background image

MARGIT SANDEMO
UCIECZKA
Tytu  orygina 
u: „Farlig flukt”
ROZDZIA  I
Johanna opar a g ow  o wyblak  od s

ca  cian  wie y obserwacyjnej. Czu a si  zm czona i nieszcz

li-wa, a jej zwyk y optymizm znikn

zupe nie.
Zawsze pragn a tylko jednego: 

 w zgodzie z bli ni-mi. Nigdy nie chcia a nikogo zrani , próbowa a traktowa  wszystkich  yczliwie. Po prostu lubi a

ludzi. I co j  teraz spotyka? Co takiego zrobi a? Co si  w

ciwie sta o?

Przyjaciele odwrócili si  do niej plecami. I kto  j

ci-ga . Polowa  jak na dzikie zwierz ... Kto  z pi tki przyja-ció . Nie, raczej z czwórki. Pi ty nie by

przeciwko niej. Lecz on... Nagle roze mia a si  krótkim, pe nym goryczy  miechem. Od niego nie mog a si  spodziewa  jakiejkol-wiek pomocy.

Nie chcia a patrze  na Robina, zamkni tego razem z ni  w wie y. Trudno jednak ci gle odwraca  wzrok. Sta , spogl daj c ponad barierk  i udaj c,

e nie zauwa- a dziewczyny. Jego szaroniebieskie oczy z g stymi, ciemnymi rz sami, które tak bardzo kontrastowa y z w osami popielatoblond,

wpatrywa y si  jak zwykle w to, co odleg e i nieznane, gdzie nikt niepowo any nie móg  wtargn

. Johanna zastanawia a si , jak musi si  czu  ten

dziwny, przystojny ch opak, rozmy lnie uni-kaj cy wszelkich kontaktów z lud mi, uwi ziony teraz z m od  kobiet  na takim pustkowiu.

Nie musia a d ugo zgadywa . Odwróci  g ow  i spojrza  na ni  Johanna niemal czu a wysy ane przez Robina fale niech ci. Czy równie  z jego strony

grozi o jej niebezpie-cze stwo? Niebezpiecze stwo, które kry o si  gdzie  w du-szy tego m

czyzny, niczym lawa w u pionym wulkanie?

Odwróci a si ,  eby nie widzie  ch odu jego oczu, i spojrza a przez szczelin  mi dzy rozeschni tymi de-skami. W dole rozci ga  si  ogromny las,

cz

ciowo skryty we mgle. Tylko pojedyncze ska y i wysokie  wierki wystawa y z tej zimnej i wilgotnej masy. Johan-na patrzy a na nadci gaj

 mg  -

obserwowa a, jak pe znie w gór , prze lizguje si  przez  wierkowy las i skrada po omacku ponad trz sawiskiem niczym szarobia e  apy upiornej zjawy.
Przysz a tu w  lad za ni  a  na wzgórze. Johanna ukry a si  w tej wie y przed kim , kto j

ciga . S ysza a nawo ywania przyjació , lecz nie mia a

odwagi nikomu zaufa .

Kiedy Robin wchodzi  na wie

 po schodach, skuli- a si  ze strachu. Wtedy us ysza a,  e kto  zatrzasn  drzwi na dole i zamkn  je od zewn trz na

klucz. Ten, kto j  tropi , nie domy la  si  widocznie,  e dziewczy-na ju  tu jest. Chcia  po prostu uwi zi  Robina,  eby nie przeszkadza  w pogoni.

Johanna nic nie rozumia a. Przecie

yczy a wszyst-kim dobrze. Dlaczego wi c  ci ga na siebie tylko niena-wi

? Nienawi

 i co  jeszcze gorszego

- czaj ce si  nie-bezpiecze stwo...

Jak w

ciwie tu trafi am? pomy la a zm czona. W ja-ki sposób, do licha, ugrz

am w tej absurdalnej sytuacji? Jeszcze kilka dni temu wiod am

spokojne i szcz

liwe  y-cie, a teraz siedz  uwi ziona tu na pustkowiu razem z tym dziwakiem nienawidz cym ludzi, który najch tniej po-s

by mnie

tam, gdzie pieprz ro nie!

Johanna usi owa a zapomnie  o swym obecnym po-

eniu i cofn a si  w my lach do okresu, kiedy jej  wiat by

wiatem bez trosk, a przyjaciele -

prawdziwy-mi przyjació mi...

Wszystko zacz o si  niewinnie. Min o du o czasu, zanim Johanna si  zorientowa a,  e pozornie b ahe wy-darzenia dnia codziennego zapowiadaj

co  niedobrego.

Pierwsze niepokoj ce sygna y zmian w jej do

 mo-notonnym, lecz jednak bezpiecznym  yciu pojawi y si  pewnego ca kiem zwyk ego ranka, lub,

ci lej mówi c, przedpo udnia.

Drobny, nie mia y promyk s

ca przedar  si  na ciemne podwórze domu w zachodniej cz

ci miasta i do-tar  do wysokich okien na parterze.

Johanna przekr ci a si  na 

ku i pod

a wzrokiem za promykiem, który ostro nie zbli

 si  do dostojnej narzuty z pluszu. Dziewczyna westchn a i

a r ce pod g ow , wpa-truj c si  w pulchne anio ki z gipsu k bi ce si  wzd

 listwy sufitowej ponad ciemnymi tapetami. Pokój by  niedu y, lecz

mimo to najwyra niej przeznaczony dla olbrzymów, bo mia  chyba z pi

 metrów wysoko ci. W jednym rogu sta  dumnie piec kaflowy, najwyra niej od

dawna nie u ywany. Zegar w holu wybija  z wyrzu-tem jedenast .

Johanna spojrza a na drugie 

ko, na którym spod ko dry wystawa a g owa ca a w wa kach.

- Pó no wczoraj wróci

 - zagadn a nie mia o.

- Mmm - us ysza a mrukni cie w poduszk . Mette nie zamierza a widocznie niczego wyja nia .
Ciesz  si ,  e mog am zaproponowa  Mette mieszka-nie, kiedy przyjecha a za mn  do miasta, pomy la a Johanna  yczliwie. Biedna Mette! To nic

przyjemnego znale

 si  samej w du ej, obcej miejscowo ci, wiem z w asnego do wiadczenia. Mia am naprawd  szcz

cie,  e trafi a mi si  taka

przyjació ka. Mette jest bardzo mi- a, wzruszaj co dziecinna i bezradna. To  wietnie móc jej pomaga .

O, tak, Mette rzeczywi cie potrafi a zachowywa  si  przymilnie, lecz Johanna by a zbyt  atwowierna, by za-uwa

,  e po ka dym przyp ywie

sympatii ze strony przyjació ki nast powa a pro ba o po yczenie pieni -dzy, rajstop lub innych rzeczy, i tylko si  cieszy a,  e mo e pomóc.

Dzielimy si  wszystkim, my la a naiwnie Johanna. Nawet Willym.
Willy, tak... Johanna spotka a go na jakim  przyj ciu. Uwa

,  e jest zabawna i „ wie a” z tymi ufnymi, pe -nymi nadziei oczami i szczerym

miechem. Sprawia a wra enie bardzo niewinnej w porównaniu z dziewczy-nami, w ród których si  obraca . Willy pracowa  jako sekretarz w jakim

ministerstwie i mia  s aw  bo yszcza kobiet, a tak e playboya.

Johanna podziwia a go bezgranicznie i jako osoba szczodra, jak  by a, nie chcia a zachowa  tego skarbu wy cznie dla siebie, lecz przedstawi a go

Mette. Bardzo si  ucieszy a,  e tych dwoje wkrótce zosta o przyjació -mi. Wspólnie tworzyli zgrane trio i w ostatnim czasie spotykali si  po kilka razy w
tygodniu. A co najlepsze - planowali sp dzi  we troje wakacje na  odzi  aglowej Willy'ego!

Jednak zamierzali wyjecha  dopiero w drugiej po o-wie lipca, kiedy Willy dostanie urlop. Mette nie znala-z a jeszcze  adnej pracy, a Johanna, która

nie sko czy a zast pstwo jako nauczycielka, musia a najpierw przenie

 si  do chaty swojego wuja i zaopiekowa  psa-mi i gospodarstwem

podczas jego nieobecno ci.

Mi o by o popatrze  na Mette, nawet tak  rozespan  i nieuczesan . O sobie samej natomiast Johanna my la- a,  e „przy pewnym o wietleniu

sprawia wra enie oso-by o intryguj cej urodzie” - w przyt umionym  wietle, padaj cym uko nie z góry, przy lekko wysuni tej bro-dzie i na wpó
przymkni tych oczach. Na co dzie  jed-nak wygl da jak najbardziej przeci tnie. Tak uwa

a.

Johanna nie docenia a samej siebie. Wymy li a ow  „intryguj

 urod ”, cho  przecie  odznacza a si  wie-loma zaletami. Na przyk ad uwag

zwraca a jej z ocistobr zowa skóra, która latem nabiera a jeszcze g b-szej barwy, ciemnobr zowe, po yskliwe, wypiel gnowa-ne w osy, idealna
sylwetka i d ugie, szczup e nogi. A do tego ów szczególny blask w oczach, który przyci ga  tak wielu adoratorów!

Johanna mia a jednak jedn  wielk  wad . Zawsze fa-scynowali j  nieodpowiedni m

czy ni. Jak na przyk ad teraz Willy. Chocia  by a w nim

zakochana, nigdy nie odwa

aby si  jemu ani nikomu innemu o tym powie-dzie , nawet Mette! Czasami marzy a o czym  wi cej ni  zwyk e „dzi kuj  -

za - dzisiejszy - wieczór” i lekki po-ca unek, czasami te  wydawa o si  jej,  e Willy patrzy na ni  z cieniem t sknoty i podziwu w oczach, lecz nie ujawnia
swoich uczu , gdy  nie chce niszczy

cz cej ca  trójk  przyja ni.

Ona sama równie  nigdy by tego nie zrobi a. Nigdy nie zdradzi aby Mette w ten sposób. Mette zosta aby wtedy sama. Nie, tak nie mo na! Pierwsz

zasad  Johanny by a lojalno

, nie mog a wi c pój

 na spotkanie z Willym, zostawiaj c przyjació

 w pustym, smut-nym mieszkaniu.

Ale pomarzy  zawsze mo na...
Johanna nie wytrzyma a ju  d

ej w 

ku. Zacz a si  ubiera .

- Nie rozumiem... - powiedzia a zdziwiona, rozgl -daj c si  dooko a. - Chcia am dzi  za

 po raz pierw-szy moje nowe sanda y, ale nie mog  ich

znale

. Wi-dzia

 je, Mette?

Mette usiad a, u miechaj c si  przepraszaj co.
- No, tak... po yczy am je wczoraj wieczorem. Nie by o ci  i nie mog am zapyta ... S  tutaj.
Johanna poczu a uk ucie goryczy. Sanda y by y bardzo drogie i bardzo eleganckie. Oczywi cie niczego Mette nie 

owa a, ale wola aby sama

 je po raz pierwszy. Teraz mia a uczucie, jakby kupi a u ywane.

- Nic nie szkodzi - mrukn a, prze ykaj c  lin . San-da y nie wydawa y si  jej ju  tak wytworne. - Pójd  po- yczy  gazet , gospodyni nie ma pewnie w

domu.

Mette b kn a co  niewyra nie. By a dziwnie milcz -ca tego ranka.
- Zobaczmy, czy s  jakie  sensacje - rzuci a Johanna, wracaj c z przedpokoju. Roz

a gazet .

- Czy mo esz mi da  co  do picia? - poprosi a Mette.
Oho, wieczorem by a chyba niez a impreza, pomy la- a Johanna roztargniona. Przynios a szklank  wody i po-da a j  Mette, przegl daj c

jednocze nie pras . Przysun

a bli ej gazet  i otworzy a szeroko oczy ze zdumienia.

- Pisz  co  o szpiegostwie, o aparacie fotograficznym znalezionym w ministerstwie...
Nagle szklanka si  przewróci a.
- Uwa aj troch ! - krzykn a ostro Mette.
- Och, przepraszam, nie chcia am... - b kn a Johanna, próbuj c wytrze  wod , która ju  wsi kn a w po ciel.
Zapomnia a na chwil  o bulwersuj cym artykule i za-proponowa a przyjació ce to, nad czym od dawna si  zastanawia a:
- Mette, czy nie pojecha aby  ze mn  do chaty wuja i zosta a tam do czasu, kiedy Willy b dzie móg  wzi

 urlop?

Mette gwa townie odwróci a si  w jej stron .
- Sko cz wreszcie z tym marudzeniem o Willym, mówisz, jakby  co  do niego czu a! I nie mam zamiaru z tob  jecha ,  eby pilnowa  cudzych psów!

Jestem ju  zm czona tym,  e ci gle musz  si  liczy  z tob  i tymi twoimi idiotycznymi pomys ami! Teraz w dodatku za-la

 moje 

ko! A ja powinnam

si  dzi  porz dnie wy-spa . Ty niezdaro!

- Ale, ale, Mette... - j ka a Johanna, nic nie rozumiej c.
Mette machn a zirytowana r

.

- Chcieli my ci  o tym powiadomi  w mo liwie de-likatny sposób, ale teraz rozz

ci

 mnie. Powiem ci wprost, jak jest! Nie b dzie  adnej wyprawy

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

aglówk  we trójk ! W ka dym razie nie dla ciebie! Willy i ja p y-niemy sami!

owa Mette zaskoczy y Johann  i sprawi y jej taki ból,  e na moment zaniemówi a.

- Mówisz,  e ty i Willy...
- W

nie tak - przytakn a Mette troch  spokojniej, ale z nut  triumfu w g osie. - Kochamy si  ju  od daw-na, tylko  e o tym nie rozmawiali my. Ale

wczoraj wy-znali my sobie mi

. Wybacz nam, Johanno, ale nic na to nie poradzimy...

Johanna poczu a nagle potworn  pustk .
- Rozumiem - westchn a cicho. - Ale chyba mo e-my nadal pozosta  przyjació mi?
Mette nie patrzy a jej prosto w oczy.
- Czy nie lepiej zerwa ? Ja b

 przewa nie przeby-wa  z Willym. B dzie ci przykro samej, tym bardziej  e jeste  du o starsza...

Johanna nie s dzi a,  eby cztery lata stanowi y a  ta-k  ró nic , ale by a zbyt za amana, aby protestowa .
- Pewnie - powiedzia a równie cicho jak poprzednio. - Tak, tak chyba b dzie najlepiej.
Zapanowa a nieprzyjemna cisza. Po chwili Johanna roze mia a si . Có  za ironia losu! A tyle sobie wyobra-

a! Nie zrobi a nic przez wzgl d na

Mette. Jak mog a pomy le ,  e Willy si  ni  interesuje, skoro mia  Mette?

- Z czego si

miejesz? - spyta a Mette podejrzliwie.

- Ach, z niczego. Pojad  sama i chyba tam zostan  d

ej, ni  planowa am. Problem mieszkania masz wi c rozwi zany a  do ko ca lata. Ale jak

sobie poradzisz z op atami?

- Willy za mnie zap aci.
- Ach, tak - b kn a bezbarwnie. Zwyci skie „za mnie” oznacza o definitywne wykluczenie Johanny. A przecie  od pocz tku by o to jej mieszkanie...

miechn a si  i mówi a dalej:

- Dobrze, Mette, w porz dku... - przerwa a i doda a pokornie: - Mam nadziej ,  e ci zbytnio nie przeszka-dza am, kiedy razem mieszka

my.

- Zawsze mo esz mie  nadziej  - odpar a krótko Met-te, rozwieszaj c mokr  po ciel.
Johanna nie odezwa a si  wi cej. Czu a si  bardzo nieszcz

liwa i wstydzi a si  swej naiwno ci. Przez ca y czas wierzy a, i  ma przyjació , a oni

pragn li tylko si  jej pozby . To potworne! Musi st d uciec, uciec jak naj-pr dzej! Od tego miasta i od tych ludzi!

Tymczasem Mette, czuj c sw  przewag , z ca ym okrucie stwem zacz a opowiada  Johannie o wczoraj-szym dniu sp dzonym z Willym. Znale li

si  naprawd  w samym centrum tej historii szpiegowskiej, o której pisa y gazety! Byli w

nie u Willy'ego w domu (Zatem do tego dosz o! pomy la a

Johanna), kiedy nagle zjawi-li si  tam jacy  ludzie,  eby przeszuka  mieszkanie, bo ten aparat fotograficzny znaleziono w

nie w jego mi-nisterstwie i

podejrzewano,  e który  z pracowników sfotografowa  jakie  bardzo wa ne dokumenty.

- Ukry am si  w  azience - za mia a si  Mette wynio- le. - Willy wpu ci  ich tymczasem do pokoju. A kiedy ju  si  ubra am i mog am pokaza  si

ludziom, wypro-wadzi  mnie cichcem tylnym wyj ciem.

Oszcz

 mi szczegó ów, poprosi a Johanna w du-chu. Ju  przecie  wbi

 mi w serce nó , czy musisz nim jeszcze wierci  dziur ?

- Chwil  pó niej zadzwoni am do Willy'ego z budki - ci gn a dalej Mette bezlito nie. - Ci ludzie przetrz -sn li ca e mieszkanie, potem przeprosili i

poszli do ko-go  nast pnego z listy. Willy podpowiedzia  im, gdzie powinni szuka . Dzi  wieczorem mamy si  spotka  znowu, aby to uczci . Kiedy

wyje

asz?

Johanna czu a, jak ogarnia j  wzburzenie. Zwykle trud-no j  by o rozz

ci , poniewa  niez omnie wierzy a w ludzk  dobro . Teraz tak e próbowa a

zrozumie  i usprawiedliwi  zachowanie przyjació ki. Biedna Mette, nie wie przecie  nic o moich skrywanych marzeniach. Nie zdaje sobie sprawy, jak

boko mnie rani tymi szcze-gó owymi opowie ciami, my la a Johanna naiwnie...

- Kiedy wyje

asz? - powtórzy a Mette.

- Za trzy - cztery dni. Wujek b dzie dzi  w mie cie. Mam si  z nim spotka  i wszystko omówi .
ROZDZIA  II
Dyrektor Haraldsen mia  nadal w tpliwo ci. Johanna nigdy jeszcze nie by a w jego chacie.
- Nie chodzi o to,  e nie podo asz obowi zkom - po-wiedzia . - Lecz domek le y w zupe nym odosobnieniu, w dzikim lesie. Nie bez powodu okolic  t

nazwano Trollmoene*. Nie jest to odpowiednie miejsce dla m odej samotnej kobiety.

- Czy w pobli u w ogóle nikt nie mieszka? - spyta- a Johanna.
Zastanowi  si .
- Owszem, s  tam jacy  s siedzi, lecz nie s dz ,  eby stanowili dla ciebie odpowiednie towarzystwo.
Siedzia  zatopiony we w asnych my lach, a Johanna czeka a. Obok ze zgrzytem przejecha  tramwaj. Trollmoene wydawa o si  bardzo odleg e.
- Chata stoi nad jeziorem - odezwa  si  w ko cu. - To jedyne gospodarstwo w tym rejonie. Jaki  czas temu jezioro zosta o jednak przegrodzone

zapor  i tu  obok zamieszka o trzech stra ników. Nie wiem, czy móg -bym poleci ...

- Potrafi  unika  nieproszonych adoratorów, je li to masz na my li - u miechn a si  Johanna.
Oszukiwa a sam  siebie. Nie mia a przecie  zbytnie-go do wiadczenia w tych sprawach, a poza tym nie lu-bi a sprawia  ludziom przykro ci.
Lecz dyrektor Haraldsen u miechn  si  uspokajaj co.
- Nie, nie to mia em na my li. Dwóch z tych stra -ników z pewno ci  polubisz, s  mi ymi lud mi, którzy nie skrzywdziliby nawet muchy. Ale ten

trzeci... - Po-kr ci  zmartwiony g ow . - Za

my,  e pozwol  ci tam pojecha . Czy obiecasz mi, dla spokoju mojego sumie-nia,  e b dziesz trzyma  si

z dala od tego cz owieka? Nie dlatego,  eby trudno si  by o od niego op dzi , wr cz przeciwnie, robi wszystko, by unika  ludzi. Jest jak je  stawiaj cy
kolce. Prawie si  nie odzywa, rozma-wia tylko o sprawach dotycz cych pracy. Nie znosi oka-zywania uczu . Nie wiem, co jest powodem takiego
za-chowania, lecz nie s dz , by nale

o zbytnio si  tym interesowa . Zostaw go w spokoju, chocia  mo e ci si  wyda  poci gaj cy i intryguj cy!

Haraldsen pochyli  si  do przodu.
- Chcia bym móc spokojnie wyjecha  za granic  - po-wiedzia  z naciskiem. - Trzymaj si  od tego ch opaka z daleka! On jest jak u piony wulkan.

Jestem jednak przekonany,  e ten wulkan  yje i gotuje si  pod lodo-wym pancerzem. A nie chcia bym, aby  znalaz a si  w pobli u, kiedy nast pi

wybuch.
Johanna skin a g ow , próbuj c jednocze nie wyo-brazi  sobie wulkan z lodowym pancerzem. Stara a si  zapami ta  wszelkie informacje

dotycz ce zwierz t, którymi mia a si  zaj

, i próbowa a nie s ysze  syreny pogotowia ratunkowego, która ju  si  w jej sercu w czy a. Ca e jej

dotychczasowe  ycie polega o przecie  na „opiekowaniu si  lud mi”.

Po egnanie z miastem przebieg o spokojnie, ale nie ca kiem bezbole nie. Johanna a  do ko ca mia a nadzie-j ,  e Mette lub Willy przyjd  na stacj

jej pomacha .  adne z nich si  jednak nie pokaza o. Nie rozumia a ich post powania, czu a si  do g bi zraniona. Przykro by- o patrze , jak w ci gu
ostatnich dni próbuj  jej unika . I kiedy poci g ruszy , skuli a si  na swoim siedzeniu, przygn biona i rozczarowana.

Sko czy  si  pewien etap w jej  yciu. Pi kna przy-ja

 zmieni a si  w niezrozumia  i nieprzyjemn  wro-go

. No có , to ju  min o, teraz musi tylko

pogodzi  si  z tym,  e chyba nigdy nie zobaczy dwojga by ych przyjació .

Tak w ka dym razie my la a...
Poci g z  oskotem wyjecha  z miejskiej zabudowy. Jo-hanna skupi a si  na czekaj cej j  d ugiej podró y na wschód. Patrz c w okno, podziwia a

kwiaty porastaj ce zbocza wzniesie  wzd

 torów i wstydzi a si  za kolej,  e pokry a kwiaty dusz cym, szarym py em.

Trollmoene... W jasny letni poranek owo tajemnicze miejsce jawi o si  przed ni  niczym symbol wspania e-go i romantycznego pi kna. Lecz w miar

jak ko czy  si  dzie , ko czy  si  te  zachwyt Johanny. Teraz na zmian  widzia a trz sawiska i bezkresne piaszczyste po- acie poro ni te sosnami,
czarne i pos pne lasy, wzgórza i doliny z pojedynczymi gospodarstwami bez s siadów, samotnymi i odci tymi od  wiata.

Kiedy wieczorem musia a si  przesi

 do autobusu, my la a o Trollmoene jako o niego cinnej, ponurej i szarej o zmierzchu le nej krainie,

pozbawionej jakiegokol-wiek uroku czy powabu. Ogarn o j  dojmuj ce poczu-cie osamotnienia.

In ynier Einar Strand otar  pot z czo a. Upa  by  nie do zniesienia. Kwitn ce  ki wokó  jeziora dr

y w s o-necznym skwarze nie zm conym nawet

najl ejszym podmuchem wiatru. Wokó  panowa a cisza. Roz arzo-na, poch aniaj ca wszystko cisza.

No, mo e niezupe nie. Z wody wynurzy a si  jaka  g owa, p ywak parska  niczym foka. Per Bakke wyszed  na pla

, opalony, silny i t gi.

- Cudownie! - zawo

 rozpromieniony, l ni c w s

cu i ociekaj c wod . - Teraz napi bym si  kawy!

Po

 si  obok Einara. Postanowili zrobi  sobie przerw  na kaw  w pobli u przyjemnie ch odnej i po- yskuj cej wody.

- Spójrz na niego! - odezwa  si  Per, wskazuj c w gór  na posta  na szczycie betonowej p yty zapory. - Znowu tam stoi i patrzy w g bin , jakby

nie chcia  pope ni  samobójstwo. Nie rozumiem go. Jak cz owiek mo e tak zupe nie odizolowa  si  od innych? Wyra nie nie chce utrzymywa  z

nikim kontaktów. Nic go nie interesuje, prawie si  nie odzywa, tylko wykonuje polecenia. - Einar wyci gn  swoje d ugie, szczup e cia o po ród trawy i
kwiatów. - Jest jakby poza  yciem...

Per wzruszy  ramionami.
- Niczym chodz cy trup!
Einar spojrza  w gór  na samotn  posta  na obmu-rowaniu.
- Tak, mo na to tak nazwa ! - mrukn . - W gruncie rzeczy  al mi go. Jest inteligentny i uczciwy. Na pewno cierpi w tym swoim dziwnym duchowym
odosobnieniu.
Giez, który ju  od d

szej chwili brz cza  w pobli u, usiad  na szerokiej, opalonej piersi Pera. Ch opak zako -czy  krótki  ywot natr tnego owada

silnym uderzeniem.

Einar przygl da  si  koledze z dezaprobat .
- Za

 przynajmniej koszul  - powiedzia  sucho. - Wy-gl dasz jak przygruby cherubinek w tych k pielówkach!

Per westchn .
- Cherubinek! Nazywano mnie tak, kiedy by em ma- y. Z ote loki i pulchne policzki dziwnie przyci gaj  sta-re ciotki. Zawsze po kryjomu wciska y mi

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

co  dobrego. Lecz kiedy loki pociemnia y, a waga zacz a si  zbli

 do stu kilo, ich zainteresowanie wygas o. Niestety, do-tyczy to nie tylko starych

ciotek, lecz tak e dziewcz t.

Einar u miechn  si .
- Dziewczyny, o, tak! Chyba powinienem ci  pozna  z t  m od  osóbk , która przyjecha a wczoraj wieczo-rem. Ma opiekowa  si  zwierz tami

Haraldsena. To pewnie jego bratanica.

- Czy jest interesuj ca?
Einar wsta .
- Widzia em j  tylko przez chwil , sprawia a wra e-nie sympatycznej. Mi e oczy, chocia  troch  smutne. Lecz je li zamierzasz wkra

 si  w jej  aski,

musisz naj-pierw zrzuci  par  kilo.

- Ale ka dy gram mojego cia a jest dla mnie cenny - odpar

artobliwie Per.

Lecz Einar ju  go nie s ucha , skierowa  wzrok w stro-n  kolegi stoj cego na tamie.
- Mam nadziej  - powiedzia  zamy lony -  e nie przyjdzie jej do g owy, by zakocha  si  w tym tam na górze. Ch opak jest nawet ca kiem przystojny.

To by oby dopiero nieszcz

cie! Nie chcia bym,  eby mia a przez niego cierpie ... Powinienem j  ostrzec.

I poszed  mi dzy kwitn cymi krzewami dzikiej ró y w stron  chaty Haraldsena.

Johanna jad a  niadanie. Obok siedzia y dwa psy i lis,  ledz c wzrokiem drog  kanapki z talerzyka do ust dziewczyny i z powrotem. Psy mia y

przynajmniej pew-ne zwyczaje zwi zane z posi kiem - trzyma y si  w przyzwoitej odleg

ci i prze yka y dyskretnie  lin . Natomiast „oswojony” lis nie

mia  w ogóle poj cia o tym, jak si  zachowa . W nadzwyczaj nietaktowny sposób usi owa  zahipnotyzowa  kanapk ,  eby wyl -dowa a w jego ostrym
pyszczku. Uda o mu si  ju  sprytnie  ci gn

 jajko ze sto u i ukry  je pod 

kiem, aby móc pó niej spokojnie si  nim rozkoszowa .

Starsza pani, która do tej pory opiekowa a si  zwie-rz tami, pojecha a do wsi z samego rana, z ulg  przeka-zuj c ca  odpowiedzialno

 za dom

komu  innemu. Poradzi a Johannie,  eby nie rozpieszcza a Rumpetrolla, jak nazywano lisa, lecz raczej zamyka a go w zagro-dzie na podwórzu.

„W przeciwnym razie stanie si  nie do zniesienia” - o wiadczy a i Johanna zaczyna a rozumie , co chcia a przez to powiedzie .
Dziewczyna u miechn a si . Tego ranka ja niej spoj-rza a w przysz

. Zm czenie podró

 min o. S

ce mocno przygrzewa o, wznosz c si

nad zamglonymi, b kitniej cymi w oddali wzgórzami i przepi knie po-

onym jeziorkiem. Johanna zorientowa a si ,  e go-spodarstwo wuja znajduje

si  do

 wysoko, gdy  mog a st d dostrzec granic  lasu po drugiej stronie, a tak e betonowy mur zapory na jeziorze. W pobli u sta  niewiel-ki dom, w

którym, jak si  domy li a, mieszkali trzej stra nicy.

Dwóch z nich spotka a poprzedniego wieczoru. Po d ugiej, m cz cej w drówce przez las przystan a na chwil  zak opotana przy rozwidleniu dróg.

Wtedy us y-sza a,  e kto  nadchodzi. Najwyra niej byli to dwaj m

czy ni omawiaj cy jakie  techniczne kwestie. W jednym z g osów pobrzmiewa a

yczliwo

, drugi, odpowiadaj cy tylko od czasu do czasu urywanymi s o-wami, wyda  jej si  twardy i szorstki.

Johanna ci gle jeszcze pami ta a, jak silnie zareago-wa a na ten drugi g os i jak nagle zadr

a w ciep ym pó mroku, kiedy odurzaj ce zapachy lasu i

nieznanych zió  nagle stworzy y przejmuj cy kontrast z tym g o-sem jakby pozbawionym  ycia. Nie by o w nim z

ci ani wzburzenia, lecz oboj tno

,

która przera

a o wie-le bardziej. Ton g osu by  zimny i martwy, tak jakby dla mówi cego nic w  wiecie nie mia o ju  znaczenia.

Johanna by a bardzo rada,  e si  pojawili, poniewa  czu a,  e ju  obtar a sobie pi

 i chcia a jak najszybciej dotrze  na miejsce.

Starszy z m

czyzn zatrzyma  si  natychmiast i przedstawi  jako in ynier Einar Strand.  yczliwie wy-t umaczy  dziewczynie, jak ma dalej i

, i

pocieszy ,  e jest blisko celu. Drugi, m odszy m

czyzna, nie ode-zwa  si  s owem, in ynier nawet nie próbowa  wci gn

 go w rozmow .

Johanna rzuci a szybkie spojrzenie na milcz cego m

czyzn . W pó mroku dostrzeg a b yszcz ce oczy, które obserwowa y j  z ukosa, mocne,

zaci te usta i popielatoblond w osy. Zimne spojrzenie w skich oczu obcego sprawi o,  e Johanna odruchowo si  cofn a.

O Bo e! pomy la a wstrz

ni ta. To na pewno ten cz owiek, przed którym przestrzega  mnie wuj. Ch o-pak wydaje si  w jaki  szczególny sposób

poci gaj cy, a te niezwyk e oczy... Czy wyra aj  tylko niech

 do lu-dzi? Czy nie kryje si  w nich nic wi cej? Powinnam si  trzyma  jak najdalej od tego

typa!

Podzi kowa a in ynierowi, który zaproponowa , by przysz a do nich, je li tylko b dzie potrzebowa a pomo-cy lub po prostu dla towarzystwa. Johanna

nie s dzi a, by jego kolega podziela  t  wspania omy ln  propozycj .

Wspomnienie wczorajszego spotkania i niemal obra liwy brak zainteresowania ze strony m odszego z m

-czyzn tkwi y nadal w duszy dziewczyny

niczym cier . Tak, nie powinna raczej wchodzi  mu w drog . By  przystojny, to prawda, cho  z pewno ci  nie tak przy-stojny jak Willy.

Ale Willy nie nale

 ju  do niej. Nawet w marze-niach nie mog a go zachowa .

Seter po

eb na kolanach Johanny i spojrza  na ni  oczami pe nymi t sknoty za kanapk . Od razu zaak-ceptowa  now  opiekunk , dziewczyna

podejrzewa a jednak,  e po prostu lubi  wszystkich. Chart saluki nato-miast zachowywa  si  z rezerw . Nieprzeniknione, orien-talne oczy obserwowa y

 z wy szo ci . Próbowa a zjed-na  sobie psa sardynk  w sosie pomidorowym. Zwierz  przyj o  askawie ofiar , lecz postanowi o jeszcze przez chwil

trzyma  si  na dystans.

Johanna wyci gn a Rumpetrolla z szafki kuchennej i przenios a go do jego zagrody na podwórze. Lis k sa  j  przez ca y czas w r

 - musia

pokaza , kto jest pa-nem w tym domu - lecz nie gryz  mocno.

Potem usiad a na le aku przed domem,  eby odpocz

. Stara a si  odgoni  wszystkie smutne my li Psy u

y si  u jej nóg. Nowoczesna,

wygodnie urz dzona chata, lo-dówka pe na jedzenia i  adnych obowi zków poza dogl -daniem zwierz t. Czy mog a marzy  o lepszym  yciu?

Nagle drgn a, gdy  psy zacz y w ciekle ujada . Czyj  cie  pad  na le ak.
- Przechodzi em obok przypadkiem - powiedzia  in y-nier Einar Strand, niezupe nie zgodnie z prawd . - I po-my la em sobie,  e mo e mia aby

ochot  pój

 na spacer ze zwierz tami i przy okazji pozna  troch  okolic ?

Ani Johanna, ani psy nie mia y nic przeciwko temu. Wida  by o,  e Rumpetroll zna dobrze in yniera, po-niewa  popiskiwa  g

no zachwycony i

macha  d ugim ogonem. Z lisem na smyczy i psami biegn cymi przo-dem poszli w dó  w stron  jeziora.

Einar Strand by  zrównowa onym, mi ym cz owie-kiem, Johanna dobrze si  czu a w jego towarzystwie. Pokazywa  jej osobliwo ci okolicy.
- Na tamtym brzegu jeziora znajduje si  najwy szy punkt tego terenu. Stoi tam, jak widzisz, starodawna wie a obserwacyjna. A i tu w pobli u jest

kilka intere-suj cych miejsc, jak na przyk ad ten stary, wyschni ty podziemny strumie . A tam Per Bakke prowadzi swo-je poszukiwania. Wyobra a
sobie,  e znajdzie w górach z oto. Jest jednym z tych, którzy chcieliby si  wzboga-ci  w rekordowym czasie i bez wysi ku.

- To chyba nie jego spotka am wczoraj wieczorem?
- Nie! Per jest o wiele bardziej pogodny. Nie, ten, któ-rego spotka

, to Robin. Sprawia wra enie mo e troch  dziwnego, ale jest zupe nie niegro ny.

Ma swoje proble-my, lecz nigdy si  do nich nie wtr ca em.

Johanna czu a,  e Einar móg by opowiedzie  wi cej, lecz nie pyta a.
Zbli yli si  do tamy, gdzie jaskó ki  wiczy y lot nur-kowy z dachu baraku. Johanna ujrza a dwóch techni-ków zaj tych prac . M ody m

czyzna,

znacznego wzrostu i takiej  tuszy, zszed  na dó  si  przywita , lecz drugi tylko rzuci  przelotne spojrzenie w jej kierunku i kontynuowa  prac . Móg by
przynajmniej powiedzie  „dzie  dobry”, pomy la a Johanna. Ale by  mo e taki brak wychowania nale

 do jego przywilejów.

