background image

1

Emily Hendrickson 

KOLEKCJA

1

Emma zatrzymała się u szczytu schodów, zerknęła przez balustradę. Upewniwszy się, że nigdzie 

w pobliżu nie widać Oldhama, zadufanego w sobie lokaja Cheneyów, szybciutko zbiegła do holu.

Poranna poczta leżała już  na stoliku. Wśród  rachunków i  listów  do ojca Emma znalazła  ten, na 

który czekała. Kiedy ukryła go w saszetce, jej wzrok padł na pismo adresowane do brata. Szybko 

rozejrzała się wokół i nie mogąc przemóc ciekawości także ten list wsunęła do torebki. W końcu 

George wyjechał i nieprędko miał powrócić, a niezwykły wygląd koperty wskazywał, że może to 

być coś ważnego.

Wróciwszy  do  swojego  pokoju,  zamknęła  drzwi  na  klucz,  usiadła  przy  oknie  na  pamiętającym 

lepsze czasy foteliku i wyjęła obydwie koperty. Najpierw otworzyła tę adresowaną do niej.

- Dzięki  Bogu - zawołała  z  ulgą. Dopiero teraz  zdała sobie sprawę, jak  bardzo liczyła na  to,  że 

„Lady’s Magazine” kupi  jej wzory haftów.  Za czepek redakcja proponowała znacznie więcej, niż 

oczekiwała,  i  w  dodatku  prosiła  o  następne  Projekty  utalentowanej  panny  Cheney.  Ponieważ 

magazyn  nie  Publikował  nazwisk,  mogła  śmiało  podjąć  współpracę.  Wolała,  by  rodzice  nie 

wiedzieli,  jak  zdobywa  pieniądze  na  drobne  wydatki.  Cheneyowie  należeli  do  starej,  teraz 

podupadłej rodziny, której świetność mogły przywrócić tylko dobre partie zrobione przez dzieci.

Znając wielki świat Emma wiedziała, jak płonne to nadzieje. Drugi list osunął się na jej kolana; 

chwyciła go pospiesznie, złamała czerwoną pieczęć i otworzyła szeroko usta.

Sir Peter Dancy, w domu, poniedziałek, 5 czerwca 1815..Mumia z Teb zostanie rozwinięta o 

wpół do drugiej.

Mumia!  Jakież  to  ekscytujące,  pomyślała.  Szczęściarz  z  George’a.  Ma  takie  ciekawe  życie, 

podczas gdy całą jej rozrywką są nudne herbatki i przyjęcia. Westchnęła smętnie.

Rozsiadła  się  wygodnie  w  fotelu  i  rozmarzyła  na  myśl  o  egzotycznych  zbiorach,  głośnych  w 

towarzystwie. Sir  Petera  często  brano  na  języki,  jako  że  nie liczył się  z  konwenansami,  kierował 

własnymi zasadami i żył, jak mu się podobało.

Emma  nie  znała  owego  tajemniczego  dżentelmena.  Powiadano,  że  fechtuje  się  jak  nikt  inny  w 

Anglii,  sławny  był  też  ze  swojej  kolekcji  starożytności  egipskich.  Słyszała,  że  jest  wysoki  i 

szczupły;  ma  gęstą  czuprynę  jasnych  włosów  i  zielone  oczy.  Najwyraźniej  tak  samo  jak  ona  nie 

lubił nudnych przyjęć.

Londyn gorzko ją rozczarował, a tyle nadziei wiązała z tym miastem. Szybko się przekonała, że 

bez solidnego posagu nie ma na co liczyć. Gdyby jej ojciec był parem Anglii, arystokratą, sprawy 

wyglądałyby inaczej, ale ród Cheney’ów ród wywodził się ze skromnej, acz zacnej szlachty, a to w 

background image

2

wielkim świecie niewiele znaczyło.

Zerknęła ponownie na list i westchnęła z żalem, że nie może bodaj na jeden dzień znaleźć się w 

skórze  George’a.  Nie,  nie  jest  przecież  awanturnicą,  tylko  dobrze  wychowaną  panną.  A  jednak... 

wspaniale byłoby zobaczyć mumię z Teb. Gdyby tak...

Z marzeń wyrwało ją pukanie do drzwi. Przemierzyła szybko pokój, przekręciła klucz w zaniku. 

Na progu stała jej pokojówka.

- Jakieś listy, panienko? - zapytała Fanny zerkając wścibskim oczkiem na koperty w dłoni Emmy.

-  Jeden  do  mnie,  jeden  do  George’a  -  odparła  jak  zawsze  prawdomówna  i  schowała 

korespondencję do szuflady biurka.

- Kiedy panicz George wróci do domu? - pytała dalej Fanny. - Grzeczny z niego dżentelmen, nie 

ugania się za pokojówkami, jak inni mają w zwyczaju.

Rozbawiona tą oceną swojego nietypowego brata Emma pokręciła głową.

- Błąka się w Sussex po jakichś wykopaliskach. Bóg wie, kiedy zachce mu się wracać.

- Byłabym zapomniała. Mateczka panienki czeka na panienkę w śniadaniowym - oznajmiła Fanny 

zabierając się do słania łóżka.

Emma spojrzała na zegar. Prawie godzinę strawiła na rozmyślaniach. Matka wstawała zawsze w 

południe i szła do śniadaniowego, gdzie oczekiwała jedynaczki. Nie chcąc narazić się na wymówki, 

zbiegła na dół, cały czas rozmyślając o sir Peterze Dancym i mumii z Teb. Był to o wiele bardziej 

zajmujący temat niż rozważania na jakie pójść przyjęcie.

W  pokoju  śniadaniowym  zastała  matkę  i  jej  dwie  przyjaciółki  gwarzące  przy  herbacie  i 

biszkoptach.

- Emmo, kochanie. Jak to miło, że zakrzątnęłaś się od samego rana. - Matylda Cheney wskazała 

na  wazon  z  kwiatami  ustawiony  przez  Emmę  na  stoliku  obok  ulubionego  fotela  matki.  Kwiaty 

stanowiły jeden z niewielu luksusów, którymi mogła się cieszyć słabowita dama.

- Cóż to za skarb, taka dbająca córka. Szkoda, że nie znalazła dotąd kawalera, który doceniłby jej 

zalety - oznajmiła jak zwykle pompatyczna pani Bascomb obrzucając Emmę uważnym spojrzeniem 

przez lorgnon.

- Tak, Emma to dobre dziecko - zgodziła się pani Cheney.

-  Ależ,  mamo  -  bąknęła  Emma,  myśląc,  że  gdyby  damy  znały  jej  myśli,  nie  posiadałyby  się  z 

oburzenia.

- Wybieracie się na przyjęcie do Titheridge dzisiaj wieczorem? - zagadnęła pani Hamley mrugając 

powiekami niczym zaniepokojona czymś kotka.

- Do tej kobiety? - W tonie pani Cheney dało się słyszeć zdumienie.

- Wiem, jest nieco ekscentryczna, ale podobno ma tam być jej siostrzeniec - odparła pani Hamley, 

posyłając Emmie znaczące spojrzenie.

background image

3

- Chodzi o sir Petera Dancy’ego, jak mniemam - zagrzmiała pani Bascomb.

Na dźwięk tego nazwiska Emma ocknęła się z marzeń i nastawiła uszu.

- Wątpię, czy udałoby się jej sprowadzić sir Petera, nawet gdyby zaprosiła najpiękniejsze panny -

zastanawiała  się  pani  Cheney  spoglądając  z  pełnym  nadziei  uśmiechem  na  swoją  śliczną 

jedynaczkę.

Emma  nie  miała  żadnych  złudzeń  co  do  swojej  urody:  szare  oczy  i  ciemne  kręcone  włosy  na 

pewno nie zwróciłyby uwagi sir Petera.

- Ma może trochę zadarty podbródek, ale za to śliczne oczy - osądziła lady Hamley w najlepszej, 

jej zdaniem, intencji.

- Uroda to nie wszystko. Gdyby George bogato się ożenił, udałoby się znaleźć dla Emmy godnego 

jej męża. - Pani Cheney zacisnęła gniewnie usta na myśl o swym lekkomyślnym synu.

Emma miała chęć parsknąć  śmiechem.  Godnego  jej?  Ciekawe kto,  zdaniem  mateczki, byłby jej 

godny.

- W tym sezonie niewiele mamy bogatych panien na wydaniu - stwierdziła pani Bascomb.

- Za to  mnóstwo  ograniczonych i  brzydkich - dodała  pani Hamley i  uśmiechnęła  się do Emmy, 

która odpowiedziała tym samym, na znak, iż wie, że nie o niej mowa.

Ustalono, że damy będą towarzyszyły Emmie tego wieczoru do pani Titheridge, po czym dyskusja 

zaczęła się toczyć wokół strojów, a Emma znów się zamyśliła. Wiedziała dobrze, że będzie musiała 

włożyć suknię z białego muślinu, z haftowanym stanikiem, przybraną na dole dwiema falbanami. 

Uważała, że wygląda w niej bezbarwnie, jako że miała nie dość bladą, jak na panującą modę, buzię, 

i nie dość filigranową figurę. Może brosza z kamelianu i kolczyki ożywią trochę mdły strój?

Dość  wysoka,  lekko  opalona  -  dużo  spacerowała  ze  szkicownikiem  w  dłoni  -  Emma  nie 

odpowiadała obowiązującym kanonom kobiecej urody i nie czyniła sobie złudzeń, że ciemne loki i 

rozmarzone szare oczy to dość, by rzucić na kolana, jakiegokolwiek mężczyznę, co dopiero mówić 

o majętnym.

Ale sir Peter był podobno wysoki, bardzo wysoki, i choć ślęczał nad starożytnymi wykopaliskami, 

Emma  gotowa  by  postawić  całe  swoje  kieszonkowe,  że  nie  jest  bladym  i  omdlewającym 

paniczykiem.

-  Jeśli  sir  Peter  pojawi  się  na  wieczorku  Titheridge,  musi  się  dowiedzieć,  jak  utalentowana  jest 

Emma. Trzeba by szepnąć mu słówko o jej rysunkach i akwarelach - usłużnie podpowiedziała lady 

Hamley, jak zwykle mrugając powiekami.

- Mnóstwo młodych panien rysuje, nic w tym niezwykłego - zaprotestowała Emma i poruszyła się 

na krześle, czując na sobie baczny wzrok trzech dam.

Lady  Hamley westchnęła  ciężko,  po  czym  upiła  łyk  herbaty.  Pani  Bascomb  zafrasowała  się  na 

moment i zaraz rozpromieniła.

background image

4

- Ale twoje rysunki są bardzo dokładne i wierne, moja kochana. Mogą się spodobać sir Peterowi.

Emma uśmiechnęła się pod nosem, nie bardzo rozumiejąc, co to zmienia.

Kiedy damy się pożegnały, matka postanowiła sprawdzić, w jakim stanie jest suknia przeznaczona 

na dzisiejszy wieczór. Emma, wreszcie wolna, zamknęła się w swoim pokoju. Usiadła w ulubionym 

fotelu  przy  oknie,  oparła  łokcie  na  Parapecie,  a  brodę  na  dłoniach.  Co  począć?  Samą  urodą  nie 

zwróci przecież na siebie na tyle jego uwagi, aby pozwolił siostrze George’a obejrzeć mumię. Nie 

myślała o tym, jak upolować go na męża. Chciała tylko zobaczyć mumię.

Nie musiała nawet wyjmować zaproszenia. Znała je na pamięć. Podejrzewała, że żadna dama go 

nie dostała. Taka mumia obraża wszak wzrok kobiety. Dlaczego? Co można ujrzeć po rozwinięciu 

bandaży? Ciało.

Zbladła na tę myśl i zasępiła się. Takie ciało - po tylu latach, zakonserwowane jakimś sposobem -

nie  mogło  przecież  przypominać  żywego  człowieka.  Kiedyś  widziała  szkielet,  który  George 

wykopał  szukając  rzymskich  starożytności.  Wcale  nie  był  straszny,  nikomu  nie  mógł  uczynić 

krzywdy.

Jeśli sir Peter pojawi się na wieczorku i jeśli tylko uda się jej zamienić z nim słowo, zapyta go czy 

nie mogłaby skorzystać z zaproszenia George’a. Raz podjąwszy decyzję, zatopiła się na powrót w 

marzeniach o sir Peterze, który do złudzenia przypominał rycerza z bajki.

Do domu lady Titheridge wchodziła pełna niepokoju i oczekiwań. Bardziej niż zwykle strojna, po 

raz  pierwszy  posłuszna  napomnieniom  matki,  usiłowała  wyłowić  wzrokiem  w  tłumie  gości 

wysokiego blondyna o zielonych oczach.

Nie było go.

Nie tracąc nadziei przeszła  za matką do wielkiej sali, gdzie miał się odbyć koncert nieznanej w 

Londynie muzyki.

Lady  Titheridge  wiele  jeździła  po  świecie  i  ze  swoich  podróży  zwoziła  rozmaite  osobliwości. 

Emma bardzo chciała dokładniej obejrzeć jej zbiory. Może w czasie przerwy zdoła się wymknąć.

Zabrzmiały pierwsze takty muzyki. Matka miała kwaśną minę, ale Emmę zachwyciły niezwykłe 

dźwięki,  jakich  wytworny  świat  dotąd  nie  słyszał.  Miała  wrażenie,  że  płyną  wprost  z  mroków 

egzotyki, zniewalając umysł.

W  czasie  przerwy  ponownie  rozglądała  się  za  sir  Peterem.  Wydało  się  jej,  że  dostrzegła  go  w 

drugim końcu sali, ale gdy tam dotarła, zniknął.

Nie bacząc na dyskretne znaki, które dawała jej matka, zaczęła błądzić po pokojach, podziwiając 

nefrytowe  figurki,  wazy  z  epoki  Ming,  drewniane  rzeźby  i  dziwne  ozdoby  umieszczone  w 

przeszklonych gablotach, ustawione na półkach i wiszące na ścianach.

- Zajmują cię osobliwości, moja duszko? - Obok Emmy jak spod ziemi wyrosła lady Titheridge.

background image

5

- Są fascynujące. Mogłabym je oglądać godzinami - odparła Emma zgodnie z prawdą.

- Pozwól, że przedstawię ci dżentelmena, który podziela twoje zamiłowanie do tego, co piękne i 

niezwykłe - z  tymi słowami odwróciła się do mężczyzny, który stał opodal,  i  rzekła stanowczym 

tonem: - Niechże się pan zbliży, panie Brummell.

Emma poczuła, że serce ucieka jej w pięty. Nie był to sir Peter Dancy, jak oczekiwała, lecz znany 

George Brummell, który na równi z księciem regentem nadawał ton w wielkim świecie Londynu. 

Słyszała o jego ciętym języku i zamiłowaniu do paradoksów. Spojrzała niepewnie w jego oczy, w 

których  zdawały  się  tlić  przewrotne  iskierki.  Ubrany  był  w  ciemnoniebieski  surdut  o  długich 

połach,  czarne  spodnie  i  białą  kamizelkę.  W  tym  powściągliwym  stroju  o  elegancji  stanowił 

przyciągający oczy fular, cud doskonałości.

Dokonawszy  prezentacji,  pani  Titheridge  odpłynęła,  zostawiając  Emmę  sam  na  sam  z  nowym 

znajomym.

-  Podziwia  pani  osobliwości  zebrane  przez  naszą  gospodynię  podczas  licznych  podróży?  -

zainteresował się uprzejmie Brummell.

-  W  rzeczy  samej.  Mogłabym  całymi  godzinami  szkicować  te  cuda  -  odparła  Emma  z 

entuzjazmem, wskazując na wazę Ming, niepomna przenikliwego spojrzenia rozmówcy.

-  Niezwykła  musi  być  z  pani  osoba.  Większość  młodych  panien  woli  szkicować  sielskie  sceny 

rodzajowe, kiedy już je zmusić do rysowania.

Wietrząc  prowokację  Emma  zadarła  brodę  i  zmierzyła  swego  rozmówcę  wzrokiem,  w  którym 

kryła się lekka przekora.

- Nie rysuję tego, co inni, chyba że sprawia mi to przyjemność. Lubię rzeczy wyjątkowe. Bardzo 

chciałabym,  na  przykład,  obejrzeć  mumię  sir  Petera...  albo  coś  równie  interesującego  -  dodała 

pospiesznie, gdy zdała sobie sprawę, że się zdradziła.

W oczach Brummella zabłysło rozbawienie.

- Nie poluje pani na męża, jak większość panien na tego rodzaju spotkaniach?

-  Cóż  za  niesłychane  pytanie,  panie  Brummell  -  zbeształa  go  ze  śmiechem,  nie  rozumiejąc, 

dlaczego cieszy się powszechnie reputacją snoba, gdy jej zdał się uroczy. - Jak sam pan zauważył, 

nie  jestem  taka  jak  inne,  a  obawiam  się,  że  mężczyzna  szuka  zwykle  żony  we  wszystkim  mu 

posłusznej i nijakiej - powiedziała z westchnieniem.

-  Pani  nie  byłaby  posłuszną  i  nijaką  -  odparł  Brummell  z  galanterią,  rozbawiony  szczerością 

panny.

-  Mama  powiada,  że  jestem  posłusznym  dzieckiem,  ale  nie  ma  pojęcia,  co  się  dzieje  w  mojej 

głowie - zwierzyła się Emma w nagłym przypływie olśnienia.

Brummell parsknął śmiechem.

- Jestem pewien, że zrobi pani znakomitą partię. Niemal zazdroszczę jej wybrankowi. Niezwykła 

background image

6

z pani istota.

-  Kpisz  pan  sobie  ze  mnie,  panie  Brummell  -  stwierdziła  Emma  spoglądając  roześmianym 

wzrokiem  na  człowieka,  którego  jeszcze  przed  chwilą  tak  bała  się  poznać.  -  Muszę  wracać  do 

mamy, zaraz skończy się przerwa.

- Podoba się pani? - zapytał kierując się w stronę drzwi, jakby miał zamiar uciec z wieczorku.

-  Powiedziałam  panu,  że  lubię  wszystko,  co  osobliwe,  ale  podejrzewam,  że  mama  jest  nieco 

skonfundowana.

Uśmiechnął się i skłonił na pożegnanie.

-  Przyrzekam,  że  znajdę  pani  dżentelmena  godnego  jej  niezwykłego  uroku,  panno  Cheney. 

Zbytnia  to  rzadkość,  by  ją  zmarnować  -  z  tymi  słowy  odszedł,  pożegnał  jeszcze  gospodynię 

wieczoru i zniknął.

- O czym to tak z nim rozprawiałaś? - zagadnęła pani Cheney zza wachlarza, gdy Emma usiadła u 

jej  boku.  -  Mam  nadzieję,  że  wywarłaś  na  nim  korzystne  wrażenie.  Wszyscy  zauważyli,  że 

zaszczycił cię rozmową, a to u niego rzecz niezwyczajna. Robisz konkietę.

-  Pan  Brummell  jest  niezwykle  miły,  wcale  się  nie  wynosi  nad  innych,  jak  powiadają. 

Rozmawialiśmy  o  zbiorach  pani  Titheridge.  -  O  obietnicy  znalezienia  jej  godnego  kandydata  na 

męża Emma nie wspomniała, biorąc ją za żart.

- Widzę, że sir Peter wreszcie się pojawił - szepnęła pani Cheney.

Zła,  że  przez  rozmowę  z  Brummellem  straciła  okazję  poznania  sir  Petera,  o  czym  tak  marzyła, 

Emma zaczęła rozglądać się po sali. Wreszcie go wypatrzyła.

Był rzeczywiście wysoki, a widok jasnej czupryny sprawił, że miała ochotę zanurzyć w niej palce, 

tylko  po  to,  by  ją  przygładzić,  ma  się  rozumieć.  W  zielonych  oczach  malowało  się 

zniecierpliwienie.  Ogarnęła  ją  nagle  chęć,  by  wbrew  konwenansom  przejść  przez  salę  i  stanąć  u 

jego boku. Chciała się przekonać, dlaczego ludzie twierdzili, że jego oczy są takie niezwykłe, i... 

zapytać, czy mogłaby obejrzeć rozwijanie mumii.

Gdy popłynęły płaczliwe dźwięki fletu, uznała, że sir Peter ma interesującą twarz. Gdy włączył się 

drugi  flet,  podziwiała  rysującą  się  na  tej  twarzy  inteligencję,  arystokratyczny  nos,  przenikliwe 

spojrzenie.  Ach  gdybyż  mogła  przyjrzeć  mu  się  z  bliska.  Sir  Peter  fascynował  ją  wręcz 

nieprzyzwoicie.

- Emmo - syknęła zgorszona pani Cheney.

Emma  posłusznie  spuściła  wzrok.  Gdy  ponownie  podniosła  głowę,  by  raz  jeszcze  spojrzeć  na 

tego,  który  tak  ją  zaintrygował,  stwierdziła,  do  głębi  rozczarowana,  że  zniknął.  A  tak  liczyła,  że 

zamieni z nim słowo na temat mumii, przekona go, by pozwolił jej obejrzeć nowy nabytek. Ostatnie 

kieszonkowe  wydała  na  książkę  o  egipskich  starożytnościach  z  ilustracjami  francuskiego  artysty 

Vivant  Denona.  Egzotyczne,  porywające,  sprawiły,  że  tym  bardziej  pragnęła  zobaczyć  kolekcję 

background image

7

Dancy’ego.

Musi  ją  obejrzeć,  ale  jak?  Zagryzła  wargę  dumając  jakim  sposobem  mogłaby  uczynić  zadość 

serdecznemu pragnieniu.

Gdyby bodaj  na  godzinę  mogła zamienić  się  rolami  z  George’em. Cóż  za  dziki  pomysł. Nawet 

gdyby jego ubranie pasowało na nią, nie śmiałaby go włożyć... żeby móc ujrzeć mumię.

A może jednak?

Myśl  ta  była  tak  zdrożna,  że  natychmiast  ją  odegnała,  skupiając  się  na  muzyce  i  oddając 

marzeniom o spotkaniu z fascynującym sir Peterem.

Po koncercie posłusznie poszła za matką, by pożegnać się z gospodynią.

- Ogromnie żałuję, że mój siostrzeniec nie mógł zostać - powiedziała lady Titheridge do Emmy. -

Zależało mi bardzo, by cię poznał, drogie dziecko. Młoda dama, zdolna przykuć uwagę George’a 

Brummella,  jak  tobie  się  udało,  musi  być  kimś  doprawdy  godnym  zainteresowania:  nasz  Beau 

Brummell odznacza się smakiem doskonałym, a ja we wszystkim ufam jego sądom. Zechciałabyś 

odwiedzić mnie któregoś dnia, by obejrzeć kolekcję, duszko?

Emma rozpromieniła się na te słowa.

-  Będę  szczęśliwa,  jeśli  wolno  mi  będzie  narysować kilka  z  tych pięknych  rzeczy,  które  dzisiaj 

widziałam.

- Jest tego znacznie więcej. Może odwiedzisz mnie w poniedziałek rano?

Emma zerknęła na matkę, która nie mogła żywić najmniejszych obiekcji wobec takiej propozycji, 

po czym skinęła głową, mrucząc uprzejme podziękowania.

- No cóż, zrobiłaś dzisiejszego dnia prawdziwą konkietę, moja panno - stwierdziła pani Bascomb, 

gdy panie znalazły się w powozie.

Pani Hamley przytaknęła, mrugając powiekami.

-  Prawda,  prawda.  Lady  Titheridge  należy  do  najlepszego  towarzystwa,  a  i  łaskawe 

zainteresowanie Brummella... ho, ho...

- Poczekaj, niech tylko rzecz się rozejdzie, Matyldo - zwróciła się pani Bascomb do lady Cheney, 

która milczała, jakby jej mowę odjęło.

- Warto było wysłuchać choćby i tej strasznej muzyki - oznajmiła wreszcie, żegnając przyjaciółki.

- Naprawdę myślisz, że muzyka była taka okropna? - zagadnęła Emma, kiedy znalazły się już w 

domu.

- Byłabym ją zniosła, gdybyś poznała sir Petera - mruknęła matka.

Emma uśmiechnęła się z rozmarzeniem i odprowadziła matkę do jej pokoju, po czym poszła do 

swojej sypialni.

Zapaliwszy świecę od ognia w kominku, zagłębiła się w ulubionym fotelu i oddała rozmyślaniom 

o niezwykłym wieczorze. Nie rozumiała, co się stało, ale czuła, że w pewien sposób przesądził o 

background image

8

całym jej życiu. A może ulega złudzeniom?

Wróciła myślami do sir Petera. Nie widziała w nim przyszłego męża. Człowiekowi takiemu jak on 

małżeństwo musiało wydawać się czymś niemiłym. Ale mumię pomimo wszystko musi zobaczyć.

Tu przypomniała sobie pomysł, który zaświtał jej podczas koncertu. A gdyby tak pożyczyła sobie 

coś  z  garderoby  brata  i  tak  przebrana  pojawiła  się  w  domu  sir  Petera,  by  podziwiać  odwijanie 

mumii?  Skryłaby  się  gdzieś  w  kącie,  z  nikim  nie  zamieniła  słowa  i  postarałaby  się  nie  rzucać 

nikomu w oczy.

Poniedziałek,  5  czerwca,  stało  w  zaproszeniu.  Wyprostowała  się  raptownie.  Powiedzmy,  że 

zapakuje pożyczone ubranie do „małego sakwojażu i zabierze do lady Titheridge. Stamtąd mogłaby 

przesłać  liścik  do  matki,  że  zostaje  na  lunch  i  że  całe  popołudnie  będzie  zajęta  szkicowaniem 

starożytności. Powinno się udać.

Mateczka będzie uszczęśliwiona, że córka zaskarbiła sobie łaski wielkiej damy. Problem w tym, 

co pomyśli lady Titheridge o jej przemianie.

Emma wstała z fotela i zaczęła się rozbierać: Fanny nie przyszła, wiedząc, że panienka nie lubi, 

gdy jej przeszkadzać wieczorem.

Umościwszy się wygodnie w łóżku, dalej rozważała szczegóły swojego śmiałego planu. Zrobi to, 

rzecz postanowiona. Przesądziwszy o swoim zamiarze, wysunęła się z pościeli, chwyciła lichtarzyk 

i wychyliła głowę na korytarz. Żywej duszy. Wziąwszy głęboki oddech, przemknęła na palcach do 

pustego, jak ostatnimi czasy często bywało, pokoju brata.

Tu wyszukała szare spodnie, dwie kamizelki i batystową koszulę. Ciemnoszary surdut zdawał się 

zbyt obszerny, ale jeśli wdzieje pod spód obydwie kamizelki, może się nada. Zaczęła myszkować 

za  fularem.  Wiedząc,  jaką  sztuką  było  dobrać  właściwy,  a  chcąc  uniknąć  fuszerki,  na  wszelki 

wypadek wzięła kilka.

Wróciła z łupem do swojej sypialni i zaczęła się rozglądać, gdzie by go ukryć do poniedziałku. W 

końcu  znalazła  poręczny  sakwojaż,  tam  wszystko  schowała,  po  czym  z  ciągle  bijącym  sercem 

wskoczyła do łóżka.

Zrobi  to.  Musi  tylko  wymknąć  się  niepostrzeżenie  z  domu  obładowana  sakwojażem,  blokiem 

rysunkowym  i  przyborami  do  szkicowania,  co  oznaczało  konieczność  zmylenia  napuszonego 

Oldhama, który strzegł drzwi niczym Cerber.

Następnego  dnia  zamknąwszy  drzwi  na  klucz,  przebrała  się  w  zdobyty  nocą  strój,  uważnie 

przejrzała  w  lustrze  i  skrzywiła na  widok  własnego odbicia.  Byli podobni  z  George’em jak  dwie 

krople wody, ale czy to dość? George trochę się garbił. Dobrze: niewielką różnicę wzrostu da się 

zrzucić na karb niedbałej postawy.

Dopiero teraz zadała sobie pytanie, jak dobrze sir Peter zna George’a. Brat nie wspominał nigdy o 

background image

9

Dancym, ale to żaden argument, gdyż nie należał do szczególnie gadatliwych, mówiąc najłagodniej. 

Choćby ten brak listów od niego ostatnimi czasy. Biedna mateczka wzdychała każdego ranka, nie 

znajdując poczty od syna.

W każdym razie znalazłszy się już w domu sir Petera, musi milczeć jak zaklęta. Stanie gdzieś w 

kątku i postara się nie rzucać nikomu w oczy.

Uda się. Musi się udać.

Następne  dni  dłużyły  się  niemiłosiernie.  Chodziła  rozmarzona  bardziej  niż  zwykle,  a  w  bloku 

rysunkowym pojawiły się całkiem udane szkice postaci tajemniczego sir Petera - robione z pamięci, 

ale Emma, jak raczyła zauważyć pani Bascomb, miała pewną rękę i oko do detalu. Potrafiła oddać 

błysk zniecierpliwienia w zielonych oczach i jasną czuprynę, rada że za ostatnie kieszonkowe, które 

dostała od papy, kupiła kolorowe pastele.

W poniedziałek rano ubrała się starannie i wymknęła cicho z domu, gdy Oldham był akurat zajęty 

czymś innym.

Wizyta  u  lady  Titheridge  udała  się  wyśmienicie.  Dama  oprowadzała  ją  po  całym  domu 

opowiadając  o  zgromadzonych  wspaniałościach,  i  zapewniając  Emmę,  że  może  przychodzić 

szkicować, kiedy zechce.

Na widok pierwszego rysunku wydała okrzyk zachwytu:

- Jesteś niezwykle utalentowana, moja droga. Och, dlaczego sir Peter nie został tamtego wieczoru, 

by cię poznać. Tego właśnie poszukuje... talentu.

Emma nigdy nie myślała o sobie w ten sposób, więc bąknęła coś zdawkowego w odpowiedzi.

Gdy  upłynął  czas  wizyty,  odszukała  lady  Titheridge.  Z  wahaniem  postawiła  sakwojaż  na 

podłodze. Iskierki rozbawienia w oczach damy dodały jej odwagi.

- Jeśli pani taka dobra, madame, chciałabym się przebrać przed wyjściem. - Przerwała na moment 

szukając  słów.  Lady  Titheridge  zachęciła  ją  do  mówienia  serdecznym  uśmiechem.  Ośmielona, 

czując w milady przyjazną duszę, powiedziała w końcu: - Chcę zrobić komuś figiel i pokazać się w 

stroju mojego brata.

- Maskarada? Jakież to urocze - zawołała lady Titheridge gotowa na spotkanie przygody. - Ależ 

oczywiście, przebierz się, ja ci pomogę.

2

2

Evelyn, lady Titheridge, która lata spędziła na podróżach po świecie, nie straciła awanturniczego 

background image

10

ducha.  Że  była  to  dama  prawdziwie  niepospolita,  świadczył  entuzjazm,  z  jakim  poparła  projekt 

Emmy.

- Obróć no się, duszko. Jak też wyglądasz? Hmm, trzeba by wy watować ramiona, buty też na nic. 

Spadną z drobnych stóp, kiedy będziesz wchodziła po schodach. Każę mojej pokojowej poszukać 

czegoś odpowiedniejszego - oznajmiła - i z konspiracyjnym uśmiechem zniknęła za drzwiami.

Emma spojrzała na swoje odbicie w wielkim lustrze psyche. Lady Titheridge miała rację. Należało 

wywatować ramiona.

Po  chwili  w  małym  pokoju  pojawiła  się  Braddon  ze  swoją  panią,  zmierzyła  Emmę  fachowym 

spojrzeniem  i  zabrała  się  do  dzieła.  Wypchała  watą  ramiona  koszuli,  ślicznie  zawiązała  fular, 

pomogła  Emmie  nałożyć  kamizelki,  dobyła  z  woreczka,  który  przyniosła  ze  sobą,  męskie  buty. 

Uporawszy się z garderobą, posadziła dziewczynę przed toaletką, przyciemniła jej cerę kremem z 

małego słoiczka  ukrytego  w  kieszeni  fartuszka, włosy związała  w  zgrabny harcap  na  karku.  Gdy 

skończyła  swe  dzieło,  Emma  ujrzała  w  lustrze  obcego  młodzieńca:  lekko  opalony,  modnie 

uczesany,  w  fularze  zawiązanym  najnowszym  sposobem,  mógł  ujść  za  jej  brata  powracającego  z 

archeologicznej wyprawy.

- Teraz nikt mnie nie pozna - oznajmiła z nadzieją.

- Prawda, bardzo jesteś odmieniona - przyświadczyła lady Titheridge.

-  Proszę  mi  powiedzieć,  madame,  czy  sir  Peter  jest  człowiekiem  spostrzegawczym?  -  zapytała 

Emma, sprawdzając jednocześnie, jak też układa się surdut na plecach.

- Wybierasz się zobaczyć rozwijanie mumii! - zawołała przenikliwa dama. - Cóż, przypuszczam, 

że widzi to, co spodziewa się zobaczyć. Jak większość ludzi - dodała po chwili.

-  Och,  nie  chciałam  się  zdradzić.  Chyba  nie  umiem  zmyślać,  a  tak  bardzo  chcę  zobaczyć  tę 

mumię.  Kiedy  znalazłam  zaproszenie  adresowane  do  brata,  zdało  mi  się,  że  spadło  mi  z  nieba. 

Bardzo pani zgorszona?

-  Ani  trochę,  no,  w  każdym  razie  nie  bardzo.  Przekonasz  się,  że  masz  we  mnie  oddaną 

wspólniczkę.  Braddon  też  będzie  milczeć  jak  grób.  Mam  nadzieję,  że  zabierzesz  ze  sobą  blok 

rysunkowy i zrobisz kilka szkiców? - podsunęła chytrze dama. - Bardzom ciekawa mumii, ale ten 

wstrętny chłopak nie zaprosił mnie na rozwijanie.

- Chętnie, jeśli sir Peter nie wysunie obiekcji. Będę trzymać się z boku. Nie wiem, jak dobrze pani 

siostrzeniec  zna  George’a.  Przypominam  brata,  ale  nie  powinnam  rozmawiać  z  Dancym,  bo 

gotowam się zdradzić.  - Emma nie pojmowała jak lady Titheridge może  nazywać tak znamienitą 

osobę „chłopakiem”.

- Teraz się tym nie troszcz - odparła lady Titheridge z uśmiechem i zerknęła na przypięty do sukni 

zegarek.  -  Pospiesz  się,  moje  dziecko,  już  czas.  Rozwijanie  zacznie  się  pół  do  trzeciej,  a  zaraz 

druga.

background image

11

- Powiedzieć  Lelandowi,  by zawołał  fiakra,  panienko,  czy, za  pozwoleniem,  paniczu Cheney?  -

zapytała Braddon idąc ku drzwiom.

- Paniczu, na dzisiejsze popołudnie - odparła Emma.

- Dzielna z ciebie dziewczyna, moja duszko. Rzadko która panna ośmieliłaby się iść za porywem 

swego serca  takim  oto  sposobem.  Miej się na  baczności  i  nie pozwól,  by  cię zdemaskowano.  To 

byłaby katastrofa - przestrzegała lady Titheridge.

- Wiem, ale tak bardzo chcę widzieć tę mumię. George rzadko bywa w Londynie, niewielu ma tu 

znajomych,  a  i  ja  nie  robię  konkiety  w  wielkim  świecie.  Nikt  mnie  nie  rozpozna  -  powiedziała 

Emma z rozbrajającą szczerością.

- Uważaj, nic nie mów i trzymaj się na uboczu. - Wielka dama z błyskiem rozbawienia patrzyła 

przez okno, jak Emma wychodzi z domu i wsiada do fiakra. Lady Titheridge poprzysięgła sobie w 

tejże  chwili,  że  jej  protegowana  zrobi  „konkietę”  w  świecie.  Zacznie  od  wytwornych  środowych 

wieczorów w Almack. Lady Titheridge bywała na nich często i nigdy nie zauważyła tam Emmy. 

Postanowiła jechać do lady Safton, zawsze przychylnej debiutantkom.

Jadąc przez Mayfair Emma nerwowo zaciskała dłonie, świadoma niebezpieczeństwa demaskacji. 

Dojechawszy  na  miejsce,  opłaciła  fiakra  i  stanęła  przed  drzwiami  domu.  Głuchy  dźwięk  kołatki 

zabrzmiał  w  jej  uszach  niczym  wezwanie  na  Sąd  Ostateczny.  Otworzył  uśmiechnięty  lokaj  i  z 

atencją wprowadził ją do środka, gdy okazała zaproszenie George’a.

- Tędy proszę, panie Cheney - skłonił się.

Szczęśliwa,  że  lady  Titheridge  pomyślała  o  stosownych  butach,  Emma  ruszyła  za  nim  po 

schodach, lekko stąpając w wygodnych spodniach; dziw prawdziwy, że młodym damom nie wolno 

nosić odzienia, która daje tyle swobody.

Z  ulgą  dostrzegła,  że  salon  pełen  jest  gości.  Sami  mężczyźni,  stali  w  niewielkich  grupkach, 

zagłębieni w poważnych rozmowach. W drugim końcu sali na dębowym stole spoczywała mumia 

czekając  na  rozwinięcie  z  bandaży.  Emma  ledwie  zwróciła  uwagę  na  egzotyczne,  zdobne 

staroegipskimi  ornamentami  sprzęty i  przesunęła  się  do  kąta,  z  którego  mogła wszystko  widzieć, 

nie zwracając na siebie uwagi. Nie powinna była ważyć się na tę awanturę. Sir Peter, albo kto inny, 

w końcu na pewno ją spostrzeże, i co wtedy? Wpadła jak śliwka w kompot, ot co. Poczuła suchość 

w ustach i zatęskniła za łykiem wina, które wypatrzyła na stoliku opodal, ale to oznaczałoby pewną 

katastrofę, a nie śmiała prosić o szklankę wody. Raptem poczuła, że ktoś się do niej zbliża.

-  George,  miło  cię  widzieć.  Myślałem,  że  jesteś  w  Sussex  -  odezwał  się  miły  głos  o 

nieskazitelnym akcencie. Sir Peter, ani chybi.

Odwróciła się powoli, z nadzieją, że zmyli jego czujność. Serce waliło jej jak oszalałe.

- Nie przepuściłbym za nic takiej gratki - odparła głosem ćwiczonym ostatnimi dniami, a mającym 

przypominać głos George’a. Zerknęła w oczy sir Petera, ciekawa, czy zwiodło go przebranie.

background image

12

Nawet  mrugnięciem  oka  nie  dał  po  sobie  poznać,  jak  bardzo  wstrząsnęło  nim  to,  co  ujrzał. 

Młodzieniec  z  pozoru  przypominał  jego  przyjaciela,  ale  to  nie  George,  na  Boga.  Kto  zatem? 

Przyjmując  oszustwo  za  dobrą  monetę,  zamienił  kilka  słów  z  szachrajem,  po  czym  przeprosił  i 

pospieszył  odszukać  Radleya.  Jego  lokaj  miał  równie  jak  on  przenikliwe  oko.  Ciekawe,  co  też 

powie na tę dziwną maskaradę.

- Ostatni z przybyłych.

-  Tak  jest,  jaśnie  panie  -  odparł  Radley z  szacunkiem,  jedynie  uniesieniem  brwi  zdradzając,  że 

dostrzegł coś niezwykłego.

- Nic cię w nim nie zdziwiło? - Peter odwrócił lekko głowę nie chcąc tracić z oka tajemniczego 

gościa, który najwyraźniej stronił od reszty zebranych.

- Miał zaproszenie, a zdarza się nam wszak  przyjmować nieco delikatnych  dżentelmenów, czyż 

nie? - odparł Radley obserwując Emmę spod przymkniętych powiek. Jak zwykle jego odpowiedź 

przerodziła się w komentarz i jak zwykle wygłoszony z kamiennym obliczem.

Peter  powściągnął  uśmiech,  nie  przestając  spoglądać  na  młodzieńca,  który,  dobywszy  blok  zza 

pazuchy, zaczął szkicować zawiniętą ciągle mumię.

Raptem  zamarł.  Długie  nogi,  krągła  kibić,  nie  mogły  należeć  do  mężczyzny.  Dłonie  też  zbyt 

delikatne. Kobieta! Ale kto? Wysoka jak na niewiastę i zbyt jak na dziewczę postawna, chyba że tu 

i ówdzie wywatowała przyodziewek, istotnie przypominała jego przyjaciela na tyle, by zwieść tych, 

którzy raz czy dwa zetknęli się z wiecznie nieuchwytnym George’em Cheneyem.

Wreszcie  sobie  przypomniał.  George  miał  siostrę,  która  właśnie  teraz  chyba  powinna  być 

wprowadzana  w  świat.  Z  łatwością  mogła  posłużyć  się  zaproszeniem  brata,  Peter  nie  pojmował 

jednak, jakim  cudem wyobraziła sobie, że  kogokolwiek zwiedzie  swoją maskaradą. Najwyraźniej 

chciała  pozostać  nierozpoznana,  bo  speszyła  się  strasznie,  gdy  ją  zagadnął.  Zagadkowa  osoba. 

Zebrani w salonie nie zwracali najmniejszej uwagi na młodzieńca, skromnie szkicującego w swoim 

kątku,  i  okazującego  tym  samym  szacunek  należny  starszym,  którzy  traktowali  go  z  grzecznym 

lekceważeniem.

Uznawszy, że powinien działać, zanim ktokolwiek przyjrzy się bliżej intruzowi i nim wybuchnie 

skandal, Peter przeszedł do stołu, gdzie leżała mumia.

- Panowie, oto obiekt, który sprowadza was tutaj, mumia z Teb. - Począł snuć opowieść o tym, jak 

to  mumia  przybyła z  Egiptu  razem  z  innymi  starożytnościami,  które  jego  ojciec  pozyskał  tam  w 

interesie nauki. Do niedawna spoczywała w mrocznym magazynie, aż Peter postanowił, że spróbuje 

określić jej tożsamość, to zaś wymagało rozwinięcia bandaży.

Tu powoli, teatralnym gestem chwycił luźny koniec płótna. Emma ze swego kąta obserwowała z 

zapartym tchem jego poczynania. Miała już szkic zawiniętego ciała, teraz czekała, kiedy wyłoni się 

spod zwojów, by zrobić drugi rysunek. Nic nie uchodziło  jej uwagi: szczególny zapach unoszący 

background image

13

się w salonie, szorstka faktura bandaży, przedmioty należące do zmarłego, ukazujące się w miarę 

rozwijania, jak choćby duży, jasnobłękitny skarabeusz. Przesunęła się bliżej, chcąc go naszkicować. 

Kolejny amulet. Coraz bardziej zafascynowana, przysunęła się jeszcze bliżej.

Peter nie przestawał jej obserwować; tam, gdzie mógł oczekiwać waporów, dostrzegał niekłamane 

zainteresowanie.  Zerknął  na  Radleya,  który  starannie  zwijał  płótno,  numerował  każdy  zwój  i 

odkładał na stolik obok. I on obserwował Emmę i najwyraźniej był pod wrażeniem.

Peter układał  znalezione  amulety i  ozdoby  na krawędzi  stołu.  Młoda dama  zachłannie  rysowała 

jeden  po  drugim  całkowicie  zatopiona  w  pracy.  Na  widok  biżuterii  szeroko  otworzyła  oczy  w 

zachwycie. Jak  każda kobieta,  pomyślał jak  każdy  mężczyzna:  gotowa tracić  głowę dla ozdóbek, 

choćby należały do mumii.

Musiał jednak przyznać, że były naprawdę piękne. Zastanawiał się, czy amulety zostały ułożone w 

jakimś  porządku,  czy  też  na  los  szczęścia.  Pewnie  nigdy  się  nie  dowie,  ale  rad  był,  że  młoda 

artystka rysuje w takiej kolejności, w jakiej je znajdował.

Bóg mu ją chyba zesłał. Na próżno dotąd szukał kogoś, kto zgodziłby się rysować jego kolekcję. 

Widać  współcześni  artyści  uważali  szkicowanie  skarabeuszy  i  naszyjników,  nie  wspominając  o 

mumii, za rzecz poniżej ich godności.

Peterowi zabłysły oczy, gdy odwinąwszy wszystkie niemal bandaże, ujrzał naszyjnik wyjątkowej 

urody:  skarabeusz  z  jasnozielonego  kryształu  pośród  rzędów  lapis  lazuli  i  krwawnika,  z 

ornamentami  w  kształcie  stylizowanych  pączków  lotosu.  Podniósł  klejnot  z  namaszczeniem,  by 

pokazać  go  zebranym.  Cichy  okrzyk  zachwytu  w  innej  sytuacji  zdradziłby  artystkę,  ale  panowie 

zareagowali nie inaczej. Po salonie przeszedł szmer podziwu.

- Znalazłeś prawdziwy skarb, sir Peterze - przemówił pan Reginald Swinburne. - I pomyśleć, że 

tyle lat przeleżał w lamusie. Dobry żart.

- Samo złoto warte majątek - dodał Edward, lord Worcester, przysuwając się bliżej stołu, by lepiej 

widzieć klejnot godny królowej.

-  Szczęściarz,  kto  miał  takiego  ojca  -  westchnął  lord  Petersham  z  nieskrywaną  zazdrością. 

Ponieważ wszystkim było wiadome, że Petersham jest wiecznie w tarapatach finansowych, zebrani 

powitali tę uwagę głośnym śmiechem, który złagodził napięcie towarzyszące rozwijaniu bandaży.

- Radzę ci, mój stary, zatrudnić strażników, jeśli chcesz to wszystko trzymać w domu - odezwał 

się pan Swinburne.

Peter spojrzał na niego bez słowa i odłożył naszyjnik, by młody artysta mógł go narysować.

Nikt  nie  zwracał  uwagi  na  pracowicie  szkicującego  młodzieńca.  Wszyscy  widać  uznali,  że  to 

człek  najęty  przez  Petera,  i  nawet  nań  nie  spoglądali.  Na  szczęście,  gdyż  Peter  za  nic  nie  chciał 

skandalu.

Wreszcie  ukazało  się  ciemnobrązowe,  zasuszone  ciało  z  rękoma  skrzyżowanymi  na  piersi.  Na 

background image

14

ostatnim bandażu leżał pięknie rzeźbiony skarabeusz.

- Wnosząc po bogatych ozdobach, musiała być księżniczką. Zwróćcie uwagę na niewielki rozmiar 

czaszki i delikatną budowę kośćca. Żadnych śladów obrażeń.

- Nawet zęby ma w dobrym stanie - rzucił ktoś z zebranych.

- Widać nie lubiła słodyczy - zażartował niewybrednie ktoś inny.

Emma pragnęła, by sobie  poszli  i  zostawili  ją samą z  księżniczką.  Była pewna, że  sir  Peter nie 

myli się w swoich Przypuszczeniach. Ciało miało w sobie coś królewskiego, Mulety i klejnoty były 

tak piękne.

- Co zamierzasz uczynić z ciałem? - zapytał pan Swinburne okrążając stół z mumią.

- Rzecz wymaga namysłu. Może stworzę prywatne muzeum. Będzie mi trzeba pomocy, ale chyba 

właśnie znalazłem odpowiednią osobę. - Spojrzał na młodego artystę, ciekaw efektu, jaki wywarły 

jego słowa.

Emma  pobladła,  ale  nic  nie  rzekła.  Zaczęła  szkicować  ciało,  poświęcając  wiele  uwagi 

skarabeuszowi  umieszczonemu  na  sercu.  Chciała  jak  najlepiej  oddać  piękno  księżniczki.  Nie 

zauważyła nawet, kiedy wokół ucichły głosy. A potem zostały same w salonie.

Wróciwszy na górę, Peter przez chwilę spoglądał na pracującą artystkę. Podszedł do niej w końcu, 

nie oczekując wiele, gotów skorzystać z jej szkiców, skoro nie miał nikogo innego.

- Nie przestajesz rysować. Mogę zobaczyć te szkice, mój stary? - Peter postanowił zachowywać 

się tak, jakby dał się zwieść maskaradzie.

- Oczywiście. Gdzie się wszyscy podziali? Musi być strasznie późno - stwierdziła przerażona, gdy 

podniosła głowę. Peter pomyślał, że matka zasypie ją wymówkami, gdy córka o czasie nie wróci do 

domu.

Nie odpowiedział od razu, zaskoczony doskonałością rysunków łączących biegłość rzemieślnika z 

wrażliwością artysty. Nie mógł oczekiwać lepszych.

-  Są  wspaniałe.  Mogę  je  zatrzymać?  Chętnie  zapłacę  każdą  sumę,  jakiej  zażądasz.  I  tak 

zamierzałem wynająć rysownika, ale nie znalazłem takiego, który zgodziłby się rysować mumię.

- Chciałem popracować jeszcze nad nimi w domu, położyć kolor pastelami... - zaczęła.

-  Możesz  to  zrobić  tutaj.  Przyjdź  jutro,  popracujemy  razem.  Wiem,  jak  bardzo  zajmują  cię 

starożytności,  a  i  trochę  grosza  ci  wpadnie.  Wykopaliska  to  kosztowne  zajęcie...  musisz  opłacać 

robotników  -  nalegał  Peter  nie  chcąc  wypuścić  szkiców  z  ręki,  w  obawie,  że  może  je  stracić 

bezpowrotnie.

Zesztywniała w pierwszej chwili, po czym zaczęła rozważać jego propozycję. Peter wstrzymując 

oddech czekał na wynik pojedynku, który toczyła ze sobą. Trzeba jej pieniędzy? Zapewne tak jak 

większości młodych panien, a wiedział, że majątek Cheneyów nie należał do pokaźnych.

- Byłbym ci bardzo zobowiązany, gdybyś zechciał mi pomóc. Mam sekretarza, porządny chłopak, 

background image

15

ale nie umie nawet trzymać ołówka w dłoni.

- Przemyślę to. Wezmę jeden szkic naszyjnika. Zrobiłem dwa. Muszę brać już nogi za pas. Przyślę 

ci liścik.

Nic nie mógł zrobić, najwyżej wziąć ją w niewolę, cóż, kiedy czasy już nie te.

- Zechciej rozważyć moją ofertę, proszę. Naprawdę potrzebny mi ktoś do pomocy. Zważywszy, że 

masz własne zajęcia, przyrzekam, że nie zabiorę ci wiele czasu.

Za całą odpowiedź  skinęła ledwie głową i  podążyła ku drzwiom.  W jednej chwili była na dole, 

unosząc  ze  sobą  rysunek  naszyjnika.  Czując,  że  będzie  jej  spieszno,  Radley  zawołał  wcześniej 

fiakra.

Peter obserwował przez okno znikający za rogiem pojazd.

- Pojechała i nie zgadniesz,  czy kiedyś wróci. Niech to wszyscy diabli! Nie wiem nawet, kto to 

jest - zwrócił się do lokaja.

-  Może  pana  ciotka  wie,  która  z  młodych  dam  z  towarzystwa  zajmuje  się  rysowaniem.  Nie 

zaszkodziłoby pójść na jeden, drugi bal. A nuż ją pan znajdzie - rzucił Radley niby od niechcenia.

- Aha, chcesz mi znaleźć żonę, stary - zawołał Peter.

- Jakżebym śmiał, sir.

Obydwaj, nawykli do żartobliwych zwad, parsknęli śmiechem.

Peter zaczął rozważać sugestię podsuniętą przez lokaja, który, prawdę rzekłszy, bardziej był mu 

przyjacielem niż sługą, zważywszy wspólnie przeżyte lata. Radley miał rację. Powinien pojawić się 

w świecie, wprawiając Londyn w zdumienie. Kochana cioteczka podpowie mu, czyje zaproszenia 

Przyjąć.

Raczej  z  pośpiechem  niż  z  wdziękiem  Emma  zwolniła  fiakra  przed  domem  lady  Titheridge. 

Uśmiechnęła  się  z  ulgą,  gdy  Leland  otworzył  przed  nią  drzwi.  W  pokoju  na  piętrze  bekała  już 

Braddon.

