background image

LEIGH MICHAELS

Wielbicielka

Tłumaczyła: Anna Koszur

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Lauren   pochyliła   się   nad   wystawą   i   rozprostowała   zgniecione   arkusze 

czerwonej bibuły, którą była wyłożona. Jeżeli wygładzi ten kawałek w rogu, 

będzie   tam   świetne   miejsce   na   małe   aksamitne   pudełko.   Przechodząc   każdy 

zauważy rubinowy pierścionek, który tam umieści. A poza tym... Czy powinna 

położyć obok tę srebrną bransoletkę, z zapięciem w kształcie serca, czy może 

lepiej, jeżeli na wystawie będzie tylko złoto?

Odchyliła się, żeby ocenić efekt. Z miejsca, w którym stała, z wnętrza 

sklepu,   trudno   było   zobaczyć,   jak   prezentuje   się   wystawa   z   zewnątrz   i 

stwierdzić, czy wspaniały diament w naszyjniku, stanowiącym centralny punkt 

dekoracji, odbija promienie światła. Może sprawiał wrażenie zwykłego kawałka 

szkła? Wyjrzała na ulicę, a potem rzuciła zamyślone spojrzenie na dziewczynę, 

która ustawiała tace z brylantowymi, zaręczynowymi pierścionkami w gablocie, 

po drugiej stronie sklepu.

– Kim... – zaczęła – czy mogłabyś mi pomóc przy tej wystawie?

–   Jeżeli   chcesz   mi   zaproponować,   żebym   stała   na   ulicy   i   za   pomocą 

języka migowego dawała ci znaki, pod jakim kątem ustawić każdą rzecz – nie 

licz na to, że ci pomogę. – Kim nawet nie spojrzała w jej stronę.

– Ja nie... Właściwie... – Lauren zaśmiała się.

– Całe szczęście, bo nie zamierzam wychodzić na zewnątrz. Nie widzisz, 

jak okropnie pada?

Kim   miała   rację.   Zerwał   się   przenikliwy,   styczniowy   wiatr   i   grudki 

zamrożonego deszczu uderzały w szybę. Lauren przeszedł zimny dreszcz.

– Chciałabym, żebyś mi pomogła tutaj – powiedziała. – Czy mogłabyś mi 

podać te rzeczy. Nie mogę ich dosięgnąć.

–   Dlaczego   nie   chcesz   się   czołgać   po   wystawie?   To   na   pewno 

przyciągnęłoby tłumy. – Kim zamknęła gablotę z zaręczynowymi pierścionkami 

i przeszła przez sklep.

background image

– Podaj mi tę białą skórzaną rękawiczkę i rabinowy pierścionek – Lauren 

skrzywiła się. – Nie, nie ten. Taki bardzo egzotyczny, z podłużnym kamieniem.

Kim podniosła rękawiczkę i aksamitne pudełko ze stosu ułożonego na 

gablocie i zamyślona spojrzała przez okno:

– Mogłabym już nigdy nie wychodzić na zewnątrz. W każdym razie do 

wiosny.

– Skoro już nigdzie nie wychodzisz – z zaplecza odezwał się właściciel 

sklepu – może mogłabyś zająć się jakąś poważną pracą, zamiast opierać się o 

ladę i robić dobre wrażenie?

Kim wzruszyła ramionami.

– Nie mogę sprzedawać, jeżeli nie ma klientów, panie Baines – zauważyła 

niewinnie. W momencie, kiedy właściciel znikł w swoim biurze, pociągnęła 

Lauren   mocno   za   rękaw.   –   Myślałam,   że   już   nigdy   sobie   nie   pójdzie   – 

powiedziała szybko. – W każdej chwili może wrócić, a ja od chwili, kiedy rano 

weszłam do sklepu, powstrzymuję się, żeby cię o coś nie zapytać. Ward na 

pewno zdobył dla ciebie bilety, prawda? Jak możesz być taka spokojna?

Dłoń Lauren zadrżała lekko, gdy wkładała pierścionek na właściwy palec 

białej rękawiczki. Wyglądało to jak omdlewająca biała ręka ducha, ułożona na 

białym materiale. Ale jej głos był całkowicie spokojny. Oczywiście spodziewała 

się tego pytania i już dawno wymyśliła, co odpowie.

– Nie – mruknęła. – Nie zdobył.

Kim szeroko otworzyła oczy ze zdziwienia.

– Ale przecież ci powiedział... – zabrzmiało to jak skarga. – A urodziny! 

Myślałam, że Ward obiecał ci, że to będzie specjalna uroczystość.

–   Obiecał.   I   była.   Spędziliśmy   u   niego   bardzo   miły   wieczór.   Zrobił 

kolację, i...

– Nawet nie zaprosił cię do jakiejś restauracji?

– ...dostałam od niego książkę, którą od dawna chciałam przeczytać, i...

Kim skwitowała to jednym, prawie nieprzyzwoitym gestem.

background image

– Jakie to niezwykle romantyczne! – rzekła ironicznie. – Liczyłaś na te 

bilety, Lauren. To musiało być dla ciebie okropne. Nie jesteś na niego wściekła?

Lauren  musiała  się  powstrzymać,  żeby  nie  przyznać   Kim racji,  ale  to 

tylko sprowokowałoby dalszą rozmowę. Nie była pewna, czy jej duma zniosłaby 

to.

Gdyby chociaż Ward nie powiedział jej, że planuje jakąś niespodziankę na 

„bardzo specjalną uroczystość”, jaką miały być te urodziny, może nie liczyłaby 

na   nic.   To   głupie,   ale   po   tej   zapowiedzi   nie   mogła   opanować   uczucia 

rozczarowania,  gdy   zrobił  dla   niej  zwykłą   kolację   i  dostała  zwykłą  książkę. 

Jedzenie było naprawdę świetne i szczerze ucieszyłaby się książką, ale trudno to 

porównać z tak upragnionymi biletami na koncert Huntera Dixa.

Najgorsze u Warda jest to, że nie ma w nim nawet odrobiny romantyzmu, 

pomyślała.   Gdyby   było   inaczej,   lubiłby   przecież   muzykę   Huntera   Dixa   – 

najwspanialsze   piosenki  miłosne,   jakie   ktokolwiek  na   świecie   śpiewał.  I  nie 

trzeba   by   mu   było   wyjaśniać,   dlaczego   dzisiejszy   koncert   ma   tak   duże 

znaczenie.

– Wiedział, że marzysz o tym, żeby tam pójść – jęknęła Kim. – Jak mógł 

nie zdobyć dla ciebie tych biletów?

Lauren już dawno wymyśliła odpowiedź na to pytanie i zdanie zabrzmiało 

dość naturalnie.

– Tak samo, jak nam się to nie udało. Biletów jest po prostu za mało dla 

wszystkich   i   zostały   wykupione   przez   uczniów   szkoły   sponsorującej   całą   tę 

imprezę.

–   To   niezbyt   ładnie   z   ich   strony,   tak   uważam   –   stwierdziła   Kim 

bezlitośnie. – To, że nie jesteśmy uczniami college’u nie znaczy jeszcze, że 

mogą traktować nas gorzej. Powinni dać też zwykłym ludziom szansę kupienia 

tych   biletów.  Ale   Ward   zna   przecież   masę   ludzi   stamtąd.   Na   pewno   mógł 

poprosić kogoś ze swoich przyjaciół o dwa bilety.

– Widocznie nie mógł. Bilety, nie wykupione przez fanów, są w rękach 

background image

koników, a oni będą za nie chcieli fortunę. Nie mogę mieć pretensji do Warda o 

to, że nie chce wydać tylu pieniędzy na jeden wieczór.

Kim nie uwierzyła w ani jedno jej słowo i Lauren sama musiała przyznać, 

że nie zabrzmiało to przekonywająco. Ale jak miała przekonać Kim, jeżeli sama 

nie wierzyła w to, co mówiła? Kim miała rację. Ward rzeczywiście bardzo ją 

rozzłościł. Gotowa była zrobić prawie wszystko, żeby pójść na ten koncert. A 

ponieważ   tak   się   złożyło,   że   on   nie   lubił   Huntera   Dixa   i   jego   muzyki,   nie 

przyszło   mu   do   głowy,   żeby   załatwić   bilety   przez   któregoś   ze   swoich 

znajomych. Nawet tego nie mógł dla niej zrobić...

– Ward jest zwykłym draniem – powiedziała Kim bardzo cicho. Ta uwaga 

podziałała na Lauren jak kubeł zimnej wody.

– To nieprawda – odparła spokojnie. – Jest to bardzo fajny facet, który po 

prostu nie potrafi zrozumieć, że ten koncert to dla mnie jedyna okazja, żeby 

zobaczyć Huntera Dixa... – nagle zamilkła i przygryzła wargi. – Jedyna szansa, 

żeby osobiście zobaczyć i usłyszeć najlepszego piosenkarza na świecie.

– Zastanów się dobrze, zanim zdecydujesz się wyjść za niego – radziła 

Kim – bo rzadko będziesz miała okazję pójść gdziekolwiek albo spotkać się z 

kimś.

–   Kto   powiedział,   że   zamierzam   wyjść   za   niego   za   mąż?   –   Lauren 

spojrzała na nią zdziwiona.

– Wszyscy w okolicy są przekonani, że jesteście właściwie zaręczeni – 

Kim wzruszyła ramionami. – A na pewno zachowujecie się tak, jakbyście byli. 

Nie spotykasz się przecież z nikim innym.

Była to prawda i Lauren zastanawiała się nad tym kończąc dekorowanie 

wystawy   –   wkładając   różowe   serduszka   i   jedwabne   róże   między   biżuterię. 

Zaczęła się spotykać z Wardem już kilka miesięcy temu i stopniowo przestała 

umawiać   się   z   kimkolwiek   innym.   Prawie   tego   nie   zauważyła,   bo   Ward 

wypełniał jej czas. Czuła się w jego towarzystwie lepiej niż z resztą swoich 

znajomych.  Jeszcze  wczoraj  nie  miałaby  nic  przeciwko  temu,  żeby  wszyscy 

background image

uważali, że kiedyś się pobiorą. Dziś jednak... zaczęło jej to przeszkadzać.

Zmrok   zaczął   zapadać   bardzo   wcześnie.   Wiatr   był   coraz   silniejszy   i 

marznący deszcz zmienił się w gęsty śnieg. Małe płatki boleśnie uderzały w 

twarz, kiedy Lauren wolno szła w kierunku apteki. Właściwie to wcale nie miała 

ochoty tam iść, ale bar przy aptece był jedynym miejscem w tej handlowej 

dzielnicy, gdzie można było zjeść lunch albo wypić filiżankę kawy. Nic nie 

mogła na to poradzić, że właścicielem apteki był Ward. Nie chciała go przecież 

unikać.

Alma,   miła,   sympatyczna   kobieta,   stojąca   za   kontuarem,   miała   już 

przygotowaną filiżankę.

– Co dziś pijesz Lauren, kawę czy herbatę? – spytała. – A może gorącą 

czekoladę? Ward zaraz przyjdzie. Uprzedziłam go, że tu jesteś.

–   Dziękuję   –   powiedziała   Lauren   sucho.   Słyszała   te   słowa   prawie 

codziennie, ale nigdy nie denerwowały jej tak jak dziś. – Poproszę o herbatę.

Usiadła i zaczęła mieszać płyn, patrząc bezmyślnie przed siebie. Więc 

jednak Kim miała rację. Wszyscy dookoła byli przekonani, że ona i Ward mają 

wspólne plany na przyszłość.

A przecież nie była to prawda. Do dzisiejszego dnia jakoś nie myślała o 

tym,   ale   teraz,   kiedy   zaczęła   się   zastanawiać,   poczuła   się   jakoś   niepewnie. 

Przecież gdyby Ward miał jakieś poważne zamiary wobec niej, to coś by o tym 

wspomniał. Może niekonkretnie, ale jakoś dałby jej to do zrozumienia. Czy to, 

że   nie   zrobił   tego   dotąd,   przez   te   wszystkie   miesiące,   kiedy   się   spotykali, 

oznaczało,   że   chciał   się   zatrzymać   na   tym   etapie,   do   którego   doszli?   Czy 

urodzinowe   kolacje,   kino,   niedzielne   wycieczki   samochodem   miały   trwać   w 

nieskończoność?

Nagle   duża   męska   dłoń   delikatnie   pogłaskała   ją   po   głowie.   Było   to 

typowe dla Warda powitanie. W miejscach publicznych uśmiechał się do niej 

ciepło, głaskał ją, ale nigdy nie całował. To śmieszne, przemknęło jej przez 

background image

głowę, że nigdy wcześniej o tym nie pomyślała. A przecież Ward nie unikał 

wcale fizycznego kontaktu. Poprzedniego wieczora, na przykład, kiedy przyszła 

do jego mieszkania, całowali się tak długo i głęboko, że prawie nie mogła złapać 

tchu. Czym więc była spowodowana ta rezerwa teraz? Czy chodziło tylko o to, 

że nie chciał narazić się na plotki?

– Przepraszam – powiedział Ward krótko, siadając obok niej. – Ale chyba 

całe miasto ma tę okropną grypę. Nie mogę nadążyć z przygotowaniem leków. 

Nie miałem nawet czasu na kawę.

– Za to interes idzie bardzo dobrze. – Nie podniosła oczu znad filiżanki.

– Tak, ale gdyby to ode mnie zależało... Lauren, co chcesz zobaczyć w tej 

filiżance? – spytał śmiejąc się cicho. – Lauren...

Podniosła wzrok i spojrzała na niego. Miał głęboko osadzone oczy w 

ślicznym brązowym kolorze, co widać było szczególnie, gdy się uśmiechał – tak 

jak w tej chwili – i najdłuższe na świecie rzęsy. Była to miła twarz, właściwie 

nie   tyle   ładna,   ile   bardzo   proporcjonalna.   Miał   kształtny   nos,   szerokie   usta, 

trochę zbyt duże uszy – chociaż może wyglądały tak z powodu tej klasycznej, 

niemodnej fryzury?

Kiedyś dokuczała mu na ten temat, ale Ward powiedział, że poprzedni 

właściciel apteki  ostrzegał  go: ludzie  nie będą mieli  zaufania do  kogoś,  kto 

wygląda zbyt młodo, niezależnie od jego kwalifikacji.

–   Nie   mogę   dorobić   sobie   zmarszczek   –   stwierdził  Ward   –   ale   mogę 

uważać   na   swoją   fryzurę,   sposób   ubierania   się,   mówienia   czy   zachowania. 

Sprawiać   wrażenie   osoby   godnej   zaufania,   a   nie   jakiegoś   młodego, 

roztrzepanego chłopca.

Lauren słuchała, z nieruchomą twarzą, a potem na serio poradziła, żeby 

Ward kazał sobie usunąć połowę włosów, a resztę ufarbował na siwo. Wtedy też, 

po raz pierwszy, zauważyła mały dołek, kryjący się w jego policzku, widoczny, 

gdy   się   uśmiechał.   Zafascynowana   tym   odkryciem,   szybko   zapomniała   o 

fryzurze   Warda.   To   niesłychane,   pomyślała   wtedy,   że   nigdy   dotąd   nie 

background image

spostrzegła upartego kształtu jego brody i tej stanowczej szczęki. Ale przecież 

dwoje ludzi nie może zgadzać się we wszystkim. Gdyby tak było, życie stałoby 

się bardzo nudne.

Jednak... Ward chyba nawet nie wiedział, jak bardzo liczyła na te bilety. 

Pomimo wszystkich aluzji nie zdawał sobie sprawy, jak duże miało to dla niej 

znaczenie.   Najwyraźniej   nie   chciał   tego   zauważyć.   Zastanawiała   się,   jak   by 

zareagował,   gdyby   powiedziała   mu   wprost,   jak   bardzo   zależy   jej   na   tym 

koncercie. Teraz patrzył na nią, a w jego oczach czaił się uśmiech.

–   Jak   na   starszą   kobietę,   całkiem   nieźle   się   trzymasz   –   stwierdził 

żartobliwie.

– Ward – zdecydowała się nagle. – Czy mógłbyś jeszcze raz spróbować 

zdobyć dwa bilety?

– Czy znowu mówisz o tym... jak-on-się-nazywa?

– Nie martw się – powiedziała ironicznie. – Nie proszę cię, żebyś mi 

towarzyszył... Bilety byłyby dla mnie i Kim.

– Lauren, ale ich już po prostu nie ma.

– Jeżeli się wystarczająco dużo zapłaci, na pewno ktoś odstąpi. Przecież 

znasz wielu ludzi, którzy mają bilety. Nie przejmuj się ceną. Ja za nie zapłacę.

–  Więc   to   dla   ciebie   aż   takie  ważne   –  powiedział   cicho.   Nie  było   to 

pytanie, ale mimo wszystko skinęła głową.

– Ward, proszę cię – mówiła prawie niesłyszalnym szeptem.

– Dobrze – odrzekł cichym, spokojnym głosem – spróbuję, ale...

– Dziękuję – odpowiedziała chłodno.

– Chyba lepiej wrócę do pracy – Ward wstał ze stołka – bo i tak mam 

masę   zaległości.   –   Znowu   dotknął   ręką   jej   włosów   i   nagle   zauważył   błysk 

brylancików w uszach. – Nowe kolczyki? – spytał obojętnie.

Lauren skinęła głową.

Odgarnął pasmo jej jasnych włosów i starannie obejrzał długie, wiszące 

kolczyki z pół-karatowymi kamieniami.

background image

– Ładne. Powiem ci, jeśli się czegoś dowiem.

– Będę w sklepie do szóstej.

Nie   patrzyła,   jak   odchodził.  Alma   podeszła,   żeby   sprzątnąć   ze   stołu   i 

wskazując na kolczyki stwierdziła:

– Chyba bałabym się nosić coś takiego. Cały czas myślałabym tylko o 

tym, że mogę je zgubić.

– Nie ma obawy. Są ubezpieczone. – Lauren zapłaciła za herbatę i wróciła 

do pracy. Nie miała wielkiej nadziei na bilety, ale z czystym sumieniem mogła 

powiedzieć, że zrobiła wszystko, co było możliwe, żeby je zdobyć.

Pan Baines układał właśnie nową kolekcję pereł w wykładanej aksamitem 

skrzynce.

– Czy ktoś zauważył kolczyki? – spytał od razu. Lauren potwierdziła. – 

Masz bardzo ładne uszy. Wiedziałem, że to dobry pomysł, żebyś je nosiła. To 

świetna  reklama. Oddasz  mi je  za  jakiś  tydzień, dobrze?  – Nie  czekając na 

odpowiedź wyszedł na zaplecze, pogwizdując.

– Bardzo ładne uszy – powtórzyła Kim, która właśnie wróciła z przerwy 

obiadowej. – Masz też śliczne ręce, długie i szczupłe, idealne do prezentowania 

pierścionków.   I   ta   szyja...   Szkoda,   że   natura   nie   wszystkich   tak   hojnie 

obdarowała.

– Myślałam, że miałaś zamiar już nigdy nie wychodzić na dwór – Lauren 

skrzywiła się.

Płaszcz Kim zsunął się z ramion na podłogę. Kopnęła go na bok.

– Na razie nigdzie się nie wybieram.

Lauren ze zdziwieniem spojrzała na rzucone ubranie.

Kim   zazwyczaj   bardzo   szanowała   swoje   rzeczy.   Ale   teraz, 

niezadowolona,   patrzyła   przez   okno   w   milczeniu.   Lauren   wyjrzała   i   nagle 

spostrzegła długi, biały samochód, który zatrzymał się właśnie przed sklepem. – 

Co to jest?

–   Dobre   pytanie   –   stwierdziła   Kim.   –   To,   kochanie,   jest   limuzyna. 

background image

Cadillac.

– Wiem, przecież widziałam już coś takiego... – głos Lauren zamarł. – Ale 

czy znasz kogoś, kto mógłby jeździć takim samochodem po naszym mieście?

Z   samochodu   wyszedł   mężczyzna   w   ciemnym,   służbowym   ubraniu   i 

czapce, i otworzył pasażerom tylne drzwi.

– To jest Hunter Dix – szepnęła Lauren, widząc doskonale znany profil. – 

On tu idzie.

Kierowca   w   liberii   wsiadł   z   powrotem   do   samochodu,   a   Hunter   Dix 

skierował   się   do   sklepu.   Towarzyszyło   mu   dwóch   potężnych   mężczyzn   w 

ciemnych okularach.

Co za szpan, pomyślała Lauren. Przed czym oni się chronią? Przecież 

słońca nie ma, na dworze jest prawie ciemno.

Jeden   z   mężczyzn   wszedł,   rozejrzał   się   po   sklepie   i   skinął   głową 

drugiemu, który przytrzymał drzwi i przepuścił Huntera Dixa.

No tak, pomyślała Lauren. To na pewno jego ochrona. Dzięki ciemnym 

okularom nie widać, w którą stronę patrzą.

Ochrona   –   nigdy   przedtem   nie   zastanawiała   się,   czy   może   to   być 

naprawdę potrzebne. Prawdopodobnie Hunter Dix nie mógł się bez nich ruszyć, 

z obawy przed tłumem wielbicieli.