Korpulentny m ody cz owiek, który zosta  przedsta-wiony jako Per Bakke, najwidoczniej by  równie  do-brym znajomym Rumpetrolla.
Dziewczyna ukradkiem zerkn a na Robina. Najbar-dziej zastanowi a j  jego twarz - nieprzenikniona i zaci ta.
Po chwili mi ej rozmowy Johanna pomy la a zawsty-dzona,  e powinna ju  po egna  swych rozmówców i pozwoli  im wróci  do pracy. Zach cali j ,

by jeszcze przysz a, a ona, maj c nadziej ,  e nie zabrzmia o to jak niemoralna propozycja, zaprosi a ich do siebie. Byli wszak jedynymi s siadami.

Postanowi a obej

 jezioro dooko a. M

czy ni po-mogli jej przenie

 zwierz ta przez w ski mur zapory. Rumpetroll próbowa  si  wyrwa  i

energicznie wierzga  w u cisku Pera. Ostrymi pazurami tylnych  ap gro nie podrapa  jego rami .

Johanna zacz a przeprasza  za zachowanie lisa, ale Per tylko si  roze mia .
Za to reakcja Robina by a zdumiewaj ca. Kiedy przy-padkiem spojrza  na ran  Pera, zrobi  si  blady jak p ót-no i szybko wróci  na drug  stron
zapory.
- O Bo e - szepn a Johanna.
- Nie znosi widoku krwi - wyja ni  Per. - To nieroz-wa nie z mojej strony,  e paradowa em z tym ramie-niem tu  przed nim.
Johanna zorientowa a si ,  e Per i Einar wiedzieli o Robinie znacznie wi cej, ni  chcieli powiedzie . Wida  równie  by o wyra nie,  e mieli w sobie

wiele ciep a i zrozumienia. Zaczyna a ich coraz bardziej lubi , bez trudu si  te  domy li a,  e gburowate zachowanie Robi-na nie jest wynikiem
pospolitego prostactwa.

Droga wokó  jeziora okaza a si  d

sza, ni  Johan-na si  spodziewa a, a w niektórych miejscach trudno by- o przej

. Na pocz tku napawa a si

cisz  lasu, ciep em s

ca i  piewem ptaków. Ale stopniowo teren stawa  si  coraz bardziej dziki i niedost pny.

Otarcie ju  nie bola o, poniewa  za

a wygodne sanda y. Jednak ta wyprawa troch  im zaszkodzi a. Wcze niejsza elegancja i pi kny kszta t

nowych butów znikn y bezpowrotnie, kiedy Johanna wróci a ze zwie-rz tami do domu, spocona i zdyszana. Psy, które prze-mierzy y odcinek
przynajmniej cztery razy d

szy i bardziej kr ty ni  ona, po

y si  od razu na ch od-nej pod odze w kuchni, a Rumpetroll zaszy  si  w swo-jej

zacisznej kryjówce pod sof .

Johanna za  cieszy a si  na sam  my l o spokojnej drzemce.
Lecz zatrzyma a si  w drzwiach sypialni. Co  si  tu nie zgadza o.
Walizka nie sta a w tym miejscu, w którym j  zosta-wi a, zas ona do garderoby by a odsuni ta. Nie mia a w tpliwo ci:
Kto  wchodzi  do domu pod jej nieobecno

!

ROZDZIA  III
Do tej pory Johanna nie zauwa

a, by dzia o si  wo-kó  niej co  dziwnego. Teraz tak e niczego nie podej-rzewa a. Czyje  „odwiedziny” pod jej

nieobecno

 wy-dawa y si  zwyk ym naruszeniem cudzej prywatno ci i Johannie nie przysz o do g owy,  e mo e to mie  zwi -zek z jej osob .

Sama wizyta intruza wystarczy a, by poczu a z

 z powodu jego zuchwalstwa. Zostawi a, co prawda, otwar-te okno, lecz nie spodziewa a si  tu

odzieja! W promie-niu wielu kilometrów nie by o przecie  nikogo oprócz niej i trzech stra ników zapory.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Po piesznie sprawdzi a pokój, ale nic nie zgin o. A wi c to tylko ciekawo

! Zm czona po

a si  na 

ku, lecz jej spokój zosta  zburzony.

Uzna a, i  mu-sia  to zrobi  jeden z pracuj cych przy tamie w czasie, gdy by a na spacerze, cho  jednocze nie nie bardzo mo-g a w to uwierzy . Nawet
Robin wydawa 
 si  zbyt do-brze wychowany, by wpa

 na pomys  myszkowania po cudzym domu z samej tylko ciekawo ci.

Zdenerwowana nie mog a zasn

, wsta a wi c i za-cz a przygotowywa  obiad.

Mimo  e dom by  nowocze nie urz dzony, dyrektor Haraldsen nie zd

 jeszcze pod czy  wody. Johanna ruszy a wi c z wiadrem w r ku pomi dzy

ja niej cymi w trawie stokrotkami i nie mia ymi dzwonkami. Dzikie ró e sta y w pe nym rozkwicie, pachnia o s odko kwiatami i traw .

Wiedzia a, gdzie jest studnia, ale kiedy tam dotar a, u wiadomi a sobie w asn  bezmy lno

. Studnia okaza- a si  tak g boka,  e trzeba by o u

liny,  eby spu- ci  wiadro. Johanna mrukn a co  niezbyt cenzuralne - go, bo czeka a j  d uga droga z powrotem do domu.

Kiedy równie rozpaczliwie co bezskutecznie stara a si  zaczerpn

 wody samym tylko wiadrem, zauwa

a,  e kto  idzie od strony tamy. To by

Robin. Zatrzyma  si  gwa townie, kiedy j  ujrza . Jego wysoka, silna posta , a zw aszcza surowa twarz zdawa a si  zupe nie nie na miej-scu w otoczeniu
przepi knych kwiatów dzikiej ró y. Jo-hanna musia a ukry  u miech. Po chwili Robin ruszy  dalej w kierunku studni O tym,  e przyszed  w tej samej
spra-wie co Johanna,  wiadczy y lina i dwa wiadra, które niós .

Nie by o wyj cia, musieli si  do siebie odezwa . Ale co, u licha, Johanna mia a powiedzie ? U miechn a si  troch  zak opotana i wyja ni a mo e

niepotrzebnie,  e ona o linie zapomnia a.

Bez s owa wzi  od niej wiadro. S dz c z wyrazu jego twarzy, z najwi ksz  ochot  wepchn by j  do studni Chocia  wtedy zabrudzi aby mu pewnie

wod  do picia...

Patrzy a z podziwem na muskularne ramiona Robi-na, kiedy wyci ga  pe ne wiadro. Mia  pi kne, silne d o-nie. Zastanowi a si , czy te d onie mog yby

pog adzi  jej policzek, czule i delikatnie...

No, nie! Co za  mieszna my l!
Postawi  jej wiadro na trawie z krótkim „prosz ”.
Podzi kowa a i chcia a ju  i

, lecz nag a my l kaza- a jej zatrzyma  si  i powiedzie :

- Robin...
Odwróci  si  gwa townie i po raz pierwszy spojrza  jej prosto w oczy. Ten wzrok móg by zamrozi  p omie .
- Tak?
Poczu a si  nieswojo, widz c wrogo

 bij

 z jego twarzy. Gdyby przynajmniej nie by  taki przystojny!

- Kto  w ama  si  do mojego domu, kiedy mnie nie by o - zacz a troch  nie mia o. - Czy przypadkiem nie widzia

 kogo  w pobli u?

- Nie, nikogo nie widzia em - rzek  z t  sam  co za-wsze oboj tno ci . - I  aden z nas tam nie przychodzi !
Kiedy wypowiada  ostatnie zdanie, wydawa o si ,  e w jego g osie brz cz  kawa ki lodu. Johanna po pieszy- a z wyja nieniem,  e ona naturalnie tak

nie my la a, lecz Robina to ju  nie interesowa o (je eli w ogóle s ucha , co mówi a). Zabra  si  do wyci gania wody.

To okropne, zastanawia a si  Johanna w drodze po-wrotnej do domu,  e te  ten facet tak na mnie dzia a! Coraz bardziej mi si  podoba, a on w

nie

tego nie chce. Ale jeszcze zobaczymy!

Johanna zupe nie zapomnia a,  e przecie  mia a by  ostro na! Zaledwie kilka dni temu prze

a zawód, a co  podpowiada o jej,  e tym razem mo e

 spotka  jeszcze wi kszy. A jednak... Czy naprawd  nie by o nic wi cej w tych hardych, zimnych oczach? Czy pod ca  t  pogard  i oboj tno ci  nie

kry a si  pod wiadoma, lecz rozpaczliwa pro ba o pomoc?

- Nie, no wiesz, Johanna! - mrukn a z a na sam  sie-bie. - Tu nic nie da bieganie z apteczk  i przyklejanie plastrów. Oby  znowu nie przekona a si

o tym,  e nie-wdzi czno

 jest zap at

wiata!

Tego wieczoru samotno

 wydawa a si  Johannie o wiele bardziej przyt aczaj ca ni  do tej pory. Letni wie-czór by  tak pi kny, od strony jeziora

dochodzi  krzyk ptaków i jednostajny szum ogromnej masy wody spada-j cej z tamy. Dziewczyna  apa a si  raz po raz na tym,  e spogl da w dó , licz c
na odwiedziny. Ciekawe, co te-raz robi ? A co on robi? Czy le y na 

ku, wpatruj c si  w sufit i jeszcze bardziej odgradzaj c si  od  wiata? Czy w

ogóle cho  raz o niej pomy la ? W tpliwe.

Kto  zapuka  do drzwi.
Psy poderwa y si  na równe nogi i zacz y ujada . Jo-hanna pisn a cicho „prosz ” i do pokoju wesz o trzech stra ników zapory. Bez powodzenia

próbowa a ukry , jak bardzo si  cieszy z tych odwiedzin.

Einar Strand zacz  troch  zak opotany:
- Robin powiedzia  nam,  e mia

 dzi  nieproszo-nych go ci, chcieli my wi c tylko...

- To bardzo mi o z waszej strony - odpar a szybko Johanna, zaskoczona,  e Robin jednak zwróci  uwag  na to, co mówi a.
- Robin chcia  zosta  na dole,  eby pilnowa  tamy, lecz zmusi em go, by poszed  z nami - doda  in ynier.
Nie musia  tego mówi , pomy la a Johanna. Czy nie mog a cho  przez chwil  wierzy ,  e Robin towarzyszy  im z w asnej woli?
To zdumiewaj ce, jak wiele znaczy o dla niej, co ten dziwny cz owiek my li! Przecie  zaledwie dzie  wcze- niej ujrza a go po raz pierwszy.

Popatrzy a na niego z wyrzutem, ale on zdawa  si  tego nie zauwa

.

Johanna, która przez d ugi czas mieszka a w kawa-lerce i jada a poza domem, cieszy a si ,  e mo e zapro-ponowa  go ciom na przek sk ,

poprzedzon  nawet koktajlem przygotowanym przez Pera. Robin podzi kowa  za drinka, dziewczyna znowu poczu a si  g upio i beznadziejnie.

Einar Strand usiad  wygodnie na krze le.
- Jeste my bardzo ciekawi, Johanno, co w

ciwie sk o-ni o tak m od  i urocz  dziewczyn , by zamieszka a sa-motnie na odludziu. Per stawia na

nieszcz

liw  mi

.

Johanna pochyli a si  i poklepa a Rumpetrolla, by ukry ,  e si  rumieni.
- To chata mojego wuja - odpar a wymijaj co. - Chcia- am po prostu mu pomóc, a zawsze lubi am zwierz ta.
- Ale masz ch opaka?
Wzruszy a oboj tnie ramionami.
- Tak my la am. Lecz moja najlepsza przyjació ka mi go zabra a. To oczywi cie przykre. Ale nie to zrani o mnie najbardziej. Tworzyli my weso e i

zaprzyja nio-ne trio, a oni nagle odwrócili si  ode mnie, rzucaj c mi w twarz ca  sw  pogard  i niech

!

- No tak, to do

 typowa reakcja dla kogo , kto ma nieczyste sumienie.

Johanna odwróci a si .
- Ale to tak boli - powiedzia a cicho. - Pomocy, Rumpetroll znowu porwa  moj  szczoteczk  do z bów!
Zacz o si  polowanie na lisa, który skaka  po stole i krzes ach z biedn  szczoteczk  (na szcz

cie w etui) w pysku. W ko cu zap dzili go w róg

pokoju, za sof . Robin si gn  pod mebel.

- Masz go? - spyta a Johanna.
- Nie. To on ma mnie - odpowiedzia  Robin, podno-sz c w gór  lisa, który uwi zi  jego r

 w swoich z -bach. Wspólnymi si ami pozosta ej trójce

uda o si  uwolni  Robina. Na szcz

cie Rumpetroll nie przebi  z bami skóry.

Johanna próbowa a st umi  w sobie podniecenie, spowodowane blisko ci  Robina, kiedy trzyma a jego r

, by dwaj pozostali stra nicy mogli

rozlu ni  szcz -ki zwierz cia. Na sekund  ich spojrzenia spotka y si  i serce Johanny zabi o mocniej. Ten m

czyzna niezwy-kle silnie dzia

 na jej

zmys y, nigdy wcze niej nie prze-

a czego  podobnego.

Po posi ku Robin powiedzia ,  e trzeba pilnowa  ta-my, i wyszed . Johanna posmutnia a.
Lecz w chwil  potem us yszeli krótki, przenikliwy krzyk i wypadli z domu.
W pó mroku dostrzegli Robina, który bieg  co si  w stron  lasu. Najwyra niej kogo  goni . Przez mgnie-nie oka dojrzeli czyj  cie  znikaj cy mi dzy
drzewami.
Johanna zrobi a najrozs dniejsz  z rzeczy, które w po piechu przysz y jej do g owy, i wypu ci a psy. Lecz one, zdezorientowane, rozbieg y si  tylko

ka dy w swoj  stron , szczekaj c dono nie. Johanna równie  miota a si  bezradnie po skraju lasu, ale znalaz a jedy-nie Pera, który potkn  si  o
korze . Zdyszani ruszyli ku chacie, gdzie czekali ju  dwaj pozostali.

- Widzia

, kto to by ? - spyta  Einar.

- Nie - odpar  Robin. - Zauwa

em tylko,  e zagl -da  przez okno.

- To na pewno jaki  dziwak ze wsi, podgl daj cy z ukrycia samotne panie - powiedzia  Per i nagle si  po-chyli . - O, co  znalaz em! - zawo

. - Ten

dra  chyba to zgubi !

- Ach - ucieszy a si  Johanna. - Pi kne pióro!
- Czy poznajesz je? - spyta  Einar.
- Nie, tego akurat nie! Ale Willy mia  dok adnie ta-kie samo.
- Ach, tak, ten królewicz z bajki! Wola bym jednak, aby  nie zostawa a tu sama na noc. Czy chcesz si  do nas przenie

?

- Nie, a po co? - odpar a szybko. - Nigdy nie ba am si  ciemno ci, a poza tym s  psy. I mo e wezm  na noc Rumpetrolla do domu.
Per i Einar mieli pewne w tpliwo ci, lecz w ko cu udzielili jej kilku rad, poprosili, by by a ostro na, i po-szli. Odprowadza a ich wzrokiem, dopóki nie

znikn li w mroku, po czym zabarykadowa a si  w sypialni ra-zem ze zwierz tami, gromadz c w zasi gu r ki najró -niejsze przedmioty, które mog yby
pos

 jako bro .

Noc min a bez  adnych sensacji, pomijaj c to,  e Johanna omal nie zemdla a z braku  wie ego powietrza. Kiedy wyjrza a przez okno, wydawa o si

jej,  e widzi czyj  nieruchomy cie  na skraju lasu, lecz równie do-brze móg  to by  krzak ja owca.

Per i Einar wpadli na chwil  pó nym przedpo u-dniem,  eby si  dowiedzie , jak up yn a noc. Johanna nie wiedzia a dlaczego, ale w

nie tego dnia

zada a so-bie wiele trudu, by dobrze wygl da . Sukienka podkre- la a zarówno opalenizn , jak i smuk  tali . W

ciwie to przera aj ce, jak bardzo

zeszczupla a w ci gu ostat-nich dni.  adna z kuracji odchudzaj cych nie jest tak skuteczna jak k opoty sercowe, pomy la a.

Czu a si  g boko rozczarowana tym,  e Robin nie przyszed . Trudno go nazwa  sympatycznym, lecz mi-mo to t skni a za nim. Pe ne uznania

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

spojrzenia dwóch pozosta ych musia y starczy  jej za pocieszenie.
Zatrzymali si  w

nie przy zagrodzie Rumpetrolla i g askali go, kiedy Johanna nagle drgn a.

- Wydawa o mi si ,  e widzia am w nocy krzak ja owca. Teraz go nie ma! A zatem sta  tu jaki  cz owiek! Brr, to okropne!
Stra nicy spojrzeli po sobie.
- My

,  e akurat z tego powodu nie musisz si  ba  - powiedzia  z wahaniem Einar. - Dzisiejszej nocy Ro-bina nie by o w domu. To on

prawdopodobnie czuwa  nad twoim bezpiecze stwem.

Johanna mia a nadziej ,  e opalenizna ukry a silny rumieniec, który pojawi  si  na jej twarzy.
- Robin? - spyta a, u miechaj c si  z zak opotaniem. - Ale on nie okazuje mi zbyt wiele zainteresowania.
- Nie, ale zachowuje si  do

 dziwnie - odpar  Per. - Musz  przyzna ,  e mnie to troch  martwi.

- Mnie tak e - przyzna  Einar. - Johanno, czy istnie-je jakakolwiek mo liwo

, aby  wyjecha a st d i poszu-ka a kogo  innego, kto móg by si

zaopiekowa  zwie-rz tami? Najlepiej jakiego  m

czyzny...

Te s owa zaskoczy y j  i zasmuci y.
- Z powodu tych tajemniczych odwiedzin?
- Nie - odezwa  si  Einar. - Z powodu Robina.
Johanna otworzy a usta, by zapyta , co ma na my li, lecz nie zd

a nic powiedzie , bo w

nie przed cha-t  zajecha  samochód. Ten niski,

elegancki wóz sporto-wy mog aby rozpozna  zawsze i wsz dzie.

- O, nie! - szepn a.
Z wozu wyskoczyli Willy i Mette, machaj c na powi-tanie. Co robi ? pomy la a Johanna. Ci gle mam do nie-go s abo

! Wygl da tak  wietnie,  e

czuj , jakbym mia a kolana z waty. Te kruczoczarne w osy, ten ledwie widocz-ny u miech... Czy wszystko zacznie si  od nowa?

- Czy to s  ci „dobrzy przyjaciele”, o których opo-wiada

 wczoraj wieczorem? - spyta  cicho Einar.

Skin a g ow .
- Wola abym,  eby tu nie przyje

ali. A mimo to ciesz  si ,  e ich widz ...

Per prychn  pogardliwie.
- Przyjechali pewnie po to, by ci  jeszcze bardziej upokorzy , obnosz c si  ze swym 

osnym, ma ym szcz

ciem. Chocia  wydaje mi si ,  e ta

oda dama wygl da na troch  niezadowolon . To nie by  chyba jej pomys !

Mia  racj . Mette by a nad sana! Przez chwil  w ser-ce Johanny wst pi a nadzieja, lecz zaraz j  zdusi a. Zno-wu jakie  mrzonki!
- Nie poddawaj si , Johanno! - rzuci  Per zach caj -co. - Pami taj,  e masz trzy szerokie m skie torsy, na których zawsze si  mo esz wyp aka !
- Dwa - poprawi a. - Nie wyobra am sobie siebie  ka-j cej na piersi Robina!
- No tak, masz racj  - zgodzi  si  Per.
Mette podesz a bli ej z Willym, u miechaj c si  nie-naturalnie.
- Ale niespodzianka, prawda? Willy i ja zrozumieli my w ko cu, jak  lekkomy lno ci  by o pozwoli  ci wyjecha  ca kiem samej na takie pustkowie,

Willy wzi  wi c par  dni urlopu. Tak bardzo nam ci  brakowa o, Johanno.

Johanna, zawsze gotowa wybacza  ludziom i wierzy  w nich, mia a prawie  zy w oczach. Pragn a jedynie, aby Mette nie wisia a tak demonstracyjnie

u ramienia Willy'ego, który nieoczekiwanie sprawia  wra enie za-interesowanego Johann . Mierzy  j  uwa nie wzrokiem, zatrzymuj c si  wyj tkowo

ugo na stopach. Johanna sprawdzi a po piesznie, czy wszystko w porz dku z jej nogami, lecz nie zauwa

a nic niezwyk ego.

Per i Einar powiedzieli,  e ciesz  si , i  ma go ci, i po-wrócili do swych obowi zków. Atmosfera sta a si  nieco napi ta. Johanna powinna czu  si

szcz

liwa i wdzi cz-na za to,  e Mette i Willy j  odwiedzili, tymczasem by- a jedynie zaskoczona.

Przygotowa a posi ek dla ca ej trójki, a potem przy-jaciele, zm czeni podró

, postanowili si  zdrzemn

. Poniewa  dzie  by  upalny i senny,

Johanna posz a za ich przyk adem. Razem z Mette po cieli y w sypialni.

Ledwie przysn a, obudzi o j  warczenie charta. Otworzy a oczy i zauwa

a Mette kr

 si  na czwo-rakach wokó

ka i próbuj

 pó

osem

uciszy  psa.

- Co ty robisz? - spyta a Johanna.
Mette wypu ci a z r ki jej sanda y, które z ha asem spad y na pod og .
- O, nic - za mia a si  nerwowo. - Gdzie  zgubi am moj  ostatni  tabletk  nasenn  i s dzi am,  e potoczy- a si  mi dzy twoje buty.
- Mog  ci da  jedn  - zaproponowa a Johanna i po-da a jej lekarstwo.
Mette podzi kowa a niezr cznie i z wyrazem cierpie-nia na twarzy po kn a tabletk . Johanna odnios a wra- enie,  e przyjació ka jest nieszcz

liwa.

Mo e dlatego,  e musi zrobi  co , na co wcale nie ma ochoty...

Mette wróci a do 

ka, a Johanna wysz a przed dom. Siedzia  tam Willy. Wygl da  niezwykle elegancko w swojej nieskazitelnie bia ej koszuli i z

wypiel gnowa-nymi d

mi. Johanna przy apa a si  na tym,  e zat sk-ni a za prostym ubiorem i bezpo rednim sposobem by-cia stra ników zapory.

- Pójdziemy si  wyk pa ? - mrukn  Willy, nie otwieraj c oczu.
- To chyba nie najlepszy pomys , teraz po jedzeniu - odpar a.
- Ale mog aby  przynajmniej oprowadzi  mnie tro-ch  po okolicy - powiedzia , wstaj c.
Zupe nie nie wiadomie wybra a drog  na wzgórze ponad zapor . Stamt d mo na by o rozró ni  m

-czyzn pracuj cych poni ej. Z niejasnych

powodów Johanna poczu a rozczarowanie, widz c tylko Pera i Einara.

Willy jednak e nie mia  ochoty im si  przygl da . Po-ci gn  dziewczyn  w zaciszne miejsce i po

 si  na nagrzanej s

cem trawie.

- Usi

 tu, Johanno. Chc  z tob  porozmawia .

Us ucha a z wahaniem. Nie chcia a znale

 si  tak bli-sko niego, teraz, kiedy nale y do innej. Obecno

 Wil-ly'ego ci gle przyprawia a j  o dr enie

kolan.
- Johanno - zacz  powoli. - To, co si  sta o, to ja-kie  okropne nieporozumienie.
Serce niemal przesta o jej bi .
- Co takiego? - szepn a.
- Ta historia z Mette. Zosta em w to wci gni ty, Jo-hanno, wiesz,  e zawsze mi si  podoba

.

- Naprawd ? - spyta a bezbarwnym g osem.
- Tak. To ja chcia em tu przyjecha . T skni em za to-b , my la em,  e oszalej ! Johanno...
- Nie - powiedzia a i troch  si  odsun a. - To nie w porz dku wobec Mette.
- Czy nie mo emy teraz zapomnie  o Mette? - mruk-n . - Dzisiaj zamierzam z ni  zerwa . Tylko na tobie mi zale y.
Serce w piersi Johanny bi o jak oszala e. Kiedy zacz  j  ca owa , chcia a zaprotestowa , lecz nie potrafi a. To mimo wszystko ten sam Willy, w

którym tak d ugo by- a zakochana.

Lecz, co dziwne, poca unek nie zrobi  na niej  adne-go wra enia. Odsun a si  nieznacznie z poczuciem wi-ny i niesmakiem. Czy w

ciwie by a

lepsza od Mette?

Willy bawi  si  paskami jej sanda ów. Nagle poczu a jego ramiona wokó  siebie.
- Johanno - szepn . Jego g os brzmia  ochryple i obco.
Poderwa a si , pe na odrazy i rozczarowania, i zbie-g a w dó  stromym zboczem ku tamie. Nie rozumia a swego strachu. Wiedzia a tylko,  e nigdy,

nigdy w  y-ciu nie b dzie nale

 do Willy'ego.

Ch opak ruszy  za ni .
- Ja tylko... Wracaj, Johanno!

dzi a niczym kozica górska, póki nie dotar a na  -k . Willy pozosta  daleko w tyle. Kondycji to on nie mia !

Przy tamie nie by o wida

adnego ze stra ników, wi c Johanna bez chwili namys u wbieg a do baraku. Robin, który otwiera  w

nie jedne z drzwi,

spojrza  na ni  zdumiony. W mgnieniu oka znalaz a si  w jego male kiej sypialni. Rozpaczliwie zacz a go b aga , by zamkn  drzwi na klucz.

Pos ucha , lecz nie wygl da  na zbyt uradowanego tym,  e wtargn a do jego samotni.
- Co si  sta o? - spyta  krótko i nieprzyja nie. Johanna usi owa a z apa  oddech.
- Ten idiota! - rzuci a zdenerwowana. - Ten... ten dure !
- Kto?
- Willy. Próbowa  po prostu mnie uwie

. Prostak! To pod e w stosunku do Mette!

- Ale czy nie jest twoim przyjacielem? Czy to nie jego...
Skin a g ow .
- Ale teraz prys y wszelkie iluzje. Sama ju  nie wiem. Nie chc  go kocha , lecz nie mo na tak na zawo anie zniszczy  tego uczucia. O, idzie! Drogi,

mi y Robinie, pozwól mi tu zosta ! I nic mu nie mów!

Spojrza  na ni  ch odno. Straci a ca  odwag . Pierw-sze, co zrobi, to powie o niej Willy'emu.
Nagle zrozumia a, na co si  powa

a, wdzieraj c si  do sypialni. Wystarczy o tylko raz spojrze  na Robina. Jego usta tworzy y w sk  lini , a oczy

miota y b yska-wice pogardy i niech ci.

Z przedpokoju dobieg  ich g os Einara.
- Nie, nie widzia em jej. Wchodzi a tu? Niemo liwe! Ale jeszcze sprawdz .
Johanna wstrzyma a oddech, s ysz c odg os kolejno otwieranych i zamykanych drzwi i zbli aj cych si  kro-ków. Robin chwyci  j  za rami  i

podprowadzi  bli ej wyj cia.

- Nie, tu jej nie ma - powiedzia  Einar.
- A tutaj? - tu  za drzwiami da  si  s ysze  g os Willy'ego, dr

cy od t umionej z

ci.

- Tutaj? - spyta  zdumiony Einar. - Tu mieszka Ro-bin i chcia bym zobaczy  tak  dziewczyn , która si  tu prze li nie!

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Willy jednak nie dawa  za wygran , wi c Einar spy-ta  bez przekonania:
- Robin! Czy jest tam Johanna?
Dziewczyna zas 
oni a r

 usta, z trudem powstrzy-muj c si  od p aczu. Nie chcia a wraca  do Willy'ego, ale nie by o innej rady. U cisk wokó  jej

ramienia sta  si  sil-niejszy i po chwili z ust Robina posypa  si  grad prze-kle stw na temat dziewcz t w ogóle, a Johanny w szcze-gólno ci. W sumie
jednak zaprzeczy 
 jej obecno ci.

Czu a tak  wdzi czno

,  e chcia a mu si  rzuci  na szyj . On jednak odsun  j  ze z

ci  i zak opotana nie wiedzia a, co pocz

.

Gdy kroki ucich y, Robin si  odwróci .
- Musisz skaka  przez okno - rzuci . - I jak najszyb-ciej dosta  si  do domu.
- Czy móg by  pój

 ze mn ? - szepn a cicho. - Nie chc  zosta  z nimi sam na sam.

Trzeba by o zobaczy  teraz jego twarz, która po raz pierwszy nabra a  ycia. Wyra

a zdziwienie, niedowie-rzanie i jeszcze co , czego Johanna nie

potrafi a nazwa , lecz co przywodzi o na my l iskierk  rado ci w bezgra-nicznym smutku.

- Mnie o to prosisz? - spyta  zdumiony. - Dlaczego nie ich?
Johanna przypomnia a sobie nagle star  bajk  o potwo-rze, który móg  na powrót sta  si  cz owiekiem, gdyby tyl-ko kto  go pokocha  mimo jego

strasznego wygl du. Lecz tutaj sytuacja nie by a taka prosta. Po pierwsze, nie kocha- a Robina, chocia  wzbudzi  w niej naprawd  niezwyk e uczucie, a
po drugie, on nie chcia  zosta  „uratowany”. Je-go twarz na powrót przybra a wyraz oboj tno ci.

- Jak si  pospieszymy, za chwil  b dziemy na górze - powiedzia  oschle. - Chod my!
Johanna wyskoczy a przez okno i dotar a do domu przed Willym. Mette obudzi a si  i spyta a troch  podejrz-liwie, gdzie by a. Johanna mrukn a co
niewyra nie.
Nieco pó niej razem z Willym zjawili si  stra nicy ta-my. Johanna by a im za to wdzi czna. Obserwowa a Mette, kiedy przyszed  Robin, lecz nie

dostrzeg a  adnej reakcji w oczach by ej przyjació ki. Widocznie nie na wszystkich dziewczynach Robin robi  du e wra enie. Zwykle Mette nie
przepu ci a  adnej okazji do flirtu. Jo-hanna pomy la a,  e pewnie Robin jest dla Mette zbyt wielkim orygina em, i odetchn a z ulg . Je eli w ogóle kto
mia  stopi  lody wokó  Robina, to wola aby to zro-bi  sama. Chyba to jednak beznadziejny pomys ...

ROZDZIA  IV
Siedzieli w jadalni, gdy wesz a Mette i zacz a si  nie-poradnie usprawiedliwia :
- Johanna, strasznie mi przykro - powiedzia a, przy-bieraj c niewinn  min  - ale nie wiedzia am,  e co  si  mo e sta , je li otworz  furtk ...
Johann  zmrozi o.
- Jak  furtk ?
- Do zagrody lisa. On uciek ...
Wszyscy rzucili si  do drzwi. Rumpetroll znikn  bez  ladu. S

ce chyli o si  ku zachodowi i nad jeziorem zaczyna a si  podnosi  mg a.

Einar przeklina  pó

osem.

- Nic si  nie sta o - rzuci  lekcewa

co Willy. - Na pew-no wróci, a poza tym najlepiej b dzie mu na wolno ci.

- Mo e i tak - sykn  Einar. - Ale to dyrektor Harald - sen o tym zdecyduje. A Johanna odpowiada za te zwie-rz ta!
Johannie zbiera o si  na p acz. Nie zwróci a uwagi na z

liwy u miech, którego Mette nie uda o si  ukry , lecz zauwa

 go Robin. Spogl da  to na

Mette, to na Johann  i jego oczy pociemnia y. Einar obserwowa  go zmartwiony.

Nikt si  jednak nie odezwa . W ko cu Per westchn :
- Nie ma rady, musimy zacz

 szuka ! Nied ugo opa-dnie mg a. Wypu

cie psy! W którym kierunku pobieg ?

Mette wskaza a r

. Einar zarz dzi  poszukiwania.

- Ale  droga Johanno! - zawo

 Willy. - Nie mo esz przecie  i

 w sanda ach! Zostaw je w domu i za

 na nogi co  solidniejszego!

- Co  za bardzo interesuj  was moje sanda y! - od-par a krótko dziewczyna. - To jedyne buty, w których nie obcieram sobie nóg.
Willy nie odezwa  si  wi cej, ale bez trudu mo na by- o zauwa

,  e t umi z

.

Wszyscy ruszyli do lasu, nawo uj c i szukaj c. Nie mi-n o wiele czasu i opad a g sta mg a. Ca y  wiat sta  si  nagle szarobia  mas . Einar prosi ,

by trzymali si  razem.

Teren wznosi  si  uko nie, po chwili stan li nad ma- ym wodnym oczkiem. I nagle Mette jakby dostrzeg a Robina. Spojrza a na niego uwodzicielsko

swymi du y-mi, niewinnymi oczami i poprosi a o co . Johanna nie dos ysza a jej s ów, dotar a do niej natomiast wyra nie odpowied  Robina, który w
kilku krótkich i opryskli-wych s owach zby  Mette i poszed  dalej. Mette stan

a jak wryta, z trudem  api c oddech.

Johanna pod

a za Robinem.

- Potraktowa

 j  troch  za surowo - powiedzia a z wyrzutem. - Mette na to nie zas

a!

- Naprawd ? - odpar  ch odno. - Czy  nie odbi a ci ch opaka?
- Nie! Nie mog a przecie  wiedzie ,  e mi si  podoba !
Robin skrzywi  jeden z k cików ust we wspó czuj co - pogardliwym grymasie.
Per trzyma  jego stron .
- My

,  e jeste  zbyt  atwowierna, je li chodzi o do-bór przyjació , Johanno. To niebezpieczny typ...

- A poza tym - doda  Robin ostrym tonem - my

,  e ona celowo wypu ci a lisa.

Johanna wyba uszy a na niego oczy.
- Czy jeste  przy zdrowych zmys ach? Ale po co?
- Nie wiem. Mo e z czystej z

liwo ci.

Einar podziela  zdanie kolegów. Per pokr ci  g ow , widz c pow tpiewanie na twarzy Johanny.
- To wspaniale by  mi ym dla wszystkich, Johanno, lecz nie mo na przesadza , bo  yczliwo

atwo prze-kszta ci si  w naiwno

! Czy nie widzisz,

jaka jest Mette? Doskonale wiedzia a,  e jeste  zakochana w tym draniu! Wierz mi, to „dziecko” z rozkosz  przesz oby po twoim trupie, a eby z apa

faceta.
Johanna poczu a si  g boko dotkni ta. Zanim zd

a si  zastanowi , rzuci a impulsywnie:

- Robina w ka dym razie nie dostanie!
Robin przez sekund  patrzy  na dziewczyn  zdumio-ny, po czym jego twarz przybra a zwyk y wyraz.
- To znaczy... - doda a Johanna szybko. - Chcia am powiedzie ,  e Robinowi na nikim nie zale y. Gdyby spróbowa a z nim...
No nie, zabrn a w  lepy zau ek.
Robin przyspieszy  i poszed  przodem.
- Do czego, u licha, zmierzasz? - spyta  zirytowany Einar.
- Bardzo... bardzo mi przykro - j ka a Johanna zmie-szana. - To przez przypadek.
- Nadzwyczaj godny po

owania - powiedzia  su-cho Einar. - W

nie wyzna

 publicznie,  e nie jest ci oboj tny!

- A czy móg by  mi wyja ni , dlaczego to a  taki grzech? Tak, przyznaj ,  e mi si  podoba!
Einar skin  g ow .
- To wida . On tak e si  tob  interesuje! I to martwi mnie bardziej, ni  my lisz.
Johanna  ci gn a brwi.
- Nie rozumiem, Einar. Co z nim jest nie tak?
Einar krzykn  do wszystkich:
- Szukajcie dalej, ale trzymajcie si  w pobli u! Nie wchod cie za bardzo w g b lasu!
Przystan  z Joann  nieco z boku, tak by nikt nie móg  ich us ysze .
- Chyba rzeczywi cie powinienem opowiedzie  ci ca-  histori  - zacz  powoli. - Chcia bym, aby  trzyma a si  z dala od Robina. A najlepiej,  eby  w

ogóle st d wy-jecha a. Zrozum, Johanno, on jest taki twardy i oboj tny, poniewa  t umi co , co dochodzi do g osu, kiedy staje si  s aby. Nie mo e si
zapomnie  nawet na sekund . Nie mo e marzy , t skni  ani te  obdarzy  nikogo uczuciem...

