background image

ALFRED HITCHCOCK 

 

 

 

TAJEMNICA  

PŁOMIENNEGO OKA 

  

 

PRZYGODY TRZECH DETEKTYWÓW 

 

(PrzełoŜyła: MIRA WEBER) 

background image

Alfred Hitchcock pozdrawia 

 

Witajcie,  miłośnicy  zagadek.  Jeśli  lubicie  niesamowite  sytuacje  niebezpieczeństwa, 

sięgnęliście  po  właściwą  lekturę.  Przyłączcie  się  zatem  do  zespołu  Trzech  Detektywów,  na 
których  tym  razem  czeka  tajemnicza  wiadomość,  niezwykły  spadek,  złowieszczy  męŜczyzna  z 
Indii i wiele innych niespodzianek. 

Tym  z  Was,  którzy  zdąŜyli  juŜ  wcześniej  poznać  moich  młodych  przyjaciół,  proponuję,  by 

opuścili wstęp i zabrali się od razu do czytania pierwszego rozdziału. Pozostałym przedstawiam 
Jupitera Jonesa, Pete’a Crenshawa i Boba Andrewsa, czyli Trzech Detektywów, bo tak właśnie 
siebie  nazwali.  Ich  dewiza  brzmi:  „Badamy  wszystko”.  Nie  ma  w  tym  stwierdzeniu  ani  trochę 
przesady.  Skromnie  mówiąc,  dotychczas  udało  im  się  rozwiązać  zagadkę  zielonego  ducha, 
nawiedzonego zamku, szepczącej mumii i wiele innych nieco dziwacznych spraw. 

Jupiter  Jones  ma  znakomity  zmysł  obserwacji  i  zdolność  do  wyciągania  wniosków.  Pete 

Crenshaw wkracza wtedy, gdy potrzebna jest siła mięśni, Bob Andrews natomiast, najbardziej ze 
wszystkich  rozmiłowany  w  nauce,  doskonale  prowadzi  badania.  Razem  tworzą  wspaniały 
zespół. 

Mieszkają w Rocky Beach, kalifornijskim miasteczku leŜącym zaledwie kilka kilometrów od 

Hollywoodu. Kwaterę Główną urządzili sobie na terenie składu złomu, naleŜącego do Matyldy i 
Tytusa Jonesów, cioci wujka Jupitera. 

Myślę, Ŝe tyle wstępu wystarczy. Pora na opowieść. 
 

Alfred Hitchcock 

 

background image

ROZDZIAŁ 1 

 

Alfred Hitchcock telefonuje do Trzech Detektywów 

 

To  był  pracowity  dzień  w  składzie  złomu  Jonesów.  Ciotka  Matylda  zagoniła  do  roboty 

Jupitera i jego dwóch przyjaciół, Boba i Pete’a, a sama usadowiła się na ogrodowym krzesełku z 
kutego  Ŝelaza,  stojącym  obok  schludnego  małego  budyneczku,  w  którym  miała  swoje  biuro,  i 
bacznie  obserwowała,  jak  chłopcy  uwijają  się  przy  rozładowywaniu  półcięŜarówki,  pełnej 
najświeŜszych nabytków Tytusa Jonesa. 

— Jupiterze! — zawołała w pewnej chwili. — Przynieś z samochodu wszystkie posągi. Bob i 

Pete niech ci pomogą. Ustawcie je rzędem na stole, Ŝeby się ładnie prezentowały. 

Miała na myśli gipsowe podobizny sławnych ludzi, starannie ułoŜone na płachtach brezentu z 

tyłu półcięŜarówki. Dokładnie mówiąc, nie były to posągi, lecz popiersia, rozmiaru mniej więcej 
polowy  wielkości  popiersi  ludzkich.  Podobne  rzeźby  stoją  na  postumentach  w  niektórych 
muzeach i bibliotekach. 

Jupiter, Pete i Bob wdrapali się na półcięŜarówkę i popatrzyli na gipsowe głowy. Pomyśleli, 

Ŝ

e chyba nikt specjalnie nie marzy o posiadaniu czegoś takiego. Trzynaście popiersi, szarawych 

od  osiadającego  na  nich  przez  lata  kurzu,  nie  prezentowało  się  zbyt  imponująco.  Na 
kwadratowych podstawach były wyryte nazwiska osób, które wyobraŜały. 

—  Juliusz  Cezar,  Oktawian  August,  Dante,  Homer,  Francis  Bacon,  Szekspir  —  przeczytał 

Jupiter. — Same sławne postacie. 

— August Mocny — dodał Bob. — Nigdy o kimś takim nie słyszałem. 
— Ani ja o Ŝadnym Lutrze czy Bismarcku — wtrącił się Pete, wskazując na dwa popiersia o 

srogim wyglądzie. 

— Ale za to wiesz, kim byli królowa Wiktoria, Waszyngton, Franklin i Lincoln — powiedział 

Jupiter. 

—  Jasne  —  zgodził  się  Pete.  —  Zacznijmy  od  Waszyngtona.  —  Schylił  się,  by  podnieść 

popiersie przedstawiające pierwszego prezydenta Stanów Zjednoczonych. — Ojej, ale to cięŜkie 
— jęknął. 

—  UwaŜaj,  Pete!  —  krzyknęła  pani  Jones.  —  To  cenny  przedmiot.  Artystyczna  robota. 

Zamierzam wziąć za niego całe pięć dolarów. 

— Zejdę na ziemię, a ty mi podasz tego Waszyngtona — powiedział Jupiter. 
Pete  przyklęknął  i  powoli  spuścił  prezydenta  w  ramiona  Pierwszego  Detektywa.  Jupiter 

mocno  objął  gipsową  postać  i  cofnął  się  chwiejnym  krokiem.  OstroŜnie  postawił  popiersie  na 
stole i otarł pot z czoła. 

— Ciociu, myślę, Ŝe powinniśmy poczekać na Hansa i Konrada. My moŜemy upuścić którąś z 

figur. 

— Chyba masz rację — przyznała pani Jones, uwaŜnie obserwująca kaŜdy ruch chłopców. — 

Straciłabym  pięć  dolarów.  Wobec  tego  na  razie  jesteście  wolni.  Zwołajcie  sobie  klubowe 
spotkanie czy jak to tam nazywacie. 

Bob, Pete i Jupiter załoŜyli niegdyś klub miłośników zagadek, który później przekształcili w 

młodzieŜową  firmę  detektywistyczną.  JednakŜe  do  pani  Jones  nigdy  w  pełni  nie  dotarło,  Ŝe 
chociaŜ nadal rozwiązują zagadki i dla zabawy biorą udział w róŜnych konkursach, to naprawdę 
interesują ich prawdziwe tajemnicze sprawy i właśnie im poświęcają czas. 

Matylda Jones wiedziała, Ŝe w rogu składu złomu Jupiter ma warsztat, wyposaŜony w róŜne 

background image

narzędzia prasę drukarską. Chłopcy zarzucili pomieszczenie stertą materiałów budowlanych, by 
nie  dojrzały  go  niepowołane  oczy.  Ciotka  nie  miała  jednak  pojęcia,  Ŝe  w  pobliŜu  warsztatu 
chłopcy urządzili równieŜ Kwaterę Główną, miejsce spotkań zespołu Trzech Detektywów. 

Kwatera mieściła się w starej przyczepie kempingowej, uszkodzonej niegdyś w wypadku. Pan 

Jones  nie  zdołał  jej  sprzedać,  więc  podarował  ją  Jupiterowi,  by  miał  gdzie  się  spotykać  z 
przyjaciółmi.  W  ciągu  ostatniego  roku  chłopcy  z  pomocą  Hansa  i  Konrada,  krzepkich 
jasnowłosych  Bawarczyków,  tak  dokładnie  obłoŜyli  ją  wszelkiego  rodzaju  złomem,  Ŝe  była 
praktycznie  niewidoczna  z  zewnątrz  i  moŜna  się  było  do  niej  dostać  jedynie  przez  sekretne 
wejścia. 

W Kwaterze mieściło się niewielkie biuro wyposaŜone w biurko, telefon, magnetofon, szafkę 

inne  niezbędne  rzeczy.  Obok  biura  było  równie  małe  laboratorium  i  ciemnia  fotograficzna. 
Większość  przedmiotów  pochodziła ze złomu i  dopiero Jupiter wraz  z przyjaciółmi przywrócił 
im dawną świetność. 

Detektywi  zbliŜali  się  juŜ  do  swojej  siedziby,  kiedy  na  teren  składu  złomu  wjechała  mała 

półcięŜarówka. Prowadził ją Konrad, a obok niego siedział Tytus Jones, niewysoki męŜczyzna z 
ogromniastymi  wąsami,  które  dominowały  w  całej  jego  postaci.  Hans,  drugi  z  braci 
Bawarczyków, zajmował miejsce w tyle pojazdu, obok załadunku. 

Samochód zatrzymał się i pan Jones wysiadł z kabiny kierowcy. Chłopcy zauwaŜyli, Ŝe tym 

razem  cięŜarówka  była  wyładowana  duŜą  liczbą  krawieckich  manekinów.  Wyglądały  dosyć 
przedziwnie.  Wykonane  z  metalowych  prętów,  obciągniętych  czarnym  materiałem,  kształtem  i 
wielkością  przypominały  postaci  kobiet,  ale  były  pozbawione  głów,  a  zamiast  stóp  miały 
metalowe  stojaki.  Niegdyś  podobne  manekiny  posiadała  niemal  kaŜda  rodzina,  a  panie  domu, 
szyjąc  ubrania,  przymierzały  je  właśnie  na  takich  figurach.  W  dzisiejszych  czasach  jednak 
rzadko kto ich uŜywa. 

Pani Jones zerwała się na równe nogi i złapała za głowę. 
—  Aniołowie  Pańscy  i  wszyscy  święci  —  krzyknęła.  —  Czyś  ty  rozum  postradał,  Tytusie? 

Jak, na Boga, zamierzasz sprzedać tyle starych krawieckich manekinów? 

—  Coś  wymyślimy.  Znajdziemy  dla  nich  jakieś  zastosowanie  —  odparł  z  niezmąconym 

spokojem jej mąŜ. 

Tytus  Jones  był  dość  niezwykłym  handlarzem  złomu:  kupował  wiele  rzeczy  wyłącznie 

dlatego,  Ŝe  wzbudziły  jego  zainteresowanie,  i  nie  troszczył  się  o  to,  czy  zdoła  je  sprzedać. 
Zazwyczaj jednak udawało mu się w końcu nieźle na nich zarobić. 

— Jupiterze, rusz głową i pomyśl, jak wykorzystać stare manekiny — polecił bratankowi. 
—  Mogą  stanowić  cel  dla  łuczników  —  odparł  natychmiast  Pierwszy  Detektyw.  —  KaŜdy 

klub chętnie je kupi, by jego członkowie mieli do czego strzelać. 

Wuj Tytus zastanowił się przez chwilę. 
—  Niezły  pomysł  —  stwierdził.  —  Próbuj  dalej.  Aha,  zauwaŜyłem,  Ŝe  zaczęliście 

rozładowywać moją wspaniałą kolekcję gipsowych popiersi. Niezwykły zakup, trzeba przyznać. 
Artystyczne cacka. 

— W pierwszej chwili nie mogłam pojąć, po co je kupiłeś — powiedziała Matylda Jones. — 

Ale teraz chyba wpadłam na pomysł, w jaki sposób moŜemy się ich pozbyć. Zareklamujemy je 
jako  ozdoby  do  ogródków.  Wyglądałyby  świetnie  na  słupkach  ustawionych  między  rabatami 
kwiatów i krzewami. 

— Wiedziałem, droga Ŝono, Ŝe mogę na ciebie liczyć — ucieszył się wuj Tytus. — Trafiłaś w 

sedno! Hans i Konrad, rozładujcie do końca cięŜarówkę z popiersiami. UwaŜajcie, Ŝeby się nie 
poobtłukiwały. 

background image

Usiadł w cieniu i zaczął palić fajkę, a tymczasem jego pomocnicy zdejmowali z samochodu 

gipsowe postaci. 

— Trafiłem na te popiersia w wielkim starym domu, stojącym w kanionie między wzgórzami. 

Jego  właściciel  zmarł  niedawno.  Niestety,  wszystkie  meble  i  dywany  zostały  sprzedane,  nim 
zdąŜyłem tam dotrzeć. Nie zostało nic poza rupieciami, na które nie znaleźli się amatorzy: tymi 
popiersiami, jakimiś ksiąŜkami, zegarem słonecznym i paroma ogrodowymi meblami. Kupiłem 
więc to, co było. 

Zamilkł, pykając fajeczkę. Jupiter, Pete i Bob skorzystali z okazji wymknęli się do warsztatu. 
— Jejku! — westchnął Pete. — JuŜ myślałem, Ŝe twoja ciotka kaŜe nam pracować przez cały 

dzień. 

— Zrobiłaby to z ochotą, gdyby się nie bała, Ŝe moŜemy upuścić na ziemię któreś z popiersi 

— odparł Jupiter. — Ciotka Matylda nie znosi tracić pieniędzy. 

—  Czym  się  zajmiemy?  —  spytał  Pete.  —  Nie  mamy  Ŝadnej  zagadki  do  rozwiązania. 

Przejrzyjmy mapy starych miast-widm na pustyni, które zamierzamy kiedyś spenetrować. 

— MoŜemy takŜe spróbować rozwiązać konkurs — rzucił pomysł Bob. — Pierwszą nagrodą 

jest wycieczka na Hawaje dla dwóch osób. 

—  A  więc...  —  zaczął  Jupiter,  ale  w  tej  samej  chwili  zaświeciła  się  czerwona  lampka, 

zamocowana na tablicy ponad prasą drukarską. 

— Chłopaki! Ktoś do nas dzwoni! — wrzasnął Bob. 
— MoŜe chce, abyśmy rozwikłali jakąś tajemnicę — powiedział z nadzieją Jupiter. 
Pete  zdąŜył  juŜ  zdjąć  Ŝelazną  kratę,  zamykającą  wejście  znajdujące  się  za  prasą  drukarską. 

Wśliznął  się  do  ogromnej  karbowanej  rury,  która  prowadziła  do  ukrytej  pod  stertą  złomu 
przyczepy  kempingowej.  Chłopcy  nazywali  to  tajne  przejście  Tunelem  Drugim.  Bob  i  Jupiter 
ruszyli w ślad za przyjacielem. Pete popchnął klapę w podłodze i Trzej Detektywi wspięli się do 
maleńkiego biura, mieszczącego się w Kwaterze Głównej. 

Telefon naprawdę dzwonił. Jupiter chwycił słuchawkę. 
— Halo! Tu Jupiter Jones. 
— Witaj, Jupiterze — usłyszeli wszyscy przez głośnik przymontowany do telefonu. Nie mieli 

wątpliwości,  do  kogo  naleŜy  ten  serdecznie  brzmiący  głos.  Alfred  Hitchcock,  sławny  reŜyser  i 
scenarzysta, zaprzyjaźnił się z chłopcami i został ich doradcą. Wiadomo było, Ŝe kiedy dzwoni, 
zazwyczaj ma dla nich w zanadrzu jakąś ciekawą sprawę do rozwiązania. 

— Co za miła niespodzianka — ucieszył się Jupiter. — Czym moŜemy słuŜyć? 
— Mam nadzieję, Ŝe nie jesteście teraz bardzo zajęci. Syn mojego przyjaciela przyjechał tutaj 

i potrzebuje pomocy. Sądzę, Ŝe właśnie ty, Pete i Bob moŜecie mu jej udzielić. 

— Postaramy się — powiedział Jupiter. — Jakie kłopoty ma pański przyjaciel? 
— Ktoś zostawił mu coś wartościowego — wyjaśnił Alfred Hitchcock. — Niestety, chłopiec 

nie ma pojęcia, co to moŜe być i gdzie naleŜy tego szukać. Zatrzymał się w hotelu „Imperial” w 
Hollywoodzie.  Spotkajmy  się  tam  jutro  rano  o  dziesiątej,  dobrze?  Wtedy  sam  wam  wszystko 
opowie. 

background image

ROZDZIAŁ 2 

 

Kłopoty z panem Gelbertem 

 

— Pan Hitchcock ma dla nas nową sprawę! Ale bomba! — zawołał Pete. 
— Jakiś chłopak otrzymał coś cennego i nie wie ani co to jest, ani gdzie tego szukać. — Bob 

zmarszczył czoło. — Moim zdaniem dość skomplikowany przypadek. 

— Tym lepiej dla nas — odparł Jupiter. 
—  Potrzebny  nam  samochód,  który  by  nas  podwiózł  do  Hollywoodu  —  wtrącił  Pete.  —  Z 

obrzydzeniem myślę, Ŝe mógłbym zajechać pod hotel „Imperial” starą półcięŜarówką. 

—  JuŜ  dzwonię  do  agencji  „Wynajmij  auto  i  w  drogę”  —  powiedział  Jupiter,  nakręcając 

numer. — Poproszę, Ŝeby jutro rano przyjechał po nas Worthington. 

Jakiś  czas  temu  Jupiter  wygrał  w  konkursie  lokalnej  agencji  wynajmu  samochodów  prawo 

uŜytkowania  przez  trzydzieści  dni  zabytkowego,  zdobionego  złoceniami  rolls-royce’a  wraz  z 
kierowcą.  Samochód  stał  się  nieocenioną  pomocą  w  karierze  trzech  młodych  detektywów, 
poniewaŜ  odległości  w  południowej  Kalifornii  są  olbrzymie  i  prawie  nie  ma  szans,  by 
niezmotoryzowani  mogli  je  pokonać.  Czasami  oczywiście  chłopcy  poŜyczali  naleŜącą  do  wuja 
półcięŜarówkę  i  prosili  Hansa  lub  Konrada,  by  ich  podwiózł  tu  czy  tam,  ale  w  tak  mało 
dostojnym  pojeździe  nie  mogli  się  w  Ŝadnym  wypadku  pokazać  przed  eleganckim 
hollywoodzkim hotelem. 

— Dzień dobry. Czy mogę rozmawiać z kierownikiem? — powiedział Jupiter do słuchawki. 

—  Witam  pana,  panie  Gelbert.  Przy  telefonie  Jupiter  Jones.  Chciałbym  prosić  o  rolls-royce’a 
wraz z Worthingtonem, na dziewiątą trzydzieści jutro rano. 

—  Przykro  mi  ale  to  niemoŜliwe  —  usłyszeli  wszyscy  przez  głośnik  odpowiedź  po  drugiej 

stronie linii. — Upłynął juŜ termin, w którym mogliście korzystać z tego samochodu. 

—  Do  licha!  —  jęknął  rozczarowany  Pete.  —  Przegapiliśmy  to.  Trzydzieści  dni  minęło  w 

czasie, kiedy na Zachodnim WybrzeŜu rozwiązywaliśmy tajemnicę Wyspy Szkieletów. 

JednakŜe Jupiter nie zamierzał skończyć rozmowy. 
—  Według  moich  obliczeń,  panie  Gelbert,  zostało  nam  jeszcze  kilkanaście  dni  do 

wykorzystania. 

— Nieprawda, nasz termin upłynął — szepnął głośno Pete. —On ma rację. 
Pierwszy  Detektyw  pomachał  wolną  ręką  w  stronę  kolegów,  dając  im  znak  by  się  nie 

wtrącali.  Drugą  ręką  przyciskał  do  ucha  słuchawkę,  chcąc  dosłyszeć  odpowiedź  kierownika 
agencji. 

— Mylisz się, młody człowieku — stwierdził stanowczo pan Gelbert. 
—  Proszę  pana  —  odparł  na  to  Jupiter  tonem  pełnym  godności  —  sądzę,  Ŝe  patrzymy  na 

sprawę  z  dwóch  róŜnych  punktów  widzenia.  Trzeba  wyjaśnić  nieporozumienie,  wobec  tego  za 
dwadzieścia minut zjawię się w pańskim biurze, by raz jeszcze wszystko przedyskutować. 

—  Nie  ma  o  czym  dyskutować!  —  Kierownik  najwyraźniej  był  juŜ  zirytowany.  —  Czas 

minął i kropka. MoŜesz wstąpić do biura, ale nic ci to nie da. 

—  Dziękuję  panu  uprzejmie.  —  Jupiter  zakończył  rozmowę  i  zwrócił  się  do  przyjaciół:  — 

Bierzemy rowery i jedziemy do śródmieścia. 

— AleŜ on ma rację! — upierał się Pete, kiedy czołgali się przez Tunel Drugi do wyjścia. — 

Trzydzieści dni to trzydzieści dni. 

—  Nie  zawsze  —  odparł  tajemniczo  Jupiter.  —  Rozmowę  z  panem  Gelbertem  pozostaw 

background image

mnie. 

— Dobrze, nie ma sprawy, rozmawiaj z nim sam — zgodził się Bob. — My nie mamy nic do 

powiedzenia. Moim zdaniem tylko tracimy czas. 

Jupiter  juŜ  się  więcej  nie  odezwał.  Wyjechali  przez  główną  bramę,  a  potem  drogą  biegnącą 

wzdłuŜ brzegu oceanu zmierzali do oddalonego o mniej więcej kilometr centrum Rocky Beach. 
Po  lewej  stronie  mijali  lśniące  w  promieniach  słońca  błękitne  wody  Pacyfiku  upstrzone 
plamkami turystycznych łódek, po prawej zaś brunatne, postrzępione góry Santa Monica. 

Agencja  wynajmu  samochodów  mieściła  się  w  naroŜnym  budynku  przy  głównej  ulicy 

miasteczka. Trzej Detektywi zostawili  rowery na zewnątrz i  wkroczyli do środka.  Pete i  Bob z 
ociąganiem szli za Jupiterem. Ktoś wskazał im drogę do biura kierownika, tęgiego męŜczyzny o 
czerwonych policzkach, który na widok chłopców zrobił groźną minę. 

— O co ci jeszcze chodzi? — spytał Jupitera. —  Wygrałeś nasz konkurs i przez trzydzieści 

dni  miałeś  prawo  korzystać  z  samochodu.  Dlaczego  uwaŜasz,  Ŝe  nadal  moŜesz  to  robić?  Nie 
umiesz liczyć? 

—  Umiem,  proszę  pana  —  odparł  grzecznie  Jupiter.  —  Starałem  się  to  zrobić  jak 

najdokładniej. 

Wyciągnął  z  kieszeni  niewielki  notesik  i  kopertę.  Z  koperty  wyjął  złoŜony  arkusz  papieru. 

Okazało  się,  Ŝe  jest  to  ulotka  reklamująca  konkurs,  w  którym  chłopiec  otrzymał  nagrodę.  Jej 
treść brzmiała następująco: 

 
Wygraj prawo uŜytkowania rolls-royce’a! 
W  ciągu  trzydziestu  dni  samochód  wraz  z  szoferem  do  Twojej  dyspozycji  przez  dwadzieścia 

cztery godziny! 

Musisz tylko odgadnąć, ile ziarenek grochu znajduje się w dzbanie. 
Agencja „Wynajmij auto i w drogę”. 
 
— Hm! — Pan Gelbert popatrzył na ulotkę. — O co ci chodzi? Otrzymałeś prawo korzystania 

z samochodu przez trzydzieści dni, kaŜdego dnia, kiedy tylko chciałeś. A dzień ma dwadzieścia 
cztery godziny, no i tyle. 

—  Proszę  jeszcze  raz  zobaczyć,  jak  sformułowane  jest  pańskie  ogłoszenie  —  upierał  się 

Jupiter. — Wynika z niego, Ŝe zwycięzca konkursu będzie mógł korzystać z samochodu w ciągu 
trzydziestu dni, przez dwadzieścia cztery godziny kaŜdego dnia. 

—  Zgadza  się  —  warknął  pan  Gelbert.  —  Dostałeś  samochód  na  trzydzieści  dni,  a  kaŜdy 

dzień liczy dwadzieścia cztery godziny. KaŜdy o tym wie. 

—  Właśnie.  Skoro  to  takie  oczywiste,  to  dlaczego  w  ogóle  pan  o  tym  wspominał?  Nie 

wystarczyło  po  prostu  napisać:  Prawo  uŜytkowania  samochodu  w  ciągu  trzydziestu  dni?  — 
zapytał Jupiter. 

— Dlaczego... wspominałem... — mamrotał pan Gelbert. — No, tego... chciałem, Ŝeby lepiej 

brzmiało. Bardziej interesująco. 

— Całkiem moŜliwe — zgodził się Jupiter — ale dla mnie wynika z tego tekstu, Ŝe zwycięzca 

konkursu  moŜe  dopóty  uŜywać  rolls-royce’a,  dopóki  nie  wykorzysta  limitu  wynoszącego 
siedemset dwadzieścia godzin. Innymi słowy, dopóki nie przejedzie się nim trzydzieści razy po 
dwadzieścia cztery godziny. A według moich obliczeń — zerknął do notesu — korzystaliśmy w 
sumie z samochodu przez siedemdziesiąt siedem  godziny i  czterdzieści pięć  minut, co oznacza 
pełne  trzy  dni,  pięć  godzin  i  te  czterdzieści  pięć  minut.  Mamy  więc  jeszcze  przed  sobą  prawie 
dwadzieścia sześć dni, zakładając, Ŝe kaŜdego dnia jeździmy przez dwadzieścia cztery godziny. 

background image

Pete  i  Bob  nie  wierzyli  własnym  uszom.  Wydawało  się  niemoŜliwe,  by  Jupiter  mógł  mieć 

rację,  a jednak jego argumenty brzmiały niezwykle przekonująco.  W  końcu było napisane: „W 
ciągu trzydziestu dni przez dwadzieścia cztery godziny”. Jeśli więc przyjąć, Ŝe „dzień” oznacza 
pełne  dwadzieścia  cztery  godziny  korzystania  z  samochodu,  to  rzeczywiście  Jupiter  słusznie 
upierał się przy swoim. 

Pan Gelbert zaniemówił. Twarz mocno mu poczerwieniała. 
— Bzdura! Nigdy czegoś podobnego nie powiedziałem. W kaŜdym razie nie miałem takiego 

zamiaru. 

— Dlatego właśnie jest takie waŜne, by zawsze mówić dokładnie to, co chce się powiedzieć 

— odparł Jupiter. — W tym przypadku powiedział pan... 

— Nie  powiedziałem! — ryknął  pan Gelbert.  — Chyba oszalałeś,  jeśli myślisz, Ŝe będziesz 

mógł  w  nieskończoność  korzystać  za  darmo  z  mojego  najlepszego  samochodu  i  kierowcy.  Nie 
obchodzi mnie, co napisałem w ogłoszeniu. Miałem na myśli okres trzydziestu dni. Trzydzieści 
dni juŜ minęło! 

— JednakŜe przez tydzień nas nie było i w tym czasie nie mogliśmy korzystać z samochodu 

—  wtrącił  Bob.  —  Czy  mógłby  pan  przynajmniej  doliczyć  te  siedem  dni  do  naleŜnych  nam 
trzydziestu? 

— W Ŝadnym wypadku! — zaprotestował odruchowo kierownik agencji, ale po chwili nagle 

zmienił zdanie i pokiwał głową. — Zgoda, pójdę na pewne ustępstwo. Jeśli obiecacie, Ŝe nigdy 
więcej nie będziecie mnie nachodzić, pozwolę wam jeszcze dwa razy skorzystać z samochodu. 
Dwa razy i na tym koniec! 

Jupiter  westchnął  cięŜko.  Nie  znosił,  kiedy  któryś  z  jego  pomysłów  zawodził,  a  w  tym 

wypadku  liczył  na  to,  Ŝe  dzięki  formie,  w  jakiej  zostało  zredagowane  ogłoszenie,  uda  mu  się 
wygrać  prawo  do  dalszego  korzystania  z  rolls-royce’a.  W  końcu  wywody,  jakimi  uraczył  pana 
Gelberta,  były  całkowicie  logiczne.  Kiedy  ktoś  mówi:  „W  ciągu  trzydziestu  dni  przez 
dwadzieścia  cztery  godziny”,  to  znaczy  trzydzieści  razy  po  dwadzieścia  cztery  godziny  jazdy 
samochodem. Ale dorośli oczywiście często nie ponoszą odpowiedzialności za swoje słowa i są 
na bakier z logiką. 

—  Dobrze  —  powiedział  jednak,  bo  cóŜ  więcej  mógł  zrobić.  —  Jeszcze  dwa  razy 

skorzystamy z samochodu. Po raz pierwszy jutro rano o dziewiątej trzydzieści. Dziękuję, panie 
Gelbert. Idziemy — zwrócił się do przyjaciół. 

Bob  i  Pete  w  milczeniu  wyszli  za  Jupiterem  z  biura  i  wszyscy  trzej  ruszyli  na  rowerach  w 

stronę składu złomu. 

— Do licha! — powiedział ponurym tonem Pete. — Co my zrobimy, kiedy juŜ po raz drugi i 

ostatni  skorzystamy  z  samochodu?  PrzecieŜ  jeśli  mamy  rozwiązywać  kolejne  tajemnicze 
zagadki, nie moŜemy przemierzać południowej Kalifornii na rowerach! 

— Popracujemy więcej w składzie złomu — powiedział Jupiter — by ciotka Matylda chętniej 

wypoŜyczała nam mniejszą półcięŜarówkę z Hansem lub Konradem jako kierowcą. 

— Ale przewaŜnie albo oni są zajęci, albo półcięŜarówka jest w trasie — stwierdził markotnie 

Bob. — Wiesz doskonale, Ŝe to pogrąŜy Trzech Detektywów. 

— Jeszcze dwa razy moŜemy skorzystać z samochodu — odparł stanowczo Jupiter. — MoŜe 

los  się  odwróci.  Z  nadzieją  czekam  na  jutrzejsze  spotkanie  z  panem  Hitchcockiem.  Przeczucie 
mówi mi, Ŝe czeka nas rozpracowanie naprawdę tajemniczej sprawy. 

background image

ROZDZIAŁ 3 

 

Tajemnicza wiadomość 

 

— Chciałbym przedstawić wam  mojego  młodego przyjaciela z Anglii —  zwrócił się  Alfred 

Hitchcock  do  Trzech  Detektywów,  kiedy  następnego  dnia  spotkali  się  w  hotelu  „Imperial”.  — 
Nazywa się  August.  Właściwie August  August. Wyjątkowy przypadek. A ty, Auguście, poznaj 
Jupitera  Jonesa,  Pete’a  Crenshawa  i  Boba  Andrewsa.  Do  tej  pory  rozwiązali  wiele 
skomplikowanych zagadek. Być moŜe równieŜ tobie zdołają pomóc. 

Z krzesła wstał wysoki i szczupły chłopiec, duŜo wyŜszy i szczuplejszy niŜ Pete, o długich, 

jasnych włosach. Na czubku cienkiego garbatego nosa miał okulary w rogowej oprawie. 

— Strasznie się cieszę z naszego spotkania— powiedział, podchodząc z wyciągniętą ręką do 

kaŜdego z trzech przyjaciół. — Mówcie do mnie Gus. 

Ponownie usiadł na krześle i kontynuował: 
— Rzeczywiście mam nadzieję, Ŝe zdołacie mi pomóc, bo czuję się jak kapuściany głąb. Tak 

to chyba określacie w Ameryce, prawda? Ostatnio zmarł mój stryjeczny dziadek. Jego adwokat 
przesłał mi list, z którego nic nie rozumiem. 

— Ja równieŜ — przyznał Alfred Hitchcock. — A jednak Horacjusz August najwyraźniej był 

przekonany, Ŝe jego stryjeczny wnuk zdoła go rozszyfrować. Auguście, pokaŜ chłopcom ten list. 

Gus wyciągnął z kieszeni portfel i ostroŜnie wyjął z niego złoŜony arkusik papieru listowego 

w znakomitym gatunku, pokryty rzędami kanciastych liter. 

— Proszę. — Podał list Jupiterowi. — MoŜe coś z tego zrozumiesz. 
Bob i Pete otoczyli Jupitera i przez ramię czytali słowa napisane przez dziadka Augusta. 
Do Augusta Augusta, mojego stryjecznego wnuka. 
August  to  Twoje  imię,  nazwisko  i  sława.  W  Auguście  Twój  majątek.  Nie  pozwól,  by  góra 

trudności na drodze Cię powstrzymała; cień w dniu Twoich narodzin znaczy zarówno początek, 
jak i koniec. 

Kop głęboko; treść zawada w tych słowach jest przeznaczona tylko dla Ciebie. Nie ośmielam 

się  mówić  jaśniej,  by  inni  nie  pojęli  sensu,  który  masz  poznać  jedynie  Ty.  To  jest  moje; 
zapłaciłem za to i jestem właścicielem tego, ale nie ośmieliłem się narazić na jego perfidię. 

JednakŜe minęło pięćdziesiąt lat i w ciągu półwiecza powinno się to było samo oczyścić, lecz 

wciąŜ nie wolno tego przywłaszczyć ani ukraść; musi być kupione, podarowane lub znalezione. 

Przeto uwaŜaj, aczkolwiek istota rzeczy tkwi w czasie. 
Zostawiam ci to wraz z pozdrowieniami. 
Horacjusz August 
 
— Jejku, co za list! — westchnął Bob. 
—  Dla  mnie  zupełna  chińszczyzna  —  przyznał  Pete.  —  Co  to  znaczy:  obawiam  się  jego 

perfidii? 

—  To  znaczy,  bo  ja  wiem,  złośliwości,  przewrotności.  Tego,  Ŝe  ktoś  lub  coś  chciałoby 

specjalnie wyrządzić ci krzywdę — wyjaśnił Bob. 

Jupiter potrzymał arkusik pod światło, jakby chciał znaleźć jakąś ukrytą informację. 
— Wpadłem na ten sam pomysł, Jupiterze — powiedział Alfred Hitchcock. — Niestety, nie 

ma  tu  Ŝadnych  zapisków  atramentem  sympatycznym  ani  niczego  innego  w  podobnym  stylu. 
Potwierdził  to  mój  przyjaciel,  który  jest  specjalistą  od  tego  typu  ekspertyz.  Adwokat,  który 

background image

przesłał  list  Augustowi,  twierdzi,  Ŝe  widział,  jak  pan  Horacjusz  pisał  go  na  kilka  dni  przed 
ś

miercią.  Potem  natychmiast  wręczył  list  prawnikowi  z  poleceniem,  by  wysłał  go  do  adresata, 

kiedy tylko on sam zamknie oczy na wieki. Wiadomość jest więc zawarta w napisanych słowach. 
Co o tym myślicie? 

— No cóŜ... — zaczął ostroŜnie Jupiter — z jednej strony wszystko jest całkiem przejrzyste. 
— Dobre sobie! — parsknął Pete. — Przejrzyste jak mgła na Pacyfiku o północy. 
Jupiter nie słuchał, co mówi przyjaciel. Skupił się na dziwnej wiadomości. 
—  Oczywiste  jest  to  —  zauwaŜył  —  Ŝe  pan  August  chciał  przesłać  stryjecznemu  wnukowi 

wiadomość, której nikt prócz niego by nie zrozumiał. Najprawdopodobniej pięćdziesiąt lat temu 
ukrył coś cennego, na co inni ludzie mogliby mieć chrapkę i ukradliby to, gdyby bez owijania w 
bawełnę napisał wnukowi, gdzie ta wartościowa rzecz się znajduje. Dotąd wszystko jest jasne. 

— Masz rację — przyznał Pete. — Za to cała reszta jest mętna jak błoto. 
— Być moŜe — ciągnął Jupiter — tylko pewne słowa mają istotne znaczenie, a inne zostały 

wtrącone dla niepoznaki. Zacznijmy od początku. „August to Twoje imię, nazwisko...” 