– Czym mogę panu służyć... panie Dix? – w drugim końcu sklepu Kim 

nerwowo poprawiała okulary.

Spojrzał   na   zaręczynowe   pierścionki   i   obrączki,   przy   których   stała,   i 

powiedział z kwaśnym uśmiechem:

– Obawiam się, że nic z tych rzeczy mnie nie interesuje.

Jego głos wydał się Lauren cieplejszy niż oczekiwała, ale przecież dotąd 

słyszała go tylko na płytach. W rzeczywistości był jakby bardziej serdeczny. 

Miała wrażenie, że otacza ją stopniowo i łaskocze w uszach.

Odwrócił się w jej kierunku.

background image

– Tak, tego właśnie szukam – powiedział cicho i przeszedł przez sklep, 

patrząc Lauren prosto w twarz. Jego duże, chłodne, niebieskie oczy miały w 

sobie jakąś magnetyczną siłę.

Lauren z trudem przełknęła ślinę. Myślała, że jest znacznie wyższy, nie 

był nawet wzrostu Warda. Miał na sobie duży, luźny płaszcz, nie zapięty, tylko 

ściągnięty   paskiem.   Wydawał   się   przez   to   szczuplejszy,   niż   przypuszczała. 

Włosy miał trochę dłuższe niż na większości fotografii, lekko falujące. Sięgały z 

tyłu do kołnierzyka koszuli. Także jego twarz wydawała się inna, żadne zdjęcie 

nie mogło oddać wyrazu oczu i tego czarującego uśmiechu, kiedy patrzył na 

nią...

– Tak, to jest to, czego szukam – powtórzył miękko i dodał spokojnie: – 

Chodzi mi o złoty łańcuszek.

Lauren odwróciła się do szafki i otworzyła ją.

– Proszę – powiedziała. – Czy coś jeszcze?

– A więc na tobie nie wywarłem takiego wrażenia, prawda? – zaśmiał się 

nagle. Było to raczej stwierdzenie, niż pytanie.

– Wrażenia? – Kim odzyskała nie tylko mowę, ale i zdolność poruszania 

się. – Oczywiście, że pozostaje pod pańskim wrażeniem. Jest pan przecież jej 

idolem.

Lauren zignorowała uwagę Kim i zaczęła wyjmować łańcuszki na ladę.

–   Czy   woli   pan   czyste   złoto,   czy   może   coś   mniej   szlachetnego,   ale 

trwalszego? To ma być dla pana czy na prezent?

– Dla mnie – wyjaśnił. Wyciągnął rękę i wziął cienki złoty łańcuszek z 

brylancikami.

– Więc to prawda? – Kim oparła się łokciami o ladę. – To, co piszą w 

gazetach, że pana opuściła. To znaczy ta aktorka.

Najwyraźniej nie zrażony tak natrętną ciekawością Hunter uśmiechnął się 

gorzko.

– Nie przypominaj mi o tym. Tym razem rzeczywiście mieli rację.

background image

–   Złamała   panu   serce   –   Kim   westchnęła.   –   Naprawdę   bardzo   panu 

współczuję i strasznie mi przykro z tego powodu.

Spojrzał   na   nią   zaskoczony,   a   potem   w   jego   oczach   pojawiło   się 

rozbawienie.

–  Tak?...   To   miłe.  A  co   na   to   twoja   nieśmiała   przyjaciółka,   hmm?   – 

poruszył łańcuszkiem i obserwował, jak odbija się w nim światło. Potem odłożył 

go, oparł się o ladę i spojrzał Lauren w oczy. – A więc jestem twoim idolem? Jak 

masz na imię? Dziś wieczorem zaśpiewam piosenkę specjalnie dla ciebie.

Lauren   nie   mogła   złapać   oddechu.   Bliskość   piosenkarza   sprawiła,   że 

czuła jakby zaciskające się żelazne obręcze. Myśl o tym, że mógłby zaśpiewać 

coś specjalnie dla niej...

– Oba... obawiam się, że nie będę na koncercie. Nie udało mi się dostać 

biletów.

Zmarszczył brwi. Puścił łańcuszek, którym się bawił, i dał znak ręką.

– Dwie wejściówki – powiedział nie podnosząc nawet wzroku. Jeden z 

ludzi z ochrony wyciągnął kopertę z wewnętrznej kieszeni marynarki.

Kim krzyknęła głośno i szybko zatkała usta ręką. Natychmiast pojawił się 

pan Baines, przerażony tym hałasem. Miał otwarte usta, a w jednym jego oku 

ciągle tkwiła lupa. Wyglądał jak jakaś dziwna ryba.

– Czy coś się stało? – zapytał.

Lauren pomyślała, że panu Baines prawdopodobnie wydaje się, że jego 

głos brzmi groźnie, tymczasem było akurat odwrotnie.

– Wszystko jest w porządku – odpowiedziała. – Myślę, że pan Dix znalazł 

już łańcuszek, o jaki mu chodziło.

Hunter Dix złapał za ramię jednego z goryli, który trzymał wejściówki.

– Zajmij się tym – powiedział. – Wezmę ten... Ten... i jeszcze ten... i ten – 

Goryl brał po kolei wybrane łańcuszki z zaskakującą delikatnością, aż jego dłoń 

była prawie pełna.

–   Ale   ceny...   –   powiedziała   Lauren   bezradnie,   widząc   poczynione 

background image

spustoszenie. – Nie powiedziałam nawet, ile to wszystko kosztuje!

– Nienawidzę zajmować się takimi sprawami – rzekł cicho Hunter Dix. – 

Wolałbym się dowiedzieć, jak masz na imię.

Ale zanim Lauren zdążyła się odezwać, Kim chętnie udzieliła wszelkich 

informacji. Piosenkarz własnoręcznie wypełnił wejściówki i złożył na nich swój 

podpis.

– Dzięki temu będziecie też mogły wejść za kulisy. Przyjdźcie się ze mną 

przywitać.   Dla   każdej   z   was   zaśpiewam   dziś   specjalną   piosenkę   –   obiecał 

wspaniałomyślnie podając Kim jej wejściówkę. Kiedy jednak Lauren sięgnęła 

po swoją, podniósł jej rękę do ust i pocałował delikatnie każdy palec.

Pan Baines wypisywał właśnie rachunek i wyglądał już prawie normalnie. 

Goryl podniósł jeden z łańcuszków i powiedział:

– To zaszczyt dla ciebie, że Hunter Dix będzie nosił twój towar. Kupuje 

tak dużo, że mógłbyś mu zaproponować jakąś specjalną cenę.

– Alec – syknął Hunter Dix przez zaciśnięte zęby. – Ty idioto, nie tutaj! – 

uśmiechnął się do Lauren i cicho powiedział: – Jak rzadko siła idzie w parze z 

rozumem...

Goryl   spojrzał   ponuro,   zaczął   rozwijać   pokaźny   zwitek   banknotów   i 

podawać je panu Baines. Potem Hunter Dix i jego świta wyszli i stali się tylko 

pięknym wspomnieniem. Jedynym dowodem ich obecności były dwa kawałki 

papieru, którymi Kim wymachiwała nad głową, tańcząc z radości po sklepie.

Więc   to   zdarzyło   się   naprawdę,   pomyślała   Lauren   nagle   dziwnie 

zobojętniała. I naprawdę idę na ten koncert. Świetnie się składa, to powinno być 

dobrą nauczką dla Warda.

Reszta popołudnia była, jeżeli chodzi o pracę, całkowicie stracona. Za 

każdym   razem,   kiedy   Kim   i   Lauren   spojrzały   na   siebie,   zaczynały   radośnie 

chichotać. Pan Baines na próżno zwracał im uwagę na niewłaściwy stosunek do 

pracy, Zresztą on też nie mógł być niezadowolony, biorąc pod uwagę sumę, jaką 

background image

zostawił   w   kasie   Hunter   Dix,   kupując   złote   łańcuszki.   Tak   więc   w   końcu 

wycofał się na zaplecze, pozostawiając je same.

Kim   właśnie   opierała   się   o   gablotę,   oglądając   rękę,   której   dotknął 

piosenkarz, kiedy weszła jedna ze stałych klientek. Chciała, żeby pan Baines 

wprawił jej zgubiony kamień do brylantowego pierścionka.

–   Już   nigdy   nie   będę   myła   tej   ręki   –   stwierdziła   Kim,   kiedy   Lauren 

wróciła z zaplecza z naprawionym pierścionkiem. – Nigdy, przysięgam.

–   Śmiesznie   będziesz   wyglądała   z   jedną   ręką   brudną   –   powiedziała 

klientka. – Ale i tak macie szczęście w porównaniu z resztą jego fanów. Szkoda 

tego koncertu, prawda?...

Nic nie mogło zabić radości brzmiącej w głosie Lauren, ale pytanie z 

trudem przeszło jej przez gardło.

– Co pani ma na myśli?

– Nie słyszałyście jeszcze? Koncert został odwołany. Wiatr jest tak silny, 

że zamknięto lotnisko, i zespół, który miał towarzyszyć Hunterowi Dixowi, nie 

może przylecieć z Chicago. W tym cały problem.

Przez chwilę Lauren miała wrażenie, że podłoga, na której stoi, nagle się 

zapada.

– W sumie to śmieszne – mówiła dalej klientka beztroskim głosem. – Całe 

to zamieszanie związane z tym wyjątkowym koncertem. Ta zarozumiała elita. 

Wykształceni ludzie z college’u i nie pomyśleli o tym, żeby wyznaczyć termin 

koncertu na jakąś bardziej sprzyjającą porę, a nie na koniec stycznia. Powinni 

byli wiedzieć, że Matka Natura nie będzie dla nich robiła wyjątku. – Włożyła 

pierścionek na zniszczoną rękę i podniosła torby pełne zakupów.

Lauren wychyliła się przez okno i obserwowała oddalającą się postać. 

Kobieta miała rację. Wiatr był tak silny, że szła prawie zgięta w pół.

– Chyba się zabiję – stwierdziła Kim. – Diament tak łatwo przecina szkło, 

ciekawe, czy przetnie moje nadgarstki.

Lauren   nawet   nie   odpowiedziała,   miała   kompletnie   ściśnięte   gardło. 

background image

Mogłaby przeżyć bez tego koncertu, ale mieć tę cholerną wejściówkę i jeszcze 

możliwość wejścia za kulisy! – i widzieć, jak wszystko nagle pryska... To było 

nie do zniesienia.

Bezmyślnie,   automatycznie   wykonała   wszystkie   rutynowe   czynności 

związane z zamykaniem sklepu: schowała najcenniejsze rzeczy do ogromnego, 

podwójnie   zamykanego   sejfu,   zamknęła   kasę,   włożyła   rachunki   do   koperty 

przeznaczonej dla banku, którą miała oddać po drodze do domu. Gdyby jednak 

ktoś spytał ją, czy to wszystko zrobiła, nie potrafiłaby odpowiedzieć.

Nie była zaskoczona, kiedy przy bankowym okienku pojawił się Ward. 

Aptekę też zamykano o szóstej i często spotykali się w tym właśnie miejscu. 

Właściwie   to   tu   zobaczyli   się   po   raz   pierwszy.   Pewnego   wieczora,   w   lecie 

zeszłego roku, zapomniała zakleić kopertę, która upadła i monety z brzękiem 

rozsypały   się,   wpadając   między   płyty   chodnika,   a   czeki   zaczęły   fruwać   w 

powietrzu. Wtedy Ward pomógł jej pozbierać to wszystko...

Jednak tego wieczora nie chciała o tym myśleć, powiedziała więc raczej 

chłodno:

–   Spodziewam   się,   że   nie   miałeś   zbyt   dużo   kłopotu   próbując   zdobyć 

bilety.

–   Słyszałem,   że   sama   sobie   świetnie   poradziłaś.   Przecież   cala   ulica 

mówiła dziś tylko o wizycie w waszym sklepie. – Jego głos zabrzmiał jakoś 

dziwnie. Czy miało to być ostrzeżenie?

Wiedziała, że nie ma sensu złościć się na Warda. To nie jego wina, że 

pogoda się popsuła. Ale usłyszała swój głos:

–   Przypuszczam,   że   jesteś   bardzo   zadowolony   z   tego,   że   odwołano 

koncert!

–   Och!   Lauren,   oczywiście,   że   nie   jestem   zadowolony.   Naprawdę 

zrobiłem   wszystko,   co   mogłem.   Nie   zdawałem   sobie   wcześniej   sprawy,   że 

bardzo ci na tym zależało.

Nie odpowiedziała.

background image

– Na pewno jest za zimno, żeby tak tu stać – dodał po chwili. – Ja w 

każdym   razie   muszę   jeszcze   wrócić   do   apteki.   Mam   masę   recept   do 

przygotowania,   zanim   przyjedzie   samochód,   żeby   odebrać   lekarstwa.  A  co 

robisz później? Chciałabyś pójść do kina?

W milczeniu pokręciła głową. Ward uniósł brwi.

–   Rozumiem   –   powiedział   cicho.   –   Wolisz   pójść   do   domu   i   tam,   w 

samotności, rozczulać się nad sobą.

Lauren nie czuła już zimna, ogarnęła ją złość.

–   To   najbardziej   niemiła   rzecz,   jaką   ktokolwiek,   kiedykolwiek   mi 

powiedział!

– Przykro mi Lauren – jego głos brzmiał bardzo spokojnie. – Masz prawo 

czuć się rozczarowana. A więc do zobaczenia jutro.

Odwrócił się i długim krokiem odszedł w stronę apteki. Po chwili jego 

sylwetka prawie zniknęła we mgle. Gdyby nie to, że był wysoki i miał szerokie 

ramiona, w ogóle nie można by go było dostrzec.

Przez chwilę chciała go zawołać, ale powstrzymała się i odeszła w stronę 

parkingu. Nie miała już dziś ochoty na pouczenia i uwagi, tego była pewna. A 

nawet jeżeli chciała pójść do domu, siąść przy kominku i myśleć o tym, co 

mogłoby się zdarzyć, nie była to sprawa Warda.

Usłyszała limuzynę dopiero wtedy, gdy samochód zatrzymał się przy niej 

i przyciemniona szyba otworzyła się.

– Lauren Hodges – powiedział tak doskonale znany głos i serce zaczęło 

jej mocniej bić. – Nie masz pojęcia, jak się cieszę, że cię widzę. Czy zlitujesz się 

nad nieznajomym – bezrobotnym nieznajomym – i pozwolisz się zaprosić na 

kolację?

Te pięć sekund, kiedy się zastanawiała, trwało strasznie długo. Kolacja z 

Hunterem   Dixem   to   szansa,   która   trafia   się   tylko   raz   w   życiu,   ale   jak   sam 

powiedział – był dla niej nieznajomym. Rozsądna dziewczyna nie wsiada do 

samochodu obcego faceta. Ward byłby absolutnie zaszokowany tym pomysłem, 

background image

przyszło jej na myśl. Przeszła przez zaspę leżącą na brzegu chodnika i, niewiele 

myśląc, wsiadła do limuzyny.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Była lekko rozczarowana wnętrzem samochodu, chociaż właściwie nie 

potrafiłaby   powiedzieć,   dlaczego.   Między   siedzeniami   wyłożonymi   ładną, 

mięciutką, czarną skórą, stał telewizor, magnetofon, telefon i lodówka.

Czego w końcu więcej może oczekiwać? – zadała sobie Lauren ironiczne 

pytanie. – Świetnie wyposażonego baru i przystojnego barmana czy może małej 

wanny   napełnionej  gorącą   wodą,   w  której  kąpałyby  się   piękne   dziewczyny? 

Zresztą gdyby tak było, Hunter Dix nie wyglądałby przez okno!

– W hotelu polecono Marconiego – powiedział. – Więc jeżeli nie masz 

lepszej propozycji...

Siedziała obok niego, ludzie z ochrony zajmowali fotele naprzeciwko.

– To najlepsza restauracja w mieście – w tym momencie, odrobinę za 

późno,   zauważyła   jego   modnie   podarte   dżinsy   i   zmieszała   się   trochę. 

Restauracja Marconiego cieszyła się bardzo dobrą opinią i obowiązywał tam 

określony styl. Ale przecież, niezależnie od wszystkiego, nie wyrzuciliby chyba 

Huntera Dixa.

Kierownik   sali   spojrzał   pytającym   wzrokiem   na   sławnego   gościa.  Ale 

podarte dżinsy, brak krawata i marynarki jakoś przestały być ważne, kiedy jeden 

z goryli szepnął mu do ucha parę słów, wkładając jednocześnie coś do kieszeni. 

Sądząc po uśmiechu, jaki pojawił się nagle na twarzy kierownika, musiał to być 

jakiś grubszy banknot.

Kierownik przysunął jej krzesło, Hunter Dix siadł naprzeciwko. Lauren 

spojrzała na ludzi z ochrony, siedzących trzy stoliki dalej, i uniosła brwi.

–   Ci   biedni   chłopcy   muszą   mieć   dosyć   ciągłego   patrzenia   na   mnie   – 

powiedział   piosenkarz   i   znajomy,   czarujący   uśmiech   rozświetlił   jego   twarz. 

Lauren   zrobiło   się   ciepło   na   sercu   i   odprężyła   się.  Właściwie,   dlaczego   tak 

przejmowała się jego strojem? Teraz, kiedy dżinsów nie było widać spod stołu, 

background image

w jego wyglądzie nic specjalnie nie raziło. A poza tym, cóż właściwie warte są 

zasady? Hunter Dix najwyraźniej nie przejmował się nimi.

Wardowi   nawet   nie   przeszłoby   przez   myśl,   że   można   wkroczyć   do 

Marconiego w podartych dżinsach. Brakowało mu tej pewności siebie, którą ma 

Hunter   Dix,   pomyślała   Lauren   uśmiechając   się   do   siebie.   –   Ward 

prawdopodobnie w ogóle nigdy nie miał ani jednej pary podartych dżinsów. Na 

jesieni pomagał jej uprzątnąć trawnik przed domem i przygotować go na zimę. 

Nawet po całym dniu pracy w ogrodzie, kopaniu grządek i strzyżeniu trawnika 

wyglądał   porządnie,   schludnie   i   prawie   czysto.   Korciło   ją   strasznie,   żeby 

wepchnąć go w kupę kompostu, po prostu po to, żeby zobaczyć, jak będzie 

wyglądać. Tylko że prawdopodobnie on wciągnąłby ją za sobą.

–   Jesteś   piękną   dziewczyną   –   wyszeptał   Hunter   Dix.   Znowu   poczuła 

jakby stalowe obręcze, które przeszkadzały jej oddychać.

– Panie Dix...

– Dla moich przyjaciół jestem Hunter – sięgnął po jej rękę i przytulił ją do 

policzka. – Twoje włosy wyglądają jak zrobione ze światła gwiazd – mają taki 

niesamowity srebrny połysk.

Ward   powiedział   jej   kiedyś,   że   przy   pewnym   oświetleniu   jej   włosy 

wyglądają jak pokryte kurzem. Cholera, nie mam zamiaru więcej o nim myśleć!

– Powiedz mi, o co chodziło dziś po południu, kiedy ten starszy facet 

wybiegł z zaplecza sklepu?

Nagłe pojawił się kelner z butelką szampana, co jakoś zaskoczyło Lauren. 

Nie zauważała, żeby w ogóle ktoś coś zamawiał. Hunter spróbował odrobinę i 

potrząsnął głową. Kelner bez słowa zabrał butelkę.

–   Co   się   stało   temu   starszemu   facetowi?   –   zapytał   znowu   Hunter. 

Jednocześnie   gładził   palcami   wierzch   jej   dłoni   i   Lauren   z   trudem   udało   się 

skupić na odpowiedzi.

– Pan Baines? – powiedziała. – No pomyśl sam. To jego sklep. Słyszy 

nagle  krzyk  jednej  ze  sprzedawczyń  i  pierwsza  rzecz,  jaką  widzi,  to  dwóch 

background image

wielkich   facetów   w   ciemnych   okularach,   którzy   wyglądają,   jakby   chcieli 

wynieść sejf, nie mówiąc już o rzeczach rozłożonych w gablotach.

Hunter przekładał jej dłoń z jednej swojej ręki do drugiej. Zmarszczył 

lekko brwi, jakby był pochłonięty czymś innym.

– To znaczy, właściwie... – Lauren zawahała się. – Ja sama przez chwilę 

zastanawiałam się, czy twoi ludzie nie mają zamiaru obrabować sklepu.

–   Chyba   tak   już   się   przyzwyczaiłem,   że   cały   czas   są   obok   mnie   – 

uśmiechnął się – że nie myślę, jak mogą reagować inni.

Przyniesiono drugą butelkę szampana, ta wreszcie zadowoliła Huntera i 

kelner   właśnie   napełniał   kieliszki,   kiedy   jakaś   kilkunastoletnia   dziewczynka 

podbiegła do ich stołu, prosząc o autograf. Zanim zdążyła powiedzieć, o co jej 

chodzi, pojawił się jeden z goryli i delikatnie zmusił ją do odejścia. Lauren 

miała   ochotę   kopnąć   go   w   łydkę.   Dziewczynka   wyglądała   na   bardzo 

rozczarowaną, a przecież spełnienie jej prośby było tak proste. Nie wymagało 

ani czasu, ani wysiłku.

