background image

Widmo nad Innsmouth

Zim

ą

 z 1927 na 1928 rok przedstawiciele rz

ą

du federalnego 

przeprowadzili dziwne i tajemnicze 

ś

ledztwo w sprawie pewnych 

okoliczno

ś

ci, jakie miały miejsce w starym porcie Innsmouth w 

Massachusetts. Po raz pierwszy usłyszano o tym w lutym, kiedy 
dokonano całej serii obław i aresztowa

ń

, a nast

ę

pnie spalono i 

wysadzono dynamitem — przy zachowaniu odpowiednich 

ś

rodków 

ostro

ż

no

ś

ci — ogromn

ą

 ilo

ść

 rozpadaj

ą

cych si

ę

 i zjedzonych przez 

korniki, najprawdopodobniej opustoszałych domów nad brzegiem morza, 
gdzie od dawna nikt nie zagl

ą

dał. Mniej dociekliwi potraktowali to 

jako jedn

ą

 z wi

ę

kszych akcji w walce z alkoholizmem. 

Ci, którzy baczniej 

ś

ledzili wszelkie nowiny, dziwili si

ę

 tak 

olbrzymi

ą

 ilo

ś

ci

ą

 aresztowanych, tak wielk

ą

 sił

ą

 zmobilizowan

ą

 do 

przeprowadzenia tej akcji i tajemnic

ą

, jak

ą

 otoczono dalsze losy 

wi

ęź

niów. Nie było 

ż

adnej rozprawy s

ą

dowej, 

ż

adnego sprecyzowanego 

oskar

ż

enia; nie widziano te

ż

 nikogo ze schwytanych w 

ż

adnym z 

lokalnych aresztów. Dochodziły jakie

ś

 mgliste wie

ś

ci o chorobie i 

obozach koncentracyjnych, a potem, o osadzeniu tych wi

ęź

niów w 

ż

nych obozach wojskowych, ale nic konkretnego. Innsmouth zostało 

prawie całkiem wyludnione i nawet jeszcze teraz niełatwo tam dostrzec 

ś

lady budz

ą

cego si

ę

 

ż

ycia. 

Poniewa

ż

 spotkało si

ę

 to z protestem ró

ż

nych liberalnych organizacji, 

po długich i tajemniczych dyskusjach zawieziono niektórych ich 
przedstawicieli do kilku obozów i wi

ę

zie

ń

. W konsekwencji 

stowarzyszenia te stały si

ę

 dziwnie bierne i pow

ś

ci

ą

gliwe. 

Dziennikarze zajmowali bardziej zdecydowane stanowisko, ale wszystko 
wskazywało na to, 

ż

e wi

ę

kszo

ść

 z nich w ko

ń

cu zacz

ę

ła współdziała

ć

 z 

rz

ą

dem. Tylko jedno ilustrowane pismo, zawsze dyskredytowane z powodu 

zamieszczania nierzetelnych informacji, wspomniało co

ś

 o łodzi 

podwodnej, która wystrzeliła torpedy w gł

ą

b rozpadliny morskiej tu

ż

 

za Diabelsk

ą

 Raf

ą

. Fakt ten, o którym przypadkowo usłyszano w 

marynarskiej spelunce, zdawał si

ę

 raczej mało prawdopodobny, poniewa

ż

 

ta niska, czarna rafa le

ż

y jakie

ś

 półtorej mili od portu Innsmouth. 

W całej okolicy i pobliskich miastach bezustannie szeptano na ten 
temat, ale nie dzielono si

ę

 tymi uwagami z nikim z zewn

ą

trz. Prawie 

przez całe stulecie rozprawiano o zamieraj

ą

cym i opustoszałym 

Innsmouth i cho

ć

by wymy

ś

lono co

ś

 nowego, nie mogłoby to dorówna

ć

 temu 

koszmarowi, o jakim napomykano i szeptano od lat. Wiele powodów 
przyczyniło si

ę

 do skryto

ś

ci tutejszych ludzi, tote

ż

 nie było sensu 

wywiera

ć

 na nich presji. Poza tym, tak naprawd

ę

 to niewiele 

wiedzieli, gdy

ż

 rozległe, słone bagniska, puste i bezludne, 

odstraszały od Innsmouth okolicznych mieszka

ń

ców, tych od strony 

l

ą

du. 

Wobec tego ja przełami

ę

 ów zakaz mówienia o tej sprawie. Wyniki — a 

jestem o tym gł

ę

boko przekonany — s

ą

 tak niew

ą

tpliwe, 

ż

e napomkni

ę

cie 

o tym, co zostało odkryte podczas strasznej obławy w Innsmouth, nie 
mo

ż

e przynie

ść

 

ż

adnej szkody, mo

ż

e tylko wzbudzi

ć

 potworn

ą

 odraz

ę

. A 

to, co zostało odkryte, ró

ż

nie mo

ż

na interpretowa

ć

. Nie mam poj

ę

cia, 

jak du

ż

o z tej opowie

ś

ci zostało mi przekazane, ale wiele mam powodów 

ku temu, aby gł

ę

biej wnikn

ąć

 w t

ę

 spraw

ę

. Zetkn

ą

łem si

ę

 z ni

ą

 

znacznie bli

ż

ej, ni

ż

 komukolwiek przypadło to w udziale, i wyniosłem 

wra

ż

enia, które mog

ą

 mnie jeszcze doprowadzi

ć

 do nieprzewidzianych 

sytuacji. 

To wła

ś

nie ja uciekłem w popłochu z Innsmouth we wczesnych godzinach 

rannych 16 lipca 1927 roku i to wła

ś

nie moje pro

ś

by, skierowane do 

władz o przeprowadzenie 

ś

ledztwa i aktywn

ą

 działalno

ść

, wyłoniły na 

background image

ś

wiatło dzienne wspomniany epizod. Nie miałem nic przeciw temu, by 

milcze

ć

, gdy

ż

 sprawa była 

ś

wie

ż

a i niejasna; teraz jednak, kiedy 

nale

ż

y ju

ż

 do przeszło

ś

ci, kiedy wygasło zainteresowanie i ciekawo

ść

 

ludzi, zawładn

ę

ło mn

ą

 dziwne pragnienie, aby mówi

ć

 o tych strasznych 

godzinach w owym widmowym porcie 

ś

mierci i blu

ź

nierczej 

niesamowito

ś

ci. Samo mówienie o tym pomaga mi odzyska

ć

 wiar

ę

 w moja 

sprawno

ść

 umysłow

ą

; upewni

ć

 si

ę

ż

e nie jestem pierwszym, który uległ 

tej zara

ź

liwej, koszmarnej halucynacji. Pomaga mi te

ż

 w podj

ę

ciu 

decyzji co do pewnego strasznego kroku, jaki mam zrobi

ć

 w niedalekiej 

przyszło

ś

ci. 

Nigdy nawet nie słyszałem o Innsmouth, a

ż

 do owego dnia, kiedy 

ujrzałem je po raz pierwszy I... jak dot

ą

d... po raz ostatni. 

Postanowiłem uczci

ć

 moje doj

ś

cie do pełnoletno

ś

ci wycieczk

ą

 do Nowej 

Anglii — zwiedzanie o charakterze antykwarycznym i genealogicznym — 
zaplanowałem jecha

ć

 prosto ze starego Newburyport do Arkham, sk

ą

wywodziła si

ę

 rodzina mojej matki. Nie miałem samochodu, podró

ż

owałem 

wi

ę

c poci

ą

giem, trolejbusem i autobusem, staraj

ą

c si

ę

 zawsze o jak 

najta

ń

szy 

ś

rodek lokomocji. W Newburyport poinformowano mnie, 

ż

najlepiej jecha

ć

 do Arkham poci

ą

giem; i dopiero przy kasie biletowej 

na stacji, kiedy troch

ę

 si

ę

 zastanawiałem nad wysok

ą

 cen

ą

 biletu, 

dowiedziałem si

ę

 o Innsmouth. Postawny kasjer o bystrym wyrazie 

twarzy, którego akcent 

ś

wiadczył o tym, 

ż

e pochodzi z innych stron, 

zdawał si

ę

 rozumie

ć

 moje oszcz

ę

dno

ś

ciowe zabiegi i zaproponował mi 

co

ś

, czego poprzednio 

ż

adna z osób, u których si

ę

 informowałem, nie 

zrobiła. 

— Mógłby pan, wydaje mi si

ę

, pojecha

ć

 starym autobusem — powiedział z 

pewnym wahaniem — tylko 

ż

e w tych stronach nikt go nie uznaje. Jedzie 

przez Innsmouth — pewnie pan co

ś

 o tym słyszał — dlatego ludzie nie 

lubi

ą

 go. Prowadzi go facet z Innsmouth — Joe Sargent — chyba nie ma 

tu w ogóle pasa

ż

erów ani te

ż

 w Arkham. Dziwne, 

ż

e ten autobus jeszcze 

je

ź

dzi. Wydaje mi si

ę

ż

e jest tani, ale nigdy nie widuj

ę

 w nim 

wi

ę

cej ni

ż

 dwie, trzy osoby, wył

ą

cznie ludzie z samego Innsmouth. 

Odje

ż

d

ż

a z rynku — sprzed drogerii Hammonda — o dziesi

ą

tej rano i o 

siódmej wieczorem, o ile si

ę

 co

ś

 ostatnio nie zmieniło. Wygl

ą

da na 

strasznego gruchota, sam nigdy jeszcze nim nie jechałem. 

Wtedy to wła

ś

nie po raz pierwszy usłyszałem o Innsmouth. Ka

ż

da 

wzmianka o mie

ś

cie, nie zaznaczonym na mapie ani te

ż

 nie wspominanym 

w ostatnich przewodnikach, wzbudziłaby moje zainteresowanie, a dziwne 
aluzje kasjera naprawd

ę

 mnie zaciekawiły. Miasto, które mogło rodzi

ć

 

tak

ą

 niech

ęć

 okolicznych mieszka

ń

ców, musi by

ć

 w jaki

ś

 sposób 

niezwykłe i warte cho

ć

by zwrócenia na

ń

 uwagi turysty. Je

ś

li znajduje 

si

ę

 po drodze do Arkham, to po prostu wcze

ś

niej wysi

ą

d

ę

. Poprosiłem 

kasjera, 

ż

eby mi co

ś

 opowiedział o tym mie

ś

cie. Zamy

ś

lił si

ę

, po czym 

zacz

ą

ł mówi

ć

 jakby z poczuciem pewnej wy

ż

szo

ś

ci: 

— Innsmouth? No có

ż

, dziwne to miasto, poło

ż

one przy uj

ś

ciu rzeki 

Manuxet. Niegdy

ś

 było to całkiem du

ż

e miasto, a przed wojna, przed 

1812 rokiem, miasto portowe, ale w ci

ą

gu stu lat rozpadło si

ę

. Nie 

je

ź

dzi tam teraz kolej... Główna linia nigdy tamt

ę

dy nie prowadziła, 

a boczna, z Rowley, została skasowana przed laty. 

Jest tam wi

ę

cej pustych domów ni

ż

 ludzi, nic si

ę

 tam nie robi poza 

łowieniem ryb i homarów. A sprzedaj

ą

 swoje połowy albo w Arkham, albo 

w Ipswich. Niegdy

ś

 było tam sporo fabryk, ale nic z nich nie zostało, 

jest tylko rafineria złota, pracuj

ą

ca na minimalnych obrotach. 

Kiedy

ś

 ta rafineria była ogromna, a jej wła

ś

ciciel, stary Marsh, musi 

by

ć

 bogatszy ni

ż

 Krezus. Ale to straszny dziwak, nie rusza si

ę

 z 

domu. Podobno ma jaka

ś

 skórn

ą

 chorob

ę

 albo te

ż

 na stare lata co

ś

 go 

pokr

ę

ciło i dlatego trzyma si

ę

 z dala od ludzi. Jest wnukiem kapitana 

Obeda Marsha, zało

ż

yciela rafinerii. Matka jego była cudzoziemk

ą

 — 

background image

powiadaj

ą

ż

e pochodziła z wysp na Morzu Południowym — dlatego zrobił 

si

ę

 straszny szum, kiedy pi

ęć

dziesi

ą

t lat temu o

ż

enił si

ę

 z jaka

ś

 

dziewczyn

ą

 z Ipswich. Zawsze robi si

ę

 taki szum, gdy chodzi o ludzi i 

Innsmouth, a w tych okolicach ka

ż

dy, w którego 

ż

yłach płynie krew 

mieszka

ń

ca Innsmouth, stara si

ę

 to ukry

ć

. Jednak dzieci i wnuki 

Marsha wygl

ą

daj

ą

 tak samo jak wszyscy. Kiedy

ś

 mi je pokazano, ale 

prawd

ę

 mówi

ą

c starszych jego dzieci ju

ż

 ostatnio si

ę

 tu nie spotyka. 

Starego nigdy jeszcze nie widziałem. 

Ale dlaczego wszyscy maj

ą

 tak

ą

 niech

ęć

 do Innsmouth? Radz

ę

, młody 

człowieku, aby

ś

 nie zwa

ż

ał no to, co si

ę

 tutaj opowiada. Trudno ludzi 

nakłoni

ć

ż

eby co

ś

 mówili, ale jak ju

ż

 raz zaczn

ą

, nie ma ko

ń

ca. 

Opowiadaj

ą

 ró

ż

ne rzeczy o Innsmouth, najcz

ęś

ciej szeptem, i to od stu 

lat, a boj

ą

 si

ę

, jak chyba niczego na 

ś

wiecie. Niektóre ich opowie

ś

ci 

mogłyby pana ubawi

ć

 — na przykład o kapitanie Marshu, który wszedł w 

układy z diabłem i z samego piekła sprowadzał demony do Innsmouth, 
albo o oddawaniu czci samemu szatanowi i składaniu strasznych ofiar w 
jakim

ś

 miejscu koło portu, na które ludzie si

ę

 natkn

ę

li podobno w 

1845 roku czy mniej wi

ę

cej w tym czasie — ale ja pochodz

ę

 z Paton, 

Vermont, i w tego rodzaju historie nie wierz

ę

Powinien pan jednak posłucha

ć

, co mówi

ą

 ludzie, pami

ę

taj

ą

cy dawne 

czasy, o czarnej rafie przybrze

ż

nej — nazywaj

ą

 j

ą

 Diabelsk

ą

 Raf

ą

. Od 

dawna sterczy nad powierzchni

ą

 wody i prawie nigdy si

ę

 nie kryje, a 

mimo to trudno by j

ą

 nazwa

ć

 wysp

ą

. Kr

ąż

y opowie

ść

ż

e niekiedy wida

ć

 

na niej cały legion diabłów — wyleguj

ą

 si

ę

 tam albo te

ż

 wlatuj

ą

 do 

jakich

ś

 pieczar na jej szczycie i wylatuj

ą

. Powierzchnia tej rafy 

jest nierówna i wyboista, a rozci

ą

ga si

ę

 w morze dobr

ą

 mil

ę

. Kiedy

ś

jak jeszcze przypływały tu statki, marynarze nakładali kawał drogi, 

ż

eby j

ą

 tylko omin

ąć

Oczywi

ś

cie marynarze nie pochodz

ą

cy z Innsmouth. Mieli oni za złe 

kapitanowi Marshowi, 

ż

e podobno w nocy cumował przy tej rafie, kiedy 

była odpowiednia fala. Chyba rzeczywi

ś

cie tak robił, bo 

ukształtowanie tej skały jest ciekawe, no i szukał tam zapewne 
piratów, a by

ć

 mo

ż

e nawet i znajdował. Mówiło si

ę

 jednak o jego 

kontaktach z diabłami. W sumie, wydaje mi si

ę

ż

e to wła

ś

nie kapitan 

przyczynił si

ę

 do tak złej reputacji rafy. 

Działo si

ę

 to jeszcze przed wielk

ą

 epidemi

ą

 w 1846 roku, kiedy to 

wywieziono co najmniej połow

ę

 mieszka

ń

ców Innsmouth. Nie stwierdzono, 

co to była za choroba, prawdopodobnie przywleczono j

ą

 statkiem z 

innych krajów, mo

ż

e z Chin albo jeszcze z innych stron. Okropne to 

było — zupełne szale

ń

stwo, wyczyniano tam takie rzeczy, 

ż

e na pewno 

nie wszystkie wie

ś

ci o tamtejszych poczynaniach przedostały si

ę

 poza 

miasto, które zostało w strasznym stanie. Ci ludzie ju

ż

 nigdy nie 

wrócili, a teraz nie ma tam wi

ę

cej ni

ż

 trzystu albo czterystu 

mieszka

ń

ców. 

Ale najbardziej istotne jest to, 

ż

e ludzie czuj

ą

 jakie

ś

 uprzedzenie 

rasowe — i wcale tego nie pot

ę

piam. Sam te

ż

 nie cierpi

ę

 ludzi z 

Innsmouth i nie mam ochoty nawet wybra

ć

 si

ę

 do tego miasta. My

ś

l

ę

ż

si

ę

 pan orientuje — cho

ć

 po pa

ń

skim akcencie wnioskuj

ę

ż

e pochodzi 

pan z Zachodu — jak cz

ę

ste kontakty miały nasze statki z Nowej Anglii 

z rozmaitymi najdziwniejszymi portami w Afryce, Azji, na południowych 
morzach i w ró

ż

nych innych cz

ęś

ciach 

ś

wiata i jak dziwnych ludzi 

czasami stamt

ą

d przywo

ż

ono. Mo

ż

e słyszał pan o Salemie, który 

przywiózł sobie Chink

ę

 za 

ż

on

ę

, a tak

ż

e o tym, 

ż

e w okolicy Cape Cod 

wci

ąż

 jeszcze 

ż

yje cała gromada ludzi pochodz

ą

cych z wysp Fid

ż

i. 

Mieszka

ń

cy Innsmouth musz

ą

 mie

ć

 co

ś

 wspólnego z tak

ą

 przeszło

ś

ci

ą

. To 

miasto było zawsze odci

ę

te od reszty okolicy z powodu otaczaj

ą

cych go 

bagien i rzek, nie znamy wi

ę

c wszystkich szczegółów tej sprawy. Jest 

jednak oczywiste, 

ż

e stary kapitan Marsh przywiózł jakie

ś

 dziwne 

background image

istoty, kiedy trzy jego statki powracały w latach dwudziestych i 
trzydziestych. Nie ulega w

ą

tpliwo

ś

ci, 

ż

e nawet teraz jest co

ś

 

dziwnego w ludziach mieszkaj

ą

cych w Innsmouth... Nie wiem, jak to 

wyja

ś

ni

ć

, ale po prostu skóra człowiekowi cierpnie. Przekona si

ę

 pan 

po Sargencie, je

ż

eli pojedzie pan jego autobusem. Niektórzy maj

ą

 

dziwaczne, w

ą

skie głowy, płaskie nosy i wyłupiaste oczy, które wydaj

ą

 

si

ę

 nigdy nie zamyka

ć

, a ich skóra te

ż

 jest jaka

ś

 inna. Chropawa i 

pokryta parchami, szyja pomarszczona i pofałdowana. Bardzo wcze

ś

nie 

łysiej

ą

. Najgorzej wygl

ą

daj

ą

 starzy, cho

ć

 szczerze mówi

ą

c nie 

zdarzyło mi si

ę

 spotka

ć

 naprawd

ę

 starego człowieka. Chyba umieraj

ą

 

spojrzawszy w lustro! Zwierz

ę

ta ich nie znosz

ą

, mieli straszne 

kłopoty z ko

ń

mi, zanim nastały samochody. 

Nikt z tutejszych ludzi ani te

ż

 z Arkham czy Ipswich nie chce mie

ć

 z 

nimi do czynienia, oni sami te

ż

 zreszt

ą

 stroni

ą

, kiedy przybywaj

ą

 do 

miasta albo je

ś

li kto

ś

 z zewn

ą

trz próbuje łowi

ć

 na ich terenach. 

Dziwne, 

ż

e taka jest obfito

ść

 ryb wokół portu w Innsmouth, a prawie 

wcale ich nie ma w okolicznych wodach, ale niech pan spróbuje łowi

ć

 u 

nich, to zobaczy pan jak

ą

 robi

ą

 nagonk

ę

 na człowieka. Kiedy

ś

 

przyje

ż

d

ż

ali tutaj poci

ą

giem. Chodzili pieszo do Rowley i tam 

wsiadali do poci

ą

gu, kiedy skasowano boczn

ą

 lini

ę

, ale teraz 

przyje

ż

d

ż

aj

ą

 autobusem. 

Jest w Innsmouth hotel, nazywa si

ę

 Gilman House, ale nie wydaje mi 

si

ę

, aby był co

ś

 wart. Nie radziłbym si

ę

 w nim zatrzymywa

ć

. Lepiej 

niech pan tutaj przenocuje i pojedzie sobie jutro rano autobusem o 
dziesi

ą

tej. Wieczorem o ósmej jest autobus powrotny do Arkham. Kilka 

lat temu zatrzymał si

ę

 w tym hotelu pewien inspektor z fabryki i miał 

jakie

ś

 nieprzyjemne prze

ż

ycia. Zdaje si

ę

ż

e gromadzi si

ę

 tam dziwny 

tłum, bo słyszał jakie

ś

 rozmowy w innych pokojach — cho

ć

 wi

ę

kszo

ść

 

była podobno pusta — co go strasznie przeraziło. Była to cudzoziemska 
mowa, tak mu si

ę

 zdawało, ale najgorszy wydał mu si

ę

 jeden głos, 

który słycha

ć

 było tylko od czasu do czasu. Brzmiał bardzo 

nienaturalnie — tak jakby si

ę

 przelewał — a inspektor nie miał odwagi 

si

ę

 rozebra

ć

 i pój

ść

 spa

ć

. Przeczekał do 

ś

witu i z samego rana umkn

ą

ł 

stamt

ą

d. Rozmowa toczyła si

ę

 przez cał

ą

 noc. 

Człowiek ten — nazywał si

ę

 Casey — opowiadał potem, 

ż

e mieszka

ń

cy 

Innsmouth bez przerwy go obserwowali, wydawało mu si

ę

ż

e nie 

spuszczali ze

ń

 oka ani na chwil

ę

. Stwierdził, 

ż

e rafineria Marsha to 

dziwne miejsce — stara budowla przy ni

ż

szych wodospadach na rzece 

Manuxet. Wszystko, co mówił, zgadzało si

ę

 z tym, co ju

ż

 przedtem 

słyszałem. Ksi

ę

gi handlowe zaniedbane, 

ż

adnych rachunków z 

przeprowadzonych transakcji. Zawsze otaczano tajemnic

ą

 

ź

ródło, z 

którego pochodzi złoto Marsha oczyszczane w tej rafinerii. Nie 
słycha

ć

 było, 

ż

eby je sprzedawano, ale par

ę

 lat temu wywie

ź

li gdzie

ś

 

ogromn

ą

 ilo

ść

 sztab złota. 

Niegdy

ś

 mówiono, 

ż

e marynarze i pracownicy rafinerii sprzedaj

ą

 po 

cichu jakie

ś

 nieznane obce klejnoty, no i 

ż

e par

ę

 razy widziano 

kobiety z rodziny Marsha w takich wła

ś

nie klejnotach. Ludzie 

powiadali, 

ż

e pewien kapitan Obed skupował je w jakim

ś

 poga

ń

skim 

porcie, zwłaszcza 

ż

e zawsze zamawiał całe stosy szklanych paciorków i 

ż

nych 

ś

wiecidełek, takich samych, jakie zabierali zwykle marynarze 

na handel wymienny. Inni znów przypuszczali, i wci

ąż

 tak jeszcze 

uwa

ż

aj

ą

ż

e znalazł ukryte skarby pirackie na Diabelskiej Rafie. 

Stary kapitan nie 

ż

yje ju

ż

 od sze

ść

dziesi

ę

ciu lat i nie pojawił si

ę

 

na tych wodach ani jeden wi

ę

kszy statek od czasu Wojny Domowej, a 

jednak Marshowie wci

ąż

 skupuj

ą

 ró

ż

ne miejscowe ozdoby — głównie 

szklane i gumowe ozdóbki, tak słyszałem. By

ć

 mo

ż

e mieszka

ń

cy 

Innsmouth lubi

ą

 je nosi

ć

 — s

ą

 chyba tacy sami jak kanibale znad 

Południowego Morza albo dzikusy z Gwinei. 

Ta zaraza w czterdziestym szóstym roku zniszczyła chyba najlepszych 

background image

ludzi w tym mie

ś

cie. W ka

ż

dym razie teraz wszyscy wygl

ą

daj

ą

 

podejrzanie, a Marshowie i inni bogacze najgorzej. Jak ju

ż

 

wspomniałem, w całym mie

ś

cie nie ma wi

ę

cej ni

ż

 czterysta osób, cho

ć

 

powiadaj

ą

ż

e wszystkie ulice istniej

ą

 jak dawniej. Wydaje mi si

ę

ż

na południu takich jak oni nazywa si

ę

 ,,biał

ą

 hołot

ą

" — rozpustnicy, 

szczwane lisy, robi

ą

 jakie

ś

 potajemne interesy. Łowi

ą

 mnóstwo ryb i 

homarów i wywo

żą

 ci

ęż

arówkami. Niepoj

ę

te, dlaczego akurat tam 

gromadz

ą

 si

ę

 ryby, a nie gdzie indziej. 

Nikt nie jest w stanie wy

ś

ledzi

ć

 tych ludzi, a dla przedstawicieli 

szkolnictwa czy te

ż

 urz

ę

dników skarbowych to zupełny koszmar. 

Mieszka

ń

cy Innsmouth nie lubi

ą

, aby obcy w

ś

cibiali nos w ich 

ż

ycie. 

Słyszałem na własne uszy, 

ż

e paru przedstawicieli rz

ą

dowych i 

handlowców całkiem tam przepadło, kr

ąż

y te

ż

 wie

ść

ż

e jeden dostał 

pomieszania zmysłów i teraz jest w Danvers. Musieli go czym

ś

 bardzo 

nastraszy

ć

Dlatego wła

ś

nie, na pana miejscu, nie wybierałbym si

ę

 tam na noc. 

Nigdy tam nie byłem i nie mam na to ochoty, ale s

ą

dz

ę

ż

e pobyt w tym 

mie

ś

cie za dnia nie mo

ż

e panu zaszkodzi

ć

, cho

ć

 tutejsi ludzie i tego 

b

ę

d

ą

 panu odradza

ć

. Je

ż

eli lubi pan zwiedza

ć

 i interesuje si

ę

 pan 

przeszło

ś

ci

ą

, to Innsmouth 

ś

wietnie si

ę

 do tego nadaje. 

Wobec tego sp

ę

dziłem wieczór w bibliotece publicznej w Newburyport, 

ż

eby si

ę

 dowiedzie

ć

 czego

ś

 o Innsmouth. Kiedy próbowałem pyta

ć

 

miejscowych ludzi w sklepach, restauracjach, gara

ż

ach i stra

ż

po

ż

arnej, napotykałem na jeszcze wi

ę

ksz

ą

 niech

ęć

, ni

ż

 si

ę

 

spodziewałem, cho

ć

 przecie

ż

 uprzedzał mnie o tym kasjer na stacji 

kolejowej; uznałem, 

ż

e nie mam czasu na to, aby przełamywa

ć

 t

ę

 ich 

instynktown

ą

 pow

ś

ci

ą

gliwo

ść

. Objawiali jak

ąś

 dziwn

ą

 nieufno

ść

, tak 

jakby ka

ż

dy, kto si

ę

 interesuje Innsmouth, budził w nich 

podejrzliwo

ść

. Zatrzymałem si

ę

 w YMCA, a tamtejszy recepcjonista 

najwyra

ź

niej nie radził mi wybiera

ć

 si

ę

 do tego pos

ę

pnego, chyl

ą

cego 

si

ę

 do upadku miasta; a pracownicy biblioteki podzielali ten pogl

ą

d. 

W oczach ludzi wykształconych Innsmouth było po prostu jaskrawym 
przykładem zdegenerowanego miasta. 

Znajduj

ą

ce si

ę

 na półkach bibliotecznych kroniki historyczne, 

dotycz

ą

ce okr

ę

gu Essex, nie obja

ś

niały wiele. Wyczytałem, 

ż

e miasto 

powstało w 1643 roku, przed Rewolucj

ą

 słyn

ę

ło z przemysłu okr

ę

towego, 

na pocz

ą

tku dziewi

ę

tnastego wieku było wspaniale prosperuj

ą

cym portem 

morskim, a potem o

ś

rodkiem przemysłowym wykorzystuj

ą

cym sił

ę

 wodn

ą

 

rzeki Manuxet. Epidemia i zamieszki w 1846 roku były potraktowane 
pobie

ż

nie, tak jakby przynosiły ujm

ę

 temu okr

ę

gowi. 

Niewiele było zapisów odno

ś

nie schyłku tego miasta, cho

ć

 znaczenie 

ko

ń

cowego rejestru było niedwuznaczne. Po Wojnie Domowej cały 

przemysł ograniczył si

ę

 do rafinerii Marsha, a handel sztabami złota 

stanowił jedyn

ą

 pozostało

ść

 wielkiego niegdy

ś

 o

ś

rodka handlowego, no 

i oczywi

ś

cie w dalszym ci

ą

gu zajmowano si

ę

 rybołówstwem. Jednak

ż

e i 

rybołówstwo z czasem stało si

ę

 mniej opłacalne z powodu spadku cen i 

konkurencji coraz liczniejszych korporacji, cho

ć

 wci

ąż

 połowy wokół 

Innsmouth były obfite. Cudzoziemcy rzadko si

ę

 tu osiedlali, istniało 

jednak dyskretnie zamaskowane 

ś

wiadectwo, 

ż

e próbowało si

ę

 tu 

osiedli

ć

 kilku Polaków i Portugalczyków, ale przep

ę

dzono ich w 

szczególnie drastyczny sposób. 

Najbardziej jednak interesuj

ą

ca była pobie

ż

na wzmianka na temat 

osobliwych klejnotów niejasno zwi

ą

zanych z Innsmouth. W sposób 

oczywisty wywarły one wpływ na cał

ą

 okolic

ę

, gdy

ż

 zaznaczono, 

ż

niektóre okazy znajduj

ą

 si

ę

 w Miskatonic University w Arkham i Sali 

Wystawowej Stowarzyszenia Historycznego w Newburyport. 
Fragmentaryczne opisy tych przedmiotów potraktowane byty sucho i 
prozaicznie, ale dla mnie kryły w sobie jak

ąś

 niezaprzeczaln

ą

 

background image

zagadk

ę

. Było w nich co

ś

 tak dziwnego i prowokacyjnego, 

ż

e nie mogłem 

przesta

ć

 o nich my

ś

le

ć

 i mimo stosunkowo pó

ź

nej pory postanowiłem 

obejrze

ć

 miejscowy eksponat — podobno du

ż

y, o dziwnych proporcjach, 

najwyra

ź

niej przedstawiaj

ą

cy tiar

ę

 — o ile, oczywi

ś

cie, oka

ż

e si

ę

 to 

mo

ż

liwe. 

Bibliotekarz dał mi list polecaj

ą

cy do kustosza wystawy, panny Anny 

Tilton, mieszkaj

ą

cej w pobli

ż

u, i po krótkim wyja

ś

nieniu ta starsza, 

zacna kobieta zgodziła si

ę

 wprowadzi

ć

 mnie do zamkni

ę

tego ju

ż

 

budynku, jako 

ż

e godzina była jeszcze wzgl

ę

dnie przyzwoita. 