— ... i sława — dodał powaŜnie  młody  Anglik.  —  Wszyscy w szkole znali chłopaka,  który 

tak dziwnie się nazywał: August August. 

— Ale co to znaczy, Ŝe: „W Auguście jest twój majątek”? — wtrącił się Bob. 
— To trochę  zagadkowe — przyznał Jupiter. —  Gdyby  stryjecznemu  dziadkowi  chodziło o 

to,  Ŝe  Gus  w  sierpniu

1

  zdobędzie  majątek,  napisałby  to  w  czasie  przyszłym.  JednakŜe  ze  słów 

pana Horacjusza wynika wyraźnie, Ŝe majątek jest „w Auguście”. 

— Masz rację — powiedział pan Hitchcock. — Ale moŜe w pośpiechu starszy pan popełnił 

błąd. 

—  Chyba  nie.  —  Pierwszy  Detektyw  potrząsnął  głową.  —  Wydaje  mi  się,  Ŝe  treść 

wiadomości  została  starannie  przemyślana.  Teraz  jednak  nie  zgadniemy  jeszcze,  o  co  mu 
chodziło. 

— Właśnie w sierpniu przyszedłem na świat — wtrącił Gus. — Za dwa dni, szóstego, są moje 

urodziny.  Dlatego  ojciec  dał  mi  na  imię  August.  CzyŜby  dzień  moich  narodzin  miał  coś 
wspólnego z informacją zawartą w liście stryjecznego dziadka? W następnym zdaniu wspomina 
o tym. 

Jupiter przez chwilę rozwaŜał w myślach słowa Gusa. 
—  Nie  wiem  —  powiedział  w  końcu.  —  Skoro  twoje  urodziny  wypadają  juŜ  za  dwa  dni, 

pewnie dlatego w liście jest następująca informacja: Istota rzeczy tkwi w czasie”. 

—  Jeśli  na  rozwiązanie  zagadki  mamy  tylko  dwa  dni,  to  przepadło  —  stwierdził  Pete.  — 

Powinno się raczej mówić o dwóch latach. 

— Daj Jupiterowi szansę — odparł na to Bob. — Dopiero wziął się do dzieła. 
Pierwszy Detektyw ponownie przestudiował z uwagą list. 
—  Drugie  zdanie  zaczyna  się  następująco:  „Nie  pozwól,  by  góra  trudności  na  drodze  Cię 

powstrzymała; cień w dniu Twoich narodzin oznacza zarówno początek, jak i koniec”. Pierwsza 
część  zdania  sugeruje,  Ŝe  mimo  trudności  nie  powinieneś  zaniechać  działania,  ale  nie  mam 
pomysłu, co moŜe oznaczać druga. 

—  Dzień  moich  narodzin  rzeczywiście  okrył  cień  —  powiedział  Gus.  —  Matka  zmarła  po 

wydaniu  mnie  na  świat.  Tak  więc  był  to  jednocześnie  zarówno  początek,  jak  i  koniec  czegoś: 
moje Ŝycie się zaczęło, gdy jej Ŝycie zgasło. Pewnie do tego faktu nawiązał stryjeczny dziadek. 

— Być moŜe — zgodził się Jupiter. — Ale nie wiem, jak jedno ma się do drugiego. Następne 

zdanie  wydaje  się  dość  przejrzyste:  „Kop  głęboko;  treść  zawarta  w  tych  słowach  jest 
                                                  

1

 Nieprzetłumaczalna gra Słów. Po angielsku August to równieŜ nazwa miesiąca sierpnia (przyp. tłum.). 

background image

przeznaczona tylko dla Ciebie”. To znaczy po prostu, Ŝe wiadomość jest adresowana właśnie do 
ciebie i naleŜy cięŜko popracować nad jej rozszyfrowaniem. Kolejne zdanie wyjaśnia, dlaczego. 
Nie ośmielam się mówić jaśniej, by inni nie pojęli sensu, który masz poznać jedynie Ty”. W tym 
wersie nie ma nic tajemniczego. 

— Słusznie — skomentował pan Hitchcock. — Co jednak zrobisz z następnym zdaniem: „To 

jest  moje,  zapłaciłem  za  to  i  jestem  właścicielem  tego,  ale  nie  ośmieliłem  się  narazić  na  jego 
perfidię”? 

—  Pan  Horacjusz  mówi,  Ŝe  jest  prawowitym  właścicielem  tego  czegoś,  cokolwiek  to  jest,  i 

moŜe podarować to Augustowi — odparł Jupiter. 

— Jednocześnie stwierdza, Ŝe z jakiegoś powodu bał się tego, co kupił.  
Potem Pierwszy Detektyw przeczytał na głos: 
— „JednakŜe minęło pięćdziesiąt lat i w ciągu półwiecza powinno się to było samo oczyścić, 

lecz  wciąŜ  nie  wolno  tego  przywłaszczyć  ani  ukraść;  musi  być  kupione,  podarowane  lub 
znalezione”. — Spojrzał na Pete’a i Boba. 

— Przeanalizujcie ten fragment. Musicie się wprawić w podobnych rozwaŜaniach. 
—  Sądzę,  Ŝe  pan  August  mówi,  iŜ  posiada  coś  od  pięćdziesięciu  lat;  coś,  co  oczyściło  się, 

pewnie z jakiejś złej mocy, i nigdy więcej nikogo nie zrani. 

—  A  jednak  ciągle  moŜe  być  niebezpieczne  —  dodał  Bob.  —  Inaczej  nie  powiedziałby: 

„Lecz  wciąŜ  nie  wolno  tego  przywłaszczyć  ani  ukraść;  musi  być  kupione,  podarowane  lub 
znalezione”.  Sądzę, Ŝe na  końcu przestrzega,  Ŝeby  uwaŜać,  mając z tym  czymś do  czynienia.  I 
dodaje: „Istota rzeczy tkwi w czasie”, czyli, Ŝe czas odgrywa w tym wszystkim ogromną rolę. Co 
znaczy, Ŝe mimo zachowania ostroŜności naleŜy się pospieszyć. 

—  Ostatnia  linijka:  „Zostawiam  ci  to  wraz  z  pozdrowieniami”  brzmi  jednoznacznie  — 

zakończył  Jupiter.  —  Dobrnęliśmy  więc  do  końca  listu  i  jesteśmy  niewiele  mądrzejsi  niŜ  na 
początku. 

— Powtórz to jeszcze raz! — zawołał Pete. 
— Moim zdaniem powinniśmy się czegoś więcej dowiedzieć o samym Horacjuszu Auguście. 

Jaki był twój stryjeczny dziadek, Gus? —spytał Pierwszy Detektyw. 

—  Nie  wiem  —  odparł  szczerze  młody  Anglik.  —  Nigdy  w  Ŝyciu  go  nie  widziałem.  Był 

rodzinną  zagadką.  Wiele  lat  przed  moimi  narodzinami  jako  młody  chłopak  wypłynął  statkiem 
towarowym na morza południowe. Rodzina dostała od niego parę listów, a potem  zniknął jej z 
oczu. Doszliśmy do wniosku, Ŝe zatonął wraz ze statkiem, na którym pływał. List od adwokata, 
który oznajmił, Ŝe dziadek Horacjusz mieszkał tutaj, w Hollywoodzie, i właśnie niedawno zmarł, 
a  przed  śmiercią  polecił  przekazać  mi  te  wiadomości,  był  i  dla  mnie,  i  dla  mojego  ojca 
prawdziwą niespodzianką. 

— Przybyłeś tu z Anglii natychmiast po otrzymaniu listu? — zapytał Jupiter. 
—  Natychmiast,  kiedy  tylko  mogłem  to  zrobić  —  odparł  Gus.  —  Nie  od  razu  było  to 

moŜliwe.  Nie  chciałem  przed  końcem  roku  opuszczać  szkoły,  a  potem  czekałem  na  lot 
czarterowy do Ameryki. Szczerze mówiąc, dostałem list prawie dwa miesiące temu. 

—  Rozumiem,  Ŝe  zaraz  po  przyjeździe  tutaj  poszedłeś  do  adwokata,  który  przekazał  ci 

informacje. 

— Dzwoniłem do niego, ale wyjechał z miasta, więc nie mogłem od razu się z nim zobaczyć. 

JednakŜe mój tata świetnie zna pana Hitchcocka, więc zatelefonowałem do jego rezydencji. To 
on zasugerował spotkanie się z wami. Pan Hitchcock i wy jesteście jedynymi osobami, z którymi 
dotąd rozmawiałem. 

— UwaŜam — powiedział Jupiter — Ŝe powinniśmy razem odwiedzić adwokata i dowiedzieć 

background image

się jak najwięcej o twoim stryjecznym dziadku. PomoŜe nam to podjąć decyzję, co dalej robić. 

—  Fantastyczny  pomysł,  Jupiterze  —  entuzjazmował  się  pan  Hitchcock.  —  Auguście,  bez 

wątpienia  moŜesz ufać  Trzem  Detektywom. Niestety,  muszę wracać  do  pracy,  więc  zostawiam 
cię w ich uzdolnionych rękach. 

Zabytkowy rolls-royce czekał na zewnątrz; majestatyczne, lśniące czarne auto ze złoceniami. 

Worthington,  wysoki,  wyprostowany  jak  struna  angielski  szofer,  przytrzymał  chłopcom  drzwi 
samochodu, by mogli wsiąść. 

Gus wyjął złoŜony list, w którym było podane nazwisko adwokata, pana Dwigginsa, oraz jego 

adres. Po chwili jechali juŜ ulicami Hollywoodu, kierując się w stronę starszej części miasta. Gus 
zasypywał  chłopców  pytaniami  na  temat  stolicy  filmu  dopóty,  dopóki  parę  minut  później 
Worthington  nie  wjechał  w  wąską  drogę  dojazdową,  która  doprowadziła  ich  do  niewielkiego, 
ozdobionego sztukaterią staroświeckiego domu. 

—  Pan  Dwiggins  najwyraźniej  ma  biuro  w  swoim  domu  —  zauwaŜył  Jupiter,  wysiadając  z 

samochodu. 

Mała  wizytówka  powyŜej  dzwonka  informowała:  H.  Dwiggins,  prawnik.  Naciśnij  przycisk  i 

wejdź. 

Jupiter  postąpił  zgodnie  z  instrukcją  i  kiedy  usłyszał  dobiegający  gdzieś  z  oddali  sygnał, 

otworzył drzwi. 

Znaleźli  się  w  salonie  przekształconym  w  biuro.  Stało  tam  ogromne  biurko,  wiele  szafek  i 

regałów wypełnionych prawniczymi publikacjami. Jedna z szafek była otwarta, na biurku walały 
się porozrzucane dokumenty, a drewniane obrotowe krzesło leŜało przewrócone na bok. Nigdzie 
natomiast nie było śladu pana Dwigginsa. 

—  Coś  musiało  się  wydarzyć!  —  zawołał  Jupiter.  —  Panie  Dwiggins!  —  krzyknął.  —  Jest 

pan tu? 

Odpowiedziała mu cisza. Chłopcy czekali, wstrzymując oddechy. 
Po chwili dobiegł ich jakby z oddali przytłumiony głos. 
— Ratunku! — błagał ktoś. — Ratunku! Duszę się! 

background image

ROZDZIAŁ 4 

 

Wołanie o pomoc 

 

— Ratunku! — odezwał się znowu ten sam stłumiony głos. —Powietrza! 
—  Tam!  —  Pete  wskazał  drzwi  szafy  stojącej  pod  przeciwległą  ścianą  między  dwoma 

regałami. Miały zamontowany na zewnątrz automatycznie zatrzaskujący się spręŜynowy zamek. 
Pete przekręcił go i otworzył drzwi. 

W szafie siedział na podłodze męŜczyzna dość nikłej postury. Dyszał cięŜko, usiłując nabrać 

powietrza  w  płuca.  Z  ucha  zwisały  mu  okulary  w  złotej  oprawce,  krawat  miał  przekręcony  na 
jedną stronę, a siwe włosy zmierzwione. 

—  Dzięki  Bogu,  Ŝe  się  zjawiliście  —  wyszeptał.  —  Podajcie  mi  ręce.  Chciałbym  się  stąd 

wydostać. 

Bob  i  Pete  ujęli  starszego  pana  pod  ramiona  i  pomogli  mu  się  podnieść.  Jupiter  chwycił 

przewrócone krzesło. 

—  Zastanawiające  —  mruknął,  stawiając  je  na  podłodze.  Chłopcy  podprowadzili  pana 

Dwigginsa  do  krzesła.  Usiadł  i  odetchnął  głęboko.  Trzęsącymi  się  rękami  poprawił 
przekrzywiony krawat i wsadził okulary na nos. 

—  Nadeszliście  w  samą  porę  —  powiedział.  —  Jeszcze  trochę  i  byłbym  się  udusił.  — 

Przyjrzał się baczniej swoim wybawcom i zamrugał oczami. 

— Ale kim wy właściwie jesteście, młodzieńcy? — spytał. 
— Nazywam się August August, proszę pana — odparł Gus. — Prosił mnie pan, abym dziś tu 

wpadł. 

— Rzeczywiście. — Pan Dwiggins pokiwał głową. — A ci chłopcy to twoi przyjaciele? 
— Nasza wizytówka wszystko wyjaśni — wtrącił się Jupiter i wyjął z kieszeni zadrukowany 

kartonik, który wręczył adwokatowi. 

 

TRZEJ DETEKTYWI 

Badamy wszystko  

??? 

Pierwszy Detektyw . . . . . . . . Jupiter Jones 

Drugi Detektyw . . . . . . . . . Pete Crenshaw  

Dokumentacja i analizy . . . . . Bob Andrews 

 

 
— Jesteście detektywami? — Prawnik zrobił zdziwioną minę. 
—  Chcą  pomóc  mi  rozszyfrować  tajemniczą  wiadomość,  którą  otrzymałem  od  stryjecznego 

dziadka Horacjusza — powiedział Gus. 

— Ach tak... — Pan Dwiggins znowu zamrugał oczami. Jeszcze raz zerknął na wizytówkę. 
— Muszę przyznać, Ŝe robi wraŜenie. Ale dlaczego wstawiliście te znaki zapytania? 
Trzej Detektywi czekali na to pytanie, gdyŜ niemal kaŜdy je zadawał po przeczytaniu tekstu 

na wizytówce. 

—  Znaki  zapytania  oznaczają  nieznane  rzeczy,  tajemnice,  wszelkiego  rodzaju  zagadki. 

Naszym  zadaniem  jest  rozwikłanie  pogmatwanych  spraw.  Stąd  znak  zapytania  jesz  symbolem 
Trzech Detektywów. 

background image

—  Rozumiem,  rozumiem  —  mruczał  adwokat.  —  Ambitny  program.  Lubię  pewnych  siebie 

młodych ludzi... Ale na Boga! Całkiem zapomniałem o napastniku! 

Zerwał się na równe nogi i rozejrzał po gabinecie. ZauwaŜył otwartą szafkę. 
—  Moje  tajne  akta!  Łotr  dobrał  się  do  nich!  Zobaczmy,  co  zabrał.  Co  ta  teczka  z 

dokumentami robi na biurku? Ja jej tam nie zostawiłem. 

Wziął z blatu kartonową teczkę i zaczął przerzucać znajdujące się w niej papiery. 
— To teczka z dokumentami twojego stryjecznego dziadka! — powiedział Gusowi. — Przez 

dwadzieścia  lat  byłem  jego  prawnikiem  i  przechowywałem  dokumenty  związane  z  interesami, 
którymi kierowałem w jego imieniu. Dlaczego ktoś miałby się... List! Zaginął list do ciebie. 

Spojrzał na Gusa. 
—  Gość,  który  napadł  na  mnie,  zabrał  kopię  listu  pana  Augusta!  —wykrzyknął.  —  Te 

wiadomości  wydawały  mi  się  bez  znaczenia,  ale  twój  stryjeczny  dziadek  uwaŜał  je  za  bardzo 
waŜne, więc sporządziłem kopię na wypadek, gdyby oryginał zaginął. Byłem pewien, Ŝe u mnie 
jest całkowicie bezpieczna. A tu ktoś ją ukradł! 

— Proszę nam opowiedzieć dokładnie, co zaszło — zwrócił się Jupiter do adwokata.  — To 

nowe odkrycie moŜe być bardzo znaczące. 

Prawnik z powrotem włoŜył teczkę z dokumentami do szafki, zamknął ją, a potem usiadł na 

krześle i starając się nie pominąć niczego, przedstawił całe zajście. 

Siedział  więc  sobie  za  biurkiem  i  opracowywał  jakieś  dokumenty,  kiedy  otwarły  się  drzwi. 

Obejrzał  się  i  zobaczył  męŜczyznę  przeciętnego  wzrostu,  z  czarnymi  wąsami  i  w  cięŜkich 
okularach  na  nosie.  Chciał  coś  powiedzieć  kiedy  intruz  wyciągnął  rękę  i  zasłaniając  mu  oczy, 
prawie strącił okulary z nosa. Nim zdąŜył wykonać jakikolwiek ruch, by się obronić, napastnik 
zepchnął  go z  krzesła, przeciągnął przez pokój i zamknął w ubraniowej szafie z  automatycznie 
blokującym się zamkiem. 

Początkowo stukał w drzwi i wołał o pomoc, jednakŜe mieszkał sam i nikt oprócz przestępcy 

nie mógł go usłyszeć. Kiedy to zrozumiał, zamilkł i zaczął nasłuchiwać. 

Po  kilku  minutach  usłyszał  trzask  otwieranych,  a  następnie  zamykanych  drzwi.  Napastnik 

opuścił dom. Znowu zaczął krzyczeć i dobijać się do drzwi, ale pojął, Ŝe w ten sposób szybciej 
pozbawia się drogocennego tlenu. 

—  Wtedy  usiadłem  na  podłodze  i  czekałem  na  pomoc  —  zakończył.  —  Zdawałem  sobie 

sprawę,  Ŝe  tlenu  w  szafie  wystarczy  zaledwie  na  parę  godzin.  Na  szczęście  zjawiliście  się  w 
porę. 

— O której został pan napadnięty? — spytał Jupiter. 
—  Nie  jestem  pewien  —  odparł  pan  Dwiggins.  —  Teraz  mamy...  —  spojrzał  na  zegarek. 

Wskazówki  zatrzymały  się  na  dziewiątej  siedemnaście.  —  Musiał  się  zepsuć,  kiedy  ten  łotr 
wepchnął mnie do szafy! — zawołał. 

—  To  znaczy,  Ŝe  napastnik,  kimkolwiek  był,  miał  ponad  dwie  godziny,  by  stąd  zwiać  — 

zauwaŜył Jupiter. — Teraz moŜe być juŜ daleko. Czy zauwaŜył pan coś, co pomogłoby wpaść na 
jego trop? 

— Przykro  mi,  ale  zostałem tak zaskoczony, Ŝe  zdąŜyłem  tylko  zobaczyć jego wąsy i oczy, 

które zdawały się świecić za szkłami okularów. 

— To niewiele — wtrącił Pete. 
—  Rzeczywiście  —  zgodził  się  Jupiter.  —  Czy  napastnik  coś  jeszcze  tu  ruszał  panie 

Dwiggins? 

Adwokat rozejrzał się po biurze. 
—  Najwyraźniej  podszedł  prosto  do  szafki  z  dokumentami  —  powiedział.  —  Kiedy  tylko 

background image

znalazł to, czego chciał, opuścił gabinet. 

—  To  znaczy,  Ŝe  dokładnie  wiedział,  czego  szuka,  oczywiście  bez  trudu  znalazł  właściwy 

dokument,  poniewaŜ  teczki  poukładane  są  w  porządku  alfabetycznym.  Skąd  jednak  wiedział  o 
liście do Gusa? 

— Nie mam pojęcia. 
— Czy ktoś oprócz pana był w pobliŜu pana Augusta, gdy pisał ten list? — spytał Jupiter. 
—  Tak  —  odparł  pan  Dwiggins.  —  Państwo  Jacksonowie,  para  małŜeńska,  która  się  nim 

opiekowała,  starszy  męŜczyzna  i  jego  Ŝona.  Pracowali  dla  pana  Horacjusza  od  lat.  Ona 
zajmowała  się  domem,  a  jej  mąŜ  ogrodem.  Po  śmierci  chlebodawcy  przenieśli  się  do  San 
Francisco.  Któreś  z  nich  rzeczywiście  mogło  usłyszeć,  jak  starszy  pan  mówi  do  mnie,  Ŝe 
wiadomość ta ma ogromne znaczenie i natychmiast po jego śmierci muszę ją wysłać do adresata. 

—  Jacksonowie  mogli  wspomnieć  o  tym  komuś  jeszcze  —  podsunął  Pete.  —  Ten  ktoś 

domyślił się, Ŝe pan Dwiggins sporządzi kopię przyszedł tu, by ją zobaczyć. 

—  Wszyscy  podejrzewali  pana  Augusta,  Ŝe  ukrył  gdzieś  masę  pieniędzy  —  powiedział 

prawnik. — Ten,  kto usłyszał o sekretnej wiadomości, mógł dojść  do wniosku, Ŝe zawiera ona 
wskazówki  dotyczące  miejsca,  gdzie  moŜna  znaleźć  tę  fortunę.  JednakŜe  pan  August  zmarł  w 
biedzie. Jego dom miał obciąŜoną hipotekę i wierzyciel połoŜył na nim rękę. Musiałem sprzedać 
całe wyposaŜenie, by popłacić ostatnie rachunki mojego klienta. 

—  Z  listu  wynika  jednak,  Ŝe  stryjeczny  dziadek  ukrył  coś  cennego  i  miał  nadzieję,  Ŝe  ja  to 

znajdę — powiedział Gus. — Coś, czego z jakichś powodów się obawiał. 

— To prawda. — Pan Dwiggins zdjął okulary i przetarł szkła. — Cokolwiek to było, trzymał 

to przede mną w tajemnicy. Wiele razy mi powtarzał: „Lepiej, Henry, Ŝebyś paru rzeczy o mnie 
nie  wiedział.  Po  pierwsze,  jak  naprawdę  się  nazywam.  Harry  Weston  to  nie  jest  ani  moje 
prawdziwe  imię,  ani  nazwisko.  Po  drugie...  mniejsza  z  tym.  Pamiętaj  tylko:  jeśli  kiedykolwiek 
zobaczysz  kręcącego  się  w  pobliŜu  ciemnoskórego  męŜczyznę  z  trzema  kropkami 
wytatuowanymi na czole, spodziewaj się kłopotów”. 

Dziwny  to  był  człowiek,  ten  pan  Weston,  to  znaczy  August.  Dziwny,  ale  sympatyczny. 

Oczywiście nigdy nie próbowałem wtrącać się do jego spraw. 

— Chwileczkę, proszę pana! — zawołał gwałtownie Jupiter. — Czy dobrze zrozumiałem, Ŝe 

pan August był tutaj znany jako Weston? 

— A jakŜe. W Hollywoodzie zawsze się tak nazywał. Dopiero, kiedy był bliski śmierci, podał 

mi nazwisko i adres stryjecznego wnuka i w ten sposób poznałem jego prawdziwe personalia. 

Jupiter spojrzał na szufladę wysuniętą z szafki. Zobaczył z przodu litery A - C. 
—  Przepraszam,  panie  Dwiggins  —  powiedział.  —  ZauwaŜyłem,  Ŝe  włoŜył  pan  teczkę  z 

dokumentami  do  szuflady  oznaczonej  literą  A.  Przypuszczam,  Ŝe  kiedy  poznał  pan  prawdziwe 
nazwisko swojego klienta zmienił pan oznaczenie na teczce z „Westona” na „Augusta”. 

— Oczywiście. Lubię być dokładny w tych sprawach. 
—  Najwidoczniej  pański  napastnik  doskonale  wiedział,  gdzie  ma  szukać  interesujących  go 

informacji — stwierdził Jupiter. — Dlaczego nie zajrzał pod hasło „Weston”? 

—  Nie  wiem.  —  Pan  Dwiggins  zastanowił  się  chwilę.  —  Chyba,  Ŝe  któreś  z  Jacksonów 

słyszało, jak podawał mi swoje prawdziwe nazwisko... Och, coś ci pokaŜę. 

Podszedł do szuflady oznaczonej literą A i wyjął z niej wycinek z jakiejś gazety. 
—  Pochodzi  z  dziennika  wychodzącego  w  Los  Angeles  —  wyjaśnił.  Któryś  z  reporterów 

zwęszył,  Ŝe  osoba  pana  Westona  owiana  jest  jakąś  tajemnicą  Przyszedł  wydobyć  ode  mnie 
informacje,  a  ja  uznałem,  Ŝe  skoro  pan  August  zmarł,  nie  ma  nic  złego  w  tym,  Ŝe  podam  do 
wiadomości jego prawdziwe nazwisko i kilka znanych mi faktów z jego Ŝycia. Wszystko jest tu 

background image

napisane i kaŜdy mógł to przeczytać. 

Pozostali  chłopcy  otoczyli  Jupitera,  by  przyjrzeć  się  wycinkowi  z  gazety.  Wydrukowany 

niewielką czcionką tytuł anonsował: „Tajemniczy męŜczyzna umiera na odludziu”. 

Jupiter  szybko  przeczytał  artykuł.  Dowiedział  się  z  niego,  Ŝe  pan  Horacjusz  August, 

uŜywający  nazwiska  Weston,  przyjechał  do  Hollywoodu  około  dwudziestu  lat  temu,  po  wielu 
latach spędzonych w Indiach Wschodnich. Widocznie miał duŜo pieniędzy, które musiał zarobić 
w młodości, handlując na Morzach Południowych i na Wschodzie. 

Kupił  ogromny  dom  w  Kanionie  Zegara,  połoŜonym  między  wzgórzami  w  odległej  części 

północnego Hollywoodu, i mieszkał tam spokojnie jedynie z parą słuŜących. Stronił od ludzi, a 
jego  pasją  stało  się  zbieranie  antycznych  zegarów  i  ksiąŜek,  zwłaszcza  starołacińskich. 
Zgromadził  równieŜ  liczne  wydania  powieści  i  opowiadań  Arthura  Conan  Doyle’a.  Kiedy  był 
małym  chłopcem,  spotkał  raz  w  Anglii  sławnego  pisarza  i  stał  się  wielbicielem  wykreowanej 
przez niego postaci detektywa Sherlocka Holmesa. 

Horacjusz August Ŝył sobie zatem pod przybranym nazwiskiem, po czym po krótkiej chorobie 

umarł  w  spokoju.  Odmówił  pójścia  do  szpitala,  gdyŜ,  jak  twierdził,  zawsze  marzył  o  tym,  by 
dokonać Ŝywota we własnym łóŜku. 

Był  wysokim  męŜczyzną  o  gęstych,  siwych  włosach.  Nigdy  nie  pozwalał  się  fotografować. 

Jedynych krewnych miał w Anglii. Po jego śmierci lekarz, który stwierdził zgon, znalazł na ciele 
nieboszczyka liczne blizny. Prawdopodobnie były pozostałościami po ranach, jakie w młodości 
odniósł od ciosów zadanych noŜem. Nikomu jednak o swoich przygodach nie opowiadał. 

To wszystko, co wiadomo na temat jego mrocznej przeszłości. 
— Chłopaki — westchnął Pete. — On naprawdę był tajemniczym człowiekiem. 
—  Rany  od  noŜa!  —  zawołał  Gus.  —  AleŜ  musiał  mieć  Ŝycie  pełne  przygód.  Zastanawiam 

się, czy przypadkiem nie był przemytnikiem. 

—  Przed  kimś  się  ukrywał  —  wtrącił  się  Bob.  —  To  dla  mnie  jasne  jak  słońce.  Najpierw 

zaszył  się  we  Wschodnich  Indiach,  potem  zaczął  się  bać,  Ŝe  go  odnajdą  i  tak  trafił  tutaj,  do 
Kanionu Zegara. Moim zdaniem doszedł do wniosku, Ŝe w okolicach Los Angeles i Hollywoodu 
mieszka tylu dziwaków, Ŝe jeden więcej nie zwróci niczyjej uwagi. 

— W kaŜdym razie zmarł spokojnie we własnym łóŜku — dodał Jupiter. — Lecz skoro aŜ tak 

tego  pragnął,  to  znaczy,  Ŝe  obawiał  się  czyjegoś  ataku,  przypuszczalnie  tego  ciemnoskórego 
męŜczyzny z trzema kropkami wytatuowanymi na czole. 

— Chwileczkę, coś sobie przypominam! — krzyknął Gus. — Zdarzyło się to około dziesięciu 

lat temu, kiedy byłem bardzo mały. 

WytęŜył umysł, by odtworzyć dawno zapomnianą sytuację. 
—  Pewnej  nocy,  kiedy  juŜ  poszedłem  do  łóŜka,  usłyszałem,  Ŝe  na  dole  toczy  się  jakaś 

wymiana  zdań.  Mój  tata  rozmawiał  z  kimś  nieznajomym.  W  pewnej  chwili  podniósł  głos. 
„Mówiłem juŜ panu —  powiedział —  Ŝe nie  mam pojęcia,  gdzie przebywa mój stryj.  O ile mi 
wiadomo, zmarł wiele lat temu. Jeśli jednak Ŝyje, nie mógłbym podać miejsca jego pobytu nawet 
za milion dolarów”. 

Rozbudzony, wstałem z łóŜka, wyszedłem na korytarz i zatrzymałem się u szczytu schodów. 

Mój  tata  i  jakiś  dziwny  męŜczyzna  stali  pośrodku  salonu.  Obcy  powiedział  coś,  czego  nie 
dosłyszałem,  na  co  mój  tata  odparł:  „Nie  obchodzi  mnie,  jak  waŜne  jest  to  dla  pana.  Nic  nie 
wiem o Ŝadnym płomiennym oku. Mój stryj nigdy nie dał znaku Ŝycia. A teraz proszę zostawić 
mnie w spokoju i opuścić mój dom”. 

Po tych słowach taty wysoki męŜczyzna skłonił się i odwrócił, by sięgnąć po kapelusz. W tym 

momencie  zauwaŜył  mnie,  ale  zachowywał  się  tak,  jakby  nic  się  nie  stało.  Wziął  kapelusz, 

background image

ponownie się skłonił i wyszedł. Tata nigdy nie wspomniał o tym gościu, a ja go nie pytałem, bo 
wiedziałem,  Ŝe  byłby  na  mnie  zły  za  podsłuchiwanie  rozmowy  dorosłych  wtedy,  kiedy  juŜ 
dawno powinienem być w łóŜku. Ale... 

Gus ściszył głos. 
—  MęŜczyzna,  który  rozmawiał  z  tatą,  miał  ciemną  karnację  i  trzy  czarne  kropki  na  czole. 

Wtedy nie wiedziałem, co to takiego. Teraz zdaję sobie sprawę, Ŝe był to po prostu tatuaŜ. 

—  Jejku!  —  zawołał  Bob.  —  Trzykropek  za  pośrednictwem  twojego  ojca  chciał  odnaleźć 

pana Horacjusza. 

—  Podejrzewam,  Ŝe  właśnie  dlatego  stryjeczny  dziadek  nie  nawiązał  z  nami  kontaktu.  Nie 

chciał, by ktokolwiek poznał miejsce jego pobytu. 

— Płomienne oko. Co to moŜe być? — mruknął Jupiter. — Panie Dwiggins, czy pański klient 

kiedykolwiek wspominał o czymś takim? 

—  Nie,  mój  chłopcze.  Znałem  go  dwadzieścia  lat  i  nie  powiedział  ani  słowa  o  Ŝadnym 

płomiennym  oku.  Wszystko,  co  o  nim  wiedziałem,  przekazałem  reporterowi  gazety,  który 
zamieścił te informacje w swoim  artykule. Teraz Ŝałuję, Ŝe nie trzymałem języka za zębami, ale 
wtedy  nie  widziałem  nic  złego  w  tym,  Ŝe  co  nieco  opowiem  o  zmarłym.  Muszę  dodać  jeszcze 
jedno: pan Horacjusz aŜ do końca był bardzo tajemniczy. Tak jakby czuł się otoczony wrogami, 
którzy  go  szpiegują.  Nawet  mnie  nie  ufał.  Ukrył  więc  coś,  by  nie  wpadło  w  ręce 
wyimaginowanego  przeciwnika,  a  potem  przesłał  wiadomość,  która  jego  zdaniem  miała 
umoŜliwić stryjecznemu wnukowi odnalezienie miejsca, gdzie ta rzecz się znajduje. 

— Rozumiem — powiedział Jupiter. — No cóŜ, przyszliśmy tu, by popytać o pana Augusta, i 

jak  sądzę,  właściwie  wszystkiego,  co  moŜna,  dowiedzieliśmy  się  juŜ  z  artykułu.  Teraz  chyba 
powinniśmy odwiedzić Kanion Zegara. MoŜe na miejscu jeszcze coś odkryjemy. 

— Tam został jedynie pusty dom — odrzekł pan Dwiggins. — Jako wykonawca testamentu 

pana Augusta sprzedałem wszystkie meble i ksiąŜki, by popłacić jego ostatnie rachunki. Za trzy 
lub  cztery  dni  wierzyciel  zamierza  zrównać  z  ziemią  starą  budowlę  i  zamiast  niej  postawić 
nowoczesne budynki. 

Jeśli jednak chcecie obejrzeć dom, proszę bardzo, macie moje pozwolenie. Dam wam klucz. 

JednakŜe nie wiem, co moglibyście tam znaleźć, gdyŜ dom jest całkiem pusty. Do wczoraj było 
tam  jeszcze  trochę  ksiąŜek.  No  i  oczywiście  gipsowe  posąŜki,  to  znaczy  popiersia, 
przedstawiające głowy sławnych męŜów. Nie miały Ŝadnej wartości, więc wszystkie sprzedałem 
za parę dolarów jakiemuś handlarzowi starzyzną. 

—  Popiersia!  —  Jupiter  podskoczył,  jakby  ugryzła  go  osa.  Gipsowe  popiersia  ze  starego 

domu!  Niewątpliwie  te  same,  które  wuj  Tytus  przywiózł  przedwczoraj  do  składu  złomu. 
WyobraŜające Cezara, Waszyngtona, Lincolna i paru innych znanych ludzi. 

—  Panie  Dwiggins,  pora  na  nas  —  powiedział  szybko  Pierwszy  Detektyw.  —  Bardzo  panu 

dziękujemy.  Chyba  rozumiem  juŜ,  co  pan  Horacjusz  chciał  przekazać  swemu  stryjecznemu 
wnukowi. W związku z tym musimy się pospieszyć. 

Obrócił się na  pięcie i wyszedł szybko  z domu prawnika. Zdumieni  koledzy  ruszyli za nim. 

Worthington  czekał  na  swoich  młodych  pasaŜerów,  polerując  z  naboŜeństwem  lśniącą  czarną 
karoserię rolls-royce’a. 

—  Worthington,  musimy  jak  najszybciej  znaleźć  się  w  domu  —  polecił  Jupiter,  kiedy 

wszyscy chłopcy usadowili się w limuzynie. 

—  Dobrze,  panie  Jones.  —  Angielski  szofer  wycofał  samochód  z  podjazdu  i  z  najwyŜszą 

dopuszczalną prędkością ruszył w kierunku Rocky Beach. 

— Do licha, Jupe, skąd ten pośpiech? — spytał Pete. — Zachowujesz się, jakbyśmy gnali do 

background image

poŜaru. 