Hunter zauważył spojrzenie Lauren i wzruszył ramionami.

– Jeżeli raz ustąpię – powiedział raczej smutno – zaraz ustawi się cała 

kolejka i nie będę nawet miał czasu na zjedzenie czegoś.

– No tak. Oczywiście – zmieszała się lekko. – Nie pomyślałam c tym.

Piosenkarz   dał   znak   drugiemu   człowiekowi   z   ochrony,   żeby   podszedł 

bliżej, i powiedział mu coś po cichu. Potem oparł się wygodnie, trzymając w 

palcach kieliszek szampana.

– Właśnie wychodziłbym na scenę – powiedział zamyślony.

– Czy żałujesz, że odwołano koncert?

– I stracić to?... Chyba żartujesz, Lauren Hodges! – lekko zmrużył oczy 

patrząc na nią. Znowu poczuła, że nie może normalnie oddychać.

– A w ogóle, to jak to się stało, że rozdzieliłeś się ze swoim zespołem?

– Miałem do załatwienia jedną sprawę – wzruszył ramionami – a oni 

zostali o dzień dłużej w Chicago. Te cholerne loty czarterowe. Nigdy nie można 

background image

na nie liczyć.

– Przecież to nie wina samolotu, że zerwała się taka burza.

Patrzył na nią przez długą chwilę, potem roześmiał się ciepło i wyciągnął 

dłoń, żeby odwrócić jej twarz w swoją stronę.

– Jesteś najpoważniejszym małym stworzeniem, jakie znam. Powiedz mi 

coś o sobie, słodka Lauren.

–   Jestem   pewna,   że   nie   ma   nic,   co   mógłbyś   chcieć   wiedzieć   – 

uśmiechnęła się i potrząsnęła głową.

Okazało się jednak, że było bardzo dużo rzeczy, o których chciał usłyszeć, 

ona   też   zadawała   masę   pytań   i   ich   spokojna   kolacja   dobiegła   końca,   zanim 

zdążyli sobie wszystko opowiedzieć. Wydawało się to wręcz niemożliwe, żeby 

rozmawiali tak długo i że Hunter Dix mógł interesować się takimi rzeczami jak 

to na przykład, że rok wcześniej straciła matkę. Rozmawiali też o tym, czy 

powinna  zatrzymać  dom,   w  którym  spędziła  dzieciństwo,   czy   sprzedać   go  i 

kupić, teraz gdy była sama, wygodne mieszkanie... Z nikim dotąd nie dzieliła się 

swoimi wątpliwościami na ten temat. Dzielenie się z Hunterem wszystkim, co ją 

nurtowało,   wydawało   się   naturalne   i   nie   wymagało   żadnego   wysiłku.   To 

spotkanie nie przypominało żadnej pierwszej randki, jaką dotąd miała...

Chwileczkę,   powiedziała   sobie   trzeźwo.   Pierwsza   randka?   Lauren 

Hodges, nie bądź idiotką. Nie oczekuj niczego więcej, ciesz się tym, co masz. 

Nikt nie jest w stanie zabrać ci tego wieczoru, tych kilku godzin sam na sam z 

twoim idolem. Jedyne, na co mogłaś liczyć, to to, że będzie uprzejmie słuchał 

twojej gadaniny, starając się nie ziewać, a może nawet wcale cię nie słysząc!

Rozejrzała się wokół siebie, gdy usłyszała dźwięk krzeseł, odsuwanych 

przez goryli. Była zaskoczona, widząc dookoła same puste stoliki.

–   Jak   spokojnie   się   nagle   zrobiło   –   powiedziała   troszkę   nerwowo.   – 

Nawet w czasie burzy nigdy nie widziałam, żeby u Marconiego było tak pusto.

– To dlatego, że wynająłem całą restaurację, żeby nie przeszkadzali ci 

łowcy autografów – Hunter lekko się uśmiechnął.

background image

Ciepłe uczucie wdzięczności wypełniło jej serce. Mogła się domyślić, że 

nie był zwykłym człowiekiem, nie przyszło jej jednak do głowy, że mógłby...

– Nie powiedziałbym, że jedzenie było tego warte – Hunter mówił dalej – 

ale towarzystwo na pewno.

Szybko podniosła filiżankę kawy i wypiła ostatni łyk.

– Nie spiesz się – mruknął. – Chłopcy zajmą się rachunkiem i podjadą tu 

samochodem. – Pochylił się w jej stronę i, obejmując delikatnie palcami twarz 

Lauren, całował ją długo i bardzo delikatnie. Jego usta były ciepłe i przyjazne.

To   było   jak   wspaniałe   dopełnienie,   pomyślała.   Idealne   zakończenie 

idealnego wieczoru.

Podniósł głowę.

–   Przypuszczam,   że   nie   jesteś   dziewczyną,   która   przyjęłaby   teraz 

zaproszenie do hotelu?

W jej oczach pojawiło się zaskoczenie i prawie strach.

– Przepraszam – roześmiał się cicho. – Chyba mnie jakoś zaczarowałaś, 

Lauren. Nigdy nie czułem czegoś takiego... No dobrze, po prostu zapomnij, że 

cokolwiek powiedziałem.

Nigdy,   pomyślała   sobie   Lauren.   Takiego   komplementu   nigdy   nie 

mogłabym zapomnieć...

Ludzie z ochrony dyskretnie odwrócili się, gdy odprowadzał ją do drzwi. 

Dotknął jej twarzy i pocałował namiętnie. Lauren musiała stoczyć wewnętrzną 

walkę między opanowującym ją uczuciem, a resztkami zdrowego rozsądku.

Przecież   nie   można   pójść   do   łóżka   z   mężczyzną,   którego   zna   się   tak 

krótko, pomyślała.

Ale wydaje mi się, że znam go tak dobrze...

Jutro wyjedzie i już nigdy go nie zobaczę!

Tak właśnie się to skończy. Ale ten wieczór będę wspominać do końca 

życia...

– Nie zapomnij mnie, moja słodka Lauren – wyszeptał.

background image

– Nie potrafiłabym cię zapomnieć – próbowała odpowiedzieć spokojnie.

– Nie pozwolę ci – uśmiechnął się szeroko. – A poza tym winien ci jestem 

koncert!

A potem odszedł, nic już nie mówiąc. Może nawet zawołał jakieś słowa 

pożegnania, ale jeżeli tak, to wiatr zagłuszył wszystko. Patrzyła na odjeżdżającą 

szybko   białą   limuzynę,   błyszczącą   w   świetle   ulicznych   latarni,   nawet   przez 

padający śnieg.

Kiedy samochód znikł jej z oczu i weszła do domu, pierwszą rzeczą, jaką 

zrobiła, było wyjęcie niepotrzebnego już biletu i wsadzenie go za ramę lustra. 

Nie   była   to   jedyna   pamiątka.   Ten   wieczór   wart   był   więcej   niż   jakikolwiek 

koncert.   Jak   mogłaby   kiedykolwiek   zapomnieć   choćby   jeden   szczegół 

dzisiejszego spotkania?

Winien ci jestem koncert! Co on miał na myśli, mówiąc to?

Ranek znowu był szary i pochmurny. Wiatr ucichł i przestał padać śnieg. 

Ale ten dzień wydawał się Lauren jeszcze bardziej ponury niż poprzedni, bo 

wiedziała, że  znikło ciepło, które dawała jej świadomość obecności Huntera 

Dixa. Gdzieś indziej czekali na niego następni ludzie – nawet nie spytała go, 

dokąd jedzie.

W   sklepie   panowała   pustka,   bo   ulice   nie   zostały   jeszcze   całkiem 

odśnieżone.  Trudno   było   przejść.   Co   prawda   większość   lezącego   śniegu   już 

uprzątnięto,  ale  do  chodnika  przyklejał  się   marznący  deszcz. Wszędzie   było 

ślisko i chodzenie sprawiało jej poważne problemy. Lauren ostrożnie szła w 

górę   Poplar   Street,   w   kierunku   apteki,   żeby   przynieść   poranną   kawę   panu 

Baines.   Właściciel   sklepu   stwierdził,   że   ponieważ   dzień   zapowiada   się 

spokojnie, jest to świetna okazja, żeby zająć się delikatnymi naprawami, które 

trudno było wykonać, kiedy ciągle przychodzili klienci. A skoro w sklepie nie 

było nic do roboty, to może Lauren mogłaby przynieść mu kawę...

Nie   bardzo   wypadało   odmówić.   Od   kilku   miesięcy   z   radością 

background image

wykorzystywała każdą okazję, żeby wyjść, bo mogła wtedy spotkać Warda. A 

teraz, nagłe wcale nie zależało jej na tym, żeby go zobaczyć...

Nie miała wprawdzie żadnego powodu, żeby go unikać. Nie czuła się 

przecież   winna.   Spędzając   wieczór   z   Hunterem   Dixem,   nie   złamała   żadnej 

obietnicy danej Wardowi, bo przecież nic mu nie obiecywała. Nie miała go za co 

przepraszać. I w sumie, gdyby się nad tym zastanowić, to nic się nie zmieniło. 

Spędziła miły wieczór, to wszystko. Nawet Ward nie mógł jej tego wypominać.

Ale myśląc o tym, zdawała sobie sprawę, że to nieprawda. Coś jednak się 

zmieniło   –   właśnie   Lauren.   Nie   była   już   tą   samą   dziewczyną,   co   wczoraj. 

Odkryła,   że   istnieli   na   świecie   ludzie,   dla   których   romantyczność   nie   była 

niczym nienaturalnym. Ludzie, którzy znali przyjemności, jakie daje życie, i 

potrafili z nich korzystać.

Znała co najmniej jednego takiego człowieka.

Apteka oczywiście była pełna, mimo wczorajszej burzy. Ludzie zawsze 

chorowali.  Chociaż Ward  miał   pomocnika  i   zatrudniał  parę  osób,   większość 

pracy związanej z lekami należała do niego. Lauren wydawało się, że musiał to 

lubić. Mieszkał nawet nad apteką, jakby nie chciał się oddalać od swojej pracy. 

Gdyby odczuwał taką potrzebę, na pewno mógłby zatrudnić jeszcze jednego 

farmaceutę, żeby mieć więcej wolnego czasu. Choćby po to, aby rozwijać jakieś 

zainteresowania, wziąć wolny dzień czy po prostu pójść na zimowy spacer.

Zastanawiała   się   właśnie,   czy   Hunter   lubi   spacerować   po   śniegu   i 

uśmiechnęła się ciepło na myśl o tym, kiedy na rogu wpadła nagle na Warda i 

musiała bardzo się starać, żeby nie wylać pełnego kubka kawy na jego długi, 

nieskazitelnie biały fartuch.

– Dziś bierzesz kawę na wynos? – zdziwił się. – Czy mam to rozumieć 

jako aluzję?

Rozzłościła się. Czy był aż takim egoistą, żeby wszystko odbierać tak 

osobiście?

– Żadnych aluzji – powiedziała sucho. – Nie wiem, dlaczego myślisz, że 

background image

muszę się uciekać do takich metod.

Jego   oczy   pociemniały   i   uśmiech,   czający   się   w   kąciku   ust,   zniknął. 

Włożył ręce do kieszeni aptekarskiego fartucha.

– Zaczynam rozumieć – powiedział spokojnie. – Wiesz, jeden z moich 

pracowników widział, jak wsiadałaś do limuzyny.

– To nie twoja sprawa! – stwierdziła Lauren stanowczo. – I oczywiście 

zauważył też, że twój samochód był na parkingu jeszcze dziś rano...

Lauren przygryzła dolną wargę i utkwiła wzrok w krawacie Warda, żeby 

nie   musieć   patrzeć   mu   w   oczy.   Dziś   rano   specjalnie   kazała   taksówkarzowi 

zatrzymać się na końcu ulicy, a nie przed samym sklepem, uważając, że nie ma 

potrzeby rozgłaszania faktu, że nie wróciła wieczorem po samochód. A teraz 

Ward robi z tego aferę, podczas gdy ona wcale nie była winna. No ładnie...

– Musisz sobie zdawać sprawę, że rozpoczęłaś bardzo niebezpieczną grę 

– kontynuował Ward spokojnie. – Miejscowy fotograf próbował zrobić zdjęcie 

twojemu idolowi i jego aparat został rozbity na ulicy przez jednego z goryli.

– A jak myślisz, do czego służy ochrona? Jeżeli ten fotograf czymś mu 

groził...

– Robiąc zdjęcia? – zadrwił Ward. – Lauren, ty chyba nie zdajesz sobie 

sprawy z tego, co mówisz.

–   Dla   twojej   informacji   –   skrzyżowała   ramiona   –   ale   bynajmniej   nie 

traktuj tego jako tłumaczenie się, bo prawdę mówiąc, uważam, że...

– Hej, Lauren – przerwał jej Ward. – Jeżeli uspokoisz się na moment, to 

zauważysz może, że nie proszę cię o tłumaczenie mi niczego. Po prostu martwię 

się o ciebie, to wszystko. Jestem...

– Nie musisz. Hunter zaprosił mnie na kolację, a potem odwiózł do domu. 

To wszystko. Cały czas byliśmy w towarzystwie „goryli”, jak ty ich nazywasz, i 

nic się nie zdarzyło... i żałuję, że nie, ty nędzny, podejrzliwy plotkarzu! Ale to 

już   skończone,   więc   nie   musisz   rozpowiadać   o   tym   jako   o   przelotnej 

przygodzie,   bo   nic   się   nie   stało.   Mówię   ci   to   tylko   po   to,   żeby   uniknąć 

background image

niepotrzebnych plotek, które rozejdą się zaraz po całym mieście...

– Czy przestaniesz, żeby nabrać oddechu, czy będziesz tak mówiła przez 

cały ranek? – spytał Ward spokojnie.

Spojrzała na niego.

– Dobrze – powiedział szybko. – Winien ci jestem przeprosiny. Przyznaję, 

że... że podejrzewałem cię o najgorsze, a powinienem wiedzieć, że nie całkiem 

stracisz głowę. Jesteś na to zbyt rozsądna i wrażliwa.

Rozsądna!   Wrażliwa!   Była   wściekła.   Czy   Ward   uważał   to   za 

komplement?   Jeżeli   chodzi   o   jego   przeprosiny,   to   nie   należały   do 

najzręczniejszych,   jakie   zdarzyło   jej   się   usłyszeć,   ale   nie   spodziewała   się 

przecież niczego innego. To Ward jest zbyt rozsądny i wrażliwy, żeby potrafić 

się przyznać do błędu. W milczeniu skinęła głową. Cóż zresztą mogła innego 

zrobić?

W oczach Warda pojawił się ciepły blask, ale nigdy nie dowiedziała się, 

co chciał wtedy powiedzieć. Na zapleczu apteki zrobiło się jakieś zamieszanie i 

ktoś go zawołał. Ward odszedł szybko nic już nie mówiąc.

Lauren zajrzała do środka. Zobaczyła leżącego na podłodze mężczyznę i 

pochyloną nad nim przerażoną kobietę. Ward uklęknął obok i zasłonił wszystko.

– Czy ktoś wezwał karetkę? – zapytała Lauren. Kasjerka, która stała za 

nią, kiwnęła twierdząco głową.

– To uroczy starszy pan. Miał już jeden atak serca w zeszłym roku. Tak 

jak teraz. Ale Ward jest przy nim, więc wszystko będzie dobrze, na pewno.

– O, niewątpliwie – powiedziała Lauren sucho. – Tak długo, jak Ward jest 

obok, nic złego nie może się stać.

Kobieta przytaknęła.

Nie usłyszała nawet ironii w tym, co mówiłam, pomyślała Lauren. Co w 

nim   takiego   jest,   zastanawiała   się   wracając   do   swojego   sklepu,   że   jego 

pracownicy darzą go takim głębokim szacunkiem?

background image

Tego wieczora była w domu mniej więcej od kwadransa, gdy przysłano 

kwiaty. Dwa tuziny wspaniałych, kremowo-białych róż, do których dołączona 

była wizytówka Huntera. Musiał myśleć o niej tego ranka, wyjeżdżając z miasta. 

Zdała sobie z tego sprawę i jej serce napełniło się radością.

Zamknęła   nogą   drzwi   wejściowe   i   stała,   trzymając   wielkie   pudło,   tak 

szczęśliwa, jakby to sam Hunter wrócił do niej. Prawie nie mogła oddychać z 

radości. Róże – to przecież takie drogie kwiaty! A te były najpiękniejsze, jakie 

kiedykolwiek   widziała.   Ogromne   paki   wciąż   jeszcze   po   –   kryte   kropelkami 

wody, delikatnie rozchylone, aksamitne płatki...

Wyjęła z bukietu jeden kwiat i zaczęła tańczyć po pokoju, jakby z jakimś 

niewidzialnym partnerem. Potem odłożyła różę i dotknęła policzkiem zielonego 

materiału, którym wyłożone było pudło. Wąchała kwiaty, aż zakręciło jej się w 

głowie od ciężkiego, mocnego zapachu.

Zajęta   układaniem   róż   w   wazonie   zupełnie   zapomniała  o   tym,  że   jest 

głodna.   Wypróbowywała   różne   kombinacje,   robiąc   bukiety   do   sypialni,   do 

kuchni i do postawienia na kominku, gdy zadzwonił telefon.

– Dzień dobry, Lauren, kochanie – usłyszała gardłowy, czuły głos i o mało 

nie wypuściła słuchawki.

– Hunter! – odwróciła się, żeby spojrzeć na kuchenny zegar. – Przecież to 

już pora koncertu!

– Głuptasku – roześmiał się. – Na zachodnim wybrzeżu jest przecież o 

dwie godziny wcześniej, więc właśnie odpoczywam. Ale jakoś nie mogłem się 

zdrzemnąć. Za każdym razem, kiedy zamykam oczy, zaczynam myśleć o tobie. 

Czy dostałaś róże? Mam nadzieję, że podobają ci się właśnie białe. Czerwone są 

ładniejsze, ale nie pasowałyby do ciebie.

– Tak. Dziękuję. Są piękne. Nigdy jeszcze takich nie dostałam.

– Biedne dziecko! Czy nikt nigdy nie przysyłał ci żadnych kwiatów?

Zawahała się nagle. Czyżby z niej drwił? W jego głosie wyraźnie było 

słychać śmiech, a to, co mówiła, mogło brzmieć bardzo naiwnie.

background image

– To znaczy, oczywiście, że dostaję kwiaty – powiedziała dumnie. – Po 

prostu nigdy tyle naraz. Nie bardzo wiem, co z nimi wszystkimi zrobić.

– Kochanie – roześmiał się – jesteś tak wspaniale niewinna i szczera. Nie 

próbuj tego ukrywać. Dlatego właśnie wysłałem ci białe róże. Pasują do twojej 

niewinności i prostoty. Nigdy jeszcze nie spotkałem kogoś takiego.

Dłoń, w której trzymała słuchawkę, nagle stała się wilgotna i zadrżała. Ze 

strachu?  Ze  zdziwienia?  Z  radości?  To  prawda, że ostatniej nocy  dał jej  do 

zrozumienia, że mu się podoba, nawet bardzo. Ale...

– Większość kobiet, które znam, to bardzo cyniczne osoby – mówił dalej 

cicho.   –   Wydaje   im   się,   że   to   jedyna   metoda,   żeby   zrobić   wrażenie   na 

mężczyźnie. Nikt nie wysłałby im białych róż, w każdym razie nie w szczerych 

zamiarach. Ale ty... Nigdy nie myślałem, że będę czuł coś podobnego, Lauren, 

moja malutka.

Przełknęła   ślinę,   próbując   umieścić   swoje   serce   w   normalnym, 

anatomicznie   uzasadnionym   miejscu.   Wydawało   się,   że   już   na   zawsze 

pozostanie jej w gardle.

–   Jesteś   zaskoczona   tym,   co   mówię?   –   niski,   namiętny   szept   stał   się 

głośniejszy. – Może na dzisiaj już starczy. Wrócimy do tego tematu w dzień św. 

Walentego.

– Dzień... – powiedziała niepewnie. – Co...

– Jak mogłem zapomnieć o najważniejszym! Ustaliłem wszystko z moim 

impresario i przełożyliśmy wczorajszy koncert.

Na dzień św. Walentego? Znowu go zobaczę, śpiewało jej serce. I to już 

niedługo...

– To wspaniale! Ale jak to się  stało, że miałeś  wolny ten termin? To 

znaczy, przecież twoje piosenki... Każdy chętnie poszedłby na twój koncert w 

Dniu Zakochanych.

– Dzień Zakochanych? – usłyszała śmiech w jego głosie. – Tak, wiele 

osób przyszłoby na koncert. Ale trzymałem ten dzień wolny z myślą o... Nie 

background image

będziemy rozmawiać o poprzedniej kobiecie mojego życia. To już skończone. A 

teraz mam nową wybrankę serca – w jego głosie znowu pojawił się ten niski 

ton. – Prawda, malutka? Przecież to niemożliwe, żebyś nie czuła tego, co ja.

