby tylko on żył. Śmierci ojca 
obawiałam się najbardziej, bo w dzieciństwie pozbawiła mnie mi­
łości i oddała pod wyłączną władzę matki. 

Lecz właśnie to, czego za wszelką cenę chciałam uniknąć, zda­

rzyło się. Idealizacja ojca nie była mianowicie jedynym łańcuchem, 
który przykuwał mnie do tego mężczyzny. Byłam całkowicie uza­
leżniona od człowieka, który pozwolił mi wierzyć, że chce i może 
mi pomóc, i który bez żadnych skrupułów, bez najmniejszego wa­
hania chciał mnie wpędzić w psychozę tylko dlatego, by zatuszo­
wać swoje uczynki. W dzieciństwie moja matka często próbowała 

mi wmawiać, że to, co zobaczyłam czy usłyszałam, nie jest prawdą. 
Niezmiernie mnie to peszyło. Byłam tak bardzo do tego przyzwy­
czajona, że po prostu nie miałam żadnej szansy zauważyć, że mój 
terapeuta robił ze mną to samo, choć całkowicie świadomie i z więk­
szą wprawą. 

Odkryłam to dopiero w czasie rozmów z Brigit. Wyobraź sobie, 

że w ciągu kilku miesięcy udało mi się przy jej pomocy zrozumieć, 
dlaczego tak długo pozwalałam się oszukiwać temu człowiekowi. 
To prawda, że udało mu się przekonać mnie o swoich wyjątkowych 
zdolnościach terapeutycznych. Pokazywał mi nawet dowody na 
piśmie — listy od wyleczonych pacjentów, które, jak się potem 

background image

Helga — jak się wzbogacić na cudzych łzach

 81 

Kochana Helgo! 

Ja także się cieszę, że o tym wszystkim do mnie napisałaś. Dzię­
kuję Ci za Twoje zaufanie. Odnajduję w Twym liście moją dawną 

Helgę. Mówisz teraz znowu własnymi słowami i jesteś ze mną tak 
szczera, jak kiedyś. Przy naszym ostatnim spotkaniu miałam wra­
żenie, jakbyśmy były oddzielone od siebie szybą. Czułam Twoją 
rezerwę, ostrożność, a może nawet nieufność, których dawniej 

w Tobie nie było. Trudno się temu dziwić. Po wszystkich tych 

okropnych doświadczeniach cały świat musiał wydawać Ci się; po­
dejrzany, nie wyłączając mnie. Kiedy człowiek natrafia na fałsz 
i kłamstwo tam, gdzie obiecano mu pomoc, zrozumienie i wyle­
czenie, jak ma zachować zaufanie do innych ludzi? Zwróciłam 
uwagę także na Twój sposób mówienia, bardzo różny od tego, 

okazało, były sfałszowane. W relacji z terapeutą emocjonalnie po­
zostałam na poziomie małej córeczki grzecznie trwającej przy mat­
ce w nadziei, że „zasłuży sobie" na powrót ojca, który w mojej 
wyobraźni właściwie nigdy nie umarł. Na moje nieszczęście trafi­
łam na człowieka, który wyspecjalizował się w optymalnym wyko­
rzystywaniu specyficznych cierpień swych pacjentów do własnych 
celów. Władzę nade mną dało mu stłumienie przeze mnie we wczes­
nym dzieciństwie uczucia smutku i bezradności. W czasie terapii 
obudził we mnie te uczucia, podsycał je i wielokrotnie wykorzystał. 

Podczas naszego spotkania przed sześcioma miesiącami nie 

potrafiłam Ci jeszcze tego wszystkiego opowiedzieć. Żal z powodu 

śmierci ojca odkryłam w sobie przecież dopiero po Twoim wyjeź­
dzie. Cieszę się, że mogłyśmy się znowu spotkać i że pomogłaś mi 
tym samym zrozumieć moją własną historię. Jestem niezmiernie 
rada, że mogłam napisać do Ciebie ten list. 

Serdeczne pozdrowienia, 

Twoja Helga 

background image

82 Ścieżki życia 

który znałam z przeszłości. Nie mówiłaś swobodnie i bezpośrednio, 

jak teraz w swoim liście, lecz używałaś stereotypowych zwrotów. 

Już samo to pokazuje, że Twój terapeuta (którego nazwiska, co 
bardzo znamienne, nie podajesz), również pod tym względem po­
dobny jest do innych guru, których liczba w dzisiejszym świecie 

stale wzrasta. Jak Ci mówiłam, zajmuję się ostatnio bardzo dużo 
problemem sekt. Skłoniła mnie do tego lektura książki Carol L. Mit-

hers

6

, która opisuje historię pewnej sekty w latach siedemdziesią­

tych. Chciałabym opowiedzieć Ci o tym szerzej, żebyś zobaczyła, 

jak wykorzystano cierpienia innych ludzi. Guru cierpią nie mniej 

niż ich ofiary, ale nie chcą się do tego przyznać. Udają coś przed 

swymi ofiarami i każą się im za to podziwiać. Czy słyszałaś kiedyś 
o Feeling Therapy, o której głośno było w naszym mieście dwa­
dzieścia pięć lat temu? Byłaś wtedy jeszcze dzieckiem, a ja nasto­
latką. W tamtym czasie nie interesowały mnie problemy związane 
z terapią. Niedawno dowiedziałam się na ten temat więcej szcze­
gółów i chcę Ci o tym opowiedzieć, tym bardziej że widzę wiele 
zbieżności z Twoimi doświadczeniami. 

Książka Artura Janova The Primal Scream [Pierwotny krzyk] 

zafascynowała pod koniec lat sześćdziesiątych wielu młodych lu­
dzi. Jego pacjenci twierdzili, że uwolnili się od swych dolegliwości 
dzięki temu, że w czasie terapii pozwalali odżyć uczuciom stłu­
mionym w dzieciństwie. Po ukazaniu się książki bardzo wielu 
ludzi zwróciło się do Janova o pomoc. Niestety, nie był w stanie 
przyjąć wszystkich jako pacjentów. W 1970 roku przed osobami, 
które nie miały szczęścia być przyjęte przez Janova, otworzyły się, 

jak się wydawało, inne możliwości. Dwóch młodych psychotera­

peutów po krótkim i nie ukończonym szkoleniu w Instytucie Te­
rapii Prymarnej Janova otworzyło w Los Angeles własny ośrodek 
terapeutyczny. Nazwali go Feeling Therapy. Obaj posiadali dyplo­
my akademickie i byli popierani oraz polecani przez znanych psy­
chologów, takich jak Carl Rogers i Eugene Gendlin. Ich celem 
miała być terapia prymarna w mniej autorytarnym wydaniu niż 

6

 Carol Lynn Mithers, Therapy Gone Mad, The True Story Hundreds 

of Patients and A Generation Betrayed, Addison - Wesley, 1994. 

background image

Helga — jak się wzbogacić na cudzych łzach

 83 

u Janova. Od swego dawnego nauczyciela przejęli jednak tak zwa­
ną „bazę", to znaczy trzytygodniową bardzo intensywną fazę wstę­
pną, która prowadzi do nagłego demontażu mechanizmów obron­
nych, do krańcowej regresji i zależności pacjentów. W ten sposób 
tworzyli od samego początku struktury władzy, których ofiarą w 
końcu sami padli. Ich licząca około dwustu osób grupa terapeu­
tyczna przekształciła się w krótkim czasie we wspólnotę kultową. 
Odizolowała się od otoczenia i werbowała ciągle nowych członków, 
którzy dzięki „bazie" i następującej po niej terapii również stawali 

się jej zwolennikami. Ośrodek prosperował znakomicie. Utworzono 

filie w Bostonie, Montrealu i na Hawajach. Założyciele ośrodka 

awansowali do roli gwiazd rozchwytywanych przez media. W licz­
nych wywiadach, których udzielili, twierdzili, że ich teoria dała 
im możliwość przekształcenia świata w raj, a ludzi w istoty wra­
żliwe, spokojne i odpowiedzialne. Do ośrodka zgłaszało się coraz 
więcej ludzi, a majątek terapeutów stale się powiększał. 

Wśród chętnych do osiągnięcia obiecywanej „pełni szczęścia" 

dzięki Feeling Therapy znajdowali się także wielcy przedsiębiorcy. 
Gdy stawali się pacjentami, potrafiono skłonić ich do wielkodusz­
ności, w wyniku czego przekazywali swe przedsiębiorstwa na włas­
ność ośrodka. Zatrudniano ich potem jako pracowników z wyna­
grodzeniem miesięcznym od 400 do 600 dolarów, a pracowali na 
nie od piątej rano do późnego wieczora. Po pracy odbywały się 
obowiązkowe spotkania w grupie, w trakcie których rzekomo pod­

dawani byli terapii. W rzeczywistości musieli wysłuchiwać wyrzu­

tów z powodu swego złego zachowania i przyjmować polecenia, 
które trzeba było wykonać w wyznaczonym czasie. Na przykład 
małżeństwa, które „za bardzo" się kochały, zobowiązywano do od­
bywania co godzinę stosunku płciowego, aby małżonkowie mieli 
wreszcie siebie dosyć i mogli się bardziej poświęcić grupie i pracy. 
I na odwrót, osoby, które się nie lubiły, zmuszane były do utrzy­
mywania intymnych kontaktów. Najstraszniejsze jest to, że nikt 
nie sprzeciwiał się tym perwersyjnym poleceniom. Pacjenci bo­
wiem oczekiwali od terapeutów, co zupełnie naturalne, ratunku 
i pomocy, a terapeuci utwierdzali ich w tych oczekiwaniach przez 
dawanie im od czasu do czasu osobistego wsparcia. 

background image

84 Ścieżki życia 

Taką kombinację udawanej troskliwości i podstępnego wyko­

rzystywania pacjenci znali z czasów swego dzieciństwa, dlatego 
się przed tym nie bronili. To była przyczyna, dlaczego w nowych 
warunkach tak szybko potrafili wdrożyć się do posłuszeństwa. 
Roczny dochód ośrodka osiągnął w końcu kilka milionów dolarów. 
Pozwalało to nielicznej grupie uprzywilejowanych żyć w luksusie 
i zakupić ranczo, podczas gdy „gmin" — współczesna wersja nie­
wolników — harował do całkowitego wyczerpania. Jeden z zało­
życieli opuścił wspólnotę po kilku latach. Nie zrobił jednak nic, 

aby otworzyć oczy jej członkom. W milczeniu zdystansował się od 
działań ośrodka, a nikt go nie zapytał, dlaczego to zrobił. Człon­
kowie wspólnoty żyli jak w hipnozie. 

Większość z nich pochodziła z warstw średnich. Byli to inteli­

gentni, myślący ludzie, często z dyplomami akademickimi. Przy­
puszczalnie jednak żaden z nich nie starał się stamtąd wyrwać. 
Ten fakt skłonił mnie do zajęcia się szerzej problemem sekt. Za­
częłam coraz więcej czytać na ten temat. Chciałam zrozumieć, jak 
działa obecnie mechanizm przekształcania ludzi w niewolników. 
W ten sposób odkryłam, że wraz z powrotem do stanu dziecięcej 
bezradności pacjenci albo całkowicie tracą zdolność krytycznego 
myślenia, albo też kierują ją wyłącznie przeciw sobie samym. 

Dopiero po dziewięciu latach wyszło na jaw, że guru wykorzystał 

wszystkie darowizny na rzecz wspólnoty, aby rozbudować swoje ran­
czo. Kiedy poszkodowani zrozumieli, że w najlepszej wierze finan­
sowali jego młodzieńcze marzenie o życiu kowboja, ogarnęło ich obu­
rzenie i wreszcie się zbuntowali. Jak gdyby w hermetycznie zam­
kniętym ośrodku otworzyło się okno i świeże powietrze wtargnęło 
do wnętrza. Udowodnienie przestępstwa nie było trudne dzięki wy­
ciągom bankowym. Wszystko rozsypało się jak domek z kart. 

Do głosu mogło wreszcie dojść przeczucie tłumione systematycz­

nie przez całe lata. Nagle członkowie wspólnoty, których dotych­
czas ściśle kontrolowano, musieli zrozumieć, że choć przyszli do 
ośrodka po to, by poznać, co rzeczywiście czują, to zupełnie świa­
domie broniono im dostępu do ich prawdziwych, aktualnych uczuć, 
ponieważ ostatnią rzeczą, której potrzebowali terapeuci, była zdol­
ność trzeźwego osądu u ich pacjentów. 

background image

Helga — jak się wzbogacić na cudzych łzach

 85 

Zobaczyli wreszcie, że z jednej strony podsycano w nich stale 

bardzo krytyczne uczucia wobec rodziców, z drugiej natomiast 
w wyrafinowany sposób uniemożliwiano im odkrycie tego, jak bar­
dzo są teraz wykorzystywani i dręczeni. Uświadomili sobie, że 
w czasie zajęć grupowych opowiadali najbardziej intymne szcze­
góły o swym dzieciństwie i życiu seksualnym, lecz nigdy nie doszły 
w nich do głosu prawdziwe uczucia i myśli na temat postępowania 
ich terapeutów. Nigdy nie zdarzyło się, żeby rozmawiali o tym 
z innymi członkami grupy. Życie pacjentów podlegało ścisłej kon­
troli. Pacjentki zmuszano nawet do usuwania ciąży. Pozbawianie 
snu, dziwaczne diety i upokarzające kary były na porządku dzien­
nym. Procesy przeciwko siedmiu głównym terapeutom ciągnęły 
się przez ponad cztery lata. Wszyscy prócz jednego uważali się za 
niewinnych. Twierdzili, że nikomu nie zaszkodzili. W niektórych 
przypadkach po prostu byli zmuszeni sięgnąć po „radykalne środ­
ki", żeby „chronić pacjentów przed nimi samymi". Wnieśli nawet 
skargę o zniesławienie, ale na nic im się to nie zdało. W końcu 
odebrano im prawo wykonywania zawodu. Dla pacjentów zasą­
dzono znaczne odszkodowania. Minęło jednak dużo czasu, zanim 
udało im się przezwyciężyć skutki indoktrynacji. Większość z nich 
musiała znowu przejść przez długotrwałą terapię. 

Wynaturzenia tego rodzaju nie są jednak specjalnością Los 

Angeles. Można je spotkać na całym świecie. Szczególnie podatny 
grunt dla nich tworzą regresywne formy terapii. Człowiek, który 
w nagły sposób powraca do dziecięcej zależności, nie jest w stanie 
uporać się ze swymi traumatycznymi przeżyciami z dzieciństwa. 
Tego potrafi dokonać jedynie człowiek dorosły i to przy pomocy 
terapeuty, który wspiera rozwój jego samodzielności, zamiast tłu­
mić jego świadomość i utrzymywać go w dziecięcej zależności od 
siebie. Taka zależność przygotowuje grunt dla iluzji, że guru może 
dać dorosłemu człowiekowi wszystko to, czego nie dała mu matka: 
rozpoznanie siebie w jej oczach, zrozumienie i bezwarunkową mi­
łość. Matka, która od początku była silnie związana ze swoim 
dzieckiem, jest w stanie wczuć się całkowicie w jego potrzeby. 

Lecz nadzieja, że braki te mogą zostać nadrobione przez guru, jest 
złudna. Prowadzi jedynie do uzależnienia od obietnic, które nigdy 

background image

86 Ścieżki życia 

nie będą mogły zostać spełnione. Członek sekty nie jest bowiem 
niemowlęciem, a guru nie jest jego matką. Mimo to iluzja ta ciągle 

jeszcze żyje w wielu sektach i religiach. 

Przekształcenie się ośrodka terapeutycznego w grupę kultową, 

której członkowie kontrolowani są całkowicie dzień i noc, może 
kojarzyć się na pierwszy rzut oka ze scenariuszem kiepskiego 
horroru. Jednak okropna historia Feeling Therapy posiada obszer­
ną dokumentację i odzwierciedla zjawisko bardzo dobrze znane 
badaczom problemu sekt. 

Być może w Twoim cierpieniu pomoże Ci świadomość, że nie 

jesteś jedyną osobą, która przez to musiała przejść i potrafiła 

wyzwolić się od zależności. 

Najserdeczniejsze pozdrowienia, 

Twoja Michelle 

Kochana Michelle! 

Dziękuję za Twój list i informacje o sekcie z Los Angeles. Przez 
chwilę poczułam znowu wściekłość, choć sądziłam, że teraz już 
nie tak łatwo dam się wyprowadzić z równowagi. Od dawna wiem 
oczywiście, że nie jestem jedyną osobą, której przydarzyło się coś 
takiego. Niestety, wiem równie dobrze, jak bardzo indoktrynacja 
potrafi zniszczyć osobowość człowieka. Kiedy pierwszy raz przy­
szło mi do głowy, że mogę mieć do czynienia z oszustem, zaczęłam 
szukać ludzi, którzy mieli z nim kontakt już wcześniej. Opowiadali 
mi rzeczy, które wywołały we mnie odrazę, sami jednak nie wy­
dawali się tym zbytnio poruszeni. 

Spotkałam się też znowu z Barbarą, lecz ona nie była zdolna 

zrozumieć żadnej myśli, która nie pochodziłaby od niego. Wyda­
wało się, że zdania, które wypowiadała, nie powstały w jej umyśle. 
To było niesamowite uczucie. Być może Ty odniosłaś podobne wra­
żenie, kiedy spotkałaś mnie przez sześcioma miesiącami. Jeszcze 

background image

Helga — jak się wzbogacić na cudzych łzach

 87 

teraz przechodzi mnie zimny dreszcz, gdy pomyślę o moim spot­
kaniu z Barbarą. 

Lecz prócz deprymujących spotkań, miałam także takie, które 

dodały mi otuchy. Spotkałam kobiety, którym podobnie jak mnie 
udało się zbiec z haremu i znaleźć pomoc. Należy do nich Laura, 
z którą wymieniłyśmy doświadczenia. Stwierdziłam wtedy, że ten 
mężczyzna kazał nam jeszcze płacić za to, że nas wykorzystywał. 
Zachęcał mnie do pisania tekstów na różne tematy, na przykład 
o problemie narkotykowym, młodocianych uciekinierach itd., a po 
dokonaniu niewielkich zmian prezentował je Laurze jako własne. 
To samo robił z tekstami Laury o symptomach pewnych chorób. 
W ten sposób zdobywał nasze zaufanie do jego kompetencji i nasz 
podziw dla jego wielostronności. Można by to uznać za niewinny 
objaw próżności lub hochsztaplerstwo, gdyby sprawy nie zaszły 

jeszcze dalej. Za jego czas poświęcony lekturze moich tekstów mu­

siałam mu mianowicie zapłacić. Kazał sobie zapłacić za każdą 
godzinę, więc moje koszty wzrosły do kilku tysięcy dolarów. Po­
dobnie postępował z Laurą, która była osobą majętną. 

Nawiasem mówiąc, Barbara nie była wcale zaszokowana, gdy 

jej o tym opowiedziałam. Twierdziła, że nie potrzebował tych pie­

niędzy dla siebie, ale dla „sprawy", aby móc udzielić pożyczki 
ludziom, których nie było stać na to, żeby podjąć u niego terapię. 
Prawdy w tym było tyle, że terapeuta przyjmował nie tylko boga­
tych pacjentów. Tym mniej zamożnym proponował pożyczki, które 
mieli spłacać, pracując dla niego. Ponieważ terapia praktycznie 
trwała bez końca, nigdy nie udawało im się tych pożyczek spłacić. 
To pogłębiało tylko ich zależność. Większość z nich gorąco go po­
pierała i wychwalała jego wielkoduszność. Ludziom tym nie przy­

szło nawet do głowy, że stali się w jego rękach przedmiotami, 
nabytymi za bardzo korzystną cenę. 

Pamiętam, że po otrzymaniu od niego wygórowanych rachun­

ków poczułam lekkie niezadowolenie. Zignorowałam je jednak, mó­
wiąc sobie: Cóż znaczą pieniądze w porównaniu z tym, że ktoś 
wreszcie traktuje poważnie moje myśli, moje pomysły i pomaga 
mi je ujawnić. Muszę Ci się przyznać, że przez pewien czas sama 
proponowałam mu pieniądze, zawsze w nadziei, że również zaan-

background image

88 Ścieżki życia 

gazuje się w działalność na rzecz opieki społecznej i wesprze re­
alizację moich pomysłów dotyczących możliwości reform w tej dzie­
dzinie. 

Jako nastolatka, mniej więcej w wieku piętnastu lat, zaczęłam 

pisać wiersze i krótkie opowiadania, którymi się w mojej rodzinie 
nikt nie interesował. Matka mówiła zawsze, że to brednie i strata 
czasu, choć wcale ich nie znała, bo nigdy nie znalazła czasu, aby 

je przeczytać. Od czasu, kiedy zaczęła kpić sobie z mojego pisania 

w obecności jednej z kuzynek, nigdy już nie próbowałam go ko­
mukolwiek pokazać. Za bardzo obawiałam się zranienia przez nie­

zrozumienie i sarkazm. Tak więc pisanie przez długi czas było moją 
tajemnicą. Nie zdradziłam jej nawet Tobie, mimo że bardzo bola­
łam nad tym, że nie mogę się nią z nikim podzielić. 

Kiedy mój terapeuta zaproponował mi, że uważnie przeczyta 

moje teksty i powie, co o nich sądzi, byłam bardzo szczęśliwa 
i odczuwałam dla niego ogromną wdzięczność. Pieniądze nie od­
grywały przy tym żadnej roli. W ówczesnym stanie mojej świado­
mości nie potrafiłam zrozumieć, że ten kredyt będę musiała kiedyś 
spłacić razem z odsetkami. Moim najgorętszym pragnieniem, któ­
rego nie udało mi się zaspokoić w dzieciństwie, było znalezienie 
osoby, która podzielałaby moje duchowe zainteresowania i moje 
zaangażowanie. Później jednak spostrzegłam, że zainteresowanie 
terapeuty zagadnieniami społecznymi było udawane. Chciał po 
prostu jak najlepiej poznać moją aktualną sytuację i historię mo­

jego życia, aby móc wyciągnąć z tego jak największą korzyść dla 

siebie. Udało mu się to pod wieloma względami. 

Dopiero w trakcie długiej rozmowy z Laurą obie odczułyśmy, 

jak bardzo upokarzający był dla nas fakt, że go opłacałyśmy. To 

umniejszało wartość naszych osiągnięć i utwierdzało w przeko­
naniu, że lektura naszych tekstów jest dla naszego terapeuty 
bardzo uciążliwym zajęciem, choć w rzeczywistości czerpał z tego 
korzyści. Wszystko to, co ja robiłam dla niego, było bezpłatne. 
Tej nierówności w relacji między nami nigdy nie kwestionowa­
łam, bo postrzegałam go jako matkę z perspektywy dziecka, któ­
re w sposób oczywisty robi dla matki wszystko, nie oczekując 
za to zapłaty. 

background image

Helga — jak się wzbogacić na cudzych łzach

 89 

Zapytasz zapewne, jakie świadczenia przyjmował ode mnie. 

Szczegóły przypomną Ci zapewne to, co opisałaś w liście o Feel­

ing Therapy. Także w innych sektach obliguje się członków do 
bezpłatnych świadczeń pod pretekstem, że pomoże im to prze­

zwyciężyć własny egoizm i nauczy pracy dla dobra wspólnoty. 

Ludzie ci są ustawicznie przeciążeni, żyją w wiecznym stresie 
i cierpią z powodu chronicznego zmęczenia. W tym stanie są zu­
pełnie niepodatni na krytyczne myśli. Jest to bardzo na rękę 
ludziom kierującym sektą, dlatego też zasypują oni bez przerwy 

jej dobrze wykształconych członków zleceniami, które im impo­

nują, lecz często doprowadzają na skraj kompletnego wyczer­
pania. 

W moim wypadku chodziło o prace najróżniejszego rodzaju. 

Wszystkie jednak wymagały dużo czasu i energii. Załatwiałam 
niekiedy jego korespondencję, uprościłam sposób prowadzenia kar­
totek, unowocześniłam organizację całego biura, robiłam tłuma­

czenia i wiele innych rzeczy. Prócz tego odwiedzałam trzy chronicz­

nie chore kobiety i prowadziłam z nimi rozmowy terapeutyczne. 
Wszystkie miały ograniczoną możliwość poruszania się i nie były 
w stanie wychodzić z domu. Nie miałam wtedy pojęcia, że chodziło 

o ofiary jego „cudownych terapii", których obecny stan chciał utrzy­
mać w tajemnicy tak dalece, jak to tylko było możliwe. Ponieważ 
miałam duże doświadczenie w pracy w opiece społecznej, uznał, 
że dla mojego rozwoju niezmiernie ważne jest, abym bezpłatnie 
zajęła się opieką nad innymi ludźmi. O tym, że tym poszkodowa­
nym kobietom kazał płacić sobie za moje wizyty, dowiedziałam 
się dopiero później. Poczułam się wtedy ogromnie upokorzona, 
ogromnie głupia. Zdałam sobie nagle sprawę, jak różne rzeczy 
pozwalałam ze sobą zrobić, goniąc za zaspokojeniem moich dzie--
cinnych potrzeb. Niezmiernie wstydziłam się i nikomu o tym nie 
opowiedziałam. Bałam się, że każdy powie: Jak mogłaś być tak 
bezdennie głupia? Ale z Twojej strony się tego nie obawiam. Po 
tym jak opisałaś mi mechanizm funkcjonowania Feeling Therapy, 
mogę Ci opowiedzieć o najdrobniejszych szczegółach. Wiem, że nie 
będziesz mną pogardzać, bo dobrze rozumiesz, jak mechanizm ten 

działa. 

background image

90 Ścieżki życia 

Myślę, że wielu poszkodowanych wstydzi się, iż pozwolili się 

tak wykorzystać. A ten fałszywy wstyd powoduje, iż w dalszym 

ciągu pozostają ofiarami. Wstyd powstrzymuje na przykład byłych 
członków sekt przed dokładnym przedstawieniem sposobów ma­
nipulacji, które wobec nich stosowano. Jeśli już składają zeznania 

przed sądem, to tak mało w nich jest szczegółów, że nie wystar­
czają, żeby stanowić podstawę oskarżenia. Dzięki wstydowi po­

szkodowanych sprawcy mogą bezkarnie kontynuować swoją de­
strukcyjną działalność. Zdając sobie z tego sprawę, starałam się 
nie zapomnieć o tym, co mi się przydarzyło, lecz spróbować zro­
zumieć wszystkie tego aspekty. Po wymianie doświadczeń z Laurą 
nie byłam wprawdzie jeszcze duchowo wyzwolona jak obecnie, ale 
zrobiłam coś, z czego jeszcze dzisiaj bardzo się cieszę. Wystawiłam 
mianowicie mojemu eks-terapeucie rachunek za moje usługi. Dob­
rze wiedziałam, że nigdy go nie zapłaci, że całkowicie go zignoruje, 
i tak się też stało. Ale aby uratować poczucie własnej godności, 
musiałam po prostu wyliczyć wszystkie moje prace i ocenić ich 

wartość. Kiedy zobaczyłam, ile pieniędzy jest — i oczywiście po­
zostanie — mi winny, poczułam się od razu lepiej. Wystawienie 
tego rachunku było dla mnie równoznaczne z powiedzeniem mu: 
Żądam mojego honorarium, bo nie jestem już dzieckiem, które 
można w dowolny sposób oszukiwać i wykorzystywać. 

Nie jestem w stanie zmienić faktów. Nigdy nie będę mogła 

cofnąć tego, że w dzieciństwie byłam wykorzystywana i zwodzona 
przez ludzi, którym ufałam, a teraz także przez mojego terapeutę. 
Wiem jednak, jakie pozostawiło to ślady na mojej psychice. Spo­
wodowało między innymi, że nisko oceniałam siebie i swoją pracę. 
Wszystko, co robiłam dla innych, nie miało w moich oczach żadnej 
wartości, ponieważ nigdy nie było przez nich doceniane. Na próżno 
ubiegałam się o zdobycie uznania mojej matki, a potem harowa­
łam jak niewolnica dla mojego terapeuty i pozwalałam mu się 
wykorzystywać. W końcu uświadomiłam sobie własne zachowanie. 
Sądzę jednak, że oddawanie przysług osobom, które lubię, będzie 
mi mimo wszystko sprawiało radość. 

Wystawiając rachunek, skończyłam jednak raz na zawsze z moim 

dawnym modelem postępowania. Skończyłam z rolą wiecznej słu-

background image

Helga — jak się wzbogacić na cudzych łzach

 91 

żebnicy i zrozumiałam, że chociaż tragiczne dzieciństwo pozostawia 

na psychice ślady w postaci małego poczucia własnej wartości, to 

jako ludzie dorośli jesteśmy w stanie to zmienić. Już samo zrozu­

mienie naszych możliwości osłabia w nas przymus powtarzania daw­
nych zachowań. Stwierdzamy, że byliśmy wykorzystywanymi dziećmi, 
pacjentami lub członkami sekt, że stan ten należy już do przeszłości. 

Natomiast guru i przywódcy nie są w stanie zrobić tego kroku, 

bo muszą pozostać na szczycie bez względu na cenę. Dlatego ze 
wszystkich sił zapierają się faktu, że byli kiedyś ofiarami. Sięgają 
po władzę, szafują obietnicami szczęścia, nakładają różne maski, 

często posuwając się także do oszustw finansowych. 

Także oni próbują na swój sposób uwolnić się od dręczącej ich 

spuścizny swego dzieciństwa, ale jak długo robią to kosztem in­
nych, nigdy nie osiągną wewnętrznej wolności. W gruncie rzeczy 
powtarzają to, co robili z nimi rodzice, często w znacznie szerszym 
zakresie. Osoba, która uświadamia sobie fakt, że była wykorzy­
stywana, nigdy nie będzie uciekać na pozycje władzy. Kiedy uda 

jej się uporać ze swymi traumatycznymi przeżyciami, potrafi uwolnić 

się od wewnętrznego przymusu i nawiązać prawdziwy kontakt 
z partnerem i przyjaciółmi. 

Przez długi czas dręczyła mnie myśl, że poleciłam tego tera­

peutę moim dwom koleżankom. Wtedy wierzyłam jeszcze w jego 

szlachetność tak bardzo, jak bardzo one wierzą w nią dzisiaj. Te­

raz wiem, że do tej „sekty" należą kobiety, które od lat już tkwią 
w tej tragicznej pułapce, nie zdając sobie z tego sprawy nawet w 
najmniejszym stopniu. 

Jego zwolennicy, wielbiciele i ofiary wybierają to, na co pozwa­

lają im ich własne przeżycia. Przestałam czuć się odpowiedzialna 
za przyszłość moich koleżanek, kiedy stwierdziłam, że widziałam 
w nich małą bezradną Helgę, która chciała za wszelką cenę kochać 
swoją matkę i nie potrafiła właściwie ocenić własnej sytuacji, po­
nieważ nie miała żadnego oparcia. W gruncie rzeczy chciałam 
pomóc tej małej Heldze, kiedy próbowałam rozmawiać z Barbarą 
i innymi uzależnionymi kobietami. 

Teraz raz na zawsze skończyłam z tą „autoprojekcją". Już nie 

jestem sama. Mam kontakt z Brigit i z Tobą. Twoja obecność 

background image

92 Ścieżki życia 

i Twoje listy sprawiły, że udało mi się okazać Ci moje uczucia, że 
nie zamykam się już w mojej samotności i potrafię zaufać ludziom, 
którzy są mi naprawdę życzliwi. Serdecznie Ci za to dziękuję. 
Jako dziecko nie miałam wyboru, żadnej alternatywy dla mojej 
samotności. Dzisiaj jest inaczej. Udało mi się pomóc sobie, kiedy 
tylko gotowa byłam spojrzeć prawdzie w oczy. Ciekawe, że w cza­
sie mojej rzekomej terapii zaczęłam odczuwać objawy migreny 
ocznej. Występowały zawsze wtedy, gdy zmuszałam się do tolero­
wania zachowań terapeuty, tłumiąc w sobie jednocześnie uczucie 
niezadowolenia. Od kiedy jednak pozwalam dojść do głosu moim 
prawdziwym uczuciom, objawy te zniknęły bez śladu. 

Serdeczne pozdrowienia, 

Twoja Helga 

Kochana Helgo! 

Bardzo dziękuję za Twój długi list. Dał mi dużo do myślenia. 
Uświadomiłam sobie, że najczęściej zauważany jest jedynie fakt 
wykorzystywania finansowego. Budzi też największe oburzenie, 
bo ten rodzaj wykorzystywania daje się najprościej udowodnić i naj­
łatwiej rozumieją go inni. Ilustruje to historia Feeling Therapy. 
To, o czym Ty piszesz, ma jednak o wiele szerszy wymiar. Próbo­
wałaś sobie odpowiedzieć na pytanie, jak te przeżycia wpłynęły 
na Twoje życie emocjonalne. Dzięki tym osobistym poszukiwaniom 
odkryłaś coś, co dotyczy przypuszczalnie wielu osób o podobnych 
doświadczeniach oraz dzieci, a mianowicie uczucie upokorzenia 
i umniejszania wartości. Szczególnie niebezpieczne jest to w wy­
padku dzieci, bo najczęściej powoduje, że jako ludzie dorośli nie 
potrafią właściwie ocenić własnej wartości i cierpią z powodu poczu­
cia niższości. 