— Nie do poŜaru, ale ciepło, ciepło — odparł zagadkowo Jupiter. — Do Płomiennego Oka. 
— Nie rozumiem — Pete nachmurzył się. Bob jednakŜe pojął, o co chodzi. 
— Jupe, rozwiązałeś zagadkę, prawda? — zawołał. 
Jupiter pokiwał głową, próbując ukryć wyraz satysfakcji, który malował się na jego twarzy. 
Gus z szeroko otwartymi ustami przyglądał się Pierwszemu Detektywowi. 
—  Naprawdę?  —  zdołał  wydukać.  —  Rozumiesz,  o  co  chodziło  mojemu  stryjecznemu 

dziadkowi? 

— Tak sądzę — odparł Jupiter. — Przypomnij sobie, jakim podziwem darzył on opowiadania 

o Sherlocku Holmesie, połącz to z gipsowymi popiersiami, o których wspomniał pan Dwiggins, 
a znajdziesz odpowiedź. 

—  Nadal  nic  nie  rozumiem  —  jęknął  Pete.  —  Co  Sherlock  Holmes  i  popiersia  mają 

wspólnego z listem pana Horacjusza? 

—  Później  wyjaśnię  to  bardziej  szczegółowo  —  powiedział  Jupiter.  —  Teraz  przypomnij 

sobie ten fragment listu, w którym pan Horacjusz pisze Gusowi: „W Auguście Twój majątek”. 

—  No  i  co  z  tego?  —  Pete  miał  całkiem  głupią  minę,  za  to  Bob  bez  trudu  podąŜył  tropem 

myślenia Jupitera. 

— Chodzi o te gipsowe popiersia sławnych ludzi — stwierdził domyślnie. — Waszyngtona, 

Lincolna i tak dalej. Jedno z nich przedstawiało Augusta Mocnego. 

— W Auguście twój majątek! — krzyknął podniecony Gus. — Myślisz, Ŝe coś zostało ukryte 

w tym popiersiu? 

— Jestem tego niemal pewien — odparł Jupiter. — Wszystko idealnie do siebie pasuje. Pan 

Horacjusz August lubił dla rozrywki czytywać opowiadania o Sherlocku Holmesie. W jednym z 
nich  jest  mowa  o  tym,  Ŝe  w  popiersiu  Napoleona  został  ukryty  cenny  przedmiot.  To  nasunęło 
panu  Augustowi  pomysł,  by  postąpić  podobnie  —  schować  Płomienne  Oko  tam,  gdzie  nikt  by 
się tego nie spodziewał: w zwykłym gipsowym popiersiu.  Wybrał Augusta, bo nazywał się tak 
samo jak on, i był pewien, Ŝe Gus lub jego ojciec skojarzą ten fakt. 

Za  chwilę  się  dowiemy,  czy  mam  rację.  Oczywiście  będziemy  musieli  zapłacić  ciotce  pięć 

dolarów za popiersie, by rozbić je i sprawdzić, co jest w środku, ale na szczęście jest nam ona 
winna  pieniądze  za  naprawę  pralki  i  kosiarki  do  trawnika,  które  wuj  Tytus  kupił  w  zeszłym 
tygodniu. 

Pozostali chłopcy zaczęli prowadzić głośną i podniecającą rozmowę, którą przerwali dopiero 

wtedy,  kiedy  Worthington  skręcił  w  główną  bramę  wjazdową  do  składu  złomu.  Ledwo  zdąŜył 
zatrzymać samochód, a czterej młodzi ludzie juŜ byli na zewnątrz i pędzili w stronę biura. 

Zaledwie kilka kroków dzieliło ich od niewielkiego budyneczku, gdy Jupiter zatrzymał się tak 

nagle, Ŝe koledzy jeden po drugim powpadali na niego i poprzewracali się na ziemię. Po chwili 
zorientowali się, dlaczego szef zespołu przystanął tak niespodziewanie. 

Na  stole,  na  którym  rankiem  znajdowało  się  trzynaście  gipsowych  popiersi,  teraz  było  ich 

tylko pięć. Waszyngtona, Lincolna, Franklina, Francisa Bacona i Teodora Roosevelta. 

Popiersie przedstawiające Augusta zniknęło! 

background image

ROZDZIAŁ 5 

 

Pojawia się Trzykropek 

 

Chłopcy  podnosili  się  powoli,  patrząc  na  pięć  popiersi.  Przybita  do  ściany  biura  wywieszka 

głosiła: „Niezwykłe ozdoby ogrodowe. Tylko 5 $ sztuka”. 

Rozczarowanie  nie pozwoliło im przez chwilę  wyrzec ani  słowa.  W  końcu Jupiter  z trudem 

przełknął ślinę i zdecydował się przerwać milczenie. 

— Ciociu Matyldo! — zawołał do siedzącej w biurze kobiety. — Gdzie jest reszta popiersi? 
— Jak to gdzie? Sprzedałam je — odpowiedziała ciotka. — PrzecieŜ dziś sobota. Wiele osób 

przyszło tutaj jak zwykle, szukając czegoś niezwykłego do kupienia. 

Jupiter pokiwał głową. Skład złomu Jonesów znany był z tego, Ŝe kaŜdy mógł znaleźć w nim 

prawie wszystko, czego pragnął, i dlatego kupujący ściągali tam ze wszystkich stron. 

—  Wiem, Ŝe niewielu ludzi chciałoby umieścić takie stare posąŜki w swoich nowoczesnych 

domach  —  ciągnęła  ciotka  Matylda  —  ale  postawione  na  postumentach  w  ogródkach 
wyglądałyby  ciekawie.  Pomysł  zdecydowanie  chwycił.  Sprzedałam  osiem  popiersi  po  pięć 
dolarów za sztukę. JuŜ nam się zwróciła z nawiązką suma, którą wuj za nie zapłacił. 

—  Podejrzewam...  —  zaczął  Jupiter  tonem  pozbawionym  większej  nadziei  —  Ŝe  nie 

poprosiłaś klientów o nazwiska i adresy? 

— Aniołowie Pańscy i wszyscy święci! A po cóŜ miałabym to robić? Wzięli popiersia i kaŜdy 

pojechał w swoją stronę. 

—  Czy  mogłabyś  nam  powiedzieć  cokolwiek  o  ludziach,  którzy  je  kupili?  Interesuje  nas 

zwłaszcza nabywca Augusta Mocnego. 

— Skąd nagle u was takie zainteresowanie starymi popiersiami? — chciała wiedzieć ciotka. 

— Dwa kupił męŜczyzna, który przyjechał czarnym pikapem. Mieszka chyba w północnej części 
Hollywoodu.  Kolejne  dwa  kobieta  w  czerwonym  sedanie.  Powiedziała,  Ŝe  jest  z  Malibu.  Nie 
zwróciłam specjalnie uwagi, kto kupił następne cztery, bo byłam zbyt zajęta. 

— Rozumiem — westchnął  Jupiter. — No to na  razie  tyle. Chodźcie, chłopaki,  musimy się 

naradzić. 

Ruszył  w  stronę  warsztatu.  Gus  otworzył  szeroko  oczy,  kiedy  Pierwszy  Detektyw  zdjął 

Ŝ

elazną kratę ukrywającą wejście do Tunelu Drugiego i karbowaną rurą poprowadził wszystkich 

do Kwatery Głównej. 

Chłopcy  pokazali  Gusowi  niewielkie  laboratorium,  maleńką  ciemnię  fotograficzną, 

Wszystkowidzący  Peryskop,  który Jupiter  zainstalował, by  mogli obserwować, co się dzieje  na 
zewnątrz  ukrytej  przyczepy,  oraz  pozostałe  specjalne  wyposaŜenie  detektywów,  a  potem 
wszyscy zasiedli w miniaturowym biurze. 

— No i co teraz? — zagadnął Pete. — Jeśli  pan August trzymał w popiersiu  majątek Gusa, 

cokolwiek  to  było,  teraz  on  przepadł.  Gipsowy  August  stoi  sobie  w  czyimś  ogrodzie  i  aby  go 
znaleźć,  wpierw  musimy  odszukać  ten  ogród.  PoniewaŜ  w  okolicy  jest  około  stu  tysięcy 
ogrodów, mamy szansę trafić na ten właściwy nie wcześniej niŜ za sto lat. 

—  Trop  był  dobry  —  odezwał  się  Gus,  próbując  ukryć  rozczarowanie.  —  Skąd  mieliście 

wcześniej wiedzieć, Ŝe te popiersia mają jakieś znaczenie? Boję się jednak, Ŝe teraz August znikł 
na  dobre.  Przypuszczam,  Ŝe  to  właśnie  dziadek  Horacjusz  miał  na  myśli,  kiedy  pisał,  Ŝe  istota 
rzeczy  tkwi  w  czasie.  Obawiał  się,  Ŝe  jeśli  się  nie  pospieszę,  coś  stanie  się  z  popiersiem,  no  i 
przeczucie go nie zawiodło. 

background image

—  Być  moŜe  straciliśmy  Augusta  raz  na  zawsze  —  powiedział  w  końcu  Jupiter.  —  Nie 

zamierzam  jednak  od  razu  się  poddawać.  Jesteśmy  detektywami  i  nadal  musimy  prowadzić 
ś

ledztwo. 

— W jaki sposób? — dopytywał się Bob. 
— Jeszcze nie wiem — przyznał Jupiter. — Sprawa jest otwarta. 
— Mam! — wrzasnął Bob. — Wykorzystamy system połączeń duch z duchem! 
—  Duch...  z  duchem?  —  Oszołomiony  Gus  zamrugał  oczami.  —  Macie  kontakty  w 

zaświatach? 

—  Niezupełnie  —  Bob  uśmiechnął  się  szeroko.  —  Ale  chyba  równie  dobre.  Kto,  twoim 

zdaniem, ma najwięcej informacji w całym sąsiedztwie? No, kto zauwaŜa obcych kręcących się 
po okolicy, nowy samochód u znajomych i inne niecodzienne wydarzenia? 

— Taak... — Gus zastanawiał się przez chwilę. — Nie wiem. 
— Oczywiście dzieci — wtrącił się Pete. — Nikt nie zwraca na nie uwagi, za to ich oczom 

nie  umknie  nic,  co  się  dzieje  dokoła.  KaŜdy  dzieciak  musi  wiedzieć,  który  z  sąsiadów  kupił 
nowego psa albo kota, kto się skaleczył, kto się z kim pokłócił i tak dalej. 

— Jedyny problem polega na tym — mówił dalej Bob — by nawiązać kontakt z odpowiednią 

liczbą dziewcząt i chłopców w mieście i przekonać się, ile wiedzą. Dzieciaki z natury uwielbiają 
wszelkie tajemnice i dlatego zawsze są skore do pomocy. 

— W jaki sposób moŜna się jednak skontaktować z tyloma dziewczynami i chłopakami, by to 

coś dało? — spytał Gus. — Musielibyście mieć obserwatorów w kaŜdej części miasta. 

— Do tego właśnie słuŜy system połączeń duch z duchem — znów włączył się do rozmowy 

Pete.  —  Jupiter  wpadł  na  ten  genialny  pomysł.  Rozumiesz,  i  ja,  i  Bob,  i  Jupe  mamy  po  kilku 
przyjaciół, którzy nie znają się nawzajem. Oni z kolei mają innych przyjaciół i tak dalej. Kiedy 
chcemy  czegoś  się  dowiedzieć,  kaŜdy  z  nas  dzwoni  do  pięciu  kumpli  i  mówi,  o  co  chodzi.  W 
tym przypadku poprosimy, by telefonowali do nas, gdy wpadną na ślad kogoś, kto właśnie kupił 
gipsowe popiersie do ogródka. Jeśli Ŝaden nie będzie wiedział o kimś takim, zadzwoni z kolei do 
pięciu innych osób i przekaŜe wiadomość. Potem te pięć osób zada pytanie następnym pięciu... 
Wieści  rozniosą  się  lotem  błyskawicy  po  całym  mieście.  Po  godzinie  kaŜdy  chłopak  i  kaŜda 
dziewczyna będzie wypatrywać gipsowych popiersi w ogródkach. Nawet nie muszą ich widzieć 
na własne oczy: wystarczy, Ŝe usłyszą, jak rodzice wspominają, iŜ któryś z ich przyjaciół kupił 
podobną ozdobę. To bez mała tak, jakbyś miał tysiące współpracowników do pomocy. 

— A niech to! — zawołał Gus. — KaŜdy z was zadzwoni do pięciu osób, co zwiększy liczbę 

poszukujących  do  piętnastu.  Tych  piętnastu  powiadomi  po  pięciu  następnych  i  będziemy  juŜ 
mieli siedemdziesięciu pięciu ochotników. Siedemdziesięciu pięciu zadzwoni do... W ten sposób 
osiągniemy liczbę prawie czterystu, a z tego zrobi się ponad tysiąc... — AŜ gwizdnął z wraŜenia. 
— Fantastyczne! 

— Dzieciaki, które nam pomagają, nazywamy duchami — wyjaśnił Bob. — To rodzaj szyfru, 

by ktoś, kto przypadkiem nas podsłucha, nie zgadł, o czym rozmawiamy. 

— Chcesz od razu dzwonić? — spytał Jupitera Gus. 
— Jest sobotnie popołudnie i większość dzieciaków bawi się teraz na dworze. Najlepsza pora 

na  telefony  będzie  po  kolacji  —  odparł  Pierwszy  Detektyw.  —  Musimy  więc  poczekać  kilka 
godzin. 

— Jupiterze! — Przez otwarty świetlik w Kwaterze Głównej dobiegł głos ciotki Matyldy. — 

Gdzie jesteś, łobuzie? 

Jupiter sięgnął po leŜący na biurku mikrofon. 
Był  on  podłączony  do  niewielkiego  głośnika  w  biurze  ciotki.  Wymyślił  tę  metodę 

background image

odpowiadania, kiedy przywoływało go któreś z wujostwa. 

— Tu jestem! — zawołał. — Chcesz czegoś ode mnie? 
—  Piekło,  szatani!  —  krzyknęła  ciotka.  —  Nie  mogę  się  przyzwyczaić,  Ŝe  rozmawiasz  ze 

mną  przez  to  urządzenie.  Chciałabym  wiedzieć,  czym  się  teraz  zajmujesz.  Musi  to  być  coś 
szczególnego, bo inaczej nie zapomniałbyś o lunchu. 

Lunch! Na dźwięk tego słowa wszyscy czterej chłopcy poczuli, jak bardzo są  głodni.  Dotąd 

byli zbyt podnieceni, by myśleć o jedzeniu. 

—  Masz  rację,  ciociu,  zaraz  do  ciebie  przyjdziemy  —  powiedział  Jupiter.  —  Nie  masz  nic 

przeciwko temu, Ŝe przyprowadzimy kolegę? 

— Bogowie! A cóŜ to za róŜnica: jeden więcej, jeden mniej, skoro i tak przez cały czas mam 

na garnuszku waszą trójkę. 

Ciotka  Matylda  nie  przesadzała:  Bob  i  Pete  stołowali  się  u  państwa  Jonesów  równie  często 

jak we własnych domach. 

— Przygotowałam wam kanapki i zimne napoje. MoŜecie sobie zjeść tutaj. Wybieram się na 

kilka  godzin  do  śródmieścia,  a  wujka  nie  ma  w  domu,  więc  będziesz  musiał  po  południu 
pilnować biura i zająć się sprzedaŜą, jeśli trafią się klienci. 

— Dobrze, ciociu. JuŜ biegniemy. 
Przez Tunel Drugi chłopcy dostali się do warsztatu, przecięli podwórko i wpadli do biura. W 

małym  pomieszczeniu  czekały  na  nich  kanapki  zawinięte  w  pergamin  i  kilka  butelek  róŜnych 
napojów. 

— Dobrze, Ŝe jesteście — odezwała się na ich widok ciotka Matylda. — Hans podrzuci mnie 

do śródmieścia. Nie ruszajcie się stąd, dopóki nie wrócę, a ty, Jupiterze, uwaŜaj na potencjalnych 
klientów. 

— Obiecuję, ciociu. 
Pani  Jones  oddaliła  się,  a  chłopcy  w  milczeniu  zaczęli  pochłaniać  kanapki.  Kiedy  kaŜdy  z 

nich  zdąŜył  zjeść  po  dwie  i  wypić  butelkę  lemoniady,  poczuli  się  na  siłach,  by  dalej  toczyć 
rozmowę. 

— Jupe — odezwał się z pełną buzią Pete, chrupiąc bułkę z pieczoną wołowiną — co, według 

ciebie, jest w tym popiersiu, którego szukamy? O ile w ogóle coś tam jest. 

—  Gus  słyszał,  jak  jego  ojciec  wspominał  o  „Płomiennym  Oku”  —  powiedział  Pierwszy 

Detektyw. — Myślę, Ŝe właśnie ono jest schowane W popiersiu Augusta Mocnego. 

— Ale co to jest? — spytał Bob. 
— Coś małego, bo inaczej nie zmieściłoby się w gipsowym popiersiu — odparł Jupiter. — Z 

uwagi na staranność, z jaką stryjeczny dziadek Gusa to ukrył, i fakt, Ŝe swoje imiona mają tylko 
najwspanialsze klejnoty, na przykład Wielki Mogoł, Gwiazda Indii czy Egipski Pasza, dedukuję, 
Ŝ

e Płomienne Oko to klejnot, który pan August przywiózł wiele lat temu z Dalekiego Wschodu, i 

z powodu którego musiał się później ukrywać. 

— Niesamowite — westchnął Pete. — Jeśli się nie mylisz... 
— Sza! — syknął Bob. — Nadchodzi klient. 
Na  teren  składu  złomu  wjechał  lśniący  sedan  i  zatrzymał  się  tuŜ  przed  drzwiami  biura. 

Prowadził go szofer w liberii, a pasaŜerem był wysoki, chudy męŜczyzna. Wysiadł z samochodu 
i na chwilę zatrzymał się, oglądając popiersia wyeksponowane na stoliku. 

Przez  lewe  ramię  miał  przewieszoną  laskę  z  czarnego,  polerowanego  drewna.  Końcem  tej 

laski  trącił  lekko  jedno  z  popiersi,  potem  mimochodem  przesunął  palcami  po  czubku  gipsowej 
głowy. Najwyraźniej zawiedziony, starł kurz z palców i skierował się do drzwi biura. 

Jupiter  oczekiwał  klienta  stojąc.  Pozostali  chłopcy,  siedzący  głębiej  w  pokoiku,  patrzyli  na 

background image

przybysza ponad ramieniem przyjaciela. Wszystkich ogarnął dreszcz podniecenia. 

Potencjalny  klient był nienagannie ubrany, miał  ciemną  karnację, Czarne jak smoła  włosy  a 

co najwaŜniejsze, trzy niewielkie kropki na czole 

— Uprzejmie przepraszam — odezwał się najczystszą angielszczyzną. — Interesują mnie te 

figurki... — wskazał laską pięć popiersi. 

Jupiter  zamrugał  powiekami.  Wcześniej  niŜ  przyjaciele  zauwaŜył  trzy  kropki  i  odruchowo 

przybrał  głupkowaty  wyraz  twarzy.  Był  wystarczająco  przysadzisty,  by  wrogowie  mogli  go 
nazywać grubasem, a kiedy chciał, naprawdę wyglądał jak poczciwy tłuścioch. 

— Czym mogę słuŜyć, proszę pana? — spytał przez nos. Ten, ktoś go nie znał, wziąłby go w 

tej chwili za opasłego kretyna. 

—  Czy  macie  w  sprzedaŜy  jeszcze  jakieś  inne  egzemplarze?  —  Głos  Trzykropka  brzmiał 

zimno i wyniośle. 

—  Jakieś  inne?  —  Przypadkowy  słuchacz  mógłby  odnieść  wraŜe  nie,  Ŝe  Jupiter  niezbyt 

dobrze rozumie po angielsku. 

—  Tak,  jakieś  inne  —  powtórzył  Trzykropek.  —  Jeśli  tak,  chciał  bym  je  obejrzeć.  Szukam 

czegoś mniej banalnego niŜ Waszyngton czy Beniamin Franklin. 

— To wszystko, co mamy — odparł Jupiter. — Reszta została sprzedana. 
—  A  więc  były  jednak  inne  popiersia?  —  W  czarnych,  głęboko  osadzonych  oczach 

nieznajomego zabłysła iskierka ciekawości. — Kogo przedstawiały? 

— Nie wiem. — Jupiter przymknął oczy, jakby myślenie sprawiało mu ogromny wysiłek. — 

Ś

miesznie się nazywali. Homar czy coś takiego. Silny August. 

— Dlaczego on to mówi? — Pete spytał szeptem Boba. 
— Na pewno ma w tym jakiś cel — szepnął Bob. — Lepiej słuchaj. 
—  August!  —  Kamienna  twarz  Trzykropka  na  chwilę  się  oŜywiła.  —  Tak,  właśnie  jego 

popiersie chciałbym mieć w ogrodzie. Powiadasz, Ŝe został sprzedany? 

— Wczoraj — odparł Jupiter. 
— Nazwisko i adres nabywcy — zaŜądał Trzykropek. — Zamierzam odkupić popiersie. 
— Nie prowadzimy rejestru klientów. KaŜdy mógł je nabyć. 
—  KaŜdy,  powiadasz.  —  Głos  nieznajomego  znowu  był  zimny  jak  lód.  —  Rozumiem. 

Wyjątkowy pech. Jeśli uda ci się zdobyć dane obecnego właściciela popiersia, chętnie cię za to 
wynagrodzę. Co powiesz na sto dolarów? 

— Nie  prowadzimy  Ŝadnych  rejestrów — powtórzył  głupkowato Jupiter. — Czasem jednak 

klienci zwracają towar. Jeśli to popiersie znowu do nas trafi, mogę je panu odsprzedać. Chce pan 
zostawić swoje nazwisko i adres? 

— Dobry  pomysł. —  Trzykropek popatrzył twardo na  Jupitera. Powiesił laskę na  przegubie 

lewej dłoni, wyciągnął z kieszeni kartkę i ołówek, zapisał swoje dane i wręczył chłopcu. 

—  Proszę.  Nie  omieszkaj  zatelefonować.  Jeśli  August  wróci,  zapłacę  za  niego  sto  dolarów. 

Będziesz pamiętał, Ŝeby mnie powiadomić? 

— Spróbuję — odparł Jupiter tępym głosem. 
— Lepiej się postaraj! 
Nagle Trzykropek wbił koniec laski w coś, co leŜało na podłodze. 
— Śmieci mnie draŜnią. Lubię czystość — wyjaśnił. 
Wyciągnął laskę w kierunku Jupitera. Gus, Bob i Pete z trudem powstrzymali okrzyk strachu. 

Wewnątrz laski ukryta była szpada. Na czubku jej lśniącego ostrza tkwił skrawek papieru, który 
przed chwilą zaśmiecał podłogę. 

Ostry  koniec  metalu  zatrzymał  się  dosłownie  o  milimetry  od  klatki  piersiowej  Pierwszego 

background image

Detektywa. Chłopiec wolno wyciągnął rękę i zdjął z ostrza papier. Trzykropek nagłym ruchem 
cofnął szpadę. Po chwili znowu wyglądała jak zwykła laska. Ostrze zniknęło. 

—  Wkrótce  ponownie  się  spotkamy  —  oznajmił  przybysz  złowieszczym  tonem.  —  Jeśli 

tymczasem odnajdzie się August, zadzwoń do mnie natychmiast. 

Odwrócił się, wyszedł z biura, wsiadł do samochodu i odjechał. 

 

background image

ROZDZIAŁ 6 

 

Dziwne wnioski 

 

Jupiter poczekał, dopóki samochód Trzykropka nie zniknął za bramą składu złomu, po czym 

odwrócił się w stronę kolegów. Był biały jak płótno. 

— Z tym facetem nie ma Ŝartów! — zawołał Pete. — Myślałem, Ŝe chce cię przebić szpadą. 
— Ostrzegł mnie — odparł Jupiter przez lekko ściśnięte gardło. — Dał mi do zrozumienia, co 

czeka kaŜdego, kto próbowałby z nim jakichś sztuczek. 

— Wydaje mi się, Ŝe to był ten sam męŜczyzna, który dziesięć lat temu odwiedził mego ojca 

— odezwał się Gus. — Nie jestem całkiem pewien, ale wyglądał bardzo podobnie. 

—  Miał  na  czole  trzy  kropki,  o  których  wspominałeś  —  zauwaŜył  Bob.  —  Wyglądał  na 

człowieka  przybyłego  z  Dalekiego  Wschodu,  być  moŜe  z  Indii.  Trzy  kropki  mogą  oznaczać 
przynaleŜność do jakiejś sekty. 

—  Dlaczego  powiedziałeś  mu  o  Auguście  Mocnym?  —  spytał  Pete.  —  To  go  wyraźnie 

poruszyło. 

— Sądzę, Ŝe i tak wiedział o popiersiach — odparł Jupiter, popijając lemoniadę. — Chciałem 

zobaczyć,  jak  zareaguje,  gdy  wspomnę  o  Auguście.  Byłem  ciekaw,  czy  to  imię  coś  dla  niego 
znaczy. Okazało się, Ŝe tak. Prawdopodobnie to on ukradł panu Dwigginsowi kopię listu. 

— PrzecieŜ nie nosi okularów ani nie ma czarnych wąsów —sprzeciwił się Gus. 
—  Mógł  kogoś  wynająć  do  tej  roboty  —  podsunął  Bob.  —  W  kaŜdym  razie  wiedział,  Ŝe 

August jest waŜny. 

—  Usiłował  wydobyć  jakieś  informacje.  To  samo  robiłem  ja  —  powiedział  Jupiter.  — 

Sprawiłem, Ŝe dał mi swoje nazwisko i adres. 

PołoŜył na biurku wizytówkę, którą wręczył mu Trzykropek. 
Wydrukowano na niej: 
 

 

Rama Sidri Rhandur 

Pleshiwar, Indie 

 

 
Pod spodem ciemnoskóry męŜczyzna dopisał ołówkiem nazwę adres motelu w Hollywoodzie. 
— Bob miał rację, Ŝe facet pochodzi z Indii! — zawołał Pete. — Lecz jeśli naleŜy do jakiejś 

fanatycznej sekty, która pragnie dostać w swoje ręce Płomienne Oko, głosuję za tym, byśmy jak 
najszybciej  zapomnieli  o  całej  sprawie.  Czytałem  ksiąŜkę  o  hinduskich  członkach  pewnego 
szczepu.  Chcieli  odzyskać  jakąś  świętą  relikwię.  Nie  przebierali  w  środkach.  Ledwo  któryś  z 
nich zdąŜył spojrzeć na ciebie, byłeś martwy. ZauwaŜyliście, Ŝe we wzroku Trzykropka... 

—  Do  tej  pory  są  to  wyłącznie  czyste  spekulacje  —  przerwał  Jupiter.  —  Bob,  pora  trochę 

poszperać. 

— Dobrze — zgodził się chłopiec. — Powiedz tylko, gdzie. 
— W bibliotece — odparł Pierwszy Detektyw. — Zobacz, czy jest coś na temat Płomiennego 

Oka. Musisz teŜ dowiedzieć się czegoś o Pleshiwarze. 

— W porządku. Zdam wam sprawę po kolacji. Moi rodzice najwyraźniej oczekują, Ŝe raz na 

jakiś czas zjem coś równieŜ we własnym domu. 

background image

— To wystarczy — zgodził się Jupiter. — Uruchomimy tymczasem nasz system połączeń. 
—  Słowo  daję,  nie  miałem  pojęcia,  w  co  was  pakuję!  —  wykrzyknął  Gus,  kiedy  Bob 

popedałował  do  domu.  —  Ktoś  atakuje  pana  Dwigginsa,  zjawia  się  tutaj  Trzykropek  i  grozi  ci 
szpadą... Nie mam prawa naraŜać was na tak oczywiste niebezpieczeństwo. Lepiej będzie, jeśli 
wrócę do domu i zapomnę o Płomiennym Oku. Przestańcie polować na Augusta, a jeśli znajdą 
go Trzykropek lub Czarnowąsy, niech się biją o niego między sobą. 

—  Święte  słowa!  —  zawołał  Pete.  —  W  zupełności  cię  popieram,  Gus.  Co  o  tym  myślisz, 

Jupe? 

Wyraz  twarzy  Jupitera  wystarczył  za  odpowiedź.  Podsunąć  Pierwszemu  Detektywowi 

ciekawą zagadkę do rozwiązania to jak dać głodnemu psu kawał mięsa: nie wypuści go z pyska 
za Ŝadne skarby. 

—  Dopiero  zaczęliśmy  śledztwo  —  powiedział  do  przyjaciela.  —  PrzecieŜ  chcieliśmy 

rozwikłać jakąś tajemnicę, więc skoro ją mamy, nie moŜemy zrezygnować. Tak czy owak, kilka 
faktów daje do myślenia. 

— Na przykład jakich? — spytał Pete. 
— Doszedłem choćby do wniosku, Ŝe pan Dwiggins sam zamknął się w szafie. 
— Naprawdę? — W głosie Gusa brzmiało zdziwienie. — Po co miałby to robić? 
— Nie wiem. To właśnie zagadka. 
— Skąd ci przyszło do  głowy, Ŝe sam się zamknął? — dopytywał się Pete. — Był przecieŜ 

zatrzaśnięty w środku i naprawdę wyglądał, jakby ktoś go brutalnie potraktował. 

—  Powierzchowne  oznaki  mające  wprowadzić  nas  w  błąd  —  stwierdził  Jupiter.  —  Pomyśl 

chwilę.  RozwaŜ  to  logicznie.  Pan  Dwiggins  powiedział,  Ŝe  spędził  w  szafie  około  półtorej 
godziny. 

— No... zgadza się. 
— W tym czasie walił w drzwi i wołał o pomoc. Co najpierw zrobiłby człowiek w podobnej 

sytuacji? 

— Odruchowo poprawiłby okulary na nosie! — wrzasnął Gus. — Albo raczej, poniewaŜ było 

ciemno,  zdjąłby  je  i  schował  do  kieszeni.  PrzecieŜ  przeszkadzałyby  mu,  zwisając  tak  długo  z 
ucha. 

—  Chyba  masz  rację.  —  Pete  podrapał  się  po  głowie.  —  Wyprostowałby  takŜe  krawat. 

Dobrze to wymyśliłeś, Jupe. Cała ta maskarada z okularami i krawatem miała nas przekonać, Ŝe 
ktoś na niego napadł. 

— Zawsze analizuję wszystkie fakty — powiedział Jupiter. —Muszę jednak przyznać, Ŝe pan 

Dwiggins  był  bardzo  przekonywający.  Pewnie  nie  nabrałbym  podejrzeń,  gdyby  nie  jeden 
szczegół. Podejdźcie obaj do biurka i połóŜcie dłonie na krześle. 

Jupiter wstał, a Gus i Bob dotknęli drewnianego siedzenia obrotowego krzesła. 
—  A  teraz  dotknijcie  biurka  —  poprosił.  —  Jaka  jest  róŜnica  między  tymi  dwiema 

drewnianymi powierzchniami? 

— Krzesło jest ciepłe, bo przed chwilą na nim siedziałeś! — zawołał Gus. — Blat biurka jest 

zimniejszy. 

Jupiter pokiwał głową. 
— Kiedy podnosiłem przewrócone krzesełko w biurze pana Dwigginsa, poczułem, Ŝe jest ono 

ciepławe‚ jakby przed chwilą ktoś na nim siedział. Zdziwiło mnie to nieco. Potem skojarzyłem 
ten takt ze zwisającymi okularami przekręconym krawatem i zrozumiałem, co się wydarzyło. 

OtóŜ  pan  Dwiggins  zobaczył,  jak  podjeŜdŜamy  i  wysiadamy  z  samochodu.  Kopniakiem 

przewrócił krzesło, wpadł do szafy, której drzwi automatycznie się zatrzasnęły, i doprowadził się 

background image

do nieładu. Potem usiadł na podłodze i zaczął wzywać pomocy.  Prawdopodobnie przebywał w 
szafie nie więcej niŜ dwie lub trzy minuty, zanim go znaleźliśmy. 

— Jejku! Dlaczego on to zrobił? — zawołał Pete. 
—  By  nas  wprowadzić  w  błąd  —  odparł  Jupiter.  —  śebyśmy  myśleli,  Ŝe  ktoś  mu  ukradł 

kopię listu, co tak naprawdę nie miało miejsca. 

—  UwaŜasz,  Ŝe  nie  było  Ŝadnego  męŜczyzny  średniego  wzrostu  z  czarnymi  wąsami  i  w 

okularach? — upewniał się Gus. 

—  Tak.  Moim  zdaniem  pan  Dwiggins  go  wymyślił.  Sądzę,  Ŝe  Trzykropek,  pan  Rama 

Rhandur  z  Indii,  mógł  zapłacić  adwokatowi  za  kopię  z  tajemniczą  wiadomością,  a  ten  odegrał 
całe przedstawienie, byśmy uwierzyli w kradzieŜ. 

— To brzmi logicznie — przyznał Gus. — I wyjaśnia równieŜ, jak pan Rhandur trafił do nas. 

Na  tyle  rozszyfrował  informację,  by  zrozumieć,  Ŝe  gipsowe  popiersia  odgrywają  w  tej  historii 
waŜną rolę. 

—  Powiedział,  Ŝe  jeszcze  tu  wróci!  —  zawołał  Pete.  —  Być  moŜe  następnym  razem 

przyprowadzi ze sobą kamratów. Przypuśćmy, Ŝe nie wierzy, iŜ my naprawdę nie wiemy, gdzie 
jest August? I co wtedy? ZałoŜę się, Ŝe pan Rhandur potrafi wymyślić okrutne tortury, by zmusić 
ludzi do mówienia. Nie zapominajcie, Ŝe przyniósł ze sobą szpadę ukrytą w lasce. 

— Ponosi cię wyobraźnia — zmitygował przyjaciela Jupiter. — Nie mamy powodu sądzić, Ŝe 

pan Rhandur kiedykolwiek kogoś torturował. 

— Zawsze musi być ten pierwszy raz — mruknął ponuro Pete. 
Gus chciał coś powiedzieć, kiedy zadzwonił telefon. Jupiter podniósł słuchawkę. 
— Skład złomu Jonesów. Jupiter Jones przy aparacie. 
— Peterson z tej strony — zabrzmiał w słuchawce sympatyczny kobiecy głos. — Mieszkam 

w  Malibu  Beach.  Przykro  mi,  ale  muszę  złoŜyć  reklamację.  Wczoraj  kupiłam  u  was  dwa 
gipsowe popiersia do ogrodu. 

— W czym problem? — Jupiter nagle zainteresował się rozmową. 
— Popiersia były zakurzone, więc wystawiłam je na podwórko i polałam wodą z węŜa, Ŝeby 

je spłukać. Jedno z nich zaczęło się kruszyć. Odpadło ucho i kawałek nosa. Mój mąŜ powiedział, 
Ŝ

e  gipsowe  figurki  powinny  być  trzymane  w  domu.  Na  zewnątrz  natychmiast  zniszczeją. 

UwaŜam,  Ŝe  powinniście  mi  zwrócić  pieniądze,  gdyŜ  sprzedawaliście  popiersia  jako  ogrodowe 
ozdoby. 

— Bardzo mi przykro, pani Peterson — powiedział grzecznie Jupiter. — Nie pomyśleliśmy, 

Ŝ

e przecieŜ woda rozmywa gips. Oczywiście zwrócimy pani pieniądze. Czy mogę spytać, które 

popiersia pani kupiła? 

—  Nie  jestem  pewna.  Teraz  stoją  na  patio.  Jedno  przedstawia  chyba  jakiegoś  Augusta. 