Zgromadzona tu kolekcja wygl

ą

dała rzeczywi

ś

cie wspaniale, ale mnie 

interesował tylko ten dziwny przedmiot l

ś

ni

ą

cy w rogu szafy 

o

ś

wietlonej elektryczn

ą

 lamp

ą

. Nie trzeba było specjalnej wra

ż

liwo

ś

ci 

na pi

ę

kno, aby to fantastyczne, pełne nieziemskiego splendoru 

zjawisko, spoczywaj

ą

ce na purpurowej aksamitnej poduszce, przykuło 

mój wzrok. Nawet teraz jeszcze nie potrafi

ę

 opisa

ć

 tego, co ujrzałem, 

cho

ć

 miało to wyra

ź

nie kształt tiary, zgodnie z opisem, jaki 

przeczytałem. Z przodu była do

ść

 wysoka, w obwodzie du

ż

a i dziwnie 

nieregularna, jakby przeznaczona dla głowy o osobliwym kształcie 
elipsy. Materiał, z którego została wykonana, wskazywał na złoto, 
cho

ć

 nieziemski połysk mógł równie

ż

 

ś

wiadczy

ć

 o jakim

ś

 przedziwnym 

stopie z domieszk

ą

 równie pi

ę

knego, ale zupełnie nieznanego metalu. 

Zachowana była w stanie niemal doskonałym i mo

ż

na by godzinami 

studiowa

ć

 wprost uderzaj

ą

co niezwykłe i zagadkowe wzory na jej 

powierzchni, geometryczne i zwi

ą

zane z morzem — wykute albo odlane w 

postaci wypukłej płaskorze

ź

by, a 

ś

wiadcz

ą

ce o niewiarygodnym, pełnym 

gracji mistrzostwie. 

Im dłu

ż

ej si

ę

 wpatrywałem, tym bardziej mnie ta rzecz fascynowała, a 

do fascynacji doł

ą

czało si

ę

 dziwnie niepokoj

ą

ce uczucie, trudne do 

okre

ś

lenia czy sklasyfikowania. Pomy

ś

lałem, 

ż

e niepokój budzi we mnie 

jaka

ś

 osobliwo

ść

 wykonania tej tiary, pochodz

ą

cej chyba z innego 

ś

wiata. Wszystkie dzieła sztuki, jakie dotychczas widziałem, 

charakteryzowały si

ę

 przynale

ż

no

ś

ci

ą

 albo do jakiego

ś

 narodu, albo do 

jakiej

ś

 rasy, albo te

ż

 były po prostu nowoczesnym przetworzeniem 

znanego kierunku. Ta tiara nie przypominała 

ż

adnego ze znanych okazów 

sztuki. Najwyra

ź

niej przynale

ż

ała do jakiej

ś

 ustalonej techniki 

charakteryzuj

ą

cej si

ę

 nieprawdopodobn

ą

 dojrzało

ś

ci

ą

 i perfekcj

ą

, ale 

zupełnie obc

ą

 zarówno dla sztuki Wschodu, jak i Zachodu, dla sztuki 

staro

ż

ytnej, jak i nowoczesnej — nie widziałem jeszcze dot

ą

d niczego 

w tym rodzaju ani o niczym podobnym nie słyszałem. Zdawał si

ę

 to by

ć

 

przedmiot pochodz

ą

cy z innej planety. 

Wkrótce jednak stwierdziłem, 

ż

e mój niepokój miał jeszcze inne 

ź

ródło, a były nim obrazkowe i matematyczne wzory na powierzchni 

tiary. Wszystkie inne sugerowały jakie

ś

 dawne tajemnice i niepoj

ę

te 

ę

bie czasu i przestrzeni, za

ś

 monotonne, powi

ą

zane z morzem 

płaskorze

ź

by były w swej wymowie prawie złowró

ż

bne. Po

ś

ród 

płaskorze

ź

b znajdowały si

ę

 ba

ś

niowe potwory, odra

ż

aj

ą

ce, groteskowe i 

zło

ś

liwe – półryby, pół

ż

aby — które musiały chyba by

ć

 powi

ą

zane z 

jak

ąś

 pseudopami

ę

ci

ą

 i zdawały si

ę

 przywoływa

ć

 dziwne obrazy z 

ę

bokich komórek i tkanek, których trwałe funkcjonowanie nale

ż

y do 

pierwotnych i straszliwie odległych czasów. Chwilami odnosiłem 
wra

ż

enie, 

ż

e ka

ż

dy zarys tych blu

ź

nierczych 

ż

aboryb przesycony jest 

kwintesencj

ą

 nieznanego i nieludzkiego zła. 

Krótka i prozaiczna historia opowiedziana przez pann

ę

 Tilton dziwnie 

kontrastowała z ogólnym wra

ż

eniem, jakie sprawiała tiara. W 1873 roku 

oddał j

ą

 do lombardu na Stale Street za 

ś

mieszn

ą

 sum

ę

 pewien pijany 

człowiek z Innsmouth, który wkrótce potem został zabity w jakiej

ś

 

bójce. Stowarzyszenie nabyło j

ą

 wprost od wła

ś

ciciela lombardu i od 

razu umieszczona została na wystawie b

ę

d

ą

cej godnym dla niej 

miejscem, wraz z informacj

ą

ż

e pochodzi prawdopodobnie z Indii 

Wschodnich albo Indochin, cho

ć

 było to oparte wył

ą

cznie na 

background image

przypuszczeniach. 

Panna Tilton, porównuj

ą

c wszelkie mo

ż

liwe hipotezy dotycz

ą

ce jej 

pochodzenia i obecno

ś

ci w Nowej Anglii, skłonna była wierzy

ć

ż

stanowiła cz

ęść

 łupu pirackiego znalezionego przez kapitana Obeda 

Marsha. Pogl

ą

du tego nie podwa

ż

ały bynajmniej bezustanne oferty 

Marshów, którzy, z chwil

ą

 gdy si

ę

 dowiedzieli o jej istnieniu, 

natychmiast chcieli j

ą

 kupi

ć

 proponuj

ą

c wysok

ą

 cen

ę

, i po dzi

ś

 dzie

ń

 

powtarzaj

ą

 swoj

ą

 ofert

ę

 mimo zdecydowanej odmowy Stowarzyszenia. 

Kiedy wyszli

ś

my z budynku, zacna dama poinformowała mnie, 

ż

e historia 

pirackiej fortuny Marshów wci

ąż

 jeszcze kr

ąż

y w inteligenckich 

sferach tego regionu. Je

ś

li za

ś

 chodzi o jej własny stosunek do 

upiornego Innsmouth — w którym zreszt

ą

 jeszcze nigdy nie była — to 

czuje odraz

ę

 do tej społeczno

ś

ci, która wyzbyła si

ę

 wszelkiej 

kultury, i zapewniła mnie, 

ż

e pogłoski o otaczaniu czci

ą

 diabła s

ą

 

cz

ęś

ciowo usprawiedliwione, bo rozpowszechnił si

ę

 tam jaki

ś

 

tajemniczy kult i pochłon

ą

ł wszystkie ortodoksyjne ko

ś

cioły. 

Został nazwany, powiedziała, „Ezoterycznym Porz

ą

dkiem Dagona", i jest 

z pewno

ś

ci

ą

 wynaturzonym, quasi-poga

ń

skim obrz

ę

dem zapo

ż

yczonym sto 

lat temu na Wschodzie, kiedy to łowiska rybne w Innsmouth zacz

ę

ty 

zanika

ć

. Trwało

ść

 tego kultu w

ś

ród prostych ludzi jest zjawiskiem 

naturalnym, jako 

ż

e nagle wody przybrze

ż

ne zapełniły si

ę

 rybami i 

stan ten nadal si

ę

 utrzymuje, a wkrótce kult rozprzestrzenił si

ę

 w 

całym mie

ś

cie, wypieraj

ą

c całkowicie wolnomularstwo, i obrał sobie na 

główn

ą

 siedzib

ę

 star

ą

 Maso

ń

sk

ą

 Lo

żę

 na ulicy New Church Green. 

Wszystko to razem stanowiło dla pobo

ż

nej panny Tilton wystarczaj

ą

c

ą

 

przyczyn

ę

, dla której unikała tego starego miasta, opustoszałego i 

ogarni

ę

tego rozkładem; dla mnie stało si

ę

 to nowym bod

ź

cem. Moje 

architektoniczne i historyczne zainteresowania zostały teraz 
wzbogacone o antropologiczne zagadki. Tak byłem podniecony, 

ż

e prawie 

przez cał

ą

 noc nie mogłem zmru

ż

y

ć

 oka w moim małym pokoiku w YMCA. 

II 

Nazajutrz rano, tu

ż

 przed godzin

ą

 dziesi

ą

t

ą

, stałem z mał

ą

 walizk

ą

 

przed drogeri

ą

 Hammonda na Starym Rynku czekaj

ą

c na autobus do 

Innsmouth. Kiedy zbli

ż

ał si

ę

 czas przyjazdu autobusu, zauwa

ż

yłem, 

ż

snuj

ą

cy si

ę

 tu ludzie szybko gdzie

ś

 umykaj

ą

 albo przechodz

ą

 na drug

ą

 

stron

ę

 placu, koło gospody Ideal Lunch. A wi

ę

c kasjer na stacji 

kolejowej nie przesadzał mówi

ą

c o niech

ę

ci miejscowych ludzi do 

Innsmouth i jego mieszka

ń

ców. Po chwili pojawił si

ę

 na Stale Street 

mały rozklekotany wehikuł, ogromnie sfatygowany, brudnoszarego 
koloru, zakr

ę

cił i zatrzymał si

ę

 tu

ż

 koło mnie przy kraw

ęż

niku. 

Domy

ś

liłem si

ę

ż

e to wła

ś

nie ten autobus, a wkrótce upewniłem si

ę

 

sprawdziwszy na ledwie czytelnej tablicy na przedniej szybie napis: 
Arkham — Innsmouth — Newburyport. 

Było w nim tylko trzech pasa

ż

erów — ciemnowłosych, niechlujnych, o 

ponurych twarzach, wygl

ą

daj

ą

cych raczej na młodych ludzi — a kiedy 

autobus si

ę

 zatrzymał, wysiedli niezdarnie i poszli ulic

ą

 w 

milczeniu, niemal

ż

e ukradkiem. Kierowca tak

ż

e wysiadł i udał si

ę

 do 

drogerii, by zrobi

ć

 tam zakupy. Domy

ś

liłem si

ę

ż

e jest to Joe 

Sargent, o którym wspominał kasjer; nim jeszcze zdołałem wnikn

ąć

 w 

jakiekolwiek szczegóły, ogarn

ę

ła mnie nagle awersja do tego 

człowieka, niczym wła

ś

ciwie nieuzasadniona. Zrozumiałem niech

ęć

 

tutejszych ludzi do podró

ż

owania autobusem, którego wła

ś

cicielem i 

kierowca jest ten człowiek, albo do odwiedzania miasta, w którym 

ż

yje 

on i jemu podobni. 

Kiedy kierowca wyszedł ze sklepu, przypatrzyłem mu si

ę

 uwa

ż

nie, 

ż

eby 

background image

wykry

ć

 

ź

ródło owego złego wra

ż

enia, jakie na mnie wywarł. Był 

szczupły, przygarbiony, wzrostu około sze

ś

ciu stóp, miał na sobie 

obskurne granatowe ubranie, o na głowie mocno zniszczona golfow

ą

 

czapk

ę

. Miał około trzydziestu pi

ę

ciu lat, ale z powodu gł

ę

bokich 

bruzd po bokach szyi wygl

ą

dał na starszego, je

ś

li si

ę

 nie patrzyło na 

jego ponur

ą

, pozbawiona wyrazu twarz. Miał w

ą

sk

ą

 głow

ę

, wyłupiaste 

niebieskie oczy, niemal wodniste, które zdawały si

ę

 nigdy nie mruga

ć

płaski nos, cofni

ę

te czoło i podbródek oraz przedziwnie niezgrabne, 

jakby nie wykształcone uszy. Miał du

ż

e, grube wargi i pokryte g

ę

sto 

porami zszarzałe policzki, prawie pozbawione zarostu, tylko 
gdzieniegdzie wyrastały z nich k

ę

pki rzadkich, jasnych włosów; 

miejscami skóra jego była dziwnie chropawa, tak jakby złuszczała si

ę

 

z powodu jakiej

ś

 skórnej choroby. R

ę

ce miał du

ż

e, g

ę

sto usiane 

ż

yłami, o dziwnym szaroniebieskim zabarwieniu. Palce jego były 

zaskakuj

ą

co krótkie w stosunku do całej budowy ciała i najwyra

ź

niej 

podkurczał je, 

ż

eby ukry

ć

 w ogromnej dłoni. Kiedy tak szedł w stron

ę

 

autobusu, zauwa

ż

yłem, 

ż

e w jaki

ś

 szczególny sposób powłóczy nogami i 

ż

e ma niespotykanej wielko

ś

ci stopy. Nie mogłem si

ę

 nadziwi

ć

ż

zdołał kupi

ć

 buty. 

Wszystko było na nim wytłuszczone, a to jeszcze bardziej pot

ę

gowało 

moja odraz

ę

. Musiał chyba pracowa

ć

 albo bywa

ć

 cz

ę

sto w porcie, bo 

okropnie cuchn

ą

ł rybami, ale jaka obca krew płyn

ę

ła w jego 

ż

yłach, 

nie potrafiłem odgadn

ąć

. Nie wygl

ą

dał na Azjat

ę

, Polinezyjczyka, 

Lewanty

ń

czyka ani na typ negroidalny, ale rozumiałem, dlaczego ludzie 

uwa

ż

ali go za obcego. Ja jednak skłonny byłbym uwa

ż

a

ć

 go raczej za 

biologicznego degenerata ani

ż

eli obcego. 

Kiedy zorientowałem si

ę

ż

e b

ę

d

ę

 jedynym pasa

ż

erem w tym autobusie, 

nie było mi przyjemnie. Nie odpowiadało mi podró

ż

owanie wył

ą

cznie w 

towarzystwie tego kierowcy. Nadszedł jednak czas odjazdu, stłumiłem 
wi

ę

c niech

ęć

 i wsiadłem za tym człowiekiem wr

ę

czywszy mu banknot 

jednodolarowy i powiedziawszy jedno tylko słowo „Innsmouth". Spojrzał 
na mnie z zaciekawieniem wydaj

ą

c mi w milczeniu czterdzie

ś

ci centów 

reszty. Usiadłem po jego stronie, ale daleko, chciałem bowiem podczas 
jazdy patrze

ć

 na morze. 

Wreszcie ów zramolały wehikuł ruszył ze zgrzytem i piskiem i gło

ś

no 

turkoc

ą

c mijał stare budynki z cegły na Stale Street w g

ę

stej chmurze 

dymu dobywaj

ą

cego si

ę

 z rury wydechowej. Zauwa

ż

yłem, 

ż

e przechodnie 

na ulicy staraj

ą

 si

ę

 nie patrze

ć

 na autobus albo udaj

ą

ż

e nie 

patrz

ą

. Po chwili skr

ę

cili

ś

my w lewo na High Street, gdzie jezdnia 

była ju

ż

 gładsza; przemkn

ę

li

ś

my obok dostojnych starych rezydencji 

wczesno-republika

ń

skiego okresu i obok jeszcze starszych farm z 

okresu kolonialnego, min

ę

li

ś

my Lowel Green i Parker River, po czym 

wjechali

ś

my w długi, monotonny pas rozległego nadmorskiego obszaru. 

Dzie

ń

 był ciepły i słoneczny, jednak

ż

e piaszczysty teren, porosły 

turzyc

ą

 i karłowatymi drzewami, stawał si

ę

 coraz bardziej 

opustoszały. Z okna widziałem bł

ę

kitn

ą

 wod

ę

 i piaszczyste zarysy Plum 

Island, a wkrótce zjechali

ś

my prawie na sam brzeg pla

ż

y, gdy

ż

 nasza 

w

ą

ska droga zboczyła z głównej szosy prowadz

ą

cej do Rowley i Ipswich. 

Nie było tu ju

ż

 

ż

adnych domów, a stan drogi 

ś

wiadczył o bardzo 

niewielkim ruchu kołowym. Niskie, zniszczone wiatrem i deszczem słupy 
telefoniczne miały tylko dwie linie, a co pewien czas przeje

ż

d

ż

ali

ś

my 

przez sfatygowane drewniane mostki na małych rzeczkach, które wij

ą

si

ę

 płyn

ę

ły w gł

ą

b l

ą

du i pot

ę

gowały jeszcze wra

ż

enie pustki tego 

terenu. 

Gdzieniegdzie wyłaniały si

ę

 przed moimi oczami nagie kikuty i 

rozpadaj

ą

ce si

ę

 resztki fundamentów ponad ruchomymi piaskami, 

ś

wiadcz

ą

ce o dawnej tradycji, o jakiej wspomniano w ksi

ąż

ce historii, 

któr

ą

 czytałem, a mianowicie, 

ż

e niegdy

ś

 była to 

ż

yzna, g

ę

sto 

zaludniona kraina. Zmiana nast

ą

piła w okresie epidemii w Innsmouth w 

background image

1846 roku, a w

ś

ród mieszka

ń

ców panuje przekonanie, 

ż

e ma to zwi

ą

zek z 

jakimi

ś

 tajemniczymi złymi mocami. Na spustoszenie tego terenu 

wpłyn

ą

ł te

ż

 bezsensowny wyr

ą

b przybrze

ż

nych lasów, co pozbawiło 

ziemi

ę

 tak potrzebnej ochrony drzew i dało woln

ą

 drog

ę

 falom i 

piaskom przenoszonym wiatrem. 

Posuwaj

ą

c si

ę

 dalej stracili

ś

my z oczu Plum Island, a po lewej 

stronie roztoczył si

ę

 przed nami widok na rozległy Atlantyk. Nasza 

w

ą

ska droga zacz

ę

ta si

ę

 wspina

ć

 stromo, a mnie zacz

ą

ł ogarnia

ć

 dziwny 

niepokój, kiedy zobaczyłem przed sob

ą

 wysok

ą

 gra

ń

, na której nasza 

wy

ż

łobiona droga si

ę

gała nieba. Wydawało si

ę

ż

e autobus b

ę

dzie si

ę

 

tak wspina

ć

 coraz wy

ż

ej, pozostawi za sob

ą

 normaln

ą

 ziemi

ę

 i wzniesie 

si

ę

 w arkana wy

ż

szych warstw powietrza i tajemniczego nieba. Zapach 

morza był teraz prawie złowieszczy, a pochylone mocne plecy 
milcz

ą

cego kierowcy i jego w

ą

ska głowa z ka

ż

d

ą

 chwil

ą

 stawały si

ę

 dla 

mnie coraz bardziej nienawistne. Kiedy popatrzyłem uwa

ż

niej, 

przekonałem si

ę

ż

e tył jego głowy jest prawie tak samo pozbawiony 

włosów, jak i jego twarz, tylko par

ę

 

ż

ółtych k

ę

pek wyrasta mu na 

szarej, szorstkiej skórze. 

I tak wjechali

ś

my na gra

ń

, sk

ą

d roztoczył si

ę

 widok na rozległ

ą

 

dolin

ę

, gdzie rzeka Manuxet ł

ą

czyła si

ę

 z morzem na północ od 

długiego ła

ń

cucha wzgórz najg

ęś

ciej skupionych w Kingsport Head i 

skr

ę

caj

ą

cych w stron

ę

 Cape Ann. Na dalekim zamglonym horyzoncie 

zdołałem zauwa

ż

y

ć

 przyprawiaj

ą

cy o zawrót głowy zarys góry, a na niej 

tajemniczy stary dom, o którym kr

ąż

yło tak wiele legend; w tej chwili 

cał

ą

 moj

ą

 uwag

ę

 przykuwała bli

ż

sza panorama roztaczaj

ą

ca si

ę

 w dole. 

Zorientowałem si

ę

ż

e przede mn

ą

 jest ju

ż

 upiorne Innsmouth. 

Było to miasto rozległe i g

ę

sto zabudowane, ale ju

ż

 z daleka 

znamionował je złowieszczy brak 

ś

ladów 

ż

ycia. Z g

ę

stego skupiska 

kominów tylko gdzieniegdzie unosił si

ę

 kł

ę

bek dymu, a trzy wysokie 

wie

ż

e sterczały na tle morza nagie i nie pomalowane. Jedna z nich na 

szczycie si

ę

 rozpadała, a tu i ówdzie widniały czarne czelu

ś

cie, w 

których niegdy

ś

 były pewnie tarcze zegarów. Ogromn

ą

 ilo

ść

 obwisłych, 

spadzistych dachów i spiczastych kalenic najwyra

ź

niej toczyło 

robactwo, a kiedy zjechali

ś

my troch

ę

 ni

ż

ej, okazało si

ę

ż

e wi

ę

kszo

ść

 

dachów całkiem si

ę

 zapadła. Było tam tak

ż

e kilka du

ż

ych kwadratowych 

domów w stylu georgia

ń

skim z kopertowymi dachami, kopułami i tarasami 

otoczonymi 

ż

elazn

ą

 balustrad

ą

. Te znajdowały si

ę

 z dala od morza i 

niektóre zachowały si

ę

 jeszcze w całkiem niezłym stanie. Stamt

ą

ci

ą

gn

ę

ły si

ę

 w stron

ę

 l

ą

du nie u

ż

ywane teraz i zarosłem traw

ą

 szyny 

kolejowe z przechylonymi słupami telegraficznymi, pozbawionymi 
drutów, i na pół zatarte 

ś

lady starych dróg do Rowley i Ipswich. 

Najwi

ę

ksze zniszczenie dało si

ę

 zauwa

ż

y

ć

 tu

ż

 nad morzem, cho

ć

 w samym 

ś

rodku wypatrzyłem biał

ą

 wie

żę

 całkiem dobrze zachowanej budowli z 

cegieł, która wygadała jak mała fabryka. Przysta

ń

, z dawna zasypana 

piaskiem, otoczona była starym, kamiennym falochronem; na nim to 
zacz

ą

łem odró

ż

nia

ć

 małe figurki siedz

ą

cych rybaków, a na samym ko

ń

cu 

fundamenty stoj

ą

cej tu niegdy

ś

 latarni morskiej. Od wewn

ą

trz 

falochronu utworzył si

ę

 piaszczysty cypel, na nim za

ś

 spostrzegłem 

kilka przysiadłych chat, płaskodenne łodzie i porozrzucane wrzeci

ą

dze 

do łowienia homarów. Woda zdawała si

ę

 by

ć

 gł

ę

boka tylko tam, gdzie 

rzeka opływała fabryk

ę

 i skr

ę

cała na południe, by poł

ą

czy

ć

 si

ę

 z 

oceanem przy ko

ń

cu falochronu. 

Tu i ówdzie sterczały na brzegu ruiny przystani w zupełnym 
rozkładzie, który im dalej na południe, tym wi

ę

kszy przybierał 

zasi

ę

g. A w gł

ę

bi morza, mimo wysokiego przypływu, dostrzegłem dług

ą

 

czarn

ą

 lini

ę

, nieznacznie unosz

ą

c

ą

 si

ę

 nad powierzchni

ą

 wody, a 

kryj

ą

c

ą

 w sobie jakie

ś

 tajemne zło. Domy

ś

liłem si

ę

ż

e musi to by

ć

 

Diabelska Rafa. Kiedy tak na ni

ą

 patrzyłem, doznawałem mieszanych 

uczu

ć

; w swej ponuro

ś

ci była odpychaj

ą

ca, a jednocze

ś

nie w jaki

ś

 

background image

dziwny sposób zdawała si

ę

 do siebie przyci

ą

ga

ć

. Zdumiewaj

ą

ce, ale to 

drugie odczucie powodowało wi

ę

kszy niepokój. 

Nie spotkali

ś

my po drodze ani 

ż

ywej duszy, teraz jednak zacz

ę

li

ś

my 

mija

ć

 opuszczone farmy b

ę

d

ą

ce w ró

ż

nym stadium rozkładu. Potem 

zauwa

ż

yłem kilka zamieszkałych domów o potłuczonych szybach 

zasłoni

ę

tych ró

ż

nymi szmatami, a za

ś

miecone podwórka pełne były 

muszli i 

ś

ni

ę

tych ryb. Raz, a mo

ż

e dwa, dostrzegłem apatycznie 

wygl

ą

daj

ą

cych ludzi pracuj

ą

cych w pustych ogródkach albo wykopuj

ą

cych 

mi

ę

czaki na cuchn

ą

cej rybami pla

ż

y oraz grupki dzieci 

przypominaj

ą

cych małpy, które bawiły si

ę

 przy obro

ś

ni

ę

tych chwastami 

progach domów. Ci ludzie napawali wi

ę

kszym niepokojem ni

ż

 wszystkie 

ponure domostwa, bo prawie ka

ż

dy spo

ś

ród nich szokował albo wyrazem 

twarzy, albo sposobem poruszania si

ę

, co instynktownie budziło we 

mnie niech

ęć

, cho

ć

 nie potrafiłbym okre

ś

li

ć

 przyczyny takiego 

stosunku. Przez moment zdawało mi si

ę

ż

e charakterystyczna budowa 

ich ciała przypomina mi jak

ąś

 ilustracj

ę

 z ksi

ąż

ki ogl

ą

danej w chwili 

przera

ż

enia albo melancholii; ale to pseudo wspomnienie min

ę

ło bardzo 

szybko. 

W miar

ę

 jak autobus zje

ż

d

ż

ał coraz ni

ż

ej, w

ś

ród nienaturalnej ciszy 

zacz

ą

ł mnie dochodzi

ć

 monotonny szum wodospadu. Po obu stronach drogi 

pojawiały si

ę

 coraz g

ę

stsze skupiska pochylonych, nie pomalowanych 

domów, bardziej przypominaj

ą

cych miejsk

ą

 zabudow

ę

. Panorama przed 

nami ograniczała si

ę

 ju

ż

 teraz tylko do ulicznej scenerii, co pewien 

czas pojawiały si

ę

 

ś

lady dawnych chodników wykładanych kostk

ą

 lub 

cegł

ą

. Oczywi

ś

cie wszystkie domy ziały pustk

ą

, a od czasu do czasu 

pojawiały si

ę

 wyrwy, w których tylko rozpadaj

ą

ce si

ę

 kominy albo na 

wpół zawalone piwnice 

ś

wiadczyły o tym. 

ż

e niegdy

ś

 stały tu budynki. 

Wsz

ę

dzie natomiast dominował mdły zapach ryb, wprost nie do opisania. 

Wkrótce zacz

ę

li

ś

my mija

ć

 poprzeczne ulice i skrzy

ż

owania; ulice po 

lewej stronie prowadziły ku morzu, były niebrukowane i obskurne, 
natomiast biegn

ą

ce w prawo nosiły 

ś

lady minionej 

ś

wietno

ś

ci. Jak 

dot

ą

d jeszcze nie widziałem ani jednego człowieka w tym mie

ś

cie, ale 

zacz

ę

ły si

ę

 ju

ż

 pojawia

ć

 pojedyncze oznaki 

ż

ycia — gdzieniegdzie 

zasłoni

ę

te okna albo stoj

ą

ce na rogu mocno sfatygowane samochody. 

Bruk uliczny i chodniki wyłaniały si

ę

 coraz wyra

ź

niej, a wi

ę

kszo

ść

 

domów, cho

ć

 była stara — poł

ą

czenie cegły i drzewa z pocz

ą

tku 

dziewi

ę

tnastego wieku — nadawała si

ę

 jeszcze do zamieszkania. Z 

amatorstwa interesowałem si

ę

 wszystkim, co stare, i w tym bogactwie 

minionej, ale dobrze jeszcze zachowanej przeszło

ś

ci prawie przestałem 

reagowa

ć

 na obrzydliwy zapach ryb, opu

ś

ciło mnie te

ż

 poczucie 

zagro

ż

enia i odrazy. 

Nie było mi jednak s

ą

dzone dotrze

ć

 do celu bez dojmuj

ą

co przykrego 

doznania. Autobus podjechał do jakiego

ś

 skrzy

ż

owania albo ronda 

otoczonego z dwóch stron ko

ś

ciołami, po

ś

rodku którego znajdowały si

ę

 

błotniste resztki trawnika, przede mn

ą

 za

ś

, z prawej strony 

skrzy

ż

owania, wyłonił si

ę

 ogromny gmach z kolumnami. Niegdy

ś

 

pomalowany na biało, teraz był szary i obdrapany, a czarnozłote 
litery na frontonie tak wyblakły, 

ż

e z trudem zdołałem odczyta

ć

 napis 

„Ezoteryczny Porz

ą

dek Dagona". A wi

ę

c byt to dawny budynek 

wolnomularzy, przej

ę

ty teraz przez wyznawców nikczemnego kultu. Kiedy 

wyt

ęż

ałem wzrok, 

ż

eby odczyta

ć

 napis, uwag

ę

 moj

ą

 zwróciły jakie

ś

 

ochrypłe tony dzwonu, szybko wi

ę

c odwróciłem si

ę

, by wyjrze

ć

 przez 

okno, przy którym siedziałem. 

D

ź

wi

ę

k dochodził z kamiennego ko

ś

cioła z przysadzista wie

żą

pochodz

ą

cego ze znacznie pó

ź

niejszego okresu ni

ż

 wi

ę

kszo

ść

 

okolicznych domów, a zbudowanego w ci

ęż

kim gotyckim stylu z 

nieproporcjonalnie wysok

ą

 krypt

ą

 z okiennicami. Cho

ć

 zegar od tej 

strony, na któr

ą

 patrzyłem, pozbawiony był wskazówek, wiedziałem, 

ż

te ostre uderzenia dzwonu obwieszczaj

ą

 godzin

ę

 jedenast

ą

. Nagle 

background image

jednak wszelkie poczucie czasu zostało wymazane przez niesłychanie 
intensywnie napieraj

ą

cy obraz, który wywołał we mnie paniczny l

ę

k, 

nim jeszcze zdołałem poj

ąć

, co oznacza. Drzwi do krypty ko

ś

cioła były 

otwarte i ukazywały czarne, kwadratowe wn

ę

trze. Wtem przesun

ę

ła si

ę

 

tam, albo tak mi si

ę

 tylko zdawało, jaka

ś

 posta

ć

; w głowie za

ś

witała 

mi straszna my

ś

l o zmorze nocnej, co było bulwersuj

ą

ce, bo przecie

ż

 

pozbawione wszelkiego sensu. 

Był to obiekt 

ż

ywy — pierwszy poza kierowc

ą

, jaki napotkałem od 

chwili, gdy wjechali

ś

my w g

ę

sto zabudowan

ą

 cz

ęść

 miasta — i gdybym 

był w spokojniejszym stanie umysłu, nie wydałoby mi si

ę

 to tak 

przera

ż

aj

ą

ce. Jak sobie po chwili u

ś

wiadomiłem, musiał to by

ć

 

niew

ą

tpliwie kapłan; ubrany w jakie

ś

 niezwykle szaty, wprowadzone 

przez Porz

ą

dek Dagona, który zmodyfikował wszystkie miejscowe 

ko

ś

cioły. To, co najprawdopodobniej pod

ś

wiadomie uderzyło mnie ju

ż

 w 

pierwszej chwili i napełniło takim l

ę

kiem, to była wysoka tiara na 

jego głowie; identyczna jak ta, któr

ą

 pokazała mi panna Tilton 

poprzedniego wieczora. To zapewne ona podziałała na moj

ą

 wyobra

ź

ni

ę

 i 

nadała tak złowieszcze cechy niewyra

ź

nej twarzy i odzianej w dziwne 

szaty, powłócz

ą

cej nogami postaci. Wkrótce uznałem, 

ż

e nie ma sensu, 

aby jakie

ś

 rzekome wspomnienie zła wywołało we mnie a

ż

 taki wstrz

ą

s. 

Czy

ż

 nie było to naturalne, 

ż

e wyznawcy miejscowego tajemniczego 

kultu przej

ę

li w

ś

ród ró

ż

nych symboli to niezwykłe nakrycie głowy, 

dobrze znane tutejszej społeczno

ś

ci... mo

ż

e jako trofeum znalezionego 

skarbu? 