Brak poczucia własnej wartości próbują więc zrekompensować 

sobie w najróżniejszy sposób, kosztem bliźnich lub dzięki szcze-

background image

Helga — jak się wzbogacić na cudzych łzach

 93 

gólnym osiągnięciom, ustawiając poprzeczkę coraz wyżej, ponie­
waż nie są również w stanie ocenić wartości własnych dokonań. 
Dlaczego jedni wybierają drogę destrukcyjną, inni natomiast auto-
destrukcyjną, tego nie potrafię powiedzieć, ale to, co piszesz, cał­
kowicie mnie przekonuje. Dopiero dzięki zaakceptowaniu faktu, 
że byliśmy kiedyś ofiarami, staje się możliwe ostateczne zaprze­
stanie zabawy w prześladowcę i ofiarę, bez względu na to, którą 
z ról przy tym odgrywaliśmy. 

Gdyby Twój terapeuta potrafił zrozumieć, co robi i przyznać 

się do tego przed swymi ofiarami, wtedy także mógłby rozpocząć 
nowe życie. Ale związki pomiędzy nim a jego ofiarami są tak 
szczególnego rodzaju, że nawet najmniejsza próba przyznania się 
do winy stanowiłaby dla niego przypuszczalnie ryzyko wywołania 
lawiny oskarżeń ze strony ludzi, którym nagle pozwolono na to, 
by spojrzeli prawdzie w oczy. To zrozumiałe, że nie chce podejmo­
wać takiego ryzyka. Dlatego będzie próbował wszelkimi sposobami 
prowadzić dalej swoją działalność, będzie usiłował wpędzać kry­
tykujących go pacjentów w psychozę i być może uda mu się nawet 
osiągnąć jeszcze większy sukces finansowy. Będzie tak, dopóki 
istnieć będzie na tym świecie zapotrzebowanie na guru. 

A istnieć będzie przypuszczalnie jeszcze przez długi-czas, ponie­

waż wielu jest ludzi, którzy nigdy nie doświadczyli miłości i dlatego 
nie są zdolni do odkrycia oszustwa, których guru się wobec nich 

dopuszcza. To, że Tobie się w końcu to udało, zawdzięczasz przypu­
szczalnie temu, że Ty sama jednak miłości doświadczyłaś, choć było 

jej tak niewiele. Kochali Cię Twój ojciec i Twoja ciotka. Człowiek, 

który w dzieciństwie nie doświadczył ani odrobiny miłości, nie byłby 
w stanie zrozumieć tego, co udało się zrozumieć Tobie. Wprawdzie 

jako dziecko cierpiałaś bardzo z tego powodu, że matka usiłowała 

stłumić Twoją prawdziwa naturę, ale na szczęście nikt nie znęcał 
się nad Tobą fizycznie. Twoje cierpienie psychiczne doprowadziło 
Cię do człowieka, który Cię wykorzystał, ale w Twoim dzieciństwie 
musiało być również coś, co widocznie dało Ci szansę uwolnienia 
się w końcu od niego. Jest jednak z pewnością wielu ludzi, którzy 

tej szansy nie otrzymali. Tacy ludzie nie są zdolni do tego, aby bez 
pomocy z zewnątrz wyrwać się ze szpon sekty. 

background image

94 Ścieżki życia 

To, co napisałaś, umacnia mnie w przekonaniu, że dla pacjentów 

poszkodowanych wskutek terapii olbrzymie znaczenie ma spotka­
nie człowieka, który potwierdzi ich własne spostrzeżenia. 

Pomaga im to przejść przez najgorsze. Nieważne, czy stanie 

się to w trakcie nowej terapii, w kręgu przyjaciół, czy też w spe­
cjalistycznej poradni. Najważniejsze, aby taki pacjent mógł szcze­

rze opowiedzieć o wszystkim, co mu się przydarzyło, a druga osoba 
nie zmuszała go do szukania przyczyn jego zaburzeń jedynie w po­
stawach rodziców z dzieciństwa. Z zaistniałą sytuacją zmierzyć 
się można bowiem jedynie tu i teraz. 

Dziecko tego nie potrafi. W czasie mojej pracy w Peru poczy­

niłam wiele interesujących obserwacji, o których opowiem Ci bar­

dzo chętnie, kiedy się spotkamy. Indianie, z którymi pracuję, są 
niezmiernie podatni na idee, które w naszej kulturze ciągle jeszcze 
wywołują wielki sprzeciw. Wśród moich kolegów po fachu, peda­
gogów społecznych, często spotykam się z poglądami, które osobi­
ście uważam za przestarzałe. Dlatego jestem niezmiernie rada, że 
tak dobrze mogę się z Tobą porozumieć na temat roli dzieciństwa 
w życiu człowieka. 

Również moje doświadczenia z ostatnich lat wskazują na to, 

że ze skutkami traumatycznych przeżyć z dzieciństwa uporać się 
można wówczas, gdy przezwycięży się szok przeżywany aktualnie. 
Te skutki polegają, jak piszesz, na całkowitej blokadzie emocjo­
nalnej, wyrażającej się w ciągłym lęku, przymusie milczenia i braku 
odwagi. W zupełności zgadzam się z Tobą, że jeżeli osoba dorosła 
pokona ten lęk, nie będzie odczuwała już wewnętrznego przymusu 
powrotu do dawnego modelu zachowania, do pogrążania się w bez­
radności, rozpaczy i milczeniu. Bezsilna złość dziecka daje o sobie 
znać zapewne tylko wówczas, gdy osoba dorosła dobrowolnie po­
zwoli na odtworzenie takiej zależności, w jakiej zmuszona była 
żyć w dzieciństwie. Ty tak długo musiałaś płakać w obecności 
Twojego terapeuty i nie potrafiłaś znaleźć wyjścia z tej sytuacji, 
bo czułaś się po prostu jak małe dziecko, które takiego wyjścia 
rzeczywiście nie ma. Zdegradowana emocjonalnie do poziomu dziec­
ka nie byłaś w stanie odkryć, jak świetny interes robił terapeuta 
na Twoich łzach. 

background image

Helga — jak się wzbogacić na cudzych Izach

 95 

Dziecko nie ma możliwości znalezienia świadków wyrządzanej 

mu krzywdy. Jeśli ma pecha, zostaje ze swym cierpieniem zupeł­
nie samo. Może najwyżej zwierzyć się dalszym krewnym, ale oni 
zazwyczaj nie są skłonni wystąpić otwarcie przeciwko rodzicom. 
Osoba dorosła ma natomiast wiele możliwości znalezienia odpo­
wiednich słuchaczy. Już od dawna wiadomo, że aby przezwyciężyć 
szok, nie należy bynajmniej starać się o nim jak najszybciej za­
pomnieć, jak to wcześniej zalecano. Trzeba przede wszystkim od­
czuć w całej rozciągłości, jakie miał on dla nas znaczenie. Milcze­
nie jest największym wrogiem poszkodowanych ludzi. 

Nie był to bynajmniej przypadek, że Freud uznał objawy pa­

raliżu u swych pierwszych histerycznych pacjentek za skutek na­
rzuconego im milczenia. U kobiet cierpienie psychiczne pociąga 

za sobą często dolegliwości fizyczne, takie jak paraliż, zaburzenia 
mowy. Wymowa tych objawów może być mniej więcej taka: „Je­
stem zmuszona do milczenia, nie wolno mi okazać mojej złości, 

nie wolno mi nawet wiedzieć, na kogo jest skierowana, muszę 
wierzyć w to, co mi mówią, nie wolno mi nikogo zdradzić, muszę 
pozostać bez ruchu, aż ta złość mnie w końcu zabije". Znam ko­
biety, które rozchorowały się fizycznie, ponieważ nie były w stanie 
przełamać się i oskarżyć terapeuty o wykorzystywanie seksualne, 
którego doświadczały. A kiedy już za późno było na wniesienie 

oskarżenia, sytuacja stawała się dla nich nie do zniesienia i właś­
nie wtedy popadały w chorobę. 

Strach przed mówieniem jest tak silny, ponieważ jego korzenie 

tkwią w dzieciństwie. Pokonać go można jednak jedynie tu i teraz. 
Pomóc tu może właściwie przeprowadzona terapia grupowa. Prze­
łamanie milczenia dla wielu dzieci było rzeczywiście równoznacz­
ne z wystawieniem się na śmiertelne niebezpieczeństwo. Dla osób 
dorosłych takie niebezpieczeństwo pojawia się jedynie w syste­
mach totalitarnych, do których zaliczyć należy także niektóre sek­
ty. Bazują one na dawnych zasadach wychowawczych, które człon­
kom sekt znane są aż nazbyt dobrze z ich własnego dzieciństwa. 
Na tych zasadach bazują również niektóre terapie. W takich przy­
padkach wszelkie przejawy krytyki ze strony pacjentów odnoszące 

się do terapeuty są przez niego interpretowane jako projekcja ich 

background image

96 Ścieżki życia 

odczuć z dzieciństwa i dlatego z góry odrzucane. Zdolność po­
strzegania pacjentów, jak sama wiesz najlepiej, do tego stopnia 
poddana jest manipulacji, że nie mają oni już odwagi wierzyć włas­
nym spostrzeżeniom, a w końcu zaczynają się ich wręcz obawiać. 

Taka mentalna manipulacja może mieć katastrofalne skutki 

dla zdrowia psychicznego człowieka, lecz niekoniecznie musi się 
odbić na jego zdrowiu fizycznym. Oprócz manipulacji mentalnej 
istnieje jednak także manipulacja emocjonalna, która ma bardzo 
duży wpływ na ciało człowieka. Moim zdaniem to właśnie ona leży 
u podstaw wszelkich „cudownych uzdrowień". Są ludzie posiada­

jący tzw. „charyzmę", to znaczy szczególny dar manipulowania 

emocjami innych ludzi. 

Niektórzy z nich wykorzystują swój talent dla dobra innych, 

niektórzy zaś na ich zgubę, zależnie od własnych zasad etycznych 
i zainteresowań. Działania destrukcyjne podejmują ci, u których 
charyzma łączy się z manią wielkości i psychopatycznym charak­
terem. Takie uwarunkowania musiał posiadać widocznie Twój te­
rapeuta. Niestety, nie tylko on. Jest wielu takich ludzi, a ich liczba 
niestety stale się powiększa. 

Wyniki ankiety przeprowadzonej w USA

7

 dowodzą, że 30% czyn­

nych terapeutów nigdy nie konsultowało się z innym terapeutą. 
Oznacza to, że nigdy nie odczuli takiej potrzeby, a więc nie mieli 
wątpliwości co do słuszności swojego postępowania. Oczywiście są 
również rzetelni terepeuci, którzy ostrożnie szukają przyczyn cier­
pień swych pacjentów i pomagają im zintegrować uczucia. Jednak 
coraz więcej szarlatanów próbuje zrobić dobry interes na utrzy­
mywaniu pacjentów w stanie regresji. Początkowa euforia ucznia 
czarnoksiężnika z czasem jednak mija. Zwykle u pacjenta powoli 
zaczynają pojawiać się pewne skojarzenia i sprzeczności, z który­
mi samozwańczy terapeuta nie potrafi sobie poradzić. Próbuje więc 
zapanować nad pacjentem, posługując się indoktrynacją i mani­
pulacją. Przez pewien czas mu się to udaje. W wypadku pacjentek 

7

 C. J. Deutsch: „Professional Psychology: Research and Practice", 16, 

s. 305 - 315, w: Deutsch, C. J., A Survey of therapists' personal problems 
and treatment,
 1985. 

background image

Helga — jak się wzbogacić na cudzych łzach

 97 

Twoja Michelle 

często dochodzi do tego jeszcze wykorzystywanie seksualne, które 
również pozwala mu przez jakiś czas tuszować niepożądane kry­
zysy. 

Wygląda jednak na to, że działalności różnego rodzaju guru 

nie uda się tak łatwo ukrócić, bo po prostu istnieje na nich „popyt", 
choć kontakt z nimi w wielu wypadkach może skończyć się auto-
destrukcją. Jedyne, co możemy zrobić, to odkrywać mechanizmy, 
które się za tym kryją, bo ten „interes" bazuje na ludzkiej niewie­
dzy i naiwności. Wielu wyznawców znanych guru z lat siedem­
dziesiątych już dawno także stało się guru. Ich liczba rośnie w dal­
szym ciągu, ponieważ głębokie .zaburzenia emocjonalne występujące 
u niektórych dawnych pacjentów poszkodowanych wskutek terapii 
powodują, że oni sami także odczuwają wielką potrzebę wykorzy­

stywania innych ludzi. Istnieją koncepcje terapeutyczne, w któ­
rych prawda i fałsz powiązane są ze sobą tak ściśle, że laik nie 

jest po prostu w stanie tego rozpoznać i właściwie ocenić. Oczy­

wiście przezwyciężanie przeżyć z dzieciństwa stanowi bardzo waż­
ną część terapii. Jeżeli jednak obiecuje się pacjentowi całkowite 
wyleczenie — które zresztą nie jest możliwe — za pomocą ry­
tuałów i intensywnego powrotu do uczuć z dzieciństwa, to może 
mieć to katastrofalne skutki. Ty sama wiesz o tym aż nadto dobrze. 

Twoje przemyślenia wypływają z osobistych przeżyć, moje zaś 

są wynikiem fachowej lektury i pracy z uciekinierami z sekt. Na­
sze wnioski są jednak w bardzo dużym stopniu zbieżne. Chyba 
będziemy miały sobie jeszcze o wiele więcej na ten temat do po­
wiedzenia, kiedy się spotkamy. Myślę o tym z wielką radością! 

Wszystkiego najlepszego, kochana Helgo! Ciesz się swoją wol­

nością, którą w końcu udało Ci się jednak wywalczyć! 

background image

6. 

Gloria — mądrość serca 

Nancy i Luise studiowały razem socjologię w Princeton, 

w New Jersey. Po skończeniu studiów Luise wyszła za mąż za bi­

znesmena i urodziła cztery córki. Mieszkała ze swoją rodziną 

w wielkim domu w Rowayton, Connecticut. Nancy objęła katedrę 
na uniwersytecie w San Francisco. Była zafascynowana swoją pracą 
naukową, a w Kalifornii poznała ludzi, którzy, jak się wydawało, 
byli jej ideowo i duchowo bliżsi niż dawni znajomi z New Jersey. 

W pierwszych latach po studiach przyjaciółki telefonowały do 

siebie od czasu do czasu. Z biegiem lat jednak z powodu odległości 
i zupełnie odmiennego stylu życia ich stosunki bardzo się rozluź­

niły. Luise zajmowało przede wszystkim życie towarzyskie, Nancy 
interesowała się w coraz większym stopniu ruchem feministycz­
nym. Kiedy Nancy w końcu także wyszła za mąż i urodziła dziecko 
z zespołem Downa, ich kontakt zupełnie się urwał. To, że Luise 
nie starała się go podtrzymywać, nie było bynajmniej objawem jej 
nieczułości. Po prostu nie wiedziała, jak powinna się zachować, 
czuła się bezradna, niepewna i zakłopotana. 

Nie odważyła się spontanicznie zatelefonować do Nancy i za­

pytać, jak się czuje. Im dłużej z tym czekała, tym trudniej było 

jej się na to zdobyć. Sądziła, że przyjaciółka chce, aby pozostawio­

no ją w spokoju. Lecz czyż nie była to tylko wymówka? Czy to 
właśnie nie ona, Luise, była tą, która chciała zaoszczędzić sobie 
tego kontaktu w obawie, że będzie musiała słuchać zwierzeń, które 

ją przerastały? Nie była zupełnie pewna, czy chciała w ten sposób 

background image

Gloria — mądrość serca

 99 

chronić przyjaciółkę czy też samą siebie. Nie zrobiła jednak nicze­
go, by tę sytuację wyjaśnić. W ten sposób minęło czterdzieści lat. 

Luise została babcią. Jej wnuki sprawiały jej wiele radości. 

I nagle stało się coś, czego zupełnie się nie spodziewała. Jej naj­
starsza córka urodziła dziecko z zespołem Downa. Wprawdzie 

w obecnych czasach dzięki badaniom prenatalnym istnieje możli­
wość wczesnego zdiagnozowania uszkodzenia płodu, a co za tym 
idzie usunięcia ciąży, ale jej córka z pełną świadomością nie pod­

dała się tego typu badaniom i przyjęła swój los ze znacznie wię­

kszym spokojem niż jej rodzice. Wtedy Luise pomyślała o tym, by 

znowu nawiązać kontakt z Nancy. Nie odczuwała już potrzeby 
dalszego „chronienia" czy unikania przyjaciółki. Poczuła, że Nancy 
znowu jest jej bliska i ma wielką ochotę się z nią spotkać. Nancy 

ucieszyła się na propozycję spotkania. Powiedziała, że dysponuje 
wolnym czasem i chętnie odpowie dawnej przyjaciółce na wszyst­
kie pytania, jeśli tylko potrafi. Jej mąż umarł jakiś czas temu, 

a córka mieszka w domu opieki. Więcej dzieci nie ma. Tak więc 
obie przyjaciółki siedzą naprzeciw siebie i próbują opowiedzieć 
sobie o najważniejszych wydarzeniach z własnego życia. 

Luise opowiada o sukcesach swoich córek, które ukończyły stu­

dia i teraz same są już matkami. Opowiada o swoich wnukach 
i o mężu, z którym rozumieją się nadal tak dobrze, jak kiedyś. 
Nancy nie próbuje się oszukiwać. Bardzo boli ją fakt, że nie ma 
wnuków, lecz lubi Luise i cieszy się z jej szczęścia. Jej własne 
życie wykraczało stale poza model mieszczański, dlatego przyszło 

jej do głowy, że być może wcale nie potrafiłaby być dobrą babcią. 

— Jesteś zupełnie inna, niż się spodziewałam — stwierdziła 

Luise. — Wydawało mi się, że jako matka niepełnosprawnego 
dziecka stałaś się kobietą rozgoryczoną i złamaną cierpieniem, 
zwłaszcza że już w czasie studiów miałaś wiele problemów sama 
ze sobą. Ale ty robisz wrażenie osoby pełnej życia i odprężonej. 

A jak czułaś się, kiedy urodziłaś Glorię? Czy miałaś tutaj, w Ka­
lifornii, dobrych przyjaciół, którzy ci pomogli? Czy znalazłaś opar­
cie w twoim mężu? Jak on się wtedy zachował? 

— Był całkowicie bezradny i coraz bardziej uciekał w milcze­

nie. A przyjaciele? Sądziłam, że mam dobrych przyjaciół, ale nagle 

background image

100 Ścieżki życia 

poczułam się opuszczona przez wszystkich. Moja najlepsza przy­

jaciółka radziła mi nawet, żebym zaraz oddała Glorię do zakładu, 

zanim się do niej przywiążę. Zrozumiałam wtedy, jak bardzo w grun­
cie rzeczy byłyśmy sobie obce. Po porodzie ani ginekolog, ani pe­
diatra nie powiedzieli mi jasno i wyraźnie, że chodzi o trisomię, 
mimo że musieli o tym dobrze wiedzieć. Pozostawili mnie przez 
dziesięć dni w niepewności, mówiąc jedynie o „podejrzeniu". 

Pamiętam jeszcze dobrze, co czułam, kiedy dowiedziałam się 

całej prawdy. Chodziłam samotnie ulicami San Francisco i mówi­
łam sobie: „Pierwszy raz spotkało mnie coś, przed czym nie ma 
odwrotu. Nie mogę ani uciec, ani niczego zmienić. Moich rodziców 
z ich problemami mogłam pozostawić samych sobie. Ale nie mogę 
opuścić tego dziecka, nie mogę go oddać, jak radziły mi moje przy­

jaciółki, tak jak nie można oddać własnego serca". Już wtedy ko­

chałam moje dziecko i z tego powodu cierpiałam jeszcze bardziej. 
Bałam się także o to, co będzie dalej z moją karierą zawodową, 
bo była dla mnie bardzo ważna. Jak wiesz, w czasie studiów sta­
rałam się podchodzić do wszystkich spraw racjonalnie. W domu 
rodziców nauczyłam się stałego kontrolowania uczuć, ponieważ 
budziły we mnie lęk. Lecz ta ciągła ścisła kontrola spowodowała, 
że nie mogłam sobie zupełnie przypomnieć mojego dzieciństwa, 
tak jakbym go w ogóle nie przeżyła. Byłam zupełnie odrętwiała 
emocjonalnie. Nawet psychoanaliza na wiele się nie zdała. Moje 
uczucia obudziły się dopiero po urodzeniu Glorii. Ta mała istotka 
po prostu całkowicie mnie zawojowała. Po raz pierwszy w życiu 
czułam bezwarunkową miłość, nie obawiając się — jak to było 
wcześniej — wykorzystania, nadużycia i kłamstwa. Od chwili jej 
narodzin nie mogłam się już więcej ukrywać. 

W moim dzieciństwie nie było nikogo, kto nauczyłby mnie otwar­

tości. Ponieważ byłam najstarszą córką, obarczono mnie całą odpo­
wiedzialnością za młodsze rodzeństwo. Stale robiono mi wyrzuty 
z powodu tego, co zrobili inni. Dopiero przy mojej małej córeczce 
odnalazłam poczucie bezpieczeństwa i zaufanie, uczucia, których 

jako dziecku nie było dane mi doświadczyć. Bardzo wcześnie mu­

siałam wejść w rolę matki nie tylko wobec mojego rodzeństwa, 
lecz także wobec rodziców, którzy nigdy nie brali odpowiedział-

background image

Gloria — mądrość serca

 101 

ności ani za swoje słowa, ani za swoje czyny. Dlatego chciałam 

zapomnieć o moich młodych latach spędzonych w domu rodzinnym 

tak dalece, jak to tylko było możliwe. W czasie studiów udawało 
mi się to całkiem nieźle. Czułam się wreszcie wolna od odpowie­

dzialności za innych. Lecz w moim małżeństwie — tak jak w dzie­
ciństwie — stałam się znowu jedyną ostoją, ostoją dla Richarda. 
Tym razem jednak przychodziło mi to z wielkim trudem. 

Gloria dała mi szansę, abym nauczyła się ją kochać i pozwalała 

stale tej miłości wzrastać. Także inni ludzie pragnęli być przeze 
mnie kochani, ale z różnych względów prawdziwe porozumienie 
z nimi nie było możliwe. Gloria natomiast pozwala się kochać. 
Wprost chłonie każdy przejaw uczucia i otwarcie okazuje swą ra­
dość z jego powodu. Tak po prostu, jak dziecko. Obdarowuje mnie 
tym bardziej niż swą miłością do mnie, która siłą rzeczy jest mi­
łością osoby zależnej. A jej faktyczna zależność ode mnie przypo­
mina mi znowu sytuację z mojego dzieciństwa. 

— A jak było zaraz po jej urodzeniu? 
— W klinice powiedziano mi, że Gloria ma wadę serca i musi 

zostać na oddziale noworodków, aby można było przeprowadzić 
niezbędne badania. Zgodziłam się na to bez protestów, bo nie 
miałam pojęcia, jakie mogą być tego konsekwencje. Dzisiaj nie 
zgodziłabym się już na to i powiedziałabym: „Najpierw wezmę 
małą do domu, bo przede wszystkim potrzebuje bliskości matki. 
Karmienie piersią na pewno nie będzie dla jej serca żadnym ob­
ciążeniem". Nawiasem mówiąc, serce Glorii jest w całkowitym 
porządku. Fizycznie jest zupełnie sprawna. To niepotrzebne roz­
stanie ze mną było dla niej szokiem, z którym przez długi czas 
nie potrafiła się uporać. Z tego okresu Gloria ma zdumiewająco 
konkretne wspomnienia. Ta klinika pojawia się stale w jej rysun­
kach. Nazywa ją „poczekalnią", bo tam na mnie czekała. Musiała 
widocznie bardzo cierpieć z powodu osamotnienia, a aparatura 
medyczna budziła w niej lęk. Ten ból często w niej odżywa. Zawsze 
kiedy czuje się opuszczona przez kogoś, kogo kocha lub też znaj­
dzie się w obcym otoczeniu, w którym nie potrafi się odnaleźć, 
czuje się „całkowicie zagubiona" lub „sama na tym świecie". To 
nasze pierwsze rozstanie wywołało także we mnie uczucie niepew-

background image

102 Ścieżki życia 

ności, ale dzięki temu, że karmiłam ją potem piersią, po krótkim 
czasie znowu poczułam, jak bardzo Gloria jest mi bliska. 

Z czasem zaczęłam rozpoznawać jej właściwie potrzeby, mimo 

że początkowo nie potrafiła ich wyraźnie wyartykułować. Później 
udawało jej się to lepiej, a ja uczyłam się ją rozumieć. Przez długi 
czas zakładałam, że jeśli dla mnie jest coś oczywiste, to tym sa­
mym jest też oczywiste dla niej. W końcu jednak musiałam zro­
zumieć, że tak nie jest. Gloria potrzebowała moich wyjaśnień 
znacznie dłużej, niż przypuszczałam. 

Przez długi czas cierpiałam z tego powodu, że los zmusił mnie 

ponownie do ponoszenia odpowiedzialności za drugiego człowieka, 

a tym samym do powrotu do dawnego schematu, od którego usi­
łowałam się przecież raz na zawsze uwolnić. Dzisiaj widzę to ina­
czej. Moja córka zdana jest na pomoc opiekuna, jeśli chodzi o pewne 
sprawy praktyczne, jednak w sferze emocjonalnej jest zdumiewa­

jąco samodzielna. Jej zależność ode mnie w pewnym stopniu mnie 

wprawdzie obciąża i ogranicza, lecz jednocześnie otwiera przede 
mną możliwości, których nie ma w kontaktach z innymi. 

— Na czym to polega? — zapytała Luise. — Czy to właśnie 

jej bezradność obudziła w tobie zdolność odczuwania? 

— To nie była ani jej bezradność, ani też fakt jej upośledzenia, 

lecz przede wszystkim jej zaufanie do mnie i jej zdolność do szcze­
rych i autentycznych zachowań w każdej sytuacji. To wzruszało 
mnie za każdym razem i pomagało mi bardziej się otworzyć. Na 
oznaki sympatii Gloria niemal zawsze reaguje serdecznością. Nie-
czułość lub obojętność potrafi tolerować. Nie znosi jednak kłam­

stwa. Nawet jeżeli nie potrafi sobie uświadomić tego, że ktoś ją 
okłamuje, to i tak reaguje na to jej ciało. Pojawiają się takie 
dolegliwości, jak bóle głowy, wyczerpanie lub egzema. Zazwyczaj 
znikają, gdy tylko uda jej się wyrazić swoje uczucia wobec danej 
osoby. Gloria nie potrafi ani kłamać, ani udawać. Jest taka, jaka 

jest, po prostu prawdziwa. To powoduje, że kontakty z nią są takie 

proste. 

— A kiedy Gloria zamieszkała w domu opieki? 
— Do osiemnastego roku życia mieszkała w naszym domu. 

Chodziła do prywatnej szkoły specjalnej. Potem umieściliśmy ją 

background image

Gloria — mądrość serca

 103 

w domu opieki, ponieważ jej nauczycielka była zdania, że osoby 
niepełnosprawne potrzebują chronionego otoczenia i dlatego z mi­
łości do niej powinniśmy zgodzić się na to rozstanie. Uważała, że 

zbytnie przywiązanie Glorii do nas nie wyjdzie jej na dobre. Uleg­
liśmy więc w przekonaniu, że nauczycielka wie lepiej od nas, co 
dobre dla naszej córki. Ale dziś jeszcze pamiętam dzień naszego 
rozstania i wielki ból, który temu towarzyszył. Czułam się tak, 

jakby ktoś wyrwał ze mnie część mnie samej, zabrał coś najdroż­

szego, jakby zniszczył moją miłość. Pocieszałam się tym, że dla 
Glorii jest to najlepsze wyjście i że ja sama potrafię się z czasem 
pozbierać, bo zawsze mi się to przecież udawało. Tęsknota za 
Glorią była bardzo silna, lecz rozstanie z nią dało mi więcej swo­
body. Szczególnie po śmierci Richarda. 

Gloria mieszkała w tym domu przez trzynaście lat. Wydawała 

się zadowolona i spokojna. Wakacje spędzała ze mną. Ja sama 
podróżowałam podczas jej nieobecności. Dopiero w 1987 roku w cza­
sie wakacji spędzanych w domu opowiedziała mi, że jeden z wycho­
wawców z domu opieki przytrzymał pod zimnym prysznicem dziew­
czynkę chorującą na epilepsję. W czasie tej rozmowy wyszło też 
na jaw, że Gloria odczuwa lęki, chociaż długo nie chciała się przy­
znać do tego sama przed sobą. Usiłowałam więc przedłużyć jej 
wakacje, lecz kierownictwo zakładu było temu stanowczo przeciw­
ne. Ja z kolei nie byłam skłonna pozostawić Glorii samej z jej 
lękami. Dlatego też jednostronnie rozwiązałam umowę i Gloria 
spędziła ze mną następnych osiem lat. 

Był to dobry czas dla nas obu. Gloria z wielką ochotą pracowała 

w ogrodzie. Kiedy sadziła kwiaty, rozmawiała z sadzonkami i ży­

czyła im, żeby dobrze rosły. Musiała się przemóc, żeby przyciąć 
krzewy, bo nie chciała im robić krzywdy. Jej wielką namiętnością 
był jednak taniec. Potrafiła improwizować bez żadnych zahamo­
wań. Poprzez taniec wyrażała swe uczucia. Pobierała lekcje tańca 
w grupie i indywidualnie. Brała udział w różnych przedstawie­
niach. Z czasem jednak zaczęła znowu odczuwać potrzebę stałego 
zajęcia. W końcu znalazłam inny dom opieki. Jest tam około trzy­
dziestu miejsc dla osób niepełnosprawnych. Gloria nadal w nim 
mieszka. Pracuje w kuchni i w pralni. 

background image

104 Ścieżki życia 

— Czy Glorii nie było trudno przyzwyczaić się do życia w do­

mu opieki po tak długim pobycie u ciebie? — zapytała Luise. 

— Początkowo wydawało się, że wszystko przebiega bez więk­

szych problemów. Gloria jest jak dziecko, chce zawsze zrobić wszyst­
ko dobrze i właściwie, by zadowolić innych i zyskać ich uznanie. 
Ma jednak zdecydowanie więcej doświadczenia i świadomości niż 
małe dziecko, dlatego natychmiast wyczuwa opór drugiej osoby, 
choć nie zawsze potrafi sobie samodzielnie z tym poradzić. Z wy­
pełnianiem swych obowiązków Gloria nie ma, o ile wiem, żadnych 
problemów, bo chętnie pracuje i pilnie się uczy. Życie utrudnia jej 
niekiedy to, że bardzo stara się nie sprawiać innym kłopotów. 
Ponieważ zawsze liczy się z innymi i nie chce nikogo zranić, pró­
buje dopasować się do norm moralnych osób, z którymi ma do 
czynienia, nawet jeżeli przeczą jej poczuciu sprawiedliwości. Tłu­
mi przy tym własne uczucia i w końcu płaci za to dolegliwościami 
fizycznymi, utrzymującymi się niekiedy przez dłuższy czas. 

— A jak to wygląda dokładnie? 
— Mogę wyjaśnić ci to na konkretnym przykładzie. W jednym 

z przedstawień teatralnych Gloria miała zagrać rolę matki. Miała 
udawać, że trzyma w ramionach niemowlę i śpiewać mu kołysan­

kę. Jej najgorętszym, lecz niestety nierealnym pragnieniem było 

zawsze posiadanie własnego dziecka. Ćwiczyła więc tę kołysankę 
całymi miesiącami. Na kilka dni przed przedstawieniem powie­
dziano jej, że inscenizacja została zmieniona. Swą rolę miała wy­
razić samym ruchem, bez mówienia i bez śpiewania. Jak się później 
dowiedziałam, uważano, że to wszystko jest dla niej zbyt wielkim 
obciążeniem. Lecz w tej sytuacji była jedyną osobą, której nie 
pozwolono otworzyć ust. Sprawiło jej to wielki ból, tym bardziej, 
że zapewne rola matki, którą miała odegrać, stanowiła dla niej 

spełnienie pragnienia posiadania dziecka choćby w tej symbolicz­

nej formie. Gloria zniosła to rozczarowanie bez słowa protestu. 
Wykonała swoją rolę bardzo dobrze i otrzymała za nią pochwały. 
Wydawała się zadowolona. Dopiero po przedstawieniu wybuchnę-
ła płaczem z powodu jakiejś drobnostki. Wtedy opiekunce grupy 
przyszło do głowy, że już od kilku dni robiła wrażenie przygnę­
bionej i trudno się było z nią porozumieć. Obawiała się nawet, że 

background image

Gloria — mądrość serca

 105 

Gloria zaczyna tracić słuch. Izolowała się od innych, cierpiała 

ponownie z powodu egzemy, z której, jak się zdawało, już ją wy­
leczono i czuła się znowu jak w „poczekalni". W takich sytuacjach 
najważniejsze jest to, kogo ma obok siebie. Jeżeli pełna zrozumie­
nia opiekunka zachęci ją do opowiedzenia o tym, co jej leży na 

sercu, dolegliwości szybko mijają. Czasami jednak ktoś z jej oto­
czenia radzi jej, aby okazała wielkoduszność i szybko o wszystkim 
zapomniała. To pogarsza tylko całą sprawę, bo Gloria chce za 
wszelką cenę być miła, chce być taka, jak sobie tego życzy druga 
osoba. Jej ciało jednak się na to nie zgadza, buntuje się przeciw 
samooszukiwaniu. Jej dolegliwości często nie ustępują przez wiele 
miesięcy mimo leczenia na różne sposoby. 