– Tak, też to czuję – wyszeptała. Zabrzmiało to prawie jak przysięga.

– Czy masz pod ręką jedną z tych róż? – jego głos zadrżał lekko.

– Tak, mam. Dlaczego?

– Pocałuj ją i wyobraź sobie, że to ja... – wyszeptał.

Następnego   ranka,   gdy   Lauren   powiedziała   o   przełożonym   koncercie, 

Kim upuściła tacę z pierścionkami, którą właśnie wyjmowała z sejfu. Złoto i 

kamienie rozsypały się z brzękiem po podłodze.

Lauren przestała ścierać płyn do mycia szyb z gabloty i uklękła, żeby 

pomóc pozbierać pierścionki, zanim pan Baines zobaczy, co się stało.

Kiedy wszystko było już starannie ułożone, Kim sprawiała nadal wrażenie 

dosyć przejętej.

– Lauren, na twoim miejscu chyba nie rozpowiadałabym o tym koncercie, 

zanim nie zostanie to oficjalnie ogłoszone – radziła. – Po co wszyscy mają się 

ciebie pytać, skąd to wiesz.

– Na litość Boską, Kim, przecież chyba nie wierzysz w te nonsensowne 

plotki, które krążą po okolicy!

– Oczywiście nie przypuszczam, żebyś spędziła noc z Hunterem Dixem, 

ale ostrzegam cię, że wiele osób na pewno będzie tak myślało.

W tym momencie do sklepu wszedł klient i Kim zaczęła mu pokazywać 

kolczyki,   które   miały   być   prezentem   dla   jego   dziewczyny   na   dzień   św. 

Walentego.

Lauren   złapała   się   na   tym,   że   obgryza   swoje   starannie   utrzymane 

paznokcie i wyjęła rękę z ust. Jaki obrzydliwy jest ten płyn do mycia szyb, 

pomyślała. A może to plotki, krążące po okolicy, pozostawiły taki gorzki smak?

Nie skończyła jeszcze czyszczenia gablot, a klient Kim oglądał którąś z 

background image

kolei parę kolczyków z niezadowoleniem potrząsając głową, kiedy do sklepu 

wszedł   Ward.   Lauren   zauważyła   go,   gdy   starał   się   ominąć   krople 

rozpuszczającego   się   śniegu   spadające   z   dachu   i   pomyślała:   tylko   tego   mi 

jeszcze dziś brakowało!

– Chyba nadchodzi wiosna – oświadczył z promiennym uśmiechem. – 

Przynajmniej tak się wydaje. Słońce świeci i śnieg zaczyna topnieć. – Postawił 

papierową   torbę   na   gablocie,   tuż   przed   Lauren.   –   Przyniosłem   ci   kawałek 

wiosny – Ward zaczął rozpinać swój wełniany płaszcz.

– Jeżeli rzeczywiście jest tak ładnie – powiedziała Lauren – po co brałeś 

płaszcz, przecież to blisko.

– Nie mówiłem wcale, że jest ciepło. Po prostu koniec stycznia, więc 

zostało jeszcze tylko sześć tygodni zimy.

–  A  gdybyś   nie   zauważył,   że   to   koniec   stycznia,   to   wiesz,   co   by   się 

okazało?   Po   prostu   zostałoby   nam   jeszcze   półtora   miesiąca   zimy.   –   Lauren 

oparła się łokciami o szklaną gablotę i położyła brodę na rękach.

– Jesteś dziś chyba w złym nastroju – stwierdził Ward. – Czy ktoś ukradł 

ci dziury z sera, który jadłaś na śniadanie?

Lauren   nie   mogła   powstrzymać   się   od   śmiechu.   Nawet   gdyby   się 

dowiedziała, że ma być jeszcze zimniej i że znów spadnie śnieg, i tak byłaby 

zadowolona z życia. Po tym wszystkim, co stało się wieczorem – telefon, róże, 

wiadomość o koncercie...

W oczach Warda pojawił się ciepły, prawie figlarny uśmiech.

– A tak poza tym – dodał – to nie musisz już dłużej czekać na wiosnę. – 

Popatrzył znacząco na papierową torbę.

Lauren   otworzyła   ją   i   spojrzała   trochę   niepewnie   na   małą   glinianą 

doniczkę pełną cebulek krokusów. Błyszczące liście w biało-zielone paski były 

już całkiem rozwinięte. Małe pączki kwiatów zaczynały właśnie wyglądać z 

doniczki. Lauren wydawało się, że zobaczyła już fioletowy płatek.

– Wyglądają na bardzo dorodne – powiedziała. Skinął głową.

background image

– Zostały dostarczone do sklepu dziś rano. Oczywiście jak się ociepli, 

możesz je przesadzić do ogrodu. Będą kwitły co roku. – W jego głosie brzmiało 

zadowolenie z siebie.

To bardzo w stylu Warda, pomyślała. Jest tak praktyczny, że nawet, gdy 

daje dziewczynie kwiaty, to chce, żeby można je było wykorzystać kilka razy!

Nie, to nie w porządku – powiedziała sobie. Wiedział, że lubi krokusy. 

Przekonał się o tym na jesieni, gdy pomagał jej porządkować na zimę klomb za 

domem.   Jego   prezent   może   nie   był   bardzo   kosztowny,   ale   na   pewno 

przemyślany.

Przygryzła wargę.

–   Wiesz,   Ward   –   powiedziała   miękko.   –   Nie   powinnam   ci   tego 

wszystkiego   mówić   wczoraj   wieczorem.   Nawet   już   nie   pamiętam,   jak   cię 

nazwałam, ale to chyba nie było zbyt przyjemne...

Jego twarz lekko drgnęła.

– Może nie starajmy się sobie tego przypominać, dobrze? Przepraszam, 

że... tak nagle cię wczoraj zostawiłem i poszedłem sobie.

Lauren postawiła krokusy obok kasy i powiedziała obojętnie:

– Och, naprawdę, nic się nie stało. Miałeś co innego do roboty. Jak się 

miewa pacjent?

– W porządku – nie rozwijał tematu. – Posłuchaj, Lauren, grają jeszcze 

ten film. Nie miałabyś ochoty zobaczyć?

Nie   chciała   mu   odmawiać,   ale   coś   w   środku   powstrzymywało   ją   od 

przyjęcia   jakiegokolwiek   zaproszenia   z   jego   strony.  To   nie   byłoby   uczciwe, 

dawać mu w tej chwili nadzieję. A poza tym, gdyby Hunter znowu zadzwonił, a 

jej nie było w domu?...

– Oj, idzie pani Schuyler – powiedziała szybko. – Zajmie na pewno cały 

ranek, wiesz, jaka jest gadatliwa.

Ward zrozumiał chyba zmianę tematu jako odmowę.

– Lepiej wrócę do apteki, pewno już jest kolejka – poklepał ją po ręku i 

background image

delikatnie   przesunął   pierścionek   z   szafirem,   który   miała   na   palcu   tak,   żeby 

kamień   odbijał   światło.   Uśmiechnął   się   i   wyszedł,   ale   zdążył   jeszcze 

przytrzymać drzwi pani Schuyler.

Gdyby nosił kapelusz, pewno by go zdjął i się ukłonił, pomyślała Lauren.

Było już prawie południe, gdy znowu zostały z Kim same. Lauren liczyła 

pieniądze w kasie, żeby odnieść je do banku w czasie przerwy obiadowej. Kim 

oglądała krokusy. Pod wpływem ciepła jeden zaczął się już rozwijać, tak jakby 

nie mógł się doczekać chwili, kiedy zobaczy, co się dookoła dzieje.

– Biedny Ward – powiedziała Lauren, patrząc na kwiatki. – Tak bardzo się 

stara i jakoś nigdy mu nie wychodzi.

Krokusy,   pomyślała,   Wardowi   nigdy   nie   przyszłoby   do   głowy   wydać 

pieniądze na dwa tuziny róż. Stwierdziłby, że to przesada kupować tyle naraz.

– A ja sądzę, że to strasznie miłe z jego strony – odparła Kim, nie patrząc 

na nią.

Lauren przestała na chwilę liczyć pieniądze.

– Czy mi się wydaje, czy to właśnie ty nazwałaś go podłym draniem? – 

jej palce znowu zaczęły poruszać się szybko, przekładając dwudziestodolarowe 

banknoty.

– Nie myślałam tego poważnie. Po prostu byłam rozczarowana, że nie 

zdobył biletów. Wiesz, że często mówię coś bez zastanowienia. Gdy wczoraj ten 

facet stracił przytomność w aptece – dodała nagle – Ward uratował mu życie. 

Wszyscy to potwierdzają.

– To wspaniałe. Ale jaki ma to związek z tymi krokusami?

– Chyba żaden – Kim wzruszyła ramionami – ale to świadczy na jego 

korzyść. Mógłby chodzić i opowiadać wszystkim, jakim jest bohaterem.

– Może zdaje sobie sprawę, że mówienie o tym nie zrobiłoby na mnie 

wrażenia.

– Nie wydaje mi się, żeby on chciał zrobić na tobie wrażenie. Ward po 

prostu próbuje wyciągnąć cię z  kłopotów. Dlaczego przyniósł te kwiaty, jak 

background image

myślisz? Wie, że wszyscy w okolicy cię obserwują i gdyby teraz odwrócił się od 

ciebie...

–   Czy   chcesz   powiedzieć,   że   on   próbuje   naprawić   moją   zszarganą 

reputację? Jakie to miłe z jego strony! – odpowiedziała Lauren zimnym głosem.

– Nie o to mi chodzi, Lauren – Kim odsunęła doniczkę. – Niezupełnie o 

to. Po prostu jestem nieprzyjemnie zaskoczona twoim zachowaniem. I dziwię ci 

się, prawdę mówiąc.

–   Ponieważ   jestem   zbyt   rozsądna   i   wrażliwa,   żeby   tak   łatwo   stracić 

głowę? Jeżeli o mnie chodzi, nie jest to komplement. – Lauren głośno zamknęła 

szufladę  kasy.  – Weź  sobie  te krokusy  – powiedziała idąc  do  drzwi  – ja  w 

każdym razie ich nie chcę.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Następne   dni   byłyby   cudowne,   gdyby   nie   grypa,   na   którą   Lauren 

zachorowała   w   czasie   weekendu.   Musiała   ją   złapać,   biegnąc   do   banku   bez 

płaszcza. Tamtego dnia była tak wściekła na Warda i Kim, że zupełnie nie czuła 

zimna. I teraz właśnie za to płaciła.

Hunterowi strasznie się podobał jej zachrypnięty glos. Żartował, że mówi 

teraz seksownym szeptem, gdy zadzwonił do niej, po koncercie w Honolulu. 

Obudził ją wtedy o trzeciej w nocy, gdy właśnie udało jej się zasnąć. Ale nie 

mogła długo być na niego zła. Opowiadał jej o licznych problemach związanych 

z tym tournee. O tym, że nieodpowiedzialni organizatorzy zarezerwowali na 

jego koncerty nieodpowiednie sale, musiał mieszkać w nie najlepszych hotelach, 

nie  sposób  było  dostać   coś  normalnego  do  jedzenia.  Tylko  jej  ciepły  głos  i 

zdrowy rozsądek utrzymywały go przy życiu, stwierdził.

–   Gdyby   nie   to,   że   mam   ciebie   i   mogę   z   tobą   rozmawiać,   Lauren, 

malutka, odwołałbym to tournee. To po prostu katastrofa. Ale przecież – dodał 

żartobliwie – my, artyści, musimy uszczęśliwiać lud.

On zawsze, niezależnie od tego gdzie się znajdował, musiał występować, 

pomyślała   ze   smutkiem.   Zawsze   otoczony   przez   fanów,   z   których   każdy 

chciałby, choć na chwilę, przyciągnąć jego uwagę i zdobyć kawałek jego serca.

Grypa   była   dobrą   wymówką,   żeby   siedzieć   w   domu.   W   czasie   tego 

weekendu   prowadziła   raczej   samotny   tryb   życia,   czekając   cały   czas   na 

upragniony dzwonek telefonu. Ward wpadł na chwilę, w niedzielę po południu. 

Przyniósł jej najnowszy numer ulubionego czasopisma i puzzle, które razem 

ułożyli.   Jego   towarzystwo   sprawiało   jej   przyjemność,   mimo   że   za   każdym 

razem, kiedy kichała, przypominała sobie, jak bardzo była na niego zła. Próbuje 

naprawić   jej   reputację,   cóż   za   uprzejmość.   Szczególnie   że   ona   nie   zrobiła 

zupełnie nic, co mogłoby być źle widziane. Tak czy inaczej jego obecność była 

background image

dużo   lepsza   niż   samotność.   Chociaż   właściwie   jej   myśli   wracały   wciąż   do 

Huntera. Tego popołudnia leciał właśnie do Tokio.

Bardzo chciała pójść do pracy w poniedziałek, ale w nocy jej stan jeszcze 

się pogorszył. Głęboki, suchy kaszel prawie rozrywał płuca. Zamiast do pracy 

poszła   więc   do   lekarza,   który   stwierdził,   że   ma   bardzo   poważne   zapalenie 

oskrzeli.

– Proszę wrócić do domu i położyć się do łóżka – polecił lekarz. – Niech 

się   pani   nie   martwi   o   lekarstwa.   Powiem   w   aptece,   żeby   przysłano   je   pani 

jeszcze dziś.

Wróciła do domu, ale nie miała dość siły, żeby położyć się do łóżka. 

Usiadła na kanapie zmęczona i obudziła się dopiero wieczorem, gdy było już 

zupełnie ciemno. Od leżenia na oparciu tak bolała ją szyja, że miała wrażenie, że 

już nigdy nie będzie mogła ruszać głową.

Kiedy   zadzwonił   dzwonek,   miała   zamiar   w   ogóle   nie   wstawać   i   nie 

otwierać   drzwi.  Ale   ktoś   znowu   zaczął   się   dobijać   i   przypomniała   sobie   o 

lekarstwach, które powinny być dostarczone z apteki. I tak już długo na nie 

czekała.

Nie był to jednak chłopiec rozwożący lekarstwa. Na małym ganku stał 

Ward z białą torbą w ręku, a wokół niego wirowały wielkie białe płatki śniegu. 

Osiadały na ciemnych włosach, przyklejały się do płaszcza. Nawet na rzęsach 

miał ogromny, prawie przezroczysty, płatek. Ward zamrugał i strząsnął go dłonią 

w rękawiczce, właśnie w chwili, gdy otworzyła drzwi.

To niesprawiedliwe, pomyślała Lauren. Zwykłemu facetowi nie powinno 

się pozwolić na posiadanie najdłuższych rzęs na świecie. Szczególnie takiemu, 

który zupełnie nie wie, jak ich używać.

– Wejdź – próbowała powiedzieć, ale zrezygnowała, czekając aż przejdzie 

jej   atak   kaszlu.   Ward   prawie   wepchnął   ją   do   środka,   gdzie   nie   czuć   było 

zimnego powiewu, i podtrzymał po przyjacielsku, dopóki nie skończyła kasłać.

– Usiądź – polecił. – Dam ci zaraz pierwszą dawkę. Powinnaś to dostać 

background image

już   kilka   godzin   temu,   ale   chłopiec,   który   zwykle   rozwozi   lekarstwa,   też 

zachorował i leży w łóżku.

Bezsilnie   opadła   na   kanapę,   osłabiona   kaszlem.   Ward   przyniósł   jej 

szklankę   wody   i   położył   na   dłoni   wielką   czerwonobiałą   pastylkę.   Lauren 

przełknęła ją z trudnością – gardło też bardzo ją bolało – i spojrzała na Warda z 

uśmiechem pełnym wdzięczności.

– Zdejmij płaszcz – prosiła.

– Nie mogę – Ward potrząsnął głową. – Mam jeszcze pełno lekarstw do 

dostarczenia.

Opanowało   ją   nagle   uczucie   rozczarowania,   poczuła   się   całkiem 

opuszczona. Nie mogła go za to winić. Był zajęty i z jakiego zresztą powodu 

miałby koło niej skakać. Z czerwonym nosem, tłustymi włosami, zachrypnięta i 

rozsiewająca wokół siebie zarazki, nie była zbyt pociągająca. Położyła się na 

kanapie z cichym westchnieniem.

Z tej pozycji Ward wydawał jej się strasznie wysoki, gdy stał i przyglądał 

się jej marszcząc brwi.

– Lepiej ci? Odpoczniesz trochę? – spytał troskliwie.

– Tak, jestem w świetnej formie – łzy napłynęły jej do oczu. Nie mogła 

się nawet zdobyć na ironię.

Ward   wygląda   na   bardzo   zmęczonego,   pomyślała.   –   Jemu   chyba   też 

przydałby się porządny odpoczynek. A na dodatek musi jeszcze sam roznosić te 

wszystkie lekarstwa...

– Syrop na kaszel jest w torbie – powiedział. – Przyniosłem też krople na 

katar, jeśli potrzebujesz. Nie wstawaj – sam wyjdę.

Poszedł i znów zapanowała cisza. Chłodna, nieprzyjemna, otaczająca ją 

ze wszystkich stron, cisza.

Masz   dwie   minuty,   żeby   przestać   się   nad   sobą   użalać   –   powiedziała 

Lauren głośno do siebie, a potem wstaniesz i zrobisz sobie coś do jedzenia. 

Wydaje ci się, że jesteś biedna, bo siedzisz tu sama cały dzień, a to nie jest miłe. 

background image

Ale roztkliwianie się nad sobą na pewno ci nic nie pomoże. Więc masz wstać i 

zrobić coś, żeby poczuć się lepiej.

Ale nawet stanowcza rozmowa ze sobą niewiele pomogła. Łatwo było 

pomyśleć o kubku gorącej zupy, ale wstać i zrobić go, gdy boli każdy mięsień, 

to   zupełnie   co   innego.   Zapadła   w   drzemkę.   Śniło   jej   się,   że  Ward   wrócił   i 

przyniósł coś, co tak wspaniale pachniało – czy nawet we śnie cokolwiek mogło 

tak cudownie pachnieć? – i pochylił się, żeby pocałować ją w czoło. W kącikach 

jej oczu pojawiły się łzy...

– Przyniosłem ci rosół z kury – powiedział Ward czule. Odsunął dłonią 

włosy, które spadły jej na twarz.

– Jednak wróciłeś! – dotknęła policzkiem jego dłoni. Była strasznie zimna 

w porównaniu z jej gorącą skórą.

Zobaczyła, jak jego oczy ciemnieją, i szybko usiadła.

– To znaczy – wychrypiała – rozniosłeś już wszystkie lekarstwa?

To bez sensu, że czuję do niego taką wdzięczność tylko za to, że tu jest, 

pomyślała.

– Skończyłem, dzięki Bogu. Czy ty w ogóle coś dzisiaj jadłaś?

– Chyba nie – Lauren z trudem pokręciła głową. Powiedział cicho coś, co 

niedokładnie   zrozumiała,   bo   uszy   też   miała   zatkane,   i   wyszedł   do   kuchni. 

Lauren z ulgą położyła się z powrotem na kanapie.

Najpierw przyniósł wysoką szklankę zimnego soku pomarańczowego z 

małymi kawałkami lodu, które wspaniale chłodziły jej obolałe gardło. Między 

jednym łykiem a drugim wychrypiała:

– Nie wiem, po co ryzykujesz spotkanie z tysiącami moich zarazków.

Ward potrząsnął głową.

– Chyba muszę być na nie odporny. Już setki razy miałem okazję się 

zarazić.

– Muszę przyznać, że bardzo mi miło że tu jesteś. Przepraszam, że nie 

mogę ci zaproponować partyjki remika, chyba że bawi cię łatwe zwycięstwo.

background image

–   Poczekam,   aż   wyzdrowiejesz   na   tyle,   żeby   być   równorzędnym 

przeciwnikiem   –   uśmiechnął   się.   –   Przyniosłem   jakiś   film   z   wypożyczalni, 

gdyby ci się nudziło.

– Czy mi się wydawało, czy mówiłeś przed chwilą coś o rosole?

–   Grzeje   się.   Nie   ręczę   za   jego   jakość,   ale   to   była   już   resztka   w 

delikatesach – przyniósł dwie miseczki na tacy. – Chyba robią na tym świetny 

interes.

– Kupny rosół – zażartowała. – To znaczy, że nie jest domowej roboty?

– Chyba powoli zaczynasz normalnie reagować – znowu się uśmiechnął.

Lauren ostrożnie usiadła i zamieszała w swojej miseczce. Zupa parowała 

lekko i pachniała wspaniale. Więc to jednak nie był sen.

–   Już   lepiej   –   stwierdziła.   –   Oprócz   szyi.   Chyba   już   nigdy   jej   nie 

rozprostuję.

–   W   którym   miejscu   cię   boli?   –   Ward   przysunął   się   bliżej   i   zaczął 

delikatnie masować jej kark.