-  Uspokój  się,  moja  duszko  -  rzuciła  lady  Titheridge  od  progu,  słysząc,  jak  Emma  ponagla 

pokojową. - Wierzę, że udobruchasz mamę, kiedy dasz jej to. - W dłoni trzymała wielce pożądane 

bilety wstępu do Almack, które powinny uśmierzyć ewentualne pretensje pani Cheney.

-  Och,  mateczka  będzie  uradowana  -  powiedziała  Emma  zdjęta  nabożną  zgrozą  na  myśl  o 

zmianach, które ją czekały.

- A teraz opowiedz mi wszystko. Jak było? Okropnie jest patrzeć na zasuszone ciało? Udało ci się 

zrobić szkice? - lady Titheridge zarzuciła ją pytaniami.

- Porywające popołudnie, milady. Ani trochę się nie bałam. Sir Peter powiada, że to księżniczka. 

Zrobiłam kilka szkiców, ale przyniosłam tylko jeden, pani siostrzeniec zatrzymał resztę.

-  Naszyjnik.  Jakie  to  niezwykłe...  i  jakie  podobne  do  naszych  obyczajów  -  zamyśliła  się  lady 

Titheridge.

background image

16

- Och, milady - przerwała jej Emma myśląc już o powrocie do domu. - Chce, żebym przyszła do 

niego jutro i dalej rysowała. Co robić?

- Nie wspomniał nic o przebraniu? - zapytała lady Titheridge spoglądając bystro na Emmę.

- Ani słówkiem, ale był zajęty mumią i gośćmi. Chyba nie zwracał na mnie uwagi.

Lady Titheridge zrobiła powątpiewającą minę, ale nic nie powiedziała,

- Co robić? - powtórzyła Emma.

-  Cóż,  myślę,  że  powinnaś  pójść.  Bóg  jeden  wie,  ile  czasu  uganiał  się  za  rysownikiem.  Ma 

łebskiego  sekretarza,  ale  chłopak  złamał  zdaje  się  rękę  czy  coś  takiego.  W  każdym  razie  Peter 

skarżył  się,  że  nie  ma  z  niego  żadnej  pomocy  przy  starożytnościach.  -  Lady  Titheridge  podała 

Emmie bilety do Almack.

- Nie wiem, czy wytrzymam to udawanie - westchnęła Emma posyłając lady Titheridge stroskane 

spojrzenie.

- Nonsens, moje dziecko. Na razie zostaw ubranie tutaj. Braddon się nim zajmie, ulepszy co nieco. 

Ważne,  żeby mój  siostrzeniec mógł  dalej pracować.  Zrobię wiele, by mu  w tym pomóc.  Bóg  cię 

zesłał, moja droga. Masz  śmiałość i talent. To nie potrwa długo. Podołasz.  Spróbuj - prosiła lady 

Titheridge.

- Nie wiem, milady. To wielkie ryzyko.

-  Ale  jakie  rozkoszne.  Pomyśl.  Żadna  zwykła  panna  nie  mogłaby  nawet  oglądać  tych 

starożytności, co dopiero dotykać. Będziesz rysowała kosztowności należące do księżniczki, która 

żyła tysiące lat temu. To zdarza się raz w życiu. Rzecz jest warta ryzyka.

-  Ryzyka?  -  powtórzyła  Emma  zastanawiając  się,  co  ma  do  stracenia.  Jeśli  zostanie 

zdemaskowana, przekreśli całą swoją przyszłość. Wybuchnie skandal. Czy waży się spędzić kilka 

dni w domu sir Petera rysując amulety? Na chwilę odsunęła na bok myśl o samym gospodarzu.

Dostanie za swoją pracę pieniądze, a to stanowiło nie lada pokusę przy braku zasobów. Jeśli ma 

pojawić się w Almack, białą muślinową suknię koniecznie trzeba zastąpić inną.

Widok biletów i perswazja przeważyły o decyzji.

- Spróbuję - powiedziała w końcu.

- No widzisz - w głosie lady Titheridge dało się słyszeć niekłamane zadowolenie.

Emma schowała bilety, chwyciła pelerynkę, pożegnała się pospiesznie i zbiegła na dół.  Zamiast 

fiakra czekał na nią powóz lady Titheridge. Na widok jej zaskoczonej miny Leland pozwolił sobie 

na niejaką poufałość:

-  Nasza  pani  jest  bardzo  panience  przychylna.  Ani  chybi  musi  jej  panienka  przypominać,  jaką 

sama  była  w  młodych  latach.  -  Z miną  taką,  jakby  powiedział  więcej  niż  powinien,  odprowadził 

Emmę do powozu.

Wracała do domu oszołomiona kłębiącymi się w głowie myślami. Jak przebrnie przez awanturę, 

background image

17

którą  sama  zaczęła?  Jak  powiedzieć  matce,  że  lady  Titheridge  prosiła  ją  o  pomoc?  Mateczka  nie 

powinna  o  nic  pytać,  rada  z  biletów  do  Almack.  Poranne  wyprawy,  kiedy  pani  Cheney  leżała 

jeszcze w łóżku, wydawały się bezpieczne.

-  Emmo,  moja  droga,  tak  późno  wracasz.  Mamy  jechać  wieczorem  do  opery z  panią  Bascomb. 

Gdzie się podziewałaś? - czyniła jej wyrzuty pani Cheney.

-  Lady  Titheridge  chyba  mnie  polubiła.  Spójrz,  co  mi  dała  na  pożegnanie.  -  Emma  podała  jej 

upragnione bilety.

- Almack? - Pani Cheney przytknęła chusteczkę do czoła, po czym sięgnęła po sole trzeźwiące. -

Będziesz  potrzebowała  nowej  sukni.  Niech  Bóg  błogosławi  panią  Bascomb,  że  namówiła  nas  na 

wieczór muzykujący u lady Titheridge. Jakie ja wiążę z tobą nadzieje, kochanie.

Były one niczym w porównaniu z nadziejami Emmy.

3

Emma wysłała posłańca z wiadomością dla sir Petera, powiadając sobie w duchu, że za późno na 

wahanie. Przyrzekła przecież lady Titheridge, że pomoże jej siostrzeńcowi. Matka jak zwykle leżała 

jeszcze w łóżku, kiedy wychodziła z domu. Powiedziała staremu Oldhamowi, że udaje się z wizytą 

do lady Titheridge, co o tyle było zgodne z prawdą, iż tam się miała przebrać i dopiero jechać do sir 

Petera.

Nie mogła się już doczekać, kiedy obejrzy jego kolekcję. To, co zdołała zobaczyć poprzedniego 

popołudnia,  podnieciło  tylko  jej  ciekawość.  Dom  urządzony  był  w  stylu  egipskim,  ściany 

pokrywały  niezwykłe  freski,  podobne  motywy  zdobnicze  dostrzegła  na  meblach.  Czy  były 

wygodne? A może sir Peter był zbyt zajęty, by zwracać uwagę na wygodę. Ze swoim naukowym 

podejściem do starożytności nie sprawiał ważenia dandysa.

Tak,  na  pewno  był  szczególnym  człowiekiem.  Ubrany  podług  ostatniej  mody,  a  jednak  z 

powściągliwą  elegancją,  całkowicie  pochłonięty  swoją  pasją.  Z  tego,  co  mówiła  lady  Titheridge, 

należało wnosić, że nie zaprząta sobie myśli małżeństwem i nie szuka żony. Rzecz w najwyższym 

stopniu intrygująca.

Zbliżała się do domu na Bruton Street z lekkim drżeniem serca. Po wysłaniu liściku pokolorowała 

z pamięci rysunek naszyjnika i teraz była ciekawa, czy trafnie oddała barwy. Wpuścił ją ten sam 

wesoły lokaj,  tak  inny od  mającego ciągle  muchy  w  nosie  Oldhama.  Gdy  powitał  ją  uśmiechem, 

poczuła się trochę pewniej.

- Mam pomóc sir Peterowi - oznajmiła niskim głosem.

-  Tędy  proszę,  sir.  -  Lokaj  poprowadził  ją  do  obszernego,  dobrze  oświetlonego  gabinetu,  gdzie 

pod ścianami stały gabloty z egipskimi artefaktami, a na środku wielki mahoniowy stół, na którym 

background image

18

leżały  rysunki  Emmy.  W  powietrzu  unosił  się  drażniący  nozdrza  zapach  starości.  Emma 

zmarszczyła nos i postanowiła, że następnym razem przyniesie cynamonowe pot-pourri.

- Wspaniale, że jesteś, George. Nie wiesz nawet, jakem rad z twojej pomocy. Rozwinąłeś zapewne 

talent szkicując te twoje rzymskie wykopaliska. - Do pokoju wszedł sir Peter. - Zamierzasz wrócić 

do Sussex, kiedy pogoda się poprawi?

O  ile  Emma  wiedziała,  kiepska  pogoda  nie  była  w  stanie  oderwać  brata  od  jego  zajęć.  Nawet 

gdyby padał deszcz i śnieg, George znalazłby coś do roboty. Nie podnosząc wzroku skinęła głową. 

Im mniej będzie mówić, tym lepiej.

-  Wybacz  szczerość,  ale  coś  mizernie  mi  wyglądasz  -  powiedział  sir  Peter  nie  czekając  na 

odpowiedź i zerkając na Emmę spod oka. - Musisz dbać o zdrowie. Znasz to powiedzenie: troszcz 

się o siebie, bo nikt inny troszczyć się o ciebie nie będzie - oznajmił, śmiejąc się z własnego bon 

mot i podszedł do rysunków.

-  Co  ty  na  to,  żeby  pokolorować  dzisiaj  te  rysunki  i  skatalogować  amulety,  które  wczoraj 

znaleźliśmy?

- Masz kłopoty z katalogowaniem? - zapytała próbując mówić głosem George’a.

- Bazgrzę jak kura pazurem - zwierzył się sir Peter z błyskiem rozbawienia w oku. - Zdałaby mi 

się twoja pomoc w tej materii. Mój sekretarz złamał w zeszłym tygodniu rękę, a wnosząc z liściku, 

który  mi  przysłałeś  rano,  masz  ładny  charakter  pisma.  Zapłacę  dodatkowo.  Będziesz  mógł 

przeznaczyć  te  pieniądze  na  wykopaliska.  Nie  chcę  cię  wykorzystywać.  Zastanów  się  nad  moją 

prośbą.

Zrobił przesadnie strapioną minę i przeszedł do sąsiedniego pokoju, gdzie na biurku piętrzyła się 

sterta papierów. Biedaczysko. Pozbawiony sekretarza, rzeczywiście potrzebował  pomocy, ale ona 

nie musiała aż tak rozpaczliwie zdobyć pieniędzy, by podejmować tego rodzaju ryzyko.

Zerknęła na kieszonkowy zegarek, który lady Titheridge kazała jej wziąć ze sobą, i przeraziła się, 

jak  szybko  minął  poranek.  Odłożyła  rysunki  i  podeszła  do  sir  Petera  męczącego  się  nad  kartami 

katalogowymi;  niezadowolony  z  siebie  mruczał  pod  nosem  przekleństwa,  których  wolałaby  nie 

słyszeć.

-  Muszę  kończyć  na  dzisiaj,  sir  Peterze.  Przyjdę  jutro,  jeśli  sobie  życzysz.  -  Stała  w  progu, 

zastanawiając  się,  czy  nie  powinna  namówić  mateczki,  by  czym  prędzej  wyjechały  na  wieś 

umykając przed niebezpieczeństwem. A jednak korciło ją, by nadal rysować przedmioty z kolekcji. 

Nie przyszło jej wcale do głowy, że bardzo pociąga ją sam gospodarz.

- Nie pamiętam, żebyśmy byli na pan, mój stary - powiedział sir Peter z uśmiechem. - Dla ciebie 

jestem po prostu Peter. Przyjdź jutro, jeśli łaska. Przy okazji, jak się miewa twoja siostra? Jest w 

Londynie? - Sir Peter pochylił głowę niby to pochłonięty notatkami.

- Emma jest w mieście. Mateczka okropnie przejęta jej debiutem. Wiesz, jak to jest.

background image

19

- Była już na tańcach w Almack? - zagadnął od niechcenia, zerkając na Emmę.

Pomyślała, że ma niezwykłe oczy. To przejrzyste niczym morska woda rozjaśniona słonecznymi 

refleksami, to ciemne niczym zieleń mrocznej puszczy.

- Nie wiem - odparła, nie mając pojęcia, czego oczekiwać po środowym wieczorze. - Zdaje się, że 

idzie tam w tym tygodniu przyznała bezmyślnie, w chwili umysłowego zaćmienia. Jedyna pociecha 

w tym, że sir Peter nigdzie nie bywał.

-  To  miło  -  oznajmił  z  nosem  w  papierach.  -  Do  zobaczenia  jutro.  Naprawdę  doceniam,  co  dla 

mnie robisz.

Uszczęśliwiona, że pomaga w tak poważnym przedsięwzięciu naukowym, przemknęła przez hol. 

Radley pożegnał ją i poszedł do pana.

- Dowiedział się pan czegoś ciekawego, sir?

- To Emma Cheney. W tę środę wybiera się do Almack.

- Lady Titheridge może być pomocna - podsunął Radley.

- Może, może - mruknął Peter wracając do pracy. Radley skłonił się i poszedł do kuchni po kawę i 

ulubione bułeczki swego pracodawcy. Postawił tacę na biurku i cicho wycofał się z pokoju.

U lady Titheridge Emma została zasypana pochwałami.

-  Cudowna  z  ciebie  dziewczyna  -  oznajmiła  stara  dama,  gdy  Emma  wróciła  do  swej  zwykłej 

postaci.

- Dziękuję. Mateczka ucieszyłaby się, gdyby jakiś dżentelmen był tego samego zdania. Zamartwia 

się, że nie mam konkurentów. Ona była w młodości prawdziwą pięknością.

-  I  ty znajdziesz  adoratorów,  zapamiętaj  sobie  moje  słowa.  Braddon,  musimy  zadbać  o  wygląd 

Emmy.

- Co panienka myśli włożyć na tańce? - zapytała Braddon oglądając Emmę ze wszystkich stron.

Dziewczyna spojrzała na nią bezradnie. Wnosząc z miny pokojówki, musiała wyglądać okropnie.

- Mateczka chciała zamówić nową suknię, ale krawcowa nie zdąży na czas.  Tyle  panien staluje 

nowe toalety.

- Włożysz zatem...? - zapytała lady Titheridge.

-  Tę  samą  suknię,  którą  miałam  na  wieczorze  muzycznym.  Aż  strach  pomyśleć,  co  powie  pan 

Brummell widząc, że nie mam nic innego. - Emma nie próbowała nawet kłamać. I tak wszyscy w 

Londynie wiedzieli, jakie kto ma widoki i zasoby.

-  Przynieś  jutro  tę  suknię.  Braddon  potrafi  być  cudotwórczynią,  kiedy  trzeba  przerobić  ładny 

fatałaszek, a z tego, co pamiętam, tamtego wieczoru u mnie wyglądałaś naprawdę ślicznie.

Emma uśmiechnęła się z wdzięcznością. Gdyby jej mateczka rzekła czasami dobre słowo, zamiast 

ciągle ją łajać, że źle siedzi lub stoi, byłaby pewniejsza siebie.

background image

20

Wtorkowy wieczór spędziła ucząc się kroku walca, w razie gdyby ktoś ją poprosił do tego nieco 

gorszącego  tańca.  Partnerem  był  ojciec,  który  wprawdzie  rzadko  bywał  w  świecie,  ale  lubił  od 

czasu do czasu zatańczyć.

-  Uważaj,  Emmo,  jak  to  idzie  -  powiedział  ujmując  żonę  wpół  i  zaczął  wirować  po  salonie  w 

zachwycającym rytmie. Chwilę patrzyła wybijając takt stopą, po czym sama zaczęła pląsać, szybko 

podchwytując prosty krok, tak odmienny od kadryla czy kotyliona.

- Pojętna jesteś - pochwalił ojciec.

- Żeby tylko ktoś poprosił ją do tańca - mruknęła pani Cheney w chusteczkę. - Chociaż wcale nie 

jestem pewna, czy młode panny powinny tańczyć walca. Od tego tylko puste myśli przychodzą do 

głowy.

-  Jak  dziewczyna  płocha,  to  i  walc  wyda  się  jej  płochy  -  powiedział  pan  Cheney  i  umknął  z 

salonu, zanim żona zdążyła znaleźć mu kolejne zajęcie.

Wychodząc z domu następnego ranka, Emma zabrała białą muślinową suknię i cynamonowe pot-

pourri. Fanny zaciekawiła się, dlaczego jej panienka wynosi strój, w którym miała wystąpić tego 

samego wieczoru, ale nie otrzymała wyjaśnień.

Braddon oceniła fachowym okiem toaletę, pomogła Emmie przebrać się w strój brata i wyprawiła 

ją na Bruton Street. Gdy dziewczyna wyszła, lady Titheridge wezwała pokojówkę.

- Da się coś zrobić z tą suknią?

- Niewiele, jaśnie pani. Suknia przyzwoita, ale nie do poprawki. - Tego się obawiałam. Zawieźmy 

ją do madame Clotilde.

Ubiera mnie od niepamiętnych czasów, już ona powinna znaleźć coś stosownego dla Emmy.

Obydwie kobiety niemiłosiernie wcześnie wybrały się do pracowni krawieckiej. Lady Titheridge 

nie chciała, by ktokolwiek poza madame Clotilde wiedział, co ją sprowadza.

Emma wchodziła do domu przy Bruton Street jeszcze bardziej niespokojna niż poprzedniego dnia. 

Czy nie zostanie aby zdemaskowana?  Ledwie zwracała uwagę na wnętrza, które mijała. Serce jej 

łomotało na myśl o kolejnym dniu i czekającej ją przyjemności.

-  Sir  Peter  jest  w  tej  chwili  zajęty, ale  pańskie  przybory są  tam,  gdzie  je  pan  wczoraj  zostawił. 

Jakieś życzenia? Może podać kawę albo herbatę? A może kieliszek wina? - zaproponował pogodny 

jak zwykle Radley.

-  Herbatę,  jeśli  można.  Paskudna  dzisiaj  mżawka  -  mruknęła  Emma  sadowiąc  się  na  swoim 

miejscu i stawiając przed sobą mały słoiczek z pot-pourri. W gabinecie rozszedł się miły zapach. 

Kiedy Radley wniósł dzbanek z herbatą i ciasteczka imbirowe, nie podniosła nawet głowy.

Nieco później usłyszała hałas. Drgnęła. W progu stał zafrasowany sir Peter.

background image

21

-  Niech  to  wszyscy  diabli.  Że  też  mój  sekretarz  musiał  złamać  rękę  akurat  teraz,  gdy  go  tak 

potrzebuję.  Nie  potrafię  przyzwoicie  pisać,  ciągle  sadzę  kleksy,  a  muszę  wysłać  dzisiaj  list. 

Mógłbyś może...? - spojrzał błagalnie na Emmę.

- Mógłbym spróbować, ale to oznacza, że będę dłużej pracować nad rysunkami.

- Nie szkodzi  - powiedział  sir Peter i  machnął  dłonią,  jakby chciał  usunąć  wszelkie  ewentualne 

przeszkody.

List  okazał  się  niezwykle  zajmujący.  Sir  Peter  zwracał  się  do  wysokiego  urzędnika  rządu  w 

Egipcie o zgodę na prowadzenie poszukiwań w dorzeczu Nilu. Brzmiało to jak zapowiedź wielkiej 

przygody. Skończyła przepisywać tekst i westchnęła głęboko.

Peter stał niepokojąco blisko i patrzył jej przez ramię z prawdziwą satysfakcją.

-  Znakomicie.  Piszesz  nawet  ładniej  niż  mój  sekretarz.  Emma  z  uśmiechem  skinęła  głową  i 

wróciła do swoich rysunków. Coś dziwnego się z nią działo, gdy sir Peter był w pobliżu. Cokolwiek 

to było, czuła się pewniej i swobodniej, gdy zachowywał dystans. Z wybiciem dwunastej wyszła i 

czym prędzej udała się do lady Titheridge.

Leland  zaprowadził  ją  do  tego  samego,  co  zawsze  pokoju,  gdzie  oczekiwały  już  dwie 

konspiratorki.  Gdy  Braddon  pomogła  jej  zdjąć  ubranie  George’a,  lady  Titheridge  dotąd  krążąca 

niespokojnie, zatrzymała się przed Emma.

- Mam nadzieję, że przyjmiesz rzecz bez urazy, ale nic się nie dało zrobić z twoją śliczną suknią. 

Nie chciałyśmy jej zepsuć. Emma skinęła głową.

- Rozumiem, jaśnie pani. Włożę ją i niech kto spróbuje tylko krzywo spojrzeć, że mam na sobie 

znowu tę samą toaletę.

-  Otóż,  moja  duszko,  mam  pomysł.  Zobacz  czy  nie  zdałaby  ci  się  moja  suknia.  Pokaż  no  ją, 

Braddon.

Na te słowa  pokojówka  zaprezentowała zapierające  dech  w piersiach  cudo  z  krepy wyszywanej 

srebrem i  przybranej koronką,  z  pysznym  haftem  u dołu i  przy dekolcie;  strój  prosty, a przy tym 

niezwykle wytworny.

- Nie mogę jej przyjąć. Wygląda, jakby nikt jej jeszcze nie nosił - słabo zaprotestowała Emma.

-  Prawdę  mówiąc,  jest  nowa.  Ja  jestem  za  stara  na  taką  toaletę,  a  nie  mam  ochoty  zwracać  jej 

krawcowej. - Lady Titheridge posłała Braddon znaczące spojrzenie.

Słowa te zabrzmiały prawdziwie, niemniej Emma przyjrzała się bacznie damie. Pokusa była tak 

wielka, że nie potrafiła się oprzeć.

- Będę bardzo uważała - obiecała z przejęciem.

- Ależ jest twoja. Mnie na nic się nie zda.

Emma przemogła zwykłą nieśmiałość i ucałowała swoją dobrodziejkę; spiekła przy tym raka.

-  Jak  minął  poranek?  Mam  nadzieję,  że  dobrze.  Jedź  teraz  do  domu  i  odpocznij  przed 

background image

22

wieczornymi tańcami - powiedziała lady Titheridge, odprowadzając ją do schodów.

Emma wyszła oszołomiona. W tym stanie znalazła ją Fanny, gdy przyszła wieczorem asystować 

przy wkładaniu nowej toalety. Dziewczyna zasypała panią pytaniami na temat wspaniałej kreacji, 

ale niczego się nie dowiedziała.

-  Skąd  ta  suknia,  moja  droga?  -  zawołała  matka,  gdy  Emma  stanęła  przed  nią.  W  ruch  poszła 

buteleczka  z  solami  trzeźwiącymi.  Pani  Cheney  osunęła  się  na  fotel  niezdolna  odgadnąć,  jakim 

sposobem córka zdobyła tak kosztowny strój.

- Dała mi ją lady Titheridge. Nie chciała słyszeć o odmowie. Twierdzi, że zamówiła ją dla siebie, 

ale jest na nią za stara. Mogę ją zatrzymać... jeśli się zgodzisz.

Niezdolna  zlekceważyć  takiej  wspaniałomyślności,  pani  Cheney  przez  całą  drogę  do  Almack 

opowiadała, jakie  to  szczęście, że  droga  Bascomb  zaprowadziła je na  wieczór muzyczny do lady 

Titheridge. Emma, przejęta jak nigdy, sama nie wiedziała, kiedy trajkotanie matki ustąpiło miejsca 

słodkim dźwiękom muzyki. Tak czy inaczej, postanowiła dobrze się bawić, nie zwracać uwagi na 

baczne  spojrzenia  matron,  a  nawet  wypić  kieliszek  wina.  Dzisiejszym  tańcom  patronowały  trzy 

damy: lady Sefton posłała jej słodki uśmiech na powitanie.

-  A  więc  to  ty  jesteś  młodą  przyjaciółką  naszej  Evelyn.  Przyrzekłam  jej,  że  zatańczysz  dzisiaj 

walca - oznajmiła wspaniałomyślnie, po czym zajęła się następnymi przybywającymi.

Emma skinęła tylko głową, zbyt przejęta, by udzielić inteligentnej odpowiedzi.

Pani  Cheney  oszołomiona  nie  mniej  niż  córka  skierowała  się  w  stronę  znajomych  dam.  Emma 

została  przedstawiona  paniom,  innym,  poznanym  wcześniej,  skłoniła  się  uprzejmie,  w  końcu 

dojrzała lady Amelię Littleton, koleżankę z pensji, i wdała się w ożywioną pogawędkę.

Nie  mogła  uwierzyć,  że  jest  wreszcie  w  miejscu  stanowiącym  przedmiot  marzeń  tylu  panien. 

Obecność na  tańcach  w  Almack  oznaczała  szczyt  dobrego  tonu,  tylko  prezentacja  przed  królową 

uchodziła za większy honor, ale tu zdania były podzielone.

- Chyba zemdleję - oznajmiła lady Amelia wypowiadając głośno obawy Emmy.

Wieczór jednak upływał bez zakłóceń. Gdy pojawił się pan Brummell, wśród zebranych przeszedł 

głośny szept podniecenia. Wolna od lęku Emma powitała go uśmiechem. Na jego twarzy pojawił 

się wyraz zaskoczenia.

- No i wreszcie tu jestem. Pan zdziwiony? - szepnęła zza wachlarza, gdy podszedł.

- Wniosłaś tu powiew świeżego powietrza, moje dziecko. Skąd ta zmiana? Wyglądasz wspaniale -

zmierzył bacznym wzrokiem suknię, nie pomijając żadnego szczegółu.

- Lady Titheridge. Więcej nie mogę powiedzieć, ale jest dla mnie niczym dobra wróżka. - Emma 

mrugnęła do Brummella, rozbawiona jego rezerwą.

- Zajmujące. Widzę, że jej siostrzeniec zaszczycił nas dzisiaj swoją obecnością. Niebywałe. Pójdę 

się z nim przywitać. Trzeba nadążać za najnowszymi ploteczkami.

background image

23

Gdy Dandy ruszył w stronę sir Petera, Emma osunęła się bez sił na krzesło. Co za pech! A jeśli 

podejdzie do niej? Albo nie daj Boże poprosi do tańca? Serce trzepotało w piersi niczym spłoszony 

ptak. Bała się, że może po raz pierwszy w życiu zemdleć.

- Jesteś niesamowita - szepnęła lady Amelia zdumiona zażyłością Emmy z Brummellem.

- Wreszcie będziesz miała sposobność poznać sir Petera. Zdaje się, że idzie tutaj - westchnęła z 

nadzieją pani Cheney.

Zdjęta  zgrozą  Emma  przyjęła  zaproszenia  jakiegoś  młodzieńca,  który  pojawił  się  u  jej  boku 

zaintrygowany rozmową Brummella z nie znaną nikomu panną.

Peter  zatrzymał  się,  śledząc  Emmę  ze  zdumioną  miną,  Schwycony  jej  urodą,  delikatną  skórą 

proszącą  o  dotknięcie,  buzią  otoczoną  niesfornymi  lokami,  jej  wdziękiem  w  tańcu.  Wreszcie  się 

ocknął. Gdy Emma wróciła do matki, podszedł do niej z lady Sefton. W oczach hrabiny iskrzyło się 

niekłamane rozbawienie.

-  Droga panno  Cheney,  pozwól  przedstawić  sobie sir  Petera Dancy’ego.  Chciałby prosić  cię  do 

walca. Powiada, że jako przyjaciółka jego ciotki, zechcesz przyjąć zaproszenie.

Emma podała mu dłoń, bąkając coś w odpowiedzi, i podążyła na parkiet, jakby szła na ścięcie... 

odrętwiała, przerażona, modliła się w duchu, by czym prędzej było po wszystkim.

Czar  muzyki  rozproszył  nieco  jej  lęki,  odprężyła  się.  Sir  Peter  mówił  jakieś  banały  na  temat 

walca. Ledwie odważyła się zerknąć na niego, pobladła na dźwięk następnych słów.

-  Jesteś  pani  bardzo  podobna  do  swojego  brata,  tylko,  ma  się  rozumieć,  o  wiele  ładniejsza  -

powiedział ze śmiechem.

Emma odpowiedziała nikłym uśmiechem, pragnąc, by taniec czym prędzej się skończył. Znowu, 

jak wcześniej, poczuła, że brak jej tchu, że tkwi w ciasnej pułapce. To pewnie dlatego, że tańczą tak 

blisko siebie, z ich ciał zdaje się promieniować nieznośny żar, a on wpatruje się w nią tymi swoimi 

zielonymi oczami.

- Rzadko widuję Goerge’a. Ciągle nie ma go w domu. Ma swoje zajęcia - powiedziała uprzedzając 

kolejne pytania.

- Bardzo mu jestem wdzięczny za okazaną mi pomoc. Nie wiem, co bym bez niego począł. Jego 

talent  wart  jest  fortuny.  -  Sir  Peter  posłał  jej  oszałamiający  uśmiech.  Czemu  tak  się  uśmiecha, 

przyprawiając ją o niespokojne drżenie serca?

- Ma piękny charakter pisma i wspaniale rysuje. Bardzo jestem rad, że namówiłem go do pomocy.

Emma zerknęła na niego, niepewna, czy się nie przesłyszała.

- To bardzo miłe - oznajmiła, gdy nic mądrzejszego nie przyszło jej do głowy.

Taniec dobiegł wreszcie końca i sir Peter odprowadził ją do oniemiałej ze szczęścia matki.

Skłonił się pani Cheney, po czym zwrócił do Emmy:

- Pani karnecik zapewne już wypełniony, ale może doproszę się jeszcze jednego tańca?

background image

24

Emma bez zastanowienia pozwoliła, by zajrzał do jej karnetu. Spoglądała przerażona, jak wpisuje 

swoje nazwisko przy kolejnym walcu. Miała wrażenie, że w jego uśmiechu dostrzega lekką kpinę, 

ale co można rzec, gdy matka nastawia uszu? Miała ochotę wyjść stąd natychmiast i umrzeć cicho.

Do następnego tańca poprosił ją lord Worcester. Emma rzuciła matce bezradne spojrzenie, ale ta 

nieznacznym gestem nakazała jej przyjąć zaproszenie, układając sobie zapewne w głowie opowieść 

o powodzeniu córki, którą jutro podzieli się z panią Bascomb.

Na  szczęście  zagrano  szkockiego  chodzonego,  żywy  taniec,  który  każe  zachować  partnerom 

niejaki  dystans.  Lord  Worcester  nie  miał  okazji  zadać  żadnego  pytania.  Amelia  obserwowała  ją 

uważnie,  ale  Emma  nie  miała  czasu  zastanowić  się  nad  znaczeniem  jej  spojrzeń,  spłoszona 

widokiem sunącego ku niej pana Reginalda Swinburne’a. Nie spodziewała się ujrzeć go w Almack. 

Odziany był  z  przesadną  elegancją: mocno watowany, niezwykle długi  surdut,  obfity fular, który 

krępował  szyję  i  w  niczym  nie  przypominał  wytwornego  halsztuka  pana  Brummella,  do  tego 

wąskie spodnie, spod których ukazywały się jedwabne skarpety w czarne prążki.

- Mogę  prosić  o  taniec,  panno  Cheney?  -  zapytał  z  nieznacznym  ukłonem,  jakby  strój  w 

poważnym stopniu krępował Jego ruchy.

Widząc,  że  sir  Peter  zmierza  w  jej  kierunku,  Emma  zapragnęła  zniknąć  mu  z  oczu.  Poza  tym 

niegrzecznie byłoby odmówić panu Swinburne’owi.

Zgodziła  się  uprzejmie  i  pozwoliła  poprowadzić  na  parkiet.  Chodź  jej  partner  poruszał  się 

sztywno, prowadził z nieoczekiwaną gracją.

- Znam dobrze pani brata, panno Cheney. Bardzo pani do niego podobna. Miły z niego chłopak -

oznajmił poważnie, gdy zaczęli tańczyć.

Emma  miała  ochotę  parsknąć  śmiechem.  George  dobrym  znajomym  tego  nadętego  fircyka? 

Absurd.  Pohamowała  się  w  porę,  wiedząc,  że  na  tańcach w  Almack  nie  może  sobie  pozwolić  na 

najmniejsze uchybienie formom.

W  końcu  nikt  dotąd  nie  oskarżył  jej,  że  podszyła  się  pod  swojego  brata,  za  co  była  pokornie 

wdzięczna światu. Nadeszła pora walca, którego zamówił sir Peter. Poczuła łaskotanie w gardle i 

nieopanowaną  chęć  do  śmiechu.  To  z  nerwów,  powiedziała  sobie,  gotując  się  do  tańca.  Gdy 

poczuła, jak jego dłoń w rękawiczce obejmuje ją w talii, zrobiło się jej słabo. Och, za nic nie może 

okazać, co odczuwa. Wywierał na niej coraz potężniejsze wrażenie. Powinien trzymać się z daleka.

Z rezygnacją spojrzała mu w oczy.

- Dziwne mi widzieć tu pana. Ktoś wspomniał, że nie bywasz na podobnych spotkaniach.

- Chciałem zrobić przyjemność ciotce - powiedział obojętnie, wykonał zgrabne pas i zerknął na 

bok. Idąc za jego wzrokiem Emma dojrzała lady Titheridge w towarzystwie hrabiny Sefton. Skinęła 

paniom głową i ponownie spojrzała na sir Petera.

- Pan musisz być bardzo przywiązany do ciotki. To zachwycająca dama.

background image

25

-  Uczyniłbym  dla  niej  wszystko  -  przyznał.  Emma  i  jej  matka  opuściły  Almack  zupełnie 

wyczerpane. Pani Cheney wprost nie posiadała się z radości, że jej ukochane dziecko odniosło taki 

sukces. Emma była szczęśliwa, że uszła cało. Nie miała pojęcia, czy będzie w stanie wstać rano, by 

pójść  do  sir  Petera.  Musi  jednak  iść,  przekonać  się,  czy  ją  rozpozna.  Miała  wrażenie,  że  kręci 

powróz na własną szyję.

4

Kiedy  otworzyła  oczy  następnego  ranka,  zerknęła  na  zegar  stojący  na  kominku,  a  widząc,  jak 

późna  już  godzina,  wyskoczyła  pospiesznie  z  łóżka.  Do  pokoju  weszła Fanny z  filiżanką  gorącej 

czekolady.

- Powitać, panienko. Wiedziałem, że panienka dzisiaj dłużej sobie pośpi. Późno panienka wczoraj 

wróciła.

Emma  z  przyjemnością  wypiła  ciepły  napój  i  zaczęła  poranną  toaletę.  Uznawszy,  że  wszystko 

jedno, w czym pójdzie  do lady Titheridge,  skoro  i  tak natychmiast się  u niej przebierze, wybrała 

prostą zieloną suknię.

- Panienka chyba nie wychodzi? - zawołała zgorszona Fanny, widząc, że Emma sięga po kapelusz.

- Lady Titheridge mnie oczekuje - rzuciła Emma i zostawiła Fanny narzekającą na młode damy, 

które samopas wybiegają rano z domu, nie bacząc na dobre obyczaje. Prawda, że powinna wziąć ze 

sobą pokojówkę, ale ta, choć Imienna, miała długi język.

Lady  Titheridge  jeszcze  spała.  Emma  szepnęła  więc  Braddon,  ze  lepiej  nie  przeszkadzać  pani. 

Przebrała się w mgnieniu oka i ruszyła do domu sir Petera, gdzie uśmiechnięty, jak zwykle, lokaj 

zaprowadził ją do gabinetu. Zerknęła na zegarek. Nie minęła godzina od chwili, gdy wstała z łóżka. 

Pobiła rekord.

- Co pan powie na filiżankę herbaty i ciasteczka, sir?

Emmie zaburczało w brzuchu. Radley podniósł lekko brwi.

-  Obawiam  się,  że  pan  dziś  na  czczo.  Może  zechce  pan  przejść  do  śniadaniowego  i  dotrzymać 

towarzystwa  sir  Peterowi,  nie  skończył  jeszcze  jeść.  -  Lokaj  czekał  cierpliwie,  ona  tymczasem 

wahała się, czy powinna zaspokoić głód, czy też trzymać się z dala od sir Petera. Wreszcie Radley 

podjął za nią decyzję.

-  Proszę  za  mną,  sir.  Stół  zastawiony,  a  sir  Peter  się  ucieszy.  Pomyślała,  że  bardzo  musi  być 

spoufalony ze  swoim panem, po czym  doszła do wniosku, że samotny kawaler potrzebuje jakiejś 

przyjaznej duszy.

- Nie spodziewałem się ciebie tak wcześnie dzisiejszego ranka - powiedział sir Peter odkładając 

widelec i wstając zza stołu.

background image

26

Emma  patrzyła  na  niego  zbita  z  tropu.  George  nie  opuszczał  przecież  domu  poprzedniego 

wieczoru, w każdym razie sir Peterowi nic o tym nie było wiadomo.

- Twoja siostra narobiła pewnie wczoraj zamieszania swoim późnym powrotem do domu. Trudno 

spać w takich okolicznościach - pospiesznie dodał sir Peter.

- Poznałeś ją? - zapytała ostrożnie.

Skinął głową i nałożył sobie plasterek szynki.

- Jedz, nie certuj się. Radley, przynieś jeszcze kawę. A może wolisz herbatę?

- Herbatę, jeśli można - odparła Emma. Radley zniknął.

- Coś mi się widzi, że ostatniej nocy spałeś równie kiepsko jak ja. Wyglądasz na zmordowanego.

Emma skinęła głową, przełykając jawny przytyk.

- Londyn jest okropnie hałaśliwy, nawet nocą. Wolę wieś.

- Tak, pośród ruin zażywasz ciszy. Powiedz mi, co spodziewasz się znaleźć w Sussex? - zagadnął 

sir Peter smarując grzankę masłem.

Emma  poczuła  się  pewniej,  kiedy  zabrała  się  do  jedzenia.  Czy  może  być  coś  lepszego  niż 

angielskie śniadanie?

-  Skarb  -  odparła  sądząc,  że  to  właśnie  powinien  powiedzieć  George.  -  Jestem  pewien,  że 

Rzymianie musieli zostawić na naszej ziemi mnóstwo klejnotów i monet, kiedy wycofywali się w 

pośpiechu.

- Trudniej będzie je odnaleźć niż miejsce pochówku egipskiej księżniczki - powiedział sir Peter.

Emma usiłowała sobie przypomnieć, co wie o rzymskich obrzędach pogrzebowych, i chociaż nie 

była  to  pokaźna  wiedza,  pod  koniec  śniadania  czuła  się  całkiem  swobodnie  w  towarzystwie 

człowieka, którego postanowiła wyprowadzić w pole.

Gdy weszli do gabinetu i ujrzała ciało egipskiej księżniczki, zatrzymała się w progu; dopiero po 

chwili postąpiła krok do przodu.

- Rzućmy na nią okiem. Nie wiem, czy ją na powrót owinąć bandażami. Co sądzisz? - zapytał sir 

Peter.

Emma dostrzegła kątem oka równo ułożone zwoje płótna i pokręciła głową.

- Nie wyobrażam sobie, żebyś potrafił powtórzyć to, co zrobiono całe wieki temu. Zostaw ją, tak 

jak jest. - Podeszła do stołu i dotknęła palcem dłoni księżniczki.

- Chyba masz rację. W końcu jesteś bardziej doświadczony niż ja - odparł sir Peter w zamyśleniu.

Omal nie wybuchnęła śmiechem. Tak jakby George miał ochotę zabrać ją kiedyś na wykopaliska. 

Za nic nie zgodziłby się na coś podobnego.

- Ułożyliśmy ją z Radleyem na czymś w rodzaju noszy.

Chcę umieścić ją w gablocie, pomożesz mi? - Sir Peter wskazał dłonią miejsce w kącie pracowni. 

Z chęcią ujęła koniec noszy, rada, że traktowana jest jak mężczyzna, a nie słaba kobieta. Spodobało 

background image

27

się jej to nowe doświadczenie.

- Co z naszyjnikiem? Czy jest bezpieczny? Ktoś radził ci nająć strażników. - Spośród wszystkich 

znalezionych przedmów tylko tego jednego nie miała okazji obejrzeć ponownie.

- To jedyna rzecz godna kradzieży, dlatego go schowałem - odparł sir Peter i dodał, zanim zdążyła 

powiedzieć cokolwiek:

- Pokażę ci go, kiedy przyjdziesz następnym razem, ale proszę, żebyś przedstawił go akwarelami 

albo olejem. Umiesz malować?

- Poradzę sobie z akwarelami.

Kiedy już umieścili ciało w gablocie, raz jeszcze przyjrzała się twarzy kobiety.

- Wygląda tak spokojnie. Chyba nie została zamordowana.

- Wkrótce się przekonasz, jak często uciekano się do zabójstwa dla przejęcia władzy. Rzymianie 

nie byli w tej materii wyjątkiem.

Sir  Peter  stał  blisko  niej,  ramię  w  ramię,  niczym  kolega,  wskazywał  jej  detale,  które  pominęła, 

choćby nakłucia w uszach na kolczyki.

Lekkie dotknięcie jego ręki przyprawiło ją o wstrząs. Czyżby zgadywał, że reaguje na niego tak 

bezrozumnie? Tego nigdy nie okaże, złajała się w duchu.

Około południa skończyli oględziny i Emma z przerażeniem spojrzała na zegarek.

- Musisz już pędzić? Moglibyśmy razem coś przekąsić. Potem chciałem odwiedzić twoją siostrę, 

ale nie zdradź jej moich zamiarów.

- Moją siostrę? - zapytała ze ściśniętym gardłem.

- Miło mi się z nią wczoraj tańczyło. Urocza dziewczyna. Będziesz w domu dzisiaj po południu?

- Ja? Nie. Idę do British Museum, muszę tam z kimś zamienić parę słów. - Wybełkotała szukając 

na gwałt wymówki.

- Zanim uciekniesz... jakie kwiaty lubi Emma? - zapytał sir Peter od niechcenia.

- Ja wiem?... Jakie bądź - oznajmiła pewna, że tu niewiele różni się od George’a, który nie potrafił 

odróżnić stokrotki od róży. Pożegnała się pospiesznie, pobiegła do drzwi i wskoczyła do czekającej 

dorożki,  nie  spoglądając  nawet  na  pojazd,  przekonana,  że  Radley  zadbał  o  wszystko.  Szybko 

przebrała się u lady Titheridge, korzystając, jak zwykle, z pomocy zwinnej Braddon.

Pełen  godności  Oldham  wpuścił  ją  do  domu.  W  holu  ujrzała  bukiety  kwiatów.  Gdzieś  z  kąta 

wysunęła się skora do pomocy Fanny.

- Mam je zanieść do pokoju panienki?

- Myślę, że będzie lepiej, kiedy ustawisz je w salonie. Mateczka na pewno zechce pokazać je pani 

Bascomb - odparła odgadując intencje matki.

Rozradowana  Fanny,  jakby  to  ją  obdarowano,  zgarnęła  bukiety  i  pobiegła  do  salonu.  Emma 

poruszała się jak we mgle, nie bardzo świadoma swoich poczynań. Myślała tylko o zapowiedzianej 

background image

28

wizycie sir Petera. Cóż za galimatias, jakie zamieszanie! Włosy na powrót ułożone po kobiecemu, 

cera jasna, ale w sercu niepokój.

- Pomóż mi. Fanny, chcę dzisiaj wyglądać bardzo dziewczęco. - Emma zaczęła przeglądać swoją 

garderobę w poszukiwaniu czegoś naprawdę zwiewnego i strojnego, co okazało się niełatwe, gdyż 

lubiła proste suknie.

Fanny wyjęła niebieską muślinową kreację z bufiastymi rękawami, dopasowanym staniczkiem z 

dużym  dekoltem  i  wąską,  plisowaną  spódnicą,  dołem  podbieraną  tasiemkami  w  półkola.  Emma 

wdziała ją szybko, poprawiła koronki, którymi obszyty był dekolt.

- Wyglądam jak prawdziwa dama. Co myślisz, Fanny?

Dziewczyna spojrzała zdziwiona: jej panienka rzadko troszczyła się o wygląd.

- Tak, proszę panienki. Czy jakiś dżentelmen przyjdzie dzisiaj z wizytą?

- Być może - przyznała Emma.

W  salonie  pani  Cheney  prowadziła  miłą  konwersację  ze  swoją  najdroższą  przyjaciółką.  Pani 

Bascomb z pełnym satysfakcji westchnieniem spojrzała na kwiaty.

- Ależ Emma ma powodzenie! - zawołała.

-  Wywarła  niejakie  wrażenie  na  kilku  dżentelmenach.  Pan  Brummell  z  nią  gawędził,  lord 

Worcester  z  nią  tańczył,  a  sir  Peter  aż  dwa  razy  zaprosił  do  walca.  Sama  lady  Sefton  go 

przyprowadziła. Bardzo był uprzejmy - poinformowała pani Cheney ze zrozumiałą dumą.

- Zapewne i muślinowa suknia wydała się w Almack nowa za pierwszym razem.

-  O,  nie,  lady  Titheridge  sprezentowała  jej  piękną  toaletę  od  najlepszej  krawcowej.  Moja 

pokojówka powiada, że ubiera się u madame Clotilde. - Pani Cheney czekała jak też przyjaciółka 

przyjmie  tak  bulwersującą  wieść,  ale  zanim  ta  zdążyła  cokolwiek  powiedzieć,  do  salonu  weszła 

Emma: podsłuchiwała pod drzwiami i uznała, że pora przerwać te zachwyty.

-  Ślicznie  dzisiaj  wyglądasz,  moja  droga.  Twoja  mateczka  powiada,  że  miałaś  wczoraj  wielkie 

wzięcie. Emma skromnie pochyliła głowę.

- Czas pokaże, czy się mateczka nie myli - odparła powściągliwie.

- Pan Reginald Swinburne, madame - zaanonsował Oldham.

Zaraz za lokajem do salonu wszedł strojniś, skłonił się damom paradnie, po czym zwrócił się do 

Emmy:

- Wyglądasz pani jeszcze bardziej uroczo niż wczoraj, a jużem sądził, że to być nie może - rzekł z 

galanterią,  wymachując  przy  tym  perfumowaną  chusteczką.  W  powietrzu  rozszedł  się  drażniący 

zapach fiołków.

Emma dygnęła grzecznie, tłumiąc śmiech.

Dandys ubrany był jak młodzieńcy jego pokroju: jasne spodnie, czarne jedwabne pończochy, buty 

patentowe, sztywno krochmalony fular, który sprawiał takie wrażenie, jakby za chwilę miał zadusić 

background image

29

eleganta, rogi koszuli groziły wykłuciem oczu, gdyby ważył się zbyt gwałtownie obrócić głowę. Do 

tego  ciemnoniebieski  surdut.  Gołąb,  pomyślała  Emma.  Wielki,  błękitny,  napuszony  garłacz. 

Śmieszna figura.

Tylko kamizelka wzbudzała prawdziwy zachwyt: atłasowa, haftowana srebrem i złotem. Musiała 

kosztować  majątek,  chociaż  większość  dandysów  nie  dbała  o  to,  by  płacić  swe  rachunki  -  tak 

przynajmniej mówiono - więc i on zapewne nie troszczył się o tak przyziemne sprawy.

Podał Emmie bukiecik fiołków, który przyjęła z wdzięcznością, wdychając zapach kwiatów.

-  Rad  jestem,  że  się ci  podobają, pani.  Fiołki  to  mój  znak  -  oznajmił przechylając nie  wiedzieć 

czemu głowę i kreśląc dłonią gest w powietrzu. Znowu rozszedł się zapach, silniejszy niż ten, który 

bił od kwiatów.

- Jakież to fascynujące - powiedziała Emma, nie mogąc powstrzymać uśmiechu.

Pan Swinburne napuszył się jeszcze bardziej i zerknął w lustro, chcąc się upewnić, czy godnie się 

prezentuje.

- Ma pani śliczne zwierciadła, pani Cheney. W wybornym gatunku. Ja mam jedno zabarwione na 

różowo, które wprawia mnie zawsze w pogodne usposobienie, nie mówiąc o miłym odbiciu, jakie 

daje - oznajmił zwracając się do gospodyni.

- Cóż za rozkoszny pomysł. Chyba i ja sprawię sobie takie na szare dni  - odparła pani Cheney, 

rzucając krótkie spojrzenie pani Bascomb.

Pan Swinburne przyjął gładki żart śmiechem. Po chwili w salonie ponownie pojawił się Oldham.

- Sir Peter Dancy, madame - zaanonsował na swój sztywny i nadęty sposób.

Sir  Peter przywitał się w niewymuszony sposób  z  paniami, Swinburne’owi zaś  posłał niechętne 

spojrzenie. Emma nerwowo przełknęła ślinę, wstrzymując na chwilę oddech. Czy rozpozna w niej 

George’a, z którym jadł śniadanie dziś rano? Odeszła do niego.

- Dziękuję za urocze kwiaty. Bardzo lubię róże, szczególnie różowe - powiedziała cicho, by nie 

urazić pana Swinburne’a i jego skromnych fiołków.

- Pomyślałem, że będą pasowały do pani ślicznych różowych policzków - odparł z galanterią.

Emma  pomyślała,  jak  odmienny  to  komplement  od  tych,  które  wygłaszał  zajęty  sobą  pan 

Swinburne.  Dał  jej  fiołki,  bo  to  jego  znak,  jak  mówił.  Sir  Peter  przysłał  róże,  ponieważ 

przypominały mu Emmę.

- Kawa czy herbata, panowie?  - zapytała pani Cheney jakby tak  znamienici  goście byli  dla niej 

rzeczą najzupełniej powszednią. - Może kieliszeczek kanaryjskiego?

Czujny Oldham stawiał już tacę na małym stoliku.

- Herbata, jeśli łaska - odparł sir Peter.

Swinburne natomiast poprosił o kawę. Emma napełniła filiżanki śledząc spod oka sir Petera. Co 

też on sobie myśli? Czy odkrył maskaradę i teraz czeka na okazję, by ją zdemaskować? Dlaczego, 

background image

30

ach dlaczego wybrała się do Almack? Czyż nie była szczęśliwa spokojnie rysując sobie w domu sir 

Petera?  Teraz  gotowa  wszystko  zaprzepaścić,  bo  też  niezamężna  panna  nie  powinna  przekraczać 

progu mieszkania kawalera, choćby i w tak szlachetnym zamiarze jak szkicowanie starożytności, a i 

wtedy  tylko  w  towarzystwie  matki  lub  ciotki.  Ważyła  się  na  czyn  szalony,  ale  teraz  winna 

zaprzestać  niebezpiecznej  gry.  Może  lady  Titheridge  zechce  być  jej  przyzwoitką  przez  kilka 

następnych dni.

Trochę  już  uspokojona  tą  myślą,  znowu  zesztywniała,  gdy  Oldham  zaanonsował  lorda 

Worcestera.

-  Powinienem  był  odgadnąć,  że  mnie  uprzedzą,  madame  -  skłonił  się  pani  Cheney,  po  czym 

zwrócił do Emmy: - Tak miło wspominam nasz wczorajszy taniec, że postanowiłem złożyć wizytę. 

Ci panowie to prawdziwa plaga - rzekł wskazując na Dancy’ego i Swinburne’a.

- Prawda, ani słowa - zaśmiała się Emma. Lord Worcester nie onieśmielał jej już tak jak zeszłego 

wieczoru w Almack. Wspominając nieszczęśliwą minę Amelii zadała sobie pytanie, czy to on był 

przyczyną dziwnego nastroju przyjaciółki.

Chociaż  czas  wizyty  pana  Swinburne’a  już  minął,  fircyk  wbrew  dobrym  obyczajom  ani  myślał 

wychodzić, jakby nie chciał ustąpił pola pozostałym.