Kiedy zatelefonowałam do Glorii i zapytałam o jej samopoczu­

cie, powiedziała dosłownie: „Chcę rozmawiać z moim dzieckiem, 
a nie milczeć. Dla dziecka jest bardzo ważne, żebym z nim roz­
mawiała, tak jak ty rozmawiałaś ze mną". Na szczęście opiekunka 
grupy zrozumiała cały problem i pomogła Glorii przedstawić go 
opiekunce zespołu teatralnego. Jak to bywało już często w prze­
szłości, moja córka zareagowała na tę pomoc bardzo szybką po­
prawą samopoczucia. 

— Moja matka — powiedziała Luise — umarła na raka. 

Ostatnie miesiące życia spędziła w zakładzie dla nieuleczalnie 
chorych. Z przykrością patrzyłam na to, że część tamtejszego per­
sonelu próbowała wprawdzie z dużym zaangażowaniem ulżyć cier­
pieniom fizycznym pacjentów, lecz zupełnie nie zwracała uwagi 
na ich cierpienie duchowe. Helen, moja córka, która pracuje 

w opiece społecznej, powiedziała, że wydaje się, jakby dla niektó­
rych opiekunów społecznych sfera prawdziwych, nie wyidealizowa­
nych uczuć była czymś wprost niebezpiecznym. A u Glorii, jak 
widać, właśnie uczucia odgrywają najważniejszą rolę. 

Mam nadzieję, że uda jej się w kontaktach z jej opiekunami 

osiągnąć to, co udało jej się w stosunku do ciebie. Doprowadziła 
do tego, że odkryłaś na nowo swoje uczucia, a ty potrafisz teraz 
uszanować to, co czuje ona. Dlaczego nie miałoby się jej to udać 
wobec innych? Być może ciągle spotykać będzie na swojej drodze 
ludzi, których pobudzi do podobnej przemiany jak u ciebie. 

background image

106 Ścieżki życia 

— Ja też mam taką nadzieję — powiedziała z powagą Na­

ncy. — Wydaje mi się, że udało jej się to w odniesieniu do wielu 
opiekunek. Nie robię sobie jednak iluzji. Gloria jest zależna od 
innych i chce się do nich dostosować. Tak samo postępowała 
wobec mnie. Ja jednak jestem jej matką i próbowałam nauczyć 

ją, by słuchała swojego wewnętrznego głosu. Gloria potrzebuje 

kogoś, kto będzie pomagał jej artykułować prawdziwe uczucia. 
Jeśli kogoś takiego zabraknie, uczucia te zaczynają dochodzić 

do głosu za pośrednictwem jej ciała. Jeżeli lekarz nie potrafi 
odgadnąć przyczyny złego samopoczucia i aplikuje niepotrzebne 
lekarstwa, sytuacja się jeszcze bardziej pogarsza. W tej chwili 
Gloria ma jednak opiekunkę, która bardzo dobrze potrafi wczuć 
się w przeżycia swych podopiecznych i okazuje im dużo czułości, 
dlatego jestem optymistką. 

— Czy nigdy nie było to dla ciebie bolesne — chciała wiedzieć 

Luise — że Gloria nie będzie w stanie stać się dla ciebie partne­
rem intelektualnym? 

— Musiałam nauczyć się zaakceptować ją taką, jaka jest. Z jej 

intelektualnymi ograniczeniami, lecz zarazem ze zdumiewająco 
rozwiniętym życiem emocjonalnym. Musiałam przyzwyczaić się do 
tego, by nie wymagać od niej rzeczy niemożliwych. To nie było 
takie proste, bo w moim domu rodzinnym do rozwoju sfery du­
chowej przykładano raczej małą wagę i przez całe życie tęskniłam 
za nowymi wyzwaniami intelektualnymi. Lecz jako dziecku bra­
kowało mi także kontaktu emocjonalnego, a pod tym względem 
zostałam obdarowana przez moją córkę nadzwyczaj szczodrze. 

Nasz wyalienowany, skomputeryzowany świat mógłby się na­

uczyć od ludzi z zespołem Downa wielu ważnych rzeczy, bo przez 
całe życie zachowują oni dziecięcą ufność, entuzjazm i zdolność 
kochania. Gloria dzięki swojej otwartości, serdeczności i umiejęt­
ności wczuwania się zawsze potrafiła zdobyć sobie przyjaciół. Pa­
miętam, że jako dziecko często bawiła się w parku. Przesiadywali 
tam niekiedy na ławkach pogrążeni w rozmyślaniach starsi ludzie 
cierpiący na depresję. Zazwyczaj ludzi takich pozostawia się sa­
mym sobie, w przeświadczeniu, że nie życzą sobie żadnych kon­
taktów. Ale Gloria nie troszczyła się o konwenanse. Zagadywała 

background image

Gloria — mądrość serca

 107 

tych ludzi, pytając na przykład: „Dlaczego jesteś taki smutny?" 
Wtedy na starych twarzach ukazywał się uśmiech wdzięczności. 
To nastrajało mnie optymistycznie co do jej przyszłości. Jedno­
cześnie przez cały czas zdawałam sobie sprawę z tego, że nigdy 
nie będzie w stanie samodzielnie ułożyć sobie życia, rozsądnie 
wydawać pieniędzy ani zabezpieczyć swej przyszłości. Że na zaw­
sze pozostanie zależna jak dziecko od opiekujących się nią osób. 
Możliwości rozwoju samodzielności u osób mongoloidalnych są bo­
wiem niestety bardzo ograniczone. Przez całe swe życie zdane są 
na pomoc ludzi sprawnych intelektualnie, którzy niekiedy nie do­
równują im pod względem rozwoju emocjonalnego, tak jak to było 
ze mną. Niekiedy ta stała zależność jest dla opiekuna zadaniem 
ponad siły. Całe szczęście Gloria doskonale potrafi wyczuć brak 
logiki lub sprzeczność w zachowaniu innych i — jeśli ktoś ją w tym 
wesprze — także na nie odpowiednio zareagować. W przypadku 
przedstawienia teatralnego, o którym ci opowiadałam, udało jej 
się w końcu to wsparcie otrzymać, jednak nie zawsze się tak dzieje. 

— A jak przebiegał sam poród? — Chciała jeszcze wiedzieć 

Luise. 

— Był bardzo lekki. Także z karmieniem nie miałam proble­

mu, mimo że przecież na jakiś czas nas rozdzielono. Być może 
uważasz, że moje stosunki z Glorią układają się tak dobrze, bo 
nigdy nie krytykuje mnie jak człowiek normalnie rozwinięty inte­
lektualnie. Ona to robi, nawet bardzo konkretnie i precyzyjnie, 
choć na swój własny sposób. Jeżeli popełnię błąd lub niewłaściwie 

ją zrozumiem, mówi mi o tym bez najmniejszych zahamowań. 

Jestem jej za to wdzięczna, bo to pomaga nam lepiej się zrozumieć 
i unikać nieporozumień. Dlatego nasze stosunki są tak otwarte 
i coraz lepsze. 

Jako dziecko Gloria przyjmowała fakt swego upośledzenia z tak 

wielką naturalnością, że i ja nauczyłam się przy niej reagować zu­
pełnie naturalnie. Jako człowiek dorosły nadal jest szczera i bezpo­
średnia. Dam ci na to pewien przykład. Kiedy skończyła czterdzieści 
lat, spędzałyśmy wakacje we Francji. Oglądałyśmy tam wystawę sztu­
ki afrykańskiej, między innymi różne drewniane rzeźby, przedstawia­

jące matkę i dziecko. Zwiedzając wystawy, Gloria reagowała zwykle 

background image

108 Ścieżki życia 

bardzo spontanicznie, tak było na wystawie późnych dzieł Picassa. 
Tym razem jednak zachowywała się niezwykle cicho. Kiedy wsiad­
łyśmy do auta, ze łzami w oczach powiedziała: „Boli mnie głowa. 
Dlaczego te matki nie patrzą na swoje dzieci? To jest okropne". 
Zatrzymałam samochód i przytuliłam ją do siebie. Te rzeźby przy­
pomniały jej o klinice, w której spędziła dwa tygodnie po swoim 
urodzeniu. „Dlaczego po mnie nie przyszłaś? — zapytała wtedy. 

„Przecież ja należę do ciebie. Ci ludzie tam byli tacy obojętni, zu­
pełnie jak te kobiety na wystawie. Przewijali mnie i nosili, ale nigdy 
na mnie nie patrzyli". Po kilku minutach Gloria powiedziała spo­

kojnie: „Głowa już mnie nie boli". 

Wracając do domu, wstąpiłyśmy do księgarni, bo chciałam ku­

pić książkę. Było tam mnóstwo czasopism, na które ja nawet nie 
spojrzałam. Ale moja córka, wbrew swoim zwyczajom, chwyciła 
nagle jedno z nich. Nazywało się „Terre sauvage". Było mi zupeł­
nie nie znane. Gloria wskazała na jego okładkę i powiedziała: „Tak 
powinno się trzymać dziecko". Zdjęcie przedstawiało zwierzęta sto­

jące na dwóch nogach i przypominające z wyglądu myszy. Obej­

mowały się mocno i patrzyły na siebie z czułością. Była to matka 
z dzieckiem. Podpis w języku francuskim brzmiał: Kocham, więc 

jestem. 

Kupiłam to czasopismo i przeczytałam zamieszczony w nim 

reportaż. Dowiedziałam się z niego, że zwierzęta pokazane na 
stronie tytułowej należą do bardzo mało zbadanego gatunku, ży­

jącego na ziemi około miliona lat. Zamieszkują pustynię Kalahari. 

Okazują sobie szczególnie wiele czułości. Mierzą jedynie około trzy­
dziestu centymetrów, a po francusku nazywają się suricates. W żad­

nym z dostępnych mi słowników nie znalazłam odpowiednika tej 
nazwy. Podobno znane jest im coś w rodzaju instytucji baby-sitter 
— młode zwierzęta opiekują się „niemowlakami", podczas gdy ich 
matki polują. 

Te istotne dla mnie informacje zawdzięczam uważnemu spoj­

rzeniu mojej córki. Sama nie zauważyłabym zapewne tego czaso­
pisma wśród zalewu innych pism. Gloria natomiast była, jak wi­
dać, otwarta na to, co najważniejsze. U niej miłość zawsze stoi na 
pierwszym miejscu. Wszystko to, co tak ważne jest dla innych 

background image

Gloria — mądrość serca

 109 

ludzi — prestiż, władza, bogactwo — dla niej nie ma znaczenia, 
a jeśli nawet, to drugorzędne. 

— Nie sposób nie zauważyć, jak korzystnie kontakty z Glorią 

odbiły się na twoim wewnętrznym rozwoju. Czy jednak nigdy nie 
miałaś uczucia, że ta sytuacja jest dla ciebie zbyt trudna? 

— Oczywiście, że tak było, Luise. Opowiem ci o tym pewną 

historię. Po śmierci Richarda mój brak doświadczenia w sprawach 
finansowych spowodował, że stałam się łatwym łupem dla zręcz­
nych spekulantów. Troska o przyszłość Glorii przyczyniła się do 
tego, że stałam się niezwykle podatna na nierealne obietnice. Kie­

dy jedna z nauczycielek ze szkoły specjalnej obiecała mi, że po 
mojej śmierci osobiście zajmie się Glorią i pozwoli jej zamieszkać 
w swym domu, uwierzyłam jej bez zastrzeżeń i zapłaciłam za to 
z góry znaczną kwotę. Jak zręcznie mną manipulowano, zrozu­
miałam dopiero znacznie później. 

— Wierzyłaś, że rzeczywiście dotrzyma obietnicy? Dlaczego 

dałaś jej pieniądze z góry? I bez pisemnej umowy? — zdziwiła 
się Luise. 

— Co dałaby mi umowa po mojej śmierci? Albo wymuszona 

prawnie opieka nad moją córką? Byłam przekonana o uczciwości 
tej nauczycielki. W tamtym czasie nie mogłam wymagać od niej 
żadnych dowodów. I która matka nie chciałaby widzieć swojego 
dziecka pod dobrą opieką? Z moich marzeń otrząsnęłam się do­
piero wtedy, gdy zobaczyłam dowody oszustwa, między innymi, 
gdy odmówiono mi zwrotu wyłudzonych pieniędzy. Na początku 
byłam oburzona tym, że właśnie osoba, której powołaniem miało 
być rzekomo opiekowanie się innymi, posłużyła się moją niepeł­
nosprawną córką, aby z moją pomocą wybudować sobie dom, w któ­
rym podobno miały razem zamieszkać. 

— Ona nie posłużyła się twoją córką, lecz wykorzystała twoją 

troskę o przyszłość Glorii! — zawołała Luise. 

— Może masz rację. Całymi latami oszukiwała mnie w tak 

wyrafinowany sposób, że nie udało mi się tego dostrzec, mimo że 

jako socjolog zajmowałam się bardzo szeroko problemem manipu­

lacji. Kiedy dzisiaj czytam w gazetach o tym, jak trudno jest nawet 
bardzo wpływowym ludziom z całym sztabem doradców odkryć 

background image

110 Ścieżki życia 

oszustwa i przeszkodzić skandalicznym nadużyciom, to wybaczam 
sobie moją własną naiwność. Takie sytuacje uczą nas pokory. 
Nie miałam przecież żadnych doradców, chciałam tylko urządzić 
Glorię. 

Dzięki temu doświadczeniu zdaję sobie dzisiaj sprawę z tego, 

jak łatwo stać się można obiektem manipulacji innych, gdy bierze 

się na siebie odpowiedzialność ponad własne siły i możliwości. 
Chciałam zabezpieczyć przyszłość mojej córki nawet po mojej śmier­
ci. Wymagałam od siebie tego, co niemożliwe. To doświadczenie 
nauczyło mnie, by nie poczuwać się do zbyt wielkiej odpowiedzial­
ności za innych, nawet za moją córkę. 

To, co mogłam jej dać, już jej dałam. Jak na osobę z zespołem 

Downa ma stosunkowo duże zaufanie we własne siły, potrafi oka­
zywać niepohamowaną radość, jest otwarta i przyjacielska. Ufam, 
że spotka na swojej drodze ludzi, którzy jej nie tylko nie wyko­
rzystają, lecz będą ją ochraniać. Wprawdzie sama nie zawsze po­
trafi jasno wyrazić, co ją dręczy, i tym samym zdana jest na 
zdolność wczuwania się osoby aktualnie się nią opiekującej, to 

jednak posiada naturalną skłonność do odczuwania szczęścia, wy­

starczy tylko pozwolić jej być sobą. 

Luise oburzyła się. — To obrzydliwe i podłe, że ta kobieta, 

w końcu pedagog specjalny, wykorzystała fakt, iż martwiłaś się 

o przyszłość Glorii, żeby wybudować sobie dom. Jest to tym bar­
dziej straszne, że odbyło się pod płaszczykiem czułej troskliwości. 
Być może największe błędy popełniamy, gdy znajdziemy się w sy­
tuacji, która nas przerasta. Ojciec pewnej naszej młodej znajomej 
dostał nagle wylewu. Musiała się nim zaopiekować, choć miała 
małe dzieci. Jej sąsiedzi zaproponowali, że się przez jakiś czas 
nimi zajmą. Przyjęła tę propozycję z wdzięcznością. Potem jed­
nak stwierdziła, że jej dzieci wykorzystywane były przez sąsia­
dów seksualnie. Jeśli nie byłaby u kresu sił, to przypuszczalnie 
poświęciłaby więcej czasu na to, by sprawdzić, komu powierza 
swoje dzieci na dwie doby. Ale zanim człowiek sam nie stanie 
się ofiarą oszustwa, nigdy nie pomyśli o tym, że może mu się 
to przydarzyć. I to bardzo dobrze, bo inaczej życie stałoby się 
nie do zniesienia. Jednak lepiej pomyśleć zawczasu o tym, co 

background image

Gloria — mądrość serca

 111 

należałoby wyjaśnić, zanim powierzy się dzieci opiece „życzli­
wych" ludzi. 

— Ale jak można to wyjaśnić, Luise? Zapytać daną osobę, czy 

zdarzyło jej się wykorzystać seksualnie dziecko, albo też, czy sama 
była w ten sposób wykorzystywana? 

— Oczywiście, że nie. Na szczęście w twoim przypadku oszu­

stwo wydało się dostatecznie wcześnie. Inaczej po twojej śmierci 
Gloria zdana byłaby na łaskę tej kobiety i to tylko dlatego, że 
pragnęłaś zabezpieczyć jej los także po swojej śmierci. Wpływać 
na bieg zdarzeń możemy jedynie tak długo, jak długo żyjemy. A to, 
co stanie się później, nie zależy już od nas. 

— Masz rację. Ale możemy na przykład sporządzić testament 

i ogłosić w nim naszą ostatnią wolę. Ja to zrobiłam. Wyobraź 
sobie, że ta „idealistyczna" nauczycielka potrafiła mi do tego stop­
nia zamydlić oczy, że zrobiłam z niej i jej przyjaciela moich spad­
kobierców. Ten przyjaciel okazał się w końcu inspiratorem tego 
całego przedsięwzięcia, a ona była mu całkowicie uległa. 

— A jak odkryłaś to oszustwo? Czy może samo się wydało? 
— To nie było wcale takie łatwe. Droga od pierwszego podej­

rzenia do całkowitej pewności była bardzo skomplikowana i uciąż­
liwa. I to nie tylko dlatego, że oboje potrafili się znakomicie ma­
skować. Przez długi czas ja sama nie chciałam uwierzyć, że to, co 
odkryłam, jest prawdą. Być może opowiem ci kiedyś o wszystkich 

szczegółach, kiedy będziemy miały więcej czasu. Teraz jednak nie 
chciałabym już więcej mówić o tych podłościach, żeby nie zepsuć 
sobie całej radości z naszego spotkania. 

— Być może, gdybym była w twojej sytuacji, także pozwoliła­

bym się oszukać. Mam jednak to szczęście, że w trudnych spra­
wach zawsze mogę się naradzić z rodziną. Jeden z moich zięciów 

jest adwokatem, a mój mąż zna się doskonale na interesach. Nigdy 

więc nie muszę decydować sama. Poza tym sądzę, że kobiety w mojej 

sytuacji nigdy nie próbowano by wciągać w takie podejrzane in­
teresy. Szarlatani wyszukują sobie bardzo starannie obiekty swych 
manipulacji. Jako starsza, świeżo owdowiała kobieta i matka nie­
pełnosprawnej córki byłaś naturalnie idealnym celem ich poczy­
nań. 

background image

112 Ścieżki życia 

— Być może już od dziecka mam taką naturę, że staję się 

łatwym łupem dla oszustów. Psy myśliwskie to wyczuwają. Już 
w dzieciństwie nauczyłam się ignorować niemiłe dla mnie fakty 
i wierzyć w puste słowa czy obietnice. Chciałam wierzyć, że moi 
rodzice kochają mnie, tak jak mówią, choć ich zachowanie świad­
czyło o czymś wręcz przeciwnym. Tak samo chciałam uwierzyć, 

że ktoś naprawdę lubi Glorię i chce z nią zamieszkać. Pragnęłam 
tego tak bardzo, że z największą chęcią przeznaczyłam na to pie­
niądze odziedziczone po moich rodzicach. 

Uważałam, że spożytkowanie ich na zabezpieczenie przyszłości 

mojej córki jest bardzo stosowne, ponieważ traktowałam je jako 
spóźniony prezent dla Glorii od dziadków, którzy za swego życia 
nigdy się o nią nie zatroszczyli. To myślenie życzeniowe spotęgo­
wało jeszcze moją łatwowierność, którą tak niecnie wykorzystano. 
Uwolniłam się jednak od takiego sposobu myślenia. Dzisiaj bar­

dziej niż kiedykolwiek wierzę, że los okaże się dla mojej córki 
łaskawy. Mam nadzieję, iż spotka na swojej drodze uczciwych 
ludzi. A wtedy pieniądze dziadków nie będą jej potrzebne. 

W samolocie do Nowego Jorku Luise myślała o swojej córce 

Helen i o małej Sarze, w obecności której czuła się dotychczas 

jakoś nieswojo. To należało już jednak do przeszłości. Po raz pier­

wszy od czasu narodzin wnuczki Luise poczuła się wolna od przy­
tłaczającego ją uczucia litości. Być może, pomyślała, to, co mam 

do powiedzenia o Glorii, będzie dla Helen znacznie mniejszym 
zaskoczeniem, niż było dla mnie. Wydaje mi się, że jest z Sarą 

bardzo związana, choć ja nigdy nie sądziłam, że to w ogóle jest 
możliwe. Teraz jednak już mniej się temu dziwię. Jeśli chodzi 

o Nancy, to odnoszę wrażenie, że jest dzisiaj bardziej otwarta, 
wyciszona i ma bogatszą osobowość niż za naszych studenckich 
czasów. Czyż nie zawdzięcza tego Glorii? 

background image

7. 

Margot i Lilka 

— pomiędzy Warszawą 

a Sydney 

Margot nie posiada się wprost z radości. Dzisiaj rano 

odnalazła w pacjentce swoją dawną koleżankę szkolną z Warsza­
wy. Po wyemigrowaniu z Polski do Australii w 1946 roku Margot 
tylko raz była w kraju. Był wtedy rok 1950. Wszechobecne na 
ulicach olbrzymie portrety Stalina skutecznie stłumiły chęć do 
ponownych odwiedzin. 

Już wcześniej zresztą nie czuła się dobrze w kraju, gdzie kosz­

mar Holocaustu udało jej się przeżyć tylko dlatego, że dzięki fał­

szywym papierom mogła uchodzić za Aryjkę. Zbyt wiele rzeczy 

przypominało jej rozpaczliwą walkę o przeżycie. 

Dziś rano w jej gabinecie zjawiła się pewna pacjentka. Pani 

Rogers, Amerykanka, towarzysząca mężowi w podróży służbowej. 
Zwróciła się do niej o poradę lekarską z powodu alergii. Począt­

kowo nic nie wskazywało na to, że kobiety się znają. Nosiły inne 
nazwiska niż w młodości, a ich twarze postarzały się o niemal 

sześćdziesiąt lat. Ale imię „Lilka" obudziło w Margot wspomnienia 
o przedwojennych latach spędzonych w Warszawie i o wielu roz­
mowach w pokoiku przyjaciółki przy ulicy Długiej. 

Pogrążona w tych wspomnieniach powiedziała jakby we śnie: 

„Znałam kiedyś dziewczynkę o imieniu Lilka, ale to było dawno 
temu, w zupełnie innym świecie..." 

Wtedy pacjentka zaczęła z uwagą studiować rysy twarzy sie­

dzącej naprzeciw niej lekarki. Po chwili nieśmiało zapytała: 

— Czy pani przypadkiem też nie pochodzi z Warszawy? 

background image

114 Ścieżki życia 

Zanim Margot odpowiedziała na to tak proste, banalne pyta­

nie, przez dłuższą chwilę milczała. Dlaczego spontanicznie nie 
potwierdziła? Bo odpowiedź równoznaczna była z pewną ważną 
dla niej decyzją. Dotykała spraw, które Margot dawno już pogrze­
bała w niepamięci. Czy chcę jeszcze raz powrócić do przeszłości? 
— pytała samą siebie. Czy chcę przypomnieć sobie o ludziach, 

z których tak wielu mnie rozczarowało? Czy chcę się znowu na­
razić na zarzut, że poślubiając chrześcijanina, zdradziłam judaizm? 
Niełatwo jest opowiedzieć innym ludziom o własnym życiu w taki 
sposób, żeby potrafili to zrozumieć. Dlaczego właściwie miałabym 

to robić? Nie chcę łudzić się nadzieją, że kogoś rzeczywiście zain­
teresują moje przeżycia z tamtych lat. Z doświadczenia wiem prze­

cież, że nie jest to możliwe. Lecz czy wiem to na pewno? Dlaczego 

właściwie miałabym być o tym tak bardzo przekonana? Tylko dla­
tego, że sama nie miałam pod tym względem szczęścia? Lilka, 
moja dawna przyjaciółka, potrafiłaby mnie zrozumieć lepiej niż 
ktokolwiek inny. Dlaczego więc nie miałabym się przed nią otworzyć? 

Pacjentka siedziała spokojnie i cierpliwie czekała na odpowiedź 

lekarki. Czuła, że wzruszenie ściska jej gardło, a do oczu napły­
wają łzy. Przeczuwała już, kim jest Margot, nie potrafiła jednak 

jeszcze tego ogarnąć. 

Margot milczała właściwie o wiele za długo. Potrzebowała jed­

nak czasu, aby przebyć w myślach długą drogę powrotną od swego 
obecnego, spokojnego życia w Sydney do przedwojennej Warsza­
wy. Czy naprawdę tego chcę? — pyta samą siebie. Czy naprawdę 

chcę wysłuchać historii Lilki i opowiedzieć jej swoją? Czy napraw­
dę chcę pozwolić dojść do głosu tak długo tłumionym uczuciom 
upokorzenia, samotności i oburzenia? Pozwolić im, aby zburzyły 
moją wewnętrzną równowagę, którą z takim trudem udało mi się 
odzyskać? 

W gruncie rzeczy odpowiedź jest zupełnie oczywista. Chce o tym 

mówić i ma w sobie tyle siły, żeby znieść to spotkanie. Przyznaje 
się więc wreszcie do tego sama przed sobą i pyta trwożnie: „Ale 
pani chyba nie jest Lilką Gold z ulicy Długiej?" 

— Ależ tak, ja jestem Lilka Gold — mówi obecna pani Rogers 

— a ty, czy ty jesteś Marysia Fenner z ulicy Orlej? 

background image

Margot i Lilka — pomiędzy Warszawą a Sydney

 115 

Wypowiadając imię i nazwisko, o których w 1942 roku Margot 

zmuszona była zapomnieć, Lilka usunęła dzielącą je barierę. Gdy 
obie kobiety padły sobie w ramiona, poczuły się tak, jakby nagle 
powróciły do czasów szkolnych. Do czasów, zanim zmuszone zo­
stały do manipulowania swoją pamięcią, zanim straciły poczucie, 

kim właściwie są. 

Okazało się, że Lilka także miała aryjskie papiery, że tak jak 

Margot próbowała ratować swych rodziców oraz rodzeństwo i że 
częściowo jej się to udało. 

Margot zaprosiła dawną szkolną przyjaciółkę na wieczór do 

siebie. Siedziały w salonie i rozmawiały niemal do świtu. Każda 
z nich chciała nie tylko opowiedzieć o swoich przeżyciach, ale też 

wysłuchać historii przyjaciółki. Zainteresowanie Lilki jej losem 
Margot odebrała jako wspaniały podarunek. 

Po swoim wyjeździe z Polski w 1946 roku Margot szybko mu­

siała przyzwyczaić się do faktu, że jej przeżycia wojenne nikogo 
specjalnie nie interesowały. Mówiło się wprawdzie o obozach kon­
centracyjnych, lecz ludzie przeważnie bronili się przed świadomoś­
cią, że może istnieć taki ogrom cierpienia. Ona sama zresztą uwa­
żała, że w porównaniu z więźniami obozów los obszedł się z nią 
nadzwyczaj łaskawie. Dlatego też Margot szybko przestała opo­
wiadać ludziom o swojej przeszłości. Nauczyła się za to słuchać 
innych. Jej mąż, rodowity Australijczyk, jest miłym człowiekiem, 
lecz niezbyt dobrym słuchaczem. Nigdy nie wspomina swojego 
dzieciństwa i młodości, jakby czuł lęk przed powrotem do dawnych 
przeżyć. Tak więc z biegiem lat Margot coraz więcej milczała. Im 
była jednak starsza, tym silniej odczuwała pragnienie spotkania 
człowieka, przed którym mogłaby się otworzyć. Człowieka, który 
rzeczywiście byłby zainteresowany tym, co przeżyła i potrafiłby 
znieść jej wspomnienia, być może właśnie dlatego, że przydarzyło 
mu się coś podobnego. I nagle zjawiła się Lilka, bez żadnych sta­
rań, bez intensywnych poszukiwań. Oto siedzą obie w salonie i roz­
mawiają po polsku. Po tylu latach... 

Na początku wspominały swoje niewinne szkolne wybryki. „Pa­

miętasz, jak okłamałyśmy nauczyciela geografii i opuściłyśmy lek­
cję, żeby pospacerować sobie po ulicach? Pamiętasz te wspaniałe 

background image

116 Ścieżki życia 

zapachy z cukierni Blicklego na Nowym Świecie? Ja ciągle jeszcze 
czuję ten cudowny zapach pączków. A przypominasz sobie nasze 
zakazane wyprawy na ulicę Pańską, gdzie podpatrywałyśmy pro­
stytutki? Dokładnie pamiętam, co wtedy czułam — ciekawość, fa­
scynację i strach". 

W końcu jednak beztroski nastrój rozwiał się bezpowrotnie, 

gdy padło nieuniknione pytanie o ten inny świat, przed którym 
dzisiaj jeszcze obie czuły łęk, świat bezgranicznego cierpienia mi­
lionów ludzi. 

— Gdzie ty właściwie byłaś, kiedy wybuchła wojna? — zapy­

tała Margot, a Lilka zaczęła opowiadać. 

— W chwili wybuchu wojny byłam w Radomsku. Mieszkaliś­

my tam w kamienicy moich dziadków ze strony ojca. Za domem 
był wielki sad. Spędzałam w nim samotnie dużo czasu. Siedziałam 
pod drzewami i czytałam albo odrabiałam lekcje w altanie. 1 wrześ­
nia, kiedy wybuchła wojna, wykopaliśmy szybko rów i przeczeka­
liśmy w nim pierwszy dzień wojny. Ten rów miał chronić naszą 
rodzinę przed odłamkami artyleryjskimi. Następnego dnia poja­
wili się już pierwsi uciekinierzy znad zachodniej granicy, a my 
zrobiliśmy to samo, co oni. Wzięliśmy wszystko, co akurat wpadło 
nam w ręce, i uciekliśmy na wieś, w nadziei, że znajdziemy tam 
bezpieczne schronienie przed Niemcami, bombami i wszystkim 
innym, choć właściwie sami dobrze nie wiedzieliśmy przed czym. 

Wszystko to odbywało się bardzo chaotycznie, w niewyobrażal­

nej wprost panice. Najmłodsza siostra mojego ojca miała zamoż­
nych przyjaciół, którzy razem z mężem i córką zabrali ją autem 
w kierunku wschodnim. My natomiast dołączyliśmy do rzeki ucie­
kinierów, którzy obładowani świętymi obrazami, pierzynami, pa­
telniami i innymi pozbieranymi w pośpiechu przedmiotami prze­
mieszczali się pieszo w kierunku Warszawy. Po drodze często mu­
sieliśmy padać na ziemię, bo niemieccy piloci latali bardzo nisko 
i strzelali do ludności cywilnej. Wywoływało to panikę i ogólny 
chaos. Większość ludzi szybko zrozumiała, że ta ucieczka nie ma 

sensu. Tego samego dnia jeszcze zawrócili i oczekiwali na wkro­
czenie wojsk niemieckich w swoich domach. My jednak tego nie 
zrobiliśmy, zupełnie straciliśmy głowę. W końcu udało nam się 

background image

Margot i Lilka — pomiędzy Warszawą a Sydney

 117 

powierzyć dziadków opiece przyjaciół. Sami posuwaliśmy się dalej 
w kierunku Warszawy. Przeważnie szliśmy pieszo, niekiedy pod­
wiozła nas chłopska furmanka lub lokalna kolejka. Chcieliśmy za 
wszelką cenę uniknąć dostania się w ręce hitlerowców, lecz to, co 
wybraliśmy, było w końcu gorsze od niemieckiej okupacji, przy­
najmniej na początku. Tego jednak nie wiedzieliśmy. Wierzyliśmy, 

że Warszawa się obroni. Dziś jeszcze dobrze pamiętam te noce 

pod gołym niebem. Wschód słońca napełniał mnie zawsze nową 
nadzieją, że w końcu los się nad nami zlituje. Spaliśmy na ziemi, 
najczęściej bardzo krótko, bo czas naglił. Rzesza uchodźców z każ­
dym dniem się powiększała. Po tygodniu dotarliśmy wreszcie do 
Warszawy i znaleźliśmy schronienie u moich ciotek przy ulicy 
Orlej. Niemal w tym samym czasie zaczęło się oblężenie, które 
trwało przez cztery tygodnie. Warszawa była niemal bezustannie 
bombardowana. Nie mieliśmy prawie nic do jedzenia i rzadko 
opuszczaliśmy schron w piwnicy. Ale ty zapewne pamiętasz to 
równie dobrze jak ja, bo przecież także byłaś wtedy w Warszawie. 
Po kapitulacji wróciliśmy wagonem bydlęcym do Radomska. Ci, 
którzy tam pozostali, przeżyli początek wojny stosunkowo spokoj­
nie, bez bombardowań i głodowania. Nasz olbrzymi wysiłek nie 
zdał się na nic. Wróciliśmy skrajnie wyczerpani. Nie wiem zupeł­
nie, co nas do tego skłoniło, być może strach mojej matki i moje 
pragnienie, aby spotkać się z moimi dwiema młodymi ciotkami, 
do których byłam bardzo przywiązana. Mój ojciec zachowywał się 
raczej pasywnie. 

— Zupełnie nie mogę sobie przypomnieć twojego ojca — po­

wiedziała Margot. — Twoją matkę pamiętam, zresztą ty dużo mi 
o niej opowiadałaś. O twoim ojcu wiem tylko tyle, że byłaś bardzo 
do niego przywiązana, lecz zupełnie nie pamiętam, jakim był czło­
wiekiem. 