–   Dokładnie   tu.   Auu...   –   jęknęła,   gdy   stanowczym   ruchem   dotknął 

kciukiem   opornego   mięśnia.   Ale   za   chwilę   masaż   zaczął   ją   rozgrzewać   i 

przynosić ulgę. Po paru minutach ból ustąpił i Lauren znowu mogła normalnie 

ruszać szyją. Odchyliła głowę i spojrzała na niego przez zmrużone powieki.

– Świetnie ci to idzie – powiedziała. – Gdzie się tego nauczyłeś? Czy 

pracowałeś jako masażysta w czasie letnich wakacji?

–   Obawiam   się,   że   nie   było   to   aż   tak   romantyczne,   jak   to   sobie 

wyobrażasz. – Ward roześmiał się.

Oczywiście, że nie. Trudno było sobie wyobrazić Warda w jakiejkolwiek 

romantycznej sytuacji.

Jego ręka leżała teraz na jej ramieniu. Zrobiło się ciepło, przyjemnie i 

Lauren   było   zbyt   wygodnie,   żeby   się   poruszyć.   Poza   tym,   po   co   miała   się 

ruszać. Zupa była jeszcze zbyt gorąca, żeby ją zjeść.

Pewnie jego matka lubiła masaż szyi, pomyślała.

background image

– Nie martw się – powiedziała leniwie. – Nikomu nie zdradzę twojej 

słodkiej tajemnicy.

Uśmiechnął  się  lekko  i  przyciągnął  ją  ostrożnie   do  siebie.  Opuszkami 

palców dalej masował delikatnie mięśnie w zgięciu jej szyi, powoli przysuwając 

się coraz bliżej.

Naprawdę, w tym momencie powinnam usiąść, pomyślała Lauren. To, co 

robiła, nie było uczciwe w stosunku do Warda. Co z tego, że dałaby mu się objąć 

czy całować, jeżeli w tym czasie wciąż myślałaby o Hunterze. I udawała, że to 

on jest na miejscu Warda...

Ale   w   palcach   Warda   było   coś   prawie   hipnotycznego   i   w   końcu   nie 

poruszyła się. Ostrzegła tylko ledwie dosłyszalnym szeptem:

– Ward, zarazisz się ode mnie.

– To nieważne – odpowiedział szybko.

A potem... nagle było już za późno, żeby się poruszyć, żeby usiąść, żeby 

coś powiedzieć. Jego wielka dłoń dotknęła jej twarzy. Poczuła opuszki palców 

gładzące jej policzek i miękki dołek koło ucha. Ciepła dłoń zatrzymała się na jej 

szyi. Kciuk Warda na szyi był tak samo ciepły i delikatny jak jego usta, które 

dotknęły ust Lauren. Przypominało to muśnięcie aksamitnego skrzydła motyla.

Ale ta zachęta do pieszczoty nie trwała długo. Nadal wszystko odbywało 

się bardzo delikatnie – Ward nigdy nie zachowałby się inaczej – jednak teraz w 

jego pocałunku pojawiła się ufność, pewność i niewątpliwa wiedza.

Już   prawie   zapomniałam,   jak   wspaniale   potrafi   to   robić,   pomyślała 

Lauren. Jego pocałunki nigdy nie były niedelikatne, czy napastliwe, jak u innych 

mężczyzn. U Warda mogły trwać wiecznie, a kobieta nie czuła się znieważona 

czy   wykorzystywana.   Powodowały   zachwyt,   upojenie,   aż   do   pełnego 

uniesienia...

Jej   powieki   opadły,   jak   gdyby   mózg   wydał   im   polecenie,   zamykając 

dopływ jakichkolwiek informacji, które mogłyby przeszkodzić w przeżywaniu 

tych   wspaniałych   emocji.   Jej   myśli   przypominały   tylko   pozbawiony   sensu 

background image

szmer.

Na pewno nigdy nie pocałowałby mnie, ani nikogo innego, na oczach 

ludzi.   Byłoby   to   niedelikatne   –   kobieta   powinna   mieć   czas   na   odzyskanie, 

choćby   częściowo,   równowagi   po   tak   niezwykle   silnych   przeżyciach,   zanim 

ktokolwiek ją zobaczy. A Ward przede wszystkim był dżentelmenem, bardzo 

wrażliwym i delikatnym człowiekiem...

Jakimś dodatkowym zmysłem wyczuła, jak mocno bije jego serce. Zdała 

sobie sprawę, że dotyka dłonią jego szyi w taki sposób, że może wyczuć puls – 

nie pamiętała nawet, że w ogóle go objęła.

Podniósł głowę i wyszeptał prawie bezgłośnie:

– Lauren...

Czekała,   całkiem   spokojna,   co   powie   dalej.   Nie   była   nawet   w   stanie 

odczuć   zainteresowania.   Wciąż   pozostawała   pod   wpływem   tego   upojnego 

nastroju, który Ward tak; cudownie potrafił stworzyć.

Nagle   usłyszała   za   plecami   dzwonek   telefonu.   To   może   być   Hunter, 

pomyślała. W ciągu jednej chwili nastrój prysł i znalazła się z powrotem w 

rzeczywistym świecie. Leżała przytulona do Warda, pozwalała mu się całować i 

nawet przez moment nie pomyślała o Hunterze. Jak mogła dopuścić do tego, 

żeby aż tak stracić nad sobą kontrolę? Była to, oczywiście zasługa Warda – ale 

przecież   nie  mogła   mu  tego   powiedzieć!  Czując   się   winna,  odsunęła   się   od 

niego i sięgnęła do telefonu.

–   Do   cholery,   Lauren,   niech   dzwoni   –   powiedział   Ward   lekko 

schrypniętym głosem, ale Lauren już podniosła słuchawkę.

Pierwsza rzecz, jaką usłyszała, to było ciche przekleństwo.

– Znowu, prawda? – spytał Hunter niepewnym głosem. – Obudziłem cię 

w środku nocy? Nie mogłem sobie przypomnieć, ile godzin różnicy jest między 

Stanami, a tym cholernym Tokio. Pomyślałem, że warto jednak spróbować...

Ward wstał nagle, wziął jej pustą szklankę po soku i znikł w kuchni.

– Nie, wcale mnie nie obudziłeś. Jest dopiero – Lauren spojrzała na zegar 

background image

stojący na kominku – wpół do dziewiątej.

Próbowała zajrzeć do kuchni. Ward chyba nie mógł wyjść, stwierdziła. 

Jego płaszcz wciąż leżał rzucony na krześle.

– Mówisz tak, jakbyś właśnie wstała z łóżka – ciągnął Hunter. W jego 

głosie słychać było jakby niezadowolenie.

Lauren poczuła, że jej policzki rumienią się ze wstydu.

– Nie... to może dlatego, że jestem taka przeziębiona. Gorzej się dziś 

czuję. Chyba całkiem stracę głos.

– Jeszcze nie wyzdrowiałaś? – spytał Hunter. – Twój specjalny koncert 

jest już za tydzień i do tego czasu masz być w dobrej formie.

Mój   specjalny   koncert,   pomyślała,   jak   zwykle   lekko   podniecona,   gdy 

sobie o tym przypominała. Koncert Huntera Dixa specjalnie dla mnie.

– Och, za nic nie straciłabym tego koncertu!

– No to postaraj się szybko wyleczyć, bo inaczej mnie zarazisz.

– Hunter!

– Tylko żartowałem – powiedział szybko. – Lauren, kochanie, przecież 

nie chciałabyś chyba, żebym nie mógł śpiewać na twoim koncercie, prawda?

– Oczywiście wiem, że żartujesz – odprężyła się. – I obiecuję ci, że do 

tego czasu wyzdrowieję, na pewno. Chyba już jutro pójdę do pracy – pochyliła 

się, nie myśląc nawet o tym, co robi, i dotknęła jednej z róż, stojących, obok, na 

niskim stoliku. Były to resztki z tych dwóch tuzinów i też zaczynały już opadać. 

Kremowo-białe płatki lekko usychały, marszczyły się i brązowiały na brzegach. 

Wyglądają trochę podobnie do mnie, pomyślała ironicznie. Już więdnę, powinno 

się mnie włożyć do grubej książki i zasuszyć na pamiątkę... Ale jutro na pewno 

będę się czuła lepiej...

– Pisałem właśnie twoją piosenkę – powiedział nagle Hunter nieśmiało.

– Moją piosenkę? Piszesz piosenkę specjalnie dla mnie?

–   Przecież   jesteś   specjalną   dziewczyną,   prawda?  A  to   będzie   bardzo 

specjalny koncert. A poza tym obiecałem ci tę piosenkę.

background image

– Ale tak... Specjalnie dla mnie? – była tak wzruszona, że prawie nie 

mogła oddychać. – Och, Hunter...

– Obudziłem się dziś strasznie wcześnie i ta piosenka chodziła mi po 

głowie, tak jak myśl o tobie.

– Zaśpiewaj mi kawałek, proszę cię!

– Nie... To nie byłoby uczciwe w stosunku do tej piosenki. Chcę, żebyś po 

raz pierwszy usłyszała  ją  w czasie  koncertu. A nie  przez telefon,  wykonaną 

przez   zmęczonego,   podstarzałego   piosenkarza,   który   jeszcze   wciąż   jest 

zachrypnięty po wczorajszym koncercie.

– Podstarzały piosenkarz! – powiedziała z oburzeniem. – Nie powinieneś 

tak o sobie mówić, Hunterze Dix!

– To właśnie moja słodka Lauren, zawsze konkretna i uczciwa – w jego 

głosie słychać było śmiech. – Nie chcesz, żebym ci opowiedział o wczorajszym 

koncercie?   Całe  Tokio  szalało.   Chciałbym...   –  ton   jego  głosu   zmienił   się.   – 

Chciałbym, żebyś mogła być tu ze mną i widzieć to.

Dzielić   z   nim   wszystko,   doświadczyć   uwielbienia   tłumu,   słuchać   tych 

dobrze zasłużonych oklasków. Bardzo chciałaby tam być.

– To byłoby wspaniałe – powiedziała.

– Żałuję, że nie byłaś ze mną wczoraj po koncercie – kontynuował. – 

Nawet nie wiesz, jak bardzo potrzebowałem twojego ciepła.

– Po tych owacjach? Chyba nie brakowało ci wielbicieli?

–   Nie   chodzi   mi   o   jednego   wielbiciela   więcej.   Potrzebowałem   ciebie, 

Lauren, kochanie. Owacje są wspaniałe, dopóki nie znajdziesz się sam, w domu 

– w jego głosie słychać było drżenie, które bardzo poruszyło Lauren.

– Hunter... – zaczęła niepewnie.

– I teraz też cię potrzebuję – drżenie ustąpiło miejsca zniecierpliwieniu. – 

Mam   przed   sobą   cały   jutrzejszy   dzień   w   samolocie,   tylko   w   towarzystwie 

mojego zespołu i grupy jakiś wynajętych piosenkarzy.

– Ja też bardzo za tobą tęsknię...

background image

– Do cholery, przecież wiesz, że to coś więcej. Pomyśl tylko, Lauren, 

malutka. W przyszłym tygodniu pojedziesz ze mną, co ty na to? – nagle zawiesił 

głos, jakby nie mógł już dłużej znieść czekania i niepewności.

– Jechać z tobą? Ja nie...

–   Tak.   Pojechać   ze   mną.   Dzielić   ze   mną   tę   podróż.   Nadać   jej   sens. 

Przecież wiesz, że tego chcę, że od tygodnia myślę tylko o tym. Jaki ja byłem 

głupi, że cię tak zostawiłem. Po prostu głupi.

Nikt   nie   potrafiłby   znieść   spokojnie   takiego   wyznania.   Lauren   miała 

wrażenie,   że   jej   serce   pęka   z   nadmiaru   szczęścia.   Niewygody   związane   z 

występami, o których jej opowiadał – nie najlepsze hotele, godziny spędzane w 

samolocie, natrętni wielbiciele, niedoskonałe umowy – wszystko to byłoby do 

zniesienia, gdyby miał ją obok siebie.

Gdyby miał mnie, pomyślała z niedowierzaniem, mnie – zwykłą Lauren 

Hodges...

– W przyszłym miesiącu będziemy w Nowym Jorku – kusił. – Potem 

Londyn, jeszcze później Paryż...

Na chwilę powróciła do rzeczywistości.

– Przecież nie zawsze jest to Paryż – przypomniała mu.

–   Jestem   pewna,   że   pomiędzy   tymi   wspaniałymi   przystankami   będzie 

masę małych, nudnych miasteczek, jak moje.

Prawie mogła zobaczyć jego niedbały ruch ręką, kiedy próbował rozwiać 

jej wątpliwości.

– Tak, oczywiście, Ale z tobą nawet małe miasteczka nie będą takie złe. 

Więc zgadzasz się?

– Nie wiem – przeszedł ją dreszcz. – Usłyszała swój własny głos. – To 

wszystko dzieje się tak nagle.

– Do cholery, to wcale nie jest nagle – w jego głosie zabrzmiała twarda 

nuta. – Wiesz o tym tak samo dobrze, jak ja. I wiedziałaś to już pierwszego dnia. 

Więc nie bój się tego!

background image

– Hunter,  tu jest  wiele  rzeczy,  których  nie  mogę  tak  sobie,  po prostu 

zostawić...

–   Jakie   rzeczy?   Praca?   Dom?   Lauren,   przecież   nie   jest   ci   to   wcale 

potrzebne.

– Nie mogę tak wyjechać...

– Właśnie, że możesz! Nie powinienem ci tego proponować w ten sposób, 

przez   telefon.   Powinienem   poczekać,   aż   będę   mógł   cię   objąć,   pocałować   i 

przekonać. Ale Lauren, kochanie, jestem na to zbyt niecierpliwy. Nie musisz mi 

odpowiadać   w   tej   chwili.   Możesz   w   ogóle   nic   nie   mówić.   Ja   nie   będę   już 

poruszał tego tematu, bo nie ma o czym mówić. Po prostu przygotuj się do 

wyjazdu ze mną w dzień św. Walentego – przecież tego właśnie pragniesz. Tak 

samo mocno, jak ja.

Lauren   usłyszała   jeszcze   wyszeptane   pożegnanie   i   dźwięk   odkładanej 

słuchawki. I znowu był oddalony o tysiące kilometrów, nieosiągalny.

Wolno   odłożyła   słuchawkę   na   miejsce.   Hunter   był   jej   tak   absolutnie 

pewien,   pomyślała,   jakby   nie   mogła   mieć   żadnych   wątpliwości,   jakby   nie 

istniały żadne bariery, które trzeba pokonać. Ale jednak nie bardzo jej się to 

podobało. Nie powinien tak lekceważyć jej pracy i domu – a może właśnie miał 

do   tego   prawo?   Przecież   jeżeli   pojedzie   z   nim,   to   rzeczywiście   nie   będzie 

musiała zarabiać na życie. A dom – właściwie i tak myślała o tym, żeby go 

sprzedać i Hunter o tym wiedział.

Był tak całkowicie pewny siebie... ale czy jakakolwiek normalna kobieta 

mogła   odrzucić   propozycję   podróży   do   Nowego   Jorku,   Londynu,   Paryża   w 

towarzystwie   Huntera   Dixa?  A  nawet,   jeżeli   miałaby   odwiedzać   tylko   małe, 

bezimienne   miasteczka,   to   nie   szkodzi,   przecież   wielkie,   eleganckie   stolice 

wcale   nie   pociągały   Lauren.   To   Hunter   Dix,   mężczyzna,   a   zarazem   mały, 

zagubiony chłopiec, którego poznała pierwszego wieczora, w czasie obiadu u 

Marconiego, tak bardzo ją fascynował. Tak długo, jak z nim pozostanie, będzie 

najszczęśliwsza na świecie, niezależnie od tego, gdzie się znajdą.

background image

A jeśli nie wykorzysta teraz nadarzającej się okazji, może się już ona 

nigdy nie powtórzyć. Kiedy dzieliły ich tysiące kilometrów, tak wiele rzeczy 

mogło ich skłócić, odciągnąć od siebie. Może już nigdy nie odnajdą tej idealnej 

harmonii, której zaznali tego wieczora, u Marconiego. Samo to, że mieli teraz 

tylko kontakt telefoniczny, źle wpływało na niego, a może także i na nią.

– Twoja zupa wystygła – zwrócił jej uwagę Ward.

– Och!  – z  trudem  powróciła do  rzeczywistości. Nawet nie  usłyszała, 

kiedy wszedł do pokoju. – Nie szkodzi. Właściwie, to wcale nie byłam głodna.

Patrzył na nią, z rękami w kieszeniach. Zauważyła – dlaczego dopiero 

teraz? – że wciąż był w służbowym ubraniu: ciemne spodnie, koszula w paski, 

krawat.   Oczywiście   zostawił   w   aptece   swój   długi,   biały   fartuch   i   rozluźnił 

krawat, ale to wszystko. Czy ten człowiek potrafił kiedykolwiek być na luzie?

Sprawiał wrażenie, jakby chciał jej powiedzieć wiele rzeczy, ale zamiast 

tego stwierdził tylko spokojnie:

– Włożę zupę do lodówki, może potem będziesz miała na nią ochotę.

– Świetnie. Dziękuję.

Oparła się plecami o poduszki. Kiedy Ward wrócił po paru minutach, 

miała zamknięte oczy.

– Wyglądasz na wyczerpaną – powiedział. – To musi być bardzo męczące, 

odgrywać takie przedstawienie, prawda?

– Co chcesz przez to powiedzieć? Jakie przedstawienie? – usiadła szybko.

– Chodzi mi o to, że w momencie, gdy Hunter zadzwonił, zdecydowanie 

odzyskałaś siły – Ward wzruszył ramionami. – A teraz, spójrz na siebie. Jesteś 

wyczerpana.

–   Pomyśl   o   tym,   co   właśnie   powiedziałeś,   Ward.   Przecież   to   chyba 

nietrudno zrozumieć – skrzywiła się pogardliwie.

– Nietrudno zrozumieć, że chciałaś na nim zrobić wrażenie. Zresztą nie 

bardzo wiem, po co. Czy według niego grypa jest dowodem jakiejś moralnej 

słabości, czy może Hunter z zasady nienawidzi wszystkiego, co mogłoby ci 

background image

przeszkodzić w poświęcaniu mu całkowitej uwagi?

Lauren otworzyła szeroko oczy i spojrzała na niego.

–   Hunter   to   uroczy   człowiek,   który   w   tej   chwili   jest   pochłonięty 

męczącym tournee. Dziwne byłoby, gdyby nie czuł się czasem zmęczony czy 

trochę   zdenerwowany.  Nie  chcę   obarczać  go  jeszcze  moimi  problemami. To 

oczywiste, że stara się unikać wszelkich zaziębień. Głos jest jego narzędziem 

pracy i nie może sobie pozwolić na ryzyko jego utraty.

– Oczywiście – powiedział ironicznie Ward.

– Nie oczekuję od ciebie, żebyś mu współczuł, ale w sumie to bardzo 

samotny człowiek, uwierz mi.

–   Samotny,   może.  Ale   też   samolubny,   zepsuty,   cyniczny,   niedelikatny, 

pozbawiony własnego zdania...

Zaczynała   mieć   tego   dosyć.   Nie   była   zdziwiona,   że   Ward   czuł   się 

zazdrosny, mimo że właściwie nie miał do tego prawa. Ale ta zapalczywość była 

zupełnie nie w jego stylu. To nie takiego Warda znała. Na pewno nigdy nie 

przypominał Polyanny – widział również ciemniejsze strony życia – ale na ogół 

nie krytykował ludzi tak, bez przyczyny.

– Co się z tobą dzieje? – zapytała. – To, że pozwoliłam ci się pocałować, 

nie znaczy, że wolno ci się zachowywać w ten sposób!

W kąciku jego ust nie było już widać znajomego dołeczka. Mięśnie jego 

twarzy stężały.

–   Najprawdopodobniej   jest   brutalny   –   kontynuował   spokojnie   –   i   na 

pewno...

–   Już   dosyć   –   podniosła   się   niepewnie.   –   Nie   mam   pojęcia,   skąd   to 

wszystko wiesz, ale mylisz się, Ward. Bardzo się mylisz. Hunter przypomina 

wrażliwego, samotnego chłopca. Rozumiesz, o czym mówię? Posiada więcej niż 

inne dzieci, więc reszta próbuje się do niego zbliżyć i wykorzystać go. Nigdy 

nie jest pewien, kto jest jego prawdziwym przyjacielem.

– Mali chłopcy z dużymi pieniędzmi, których znałem, nie byli tacy – 

background image

Ward potrząsnął głową. – To oni wykorzystywali i lekceważyli innych. I wcale 

ich nie obchodziło, czy w ogóle mają jakiś przyjaciół.

– Przestań przekręcać moje słowa – podniosła się. – To jest coś pięknego, 

a ty koniecznie chcesz wszystko zepsuć! Nie pozwolę ci na to! Wcale nie mam 

obowiązku cię słuchać!

Nastąpiła długa cisza. Lauren usiadła, czując że jej kolana zaczynają się 

trząść. Nagle poczuła zimno, jakby ktoś obłożył ją lodem.

– Ty naprawdę myślisz, że on cię kocha? – głos Warda złagodniał.

– Myślę, że lepiej to mogę ocenić niż ty – odpowiedziała z irytacją.