Przywiozę je jutro. 

— Przepraszam, pani Peterson — Jupiter wyprostował się, gdy usłyszał jej słowa. — Pozwoli 

pani,  Ŝe  sami  przyjedziemy  po  nie,  by  oszczędzić  pani  kłopotu.  Proszę  tylko  podać  adres,  a 
zjawimy się dziś po południu lub wieczorem. 

Szybko  zapisał  dane,  które  podyktowała  mu  niefortunna  właścicielka  popiersi,  i  zakończył 

rozmowę. 

—  Namierzyliśmy  Augusta  Mocnego!  —  zawołał  triumfalnie  do  Pete’a  i  Gusa.  —  Kiedy 

tylko Hans wróci, wsiadamy do półcięŜarówki i jedziemy po niego. 

—  Wspaniale!  —  ucieszył  się  Pete.  —  Mam  nadzieję,  Ŝe  wpadnie  w  nasze  ręce,  nim 

Trzykropek nas dostanie w swoje łapy! 

background image

ROZDZIAŁ 7 

 

Czarnowąsy wkracza do akcji 

 

Bob  stanął  u  drzwi  Biblioteki  Publicznej  w  Rocky  Beach,  w  której  pracował  dorywczo. 

Bibliotekarka, panna Bennett, uniosła głowę, kiedy wszedł do sali. 

— Witaj, Bob — pozdrowiła chłopca. — Nie wiedziałam, Ŝe dziś masz dyŜur. 
— Nie mam. Wpadłem, Ŝeby poszukać pewnych informacji. 
— Och, a miałam nadzieję, Ŝe mi pomoŜesz. — Panna Bennett zaśmiała się cicho. — Dzień 

był  taki  pracowity.  Mnóstwo  ksiąŜek  czeka,  by  wrócić  na  półki.  Mógłbyś  mi  poświęcić  trochę 
czasu, Bob? 

—  Jasne,  panno  Bennett  —  zgodził  się  chłopiec.  Bibliotekarka  poprosiła  go  najpierw,  by 

naprawił  poniszczone  oprawy  kilku  ksiąŜek  dla  dzieci.  Bob  zaniósł  tomiki  do  magazynku  i 
mocną plastykową taśmą zabezpieczył podarte okładki. Kiedy skończył, panna Bennett wskazała 
mu  duŜy  stos  ksiąŜek,  które  naleŜało  odstawić  na  właściwe  miejsce  na  półkach.  Poukładał  je 
starannie  jedną  po  drugiej,  wtedy  bibliotekarka  zwróciła  uwagę  na  ksiąŜki  pozostawione  na 
jednym  ze  stolików  w  czytelni.  Bob  zebrał  je  i  niemal  podskoczył  ze  zdziwienia  na  widok 
leŜącego  na  wierzchu  egzemplarza.  Tytuł  na  okładce  informował:  „Sławne  klejnoty  i  ich 
historie”. Właśnie po tę ksiąŜkę przyszedł dziś do biblioteki. 

— Coś się stało, Bob? — spytała panna Bennett. 
Chłopiec potrząsnął głową. 
— Nie, proszę pani. — Podszedł do biurka, przy którym urzędowała bibliotekarka, i pokazał 

jej rozprawę o drogich kamieniach. — Zajrzałem do biblioteki, by coś sprawdzić w tej ksiąŜce, i 
zdziwiłem się, widząc ją na wierzchu. 

— Mój BoŜe, co za zbieg okoliczności! — zdumiała się panna Bennett, gdy rzuciła okiem na 

tytuł.  —  Od  lat  nikt  do  niej  nie  zaglądał,  a  tu  juŜ  drugi  czytelnik  o  nią  pyta  i  w  dodatku  tego 
samego dnia. 

Bob był pewien, Ŝe to nie Ŝaden zbieg okoliczności. 
— MoŜe pamięta pani, kto ją czytał? — spytał bez większej nadziei. 
— Raczej nie. Tylu ludzi przewinęło się dziś przez bibliotekę, Ŝe zamazali mi się w głowie w 

jedną wielką plamę. 

Bob  myślał  szybko.  Kto  mógł  być  najbardziej  zainteresowany  dziełem  o  klejnotach? 

Spróbował strzału w ciemno. 

—  Czy  nie  był  to  przypadkiem  męŜczyzna  średniego  wzrostu,  w  ogromnych  rogowych 

okularach i z wąsami? — spytał. 

— Chwileczkę... — Panna Bennett zamyśliła się. — Masz rację. Teraz, kiedy mi go opisałeś, 

przypomniałam sobie. Mówił niskim, chropawym głosem. Skąd wiedziałeś, Ŝe to on tu był? 

— Usłyszałem od kogoś o tym męŜczyźnie — wyjaśnił Bob. —Jeśli nie ma juŜ pani dla mnie 

więcej poleceń... 

Panna  Bennett  dała  chłopcu  znak,  Ŝe  jest  wolny,  i  Bob  pobiegł  do  stolika.  Czarnowąsy 

odwiedził bibliotekę! Oznacza to, Ŝe równieŜ jest na tropie. 

Bob rozsiadł się, by przejrzeć ksiąŜkę. Zawierała wiele ciekawych informacji o odkryciach i 

dziejach  najsławniejszych  klejnotów  świata.  Pozwolił  sobie  na  dodatkową  lekturę  niezwykłej 
historii  diamentu  nazwanego  Nadzieją,  który  przyniósł  róŜnym  ludziom  wiele  nieszczęścia,  po 
czym znalazł to, czego szukał. Jeden z rozdziałów nosił tytuł: „Płomienne Oko”. Otworzył tom 

background image

na właściwej stronie i zaczął czytać. 

 
Płomiennym  Okiem  nazwano  rubin  wielkości  gołębiego  jaja,  o  intensywnym  szkarłatnym 

odcieniu.  Nikt  nie  wie  ani  kiedy  ani  gdzie  został  znaleziony  ale  w  Chinach,  Indiach  i  Tybecie 
znany  jest  od  wieków  NaleŜał  do  radŜów,  cesarzy  królowych,  ksiąŜąt  i  bogatych  kupców  Wiele 
razy  padał  ofiarą  kradzieŜy  a  liczni  właściciele  (wiadomo  jest  o  co  najmniej  piętnastu  takich 
przypadkach) tracili Ŝycie z jego powodu. Zdarzało się teŜ, Ŝe posiadacz rubinu poległ w bitwie, 
postradał majątek lub dotykało go inne nieszczęście. 

Rubin rzeczywiście kształtem przypominał oko i był bardzo cenny MoŜe nie aŜ tak, co prawda, 

jak  inne  sławne  klejnoty,  poniewaŜ  miał  skazę,  w  środku  kamienia  była  dziura  i  dlatego  nie 
uznawano go za doskonały 

 
Rozdział kończył się następującymi słowami: 
 
Niektórym  klejnotom  najwyraźniej  towarzyszy  zła  sława.  Ich  właściciele  przedwcześnie 

umierają,  cierpią  na  róŜne  choroby  lub  dotykają  ich  inne  powaŜne  straty  Nieszczęście  wisi  w 
powietrzu i nikt, kto posiada pechowy klejnot, nie jest bezpieczny Jednym z przykładów moŜe być 
diament  Nadzieja.  Wierzono,  Ŝe  ściągał  klęski  na  swoich  właścicieli,  dopóki  nie  został 
podarowany  mieszczącemu  się  w  Waszyngtonie  instytutowi,  którego  załoŜycielem  był  w  1846 
roku  James  Smithson.  Placówka  ta,  zwana  Smithsonian  Institution,  miała  słuŜyć  rozwojowi  i 
rozpowszechnianiu  wiedzy.  Innym  nieszczęsnym  klejnotem  było  Płomienne  Oko.  Wielu 
właścicieli  tego  kamienia  cierpiało  z  powodu  przeciwności  losu,  nim  w  końcu  maharadŜa 
indyjski  przekazał  go  w  dowód  skruchy  Świątyni  Sprawiedliwości,  mającej  siedzibę  w  odległej 
górskiej wiosce Pleshiwar. 

Płomienne  Oko  zostało  wmontowane  w  czoło  patronującego  świątyni  bóstwa.  Miejscowy 

przesąd  głosił,  Ŝe  kamień  ma  zdolność  rozpoznawania  grzechów.  OskarŜonego  o  przestępstwo 
doprowadzano  przed  oblicze  bóstwa  i  jeśli  klejnot  zaczynał  świecić,  było  to  ewidentnym 
dowodem winy podejrzanego. Jeśli natomiast pozostawał matowy ogłaszano jego niewinność. 

Klejnot w dziwny sposób zniknął ze świątyni wiele lat temu. Jego obecne miejsce pobytu jest 

nieznane,  aczkolwiek  członkowie  świątyni  —  niewielkie,  lecz  waleczne  i  niezwykle  fanatyczne 
górskie  plemię  
—  czynią  energiczne  starania,  by  go  odzyskać.  KrąŜy  pogłoska,  Ŝe  został 
sprzedany  przez  dostojnika  świątyni,  który  źle  się  prowadził  i  bał  się,  Ŝe  magiczny  rubin 
zdemaskuje  jego  przewinienia.  Wiele  osób  podejrzewa,  Ŝe  kamień  spoczywa  w  jakimś 
bezimiennym grobowcu wraz ze szczątkami tego, kto go kupił lub ukradł. Inni sądzą, Ŝe wkrótce 
znowu się pojawi. Jedna ze starych legend głosi, Ŝe jeśli Płomienne Oko przez pięćdziesiąt lat nie 
będzie przez nikogo widziane ani dotykane, straci swą przeklętą moc i nikomu nie przyniesie juŜ 
nieszczęścia,  o  ile  zostanie  kupione,  znalezione  lub  podarowane,  a  nie  przywłaszczone  lub 
skradzione. 

JednakŜe  nawet  teraz  niewielu  kolekcjonerów  miałoby  ochotę  ryzykować  naraŜenie  się  na 

klątwę,  którą  rzuca  kamień,  chociaŜ  wkrótce  upłynie  wspomniane  pięćdziesiąt  lat,  odkąd 
pozostaje on w ukryciu. 

 
—  Jejku  —  westchnął  cicho  Bob.  Chyba  rzeczywiście  najlepiej  trzymać  się  z  dala  od  tego 

rubinu  nazwanego  Płomiennym  Okiem,  pomyślał.  Mimo  Ŝe  mogło  juŜ  minąć  owe  pięćdziesiąt 
lat  —  ksiąŜka,  którą  czytał,  została  wydana  kilka  lat  temu  —  to  raczej  wolałby  nie  ryzykować 
kontaktu z feralnym klejnotem. 

background image

Zamyślony,  odłoŜył  tom  na  bok.  Następnie  zajrzał  do  encyklopedii,  by  poszukać  czegoś  o 

Pleshiwarze.  Znalazł  niewielki  ustęp,  z  którego  dowiedział  się,  Ŝe  mieszkańcy  Pleshiwaru  i 
okolicznych  gór  są  zazwyczaj  wysocy  i  wojowniczy,  niezwykle  okrutni  podczas  bitew  i  nigdy 
nie zaprzestają szukania zemsty na ludziach, którzy ich skrzywdzili. 

Po  przeczytaniu  tych  słów  Bob  poczuł  ucisk  w  gardle.  Zapisał  najwaŜniejsze  informacje 

dotyczące  zarówno  Pleshiwaru,  jak  i  rubinu,  po  czym  siedział  i  rozmyślał.  Czy  powinien 
zadzwonić teraz do Jupitera i powiedzieć mu o wszystkim? Uznał, Ŝe nie zrobi tego. ZbliŜała się 
pora kolacji, a Jupiter dopiero potem zamierzał uruchomić system połączeń duch z duchem. 

Bob  poŜegnał  pannę  Bennett  i  na  rowerze  pojechał  do  domu.  Mama  właśnie  szykowała 

kolację, a tata czytał i palił fajkę. 

— Cześć, synu — powitał Boba. — Dlaczego masz taką zamyśloną minę? Wyglądasz, jakbyś 

próbował  rozwiązać  jakiś  wielki  problem.  Czy  szukacie  teraz  następnej  zagubionej  papugi  czy 
czegoś w tym rodzaju? 

— Nie, tato. Tym razem chodzi o popiersie Augusta Mocnego. Czy wiesz moŜe przypadkiem, 

kim on był? 

— Chyba nie. Rozmowa o Auguście przypomniała mi, Ŝe mamy sierpień. Czy wiesz, skąd ten 

miesiąc wziął swoją nazwę? 

Bob nie miał pojęcia, więc tata opowiedział mu całą historię. Zelektryzowała ona chłopca tak 

bardzo,  Ŝe  pobiegł  do  telefonu  i  nakręcił  numer  składu  złomu  Jonesów.  Usłyszał  w  słuchawce 
głos ciotki Matyldy, więc spytał, czy mógłby rozmawiać z Jupiterem. 

—  Przykro  mi,  Bob  —  odparła  pani  Jones.  —  Wszyscy  chłopcy  jakieś  pół  godziny  temu 

pojechali z Hansem do Malibu. 

—  Dziękuję  pani  za  informację.  Za  chwilę  będę  u  państwa  i  poczekam  na  niego  — 

powiedział szybko Bob. 

OdłoŜył słuchawkę, lecz nim zdąŜył umknąć za drzwi, głos mamy przywołał go z powrotem. 
— Robercie, nakryłam juŜ do stołu! Siadaj i jedz. KaŜde zwariowane zadanie moŜe poczekać, 

aŜ skończysz kolację. 

Bob  z  niechęcią  posłuchał  mamy.  PrzecieŜ  dowiedział  się  o  czymś,  co  powinien  przekazać 

Jupiterowi. Pomyślał, Ŝe stanie się to jednak dopiero za godzinę. 

 
W  tym  samym  czasie  Jupiter,  Pete  i  Gus  przemierzali  Malibu  w  poszukiwaniu  domu  pani 

Peterson.  W  końcu  półcięŜarówka  zatrzymała  się  przed  frontem  ogromnego,  pokrytego 
sztukaterią budynku, wokół którego rozciągał się dobrze utrzymany ogród. 

Jupiter  ruszył  ścieŜką  w  kierunku  domu,  minął  wyłoŜone  płytami  patio  i  nacisnął  guzik 

dzwonka  u  drzwi.  Po  chwili  w  progu  pojawiła  się  kobieta  o  sympatycznej  twarzy,  ubrana  w 
letnią sukienkę. 

—  Jestem  Jupiter  Jones  ze  składu  złomu  Jonesów  —  przedstawił  się  chłopiec.  — 

Przyjechałem zabrać popiersia, które sprzedaliśmy pani wczoraj. 

— Proszę, wejdź. Gdzieś tu są. 
Kobieta zaprowadziła Jupitera w głąb ogrodu. Stały tam dwa popiersia, jedno wyglądało dość 

nędznie. Tak jak wspomniała pani Peterson, August stracił ucho i nos, a cała reszta była mocno 
nadkruszona  i  sprawiała  wraŜenie,  jakby  za  chwilę  miała  się  rozpaść.  Francis  Bacon  nie  był 
myty, więc stał co prawda zakurzony, ale nietknięty. 

—  Przykro  mi,  Ŝe  muszę  zwrócić  tych  dŜentelmenów  —  powiedziała  sympatyczna  pani  — 

ale kupiłam ich do ogrodu, a mąŜ twierdzi, Ŝe nasz spryskiwacz do roślin raz dwa ich rozmyje. 

— Wszystko w porządku, proszę pani — odparł Jupiter, skrywając radość z faktu odzyskania 

background image

Augusta. — Proszę, oto pieniądze. Zaraz zabierzemy od pani popiersia. 

Wręczył pani Peterson dziesięć dolarów, podniósł Augusta i mrucząc coś pod nosem, zaniósł 

popiersie  do  półcięŜarówki.  Pete  szedł  za  nim  z  Baconem  w  objęciach.  OstroŜnie  umieścili 
popiersia na przednim siedzeniu między Gusem a Hansem, a sami wspięli się na tył samochodu, 
po czym wszyscy ruszyli z powrotem do Rocky Beach. 

—  Do  licha,  Jupe,  czy  myślisz,  Ŝe  w  Auguście  znajduje  się  Płomienne  Oko?  —  spytał 

podniecony Pete podczas jazdy. 

— To bardzo prawdopodobne — odparł Jupiter. 
— Jak tylko wrócimy do składu złomu, musimy potłuc Augusta —zarządził Pete. 
—  Poczekamy  na  Boba  —  sprzeciwił  się  Pierwszy  Detektyw.  —  Byłby  rozczarowany, 

gdybyśmy rozbili Augusta pod jego nieobecność. 
 

Bob czekał na powrót przyjaciół w biurze ciotki Matyldy. W soboty skład złomu otwarty był 

do  późnych  godzin  wieczornych,  by  kupujący  mogli  przyjść  i  pomyszkować  wśród  towarów. 
Zwykle było wielu chętnych, by pogrzebać w stertach najdziwniejszych rzeczy, jakie oferowali 
Jonesowie.  JednakŜe  tego  wieczoru  zajrzało  tam  zaledwie  kilku  męŜczyzn,  którzy  szukali 
starych narzędzi i mechanicznych sprzętów. 

Do bramy składu podjechał w pewnej chwili czarny sedan. Wysiadł z niego jakiś męŜczyzna i 

ruszył w stronę drzwi biura. Bob aŜ zamarł na jego widok. 

Był  to  bowiem  człowiek  przeciętnego  wzrostu,  czarnowłosy,  w  okularach  w  rogowych 

oprawkach, który w dodatku nosił ogromne, czarne wąsy. 

Czarnowąsy we własnej osobie! 
—  Dobry  wieczór  —  pozdrowił  chrapliwym  głosem  ciotkę  Matyldę.  —  Interesują  mnie  te 

piękne, artystyczne przedmioty, które pani tu wystawiła. — Odwrócił się, aby popatrzeć na pięć 
popiersi,  nadal  tkwiących  na  stoliku  na  zewnątrz  biura.  —  Sami  sławni  ludzie.  Czy  ma  pani 
jeszcze inne sztuki? 

— To wszystko, co jest — poinformowała pani Jones. — I nie mogę ich panu sprzedać jako 

ogrodowych ozdób, bo dowiedziałam się, Ŝe pod wpływem wilgoci niszczeją. Właśnie zwrócono 
nam dwa popiersia i spodziewam się, Ŝe podobnie będzie z pozostałymi. 

Powiedziała to zmartwionym głosem. Zawsze bolało ją, gdy musiała oddawać zarobione juŜ 

pieniądze.  Była  szczodra  i  miała  wielkie  serce,  ale  równocześnie  pilnowała  interesów  i  chciała 
mieć jakieś zyski z dziwacznych rzeczy, które kupował jej mąŜ. 

—  Naprawdę?  —  Czarnowąsy  był  wyraźnie  zainteresowany.  —  Zwrócono  pani  dwa,  a 

później być moŜe dołączą do nich pozostałe popiersia? Widzi pani, jestem zbieraczem i nabędę 
teraz od pani te figurki za taką cenę, jaką pani podała: po pięć dolarów za sztukę. Musi mi jednak 
pani  obiecać,  Ŝe  zatrzyma  dla  mnie  wszystkie  te,  które  zwrócą  ich  obecni  właściciele.  Pragnę 
zgromadzić całą kolekcję i kupię je na pniu. 

—  Zamierza  pan  kupić  wszystko?  —  Matylda  Jones  cała  rozjaśniła  się  na  te  słowa.  — 

Niektóre popiersia mogły jednak zostać uszkodzone podczas próby mycia. 

— To nie ma znaczenia. Jeśli przyrzeknie pani, Ŝe nie sprzeda komuś innemu popiersi, które 

wrócą do składu, kupię od razu te, które stoją na stoliku i te dwa zareklamowane. 

— Zgoda. Ubijamy interes — odparła Matylda Jones. — Teraz sprzedam to, co mam, a potem 

otrzyma pan równieŜ wszystkie popiersia, które zostaną zwrócone. Dwóch spodziewam się lada 
moment. Bratanek męŜa pojechał po nie. 

—  Wspaniale!  —  Czarnowąsy  wyjął  kilka  banknotów.  —  Oto  trzydzieści  pięć  dolarów  za 

siedem gipsowych figur. Czekając na dwie brakujące, zapakuję tych pięć do samochodu. 

background image

Bob drŜał z podniecenia, myśląc, jak by tu przerwać całą transakcję, i wiedział, Ŝe nie ma na 

to  sposobu.  Pani  Jones  właśnie  dobiła  interesu  i  szczyciła  się  tym,  Ŝe  nigdy  nie  cofa  danego 
słowa.  Tymczasem  Jupiter  miał  za  chwilę  nadjechać  z  dwoma  popiersiami,  z  których  jedno 
mogło przedstawiać Augusta, i Czarnowąsy będzie rościł sobie do niego prawo, bo przed chwilą 
za wszystko zapłacił. 

— Bob, co ci dolega? — spytała pani Jones, obrzucając chłopca ostrym spojrzeniem. — Masz 

jakieś drgawki. Coś się stało? 

—  Przypuszczam,  Ŝe...  —  odezwał  się  z  wysiłkiem  Bob  —  ...o  ile  wiem..,  nasz  nowy 

przyjaciel,  Gus,  chciał  mieć  jedno  z  tych  popiersi,  pani  Jones.  NaleŜały  do  jego  stryjecznego 
dziadka ... 

—  Przykro  mi,  trzeba  mnie  było  wcześniej  uprzedzić.  Teraz  wszystkie  są  własnością  tego 

pana. O, nadjeŜdŜa cięŜarówka. 

Czarnowąsy  skończył  właśnie  ładować  ostatnie  z  popiersi  do  samochodu,  kiedy 

półcięŜarówka zatrzymała się ze zgrzytem. 

Jupiter i Pete zeskoczyli z platformy i podbiegli do kabiny kierowcy. 
Hans  zestawił  na  ziemię  dwie  gipsowe  podobizny  sławnych  ludzi.  Pete  wziął  Francisa 

Bacona,  a  Jupe  Augusta,  którego  przyciskał  delikatnie  do  klatki  piersiowej.  śaden  z  chłopców 
nie zauwaŜył wąsatego męŜczyzny, dopóki ten nie pospieszył do nich. 

— Hola, chłopaki, te figurki są moje! — warknął. — Natychmiast je oddajcie! 

background image

ROZDZIAŁ 8 

 

Bob przekazuje zaskakującą informację 

 

Czarnowąsy gwałtownym ruchem chwycił popiersie, a Jupiter przyciągnął je do siebie, za nic 

nie chcąc wypuścić Augusta z rąk. 

—  Oddawaj  to,  słyszysz!  —  wrzeszczał  męŜczyzna.  —  Ten  przedmiot  naleŜy  do  mnie. 

Zapłaciłem za niego! 

— Jupiterze, pozwól panu zabrać jego nabytek! — zawołała ostrym tonem ciotka Matylda. 
— AleŜ ciociu! —  sprzeciwił się Jupiter, ściskając mocno  gipsowe  popiersie. —  Właśnie tę 

figurę obiecałem dać mojemu przyjacielowi Gusowi. 

— Przykro mi, ale się spóźniłeś — odparła ciotka. — JuŜ ją sprzedałam temu panu. 
— Dla Gusa to sprawa Ŝycia lub śmierci! — wyrzucił z siebie Jupiter jednym tchem. 
—  TeŜ  mi  coś!  Sprawa  Ŝycia  lub  śmierci.  Macie  nazbyt  wybujałą  wyobraźnię,  chłopcy  — 

parsknęła ciotka Matylda. — Nie gadaj więcej, tylko oddaj panu jego własność. Jonesowie nigdy 
nie wycofują się z zawartych transakcji. 

—  No  juŜ!  —  burknął  Czarnowąsy.  Gwałtownie  wyszarpnął  popiersie  z  ramion  Jupitera 

dokładnie  w  tym  momencie,  gdy  chłopiec,  posłuszny  poleceniu  ciotki,  właśnie  zamierzał  je 
oddać i zwolnił uchwyt. MęŜczyzna zachwiał się, potknął o kamień i upadł na ziemię. Popiersie 
wypadło mu z rąk i rozbiło się na dziesiątki kawałków. 

Chłopcy z otwartymi ustami wpatrywali się w gipsowe szczątki. 
Pani  Jones  stała  za  daleko,  by  cokolwiek  zauwaŜyć,  za  to  Jupiter,  Gus,  Pete  i  Bob  widzieli 

wszystko  jak  na  dłoni.  Czerwony  kamień  wielkości  gołębiego  jaja,  lśniący  w  środku  rozbitej 
gipsowej głowy. 

Przez chwilę nikt się nie poruszył. Czarnowąsy szybko jednak podniósł się z ziemi, chwycił 

kamień i wcisnął go do kieszeni. 

—  To  całkowicie  moja  wina  —  zwrócił  się  do  pani  Jones.  —  Biorę  na  siebie  pełną 

odpowiedzialność  za  to,  co się stało.  A teraz, jeśli pani  pozwoli, juŜ się poŜegnam.  Nie jestem 
więcej zainteresowany Ŝadnymi innymi popiersiami. 

Wsiadł  do  samochodu  i  opuścił  szybko  teren  składu  złomu.  Chłopcy  z  rozpaczą  przyglądali 

się, jak odjeŜdŜał. 

—  Zabrał  je!  Zabrał  Płomienne  Oko  —  jęknął  Pete.  Wnet  jednak  przypomniał  sobie 

wcześniejszą rozmowę.  — Ale przecieŜ ustaliliśmy, Ŝe nie ma Ŝadnego  męŜczyzny z czarnymi 
wąsami! śe to wymysł pana Dwigginsa! 

— Najwyraźniej nie mieliśmy racji — stwierdził Jupiter. Widać po nim było, jak bardzo jest 

przygnębiony. 

—  Czarnowąsy  odwiedził  dziś  bibliotekę,  wcześniej  niŜ  ja  —  wtrącił  Bob.  —  Szukał 

informacji o Płomiennym Oku. 

—  Niepomyślny  obrót  wydarzeń  —  powiedział  wolno  Jupiter.  —  Ledwo  odnaleźliśmy 

klejnot, a juŜ go straciliśmy. Przykro mi, Gus. 

—  To  nie  była  twoja  wina  —  odparł  męŜnie  chłopiec.  —  Nie  ponosisz  za  to 

odpowiedzialności. 

— Taki byłem pewny, Ŝe męŜczyzna z czarnymi wąsami nie istnieje... — zaczął Jupiter, ale 

ciotka przerwała mu w pół zdania. 

—  Cieszę  się,  Ŝe  ten  męŜczyzna  wziął  winę  na  siebie  —  oznajmiła,  wskazując  głową  na 

background image

gipsowe szczątki, które do niedawna przedstawiały Augusta Mocnego. — To zresztą faktycznie 
była jego wina, bo upuścił popiersie, ale ludzie często uchylają się od odpowiedzialności. No, nic 
złego się nie stało. Sprzątnij te kawałki i wyrzuć do pojemnika na śmiecie. 

— Dobrze, ciociu — odparł Jupiter. 
Pani Jones spojrzała na zegar wiszący nad drzwiami biura. 
— Pora zamykać skład — stwierdziła. — Chyba Ŝe wy zamierzacie tu zostać trochę dłuŜej. 
—  Chcielibyśmy  o  czymś  porozmawiać  —  powiedział  Jupiter.  —  Jeśli  moŜna,  to  jeszcze 

chwilę tu posiedzimy. 

— Wobec tego nie zamknę bramy — zdecydowała ciotka Matylda. — Szkoda byłoby stracić 

potencjalnego klienta. ObsłuŜcie go, gdyby się zjawił. 

Chłopiec  obiecał,  Ŝe  zajmie  się  ewentualnym  nabywcą,  i  ciotka  udała  się  do  stojącego  w 

pobliŜu  niewielkiego  jednopiętrowego  domku,  w  którym  mieszkała  wraz  z  męŜem  Tytusem  i 
Jupiterem. 

Czterej przyjaciele zostali sami w składzie złomu. Pozbierali  porozbijane szczątki  Augusta i 

przenieśli je na stół. Jupiter obejrzał je uwaŜnie. 

—  Widzicie?  —  wskazał  w  jednym  z  gipsowych  kawałków  wydrąŜone  wgłębienie  w 

kształcie jaja. — Tutaj było umieszczone Płomienne Oko. 

— A teraz jest u Czarnowąsego! — jęknął Bob. — Nigdy go juŜ nie odzyskamy. 
—  Rzeczywiście  sprawa  wygląda  dość  beznadziejnie  —  zgodził  się  Jupiter  i  był  to  jeden  z 

niezwykle  rzadkich  przypadków,  kiedy  Pierwszy  Detektyw  gotów  był  przyznać  się  do 
moŜliwości poraŜki. —  Ale rozwaŜmy wszystko jeszcze raz. Chodźmy do warsztatu. Bob nam 
opowie, czego się dowiedział w bibliotece. 

Chłopcy  rozsiedli  się  w  zacisznym  wnętrzu  między  maszyną  drukarską  a  obrabiarką.  Bob 

odczytał im notatki, jakie sporządził na temat mroŜącej krew w Ŝyłach historii Płomiennego Oka 
i mieszkańców Pleshiwaru. 

—  AŜ  strach  tego  słuchać  —  wzdrygnął  się  Pete.  —  Jeśli  Płomienne  Oko  jest  rubinem 

przynoszącym nieszczęście, proponuję, byśmy dali sobie z nim spokój. Niech kto inny ściąga na 
siebie fatum. 

—  Legenda  głosi  jednak,  Ŝe  jeśli  przez  pięćdziesiąt  lat  nikt  nie  będzie  oglądał  ani  dotykał 

Płomiennego Oka, klejnot utraci fatalną moc — przypomniał Bob. 

—  Zgoda  —  powiedział  Pete.  —  Mówiłeś  jednak,  Ŝe  wielu  kolekcjonerów  nadal  by  się  jej 

bało, mimo iŜ minęło owe pięćdziesiąt lat. 

—  Zaczynam  rozumieć  postępowanie  stryjecznego  dziadka  —  oznajmił  Gus  z  błyszczącym 

podnieceniem  wzrokiem.  —  Schował  Płomienne  Oko  i  zamierzał  trzymać  je  w  ukryciu  przez 
pięćdziesiąt lat, a potem, kiedy przestałoby być niebezpieczne, sprzedać. Zorientował się jednak, 
Ŝ

e zbliŜa się godzina jego śmierci i jednocześnie mija przepisane pięćdziesiąt lat karencji, więc 

mnie zostawił klejnot. Jestem pewien, Ŝe jest juŜ nieszkodliwy. 

—  Być  moŜe  jest  nieszkodliwy,  ale  znajduje  się  w  rękach  Czarnowąsego  i  w  tej  chwili  nie 

mam pojęcia, jak go od niego wydostać — stwierdził Jupiter. 

— Wykorzystamy system połączeń duch z duchem! — zawołał Bob. — Tysiące dzieciaków 

zacznie szukać Czarnowąsego, a kiedy juŜ wpadniemy na jego trop... — zawahał się, uznając, Ŝe 
nie ma pomysłu, co moŜna by dalej zrobić. 

— No widzisz — Jupiter pokiwał głową. — Nie moŜemy tak po prostu odebrać mu klejnotu. 

A  poza  tym  czy  pomyślałeś  o  tym,  ilu  męŜczyzn  w  mieście  odpowiada  rysopisowi 
Czarnowąsego?  Co  najmniej  kilka  tysięcy.  Nie  mówiąc  juŜ  o  tym,  Ŝe,  moim  zdaniem,  czarne 
wąsy były sztuczne. Przykleił je, by się zamaskować. 

background image

— To rzeczywiście wygląda beznadziejnie — Gus przerwał  milczenie, które zapanowało po 

wywodach Pierwszego Detektywa. 

Znowu  zapadła  cisza.  Nawet  Jupiter  nie  miał  Ŝadnego  pomysłu,  co  dalej  robić.  Po  chwili 

chłopcy usłyszeli ostry dźwięk. 

— Dzwonek u bramy! — zawołał Bob. — Jupe, mamy jakiegoś klienta. 
— Zobaczę, czego chce — Jupiter wstał i ruszył do drzwi. Przyjaciele poszli w ślad za nim. 
Kiedy  znaleźli  się  na  zewnątrz,  zobaczyli  osobnika,  który  stał  obok  lśniącego  czarnego 

samochodu wsparty o laskę i rozglądał się dokoła. 

— To znowu Trzykropek — szepnął Pete. 
— Nie bardzo mi się to podoba — dodał równieŜ szeptem Bob. 
JednakŜe  Jupiter  sunął  juŜ  w  stronę  oczekującego  męŜczyzny,  więc  niechętnie  szli  za  nim. 

ZauwaŜyli, Ŝe Jupe na uŜytek Trzykropka ponownie zrobił minę przygłupa. 

—  Dobry  wieczór,  chłopcy  —  powiedział  Trzykropek  z  uśmiechem,  który  trudno  byłoby 

nazwać przyjaznym. — Właśnie oglądałem sobie — wskazał końcem laski gipsowe szczątki — 
te kawałki. Wygląda mi to na resztki popiersia Augusta. Nim byłem szczególnie zainteresowany. 
O  ile  sobie  przypominam,  prosiłem,  byś  powiadomił  mnie  telefonicznie,  kiedy  zostanie  ono 
zwrócone do składu złomu. 

— Prosił pan. Ale popiersie się potłukło — odparł Jupiter. 
—  Zastanawiam  się,  jak  do  tego  doszło.  —  Trzykropek  uśmiechał  się  jak  tygrys,  który 

zamierza  poŜreć  smakowitego,  tłuściutkiego  chłopca.  —  Moją  uwagę  przyciągnęło  malutkie 
wgłębienie w jednym z tych gipsowych kawałków. W popiersiu było coś ukryte. 

—  Tak  —  przyznał  Jupiter  tępo  brzmiącym  głosem.  —  Klient  upuścił  popiersie  i  się  zbiło. 

Kupujący podniósł coś z ziemi, ale nie widzieliśmy, co. 

— Czy ten klient nie nosił przypadkiem ogromnych okularów i czarnych wąsów? — zagadnął 

Trzykropek. 

Jupiter pokiwał głową. Pete, Bob i Gus wymienili zaskoczone spojrzenia. 
— A ten przedmiot — ciągnął ciemnoskóry męŜczyzna — nie wyglądał przypadkiem jak to? 
Nagłym  ruchem  wyciągnął  coś  z  kieszeni  i  cisnął  na  stół  obok  szczątków  popiersia.  Był  to 

czerwony, błyszczący kamień o owalnym kształcie. 

Płomienne Oko! 
Nawet Jupiter poczuł z wraŜenia ucisk w gardle. 
— Tak, proszę pana, właśnie tak wyglądał — odparł, z trudem przełykając ślinę. 
— Taak... —  Wysoki męŜczyzna wsparł się na lasce i popatrzył na chłopców. — Myślę, Ŝe 

wszyscy słyszeliście o Płomiennym Oku i o fatum, jakie ściąga na swoich właścicieli. 

Nie  bardzo  wiedzieli,  co  na  to  odpowiedzieć,  więc  milczeli.  Zastanawiali  się  jednak,  skąd 

Trzykropek ma Płomienne Oko, skoro Czarnowąsy uciekł z nim niecałą godzinę temu. 

— Chciałbym wam coś pokazać. 
Uniósł laskę i przekręcił rączkę. Ze środka wysunęło się ostrze szpady. Trzykropek popatrzył 

na nią z niechęcią. 