Teraz co pewien czas zacz

ę

li si

ę

 pojawia

ć

 na ulicy młodzi ludzie o 

odra

ż

aj

ą

cym wygl

ą

dzie — pojedynczo albo te

ż

 w milcz

ą

cych grupkach po 

dwie, trzy osoby. Na parterze poniektórych zniszczonych domów 
znajdowały si

ę

 małe sklepiki o zamazanych szyldach, tu i ówdzie 

dostrzegłem zaparkowane ci

ęż

arówki. Szum wodospadu dobiegał coraz 

wyra

ź

niej, wkrótce dostrzegłem do

ść

 gł

ę

bokie koryto rzeki, a nad ni

ą

 

szeroki, 

ż

elazny most, wychodz

ą

cy na du

ż

y, kwadratowy plac. Kiedy 

przeje

ż

d

ż

ali

ś

my z łoskotem przez most, rozejrzałem si

ę

 na wszystkie 

strony i dostrzegłem budynki fabryczne na porosłym traw

ą

 stromym 

brzegu rzeki. Poziom wody był bardzo wysoki, po prawej stronie, w 
górze rzeki, znajdowały si

ę

 dwa wartkie wodospady i co najmniej jeden 

z lewej, w dolnym biegu. Tutaj szum był ogłuszaj

ą

cy. Potoczyli

ś

my si

ę

 

na zaokr

ą

glony plac na drugim brzegu i podjechali

ś

my z prawej strony 

przed wysoki, uwie

ń

czony kopuł

ą

 budynek z resztkami 

ż

ółtej farby i 

pozacieranym napisem „Gilman House". 

Z przyjemno

ś

ci

ą

 wysiadłem i natychmiast udałem si

ę

 do obskurnego 

hotelu, aby zostawi

ć

 tam walizk

ę

. W hallu był tylko jeden pracownik — 

starszy m

ęż

czyzna, nie posiadaj

ą

cy wygl

ą

du „człowieka z Innsmouth" — 

któremu postanowiłem nie zadawa

ć

 

ż

adnych pyta

ń

 na interesuj

ą

ce mnie 

tematy, pami

ę

tałem, 

ż

e w tym wła

ś

nie hotelu działy si

ę

 dziwne rzeczy, 

wedle relacji kasjera ze stacji kolejowej. Wyszedłem zaraz na plac, z 
którego autobus ju

ż

 zd

ąż

ył odjecha

ć

, i przygl

ą

dałem si

ę

 wszystkiemu 

dokładnie i wnikliwie. 

Z jednej strony tego placu wyło

ż

onego kocimi łbami ci

ą

gn

ę

ła si

ę

 w 

prostej linii rzeka; z drugiej znajdowało si

ę

 półkole budynków z 

cegły o spadzistych dachach, zbudowanych najprawdopodobniej około 
tysi

ą

c osiemsetnego roku, sk

ą

d rozchodziło si

ę

 promieni

ś

cie kilka 

ulic na południowy wschód, południe i południowy zachód. Z rzadka 
stoj

ą

ce latarnie były raczej niskie, o słabym 

ś

wietle, Rad wi

ę

byłem, 

ż

e zaplanowałem odjazd przed zmrokiem, mimo 

ż

e zapowiadała si

ę

 

jasna, ksi

ęż

ycowa noc. Wszystkie budynki zachowały si

ę

 w dobrym 

stanie i miały kilka funkcjonuj

ą

cych sklepów; jeden z nich. 

spo

ż

ywczy, byt fili

ą

 znanej w całej Nowej Anglii firmy, poza tym 

znajdowała si

ę

 tam sm

ę

tna restauracja, drogeria i biuro centrali 

rybnej; na wschodnim kra

ń

cu, przy samej rzece, mie

ś

ciło si

ę

 biuro 

jedynego funkcjonuj

ą

cego przemysłu w mie

ś

cie — Towarzystwa 

background image

Rafineryjnego Marsha. Na ulicach spotkałem w sumie mo

ż

e dziesi

ę

ciu 

przechodniów, poza tym w ró

ż

nych miejscach stało kilka samochodów i 

ci

ęż

arówek. Nikt nie potrzebował mnie obja

ś

nia

ć

ż

e to jest centrum 

Innsmouth. Od wschodniej strony prze

ś

witywał niebieskimi barwami 

port, na tle którego wyrastały ruiny trzech, niegdy

ś

 pi

ę

knych wie

ż

yc, 

w georgia

ń

skim stylu. A w kierunku brzegu, po drugiej stronie rzeki, 

wznosiła si

ę

 biała wie

ż

a, która, jak wywnioskowałem, stanowiła cz

ęść

 

rafinerii Marsha. 

Trudno byłoby mi powiedzie

ć

, jakimi motywami si

ę

 kierowałem, ale na 

pierwszy plan wybrałem sklep spo

ż

ywczy, którego personel nie 

przypominał miejscowych ludzi, i tam postanowiłem si

ę

 czego

ś

 

dowiedzie

ć

. Zastałem tylko siedemnastoletniego chłopca, pracuj

ą

cego w 

charakterze subiekta, i przyjemnie mi si

ę

 zrobiło na widok jego 

o

ż

ywienia i uprzejmo

ś

ci, które obiecywały pogodn

ą

 gotowo

ść

 

informacji. Okazał si

ę

 bardzo rozmowny i wkrótce si

ę

 dowiedziałem, 

ż

nie podoba mu si

ę

 to miejsce, ma dosy

ć

 ci

ą

głego zapachu ryb i 

zagadkowych mieszka

ń

ców tego miasta. Rozmowa z ka

ż

dym przybyszem była 

dla niego ulg

ą

. Przyjechał tu z Arkham, zamieszkał u rodziny 

pochodz

ą

cej z Ipswich, a wyje

ż

d

ż

ał st

ą

d zawsze, gdy tylko miał wolne. 

Rodzina jego niech

ę

tnie akceptowała t

ę

 prac

ę

 w Innsmouth, ale firma 

go tu skierowała i nie chciał straci

ć

 posady. 

Powiedział, 

ż

e nie ma tu 

ż

adnej biblioteki ani 

ż

adnego biura podró

ż

y, 

ale zapewne poradz

ę

 sobie sam. Ulica, na której obecnie si

ę

 znajduj

ę

to Federal Street. Na zachód od niej znajduj

ą

 si

ę

 stare, elegantsze 

ulice — Broad, Washington, Lafayette i Adams — na wschód natomiast 
jest nadbrze

ż

na dzielnica slumsów. Tam wła

ś

nie, przy Main Street, 

spotkam stare ko

ś

cioły georgia

ń

skie, od dawna ju

ż

 nieczynne. Lepiej 

tam nie rzuca

ć

 si

ę

 zanadto w oczy, zwłaszcza na północ od rzeki, bo 

ludzie s

ą

 nastawieni wrogo i strasznie pos

ę

pni. Zdarzyło si

ę

 nie raz, 

ż

e obcy przybysz znikał tam na zawsze. Pewne miejsca w tamtej okolicy 

s

ą

 prawie zakazane, o czym przekonał si

ę

 na własnej skórze. Na 

przykład nie nale

ż

y przechadza

ć

 si

ę

 w pobli

ż

u rafinerii Marsha ani 

koło czynnych ko

ś

ciołów czy te

ż

 gmachu z filarami nale

żą

cego do 

Porz

ą

dku Dagona na New Church Green. S

ą

 to bardzo dziwne ko

ś

cioły — 

wszystkie gwałtownie zdezawuowane przez ich sekty posługuj

ą

ce si

ę

 

przedziwnym ceremoniałem i równie dziwnym strojem duchowie

ń

stwa. Jest 

to heretycka i jaka

ś

 tajemnicza wiara, charakteryzuj

ą

ca si

ę

 dziwnymi 

przejawami cudownych przeobra

ż

e

ń

 zmierzaj

ą

cych do nie

ś

miertelno

ś

ci 

ciała — w pewnym stopniu — na ziemi. Pastor — dr Wallace z Ashbury 
M.E. Ko

ś

cioła w Arkham — surowo przestrzegał tego młodego człowieka 

przed uczestniczeniem w obrz

ę

dach któregokolwiek ko

ś

cioła w 

Innsmouth. 

Je

ś

li chodzi o samych mieszka

ń

ców Innsmouth, to wła

ś

ciwie nie 

wiedział, co o nich my

ś

le

ć

. Rzadko i tylko ukradkiem pojawiali si

ę

 na 

ulicach, niczym zwierz

ę

ta 

ż

yj

ą

ce w norach, i nie miał poj

ę

cia, w jaki 

sposób sp

ę

dzaj

ą

 czas, kiedy nie łowi

ą

 ryb, a połowy te

ż

 odbywały si

ę

 

u nich bez 

ż

adnego planu. S

ą

dz

ą

c po ilo

ś

ci przemycanego alkoholu, 

przez wi

ę

ksz

ą

 cz

ęść

 dnia le

żą

 pewnie w alkoholowym zamroczeniu. 

Wszyscy zdaj

ą

 si

ę

 przynale

ż

e

ć

 do jakiej

ś

 wspólnoty, rozumiej

ą

 si

ę

 

nawzajem i pogardzaj

ą

 reszt

ą

 

ś

wiata, jak gdyby mieli dost

ę

p do 

innych, znacznie wy

ż

szych sfer istnienia. Ich wygl

ą

d — zwłaszcza 

tych, którzy maj

ą

 nieruchome i nigdy nie zamykaj

ą

ce si

ę

 oczy — jest 

ju

ż

 sam w sobie zaskakuj

ą

cy, a brzmienie ich głosu mocno odra

ż

aj

ą

ce. 

Okropne wra

ż

enie robi

ą

 ich 

ś

piewy w ko

ś

ciołach podczas nocy, a 

zwłaszcza w ich główne 

ś

wi

ę

ta przypadaj

ą

ce dwa razy do roku, 30 

kwietnia i 31 pa

ź

dziernika. 

S

ą

 miło

ś

nikami wody, pływaj

ą

 bardzo cz

ę

sto zarówno w rzece, jak i w 

morzu. Powszechne w

ś

ród nich s

ą

 wy

ś

cigi pływackie do Diabelskiej Rafy 

i ka

ż

dy, kogo tylko spotkamy na ulicy, wydaje si

ę

 by

ć

 zdolny do tego 

wyczerpuj

ą

cego sportu. Je

ś

li si

ę

 tak zastanowi

ć

, to wła

ś

ciwie tylko 

background image

młodych ludzi dostrzega si

ę

 na ulicy, a im starsi, tym ciemniejsz

ą

 

maj

ą

 skór

ę

. Zdarzaj

ą

 si

ę

 wyj

ą

tki, kiedy nie dostrzega si

ę

 odchyle

ń

 od 

normy, jak na przykład ów starszy ju

ż

 pracownik hotelu. 

Zastanawiaj

ą

ce, co dzieje si

ę

 ze starymi lud

ź

mi, a mo

ż

e „wygl

ą

typowy dla Innsmouth" to objawy dziwnej i zdradzieckiej choroby, 
które pot

ę

guj

ą

 si

ę

 w miar

ę

 upływaj

ą

cych lat? 

Tylko jaka

ś

 rzadko spotykana choroba mogła spowodowa

ć

 równie wielkie 

i zasadnicze zmiany anatomiczne u poszczególnych dorosłych osobników 
— zmiany w układzie kostnym, tak podstawowe jak kształt czaszki — ale 
znacznie bardziej zaskakuj

ą

ce i wprost niesłychane było pi

ę

tno tej 

choroby zaznaczaj

ą

ce si

ę

 w ogólnym wygl

ą

dzie. Trudno byłoby wyci

ą

gn

ąć

 

jakie

ś

 konkretne wnioski w tej sprawie, wyja

ś

nił młody sprzedawca, bo 

nie sposób pozna

ć

 bli

ż

ej tych ludzi, cho

ć

by si

ę

 nawet długo w

ś

ród 

nich mieszkało. 

Był przekonany, 

ż

e ludzie o gorszym wygl

ą

dzie ni

ż

 ci, których czasem 

spotyka si

ę

 na ulicach, przebywaj

ą

 zamkni

ę

ci w domach. Nieraz słycha

ć

 

jakie

ś

 dziwne odgłosy. Rozpadaj

ą

ce si

ę

 nadbrze

ż

ne rudery na północ od 

rzeki s

ą

 podobno poł

ą

czone ukrytymi lochami stanowi

ą

cymi istne 

siedlisko anormalnych zjawisk. Jaka obca krew — je

ż

eli tak jest 

istotnie — płynie w 

ż

yłach tych ludzi, trudno si

ę

 rozezna

ć

. Kiedy 

przedstawiciele rz

ą

dowi albo jacy

ś

 inni ludzie z zewn

ą

trz przybywaj

ą

 

do miasta, wtedy starannie ukrywaj

ą

 wszystkich, którzy wygl

ą

daj

ą

 

odra

ż

aj

ą

co. 

Nie ma sensu, obja

ś

niał mnie sprzedawca, pyta

ć

 tubylców o cokolwiek, 

co dotyczy miasta. Jedyny, który byłby tu skory do rozmowy, to 
s

ę

dziwy ju

ż

 człowiek o normalnym wygl

ą

dzie, mieszkaj

ą

cy w ubogim domu 

na północnym skraju miasta. Mo

ż

na go spotka

ć

 przy remizie 

stra

ż

ackiej, bo ci

ą

gle si

ę

 tam snuje. Ten starzec nazywa si

ę

 Zadok 

Allen, ma dziewi

ęć

dziesi

ą

t sze

ść

 lat i jest troch

ę

 stukni

ę

ty, a poza 

tym to najwi

ę

kszy w mie

ś

cie pijak. Jest dziwny i zagadkowy, ci

ą

gle 

ogl

ą

da si

ę

 przez rami

ę

, jakby si

ę

 czego

ś

 obawiał, a kiedy jest 

trze

ź

wy, za nic nie mo

ż

na go nakłoni

ć

 do rozmowy z obcymi. Nie 

potrafi si

ę

 jednak oprze

ć

 pokusie, je

ś

li kto

ś

 mu zaproponuje jego 

ulubiona trucizn

ę

, a pijany rozwija opowie

ść

 pełn

ą

 zdumiewaj

ą

cych 

wspomnie

ń

A jednak niewiele po

ż

ytecznych wiadomo

ś

ci mo

ż

na od niego uzyska

ć

; we 

wszystkich jego opowie

ś

ciach zna

ć

 szale

ń

stwo, s

ą

 to niepowi

ą

zane 

w

ą

tki na temat nieprawdopodobnych cudów i strasznych wydarze

ń

, które 

zrodzi

ć

 mogła tylko jego nieposkromiona fantazja. Nikt mu nigdy nie 

daje wiary, ale mieszka

ń

com Innsmouth nie podoba si

ę

ż

e tyle pije i 

rozmawia z obcymi: lepiej, aby nie widzieli, 

ż

e si

ę

 z nim rozmawia. 

To od niego najprawdopodobniej wywodz

ą

 si

ę

 wszystkie najbardziej 

niesamowite opowie

ś

ci. 

Kilku nietutejszych nieraz donosiło o jakich

ś

 strasznych zjawach, 

które im si

ę

 zdarzyło tu zauwa

ż

y

ć

, ale trudno si

ę

 dziwi

ć

ż

opowie

ś

ci starego Zadoka i widok zniekształconych tubylców wywoływały 

takie iluzje. Nikt spo

ś

ród niemiejscowych ludzi nie wychodzi na ulic

ę

 

wieczorem, bo, jak si

ę

 powszechnie uwa

ż

a, byłoby to przejawem braku 

rozs

ą

dku. A poza tym wszystkie ulice spowija złowieszczy mrok. 

Ilo

ść

 ryb jest tu wprost niewiarygodna, ale ludzie maj

ą

 z tego coraz 

mniejsze korzy

ś

ci. Ponadto ceny spadaj

ą

, a konkurencja ro

ś

nie. 

Najlepiej prosperuje oczywi

ś

cie rafineria, której przedstawicielstwo 

handlowe mie

ś

ci si

ę

 w pobli

ż

u, na placu. Starego Marsha nigdy si

ę

 nie 

widuje, czasami jednak je

ź

dzi do fabryki w zamkni

ę

tym samochodzie z 

zasłoni

ę

tymi oknami. 

O wygl

ą

dzie Marsha kr

ążą

 najrozmaitsze plotki. Dawniej był to wielki 

elegant i podobno jeszcze teraz nosi surdut z epoki edwardia

ń

skiej, 

background image

przystosowany do jego dziwnie zdeformowanego ciała. Przedtem jego 
synowie prowadzili biuro, ale od pewnego czasu nie pokazuj

ą

 si

ę

 ju

ż

 

publicznie i lwi

ą

 cz

ęść

 pracy przej

ę

ła młodsza generacja. Wygl

ą

synów, a tak

ż

e ich sióstr stal si

ę

 dziwny, zwłaszcza tych starszych, 

i podobno wszyscy jako

ś

 zapadaj

ą

 na zdrowiu. 

Jedna z córek Marsha jest odra

ż

aj

ą

co brzydka, przypomina jakiego

ś

 

gada, a nosi ogromn

ą

 ilo

ść

 przedziwnej bi

ż

uterii, podobnie 

egzotycznej jak widziana przeze mnie tiara. Młody sprzedawca widział 
tiar

ę

 kilka razy i słyszał, 

ż

e pochodzi z tajemnego łupu albo 

pirackiego, albo diabelskiego. Ksi

ęż

a czy te

ż

 kapłani — w gruncie 

rzeczy nie wiadomo, jak si

ę

 ich tutaj zwie — wszyscy nosz

ą

 tego 

rodzaju ozdob

ę

 na głowie, ale niestety niełatwo ich zobaczy

ć

. Innych 

egzemplarzy tej tiary młody człowiek nie widział, cho

ć

 podobno, wedle 

kr

ążą

cych wie

ś

ci, jest ich wiele w Innsmouth. 

Marshowie wraz z trzema innymi szlachetnie urodzonymi rodzinami — 
Waite'ami, Gilmanami i Eliotami — nie musz

ą

 ju

ż

 pracowa

ć

. Mieszkaj

ą

 w 

ogromnych domach na Washington Street i trzymaj

ą

 tam podobno w 

ukryciu swoich krewnych, którym ze wzgl

ę

dów osobistych nie wolno si

ę

 

pokazywa

ć

, ale wiadomo

ść

 o ich 

ś

mierci ogłaszaj

ą

 oficjalnie. 

Wiele napisów z nazwami ulic zostało zdj

ę

tych, w zwi

ą

zku z czym młody 

człowiek naszkicował mi szczegółowy plan najwa

ż

niejszych obiektów w 

mie

ś

cie. Stwierdziłem, 

ż

e b

ę

dzie mi ogromnie pomocny, i w

ś

ród 

serdecznych podzi

ę

kowa

ń

 schowałem go do kieszeni. Obskurna 

restauracja, któr

ą

 po drodze widziałem, nie wydała mi si

ę

 

zach

ę

caj

ą

ca, wobec tego kupiłem sobie na obiad serowe krakersy i 

imbirowe wafle. Postanowiłem obejrze

ć

 główne ulice, porozmawia

ć

 z 

lud

ź

mi przybyłymi do tego miasta, je

ż

eli takich po drodze napotkam, i 

wróci

ć

 autobusem do Arkham o ósmej wieczorem. Całe miasto było 

naznaczone rozkładem i ruin

ą

; nie miałem zainteresowa

ń

 

socjologicznych, postanowiłem wi

ę

c skupi

ć

 si

ę

 na zagadnieniach z 

zakresu architektury. 

I tak rozpocz

ą

łem moj

ą

 dokładn

ą

, ale jak

ż

e kłopotliw

ą

 w

ę

drówk

ę

 po 

Innsmouth, w

ą

skimi, do

ść

 mrocznymi uliczkami. Min

ą

łem most i 

skr

ę

ciłem w stron

ę

 szumi

ą

cego wodospadu w dolnym biegu rzeki, 

przeszedłem koło rafinerii Marsha, z której, dziwna rzecz, ale nie 
dochodziły odgłosy odbywaj

ą

cej si

ę

 tam pracy. Stała na kraw

ę

dzi 

stromego brzegu rzeki koło mostu, a skrzy

ż

owanie ulic, b

ę

d

ą

ce dawniej 

centrum miasta, zostało po Rewolucji zast

ą

pione placem miejskim 

istniej

ą

cym do dzisiaj. 

Min

ą

wszy w

ą

wóz przy mo

ś

cie na Main Street natkn

ą

łem si

ę

 na dzielnic

ę

 

tak wymarł

ą

ż

e przeszył mnie dreszcz przera

ż

enia. Skupisko zapadłych 

i rozsypuj

ą

cych si

ę

 dachów tworzyło fantastyczn

ą

, poszarpan

ą

 lini

ę

 

horyzontaln

ą

 na tle nieba, a ponad ni

ą

 wyrastała upiorna, 

ś

ci

ę

ta u 

góry wie

ż

a starego ko

ś

cioła. W kilku domach na Main Street kto

ś

 chyba 

mieszkał, ale wi

ę

kszo

ść

 była szczelnie zabita deskami. Na bocznych, 

pozbawionych chodników ulicach ujrzałem czarne czelu

ś

cie wybitych 

okien w pustych ruderach, z których wiele przechyliło si

ę

 gro

ź

nie na 

osuni

ę

tych fundamentach. Okna te wygl

ą

dały tak upiornie, 

ż

e trzeba 

było nie lada odwagi, aby i

ść

 dalej, w stron

ę

 parku. Strach, jaki 

budz

ą

 opustoszałe domy, pot

ę

guje si

ę

 raczej w post

ę

pie geometrycznym 

ni

ż

 arytmetycznym, jako 

ż

e domy mno

żą

 si

ę

 i tworz

ą

 kompletnie 

opustoszałe miasto. Na widok niesko

ń

czenie długich ulic 

ś

wiec

ą

cych 

obł

ę

dn

ą

 pustk

ą

 i 

ś

mierci

ą

 i na my

ś

l o ci

ą

gn

ą

cych si

ę

 bezkre

ś

nie, 

spowitych mrokiem mieszkaniach, które wypełniały tylko paj

ę

czyny i 

wspomnienia i nad którymi zawładn

ę

ło teraz robactwo, ogarniał 

człowieka l

ę

k i odraza, i chyba nawet najwymy

ś

lniejsza filozofia nie 

byłaby w stanie si

ę

 im oprze

ć

Fish Street była równie opustoszała jak Main Street, ró

ż

niła si

ę

 

background image

jednak tym, 

ż

e zbudowane z cegły i kamienia magazyny zachowały si

ę

 w 

doskonałym stanie. Water Street była podobna, z t

ą

 tylko ró

ż

nic

ą

ż

w tych miejscach, gdzie znajdowały si

ę

 kiedy

ś

 zabudowania portowe, 

teraz były puste dziury. Nigdzie nie spotkałem 

ż

ywej duszy, tylko na 

dalekim falochronie siedziało paru rybaków, nie słyszałem te

ż

 

ż

adnych 

odgłosów 

ż

ycia poza chlupotem fal w przystani i szumem wodospadu na 

rzece Manuxet. To miasto zaczynało mi coraz bardziej działa

ć

 na 

nerwy, co chwila ogl

ą

dałem si

ę

 ukradkiem za siebie przechodz

ą

c przez 

rozklekotany most na Water Street. Most na Fish Street, zgodnie z 
naszkicowanym planem, był w ruinie. 

Na północ od rzeki zna

ć

 było 

ś

lady n

ę

dznego 

ż

ycia — czynne pakownie 

ryb na Water Street, tu i ówdzie dymi

ą

ce kominy i połatane dachy, 

jakie

ś

 nieokre

ś

lone odgłosy, a gdzieniegdzie na ponurych 

niebrukowanych uliczkach powłócz

ą

cy nogami ludzie. Mimo to wydało mi 

si

ę

 tu jeszcze bardziej ponuro ni

ż

 w południowej, wymarłej dzielnicy 

miasta. Mo

ż

e dlatego, 

ż

e ludzie tutaj byli jeszcze bardziej 

tajemniczy i nienormalni ni

ż

 w centrum miasta; parokrotnie doznałem 

jakich

ś

 zupełnie fantastycznych skojarze

ń

, których nie potrafiłem 

umiejscowi

ć

. Wydawało si

ę

ż

e ci ludzie maj

ą

 wi

ę

ksza domieszk

ę

 obcej 

krwi ani

ż

eli mieszka

ń

cy 

ś

ródmie

ś

cia — chyba 

ż

e wygl

ą

d ,,ludzi z 

Innsmouth" miał rzeczywi

ś

cie podło

ż

e chorobowe, a nie był tylko 

przejawem obcej krwi: w takim razie w tej dzielnicy choroba była 
bardziej zaawansowana ni

ż

 gdzie indziej. Szczególnie zaniepokoiły 

mnie ledwo słyszalne odgłosy niewiadomego pochodzenia. Powinny 
dobywa

ć

 si

ę

 z zamieszkałych domów, o tymczasem najwyra

ź

niej 

dochodziły z domów, których fasady były zabite deskami. Tam rozlegało 
si

ę

 jakie

ś

 skrzypienie, bezładne przemykanie i chrobotanie: mimo woli 

pomy

ś

lałem o ukrytych tunelach, o których wspominał młody sprzedawca. 

Nagle zacz

ą

łem si

ę

 zastanawia

ć

, Jakie brzmienie ma głos tutejszych 

mieszka

ń

ców. Do tej pory nie słyszałem jeszcze rozmowy tych ludzi, 

ale w ko

ń

cu stwierdziłem, 

ż

e nie mam na to najmniejszej ochoty. 

Zatrzymałem si

ę

 troch

ę

 dłu

ż

ej na Main Street i Church Street, 

ż

eby 

popatrze

ć

 na dwa do

ść

 ładne, stare, zniszczone ko

ś

cioły i szybko 

opu

ś

ciłem t

ę

 dzielnic

ę

 n

ę

dznych slumsów nad brzegiem rzeki. Nast

ę

pne 

kroki powinienem był skierowa

ć

 na ulic

ę

 New Church Green, ale jako

ś

 

nie miałem ochoty znale

źć

 si

ę

 po raz drugi w pobli

ż

u ko

ś

cioła, w 

którego krypcie dostrzegłem t

ę

 przera

ż

aj

ą

c

ą

 posta

ć

 ksi

ę

dza czy te

ż

 

pastora z dziwnym diademem na głowie. Poza tym chłopiec ze 
spo

ż

ywczego sklepu przestrzegał mnie, 

ż

e w ko

ś

ciołach, a tak

ż

e w 

budynku Porz

ą

dku Dagona ludzie obcy nie s

ą

 mile widziani. 

Wobec tego posuwałem si

ę

 w kierunku północnym główn

ą

 ulica, po czym 

skr

ę

ciłem w gł

ą

b l

ą

du i znalazłem si

ę

 w zniszczonej dzielnicy 

zamo

ż

nego mieszcza

ń

stwa północnej cz

ęś

ci ulicy Broad, Washington, 

Lafayette i Adams, Cho

ć

 te wspaniałe stare aleje miały zł

ą

 

nawierzchni

ę

 i były zaniedbane, nie opu

ś

ciło ich jeszcze ocienione 

wie

ż

ami dostoje

ń

stwo. Rezydencje jedna za drug

ą

 przyci

ą

gały mój 

wzrok, wi

ę

kszo

ść

 z nich, po

ś

ród pustych dziedzi

ń

ców, była zniszczona 

i zabita deskami, ale na ka

ż

dej z tych ulic, w jednej albo dwóch 

rezydencjach, wida

ć

 było 

ś

lady 

ż

ycia. Na Washington Street stał rz

ą

odremontowanych domów, ze starannie utrzymanymi trawnikami i 
ogrodami. Najbardziej okazały — z kwiatowymi tarasami schodz

ą

cymi w 

dół a

ż

 do Lafayette Street — przynale

ż

ał zapewne do starego Marsha, 

chorego wła

ś

ciciela rafinerii. 

Wszystkie te ulice zupełnie pozbawione były 

ż

ycia, a ju

ż

 najbardziej 

zdumiewał mnie brak kotów i psów w Innsmouth. Z pewnym te

ż

 zdumieniem 

i niepokojem zauwa

ż

yłem, 

ż

e nawet w najlepiej utrzymanych 

rezydencjach wszystkie okna na drugich pi

ę

trach i facjatach były 

szczelnie zamkni

ę

te. Ukradkowo

ść

 i tajemniczo

ść

 władały tym 

milcz

ą

cym, wymarłym miastem, a jednocze

ś

nie przez cały czas nie 

mogłem si

ę

 pozby

ć

 uczucia, 

ż

e przebiegłe i nigdy nie zamykaj

ą

ce si

ę

 

background image

oczy 

ś

ledz

ą

 mnie zewsz

ą

d i czyhaj

ą

Dreszcz mn

ą

 wstrz

ą

sn

ą

ł, kiedy zegar na wie

ż

y po lewej stronie wybił 

godzin

ę

 trzecia. Zbyt dobrze pami

ę

tałem ten przysadzisty ko

ś

ciół, z 

którego dobiegały te d

ź

wi

ę

ki. Posuwaj

ą

c si

ę

 Washington Street w 

stron

ę

 rzeki znalazłem si

ę

 w innej zupełnie cz

ęś

ci dawnej dzielnicy 

przemysłowo-handlowej; były tam ruiny fabryki, a tak

ż

e stacji 

kolejowej oraz kryty wiadukt kolejowy nad w

ą

wozem znajduj

ą

cym si

ę

 po 

prawej stronie od miejsca, w którym stałem. 

Udałem si

ę

 w t

ę

 stron

ę

, jednak wiadukt okazał si

ę

 niepewny, 

zaopatrzony w znak ostrzegawczy, ale podj

ą

łem ryzyko i przeszedłem na 

południowy brzeg rzeki, gdzie znowu odnalazłem 

ś

lady 

ż

ycia. 

Tajemnicze, powłócz

ą

ce nogami istoty spogl

ą

dały ukradkiem w moj

ą

 

stron

ę

, natomiast ludzie o twarzach normalnych patrzyli na mnie zimno 

i z ciekawo

ś

ci

ą

. Innsmouth stało si

ę

 Ju

ż

 nie do zniesienia, udałem 

si

ę

 wi

ę

c Paine Street w stron

ę

 placu w nadziei, 

ż

e znajd

ę

 tam jaki

ś

 

pojazd, którym wróc

ę

 do Arkham, i nie b

ę

d

ę

 ju

ż

 czekał na ten 

złowieszczy autobus, gdy

ż

 jego pora odjazdu wydała mi si

ę

 zbyt 

odległa. 

Wtedy to wła

ś

nie dostrzegłem chyl

ą

c

ą

 si

ę

 ju

ż

 ku ruinie remiz

ę

 

stra

ż

acka, a w jej pobli

ż

u starego człowieka o czerwonej twarzy, 

zmierzwionej brodzie i załzawionych oczach, ubranego w łachmany, 
który siedział na ławce i rozmawiał z dwoma stra

ż

akami, wygl

ą

daj

ą

cymi 

co prawda normalnie, ale bardzo niechlujnie. Był to niew

ą

tpliwie 

Zadok Allen, ten zwariowany, zapijaczony 
dziewi

ęć

dziesi

ę

ciosze

ś

cioletni starzec, którego opowie

ś

ci o Innsmouth 

i jego tajemniczych losach były tak niewiarygodne i koszmarne. 

III 

Musiał to chyba sprawi

ć

 jaki

ś

 przewrotny chochlik albo jakie

ś

 

sardoniczne przyci

ą

ganie niepoj

ę

tych, tajemniczych sił, 

ż

e zmieniłem 

plany. Postanowiłem przecie

ż

 ograniczy

ć

 swoje obserwacje wył

ą

cznie do 

architektury i szedłem spiesznie w kierunku placu, aby znale

źć

 tam 

jaki

ś

 

ś

rodek lokomocji i wydosta

ć

 si

ę

 z tego miasta rozkładu i 

ś

mierci, ale widok starego Zadoka Allena skierował moje my

ś

li gdzie 

indziej i z pewnym wahaniem zwolniłem kroku. 