– A teraz myślisz o tym, żeby z nim wyjechać, gdy znowu się tu zjawi!?

– Tak – oznajmiła. Jej głos brzmiał bardzo cicho, jakby bała się jeszcze o 

tym mówić, mimo że słuchał jej tylko Ward, a nie Hunter. – Wyjeżdżam z nim.

Zapanowała kompletna cisza.

– Właściwie nic mnie tu nie trzyma – powiedziała w końcu, jak dziecko 

bezmyślnie powtarzające to, co usłyszało. – Nie mam rodziny. Dom to w końcu 

tylko miejsce do mieszkania. A praca – pan Baines nie przejmie się tym za 

bardzo, bo zaczyna się martwy sezon. Gdy skończy się ruch przed dniem św. 

Walentego,   Kim   poradzi   sobie   sama.   Pan   Baines   będzie   prawdopodobnie 

zadowolony, że ma o jedną osobę do płacenia mniej. I będzie miał masę czasu 

na znalezienie kogoś nowego przed początkiem sezonu, na jesieni.

–  Kogo  próbujesz  przekonać,  Lauren?  Mnie?  Pana  Baines?  Czy  samą 

siebie?

– Proszę, niech ci się nie wydaje, że musisz tu zostać i pouczać mnie – 

odwróciła się. Jej głos pełen był lodowatej uprzejmości. – Jestem pewna, że 

masz wiele ważniejszych rzeczy do zrobienia.

– Lauren, nie bądź głupia.

– Nie masz prawa mnie oceniać.

Usłyszała jakiś odgłos. Gdy spojrzała przez ramię, Ward zakładał właśnie 

płaszcz.

background image

– Chyba faktycznie tak jest – powiedział cicho. – Kiedy przychodzi co do 

czego, okazuje się, że nie mam w ogóle żadnych praw. Jest mi bardzo przykro, 

że popsułem ci wieczór.

– Nie zapomnij kasety – przypomniała – chyba nie będę jej oglądać.

Wziął z jej ręki pudełko i schował do kieszeni.

– Pewnie będziesz bardzo zajęta nuceniem swojej piosenki. Tej, którą on 

dla ciebie napisał. Jeżeli mogę ci coś poradzić...

– Nie możesz!

– ...powinnaś się jej nauczyć na pamięć i odmawiać zamiast pacierza. 

Może da ci to szczęście i rozgrzeje tej nocy, kiedy zdasz sobie sprawę, jak 

wielki błąd popełniłaś.

Zamknęła za nim drzwi, z trudem weszła po schodach i prawie upadła na 

łóżko, za bardzo zmęczona, żeby chociaż poprawić zgniecione prześcieradło.

Nie była zdziwiona, że to właśnie Ward prześladował ją w snach tej nocy. 

Jego zachowanie się wieczorem pasowało do sennego koszmaru. Kiedy poczuję 

się   lepiej,   znowu   będę   mogła   śnić   o   Hunterze   i   cudownych   dniach,   które 

nadejdą, pomyślała.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Następnego   dnia   przyszedł   kolejny   transport   kwiatów   –   znowu   dwa 

tuziny długich, kremowo-białych róż. Musiały być wysłane w momencie, kiedy 

Hunter   wylądował   w   Stanach.   Lauren   zanurzyła   twarz   w   białych   płatkach   i 

pomyślała: Jeszcze tylko sześć dni i będę z nim. Zanim te róże zdążą zwiędnąć...

Potem odsunęła kwiaty od siebie i spojrzała na nie ze smutkiem. Dwa 

tuziny   wspaniałych   róż,   a   ona   nie   mogła   nawet   cieszyć   się   ich   cudownym, 

ciężkim zapachem. Miała tak zatkany nos, że w ogóle nic nie czuła.

– Nie szkodzi – wyszeptała. – Powącham je później. Mogę poczekać – jej 

słowa zabrzmiały jak przysięga wypowiadana w pustej, cichej katedrze.

Jeszcze sześć dni;..

Każda godzina dłużyła się w nieskończoność. Czas płynął tym wolniej, że 

Lauren   nie   miała   z   kim   dzielić   swojego   podniecenia,   swojego   oczekiwania, 

swojej radości. Postanowiła nie mówić nikomu o swoich planach.

Zdawała sobie sprawę, że powinna uprzedzić chociaż pana Bainesa, ale 

jakoś nie mogła się do tego zmusić. Szczerość zresztą mogła przyczynić jej 

wielu   problemów.   Jeżeli   powiedziałaby,   że   wyjeżdża   za   niecały   tydzień, 

atmosfera w sklepie stałaby się bardzo nieprzyjemna, a po okolicy na pewno 

zaczęłyby krążyć plotki.

Ostra reakcja Warda powstrzymała ją od dawania komukolwiek szansy 

komentowania jej decyzji. Prawie nikt nie zdobyłby się na to, żeby powiedzieć 

Lauren prosto w twarz to, co usłyszała od Warda. Jednak w całej okolicy byłby 

to jedyny temat rozmów i niewiele osób by ją rozumiało. I tak będzie tematem 

plotek,   gdy   wyjedzie,   tego   nie   da   się   uniknąć.   Ale   stawiać   temu   czoła, 

zachowywać spokój, zdając sobie sprawę, że rozmowy milkną, gdy wchodzi do 

pokoju... Nie, tego chyba by nie zniosła.

Oczywiście   Ward   mógł   nie   dochować   tajemnicy.   Gdyby   powiedział 

background image

chociaż jedno słowo, wywołałoby to lawinę plotek. Ale temu w żaden sposób 

nie mogła zapobiec. Nie była przecież w stanie zmusić go do milczenia. Jeżeli 

chciał uratować swoją męską dumę, robiąc z niej lekkomyślną panienkę, która 

dała się oczarować sławnemu piosenkarzowi, było to bardzo łatwe. Bez kłopotu 

przekonałby ludzi, że Lauren jest po prostu przysłowiową słodką idiotką. Nie 

zrozumieliby tej idealnej harmonii, jakiej zaznała z Hunterem. Lauren zdawała 

sobie sprawę, że wszelkie próby tłumaczenia, że nie działa pod wpływem jakiejś 

chwilowej zachcianki, tylko trwałej i prawdziwej miłości, są z góry skazane na 

niepowodzenie.

Nadal   lekko   rumieniła   się   na   myśl   o   tej   cudownej   miłości,   którą 

przeżywała.   Jak   więc   mogła   przypuszczać,   że   wytłumaczy   to   komuś,   kto 

naprawdę nie zna tego człowieka?

Tylko Kim wydawała się cokolwiek rozumieć, ale nawet ona nie zawsze 

się z Lauren zgadzała. Może wynikało to z jej przyzwyczajenia do mówienia 

wprost   tego,   co   myśli.   Pewnego   dnia   jeden   z   klientów   przyniósł   najnowszą 

gazetę i ze złośliwym uśmiechem powiedział: „Na pewno już pani to widziała, 

bo na pierwszej stronie jest zdjęcie Huntera Dixa. Ale pomyślałam, że może 

przyda się pani jeszcze jeden egzemplarz”. Zaraz po jego wyjściu Kim zagłębiła 

się w lekturze.

Lauren zerknęła tylko i wróciła do projektowania wystawy na dzień Św. 

Patryka. Co prawda już nie ona będzie ją układać, ale gdyby nie zajęła się tym, 

mogłoby to wzbudzić podejrzenia. Kim prawdopodobnie chętnie skorzysta z 

gotowego pomysłu.

– Dobrze się bawisz? – spytała w końcu Lauren.

– Może będziesz chciała sama to zobaczyć. – Kim przysunęła jej gazetę.

Zabrzmiało   to   jak   ostrzeżenie.   Lauren   spojrzała   na   pierwszą   stronę. 

„Hunter podbija Honolulu! – głosił wielki napis. – Uwodzicielski piosenkarz 

zdobywa miasto po koncercie”...

Ogromne litery zajmowały pół strony, ale Lauren przestała czytać.

background image

–   Co   za   nonsens   –   stwierdziła.   –   Doskonale   wiem,   co   robił   po   tym 

koncercie. Siedział w swoim pokoju i rozmawiał ze mną przez telefon.

– W środku są zdjęcia... – Kim sięgnęła po gazetę.

–   Czy   nigdy   nie   słyszałaś   o   fałszowanych   fotografiach?   Och,   Kim, 

przecież wiesz, że dziennikarze gotowi są zrobić wszystko, żeby zdobyć jakieś 

pikantne nowinki. Sam Hunter powiedział, że nie zawsze można im wierzyć.

– Przecież powiedział właśnie, że mieli rację pisząc, że jego przyjaciółka, 

ta aktorka, rzeczywiście go opuściła – Kim potrząsnęła głową.

– Tak, ale to trudno byłoby ukryć, nie uważasz? – Lauren odsunęła na 

chwilę swój projekt i przyjrzała mu się. – Czy mamy jeszcze na zapleczu te 

porcelanowe   krasnoludki?   Można   by   przymocować   do   nich   woskiem 

pierścionki.

– Pod warunkiem, że potem sama zmyjesz wosk – powiedziała Kim.

Lauren prawie się uśmiechnęła, wiedząc, że na pewno nie będzie musiała 

się   martwić   o   zmywanie   wosku.   Zawsze   bardzo   lubiła   dekorować   wystawy. 

Wymyślać   nowe   projekty,   gdy   zmieniały   się   pory   roku,   za   każdym   razem 

udoskonalać je i szukać jakiś nowych pomysłów. A teraz... już nigdy nie będzie 

się tym zajmować. Nie będzie, jak dotąd, szperać po straganach na pchlim targu 

w   poszukiwaniu   małych,   pozornie   bezużytecznych   przedmiotów.   Nie   będzie 

grzebać w stosach świecidełek, które mogły się przydać do dekorowania. Miała 

w domu pełne pudła takich drobiazgów i co teraz z nimi zrobić?

Wyrzucić,   stwierdziła   stanowczo.   Musi   dziś,   po   powrocie   do   domu, 

wynieść   je   na   śmietnik.   Nie   potrzebuje   już   takich   rupieci.  Teraz   będzie   się 

zajmowała   poważniejszymi   rzeczami   niż   ozdabianie   wystaw.   Nie   wiedziała 

jeszcze dokładnie czym, ale na pewno czymś bardzo przyjemnym i ciekawym, 

bo   będzie   to   dotyczyło   Huntera.   Zawsze   miała   łatwość   zawierania   nowych 

znajomości, może mogłaby...

– Lauren – Kim ciągle oglądała gazetę – myślę, że powinnaś chociaż 

obejrzeć te zdjęcia.

background image

– Co? Nie, Kim, nie mam zamiaru patrzeć na te bzdury. Te fotografie 

muszą   być   retuszowane   albo   zmontowane   tak,   by   sprawiać   wrażenie,   że 

przedstawieni tam ludzie znajdowali się w jakiś kompromitujących sytuacjach.

– Skąd wiesz, że są kompromitujące? – spytała Kim spokojnie. – Ja tego 

nie powiedziałam.

– Zawsze tak jest. Z tego, co wiem, czasem nawet używają dublerów, 

kiedy nie mogą znaleźć nic interesującego w rzeczywistych faktach. – Lauren 

wzięła ostrożnie gazetę i wyrzuciła ją do śmieci.

– Pewnie masz rację – zgodziła się Kim. – Dublerzy mówisz? Jednak... – 

ale w tym momencie zamilkła i nic już więcej nie mówiła na ten temat.

W ogóle niewiele rozmawiały i Lauren poczuła ulgę, gdy nadeszła pora 

na popołudniową przerwę. Nawet bar przy aptece nie mógł być gorszy niż taka 

zupełna cisza.

Przynajmniej dotychczas nie był. Pierwszego dnia pracy po chorobie z 

trudem opanowała zdenerwowanie. A jeżeli Ward pomyśli, że jej obecność w 

aptece   jest   zaproszeniem   do   kontynuowania   rozmowy,   którą   przedtem 

przerwała?

Nie zrobi tego, powiedziała sobie. Nie w miejscu publicznym. Nie Ward, 

który tak zwracał uwagę na zachowywanie pozorów.

Ale dopiero gdy siadła nad kawą, uświadomiła sobie, że nie tylko kłótnia 

może zwrócić powszechną uwagę. Jeżeli Ward zacznie ją ignorować, będzie to 

tak samo podejrzane. Zdawała sobie sprawę, że to znacznie bardziej zaspokoi 

jego   urażoną   dumę   niż   bezpośrednie   starcie.   Jeżeli   przestanie   ją   zauważać, 

będzie   wyglądało,   jakby   to   ona   go   śledziła.   Jakby   to   on   ją   odrzucił,   a   nie 

odwrotnie.

Ale   Ward   oczywiście   tego   nie   zrobił.   Był   przecież   w   każdym   calu 

dżentelmenem.   Pierwszego   popołudnia   po   prostu   wyszedł   ze   szklanego 

pomieszczenia   na   zapleczu   apteki,   żeby   napełnić   swoją   filiżankę,   tak   jak 

zwykle. A kto mógł zauważyć, że gdy usiadł obok niej, rozmawiali tylko o 

background image

pogodzie?   Najwyraźniej   był   zajęty.   To   tłumaczyło,   dlaczego   tak   krótko 

rozmawiali, jak również fakt, że nawet nie dotknął jej włosów i nie zauważył 

wielkiego opala w nowym naszyjniku.

Podobna   sytuacja   powtarzała   się   każdego   kolejnego   dnia.   Czasami   na 

chwilę siadał obok niej, czasami tylko machał jej ręką i wracał do pracy. Była 

mu wdzięczna, że nie robił żadnych scen.

Alma napełniła filiżankę Lauren.

– Nie przejmuj się tym – stwierdziła.

Lauren była tak zaskoczona, że poparzyła sobie usta gorącą kawą.

– Chodzi mi o Warda. – Kobieta mówiła dalej. – Tylu ludzi teraz choruje i 

przychodzi do apteki, że on zupełnie nie wie, co się wokół niego dzieje. Nie 

masz się czym martwić, naprawdę, kochanie.

– Ma pani rację – udało się powiedzieć Lauren.

– Próbujesz udawać, że nic się nie dzieje? – Alma uśmiechnęła się lekko. 

– Rozumiem. Musi być teraz trochę zdenerwowany i niecierpliwy. Nie przejmuj 

się. Gdy tylko to zamieszanie się skończy, znowu będzie tym samym Wardem. 

Czy ty też miałeś tę straszną grypę?

Lauren   przytaknęła   i   wyszła   z   apteki   tak   szybko,   jak   tylko   mogła. 

Następnego dnia nie wróciła. Nie ma sensu jeszcze bardziej komplikować nam 

życia, powiedziała sobie.

Jednak wydarzenie to trochę popsuło jej humor. Po raz pierwszy zdała 

sobie   sprawę,   w   jakiej   sytuacji   znajdzie   się   po   jej   wyjeździe   w   dzień   św. 

Walentego. Jeżeli każdy w okolicy będzie dla niego tak miły i współczujący jak 

Alma dla niej, stanie się to trudne do wytrzymania. Szczególnie że wszyscy 

dowiedzą się, że zostawiła go dla Huntera Dixa. Prawdę mówiąc, dla kogoś 

takiego jak Ward, te wyrazy sympatii będą nie do zniesienia.

Dobrze, że chociaż znał prawdę, pomyślała. Nie będzie to dla niego taki 

szok jak dla innych. Nie mogła zrobić nic, żeby złagodzić jego ból i czuła się 

winna, że sam będzie musiał stawić czoła szerzącym się plotkom.

background image

Ward   niewątpliwie   nie  zasłużył   na  taki   cios.  Ale   wiedziała,   że   kiedyś 

poradzi   sobie   z   tym   i   znowu   odnajdzie   szczęście.   Na   pewno   spotka   jakąś 

kobietę, którą pokocha i będzie dla niej wspaniałym mężem. Powinien poszukać 

kogoś bardzo praktycznego, kto potrzebuje tego, co Ward może z siebie dać. 

Kobiety,   która   zaakceptuje   go   takim,   jaki   jest   –   z   zimnym   sokiem 

pomarańczowym,   rosołem   z   kury   i   cebulkami   krokusów.   Kobiety,   która   nie 

szuka   w   życiu   romantyzmu,   nie   tęskni   za   szampanem,   kawiorem   i   białymi 

różami w dużych ilościach.

Lauren   miała   nadzieję,   że   stanie   się   to   szybko.   Nie   chciała,   żeby   tak 

cierpiał, zdając sobie sprawę, że to ona jest przyczyną tego bólu.

Dzień   św.  Walentego   był   słoneczny   i   nadspodziewanie   ciepły.   Lauren 

obudziła się, odczuwając tak wielką radość, jak czasem dzieci w dzień Bożego 

Narodzenia, kiedy nie mogą się doczekać, na prezenty od Świętego Mikołaja. 

Miała   wrażenie,   jakby   jej   serce   przypominało   balon   wypełniony   gorącym 

powietrzem,   który   próbuje   wydostać   się   z   zamknięcia.   Nawet   rzeczy,   które 

miała   jeszcze   do   zrobienia,   nie   były   w   stanie   sprowadzić   jej   na   ziemię. 

Gotowanie   ostatniego   śniadania,   wyjmowanie   resztek   z   lodówki,   telefon   do 

wydawnictwa, żeby odwołać prenumeratę codziennej gazety, wizyta u sąsiadki, 

która zawsze opiekowała się domem, gdy Lauren wyjeżdżała – wszystko to, co 

zwykle robiła, opuszczając dom na tydzień lub dwa. Tak jakby wciąż do niej nie 

dotarło, że był to już naprawdę ostatni raz.

Włożyła   jeszcze   kilka   rzeczy   do   walizek,   które   leżały   w   gościnnym 

pokoju, ale postanowiła ich nie zamykać. Hunter nie powiedział, jakie ma plany 

na ten dzień, więc pomyślała, że prawdopodobnie wpadną po jej rzeczy już po 

koncercie. Nie ma sensu, żeby wszystko gniotło się dłużej, niż to konieczne. 

Mogła domknąć walizki w ostatniej chwili, gdy już będą wychodzili.

Zostało jeszcze kilka kartonów, z którymi coś trzeba było zrobić. Włożyła 

tam   różne   pamiątki,   których   nie   chciała   wyrzucać.   Rodzinne   albumy   ze 

background image

zdjęciami,   dyplom   swojego   ojca,   jej   dziecinne   rysunki   i   wiele   podobnych 

rzeczy.

Kartony   trzeba   chyba   będzie   oddać   gdzieś   na   przechowanie, 

zdecydowała. Przecież nie można ich wozić ze sobą po całym świecie. Reszta – 

meble,   naczynia   i  wszystko   inne   –   może   pójść   na   aukcję.   Ludzie   z   agencji 

handlu nieruchomościami zajmą się tym, zanim wystawią dom na sprzedaż.

Ostatni raz przeszła się po domu. Zatrzymała się na chwilę w jadalni i 

dotknęła   ręką   dębowego   kredensu   matki,   w   którym   stała   cenna   porcelana. 

Usiadła na chwilę w skórzanym fotelu ojca przy orzechowym biurku. Spojrzała 

na książki, ustawione równo na półkach, w jego dawnym gabinecie.

Nie,   powiedziała   sobie   stanowczo.   Musisz   być   rozsądna,   Lauren.   Nie 

możesz zabrać wszystkiego.

Mosiężny   zegar,   stojący   na   kominku,   należący   kiedyś   do   jej   babki, 

przypomniał jej, że musi już wyjść, bo inaczej spóźni się do pracy. Zakręciła 

kaloryfer i zaciągnęła zasłony w salonie. W przedpokoju stanęła na chwilę. To 

głupie, ale mogłaby przysiąc, że coś – może sam dom – żegnało ją. Panowała 

jakby pogrzebowa cisza.

Zebrała   ze   stołu   swoje   rzeczy   –   rękawiczki,   torebkę   i   kopertę,   którą 

zostawi dziś wieczorem w sejfie, zawierającą jej rezygnację z pracy. Pan Baines 

znajdzie ją jutro rano, gdy Lauren będzie już daleko...

Jutro   rozpocznie   się   dla   niej   zupełnie   nowe   życie,   wspaniałe   życie   z 

Hunterem.

– Hunter – wyszeptała. – Mieć cię na zawsze! Czym zasłużyłam na takie 

szczęście?

Doniczka   krokusów   stała   wciąż   na   ladzie,   obok   kasy.   Lauren   nie 

zajmowała   się   nimi,   ale   wiedziała,   że   Kim   starannie   je   podlewa.   Śliczne 

ciemnofioletowe,   aksamitne   pączki   zaczynały   się   już   rozwijać.   Tego   ranka 

nawet   zwykłe   krokusy   budziły   radość   Lauren.   Właśnie   wąchała   jeden, 

szczególnie ładny kwiatek, kiedy weszła Kim.

background image

– Więc jednak przyszłaś? – w głosie Kim słychać było zaskoczenie. – 

Sądziłam, że czekasz już na Huntera na lotnisku.