— Co za niechlujstwo — zauwaŜył. — Nie wyczyściłem jej dokładnie. 
Wyjął  z  kieszeni  chusteczkę  i  przetarł  ostrze.  Na  tkaninie  pojawił  się  jakiś  lepki,  czerwony 

osad. 

—  Krew  niszczy  stal  —  rzucił  od  niechcenia,  a  chłopcom  dreszcze  przebiegły  po  karku.  — 

JednakŜe… 

Przeciągnął końcem szpady po rubinie. Potem wziął kamień i podał go Jupiterowi. 
— Obejrzyj to — polecił. — Powiedz, co zobaczyłeś. 

background image

Jupiter  zbliŜył  klejnot  do  oczu,  by  lepiej  go  widzieć.  Pozostali  chłopcy  otoczyli  kolegę 

ciasnym  kręgiem.  W  pierwszej  chwili  Jupiter  niczego  szczególnego  nie  zauwaŜył.  Potem 
równocześnie z Bobem wydał cichy okrzyk. Przez kamień biegła rysa, zrobiona szpadą. 

— Nic z tego nie rozumiem — powiedział. — Rubiny są twardsze niŜ stal. Na kamieniu nie 

powinno być Ŝadnego śladu. 

— No tak. — Trzykropka najwyraźniej usatysfakcjonowała ta odpowiedź. — Nie jesteś wcale 

takim  głupkiem,  jakiego  udawałeś.  Prawdę  mówiąc,  nie  podejrzewałem  cię  o  brak  inteligencji. 
Od  razu  byłem  pewien,  Ŝe  jesteś  bystrym  młodzieńcem.  —  Kiedy  Jupiter  ze  zmartwienia 
przygryzł wargę, Trzykropek dodał: — A teraz powiedz mi, o czym świadczy to zadrapanie. 

Jupiter milczał, oglądając kamień. 
—  Rysa  powstała  dlatego,  Ŝe  ten  rubin  nie  jest  prawdziwy  —  odezwał  się  w  końcu.  —  To 

tylko imitacja, wykonana z masy plastycznej. 

—  Dokładnie!  —  przyznał  ostrym  tonem  Trzykropek.  —  To  sztuczny  klejnot,  który 

odebrałem  pewnemu  dŜentelmenowi  z  czarnymi  wąsami.  Prawdziwe  Płomienne  Oko  nadal 
pozostaje w ukryciu. A jeśli tkwi wewnątrz popiersia Augusta, wśród sprzedanych figur musiał 
być inny August. Liczę, Ŝe go dla mnie znajdziecie. 

Przerwał i przez chwilę wpatrywał się w kaŜdego z chłopców z osobna. 
—  Rozkazuję,  byście  znaleźli  mi  tego  drugiego  Augusta  —  powiedział.  —  W  przeciwnym 

razie...  ale  wolałbym  uniknąć  pogróŜek.  Sądzę,  Ŝe  się  rozumiemy.  Zadzwońcie  do  mnie 
natychmiast, kiedy znajdziecie właściwe popiersie. 

Po  tych  słowach  odwrócił  się  i  poszedł  w  stronę  oczekującego  nań  samochodu.  Wsiadł  do 

niego i natychmiast odjechał, a chłopcy pozostali w miejscu, patrząc jeden na drugiego. 

— On... on  zabił Czarnowąsego, by odebrać  mu  rubin — wyjąkał  w  końcu Pete. —  W jaki 

sposób jednak tak szybko się dowiedział, Ŝe tamten go zabrał? 

—  Cała  sprawa  staje  się  coraz  bardziej  pogmatwana  —  stwierdził  Jupiter.  —  Dlaczego  pan 

Horacjusz  ukrył  sztuczny  rubin  w  popiersiu  Augusta  Mocnego?  MoŜe  myślał,  Ŝe  klejnot  jest 
prawdziwy, i po prostu został oszukany. Czy teŜ zrobił to, by wprowadzić w błąd poszukiwaczy? 
Jeśli tak, to czy umieścił prawdziwy rubin w jakimś innym popiersiu? Wiemy bowiem, Ŝe nie ma 
drugiego Augusta i... 

— AleŜ jest! — wybuchnął Bob. — Jak najbardziej! 
Przyjaciele popatrzyli na niego ze zdumieniem. Jupiter aŜ zamrugał powiekami. 
— Przypomniałem sobie, co opowiedział mi tata — ciągnął Bob. — Tu chodzi o Oktawiana, 

pierwszego  cesarza  rzymskiego,  który  otrzymał  od  senatu  tytuł  Augusta.  Po  łacinie  znaczy  to 
„wzniosły”.  Kiedy  stryjeczny  dziadek  Gusa  pisał:  „W  Auguście  twój  majątek”,  miał  na  myśli 
popiersie Oktawiana, gdyŜ po jego śmierci przemianowano nazwę miesiąca, w którym zmarł, na 
Augustus. A przecieŜ po angielsku brzmi to podobnie! Musimy znaleźć właśnie Oktawiana! 

background image

ROZDZIAŁ 9 

 

WaŜny telefon od ducha 

 

—  Zapomnijmy  lepiej  o  Płomiennym  Oku  —  powiedział  z  przejęciem  Pete.  — 

Prawdopodobnie  doprowadził  do  śmierci  co  najmniej  piętnastu  męŜczyzn  i  nie  chciałbym,  by 
wynik powiększył się o czterech chłopców. 

—  Pete  ma  rację  —  przyznał  Gus.  —  Nawet  gdybyśmy  odnaleźli  klejnot,  chyba  nie 

chciałbym zostać jego właścicielem. To zbyt ryzykowne. 

— Zobaczcie, co spotkało Czarnowąsego! — wykrzyknął Pete. — Miał w ręku kamień krócej 

niŜ godzinę i... ciach! JuŜ po nim! 

Bob się nie odzywał. Obserwował Jupitera, na którego twarzy malował się upór. 
— Jeszcze nie odnaleźliśmy  Płomiennego Oka,  więc Ŝadne niebezpieczeństwo na razie nam 

nie grozi — powiedział. 

—  Zróbmy  głosowanie  —  zaproponował  Pete.  —  Ja  jestem  za  tym,  byśmy  zrezygnowali  z 

rozwiązania tej zagadki. Kto mnie popiera, niech powie „tak”. 

— Tak! Tak! Tak! — rozległo się kilka razy. Wypowiedział te słowa Czarnobrody, tresowany 

szpak, który siedział w klatce wiszącej nad biurkiem w Kwaterze Głównej. 

Poza  ptakiem  nikt  nie  głosował  za  wnioskiem  Pete’a.  Gus  milczał  gdyŜ  był  w  tym 

towarzystwie kimś z zewnątrz, Bob natomiast wierzył w Jupitera. Poza tym Jupe’a trudno było 
przegłosować, a Bob juŜ wiedział, Ŝe Pierwszy Detektyw chce kontynuować poszukiwania. 

— Umarli milczą! — zaświergotał Czarnobrody i zaśmiał się przenikliwie. 
—  Spokój,  ptaszysko!  —  warknął  Pete.  —  Musisz  o  tym  przypominać?  W  porządku,  to  co 

teraz  robimy?  —  zwrócił  się  do  Jupitera.  —  Czy  nie  powinniśmy  zadzwonić  na  policję  i 
poinformować, co się stało z Czarnowąsym? 

—  Nie  mamy  dowodów.  Bez  nich  nam  nie  uwierzą.  Oczywiście  powiemy  o  wszystkim,  co 

wiemy, jeśli odnajdą Czarnowąsego. 

W  obecnej  sytuacji  zostało  nam  jedno  wyjście.  Musimy  odnaleźć  popiersie  Oktawiana  i 

moŜemy  to  zrobić  jedynie  korzystając  z  systemu  połączeń  duch  z  duchem.  PoniewaŜ  minęła 
siódma,  większość  naszych  przyjaciół  powinna  być  juŜ  w  domu.  Proponuję,  byśmy  zaczęli  do 
nich dzwonić, by uruchomić system. 

Decyzja  została  podjęta  i  chłopcy  nie  tracili  juŜ  więcej  czasu  na  gadanie.  Jupiter 

zatelefonował  do  pięciu  przyjaciół  z  prośbą,  by  odezwali  się  do  niego  po  dziesiątej  rano 
następnego dnia, jeśli dowiedzą się, dokąd trafił Oktawian. Potem podobne rozmowy odbyli Bob 
i Pete. Kiedy skończyli telefonować, wiedzieli, Ŝe teraz kolejna piętnastka młodych ludzi chwyta 
za słuchawki i powiadamia o sprawie następnych znajomych. Wkrótce ponad sto, a moŜe nawet 
ponad  tysiąc  dziewcząt  i  chłopców  z  Rocky  Beach,  Hollywoodu  i  Los  Angeles  będzie 
zaangaŜowanych w poszukiwania gipsowego popiersia. 

Trzej Detektywi korzystali juŜ wcześniej z wymyślonego przez siebie systemu połączeń, więc 

większość powiadomionych dzisiaj o sprawie wiedziała, na czym polega cała zabawa, i kaŜdy z 
przyjemnością pomagał  w rozwiązywaniu tajemniczych zagadek, nawet jeśli nie znał osobiście 
Jupitera, Pete’a czy Boba. 

Jupiter zaproponował Gusowi, aby nie wracał na noc do hotelu, tylko zatrzymał się u niego i 

chłopiec zgodził się na to. Pete i Bob wsiedli na rowery i pojechali do swoich domów. Pierwszą 
część drogi przebyli razem. 

background image

— Sądzisz, Ŝe odnajdziemy Oktawiana? — zapytał Pete. 
—  O  ile  nam  się  to  nie  uda,  pewnego  dnia  spotka  kogoś  nie  lada  niespodzianka  —  odparł 

Bob.  —  Kiedy  po  jakimś  czasie  deszcze  rozmyją  stojące  w  ogródku  gipsowe  popiersie,  jego 
właściciel znajdzie któregoś ranka na własnym trawniku bezcenny rubin. 

—  A  jeśli  będzie  trzymał  popiersie  w  mieszkaniu,  prawdopodobnie  kiedyś  wyrzuci  je  na 

ś

mietnik wraz z ukrytym w środku klejnotem — zauwaŜył Pete 

Drogi  chłopców  się  rozeszły  i  Bob  pojechał  do  domu.  Zastał  tam  ojca,  który  z  irytacją 

wpatrywał się w aparat telefoniczny. 

— Usiłowałem dodzwonić się do redakcji — poinformował syna — lecz z jakichś nieznanych 

powodów numer kierunkowy z Rocky Beach przez ostatnie pół godziny był bez przerwy zajęty. 
Coś niesamowitego. 

Bob  wiedział,  dlaczego,  ale  uznał,  Ŝe  lepiej  nie  wspominać  o  systemie.  Gdziekolwiek 

zaczynał  działać,  miejscowa  telekomunikacja  w  sposób  ogromny  i  niespodziewany  zwiększała 
obroty. 

Chłopiec  poszedł  na  górę  do  swojej  sypialni  i  połoŜył  się  do  łóŜka,  ale  minęło  sporo  czasu, 

nim zasnął. Kiedy juŜ zapadł w sen, śnili mu się Hindusi na koniach, a kaŜdy z nich trzymał w 
dłoni szpadę. 

Obudził  się,  gdy  słońce  stało  wysoko  na  niebie.  Przez  niedomknięte  drzwi  doleciał  Boba 

zapach smaŜonego bekonu. Szybko się ubrał i przeskakując po dwa stopnie naraz, znalazł się na 
dole. Mama kręciła się po kuchni. 

— Cześć, mamusiu! Czy Jupiter zostawił dla mnie jakąś wiadomość? — spytał. 
—  Muszę  się  zastanowić.  —  Mama  przytknęła  palec  do  policzka  i  udała,  Ŝe  głęboko  się 

namyśla.  —  Coś  tam  było.  Czy  nie  brzmiało  to  jakoś  tak:  „Na  dębach  rosną  jabłka  w 
gronostajowych czapkach”? 

Bob  zmarszczył brwi. Te słowa nie  miały nic wspólnego  z  kodem,  który opracował Jupiter. 

Po chwili zobaczył, Ŝe mama pokłada się ze śmiechu, i zrozumiał, Ŝe zaŜartowała sobie z niego. 

— Oj, mamo! — zawołał. — To powiedz teraz, jaka naprawdę była treść wiadomości. 
—  Po  głębokim  namyśle  przypomniałam  sobie,  Ŝe  brzmiała  następująco:  „Raz,  dwa,  trzy, 

baba Jaga patrzy” — odparła.  — A teraz powiedz  mi szczerze, synku, czy  nie  moglibyście się 
porozumiewać  zwyczajnym  językiem?  Nie  —  odpowiedziała  sama  sobie  —  bo  tak  jest 
zabawniej.  Nie  pytam,  co  znaczą  te  dziwaczne  słowa,  ale  przeczucie  mówi  mi,  Ŝe 
rozpracowujecie nową sprawę. 

— Tak — przyznał z roztargnieniem Bob, siadając przy stole. „Raz, dwa, trzy” oznaczało, Ŝe 

powinien jak najszybciej stawić się w składzie złomu, ale niekoniecznie na sygnale. „Baba Jaga 
patrzy”  to  informacja,  Ŝe  Jupiter  musiał  dokądś  wyjść  i  prosi  Boba,  by  posiedział  w  Kwaterze 
Głównej przy telefonie. Dokąd teŜ Jupe pognał z samego rana? 

—  To  wszystko,  co  masz  mi  do  powiedzenia?  —  spytała  mama  Boba,  stawiając  przed  nim 

talerz z jajkami na bekonie i grzankami. —Tylko lakoniczne „tak”? 

—  Przepraszam,  mamusiu.  —  Bob  przerwał  tok  swoich  myśli.  —  Rzeczywiście  pracujemy 

nad  pewną  sprawą.  Szukamy  gipsowego  popiersia  rzymskiego  imperatora  o  imieniu  Oktawian, 
które  przez  pomyłkę  zostało  sprzedane.  NaleŜało  do  naszego  angielskiego  przyjaciela  Gusa  i 
próbujemy się dowiedzieć, gdzie się teraz znajduje. 

— To miło z  waszej strony, Ŝe chcecie pomóc  koledze — powiedziała pani Andrews.  —  A 

teraz zjedz spokojnie śniadanie, bo popiersie ci nie ucieknie. Posągi mają ten zwyczaj, Ŝe stoją w 
miejscu. 

Bob  nie  mógł  zdradzić  mamie,  Ŝe  akurat  ten  ma  skłonności  do  wymykania  się  znienacka. 

background image

JednakŜe zjadł jajka i grzanki, a potem wsiadł na rower i najszybciej, jak mógł, popedałował do 
składu złomu. W biurze zastał panią Jones. Hans i Konrad robili porządki na podwórku. 

—  Dzień  dobry,  Bob  —  pozdrowiła  chłopca  ciotka  Matylda.  —  Jupiter,  Pete  i  ten  młody 

Anglik wyjechali stąd na rowerach jakieś pół godziny temu. Jupiter zostawił ci wiadomość tam, 
gdzie trzyma tę swoją maszynerię. 

Bob  pośpieszył  do  warsztatu.  O  prasę  drukarską  oparta  była  karteczka  z  następującym 

tekstem: Bob: Dzwonnik z zaświatów. Pojechaliśmy na zwiady. Pierwszy Detektyw J. Jones. 

„Dzwonnik z zaświatów” oznaczał konieczność czekania przy telefonie na jakąś wiadomość 

od „duchów”.  Przedzierając się przez Tunel Drugi do małego biura w  Kwaterze Głównej, Bob 
zastanawiał się, dokąd to jego przyjaciele wypuścili się na zwiady. 

Kiedy podnosił ruchomą klapę, usłyszał dzwonek telefonu. Zegarek Boba wskazywał za pięć 

dziesiątą.  Któryś  z  duchów  zamierzał  złoŜyć  sprawozdanie  jeszcze  przed  czasem.  Chłopiec 
szybko pokonał ostatnie metry i chwycił za słuchawkę. 

— Tu kwatera Trzech Detektywów. Przy telefonie Bob Andrews —wysapał. 
— Cześć — odpowiedział nieznajomy chłopięcy głos. — Mówi Tommy Farrell. Chyba mam 

dla  was  jakąś  informację.  Moja  zamęŜna  siostra  kupiła  w  składzie  złomu  Jonesów  niewielką 
figurkę i postawiła ją ogrodzie. 

—  Kogo  przedstawia  ta  figurka?  —  spytał  z  przejęciem  Bob.  —  Czy  przypadkiem  nie 

Oktawiana? 

— Kurczę, nie pamiętam. Poczekaj chwilę, to skoczę do ogródka i sprawdzę. 
Bob  czekał  przy  telefonie,  a  serce  waliło  mu  jak  młotem.  CzyŜby  sukces  przyszedł  tak 

szybko? Jeśli siostra Tommy’ego kupiła Oktawiana... 

— Ten gipsowy człowieczek nazywa się Bismarck — Bob usłyszał w słuchawce głos swego 

informatora. — Czy to wam w czymś pomoŜe? 

— Dziękuję ci, Tommy — powiedział rozczarowany Bob. — Naprawdę potrzebny nam tylko 

Oktawian. JednakŜe dziękujemy ci za telefon. 

— Nie ma sprawy. 
Tommy  zakończył  rozmowę,  a  Bob  odłoŜył  słuchawkę  na  widełki.  Nie  miał  nic  innego  do 

roboty, jak czekać na kolejny dzwonek telefonu, usiadł więc przy maszynie do pisania i wystukał 
wszystkie  dotychczasowe  uwagi  na  temat  najnowszej  sprawy.  Kiedy  skończył  pisanie,  rzucił 
okiem na ręczny zegarek i stwierdził, Ŝe zbliŜa się południe. Telefon więcej nie zadzwonił. Tym 
razem nie udało się niczego osiągnąć za pomocą systemu połączeń duch z duchem. 

—  Boob!  —  przez  otwarty  świetlik  usłyszał  dobiegający  z  zewnątrz  donośny  głos  ciotki 

Matyldy.  —  Jupiter  co  prawda  nie  wrócił,  ale  przygotowałam  lunch.  Równie  dobrze  moŜesz 
zjeść go sam. 

— Zaraz do pani przyjdę — odparł Bob przez mikrofon. 
ZdąŜył otworzyć ruchomą klapę, przez którą wchodziło się do Tunelu Drugiego, kiedy zaczął 

dzwonić  telefon.  Rzucił  się  do  aparatu,  chwycił  słuchawkę  i  ledwo  dysząc,  powiedział  swoje 
imię. 

— Chcieliście się czegoś dowiedzieć o popiersiu Oktawiana — odezwał się dziewczęcy głos. 

—  Moja  mama  je  kupiła  i  próbowała  ustawić  w  ogródku,  ale  uznała,  Ŝe  głupio  to  wygląda. 
Powiedziała mi, Ŝe podaruje posąŜek sąsiadowi. 

— Nie pozwól, aby to zrobiła! — krzyknął Bob. — Nasze motto brzmi: „KaŜdy klient musi 

być  zadowolony”.  Przyjedziemy  do  was  najszybciej,  jak  zdołamy,  i  zwrócimy  twojej  mamie 
pieniądze.  Przywieziemy  równieŜ  inne  popiersie,  gdyby  uznała,  Ŝe  wyglądałoby  lepiej  w 
waszym ogródku. 

background image

Zapisał  nazwisko  swojej  rozmówczyni  i  jej  adres.  Mieszkała  w  Hollywoodzie,  wiele 

kilometrów stąd. Po skończonej rozmowie spojrzał z niepokojem na zegarek. 

ś

eby tylko Jupiter się pospieszył.  Wiadomo juŜ było, gdzie znajduje się Oktawian, lecz jeśli 

nie będą działać szybko, znowu go utracą. 

background image

ROZDZIAŁ 10 

 

W pułapce 

 

Pete  jechał  na  czele  grupy.  Posapując  nieco,  trzej  chłopcy  pokonali  na  rowerach  niewielkie 

wzniesienie, po czym wjechali do Kanionu Zegara. 

Wąski,  wysoko  połoŜony  kanion  znajdował  się  w  północno-wschodniej  części  Hollywoodu. 

Prowadziła  do  niego  tylko  jedna,  niebrukowana  droga.  Przy  jej  końcu,  wśród  wysokich,  dziko 
rosnących traw, stał dom zmarłego niedawno Horacjusza Augusta. 

Jupiter  wpadł  na  pomysł,  aby  tam  zajrzeć.  Nie  wiedział  dokładnie,  czego  mają  szukać,  ale 

uznał, Ŝe powinni zobaczyć miejsce, w którym Ŝył stryjeczny dziadek Gusa. 

Jazda  między  wzgórzami  zajęła  im  więcej  czasu,  niŜ  się  spodziewał.  Teraz  dochodziło  juŜ 

południe, słońce stało wysoko na niebie i mocno grzało. Zatrzymali się, by zetrzeć pot z twarzy i 
popatrzeć na opuszczoną siedzibę Horacjusza Augusta. 

Dwupiętrowa budowla, stojąca samotnie na otwartej przestrzeni, robiła imponujące wraŜenie. 

Wokół panowała martwa cisza, nie było śladu Ŝycia. Chłopcy podjechali do frontowych drzwi i 
połoŜyli rowery na trawie. 

—  Co  prawda  nie  mamy  klucza,  ale  musi  być  jakiś  sposób,  by  dostać  się  do  środka  — 

powiedział Pete. — W końcu pan Dwiggins pozwolił nam odwiedzić ten dom. 

— MoŜemy wybić szybę — podsunął Gus. 
— Nie ma sensu niczego niszczyć, jeśli moŜna sobie poradzić inaczej — odparł Jupiter mimo, 

Ŝ

e  dom  i  tak  wkrótce  zostanie  zburzony.  Zobaczcie,  co  wziąłem  ze  sobą...  —  Wyciągnął  z 

kieszeni gruby pęk kluczy, których sporo się nagromadziło w składzie złomu przez lata. 

Sprawdźmy czy którymś z nich nie da się otworzyć drzwi. 
Pokonali trzy stopnie stanęli przed wejściem. 
Pete chwycił gałkę i ku jego zdziwieniu drzwi rozwarły się cicho. 
— Są juŜ otwarte! — zawołał. — Nawet nie były zatrzaśnięte. 
— Dziwna sprawa — Jupiter zmarszczył brwi. 
—  Pewnie  pan  Dwiggins  ich  nie  zamknął,  kiedy  był  tu  ostatnim  razem  —  podpowiedział 

Pete.  —  A  moŜe  ktoś  inny  tu  zaglądał.  NiewaŜne  ludzie  na  ogół  nie  zawracają  sobie  głowy 
zamykaniem pustych domów 

Wkroczyli do mrocznego wnętrza. Po kaŜdej stronie korytarza znajdowały się dwa duŜe pełne 

kurzu  pokoje.  Wszystkie  były  puste,  jeśli  nie  liczyć  skrawków  papieru,  walających  się  po 
podłodze. 

Jupiter wszedł do tego z nich, który, jak się domyślił, musiał pełnić funkcję salonu. Rozejrzał 

się,  ale  niewiele  było  do  oglądania.  śadnych  mebli.  Ściany  wyłoŜone  ciemną  boazerią  z 
orzechowego drewna, która nadal lśniła mimo warstw pokrywającego ją kurzu. 

Chłopiec  odwrócił  się  przeszedł  do  pokoju  po  przeciwnej  stronie  holu.  Ten  najwyraźniej 

słuŜył jako biblioteka, gdyŜ miał trzy ściany aŜ po sufit zabudowane półkami. Teraz nic na nich 
nie  stało,  tylko  tak  jak  wszędzie  zalegała  gruba  pokrywa  kurzu.  Jupiter  stał  pośrodku 
pomieszczenia i patrzył na półki. 

— Aha — odparł po dłuŜszej chwili obserwacji. 
— Co miało znaczyć to „aha”? — dopytywał się Pete. — Niczego tu nie widzę. 
—  Jeśli  chcesz  kiedykolwiek  zostać  detektywem  pierwszej  kategorii,  musisz  wyćwiczyć 

zmysł obserwacji — pouczył go Jupiter. — Popatrz uwaŜnie na ten regał ustawiony dokładnie na 

background image

wprost mnie. 

Pete wytęŜył wzrok. 
— Nie widzę nic oprócz kurzu — powiedział w końcu. 
— Wystaje o jakieś pół centymetra w stosunku do sąsiednich — wyjaśnił Jupiter. — Sądzę, 

Ŝ

e to bardzo znaczące. 

Podszedł do ściany i pociągnął za jedną z półek. Regał powoli się obrócił. Z tyłu był wykuty 

w ścianie czarny, wąski otwór. 

— Tajny pokój za półkami na ksiąŜki! — zawołał Jupiter. — Wejście było nie domknięte. 
— O rany, nareszcie coś znaleźliśmy! — ucieszył się Pete. 
—  Powinniśmy  byli  wziąć  latarki  —  stwierdził  Jupiter.  ——  DuŜe  niedopatrzenie  z  mojej 

strony. Pete, skocz na zewnątrz i przynieś elektryczną lampkę z roweru 

Pete po chwili był z powrotem i wręczył Jupiterowi rowerowy reflektor. 
— Domyślam się, Ŝe chcesz tam wejść pierwszy — powiedział. 
— Jasne. Nie ma się czego bać — odparł Jupiter. — Dom od dawna stoi pusty. 
Pete  nie  był  tego  całkiem  pewien.  Podczas  wcześniejszych  poszukiwań  natknęli  się 

kilkakrotnie  na  sekretne  komnaty  i  w  jednej  z  nich  trafili  na  szkielet.  Jupiter  jednak  skierował 
strumień  światła  do  wnętrza  maleńkiego  pokoju  ukrytego  za  regałami  i  wmaszerował  tam 
dziarsko, a za nim Gus i Pete. 

Zrobili  nie  więcej  niŜ  trzy  kroki  i  stanęli.  W  pokoju  nie  było  ani  Ŝadnego  szkieletu,  ani  w 

ogóle  czegokolwiek.  Był  zupełnie  pusty.  Półki  na  ścianach  świadczyły  o  tym,  Ŝe  niegdyś  w 
pokoiku trzymano ksiąŜki, ale wszystkie zostały stamtąd zabrane. 

— Nic nie ma — stwierdził z rozczarowaniem Pete. 
— Nic? — spytał Jupiter i Pete ponownie się rozejrzał. 
— Niczego nie widzę — powiedział. 
— Bo szukasz nie tego, co trzeba — odparł Jupiter. — To, na co patrzysz, jest tak pospolite, 

tak zwyczajne, Ŝe nie przychodzi ci do głowy, jak w rzeczywistości jest niezwykłe. 

Pete zamrugał powiekami. Nadal niczego nie dostrzegał. 
—  No  dobrze,  to  mi  powiedz,  co  tu  jest  takiego  niezwykłego,  czego  nie  udaje  mi  się 

zobaczyć. 

— Jupe ma na myśli drzwi — powiedział Gus. 
Teraz Pete  zauwaŜył zwykłą gałkę i pęknięcie w ścianie wokół futryny. Nie przyszło mu do 

głowy, Ŝe moŜe chodzić o drzwi, bo przecieŜ są one w kaŜdym pokoju. 

Jupiter  juŜ  przekręcał  gałkę.  Wąskie  drzwi  otwarły  się  bez  trudu  i  w  strumieniu  światła 

chłopcy dostrzegli po drugiej stronie biegnące w dół drewniane schody. 

— Wygląda na to, Ŝe prowadzą do piwnicy — zauwaŜył Jupiter. 
— Zejdźmy, to się przekonamy. 
—  Nie  domykajmy  drzwi  —  nalegał  Pete.  —  Czuję  się  pewniej,  jeśli  wiem,  Ŝe  w  kaŜdej 

chwili mogę wyjść. 

Jupiter zszedł po schodach, a pozostali chłopcy za nim. Przejście było tak wąskie, Ŝe ocierali 

ramionami o drewniane ściany. 

Na  dole  Jupiter  się  zatrzymał.  Kolejne  wąskie  drzwi  zagradzały  im  drogę.  Otwarły  się  bez 

trudu. Weszli do niewielkiego pomieszczenia o kamiennych ścianach, w którym panował chłód i 
wilgoć. 

— Trafiliśmy do piwnicy — oznajmił Jupiter, świecąc latarką dokoła. 
ZauwaŜyli dziwne ukośne półki, których przeznaczenia nie domyślał się ani Pete, ani Jupiter. 

JednakŜe Gus rozpoznał, do czego słuŜyły. 

background image

—  To  piwnica  win  —  powiedział.  —  Na  pochyłych  półkach  kładzie  się  butelki  z  tym 

trunkiem. Widzicie, leŜy jedna zbita. Stryjeczny dziadek miał tu swoją prywatną piwniczkę. 

Nagle Jupiter zamarł. Wyłączył lampkę i wszystkich trzech chłopców okryły ciemności. 
— O co chodzi, Jupe? — Pete zniŜył głos do szeptu. 
— Cicho! Ktoś nadchodzi. Patrzcie. 
Poprzez szparę ponad drzwiami, które prowadziły do reszty podziemi, chłopcy dojrzeli smugę 

ś

wiatła. Po chwili usłyszeli przyciszone głosy. 

—  Wynośmy  się  stąd  —  wyszeptał  Pete  i  mocno  chwycił  gałkę  w  drzwiach,  które  miał  za 

sobą.  Szarpnął  zbyt  gwałtownie;  gałka  odpadła,  a  drzwi  się  zatrzasnęły.  Głosy  i  światło  coraz 
bardziej się zbliŜały. 

Chłopcy znaleźli się w pułapce. Byli uwięzieni w piwniczce z winami! 

background image

ROZDZIAŁ 11 

 

Wiemy, Ŝe tam jesteście! 

 

Głosy  słychać  było  coraz  bliŜej.  Kroki  zatrzymały  się  tuŜ  za  drzwiami  prowadzącymi  do 

piwniczki z winem. Chłopcy zamarli. 

— Przeszukaliśmy juŜ to pomieszczenie — powiedział ktoś grubym głosem. — Nie ma sensu 

tam wchodzić. 

—  Cały  dom  przeszukaliśmy  —  odezwał  się  z  oburzeniem  drugi,  jeszcze  grubszy  i 

zachrypnięty głos. — Tylko w samej piwnicy spędziliśmy pół godziny. Jackson, jeśli coś przed 
nami ukrywasz... 

— Przysięgam, Ŝe nie — zapiszczał jakiś męŜczyzna cienkim, starczym głosikiem. — Gdyby 

było w tym domu, znaleźlibyśmy je. Powtarzam, Ŝe nie ma tu Ŝadnych tajnych miejsc, o których 
bym  nie  wiedział.  W  końcu  pracowałem  u  pana  Westona...  to  znaczy  pana  Augusta  przez 
dwadzieścia lat. 

Pete  poczuł,  Ŝe  Jupiter  zesztywniał  na  dźwięk  tego  nazwiska,  Pan  Dwiggins  powiedział,  Ŝe 

Jacksonowie byli jedynymi słuŜącymi stryjecznego dziadka Gusa. 

—  Lepiej,  Ŝebyś  się  nie  mylił,  Jackson  —  warknął  pierwszy  głos.  —  To  nie  gra  w  kulki. 

Chodzi o duŜe pieniądze i kiedy odnajdziemy Oko, dostaniesz swoją dolę. 

— Powiedziałem wam wszystko, co wiem, naprawdę! Nie męczcie mnie — jęknął błagalnie 

Jackson.  —  Musiał  to  gdzieś  ukryć  wtedy,  kiedy  ja  i  Agnes  byliśmy  poza  domem.  Chyba  pod 
koniec Ŝycia nam nie dowierzał, mimo Ŝe wiernie mu słuŜyliśmy przez wszystkie te lata. Zaczął 
się zachowywać nieco dziwnie, jakby czuł, Ŝe ktoś go szpieguje. 

—  Był  kuty  na  cztery  nogi.  TeŜ  bym  nikomu  nie  ufał,  gdybym  miał  ukryć  taki  klejnot  jak 

Płomienne  Oko  —  odezwał  się  męŜczyzna  o  zachrypniętym  głosie.  —  JednakŜe  chciałbym 
zrozumieć, po co wsadził ten sztuczny kamień do głowy Augusta. 

Chłopcy przysłuchiwali się wymianie zdań z Ŝywym zainteresowaniem, prawie zapominając 

o  niebezpiecznym  połoŜeniu,  w  jakim  się  znajdowali.  Skoro  rozmówcy  wiedzieli  o  fałszywym 
klejnocie,  musieli  być  wspólnikami  Czarnowąsego  lub  Trzykropka.  Następne  słowa 
nieznajomych wyjaśniły tę wątpliwość. 

— Biedny Hugon! Kiedy gość z trzema kropkami na czole załatwił go, nie czuł się najlepiej 

— zachichotał ten z chrypką w głosie. 

Pete’a przeszły ciarki. Przypomniał sobie lśniące ostrze szpady i czerwoną plamę na nim. 
— Dajmy sobie spokój  z Hugonem —  powiedział męŜczyzna o basowym  głosie. — ZałoŜę 

się,  Ŝe  August  wsadził  sztuczny  rubin  do  gipsowej  głowy  po  to,  by  zmylić  trop.  Myślę,  Ŝe 
prawdziwy klejnot ukryty jest gdzieś w tym domu. 

— Jeśli to prawda, będziecie musieli rozebrać dom do fundamentów, by go znaleźć — wtrącił 

pan  Jackson.  —  Przysięgam,  Ŝe  nie  mam  juŜ  pomysłu,  gdzie  jeszcze  moŜna  by  szukać. 
Pozwólcie  mi  wrócić  do  Ŝony  w  San  Francisco.  Naprawdę  zrobiłem  dla  was  wszystko,  co 
mogłem. 

—  Pomyślimy  nad  tym  —  odezwał  się  Chrypa.  —  MoŜe  i  cię  puścimy.  Tak  naprawdę 

chciałbym  dostać  w  swoje  ręce  tego  grubawego  spryciarza  ze  składu  złomu.  Rozpytywałem  o 
niego  dokoła  i  wszyscy  mówili,  Ŝe  ten  szczeniak  ma  łeb  jak  komputer,  mimo  Ŝe  wygląda 
głupkowato. ZałoŜę się o dolara, Ŝe wie duŜo więcej, niŜ chce powiedzieć. 

—  Ale  nie  mamy  jak  go  capnąć  —  zauwaŜył  Bas.  —  A  moŜe  mamy.  Chodźcie  na  górę, 

background image

musimy zastanowić się, co dalej robić. 

—  Co  z  sekretnymi  schodami  i  małym  pokoikiem?  —  spytał  Chrypa.  —  Powinniśmy  je 

jeszcze przeszukać. Muszą do czegoś słuŜyć. 

—  Zbyt  rzucają  się  w  oczy  —  zaoponował  Bas.  —  Jak  powiedział  Jackson,  to  było  tylko 

najzwyklejsze przejście, prowadzące z biblioteki do piwniczki z winem. Mam rację, stary? 

— Oczywiście — przytaknął były słuŜący. —  Dwadzieścia lat temu pan August umieścił w 

pokoju  regały  na  ksiąŜki  i  dla  zabawy  przerobił  jeden  na  ukryte  wejście.  Korzystał  z  niego 
jednak tylko po to, by dostawać się nocą do swojej piwniczki. Zawsze powtarzał, Ŝe jako mały 
chłopiec marzyło zamieszkaniu w ogromnym domu z sekretnymi schodami. 

— A nie mówiłem — odezwał się Bas. —  Wracajmy na górę. Ta ciemna piwnica działa na 

mnie przygnębiająco. 