Wiedziałem, 

ż

e ten stary człowiek opowiada tylko tajemnicze, 

chaotyczne i niewiarygodne legendy, zostałem te

ż

 ostrze

ż

ony, 

ż

tutejsi ludzie nie lubi

ą

, aby z nim rozmawia

ć

ż

e jest to nawet 

niebezpieczne, ale to, 

ż

e ten wiekowy 

ś

wiadek zaniku miasta, a 

pami

ę

taj

ą

cy jeszcze najdawniejsze lata, kiedy przypływały tu statki i 

pracowały fabryki, działał z tak przyci

ą

gaj

ą

c

ą

 sił

ą

, mimo du

ż

ej dozy 

rozs

ą

dku nie mogłem si

ę

 temu oprze

ć

. Przecie

ż

 najdziwaczniejsze i 

najbardziej niewiarygodne mity s

ą

 cz

ę

sto symbolem lub alegori

ą

 

opieraj

ą

c

ą

 si

ę

 na prawdzie, a stary Zadok mógł widzie

ć

 to wszystko, 

co toczyło Innsmouth przez dziewi

ęć

dziesi

ą

t lat. Ciekawo

ść

 okazała 

si

ę

 silniejsza ni

ż

 ostro

ż

no

ść

 i w młodzie

ń

czym egotyzmie wyobraziłem 

sobie, 

ż

e dotr

ę

 do samego zal

ąż

ka historii dzi

ę

ki bezładnej, 

niezwykłej opowie

ś

ci, do jakiej pobudz

ę

 go za pomoc

ą

 whisky. 

Zdawałem sobie spraw

ę

ż

e tam go zagadn

ąć

 nie mog

ę

, bo stra

ż

acy 

natychmiast to zauwa

żą

 i zaoponuj

ą

. Postanowiłem wi

ę

c zdoby

ć

 

pochodz

ą

cy z przemytu alkohol w miejscu wskazanym przez młodego 

sprzedawc

ę

 ze sklepu spo

ż

ywczego; powiedział, 

ż

e mo

ż

na go tam kupi

ć

 w 

dowolnej ilo

ś

ci. Potem przejd

ę

 si

ę

 koło remizy i niby przypadkowo 

natkn

ę

 si

ę

 na Zadoka, kiedy ten zacznie swoj

ą

 zwykł

ą

 włócz

ę

g

ę

Wiedziałem przecie

ż

ż

e Zadok jest bardzo niespokojny, 

ż

e cz

ę

sto 

kr

ąż

y przy remizie stra

ż

ackiej przez par

ę

 godzin. 

background image

Butelk

ę

 whisky zdobyłem bez trudu, cho

ć

 wcale nie tanio, na tyłach 

obskurnego wielobran

ż

owego sklepu tu

ż

 koło placu na Eliot Street. 

Brudny facet, którego tam zastałem, nosił 

ś

lady ,,człowieka z 

Innsmouth", ale na swój sposób był uprzejmy; był pewnie 
przyzwyczajony do takiego obyczaju obcych przybyszów — kierowców 
ci

ęż

arówek, ludzi, którzy kupowali tu złoto, i temu podobnych — od 

czasu do czasu pojawiaj

ą

cych si

ę

 w mie

ś

cie. Znalazłszy si

ę

 z powrotem 

na placu stwierdziłem, 

ż

e szcz

ęś

cie mi dopisuje, ledwo bowiem 

wyszedłem za róg Gilman House, ujrzałem wysok

ą

, chud

ą

, obszarpan

ą

 

posta

ć

 Zadoka Allena. Zgodnie z powzi

ę

tym planem przyci

ą

gn

ą

łem jego 

uwag

ę

 wymachuj

ą

c dopiero co zakupion

ą

 butelk

ą

. Wkrótce przekonałem 

si

ę

ż

e pod

ąż

a za mn

ą

, ja za

ś

 skr

ę

ciłem w Waite Street, w stron

ę

 

dzielnicy najbardziej ze wszystkich opustoszałej. 

Posługuj

ą

c si

ę

 planem narysowanym przez chłopca zmierzałem w stron

ę

 

bezludnego, południowego brzegu rzeki, który ju

ż

 przedtem zwiedziłem. 

Tylko na odległym falochronie wida

ć

 było paru rybaków; a posun

ą

wszy 

si

ę

 jeszcze dalej na południe, mogłem ju

ż

 by

ć

 poza zasi

ę

giem ich 

wzroku, usi

ąść

 wraz z Zadokiem w pustej przystani i przez nikogo nie 

obserwowany wypytywa

ć

 go przez czas nieokre

ś

lony. Nim zd

ąż

yłem doj

ść

 

do Main Street, dobiegło mnie z tyłu ciche i 

ś

wiszcz

ą

ce wołanie: — 

Hej, panie! — Pozwoliłem mu zbli

ż

y

ć

 si

ę

 do siebie i poci

ą

gn

ąć

 par

ę

 

łyków z butelki. 

Kiedy tak szli

ś

my po

ś

ród wszechobecnego spustoszenia i zrujnowanych w 

obł

ę

dny sposób domów, nastawiłem uszy, ale stary człowiek nie był 

jeszcze skory do rozmowy. Wreszcie pomi

ę

dzy rozpadaj

ą

cymi si

ę

 murami 

z cegły ujrzałem rozległy pia

ć

 poro

ś

ni

ę

ty traw

ą

, a ci

ą

gn

ą

cy si

ę

 w 

stron

ę

 morza, i dług

ą

, mocno zachwaszczon

ą

 przysta

ń

. Kamienne słupy 

nad wod

ą

, poro

ś

ni

ę

te mchem, obiecywały wygodne miejsce do siedzenia, 

a dzi

ę

ki ruinom magazynów, znajduj

ą

cych si

ę

 na północy, mogli

ś

my by

ć

 

niewidoczni. Tutaj, pomy

ś

lałem, b

ę

dzie idealne miejsce na dług

ą

sekretn

ą

 pogaw

ę

dk

ę

; tak wi

ę

c poprowadziłem mego współtowarzysza 

ś

cie

ż

k

ą

 w dół i wybrałem dogodne miejsce do siedzenia po

ś

ród 

omszałych kamieni. Powietrze, przesi

ą

kni

ę

te 

ś

mierci

ą

 i spustoszeniem, 

było upiorne, a zapach ryb wprost nie do zniesienia; postanowiłem 
jednak, 

ż

e nic mnie nie mo

ż

e odstraszy

ć

Zostało mi około czterech godzin na rozmow

ę

, bowiem autobus do Arkham 

odje

ż

d

ż

ał o ósmej. Zacz

ą

łem wi

ę

c dozowa

ć

 alkohol staremu pijaczynie, 

a sam pochłania

ć

 skromny posiłek. Starałem si

ę

 tak dozowa

ć

ż

eby nie 

przeci

ą

gn

ąć

 miary, nie chciałem bowiem, aby gadulstwo pod wpływem 

upojenia alkoholem przeszło w zamroczenie. Po upływie godziny nie był 
ju

ż

 tak milcz

ą

cy, ale ku memu rozczarowaniu wci

ąż

 jeszcze omijał moje 

pytania na temat Innsmouth i tajemnej przeszło

ś

ci tego miasta. 

Mamrotał có

ż

 o obecnej sytuacji, wykazywał znajomo

ść

 licznych gazet, 

zdradzał skłonno

ść

 do filozofowania w wiejskim, moralizatorskim 

stylu. 

Pod koniec drugiej godziny zacz

ą

łem mie

ć

 w

ą

tpliwo

ś

ci, czy butelka 

whisky wystarczy, i zastanawiałem si

ę

, czy nie zostawi

ć

 na chwil

ę

 

Zadoka i nie pój

ść

 po nast

ę

pn

ą

. Wtedy wła

ś

nie nadarzyła si

ę

 okazja, 

której nie były w stanie stworzy

ć

 moje pytania; usłyszawszy 

charcz

ą

c

ą

, bezładn

ą

 mow

ę

 starego człowieka pochyliłem si

ę

 do przodu i 

zacz

ą

łem si

ę

 wsłuchiwa

ć

 z napi

ę

t

ą

 uwag

ą

. Siedziałem tyłem do morza 

cuchn

ą

cego rybami, on za

ś

 siedział frontem i nagle, ni st

ą

d, ni 

zow

ą

d, jego wzrok pow

ę

drował ku nisko poło

ż

onej odległej linii 

Diabelskiej Rafy, wyłaniaj

ą

cej si

ę

 wyra

ź

nie i wprost fascynuj

ą

co 

spo

ś

ród fal. Widok ten najwyra

ź

niej mu si

ę

 nie podobał, bo zacz

ą

ł 

sypa

ć

 przekle

ń

stwami, a nast

ę

pnie szepta

ć

 co

ś

 tajemniczym głosem i 

ukradkowo rozgl

ą

da

ć

 si

ę

 na wszystkie strony. Pochylił si

ę

 ku mnie, 

chwycił gwałtownie za poł

ę

 płaszcza i zacz

ą

ł robi

ć

 uwagi, nie budz

ą

ce 

w

ą

tpliwo

ś

ci. 

background image

— Tam si

ę

 to wszystko zacz

ę

ło... to przekl

ę

te miejsce, gdzie zaczyna 

si

ę

 gł

ę

boka woda. Brama do piekieł... 

ż

adna linia sondy nie si

ę

gnie. 

O. kapitan Obed to zrobił... to on znalazł wi

ę

cej, ni

ż

 trzeba, ni

ż

 

było dobre dla niego na wyspach Morza Południowego. 

Wtedy wszystkim 

ź

le si

ę

 działo. Handel upadł, fabryki przestały si

ę

 

opłaca

ć

... nawet te nowe... a najlepsi z naszych ludzi zgin

ę

li na 

statkach korsarskich w wojnie 1812 roku albo zgin

ę

li na brygu 

„Elizy" i płaskodennej łodzi „Ranger" — własno

ść

 Gilmana. Obed Marsh 

miał trzy pływaj

ą

ce statki — brygantyn

ę

 „Columby", bryg „Hetty" i 

bark

ę

 „Królowa Sumatry". On jeden prowadził handel z Indiami 

Wschodnimi i na Pacyfiku, cho

ć

 barkentyna „Malajska Młoda Panna" 

Esdrasa Martina jeszcze w dwudziestym ósmym ryzykowała. 

Nie było drugiego takiego jak kapitan Obed — to diabelskie nasienie! 
H

ę

 h

ę

! Pami

ę

tam ró

ż

ne rzeczy, mówił, 

ż

e wszyscy ludzie, co chodz

ą

 do 

ko

ś

cioła chrze

ś

cija

ń

skiego, s

ą

 głupi, 

ż

e znosz

ą

 trudy i s

ą

 pokorni. 

Mówił, 

ż

e powinni mie

ć

 innych bogów, jak ludzie w Indiach, takich 

bogów, co daj

ą

 du

ż

o ryb za ich ofiary i odpowiadaj

ą

 na modlitwy 

ludzi. 

Matt Eliot, jego pierwszy oficer, te

ż

 mówił du

ż

o, tylko 

ż

e był 

przeciw ludziom, co robili poga

ń

skie rzeczy. Opowiadał o wyspie na 

wschód od Othaheite, gdzie s

ą

 kamienne ruiny, starsze ni

ż

 wszystko na 

ś

wiecie, i 

ż

e podobne s

ą

 na Ponape, na Karolinach, ale z 

wyrze

ź

bionymi twarzami, które wygl

ą

daj

ą

 jak te wielkie postacie na 

Wschodniej Wyspie. Niedaleko była mała wulkaniczna wyspa, gdzie były 
inne ruiny — wszystkie tak zniszczone, jakby stały przedtem pod wod

ą

i z obrazkami strasznych potworów. 

Tak, panie, Matt mówił, 

ż

e mieli tam du

ż

o ryb do łapania i 

ś

mieszne 

bransolety i naramienniki, i pier

ś

cienie na głowie zrobione z 

dziwnego złota, pokryte obrazkami potworów takich jak na ruinach na 
małej wyspie — co

ś

 jakby ryby podobne do 

ż

ab albo 

ż

aby podobne do 

ryb, a wszystkie narysowane w ró

ż

nych pozach, jakby to byli ludzie. 

Nikt od nich nie mógł wydoby

ć

, sk

ą

d to wzi

ę

li, a wszystkie inne ludy 

dziwiły si

ę

, jak oni potrafi

ą

 łowi

ć

 tyle ryb, kiedy wsz

ę

dzie jest 

mało. Matt te

ż

 si

ę

 dziwił i kapitan Obed te

ż

. Obed jeszcze zauwa

ż

ył, 

ż

e ró

ż

ni młodzi ludzie znikaj

ą

 tam co roku na zawsze. Zauwa

ż

ył te

ż

ż

e wszyscy tam wydaj

ą

 si

ę

 dziwni nawet Kanakom. 

Udało si

ę

 Obedowi wydosta

ć

 prawd

ę

 od tych pogan. Nie wiem, jak to 

zrobił, ale zacz

ą

ł kupowa

ć

 od nich te rzeczy jakby ze złota. Pytał, 

sk

ą

d je maj

ą

 i czy mog

ą

 mie

ć

 wi

ę

cej, a

ż

 w ko

ń

cu dowiedział si

ę

 

wszystkiego od ich starego wodza — Walakea, tak go nazywali. Nikt, 
tylko Obed mógł uwierzy

ć

 staremu diabłowi, ale kapitan mógł 

odczytywa

ć

 tych ludzi, jakby z ksi

ąż

ek. H

ę

 h

ę

! Nikt nie wierzy mi 

teraz, kiedy mówi

ę

, i pan te

ż

 chyba nie wierzy, młody człowieku, cho

ć

 

jak si

ę

 na pana popatrzy, ma pan takie same bystre oczy jak Obed. 

Szept starego człowieka jeszcze bardziej przycichł i stał si

ę

 tak 

złowieszczy, 

ż

e a

ż

 dreszcz mnie przeszedł, cho

ć

 przecie

ż

 wiedziałem, 

ż

e jego opowie

ść

 jest tylko wytworem fantazji pijaka. 

— Tak, panie. Obed wiedział, 

ż

e s

ą

 rzeczy na ziemi, o jakich ludzie 

nigdy nie słyszeli i nie uwierzyliby, jakby usłyszeli. Zdaje si

ę

ż

ci Kanakowie składali w ofierze uda młodych chłopców i dziewczyn 
jakim

ś

 bogom, co 

ż

yj

ą

 pod morzem, i dostawali za to od nich wszystko, 

o co poprosili. Spotykali si

ę

 z nimi na malej wyspie z dziwnymi 

ruinami i chyba te okropne obrazki z 

ż

abo-rybimi potworami były 

odbiciem tych bogów, jakich tam spotykali. Były to chyba takie 
stwory, jak syreny, o których opowiadało. Mieli ró

ż

ne miasta na dnie 

morza, a ta wyspa stamt

ą

d si

ę

 wysun

ę

ła. Podobno były jeszcze jakie

ś

 

ż

ywe stwory w kamiennych budowlach, jak si

ę

 wyspa wyłoniła na 

background image

powierzchni

ę

. St

ą

d Kanakowie wiedz

ą

ż

e była przedtem na dnie. 

Rozmawiali na migi i od razu nawi

ą

zali z nimi interes. 

Te istoty lubi

ą

 ofiary z ludzi. Ju

ż

 bardzo dawno je dostawały, ale 

potem straciły kontakt ze 

ś

wiatem. Co robi

ą

 z tymi ofiarami, tego to 

ja nie wiem i chyba Obed te

ż

 nie miał odwagi spyta

ć

. Ale odpowiadało 

to poganom, bo przyszły na nich ci

ęż

kie czasy i w rozpaczy szli na 

wszystko. Oddaj

ą

 pewn

ą

 ilo

ść

 młodych ludzi tym morskim potworom dwa 

razy do roku... w maju i na Wszystkich 

Ś

wi

ę

tych... regularnie. Te 

potwory zgodziły si

ę

 da

ć

 za to du

ż

o ryb... 

ś

ci

ą

gaj

ą

 je z całego 

morza... i jeszcze jakie

ś

 rzeczy ze złota co jaki

ś

 czas. 

Jak mówi

ę

, ludzie spotykali te potwory na małej wulkanicznej 

wyspie... popłyn

ę

li tam na łodziach ze swoimi ofiarami i przywie

ź

li 

ż

ne skarby niby ze złota. Z pocz

ą

tku te potwory nigdy nie 

przybywały na główn

ą

 wysp

ę

, ale potem i tam si

ę

 zjawiły. Chyba 

chciały si

ę

 spotyka

ć

 z lud

ź

mi i w wielkie dni zacz

ę

ły si

ę

 przył

ą

cza

ć

 

do 

ś

wi

ę

towania — w 

Ś

wi

ę

to Majowe i we Wszystkich 

Ś

wi

ę

tych. Bo wie 

pan, one mog

ą

 

ż

y

ć

 w wodzie i na powietrzu... chyba to si

ę

 nazywa 

amfibia. Kanakowie powiedzieli, 

ż

e ludzie z innych wysp mogliby ich 

wyłapa

ć

, jakby si

ę

 o nich dowiedzieli, ale oni powiedzieli na to, 

ż

si

ę

 nie boj

ą

, bo oni by mogli zniszczy

ć

 wszystkich ludzi, gdyby 

chcieli... gdyby zastosowali takie znaki, jak dawne Stare Bóstwa, nie 
wiem jakie. Ale nie chc

ą

 i chowaj

ą

 si

ę

 w wodzie, gdy kto

ś

 pojawi si

ę

 

na wyspie. 

Je

ś

li chodzi o ł

ą

czenie si

ę

 z tymi 

ż

abo-rybami, to Kanakowie tego 

unikali, ale potem dowiedzieli si

ę

 czego

ś

, co nadało temu inny sens. 

Wydaje si

ę

ż

e ludzie s

ą

 jako

ś

 pokrewni tym wodnym bestiom, ze 

wszystko, co 

ż

ywe, pochodzi spod wody i wystarczy tylko troch

ę

 co

ś

 

zmieni

ć

, a mog

ą

 tam wróci

ć

. Te potwory powiedziały Kanakom, 

ż

e jak 

wymiesza

ć

 krew, to dzieci z pocz

ą

tku b

ę

d

ą

 wygl

ą

da

ć

 całkiem jak 

ludzie, dopiero pó

ź

niej b

ę

d

ą

 si

ę

 zmienia

ć

 jak one, a

ż

 w ko

ń

cu 

przenios

ą

 si

ę

 do wody i przył

ą

cz

ą

 do nich tam w dole. A co wa

ż

ne, 

młody człowieku, to jak ju

ż

 stan

ą

 si

ę

 ryb

ą

 i pójd

ą

 w wod

ę

, nigdy nie 

umieraj

ą

. Bo te potwory nigdy nie umieraj

ą

, chyba 

ż

e je kto

ś

 zabije. 

I tak, panie, jak Obed poznał tych wyspiarzy, mieli w sobie ju

ż

 du

ż

krwi tych potworów spod wody. Jak si

ę

 starzeli i było to ju

ż

 wida

ć

siedzieli w ukryciu, dopóki nie poczuli, 

ż

e chc

ą

 i

ść

 do wody. Jedni 

zmieniali si

ę

 szybciej, a inni nigdy nie zmieniali si

ę

 tak, 

ż

eby i

ść

 

do wody, ale przewa

ż

nie si

ę

 zmieniali, tak przynajmniej te potwory 

mówiły. Ci, co si

ę

 rodzili bardziej do nich podobni, zmieniali si

ę

 

wcze

ś

niej, a ci, co bardziej byli podobni do ludzi, podobno 

ż

yli na 

wyspie wi

ę

cej ni

ż

 siedemdziesi

ą

t lat, chocia

ż

 wypuszczali si

ę

 gł

ę

boko 

w wod

ę

ż

eby spróbowa

ć

. Ci, co ju

ż

 weszli pod wod

ę

, zwykle przychodz

ą

 

w odwiedziny, tak 

ż

e człowiek mo

ż

e rozmawia

ć

 ze swoim 

prapraprapradziadem, co opu

ś

cił ziemi

ę

 pi

ęć

set albo wi

ę

cej lat temu. 

Wszyscy oni ju

ż

 nie my

ś

l

ą

 wcale o 

ś

mierci — chyba 

ż

e gin

ą

 na łodziach 

w wojnie z innymi wyspiarzami albo jako ofiary dla bogów na dnie 
morza, albo od uk

ą

szenia w

ęż

a, plagi, albo jakich

ś

 nagłych 

dolegliwo

ś

ci czy czego

ś

 innego, nim zd

ążą

 skoczy

ć

 w wod

ę

 — tylko 

czekaj

ą

 na zmian

ę

, co wcale nie wydaje im si

ę

 straszne. Uwa

ż

ali, 

ż

to, co b

ę

dzie potem, b

ę

dzie tak samo dobre, jak to, co zostawi

ą

, i 

chyba Obed te

ż

 tak pomy

ś

lał, jak si

ę

 zastanowił nad tym, co Walakea 

mu opowiedział. Walakea jako jeden z niewielu nie miał w sobie rybiej 
krwi, był z linii królów, którzy si

ę

 ł

ą

czyli tylko z rodzinami królów 

na innych wyspach. 

Walakea pokazał Obedowi ró

ż

ne obrz

ę

dy i 

ś

piewy, jakie dokonywali 

razem ze stworami z morza, i pokazał mu niektórych ludzi we wsi, jak 
zmieniali ludzkie kształty. Tylko 

ż

e nigdy nie pokazał tych, co 

wyszli prosto z morza. Na koniec dał mu co

ś

, co było zrobione z 

background image

ołowiu czy czego

ś

 innego, i powiedział, 

ż

e to 

ś

ci

ą

ga ryby z ka

ż

dego 

miejsca w wodzie, gdzie ryby si

ę

 gnie

ż

d

żą

. Trzeba to tylko wrzuci

ć

 w 

wod

ę

 i odprawi

ć

 odpowiednie modły. Walakea pozwolił, 

ż

eby to 

rozrzuci

ć

 po całym 

ś

wiecie, tak 

ż

eby ka

ż

dy mógł znale

źć

 ryby i łowi

ć

jak b

ę

dzie potrzebował. 

Matowi to si

ę

 nie podobało i mówił, 

ż

eby si

ę

 Obed trzymał od wyspy z 

daleka. Ale Obed si

ę

 tam wyrywał, a jak si

ę

 okazało, 

ż

e te złote 

rzeczy s

ą

 tanie, uznał, 

ż

e opłaca mu si

ę

 tym zaj

ąć

, i tak trwało to 

przez par

ę

 lat, a

ż

 tyle nagromadził, 

ż

e mógł zało

ż

y

ć

 rafineri

ę

 w 

starym, zniszczonym młynie Waite'a. Nie sprzedawał tego, bo nie 
chciał, 

ż

eby ludzie go wypytywali. Jego cała załoga dostawała kawałki 

złota i mogła je sprzedawa

ć

, tylko wszyscy musieli obieca

ć

ż

e b

ę

d

ą

 

milcze

ć

. Pozwolił te

ż

 swoim kobietom stroi

ć

 si

ę

 w złoto, takie, co 

bardziej pasowało do ludzi. 

Ale wró

ć

my do trzydziestego ósmego roku — miałem wtedy siedem lat — 

kiedy to Obed zobaczył, 

ż

e wszyscy ludzie z wyspy wygin

ę

li w 

wyprawach morskich. Chyba inni wyspiarze poj

ę

li, co si

ę

 dzieje, i 

wzi

ę

li wszystko w swoje r

ę

ce. Pewnie znali stare, magiczne znaki, a 

tych tylko te stwory wodne si

ę

 bały, jak same mówiły. Co tym Kanakom 

przypadnie jeszcze, kiedy morze wyrzuci z siebie jak

ąś

 wysp

ę

 ze 

starymi ruinami, jeszcze sprzed potopu. Były to pobo

ż

ne intencje — 

nie zostawili nic na wyspie ani na małej wulkanicznej wyspie, tylko 
te ruiny, zbyt pot

ęż

ne, 

ż

eby je zburzy

ć

. W niektórych miejscach były 

rozrzucone małe kamienie — jak zabawki — a na nich co

ś

, co nazywacie 

chyba swastyk

ą

. Mo

ż

e to były znaki Starych Bóstw? Wszystko to 

wymazali, nie zostało 

ś

ladu po złotych rzeczach, a 

ż

aden z Kanaków w 

okolicy nie pi

ś

nie o tym słowa. Nawet nie powiedz

ą

ż

e na wyspie byli 

kiedy

ś

 jacy

ś

 ludzie. 

To, oczywi

ś

cie, mocno dotkn

ę

ło Obeda, bo urwał mu si

ę

 taki wspaniały 

handel. Dotkn

ę

ło całe Innsmouth, bo wtedy, co miał wła

ś

ciciel statku, 

miała i załoga. Wi

ę

kszo

ść

 ludzi w mie

ś

cie przyj

ę

ła to potulnie jak 

owce, ale było im ci

ęż

ko, bo ryb było coraz mniej, a i fabryki 

upadały. 

Wtedy Obed zacz

ą

ł wyzywa

ć

 ludzi, 

ż

e s

ą

 t

ę

pe barany, 

ż

e si

ę

 modl

ą

 do 

chrze

ś

cija

ń

skiego nieba, a ono im wcale nie pomaga. Powiedział, ze 

zna ludzi, którzy si

ę

 modl

ą

 do bogów, co daj

ą

 wszystko potrzebne 

ludziom, i powiedział, 

ż

e jak grupa ludzi przy nim stanie, to mo

ż

e on 

wejdzie w kontakt z takimi mocami, 

ż

e b

ę

d

ą

 mieli du

ż

o ryb i du

ż

złota. Ci, co słu

ż

yli na „Królowej Sumatry" i widzieli wysp

ę

wiedzieli, o czym on mówi, i niespieszna im było zbli

ż

a

ć

 si

ę

 do 

morskich stworów, ale ci, co o niczym nie wiedzieli, zaciekawili si

ę

co Obed mówi, i zacz

ę

li go pyta

ć

, jak mog

ą

 przej

ść

 na tak

ą

 wiar

ę

, co 

da im korzy

ś

ci. 

W tym momencie stary człowiek przestał mówi

ć

, co

ś

 mamrotał i popadł w 

pos

ę

pne, pełne l

ę

ku milczenie; coraz to ogl

ą

dał si

ę

 nerwowo za 

siebie, to znów wpatrywał si

ę

 w odległ

ą

 czarn

ą

 raf

ę

. Zagadn

ą

łem go, 

ale nie odpowiedział, zrozumiałem wi

ę

c, 

ż

e musz

ę

 mu pozwoli

ć

 opró

ż

ni

ć

 

butelk

ę

. Ta obł

ą

ka

ń

cza opowie

ść

 zafascynowała mnie, bo zrozumiałem, 

ż

e zawarta jest w niej surowa alegoria, oparta na dziwnym wygl

ą

dzie i 

zachowaniu ludzi z Innsmouth i wzbogacona twórcz

ą

 fantazj

ą

 i 

egzotyczn

ą

 legend

ą

. Ani przez moment nie wierzyłem, 

ż

e opowie

ść

 ta 

mo

ż

e zawiera

ć

 w sobie jakie

ś

 rzeczywiste, faktyczne elementy; 

jednak

ż

e to sprawozdanie nawi

ą

zywało do autentycznego koszmaru, 

cho

ć

by dlatego, 

ż

e były w nim wzmianki o niezwykłych klejnotach 

pokrewnych tej niesamowitej tiarze, jak

ą

 widziałem w Newburyport. By

ć

 

mo

ż

e ozdoby te pochodz

ą

 z jakiej

ś

 dziwnej wyspy; mo

ż

liwe te

ż

ż

niesamowita opowie

ść

 jest wymysłem nie

ż

yj

ą

cego ju

ż

 Obeda, a nie tego 

starego pijaka. 

background image

Podałem Zadokowi butelk

ę

, wys

ą

czył j

ą

 do dna. Wprost zdumiewaj

ą

ce, 

ż

mógł pochłon

ąć

 a

ż

 tyle whisky, a jego głos nadal brzmiał piskliwie i 

ś

wiszcz

ą

co, a nie ochryple. Oblizał szyjk

ę

 butelki i wsun

ą

ł j

ą

 do 

kieszeni, po czym zacz

ą

ł si

ę

 kiwa

ć

 i co

ś

 szepta

ć

 cicho do siebie. 

Pochyliłem si

ę

 w jego stron

ę

ż

eby wyłowi

ć

 jakie

ś

 nieartykułowane 

słowa, a wtedy wydało mi si

ę

ż

e pod brudnymi krzaczastymi w

ą

sami 

czai si

ę

 sardoniczny u

ś

miech. Tak. rzeczywi

ś

cie wypowiadał jakie

ś

 

słowa, a ja zaczynałem chwyta

ć

 ich sens. 

— Biedny Matt... on zawsze był przeciwny, próbował przeci

ą

ga

ć

 ludzi 

na swoj

ą

 stron

ę

, długo rozmawiał z pastorami... na pró

ż

no... 

wyp

ę

dzili z miasta pastora ko

ś

cioła parafialnego kongregacjonalistów 

i metodystów, nigdy ju

ż

 wi

ę

cej nie zobaczyłem wielebnego Babcocka, 

pastora metodystów... Gniewnego Jehowy — byłem wtedy mały, ale 
słyszałem to, co słyszałem, i widziałem to, co widziałem... Dagon i 
Ashtoreth... Belial i Belzebub... złoty cielec i bo

ż

ki Canaan, i 

Filistyni... babilo

ń

ska szkarada... Mene, mene tekel, upharsin... 

Zamilkł znowu, a jego załzawione niebieskie oczy wzbudziły we mnie 
obaw

ę

ż

e jest ju

ż

 jednak bliski całkowitego zamroczenia. Ale kiedy 

go delikatnie potrz

ą

sn

ą

łem za rami

ę

, odwrócił si

ę

 w moj

ą

 stron

ę

 z 

zaskakuj

ą

co czujno

ś

ci

ą

 i znowu wyrzucił z siebie jakie

ś

 tajemnicze 

słowa. 

— Nie wierzysz mi, co? H

ę

, h

ę

, h

ę

... to powiedz mi, młody człowieku, 

po co kapitan Obed i jeszcze dwudziestu innych ludzi pływało ciemn

ą

 

noc

ą

 do Diabelskiej Rafy i 

ś

piewało tam co

ś

 tak gło

ś

no, 

ż

e słycha

ć

 

ich było w mie

ś

cie, kiedy wiał w t

ę

 stron

ę

 wiatr? No powiedz, wiesz 

po co? A dlaczego Obed ci

ą

gle wrzucał co

ś

 w t

ę

 wod

ę

 po drugiej 

stronie rafy, gdzie jest tak gł

ę

boko, 

ż

e nie dosi

ę

gniesz tam sond

ą

Powiedz mi, co on zrobił z t

ą

 rzecz

ą

 z ołowiu, co mu dał Walakea? Co, 

chłopcze? i co oni tam wozili w majowy wieczór, a potem we Wszystkich 

Ś

wi

ę

tych? i dlaczego maj

ą

 nowych kapłanów — ci sami faceci, co kiedy

ś

 

byli marynarzami — i nosz

ą

 te dziwne szaty, a głowy przykrywaj

ą

 tymi 

jakby ze złota rzeczami, co je przywiózł Obed, h

ę

Załzawione niebieskie oczy stały si

ę

 teraz prawie dzikie i szalone, a 

brudna biała broda a

ż

 si

ę

 zje

ż

yła. Stary Zadok musiał zauwa

ż

y

ć

ż

si

ę

 troch

ę

 cofn

ą

łem, i zachichotał zło

ś

liwie. 