- Och - westchn a ze wspó czuciem. - Biedny Ro-bin! Ale dlaczego?
- Tego on sam nie wie. Mówi  o tym tylko raz i wy-zna  wtedy,  e je eli kiedykolwiek ogarnie go jakie  sil-ne uczucie, wtedy wst puje w niego jakby

y duch. Je-dyny sposób,  eby to powstrzyma , to zachowywa  si  obcesowo i brutalnie...

- Ale Robin wcale nie jest grubia ski, chocia  próbu-je - zaprzeczy a Johanna.
- Tak, to dobry cz owiek. Tym bardziej to przykre. Wiem o nim wi cej, ni  wie on sam. Znam przyczyny jego problemów. Dosta em bowiem wszystkie

jego da-ne, kiedy przyjmowa em go do pracy. Tragedia Robina zacz a si  dawno temu... Kiedy mia  dwana cie lat.

Mg a t umi a wszelkie d wi ki. Wydawa o si ,  e od-dziela ich od reszty  wiata.
- Robin mieszka  w pobli u lotniska - mówi  dalej Einar zni onym g osem. - Pewnego dnia na ich dom spad  samolot Ca a rodzina siedzia a w kuchni

przy stole. Zgi-n li wszyscy z wyj tkiem Robina, który sta  przy kuchen-ce i zosta  uratowany dzi ki  cianie oddzielaj cej cz

 ja-daln . Kiedy przyby o

pogotowie, tkwi  jak skamienia y w tym samym miejscu. By  pod wp ywem szoku, ale przy-tomny, i obserwowa  t  potworn  scen  zimnymi, jakby
martwymi oczami. Zupe nie nie reagowa .. Widok zmasa-krowanej rodziny by  tak straszny,  e nawet sanitariusze nie mogli patrze . Lekarze nie potrafili
nic zrobi  dla Ro-bina, po prostu nie uda o im si  nawi za  z nim kontak-tu. Od tego dnia ch opak wydaje si  twardy i nieczu y, ni-czym zamkni ty w
pancerzu. Przyznaje,  e nie ma rodzi-ny, lecz nie pami ta  adnej katastrofy lotniczej.

- A wi c to dlatego - powiedzia a Johanna zamy lo-na. - Boi si  wspomnienia, które mog oby si  wy oni  z pami ci w chwili s abo ci.
- No, tak - odpar  powoli Einar. - Ale nie tylko dlate-go. Lekarze s dz ,  e kryje si  za tym co  jeszcze. W prze-ciwnym razie nie zaprzecza by tak

uparcie faktom. Istnie-je jaki  powa niejszy powód, którego my nie znamy, lecz który na pewno zna Robin. Jest co , przed czym panicz-nie si  broni, i
dlatego rozpaczliwie walczy z ka

 ozna-k  w asnej s abo ci A teraz prze ywa kryzys.

- Kryzys? Co przez to rozumiesz? - spyta a Johanna, chocia  zna a odpowied .

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

- Po raz pierwszy od d

szego czasu obdarzy  uczu-ciem drugiego cz owieka. Nie powiedzia em,  e jest w tobie zakochany, ale to jasne,  e ci  lubi.

To ju  za wiele. Boj  si . Nie czuj  si  na si ach zaj

 si  nim, kie-dy nast pi za amanie, a wiem,  e nawet dziesi

 dzikich koni nie zaci gnie Robina

do szpitala.

- Jak my lisz, co si  mo e zdarzy ?
- Nie wiem. Nikt nie jest w stanie t umi  swych uczu  tak d ugo. Struna jest ju  zbyt mocno napi ta. To si  mo- e sko czy  tragicznie. Boj  si ,  e

Robin równie  zdaje sobie spraw  z niebezpiecze stwa, i postanowi przerwa  to wszystko, zanim nast pi za amanie...

Johanna nagle zadr

a.

- A  mnie przeszed  dreszcz - powiedzia a. - Tak bar-dzo chcia abym mu pomóc.
Einar spojrza  na ni  z powag .
- Mo esz to zrobi  tylko, wyje

aj c st d. Zrozum, istnieje jeszcze inne powa ne zagro enie. Oprócz tego,  e Robin mo e spróbowa  targn

 si

na w asne  ycie, mo e te  zem ci  si  na osobie winnej jego s abo ci...

Nie odzywaj c si  ju  do siebie ani s owem, wrócili do pozosta ych, by kontynuowa  poszukiwania nie-szcz snego Rumpetrolla.
Johanna czu a si  przygn biona i smutna. Nie tylko dla-tego,  e lis uciek . Rozmy la a nad przysz

ci  Robina. Równie  Einar musia  przyzna ,  e

wytworzy a si  trud-na do zniesienia sytuacja. Robin nie móg  przecie  w nie-sko czono

 t umi  uczu . Je eli Johanna wyjedzie, to ni-czego na

sz  met  nie rozwi

e. Spowoduje tylko odroczenie katastrofy, która i tak jest nieunikniona, je li Robin nie podda si  leczeniu. A do szpitala nie

chce i

...

Sz a pogr

ona we w asnych my lach, nie zwracaj c uwagi na to,  e g osy pozosta ych osób coraz bardziej s ab y, a  w ko cu zupe nie zamilk y.

Kiedy wreszcie oprzytomnia a, dooko a panowa a martwa cisza. S ysza- a szmer wody s cz cej si  ze ska y gdzie  w pobli u, lecz nic nie widzia a.
Otacza a j  g sta wilgotna mg a. Johanna poczu a si  nieswojo.

Tylko bez paniki! pomy la a. Psy na pewno mnie znajd .
Ale kiedy si  zastanowi a, u wiadomi a sobie,  e ju  od d

szej chwili ich nie s ysza a.

- Einar! - zawo

a nie mia o, jakby wstydzi a si  w a-snego g osu.

adnej odpowiedzi. G sta mg a otula a j  ze wszyst-kich stron, jakby czeka a i nas uchiwa a razem z ni . Jo-hanna nie mia a poj cia, gdzie si

znajduje.
Spróbowa a znowu.
- Czy jest tam kto ?
Nie odpowiedzia o nawet echo. G os dziewczyny zo-sta  schwytany i zduszony przez mlecznobia  mg , a las by  równie cichy jak przedtem. Zacz a

niepewnie posuwa  si  przed siebie, próbuj c znale

 w

ciw  drog . Ogromne  wierkowe ga zie wy ania y si  z mg y i znowu znika y jak statki

yn ce w szarej ciszy.

- Halo! - zawo

a.

Ga zie roni y  zy, które mi kko i leniwie spada y na ziemi . Ubranie Johanny ca kiem przemok o, chocia  nie pada o.
Przy

a r ce do ust i krzykn a najg

niej jak mo-g a. Chcia a zagwizda  na psy, lecz zamiast tego rozleg  si  tylko 

osny pisk. Nagle

znieruchomia a.
Us ysza a wyra ny szelest ostro nie skradaj cych si  kroków, które po chwili ucich y.
Johanna poczu a przeszywaj cy j  ch ód. Kto  j  tropi !
Stan a nieruchomo, my li kr

y w jej g owie jak oszala e ptaki. To przecie  niemo liwe! Nikt nie mia  chyba powodu, by skrada  si  do niej w ten

sposób? To pewnie jakie  zwierz .

A jednak... To raczej ludzkie kroki, nie ulega o w t-pliwo ci. Ale dlaczego ten kto  nie podejdzie bli ej i si  nie poka e? On, lub ona, s ysza  przecie ,

jak krzycza- a. To chyba kto  obcy, podgl dacz albo mo e z odziej.

Johanna poczu a ucisk w gardle. Próbowa a rozumo-wa  logicznie. Znajdowa a si  daleko od chaty. Nie wi-dzia a absolutnie  adnego powodu, a eby

kto  przemy-ka  si  potajemnie za ni  a  w t  g usz . Istnia o tylko jedno mo liwe rozwi zanie! Pewnie kto  z przyjació  schowa  si  dla  artu za
drzewami we mgle.

Johanna zdoby a si  na odwag  i roze mia a g

no.

- Dalej, wychod  zza krzaków! Wiem,  e tam jeste !
Nikt nie odpowiedzia . Johanna nas uchiwa a z na-pi ciem, nie by a pewna, lecz zdawa o si  jej,  e tu  obok Kto  oddycha.
Na prób  post pi a par  kroków. I natychmiast od-powiedzia y jej skradaj ce si  po ród drzew kroki.
- Nie wystraszysz mnie - powiedzia a i sama us ysza a, jak dr y jej g os. - Je eli taki jest twój zamiar. No, wy-chod , nie s dz ,  eby ta gra w

chowanego by a zabawna!

Jaka  ga zka z ama a si  z ledwie s yszalnym trza-skiem. Johanna odwróci a si  szybko, w stron , sk d do-chodzi  ten d wi k.
Kto to mo e by ? my la a. Robin, który oszala  i chce j  zabi ? Mette, która pragnie j  nastraszy , z samej z o- liwo ci? Willy, który jest na ni  z y za

to,  e uciek a od niego tam w górach? A mo e Einar albo Per? Czy w

ciwie dobrze ich zna a? Lecz najwi kszy ból sprawia a Johannie my l,  e

prze ladowc  móg  by  Robin. Ujrza a go oczyma wyobra ni, jak stoi ukryty za  wier-kowymi ga ziami, z niezwyk ym  arem w tych pi k-nych,
fascynuj cych oczach, pochylony, jak gdyby szy-kowa  si  do skoku. Nie, to nie mo e by  Robin, takiej my li nie zniesie!

Kto  jednak tam by . Zagryz a z by,  eby opanowa  panik . Co to za wymys y? Ona, Johanna, nigdy prze-cie  si  nie ba a i nie brakowa o jej

pewno ci siebie. Nie jest ju  dzieckiem...

Nie, na nic si  nie zda nakazywanie sobie odwagi. Czu a strach, bo spotka a si  z czym , czego nie zna a i nie rozumia a. Gdyby tylko wiedzia a,

dlaczego kto  chowa si  w ten sposób, nie przera

oby j  to a  tak bardzo, wiedzia aby, z kim walczy. Ale to by o co  nie-normalnego! Ca kiem

niepoj tego!
Rozejrza a si . Po jednej stronie mia a b otniste trz -sawisko, tam nie odwa y si  ucieka . Przed ni  znajdo-wa  si  las kryj cy nieznanego

prze ladowc . Po lewej stronie wznosi a si  poro ni ta mchem skalna  ciana. Z ty u mia a...

Nie marnuj c czasu na my lenie, odwróci a si  i jak najszybciej zacz a oddala  si  bezszelestnie od niebez-piecznego s siedztwa. Pocz tkowo

uda o si  jej zmyli  przeciwnika, lecz po chwili znowu us ysza a kroki, tym razem zdecydowane i gro ne. Johanna przyspieszy a, wreszcie zacz a
sadzi  wielkimi susami. Skr ci a w stron  przeciwn  od trz sawiska i zauwa

a,  e te-ren si  wznosi. Przed sob  ujrza a skaln

cian . Roz-paczliwie

rzuci a si  w t  stron  i ukry a za krzakami.

„On” natomiast szed  dalej. S ysza a trzask  amanych ga zek i chlupot ci

kich kroków w grz skiej ziemi. Po chwili znowu zapad a cisza. Zapieraj ca

dech martwa cisza...

Gdzie s  wszyscy pozostali? pomy la a Johanna zrozpaczona. Dlaczego nie nadchodz ?
Wydawa o si , jakby goni cy zgubi

lad. W my lach okre la a prze ladowc  jako m

czyzn , lecz równie do-brze mog a to by  Mette, stoj ca teraz

mi dzy bagnem a ska  i nas uchuj ca.  cigaj cy post pi  kilka kroków i znowu przystan . Johanna zagryz a wargi. Dr

cymi palcami podnios a z

ziemi niewielki kamie  i rzuci a go jak tylko mog a najdalej, starannie obieraj c kierunek.

Kamie  upad  ze s abym trzaskiem w lesie w pewnej odleg

ci od tajemniczego wroga. Natychmiast us y-sza a kroki oddalaj ce si  w kierunku,

sk d doszed  od-g os uderzenia.

Johanna nie waha a si  ani minuty. Zacz a wdrapy-wa  si  na ska , chwytaj c si  mizernych rzadko rosn -cych krzewów ja owca. Martwi a si ,  e

jej sanda y o g adkiej podeszwie troch  si

lizgaj . Stara a si  po-rusza  jak najciszej, a poniewa  by a lekka i zwinna, nie mia a k opotu z wej ciem na

gór .
Nie mog a jednak przemieszcza  si  ca kiem bezg

-nie, chocia  stara a si  jak mog a. By a prawie na samej górze, kiedy us ysza a,  e

prze ladowca zorientowa  si , w jakim kierunku zmierza. Wspina a si  dalej uparcie, po-suwa a si  coraz wy ej. Zauwa

a,  e znowu ma nad

ci-gaj cym przewag . Daleko w dole, u stóp ska y, us ysza- a odg osy skrobania i g uchych uderze  butów o kamie .

Johanna u wiadomi a sobie,  e wychodzi z mg y, która do tej pory bardzo jej pomaga a. Rzuci a si  biegiem wzd

 grzbietu wzgórza i zatrzyma a

gwa townie przed ogromnym monstrum, które nagle wyros o tu  przed ni .

Min o kilka sekund potwornego przera enia, zanim zrozumia a,  e to tylko stara wie a obserwacyjna.
ROZDZIA  V
Z wahaniem podesz a do drzwi. W zamku tkwi  klucz. Stara, zniszczona budowla wygl da a do

 niesa-mowicie z tymi  cianami z ciemnobr zowych,

zbutwia- ych desek. Johanna rozejrza a si  doko a bezradnie. S

ce zasz o, lecz niebo na zachodzie ci gle by o o le-piaj co jasne. Poni ej wszystko

spowija a g sta, bia a wata, która rozci ga a si  przez wiele kilometrów a  do nast pnego wzgórza.

Nie s ysza a za sob  nikogo, lecz nie mia a odwagi uwierzy ,  e to koniec po cigu. Wie a stanowi a by  mo e  mierteln  pu apk , lecz w

nie teraz

wydawa a si  bezpiecznym schronieniem po wyczerpuj cej goni-twie po lesie, podczas której Johanna czu a si  jak  ci-gana zwierzyna.

Przezwyci

a niepewno

, przekr ci a klucz w za-mku i wesz a do  rodka. Na szczyt wie y prowadzi y kr te, na wpó  zrujnowane schody. Deski w

cianach by y tak rozeschni te,  e dziewczyna przez szpary mo-g a obserwowa  okolic . Zacz a si  wspina , jak tylko mog a najciszej, pokonuj c po

dwa stopnie naraz. W po owie drogi pomy la a,  e powinna zamkn

 za so-b  drzwi na klucz, ale nie mia a odwagi wróci . Co zro-bi, je li spotka na

schodach swego prze ladowc ...?

Kiedy znalaz a si  na samym szczycie wie y, na otwar-tej platformie, wype ni a j  upajaj ca pewno

 siebie, ja-kiej zwykle si  nabiera, patrz c na

wiat z du ych wyso-ko ci. Nikt nie mo e jej zaskoczy  tu na górze.

Jednak to p onna nadzieja. W jaki sposób b dzie si  bro-ni , kiedy „on” przyjdzie? By a zdana wy cznie na w asne si y. Z do u  aden z przyjació  jej

nie zauwa y, chyba  e-by wpad  na pomys  wdrapania si  na jaki  pot

ny  wierk.

Wtedy us ysza a wo anie.
- Johanna! - zabrzmia  w oddali czyj  g os, a potem jeszcze jeden, znacznie bli ej.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Nie potrafi a rozró ni , do kogo nale

. Ale szukali jej. Tak bardzo chcia aby odpowiedzie , lecz ten, kto odzywa  si  najbli ej, móg  by  wrogiem.

Je eli tak, to pozostali znajdowali si  zbyt daleko, by zd

 na czas. Mg a podnios a si  teraz tak wysoko,  e ca kowicie skrywa a wzgórze, na którym

sta a wie a. Nawet gdy-by kto  podszed  ca kiem blisko, Johanna i tak nie by- aby w stanie go dojrze .

Usiad a, opieraj c si  plecami o  cian , i czeka a. Mo- e przyjdzie ich kilkoro, wtedy zaryzykuje i si  odezwie.
W tej samej chwili drgn a. U stóp wie y da y si  s y-sze  po pieszne kroki. Zatrzyma y si .
- Johanna! - zawo

 kto  niecierpliwie.

To Robin, rozpozna a ten szczególny g os. Serce jej bi o jak oszala e, odruchowo zas oni a usta r

. Nieco pó niej us ysza a,  e skrzypn y

otwierane drzwi.

- Jeste  tam? - zawo

.

Nie mia a odwagi si  poruszy . I nagle rozleg  si  od-g os nowych kroków. Kto  nadbiega . Teraz! Teraz jest ich wi cej, teraz si  o mieli. Unios a si

do po owy, lecz w tej samej chwili sta o si  co  dziwnego. Robin by  ju  w drodze na gór , kiedy drzwi zatrzasn y si  za nim z ha asem i kto  przekr ci
klucz od zewn trz.

Johanna us ysza a,  e Robin zbiega p dem na dó  i szarpie za klamk , przeklinaj c w z

ci. Nie przebie-raj c zbytnio w s owach, krzycza , by ten

„idiota” na-tychmiast wróci  i otworzy . Lecz wokó  wie y panowa- a cisza. W ko cu da  za wygran  i usiad  na schodach.

Johanna ostro nie wysun a si  z ukrycia.
- Robin - zawo

a cicho.

yskawicznie wsta  i wszed  par  stopni na gór .

- Co tu robisz? - spyta  w ciek y, lecz Johanna uci-szy a go.
- Kto  mnie goni  - szepn a. - Wi c si  tu schowa- am. Czy widzia

, kto zatrzasn  drzwi?

Zaprzeczy  ruchem g owy.
- My la em,  e to jaki  g upi  art - oznajmi . - Teraz jednak ju  rozumiem. Ten, kto to zrobi , chcia  si  mnie pozby , bo wiedzia ,  e jeste  tu gdzie  w
pobli u.
Johanna skin a g ow .
- A poniewa  nie odpowiada am na twoje wo anie, pomy la ,  e tu mnie nie ma.
- Tak, chyba masz racj . Dlaczego si  nie odzywa

? - spyta  z pretensj  w g osie.

- Mówi am ju ,  e nie wiem, kto mnie  ciga . A ty nie obdarzy

 mnie zbytni  sympati , kiedy tu przyje-cha am.

Popatrzy  na ni  przez chwil , jakby zamierza  sko-mentowa  jej s owa, ale zaraz si  odwróci .
- Co teraz zrobimy? - spyta a Johanna.
Usiad  pod  cian  daleko od niej.
- Poczekamy - rzuci  krótko. - Pozostali wkrótce tu przyjd . Co si  w

ciwie z tob  sta o?

- Zab dzi am. W tej mgle nie by o to trudne. Zupe -nie nie wiedzia am, gdzie jeste cie.
Zapad a cisza. Siedzieli ka de po swojej stronie plat-formy, unikaj c wzajemnie swego wzroku. Johanna za-stanawia a si , dla kogo ta sytuacja jest

bardziej k opo-tliwa. Zapewne dla obojga w równym stopniu. Mo liwe,  e inne dziewcz ta nie widz  w nim nic szczególnego, pomy la a. Ale mnie
wydaje si  fascynuj cy. Te zaci te usta, nieodgadnione oczy... Ciekawa jestem, jak wygl -da, kiedy si  u miecha, przyja nie i czule... Tak strasznie mi
si  podoba! A od kiedy us ysza am o nieszcz

ciu, które go spotka o, podoba mi si  jeszcze bardziej. Einar powiedzia ,  e Robin mnie lubi. Ha! W takim

razie  wietnie to ukrywa! Po prostu bije od niego nienawi

. Wygl da, jakby zamierza  wzi

 mnie mi dzy palec wskazuj cy i kciuk i rozetrze  na proch.

Johanna drgn a, kiedy Robin si  odezwa .
- Dlaczego kto  chcia by ci  z apa ?
- Nie wiem - odrzek a. - Nic z tego nie rozumiem. Nie wygl da na to,  eby chcia  mnie zabi , poniewa  móg by zaatakowa  mnie ju  tam w lesie. Ale

dzieje si  co  dziwnego. On sprawia wra enie, jakby próbowa  za-czai  si  na mnie i zaskoczy , tak  ebym nie widzia a, kim jest... Czy potrafisz
zrozumie  dlaczego?

- Nie. A jak ty my lisz, kto to jest?
- Nie ty - odpar a ze s abym u miechem, którego Ro-bin nie odwzajemni . - I nie Einar. Ale...
- Tak?
- Nie, nie wiem. To jaka  szalona my l, która mi w a- nie przysz a do g owy.
- Powiedz. Mo e jest w tym jaki  sens.
To niezwyk e siedzie  tak i rozmawia  z Robinem. Dziwne,  e on w ogóle zadaje sobie trud, by prowadzi  t  rozmow . Nic nie mog a na to poradzi ,

lecz czu a si  odrobin  dumna z tego powodu.

- Nie, to ca kiem idiotyczne - powiedzia a. - Znam przecie  Willy'ego, by  moim bliskim przyjacielem przez kilka miesi cy...
- Tak, to rzeczywi cie dziwne - przyzna  Robin sucho.
Czerwcowa noc k ad a si  nad nimi,  agodna i mi a. Mg a rzed a i powoli znika a.  piewaj cy drozd trajkota  do nieznanego s uchacza, od czasu do

czasu s ycha  by- o szybkie  opotanie skrzyde  nocnych ptaków, przelatu-j cych w pobli u. Johanna powoli si  odpr

a, dr enie cia a ust powa o.

Zaczyna a niemal odczuwa ,  e co  j

czy z tym zamkni tym w sobie cz owiekiem siedz cym naprzeciwko.

- Jest jeszcze wiele innych zastanawiaj cych rzeczy - odezwa a si  zamy lona. - Na przyk ad pióro, które Per znalaz  pod moim oknem. Ciekawe,

czy to naprawd  Willy zagl da  wtedy do pokoju i je zgubi ? I to dziw-ne przeszukiwanie mojego mieszkania. Nie rozumiem, dlaczego Willy przygl da
si  tak uwa nie moim sto-pom, kiedy przyjecha  z Mette. Lub mo e sanda om. Chcia ,  eby my poszli si  wyk pa , a wtedy musia a-bym je zdj

...

Niedawno przy apa am Mette, jak cho-dzi a na czworakach po sypialni z moimi sanda ami w r ku. - A teraz Willy próbowa  przekona  mnie, bym je
zostawi a w domu... Robin, czy co  z tego rozumiesz?

- Hm, to mo e wyja nia , dlaczego chcia  si  pod - kra

 do ciebie niezauwa ony. By  mo e zamierza  ci  og uszy  i zabra  te buty?

Spogl dali w milczeniu na sanda y Johanny. Dziewczy-na zdj a je z nóg i usiad a obok Robina. Odruchowo odsun  si  troch  dale;. Uda a,  e tego

nie dostrzeg a.

- Czy widzisz w nich co  niezwyk ego? - spyta a. - Mu-sz  przyzna ,  e by y drogie, chocia  mo e nie atwo to te-raz zauwa

, ale na co mog  by

potrzebne Willy'emu?

Robin wzi  jeden sanda . Ogl da  go dok adnie, okr ca  i obraca  na wszystkie strony. Potem odda  go Johannie. Przypadkiem dotkn a jego r ki, a

on cofn  j  gwa townie.

Po krótkiej chwili, kiedy zak ada a buty, rzuci  ochry-p ym g osem:
- Co ty widzisz w takim typie jak Willy?  e te  mu-sia

 si  zakocha  w kim  takim jak on!

Wzruszy a ramionami.
- Có , zawsze mia am dziwn  sk onno

 do zakochi-wania si  w nieodpowiednich m

czyznach. W

nie. To brzmi tak, jakbym nic innego nie robi a,

tylko my- la a o flirtach. Tak czy owak, mam dwadzie cia cztery lata i kilka nieszcz

liwych mi

ci za sob . Za ka dym razem trafia am na m

czyzn,

których mi by o  al. Nie potrafili niczego osi gn

. To mo e pewnego rodzaju egoizm lub zarozumialstwo z mojej strony, lecz faktem jest,  e mam

abo

 do opuszczonych, niezrozumia-nych i pozostaj cych na uboczu. Kiedy spotyka am ta-kiego m

czyzn , próbowa am doda  mu pewno ci i

wiary w siebie, okazywa am mu na wszystkie sposo-by, jak go podziwiam i jakim darz  go uczuciem.

Zamilk a troch  zmieszana. Nigdy nie rozmawia a z nikim w ten sposób, chcia a jednak wyja ni  Robino-wi, jak by o naprawd .
- Mów dalej - poprosi  cicho.
- A rezultat by  zawsze taki sam. Jego pewno

 sie-bie ros a w najwy szym stopniu, stawa  si  zarozumia y, odchodzi  i zaczyna  adorowa  inn

dziewczyn , o której przez ca y czas skrycie marzy . Ja nie mog am liczy  nawet na „dzi kuj ”, przypuszczalnie taki ch o-pak nie zauwa

 mojego

udzia u w swojej przemianie.

Zamilk a na moment, ale zaraz zacz a mówi  dalej:
- Jednak te pora ki rani y tylko moj  pró no

, cho-cia  by y bolesne. Pozwala y mi jednocze nie my le ,  e ci gle czekam na „m

czyzn  swego

ycia”. Wtedy w a- nie na horyzoncie pojawi  si  Willy i ca kowicie zmieni- am swoje dotychczasowe post powanie. Okazywa  mi pewne

zainteresowanie, traktowa  mnie chyba jak skrom-n , niewinn  panienk  ze wsi, a ja pomy la am: Mo e my-li am do tej pory wspó czucie z mi

ci , ale

teraz ten oto wspania y egzemplarz to naprawd  m

czyzna dla mnie! Tak, i w ten sposób zasugerowa am sobie samej, a nawet uwierzy am,  e jestem

zakochana w Willym. Ale w rze-czywisto ci nie by a to mi

, mo e tylko zauroczenie, które teraz zamieni o si  w niech

.

Zapad a cisza. Robin z zaci to ci  uderza  patykiem w deski pod ogi. Potem powiedzia  cicho:
- A wi c twoje zainteresowanie dla mnie to jedynie wspó czucie? Czy jest ci mnie  al? Jestem jednym z tych s abych, którym tak  atwo ulegasz, tak?
- Nie - odpar a Johanna. - To co  zupe nie innego. Powiem ci dok adnie, co czuj . Lubi  ci  nie dlatego,  e zas ugujesz na wspó czucie. Ale zrodzi o

si  we mnie uczucie, którego nie potrafi  nazwa  i jakim nigdy je-szcze nikogo nie darzy am. Jest ca kiem nowe i na ra-zie tylko si  go domy lam...
Ro nie jednak z ka

 mi-nut , g bokie i prawdziwe... Einar prosi  mnie, abym st d wyjecha a, z twojego powodu, i zamierzam to zro-bi . Jutro.

Z jego ust wydoby o si  „nie”, które zabrzmia o jak j k. Odwróci  si  w jej stron , przez mgnienie oka jego twarz wyra

a bezradno

. Johanna

odetchn a g boko.

Robin wsta  i przechyli  si  przez por cz.
- Wspaniale - rzuci  twardo. - Nie lubi  ci ! Jeste  natr tna i nudna...
Lecz Johanny nie zmartwi y wcale te s owa, wiedzia- a,  e kierowa  je bardziej do siebie ni  przeciw niej.
- Nie znosz  ci , Johanno! - mówi  dalej. Nie znosz  ci  za to,  e wtargn

 dzi  do mego pokoju. Kiedy po - sz

, my la em..

Zamilk  jakby w obawie,  e g os mu si  zaraz za amie. Po chwili odezwa  si  znowu, ale takim tonem, jak-by ka de wypowiadane s owo sprawia o mu

ból.

- Wyobra

em sobie,  e ci gle tam jeste , lecz ja nie ode-pchn em ci , sta

 bez s owa w mych ramionach, a wszy-stko by o prawdziwe i pi kne,

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

nie tak, jak, w co g bo-ko wierz , mo e by  mi dzy dwojgiem ludzi... I wtedy wst -pi o we mnie znowu to z o, które tylko czeka,  ebym sta  si

aby_ Zostaw mnie w spokoju, Johanno - szepn  zrozpaczony. - Ja nie mog , nie dam rady... Czuj , jakbym by  rozrywany na kawa ki. Uczucie, o

którym mówi

, to, które zaczyna si  w tobie budzi , rodzi si  tak e we mnie. Wyjed , Johanno, wyjed  jak mo esz najpr dzej! Nie mam wyrzutów

sumienia, kiedy rani  i odtr cam in-nych, ale ciebie nie chc  skrzywdzi . Mimo to musz ! W przeciwnym razie zwyci

y z o.

- Co jest tym z em? - spyta a cicho Johanna.
Odwróci  si  w jej stron . Widzia a, jak w rozpaczy zaciska i prostuje palce.
- Nie wiem, Johanno. Wiem tylko,  e ty je wyzwalasz, i próbuj  ci  za to nienawidzi , ale nie potrafi . Chc

 w spokoju, boj  si  tego, co si  we

mnie kryje, cho  nie wiem, co to jest!

Ostro nie spyta a:
- Dlaczego nie pójdziesz do szpitala, Robinie? Tam na pewno uzyskasz pomoc.
- Nie! - zaprotestowa  energicznie. - Czy nie rozu-miesz? Tam odkryj  prawd . A ja boj  si  w

nie praw-dy. Mówi ,  e moi rodzice i rodze stwo

zostali zgnieceni przez spadaj cy samolot. Nie pami tam tego, ale czy my lisz,  e nie zniós bym takiego wspomnienia? Nie, Johanno, prawda jest o
wiele gorsza i tkwi ukryta w mojej pod wiadomo ci!

Niemal wykrzycza  ostatnie s owa. W jego oczach skie-rowanych w dziewczyn  czai  si  ob d. Johanna nie by- a w stanie opanowa  strachu.

aga a w duchu,  eby si  uspokoi . Tak bardzo pragn a mu pomóc. Nie chcia a jednak st d wyje

, lecz zosta  przy nim i wspiera  go. A

tymczasem stanowi a dla niego zagro enie...

- Rozumiem - szepn a. - B

 trzyma  si  z dala od ciebie.

Odpr

 si  i wróci  do swego dawnego, ch odnego „ja”.

- Dobrze. Im rzadziej b dziemy si  widywali, tym le-piej.
Mimo  e jego twarz ukry a si  pod mask  oboj tno ci, Johanna dostrzeg a pewn  odmian  w spojrzeniu i ru-chach Robina. Pod opalon  skór

skroni, tu  pod popielatoblond w osami, jeden z mi

ni drga  nieprzerwanie.

- Boli ci  teraz, Robin? - powiedzia a cicho, bardziej stwierdzaj c fakt, ni  zadaj c pytanie.
- Tak, a co my lisz? - prawie rykn . - My lisz,  e co-dziennie opowiadam o tym na okr

o? Mówi em o tym po raz pierwszy od wypadku! I to w

nie

tobie™ B

c z tob  sam na sam. Pragn bym by  z kamienia, ale nie jestem!

onie Robina zbiela y na por czy i Johanna zauwa-

a, jak na jego twarz wyst puje pot. Da aby wszyst-ko, by móc wzi

 go teraz w ramiona,

przytuli  i szep-ta  koj ce s owa. Lecz to by oby chyba najgorsze, co mog aby zrobi .

Sta a tak zagubiona, patrz c, jak Robin cierpi, i na-gle us ysza a szczekanie psów, oznaczaj ce ratunek dla nich obojga.
- Nareszcie! - odetchn a.
Robin jakby si  obudzi  ze z ego snu i przetar  twarz. Zawo

 i odpowiedzia y mu jakie  g osy. To Per i Einar.

- Znale li my Rumpetrolla! - krzykn  Per w ich stron . - Ale nie uda o si  nam go z apa . Schowa  si  w dziurze, któr  sam zreszt  wykopa em, i za

nic nie chce stamt d wyj

. Lecz co, do stu piorunów, robicie tam na górze?

Min a dobra chwila, zanim Johanna i Robin zdo ali wyt umaczy ,  e zostali zamkni ci w wie y. W ko cu cali i zdrowi znale li si  z powrotem na
ziemi.
Psy powita y Johann  uszcz

liwione i dziewczyna szczerze si  wzruszy a, widz c, jak si  ciesz . Podzi ko-wa a serdecznie Perowi i Einarowi.

Robin nie odezwa  si  s owem. Jego twarz by a równie nieprzenikniona i martwa jak przedtem.

- Czy daleko st d do tej dziury z Rumpetrollem? - spy-ta a.
- Nie, kilka minut drogi - odpar  Einar. - To psom uda o si  wytropi  tego ma ego drania. Na szcz

cie jest tam nale

cy do Pera „sprz t do

wydobywania z ota”, wi c b dziemy mogli zej

 do do u. Twoi przyjaciele stoj  na stra y i pilnuj ,  eby lis znowu nie uciek .

Johanna drgn a, s ysz c ironi  w okre leniu: „twoi przyjaciele”, lecz nic nie powiedzia a. Per i Einar co  po-dejrzewali.
- Co si  w

ciwie sta o, Johanno? - spyta  Per. - Dla-czego tak nagle znikn

 i w jaki sposób znale li cie si  w tej wie y?

Westchn a, a nast pnie opowiedzia a ca  histori , nie wspominaj c jednak o rozmowie z Robinem.
- Sanda y? - powtórzy  Einar w zamy leniu. - To za-stanawiaj ce. Ale znajdziemy przyczyn  tajemniczych zainteresowa  Willy'ego. Mo e mu wcale

nie chodzi o twoje buty...

osy id cych odbija y si  echem w t  letni  noc. Mg a opad a i powietrze znowu sta o si  przejrzyste. W

ciwie nie by o ciemno, panowa  pó mrok i

okolica wygl da a jak na niewyra nej czarno - bia ej fotografii. Wokó  rozchodzi  si  ch odny zapach mchu i ziemi.

Robin zdawa  si  nie zauwa

 obecno ci Johanny. Trzyma  si  raczej w pobli u kolegów, lecz raz, kiedy schodzi a ze ska y, poczu a nagle pod

swoim  okciem jego d

. Podnios a wzrok i chcia a mu podzi kowa  za pomoc, ale jego ju  nie by o.

W oddali zobaczyli Willy'ego i Mette, siedz cych na kamieniach na szerokim wzniesieniu. Wygl dali do

 po-nuro i kiedy Johanna podesz a bli ej,

zauwa

a bez tru-du,  e Mette jest w pod ym humorze. U miechn a si  do dawnej przyjació ki, lecz nie otrzyma a odpowiedzi.

Jama nie wydawa a si  szczególnie du a, ale kiedy Per po wieci  latark , Johanna zmieni a zdanie. Wykop mia  oko o pi tnastu metrów g boko ci

Stosunkowo szeroki przy wej ciu, zw

 si  w dole, zamieniaj c si  na ko cu w w sk  szczelin . Przy tej w

nie szczelinie siedzia  Rumpetroll Na

pró no go wabili. Jego oczy  wieci y czer-wono w  wietle latarki, przez chwil  popatrzy  w gór , lecz potem odwróci  si , nie zwracaj c na ludzi uwagi.

- Je eli wyp oszysz stamt d nied wiedzia, nigdy ci te-go nie wybacz ! - zawo

 Per gro nie. - Wy

, ty n dz-na kreaturo!  eby tylko nie wszed  do

tej w skiej szcze-liny, bo wtedy ju  po nim!

- Musimy chyba zej

 na dó  i go wyci gn

 - stwier-dzi a Johanna. - Ale jak?