Odeszli.  Po  chwili  chłopcy  usłyszeli  skrzypienie  drewnianych  schodów,  a  potem  trzask 

zamykanych drzwi. Znowu byli sami w całej piwnicy. 

— Jejku, myślałem, Ŝe juŜ nas mają — wstrząsnął się Pete. — Zrobili na mnie wraŜenie ludzi 

bez skrupułów. 

— Słyszeliście, jak śmiał się ten, który opowiadał kompanom, co spotkało Czarnowąsego? — 

zawołał Gus. 

— Kim oni byli według ciebie, Jupe? — spytał Pete. — Jupe, wpadłeś w trans czy co? 
Jupiter drgnął lekko, przywołany do rzeczywistości. 
— Rozmyślałem. Ci dwaj musieli usłyszeć od Jacksona o Płomiennym Oku i teraz zmuszają 

staruszka, by pomógł im znaleźć klejnot, zanim zrobi to Trzykropek. 

Pete pokiwał głową. 
— Jak my stąd wyjdziemy? Jesteśmy w pułapce. 
— Bezpieczniej będzie poczekać, aŜ tamci sobie pójdą na dobre. Chodźmy teraz do piwnicy. 

Poszukamy drzwi i w dogodnym momencie wymkniemy się stąd. 

Z Jupiterem na czele wkroczyli do duŜej kwadratowej piwnicy z niskim belkowanym sufitem. 

Nie  było  w  niej  okien.  Pod  jedną  ze  ścian  stał  wielki  zbiornik  z  paliwem,  a  obok  niego  piec 
olejowy. Poza tym niewiele było do oglądania. 

Zobaczyli, Ŝe do drzwi wyjściowych prowadzi kilka drewnianych schodków, więc weszli po 

nich  na  palcach.  Jupiter  ostroŜnie  poruszył  gałką.  Przekręciła  się,  ale  drzwi  ani  drgnęły. 
Spróbował jeszcze raz, z tym samym skutkiem. 

— Z drugiej strony musi być zasuwka — powiedział. — Jesteśmy zamknięci. 
Milczeli  przez  chwilę.  Sytuacja  wyglądała  groźnie.  Jeśli  ci  męŜczyźni  tam  na  górze  pójdą 

sobie i zostawią ich samych, kto wie, kiedy ktokolwiek inny przyjdzie tutaj. Być moŜe dopiero 
za kilka dni zjawią się robotnicy, którzy będą burzyć stary dom. 

Jupiter przerwał ciszę. 
— Są jeszcze drzwi, które prowadzą na sekretne schody — zauwaŜył. 
—  PrzecieŜ  gałka  od  nich  upadła  z  drugiej  strony  —  przypomniał  Gus.  —  Sam  słyszałem. 

Drzwi nie dadzą się otworzyć, prawda, Pete? 

— Ja nie umiem tego zrobić. 
— Być moŜe mnie się uda — powiedział Jupiter. 
Poszli z powrotem do piwniczki z winem. Pete oświetlił reflektorkiem fragment drzwi, gdzie 

wcześniej  tkwiła  gałka.  Jupiter  wyjął  szwajcarski  scyzoryk,  z  którego  nieustannie  był  bardzo 
dumny. Wyciągnął jedno z ostrzy. Okazało się, Ŝe jest to mały śrubokręt. 

—  Kiedy  odpada  zwyczajna  gałka,  przewaŜnie  moŜna  przekręcić  zatrzask  śrubokrętem  — 

zauwaŜył Pierwszy Detektyw. 

background image

Wsunął  koniec  śrubokrętu  do  dziury,  z  której  wypadł  trzonek  gałki.  Narzędzie  zahaczyło 

wewnątrz  o  jakiś  kawałek  metalu.  Jupiter  przekręcił  śrubokręt,  trzpień  zamka  poruszył  się  i 
drzwi się otworzyły. 

— Prosta sztuczka, ale warto ją znać w razie nagłych wypadków —powiedział. 
Ledwo  zdąŜył  stanąć  po  drugiej  stronie  drzwi,  oblał  go  silny  strumień  światła.  Oślepiony 

Jupiter zamrugał powiekami. 

—  No  dobra,  dzieciaki,  wyłaźcie.  Wiedzieliśmy,  Ŝe  tam  jesteście!  —zagrzmiał  Bas.  — 

ZauwaŜyliśmy przed domem wasze rowery. Chodźcie na  górę i bądźcie  cicho, jeśli wam  Ŝycie 
miłe. 

background image

ROZDZIAŁ 12 

 

Jupiter na cięŜkim przesłuchaniu 

 

Jupiter nie posłuchał wydanego rozkazu. Pochylił się po omacku zaczął szukać gałki. Kiedy 

szperając po podłodze obrócił się, niechcący trącił otwarte drzwi i zamknął je na dobre. 

Dwaj męŜczyźni zbiegali juŜ do niego. 
— Łap go, Charlie! — zawołał Bas. — To właśnie ten tłuścioch. Chcemy z nim pogadać. 
Jupiter  nie  miał  czasu  obrazić  się  za  „tłuściocha”.  Czyjeś  silne  dłonie  chwyciły  go  za  poły 

koszuli i zaczęły wlec po schodach w górę. 

Do  piwniczki,  w  której  siedzieli  Pete  i  Gus,  dobiegły  głuche  odgłosy  ciała  uderzającego  o 

stopnie i wściekłe okrzyki dwóch męŜczyzn. Chłopcy popatrzyli na siebie z przeraŜeniem. 

— Złapali Jupe’a — powiedział głucho Pete. 
— Nieźle się z nim naszarpią — zauwaŜył Gus, kiedy jeden z męŜczyzn jęknął z bólu. 
W tym momencie odgłosy szamotaniny umilkły. Zorientowali się, Ŝe Jupiter coś mówi. Drzwi 

tłumiły nieco jego słowa. 

— W porządku, panowie, będę spokojny. Macie nade mną liczebną przewagę i walka jedynie 

przedłuŜyłaby nieunikniony bieg wydarzeń. 

— Coś ty powiedział? — usłyszeli pytanie Chrypy. Facet najwyraźniej zbaraniał. 
— Przyznał, Ŝe się poddaje, bo wie, Ŝe nie moŜe wygrać — wytłumaczył kamratowi Bas. — 

Dobra, tłuściochu, marsz na górę. Jeden fałszywy ruch, a spiorę cię na kwaśne jabłko. 

— Co z dwoma pozostałymi? — dopytywał się Chrypa. 
— Niech sobie siedzą zamknięci — odparł Bas. — Ten szczeniak jest nam potrzebny. 
Pete i Gus usłyszeli trzask zasuwki, kroki na schodach, a potem w pokoju na górze. 
— Poddał się — westchnął Gus. 
— Bo wiedział, Ŝe dwóch nie pokona — bronił przyjaciela Pete. 
— Teraz on jest uwięziony na górze, a my na dole — powiedział Gus. — Obie pary drzwi są 

zaryglowane. Nie moŜemy stąd wyjść. 

— Jupe jakoś nas stąd wyciągnie — zapewnił kolegę Pete. 
JednakŜe Jupiter znalazł się w połoŜeniu, w którym nawet samemu sobie nie mógł pomóc, nie 

mówiąc juŜ o pomaganiu komukolwiek. Bas wykręcił mu ręce do tyłu i zaprowadził do kuchni, 
gdzie stał jedyny ocalały mebel w tym domu, kulawe drewniane krzesło, nic niewarte nawet dla 
handlarza złomem. 

Bas  był  niewysoki  i  gruby,  Chrypa  potęŜny  i  krzepki.  Obaj  byli  przebrani  podobnie  jak 

przedtem Hugon: nosili  ogromne okulary w rogowych oprawkach i czarne wąsy.  Wszyscy byli 
bez wątpienia członkami tego samego gangu. 

Bas popchnął Jupitera w stronę krzesła i zmusił chłopca, Ŝeby usiadł. 
— Widziałem, Ŝe gdzieś tam się walał sznur do suszenia bielizny — powiedział do kompana. 

— Przynieś go tu. 

Chrypa  wyszedł  z  kuchni.  Bas  wprawnie  przeszukał  Jupitera  i  znalazł  jego  wspaniały 

scyzoryk. Pierwszy Detektyw otrzymał go niegdyś w nagrodę. 

— Niezły — zauwaŜył. — W sam raz, by odciąć nim ucho albo nawet dwa, jeśli zajdzie taka 

konieczność. 

Jupiter milczał. Nie ulegało wątpliwości, Ŝe w tym towarzystwie właśnie Bas wydaje rozkazy, 

choć Chrypa bardziej przypominał zbira. 

background image

W  drzwiach  pojawił  się  niewysoki,  siwy  męŜczyzna.  Na  nosie  miał  okulary  w  złotych 

oprawkach. Wydawał się bardzo zdenerwowany. To mógł być tylko pan Jackson. 

— Nie wolno panu skrzywdzić chłopca — powiedział. — Obiecaliście, Ŝe nie będzie gwałtu i 

przemocy. 

—  Zostaw  nas  samych!  —  rzucił  krótko  Bas.  —  Nie  będzie  Ŝadnych  gwałtów,  oczywiście 

pod warunkiem, Ŝe tłuścioch zechce z nami współpracować. No juŜ, wynoś się stąd! 

Starszy  człowiek  wrócił  do  duŜego  pokoju.  Po  chwili  nadszedł  Chrypa  ze  zwojem  sznura  i 

obaj męŜczyźni zaczęli przywiązywać Pierwszego Detektywa do krzesła. Przymocowali mu ręce 
do poręczy, nogi do przednich nóg krzesła, a tułów do oparcia. Kiedy skończyli robotę, chłopiec 
ledwo mógł się ruszyć. 

— Teraz moŜemy spokojnie porozmawiać — odezwał się Bas. — Gdzie jest rubin? 
— Nie wiem. TeŜ go szukamy — odparł Jupiter. 
—  On  nie  współpracuje  —  powiedział  drugi  z  męŜczyzn.  Chwycił  scyzoryk  Jupitera,  który 

Bas  odłoŜył  na  parapet  okienny.  Wyciągnął  ostrze.  —  Połaskoczę  go  tym  trochę,  co,  Joe? 
Zacznie odpowiadać właściwie na nasze pytania. 

— Ja się nim zajmuję — rzucił ostro Bas. — Prawdopodobnie nic nie wie, ale załoŜę się, Ŝe 

ma  jakieś  pomysły.  W  porządku,  tłuściochu,  odpowiedz  mi  wobec  tego  na  inne  pytanie. 
Dlaczego w popiersiu Augusta był ten fałszywy rubin? 

— Nie jestem pewien. 
Jupiter uznał, Ŝe równie dobrze moŜe udzielić odpowiedzi. Nie wiedział, gdzie jest Płomienne 

Oko; w kaŜdym razie nie miał pojęcia, gdzie znajduje się popiersie Oktawiana, w którym zostało 
ukryte.  Jeśli  uda  mu  się  przekonać  obu  męŜczyzn,  Ŝe  naprawdę  nie  jest  w  stanie  udzielić  im 
poŜądanych informacji, być moŜe go uwolnią. 

— Sądzę, Ŝe pan August włoŜył fałszywy rubin do popiersia Augusta, by wprowadzić w błąd 

wszystkich poszukiwaczy klejnotu — wyjaśnił. — Chciał, Ŝeby myśleli, Ŝe znaleźli prawdziwy 
kamień, dlatego specjalnie nie utrudnił im zadania. 

—  Wobec  tego  gdzie  ukrył  prawdziwy  rubin?  —  zaŜądał  odpowiedzi  Bas,  przez  kompana 

zwany Joe. 

—  W  innym  popiersiu  —  odparł  Jupiter.  —  W  tym,  w  którym  nikt  by  się  tak  szybko  nie 

spodziewał znaleźć cennej zawartości. W popiersiu Oktawiana. 

— Oktawiana, mówisz? — zdziwił się Chrypa, czyli Charlie. — Dlaczego właśnie tam? 
—  To  jasne!  —  zawołał  Joe.  —  Oktawian  był  rzymskim  cesarzem,  którego  zwano  równieŜ 

Augustem. Rozumiesz teraz? 

—  Niby  tak.  —  Chanie  podrapał  się  po  głowie.  —  To  zaczyna  mieć  ręce  i  nogi.  Dobra, 

chłopaczku, to gdzie jest ten Oktawian? 

—  Nie  wiem  —  powiedział  Jupiter.  —  Moja  ciotka  sprzedała  go  komuś,  a  nie  prowadzi 

Ŝ

adnego rejestru klientów. Mógł go kupić kaŜdy z Los Angeles lub okolicy. 

Joe wpatrywał się uwaŜnie w Pierwszego Detektywa. Z roztargnieniem gładził sztuczne wąsy. 
— To brzmi dość prawdopodobnie — przyznał w końcu. — Ale zadam ci wobec tego kolejne 

pytanie.  Skoro  uwaŜasz,  Ŝe  rubin  znajduje  się  wewnątrz  starego  Oktawiana,  dlaczego  go  nie 
szukałeś? Dlaczego przybyłeś do tego domu? 

Na  to  pytanie  trudno  było  udzielić  odpowiedzi.  Intuicja  nakazywała  Jupiterowi  przeszukać 

dom, w którym mieszkał zmarły właściciel cennego klejnotu, ale tak naprawdę nie miał pojęcia, 
czego się po tej inspekcji spodziewa. 

—  PoniewaŜ  nie  wiedziałem,  gdzie  szukać  Oktawiana  —  wyjaśnił  Joe’emu  —  uznałem,  Ŝe 

zrobię kolejną sensowną rzecz i rozejrzę się po tym domu. Bo jeśli się pomyliłem? PrzecieŜ pan 

background image

August mógł wcale nie ukryć rubinu w popiersiu rzymskiego imperatora. 

—  Myślę,  Ŝe  to  zrobił  —  mruknął  Joe.  —  W  ten  sposób  jedno  z  drugim  pasuje  do  siebie. 

Pierwszy  August  miał  być  fałszywym  tropem.  KaŜdy,  kto  choć  trochę  zna  historię,  zwróciłby 
natomiast  uwagę  na  Oktawiana.  Starszy  pan  przewidywał,  Ŝe  tak  właśnie  pomyśli  jego 
stryjeczny wnuk. Musimy więc znaleźć Oktawiana, zanim ktokolwiek nas uprzedzi. 

— A jak to zrobimy? — dopytywał się Charlie. — Popiersie mógł kupić kaŜdy mieszkaniec 

Los Angeles lub okolicy. MoŜemy go szukać latami. 

— To faktycznie jest problem — przyznał jego  wspólnik. Rzucił  okiem  na  Jupitera. —  Ale 

nie nasz,  tylko tłuściocha. Jeśli chce kiedykolwiek rozstać  się z tym  krzesłem, w  jego interesie 
leŜy, by wymyślić, jak moŜemy znaleźć Oktawiana. Co ty na to, mały? 

Jupiter  milczał.  Mógł  opowiedzieć  im  o  systemie  połączeń  duch  z  duchem.  To  była  jednak 

ostateczność. 

— Nie mam pomysłu, gdzie moŜe być Oktawian — powiedział, starając się, by zabrzmiało to 

pokornie. — Gdybym miał, postarałbym się go odzyskać. 

— No to zacznij myśleć — odezwał się Charlie nieprzyjemnym tonem. — Podobno jesteś w 

tym  mistrzem.  Uruchom  szare  komórki.  MoŜemy  czekać  cały  dzień,  albo  nawet  i  noc,  o  ile  to 
konieczne.  Jeśli  nie  chcesz  tkwić  przywiązany  do  tego  krzesła  i  zamierzasz  wydostać  swoich 
kumpli z piwnicy, podsuń nam dobre rozwiązanie! 

W  tej  chwili  Ŝadne  rozwiązanie  nie  przychodziło  Jupiterowi  do  głowy,  ani  dobre,  ani  złe. 

Myślał szybko. Bob powinien wpaść na pomysł,  gdzie się  znajdują. Jeśli długo się nie pokaŜą, 
przyjedzie w końcu do tego domu z Hansem, a być moŜe i z wujkiem Tytusem oraz Konradem. 
Prędzej czy  później ich  uwolni. Raczej jednak później,  gdyŜ Bob  dostał  instrukcje, by siedzieć 
przy telefonie. 

Jupiter postanowił czekać. Być moŜe Bob... 
W tym momencie w kuchennych drzwiach stanął malutki pan Jackson. 
—  Przepraszam  najmocniej  —  powiedział  nerwowo  —  ale  radio...  Chyba  wasi  przyjaciele 

próbują się z wami skontaktować. Usłyszałem głos nawołujący Joe’ego. 

Bas obrócił się gwałtownie. 
— Walkie-talkie! — krzyknął. — Charlie, przynieś je. To musi być Hugon. MoŜe tam coś się 

dzieje. 

MęŜczyzna wybiegł z kuchni. Jupiter ledwo miał czas się zdziwić, jakim cudem Hugon moŜe 

przywoływać kogokolwiek, skoro Trzykropek go zabił, kiedy Charlie był juŜ z powrotem. Niósł 
ze  sobą  wielkie  przenośne  walkie-talkie,  o  duŜo  większej  mocy  niŜ  nieduŜe  urządzenia,  które 
Jupiter  zmajstrował  dla  siebie,  Boba  i  Pete’a.  Niewątpliwie  trzeba  było  mieć  pozwolenie,  by  z 
niego korzystać, ale oczywiście ani Charlie, ani Joe w ogóle się tym nie przejmowali. 

— Zgadza się, to Hugon — powiedział Chanie. Nacisnął odpowiedni guzik. 
— Hugon, tu Chanie. Czy mnie słyszysz? Zgłoś się. 
Zwolnił  przycisk.  W  głośniku  coś  zabuczało.  Potem  rozległ  się  głos,  chrapliwy  z  powodu 

duŜej odległości, jaka dzieliła rozmówców. 

— Charlie! Gdzie się podziewaliście? Od dziesięciu minut próbuję was przywołać. 
— Byliśmy zajęci. Co masz do przekazania? 
—  U  mnie  coś  zaczyna  się  dziać.  Ten  mały  blondasek  właśnie  wyjechał  półcięŜarówką  ze 

składu  złomu.  Prowadzi  ją  pomocnik  Jonesów.  Zmierzają  w  stronę  Hollywoodu.  Jedziemy  za 
nimi. 

Serce Jupitera zabiło z radości. Bob zdecydował się na wszczęcie poszukiwań. Niedługo wraz 

z Hansem lub Konradem zjawi się tu i wtedy... 

background image

JednakŜe następne pytanie i odpowiedź, jaka na nie padła, rozwiały jego nadzieję. 
— Czy jadą w tę stronę? 
— Nie, kierują się do miasta. Nie wiedzą, Ŝe ich śledzimy. 
—  Patrzcie,  dokąd  się  udają  —  poinstruował  Chanie.  —  To  moŜe  być  szansa  dla  nas.  — 

Spojrzał na Joe’ego. — Chcesz coś powiedzieć Hugonowi? — spytał. 

—  Tak!  ZałoŜę  się,  Ŝe  dzieciak  jedzie  po  Oktawiana.  W  jakiś  sposób  wpadł  na  jego  ślad. 

Powiedz  Hugonowi,  Ŝeby  uwaŜał,  czy  nie  odbierają  jednego  z  gipsowych  popiersi.  Jeśli  tak, 
musi je od nich wydostać w dowolny sposób. 

Charlie  powtórzył  wiadomość  do  mikrofonu  walkie-talkie  i  nadał  sygnał  zakończenia 

rozmowy. 

— No dobrze. Załatwione — powiedział. — Miałeś dobry pomysł z tymi urządzeniami, Joe. 

Myślę,  Ŝe  zakup  właśnie  się  zwrócił,  i  to  z  nawiązką.  A  teraz,  mały  —  wyszczerzył  zęby  i 
przybliŜył twarz do twarzy Jupitera — poczekamy i zobaczymy, co się wydarzy. 

background image

ROZDZIAŁ 13 

 

Bob wpada na trop 

 

Bob  uznał,  Ŝe  dalsze  czekanie  na  Jupe’a  i  Pete’a  jest  ryzykowne.  „Duch”  kazał  mu  się 

pospieszyć, jeśli chce odzyskać Oktawiana, a było juŜ późne popołudnie i ani śladu Pierwszego 
czy  Drugiego  Detektywa.  Być  moŜe  szli  jakimś  nowym  tropem,  ale  on  juŜ  nie  mógł  zwlekać. 
Musiał przejąć sprawę w swoje ręce. 

Pani  Jones  pozwoliła  mu  skorzystać  z  mniejszej  półcięŜarówki  i  zwolniła  Hansa,  Ŝeby  ją 

poprowadził. Udało mu się takŜe wyłudzić pięć dolarów akonto przyszłych prac, które wykona 
na rzecz składu złomu.  A kiedy wyjaśnił na  koniec, Ŝe jeden  z  klientów  nie jest zadowolony  z 
zakupionego popiersia, ale być moŜe będzie chciał wymienić je na inne, pani Matylda zgodziła 
się, Ŝeby zabrał ze sobą Fnancisa Bacona. 

Hans przytaszczył popiersie do półcięŜarówki i ułoŜył je na płachcie brezentu. Bob wrzucił na 

platformę  solidne  kartonowe  pudło  i  plik  starych  gazet,  w  które  zamierzał  zapakować  cennego 
Oktawiana, kiedy go juŜ odbiorą, po czym ruszyli w drogę. 

Mieli  przed  sobą  około  czterdziestu  minut  jazdy,  poniewaŜ  celem  ich  podróŜy  był  dom  na 

przedmieściach  Hollywoodu.  Jechali  bardzo  uczęszczaną  drogą  przez  dzielnicę  atrakcyjnych 
rezydencji. Na jezdni panował taki ruch, Ŝe ani Bob, ani Hans nie zauwaŜyli, Ŝe podąŜa za nimi 
ciemnoniebieski sedan z dwoma pasaŜerami w środku. Obaj mieli czarne wąsy i nosili okulary w 
ogromnych rogowych oprawkach. 

W pewnym momencie Hans zwolnił i Bob zaczął śledzić numery mijanych domów. 
— To tu! — krzyknął po chwili. — Zatrzymaj się, Hans. 
— JuŜ się robi! — huknął krzepki Bawarczyk. 
CięŜarówka  stanęła  i  Bob  wyskoczył  z  szoferki.  Z  tyłu,  pół  przecznicy  dalej,  zatrzymał  się 

równieŜ  niebieski  sedan.  Dwaj  siedzący  w  nim  męŜczyźni  uwaŜnie  obserwowali  kaŜdy  ruch 
chłopca i jego towarzysza. 

Hans  wysiadł  z  cięŜarówki  i  zdjął  z  platformy  Francisa  Bacona.  Trzymając  go  pod  pachą, 

ruszył za Bobem w kierunku frontowych drzwi. 

Otworzyła je dziewczynka z sympatyczną buzią usianą piegami. 
—  Jesteś  jednym  z  Trzech  Detektywów!  —  zawołała,  a  Bob  z  zadowoleniem  wyczuł  nutę 

pełnego podziwu szacunku w jej głosie. — To popiersie, które ma moja mama, potrzebne ci jest 
z jakiegoś dziwnego i pewnie tajemniczego powodu, prawda? Wchodź do środka. Ty wiesz, jak 
mi było trudno powstrzymać mamę przez ten czas, by nie oddała Oktawiana i w końcu musiałam 
jej  powiedzieć,  Ŝe  jest  zrobiony  z  zabójczo  radioaktywnego  gipsu  i  Ŝe  wy  jesteście  agentami 
ochrony i przyjedziecie go zabrać, Ŝeby nie wyrządził jakiejś szkody. 

Dziewczynka  terkotała  jak  karabin  maszynowy  i  Bob  z  trudem  nadąŜał  za  tokiem  jej 

wywodów. Hans tylko mrugał powiekami. Dotarli juŜ jednak na eleganckie, wyłoŜone płytkami 
patio  z  małą  fontanną  pośrodku.  Serce  Boba  zabiło  z  radości,  kiedy  zauwaŜył  w  rogu 
poszukiwane  popiersie.  Oktawian  rzeczywiście  wyglądał  dość  idiotycznie,  ustawiony  pod 
wysokim róŜanym krzakiem. 

Szczupła kobieta, która strzygła właśnie ten krzak, odwróciła się w stronę przybyłych, ale nie 

zdąŜyła się odezwać, gdyŜ jej córka znowu zabrała głos. 

—  Mamo,  to  są  właśnie  Trzej  Detektywi,  o  których  ci  mówiłam,  a  w  kaŜdym  razie  jeden  z 

nich.  Przyjechał  zabrać  stąd  Oktawiana  i  uwolnić  cię  od  strachu,  Ŝe  przechowujesz 

background image

niebezpieczne gipsowe popiersie. 

— Nie zwracajcie uwagi na Liz — mama dziewczynki uśmiechnęła się do gości. — śyje w 

swoim  własnym,  wymyślonym  świecie,  pełnym  tajemniczych  szpiegów  i  niebezpiecznych 
przestępców.  Wcale nie  uwierzyłam w  radioaktywność  gipsowego popiersia, ale nie wyglądało 
dobrze na patio i  zamierzałam się  go  pozbyć. Czekałam na was, poniewaŜ  Liz powiedziała,  Ŝe 
odzyskanie tej figury jest dla was bardzo waŜne. 

—  Dziękuję  pani  za  Ŝyczliwość  —  powiedział  Bob.  —  Oktawian  został  w  pewnym  sensie 

sprzedany  przez  pomyłkę.  Gdyby  chciała  pani  zamiast  niego  jakieś  inne  popiersie, 
przywieźliśmy ze sobą Fnancisa Bacona. 

— Pozwól, Ŝe nie skorzystam z propozycji — odparła mama Liz. — Początkowo spodobał mi 

się pomysł, by ozdobić patio gipsową postacią, ale stwierdziłam, Ŝe nie wygląda to tak dobrze, 
jak sobie wyobraŜałam. 

—  Wobec tego zwrócimy pani pieniądze — Bob wyjął z kieszeni pięć dolarów i wręczył je 

rozmówczyni. 

—  Och,  to  ładnie  z  waszej  strony  —  ucieszyła  się.  —  Zabierajcie  więc  Oktawiana.  Chyba 

postawię tu zamiast niego włoską wazę. 

— Czy dasz radę zanieść do cięŜarówki oba popiersia, Hans? —spytał Bob. 
—  PrzecieŜ  mam  dwie  ręce  —  odparł  Bawarczyk.  —  To  dla  mnie  kaszka  z  mleczkiem.  — 

Chwycił pod pachę cennego Oktawiana. — Co dalej, Bob? 

— Wyniesiemy go stąd i zapakujemy do kartonowego pudła. OwiąŜemy je ciasno, a potem... 
—  Czy  musicie  od  razu  odjeŜdŜać?  —  spytała  Liz.  —  Po  raz  pierwszy  w  Ŝyciu  spotkałam 

prawdziwego detektywa i chciałabym cię wypytać o tysiące rzeczy. 

— No tak... — zawahał się Bob. Zabawnie było słuchać paplaniny Liz. Poza tym, skoro tak 

lubiła tajemnicze sprawy i interesowało ją rozwiązywanie zagadek... — Zostanę tu przez chwilę, 
a ty w tym czasie zapakuj porządnie Oktawiana, Hans — poprosił Bob. 

— Jasne. 
Hans odszedł w stronę cięŜarówki, dźwigając pod pachami dwa popiersia, i zostawił Boba, by 

mógł porozmawiać z Liz, lub raczej wysłuchiwać pytań, jakimi zasypywała go dziewczynka, w 
ogóle nie czekając na odpowiedź. 

Pomocnik  państwa  Jonesów  ostroŜnie  ułoŜył  oba  popiersia  z  tyłu  cięŜarówki  i  zaczął 

dokładnie pakować jedno z nich, tak jak polecił Bob. KaŜdy jego ruch śledzili dwaj męŜczyźni w 
stojącym  nieopodal  samochodzie.  Ten  o  imieniu  Hugon  znowu  zaczął  składać  sprawozdanie 
dwóm wspólnikom, przebywającym w domu zmarłego Horacjusza Augusta. 

—  Większy  pakuje  teraz  popiersie  —  nadawał  w  napięciu  przez  walkie-talkie.  —  To  musi 

być Oktawian, bo po nic innego szczeniak by się nie fatygował. Ciągle jest na patio. Pudło jest 
juŜ starannie owiązane, a ten wielki gość czeka na powrót dzieciaka. 

Przywiązany  do  kuchennego  krzesła  Jupiter  słyszał  kaŜde  nadane  słowo.  Bas,  czyli  Joe, 

zaczął przekazywać instrukcje kompanom w mieście. 

— Ściągnijcie  pudło  z cięŜarówki —  rozkazał.  — Słuchajcie, mam pomysł. Zainscenizujcie 

wypadek.  Hugon,  przejdź  przed  cięŜarówką,  kiedy  będzie  ruszać,  i  udaj,  Ŝe  cię  potrąciła. 
Wrzeszcz i krzycz. Chłopiec i męŜczyzna wyskoczą z samochodu, by zobaczyć, jak bardzo cię 
zranili... 

— Poczekaj, poczekaj! — przerwał mu Hugon. — To nie będzie konieczne. Wielki idzie na 

patio. Nikt nie pilnuje cięŜarówki. Frank i ja zaraz jedziemy do was. 

Walkie-talkie  zamilkło.  Jupiter  jęknął  w  duchu.  Ledwo  Bob  odzyskał  Oktawiana,  a  juŜ  za 

chwilę znowu miał go stracić. 

background image

Hans  rzeczywiście  wrócił  na  patio.  Bob  i  Liz  nadal  rozmawiali,  właściwie  mówiła 

dziewczynka,  a  Bob  od  czasu  do  czasu  odpowiadał  jej  na  pytania,  jeśli  tylko  dała  mu  choćby 
najmniejszą szansę. 

—  Słuchaj,  czy  nigdy  nie  była  wam  potrzebna  dziewczynka  do  akcji?  —  spytała  w  pewnej 

chwili. — Jestem pewna,  Ŝe podczas niektórych  dochodzeń na pewno by się przydała. Czasem 
dziewczyna  moŜe  być  niezwykle  pomocna.  Mógłbyś  zadzwonić  do  mnie.  Jestem  niesamowitą 
aktorką. Umiem się ucharakteryzować dla niepoznaki i zmienić głos... 

—  Przepraszam,  Bob!  —  huknął  Hans.  —  Przypominam  ci,  Ŝe  pani  Matylda  kazała  szybko 

wracać, bo półcięŜarówka moŜe być potrzebna. 

—  Jasne,  Hans!  —  zawołał  Bob.  —  Przepraszam  cię,  Liz,  muszę  się  juŜ  poŜegnać.  Jeśli 

będziemy kiedykolwiek potrzebować dziewczyny, zadzwonię do ciebie. 

—  Dam  ci  swój  numer  telefonu.  —  Liz  szła  za  Bobem,  gryzmoląc  cyferki  na  trzymanej  w 

ręku  kartce. —  Proszę.  Nazywam się  Liz  Logan. Będę czekała na wiadomość od  ciebie. Jejku, 
juŜ umieram z niecierpliwości na myśl, Ŝe wezmę udział w prawdziwym dochodzeniu! 

Bob schował karteczkę z zapisanymi danymi dziewczynki i wspiął się do szoferki. Nawet nie 

zauwaŜył, Ŝe obok półcięŜarówki przejechał niebieski sedan. Myślał sobie, Ŝe Liz jest całkiem do 
rzeczy.  Być  moŜe rzeczywiście  mogłaby im  czasem pomóc. Jupiter rzadko  miał jakieś  zadania 
dla  dziewczyn,  ale  jeśli  tylko  coś  się  pojawi,  Bob  zaproponuje  Pierwszemu  Detektywowi,  by 
zadzwonili właśnie do Liz Logan. 

Dziewczynka  pomachała  im  na  poŜegnanie.  Bob  odpowiedział  jej  podobnym  gestem.  Nie 

przyszło  mu  do  głowy,  by  zerknąć  na  tył  półcięŜarówki.  Wracał  wraz  z  Hansem  do  składu 
złomu, nieświadomy, Ŝe zdąŜył juŜ stracić Oktawiana. 

JednakŜe  wiedział  o  tym  Jupiter.  Walkie-talkie  zaczęło  brzęczeć,  a  potem  rozległ  się  głos 

Hugona. 

—  Mamy  go!  —  mówił  podniecony.  —  Wielki  tuman  poszedł  na  patio,  a  ja  z  Frankiem 

chwyciłem  pudło  i  ściągnąłem  z  cięŜarówki  natychmiast,  jak  tylko  znikł  nam  z  oczu.  Chyba 
nawet nie mają pojęcia, co się stało. 

— Dobra robota! — pochwalił Joe. — Zawieźcie pudło do kryjówki i nie otwierajcie, dopóki 

się tam nie zjawimy. Koniec. Bez odbioru. 

— Rozumiem. Bez odbioru. 
Walkie-talkie zamilkło. Joe uśmiechnął się półgębkiem do Jupitera. 
—  Myślę,  mały,  Ŝe  nam  się  udało  —  powiedział.  —  Mamy  kamień.  Nie  musimy  cię  juŜ 

więcej  wypytywać.  Dla  pewności  jednak  zostawimy  was  tu  do  czasu,  gdy  wyjmiemy  klejnot  i 
zatrzemy za sobą wszelkie ślady. Nie bójcie się, zadzwonimy do waszych krewnych, Ŝeby was 
stąd uwolnili, ale później, moŜe w nocy. 

Joe i jego kompan wyszli z kuchni, zabierając ze sobą Jacksona. Stary słuŜący posłał chłopcu 

ostatnie długie spojrzenie, jakby przepraszając, Ŝe nie mógł pomóc. Potem wszyscy trzej wsiedli 
do samochodu stojącego przed domem i odjechali. 

Kiedy ucichł warkot silnika, Jupiter zaczął krzyczeć: 
— Pete! Gus! Czy mnie słyszycie? 
— To ty, Jupe? — dobiegło go z dołu przytłumione wołanie Pete’a. 
— O co chodzi? MoŜesz nas stąd uwolnić? Baterie w reflektorku powoli się wyczerpują. 
— Przykro mi — odparł Jupiter. — Jestem bezradny. Owiązali mnie jak mumię. Tkwimy tu 

unieruchomieni, a gang Czarnowąsych dostał w swoje ręce Oktawiana. 

background image

ROZDZIAŁ 14 

 

Zaskakujące odkrycie 

 

Jupiter  siedział  przywiązany  ciasno  do  krzesła  i  dumał.  KsiąŜkowy  bohater  w  podobnej 

sytuacji  zawsze  jakoś  umiał  się  uwolnić.  Znajdował  stary  nóŜ,  którym  przecinał  krępujące  go 
więzy, albo teŜ kawałek szkła, mogący słuŜyć do tego samego celu. Cokolwiek. 

On jednak nie miał nic. Oczywiście pamiętał o scyzoryku, który leŜał na parapecie okiennym, 

ale  nie  mógł  go  dosięgnąć.  Gdyby  mu  się  nawet  jakoś  udało  to  zrobić,  nie  zdołałby  otworzyć 
ostrza. Zresztą otwarte ostrze teŜ by mu niewiele pomogło. Nie dałby rady przeciąć nim węzłów, 
gdyŜ Bas przywiązał mu ręce do poręczy krzesła. 

Jupiter siedział więc i rozmyślał, co by tu zrobić. Nie przeraŜało go specjalnie widmo śmierci 

głodowej, poniewaŜ wiedział, Ŝe w końcu ktoś po nich przyjdzie, ale pewnie trzeba będzie długo 
na to poczekać. 