- Domyślam się, że musisz być pani bardzo dumna z syna. George jest mi tak wielką pomocą... -

zaczął sir Peter wykorzystując chwilową przerwę w konwersacji, lecz Emma natychmiast wpadła 

mu w słowo, rzecz mało grzeczna, do której w innych okolicznościach nigdy by się nie uciekła.

- Sir Peter ma naszego George’a za wielki autorytet w materii rzymskich wykopalisk. Wyobrażasz 

sobie, mateczko, żeby George służył komu radą? - Zaśmiała się fałszywie. Matka posłała jej surowe 

spojrzenie.

- George rzadko bywa w domu. Z uporem szuka skarbu, ale ja nie bardzo wierzę w powodzenie 

podobnych  przedsięwzięć  -  powiedziała  pani  Cheney  zdumiona  nieobyczajnym  zachowaniem 

córki.

-  Pańska  kolekcja  zdaje  się  bardzo  cenna.  Rzadko  który  dżentelmen  zajmuje  się  tak  ważkimi 

rzeczami - pospieszyła z niezamierzoną odsieczą pani Bascomb.

Sir  Peter  skłonił  głowę,  dziękując  w  milczeniu  za  komplement.  Emma  miała  wrażenie,  że 

dostrzega  w  jego  uśmiechu  lekkie  rozbawienie,  ale  mógł  je  wywołać  pretensjonalny  ton  pani 

Bascomb.

Konwersacja  zeszła  na  tematy  ogólne:  wymieniono  uwagi  o  pogodzie,  zbyt  chmurnej  i 

deszczowej jak na tę porę roku, i o różnych rozrywkach londyńskiego sezonu.

Kiedy panowie zaczęli się żegnać, sir Peter zatrzymał się na chwilę przed panią Cheney.

-  Jeśli  pani  łaskawa,  chciałbym  zaprosić  ją  w  towarzystwie  córki  i  męża,  ma  się  rozumieć,  do 

Vauxhall. Dzisiaj wieczorem przypada otwarcie sezonu. Książę regent we własnej osobie zaszczyci 

background image

31

je swoją obecnością. Właściciele obiecują wiele atrakcji.

- Słyszałam, że mieli zamknąć ogrody. Interesy jakoby źle idą - mruknęła pani Bascomb.

- Wręcz przeciwnie, Vauxhall ma być w tym roku jeszcze świetniejsze niż w minionym - zapewnił 

sir Peter z naciskiem.

Emma nie wiedziała, co począć. Czytała o innowacjach wprowadzonych w ogrodach. Zanosiło się 

na  wspaniały  wieczór,  korciło  ją,  by  tam  pojechać.  Z  drugiej  strony  znaczyło  to  zdać  się  na 

towarzystwo sir Petera, a to było ryzykowne.

Zerknęła  na  niego.  Albo  dla  jakichś  ukrytych  racji  nie  dawał  poznać,  że  ją  rozszyfrował,  albo 

rzeczywiście nie rozpoznał w niej George’a. Wahała się tylko przez moment, jako że chęć pójścia 

do Vauxhall okazała się silniejsza niż obawy.

- Och, mateczko, chodźmy. Czytałam, że ma być wspaniale - zawołała cicho.

Pani Cheney, mile połechtana, skinęła głową z aprobatą.

-  I  ja  czytałam  o  wprowadzonych  innowacjach.  To  bardzo  uprzejmie  z  pana  strony,  że  nas 

zapraszasz, sir Peterze - mruknęła niczym kotka, której podsunięto talerzyk ze śmietanką.

Sir Peter spojrzał pytająco na pozostałych panów.

- Żałuję, alem dziś wieczór zajęty - oznajmił pan Swinburne.

- Ja się chętnie przyłączę, jeśli można - odparł lord Worcester na milczące zaproszenie.

- Wybornie, Worcester - ucieszył się sir Peter.

- Emma może zaprosić uroczą pannę, lady Amelię Littleton - wtrąciła pani Cheney.

- A zatem postanowione - potwierdził sir Peter. Lord Worcester lekko się naburmuszył na dźwięk 

imienia Amelii, ale nie rzekł słowa.

- Będzie wspaniale - powiedziała Emma postanawiając, że prześle sir Peterowi liścik informujący, 

iż  George  nie  będzie  mógł  pojawić  się  u  niego  następnego  ranka.  W  ten  sposób  uniknie  jego 

bacznych spojrzeń, a także wstawania o nieprzyzwoicie wczesnej godzinie.

Kiedy  panowie  wyszli,  naglona  przez  matkę  poszła  do  swojego  pokoju,  by  skreślić  bilecik  do 

Amelii.  Rzadko  ją  ostatnio  widywała  i  nie  była  pewna  jak  przyjaciółka  przyjmie  zaproszenie 

wystosowane  w  ostatniej  chwili.  Niepotrzebnie  się  martwiła,  gdyż  odwrotną  pocztą  dostała 

odpowiedź,  w  której  lady  Amelia  zapewniała,  że  z  rozkoszą  pojedzie  na  otwarcie  Vauxhall  i  z 

niecierpliwością wygląda wieczoru.

-  Bardzo  niestosownie  się  zachowałaś,  przerywając  sir  Peterowi,  moja  droga  Emmo  -  zbeształa 

córkę pani Cheney, przypomniawszy sobie niemiłe zajście.

- Przepraszam, mateczko, ale śmieszne mi się wydało, że nasz George może być komu pomocny -

odparła Emma pokornie.

- Prawda to, że z niego pędziwiatr i nic dobrego. - Matka westchnęła.

Emma  pobiegła  do  swojego  pokoju  przebrać  się  na  wieczór.  Powątpiewała,  czy  pędziwiatr  to 

background image

32

określenie pasujące do poważnego i zawsze nieobecnego myślami brata, ale nie chciała dyskutować 

z matką. Szczęśliwa, podziwiała nową toaletę z różowej tafty i srebrnej gazy, przyniesioną właśnie 

od  krawcowej,  tej  samej,  która  szyła  dla  lady  Titheridge  i  na  której  usługi  nalegał  papa  Cheney, 

człowiek milczący, ale czujny; potrafił docenić swoją córkę i pragnął jej powodzenia.

Lady Amelia pojawiła się na krótko przed panami, postanowiono bowiem, że towarzystwo spotka 

się u Cheneyów, by wspólnie udać się do Vauxhall.

- W ogrodach będzie dzisiaj prawdziwy tłum. Musimy wyruszyć wcześnie, później most będzie 

nieprzejezdny, a łodzią przeprawiać się niebezpiecznie - powiedział sir Peter przed południem, ale 

dla Emmy prawdziwe niebezpieczeństwo stanowił właśnie Dancy, on to napawał ją lękiem. Teraz z 

drżeniem oczekiwała jego pojawienia się, zachodząc w głowę, dlaczego wystąpił z zaproszeniem. 

Że też akurat on „musiał być właścicielem kolekcji starożytności, które tak Pragnęła rysować!

Lady Amelia wyglądała uroczo w jasnozielonej sukni Pobranej pączkami róż. Emma spoglądała 

na nią z  odrobiną zazdrości.  Gdy pojawili  się panowie, Amelia i  lord  Worcester wymienili  pełne 

wrogości spojrzenia.

- My się chyba znamy, lady Amelio - powiedział Worcester z ledwie ukrywaną nienawiścią, tak u 

niego nieoczekiwaną.

-  Tak,  Edwardzie  od  czasu,  kiedy  czesałam  się  w  mysie  ogonki,  ty  zaś  biegałeś  w  krótkich 

spodenkach i nie miałeś jeszcze much w nosie - odparowała panna.

Jego lordowskiej mości nie w smak poszły te słowa, jednakowoż zmilczał przytyk i zaofiarował 

ramię, które Amelia łaskawie przyjęła.

Państwo Cheney postanowili jechać własnym powozem, razem z panią Bascomb i lady Hamley. 

W  drugim  lady  Amelia  zajęła  miejsce  naprzeciwko  Worcestera,  zaś  sir  Peter  usiadł  naprzeciwko 

Emmy.

- Doszły mnie słuchy, że rozwijał pan mumię u siebie w domu w ostatni poniedziałek - zagadnęła 

Amelia.

Emma wstrzymała oddech. W poniedziałek? Dziś ledwie czwartek, a jej się zdało, że minęły całe 

wieki, nie kilka dni.

- Prawda to. Rzecz się wybornie udała.

-  Spójrzcie,  ile  powozów.  Będziemy  mieli  szczęście,  jeśli  w  ogóle  dojedziemy  -  zawołał  lord 

Worcester wyglądając przez okno.

Emma  zerknęła  na  sir  Petera  myśląc,  że  w  innych  okolicznościach  nie  miałaby  nic  przeciwko 

temu, żeby utknęli zamknięci razem w powozie, ale teraz była ofiarą własnego podstępu. Z jednej 

strony nic nie mogło jej powstrzymać przed wykonaniem rysunków kolekcji, z drugiej umierała ze 

strachu na myśl, że człowiek, który ją pociąga, odkryje skandaliczną maskaradę. Powinna położyć 

temu  kres,  nie  narażać  na  szwank  własnej  reputacji.  A  przecież  za  wszelką  cenę  pragnęła  być  w 

background image

33

pobliżu sir Petera. Niech się dzieje co chce! Poza tym nie może zawieść jego ciotki, powiedziała 

sobie,  szukając  usprawiedliwienia  dla  swego  oburzającego  postępowania.  Tak  jakby  mogło  się 

znaleźć jakieś usprawiedliwienie.

5

Pomimo tłoku przejechali Westminster Bridge i dotarli szczęśliwie do Vauxhall Gardens. By nie 

patrzeć  na  sir  Petera,  Emma  zajęła  się  podziwianiem  wnętrza  powozu  obitego  brązową  skórą. 

Pokryte brązowym aksamitem siedzenia okazały się nadzwyczaj wygodne i prawdę powiedziawszy 

był to najwytworniejszy powóz, jakim zdarzyło się jej dotąd podróżować: gdyby nie budzący lęk 

współpasażer, nic nie mąciłoby radości. W końcu dotarli na miejsce, stangret opuścił schodki, ale 

nim  zdążył  pomóc  Emmie  wysiąść,  sir  Peter  odesłał  go  po  bilety  i  sam  ofiarował  jej  dłoń,  ku 

zaskoczeniu  panny.  Po  chwili  pojawił  się  drugi  powóz,  wiozący  państwa  Cheney,  i  całe 

towarzystwo  weszło  do  ogrodów,  gdzie  młodzi  i  starsi  rozdzielili  się,  umówiwszy  wcześniej  na 

wspólną kolację.

Emma  od  dawna  chciała  zobaczyć  Vauxhall,  ale  rodzice  nieustannie  wynajdywali  różne 

wymówki. Teraz, pełna wdzięczności dla sir Petera, że znalazła się tutaj za jego sprawą, rozglądała 

się wokół, słuchając jednym uchem jego objaśnień. Na prawo mamy Aleję Włoską i Południową, 

na lewo aleja Pustelnika zakończona postacią eremity, łudząco podobną do żywego człowieka.

Emma spojrzała we wskazanym kierunku.

- Ciemno tam, inaczej niż tutaj, gdzie zda się, że świecą setki lamp. Są takie jasne, aż dziw, że nie 

używa się podobnych w mieście.

- Niektórzy ludzie wolą mrok - powiedział z naciskiem.

-  Ponoć  Aleja  Pustelnika  jest  tak  słynna  jak  Aleja  Zakochanych,  którą  sir  Peter  zwie  Włoską  -

wtrąciła lady Amelia, przyjmując ramię swego towarzysza z taką miną, jakby raczej wolała natrzeć 

mu uszu.

Emma  zastanawiała  się,  co  też  tych  dwoje  zdążyło  powiedzieć  sobie  na  osobności.  Amelia  nie 

należała do osób potulnych, co zjednywało jej sympatię Emmy.

- Życzysz sobie pójść tam, pani? - szepnął cicho sir Peter.

- Piękne dzięki. Nie jestem aż tak ciekawa i nieobyczajna - odszepnęła Emma i omal nie parsknęła 

śmiechem  przypominając  sobie  własne  niestosowne  przebranie,  w  którym  pokazywała  się  sir 

Peterowi.

- Tegom się obawiał - odparł sir Peter robiąc żałosną minę.

- Co oznacza tamten szyld? - zapytała, by zmienić temat.

-  Nie  wiem.  Jestem  krótkowzroczny  i  nie  mogę  stąd  dojrzeć  -  powiedział  natężając  wzrok,  co 

background image

34

słysząc Emma odzyskała  nieco pewność siebie. Być może owa wada wzroku była przyczyną, dla 

której dotąd nie odkrył jej podstępu, a także tego, że z takim marsem ślęczał nad papierami.

Sir Peter wskazał na rząd pawilonów restauracyjnych.

- Tam zjemy później kolację, ale przedtem przejdźmy się trochę i pooglądajmy - zaproponował.

-  O,  tak,  Edward  jest  znakomitym  przewodnikiem.  Kiedyś  zgubiłam  się  przez  niego  tak 

gruntownie, że straciłam wiarę, iż wrócę do domu - rzuciła uszczypliwie lady Amelia.

- Sama wtedy nalegałaś na spacer - mruknął Worcester.

- Bestia nieokrzesana - syknęła Amelia.

- Tych dwoje musi znać się od niepamiętnych czasów. Sprzeczają się zupełnie jak ja i George -

zwierzyła się Emma sir Peterowi.

- Szkoda, że nie ma go dzisiaj z nami.

Emma udała, że nie usłyszała ostatniej uwagi. Z zainteresowaniem wpatrywała się w człowieka-

orkiestrę.

-  Oto  seńor  Rivolta  -  szepnął  sir  Peter.  Emma  czytała  w  gazetach  o  niezwykłych  talentach 

rzeczonego jegomościa.

- Okropnie hałaśliwy, ale bardzo zabawny - orzekła po chwili przysłuchiwania się koncertowi.

Ruszyli dalej, a gdy potknęła się na bruku alejki, sir Peter chwycił ją mocno w talii, ratując przed 

upadkiem.  Zaszokowana  takim  traktowaniem,  poczuła  się  raptem  cudownie  bezpieczna  w  jego 

towarzystwie, cóż, kiedy ku jej żalowi zaraz zwolnił uścisk.

-  Cóż  to  za  budynek?  -  zapytała  wskazując  na  rotundę  przy  Głównej  Alei,  która  zwróciła  też 

uwagę Amelii i Worcestera.

- Podejdźmy bliżej. To Nowy Pawilon Muzyczny, gdzie w złą pogodę odbywają się koncerty.

Ruszyli w tamtym kierunku. Po drodze natknęli się na grupkę rozbawionych młodzieńców. Jeden 

z  nich  potrącił  Emmę,  tak  że  wsparła  się  o  sir  Petera  -  zaabsorbowany  zapewnieniem  jej 

bezpieczeństwa puścił płazem ten nietakt, posyłając młodzieńcowi jedynie groźne spojrzenie.

Gdy weszli do pawilonu koncertowego, Emma znieruchomiała, przepełniona podziwem dla urody 

bogato zdobionego wnętrza.

- Cóż za talent - westchnęła myśląc o architekcie.

Po lewej stronie siedziała orkiestra, w głębi widać było organy, ze środka sklepienia zwieszał się 

olbrzymi żyrandol z trzema rzędami lamp. Emma nie widziała dotąd równie wspaniałego wnętrza.

-  Muszę  z  tobą  o  czymś  porozmawiać,  Emmo  -  powiedział  sir  Peter,  gdy  podziwiała  właśnie 

dekoracje obramień okiennych.

Natychmiast  zwróciła  ku  niemu  głowę,  mierząc  go  niespokojnym  wzrokiem,  ale  zanim  zdążył 

powiedzieć, jaką to ma ważną sprawę do omówienia, pojawili się lady Amelia i lord Worcester.

-  Ach,  jesteście.  Mój  Boże,  cóż  za  przepych.  Widziałeś  kiedyś  równie  bogate  dekoracje, 

background image

35

Edwardzie? - zawołała z podziwem Amelia. - Choć muszę powiedzieć, że to przedstawienie Wenus 

zdaje mi się nazbyt frywolne.

-  Skoro  znajduje  się  na  plafonie,  wystarczy,  byś  nie  zadzierała  głowy  -  zauważył  kwaśno  jego 

lordowska mość.

-  Zbyt  piękny  wieczór,  byśmy  zatrzymywali  się  tu  dłużej  -  przynagliła  Emma  z  nadzieją,  że 

zmiana  otoczenia  położy kres  sprzeczkom  tych  dwojga.  Pociągnęła  sir  Petera  i  wyszli  z  rotundy. 

Miała  wrażenie,  że  westchnął  z  rezygnacją,  ale  nie  dałaby  za  to  głowy.  Może  zamierzał  jej 

powiedzieć, że rozpoznał ją w przebraniu George’a?

- Chciałabym zobaczyć pawilon baletowy - poprosiła przymilnie lady Amelia.

- Jak sobie życzysz - mruknął jej towarzysz.

- Ależ, Edwardzie, wiem z pewnego źródła, że z ciebie wielki miłośnik baletu... w każdym razie 

baletnic.  Powiadają,  że  jesteś  częstym  bywalcem  garderób  -  oznajmiła  posyłając  mu  znaczące 

spojrzenie i ruszyła ku wejściu do pawilonu baletowego.

Emmie podobała się śmiałość przyjaciółki, acz miała jej za złe brak taktu. Jeśli, jak podejrzewała, 

Amelia rzeczywiście lubiła Worcestera, nie powinna dokuczać mu bezustannie.

- Chcesz zobaczyć balet? - zapytał sir Peter, usiłując nie zgubić jej w tłumie.

Emma nie wiedziała, co odpowiedzieć. Z wielu powodów nie powinna pozostawać sam na sam z 

sir Peterem, choć miło się czuła w jego towarzystwie. Trudny dylemat...

-  Wolałabym  obejrzeć  raczej  teatr  marionetek.  Zawsze  go  lubiłam,  kukiełki  są  takie  zabawne. 

Moglibyśmy tam pójść?

- Uroczy pomysł - odparł z uśmiechem. Poinformowawszy lorda Worcestera, gdzie idą, odszukali 

scenę  teatrzyku  kukiełkowego.  Przedstawienie  okazało  się  znacznie  bardziej  zajmujące  niż  balet, 

poza  tym  nie  musieli  wysłuchiwać  sprzeczek  Amelii  i  Edwarda.  Marionetki  miały  fantazyjne 

kostiumy, a fabuła była wyjątkowo ciekawa. Rozbawiona Emma nie zauważyła, kiedy sir Peter ją 

objął. Kędy to do niej dotarło, posłała swemu towarzyszowi pytające spojrzenie.

- Te ławki nie mają oparć. Myślałem, że tak będzie ci wygodniej - powiedział usprawiedliwiająco.

Nic  nie  odrzekła  i  dalej  śledziła  akcję  na  scenie.  Gdyby  mateczka  to  widziała,  wygłosiłaby 

pogadankę o mężczyznach czyniących niestosowne awanse. Ale awanse to, czy tylko troska?

W końcu przewrotny młodzieniec został przykładnie ukarany, a kukiełkowa księżniczka padła w 

ramiona księcia, który pojawił się w przebraniu. Emma pomyślała, jak by to było, gdyby zrzuciła 

przebranie i padła w ramiona sir Petera. Zapewne spotkałaby się ze wzgardą i odrzuceniem. Życie 

to nie bajka.

Powoli opuścili teatrzyk i wrócili do pawilonu baletowego, gdzie znaleźli przechadzającego się w 

tę i z powrotem lorda Worcestera. Kiedy ich zauważył, podbiegł wznosząc ręce do góry.

- Widzieliście ją? - zawołał rozgorączkowany.

background image

36

- Nie - odparł sir Peter, odgadując, że przyjaciel ma na myśli lady Amelię.

-  Znowu  coś  powiedziała,  przemówiliśmy  się  i  odeszła,  mówiąc,  że  poszuka  sobie  lepszego 

towarzystwa. Myślałem, ze żartuje, ale ona zniknęła. Jakie to szczęście, że wróciliście.

- Musimy jej poszukać, ale nie róbmy zamieszania, żeby nie ucierpiała jej reputacja - zadecydował 

sir Peter okazując należne względy dla porywczej damy.

- Rozdzielmy się - zaproponowała Emma. - Ja pójdę Główną Aleją, wy sprawdźcie boczne dróżki. 

- Nie powinnaś zostawać sama - zaoponował sir Peter. - Znakomity pomysł. Wokół mnóstwo ludzi, 

będziesz bezpieczna - ucieszył się Worcester.

Emma trochę się bała, ale sądziła, że jej obowiązkiem jest szukać Amelii.

Sir Peter zgodził się w końcu z pewnym ociąganiem i cała trójka ruszyła, każde w inną stronę: sir 

Peter Główną Poprzeczną, Worcester Aleją Zakochanych.

- Lady Amelia tędy pewnie poszła, na przekór i na złość - oznajmił kwaśno na odchodnym.

Emma szła  przed siebie niepewna i  osamotniona.  Nigdzie nie mogła dojrzeć  Amelii  ani swoich 

rodziców.  Postanowiła  dokładnie  sprawdzić  każdy  zakątek,  starając  się  jednocześnie  nie  patrzeć 

nikomu w oczy, żeby nie narazić się na zaczepki. Nigdzie śladu Amelii. Przy końcu alei zawróciła. 

Dotąd  szczęśliwie  ignorowała  znaczące  spojrzenia  i  rzucane  cicho  uwagi  pod  swoim  adresem. 

Wieczór  nie  osiągnął  jeszcze  punktu,  w  którym  alkohol  zaczyna  przeważać  nad  względami  dla 

dam.

Zatrzymała się na skrzyżowaniu z Aleją Pustelnika; wysilając wzrok zastanawiała się, czy to nie 

suknia Amelii mignęła w oddali? Wcześniej przyjaciółka napomknęła żartem, że chce zobaczyć na 

własne oczy postać eremity, ale nie okazała się chyba tak nierozważna, by zapuszczać się samotnie 

na nie oświetloną ścieżkę.

Po  chwili  Emma  dojrzała  obok  postać  mężczyzny,  który  wykonał  gwałtowny  gest.  Kobieta 

odskoczyła. Ktoś napastuje Amelię! Przebóg!

Rozejrzała  się  bezradnie  po  twarzach  spacerowiczów.  Nikogo,  kogo  ośmieliłaby  się  prosić  o 

pomoc, a czekać nie mogła. Ruszyła z odsieczą; choć złajała się w duszy za brak rozwagi, czuła, że 

musi  coś  zrobić,  zanim  ktoś  skrzywdzi  przyjaciółkę.  Podniosła  jakiś  kij  i  schowała  za  plecy. 

Dobiegła akurat w chwili, gdy mężczyzna chwycił Amelię za rękę.

- No, śliczna panienko, co samotnie chadzasz, daj mi buziaka. Lubię takie dzierlatki. Już ja ci wy 

godzę - mówił napastnik ze śmiechem.

Oburzona do żywego Emma niewiele myśląc podniosła kij i zdzieliła go w głowę z taką mocą, że 

frant z jękiem zwalił się u jej stóp. Lady Amelia rzuciła się ku niej z płaczem.

- Co  za  łajdak. Chciałam tylko obejrzeć  pustelnika, a ten bydlak zaczął  nastawać, żebym z  nim 

poszła. - Łkała w chusteczkę.

- Powinnaś była zaczekać na nas. Też chętnie zobaczyłabym eremitę. Lord Worcester zamartwia 

background image

37

się o ciebie.

- Naprawdę? - rozpogodziła się lady Amelia.

- Bardzoś dla niego niedobra.

- Bo też na nic innego sobie nie zasłużył. Pojęcia nie masz, com od niego wycierpiała przez lata.

- Przycinkami nie usposobisz go przychylnie do siebie - zauważyła Emma i cofnęła się, widząc, że 

napastnikowi zaczyna wracać przytomność.

- Wracajmy, choć pewnie Edward mnie zbeszta. - Lady Amelia westchnęła.

- Chodźmy czym prędzej, ten łotr zaraz się ocknie. - Emma ruszyła szybko ku głównej alei. Po 

drodze mijały chichoczące panny i ich prostackich adoratorów.

- Co za gęsi z tych dziewcząt - parsknęła Amelia ze wzgardą.

- Ale za to szczęśliwe - odparła Emma niemal biegnąc ku jarzącym się lampom.

Zadyszane  dotarły  do  głównej  alei.  Lady  Amelia  zaczęła  rozglądać  się  za  ławką,  na  której 

mogłyby odetchnąć.

- Obawiam się, że zbyt jesteś okrutna dla lorda Worcestera - zauważyła Emma.

Po chwili pojawił się sir Peter; zmierzył nieszczęsną Amelię mało przychylnym spojrzeniem.

- Gdzie ją znalazłaś? Szukaliśmy wszędzie.

W ślad za nim koło ławki wyrósł lord Worcester. Stanął Przed Amelią i skrzywił się gniewnie.

- Amelio!

- Edwardzie?

Tę dziwną scenę przerwał okrzyk lady Titheridge:

- Ach, tutaj jesteście! - zawołała z radością. Starej damie towarzyszyło kilka nie znanych Emmie 

osób.

-  Widzę,  że  i  ciebie  znęciły  przyjemności  Vauxhall  -  powiedział  sir  Peter  witając  serdecznie 

ciotkę.

- To miło, że zaprosiłeś pannę Cheney. Ostatnio była mi bardzo pomocna.

Lady Titheridge spoglądała ciepło na Emmę, która błagała w duszy, by damie nie wymknęło się 

jakieś słówko. Ledwie przestała myśleć o kłopotach, których sobie napytała, a tu kolejna pułapka. 

Po co zaczęła całą tę maskaradę? Lady Titheridge za chwilę zdradzi, że Emma rysowała przedmioty 

z jej kolekcji, a wtedy sir Peter gotów odgadnąć prawdę. W tej samej chwili przypomniała sobie, z 

jaką przyjemnością wysłuchiwała opowieści sir Petera o mumii. Za nic nie odmówiłaby sobie owej 

rozkoszy.

- Jego Wysokość przyjechał - odezwała się jedna z dam towarzyszących lady Titheridge.

Emma, która raz tylko widziała księcia regenta, a i to z oddali, czekała z niecierpliwością, kiedy 

ujrzy  go  z  bliska.  Pierwszy  dżentelmen  Europy,  jak  go  nazywano,  szedł  właśnie  aleją  w 

towarzystwie licznych dam i panów, rozdając ukłony. Gdy zbliżył się do sir Petera, przystanął na 

background image

38

chwilę.

- Jak tam twoje zbiory egipskie? Chętnie bym je obejrzał któregoś dnia.

- Będę zaszczycony. Wasza Wysokość. Właśnie porządkuję kolekcję - odparł sir Peter, po czym 

przedstawił Emmę, która o mało nie zemdlała z przejęcia. Chociaż zbyt otyły, książę miał w sobie 

coś, co wzbudzało prawdziwy respekt. Dygnęła i zerknęła na niego.

- Do dzieła, chłopcze- rzekł Jego Wysokość mrugając do Dancy’ego i ruszył dalej.

- Z przyjemnością - mruknął sir Peter, w każdym razie Emma dałaby głowę, że to rzekł, choć nie 

wiedziała, co to miało oznaczać.

- Czas na kolejną atrakcję - zawołała lady Amelia, gdy rozległy się fanfary.

-  Myślisz  o  madame  Saqui?  -  zagadnęła  Emma  rozglądając  się,  gdzie  też  przeciągnięto  linę. 

Ludzie  zaczęli  się  przepychać,  a  sir  Peter  otoczył  Emmę  ramieniem,  jakby  się  bał,  że  tłum  ją 

stratuje.

- Tędy. Kiedyś była tu kaskada, teraz w tym miejscu występuje madame Saqui. Miejmy nadzieję, 

że to dobra zamiana.

-  Szkoda  wodospadu.  Na  pewno  był  śliczny,  ale  i  madame  Saqui  musi  być  warta  oglądania, 

wnosząc z ogłoszeń.

Była w istocie.

Wsparta  o  sir  Petera  Emma  obserwowała  akrobatkę  na  platformie:  ubrana  w  krótką  spódnicę, 

pantalony i obszyty dżetami stanik, przeszła lekko po linie w blasku chińskich ogni i fajerwerków.

- Zachwycające - zawołała, z entuzjazmem klaszcząc w dłonie.

-  Niezbyt  piękna,  ale  odważna  -  powiedział  sir  Peter.  Emma  musiała  przyznać  mu  rację,  gdyż 

madame  Saqui  miała  nieco  męską  urodę  i  mocne,  muskularne  nogi.  Nie  dając  sir  Peterowi 

sposobności, by rzekł coś na temat nóg George’a, odeszła na bok pociągając swego towarzysza za 

sobą.

Po  pokazie  akrobatycznym  spotkali  resztę  towarzystwa.  Panie  Bascomb  i  Hamley  sprawiały 

wrażenie lekko oszołomionych, jakby nie doszły jeszcze do siebie po zetknięciu się z bliska z Jego 

Wysokością.

- Bardzo udane otwarcie sezonu. Prawdziwa gala - oceniła entuzjastycznie pani Bascomb.

Pani Hamley swoim zwyczajem zamrugała powiekami, Potakując energicznie.

-  Sir  Peter  przedstawił  mnie  księciu  regentowi  -  pochwaliła  się  Emma.  W  końcu  panny  z  jej 

pozycją nieczęsto spotyka Podobny zaszczyt.

- Chciałabym obejrzeć teatrzyk kukiełkowy i pokaz  Fantoccino - kaprysiła lady Amelia ciągnąc 

lorda Worcestera za rękaw.

- Widziałabyś, gdybyśmy poszli z panną Cheney i sir Peterem. Nie można mieć wszystkiego.

Na te słowa całe towarzystwo powstało z okrzykami oburzenia.

background image

39

- Lękasz się, że wróci? - zapytała Emma.

- Może wrócić - przyznał sir Peter.

- To prawdziwy wstrząs - oznajmił Edward.

Pani Cheney utyskiwała, do czego to doszło, skoro człowiek nie może spokojnie zostawić nic w 

domu.

Pani Bascomb oświadczyła, że jeśli o nią idzie, natychmiast wraca do siebie, by sprawdzić, czy 

wszystko w porządku. Lady Hamley mrugając bąkała coś o łotrach i niegodziwcach.

Straciwszy animusz, towarzystwo postanowiło zakończyć

Emma odniosła wrażenie, że lord Worcester miał na myśli coś więcej niż teatr marionetek. Lady 

Amelia westchnęła bez słowa.

- Skoro jesteśmy już w komplecie, chodźmy do pawilonów, odpocząć przy kolacji - powiedział sir 

Peter zwracając się do wszystkich, lecz spoglądając na Emmę, a ta znowu poczuła pragnienie, by 

raz na zawsze skończyć zabawę w przebieranie.

Szynka, w jej opinii, nie była pokrojona dość cienko, ale mateczka szepnęła, że kosztuje zawrotną 

sumę.

-  Sir  Peter,  wszystko  było  pyszne  -  pochwaliła,  zastanawiając  się,  jak  też  będzie  mogła  nadal 

udawać George’a.

- Otrzymałem liścik od twojego brata. Pisze mi, że będzie zajęty jutro rano. Może mógłby przyjść 

po południu? Chciałbym bardzo, żeby dokończył rysunki - powiedział sir Peter, jakby odgadywał 

jej myśli.

-  Nie  -  odparła  stanowczo  i  czym  prędzej  spuściła  z  tonu.  -  Wspominał,  że  będzie  zajęty  cały 

dzień.  -  Łatwo  wymknąć  się  z  domu  rano,  gdy mateczka  jeszcze  śpi,  dużo  trudniej  wytłumaczyć 

popołudniową nieobecność.

- Rozumiem - zafrasował się sir Peter, choć nie było jasne, co mianowicie zrozumiał.

Emma cały czas miała się na baczności, jakby każde słowo miało podwójne znaczenie. A może to 

tylko jej poczucie winy i wyrzuty sumienia? Głupia jestem, mówiła sobie w duchu.

Kończyli  już  posiłek,  gdy  dostrzegła  jednego  ze  służących  sir  Petera.  Odstawiła  kieliszek  i 

dotknęła ramienia Dancy’ego.

- Czy to nie ktoś z twoich ludzi? Sir Peter skinął głową i wstał zza stołu. Po chwili wrócił z wielce 

zakłopotaną miną.

- Cóż za wiadomość? - zapytała zaniepokojona Emma.

-  Ktoś  próbował  włamać  się  do  gabinetu,  gdzie  złożona  jest  mumia.  Wybił  okno.  Radley  go 

przepłoszył, strzelił, lecz chybił.

background image

40

6

Skwapliwie kryjąc niecierpliwość Peter zadbał, by wszyscy wygodnie usadowili się w powozie, 

po  czym  kazał  co  koń  wyskoczy  jechać  przez  most  ku  Mayfair.  Kędy  zobaczył,  że  Emma  go 

obserwuje, pojął, że bębni palcami w udo: widomy znak zdenerwowania.

-  Wysadźcie  mnie,  jeśli  łaska,  przed  domem.  Na  pewno  chcecie  mówić  o  napadzie,  będę  wam 

tylko przeszkadzać - przerwała ciszę lady Amelia.

- Ależ skądże - kurtuazyjnie zaprzeczył sir Peter.

-  Cóż  za  wrażliwość,  lady  Amelio.  Zaczynam  wierzyć,  że  jest  jeszcze  dla  ciebie  nadzieja  -

wycedził Worcester.

-  Jeśli  nie  przestaniesz  doprowadzać  mnie  do  szału,  Edwardzie,  nie  pożyjesz  dość  długo,  by 

przekonać  się  o  prawdziwości  swoich  przewidywań.  -  Lady  Amelia  spiorunowała  go  wręcz 

wyczuwalnym w mroku spojrzeniem.

Cokolwiek zaszło między nimi w ogrodach, znowu podjęli walkę na noże.

Peter  rzucił  polecenie  stangretowi  i  opadł  ponownie  na  ławkę,  rad,  że  lady  Amelia  wysiądzie. 

Napięcie,  jakie  wprowadzała,  stawało  się  nie  do  wytrzymania.  Worcester  odprowadził  pannę  do 

drzwi, zaprzeczając jakiemuś jej pomówieniu. W świetle latami widzieli, jak kręci głową.

- Zdaje się, że twój przyjaciel niewiele dba o moją przyjaciółkę - westchnęła Emma.

-  Być  może  rychło  przejrzą  i  stwierdzą,  że  są  dla  siebie  stworzeni  -  powiedział  sir  Peter  z 

cokolwiek płonną nadzieją. Wcześniej mogli się przecież zabić.

Gdy podjechali pod dom Cheneyów, lord Worcester zawahał się przez moment.

- Jeśli mogę ci w czym pomóc, powiedz tylko słowo - rzekł niepewnie.

- Ależ chodź, chodź. Zagadaj służbę, ja tymczasem zamienię kilka zdań z panną Cheney.

- Z przyjemnością - powiedział Edward z pogodnym uśmiechem.

W trójkę weszli do domu. Lord Worcester natychmiast przeszedł do salonu. Emma stała w holu 

czekając na to, co gospodarz ma jej do oznajmienia. Sir Peter czuł się idiotycznie, niepewny, czy 

panna wie, że przejrzał jej podstęp. Starał się wszak z niczym nie zdradzić. Nie był krótkowidzem, 

ale liczył, że Emma da się złapać na ten fortel. Potrzebował jej pomocy.

- George jest mi nieodzowny. Możesz go przekonać, by przyszedł do mnie rano? Może odłożyłby 

inne zajęcia? Powiedz mu, że to diabelnie ważne.

-  Cóż  za  język,  sir  Peter  -  łagodnie  napomniała  go  Emma.  Nawet  jeśli  wierzyła,  że  nie  odkrył 

podstępu, iskierki w jego zielonych oczach zdawały się mówić coś innego.

- Spróbujesz?

-  Zapytam,  skoro  tak  nalegasz  -  odparła  zastanawiając  się,  w  czym  to  George  może  być  tak 

pomocny.

-  Musi  się  zgodzić.  Co  dwie  głowy,  to  nie  jedna,  a  tylko  jemu  mogę  zawierzyć  swe  plany.  -

background image

41

Przestępował z nogi na nogę, niepewny efektu swych słów, ale Emma słuchała zaciekawiona.

- George przyjdzie na pewno, jeśli mu powiem, jak bardzo na niego liczysz.

-  Uspokajasz  mnie.  Wierzę,  że  go  przekonasz.  Kiedy  się  do  niej  uśmiechnął,  poczuła  raptowną 

słabość, kolana się pod nią ugięły, a serce zatrzepotało niczym ptak pochwycony w sieć. Gdy zaś 

ujął  jej  dłoń  i  przytulił  do  piersi,  pomyślała,  że  nie  zdoła  o  własnych  siłach  wejść  po  schodach. 

Unosząc lekko suknię, oparła dłoń o poręcz, spojrzała mu w oczy i uśmiechnęła się z wahaniem, 

zahipnotyzowana przez te niezwykłe zielone oczy.

- Przyłączymy się do reszty? - zapytał cicho.

-  Och,  jakże  mogłam  zapomnieć  -  Emma  oderwała  wzrok  od  jego  twarzy  i  ostrożnie  zaczęła 

wchodzić na górę. Gdy stanęli w progu, wszystkie oczy zwróciły się ku nim.

- Jakże okropne zakończenie uroczego wieczoru - oznajmiła pani Bascomb.

-  W  rzeczy samej  - zgodziła  się  Emma,  szczęśliwa,  że  nikt  nie  zamierza  czynić  dwuznacznych 

uwag  na  temat  jej  i  sir  Petera.  -  Ogrody  są  rzeczywiście  zachwycające...  a  potem  ta  wieść  o 

niegodziwcu, który próbował wedrzeć się do domu sir Petera... Co o tym wszystkim myślisz, papo? 

- zwróciła się do ojca, który potrafił rozwiązywać najtrudniejsze problemy.

- I jam bardzo ciekaw pańskiego zdania, sir - dodał Peter z kurtuazją.

- W tym mieście z dnia na dzień prawo coraz mniej się liczy - użalił się pan Cheney podchodząc 

do kominka. - Złodzieje grasują bezkarnie po domach, nie lękają się ani stryczka, ani zesłania do 

kolonii.  Człowiek  wieczorem  wychodzi  z  domu  i  nie  wie,  czy  wróci  żywy.  Myślałem,  że 

pozbywszy się zbójów zwanych Mohikanami, zaznamy spokoju, alem się widać mylił.

- Co począć, papo? - zapytała Emma z ufnością kochającej córki.

- Sir Peter najlepiej uczyni najmując strażnika. Powiadasz, że twój lokaj ma broń. Wybacz, młody 

człowieku,  ale  czy  on  zdatny  do  walki?  Miałem  w  swoim  czasie  do  czynienia  ze  złoczyńcami. 

Potrafią być prawdziwie groźni.

- Wezwę agenta policji z Bow Street i poszukam jakiegoś siłacza. Moja służba nie piśnie nikomu 

słowa, a i państwo zapewne zachowają dyskrecję. Niech rzecz pozostanie między nami.

Lady  Hamley  i  pani  Bascomb,  mocno  poruszone  tym  świadectwem  zaufania,  gorliwie  skinęły 

głowami na znak, że zdolne są wstrzymać się od plotek.

- Bardzom  zobowiązany za  twoją radę, sir  - powiedział  z  ukłonem w stronę pana Cheney’a, po 

czym  ponownie  zwrócił  się  do  dam:  -  Mam  nadzieję,  że  to  wydarzenie  nie  zepsuło  paniom 

wieczoru?

Panie  zaczęły  prześcigać  się  w  wychwalaniu  rozlicznych  atrakcji  Vauxhall.  Lady  Hamley 

zapewniła,  że  nigdy  nie  zapomni  nieporównywalnej  z  niczym  wyprawy,  czemu  pani  Bascomb 

gorąco przyświadczyła.

Pochwyciwszy  spojrzenia,  jakie  wymienili  między  sobą  sir  Peter  i  lord  Worcester,  Emma  raz 

background image

42

jeszcze wróciła w myślach do pytania, w czym to może pomóc, a czego Edward nie mógłby zrobić.

Panowie  wkrótce  się  pożegnali.  Sir  Peterowi  wyraźnie  spieszno  było  przekonać  się  o 

wyrządzonych szkodach. Emma odprowadziła gości do schodów.

-  Będziesz  pamiętała  porozmawiać  z  George’em  zaraz  z  rana?  -  chciał  się  jeszcze  upewnić  sir 

Peter wykorzystując fakt, że lord Worcester debatuje z Oldhamem o tym, czy wezwać fiakra.

- Jeśli nie będzie miał żadnych naglących spraw do załatwienia, przyrzekam, że się stawi - odparła 

unikając jego wzroku w obawie, że może się zdradzić.

- Liczę na ciebie - zapewnił ujmując jej dłoń, by złożyć Pocałunek.

- Zegnam, sir - rzekła rezolutnie, usiłując nie okazać, jak Potężne wywarło to na niej wrażenie.

- Nic żegnam cię, Emmo, życzę ci tylko dobrej nocy - powiedział z nieśmiałym uśmiechem, który 

chwycił ją za serce.

Chcąc uniknąć dyskusji na temat planów sir Petera, jeszcze oszołomiona poszła prosto do swego 

pokoju, gdzie czekała wścibska Fanny.

- Widać miała panienka wieczór co się zowie - orzekła pokojówka spoglądając na naderwany kraj 

nowej toalety, zniszczony najpewniej w obronie czci Amelii.

- Zreperujesz mi suknię? Bardzo ją lubię.

-  Lepiej,  żeby  panienka  dała  ją  Hocknell  -  poradziła  Fanny,  jak  zawsze  skora  pozbyć  się 

dodatkowej  pracy.  Emma  z  westchnieniem  pokiwała  głową,  przyznając  w  duchu,  że  pokojówka 

matki jest zręczniejszą szwaczką.

Pomógłszy  pani  wdziać  nocną  koszulę,  Fanny  wreszcie  się  wyniosła.  Prawdziwe 

błogosławieństwo, że dziewczyna nie lubiła wieczornych pogaduszek, tak jej było zawsze spieszno 

do łóżka. Umościwszy się wygodnie w pościeli, Emma zaczęła rozważać swój dylemat. Pójść rano 

do sir Petera, czy nie? Miała szczery zamiar wysłać George’a precz do Sussex i zaofiarować własne 

usługi, zabierając ze sobą Fanny jako przyzwoitkę.

-  Nie,  to  na  nic  -  zwierzyła  się  promieniom  księżyca,  które  zaglądały  przez  okno.  -  On  mnie 

zdemaskuje. Przepadnie cała nadzieja na dobrą partię, złamię serce mateczce, papa mnie przeklnie. 

- Westchnęła. - George musi iść rano. Wypada się tylko modlić, że sir Peter nadal będzie widział to, 

co chce ujrzeć - szepnęła zdesperowana.

Oldham  nie  mrugnął  nawet  okiem,  gdy  wymaszerowała  z  domu  następnego  ranka  i  ruszyła  w 

stronę fiakra, który, choć nie umawiany, codziennie czekał przezornie w pobliżu.

- Tam, gdzie zawsze, panienko? - zapytał.

- Tam, gdzie zawsze - odparła i zaczęła rozmyślać, co tez powiedzieć lady Titheridge. Pod dom 

starej damy dojechała z gotowym planem.

- Dziękuję, Leland - mruknęła wchodząc do sieni.

background image

43

Na spotkanie pospieszyła jej Braddon.

- Niech panienka idzie do tego pokoju co zawsze, zaraz poproszę jaśnie panią.

Weszła do przytulnego buduaru, gdzie czekało ubranie Goerge’a, i stanęła przy oknie. Po chwili z 

impetem wkroczyła lady Titheridge.

-  Jużeś  na  nogach,  mimo  wczorajszej  zabawy?  -  Dama  usiadła  przy  kominku,  oczekując 

wyjaśnień.

-  Ktoś  próbował  dostać  się  do  domu  sir  Petera,  do  gabinetu,  gdzie  trzyma  najcenniejsze 

przedmioty  ze  swojej  kolekcji.  Myśli  nająć  strażników,  spodziewa  się  też  jakiejś  pomocy  od 

George’a. Och, milady, co robić? Już czekałam, że będzie kres tej maskarady. - Emma wyciągnęła 

ręce w błagalnym geście.

- Hmm. To ci zabił ćwieka. - Stara dama w zamyśleniu potarła podbródek, po czym odchrząknęła. 

-  Widać  bardzo  ceni  sobie  twoją  radę,  o  pomocy  nie  wspominając.  Najlepiej  zrobisz,  jeśli  tam 

pójdziesz i dowiesz się, czego oczekuje od George’a.

- Przyznam, że mnie to ciekawi. Czy mam to sobie wyrzucać? Dziewczęta zawsze spychane są na 

bok,  kiedy  dzieją  się  ciekawe  rzeczy.  Bodaj  raz  w  życiu  mam  udział  w  czymś  prawdziwie 

ekscytującym. Pójdę, przez wzgląd na niego, ale i na siebie. Ma się rozumieć, to nasz sekret. Drżę 

na myśl, co by to było, gdyby rzecz się wydała - powiedziała spoglądając na obydwie kobiety.

-  O  to  możesz  być  spokojna.  Pewna  jesteś,  że  Peter  niczego  się  nie  domyśla?  -  zapytała  lady 

Titheridge.

- Gdyby tak było, czy chciałby dopuścić mnie do swoich planów? - odparła Emma nie do końca 

przekonana o sile swego argumentu.

- Chyba nie - zgodziła się stara dama i gestem nakazała Braddon, by pomogła Emmie się przebrać. 

Tym razem Pokojówka przyniosła inne ubranie, by dziewczyna dzień w dzień nie pokazywała się w 

jednym stroju. Gdy skończyły, Emma spojrzała na swe odbicie w lustrze.

-  Wygląda  nieźle.  I  mateczka  nie  poznałaby  mnie  w  tym  przebraniu.  Opowiem  wszystko,  gdy 

wrócę.

- Bądź pewna, że zachowamy całą rzecz w tajemnicy - zapewniła lady Titheridge, pełna podziwu 

dla dzielnej Emmy.

Na  Bruton  Street  drzwi  otworzył  jej  mocno  nieswój  Radley,  bez  zwykłego  uśmiechu  na 

pucołowatym obliczu.

- Sir Peter mnie oczekuje, jak mniemam - powiedziała zerkając niepewnie na lokaja.

-  Och,  sir,  mój  pan  będzie  rad,  martwił  się,  czy  zajęcia  nie  wezwały  cię  do  Sussex.  -  Emma 

zachmurzyła  się  na  takie  podejrzenie  wobec  George’a.  Jakżeby  mógł  uciec,  szczególnie  gdy  ona 

prosiła, by został. Ruszyła za Radleyem do gabinetu i stanęła jak wryta na progu.

background image

44

- Co robisz?! - krzyknęła ledwie pomna, by zniżyć głos.

-  Pomyślałem,  że  warto  założyć  kraty.  Bądź  tak  dobry  i  podaj  mi  młotek.  -  Sir  Peter  stał  na 

szczycie  chwiejnej  drabiny,  z  prętem  żelaznym  w  jednej  dłoni,  drugą  przytrzymując  się  ściany, 

najwyraźniej nie bardzo wiedząc, jak przystąpić do dzieła.

- Masz źle w głowie - burknęła, ale spełniła prośbę.

-  Wymyśl  coś  lepszego  -  powiedział  odwracając  się  gniewnie  i  wprawiając  drabinę  w 

niebezpieczny pląs.

-  Mogą  być  kraty...  Zamierzasz  uzbroić  w  nie  wszystkie  okna  w  domu?  -  Emma  rozbawiona 

wsparła dłonie na biodrach gestem podpatrzonym u brata. Sir Peter zszedł z drabiny i przysiadł na 

taborecie, na którym zwykła siadywać rysując.

-  Do  licha!  Nie  pomyślałem.  Mówiłem  wczoraj  Emmie,  że  trzeba  mi  twojej  mądrej  głowy. 

Dobrze, że przyszedłeś - rzekł wstając i mocno potrząsając jej dłonią.

- Peter, przykro mi słuchać, że nazywasz ją po imieniu - napomniała go.

- Nie ma czego się srożyć. Jestem człowiekiem honoru - oznajmił sir Peter z szerokim uśmiechem 

i odłożył pręt na podłogę.

Emma  miała  szczerą  ochotę  kopnąć  go  w  kostkę  albo  natrzeć  mu  uszu.  Być  może  podobne 

uczucia targały lady Amelią, gdy obok niej pojawiał się lord Worcester. Ręce doprawdy opadały.

- Chciałbym, żebyś skończył rysunek naszyjnika. Coś mi mówi, że złodziej na ten klejnot poluje. 

Powieszę szkic w gabinecie, a naszyjnik oddam w depozyt do British Museum.

- Radziłbym ci przechować go przez czas jakiś u Rundle’a i Bridge’a, na pewno mają bezpieczne 

sejfy.  -  Emma  oglądała  uważnie  okno,  które  nosiło  wyraźne  ślady  łomu.  Na  szczęście  Radley 

przepłoszył rabusia.

-  Kapitalny  pomysł.  Oto  głowa.  Mam  nadzieję,  że  znajdziesz  swój  skarb.  -  Uszczęśliwiony  sir 

Peter zatarł dłonie i podszedł do sejfu ukrytego w ścianie.

Emma  też  życzyła  George’owi,  by  znalazł  skarb,  ale  z  całkiem  innych  powodów.  Dyskretnie 

odwróciła  wzrok,  gdy  sir  Peter  otwierał  skrytkę,  i  spojrzała  dopiero  słysząc  stuknięcie  pudełka 

stawianego na stole.

- Chcesz jeszcze raz go zobaczyć? - zapytał z dziwnym błyskiem w oku.

- Oczywiście - odparła niemal bez tchu, patrząc jak sir Peter otwiera wieko płaskiego, czarnego 

pudełka, w którym na aksamicie spoczywał naszyjnik. Z zachwytem spoglądała na piękną robotę, 

barwy i kształt. Dotknęła jednym palcem największego kamienia.

- Myślisz, że Emma chciałaby go nosić? - rzucił sir Peter lekko, wskazując na bezcenny klejnot. 

Zamknęła  oczy.  Nie  mówi  chyba  poważnie,  jakżeby?  -  Każda  kobieta  chętnie  nałożyłaby  tak 

misterne dzieło.

- Anim myślał, że z ciebie znawca kobiet, mój stary. - Sir Peter klepnął Emmę w plecy z takim 

background image

45

wigorem, że o mało nie straciła równowagi.

Tak, kopnięcie w kostkę byłoby ze wszech miar wskazane, Sierdziła w duchu i uśmiechnęła się 

słodko.

- Skończ teraz rysunek i pokoloruj go akwarelami, tak by nabrał intensywnej barwy - poprosił sir 

Peter.

- Położę kilka warstw farby dla uzyskania głębi tonu - zapewniła Emma zerkając na naszyjnik z 

czcią i pożądaniem.

- Tak, głębia, bezwzględnie.

Powiedział to tak znaczącym tonem, że zaniepokojona podniosła wzrok, jednak twarz sir Petera 

nic nie wyrażała. Pomyślała, że jest zbyt podejrzliwa.

Usiadła na taborecie, otworzyła blok rysunkowy i zajęła się pracą, ledwie świadoma cichnących 

kroków gospodarza.

W  pewnej  chwili  przerwał  jej  Radley,  który  przyniósł  tacę  z  herbatą  i  ciastkami  imbirowymi. 

Bąknęła coś w podziękowaniu, pochłonięta szkicowaniem, nie myśląc nawet o tym, co też porabia 

sir Peter. W pamięci rozbrzmiewały jednak jego słowa. Pytał wszak, czy Emma nosiłaby naszyjnik. 

Odwróciła  głowę  i  spojrzała  na  księżniczkę,  leżącą  z  dłońmi  skrzyżowanymi  na  piersiach. 