— H

ę

, h

ę

, h

ę

, h

ę

! A wi

ę

c widzisz? Mo

ż

e chciałby

ś

 by

ć

 wtedy na moim 

miejscu, kiedy noc

ą

 patrzyłem daleko w morze ze strychu w moim domu? 

Mówi

ę

 ci, dzieci dobrze słysz

ą

, a ja łowiłem wszystko, co tylko 

plotkowali o kapitanie Ob

ę

dzie i tych ludziach na rafie! H

ę

, h

ę

, h

ę

A co na to powiesz, jak kiedy

ś

 w nocy wzi

ą

łem lornetk

ę

 okr

ę

tow

ą

 

mojego ojca na strych i zobaczyłem raf

ę

 pełn

ą

 jakich

ś

 postaci, co si

ę

 

szybko opu

ś

ciły w wod

ę

, jak tylko pokazał si

ę

 ksi

ęż

yc? Obed i jego 

ludzie byli na łodzi, ale te stwory rzuciły si

ę

 do gł

ę

bokiej wody i 

ju

ż

 nie wyszły... Chciałby

ś

 by

ć

 wyrostkiem, co siedzi sam na strychu 

i widzi co

ś

, co nie ma ludzkich kształtów, co?... h

ę

, h

ę

, h

ę

... 

Starzec zaczynał wpada

ć

 w histeri

ę

, a mnie ogarn

ą

ł dreszcz 

przera

ż

enia. Poło

ż

ył mi na ramieniu swoje s

ę

kate szpony, które 

zdawały si

ę

 dr

ż

e

ć

, bynajmniej nie z rado

ś

ci. 

— A jakby

ś

 tak kiedy zobaczył załadowan

ą

 łód

ź

 Obeda za raf

ą

, a 

potem... ju

ż

 nast

ę

pnego dnia... dowiedział si

ę

ż

e jaki

ś

 młody 

człowiek znikn

ą

ł z domu? Czy widział kto kiedy skór

ę

 albo włosy 

Hirama Gilmana, co? Albo Nicka Pierce'a, albo Luelly Waite, Adonirama 
Southwicka czy Henry Garrisona? H

ę

, h

ę

, h

ę

, h

ę

... Te stwory mówi

ą

ce 

na migi r

ę

kami... one miały prawdziwe r

ę

ce... 

Obed wtedy znowu stan

ą

ł na nogi. Ludzie widzieli, jak jego trzy córki 

zacz

ę

ły nosi

ć

 na sobie złoto, a przedtem tego nie widzieli. No i z 

background image

komina rafinerii wylatywał dym. Innym te

ż

 zacz

ę

ło si

ę

 powodzi

ć

. W 

przystani było teraz du

ż

o ryb i tylko niebo wie, jakie ładunki wo

ż

ono 

teraz statkami do Newburyport, Arkham i Bostonu. Wtedy Obed uruchomił 
star

ą

 bocznic

ę

 kolejow

ą

 przez miasto. Rybacy z Kingsport usłyszeli o 

połowach i przypłyn

ę

li słupami, ale wszyscy przepadli. Nikt ich ju

ż

 

nigdy nie zobaczył. Wtedy to nasi ludzie zorganizowali Ezoteryczny 
Porz

ą

dek Dagona i kupili budynek Masonów... h

ę

, h

ę

, h

ę

! Matt Eliot 

był masonem i załatwiał sprzeda

ż

, ale potem znikn

ą

ł na zawsze. 

Pami

ę

taj, ja nie mówi

ę

ż

e Obed chciał zrobi

ć

 wszystko tak, jak było 

na wyspie Kanaków. I chyba z pocz

ą

tku nie chciał, 

ż

eby si

ę

 miesza

ć

 ze 

stworami ani chowa

ć

 młodych po to, 

ż

eby potem zamieniały si

ę

 w ryby i 

wiecznie 

ż

yły. Chciał, 

ż

eby mieli złoto, chciał im dobrze płaci

ć

 i 

wydaje mi si

ę

ż

e wszyscy z pocz

ą

tku byli zadowoleni... 

Ju

ż

 w czterdziestym szóstym miasto przybrało inny wygl

ą

d i my

ś

lało 

inaczej. Za du

ż

o ludzi brakowało... za du

ż

o szalonych modłów na 

niedzielnych zgromadzeniach... za du

ż

o rozmów o tej rafie. Kiedy

ś

 

powiedziałem radnemu Mowry, co widziałem ze strychu, i chyba si

ę

 

troch

ę

 przyczyniłem. Której

ś

 nocy Obed i jego ludzie popłyn

ę

li do 

rafy i usłyszałem strzały. Nazajutrz Obed i trzydziestu dwóch ludzi 
byli w wi

ę

zieniu, a ka

ż

dy si

ę

 zastanawiał, co si

ę

 

ś

wi

ę

ci i o co ich 

oskar

ż

aj

ą

. Bo

ż

e, gdyby kto

ś

 przewidział... w par

ę

 tygodni pó

ź

niej, 

kiedy nikt nic nie wrzucał do morza... 

Zadok zacz

ą

ł objawia

ć

 przera

ż

enie i wyczerpanie, pozwoliłem mu wi

ę

milcze

ć

 przez chwil

ę

, ale coraz to zerkałem z l

ę

kiem na zegarek. 

Zacz

ą

ł si

ę

 przypływ, słycha

ć

 było łoskot fal. Zadowolony byłem z 

tego, bo przy wysokiej wodzie mo

ż

e nie b

ę

d

ą

 tak cuchn

ę

ły te ryby. 

Znowu wyt

ęż

yłem słuch, 

ż

eby zrozumie

ć

 co

ś

 z szeptu Zadoka. 

— Ta straszna noc... widziałem je wtedy. Bytem na strychu... całe 
hordy... tłumy... na rafie i płyn

ę

ły do przystani, a tak

ż

e do 

Manuxet... Bo

ż

e, co si

ę

 tej nocy działo na ulicach Innsmouth... 

dobijały si

ę

 do naszych drzwi, ale ojciec nie otworzył... potem 

wyskoczył przez okno w kuchni ze swoim muszkietem, chciał znale

źć

 

radnego Mowry i dowiedzie

ć

 si

ę

, co on mo

ż

e zrobi

ć

. Całe stosy trupów 

i umieraj

ą

cych... strzały i krzyki... wrzaski na Old Square i na Town 

Square i na New Church Green... wi

ę

zienie otwarte... proklamacja... 

zdrada... nazwano to epidemia, jak zjawili si

ę

 ludzie i zobaczyli, 

ż

brakuje połowy naszych mieszka

ń

ców... nikt nie został, tylko ci, co 

si

ę

 przył

ą

czyli do Obeda i tych stworów... milczenie... ju

ż

 nigdy 

wi

ę

cej nie zobaczyłem mojego ojca. 

Starzec sapał, pot si

ę

 z niego lał strugami. Mocno 

ś

cisn

ą

ł mnie za 

rami

ę

— Wszystko si

ę

 wyja

ś

niło rano... ale zostały 

ś

lady. Obed bierze 

wszystko w swoje r

ę

ce i mówi, 

ż

e trzeba du

ż

o zmieni

ć

... one b

ę

d

ą

 z 

nami w czasie zgromadzenia oddawa

ć

 cze

ść

 bogom i niektóre domy musz

ą

 

przyj

ąć

 ich jak go

ś

ci... chc

ą

 si

ę

 z nami miesza

ć

 jak z Kanakami, a on 

nie uwa

ż

a, 

ż

e trzeba ich przed tym powstrzymywa

ć

. Zmienił si

ę

 Obed... 

oszalał na tym punkcie. Mówi, 

ż

e one nam sprowadzaj

ą

 ryby i skarby i 

powinny dosta

ć

 to, czego 

żą

daj

ą

... 

Na zewn

ą

trz nic si

ę

 nie miało zmieni

ć

, tylko trzeba nam unika

ć

 

obcych, o ile chcemy wiedzie

ć

, co jest dla nas dobre. Wszyscy 

musieli

ś

my zło

ż

y

ć

 przysi

ę

g

ę

 Dagona, a potem jeszcze niektórzy drug

ą

 i 

trzeci

ą

 przysi

ę

g

ę

. Te przysi

ę

gi miały nam szczególnie pomóc, da

ć

 

specjalne nagrody... złoto i inne rzeczy. Nie ma sensu si

ę

 

sprzeciwia

ć

, bo tam gł

ę

boko s

ą

 ich miliony. Raczej nie powstan

ą

 

przeciw ludziom, 

ż

eby ich zniszczy

ć

, ale jak b

ę

d

ą

 zmuszone mog

ą

 

zrobi

ć

 du

ż

o. Nie znamy starych zakl

ęć

, aby si

ę

 ich pozby

ć

, jak to 

zrobili ludzie z Południowego Morza, a Kanakowle nigdy nie zdradz

ą

 

background image

swoich sekretów. 

Trzeba im składa

ć

 ofiary i ró

ż

ne ozdoby dzikusów i dawa

ć

 schronienie 

w mie

ś

cie, jak b

ę

d

ą

 chcieli, a wtedy zostawia nas w spokoju. Nie 

trzeba dopu

ś

ci

ć

ż

eby obcy co

ś

 podpatrzyli i opowiedzieli na 

zewn

ą

trz. Wszyscy wierni — Porz

ą

dku Dagona — i dzieci nigdy nie umr

ą

tylko wróc

ą

 do Matki Hydry i Ojca Dagona, od których wszyscy 

pochodzimy... la! la! Cthulhu fhtagn! Ph'nglui mglw'nafh Cthulhu 
R'lyeh wgah-nagl fhtagn... 

Stary Zadok zacz

ą

ł najwyra

ź

niej bredzi

ć

; wstrzymałem oddech. Biedak, 

jakie

ż

 

ż

ałosne halucynacje powodował alkohol, a tak

ż

e nienawi

ść

 do 

rozkładu, obco

ś

ci i chorób w tym płodnym i skłonnym do wyobra

ź

ni 

mózgu! Zacz

ą

ł teraz j

ę

cze

ć

, a łzy spływały po gł

ę

bokich bruzdach 

policzków a

ż

 na sam

ą

 brod

ę

— Bo

ż

e, ja to wszystko widziałem, miałem pi

ę

tna

ś

cie lat... Mene, 

mene, tekel, upharsin!... ludzi, co znikn

ę

li, i tych, co zostali 

zabici... a tych, co opowiadali w Arkham albo Ipswich czy gdzie 
indziej nazwali wariatami, jak i ty mnie teraz nazywasz... ale Bo

ż

e, 

co ja widziałem... i mnie by zabili ju

ż

 dawno za to, co wiem, ale 

zło

ż

yłem pierwsza i drug

ą

 przysi

ę

g

ę

 Dagona, wi

ę

c i one mnie chroni

ą

chyba 

ż

e ich s

ą

d by dowiódł, 

ż

e mówi

ę

 o znanych mi rzeczach 

ś

wiadomie... ale nie zło

żę

 trzeciej przysi

ę

gi... za nic w 

ś

wiecie... 

A potem znowu w czasie Wojny Domowej, kiedy dzieci urodzone w 
czterdziestym szóstym zacz

ę

ły dorasta

ć

... to znaczy niektóre. Bałem 

si

ę

... nigdy ju

ż

 po tej strasznej nocy nie wygl

ą

dałem, nigdy ju

ż

 nie 

widziałem 

ż

adnego z tych stworów... z bliska. Nigdy... Poszedłem na 

wojn

ę

 i 

ż

ebym miał troch

ę

 oleju w głowie, to bym nie wrócił i gdzie

ś

 

si

ę

 osiedlił. Ale moi pisali, 

ż

e nie jest 

ź

le. Chyba to dlatego, 

ż

po sze

ść

dziesi

ą

tym trzecim były w mie

ś

cie oddziały rz

ą

dowe. Po wojnie 

znowu zrobiło si

ę

 

ź

le. Ludzi było coraz mniej... fabryki i sklepy 

pozamykano... statki nie przypływały i przysta

ń

 stan

ę

ła... kolej nie 

chodziła... ale one... one nie przestały wpływa

ć

 do rzeki i 

wypływa

ć

... z tej przekl

ę

tej rafy szatana... i coraz wi

ę

cej okien na 

poddaszach zabijano deskami i coraz wi

ę

cej hałasów było w domach, 

cho

ć

 wydawało si

ę

ż

e nikogo tam nie ma... 

Ludzie w okolicy mówili o nas ró

ż

ne historie, pewnie słyszałe

ś

 ich 

du

ż

o, skoro mnie pytasz... historie o tym, co czasem udało im si

ę

 

zobaczy

ć

... i o tych dziwnych skarbach i klejnotach, co sk

ą

d

ś

 si

ę

 

pojawiaj

ą

 i jeszcze nie s

ą

 stopione... ale nikt nie wie nic 

konkretnego. Nikt w nic nie wierzy. Nazywaj

ą

 to złotem z łupu 

pirackiego i mówi

ą

ż

e ludzie z Innsmouth maj

ą

 obc

ą

 krew albo s

ą

 

nienormalni czy co

ś

 w tym rodzaju. A ci, co tutaj 

ż

yj

ą

, zniech

ę

caj

ą

 

obcych, jak mog

ą

, nie trzeba by

ć

 ciekawym, zwłaszcza noc

ą

. Bestie 

niszcz

ą

 ludzi — konie nie s

ą

 mułami — ale jak si

ę

 wynosz

ą

, wtedy jest 

w porz

ą

dku. 

W czterdziestym szóstym kapitan Obed wzi

ą

ł sobie druga 

ż

on

ę

, nikt jej 

przedtem w mie

ś

cie nie widział. Niektórzy mówi

ą

ż

e nie chciał, ale 

został przez nich zmuszony, jak ich zaprosił — miał z ni

ą

 troje 

dzieci — dwoje znikn

ę

ło wcze

ś

nie, a jedna dziewczyna, niepodobna do 

nikogo, uczyła si

ę

 w Europie. Obed podst

ę

pem wydał j

ą

 za m

ąż

 w Arkham 

za faceta, co niczego nie podejrzewał. Teraz to ju

ż

 nikt nie chce 

mie

ć

 do czynienia z nikim z Innsmouth. Barnabas Marsh, ten, co teraz 

prowadzi rafineri

ę

, jest jego wnukiem po pierwszej 

ż

onie, syn 

Onesiphorusa, najstarszego syna Obeda, ale jego 

ż

ona była jedn

ą

 z 

nich i nigdy jej si

ę

 nigdzie nie widziało. 

Teraz Barnabas jest ju

ż

 zmieniony. Nie mo

ż

e zamkn

ąć

 oczu i ma inny 

kształt. Mówi

ą

ż

e jeszcze nosi ubranie, ale niedługo pójdzie do 

wody. Mo

ż

e ju

ż

 nawet próbował... czasami id

ą

 w wod

ę

 na krótko, zanim 

background image

pójd

ą

 na dobre. Ju

ż

 go nikt nie ogl

ą

dał jakie

ś

 dziewi

ęć

 albo dziesi

ęć

 

lat. Nie wiem, co czuje jego biedna 

ż

ona... ona jest z Ipswich, nie 

zlinczowali Barnabasa, jak si

ę

 do niej zalecał pi

ęć

dziesi

ą

t lat temu. 

Obed... on umarł w siedemdziesi

ą

tym ósmym i całe nast

ę

pne pokolenie 

ju

ż

 nie istnieje... dzieci z pierwszej 

ż

ony nie 

ż

yj

ą

, a reszta... Bóg 

jeden wie... 

Odgłos przypływu stawał si

ę

 coraz silniejszy, mijał płaczliwy nastrój 

starca, był coraz bardziej zal

ę

kniony i czujny. Co chwila przerywał 

opowie

ść

 i ogl

ą

dał si

ę

 nerwowo przez rami

ę

 w stron

ę

 rafy, a cho

ć

 

wszystko, co mówił, wydało mi si

ę

 absurdalne, mimo to i ja zacz

ą

łem 

si

ę

 czujnie rozgl

ą

da

ć

. Zadok dr

ż

ał teraz i jakby starał si

ę

 doda

ć

 

sobie odwagi mówi

ą

c gło

ś

no: 

— Hej, ty, czemu nic nie mówisz? Jak by ci si

ę

 podobało 

ż

ycie w tym 

mie

ś

cie, gdzie wszystko gnije i umiera, a potwory czołgaj

ą

 si

ę

becz

ą

, szczekaj

ą

 i podskakuj

ą

 w ciemnych piwnicach i na poddaszach, 

wsz

ę

dzie, gdzie si

ę

 obrócisz? No co? Podobałoby ci si

ę

, jakby

ś

 tak co 

noc słyszał wycie w ko

ś

ciołach i w budynku Porz

ą

dku Dagona i jakby

ś

 

wiedział, co oni tam robi

ą

? I jakby

ś

 słuchał tego, co robi

ą

 tam na 

rafie w maju i we Wszystkich 

Ś

wi

ę

tych? My

ś

lisz, 

ż

e stary zwariował? 

No co, mój panie, powiem ci, 

ż

e to jeszcze nie najgorsze. 

Zadok teraz ju

ż

 naprawd

ę

 krzyczał, a szale

ń

stwo w jego glosie 

poruszyło mnie bardziej, ni

ż

bym sobie tego 

ż

yczył. 

— Nie wytrzeszczaj na mnie oczu... mówi

ę

 ci, 

ż

e Obed Marsh jest w 

piekle i musi ju

ż

 tam zosta

ć

! H

ę

, h

ę

... w piekle, mówi

ę

 ci! Nie mo

ż

mnie dopa

ść

... niczego nie zrobiłem ani nic nikomu nie 

powiedziałem... 

Słuchaj, młody człowieku! Nawet jak nikomu nic nie powiedziałem, to 
teraz to zrobi

ę

. Sied

ź

 cicho i słuchaj... tego jeszcze nikomu nie 

powiedziałem... mówiłem, 

ż

e ju

ż

 nigdy wi

ę

cej nie podgl

ą

dałem po 

tamtej nocy... ale ja widziałem wszystko, tak samo jak wtedy! 

Chcesz wiedzie

ć

, co jest takie okropne? Najgorsze jest nie to, co te 

rybie diabły zrobiły, ale co zrobi

ą

. Przynosz

ą

 ze sob

ą

 do miasta 

ż

ne rzeczy od lat, ale teraz ju

ż

 troch

ę

 mniej. Domy na północ od 

rzeki mi

ę

dzy morzem i Main Street s

ą

 ich pełne — tych diabłów i tego, 

co ze sob

ą

 przynosz

ą

 — a jak ju

ż

 b

ę

d

ą

 gotowe... mówi

ę

, jak ju

ż

 b

ę

d

ą

 

gotowe... słyszałe

ś

 kiedy o shoggoth? 

Hej, słyszysz mnie? Mówi

ę

 ci, wiem, jakie one s

ą

... widziałem je w 

nocy, kiedy... eeh! ihaaa!... 

O mało nie zemdlałem usłyszawszy krzyk starca pełen nieludzkiego 
strachu. Jego oczy wpatrywały si

ę

 w cuchn

ą

ce morze, a twarz stała si

ę

 

mask

ą

 przera

ż

enia godn

ą

 tragedii greckiej. Szponiaste palce mocno 

wpił mi w rami

ę

, ale nie poruszył si

ę

, kiedy odwróciłem głow

ę

ż

eby 

spojrze

ć

 na to, co on widział. 

Niczego jednak nie zauwa

ż

yłem, tylko wi

ę

kszy przypływ i 

gwałtowniejsze falowanie w jednym miejscu, niezale

ż

nie od długich, 

rozproszonych fal przybrze

ż

nych. Wtem Zadok zacz

ą

ł mnie szarpa

ć

odwróciłem si

ę

 wi

ę

c w jego stron

ę

, trzepotał w l

ę

ku powiekami i 

mamrotał co

ś

 niewyra

ź

nie. Po chwili zacz

ą

łem łowi

ć

 słowa wypowiadane 

dr

żą

cym szeptem: 

— Uciekaj st

ą

d uciekaj! Zobaczyły nas... uciekaj, jak ci 

ż

ycie miłe! 

Nie czekaj... one ju

ż

 wiedz

ą

... Uciekaj... pr

ę

dko... z tego miasta 

Nast

ę

pna ci

ęż

ka fala uderzyła o kruche mury starej przystani, a szept 

starca znowu przerodził si

ę

 w nieludzki, mro

żą

cy krew w 

ż

yłach krzyk: 

background image

— Eeh! Ihaaa!... 

Nim zd

ąż

yłem pozbiera

ć

 rozbiegane my

ś

li, pu

ś

cił moje rami

ę

 i rzucił 

si

ę

 jak oszalały w stron

ę

 ulicy, kieruj

ą

c si

ę

 na północ, obok ruin 

magazynu. 

Raz jeszcze spojrzałem na morze, ale nic tam nie zobaczyłem. A kiedy 
znalazłem si

ę

 na Water Street, nie było ju

ż

 nawet 

ś

ladu po Zadoku 

Allenie. 

IV 

Nie jestem w stanie opisa

ć

, jaki ogarn

ą

ł mnie nastrój po tym 

wyczerpuj

ą

cym epizodzie... szalonym i 

ż

ałosnym, groteskowym i 

strasznym. Sprzedawca ze spo

ż

ywczego sklepu przygotował mnie na to, a 

jednak rzeczywisto

ść

 okazała si

ę

 zbyt oszałamiaj

ą

ca, pozostawiła mi 

zam

ę

t w głowie. Opowie

ść

 wydała mi si

ę

 dziecinna, a mimo to 

chorobliwy niepokój i strach Zadoka udzielił si

ę

 i mnie, ł

ą

cz

ą

c si

ę

 z 

wcze

ś

niejsz

ą

 ju

ż

 odraz

ą

 do tego miasta i jego wyniszczaj

ą

cej 

wszystko, niepoj

ę

tej tajemnicy. 

Postanowiłem pó

ź

niej zagł

ę

bi

ć

 si

ę

 w t

ę

 opowie

ść

 i wyłowi

ć

 jakie

ś

 

ź

ródło historycznej alegorii, teraz jednak chciałem o tym wszystkim 

zapomnie

ć

. Zrobiło si

ę

 ju

ż

 strasznie pó

ź

no, na moim zegarku była 

7.15, a autobus do Arkham odje

ż

d

ż

ał z Town Square o ósmej. Starałem 

si

ę

 wi

ę

c my

ś

le

ć

 raczej o rzeczach praktycznych i oboj

ę

tnych szybko 

maszeruj

ą

c przez puste ulice w stron

ę

 hotelu, w którym zostawiłem 

walizk

ę

 i w pobli

ż

u którego był przystanek autobusowy. 

Cho

ć

 złocisty blask pó

ź

nego popołudnia przydawał starym dachom i 

rozpadaj

ą

cym si

ę

 kominom uroku mistycznego pi

ę

kna i spokoju, co 

chwila rozgl

ą

dałem si

ę

 na wszystkie strony. Rad byłem, 

ż

e si

ę

 wkrótce 

wydostan

ę

 z tego cuchn

ą

cego i strasznego Innsmouth, a jeszcze 

bardziej byłbym rad, gdybym mógł znale

źć

 jaki

ś

 inny 

ś

rodek lokomocji 

i nie musiał jecha

ć

 z tym ponurym kierowc

ą

 Sargentem. A jednak nie 

pospieszyłem si

ę

, tak jak zamierzałem, bowiem w cichych zaułkach 

pełno było ró

ż

nych ciekawych architektonicznych szczegółów, które 

warto było zobaczy

ć

; i wydawało mi si

ę

ż

e bez trudu pokonam dalsz

ą

 

drog

ę

 w ci

ą

gu pół godziny. 

Spojrzawszy na plan, jaki miałem przy sobie, zdecydowałem si

ę

 wraca

ć

 

inn

ą

 drog

ą

, wybrałem wi

ę

c Marsh Street zamiast State Street. Na rogu 

Fali Street dostrzegłem grupki szepcz

ą

cych co

ś

 ukradkiem ludzi, a 

kiedy znalazłem si

ę

 na Town Square, okazało si

ę

ż

e ju

ż

 cały tłum 

zebrał si

ę

 przy drzwiach Gilman House. Odniosłem wra

ż

enie, 

ż

wszystkie wyłupiaste i nieruchome oczy wpatruj

ą

 si

ę

 we mnie, gdy 

odbierałem w hotelu walizk

ę

. Marzyłem skrycie, aby nikt z tych 

odpychaj

ą

cych ludzi nie okazał si

ę

 moim współpasa

ż

erem. 

Autobus z trzema pasa

ż

erami przytelepał si

ę

 jeszcze przed ósm

ą

, a 

stoj

ą

cy na chodniku osobnik o złym spojrzeniu zacz

ą

ł co

ś

 szepta

ć

 

niewyra

ź

nie do kierowcy. Sargent wyj

ą

ł worek z poczt

ą

 i plik gazet, 

po czym wszedł do hotelu; natomiast pasa

ż

erowie — ci sami ludzie, 

których widziałem rano, jak wysiedli w Newburyport — potoczyli si

ę

 na 

chodnik i gardłowym głosem zacz

ę

li rozmawia

ć

 z jakim

ś

 włócz

ę

g

ą

, przy 

czym na pewno nie był to j

ę

zyk angielski. Wsiadłem do autobusu i 

zaj

ą

łem to samo miejsce, co poprzednio, a wkrótce zjawił si

ę

 Sargent 

mamrocz

ą

c co

ś

 swoim chrapliwym głosem w sposób szczególnie 

odra

ż

aj

ą

cy. 

Okazało si

ę

ż

e nie mam szcz

ęś

cia. Co

ś

 si

ę

 popsuło w silniku, mimo 

ż

przybył tak punktualnie z Newburyport, i nie b

ę

dzie mógł odby

ć

 

podró

ż

y do Arkham. Nie było mo

ż

liwo

ś

ci naprawy tego wieczora, nie 

background image

było te

ż

 

ż

adnego innego 

ś

rodka lokomocji ani do Arkham, ani do nik

ą

d. 

Sargent wyraził 

ż

al; niestety, musz

ę

 przenocowa

ć

 w hotelu. Koszt 

b

ę

dzie na pewno niewielki, po prostu nie ma innej rady. Oszołomiony 

t

ą

 nagł

ą

 przeszkod

ą

 i przera

ż

ony my

ś

l

ą

ż

e mam sp

ę

dzi

ć

 noc w tym 

zrujnowanym i nieo

ś

wietlonym mie

ś

cie, wysiadłem z autobusu i wszedłem 

ponownie do hotelu, gdzie ponury i dziwnie wygl

ą

daj

ą

cy recepcjonista, 

pracuj

ą

cy na nocn

ą

 zmian

ę

, poinformował mnie, 

ż

e mog

ę

 zaj

ąć

 pokój 428 

na przedostatnim pi

ę

trze — du

ż

y, ale bez bie

żą

cej wody — opłata 

wynosi jeden dolar. 

Cho

ć

 słyszałem ju

ż

 o tym hotelu w Newburyport, podpisałem si

ę

 w 

rejestrze i zapłaciłem dolara. Ponury recepcjonista wzi

ą

ł moj

ą

 

walizk

ę

 i poprowadził mnie po trzeszcz

ą

cych schodach na trzecie 

pi

ę

tro; wszystkie korytarze, które mijali

ś

my, zdawały si

ę

 całkowicie 

pozbawione 

ż

ycia. Mój pokój, mroczny, o dwóch oknach, umeblowany 

raczej prymitywnie, wychodził na pos

ę

pne podwórko, otoczone niskimi, 

pustymi domami z cegły; z okien roztaczał si

ę

 te

ż

 widok na zniszczone 

dachy ci

ą

gn

ą

ce si

ę

 w kierunku zachodnim, a dalej ju

ż

 na bagienny 

krajobraz. W ko

ń

cu korytarza znajdowała si

ę

 łazienka — niezbyt 

przyjemny relikt ze star

ą

, marmurow

ą

 umywalk

ą

 i cynow

ą

 wann

ą

, słab

ą

 

elektryczn

ą

 

ż

arówk

ą

 i zbutwiało drewnian

ą

 boazeri

ą

 na 

ś

cianach. 

Było jeszcze widno, wyszedłem wi

ę

c na Town Square, 

ż

eby zje

ść

 gdzie

ś

 

obiad; zewsz

ą

d, jak zauwa

ż

yłem, obserwowali mnie przechodnie o 

chorobliwym wygl

ą

dzie. Sklep spo

ż

ywczy był ju

ż

 zamkni

ę

ty, musiałem 

wi

ę

c wst

ą

pi

ć

 do restauracji, od której przedtem stroniłem. Obsługiwał 

j

ą

 pochylony, w

ą

skogłowy m

ęż

czyzna o nieruchomych oczach oraz 

dziewczyna z płaskim nosem i niewiarygodnie du

ż

ymi. szorstkimi 

r

ę

kami. Z ulg

ą

 stwierdziłem, 

ż

e jedzenie, jakie tu podawano, 

przyrz

ą

dzone było głównie z puszek i torebek. Zjadłem jarzynow

ą

 zup

ę

 

z krakersami, po czym wróciłem do mego pos

ę

pnego pokoju w Gilman 

House, wzi

ą

wszy po drodze z rozklekotanego stojaka przy biurku 

recepcjonisty wieczorn

ą

 gazet

ę

 i jakie

ś

 upstrzone muchami czasopismo. 

Zapadł zmrok, zapaliłem wi

ę

c jedyn

ą

 słab

ą

 

ż

arówk

ę

 nad 

ż

elaznym 

łó

ż

kiem i zabrałem si

ę

 do czytania. Starałem si

ę

 czym

ś

 zaj

ąć

, bo nie 

chciałem rozmy

ś

la

ć

 nad wynaturzonymi osobliwo

ś

ciami tego starego, 

tajemniczego miasta, b

ę

d

ą

c w jego obr

ę

bie. Szalona opowie

ść

 pijanego 

Zadoka nie obiecywała przyjemnych snów, za wszelk

ą

 cen

ę

 chciałem 

oddali

ć

 od siebie wspomnienie jego dzikich, łzawych oczu. 

Nie powinienem te

ż

 zbytnio zastanawia

ć

 si

ę

 nad tym, co inspektor z 

fabryki opowiadał kasjerowi w Newburyport o Gilman House i słyszanych 
tu noc

ą

 odgłosach ani o tej twarzy przystrojonej tiar

ą

 we wrotach 

krypty mrocznego ko

ś

cioła; twarzy, której okropie

ń

stwa nie byłem w 

stanie zrozumie

ć

. Pewnie łatwiej byłoby mi oderwa

ć

 si

ę

 od tych 

niepokoj

ą

cych my

ś

li, gdyby w moim pokoju nie cuchn

ę

ło tak strasznie 

st

ę

chlizn

ą

, która na dodatek mieszała si

ę

 jeszcze z wszechobecnym 

rybim smrodem, a wszystko to razem nie pozwalało, niestety, zapomnie

ć

 

ś

mierci i rozkładzie. 