- By em ju  kiedy  tam na dole - odpar  Per. - O, tam jest wyst p, widzisz? Potem trzeba przedosta  si  przez „strumie

upkowy”, tam gdzie cieknie

woda, je-szcze troch  zeskoczy , a reszta jest prosta.

Johanna spojrza a sceptycznie.
- To mo e by  niebezpieczne. Zw aszcza na tych oblu-zowanych, g adkich  upkach. W tym miejscu jest tak stromo...
- Tak - przyzna  Einar po namy le. - Wygl da na to,  e kiedy  p yn  t dy strumie . Czy to nie jest zbyt ry-zykowne, Per?
Per zlekcewa

 ich obawy.

- To wcale nie takie gro ne, jak si  wydaje. Widzisz chyba,  e w samym  rodku  upkowego strumienia wy-staje du y kamie . Mo na na nim stan

.

Ale kto zej-dzie na dó ?

Potrzeba by o paru osób, by osaczy  Rumpetrolla. Po-stanowiono,  e zejd  Einar, najbardziej zaprzyja niony z lisem, Johanna, która jest za zwierz

odpowiedzialna, oraz Per, znaj cy jam  jak w asn  kiesze . Ka de z nich przewi za o si  lin  w pasie, a Robin przymocowa  drugi jej koniec do pnia
sosny rosn cej tu  obok. Psy uwi -zano w pobli u, aby nie robi y zamieszania. Willy siedzia  na kamieniu i celowa  ze z

ci  szyszkami w drzewo.

Czekaj c na swoj  kolej, Johanna rozmawia a z Mette.
- Bardzo si  denerwuj . Mam nadziej ,  e uda si  nam wydosta  lisa.
- To dziecinada! - odpar a Mette z przek sem. -  a-zi  po dziurach jak smarkacze! Nie my l sobie,  e Wil-ly ma czas na co  takiego!
- Czas? - zdumia a si  Johanna. - A do czego mu si  tak spieszy? My la am,  e wzi  urlop, tak w ka dym razie mówili cie!
- No tak, nie to mia am na my li - odpar a Mette speszona.
Wydawa a si  troch  niezadowolona z powodu bra-ku m skiej opieki. Willy siedzia  daleko, a na Robina nie mog a liczy . Mette zauwa

a,  e ten

dziwny ch o-pak spogl da ukradkiem na Johann , nie mia o i t sk-nie, i to j  denerwowa o. Nie by a przyzwyczajona do tego, by pozostawa  na
dalszym planie. Gdyby mia a cho  najmniejsz  szans , by wymanewrowa  Johann , nie waha aby si  ani sekundy, lecz ten niezno ny facet jest
absolutnie nieczu y, uzna a.

To by  ca kiem idiotyczny pomys  ze strony Willy'ego,  eby jecha  w  lad za Johann . Po drodze jed-nak wyt umaczy , dlaczego tak zdecydowa . To

w grun-cie rzeczy bardzo podniecaj ce! Prawie jak na filmie. I niebezpieczne! Teraz sta a si  uczestnikiem spisku i wspólniczk  Willy'ego! Ale Johanna
jest taka niezno- na, za ka dym razem krzy uje im plany! Na nic nie zda o si  wypuszczenie lisa ani te  Willy nie mia  mo -liwo ci pozostania sam na
sam z Johann . Prawda, mia , ale si  nie uda o. Willy traci  cierpliwo

, zacz o mu si  spieszy . Za kilka godzin musi by  z powrotem w mie- cie w

umówionym miejscu. A tymczasem siedz  tu w  rodku tego idiotycznego lasu i nie mog  zdoby  te-go, czego szukali!

Mette wbija a paznokcie w d onie, my

c o tym,  e-by mie  ju  to wszystko za sob .

- Twoja kolej, Johanno - rzuci  krótko Robin.
Dziewczyna chwyci a jego wyci gni

 d

 i zajrza- a w g b otworu.

- Ojej! - g ucho zabrzmia  z do u g os Pera. - Czuj

askotanie w brzuchu! Tu nie ma si  czego trzyma !

- Uwa aj na obsuwaj ce si  kamienie, Johanno - us y-sza a g os Einara. Znajdowa  si  jeszcze ni ej ni  Per. - Nie, Per, nie nadepnij na ten

obluzowany  upek!

Johanna zacz a spuszcza  si  ostro nie coraz g biej. Najd

ej jak mog a trzyma a si  r ki Robina, który o wietla  jej latark  drog . Po chwili

poczu a, jak uwol-ni  sw  d

.

- Id  ostro nie - przestrzeg  cicho.
Krok po kroku posuwa a si  coraz dalej wzd

 wy-st pu, jednocze nie szukaj c r koma oparcia. Nie zawsze mog a sta  wyprostowana, niekiedy

musia a schyla  si  pod pó kami w skalnej  cianie. Ca y czas za wszelk  ce-n  stara a si  utrzyma  równowag . Zarówno Einar, jak i Per byli ju  prawie
na samym dole i Johanna s ysza a, jak wabi  upartego Rumpetrolla.

- Musimy porusza  si  bardzo ostro nie - powiedzia  Einar. - Je eli cho  troch  go przestraszymy, zniknie w szczelinie, a wtedy mo emy si  z nim
po egna !
- Przestraszymy! - prychn  Per. - Ten potwór nie przestraszy si  nawet samego diab a! Je eli zniknie, zrobi to z czystej z

liwo ci.  eby nas

rozdra ni . My li,  e to zabawa!

Johanna dotar a do strumienia  upków i zrobi a d u-gi, niepewny krok ponad nim, wyczu a tward  ska  w sa-mym  rodku naniesionych kamieni i

odetchn a z ulg , kiedy na niej stan a. Nast pnie przedosta a si  na drug  stron . Po kilku krokach znalaz a si  w dole obok Pera.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

- No - szepn a. - Jak leci?
- Einar nawi za  kontakt - odpar  Per uroczy cie. - Wróg wydaje si  by  przyja nie nastawiony. Wywiesi  bia  flag , a negocjacje s  w toku.
ROZDZIA 
 VI
W  wietle latarki Johanna zobaczy a, jak udobruchany Rumpetroll podchodzi do Einara, machaj c ogonem. Ci-che skomlenie  wiadczy o o tym,  e

cieszy si  z tych odwie-dzin. Lecz kiedy Einar powoli wyci gn  r

,  eby go schwyci , lis b yskawicznie czmychn  na drug  stron .

Einar zakl  na g os.
- Otoczmy go! - rozkaza . - I pilnujcie,  eby nie zszed  jeszcze ni ej!
W gruncie rzeczy by o to do

 wygórowane 

danie, lecz Per i Johanna robili, co mogli.

- Chod  tu, mój ma y przyjacielu - mówi  Per przy-milnie. - Chod  do wujka Pera, to dostaniesz co  dobre-go. Pieczonego szczura lub co tylko

zechcesz! Kochany, mi y,  liczny Rumpetrollu. No chod

e, ty n dzny, wy-rachowany, z

liwy potworze!

adnego skutku. Rumpetroll s ucha  oboj tnie za-równo pró b, jak i gró b, li

c przedni

ap , lecz d u-gi monolog Pera przynajmniej odwróci  uwag

lisa od tego, co robi  Einar.

On za  od ty u niespodziewanie chwyci  zwierzaka za grzbiet. Rumpetroll wi  si , w ciek y i zaskoczony. Zacz  wierzga  tylnymi  apami i zrani

Einara w rami . In ynier krzykn  z bólu, czuj c ostre pazury.

- Szybko, smycz!
- My la em,  e ty j  masz - odpar  Per.
- O Bo e! - wybuchn  Einar. - Zosta a na górze! Hej, Robin! - krzykn . - Przy lij tu Willy'ego ze smycz . A ty, Johanna, wyjd  mu naprzeciw. Tylko

szybko, pro-sz . Nie utrzymam d ugo tej bestii. A wynie

 go na r -kach na pewno si  nie uda!

Johanna pospieszy a w gór  wzd

 skalnej  ciany, Willy schodzi  ju  na dó . Wspina a si  ku masie  upków, gdzie czeka . Poniewa  do du ego

kamienia po rodku mia a bli ej ni  Willy, zrobi a du y krok w t  stron .

Gdybym tak za

a inne buty! pomy la a. Te san-da y  lizgaj  si  tylko i w ogóle nie mog  utrzyma  w nich stopy. S  zreszt  tak zniszczone,  e ju

bardziej si  nie da. Teraz to w

ciwie nie ma  adnego znacze-nia,  e Mette w

a je pierwsza...

W tym momencie Johanna znieruchomia a i wlepi a oczy w Willy'ego. Zapomnia a o tym! Mette przecie  po yczy a raz te sanda y. Mia a je na sobie,

kiedy Wil-ly j  do siebie zaprosi . Willy, jako sekretarz w minister-stwie, cz sto kontaktowa  si  z cudzoziemcami. I w a- nie tego wieczoru, kiedy spotka
si  z Mette, szukano w jego mieszkaniu mikrofilmu, stanowi cego kopi  wa nych dokumentów. Willy, który na moment zosta  sam w sypialni, musia  w
panice ukry  gdzie  mikro-film. W sanda ach Mette... Które, jak si  potem okaza- o, nale

 do mnie.

Wszystko to przemkn o przez g ow  Johanny w ci -gu kilku sekund. U wiadomi a sobie,  e wpatruje si  w Willy'ego i wymawia na g os s owo
„mikrofilm”.
Oczy Willy'ego wyra

y w ciek

 i desperacj . Trudno powiedzie , co w

ciwie zamierza  zrobi . Mo- e chcia  uciec z jamy, mo e chcia  schwyci

Johann , w ka dym razie wykona  nieostro ny ruch, straci  rów-nowag  i wpad  w sam  rodek strumienia  upków.

- Ratunku!
Przera ona Johanna zobaczy a, jak kamienny stru-mie  zaczyna si  przesuwa . Dostrzeg a w spojrzeniu Willy'ego co  na kszta t zdziwienia, a

potem ze lizn  si  w dó  razem z mas  skalnych od amków.

Per i Einar rzucili si  w bok,  eby unikn

 lawiny, któ-ra spada a prosto na nich. Rumpetroll tymczasem kilkoma d ugimi susami wydosta  si  z jamy

na wolno

 i uciek .

Willy krzycza  przera liwie. Jego palce kurczy y si  desperacko, szukaj c punktu zaczepienia, lecz go nie znalaz y. Ogromna si a bezlito nie  ci ga a

nieszcz

ni-ka w dó  ku zdradliwej szczelinie, niczym mrówk  wy-sysan  przez larw  mrówkolwa.

Nieco wy ej rozpaczliwie walczy a o  ycie Johanna. G uchy d wi k ponad jej g ow  zapowiada  katastrof .  upki ze  wistem wystrzeliwa y ze skalnej

ciany, a wiel-ki blok powy ej powoli zaczyna  si  wysuwa , obluzo-wany przez lawin  spadaj cych kamieni.

Johanna podpar a r kami g az,  eby go powstrzyma . Jednocze nie jedna jej noga zaczyna a si  ze lizgiwa . Daremnie szuka a punktu oparcia.
- Robin! Robin! - zawo

a.

Us ysza a jego g os oszala y z przera enia:
- Trzymaj si , Johanno! Nie puszczaj!
Wtedy zrozumia a,  e Robin wie, w jakiej sytuacji si  znalaz a. Ale nie móg  nic zrobi . Jeszcze nie. Najpierw musia  ratowa  Willy'ego.
Spojrza a w dó . Napi ta lina, któr  Robin przytrzymy-wa  Willy'ego, znika a w masie kamieni Per i Einar rozgrzebywali je jak op tani, mimo  e drobne

upki spada y na nich gradem. Z góry dobiega  przenikliwy krzyk Mette.

Johanna zrozpaczona podpar a barkiem kamienny blok. Czu a,  e opuszczaj  j  si y. Einar spojrza  w gó-r , na jego twarzy malowa  si  strach.
- Wytrzymaj, Johanno! Wytrzymaj!
- Nie mog ! Nie daj  ju  rady! - zawo

a.

- Musisz! - zabrzmia  zrozpaczony g os Robina. Wci

ciska  w d oniach lin  Willy'ego, cho  wymaga- o to nadludzkiej si y. Uda o mu si  wykrzesa

z Met-te ryle rozs dku,  e przytrzyma a mu latark , o wietla-j

 jam . Huk spadaj cej lawiny by  og uszaj cy.

- Mamy go, Robin! - zawo

 Per. - Wida  jego rami ! Johanno, na mi

 bosk , wytrzymaj!

Traci a czucie w r kach.
- Robin, Robin, ju  nie mog !
- Ju  nie spada tak du o kamieni! - zawo

 Einar. - Jo-hanno, najdro sza, musisz spróbowa !

- Ci gnij, Robin! - krzykn  Per. Jego twarz by a mo-kra od potu, obaj z Einarem stali po kolana w masie  upków i  aden nie móg  si  z nich wydosta .
Robin poci gn  za lin  i powoli zacz o si  ukazy-wa  bezw adne cia o Willy'ego. Johanna przez moment widzia a jego blad , zakrwawion  twarz

tu  obok.

Tymczasem zacz o si  rozja nia , a wi c min a ju  pó noc. Mette od

a latark  i zaj a si  Willym. Nikt nie móg  jej mie  tego za z e, chocia  to

oznacza o,  e w g bi wykopu zrobi si  ciemno.

Na pomoc! pomy la a wyczerpana Johanna. Kamien-ny blok napiera  tak mocno, jakby by

ywym olbrzy-mem, który pragnie zmierzy  z ni  swe si y.

Ostre  up-ki kaleczy y jej nogi. Czu a,  e d

ej nie zdo a tak sta , a mimo to przed

a ten ból sekunda po sekundzie.

- Johanno! - us ysza a wo anie Robina. - Zaraz tam przyjd . Musz  tylko uwolni  najpierw Pera i Einara, bo kto wie, co kryje si  za tym kamieniem,

który trzymasz...

Zacz a p aka  ze zm czenia.
- Robin - szepn a.
Obok niej mign a inna twarz. Wyci gni to Einara. Nawet w tym pó mroku dostrzeg a, jak bardzo by  wy-czerpany i zmartwiony.
- Gdybym tylko móg  ci pomóc! - powiedzia .
Teraz dno dziury zosta o ca kiem zasypane kamienia-mi. Robin po raz trzeci napi  mi

nie, tym razem mu-sia  wspomóc go Einar, bo Per naprawd

sporo wa

. Sam Per równie  pomaga , odpychaj c si  i podpieraj c nogami o skaln

cian . Twarz mia  blad  i spocon .

- Ju  idziemy do ciebie, Johanno! By

 niezrównana!

Czeka a,  eby pomogli jej wydosta  si  na gór , lecz zrozumia a,  e to niemo liwe z powodu kamienia, który podtrzymywa a. Tylko gwa towne

szarpni cie za lin  mog o odci gn

 j  w por , lecz wtedy uderzy aby o skaln

cian  z tak  si ,  e nie by oby co zbiera .

Per znikn  w jasnym, wolnym  wiecie. Zosta a sama w czelu ci.
Po co jeszcze to trzymam? pomy la a zm czona. Jak cudownie by oby móc uwolni  si  od tego potwornego bólu w plecach i przera liwego ko atania

serca. Jestem wyko czona, ju  nie mog !

- Johanno!
To g os Robina, zabrzmia  tu  obok. Robin sta  ucze-piony skalnej  ciany po drugiej stronie lawiny. Jego prze-ra one oczy b aga y j , by wytrzyma a.

W s abym  wie-tle dostrzeg a,  e jego jasne w osy sklei y si  na skroniach w ciemne pasma.

- Nigdy mnie nie dosi gniesz, Robin! Nie ma tu prze-cie  na czym stan

! - mówi a, a  zy sp ywa y jej po po-liczkach.

Na twarzy Robina malowa  si  upór.
- Tym razem nikt nie zostanie zgnieciony! Tym ra-zem nie pozwol  nikomu umrze  na moich oczach!
Chwil  trwa o, zanim zrozumia a sens jego s ów.
- Johanno - podj  powoli i z naciskiem. - Pos uchaj mnie teraz uwa nie! Tu mam twoj  lin . Kiedy poczujesz,  e si  napina, natychmiast pu cisz

kamie . Spróbuj  ci  tu przeci gn

, tak  eby nic ci si  nie sta o.

- To si  nie uda! - j kn a. - Jak tylko cofn  jedn  r -k , od razu wszystko runie. Patrz, Robin, kamie  zno-wu zaczyna si  obsuwa !
Trysn  nowy strumie  drobnych skalnych od am-ków i ziemi. Krzykn a w panice.
- Szybko, Johanno! Puszczaj!
Silnie szarpni ta lina omal nie przeci a jej na dwo-je. Johanna rzuci a si  w stron  Robina, przykrywaj c twarz r kami, by os oni  j  przed

uderzeniem o ska . Podczas gdy przez kilka straszliwych sekund szybowa- a w powietrzu, jam  wype nia  nieopisany grzmot. Dziewczyna czu a, ze
kto  energicznie ci gnie j  w gór . Znalaz a si  w ramionach Robina, a pod stopami mia a skalny wyst p. Ch opak przygarn  j  mocno do siebie i
przytuli  policzek do jej w osów.

- Johanno! Moje male stwo! - szepta .
Kiedy kamienna masa spada a obok, przycisn  dziewczyn  do ska y i os oni  w asnym cia em. Johanna by a tak wyczerpana,  e przytuli a z

wdzi czno ci  g o-w  do jego ramienia i zamkn a oczy. Stali w ten spo-sób nieruchomo, a  zapad a cisza. Wtedy wreszcie Jo-hanna odwa

a si

rozejrze .
Masa skalnych  upków zmieszanych z ziemi  si ga a a  do ich stóp. Zamiast g bokiej dziury pod nimi po-zosta  tylko w ski prze wit i niewielki otwór

w skalnej  cianie po przeciwnej stronie. Wej cie do jamy zosta o na wpó  zasypane.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

W bladym  wietle ukaza a si  twarz Einara.
- Johanna? Robin? - zawo

 cicho i niepewnie.

Dwoje stoj cych w dole popatrzy o na siebie w mil-czeniu. Pierwszy odezwa  si  Robin:
- Jeste my tutaj, Einar.
Johanna us 
ysza a, jak Einar odetchn  g boko. Po-tem rozleg  si  jego zniecierpliwiony g os:
- No to wychod cie pr dko, na Boga!
Johanna spróbowa a post pi  krok, ale si  zachwia- a. Robin podtrzyma  j  i pomóg  przedosta  si  do Ei-nara, który niemal wyrwa  mu j  z r k.
- Johanna, kochana Johanna, my la em,  e zgin

! Gdyby  tylko wiedzia a, jak czuli my si  tu na górze przez tych ostatnich kilka minut!

- Co z Willym? - spyta a.
- Nie najgorzej. Odzyska  ju  przytomno

. Ale oczy-wi cie musi go zbada  lekarz. Ma mnóstwo obra

.

ROZDZIA  VII
Jakie to dziwne uczucie, znale

 si  znowu na po-wierzchni! Letnia noc ja nia a nad horyzontem, a nad zie-mi  k ad  si  ci

ko zapach trawy i

wrzosu. Nocne po-wietrze by o rze kie,  agodne i zupe nie przejrzyste. Mg a ca kiem znikn a. Mette siedzia a obok Willy'ego i  ka a.

- A niech mnie! - powiedzia  z podziwem Per. - To by o pierwszorz dne, Johanno. Nie mówi c ju  o tym, co zrobi  Robin. Robin...
Zamilk . Willy uniós  si  z wysi kiem na  okciu. Wszyscy patrzeli z przera eniem na Robina.
Ch opak oszo omiony przeciera  oczy. Próbowa  utrzyma  równowag , ale opad  na kolana, a potem twarz  na ziemi . Jego palce rozdrapywa y

ziemi  mi -dzy wrzosami, cia o napina o si  w konwulsjach.

- No to sta o si  - szepn  Per.
Johanna czu a si  potwornie bezradna.
Robin oddycha  ci

ko, jak gdyby mia  trudno ci z nabraniem powietrza.

- Trzeba mu pomóc! - rzuci  szybko Einar i ukl

 obok Robina.

- Ale jak? - spyta a Mette.
Einar spojrza  na ni  zirytowany i rzek  cicho do Pera:
- Zabierz tych dwoje do domu, nie potrzebujemy ich tutaj. Musisz troch  pomóc Willy'emu, ale nie jest Z nim a  tak  le, by nie zdo

 przej

 tych

paru metrów. A potem pojed  po lekarza. Pospiesz si ! We  ze sob  psy! Johanna i ja zostaniemy przy Robinie.

Per waha  si  przez chwil , jakby wola  zosta , lecz w ko cu skin  g ow  i wszyscy troje ruszyli ku  cie -ce. Wkrótce znikn li w ród drzew.
- Niech mi Bóg wybaczy to, co zamierzam zrobi ! - rzek  Einar. - Je eli si  nie uda, Robin nigdy mi tego nie daruje!
Pochyli  si  i po

 r

 na ramieniu Robina.

- Robin! Robin, s yszysz mnie? By o tak samo, praw-da? Tak jak wtedy? Ci, których najbardziej kocha

, zostali zgnieceni zwa ami gruzu.

Cia o Robina napi o si  jeszcze bardziej. Pokr ci  przecz co g ow .
- Tak, Robin. Pami tasz to, prawda?
- Przesta ! - zawo

 Robin zrozpaczony. - Nie mo-g ! Nie znios  tego!

Einar mówi  szybko:
- Pomy l, Robin. Masz to przed oczami, czy  nie? Swoich rodziców. Stó . Rodze stwo...
Nie, nie, Einar, to zbyt okrutne! protestowa a w duchu Johanna. S ysza a, jak Robin oddycha, p ytko i jakby z bólem. Nie mog a d

ej patrze  na jego

cierpienie. Przy-sun a si  blisko i spróbowa a go unie

. Chwyci  j  kur-czowo jak ton cy, a ona obj a go. Siedzia a teraz w bar-dzo niewygodnej

pozycji, z g ow  Robina na swej piersi. Czu a, jak jego palce zaciskaj  si  na jej plecach i barkach.

- Robin! - mówi  dalej Einar troch

agodniejszym tonem. - Poddaj si ! Musisz to z siebie wyrzuci . Po-my l, co si  sta o! Uratowa

 Johann . Ona

nie zosta- a zmia

ona. Dzi ki tobie.

- Nie! Nie! - krzycza  Robin.
- Robin - podj  znowu Einar. - Pami tasz to. Wiem,  e to pami tasz. Co ci  tak przera a? Có  to takiego, czego nie chcesz pami ta ? Opowiedz mi

o tym!

Z gard a Robina wydoby  si  przejmuj cy krzyk, ca- e jego cia o zatrz

o si  w ostatnim napadzie drgawek i nagle odpr

o w ramionach Johanny.

Palce zwolni y bolesny chwyt. G owa ze lizn a si  i opad a bezw adnie.

- Co si  sta o? - spyta a przestraszona.
- Straci  przytomno

 - odpar  Einar blady na twa-rzy. - Mam w ka dym razie nadziej ,  e to tylko to.

Johanna u

a Robina ostro nie na ziemi. Mia  przera liwie blad  twarz, a usta lekko zsinia e. Po raz pierwszy ujrza a t  twarz ca kiem bezbronn ...

Einar wsta  i otar  spocone czo o.
- Tak, pierwszy etap mamy za sob . Teraz wszystko w r kach Boga.
Johanna wsun a d

 pod g ow  Robina i przysun

a go do siebie, staraj c si  cho  troch  ogrza  jego ch odne cia o. Uwag  dziewczyny przyku

miniaturowy las paproci tu  obok, który wschodz ce s

ce powoli barwi o na jasnozielono. Jaki  ptak wita  nowy dzie  szczebiotem, w dole przy

cie ce unosi  si  lekki welon porannej mg y. Zbli

 si

wit. Johanna spojrza a na ze-garek. By a druga. Cudowny czerwiec!

Nagle Robin otworzy  oczy i zacz  mówi . Nie ty-le do nich, ile raczej do siebie, szybko, wysokim g osem, którego nie poznawali. Johanna spojrza a

na Einara.

- Mówi jak dziecko - rzek a zdziwiona.
Einar skin  g ow .
- Wróci  do tamtego zdarzenia. Pos uchajmy.
I tak us yszeli ca  histori  wypadku, który zdarzy  si  czterna cie lat temu. Ju  sama wiadomo

 o kata-strofie jest straszna, lecz teraz Johanna

zrozumia a,  e najpotworniejsze s  szczegó y. Zda a sobie spraw ,  e Robin chcia  wyrzuci  te wspomnienia z pami ci. Kie-dy opowiada , Einar i
Johanna u wiadamiali sobie stop-niowo, co w

ciwie by o powodem strachu Robina przed w asn  s abo ci . Spojrzeli po sobie, przepe nie-ni

smutkiem i wspó czuciem.

W ko cu ten obco brzmi cy g os ucich  i Robin ukry  twarz w d oniach. Johanna si  ba a. Co teraz b dzie? A je li on na zawsze pozostanie w  wiecie

wspomnie  i nie uda si  nawi za  z nim kontaktu? Lecz w nast p-nej minucie odetchn li z ulg . Robin spojrza  na nich przytomnym, cho  zm czonym i
pos pnym wzrokiem.

- Czy ju  si  lepiej czujesz? - spyta a  agodnie Johanna.
Potrz sn  g ow .
- Dlaczego to zrobi

, Einarze? Dlaczego obudzi

 do  ycia to z o? Dlaczego musz  teraz z tym 

?

- Jakie z o? - spyta  Einar, chocia  bardzo dobrze ro-zumia . Chcia  jednak zmusi  Robina, by zacz  mówi .
- To, co zrobi em. Albo raczej, czego nie zrobi em. Mog em ich uratowa . Widzia em, jak belka spada a po-woli na stó  i jak poci gn a za sob  ca y

sufit. Mog em ich wyci gn

, ale tylko sta em nieruchomo bez s owa i patrzy em, jak umieraj .

- Mia

 odci

 drog  - powiedzia  Einar.

- Nie. Wtedy jeszcze nie.
- A wi c to poczucie winy dr czy o ci  przez wszy-stkie lata - stwierdzi  Einar, marszcz c brwi. - Czu

 si  winny i odpowiedzialny za ich  mier .

Tego w

nie nie chcia

 pami ta !

Robin skin  g ow .
- I jak teraz b

 z tak  my

? Czy cz owiek mo- e wybaczy  sobie kiedykolwiek co  takiego?

Johanna uj a jego lodowate d onie w swoje r ce. Tak bardzo chcia a co  powiedzie , ale nie mog a znale

 odpowiednich s ów.

Lecz Einar by  stanowczy:
- Robin! Pos uchaj mnie! Nie mo esz ju  nic zrobi ,  eby uratowa  swoj  rodzin . Chcia

, ale nie mog

. Dozna

 szoku. Czasem to si  zdarza,

zrozum, wtedy cia- o nie chce s ucha  woli Mózg nie jest w stanie przekazy-wa  informacji. Sta

 jak sparali owany, obezw adniony przez szok, faktem

jest,  e nic nie zdo

oby ci  wtedy ru-szy  miejsca. I pami taj, mia

 tylko dwana cie lat!

Robin spojrza  niepewnie na przyjaciela. Potem skie-rowa  oczy na Johann . Malowa o si  w nich pytanie. Dziewczyna skin a g ow .
- Einar ma racj  - potwierdzi a. - Naprawd  nie mo-g

 nic zrobi . Ale Robin, jeszcze ci nie podzi kowa am. Mo e to dla ciebie niewiele znaczy, ale

ocali

 mi  ycie.

Popatrzy  jej prosto w oczy.
- Ty tak e mog

 zgin

 - powiedzia  zamy lony. - A stare przys owie mówi,  e za  ycie, które si  urato-wa o, bierze si  odpowiedzialno

...

Wzi em na siebie wielki obowi zek, Johanno. I nie zaniedbam go. Ale naj-pierw... najpierw chcia bym si  wyspa .

Ogarn o go takie zm czenie, i  nie by  w stanie po-wstrzyma  opadaj cych powiek. Johanna przysun a si  do niego blisko, by go troch  ogrza ,

lecz sama szcz -ka a z bami. By a to w równym stopniu reakcja na sil-ny stres, jak i na ch ód porannego powietrza.

Napotka a spojrzenie Einara i oboje u miechn li si  do siebie nawzajem, ciesz c si  z odniesionego zwyci stwa.
Potem szeptem zacz a opowiada  Einarowi o sanda- ach. Zdj a je z nóg. Einar obejrza  je dok adnie i zna-laz  w klejonej podeszwie w sk  szpar ,

najwyra niej zrobion  no em. Znajdowa  si  w niej kawa eczek kli-szy. Einar u

 go starannie w swoim notesie.

Godzin  pó niej, gdy Robin si  obudzi , ruszyli w powrotn  drog . Na skraju lasu spotkali Pera i leka-rza, którzy wyszli im naprzeciw. Lekarz

przeprowadzi  z Robinem krótk  rozmow , po której stwierdzi ,  e najgorsze ju  min o. Teraz tylko potrzeba czasu, by ch opak odzyska  równowag .
Wszystko wskazuje na to,  e ca kowicie wyzdrowieje. To nawet dobrze,  e wy-darzy  si  ten wypadek, przypominaj cy katastrof  sprzed lat. Dzi ki
temu problem Robina mo e zosta  rozwi zany bez ingerencji medycyny.

Lekarz powiedzia  im równie ,  e da  Willy'emu za-strzyk przeciwbólowy, po którym ranny zasn .

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

W drodze do domu Johanna nie rozmawia a z Robi-nem, inni za to mówili wiele i poruszali tyle tematów. Na przyk ad, zastanawiali si , gdzie teraz

szuka  lisa. Dyskutowali z takim o ywieniem,  e Johannie nie uda- o si  wtr ci  ani jednego s owa.

Lecz kiedy mia a pokona  ostatni odcinek drogi, zej

 strom  skarp , Robin stan  w dole z wyci gni tymi ku niej r kami. W jego oczach wyczyta a

spokój i pewno

 siebie. By  mo e wstydzi  si  troch  swej s abo ci tam na górze w lesie. Teraz jednak role si  odwróci y, teraz on by  tym silnym,

którego potrzebowa a.

miechn a si  do Robina z wdzi czno ci  i zesko-czy a w jego ramiona. I po raz pierwszy ujrza a u miech na jego twarzy. Ciep y, czu y u miech, o

którym kiedy  marzy a. Przytrzyma  j  w u cisku troch  d

ej ni  to konieczne i teraz dopiero zwróci a uwag , jaki napraw-d  by  wysoki i silny.

Johanna, która kiedy  mia a kom-pleksy z powodu swoich zbyt d ugich nóg, poczu a si  taka krucha i drobna w jego ramionach. To nadzwyczaj
przyjemne uczucie. W gruncie rzeczy to cudowne wie-dzie ,  e jest kto , kto si  o ni  troszczy, o ni , która zawsze opiekowa a si  innymi!

- Czy musz  dzi  wyje

? - szepn a.

Wyra nie si  przestraszy .
- Teraz? Oszala

? W  adnym razie!

- To  wietnie! - odetchn a z ulg . - Tak dobrze si  tu czuj .
Ruszyli razem dalej.
W domu panowa a cisza. Nagle Per z u miechem wskaza  na schody.
Siedzia  na nich Rumpetroll. S dz c po wyrazie jego pyszczka, zastanawia  si  chyba, gdzie tak d ugo podziewali si  ludzie.
- Dwa k opoty mamy z g owy - mrukn  Einar. - Te-raz pozostaje tylko ten trzeci. Nie mów na razie nic Willy'emu, Johanno! Zadzwoni  do lensmana

od nas z domu.

Przytakn a. Doktor odjecha , nakazuj c przedtem Robinowi po

 si  do 

ka. I Robin z najwi ksz  niech ci  ruszy  razem z kolegami ku

barakowi przy ta-mie, która pozostawa a bez dozoru przez ca  noc.

- Wróc  tu za pi

 minut - rzuci  Per. - Musz  tylko najpierw co  za atwi .

Johanna zamkn a Rumpetrolla w zagrodzie i da a mu je

. Mette i Willy spali. Nast pnie zdj a sanda y i opad a na 

ko, tak bardzo czu a si

zm czona. Na pewno b -dzie sporo zamieszania, kiedy przyjd  po Willy'ego, przedtem trzeba wi c troch  odpocz

 i nabra  si .

By a tak wyczerpana,  e nie zauwa

a, co knuje jej by a przyjació ka. Tym razem zabrak o czujnego psa w pobli u, kiedy Mette po cichu zabra a

sanda y i wy-mkn a si  z domu. Dopiero wtedy, gdy samochód z ha- asem wyje

 z podwórza, Johanna si  ockn a.

Boso wybieg a na schody, akurat by zobaczy , jak ni-ski sportowy wóz znika mi dzy drzewami.
W dole 

 szed  Per, ale kiedy zauwa

, co si  sta- o, zawróci  i pobieg  z powrotem w stron  tamy. W kil-ka sekund pó niej Johanna ujrza a, jak

Einar wyprowa-dza wóz s

bowy. Pozostali stra nicy b yskawicznie wskoczyli do  rodka, samochód pomkn  pod gór  i skr ci  tu  przed chat .

- Widzia em ich przez okno! - zawo

 Einar. - Zd

em zadzwoni  do lensmana i powiedzie  mu,  eby ich zatrzyma . Lecz na wszelki wypadek

pojedziemy za nimi. Pr dko, Johanno!

- Ale nie mog  zostawi  zwierz t samych...
- Wskakuj! - rzuci  krótko Einar. Johanna wyl dowa- a na tylnym siedzeniu, niemal e w ramionach Robina, a za ni  rado nie pod

y psy. Einar i

Per przynie li Rumpetrolla, a potem w rekordowym tempie pozamy-kali wszystkie okna i drzwi. Zacz a si  szale cza jazda na dó  w stron  wsi. Robin
przegoni  psy za siedzenia i teraz jecha y, opieraj c  apy na ramionach Johanny. Rumpetroll biega  jak oszala y po ca ym samochodzie, a  w ko cu Per

apa  go i przywi za  na samym tyle.

Samochód p dzi  po kr tej i wyboistej le nej drodze. Johann  zarzuca o to w jedn , to w drug  stron , a saluki czepia  si  jej mocno pazurami. Seter

wola  najwy-ra niej podziwia  widok z ty u i wymachiwa  przy tym  ywo ogonem mi dzy uszami Johanny i Robina. Robin si

mia . Tak, naprawd  si

mia ! By  to  miech tak za-ra liwy,  e Johanna musia a si

mia  razem z nim.

- W

ciwie za czym tak gonimy? - spyta a. - Moje sanda y nie s  przecie  wiele warte. Ju  nie s !

- Ja te  si  nad tym zastanawiam - odezwa  si  Per. - Mo e gonimy za przygod . W dodatku to takie przy-jemne uczucie mie  prawo po swojej
stronie!
Johanna zamy li a si .
- Mo na mówi  o Willym, co si  komu  ywnie po-doba, ale morderc  w ka dym razie nie jest. Móg  mnie zabi , kiedy u wiadomi  sobie,  e wiem,

gdzie schowa  mikrofilm.

- Ciekaw jestem, jak zamierza si  z tego wywin

 - odezwa  si  Einar. - Nadal jest przekonany,  e w san-dale znajduje si  film. Ale co potem? Chce

zapewne przekaza  go komu  i liczy na zap at .

- Mo e planuje uciec za granic ? - zastanawia  si  g o- no Per.
- Ca kiem mo liwe. A mo e postanowi  wszystkiego si  wyprze .
Samochodem mocno zarzuci o na ostrym zakr cie i wszyscy ze lizn li si  na jedn  stron . Rumpetroll, który nagle poczu  na sobie setera, zacz

nie protestowa .

Einar gwa townie zahamowa .
Przed sob  ujrzeli barierk  zagradzaj

 drog , tutaj równie  zako czy  jazd  wóz sportowy Willy'ego. Dale-ko w polu bieg  on sam,  cigany przez

lensmana i jego pomocnika. Per i Einar natychmiast w czyli si  do po- cigu, Johanna tymczasem podesz a do wozu Willy'ego.