–   Nie   –   Lauren   starała   się   dyskretnie   odstawić   doniczkę,   co   nie   było 

łatwe, bo nos miała ubrudzony żółtym pyłkiem. – Prosił mnie, żebym tam nie 

przyjeżdżała,   bo   wszędzie   będzie   masę   ludzi.   Zobaczy   się   ze   mną   później, 

prywatnie.

– Prywatnie? Czy to znaczy, że podjedzie pod sklep białą limuzyną, w 

otoczeniu goryli i tak dalej?

– Kim, co się z tobą dzieje? Myślałam, że go cenisz i podziwiasz!

– Już sama nie wiem – Kim wzruszyła ramionami. – Inaczej się czułam, 

oglądając go, gdy był daleko, nieosiągalny. Wydawał się taki wielki i wspaniały. 

W niczym nie przypominał zwykłego człowieka. Ale kiedy okazało się, że jest 

zupełnie normalnym człowiekiem...

– To jest jeszcze wspanialsze – powiedziała Lauren.

–   Chyba   wolę   oglądać   swoich   idoli   z   daleka,   w   pełni   chwały   –   Kim 

spojrzała na nią. – To wszystko.

– To jest dla nich bardzo trudne – żyć tak, żeby sprostać wyobrażeniom, 

jakie mają o nich wielbiciele – Lauren ze smutkiem potrząsnęła głową.

– W wyobrażeniach nie ma nic złego – stwierdziła Kim spokojnie – jeśli 

nie miesza się ich z rzeczywistością. – Po czym szybko zmieniła temat.

Lauren   bardzo   to   odpowiadało.   Przypuszczała,   że   Kim   musi   coś 

podejrzewać, a nie chciała się z nią kłócić czy nawet rozmawiać na ten temat. 

Dzisiejszy dzień miał się kojarzyć tylko z miłymi wspomnieniami.

Dlatego   prawie   jęknęła,   gdy   zobaczyła   późnym   popołudniem 

nadchodzącego Warda. Starała się, jak mogła, tak ułożyć sobie czas, żeby nie 

wychodzić na przerwę obiadową. Nie musiała więc iść na kawę do barku przy 

aptece, gdzie nie uniknęłaby spotkania z nim. A teraz Ward tu przyszedł – czy 

chciał po raz ostatni przekonywać ją? Czy tylko się pożegnać? I jedno, i drugie 

było krępujące, Kim stała tuż obok, a pan Baines mógł wszystko słyszeć.

background image

Ward oparł się o ladę i dotknął końcem palca jednego z aksamitnych, 

fioletowych płatków.

–   Całkiem   ładnie   się   rozwinęły,   prawda?   Trudno   uwierzyć,   że   z   tak 

niepozornej cebulki mogą wyrosnąć takie piękne kwiaty.

–   Tak.   Miałeś   bardzo   dobry   pomysł   –   Lauren   odpowiedziała   trochę 

sztywno.

– Szkoda, że... – zaczął i nagle zmieszał się lekko, jak gdyby te słowa 

wymknęły mu się mimo woli.

Lauren wiedziała, o czym myślał – te krokusy nie przetrwają długo, bo 

nigdy nie zostaną zasadzone w ogrodzie, tak jak chciał. Teraz, kiedy o tym 

myślała, też tego żałowała. Nie była to przecież wina kwiatków. Nie powinno 

się ich skazywać na śmierć.

– Myślę, że... – zabrzmiało to trochę niezręcznie. – Właściwie, to Kim się 

nimi zajmowała. Prawdę mówiąc, to jej się należą.

Kim spojrzała na nią dziwnie i otworzyła usta, jakby chciała zapytać, 

dlaczego Lauren o tym mówi dając Wardowi do zrozumienia, że oddała komuś 

kwiaty, które od niego dostała!

Lauren ciągnęła szybko:

– Tam, obok latarni jest mały kawałek ziemi – pokazała ręką. – Może tam 

je   zasadzić   i   w   ten   sposób   upiększyć   ulicę   –   dotknęła   delikatnego   płatka   i 

szybko schyliła się, żeby powąchać kwiaty. – Są zbyt ładne, żeby miały się tak 

zmarnować, a ten zapach... Dopiero teraz jestem w stanie go poczuć. To przez tę 

grypę.

Bredzisz, powiedziała sobie. – Dlaczego nie zamilkniesz i nie pozwolisz 

Wardowi wyjaśnić, po co właściwie przyszedł. Zaraz sobie pójdzie i zostawi cię 

samą. To już prawie koniec pracy...

A Hunter nie pojawił się – przypomniał zły chochlik – czający się gdzieś 

w jej głowie. – Jego samolot wylądował już parę godzin temu, ale nie dostała 

dotąd żadnych wiadomości.

background image

Jakby   w   odpowiedzi,   przed   sklepem   zatrzymała   się   biała   limuzyna, 

blokując całą ulicę. Szofer nie wysiadł, otworzyły się tylko tylne drzwi. Pojawił 

się u nich jeden z goryli z jakimś pudłem w rękach.

Serce Lauren ścisnęło się nagle. Więc to nie Hunter. Dlaczego?

Człowiek   z   ochrony   wszedł   do   sklepu,   nie   rozglądając   się   dookoła,   i 

położył przed Lauren wielkie pudło.

– Pan Dix prosił mnie o dostarczenie tego, panno Hodges – powiedział 

monotonnym głosem. – I żebym przekazał, że limuzyna przyjedzie po panie 

tutaj wieczorem, przed koncertem.

Lauren skinęła głową i, gdy posłaniec już znikł, spojrzała na pudło w 

kształcie   serca,   zapakowane   w   błyszczący   celofan.   Czekoladki,   pomyślała 

zrezygnowana.

– No tak, słodycze, to typowy prezent na dzisiejszy dzień – powiedział 

Ward. – Szkoda tylko, że jesteś na nie uczulona. On tego nie wie, czy też go to 

nie obchodzi?

Lauren   przygryzła   wargę,   ale   postanowiła   nie   okazać   swojego 

rozczarowania.

– Chyba nigdy o tym nie rozmawialiśmy – powiedziała cicho i sięgnęła 

po nożyczki, żeby przeciąć celofan. A kiedy podniosła przykrywkę, ze środka 

wyleciały   dwa   podpisane   zaproszenia   na   koncert.   Jedno   z   nich   podała   Kim 

prawie ceremonialnym ruchem.

Pod spodem widać było pojedynczą warstwę wspaniałych czekoladek – 

każda z nich oddzielnie zapakowana, ślicznie udekorowana, w różnym kształcie 

i kolorze. Na pewno były bardzo dobre, ale cóż z tego? Gdyby choć spróbowała 

którąś,   natychmiast   zrobiłaby   się   czerwona,   całe   ciało   spuchłoby   jej  i  Ward 

musiałby szybko iść do apteki po jakieś lekarstwo.

Dostaje róże, których nie mogę wąchać i czekoladki, których nie mogę 

jeść. Jednak nie była to przecież wina Huntera, że nie wiedział o tej idiotycznej 

alergii. Jak mógłby się tego domyślić? Wielu ludzi także nie pomyślałoby o jej 

background image

katarze i różach.

–  Spójrz  na   to!  –  zawołała   nagle  Kim.   –  Ciekawe,   jakiej  firmy   są   te 

czekoladki. Chyba zawołam pana Bainesa. Może to upominek dołączony tak, 

jak do paczki płatków śniadaniowych.

Lauren popatrzyła na nią zdziwiona.

–   Odsłoń   pudełko   i   pozwól   mi   zobaczyć,   co   tam   jest,   co   tak   cię 

podnieciło, Kim...

Był to pierścionek wciśnięty między dwie czekoladki na środku pudełka. 

Wpadł pod jedną z nich i dlatego Lauren nie zauważyła go od razu. Kamień był 

ubrudzony karmelem i tylko błyszczące złoto zwróciło uwagę Kim.

Lauren   wyjęła   pierścionek   z   pudełka.   Ozdobiony   był   wielkim,   co 

najmniej   jednokaratowym   rubinem   w   kształcie   serca   i   dwoma   małymi 

brylancikami.

Lauren   stała   trzymając   pierścionek   i   zastanawiała   się,   dlaczego   czuje 

smutek.   Nagle   już   wiedziała.   Hunter   obiecał   jej,   że   kiedy   wróci,   wszystko 

będzie się odbywało bardzo romantycznie, a ona wyobraziła sobie wtedy miłą 

kameralną kolację przy świecach, z szampanem i kawiorem. Potem Hunter miał 

klęknąć przed nią, poprosić ją o rękę i wsunąć jej na palec ten bardzo specjalny 

pierścionek...

Ale widać po prostu nie było na to czasu, powiedziała sobie. Niektórych 

obowiązków nie można lekceważyć. Nie powinna złościć się na Huntera, że nie 

chciał czekać z ofiarowaniem jej pierścionka!

Poza tym, pomyślała, niewiele kobiet może się poszczycić koncertem w 

dniu zaręczyn. Dziś był to JEJ koncert, zadedykowany właśnie jej. O ile to 

bardziej romantyczne niż zwykła kolacja.

A   pierścionek   –   też   był   specjalny.   Trudno   znaleźć   coś   bardziej 

odpowiedniego niż rubin w kształcie serca. A to, że Hunter nie mógł sam włożyć 

jej go na palec... Na pewno wynagrodzi to pocałunkiem.

– Piękny, prawda? – wsunęła pierścionek na lewą rękę. – Położyła dłoń na 

background image

gablocie i patrzyła, jak światło odbija się w czerwonym kamieniu. Rubin w 

kształcie serca – niewiele takich widziała.

Ward   dotknął   kamienia   koniuszkiem   palca   i   przekręcił   pierścionek   do 

światła. Przesuwał się łatwo, był troszkę za duży na jej szczupły palec. Ale to 

łatwo można poprawić, nawet dziś po południu, gdyby pan Baines miał czas...

Ward   bardzo   się   starał,   żeby   dotknąć   tylko   pierścionka   i   nie   musnąć 

przypadkiem   ręki   Lauren.   Stała   bez   ruchu,   dłoń   zesztywniała   jej,   jakby 

przymarzła do szyby, aż się nie odsunął.

– Mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawiły na koncercie stulecia – 

powiedział, ale Lauren doskonale wiedziała, co miał na myśli.

Podeszła do okna i patrzyła, jak odchodził. Zatrzymał się na chwilę, żeby 

porozmawiać z jedną ze swoich klientek i jej synkiem. Powiedziała sobie, że to 

głupie martwić się tym, że właściwie się nie pożegnali. Naprawdę bez sensu. Bo 

co w sumie mieli sobie powiedzieć?

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Kim   najwyraźniej   zamierzała   bawić   się   dobrze   tego   wieczora.   Kiedy 

kierowca zamknął za nimi drzwi limuzyny, zaczęła naciskać po kolei wszystkie 

guziki – włączać  i wyłączać telewizor, bawić się  telefonem i, ogólnie rzecz 

biorąc, doprowadzać Lauren do pasji. W końcu oparła się z zadowoleniem o 

skórzane siedzenie i spytała:

– Mogę jeszcze raz obejrzeć twój pierścionek?

–   To   zależy   –   powiedziała   Lauren   oschle.   –   Masz   zamiar   oglądać 

pierścionek, czy sprawdzać, czy mój palec już całkiem zzieleniał?

–   Wiesz,   że   po   obejrzeniu   tej   gazety   zaczęłam   się   niepokoić.   –   Kim 

skrzywiła się. – Naprawdę myślałam, że Hunter tylko próbuje cię uwieść, i że 

jesteś głupia dając się na to nabrać. Nigdy nie przypuszczałam, że ma wobec 

ciebie   poważne   zamiary   –   oglądała   rubin   przy   świetle   jednej   z   lampek   do 

czytania,   kiedy   Lauren   wyłączyła   ją.   –   Poczekaj   –   zaprotestowała   Kim.   – 

Jeszcze nie skończyłam.

–   Już   jesteśmy   koło   sali   koncertowej   –   zwróciła   jej   uwagę   Lauren.   – 

Zobacz, jaki tłum.

Prawdopodobnie   zaczął  się  już   występ  pierwszego  zespołu.  Jednak   na 

zewnątrz wciąż stało masę ludzi. Blokowali chodniki i napierali na barierki, 

które ustawiła policja, chcąc umożliwić dojazd do sali koncertowej.

Nawet siedząc w zamkniętym i wyciszonym samochodzie, Lauren i Kim 

słyszały krzyki, które wzmogły się jeszcze na widok limuzyny. Ludzie zaczęli 

przewracać barierki tuż obok nich. Lauren poczuła, że blednie. Nie był to strach 

przed tym, co mogą im zrobić, ale niepokój, że jadący szybko samochód może 

kogoś potrącić. Jednak ulica zaraz się skończyła i wjechali na ukryty, strzeżony 

parking za budynkiem.

Kim siedziała z szeroko otwartymi oczami, skulona w rogu siedzenia.

background image

– Więc teraz tak będziesz żyła? Przypuszczam, że rzadko będzie ci się 

zdarzało chodzić samej do sklepu spożywczego, prawda?

Lauren  roześmiała  się  nerwowo.  Teoretycznie  wiedziała,  że   tak  to  ma 

wyglądać, ale ostami epizod trochę zbił ją z tropu.

Może myśleli, że to Hunter siedzi w samochodzie i dlatego zrobiło się 

takie zamieszanie. Na pewno z czasem się do tego przyzwyczaję, powiedziała 

sobie.

Jeden ze strażników podszedł do limuzyny i otworzył im drzwi. Potem 

szybko zaprowadził je schodami do głównego budynku.

–   Jest   dla   was   zarezerwowana   specjalna   loża,   tuż   przy   scenie   – 

powiedział. – Pójdziemy tam od razu. Koncert już się rozpoczął, a pan Dix 

przygotowuje  się do  wyjścia  na  scenę, więc  zobaczy się z  wami dopiero  w 

czasie przerwy.

Ale Lauren nie słuchała. Udało jej się wyjrzeć znad potężnego ramienia 

strażnika   i   w   szerokim   korytarzu   zobaczyła   Huntera.   Stał   oparty   o   stertę 

dziwnych narzędzi i rozmawiał z jakimś niższym od siebie o głowę mężczyzną.

Wygląda   zupełnie   inaczej   niż   przedtem,   pomyślała   bezwiednie.  To   na 

pewno po tym tournee.

Był szczuplejszy, na jego twarzy pojawiły się głębokie bruzdy i wydawał 

się strasznie blady. To tylko sceniczny makijaż, pomyślała Lauren. To musi być 

potworne stać tak na scenie, cały czas w oślepiającym blasku reflektorów.

Ale trzeba przyznać, że Hunter wyglądał... okropnie. To było właściwe 

określenie. Jak gdyby bardzo potrzebował odpoczynku.

Jego   głos   też   był   zmieniony.   Nie   słyszała   dokładnie,   co   mówił,   ale 

zrozumiała   mniej   więcej,   o   co   chodzi.   Oświadczył,   że   nienawidzi   tych 

wszystkich głupich fanów, czekających na jego występ. Ma dosyć tego, że musi 

być na zawołanie każdej pryszczatej nastolatki, która zapłaciła za bilet..

– Hunter... – powiedziała głosem tylko odrobinę głośniejszym od szeptu.

Nie usłyszał jej, ale mężczyzna, z którym rozmawiał, dał mu znak, że ktoś 

background image

na niego czeka. Hunter zmarszczył brwi, odwrócił się i zawołał:

– Lauren, kochanie! – podszedł do niej i objął ją ramionami. – Moja 

kochana dziewczynka. Jesteś zaskoczona tym, co powiedziałem, prawda?

– To brzmiało tak cynicznie... – wykrztusiła przez ściśnięte gardło.

– Nie możesz się tym przejmować, kochanie. Oczywiście, że naprawdę 

tak nie myślę. To tylko trema, rozumiesz. Zawsze tak robię, gdy mam stanąć 

przed tłumem, inaczej nigdy bym nie miał dość odwagi, żeby wyjść na scenę. 

Ale teraz ty będziesz mi dodawać siły... – sięgnął po jej dłonie i nagle, gdy na jej 

palcu   zobaczył   rubin,   coś   w   jego   twarzy   się   zmieniło.   Zanim   zdołała   się 

poruszyć, objął ją mocno, poczuła jego usta na swoich i nagle prawie zabrakło 

jej tchu, czuła nieomal ból. Próbowała zaprotestować, ale jego język był już 

głęboko w jej ustach, pełen pragnienia i pożądania. Poczuła się prawie gwałcona 

przez   ten   tak   bardzo   nieskromny   pocałunek.   Musiała   stanowczo   przekonać 

siebie,  że  Hunter miał prawo  być dziś  wyjątkowo wylewny.  Nie  widział jej 

przecież dwa tygodnie. Poza tym mężczyzna miał też prawo pocałować kobietę, 

którą   kochał,   która   nosiła   jego   pierścionek.   Nawet   jeżeli   przekraczał   pewne 

granice, było to zrozumiałe, a nawet w pewien sposób pochlebiało jej.

A poza tym strażnik zachowywał się, jakby nic specjalnego się nie stało. 

Mężczyzna, z którym Hunter rozmawiał, po prostu odwrócił się i odszedł.

Kim posłała Lauren długie spojrzenie, kiedy już znalazły się w prywatnej 

loży z boku sceny, ale też nic nie powiedziała. Zresztą trudno było rozmawiać, 

bo koncert już trwał.

Występ pierwszego zespołu zakończył ogłuszający akord, potem muzycy 

zabrali swoje instrumenty i z ukłonem opuścili scenę. Pojawili się organizatorzy. 

Biegali   po   scenie,   z   daleka   przypominając   krzątające   się   mrówki.   W   ciągu 

niecałych   pięciu   minut   wszystko   było   gotowe,   światła   zmieniły   się, 

organizatorzy znikli tak samo szybko, jak się pojawili, i atmosfera oczekiwania 

zaczęła  rosnąć.  Na   scenę  weszli   członkowie   zespołu   Huntera  i   zaczęli   grać. 

Rytmiczna melodia stawała się coraz głośniejsza, aż w końcu przeszła w burzę 

background image

dźwięków.   W   tym   momencie,   gdy   muzyka   osiągnęła   zenit,   dwa   reflektory 

oświetliły miejsce na środku sceny, gdzie stał Hunter. Tłum wstał i piosenkarz, 

wśród burzy oklasków, rozpoczął występ.

To makijaż tak go zmienił, pomyślała Lauren. Z jej miejsca wyglądał na 

wypoczętego i opalonego. Jeszcze jedno złudzenie.

Śpiewał o radości powracania, a kiedy skończył, pozdrowił wszystkich 

swoich fanów. Potem mówił do „ludzi z ostatnich rzędów”, tych którzy wspięli 

się na rusztowania, prawie pod sam sufit, przekonując ich, jacy są dla niego 

ważni i jak bardzo się cieszy, że może dla nich śpiewać.

To także, pomyślała Lauren, jest tylko złudzeniem. W głębi serca zdawała 

sobie   sprawę,   że   to,   co   słyszała   przed   koncertem,   było   prawdą.   Mówił   to 

całkiem poważnie. Ten uroczy Hunter, tu i teraz – to była poza – a nie jego 

prawdziwy charakter, prawdziwe poglądy.

Ale właściwie, to dlaczego tak ją to zaskoczyło? Był aktorem – twórcą 

złudzeń. Ci ludzie po to tu przyszli i nie zawiedli się.

Jeśli jednak wszystko to było tylko grą, zaczęła się nagle zastanawiać, jak 

wiele   z   tego,   w   co   sama   uwierzyła,   mogło   się   spełnić,   a   co   było...   tylko 

złudzeniem?

Czuła   się,   jakby   każdy   jej   nerw   stał   się   niesłychanie   wyczulony   na 

najmniejszy ślad fałszu – słyszała go teraz w jego głosie. Nawet w piosenkach, 

które   od   dawna   uwielbiała   i   których   teksty   mogła   cytować   z   pamięci.   Dziś 

widziała w Hunterze człowieka, który uważa się za centrum wszechświata i nie 

widzi powodu, dla którego ktoś miałby sądzić inaczej.

Spojrzała na Kim, która siedziała pochylona do przodu, czasem nucąc, 

wpatrzona w scenę. Najwyraźniej nie słyszała tego egoistycznego brzmienia w 

ukochanym głosie.

A może jednak przesadzam? – Lauren zaczęła się zastanawiać. Każdy 

wykonawca – każda gwiazda – musi mieć wiarę w siebie. Nikt nie byłby w 

stanie stanąć na scenie i, w pewien sposób, obnażyć duszę, bez ufności w swoje 

background image

siły. Czy nagle, po raz pierwszy, widzi go takim, jakim jest naprawdę, czy może 

na siłę doszukuje się w nim wad?

Próbowała   oddalić   od   siebie   wątpliwości   i   po   prostu   cieszyć   się   tym 

koncertem – jej koncertem – ale zdawała sobie sprawę, że zbliża się przerwa, i 

że on będzie na nią czekał za kulisami.

Nagle Kim pociągnęła ją za rękaw i uwaga Lauren znowu skupiła się na 

tym, co działo się na scenie.