Z  piwnicy  dobiegały  głuche  uderzenia.  Pete  i  Gus  co  i  raz  rzucali  się  na  drzwi,  próbując  je 

wywaŜyć. W pewnym momencie zaczęli do niego krzyczeć. 

— Hej, Jupe! Słyszysz nas? 
— Doskonale — odparł głośno Jupiter. — Jak wam idzie? 
— Nijak. Drzwi są solidne. Tylko poobijaliśmy sobie ramiona. Strasznie tu ciemno na dole. 
— Cierpliwości. Właśnie zastanawiam się nad sposobem ucieczki. 
— Dobrze, ale pospiesz się. Tutaj chyba są szczury. 
Jupiter zaczął przygryzać wargę, by przyspieszyć proces myślenia. Niecierpliwie kręcił się na 

krześle. Trzeszczało i skrzypiało pod cięŜarem jego ciała. 

Przez  kuchenne  okno  obserwował,  jak  mija  czas.  Wydawało  mu  się,  Ŝe  patrzy  na  zegarek. 

Wysoki, strzelisty szczyt po zachodniej stronie kanionu rzucał cień na trawnik cień ten stale się 
wydłuŜał, kiedy słońce chyliło się ku zachodowi. 

Jupiter poruszył się, sprawdzając więzy. Trzymały mocno, ale krzesło znowu zatrzeszczało. 
Nagle chłopiec doznał olśnienia. Kiedyś siedział na starym, skrzypiącym krześle i w pewnym 

momencie mebel załamał się pod jego cięŜarem. Gdyby zdołał połamać ten, do którego teraz był 
przywiązany... 

Zaczął się szarpać w tył i w przód z taką siłą, jaką tylko zdołał z siebie wykrzesać. Wydawało 

mu  się,  Ŝe  oparcie  krzesła  przesunęło  się  do  tyłu,  a  poręcze  zaczęły  się  ruszać.  Celowo 
rozkołysał  się  na  boki  i  z  łomotem  wylądował  na  podłodze.  Noga  krzesła,  do  której  była 
przywiązana jego prawa kończyna, odłupała się. 

Zaczął mocno wywijać prawą nogą i w pewnym momencie na tyle rozluźnił węzły, Ŝe zdołał 

ją  z  nich  wyszarpnąć.  Pierwszy  sukces  miał  juŜ  za  sobą.  Podpierając  się  wyswobodzoną  nogą, 
wstał i znowu rzucił się z trzaskiem na podłogę, uderzając o nią oparciem krzesła. Obracał się na 
boki,  całym  cięŜarem  napierając  na  poluzowane  poręcze.  Zatrzeszczały  i  lewa  poręcz  odłupała 
się od oparcia. W tym momencie wisiała juŜ tylko na kilku drzazgach. Szarpnął mocniej. Poręcz 
całkowicie się odłamała. 

Teraz mógł sięgnąć do prawej poręczy i poruszać nią w tył i w przód. Zmagał się z meblem, 

robiąc przy tym tyle huku, Ŝe zaniepokojony Pete zawołał z piwnicy: 

— Jupe, co się dzieje? CzyŜbyś z kimś walczył? 
— Z wściekłym krzesłem — wysapał Jupiter. — Chyba wygrywam. Dajcie mi jeszcze trochę 

czasu. 

background image

WytęŜył  wszystkie  siły.  Krzesło  przestało  tworzyć  całość.  KaŜda  z  jego  części  była 

oddzielnie. Co prawda przywiązana ciągle do Jupitera, ale na tyle luźno, Ŝe mógł dowlec się do 
okna,  wziąć  scyzoryk  i  otworzyć  ostrze.  Trzymając  nóŜ  w  prawej  ręce,  poprzecinał  węzły.  Po 
chwili zdołał wstać i całkowicie pozbyć się drewnianych kawałków. 

Z uczuciem triumfu napręŜył bolące mięśnie. 
— W porządku! — zawołał. — Idę do was. 
Schody z kuchni prowadziły prosto do piwnicy. Odciągnął zasuwę drzwi. Pete i Gus zmruŜyli 

oczy pod wpływem światła, które nagle wpadło do środka. 

— Cieszę się, Ŝe cię widzę, Jupe — powiedział z Ŝarem w głosie Pete. — W jaki sposób się 

oswobodziłeś? 

— Duch zatriumfował nad materią — odparł nieco wzniośle Pierwszy Detektyw. — A teraz 

proponuję, byśmy się stąd jak najszybciej wynieśli. Nie sądzę, by Joe i jego kolesie wrócili, ale 
teoretycznie  mogą  to  zrobić.  W  kaŜdym  razie  i  tak  musimy  jechać  do  składu  złomu.  Bob 
odzyskał popiersie Oktawiana... 

— Naprawdę? Fantastycznie! — zawołał Pete. 
— To wspaniała nowina! — dodał Gus. 
—  ...ale  gang  Czarnowąsych  zabrał  je  z  powrotem  —  zakończył  Jupiter.  —  Opowiem  wam 

wszystko po drodze. 

Wydostali się ze starego domu, odszukali rowery i po chwili pedałowali juŜ w stronę Rocky 

Beach.  Jupiter  zdał  kolegom  relację  z  wydarzeń,  które  miały  miejsce  w  tym  czasie,  gdy  oni 
siedzieli zamknięci w piwnicy. 

—  Kurczę,  mieć  cesarza  w  swoich  rękach  i  znowu  go  stracić  —utyskiwał  Pete.  —  Co  za 

pechowe popiersie! 

—  Mam  nadzieję,  Ŝe  to  nie  jest  fatum,  które  ciąŜy  nad  posiadaczami  Płomiennego  Oka  — 

zauwaŜył Gus. 

—  Gdyby  było,  powinno  dosięgnąć  gangu,  a  nie  nas  —  powiedział  Jupiter.  —  Zastanawia 

mnie ten opryszek zwany Hugonem. Wyraźnie cieszył się najlepszym zdrowiem, a przecieŜ nie 
powinien, jeśli Trzykropek załatwił go szpadą. 

—  To  faktycznie  zagadkowe  —  zgodził  się  Pete.  —  Najbardziej  mnie  jednak  trapi  to,  jak 

dostać znowu Oktawiana w swoje ręce. Obawiam się, Gus, Ŝe twój spadek przepadł. 

W ponurych nastrojach zmierzali do domu. Ruch na drodze stawał się coraz większy i powrót 

do składu złomu zabrał im sporo czasu. Słońce juŜ zachodziło, a oni przypomnieli sobie, Ŝe nie 
jedli dziś lunchu. Kiedy wjeŜdŜali przez główną bramę na teren składu, byli głodni jak wilki. 

Na podwórzu nie było  nikogo poza Bobem, Hansem i  Konradem. Dwaj  krzepcy pomocnicy 

państwa Jonesów krzątali się w rogu, układając w stos rupiecie. Bob apatycznie malował jakieś 
Ŝ

elazne ogrodowe meble, które przedtem oskrobał z rdzy. 

—  Nasz  przyjaciel  ma  bardzo  rzadką  minę  —  zauwaŜył  Pete,  kiedy  szli  w  stronę  Boba.  — 

Gryzie się, Ŝe zgubił Oktawiana. 

—  Wszystkich  nas  to  gryzie  —  odparł  mu  Jupiter.  —  Trzeba  trochę  rozładować  napięcie. 

Pozwól, Ŝe porozmawiam z Bobem. 

Trzeci z detektywów popatrzył na przyjaciół i uśmiechnął się słabo. 
— Cześć. Zastanawiałem się, dokąd poszliście. 
— Odwiedziliśmy stary dom w kanionie — wyjaśnił Jupiter, ustawiając rower w stojaku. Pete 

zrobił  to  samo  ze  swoim.  —  Nie  znaleźliśmy  tam  jednak  Płomiennego  Oka.  MoŜe  tutaj  coś 
ruszyło? 

—  Jak  by  tu  powiedzieć...  —  zaczął  Bob  i  zawahał  się.  Nie  miał  ochoty  opowiadać,  co  się 

background image

stało. 

— Poczekaj, nic nie mów. Pozwól mi wydedukować — zaproponował Jupiter. — Spójrz mi 

w  oczy  —  poprosił.  —  Nie  mrugaj.  Odczytam  z  twoich  źrenic,  o  czym  tak  bardzo  nie  chcesz 
rozmawiać. 

Pete i Gus z rozbawieniem przyglądali się, jak Jupiter uroczyście wpatruje się w oczy Boba, a 

potem przykłada palce do czoła, jakby głęboko nad czymś myślał. 

—  Mam  juŜ  pewną  wizję  —  powiedział  po  chwili.  —  Dzwoni  telefon...  Tak,  to  jeden  z 

naszych duchów melduje, Ŝe znalazł się Oktawian. Jedziesz go odebrać... Sam? Nie, towarzyszy 
ci Hans. Prowadzi mniejszą półcięŜarówkę... DojeŜdŜacie do... pozwól mi się zastanowić... tak, 
do Hollywoodu. Czy do tej pory wszystko się zgadza? 

—  Co  do  joty!  —  zawołał  Bob,  wybałuszając  oczy.  Wiedział,  Ŝe  Jupiterowi  nieraz  w 

przeszłości  udawało  się  w  zaskakujący  sposób  coś  wydedukować,  ale  to,  co  zademonstrował 
przed chwilą, przewyŜszało wszystkie jego dawniejsze osiągnięcia. — Potem... 

—  Nie  przerywaj.  Widzę  coś  więcej.  Wchodzisz  do  domu.  Hans  wchodzi  z  tobą.  Niesie 

popiersie.  Domyślam  się,  Ŝe  na  wymianę,  gdyby  zaszła  taka  potrzeba.  Hans  wychodzi,  tym 
razem z dwoma popiersiami. Odzyskałeś Oktawiana. Hans zanosi go do półcięŜarówki, wkłada 
do pudła i dobrze owija w gazety. Wraca po ciebie. Opuszczacie dom, wsiadacie do samochodu i 
ruszacie. DojeŜdŜacie na miejsce i widzicie, Ŝe pudło z Oktawianem znikło w dziwny sposób, po 
prostu rozpłynęło się w powietrzu. Zgadza się? 

—  To  niesamowite!  —  Bob  z  rozdziawionymi  ustami  wpatrywał  się  w  przyjaciela.  — 

Dokładnie tak było. Pudło po prostu znikło. Nie mogło wypaść ani nic w tym rodzaju, bo tylna 
klapa cięŜarówki była zamknięta. Naprawdę nie wiem... 

W tym momencie pojawił się Hans, niosąc pod pachą gipsowe popiersie. 
— Co mam z tym zrobić, Bob? — zapytał. — Na noc muszę opróŜnić cięŜarówkę. 
—  Po  prostu  postaw  je  na  ławce  —  odparł  Bob.  —  To  Francis  Bacon  —  zwrócił  się  do 

Jupitera.  —  Zabrałem  go  ze  sobą  na  wypadek,  gdyby  właścicielka  Oktawiana  chciała  go 
wymienić na inne popiersie. Ona jednak wolała wziąć pieniądze. 

Hans zostawił popiersie i odszedł. Stało zwrócone twarzą do tyłu, więc Pete, który wiedział, 

Ŝ

e Matylda Jones lubi porządek, zbliŜył się i przekręcił je we właściwą stronę. 

— Skąd to wszystko wiedziałeś, Jupe? — dopytywał się Bob. —śe odnalazłem Oktawiana... 
—  Chodźcie  tutaj!  —  przerwał  mu  okrzyk  Pete’a.  —  Chodźcie  i  powiedzcie,  czy  ja  dobrze 

widzę. 

Drugi  Detektyw  wyciągał  palec  w  stronę  popiersia.  Popatrzyli  we  wskazane  miejsce  i 

odczytali słowa wyryte na gipsowej podstawie: Oktawian. 

— Oktawian! — zawołał Gus. — Gang Czarnowąsych jednak go nie zabrał! 
— Hans się pomylił! — Bob wybuchnął śmiechem. — To jest rozwiązanie zagadki! Miał pod 

pachami  dwa  popiersia  i  kiedy  dotarł  z  nimi  do  cięŜarówki,  jedno  z  nich  odłoŜył,  a  drugie 
zapakował.  Jak  widać,  nie  to,  co  trzeba.  Nawet  nie  przyszło  mi  do  głowy  spojrzeć  na  to  nie 
zapakowane, bo tak się martwiłem, Ŝe straciłem Oktawiana, a tu się okazuje, Ŝe przez cały czas 
był blisko! 

Wszyscy  czterej  obejrzeli  się  odruchowo,  jakby  gang  Czarnowąsych  miał  się  w  tym 

momencie pojawić w bramie składu złomu. Nikogo jednak nie było. Panował spokój. 

Nawet Jupiterowi odebrało mowę ze zdumienia na widok nowego odkrycia, szybko jednak się 

pozbierał. 

— Chodźmy do warsztatu — zarządził. — Rozbijemy popiersie i wyjmiemy klejnot, a potem 

schowamy go tam, gdzie nikt go nie znajdzie. Więcej nie będziemy ryzykować! 

background image

Pete jako najsilniejszy z całej czwórki zaniósł Oktawiana do warsztatu i postawił na podłodze. 

Jupiter chwycił młotek i dłuto. 

— Spójrzcie — powiedział, dotykając czubka głowy rzymskiego cesarza. — Ktoś wywiercił 

tu  dziurę,  włoŜył  coś  do  środka  i  wypełnił  ubytek  gipsem.  Ślad  po  tej  operacji  jest  ledwo 
widoczny, ale jednak zauwaŜalny. Jestem pewien, Ŝe w końcu zdobyliśmy Płomienne Oko. 

— Zamiast gadać, lepiej weźmy się do roboty — wybuchnął Pete. — Rozwalmy to popiersie i 

sami się przekonajmy. 

Jupiter  przyłoŜył  koniec  dłuta  do  czubka  głowy  Oktawiana  i  uderzył  w  nie  młotkiem.  Za 

drugim uderzeniem popiersie rozpadło się na dwie części i na podłogę wypadło ze środka małe 
drewniane pudełko. Pete rzucił się po nie i wręczył je Jupiterowi. 

—  Otwieraj!  —  ponaglał  Pierwszego  Detektywa.  —  Zobaczmy  w  końcu  rubin,  którego  od 

pięćdziesięciu lat nikt nie oglądał. Na co czekasz? Boisz się klątwy? 

— Nie — powiedział wolno Jupiter. — Pudełko wydaje się zbyt lekkie. JednakŜe... 
Przekręcił  okrągłe  wleczko.  Wszyscy  czterej  z  natęŜeniem  zajrzeli  do  środka.  Nie  było  tam 

jednak lśniącego czerwienią kamienia, tylko zwinięty kawałek papieru. Jupiter pomaleńku wyjął 
go i rozwinął. Na kartce widniało zaledwie siedem słów: 

Kop głębiej. Istota rzeczy tkwi w czasie. 

background image

ROZDZIAŁ 15 

 

Wiadomość zostaje rozszyfrowana 

 

Bob miał tej nocy duŜe trudności z zaśnięciem. W ciągu dnia tyle podniecających rzeczy się 

wydarzyło. I na koniec ta historia z Oktawianem. Kto by się spodziewał, Ŝe wewnątrz popiersia 
będzie jedynie kawałek papieru. Zdecydowanie zbyt wiele emocji naraz. 

Kiedy otworzyli pudełko i znaleźli w nim ten papier, Jupiter zaczął się w niego wpatrywać z 

nie ukrywanym rozczarowaniem. Był pewien, Ŝe w końcu odnaleźli Płomienne Oko, a Pierwszy 
Detektyw  nienawidził  się  mylić.  Potem  odczytał  na  głos  zapisane  słowa:  Kop  głębiej.  Istota 
rzeczy tkwi w czasie. 

— PrzecieŜ to samo było w poprzednim liście! — wybuchnął Pete. 
— Najwyraźniej niewystarczająco głęboko przekopaliśmy się przez tę zagadkę — powiedział 

Jupiter.  —  Pan  August  posłuŜył  się  popiersiami,  by  wyprowadzić  w  pole  kaŜdego,  kto 
dowiedziałby  się  o  zostawionej  przez  niego  wiadomości  i  zacząłby  szukać  rubinu.  Gus,  twój 
stryjeczny dziadek chyba się spodziewał, Ŝe coś z tego zrozumiesz. 

—  Ale  nie  rozumiem  —  odparł  Gus,  marszcząc  czoło.  —  Czuję  się  zakłopotany.  Dziadek 

Horacjusz  pewnie  oczekiwał,  Ŝe  będzie  mi  towarzyszył  ojciec,  który  pomoŜe  mi  rozszyfrować 
list, on jednak nie mógł ze mną przyjechać. Nie wystarczyło nam pieniędzy na podróŜ dla dwóch 
osób, a poza tym tata musiał doglądać interesów. 

— Przeczytajmy list jeszcze raz — zaproponował Jupiter. 
Gus  wyjął  z  kieszeni  kartkę  papieru.  Jupiter  rozwinął  ją  i  wszyscy  ponownie  przebiegli 

wzrokiem jej treść. 

 
Do Augusta Augusta, mojego stryjecznego wnuka. 
August  to  Twoje  imię,  nazwisko  i  sława.  W  Auguście  Twój  majątek.  Nie  pozwól,  by  góra 

trudności na drodze Cię powstrzymała; cień w dniu Twoich narodzin znaczy zarówno początek, 
jak i koniec. 

Kop głęboko; treść zawarta w tych słowach przeznaczona jest tylko dla Ciebie. Nie ośmielam 

się mówić jaśniej, by inni nie pojęli sensu, który masz poznać jedynie Ty To jest moje, zapłaciłem 
za to i jestem właścicielem tego, ale nie ośmieliłem się narazić na jego perfidię. 

JednakŜe minęło pięćdziesiąt lat i w ciągu półwiecza powinno się to było samo oczyścić, lecz 

nie wolno tego przywłaszczyć ani ukraść; musi być kupione, podarowane lub znalezione. 

Przeto uwaŜaj, aczkolwiek istota rzeczy tkwi w czasie. 
Zostawiam Ci to wraz z pozdrowieniami. 

Horacjusz August 

 
— Nadal nic z tego nie rozumiem — oznajmił Pete. 
—  Muszę  przyznać,  Ŝe  ja  równieŜ  nie  jestem  ani  trochę  mądrzejszy  niŜ  na  początku  — 

powiedział  Gus.  —  „W  Auguście  mój  majątek”.  No  dobrze,  ale  skoro  to  nie  znaczy,  Ŝe 
cokolwiek miało się znajdować w którymś z popiersi obu Augustów, to wobec tego o co chodzi? 
Owszem,  mamy  właściwy  miesiąc,  a  jutro  wypadają  moje  urodziny.  Urodziłem  się  szóstego 
sierpnia o wpół do trzeciej. Jak to się jednak ma do mojego majątku? 

Jupiter  przygryzł  wargę.  Po  raz  pierwszy  trybiki  jego  mózgu  nie  zaskoczyły.  Westchnął 

cięŜko. 

background image

— Chyba powinniśmy się przespać — stwierdził z rezygnacją. — Przedtem jednak popatrzę 

jeszcze raz na te kawałki Oktawiana. 

Pete  podał  mu  obie  części  popiersia,  a  Jupiter  uwaŜnie  obejrzał  dziurę  pośrodku  głowy,  w 

której umieszczone było maleńkie drewniane pudełeczko. 

—  Pan  August  najwyraźniej  wydrąŜył  dziurę  w  popiersiu  i  potem  zapełnił  ją  świeŜym 

gipsem. Według mojej teorii zrobił to w tym celu, by wyjąć stamtąd Płomienne Oko i schować je 
w bezpieczniejszym miejscu. Musiał uznać popiersie za zbyt mało pewną kryjówkę. 

Pozostali chłopcy milczeli. Nie umieli nic dodać do tego, co przed chwilą powiedział Jupiter. 
— No cóŜ, teraz juŜ chyba moŜemy tylko się najeść — uznał w końcu Pierwszy Detektyw. — 

Poczułem, Ŝe umieram z głodu. MoŜe jutro wpadną nam do głowy jakieś nowe pomysły. 

Bob  poŜegnał  przyjaciół  i  pojechał  rowerem  do  domu.  Usiadł  przy  stole  w  jadalni,  by 

zanotować, co się wydarzyło, zanim pozapomina szczegóły. Opisywał wyprawę Jupitera, Gusa i 
Pete’a do starego domu pana Augusta, kiedy nagle pomyślał, Ŝe nazwa Kanion Zegara jest dość 
niezwykła. Oczywiście, moŜe nic nie znaczyć, ale... 

— Tato, czy słyszałeś kiedykolwiek o miejscu zwanym Kanionem Zegara? — spytał. — LeŜy 

na północ od Hollywoodu. Dziwnie się nazywa, prawda? 

Tata opuścił na kolana ksiąŜkę, którą właśnie czytał. 
— Kanion Zegara? — powtórzył. — Coś mi to mówi, ale nie jestem pewien, co. Pozwól, Ŝe 

sprawdzę. 

Podszedł do regału i zdjął z półki duŜy atlas z mapami okolic. 
— Kanion Zegara, Kanion Zegara — powtarzał, przewracając strony. — Mam. Odosobniony, 

trudno dostępny mały kanion na północnym krańcu Hollywoodu. Wcześniej znany jako Kanion 
Słonecznego  Zegara,  poniewaŜ  jeden  z  otaczających  go  szczytów  wygląda  jak  gnomon. 
Gnomon,  Bob,  jest  to  taki  pionowy  pręt  lub  słup.  Długość  i  kierunek  jego  cienia  wyznaczają 
wysokość  i  azymut  Słońca.  SłuŜy  on  równieŜ  jako  zegar  słoneczny.  Stąd  twój  kanion  wziął 
nazwę. UŜytkownicy skrócili jej pierwotną wersję i został Kanion Zegara. 

— Dziękuję, tato — odparł Bob. 
Zrobił  jeszcze  kilka  notatek,  po  czym  zaczął  się  zastanawiać,  czy  powinien  powiedzieć 

Jupiterowi o tym, czego się przed chwilą dowiedział. Nie wydawało się to specjalnie waŜne, ale 
nigdy  nie  było  wiadomo,  co  moŜe  być  waŜne  dla  Pierwszego  Detektywa.  Uznał,  Ŝe  powinien 
jednak  zadzwonić  do  Jonesów.  Kiedy  Jupiter  odebrał  telefon,  Bob  przekazał  mu  najnowszą 
informację.  Przez  chwilę  po  drugiej  stronie  słuchawki  panowała  cisza.  Potem  Bob  usłyszał,  Ŝe 
przyjaciel przełyka ślinę. 

— O to chodziło! — zawołał z podnieceniem. — To jest klucz do zagadki! 
— Jaki klucz? — Bob usiłował pojąć, o czym mówi Jupiter. 
— Ten, którego szukałem. Posłuchaj, jutro masz dyŜur w bibliotece, prawda? Przyjdź tutaj po 

lunchu. Powiedzmy o pierwszej. Będę gotowy. 

— Gotowy do czego? — chciał wiedzieć Bob, ale Jupiter juŜ odłoŜył słuchawkę. 
Bob  z  powrotem  zajął  się  pisaniem.  Nie  miał  pojęcia,  o  jaki  klucz  chodziło  jego 

przyjacielowi. 

Zaintrygowany,  połoŜył  się  w  końcu  do  łóŜka,  a  przez  cały  następny  poranek  w  bibliotece 

wykonywał swoją pracę z roztargnieniem, zastanawiając się, co Jupiter miał na myśli. 

JednakŜe  niczego  nie  wymyślił  aŜ  do  chwili,  gdy  po  lunchu  stawił  się  w  składzie  złomu 

Jonesów. Jupiter, Gus i Pete czekali juŜ na niego. 

Mała  półcięŜarówka  stała  gotowa  do  drogi,  a  Hans  i  Konrad  siedzieli  w  szoferce.  Z  tyłu  na 

platformie  leŜały  dwie  łopaty  i  stare  płachty  brezentu,  na  których  mieli  usadowić  się  chłopcy. 

background image

Jupiter wziął ze sobą aparat fotograficzny. 

—  Dokąd  jedziemy?  —  dopytywał  się  Bob,  kiedy  leciwa  półcięŜarówka  trzęsąc  się  i 

podskakując wyjeŜdŜała z terenu składu złomu. 

— TeŜ chciałbym to wiedzieć —  zawtórował mu Pete. — Jesteś strasznie tajemniczy, Jupe. 

Myślę, Ŝe powinieneś nas zapoznać ze swoimi planami. W końcu jesteśmy partnerami. 

— Jedziemy sprawdzić wiadomość, którą pan Horacjusz August zostawił Gusowi — oznajmił 

Jupiter. Najwyraźniej był z  siebie bardzo zadowolony. —  Hans i  Konrad towarzyszą nam jako 
obstawa. Nie sądzę, by na widok tych osiłków ktokolwiek ośmielił się nas zaatakować. 

— No dobrze, dobrze — jęknął Pete. — Daruj sobie gadanie i mów, o co chodzi. 
— Bob dał mi do ręki  klucz, kiedy powiedział, Ŝe miejsce, w którym stoi dom stryjecznego 

dziadka  Gusa,  nazywało  się  niegdyś  Kanion  Słonecznego  Zegara  —  wyjaśnił  Jupiter.  — 
Powinienem był sam na to wpaść. W końcu siedziałem w tamtym domu przywiązany do krzesła 
i przez  kuchenne  okno obserwowałem cień rzucany  przez jeden  ze szczytów. Przesuwał  się po 
trawniku właśnie tak, jak cień słonecznego zegara. 

Widzisz, Gus, twój dziadek pomyślał, Ŝe nie umknie ci to skojarzenie, skoro wiedziałeś, jak 

bardzo interesowały go róŜne sposoby określania czasu. Sądził, Ŝe ty lub twój ojciec połączycie 
to  z  nazwą  kanionu  i  treścią  wiadomości,  i  zrozumiecie,  co  miał  na  myśli.  Nikt  obcy, 
pozbawiony tych informacji, nie mógłby pojąć, o co chodzi. 

— Nadal nie rozumiem — oświadczył Gus. 
—  Chwileczkę!  —  krzyknął  podniecony  Bob.  —  Pan  Horacjusz  chciał  przekazać,  Ŝe  cień 

rzucany na trawnik przez naturalny zegar słoneczny zaznacza miejsce, gdzie leŜy ukryty w ziemi 
rubin, a Gus musi go odkopać. Dobrze mówię? 

— Znakomicie, Bob — pochwalił go Jupiter. — To jest prawidłowa odpowiedź. 
— Ale przecieŜ trawnik jest ogromny — wtrącił Pete. — W jaki sposób znajdziemy właściwe 

miejsce? 

—  Wiadomość  zawiera  tę  informację  —  odparł  Jupiter.  —  Mogę  jeszcze  raz  o  nią  prosić, 

Gus? Dzięki. 

RozłoŜył kartkę i przeczytał odpowiednie fragmenty. 
—  August  to  Twoje  imię,  nazwisko  i  sława.  W  Auguście  Twój  majątek.  Te  słowa  pan 

Horacjusz  napisał  po  to,  by  skierować  uwagę  Gusa  na  słowo  August.  Obcemu  musiało  się  to 
wydać zagadkowe. Słuchajcie dalej. Nie pozwól, by góra trudności na drodze Cię powstrzymała; 
cień w dniu Twoich narodzin znaczy zarówno początek, jak i koniec. 

Stryjeczny dziadek Gusa zakładał, Ŝe jego wnuk będzie wiedział, Ŝe góra, o której wspomina, 

oznacza szczyt wznoszący się nad Kanionem Zegara, a cień w dniu narodzin to cień, jaki rzuca 
owa  góra  tego  dnia  i  o  tej  godzinie,  kiedy  urodził  się  Gus,  czyli  szóstego  sierpnia  o  wpół  do 
trzeciej po południu. Zgadza się, Gus? 

—  Zgadza.  Teraz  zaczynam  wszystko  chwytać.  August  —  góra  —cień  —  czas  moich 

narodzin,  ich  powiązanie  wydaje  się  oczywiste,  jeśli  juŜ  wiadomo,  Ŝe  mowa  o  ogromnym 
zegarze słonecznym. 

—  Reszta  jest  całkiem  jasna  —  oświadczył  Jupiter.  —  Kop  głęboko  —  to  oczywiste. 

Większość pozostałych informacji podana została tylko po to, by wprawić w zakłopotanie kogoś 
obcego. Stwierdzenie istota rzeczy tkwi w czasie ma znaczenie podwójne. Po pierwsze, chodzi o 
pośpiech  podczas  szukania  rubinu,  po  drugie,  nawiązuje  ono  do  idei  zegara  słonecznego; 
działanie we właściwym czasie jest najwaŜniejsze. 

— Dziś o wpół do trzeciej. Mamy więc zaledwie godzinę! — zawołał Pete. 
— ZdąŜymy. Jeszcze tylko parę kilometrów i jesteśmy na miejscu. 

background image

Pete popatrzył za siebie. Droga była pusta, nie jechał za nimi Ŝaden samochód. 
— Chyba nikt nas nie śledzi — powiedział. 
—  Jestem  pewien,  Ŝe  teraz  trafiliśmy  na  właściwy  trop  —  odezwał  się  Jupiter.  —  Mamy 

Hansa i Konrada. Musi się udać. Nic nam w tym nie moŜe przeszkodzić. 

PółcięŜarówka  posuwała  się  z  turkotem  naprzód,  po  czym  skręciła  w  wąską  drogę 

prowadzącą  do  Kanionu  Zegara.  Na  tym  odcinku  skały  niemal  stykały  się  ze  sobą,  lecz  potem 
kanion się rozszerzał aŜ do miejsca, w którym stał dom. Hans zatrzymał samochód, odwrócił się 
i zawołał do Jupitera: 

— Co teraz robimy, Jupe? Ktoś tu juŜ jest. 
Chłopcy  wstali  i  z  przeraŜeniem  popatrzyli  przed  siebie.  Na  rozległym  terenie  stało  kilka 

wielkich cięŜarówek, buldoŜer i ogromna koparka. 

Właśnie  w  tej  chwili  potęŜne  stalowe  szczęki  wchłaniały  dom  Horacjusza  Augusta.  Był  juŜ 

pozbawiony  dachu  i  jednego  boku.  Koparka  bez  trudu  chwytała  potęŜne  fragmenty  budynku  i 
wrzucała  gruz  na  oczekującą  nieopodal  cięŜarówkę.  BuldoŜer  wyrównywał  teren  za  domem,  z 
największą łatwością wyrywając z ziemi drzewa i resztki ogrodu. 

— JuŜ  zaczęli! —  krzyknął Pete. — Pan Dwiggins uprzedzał,  Ŝe  zjawi się tu ekipa burząca 

stare budynki i zmiecie z powierzchni dom pana Horacjusza, bo ma tu powstać nowe osiedle. 

— Wyrównują teren buldoŜerem! — jęknął Bob. — Być moŜe wykopali juŜ Płomienne Oko. 
—  Nie  sądzę  —  powiedział  z  namysłem  Gus.  —  Spójrzcie.  Cień  góry  pada  na  trawnik,  a 

jeszcze są daleko od niego. 

W tym momencie dotelepała się do nich cięŜarówka wyładowana gruzem i zatrzymała się tuŜ 

przed półcięŜarówką ze składu złomu. 

— Z drogi! — krzyknął szofer. — Muszę przejechać. Terminy nas gonią. 
Hans przestawił półcięŜarówkę na bok i po chwili drogą przejechał z rykiem kolejny pojazd z 

gruzem. JuŜ następny napełniano szczątkami szybko znikającego z powierzchni ziemi budynku. 

—  Podjedź  tam,  gdzie  jest  szerzej  —  poprosił  Jupiter  Hansa.  —  Potem  się  zatrzymaj.  Jeśli 

ktoś zada nam jakieś pytania, ja z nim porozmawiam. 

—  Dobrze,  Jupe  —  zgodził  się  Hans.  Przejechał  półcięŜarówką  kolejne  dwieście  metrów  i 

zatrzymał  się  w  miejscu,  w  którym  nie  przeszkadzał  pojazdom  ekipy.  Chłopcy  zeskoczyli  na 
ziemię  i  wpatrywali  się  w  to,  co  pozostało  z  domu.  Zobaczyli,  Ŝe  w  ich  stronę  zbliŜa  się 
niewysoki, krępy męŜczyzna w garniturze i metalowym kasku ochronnym. 

— Co wy tu porabiacie, dzieciaki? — zapytał ostrym tonem. —Niepotrzebna nam widownia. 
Bob i Pete nie wiedzieli, co powiedzieć, ale Jupiter miał juŜ gotową odpowiedź. 
— Mój wujek  kupił wszystkie stare meble pozostawione w tym domu — odparł. —  Wysłał 

mnie tu, bym sprawdził, czy czegoś nie zapomniał. 

—  Niczego  tu  nie  ma!  —  zdecydowanie  powiedział  niewysoki  męŜczyzna.  —  Wszystko 

rozebrane do końca. Róbcie więc w tył zwrot i do widzenia. 

— Czy moŜemy sobie popatrzeć przez kilka minut? — zapytał Jupiter. — Nasz przyjaciel — 

wskazał  na  Gusa  —  przyjechał  z  Anglii  i  nigdy  nie  widział  amerykańskich  metod  burzenia 
starych budynków. Bardzo go to interesuje. 

— Powiedziałem, Ŝebyście się wynosili! — ryknął męŜczyzna. —To nie cyrk. MoŜe wam się 

coś stać, a nasze ubezpieczenie tego nie pokrywa. 

— Tylko przez... — Jupiter szybko zerknął na zegarek. Wskazywał kwadrans po drugiej. — 

Piętnaście  minut,  zgoda?  —  błagał.  —Zostaniemy  tutaj,  nie  będziemy  nikomu  wchodzić  w 
drogę. 

JednakŜe męŜczyzna, który wyglądał na szefa ekipy, nie był w ugodowym nastroju. 

background image

— Natychmiast stąd zmykajcie! — krzyknął. 
Chłopcy  popatrzyli  na  cień  góry  leŜący  na  trawniku.  Za  piętnaście  minut  wskaŜe  miejsce, 

gdzie ukryte jest Płomienne Oko. 

—  Dobrze,  proszę  pana,  juŜ  idziemy  —  powiedział  Jupiter.  —  Tylko  zrobię  jedno  zdjęcie 

domu. To potrwa chwilę. Nie ma pan nic przeciwko temu, prawda? 

Nie czekając na odpowiedź, ruszył w stronę cienia na trawniku, ustawiając po drodze ostrość 

aparatu. Szef ekipy zaczął na niego wrzeszczeć, po czym machnął ręką.  Najwidoczniej doszedł 
do wniosku, Ŝe sprawa niewarta jest zachodu. Jupiter zatrzymał się w odległości około metra od 
końca  cienia,  stanął  twarzą  w  kierunku  domu  i  zrobił  zdjęcie.  Potem  odłoŜył  aparat  i 
przyklęknął, by zawiązać sznurowadło. Podniósł się i truchtem podbiegł do przyjaciół. 

— Dziękuję, proszę pana! — zawołał w stronę szefa. — Zaraz odjeŜdŜamy. 
—  I  Ŝebyście  mitu  nie  wracali  —  powiedział  męŜczyzna  nieprzyjemnym  tonem.  —  Jutro 

buldoŜer  zrówna  cały  teren.  Za  trzy  miesiące  będzie  tu  sześć  nowych  domów  i  basen  między 
nimi. Wtedy moŜecie przyjść i kupić sobie jeden. — Zaśmiał się krótko. 