- Czy mo esz mi odda  moje sanda y, Mette? - po-prosi a. - Jestem boso, jak widzisz.
Twarz Mette wyra

a ca  skal  z

ci, rozczarowa-nia i nienawi ci. Podnios a buty i cisn a je Johannie w twarz. Robin zamierzy  si , wygl da o na

to,  e zaraz uderzy Mette, lecz si  opanowa . Podszed  do Johanny, której z nosa zacz a ciekn

 krew.

W polu szczekaj cym rado nie psom uda o si  obe-zw adni  pomocnika lensmana...

Johanna i Robin ruszyli w stron  pla y i usiedli na tra-wie. Widok na jezioro o zachodzie s

ca by  cudowny - niezm cona tafla wody uspokaja a i

sk ania a do marze .

Johanna czeka a. Czu a, jak pod bluzk  jej serce bije szybko i niespokojnie. Szuka a gor czkowo tematu do rozmowy, lecz nic nie przychodzi o jej do

owy. Ro-bin g boko wci gn  powietrze.

- Johanno - zacz  niepewnie. - Boj  si . Jestem zu-pe nie bezradny.
Uda o si  jej u miechn

.

- Dlaczego?
Pot wyst pi  mu na czo o.
- Nigdy przedtem nie o wiadcza em si

adnej dziewczynie. Nie wiem, jak o tym mówi ...

- Wszyscy chyba znale li si  kiedy  w takiej sytuacji - powiedzia a cicho.
- Tak, oczywi cie. Ale to mi niczego nie u atwia... Chcesz,  eby my poszli do domu? - rzek  po piesznie z nadziej ,  e uda si  odwlec ten trudny
moment.
- Nie - zaprotestowa a mo e troch  za szybko.
Wygl da , jakby by  z y na samego siebie.
- Czy mog  ci  o co  prosi ? - szepn . - Chcia bym pozna  za pomoc  dotyku palców rysy twojej twarzy. Chcia bym ca owa  ci  powoli, d ugo i

ostro nie,  eby ci  nie przestraszy , i chcia bym ci powiedzie  to, cze-go nie powiedzia em nikomu przez te wszystkie lata, kiedy 

em w mym

samotnym  wiecie. Mam tak wie-le do ofiarowania, Johanno. Obawiam si ,  e to dla cie-bie zbyt wiele.

- Nie s dz  - u miechn a si . - Nie s dz , by mo na otrzyma  zbyt wiele mi

ci i ciep a. Poza tym nie zamie-rzam tylko bra , ja tak e pragn  ci co

darowa . Ale czy nie mo esz po prostu zacz

? Reszta przyjdzie sama.

I nagle Robin zrozumia ,  e nie tylko on si  ba . W nie- mia ym spojrzeniu Johanny wyczyta  gorzkie pora ki, których dozna a wcze niej, kiedy to ona

dawa a z siebie wszystko, nie otrzymuj c w zamian nic oprócz pogardy. Poj , jakie to odcisn o na niej pi tno i dlaczego boi si  teraz zaufa  drugiemu

cz owiekowi.
Z wielk  czu

ci  obj  j  ramieniem i przytuli . Po-ca unek nie by  mo e tak delikatny i niewinny, jak Ro-bin zamierza , lecz promieniej ce oczy

Johanny mówi- y,  e bardzo spodoba a si  jej ta pierwsza próba...

MARGIT SANDEMO

 UPIORA

ROZDZIA  I
Jaki  g os krzykn  Jenny co  do ucha. Wi kszo

 s ów porwa  wiatr i poniós  w morze, lecz przy odrobi-nie wysi ku uda o si  dziewczynie zrozumie :

- Tam mamy D

 Upiora, panienko! Nieco dalej le- y Vestvar!

Jenny wyt

a wzrok, by w ciemno ci i we mgle zo-baczy  l d. Statek  eglugi przybrze nej podskakiwa  i hu ta  si  na wzburzonych falach.

Dziewczyna mia a uczucie, jakby znajdowa a si  w  upinie orzecha, która lada chwila mo e si  roztrzaska . Przed sob  dostrzega a ledwie widoczne

wiat o latarni morskiej i spienione ba -wany rozbijaj ce si  o niewidoczne ska y.

 Upiora. Ile  razy spotka a t  nazw  w listach brata! Tu w

nie, na szczycie skalistego wzgórza, wznosi a si  najbardziej na zachód wysuni ta

stacja me-teorologiczna, w której pracowa  Paul. Poni ej znajdo-wa a si  niewielka osada rybacka, Vestvar.

Okr

yli budz cy groz  cypel, który Jenny bardziej przeczuwa a ni  widzia a, i nagle oczom p yn cych uka-za o si  niewielkie skupisko bladych

wiate ek. Syrena na statku odezwa a si  chrapliwie kilka razy.

- Dlaczego tr bicie? - zawo

a dziewczyna do mary-narza, usi uj c przekrzycze  nawa nic .

- Vestvar nie ma portu dla tak du ych statków. Przy-wo ujemy mniejsz  jednostk , by wysz a nam naprzeciw.
Jenny zadr

a ze strachu.

- Tu na morze?

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

- Tak - odpar  spokojnie, jak gdyby przesiadka z po-k adu wi kszego statku na mniejszy w czasie burzy by- a czym  ca kiem zwyczajnym. - Chyba  e

mamy sztorm, wtedy to niemo liwe - mówi  dalej. - Dzi  jed-nak nie powinno by

adnych trudno ci.

Ach, tak, a wi c to jeszcze nie sztorm! No dobrze, jej to w ka dym razie wystarczy, by mi

nie brzucha kur-czy y si  na sam  my l o zimnych,

ar ocznych falach.

Paul, prosi a. Wybacz, ale to mi si  nie uda! Gardz  sob  za tchórzostwo, ale wiesz, jak bardzo si  boj  mo-rza. Wiesz, ile mnie kosztowa o samo

wej cie na pok ad! Gdybym wiedzia a,  e tam jeste , wszystko by oby o wiele prostsze. Dlaczego musia

 umrze , Paul? Mia- am tylko jednego brata i

nie jego straci am! Je eli mnie teraz s yszysz, pomó  mi by  siln  i dzieln . Mu-sz  zdoby  si  na odwag . Poniewa  w ród twoich tu-tejszych

przyjació , o których tak ciep o i pi knie pisa-

, znajd  twojego morderc !

Jenny wiedzia a,  e jej brat zosta  zamordowany. Po-licja jej nie wierzy a, nikt jej nie wierzy , ale ona wiedzia- a! Oficjalnie przyby a do Vestvar,  eby

zabra  rzeczy brata, ale prawdziwy powód by  ca kiem inny. Chocia  w tym momencie, kiedy jej najgorszy wróg, morze, osa-cza  j  jak ogromny potwór
i tylko czeka , a eby zdusi  sw  zimn , mokr

ap , czu a wielki, parali uj cy strach. Dlaczego si  nie wycofa ? Paul przecie  nie  yje,  aden akt

zemsty nie mo e go przywróci .

Ale samotno

? My li, które nigdy nie dadz  jej spo-koju... Dlaczego ten otwarty, ufny Paul zosta  brutalnie zamordowany? Nie, Jenny musi

dowiedzie  si  prawdy. Musi pozna  owych przyjació , którzy tak okrutnie go zdradzili.

Mo e jestem za m oda, my la a. Nie jestem wystar-czaj co sprytna, nie potrafi  udawa . Natychmiast przejrz  mnie na wskro . To zadanie nie dla

mnie. Ale kto inny móg by si  go podj

? Kogo, poza mn , ob-chodzi, w jaki sposób i dlaczego umar  Paul?

CZYZNA BEZ TWARZY

Statek  eglugi przybrze nej zmniejszy  pr dko

, a  wreszcie niemal zupe nie si  zatrzyma . Jenny zabra a swój baga , wysz a na pok ad i czeka a.

Nie poradz  sobie z tym, my la a w panice i wpatry-wa a si  w dó , w czarn , spienion  wod .
W ciemno ci da  si  s ysze  krzyk i ma a, okropnie ma a  ód  pojawi a si  przy burcie statku, cumuj c przy platformie trapu. Marynarz pomóg  Jenny

zej

 na ko- ysz cy si  trap, który robi  wszystko, by strz sn

 z sie-bie dziewczyn . Po chwili Jenny stan a na chybotliwej platformie.

Serce bi o jej jak oszala e. Fale wyci ga y si  ku niej w gór  niczym po

dliwe palce, wysy

y kaskady wod-nego py u na jej peleryn  i igra y

bezlito nie z male

odzi  u stóp trapu. Baga  spocz  ju  bezpiecznie, a po-tem para ramion wysun a si  po dziewczyn , kurczo-wo trzymaj

 si

barierki.
- Jenny? Jestem Nicolas Brand. Chod , zanim przyj-dzie nast pna fala!
Nick! Kolega Paula z pokoju i najlepszy przyjaciel! Na moment Jenny zapomnia a o strachu i wszelkich podejrzeniach i pochyli a si  ku cz owiekowi,

któremu Paul tak bezwarunkowo ufa . Kiedy znowu przypo-mnia a sobie o rycz cym morzu i sprawie, w której tu przyby a, by o ju  za pó no. Silne r ce
Nicolasa Bran-da unios y j  ponad rozwart  gardziel  do male kiej  ódki - zabawki i posadzi y na  awce z ty u.

Jenny tak mocno  ciska a kraw

awki,  e zbiela y jej kostki d oni. Ogarn  j  potworny l k, kiedy znala-z a si  tak blisko powierzchni kipi cego

morza. Nick usiad  przy jednej parze wiose , marynarz si gn  po drug  i kiedy powios owali w stron

wiate  na l dzie, dziewczyna odprowadza a

wzrokiem statek, który sta-wa  si  coraz mniejszy i mniejszy.

Fale wznosi y si  i uderza y o burt

odzi. Jenny przygl da a si  wios uj cym m

czyznom, widzia a jed-nak tylko kontury sylwetek w sztormiakach.

By o zbyt ciemno, by rozró ni  rysy twarzy, Nick Brand sprawia  w ka dym razie wra enie silnego.

Aby odegna  strach, Jenny próbowa a przypomnie  sobie, jak Paul opisywa  Nicka w li cie sprzed miesi -ca. List dotyczy  zreszt  w wi kszo ci

Helene, wielkiej mi

ci Paula:

Powinna  pozna  Helene. Wiem,  e by  j  polubi o. Jeste my w niej zakochani, wszyscy naraz: Roger, Nick, Christoffer i ja. Ale wiesz co, Jenny,

wydaje mi si ,  e ona jednak woli mnie! Nie mog  tego poj

, poniewa  Nick jest du o przystojniejszy i bardziej atrakcyjny. Poza tym to wspania y

cz owiek, Roger z kolei jest przecie  znanym sportowcem. Ona tymczasem wybie-ra mnie! Takie chorowite nic! Nie rozumiem, jak mo-g em mie  tyle
szcz

cia. Wiem,  e inni ch opcy s  za-zdro ni. Jeden z nich, nie chc  mówi  który, grozi ,  e zabije mnie z powodu Helene, ale oczywi cie nie ma

takiego zamiaru. Chocia  Helene warta jest, by o ni  wal-czy . Jest fantastyczna! Jak marzenie. Musisz j  kiedy  pozna .

Paul rozpisywa  si  przede wszystkim o nadzwyczaj-nej Helene, ale Jenny dowiedzia a si  te  troch  o Nicku Brandzie. Mia  wi c podobno lepiej si

prezen-towa  ni  jej brat (Paul by  typem marzyciela o delikat-nych rysach) i tak e zakocha  w owej Helenie, która pracowa a w biurze stacji
meteorologicznej w Vestvar.

Nagle przez  ódk  przela a si  ogromna fala, która do suchej nitki przemoczy a Jenny, przywo uj c j  do rzeczywisto ci. Dziewczyna a  j kn a z

przera enia, z trudem  apa a powietrze.

- Za tob  le y czerpak - powiedzia  Nick.
Jenny widzia a,  e  ód  zanurzy a si  znacznie g -biej. Powierzchnia morza znajdowa a si  przera aj co blisko, burty nie stanowi y ju  os ony przed

atakami rozszala ego  ywio u. Kiedy dziewczyna zobaczy a,  e jej jasna walizka p ywa tam i z powrotem, uderzaj c g ucho o ruf

odzi, ockn a si  z

os upienia. Najpraw-dziwsza w ciek

 na przelewaj ce si  ba wany i nie-pogod  sprawi a,  e pu ci a jedn  r

 kraw

awki,  eby wy owi  czerpak,

i zacz a wylewa  wod  jak op -tana. Nie unosz c g owy, pracowa a zaciekle, i chocia  rezultat jej wysi ków nie by  mo e zbyt imponuj cy, to w ka dym
razie wody w  odzi ju  nie przybywa o.

Wreszcie Jenny zauwa

a,  e  odzi  nie ko ysze ju  tak bardzo, a ryk morza staje si  coraz bardziej przy-t umiony. Pojawi y si  natomiast inne

wi ki - inten-sywne skrzypienie i stukanie - które sygnalizowa y,  e nareszcie dobili do portu. Jenny usiad a i otar a s one krople z twarzy.

czy ni z

yli wios a i przycumowali przy os o-ni tej cz

ci nabrze a. Nick wyskoczy  na l d i poda  r

 dziewczynie. Jenny chwyci a si  jej jak

ton cy brzytwy, nie mia a jednak si y wyj

. By a zupe nie wy-czerpana. Nick musia  podtrzymywa  j  przez chwil , nim zdo

a stan

.

- Oto dziewczyna, która potrafi wylewa  wod ! - powiedzia  z u miechem, który raczej czu a, ni  widzia a, bo jego twarz wci

 znajdowa a si  w

cieniu zydwestki. - Ale mog

 to robi  z wi kszym spokojem.

- Nienawidz  morza - sykn a Jenny w stron  ocie-kaj cego wod  sztormiaka. - Po prostu mnie przera a. Ale w pewnej chwili rozz

ci am si . I to

pomog o.
- Ba  si  czego , a mimo to przeciwstawi  si  temu, to dla mnie prawdziwa odwaga - rzek  z uznaniem. - Po-dziwiam ci , bo wiem, sk d wzi  si  u

ciebie ten strach przed morzem. Je eli mo esz ju  i

, to ci  odprowadz . Nie ma tu hotelu, ale wynaj em ci prywatny pokój. To niedaleko st d.

Ruszyli pod gór , a wiatr wia  im w plecy. Jenny czu- a,  e przemarz a na ko

, w kaloszach jej chlupota o. Ca a zawarto

 walizki z pewno ci

przemok a. Ale dziewczyna cieszy a si ,  e przynajmniej jest na l dzie. To cudowne poczu  znowu pod nogami ziemi , twar-dy, pewny grunt.

Nick zatrzyma  si  przed jednym z domów przy dro-dze i otworzy  furtk . Zawo

 w stron  okna:

- Kitty! Przyjecha a siostra Paula! Jest ca kiem prze-mokni ta!
- Id  - odpowiedzia  jasny, dziewcz cy g os.
- Musz  ci  po egna  - rzuci  po piesznie Nick. - Po-winienem jeszcze wst pi  do stacji i odczyta  pomiary. Tu u Kitty b dzie ci dobrze. Jest

specjalistk  w zajmo-waniu si  potrzebuj cymi. Przyjd  jutro do stacji, je li znajdziesz troch  czasu. Mam dy ur ca e przedpo u-dnie, sam nie mog
wi c, niestety, do was zej

. Dobrej nocy, do zobaczenia jutro!

I „m

czyzna bez twarzy” znikn  w ciemno ci, z której si  wy oni . Gdyby Jenny spotka a go w bia y dzie , nie rozpozna aby go.

KITTY
Kitty, pomy la a Jenny. Znam ju  to imi . Znalaz am je w li cie Paula. Lecz w jakim kontek cie?
Drzwi otworzy y si  i na Jenny pad  strumie  ciep e-go  wiat a.
- Wejd  - powiedzia  nie mia y g os. - Mamy i taty nie ma w domu, ale przygotowa am twój pokój. Stra-sznie przemok

! Zrobi  ci co  gor cego do

jedzenia.
Kim jest Kitty? Jenny szuka a w pami ci. Przed ni  sta- a jasnow osa dziewczyna, z pokrywaj cymi si  rumie -cem policzkami i nie mia ym

spojrzeniem. Mog a mie  oko o osiemnastu lat. Obdarzy a Jenny  agodnym, troch  niepewnym u miechem i pomog a jej zdj

 peleryn .

Jenny roze mia a si  nieco zak opotana.
- Obawiam si ,  e nie mam si  nawet w co przebra .
- Zaraz co  na to poradzimy - zapewni a po piesznie Kitty. - Ale mocno wia o dzi  wieczorem! Nick nawet si  ba ,  e statek nie b dzie móg  si  tu

zatrzyma , ale jak widz , wszystko posz o dobrze.

- Tak, posz o dobrze - przytakn a Jenny z lekk  de-speracj  w g osie, próbuj c zdj

 klej ce si  do cia a ubranie. - Patrz - doda a i poci gn a za

spodnie nad kolanami. - Czy widzia

 ju  kiedy  co  takiego?

Pó  godziny pó niej Jenny siedzia a w 

ku w przy-tulnym pokoiku na poddaszu, ubrana w ciep  koszul  nocn  Kitty. Na kolanach trzyma a tac  z

fili ank  go-r cego bulionu i chrupi cymi grzankami. Poza tym,  e nadal szcz ka a z bami, czu a si  wspaniale. Wokó  pie-ca w k cie wisia y jej rzeczy.
Kitty wyciera a r cznikiem ci

kie od s onej wody, mahoniowobr zowe w osy Jen-ny. Rozmawia y o Paulu.

- Chyba nigdy nie by am tak zrozpaczona jak w dniu, kiedy umar  Paul - wyzna a Kitty. - Nale

 do ludzi, jakich rzadko si  spotyka, mia  fantastyczn

zdolno

 odgadywania cudzych uczu . Wierz mi, z Nickiem  -czy a go wyj tkowa przyja

! Dope niali si  nawzajem. Paul by  raczej s aby i chwiejny,

Nick natomiast silny i energiczny. Paul traktowa  Nicka jak starszego brata.

- Na wiadomo

 o chorobie dozna  prawdziwego szoku - powiedzia a ze smutkiem Jenny. - Chocia  cu-krzyca nie jest w

ciwie chorob , raczej

wad  funkcjo-nowania organizmu.

- Tak. Ale Paul bardzo si  za ama , kiedy si  dowie-dzia ! Tak strasznie ba  si  przecie  zastrzyków.
- To prawda, zawsze panicznie si  ich ba  - potwier-dzi a Jenny. - I nagle musia  bra  a  dwa dziennie. Z te-go, co pisa , wynika o jednak,  e zastrzyki

 stadium przej ciowym. Pó niej mia  za ywa  tabletki, prawda?

Ile w

ciwie Kitty wiedzia a o Paulu? Sprawia a wra- enie dobrze poinformowanej.

- Tak, w

nie - potwierdzi a Kitty. - To go podtrzy-mywa o na duchu. Poniewa  nie mia  odwagi sam sobie wstrzykiwa  insuliny, robili my to wszyscy

po kolei. I za ka dym razem siedzia  mocno spi ty. Odwraca  twarz, ba  si  nawet spojrze . Mówi ,  e wola by raczej umrze , ni  wbi  sobie ig .

„Robili my to wszyscy po kolei...” Czyli kto? zasta-nawia a si  Jenny. Wiedzia a,  e Nick pomaga  Paulowi najwi cej, mieszkali przecie  w jednym

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

pokoju. Przy-puszcza a,  e dwaj pozostali meteorolodzy, Roger i Christoffer, równie  podawali mu lek. Jak by o z Helene, nie wiedzia a. Lecz by  tu

jeszcze kto , kto uwa

 si  za przyjaciela Paula.

Kiedy Kitty odstawia a tac , Jenny dok adnie si  jej przyjrza a. Ca kiem mi a, mo e nieco pospolita, lecz z ciep ym wyrazem oczu, budz cym

sympati . Wyda-wa a si  prost  wiejsk  dziewczyn , ale jej j zyk i spo-sób bycia pozwala y si  domy la ,  e otrzyma a staran-ne wychowanie i

wykszta cenie.
- Masz tyle pi 
knych rzeczy - westchn a Kitty z podzi-wem, patrz c na rozwieszone wokó  pieca ubrania swego go cia. - To musi by  cudowne mie

tyle pieni dzy, by nie prze ywa  bezsennych nocy z powodu ich braku. My tu-taj nieustannie si  martwimy, jak zwi za  koniec z ko -cem. To niszczy
ca  rado

ycia. A szkoda, bo pieni dze powinny by  ma o istotne.

- Naprawd  nie wiem, co to znaczy by  niezale nym finansowo - zapewni a Jenny z nik ym u miechem. - Za-wsze do wiadcza am czego  wr cz

przeciwnego. Mimo to uwa am,  e w  yciu jest wiele wi kszych zmartwie .

- Na przyk ad jakie? - spyta a Kitty.
- Na przyk ad samotno

 - odrzek a Jenny. - Paul i ja wcze nie stracili my rodziców w wypadku  aglow-ca, potem mieli my tylko siebie. Naturalnie

poza ciot-kami i opiekunkami. A teraz nie ma równie  Paula...

Wiatr ciska  kroplami deszczu o szyby i wy  za w

em domu. Wrze niowa ciemno

 pe ni a stra  na dwo-rze i zagl da a do pokoju przez okno.

Jako  to b dzie, dopóki jest Kitty, pomy la a Jenny, ale kiedy ona wyj-dzie... Wtedy znowu zostan  sama w tym obcym  wie-cie sk adaj cym si  z
wiatru, kamieni i wody. I wtedy powróc  my li...

Na moment zapad o milczenie, które przerwa a Kitty:
- Musisz znale

 kogo , kogo mog aby  pokocha , Jenny.

Jenny u miechn a si  gorzko.
- To si  nie uda. Boj  si , wci

 si  boj , rozumiesz? Boj  si  morza, ciemno ci, du ych zwierz t, ruchu ulicznego i duchów, boj  si  zakocha , by

potem nie cierpie  po stracie ukochanej osoby!

- Paul te  si  ba  - powiedzia a Kitty zamy lona. - Cho-cia  nie w taki sam sposób. By  bardziej ufny wobec lu-dzi. Najbardziej ba  si

mierci.

Tak, pomy la a Jenny. Mo e mia  przeczucie,  e nie zd

y si  zestarze .

Kitty mówi a dalej:
- Bardzo si  ba  b belków powietrza w strzykawce. Sprawdza  j  wielokrotnie, zanim pozwoli  któremu  z nas zrobi  zastrzyk.
- Wiem, pisa  o tym. To przygn biaj ce,  e podczas gdy on podejmowa  te wszystkie  rodki ostro no ci,  mier  zaskoczy a go z zupe nie innej
strony.
Kitty wpatrywa a si  w ciemno

 za oknem.

- Tak, to by  szok dla nas wszystkich. Kto móg  przy-puszcza ,  e mia  s abe serce?
Nie mia , pomy la a Jenny. Paul mia  zdrowe serce. I dlatego musz  si  dowiedzie , dlaczego naprawd  umar .
Kiedy tylko Kitty wysz a, Jenny wyj a listy od Paula. Chcia a poszuka  w nich imienia tej dziewczyny.
Najstarszy list zosta  napisany siedem miesi cy te-mu, kiedy Paul podj  prac  na stacji. Jeden z fragmen-tów brzmia :
Znalaz em tutaj mi ych kolegów. Nasz szef, który jest niewiele starszy ode mnie - jeszcze nie sko czy  trzydziestki - nazywa si  Nicolas Brand i z nim

 dzieli  po-kój. Sprawia wra enie bardzo sympatycznego. Nast pnie jest tu Roger Harvin. Z pewno ci  widzia

 jego nazwi-sko w gazetach. Mistrz

w dziesi cioboju i zdobywca wie-lu rekordów w ró nych dyscyplinach sportu. Zbudowa  sobie w asne boisko treningowe, tu w ród nagich ska , strasznie
si  z

ci,  e oddelegowano go tak daleko od ca- ej s awy i zaszczytów. Za to cz sto dostaje urlop,  eby móg  je dzi  po  wiecie i bra  udzia  w

zawodach. Pracu-je tu tak e Christoffer. Jest w tym cz owieku co  dziwne-go, w

ciwie nie wiem, co o nim my le . Mo e nied ugo dowiem si  o nim

czego  wi cej...

W kolejnych listach Paul szczegó owo opisywa , jak on i jego koledzy sp dzaj  czas w ród odleg ych szkierów, wiele miejsca po wi ca  Nickowi, lecz

najcz

ciej pojawia- o si  imi  Helene. Wygl da na to,  e Paul zupe nie postra-da  zmys y z jej powodu. Superlatywy sypa y si  gradem.

Wzmianka o Christofferze brzmia a tak:
Jest troch  dziwakiem. Prawdopodobnie przyjecha  tu,  eby uciec od ludzi. Nie przyznaje si  do tego wprost, ale wiesz, kiedy czterech m

czyzn

mieszka ra-zem w takiej izolacji jak my, to nietrudno odgadywa  cudze my li, kryj ce si  mi dzy s owami. W gruncie rze-czy bardzo go lubi , chocia
sprawia wra enie pozera...

O, jest! Wreszcie pojawi o si  imi  Kitty. Ale z tych paru zda  Jenny dowiedzia a si  niewiele:
Wybrali my si  dzi

odzi  na wycieczk  do ptasiej kolonii na ska ach: Helene, Kitty, Roger i ja. Pogoda by- a przepi kna.

W innym li cie Paul pisa :
Kitty zgubi a w piasku swój portfel, w którym mia- a sto koron. Szukali my przez wiele godzin. W ko cu znalaz em go pod p aszczem k pielowym

Helene. Za-pomnia y,  e si  przenios y w inne miejsce. Ach, te dziewczyny!

Pó niej jej imi  pojawia o si  wiele razy, lecz zawsze tylko jako samo Kitty, bez  adnego dodatkowego wy-ja nienia. Kitty zjawia a si  jak cie  - z

pewno ci  na-le

a do grupy, lecz jej obecno

 by a tylko niewyra- nie zaznaczona. I pod ka dym wzgl dem dzieli  j  ogromny dystans od czaruj cej

Helene. Listy Paula sta-nowi y jeden wielki hymn opiewaj cy zalety Helene. Potrafi a najwyra niej wszystko, by a wszystkim.  a-godna, kobieca,
kole

ska, wysportowana, zabawna, seksowna, dziecinna i bezradna... i tak dalej w niesko -czono

. Jenny nie potrafi a w  aden sposób wyobrazi

sobie takiej chodz cej doskona

ci i zacz a mie  jej do

, zanim jeszcze j  pozna a.

Potem przyszed  rozpaczliwy list, w którym Paul pi-sa ,  e jest diabetykiem. Jenny uwa

a,  e to nie powód, by si  a  tak za amywa  - tysi ce ludzi

radz  sobie do-skonale mimo cukrzycy. Ale na pewno najbardziej prze-ra

a Paula my l o zastrzykach. Z listu wynika o wyra- nie,  e jego przyjaciele

okazali si  bardzo troskliwi, zw aszcza Nick po wi ci  wiele czasu w tym pierwszym, trudnym okresie ogarni temu panik  Paulowi. Powoli Paul zacz
si  przyzwyczaja  do nowej sytuacji, lecz nig-dy si  nie pogodzi  do ko ca ze swym losem.

Wreszcie trzy ostatnie listy. Jeden sprzed miesi ca z in-formacj  o tym,  e Helene definitywnie wybra a Paula, potem nast pi o kilkutygodniowe

wieloznaczne milcze-nie i w ko cu list napisany na dwa dni przed  mierci :

Jenny, jestem najszcz

liwszym cz owiekiem na  wie-cie.  eni  si ! Wprawdzie jeszcze si  nie o wiadczy em, ale wiem,  e ona si  zgodzi. Widz  to

w jej twarzy. Jest taka  liczna, Jenny. Powinna  by a j  widzie  wczoraj w tej jasnoniebieskiej sukience, podkre laj cej blask jej oczu. Ona wcale nie
przejmuje si  tym,  e jestem cho-ry. Ja te  ju  nie. Wszystko jest takie cudowne, Jenny!

Serdeczne pozdrowienia - Twój brat Paul.
Krótki list, lecz wyra aj cy tyle uczu . Dlatego na-st pny, który przyszed  dwa dni pó niej, wydawa  si  tym bardziej przera aj cy
Jenny!
Sta o si  co  strasznego! Znalaz em si  w beznadziej-nej sytuacji. Co robi ? Jenny, my

,  e to co  powa -nego. Nie mia em poj cia,  e wszystko

si  tak skompli-kuje. Gdybym to przewidzia , oczywi cie nigdy bym nic nie powiedzia . Najbardziej chcia bym po prostu st d znikn

, lecz musz  zosta ,

eby innych nie narazi  na niebezpiecze stwo. Teraz musz  by  silny, Jenny. A je-stem taki s aby. Do kogo mam si  zwróci ? Kto mo e mi pomóc?

Kto mi uwierzy? Nikt! Poza tym nie mog  wyzna  ca ej prawdy, nie mog  przecie  oskar

 ko-go  z kr gu moich przyjació . Sam musz  zadba  o to,

aby nie sta o si  co  strasznego.

A je li mimo wszystko kto  zacznie si  czego  domy- la , to czy mi uwierzy? O, tak, wiem, co zrobi ! Opi-sz  dok adnie to, co zdarzy o si  wczoraj

wieczorem, i dobrze swój opis ukryj . Ale nie za dobrze. Za jaki  czas bez trudu to znajd . Oczywi cie powinienem by  przy tym i wszystko wyja ni ,
lecz z takim opisem pod r

 b dzie mi o wiele  atwiej. A je eli wcze niej umr  na cukrzyc , i tak znajd  moj  relacj . Tak, to dobry pomys , nawet ju

znalaz em  wietn  kryjówk .

Potwornie boj  si  wieczoru. O dziewi tej mam za-strzyk, a Nick i Roger prowadz  dzi  obserwacje hydro-logiczne, Helene jest chora, Kitty za

wyjecha a. Rano po raz pierwszy robi  mi zastrzyk Christoffer i prze

em prawdziwy koszmar! Ju  nigdy wi cej go o to nie popro-sz ! Nigdy! By

beznadziejny. Oczywi cie sprawdzi em, czy w strzykawce nie ma powietrza, ale  eby nie móc wbi  ig y za ósmym razem, to naprawd  nieudolno

!

Jak b dzie dzi  wieczorem? Christoffer tego nie zro-bi, ja tak e nie! Zdarzy o si  ju  kiedy ,  e zosta em sam w domu, i tego dnia naprawd

próbowa em, Jenny! Nie chcia em o tym pisa  wcze niej,  eby Ci  nie martwi , ale wtedy faktycznie przez godzin  siedzia em ze strzy-kawk  w r ku,
zlany zimnym potem. Raz za razem przyk ada em czubek ig y do skóry, ale nie mog em jej wk

. W ko cu musia em si  podda . Po

em si  do

ka, a kiedy Nick przyszed  do domu, by em ju  w stanie  pi czki. Wtedy wszystko dobrze si  sko czy- o, dzi ki Nickowi, ale teraz wiem,  e nigdy nie

zdob -d  si  na to, by zrobi  sobie zastrzyk. Dlatego martwi  si  na sam  my l o dzisiejszym wieczorze. Nick ma wróci  dopiero jutro rano.

Ale jako  to b dzie. W razie czego poprosz  o pomoc którego  z mieszka ców osady, chocia  jest mi potwor-nie trudno wtajemnicza  obcych w

moje problemy.

Mam nadziej ,  e nie zaniepokoi em Ci  zbytnio swoimi zmartwieniami. Pisz  o nich tylko dlatego,  e nie mam ju  komu si  zwierza  i jak wiesz,

nigdy nie potrafi em sobie z nimi radzi . Z o wiadczynami musz  niestety na razie poczeka .

Nast pnego ranka, kiedy Nick wróci  do domu, Paul le

 w 

ku martwy. Nick natychmiast napisa  do Jen-ny taktowny i pe en zrozumienia list,

pierwszy, jaki od niego dosta a. Nast pny przyszed  jako odpowied  na jej informacj  o tym,  e zamierza przyjecha  do Vestvar. List przepe niony by
tym samym gor cym wspó -czuciem. Jenny zrozumia a wówczas, czemu Paul tak ciep o pisa  o Nicku i traktowa  go jako swego najlep-szego
przyjaciela. W pierwszym trudnym okresie, kie-dy odby a si  obdukcja i pogrzeb, list Nicka stanowi  jej jedyn  pociech  w samotno ci. Czu a,  e jest
kto , kto dzieli z ni  smutek po  mierci Paula.

Lekarze uznali,  e przyczyn  zgonu by  atak serca, nie maj cy zwi zku z cukrzyc . Stwierdzono,  e Paul sam zrobi  sobie ostatni zastrzyk.
Jenny jednak zna a brata wystarczaj co dobrze, by wiedzie ,  e nigdy by si  na to nie zdoby .
ROZDZIA  II
Vestvar w  wietle dnia wygl da o zupe nie inaczej, ni  Jenny sobie wyobra

a. Kiedy przechodzi a obok niedu ego portu, kieruj c si  do stacji

meteorologicznej na wzgórzu zwanym D oni  Upiora, wci

 wia  silny wiatr. Na szcz

cie przesta o pada  i zmarzni te s

ce przedziera o si

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

nie mia o przez cienk  warstw  chmur.
Jaki  rozmowny stary rybak zatrzyma  Jenny przy porcie i zapyta , czy to ona przyby a tu statkiem po-przedniego wieczoru.
- Tak, to w

nie ja - przytakn a Jenny.

- Co taka  adna panienka mo e mie  do roboty w ta-kim miejscu? Ach, tak, idzie do stacji prognozy pogo-dy! - stary rybak prychn  z pogard . - Te

wszystkie ich urz dzenia! Niepotrzebny z om! I tak codziennie  le przepowiadaj . Jak gdyby bez tych przyrz dów nikt nie wiedzia , jaka b dzie pogoda!
Jedyne, co dobre w tej sta-cji, to tylko to,  
e mo na wed ug niej ustawia  kalen-darz. Zawsze na pocz tku miesi ca  ci gaj  balon i po-nownie wysy aj
go w gór . Chocia  teraz i na tym nie mo na polega ! Zacz li to robi  równie  dziesi tego.

Jacy  m odzi rybacy, którzy pojawili si  przy rozma-wiaj cych, wzi li stacj  w obron  i mi dzy m

czyzna-mi dosz o do ostrej wymiany zda . Jenny

skorzysta a z okazji,  eby si  po egna , lecz i tak nikt nie zwraca  na ni  uwagi.

Sz a jeszcze kawa ek pla

, a pó niej skr ci a pod gór . Doko a, jak okiem si gn

, le

y tylko szare, na-gie kamienie, pomi dzy którymi z rzadka

widnia y 

-te k pki trawy. W górze, na D oni Upiora, wznosi a si  stacja meteorologiczna ze swymi antenami i aparatami na dachu. Troch  dalej

znajdowa a si  latarnia morska. Jenny dowiedzia a si  ju ,  e pracownicy stacji odpo-wiadali tak e za jej obs ug . A ponad wszystkim, dale-ko w górze,
niczym kropeczka na tle jasnoszarych chmur, unosi  si  balon, przyczepiony linami do ska y.

Nieoczekiwanie na tej ja owej, kamiennej pustyni Jenny ujrza a male ki liliowy dziki go dzik Poczu a wzruszenie, patrz c na t  samotn  i odwa
ro link .
Mija a w

nie du y g az, gdy nagle co  ze  wistem przelecia o tu  obok jej ucha i uderzy o o kamie . Krzykn a i skuli a si , zas aniaj c r kami

ow .

Wtedy us ysza a podniesiony g os:
- Czy pani postrada a rozum? Powinna pani troch  uwa

! Mog em pani  zabi ! Sk d si  pani wzi a? Czy pani nie wie,  e tu jest niebezpiecznie?