Naszyjnik znaleziony z  bandażach nie dotykał przecież ciała, a nawet gdyby, nie napawało jej to 

lękiem,  nie  budziło  uprzedzeń.  Założyłaby  go  bez  chwili  wahania,  gdyby  miała  jeno  po  temu 

sposobność.

W  kilka  godzin  zrobiła  wierną  podobiznę  naszyjnika:  uchwyciła  błyski  kamieni,  ich  barwę, 

światłocień. Spojrzała w stronę małego pokoju, gdzie zwykle pracował sir Peter, i zobaczyła, że się 

jej przygląda. Poczuła się nieswojo na myśl, że mógł dostrzec w jej ruchach coś kobiecego. Och, 

jakże  by chciała  położyć  kres  tej  maskaradzie.  Wtedy  jednak  ominęłoby  ją  coś,  do  czego  dostęp 

miał George, i to tylko dlatego, że był mężczyzną.

- Skończone? - zapytał podnosząc się od biurka.

- Skończone - odparła z zadowoleniem i roztarta kark. Nie zdawała sobie sprawy, jak zesztywniała 

podczas pracy.

-  Musisz  się  rozruszać  -  zaproponował  sir  Peter  z  kamienną  twarzą.  -  Fechtujesz?  To  świetny 

odpoczynek. Uczy zachowania równowagi i płynności ruchów.

- Nie - ucięła krótko. Była przerażona.

- Szkoda. - Rozważał coś przez chwilę. - Dam ci kilka lekcji. Dobrze ci to zrobi. Zamęczam cię 

pracą, więc coś ci się należy ode mnie w zamian.

Wziął do ręki skończony rysunek i odszedł kilka kroków. Emma siedziała zupełnie zbita z tropu. 

Jak wybrnąć z kłopotu? Okropność. Nie może przecież pokazać się nikomu w stroju do fechtunku. 

A w ogóle gdzie się to robi? Co człowiek wtedy wdziewa?

background image

46

Potarła czoło czując nadchodzący ból głowy.

- Zatem w drogę - oznajmił sir Peter po dłuższej chwili.

- W drogę? - powtórzyła, jakby kto zbudził ją z najgłębszego snu.

- Do Rundle’a i Bridge’a. Zapomniałeś? Wszak to twój pomysł.

- Och, nie mogę z tobą jechać - zaprotestowała, szukając w popłochu wymówki. - Mam sprawy do 

załatwienia. Weź jakiegoś sługę. A może Worcester się zgodzi? - rzuciła idąc ku drzwiom, gotowa 

salwować się ucieczką. Chwyciła kapelusz i już była w progu. George musiał jak najrychlej jechać 

do Sussex.

- Niech będzie - zgodził się łaskawie sir Peter. - Nalegam jednak na lekcje fechtunku. Nigdy nie 

wiadomo, kiedy taka umiejętność może się okazać przydatna, mój stary. Jak zauważył wczoraj twój 

ojciec, niebezpiecznie dziś chodzić po mieście.

Emma  z  trudem  opanowała  śmiech.  Niebezpiecznie  na  ulicach?  Nic  nie  mogło  być  bardziej 

niebezpieczne niż przebywać z sir Peterem w jednym pomieszczeniu.

- Przyrzekasz? - nastawał odprowadzając ją do drzwi frontowych.

Gdy  Radley  otworzył,  dostrzegła  czekającego  wiernie  fiakra.  Miała  ochotę  czym  prędzej 

wskoczyć do środka i zmykać. Co ma odpowiedzieć na ofertę sir Petera? To zaszczyt być uczoną 

przez pierwszego fechtmistrza Anglii, ale przecież może wtedy odkryć, że ona jest kobietą.

Nie widząc wyjścia, skłoniła głowę.

- Zgoda. W przyszłym tygodniu? Spodoba ci się. Przyrzekam. Zobaczysz.

Wyszła  z  domu  zastanawiając  się,  co  też  chciał  przez  to  powiedzieć.  A  może  to  głupota 

doszukiwać się Bóg wie czego w każdym słowie?

- Radley, pan  George Cheney zgodził  się, bym  dawał mu  lekcje  fechtunku  - oznajmił  sir Peter, 

kiedy drzwi się za nią zamknęły.

- Nigdy dotąd nie chciałeś nikogo uczyć, sir - zdumiał się lokaj.

Peter zatarł ręce z uciechy.

- A teraz mam ochotę.

Wiele  zależało  od pojętności panny w  sztuce posługiwania  się szpadą, bardzo  wiele. Peter  miał 

swoje plany wobec Emmy Cheney.

Emma wbiegła do pokoju, gdzie oczekiwała jej lady Titheridge.

- Co się stało, moja duszko? Jesteś biała niczym płótno.

- Nieszczęście, milady! - krzyknęła ściągając surdut brata i pozwalając, by Braddon pomogła jej w 

dalszej toalecie.

- Zamieniam się w słuch. Obiecałaś, że wszystko opowiesz.

- Sir Peter nalega, bym brała u niego lekcje fechtunku! - Emma wymieniła ze starą damą stroskane 

background image

47

spojrzenia.

-  Wielkie  nieba!  Twój  brat  nie  zna  fechtunku?  -  Lady  Titheridge  opadła  na  krzesło  słysząc  o 

nowej katastrofie.

- Nie miał czasu się uczyć. Siedział w książkach albo szukał zabytkowych przedmiotów.

- Będziesz zatem musiała... no, fechtować. Skoro ci zaproponował, ma swój powód.

- Proszę nawet o tym nie myśleć, milady - jęknęła nieszczęsna dziewczyna.

- Za  daleko  zabrnęłaś,  żeby  się  wycofać.  Nie  masz  odwrotu.  Chcesz  przecież  pomóc  mojemu 

siostrzeńcowi zabezpieczyć jego egipską kolekcję. Takie poświęcenie to nic, zważywszy cel.

Emma przysiadła na brzegu łóżka całkiem zbita z pantałyku.

- A co ze strojem do fechtunku? Musi być strasznie gorszący.

- Nie dla mężczyzny, moja droga. Ich nic nie jest w stanie zgorszyć.

Emma spojrzała z niedowierzaniem na lady Titheridge.

- Pani chce, żebym się fechtowała? Po to, by pomóc sir Peterowi? - Nie bardzo potrafiła dostrzec 

tu jakiś związek.

-  Jeśli  trzeba  mu  pomocy.  Może  zda  ci  się  na  co  ta  umiejętność...  kiedy  przyjdzie  przepłoszyć 

intruzów. Nic nie zaszkodzi wiedzieć, jak się bronić - odparła stara dama zagadkowo.

Perspektywa płoszenia złoczyńców za pomocą szpady, w Bóg wie jak dziwacznym przyodziewku, 

nie mieściła się Emmie w głowie.

- Wspomnij Bodyceę, moja duszko.

- Przebóg - jęknęła Emma na myśl o brytyjskiej królowej-rycerzu, która na czele swych zastępów 

w pień niemal wycięła cały rzymski legion.

7

I ja mam to włożyć? - wstrząśnięta widokiem stroju do fechtunku Emma zapomniała że ma mówić 

głosem  brata.  Odsunęła  spodnie  drżącą  dłonią.  Już  koszula  była  okropna,  ale  to...  okazało  się 

nieprzyzwoite. Pół biedy, kiedy surdut przysłaniał nogi i pośladki.

Na szczęście obszerna koszula kryła różnice anatomiczne, które najbardziej domagały się ukrycia, 

ale kto pomyli z męskimi tak odziane nogi? A jednak spodnie były ogromnie wygodne, a swoboda, 

jaką  dawała  koszula  o  szerokich  rękawach,  wprost  bajeczna.  Wstrząsające.  Owszem,  dla  młodej 

damy,  lecz  nie  dla  mężczyzny,  dopowiedziała  sobie  w  duchu.  Pewną  pociechę  dawała  skórzana 

maska na twarz. Jeśli ktoś wtargnie niespodzianie do sali w czasie lekcji, nie rozpozna jej.

- Bardzo zacne przy odzienie - odparł sir Peter.

-  A  jakże  - mruknęła  zza  maski,  napominając się,  by powściągać  panieńskie  nawyki  i  łkając  w 

duchu  w  oczekiwaniu  rychłej  katastrofy.  Jedno  dobre,  jeśli  było  w  tym  co  dobrego,  że  sir  Peter 

background image

48

nikomu na czas lekcji nie dawał dostępu do sali.

Przekonana, że Dancy liczy sobie uczniów na tuziny, Emma czuła, że powinna być wdzięczna, iż 

może bodaj raz zasmakować męskich przyjemności. Żal tylko było płacić za to udawaniem.

Nigdy  nie  roiła  podobnych  marzeń;  prędzej  widziała  się  nadobną  księżniczką,  adorowaną, 

wielbioną i  serdecznie miłowaną. Fechtunek zdał  się jej odrobinę za żywy, ale i  sir Peter nie był 

mężczyzną z jej snów: onieśmielający, władczy... taki, którego bezpieczniej omijać z daleka.

- Możesz zostać w kamizelce, jeśli tak wolisz. Wielu tak czyni - rzekł mimochodem, dobywając z 

pudła giętkie szpady z ochronnymi zakończeniami.

Emma pospiesznie  wdziała wzorzysty łaszek  i  od razu poczuła się trochę lepiej: każda warstwa 

okrycia stanowiła wszak dodatkowe zabezpieczenie.

- Najpierw pozdrowienie - podniósł szpadę w pozycji pionowej do poziomu brody. - O, tak.

Powtórzyła  posłusznie  gest,  choć  zdał  się  jej  śmieszny  w  swojej  powadze,  ale  snadź  bywał 

poważny.

-  Rzeczą  pierwszej  wagi  jest  utrzymać  należną  odległość.  Dziwne,  pomyślała,  jak  ktoś 

krótkowzroczny  może  w  ogóle  fechtować  i  rozprawiać  o  należnych  odległościach.  Mówił  dalej, 

nieświadom jej wątpliwości.

-  Cały  czas  musisz  trzymać  przeciwka  na  dystans,  w  ataku  i  kiedy  się  bronisz.  Pokażę  ci  jak 

nacierać nie wystawiając się na szwank. Szybko też nauczysz się ratować z opresji, gdy źle ocenisz 

odległość  i  przyjdzie  potrzeba  wrócić  na  bezpieczniejszą  pozycję  -  rzekł  z  rozbrajającym 

uśmiechem.

Emma pomyślała, że tak się uśmiecha lis do kury, zanim ją pożre.

- Wszystko to brzmi mi bardzo niebezpiecznie - mruknęła pod nosem.

 Pierwsza pozycja to parowanie ataku. Chronisz lewą stron? ciała przed ciosem. - Tu z groźnym 

świstem ciął szpadą powietrze.

- Lepiej zostać w domu, niż martwić się obroną - skwitowała cicho jego nauki.

- Postawa - napomniał ją sir Peter. słuchała bez dalszych komentarzy.

Budząc się tego ranka nie przypuszczała, że znajdzie się sam na sam z sir Peterem w wąskiej sali 

odziana tylko w pantalony, kamizelkę i luźną koszulę. Bojąc się, że przy gwałtowniejszych ruchach 

poluzuje bandaże krępujące piersi, zaleciła sobie powściągliwość w reakcjach.

- Tak układasz rękę. Dłoń w jednej linii z lewym ramieniem.

Bezskutecznie usiłowała powtórzyć demonstrowaną pozycję.

- Nie, nie - napominał łagodnie. - Pozwól. Otworzyła szeroko oczy, spłoszona jego dotknięciem.

- Tak, widzisz. Przedramię zgięte pod kątem prostym i lekko wysunięte. Wtedy ostrze nachyla się 

lekko do przodu, odrobinę w dół, nigdy pionowo. To powszechny błąd u początkujących, którego 

ty zapewne nie popełnisz. - Ułożył delikatnie jej rękę we właściwej pozycji.

background image

49

Czuła ucisk w gardle. Stał blisko, obejmował ją i jeszcze przeklętnik miał czelność uśmiechać się 

obezwładniająco.

Całkiem ją rozbroił.

- Opuszczasz koniec szpady na wysokość trochę powyżej kolan przeciwnika - pouczał cierpliwie.

Uśmiechnęła  się.  Niczego  teraz  nie  pragnęła  równie  mocno,  jak  natrzeć  na  sir  Petera.  Był 

wrogiem,  który uparł  się  męczyć ją  lekcjami  fechtunku.  Po  cóż  jej  ta  umiejętność?  Będzie  kiedy 

stawać do walki? Otrząsnęła się, usiłując słuchać instrukcji, ale dość było, żeby spojrzał jej w oczy, 

a znów traciła głowę.

- Teraz poćwiczymy.

Próbowała  naśladować  ruchy  jego  stóp  i  rąk,  pamiętając  przy  tym,  by  trzymać  dłoń  na 

odpowiedniej wysokości, jak jej pokazywał. Nauka przychodziła z trudem. Powtarzała każdy gest 

bez końca, aż chciało jej się płakać i krzyczeć.

Wreszcie zaczęła pojmować zasady i czynić postępy. Stopy tańczyły lekko na macie, nogi i ręce 

reagowały posłusznie.

W końcu powiedział:

- Bardzo dobrze.

Byle jeszcze zniknął ten wyraz zdumienia z jego twarzy. Zaczynała wierzyć, że kobieta może być

dobra w tym zajęciu, które wymaga lekkiego kroku i nieomylnej dłoni... co kobietom dane jest w 

sposób naturalny.

Śmiało mierzyła w kukłę, robiła wypady, składała się gracko do ciosu.

- Brawo! - zawołał odsuwając manekin i stając na macie. - Powtórz.

Powtarzała  bez  końca,  pewna  w  końcu,  że  za  chwilę  padnie  ze  zmęczenia.  Gdy  zaatakował  w 

sposób  nieprzewidziany,  cofnęła  się,  niepewna,  co  robić.  W  jego  oczach  błyskały  iskierki,  które 

widziała  już  wcześniej  i  które  nieodmiennie  ją  dziwiły.  Może  bawił  się  sytuacją,  może  cieszył 

fechtunkiem. Tak czy inaczej, wzbudzał nieufność.

Seconde! - zawołał pokazując raz jeszcze ten sam wypad. Powtórzyła dokładnie, choć może ciut 

topornie.

- Wyśmienicie! - krzyknął, zmieniając kierunek natarcia. I ona się okręciła parując jego ataki, jak 

umiała  najlepiej.  Wkrótce  potrafiła  niemal  przewidzieć,  skąd  czekać  ciosu,  zaczynała  być 

pewniejsza swego kroku, pewniej robiła szpadą, ciągle pamiętając, że chce go dosięgnąć. Może to 

zagrzewało ją do ćwiczeń: chęć pobicia mistrza.

-  Dość! -  zawołał  w  końcu,  podniósł  szpadę  i  pocałował  rękojeść.  Emma  wstrzymała  oddech... 

widok ten zrodził w jej głowie obraz, który w żadnym razie nie kojarzył się z fechtunkiem.

Odłożył szpady, odsłonił twarz, jej też zdjął maskę. Wiedziała, że musi mieć rozbawioną minę, bo 

też tak się czuła.

background image

50

- Chwat z ciebie, George.

Łajać się w duchu, że  znowu ulega panieńskim nastrojom, „czuła dumę, że  tak dziarsko radziła 

sobie w męskim sporcie... nawet gdyby nigdy już nie przyszło jej trzymać szpady w dłoni. Otarła 

twarz ręcznikiem, rada, że mężczyznom wolno Spocić do woli.

- Musisz już iść? - zapytał widząc, że sięga po surdut.

- Muszę - odparła drżącym głosem. Znowu to robi, spogląda jej głęboko w oczy wywołując w niej 

dziwne  reakcje  nerwowe.  A  może  ten  dziwny  błysk  źrenicy  należy  złożyć  na  karb 

krótkowzroczności?

Cofnęła się ku drzwiom, gotowa do odwrotu.

- Myślałem, że pokażę ci, jakie środki ostrożności przedsięwziąłem - powiedział smętnie, gdy szli 

korytarzem.

Emma była pewna, że jeśli zaraz nie znajdzie miejsca, w którym będzie mogła przestać udawać i 

wreszcie odpocząć, wyląduje na podłodze.

-  Cóżeś  zwojował  poza  zdeponowaniem  naszyjnika  u  Rundle’a  i  Bridge’a?  -  zapytała  możliwie 

nonszalancko.

-  Nająłem  agenta  z  Bow  Street  i  strażnika  na  noc.  -  Sir  Peter  zatrzymał  się  przy  drzwiach 

frontowych. Radley stał  w kącie, ale Emma nawet  nie zauważyła jego obecności,  zapatrzona bez 

reszty w swojego rozmówcę.

-  Wygląda  na  to,  że  podjąłeś  właściwe  kroki  -  oznajmiła.  Marzyła  o  tym,  by móc  oprzeć  się  o 

drzwi.

- Będę prosił,  byś znowu  dotrzymał mi  towarzystwa.  Odbędziemy kolejną  lekcję.  Trochę  ruchu 

dobrze  nam  obu  zrobi.  Powiedz  szczerze:  nie  czujesz się  lepiej?  - Spojrzał  na  nią  z  kpiną, jakby 

doskonale wiedział, że marzy o tym, by wreszcie paść na łóżko i zasnąć.

Skinęła głową i zrobiła krok ku drzwiom.

-  Wybacz,  staruszku,  ale  muszę  znikać.  Spotkania,  sam  rozumiesz.  Bardziej  zadowolonym  z 

lekcji, niż potrafię wyrazić - wybełkotała i skryła się w fiakrze, zanim zdążył ją zatrzymać.

- Tam, gdzie zawsze - rzuciła krótko i opadła na poduszki marząc, by uciec na wieś, gdzie oczy 

poniosą.

Kiedy drzwi się zamknęły, Peter oparł się o ścianę i spojrzał na Radleya.

-  Była  naprawdę  wspaniała,  wiesz?  Wrodzony  talent  i  gracja.  Świetne  wyczucie  czasu,  dobry 

wypad i garda. Kiedy opanuje wszystkie postawy, będzie z niej fechtmistrz co się zowie - mówił w 

uniesieniu. - Musi być strasznie skonfundowana, ale niech tak zostanie czas jakiś.

- Nie myśli pan chyba zakpić z niej, sir? - zaniepokoił się Radley.

-  Nie,  nie.  Wszystko  będzie  dobrze  -  odparł  i  odszedł  pogwizdując  wesoło.  Radley  stał  przez 

background image

51

chwilę w milczeniu, zamyślony, po czym ruszył do swoich zajęć.

Emma  nie  miała  wszelako  poczucia,  że  wszystko  jest  dobrze,  kiedy  poirytowana  do  żywego 

przekraczała próg domu lady Titheridge.

-  Nie  uprzedziła  mnie  pani,  że  mam  przywdziać  coś  podobnego  -  natarła  na  gospodynię  bez 

zbędnych  wstępów.  Ściągnęła  płaszcz,  demonstrując  luźną  koszulę,  kamizelkę  i  pantalony,  w 

których  odbyła  lekcję,  opinające  długie,  szczupłe  nogi  i  krągłe  biodra.  Spoglądając  w  lustro 

strzepnęła ozdobny żabot koszuli.

- Dzięki bodaj za to, inaczej byłoby już po mnie. Nigdy tak jak dzisiaj nie cieszyłam się, że mam 

płaski jak deska brzuch. Mam pokazać, przez co przeszłam?

Tu  wyrzuciła  ramię  do  przodu  markując  cios  szpadą,  tańcząc  przy  tym  i  czyniąc  wypady  jak 

podczas ćwiczeń z sir Peterem.

- Boże miłosierny! -jęknęła lady Titheridge słabym głosem i opadła na krzesło.

- Właśnie - przytaknęła Emma ocierając pot z czoła i zerknęła na Braddon, która pospieszyła ją 

rozdziewać. Po chwili zlała się obficie wodą lawendową i włożyła swoją skromną suknię.

- I co mam zrobić, milady? - odwołała się do rady starej damy. Braddon tymczasem zajęła się jej 

włosami.

- Prawdziwy ambaras - przyznała lady Titheridge. - Nie ma odwrotu, musisz robić dobrą minę do 

złej gry. Wycofanie się teraz oznaczałoby klęskę.  Nie możesz tego zrobić, poza tym powinnaś to 

zrobić dla Petera. Bardzo cię potrzebuje.

- Dlaczego?  - zapytała  Emma wspominając zielone  oczy, które  tak znacząco  na nią  spoglądały. 

Nawykła  od  lat  do  wypełniania  obowiązków,  uznała,  że  skoro  lady  Titheridge  uważa,  iż  jej 

obowiązkiem jest robić szpadą, to go wypełni.

-  Ponieważ  mój  siostrzeniec  nikomu  innemu  nie  ufa,  a  ty  masz  talenty,  które  mogą  być  mu 

przydatne. Po prostu nie możesz go opuścić - powiedziała błagalnie lady Titheridge.

Nie mając w zanadrzu żadnego argumentu przeciwko owym błaganiom, Emma skinęła głową i z 

westchnieniem przysiadła na łóżku, spoglądając tęsknie na poduszkę, po czym bohatersko wstała, 

gotowa się pożegnać.

-  Powinnam  wracać  do  domu,  by  oszczędzić  sobie  pytań  mateczki.  Prześpię  się  i  wieczorem 

stawię czoło towarzystwu, jakbym nie miała innych trosk niż kolor sukni i dobrze ułożone loki.

-  Gdzież  to  wybierasz  się  dzisiejszego  wieczoru?  -  zapytała  lady  Titheridge  pozornie  z  czystej 

uprzejmości.

- Pani Bascomb przekonała mateczkę, że powinnyśmy pokazać się na skromnym przyjęciu u lady 

Sefton. Skromnym! Już widzę te tłumy gości.

-  Straszna  ciżba,  mówiąc  inaczej.  Cóż,  moja  duszko,  o  tym  marzy  każda  gospodyni.  -  Lady 

Titheridge  posłała  Emmie  porozumiewawczy  uśmiech,  dzieląc  z  nią  opinię  na  temat  wielkiego 

background image

52

świata.

- Wiem, ale jestem zmęczona i wolałabym odpocząć. - Emma westchnęła.

Stara  dama  odprowadziła  ją  wzrokiem,  po  czym  podeszła  do  sekretery,  skreśliła  krótki  list  i 

wezwała Lelanda.

-  Postaraj  się,  by  mój  siostrzeniec  dostał  to  jak  najszybciej.  Leland  wymienił  ze  swą  panią 

spojrzenia i skłonił się nisko.

- Tak jest, milady. Jak najszybciej.

Emma  powlokła  się  do  swojego  pokoju,  szczęśliwa,  że  matka  zajęta  jest  rozmową  z  panią 

Bascomb.  Z  salonu  dochodziły  jej  zachwyty  nad  nowymi  pigułkami  uspokajającymi  doktora 

Vemala. Pigułki na nerwy? Ciekawe, co też mogą zawierać, pomyślała, jak zawsze nieufna wobec 

łatwowierności, z jaką matka traktowała przeróżnych szarlatanów. Teraz jednak czuła wdzięczność 

dla  doktora  Vemala,  którego  osoba  pozwoliła  jej  uciec  przed  przesłuchaniami.  Mateczka  żywiła 

przekonanie,  że  młode  damy  nie  powinny  brać  udziału  w  rozmowach  tyczących  zdrowia,  a  że 

właśnie na nie się uskarżała, Emma uniknęła pytań na temat domniemanej wizyty u lady Titheridge.

Bezpieczna  w  zaciszu  swojego  pokoju,  zrzuciła  suknię  i  wsunęła  się  do  łóżka.  Z  chwilą  gdy 

poznała sir Petera Dancy’ego, świat stanął na głowie. Co ją skusiło, żeby oglądać rozwijanie mumii 

z  Teb,  zamiast  siedzieć  w  domu,  jak  porządnej  pannie  przystało?  Jeden  nierozważny  postępek 

pociągnął lawinę kłopotów. A teraz fechtunek. Obraza boska.

Zapadając  w  sen  zdążyła  jeszcze  pomyśleć,  że  bardzo  źle  musi  być  ze  wzrokiem  Dancy’ego, 

skoro dotąd nie odkrył podstępu.

Obudziła  się  pełna  zwykłego  sobie  optymizmu.  Jak  to  często  bywa,  świat  wydaje  się  mniej 

straszny,  gdy  człowiek  zażyje  odpoczynku.  Patrząc  w  lustro  dostrzegła  dawny  błysk  w  oku. 

Zmęczenie minęło, była gotowa na spotkanie wieczoru.

-  Panienka  nic,  tylko  cięgiem  bywa,  jeno  patrzeć,  a  trza  będzie  nową  tualetę  gotować  -  orzekła 

Fanny wpadając do pokoju ze świeżo wyprasowaną suknią ze srebrnej gazy.

- Nie mogę prosić teraz papy o następną - odparła Emma zastanawiając się, jak też hojnie sir Peter 

zamierza wynagrodzić George’a za jego prace artystyczne. Nigdy nie będzie człowiekiem interesu, 

skoro jedno wejrzenie w zielone oczy sprawiało, iż zapominała zapytać. Musiała wszak przyznać, 

że  choć  Pojęła  się  zamówienia  dla  kilku  dodatkowych  funtów,  bardziej  pociągała  ją  przygoda  i 

bliskość sir Petera.

Gdy była już ubrana i uczesana, rozległo się wieszczące kłopoty pukanie do drzwi. Mateczka.

-  Oto  co  ci  przyniosłam,  moja  droga  -  powiedziała  wręczając  Emmie  bukiecik  fiołków.  -  Pan 

Swinburne prosi cię o taniec dziś wieczór. Zacniejszy chyba z niego młodzieniec, niż nam zrazu się 

wydawało.

background image

53

Emma pokręciła głową.

-  Nie  sądzę,  ale  zatańczę  z  nim,  oczywiście.  Jest  chętnie  przyjmowany  i  lubiany  mimo  swego 

dandyzmu.

-  Jak  wielu  młodych,  skłonny  jest  do  ekstrawagancji.  Z  wiekiem  zrozumie,  że  to  niemądre,  i 

ustatkuje się - oznajmiła pani Cheney w niezachwianym poczuciu własnej mądrości.

Pozbawiona  doświadczenia  mateczki,  Emma  powątpiewała,  czy  pan  Swinburne  kiedyś  się 

ustatkuje; prędzej roztrwoni majątek i jak wielu jemu podobnych ucieknie przed wierzycielami na 

kontynent.  Publikowane  w  gazetach  listy  bankrutów  z  dnia  na  dzień  stawały  się  dłuższe.  Papa 

kupował  główne  dzienniki,  a  „The  Mirror  of  the  Times”  skrupulatnie  donosił  o  wszystkich 

przetrąconych fortunach. Jakież to musi być okropne pozostać całkiem bez środków do życia.

- Chodźmy, moja droga, nie chcę się spóźnić. Olśnisz wszystkich panów. Cieszę się, że zaczęłaś 

słuchać  uwag  matki.  Fanny  powiedziała  mi,  że  ucięłaś  sobie  popołudniową  drzemkę.  Bardzom  z 

tego rada - pochwaliła córkę pani Cheney, gdy wychodziły z pokoju.

Emma  zmilczała  pochwałę.  Nie  mogła  przecież  przyznać  się,  na  jakich  to  zajęciach  minęło  jej 

przedpołudnie, by nie przyprawić mateczki o atak palpitacji.

U pani Sefton istotnie kłębiła się ciżba gości. Już na schodach Emma dostrzegła lady Titheridge w 

towarzystwie... kogóżby, jak nie sir Petera Dancy’ego. Aż zbladła z wrażenia. Przeklęty człowiek. 

Mówiono jej, że rzadko bywa w świecie, tymczasem pojawiał się wszędzie tam, gdzie ona. Gdyby 

była  osobą  próżną,  mogłaby  pomyśleć,  że  szuka  jej  towarzystwa.  Ale  nie:  ten  ekscentryk  o 

niebezpiecznym spojrzeniu w niczym wszak nie przypominał zakochanego fircyka.

Lady Sefton przywitała ją więcej niż uprzejmie.

-  Bardzo  się  cieszę,  że  cię  widzę,  moja  droga.  Musisz  częściej  bywać  na  naszych  małych 

assemblees.

- Bardzo pani łaskawa. Wybieramy się w najbliższą środę - zapewniła Emma omal nie parskając 

śmiechem. Cóż za absurd nazywać wieczory w Almack małymi assemblees.

- Wybornie - ucieszyła się lady Sefton i poczęła witać kolejnych gości.

- Och, moje dziecko, prawdziwie robisz konkietę - szepnęła pani Cheney zza wachlarza.

-  Jeśli  tak  jest,  to  tylko  dzięki  lady  Titheridge  i  panu  Brummellowi.  Ich  opinia  decyduje  o 

wszystkim.

-  Cóż  za  roztropna  uwaga  -  zachwyciła  się  pani  Cheney.  Tę  wymianę  zdań  przerwał  pan 

Swinburne.

- Jak się cieszę, że mój skromny hołd znalazł uznanie w pani oczach - rzekł zerkając na bukiecik 

fiołków.

- Daj spokój, Swinburne, nie złowisz tu posagu - wtrącił kąśliwie ktoś z boku.

Nie musiała się nawet odwracać, by sprawdzić, kto wypowiedział ową uwagę. Znała ten głos: sir 

background image

54

Peter.

- Wstrętny z ciebie chłopak. Nie powinieneś mówić takich rzeczy - napomniała siostrzeńca lady 

Titheridge.

- Przecież to prawda - odparł sir Peter.

Emma  posłała  mu  kosę  spojrzenie  i  zajęła  się  panem  Swinburne’em,  zła  na  sir  Petera  za  tę 

uszczypliwość. Nie musiał wszem i wobec trąbić o jej stanie majątkowym. Nie było to w dobrym 

tonie.

-  Zatańczysz  ze  mną,  pani?  -  zapytał  pan  Swinburne  spoglądając  na  sir  Petera  z  politowaniem, 

pewny, że przyćmiewa go swoim wyglądem. Istotnie: żółte pluderki, błękitna kamizelka haftowana 

w  pomarańczowe  kwiaty  i  niebieskoszary  surdut  sprawiały,  że  wyróżniał  się  pośród  innych, 

niepomny na  nauki  Brummella,  który mówił,  że  człowiek  nie  powinien bez  potrzeby zwracać  na 

siebie uwagi.

- Z radością - odparła Emma.

- Ale mnie musi pani przyrzec walca - wtrącił sir Peter z galanterią.

-  Będę  zaszczycona.  -  Cóż  innego  mogła  powiedzieć  wobec  tak  obezwładniającego  uśmiechu? 

Gdyby ten jego uśmiech nie rozbrajał jej za każdym razem, wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej. 

Znacznie lepiej. Była tego pewna.

Pan Swinburne podał jej ramię i Emma mogła wreszcie uwolnić się od towarzystwa sir Petera, co 

nie zmieniało faktu, że i tak cały czas wiedziała, z kim tańczy lub rozmawia. Szczególnie zwrócił 

jej  uwagę  kotylion  Dancy’ego  z  ładniutką  blondynką,  panną  Richendą  de  Lacey,  majętną 

dziedziczką o wielkiej urodzie i ptasim móżdżku. Tak przynajmniej mówiono, bo Emma nie znała 

jej osobiście. Niemniej poczuła, że chętnie wydrapałaby jej oczy.

- Panna de Lacey jest podobno uroczą osobą? - zagadnęła pana Swinburne’a, gdy skończyli taniec.

- Ta dziedziczka? - zapytał potwierdzając tym samym, że bardziej interesuje go posag niż uroda. -

W istocie. Mówią, że ma całą armię adoratorów.

- Pan do nich też należysz?

-  Niekiedy.  Przychodzi  czas,  gdy  kawaler  musi  się  zdeklarować  albo  ustąpić  pola.  Jak  wielu 

innych i ja zadaję sobie to pytanie, kiedy zdarza mi się być w towarzystwie panny de Lacey

Emma  zrozumiała:  zastanawiał  się,  czy  mógłby  tolerować  taką  gęś  jako  żonę.  Są  mężczyźni, 

którzy dla posagu potrafią znieść największą głupotę.

- W końcu można stołować się w klubie.

- Otóż to. Uroda to nie wszystko - powiedział niejasno i ruszył w kierunku majętnej panny.

-  Jesteś,  pani,  zamyślona.  Nie  wiesz,  że  na  wieczorkach  tańcujących  takie  zachowanie  jest 

niedopuszczalne?  -  szepnął  jej  do  ucha  sir  Peter.  Zadrżała  czując  jego  oddech  na  karku  i  zaraz 

zbeształa się w myślach, że jest równie głupia jak panna de Lacey.

background image

55

- Można? - zapytał ujmując jej dłoń i zmierzając w stronę parkietu.

- Nie wiedziałam, że to walc - powiedziała ignorując jego uwagę.

-  Obiecałaś  mi  go.  Ostatni  taniec  przed  kolacją,  zatem  będę  ci  towarzyszył  również  przy  stole. 

Chyba że masz, pani, inne plany.

Byłoby niegrzecznie odmówić, poza tym nikt jej nie prosił o towarzystwo podczas kolacji.

- Masz taką minę, jakbym robił ci krzywdę - poskarżył się.

- Odstraszasz pan ode mnie ludzi. - Raptem zdała sobie sprawę, że widząc ją w towarzystwie sir 

Petera inni panowie trzymają się z daleka. - Widać wzbudzasz w nich wielki respekt. Boją się, że 

wkroczą  na  twoje  terytorium?  Jeśli  tak,  powinieneś  dać  im  pan  do  zrozumienia,  jak  bardzo  się 

mylą. Może pomógłby flirt z panną de Lacey?

- Emmo - powiedział ostrzegawczo.

-  Nie  pamiętam,  bym  pozwoliła  waćpanu,  zwracać  się  do  mnie  po  imieniu.  Bardzoś  skory  do 

poufałości.

- Czy brat ci mówił, że uczy się fechtunku? - zapytał sir Peter nie podejmując sprzeczki.

- Tak - przyznała z ociąganiem.

- Podoba mu się?

- Jest zachwycony - odparła niewiele mijając się z prawdą i wbijając wzrok w bukiecik fiołków.

- Cieszę się. Ma wrodzony talent. Wstyd byłoby go nie rozwijać.

Emmie nie przychodziła do głowy żadna sensowna odpowiedź. Przypomniała sobie, jak to któryś 

z  jej  partnerów  wspomniał  w  tańcu,  że  prosił  sir  Petera,  by  dawał  mu  lekcje  fechtunku,  ale  się 

okazało, iż baronet nie bierze uczniów.

Dlaczego  zatem  uczył  George’a?  Chciałaby  to  wiedzieć.  Chciałaby  też  nie  tęsknić  za  tymi 

lekcjami.

8

Gdy walc dobiegł końca, uwolniła się wreszcie z przyprawiających o dziwny niepokój objęć sir 

Petera: przeszli do sali jadalnej.

-  Och!  Tam  jest  lady  Amelia  i  Worcester.  Niech  się  do  nas  przyłączą!  -  wykrzyknęła  z 

entuzjazmem  tak  różnym  od  nastroju,  w  jakim  przyjęła  jego  towarzystwo,  po  czym  ruszyła  ku 

przyjaciółce i pociągnęła ją do stolika. Widząc, że panny wdały się w ożywioną rozmowę, sir Peter 

postanowił zadbać o jadło.

- Witaj, Worcester - zagadnął podchodząc do stołu zastawionego smakołykami.

-  Widziałeś,  z  kim  jestem  -  westchnął  Edward  z  miną  pełną  rezygnacji.  -  Bądź  człowiekiem  i 

przyłącz się do nas.

background image

56

- Moja partnerka już mnie wyręczyła - odparł sir Peter uśmiechając się pod nosem. Do dziewcząt 

dołączyła właśnie panna de Lacey pozostawiając Swinburne’owi trud zadbania o bufet.

- Widzę, że dziedziczka zaszczyciła nasz stół - mruknął Peter do Worcestera.

-  Doprawdy?  Cóż  za  szczęście.  Być  może  powinienem  z  nią  poflirtować,  zamiast  myśleć,  jak 

skręcić kark Amelii?

- Wybacz, ale już otrzymałem podobny rozkaz.

- Tak? - Edward omal nie upuścił szyjki homara, którą właśnie nakładał na talerz.

-  Emma  wbiła  sobie  do  głowy,  że  panowie  uznali  ją  za  moją  damę.  Mam  ich  wyprowadzić  z 

błędu.

- Nie mów, mój stary. Czyżby nie wiedziała, jakim jesteś łupem na małżeńskim rynku? - W głosie 

Worcestera dało się słyszeć autentyczne niedowierzanie.

- Ani wie, ani dba - odparł smętnie sir Peter.

- Nie do wiary - dziwił się Edward zerkając na niezwykłą pannę Cheney.

-  W  rzeczy  samej  -  zgodził  się  sir  Peter  i  pomaszerował  w  stronę  ich  stolika  i  swej  nieufnej 

partnerki.

- Miałeś jakieś wieści od Henry’ego Salta? - zapytał cicho Worcester, korzystając, że panie zajęte 

były rozmową, Swinburne zaś poszedł ponownie napełnić swój talerz.

-  Słyszałem  tylko,  że  znowu  pokłócił  się  z  konsulem  Drovettim.  Za  każdym razem,  kiedy  chce 

wywieźć  z  Egiptu  kolejne  obiekty,  Drovetti  podnosi  gwałt,  a  wszystko  oczywiście  w  interesie 

Francji.  Spierają  się  jak  dwie  przekupki.  Wyobrażam  sobie,  jak  śmieszni  muszą  być  w  oczach 

Egipcjan.

- Pomyśleć, że dyplomaci zachowują się tak niestosownie. Myślisz, że jest jakiś związek miedzy 

ich awanturami a próbą kradzieży z twojej kolekcji?

- Wątpię, ale nigdy nie wiadomo. Może powinienem baczniej się przyjrzeć osiadłym w Londynie 

Francuzom. Czy George albo Emma mówią po francusku?

- Chyba nie chcesz jej w to mieszać? - oburzył się nie na żarty Worcester.

- Już jest zamieszana. Wiesz, że daję lekcje fechtunku? Znalazłem wspaniałego ucznia.

-  Nigdy  przecież  nie  dawałeś  lekcji.  -  Worcester  zdawał  się  kompletnie  oszołomiony  tą 

wiadomością.  Peter  pokiwał  głową  unikając  wzroku  Emmy.  -  To  prawdziwe  wyzwanie.  Wiele 

traciłem, nie dzieląc się swoimi umiejętnościami z innymi.

- Zachowaj to dla siebie, inaczej nie opędzisz się od chętnych - ostrzegł go Worcester.

- Ani mru-mru - przytaknął sir Peter. - Poproszę Emmę, żeby pomogła mi przewąchać tu i ówdzie 

w sprawie kradzieży.

- Myślisz, że zechce, skoro jej nie interesujesz? - zapytał rozbawiony Worcester.

- Zobaczysz, że tak.

background image

57

Emma  spojrzała  zaciekawiona,  co  też  tak  rozbawiło  lorda  Worcestera.  Sir  Peter  przeciwnie, 

wydawał się dziwnie posępny.

- Potrzebuję twojej pomocy - oznajmił cicho, nachylając się ku niej. - Worcester zastanawia się, 

czy  ta  próba  kradzieży  w  moim  domu  nie  jest  przypadkiem  sprawką  Francuzów.  Mówisz  po 

francusku?

- Mówię - odparła i przez chwilę zastanawiała się, w jaki sposób mogłaby mu pomóc.

-  Przespaceruj  się  ze  mną  po  sali  balowej.  Może  usłyszymy  coś  ciekawego.  -  Wstał  i  podał  jej 

dłoń.

- Z chęcią, ale czy możliwe, żeby Francuzi maczali w tym palce? - spytała szeptem.

- Kto wie.

Z ociąganiem  przyjęła  jego  ramię.  W  czasie  kolacji  co  prawda  zostawił  ją  w  spokoju,  ale  teraz

jego zachowanie wydawało się zbyt zaborcze. Nie chciała, by kojarzono z nim jej imię, jeśli go nie 

interesowała. Zdziwił ją nieoczekiwany błysk w jego oku, ale uznała, że wywołała to perspektywa 

rozwiązania zagadki nocnego włamania, bo cóż by innego?

Lord Worcester zaprosił  urodziwą pannę de  Lacey do następnego  tańca.  Lady  Amelia schroniła 

się u boku swej mamy. Pan Swinburne zniknął w pokoju karcianym.

- Porozmawiajmy, skoro jesteśmy sami. Wiadomą jest rzeczą, że Francuzi łakomym okiem patrzą 

na  skarby  Egiptu.  Ich  konsul  generalny  Drovetti  to  łupieżca,  gotów wydrzeć  naszemu  konsulowi 

każde znalezisko. Worcester zastanawia się, czy nie ma on swojego człowieka w Londynie, niby to 

uchodźcy,  który  dla  niego  szpieguje.  Moja  kolekcja  jest  powszechnie  znana,  nietrudno  zdobyć  o 

niej informacje, jak i o miejscu jej przechowywania.

-  Teraz,  kiedy  Napoleon  znowu  szaleje,  Francuzom  byłyby  w  głowie  egipskie  starożytności?  -

zapytała  Emma  rozglądając  się  wokół,  jakby  chciała  sprawdzić,  czy  dojrzy  szpiega.  Tutaj? 

Wiedziała, że Francuzi na różne sposoby infiltrują jej kraj i gorszyli ją ci rodacy, którzy wyciągali 

ku nim pomocną dłoń.

-  Drovetti  i  Salt  w  Egipcie.  Ani  Francja,  ani  Anglia  nie  mają  ludzi,  którzy  mogliby  im  służyć. 

Komunikacja trudna, poczta idzie całe wieki. Znajdź w takiej sytuacji kogoś, kto byłby na rozkazy, 

zwłaszcza kiedy kraj jest w kłopotach. Całymi tygodniami można czekać na wiadomości. Tu trzeba 

dużych pieniędzy.

Emma spoglądała na niego przez chwilę, po czym postąpiła krok do przodu.

- Chyba zbyt poważne mamy miny. Ludzie gotowi pomyśleć, że albo się kłócimy, albo właśnie 

dostaliśmy wiadomość o śmierci.

- Prawda. Albo że właśnie doszły nas wieści z pola bitwy - odparł nie przerywając przechadzki po 

ogromnej sali.

Na samą tę myśl Emmę przeszedł dreszcz. Nienawidziła wojny, w której ginęło tak wielu ludzi, 

background image

58

ale przecież Anglia musiała się bronić przed szalonym Korsykaninem. To potworne, że Napoleon 

zdołał uciec z Elby, gdy książę Wellington bawił w Wiedniu. Ten oczywiście opuścił natychmiast 

Kongres  l  teraz  w  swojej  kwaterze  głównej  w  Brukseli  mobilizował  siły  Świętego  Przymierza 

przeciwko Cesarzowi. Zapewne go pokona. Nawet trudno sobie wyobrazić, by mogło być inaczej.

-  Miejmy  nadzieję,  że  Wellington  powstrzyma  brutala  -  westchnęła  udając,  że  podziwia  jakąś 

kompozycję kwiatową.

- W nim cała nadzieja - odparł sir Peter.

Udając, że wsłuchuje się w słowa sir Petera, przechyliła głowę i próbowała złowić dochodzące ją 

fragmenty  cichej  rozmowy  toczonej  po  francusku.  Angielska  szlachta  i  arystokracja  na  ogół 

posługiwały się dobrą francuszczyzną, ale ta para mówiła czysto paryskim akcentem.

Widząc  pytające  spojrzenie  sir  Petera,  pokręciła  głową  i  dała  znak,  że  mogą  kontynuować 

przechadzkę.

- O czym rozmawiali?

-  To  na  pewno  Francuzi.  Ciekawa  byłam,  o  czym  mogą  rozprawiać  podczas  balu.  O  niczym 

zajmującym, chyba że mówili szyfrem. Tu już nic nie pomogę.

- Szkoda, że mojej kuzynki nie ma w Londynie. Victoria i jej mąż biegli są w takich rzeczach.

-  Doprawdy?  -  Emma  zaczynała  czuć  nabożny  szacunek  dla  kobiet  z  rodziny  Dancy’ego, 

najwyraźniej  obdarzonych  różnymi  niezwykłymi  przymiotami.  Malarki,  rzeźbiarki,  rytowniczki  -

tyle twórczych i niezwykłych niewiast.

- A twoja siostra?

- Kiedyś regularnie zapadała na chorobę nerwową. Teraz jest już zamężna. Nie opiekuję się nią 

więcej.

- Biedna. - Emma zatrzymała się udając, że poprawia jedwabny szal, prezent od lady Hamley.

- Znowu jakaś rozmowa? - Sir Peter pojął natychmiast, w czym rzecz.

-  Nie  jestem  pewna  -  szepnęła.  -  Trudno  powiedzieć,  czy  to  czcza  gadanina,  czy  coś 

poważniejszego.

- Podziwiam twoje rozliczne talenty. Ciotka powiada, że umiesz rysować równie biegle jak twój 

brat. Bardzo przypadły jej do smaku szkice, które dla niej zrobiłaś.

Emma oblała się rumieńcem. Cóż za fatalna sytuacja. Tak bardzo pragnęła wyjawić sir Peterowi 

swą podwójną tożsamość. Czy może? Na co się narazi?

Odgoniła ponure myśli i dała znak, by podjęli przechadzkę. Nic więcej nie doszło ich uszu. Kiedy 

podeszli do matki Emmy, poczciwa dama spojrzała na nich zdumiona.

- W głowę zachodziłam, gdzieście się podzieli. Nie godzi się tak znikać.

- Przeszliśmy się tylko po sali, mateczko - wyjaśniła Emma z niezmąconym spokojem.

Pani  Bascomb  posłała  sir  Peterowi  znaczące  spojrzenie,  ale  nie  powiedziała  ani  słowa.  W  tej 

background image

59

samej chwili do Danceya podszedł lokaj z liścikiem na srebrnej tacy.

- A to cóż znowu? - zawołał sir Peter. - Człowiek nie dostaje zwykle bilecików na balu.

- Jakieś kłopoty? - zapytała Emma.

-  Owszem.  Kolejne  włamanie.  Ktoś  próbował  dostać  się  do  domu  przez  okno  na  piętrze.  W 

pokoju była akurat służąca, która rozpalała ogień. Jej krzyk wypłoszył intruza.

- Szczęście, że tak się stało - powiedziała Emma cicho, usiłując nie okazywać zdenerwowania.

- Powiedz, z łaski swojej, bratu, że jutro będę potrzebował jego niezastąpionej pomocy - szepnął 

sir Peter tak, by nie słyszała go pani Cheney.

- Dobrze. - Emma westchnęła.

- Co, dobrze, moja droga? - zainteresowała się pani Cheney.

- Mówię właśnie, że chętnie dotrzymam jutro towarzystwa lady Titheridge - skłamała Emma. - To 

taka urocza dama i ma tyle pięknych rzeczy w swojej kolekcji.

- Odziedziczę wiele z nich, wiesz? - powiedział sir Peter z kpiną w głosie.

Emma  nie  bardzo  rozumiała,  dlaczego  Dancy jej  to  mówi.  Jako  że  pani Cheney żywiła  wielkie 

nadzieje, jeśli idzie o córkę, i za nic nie życzyłaby sobie pogorszenia stosunków z lady Titheridge, z 

uśmiechem  przyjęła  wiadomość.  Emma  smętnie  spoglądała  na  oddalającego  się  sir  Petera.  Czuła 

Jeszcze  na  dłoni  złożony  przezeń  pożegnalny  pocałunek.  Zatańczyła  po  raz  ostatni,  po  czym 

mateczka stwierdziła, że czas, by wracały do domu.

- Ach,  te zarywane noce.  Znowu będę  musiała spać  do południa.  Nie  wiem, skąd Emma bierze 

siły,  by  wstawać  tak  wcześnie  -  westchnęła  spoglądając  czule  na  córkę,  nadzieję  całej  rodziny  i 

gwarantkę  przyszłości.  -  Tylko  pigułki  doktora  Vemala  trzymają  mnie  przy  życiu  -  wyznała 

zwracając się do pani Bascomb.

- Chodźmy zatem, mateczko - wtrąciła pospiesznie Emma lękając się, że pani Cheney zacznie się 

rozwodzić na ulubiony temat. Rozejrzała się po sali za panem Swinburne’em, ale ten najwidoczniej 

nadal  grał  w  karty,  uznawszy,  że  tańce  to  zajęcie  zbyt  wyczerpujące  dla  fircyka.  W  drodze  do 

rezydencji Bascombów panie rozprawiały o balu.

- Wyglądasz na zatroskaną - stwierdziła matka, gdy pani Bascomb wysiadła.

- Nic mi nie jest, mateczko. Te wszystkie przyjęcia, rauty, wieczorki są trochę męczące. Trzeba mi 

snu.

Uspokojona tymi słowami pani Cheney poprawiła się na kanapce.

- Pan Swinburne mógłby się okazać interesującym konkurentem - powiedziała z nadzieją.

- Reginald Swinburne?

- Przystojny młodzieniec, a pewnie i majętny, sądząc po modnych strojach.

- Mateczko, pierwszą dla dandysa rzeczą jest ubierać się podług ostatniej mody. Idę o zakład, że 

najmniej za rok zalega u swojego krawca z rachunkami. Poza tym obiecałaś, że nie poślubię nikogo 

background image

60

wbrew własnej woli, a pan Swinburne wcale mi się nie podoba.

-  Przemyśl  to,  moja  droga  -  poradziła  pani  Cheney,  kiedy  powóz  zatrzymał  się  przed  domem. 

Emma udała, że nie dosłyszała rady.

Następnego  ranka  wstała  wcześnie  i  zaczęła  się  ubierać  nie  czekając  na  Fanny.  Już  miała 

wymknąć się z pokoju, gdy w drzwiach stanęła pokojówka. Na widok gotowej do wyjścia Emmy 

rozdziawiła usta ze zdziwienia.

- A gdzie to tak z rana panienka się wybiera? - zapytała bez najmniejszych oznak szacunku.

-  Przyniosłaś  czekoladę?  Och,  i  rogaliki  -  ucieszyła  się  Emma  ignorując  wścibskie  pytanie. 

Odebrała od dziewczyny tacę i zabrała się do śniadania. Była głodna, bo ostatniego wieczoru nie 

myślała o jedzeniu.

- Panienka wychodzi? - nie ustępowała Fanny zabierając się do słania łóżka.

- Nie będę cię potrzebowała dzisiejszego ranka - odparła Emma wymijająco.

Fanny zmierzyła ją pełnym przygany spojrzeniem, ale nie ośmieliła się na żadne impertynencje.

Emma włożyła pospiesznie budkę i szal, chwyciła torebkę, rękawiczki, zbiegła lekko po schodach 

i  nie  zauważona  przez  Oldhama  wymknęła  się  z  domu.  Za  rogiem  czekał  jak  zwykle  fiakier. 

Rzuciła mu adres lady Titheridge i zaczęła zastanawiać się nad czekającym ją dniem. Czy znowu 

przyjdzie jej fechtować? Powinna być przygotowana i na tę możliwość. Ciekawe, jakiej pomocy sir 

Peter oczekiwał od George’a.

Jej bujający w obłokach brat nigdy nie dbał o innych. Czyżby sir Peter uznał, że Cheney zmienił 

swój stosunek do ludzi?

Lady Titheridge leżała jeszcze w łóżku, gdy Emma pojawiła się w jej domu. Leland zaprowadził 

ją  do  małego  buduaru,  gdzie  Braddon  pomogła  jej  wdziać  tabaczkowe  pluderki,  białą  koszulę  i 

wzorzystą  kamizelkę,  przyciemniła  cerę  specjalnym  kremem  i  związała  włosy  w  harcap.  Emma 

poprawiła  białe  pończochy  zastanawiając  się,  czy  czeka  ją  kolejna  lekcja  szpady.  Ciągle  jeszcze 

bolały  ją  mięśnie  po  ostatnim  fechtowaniu.  Na  wszelki  wypadek  owinęła  tors  bandażami,  acz 

każdy, kto miał oczy, łacno odgadłby, że żaden z niej George. Czyżby sir Peter rzeczywiście był tak 

roztargniony  i  krótkowzroczny,  że  dotąd  nie  dostrzegł  różnicy?  Wydawało  jej  się  to  niezwykle 

dziwne.