— W tym tkwi właśnie cały problem, Margot! Kochałam go 

jeszcze pięćdziesiąt lat po jego śmierci, nie wiedząc zupełnie, jaki 

właściwie był. Idealizowałam go jako ofiarę Holocaustu i nie od­
ważyłam się przyznać przed sobą do tego, że w dzieciństwie cier­
piałam z jego powodu. Te tragiczne doświadczenia z moim ojcem 

odbiły się już na historii mojej pierwszej miłości. 

background image

118 Ścieżki życia 

— Możesz mi o tym opowiedzieć? Kiedy w 1938 roku wyjecha­

łaś z Warszawy, miałyśmy po czternaście lat. Potem nie miałam 

już od ciebie żadnych wiadomości. 

— Tamto lato — powiedziała Lilka — spędziłam u mojej ku­

zynki na wsi. Tuż przed moim wyjazdem poznałam tam pewnego 
chłopca. Na imię mu było Janek i miał piętnaście lat. Zakochałam 
się w nim bez pamięci. Pamiętam jakby to było dziś — był wy­
soki, czarnowłosy, miał jasnoszare oczy i ciepły, wesoły głos, w któ­
rym pobrzmiewał śmiech. Jeszcze dzisiaj słyszę jego głos. Chodzi­
liśmy długo po polach, on położył rękę na moim ramieniu i coś 
mi o sobie opowiadał, nie pamiętam już co. Nie czyniliśmy sobie 
żadnych wyznań, nic między nami nie zaszło. Pamiętam tylko 
wszechogarniające uczucie szczęścia i chyba nigdy go nie zapo­
mnę. Janek mieszkał w Poznaniu. Pisaliśmy do siebie listy, bardzo 
powściągliwe listy, o literaturze i polityce. To brzmi bardzo szcze­
gólnie, jeśli pomyśli się o tym, jak bardzo byliśmy wtedy młodzi. 
Widocznie jednak posługiwałam się intelektem, aby bronić się przed 
uczuciami, których nie ośmieliłam się wyrazić, bo im nie ufałam. 
Nie miałam żadnego doświadczenia w obchodzeniu się z moimi 
uczuciami. Byłam wtedy tak bardzo zakochana, że nie mogłam 
o niczym innym myśleć. Kiedy moja nauczycielka zapowiedziała 
pewnego dnia szkolną wycieczkę do Poznania, byłam w siódmym 
niebie. Pamiętam jeszcze, jak rozmawiałam wtedy o tym z moim 
ojcem, próbując mu wytłumaczyć, że jestem zakochana i dlatego 
potrzebuję koniecznie pięciu złotych na tę podróż. To była jedyna 
rozmowa z ojcem, którą sobie przypominam. Przez długi czas uwa­
żałam, że była to dobra rozmowa, bo ojciec okazał mi swoje zain­
teresowanie. Dopiero później zdałam sobie sprawę z tego, jak bar­
dzo była dla mnie obciążająca. Wprawdzie dostałam pieniądze 
i pozwolenie na udział w wycieczce, lecz ojciec powiedział mi wte­

dy także, żebym nie czyniła sobie żadnych iluzji, bo miłość i życie 
to dwie różne rzeczy. Małżeństwa nie zawiera się z miłości. To 
przesłanie musiało wywrzeć na mnie duże wrażenie, mimo że 
przez ojca przemawiało jedynie jego osobiste doświadczenie, bo­

wiem nie udało mu się poślubić młodzieńczej miłości. W każdym 
razie to przekonanie zakorzeniło się mocno w moim umyśle — 

background image

Margot i Lilka — pomiędzy Warszawą a Sydney

 119 

mojego pierwszego męża poślubiłam nie z miłości, lecz raczej 

z tęsknoty za nią. 

W 1940 roku Janek przyjechał do Radomska i mieszkał tu 

przez dwa lata. W tym czasie dostawałam od niego niezliczone 
listy, w których zapewniał mnie o swojej miłości. Wszystko to 
miało jednak bardzo literacką i intelektualną formę. W tym czasie 
nie doszło między nami do żadnych kontaktów fizycznych. Sądzi­
łam, że ponieważ jest intelektualistą, to sfera zmysłowa nie jest 
dla niego ważna. Tak jednak nie było. Dopiero dużo później po­
wiedział mi, że jednocześnie utrzymywał stosunki seksualne z in­
nymi kobietami. Do mnie pisał natomiast wiersze miłosne, choć 
nigdy nawet mnie nie tknął. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego 

ukrywał przede mną swoje potrzeby zmysłowe i seksualne. Nie 

wiem też, jak dalece ja sama się do tego przyczyniłam. Nigdy mi 

tego nie powiedział. 

Ja jednak tęskniłam za czułością. To pragnienie popchnęło mnie 

później w ramiona pewnego o wiele starszego ode mnie nauczy­
ciela, który mi imponował i — jak mi się wtedy zdawało — od­
wzajemniał moją tęsknotę za czułością i duchowym porozumie­
niem. Wkrótce jednak przekonałam się, że dałam się uwieść iluzjom, 
bo on nigdy nie był ze mną szczery. Mimo wszystko zawdzięczam 
mu bardzo wiele. W przeciwieństwie do Janka nie był Żydem. 
Należał do podziemia i był poszukiwany przez gestapo. Uciekł 
więc do Warszawy, zanim zaczęły się deportacje. Później pomógł 
mi znaleźć pokój w Warszawie, a dzięki swoim kontaktom z pod­
ziemiem załatwił fałszywe papiery dla mojej rodziny i dla Janka. 

— A jak tobie udało się wyjechać do Warszawy? 
— Poprosiłam o pomoc moją koleżankę szkolną Wandę, która 

była Aryjką. Miała w sobie tyle odwagi i dobroci, że pożyczyła mi 
na kilka dni własne dokumenty. Rodzice o niczym nie wiedzieli, 
bo inaczej z pewnością usiłowaliby mnie zatrzymać. W przeciw­
ieństwie do mnie, nie wierzyli w niebezpieczeństwo, które nad 
nami zawisło. Z dokumentami Wandy w kieszeni pojechałam po­
ciągiem do Warszawy. Idąc z dworca do mojego przyszłego mie­
szkania, zobaczyłam, jak pędzono rodziny żydowskie z tobołkami 
w rękach. Poczułam straszne oburzenie, nie mogłam jednak dać 

background image

120 Ścieżki życia 

tego po sobie poznać. Szłam więc dalej, tak jakby los tych ludzi 
zupełnie mnie nie obchodził. Udawałam obojętność, tak jak inni 
przechodnie, na twarzach których także nie było widać śladów 
oburzenia. 

Jak wiesz, takie barbarzyńskie sceny rozgrywające się na uli­

cach Warszawy były na porządku dziennym. Tego październiko­

wego dnia 1942 roku udało mi się zmusić moje uczucia do milcze­
nia. Kazałam im zamilknąć na wiele lat. Tkwiły jednak głęboko 
w mojej podświadomości i doszły do głosu trzydzieści lat później. 

Poddawałam się wtedy kolejnej terapii, w trakcie której zalecono 
mi rysowanie. Mój pierwszy rysunek przedstawiał tych biednych, 
poniżonych ludzi pędzonych ulicami przez żołnierzy. 

Tego słonecznego październikowego popołudnia odegrałam jed­

nak moją rolę niemal bezbłędnie. Przyszłam do właścicielki miesz­
kania, w którym nauczyciel zarezerwował dla mnie pokój, i po­
wiedziałam jej, że moi rodzice mieszkają na prowincji, a ja chciałabym 

studiować w Warszawie na tajnym uniwersytecie. Właścicielka była 
bardzo miła i uwierzyła w to bez problemu, po części była to 
zresztą prawda. 

Wkrótce udało mi się nawiązać kontakt z podziemiem i załat­

wić własne papiery. Mogłam więc oddać Wandzie jej dokumenty. 
Zaczęłam studiować. Udało mi się także załatwić fałszywe papiery 

dla Janka, moich sióstr, rodziców, wujka i ciotki. Janek do dziś 
nosi nazwisko, które wtedy dla niego wymyśliłam. To jest jedyna 
rzecz, która nas jeszcze ze sobą łączy. 

— Czy w Warszawie mieszkaliście razem? 
— Nie. Widywałam go w tym czasie bardzo rzadko. Każdy 

próbował wtedy przeżyć na własną rękę. Spotkaliśmy się tylko 
kilka razy, a wtedy opowiadaliśmy sobie nawzajem o strasznych 
rzeczach, które widzieliśmy. W 1944 roku, po wybuchu powsta­
nia warszawskiego, spotkaliśmy się zupełnie przypadkowo. Ja­
nek był podoficerem Armii Krajowej i miał kwaterę w pobliżu 
domu, w którym wówczas mieszkałam. Jak wszyscy wokół nas, 
byliśmy w euforii z powodu pierwszych sukcesów powstańców. 

Spędziliśmy wtedy naszą pierwszą wspólną noc. Mimo chaosu, 

który nas otaczał, czułam się niezmiernie szczęśliwa i pełna na-

background image

Margot i Lilka — pomiędzy Warszawą a Sydney

 121 

dziei na przyszłość. Wydawało mi się, że znowu odnalazłam sie­
bie samą, swoją pierwszą miłość, którą zdradziłam, wiążąc się 
z nauczycielem. 

To uczucie szczęścia nie trwało długo, bo już następnego dnia 

Janek musiał znowu stanąć do walki. Tego samego dnia moje 

siostry i ja zostałyśmy zasypane w czasie bombardowania w piw­
nicy sąsiedniego domu. Na szczęście nic nam się nie stało, chociaż 
wyglądałyśmy, jakbyśmy wyszły z młyna. 

To było w sierpniu 1944 roku. Od Janka nie miałam już żad­

nych wiadomości. Przy życiu utrzymywała mnie jednak nadzieja 
na nasze ponowne spotkanie. Natychmiast po przejściu frontu 
w styczniu 1945 roku zaczęłam poszukiwania. Ślady wiodły w gó­
ry. Dojechałam tam po kilku dniach, zatrzymując po drodze woj­

skowe ciężarówki. Byłam skrajnie wyczerpana, miałam dziurawe 
buty. Było zimno, wszystko wokół przykrywała gruba warstwa 
śniegu. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy z tego, że podróżując 

w ten sposób, narażałam się na niebezpieczeństwo gwałtu. Na 

szczęście nic mi się nie stało, rosyjscy żołnierze byli dla mnie mili 
i chętnie mnie ze sobą zabierali. 

Najgorsze ze wszystkiego było samo spotkanie z Jankiem. Wy­

dał mi się tak bardzo daleki. Nie wiedziałam, dlaczego zachowy­
wał się tak sztywno i obco. Nagle cała moja tęsknota za nim 
wydała mi się czymś zupełnie niestosownym. Później dowiedzia­
łam się, że miał już wtedy inną przyjaciółkę. Nic mi o tym jednak 
nie powiedział. Postanowiliśmy nawet zamieszkać razem w Poz­
naniu. Moje ciało jednak dobrze wyczuło to, czego nie chciało wie­
dzieć moje serce. Kiedy jechaliśmy wagonem bydlęcym do Pozna­
nia, zaczęłam odczuwać silne bóle w stawach. Moje ciało czuło, że 
się oszukuję, choć nie chciałam się przyznać do tego sama przed 
sobą. Przez kilka tygodni mieszkałam z Jankiem, a potem trafiłam 
do szpitala. 

8 maja, kiedy dzwony kościelne obwieściły koniec wojny, leża­

łam z wysoką gorączką i ciężkim zapaleniem stawów na szpital­
nym łóżku. Mimo straszliwego bólu byłam szczęśliwa, że ten kosz­
mar wreszcie się skończył. Dzisiaj sądzę, że moja choroba była 
wynikiem wszystkich moich przeżyć wojennych, lecz moja osobista 

background image

122 Ścieżki życia 

sytuacja w tamtym czasie, do której nie chciałam się przyznać 
sama przed sobą, przyczyniła się do niej w bardzo dużym stopniu. 

Wtedy jednak nikomu nie przyszło to do głowy, także mnie samej. 
Pozwoliłam sobie usunąć migdały i zdrowe zęby, które rzekomo 
miały spowodować infekcję. Chorowałam jednak w dalszym ciągu. 
Dopiero kiedy moja matka odwiedziła mnie w szpitalu i opowie­
działa mi całą prawdę o Janku, objawy fizyczne zaczęły powoli 
ustępować. Matka powiedziała mi, że Janek ma zamiar poślubić 
kobietę, o której istnieniu nie miałam pojęcia. Było to dla mnie 

ogromnie bolesne, ale prawda zadziałała w sposób spektakularny. 
Poczułam się tak, jakby otaczająca mnie mgła opadła i wreszcie 
odetchnąć mogłam świeżym powietrzem, które mnie uzdrowiło. 
Okłamując siebie tak długo, ignorując to, co widziałam, zadawa­
łam gwałt memu ciału, a ono dało mi to do poznania poprzez 
ciężkie bóle stawów. 

Mniej więcej trzydzieści lat po wojnie spotkałam Janka w No­

wym Jorku. Jego pierwsza żona umarła na raka, a obecna także 
na to chorowała. Dopiero wtedy, jako osoba dorosła, odkryłam jego 
skłonność do lawirowania. To spotkanie uzmysłowiło mi, że gdy­
byśmy nawet zostali razem, nasz związek nigdy nie byłby udany, 
ponieważ zabrakłoby w nim szczerości. A miłości bez szczerości 
nie potrafię sobie po prostu wyobrazić. Czym bowiem jest miłość, 

jeśli nie gotowością do odkrycia się przed drugą osobą, do poka­

zania, kim się jest naprawdę, a także do przyjęcia, zrozumienia 
i polubienia drugiej osoby, taką jaka jest, bez chęci zmieniania jej 

i dopasowywania do swoich wyobrażeń? 

Długo zastanawiałam się, co sprawiło, że tak bardzo byłam 

kiedyś w Janku zakochana. Być może w młodości przeceniałam 
znaczenie intelektu, broniąc się jednocześnie przed własnymi 
uczuciami? Z czasem zrozumiałam, że moje zafascynowanie Jan­
kiem związane było z brzmieniem jego głosu. Jego listy nie miały 
dla mnie aż takiego uroku. Janek był niemal zawsze miły, chętny 
do pomocy, czarujący. Bardzo się starał, aby wszystkim dogodzić, 
chciał się podobać i być podziwiany. Przeważnie mu się to zresz­
tą udawało. Żądza intelektualnego i moralnego uznania ogra­
niczała jednak w znacznym stopniu jego życie uczuciowe. W ciągu 

background image

Margot i Lilka — pomiędzy Warszawą a Sydney

 123 

tych kilku dni w Nowym Jorku zrozumiałam wreszcie, że także 
duchowo nie byliśmy sobie nigdy tak bliscy, jak kiedyś sądziłam. 

— Być może po wojnie, po latach ukrywania własnej tożsa­

mości, szukałaś Janka rozpaczliwie po całej Polsce, bo w gruncie 
rzeczy pragnęłaś w nim odnaleźć samą siebie. Kilkakrotnie po­
wiedziałaś, że się okłamywałaś. Ale jak mogłaś odkryć prawdę, 

jeśli on ją przed tobą zataił? Z pewnością nie pojechałabyś z nim 

wagonem bydlęcym do Poznania, żeby zacząć tam nowe życie, 
gdybyś wiedziała, że zamierza poślubić inną kobietę. Dlaczego nie 
powiesz po prostu, że byłaś okłamywana? 

— Bo to nie było dla mnie takie proste, jak sądzisz. Mówiłam 

sobie: On nie chciał kłamać, po prostu zabrakło mu odwagi, żeby 
powiedzieć mi prawdę. Takie zachowanie było mi znane, aż za 
dobrze, bo tak postępował mój ojciec. Nie mam pojęcia, dlaczego 

Jankowi brakowało odwagi. Trudno mi nawet na ten temat spe­
kulować, bo nigdy nie opowiadał mi o swojej rodzinie. Właściwie 
w ogóle go nie znałam. 

— Kochałaś człowieka, którego nie znałaś? 
— Tak. Kochałam człowieka, który nigdy nie pozwolił mi się 

poznać i który tak bardzo zajęty był sobą, że mnie właściwie tak 
naprawdę nigdy nie dostrzegał. Było to powtórzenie mojej historii 

z dzieciństwa. Żadne z nas nie kochało w drugim realnego czło­

wieka, lecz swoje wyobrażenie o nim, przy czym u mnie przywią­
zanie do tego fantomu trwało dłużej niż u niego. Być może dlatego, 
że moje stosunki z ojcem również opierały się na iluzji. Ponieważ 
bardzo chciałam, żeby mnie kochał, mocno w to wierzyłam. Nie 
chciałam przyjąć do wiadomości, że ojciec zawsze unikał ze mną 
kontaktu, nie rozmawiał ze mną, nie chronił i że mój los był mu 
w gruncie rzeczy obojętny. Gdybym była tego świadoma już w mło­
dości, to potrafiłabym przypuszczalnie w stosunkach z Jankiem 

zachować większą czujność. Tym bardziej, że moje ciało wyraźnie 
mnie ostrzegało. Janek nie jest odpowiedzialny za to, że jako dziecko 
nauczyłam się żyć iluzjami. Moje wspomnienia związane z nim 
były dla mnie ważne przez tak długi czas, bo pozwalały mi po­

wracać do bezpiecznego świata sprzed wojny i pięknych chwil spę­
dzonych wspólnie pośród wojennego piekła. 

background image

124 Ścieżki życia 

Tak już jest, że piękne wspomnienia pomagają nam żyć, dają 

siłę i nadzieję. Miałam takie piękne wspomnienie związane z Jan­

kiem, z czasów getta w Radomsku. Opuszczanie miasta zakazane 
było pod groźbą śmierci. Mimo to pewnego pięknego dnia, latem 

1942 roku wybraliśmy się z Jankiem na wieś, nad Wartę. W chłop­

skich ogrodach przy drodze kwitły kwiaty, cynie i malwy. Było 
tak spokojnie i normalnie, jakby wszystko było tak jak dawniej. 
My wiedzieliśmy już jednak o grożącej nam deportacji. Ta wyciecz­
ka miała dla mnie bardzo duże znaczenie symboliczne i pomogła 
mi zachować nadzieję nie tylko na przetrwanie, lecz także na 
dalsze szczęśliwe życie. Ta nadzieja dała mi siłę, której potrzebo­
wałam. Dlatego trzymałam się jej kurczowo nawet wtedy, gdy 
czułam już, że to wszystko jest tylko iluzją. Wtedy nie byłam 

jeszcze gotowa, by tę iluzję utracić. Dlatego zachorowałam. Do­

piero trzydzieści lat później miałam tyle siły i doświadczenia ży­
ciowego, aby móc spojrzeć prawdzie w oczy. Po zakończeniu tej 

strasznej wojny miałam dopiero dwadzieścia jeden lat. Ciągle jesz­
cze byłam dziewczynką, która ma zrozumienie dla innych, lecz 

ignoruje swój własny ból. Dlatego moje ciało musiało zareagować. 

— Powiedziałaś, że prędzej uświadomiłabyś sobie prawdę o Jan­

ku, gdybyś jako dziecko nie nauczyła się ignorowania faktu, że 
twój ojciec unika kontaktu z tobą. Czy myślałaś przy tym o jakichś 
konkretnych przeżyciach? 

— Jak powiedziałam, ledwie go pamiętam. Kiedy patrzę wstecz, 

odnoszę wrażenie, że mój ojciec chował się przede mną, zupełnie 

jakby próbował coś ukryć. Gdyby nie było wojny, Holocaustu, walki 

o przeżycie, to być może dzięki terapii udałoby mi się wcześniej 
odkryć charakter mojego ojca i zaoszczędzić sobie tym samym wie­
lu błędnych decyzji. Historia z Jankiem była w końcu tylko jedną 
z wielu daremnych prób zignorowania prawdy dla ratowania iluzji 
miłości. Moja tęsknota za miłością w czasach dzieciństwa żywiła 
się iluzją, więc iluzja tak długo była moim sposobem na życie. 

Nasze wspomnienia często nas zwodzą, bo związane są z na­

szymi emocjami, życzeniami i strategiami przetrwania. Stwarza­
my sobie iluzje, by lepiej poradzić sobie z własnym losem. Dopóki 
nie szkodzimy tym ani sobie, ani innym, wszystko jest w porząd-

background image

Margot i Lilka — pomiędzy Warszawą a Sydney

 125 

ku. W każdej chwili możemy odrzucić mity i spojrzeć prawdzie 
w oczy. Lecz za mit o moim ojcu płaciłam długo i bardzo wiele. 

— A jak powodziło ci się po wojnie w Ameryce? 
— Mój wyjazd zorganizował wujek, który mieszkał w Bosto­

nie. Przyjechałam więc do Bostonu i zaczęłam studiować psycho­
logię. Nagle znalazłam się w cudownym świecie, który dla takiego 
rozbitka jak ja mógł się stać rajem. Ja jednak zabrałam ze sobą 
do Ameryki moją samotność i skłonność do izolowania się. Wszys­
cy byli dla mnie bardzo mili, ja czułam się obco, jak ktoś, kto 
zabłądził tu przez przypadek. Wydawało mi się, że ci ludzie nie 
mają pojęcia o tym, co my musieliśmy przeżyć w Polsce i w gruncie 
rzeczy wcale nie chcą tego wiedzieć. Nawet amerykańscy Żydzi. 
W ich oczach widziałam niemą prośbę, abym oszczędziła ich tak 
dalece, jak to tylko możliwe. Milczałam więc, ponieważ byłam 

dobrze wychowana i nie chciałam burzyć niczyjego spokoju. Po 

jakimś czasie wyszłam za mąż za Wiktora, Polaka także studiu­
jącego w Bostonie. Otrzymał tam stypendium. W gruncie rzeczy 

był mi zupełnie obcy, ale jako jedyny znany mi człowiek w tym 
obcym kraju potrafił choć trochę zrozumieć moje przeżycia. Sam 
nie był Żydem, ale przeżył w Polsce okupację niemiecką i los 
Żydów był mu dobrze znany. Wtedy było to dla mnie bardzo ważne. 

— Całkowicie to rozumiem — powiedziała Margot. — Potrze­

bowałaś wtedy przede wszystkim kogoś, kto choćby po części miał 
podobne przeżycia jak ty. Poza tym mogliście rozmawiać po polsku. 

— Przynajmniej na początku — powiedziała ze smutkiem Lil­

ka. — Potem rozmawialiśmy już tylko po angielsku, żeby nasza 
córka, której niestety nie nauczyliśmy polskiego w wystarczają­
cym stopniu, mogła nas zrozumieć. Z Wiktorem mieliśmy podobne 
poglądy na temat społeczeństwa amerykańskiego, a poza tym mog­
łam z nim rozmawiać o mojej awersji do reżimu komunistycznego 
w Polsce, wiedząc, że ją podziela. Wszystko to powodowało, że 
początkowo zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo 
różne mieliśmy charaktery. Zresztą ja sama nie wiedziałam wtedy 

jeszcze, kim jestem i czego chcę. Nie sądziłam, że harmonijne życie 

w związku z innym człowiekiem jest w ogóle możliwe. Nigdy nie 
miałam wzorca, którym mogłabym się kierować. Konieczność za-

background image

126 Ścieżki życia 

parcia się własnej tożsamości w czasie wojny spowodowała, że 
emocjonalnie byłam niemal zupełnie odrętwiała. Stan ten pogłębił 
się jeszcze bardziej wskutek rozczarowań związanych z Jankiem, 
bo nie znalazłam w sobie tyle odwagi, aby doświadczyć mojego 
cierpienia w pełnym wymiarze. Byłam jakby wewnętrznie skamie­
niała, sparaliżowana. 

— Myślisz, że właśnie dlatego tak długo nie zauważałaś, jak 

mało satysfakcjonujące było wasze małżeństwo dla was obojga? 
— zapytała Margot. 

— To była tylko jedna z przyczyn, Margot. Sprawy się miały 

tutaj podobnie jak w historii z Jankiem. Pozwalałam tak długo 

zwodzić się iluzjom, bo w dalszym ciągu tęskniłam za prawdziwym 
związkiem, nie byłam jednak wtedy jeszcze zdolna do tego, by taki 
związek współtworzyć. To pragnienie było tak silne, że ciągle na 

nowo próbowałam uczynić możliwym to, co niemożliwe. Bywały 
oczywiście chwile, w których widziałam sprawy nieco jaśniej niż 
zwykle i myślałam o rozwodzie. Po sześciu latach, kiedy się wresz­
cie zdecydowałam na rozwód, okazało się, że jestem w ciąży. Po 
psychoterapii, którą wtedy przeszłam, przez pewien czas czułam, 
że Wiktor stał mi się bliższy, a nasze stosunki bardziej otwarte. 
Trwało to jednak zaledwie kilka tygodni, potem wszystko znowu 
było tak jak przedtem. Męka spowodowana milczeniem. W końcu 
rozwiedliśmy się. Przed kilku laty wyszłam za mąż za Żyda. Także 
w tym związku było wiele konfliktów, ale zawsze potrafiliśmy 
o tym mówić. Moje obecne życie jest bez porównania łatwiejsze 
niż dawniejsze. Trudno mi doprawdy zrozumieć, że tak długo wy­
trzymywałam tę obcość w moim pierwszym małżeństwie. Ale dość 

już o moich sprawach. Teraz chciałabym wreszcie dowiedzieć się 

czegoś o tobie. Jak ty przeżyłaś wojnę? Byłaś przez cały czas 

w Warszawie? 

— Tak, najpierw mieszkałam z moimi rodzicami w getcie. Po­

tem ojciec załatwił mi przez swojego dawnego wspólnika fałszywe 
papiery. Uratował mi w ten sposób życie. Krótko potem został 
deportowany... Matka została w getcie i przez pewien czas nawet 
pracowała w fabryce. Potem udało mi się wyprowadzić stamtąd 

ją i moją siostrę. Kiedy patrzę wstecz, widzę przede wszystkim 

background image

Margot i Lilka — pomiędzy Warszawą a Sydney

 127 

ciągłą walkę z szantażystami. Mnie samej, tak jak tobie, udało 
się bez problemu znaleźć pokój, bo miałam dobrze podrobione pa­
piery. Kiedy tylko trochę się tam zadomowiłam, poszukałam na 
wsi szkoły, prowadzonej przez zakonnice i umieściłam w niej moją 
siostrę. Wprawdzie zakonnice od razu domyśliły się, że jest Ży­
dówką, lecz mimo to bardzo serdecznie się nią zajęły. Siostra zo­
stała tam ochrzczona. Miałam doprawdy ogromne szczęście, że 

udało mi się umieścić ją tam bez żadnych znajomości. A to dzięki 
temu, że miejsce znalazłam już w 1942 roku, zanim jeszcze zli­
kwidowano wszystkie getta. Potem wielu Żydów z fałszywymi pa­
pierami szukało bezpiecznego schronienia, ale żeby je znaleźć, 
trzeba było, jak wiesz, mieć bardzo dobre znajomości lub dużo 
pieniędzy. 

Nigdy nie wierzyłam, że ludzi deportowano do nieszkodliwych 

„obozów pracy". Wszystko wskazywało jednoznacznie na to, że 
chodziło o planową eksterminację. Dlatego też, gdy wielu ludzi 
czekało jeszcze na cud, ja już podejmowałam odpowiednie kroki. 
Prócz ojca nikt z mojego otoczenia nie chciał dostrzec tego, co 

Niemcy demonstrowali w sposób całkowicie jawny, wystarczyło 
tylko przypomnieć sobie Mein Kampf Hitlera. Wierzono rozpacz­
liwie propagandzie, której jedynym celem było przecież oszukiwa­
nie ludzi do samego końca. 

— Skąd znalazłaś w sobie tyle energii, żeby uratować matkę 

i siostrę? 

— W tym czasie zdana byłam wyłącznie na własną intuicję 

i pomysłowość. Być może to właśnie spowodowało, że musiałam 
uwierzyć we własne siły. Każda nowa sytuacja wymaga inwencji. 
Nie znałam żadnych gotowych odpowiedzi na pytanie, jak w tej 
sytuacji można przeżyć. Uczyłam na tajnych kompletach i to za­
pewniało mi niezbędne środki do życia. Jako Żydówka z fałszywymi 
papierami potrzebowałam jednak czegoś więcej niż tylko pieniędzy 
na pokój i jedzenie. Musiałam bacznie obserwować otoczenie i za­
chowywać czujność. Jak ścigane zwierzę, które usiłuje przeżyć. Na 
każdym kroku czyhało niebezpieczeństwo zdemaskowania i wyda­
nia w ręce gestapo. Niekiedy zdarzało się nawet, że Żydów wyda­
wali dawni znajomi. Tacy szantażyści, jak zapewne wiesz, przy-

background image

128 Ścieżki życia 

chodzili tak długo, aż odebrali Żydowi ostatnią koszulę. Często 

w końcu i tak wydawali go gestapo, żeby zainkasować za to le­

galne morderstwo „słuszną" nagrodę w postaci 50 złotych. Dziwi­
łam się wtedy bardzo, że niektórzy Żydzi zamiast uciekać tkwili 
w swoich kryjówkach, wierząc obietnicom szantażystów, że jeśli 
tylko jeszcze ten jeden raz zapłacą żądaną sumę, to zostaną po­
zostawieni w spokoju. Dziwiłam się, jak można wierzyć komuś, 
kto wielokrotnie już udowodnił, że nie ma żadnych skrupułów. 

Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że prześladowani często nie mieli 

po prostu innego wyboru. Mężczyźni pochodzenia żydowskiego nie 
mieli prawie żadnych szans na znalezienie nowego lokum. Właści­
ciele mieszkań wymagali od nich okazania zaświadczenia wydanego 
przez urząd kontroli mieszkań, a zaświadczenie to otrzymać można 
było dopiero po oględzinach ciała. Obrzezany mężczyzna nie miał 
więc tutaj żadnych szans. Kobietom było nieco łatwiej, lecz też nie 

zawsze. Ryzyko zdemaskowania rosło, kiedy tylko zaczynały trosz­
czyć się o innych. Tak właśnie było w moim przypadku. 

Jak wiesz, szantażyści działali w sposób bardzo wyrafinowany. 

Kiedy po deportacji ojca moja matka z fałszywymi papierami wy­
dostała się z getta, nie mogłam przyjąć jej do siebie, bo obawiałam 
się denuncjacji. Moja gospodyni była bardzo podejrzliwa. Widząc 
wyraźnie żydowskie rysy twarzy mojej matki, z pewnością szybko 
odgadłaby prawdę także o mnie. Dlatego pokój dla matki znalazłam 
przez ogłoszenie. Zjawiłyśmy się tam o umówionej porze. Właści­
cielka okazała się jednak szantażystką, czego w ogóle nie brałam 
pod uwagę. Jej wspólnicy zatrzymali nas na schodach. Powiedzieli, 
że są polskimi policjantami i zagrozili, że wydadzą nas w ręce ge­
stapo, bo za nasze ujęcie czeka ich nagroda. Było to zagranie w ciemno, 
bo z góry nie mogli przecież wiedzieć, że będziemy Żydówkami. 

Prawdopodobieństwo trafienia było jednak bardzo duże. Można 

przypuścić, że dręczyli w ten sposób wiele osób poszukujących 
mieszkania i najczęściej trafiali w dziesiątkę. Ryzyko było prawie 
żadne, bo Żydzi i tak nie mieli przecież żadnych praw. 

W ostatniej chwili zrozumiałam, że chodzi im po prostu o pie­

niądze. Nie miałam pieniędzy, jedynie pierścionek, więc zapro­
ponowałam, że go im dam. Na nieszczęście zostawiłam go jednak 

background image

Margot i Lilka — pomiędzy Warszawą a Sydney

 129 

Blanca Rosenberg, Versuch zu ueberleben, Judischer Verlag, 1994. 

w domu. Poszli więc z nami i w ten sposób poznali mój adres. 

Musiałam wyjaśnić gospodyni, dlaczego nagle pojawiłam się z „ciot­
ką" i obcymi mężczyznami. Już po kilku dniach pojawili się kolejni 
mężczyźni, którzy mój adres dostali od tamtych. Nieszczęśliwym 
trafem zobaczyli wtedy szesnastoletnią Żydówkę, którą gospodyni 
od kilku tygodni ukrywała za wysoką opłatą w jednym z pokoi. 
Nawet ja dotychczas nigdy jej nie widziałam. 

Kiedy przedstawili się jako współpracownicy gestapo, poczułam 

się jak w pułapce. Nie miałam już żadnej biżuterii, więc chcąc nie 
chcąc, pozwoliłyśmy się razem z tą dziewczyną prowadzić do bu­
dynku gestapo. Dopiero w ostatnim momencie przyszło mi do głowy, 
żeby zapytać ją, czy ma przy sobie jakieś pieniądze. Potwierdziła 
i spytała naiwnie, czy to nam coś pomoże. W końcu pomogłyśmy 
sobie nawzajem — ja jej dzięki mojemu doświadczeniu, a ona mnie 
dzięki jej pieniądzom. Uratowałyśmy się obie. Po tym wydarzeniu 
musiałam sobie jednak natychmiast poszukać nowego pokoju. Dla 
mojej matki udało mi się już wcześniej znaleźć chwilowe schronie­
nie. Tę olbrzymią presję psychiczną, spowodowaną ciągłym zagro­
żeniem życia wytrzymałam przez trzy lata. Przeżyłam także po­
wstanie w Warszawie. Potem usiłowałyśmy razem z siostrą przedo­
stać się nocą na drugi brzeg Wisły, na tereny już wyzwolone. Siostra 
opuściła szkołę przyklasztorną na wsi jeszcze przed powstaniem. 
Zachorowała na półpasiec i leczyła się w szpitalu w Warszawie. Po 
wybuchu powstania zabrałam ją do siebie. To była bardzo trudna 
droga, musiałyśmy stale chronić się za barykadami. 