Jenny przestraszona spojrza a w gór . Przed ni  sta  m ody, jasnow osy m

czyzna o atletycznej budowie. W r ku trzyma  du y  uk. Kiedy Jenny

odwróci a g o-w , zobaczy a opart  o skaln

cian  s omian  tarcz . W samym jej  rodku tkwi a drgaj ca jeszcze strza a.

Czy to mo e by  Nick? Nie, rozgniewany g os by  o wiele wy szy ni  ten, który s ysza a wczoraj, a m

-czyzna wydawa  si  ni szy od przyjaciela

brata.
Dopiero gdy Jenny ujrza a co  w rodzaju boiska w miniaturze, domy li a si , przed kim stoi.
- Przepraszam, nie wiedzia am.... Nazywasz si  Ro-ger Harvin, prawda? Paul opowiada  o tobie. Jestem je-go siostr , mam na imi  Jenny.

Przyjecha am wczoraj.

Twarz sportowca troch  z agodnia a.
- Tak, oczywi cie, powinienem by  si  domy li . Wi-taj! To tragiczne, co si  sta o z twoim bratem. By

wiet-nym kumplem, chocia  rywalizowali my

ze sob .

Roger Harvin wyj  strza  z tarczy.
- Tak, odszed  jako zwyci zca! - rzek  ponuro. - Lecz nie nacieszy  si  tym d ugo, biedak!
Jenny odwa

a si  wypowiedzie  my l, która od dawna j  nurtowa a:

- Odnosz  wra enie,  e ta cudowna Helene wprost rozkoszuje si  tym, i  ma tak wielu adoratorów.
Roger spojrza  na ni  z ukosa.
- Co za surowa opinia! I ca kiem nies uszna! Widz ,  e jeszcze nie spotka

 Helene. Poczekaj wi c, je li mo- esz, ze swoj  ocen .

ugimi krokami przeszed  na drugi koniec piaszczy-stej  achy. Jenny pod

a za nim, poniewa  sz a w t  sam  stron .

A wi c poruszy a czu  strun ! Najwidoczniej kryty-kowanie Helene uznawano tu za grzech  miertelny.
- Nie wiedzia em,  e Paul ma tak

adn  siostr  - rzu-ci  Roger przez rami . - Chocia  sam te  prezentowa  si  nie najgorzej.

Na ko cu prowizorycznego niewielkiego boiska spo-rtowego przystan , przyj  w

ciw  pozycj , wymie-rzy  dok adnie i naci gn  ci ciw  a  do

twarzy.
Ale  si a musi tkwi  w tych ramionach! pomy la a Jenny.
- Paul pisa ,  e kto  mu grozi  - powiedzia a niby od niechcenia, kiedy Roger wypuszcza  strza .
Strza a zboczy a i znikn a na lewo od skalnego bloku.
- Do diab a! - zakl  i ruszy , by j  przynie

. - Po raz pierwszy zdarzy o mi si  chybi . Jak j  teraz znajd  w tym piasku? Moja najlepsza strza a z

ókna szklanego!

Jenny uzna a,  e bezpieczniej b dzie oddali  si  od tego nerwowego sportowca, i pod

a po piesznie na szczyt wzgórza.

Gdy tylko wysz a z zacisznego miejsca za ska , po-czu a tak silny powiew wiatru,  e omal jej nie przewróci .
To cudowne! pomy la a, przez moment oczarowana wspania ym widokiem, który ukaza  si  jej oczom. Ska- y, morze i wiatr igraj cy z jej ubraniem i

osami i gwi

cy na masztach stacji...

Ryk fal uderzaj cych o ska y by  tu du o g

niejszy. Znalaz szy si  na samym szczycie, Jenny zrozumia a, dlaczego to wielkie skalne wzgórze

nazwano D oni  Upiora.

Z l du wyrasta o sze

 d ugich cypli. Mi dzy nimi le-

y g bokie, piaszczyste zatoki, tak  e ca

 przypo-mina a ogromn  d

 z b onami mi dzy

palcami. Sze

 palców Upiora z Morza, który, jak mówi , ma kciuki po obu stronach d oni.

Ku swemu zdumieniu na brzegu jednej z najbardziej os oni tych zatok Jenny dostrzeg a niewielk  k

 kar- owatych sosen, które toczy y nierówn

walk  z upar-tym wiatrem od morza. Ma a zielona plamka w  rodku zwartej szaro ci.

W miar  jak zbli

a si  do stacji, sz a coraz wolniej. Za chwil  mia a si  spotka  z Nickiem Brandem. Listy od Paula sprawi y,  e podziwia a tego

cz owieka. A wczo-raj wieczorem, przy pierwszym spotkaniu, od razu go polubi a. Denerwowa a si  na my l,  e oto zobaczy go w  wietle dnia. Czy si
rozczaruje? Czy ujrzy twarz o ry-sach zdradzaj cych s aby i z y charakter, twarz prawdo-podobnego mordercy? I czy sama zachowa si  jak nale- y? Ze
wzgl du na Paula chcia aby zrobi  jak najlepsze wra enie na jego najbli szym przyjacielu.

Najbli szy przyjaciel i morderca?
A mo e nie tylko on ma dzisiaj dy ur w stacji? Mo- e spotka tu Christoffera? Sk d b dzie wiedzia a, który z nich jest którym?
NICK
Otworzy a ostro nie drzwi budynku przypominaj -cego barak i wesz a do  rodka. Panowa o tu przyjemne ciep o i spokój. Us ysza a g os czytaj cy

jakie  raporty, najwidoczniej do s uchawki telefonu, z ca  mas  nie-zrozumia ych liczb i jednostek.

Zatrzyma a si  w korytarzyku, z którego dwoje ta-kich samych drzwi prowadzi o do ma ych pokoików, prawdopodobnie sypialni dy uruj cych. By y tu

tak e jeszcze podwójne drzwi, które, jak si  wydawa o, wio-d y do pracowni.

Kiedy g os umilk , Jenny zapuka a ostro nie do du- ych drzwi.
- Prosz  - rozleg o si  po drugiej stronie.
Wesz a do  rodka i jej oczom ukaza a si  gmatwani-na przyrz dów, pó ka z ksi

kami i kilka du ych desek kre larskich z mapami. Jaki  m

czyzna

odwróci  si  w jej stron .

Jenny zgad a natychmiast,  e to Nick Brand. Musia  dok adnie tak wygl da . Wysoki, ciemnow osy, o wyra-zistej, poci

ej twarzy i ciemnych oczach,

w których weso

 miesza a si  z powag . Jenny stwierdzi a,  e niemo liwe jest okre lenie ich koloru, w miar  jak od-wraca  si  od  wiat a, zmienia y

si  od niebieskich, przez szare po br zowe, a chwilami wydawa y si  nie-mal czarne. Nick Brand okaza  si  o wiele bardziej fa-scynuj cym m

czyzn ,

ni  Jenny si  spodziewa a. To,  e jest a  tak bardzo przystojny, troch  j  osza amia o i przera

o.

Zauwa

a,  e Nick nie spuszcza z niej wzroku. Mia- a wra enie, i  szuka czego  w jej twarzy. Jednak po-wiedzia  tylko:

- Cze

, Jenny. Czeka em na ciebie. Wejd  i zobacz nasze pi kne miejsce pracy!

- Tyle tu dziwnych rzeczy! - zawo

a z podziwem, rozejrzawszy si  doko a. - Zawsze my la am,  e praca w stacji meteorologicznej polega na

mierzeniu paty-kiem poziomu wody w miseczce.

Roze mia  si . Jenny podoba  si  jego  miech. Przy nim mog abym si  czu  bezpiecznie, pomy la a. Gdyby nie tajemnica  mierci Paula i to,  e Nick

kocha Helene.

- To jedna z najwi kszych stacji na wybrze u - po-wiedzia . - To, co tu widzisz, to ledwie cz

 wyposa- enia. Wi kszo

 przyrz dów pomiarowych

znajduje si  na zewn trz.

Jenny podesz a do jednego z wysokich okien. Popa-trzy a na szarozielone morze, a potem niespodziewanie spyta a:
- Powiedz mi, Nick, kim jest Kitty?
- Kitty? My la em,  e wiesz. Jest córk  rybaka i jedy-n  osob  spo ród nas, która mieszka tu na sta e. W

ci-wie zosta a zatrudniona jako nasza

gospodyni. Przycho-dzi codziennie na kilka godzin i gotuje, sprz ta, pierze i tak dalej. Twój brat by  jej wielk  skrywan  mi

ci . Lecz on nie dostrzega

nikogo poza Helene.

Jenny milcza a. Musia a si  pilnowa , by znowu nie powiedzie  czego  negatywnego o tej tak przez wszyst-kich uwielbianej pi kno ci. Znowu

wyjrza a przez okno i nagle zadr

a.

- Co si  sta o? - spyta  Nick. - O czym pomy la

?

- O niczym szczególnym. Zobaczy am tylko ten dziwny cie  pod wod . Zawsze przera aj  mnie rzeczy le

-ce pod powierzchni  wody.

Nick podszed  ku niej i stan  tak,  e czu a jego obec-no

 ka dym nerwem cia a.

- Nie musz  by  psychologiem, aby zgadn

, dlaczego ogarnia ci  niepokój, gdy widzisz co  podobnego - powie-dzia  spokojnie - Paul mówi ,  e

by

wiadkiem wypad-ku, w którym zgin li wasi rodzice. Ile mia

 wtedy lat, Jenny?

- Osiem - odpar a bezbarwnie. - Jacht si  wywróci ... Oni krzyczeli... Próbowali pomaga  sobie nawzajem. A na brzegu nikogo poza mn  nie by o...
Podszed  jeszcze bli ej, lecz jej nie dotkn . Sta  tyl-ko za ni  niczym mur ochronny, maj cy j  chroni  przed z ymi wspomnieniami.
- To, co tam widzisz, to szkiery. Nikt im do tej po-ry nie nada  nazwy. W czasie odp ywu wystaj  z wody, a kiedy nadchodzi przyp yw, znikaj . Ja

tak e nie lubi  ich widoku, s  takie zdradliwe.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Jenny przesun a si  pod inne okno.
- Jak tu pi knie - westchn a rozmarzona. - Kiedy patrz  na t  wspania , dzik  niesko czono

, to opa-nowuje mnie dojmuj ca t sknota za czym

nieokre lo-nym, sama nie wiem za czym. Czy nigdy nie czu

 cze-go  podobnego?

Spojrza  na ni .
- Mówisz podobnie jak Paul. Jeste cie niewiarygodnie wprost do siebie podobni. Bardzo ceni em twego brata.
Jenny odwróci a twarz. Gdyby  wiedzia , po co tu przyjecha am! pomy la a.
- Bardzo mi go brakuje - powiedzia a po chwili.
- Wiem o tym - zapewni .
Pog adzi  j  po policzku, a Jenny poczu a nieodpar-t  potrzeb  przytrzymania tej d oni. Pragn a podzieli  si  z tym cz owiekiem wszystkimi troskami

i ca ym smutkiem. Jednak Nick cofn  ju  d

 i odwróci  si .

- Opowiedz mi o dniu, w którym umar  Paul - po-prosi a.
Nick zmarszczy  brwi.
- Nie mam wiele do opowiadania, bo razem z Roge-rem wyp yn em w morze o pi tej rano,  eby przepro-wadzi  obserwacje hydrologiczne daleko

st d. Poniewa  Christoffer by  w domu, nie ba em si  zostawi  Paula sa-mego. Kitty pop yn a statkiem poprzedniego wieczoru i mia a wróci  pó no.
Wtedy nie wiedzia em,  e Helene jest chora. Ani tego,  e Christoffer jest tak nieudolny, je- li chodzi o robienie zastrzyków. - Westchn . - Wiesz,
najgorsze jest to,  e Roger i ja wst pili my tego wieczo-ru do stacji. Jeden z przyrz dów si  zepsu  i musieli my tu wróci ,  eby go naprawi . Zajrza em
do Paula, ale aku-rat gdzie  wyszed . Do zastrzyku pozosta o jeszcze kilka godzin, a ja nie mia em czasu,  eby czeka . Teraz wiem,  e zachowa em si
bezmy lnie. Powinienem go poszuka  i pomóc mu. Kilka godzin wcze niej czy pó niej, to nie gra o szczególnej roli. Czuj  si  z tego powodu winny. To
tak, jakbym zawiód  Paula w chwili, kiedy mnie naj-bardziej potrzebowa .

- Ale on mimo wszystko dosta  zastrzyk - powiedzia- a Jenny.
- Tak, wykaza a to obdukcja. Tylko kto mu go zrobi ?
Jenny g boko wci gn a powietrze.
- A wi c ty tak e nie wierzysz w to,  e zrobi  go so-bie sam?
- Paul? Wykluczone!
Zawaha a si . Obudzi a si  w niej szalona nadzieja,  e Nick b dzie móg  jej pomóc w odkryciu prawdy. Czy powinna wyjawi  mu swoje w tpliwo ci?
Mo e jeszcze nie teraz. Mo e powinna najpierw spo-tka  si  z Helene. Z pi kn  Helene, któr  wszyscy uwielbiali.
Mog a jednak zaryzykowa  jedno pytanie:
- A czy w ostatnim zastrzyku by a insulina?
- Oczywi cie. Nie stwierdzono oznak  pi czki, po prostu serce nie wytrzyma o.
O, nie! pomy la a Jenny. Zdrowe serce nie zatrzymu-je si  bez powodu. Badania lekarskie sprzed siedmiu mie-si cy wykaza y,  e Paul by  w dobrej

formie. Pó niej wprawdzie stwierdzono,  e cierpi na cukrzyc , ale to nie mog o a  tak os abi  serca. Pyta a o to lekarza.

Nick powiedzia  zamy lony:
- Pod koniec, to znaczy tu  przed  mierci , Paul mia  trudno ci z oddychaniem, ale lekarz wyja ni ,  e nie jest to niczym niezwyk ym przy ataku

serca. Nie mog  tego poj

! Paul... I w

nie tego dnia, kiedy mnie nie by o!

Zamilk  na moment, a potem spyta :
- Chcesz teraz zabra  jego rzeczy, Jenny? Czy mo e mam je przynie

 pó niej?

- W

ciwie nie wiem. Czy jest tego wiele?

- O, tak, troch .
Nagle na samym czubku jednego z palców D oni Upiora Jenny zauwa

a jak

 posta .

- Kto to?
- Ach, tam - roze mia  si  Nick. - To Christoffer rzu-ca wyzwanie sztormowi.
- Czy mog  zej

 na dó , by si  z nim przywita ?

- Tak, oczywi cie! Tylko Jenny... - wzi  j  za ramiona. - B

 dla niego mi a! Jego zachowanie mo e wy-da  ci si  troch

mieszne, ale jest bardzo

wra liwy.
Skin a g ow .
- Wiem, Paul pisa  troch  o tym...
- Mo e reagowa  dziwnie, to mu si  zdarza od cza-su do czasu, mimo  e na co dzie  jest ca kiem normal-ny. Je li o co  ci  poprosi, nie odmawiaj

mu. Nie bój si , on jest naprawd  niegro ny.

Jenny podzi kowa a Nickowi za dobr  rad , a potem wysz a z budynku stacji i ruszy a w stron  cypla.
Musia a skaka  i wspina  si  po ska ach, zanim do-tar a do celu. Nie ogl daj c si  wiedzia a,  e Nick od-prowadza j  wzrokiem.
ROZDZIA  III
Christoffer sta  zwrócony twarz  do morza i wiatru z podniesion  g ow  i wyci gni tymi ramionami. Po-przez grzmi cy szum przybrze nych fal Jenny

ysza a tylko urywane fragmenty tego, co mówi . Deklamowa  co  z ogromnym patosem i z przej ciem i wcale nie us ysza ,  e przysz a.

- Halo! - zawo

a.

Odwróci  si .
- O, nie spodziewa em si ,  e kto  jest w pobli u. Po-czekaj, niech no zgadn , kim jeste .
- To musi by  cudowne - u miechn a si  Jenny, próbuj c utrzyma  równowag  na wietrze. - Móc wy-krzycze  ca y swój bunt wobec si  przyrody.
- Prawda?
Zadar  g ow  i przyjrza  si  badawczo dziewczynie.
- Paula oczy, Paula kolor w osów. Jego usta i nos. I to samo dziecinne, lecz dumne spojrzenie. Wiesz co? My-

,  e jeste  siostr  Paula!

Roze miali si  oboje.
- A teraz ty! - poprosi . - Co widzisz?
Jenny uczyni a to samo co on, zadar a g ow  i przyj-rza a mu si  krytycznie.
- Wysoki i przystojny m ody m

czyzna o jasnych w osach, typ angielskiego d entelmena. Ogólne wra e-nie: ca kiem sympatyczny.

Odwróci  si  ku morzu.
- Nikt mi tego do tej pory nie powiedzia . S uchaj, Jenny, obiecaj mi co ! Zrób co  dla mnie!
- Ch tnie.
- Poca uj mnie!
Zapar o jej dech.
- Ale...
- Zrób to! Teraz!
Jenny zdawa a sobie spraw ,  e Nick obserwuje ich przez okno, wiedzia a,  e Paul lubi  Christoffera. Dla-tego zamkn a oczy i poca owa a go
ostro nie.
Potem usiedli na skale. Christoffer milcza , a ona ob-serwowa a go ukradkiem. By  powa ny, a jego opalona twarz wydawa a si  nieodgadniona.
- O czym my lisz? - spyta a Jenny.
- Chcia bym ci si  przyzna , Jenny,  e  mier  Paula ca kiem mnie przybi a. Nie s dz , abym kiedykolwiek móg  tak bardzo polubi  innego cz owieka.
Jenny obj a kolana r kami.
- Wiesz, co najmilej mnie zaskoczy o, kiedy tu przyjecha am? To, jak wiele Paul dla was znaczy .
- Paul przyja ni  si  ze wszystkimi... - Christoffer zni

 g os i mówi  raczej sam do siebie. - Obiecuj  ci,  e b dzie ostatni...

Zanim zdumiona zd

a zapyta , co Christoffer ma na my li, gwa townie wsta  i poszed  w swoj  stron .

HELENE
Jenny zamy lona ruszy a w powrotn  drog . Nieszcz

liwy cz owiek... Czy kto  taki móg by pope ni  morder-stwo? Jak silne by y uczucia

Christoffera dla Helene? Ile w

ciwie dla niego znaczy a? Czy móg by zabi  Paula z zazdro ci? Nie, nie i jeszcze raz nie! Je eli Christoffer by

morderc , Paul musia by go najpierw czym  zrani . A Paul nie potrafi by nikomu zrobi  krzywdy.

Lecz co mia y oznacza  s owa Christoffera,  e Paul mia  by  ostatni? Jenny postanowi a spyta  go o to pó -niej.
Gdyby tylko nie by a taka osamotniona! Gdyby tyl-ko mog a komu  zaufa !
Jenny zorientowa a si  nagle,  e dosz a do zatoki, na której brzegu ros a owa samotna k pa sosen. By a do te-go stopnia zatopiona we w asnych

my lach,  e nie zwróci a uwagi, dok d idzie. Fale  ar ocznie wdziera y si  w g b pla y, a wiatr bezlito nie targa  ga zie kar o-watych drzew, które
chyli y si  pokornie ku ziemi.

Jenny drgn a, bo nieoczekiwanie pod jedn  z sosen ujrza a siedz

 m od  dziewczyn . By a tak pi kna,  e Jenny wprost nie wierzy a w asnym

oczom. D ugie z ocistobr zowe w osy nieznajomej opada y na szczup e ramiona, zielonobr zowe sarnie oczy by y pe ne  ez, a twarz o niezwykle
delikatnych rysach wyra

a g bo-ki smutek. To musia a by  Helene.

Jenny skin a g ow  na powitanie. Poczu a si  nagle brzydka i niezgrabna. Helene mia a wspania  figur . By- a znacznie wy sza, ni  si  Jenny z

pocz tku wydawa o, lecz jednocze nie sprawia a wra enie nies ychanie kru-chej i bezradnej. Nie ulega o w tpliwo ci,  e kto  taki jak Paul musia
Helene uwielbia . Nick i Roger na pewno  ywili do niej takie same uczucia, jednak Helene chyba nie nale

a do tych kobiet, które z premedytacj

ami

skie serca. Jenny poczu a si  z a, g upia i niesprawie-dliwa. Roger mia  racj , powinna wstrzyma  si  od wy-powiadania s dów na temat ukochanej

brata.
Helene u miechn a si  przepraszaj co.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

- My lisz pewnie,  e zachowuj  si  dziwnie, siedz c tu i p acz c. Ale, wiesz, to takie niezwyk e miejsce...
- Uwa am,  e jest pi kne - odpar a Jenny nie mia o. - Jest oczywi cie w pewnym stopniu przera aj ce, lecz równie  fascynuj ce.
- Nienawidz  tego! - powiedzia a Helene z gorycz . - Nienawidz  tego wszystkiego doko a! A najbardziej nienawidz  tutejszego wiatru, który

wywiewa wszelkie my li z g owy.

- W takim razie dlaczego tu przyjecha

? - zdziwi a si  Jenny.

- Pocz tkowo mia am tylko przez pewien czas zast -pi  sekretark , która zachorowa a. Teraz okazuje si ,  e ona nie wróci tu do pracy i utkn am na

tym pustko-wiu! - Podnios a wzrok i spojrza a na Jenny. - Wybie-ram si  do stacji. Pójdziemy razem?

- Helene? - spyta a Jenny z wahaniem.
Du e oczy sta y si  jeszcze wi ksze.
- Czy pani mnie zna? Ach, tak, pani pewnie jest sio-str  Paula! Mog  wi c chyba mówi  ci po imieniu...
Wsta a i nieporadnie otar a  zy.
- Przepraszam... jestem troch  przygn biona...
Sz y w ród kar owatych sosen, zapadaj c si  g bo-ko w bia ym piasku.
- Ale masz tu chyba dobrych przyjació ? - spyta a Jenny ostro nie.
- My lisz o ch opcach? Tak, s  mili, ale  aden z nich nie mo e si  równa  z Paulem. Dlaczego on musia  umrze ? Snuli my wiele planów na

przysz

... Mia  dosta  prac  w Oslo i zamierzali my wkrótce si  po-bra ... Chcieli my st d wyjecha ! Chorobliwie t skni  za lud mi, ulicami, domami,

reklamami, sklepami i za kinem. Jestem typowym mieszczuchem i nigdy nie sta-n  si  kim  innym!

A wi c Paul si  jednak o wiadczy . I dosta  twierdz -c  odpowied . Ale nie wspomnia  ani s owem o tym,  e-by mieli si  przeprowadzi  do Oslo.

Chocia  pewnie za-planowali to po jego o wiadczynach. A potem nie mia  czasu powiadomi  o tym Jenny. „Z o wiadczynami mu-sz  niestety na razie
poczeka ” - pisa  w ostatnim li cie.

Czy mog a zaryzykowa  osobiste pytanie? Tak, niech si  dzieje, co chce.
- Helene - zacz a Jenny z wahaniem, kiedy sz y w -sk

cie

 pomi dzy ska ami. - Z listów Paula wynika,  e pozostali ch opcy byli troch

zazdro ni z twojego powodu?

Helene zagryz a wargi.
- Tak, pewnego razu dosz o do nieprzyjemnej sytu-acji - odpar a zak opotana. - O to nietrudno, kiedy kilku m

czyzn  yje w takiej izolacji od  wiata, a

ród nich jest tylko jedna dziewczyna. Roger powiedzia  Paulowi w gniewie kilka przykrych s ów, ale wkrótce znowu si  pogodzili.
A wi c to Roger grozi  Paulowi! Ale co z Nickiem?
- Czy... czy Nick tak e by  w tobie zakochany? - Jen-ny nie mog a si  powstrzyma , by o to nie zapyta .
- Paul tak twierdzi . Sam Nick nigdy o tym nie wspo-mnia , bo jest bardzo ma omówny. Ale sama wiesz, jak to jest, kobieta zawsze wyczuje co

takiego. Nie mo-g am jednak odwzajemni  jego uczu . Jest wspania ym cz owiekiem, ale dla mnie istnia  tylko Paul.

Biedny Nick! To musia o by  dla niego bardzo bole-sne. Jenny uzna a,  e nie powinna wspomina  o Christofferze, to zbyt delikatny temat.
Helene jednak sama go podj a.
- Ciekawa jestem, czy spotka

 ju  Christoffera?

Jenny zawaha a si  przez moment, zanim odpowie-dzia a.
- Tak, w

nie przed chwil  rozmawiali my.

- Co o nim s dzisz?
- Mi y - odpar a Jenny krótko.
- O? - zdumia a si  Helene. - Mo liwe,  e nie wszy-stkie dziewcz ta traktuje w swój dziwaczny sposób.
- To znaczy w jaki? - spyta a Jenny, chocia  dobrze wiedzia a, co Helene mia a na my li.
- Nie, nic, nie my l o tym!
Jenny odczeka a moment, a potem rzuci a:
- A wi c go nie lubisz?
Helene zareagowa a niespodziewanie ostro:
- Jest okropny! Po prostu okropny! Na nikogo nie zwraca uwagi, my li tylko o sobie i o tym, jakie wra enie wywiera na innych. Czasem doprowadza

nas do sza-le stwa! Nawet Paula wyprowadzi  z równowagi, kiedy nie potrafi  zrobi  mu zastrzyku. Nigdy przedtem nie widzia am Paula tak
rozgniewanego. A by  przecie  ta-ki  yczliwy dla wszystkich. Ubóstwia am twojego bra-ta, Jenny. Nigdy ju  nie spotkam nikogo takiego jak on.

Wszyscy kochali Paula. Nick, Kitty, Christoffer, Helene...
Tym, który wyra

 si  o nim najch odniej, by  chy-ba Roger, lecz równie  on nazwa  Paula „ wietnym kumplem”. Dlaczego wi c Paul musia  umrze ?

Czy rzeczywi cie zosta  zamordowany? Czy wszystkie podejrzenia nie by y tylko fantazj , zrodzon  w jej umy le? Nie mia a ju  pewno ci. Nagle
poczu a si  zm czona i z a na siebie. Paul kocha  wszystkich swo-ich przyjació , pisa  o nich ciep o, a tymczasem ona przyje

a tu i wyobra a sobie

niestworzone rzeczy, jedn  gorsz  od drugiej.

Co by powiedzieli, gdyby znali jej my li?
KONIEC SAMOTNO CI
Kiedy Helene i Jenny wesz y do budynku stacji me-teorologicznej, Nick, Christoffer, Roger i Kitty siedzie-li przy stoliku w niewielkiej jadalni. Ch opcy

natych-miast zrobili miejsce dla przyby ych dziewcz t, a Kitty przynios a szklanki, bo nie by o wi cej fili anek.

- A wi c pozna

 ju  wszystkich, Jenny? - spyta a z u miechem jasnow osa dziewczyna, pe ni ca obo-wi zki gospodyni.

- Tak, nawet ich nie szuka am, pojawiali si  na mo-jej drodze jeden po drugim.
Przy stoliku by o ciasno. Jenny siedzia a obok Roge-ra. Jednak to nie jego blisko

 czu a, lecz Nicka, mimo  e usiad  po przeciwnej stronie. Nie

mia a podnie

 wzroku ze strachu,  e napotka jego spojrzenie. Nagle poczu a szalon  zazdro

. Helene wygl da a naprawd  wspaniale, a Roger tak

wytrwale us ugiwa  jej przy sto-le,  e wydawa a si  troch  zak opotana z powodu jego bezgranicznego podziwu. Jego weso a, szczera twarz promienia a
mi

ci , ani na moment nie odrywa  oczu od dziewczyny. Roger nie by  raczej typem intelektua-listy, lecz odznacza  si  swoistym urokiem.

Jenny przenios a wzrok na Christoffera, który stara  si  rozbawi  Kitty, udaj c klauna. W pomieszczeniu wi-sia o lustro i Jenny zauwa

a,  e bez

przerwy stroi  do niego jakie  g upie miny. Nie widzia a w tym niczego nienormalnego, ot, po prostu weso ek.  miech Kitty  wiadczy  o tym,  e si  lubi .
Czy równie  Kitty prosi  o poca unek?

My li Jenny wróci y do dr cz cego j  tematu. Jak umar  Paul? Czy kto  go  miertelnie przestraszy ? Nie, nie mia  a  tak s abego serca. Powietrze w

strzykawce? Wykluczo-ne, Paul zawsze sprawdza  j  dok adnie. Czy istnieje je-szcze jaka  mo liwo

? Zator? Ma o prawdopodobne.

Co si  w

ciwie sta o? Czy nie ona sama tworzy a w my lach jaki  potworny scenariusz, który nigdy nie zaistnia ? Ale ostatni list Paula... Co

ciwie oznacza- y te wszystkie sugestie o katastrofie? Kiedy Jenny je-cha a tutaj, by a prze wiadczona,  e Paul zosta  zamor-dowany z

premedytacj . Teraz ju  nie mia a pewno ci.

Nagle zauwa

a,  e Nick bacznie j  obserwuje. Zaczerwieni a si  i spu ci a wzrok. Dlaczego, dlaczego mu-sia  pokocha  Helene? pomy la a z

rozpacz , lecz nie-mal w tym samym momencie u wiadomi a sobie,  e przecie  inaczej by  nie mog o.

Tymczasem Nick wsta  ze swojego miejsca i po chwi-li poczu a jego r

 na swym ramieniu. Teraz musia a spojrze  mu w twarz. Spyta  cicho:

- Chcesz obejrze  rzeczy Paula?
Posz a za nim do jednej z sypialni. By  to surowy, nieprzytulny pokój, pokój m

czyzn, po którym wida ,  e codziennie sprz ta w nim obca r ka. Na

jednym z 

ek nie by o po cieli, tylko sam materac, sta y na nim baga e i inne rzeczy pouk adane w stosy.

Jenny my la a,  e jest silna, ale gdy zobaczy a to wszystko, poczu a d awienie w gardle i ukry a twarz w d oniach.
Nick obj  j  ramieniem i przytuli  policzek do jej w osów. Nic nie powiedzia , pog adzi  j  tylko po g o-wie i pozwoli  si  wyp aka .
- Nie p aka am... ani razu... od tego dnia... kiedy do-sta am twój list... - za ka a i wci gn a g boko powie-trze, aby nad sob  zapanowa . - Wybacz

mi,  e zacho-wuj  si  w ten sposób.

Patrzy  na dziewczyn  oczami pe nymi wspó czucia i troski. Poda  jej chusteczk , a nast pnie podsun  jedy-ne w tym pokoju krzes o. Sam usiad  na

kraw dzi sto u.

- Jenny - zacz  powa nie - po co w

ciwie tu przy-jecha

?

Zdumia a si .
- Przecie  napisa am!  eby zabra ...
Potrz sn  g ow .
- Wiesz równie dobrze jak ja,  e by oby praktyczniej, gdybym przes

 ci to wszystko.

Jenny,  ciskaj c w palcach chusteczk , zastanawia a si  gor czkowo, co powinna odpowiedzie .
- Czy przyjecha

 tu, bo podejrzewasz,  e Paul nie umar

mierci  naturaln ? - spyta  spokojnie.

Spojrza a na niego zaskoczona i przera ona jedno-cze nie.
- Nick!

miechn  si  krzywo.

- I nie mia

 odwagi mi tego wyzna , poniewa  my- lisz,  e ja tak e mog em to zrobi ?

Utkwi a wzrok w pod odze.
- To nie to - odpar a i potrz sn a energicznie g ow .
Mówi  dalej:
- Na czym opierasz swoje podejrzenie?
Bez s owa wyj a trzy ostatnie listy Paula i poda a Nickowi. Przeczyta  je w milczeniu.
- Co o tym s dzisz? - spyta a ostro nie.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

- To samo, co ty. I mog  ci  zapewni ,  e ja tego nie zrobi em!
- Wiedzia am o tym.
-  wietnie! Jest jednak co 
 w tych listach, co chcia bym sprostowa . Nigdy nie by em zakochany w Helene.
- Nie...? Ale ona mi to sama mówi a!
- To Paul tak my la  i powiedzia  o tym Helene. Nie wyobra

 sobie nawet,  e s  tacy ludzie na  wiecie, któ-rzy si  w niej nie kochaj !

- A wi c to tak? - zawo

a Jenny z u miechem. - Dla-czego wcze niej mi o tym nie powiedzia

? Wtedy mo-g abym spokojnie ci si  zwierzy  ze

swoich w tpliwo ci!

- Tylko dlatego? - za mia  si  Nick. - Ach, wy kobie-ty, jeste cie doprawdy dziwne!
Jenny poczu a ulg . Czu a si  idiotycznie. Nie zna a tego cz owieka d

ej ni  dob , a mimo to serce jej bi- o z rado ci,  e Nick nie kocha Helene.

Obawia a si  jednak,  e j  sam  traktowa  zapewne tylko jak m od-sz  siostrzyczk  Paula, chuchro, które boi si  morza i wielu innych rzeczy. Musia a
na nim zrobi  wyj tko-wo z e wra enie.

- Ale ty tak e chyba na czym  opierasz swoje podej-rzenia - powiedzia a.
- Tak - przyzna . - Czy wiedzia

 o papierach war-to ciowych Paula?

- O tych, które trzyma  w grubej, 

tej kopercie? Tak, s  bardzo cenne! Wi kszo ci  naszego maj tku za-rz dza adwokat, ale cz

 papierów Paul

sobie zacho-wa ,  eby móc z nich skorzysta  w ka dej chwili.

Nick zawaha  si .
- Czy kto  obcy móg by czerpa  z nich korzy ci, gdy-by przypadkiem wpad y w niepowo ane r ce?
- Cz

 mia a warto

 tylko dla w

ciciela - wyja- ni a Jenny. - Ale niektóre zosta y wystawione na oka-ziciela. Dlaczego o to pytasz?

- Poniewa  ta koperta znikn a - rzek  cicho Nick.
- Co ty mówisz? - zawo

a Jenny. - Czy to prawda? Ale to  wiadczy o...

- Niekoniecznie - przerwa  jej Nick. - Paul móg  gdzie  zdeponowa  te dokumenty. Nie mam tylko po-j cia, gdzie.
- A wi c s dzisz,  e Paul zosta  zamordowany z ch -ci zysku?
- Tak my la em. Do chwili, kiedy przeczyta em te li-sty. Teraz ju  nie jestem pewien. Nie mia em te  poj -cia,  e schowa  co  w rodzaju raportu z

ostatniego dnia swego  ycia... Ale gdzie?

- Powiniene  to wiedzie  lepiej ni  ja. Nie wiem, ja-kie tu macie kryjówki.
- Nie mamy  adnych kryjówek.
Przez chwil  panowa a cisza. Na stoliku przy 

ku Nicka tyka  budzik, z pokoju jadalnego dochodzi  s a-by szmer g osów. Jenny ukradkiem

obserwowa a Nicka. Przygl da a si  jego profilowi  wiadcz cemu o sile wo-li, cieniom pod ko

mi policzkowymi i opalonym r -kom. Wci

 pami ta a te

ce g adz ce jej w osy. Prze-bieg  j  dreszcz. A te usta...

Jakie to mo e by  uczucie... Nie, nie powinna sobie zbyt wiele wyobra

! Okazywa  jej sympati  tylko dla-tego,  e jest siostr  Paula. Ale mimo

wszystko...
Jenny stara a si  odgoni  natr tne my li.
- Jak s dzisz, co powinni my zrobi ? - spyta a. - I

 na policj ?

Nick zaduma  si .
- Jenny, sprawa dotyczy moich najbli szych przyja-ció . Nie chc  miesza  w to policji, nie maj c  adnych dowodów. Poczekajmy troch .
- Czy kogo  podejrzewasz?
- Nie, sk

e. Przyjrzyjmy si  im po kolei! Roger grozi  Paulowi, sam s ysza em. Lecz nie mo na tego bra  dos ownie, gdy kto  wykrzykuje w szale

zazdro ci: „Zabij  ci , ty podrywaczu!” Roger jest zreszt  zbyt prostolinijny i bezpo redni, aby uknu  plan morder-stwa. Co si  za  tyczy Christoffera...