– ...nową piosenkę – mówił Hunter – dla bardzo specjalnej osoby, na 

dzień św. Walentego, i to zakończy pierwszą część naszego wieczoru...

Była to piękna melodia i śliczny wiersz, mówiący o miłości powracającej 

do jego życia po okresie, kiedy myślał, że jego serce już na zawsze pozostanie 

puste.

To świetna piosenka, pomyślała Lauren – moja piosenka. Na pewno stanie 

się przebojem, typowym wyciskaczem łez. Kim płakała. Ja też bym płakała – 

gdybym jeszcze wierzyła. A jeśli to Kim miała rację?

„Wolę, żeby moi idole pozostawali na piedestale” – powiedziała kiedyś. 

Może Lauren też powinna mieć do niego takie podejście – nieosiągalny idol.

W czasie przerwy Kim została w loży, wciąż pociągając nosem i szukając 

chusteczki.

– Jesteś bardzo szczęśliwą dziewczyną – powiedziała powstrzymując łzy, 

kiedy jeden z porządkowych przyszedł po Lauren.

Lauren uścisnęła ją i uśmiechnęła się.

Tak,   jestem,   pomyślała.  Teraz   mogła   bezbłędnie   to   ocenić.   Ta   piękna 

miłosna piosenka wcale nie była o niej, tylko o nim. Pisząc te słowa, nie dbał o 

jej uczucia i pragnienia. Rozumiała teraz, że ten pełen pasji pocałunek też nie 

był dla niej, ale służył tylko zaspokojeniu jego potrzeby zdobywania. Tak, jak 

ten pośpiech i naleganie, by wyjechała z nim dziś wieczór.

Kiedy raz utracę świat, który znam, będę całkowicie zależała od niego. 

Jest wiele kobiet, które mogłyby mu mnie zastąpić.

background image

Wszystko, co robił i mówił, nie wyrażało jego miłości, ale tylko egoizm. 

Teraz  widziała liczne znaki, które wyraźnie na to wskazywały – telefony w 

porach, które jemu tylko odpowiadały, narzekanie na to, jak był traktowany w 

czasie tournee, sposób, w jaki poniżał ludzi z ochrony. Najwyraźniej wydawało 

mu się, że większość obowiązujących zasad – tak jak ubiór w restauracji – nie 

dotyczy go i że pieniądze są sposobem na załatwienie każdego problemu.

Dotąd   wybaczała   mu   to,   nic   nie   widziała,   koncentrując   się   na 

romantycznych   gestach:   szampan,   róże,   pierścionek.   Rzeczy,   które,   prawdę 

mówiąc, były bez znaczenia. Ile wysiłku kosztowało go powiedzenie gorylowi, 

żeby zamówił dwa tuziny róż? A co oznaczał pierścionek dostarczony bez słowa 

o miłości, czy zaangażowaniu – właściwie bez ani jednego słowa.

Nie była na niego zła za to, że ją zdradził, czy za rozmyślne uknucie 

całego planu. Właściwie sama tego chciała i z zapałem zaangażowała się w ten 

układ. Poza wszystkim – pomyślała, egocentryzm Huntera jest tak zupełny, że 

on sam nie zdaje sobie sprawy, kiedy wykorzystuje innych ludzi.

Nie,   nie   była   wściekła.   Miała   tylko   świadomość   nagłej   ulgi,   którą 

odczuwała całą swoją istotą.

Za kulisami Hunter chciał przytulić ją i znowu pocałować, ale odsunęła 

się od niego.

Spojrzał zdziwiony i powiedział:

–   Rozumiem.   Nie   na   oczach   wszystkich?   –   i   zaczął   ją   ciągnąć   do 

garderoby obok.

– To niepotrzebne – Lauren potrząsnęła głową. – Przyszłam tu tylko, żeby 

podziękować ci za mój koncert – zdjęła z ręki pierścionek i podała mu – i żeby 

zwrócić   to.   Nie   wiem,   co   on   miał   symbolizować,   ale   na   pewno   nie   był   to 

zaręczynowy pierścionek, prawda?

Wciąż stał w milczeniu. Ciekawe zjawisko, pomyślała, Hunter Dix, który 

nic nie mówi! – Nagle podeszła do nich wysoka, ruda, starannie umalowana 

dziewczyna w bardzo krótkiej spódnicy i wsunęła rękę pod ramię Huntera.

background image

– Jesteś w świetnej formie, kochanie – powiedziała cicho.

– Do cholery, kto cię wpuścił? – spytał Hunter szorstko.

– Chyba nie myślisz, że ci powiem. Natychmiast byś go zwolnił, biedaka 

– odpowiedziała dziewczyna nie patrząc na niego.

Obserwowała Lauren przez zmrużone powieki. Lauren rozpoznała ją. A 

więc   gazety   nie   znały   jednak   całej   prawdy   o   przyjaciółce   Huntera   i   ich 

rozstaniu, skoro tu była...

– Kto to jest? – spytała dziewczyna. – Naprawdę, Hunter, czy to ostatnia 

zdobycz? Za każdym razem, kiedy jedziesz na tournee...

– Mną nie musisz się przejmować – wyjaśniła Lauren spokojnie. – Do 

widzenia, Hunter.

Za kulisami panowało zamieszanie i łatwo było prześlizgnąć się przez 

zatłoczone   korytarze   na   ulicę.   Na   zewnątrz   stało   wciąż   kilka   osób.   Między 

innymi dziewczyna trzymająca w ręku plakat i długopis, czekająca cierpliwie na 

swojego idola...

Okazało   się,   że   jest   to   dosyć   specjalny   idol,   pomyślała   Lauren. 

Zauważyła, że wciąż trzyma w ręku bilet i przez chwilę zastanawiała się, czy nie 

dać   go   dziewczynie.   Jednak   zgniotła   bilet   i   wyrzuciła.   Nie   mogła   przecież 

świadomie   i   w   zgodzie   ze   swoim   sumieniem   umożliwiać   następnej   osobie 

podziwiania takiego idola...

Było   dosyć   zimno,   ale   nie   marzła,   oddalając   się   od   oświetlonej   sali 

koncertowej.   Spojrzała   na   niebo   pełne   gwiazd.   Czuła   się   już   trochę 

spokojniejsza. Gdy zobaczyła pustą taksówkę, zamachała ręką. Wsiadła i podała 

kierowcy swój adres. Oparła się o podarte siedzenie ze skaju i pomyślała o 

spokojnej   atmosferze   swojego   salonu   i   o   pracy,   która   ją   czekała.   Musiała 

rozpakować wszystko to, co przygotowała do wyjazdu. Wszystko, co stanowiło 

jej życie – ubrania, albumy ze zdjęciami, śmieszne pamiątki.

Przemknęła jej myśl, aby wpaść na chwilę do Warda. Jest już za późno, 

powiedziała sobie. Była taką idiotką – źle wychowaną, gruboskórną i głupią. 

background image

Czy   ktokolwiek   potrafiłby   wybaczyć,   że   nazwała   Warda   nędznym, 

podejrzliwym plotkarzem? Nie mówiąc już o wszystkich innych rzeczach, które 

mu powiedziała, o tym jak się zachowywała, jaka była beznadziejnie głupia!

Jednak...   Musiała   spróbować.   Mogła   chociaż   go   przeprosić,   uspokoić 

swoje sumienie, nawet jeżeli Ward nie będzie chciał jej przebaczyć.

Usiadła prosto i powiedziała szoferowi:

– Zmieniłam zdanie. Proszę na Poplar Street.

– O tej porze wszystko już jest zamknięte, proszę pani.

–  Wiem   –   odrzekła.   –   Dlatego   chcę   tam   jechać.   Kierowca   potrząsnął 

głową pobłażliwie, ale zawrócił. Gdy jechali po pustych ulicach, Lauren poczuła 

niepokój. Może to nie jest dobry pomysł, żeby odwiedzać Warda o tej porze.

Trudno – powiedziała sobie stanowczo – lepiej załatwić to w ten sposób, 

niż jutro zjawić się w aptece. Mógłby wtedy nic nie powiedzieć. A ona nie 

przeprosiłaby go tak jak powinna, jeśli dookoła byłoby dużo ludzi. Pewnie i tak 

nie powie mu wszystkiego. Nie może przecież powiedzieć, że była tak głupia, że 

nie potrafiła rozpoznać prawdziwej miłości! Ale właściwie dlaczego nie!

Lauren miała wrażenie, jakby obudziła się ze złego snu, zlana potem, i z 

ulgą stwierdziła, że ten koszmar to nierzeczywistość. Jakby nagle cały świat stał 

się jaśniejszy i bardziej przejrzysty – każdy dźwięk, każdy promień światła, 

każda myśl...

Zdała sobie sprawę, że była przedtem tak zaślepiona, że nie widziała, co 

dzieje się wokół niej. Dała się do tego stopnia omotać złudzeniom, że nie była w 

stanie rozpoznać prawdziwego uczucia, które znajdowało się w zasięgu ręki.

Kiedy była chora, Ward był przy niej, robiąc niepostrzeżenie to, czego 

potrzebowała. Przyniósł jej jedzenie, został z nią nie myśląc o tym, że może się 

zarazić. Dbał, by niczego jej nie brakowało. O ile łatwiej byłoby mu wrócić do 

domu, położyć się i telefonicznie zamówić dla niej bukiet kwiatów!

Romantyczność,   to   nie   tylko   słowa   myślała   Lauren,   to   sposób 

zachowania.   To   nie   drogie,   ale   właśnie   starannie   wybrane   prezenty.   To   nie 

background image

kawior, ale czasami rosół z kury. Róże są piękne, ale krokusy kwitną dłużej i 

odradzają się każdej wiosny.

Dlaczego nigdy Lauren nie potrafiła spojrzeć na prezenty Warda w ten 

sposób   –   jak   na   dowody   prawdziwego   uczucia?  Ale   czy   to   wszystko   było 

prawdziwe, czy tylko ona chciałaby, żeby było?

Nie oszukuj sama siebie, Lauren, Ward nigdy nie powiedział ci, że cię 

kocha! A przecież miał na to mnóstwo czasu, zanim jeszcze pojawił się Hunter. 

Poza tym nie zrobił dla ciebie nic, czego nie mógłby zrobić dla połowy swoich 

klientów.

W oknach jego mieszkania, nad apteką, widać było ciepły, żółty blask. 

Przez chwilę patrzyła na to światło, potem zapłaciła taksówkarzowi i wysiadła.

To śmieszne, pomyślała idąc w stronę schodów, w czasie koncertu wcale 

nie wydawało jej się, że pali za sobą mosty. Zdała sobie z tego sprawę dopiero 

teraz. Co będzie, jeżeli wejdzie tam, powie Wardowi, że urodzinowe kolacje w 

domu, niedzielne przejażdżki i wyjścia do kina były dla niej bardzo ważne – a 

on stwierdzi, że dla niego to już straciło znaczenie?

– Czemu zawdzięczam ten zaszczyt? – Ward uchylił drzwi i spojrzał na 

nią. W jego oczach nie było już ciepłego blasku.

Spuściła głowę.

Właściwie, czego innego mogłam się spodziewać, pomyślała smutno. – 

Serdecznego   powitania   z   otwartymi   ramionami?   Traktowałam   dotąd   tego 

człowieka jak przedmiot.

– Przecież koncert jeszcze się nie skończył?

– Dla mnie tak – utkwiła wzrok w guziku jego koszuli. Nie poruszył się. 

Po chwili powiedział.

– A ponieważ nie chcesz być sama ze swoim smutkiem, przyszłaś tu po 

pocieszenie?

– Nie. Wcale nie – spojrzała na niego zdziwiona. – Przyszłam powiedzieć 

ci, że przez pewien czas byłam inną osobą i żeby cię przeprosić.

background image

Zamknął na chwilę oczy, jakby pod wpływem nagłego bólu. Serce Lauren 

ścisnęło się. Jednak wie, jak używać tych niesamowitych rzęs! A może właśnie 

nie musi manipulować innymi ludźmi i po prostu ich nie używa...

Przepuścił ją i Lauren weszła do salonu pełnego książek i płyt. Na małym 

stoliku leżała otwarta książka, jakby odłożył ją szybko, kiedy usłyszał dzwonek 

do drzwi.

Zdjęła płaszcz i przez chwilę nie bardzo wiedziała, co z nim zrobić. Ward 

nie   wykonał   ani   jednego   ruchu   w   jej   kierunku.  W  końcu   usiadła   trzymając 

płaszcz w rękach, a Ward oparł się o poręcz krzesła stojącego obok.

– Wiesz, to nie on mnie odrzucił – powiedziała. W jej głosie brzmiało 

prawie wyzwanie.

–   Myślę,   że   czekasz,   aż   zapytam,   co   się   stało?   Jeżeli   nie   zrobi   ci   to 

różnicy, Lauren...

– Rozstałam się z nim – powiedziała wprost. – Powiedziałam mu, że...

Nie poruszył się, nie odpowiedział i oczy Lauren napełniły się łzami. Za 

późno,   pomyślała.   Nie   mogła   mieć   o   to   do   niego   żalu,   po   tym,   jak   go 

potraktowała. Jeżeli kiedykolwiek ją kochał, to już minęło.

–   Jestem   z   ciebie   dumny   –   Ward   wstał.   –   Dziękuję,   że   mi   o   tym 

powiedziałeś. W ten sposób nie potraktuję cię jak ducha, gdy jutro przyjdziesz 

na kawę.

– Czy musisz być taki złośliwy i uparty? – spytała Lauren z wściekłością. 

Potem nagle jej złość opadła i ustąpiła uczuciu beznadziejności. Wściekłość nie 

miała   sensu.   –  Widzę,   że   popełniłam   błąd,   przychodząc   tutaj   –   powiedziała 

sztywno. – Czy mogę zadzwonić po taksówkę?

Bez słowa wskazał ręką na aparat, a Lauren zaczęła wertować książkę 

telefoniczną w poszukiwaniu właściwego numeru.

–   Powiedziałeś   kiedyś,   że   jestem   głupia,   przyszłam,   żeby   przyznać   ci 

rację. Nawet więcej. Byłam po prostu idiotką. Wiesz, że on napisał dla mnie 

piosenkę?

background image

– Lauren...

– Pamiętasz to stare opowiadanie o facecie, który zapraszał dziewczyny 

na   swój   jacht?   „To   jest   bardzo   specjalny   jacht   –   mówił   każdej   z   nich.   – 

Nazwałem go twoim imieniem”. – A kiedy przychodziły do portu, wierząc mu, 

na   burcie   łodzi   mogły   przeczytać   „Twoje   imię”.   I   taka   właśnie   była   moja 

piosenka.   Na   pewno   zostanie   przebojem.   Hunter   wiedział,   co   robi.   Każdej 

kobiecie będzie się wydawało, że to właśnie o niej.

–   Lauren,   bardzo   ci   współczuję   –  Ward   wyjął   jej   z   ręki   słuchawkę   i 

odłożył na widełki. Potem objął ją.

– Do cholery, czy nie widzisz, że nie chcę twojego współczucia? – jej 

słowa były prawie niezrozumiałe, przerywane łkaniem, ale to wszystko, na co 

mogła się zdobyć.

Zaprowadził ją na kanapę i przytulił, a Lauren wypłakiwała swoją złość, 

smutek, strach i szczęście, zmieszane razem. Kiedy była w jego ramionach, nic 

złego nie mogło się stać. Nie wyrzucił jej. To już było coś.

Wytarł jej twarz swoją chusteczką.

– Lepiej? – spytał uśmiechając się do niej smutno. – Odwiozę cię do 

domu.

Więc to jest koniec. Więc wszystkie te wspaniałe rzeczy, które dla niej 

robił, to była jednak tylko przyjaźń, pomyślała. Oszukiwała się. Teraz, gdy w 

końcu zdała sobie sprawę, że tego właśnie potrzebowała, że tylko jego kochała, 

Ward po prostu chciał się jej pozbyć.

– Nie – powiedziała z uczuciem beznadziejności – nie jest mi lepiej. – Jej 

duma nie była urażona, bo nie było już nic, co można by urazić.

– Lauren, czego ty ode mnie chcesz?

– Chcę, żeby cię to obchodziło, to wszystko – znowu zaczęły jej płynąć 

łzy, cicho i nieprzerwanie.

– Żeby mnie obchodziło, że cierpisz? Oczywiście, że...

– Nie. Żebym ja cię obchodziła – powiedziała to tak cicho, że musiał 

background image

schylić głowę, żeby cokolwiek usłyszeć.

– Tak, obchodzisz mnie – jego głos brzmiał matowo. – Aż za bardzo. Nie 

wiesz nawet, co czułem, patrząc na ciebie przez ostatnie dwa tygodnie, zdając 

sobie sprawę, jak wielki popełniasz błąd i wiedząc, że nie mogę zrobić nic, żeby 

cię zatrzymać. Może gdybym zdobył się na rozmowę z tobą, zanim jeszcze on 

się pojawił, ale nie mogłem, więc...

– Nie mogłeś? – świetnie to ujął, rzeczywiście. Próbowała wytrzeć łzy z 

policzków. – Dlaczego nie mogłeś?

Przez chwilę myślała, że Ward w ogóle nic nie powie.

–   Co   mogłem   ci   ofiarować?   –   rzekł   spokojnie.   –   Nie   mówię   już   o 

pieniądzach, jakimi on dysponował... Ale o rzeczach, które już miałaś, a na które 

ja nigdy nie mógłbym sobie pozwolić. O tym, co zostawili ci rodzice. Ja jestem 

po uszy w długach po kupieniu tej apteki. Kiedyś to spłacę, ale teraz...

– Przecież... – zaczęła.

– Nie stać mnie na utrzymanie twojego domu – a nie mogę od ciebie 

wymagać, żebyś z niego zrezygnowała. Za bardzo cię kocham, żeby móc cię 

prosić o coś takiego.

Może jednak nie wszystko było stracone. Przynajmniej co do jednego 

miała   rację.   Był   strasznie   uparty.  A  właściwie   nie   uparty,   ale   stanowczy   w 

swoich   poglądach.   Kobieta   zawsze  mogła   go  być   pewna,   mogła  się   na  nim 

oprzeć bez żadnych obaw i zaufać mu.

– Do cholery, kochanie – powiedział z żalem. – Szczerze mówiąc nie stać 

mnie nawet na kolczyki, które nosisz, a nie mogę żądać, byś wyrzekła się tych 

wszystkich   ślicznych   rzeczy.   –   Delikatnie   odgarnął   jej   włosy   do   tyłu,   żeby 

obejrzeć perły w złotej oprawie, które miała w uszach.

–   Kosztowały   dziesięć   dolarów   –   powiedziała.   –   Z   moją   zniżką   dla 

pracowników.

– A co się stało z tymi z brylantami?

–   Te   należą   do   sklepu.   A   ponieważ   nie   zamierzałam   tam   wrócić, 

background image

zostawiłam je w sejfie dziś wieczorem, razem z naszyjnikiem i pierścionkiem z 

szafirem. Ward, jak mogłeś myśleć, że to wszystko należało do mnie? Przecież 

co tydzień nosiłam coś nowego.

– Wiem – powiedział. – Podliczyłem to i jakoś nie pasowało do mojego 

budżetu. A że nie mogłem ci kupić pierścionka, odpowiedniego do całej reszty, 

więc...

– Pierścionka? – spytała z wahaniem. – O jakim pierścionku mówisz?

Ale potem przez długi czas nie mówili już nic, oprócz słów szeptanych 

między   pocałunkami.   Lauren   stwierdziła   –   w   jednym   z   tych   krótkich 

momentów, kiedy w ogóle mogła myśleć – że jeśli dałoby się przeliczyć na 

pieniądze   umiejętność   okazania   kobiecie   miłości,   czułości   i   uwielbienia,   to 

Ward na pewno byłby bardzo bogaty...

Dopiero dużo później powiedziała z zakłopotanym uśmiechem:

– Ojej, zapomniałam się pożegnać z Kim. Po prostu wyszłam w czasie 

przerwy.

– Kim nic się nie stanie – stwierdził Ward spokojnie.

–   Nie,   właściwie   nie   martwię   się   o   nią.   I   tak   miała   zamiar   wrócić 

taksówką,   bo   nie   chciałyśmy   komplikować   planów   Huntera   po   koncercie.   – 

Potem, zdając sobie nagle sprawę, że wymienianie imienia Huntera mogło nie 

być najlepszym pomysłem, spojrzała z obawą na Warda.

– I tak ci się udało skomplikować mu plany – Ward uśmiechał się. – A 

Kim będzie jutro miała niespodziankę, i tyle. Pewnie się ucieszy. Myślę, że mam 

gdzieś butelkę szampana, jeżeli chciałabyś to uczcić.

– Oczywiście, że chciałabym – zawahała się. – Ale może raczej sokiem 

pomarańczowym.

– Sokiem pomarańczowym? Lauren, to jakiś szalony... Nie pozwoliła mu 

dalej mówić, kładąc palec na ustach, a potem całując go.

Kiedyś mu to wytłumaczę, pomyślała. Wiedziała, że Ward zrozumie – 

istnieją rzeczy, które są zbyt ważne, żeby czcić je zwykłym szampanem.


Document Outline