— Ale wspomniałaś przedtem przeprawę przez Wisłę. Nigdy 

o tym nie słyszałam — przerywa Lilka. 

— Nie znam nikogo, kto wtedy jak my przedostał się przez 

Wisłę na tamtą stronę. Być może taka szansa istniała jedynie tej 
nocy. Być może był to przypadek. Pytałam wielu ludzi, którzy wal­
czyli w powstaniu, ale nie słyszeli o cywilach, którym się to udało. 
Jednak w pewnej książce

8

, przysłanej mi niedawno z Niemiec, zna­

lazłam akapit, w którym jest o tym mowa. Pewna Żydówka, której 
także udało się przeżyć okupację na aryjskich papierach, opowia-

background image

130 Ścieżki życia 

dała, że wielu ludzi uciekało przez Wisłę. Łodzie były jednak 
ostrzeliwane i tonęły w rzece. Ona sama została ranna na brzegu 
i straciła przytomność. 

Przez długi czas miałam nadzieję, że i inni ludzie mieli tyle 

szczęścia co my i przedostali się wtedy na drugi brzeg. Nikogo 
takiego nie udało mi się jednak spotkać. Chętnie wymieniłabym 
z kimś wspomnienia o tamtej ucieczce. Widocznie jednak inni lu­
dzie nie próbowali się w ten sposób uratować. W tamtym czasie 
powszechnie sądzono, że za kilka dni front przesunie się w kie­
runku zachodnim. Uważano, że dni nazistów są policzone. 

Ja jednak skorzystałam z pierwszej sposobności ucieczki, jaka 

się nadarzyła. Dla mojej siostry i dla mnie wojna skończyła się 
tym samym o kilka miesięcy wcześniej. Tak długo miała jeszcze 
bowiem potrwać — kilka miesięcy, a nie kilka dni, jak powszech­
nie sądzono. Powstanie wybuchło 1 sierpnia 1944 roku, kiedy woj­
ska radzieckie stały już na drugim brzegu Wisły. W tym czasie 
wszyscy wierzyli w to, że Rosjanie zachowają się tak, jak alianci 
zachodni i wyzwolą nas spod okupacji hitlerowskiej. Stalin jednak 
postanowił kontynuować ofensywę dopiero w styczniu 1945 roku. 

Czy prawdą jest, że z premedytacją dopuścił do tego, aby Polacy 

wykrwawili się, a Warszawa została zniszczona, jak się to po­
wszechnie przyjmuje? Nie wiem, co ty sądzisz na ten temat. Moim 

zdaniem prawicowi przywódcy powstania zachowywali się po pro­
stu dziecinne, obrzucając Rosjan obelżywymi ulotkami, mimo że 

w końcu liczyliśmy na ich pomoc. Miało to być widocznie pożywką 

dla iluzji, że Polacy sami potrafią wyzwolić się spod okupacji nie­
mieckiej. Dla przywódców powstania plan utworzenia po wojnie 
antykomunistycznego państwa polskiego okazał się w końcu waż­
niejszy niż życie ludzi. Po raz kolejny powtórzyła się dawna his­
toria. Także w przeszłości przywódcy powstań w Polsce wykazy­
wali brak dyplomacji i realizmu. Odwaga narodu polskiego oraz 

jego gotowość do walki w obronie wolności i ludzkiej godności 

często były nadużywane przez rządzących, całkowicie pozbawio­
nych umiejętności przewidywania. Kiedy w gimnazjum śpiewały­
śmy bardzo gorliwie pieśni patriotyczne, nie przychodziło mi to 
oczywiście do głowy. Lecz w czasie powstania nie potrafiłam już 

background image

Margot i Lilka — pomiędzy Warszawą a Sydney

 131 

identyfikować się z tym romantycznym patriotyzmem. Czy ty po 
upadku powstania 3 października też trafiłaś do obozu w Prusz­
kowie jak większość warszawiaków? 

— Tak, ale opowiadaj dalej, jak to było z twoją przeprawą 

przez Wisłę. Bardzo mnie to interesuje. 

— Polscy żołnierze, którzy walczyli w armii radzieckiej, prze­

prawili się w małych łodziach na stronę zajętą przez Niemców, 
żeby zbudować tu przyczułek mostowy. Kładli do łodzi swoich ran­
nych, żeby zabrać ich ze sobą. Zapytałam, czy możemy się z nimi 

zabrać. Żołnierze uważali, że ryzyko jest zbyt duże, bo rzeka przez 
cały czas oświetlana była rakietami sygnalizacyjnymi, a łodzie 
ostrzeliwane. Ostateczną decyzję pozostawili jednak nam. Dla 
mnie było wtedy nie do pomyślenia, aby po dziewięciu tygodniach 
wolności znowu dostać się pod panowanie nazistów. Raczej wola­
łam już zaryzykować życie. Moja siostra nie sprzeciwiała się, de­
cyzję pozostawiła mnie. Tak więc wsiadłyśmy do łodzi i mimo że 
niebo bez przerwy rozświetlały rakiety, udało nam się dotrzeć na 
drugi brzeg bez szwanku. Potem chroniąc się jak to tylko możliwe 
przed ogniem artyleryjskim, uciekłyśmy z linii ostrzału. Biegłyśmy 
bardzo szybko, bo wydawało nam się, że jesteśmy ścigane. Resztę 
tej nocy spędziłyśmy na podwórku opuszczonego domu. Rano zo­
baczyłyśmy, że nasze twarze brudne są od dymu i sadzy. Poszły­

śmy dalej, aż w końcu doszłyśmy do pewnej wsi. Jej mieszkańcy 
zareagowali na nasz widok tak wielkim strachem, jakbyśmy były 

wysłannikami samego diabła, zwiastującymi im nieszczęście. 

Ci ludzie nie mieli żadnego pojęcia o tym, co dzieje się na 

drugim brzegu Wisły. Dlatego trudno było im wytłumaczyć, przez 
co musiałyśmy przejść. Jedna z kobiet pozwoliła nam jednak wejść 
do swego domu i się umyć. Mogłyśmy więc pójść dalej. Ja znalaz­
łam pracę w szpitalu polowym. Musiałam opatrywać ropiejące 
rany żołnierzy. Jeszcze dzisiaj pamiętam ten odór. Byłam jednak 
wtedy tak otępiała, że także i to udało mi się wytrzymać. 

Nadzieja na rychły koniec wojny dodała mi energii. Razem 

z siostrą pojechałyśmy do Lublina. Udało mi się umieścić ją tam 
znowu w klasztorze. Znalazłam też pokój dla siebie. Siostra miała 

wtedy już siedemnaście lat, ale w dalszym ciągu odgrywałam wo-

background image

132 Ścieżki życia 

bec niej niejako automatycznie rolę matki. Po wojnie immatryku­
lowałam się na uniwersytecie w Poznaniu i pozostałam tam do 
końca 1946 roku. 

W czasie okupacji studiowałam w Warszawie, tak jak ty, na 

tajnym uniwersytecie. Zajęcia z naszymi profesorami odbywały się 
w prywatnych mieszkaniach. Grupy liczyły około dziesięciu osób. 
Słyszałam, że kiedyś Niemcy odkryli grupę socjologów i natychmiast 
wszystkich rozstrzelali pod ścianą domu, lecz nie wiem, czy to praw­
da. My w każdym razie baliśmy się potem jeszcze bardziej i zacho­
wywaliśmy się z jeszcze większą ostrożnością. Nikogo z nas nie 
powstrzymało to jednak przed dalszym studiowaniem. Niektórzy 
polscy studenci, mimo że sami także cierpieli z powodu okupacji 
i nie mogli oficjalnie się uczyć, o Żydach mówili z pogardą. 

Dla mnie wszyscy byli bardzo mili, ponieważ nikt nie przypusz­

czał, że jestem Żydówką. Nie mogłam się nikomu zwierzyć, mu­
siałam ciągle mieć się na baczności, aby się nie zdradzić. Ta ciągła 
konieczność zachowywania ostrożności i udawania spowodowała, 
że po wojnie wyjechałam z Polski tak szybko, jak to tylko było 
możliwe. Chciałam żyć w kraju, gdzie będę mogła zupełnie otwar­
cie przyznać się do tego, kim jestem, nie ryzykując przy tym życia. 

W Poznaniu znalazłam wprawdzie rówieśników, z którymi 

mogłam prowadzić gorące dyskusje polityczne, jednak szybko po­

stępująca stalinizacja życia była dla mnie nie do zniesienia. Czu­
łam się znowu zmuszana do milczenia i do udawania. Polska stała 
się republiką ludową i od studentów oczekiwano podporządkowa­

nia się marksistowskim dogmatom. Mojej siostrze przyszło to zna­
cznie łatwiej, mimo że dopiero co jako głęboko wierząca katoliczka 
opuściła szkołę przyklasztorną. Po prostu bez większych oporów 
zastąpiła dogmaty katolickie dogmatami marksistowsko-leninow­
skimi, w które wierzyła tak samo głęboko. Wstąpiła do partii, 
wyszła za mąż za komunistę, który sprawował wysokie funkcje 
państwowe i nikomu nie przyznała się do tego, że ma siostrę na 
Zachodzie. Przez wiele lat uważała, że zdradziłam ojczyznę, lecz 
kiedy w Polsce upadł komunizm, to także przyjęła bez problemów. 

Z tą niezwykłą wprost zdolnością mojej siostry do przystoso­

wania się nie potrafiłam się pogodzić. Odnosiłam wrażenie, że ma 

background image

Margot i Lilka — pomiędzy Warszawą a Sydney

 138 

naturę kameleona i nigdy nie wiedziałam, kim ona właściwie jest. 
W każdym razie byłam szczęśliwa, gdy mogłam wyemigrować do 
Australii. Jedna z kuzynek mojej matki, osoba zamożna, z własnej 
inicjatywy przyjęła mnie do swego domu. Zaczęłam studiować me­
dycynę. Początkowo nie zauważyłam zupełnie, że w Australii pod­
legałam innym, bardziej wysublimowanym ograniczeniom, które 
stwarzało życie mieszczańskie. Wtedy uważałam, że wszystko lep­
sze jest od propagandowych kłamstw. 

Przez długi czas nie odczuwałam żadnej potrzeby odwiedzenia 

Polski. Tęskniłam jedynie czasami za polskim krajobrazem, za 
wolno płynącymi rzekami, polami pełnymi złotego zboża i malwa­
mi w wiejskich ogródkach. Przez wiele lat sadziłam malwy we 
własnym ogrodzie, przypuszczalnie po to, aby zachować w pamięci 
kojące wspomnienia z dzieciństwa. Chętnie porozmawiałabym 
z moimi dawnymi przyjaciółmi z Warszawy, ale tam pewnie już 
od dawna wiele rzeczy wygląda zupełnie inaczej, niż zachowałam 
to w moich wspomnieniach. Moja matka dawno nie żyje. A z sio­
strą nie mam już żadnego kontaktu. 

Lilka także ma pod tym względem mieszane uczucia. Z jednej 

strony czuje tęsknotę za krajobrazami swojego dzieciństwa, z dru­
giej zaś obawę przed wspomnieniami młodości. Kobiety milczały 
przez chwilę, każda z nich pogrążona we własnych myślach. Żadna 
z nich jednak nie chciała wrócić do tego tematu. 

W końcu Margot przerwała milczenie: — Mamy podobne do­

świadczenia z czasów wojny, a jednak, jak się zdaje, ja miałam 
w życiu mniej problemów niż ty. Oczywiście czułam się często 
osamotniona, bo w Australii nikt z mojego otoczenia nie miał 
pojęcia, przez co musieli przejść w czasie wojny Żydzi. Mimo 

wszystko jednak potrafiłam się tutaj zadomowić. Zastanawiam 

się właśnie, co mi w tym pomogło. Przede wszystkim serdeczność 
i uczciwość mojego męża. Poza tym miałam szczęście po­

znać w czasie studiów medycznych interesujące grono przyjaciół. 
Dużo dyskutowaliśmy i czytaliśmy razem literaturę amery­
kańską. 

background image

134 Ścieżki życia 

Kiedy byłam po raz pierwszy w ciąży, udało mi się znaleźć 

położną, która pomogła przyjść na świat moim dzieciom w naszym 
własnym domu. Moje stosunki z dziećmi układały się zawsze bar­
dzo dobrze. To wszystko ty także mogłaś mieć przecież w Stanach, 

ale jak mi się wydaje, wpadałaś z jednego nieszczęścia drugie. 

— To prawda — powiedziała Lilka. — Mimo podobnych 

przeżyć w czasie wojny nasze losy potoczyły się zupełnie inaczej. 
Wytłumaczyć to mogę jedynie tym, że miałyśmy zupełnie inne 
dzieciństwo. Dorastałyśmy w zupełnie różnych rodzinach. Przypo­
minam sobie jeszcze atmosferę twojego domu rodzinnego. Twoja 
matka miała w sobie dużo ciepła. Po prostu wyczuwało się, że ona 
cię kocha i stale wspiera. Takiego wrażenia nie miałam nigdy, 

jeśli chodzi o moją własną matkę. Czułam się przez nią stale 

krytykowana. Potem wybrałam sobie męża, przy którym czułam 

się zupełnie podobnie. Twój ojciec załatwił dla ciebie aryjskie pa­

piery, dając ci tym samym szansę na przeżycie. Fakt, że zatrosz­

czył się o te papiery, świadczy o jego mądrości i miłości do ciebie, 
do swego dziecka, które chciał chronić przede wszystkim, jeszcze 
zanim pomyślał o sobie samym. Tak czyniło wielu żydowskich 
rodziców. Kiedy zaczęły się deportacje, chrzcili swoje małe dzieci 
i zaopatrywali je w aryjskie papiery. Ale ty miałaś wtedy dzie­
więtnaście lat, nie byłaś już małym dzieckiem. A mimo to twój 
ojciec pomyślał najpierw o tobie. 

U mnie było zupełnie odwrotnie. Mój ojciec był jak dziecko, nie 

chciał widzieć niebezpieczeństwa i wziąć odpowiedzialności ani za 
siebie, ani za innych. Kiedy mając dziewiętnaście lat postanowi­
łam uciec z Radomska do Warszawy, musiałam zrobić to w tajem­
nicy, bo inaczej moi rodzice by mi na to nie pozwolili. Po mojej 
ucieczce mój ojciec miał powiedzieć, że jego córce spieszyło się, 
żeby go opuścić i ratować samą siebie. Na tym właśnie polega 
różnica między nami. Także w dzieciństwie moim rodzicom nie 
bardzo na mnie zależało i te wczesne przeżycia odbiły się na moim 
dalszym życiu i wszystkich błędnych decyzjach, które w nim pod­

jęłam. 

Popatrz, Margot, nawet teraz, w moim drugim małżeństwie, 

zgadzam się na pewne rzeczy wbrew samej sobie, ponieważ nie 

background image

Margot i Lilka — pomiędzy Warszawą a Sydney

 135 

zawsze udaje mi się na czas zauważyć, że istnieje jeszcze inne 
wyjście. Chciałabym przedstawić ci to na pewnym przykładzie. 
Kocham i szanuję mojego obecnego męża, a on kocha i szanuje 
mnie. Nigdy nie próbuje mnie do czegokolwiek zmuszać. Ja jednak 
niekiedy sądzę, że — tak jak kiedyś w domu rodzinnym — po­
winnam się z miłości do niego zmuszać do pewnych rzeczy. Nie 
lubię na przykład kolacji z jego partnerami w interesach. On 
akceptuje to, że mu nie towarzyszę. Ale tutaj w Sydney chciałam 
mu zrobić przyjemność i poszłam z nim na taką kolację. Następ­
nego dnia dostałam wysypki. Ponieważ sądziłam, że powodem było 
uczulenie na którąś z potraw, zgłosiłam się do lekarza, to znaczy 
do ciebie. Jednak po drodze do twojego gabinetu przyszło mi do 

głowy, że być może wysypka jest wynikiem tego, że zmusiłam się 
do zrobienia czegoś wbrew samej sobie. Ta kolacja była bowiem 
dla mnie jeszcze trudniejsza do zniesienia niż te, w których ucze­
stniczyłam w Bostonie. Mówiono wyłącznie o inwestycjach. Poczu­
łam się nagle pozostawiona samej sobie i osamotniona, tak samo 

jak się to często zdarzało w moim dzieciństwie, kiedy rozprawiano 

o interesach, a ja nie rozumiałam z tego ani słowa. 

— Dostałaś wysypki i dzięki temu mogłyśmy się spotkać. To 

był mimo wszystko szczęśliwy zbieg okoliczności, nie sądzisz? 

— Właściwie tak. Ale zawsze fascynują mnie reakcje mojego 

ciała na tłumienie przeze mnie uczuć. Już jako dziecko często 
chorowałam. W ten sposób próbowałam wyrazić moje cierpienie. 
Dręczono mnie jednak dalej, podejmując próby wyleczenia. Myś­
lałam, że tylko śmierć potrafi mnie z tego wyzwolić. To dziwne, 
teraz dopiero przyszło mi do głowy, dlaczego Dziewczynka z za­

pałkami

 Andersena była moją ulubioną bajką. Dziewczynka zo­

stała wprawdzie zabrana przez ukochaną babcię, ale dopiero wte­
dy, kiedy umarła, kiedy wszystkie jej wysiłki, aby się ogrzać, 
spełzły na niczym. Tak jak ta dziewczynka zapalała w zimną noc 

jedną zapałkę za drugą, żeby się ogrzać, tak ja próbowałam zro­

zumieć, co się wokół mnie dzieje. Podporządkowując się woli moich 
rodziców, próbowałam choć przez chwilę poczuć ciepło ich miłości. 
Wszystko to jednak były iluzje. W moim domu rodzinnym otrzy­
małam tak niewiele miłości, że nie wiedziałam nawet, jak odczuwa 

background image

136 Ścieżki życia 

się miłość. Zaczęłam to rozumieć dopiero w kontaktach z moimi 
własnymi dziećmi. A teraz znalazłam w tobie kogoś na kształt 
babci z bajki Andersena i wcale nie musiałam przedtem umierać. 
To jest wielki postęp. Wysypka ustąpiła, kiedy zaczęłam z tobą 
rozmawiać, choć nie zażyłam jeszcze żadnej z przepisanych mi 
przez ciebie pigułek. To wspaniałe uczucie, kiedy można poroz­
mawiać z kimś i poczuć, że się jest przez niego rozumianym. To 
coś jeszcze lepszego niż ukochana babcia w Boże Narodzenie. 

— Zwłaszcza, że wyrosłaś w tradycji żydowskiej, w której nie 

obchodzi się Bożego Narodzenia — uśmiechnęła się Margot. 

— Za to w czasie mojego pierwszego małżeństwa świętowałam 

je co roku — przyznała się Lilka — chociaż nie miałam żadnych 

wspomnień z dzieciństwa z tym związanych. Nawet moje wspom­
nienia o żydowskich świętach nie są zbyt miłe. Rytualny przymus 
był dla mnie w dzieciństwie raczej trudny do zniesienia. O tych 
sprawach nie masz pewnie żadnego pojęcia, bo twoi rodzice zasy­
milowali się. Moi rodzice wprawdzie także nie odznaczali się zbyt­
nią pobożnością, ale stale jeszcze byli pod dużym wpływem włas­
nych rodziców. Dlatego nie odważyli się przeciwstawić żydowskim 
obyczajom. 

— Byłam kiedyś w Izraelu — powiedziała Margot — aby 

poszukać swoich korzeni, ale ich tam nie znalazłam. Dziwnym 
trafem nasza córka ma przyjaciela Izraelczyka. Mają zamiar nie­
długo się pobrać. I tak oto zupełnie nieoczekiwanie w pewien spo­

sób powracam do judaizmu. Ty także byłaś już z pewnością 

w Izraelu. Jak się tam czułaś? 

— Ostatni raz byłam tam w 1978 roku. Pamiętam, że płaka­

łam w taksówce w drodze na lotnisko. Najchętniej pozostałabym 
w Jerozolimie, mieście, które kocham. Tylu tu ludzi, którzy mają 
podobne wspomnienia do moich. Także w innych miastach Izraela 
spotykałam ludzi, których los był podobny do mojego. Pewnego 
dnia, kiedy siedziałam przy śniadaniu w hotelowej restauracji, 
dosiadły się do mnie dwie kobiety, matka i córka. Rozmawiałyśmy 
o karach cielesnych w wychowaniu dzieci. Nagle córka powiedzia­
ła, że zna to dobrze z własnego doświadczenia. Jej matka zapytała 
ze zdumieniem: „Czy myśmy cię kiedykolwiek bili?" „Nie", odpo-

background image

Margot i Lilka — pomiędzy Warszawą a Sydney

 137 

wiedziała córka, „wy nie, ale Belgowie, u których ukrywałam się 
w czasie wojny". „Dlaczego nam tego nigdy nie powiedziałaś? To 

straszne, a ja do dzisiaj nic o tym nie wiedziałam". „Mamo, ja nie 
chciałam sprawić ci bólu. Kiedy miałam ci zresztą o tym powie­
dzieć? Kiedy zagłodzona, z ogoloną głową wróciłaś z Oświęcimia? 
Chciałam o tym zapomnieć i zapomniałam. Ale teraz ta pani mó­

wiła o tym tak otwarcie..." 

Kobiety padły sobie w ramiona i zaczęły płakać. Podobne sceny, 

obserwowałam w izraelskich hotelach bardzo często i mimo swojej 
samotności czułam się z tymi ludźmi w jakiś sposób związana. 
Z drugiej jednak strony odpychające wrażenie zrobiły na mnie 
przejawy ekstremalnej ortodoksyjności. Dlatego raczej wątpię, czy 
mogłabym mieszkać w Izraelu i czuć się tam wolna. Gdybym wy­

jechała do Izraela, moje życie potoczyłoby się z pewnością zupełnie 

innym torem, choć zapewne miałabym równie dużo problemów. 
Z pewnymi ludźmi potrafiłabym przypuszczalnie nawiązać dobre 
stosunki, dzielić się z nimi wspomnieniami i rozumieć ich los, 
podobny do mojego. Także muzyka żydowska, którą słychać na 
każdym kroku, działałaby na mnie kojąco. Dzisiaj jeszcze reaguję 
bardzo emocjonalnie na melodię i rytm pieśni żydowskich, na ich 
smutek, ich humor, specyficzny akcent języka jidysz, który jako 
dziecko słyszałam u moich dziadków, choć niewiele z niego rozu­
miałam, bo moi rodzice rozmawiali z nami po polsku. Tym bardziej 
tajemnicze były dla mnie pieśni śpiewane w tym języku. Wydaje 
się, że dźwięki muzyki z synagogi i żydowskich pieśni ludowych 
tkwiły w mojej pamięci od czasu mojego urodzenia lub jeszcze 
wcześniej. Przypuszczalnie dźwięki te słyszałam jeszcze w łonie 
matki, kiedy będąc w ciąży, bywała w synagodze lub na weselach. 
Musiałam wyczuwać, że matka była wtedy pogodna i spokojna, 
bo dźwięki muzyki żydowskiej budzą we mnie zawsze uczucie 
bezpieczeństwa, spokoju i radości. Z czasów dzieciństwa pozostało 
mi także upodobanie do pewnych potraw, które wtedy lubiłam, 
mimo że były ciężkostrawne i często nie najlepiej się po nich czu­
łam. Być może już wówczas ujawniły się moje mieszane uczucia 
wobec tradycji żydowskiej — z jednej strony pociągała mnie, z 

drugiej zaś wydawała mi się wprost nie do zniesienia. 

background image

138 Ścieżki życia 

Niektóre obrzędy żydowskie wydają mi się piękne. W dzieciń­

stwie jednak wszystkie te rytuały traktowałam jako niepotrzebne 
ograniczenie. Nie rozumiałam ich sensu i uważałam, że są bardzo 
odległe od prawdziwego życia. W młodości buntowałam się przeciw 
powszechnemu i przez nikogo nie kwestionowanemu zwyczajowi 
obrzezania, bo uważałam, że jest okrutny i stanowi dla noworodka 
przeżycie traumatyczne. Nie odpowiadał mi także sposób, w jaki 
Żydzi izolowali się od Polaków. W Polsce istniał bez wątpienia 
silny ruch antysemicki. Wprawdzie nie twierdzę, że ruch ten był 
skutkiem tendencji izolacjonistycznych Żydów, to jednak jestem 
zdania, że styl życia i osobliwy sposób ubierania się mieszkańców 
żydowskich miasteczek w dużym stopniu nastroje te podsycał. 
Budziło to we mnie złość i niechęć, uczucia, które później, w czasie 
gdy płonęły getta, uznałam za oznakę mojego antysemityzmu, mo­

jej nienawiści do siebie samej. Podobne odczucia miałam, gdy w la­

tach siedemdziesiątych odwiedziłam dzielnicę Jerozolimy, zamie­
szkałą przez ortodoksyjnych Żydów. Odnalazłam tam samotność 
i złość mojego dzieciństwa. Żadna z osób, z którymi próbowałam 
porozmawiać, nie okazała mi zwykłej uprzejmości. Wszyscy trak­
towali mnie jak obcą i unikali wszelkiego kontaktu. Takich uczuć 

nie doznałam, odwiedzając „Muzeum Izraela" czy też kibuce. Czu­
łam to tylko w tej dzielnicy pobożnych Żydów. Poszłam tam, aby 

odnaleźć wspomnienia z dzieciństwa, dawny, dobrze mi znany 
świat, a poczułam się niby w Zamku Kafki. Być może jednak mimo 

to znalazłam tam moją prawdę, prawdę o samotności wśród ludzi, 
którzy zdawali się mnie nie zauważać. Zupełnie jakbym była prze­

zroczysta. Tak samo czułam się jako dziecko u moich dziadków, 

którzy prawie nigdy ze mną nie rozmawiali. Wspominając obrzędy 
żydowskie znane mi z dzieciństwa, nie mogę oprzeć się wrażeniu, 
że chodziło w nich o bezwarunkowe wypełnianie obowiązków, 
o posłuszeństwo tradycji, lecz w żadnym wypadku nie o porozu­
mienie i miłość. To wrażenie ma zapewne związek z faktem, że 
w moim domu rodzinnym nie było zwyczaju rozmawiania z dzieć­
mi. Przypominam sobie obchody święta Pesach, gdy miałam sie­
dem lat. Jak wiesz, święto Pesach obchodzi się na pamiątkę wyj­
ścia Żydów z egipskiej niewoli. Trwa ono kilka dni. Pierwszego 

background image

Margot i Lilka — pomiędzy Warszawą

 a Sydney

 130 

wieczoru, który jak zapewne wiesz, nazywa się seder, dziecko 
zgodnie ze zwyczajem ma prawo zadać swemu ojcu cztery pytania. 
Mój ojciec był tego wieczoru wyjątkowo ubrany na biało, zamiast 
na czarno, jak w inne święta. Nastroiło mnie to bardzo uroczyście. 
Stanęłam więc przed nim, aby zadać mu cztery pytania w języku 
hebrajskim, których wcześniej nauczyłam się na pamięć. Cieszy­
łam się już na myśl o tym, że ktoś wreszcie wykaże zrozumienie 

dla moich pytań i na nie odpowie. 

Moje pierwsze pytanie brzmiało: czym różni się dzisiejsza noc 

od innych? Następne było bardziej szczegółowe: dlaczego w ciągu 
roku jadamy dwa rodzaje chleba, a dzisiaj tylko macę? 

Dla mnie osobiście znaczyło to: dlaczego jesteś, ojcze, dziś skłon­

ny, by mnie wysłuchać i odpowiedzieć na moje pytania, dlaczego 
dzisiejszy dzień jest inny od pozostałych? Szybko przekonałam się 

jednak, że tak nie było. Kiedy tylko wypowiedziałam pytania, czar 

chwili uleciał. Nikomu się nawet nie śniło, że dziecko oczekiwać 
może zrozumiałych wyjaśnień. Odpowiedzi na moje pytania zawar­
te były mianowicie w księdze hagada, która szczegółowo opisuje 
historię wyjścia Żydów z Egiptu. Tradycja każe, aby ten hebrajski 
tekst dorośli czytali tego wieczoru przez wiele godzin. Mimo że nie 
rozumiałam z tego ani słowa, musiałam przez cały czas grzecznie 

siedzieć i przysłuchiwać się. Kiedy dzisiaj o tym myślę, to widzę, 

jak bardzo symboliczne znaczenie miało dla mnie tamto wydarze­

nie. Po raz pierwszy odczułam wtedy, jak bardzo beznadziejne są 
moje wysiłki, aby porozmawiać z rodzicami. Czułam się rozczaro­
wana i pozostawiona samej sobie z moimi pytaniami, nikt jednak 
nie zwrócił na to żadnej uwagi. Wszyscy byli bowiem przekonani, 

że otrzymałam na nie odpowiedź, nawet bardzo wyczerpującą, sko­

ro trwała wiele godzin. Czy oni rzeczywiście wierzyli, że właśnie 
tego chciałam się dowiedzieć? Że interesowało mnie wyjście z Egip­

tu ze wszystkimi tego szczegółami? I to w języku, którego nie ro­
zumiałam? Nie, oni nie mogli w to wierzyć. Po prostu postępowali 
w taki sposób, jakiego nauczyli się w swoim domu rodzinnym. Od 
dawien dawna świętowało się wyjście Żydów z Egiptu, jakby to 
było wczoraj. A tu nagle zjawiła się mała dziewczynka, która ocze­
kiwała od ojca osobistych odpowiedzi. Tradycja tego nie przewidy-

background image

140 Ścieżki życia 

wała. W tradycji chodziło o Boga i jego naród wybrany. Przez całe 
życie próbowałam bezskutecznie porozumieć się z moim ojcem. Mu­
siałam rozmawiać sama ze sobą i sama odpowiadać sobie na py­
tania. Moja samotność w domu rodzinnym, którą we wspomnie­
niach symbolizuje tamto święto Pesach, jest powodem, dla którego 
w czasie dużych spotkań towarzyskich nie czuję się nigdy ich „peł­
noprawnym" uczestnikiem. Wyjaśnia to także gwałtowność mojej 
alergicznej reakcji na tę wczorajszą niewinną kolację w towarzy­
stwie partnerów handlowych mojego męża. 

Ale powróćmy jeszcze do Izraela. Myślę, że panująca tam to­

lerancja i ustępliwość wobec ortodoksyjnych Żydów nie pozwoliła­
by mi czuć się dobrze w tym kraju. Przypuszczalnie jednak spo­
tykałabym tam ludzi, z którymi miałabym wiele wspólnego, jeśli 
nawet nie takie same poglądy na życie, to przynajmniej zbliżone 
reakcje na przejawy niesprawiedliwości, absurdalności i brutalności, 
a także wspólny żydowski los, cokolwiek to znaczy. 

Mogłabym odnaleźć tam to, czego tak bardzo brakowało mi 

dawniej w Ameryce, a mianowicie poczucie przynależności. Dzisiaj 

jednak już mi tego nie brakuje i czuję się najlepiej w kraju, w któ­

rym tak wielu ludzi poszukiwało nowej ojczyzny i ją znalazło. 
W Izraelu natomiast prześladowałoby mnie tabu moich rodziców. 
Tamtejsze rytuały pogłębiłyby jeszcze mój ból z powodu świado­
mości, że ani ojciec, ani nikt inny z krewnych nie wykazał zrozu­
mienia dla mojej krytyki wobec tradycji. Mój ojciec trzymał się 
dogmatów i rytuałów z przyzwyczajenia i posłuszeństwa, a fakt, 
że ja je kwestionowałam, wywoływał w nim zapewne lęk. Moje 
pytania o ich sens natrafiały zawsze na mur milczenia. Wrażenie, 
że stoję przed murem, miałabym często także w Izraelu, ale pew­
nie spotykałabym tam też ludzi, którzy tak jak ja cierpieliby 
z tego powodu. Muszę jednak przyznać, że nigdy nie myślałam 
serio o wyjeździe do Izraela. Chcę być w pobliżu moich dzieci, 
a gdybym mieszkała w Izraelu nie byłoby to możliwe. 

Sądzę, że judaizm dla każdej Żydówki i każdego Żyda ma zu­

pełnie inne znaczenie, zależne od ich indywidualnych losów. Zna­
czenie to może się w ciągu życia wielokrotnie zmieniać. Jako dziec­
ko miałam zadatki na antysemitkę. Judaizm traktowałam jako 

background image

Margot i Lilka — pomiędzy Warszawą a Sydney

 141 

pancerz, który należy czym prędzej zrzucić. W 1933 roku byłam 

jednak w Berlinie w odwiedzinach u ciotki. Po raz pierwszy ze­

tknęłam się tam z rzeczywistą brutalnością antysemityzmu, której 
rozmiary w pełni uświadomiłam sobie podczas prześladowań Ży­
dów przez niemieckich okupantów. Po 1945 roku identyfikowałam 
się ze wszystkimi ofiarami Holocaustu, a nieopisany wprost ból 
nie pozwalał mi na zastanawianie się nad moim stosunkiem do 

judaizmu. Dopiero po rozwodzie odnalazłam się znowu jako Ży­

dówka. Jeszcze w tym samym roku pojechałam sama do Jerozo­
limy, odkryłam miasto i kraj, Jezioro Genezaret, pustynię, Masadę 
i książki Martina Bubera i w końcu, tak jak kiedyś w młodości, 
pozwoliłam się uwieść miłości i nadziei na odnalezienie duchowej 
ojczyzny. Powiedziałam „uwieść", bo tę ojczyznę odnalazłam w końcu 
w sobie. Dopiero po powrocie do Ameryki spotkałam mojego obec­
nego męża. Pochodził z rodziny żydowskiej z Bostonu i tam skoń­

czył studia. On również nie lubił ortodoksji. W jego rodzinie, w której 
panuje duch swobody, czuję się bardzo dobrze. 