- Nie, to nie on - rzuci a szybko Jenny.
Nick spojrza  na ni .
- Nie rozumiem Christoffera. Jest w nim co  taje-mniczego. Zachowuje si  jako  nienaturalnie...
Jenny otworzy a szeroko oczy ze zdziwienia.
- My lisz,  e on tylko udaje? Ale dlaczego?
Nick potrz sn  g ow .
- W

nie tego nie wiem. Cz sto jednak mam uczu-cie,  e on tylko gra. Mo e te  jest zakochany w Helene? Ale je li ju  o niej mowa, czy przychodzi

ci do g owy jakikolwiek motyw, dla którego mog aby zamordowa  swego bogatego przysz ego m

a, którego najwyra niej bardzo kocha a?

- Nie, to zupe nie nie do pomy lenia. Jest chyba t  która najwi cej traci. Kitty natomiast nie skrzywdzi a-by pewnie nawet muchy.
- Czekaj, czekaj! To bardzo mylne wra enie. Zagorza-li przyjaciele zwierz t cz sto nienawidz  ludzi. Kitty by- a bardzo przywi zana do twojego

brata. Nie dosta a go. Mo e pomy la a w klasyczny sposób: „W takim razie nikt nie b dzie go mia !”

- Kitty? Nie, nie mog  w to uwierzy ! Jest taka nie- mia a, cicha i spokojna.
Nick si  u miechn .
- O, z pewno ci  w Kitty drzemie wi cej energii, ni  ktokolwiek by si  spodziewa ! Ale takie teorie nigdzie nas nie zaprowadz . Musimy co

postanowi , Jenny!

Ogromnie lubi a, kiedy zwraca  si  do niej po imie-niu. Wymawia  je tak mi kko, w jego ustach zyskiwa o zupe nie nowe brzmienie.
- Chyba mam pomys  - powiedzia a powoli. - Wiem, co mo e sprowokowa  sprawc  do dzia ania...
Jenny wsta a i podesz a do 

ka Paula. Otworzy a torb  i zajrza a do  rodka.

- Gdzie jest strzykawka, Nick?
- Zaraz.
Wyj  z torby pude ko, wzi  z niego strzykawk  i poda  Jenny. Przygl da  si , jak dziewczyna obserwo-wa a j  pod  wiat o.
- Postrach Paula - powiedzia a w zamy leniu. - Chod -my do nich. S  teraz wszyscy razem w pokoju obok.
Lecz zamiast pój

 od razu, Nick pochyli  si  nad stolikiem. Jenny niemal widzia a, jak wa y w my lach wszelkie za i przeciw. Przygryz  kciuk i

zmarszczy  czo- o w g bokiej koncentracji.

- Spróbujemy, Jenny - odezwa  si  wreszcie. - A ja posun  si  jeszcze dalej. Wszyscy prze yj  lekki szok. Zobaczymy, kto zareaguje.
Poszli do Helene, Kitty, Rogera i Christoffera, któ-rzy nadal siedzieli przy stole i rozmawiali.
Nick uniós  strzykawk . Oczy wszystkich zwróci y si  ku niemu.
Zapad a cisza, któr  zak óca o jedynie ciche tykanie jakiego  aparatu.
- Widzisz t  kresk , Jenny? - zacz  Nick. - To daw-ka Paula. Jest inna dla ka dego diabetyka. Jak widzisz, potrzebowa  bardzo ma  ilo

 insuliny.

Zawsze dok a-dnie pilnowa , aby doza nie by a za du a. Musieli my trzyma  strzykawk  przy skórze do momentu, a  si  odwróci , i dopiero wtedy
wk uwali my ig .

Wszyscy  ledzili w napi ciu ka dy ruch Nicka. Czte-ry pary oczu wlepione by y w niego i Jenny. Ona przy-gl da a si  w zamy leniu ma ym plamkom

wewn trz cy-lindra.

- Co to ma znaczy ? - spyta  Christoffer z u mie-chem. - Czy Jenny s dzi,  e kto

le zrobi  zastrzyk?

- Nie, bynajmniej - odpar  spokojnie Nick. - Ale uwa am,  e Paul nie zmar

mierci  naturaln . Jego ser-ce by o bowiem zdrowe.

- Owszem, siedem miesi cy temu - doda a Jenny. - Ale wiele w tym czasie mog o si  zmieni . Zaczynam prawie wierzy ,  e mimo wszystko jego

serce nie wytrzyma o.

- Nie wiem, co innego mog oby by  przyczyn  jego  mierci - rzuci a Helene oboj tnie. - Lekarze mówili przecie ...
Nie odrywaj c wzroku od Jenny Nick powiedzia  powoli i z naciskiem:
- Ale Paulowi w ostatnich dniach  ycia przydarzy o si  co  niezwyk ego. Opisa  to, a opis gdzie  schowa . W li cie do Jenny wspomnia  jednak,  e

bez trudu to odnajdziemy.

Znowu zapad a cisza. Przerwa  j  Roger.
- Nie rozumiem - odezwa  si  z gro

 w g osie. - Wyja nij nam to dok adniej!

Nick wzruszy  ramionami.
- Wiem niewiele wi cej ni  ty. Jenny tak e. Ale przy-sz o nam do g owy,  e co  musia o wzburzy  Paula tak g boko,  e pope ni  samobójstwo.
- Przy u yciu strzykawki? Tylko nie próbuj nam cze-go  takiego sugerowa  - rzek  Roger pogardliwie.
Nick nie by  ju  w stanie d

ej nad sob  panowa .

- Kto da  mu ostatni zastrzyk? - wykrzykn . Nikt nie odpowiedzia . - W

 to z powrotem do torby, Jen-ny - poprosi  w ko cu, z trudem t umi c z

.

Dziewczyna wróci a do sypialni i schowa a pude ko ze strzykawk . Po chwili przyszed  za ni  Nick. Staran-nie zamkn  drzwi i zapyta :
- Czy na pewno dobrze zrobili my, Jenny?
- Nie wiem. W ka dym razie zburzyli my ich spo-kój. Je eli kto  z nich jest winny, to da mu to do my- lenia. Chocia  coraz bardziej zaczynam
tpi . S  przecie  sympatyczni, wszyscy czworo.
- To prawda, bardzo ich lubi . Ale Paula lubi em je-szcze bardziej. I jego siostr ...
Jenny zaczerwieni a si  zak opotana.
- Ale prawie mnie nie znasz.
- Nie? - u miechn  si . - Wiem o tobie niemal wszy-stko. Zapominasz,  e mieszka em w jednym pokoju z twoim bratem przez siedem miesi cy. Paul

pokazywa  mi nawet twoje zdj cia i wiedzia em, jak wygl dasz. Nie jeste  dla mnie kim  obcym. Pomog  ci najlepiej jak po-trafi . Winny to jestem
pami ci Paula.

Tak, tak, pomy la a Jenny,  wietnie,  e mnie lubisz i powinnam si  z tego cieszy , lecz problem w tym,  e z ka

 minut  coraz bardziej jestem w

tobie zakocha-na! Czy wiesz,  e kiedy niechc cy dotkn  twojej r ki, czuj , jakbym si  oparzy a? Czy wiesz,  e denerwuj  si  za ka dym razem, kiedy

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

tylko patrzysz na mnie tymi swoimi pi knymi oczami? Có , jestem idiotk , trac c rozum dla m

czyzny, którego prawie nie znam.

ROZDZIA  IV
MORDERCA PRZYST PUJE DO ATAKU

owa Nicka sprawi y,  e przyjaciele ze stacji jakby si  od siebie odsun li. Wygl da o na to,  e ka dy z osob-na chcia  zosta  sam ze swymi my lami.

Kitty posz a do kuchni,  eby pozmywa , i zdecydowanie odmówi a przyj cia pomocy. Helene wzi a le ak i usiad a za domem przy  cianie pracowni z
urz dzeniami pomiaro-wymi Roger mia 
 dy ur, a Christoffer zaj  si  uk ada-niem kaba y.

Nick zabra  Jenny na obchód,  eby zapozna  j  z podstawami meteorologii.
Nagle dziewczyna drgn a.
- Co to?
Stali nad samym morzem i sprawdzali wska niki po-ziomu wody. Nie mogli st d widzie  budynku stacji, ale d wi k dociera  na dó  wyra nie, gdy

zatoka by a do-brze os oni ta.

- Nic nie s ysza em - pokr ci  g ow  Nick.
- Nie, to chyba nic takiego. Wydawa o mi si ,  e co  spad o tam na górze.
Ruszyli z powrotem. Przy kolejnym stromym podej ciu Nick chwyci  Jenny za r

 i ku wielkiej rado ci dziewczy-ny nie wypu ci  jej d oni, cho  droga

nie by a trudna.

Nick opowiada  o swojej pracy. Nagle stan li jak wryci, bo od strony domu rozleg  si  przera liwy krzyk. Nast pnie jeszcze jeden i potem znowu.
Nasta a cisza. Przera aj ca cisza.
- Chod  - zawo

 Nick i poci gn  dziewczyn  za sob .

Biegli najszybciej jak mogli. W drzwiach spotkali Ro-gera.
- Co to by o? - spyta . - Kto krzycza ?
- My la em,  e wiesz - odrzek  Nick. - G os docho-dzi  st d.
Zza pleców Rogera wy oni  si  Christoffer.
- Czy to ty, Jenny?
- Nie. Gdzie jest Kitty?
- Tutaj - odpowiedzia a Kitty, wychodz c z kuchni. - Co si  sta o?
Spojrzeli po sobie.
- Helene! - rzuci  kto .
W szalonym zamieszaniu próbowali przecisn

 si  przez drzwi wszyscy naraz. Nick i Jenny omal nie zo-stali przewróceni. Ca a pi tka pop dzi a na

ty y domu.

Helene le

a zemdlona na le aku. Roger podbieg  do niej i potrz sn  za rami .

- Helene! Co z tob ? - wo

 przestraszony. Nick chwyci  go za r

.

- Ostro nie! Mo esz w ten sposób zrobi  jeszcze wi ksz  krzywd !
Helene podnios a wolno g ow  i spojrza a na nich nieprzytomnie. Odetchn li z ulg .
- Mów, Helene! - powiedzia  Nick. - Co si  sta o? Dlaczego krzycza

?

Rozejrza a si  zak opotana.
- Wybaczcie mi. Nic si  nie sta o. To tylko senny ko-szmar.
- Senny koszmar?! - krzykn  z niedowierzaniem Ro-ger. - Z powodu jakiego  snu straci

 przytomno

?

Helene popatrzy a na niego przepraszaj co i b agalnie zarazem. Jenny po raz kolejny stwierdzi a, jak niewiary-godnie pi kna by a ta dziewczyna.

Doskona a w najmniej-szym szczególe. Nic dziwnego,  e Paul uleg  jej urokowi.

- Zapewniam ci , Roger, to prawda. Jest mi niezmier-nie przykro,  e was przestraszy am, ale wiecie, jak to jest na pograniczu jawy i snu, kiedy nie

do ko ca wia-domo, co si  dzieje...

- Jeszcze nie s ysza em,  eby kto  zemdla  tylko dla-tego,  e co  mu si

ni o - stwierdzi  sceptycznie Christoffer. - Mów prawd , Helene i nie

wyg upiaj si ! Co ci  tak przestraszy o?

- Nic, ju  mówi am!
- Nick! - zawo

a Jenny. - Spójrz tutaj!

Wskaza a na kurtk  Helene, zwini

 na le aku nad g o-w  dziewczyny. Nick uniós  j  ostro nie. W kurtce by a dziura, tak samo jak w pasiastym

materiale pod spodem.

- I ty mówisz,  e nic si  nie sta o? - rzeki Roger su-rowo. - Wstawaj!
Lecz Christoffer przykucn  ju  za le akiem.
- No, prosz  - stwierdzi  lakonicznie. - Widocznie kto  bawi  si  tu w Robin Hooda.
Podeszli bli ej. W  cianie tu  za le akiem tkwi a jed-na ze strza  Rogera z kolorowymi lotkami.
Roger stara  si  j  wyci gn

, ale utkwi a tak mocno,  e czubek nadal pozostawa  w  cianie.

- Nie powiniene  tego robi  - odezwa  si  Nick. - Za-tar

 ewentualne odciski palców i utrudni

 ca  spra-w  policji!

- Policji? - przerwa a Helene. - Nie ma mowy! Nie nale y w to miesza  policji.
Kitty spojrza a na ni  zdumiona.
- Czy do reszty straci

 rozum? Kto  usi owa  ci  zabi , a ty nie chcesz wezwa  policji?!

- To by  nieszcz

liwy wypadek, rozumiecie chyba! Nie chc , by kto  z moich przyjació  poszed  siedzie  za taki drobiazg. Nic si  przecie  nie sta o!

- Helene - zacz  Nick spokojnie. - Czy wiesz, kto strzela ?
- Nie, sk d mog abym wiedzie ? Spa am przecie  i obudzi am si , kiedy strza a uderzy a w  cian . Oczy-wi cie,  miertelnie si  przerazi am i by

mo e nawet straci am na chwil  przytomno

, ale to  aden powód,  eby sia  panik . Zapomnijmy o ca ej sprawie.

- To pi knie z twojej strony,  e to tak traktujesz, Helene - powiedzia  Roger. - Lecz musimy przynajmniej podj

 drobne  ledztwo na w asn  r

.

Helene wzruszy a ramionami.
- Je eli koniecznie musicie, to...
Posz a do domu. Pozostali patrzyli za ni  z miesza-nymi uczuciami.
- Gdzie utkwi a strza a? - spyta  Nick i Roger wska-za  mu otwór w  cianie.
Spojrzeli w przeciwnym kierunku. Nie by o w tpli-wo ci. Strza a zosta a wypuszczona przez otwarte okno pokoju Rogera i Christoffera.
Nick wszed  przez okno.  uk Rogera le

 na jed-nym z 

ek.

- Kto go tak zostawi ? Nie mo e le

 z napi

 ci -ciw , kiedy nie jest u ywany! - zawo

 Roger wzburzo-ny. Po chwili zorientowa  si ,  e nie to jest

teraz naj-wa niejsze, i umilk .

- Nie ruszaj go - upomnia  Nick - Niezale nie od tego, co mówi Helene, zadzwoni  po lensmana.
Lensmana nie by o, zastali tylko jego pomocnika. Nick powiedzia  mu,  e spraw  mo na od

 do ju-tra, i zako czy  rozmow .

- Wzywanie tu tego nierozgarni tego funkcjonariu-sza mija si  z celem - rzek  zdenerwowany. - Pozosta-je nam czeka  do powrotu lensmana i mie

nadziej ,  e do tej pory nie zdarzy si  nic gorszego.

- Tak, zawsze mo na mie  nadziej  - mrukn  Christoffer.
Kiedy wszyscy na powrót znale li si  w du ym po-koju, Nick zwróci  si  do Helene:
- Teraz, kiedy ju  wiemy, co si  sta o, mo esz chyba powiedzie , czy widzia

, kto strzela .

Helene mocno zacisn a r ce na por czy krzes a.
- Nie widzia am, Nick. Mign  mi tylko cie , chyba czyje  rami , to wszystko.
Nick stara  si  panowa  nad sob , ale przychodzi o mu to z wyra nym trudem.
- Rozumiesz chyba,  e dobrze wiemy, i  kogo  os a-niasz. To niewybaczalny b d z twojej strony, Helene. Dlaczego kto  usi owa  ci  zabi , czy

mo esz na to od-powiedzie ?

Helene w milczeniu spu ci a wzrok. Jenny widzia a,  e jest bliska p aczu.
- Czy to dlatego,  e wiesz co  o  mierci Paula? - pró-bowa  zgadywa  Nick.
- Mo e kto  tak my li - odpar a cicho Helene. - Ale ja nic nie wiem. Naprawd  s dzi am,  e umar  na serce.
- Czy kto  spo ród was ma alibi? - spyta  Nick i ro-zejrza  si  wokó .
Trzy osoby pozostaj ce w kr gu podejrzanych po-kr ci y g owami.
- Nikt nic nie s ysza ?
- Nie, zmywa am naczynia i ich brz k t umi  inne d wi ki - wyja ni a Kitty.
- Czy s yszeli cie brz k naczy ?
- Nie, w tym momencie nic nie s ysza em - odpowie-dzia  Roger. - By em zreszt  tak zaj ty rysowaniem ma-py,  e nie zwraca em uwagi na to, co si

wko o dzieje.

- A ty, Christoffer?
- Musisz mi wybaczy ,  e nie by em bardziej czujny, Nick, ale Jenny powiedzia a mi,  e mam takie interesu-j ce oczy, wi c obserwowa em je w

lustrze. Czy nie uwa asz,  e moje oczy s  tajemnicze, Nick?

Nick westchn  i przetar  czo o.
- Odprowadzimy dziewcz ta do domu, Christoffer. Roger, wracaj na dy ur. A ty, Helene, nie wychod  z pokoju do jutra rana. Nie wpuszczaj nikogo

 do przyj cia lensmana! Czy to jasne?

Helene skin a g ow .

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

- Chod  - zwróci  si  do Jenny. - Wezm  troch  rzeczy Paula,  eby zosta o mniej do d wigania nast pnym razem.
Jenny ruszy a za nim, a kiedy wchodzi  do sypialni, zagadn a ostro nie:
- Nick...
Odwróci  si 
, a jego twarz, cho  zm czona, wyra a- a  yczliwo

. - Tak?

- Wygl da na to,  e z apa

 co  na swoj  przyn

.

Szli pust  drog  przez rozleg e wrzosowisko, na którym za jedyne urozmaicenie musia y starczy  ka-mienne ogrodzenia i pojedyncze szarobia e

skalne od amki rozrzucone tu i ówdzie na ja owej ziemi. Jen-ny zapar o dech w piersiach wobec surowego pi kna tej rozci gaj cej si  jak okiem si gn
wyludnionej prze-strzeni. Starodawne osady le

ce w ruinie,  wiadczy y o tym,  e cz owiek musia  si  tu podda  w walce z nie-urodzajem i bied .

Wsz dzie tylko kamienie, kamienie i kamienie... Kopu a nieba wydawa a si  niesko czenie wielka, a chmury tak bardzo wysokie.

Jenny i Nick szli coraz wolniej, a  wreszcie zostali w tyle.
- Podoba ci si  ten krajobraz, prawda? - zagadn  Nick, spogl daj c na dziewczyn .
- Tak - odpar a po prostu.
- Dzi  w nocy zmieni si  wiatr. Zacznie wia  od l -du. Jutro b dzie cieplej.
- Nick... - zacz a Jenny. - Czy ka dy móg  strzela  z tego  uku?
- Tak.  wiczyli my na nim wszyscy. Oczywi cie nie trafiali my tak celnie jak Roger, ale doszli my do pew-nej wprawy.
- Czy nawet dziewczynie nie sprawi trudno ci naci -gni cie ci ciwy?
- Na tak  odleg

 niewiele potrzeba. Ten  uk ma ogromn  si ...

- Rozumiem.
Zawaha  si .
- Jenny - odezwa  si  niepewnie. - Chyba nie wyje-dziesz od razu?
- Nie pr dzej, ni  dowiem si  prawdy o  mierci Paula - odpar a Jenny, czuj c, jak mocno zabi o jej serce. - Ci gle nie mog  zapomnie  o tej

strzykawce. Zatrzymaj si  na chwil , prosz . Musz  j  zobaczy , co  w niej by o nie tak...

Nick poda  dziewczynie torb  brata. Wyj a metalo-we pude ko i przez chwil  wa

a je w d oni. Potem po-trz sn a nim i z trudem  api c dech,

powiedzia a:
- Chyba jest puste!
Nick wzi  od niej pojemnik i otworzy  go.
- Masz racj , Jenny - rzek  zaskoczony. - Strzykaw-ka znikn a!
Poczuli silny podmuch wiatru. Nick za

 kaptur, postawi  tak e ko nierz kurtki Jenny,  eby i j  troch  os oni . Przez d

sz  chwil  szli w milczeniu.

Nagle twarz Jenny rozja ni a si  i dziewczyna wy-krzykn a:
- Nick! Nie myli am si ! Chyba wiem, jak zgin  Paul. Bo zgodzisz si  ze mn ,  e to jednak morderstwo. Kto  najwyra niej wszed  do twojego pokoju i

zabra  strzykawk , sprowokowany przez nas. Nie wiesz, czy Paul mia  wi cej strzykawek?

- Mia  - odpar  Nick zdziwiony. - Jedn  zapasow  na wypadek, gdyby pierwsza si  zniszczy a lub zgin a.
- Gdzie ona jest?
Wyj  troch  rzeczy z torby Paula i wy owi  drugie pude ko, identyczne jak poprzednie.
- Prosz . Ta strzykawka jest dok adnie taka sama jak tamta.
- Czy by a u ywana?
- S dz ,  e tak, kilka razy. Co takiego odkry

, Jenny?

Szuka a przez chwil  wzd

 drogi, a  znalaz a nie-wielk  ka

 w zag bieniu skalnym. Wci gn a wod  do strzykawki i wypu ci a j . Potem przez

chwil  trzy-ma a strzykawk  uniesion , uwa nie si  jej przygl da-j c. Krople wody, które pozosta y,  cieka y cienkimi stru kami po wewn trznej stronie

cylindra.
- Nick, mia am racj ! Mia am racj ! Pami tasz,  e w tamtej strzykawce krople toczy y si  jak ma e kuleczki?
- Tak?
- A te nie!
- Tss - szepn . - Ogl daj  si  na nas.
Jenny da a Christofferowi i Kitty znak,  eby szli da-lej, i wróci a do rozmowy.
- Czy nie rozumiesz? Paul zmar  od b belków, któ-rych tak bardzo si  ba , lecz nie od b belków powietrza. Od t uszczu! Kto  wstrzykn  mu olej do

krwi! To dzia- a dok adnie tak samo jak b belki powietrza. Zatrzymu-je prac  serca. W takim przypadku przed  mierci  wy-st puj  trudno ci w
oddychaniu, gdy  drobne naczynia krwiono ne w p ucach zostaj  zatkane. Przypomina to atak serca i jest praktycznie niewykrywalne.

Nick sta  w milczeniu,  ci gn wszy brwi.
- Rzeczywi cie wygl da na to,  e w strzykawce, która znikn a, by a jaka  t usta substancja - przyzna . - Ale nie, Jenny, to niemo liwe. Paul

natychmiast by zauwa-

,  e w insulinie znajdowa  si  olej.

- Lecz je li poziom oleju pokrywa  si  dok adnie z kresk  oznaczaj

 dawk ? Nie, masz racj , Nick, Paul mimo wszystko by to zauwa

. Je li nie...

Na pew-no by zauwa

!

- Chod , musimy si  po pieszy ,  eby inni nie zacz -li czego  podejrzewa . Co zamierzasz zrobi ?
Jenny by a o ywiona i poruszona.
- On, to znaczy morderca, móg  zast pi  ca  dawk  olejem. Paul nie potrzebowa  wiele insuliny. Zbrodniarz najpierw wstrzykn  mu olej, a w chwil

pó niej, kiedy Paul umiera , nape ni  strzykawk  po raz drugi, tym ra-zem lekarstwem, i zrobi  kolejny zastrzyk.

os dziewczyny si  za ama . Nick postawi  torby i uj  jej r ce.

- Jenny, moja droga! Spróbuj nie my le  o tym, cho  s dz ,  e masz racj . Musia o by  w

nie tak. Inaczej nikt nie zada by sobie trudu,  eby ukra

strzykawk , któr  si  dzisiaj zainteresowali my.

- Nick, jestem ci taka wdzi czna za pomoc i za to,  e w ka dej chwili mog  na ciebie liczy . Sama by abym zupe nie bezradna.
- Czy móg bym zachowa  si  inaczej? - spyta  ser-decznie. - Wyda

 mi si  tak bardzo zagubiona i samot-na. Odwa na, lecz jednocze nie

potwornie niepewna siebie. Mog aby  wzruszy  do  ez kamie . A ja nie jestem kamieniem. My

, Jenny,  e Paul znaczy  dla mnie równie wiele, jak dla

ciebie.
Jenny spojrza a na niego z powag .
- Dzi kuj ,  e ze mn  jeste , Nicolas!
Roz mieszy o go troch  to,  e zachowa a si  tak uro-czy cie i zwróci a si  do niego pe nym imieniem. Nie od-powiedzia  jednak, tylko podniós  torby i

ruszyli dalej.

- Nie rozumiem, dlaczego tak si  dzieje - zastanawia- a si  Jenny na g os - lecz nie mog  rozgry

 Helene. Jest fantastycznie pi kna i bardzo lojalna

wobec swo-ich przyjació , ale poza tym... Jaka ona jest, Nick?

- W

ciwie nie wiem, bo nigdy nie mia em z ni  o czym rozmawia . Nie rozumiem jej. Albo jest we-wn trz zupe nie pusta, albo co  ukrywa.

- To jasne,  e ona co  wie. Ale  e ma odwag  o tym milcze ! Ryzykuje przecie  w asne  ycie!
Zbli ali si  do osady. Jenny próbowa a zwolni  kro-ku,  eby przed

 chwile sp dzone tylko z Nickiem.

- Nick - zacz a nie mia o. - Czy mog  spyta  o co  bardzo osobistego?
- Pewnie.
- Czy ty kogo  kochasz?
- Tak - odpar .
- O - westchn a Jenny 

nie. - Od dawna?

- Mniej wi cej od pó  roku. Dlaczego o to pytasz?
Jenny kopn a kamie  na drodze.
- Tak sobie. Czy jest  adna?
- Tak, bardzo. A ty? Czy masz ch opaka?
Jenny skin a g ow .
- W

ciwie nie mam. Jestem tylko w nim zakocha-na. Beznadziejnie.

- Czy nie mo esz o nim zapomnie ?
- Nie, nigdy - zaprzeczy a energicznie. - Jest naj-wspanialszym cz owiekiem na  wiecie. On jednak ko-cha inn .
- Jenny, w

ciwie ile ty masz lat?

- Dwadzie cia jeden.
- Nie wi cej? - zawo

 zdumiony.

- Dzi kuj  za komplement - rzuci a oschle.
Zmiesza  si .
- Nie, nie to mia em na my li. Odnios em tylko wra- enie,  e zawsze ty musia

 si  zajmowa  Paulem, a nie na odwrót. A wi c tym bardziej

powinienem si  tob  zaopiekowa .

Jenny odwróci a twarz.
- Nie musisz - szepn a. - Jestem przyzwyczajona do tego,  eby sobie radzi  sama.
Mia  zamiar co  odpowiedzie , lecz Kitty i Christoffer zacz li ich wo

 i musieli przyspieszy .

- Morderca pope ni  jednak powa ny b d - mrukn  Nick. - Nie powinien u ywa  strzykawki Paula. Wiedzia  przecie ,  e je eli strzykawka zniknie,

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

wzbudzi to podej-rzenia. No tak, wiemy ju  przynajmniej, jak to si  sta o. Teraz trzeba tylko wyja ni , kto to zrobi  i dlaczego...
Dogonili pozosta ych i Jenny podesz a do Christoffera. Nick spojrza  na ni  zdumiony, lecz nie próbowa  do nich do czy .
Po chwili rozmowy na oboj tne tematy Jenny spyta a:
- Christoffer, powiedzia

 dzi  co  dziwnego, wiesz,  e Paul b dzie ostatni. Co mia

 na my li?

- Powiedzia em tak? - spyta  beztrosko. - Nie pami tam.
- Tak, przecie  mówi

!

- Droga Jenny, to nie ma nic wspólnego z jego  mier-ci . To tylko dawne wspomnienie.
- K amiesz - stwierdzi a Jenny stanowczo.
Westchn .
- No dobrze. Nie mog  ci tego do ko ca wyt uma-czy , bo to do

 osobiste, ale je li chcesz, mog  uchyli  przed tob  r bka tajemnicy... Jenny,

zabi em Paula.

Stan a jak wryta.
- O czym ty mówisz, Christoffer?
- No, nie zrozum tego dos ownie. Ale tego ranka, kiedy mnie poprosi  o pomoc przy zastrzyku, wyrz -dzi em mu wielk  krzywd . S ów, które wtedy

powie-dzia em, nie uda oby si  cofn

, nawet gdyby mia

 jeszcze sto lat. By y zabójcze, absolutnie zabójcze.

- Uwa asz wi c,  e Paul pope ni  samobójstwo z po-wodu twoich s ów?
- Tego nie wiem. Kiedy powiedzia em,  e go zabi em, nie chodzi o mi o  mier  fizyczn . Odebra em mu wo-l

ycia.

- Czy bardzo si  wtedy przej ?
Christoffer zastanawia  si  przez chwil , a potem rzek  wyra nie zdumiony:
- Nie, to dziwne, nie za ama  si , tak jak si  tego spodziewa em. Sta  si  tylko dziwnie cichy i ostro ny.
- Czy nie mo esz mi zdradzi , co mu wtedy powie-dzia

?

- Nie, poniewa  on powinien by  tym ostatnim...
Jenny u miechn a si  gorzko.
- Có , teraz wiem jeszcze mniej ni  przed rozmow  z tob .

Podczas wieczornej pogaw dki Jenny spyta a sw  go-spodyni :
- Kitty, kogo w

ciwie kocha Nick?

- Nikt tego nie wie. Niektórzy twierdz ,  e Helene, ale ja nie s dz , by chodzi o o ni . Nosi w portfelu czy-j

 fotografi . Nikomu jej nie pokazuje. Paul

mówi ,  e Nick potrafi godzinami si  w ni  wpatrywa .

Taka odpowied  jeszcze bardziej przygn bi a Jenny.
ROZDZIA  V
NOC NAD D ONI  UPIORA
W  rodku nocy obudzi a Jenny dziwna cisza. Usia-d a i nas uchiwa a d

sz  chwil , nim zrozumia a,  e to wiatr ucich .

ciwie brakuje mi jego szumu, pomy la a. Cieka-we, co teraz robi Nick? Czy  pi, czy mo e ma dy ur? Tylko przy nim czuj  si  bezpieczna. Ale

on nie nale y do mnie. Inna dziewczyna zajmuje jego my li. Czy ona przynajmniej zdaje sobie spraw , jakie ma szcz

cie?

Jenny stara a si  o tym nie my le . Przypomnia a so-bie o relacji, któr  brat spisa  ostatniego dnia. Gdzie móg  j  schowa ? Pe ni  wtedy dy ur sam,

Christoffer prowadzi  obserwacje w terenie, zatem Paul nie móg  opu ci  stacji.

„Bez trudu to znajd ”. A wi c zak ada ,  e nie b

 tego specjalnie szuka . To znaczy,  e znajd  ów opis tak czy inaczej. Ale jeszcze niczego nie

znale li, cho  prze-cie  od  mierci Paula min o ju  czterna cie dni.

Czterna cie dni? Czterna cie dni! Dzi  jest dwudziestego czwartego. O Bo e! Jakie to proste! Jak genialnie proste! Jenny w jednej chwili zrozumia a,

gdzie Paul ukry  swoj  relacj . I je eli si  nie myli a, to oprócz te-go schowa  w tym samym miejscu kopert  z rodzinny-mi papierami warto ciowymi,

eby nikt niepowo any nie móg  jej znale

...

Wyskoczy a z 

ka i w biegu si  ubra a. Musia a jak najszybciej biec do stacji. Kto  inny, na przyk ad mor-derca, móg  równie  wpa

 na

rozwi zanie. Mo e le y teraz w ciemno ci, rozmy la i zaczyna rozumie ...

Kiedy ostro nie zamyka a za sob  zewn trzne drzwi, wydawa o si  jej,  e s ysza a jaki  d wi k z pokoju Kit - ty, lecz nie mia a czasu,  eby si

zatrzyma  i sprawdzi , co to takiego. Ch on a nocne powietrze, nieruchome i niespodziewanie ciep e po nieustaj cym wichrze w ci -gu ostatnich dni.
Jenny nie mia a latarki, lecz droga ja- nia a przed ni  niczym szara wst ga. Min a rz d do-mów, mi dzy innymi ten, w którym mieszka a Helene. W
górze troch  wia o, ale wiatr dmucha  jej w plecy i nie by  dokuczliwy.

Kiedy zesz a ni ej w niewielk  kotlin , gdzie Roger mia  swoje boisko treningowe, dozna a nagle dziwnego wra e-nia,  e kto  j

ledzi. Uspokaja a

sam  siebie,  e to tylko z udzenie, wywo ane przez ciemno

 i zdenerwowanie, lecz mimo wszystko przyspieszy a kroku. Kiedy ogarni ta panik

wdrapywa a si  na ska y, zrani a si  w kolano.

Dlaczego biegn ? pomy la a, oddychaj c ci

ko. Dla-czego tak bardzo mi si  spieszy w  rodku nocy? Zna a odpowied . Ba a si ,  e nie zd

y

zawiadomi  Nicka o swoim odkryciu. Wiedzia a, gdzie s  papiery! By a te-go pewna tak samo jak tego,  e Nick jest cz owiekiem, na którego od dawna

czeka a.
Z okna pracowni pada o  wiat o. Jenny zawaha a si . Musi trafi  na Nicka. Na nikogo innego. Je eli teraz si  pomyli, mo e wpa

 prosto w r ce

mordercy.
Przemkn a cicho do korytarza i ostro nie zapuka a do drzwi sypialni Nicka. Bardzo powoli je uchyli a i szepn a jego imi .
Tu go nie by o. Zebra a si  na odwag  i zajrza a do pracowni. Us ysza a szum i tykanie aparatów emanuj -cych s abym zielonkawym  wiat em, lecz i

tam nikogo nie spotka a.

Gdzie jest Nick? Nie mia a  mia

ci budzi  innych,  eby zapyta . Przez chwil  sta a niezdecydowana. Na-gle ujrza a b ysk  wiat a, które zaraz

znik o. Latarnia! Mo e jest tam? Zbieg a po nagich ska ach na najd

-szy z „palców” D oni Upiora. Nietrudno by o znale

 drog . Przystawa a co chwila,

czekaj c na b yski latar-ni, i posuwa a si  po par  metrów do przodu.

Drzwi latarni nie by y zamkni te na klucz. Wesz a kilka stopni na gór  i zawo

a:

- Nick!
Us ysza a kroki na platformie i zaskoczony g os:
- Jenny! Co tu robisz?
- Mog  wej

 na gór ?

- Oczywi cie! Trzymaj si  mocno i uwa aj!
Odg os jej kroków rozlega  si  na szerokich  elaznych schodach, kiedy pi a si  w gór . Na samej górze b ysn

o  wiat o latarki, a z ciemno ci

wy oni a si  r ka Nicka, który pomóg  Jenny wdrapa  si  na platform .

- Co si  sta o, Jenny? - spyta , kiedy stan a przed nim zdyszana.
- Poczekaj troch ! Bieg am...
Tu na górze obrotom reflektora towarzyszy y st umione trzaski. Nick zgasi  latark , lecz w b yskach  wia-t a widzia a,  e przygl da si  jej badawczo.

Stali teraz bardzo blisko siebie, Jenny czu a ciep o jego cia a, co przyprawia o j  o zawrót g owy.

Opanowa a si .
- Nick, kiedy ostatnio opuszczali cie balon?
- Balon? Ten du y, umocowany linami?
- Tak.
- Robimy to zawsze raz w miesi cu. Pierwszego ka -dego miesi ca.
- Ale pewien rybak widzia , jak balon opuszczono i z powrotem wys ano w gór  równie  dziesi tego, a wi c czterna cie dni temu. To by o tego dnia,

kiedy umar  Paul.

- Ale  to niemo liwe, Jenny! My lisz,  e Paul...
- Zosta  tutaj sam, prawda?
- Tak, naturalnie! - odpar  Nick. - Papiery! Idealna kryjówka!
- Nick, musimy je zabra , zanim kto  inny wpadnie na ten sam genialny pomys  co my!
- Jak ty, chcia

 powiedzie . Co za g upiec ze mnie! Pomy le  tylko,  e dokumenty buja y w powietrzu przez dwa tygodnie, podczas gdy ja

opowiada em o nich na prawo i lewo! Nie mo emy jednak  ci gn

 balonu teraz po ciemku, musimy poczeka  jeszcze kilka go-dzin, póki nie zacznie

si  rozwidnia .