Przed  domem  czekał  już  powóz  lady  Titheridge.  Stangret  Pomógł  Emmie  wsiąść  i  bez  słowa 

powiózł ją na Bruton Street.

Tym  razem  zamiast  Radleya  drzwi  otworzył  lokajczyk,  który  bez  zwłoki  zaprowadził  ją  do 

gabinetu, gdzie zastała mocno wzburzonego sir Petera.

- Cóż tam? - zapytała czując wyraźnie, że coś się zdarzyło od ubiegłego wieczoru.

- Ktoś strzelał rano do Radleya.

background image

61

- Straszne! Domyślasz się, kto do niego mierzył?

-  Sprzątał  tutaj,  w  pracowni.  Tylko  on  poza  mną  ma  klucz  -  powiedział  sir  Peter  wyraźnie 

zrozpaczony.

-  Nie  możesz  się  obwiniać.  Ciężko  jest  ranny?  Kiedy  to  się  stało?  -  Emma  też  była  przybita 

wieścią, gdyż szczerze polubiła lokaja.

- Na szczęście to tylko zadraśnięcie. Ktoś strzelał z dachu naprzeciwko. Doskonały strzelec, skoro 

trafił z takiej odległości w ruszającego się człowieka. - Sir Peter wskazał rzeczony dach.

- To ładnie, że tak się przejmujesz Radleyem - powiedziała z udaną szorstkością.

- Jestem z nim od lat. Dbał o mnie bardziej niż rodzony ojciec.

Nie  powiedział  nic  więcej  na  ten  temat,  ale  często  tak  bywało,  że  serdeczny  sługa  zastępował 

nieobecnego ojca.

-  W  południe  przyjdzie  człowiek  z  policji.  On  wszystko  obejrzy.  Do  tego  czasu  niewiele 

zdziałamy.

- Nie spieszno im - rzuciła Emma z przekąsem.

- Nikogo nie zamordowano, nic nie ukradziono. Postrzelenie służącego to dla nich żaden powód 

do alarmu. - Sir Peter niespokojnie chodził w tę i z powrotem.

-  Ty  się  jednak  przejmujesz  -  powiedziała  współczująco,  niemal  zapominając,  że  powinna 

przemawiać głosem George’a.

- Myślisz, że chodzi o mumię? Medycy bardzo  się nimi interesują. Możesz wierzyć lub nie; ale 

ludzie uważają, że są lekiem na wiele dolegliwości.

Emma miała ochotę parsknąć śmiechem.

- Cóż za niedorzeczność.

- Być może policja każe mi spakować całą kolekcję.

- Gdzie miałbyś ją przechowywać?

- Nie zgodzę się. Żaden złoczyńca nie zmusi mnie do tego. Będę walczył  - oznajmił sir Peter z 

groźną miną.

- Powinieneś mieć kogoś do pomocy - stwierdziła Emma niewiele myśląc, co to znaczy.

-  Słusznie.  To  przypomina  mi  o  naszych  lekcjach.  Jesteś  gotów  do  ćwiczeń?  -  Nie  czekając  na 

odpowiedź sir Peter chwycił Emmę za ramię i pociągnął do wyjścia, zamykając drzwi do gabinetu 

na klucz.

Ani się obejrzała, a już byli w sali do fechtunku. Zdjęła ostrożnie surdut, odwiesiła go i spojrzała 

na sir Petera. Niemożliwe, by dotąd nie odgadł prawdy.

Nałożyła  skórzaną  maseczkę  i  stanęła  na  macie  czekając,  aż  Dancy  poda  jej  szpadę.  Wykonała 

pozdrowienie zapamiętane z poprzedniej lekcji, ale przyjęła błędną postawę.

- Nie, nie. Przesuń się trochę. O, w ten sposób. Teraz dobrze - pouczał cierpliwie.

background image

62

W oczekiwaniu długich tortur Emma z rezygnacją uniosła szpadę.

- Dzisiaj będziemy ćwiczyć różne pozycje. Do dzieła. Sir Peter natarł bez ostrzeżenia, z impetem, 

zmuszając  uczennicę  do  wyuczonych  wczoraj  sposobów  parowania  ciosów.  Trudno  jej  było 

walczyć z twardym przeciwnikiem, który nie zamierzał dawać pola. Robiła wypady, uskakiwała do 

tyłu,  znowu  nacierała.  Tak  jak  wczoraj  opanowała  ją  chęć,  by  wreszcie  mogła  go  dostać. 

Tymczasem  raz  za  razem  czuła  koniec  jego  szpady,  gdy  tylko  się  odsłoniła.  Wreszcie  przerwał 

dając jej czas na otarcie potu z twarzy.

-  Teraz  zajmiemy  się  pracą  nóg.  Masz  wrodzony  instynkt,  ale  musisz  poznać  rozmaite  kroki  i 

ustawienia stóp. Jeśli chcesz być dobrym szermierzem, musisz ćwiczyć dzień w dzień.

Odwrócony,  nie  widział  na  szczęście  niechęci  malującej  się  na  twarzy  Emmy.  Czyżby  sobie 

żartował? Nie ma wyjścia,

George musi zniknąć. Jeszcze coś ją zaniepokoiło. Jeśli był tak krótkowzroczny, jak dojrzał, skąd 

strzelano? A może to Radley zdołał zoczyć napastnika, zanim ten umknął? Pytania cisnęły się do 

głowy,  ale  nie  śmiała  wypowiedzieć  ich  głośno,  w  obawie,  że  się  zdradzi.  Cóż  za  komedia 

pomyłek.

- Uważaj. Znowu się zamyśliłeś. A sądziłem,  że tylko ja mam zwyczaj  bujać w obłokach.  - Sir 

Peter zaśmiał się.

Pokazywał Emmie różne kroki, póki nie opanowała ich należycie. Ćwiczyli tak dwie godziny, aż 

zupełnie opadła z sił. Wreszcie schował szpady do pudła.

- Jutro przejdziemy do taktyki obrony.

Miała ochotę wykrzyczeć mu w głos, że więcej się już nie pojawi, że George wyjeżdża do Rzymu 

albo gdzieś równie daleko. Tymczasem usłyszał, gdy odbierał maseczkę z jej drżącej dłoni, że jest 

bardzo wdzięczny za jej dobre chęci.

-  Potrzebuję  kogoś  zaufanego  do  pomocy.  Jeśli  nie  ujmą  złodzieja,  będę  musiał  sam  coś 

przedsięwziąć. Mogę chyba liczyć na ciebie?

Emma odwróciła się, by nie dojrzał jej twarzy. Nic nie mówiąc zaczęła wkładać surdut.

-  Zapowiadasz  się  na  wybornego  fechtmistrza.  Gdyby  zaszła  potrzeba,  wkrótce  będziesz  mógł 

wesprzeć mnie w walce.

- W walce? - powtórzyła zmrożona tą perspektywą.

-  Bywa,  że  złoczyńcy  nie  kwapią  się  wyzionąć  ducha  po  dobroci  -  powiedział  kpiącym  tonem, 

który jednak wcale jej nie zwiódł. Po raz pierwszy dojrzała w sir Peterze człowieka pełnego obaw, 

lęków, wątpliwości. Wstrząsnęło nią to, że się tak odsłonił.

- Oczywiście, możesz na mnie liczyć. Przyjdę jutro - zapewniła go, nie myśląc o skutkach swych 

decyzji.

Zdawało  się  jej,  że  przyjął  tę  obietnicę  z  ogromną  ulgą,  co  tylko  świadczyło,  jak  bardzo  był 

background image

63

stroskany.  To  straszne,  kiedy  człowiek  czuje  się  tak  samotny.  Chociaż  zaprzyjaźniony,  jak  się 

zdawało, z lordem Worcesterem, nie do niego przecież zwracał się w kłopotach, lecz do George’a, 

więc nie wolno było odmówić.

Wcisnęła na głowę kapelusz i ruszyła do wyjścia.

- Zatem do jutra?

- Do jutra - przyrzekła.

Na stopniach domu minęła jakiegoś mężczyznę. Wnosząc po stroju, domyśliła się w nim agenta 

policyjnego z Bow Street.

Kiedy  powóz  ruszył,  zaczęła  obserwować  przez  okno  ludzi  na  ulicy. Czy  jest  między  nimi  ten, 

który  postrzelił  Radleya?  Czy  przypadkiem  nie  mówi  z  silnym  francuskim  akcentem?  W  głowie 

kłębiły się obrazy szpiegów, złodziei, potyczek na szpady. Sezon w Londynie zaczynał różnić się 

coraz bardziej l od wcześniejszych wyobrażeń.

9

Peter z zainteresowaniem wpatrywał się w swojego gościa. Nigdy jeszcze nie miał do czynienia z 

agentem policji z Bow Street, chociaż wiele o nich słyszał.

Ten miał pospolity wygląd, ubrany był schludnie, acz bez pretensji do elegancji. To, że nie zdjął 

nakrycia głowy, raczej rozbawiło niż oburzyło gospodarza.

Harry  Porter  przedstawił  się.  Proszony  o  zajęcie  miejsca,  usiadł  powoli,  powiódł  wokół 

niepewnym  wzrokiem,  jak  ktoś  nienawykły  do  wytwornego  otoczenia,  i  przeszedł  od  razu  do 

rzeczy:

- Pański służący został postrzelony?

-  To  prawda  -  odparł  Peter  i  zrelacjonował  wypadki  najlepiej,  jak  potrafił.  Gdy  skończył, 

zaproponował agentowi, by rozejrzał się po gabinecie.

Agent  z  Bow  Street  zaczął  chodzić  po  pokoju  oglądając  gabloty  z  egipskimi  zabytkami.  Przy 

mumii  zatrzymał  się  na  chwilę.  Najwyraźniej  zafascynowany  kiwał  głową,  wreszcie  podjął  na 

powrót oględziny. Zatknąwszy kciuki za czerwoną kamizelkę, uważnie badał dziurę w szybie, ślad 

po pocisku.

- Ten, kto postrzelił Radleya, mierzył z tamtego dachu. - Peter wskazał dom naprzeciwko. - Tęgi 

musi być z niego strzelec, skoro z tej odległości trafił człowieka w ruchu.

- Zna pan kogoś, kto nastawałby na życie onego Radleya?

- Agent mówił świszczącym głosem, jakby miał uszkodzone struny głosowe.

-  Nie,  ale  przechowuję  w  tym  gabinecie  wiele  cennych  przedmiotów.  Może  to  jakiś  Francuz, 

którego wynajęto, by zdobył je dla ich kolekcji narodowej. - Peter pokrótce opowiedział o swoich 

background image

64

podejrzeniach.

- Jakieś inne motywy? - zapytał policjant obserwując rozmówcę spod oka.

- Ktoś może chcieć zdobyć mumię albo naszyjnik dla nie znanych mi powodów.

- To pozostawia szerokie pole do domysłów.

-  W  grę  mogą  wchodzić  po  prostu  pieniądze  -  powiedział  Peter  bez  wielkiego  przekonania. 

Istniały łatwiejsze  sposoby  zdobycia  gotówki,  niźli  próba  kradzieży łatwych  do  zidentyfikowania 

przedmiotów.

Pan Porter ponownie zaczął oglądać mumię.

- Da się coś takiego sprzedać? Wielce szczególny przedmiot.

- Niektórzy wierzą, że mumie mają własności lecznicze. Nikt nigdy nie potwierdził prawdziwości 

tej tezy, ale tak już bywa: jeśli ktoś się uprze, zrobi wszystko, by zdobyć pożądany obiekt.

- Hmm  - mruknął Porter  podejmując na powrót  wędrówkę wśród  gablot.  - Chciałbym zamienić 

słowo z kamerdynerem waszmości, onym Radleyem. Może od niego wywiem się czego, bo przecie 

to jemu się dostało. - Agent zerknął Pytająco na Petera.

Poleciwszy lokajczykowi, by zaprowadził policjanta do Radleya, Dancy zagłębił się w myślach o 

Emmie.  Miał  nadzieję,  że  pojawi  się  następnego  dnia.  Czuł,  że  pragnie  pozbyć  się  przebrania 

George’a, że ma już dość maskarady, ale on przedłużał zabawę i miał ku temu powody.

Po  pierwsze,  gdyby zdradził,  że  ją  rozszyfrował,  położyłby  kres  lekcjom  fechtunku,  wywołując 

zgorszenie jej rodziców.

Zależało mu bardzo na Emmie, ale nie chciał zmuszać jej do małżeństwa: miał raczej nadzieję, że 

droga jego sercu panna zapała doń szczerym afektem. Wyczuwał w niej rzadką zdolność do miłości 

i czerpania z życia wszystkiego, co niosło w darze. Jak wspaniale byłoby we dwoje wyprawić się 

do Egiptu... Wiedział, że Emma go nie zawiedzie.

Był przekonany, że jest urodzona do szpady. Miała w sobie ogień i instynkt walki.

Cieszyła  go  wreszcie  perspektywa  zagrania  na  nosie  ambitnym  mamom  i  ich  córkom,  które 

zaginały  na  niego  parol  wyłącznie  dla  majątku.  Tak  wstrętne  mu  były  podobne  zabiegi,  że  coraz 

więcej czasu poświęcał swojej kolekcji.

Był  jeszcze  inny  powód,  dość  szczególny.  Jeśli  przeciwnik  zobaczy,  że  potencjalna  ofiara  ma 

sprzymierzeńca, być może odstąpi od niecnych zamiarów.

-  Powinienem  był  rozgłosić,  że  zdeponowałem  naszyjnik  w  bezpiecznym  miejscu  -  mruknął  do 

siebie i poszedł sprawdzić, czy agent z Bow Street dowiedział się czegoś ciekawego od Radleya, ale 

ten niewiele wniósł do opowiadania sir Petera. Na odchodnym policjant poinformował gospodarza, 

że zamierza pokręcić się po spelunkach i melinach złodziejskich.

- Zdałoby się trochę grosza dla rozwiązania języków. Oszczędziłbym sporo czasu - zasugerował 

Porter.

background image

65

-  Czekam  na  wiadomości  -  rzekł  Peter  wsuwając  mu  w  dłoń  sakiewkę  i  odprowadzając  go  do 

drzwi.

Nie  zdążył  wrócić  do  gabinetu,  gdy  ponownie  rozległ  się  głos  kołatki  i  w  progu  stanął  lord 

Worcester.

- Doszły mnie wieści o strzelaninie - oznajmił bez zbędnych wstępów.

- Radley sprzątał w gabinecie. Wiesz, że nie wpuszczam tam nikogo innego ze względu na mumię 

i inne przedmioty. W każdym razie ktoś strzelał z dachu domu naprzeciwko.

- Mam nadzieje, że zawiadomiłeś policję? - zapytał wzburzony Edward.

-  Owszem.  A  może  zamiast  tkwić  na  miejscu  przestępstwa  wybralibyśmy  się  do  klubu?  -  Peter 

miał na jakiś czas dość całej sprawy. Nie sądził przy tym, by ktoś ważył się przypuścić kolejny atak 

w  środku  dnia,  gdy  czuwa  służba.  Nie  mógłby  też  zasiąść  do  pracy,  jako  że  lada  chwila  mieli 

pojawić się szklarze.

-  Niechętnie.  Kilka  dni  temu  nadziałem  się  tam  na  tego  fircyka  Swinburne’a.  Ktoś  musiał  go 

zaprosić,  bo  pamiętam,  że  kiedy  chciał  zostać  członkiem,  głosowaliśmy  przeciwko  jego 

kandydaturze.

-  Głosowałeś  na  nie?  A  to  dlaczego?  -  Peter  wprowadził  przyjaciela  do  biblioteki,  gdzie  stały 

wygodne skórzane fotele i gdzie można było znaleźć na podorędziu karafkę z brandy.

-  Złości  mnie,  że  umizga  się  do  Amelii.  Ten  przeklęty  człowiek  obraca  fałszywą  monetą. 

Opowiada jej banialuki, nabija głowę głupstwami, a to w gruncie rzeczy porządna dziewczyna. To,

że rzadko ją widuję, nie znaczy, że źle jej życzę - oznajmił Edward, jakby z góry bronił się przed 

zarzutami, po czym w milczeniu zaczął uderzać rękawiczkami o udo, popijając brandy.

Dla  Petera  było  oczywiste,  że  cokolwiek  by  mówił,  przyjaciel  żywi  dla  Amelii  więcej  niż 

braterskie uczucia. Zastanawiał się, kiedy ta prawda dotrze wreszcie do Worcestera.

- Znasz ją od niepamiętnych czasów. Dziwne, że nie chce słuchać twoich rad - powiedział Peter 

usiłując zachować powagę wobec cierpień Edwarda.

- Ta okropna dziewczyna mówi, że udzielam ich przez zwykłą zazdrość.

Obydwaj  jeszcze  chwilę  rozprawiali  o  lady  Amelii  i  fircykowatym  Swinburnie.  Wreszcie  Peter 

namówił Worcestera na przejażdżkę po parku.

Boże, co się stało? - Szare oczy wpatrywały się w odbicie w lustrze, wreszcie zatroskane zwróciły 

ku Braddon, dukając u niej rady.

W tej samej chwili do pokoju weszła lady Titheridge.

- Wielkie nieba, co z tobą, dziewczyno? Cała jesteś pokryta plamkami, ale to chyba nie wysypka, 

prędzej siniaki. Dziwna rzecz. - Stara dama dotknęła ostrożnie przebarwionego miejsca na skórze 

Emmy.

background image

66

- Nie bolą, ale wyglądam, jakbym zapadła na jakąś okropną chorobę. To ślady dotknięcia szpadą. 

Sir Peter atakował bez żadnej litości. Co za wstrętny człowiek!

- Skoro  uważa  cię  za  George’a, nie  miał  powodów  zbytnio cię  oszczędzać  - przypomniała  lady 

Titheridge.

- Hmm. Jak się ich teraz pozbyć? - zamyśliła się Emma.

- Masz suknię ze stójką?

- Obawiam się, że nie. Miałam taką, ale wyrosłam z niej dwa lata temu. - Emma skrzywiła się do 

swojego odbicia. - Wątpliwa ozdoba. Ciekawam, co powiedziałyby na widok tych siniaków panie z 

Almack.

- Braddon, potrafisz jakoś zaradzić? - zapytała lady Titheridge niemal rozkazującym tonem.

Betsie, milady. Powinna być gdzieś na dnie kufra.

-  Oczywiście  -  przyklasnęła  lady  Titheridge.  -  A  teraz,  moja  droga  Emmo,  opowiedz  mi  o 

dzisiejszej lekcji - poprosiła, gdy pokojówka zniknęła.

- Ćwiczyliśmy postawy i  pracę nóg.  Byłam  chyba  do niczego, chociaż  on, nie wiedzieć czemu, 

powiada, że będzie ze mnie dobry szermierz.

- Zapewne  dlatego,  że  poruszasz  się  lekko  i  jesteś  pojętna.  Kobiety  są  inteligentniejsze  niż 

mężczyźni - oznajmiła lady Titheridge ku głębokiemu zaskoczeniu Emmy.

-  Może,  ale  nie  dysponujemy  swoimi  pieniędzmi  i  nikt  nas  nie  pyta,  czego  naprawdę  chcemy. 

Mówią nam, kogo mamy poślubić, gdzie mieszkać i że naszym obowiązkiem jest rodzenie dzieci.

Zanim lady Titheridge zdążyła skomentować tę heretycką uwagę, wróciła Braddon.

Betsie,  kryza  wzorowana  na  tych,  które  nosiła  królowa  Elżbieta,  składała  się  z  siedmiu  warstw 

muślinu: dwie sterczały sztywno, reszta opadała miękko na dekolt, wdzięcznie okalając twarzyczkę 

Emmy. Gdy Braddon dodała jeszcze do zielonej sukni zielony spencerek, nikt nie odgadłby, że ów 

strój  ukrywa  pokaźną  kolekcję  siniaków.  Gdy  całość  dopełnił  zielony  kapelusik,  Braddon  bez 

zbędnej skromności stwierdziła, że jest perłą wśród pokojówek.

- Czy ja nie miałam koronkowej betsie? - zapytała lady Titheridge oglądając Emmę.

Ze sterty przybrań Braddon dobyła wytworną kryzę z koronek brabanckich.

-  Tę  możesz  włożyć na  wieczór.  Nawet jeśli  nieco  już  wyszły  z  mody,  noś  ją  tak,  jakby  to  był 

ostatni  krzyk  sezonu.  Niektóre  damy  z  towarzystwa  zachowują  się  niczym  drapieżcy:  gdy  czują 

strach,  atakują  bez  miłosierdzia.  Trzymaj  głowę  wysoko  i  uśmiechaj  się.  Niech  trwają  w 

przekonaniu, że wyglądasz tak z wyboru, a nie z konieczności bądź przypadku.

Emma pomyślała z niejakim zdziwieniem, że jej mateczce nigdy nie przyszły do głowy podobne 

rady.

- Pojedziemy teraz na przejażdżkę  do parku. Chciałabym odetchnąć świeżym powietrzem, a nie 

lubię wyjeżdżać o tej godzinie co wszyscy. To bywa bardzo męczące - oznajmiła stara dama z lekką 

background image

67

kpiną, która upodabniała ją do jej siostrzeńca.

Rychło  przemierzały  ścieżki  Hyde  Parku  w  landzie  powożonym  przez  stangreta  w  liberii.  Był 

piękny  czerwcowy  dzień:  obawy  związane  z  Korsykaninem  i  wojną  gotującą  się  na  kontynencie 

zdawały się niezwykle odległe.

Nie ujechały daleko, kiedy Emma poczuła, że stara dama lekko trąca ją w ramię.

- Popatrz, kogo tu mamy.

Zbliżali się do nich sir Peter i lord Worcester w znakomitych, Jak się zdawało, nastrojach. Powozy 

zatrzymały się.

-  Dzień  dobry,  cioteczko,  panno  Cheney.  Nie  za  wcześnie  na  spacery?  -  zagadnął  sir  Peter  z 

wesołym błyskiem w zielnych oczach.

-  Niedobry  chłopak  -  zbeształa  go  lady  Titheridge.  -  Już  niemal  południe.  Chciałyśmy  zażyć 

powietrza,  póki  światowe  damy  wylegują  się  jeszcze  w  pościeli.  -  Przechyliwszy  głowę, 

obserwowała  siostrzeńca  spod  przymkniętych  powiek.  -  Miałeś,  słyszę,  jakieś  kłopoty  w  domu. 

Wiesz, że w razie czego zawsze masz u mnie schronienie.

Sir Peter z uśmiechem skłonił głowę.

- Oby do tego nie przyszło, niemniej dziękuję, cioteczko. Kto ci powiedział?

- Brat Emmie, a ona mnie. Zaprzyjaźniłyśmy się bardzo w ostatnich tygodniach. Prawda, duszko? 

- zapytała mrugając do swej towarzyszki.

- O, tak - odparła Emma, czując, że rumieniec oblewa jej policzki.

- Wyglądasz dzisiaj wyjątkowo uroczo, panno Cheney, jeśli wolno zauważyć. - Sir Peter skłonił 

się lekko.

- Bardzoś łaskaw, sir. - Emma mimowiednie dotknęła kryzy, jakby chciała się upewnić, że dobrze 

skrywa siniaki.

-  Może  wybierzesz  się  ze  mną  na  spacer  po  parku  dzisiaj  po  południu?  W  towarzystwie 

Worcestera i lady Amelii, jeżeli nie są pokłóceni.

Emma mimo woli parsknęła śmiechem.

- Jeśli mateczka nie ma innych planów, z radością przyjmę zaproszenie.

Konie zaczęły się niecierpliwić, szczególnie siwki sir Petera.

-  Jedźcie,  a  ty  Worcester,  postaraj  się  udobruchać  lady  Amelię.  To  przemiła  dziewczyna,  ale 

trzeba z nią postępować delikatnie. Będziesz traktował ją jak konia, znarowi się i umknie - udzieliła 

prostej rady lady Titheridge.

Lord Worcester, nieco zgorszony tymi słowami, skinął głową w odpowiedzi.

- Chyba go milady zaszokowała - powiedziała Emma, gdy powozy ruszyły, każdy w swoją stronę.

- To dobrze. Ktoś wreszcie musi to zrobić. Inaczej gotów stać się równie nadęty jak jego ojciec -

odparła  stara  dama  i  poleciła  stangretowi  jechać  do  domu  Cheneyów.  -  Chcę  zamienić  słowo  z 

background image

68

twoją matką. Wstąpię do was na chwilę.

Emma przyjęła z radością ten pomysł: wizyta lady Titheridge oznaczała, że mateczka nie zasypie 

jej niepotrzebnymi pytaniami, o których zapomni do czasu wyjścia gościa.

Na widok wielkiej damy Oldham napuszył się bardziej niż zwykle. Emma nie mogła powstrzymać 

uśmiechu, słysząc, z jakim przejęciem anonsuje dostojną osobę zwracając się do pani Cheney, która 

piła właśnie herbatę z panią Bascomb i lady Hamley.

Damy rozmawiały przez chwilę, po czym lady Titheridge zwróciła się do pani Cheney:

- Jak się miewa syn? Emma mówiła mi, że prowadzi wykopaliska w Sussex. Bardzo chciałabym 

zobaczyć  takie  archeologiczne  poszukiwania.  Zgodziłabyś  się,  pani,  żebym  razem  z  Emma 

pojechała do niego?

W  pierwszej  chwili  pani  Cheney  osłupiała  na  myśl,  że  ktokolwiek,  szczególnie  ktoś  o  takiej 

pozycji  towarzyskiej  jak  lady  Titheridge,  może  interesować  się  niedorzecznościami,  na  których 

trawi czas jej narwany syn.

-  Mogłabym  zawieźć  George’owi  pocztę  i  zobaczyć,  jak  się  czuje  -  powiedziała  Emma 

przymilnie,  zaskoczona  pomysłem  lady  Titheridge.  -  Nic  nie  wiadomo,  mamo.  Pewnego  dnia 

George może stać się sławny. Tak przynajmniej powiada sir Peter.

-  Muszę  najpierw  porozmawiać  z  ojcem  -  odparła  pani  Cheney  słabo,  najwyraźniej  rozdarta 

między chęcią udzielenia natychmiastowej zgody a pragnieniem zachowania pozorów konsultacji z 

mężem,  gdy  wszyscy  wiedzieli,  że  pan  Cheney  przystanie  na  ten  plan  bez  żadnych  oporów.  Nie 

interesowały  go  poczynania  syna,  ale  uważał,  że  lepsze  takie  zajęcie,  niż  zbijanie  bąków  i 

zaciąganie długów w Londynie.

- Proszę, mateczko - mówiła Emma słodko, tak samo jak Matka zaskoczona perspektywą podróży.

- Kiedy miałby być wyjazd? - zapytała pani Cheney sięgając po swoje sole trzeźwiące.

Pani Bascomb i lady Hamley wymieniły pełne aprobaty spojrzenia.

- Powiedzmy za  trzy  dni  - zdecydowała  stara  dama,  której nie  postało nawet  w  głowie, że  ktoś 

mógłby sprzeciwić się jej planom. - Nie chcemy przecież, żeby Emma straciła wieczór w Almack, 

prawda?  To  da  nam  akurat  dość  czasu,  by  przygotować  się  do  podróży.  Pojedziemy  moim 

powozem.  Emma  musi  zabrać  trochę  ubrań  i  rzeczy  dla  brata.  Na  pewno  potrzebuje  czystych 

koszul,  bielizny i  temu  podobnych. Pamiętam,  że  mój  Peter, sir Peter wziął  po nim  imię, zawsze 

tęsknił  za  czystymi  koszulami,  kiedyśmy  wyprawiali  się  w  podróż.  Ale  zachowajmy  naszą 

wycieczkę w tajemnicy. To oszczędzi nam kłopotów.

Pani  Cheney  zachwycona,  że  jej  drogie  przyjaciółki  mogą  być  świadkami  przychylności,  jaką 

darzy  ją  lady  Titheridge,  zgodziłaby  się  w  tej  chwili  na  wszystko.  Także  świadomość,  że  Emma 

dostąpiła szczytu marzeń i mogła bywać w Almack, działała niczym miód na matczyne serce, które 

dotąd nie śmiało hołubić tak zawrotnych nadziei.

background image

69

- Bardzo pani łaskawa - odparła w końcu, powąchawszy soli trzeźwiących.

Po  chwili  lady  Titheridge  pożegnała  panie.  Emma  odprowadziła  ją  do  drzwi.  Schodząc  po 

schodach milczała w obawie, by nie być słyszaną w salonie.

- To prawdziwa niespodzianka, milady - szepnęła wreszcie.

- Pomyślałam, kiedy rozmawiałyśmy z Peterem i Worcesterem, że George może powziąć zamiar 

powrotu do domu, choćby po czyste koszule. Musisz go przekonać, żeby nie pojawiał się na razie w 

Londynie, pod żadnym pozorem.

- Wielkie nieba. O tym nie pomyślałam - szepnęła Emma.

Lady Titheridge uderzyła ją leciutko wachlarzem w ramię.

-  Musisz  się  nauczyć  dostrzegać  wszystkie  aspekty  sytuacji,  jeśli  chcesz  być  konspiratorem  -

odszepnęła i z wielce zadowoloną miną wsiadła do swego landa.

Emma  z  bijącym  sercem  spoglądała  z  podestu  schodów  na  sir  Petera,  kiedy  ten  przyszedł  po 

południu zabrać ją do Hyde Parku.

Położywszy  dłoń  na  piersi  i  wziąwszy  głęboki  oddech,  zeszła  powoli  na  dół.  Przed  drzwiami 

małego saloniku stanęła, gotując się na spotkanie.

Za każdym razem, kiedy miała stanąć oko w oko z Dancym, walczyła z lękiem. Tak łatwo mogła 

się zdradzić, a kiedy ten wstrętny człowiek spoglądał na nią z łagodną kpiną w oku, całkiem traciła 

kontenans.

- Rzecz to niewidziana, dama, która nie spóźnia się na umówione spotkanie.

- Niegrzecznie jest kazać czekać na siebie. Tego nie lubię - odparła Emma na próżno usiłując nie 

patrzeć mu w oczy.

- Idziemy? - zapytała biorąc się w garść.

- Po drodze zabierzemy Worcestera i lady Amelię. Ciotka Titheridge łaskawie pożyczyła mi swoje 

lando. Będzie nam wygodnie - powiedział prowadząc ją do powozu.

- Bardzo się cieszę - zapewniła go szczerze, rada, że nie będzie musiała spędzić popołudnia sam 

na sam z tym utrapieńcem. Nie potrafiła powiedzieć, czemu odpowiedź tak rozbawiła Dancy’ego. 

Usadowiła się w kącie powozu, jak najdalej od swego towarzysza. Nie wolno jej zapominać, że to 

najniebezpieczniejszy człowiek w Londynie. Dla niej w każdym razie.

- Zapewniam, że nie gryzę - mruknął sir Peter kładąc jej Pled na kolanach.

- Czyżby? - Nie zwiedzie jej. Przy nim lew zdał się domowym kotkiem. - Piękny dziś mamy dzień 

- powiedziała, ciekawa, czy i ta uwaga go rozbawi.

- Zaiste.

- Prawda? - ciągnęła dalej, zła, że sobie z niej żarty stroi. - Absolutnie się zgadzam. Po ostatnich 

mżawkach miło ujrzeć słońce, ale czy nie za dużo uwagi poświęcasz pogodzie?

- Zaplótł ręce na piersi. Emma wbiła wzrok w jego rękawiczki, pilnując się, by nie patrzeć mu w 

background image

70

oczy.

-  Cóż,  nie  łamie  mnie  w  kościach.  Przynajmniej  nie  od  zmian  pogody.  -  Odruchowo  dotknęła 

dłonią betsie, jakby chciała się upewnić, że dobrze kryje siniaki.

- Podoba mi się ta kryza. Wyglądasz w niej jak niewinny chłopiec z chóru kościelnego. A może 

cherubin? - Dotknął przelotnie muślinu.

Emma posłała mu spłoszone spojrzenie.

- Sir - obruszyła się.

- Jesteś dzisiaj w cierpkim nastroju. Coś się stało?

Na szczęście nie musiała odpowiadać na to zaczepne pytanie, bo zajechali właśnie przed dom lady 

Amelii. Po chwili cała czwórka zmierzała w stronę parku.

-  Ależ  się  dzisiaj  wystroiłaś,  drogo  Emmo  -  powiedziała  Amelia  unosząc  brew.  W  odpowiedzi 

przyjaciółka  posłała  jej  spojrzenie  mówiące,  że  później  wyjaśni  historię  aksamitnego  zielonego 

spencerka, takiegoż kapelusika i muślinowej kryzy.

-  Piękny  mamy  dzień  -  zauważyła  skromnie  lady  Amelia.  Emma  zerknęła  na  sir  Petera  i 

wybuchnęła śmiechem.

- Nie widzę w tym nic śmiesznego - nadąsała się lady Amelia i zadarła wysoko nosek.

- Jesteś pewna, że wolisz przechadzkę niż spacer w powozie? - zapytała Emmę, gdy dojechali do 

parku, ale przyjaciółka niepewna, czy bardziej niebezpiecznie jest jechać obok sir Petera w landzie, 

czy spacerować z nim po ścieżkach, nie potrafiła udzielić rozumnej odpowiedzi.

Z  pozoru  wszystko  wygląda  niewinnie,  pomyślała.  Wśród  tłumu  spacerowiczów  powinna  być 

bezpieczna  niczym  w  kościele.  Wzdłuż  Rotten  Row  toczyły  się  wolno  powozy,  w  których 

paradowali galanci dumni ze swych strojów, ekwipaży, dam oraz manier. Emma niechętnym okiem 

patrzyła na to targowisko próżności, rada, że zdecydowali się na pieszy spacer.

- Bardzoś zamyślona - zagadnął sir Peter widząc, że nie ma ochoty na rozmowę.

- Nie, po prostu nie lubię pustej gadaniny. - Im mniej będzie mówiła, tym mniej da sobie okazji do 

niebezpiecznych lapsusów.

- To zadziwiające, jak bardzo przypominasz swojego brata. Zapewne często ci to mówią?

-  Nie.  Raczej  nie  -  odparła  ze  ściśniętym  gardłem.  -  George  rzadko  bawi  w  domu,  nigdzie  nie 

bywamy razem, nie dajemy okazji do porównań, ale w dzieciństwie zdarzało się, że nas mylono -

przyznała.

-  Mam  nadzieję,  że  George  pojawi  się  na  następnej  lekcji  fechtunku.  Naprawdę  dobry  z  niego 

szermierz.  Zamierzam  nauczyć  go  kilku  taktycznych  zwodów.  -  Sir  Peter  podał  Emmie  ramię 

obojętny na spojrzenia spacerowiczów.

-  Zwodów  taktycznych?  - Emmie  dech  zaparło.  Słowo  to  przywodziło  jej  na  myśl  intrygi, 

knowania, spiski, od których wolała trzymać się z dala.

background image

71

- Tak. Nauka taktyki jest niezmiernie ważna. Riposty, obrony, kontrataki.

- Kontrataki? Mówisz tak, jakbym... ee... George szedł na bitwę, miał się pojedynkować lub coś 

podobnego. Nie chcę, żeby musiał walczyć.

Sir Peter jakby nie zauważył jej przejęzyczenia.

-  Zechciej  powiedzieć  mu,  co  planuję  na  następną  lekcję,  bo  ja  na  pewno  nie  będę  się  z  nim 

widział.

- Och, George jest taki nieuchwytny. Sama z rzadka go widuję. Lada dzień znowu wyjeżdża do 

Sussex.

- Rozumiem go.

Kiedy  Emma  rozejrzała  się  wokół,  zobaczyła,  że  dawno  zboczyli  ze  ścieżki  w  cienistą  część 

parku.

- Powinniśmy chyba dołączyć do reszty - powiedziała niepewnym głosem.

- Jak sobie życzysz. Przyrzekniesz mi kotyliona jutro wieczorem w Almack? - Dotknął lekko jej 

policzka i spojrzał błagalnie, że poczuła, jak taje od tego spojrzenia.

- Dobrze - bąknęła cicho, zdziwiona, że się roześmiał.

10

Uważaj na pana Swinburne’a, moja droga Amelio - rzuciła Emma niby od niechcenia.

-  Ależ  to  przemiły  człowiek  -  obruszyła  się  lady  Amelia.  -  Uroczy  w  obejściu.  Poza  tym 

uwielbiam zapach fiołków.

Emma wzruszyła ramionami obserwując rozbawiony tłum w Almack.

- Dopóki traktujesz znajomość z nim jak niewinny flirt, wszystko w porządku. - Nie zabrzmiało to 

zbyt przekonująco.

- W każdym razie odnosi się do mnie o niebo lepiej niż Worcester. - Amelia prychnęła, po czym 

dodała konfidencjonalnie: - Powiedział mi, że jego rodzina mieszka na Isle of Guemsey. Czy to nie 

romantyczne?

- Nie widzę w tym nic romantycznego - stwierdziła Emma zupełnie zbita z tropu kierunkiem, jaki 

przybrała rozmowa.

-  Pomyśl  o  tych  wszystkich  zakochanych,  którzy  uciekają  na  Guemsey.  Przeprawa  morska 

specjalnym  statkiem  kosztuje  tylko  pięć  szylingów.  Jak  w  Szkocji,  nikt  tam  nie  pyta  nikogo  o 

licencję  na  zawarcie  ślubu  -  tłumaczyła  Amelia  sądząc,  że  przyjaciółka  nie  słyszała  o 

dogodnościach wyspy.

-  To  śmieszne  -  skwitowała  te  zachwyty  Emma  obserwując  nadchodzącego  pana  Swinburne’a 

odzianego we fraczek barwy burgunda i w czarne pluderki.

background image

72

Amelia  zaczęła  wirować  w  tańcu  z  wykwintnym  strojnisiem,  tymczasem  ktoś  już  domagał  się 

uwagi Emmy.

- Panno Cheney. - Głos sir Petera sprawił, że jej biedne serce odtańczyło własnego kotyliona.

Bez  słowa  przyjęła  ramię  Dancy’ego;  pomyślała,  że  następnego  dnia  będzie  już  w  drodze  do 

Sussex. To dodawało jej otuchy.

-  Jesteś  dzisiaj  taka  cicha.  Czyżby  Almack  już  ci  spowszedniało?  Błądzisz  gdzieś  myślami  -

zagadnął ruszając w taneczne pląsy.

Zawstydzona, że daje tak jawny wyraz swych trosk, uśmiechnęła się i pokręciła głową.

- Zamyśliłam się patrząc na Amelię i pana Swinburne’a. On podobno pochodzi z Guemsey.

- Tak jej powiedział? - Sir Peter nachmurzył się.

- Ot, bałamuci ją próżnymi słowy.

- Worcester powiada, że to krętacz i nic dobrego - oznajmił sir Peter niespodzianie.

-  I ja  myślę, że  jeno  bije  pianę  -  przytaknęła  Emma,  poniewczasie  przypominając sobie,  że  nie 

uznaje plotek. A jednak obchodził ją mocno los Amelii.

Podczas  następnego tańca  z  sir Peterem  prowadziła  już  lekką rozmowę,  a  gdy muzyka  umilkła, 

wróciła do mateczki, rada, że ma za sobą tę część wieczoru. Sir Peter zdecydowanie działał jej na 

nerwy.

-  Widzę,  że  pan  Swinburne  adoruje  Amelię  -  szepnęła  pani  Cheney  zza  wachlarza.  -  Tytuł  i 

pokaźny posag działają na dżentelmenów niby zaklęcie - dodała cierpko.

- Mateczko, lady Amelia to urocze stworzenie. Może trochę naiwna, ale serce ma złote. - Emma 

mogła  zazdrościć  Przyjaciółce  urody,  pozycji,  pieniędzy,  ale  kochała  ją  szczerze,  ujęta  jej 

bezpretensjonalnym  wdziękiem  i  radością  życia.  Patrzyła  teraz,  jak  Amelia  opuszcza  assemblee

odprowadzana przez sir Petera, i poczuła ukłucie w sercu: uroda, majątek, wdzięk i pozycja. Jakież 

ona miała szansę przy takiej konkurentce?

-  Czuję,  że  zaczyna  mnie  głowa  boleć.  Chyba  powinnyśmy  wracać  do  domu.  Jeśli  mam  rano 

jechać  w  podróż  z  lady  Titheridge,  chcę  być  wypoczęta.  -  Mówiąc  to  rzeczywiście  uczuła  ból 

głowy.

Widząc,  że  stara  dama  nie  pojawiła  się  tego  wieczoru  w  Almack,  pani  Cheney  zgodziła  się 

chętnie. W chwilę później obydwie pospiesznie opuszczały budynek.

W drodze powrotnej Emma usiłowała wyrzucić z myśli obraz Amelii w towarzystwie sir Petera. 

Może  próbował  tylko odciągnąć  Amelię  od  pana  Swinburne’a?  Za  dobrze  jednak  znała  obyczaje 

panujące w świecie. Nie miała majątku, nie była pięknością, a już na pewno nie mogła poszczycić 

się  pozycją  i  tytułem.  To,  co  miała  do  zaoferowania,  bladło  przy  atutach,  jakimi  dysponowała 

Amelia.

W takim to szczęśliwym usposobieniu wróciła do swego pokoju. Spała niespokojnie i rano wstała 

background image

73

z łóżka bez ociągania.

Ekwipaż podróżny lady Titheridge okazał się wiekowy, ale świetnie utrzymany. Spłowiała skóra 

była  miękka,  siedzenia  nadzwyczaj  wygodne.  Obok  Braddon  kołysał  się  na  ławce  kosz  pełen 

specjałów nieosiągalnych na popasach. Emma usadowiła się obok starej damy.

- Kazałam założyć sprężyny - oznajmiła lady Titheridge z dumą, budząc  Emmę z zamyślenia. -

Trzeba iść z duchem czasu. Nie należę do tych, którzy kręcą nosem na nowe wynalazki.

- Zapewne - bąknęła Emma i powróciła do swoich myśli, a lady Titheridge zapadła w drzemkę.

Ekwipaż toczył się gładko, nie trząsł jak stary powóz Cheneyów. Widać należało to zawdzięczać 

sprężynom, o których wspomniała odważna nowatorka.

Emma  wyglądała  przez  okno.  Udało  się  jej  umknąć  z  Londynu.  Ostatniego  wieczoru  nie  było 

mowy o  kolejnej  wizycie  George’a  na  Bruton  Street,  o  lekcjach  fechtunku  ani  o  tym, że  George 

może być w czymkolwiek pomocny sir Peterowi. Była wolna... na jakiś czas.

Poczuła  dziwną  lekkość  na  sercu;  udało  się  jej  nawet  odegnać  obraz  sir  Petera  towarzyszącego 

Amelii.

Podróż upływała w sielskim nastroju. Lady Titheridge, wszystkiego ciekawa, co i rusz sięgała do 

swego przewodnika, a gdy w nim nie znajdowała odpowiedzi, zasypywała pytaniami oberżystów w 

przydrożnych zajazdach.

Początkowo Emmę to bawiło, ale wkrótce i ona zaraziła się głodem wiadomości; poczęła bacznie 

studiować krajobraz, mijane wsie i stare budowle pośród łagodnych wzgórz. Jeśli wierzyć gazetom, 

rolnictwo rozwijało się tutaj lepiej niż na północy, z czym musiała się zgodzić.

Gdy  przejeżdżały  przez  Dorking,  lady  Titheridge  nie  odrywając  oczu  od  okna  kazała  Braddon 

czytać  opisy  zawarte  w  przewodniku.  W  Billinghurst  Emma  uczuła  wzrastające  podniecenie  na 

myśl, że  zbliża  się do swego ukochanego, choć  wiecznie nieobecnego brata.  W  dzieciństwie byli 

sobie bardzo bliscy. Teraz, jeśli w ogóle pisał, to zazwyczaj były to króciutkie listy, w których o coś 

prosił.

Gospody  w  kolejnych  miastach  zdawały  się  Emmie  identyczne,  a  nocleg  w  jednej  z  nich  jeno 

niepotrzebną zwłoką w podróży na wschód, na spotkanie brata.

Lady  Titheridge  ordynowała  wszystko  co  najlepsze,  wzbudzając  wszędzie  coś  na  kształt 

uniżonego  respektu  dla  swej  osoby  i  szczery  podziw  Emmy;  zawsze  łaskawa  i  uprzejma,  nie 

musiała podnosić głosu, by być obsłużoną z największym staraniem. Pan Cheney zwykł w takich 

razach pokrzykiwać i zrzędzić przez co nie osiągał więcej, mniej raczej.

W końcu dotarły do Boxgrove, wioski, którą George obrał sobie za tymczasową siedzibę. Widok 

bielonych  chat  i  dachów  krytych  strzechą  wywołał  uśmiech  na  twarzy  Emmy.  Gdzieś  między 

drzewami mignął malowniczy średniowieczny kościół.

background image

74

Pytany  oberżysta  bez  namysłu  polecił  im  wycieczkę  do  klasztoru  Boxgrove,  jedynego  godnego 

obejrzenia miejsca w okolicy. Idąc za wskazówką, lady Titheridge znalazła w swoim przewodniku 

opis  owego  benedyktyńskiego  opactwa,  założonego  na  początku  dwunastego  wieku,  gospodarz 

zajazdu zaś dodał, że to najznaczniejsza budowla średniowieczna w całym Sussex i nie wolno jej 

przeoczyć.

-  Musimy  się  tam  wybrać,  choć  z  całego  założenia  klasztornego  ocalał  tylko  kościół.  Należy 

zwiedzać zabytki, bo wiele nas uczą - powiedziała lady Titheridge, gdy szły do swoich pokoi.

Emma mruknęła coś w odpowiedzi, zajęta myślą o tym, jak przekonać George’a, by wstrzymał się 

czas jakiś z  powrotem do  Londynu. Od kilku  dni  głowiła się  nad tym, jakiego  pretekstu  użyć na 

poparcie prośby. W końcu poszukała pomocy u swej towarzyszki podróży.

- Co mam mu powiedzieć, milady? Przecież nie mogę oznajmić po prostu: George, nie mogę ci 

tego  w  tej  chwili  wyjaśnić,  ale  nie  wracaj  na  razie  do  domu.  -  Zafrasowana  chodziła  w  tę  i  z 

powrotem po małej bawialni łączącej sypialnie obu pań.

-  Otóż  i  problem.  Nie  mogłabyś  powiedzieć  mu  prawdy?  -  zapytała  stara  dama  z  nadzieją  w 

głosie. Emma zatrzymała się.

- Rzeczywiście. George jest takim miłośnikiem starożytności, że powinien zrozumieć moją chęć 

zobaczenia mumii, może nawet pochwalić!

- A co z fechtunkiem?

-  Nie,  tego  nie  pochwali.  Mimo  umiłowania  swobody  potrafi  być  niekiedy  bardzo  zasadniczy  -

odparła Emma smętnie.

Tu włączyła się Braddon zachęcona przez swoją panią, która wychodziła z założenia, że co kilka 

głów, to nie jedna.

- Najpierw powinna panienka odszukać brata, zobaczyć, w jakim jest usposobieniu, potem obrać 

sposób.

-  Chyba  masz  rację.  Zejdę  na  dół  i  spytam  naszego  gadatliwego  gospodarza,  czy  nie  słyszał  o 

George’u - zdecydowała Emma i poszła szukać pana Gutsela.

-  Słyszeliście  może  o  niejakim  George’u  Cheneyu?  Poszukuje  tu  w  okolicy  rzymskich 

starożytności. Śle listy z waszej wioski.

- Panienka jest jego krewną? - zapytał pan Gutsel z chytrym błyskiem w oku.

- Jego siostrą. Martwimy się o niego. Nie lubi pisać, a zdrowie mojej matki każe mi go szukać. Na 

te słowa pan Gutsel przybrał jowialną minę.

-  Ano,  najmował  u  mnie  pokoje  czas  jakiś,  ale  potem  zaprosił  go sir  William,  by zamieszkał  u 

niego, bo stamtąd bliżej do onych rzymskich wykopków - powiedział gospodarz z niejaką dumą, że 

jego gość przeniósł się do arystokratycznej rezydencji.

- Rozumiem. Kim jest sir William?

background image

75

- Baronet sir William Johnson to wielki pan i zacny ziemianin. Wie, jak gospodarować w swoim 

majątku.  Osuszył  łąki,  prowadzi  hodowlę  bydła,  swoim  zbożem  żywi  londyńczyków.  Tak  brat 

panienki go poznał. Usłyszał o osuszaniu łąk, to pomyślał, że może przy sposobności natrafi na co 

ciekawego. Tak powiadał. Dziwny młodzieniec ten panienki brat.

-  Istotnie.  Muszę  się  z  nim  koniecznie  zobaczyć.  Może  przesłałabym  mu  wiadomość?  Albo 

wybrała się z wizytą?

-  Niechby  jaśnie  pani  pojechała  z  panienką,  mogłaby  być  i  wizyta.  Panna  Johnson,  jak  każda 

młoda dama, tęskni za towarzystwem.

- Młoda dama? - zapytała Emma czujnie. - Sir William ma córkę?

Pan Gutsel skinął głową.

- Będzie w wieku panienki. Beatrice - oznajmił tak, jakby sam dźwięk tego imienia sprawiał mu 

przyjemność.

Zaciekawiona Emma pobiegła na górę do lady Titheridge.

- George mieszka u baroneta sir Williama Johnsona. Gospodarz nie mógł się go nachwalić, mówi, 

że  to  możny  i  gospodarny  pan.  Ma  córkę  w  moim  wieku,  Beatrice.  Ciekawam,  o  co  w  tym 

wszystkim idzie - powiedziała kucając pytające spojrzenie starej damie i jej pokojowej.

- Jutro będziemy wiedzieć - odparła lady Titheridge studząc podniecenie Emmy.

- Może zaraz wysłałabym liścik do George’a i poprosiła, żeby przyszedł tutaj? - nastawała panna.

- Masz rację. Wbrew temu, co mówi nasz gospodarz, nie mam ochoty zjawiać się w czyimś domu 

nie zapowiedziana, niczym obcy podróżny.

Uzyskawszy  przyzwolenie,  Emma  skreśliła  kilka  słów,  po  czym  odszukała  pachołka  lady 

Titheridge.

- Nasz gospodarz wskaże ci na pewno, gdzie jest rezydencja sir Williama.

Po powrocie na górę znowu zaczęła nerwowo krążyć po pokoju. Banalna podróż niosła z godziny 

na godzinę coraz to nowe niespodzianki. Nadeszła pora kolacji. Gospodarz zapowiedział smaczny 

posiłek, który przyniesiono do bawialni na górze. Emma bez apetytu usiadła do stołu.

-  Żona  oberżysty  bardzo  zachwalała  pudding.  Jeśli  nie  masz  ochoty  jeść,  niepotrzebnie  cię 

wołałam - rzuciła ostro lady Titheridge.

Emma posłusznie zabrała się do jedzenia, zła, że zachowała się jak rozpieszczone dziecko. To, że 

się bała rozmowy z George’em, nie oznaczało, że ma psuć nastrój przy kolacji.

Po posiłku usiadła przy kominku. Czekała.

-  Czy  aby  się  pojawi?  -  zagadywała  od  czasu  do  czasu  Braddon,  lady  Titheridge  postanowiła 

bowiem położyć się wcześnie spać.

George zapukał do drzwi około dziewiątej.