To właśnie język hebrajski i jidysz, a także pieśni żydowskie, 

które usłyszałam znowu w czasie pobytu w Izraelu, pomogły obu­
dzić się we mnie dawnym emocjom z dzieciństwa. Pomogły mi 
odnaleźć moją dawną tożsamość i na tym fundamencie zbudować 
nową. W czasie trwania mojego pierwszego małżeństwa było to 
niemożliwe. Ten związek pogłębił jeszcze moje poczucie wyobco­
wania. Winy za to nie ponosił ani Wiktor, ani ktokolwiek inny. 
Po prostu potrzebowałam czasu, aby uporać się ze wspomnieniami 
o horrorze, który przeżyłam w czasie wojny. Przede wszystkim 
najpierw musiałam przyznać, że przeżyłam horror, choć przecież 
nie byłam w obozie. Trudno to oczywiście porównywać, ale ja na­
wet nie chcę próbować tego robić. Chcę pozostawić moje uczucia 
takimi, jakie są i zobaczyć, co z tego wyniknie. 

— To bardzo dziwne uczucie — powiedziała Margot. — Kie­

dy słuchałam cię teraz, jak mówisz o judaizmie, obudziły się we 
mnie wspomnienia, o których nie myślałam już od 1942 roku. Tak 

jakby zostały wtedy opieczętowane w moim mózgu, a teraz pod 

wpływem twojej obecności ta pieczęć została zerwana i znowu 
ożyły. Przypominam sobie dom mojego wuja Arona, brata mojej 

background image

142 Ścieżki życia 

matki. Jego żona, ciotka Dora, pochodziła z pobożnej rodziny i by­
ła bardzo przywiązana do żydowskich rytuałów. Bardzo kochała 
swojego ojca, który uchodził za człowieka dobrego i przyjaznego. 
Starał się obchodzić święta żydowskie tak, jak obchodzone były 
w jego domu rodzinnym. Oni nie mieszkali w Warszawie, lecz 
w Otwocku. Niekiedy zapraszali mnie do siebie na kilka dni. Mia­
łam dzięki temu kontakt z tradycją żydowską, której moi rodzice 

już nie pielęgnowali. Pamiętam, jak wujek Aron opowiadał o zna­

czeniu Chanuki i jak uważnie słuchałyśmy go razem z moimi 
dwiema kuzynkami. Czytał nam także opowieści autorów żydo­
wskich, w polskim tłumaczeniu, bo inaczej byśmy ich nie zrozumia­
ły. Gdyby nie te przeżycia, nie potrafiłabym zrozumieć tego, co mi 
właśnie opowiedziałaś. W 1942 roku zamknęłam drzwi do tego 
świata i rzeczywiście o nim zapomniałam. Nawet rozmowy z moim 
przyszłym zięciem, który przecież pochodzi z Izraela, nie pomogły 
mi tych drzwi otworzyć. On należy do innego pokolenia i świat 
polskich Żydów jest mu zupełnie obcy. Ale ty pochodzisz z tego 
świata i tak jak ja go „zdradziłaś". Mówienie zarówno o mojej 
nostalgii, jak i o moich wątpliwościach przychodzi mi przy tobie 

z łatwością. Najchętniej odwiedziłabym razem z tobą Polskę. Sa­
ma bym się na to nie odważyła. Mogłybyśmy wymieniać się na­
szymi wrażeniami. Pomogłoby nam to być może znieść tam ból 
naszych wspomnień. Co myślisz o tym, Lilko? 

Lilka milczała przez chwilę. Wahała się. — Doprawdy sama 

nie wiem. Właściwie nie zamierzałam już nigdy pojechać do Pol­
ski. Od czasu mojego rozwodu nie rozmawiałam z nikim po polsku, 
dopiero teraz z tobą. Jedno jest pewne, gdybym kiedykolwiek mia­
ła tam pojechać, to też chciałabym pojechać z tobą. Dajmy sobie 
trochę czasu. Przecież będziemy w kontakcie. 

background image

REFLEKSJE 

background image

Jak funkcjonują 
wodzowie i guru? 

Wiele problemów ujrzeć można w zupełnie nowym świet­

le, gdy próbuje się je wyjaśnić z perspektywy dzieciństwa. Żyjemy 
dzisiaj w czasach, w których dyktatura coraz częściej zastępowana 

jest przez demokrację, lecz jednocześnie rośnie zastraszająco licz­

ba sekt, w których panuje system totalitarny. Do sekt tych ludzie 
wstępują z własnej woli. Czy grozi to wszystkim? Ludzie, którzy 
dorastali w poczuciu wolności i szacunku, których odmienność 
tolerowano zamiast ją tłumić, nigdy nie trafią dobrowolnie w szpo­
ny sekty, a gdyby — wskutek przypadku czy zręcznej manipula­
cji — tak się już stało, nigdy w sekcie nie pozostaną. Wielu lu­
dziom przystępującym do sekt zdaje się nie przeszkadzać fakt, że 
rządzą tam mechanizmy, które pozbawiają ich wolności myśli, 
działania i odczuwania. Nie budzi ich niepokoju narzucona im 
totalitarna kontrola i przymus posłuszeństwa, od których nie uda 
im się już uwolnić, bo z biegiem lat poddawani będą coraz głębszej 
indoktrynacji. Uniemożliwi im ona dostrzeżenie tego, jak bardzo 
niszczona jest ich osobowość. 

Nie potrafią zrozumieć, jak wysoką cenę zapłacili za swe po­

słuszeństwo, bo nie umieją już krytycznie myśleć. Problemem, 
który w powiązaniu z grupami sekciarskimi interesuje mnie naj­
bardziej, jest nieświadoma manipulacja, o której piszę szeroko 
w moich książkach. Chodzi tu o sposób, w jaki stłumione lub nie-
uświadamiane przeżycia z dzieciństwa rodziców lub terapeutów 
w niedostrzegalny sposób wpływają na życie ich dzieci lub pacjen-

background image

Jak funkcjonują wodzowie i guru?

 145 

tów. Na pierwszy rzut oka wydawać się może, że to, co dzieje się 
w sektach lub grupach sekciarskich, nie ma nic wspólnego z nie­
świadomą manipulacją rodziców wobec dzieci. Wydaje się, że chodzi 
tam o świadomą, dobrze przemyślaną i zorganizowaną manipula­
cję, której celem jest wykorzystanie trudnej sytuacji poszczegól­
nych ludzi. 

Moim zdaniem, tym na pozór świadomym działaniem rządzi 

jednak nieświadoma motywacja. Historę Feeling Therapy uważam 

za straszną. Mimo to jestem zdania, że obaj twórcy ośrodka nie 

planowali od samego początku stworzenia w nim systemu totali­
tarnego. Dopiero poczucie posiadania władzy nad grupą uczyniło 

z nich guru. To właśnie mam na myśli, kiedy mówię o nieświa­
domych motywacjach manipulatorów. W końcu sami stają się ofia­
rami działania prawidłowości, których nie znali, bo nigdy się wi­
docznie nad nimi nie zastanawiali. W ten sposób wzniecają ogień, 
którego nie są w stanie ugasić. Nauczyli się tylko, jak intensyfi­
kować w ludziach uczucia bezradnego dziecka, a także jak dzięki 
regresji ludzi tych całkowicie od siebie uzależnić. To im wystar­
czało. Odtąd działali już automatycznie, według wzorów swych 
wychowawców, które poznali w dzieciństwie. Ani ich wielbiciele, 
ani oni sami nie potrafili dostrzec, czym to zachowanie jest w istocie. 
Książka Carol L. Mithers o złudnych obietnicach, budzących fał­
szywe nadzieje i iluzje pomaga zrozumieć, jak funkcjonują przy­
wódcy polityczni. Od pięćdziesięciu lat biografowie i naukowcy 
stawiają sobie pytanie, czy Hitler wierzył we własne słowa, czy 
też po prostu świadomie manipulował innymi. Był szaleńcem czy 
też aktorem, który innych uważał za głupców? Część biografów 
zmieniła z biegiem czasu swoje zdanie na ten temat i skłania się 
coraz bardziej ku poglądowi, że Hitler był jednak szaleńcem, który 
wierzył we wszystko, co mówił. Jest to bardzo złożony problem, 
lecz należałoby mu się jednak dokładnie przyjrzeć, bowiem obec­
nie niestety znowu zyskuje na aktualności, o czym świadczy po­
większająca się stale liczba sekt. 

Czy ludzie, którzy rzekomo wypełniają wolę Boga lub nazywają 

samych siebie prorokami, są oszustami czy szaleńcami, którzy 
rzeczywiście wierzą, że przemawia przez nich Chrystus? 

background image

146 Ścieżki życia 

Przypuszczalnie trudno to rozgraniczyć. Na przykładzie Feeling 

Therapy można było znakomicie zaobserwować, jak żądza władzy 
zniszczyła zdolność do realistycznej samooceny u jej założycieli. 
W końcu uwierzyli, że są tak wspaniali, za jakich uważali ich 

zwolennicy. Wystąpili w 134 audycjach radiowych i 104 progra­
mach telewizyjnych. Wystarczyło im to, aby uznać się za geniuszy 
stulecia, o niebo lepszych od wszystkich innych psychologów. 

Analizując działania różnych przywódców i guru, trudno do­

kładnie określić, w którym momencie przestają działać świadomie 
i pozwalają, by zaczęła nimi kierować nieświadoma motywacja. 
Ta nieświadoma motywacja musi być siłą sprawczą działania wie­
lu guru, bo inaczej nie tworzyliby tak skomplikowanych systemów, 
które utrzymać przy życiu można jedynie za pomocą środków de­

strukcyjnych. W wypadku bardzo dobrego, świadomego planowa­
nia nie byłoby to zresztą konieczne. Wydaje się, że guru sami 
wpadają w sieć, którą zastawiają na innych. Wiele jest na to 
przykładów. Najbardziej ekstremalny w swej patologii był masowy 
mord u schyłku lat siedemdziesiątych w Jonestown w Gujanie. Po 
nim nastąpiły dalsze. Za każdym razem oszukani i pozbawieni 
możliwości krytycznego myślenia ludzie, najczęściej w najlepszej 
wierze, ofiarowali swoje życie, aby uratować wiarę w uczciwość 
szaleńca. Ta śmierć miała im zaoszczędzić gorzkiego przebudze­
nia. Wśród założycieli sekt jest wielu paranoidalnych psychotyków 
o skłonnościach megalomańskich. Obiecując pomoc i szczęście in­
nym, szukają wśród swych zwolenników schronienia przed włas­
nymi lękami. Ogłaszają koniec świata i budują podziemne bunkry, 
ponieważ chcą uciec przed dziecięcą bezsilnością i pokonać ją na 
płaszczyźnie symbolicznej. Odgrywają rolę wybawcy, ponieważ dzię­
ki uwielbieniu swych wyznawców czują się wreszcie potężni, a nie 
bezsilni. Przy najmniejszym podejrzeniu zdemaskowania zmusza­

ją swych wyznawców za pomocą gróźb do milczenia. Skrajną for­

mą milczenia jest samobójstwo. Drogą tą podążyło na przykład 
trzydziestu dziewięciu młodych ludzi, którzy odebrali sobie życie 
w 1997 roku w luksusowej willi pod San Diego. 

Nie sądzę, aby samą tylko zachłannością można było wytłu­

maczyć dążenie do budowania skomplikowanych systemów oszu-

background image

Jak funkcjonują wodzowie i guru?

 147 

stwa, które silą rzeczy doprowadzić muszą w końcu do katastrofy. 
Powrót do uczuć z dzieciństwa dotyczy bowiem nie tylko ofiar, 
lecz także sprawców — nieważne, czy są nimi przywódcy czy gu­
ru — którzy przeglądają się jak w lustrze w pełnych uwielbienia 
oczach swych wielbicieli, tracąc w ten sposób kontakt z rzeczywi­
stością. Gdyby tak nie było, Hitler nie zdecydowałby się na kon­
tynuowanie ofensywy w Rosji, co odradzali mu jego doświadczeni 
generałowie. Był jednak ogarnięty całkowicie manią wielkości i tak 
zapatrzony w siebie, że uznał stan regresji za rzeczywistość, tra­
cąc tym samym zdolność realistycznego myślenia. 

Hitler uważał także, że podziw mas świadczy o jego wielkości. 

Szybko zapomniał o tym, że zdobył go dzięki kłamstwom. Uznał 

więc, że jest genialny. Guru, podobnie jak Hitler, zdobywają bez­
warunkową aprobatę swych wyznawców dzięki obietnicom szczęś­

cia, które czynią im na podobieństwo ich rodziców. Wywołuje to 
w tych ludziach regresję emocjonalną do wczesnego dzieciństwa, 
co powoduje, że zastygają w podziwie i nie potrafią dostrzec, że 
są oszukiwani. W tym stanie regresji krytyka symbolicznych ro­
dziców — przywódców czy guru — jest całkowicie wykluczona. 
Tak samo wykluczona, jak samokrytyka przywódcy, którą zastę­
puje upojenie władzą i autokreacją. 

O tym, jak funkcjonował Hitler, przekonać się może dzisiaj na 

własne oczy każdy, kogo to interesuje. Wystarczy tylko nabyć ka­

setę z filmem dokumentalnym o Hitlerze (Guido Knopp nr 3) i do­
kładnie ją obejrzeć. Trzeba tylko poobserwować jego mimikę i ge­
stykulację, posłuchać jego pełnego furii i euforii głosu, poczytać 
cytaty z jego przemówień, aby zagadka pod nazwą „Hitler" stała 
się łatwa do rozszyfrowania. Takie doświadczenie jest niezwykle 
cenne, bo może pomóc w porę zdemaskować podobne zjawiska. 

Wiwaty tłumu mają dla przywódcy narkotyczne działanie, a mi­

lionom wiwatujących ludzi nie przyjdzie nawet do głowy, że on 
potrzebuje ich właśnie tylko w tym celu. Kiedy Hitler obwieszczał 
tłumom utworzenie Trzeciej Rzeszy, nikt nie myślał o tym, że 
wkrótce ich ukochany i rzekomo kochający przywódca będzie wy­

syłał ich na wojnę i na śmierć, po to tylko, by osiągnąć swoje 
najbardziej osobiste cele. Pozwalali sobą kierować bez żadnej re-

background image

148 Ścieżki życia 

fleksji. Myślenie pozostawili jemu, całkowicie zdali się na niego, 
tak jak małe dzieci, które nie potrafią jeszcze planować przyszłości 
i po prostu wierzą, że ich ojciec robi wszystko dla ich dobra. Nawet 

jeżeli po powrocie z pracy wita ich krzykiem i ręką gotową do 

bicia. Robi to, jak mówi, jedynie dla ich dobra. 

Są ludzie, którzy usiłują za pomocą „przeprogramowania" uwol­

nić wyznawców sekt od ich zależności i duchowego zaślepienia, 
ponieważ uważają, że innego sposobu po prostu nie ma. Ja jednak 

jestem niepoprawną optymistką, jeśli chodzi o siłę oddziaływania 

informacji. Kiedy informacja w odpowiednim momencie dotrze do 
człowieka, może go skłonić do zastanowienia. Zależnie od swej 

osobistej sytuacji będzie on rozmyślał dalej o tym, czego się do­

wiedział lub też nie. Być może powróci do tego po latach. Dusza 
to nie maszyna, którą może po prostu naprawić ktoś z zewnątrz. 

Każda dusza ma swoją historię, która warunkuje sposób myślenia 
i działania danego człowieka. Czasami wstrząs emocjonalny po­
maga mu obudzić się z odrętwienia i mimo cierpienia skonfronto­
wać się z rzeczywistością. 

background image

2. 

Jak rodzi się nienawiść? 

Mimo że temat znęcania się nad dziećmi pojawiał się za­

równo w powieściach, jak i autobiografiach od wielu wieków, opinia 
publiczna dopiero w ciągu ostatnich dwudziestu lat uświadomiła 

sobie, jak częste jest to zjawisko. Stało się tak wskutek wysiłków 

garstki badaczy, lecz przede wszystkim dzięki mediom. W dalszym 
ciągu jednak nie docenia się wpływu przeżyć traumatycznych 
z wczesnego dzieciństwa na dalsze życie człowieka, niekiedy się je 
nawet kwestionuje. W nauce problem ten był dotychczas pomijany. 

Znaczenie dzieciństwa w życiu dorosłego człowieka wydają się 

kwestionować nawet niektóre środowiska terapeutyczne. Uświa­

domiłam to sobie dzięki korespondencji, jaką prowadziłam z ame­
rykańskim zwolennikiem psychoterapii somatycznej. Uważał on, 
że poprzez odniesienia biograficzne umniejszyłam znaczenie osiąg­
nięć Wilhelma Reicha. Z pewnością nie miałam takiego zamiaru. 

Wprost przeciwnie, jestem zdania, że wielu terapeutów somatycz­
nych wykorzystuje dzisiaj z powodzeniem jego odkrycia, między 
innymi jego pracę na temat pancerza emocjonalnego u ludzi zra­
nionych psychicznie w dzieciństwie. 

Nie zgadzam się jednak z jego koncepcją infantylnej seksual­

ności, którą Reich przejął od Freuda i dalej rozwinął. W mojej 
książce Das verbannte Wissen

9

 wyraziłam opinię, że koncepcja 

infantylnej seksualności stanowiła dla Freuda przykrywkę dla faktu, 

9

 Alice Miller, Das verbannte Wissen, Suhrkamp, 1988. 

background image

150 Ścieżki życia 

że był wykorzystywany w dzieciństwie. Pisałam w niej: „...To samo 
zrobił później również Wilhelm Reich, rozwijając teorię, która mia­
ła mu pomóc obronić się przed cierpieniem bardzo wcześnie i czę­
sto wykorzystywanego seksualnie dziecka, którym kiedyś był. Za­
miast odczuć, jak bardzo boli, kiedy jest się oszukiwanym przez 
dorosłych, którym się zaufało i nie można się przed tym obronić, 
Wilhelm Reich przez całe swe życie twierdził, że sam tego chciał, 
że tego potrzebował i że tego potrzebuje każde dziecko!" 

Pisze o tym w biografii Reicha Myron Sharaf

10

, według której 

miał on powiedzieć, że wszelkie tajniki życia seksualnego poznał 
w wieku czterech lat dzięki pokojówce, która regularnie zabierała 
go do swego łóżka i się z nim seksualnie zabawiała. To, co ja 
określam jako wykorzystanie dziecięcej samotności, było być może 
przez samo dziecko odbierane zupełnie inaczej. 

Dla Wilhelma Reicha był to bez wątpienia ratunek w czasach 

dziecięcej rozpaczy, na przykład wtedy, gdy ukochana przez nie­
go matka popełniła samobójstwo. Sam powiedział kiedyś, że łóż­
ko pokojówki było dla niego schronieniem. Jest więc zrozumiałe, 
że ten pozytywny aspekt przesłaniał mu fakt, iż był wykorzy­

stywany jako obiekt seksualny i zabawka, choć wtedy tego nie 
zauważał. 

Wykorzystywanie seksualne, a także każde inne może być od­

czuwane przez dziecko jako rzecz pozytywna, jeśli jest to jedyny 
przejaw uczuć, jaki dane mu jest doświadczać. Dziecko, które tę­
skni za miłością, ciepłem i poczuciem bezpieczeństwa, przyjmuje 
w takich okolicznościach z obawy przed opuszczeniem z wielką 
gorliwością nie tylko wykorzystywanie seksualne, lecz także razy, 
wyzwiska i upokorzenia. 

Szczególnie ważne wydaje mi się dzisiaj nie tylko rozpoznanie 

i zrozumienie naszych iluzji z dzieciństwa, lecz także wyciągnięcie 
pouczających wniosków z ich konsekwencji. Zapieranie się cier­
pienia, którego człowiek doświadczył jako dziecko, ma bowiem 
dalekosiężne skutki nie tylko dla naszego życia rodzinnego, lecz 
także dla życia publicznego. Chciałabym na to zwrócić uwagę w ni-

10

 Myron Sharaf, The Fury on Earth, St. Martin's/Marek, 1983. 

background image

Jak rodzi się nienawiść? 151 

niejszych rozważaniach. Nie chodzi mi tu bynajmniej o traktat, 
lecz raczej o sformułowanie określonych pytań i hipotez, które 
mogłyby skłonić innych ludzi do zastanowienia się nad nimi 
i sprawdzenia ich słuszności. 

Jeśli chodzi o bibliografię, to ograniczam się do przywołania 

pozycji, o których nie wspominam w moich wcześniejszych książ­
kach. Poza tym mam nadzieję, że przedstawione w niniejszej książ­
ce historie pozwolą na łatwiejsze zrozumienie postawionych prze­
ze mnie hipotez. 

Dlaczego temat dzieciństwa do dzisiaj w mniejszym lub większym 

stopniu pomijany był w literaturze fachowej? Powodów tego może 
być wiele. Jednym z nich jest, jak się zdaje, fakt, że my wszyscy, 
podobnie jak Freud i Reich, w jakiś sposób obawiamy się, że wyniki 
prac badawczych na ten temat zagrozić mogą naszej miłości do ro­
dziców i pięknym wspomnieniom o naszym dzieciństwie. 

To niebezpieczeństwo jest jednak niewielkie, ponieważ pierw­

sza niezłomna dziecięca miłość do rodziców jest w nas wszystkich 
tak silnie zakorzeniona, że nie uda się jej zniszczyć, a już z pew­
nością nie zagrozi jej zrozumienie prawdy. Jej podstawą jest na­
turalna potrzeba człowieka otrzymywania i dawania miłości. Do 
tych pozytywnych, utrzymujących nas przy życiu uczuć jesteśmy, 
ma się rozumieć, niezwykle mocno przywiązani. Jednakże właśnie 
obawa przed ich utratą powstrzymuje nas przed poszukiwaniem 
naszej prawdy. Obawa ta może skłonić nas do trzymania się błęd­
nego przeświadczenia, że ze względu na naszych rodziców powin­
niśmy tę prawdę zignorować. 

Nie musi jednak tak być. Oczywiście, w dzieciństwie lojalność 

wobec rodziców i wierność samym sobie często się wykluczają. Wielu 
ludzi jako dzieci w ogóle nie doświadczyło swojej prawdy, bo rato­
wało się poprzez jej ignorowanie. Jednak jako osoby dorosłe możemy 
nauczyć się zbliżać do naszej prawdy, aby uwolnić się od dolegliwości 
będących skutkiem naszego samooszukiwania. Nie musimy przy tym 
wcale poświęcać dobrych uczuć wobec naszych rodziców, ponieważ 

jako ludzie dorośli jesteśmy w stanie zrozumieć ich sytuację i mamy 

możliwość dowiedzieć się, jak mogło dojść do tego, że nas skrzyw­
dzili, nie wiedząc o tym lub też nie chcąc wiedzieć. 

background image

152 Ścieżki życia 

Jeżeli człowiek dorosły znajdzie kogoś, kto go w tym wesprze, 

to uda mu się w końcu, tak jak Sandrze i Anice, osiągnąć dwie 
niezmiernie ważne rzeczy. Z jednej strony potrafi kochać i zrozu­
mieć rodziców, z drugiej zaś pozostać wiernym samemu sobie. 
Zarówno Sandra, jak i Anika nie ograniczyły się jedynie do po­
znania samych faktów, lecz próbowały zrozumieć specyficzne zna­
czenie, jakie miały one dla nich jako dzieci. Obie nie miały żad­
nych wspomnień o przeżyciach z wczesnego dzieciństwa, lecz 
cierpiały z powodu różnych dolegliwości i próbowały niezmordo­
wanie bronić się przed swym bólem przez zapomnienie. Dzisiaj 
mogą — nie pytając rodziców o pozwolenie — trwać przy swej 
prawdzie. Ich świeżo zdobyta samodzielność uwolniła je od przy­
musu atakowania rodziców w rozmowach, co pociągało za sobą 
niepowodzenia. To dopiero umożliwiło rodzicom zbliżenie się do 
ich własnej prawdy. 

Dziecko nie potrafi zrozumieć, dlaczego ranione jest przez lu­

dzi, których kocha i podziwia. Nadaje więc temu zachowaniu inne 
znaczenie i uważa je za słuszne. Znęcaniu się przypisana zostaje 

więc w jego systemie kognitywnym pozytywna wartość, którą za­
chowuje ono przez całe swoje życie. Chyba że jako człowiek dorosły 
dokona przewartościowania. 

Wielu ludziom, młodszym i starszym, udało się takiego prze­

wartościowania dokonać. Tak jak Sandra i Anika uświadomili so­
bie, że nie muszą wcale poświęcać miłości do swych rodziców, gdy 
w kontaktach z nimi przestają przyjmować pozycję dziecka ze 
wszystkimi jej ograniczeniami. Dopiero po tym zdolni byli do od­
rzucenia systemu wartości dziecka i do uświadomienia sobie tego, 
co w zachowaniu ich rodziców było błędne, szkodliwe czy nawet 
niebezpieczne. Potrafili to zrobić, ponieważ wyrośli ze stanu dzie­
cięcej bezradności i nieświadomości. Byli w stanie zrozumieć cier­
pienia rodziców, których tamci doświadczyli w swym dzieciństwie. 

Nie czują się już zmuszeni do mówienia, że bicie wyszło im tylko 

na dobre, mimo że prawda jest krańcowo różna. Nie muszą też już 
oskarżać swych rodziców jak małe dzieci, które jeszcze nie rozumie­

ją, dlaczego ktoś wyrządza im krzywdę. Potrafią nazwać po imieniu 

to co się kiedyś stało i wczuć się w sytuację swego rozmówcy, kiedy 

background image

Jak rodzi się nienawiść?

 153 

11

 Alice Miller, Am Anfang war Erziehung, Suhrkamp, 1980; polski 

tytuł Zniewolone dzieciństwo. Ukryte źródła tyranii, Media Rodzina, Poz­
nań, 1999; Alice Miller, Der gemiedene Schlussel,
 Suhrkamp, 1988; Alice 
Miller, Abbruch der Schweigemauer,
 Hoffmann&Campe, 1990. 

ten im o niej opowiada. Rezultatem tego jest zrozumienie, coś zu­
pełnie odmiennego od religijnego aktu przebaczenia, który zakłada 
wybaczenie uczynku bez wnikania w jego motywy. 

Co dzieje się jednak, gdy człowiek dorosły nieugięcie zaprzecza, 

że w dzieciństwie wyrządzono mu krzywdę, trwa uparcie na po­
zycji dziecka i w dalszym ciągu bezwarunkowo idealizuje błędy 
swoich rodziców? Być może przypisuje on przemocy, której do­
świadczył, pozytywną wartość z tego powodu, że nie miał okazji 
poznać innych możliwości oraz dlatego, że nie potrafi dostrzec 
motywów kierujących zachowaniem jego rodziców. Destrukcyjne 
konsekwencje takiego stanu rzeczy ujawnić się mogą już w bardzo 
młodym wieku, na przykład w tyranizowaniu młodszego rodzeń­
stwa, w aktach przemocy lub nawet morderstwach. 

Dorosły ma, niestety, do dyspozycji jeszcze inne środki, umoż­

liwiające mu ignorowanie doświadczonej w dzieciństwie przemocy 
i przenoszenie jej na innych. Może stworzyć tak wyrafinowaną 
ideologię, że odbierana jest jako coś pozytywnego. Im w mniejszym 

stopniu jest on skłonny do uznania, że został oszukany i sam się 
oszukiwał, tym gorsze są konsekwencje jego działania dla innych. 
W ten sposób powstał pozorny paradoks, że grzeczne, skromne 
dziecko, które perfekcyjnie spełniało życzenia dorosłych i nigdy 
ich nie krytykowało, trzydzieści lat później zostało komendantem 
obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu lub Adolfem Eichmannem. 

We wszystkich moich książkach starałam się zwrócić uwagę 

na to, że przemoc skierowana na dziecko uderza w końcu ryko­
szetem w całe społeczeństwo. Do tego wniosku doszłam, próbując 
odpowiedzieć na pytanie o genezę nienawiści. Chciałam dowie­

dzieć się, dlaczego jedni mają skłonność do ekstremalnej przemo­
cy, inni zaś nie. Zrozumiałam to dopiero wtedy, gdy zaczęłam 
badać szczegółowo dzieciństwo dyktatorów i ludobójców

11

. Wszy­

scy oni doświadczyli w dzieciństwie niewyobrażalnego wprost 

background image

154 Ścieżki życia 

okrucieństwa, lecz zapierali się tego przed sobą. Moim zdaniem 

właśnie to ignorowanie własnego cierpienia skłoniło ich jako ludzi 

dorosłych do szukania odwetu na innych. Chłostane i upokarzane 

w imię wychowania dziecko bardzo wcześnie przyswoiło sobie ję­

zyk przemocy oraz obłudy i uznało go za jedyny skuteczny sposób 
komunikowania się. 

Kiedy usiłowałam pokazać na przykładzie Hitlera i Stalina, 

jak znęcanie się nad dzieckiem może wpłynąć na losy całego spo­

łeczeństwa, wielu ludzi protestowało, twierdząc, że w dzieciństwie 
również często byli bici, a mimo to nie wyrośli na przestępców. 
Kiedy pytałam ich o szczegóły z ich dzieciństwa, w każdym przy­
padku stwierdzałam, że w ich otoczeniu była co najmniej jedna 

osoba, która wprawdzie nie ustrzegła dziecka przed znęcaniem 
się, jednak okazywała mu współczucie, a czasem nawet miłość. 

Taką osobę — wspomagającego świadka, jak ja to określam — 

znalazł między innymi Dostojewski, który miał niezwykle gwał­
townego ojca, ale także kochającą matkę, która pokazała mu, że 
miłość istnieje. Bez tego nie byłoby prawdopodobnie powieści Do-
stojewskiego. 

Wśród dzieci, które doświadczyły przemocy, są również i ta­

kie, które już w dzieciństwie lub też w późniejszym życiu zna­
lazły nie tylko wspomagającego, lecz także świadomego świadka. 

On aktywnie pomógł im zrozumieć wyrządzoną krzywdę i głośno 
o niej mówić, a zatem przeboleć ją. Te dzieci nie stały się, rzecz 
oczywista, przestępcami, potrafiły bowiem odczuwać i świadomie 
działać. 

Każdy, kto zajmuje się problemem nadużyć wobec dzieci, musi 

stwierdzić ze zdumieniem, że rodzice znęcają się nad swymi dzieć­
mi lub zaniedbują je w taki sam sposób, jaki znosić musieli, gdy 
sami byli dziećmi. Jako osoby dorosłe nie pamiętają już jednak 
o własnych cierpieniach z dzieciństwa. W przypadku seksualnego 
wykorzystywania dzieci jest niemal regułą, że sprawcy nie znają 
swej własnej historii lub też przynajmniej nie są zdolni do odczu­

wania związanych z nią emocji. Dopiero w trakcie terapii, jeśli 

jest ona w ogóle możliwa, okazuje się, że postępują w ten sam 

sposób, w jaki postępowano kiedyś wobec nich. 

background image

Jak rodzi się nienawiść?

 155 

Zjawisko to wyjaśnić można jedynie przy założeniu, że infor­

macje na temat doświadczonej w dzieciństwie przemocy pozostają 
na zawsze zakodowane w mózgu w formie nieświadomych wspo­
mnień. Świadome przeżycie doświadczeń przemocy jest w wypad­
ku dziecka niemożliwe, chyba że znajdzie ono świadomego wspie­
rającego świadka. Zazwyczaj jednak musi je stłumić, żeby nie dać 

się złamać cierpieniu i lękowi. Lecz te nieświadome wspomnienia 
skłaniają dorosłego człowieka do powtarzania tego, czego sam do­
świadczył. Ma mu to pomóc uwolnić się od lęków, które pozosta­
wiły w nim przeżycia z dzieciństwa. Dawna ofiara stwarza sytu­
acje, w których odgrywa rolę sprawcy, chcąc w ten sposób zapanować 
nad dziecięcą bezsilnością i uciec przed nieświadomymi lękami. 

Lecz także to nie przynosi mu wyzwolenia. Ciągle na nowo 

dopuszcza się przemocy i znajduje sobie nowe ofiary. Nie uda mu 
się uporać z uczuciami nienawiści i lęku tak długo, jak długo 
przenosić je będzie na różnego rodzaju kozły ofiarne. Dopiero kie­
dy odnajdzie prawdziwą przyczynę i zrozumie swoją naturalną 
reakcję na krzywdę, rozpłynie się ślepa nienawiść wymierzona 
przeciw niewinnym ludziom. Ma ona bowiem za zadanie przesła­
nianie prawdy, co odtąd nie będzie już potrzebne. Jak wiadomo, 
przestępcy seksualni, którym udało się w trakcie terapii zmierzyć 

z własną historią, nie dopuszczają się już potem dalszych aktów 
destrukcji. 

Czym jest właściwie nienawiść? Moim zdaniem może być skut­

kiem wściekłości i rozpaczy dziecka, wobec którego dopuszczono 

się nadużyć, gdy jeszcze nie mówiło. Nienawiść ta tkwić będzie 
w dorosłym człowieku tak długo, jak długo złość na któregoś z ro­
dziców będzie nieświadoma i stłumiona. Będzie mógł ją co najwy­
żej przenieść na kozła ofiarnego, na własne dzieci, na rzekomych 
wrogów. Szczególnie niebezpieczna staje się taka przekształcona 
w nienawiść wściekłość, jeśli przykrywa ją maska ideologii, bo 
wtedy wymyka się wszelkim normom moralnym. Aby przekonać 
się o zdumiewającej intensywności dziecięcych uczuć, wystarczy 
wsłuchać się w krzyk zrozpaczonego niemowlęcia. 