- Zamierzasz jeszcze pracowa ? Czy mam wraca ?
- Nie, nie odchod  - poprosi  i chwyci  j  mocno za nadgarstek. - Prawie sko czy em.
- Mog  poczeka . Przytrzyma  ci latark ?
- Tak, dzi ki!
Jenny  wieci a mu, kiedy przykr ca  kluczem nakr tki. To,  e mog a by  tak blisko i pomaga  mu, dawa o jej silne poczucie  cz cej ich wi zi.
- Wiesz, Nick - powiedzia a po chwili. - Czasem czu-j ,  e powinnam wiedzie , kto jest morderc .
- O?
- Tak Gdybym tylko potrafi a powi za  fakty w lo-giczny zwi zek... Wszystko, co prze

am w ci gu ostat-niego dnia, listy Paula i s owa ludzi, z

którymi rozma-wia am...

- Dobrze si  zastanów!

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

- Staram si , ale nic z tego. Wiem tylko,  e to ma co  wspólnego z kolorem.
- Z kolorem?
- Nie potrafi 
 tego wyt umaczy , pod wiadomie tyl-ko tak czuj .
Mocowa  si  z jak

 upart  nakr tk .

- Poczekaj, pomog  ci, mam mniejsze d onie - zapro-ponowa a Jenny.
Kiedy mocno wychyli a si  do przodu, dotkn a po-liczkiem jego ust. Nie zrobi a tego celowo, po prostu by o bardzo ciasno.
Ich r ce spotka y si  na kluczu. Jenny wci gn a g -boko powietrze, kiedy poczu a, jak palce Nicka zaciska-j  si  mocno na jej d oni.
Na moment zapanowa a cisza. Jenny nie  mia a nie-mal oddycha .
Powoli, niezwykle powoli Nick odwróci  dziewczyn  ku sobie. W jaskrawym b ysku  wiat a latarni ujrza a jego oczy, ciemne i powa ne. Potem znowu

nasta a ciemno

.

Przyci gn  j  do siebie. Dr

c, poczu a jego twarz tu  przy swojej. Jego usta dotkn y jej ust, niezwykle ostro nie, lecz z t umionym  arem.

- Wybacz mi, Jenny - szepn  po chwili tu  przy jej skroni. - Nie powinienem tego robi . Pomyli em ma-rzenia z rzeczywisto ci .
- To nie mnie powiniene  prosi  o wybaczenie, tyl-ko t  dziewczyn , której zdj cie nosisz w portfelu. Kit - ty mi o tym powiedzia a.
Na moment odsun  j  od siebie. Wyj  portfel, otworzy  go, a kiedy po wieci  latark , Jenny krzykn

a ze zdumienia.

Rzeczywi cie by a tam fotografia. Przedstawia a j  sam . To zdj cie Paul zrobi  tu  przed wyjazdem.
- Nick! - wyj ka a mi dzy p aczem a  miechem. - Ach, Nick, czy to prawda?
Roze mia  si  i pog aska  j  po policzku wierzchem d oni.
- Czy kiedykolwiek s ysza

 o takim nienormalnym adoratorze jak ja? Zakocha  si  w fotografii i opowie- ciach Paula o m odszej siostrze?

Zamierza em odwie-dzi  ci  w czasie wakacji,  eby porozmawia  o Paulu. Ale wcze niej ty napisa

,  e przyje

asz. W odpowie-dzi na twój list

próbowa em wyrazi  ca  moj  t skno-t  i mi

. Mam nadziej ,  e to zauwa

.

Jenny u miechn a si .
- Tak, teraz kiedy to mówisz, musz  przyzna ,  e ukry

 sporo mi dzy wierszami. Ale czy nie uwa asz,  e to zbyt niebezpieczne, tworzy  w

my lach idealny obraz osoby, której si  nigdy w  yciu nie widzia o? Mu-sia

 si  bardzo rozczarowa ?

- Rozczarowa ? Naprawd  mog aby  tak my le ? - Nick u miechn  si  tak ciep o,  e Jenny na moment za-niemówi a z rado ci. - Podziwia em ci

wtedy w  odzi. Paul opowiada , jak bardzo boisz si  morza.  e nigdy nie potrafi

 prze ama  strachu, by zacz

 si  uczy  p ywa . Uwa am,  e by

niesamowicie odwa na. A pó niej, kiedy ujrza em ci  w  wietle dnia... Och, Jen-ny... Ale co z twoj  nieszcz

liw  mi

ci ? - spyta  tro-ch  nie mia o. -

Czy ty nikogo teraz nie zdradzasz?

- Nie, bo w

nie w tobie jestem beznadziejnie zako-chana. Od pierwszego wejrzenia! Spad o to na mnie na-gle i bezlito nie! - Przytuli a si  do niego.

- Nick, chc  by  przy tobie. Zawsze.

miechn  si  s abo.

- Czy to o wiadczyny?
- Nie - westchn a. - Tylko pobo ne  yczenie.
Jego nast pny poca unek by  tak nami tny,  e obu-dzi  w Jenny burz  nieznanych uczu .
- My lisz,  e pozwol  ci teraz odej

? Czy nie rozu-miesz,  e my oboje nale ymy do siebie? - powiedzia  ci-cho i powoli wypu ci  j  z obj

.

Nowy b ysk o wietli  okolic .
- Nick! - krzykn a Jenny. - Kto  jest przy balonie!
Zbiegli p dem po schodach, a  zadudni o na  ela-znych p ytach.
- Poczekaj tu! - szepn  Nick i znikn .
Jenny s ysza a jego kroki na ska ach. Stoj c u stóp la-tarni nie mog a dojrze  korby przy zaczepie balonu, we-sz a wi c troch  wy ej. Mija y minuty i

nic si  nie dzia o. Jenny ju  zaczyna a niepokoi  si  o Nicka, gdy nagle us y-sza a,  e kto  si  szybko zbli a.

- Nick! Jak posz o? - szepn a.
Kroki zatrzyma y si  gwa townie. I nagle, zanim Jen-ny zd

a zareagowa , otrzyma a cios i upad a, uderza-j c g ow  o ska . Straci a przytomno

.

KOSZMAR
Doko a rozlega  si  dziwny szum i plusk. Jenny czu- a ch ód na plecach, a nad g ow  powiew s abego wia-tru. Mia a trudno ci z oddychaniem, nie

mog a si  po-ruszy . Dokucza  jej ból w tyle g owy.

Otworzy a oczy. W górze rozpo ciera o si  ciemne niebo. Zadr

a i próbowa a si  rozejrze .

Wokó  widzia a tylko czarn , pluszcz

 wod , blisko, coraz bli ej... Fale szemra y i wzdycha y, li

c jej plecy.

Nienazwane szkiery! Te, które znikaj  w czasie przy-p ywu. Morze w

nie wzbiera o.

Jenny krzykn a, lecz z jej gard a wydoby  si  tylko zduszony d wi k. Wokó  g owy na wysoko ci ust mia- a ciasno zawi zan  chustk , skr powano

jej te  r ce i nogi. Wpatrywa a si  w niebo szeroko otwartymi, przera onymi oczyma.

Pod jej plecami przela a si  fala. Jeszcze jedna.
Zimne fale... Te, które zabra y jej rodziców. I które wkrótce unios  ze szkierów jej bezradne cia o, by na za-wsze si  nad nim zamkn

.

Zap aka a zrozpaczona i zacz a si  d awi  w asnym p aczem.
Nick! Nigdy mnie tu nie znajdziesz. Nie uda si  nam ju  spe ni  naszych marze . Nie chc  umiera , Nick! Nie chc ! Nie teraz, kiedy ci  spotka am. I

nie w ten sposób. Nie chc  uton

...

Jenny usi owa a zebra  my li. Najwa niejsze to nie wpa-da  w panik . Na nic si  te  nie zda u alanie nad sob . Po-my l, Jenny, o czym , co nie ma

nic wspólnego z wod !

Dlaczego morderca od razu jej nie zabi ? Albo po prostu nie wrzuci  do morza? Po co ten ca y wysi ek, by zaci gn

 j  a  na szkiery?

Mo e to  wiadczy  tylko o jednym. O nieludzkiej nienawi ci, ch ci zadania jej cierpienia. Ale kto mo e jej a  tak nienawidzi ? I dlaczego?
Daleko, daleko s ysza a,  e kto  wo a jej imi . Pozna- a g os Nicka, cho  by  zmieniony przez strach i niepo-kój. Próbowa a odpowiedzie , ale czy on

us yszy jej na wpó  zduszony krzyk?

Jenny obla  zimny pot. Usi owa a wsta , ale po lizn

a si  na br zowozielonych wodorostach. Ostro nie wi c po

a si  z powrotem. Woda ju

niemal ca kiem przykry a szkiery. Nad powierzchni  wystawa  tylko niewielki wyst p skalny pod g ow  dziewczyny.

Nagle Jenny ol ni a pewna my l. Br zowozielony ko-lor! Tak, w

nie to! Kiedy Jenny zobaczy a wodorosty, skojarzenie nasun o si  samo.

Wszystko si  zgadza o. Ale jak... Tak, wszystko si  zgadza o, wszystko sta o si  krystalicznie jasne.
Jenny w podnieceniu zapomnia a o swej tragicznej sytuacji i o tym,  e nikt nigdy si  nie dowie, do jakich dosz a wniosków. U wiadomi a to sobie

dopiero wte-dy, kiedy us ysza a g os mordercy w ród innych g osów rozlegaj cych si  w górze na ska ach. Morderca wo

 jej imi , dok adnie tak jak

wszyscy pozostali.

Wtedy zda a sobie spraw  z beznadziejno ci w asne-go po

enia. Nickowi nie uda o si  zdemaskowa  win-nego. Nikt z nich jeszcze si  nie

domy la .
Nikt oprócz niej.
Ostatni  nadziej  Jenny by o  wiat o latarni mor-skiej, które pada o na ni  co jaki  czas. Ale nikomu nie przyjdzie do g owy spojrze  w t  stron . A

kiedy za-cznie  wita , b dzie za pó no.

osy Jenny znajdowa y si  ju  pod wod . Wiedzia- a,  e za wszelk  cen  musi wsta .

Musi! Znowu zacz a j  ogarnia  panika, je eli si  jej podda, b dzie zgubiona, w ci gu kilku sekund poch o-nie j  morze.
Nie warto by o wi za  mi r k i nóg, pomy la a z go-rycz . I tak nie umiem p ywa .
Fale oblewa y ju  ca e cia o dziewczyny. Niemal nie mia a odwagi si  poruszy , ale trwanie w pozycji le

cej nie dawa o  adnych szans prze ycia.

Unios a ostro nie g ow  i przenios a ci

ar cia a na jeden  okie . Cia o wy-dawa o si  w wodzie przera liwie lekkie. Oddycha a szybko i gwa townie, a

serce bi o tak, jakby za chwil  mia o p kn

. Bardzo powoli, tak  e wydawa o si , i  zaj o to ca e godziny, Jenny podkurczy a nogi. Jeszcze dwa ma e

szarpni cia... Czy powinna si  odwa

? Czu- a,  e oblewa si  potem, strach ogarnia  j  d awi cymi falami. Teraz. Raz, dwa!

Uda o si ! Ukl

a. Cia o nie wydawa o si  ju  takie lekkie, poniewa  wi ksza jego cz

 znalaz a si  nad po-wierzchni  wody.

Teraz  atwiej mnie dostrzeg . Mo e...
Ale kiedy woda zacz a si ga  Jenny do pasa, chocia  wci

 kl cza a, a g osy si  oddali y, zamkn a oczy i za-cz a p aka . Teraz nie mia a ju

adnej szansy. Zimne  wiat o poranka powoli rozja nia o niebo. Wkrótce wo-da j  ca kiem zaleje.

Dlaczego nie skróci  cierpienia? Nie, nie, tylko nie do tego znienawidzonego, d awi cego morza! Nie mog , bo-j  si ! Mog  tylko przed

 ból w

niesko czono

...

Wtedy us ysza a przestraszony g os - nie wiedzia a czyj, ale nie nale

 do Nicka - dochodz cy z samego szczytu ska .

- Jenny!
Podnios a wzrok, cho  nie liczy a ju  na nic. Jednak kto  tam sta , wskazywa  na ni  i krzycza , najwyra niej poruszony.
- Pospieszcie si , jest tutaj! Tam w wodzie! Widzia- em j  w  wietle latarni morskiej!
Niewyra nie s ysza a nawo ywania i odg os stóp bie-gn cych po ska ach. W pewnym momencie zachwia a si  i straci a równowag . Nagle poczu a

si  bardzo zm -czona. Na nowo ogarn  j  strach, kiedy silna fala unio-s a j  kilka centymetrów nad ska . Ratunku, pomó cie mi si  utrzyma ! Nie
mog  upa

, musz  wytrwa !

apa  j  kurcz w nogach, które z ca ej si y przyci-ska a do g adkiej ska y, i w

nie wtedy us ysza a odg os szybkich uderze  wiose  o wod .

- Jest tu na szkierach! Pospieszcie si !
- Dlaczego nie krzycza a?
- Nie wiem. Nie pojmuj , jak si  tu dosta a. Nick twierdzi,  e ona nie potrafi p ywa .
Jenny ujrza a wy aniaj

 si

ód . Na dziobie sta  Nick. Twarz mia  blad  jak prze cierad o.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

- Jenny! - zawo

, kiedy j  zobaczy , a w jego g osie rozpacz miesza a si  z rado ci .

Silne ramiona wci gn y Jenny do  odzi i ruszyli z powrotem. Nick usun  knebel i mocno przytuli  do siebie dziewczyn .
- Kto móg  zrobi  co  tak potwornego! - krzycza , ca kiem wytr cony z równowagi. - Zabij  go w asnymi r kami!
- No, no - uspokaja  go Christoffer. - Do

 ju  na dzi  zbrodni. Pozwólmy Jenny mówi .

Pomagali sobie nawzajem w rozcinaniu sznurka wo-kó  jej kostek i nadgarstków. Nick nieustannie g adzi  dziewczyn  po twarzy i po w osach, jak

gdyby chcia  odegna  od niej koszmar ostatniej nocy.

- Najgorsze by o to - wykrztusi a Jenny niewyra nie, bo mia a ca kiem zdr twia e usta -  e zemdli o mnie ze strachu.
- Nic dziwnego - rzek  Nick. - I tak mo na mówi  o szcz

ciu,  e  yjesz! Czy ju  ci lepiej?

Przysun a si  do niego i zamkn a oczy.
- Teraz chcia abym si  przespa , czuj  tak  ulg . Ale chyba zaraz si  rozp acz ... Cz sto si  mówi: „My la- am,  e oszalej ”, lecz tym razem

czu am,  e naprawd  tak si  stanie.

- Nie musisz nikogo przekonywa  - odezwa  si  Nick. - To potworne,  eby w

nie ciebie zostawi  w ta-kim miejscu! Jenny, w

ciwie jak si  tam

dosta

?

Dr

c z zimna opowiedzia a wszystko, co pami ta a.

- A ja ci  opu ci em - wyrzuca  sobie Nick. - Kiedy dotar em do d wigu, morderca zd

 ju  przeci

 liny i balon trzyma  si  tylko masztu. Gdy na

nowo moco-wa em wi zania, zabójca pobieg  prosto do ciebie. Po-tem znikn li cie bez  ladu.

ód  przybi a do pla y. Jenny dopiero teraz zauwa-

a,  e zebrali si  tu wszyscy. Napotka a wzrok swego wroga, przygl daj cego si  jej z trosk .

eby nie da  po sobie pozna ,  e zna prawd , odpowiedzia a u miechem.

Nick pomóg  Jenny wysi

 z  odzi. Nios c j  do do-mu, zawo

 przez rami :

- Christoffer, pilnuj,  eby nikt nie rusza  liny balonu!
- Christoffer? - spyta a Jenny zdumiona.
- Tak, to on zauwa

 ci  na szkierach. Ufam mu.

- I s usznie - potwierdzi a Jenny.
- Czy wiesz, kto to zrobi ? - szepn  Nick.
Skin a g ow .
- Nie widzia am, kto mnie uderzy . Lecz potem, na ska ach, wszystko zrozumia am. Wychodzili my z b d-nego za

enia, rozumiesz?

- Tss. Id .
Wniós  j  do swego pokoju i posadzi  na krze le, wo-kó  którego szybko pojawi a si  ka

a.

- Nie mo esz siedzie  taka mokra! Wstydzisz si  mnie?
- Troch .
- To zapomnij o wstydzie! - powiedzia  krótko. Szybko rozebra  dziewczyn  i owin  w swój p aszcz k pielowy. Po-tem posadzi  j  na brzegu 

ka i

zacz  energicznie wycie-ra . - Masz najbardziej niebieskie usta, jakie kiedykolwiek widzia em - u miechn  si . - Zaraz za

 ci ciep e skarpe-ty i

wkrótce pozb dziemy si  tego sinego koloru.

Po godzinie masa u Jenny znowu odzyska a czucie w cz onkach, a ca a jej skóra p on a.
- Czuj  si

wietnie, Nick. Dzi kuj .

Usiad  na brzegu pos ania i spojrza  na ni  z powa-g . Nagle rzuci  si  na 

ko tu  obok, chwytaj c j  za ramiona i zanurzaj c twarz w jej w osach.

- Jenny!
W tym jednym s owie zawar  ca y swój strach i rozpacz.

adzi a go po g owie i szepta a czu e s owa.

Potem przebra a si  w jego pi am  i w lizn a pod ko dr . Kiedy Nick rozwiesza  wilgotny p aszcz k pie-lowy, rozleg o si  pukanie do drzwi.
- Czy mo emy wej

? - spyta  Christoffer.

Nick spojrza  pytaj co na Jenny. Skin a g ow .
- W porz dku, wchod cie - odrzek .
- Chcieliby my si  wreszcie dowiedzie , o co tu cho-dzi - zacz  Christoffer, kiedy usiedli na 

ku Paula.

Nick poda  Kitty jedyne w tym pokoju krzes o, sam usadowi  si  obok Jenny, a potem powiedzia :
- Wiecie ju  chyba wszyscy,  e Paul zosta  zamordo-wany.
Skin li g owami.
- Prawdopodobnie w balonie, wraz z papierami war-to ciowymi Paula, znajduje si  niezbity dowód na to, kto jest morderc . Jeszcze dzi

ci gniemy

balon i wte-dy wszystko b dzie jasne. Chocia  w

ciwie nie jest to konieczne. Jenny twierdzi,  e domy la si , co si  sta o i kto to zrobi . A teraz, Jenny,

twoja kolej. Zaczynaj!

Nie chc  rozgrzebywa  tej obrzydliwej sprawy, po-my la a Jenny. Najbardziej chcia abym teraz zasn

 w ramionach Nicka. Ale koszmar musi si

sko czy  i w

nie ode mnie zale y, czy kto  zostanie zdemasko-wany, a kto  inny uwolniony od podejrze ...

Wci gn a g boko powietrze i zacz a mówi .
ROZDZIA  VI
- Tak, wiem, kto to zrobi  - zacz a cicho.
- Jak na to wpad

? - spyta a Kitty zdumiona.

- Dzi ki ca ej masie skojarze  i dziwnych znaków - odpar a Jenny. Czu a si  bardzo nieswojo, wi c ukrad-kiem poszuka a d oni Nicka. - Moj  uwag

zwróci y s owa jednego z was, które mija y si  z prawd . Linijka li-stu Paula mówi ca o kolorze... Potem pewien dziwny szczegó  zwi zany z balonem i

wi k, który przypad-kiem us ysza am. Wszystko razem utworzy o jakby rów-nanie, którego rozwi zanie na pocz tku wydawa o mi si

nieprawdopodobne. Lecz jak pó niej zrozumia am, by o ca kiem logiczne. I je eli si  nie myl , równie  Christoffer wie, kto jest morderc .

- Nie - odpar  Christoffer. - Wiem, kto doskonale pasowa by do tej roli, ale nie wszystko mi si  zgadza.
- My

 jednak,  e podejrzewasz w

ciw  osob  - po-wiedzia a Jenny. - Tylko nie znasz tylu szczegó ów, co ja.

- O Bo e! - zawo

 Roger zirytowany. - Sko czcie z ty-mi zagadkami! Mówcie tak,  eby my i my zrozumieli!

- Dobrze. Podobno nikt z was nie widzia  Paula po tym, jak Christoffer dawa  mu rano zastrzyk. Nick i Roger wyp yn li daleko w morze, Helene le

a

cho-ra, a Kitty wyjecha a. A jednak kto  z was wiedzia , co Paul s dzi  o koledze po tym nieszcz snym porannym zabiegu. Tego na pewno nie zdradzi
sam Christoffer. A druga rzecz, która mnie zastanowi a, to kto móg  wi-dzie ,  e tamtego dnia balon zosta

ci gni ty na dó  i kto dzi  wieczorem

próbowa  przeci

 liny.

Czekali w milczeniu. Nikt nie zdradzi  si  nawet drgni ciem powieki Jenny nie wiedzia a, co mówi  dalej.
Roger nie wytrzyma , krzykn  wzburzony:
- Ale dlaczego, Jenny? Dlaczego?
- Wszyscy pope nili my b d. S dzili my,  e mój brat zosta  zamordowany z zazdro ci o Helene. Lecz okazu-je si ,  e Paul zamierza  si  w

nie

wiadczy  Kitty.

- Mnie?! - wykrzykn a Kitty, czerwieni c si  na twarzy.
Helene uczyni a niecierpliwy ruch r

.

- Ale  droga, mi a Jenny, nie chcia abym przedsta-wia  ani ciebie, ani Kitty w z ym  wietle, ale w przedo-statni wieczór swego  ycia Paul spyta  mnie,

czy wy-sz abym za niego...

- K amiesz, Helene - odpar a Jenny spokojnie. - Po-wiedz mi, czy masz jasnoniebiesk  sukienk ?
- Jasnoniebiesk ? No wiesz! To najbrzydszy kolor, jaki znam!
- Tak, tak my la am. Masz br zowozielone oczy i do-bry gust. Nigdy nie wpad aby  na pomys ,  eby u ywa  koloru, w którym ci nie do twarzy. Kitty

natomiast ma niebieskie oczy. Bardzo dobrze jej w niebieskim.

- Kitty ma jasnoniebiesk  sukienk  - odezwa  si  Christoffer. - I nawet  licznie w niej wygl da.
- Jednak nie bardzo rozumiem, jakie to ma znacze-nie - rzuci a Helene.
Jenny poprosi a Nicka,  eby przyniós  listy Paula. Kiedy spe ni  jej pro

, powiedzia a:

- Pos uchajcie, co pisze Paul w swoich listach. Ten pierwszy jest hymnem pochwalnym na cze

 Helene, w drugim czytamy: Jenny, jestem

najszcz

liwszym cz owiekiem na  wiecie.  eni  si ! Wprawdzie jeszcze si  nie o wiadczy em, ale wiem,  e ona si  zgodzi. Wi-dz  to w jej twarzy. Jest

taka  liczna, Jenny. Powinna  by a j  widzie  wczoraj w tej jasnoniebieskiej sukience, podkre laj cej blask jej oczu...

Kiedy Jenny przerwa a na moment, w ciszy rozleg  si  st umiony p acz Kitty.
- Paul nie wymieni  imienia. Dlatego wysz am z za-

enia, co by o dla mnie i dla wielu innych oczywiste,  e chodzi o Helene. Ten list zosta  napisany

dwa dni przed jego  mierci . Dzie  pó niej Paul prze

 wstrz s. Jak to by o, Helene, czy Paul nie powiedzia  ci,  e kocha kogo  innego?

Zapytana pochyli a g ow , lecz nie uda o jej si  ukry  napi cia, jakie odbi o si  na jej twarzy.
- Nie. Poniewa  to ja z nim zerwa am tego wieczo-ru. I w

nie to nim tak bardzo wstrz sn o.

- To si  nie zgadza, Helene, z ostatnim listem, który do mnie napisa .
Helene eksplodowa a:
- Przecie  to  mieszne!  aden m

czyzna nigdy mnie nie zostawi ! Nic na to nie poradz , tak ju  jest. Równie  moi rodzice i moje rodze stwo mnie

ubóstwiali W mie- cie u ka dego mojego palca wisia o dziesi ciu kawalerów. A wy my licie,  e Paul móg by wybra  kogo  takiego jak Kitty! Przecie
wszyscy widzieli,  e po prostu za mn  sza-la . Pewien ch opak nawet pope ni  dla mnie samobójstwo!

- Tak, to prawda! - nieoczekiwanie przerwa  jej Christoffer. - By  jednym z moich najlepszych przyjació . To ja postara em si  o to,  eby  dosta a tu

posad , bo chcia em ci  mie  na oku. Chcia

 i mnie uwie

, ale ci si  nie uda o. Nienawidzisz mnie za to. Wiem,  e wie-le razy p aka

 z w ciek

ci,

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

ale ci nie uleg em. Obie-ca em sobie,  e nie pozwol  ci zniszczy  ani jednego m

czyzny wi cej, ale nie uda o mi si  zapobiec nie-szcz

ciu Paula,

chocia  bardzo si  stara em. Rozma-wia em z nim tego ranka, kiedy dawa em mu zastrzyk. Ostrzeg em go przed tob , opowiedzia em o samobój-stwie
mojego przyjaciela i u 
wiadomi em mu,  e kieru-j  tob  wy cznie egoistyczne pobudki. My

,  e to chyba tylko jego pieni dze ci  skusi y. Wtedy nie

rozu-mia em, dlaczego nie dotkn o go to a  tak g boko, jak si  spodziewa em. Teraz jednak ju  wiem, co sprawi o,  e zachowa  si  niemal oboj tnie.
Mia  ju  ciebie do

.

Helene wyra nie zaczyna a traci  panowanie nad so-b , lecz za wszelk  cen  stara a si , by jej g os brzmia  pewnie i z wy szo ci , kiedy

lekcewa

co rzuci a:

- W tpi  czy znajdzie si  kto , kto uwierzy w te bre-dnie! Wszyscy przecie  wiedz ,  e Christoffer, ten dzi-wak, jest ca kiem nieobliczalny.
- Uwa am,  e Christoffer jest jak najbardziej nor-malny - odpar a spokojnie Jenny. - Gorzej jest z tob , Helene. Jeste  niebezpieczna, bo potrafisz

tylko bra . Nie masz nic do ofiarowania. Teraz rozumiem, dlacze-go p aka

 wtedy w lasku sosnowym. Widzia

 mnie i Christoffera, prawda? Nie uleg

tobie, ale widzia

, jak mnie ca uje, p aka

 wi c ze z

ci...

- Tak, Jenny - popar  j  Christoffer. - To okropne,  e ci  wtedy tak wykorzysta em, ale wiedzia em,  e Helene nas widzi i chcia em j  troch
rozz

ci .

- Nie rozumiem, jaki to ma zwi zek ze spraw , - wtr -ci  zniecierpliwiony Roger. - Dlaczego wszyscy tak si  czepiacie Helene? Bo chyba nie chcecie

jej oskar

 o za-mordowanie Paula? Po pierwsze, nie istnieje  aden mo-tyw, a po drugie, j  tak e usi owano zabi .

- Zaraz us yszycie - powiedzia a Jenny triumfalnie, lecz jej g os dr

.

Christoffer potrz sn  g ow .
- Roger, ty nie rozumiesz takich ludzi jak Helene - rzek . - Paul odszed  od niej! Od niej! Uzna a,  e stanie si  po miewiskiem dla wszystkich. Tego

znie

 nie mo-g a. Paul musia  wi c umrze .

Helene nagle poblad a. Próbowa a co  powiedzie , lecz g os odmówi  jej pos usze stwa.
- A je li chodzi o prób  zamordowania Helene - doda a Jenny - to s ysza am jaki  ha as na chwil  wcze niej, za-nim krzykn a. Brzmia o to tak, jakby

co  spad o. Pó niej zrozumia am, co to takiego. To le ak z

 si  w chwili, kiedy Helene strzeli a do niego, stoj c w oknie. Zosta a przecie  na ty ach

domu, gdzie nikt nie móg  jej widzie . Mog a z  atwo ci  wej

 przez okno i wystrzeli  z  uku. Z tak bliskiej odleg

ci trudno by o chybi . Nast pnie z

powrotem po

a si  na le aku i „zemdla a”. Zaaran- owanie próby zabójstwa  wiadczy o tym,  e przestraszy- a si , kiedy Nick i ja powiedzieli my o

strzykawce i rela-cji, któr  ukry  mój brat. Chcia a si  zabezpieczy  i oczy- ci  z podejrze . Lecz ostatecznym dowodem przeciwko tobie, Helene, s
twoje w asne s owa. Pami tasz, jak mi po-wiedzia

,  e nigdy nie widzia

 Paula tak rozgniewane-go jak wtedy, kiedy Christoffer mu robi  zastrzyk? A

prze-cie  le

 tego dnia chora i pono  nie kontaktowa

 si  z Paulem. Mia

 równie  to szcz

cie,  e z okna swojego pokoju mog

 obserwowa

stacj . Widzia

 wi c, jak ten wielki balon  ci gni to na dó , i mog

 si  domy li ,  e w

nie tam Paul ukry  swoj  relacj  z ostatnich wydarze , tak

niebezpieczn  dla ciebie. Powiedzia am przecie  przy wszystkich o tych demaskuj cych ci  papierach. Sam Paul u atwi  ci zadanie, kiedy przyszed  do
ciebie i poprosi  o po-moc przy zastrzyku, chocia  zrobi  to na pewno niech t-nie! To dlatego Nick nie zasta  go, kiedy zajrza  na chwil  do domu. Paul
by  wtedy z tob . Odebra

ycie cz owie-kowi, który jako jedyny móg  zburzy  twój wizerunek ja-ko tej, której  aden m

czyzna si  nie oprze.

Przypu-szczam,  e u

 trucizny. Jak wynika z listu Paula, dzie  wcze niej powiedzia  ci,  e zamierza si  o eni  z Kitty. Za-cz

 wi c

przygotowania do morderstwa...

Helene zebra a wszystkie si y,  eby si  opanowa . Uda a,  e nie dos ysza a ostatnich s ów Jenny.
- Chyba nie jeste  taka g upia, by uwierzy ,  e cho  tro-ch  mi zale

o na twoim kochanym braciszku? - odpar a pogardliwie. - I chyba nie my licie,

e nie wiedzia am, i  Christoffer szala  za mn , chocia  udawa  idiot ! A Roger? Tymi twoimi beznadziejnymi, dziecinnymi zalotami by- am ju
miertelnie znudzona! Ale Nick... - Nagle zmieni- a ton g osu, który zabrzmia  niemal patetycznie. - Dlacze-go nigdy nic nie powiedzia

, Nick?

Dlaczego mnie tak dr czy

? Wiedzia

 przecie ,  e kiedy  b dziemy razem. My lisz,  e nie wiem, i  nosisz w portfelu moje zdj cie i pa-trzysz na nie

zawsze, kiedy zostajesz sam? Jeste  prawdzi-wym m

czyzn , Nick. M

czyzn  dla mnie. A kiedy ta nic nie znacz ca dziewczyna zjawi a si  tu i

przyczepi a do ciebie, zrozumia am,  e jest ci jej troch

al i czujesz si  w obowi zku otoczy  j  opiek . Uwa am jednak,  e prze-sadzi

. Dlatego

musia am j  usun

 z drogi Sz am za ni  a  do latarni, zada am jej cios, a kiedy straci a przytom-no

, znalaz am lin  i zwi za am jej r ce i nogi, a

potem zawioz am  odzi  na szkiery... Co  mnie do tego zmusi o... Nick, czy nie rozumia

,  e to ciebie pragn am przez ca- y czas? Paula chcia am

mie  przy sobie do chwili, gdy wre-szcie oka esz, co do mnie czujesz. A wtedy...

Pi kne oczy l ni y gro nym, fanatycznym niemal blaskiem.
- A wtedy on odwa

 si  przyj

 i powiedzie ,  e znalaz  sobie inn ! On, który nic dla mnie nie znaczy !

- Ale dla mnie Paul by  wszystkim - za ka a Kitty. - Dla-czego musia

 go zabija ? Dlaczego wstrzykn

 mu tru-cizn ?

- Nie trucizn  - sprostowa a Helene. - Olej. Zabija szybko i nie zostawia  ladu.
- Ale dlaczego? - powtórzy a Kitty.
- Poniewa  chcia am si  zem ci ! - krzykn a Helene, zupe nie ju  trac c kontrol  nad sob . - Nick, je-szcze nie jest za pó no, wiesz,  e ja...
Nick stanowczo uwolni  si  od Helene, która chwy-ci a go kurczowo, i pokaza  jej fotografi  w portfelu. Oszala a ze z

ci wyrwa a Nickowi portfel i

cisn a go w k t pokoju. B yskawicznie zwróci a si  do Rogera. Br zowozielone oczy b yszcza y dziko i gro nie.

- Ale ty mnie kochasz, Roger! - wrzeszcza a z furi . - Wiem o tym.
Roger wydawa  si  zak opotany.
- By

 kiedy  dla mnie s

cem, Helene, skoczy -bym dla ciebie w ogie . Ale teraz mog  jedynie na cie-bie splun

!

Twarz Helene  ci gn a si  w dzikiej z

ci.

- Przecie  nie mo ecie si  ode mnie odwróci  wszy-scy naraz! - krzycza a w histerii. - Nikt jeszcze tak ze mn  nie post pi ! Mog  robi , co zechc ,

zawsze mo-g am. Dlaczego odwracacie si  ode mnie? Przecie  mnie kochacie! Wiem o tym, wiem, wiem!

Helene zanosz c si  szlochem upad a na pod og . Jej pi kna twarz zmieni a si  nie do poznania. Kto by po-my la ,  e ta szalona, tak, ta ob kana

kobieta by a ow  pi kn , doskona  Helene, któr  do niedawna wszyscy podziwiali i adorowali?

- Christoffer - odezwa  si  Nick znu ony. - Za-dzwo  po lensmana. I po lekarza. Nasza pi kna bogini potrzebuje opieki medycznej. A teraz wyjd cie

st d wszyscy. Jenny musi odpocz

.

Wkrótce przybyli lensman i lekarz, którzy zaj li si  Helene. W balonie, tak jak si  spodziewano, znalezio-no papiery warto ciowe Paula i relacj  z

rozmowy z by-  ukochan . Paul zrozumia ,  e ta pi kna dziewczyna jest chorobliwie samolubna, ale obawia  si ,  e mo e m ci  si  na Kitty. Nie
przysz o mu do g owy,  e He-lene traktuje Kitty jako zupe nie niegro

 i  e to on sam, Paul, zagra a jej presti owi.

Jenny nie zdawa a sobie sprawy, co si  wko o dzieje. Obudzi a si  dopiero pó nym popo udniem, kiedy Nick przyniós  jej co  do jedzenia. Wygl da

na zm -czonego i wyczerpanego, lecz u miechn  si  do niej cie-p o i serdecznie przytuli .

- Okropnie mi przykro z powodu tego, co sta o si  dzi  w nocy, Jenny. Zamierza em stopniowo odzwycza-ja  ci  od l ku przed wod , ale teraz

wszystko stracone.

- Nie jestem tego pewna - odpar a Jenny zamy lona. - My

,  e znios am to lepiej, ni  mog am przypuszcza . W

ciwie chcia am ci  prosi ,  eby

mnie nauczy  p ywa .

- Naprawd ? Ju  si  nie boisz?
Jej twarz rozja ni  u miech.
- Jak mog abym si  ba  czegokolwiek, kiedy mam ciebie?
- Masz racj  - roze mia  si  Nick.
- Wiesz, o czym my

?  e jeste my sobie bardzo po-trzebni.

- Czy to nie pi kne? Wiedzie ,  e jest si  komu  po-trzebnym?  e nie  yje si  tylko dla siebie?
Jenny podnios a oczy na Nicka i powiedzia a z u mie-chem:
- Tak si  ciesz ,  e ju  nie jestem sama!

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m