- Jak się miewasz, Emmo? Co cię sprowadza? - zapytał ze zwykłą sobie bezpośredniością.

background image

76

- Mama niepokoi się o ciebie i chce wiedzieć, jak sobie radzisz. - A widząc jego niedowierzającą 

minę, dodała pospiesznie, choć bez sensu: - Musisz zostać tutaj czas jakiś. Nie wracaj do Londynu, 

póki nie napiszę, że możesz.

Braddon pokręciła tylko głową w desperacji.

- Zechciej mówić jaśniej.

-  Och,  George,  całkiem  się  plączę.  Widzisz,  to  jest  tak....  -  tu  zaczęła  wyjaśniać  sytuację 

zachowując dla siebie informację o lekcjach fechtunku, gdyż w jej pojęciu wymagała tego zwykła 

obyczajność. George potrafił być niezwykle zasadniczy.

- Hmm - mruknął w końcu. - Nie powiem, żebym cię winił. To musiało być piekielnie ciekawe.

-  Bardzo!  Fascynujące!  Sir  Peter  pozwolił  mi  narysować  naszyjnik  i  wszystkie  inne  skarby 

zawinięte w bandaże mumii - oznajmiła z dumą. - Musisz przyznać, że mam większy talent niż ty. 

Co jest tylko z korzyścią dla sir Petera.

-  Szkoda,  że  Rzymianie  nie  chowali  swoich  zmarłych  w  ten  sam  sposób  -  westchnął  George  w 

zamyśleniu.

- Znalazłeś coś?

- Ech, kilka monet, tyle, żeby zwróciły się wydatki, ale nie to, czego szukałem. Muszę natrafić na 

skarb,  teraz  to  jeszcze  bardziej  konieczne  niż  przedtem.  -  Wstał  i  zaczął  przemierzać  pokój  jak 

poprzednio Emma.

- Czy nie wiąże się to przypadkiem z faktem, że sir William ma córkę Beatrice?

- Gutsel opowiadał ci o nich? Sir William jest wspaniałym  człowiekiem, a lady Johnson  uroczą 

damą.

-  A  Beatrice?  -  Zachęcała  Emma  zachwycona,  że  jej  drogi  brat  zainteresował  się  jakąś  młodą 

panną.

- To anioł i rozumie mnie - odparł George z namaszczeniem.

- Chciałabym ją poznać.

-  Lady  Johnson  nalega,  byście  przyjechały  jutro.  -  Dobył  z  kieszeni  niewielką  kopertę  z 

zaproszeniem i podał Emmie.

-  Prosi,  abyście  przeniosły  się  z  gospody  do  domu.  To  ogromna  rezydencja.  Będziesz  miała 

sposobność lepiej poznać Beatrice.

- Jutro rano przekażę lady Titheridge zaproszenie. Teraz Już śpi.

-  Koniecznie  przyjedźcie.  -  Chyba  jeszcze  nigdy  nie  słyszała  w  głosie  George  równie  gorącej 

prośby.

- Zatem postanowione? Zostaniesz w Sussex, dopóki nie „trzymasz ode mnie wiadomości?

- Nie widzę problemu. - Ruszył do drzwi i zatrzymał się z dłonią na klamce. - Rzecz w tym, że nie 

mogę  prosić  o  rękę  Beatrice  dysponując  sumą  przyrzeczoną  przez  papę.  Jej  ojciec  jest  okropnie 

background image

77

bogaty.  Muszę  znaleźć  coś,  co  uwierzytelni  mnie  w  jego  oczach  jako  badacza  starożytności. 

Ponieważ nie ma syna, pewnie przyjąłby mnie z radością, ale to nie wystarczy. Muszę się czymś 

wykazać. Rozumiesz mnie, Emmo? Wątpię, czy Beatrice by zrozumiała.

- Chyba rozumiem, ale nie pojmuję twojej Beatrice. Kobieta zdolna zakochać się w tobie powinna 

mieć trochę oleju w głowie. - Emma podeszła do brata i pocieszająco klepnęła go w ramię.

George zaczerwienił się, zrobił cierpką minę i wyszedł.

- Pomyślałabyś? - zwróciła się Emma do siedzącej cicho w kątku Braddon.

-  A  gdzieżby  -  odparła  pokojówka  i  posłała  Emmę  do  łóżka.  Następnego  dnia  rano  Braddon 

obudziła Emmę przynosząc do pokoju dzbanek gorącej wody.

- Jaśnie pani prosi powtórzyć panience, że z chęcią złoży wizytę sir Williamowi i lady Johnson. 

Proponuje  jechać  do  pałacu  około  południa.  Wcześniej  chciałaby  zwiedzić  kościół  zachwalany 

przez oberżystę.

Emma odesłała Braddon, wyskoczyła z łóżka i zaczęła poranną toaletę. Niewiele wzięła ze sobą w 

podróż, ale dzięki drogiej mateczce, która utrzymywała, że człowiek powinien być przygotowany 

na wszystko, zabrała dodatkową suknię i teraz była wdzięczna za tę rodzicielską zapobiegliwość.

- Poznamy zatem wybrankę serca George’a? - zapytała bez zbędnych wstępów lady Titheridge i 

uniosła brew.

-  Czyż  nie  wspaniale  się  składa?  George’owi  teraz  ani  w  głowie  wracać  do  Londynu.  Dał  mi 

wolną rękę.

- Bardzo był zgorszony?

- Ani trochę. Powiedział, że mnie rozumie. - Emma uśmiechnęła się radośnie do swej dobrodziejki 

i z wielkim smakiem zaczęła zajadać śniadanie.

Skromna  na  zewnątrz  bryła  kościoła  kryła  prawdziwe  cuda.  Lady  Titheridge  w  znakomitym 

nastroju obchodziła nawy.

- Spójrz, Emmo, jaka piękna kaplica. Lubię marmur z Purbeck. Cóż za łuki, i te arkady.

Emma przytaknęła i spojrzała na sklepienie.

-  Ten  stary  fresk  zachwyca  kolorami  i  delikatnością  linii.  Cudowna  kaplica,  najpiękniejsza  w 

całym kościele. Szkoda, że król nie pozwolił pochować w niej biednego lorda de la Warr. W końcu 

to on ją ufundował.

Skończywszy  napawać  się  urodą  wnętrza,  Emma  ruszyła  ku  wyjściu.  Mimo  żywego 

zainteresowania  starą  architekturą  lady  Titheridge  poszła  w  jej  ślady.  Żal  się  jej  zrobiło 

dziewczyny, gdy zobaczyła, jak jej spieszno jechać z wizytą. Przed kościołem czekał już ekwipaż z 

zapakowanymi kuframi.

- Ach, to świeże wiejskie powietrze - westchnęła lady Titheridge wsiadając do powozu. Emma nie 

mogła się już doczekać, kiedy pozna pannę, która być może zostanie jej bratową. Wreszcie ruszyły.

background image

78

Pałac,  rozłożysta  ceglana  budowla  z  kamiennym  portykiem,  wspaniałym  podjazdem  i  pięknymi 

miejscami widokowymi, prezentował się niezwykle okazale.

Gdy ekwipaż stanął, w drzwiach pojawił się pan domu.

-  Witam  w  skromnych progach. Sir  William  Johnson,  do  usług.  -  Skłonił  się  z  galanterią  przed 

lady  Titheridge,  po  czym  zwrócił  się  ku  Emmie:  -  Nie  muszę  chyba  pytać,  kim  jesteś,  pani,  boś 

podobna do swojego brata, jakby kto skórę ściągnął. Powitać, panno Cheney.

Weszli w trójkę do domu, gdzie w salonie czekała już w fotelu na kółkach lady Johnson, drobna i 

krucha  niczym  porcelanowa  figurka.  Na  jej  widok  Emma  natychmiast  zaniepokoiła  się,  czy  ich 

wizyta nie zmęczy gospodyni.

-  Znam  ten  wyraz  twarzy.  Wyglądam,  jakby  następny  podmuch  wiatru  miał  mnie  porwać,  ale 

zapewniam, żem silna.

- Ależ, mamo, panie gotowe pomyśleć, że udajesz - zbeszta ją córka.

Emma  stwierdziła  z  radością,  że  opis  George’a  nie  odbiegał  od  prawdy.  Beatrice,  z  aureolą 

jasnych  włosów  okalających  owalną  twarz,  z  której  spoglądały  roześmiane  błękitne  oczy, 

rzeczywiście wyglądała jak anioł.

Bez  zbędnych  ceremonii  dokonano  wzajemnych  prezentacji.  Lokaj  wniósł  tace  z  sutym 

poczęstunkiem, stosownym dla osób, które spędziły kilka godzin na podziwianiu zabytków.

- George mówił, że chciały panie zwiedzić rano nasz kościół. Piękny, prawda? - zagadnęła lady 

Johnson nalewając Emmie herbatę.

-  W  istocie, madame  -  odparła  Emma  uprzejmie.  Chwilę  gwarzyły przyjacielsko,  po  czym lady 

Johnson zwróciła się do córki:

- Kochanie, pokaż naszym gościom ich pokoje, zapewne chcą się przebrać.

Następnie zaś do Emmy:

-  Bardzośmy  radzi,  że  mamy  tu  twojego  brata.  Bóg  nie  pobłogosławił  nas  synem.  Mój  mąż 

wreszcie szczęśliwy, że może omawiać sprawy gospodarskie z mężczyzną.

Emma  na  próżno  usiłowała  wyobrazić  sobie  George’a  rozprawiającego  o  hodowli  bydła.  Nie 

przywitał ich w domu, co oznaczało, że spędza czas poszukując skarbu lub szczególnego artefaktu, 

który uczyniłby z niego kogoś na kształt uczonego i dodał mu znaczenia.

Beatrice pokazała paniom ich pokoje.

- Twój brat jest niedaleko domu. Jeśli chciałabyś zobaczyć, co robi, możesz wybrać się do niego 

spacerem.

Ciekawa, czym  zajmuje  się George, Emma przebrała się szybko i  ruszyła  we wskazanym przez 

Beatrice  kierunku.  Zachwycona  pięknym  dniem  miała  uczucie,  że  nic  złego  nie  może  się  jej 

przydarzyć, że wreszcie jest bezpieczna. George zostanie na razie w Sussex, jej maskarada wkrótce 

się zakończy, będzie wreszcie wolna.

background image

79

Nie  umiała  jednak  powiedzieć,  co  przyniesie  jej  owa  wolność.  Gdyby  oddała  się  marzeniom, 

pomyślałaby o sir Peterze, ale starała się twardo stąpać po ziemi i odważnie spoglądać w paskudne 

oblicze twardej rzeczywistości. Ze skromnym majątkiem, nie tak znowu urodziwa, narwana, nawet 

przy poparciu i aprobacie lady Titheridge nie była dla sir Petera żadną partią.

W końcu dojrzała George’a - kopał wespół z robotnikami i przeglądał skrupulatnie każdą łopatę 

ziemi.

- Hej, George - zawołała, gdy zbliżyła się na odległość głosu.

- Znalazłem monetę, tym razem to na pewno rzymska - odkrzyknął i uśmiechnął się szeroko.

- Bardzo cenna? - zapytała z nadzieją, stając nad wykopem.

- Nie bardzo, ale stanowi wskazówkę, że warto kopać dalej.

- Czy były tu bagna, zanim sir William osuszył teren? - zapytała siadając na kamieniu.

- Owszem.

- W takim razie może spróbowałbyś kopać tam, koło tego wzniesienia na skraju łąki. Jeśli było tu 

kiedyś pole, orano je i dawno natrafiono na przedmioty skryte w ziemi.

George popatrzył na nią z politowaniem, jak każdy brat na siostrę, która wyrywa się z niemądrym 

pomysłem.

- Przepraszam. Chciałam tylko pomóc. Chyba wrócę do domu - powiedziała chmurnie.

Miała właśnie odchodzić, gdy zobaczyła zbliżającą się lekkim krokiem Beatrice.

- George, masz gościa. Jakiś pan chce się z tobą widzieć.

- Któż to może być? Nikt prawie nie wie, gdzie jestem

- burknął marszcząc czoło, wyraźnie zły, że będzie musiał przerwać pracę.

- Mówi, że nazywa się sir Peter Dancy.

Emma z powrotem osunęła się na kamień, jakby ją ktoś zdzielił w głowę. Czy naprawdę wierzyła 

w to, że wszystko zaczyna się układać?

11

I  co  teraz  poczniemy?  -  krzyknęła  Emma,  zerwała  się,  zaczęła  chodzić  w  kółko,  co  i  rusz 

piorunując  brata  wzrokiem,  jakby  to  on  był  przyczyną  wszystkich  jej  kłopotów.  -  Nie  chcę,  by 

odkrył prawdę właśnie teraz.

Beatrice patrzyła zaskoczona, że zwykła przecież wieść wywołała tak dramatyczną reakcję. Poza 

tym trochę było jej przykro, iż nie wie, o co chodzi.

George  widać  to  zauważył,  bo  wytłumaczył  swej  ukochanej,  skąd  ten  nagły  popłoch.  Gdy 

skończył, zaczęli w trójkę rozważać problem.

-  Pewnaś,  że  uważa  cię  za  twojego  brata?  -  zapytała  Beatrice  sceptycznie.  -  Jesteście  do  siebie 

background image

80

bardzo podobni, to prawda, ale nie do tego stopnia.

- Powiada, że jest krótkowzroczny. Naprawdę tak mówi. Kupię mu okulary, kiedy cała rzecz się 

skończy.

- Nie rozumiem, dlaczego nie miałabyś powiedzieć mu prawdy. - Beatrice wydawała się stropiona 

obrotem spraw.

- Jako kobieta nie miałabym dostępu do jego kolekcji, poza tym, gdyby rodzice się dowiedzieli, 

zmuszaliby go do małżeństwa ze mną, a tego bym nie zniosła. - Emma wsparła brodę na dłoniach i 

zapatrzyła  się  w  przestrzeń.  Zepchnięty  do  podświadomości,  powrócił  raptem  obraz  sir  Petera 

towarzyszącego lady Amelii.

- Rozumiem - powiedziała Beatrice tonem, który zdradzał, że nic nie rozumie. - Jest przystojny, 

wytworny  w  obejściu.  Lady  Titheridge  przedstawiła  go  jako  swojego  dziedzica.  Dlaczego  nie 

miałabyś  wyjść  za  niego  za  mąż?  -  podsunęła  z  wahaniem.  Jak  każda  panna,  nie  była  w  stanie 

pojąć, dlaczego inna nie chce wykorzystać tak kuszącej sytuacji.

- A może on ma inne zamiary? - Mina, z jaką Emma to powiedziała, mówiła znacznie, znacznie 

więcej, niż sądziła. Beatrice nagle olśniło.

- Och, rozumiem, co masz na myśli.

- Musimy znaleźć jakieś rozwiązanie - stwierdził George, bardziej zafrasowany tym, że Beatrice 

nazwała sir Petera przystojnym, niż kłopotami siostry.

-  Nie  możecie  się  zamienić.  Moi  rodzice  byliby  bardzo  zdziwieni,  a  kochana  mama  na  pewno 

powiedziałaby  coś  zupełnie  niestosownego  w  najmniej  odpowiednim  momencie  -  martwiła  się 

Beatrice.

-  Gdybyś  przysłała  go  tutaj,  może  zdołałabym  go  jakoś  zwieść  pożyczając  sobie  coś  z  rzeczy 

George’a. Dlaczego ten utrapiony człowiek przyjechał aż do Sussex?

Beatrice zastanawiała się przez chwilę.

- Każę pokojówce milady przynieść ubranie dla ciebie. Będzie wiedziała, czego ci trzeba. Dopóki 

nie da znać, że jesteś gotowa, postaram się bawić sir Petera rozmową.

George z wyraźnym niezadowoleniem przyjął pomysł, ale nie powiedział słowa.

-  A  jeśli  twoja  matka  zaproponuje  mu  gościnę?  -  zapytała  Emma,  nagle  dojrzawszy  nowe 

niebezpieczeństwo.

-  Mój  Boże,  już  to  zrobiła.  Przepada  za  ludźmi,  a  nie  bardzo  może  podróżować.  Wiem,  że  to 

kłopot, ale uwielbia gości. Nie martw się, zrobimy, co w naszej mocy. Może Później uda nam się 

przekonać wszystkich, że George musiał nagle wyjechać w jakiejś ważnej sprawie, i przemycić was 

obydwoje  do  waszych  pokoi.  Przy kolacji  Emma  znowu  stanie  się  sobą,  a  George  będzie  musiał 

zjeść u siebie.

George poderwał się na te słowa, jakby miał zamiar zaprotestować, na co Beatrice posłała mu tak 

background image

81

słodki uśmiech, że natychmiast zgodził się na wszystko.

- Świetnie - przystał z nie okazywanym wcześniej entuzjazmem.

Nie zwlekając, Beatrice pobiegła do domu.

- Podoba mi się ta dziewczyna - powiedziała Emma.

- Mówiłem ci, że to anioł.

Emma  wolała  zmienić  temat,  zanim  brat  wciągnie  ją  w  rozmowę  na  temat  nadzwyczajnego 

charakteru ukochanej.

- Szczęście, że byłam z tobą, kiedy przyjechał.

- Naprawdę nie chciałabyś wyjść za niego za mąż? Beatrice uważa, że jest całkiem przystojny. -

George przyglądał się siostrze przenikliwym okiem uczonego. Zdała mu się bardziej zajmująca niż 

najcenniejsze rzymskie znalezisko. Prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu poważnie odnosił się 

do jej spraw.

- Jest, owszem - przyznała Emma. - Podejrzewam jednak, że interesuje się lady Amelią Littleton. 

Mogę się mylić, ale okazywał jej szczególne względy w ostatnią środę w Almack. To zły znak.

Wiadomość  ta  nie  wywarła  żadnego  wrażenia  na  George’u,  co  Emma  wzięła  za  objaw 

zadowolenia brata, że Peter Pięknolicy gdzie indziej lokuje swe afekta.

Wkrótce pojawiła się Braddon z naręczem ubrań.

- Jest wszystko, co trzeba, panienko.

Obydwie  skryły  się  w  małym  szałasie  i  Emma  z  uczuciem  rezygnacji  raz  jeszcze  zmieniła 

tożsamość.  Pokojówka  starannie  rozwiesiła  suknię,  by  uzurpatorka  bez  trudu  mogła  przebrać  się 

przed powrotem do domu.

George pokręcił głową na widok swojego drugiego ja.

- I on uwierzył, że jesteś mną? Dobre sobie!

- Tak. Nie mam pojęcia dlaczego.

-  Ależ  jesteście  podobni  do  siebie  -  stwierdziła  Braddon  z  uśmiechem,  przyjrzawszy  się 

obydwojgu uważnie. - Niech tylko panienka pamięta, żeby mówić niskim głosem - rzuciła jeszcze 

na odchodnym.

- Co powiedziałby papa - westchnęła Emma poprawiając spodnie.

- O mateczce już nie wspominając - dodał George. - Znikam, póki czas. Powiem kopaczom, żeby 

też się zabierali. Oszczędzimy sobie plotek.

Emma przyglądała się, jak podchodzi do wykopu. Po chwili robotnicy odłożyli łopaty i ruszyli w 

stronę wsi. Wtedy Emma z ciężkim sercem, nie bacząc na idylliczne otoczenie, wietrzyk, zapachy 

kwiatów, piękno krajobrazu, zajęła ich miejsce i poczęła udawać, że przekopuje ziemię. Za chwilę 

powinien  pojawić  się  sir  Peter.  Czy  uda  się  jej  zwieść  go  w  pełnym  świetle  dnia,  pod  gołym 

niebem?

background image

82

Nagle  jej  rydel  zazgrzytał  o  coś.  Zapominając  na  chwilę  o  swoich  problemach,  odrzuciła 

narzędzie  i  zaczęła  gorączkowo  rozgarniać  ziemię  dłońmi.  W  końcu  jej  oczom  ukazała  się  cała 

masa monet. Wzięła jedną, otarła o spodnie i omal nie krzyknęła z radości. Na metalowym krążku 

widniał szlachetny rzymski profil. Gdy zaczęła sortować monety, okazało się, że niektóre są złote.

Z  poczucia  szczęścia  podniosła  głowę,  z  jej  gardła  wyrwało  się  głośne  „hurra”,  po  czym 

odtańczyła szaleńczy taniec radości.

Peter zatrzymał się  i  obserwował  wiotką postać  nad wykopem.  Z włosami  w nieładzie, śladami 

ziemi  na  policzku,  pląsała  wniebowzięta.  Na  ten  widok  zrobiło  mu  się  ciepło  na  sercu.  Emma 

najwyraźniej zasmakowała w poszukiwaniu skarbów.

-  Hop,  hop!  -  krzyknął  i  ruszył  ku  niej  szybkim  krokiem.  Natychmiast  zaprzestała  radosnych 

pląsów.

- Witaj. A to niespodzianka. Co cię sprowadza?

- Ty.

Serce jej zamarło z przerażenia, szybko jednak przywdziała maskę spokoju.

- Znalazłeś co? Widziałem, że coś cię ucieszyło - rzekł z typowo brytyjską flegmą.

-  Tak,  znalazłem.  Chyba  rzymskie  i  doskonale  zachowane.  Są  nawet  złote.  Antykwariusze 

zwariują, jak to zobaczą - mówiła z entuzjazmem.

- Myślisz, że może być tego więcej? - Peter przykucną! nad wykopem, by przyjrzeć się monetom. 

Rzeczywiście znalezisko na pierwszy rzut oka przedstawiało się imponująco.

- Być może. Może zostały zakopane tu przed bitwą, a ich właściciel poległ? Wątpię, by ktoś mógł 

zapomnieć o takim skarbie.

Peter patrzył na  jej rozradowaną  twarz, rozświetlone  szczęściem  oczy. Nagle  uświadomił  sobie, 

jak  bardzo  kocha  tę  dziewczynę,  i  wyobraził  sobie,  jak  wspaniale  byłoby prowadzić  razem  z  nią 

wykopaliska.  Problem  w  tym,  że  uparła  się  udawać  swojego  brata,  on  zaś  z  wielu  powodów  nie 

mógł przyznać, że wie o jej podwójnej tożsamości. Po pierwsze, mogłaby mieć mu za złe, że się 

bawił jej maskaradą. Jeśli zaś idzie o jej rodziców, przypuszczał, że nastawaliby na małżeństwo, nie 

zważając na to czy Emma go kocha, czy nie. Chciał jej szczęścia, a to oznaczało dobrowolną zgodę 

na wspólne życie.

Spojrzał w niebo: nadciągały chmury zwiastujące deszcz, słońce się skryło.

- Powinniśmy wracać do domu. Za chwilę zacznie padać.

- Stał i patrzył, co Emma teraz zrobi.

Wyszła powoli z wykopu. Sir Peter miał rację, zanosiło się na deszcz. Tego tylko brakowało, by 

mokre ubranie miało stanowić dodatkowy dowód, że nie jest George’em.

- Idź przodem, nie czekaj na mnie. Zaniosę monety do baraku i trochę nad nimi popracuję. Później 

się zobaczymy - oznajmiła i nie oglądając się ruszyła w stronę niewielkiej chaty opodal wykopu. 

background image

83

Powinna się przebrać i wrócić do domu, zanim zacznie padać.

- Idę. Sam się podzielisz wiadomością o swoim znalezisku. Ja nic nie pisnę - dobiegły ją jeszcze z 

oddali jego słowa.

Obejrzała  się  dopiero  od  drzwi  chaty  i  z  ulgą  stwierdziła,  że  sir  Peter  idzie  spiesznie  w  stronę 

domu.

Monety  wrzuciła  do  wiadra  z  wodą,  która  zapewne  miała  jej  służyć  do  obmycia  twarzy  i  rąk. 

Błysnęły złote, radosne refleksy. Po chwili rozległo się energiczne pukanie i do wnętrza wślizgnął 

się George.

- Co się stało? Obserwowałem cię z oddali i widziałem twoje indiańskie tańce.

- Sam zobacz - powiedziała z dumą i wskazała na wiadro. George z niedowierzaniem patrzył na 

znalezisko.

- Niewiele brakowało, a bym je odkopał - westchnął smętnie.

- Są przecież twoje! Jeszcze kilka minut i sam byś je znalazł, ja ci przeszkodziłam. Założę się, że 

ta  ziemia  kryje  jeszcze  mnóstwo  podobnych  skarbów.  Może  rozegrała  się  tu  bitwa.  Ludzie  w 

strachu zakopują cenne rzeczy. Popatrz na to złoto! Złoto!

Rozradowana rzuciła mu się na szyję.

-  Szkoda,  że  sir  Peter  jest  taki  krótkowzroczny,  jeszcze  gotów  się  z  tobą  ożenić  -  powiedział  z 

kpiną.

- Jesteś niegodziwcem. Jak śmiesz się tak do mnie odzywać - zbeształa go w udanym gniewie. -

Bierz swoje monety i wynoś się. Muszę się przebrać i zmienić na powrót w tę żałosną istotę.

George wziął wiadro z cenną zawartością i ruszył do wyjścia.

- Gdzie się wybierasz? - rzuciła szybko.

- Niedaleko mieszka ktoś, kto się zna na starożytnościach. Osuszę te monety i zaniosę do niego. 

Ciekawym, co powie.

- Powodzenia.

Gdy zamknął za sobą drzwi, zrzuciła męskie ubranie, Pospiesznie nałożyła własne i wybiegła pod 

ołowiane niebo.

Cud, jeśli zdąży uciec przed ulewą. Bez tchu dotarła do domu. W tej samej chwili lunął rzęsisty 

deszcz. Krętymi bocznymi schodami przemknęła na drugie piętro, do swojego pokoju, szczęśliwa, 

że po drodze nie natknęła się na nikogo. Czujna Braddon już na nią czekała.

- Wraca panienka sucha, ale nie bez uszczerbku - powiedziała z uśmiechem.

Emma spojrzała w lustro i rozchichotała się na widok umorusanej ziemią twarzy.

- Co za widok. Umyję się i pomożesz mi zmienić suknię. Co słychać na dole?

- Panienka Beatrice zabawia panie śpiewem i grą na harfie. Sir William zaciągnął sir Petera do sali 

bilardowej na partyjkę. Wszystko w porządku.

background image

84

Emma osuszyła twarz i spojrzała na Braddon rozradowanym wzrokiem.

-  Znalazłam  mnóstwo  starych  monet,  również  złotych.  Pomogą  George’owi  zdobyć  Beatrice.  -

Zdumiona Braddon skinęła głową.

- W rzeczy samej.

- Milady mnie nie zdradziła?

- Skądże by, panienko. Dla niej to przyjemna odmiana w życiu.

-  Ubranie  George’a  zostawiłam  w  chacie  -  powiedziała  Emma,  kiedy  Braddon  skończyła  ją 

ubierać i czesać.

- Niech się panienka nie martwi. Później je przyniosę. Emma z mieszanymi uczuciami stanęła na 

progu  salonu.  Widok,  który  zastała,  zaparł  jej  dech  w  piersiach.  Beatrice  siedziała  przy  oknie. 

Wnętrze  spowijał  półmrok,  ale  włosy  dziewczyny  połyskiwały  złotem.  Glos  brzmiał  niezwykle 

czysto. Popularnej pieśni towarzyszyły delikatne dźwięki harfy. Nic dziwnego, że George widział w 

swej ukochanej anioła. Kiedy dojrzała Emmę, przestała grać, jakby na znak powitania.

- Czy twój brat zdążył się schronić przed deszczem? - zagadnęła uprzejmie lady Johnson.

-  Pojawił  się  na  chwilę  i  wyszedł  znowu.  Znalazł  wspaniałe  monety,  w  tym  kilka  złotych  -

oznajmiła Emma, wielkodusznie przypisując George’owi całą zasługę. - Wyglądają na bardzo stare 

i mają na awersach rzymskie profile. George chciał, żeby pewien znawca potwierdził ich wartość.

- Naprawdę mu się udało? Są też złote? Na papie zrobi to wrażenie - zawołała uradowana Beatrice 

i klasnęła w dłonie. W tej samej chwili w salonie pojawił się sir William.

- Co zrobi wrażenie, moja droga? - zapytał wesoło.

- Papo, to takie ekscytujące, George odkrył skarb. Monety... niektóre złote!

-  Mam  przeczucie,  że  znajdzie  tu  jeszcze  wiele  cennych  rzeczy  -  oznajmiła  Emma  z  głębokim 

przekonaniem i  odsunęła  się od okna w mroczny  kąt na widok podążającego za  gospodarzem sir 

Petera.

- Gdzie nasz bohater? Chciałbym mu pogratulować. Muszę wyznać, że nie brałem poważnie jego 

poszukiwań,  ale  teraz...  -  Sir  William  posłał  Emmie  pytające  spojrzenie,  powtórzyła  więc  raz 

jeszcze, że brat wybrał się z wizytą do mieszkającego w sąsiedztwie znawcy starożytności.

Lady Titheridge zażądała, by gospodarz dołączył do grupki przy kominku i zażył ciepła, miłego w 

deszczowy  dzień.  Emma  wolała  zostać  w  swoim  ciemnym  kącie,  udając  wbrew  zdrowemu 

rozsądkowi, że podziwia jakiś obraz.

- George poczynił zatem niezwykłe odkrycie - odezwał się znajomy głos.

- W rzeczy samej. Bardzo się cieszę. - Nie odrywała wzroku od malowidła w nadziei, że zniechęci 

sir Petera do dalszej konwersacji.

-  Miałaś  szczęście  być  świadkiem  tego  wydarzenia?  -  zapytał  sir  Peter  podejrzanie  niewinnym 

tonem.

background image

85

Spłoszona pokręciła głową.

- Powiedział mi, kiedy zajrzał na chwilę do domu, by się przebrać - odparła i dalej wpatrywała się 

w obraz przedstawiający dwa słodkie do mdłości spaniele.

- Szczęściarz, ma siostrę, która... potrafi dzielić jego radości.

-  Życzę  mu  jak  najlepiej.  Łacno  zgadnąć,  że  rzymskie  starożytności nie  są  jedynym  powodem, 

który go tu trzyma - odparła spoglądając na Beatrice.

-  Tak,  inne  powody.  Jest  śliczna  -  przyznał  i  obrzucił  córkę  gospodarzy  pełnym  uznania 

spojrzeniem.

Emmę zastanowiło, skąd u niego to bystre oko znawcy kobiet. Z tego, co mówiła lady Titheridge, 

był  raczej  odludkiem,  rzadko  bywał  w  towarzystwie  i  niewiele  uwagi  poświęcał  pannom  na 

wydaniu. Tę jednak zauważył, pomyślała ponuro.

- Czy George dołączy do nas wkrótce? Wiele by dała, żeby wiedzieć, jakie też myśli kryły się pod 

tą obojętną miną.

- Nie potrafię powiedzieć. To zależy od tego, czy zastanie znajomego. Gdy spotykają się ludzie, 

których łączy wspólna pasja, łacno tracą poczucie czasu.

- To prawda - odparł i skinął głową. - Ja też się zapominam, kiedy przychodzi do mojej egipskiej 

kolekcji.  Interesowałaś  się  kiedyś  starożytnościami?  -  zapytał  i  przysunął  się  tak,  że  niemal 

odgrodził Emmę od malowanych spanieli.

- Och, tak. Są fascynujące, ale obawiam się, że młoda dama może o nich tylko czytać.

- A lady Hester Stanhope? Prowadzi życie pełne przygód.

- Ja... nie chcę wywoływać skandali. Gdybym miała wędrować po świecie, to tylko z mężem, ale 

tęsknię za podróżami.

- Rzym? Egipt? Wschód?

- Rzym na pewno. - Nachyliła głowę z namysłem. - Egipt też, ale orientalne podróże wydają się 

zbyt dalekie.

- Ciekawe.

- Chciałabym zobaczyć kiedyś twoją egipską kolekcję - powiedziała wkraczając na niebezpieczny 

grunt.

- Musimy ułożyć to z twoją matką, niechby cię przyprowadziła któregoś dnia.

- Z mateczką? Wykluczone. Zemdlałaby na widok mumii - zaoponowała Emma nie zdając sobie 

sprawy, co właśnie powiedziała.

Sir Peter zachował kamienną twarz.

- Zatem poprosimy cioteczkę. Zapraszam zaraz po powrocie do Londynu.

- Przyjechałam zobaczyć, jak się tu żyje George’owi - oznajmiła nie wiedzieć po co.

- Rozumiem - odparł uprzejmie.

background image

86

-  Chciałabym  poznać  bliżej  Beatrice  i  jej  uroczych  rodziców.  Być  może  wkrótce  połączą  nas 

więzy familijne - wyjaśniła otwarcie.

- To bardzo możliwe - przytaknął dwornie.

-  No  -  rzekła  głosem  osoby,  która  skończyła  załatwiać  interesy  -  a  jak  tam  twoje  sprawy?  Co 

powiada agent z Bow Street? Znajdzie tego łajdaka, który próbował się do ciebie włamać?

- Znajdzie - odparł sir Peter z błyskiem w oku, tym błyskiem, który tak działał jej na nerwy. Nie 

sądziła, by kpił sobie z niej, na to był zbyt dobrze wychowany. Jednak w jego głowie działo się coś 

czego nie potrafiła odgadnąć.

-  Zadowolony  jesteś  ze  strażnika,  który  pilnuje  domu  w  nocy?  Zapewne  tak,  inaczej  nie 

opuściłbyś Londynu - odpowiedziała sama na własne pytanie.

- Uszy ma jak kalafiory, ale złoty chłopak, a przy tym wielkolud zdolny odstraszyć największego 

śmiałka.

- Całe szczęście. Nie chciałabym, żeby ktoś starł mumię na proszek przeciwko podagrze.

Sir Peter zmarszczył brwi, a Emmie serce uciekło w pięty. Nie powinna wiedzieć o leczniczych 

właściwościach mumii.

- George mi o tym mówił - rzuciła pospiesznie. Sir Peter natychmiast się rozpogodził.

- Podano do stołu, milady - oznajmił służący.

Emma odetchnęła z ulgą.

Sir Peter powiódł do stołu lady Johnson. Sir William podał ramię lady Titheridge. Kiedy Emma 

zobaczyła,  że  wyznaczono  jej  miejsce  obok  sir  Petera,  posłała  Beatrice  pytające  spojrzenie.  Ta 

wzruszyła tylko nieznacznie ramionami na znak, że nie ma z tym nic wspólnego.

Emma  zdjęła  rękawiczki,  położyła je  na  kolanach  i  pozwoliła,  by służący  nakładał  jej  na  talerz 

obfite porcje. Po porannym zwiedzaniu i popołudniu spędzonym przy wykopie umierała z głodu.

- Wiejskie powietrze zaostrza apetyt - stwierdził sir Peter.

-  W  rzeczy  samej  -  odparła  i  zerknęła  na  dłonie.  Były  co  prawda  czyste,  ale  pod  paznokciami 

tkwił brud, co nie przystoi damie. Co począć? Gdyby siedziała po drugiej stronie stołu, nie miałoby 

to  najmniejszego  znaczenia.  Tymczasem  tkwiła  obok  sir  Petera.  Jeśli  dostrzeże  brud  pod  jej 

paznokciami,  zacznie  się  zastanawiać,  jak  mógł  się  tam  dostać  podczas  zwiedzania  kościoła. 

Powiedziała mu, że nie była dzisiaj przy wykopie. Po przyjeździe zażywała jakoby drzemki.

Męczyła  się  tak,  dopóki  nie  przypomniała  sobie,  że  sir  Peter  jest  krótkowidzem.  Odetchnęła  i 

zaczęła jeść normalnie.

- Bardzo wypełniony miałaś ranek? - zapytał uprzejmie.

- Och, tak - odparła myśląc o pięknym wnętrzu kościoła.

-  Przeprowadzałaś  poszukiwania,  czy  nie  tak?  Posłała  mu  najbardziej  niewinne  spojrzenie, 

zupełnie nie rozumiejąc, do czego zmierza.

background image

87

Z nieznacznym uśmiechem wskazał na jej dłonie.

- To wyjątkowo nieładnie zwracać mi uwagę - powiedziała z wymuszonym uśmiechem.

A więc przyłapał ją. Może jakoś uda się jej uratować. Gorączkowo szukała wyjścia.

-  Ścinałam  geranium,  stąd  pewnie  ten  brud.  Nie  mam  pojęcia,  dlaczego  go  nie  domyłam. 

Widocznie bardzo się spieszyłam.

- Rozumiem.

Zachodziła w głowę, jakim sposobem dojrzał taki drobiazg.

Kiedy panie miały przejść po kolacji do salonu, okazało się, że w domu baroneta panują inne niż 

wszędzie zasady, a to przez wzgląd na lady Johnson. Wszyscy równocześnie podnieśli się od stołu; 

panowie  pili  swoje  porto  przy  ogniu  kominka,  w  towarzystwie  uroczych  pań,  jak  to  określił  z 

wdziękiem sir William.

Emma pospiesznie wciągnęła rękawiczki i usadowiła się przy oknie, skąd miała widok na rozległe 

pola. Zaraz przyłączył się do niej sir Peter z kieliszkiem porto w dłoni.

- Chodźcie tu do ognia, wy dwoje. Zagramy w crambo - zakomenderowała lady Titheridge.

Emma  wyślizgnęła  się  niczym  węgorz  i  czym  prędzej  zajęła  krzesło  obok  Beatrice.  Resztę 

wieczoru spędziła na bezpiecznych pozycjach, modląc się, by trzymać się do końca jak najdalej od 

tego niebezpiecznego człowieka.

Miała nadzieję, że wyjedzie, chociaż cząstka jej duszy radowała się widokiem jego twarzy. Czy 

kiedyś jakaś panna popadła w podobne tarapaty?

12

Gdy weszła następnego dnia rano do pokoju śniadaniowego i ujrzała przy stole sir Petera, jej dłoń 

powędrowała  do  muślinowej  kryzy.  Tak  ją  polubiła,  że  chociaż  siniaki  prawie zniknęły, nadal  ją 

wkładała.  Teraz  nerwowo  muskała  materiał  palcami.  Co  też  Dancy  powie  po  wczorajszym 

wieczorze?

- Dzień dobry, panno Cheney - zagadnął wesoło. Rześki wygląd wskazywał, że sir Peter nie miał 

kłopotów z zaśnięciem.

- Rzeczywiście dobry - odparła głosem rozmyślnie wyższym niż zwykle.

Spojrzał na nią bacznie.

- Naprawdę jesteś uderzająco podobna do brata. Zapewne wszyscy ci to powtarzają. Moglibyście 

być bliźniakami. Zadziwiające.

W ślad za Emmą w pokoju pojawiła się Beatrice. Z uśmiechem podeszła  do bufetu, by nałożyć 

sobie porcję jedzenia.

-  To  naprawdę  niezwykłe,  jak  bardzo  są  do  siebie  podobni.  Rzeczywiście  mogliby  być 

background image

88

bliźniakami.  Emma jest trochę niższa,  ale tylko  odrobinę. Nawet  głosy  mają podobne.  Być może 

dlatego od razu poczułam do Emmy taką sympatię - powiedziała z szelmowskim błyskiem w oku.

Sir Peter zbity z tropu, że tak skwapliwie zgodzono się z jego osądem, wodził wzrokiem od jednej 

panny do drugiej.

Pewniejsza już, gdy poczuła wsparcie Beatrice, Emma podeszła za nią do bufetu, by przygotować 

sobie skromne śniadanie, po czym usiadła naprzeciwko sir Petera gotowa odpierać jego badawcze 

spojrzenia.

- Czy George jest w domu? - zapytał sir Peter.

- Chyba jeszcze śpi. Braddon mówi, że wrócił wczoraj bardzo późno. Przesłał mi liścik. - Emma 

upiła łyk herbaty.

- Nie trzy maj że nas w niepewności - fuknął sir Peter.

- Wybiera się do Londynu, bodaj w sprawie monet - udzieliła niejasnej odpowiedzi.

- Och, mam nadzieję, że warte są fortunę - westchnęła Beatrice.

- Ma zamiar je sprzedać? - zapytał sir Peter; zabrzmiało to niestosownie, ale taką już miał naturę, 

że dbał o maniery, kiedy mu to było wygodne.

- Nie potrafię powiedzieć - odparła Emma.

-  Mogliśmy  byli  jechać  razem  do  Londynu.  Diablo  nieuchwytny  z  niego  człowiek,  muszę 

powiedzieć. - Sir Peter dopił swoją kawę, powtórzył, że wraca do stolicy, że zamierza zatrzymać się 

po  drodze  u  przyjaciela,  po  czym  poszedł  szukać  sir  Williama,  by  się  z  nim  pożegnać  i 

podziękować za gościnę.

Emma odetchnęła z ulgą, słysząc cichnące w oddali kroki.

- W pełni się z tobą zgadzam - powiedziała Beatrice i uśmiechnęła się serdecznie.

- Dotąd nigdy w życiu nikogo nie oszukałam. Nie wiem, jak wybrnąć z tego galimatiasu. - Emma 

z kwaśną miną wstała od stołu zostawiając nie dokończone śniadanie.

Obydwie panny przeszły do salonu, gdzie czekały na odjazd sir Petera. W końcu usłyszały głośne, 

pospieszne  kroki  na  schodach. Emma  zerknęła  do  holu,  gdzie  stała  już  torba  Dancy’ego;  on  sam 

zniknął w gabinecie sir Williama. Nim zdążyła się cofnąć, był z powrotem w sieni.

-  Tu  jesteś.  Zatem  do  widzenia.  -  Ujął  jej  dłoń.  Oczywiście  zdążyła  wyczyścić  paznokcie, 

poprosiła nawet Braddon, by dostarczyła jej na wszelki wypadek gałązkę geranium.

- Kiedy zamierzasz wrócić do miasta?

-  Och,  nie  wiem.  Jutro,  może  pojutrze.  Twoja  ciotka  unika  podróżowania  w  niedzielę,  więc 

wyjedziemy zapewne w poniedziałek.

Nadal trzymał jej dłoń. Poruszona jego bliskością, miała ochotę rzucić mu się na szyję i wypłakać 

żałosną prawdę. Czy wybaczyłby jej? Ludzie nie lubią być zwodzeni. Wnosząc ze sposobu, w jaki 

zareagował na próbę włamania i postrzelenie Radleya, musiał mieć porywczą naturę. Co by rzekł, 

background image

89

gdyby wyznała mu prawdę?

- Do zobaczenia w Londynie. Przekaż George’owi życzenia wszystkiego najlepszego. - Puścił jej 

dłoń i już miał odejść, ale jeszcze raz się odwrócił. - Ach, i powiedz mu, że raz jeszcze chciałbym 

go  prosić  o  pomoc.  Agent  z  Bow  Street  zamyśla  pułapkę  na  złodzieja.  George  mógłby  mi  się 

przysłużyć. Poza tym czekają nas lekcje fechtunku - dodał z przekornym błyskiem w oku.

Zakłopotana,  że  nie  potrafi  odgadnąć  jego  myśli,  skinęła  tylko  głową.  Raz  jeszcze  na  ratunek 

przyszła jej Beatrice.

-  Przypomnę  Emmie,  by  przekazała  wszystko  George’owi  -  obiecała  solennie,  za  co  została 

obdarzona uśmiechem, który zniewoliłby każdą kobietę. Beatrice, zakochana w George’u, była co 

prawda  uodporniona,  ale  Emmie  mimo  wszystko  serce  ścisnęło  się  z  zazdrości.  Całkiem 

niepotrzebnie, gdyż właśnie posyłał jej uśmiech jeszcze wspanialszy.

- Do zobaczenia - rzekł i już go nie było.

-  Dzięki  Bogu.  Wy  dwoje  krzeszecie  takie  iskry,  że  i  hubki  nie  trzeba  -  powiedziała  Beatrice 

wachlując się chusteczką.

-  Niedorzeczność  -  stanowczo  zaprzeczyła  Emma.  -  Do  lady  Amelii  Litleton  uśmiecha  się  tak 

samo. Sama widziałam w Almack.

- Byłaś w Almack? - wykrzyknęła zachwycona Beatrice.

- Opowiedz mi. Jakie tam stroje noszą? Widziałaś księżnę Esterhazy?  Jest taka interesująca, jak 

powiadają? To prawda, że jedzenie jest okropne?

Fanny usiadły na kanapce koło okna i zatopiły się w przyjacielskiej rozmowie. Godzinę później 

tak zastał je George.

- Idę do wykopu - oznajmił. - Mam nadzieję, że nasz gość już wyjechał i że jestem bezpieczny?

- W istocie - odparła Beatrice.

- Powiedziałam mu, że pojechałeś do Londynu w sprawie znaleziska. Spodziewa się tam z tobą 

spotkać - powiedziała Emma  omijając na wszelki  wypadek temat lekcji  fechtunku.  Brat nie musi 

wszak wiedzieć wszystkiego.

Beatrice posłała jej zagadkowe spojrzenie, ale nic nie rzekła.

- Jak długo zamierzasz tu zostać? - zapytał George raczej przez ciekawość, niż z troski.

- Do poniedziałku.

- Jako dobra chrześcijanka lady Titheridge nie podróżuje w niedzielę - dodała Beatrice.

-  Będę  miała  sposobność  przyjrzeć  się  twoim  wykopaliskom  -  oznajmiła  Emma  z  prawdziwą 

satysfakcją.

- Rad jestem, że tak cię to zajmuje. Emma poklepała go serdecznie po ramieniu.

-  Wiem,  jak  bardzo  pragnąłeś  tego  znaleziska  i  przykro  mi,  że  nie  ty  natrafiłeś  na  monety,  ale 

muszę wyznać, że miałam radości co niemiara.

background image

90

- Nie powiedziałeś nam jeszcze, co mówi twój znawca - wtrąciła Beatrice.

-  Twierdzi,  że  to  najprawdziwsze  rzymskie  monety  z  czasów  cesarza  Honoriusza,  który  żył  w 

latach 393-423 po Chrystusie. Wspaniałe, prawda?

- A te złote, czy są bardzo cenne? - zapytała Emma.

-  Tak.  Pod  ich  zastaw  będę  mógł  opłacić  kolejne  prace  wykopaliskowe.  -  Tu  posłał  swojej 

Beatrice rozmiłowane spojrzenie.

- Czego innego się spodziewałam. - Emma nachmurzyła się.

- Nie trap się. Niedługo już będę mógł prosić o rękę mojej najdroższej. Wierzę w to, co mówisz, 

siostrzyczko.  W  okolicy  musi  być  więcej  cennych  starożytności.  Dlatego  idę  w  pole,  dłużej  nie 

zwłócząc. - Z tymi słowy wyszedł.

Emma patrzyła przez okno, jak kroczy przez trawnik ku łące, gdzie był wykop.

- Może i my byśmy poszły - mruknęła.

-  Poczekajmy  -  uspokoiła  ją  Beatrice,  ale  widząc  rozczarowaną  minę  Emmy,  dodała:  -  Tyle 

przynajmniej, by wziąć kapelusze, rękawiczki i parasolki. Zapowiada się słoneczny dzień.

Emma się rozpromieniła.

- Co tu jeszcze robimy?

Po chwili panny przystrojone jak przystoi w rękawiczki, słomkowe kapelusiki zawiązywane pod 

szyją,  z  barwnymi  parasolkami  chroniącymi  delikatną  cerę  przed  słońcem,  szły  już  w  kierunku 

wykopu.

- Cóż za ulga zapomnieć na chwilę o kłopotach, a i George’a nie widziałam wieki całe. Mateczka 

się  ucieszy,  że  ma  się  dobrze.  Napomknę  też,  jakie  to  powody,  oprócz  wykopalisk,  go  tu 

zatrzymują.

- Twoja mateczka... - zaczęła Beatrice z wahaniem - czy może być niechętna naszemu związkowi?

- Boże uchowaj, będzie zachwycona. Przekonasz się. Darzy George’a szczególnym uczuciem.

Nawet jeśli Emma była zazdrosna o miłość matki do brata, nigdy nie dałaby tego po sobie poznać.

- Pospieszmy się, bo George gotów coś znaleźć, zanim dojdziemy! - zawołała.

Peter  zamyślony  zmierzał  w  kierunku  Londynu.  W  Dorking  zboczył  na  północ,  by  odwiedzić 

starego przyjaciela, sir Davida Percy’ego, lorda Leighton, który niedawno zakończył długi miesiąc 

miodowy. Chciał też spotkać się z młodą oblubienicą, a swoją kuzynką, Elizabeth z domu Dancy. 

Liczył na jej radę.

Im  więcej  rozmyślał,  tym  więcej  się  troskał.  Niełatwo  będzie  uśmierzyć  gniew  panny  Cheney, 

kiedy się dowie  o jego  podstępie. Szachrowała, to  prawda, ale  powinien  był r dać  jakoś znać, że 

dawno przejrzał grę. Im dłużej trwała ta mistyfikacja, tym bardziej rzecz się wikłała.

W  domu  kuzynki  powitano  go  z  otwartymi  ramionami.  Nie  uszła  jego  uwagi  ani  wzajemna 

background image

91

czułość  małżonków,  ani  odmienny stan  pani.  Teraz  rozumiał,  czemu  nie  przyjechali  na  sezon  do 

Londynu.  Zagadnięty  -  w  sposób,  przyznajmy,  niezwykle  subtelny  -  o  powód  nieoczekiwanej 

wizyty, westchnął i tak zaczął:

- Trzeba mi twej rady, Elizabeth.

Jeśli chcesz mojej rady, zapomnij o całej sprawie - mówiła Beatrice, gdy czekały na ekwipaż lady 

Titheridge.  -  Nie  do  pomyślenia  pokazywać  się  ludziom  na  oczy  w  pluderkach!  Fechtować!  -

Zamilkła na chwilę, po czym zapytała: - Jak to jest?

-  Prawdę  mówiąc;  pludry  są  nadzwyczaj  wygodne.  Dozwalają  swobodę  w  ruchach,  całkiem 

inaczej niż suknia. A fechtunek? Cóż, bardzo dobra zabawa.

- Chociaż musisz nosić kryzę? - Beatrice zerknęła na misterną ozdobę z muślinu.

-  Chyba  już  przy  niej  zostanę.  Taka  mała  ekstrawagancja  -  odparła  Emma  z  delikatnym 

uśmiechem.

- Będę tęskniła za tobą, myślała o tym, jak zaglądasz w paszczę lwu, robisz szpadą i przeżywasz 

rozmaite podniecające przygody. Pewnie będziesz się nudzić, kiedy znów staniesz się sobą.

-  Nie  mogę  się  już  doczekać  -  odparła  żałośnie  Emma.  Pożegnanie  było  krótkie,  bo  przez  tych 

kilka  dni  wielka  się  zawiązała  zażyłość  i  wszystkim  trudno  było  się  rozstawać.  Pośród  obietnic 

szybkiego spotkania i życzeń dobrej drogi Panie z żalem opuściły dom sir Williama.

- Upewniłaś się, że George zdrów i szczęśliwy - powiedziała stara dama, gdy wyjechały na drogę 

wiodącą do Londynu.

- I że nie ma na razie zamiaru wracać do Londynu.

- Powinnaś wspomnieć rodzicom, że zanosi się na małżeństwo. Lepiej ich uprzedzić - poradziła 

lady Titheridge.

- Tak też uczynię - zapewniła ją Emma, po czym zapytała:

- Czy wiadomo, madame, dlaczego lady Johnson musi jeździć na wózku.

- Przed laty nieszczęśliwie upadła. Dlatego nie mają więcej dzieci. Sir William okazuje jej wiele 

starania.

Emma pogrążyła się w myślach. Po powrocie do domu znowu czeka ją gra z sir Peterem. Powinna 

wysłać  następny  projekt  do  magazynu.  Nawet  nie  zajrzała  do  ostatniego  numeru,  nie  sprawdziła, 

czy wydrukowano w nim poprzedni model.

W Londynie była następnego dnia późnym popołudniem.

- Ach, mój najdroższy George. W jakim znalazłaś go zdrowiu? Cóż za pędziwiatr z niego. - Pani 

Cheney biegała po salonie wymachując chusteczką i solami trzeźwiącymi.