Poza tym zaniepokoił mnie brak zasuwy przy drzwiach. Były po niej 

ś

lady, najwyra

ź

niej niedawno została zdj

ę

ta. Pewnie si

ę

 popsuła, jak 

zreszt

ą

 wi

ę

kszo

ść

 rzeczy w tym rozlatuj

ą

cym si

ę

 budynku. Rozejrzałem 

si

ę

 nerwowo i odkryłem zasuw

ę

 przy szafie, która wydawała mi si

ę

 tej 

samej wielko

ś

ci, co zasuwa odj

ę

ta od drzwi. Z

ę

by si

ę

 cho

ć

 troch

ę

 

wyzwoli

ć

 z niepokoju, jaki mn

ą

 zawładn

ą

ł, postanowiłem przykr

ę

ci

ć

 t

ę

 

zasuw

ę

 do drzwi za pomoc

ą

 podr

ę

cznego przyrz

ą

du spełniaj

ą

cego trzy 

funkcje, mi

ę

dzy innymi 

ś

rubokr

ę

tu, który zawsze nosiłem przy sobie 

wraz z kluczem na kółku. Zasuwa doskonale pasowała do drzwi, doznałem 
wi

ę

c prawdziwej ulgi, 

ż

e mog

ę

 si

ę

 poło

ż

y

ć

 w zamkni

ę

tym pokoju. Nawet 

nie dlatego, 

ż

e si

ę

 czego

ś

 obawiałem, ale po prostu w takim otoczeniu 

ka

ż

de zabezpieczenie byłoby mile widziane. Podobne zasuwy znajdowały 

si

ę

 te

ż

 na dwojgu bocznych drzwiach prowadz

ą

cych do s

ą

siednich pokoi 

i te równie

ż

 natychmiast zaryglowałem. 

background image

Nie rozebrałem si

ę

, postanowiłem bowiem czyta

ć

, dopóki nie ogarnie 

mnie senno

ść

, i wtedy dopiero si

ę

 poło

ż

y

ć

, zdj

ą

wszy tylko marynark

ę

kołnierzyk i buty. Wyj

ą

łem z walizki latark

ę

 i wło

ż

yłem do kieszeni 

spodni, 

ż

ebym mógł spojrze

ć

 na zegarek, je

ż

eli si

ę

 w nocy przebudz

ę

A jednak wcale nie byłem senny; pochłoni

ę

ty ró

ż

nymi my

ś

lami 

stwierdziłem z niepokojem, 

ż

e bezwiednie czego

ś

 nasłuchuj

ę

... czego

ś

co napełnia mnie l

ę

kiem, a czego nie potrafiłbym okre

ś

li

ć

. Opowie

ść

 

inspektora chyba jednak bardziej podziałała na moj

ą

 wyobra

ź

ni

ę

ni

ż

bym si

ę

 spodziewał. Znowu usiłowałem czyta

ć

, ale bezskutecznie. 

Po pewnym czasie wydało mi si

ę

ż

e słysz

ę

 skrzypienie schodów i kroki 

na korytarzach i zacz

ą

łem si

ę

 zastanawia

ć

, czy oznacza to, 

ż

zajmowane s

ą

 te

ż

 nast

ę

pne pokoje. Nie dochodziły mnie jednak 

ż

adne 

inne głosy, natomiast uderzyło mnie, 

ż

e skrzypienie jest jako

ś

 bardzo 

ukradkowe. Nie spodobało mi si

ę

 to, wi

ę

c postanowiłem wcale si

ę

 nie 

kła

ść

 do łó

ż

ka. Dziwni ludzie mieszkali w tym mie

ś

cie, no i podobno 

coraz to kto

ś

 st

ą

d znikał. Czy

ż

by to była jedna z tych ober

ż

y, w 

których zabija si

ę

 podró

ż

nych dla zdobycia ich pieni

ę

dzy? Na pewno 

nie robiłem wra

ż

enia człowieka maj

ę

tnego. A mo

ż

e mieszka

ń

cy tego 

miasta s

ą

 a

ż

 tak wrogo nastawieni do ciekawskich turystów? Czy

ż

by 

moje jawne zwiedzanie i cz

ę

ste spogl

ą

danie na map

ę

 wzbudziło ich 

niech

ęć

? U

ś

wiadomiłem sobie, 

ż

e musz

ę

 by

ć

 w strasznym napi

ę

ciu 

nerwowym, skoro ledwo słyszalne skrzypienie schodów pobudziło mnie a

ż

 

do takich rozwa

ż

a

ń

, ale mimo to 

ż

ałowałem, 

ż

e nie mam przy sobie 

jakiej

ś

 broni. 

Czuj

ą

c zm

ę

czenie, które nie miało nic wspólnego z senno

ś

ci

ą

zamkn

ą

łem drzwi od korytarza, wył

ą

czyłem 

ś

wiatło i rzuciłem si

ę

 na 

twarde, niewygodne łó

ż

ko... w marynarce, kołnierzyku, butach, we 

wszystkim, co miałem na sobie. W ciemno

ś

ci nawet najsłabszy odgłos 

nocy pot

ę

gował si

ę

 wielokrotnie i ogarn

ą

ł mnie jeszcze wi

ę

kszy 

niepokój. 

Ż

ałowałem, 

ż

e zgasiłem 

ś

wiatło, a jednocze

ś

nie bytem zbyt 

zm

ę

czony, 

ż

eby podnie

ść

 si

ę

 z łó

ż

ka i zapali

ć

. Po dłu

ż

szej, 

przygn

ę

biaj

ą

cej przerwie dobiegło mnie skrzypienie schodów, a 

nast

ę

pnie ciche, wyra

ź

ne odgłosy, zdaj

ą

ce si

ę

 by

ć

 potwierdzeniem 

wszystkich moich obaw. Nie miałem ju

ż

 w

ą

tpliwo

ś

ci, 

ż

e kto

ś

 dobierał 

si

ę

 do moich drzwi kluczem — ostro

ż

nie, ukradkiem, dla próby. 

Przera

ż

enie moje z powodu tak namacalnej grozy było zapewne troch

ę

 

złagodzone l

ę

kiem, jakiemu ju

ż

 wcze

ś

niej uległem. Przez cały czas, 

wła

ś

ciwie bez okre

ś

lonej przyczyny, zachowywałem czujno

ść

, co okazało 

si

ę

 korzystne w tej nowej i naprawd

ę

 krytycznej sytuacji, bez wzgl

ę

du 

na to, jak si

ę

 sprawy dalej potocz

ą

. A jednak przej

ś

cie od przeczucia 

grozy do jej urzeczywistnienia było niemałym szokiem i spadło na mnie 
jak grom z nieba. Ani przez chwil

ę

 nie przypuszczałem, aby to 

gmeranie przy moich drzwiach mogło by

ć

 tylko omyłk

ą

. Bytem gł

ę

boko 

przekonany o złych zamiarach intruza i z kamiennym spokojem czekałem 
na jego nast

ę

pne posuni

ę

cie. 

Wkrótce ustało to ukradkowe docieranie si

ę

 do moich drzwi, usłyszałem 

za

ś

ż

e kto

ś

 otwiera wytrychem przyległy pokój od strony północnej. 

Nast

ę

pnie ten kto

ś

 zacz

ą

ł próbowa

ć

 zamek u drzwi ł

ą

cz

ą

cych si

ę

 z moim 

pokojem. Zasuwa jednak dobrze trzymała i po chwili usłyszałem 
skrzypienie podłogi, kiedy maruder opuszczał pokój. Znowu dobiegło 
mnie zgrzytanie zamka, nie budz

ą

ce w

ą

tpliwo

ś

ci, 

ż

e tym razem odbywa 

si

ę

 w pokoju od południa. Znowu próba otwarcia drzwi ł

ą

cz

ą

cych si

ę

 z 

moim pokojem i skrzypienie podczas wychodzenia. Teraz rozległo si

ę

 

trzeszczenie podłogi w hallu i na schodach prowadz

ą

cych w dół, 

zrozumiałem wi

ę

c, 

ż

e maruder zniech

ę

cił si

ę

 pozamykanymi drzwiami i 

odło

ż

ył dalsze poczynania na lepsze lub gorsze czasy, zale

ż

nie od 

tego, co poka

ż

e przyszło

ść

Gotowo

ść

 do podj

ę

cia działania dowodzi tylko, 

ż

e pod

ś

wiadomie czego

ś

 

background image

si

ę

 l

ę

kałem i od paru godzin ju

ż

 rozwa

ż

ałem mo

ż

liwo

ść

 ucieczki. Od 

pierwszego momentu czułem, 

ż

e to niewidoczne dla mnie gmeranie przy 

drzwiach stanowi niebezpiecze

ń

stwo, któremu nie powinienem stawia

ć

 

czoła, ale ucieka

ć

 jak najszybciej. Pozostawało mi tylko jedno — 

wydosta

ć

 si

ę

 z tego hotelu natychmiast, i to nie frontowymi schodami 

i nie przez hall. 

Wstałem cicho z łó

ż

ka i zapaliwszy latark

ę

 chciałem wł

ą

czy

ć

 lamp

ę

 nad 

łó

ż

kiem, 

ż

eby powrzuca

ć

 wszystkie swoje rzeczy do walizki. Okazało 

si

ę

 jednak, 

ż

e pr

ą

d został wył

ą

czony. Jakie

ś

 tajemnicze, złowieszcze 

odgłosy przybrały teraz na sile, ale nie mogłem si

ę

 zorientowa

ć

, co 

to mo

ż

e by

ć

. Kiedy tak stałem zastanawiaj

ą

c si

ę

 i wci

ąż

 jeszcze 

trzymaj

ą

c r

ę

k

ę

 na nieczynnym kontakcie, usłyszałem jakie

ś

 

skrzypni

ę

cie podłogi o pi

ę

tro ni

ż

ej i wydało mi si

ę

ż

e wyra

ź

nie 

dochodzi mnie echo rozmowy. Po chwili jednak nie byłem ju

ż

 pewien, 

czy jest to rzeczywi

ś

cie rozmowa, bo jakie

ś

 chropawe poszczekiwanie i 

rechotliwe pojedyncze sylaby zupełnie nie przypominały ludzkiej mowy. 
Wtedy przypomniałem sobie to wszystko, co inspektor słyszał owej nocy 
w tym zat

ę

chłym i zapowietrzonym budynku. 

Wsun

ą

wszy do kieszeni latark

ę

, nało

ż

yłem kapelusz i na palcach 

podszedłem do okien, aby rozwa

ż

y

ć

 mo

ż

liwo

ść

 ucieczki. Mimo wyra

ź

nych 

zalece

ń

 urz

ę

dowych odno

ś

nie bezpiecze

ń

stwa, po tej stronie hotelu nie 

było 

ż

adnego zej

ś

cia na wypadek po

ż

aru, nie pozostawało mi wi

ę

c nic 

innego, jak tylko wyskoczy

ć

 z drugiego pi

ę

tra wprost na wybrukowane 

podwórko. Z prawej i lewej strony przylegały do hotelu jakie

ś

 stare 

budynki z cegły, których pochyle dachy zapewniały dogodn

ą

 mo

ż

liwo

ść

 

ucieczki. Aby ich dosi

ę

gn

ąć

, musiałbym si

ę

 znale

źć

 o dwa pokoje 

dalej, w jedn

ą

 albo w druga stron

ę

, wi

ę

c zacz

ą

łem intensywniej 

rozwa

ż

a

ć

 swoje mo

ż

liwo

ś

ci. 

Nie mogłem wyj

ść

 na korytarz, bo natychmiast posłyszano by moje 

kroki, nim bym zdołał otworzy

ć

 drzwi do podanego pokoju. Mogłem wi

ę

jedynie sforsowa

ć

 niezbyt solidne drzwi ł

ą

cz

ą

ce si

ę

 z moim pokojem i 

wywa

ż

y

ć

 je ramieniem juk taranem, gdyby zamki i zasuwy stawiały opór. 

Wydało mi si

ę

 to mo

ż

liwe do wykonania, jako 

ż

e wszystko w tym budynku 

si

ę

 rozpadało; ale zdawałem sobie spraw

ę

ż

e nie zdołam tego zrobi

ć

 

bezszelestnie. Mogłem jedynie liczy

ć

 na to, 

ż

e szybko si

ę

 z tym 

uporam i ze zdołam dobiec do okna, nim wrogie siły otworz

ą

 wła

ś

ciwe 

drzwi wytrychem. Drzwi na korytarz w moim pokoju zabarykadowałem 
biurkiem, staraj

ą

c si

ę

 to robi

ć

 jak najciszej. 

Zdawałem sobie spraw

ę

ż

e moje szans

ę

 s

ą

 niewielkie, i byłem 

wła

ś

ciwie przygotowany na kl

ę

sk

ę

. Nawet je

ś

li si

ę

 przedostan

ę

 na 

dach, nie rozwi

ąż

e to jeszcze problemu, bo musz

ę

 przecie

ż

 znale

źć

 si

ę

 

na ziemi i uciec z miasta. Stan opuszczenia i rujnacji przyległych 
budynków działał oczywi

ś

cie na moj

ą

 korzy

ść

, a tak

ż

e spora ilo

ść

 

ś

wietlików na dachach ziej

ą

cych ciemno

ś

ci

ą

Wedle mojej mapy najdogodniejsza droga, któr

ą

 mógłbym si

ę

 wydosta

ć

 z 

miasta, znajdowała si

ę

 od południowej strony, wobec tego zerkn

ą

łem na 

drzwi pokoju od południa, ale, niestety, otwierały si

ę

 w moj

ą

 stron

ę

w zwi

ą

zku z czym niełatwo byłoby je sforsowa

ć

, jako 

ż

e zasuwa była 

zamkni

ę

ta i jeszcze dodatkowy zamek. Zrezygnowałem wi

ę

c z tego 

kierunku i ostro

ż

nie przysun

ą

łem do drzwi łó

ż

ko, 

ż

eby zablokowa

ć

 

ewentualny atak z tej strony. Drzwi do pokoju od północy otwierały 
si

ę

 na zewn

ą

trz i cho

ć

 były zaryglowane od drugiej strony, 

wiedziałem, 

ż

e t

ę

dy musi prowadzi

ć

 moja droga. Je

ś

li zdołałbym 

dotrze

ć

 na dachy na Paine Street i stamt

ą

d spu

ś

ci

ć

 si

ę

 na ziemi

ę

uciekłbym przez podwórko i przyległe albo znajduj

ą

ce si

ę

 po drugiej 

stronie budynki na Washington albo Bates Street, albo te

ż

 wydostałbym 

si

ę

 na Polne Street i stamt

ą

d chyłkiem na Washington Street. W ka

ż

dym 

razie starałbym si

ę

 jak najszybciej wydosta

ć

 z rejonu Town Square. 

Wolałbym unikn

ąć

 Paine Street ze wzgl

ę

du na znajduj

ą

c

ą

 si

ę

 tam remiz

ę

 

background image

stra

ż

acka, która mo

ż

e by

ć

 czynna przez cał

ą

 noc. 

Tak rozmy

ś

laj

ą

c spojrzałem na plugawe morze rozpadaj

ą

cych si

ę

 dachów 

o

ś

wietlonych teraz ksi

ęż

ycem ju

ż

 wkl

ę

słym po pełni. Na prawo 

przecinała panoram

ę

 czarna linia wywozu, w którym płyn

ę

ła rzeka, 

przylegały do

ń

 niczym skorupiaki nieczynne fabryki i stacja kolejowa. 

Dalej zardzewiałe szyny kolejowe i droga do Rowley wiodły przez 
płaskie, bagniste tereny poznaczone wysepkami bardziej suchej ziemi, 
porosłej karłowatymi zagajnikami. Po lewej stronie, bli

ż

ej mnie, 

krajobraz był poznaczony strumieniami, a droga do Ipswich l

ś

niła 

biało w blasku ksi

ęż

yca. Z tej strony hotelu nie mogłem jednak 

dojrze

ć

 drogi prowadz

ą

cej na południe, do Arkham, na któr

ą

 si

ę

 

zdecydowałem. 

Rozwa

ż

ałem, niepewny, kiedy byłoby najlepiej zaatakowa

ć

 drzwi 

prowadz

ą

ce w północnym kierunku i w jaki sposób mógłbym to zrobi

ć

 jak 

najciszej, kiedy ustały te dziwne odgłosy na ni

ż

szym pi

ę

trze, a 

rozległo si

ę

 ci

ęż

kie st

ą

panie po schodach. Przez małe okienko nad 

drzwiami zamigotało 

ś

wiatło, o po chwili dobiegło skrzypienie podłogi 

na korytarzu. Doszły mnie jakie

ś

 d

ź

wi

ę

ki, mo

ż

e to nawet były głosy, 

po czym rozległo si

ę

 mocne pukanie do moich drzwi. 

Przez chwil

ę

 wstrzymałem oddech i czekałem. Zdawała si

ę

 upływa

ć

 

wieczno

ść

, a mdl

ą

cy zapach ryb tak si

ę

 spot

ę

gował, 

ż

e prawie stał si

ę

 

namacalny. Pukanie powtórzyło si

ę

, tym razem dłu

ż

ej i jeszcze 

silniejsze. Był ju

ż

 najwy

ż

szy czas, aby przyst

ą

pi

ć

 do działania, 

najpierw odsun

ą

łem zasuw

ę

 drzwi do s

ą

siedniego pokoju i przygotowałem 

si

ę

 do ataku. Teraz ju

ż

 rozlegało si

ę

 pot

ęż

ne walenie do moich drzwi, 

miałem wi

ę

c nadziej

ę

ż

e hałas, jaki ja zrobi

ę

, zostanie przez nich 

samych zagłuszony. Zacz

ą

łem napiera

ć

 lewym ramieniem z całych sił, 

nie czuj

ą

c ani bólu, ani strachu. Drzwi stawiły opór wi

ę

kszy, ni

ż

 

przewidywałem, ale nie poddałem si

ę

. A tymczasem barabanienie do 

moich wej

ś

ciowych drzwi nie ustawało. 

Nareszcie pokonałem przeszkod

ę

, ale z takim hukiem, ze w korytarzu na 

pewno musieli usłysze

ć

. Teraz ju

ż

 i oni zacz

ę

li wywa

ż

a

ć

 drzwi, a 

jednocze

ś

nie brz

ę

czały złowieszczo klucze tak

ż

e i przy drzwiach od 

korytarza przyległych pokoi. Pop

ę

dziłem natychmiast i zamkn

ą

łem 

zasuw

ę

 od wewn

ą

trz, nim jeszcze zdołali otworzy

ć

 zamek. Jednak

ż

usłyszałem ju

ż

 manewrowanie wytrychem w nast

ę

pnym pokoju, z którego 

miałem wyskoczy

ć

 przez okno na dach. 

Ogarn

ę

ła mnie rozpacz, bo znalazłem si

ę

 w pułapce. Mój strach si

ę

gał 

ju

ż

 prawie zenitu, nadaj

ą

c jakie

ś

 niepoj

ę

te znaczenie 

ś

ladom kurzu 

widocznym w 

ś

wietle przebłyskuj

ą

cym przez drzwi, do których kto

ś

 si

ę

 

wła

ś

nie dobierał. Prawie 

ż

e w bezwiednym odruchu, mimo poczucia 

beznadziejno

ś

ci, ruszyłem do nast

ę

pnych drzwi, by je siła otworzy

ć

 — 

zakładaj

ą

c, 

ż

e zewn

ę

trzne drzwi tego trzeciego pokoju podobnie jak i 

w poprzednim s

ą

 zamkni

ę

te — a nast

ę

pnie zamkn

ąć

 zasuw

ę

 od wewn

ą

trz, 

nim jeszcze kto

ś

 zdoła przekr

ę

ci

ć

 zamek. 

Szcz

ęś

cie mi dopisało, bo nie tylko 

ż

e nie były zamkni

ę

te, ale nawet 

troch

ę

 uchylone. W mgnieniu oka znalazłem si

ę

 przy drzwiach 

wej

ś

ciowych tego pokoju blokuj

ą

c je ramieniem i kolanem, bo kto

ś

 na 

nie wła

ś

nie napierał. Drzwi si

ę

 zatrzasn

ę

ły, a ja w mig przekr

ę

ciłem 

zasuw

ę

, która była w całkiem dobrym stanie. Odetchn

ą

łem z ulg

ą

, a 

wtedy stwierdziłem, 

ż

e przestano dobija

ć

 si

ę

 do dwojga s

ą

siednich 

drzwi, natomiast rozlega si

ę

 łoskot przy wewn

ę

trznych drzwiach 

zabarykadowanych łó

ż

kiem. A wi

ę

c gromada moich napastników wtargn

ę

ła 

do pokoju od południa i rozpocz

ę

ła atak od wewn

ą

trz. Po chwili 

wytrych zazgrzytał w nast

ę

pnych drzwiach od strony północnej, co 

uprzytomniło mi, 

ż

e niebezpiecze

ń

stwo jest ju

ż

 bardzo blisko. 

Wewn

ę

trzne drzwi do nast

ę

pnego pokoju były otwarte na o

ś

cie

ż

, nie 

background image

miałem jednak czasu na zabezpieczenie drzwi na korytarz. Mogłem 
jedynie zamkn

ąć

 wewn

ę

trzne drzwi na zasuw

ę

, a tak

ż

e wewn

ę

trzne drzwi 

z drugiej strony, jedne zabarykadowa

ć

 łó

ż

kiem, drugie biurkiem, a 

umywalk

ą

 zablokowa

ć

 drzwi wej

ś

ciowe. Musiałem zawierzy

ć

 takim 

prowizorycznym barykadom i wydosta

ć

 si

ę

 przez okno na dach domu przy 

Paine Street. W tym dramatycznym momencie strach, jaki mnie ogarn

ą

ł, 

nie wypływał z tego, 

ż

e nagle straciłem siły, by si

ę

 broni

ć

, ale z 

tego, 

ż

e nikt spo

ś

ród moich napastników nie wydał z siebie jak dot

ą

ludzkiego głosu, dochodziło mnie tylko koszmarne dyszenie, kwiczenie 
i ciche poszczekiwanie w dziwnych odst

ę

pach czasu. 

Przesun

ą

łem meble i pomkn

ą

łem w stron

ę

 okna, a wtedy usłyszałem 

bezładn

ą

 i szale

ń

cz

ą

 gonitw

ę

 po korytarzu w stron

ę

 pokoju na północ 

ode mnie, co 

ś

wiadczyło o tym, 

ż

e zrezygnowano z napa

ś

ci od południa. 

Moi oponenci najwyra

ź

niej skoncentrowali siły przy słabych 

wewn

ę

trznych drzwiach otwieraj

ą

cych si

ę

 wprost na mnie. A na zewn

ą

trz 

ksi

ęż

yc igrał na kalenicy domu znajduj

ą

cego si

ę

 poni

ż

ej okna. 

Stwierdziłem, 

ż

e skok b

ę

dzie wielce ryzykowny, bo dach jest bardzo 

spadzisty. 

Wybrałem okno bli

ż

sze południowej strony, planuj

ą

c wyskoczy

ć

 na dach, 

a stamt

ą

d w jakie

ś

 najdogodniejsze miejsce. Znalazłszy si

ę

 ju

ż

 w 

którym

ś

 z tych rozwalaj

ą

cych si

ę

 budynków z cegły musz

ę

 wzi

ąć

 pod 

uwag

ę

 po

ś

cig. Miałem jednak nadziej

ę

, ze zanurz

ę

 si

ę

 w jednym z 

licznych wokół podwórka i ziej

ą

cych pustk

ą

 drzwi i wymkn

ę

 si

ę

 na 

Washington Street, o potem ju

ż

 uciekn

ę

 z miasta kieruj

ą

c si

ę

 na 

południe. 

Nagle rozległ si

ę

 straszny łoskot u drzwi, które zacz

ę

ły puszcza

ć

 w 

zawiasach. Moi prze

ś

ladowcy posłu

ż

yli si

ę

 wida

ć

 jakim

ś

 ci

ęż

kim 

przedmiotem do wywa

ż

ania. Barykada z łó

ż

ka jednak nawet nie drgn

ę

ła, 

miałem wi

ę

c jeszcze jedna szans

ę

ż

e zd

ążę

 wyskoczy

ć

. Z boku okna 

wisiały no grubym pr

ę

cie i mosi

ęż

nych kółkach ci

ęż

kie aksamitne 

zasłony, był te

ż

 wystaj

ą

cy uchwyt do zewn

ę

trznych okiennic. Otworzyła 

si

ę

 przede mn

ą

 mo

ż

liwo

ść

 bezpiecznego skoku. Szybko 

ś

ci

ą

gn

ą

łem pr

ę

ze wszystkim, zaczepiłem dwa kółka z zasłonami na wystaj

ą

cym uchwycie 

i sprawdziwszy, 

ż

e wytrzymaj

ą

 mój ci

ęż

ar, wyskoczyłem z okna i 

spu

ś

ciłem si

ę

 po zaimprowizowanej mi

ę

kkiej drabinie pozostawiaj

ą

c za 

sob

ą

 na zawsze te zwyrodniałe, widmowe kontury Gilman House. 

Wyl

ą

dowałem bezpiecznie na obluzowanych łupkach spadzistego dachu i 

bez po

ś

lizgni

ę

cia dotarłem do czarnego otworu 

ś

wietlika. Spojrzałem 

na okno, które pozostawiłem za sob

ą

, ale było w nim jeszcze ciemno, 

tylko daleko na północy dostrzegłem po

ś

ród rozpadaj

ą

cych si

ę

 kominów 

złowieszczy odblask 

ś

wiatła z budynku Porz

ą

dku Dagona, ko

ś

cioła 

baptystów i kongregacjonalistów, na wspomnienie którego dreszcz mnie 
przeszywał. Na podwórku było całkiem ciemno, nadarzała si

ę

 wi

ę

szansa ucieczki, zanim powstanie alarm na du

żą

 skal

ę

. Po

ś

wieciłem 

latark

ą

 w gł

ą

ś

wietlika, ale nie było tam 

ż

adnych schodków. Nie 

wydawał si

ę

 jednak zbyt gł

ę

boki, wskoczyłem wi

ę

c do 

ś

rodka na 

zapylon

ą

 podłog

ę

 pełn

ą

 porozrzucanych pudełek i beczek. 

Było to miejsce upiorne, ale nie poddawałem si

ę

 ju

ż

 takim nastrojom, 

tylko ruszyłem z miejsca w stron

ę

 schodów, które odkryłem z pomoc

ą

 

latarki, zerkn

ą

wszy jednocze

ś

nie na zegarek — wskazywał godzin

ę

 druga 

po północy. Schody zatrzeszczały, ale wydały mi si

ę

 stosunkowo mocne. 

Pomkn

ą

łem na dół, min

ą

łem pierwsze pi

ę

tro, które przypominało raczej 

stodoł

ę

. Panowała tu kompletna pustka, rozlegało si

ę

 tylko echo moich 

kroków. W jednym ko

ń

cu korytarza na dole dostrzegłem troch

ę

 

ja

ś

niejszy prostok

ą

t, przez który prowadziło wyj

ś

cie na Paine Street. 

Skierowałem si

ę

 w druga stron

ę

 i znalazłem tam równie

ż

 otwarte drzwi; 

po pi

ę

ciu kamiennych schodkach wybiegłem na wybrukowane podwórko 

poprzerastane traw

ą

background image

Ksi

ęż

yc tutaj nie si

ę

gał, ale wyra

ź

nie widziałem przed sob

ą

 drog

ę

 i 

nie musiałem posługiwa

ć

 si

ę

 latarka. W niektórych oknach Gilman House 

paliło si

ę

 słabe 

ś

wiatło, wydawało mi si

ę

, ze słysz

ę

 wewn

ą

trz jakie

ś

 

bezładne głosy. Posuwaj

ą

c si

ę

 ostro

ż

nie w stron

ę

 Washington Street 

dostrzegłem po drodze kilka otwartych drzwi. Wybrałem najbli

ż

sze w 

nadziei, 

ż

e zdołam przej

ść

 na drug

ą

 stron

ę

. Korytarz spowity był 

ciemno

ś

ci

ą

, dotarłem jednak do drugiego ko

ń

ca, ale okazało si

ę

ż

drzwi wychodz

ą

ce na ulic

ę

 s

ą

 mocno zaryglowane. Postanowiłem wi

ę

spróbowa

ć

 w nast

ę

pnym budynku, ale na chwil

ę

 przystan

ą

łem. 

Z otwartych drzwi Gilman House wynurzył si

ę

 tłum jakich

ś

 postaci — z 

chybocz

ą

cymi latarkami i pokrzykuj

ą

cy chrapliwie, ale na pewno nie w 

j

ę

zyku angielskim. Poruszali si

ę

 niepewnie, najwyra

ź

niej nie 

wiedzieli, gdzie mnie szuka

ć

; mimo to skamieniałem z przera

ż

enia. Nie 

widziałem ich wyra

ź

nie, ale ich człapanie i szuranie było nad wyraz 

odra

ż

aj

ą

ce. Zdołałem Jednak zauwa

ż

y

ć

ż

e jedna z tych postaci miała 

na sobie dziwaczne szaty, a na głowie, bez 

ż

adnych w

ą

tpliwo

ś

ci, 

wysok

ą

, dobrze mi znan

ą

 tiar

ę

. Rozproszyli si

ę

 po całym dziedzi

ń

cu, a 

mnie ogarn

ą

ł jeszcze wi

ę

kszy strach. A je

ż

eli nie zdołam si

ę

 wydosta

ć

 

z tego budynku na ulic

ę

? Odór rybi spot

ę

gował si

ę

, obawiałem si

ę

ż

zemdlej

ę

. Znowu zacz

ą

łem wymacywa

ć

 jakie

ś

 wyj

ś

cie na ulic

ę

 i 

napotkałem drzwi, które otworzyły si

ę

 do pustego pokoju z zamkni

ę

tymi 

okiennicami. Po

ś

wieciwszy latark

ą

 stwierdziłem, 

ż

e zdołam je 

otworzy

ć

, i po chwili wyskoczyłem na zewn

ą

trz, zamkn

ą

wszy okiennice, 

by zatrze

ć

 za sob

ą

 

ś

lady. 

Znajdowałem si

ę

 teraz na Washington Street; nie dostrzegłem 

ż

ywej 

duszy ani 

ż

adnego 

ś

wiatła. zagl

ą

dał tu jedynie ksi

ęż

yc. Z kilku 

stron, ale z pewnej odległo

ś

ci, dochodziły mnie jednak chropawe 

głosy, kroki i jaki

ś

 tupot, który w niczym nie przypominał kroków. 

Nie miałem czasu do stracenia. Wskazówki kompasu prowadziły w 
kierunku, który obrałem, tote

ż

 zadowolony byłem, 

ż

e wył

ą

czono na 

ulicach 

ś

wiatło, jak to si

ę

 cz

ę

sto podczas ksi

ęż

ycowych nocy w 

biedniejszych okr

ę

gach wiejskich zdarza. Dochodziły te

ż

 jakie

ś

 

odgłosy od południa, ale mimo to nie zrezygnowałem z ucieczki w tym 
kierunku. Po drodze b

ę

dzie na pewno niemało wej

ść

 do pustych domów, w 

których znajd

ę

 schronienie, je

ś

li tylko dojrz

ę

 

ś

cigaj

ą

cych mnie 

prze

ś

ladowców. 

Posuwałem si

ę

 szybko, bezszelestnie, wzdłu

ż

 zrujnowanych domów. Bez 

kapelusza, rozczochrany po uci

ąż

liwej ucieczce, nie mogłem przyci

ą

ga

ć

 

niczyjej uwagi. Nawet gdybym przypadkowo napotkał jakiego

ś

 

przechodnia, pewnie by mnie nie zauwa

ż

ył. Na Bates Street skryłem si

ę

 

w przepa

ś

cistym westybulu, gdy

ż

 pojawiły si

ę

 przede mn

ą

 dwie 

powłócz

ą

ce nogami postacie, ale wkrótce szedłem ju

ż

 dalej zbli

ż

aj

ą

si

ę

 do otwartej przestrzeni, gdzie Eliot Street przecinała uko

ś

nie 

Washington Street na skrzy

ż

owaniu. Cho

ć

 przedtem nie widziałem tego 

miejsca, na mojej mapie wygl

ą

dało ono gro

ź

nie, ksi

ęż

yc z pewno

ś

ci

ą

 

b

ę

dzie miał tam swobodny dost

ę

p. Nie było jednak sensu zbacza

ć

 z 

drogi, bo musiałbym okr

ąż

a

ć

 nara

ż

aj

ą

c si

ę

, by

ć

 mo

ż

e, na jeszcze 

wi

ę

ksz

ą

 widoczno

ść

, a poza tym to by tylko opó

ź

niło moj

ą

 ucieczk

ę

Postanowiłem wi

ę

ś

miało i otwarcie przekroczy

ć

 plac na

ś

laduj

ą

powłóczysty krok mieszka

ń

ców Innsmouth, w nadziei, 

ż

e nikogo, a 

przynajmniej nikogo spo

ś

ród moich prze

ś

ladowców, nie spotkam po 

drodze. 