Jupiter  wspiął  się  na  platformę  półcięŜarówki,  a  przyjaciele  z  ponurymi  minami  zrobili  to 

samo. Hans uruchomił silnik i powoli zaczęli odjeŜdŜać. Pete westchnął. 

— To straszne — powiedział. — Przegonili nas, kiedy juŜ prawie mięliśmy w garści spadek 

Gusa. A jutro zrównają trawnik. Ponieśliśmy klęskę. 

—  Jeszcze  nie  —  Jupiter  zacisnął  usta.  —  Wrócimy  dziś  w  nocy  i  ponownie  spróbujemy 

poszukać klejnotu. 

— Po ciemku? — spytał Bob. — Jak odnajdziemy właściwe miejsce w ciemnościach? Góra 

nie będzie rzucała wtedy Ŝadnego cienia. 

— Poprosimy orła, by wskazał nam właściwe miejsce — odparł Jupiter. 
Po tej dziwnej wypowiedzi odmówił dalszych wyjaśnień. 

background image

ROZDZIAŁ 16 

 

Nieproszeni goście 

 

Przez  resztę  popołudnia  czas  wlókł  się  niemiłosiernie.  By  odrobić  godziny  stracone  przez 

Hansa  i  Konrada  w  Kanionie  Zegara,  Pete,  Bob  i  Gus  pracowali  w  składzie  złomu,  malując 
partię  metalowych  ogrodowych  krzeseł.  Po  zabiegach  chłopców  wyglądały  prawie  jak  nowe  i 
były gotowe do sprzedaŜy. 

Jupiter spędził to popołudnie w warsztacie, majstrując coś przy swoich wynalazkach. Nic na 

ten temat nie  mówił, ale przyjaciele domyślili się, Ŝe  ma to związek z planowaną na dzisiejszą 
noc wyprawą w poszukiwaniu Płomiennego Oka. 

Po  skończonym  dniu  pracy  wszyscy  zjedli  kolację  w  domu  Jupitera.  Potem  Hans 

wyprowadził małą półcięŜarówkę poza teren składu złomu i zaparkował ją kilka przecznic dalej, 
w takim miejscu, by nikomu nie rzucała się w oczy, po czym rozsiadł się wygodnie i oczekiwał 
przyjścia chłopców. 

—  Teraz  pora  przygotować  fałszywy  trop,  na  wypadek  gdyby  ktoś  nas  obserwował  — 

powiedział Jupiter. — Zadzwoniłem juŜ po rolls-royce’a i Worthington przyjedzie natychmiast, 
gdy tylko się ściemni. Musimy być gotowi, zanim się zjawi. 

— Chcesz wykorzystać naszą ostatnią okazję do wypoŜyczenia rolls-royce’a? — spytał Pete. 

— Zostaniemy potem bez Ŝadnego środka lokomocji. 

—  Mamy  rowery  i  od  czasu  do  czasu  moŜliwość  skorzystania  z  półcięŜarówki  — 

przypomniał Bob. 

—  To  nie  wystarczy  —  narzekał  Pete.  —  Zobaczycie,  Ŝe  właśnie  wtedy,  kiedy  będzie  nam 

potrzebna  półcięŜarówka,  okaŜe  się,  Ŝe  jest  zajęta.  Nawet  teraz,  chociaŜ  rzadko  o  to  prosimy, 
pani Jones niechętnie jej uŜycza. Jako detektywi będziemy skończeni. 

—  Zrobimy,  co  w  naszej  mocy,  by  do  tego  nie  dopuścić  —  odpad  Jupiter.  —  Wiem,  Ŝe  to 

niełatwe. 

Gus  zainteresował  się  rolis-royce’em  i  tym,  w  jaki  sposób  Jupiter  otrzymał  prawo  do 

korzystania z tego samochodu. 

—  Teraz  jednak  upłynął  termin,  do  którego  mogliśmy  to  robić  —westchnął  Pete,  kiedy  juŜ 

zapoznał kolegę ze szczegółami całej sprawy.  — Jupiter uwaŜał,  Ŝe nie wyczerpaliśmy jeszcze 
przysługującego  nam  limitu,  ale  pan  Gelbert  z  agencji  „Wynajmij  auto  i  w  drogę”  nie  chciał 
wysłuchać jego argumentów. Tak więc po raz ostatni korzystamy z rollsa, a potem klapa. 

—  To  fatalnie  —  zmartwił  się  Gus.  —  ZauwaŜyłem,  jak  rozległe  są  tereny  południowej 

Kalifornii  i  rozumiem,  Ŝe  samochód  jest  wam  bardzo  potrzebny,  byście  mogli  swobodnie  się 
poruszać. 

—  Spróbujemy  pomyśleć  o  czymś  innym  —  powiedział  Jupiter.  —  Teraz  juŜ  pora,  by 

przygotować  naszą  przynętę.  Idziemy  do  warsztatu  i  kaŜdy  ma  włoŜyć  na  siebie  dodatkowo 
jedną z moich kurtek. 

Otworzył  szafę,  wyjął  cztery  róŜne  kurtki  i  chłopcy  ponakładali  je  na  siebie.  Nie  bardzo  na 

nich pasowały, zwłaszcza na Pete’a, ale jakoś dali sobie radę. 

— Święci Pańscy, w co wy się teraz bawicie? — zawołała na ich widok pani Jones. — Słowo 

daję, Ŝe nie rozumiem tej dzisiejszej młodzieŜy. 

—  Chcemy  zrobić  kawał  komuś  z...  przyjaciół,  ciociu  —  wyjaśnił  Jupiter.  Pan  Jones 

zachichotał. 

background image

— Zwykłe chłopięce figle, moja droga — powiedział do Ŝony. — Kiedy byłem w ich wieku, 

stale miewałem podobne pomysły. 

Chłopcy opuścili dom i udali się do warsztatu. Na stole leŜał przyrząd, nad którym pracował 

Jupiter. Było to okrągłe metalowe urządzenie z długą rączką, cokolwiek podobne do odkurzacza. 
Metalowa część została połączona drutem z parą słuchawek. 

Poza dziwnym wynalazkiem, w warsztacie czekały cztery krawieckie manekiny, które Tytus 

Jones kupił kilka dni temu. Przypominały bezgłowych Ŝołnierzy stojących rzędem na baczność. 

— Teraz musimy przebrać manekiny — oznajmił Jupiter. — Dlatego kazałem wam nałoŜyć 

te dodatkowe kurtki. Nie chciałem, Ŝeby ktoś, kto mógł nas obserwować, zauwaŜył, Ŝe niesiemy 
ze  sobą  zapasowe  ubrania.  Niech  kaŜdy  z  was  przyodzieje  swojego  manekina.  Pozapinajcie 
dokładnie guziki. 

Postąpili  zgodnie  z  poleceniem.  Kiedy  skończyli,  kaŜdy  manekin  miał  na  sobie  kurtkę  ze 

zwisającymi luźno rękawami. 

— Moim zdaniem nie wyglądają zbyt naturalnie — zauwaŜył Pete. — Skoro ktoś ma się na to 

nabrać... 

— Z głowami będą się lepię prezentować — powiedział Jupiter. — Oto i one. 
Otworzył papierową torbę i wyjął cztery ogromne niebieskie balony. 
—  KaŜdy  nadmucha  jeden  do  właściwych  rozmiarów  i  przywiąŜe  do  szyi  manekina  — 

zarządził Jupiter i zajął się swoim balonem. 

Przyjaciele  poszli  za  jego  przykładem.  JednakŜe  manekiny  nawet  z  balonami  udającymi 

głowy sprawiały dość opłakane wraŜenie. 

— Po ciemku nikt nie zauwaŜy szczegółów, tylko zarys postaci — powiedział Jupiter. 
Czekali.  Pomału  zapadały  ciemności.  Cztery  manekiny  z  głowami  z  balonów  zaczęły 

wyglądać dziwnie i przeraŜająco. 

Na terenie składu złomu odezwał się klakson. 
— To Worthington — wyjaśnił Jupiter. — Poprosiłem, by zaparkował jak najbliŜej warsztatu. 

Chodźmy. Niech kaŜdy weźmie jednego manekina. 

Z groteskowymi postaciami w ramionach przedzierali się przez sterty złomu, dopóki ciemna, 

potęŜna  sylwetka  rolls-royce’a  nie  zagrodziła  im  drogi.  Drzwi  samochodu  były  otwarte, 
wewnętrzne światła zgaszone. 

— Melduję się zgodnie z pana Ŝyczeniem, panie Jupiterze — oznajmił kierowca. 
— To są pańscy pasaŜerowie, Worthington — wyjaśnił Pierwszy Detektyw. — Zastąpią nas 

chwilowo. 

— Doskonale — odparł angielski kierowca. — Pomogę im zająć miejsca w limuzynie. 
Podali po kolei manekiny do samochodu. Przy zgaszonych światłach przez szybę widać było 

jedynie cztery cienie z kiwającymi się głowami. z odległości mogły sprawiać wraŜenie czterech 
podekscytowanych chłopców, siedzących na tylnych fotelach auta. 

— W porządku — powiedział Jupiter. — Niech pan teraz jedzie szybko na nadbrzeŜną szosę, 

potem  proszę  skręcić  w  stronę  wzgórz  i  pojeździć  tak  około  dwóch  godzin,  zanim  pan  wróci  i 
wyładuje manekiny. Obawiam się, Ŝe to nasze ostatnie spotkanie. DłuŜej nie moŜemy korzystać 
z rolls-royce’a. 

— Rozumiem. Przykro mi — odpowiedział kierowca. — Niezmiernie lubiłem nasze wspólne 

wypady. No dobrze, to juŜ odjeŜdŜam. 

— Proszę włączyć reflektory  dopiero,  gdy  minie  pan jedną przecznicę  — pouczył  kierowcę 

Jupiter. 

Chłopcy  patrzyli,  jak  czarna  limuzyna  odjeŜdŜa.  Była  tak  ciemna,  jakby  jadącym  w  niej 

background image

ludziom zaleŜało na tym, Ŝeby nie zwracać na siebie uwagi. 

—  No  cóŜ,  jeśli  ktoś  nas  śledził,  pomyśli,  Ŝe  jesteśmy  teraz  wewnątrz  samochodu. 

Przynajmniej na początku odbierze takie wraŜenie — powiedział Bob. 

—  Wierzę,  Ŝe  jacyś  obserwatorzy  podąŜą  za  limuzyną,  Ŝeby  zobaczyć,  dokąd  jedziemy  — 

odparł Jupiter. — Teraz nasza kolej. Wyjdziemy przez Czerwoną Furtkę Korsarza i spotkamy się 
z Hansem przy cięŜarówce. Pete, weźmiesz mój detektor. 

Pete  chwycił  zrobione  przez  Jupitera  urządzenie  z  długą  rączką  i  wszyscy  przemknęli  się 

przez  podwórze  w  kierunku  Czerwonej  Furtki  Korsarza:  kilku  kołyszących  się  desek  na  tyłach 
składu złomu. Prześliznęli się przez nią na ciemną uliczkę i przebiegli truchtem kilka przecznic, 
nim  natknęli  się  na  stojącą  w  głębokich  ciemnościach  cięŜarówkę  i  czekającego  w  niej  Hansa. 
Wspięli się na platformę i ruszyli. Do tej pory nie zauwaŜyli, by ktokolwiek ich śledził. 

Droga  do  Kanionu  Zegara  przebiegła  gładko.  Kiedy  podjeŜdŜali  w  pobliŜe  na  wpół 

zburzonego  domu  stryjecznego  dziadka  Gusa,  wokół  panowała  cisza,  nie  dostrzegli  teŜ,  by 
cokolwiek się poruszało. Na trawniku stało kilka duŜych cięŜarówek, a nieopodal nich buldoŜer. 
Maszyny  oczekiwały  na  następny  roboczy  dzień.  Szczęśliwie  jednak  nie  było  nocnych 
straŜników. 

—  Zanim  wysiądziemy,  Hans,  odwróć  samochód  i  zastaw  drogę  —  powiedział  Jupiter  do 

kierowcy. — Obserwuj, co się dzieje. Jeśli zauwaŜysz, Ŝe ktoś się zbliŜa, naciśnij klakson. 

— Dobrze, Jupiterze — zgodził się Hans. 
—  Jak  dotąd,  wszystko  idzie  dobrze  —  powiedział  Jupiter,  ściszając  głos.  —  Teraz 

sprawdzimy, czy mój detektor potrafi spytać orła, gdzie jest właściwe miejsce. 

— MoŜe byś wyjaśnił, o czym mówisz — zaproponował Pete, kiedy zsuwali się z platformy 

półcięŜarówki z dwoma łopatami i urządzeniem zmajstrowanym przez Jupitera. 

—  To  jest  detektor  do  wykrywania  metali  —  poinformował  Pierwszy  Detektyw.  Wziął 

przyrząd  i  ruszył  z  nim  przez  trawnik.  —  Jest  w  stanie  wskazać  miejsce,  w  którym  leŜy 
zakopany jakikolwiek metalowy przedmiot, nawet kilkadziesiąt centymetrów pod ziemią. 

— Ale przecieŜ Płomienne Oko nie jest z metalu — zaoponował Bob. 
—  Jasne,  Ŝe  nie,  ale  kiedy  dziś  po  południu  zrobiłem  zdjęcia  domu  i  schyliłem  się,  by 

zawiązać  sznurowadło,  wetknąłem  w  ziemię  srebrną  półdolarówkę,  by  zaznaczyć  miejsce 
ukrycia klejnotu. Moneta ma na rewersie orła, dlatego teŜ jego zamierzam spytać, gdzie ono się 
znajduje — wyjaśnił Jupiter. 

—  Nie  było  wtedy  jeszcze  wpół  do  trzeciej,  tylko  kwadrans  po  drugiej  —  wtrącił  się  Gus, 

kiedy w ciemnościach przemierzali trawnik. 

— Uwzględniłem prawdopodobne przesunięcie się cienia w ciągu następnych piętnastu minut 

— powiedział Jupiter. — Nie powinniśmy być teraz zbyt daleko od miejsca, którego szukamy. 

Przystanął  i  przytknął  do  ziemi  płaskie  dno  niesionego  przyrządu.  NałoŜył  słuchawki, 

pstryknął włącznikiem i zaczął przesuwać detektor tam i z powrotem po trawniku. 

— Jeśli natrafi na jakiś metal, zacznie bzyczeć — wyjaśnił Jupiter. — Jest całkiem ciemno, 

ale sądząc po tym, gdzie znajduje się dom, wydaje mi się, Ŝe właśnie gdzieś tutaj stałem. 

Zataczał  detektorem  coraz  szersze  kręgi  po  trawniku,  a  kiedy  się  zmęczył,  Pete  przejął  od 

niego urządzenie. Ciągle jednak milczało. 

— Zgubiliśmy orła — powiedział ze znuŜeniem w głosie Pete. — Ten trawnik jest zbyt duŜy. 

Moglibyśmy spędzić noc na poszukiwaniach. 

— To musi być  gdzieś  w pobliŜu —  upierał się Jupiter. —  Wsadziłem  monetę w  ziemię  na 

sztorc, więc nikt nie mógł jej zauwaŜyć. Zamachnij się jeszcze w tę stronę, Pete. 

Pete zrobił, co mu kazano, i podskoczył podniecony. Urządzenie zabrzęczało przez chwilę. 

background image

— Cofnij się. JuŜ przeszedłeś właściwe miejsce — szepnął Jupiter. 
Pete przesunął detektor nieco do tyłu. Teraz zaczął głośno buczeć, więc chłopiec przestał nim 

poruszać. 

— Znaleźliśmy! — krzyknął. 
Jupiter  stanął  na  czworakach  i  odpiął  od  paska  latarkę.  Oświetlając  z  bliska  ziemię,  macał 

wokół dłonią tak długo, aŜ trafił na swoją półdolarówkę. 

—  Teraz  musimy  kopać  —  powiedział.  —  Być  moŜe  nie  jest  to  dokładnie  miejsce,  o  które 

nam chodzi, więc trzeba zrobić duŜą dziurę. 

Pete wziął od Boba łopatę i zaczął kopać. Pomału dziura stawała się coraz szersza i głębsza. 

Poza  odgłosem  wydawanym  przez  łopatę,  w  kanionie  panowała  cisza.  Umilkły  nawet 
ś

wierszcze. 

Oczekiwali,  Ŝe  za  chwilę  łopata  zahaczy  o  metal  lub  drewno  —  jakieś  pudełko,  w  którym 

powinien  leŜeć  kamień  —  lecz  nic  takiego  nie  nastąpiło.  Pete  przetarł  brudną  ręką  spocone 
czoło. 

— Poddaję się — powiedział. — Jupe, to chyba nie jest właściwe miejsce. 
Jupiter  nic  nie  odpowiedział.  Myślał  intensywnie.  Popatrzył  na  ledwo  widoczny  w 

ciemnościach zarys domu, potem przeniósł spojrzenie na szczyt, dość wyraźnie rysujący się na 
tle gwiaździstego nieba. Następnie przesunął się o niecałe pół metra w kierunku domu. 

— Spróbuj pokopać w tym miejscu — zaproponował. 
— No dobrze — zgodził się Pete. 
Raz  i  drugi  machnął  łopatą  i  odrzucił  na  bok  trochę  Ziemi.  W  pewnym  momencie  łopata 

trafiła na przeszkodę, chyba na jakiś kamień. 

— Coś znaleźliśmy — szepnął. 
— Daj mi zerknąć — poprosił napiętym głosem Jupiter. 
Poświecił  latarką  we  wskazane  miejsce.  Z  ziemi  wystawał  róg  niewielkiego  pudełka, 

widocznie  wykonanego  z  kamienia.  Jupiter  przyklęknął  i  zaczął  palcami  rozkopywać  ziemię 
wokół  pudełka.  W  końcu  zdołał  je  chwycić.  Ciągnął  i  szarpał,  nie  bacząc,  Ŝe  cały  brudzi  się 
ziemią. Wreszcie udało mu się wydobyć pudełko. 

— Jest zrobione ze steatytu — wyszeptał. — Bob, poświeć na nie latarką. Zobaczę, czy da się 

otworzyć. 

Jupiter  zaczął  dłubać  w  złotym  zameczku,  który  zamykał  pudełko.  Po  chwili  usłyszeli  lekki 

trzask i zamek ustąpił. Jupiter zawahał się przez moment, potem powoli uniósł wieczko. 

Wewnątrz na kawałku płótna leŜał lśniący jak płomień czerwony kamień. 
— Znaleźliśmy! — krzyczał Pete. — Udało ci się, Jupe! Udało! 
— Świetna robota! — wtórował mu Gus. 
Jupiter  zaczął  coś  odpowiadać,  lecz  wnet  zamilkł.  Czterej  chłopcy  stanęli  nagle  jak 

skamieniali. 

Noc eksplodowała jasnością. Młodzi detektywi i ich przyjaciel znaleźli się w centrum silnych 

strumieni  światła,  rzucanych  przez  cztery  latarki.  Prawie  oślepieni,  ledwo  widzieli  ciemne 
postacie skradające się ku nim ze wszystkich stron. 

— No dobra, dzieciaki! — zagrzmiał znajomy głos. — Znaleźliście w końcu kamień, to teraz 

go oddajcie. 

Chłopcy  zamrugali  powiekami.  Poprzez  zasłonę  światła  dostrzegli  niewyraźne  sylwetki 

czterech wąsatych męŜczyzn, którzy zbliŜali się do nich coraz bardziej. 

— Gang Czarnowąsych — zdołał szepnąć Bob. — Czekali na nas, ukryci za cięŜarówkami. 
—  Dowiedzieliśmy  się  o  waszej  popołudniowej  wyprawie  w  to  miejsce  —  powiedział 

background image

męŜczyzna zwany Joe — i o tym, jak stąd odjeŜdŜaliście. Byliśmy całkiem pewni, Ŝe wrócicie. 

—  Skończmy  niepotrzebne  gadanie.  Chcę  dostać  kamień,  chłopcze  —  huknął  wąsacz  o 

imieniu Hugon. — Dawaj go tu, i to bez Ŝadnych sztuczek. 

Jupiter był śmiertelnie przeraŜony. Trząsł się jak galareta. Bob nigdy nie widział przyjaciela 

w takim stanie. Pudełko z klejnotem wysunęło mu się z rąk i wpadło do dziury. 

— Ja... zaraz je podniosę — powiedział łamiącym się głosem. 
Schylił się, pogrzebał w ziemi i podniósł cenny kamień. 
— Oto on — oznajmił. — Chcecie, to bierzcie! 
Cisnął  klejnot  wysoko  ponad  głową  Hugona.  Kamień  zatoczył  łuk  w  powietrzu  i  zniknął 

gdzieś w ciemnościach. 

background image

ROZDZIAŁ 17 

 

Oddaj mi Płomienne Oko! 

 

Hugon zaklął szpetnie i odwrócił się szybko. 
— Szukajcie go! — wrzasnął. — Poświećcie tam! 
Ś

wiatła latarek skierowały się w stronę, w którą Jupiter rzucił klejnot. Pierwszy Detektyw nie 

czekał na dalszy rozwój wypadków, tylko szybko wydał polecenie przyjaciołom. 

— Biegnijmy do cięŜarówki! Oni nie będą strzelać. 
Czterej  chłopcy  susami  pomknęli  przez  trawnik  do  czekającego  na  nich  Hansa,  który  przez 

cały czas posłusznie obserwował wjazd do kanionu i nawet nie zauwaŜył całego zajścia. 

Gang  Czarnowąsych  ciągle  szukał  Płomiennego  Oka,  gdy  młodzi  detektywi  i  ich  przyjaciel 

dobiegli do cięŜarówki i wspięli się na platformę. 

— Hans! OdjeŜdŜajmy stąd szybko! — krzyknął Jupiter. 
Krzepki  Bawarczyk  nie  zadawał  zbędnych  pytań,  tylko  uruchomił  silnik,  wrzucił  bieg  i  po 

chwili gnali wąską drogą, byle jak najdalej od Kanionu Zegara. 

Chłopcy  nawet  nie  próbowali  rozmawiać.  Musieli  trzymać  się  burt  cięŜarówki,  która  trzęsła 

się  i  zarzucała  na  zakrętach.  O  tej  porze  na  ulicach  prawie  nie  było  ruchu,  tak  Ŝe  dotarli  do 
składu złomu w rekordowym czasie. Kiedy Hans wjechał przez otwartą bramę na pogrąŜone w 
ciemnościach  podwórze,  z  ponurymi  minami  wysiedli  z  pojazdu  i  zgromadzili  się  przed 
budyneczkiem biura. 

— No i na tym koniec — westchnął Pete. 
— Przechytrzyli nas jednak — dodał Bob. 
— Pozornie tak — zgodził się Jupiter. 
— Pozornie? Co masz na myśli? — spytał Gus. 
—  Miałem  nadzieję,  Ŝe  będą  obserwowali  rolls-royce’a  —  wyjaśnił  Jupiter.  —  Tu  nas 

przechytrzyli.  Zamiast  śledzić  limuzynę,  czekali  przy  starym  domu.  Na  szczęście  instynkt 
podszepnął mi, aby podjąć dodatkowe środki ostroŜności. W rezultacie... Bob, poświeć latarką. 

Bob  skierował  strumień  światła  na  Jupitera.  Na  wyciągniętej  dłoni  Pierwszego  Detektywa 

połyskiwał lśniący czerwony klejnot. 

—  Oto  prawdziwe  Płomienne  Oko  —  oznajmił.  —  Czarnowąsym  rzuciłem  imitację,  którą 

zostawił nam Trzykropek. Jak juŜ wspomniałem, wziąłem ją ze sobą na wszelki wypadek. No i 
przeczucie mnie nie omyliło. Kiedy schyliłem się, by podnieść pudełko i kamień, dokonałem po 
prostu małej zamiany. 

— Jupe, jesteś genialny! — krzyknął z podziwem Bob. 
— Muszę przyznać to samo — zgodził się Gus. — Wykiwałeś ich równo. 
— Podwójnie genialny! — zawołał Pete. 
—  A  teraz  ja  —  usłyszeli  zimny‚  przeraŜający  głos  —  zabiorę  Płomienne  Oko,  młodzi 

panowie. Proszę mi je oddać. 

Nim  wypowiedziane  słowa  w  pełni  do  nich  dotarły,  zapłonęła  duŜa  podwórkowa  lampa 

umocowana  na  frontowej  ścianie  biura.  Zza  rogu  budyneczku  wyszedł  niewidoczny  dotąd 
wysoki, szczupły męŜczyzna. Z wyciągniętą dłonią zbliŜał się do chłopców. 

Poznali Trzykropka. W drugiej dłoni trzymał szablę, w kaŜdej chwili gotową do uŜycia. 
Jupiter, Pete, Bob i Gus wpatrywali się w niego zbyt zdziwieni, by cokolwiek powiedzieć. 
— Nie próbujcie uciekać! — zagroził, unosząc broń. Nadal trzymał wyciągniętą rękę. 

background image

—  Czekam  —  oznajmił  złowieszczo.  —  Robię  to  przez  cały  wieczór.  Wasz  fortel  z 

wysłaniem  tego  rolls-royce’a  z  manekinami  w  środku  był  zabawny,  ale  się  nie  udał.  Miałem 
jednak  pewność,  Ŝe  wywiedziecie  w  pole  tych  partaczy  ze  sztucznymi  wąsami,  paplających  o 
popiersiu Augusta. W samą porę się zorientowałem, Ŝe popiersia muszą być fałszywym śladem, i 
powiedziałem  im  to.  Doszedłem  do  wniosku,  Ŝe  wy  jesteście  na  właściwym  tropie.  No  i 
znaleźliście klejnot. Oddajcie mi go. 

Bob wiedział, Ŝe tym razem zostali trafieni. Wykończeni. Jedyne, co mogli zrobić, to rozstać 

się z płomiennym Okiem. 

JednakŜe Jupiter ciągle się wahał, waŜąc na dłoni czerwony kamień. Przełknął ślinę, po czym 

się odezwał. 

—  Czy  przyjechał  pan  ze  Świątyni  Sprawiedliwości  w  Pleshiwarze  panie  Rhandur?  — 

zapytał. 

—  Tak,  młody  człowieku  —  odparł  Trzykropek.  —  Jestem  łącznikiem  ze  światem 

zewnętrznym. Od pięćdziesięciu lat szukamy klejnotu, by znów mógł oceniać dobro i zło. Został 
sprzedany  przez  zdradzieckiego  sługę  świątyni,  który  bał  się,  Ŝe  kamień  zdemaskuje  jego 
występki.  Łajdak  poniósł  konsekwencje  swego  czynu,  jak  kaŜdy,  kto  ośmieliłby  się  ukraść 
Płomienne Oko. Oddajcie je więc, by i was nie dosięgło nieszczęście. 

Znacząco uniósł szablę, lecz Jupiter ani drgnął. 
—  Klejnot  sam  się  oczyścił  ze  złej  mocy  —  powiedział  Pierwszy  Detektyw.  —  MoŜe  być 

znaleziony,  podarowany  lub  kupiony,  ale  nie  wolno  go  przywłaszczyć  ani  ukraść.  Tak  głosi 
legenda. Ja go znalazłem, więc jestem bezpieczny. Teraz podarowuję go Gusowi. 

Pierwszy Detektyw wręczył rubin swemu angielskiemu przyjacielowi, który wziął go do ręki, 

nieco osłupiały. 

—  Dostałeś  go  ode  mnie,  więc  takŜe  nic  ci  nie  grozi.  Lecz  jeśli  pan  mu  go  odbierze,  panie 

Rhandur, to pan poniesie wszelkie konsekwencje swego czynu. 

Wysoki  męŜczyzna  dość  długo  się  wahał,  przeszywając  Jupitera  jastrzębim  wzrokiem.  Po 

namyśle pomału cofnął wyciągniętą rękę i wsadził ją do kieszeni płaszcza. 

—  Przez  cały  czas  byłem  pewny,  Ŝe  uda  mi  się  ciebie  nastraszyć  i  oddasz  mi  klejnot. 

Pomyliłem  się  —  powiedział.  —  Masz  rację,  Ŝe  nie  ośmielę  się  go  sobie  przywłaszczyć. 
JednakŜe... 

Wyjął  rękę  z  kieszeni.  W  palcach  trzymał  długi,  zielony  pasek  papieru,  który  wyciągnął  w 

stronę Gusa. 

—  Jestem  w  stanie  za  niego  zapłacić  —  oświadczył.  —  ZauwaŜ  ze  czek  jest  podpisany. 

Byłem  przygotowany  na  kupno  Płomiennego  Oka.  Miałem  zamiar  to  zrobić,  jeśli  nie  znajdę 
innego bezpiecznego sposobu, by wejść w jego posiadanie. Być moŜe gdzieś indziej sprzedałbyś 
je  za  wyŜszą  cenę,  ale  równie  dobrze  mogłoby  ci  się  to  nigdy  nie  udać.  Jego  zła  sława  nadal 
odstrasza kolekcjonerów. Radzę ci przyjąć to, co oferuję. 

Gus pomału sięgnął po czek. Spojrzał na wypisaną sumę i szczęka mu opadła. 
— Łał! — zawołał jak prawdziwy Amerykanin. — W porządku, dobijamy transakcji. Klejnot 

naleŜy do pana. 

Wręczył  rubin  przybyszowi  z  Indii.  Wysoki  męŜczyzna  wyciągnął  rękę  i  po  chwili  cenny 

kamień znikł w jego kieszeni. MęŜczyzna skłonił głowę. 

—  Nie  obawiajcie  się  tych  partaczy  ze  śmiesznymi  wąsami  —  powiedział.  —  To  zwykli 

cwaniacy,  którzy  usłyszeli  o  ukrytym  skarbie  pana  Augusta  i  chcieli  go  znaleźć,  by  mi 
odsprzedać.  śałuje,  Ŝe  niepotrzebnie  się  wysilałem,  by  was  nastraszyć,  licząc,  Ŝe  oddacie  mi 
klejnot za darmo. 

background image

Zamilkł na chwilę. 
—  Pewnie  się  zastanawiacie,  co  mnie  tutaj  przywiodło  —  powiedział.  —  Przeczytałem  w 

gazecie historię o panu Auguście i jego śmierci. Od lat szukałem w prasie podobnej wiadomości 
i w końcu, poniewczasie, ją znalazłem. A teraz Ŝegnajcie. 

Wymknął  się  ze  składu  złomu  cicho  niczym  ogromny  kocur.  Po  chwili  zawarczał  silnik 

samochodu, przybysz z Indii odjechał. 

Chłopcy stali i patrzyli jeden na drugiego. 
— Chyba muszę się uszczypnąć, Ŝeby się upewnić, Ŝe mi się to nie przyśniło — odezwał się 

w końcu Bob. 

— Jestem zbyt odrętwiały, by szczypanie mi pomogło — powiedział Gus. — Ten czek to po 

prostu  bajka.  Jaki  fantastyczny  spadek  zostawił  mi  stryj  Horacjusz!  A  ty  go  odnalazłeś, 
Jupiterze! 

Przez parę chwil chłopcy śmiali się, wykrzykiwali coś i klepali Jupitera po piecach. JednakŜe 

Pierwszy  Detektyw  nie  uczestniczył  w  ogólnej  celebracji  zwycięstwa.  Stał  sztywno  z  dość 
ponurą miną. 

— O  co chodzi, Jupe? — zapytał wreszcie Bob. —  Powinieneś się czuć jak bohater. Co się 

stało? 

— Cc się stało? — Jupiter westchnął. — Popatrz na mnie. Cały jestem utytłany. Mam brudne 

ręce,  twarz,  ubranie.  A  wiesz,  jaka  zwariowana  na  punkcie  czystości  jest  moja  ciotka.  Kiedy 
tylko przestąpię próg domu, natychmiast zagoni mnie do łazienki. 

background image

Alfred Hitchcock kończy opowieść 

 

Niewiele więcej moŜna opowiedzieć o „Tajemnicy Płomiennego Oka”. 
August  August  zrealizował  czek,  którym  przybysz  z  Indii  zapłacił  mu  za  rubin,  szczodrze 

wynagrodził  kaŜdego  z  Trzech  Detektywów.  Chłopcy  wpłacili  pieniądze  na  fundusz 
stypendialny, z którego mieli zamiar skorzystać, gdy podejmą naukę w college’u. Młody Anglik 
zawarł  równieŜ  transakcję  z  panem  Gelbertem,  kierownikiem  agencji  „Wynajmij  auto  i  w 
drogę”,  dzięki  której  chłopcy  mogli  w  przyszłości  korzystać  z  limuzyny.  Rolls-royce  ze 
złoceniami i jego kierowca, Worthington, mieli być odtąd do dyspozycji Trzech Detektywów w 
kaŜdej chwili, kiedy tylko będą potrzebni. Jupiter, Pete i Bob nie musieli się więc juŜ obawiać o 
dalsze losy swojego zespołu. 

Po  zakończeniu  sprawy  wyjaśniło  się  kilka  szczegółów.  Pan  Dwiggins  nie  był  członkiem 

gangu  Czarnowąsych,  aczkolwiek  ponosił  odpowiedzialność  za  to,  Ŝe  gang  ten  dostał  w  swoje 
ręce  kopię  tajemniczej  wiadomości  od  pana  Augusta.  Szef  gangu,  Hugon,  był  bowiem 
siostrzeńcem  adwokata.  Podsłuchał  rozmowę  pana  Rhandura  z  panem  Dwigginsem,  podczas 
której  przybysz  z  Indii  oferował  prawnikowi  duŜo  pieniędzy  za  informację  o  miejscu  ukrycia 
Płomiennego Oka. 

Hugon zmusił wuja, by przekazał mu wiadomość od pana Horacjusza Augusta. Pan Dwiggins 

wymyślił historyjkę o napadzie, gdyŜ wstydził się, iŜ pomógł Hugonowi, mimo Ŝe nie zrobił tego 
rozmyślnie. 

Szef gangu przebywał w sąsiednim pokoju, kiedy chłopcy ratowali pana Dwigginsa, usłyszał 

o gipsowych popiersiach domyślił się, Ŝe odgrywają waŜną rolę w całej sprawie. 

Potem  Hugon  skontaktował  się  z  panem  Rhandurem.  MęŜczyzna  zgodził  się  zapłacić  za 

odnaleziony rubin. Hugon zebrał kilku kolesiów  o zaszarganej reputacji, zmusił pana Jacksona, 
by udzielił mu pomocy, zabrał się do szukania Płomiennego Oka. 

To wyjaśniło Jupiterowi zagadkę, jakim  cudem fałszywy  klejnot trafił w  ręce pan Rhandura 

natychmiast po tym, jak Hugon znalazł go w rozbitym popiersiu Augusta Mocnego. Szef gangu 
udał się po prostu dc przybysza z Indii, który od razu rozpoznał, Ŝe wręczono mu falsyfikat. Pan 
Rhandur zasugerował, Ŝe zabił Hugona, by nastraszyć chłopców. 

Gus  ze  spadkiem  wyjechał  do  Anglii.  Hugon  i  jego  kumple  znikli  z  horyzontu.  Jak  wieść 

niesie,  Płomienne  Oko  wróciło  na  swoje  miejsce  w  Świątyni  Sprawiedliwości  w  Indiach  i  do 
dziś spokojnie tam spoczywa. 

Trzej Detektywi znowu szukają ciekawej zagadki do rozwiązania. Nie zdziwiłbym się wcale, 

gdyby wnet do mnie zadzwonili. Z pewnością opowiem Wam o ich kolejnych przygodach.