Emma  posadziła  matkę  i  opowiedziała  jej  odpowiednio  zmienioną  wersję  spotkania  z  bratem. 

Wspomniała o wizycie sir Petera, na wypadek, gdyby ten przeklęty człowiek zamierzał opowiadać 

background image

92

pani Cheney o swoich podróżach.

- Wyobraź sobie, mamo, że George znalazł całą masę rzymskich monet, w tym złote. Wierzy, że 

znajdzie więcej i że będzie mógł poślubić Beatrice.

Pani Cheney nie była uszczęśliwiona, gdy dowiedziała się o afekcie syna.

- Spodobała ci się panna?

- George nie mógł znaleźć trafniejszego określenia, kiedy nazwał ją aniołem. Poza tym jest jedyną 

dziedziczką  bardzo  bogatego  ziemianina.  To  świetny  gospodarz,  powszechnie  szanowany  w 

okolicy.

Pani Cheney zaczęła się uśmiechać.

- To brzmi dość obiecująco. Ach, sir Peter zostawił liścik dla ciebie. Leży chyba na stoliku w holu 

- rzuciła pani Cheney od niechcenia, najwyraźniej zajęta myślami o ukochanym synu.

Powstrzymując się od pośpiechu, Emma poszła po list. Przeczytała go dwukrotnie.

- Zaprasza mnie na przejażdżkę jutro po południu. Mogę?

- Słucham? A, tak - odpowiedziała pani Cheney ciągle nieobecna duchem.

Emma zamknęła się w swoim pokoju i chociaż nie miała szpady, poczęła ćwiczyć wypady, ciosy, 

gardy. Nie była pewna, czy wszystko dobrze zapamiętała, ale sir Peter powinien się cieszyć, gdy da 

mu okazję do korekt.

Dlaczego  chce  zabrać  ją  na  przejażdżkę?  A  może  ona  doszukuje  się  ukrytych  motywów  tam, 

gdzie ich nie ma? Może on chce po prostu utrzymywać dobre stosunki z rodziną Cheneyów?

Z rozmyślań wyrwało ją pukanie do drzwi.

-  Przysłano  kwiaty,  panienko  -  oznajmiła  Fanny.  W  ramionach  trzymała  bukiet  kwiatów  od  sir 

Petera. Gdy zniknęła, Emma usiadła w ulubionym fotelu przy oknie i pogrążyła się w marzeniach, 

w których nie musiała oszukiwać i w których sir Peter zachwycał się jej ciemnymi lokami i szarymi 

oczami.

Następnego popołudnia, ubrana w swoją najładniejszą suknię do przejażdżek i czarny spencerek, 

nerwowo krążyła po pokoju poprawiając stale rękawiczki.

-  A  jeśli  zaprosił  mnie  tylko  po  to,  by  powiedzieć,  że  przejrzał  moją  mistyfikację?  -  zapytała 

swego odbicia w lustrze. - Nie wiem, czy to zniosę.

-  Sir  Peter  przyjechał  -  zaanonsowała  Fanny.  O  tej  porze  socjeta  nie  wyjeżdżała  jeszcze  na 

przejażdżki, ale Emma na to nie zważała. W jej sytuacji nie miało to żadnego znaczenia.

- Dzień dobry, sir Peter - powiedziała trochę drewnianym głosem, gdy po chwili zeszła na dół.

-  Gotowa?  -  Jeśli  nawet  czuł  się  urażony,  że  pani  Cheney  go  nie  przyjęła,  nie  okazał  tego.  Z 

salonu dobiegały głosy trzech nierozłącznych dam omawiających zapewne zalety uroczej Beatrice 

Johnson.

Dzień  był  śliczny,  niebo  bezchmurne,  a  zapach  świeżo  ściętej  trawy  i  kwiatów  wywoływał 

background image

93

uśmiech na twarzy Emmy. Była radosna jak trzpiotka. Sir Peter nie przysłałby jej kwiatów, gdyby 

miał zamiar ją zdemaskować. Pełna dobrych myśli cieszyła się spacerem.

- Piękne kwiaty, sir Peter - powiedziała w pewnym momencie.

-  Przypomnienie  popołudnia  w  Sussex.  Pobladła  na  te  słowa.  Czyżby  wiedział?  Zamyśla  ją 

oskarżać?

- Pomyślałem, że będzie ci miło wspomnieć wizytę u sir Williama. Miałem wrażenie, że dobrze 

się czujesz na wsi - powiedział i uśmiechnął się przyjaźnie. Odetchnęła.

- Rzeczywiście. Kwiaty przypomniały mi wieś. To bardzo miło z twojej strony.

- Czy widzisz to co ja? - spytał na widok zbliżającego się powozu.

- Wielkie nieba, lady Amelia i pan Swinburne! Nie sądziłam, że posuną się tak daleko.

- Ten człowiek jest raczej  źle  widziany. Wiem  z  pewnego źródła,  że  nie  chciano przyjąć go do 

White’a - szepnął sir Peter.

- Tak? A mnie mówił George, że ma mnóstwo wierzycieli. Tak przynajmniej słyszał.

- Prawda. Ja też to słyszałem. Masz jakiś wpływ na Amelię?

Emma  nie  odpowiedziała,  gdyż  zrównali  się  właśnie  z  wytwornym  powozikiem  pana 

Swinburne’a, wykonanym podług ostatniej mody.

- Swinburne - przywitał się sir Peter.

- Lady Amelio - przemówiła Emma, jak przystoi damie.

-  Nie  widziałam  cię  w  ostatnich  dniach,  a  tyle  mam  ci  do  opowiedzenia.  Umówmy  się  na 

pogawędkę.

Amelia z zakłopotaniem spojrzała na Swinburne’a, jakby u niego szukała pomocy.

-  Mówiłaś,  zdaje  się,  że  jutro  rano  jesteś  wolna  -  podsunął  dandys,  strzepnął  z  rękawa  nie 

istniejący pyłek, po czym obdarzył Emmę lodowatym uśmiechem.

-  Zatem  jutro  rano?  -  powiedziała  z  wahaniem  Amelia.  Emma  skinęła  głową  i  powozy  ruszyły 

każdy w swoją stronę.

-  Albo  ja  się  mylę,  albo  tu  dzieje  się  coś  dziwnego.  Jak  ona  może  radzić  się  tego  wstrętnego 

ropucha? - głośno zastanawiała się Emma.

- Zdaje mi się, że pojawił się kiedyś w twoim salonie - rzucił obojętnie sir Peter.

-  To  sprawa  mojej  mateczki.  Szybko  zorientował  się,  jak  mamy  mam  posag  w  porównaniu  z 

Amelią - wyjaśniła Emma z godnością.

- Obchodzi cię los Amelii, prawda?

- Bardzo. Ma tytuł, pieniądze, urodę, ale ma też dobre serce. Nie chcę, żeby ktoś wystrychnął ją na 

dudka.

- Dobrze powiedziane  -  skwitował sir Peter. Emma  zastanawiała się,  co  też  jej towarzysz może 

czuć do

background image

94

Amelii. Nie bardzo mogła uwierzyć, by wolał ją niż jej piękną przyjaciółkę.

Tego  wieczoru  Almack  huczało  od  domysłów.  Jedni  powiadali,  że  Napoleon  pobił  lorda 

Wellingtona  i  że  armia  poniosła  straszliwe  straty.  Inni  mówili,  że  setki  Anglików  uciekły  z 

Brukseli. Pojawili się pierwsi uchodźcy, którzy zdołali przeprawić się z kontynentu.

Nastrój  przygnębienia  mieszał  się  z  nadziejami  na  sukces  Wellingtona.  Nikt  nie  miał  wielkiej 

ochoty na tańce.

Lady Amelia się nie pojawiła. Emma rozmawiała z mateczką i lady Titheridge, która była zdania, 

że politycy i dowódcy są do niczego.

-  Gdybym  ja  miała  władzę  i  armię,  dawno  już  skończyłabym  z  Napoleonem.  Co  za 

niedorzeczność  zesłać  tyrana  na  Elbę,  a  potem  pozwolić  mu  uciec.  Głupcy!  -  oznajmiła  kiwając 

głową spowitą w turban zdobny klejnotami.

Emma przestała interesować się wojną, gdy tylko dojrzała sir Petera pogrążonego w rozmowie z 

przyjaciółmi. Kiedy i on ją zobaczył, przerwał konwersację i ruszył w jej stronę.

- Uczynisz mi honor, panno Cheney, i zatańczysz ze mną? - zapytał przywitawszy się z paniami.

-  Z  przyjemnością,  sir  Peter -  odparła  zastanawiając  się,  czy  jest  rozczarowany  nieobecnością 

Amelii.

- Jak twoja kolekcja, czy bezpieczna? Ciągle masz strażnika z uszami jak kalafiory? - zapytała w 

tańcu.

- Owszem - odparł z uśmiechem. - Harry Porter zaś penetruje londyńskie spelunki. Twierdzi, że 

wpadł na trop, ale na razie nie chce zdradzić nic więcej.

Emmę przeszedł  dreszcz na myśl o złodzieju  nie wahającym się strzelać do każdego, kto  stanie 

mu na drodze.

- Dajmy spokój. Dość mamy strapień. Cały naród. - Powiódł po sali smutnym wzrokiem.

-  Wierzysz  w  to,  że  Wellington  przegrał  bitwę?  -  zapytała  zatroskana  Emma.  Jej  słabowita 

mateczka ciągle lękała się, że Napoleon któregoś dnia zajmie Anglię.

-  Nie  bój  się,  Anglia  musi  zwyciężyć  -  powiedział  przywołując  częste  powiedzenie  i  zmienił 

raptownie  temat:  -  Czy  twój  brat  jest  w  Londynie?  Chciałbym,  żeby  odwiedził  mnie  jutro  rano. 

Powiedz mu, że pragnę porozmawiać z nim o kolekcji. I przypomnij, że następna lekcja fechtunku 

będzie dotyczyła taktyki.

Emma z trudem przełknęła ślinę i skinęła głową, lękając się wyrzec słowo. Gdy milczenie zaczęło 

się przeciągać, dobyła wreszcie głosu:

-  Porozmawiam  z  nim  po  powrocie  do  domu.  Mam  nadzieję,  że  cię  odwiedzi,  chociaż  ma 

umówione spotkanie przed południem - powiedziała myśląc o Amelii.

- Rzeczywiście.

background image

95

Znowu nie potrafiła odgadnąć, co mogło kryć się za jego słowami.

13

Jak wyglądam? - zapytała Emma niezawodną Braddon.

-  Bardzo  dobrze.  Niech  już  panienka  idzie,  żeby  później  zdążyć  do  domu  na  spotkanie  z  lady 

Amelią.

Zbiegła  lekko  po  schodach,  chwaląc  w  myślach  wygodne  pluderki.  Na  Bruton  Street  nie 

wchodziła już tak pewnym krokiem. Nie wiedząc, czego się spodziewać po sir Peterze, poszła do 

gabinetu, gdzie zastała go - stał nachylony nad jedną z gablot.

- Witaj - powiedziała usiłując naśladować głos George’a. - Nie będę mógł długo zabawić. W czym 

mogę ci pomóc?

- Twoja siostra wspomniała, że jesteś umówiony. Śliczna panna - mruknął nie odrywając wzroku 

od gabloty i przekrzywiając głowę to w lewo, to w prawo.

Emma modliła się, by nie spiec raka słysząc ten duser. Bąknęła coś pod nosem i też nachyliła się 

nad gablotą.

- Przyniosłeś naszyjnik do domu!? Przecież miał być w depozycie! - zawołała przerażona.

- Może przynęcę tym sposobem złodzieja.

- Nie lepiej było zamówić kopię?

-  A  gdzie  znalazłbym  uczciwego  jubilera,  któremu  mógłbym zlecić  takie  zadanie?  Podmieniłby 

kamienie i sprzedał bez najmniejszego trudu - powiedział podnosząc w końcu głowę.

- Że też Francuzów stać jeszcze, by kupować cokolwiek. Z tego, co czytałam w gazetach, wynika, 

że Napoleon doprowadził kraj do bankructwa.

- Zawsze znajdzie się ktoś z pieniędzmi. No, powiedz, co myślisz o zmianach?

Emma  rozejrzała  się  uważnie  po  gabinecie.  Szklarze  wprawili  nową  szybę,  na  ścianach  wisiało 

kilka z jej szkiców oraz objaśnienia dotyczące poszczególnych eksponatów.

- Zupełnie jak w muzeum - powiedziała w końcu.

- Zaprosiłem kilku znajomych, żeby zobaczyć, jakie to na nich wywrze wrażenie. Przyjdziesz? -

rzucił od niechcenia, kierując się do drzwi i oczekując najwyraźniej, że George pójdzie za nim.

-  Kiedy?  -  Nie  miała  najmniejszej  ochoty  pokazywać  się  ludziom  w  tym  przebraniu.  Dopóki 

maskarada ograniczała się do nich dwojga, nie było to tak ryzykowne.

- Dzisiaj po południu. Wczoraj wysłałem zaproszenia, ale że spodziewałem się widzieć cię dzisiaj 

rano, więc proszę osobiście.

- Niestety, mój stary, popołudnie mam już zajęte - zełgała nie troszcząc się nawet o wymówkę.

-  Szkoda.  Cóż,  zacznijmy  zatem  lekcję,  skoro  musisz  wcześnie  wyjść.  Twoja  siostra  też  się 

background image

96

umówiła na przedpołudnie, z lady Amelią.

- Uhu - mruknęła uznawszy, że najlepszą tarczą będą możliwie niejasne odpowiedzi.

Wybrał szpady, podał Emmie maskę i stanęli na macie zwaną piste.

- Taktyka - zaczął sir Peter - to umiejętność oceny przeciwnika i użycia broni zależnie od sytuacji.

- Nie mam zamiaru stawać z nikim do walki ani brać udziału w pojedynku - zaoponowała Emma.

-  Możesz  nie  mieć  zamiaru,  ale  dobrze  jest,  kiedy  człowiek  potrafi  się  bronić,  gdy  zajdzie 

potrzeba.

Zaczęli ćwiczyć. Emma rozluźniła mięśnie gotując się na kolejną trudną sesję. Co prawda lekcja 

miała być krótka, ale wszystko wskazywało, że za to intensywna.

Dlaczego  po  prostu  nie  odmówiła,  kiedy  zaproponował,  że  będzie  ją  uczył?  Być  może  chciała 

poznać to męskie zajęcie. Poza tym miłe jej było towarzystwo sir Petera.

Podniosła szpadę w pozdrowieniu i pomyślała, jakże by to było wspaniale stać teraz naprzeciwko 

niego  we  własnej  osobie,  wydobyć  z  niego,  co  w  nim  najlepsze,  choć  obawiała  się,  że  może  to 

przekraczać  jej  możliwości.  Cóż,  praktyka  czyni  mistrza  i  człowiek  nigdy  nie  powinien  tracić 

nadziei na osiągnięcie tego, co zdaje się nieosiągalne.

- Za wolno, za wolno - zbeształ ją sir Peter, kiedy nie osłoniła się na czas przed jego atakiem. Był 

tak szybki, że omal się nie zderzyli. Zatrzymał się krok od niej, z tym swoim dziwnym błyskiem w 

zielonych oczach.

Co też sobie mógł myśleć? Co by zrobił, gdyby stał teraz naprzeciwko Emmy? Dlaczego zdaje się 

jej, że widzi w jego wzroku tęsknotę? Nie patrzyłby tak przecież, gdyby wierzył, że jest George’em. 

A może tylko coś się jej roi? Odegnała od siebie niepokojące myśli i skupiła się na lekcji.

Cofnął się, zajął pozycję.

- Powinieneś nie tylko umieć się bronić, ale i kontratakować.

Pomyślała,  że  to  ciągłe  strofowanie  najwyraźniej  sprawia  mu  przyjemność.  Nic  nie 

odpowiedziała: słuchała i patrzyła, jak pokazuje jej właściwe ruchy.

- Ważne, żeby umieć wykorzystać każdy błąd i każdą chwilę nieuwagi przeciwnika. No, jeszcze 

raz.

Ćwiczyli tak długo, że Emma lada chwila mogła bez tchu osunąć się na matę. Wreszcie spojrzał 

na zegar.

- Robi się późno, puszczę cię już, bo spóźnisz się na swoje spotkanie. Następnym razem dasz mi 

lanie - powiedział ze śmiechem. - Lubię te nasze lekcje. Mam nadzieję, że ty też?

- Owszem - powiedziała szczerze, szybko wdziała surducik i ruszyła ku drzwiom.

- Wybacz, że tak krótko dzisiaj zabawiłem. Wiesz, jak to jest. I mnie się podobają nasze lekcje.

- Coraz lepiej ci idzie. Nie zdziwiłbym się wcale, gdybyś powiedział, że ćwiczysz sam w domu. 

Mam rację? - Klepnął ją w plecy tak energicznie, że omal nie straciła równowagi.

background image

97

-  Rzeczywiście  ćwiczę  -  bąknęła myśląc,  że  wyniesie  z  dzisiejszej  lekcji  nie  tylko siniaki,  ale  i 

sztywne ramię.

W drzwiach zatrzymała się, by raz jeszcze mu podziękować, ale on zbył jej słowa machnięciem 

ręki.

- Twoje rysunki to więcej niż podziękowanie. Chciałbym ci za nie zapłacić - uśmiechnął się tym 

zniewalającym uśmiechem, który sprawiał, że uginały się pod nią kolana.

- To niepotrzebne - burknęła szorstko. Jakże miałaby przyjąć zapłatę za coś, co robiła z myślą o 

nim.

- Pomyślę więc o innym wynagrodzeniu. Może chciałbyś wziąć udział w zasadzce na złodzieja? 

To powinno być naprawdę ekscytujące - nęcił.

- Och, jestem pewien, ale może nie być mnie wtedy w Londynie. Zamierzam niedługo wracać do 

Sussex.

- Rozumiem - powiedział sir Peter mrugając porozumiewawczo. - Beatrice to śliczna dziewczyna. 

Żeń się, zanim kto inny cię ubiegnie. Wiesz jak to jest: myszy tańcują, gdy kota nie czują.

Emma nie wierzyła własnym uszom, że pozwala sobie na takie niewybredne żarty. Zakłopotana 

czym prędzej wróciła do lady Titheridge.

Peter oparł się o drzwi i wybuchnął długo hamowanym śmiechem. Droga Emma nie wie, w którą 

stronę się obrócić. Jak powiedział Radleyowi, była zbita z tropu, a on chciał jak najdłużej utrzymać 

ją w tym stanie. Dawszy upust niemądrej wesołości, wrócił do gabinetu, pogwizdując pod nosem. 

Właśnie oglądał nowe zabezpieczenia, gdy pojawił się Harry Porter, by omówić szczegóły planu.

Po powrocie do domu Emma uprzedziła Oldhama o oczekiwanej wizycie i pobiegła do swojego 

pokoju sprawdzić w lustrze, czy nic nie zdradza jej porannych zajęć.

- Przyszła lady Amelia - zaanonsowała Fanny i przepuściła gościa.

-  Pomyślałam,  że  tutaj  swobodniej  będzie  się  nam  rozmawiać  -  wyjaśniła  Emma  zdziwionej 

przyjaciółce,  pociągnęła  ją  ku  fotelom  pod  oknem  i  tak  posadziła,  by  światło  padało  na  twarz 

Amelii, wydobywając każdą zmianę mimiki.

Zaczęła rozmowę opowieścią o podróży do Sussex i znalezisku George’a.

-  A  teraz,  moja  droga,  powiedz  mi,  co  się  właściwie  dzieje  -  zażądała,  gdy  siedziały  już  przy 

herbacie i ciasteczkach imbirowych.

Nie zamierzała być aż tak obcesowa, myślała użyć świeżo nabytej znajomości taktyki, ale widok 

bladej, strapionej twarzyczki przyjaciółki sprawił, że zapomniała o swoich planach.

- Nic, Emmo, naprawdę nic. - Amelia bezwiednie mięła w dłoniach batystową chusteczkę. - Ja... 

ja... - jąkała się niezdolna wyrzec słowo.

-  Rozumiem.  Może  ciasteczko?  -  zaproponowała  Emma,  nalała  herbatę  do  filiżanek  i  czekała 

cierpliwie, aż Amelia zdecyduje się przerwać milczenie.

background image

98

- Więc... Nie,  nie mogę.  Dałam słowo,  że  dochowam sekretu  - powiedziała wreszcie  znękanym 

głosem.

- Ani bym śmiała  namawiać cię  do tego  - zapewniła  ją Emma zachodząc w  głowę, co też  trapi 

Amelię. Cokolwiek to było, miało zapewne związek z panem Swinburne’em. Poprzedniego dnia w 

parku sprawiał wrażenie, jakby w jakiś sposób uzależnił ją od siebie.

Zamiast  drążyć  temat,  Emma  zaczęła  rozmawiać  o  pogodzie  i  możliwości  deszczu  w  środę 

wieczorem, tak jakby podobna drobnostka mogła powstrzymać bywalców Almack ad obecności na 

tych spotkaniach przydających każdemu splendoru.

Potem  omówiła  najnowsze  kroje  sukien  i  problem  natury  etycznej,  przed  którym  stawały 

modnisie; kupując szmuglowane do kraju francuskie jedwabie chcąc nie chcąc wspomagały wroga.

- Myślisz, że Anglia naprawdę jest w niebezpieczeństwie? - szepnęła Amelia jakby w obawie, że 

ktoś może słyszeć.

- Sir Peter ciągle mnie zapewnia, że wszystko skończy się pomyślnie.

Amelia westchnęła z ulgą.

-  Miejmy  nadzieję.  Tak  teraz  niebezpiecznie  na  morzu,  wszędzie  francuskie  okręty.  Pomyśl  o 

biedakach na Guemsey.

Emma nie bardzo rozumiała troskę Amelii o bezpieczeństwo żeglugi morskiej, ale zostawiła rzecz 

bez komentarza. Nic nie było w stanie skłonić dziewczyny, by zwierzyła się ze swoich zmartwień, 

nie wspomniała też słowem o panu Swinburnie.

Emma pożegnała ją pełna obaw i złych przeczuć.

-  Miło  mi  widzieć  was  w  moim  gabinecie  starożytności,  panowie  -  witał  gości  sir  Peter  tego 

popołudnia.

Edward trzymał się na uboczu obserwując przybyłych i ich reakcje.

Reginald  Swinburne  przechadzał  się  powoli  między  gablotami,  oglądał  ich  zawartość,  wreszcie 

zbliżył się do tej z naszyjnikiem.

- Ładna błyskotka - oznajmił bawiąc się lorgnon.

- Błyskotka? - obruszył się Edward. - Toż to bezcenny klejnot. Nie znajdziesz drugiego takiego.

- Daj pokój, Worcester, nie każdy potrafi docenić to, co rzadkie i piękne. Wybacz człowiekowi. -

Sir Peter widząc niekłamane oburzenie przyjaciela próbował go zmitygować, zanim ten wszystko 

zepsuje i rozkwasi Swinburne’owi nos.

- Chlubię się, że nie gorszy ze mnie koneser niż reszta tu zebranych - napuszył się Swinburne.

- Doprawdy? - zdziwił się Edward okazując niebezpieczny spokój.

- Za pozwoleniem, twoja kolekcja jest prawdziwie do pozazdroszczenia, z wyjątkiem naszyjnika -

zawyrokował Swinburne tonem znawcy. - Wprost niemożliwe, by te kamienie były prawdziwe, to 

imitacje.

background image

99

-  Naprawdę?  I  ja  się  nad  tym  zastanawiałem  -  powiedział  Peter  z  wielkim  zainteresowaniem  i 

przesunął się ze Swinburne’em bliżej Harry’ego Portera. W ledwie widoczny sposób skinął głową, 

dając znak agentowi, i wdał się w rozmowę z dandysem.

Popijając  sherry,  porto,  brandy  i  co  kto  zapragnął,  panowie  zaczęli  dyskutować  nad  opinią 

wypowiedzianą przed chwilą przez Swinburne’a.

-  Ja  powiadam,  że  to  najprawdziwszy  klejnot.  Widziałem  trochę  tego,  kiedym  stacjonował  w 

Egipcie  -  huczał  major  Jenkins  potężnym  głosem,  niczym  na  placu  defilad.  A  mrugał  przy  tym 

okiem, jakby powiadał, że on już wie swoje i byle jegomość andronów mu wmawiać nie będzie, a 

podkręcał  wąsa  buńczucznie,  a  przechadzał  się  dziarsko,  a  rzucał  mordercze  spojrzenia  panu

Swinburne’owi.

Augustus, lord Finstersham, był tej samej opinii co major Jenkins.

-  Kiedyśmy  za  młodu  jeździli  po  świecie,  widywał  człowiek  wokół  Kairu  mumie  ułożone  w 

sterty, niechybnie na podpałkę. Kto by podrabiał klejnot, kiedy wokół tyle mogło być prawdziwych.

W końcu przeważyło przekonanie, że naszyjnik musi być autentyczny. Major Jenkins wyszedł w 

pełni usatysfakcjonowany, wnosząc po uśmiechu, którym obdarzył sir Petera na pożegnanie. Rzecz 

przesądziwszy,  panowie  zaczęli  się  rozchodzić,  jedni  do  klubów,  inni  na  umówione  spotkania  i 

przejażdżki  po  parku.  Na  temat  sytuacji  we  Francji  dochodziły  sprzeczne  pogłoski,  wieści 

zmieniały się z godziny na godzinę i sir Peter lękał się, czy jego plan w ostatniej chwili, tak blisko 

celu, nie spali na panewce.

Emmę  zaniepokoiło  to,  że  ani  Amelia,  ani  pan  Swinburne  nie  pojawili  się  w  środę  w  Almack. 

Lady  Amelia  uwielbiała  assemblees:  intrygi,  komeraże,  spekulacje,  całe  to  targowisko  panien  na 

wydaniu, które rozkwitało w czerwcu pod czujnym okiem matek.

Jako że jej karnecik zapełnił się nie wiedzieć kiedy, Emma nie miała czasu zastanawiać się dłużej 

nad powodem nieobecności przyjaciółki.

- Widzę, że podbiła pani Londyn, panno Cheney - powiedział Brummell, który podszedł do niej w 

przerwie między tańcami.

- Może, na chwilę - przyznała wachlując się po skocznych pląsach.

- Wszyscy dzisiaj bardziej niż zwykle ożywieni - stwierdził rozglądając się po sali.

Poszła za jego wzrokiem i skinęła głową.

- Jakby czekając wieści o Wellingtonie ludzie chcieli zapomnieć się w zabawie - przyznała.

- Niezwykła przenikliwość u tak młodej osoby.

- Do tego kobiety - uzupełniła i zaczęła się śmiać widząc jego rozbawienie.

-  Tego  nie  powiedziałem  -  zastrzegł  się  wtórując  jej.  Ledwie  odszedł,  otoczył  ją  wianuszek 

panów, ciekawych, co też zatrzymało przy niej Brummella, ba, wywołało jego śmiech.

background image

100

Lady Amelii nadal nie było, chociaż wybiła już jedenasta.

Emmie wydało się to dziwne.

-  Znowu  w  kryzie.  Czyżbyś  chciała  przywrócić  styl  naszej  miłościwej  królowej?  -  zagadnął  sir 

Peter biorąc ją za rękę i prowadząc do szkockiego chodzonego.

-  Lubię  kryzy,  a  ten  taniec  do  kogo  innego  należy  -  odparowała.  Nie  musiała  zaglądać  do 

karneciku, nie było tam nazwiska sir Petera. Został zapełniony, zanim Dancy się pojawił.

- Zatem został wystawiony do wiatru. Mów, żem gotów usiec każdego, kto śmie z tobą zatańczyć 

- oznajmił, gdy się spotkali w kolejnej figurze.

Emma posłała mu zgorszone spojrzenie.

- Raczysz żartować, sir.

„Niech  go  diabli”,  to  mało  powiedzieć.  Co  za  przedziwne  odczucia  wywoływał  w  niej  ten 

człowiek.  Niechęć,  oburzenie,  rozdrażnienie,  o  zimnych  dreszczach  nie  wspomniawszy.  Drżenie 

serca? Nie chciała przyznać się do tego, o czym w głębi duszy aż zbyt dobrze wiedziała.

Jej uwagę zwróciło podniecenie wśród gości. Ludzie głośno rozprawiali zbierając się w grupki.

-  Coś  się  stało  -  wypowiedziała  bezgłośnie,  mając  nadzieję,  że  sir  Peter  zrozumie.  Akurat  się 

rozdzielili w kolejnej figurze.

Skinął głową w opowiedz! i kiedy tańczący zaczęli formować wianuszek, sprowadził ją z parkietu 

i podszedł do bawiącego na sali członka rządu.

-  Major  Percy przybył do  ministerium  wojny z  posłaniem  od  lorda  Wellingtona. Treści  listu  na 

razie nie znam - poinformował ich cicho ów przedstawiciel władzy. - Dopiero co przyniesiono mi 

wiadomość.

- Zapewne będziesz waść chciał widzieć się zaraz z Bathurstem - domyślił się sir Peter.

-  Tak,  muszę  wiedzieć,  co  pisze  Wellington.  Najgorsza  jest  niepewność.  Popatrz  na  tych 

nieszczęsnych ludzi, oni też spekulują, co zaszło. - Podniósł dłoń na pożegnanie i zaczął przesuwać 

się do wyjścia.

- Kiedy dowiemy się prawdy? - westchnęła Emma, gdy przeszli do bufetu z napojami.

- Chcesz wyjść?

- Tak. Na dodatek martwię się Amelią. Za nic nie opuściłaby wieczoru w Almack, a kiedy ostatnio 

ją widziałam, była czymś bardzo strapiona. Próbowałam się czegoś od niej dowiedzieć, ale chyba ją 

spłoszyłam. Powiedziała tylko, że musi dotrzymać słowa.

- To takie dziwne?

- Tak, zważywszy, że wyraźnie chciała mi się zwierzyć. Pani Cheney z chęcią przyjęła propozycję 

wyjścia. I jej udzielił się powszechny niepokój.

Sir Peter towarzyszył paniom w drodze powrotnej.

- Chcesz może zajechać do domu Amelii i zapytać o nią? - zaproponował.

background image

101

- Tak - odparła Emma.

Zatrzymali się przed domem Liltletonów, ale nikogo nie zastali.

-  Teraz  sobie  przypominam,  że  hrabia  i  hrabina  mieli  być dzisiaj  na  kolacji  w  Mansion  House. 

Nikt nie potrafił ci nic powiedzieć o lady Amelii?

- Ani słowa. Nie ma jej w domu.

Dalszą  rozmowę  podjęli,  kiedy  po  powrocie  do  Cheneyów  mateczka  poszła  wydać  dyspozycje 

służbie, zostawiając ich samych w holu.

- Lękasz się o nią?

- Bardzo. Pamiętasz to spotkanie w parku? Była ze Swinburne’em. Nie sądzisz, że zachowywała 

się dziwnie, tak jakby w jakiś sposób była od niego zależna? A może ja sobie coś uroiłam?

- Myślisz, że uciekli razem?

Emmę zatrwożyła ta prawda ubrana w słowa, których sama bała się sformułować.

- Owszem. Ten fircyk poluje na jej posag. Udaje, gra, ale rozpaczliwie potrzebuje pieniędzy.

- Może powinienem ich szukać? Gdy Emma skinęła energicznie głową, padło następne pytanie:

-  Czy  twój  brat  pojechałby  ze  mną?  Pragnęła  odszukać  Amelię,  a  mogła  to  uczynić  tylko  jako 

George.

- Przekażę mu wiadomość. Gdzie mielibyście się spotkać? Sir Peter zastanawiał się przez chwilę.

-  Pojadę  na  Bruton  Street,  przebiorę  się  i  wrócę  tutaj  zaraz.  Niech  George  na  mnie  czeka, 

natychmiast wyjeżdżamy z Londynu. Pewnie uciekają do Szkocji.

- Nie sądzę. Amelia wspominała, że Swinburne ma rodzinę na Isle of Guemsey, a tam nie trzeba 

licencji ślubnej. Martwiła się też, że teraz żegluga jest niebezpieczna, co mogło dotyczyć statków 

kursujących  na  wyspę.  Wiedziała  nawet,  że  przeprawa  z  Southampton  kosztuje  pięć  szylingów. 

Może tam właśnie pojechali.

- Mógł jej wmówić, że zabiera ją do swojej rodziny - przytaknął sir Peter.

- Poszukam George’a - powiedziała Emma i ruszyła ku schodom, zastanawiając się po drodze, jak 

zdoła zmienić ubranie bez pomocy Braddon.

- Mój Boże, tak szybko wyszedł. Myślałam, że napijemy się herbaty albo cherry. - Pani Cheney 

była niepocieszona, gdy wróciła do holu i nie zastała Dancy’ego.

- Miał coś ważnego do załatwienia, mateczko. Ja idę do łóżka. Jestem strasznie zmęczona. - Miała 

wielką ochotę zawierzyć matce, ale bała się, że wywoła tylko lawinę nieporozumień.

Zostawiła panią Cheney w holu i pobiegła na górę, by zmienić ubranie i ruszać natychmiast. Za 

nic nie mogła dopuścić, by Amelia poślubiła Swinburne’a, pokusa zaś, by wcielić się w George’a i 

przebywać w towarzystwie uwielbianego człowieka, była nie do odparcia.

background image

102

14

Odczekała,  aż  na  dole  zapadnie  cisza,  i  przeniknęła  w  mroku  na  dół,  do  wyjścia.  Przemyślnie 

sformułowany list, który zostawiła na toaletce, powinien wyjaśnić jej zniknięcie.

Otulona  peleryną,  w  miękkim  kapeluszu  naciągniętym  nisko  na  czoło,  nasłuchiwała  odgłosu 

ekwipażu.  Gdy  usłyszała  cichy  turkot,  wysunęła  się  z  cienia.  Sir  Peter  sam  powoził  niewielką 

dwukółką.  Szybko  wskoczyła  do  środka,  gdzie  ku  jej  zaskoczeniu  siedział  już  Worcester.  Nie 

przewidziała  tej  komplikacji.  Lord  Edward  nie  był  wszak  krótkowzroczny.  Na  szczęście  nie 

zwracał na nią uwagi, pospieszając sir Petera.

- Swinburne ma dużą przewagę. Wyjedź z miasta najkrótszą drogą.

Sir Peter skinął tylko głową. Miał zamiar przeprawić się przez Westminster Bridge i kierować na 

południe, ku drodze na Southampton.

- Masz jakie pojęcie, gdzie mogli pojechać? Emma coś ci może powiedziała? - zapytał Worcester.

A więc na razie nie rozpoznał w niej Emmy, zapewne z racji ciemności.

- Amelia dziś rano była u mojej  siostry. Emma mówiła, że zdawała się bardzo zdenerwowana i 

zaniepokojona... to wszystko.

-  Zatrzymaliśmy  się  po  drodze  i  wypytaliśmy  jej  pokojówkę.  Amelia  wyjechała  dopiero 

wieczorem, jakoby na bal kostiumowy. Zabrała sakwojaż, niby to z kostiumem. Miała się przebrać 

u was w domu, u Emmy - wyjaśnił Worcester.

- A kochana Emma była dzisiaj w Almack. Tańczyłem z nią - zawołał sir Peter z kozła. Emma 

zakarbowała  sobie  w  sercu  owo  „kochana”.  Powozik  był  z  przodu  otwarty,  co  umożliwiało 

rozmowę z powożącym, tył osłaniała buda chroniąca przed chłodem i wiatrem. Emma owinęła się 

szczelniej peleryną i skuliła w kącie.

- Ani bym podejrzewał Amelii o podobną niedorzeczność - narzekał lord Worcester.

- To dlaczego wiecznie się z nią kłócisz? - zapytała Emma, a uświadomiwszy sobie, że George nie 

musi  o  tym  wiedzieć,  dodała:  -  Emma  mówi,  że  żadne  wasze  spotkanie  nie  może  przejść  bez 

sprzeczki.

-  Kłócimy  się  od  zawsze.  Dopiero  kiedy  zobaczyłem,  jak  ten  perfumowany  goguś  ze  swoim 

fiołkowym  pudlem  umizga  się  do  niej,  zrozumiałem,  że  jest  mi  droga  i  że  nie  pozwolę  na  ich 

małżeństwo.

- Fiołkowy pudel? - zawołała zdumiona Emma. Nie widziała podobnego stworzenia.

- Pies ma mu niby dodać stylu i uwielbia fiołki, trefiony półgłówek - wyjaśnił  lord Worcester z 

wściekłą  miną,  o  ile  można  było  wnosić  w  mroku  rozpraszanym  wątłym  światłem  lamp 

umieszczonych po obu stronach kozła.

Powozik  przystosowany  był  do  nocnej  jazdy,  niemniej  Emma  modliła  się,  by  nic  im  się  nie 

przytrafiło. Zbyt wiele słyszała strasznych opowieści o rozbojach na drogach. Minęli Pimlico Gate, 

background image

103

przemknęli  przez  pusty  o  tej  porze  Westminster  Bridge  i  dalej  puścili  się  już  pełnym  galopem 

zostawiając z boku światła Vauxhall.

Wspomnienie wieczoru spędzonego tam z sir Peterem wywołało na twarzy Emmy melancholijny 

uśmiech.  Może  kiedy  skończy  się  wreszcie  zabawa  w  przebieranie,  spełnią  się  jej  najskrytsze 

marzenia.

Wyjechali z Londynu i pędzili co koń wyskoczy, robiąc dziesięć mil na godzinę. Zamiast siedzieć 

cicho,  Emma  postanowiła  podjąć  konwersację,  by  dowiedzieć  się  czegoś  na  temat  uczuć 

Worcestera do Amelii.

- Zależy ci na niej? - zapytała bez ogródek, naruszając zakazany obszar prywatności.

- Można to tak określić - odparł z ociąganiem.

-  Ona  chyba  o  tym  nie  wie...  jeśli  wnosić  z  tego,  co  mówi  Emma  -  dodała  przezornie.  Trudno 

pamiętać, że człowiek nie jest sobą.

- Jeśli o to idzie... - przerwał ważąc w myślach przeszłe słowa i uczynki. - Powinna była dostrzec, 

że dbam o nią i okazuję staranie - oznajmił tonem pełnym urażonej godności. Emma miała ochotę 

parsknąć śmiechem.

-  Dżentelmen  powinien  mówić  wprost  młodej  damie  o  swoich  uczuciach.  W  każdym  razie  tak 

uważa Emma.

- Doprawdy? Musicie być bardzo blisko ze sobą - padła cierpka uwaga.

- Wyjątkowo blisko - zgodziła się Emma, myśląc o tym, jak ubawiłby się lord Worcester, gdyby 

znał prawdę.

- Ta dziewczyna jest całkiem pomylona. Uciekać ze Swinburne’em, kiedy mogła mieć mnie.

Emma miała ochotę zdzielić zarozumialca po pustej głowie.

-  Wątpię,  by  Amelia  potrafiła  czytać  w  myślach,  mógłbyś  więc  pójść  na  niejakie  ustępstwo  i 

poinformować ją w skrócie o swoich uczuciach. Poza tym z tego, co mówi Emma, wnoszę, że nie 

pojechała z własnej woli. Lękała się zagrożeń od floty francuskiej, a wiesz, jak blisko francuskich 

brzegów jest Guemsey. Emma powiada, że Amelia jest chyba uzależniona od Swinburne’a. Pytała 

go o zgodę nawet w tak prostej sprawie jak spotkanie z moją siostrą.

-  Na  Jowisza!  -  wykrzyknął  Edward  i  zatopił  się  w  myślach.  Wtedy  to  zaczęły  się  kłopoty.  Z 

przeciwnej  strony  nadjeżdżał  jakiś  powóz,  jego  lampy  kreśliły  dziwne  zygzaki  na  drodze,  jakby 

stangret stracił panowanie nad końmi.

- Uważać tam! - krzyknął sir Peter starając się trzymać skraja swojej strony traktu w nadziei, że 

szczęśliwie minie rozszalały pojazd.

Zjechali  zupełnie  na  lewo,  powóz  minął  ich  w  pędzie,  pijany  stangret  ryknął  bełkotliwe 

pozdrowienie. Już wydawało się, że wyszli z opresji, gdy ich ekwipaż uderzył o kamień, zachwiał 

się  niebezpiecznie...  i  wywrócił  miękko  na  bok.  Żadnych  szkód,  ot,  padł  niczym  naleśnik.  Może 

background image

104

ledwie zadrapana farba, pęknięte szkło latami. Emma nie przypuszczała, że w ten sposób przyjdzie 

jej przekonać się, jak bezpieczny jest powozik sir Petera.

-  No  to  klops  -  mruknął  Worcester.  Wykaraskali  się  z  wnętrza  i  spoglądali  na  dwukółkę  ze 

zrezygnowanymi minami.

- Nic ci się nie stało? - zapytał sir Peter z troską i począł obchodzić pojazd z latarnią w dłoni.

- Nie, nic - odparła Emma. - Mogę ci w czymś pomóc?

- Musimy go jakoś podnieść albo będziemy tu tkwić Bóg wie jak długo.

- Szczęściem jest lekki - ucieszył się inteligentnie Worcester.

- Lekki? - szepnęła Emma i spojrzała na powozik usiłując ocenić własne możliwości. Jej mięśnie 

nie  równały  się  mięśniom  mężczyzn,  szczególnie  tych,  którzy  ćwiczyli  u  Jacksona.  W  jej 

przekonaniu pojazd musiał być ciężki niczym ołów.

Nawet gdyby się im udało go podnieść, miała przeczucie, że to zapowiedź feralnej wyprawy. Nie 

dogonią  zapewne  Amelii...  chyba  że  nie  wyjechała  z  własnej  woli  i  wymyśli  coś,  co  opóźni 

ucieczkę.

Jestem głodna, panie Swinburne - poskarżyła się Amelia.

-  Stawaliśmy  na  herbatę  w  ostatniej  gospodzie  -  odparł  Reginald  Swinburne  rozdrażniony 

kaprysami swej oblubienicy.

- Nie szkodzi. Jestem głodna, a kiedy jestem głodna, od razu źle się czuję. Nie chcę przyczyniać 

kłopotów, ale to bardzo nieprzyjemne, jak w powozie ktoś zaczyna chorować - załkała niezwykle 

przekonująco, przykładając chusteczkę to do ust, to do nosa.

- Dobrze - syknął Swinburne przez zaciśnięte zęby. Zatrzymali się przed gospodą w Baskingstoke.

-  Herbata,  plaster  rostbefu  z  ziemniakami,  odrobina  zapiekanki  z  kury  i  kawałek  makowca 

powinny  mi  na  razie  wystarczyć.  -  Nie  była  pewna,  czy  będzie  w  stanie  zjeść  to  wszystko,  ale 

postanowiła spróbować.

- Wielkie nieba, nie miałem pojęcia, że masz taki apetyt.

- Reginaldzie, zabrałam wszystkie swoje pieniądze, jak sobie życzyłeś. Zapłacę za posiłek.

-  Wystarczy  tego,  co  ja  mam  -  burknął,  a  pomyślawszy,  że  może  to  nie  najwłaściwszy  sposób 

odnoszenia się do kobiety, którą zamierzał poślubić, dodał: - Nie zdążyłem podjąć przed wyjazdem 

pieniędzy z banku, ale na Guemsey nie będzie z tym żadnych problemów.

Amelia posłała mu sceptyczne spojrzenie. Podejrzewała, że tonie w długach. Nie pojmowała teraz, 

jak mogła dać się tak ogłupić temu nicponiowi. To wina Edwarda. Gdyby nie doprowadzał jej bez 

ustanku  do  szału,  nie  traktował  jej  jak  uprzykrzonej  niczym  mucha  smarkuli,  którą  znał  od 

dzieciństwa,  nigdy  nawet  by  nie  spojrzała  na  Reginalda  Swinburne’a.  A  tak,  wdała  się  w 

niebezpieczną grę.

background image

105

Najdroższa Emma wszak ją przestrzegała. Dlaczego nie posłuchała jej rady? Nie sądziła przecież, 

że  Reginald  Swinburne  ma  dość  tupetu,  by  ją  porwać,  a  było  to  porwanie,  gdyż  nie  miała 

najmniejszej ochoty uciekać z nim do Southampton. Nie bardzo wierzyła, by Emma pojęła umyślne 

aluzje. Jej przyjaciółka zdawała się całkowicie pochłonięta myślami o sir Peterze Dancym.

Och, gdyby Edward był chociaż w części tak wrażliwy i przenikliwy jak sir Peter, przynajmniej 

od roku byłaby już mężatką. Przeklęty człowiek!

Podano  jedzenie  i  Amelia  spojrzała  z  niechęcią  na  pełne  talerze.  Jedyna  pociecha  w  tym,  że 

pochłonięcie takiej ilości jadła zajmie jej trochę czasu, a czas działał na jej korzyść.

George będzie ciągnął z tamtej strony, my z tej. - Sir Peter wskazał na parciane pasy przytroczone 

do dachu pojazdu.

- Wygląda, że może się nam udać - ocenił Worcester.

- Zatem do dzieła, bo inaczej nigdy nie dotrzemy do Southampton.

Napinając z całych sił mięśnie uzyskali tyle, że powóz drgnął lekko. To wszystko.

- Szkoda, że nie możemy posłużyć się końmi - westchnęła Emma.

-  Być  może  moglibyśmy,  ale  nie  znam  tych  stworzeń.  -  Pomimo  to  wyprzęgli  rozstawne  konie 

wzięte w ostatnim zajeździe i zaczepili pasy do uprzęży. Zwierzęta okazały się łagodne i posłuszne. 

Wkrótce powozik znowu stał na kołach.

- Jakie to szczęście, że George jest z nami, inaczej nadal mocowalibyśmy się z tym przeklętym 

powozem - powiedział Worcester z uznaniem.

- George nie przestaje mnie zadziwiać - dodał sir Peter zaprzęgając na powrót konie.

Ukryta w mroku Emma obserwowała oświetloną blaskiem latami pełną wyrazu twarz Dancy’ego. 

Ceniła bardzo tę jego siłę wewnętrzną, ale czy było  coś, czego w nim nie podziwiała?  No, może 

uporu, z jakim nastawa! na lekcje fechtunku.

Zawsze  marzyłam,  by  zwiedzić  katedrę  w  Winchester  -  oznajmiła  lady  Amelia,  gdy  powóz 

wjechał do miasta.

-  Czytałam,  że  jest  tu  urocza  rzeka.  Muszę  to  wszystko  zobaczyć  i  chcę  się  napić  herbaty  -

dopominała się płaczliwie.

- Znowu! - jęknął Swinburne. - Stąd ledwie dwanaście mil do Southampton. Nie możesz zaczekać 

godzinę?

- Gdzie znajdziesz tak szybkie konie? Chcę się napić herbaty, robi mi się słabo - nastawała.

Zajechali  do  najbliższej  gospody.  Tu  się  okazało,  że  mają  pęknięte  koło,  które  wymaga 

natychmiastowej  wymiany  bądź  naprawy.  Tego  Swinburne’owi  było  już  nadto.  Wściekły  i 

zrezygnowany zaczął kląć, nie mając żadnych względów dla delikatnych uszu Amelii.

background image

106

Mniej więcej dziesięć godzin po opuszczeniu Londynu dwukółka Dancy’ego przetoczyła się High 

Street i minęła potężną Southampton Bargate. Gdyby nie wypadek, podróż trwałaby osiem godzin, 

jako że często zmieniali konie nigdzie nie popasając.

Emma zmęczonym wzrokiem wypatrywała bacznie śladów Amelii i Swinburne’a. Zatrzymali się 

w  Gospodzie  Królewskiej  na  Lower  High  Street.  Emmie  żal  było  strudzonych  koni,  które  tak 

dzielnie sprawiły się na ostatnim odcinku drogi.

- Spróbujemy zasięgnąć tu języka. - Lord Worcester wyskoczył z powoziku, ledwie się zatrzymali.

To  on  po  drodze  wypytywał  we  wszystkich  przydrożnych  zajazdach.  Wiedział  już  o  długich  i 

częstych  posiłkach  Amelii,  zdołał  się  dowiedzieć,  że  Swinburne  zjechał  gdzieś  do  stelmacha,  by 

naprawić powóz. Nabrał otuchy.

-  Nie  mogli  chyba  przeprawić  się  na  Guemsey  porannym  statkiem  -  powiedział  z  nadzieją  w 

głosie i poszedł do gospody.

Emma i sir Peter ruszyli za nim zostawiając powozik pod opieką stajennego.

- Chyba rzeczywiście nie zdążyli na poranny statek, zważywszy popasy zarządzane przez Amelię. 

Emma mówi, że potrafi być bardzo uparta.

- Doprawdy niezwykłe, jak wiele Emma ci zawierza - zauważył sir Peter.

Emma  skwapliwie  weszła  do  zajazdu,  rada  schronić  się  przed  zdradzieckim  światłem  dnia,  i 

natychmiast dojrzała Swinburne’e, siedzącego na krześle w pobliżu kominka. Minę miał więcej niż 

zagniewaną,  wściekły  był  niczym  furia,  gotów  wyładować  swoją  złość  na  pierwszej  z  brzegu 

ofierze, a przy tym jakiś wymięty i zmierzwiony: widok jak na dandysa iście niebywały.

-  Gdzie  ona  jest,  Swinburne?  -  natarł  na  niego  Worcester  z  takim  impetem,  że  Emmę  ciarki 

przeszły.

Fircyk zerwał się na równe nogi przewracając przy tym krzesło, gotów uciekać, gdyby tylko miał 

po temu sposobność.

- Dzięki Bogu na górze. Dobrze, że przynajmniej w łóżku nie je.

Worcester spojrzał na niego nie pojmując, o czym mowa. Sir Peter nachylił się do ucha Emmy.

- Poproś posługaczkę, żeby pokazała ci pokój Amelii. Spróbujemy wyprowadzić  ją kuchennymi 

drzwiami zostawiając Swinburne’a samemu sobie.

Nie  pytając,  dlaczego  sam  nie  poszuka  uciekinierki  albo  nie  namówi  Worcestera,  by  odszukał 

przyjaciółkę z lat dziecinnych, lecz prosi o to George’a, skinęła tylko głową.

Posługaczka zmierzyła ją nieufnym spojrzeniem i pokręciła głową.

-  Jestem  w  przebraniu.  Przybyłam  z  przyjaciółmi,  by  ratować  nieszczęsną  duszę  przed 

wymuszonym  małżeństwem  -  szepnęła  Emma  i  o  dziwo  to  wystarczyło,  by  dziewczyna 

poprowadziła ją bez słowa na górę.

Na dźwięk  głosu Emmy  drzwi  pokoju otworzyły się na oścież i  rzuciła się jej na szyję Amelia. 

background image

107

Gdy już wyściskała wybawczynię, odstąpiła krok do tyłu i parsknęła śmiechem.

- Cóż to za strój, Emmo Cheney?

- Przywdziany w pogoni za tobą - odparła Emma popychając przyjaciółkę z powrotem do pokoju.

Zamknęła starannie drzwi i ostrożnie wyjrzała przez okno wychodzące na tyły gospody. Powozik 

sir Petera zaprzęgnięty w świeże konie czekał gotów do drogi.

- Chcesz poślubić pana Swinburne’a? - zapytała wreszcie.

- Ani mi  w  głowie. Tego  głupiego fircyka?  Chciałam tylko, żeby Edward  przejrzał  wreszcie na 

oczy, ale on Jest jak kamień. Wszystko wyszło na opak - westchnęła Amelia.

- Trzeba mu było lekcji. Musi zrozumieć, ile dla  niego znaczysz - odparła Emma ostrożnie, nie 

chcąc zdradzać, co myśli o sobku Worcesterze. Amelia rozpromieniła się.

- Myślisz, że naprawdę dba o mnie? Tak myślisz?

- Tak myślę. Odchodził od zmysłów całą drogę z Londynu.