Nie orientowałem si

ę

, jak szeroki zakres ma po

ś

cig ani te

ż

 jaki mu 

przy

ś

wieca cel. Miasto zdawało si

ę

 by

ć

 niezwykle o

ż

ywione, ale byłem 

przekonany, 

ż

e wie

ść

 o mojej ucieczce z Gilman House jeszcze si

ę

 

daleko nie rozniosła. Wkrótce musz

ę

 si

ę

 przedosta

ć

 z Washington 

Street na jaka

ś

 inn

ą

 ulic

ę

 prowadz

ą

c

ą

 na południe, gdy

ż

 tajemnicza 

gromada z hotelu bez w

ą

tpienia posuwa si

ę

 za mn

ą

. Zostawiłem na pewno 

ś

lady na zakurzonej podłodze w ostatnim budynku, odkryj

ą

 wi

ę

c, w jaki 

sposób wydostałem si

ę

 na t

ę

 ulic

ę

background image

Tak jak si

ę

 spodziewałem, cały plac zalany był ksi

ęż

ycem; po

ś

rodku 

dostrzegłem co

ś

 w rodzaju skwerku ogrodzonego 

ż

elazn

ą

 balustrad

ą

. Na 

szcz

ęś

cie nikogo w pobli

ż

u nie było, ale od strony Town Square 

dochodziło jakie

ś

 dziwne buczenie czy te

ż

 warkot. South Street była 

szeroka i lekko opadała ku morzu, które było st

ą

d widoczne w całej 

swej rozci

ą

gło

ś

ci. Miałem nadziej

ę

ż

e nikt mnie nie obserwował, 

kiedy przechodziłem w pełnym blasku ksi

ęż

yca. Posuwałem si

ę

 bez 

przeszkód, nie słycha

ć

 było, aby kto

ś

 mnie szpiegował. Rozejrzawszy 

si

ę

, bezwiednie zwolniłem kroku na chwil

ę

 i zerkn

ą

łem w stron

ę

 morza, 

które, roz

ś

wietlone ksi

ęż

ycem, wygl

ą

dało wspaniale. W dali, za 

falochronem, rysowała si

ę

 niezbyt wyra

ź

nie ciemna linia Diabelskiej 

Rafy, która mimo woli przypominała mi straszne opowie

ś

ci, jakie tu 

usłyszałem — opowie

ś

ci, w których ta postrz

ę

piona skała stanowiła 

prawdziwe wrota do królestwa niepoj

ę

tej grozy i nienormalnych 

zjawisk. 

Nagle, zupełnie niespodziewanie, dostrzegłem na rafie migotanie 

ś

wiatła. Nie myliłem si

ę

, nie było to złudzenie. Ogarn

ą

ł mnie l

ę

k, 

niepohamowany i straszny. Wszystkie muskuły napr

ęż

yły si

ę

 do 

ucieczki, powstrzymała mnie tylko pod

ś

wiadoma ostro

ż

no

ść

 i prawie 

ż

hipnotyczne zafascynowanie. Co gorsza, rozbłysło te

ż

 

ś

wiatło z 

wyniosłej kopuły Gilman House, skierowane na północny wschód, cała 
seria analogicznych błysków, o innej cz

ę

stotliwo

ś

ci, które mogły by

ć

 

tylko sygnałami porozumiewawczymi. 

Znowu zdałem sobie spraw

ę

, jak bardzo jestem tutaj na widoku, 

ruszyłem wi

ę

c szybszym krokiem pozoruj

ą

c powłóczenie nogami, ale nie 

spuszczaj

ą

c oka z tej diabelskiej, złowieszczej rafy, dopóki mogłem 

j

ą

 widzie

ć

. Nie miałem poj

ę

cia, co to wszystko oznacza, chyba 

ż

miało zwi

ą

zek z dziwnymi obrz

ę

dami odbywaj

ą

cymi si

ę

 na rafie albo te

ż

 

z jakim

ś

 statkiem, który tam przycumował i z którego wyszła grupa 

ludzi. Skr

ę

ciłem w lewo obok zapuszczonego trawnika, wci

ąż

 jednak 

zerkałem w stron

ę

 oceanu l

ś

ni

ą

cego w letniej po

ś

wiacie ksi

ęż

yca i 

obserwowałem tajemnicze błyski niezrozumiałych dla mnie 

ś

wiateł 

ostrzegawczych. 

Wtedy to wła

ś

nie zawładn

ę

ło mn

ą

 chyba najwi

ę

ksze przera

ż

enie, 

przestałem nad sob

ą

 panowa

ć

 i pop

ę

dziłem jak oszalały na południe 

obok ziej

ą

cych czerni

ą

 drzwi i okien spogl

ą

daj

ą

cych jak rybie oczy na 

tej pustynnej, koszmarnej ulicy. Kiedy spojrzałem uwa

ż

niej, okazało 

si

ę

ż

e morze pomi

ę

dzy raf

ą

 i brzegiem bynajmniej nie jest puste. 

Wypełniał je g

ę

sty rój jakich

ś

 postaci płyn

ą

cych w stron

ę

 miasta; 

mimo du

ż

ej odległo

ś

ci i b

ą

d

ź

 co b

ą

d

ź

 zaledwie przelotnego spojrzenia, 

zauwa

ż

yłem, 

ż

e podskakuj

ą

ce głowy i uderzaj

ą

ce w wod

ę

 ramiona s

ą

 mi 

dziwnie obce, o wynaturzonych kształtach, których nie potrafiłbym 
okre

ś

li

ć

 ani z cał

ą

 

ś

wiadomo

ś

ci

ą

 do niczego zakwalifikowa

ć

Zwolniłem szale

ń

czy p

ę

d, nim jeszcze znalazłem si

ę

 przed jakim

ś

 

budynkiem, poniewa

ż

 od lewej strony usłyszałem larum zorganizowanego 

po

ś

cigu. Na Federal Street rozległy si

ę

 kroki i jakie

ś

 gardłowe 

głosy, dochodził te

ż

 warkot motoru. W jednej chwili mój plan uległ 

całkowitej zmianie, bo je

ż

eli droga na południe została zablokowana, 

to musz

ę

 znale

źć

 jaki

ś

 inny sposób ucieczki z Innsmouth. Wsun

ą

łem si

ę

 

w jakie

ś

 otwarte drzwi, zadowolony, 

ż

e min

ą

łem o

ś

wietlon

ą

 ksi

ęż

ycem 

otwart

ą

 przestrze

ń

, zanim moi prze

ś

ladowcy nadci

ą

gn

ę

li równoległ

ą

 

ulic

ą

Kolejne spostrze

ż

enie było mniej pocieszaj

ą

ce. Po

ś

cig odbywał si

ę

 

nast

ę

pn

ą

 ulic

ą

; co prawda nie pod

ąż

ali za mn

ą

 bezpo

ś

rednio i jak 

dot

ą

d mnie nie dostrzegli, ale zastosowali konsekwentny plan odci

ę

cia 

mi drogi. Mogło to oznacza

ć

, ze na wszystkich drogach wyj

ś

ciowych z 

miasta rozstawili patrole, nie wiedzieli bowiem, któr

ą

 wybior

ę

. Wobec 

tego musz

ę

 ucieka

ć

 z dala od wszystkich dróg, ale jak to zrobi

ć

background image

skoro cały okoliczny teren to bagna poprzecinane licznymi rzekami? 
Zm

ą

ciło mi si

ę

 w głowie, zarówno od poczucia beznadziejno

ś

ci, jak i 

nagłego, spot

ę

gowanego przypływu rybiego smrodu. 

Przypomniałem sobie o nieczynnej linii kolejowej do Rowley, która 
miała mocne podkłady i zaro

ś

ni

ę

ta była traw

ą

, a prowadziła na 

północny zachód od zdewastowanej stacji nad brzegiem w

ą

wozu. w którym 

płyn

ę

ła rzeka. Istniała mo

ż

liwo

ść

ż

e nie uwzgl

ę

dni

ą

 jej w swoim 

planie po

ś

cigu, gdy

ż

 opustoszały, pozarastany dzik

ą

 ró

żą

 teren 

wydawał si

ę

 nie do przebycia i było najmniej prawdopodobne, aby go 

wybrał uciekinier. Wyra

ź

nie widziałem ten teren z okna hotelu i 

orientowałem si

ę

, gdzie si

ę

 znajduje. Znaczna cz

ęść

 linii kolejowej 

była niestety widoczna z drogi prowadz

ą

cej do Rowley, a tak

ż

e z wy

ż

ej 

poło

ż

onych miejsc w samym mie

ś

cie, ale mog

ę

 przecie

ż

 skry

ć

 si

ę

 w

ś

ród 

zaro

ś

li i czołgaj

ą

c si

ę

 wydosta

ć

 z tego miasta. W ka

ż

dym b

ą

d

ź

 razie 

była to dla mnie jedyna szansa ucieczki i nie pozostawało mi nic 
innego, jak przyst

ą

pi

ć

 do działania natychmiast. 

W gł

ę

bi korytarza, w którym znalazłem schronienie, raz jeszcze 

przyjrzałem si

ę

 mapie przy 

ś

wietle latarki. Najpierw nale

ż

ało si

ę

 

przedosta

ć

 do stacji kolejowej, co było nie lada problemem; uznałem, 

ż

e najbezpieczniej b

ę

dzie pój

ść

 na Babson Street, potem na zachód do 

Lafayette, dalej ju

ż

 drog

ą

 okr

ęż

n

ą

, a nie przecina

ć

 placu, tak jak to 

zrobiłem przed chwil

ą

. Potem z kolei trzeba si

ę

 skierowa

ć

 na północ i 

zachód kr

ę

t

ą

 drog

ą

 przez ulice Lafayette, Bates, Adams i Bank — przy 

czym ta ostatnia ci

ą

gn

ę

ła si

ę

 wzdłu

ż

 brzegu rzeki — i tak mo

ż

e zdołam 

dotrze

ć

 do nieczynnej, prawie ju

ż

 w całkowitej ruinie stacji, któr

ą

 

widziałem z okna. Wybrałem prost

ą

 drog

ę

 do Babson Street, poniewa

ż

 

nie miałem ochoty przemierza

ć

 otwartej przestrzeni ani te

ż

 kierowa

ć

 

si

ę

 na zachód ulic

ą

 tak szerok

ą

 jak South Street. 

Rozejrzawszy si

ę

 jeszcze raz uwa

ż

nie, przeszedłem na praw

ą

 stron

ę

aby dosta

ć

 si

ę

 do Babson Street przez nikogo nie zauwa

ż

ony. Na 

Federal Street wci

ąż

 było gwarno, a kiedy si

ę

 obejrzałem, wydało mi 

si

ę

ż

e błysn

ę

ło 

ś

wiatło tu

ż

 koło budynku, przez który si

ę

 

przedostałem. Chc

ą

c jak najszybciej wydosta

ć

 si

ę

 z Washington Street 

ruszyłem biegiem w nadziei, 

ż

e nikt mnie tu nie dostrze

ż

e. Na 

nast

ę

pnym rogu Babson Street ku memu przera

ż

eniu zobaczyłem, 

ż

e jeden 

z domów jest zamieszkany, o czym 

ś

wiadczyły zasłony w oknach, ale w 

ż

adnym nie paliło si

ę

 

ś

wiatło, udało mi si

ę

 wi

ę

c przej

ść

 obok 

spokojnie. 

Na Babson Street, krzy

ż

uj

ą

cej si

ę

 z Federal Street, prze

ś

ladowcy 

mogli mnie łatwo zauwa

ż

y

ć

, posuwałem si

ę

 wi

ę

c tu

ż

 przy samym murze 

pochylonych i nierówno stoj

ą

cych budynków, dwukrotnie zatrzymuj

ą

c si

ę

 

w pustych drzwiach, gdy wydało mi si

ę

ż

e hałas si

ę

 wzmaga. Przede 

mn

ą

 znowu otwierała si

ę

 wolna przestrze

ń

 o

ś

wietlona ksi

ęż

ycem, ale 

nie musiałem jej przemierza

ć

. Kiedy zatrzymałem si

ę

 po raz drugi, 

zauwa

ż

yłem, 

ż

e odgłosy tym razem dochodz

ą

 z innego kierunku, i 

ujrzałem mkn

ą

cy przez otwart

ą

 przestrze

ń

 motocykl wprost ku Eliot 

Street, krzy

ż

uj

ą

cej si

ę

 z Babson i Lafayette. 

Kiedy tak patrzyłem dławi

ą

c si

ę

 nagłym i silnym powiewem rybiego 

smrodu, zobaczyłem gromad

ę

 dzikich, skulonych postaci zmierzaj

ą

cych 

wielkimi susami i powłócz

ą

cym krokiem w tym samym kierunku; była to 

wi

ę

c grupa maj

ą

ca pełni

ć

 stra

ż

 przy drodze do Ipswich, b

ę

d

ą

cej 

przedłu

ż

eniem Eliot Street. Dwie postacie miały na sobie lu

ź

ne szaty, 

a na głowach diademy l

ś

ni

ą

ce w po

ś

wiacie ksi

ęż

yca. Chód tych postaci 

był tak dziwny, 

ż

e a

ż

 zimny dreszcz mnie przeszedł, miałem nawet 

wra

ż

enie, 

ż

e nie id

ą

, a podskakuj

ą

Ruszyłem dalej dopiero wtedy, gdy cała ta gromada znikn

ę

ła mi z pola 

widzenia. Skr

ę

ciłem w Lafayette i min

ą

łem szybko Eliot Street bacz

ą

c, 

czy jacy

ś

 spó

ź

nieni prze

ś

ladowcy nie zmierzaj

ą

 w tym kierunku. Od 

background image

strony Town Square dochodziły rechocz

ą

ce i gwarne głosy, ale na 

nikogo si

ę

 nie natkn

ą

łem. Najbardziej si

ę

 obawiałem przej

ś

cia przez 

szerok

ą

 i o

ś

wietlon

ą

 ksi

ęż

ycem South Street z widokiem na morze, 

musiałem jednak podda

ć

 si

ę

 ci

ęż

kiej próbie. Tutaj mogli mnie łatwo 

wy

ś

ledzi

ć

, nawet ci, którzy pilnowali Eliot Street, te

ż

 mogli mnie tu 

wypatrzy

ć

. Postanowiłem zwolni

ć

 tempo i przej

ść

 powłócz

ą

c nogami jak 

tubylcy. 

Kiedy znowu roztoczył si

ę

 przede mn

ą

 widok na morze — tym razem z 

prawej strony — postanowiłem nie patrze

ć

 w tym kierunku, ale nie 

mogłem si

ę

 powstrzyma

ć

 i zerkn

ą

łem w bok, nie zapominaj

ą

c o 

powłóczeniu nogami. Niestety, nie zobaczyłem statku, a łudziłem si

ę

ż

e przypłyn

ą

ł. Zauwa

ż

yłem natomiast mał

ą

 łód

ź

 wiosłow

ą

 płyn

ą

c

ą

 do 

opuszczonej przystani, a zapełnion

ą

 czym

ś

, przykrytym brezentem. 

Wio

ś

larze, cho

ć

 z daleka niezbyt dokładnie widoczni, wygl

ą

dali jednak 

odra

ż

aj

ą

co. Dostrzegłem te

ż

 paru pływaków; na dalekiej, czarnej rafie 

ś

wieciło teraz słabe, ale jednostajne 

ś

wiatełko, ju

ż

 nie migaj

ą

ce 

ostrzegawczo, o do

ść

 dziwnym kolorze, którego nie potrafiłbym 

okre

ś

li

ć

. Ponad spadzistymi dachami, na prawo ode mnie jarzyła si

ę

 

wysoka kopuła Gilman House, poza tym jednak panowała kompletna 
ciemno

ść

. Zapach ryb, złagodzony na moment łaskaw

ą

 bryz

ą

, znowu 

uderzył mnie w nozdrza z cał

ą

 sił

ą

Nim zd

ąż

yłem przej

ść

 ulic

ę

, usłyszałem gwar na Washington Street od 

strony północnej. Dotarli wła

ś

nie do otwartej przestrzeni, sk

ą

ujrzałem niepokoj

ą

cy obraz morza rozjarzonego ksi

ęż

ycem. Znajdowali 

si

ę

 ju

ż

 całkiem blisko, a widok ich zwierz

ę

co wynaturzonych twarzy i 

pochylonych postaci posuwaj

ą

cych si

ę

 jakim

ś

 nieludzkim krokiem, a 

przypominaj

ą

cych gromad

ę

 psów, zupełnie mnie przeraził. Jeden z nich 

poruszał si

ę

 zupełnie jak małpa, dotykaj

ą

c długimi r

ę

koma ziemi; 

jaki

ś

 inny w lu

ź

nych szatach i z tiar

ą

 na głowie — zdawał si

ę

 posuwa

ć

 

skokami. To wła

ś

nie t

ę

 gromad

ę

 widziałem wtedy na podwórzu Gilman 

House, byli najbli

ż

si mego tropu. Poniektórzy patrzyli w moj

ą

 stron

ę

co mnie napełniło strasznym l

ę

kiem, jeszcze bardziej wi

ę

c zacz

ą

łem 

udawa

ć

 to ich powłóczenie nogami. Do dzi

ś

 nie wiem, czy rzeczywi

ś

cie 

mnie wtedy dostrzegli. Je

ż

eli tak było, to moja strategia ich 

zmyliła, bo nie zmienili swojego kursu, tylko posuwali si

ę

 dalej, 

rechotliwie bełkoc

ą

c, a tak obrzydliwie, 

ż

e nie mogłem si

ę

 w tym 

rozezna

ć

Znalazłszy si

ę

 znów w mroku, zacz

ą

łem biec truchtem obok pochylonych 

domów spogl

ą

daj

ą

cych pustymi oknami w ciemn

ą

 noc. Przeszedłem na 

drug

ą

 stron

ę

 ulicy, skr

ę

ciłem na najbli

ż

szym rogu w Bates Street, 

kryj

ą

c si

ę

 w cieniu budynków od południowej strony. Min

ą

łem dwa domy, 

w których zna

ć

 było 

ś

lady 

ż

ycia, w jednym paliło si

ę

 nawet 

ś

wiatło w 

górnych oknach, ale nie natkn

ą

łem si

ę

 na 

ż

adn

ą

 przeszkod

ę

. Kiedy 

skr

ę

ciłem na Adams Street, poczułem si

ę

 troch

ę

 bezpieczniej, ale 

wkrótce zamarłem, bo tu

ż

 przede mn

ą

 wytoczył si

ę

 z drzwi jaki

ś

 

człowiek. Zbyt był jednak pijany, aby mógł stanowi

ć

 dla mnie 

zagro

ż

enie, i tak dotarłem bezpiecznie do magazynów składowych na 

Bank Street, b

ę

d

ą

cych w zupełnej ruinie. 

Na tej wymarłej ulicy ci

ą

gn

ą

cej si

ę

 wzdłu

ż

 rzeki wszystko wydawało 

si

ę

 zastygłe, a szum wodospadów zagłuszał moje kroki. Do stacji 

musiałem przebiec jeszcze kawałek drogi, za

ś

 mury wielkich magazynów 

wygl

ą

dały straszniej ni

ż

 mieszkalne domy. Nareszcie ujrzałem przed 

sob

ą

 star

ą

 stacj

ę

 z arkadami — a wła

ś

ciwie jej n

ę

dzne resztki — i 

ruszyłem prosto w kierunku szyn zaczynaj

ą

cych si

ę

 no drugim jej 

ko

ń

cu. 

Były zardzewiałe, cho

ć

 jeszcze w niezłym stanie, podkłady przegniły, 

ale nie wszystkie. Po takiej drodze ogromnie trudno było porusza

ć

 si

ę

 

swobodnie, a tym bardziej biec, ale jako

ś

 sobie radziłem. Przez 

pewien czas szyny prowadziły przez długi, kryty most nad zawrotnej 

background image

ę

boko

ś

ci przepa

ś

ci

ą

. Moje dalsze kroki uzale

ż

nione były od stanu 

mostu. Je

ż

eli oka

ż

e si

ę

 to mo

ż

liwe, przejd

ę

 po nim, a je

ś

li b

ę

dzie w 

bardzo złym stanie, musz

ę

 podj

ąć

 ryzyko dalszej w

ę

drówki ulic

ą

 i 

przedosta

ć

 si

ę

 przez najbli

ż

szy, nieuszkodzony most przy 

autostradzie. 

Ten ogromny stary most, długi jak stodoła, ja

ś

niał widmowo w blasku 

ksi

ęż

yca i stwierdziłem, 

ż

e par

ę

 kroków dalej podkłady s

ą

 całkiem 

solidne. Wszedłem przy

ś

wiecaj

ą

c sobie latark

ą

 i omal nie zwaliła mnie 

z nóg chmara nietoperzy, która zerwała si

ę

 z gło

ś

nym trzepotem. W 

połowie drogi znajdowała si

ę

 gro

ź

na wyrwa mi

ę

dzy podkładami, na widok 

której zawahałem si

ę

, czy zdołam j

ą

 pokona

ć

, jednak

ż

e zaryzykowałem, 

wykonałem desperacki skok, który na szcz

ęś

cie si

ę

 udał. 

Z rado

ś

ci

ą

 powitałem ksi

ęż

yc, kiedy wreszcie wydostałem si

ę

 z tego 

makabrycznego tunelu. Stare szyny przecinały River Street na 
przeje

ź

dzie kolejowym i natychmiast skr

ę

cały w pole, na którym ju

ż

 

coraz słabiej czuło si

ę

 ten niezno

ś

ny zapach ryb. G

ę

ste poszycie 

chwastów i dzikiej ró

ż

y kryło mnie całkowicie, ale ubranie miałem w 

strz

ę

pach. Rad jednak byłem, 

ż

e si

ę

 tutaj znalazłem, bo w razie 

pogoni, miałem tu dobre schronienie. Byłem 

ś

wiadomy, 

ż

e wi

ę

ksza cz

ęść

 

trasy, któr

ą

 przemierzałem, musiała by

ć

 widoczna z drogi prowadz

ą

cej 

do Rowley. 

Wkrótce pojawiły si

ę

 bagna, a przez nie wiodła jedna tylko 

ś

cie

ż

ka na 

niskim, trawiastym nasypie, ale zaro

ś

la nie były tu ju

ż

 tak g

ę

ste. 

Natkn

ą

łem si

ę

 teraz na co

ś

 w rodzaju wyspy troch

ę

 wy

ż

ej poło

ż

onej, 

któr

ą

 szyny przecinały w płytkim, otwartym wykopie, zaro

ś

ni

ę

tym 

krzakami i je

ż

ynami. Bardzo si

ę

 ucieszyłem, 

ż

e przynajmniej tutaj 

mog

ę

 si

ę

 skry

ć

, bo wedle tego, co widziałem z okna hotelu, w tym 

miejscu szosa do Rowley biegła bardzo blisko. Na ko

ń

cu wykopu szyny 

przecinały 

ś

cie

ż

k

ę

 i zbaczały na bezpieczn

ą

 odległo

ść

. Tymczasem 

jednak musiałem zachowa

ć

 daleko id

ą

c

ą

 ostro

ż

no

ść

. Byłem pewien, 

ż

jak do tej pory szyny kolejowe nie zostały obj

ę

te patrolem. 

Nim zanurzyłem si

ę

 w wykop kolejowy, obejrzałem si

ę

 za siebie, ale 

nie dostrzegłem moich prze

ś

ladowców. Stare wie

ż

yce i dachy Innsmouth 

wspaniale i nieziemsko l

ś

niły w magicznym 

ż

ółtym 

ś

wietle ksi

ęż

yca i 

mimo woli pomy

ś

lałem, jak pi

ę

knie musiały wygl

ą

da

ć

 w dawnych dniach, 

nim miasto zostało okryte mrokiem tajemnicy. Ale kiedy spojrzałem w 

ą

b l

ą

du, uwag

ę

 moj

ą

 przykuło co

ś

, co mnie zaniepokoiło, i przez 

chwil

ę

 zastygłem w bezruchu. Zobaczyłem — a mo

ż

e tylko tak mi si

ę

 

zdawało — jakby jakie

ś

 dziwne falowanie daleko na południu; doszedłem 

do wniosku, 

ż

e na poziomie drogi do Ipswich wyłania si

ę

 z miasta 

jaka

ś

 ogromna horda. Odległo

ść

 była du

ż

a, nie mogłem wi

ę

c nic dojrze

ć

 

dokładnie, ale nie podobał mi si

ę

 wygl

ą

d tej poruszaj

ą

cej si

ę

 

kolumny. Był to ruch zanadto rozfalowany, a odblask zbyt jaskrawy w 
promieniach zachodz

ą

cego ksi

ęż

yca. Odnosiłem wra

ż

enie, 

ż

e słysz

ę

 te

ż

 

jakie

ś

 odgłosy — mimo 

ż

e wiatr wiał w przeciwnym kierunku — odgłosy 

zwierz

ę

cego skrobania i wrzasków jeszcze gorszych ni

ż

 te, które 

niedawno słyszałem. Przez głow

ę

 przemkn

ę

ły mi najrozmaitsze domysły, 

niezbyt przyjemne. Mimo woli pomy

ś

lałem o tych najprzeró

ż

niejszych 

typach ludzkich w Innsmouth, ukrytych podobno w rozpadaj

ą

cych si

ę

 ju

ż

 

starych kanałach przy nadbrze

ż

u. Pomy

ś

lałem te

ż

 o grupie pływaków, 

których dostrzegłem na morzu. Szacuj

ą

c t

ę

 gromad

ę

 widoczn

ą

 z daleko, 

jak równie

ż

 wszystkie te, które pokrywały teraz okoliczne drogi, 

doszedłem do wniosku, 

ż

e liczba 

ś

cigaj

ą

cych mnie jest o wiele za du

ż

jak na tak wyludnione miasto. 

Sk

ą

d wzi

ę

ły si

ę

 te wielkie tłumy? Czy

ż

by stare, niezaplombowane 

kanały zapełnione były pokr

ę

tnym, nie przynale

żą

cym do 

ż

adnej 

kategorii i przez nikogo nie podejrzewanym 

ż

yciem? A mo

ż

rzeczywi

ś

cie jaki

ś

 niewidzialny statek przywiózł cały legion 

nieznanych przybyszów na t

ę

 piekieln

ą

 raf

ę

? Kim s

ą

 wobec tego? 

background image

Dlaczego si

ę

 tutaj znale

ź

li? Je

ż

eli taka kolumna obcych przybyszów 

grasowała na drodze do Ipswich, to czy patrole na innych drogach te

ż

 

zostały wzmocnione? 

Wszedłem w zaro

ś

la wykopu kolejowego i posuwałem si

ę

 powolnym 

krokiem, gdy nagle znowu spowił mnie ci

ęż

ki, odra

ż

aj

ą

cy zapach ryb. 

Czy

ż

by wiatr zmienił kierunek na wschodni, wiej

ą

cy wprost od morza w 

stron

ę

 miasta? Pewnie tak, bo teraz usłyszałem jakie

ś

 gardłowe 

pomruki z tamtej wła

ś

nie strony, dot

ą

d zupełnie cichej. Dochodziły 

mnie jeszcze inne odgłosy — co

ś

 w rodzaju zbiorowego trzepotania i 

tupotu, które pobudzały wyobra

ź

ni

ę

 do granic wytrzymało

ś

ci. Nie 

mogłem si

ę

 pozby

ć

 jakich

ś

 pozbawionych logiki my

ś

li na temat tej 

nieprzyjemnie faluj

ą

cej kolumny na drodze do Ipswich. 

Po chwili smród i gwar nasiliły si

ę

 jeszcze bardziej, wi

ę

zatrzymałem si

ę

 dr

żą

c na całym ciele, rad, 

ż

e mam kryjówk

ę

 w wykopie. 

Przypomniałem sobie, 

ż

e wła

ś

nie tutaj droga do Rowley podchodzi 

bardzo blisko do starej linii kolejowej, tu

ż

 przed skrzy

ż

owaniem i 

zakr

ę

tem na zachód. Co

ś

 si

ę

 poruszało wzdłu

ż

 tej drogi, poło

ż

yłem si

ę

 

wi

ę

c płasko, a

ż

 przejdzie i zniknie. Wdzi

ę

czny byłem niebiosom, 

ż

e te 

kreatury nie maj

ą

 ze sob

ą

 psów do tropienia — pewnie zreszt

ą

 byłoby 

to niemo

ż

liwe na terenie tak cuchn

ą

cym rybami. Przycupn

ą

wszy po

ś

ród 

krzaków w piaszczystym dole czułem si

ę

 raczej bezpieczny, cho

ć

 

wiedziałem, 

ż

e moi prze

ś

ladowcy b

ę

d

ą

 przechodzi

ć

 naprzeciwko mnie w 

odległo

ś

ci nie wi

ę

kszej ni

ż

 pi

ęć

dziesi

ą

t metrów. Mog

ę

 ich zobaczy

ć

ale oni mnie nie zauwa

ż

a, chyba ze przez jaki

ś

 niefortunny przypadek. 

A jednak wzdragałem si

ę

 przed ich widokiem. Widziałem przed sob

ą

 z 

bliska o

ś

wietlony ksi

ęż

ycem teren, przez który b

ę

d

ą

 przechodzi

ć

, i 

pomy

ś

lałem, 

ż

e to miejsce mo

ż

e ulec bezpowrotnemu ska

ż

eniu. S

ą

 to, 

by

ć

 mo

ż

e, najbardziej zwyrodniałe istoty miasta Innsmouth, których 

lepiej byłoby nie zachowa

ć

 w pami

ę

ci. 

Smród stał si

ę

 nie do zniesienia, a hałas był nieprzerwanym 

harmiderem rechotu, ujadania i poszczekiwania, co wzi

ą

wszy razem 

bynajmniej nie przypominało ludzkiej mowy. Czy

ż

by to rzeczywi

ś

cie 

były głosy 

ś

cigaj

ą

cych mnie prze

ś

ladowców? A mo

ż

e jednak maj

ą

 ze sob

ą

 

psy? Nie udało mi si

ę

 zauwa

ż

y

ć

 

ż

adnych zwierz

ą

t w Innsmouth. Trzepot 

i szuranie niemal mnie ogłuszały, uznałem, 

ż

e chyba nie zdołam 

spojrze

ć

 na te zdegenerowane stwory. Postanowiłem przez cały czas 

trzyma

ć

 oczy zamkni

ę

te, dopóki wszystkie te odgłosy nie oddal

ą

 si

ę

 na 

zachód. Horda znajdowała si

ę

 ju

ż

 w pobli

ż

u — powietrze przesycone 

było ich ostrym warczeniem, a ziemia a

ż

 si

ę

 trz

ę

sła od kroków 

stawianych w niespotykanym rytmie. Dech mi prawie zaparło i cał

ą

 sił

ą

 

woli nie otwierałem oczu. 