Dokąd zaprowadzić może mechanizm przenoszenia nienawiści 

na innych, pokazały historie wielu dyktatorów. Udało im się po-

background image

156 Ścieżki życia 

zyskać masy i skłonić do mordowania dlatego, że wskazali kozły 
ofiarne, na których ludzie mogli odreagować drzemiące w nich 
silne emocje. Oderwane od swego źródła, rozproszone emocje po­

trzebują bowiem obiektu, wobec którego można podjąć akcje, które 
zabronione były w dzieciństwie. 

Zwierzę reaguje na atak ucieczką lub agresją. Obie te reakcje 

nie są możliwe w wypadku małego dziecka, wobec którego dopusz­
cza się nadużyć członek rodziny. Naturalna ta reakcja powstrzy­
mywana jest niekiedy całymi latami, do momentu znalezienia słab­
szego obiektu, wobec którego można ją okazać. Takim obiektem 
mogą być mniejszości narodowe. Wtedy pękają wszelkie tamy 
i tłumione emocje wyładowywane są z wielką gwałtownością na 
przykład na Turkach, Cyganach, Tutsi lub Hutu, w zależności od 
kraju. Jedynie powód tej nienawiści może być wszędzie taki sam. 

Luter na przykład był inteligentnym i wykształconym człowie­

kiem, ale nienawidził Żydów i nawoływał rodziców do stosowania 
wobec dzieci kar cielesnych. W żadnym wypadku nie był perwer­

syjnym sadystą, jak oprawcy Hitlera. Ale udzielał tych destruk­
cyjnych rad już czterysta lat przed Hitlerem. Od wczesnego dzie­
ciństwa był bardzo mocno bity przez matkę. Twierdził, że wyszło 
mu to tylko na dobre i uważał takie postępowanie za słuszne. 
Zakodowane w jego ciele przeświadczenie, że dręczenie istot słab­
szych jest słuszne, skoro czynią to rodzice, miało na niego większy 

wpływ niż boskie przykazania miłości bliźniego i miłosierdzia wzglę­
dem słabszych. 

Podobne przykłady z kręgu kultury amerykańskiej przedstawia 

w swej niezwykle pouczającej książce Philip Greven

12

. Cytuje wiele 

kobiet i mężczyzn ze wspólnot religijnych, zalecających bicie dzieci 
rózgą już w pierwszych miesiącach ich życia, aby mogły otrzymaną 
w ten sposób naukę zapamiętać na całe życie. Niestety, mieli rację. 
Te straszne, destrukcyjne teksty, wprowadzające w błąd rodziców, 
stanowią wyraźny przykład długotrwałych skutków bicia. Tak 
mogli pisać jedynie ludzie, którzy kiedyś sami byli ciężko bici 
i później gloryfikowali swe własne doświadczenia. 

Philip Greven, Spare the Child, Knopf, 1991. 

background image

Jak rodzi się nienawiść?

 157 

13

 Alice Miller, Am Anfang war Erziehung, Suhrkamp, 1980; wyd. 

pol.: Zniewolone dzieciństwo. Ukryte źródła tyranii, Media Rodzina, Poz­
nań

 1999. 

To samo dotyczy dzisiejszych terrorystów. Zabijają i torturują 

obcych ludzi, którzy nie uczynili im nic złego i upiększają swe 

okrucieństwo rzekomo religijną ideologią. Oczywiście nie mają po­

jęcia, że mszczą się na swych ofiarach za terror, którego sami 

doświadczyli w dzieciństwie. Ale ani ich nieświadomość, ani też 
stłumiona przez nich niegdyś złość, której istnieniu dzisiaj zaprze­
czają, nie usprawiedliwiają w żadnej mierze ich ekstremalnej de-
strukcyjności, ani też nie mogą wywoływać naszego współczucia. 

Kiedy uświadomimy sobie, że Hitler był przez swego ojca drę­

czony, poniżany i wyśmiewany oraz że tłumił przy tym swe praw­
dziwe emocje, źródło nienawiści staje się zupełnie jasne

13

. Być może 

niektórym ludziom nie w smak zajmować się tym tematem. Ja jed­
nak musiałam to zrobić, ponieważ miałam nadzieję na znalezienie 
odpowiedzi na pytanie o motywy postępowania nie tylko Hitlera, 
lecz także innych dyktatorów. We wszystkich przypadkach odnala­
złam skutki nienawiści do któregoś z rodziców, nienawiści tłumionej 
nie tylko z tego względu, że nienawidzenie własnego ojca było surowo 
zakazane, lecz także dlatego, że w żywotnym interesie dziecka leżało 
utrzymywanie iluzji o dobrym ojcu. Upust tej nienawiści dać można 
było jedynie pod warunkiem, że została przeniesiona na obiekt za­
stępczy. Hitler z pewnością nie znalazłby takiego masowego popar­
cia, gdyby opisany model wychowawczy i jego negatywne skutki nie 
były tak rozpowszechnione w Niemczech i Austrii. 

Lecz nienawiść Hitlera do Żydów miała swe korzenie jeszcze 

w czasach przed jego urodzeniem. Jego babka ze strony ojca pra­
cowała w młodości jako służąca w żydowskiej rodzinie w Grazu. 
Po powrocie do swej rodzinnej wioski Braunau urodziła syna o imie­
niu Alois, który później został ojcem Hitlera. Przez czternaście lat 

otrzymywała alimenty od rodziny z Grazu. Historia ta, opisywana 

w wielu biografiach, obrazuje dylemat rodziny Hitlerów. Starano 

się ukryć fakt, że młoda kobieta zaszła w ciążę z żydowskim kup­
cem lub jego synem. Z drugiej jednak strony trudno było twierdzić, 

background image

158 Ścieżki życia 

że Żydzi ci płacili tak długo alimenty bez żadnego powodu. Taka 
wspaniałomyślność ze strony Żyda była dla mieszkańców austriac­
kiej wioski po prostu nie do pomyślenia. Rodzinie Hitlerów nie 
udało się więc przedstawić takiej wersji wydarzeń, która byłaby 
w stanie zmazać tę „hańbę". 

Młody Alois Hitler wyrastał w środowisku niechętnym Żydom. 

Otaczała go atmosfera podejrzeń, że w jego żyłach płynie żydow­
ska krew. Wszystkie zaszczyty, do których doszedł jako urzędnik 
celny, nie potrafiły uwolnić go od utajonej wściekłości z powodu 
hańby i upokorzeń, których niezasłużenie doświadczył. Tę wściek­
łość mógł odreagowywać bezkarnie na swym synu Adolfie. 

Według biografów Adolf Hitler był niemiłosiernie bity przez 

ojca. Jako człowiek dorosły uznał, że jedyną możliwością wyzwo­
lenia się z lęków dzieciństwa jest uwolnienie od krwi żydowskiej 
nie tylko siebie, lecz także Niemców, a w końcu całego świata. To 
stało się jego manią. Był nią ogarnięty do samego końca, ponieważ 
przez całe życie tkwił w nim utajony lęk przed własnym ojcem, 
pół-Żydem. 

Często spotykałam się z zarzutem, że pogląd ten, przedstawiony 

przeze mnie wyczerpująco w mojej książce Zniewolone dzieciństwo, 

jest niesamowity i w niewystarczającym stopniu wyjaśnia poczy­

nania Hitlera. Oczywiście nie wyjaśnia on z pewnością wszystkich 

jego działań, ale niewątpliwie genezę jego nienawiści do Żydów, 

a przynajmniej jej podstawy. Mogę sobie świetnie wyobrazić, że 
Hitler już jako dziecko poprzysiągł zemstę „Żydowi", potwornej 
postaci z własnej wyobraźni. Myślał sobie pewnie, że mógłby mieć 
piękne życie, gdyby „Żyd" nie wpędził jego babki w kłopoty, z po­
wodu których on i cała jego rodzina musieli teraz cierpieć. W ten 
sposób mógł też usprawiedliwić wymierzoną w siebie agresję ojca, 
który był przecież tylko ofiarą złego i wszechpotężnego „Żyda". 
W umyśle wściekłego i zdezorientowanego dziecka myśl tę już 
tylko jeden krok dzielił od uznania za konieczność całkowitej eks­
terminacji Żydów. 

W języku potocznym słowo „nienawiść" odnosi się także do tych 

przypadków, w których nie mamy do czynienia z projekcją emocji 

z wczesnego dzieciństwa na obiekt zastępczy, lecz ze wściekłością 

background image

Jak rodzi się nienawiść?

 159 

osoby dorosłej, całkowicie uzasadnioną aktualnymi okolicznościa­
mi. W tym znaczeniu „nienawidzieć" będzie torturowany człowiek 
lub więzień obozu swego ciemiężyciela. To uczucie daje mu często 
siłę do przeżycia, chroniąc go przed rezygnacją i pozwalając ura­
tować ludzką godność. 

Tego rodzaju „nienawiść" powiązana jest ściśle z aktualną sy­

tuacją. Skierowana jest zazwyczaj przeciwko człowiekowi, który 
w ekstremalny sposób ogranicza naszą wolność, który nie w naszej 
własnej wyobraźni, lecz całkowicie realnie upokarza nas, poniża 
i rzeczywiście nam zagraża. Jeżeli jednak ofierze uda się znaleźć 
wyjście z tej sytuacji i uwolnić się od swego dręczyciela, jej wściek­
łość stopniowo słabnie, a czasami całkowicie przemija. 

Nie było tak w przypadku Hitlera, Stalina, Mao i innych dyk­

tatorów, którzy przez całe życie kierowali się nienawiścią, mimo 
że jako dorośli nie mieli po temu żadnych powodów. Przeciwnie, 
uwielbiani i podziwiani byli przez miliony i nie mieli właściwie 

żadnych widocznych powodów do lęku. Pomimo to przez całe ich 
życie lęki z dzieciństwa stanowiły pożywkę dla ich nienawiści. 

Paranoidalny, tkwiący swymi korzeniami w przeżyciach z wczes­

nego dzieciństwa sposób myślenia odkryłam u wszystkich dykta­
torów, których dzieciństwo badałam w sposób bardziej szczegóło­
wy. Mao, który był regularnie chłostany przez swego ojca, skazał 
na śmierć trzydzieści milionów ludzi, aby dać upust swej wściek­
łości na niego. Stalin kazał cierpieć i umierać wielu milionom, 
ponieważ — nawet kiedy był u szczytu władzy — pozwolił po­
wodować sobą nieświadomym dziecinnym lękom. Jego ojciec, bar­
dzo ubogi gruziński szewc, próbował topić swe frustracje w alko­
holu i bił syna do krwi. Matka Stalina, wykazująca skłonności 
psychotyczne, była całkowicie niezdolna do obrony swego dziecka. 
Najczęściej przebywała poza domem, modląc się w kościele lub 
też troszcząc się o gospodarstwo duchownego. Stalin idealizował 

swych rodziców do samej śmierci i na każdym kroku widział za­
grożenia, które realnie nie istniały, lecz zakodowane zostały na 
zawsze w jego mózgu. 

To samo dotyczy także innych dyktatorów. Prześladują oni róż­

ne kategorie ludzi, uzasadniając to w odmienny sposób, lecz powód 

background image

160 Ścieżki życia 

tego jest jednak zawsze taki sam. Dla każdego z nich ideologia 
stanowi jedynie przykrywkę dla własnej prawdy i wynikającej z niej 
paranoi. A masy maszerują za nimi w zachwycie, nie przeczuwając 
nawet, jakie są prawdziwe motywy, kierujące ich przywódcami 
i nimi samymi. Te dziecięce marzenia o zemście byłyby zupełnie 
nieszkodliwe, gdyby społeczeństwo w swej naiwności nie pomagało 
dyktatorom w ich urzeczywistnianiu. 

W Trzeciej Rzeszy na przykład olbrzymi potencjał siły roboczej, 

jaki stanowili Żydzi dla niemieckiej gospodarki, nie został wyko­

rzystany, choć w czasie wojny ważna była każda para rąk do 
pracy. Wskazuje to jednoznacznie na fakt, że dla wykonawców 
obłąkańczego planu zagłady jego realizacja ważniejsza była niż spra­
wy gospodarcze. Żyd musiał uchodzić za brudnego, nieproduktyw­
nego i śmiesznego i być z tego powodu poniżany, bo to czyniło 
z niego obiekt nienawiści, potrzebny do projekcji. W tak zwanych 
obozach pracy na przykład wysoko kwalifikowanym ludziom na­
kazywano przenoszenie w czapce ziemi z jednego miejsca na dru­
gie lub też staranne wykonywanie boso na śniegu prac całkowicie 
niepotrzebnych. W ten sposób zachować można było w ideologii 
narodowosocjalistycznej obraz leniwego i śmiesznego Żyda, który 
może jednak stanowić zagrożenie tak długo, dopóki się go nie 
upokorzy. 

Dla kogoś, kto nie ma zwyczaju uwzględniania wpływu trau­

matycznych przeżyć z dzieciństwa postaci historycznych na bieg 
historii, poglądy tego typu mogą się wydać mocno przesadzone. 
Można przyjąć bowiem, że pod rządami nazistów znęcano się nad 
Żydami w taki sposób, jak kiedyś nad dziećmi. Pojawia się jednak 
pytanie, jak ma się to porównanie do poglądu, że Żydzi są diabel­
ską siłą, przed którą należy uchronić świat. Dzieci są przecież 
słabsze niż dorośli, dlaczego więc należy się ich obawiać? 

Argumentacja ta jest niewątpliwie logiczna, nienawiść jednak 

kieruje się własną logiką. Historia znęcania się nad dziećmi do­
wodzi, że rodzice uznają niekiedy własne dzieci za zagrażające im 
szatańskie nasienie, od którego muszą się uwolnić, aby uniknąć 
nieszczęścia. Taki sam był mechanizm polowania na czarownice. 
Nienawiść do własnych dzieci, którą okazują rodzice, znęcając się 

background image

Jak rodzi się nienawiść?

 161 

nad nimi, nie dotyczy w gruncie rzeczy tych dzieci, lecz dawnych 
wychowawców rodziców, gdyż nie ośmielili się w dzieciństwie oka­
zać im swego gniewu. Z tych względów ojciec uznać może, że 
zagraża mu własne dziecko, to znaczy, bijąc je, widzi w nim swych 
dawnych dręczycieli, którzy mieli nad nim ogromną przewagę 
i uosabiali całe zło świata. 

Dynamika takiego przełożenia znana jest psychoanalitykom 

już od dawna. Za jego przyczynę uważano kiedyś identyfikację 

z agresorem, dziś jednak mówi się raczej o traumatycznych prze­
życiach z wczesnego dzieciństwa i zakodowanych w mózgu infor­
macjach. 

Ponieważ wpływ traumatycznych przeżyć z dzieciństwa na ży­

cie dorosłego człowieka dotychczas nie był niemal badany, jest on 
zupełnie pomijany w badaniach historycznych i antropologicznych. 
Na przykład socjolog Wolfgang Sovsky

14

, napisał robiącą duże wra­

żenie książkę na temat form przemocy, w której nie ma ani słowa 
o wpływach dzieciństwa. Pisze on przy tym bardzo szeroko o rze­

komo niezrozumiałym zjawisku dręczenia innych, które przecież 
wyjaśnić można traumatycznymi przeżyciami z dzieciństwa spraw­
ców. Powszechnie wiadomo, że to, czego nauczyliśmy się w dzie­

ciństwie, jest bardzo trwałe i często nie podlega rewizji. 

Oczywiście fakt ten nie stanowi żadnego usprawiedliwienia dla 

przestępstw kryminalnych, lecz należałoby choćby rozważyć przy­
puszczenie, że ludzie uczestniczący aktywnie w aktach ludobójst­
wa i torturujący innych, nie są bynajmniej wybrykiem natury. Są 

oni po prostu przedstawicielami licznej grupy ludzi, którzy nigdy 
nie rozwinęli w sobie zdolności do odczuwania litości i współczucia 
lub też bardzo wcześnie zdolność tę utracili. Inne obszary mózgu 
takich ludzi funkcjonują przypuszczalnie bardzo dobrze, a ich bra­

ki w sferze emocjonalnej powodują, że stają się idealnymi wyko­
nawcami chorobliwych pomysłów paranoidalnych przywódców. 

Oczywiście są ludzie, którzy nie popełnili żadnych morderstw 

ani też nie dopuścili się seksualnego wykorzystywania dzieci, mi­
mo że w dzieciństwie sami byli obiektem ciężkich nadużyć. Oso-

14

 Wolfgang Sovsky, Traktat uber die Gewalt, Fischer, 1996. 

background image

162 Ścieżki życia 

biście nie spotkałam jednak ani jednego przestępcy, który jako 
dziecko sam nie byłby ofiarą. Problem stanowi przy tym fakt, że 
ludziom tym przeważnie nie są znane ich własne motywacje, po­
nieważ nie mają dostępu do własnych uczuć i wspomnień. Opie­
rając się głównie na relacjach sprawców, Daniel J. Goldhagen

15 

usiłuje przedstawić w swej książce ich uczucia. Zarówno cytaty, 

jak i zdjęcia dokumentują jednoznacznie, że ich zadowolone, 

uśmiechnięte twarze świadczą o przyjemności, jaką czerpią z drę­
czenia innych. 

Niestety, Daniel Goldhagen ograniczył się do przedstawienia 

samego zjawiska, nie usiłując wyjaśnić roli, jaką mogły tu odegrać 
przeżycia z dzieciństwa. Mówi wprawdzie o emocjach sprawców, 
które dotychczas w dużej mierze były ignorowane, lecz nie wyjaś­
nia mechanizmu ich powstawania. Jak to możliwe, że mężczyźni 
i kobiety, których otaczał powszechny szacunek, postępowali jak 
potwory? Jak mogło dojść do tego, że Klaus Barbie i inni mężczyź­
ni, którzy przez swe córki określani byli jako mili i troskliwi oj­
cowie, torturowali niewinnych lub też pozwalali ich torturować. 
Takiego pytania Goldhagen sobie nie stawia. Uważa, że wystar­
czające wyjaśnienie stanowi niemiecki antysemityzm. Tak jednak 
nie jest. 

Jeżeli niemiecki antysemityzm rzeczywiście miałby być przy­

czyną Holocaustu, to dlaczego nie pojawił się już w czasie pierw­
szej wojny światowej, kiedy był równie silny? I dlaczego nie było 
Holocaustu w innych państwach europejskich, w których nastroje 
antysemickie doszły do głosu z równą siłą? Argument, że bezro­
bocie i bieda za czasów Republiki Weimarskiej wywołały w lu­
dziach frustrację, która znalazła swe ujście w mordowaniu Żydów, 
nie jest przekonujący z uwagi na fakt, że Hitlerowi udało się 
bardzo szybko opanować bezrobocie. 

Musiały być więc jeszcze inne, dotychczas nie uwzględniane 

czynniki, które spowodowały, że Holocaust pojawił się właśnie 
w Niemczech i właśnie w tym, a nie innym czasie. Jednym z takich 
czynników mógł być moim zdaniem destrukcyjny styl wychowy-

15

 Daniel Goldhagen, Hitlers willige Vollstrecker, Siedler, 1996. 

background image

Jak rodzi się nienawiść?

 163 

wania małych dzieci, który na przełomie wieków był bardzo roz­
powszechniony w Niemczech. Według mnie polegał on po prostu 
na znęcaniu się nad niemowlętami. 

Także w innych krajach dzieci w imię wychowania stawały się 

obiektem nadużyć ze strony dorosłych, zdarza się to zresztą także 
i obecnie. Nie znam jednak żadnego innego systemu wychowaw­
czego, w którym systematyczne znęcanie się nad dziećmi podnie­
sione zostało do rangi zasady wychowawczej, jak to stało się 
w przypadku „czarnej pedagogiki" w Niemczech. W pierwszych 
dziesięcioleciach dwudziestego wieku metoda ta doprowadzona zo­
stała do perfekcji. W końcu Hitler dostał to, czego chciał. W jego 
ustach brzmiało to tak: „Moje wychowanie jest twarde. Słabość 
trzeba wytrzebić.

 W moich bastionach dorastać będzie młodzież, 

której świat będzie się lękać. Chcę brutalnej, butnej, nieustraszo­
nej, okrutnej młodzieży. Taka ma być młodzież. Musi znosić ból. 
Nie może być w niej słabości ani czułości.

 Musi być jak wolne, 

wspaniałe, dzikie zwierzę. Chcę, aby moja młodzież była silna 
i piękna... Tylko wtedy będę mógł stworzyć nowy świat". Ten pro­
gram wychowawczy polegający na wykorzenianiu ludzkich uczuć, 
poprzedzał plan masowej eksterminacji. Można powiedzieć, że był 
przesłanką jego powodzenia. 

Liczne i bardzo popularne pisma Daniela Gottlieba Moritza 

Schrebera (1808-1861) — orędownika idei pracowniczych ogród­
ków działkowych — które wydawane były po czterdzieści razy, 
pouczały rodziców o konieczności systematycznego wychowywania 
dzieci począwszy od dnia ich urodzenia. Do wielkiej popularności 
tych pism przyczyniła się zapewne okoliczność, że pod rządami 
cesarza posłuszeństwo i uległość uważano za największe cnoty 
obywatelskie. Do tego czasu w Niemczech nie miała miejsca prze­
cież żadna rewolucja. Wielu ludzi w najlepszej wierze dawało więc 
posłuch radom Schrebera i jemu podobnych na temat wychowy­
wania małych poddanych, nie widząc wcale, że skazują tym sa­
mym swe dzieci na długotrwałe tortury. Takie maksymy jak: „Chwa­
ła temu, co czyni nas twardymi" i „To, co nas nie zabija, czyni 

nas silniejszymi", na które dzisiaj jeszcze powołują się starzy pe­
dagodzy, pochodzą właśnie z tamtego okresu. 

background image

164 Ścieżki życia 

Morton Schatzman

16

, który w swej książce przytacza niezwykle 

pouczające fragmenty dzieł Schrebera, jest zdania, że nie chodzi 
tutaj o wychowywanie dzieci, lecz o ich prześladowanie. Schreber 
pisze między innymi, że krzyczące niemowlę należy zmusić do 
uspokojenia się poprzez „dotkliwe cielesne napomnienia" i zapew­
nia: „Taka procedura konieczna będzie raz lub najwyżej dwa razy, 

a potem będzie się panem własnego dziecka już na zawsze. Odtąd 

wystarczać będzie jedno spojrzenie lub jeden grożący gest, aby 
zmusić dziecko do posłuchu".

 Dzieci od pierwszego dnia życia wszel­

kimi sposobami przyuczane miały być do posłuchu i spokojnego 

zachowania. 

Człowiek współczesny, którego wychowanie także nie zawsze 

było bardzo łagodne, nie potrafiłby sobie nawet wyobrazić, z jaką 
konsekwencją i jakim nakładem czasu swój program wychowaw­
czy realizował sam Schreber. Psychoanalityk William G. Nieder-
land

17

 cytuje przykłady, które, jak się zdaje, dobrze charakteryzują 

codzienną praktykę ówczesnego wychowania, na przykład sposób, 

w jaki można nauczyć małe dziecko „sztuki odmawiania sobie". 
Brzmi to tak: „Zalecane tutaj ćwiczenie jest proste i skuteczne. 
Dziecko sadza się na kolanach piastunki wtedy, gdy ona coś je 
lub pije. Bez względu na to, jak bardzo silne byłoby jego łaknienie 
lub pragnienie, nie wolno ich pod żadnym pozorem zaspokoić". 

Niederland (s. 98) przedstawia za Schreberem pewną historię, 

która wydarzyła się w jego rodzinie. Piastunka jadła gruszkę, 
trzymając na kolanach jedno z dzieci. Mimo zakazu nie mogła 

oprzeć się pokusie i dała mu maleńki kawałek. Natychmiast ją 
zwolniono. Ponieważ wieść o tej surowej karze rozniosła się szybko 
wśród piastunek w Lipsku, nigdy już, jak pisze ojciec, „nie zda­
rzyło się to ani u tego dziecka, ani też u żadnego z młodszych 
dzieci". 

Człowiek nie rodzi się z mózgiem w pełni ukształtowanym, jak 

uważano jeszcze piętnaście lat temu. Na jego ukształtowanie de-

16

 Morton Schatzman, Die Angst vor dem Vater, Langzeitwirkungen 

einer Erziehungsmethode, Rowohlt, 1978. 

17

 William G. Niederland, Der Fall Schreber, Suhrkamp, 1978. 

background image

Jak rodzi się nienawiść?

 165 

cydujący wpływ mają doświadczenia z pierwszych trzech lat życia. 
U rumuńskich dzieci po ciężkich lub bardzo wczesnych przeży­
ciach traumatycznych stwierdzono na przykład znaczne upośle­
dzenie sfery kognitywnej i emocjonalnej, których odbiciem były 
uszkodzenia pewnych okolic mózgu. Zgodnie z najnowszymi wy­
nikami badań prowadzonych przez neurobiologów powtarzające 
się przeżycia traumatyczne powodują zwiększone wydzielanie hor­
monów stresu, które atakują delikatną tkankę mózgu i uszkadzają 
istniejące już neurony. U dzieci maltretowanych stwierdzono, że 
okolice mózgu odpowiadające za sterowanie emocjami były od 20 
do 30% mniejsze niż normalnie. 

Dzieci z początku wieku przyuczane systematycznie do posłu­

szeństwa poddawane były nie tylko karom cielesnym, lecz także 
daleko idącej deprywacji. Okazywanie dzieciom czułości, na przy­
kład głaskanie, przytulanie, całowanie, określano w ówczesnej li­
teraturze pedagogicznej jako „małpią miłość". Rodziców ostrzega­
no bezustannie przed rozpieszczaniem dzieci, bo nie dawało się 
go w żadnym razie pogodzić z ideałem człowieka o twardym cha­
rakterze. Niemowlęta cierpiały więc z powodu braku czułego bez­
pośredniego kontaktu z rodzicami. W najlepszym przypadku brak 
ten kompensowany był im przez służbę domową, przez którą jed­
nak nierzadko wykorzystywane były jako obiekty seksualne, co 
niekiedy wywoływało w nich jeszcze większy zamęt emocjonalny. 

Od czasu eksperymentów dra Harlowa, przeprowadzonych w la­

tach pięćdziesiątych na małpach, wiadomo, że te małpy, które 
wychowywały się u boku małpiej kukły, zachowywały się potem 

agresywnie i nie okazywały zainteresowania swoim potomstwem. 
Prace Johna Bowlby'ego na temat braku pierwszej więzi (attach­
ment) u przestępców oraz opisy Rene Spitza, dotyczące małych 
dzieci, które umierały w sterylnych warunkach szpitalnych wsku­
tek zaniedbań emocjonalnych, pokazują nam, że nie tylko małpie, 
lecz także ludzkie dzieci potrzebują koniecznie pozytywnego kon­
taktu sensorycznego ze swymi rodzicami, aby móc stać się istota­
mi społecznymi. 

Obserwacje Bowlby'ego i Spitza pochodzą sprzed niemal czter­

dziestu lat. Uzupełnione zostały przez nowsze wyniki badań neuro-

background image

166 Ścieżki życia 

biologicznych. Jak stwierdzają badacze, nie tylko znęcanie się, 
lecz także brak czułego kontaktu fizycznego z rodzicami powoduje 
u dziecka niedorozwój pewnych okolic mózgu, zwłaszcza tych, któ­
re odpowiadają za sterowanie emocjami. Dlatego dziecku zmusza­
nemu do posłuchu Jednym spojrzeniem", jak chciał Schreber, wy­
rządza się emocjonalne szkody, które zapewne ujawnią się dopiero 
w następnym pokoleniu. 

Wyniki badań neurobiologicznych pozwalają dzisiaj lepiej zro­

zumieć sposób funkcjonowania takich ludzi, jak Eichmann, Him­
mler, Hoss itd. Przyuczanie do posłuchu, któremu poddawani byli 
we wczesnym dzieciństwie, spowodowało, że nie rozwinęli w sobie 
ludzkiej zdolności do odczuwania, współczucia czy też litości dla 
cierpiących. Nie poruszał ich widok nieszczęścia, bo takie uczucia 
były im zupełnie obce. To, co Himmler w swojej słynnej przemo­
wie, wygłoszonej w Poznaniu, określił mianem „wolności", było 
w gruncie rzeczy ekstremalnym ubóstwem duchowym. Pozwalało 

ono największym zbrodniarzom funkcjonować „normalnie" i także 

w okresie powojennym wywierać dzięki temu wrażenie na swym 
otoczeniu. 

Ta ostatnia sprawa pozostaje zagadką, która długo jeszcze nie 

zostanie zapewne wyjaśniona do końca. Ale nawet jeśli to się uda, 
to i tak nie będzie można dzięki temu zapobiec dalszej „produkcji" 
takich ludzi, bo zwykle praktyka wychowawcza pozostaje w tyle 
za teorią. To, czy najnowsze informacje w ogóle dotrą do młodych 
rodziców, zależy w pierwszym rzędzie, jak przypuszczają Claudia 
i Daniel z mojej historii, od emocjonalnej dojrzałości rodziców. Na 
szczęście obecnie spotkać można już wielu młodych rodziców, jak 
Anna i Robert oraz Mary i Ralph z opowiadania „Jolanta i Linda", 
którym mimo młodego wieku dojrzałość taką udało się osiągnąć. 

Rodzice młodej generacji nie pozwalają się już zbić z tropu 

radom ludzi, którzy powołując się na rzekomo dobre własne do­
świadczenie, nadal twierdzą, że klaps „w odpowiednim momencie" 
może mieć zbawienne skutki i jest całkowicie nieszkodliwy. 

Młodzi rodzice dzięki serdecznej więzi łączącej ich z dziećmi wie­

dzą lepiej niż niektórzy lekarze, że dzieci nie wolno bić pod żadnym 
pozorem, bo to bicie może zadziałać jak bomba z opóźnionym zapło-

background image

Jak rodzi się nienawiść?

 167 

nem. Jego skutki mogą ujawinić się o wiele później, choćby „tylko" 
w taki sposób, że wykształcony człowiek nawet w obecnych czasach 
popierać będzie to barbarzyństwo. 

Kiedy szwedzki parlament dwadzieścia lat temu uchwalił usta­

wę zakazującą bicia dzieci, jeszcze 70% ankietowanych obywateli 
wypowiadało się przeciwko niej. Dzisiaj przeciwnych jest już tylko 

10%. Widocznie nowe doświadczenia wielu ludziom otworzyły oczy. 

W wielkich krajach europejskich, niestety, nadal dozwolone jest 
„dyscyplinowanie" za pomocą rózgi małych dzieci, aby wyrosły na 
porządnych obywateli, cokolwiek to znaczy. Takie rózgi produko­
wane są nadal we Francji i świetnie się sprzedają. 

Kiedy uświadomimy sobie, jaki wpływ wywierają psychiczne 

i fizyczne zaniedbania i nadużycia wobec niemowląt na ich życie 
emocjonalne, potrafimy zrozumieć, że te tłumione emocje kodują 
w nich silne pragnienie zemsty. Nic też dziwnego, że mniej więcej 
trzydzieści lub czterdzieści lat później pragnienie to może znaleźć 
ujście tam, gdzie jest to nie tylko dozwolone, ale także „pożądane". 
Na pytanie, dlaczego u niektórych ludzi skutki nadużyć, jakich 
dopuszczono się wobec nich w dzieciństwie, zdają się w ogóle nie 
ujawniać, u innych zaś prowadzą do występowania ciężkich obja­
wów chorobowych, a jeszcze innych popychają do zbrodni, nie moż­
na udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Można spróbować wyjaśnić 
to jedynie w odniesieniu do konkretnych ludzi, choć to także nie 

zawsze jest możliwe. Bez wątpienia jednak obecność jednego lub 

kilku współczujących ludzi w otoczeniu dziecka w pierwszych la­
tach jego życia ułatwia mu w dużym stopniu uporanie się z trau­

matycznymi przeżyciami. Powoduje, że okrucieństwo jako takie 
zostaje odrzucone, a w dziecku budzi świadomość wyrządzanej mu 
krzywdy. 

Ktoś mógłby się tutaj posłużyć argumentacją, której Zygmunt 

Freud użył w odniesieniu do sfery seksualnej, i twierdzić, że nad­
użycia i zaniedbania emocjonalne wobec dzieci w pierwszych la-
tach życia nie mogą być czynnikiem kryminogennym, bo inaczej 
większość z nas stałaby się mordercami. Argumentacja taka nie 
bierze jednak pod uwagę faktu, że to nie same przeżycia trauma­
tyczne, lecz sposób, w jaki sobie człowiek z nimi radzi, decyduje 

background image

168 Ścieżki życia 

o pojawieniu się neurozy lub skłonności kryminalnych. Jeżeli prze­
żyć traumatycznych dziecka nie łagodzą żadne doznania pozytyw­
ne, na przykład doświadczenie czułości, prowadzi to do zaprzeczania 

własnemu cierpieniu i idealizowania okrucieństwa ze wszystki­
mi tego strasznymi konsekwencjami. Kto od najwcześniejszego dzie­

ciństwa poddawany był niezwykle upokarzającemu i okrutnemu 
wychowaniu i nie miał w swym otoczeniu nikogo, kto by go wspie­
rał i przekazywał mu wartości humanitarne, musiał się siłą rzeczy 
nauczyć podziwu dla tego okrucieństwa. 