- Emma tęsknie spojrzała na łóżko. Wyglądało na bardzo wygodne, a ona padała ze zmęczenia.

- Jak mam się wydostać z tej gospody? Przyznaję, ze jest bardzo przyzwoita. Jedzenie wyśmienite.

- Pan Swinburne napomknął coś o twoim apetycie. - Emma spojrzała pytająco na przyjaciółkę.

- Byłam zupełnie nieznośna przez całą drogę. Kazałam mu stawać co i rusz, a to na herbatę, a to 

żeby coś zjeść. Poważnie nadwerężyłam jego cierpliwość, nie mówiąc już o sakiewce. Spóźniliśmy 

się na statek. Był wściekły.

- Wymkniemy się stąd i ukryjemy w powoziku sir Petera. - Emma zatrzymała się przy drzwiach. -

Kiedy będziemy już w czwórkę, nie wspominaj  nic o moim przebraniu - poprosiła nie tłumacząc 

dlaczego. Amelia o nic nie pytała.

Kiedy  siedziały  już  w  dwukółce,  Emma  przesłała  sir  Peterowi  wiadomość  przez  pachołka  i 

umościła  się  kącie.  Nagle  dobiegł  ją  turkot  zajeżdżającego  ekwipażu.  Spojrzała  spod  ronda 

kapelusza i wybuchnęła śmiechem.

- Co tam? - zapytała Amelia.

- Tego nam było trzeba. Jeśli się nie mylę, to ekwipaż lady Titheridge.

Drzwiczki się otworzyły, stangret opuścił schodki.

- No, moje panny - oznajmiła stara dama na widok przyjaciółek - przesiadajcie się do mnie i zaraz 

ruszamy. Szczęście, ze się znalazłaś, lady Amelio. O włos uniknęłaś skandalu, ale strzeżonego Pan 

Bóg strzeże: dzień, dwa spędzimy u mnie na wsi. To ukróci plotki, gdyby kto chciał plotkować i 

snuć jakie domysły.

Panny wymieniły spojrzenia i pospiesznie przeniosły się do ekwipażu.

- Mam powiedzieć lady Titheridge? - szepnęła Amelia zupełnie bez sensu.

- Przypuszczam, że wie o wszystkim, ale możesz bawić ją w drodze szczegółami swej podróży. 

Lubi zabawne opowieści - poradziła jej Emma.

background image

108

Emma na wpół drzemała, gdy stara dama wróciła do powozu.

-  Wszystko  załatwione.  Chłopcy  ruszą  nieco  później.  Pan  Swinburne  wraca  na  swoją  Isle  of 

Guemsey. George niespodziewanie musiał jechać do Sussex.

- Chciałabym wiedzieć, co tu się dzieje? Nikt mi o niczym nie mówi - poskarżyła się Amelia.

- Im mniej będziesz wiedziała, tym lepiej. Skup się raczej na tym, co powiesz Edwardowi, kiedy 

przyjedzie do lady Titheridge - powiedziała Emma.

Ekwipaż ruszył w drogę.

-  Spróbuję  -  obiecała  Amelia  i  zaczęła  wyjaśniać  lady  Titheridge:  -  Bo  widzi  milady,  Edward 

traktował mnie zawsze jak dziecko, od dziecka. To jest, oczywiście, kiedyś byłam dzieckiem, ale 

teraz  nie  jestem  już  dzieckiem  -  oznajmiła  z  godnością,  niezrażona  niejakimi  trudnościami  w 

wyartykułowaniu swojego problemu.

Lady Titheridge wymieniła spojrzenia z Emma.

- W każdym razie - ciągnęła dalej mężnie Amelia - czyniłam awanse panu Swinburne’owi, żeby 

wzbudzić  zazdrość  w  Edwardzie.  Nie  wiedziałam,  że  ten  fircyk  potrzebuje  pieniędzy  i  że  mnie 

porwie. To wszystko wina Worcestera.

- Tak? - zapytała z powagą lady Titheridge.

- Gdyby poprosił mnie rok temu o rękę, nic by się nie zdarzyło. Powiem mu o tym przy pierwszej

sposobności.

- Jak ja się cieszę, że sir Peter przesłał mi liścik, żebym Jechała za wami. Nie darowałabym sobie, 

gdyby mnie to ominęło - mruknęła lady Titheridge do Emmy.

Emma skinęła głową i już spała.

15

Przespałaś całą drogę - poskarżyła się Amelia.

Ekwipaż stał. To cisza obudziła Emmę. Sądząc po słońcu, musiało być około południa.

- Całą noc nie zmrużyłam oka, nie mówiąc już o tym, że nasz powozik się przewrócił, zepchnięty 

z drogi przez jakiegoś szaleńca, i musieliśmy go podnosić. - Emma wzdrygnęła się na myśl o tym, 

co mogło ich czekać.

-  Przewrócił  się?  Nic  o  tym  nie  mówiłaś  -  powiedziała  Amelia  oskarżycielskim  tonem.  -  Nie 

wytłumaczyłaś mi też, skąd twoje przebranie. Te pluderki są doprawdy bardzo niestosowne.

-  Zbyt  wiele  by  mówić  -  zbyła  ją  Emma  nie  całkiem  jeszcze  rozbudzona  i  ziewnęła  potężnie. 

Marzyła tylko o tym, żeby się wyspać za wszystkie czasy, jeśli nie w swoim, to bodaj w jednako 

wygodnym łóżku.

Lady Titheridge cierpliwie czekała na obydwie panny na progu swego domu.

background image

109

- No, moje drogie, zjecie, weźmiecie kąpiel, potem będziecie mogły odpocząć.

Panny wysiadły przeciągając się umiarkowanie,  na ile młodym damom  przystoi. Emma omiotła 

pełnym uznania wzrokiem stary dwór z czerwonej cegły, z wyrytym nad drzwiami napisem „C.T. 

& J.T. 1692”. Pierwsi właściciele, skryci za owymi inicjałami, musieli być bardzo dumni ze swojej 

siedziby, pełnej uroku, zacisznej, gotowej ugościć strudzonych podróżnych.

-  Pospieszcie  się,  moje  drogie.  Musicie  się  przebrać,  zanim  chłopcy  nadjadą  -  ponaglała  lady 

Titheridge.

Emma uśmiechnęła się słysząc, że sir Peter nazywany jest chłopcem.

Istotnie,  najwyższa  pora,  by  zmieniła  ubranie.  „Chłopcy”  nie  mogą  jej  tu  zastać  w  męskim 

przebraniu.  Miała  nadzieję,  że  Amelia  nie  zdradzi  się  po  powrocie  do  Londynu  jakimś 

niepotrzebnym słowem. Lady Titheridge wytłumaczyła jej, że Emma tak się przystroiła tylko po to, 

by móc ruszyć w pościg za nią, i przyjaciółka przyjęła owo wyjaśnienie za dobrą monetę.

Gdy weszły do holu, zegar bił właśnie dwunastą. Przestrzenne, bogate wnętrze, dębowe boazerie, 

wielka i zdobna klatka schodowa, wszystko to miało w sobie coś majestatycznego.

-  Peter  odziedziczy  ten  dom  któregoś  dnia.  Spośród  naszych  siedzib  tę  lubi  najbardziej  -

powiedziała lady Titheridge, kiedy szły po schodach.

- Wcale się nie dziwię - odparła Emma zastanawiając się, kto też zostanie tu panią, gdy sir Peter 

przejmie schedę.

Po  odświeżającej  kąpieli,  ubrana  w  zdobną  delikatnymi  koronkami  suknię  z  lekkiej  tafty, 

pachnąca woda lawendową, z lokami ułożonymi przez Braddon, poczuła się zupełnie odmieniona.

-  Może  być  -  powiedziała  z  uznaniem  niezawodna  pokojówka.  -  Wątpię,  by  lord  Worcester 

rozpoznał w panience swego towarzysza podróży.

Gotowa na przyjęcie „chłopców” Emma zaprezentowała się lady Titheridge. Z lekkim dygnięciem 

podziękowała starej damie za jej starania.

- Wreszcie mogłam zrzucić męskie ubranie. Tyle pani dla mnie robi, milady. Będę uważała, by nie 

zniszczyć tej wytwornej sukni.

- Jest  twoja, moja droga.  I nie  dziękuj  mi,  bo od  wieków tak  dobrze  się  nie bawiłam.  Ja,  stara, 

powinnam dziękować wam, że dopuszczacie mnie do swoich spraw.

-  Wcale  nie  jest  pani  stara,  milady.  Myślę,  że  serce  ma  pani  żywsze  niż  większość  młodych  -

odparła Emma ze śmiechem.

W tej samej chwili rozległ się odgłos otwieranych i zamykanych drzwi, ciężkie kroki w holu i na 

progu  salonu  stanęli  sir  Peter  i  lord  Worcester.  Wyglądali  na  zmęczonych,  ale  wielce  z  czegoś 

zadowolonych.

- Wreszcie jesteśmy. Wsadziliśmy Swinburne’a na statek płynący na Guemsey - oznajmił sir Peter 

z uśmiechem.

background image

110

- Widzieliście, jak odpływa? - chciała się upewnić Amelia.

- Nie - przyznał lord Worcester - ale wsiadł na pokład. Statek miał odbijać, kiedyśmy odjeżdżali.

-  Za  grosz  nie  ufam  temu  łajdakowi.  -  Amelia  prychnęła  i  zmierzyła  swego  ukochanego 

wściekłym wzrokiem. - A ty, Edwardzie, gdybyś miał trochę oleju w głowie, nie naraziłbyś mnie na 

tę okropna przygodę. - Z tymi słowami obróciła się na pięcie i obrażona wymaszerowała do ogrodu.

-  Idź  za  nią,  bo  gotowa  znowu  wpaść  na  jakiś  postrzelony  pomysł,  żeby  zdobyć  twoje  serce  -

poradził sir Peter.

- Ona mnie nienawidzi - odparł Edward z ponurą miną, ale posłusznie ruszył w ślad za złośnicą.

- Kręte są ścieżki prawdziwej miłości - oznajmiła sentencjonalnie lady Titheridge.

- Cieszę się, cioteczko, że przyjechałaś na czas. Co z George’em? - Sir Peter zaczął rozglądać się 

po pokoju, jakby oczekiwał, że George wyłoni się nieoczekiwanie gdzieś z kąta.

- Musiał jechać do Sussex - odparła stara dama z kamienną twarzą. - Przyszła wiadomość i Emma 

postanowiła mu ją przywieźć. Zdaje się, że jego robotnicy znaleźli coś interesującego, więc George 

postanowił wracać do swoich wykopalisk.

Sir Peter spojrzał pytająco na Emmę.

- To chyba naprawdę coś ważnego. Wiem, że pilno mu poślubić pannę Johnson. Może cierpliwie 

szukać starożytności, ale na ślub z drogą Beatrice czekać nie myśli.

- I tak być powinno - orzekła lady Titheridge rzucając swemu siostrzeńcowi przeciągłe spojrzenie. 

- Jeśli mężczyzna zbyt długo zwleka, może spóźnić się na swój statek.

-  Myślę,  że  Worcester  naprawi  jakoś  swoje  błędy,  cioteczko.  -  Sir  Peter  rozsiadł  się  w 

najwygodniejszym fotelu. Zdawało się, że jeszcze chwila, a zapadnie w sen.

- Uważasz, że ja o nim mówię? - spytała lady Titheridge rozdrażnionym tonem.

- A o kimże by innym? - Sir Peter uśmiechnął się sennie. Nie zważając na aluzje starej damy, tak 

subtelne, że nic nie znaczyły, Emma rozglądała się po salonie w poszukiwaniu wygodnego miejsca. 

Usadowiła się w końcu w fotelu pod oknem, skąd mogła widzieć sir Petera oraz to, co działo się w 

ogrodzie.

-  Co  dalej  zamierzasz?  -  zagadnęła  lady  Titheridge  chcąc  zmusić  do  swego  nieznośnego 

siostrzeńca do jakiejkolwiek reakcji.

-  Zdrzemnąć  się,  coś  przekąsić  i  wrócić  do  Londynu:  w  tej  kolejności.  Pozbywszy  się 

Swinburne’a, mogę podziękować agentowi z Bow Street za jego usługi.

- Wiesz na pewno, że to Swinburne nasłał złodzieja? - zapytała Emma.

Sir Peter skinął głową.

- Harry Porter zasięgnął na mą prośbę języka. Rodzina Swinburne’a ma powiązania z Francuzami, 

on sam rozpaczliwie potrzebuje pieniędzy: ergo, o niego tu chodzi.

-  Straszny  z  niego  łajdak,  tak  wykorzystać  Amelię.  -  Emma  posłała  lady  Titheridge  wymowne 

background image

111

spojrzenie tyczące bogatych a naiwnych panien.

- Miała więcej szczęścia niż rozumu - oznajmił sir Peter z trudem tłumiąc potężne ziewnięcie.

- Obyś miał rację, że wraz ze zniknięciem Swinburne’a skończą się twoje kłopoty - powiedziała 

lady  Titheridge  z  chytrym  uśmiechem,  najwyraźniej  nie  zgadzając  się  z  oceną  sytuacji 

przedstawioną przez siostrzeńca.

Jeszcze raz ziewnął i podniósł się z fotela.

- Chwila, a będziecie tu miały bezwładne ciało - powiedział i powlókł się do swojego pokoju.

Emma wyobraziła sobie ciało uśpionego sir Petera. Cóż za niestosowny obraz!

- Mój Boże - westchnęła lady Titheridge, jakby czytała w jej myślach.

Tymczasem za oknem, w ogrodzie, rozgrywała się decydująca bitwa między lady Amelią Littleton 

i Edwardem, lordem Worcester.

- Nie będę się wtrącała w ich sprawy - oznajmiła stanowczo lady Titheridge. - Kto wsadza palec 

między  drzwi,  powinien  liczyć  się  z  tym,  że  mu  go  przytrzasną.  Tak  powiadał  mój  mąż 

nieboszczyk, który zawsze trzymał się z dala od wszelkich zwad i niesnasek. Nie chciał zginąć w 

walce.

-  Wolno  mi  zapytać,  jak  był  zszedł  jego  lordowska  mość?  -  zagadnęła  Emma  z  nadzieją,  że 

pytanie nie będzie poczytane jej za impertynencję

- Okrutnie zaziębiony nie chciał się kłaść do łóżka. Umarł cztery dni później, co tylko dowodzi, że 

stać się musi, co komu pisane. - Z tymi słowy lady Titheridge wyszła z salonu.

Emma  słyszała  jej  kroki  milknące  w  oddali.  Zamyślona  obserwowała  przez  okno  sprzeczkę 

toczącą się w ogrodzie, a zdawszy sobie sprawę, że nieładnie podpatrywać intymną scenę między 

kochankami, i ona opuściła pokój.

Zgadzasz się więc ze mną czy nie, Edwardzie? - atakowała Amelia z prawdziwą zaciekłością.

- Zgadzam, zgadzam. Muszę powiedzieć, że niezłego mi ćwieka zabiłaś.

-  Chciałam,  żebyś  zobaczył  we  mnie  kogoś  więcej  niż  smarkulę,  którą  znasz  od  dziecka  -

oznajmiła postępując krok ku niemu.

- W pełni ci się udało. Bardzo mi droga ta smarkata - przyznał z uśmiechem.

- Och, chyba cię kocham, jakem nagrzeszyła. Walczyłam z tą miłością, boś największym łotrem w 

kraju,  ale  nic  na  to  poradzić  nie  zdołam.  Kocham  cię  i  kwita,  a  ty  traktujesz  mnie  jak  dziecko  -

wybuchnęła, najwyraźniej nie mając już cierpliwości do samej siebie.

- Przyszedłszy do zastanowienia, i ja muszę powiedzieć to samo, moja malutka. - Nachylił się, by 

ją pocałować, niepomny ostrzegawczego uśmiechu.

-  Nie  jestem  malutka  -  oznajmiła  i  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję,  gotowa  dowieść,  jak  bardzo 

wyrosła.

background image

112

Emma zastała lady Titheridge w pokoju śniadaniowym, czytającą pocztę.

- Mogę być w czymś pomocna, milady? - zagadnęła uprzejmie.

-  Zastanawiam  się  właśnie,  czy  George  mógłby  przybyć  do  Londynu,  w  razie  gdybyśmy  go 

potrzebowały?

- Potrzebowały? - powtórzyła Emma siadając naprzeciw starej damy. - Na cóż miałby się zdać?

Lady Titheridge zerknęła, czy w holu nie ma nikogo, i dopiero przemówiła:

- Nie wierzę, że Swinburne jest złoczyńcą. Prawda  - rzekła z lekceważącym gestem - próbował 

dla pieniędzy porwać naszą trzpiotkę, ale żeby dybał na egipskie klejnoty? Niepodobna. To rzecz 

nie dla fircyka. Na to trzeba odwagi i sprytu. Powiedz mi, czy ważyłby się na coś takiego?

- Wiele o tym myślałam i jestem tego samego zdania, co milady - odparła Emma z przekonaniem.

- Zatem postanowione. Będziesz na wezwanie, gdyby zaszła potrzeba. Wyznam ci, że bardzo się 

niepokoję  o  swojego  siostrzeńca.  Drogi  mi  on  nad  życie,  a  ciągle  nie  ma  dziedzica.  Chciałabym 

widzieć go żonatym, z pół tuzinem potomstwa.

Emma poczuła, że żar oblewa jej policzki.

- Wierzę, że niedługo pragnieniom milady stanie się zadość, wszak sir Peter zdaje się im zawsze 

powolny - odparła drewnianym głosem.

- Liczę w tej materii na ciebie - usłyszała na to. Zanim jednak pojęła znaczenie owej odpowiedzi, 

pojawili się Amelia i Edward, zarazem potulni jacyś i triumfujący, ile podobne połączenie jest w 

ogóle możliwe.

- Ujrzeliśmy światło - oznajmiła Amelia w ewangelicznym zgoła uniesieniu.

- Ona chce tylko powiedzieć, że koniec kłótni i zamierzamy się pobrać - wyjaśnił lord Worcester 

spoglądając  nieco  kwaśno  na  swoją  najdroższą.  -  Nasi  rodzice  nie  powinni  stawiać  żadnych 

przeszkód.

-  Znakomicie.  Idźcie  teraz  odpocząć,  potem  coś  zjemy  i  ruszamy  do  Londynu.  Wiadomość  o 

waszych zaręczynach w zarodku zdusi plotki. - Widząc zdumione miny młodych, lady Titheridge 

dodała:  - Wiem,  wszyscy  jesteśmy  zmęczeni,  ale  Peter  chce  wracać  jak  najszybciej,  a  my 

powinniśmy jechać razem z nim. Nie spodziewam się kłopotów - zapewniła lady Titheridge takim 

tonem, jakby przewidywała coś wręcz przeciwnego.

- Ja i Amelia moglibyśmy wyjechać później - powiedział lord Worcester z wahaniem i objął swoją 

ukochaną opiekuńczym ramieniem.

- Och, nie - zaoponowała Amelia. - Jeśli lady Titheridge myśli, że coś złego może się przydarzyć, 

to wolę jechać.

- A więc odpocznijmy i ruszajmy w drogę, skoro sir Peter spieszy do domu.

background image

113

Amelia zatrzymała się jeszcze przed drzwiami swojego pokoju.

- Taka jestem szczęśliwa, najdroższa Emmo. Oby i tobie wszystko ułożyło się jak najpomyślniej.

Udając,  że  nie  rozumie,  co  przyjaciółka  ma  na  myśli,  Emma  skinęła  głową  i  zniknęła  w 

przeznaczonej dla niej sypialni.

Po wzmacniającej drzemce całe towarzystwo spotkało się przy stole w sali jadalnej.

- Nie miałem pojęcia, że taki jestem głodny - powiedział lord Worcester.

Amelia spoglądała na półmiski z ledwie skrywanym obrzydzeniem.

- Ja chyba nic nie zjem. W drodze do Southampton zjadłam tyle, że starczy na tydzień.

-  Bardzo  sprytnie,  że  udawałaś  głodną.  Tym  sposobem  uratowałaś  się  przed  nieszczęściem  -

powiedziała Emma. Sir Peter zmienił temat i wszyscy zabrali się do jedzenia. Nie minęła godzina, a 

towarzystwo gotowe było ruszać w drogę. Emmie żal było wyjeżdżać z domu, który miał dla niej 

tyle uroku.

-  Wiecie,  że  do  Londynu  wrócimy  bardzo  późno.  Czy  ktoś  z  was  pomyślał  o  tym,  jaki  podać 

przekonujący powód, który dwa dni zatrzymał nas poza miastem? - zapytała lady Titheridge, gdy 

popijali kawę.

-  W  istocie.  Nie  możemy  dopuścić,  by  rozeszły  się  pogłoski  o  Amelii  i  Swinburnie.  -  Emma 

spojrzała z nadzieją na sir Petera, oczekując, że znajdzie jakieś rozwiązanie.

- Dlaczego wszyscy patrzycie na mnie? - obruszył się. - Przed nami sześć godzin podróży. Może 

w drodze coś wspólnie wymyślimy.

Nic  nie  ustaliwszy,  wyszli  przed  dom,  gdzie  czekała  już  dwukółka  sir  Petera  i  ekwipaż  lady 

Titheridge.

- Panie pojadą ekwipażem, a ja z Worcesterem ustanowimy nowy rekord w jeździe dwukółka.

-  Miejmy  nadzieję,  że  dojadą  bez  przeszkód.  Mogłybyśmy  spędzić  tutaj  noc,  ale  twoi  rodzice 

pewnie od zmysłów odchodzą - zwróciła się Emma do Amelii, gdy już siedziały w powozie.

- Rodzice zawsze martwią się o wszystko. Kiedy się dowiedzą, że zamierzamy z Edwardem się 

pobrać, o nic nie będą pytać. Powiem im, że byłam u ciebie, Emmo.

-  O  Boże  -  jęknęła  Emma.  List,  który  zostawiła  w  domu,  mówił  dokładnie  to  samo,  tyle  że  na 

odwrót.

Podróż minęła nadspodziewanie szybko: Amelia uśpiła towarzyszki rozprawiając o planowanym 

małżeństwie, tak że nawet zmiany koni przeszły im niezauważenie.

Na krótko przed północą  Emma wślizgnęła się  do domu  kuchennymi drzwiami  i  bez  przeszkód 

przemknęła do swojego pokoju.

Ranek okazał się znacznie trudniejszy.

Pani  Cheney,  osoba  nie  należąca  do  podejrzliwych,  ledwie  świt,  to  jest  za  kwadrans  dwunasta, 

background image

114

pojawiła się w pokoju córki wymachując jej listem.

- Zechcesz się wytłumaczyć, moja panno? Umierałam z niepokoju. Wczoraj wieczór wszyscyśmy 

świętowali, a panny ani śladu.

- Napoleon pobity! - wykrzyknęła Emma wyskakując z łóżka i ściskając matkę. - Opowiedz mi o 

wszystkim. W drodze nie doszły nas żadne wieści. Lady Titheridge prosiła mnie i Amelię, żebyśmy 

jej  towarzyszyły.  Biedna  nie  ma  własnych  dzieci  i  do  nas  zwróciła  się  o  pomoc.  Wiesz, 

pojechałyśmy do jej wiejskiego domu, aż pod Under Petersbridge! Jest śliczny, mateczko.

Zaintrygowana pani Cheney usadowiła się w ulubionym fotelu Emmy, by wysłuchać szczegółów, 

którymi mogłaby podzielić się z panią Bascomb i lady Hamley. Najpierw jednak przekazała córce 

wieść  o  bitwie  w  pobliżu  małego  miasteczka  zwanego  Waterloo.  Informacje  z  kontynentu  były 

skąpe,  lecz  mimo  to  wszyscy  już  wiedzieli,  że  wielki  Wellington  pobił  wstrętnego  Napoleona. 

Podobno  świętowano  zwycięstwo  na  ulicach  Londynu,  ale  państwo  Cheney,  jako  że  nie  lubili 

zbiegowisk, spędzili wieczór w domu.

Dopiero później Emma uświadomiła sobie, że jej najdroższa mateczka nawet nie zapytała, o jaką 

to  przysługę  prosiła  córkę  lady  Titheridge.  Na  szczęście  gdzieś  między  wieściami  o  wielkim 

zwycięstwie i  opowiadaniem  o  urokach  domu  starej  damy  przeoczona  została  kwestia  przyczyny 

niespodziewanego wyjazdu.

Gdy  Emma  tego  popołudnia  pojawiła  się  na  herbatce  u  lady  Titheridge,  natychmiast  zaczęła 

wypytywać o sir Petera.

-  Chłopcy  pobili  rekord,  chociaż  muszę  wyznać,  iż  nic  nie  wiem,  by  ktoś  ustanowił  jakiś 

wcześniej. Przyjechali na godzinę przed nami.

Niespecjalnie przejęta tym, że „chłopcy” gnali na złamanie karku, Emma pokręciła głową.

- Nie, mam na myśli klejnoty z kolekcji sir Petera, z którymi obchodzi się tak beztrosko.

- Są bezpieczne, a ja nie jestem znowu taki beztroski, panno Cheney - usłyszała lodowaty głos sir 

Petera i obróciła się gwałtownie, zła, że jej słowa mogą być poczytane za przytyk.

-  Nie  mówię,  że  o  nie  nie  dbasz,  lękam  się  jedynie,  że  po  wyjeździe  Swinburne’a  uznałeś,  iż 

czujność nie jest już konieczna... - przerwała widząc minę Dancy’ego.

- Cioteczko, nabijasz tę młodą głowę dziwnymi myślami - powiedział sir Peter z ukłonem w jej 

stronę.

- Nie musi... - odparła Emma tonem urażonej godności.

-  Sama  na  to  wpadłam,  ale  przestałam  się  trapić  twoimi  kłopotami  na  wieść  o  zwycięstwie. 

Wreszcie mamy pokój.

- W rzeczy samej - przytaknął sir Peter unosząc do oczu lorgnon.

Przez chwile rozprawiali o zakończeniu wojny i znaczeniu tego faktu dla kraju, w końcu Emma, 

dość  niekonsekwentnie,  trzeba  przyznać,  stwierdziła,  że  Francuzi  nie  mając  pieniędzy  poniechają 

background image

115

zakusów na kolekcję.

- Powiedzże wreszcie, wstrętny człowieku, jak się sprawy mają - zażądała, gdy nie skomentował 

jej opinii.

- Harry Porter jest tego samego zdania co ja. Uważamy, że nie ma się już czym martwić, chyba że 

złodziej  postanowiłby  sprzedać  naszyjnik  gdzie  indziej  niż  we  Francji.  Zapadłam  Porterowi, 

zwolniłem  strażnika i  znowu  mogę skupić  się  na  pracy  nad  zbiorami.  Wierzę,  że  twój  brat  nadal 

zechce je rysować. - Sir Peter krążył po salonie pocierając w zamyśleniu brodę.

- Emma ma wielki talent do rysunków. To chyba rodzinne - podsunęła lady Titheridge.

-  Emma?  Ludzie  mogliby  się  dziwić,  że  odwiedza  mieszkanie  kawalera  -  odparł  sir  Peter 

chmurnie i spojrzał na Emmę, ciekaw jej reakcji. Nawet jeśli rozważał wcześniej taką możliwość, 

nie  śmiałby  wystawiać  opinii  panny na  szwank.  Co  innego przyjmować  ją  u  siebie  w  przebraniu 

George’a.

Lady Titheridge westchnęła.

- Masz oczywiście rację. Będziesz musiał sam sobie jakoś radzić, chyba że George pojawi się w 

Londynie.

- Nie pisał do nas od kilku dni, ale wyślę list i zapytam, jakie ma zamiary - obiecała Emma.

- Zrobisz to? - Na twarzy sir Petera odmalowała się ulga.

- Niechby pojawił się bodaj na jeden dzień.  Lubię jego styl.  Chciałbym mieć wszystkie rysunki 

ręki jednego artysty.

Zbiegając  ze  schodów  myślał  o  tym,  jak  nierozważna  była  jego  prośba.  Nie  powinien  więcej 

zmuszać  Emmy,  by  pojawiała  się  w  jego  domu  w  przebraniu  George’a,  ale  zależało  mu  na  tych 

rysunkach,  a  jakże  inaczej  mógłby  je  uzyskać?  Miał  nadzieję,  że  jego  roztropna  ciotka  weźmie 

sprawę w swoje ręce. Zawsze mógł na nią liczyć.

Kiedy pojawił się na Bruton Street, Radley otworzył mu drzwi, nim zdążył zastukać.

- Wszystko gotowe? - zapytał lokaja i partnera w rozmaitych spiskach.

- Tak, sir. Kiedy pojawi się nasz artysta?

- Przepowiadam, że przybędzie najpóźniej jutro, z wieściami o nadzwyczajnym znalezisku.

Wielkie  nieba.  Co  robić?  -  westchnęła  Emma,  gdy  sir  Peter  się  pożegnał.  Obserwowała  przez 

okno jego powóz toczący się w kierunku Berkeley Square.

- To proste. George wpadnie na dzień do Londynu, by wycenić jakieś znalezisko. Mam nadzieję, 

że znalazł coś cennego - powiedziała lady Titheridge.

- Wszystko tak bardzo się skomplikowało. Trzeba cudu, żebym wyszła z tego cało.

- Kiedy George złoży wizytę na Bruton Street?

-  Najwcześniej  jutro  rano.  Będę  musiała  wymyślić  jakąś  historię  dla  mateczki.  Dość  mam  już 

background image

116

oszustw i zwodzeń - powiedziała Emma żałośnie.

- Wiem. I mnie ciężko na duszy. - Głos lady Titheridge przeczył jednak słowom.

Następnego dnia Emma pojawiła się u lady Titheridge z samego rana i z promiennym uśmiechem 

pobiegła do pokoju, gdzie zwykle przeistaczała się w George’a.

- Dobre nowiny, jak mniemam - powitała ją dama.

-  W  rzeczy  samej.  Przyszedł  list  od  George’a.  Pisze,  że  znalazł  prawdziwy  skarb!  Bransolety, 

naszyjniki, monety. Zamierza wkrótce przyjechać do Londynu, ale nie zatrzyma się w domu, tylko 

u  przyjaciela,  który  jest  członkiem  Towarzystwa  Starożytników.  Będzie  mu  towarzyszył  sir 

William. Nie ma szans, by spotkał się z sir Peterem.

- To dobrze. Dzisiaj po raz ostatni będziesz musiała udawać. Koniec zmartwień. Emma na wszelki 

wypadek odpukała.

16

Wchodziła na Bruton Street ze złymi przeczuciami. To zdecydowanie, nieodwołalnie ostatnia jej 

wizyta w przebraniu. Zęby nie wiem co.

Gdy Radley prowadził ją do gabinetu, przyglądała mu się z niedowierzaniem. Nic. Nie mrugnie 

nawet okiem. Należy zapewne do tych lokai, którzy nic nie widzą i nie słyszą. Pozazdrościć takiego 

sługi.

Sir Peter stał w kącie pokoju i oglądał brązową statuetkę, której Emma dotąd nie widziała.

- Znalazłem ją na dnie skrzyni, w której były obiekty przywiezione z Egiptu, owiniętą w papiery i 

szmaty. Omal jej nie wyrzuciłem.

Po chwili milczenia dodał:

- Teraz, kiedy mamy wreszcie widoki na pokój, zamierzam jechać do Egiptu, i to jak najszybciej. 

Chcę na miejscu dowiedzieć się więcej o obiektach zgromadzonych przez  ojca. Rysunki będą mi 

bardzo pomocne. - Wskazał na szkice sporządzone przez Emmę.

Serce jej się ścisnęło na tę wiadomość, ale skinęła tylko głową. Gorąco pragnęła podróżować z sir 

Peterem, ujrzeć egzotyczne miejsca, skąd pochodziły jego zbiory, lecz nie było jej to pisane.

- Nie sądzę, byś chciał jechać ze mną. Nie, to niemożliwe - odpowiedział sam sobie. - Ty zapewne 

myślisz już o miesiącu miodowym w Rzymie. Szczęściarz z ciebie. Ale i ja mam podobne plany. 

Chcę zabrać swoją damę do Egiptu.

Poczuła  się  tak,  jakby  zadał  jej  cios  szpadą  prosto  w  serce.  Poza  Richendą  de  Lacey  nie 

przychodziła  jej  do  głowy  żadna  kobieta,  którą  sir  Peter  mógłby  darzyć  względami,  a  ta 

rozpieszczona  istota,  niezdolna  znosić  trudy  podróży,  wydała  się  jej  ze  wszystkich  najmniej 

odpowiednią towarzyszką naukowej ekspedycji.

background image

117

- Nie wiedziałem, że zamierzasz się żenić - powiedziała słabym głosem. - Moje gratulacje.

- A, dziękuję - odparł sir Peter nie odrywając wzroku od statuetki.

-  I  ja  wkrótce  się  żenię.  Znalazłem  iście  cesarski  skarb,  który  powinien  wywołać  nie  lada 

poruszenie wśród starożytników. - Nie dbała już o to, czy sir Peter nie natknie się na George’a na 

jakimś spotkaniu koneserów. Chciała czym prędzej dokończyć stalowane rysunki i zniknąć.

Och,  jakąż  miała  ochotę  stanąć  teraz  do  fechtunku  i  zaatakować  Dancy’ego.  Zadrwił  z  niej, 

wzbudził  w  sercu  dziwne  tęsknoty,  a  teraz  odsuwał  ją  na  bok.  Cóż,  ale  Richendą  była  posażną 

panną.

- Co za sroga mina - powiedział sir Peter podnosząc wzrok znad statuetki.

- Czyżby? - Nieco ochłonąwszy z pierwszego szoku, Emma otworzyła szkicownik i przystąpiła do 

pracy.  Jakże  pragnęła  nadal  tu  przychodzić  i  rysować,  spędzać  godziny  w  tym  magicznym 

gabinecie, w towarzystwie sir Petera. Starając się nie myśleć o jego małżeństwie, zaczęła szkicować 

statuetkę bogini.

- Urocza, prawda? - zagadnął zaglądając jej przez ramię.

-  Richenda?  Och,  tak.  Brylant  pierwszej  wody.  -  Rzekłszy  to,  natychmiast  zrozumiała,  że  się 

zdradziła.

- A skąd ona przyszła ci do głowy? - Autentyczne zdumienie, jakie odmalowało się na twarzy sir 

Petera, napełniło jej serce wątłą otuchą.

- George wspominał, że darzysz ją względami.

- Nie, o kim innym mówiłem - odparł niejasno.

- Owa dama zna twoje zamiary?

- Dowie się o nich wkrótce. - Sir Peter położył na stole kilka przedmiotów, których rysunki chciał 

mieć, i wyszedł z pokoju.

Powinien  dostać  kosza  za  taką  zarozumiałość.  To  niepodobna.  Planować  małżeństwo  i  trzymać 

rzecz w tajemnicy przed swoją wybranką!

Gniew i zniewaga przydawały żywości jej palcom. Pracowała z wściekłym zapamiętaniem. Około 

południa skończyła rysować. Nie widząc nigdzie sir Petera, zamierzała wymknąć się bez słowa. O 

tak,  za  dużo  już  powiedziała.  A  jednak  ciekawa  była,  kim  jest  kobieta,  którą  sir  Peter  zamierzał 

poślubić.

W holu natknęła się na Radleya.

- Sir  Peter czeka cię w sali do fechtunku, sir. Zrezygnowana poszła  za  lokajem. Sir  Peter uznał 

widać,  że  winien  jest  podziękowania  za  jej  pomoc.  Niech  i  tak  będzie.  Pożegna  się  i  skończy 

mistyfikację. Ta maskarada zbyt już zakłóciła spokój jej umysłu.

- Sir? - zagadnął Radley wchodząc do sali.

- Dziękuję, Radley. Skończyłeś rysunki, Cheney? Bardzo ci jestem wdzięczny za robotę.

background image

118

Ze  zgrozą  spojrzała  na  jego  przyodziewek.  Czyżby  ten  przeklęty  człowiek  zamyślał  dać  jej 

kolejną lekcję fechtunku? Najwyraźniej.

-  Nie  spodziewałem  się,  że  będziemy  dziś  ćwiczyć,  mój  stary  -  mruknęła  niechętnie,  ale  nie 

doczekawszy się odpowiedzi, zrezygnowana wzięła z jego dłoni maskę i szpadę.

Zaczęli fechtować.

-  Masz  coraz  lepszą  technikę  -  pochwalił  w  końcu  sir  Peter  i  ku  jej  zaskoczeniu  odłożył  broń. 

Lekcja skończyła się równie nieoczekiwanie jak zaczęła.

Zaskoczona tym pośpiechem wdziewała surdut już na korytarzu.

- Poradzisz sobie - rzekł niezbyt zrozumiale odprowadzając ją do wyjścia.

- Czy wszystko gotowe na wieczór, sir? - zapytał Radley, który pojawił się w holu.

Spoglądała na obu mężczyzn ciekawa, co też ma się wydarzyć wieczorem, chociaż zapewne jej to 

nie dotyczyło.

- Wszystko przygotowane - odparł i zwrócił się do Emmy:

- Posłuchałem twojej siostry. Ponieważ jest przekonany, że złodziej  ciągle czai się w Londynie, 

zastawiłem na niego pułapkę.  Wieczorem oczekuję  Harry’ego  Portera.  Zechciałbyś też  przyjść? -

Przerwał,  jakby  zastanawiał  się  nad  czymś  przez  moment.  -  Wiem,  że  jesteś  zajęty  nowym 

znaleziskiem, ale trzeba mi twej szpady.

Na chwilę odjęło jej mowę.  Czyżby prosił  o pomoc?  Jest  przecież tylko kobietą, nawet jeśli  on 

widzi w niej George’a. Najpierw zapewniał ją, że sobie poradzi, teraz chce wykorzystać jej świeżo 

nabyte umiejętności w robieniu białą bronią.

- Trzeba ci mojej szpady? - powtórzyła.

- Bardzo.

Skinęła wreszcie głową. Co prawda przyrzekła sobie nigdy już się nie przebierać, ale ciekawość 

wzięła górę.

- O której?

- Około dziewiątej - powiedział sir Peter i Radley otworzył przed nią drzwi.

- O dziewiątej - potwierdziła i ruszyła w kierunku fiakra, który czekał na nią tam gdzie zwykle. 

Wiedziała, że to ze wszech miar niemądre, ale chciała być tego wieczoru z sir Peterem.

- Nie powinien pan wciągać w to młodej damy, sir - prychnął Radley.

- Wszystko będzie dobrze. Po raz ostatni spotkam się dzisiaj z moim George’em i kwita.

Radley zrobił niedowierzającą minę.

- Chcesz  iść wieczorem  do domu  mojego siostrzeńca?  Czy to  aby bezpieczne?  Co  innego rano, 

kiedy  nikogo  nie  ma,  ale  narażać  się  przy  ludziach,  że  cię  zdemaskują?  -  Lady  Titheridge 

zatroskana krążyła po pokoju.

- Muszę to widzieć. Wiem, że ktoś czyha na zbiory sir Petera. Być może pojawi się właśnie dzisiaj 

background image

119

wieczorem.

- Prawda, zapowiada się bezksiężycowa noc - przyznała stara dama zerkając na pochmurne niebo 

za  oknem.  Jeśli  ten  zbir  desperacko  potrzebuje  pieniędzy,  gotów  znowu  uderzyć.  Ale  żeby  Peter 

oczekiwał  wsparcia  twojej  szpady?  Wierzyć  się  nie  chce!  Tak  czy  inaczej,  bądź  ostrożna.  Ja 

wieczorem wychodzę, ale Braddon, jak zwykle, pomoże ci się przebrać. Po raz ostatni - oznajmiła 

stanowczo.

- Zapewniał, że nic mi nie grozi.

-  Męskie  obietnice.  Nigdy im  nie  wierz,  moja  droga.  Wychodząc  Emma  zatrzymała  się  jeszcze 

przy drzwiach.

- Mówi, że wkrótce zamierza się żenić i że chce zabrać żonę do Egiptu. Nie zdradził jej imienia, 

ale  to  nie  Richenda  de  Lacey.  Pytałam,  bo  tylko  ona  przyszła  mi  do  głowy. Nie  wiem,  kto  inny 

mógłby zaprzątać jego uwagę.

- Nikt oprócz ciebie - powiedziała cicho lady Titheridge. Emma rozmyślała o słowach starej damy 

w  drodze  do  domu.  Uznała,  że  to  żadna  odpowiedź:  nie  widziała  się  w  roli  kandydatki  na  żonę 

Petera, chociaż kochała go z całego serca.

Dzień  wlókł  się  nieznośnie.  Dolewała  herbatki  pani  Bascomb  i  pani  Hamley.  Przejętą  w 

najwyższym  stopniu  nowym  odkryciem  George’a  mateczkę  karmiła  pigułkami  uspokajającymi 

doktora  Vemala.  Jednym  uchem  słuchała  toczących  się  rozmów,  zatopiona  w  myślach  i  pełna 

oczekiwań.

- Zapewne sir William wraz z całą rodziną zjedzie wkrótce do Londynu - oznajmiła pani Cheney 

przerywając jej rozmyślania.

-  Wątpię,  wiesz  przecież,  że  lady  Johnson  przykuta  jest  do  wózka,  ale  byłaby  na  pewno 

zachwycona, gdybyś wraz z papą złożyła jej wizytę.

Rozmowa  potoczyła się  wokół perspektywy wyjazdu  do Sussex.  W  końcu wyczerpawszy temat 

przyjaciółki mateczki zakończyły popołudniową wizytę.

- Włóż wieczorem tę suknię z kremowej tafty - zadysponowała mateczka, gdy zostały same. - Jest 

taka  kobieca,  ślicznie  ci  w  niej.  Nie  rozumiem,  dlaczego  nikt  jeszcze  nie  poprosił  o  twoją  rękę. 

Masz  powodzenie na balach i  wieczorkach tańcujących, bywasz  w Almack, co nie każdej pannie 

jest  dane.  Prawdziwa  zagadka.  -  Westchnęła,  po  czym  udała  się  na  popołudniowy  spoczynek, 

zostawiając Emmę samą ze swymi myślami.

Rzeczywistość istotnie nie przedstawiała się różowo. Nie dość, że sir Peter zamierza się żenić z 

inną kobietą, i ona będzie musiała wyjść za mąż. Jeśli nie znajdzie kogoś, kogo towarzystwo zdoła 

znieść, czeka ją życie panny rezydentki, biednej krewnej w domu George’a i Beatrice.

Tak czy inaczej, sir Peter chce jej pomocy dzisiejszego wieczoru i w tej chwili tylko to się liczyło.

background image

120

Suknia z kremowej tafty wszystkim się podobała, nawet pan Brummell pochwalił toaletę. Emma 

tymczasem co jakiś czas zerkała na zegar.

-  Sprawiasz  wrażenie,  jakby  dokądś  było  ci  spieszno,  pani.  -  Słowa  Brummella  wprawiły  ją, 

zakłopotanie.

-  Sprawdzam  tylko,  która  godzina.  Wszędzie  wyglądała  sir  Petera,  ale  widać  zajęty  był  damą, 

którą zamierzał poślubić. Raptem usłyszała znajomy głos.

-  Tu  jesteś.  Wszędzie  cię  szukałem.  Ślicznie  wyglądasz,  urocza  suknia.  Dzisiaj  bez  kryzy? 

Machinalnie dotknęła szyi.

- Nie chcę, by się opatrzyła.

- Zatańczysz ze mną, moja droga?

Rozległy się pierwsze takty menueta. Orkiestrę Almack prowadził tego wieczoru Colnet, wzięty 

dyrygent, który często grywał na prywatnych balach.

Było coś upojnego w tańcu, coś, czego nigdy dotąd nie odczuwała. Może sprawiał to afekt, jaki 

żywiła dla sir Petera? Posmutniała na tę myśl. Gdy muzyka umilkła i gdy sir Peter odprowadził ją 

do rodzicielki, namówiła mateczkę, by wracały do domu. Nie chciała widzieć, z kim będzie tańczył, 

poza tym czas płynął, a musiała jeszcze przebrać się przed wizytą na Bruton Street.

Rad  jestem,  że  cię  widzę  -  powitał  ją  sir  Peter  w  mrocznym,  oświetlonym  ledwie  jedną  świecą 

holu. - Bałem się, że zajęty innymi sprawami zapomnisz o mojej prośbie.

- Dotrzymuję danego słowa - odparła Emma urażonym tonem.

- Zapamiętam to sobie. Oto twoja szpada. Jeśli ktoś czyha na moją kolekcję, musimy odkryć, kto 

to jest. Rozpowiedziałem wokół, że nie będzie mnie dzisiaj w domu, że wieczór spędzę w klubie, 

potem na balu.

W półmroku spoglądała na ukochaną twarz. Nie mógł się zapewne domyślać uczuć, jakie w niej 

budził.  Nie  ważyłaby  się  ich  okazać.  Ani  jako  George,  ani  jako  Emma.  Młoda  dama  nie  może 

wszak rzucać się na szyję swemu wybranemu.

Czas  płynął,  a  ona  siedziała  obserwując  w  milczeniu  ukochanego,  póki  nie  zapadły  zupełne 

ciemności.

Raptem usłyszała jakiś odgłos. Wstrzymała oddech i poczuła dłoń sir Petera na ramieniu.

- A ja nie dowierzałem Emmie. Przeproś ją ode mnie - szepnął.

A więc nie zamierza widzieć jej więcej, przemknęło jej przez głowę. Wyjedzie z żoną do Egiptu. 

Koniec. Kropka.

Doszedł  ją  odgłos  tłuczonego  szkła  i  ciche  przekleństwa.  Nasłuchiwała  bez  ruchu.  Błysnęło 

światło, po chwili zapłonęła świeca. Zerknęła zza gabloty, gdzie przycupnęli ukryci, w nadziei, że 

dojrzy intruza. Omal nie krzyknęła. Swinburne! Ale jak odmieniony w czarnym przebraniu zamiast 

background image

121

w zwykłym dla siebie stroju galanta.

Sir Peter zaczął czołgać się w jego stronę. Już miał pochwycić złoczyńcę, gdy zdradził go brzęk 

szpady, który zabrzmiał niczym eksplozja.

Swinburne obrócił się gwałtownie.

- Kto tu jest? - szepnął wypatrując oczy w ciemnościach. Sir Peter na powrót się przyczaił. Emma 

z bronią w dłoni zaczęła skradać się ku złodziejowi od przeciwnej strony.

- Coś słyszałem. - Swinburne trwał bez ruchu. - Kot pewnie - mruknął pod nosem.

Jego głos nie przypominał w niczym tego, który przybierał wobec dam w towarzystwie. Jakby na 

zawołanie pojawił się kot, otarł o nogi Swinburne’a, potrącił jakieś narzędzie, które ten przyniósł ze 

sobą, i zniknął.

Rozległ się odgłos rozbijanego szkła gabloty, potem cichy szelest.

- Znowu kot? Uciekaj, przebrzydłe zwierzę. - Swinburne parsknął.

W tej samej chwili sir Peter runął na intruza i obalił go na podłogę. Emma przyskoczyła ze szpadą 

w dłoni do szamoczących się mężczyzn. Nagle pokój rozświetliły lampy, a w progu stanęli Harry 

Porter i Radley.

Oczom Emmy ukazała się straszna scena: Swinburne dusił ramieniem sir Petera.

-  Ty  łotrze!  Niegodziwcze!  Szubrawcze!  -  krzyknęła  gotowa  do  ciosu,  biorąc  Swinburne’a  z 

zaskoczenia. Widział dwie postacie w progu. Trzeciej się nie spodziewał.

- Miało cię nie być w domu - sarknął wściekle pod adresem Petera.

Sir  Peter  mocnym  szarpnięciem  uwolnił  się  od  napastnika.  Oddychał  ciężko,  z  trudem  łapiąc 

powietrze,  niezdolny  do  ataku.  Niewiele  się  namyślając,  a  widząc,  że  Swinburne  nie  myśli 

kapitulować, ją zaś ignoruje, Emma zrobiła gwałtowny wypad i cięła napastnika w ramię.

Swinburne obrócił się gwałtownie, krzyknął z  bólu.  Emma gotowała się do ponownego zadania 

ciosu.

-  Dobrze!  -  zawołał  sir  Peter,  podniósł  się  z  wysiłkiem  i  natarł  z  drugiej  strony.  -  Poddaj  się, 

łajdaku!

- Za nic - warknął Swinburne.

Ostatnie, co Emma zapamiętała, to straszny krzyk sir Petera i wzniesiona do ciosu nad jej głową 

brązowa statuetka w dłoni Swinburne’a.

Odzyskawszy przytomność, usiłowała usiąść. Na próżno. Głowa jej pękała, ale nie to było ważne. 

Ktoś trzymał ją mocno w ramionach.

- Kto... co się stało? - szepnęła słabo.

-  Dzięki  Bogu  -  usłyszała  głos  sir  Petera  i  poczuła  jak  delikatnie,  z  czułością  całuje  jej  czoło, 

szepcząc przy tym serdeczne, ciepłe słowa.

background image

122

„Moje biedne kochanie” i „skarbie najdroższy” brzmiały jej w uszach niczym najsłodsza muzyka. 

Od dawna tęskniła za tym, by jak teraz tulił ją do piersi. Podniosła z wahaniem dłoń i pogładziła go 

po twarzy. Nawet w półmroku mogła dojrzeć jego pełne uwielbienia spojrzenie.

Raptem się ocknęła.

Mężczyźni nie obdarzają się przecież nawzajem pieszczotami. W każdym razie nie w książkach, 

które czytywała.

Próbowała uwolnić się z jego objęć, ale przytulił ją jeszcze mocniej.

-  Nie  zniósłbym  tego,  gdyby  coś  ci  się  przytrafiło  -  powiedział  zdławionym  głosem i  począł  ją 

całować.

- Nie powinieneś tego robić - sprzeciwiła się, oszołomiona cudownym uczuciem.

-  Nie  robię  nic  złego.  Zabiorę  cię  ze  sobą.  Będziemy  razem  -  powiedział  czule  i  musnął  lekko 

wargami jej czoło.

- Nie możesz - obruszyła się zgorszona jak nigdy w życiu.

- Mogę. Twoi rodzice na pewno się zgodzą, kiedy się o wszystkim dowiedzą.

- Przecież dla ciebie jestem George’em - jęknęła zrozpaczona.

- George jest w Sussex - padła spokojna odpowiedź i Emma poddała się kolejnemu pocałunkowi, 

słodszemu niż poprzedni.

-  Wiesz,  że  nie  jestem  George’em?  -  zapytała,  gdy  odzyskała  wreszcie  mowę  i  dar  trzeźwego 

myślenia.

- Moja najdroższa Emmo, wiedziałem od początku, gdy tylko przestąpiłaś próg mojego domu, by 

zobaczyć mumię. Podobnaś do niego, prawda, ale ja nie jestem krótkowzroczny. - Przechylił głowę 

zastanawiając  się  nad  czymś.  -  Do  ślubu  musisz  włożyć  naszyjnik  księżniczki.  Będzie  ci  w  nim 

cudownie.

Do głębi urażona, mimo uszu puszczając opowieści o ślubie i naszyjniku, Emma wreszcie usiadła 

i z całych sił zdzieliła sir Petera.

- Wiedziałeś! I pomyśleć, że musiałam tak się męczyć. - Pomstowałaby tak długo jeszcze, ale sir 

Peterowi co innego było w głowie. Przytulił ją i na swój sposób wiódł dalej ich spór.

Emma uległa. Na jakiś czas.

Radley,  który  właśnie  wyekspediował  Harry’ego  Portera  z  zakutym  w  kajdanki  Swinburne’em, 

stał w progu i spoglądał rozpromieniony na parę kochanków.

Czuwała nad nimi egipska bogini: ustawiona na  należnym jej miejscu w  gablocie, obserwowała 

całą scenę z czułym uśmiechem.