Nawet teraz nie mog

ę

 powiedzie

ć

, czy to, co nast

ą

piło, było straszn

ą

 

rzeczywisto

ś

ci

ą

, czy te

ż

 koszmarn

ą

 halucynacj

ą

. Pó

ź

niejsza 

działalno

ść

 rz

ą

du — na skutek moich pełnych przera

ż

enia pró

ś

b — 

potwierdza straszn

ą

 prawd

ę

. Ale czy

ż

 halucynacja nie mo

ż

e si

ę

 zdarzy

ć

 

pod wpływem hipnotycznego czaru, jaki rzuca to stare, widmowe miasto? 
Miejsca takie maj

ą

 dziwne wła

ś

ciwo

ś

ci, a spu

ś

cizna obł

ą

ka

ń

czej 

legendy mo

ż

e działa

ć

 na wyobra

ź

ni

ę

 nie tylko jednego człowieka, 

zwłaszcza po

ś

ród wymarłych, cuchn

ą

cych ulic, zbutwiałych dachów i 

krusz

ą

cych si

ę

 wie

ż

yc. Czy

ż

 nie jest to mo

ż

liwe, 

ż

ź

ródło obecnego, 

a tak zara

ź

liwego szale

ń

stwa czai si

ę

 w gł

ę

biach tego widma, jakie 

roztacza si

ę

 nad Innsmouth? Któ

ż

 mo

ż

e by

ć

 pewien rzeczywisto

ś

ci po 

wysłuchaniu opowie

ś

ci starego Zadoka Allena? Funkcjonariusze rz

ą

dowi 

nie znale

ź

li biednego Zadoka ani nawet 

ż

adnego po nim 

ś

ladu. Gdzie 

ko

ń

czy si

ę

 szale

ń

stwo, a zaczyna rzeczywisto

ść

? Czy

ż

 nie jest 

mo

ż

liwe, 

ż

e nawet ten mój ostatni strach i wizje były po prostu 

złudzeniem? 

Musz

ę

 jednak opowiedzie

ć

, co widziałem, jak mi si

ę

 zdaje, owej nocy w 

background image

blasku szyderczego ksi

ęż

yca na drodze do Rowley, tu

ż

 na wprost 

siebie, kiedy le

ż

ałem po

ś

ród krzaków dzikiej ró

ż

y, w pustym wykopie 

kolejowym. Oczywi

ś

cie nie dotrzymałem postanowienia, 

ż

e nie otworz

ę

 

oczu. Z góry było to skazane na niepowodzenie, bo kto by ule

ż

ał z 

zamkni

ę

tymi oczami, kiedy cały legion pochylonych, ujadaj

ą

cych 

stworów nieznanego pochodzenia przesuwał si

ę

 z rozgło

ś

nym trzepotem 

zaledwie w odległo

ś

ci pi

ęć

dziesi

ę

ciu metrów? 

Wydawało mi si

ę

ż

e jestem przygotowany na najgorsze, i rzeczywi

ś

cie 

powinienem by

ć

, zwa

ż

ywszy na to, co ju

ż

 przedtem widziałem. Inni moi 

prze

ś

ladowcy byli niesamowicie wynaturzeni, nie powinienem wi

ę

c mie

ć

 

oporów, aby zobaczy

ć

 równie

ż

 i te postacie, w których nie było nawet 

ś

ladu normalno

ś

ci. Nie otworzyłem jednak oczu, dopóki nie rozległ si

ę

 

ochrypły jazgot na wprost mnie. Zdałem sobie spraw

ę

ż

e długi sznur 

tych stworów musi by

ć

 widoczny w miejscu, gdzie zbocze wykopu ł

ą

czy 

si

ę

 z drog

ą

 przecinaj

ą

c

ą

 trakt, wtedy ju

ż

 nie potrafiłem si

ę

 oprze

ć

 

pokusie, bez wzgl

ę

du na to, jaka potworno

ść

 objawi mi łypi

ą

cy 

po

żą

dliwym okiem ksi

ęż

yc. 

Był to koniec — koniec wszystkiego, co pozostało mi w 

ż

yciu na tej 

ziemi, koniec spokoju i wiary w integralno

ść

 przyrody z ludzkim 

umysłem. Wszystko, co mogłem sobie wyobrazi

ć

 — nawet to, co 

zawdzi

ę

czam obł

ą

ka

ń

czej opowie

ś

ci Zadoka w sensie dosłownym — nie 

dałoby si

ę

 porówna

ć

 z t

ą

 demoniczn

ą

, blu

ź

niercz

ą

 wprost 

rzeczywisto

ś

ci

ą

, jak

ą

 ujrzałem, czy te

ż

 wydawało mi si

ę

ż

e ujrzałem. 

Na razie tylko o tym wspominam, pó

ź

niej musz

ę

 opisa

ć

 ju

ż

 bez osłonek. 

Mo

ż

liwe to, aby nasza planeta spłodziła co

ś

 takiego i aby ludzkie oko 

naprawd

ę

 ogl

ą

dało to, co dotychczas znane było tylko rozgor

ą

czkowanej 

fantazji i nie maj

ą

cej znaczenia legendzie? 

A jednak widziałem ich, ci

ą

gn

ą

cych niezliczonym strumieniem — w

ś

ród 

trzepotu, podskoków, rechotania i beczenia — przy widmowym ksi

ęż

ycu w 

groteskowej, zło

ś

liwej sarabandzie niesamowitej nocnej mary. 

Niektórzy mieli po głowie wysokie tiary z tego nieznanego biało-
złotego metalu... inni jakie

ś

 dziwne szaty... a jeden, id

ą

cy na 

czele, ubrany był w niesamowity, czarny płaszcz i spodnie w paski, 
miał te

ż

 filcowy kapelusz zatkni

ę

ty na czym

ś

, co pozbawione było 

kształtu, a co miało by

ć

 głowa. 

Dominował w

ś

ród nich kolor szarozielony, cho

ć

 brzuchy mieli białe. 

Ich ciała były l

ś

ni

ą

ce i o

ś

lizgłe, na grzbietach mieli łuski. Nie 

wydaje si

ę

, aby mogli mie

ć

 cokolwiek wspólnego z antropologi

ą

, za

ś

 

ich głowy przypominały ryby, mieli te

ż

 wielkie, wyłupiaste oczy, 

wiecznie otwarte. Po bokach szyi widniały ruchome skrzela, a ich 
długie szpony poł

ą

czone były błona pławn

ą

. Podskakiwali 

nieregularnie, czasem na dwóch ko

ń

czynach, czasem na czterech. 

Zadowolony byłem, ze nie maj

ą

 ich wi

ę

cej. Ich rechot i ujadanie, 

maj

ą

ce spełnia

ć

 rol

ę

 artykułowanej mowy, robiły o wiele gorsze 

wra

ż

enie, ani

ż

eli pozbawione wyrazu twarze. 

Cho

ć

 były to straszliwe potwory, nie wydawały mi si

ę

 obce. Zbyt 

dobrze wiedziałem, czym s

ą

... bo czy

ż

 pami

ęć

 o tej złowieszczej 

tiarze w Newburyport nie była jeszcze 

ś

wie

ż

a? Kiedy zobaczyłem te 

blu

ź

niercze 

ż

aboryby, ohydnie ukształtowane — 

ż

ywe i straszne — 

zrozumiałem, co ten przygarbiony, z tiar

ą

 na głowie kapłan w mrocznej 

krypcie ko

ś

cioła mi przypominał. Ich liczebno

ść

 była nieodgadniona. 

Wydawało mi si

ę

ż

e s

ą

 ich całe tabuny, bo przecie

ż

 moje przelotne 

spojrzenie mogło obj

ąć

 tylko niewielka ich cz

ą

stk

ę

. Po chwili 

wszystko znikn

ę

ło mi z oczu, bo, na szcz

ęś

cie, zemdlałem po raz 

pierwszy w 

ż

yciu. 

background image

Lekki deszczyk przywrócił mnie do przytomno

ś

ci w zaro

ś

ni

ę

tym g

ą

szczem 

wykopie kolejowym. Nastał ju

ż

 dzie

ń

 i kiedy chwiejnym krokiem 

wydostałem si

ę

 na drog

ę

, w bagnie nie zna

ć

 ju

ż

 było 

ż

adnych 

ś

ladów. 

Przyprawiaj

ą

cy o mdło

ś

ci zapach ryb znikn

ą

ł, rozpadaj

ą

ce si

ę

 dachy 

Innsmouth i pochylone strzeliste wie

ż

e majaczyły szaro

ś

ci

ą

 na 

południowo-wschodnim widnokr

ę

gu, ale na całym tym pustym 

słonobagnistym terenie nie wypatrzyłem 

ż

ywej duszy. Mój zegarek 

jeszcze chodził; okazało si

ę

ż

e min

ę

ło ju

ż

 południe. Cała ta 

koszmarna rzeczywisto

ść

, z któr

ą

 si

ę

 zetkn

ą

łem, wydawała mi si

ę

 teraz 

niejasna, ale czułem, 

ż

e u jej podło

ż

a le

ż

y jakie

ś

 straszne zło. 

Postanowiłem ucieka

ć

 od tego nieszcz

ę

snego Innsmouth, uprzednio 

jednak sprawdziłem, czy przy tak nadwer

ęż

onych siłach jestem zdolny 

do dalszej w

ę

drówki. Cho

ć

 byłem słaby, głodny, przera

ż

ony i 

oszołomiony, stwierdziłem, 

ż

e mog

ę

 jednak i

ść

 dalej; i tak ruszyłem 

błotnist

ą

 drog

ą

 do Rowley. Nim zapadł wieczór, dotarłem do wsi, w 

której mnie nakarmiono, a tak

ż

e godziwie odziano. Zd

ąż

yłem na 

wieczorny poci

ą

g do Arkham i nast

ę

pnego dnia odbyłem dług

ą

 i powa

ż

na 

rozmow

ę

 z urz

ę

dnikami pa

ń

stwowymi; potem powtórzyłem wszystko w 

Bostonie. Zasadnicze elementy tych rozmów znane s

ą

 ogółowi, ja za

ś

dla odzyskania równowagi, 

ż

yczyłbym sobie, aby ju

ż

 nic wi

ę

cej nie 

było do powiedzenia. Jakie

ś

 szale

ń

stwo chyba mnie ogarnia, a 

jednocze

ś

nie jeszcze wi

ę

kszy l

ę

k... mo

ż

e nawet co

ś

 jeszcze bardziej 

niepoj

ę

tego. 

Nietrudno sobie wyobrazi

ć

ż

e zrezygnowałem z dalszej wytyczonej 

trasy podró

ż

y, A tak bardzo liczyłem na ciekawe doznania widokowe z 

dziedziny architektury i dawnej przeszło

ś

ci. Nie miałem te

ż

 ju

ż

 

odwagi ogl

ą

da

ć

 tego dziwnego klejnotu, jaki podobno znajdował si

ę

 w 

Miskatonic University Museum. Urozmaiciłem sobie jednak pobyt w 
Arkham zebraniem genealogicznych notatek, które od dawna mnie 
interesowały; były to, co prawda, bardzo pobie

ż

ne dane, ale mogły mi 

si

ę

 przyda

ć

 pó

ź

niej, kiedy znajd

ę

 czas na ich zestawienie i 

skodyfikowanie. Opiekun Stowarzyszenia Historycznego — pan E. Lapman 
Peabody — uprzejmie słu

ż

ył mi pomoc

ą

 i wyraził niezwykłe 

zainteresowanie, kiedy powiedziałem mu, 

ż

e jestem wnukiem Elizy Orne 

z Arkham, która urodziła si

ę

 w 1867 roku i po

ś

lubiła Jamesa 

Williamsona z Ohio maj

ą

c lat siedemna

ś

cie. 

Mój wuj, a brat mojej matki, był prawdopodobnie w Arkham wiele lat 
temu w tej samej sprawie co ja; a rodzina mojej babki była zdaje si

ę

 

przedmiotem miejscowego zainteresowania. Pan Peabody powiedział, 

ż

wiele mówiono na temat mał

ż

e

ń

stwa jej ojca, Benjamina Orne, tu

ż

 po 

Wojnie Domowej, poniewa

ż

 zdziwienie budzili przodkowie jego wybranki. 

Była podobno sierot

ą

 po Marshach z New Hampshire, a kuzynk

ą

 Marshów z 

Essex Country, ale uczyła si

ę

 we Francji i raczej nie znała swojej 

rodziny. Prawny opiekun ulokował jej pieni

ą

dze w bosto

ń

skim banku, 

które były przeznaczone na jej utrzymanie, a tak

ż

e francuskiej 

guwernantki. Nikt w Arkham nie znał nazwiska tego opiekuna, o którym 
z czasem 

ś

lad zagin

ą

ł, i guwernantka przej

ę

ła jego rol

ę

 na zasadzie 

polubownej umowy. Francuzka, nie 

ż

yj

ą

ca ju

ż

 od dawna, milczała na ten 

temat, a podobno wiedziała znacznie wi

ę

cej, ni

ż

 mówiła. 

Najbardziej jednak zdumiewał wszystkich fakt. 

ż

e nie mo

ż

na było 

umiejscowi

ć

 rodziców tej młodej dziewczyny — Enoch i Lydia (z domu 

Meserve) Marsh — w

ś

ród znanych rodzin w New Hampshire. Wielu 

przypuszczało, 

ż

e była córk

ą

 którego

ś

 z tych gło

ś

nych Marshów, miała 

bowiem tak charakterystyczne dla nich oczy. Jeszcze wi

ę

kszym 

zaskoczeniem była jej wczesna 

ś

mier

ć

 przy urodzeniu mojej babki — 

która była jej jedynym dzieckiem. Maj

ą

c ju

ż

 ustalony, niezbyt 

przyjemny stosunek do samego nazwiska Marsh, niech

ę

tnie przyj

ą

łem 

wiadomo

ść

ż

e przynale

ż

y ono do genealogicznego drzewa moich 

przodków. Nie sprawiło mi te

ż

 przyjemno

ś

ci, kiedy pan Peabody 

napomkn

ą

ł, 

ż

e i ja mam oczy Marshów. Ale wdzi

ę

czny mu byłem za 

wszystkie informacje, które z pewno

ś

ci

ą

 oka

żą

 si

ę

 dla mnie 

background image

po

ż

yteczne. Wzi

ą

łem te

ż

 ze sob

ą

 swoje notatki, a tak

ż

e wykaz 

przepisanych z ksi

ą

g danych odno

ś

nie rodziny Orne'ów. 

Prosto z Bostonu pojechałem do domu, do Toledo, a potem sp

ę

dziłem 

miesi

ą

c w Maumee, 

ż

eby przyj

ść

 do siebie po tej strasznej przygodzie. 

We wrze

ś

niu pojechałem do Oberlin, na ostatni rok studiów, i a

ż

 do 

czerwca pochłoni

ę

ty byłem nauk

ą

 i ró

ż

nymi innymi sprawami, tylko od 

czasu do czasu wizyty przedstawicieli rz

ą

dowych w zwi

ą

zku z kampani

ą

rozpocz

ę

t

ą

 na skutek mojego zeznania, przypominały mi o tym, co 

prze

ż

yłem. Mniej wi

ę

cej w połowie czerwca, a w rok po pobycie w 

Innsmouth, sp

ę

dziłem tydzie

ń

 u rodziny matki w Cleveland; tam 

sprawdziłem moje genealogiczne dane z ró

ż

nymi notatkami, 

wiadomo

ś

ciami przekazanymi ustnie i tym, co pozostało w spadku, chc

ą

sporz

ą

dzi

ć

 dokładniejszy wykres. 

Nie było to zadanie przyjemne, gdy

ż

 atmosfera w domu Williamsonów 

zawsze mnie przytłaczała. Panowało tam jakie

ś

 niezdrowe napi

ę

cie i 

moja matka nigdy nie zach

ę

cała mnie do odwiedzania jej rodziców, 

kiedy jeszcze byłem dzieckiem, natomiast ch

ę

tnie widziała u nas w 

Toledo swego ojca. Urodzona w Arkham babka wydawała mi si

ę

 dziwna, 

prawie 

ż

e mnie przera

ż

ała i wcale nie bolałem nad tym, kiedy całkiem 

znikn

ę

ła. Miałem wtedy osiem lat i mówiono, 

ż

e zrozpaczona uciekła z 

domu po samobójstwie mojego wuja Douglasa, a jej najstarszego syna. 
Zastrzelił si

ę

 po podró

ż

y do New England, tej wła

ś

nie podró

ż

y, o 

której wspomniano mi w Stowarzyszeniu Historycznym w Arkham. 

Był podobny do babki i te

ż

 go nie lubiłem. Mieli jakie

ś

 dziwne 

spojrzenie, nigdy nie mru

ż

yli oczu i czułem si

ę

 w ich obecno

ś

ci 

nieswojo. Moja matka i wuj Walter wygadali inaczej. Przypominali 
ojca, ale ju

ż

 biedny kuzyn Lawrence — syn wuja Waltera — był niemal 

wiernym wizerunkiem babki; z powodu złego stanu zdrowia umieszczono 
go na stałe w zamkni

ę

tym sanatorium w Canton. Od czterech lat go nie 

widziałem, ale wuj wspominał kiedy

ś

ż

e stan jego zdrowia i umysłu 

jest bardzo niedobry. To zmartwienie stało si

ę

 zapewne przyczyn

ą

 

ś

mierci jego matki przed dwoma laty. 

Tylko wi

ę

c dziadek i jego owdowiały syn mieszkali teraz w Cleveland, 

ale wspomnienie przeszło

ś

ci ci

ąż

yło nad ich domem. Wci

ąż

 nie lubiłem 

tego miejsca i starałem si

ę

 jak najszybciej przeprowadzi

ć

 tam mój 

wywiad. Ró

ż

ne dokumenty i to, co zostało przekazane ustnie, w du

ż

ej 

mierze uzupełnił jeszcze opowiadaniem dziadek, ale je

ś

li chodzi o 

wie

ś

ci na temat Orne'ów, musiałem głównie polega

ć

 na wuju Walterze, 

który przedstawił mi całe swoje zbiory w postaci notatek, listów, 
wycinków, fotografii i miniatur, wszystkiego, co otrzymał w spadku. 

Kiedy przegl

ą

dałem listy i zdj

ę

cia, jakie pozostały po Orne'ach, 

przeraziłem si

ę

 swoimi przodkami. Jak ju

ż

 wspomniałem, babka i wuj 

Douglas zawsze wywoływali we mnie jaki

ś

 niepokój, ale teraz, kiedy 

patrzyłem na ich fotografie, budziła si

ę

 we mnie odraza, byli jacy

ś

 

zupełnie inni. Z pocz

ą

tku nie mogłem tego zrozumie

ć

, ale stopniowo 

zacz

ą

łem pod

ś

wiadomie porównywa

ć

, cho

ć

 za wszelka cen

ę

 starałem si

ę

 

odrzuci

ć

 nawet najl

ż

ejsze przypuszczenie. Tak charakterystyczny wyraz 

ich twarzy miał teraz dla mnie zupełnie inn

ą

 wymow

ę

 ni

ż

 dawniej, a 

gdybym si

ę

 gł

ę

biej nad tym zastanowił, na pewno napełniłoby to mnie 

panicznym l

ę

kiem. 

Najwi

ę

kszego szoku doznałem jednak wtedy, kiedy wuj pokazał mi 

bi

ż

uteri

ę

 Orne'ów, przechowywano w depozycie w banku. Niektóre rzeczy 

były misternie i ciekawie wykonane, lecz w jednej szkatułce 
znajdowały si

ę

 klejnoty mojej tajemniczej prababki, a wuj nie miał 

ochoty jej otwiera

ć

. Powiedział, 

ż

e s

ą

 dziwaczne i brzydkie i jak si

ę

 

orientuje, nikt ich nigdy nie nosił, cho

ć

 babka lubiła na nie czasem 

popatrze

ć

. Wi

ą

zała si

ę

 z nimi jaka

ś

 legenda, 

ż

e przynosz

ą

 

nieszcz

ęś

cie, a francuska guwernantka prababki powiadała, 

ż

e nie 

background image

nale

ż

y ich nosi

ć

 w Nowej Anglii, bezpiecznie mo

ż

na je tylko zakłada

ć

 

w Europie. 

Odwijaj

ą

c te klejnoty powoli i niech

ę

tnie wuj ostrzegał mnie, 

ż

e b

ę

d

ę

 

zaskoczony ich niespotykanym i odra

ż

aj

ą

cym wygl

ą

dem. Arty

ś

ci i 

archeologowie, którzy je widzieli, ocenili wysoko ich mistrzowsk

ą

 

robot

ę

 i niezwykły egzotyzm, ale nie potrafili okre

ś

li

ć

, z jakiego 

materiału zostały wykonane, ani te

ż

 zakwalifikowa

ć

 do jakiejkolwiek 

znanej na 

ś

wiecie tradycyjnej sztuki. Znajdowały si

ę

 tam dwie 

bransoletki, tiara i co

ś

 w rodzaju broszy, na której wyryta była 

płaskorze

ź

ba z motywami tak wymy

ś

lnymi, 

ż

e trudno było na nie 

patrze

ć

Przez cały czas trzymałem na wodzy uczucia, ale twarz zdradziła 
narastaj

ą

ce we mnie przera

ż

enie. Wuj zaniepokoił si

ę

 moim wygl

ą

dem i 

przestał odwija

ć

 klejnoty. Na moj

ą

 pro

ś

b

ę

 w ko

ń

cu jednak odwin

ą

ł je 

wszystkie, ale bardzo niech

ę

tnie. Spodziewał si

ę

ż

e oka

żę

 zdumienie 

na widok tiary, nie spodziewał si

ę

 jednak mojej reakcji. Ja zreszt

ą

 

te

ż

 nie, bo wydawało mi si

ę

ż

e jestem przygotowany na to, co 

zobacz

ę

. Ja natomiast, nie powiedziawszy ani słowa, zemdlałem, 

podobnie jak rok temu w wykopie kolejowym, ukryty w g

ę

stwinie dzikich 

ż

Od tego dnia 

ż

ycie moje stało si

ę

 jedn

ą

 wielk

ą

 udr

ę

k

ą

, pełn

ą

 l

ę

ku i 

nieustannych rozwa

ż

a

ń

. Ju

ż

 sam nie wiedziałem, ile w tym wszystkim 

jest szkaradnej prawdy, a ile szale

ń

stwa. Moja prababka wywodziła si

ę

 

z Marshów nieznanego pochodzenia, za

ś

 pradziadek mieszkał w Arkham... 

a czy to Zadok nie powiedział, 

ż

e córka Obeda Marsha i jego 

ż

ony-

potwora została wydana podst

ę

pnie za m

ąż

 za młodego człowieka z 

Arkham? i co miała znaczy

ć

 uwaga starego pijaka o podobie

ń

stwie moich 

oczu do oczu kapitana Obeda? Tak

ż

e w Arkham kustosz Stowarzyszenia 

Historycznego powiedział, 

ż

e mam oczy Marshów. Czy

ż

by Obed Marsh był 

moim prapradziadkiem? Kim wobec tego była... albo czym... moja 
praprababka? Mo

ż

e to jednak jest jakie

ś

 szale

ń

stwo? Te biało-złote 

klejnoty mógł przecie

ż

 kupi

ć

 ojciec mojej prababki od jakiego

ś

 

marynarza z Innsmouth. A spojrzenie wytrzeszczonych oczu babki i 
wuja, który popełnił samobójstwo, mogło by

ć

 tylko moj

ą

 fantazj

ą

... 

czyst

ą

 fantazj

ą

. rozbudzon

ą

 pobytem w Innsmouth, który takim mrokiem 

spowił moj

ą

 wyobra

ź

ni

ę

. Ale dlaczego wuj popełnił samobójstwo 

prze

ś

ledziwszy losy naszych przodków w Nowej Anglii? 

Przez ponad dwa lata walczyłem z tymi my

ś

lami i nawet z pewnym 

powodzeniem. Ojciec załatwił mi posad

ę

 w zakładzie ubezpiecze

ń

 i 

zatopiłem si

ę

 w pracy biurowej bez reszty. Jednak

ż

e zim

ą

 1930-1931 

zacz

ę

ły mnie nawiedza

ć

 straszne sny. Z pocz

ą

tku tylko co pewien czas 

i niezbyt wyra

ź

nie, ale w miar

ę

 mijaj

ą

cych tygodni zacz

ę

ty wyst

ę

powa

ć

 

coraz cz

ęś

ciej i coraz wyrazi

ś

ciej. Otwierały si

ę

 przede mn

ą

 ogromne 

połacie wody, a ja zdawałem si

ę

 w

ę

drowa

ć

 po

ś

ród zatopionych, 

tytanicznych portyków i labiryntów o pokrytych wodorostami 
cyklopowych murach, maj

ą

c za współtowarzyszy jakie

ś

 groteskowe ryby. 

Potem zacz

ę

ły si

ę

 pojawia

ć

 inne postacie, a ja budziłem si

ę

 zdj

ę

ty 

niesamowitym l

ę

kiem. Podczas snu zupełnie si

ę

 ich nie obawiałem — 

byłem jednym spo

ś

ród nich; miałem ich nieczłowieczy wygl

ą

d, 

poruszałem si

ę

 w wodzie na ich sposób i zanosiłem modły w ich 

ś

wi

ą

tyniach na dnie morza. 

Działo si

ę

 w tych snach o wiele wi

ę

cej, ni

ż

 zdołałem zapami

ę

ta

ć

, ale 

byłoby to wystarczaj

ą

ce, aby mnie uzna

ć

 za obł

ą

kanego albo geniusza, 

gdybym kiedykolwiek o

ś

mielił si

ę

 to opisa

ć

. Co

ś

 naprawd

ę

 strasznego 

usiłowało wywrze

ć

 na mnie swój wpływ, czułem to, wyrwa

ć

 mnie z 

normalnego 

ż

ycia i wci

ą

gn

ąć

 w niepoj

ę

t

ą

 otchła

ń

 mroku i nieznanego 

ś

wiata. Miało to na mnie wr

ę

cz okropny wpływ. Coraz bardziej 

podupadałem na zdrowiu, co odbijało si

ę

 te

ż

 na moim wygl

ą

dzie, a

ż

 w 

ko

ń

cu zmuszony byłem zrezygnowa

ć

 z pracy i 

ż

y

ć

 spokojnie, w 

background image

odosobnieniu, jak inwalida. Na skutek wyczerpania nerwowego chwilami, 
jak zauwa

ż

yłem, nie mogłem zamkn

ąć

 oczu. 

Wtedy gor

ą

czkowo zacz

ą

łem si

ę

 przegl

ą

da

ć

 w lustrze. Nie jest 

przyjemnie obserwowa

ć

 zmiany, jakie czyni choroba, ale w moim 

przypadku miało to podło

ż

e o wiele bardziej skomplikowane. Zauwa

ż

ył 

to tak

ż

e mój ojciec, bo zacz

ą

ł mi si

ę

 coraz cz

ęś

ciej przygl

ą

da

ć

 z 

wyrazem zdumienia i l

ę

ku na twarzy. Co si

ę

 ze mn

ą

 dzieje? Czy

ż

bym 

zaczynał by

ć

 podobny do babki i wuja Douglasa? 

Której

ś

 nocy 

ś

niło mi si

ę

ż

e spotkałem si

ę

 z moj

ą

 babk

ą

 na dnie 

morza. Mieszkała w fosforyzuj

ą

cym pałacu o wielu tarasach, otoczonym 

ogrodem jakby zara

ż

onych tr

ą

dem koralowych krzewów i groteskowych 

wieloramiennych kryształowych kwiatów. Powitała mnie serdecznie, cho

ć

 

równie dobrze mógł to by

ć

 u

ś

miech ironiczny. Zmieniła si

ę

 — jak 

wszyscy w wodzie — i oznajmiła mi, 

ż

e nigdy nie umarła. Wybrała si

ę

 

natomiast tam, gdzie syn jej wszystkiego si

ę

 dowiedział, a potem 

przeniosła si

ę

 do 

ś

wiata, którego cudami — przeznaczonymi tak

ż

e i dla 

niego — wzgardził, zabijaj

ą

c si

ę

 z pistoletu. Ten 

ś

wiat przeznaczony 

jest tak

ż

e i dla mnie — nie zdołam przed nim uciec. Nigdy nie umr

ę

zawsze b

ę

d

ę

 

ż

ył w

ś

ród tych, którzy 

ż

yli ju

ż

 wtedy, kiedy jeszcze 

człowieka nie było na ziemi. 

Spotkałem tak

ż

e jej babk

ę

. Od osiemdziesi

ę

ciu tysi

ę

cy lat Pth'thya-

i'yi 

ż

yje w Y'ha-nthlei i tam wła

ś

nie udała si

ę

 po 

ś

mierci Obeda 

Marsha. Y'ha-nthlei nie zostało zburzone przez ludzi 

ż

yj

ą

cych na 

ziemi, cho

ć

 strzelali siej

ą

c w morzu 

ś

mier

ć

. Zostało uszkodzone, ale 

nie uległo zniszczeniu. Jego mieszka

ń

cy s

ą

 niezniszczalni, cho

ć

 

czasem zdarza si

ę

ż

e paleogeniczne czary dawno zapomnianych starych 

Bóstw obejmuj

ą

 nad nimi władz

ę

. Obecnie spoczywaj

ą

, ale którego

ś

 

dnia, o ile nie zapomn

ą

, znowu powstan

ą

, aby zło

ż

y

ć

 danin

ę

 Wielkiemu 

Cthulhu, jakiej 

żą

da. Ich nowe miasto b

ę

dzie wi

ę

ksze ni

ż

 Innsmouth. 

Zaplanowali, 

ż

e si

ę

 rozprzestrzeni

ą

, a na razie wybudowali sobie to 

miasto przej

ś

ciowo, na drugie musza jeszcze zaczeka

ć

. Za 

ś

mier

ć

 ludzi 

na ziemi, do której si

ę

 przyczyniłem, musz

ę

 ponie

ść

 kar

ę

, ale nie 

b

ę

dzie ci

ęż

ka. W tym 

ś

nie ujrzałem po raz pierwszy Shoggothy, ale w 

tym momencie obudziłem si

ę

 z przera

ź

liwym krzykiem. Kiedy spojrzałem 

w lustro tego ranka, nie miałem ju

ż

 w

ą

tpliwo

ś

ci, 

ż

e całkiem 

przybrałem wygl

ą

d mieszka

ń

ca Innsmouth. 

Dotychczas nie odebrałem sobie 

ż

ycia jak wuj Douglas. Kupiłem 

pistolet automatyczny i nawet ju

ż

 si

ę

 przymierzałem, ale nawiedzaj

ą

ce 

mnie ostatnio sny powstrzymywały mnie od tego kroku. Moje napi

ę

cie 

nerwowe i l

ę

k słabn

ą

 powoli, czuj

ę

, jak nieznane gł

ę

bie mórz 

przyci

ą

gaj

ą

 mnie do siebie, ju

ż

 si

ę

 ich nie boj

ę

. Słysz

ę

 i wykonuj

ę

 w 

snach dziwne rzeczy, a budz

ę

 si

ę

 zachwycony, nie w l

ę

ku. Nie wierz

ę

abym musiał czeka

ć

 na całkowit

ą

 przemian

ę

 jak inni. Je

ś

libym czekał, 

ojciec zamkn

ą

łby mnie pewnie w zakładzie, tak jak zamkni

ę

to biednego 

kuzyna. Oszałamiaj

ą

ce, niesłychane i wspaniałe rzeczy oczekuj

ą

 mnie 

tam, w gł

ę

binach, i wkrótce postaram si

ę

 je odnale

źć

. lä — R'lyehl 

Cthulhu fhagn! lä lä! Nie, ja si

ę

 nie zabij

ę

, nic mnie do tego nie 

skłoni! 

Zorganizuj

ę

 ucieczk

ę

 mego kuzyna z tego domu szale

ń

ców w Cantonie i 

obaj wybierzemy si

ę

 do spowitego cudown

ą

 tajemnic

ą

 Innsmouth. 

Popłyniemy do rafy i zanurzymy si

ę

 w czarn

ą

 otchła

ń

, dotrzemy do 

usianego kolumnami miasta Cyklopów Y'ha-nthlei i w tej siedzibie 
Morskich Istot b

ę

dziemy mieszka

ć

 w chwale i wspaniało

ś

ciach na wieki.