W mojej książce Zniewolone dzieciństwo zacytowałam na wielu 

stronach fragmenty pism pedagogicznych z początku dwudzieste­
go wieku. Chciałam w ten sposób uświadomić czytelnikowi, jak 

bardzo w tym czasie psychicznie i fizycznie dręczono, a nawet 
torturowano niemowlęta, aby ukształtować w nich dobry charakter. 

Teksty te czytała w maszynopisie moja dziś już nieżyjąca przy­

jaciółka, analityczka. Opowiadała mi, że po przeczytaniu dziesię­

ciu stron nie wytrzymała i rzuciła ze złością maszynopisem o ścia­
nę. Fragmenty te obudziły w niej wspomnienia o wychowaniu, 
któremu sama była poddawana. Takie wybuchy złości były jej 
raczej obce, lecz teksty te obudziły w niej bezsilną wściekłość 
dręczonego dziecka, którą dawno temu stłumiła w sobie. Później, 
kiedy przeczytała już całą książkę, nazwała swych dziadków „dzieć­
mi Schrebera" i zrozumiała, od kogo jej rodzice przejęli cały ten 
straszny arsenał kar, z powodu których swego czasu tak bardzo 
cierpiała. Pomogło jej to zrozumieć własnych rodziców. 

Zastanawiam się, co dzieje się z małym dzieckiem, które znosić 

musi wszystkie te tortury w imię słusznej idei i nie ma żadnej 
możliwości obrony. Schreber miał dwóch synów. Jeden z nich po­
pełnił samobójstwo, drugi zaś stał się psychotykiem. Jednak nie 
wszystkie dzieci wychowywane według ówczesnych zasad pedago­
gicznych podzieliły ich los. Przypuścić można, że nie wszyscy ro­
dzice przestrzegali tak rygorystycznie zaleceń jak sam Schreber. 
Poza tym niektóre dzieci, jak na przykład wspomniana przeze 
mnie przyjaciółka, miały w swym otoczeniu wspomagającego świad­
ka, który pomógł im zrozumieć, że wyrządzano im krzywdę. Wiele 
z nich dorastało jednak w przekonaniu, że dręczenie, poniżanie 

background image

Jak rodzi się nienawiść?

 169 

i wyśmiewanie dziecka służy moralności i z tego powodu należy 
znosić je w posłuszeństwie i pokorze. 

To, co usłyszy potem dziecko na temat moralności w domu 

rodzinnym, szkole i kościele, nigdy już nie odniesie takiego skut­
ku, jak to, czego doświadczyło jego ciało w pierwszych dniach, 
tygodniach i miesiącach życia. Nauki z pierwszych trzech lat życia 
zakodowane zostają na zawsze. Kiedy więc ciało dziecka od uro­
dzenia uczy się, że dręczenie i karanie niewinnej istoty jest rzeczą 

słuszną, takie przesłanie tkwi w nim znacznie silniej niż nabyta 

później wiedza intelektualna. Tragiczne jest to, że takie dziecko 

jako osoba dorosła niekiedy przez całe życie twierdzić będzie, jak 

kiedyś Luter, że bicie jest nieszkodliwe, a kary przynoszą dobre 
skutki, choć od dawna wiadomo, iż jest odwrotnie. Jeżeli nato­
miast dziecko od początku będzie chronione, kochane i szanowane, 
to doświadczenie to również zostaje zakodowane w nim na całe życie. 

Kim właściwie były te „blokowe", które wyraźną przyjemność 

czerpały z dręczenia, poniżania oraz fizycznego i psychicznego tor­
turowania żydowskich dzieci? Z akt procesowych wynika, że były 
to przeważnie młode dziewczęta pomiędzy dziewiętnastym a dwu­
dziestym pierwszym rokiem życia, które wcześniej uczyły się zu­
pełnie zwyczajnych zawodów, jak na przykład krawcowa czy sprze­
dawczyni. Przed wojną wiodły zupełnie przeciętne życie. W czasie 
procesu twierdziły jednogłośnie, że nie były świadome tego, iż 
dzieci żydowskie także są istotami ludzkimi. Z takich wypowiedzi 
wysnuwa się zazwyczaj zbyt pochopne wnioski, że za pomocą pro­
pagandy i manipulacji można uczynić z ludzi sadystycznych ludo­
bójców. 

Z tym poglądem nie mogę się zgodzić. Przeciwnie, uważam, że 

tylko te kobiety i ci mężczyźni, którzy bardzo, bardzo wcześnie 

stali się ofiarami przemocy fizycznej i psychicznej, mogli pozwolić 
Hitlerowi na to, aby uczynił z nich dobrowolnych wykonawców 
swego obłędnego planu. Nie potrzebowali wychowania ideologicz­

nego, jak udowodnił Goldhagen na podstawie badań archiwalnych, 
bo ich ciało dokładnie wiedziało, co ma robić, jeśli tylko mu na to 
pozwolono. A wobec Żydów, młodych i starych, dozwolone było 
przecież wszystko od momentu, kiedy ogłoszono, że są podludźmi. 

background image

170 Ścieżki życia 

Taka deklaracja nie obudziła jednak nienawiści w kimś, kto nie 
był do tego gotowy. Karl Jaspers, Hermann Hesse lub Thomas 
Mann byli także Niemcami, a przecież uznanie Żydów za podludzi 
odebrali jako sygnał alarmowy, ostrzegający przed nadciągającym 
barbarzyństwem. 

Lecz ludziom, w emocje których wprowadzono zamęt już we 

wczesnym dzieciństwie, takich jak te „blokowe", deklaracja ta 
bardzo odpowiadała. Wystarczyło tylko, że „blokowe" odmówiły 

żydowskim dzieciom wody do mycia i już miały powód, aby je 
nienawidzieć, bo były brudne, czarne jak smoła. Wystarczyło, że 
dały wygłodniałym dzieciom trzy kostki cukru i już mogły nimi 
pogardzać, kiedy dzieci rzuciły się na nie jak zwierzęta. Te młode 
kobiety mogły uczynić z tych dzieci to, czego potrzebowały, aby 
poczuć się silne i wyładować na swych ofiarach długo tłumioną 
złość. 

Już studia przedstawione w mojej książce Zniewolone dzieciń­

stwo

 potwierdziły moje przypuszczenia, że zarówno w przypadku 

nazistowskich Niemiec, jak i amerykańskich żołnierzy zawodo­
wych, którzy wzięli udział w wojnie w Wietnamie jako ochotnicy, 
najokrutniej si zbrodniarze rekrutowali się spośród osób, które do­

świadczyły brutalnego wychowania. Moje przypuszczenia potwier­
dziły się ponownie dzięki analizie dzieciństwa tych ludzi, którzy 
w czasach terroru stanowili chlubny wyjątek, wykazując się wy­
starczającą odwagą, aby uratować innych przed zagładą. 

Jaki jest powód tego, że w czasach nazizmu byli ludzie, którzy 

ryzykowali życiem, aby ratować Żydów? Zagadnieniem tym zaj­
mowało się wielu naukowców. Najczęściej twierdzili, że były to 
wartości religijne i moralne, takie jak miłość bliźniego czy odpo­
wiedzialność, wpojone przez rodziców i wychowawców. Jednak rów­
nież zbrodniarze i ich sympatycy byli najczęściej wychowywani 
w duchu religijnym, dlatego też nie wyjaśnia to całej sprawy. 

Byłam mocno przeświadczona o tym, że w dzieciństwie ludzi 

ratujących Żydów musiał istnieć jakiś czynnik, który różnił ich 

diametralnie od zbrodniarzy wojennych. Tym czynnikiem była 
zapewne atmosfera ich dzieciństwa. Przez długi czas daremnie 
szukałam książki, której przedmiotem byłoby to specyficzne za-

background image

Jak rodzi się nienawiść?

 171 

gadnienie. W końcu znalazłam studium empiryczne

1 8

 oparte na 

rozmowach z przeszło czterystoma świadkami, które potwierdza 
moje przypuszczenia. Badania dowiodły, że jedynym czynnikiem, 
różniącym wybawców od oprawców i ich oportunistów był styl 
wychowania ich rodziców. 

Prawie wszyscy ludzie, którzy ratowali Żydów, powiedzieli 

w rozmowie, że ich rodzice usiłowali wychowywać ich za pomocą 

argumentów, a nie kar. Bardzo rzadko byli karani cieleśnie, 
a jeśli się to już zdarzyło, to w ścisłym powiązaniu z popełnionym 

przewinieniem. Rodzice nigdy nie wyładowywali jednak na nich 
swojej złości. Jeden z mężczyzn przypomniał sobie na przykład, 
że dostał kiedyś lanie za to, że zaprowadził młodsze dzieci na 
zamarznięte jezioro, narażając je tym samym na niebezpieczeń­
stwo. Inny mężczyzna opowiadał, że jego ojciec zbił go tylko jeden 
raz, ale potem go za to przeprosił. Ton wielu wypowiedzi był 
mniej więcej taki: „Moja matka próbowała mi za każdym razem 
wyjaśnić, dlaczego to, co zrobiłem, było niestosowne. Nie oskar­

żała mnie przy tym. Także mój ojciec często ze mną rozmawiał. 
To, co mówił, robiło na mnie duże wrażenie". 

Zupełnie inny był ton wypowiedzi oprawców i oportunistów: 

„Kiedy mój ojciec był pijany, walił mnie pasem. Nigdy nie wie­
działem, za co mnie bił. Czasami za coś, co zdarzyło się przed 
kilkoma miesiącami. A kiedy matka wpadła w gniew, karała całe 
otoczenie, także i mnie". 

Kiedy rodzice wyjaśniają dziecku niewłaściwość jego postępo­

wania, zakładają tym samym, że ma ono dobrą wolę. Stoi za tym 

szacunek dla niego i wiara w jego zdolność zrozumienia, rozwoju 
i poprawy zachowania. 

Ludzie, którzy jako dzieci otrzymali miłość i wsparcie, bardzo 

wcześnie przejmują od rodziców ich pełny zrozumienia i niezależ­
ny sposób bycia. Zaufanie do siebie samych, zdolność do decydo­
wania i współczucia były cechami łączącymi wszystkich tych ludzi, 
którzy ratowali życie innym. 70% z nich powiedziało, że zdecydo-

18

 Samuel P. Oliner i Pearl M. Oliner, The Altruistic Personality. Re­

scuers of Jews in Nazi Europe, The Free Press, New York 1988. 

background image

172 Ścieżki życia 

wali się udzielić pomocy po krótkim namyśle. 80% z nich powie­

działo, że ich decyzja była całkowicie samodzielna: „Musiałem to 
zrobić, po prostu nie byłem w stanie patrzeć na tę niesprawiedli­

wość i stać bezczynnie". 

Tej postawy, która we wszystkich kulturach uchodzi za „szla­

chetną", nie można wpoić dziecku za pomocą pięknych słów. Jeżeli 
wychowawca swą postawą zadaje kłam własnym słowom lub bije 

dziecko, używając przy tym wielkich słów, jak to jest dzisiaj jesz­

cze w zwyczaju w niektórych szkołach wyznaniowych, te szlachet­
ne słowa nie odnoszą żadnego skutku lub nawet prowokują gniew 
i przemoc. W takich okolicznościach dziecko przejmuje te wzniosłe 
frazesy, a później ich używa, lecz nie postępuje według nich, bo 
brak mu odpowiedniego wzorca. 

Kary opierają się na założeniu, że dziecko ma złą wolę. Nic 

dziwnego, że karane dziecko nie ma do siebie zaufania i czuje 
ciągły lęk. W końcu uczy się, że mocniejszy ma prawo nadużywać 
swojej władzy. Dziecko wychowywane przy użyciu siły nie ma 
odwagi zbierać nowych doświadczeń, bo stale obawia się, że 
w każdej chwili zostanie ukarane za swoje rzekome przewinienia. 
Jako osobie dorosłej będzie mu brakować doświadczeń, które mog­
łyby mu pomóc lepiej poradzić sobie w życiu. Dlatego będzie pod-
dańczo ulegać autorytetom i prześladować słabszych, zgodnie ze 
swoimi doświadczeniami z dzieciństwa. 

Na szczęście jednak zawsze — także w Trzeciej Rzeszy — 

byli ludzie, którzy właśnie dzięki swemu dzieciństwu zdolni byli 
przeciwstawić się złu i okrucieństwu. Pokazałam to kiedyś na 
przykładzie Sophie Scholl, bojowniczki ruchu oporu. Jej wychowanie 
odbiegało znacznie od obowiązującego wtedy w Niemczech wzorca. 
W jej domu rodzinnym panowała serdeczność i wspaniałomyśl­
ność. Dlatego Sophie już jako bardzo młoda osoba odporna była 
na sztukę uwodzenia prezentowaną przez Adolfa Hitlera. Jego 

przemówienia budziły w niej odrazę. 

Dzisiaj Sophie Scholl nie byłaby już wyjątkiem. Ten fakt budzi 

nadzieję, że w dzisiejszych Niemczech już nie tak łatwo może dojść 
do ludobójstwa. Mimo bezrobocia i dość powszechnego niezadowo­
lenia z nowych rządów trudno sobie wyobrazić, aby większość oby-

background image

Jak rodzi się nienawiść?

 173 

wateli mogła zaufać obłąkanemu politykowi, który zupełnie otwar­
cie oznajmia, że chce zaprowadzić porządek, eksterminując mniej­

szość narodową. Całkowicie prawdopodobne jest natomiast, że 

hasła te mogłaby poprzeć jakaś grupa, ponieważ nie tylko w Niem­
czech, ale na całym świecie można znaleźć młodych ludzi, którzy 
mają nadzieję w ten sposób zemścić się za upokorzenia doznane 
w dzieciństwie. 

Ogólnie rzecz biorąc, niemieckie dzieci wychowywane są dzisiaj 

zupełnie inaczej niż ich dziadkowie na początku dwudziestego wie­
ku. To, co kiedyś zdarzało się zapewne większości, ogranicza się 
dzisiaj raczej do mniejszości. Wnioskuję tak z różnych przesłanek, 
między innymi z faktu, że w Republice Federalnej powstał najsil­
niejszy ruch pacyfistyczny epoki powojennej i rozwinął się system 
demokratyczny, który sprawdza się mimo pewnych słabości. To 
daje podstawy do nadziei. Nikt nie zastanawiał się jednak nad 
tym, co umożliwiło ten pozytywny rozwój sytuacji, nie mówiąc już 
o wyjaśnieniu problemu. Moim zdaniem jedną z przyczyn było 
złagodzenie zasad wychowawczych. Jak jednak do niego doszło? 

Z pewnością nie spowodował tego sam upływ czasu. W Rosji 

na przykład mimo rewolucji i wojen światowych w wielu rejonach 
stosuje się te same przestarzałe metody wychowawcze jak przed 
laty, na szczęście jednak niezbyt systematycznie. Być może szok 

spowodowany rozrachunkiem z własną przeszłością w okresie po­

wojennym przyczynił się w Niemczech do złagodzenia metod wy­
chowawczych. Nie można także wykluczyć wpływu amerykańskich 
wojsk okupacyjnych, mimo że nie cieszyły się sympatią społeczeń­

stwa niemieckiego, a przez jego część były po prostu znienawidzone. 
Być może zadziałały oba te czynniki razem i jeszcze wiele innych. 

Wprawdzie często mówi się obecnie, nie tylko w Niemczech, 

lecz także w innych krajach europejskich, że rośnie liczba młodych 
przestępców, bo dzieci są dzisiaj zbyt łagodnie wychowywane. Jed­
nak każdy, kto bliżej zajmie się tą sprawą, musi stwierdzić, że to 
właśnie dzieci, które były najbardziej bite lub zaniedbywane, znaj­

dują potem przyjemność w niszczeniu i gloryfikują przemoc. 

Jeśli nawet wskutek zaniedbań wobec dziecka w ciągu trzech 

pierwszych lat jego życia wystąpi u niego niedorozwój pewnych 

background image

174 Ścieżki życia 

okolic mózgu, to i tak nigdy nie jest za późno na to, by pomóc mu 
odbudować zaufanie we własne siły, jeśli stworzymy ku temu sprzy­

jające warunki. Mózg ludzki ma bowiem nieograniczone możliwoś­

ci. W optymalnych warunkach możliwe jest przejęcie funkcji usz­

kodzonej okolicy mózgu przez inną. Dowiodły tego liczne sukcesy 

cierpliwych terapeutów i humanitarnych pedagogów. Podstawo­
wym warunkiem powodzenia terapii jest jednak uświadomienie 
sobie faktu doznanej szkody zamiast ignorowania go czy też baga­
telizowania. Wydaje mi się, że w niektórych przypadkach konfron­
tacja z przeszłością jest niemal nieunikniona, jeśli chcemy coś 
zmienić na lepsze i w ten sposób wziąć na siebie odpowiedzialność 
za naszą przyszłość. 

W wywiadzie prasowym

19

 poproszono jednego z niemieckich 

profesorów o ustosunkowanie się do faktu, że większość nauczy­
cieli szkół wyższych ukryła po wojnie swoją przynależność do 
organizacji nazistowskich. Profesor ten, który jako młody czło­
wiek należał do SS i został odznaczony za zasługi na froncie 
wschodnim, powiedział, że to milczenie było oznaką wstydu (wsty­

du w znaczeniu pudeur — wstydliwość, zawstydzenie). Niektóre 
z wydarzeń były tak odrażające, że lepiej o nich nie mówić. 
Nie powinno próbować się zrozumieć czegoś, czego zrozumieć nie 
sposób. 

Kwestia, czy rzeczywiście chodziło o wstyd, czy też o oportu­

nizm, nie została do końca rozstrzygnięta. Mnie w każdym razie 
takie dystansowanie się od przeszłości wydaje się bardzo proble­
matyczne, ponieważ rodzi niebezpieczeństwo powtórki z powodu 
czystej ignorancji. Moim zdaniem, jest to niezmiernie ważne, żeby 
dokładnie

 zrozumieć, jak mogło dojść do tych okropności, dlaczego 

tylu intelektualistów zgodziło się na nie bez zastrzeżeń, a nawet 
popierało. Dlaczego dzisiaj jeszcze wzbraniają się oni przed zro­
zumieniem i rzetelnym zbadaniem motywów własnych zachowań 

z tamtych lat. 

Oczywiście moje odniesienia do metod wychowawczych Schre­

bera nie stanowią wystarczającego wyjaśnienia historii Holocau-

„Le Monde", 6 września 1996. 

background image

Jak rodzi się nienawiść?

 175 

stu, która mimo niezliczonych książek, jakie na jej temat napisa­

no, w gruncie rzeczy nadal budzi konsternację. Musimy jeszcze 
przeprowadzić wiele badań, aby więcej zrozumieć. Próba wyjaś­
nienia jej działaniem jednego tylko czynnika przy obecnym stanie 
wiedzy doprowadziłaby z pewnością do zbyt wielkich uproszczeń 
i pominięcia wielu innych czynników. Poza tym mogłaby dopro­
wadzić do prób usprawiedliwienia sprawców, ponieważ można by 
uznać, że jako ludzie chorzy nie ponosili odpowiedzialności za 

swoje czyny, choć żadne, nawet najbardziej okrutne dzieciństwo 

nie usprawiedliwia morderstwa. Nie można również przypisywać 
winy uwarunkowaniom genetycznym, ponieważ trudno zakładać, 
że z jakiegoś powodu właśnie trzydzieści czy czterdzieści lat przed 
powstaniem Trzeciej Rzeszy urodziło się w Niemczech tylu ludzi 

o skłonnościach sadystycznych. 

Uważam jednak, że systematyczne upokarzanie dzieci na prze­

łomie wieków i torturowanie ich przez rodziców, którzy absolutnie 
nie uświadamiali sobie okrutnego charakteru swoich działań, sta­
nowią ważny element całego kompleksu możliwych przyczyn. Nie­

stety, elementowi temu poświęcano dotychczas mało uwagi, mimo 
że mógłby rzucić nowe światło na wiele zagadnień. Przyczyny tego 
stanu rzeczy należy być może upatrywać w fakcie, że dzieciństwo 
nadal stanowi w dużej mierze temat tabu, mimo że już choćby tylko 
z czysto pragmatycznych względów, to znaczy z troski o przyszłość, 
należałoby wreszcie to tabu naruszyć. 

Całkowite pomijanie lub bagatelizowanie czynnika dzieciństwa 

w badaniach nad przemocą prowadzi bowiem niekiedy do wniosków, 
które nie tylko są mało przekonujące i mogą prowadzić w ślepą 
uliczkę, lecz także odciągają uwagę od prawdziwych korzeni prze­

mocy. Abstrakcyjne słowo „antysemityzm" kryje w sobie nieskoń­
czenie wiele znaczeń i przesłania skomplikowane procesy psycho­
logiczne, które należy konkretnie rozpoznać i nazwać, aby można 
było dokonać zmian. 

Wydaje mi się, że dokładne porównanie dzisiejszej praktyki 

wychowawczej z tą sprzed lat może spowodować taką zmianę. Może 
otworzyć nowe perspektywy i zachęcić do tworzenia nowych ko­
rzystnych struktur w wychowaniu. Wydaje mi się, że na przykład 

background image

176 Ścieżki życia 

książki Adele Faber i Elaine Mazlish

2 0

 o wychowaniu, przedsta­

wiające wiele konkretnych przykładów, mogą pomóc rodzicom za­

stosować dostępną dziś wiedzę w codziennej praktyce w taki sposób, 
aby ułatwiło im to lepsze zrozumienie, szanowanie, wspieranie 
i kochanie własnych dzieci. Lecz praca nad lepszą, świadomą 
przyszłością jest nierozłącznie związana z trudem poznawania na­
szej historii. Historia pedagogiki poucza nas mianowicie lepiej niż 
wszystko inne, jak niebezpieczne mogą być społeczne skutki igno­
rancji, jeśli chodzi o rozwój dziecka. 

Poszukiwania przyczyn różnych form ludobójstwa będą trwały 

jeszcze długo. Byłoby niezmiernie pouczające zbadanie struktur 

wychowawczych różnych narodów, na przykład w Afryce, Azji 
i Australii, które swą pomyślność uzależniają od eksterminacji 
innych narodów. Również psychologiczny aspekt eksterminacji In­

dian w Ameryce nie został dotychczas zbadany w wystarczającym 
stopniu. Indianie dopiero teraz zaczynają podejmować próby zba­
dania tego zagadnienia. 

20

 Adele Faber i Elaine Mazlish, Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały, 

jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły,

 Media Rodzina, Poznań 1992, 

i in. książki tych autorek. 

background image

Epilog: dialog pokoleń 

Wielu ludzi tęskni dzisiaj za szczerą, przyjazną rozmową 

z rodzicami na temat swego dzieciństwa i wychowania. Wielu 
z nich jednak w ogóle nie bierze pod uwagę realnej możliwości 
odbycia takiej rozmowy z obawy, że zranią swych rodziców lub 
też zostaną przez nich zranieni, co w w rezultacie pogorszy tylko 

wzajemne stosunki. Jeśli nawet potrafią zrozumieć, że rodzicami 
kierował nieświadomy, wewnętrzny przymus takiego postępowa­
nia z własnymi dziećmi, jakiego jako dzieci sami doświadczyli, 
rezygnują z takiej rozmowy powodowani współczuciem. Inni na­
tomiast nie mają odwagi, aby poruszyć w rozmowie z rodzicami 
temat „kary cielesnej", jak gdyby chodziło tutaj o tabu, za którego 
naruszenie grozi im natychmiastowa kara w postaci milczenia, 
wycofania się czy nawet bicia. Ten strach jest zupełnie zrozumia­
ły, ale daje się on przezwyciężyć. 

Historie, które przedstawiam w tej książce, dowodzą jasno, że 

rozmowa na tematy, których się obawiamy, może przynieść obu stro­
nom ulgę i wiele im wyjaśnić. Dlaczego właściwie temat bicia miałby 
być nadal przemilczany? Jeżeli możliwe są publiczne dyskusje na 
ten temat, dlaczego nie można by rozmawiać o tym także w rodzinie? 

Pogląd, że nad dziećmi nie wolno się znęcać, jest dzisiaj niemal 

oczywistością. Ale nie wszyscy zdają sobie jeszcze sprawę z tego, 
że każda forma bicia jest nadużyciem. Świadomość tego faktu jest 
stosunkowo szeroko rozpowszechniona w odniesieniu do dorosłych, 
którzy są przecież w stanie się bronić, w bardzo niewielkim zaś 

background image

178 Ścieżki życia 

stopniu w odniesieniu do bezbronnych dzieci. Przez bardzo długi 
czas bicie własnych dzieci, tak zwana kara cielesna, uważana była 
za legalny środek wychowawczy, a skutki jej stosowania, które 

w ekstremalnym przypadku doprowadzić mogły do ludobójstwa, 
po prostu nie były dostrzegane. Jest to jedno z najbardziej tragicz­
nych nieporozumień w historii ludzkości. 

Ta okrutna metoda wychowawcza stosowana była z pokolenia 

na pokolenie jako „zgodna z wolą bożą". „Bijemy cię przecież dla 
twojego dobrać mówili rodzice, a dzieci wierzyły w to i mówiły 
później to samo do swoich dzieci. Przez całe wieki. 

Dzisiaj wprawdzie nikt nie może już tak mówić, nie budząc 

przy tym sprzeciwu, to jednak pokolenia dzieli jeszcze wiele nie­
potrzebnych barier. Wielu młodych ludzi sądzi, że nie może po­
rozmawiać z rodzicami na temat wychowania, bo oni w dalszym 

ciągu wierzą, że bijąc i wymierzając im upokarzające kary, postę­

powali słusznie. Czy naprawdę w to wierzą? Czy ich wiara jest 
niewzruszona? Czy porównując dzieciństwo swoich wnuków z włas­
nym, nie widzą, że tak długo łudzili się i pozwalali się zwodzić? 

Że te „stare dobre czasy" ich dzieciństwa, które z takim żalem 
wspominają, w rzeczywistości wcale nie były takie dobre? Niektó­
rzy ludzie są jedynie o krok od tego, aby sobie to uświadomić. 
Możemy im pomóc uczynić ten krok, zamiast pozwolić im nadal 
tkwić w błędzie. 

Podejmowanych jest wiele prób. Część ludzi znajduje wyjaś­

nienie swych problemów w książkach. Sprawia im to ulgę i daje 
poczucie zrozumienia. Zdarza się często, że próbują namówić swych 
rodziców, by także przeczytali te książki, w nadziei, że umożliwi 
to potem rozmowę. Są rodzice, którzy reagują na to pozytywnie 

i wdzięczni są za przekazane informacje. Inni jednak odbierają to 

jako atak na siebie, obawiają się wyrzutów i pouczeń, a w konsek­

wencji jeszcze bardziej zamykają się w sobie. Ponieważ najpraw­
dopodobniej w przeszłości sami byli bici — ojcowie zapewne nie 
tylko w domu, ale także w internatach i szkołach kadetów — jak 

background image

Epilog: dialog pokoleń

 179 

większość bitych dzieci kurczowo trzymają się wersji, że takie 
wychowanie wyszło im tylko na dobre. Książek, które wersję tę 
kwestionują, nie chcą czytać za nic w świecie. 

Rozmowa z własnymi dorosłymi dziećmi, które nauczyły się 

szanować same siebie i nie są już zależne od reakcji rodziców, 
mogłaby mieć dla tych ludzi ogromne znaczenie, o wiele większe 

niż jakakolwiek książka, do której przeczytania usiłuje się ich 
namówić. Nie dla wszystkich, ale bez wątpienia dla wielu z nich. 

Ojciec Sandry na przykład wykorzystał tę sposobność, matka Ani­

ki jednak tego nie potrafiła. 

Najczęściej unika się prowadzenia rozmów na ten temat z ro­

dzicami w podeszłym wieku. Taka rozmowa mogłaby im jednak 
pomóc dokonać bilansu całego życia, które zbliża się do kresu. Co 
może być dla starego człowieka ważniejsze od sporządzenia takie­
go bilansu wspólnie z własnymi dziećmi? Podczas rozmowy można 
sobie przecież patrzeć w oczy, wymieniać argumenty i przyznać 
się wreszcie przed samym sobą i własnym dzieckiem: Nie, bicie 
nie przyniosło nic dobrego, zaszkodziło nam wszystkim, zaciążyło 
na naszym życiu i naszej mentalności. 

Te proste słowa, które dotyczą każdego pokolenia, mogłyby 

zakończyć historię wieloletnich kłamstw. Samo przyznanie się do 
popełnionych kiedyś błędów mogłoby pomóc rodzicom uwolnić się 
od dręczących ich podświadomie wyrzutów sumienia. Dlaczego więc 
słowa te padają tak rzadko? Niektórzy młodzi ludzie milczą nie 
tylko z powodu własnych obaw, ale także przez wzgląd na lęki 
i tabu swych rodziców. Owo wypływające z delikatności milczenie 
pogłębia jedynie przepaść niedomówień między nimi a rodzicami. 
Wcale tak jednak być nie musi. Rozmawiając ze swoimi rodzicami, 

dorosłe dzieci mogą ich wspaniale obdarować, obdarować prawdą. 
Nawet jeżeli rodzice dar ten otrzymają na końcu swego życia, to 
i tak uczynić on może ich życie lepszym. 

Ten, kto potrafił przyznać prawdzie należne jej miejsce, potrafi 

także ujrzeć otwierające się przed nim dzięki temu możliwości, 

których przedtem nie odważył się dostrzec. Ludzie posiadający 
pewien wpływ na sprawy publiczne, mogą na przykład zainicjować 
kampanię na rzecz ustawowej ochrony dzieci przed barbarzyń-

background image

180 Ścieżki życia 

stwem w każdej formie, a zwłaszcza przed przemocą fizyczną. 
Proces taki są w stanie zapoczątkować osoby, które same nigdy 
nie były bite, a także ludzie, którym los wprawdzie tego nie osz­
czędził, lecz dzięki współczuciu innych potrafili dostrzec, jak bar­
dzo okrucieństwo to zaciążyło na ich życiu. Dzięki świadomości, 
że nie są już dziećmi i potrafią wypowiedzieć na głos, co ich dręczy, 
nie muszą się więcej obawiać reakcji innych, bo nie są już od nich 
zależni. 

W ostatnim czasie młodzież wielokrotnie demonstrowała w obro­

nie słusznej sprawy: przeciw wojnie, zanieczyszczeniu środowiska 
naturalnego, a przede wszystkim w obronie praw człowieka. Do­
tychczas jednak nigdy nie demonstrowano przeciwko biciu dzieci 
przez dorosłych. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego tak długo nie 

chciano zrozumieć, że wiele aktów przemocy ma swoje korzenie 
w dziecinnej kołysce? I że tylko odrzucając przemoc zadawaną 
bezbronnemu dziecku, zapobiec można dalszym aktom przemocy? 

Dzisiaj jest to już pewne. Niewiele jest informacji tak pewnych, 

jak ta, że bicie dzieci pociąga za sobą tylko i wyłącznie negatywne 

skutki, że pozbawia godności zarówno ofiarę, jak i sprawcę. Udział 
w rozpowszechnianiu tej wiedzy mogą mieć ludzie w każdym wie­
ku. Każdy człowiek, od wnuka po dziadka, niezależnie od swego 
pochodzenia i pozycji społecznej może aktywnie przyczynić się do 
uświadomienia tego faktu swojej rodzinie i najbliższemu otoczeniu. 

Wystarczy, że będziemy mówić prawdę, jeśli tylko zdarzy się 

po temu okazja, lub też przynajmniej przestaniemy twierdzić, że 
bicie wyszło nam tylko na dobre, że sobie na nie zasłużyliśmy itd. 
Takie słowa spowodowały już wystarczająco dużo zamętu w histo­
rii ludzkości i wyrządziły bardzo wiele szkód. Nie ma żadnego 
powodu do dalszego obstawania przy tych twierdzeniach, chyba 
że powodem tym jest zaprzeczanie własnemu cierpieniu. Nie może 

jednak odbywać się to kosztem całego społeczeństwa, bo w końcu 

uderzy to i tak w nas samych. 

Żyjemy w czasach bezrobocia, powrotu do zabobonów, komer­

cjalizacji problemów duchowych, tryumfalnego pochodu sekt. 
Wszystkie te rzeczy i jeszcze wiele innych mogą nastrajać pesy­
mistycznie. Lecz jednocześnie są to czasy, w których znacznie 

background image

Epilog: dialog pokoleń

 181 

więcej ludzi niż kiedyś wychowywanych jest bez bicia. Osobiście 
uważam to za powód do optymizmu. Ludzie ci mogą bowiem choć­
by dzięki swym osobistym doświadczeniom przyczynić się do za­
niechania destruktywnej tradycji, która przez całe wieki uświęca­
ła stosowanie przemocy. Potrafią także przyczynić się do 
przezwyciężenia istniejącego pesymizmu i wykorzystać szansę na 
to, aby coś zmienić. 

Rezygnując z poszukiwania prawdy, nie będziemy w stanie 

zachować miłości, także miłości do naszych rodziców. Akt przeba­
czenia nie odniesie żadnego skutku tak długo, jak długo ignorować 
będziemy fakty. Miłość i samooszukiwanie wykluczają się bowiem 
nawzajem. Z nieprawdy i zaprzeczania własnemu cierpieniu wy­
rasta nienawiść skierowana na niewinnych. Samooszukiwanie pro­
wadzi człowieka w ślepy zaułek. Prawdziwa miłość nie boi się 
prawdy.